background image

Philip Pullman 

 

TatuaŜ z motylem 

(The Butterfly Tattoo) 

 

PrzełoŜył Jacek Manicki 

 

 

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA 

 

 

background image

Rozdział pierwszy 

 

Chris Marshall poznał dziewczynę, która przez niego miała potem zginąć, w pewien ciepły 

wieczór  na  początku  czerwca,  na  letnim  balu  wydawanym  przez  jeden  z  oksfordzkich 

college’ów. Dyplomanci – niebawem juŜ bankierzy, prawnicy, doradcy finansowi – mieli swoją 

zieloną  noc.  Za  bilety  na  tego  rodzaju  imprezy  gotowi  byli  płacić  po  sto,  a  nawet  więcej 

funtów, oczekując w zamian dobrej zabawy, komitety organizacyjne zaś wychodziły ze skóry, 

Ŝ

eby  tym  oczekiwaniom  sprostać:  parkiety  taneczne  pod  markizami,  bufety  z  szampanem, 

nowo powstałe, będące obecnie na fali zespoły muzyczne i słynne, obrosłe legendą stare kapele, 

a takŜe kabarety alternatywne – krótko mówiąc, rozrywka na najwyŜszym moŜliwym poziomie.  

Tereny  tego  konkretnego  college’u  rozciągały  się  nad  jeziorem.  W  programie  był  pokaz 

ogni  sztucznych,  występ  kabaretu-cyrku  pod  markizą,  do  tańca  zaś  miała  przygrywać,  z 

pływającej  platformy,  orkiestra  w  stylu  lat  dwudziestych;  zapowiadało  się  spektakularne 

wydarzenie  mające  dać  dyplomantom  przedsmak  bogactwa  i  splendoru,  czyli  wspaniałości, 

które – w tych czasach i w tym kraju – są im pisane.  

Chris  Marshall  nie  był  dyplomantem.  Miał  siedemnaście  lat,  jeszcze  jeden  rok  szkoły 

ś

redniej  do  zaliczenia,  a  ta  fucha  stanowiła  coś  w  rodzaju  wakacyjnej  pracy,  choć  wakacje 

dopiero  miały  się  zacząć.  Pracował  dorywczo  w  Oksfordzkim  Zapleczu  Rozrywki,  firmie, 

której  właścicielem  był  niejaki  Barry  Miller.  Barry  wiedział,  Ŝe  Chris  odkłada  na  markowy 

rower, więc zatrudnił go na ten wieczór za dwadzieścia pięć funtów, choć w zasadzie nikogo do 

pomocy nie potrzebował. Chris wziąłby tę chałturę nawet za darmo. W domu się dusił. Z matką 

i  jej  nowym  kochankiem  nie  mógł  znaleźć  wspólnego  języka  i  w  ogóle  czuł  się  spychany  na 

margines. Atmosfera nigdy dotąd nie była tam aŜ tak zagęszczona.  

I  w  ten  sposób,  w  pewien  ciepły  czerwcowy  wieczór  Chris,  zamiast  dusić  się  w 

zagęszczonej  atmosferze  rodzinnego  domu,  instalował  w  pocie  czoła  aparaturę  oświetleniową 

dla  kabaretu-cyrku,  rozwijając  kable,  mocując  je  taśmą  izolacyjną  do  stojaków,  biegając  po 

rusztowaniach  i  regulując  kąty  ustawienia  reflektorów  punktowych,  podłączając  kable  do 

pulpitu  reŜyserskiego,  wymieniając  przepalone  bezpieczniki,  naprawiając  obrotową  tarczę 

barwnych  filtrów,  która  się  zacięła,  i  przygotowując  fleszownice  do  wytwarzania  rozbłysków 

zielonego ognia, podczas gdy Barry Miller tłumaczył coś usilnie dyrektorowi kabaretu.  

Barry,  dobroduszny,  energiczny,  szczupły  blondyn  po  trzydziestce,  był  krótkowidzem  i 

miał niewinny odruch zaciskania co chwila powiek, a potem otwierania szeroko oczu. W końcu 

stremowany,  jak  to  przed  występem,  dyrektor  poszedł  za  kulisy,  a  Barry  odwrócił  się,  Ŝeby 

sprawdzić, co tymczasem zwojował Chris.  

– No jak? – spytał. – Podsypałeś prochu? OŜeŜ ty! Ileś go tu nawalił. W powietrze chcesz 

nas wysadzić? 

Chris odsypał łyŜeczką nadmiar prochu z fleszownic. Były to talerze z ogniotrwałej gliny. 

Po ich dnie, między dwoma zaciskami, biegł drucik topikowy.  

Na ten drucik sypało się trochę prochu – zielonego, czerwonego albo białego. Po włączeniu 

prądu drucik się przepalał i eksplozja prochu dawała silny rozbłysk.  

background image

Chris  nie  miał  jeszcze  do  czynienia  z  tym  wynalazkiem  i  nie  wiedział,  ile  prochu  trzeba 

podsypać.  

– Mamy scenariusz? – zapytał.  

– Nie. Szef powiedział, Ŝe będzie mi dawał znaki głową zza kulis. Ja na to, Ŝe moŜemy mu 

zainstalować  lampkę  sygnalizacyjną.  Podrapał  się  w  głowę,  bąknął,  Ŝe  się  zastanowi,  i 

widocznie  zapomniał.  Ta  hałastra  to  Ŝadni  profesjonaliści,  ja  ci  to  mówię.  Jedna  wielka 

prowizorka.  Nie  chce  im  się  nawet  wypróbować  sygnalizacji  świetlnej.  Cholera,  Ŝeby  tak 

wszystko olewać?! 

Kabaret  wchodził  na  scenę  pół  godziny  po  północy.  Wcześniej  pod  markizą  miał  grać 

zespół  jazzowy,  a  potem  produkował  się  komik,  który  miał  kiedyś  swój  program  w  telewizji, 

ale zdjęto mu go z anteny. Chris czegoś tu nie rozumiał.  

–  Myślałem,  Ŝe  na  bal  przychodzi  się  tańczyć  –  powiedział  do  Barry’ego.  –  A  tu  istne 

wesołe miasteczko. Tylko elektrycznych samochodzików jeszcze brakuje.  

–  To  jest  myśl,  Chris!  Obsługiwałem  juŜ  dziesiątki  takich  imprez.  Ta  jest  moŜe  trochę  za 

ambitna, ale mnie się podoba. Słuchaj, do wpół do pierwszej nie będziesz mi potrzebny. Wiesz 

co, idź się przejść. Wmieszaj się w tłum. Zobacz, jak się bawi przyszłość narodu.  

– Nie jestem odpowiednio ubrany – mruknął Chris, ale poszedł za radą Barry’ego.  

 

Snuł  się  bez  celu,  zafascynowany  gromkimi  głosami  młodych  męŜczyzn,  gołymi 

ramionami  młodych  kobiet  w  balowych  kreacjach  i  niezaprzeczalnym  pięknem  terenów 

college’u  w  letnim  zmierzchu,  oczarowany  migotliwym  blaskiem  pochodni  pozatykanych  w 

murawę,  poświatą  rozsiewaną  przez  zawieszone  wśród  drzew  lampiony  i  pierwszymi  taktami 

muzyki napływającej znad wody.  

Mieszkał od urodzenia w Oksfordzie, ale nie mógłby z ręką na sercu powiedzieć, Ŝe zna to 

miasto  na  wylot.  College’e  były  prywatne  i  na  ich  teren  wpuszczano  tylko  zorganizowane 

wycieczki,  a  jemu  nie  uśmiechało  się  mieszać  z  gromadami  znudzonych  małolatów  z  Włoch 

czy  dziwującymi  się  wszystkiemu  dorosłymi  Japończykami.  Oksford  Chrisa  był  brzydszy, 

hałaśliwszy, brudniejszy od tych turystycznych atrakcji. Na ten znany mu Oksford składały się 

Jericho  Tavern,  w  której  grywały  dobre,  nowe,  niezaleŜne  kapele  rockowe,  stadion  piłkarski  i 

tor ŜuŜlowy, na którym Chris bywał do niedawna co tydzień, ale potem mu się znudziło i zajął 

się na powaŜnie kolarstwem.  

To  właśnie,  a  nie  ta  zaczarowana  kraina  wyŜszej  klasy,  był  jego  Oksford.  I  teraz  Chris 

postanowił,  Ŝe  jeśli  kiedykolwiek  pójdzie  na  uniwersytet,  to  na  pewno  na  Ŝaden  w  swoim 

rodzinnym mieście. Przede wszystkim nie lubił, kiedy patrzono na niego z góry, a tutaj czuł na 

sobie zaintrygowane spojrzenia – stare dŜinsy i T-shirt, widać od razu, Ŝe ani gość, ani kelner.  

Prawdę  mówiąc,  to  mogli  go  jeszcze  brać  za  członka  zespołu  rockowego.  Był  dosyć 

przystojny,  dobrze  zbudowany  i  miał  długie  ciemnoblond  włosy.  Wyglądał  na  starszego,  niŜ 

był,  a  jeśli  twarz  naprawdę  zdradza  charakter  człowieka,  to  twarz  Chrisa  zdradzała 

niezaleŜność, otwartość i odwagę. I moŜe jeszcze niewinność.  

Kiedy się juŜ zupełnie ściemniło i bal trwał w najlepsze, Chris zszedł na brzeg jeziora. W 

pewnym  oddaleniu,  pod  wielkimi  ciemnymi  drzewami,  majaczył  niewielki  hangar  na  łodzie  i 

background image

Chris  postanowił  sprawdzić,  czy  nie  stoi  pusty.  Odwróciwszy  się  plecami  do  obciachowo 

odzianej orkiestry na pływającej platformie i jej wybrylantynowanego wokalisty z megafonem, 

zanurzył się w zielony mrok pod drzewami.  

W  powietrzu  unosiła  się  odurzająca  kompozycja  woni  kwiatów  z  college’owego  ogrodu  i 

dziewczęcych  perfum,  wyczuwało  się  w  niej  równieŜ  ciepłą  nutkę  zapachu  zgnilizny, 

wydzielanego  przez  nadbrzeŜną  roślinność.  Chris  zwalniał  stopniowo  kroku  i  w  końcu 

zatrzymał  się  przy  naroŜniku  hangaru.  Nie  bardzo  wiedział,  dlaczego  się  zatrzymał,  wiedział 

tylko, Ŝe coś go oczarowało.  

Stał tak i patrzył ponad wodą na pary kołyszące się na parkiecie z desek w rytm Blue Moon 

w wykonaniu orkiestry na pływającej platformie.  Z tej odległości nie wyglądały tak nachalnie 

wielkopańsko  –  po  prostu  małe  figurki  przystojnych  męŜczyzn  w  czerni  i  bieli  oraz  pięknych 

dziewcząt w kolorowych sukniach, jakby wyjęte ze staroświeckiego snu o elegancji i gracji.  

Ciemności  sprawiały,  Ŝe  postacie  wyglądały  jeszcze  bardziej  nierealnie,  przywodziły  na 

myśl niedobitki ludzkości, ocalałe po śmierci wszechświata, istoty, które zdają sobie sprawę z 

grozy  sytuacji,  ale  mimo  to  tańczą  dalej,  bo  są  ludźmi,  a  najlepszym  sposobem  dodania  sobie 

odwagi jest w tej chwili taniec.  

Nad  wodą  płynęły  z  oddali  słowa,  a  Chris  stał  zauroczony  tą  nastrojową  starą  piosenką, 

saksofon  zawodził  jak  potępieniec,  pary  tańczyły.  Wiedział,  Ŝe  zapamięta  tę  chwilę  na  całe 

Ŝ

ycie.  

Kiedy  odwracał  się  od  hangaru,  Ŝeby  wrócić  po  własnych  śladach,  usłyszał  zbliŜające  się 

szybkie  kroki  na  ścieŜce  i  znieruchomiał.  Ktoś  nadbiegał.  Między  krzakami  i  w  zaroślach 

zalegały gęste ciemności, ale coś w nich jakby migotało i nagle wyrosła przed nim przeraŜona 

dziewczyna w białej balowej sukni.  

Oczy miała rozszerzone strachem, jej delikatne ramiona drŜały. Obejrzała się przez ramię i 

Chris usłyszał tupot nóg i męski śmiech.  

– Ktoś cię goni? – spytał cicho.  

Kiwnęła głową. Krótkie ciemne włosy, nagie kształtne ramiona, te przeraŜone oczy i zarys 

szyi w mdłej poświacie padającej od jeziora... zakochał się.  

– Schowaj się za hangar – powiedział. – Spławię ich.  

Przemknęła obok niego tak blisko, Ŝe poczuł zapach jej perfum. Znikła za węgłem.  

Chris zajął pozycję pośrodku ścieŜki i spokojny, pewny siebie czekał na prześladowców.  

Po  paru  sekundach  nadbiegli  i  na  jego  widok  zatrzymali  się  jak  wryci:  trzej  młodzi 

męŜczyźni  w  wieczorowych  marynarkach  i  czarnych  krawatach,  jeden  z  butelką  szampana  w 

ręku, drugi z cygarem, wszyscy trzej podpici.  

– Patrz, Piers – powiedział jeden. – Zmieniła się w chłopaka.  

–  Mnie  tam  wszystko  jedno  –  wybełkotał  drugi  i  chciał  ruszyć  na  Chrisa,  ale  trzeci  go 

przytrzymał. Był jasnowłosy, przystojny i Chris domyślił się, Ŝe to Piers.  

– Coś ty, cholera, za jeden? – zapytał.  

– Nieodpowiednio ubrany – zauwaŜył ten z cygarem.  

– Do jeziora z nim! – krzyknął ten z butelką. – Ja to załatwię.  

– Jestem oświetleniowcem – powiedział spokojnie Chris. – Sprawdzam reflektory.  

background image

– Tu nie ma Ŝadnych reflektorów.  

– To się zaraz okaŜe.  

Podpita trójka popatrzyła po sobie niepewnie.  

– Tak czy inaczej... – zaczął i urwał ten z cygarem. – Tak czy inaczej, jeśli jesteś z ekipy 

technicznej,  to  powinieneś  schodzić  ludziom  z  oczu.  Nie  po  to  płaci  się  sto  funtów,  Ŝeby 

oglądać szwendających się po terenie roboli.  

– Gdzie Jenny? – spytał znienacka ten przystojny. – Przebiegała tędy jakaś dziewczyna? 

– Nie.  

– ŁŜe jak pies – warknął ten z szampanem. – Na pewno przebiegała. Musiał ją widzieć.  

– Nie ty mi będziesz mówił, co musiałem widzieć, a czego nie – powiedział Chris.  

–  Ja  tu  pracuję.  Nie  mam  czasu  z  wami  gadać.  –  Gotów  był  się  z  nimi  bić,  gdyby  zaszła 

taka potrzeba. Chyba to wyczuli, bo zaczęli się cofać.  

– Widzieliście gnojka, jaki czupurny? – powiedział ten imieniem Piers, ten przystojny.  

– Oj, zamknij się, Piers, bo przykro słuchać. Ty, oświetleniowiec, szukamy dziewczyny w 

białej sukni...  

Jeden z kolegów pociągnął go za rękaw i szepnął coś na ucho.  

– Ona nie za dobrze się czuje – podjął. – Za duŜo wypiła. MoŜe sobie coś zrobić.  

Na pewno jej nie widziałeś? 

– Na pewno. Ale słyszałem.  

– Mówiłeś...  

– Mówiłem, Ŝe jej nie widziałem – wpadł mu w słowo Chris. – Ale słyszałem, jak ktoś tędy 

przed chwilą przebiegał. Tą ścieŜką, tam pobiegł. – Wskazał kierunek wzdłuŜ brzegu jeziora. – 

Jeśli to była ona, to nie odniosłem wraŜenia, Ŝe jest pijana... raczej przestraszona.  

– Tak, bo widzisz, ona jest trochę nie tego... – Piers popukał się w czoło.  

Jeden z jego kolegów parsknął stłumionym śmiechem.  

Chris  stał  jak  wrośnięty  w  ziemię.  Trzej  młodzi  męŜczyźni  wyminęli  go  i  poszli  dalej 

ś

cieŜką.  

– Cham zbuntowany. Trzeba go było wrzucić do jeziora.  

– ZałoŜę się, Ŝe tu nie ma Ŝadnych reflektorów...  

– Powinni albo schodzić ludziom z oczu, albo ubierać się jak słuŜba.  

– Głupia dziwka. Jeśli nam ucieknie i... Resztę konwersacji pochłonęły zarośla i ciemność. 

Chris,  nabrawszy  pewności,  Ŝe  juŜ  nie  wrócą,  obszedł  hangar  od  frontu.  Był  to  mały,  zbity  z 

desek  barak  na  najwyŜej  dwie  płaskodenne  łodzie,  z  wąskim  drewnianym  pomostem,  który 

obiegał go od wewnątrz. Chris zajrzał do środka. Było tam bardzo ciemno, ale pod tylną ścianą 

bielała w mroku jej suknia. Chyba dziewczyna siedziała na pomoście.  

– JuŜ w porządku, poszli sobie – rzucił cicho.  

Nie odpowiedziała. Pomyślał, Ŝe nie dosłyszała, i ruszył w jej kierunku. Przypomniał sobie, 

jak nazwał ją jeden z młodych męŜczyzn.  

– Jenny? Tak masz na imię? 

Bez odpowiedzi. Zatrzymał się w połowie bocznego odcinka pomostu i wytęŜył wzrok.  

background image

CzyŜby straciła przytomność? Tamci mówili, Ŝe nie czuje się za dobrze, Ŝe za duŜo wypiła. 

Widział  ją  tylko  przez  parę  sekund,  ale  nie  wyglądała  mu  na  wypitą,  a  kiedy  obok  niego 

przebiegała, poczuł zapach perfum, nie alkoholu. Ale moŜe jest chora? 

Ogarnął go niepokój.  

– Jenny? Nic ci nie jest? 

Kiedy skręcał na odcinek pomostu biegnący wzdłuŜ tylnej ściany hangaru, bielejąca postać 

drgnęła  i  z  cichym  szelestem  sukni  zaczęła  pochylać  się  powoli  ku  przodowi.  To  był  horror. 

Nie miała głowy. Omal nie krzyknął z przeraŜenia, w porę się jednak zorientował, Ŝe to nie ona, 

Ŝ

e to tylko jej suknia. Właścicielki w niej nie było. Nie było jej teŜ w hangarze.  

Stał roztrzęsiony, czekając, aŜ uspokoi się walące jak młotem serce, potem podniósł suknię 

i przycisnął sztywny materiał do twarzy, wciągając w nozdrza zapamiętany zapach. Po  chwili 

odłoŜył ostroŜnie suknię i rozejrzał się.  

Niepokój go nie opuszczał. No dobrze, nie zginęła makabryczną śmiercią, ale co się z nią 

stało? Piers sugerował, Ŝe jest stuknięta. MoŜe zdjęła suknię, ześlizgnęła się do wody i utopiła? 

W  Ŝadnej  z  łodzi  na  pewno  jej  nie  było.  Drewniane  dna  prześwitywały  spod  cienkiej 

warstwy  wody,  która  się  na  nich  zebrała.  W  wodzie  teŜ  jej  nie  widział,  chyba  Ŝe  leŜała  pod 

łodziami, oplatana w wodorosty – wtedy by jej nie zauwaŜył.  

Co robić? Wszcząć alarm? 

Tak, oczywiście, i to natychmiast.  

Zanim  jednak  zdąŜył  przedsięwziąć  jakiekolwiek  kroki,  dostrzegł  coś,  co  wcześniej  uszło 

jego uwagi – drzwi w tylnej ścianie hangaru. A więc niekoniecznie musiała się utopić.  

Krok, drugi i juŜ otwierał te drzwi. Zawiasy były naoliwione; ani on, ani trzej prześladowcy 

nie  usłyszeliby,  jak  dziewczyna  je  otwiera  i  wyślizguje  się  na  zewnątrz.  Stał  niezdecydowany 

przed  hangarem  pośród  plątaniny  zarośli  i  czuł  się  idiotycznie,  jak  podglądający  ślepiec.  Jeśli 

nie utopiła się w mrocznym jeziorze, to kryła się teraz w tych ciemnych krzakach... bez sukni. 

Ale czemu ją zdjęła? Bo widać ją było w ciemnościach i szeleściła. To by się zgadzało.  

Nie wiedział, co robić. Wszczynając alarm, mógłby ją postawić w krępującej sytuacji.  

– Dzięki – dobiegł z ciemności szept.  

AŜ podskoczył, waląc łokciem w kant drzwi. Dał się słyszeć odcieleśniony chichot.  

– Gdzie jesteś? – spytał.  

– NiewaŜne. Poszli? 

– Tak. Chyba. Ale mogą się tu gdzieś kręcić. Odprowadzić cię? 

– Nie trzeba. Nie wracam tam.  

– Nie...? 

Głos  miała  niski,  łagodny,  a  akcent  z  północy.  Był  to  najbardziej  ekspresyjny  głos,  jaki 

kiedykolwiek słyszał.  

– Czego od ciebie chcieli? – spytał ciemności.  

– A jak myślisz? 

– Chyba nie... Zaraz, gdzie ty jesteś? Nie potrafię tak rozmawiać.  

– Nieźle ci idzie. Ale teraz będziesz musiał odejść.  

– Mogę ci w czymś pomóc? 

background image

– JuŜ pomogłeś.  

– Ale oni mogą wrócić!  

Cisza.  

– Jenny?  

Cisza.  

– Jenny, mam na imię Chris. Gdzie mieszkasz?  

Bez odpowiedzi. Cisza, jakby jej tu nigdy nie było.  

W  oddali  orkiestra  grała  kolejny  kawałek,  gdzieś  w  zielonych  głębiach  college’owych 

terenów  śpiewał  słowik,  ale  Jenny  nie  było  ani  widać,  ani  słychać.  CzyŜby  wyśnił  sobie  jej 

głos? Nie, bo przecieŜ nie wyśniłby sobie tego akcentu z Yorkshire, za to wyśnił odpowiedź.  

Ona była realna. Z krwi i kości. I dochodziło – podniósł do oczu zegarek – dwadzieścia po 

dwunastej.  

–  Muszę  wracać  do  pracy  –  rzucił  w  przestrzeń.  A  potem,  na  wpół  świadomie,  ale  z 

poczuciem, Ŝe nie darowałby sobie, gdyby nie wypowiedział tych słów, dodał: – Jenny, jesteś 

piękna. Mam nadzieję, Ŝe jeszcze się kiedyś spotkamy. A jeśli nie, to obiecuję, Ŝe nigdy cię nie 

zapomnę.  

Przedarł  się  po  omacku  przez  gęste  zarośla  do  ścieŜki  i  obejrzał.  Nie  zobaczył  nic,  prócz 

bezkształtnych cieni, plam srebra, plam czerni. Mogła być wszędzie i nigdzie; na tyle blisko, by 

mógł ją pocałować, i tak daleko, Ŝe nie dosłyszała tego, co powiedział.  

Tancerze  na  swoim  kwadratowym  spłachetku  światła  klaskali.  Orkiestra  zaczęła  grać 

następny  kawałek,  wokalista  podniósł  mikrofon  do  ust  i  po  nieruchomej  wodzie  popłynęły 

słowa o księŜycu, kłopotach i miłości.  
 

 

background image

Rozdział drugi 

 

Rodzice  Chrisa  byli  przez  rok  w  separacji,  a  miesiąc  przed  balem  dla  dyplomantów 

college’u ostatecznie się rozwiedli. Chris przeŜył to bardziej, niŜby się spodziewał, wydawało 

mu się, Ŝe bardziej niŜ koledzy postawieni przez rodziców w tej samej sytuacji; jeszcze gorsze 

od poczucia zdrady były spokój i rzeczowość, z jakimi matka i ojciec teraz o tym rozmawiali, 

zupełnie jakby dla Ŝadnego z nich rodzina nigdy nie znaczyła zbyt wiele.  

Chris  został  z  matką  w  ich  duŜym,  wygodnym  domu  w  północnym  Oksfordzie,  ojciec 

przeprowadził  się  do  swojej  kochanki  Diane,  byłej  sekretarki  z  pracowni  architektonicznej, 

którą  prowadził,  mieszkającej  w  małym  domku  po  drugiej  stronie  miasta.  Chris  był  tam  kilka 

razy.  Za pierwszym Diane była w domu i chociaŜ znał ją z firmy ojca, jakoś niezręcznie było 

mu z nią rozmawiać, i widział, Ŝe ona teŜ jest skrępowana. Była ładna, duŜo młodsza od ojca i 

Chris nie potrafił spojrzeć jej w oczy, mając świadomość, Ŝe z jego ojcem śpi, Ŝe uprawia z nim 

seks.  Spojrzeć  w  oczy  ojcu  teŜ  nie  potrafił.  Za  drugim  razem  Diane  nie  było.  „Co  u  Diane?”, 

spytał. „O, w porządku, dziękuję”, i gawędzili dalej jak dorośli, tak jakby nic się nie zdarzyło. 

Ale  przez  jakiś  czas  rozmowy  nie  były  łatwe.  Łatwe  były  dawniej,  kiedy  stanowili  jeszcze 

rodzinę, wtedy rozmawianie nie było celem samym w sobie; było czymś naturalnym.  

Co do matki to z początku była nie do Ŝycia. Zawsze miała tendencje do dramatyzowania, 

do przesady i pozerstwa, ale na pewno nie było jej lekko, kiedy pomyślała, co robi jego ojciec. 

Zamykała  się  na  długie  godziny  w  sypialni  i  gorzko  płakała,  wychodziła  stamtąd  sztucznie 

wesoła  i  piła  więcej  wina  niŜ  dawniej.  A  przyjaciółki  odwiedzały  ją  częściej  i  dłuŜej 

przesiadywały.  

Chris musiał się zmienić. Niemal z dnia na dzień musiał się przeistoczyć z kogoś, kto jest 

za młody, by pić, palić, a nawet przeklinać, w kogoś w rodzaju współczującego brata, który w 

skupieniu  słucha  i  udziela  mądrych  rad;  kogoś,  kto  bez  skrępowania  potrafi  dyskutować  o 

seksie i kochankach obojga płci. Zupełnie jakby oczekiwano od niego, Ŝeby nie zaleŜało mu ani 

na ojcu, ani na kochającej się, zgodnej rodzinie – Ŝeby w końcu z tego wyrósł.  

Wkrótce  matka  zaczęła  się  spotykać  z  niejakim  Mikiem  Fairfaxem,  wykładowcą 

uniwersyteckim  i  radcą  miejskim,  zagorzałym  liberałem,  obrońcą  środowiska  naturalnego, 

człowiekiem  zatroskanym  problemami  Trzeciego  Świata.  Spiknęła  się  z  jego  znajomymi, 

zaczęła chodzić na zebrania i nosić plakietki. Któregoś dnia Mike Fairfax został na noc i spał z 

nią.  Nazajutrz  zachowywali  się  tak,  jakby  nic  się  nie  stało,  ale  po  części  widać  było,  Ŝe  jest 

zakłopotany. Ojciec Chrisa miał wiele wad, ale zakłopotanym nigdy się go nie widywało.  

Krótko mówiąc, Chris nie czuł się w domu dobrze i kiedy zaczęły się letnie wakacje, starał 

się jak najwięcej czasu spędzać poza nim. Pracował nadal dorywczo w Oksfordzkim Zapleczu 

Rozrywki Barry’ego Millera, ale przede wszystkim szukał Jenny.  

Nie było dnia, Ŝeby o niej nie myślał. Śniła mu się co noc; kochał się z nią w wyobraźni, 

zasypiał i budził się z jej imieniem na ustach. Była z nim bez przerwy, a on nie miał pojęcia, jak 

ją odnaleźć, uparcie jednak szukał. A w wolnych chwilach pracował zarobkowo.  

background image

Oksfordzkie Zaplecze Rozrywki miało dwa adresy. Pod jednym, niedaleko Cowley Street, 

znajdował  się  magazyn,  gdzie  przechowywano  i  naprawiano  większość  sprzętu,  pod  drugim 

sklep  połoŜony  bliŜej  centrum  miasta,  gdzie  moŜna  było  kupić  bądź  wypoŜyczyć  mniejsze 

rekwizyty  i  gdzie  składało  się  zamówienia  na  wypoŜyczenie  większych  pozycji,  takich  jak 

sceny,  kurtyny  albo  baterie  reflektorów.  Chris  był  jednym  z  czworga  zatrudnionych:  Sandra 

pracowała  w  sklepie,  Dave  i  Tony  w  magazynie.  Do  obowiązków  tych  ostatnich  naleŜało 

równieŜ  dostarczanie  oraz  odbiór  furgonetką  wypoŜyczonych  materiałów.  Chris  pomagał  w 

jednym  i  drugim  miejscu  –  w  magazynie  wymieniał  przepalone  Ŝarówki,  ładował  furgonetkę, 

sprawdzał  stan  zwracanego  sprzętu,  w  sklepie  sprzedawał  sztuczną  krew,  przybory  do 

charakteryzacji,  peruki  albo  wypoŜyczał  rekwizyty,  takie  jak  rzymskie  hełmy  i  pistolety 

maszynowe.  

Nie  była  to  praca  dorywcza  w  ścisłym  tego  słowa  rozumieniu.  Barry  Miller  chętnie 

zatrudniłby  Chrisa  na  stałe  i  Chris  nie  miałby  nic  przeciwko;  podobało  mu  się  tutaj,  rozsądek 

podpowiadał jednak, Ŝe  praca u  Barry’ego Millera nie zapewni mu Ŝadnych perspektyw, więc 

traktował  ją  tylko  jako  tymczasową  ucieczkę  od  realnego  świata,  co  bynajmniej  nie  znaczyło, 

Ŝ

e  nie  wywiązywał  się  sumiennie  ze  swoich  obowiązków.  Mimo  wszystko  dzięki  niej  spotkał 

Jenny.  

 

I  dzięki  niej  znowu  ją  spotkał.  Cały  poranek  pierwszej  środy  letnich  wakacji  spędził  w 

magazynie.  Teraz  miał  godzinę  przerwy  na  lunch,  a  po  południu  będzie  pracował  pod  okiem 

Sandry  w  sklepie.  Jechał  na  rowerze  Cowley  Road,  mijając  kolektury  bukmacherskie, 

azjatyckie sklepiki, kioski z gazetami, siedziby związków zawodowych, i nagle dostrzegł kątem 

oka Jenny wychodzącą z supermarketu.  

O mało nie spadł z roweru. Przeszła kilka kroków drugą stroną ulicy i skręciła w pierwszą 

boczną  uliczkę,  ale  jego  zmysły,  nastrojone  teraz  na  wypatrywanie  szczupłych  dziewcząt  z 

krótkimi ciemnymi włosami, zdąŜyły ją zarejestrować, i był pewien, Ŝe to ona.  

Przepuścił nadjeŜdŜające z przeciwka samochody i skręcił w prawo, w biegnącą pod  górę 

uliczkę  wzniesionych  tarasowato  budynków  z  murowanym  kościółkiem  na  rogu,  w  której 

znikła mu z oczu. Domniemana Jenny przechodziła właśnie przez furtkę; smukła postać z siatką 

na zakupy, w zielonym T-shircie i czarnych szortach.  

Chris  zmienił  przełoŜenie,  nacisnął  pedały  i  dojechał  tam  w  momencie,  kiedy  wsuwała 

klucz do zamka.  

– Jenny! 

Obejrzała się. Bezapelacyjnie! To była Jenny, i tak samo piękna w blasku dnia jak wtedy w 

nocy.  

– My się znamy? – spytała.  

– Jestem Chris. Tamten wieczór... na balu. Pamiętasz? Przy hangarze na łodzie.  

– A... ach tak. Rzeczywiście! 

I  uśmiechnęła  się,  a  Chrisowi  serce  omal  nie  wyskoczyło  z  piersi.  Była  realna,  stała  tu 

przed nim.  

– Mieszkasz tutaj? 

background image

– Tak. Przejściowo. Na dziko.  

– Aha, rozumiem – bąknął Chris, chociaŜ nie rozumiał.  

Otworzyła drzwi.  

– Wejdziesz? 

–  Co?  –  Nie  ochłonął  jeszcze.  –  A  tak.  Dzięki.  Goła  drewniana  podłoga  z  desek,  plakaty 

poprzypinane  pluskiewkami  do  ścian,  swąd  przypalonego  tosta  –  zupełne  przeciwieństwo 

podbarwionego  księŜycową  poświatą,  nadjeziornego  romantyzmu.  Chrisowi  zrobiło  się 

niewyraźnie.  

Wszedł za nią do małej, wąskiej kuchni. Przy stole siedzieli dwaj młodzi męŜczyźni i pili 

kawę.  Nie  przypominali  w  niczym  Piersa  ani  jego  przyjaciół;  włosy  zwisały  im  sfilcowanymi 

strąkami  imitującymi  dredy  –  imitującymi,  bo  obaj  byli  biali  –  i  mieli  na  sobie  brudne, 

poplamione tłuszczem dŜinsy. Jeden był rozebrany do pasa, drugi tatuował go igłą maczaną w 

kałamarzu z atramentem.  

– To jest Chris – powiedziała Jenny. – A to Derek i Ollie. Chcesz kawy? 

– Eee... owszem, dzięki.  

Derek i Ollie sprawiali dosyć sympatyczne wraŜenie. Derek – ten tatuowany – wytarł sobie 

ramię brudną chusteczką i przesunął się, robiąc mu miejsce.  

–  MoŜesz  mi  potrzymać  lusterko?  –  zwrócił  się  do  Chrisa,  wręczając  mu  lusterko  w 

plastikowej oprawce; chciał sprawdzić, jak wychodzi tatuaŜ. A miała chyba z tego wyjść róŜa, 

ale krwi i atramentu było tyle, Ŝe Chris głowy by nie dał.  

–  Przy  tatuowaniu  ostroŜności  nigdy  za  wiele  –  wyjaśnił  Derek.  –  Znałem  gościa,  który 

miał wytatuowane na czole litery MOT. Chodzi o to, Ŝe Tom mu było na imię i wytatuował je 

sobie własnoręcznie w lusterku. Dobra, Ol, jedziemy z tym koksem.  

–  Pewnie  nie  było  mu  do  śmiechu,  kiedy  się  zorientował  –  powiedział  Chris,  obserwując 

Jenny zapalającą gaz pod czajnikiem.  

–  Mowa!  Takie  coś  moŜe  człowiekowi  popsuć  humor  na  cały  poranek,  nie?  –  przyznał 

Derek.  –  Dostał  małpy.  Nie  widziałem  jeszcze,  Ŝeby  komuś  tak  nerwy  puściły.  Ale  stało  się. 

Los  go  naznaczył.  Z  początku  udawał,  Ŝe  nie  słyszy,  kiedy  ludzie  wołali  na  niego  Mot,  ale  w 

końcu zbastował, bo inaczej nie miałby do kogo gęby otworzyć. Przykra sprawa.  

– Wszyscy tu mieszkacie? – spytał Chris.  

– Tak. Przejściowo – odparł Derek.  

Wyglądał  na  rozmowniejszego  niŜ  jego  kolega.  Być  moŜe  Olliemu  na  włączenie  się  do 

konwersacji nie pozwalała koncentracja. Jenny płukała w zlewie kubki.  

– Kto jest właścicielem tego domu? 

– A diabli wiedzą.  

– I nie płacicie czynszu? Jak tu trafiliście? 

–  Włamaliśmy  się.  Dom  od  miesięcy  stał  pusty.  Tak,  czynszu  nie  płacimy,  ale  sprzątamy 

tutaj,  dokonujemy  drobnych  napraw  i  w  ogóle  dbamy  o  posesję.  Pewnie  nas  stąd  w  końcu 

wykopią, ale takie juŜ jest Ŝycie, c’est la vie. Jesteśmy dobroczynnymi pasoŜytami. śyjemy w 

symbiozie z naszym gospodarzem. Korzyść jest obopólna. Czysta ekologia.  

– Tak, rozumiem – bąknął Chris. Miał chyba przed sobą autentycznych hipisów.  

background image

Spojrzał znowu na tatuaŜ. – To boli? 

– Da się wytrzymać. Jest na to sposób; izoluje się ból w umyśle. Otacza się go szczelnym 

płotem. Są ludzie, którzy przeprowadzają operacje na samych sobie. – No wiesz, koncentrujesz 

się jak diabli, bierzesz valium i do dzieła. Czytałem gdzieś o facecie, który przez parę miesięcy 

studiował,  jak  się  operuje  wątrobę:  przekopał  się  przez  podręczniki  chirurgii,  skompletował 

cały sprzęt, wysterylizował skalpele i do roboty. Długie nacięcie w poprzek brzucha, podwiązać 

wszystkie  naczynia  krwionośne,  szło  jak  po  maśle.  Odsunął  na  bok  Ŝołądek,  Ŝeby  nie 

przeszkadzał, wkłada rękę...  

– Przymknij się, Del – mruknął Ollie – bo pawia zaraz puszczę. I nie wierć się.  

– I co było tej wątrobie? – spytał Chris.  

– Nic, dopóki nie zaczął – powiedział Derek i roześmiał się.  

Chris  ani  na  chwilę  nie  tracił  z  pola  widzenia  Jenny:  wiedział,  w  którą  stronę  patrzy,  co 

robi. Woda się zagotowała i Jenny zaparzyła kawę.  

– MoŜe wyjdziemy do ogródka? – zaproponowała. Wstał bez zwłoki.  

Mały  ogródek  na  tyłach  domu  był  zadbany,  kwiaty  na  klombach  wypielone  i  podlane, 

trawnik przystrzyŜony. Jenny usiadła na stopniu drewnianej szopy. Usiadł obok niej i postawił 

kubek z kawą na ziemi.  

– I co się działo wtedy wieczorem po moim odejściu? – spytał.  

– TeŜ się stamtąd wyniosłam. Przeskoczyłam przez ogrodzenie.  

– Jak to... bez sukienki? Chyba Ŝe wróciłaś po nią do hangaru? I gdzie w ogóle się kryłaś? 

Nic nie widziałem.  

–  Miałam  na  sobie  ciemną  koszulę  i  dŜinsy.  W  nich  przekradłam  się  na  teren.  Bo  nie 

figurowałam na liście gości. Weszłam na gapę.  

Opowiedziała  mu,  jak  to  zrobiła.  Kilka  dni  wcześniej  weszła  na  teren  college’u  jako 

turystka, z balową suknią w torbie, którą schowała w zaroślach nieopodal hangaru na łodzie. W 

dzień balu przelazła po zmroku w ciemnym ubraniu przez mur, odnalazła torbę, przebrała się w 

hangarze i wmieszała między gości.  

–  Przelazłaś  przez  ten  mur  bez  niczyjej  pomocy?  –  Chris  był  pod  wraŜeniem.  –  Poszłaś 

sama? 

– Z Derekiem ani z Olliem nie mogłam się tam raczej pokazać, nie uwaŜasz? Za bardzo się 

wyróŜniają  z  tłumu.  Zresztą  lubię  działać  w  pojedynkę.  Poszłam  tam,  gdzie  grała  muzyka. 

Faceci  prosili  mnie  do  tańca,  było  mnóstwo  jedzenia  i  szampana...  Kiedy  mnie  pytali,  z  kim 

przyszłam, udawałam, Ŝe zgubiłam swojego chłopaka. Pech chciał, Ŝe nadziałam się na Piersa.  

Nie  wyjaśniła,  skąd  znała  Piersa,  a  Chris  nie  pytał.  Wychodziło  jednak  na  to,  Ŝe  Piers 

zorientował  się  z  miejsca,  Ŝe  dostała  się  na  bal  na  gapę,  i  postanowił  wyegzekwować  od  niej 

zapłatę w naturze.  

–  Od  razu  mi  się  nie  spodobał  –  powiedział  Chris.  –  Nie  spodobali  mi  się  wszyscy,  jak 

tylko ich usłyszałem.  

–  Byłeś  niesamowity  –  stwierdziła.  –  Myślałam,  Ŝe  cię  pobiją,  ale  ty  fantastycznie  się  z 

nimi rozprawiłeś.  

Zarumienił się. Nie wiedział, co powiedzieć.  

background image

– E tam! – mruknął w końcu.  

– Człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy, Ŝe tacy ludzi jeszcze istnieją – podjęła. – Ale oni 

istnieją. Bogaci i zepsuci... naprawdę wierzyć się nie chce; myślą, Ŝe wszystko im wolno. Ten 

Piers to jakiś lord. Ludzie padają mu do nóg, kiedy się o tym dowiadują. Gdyby mnie dopadł, 

nie miałabym Ŝadnych szans. A potem nikt by mi nie uwierzył.  

Chris Ŝałował teraz, Ŝe nie ukatrupił Piersa i jego przydupasów tam i wtedy.  

– Co robisz? Studiujesz? 

–  BoŜe,  skąd  ci  to  przyszło  do  głowy?!  Jestem  pasoŜytem.  Jak  ci  dwaj,  tam  –  pokazała 

ruchem głowy na dom, w którym Ollie tatuował aktualnie Dereka.  

– Nie przesadzaj...  

– Naprawdę. Popracuję od czasu do czasu jako kelnerka. I to wszystko. Szczerze.  

– I... i mieszkasz tu z...  

Popatrzyła na niego kpiąco, wiedziała, o co mu chodzi.  

– Tak, z Derekiem i Olliem – powiedziała.  

– Czy... jakby tu... czy chodzisz z Derekiem? 

– Czemu pytasz? 

– Bo chciałem się z tobą umówić.  

– Nie widzę przeszkód.  

– Umówisz się ze mną? 

– Tak. Nie ma sprawy. Kiedy? 

– MoŜe w piątek? 

– Dobrze.  

– Bywasz w Jericho Tavern? 

– Nie. To chyba po drugiej stronie miasta, prawda? Ja znam tylko tę stronę.  

– Grają tam niezłe kapele.  

Nie  mógł  uwierzyć  w  swoje  szczęście.  Sączył  kawę,  patrzył  spod  oka  na  jej  opalone  na 

brąz  ramię,  na  smukłą  dłoń,  którą  wybierała  kamyczki  ze  ścieŜki  obok  swojej  stopy,  i  znowu 

opuszczała go odwaga.  

–  Na  mnie  juŜ  pora  –  powiedział  w  końcu.  –  Muszę  wracać  do  pracy.  Do  zobaczenia  w 

piątek. Wpadnę tu po ciebie o...  

–  Nie,  lepiej  nie.  Spotkajmy  się  na  mieście.  Pod  tym  kościołem  na  skrzyŜowaniu  w 

centrum... jak ono się nazywa? 

– Carfax.  

– O właśnie. O ósmej.  

– Dobrze. To do piątku. Dzięki za kawę.  

– Pa, pa, Chris.  

Poszło jak po maśle.  

 

Reszta tygodnia upłynęła mu jak we śnie. W piątek był juŜ tak podniecony, Ŝe nawet matka 

sama Ŝyjąca w mgiełce zauroczenia Mikiem Fairfaxem, coś zauwaŜyła.  

– Na miłość boską, przyprowadź tę dziewczynę do domu – powiedziała.  

background image

– Jaką dziewczynę? 

– No tę, z którą masz randkę. Nie stroiłbyś się tak dla Carla i Jacko. Matki nie oszukasz.  

Miał  nadzieję,  Ŝe  to  nieprawda.  Nie  powiedział  nikomu  o  Jenny,  nawet  Barry’emu 

Millerowi, jedynemu człowiekowi, któremu byłby jeszcze skłonny się zwierzyć.  

Był piękny, ciepły wieczór i nie poszli do Jericho Tavern, lecz do University Park, usiedli 

tam nad rzeką i gawędzili.  

Powiedziała  mu,  Ŝe  uciekła  z  domu  w  Yorkshire  (nie  powiedziała  dlaczego)  i  pojechała 

najpierw do Londynu, gdzie nikogo nie znała. Nocowała na dworcach i w parkach, dopóki nie 

spotkała  dziewczyny  imieniem  Tansy,  takiej  jak  ona  uciekinierki,  tyle  Ŝe  z  dobrego  domu. 

Zaprzyjaźniły się. Przyjechała z Tansy do Oksfordu i przez nią poznała Piersa.  

– To było na jakiejś zabawie, nie pamiętam juŜ gdzie... w którymś z college’ów.  

Z  początku  mi  się  podobał.  To  był  dla  mnie  inny  świat.  Pierwszy  raz  coś  takiego 

widziałam;  wcześniej  do  głowy  by  mi  nie  przyszło,  Ŝe  ludzie  naprawdę  mogą  tak  Ŝyć. 

Szampan, forsy jak lodu... nigdy bym nie uwierzyła. A Piers był do tego lordem. Pęczniałam z 

dumy, Ŝe chodzę z lordem. Ale potem przekonałam się, jacy oni są naprawdę.  

Jenny nie miała pojęcia, Ŝe Tansy zaopatruje Piersa w narkotyki. Kiedy Tansy aresztowano, 

Jenny  znowu  znalazła  się  na  ulicy  i  tułała  po  noclegowniach  dla  bezdomnych.  Wolała  to  niŜ 

łóŜko Piersa.  

Po jakimś czasie poznała Dereka i Olliego i wprowadziła się do nich. Podkreśliła, Ŝe są jej 

przyjaciółmi, nie kochankami; naprawdę.  

Chris wiedział, Ŝe nie mówi mu całej prawdy. śe jej historia musi być bardziej złoŜona, a 

ona sama wcale nie jest  taka naiwna, na jaką próbuje pozować. Ale nie powiedział jej tego w 

oczy; od prawdy waŜniejsze było, Ŝe w ogóle mu o sobie mówiła.  

Nigdy jeszcze nie spotkał takiej dziewczyny. Niewinna twarz, zaniepokojona bezbronność, 

którą widział w jej oczach tamtej nocy nad jeziorem, drobna budowa  ciała, szczupłe ramiona, 

smukłe dłonie, wszystko to wyzwalało w nim instynkt opiekuńczy. Przy niej miał świadomość 

swojej postury, muskulatury, a takŜe swojej nieporadności.  

A  jednocześnie  tembr  jej  głosu  i  sposób  wysławiania  zdawały  się  przeczyć  niewinności. 

Robiła  na  nim  wraŜenie  uświadomionej,  ale  nie  do  końca,  znającej  Ŝycie,  ale  niecynicznej, 

zgryźliwej, ale mimo to sympatycznej. Krótko mówiąc, była o wiele bardziej dojrzała, niŜby się 

mogło  wydawać.  Lecz  przy  całym  swoim  doświadczeniu  Ŝyciowym  miała  ogromne  luki  w 

wiedzy  ogólnej.  Zupełnie  jakby  nigdy  nie  chodziła  do  szkoły,  jakby  od  urodzenia  błąkała  się 

samopas i nie dała schwytać.  

–  Nie  myślałaś  o  studiach?  –  spytał.  –  Program  tych  dwóch  klas,  których  brakuje  ci  do 

zaliczenia  szkoły  średniej,  mogłabyś  przerobić  na  zaocznych  kursach  i  drogę  na  uniwersytet 

miałabyś otwartą.  

– Tak? A na co mi uniwersytet? 

– Bo jesteś inteligentna.  A mając dyplom, mogłabyś znaleźć sobie naprawdę dobrą pracę. 

Poza  tym  poszerzanie  horyzontów  daje  satysfakcję.  Mogłabyś  zostać  członkiem  parlamentu  i 

uchwalać prawa ustawiające do szeregu ludzi takich jak Piers.  

background image

–  Piers  to  nie  problem.  I  mogę  ci  wymienić  sto  powodów,  dla  których  nie  chciałabym 

zasiadać w parlamencie. Ludzie tacy jak ty mają to do siebie, Ŝe nie potrafią wybaczyć ludziom 

takim jak ja, Ŝe nie są tacy jak oni.  

– Tacy jak ja? 

– Ludzie z ładnych domów, na ciepłych posadkach, z dyplomami w kieszeni i tak dalej. To 

nie  mój  świat,  Chris,  ja  jestem  inna.  I  rzecz  nie  w  pochodzeniu  społecznym,  jeśli  tak  sobie 

pomyślałeś.  

– Nie pomyślałem! 

– Ale myślałeś, Ŝe ja tak myślę.  

– Słucham? 

– Rozszyfruj to sobie.  

Rozszyfrował i powiedział: 

–  Nie,  wcale  tak  nie  myślałem.  Nie  rozumiem,  dlaczego  to  nie  miałby  być  twój  świat. 

Skoro potrafisz układać takie słowne szarady, to jesteś w nim juŜ bardziej ode mnie. Ten świat 

do nikogo nie naleŜy. A jeśli jesteś zdolna, to szkoda by było...  

Nic  nie  odpowiedziała  i  poczuł  się  skarcony.  Po  chwili  podjęli  rozmowę,  ale  juŜ  na 

luźniejsze  tematy,  śmiejąc  się  i  przekomarzając.  Kiedy  zaczęło  się  ściemniać,  wstali  i  ruszyli 

wąską  alejką  pod  baldachimem  ciemnych  drzew  ku  bramie  parku,  Ŝeby  zdąŜyć  przed  jej 

zamknięciem.  

Wyszli  na  ulicę  St  Giles,  bardzo  szeroką,  z  wysokimi,  majestatycznymi  domami  i 

wzniesionymi z kamienia budynkami college’u po obu stronach.  

Pod drzewami, przed wielkimi klasycystycznymi gmachami Ashmolean Musem parkowała 

mała,  zapyziała  furgonetka  z  kebabami.  Chris  kupił  dwa  pikantne  kebaby,  rozsiedli  się  na 

schodach muzeum i jedli je salmonelli na pohybel; miłość jest odporna na zatrucia pokarmowe. 

Co Jenny myślała o nim, Chris nie potrafił ocenić, podejrzewał, Ŝe po prostu go lubi, natomiast 

on  był  zakochany,  zauroczony,  pijany  miłością.  Wszystko  wokół  wydawało  mu  się  idealne, 

tajemnicze,  cudowne:  od  pięknego  aromatu  frezji,  którymi  pachniała,  poprzez  białą  wstąŜkę, 

którą  miała  przewiązane  włosy,  do  brązowej  skóry  jej  drobnych,  bosych  stóp.  Jego  zmysły 

opływały miłością; oddałby za nią Ŝycie.  

Co zaś do Jenny... to nie powiedziała mu, dlaczego uciekła z domu, bo się wstydziła. Nad 

całym  jej  poprzednim  Ŝyciem  zalegał  cień  wstydu  i  poczucia  winy,  a  przecieŜ  nie  było  dnia, 

Ŝ

eby  nie  wracała  pamięcią  do  przeszłości  i  nie  próbowała  doszukiwać  się  w  niej  jaśniejszych 

stron. Niestety bezowocnie.  

Od  urodzenia  mieszkała  z  rodzicami  w  małym  miasteczku  w  Yorkshire.  Ojciec  był 

magazynierem,  matka  kucharką  w  szkole.  Kiedy  Jenny  miała  sześć  lat,  firmę  ojca,  jak  wiele 

innych na początku lat osiemdziesiątych, zlikwidowano, i nie mógł znaleźć innej pracy.  

Niedługo potem lokalne władze oświatowe zmieniły system Ŝywienia w szkołach. Zamiast 

zatrudniać  własne  kucharki,  ogłosiły  przetarg  na  tę  usługę,  zapraszając  do  niego  zewnętrzne 

firmy  prywatne. Wiele kobiet, wśród nich matka  Jenny, straciło pracę, i  chociaŜ części z nich 

udało się zatrudnić u prywatnego cateringowca, który zdobył kontrakt, to większość nie miała 

tego szczęścia. Matka Jenny była wśród tych ostatnich.  

background image

W  domu  przez  długi  czas  źle  się  działo.  Po  roku  matka  Jenny  znalazła  jednak  pracę,  tym 

razem  w  szpitalu  jako  salowa,  lecz  ojciec  nadal  pozostawał  na  bezrobociu.  Całymi  dniami 

przesiadywał w domu, palił i gapił się w telewizor.  

PoniewaŜ  matka  wychodziła  do  pracy  wcześnie  rano,  to  ojciec  budził  Jenny  i  robił  jej 

ś

niadanie, i to właśnie wtedy zaczął ją molestować.  

Z  początku  było  to  niewinne  z  pozoru  dotykanie,  a  właściwie  niby  to  przypadkowe 

muskanie  jej  nagich  ramion  i  nóŜek.  Ale  to  się  zmieniło.  Muskanie  przeszło  z  czasem  w 

głaskanie, a głaskanie w ściskanie, i Jenny, która miała juŜ wtedy osiem lat, krew uderzała do 

głowy, kiedy do tego dochodziło, a potem czuła się brudna i bardzo nieszczęśliwa.  

Później zrobiło się jeszcze gorzej: cuchnące tytoniem pocałunki, ręce w jej majteczkach.  I 

nie  tylko.  Matka,  gdyby  miała  świadomość,  co  się  święci,  moŜe  by  ją  obroniła,  ale  chodziła 

wciąŜ  zmęczona  i  rozdraŜniona,  a  zresztą  Jenny  nie  wiedziała,  jak  jej  to  powiedzieć. 

Powiedziałaby  swojej  wychowawczyni  w  szkole,  lecz  rotacja  kadry  nauczycielskiej  była  tak 

duŜa, Ŝe Jenny nie miała czasu poznać Ŝadnej z nauczycielek na tyle, Ŝeby jej zaufać.  

W piątym roku tej gehenny, zdesperowana, zabrała wieczorem nóŜ z kuchni i schowała go 

pod  poduszką.  Nie  bardzo  wiedziała,  co  z  nim  zrobi,  chociaŜ  gotowa  była  nawet  zabić  ojca. 

Kiedy  przyszedł  do  niej  nazajutrz,  dźgnęła  go  tym  noŜem  w  rękę.  Rana  nie  była  groźna,  ale 

krwi co niemiara. Na widok tej krwi zrobiło jej się słabo, on teŜ się przestraszył; kiedy jednak 

ochłonął, uderzył ją. Od tamtej pory scenariusz się zmienił. W dalszym ciągu ją obmacywał, ale 

teraz doszło do tego bicie – okrutne, bolesne razy  w miejsca,  gdzie się nie uwidocznią. Jenny 

nie  miała  juŜ  wtedy  nadziei, Ŝe  ktoś  jej  pomoŜe.  Zrozumiała  teŜ, Ŝe  biorąc  sprawy  we  własne 

ręce, moŜe coś zmienić, ale niekoniecznie na korzyść. To była pouczająca lekcja.  

Jakiś rok później ojciec znalazł w końcu pracę. Wychodził z domu wcześnie rano i nie miał 

juŜ  tylu  okazji  do  zostawania  z  córką  sam  na  sam.  Przypadki  molestowania  stały  się  rzadsze, 

ale  dla  Jenny,  która  zdecydowała,  Ŝe  po  ukończeniu  szesnastego  roku  Ŝycia  odejdzie  z  domu, 

nie  miało  to  juŜ  większego  znaczenia.  Zwlekała  do  tego  czasu,  bo  chciała  być  zgodnie  z 

prawem zwolniona od obowiązku zamieszkiwania z rodzicami i chodzenia do szkoły.  

I  tak  w  dzień  swoich  szesnastych  urodzin  wstała  wcześnie,  kiedy  reszta  domowników 

smacznie  jeszcze  spała, zjadła  w  małej  kuchni  swoje  ostatnie  śniadanie,  potem  umyła  miskę  i 

łyŜkę, zarzuciła na ramiona plecak i wyszła.  

Zostawiła  na  stole  karteczkę:  „Cześć,  mamo,  odezwę  się”.  Pomaszerowała  prosto  na 

dworzec  autobusowy,  wsiadła  do  autobusu  jadącego  na  południe  i  opuściła  swoje  rodzinne 

miasteczko na zawsze.  

Nic, co się od tamtej pory wydarzyło, nie zatarło wstydu, strachu ani nienawiści.  

Spała  z  wieloma  chłopcami,  między  innymi  z  Piersem,  i  chociaŜ  niektórzy  z  nich  byli 

nawet  zabawni,  niektórzy  sympatyczni,  a  niektórzy  atrakcyjni,  to  ich  oczyma  patrzył  na  nią 

ojciec,  a  kiedy  zamykała  swoje,  to  po  to,  Ŝeby  się  przed  nim  schować.  MoŜe  któregoś  dnia 

opowie  komuś,  co  przeŜyła;  moŜe  opowie  Chrisowi.  Ale  jeszcze  nie  teraz,  nie  w  najbliŜszej 

przyszłości.  
 

 

background image

Rozdział trzeci 

 

W  poniedziałek  Barry  Miller  poprosił  Chrisa,  Ŝeby  mu  pomógł  w  pewnej  ekstra-robocie. 

Chris myślał, Ŝe chodzi o kolejny bal, ale okazało się, Ŝe to coś bardziej przyziemnego.  

– Kupiłem sobie domek letniskowy – powiedział Barry, kiedy załadowawszy do furgonetki 

rower Chrisa, jechali przez Oksford. – No, moŜe bardziej posiadłość.  

Nad  kanałem.  Chcę  go  okablować  i  urządzić,  a  potem  wykorzystywać  jako  warsztat  czy 

coś w tym stylu. MoŜe wstawię łóŜko, Ŝeby było przytulniej.  

Najpierw  pojechali  do  Barry’ego,  do  Kidlington,  prawie  trzy  mile  na  północ  od  miasta, 

Ŝ

eby  zabrać  z  domu  parę  drobiazgów.  Barry  mieszkał  w  zgrabnym  małym  domku  na 

nowoczesnym  osiedlu.  Byli  tam  około  czwartej  i  Ŝona  Barry’ego,  Sue,  zaproponowała,  Ŝe 

zaparzy im herbatę.  

Powiedziała Chrisowi, Ŝe pracuje jako sekretarka w szkole. Ich dziesięcioletni synek Sean 

grał przed domem w piłkę i Barry zatrzymał się, podbił piłkę kilka razy nogą, a potem strzelił, 

trafiając z hukiem w drzwi od garaŜu, które spełniały funkcję bramki. Sue przewróciła oczami. 

Była  ładną,  cichą  blondynką  i  roztaczała  wokół  siebie  dziwną  aurę  czarującego  rozsądku,  na 

który kładł się cień niepokoju, tak jakby ktoś z jej bliskich – moŜe syn – czuł się juŜ lepiej, ale 

niedawno  powaŜnie  chorował  i  jeszcze  całkiem  nie  wydobrzał.  Chris  od  razu  poczuł  do  niej 

sympatię. Zastanawiało go tylko, dlaczego Barry w furgonetce, kiedy tu jechali, prosił go, Ŝeby 

nie wspominał Sue o tym domku letniskowym; ale ona miała widocznie zaufanie do męŜa i nie 

dociekała, jaką pracę mają do wykonania.  

–  Od  dawna  mieszkasz  w  Oksfordzie,  Chris?  –  spytała,  kiedy  Barry  pokazywał  Seanowi, 

jak omija się z piłką obrońcę.  

– Od urodzenia. A państwo przenieśli się tu z Londynu? 

– Tak. Trzy lata temu.  Zamierzaliśmy wyjechać  do Australii, ale moi rodzice się starzeją, 

wiesz, jak to jest... Zresztą Barry nie narzeka. Skończyłeś juŜ szkołę? 

Wyglądasz na starszego niŜ...  

– Zostały mi jeszcze dwa lata. A potem uniwersytet. Sue, czy nie uwaŜasz, Ŝe jeśli ktoś jest 

zdolny, to powinien iść na uniwersytet i rozwijać swój talent? 

–  Jeśli  tylko  ma  taką  moŜliwość,  to  oczywiście  –  odparła.  –  Sama  robię  teraz  dyplom  na 

uniwersytecie  otwartym.  To  coś  cudownego,  najbardziej  podniecająca  przygoda,  jaką  w  Ŝyciu 

przeŜyłam. Tylu rzeczy się dowiaduję... jestem na literaturze angielskiej. Barry mówi, Ŝe muszę 

być  naprawdę  zdolna,  ale  ja  mu  powtarzam,  Ŝe  jest  ode  mnie  zdolniejszy  i  teŜ  powinien  się 

zapisać na studia. On jednak twierdzi, Ŝe nie ma na to czasu.  

– Jest zabiegany – powiedział Chris. – Firma ma mnóstwo zleceń.  

– Owszem – pokiwała głową, patrząc na zadbany trawnik i ich szczęśliwego syna.  

– Prosperuje. Myślę, Ŝe dobrze zrobiliśmy, przyjeŜdŜając tutaj.  

Chris  z  zachwytem  obserwował,  jak  Barry  i  Sue  na  kaŜdym  kroku  okazują  sobie 

przywiązanie.  Przekomarzali  się  i  śmiali  z  siebie  nawzajem,  a  jednocześnie  sprawiała  im 

przyjemność  fizyczna  bliskość.  Kiedy  Barry  wszedł,  objął  ją  od  razu,  a  ona  mocno  do  niego 

background image

przywarła.  Barry  kochał  takŜe  syna  i  była  to  miłość  odwzajemniona.  Pijąc  herbatę,  Chris 

zaobserwował przez okno taką sytuację: Barry dryblował, a Sean próbował odebrać mu piłkę i 

ku zaskoczeniu obydwóch udało mu się to. Ale Barry zręcznie ją odzyskał i natychmiast strzelił 

z  półobrotu  na  bramkę.  Był  to  mistrzowski  strzał.  Piłka  z  ogłuszającym  hukiem  uderzyła  w 

drzwi  garaŜu.  Lecz  oddając  go,  Barry  stracił  równowagę  i  klapnął  na  tyłek.  I  właśnie  reakcja 

Seana  na  ten  upadek  zwróciła  uwagę  Chrisa:  śmiech  chłopca  i  rumieniec  na  buzi  wyraŜały 

jednocześnie  podziw  dla  strzału  ojca,  rozbawienie  komicznym  upadkiem  i  niepokój,  czy  aby 

czegoś  sobie  nie  zrobił.  Chris  dostrzegł  w  tej  reakcji  wielką  miłość,  przykład,  jak  powinna 

wyglądać rodzina. Z takiej miny syna moŜna było być dumnym.  

W drodze do chaty nad kanałem Barry opowiadał Chrisowi o Seanie: 

– Dla mnie on jest królem świata. Odziedziczył po matce wiele dobrych cech.  

Bystrość i pojętność, ale niestety równieŜ dobre serce, wiesz, o co mi chodzi? Nie, nie jest 

mięczakiem...  to  nie  tak.  Lecz  jest  bardzo  ufny  z  natury...  i  Ŝyczliwie  nastawiony  do  całego 

ś

wiata, muchy by nie skrzywdził. Martwię się o niego czasami.  

– Dlaczego? Wyglądał mi na szczęśliwego.  

–  Nie  wiadomo,  co  go  w  Ŝyciu  czeka.  Znałem  paru  typków  spod  ciemnej  gwiazdy...  

widziałem, do czego są zdolni. Sam niejedno mam na sumieniu. Jak się dobrze zastanowić, to 

człowiek nigdy nie powinien czuć się bezpieczny.  

Chris  nie  bardzo  rozumiał,  co  Barry  ma  na  myśli.  Zjechali  z  autostrady  i  mijając  motel, 

popędzili w kierunku wioski Wolvercote. Zaraz za przerzuconym nad kanałem mostem skręcili 

w prawo, w wyboistą drogę gruntową biegnącą pod drzewami.  

– Nie byłem w tym zakątku od lat – powiedział Chris. – Zupełnie o nim zapomniałem.  

– I bardzo dobrze – mruknął Barry. – Im mniej osób o nim wie, tym lepiej.  

– Czemu? Nielegalne kasyno gry chcesz tu otworzyć czy co? 

Barry  nic  nie  powiedział.  Przejechali  w  milczeniu  jakieś  pół  mili  wzdłuŜ  kanału  i  skręcili 

na polankę przed skupiskiem zrujnowanych zabudowań gospodarczych.  

– Nie – odezwał się Barry. – To ma być moja kryjówka. Ustronne miejsce, w którym będę 

mógł się od czasu do czasu zaszyć.  

–  A  co?  –  spytał  Chris,  wysiadając  za  nim  z  furgonetki.  –  Ktoś  ci  depcze  po  piętach? 

Znaczy, wiesz, jeśli nie chcesz, to mi nie mów, ale...  

Barry  rozejrzał  się.  W  Ŝółtej  koszulce  polo  i  jasnych  bawełnianych  spodniach  wyglądał 

młodo, pręŜnie, zawadiacko – jak aktor grający bohatera w thrillerze.  

– Słuchaj, Chris – powiedział. – Zwierzę ci się z czegoś, dobrze? Z ciebie jest inteligentny 

facet.  Dave’owi  ani  Tony’emu  nie  mogę  powiedzieć;  oni  mają  pstro  w  głowach.  Ale  komuś 

muszę.  Sprawa  ma  się  tak:  parę  lat  temu  zadarłem  zjedna  rodziną,  rozumiesz.  Trzej  bracia. 

Carson  się  nazywali.  To  było  szemrane  towarzystwo,  typy  spod  ciemnej  gwiazdy.  Gorzej  niŜ 

szemrane.  Mieli  powiązania  z  terrorystami.  Wiesz,  z  tymi  irlandzkimi  bojówkarzami... 

Trzymali  ze  sobą  sztamę  na  wzór  mafii.  Kodeks  honorowy  i  takie  tam.  Tak  czy  owak 

przyczyniłem się do wsadzenia dwóch z nich za kratki... Nic dodać, nic ująć. I muszę być teraz 

ostroŜny. Sue ani Seana raczej nie tkną; to by nie było w ich stylu. Ale wiesz, wypadki chodzą 

po ludziach. Dlatego kupiłem tę minkę. Nie powiesz jej? 

background image

– Słówkiem nie wspomnę.  

– Tak będzie lepiej. Tylko by się zdenerwowała. A więc wystarczy chatkę okablować. śeby 

się  nadawała  do  zamieszkania.  śadnych  tam  ekstrawagancji;  ze  dwie  oprawy  oświetleniowe, 

parę  gniazdek,  przenośne  grzejniki.  Jakiś  dzień  solidnej  pracy:  Jak  juŜ  powiedziałem,  Dave  z 

Tonym  to  plotkarze,  jutro  wszyscy  by  o  tym  miejscu  wiedzieli...  Porządne  chłopaki,  dobrzy 

pracownicy, ale...  

Trzymaj.  

Podał Chrisowi zwój grubego kabla elektrycznego, który wyjął z furgonetki, sam zarzucił 

sobie  na  ramię  torbę  z  narzędziami,  wziął  pod  pachę  pudło  z  osprzętem  i  ruszył  przodem  w 

stronę  solidnie  wyglądającego,  tonącego  w  pokrzywach  budyneczku.  Wzniesiony  był  z 

betonowych  prefabrykatów,  dach  miał  pokryły  blachą  falistą  i  na  tle  panującej  tu  wszędzie 

atmosfery  rujnacji  robił  naprawdę  niezłe  wraŜenie.  Barry  przekręcił  klucz  w  zamku  i  wszedł. 

Cementowa  posadzka  nie  była  spękana;  nie  czuło  się  wilgoci.  Działała  nawet  jarzeniówka 

przytwierdzona byle jak do belek podtrzymujących strop.  

–  Nieźle,  co?  Mury  zdrowe,  bez  dwóch  zdań.  Ocieplę  toto,  uszczelnię  watą  szklaną  dach, 

wyłoŜę  boazerią  ściany  i  mucha  nie  siada.  Woda  doprowadzona,  patrz...  –  Wskazał  ruchem 

głowy na metalowy zlew w kącie. – Przyszło mi teraz do głowy, Ŝe i kabinę natryskową moŜna 

by  zainstalować.  Znasz  się  na  hydraulice?  Instalacja  kibelka  teŜ  nie  powinna  nastręczyć 

większych problemów, nie? To by dopiero było.  

Tak, natrysk, kibelek, kuchenka... chałupka zyskałaby trochę na wartości, nie? 

Mam pomysł. Domki letniskowe. Dobrze je zaprojektować, i bingo.  Działki w Europie są 

teraz tanie jak barszcz. Trzeba tylko szybko działać. Tak, to jest myśl...  

Chrisowi  podobała  się  przedsiębiorczość  Barry’ego.  Przed  chwilą  napomykał  z 

przygnębieniem  o  mafijnej  zemście,  teraz  zbijał  w  wyobraźni  fortunę  na  budowaniu  domków 

letniskowych w Europie.  

ChociaŜ  w  jego  projektach  sporo  było  Ŝyczeniowego  myślenia,  to  kiedy  dochodziło  do 

konkretów,  potrafił  zdobyć  się  na  rzeczowość.  Wyrysował  schemat  okablowania,  z  którego 

odczytaniem  Chris  nie  miał  Ŝadnych  kłopotów,  a  wszystkie  potrzebne  kable,  osprzęt 

elektryczny i narzędzia leŜały juŜ na cementowej posadzce.  

– To prywatne lokum i  prawdę mówiąc, nie powinienem wpuszczać tego w koszta firmy. 

Ale  wpuszczę  ze  względu  na  podatek.  Płacę  sumiennie  swoje  podatki.  Są  goście,  którzy  nie 

płacą,  ale  to  stąpanie  po  kruchym  lodzie.  Mogą  upłynąć  lata,  lecz  prędzej  czy  później  cię 

dorwą. No, Chris. Poradzisz sobie? 

Chris kiwnął głową.  

– Mam tylko jedno pytanie w związku z tym schematem... Nie chcesz mieć kontaktu przy 

samych drzwiach? Głównego wyłącznika światła? 

–  No  tak,  wiedziałem,  Ŝe  o  czymś  zapomniałem.  Chcę  tu  zainstalować  detektor 

podczerwieni, Ŝeby światło w domu zapalało się automatycznie, kiedy ktoś się będzie zbliŜał. O 

tu,  przy  drzwiach  od  zewnątrz,  z  regulowanym  wyłącznikiem  czasowym.  Kiedy  będziesz 

blisko, światło zapali się automatycznie, powiedzmy na minutę, Ŝebyś zdąŜył otworzyć drzwi i 

podejść do kontaktu przy liczniku prądu.  

background image

Po  minucie  wyłącznik  czasowy  odetnie  prąd,  ale  jeśli  wcześniej  pstrykniesz  główny, 

nadrzędny kontakt, to światło pozostanie zapalone.  

– I minuta wystarczy? A jak, dajmy na to, upuścisz klucze? 

– MoŜesz nastawić taki czas zwłoki, jaki ci odpowiada... w przedziale od dziesięciu sekund 

do dziesięciu minut.  

Chrisowi  wydało  się  to  trochę  przekombinowane.  Gdyby  detektor  podczerwieni  uległ 

uszkodzeniu,  trzeba  by  było  szukać  głównego  kontaktu  po  omacku.  Ale  sama  zasada  była 

zrozumiała.  

–  Gdzie  ten  detektor  podczerwieni?  –  spytał,  spoglądając  na  stojące  na  podłodze  pudło  z 

osprzętem.  

– To specjalne ustrojstwo. Musiałem je zamawiać. Jeszcze nie przysłali.  

Potraktuj  je  jak  normalny  kontakt;  doprowadź  tam  na  razie  kabel,  tak  jak  masz  na 

schemacie, i zabezpiecz taśmą izolacyjną. Detektor zainstalujemy, jak mi go przyślą. Dobrze? 

W razie czego trafisz tutaj sam, skoro juŜ wiesz, gdzie to jest? 

Masz tu klucz. Ja mam drugi. Ale nie sądzę, Ŝeby ci to zajęło dłuŜej niŜ jeden dzień. Tyle 

wystarczy? 

– Chyba tak – mruknął Chris, szacując w myślach, Ŝe uwinie się z tą robotą w pół dnia. – 

Bez problemu.  

– To ja teraz wyładuję twój rower i zmykam. MoŜesz zacząć dzisiaj, moŜesz jutro... twoja 

sprawa.  Czekam  na  ciebie...  Co  dzisiaj  mamy?  Poniedziałek?  To  czekam  w  środę  rano  na 

meldunek, Ŝe robota wykonana. Jakby co, to dzwoń.  

Chris  schował  klucz  do  kieszeni  i  odprowadził  wzrokiem  furgonetkę  kolebiącą  się  na 

wyboistym  trakcie  pod  drzewami.  Wkrótce  zapanowała  cisza  mącona  jedynie  przez  śpiew 

ptaków  i  monotonny  szum  odległej  autostrady,  tak  stłumiony  przez  listowie,  Ŝe  ledwo 

słyszalny.  Małe  skupisko  zrujnowanych  zabudowań  tonęło  w  zieleni;  bluszcz  piął  się  po 

ś

cianach,  pokrzywy  pieniły  w  progach,  ścieŜki  zarastała  wybujała  trawa.  Chris  poświęcił  parę 

minut  na  obchód  budynków  (kurnik,  coś  jakby  obora  i  jakaś  rozwalona  buda  o  bliŜej 

nieokreślonym  przeznaczeniu),  potem  postanowił  poszukać  niewidocznego  kanału.  Wiedział, 

Ŝ

e  musi  tu  gdzieś  być,  nie  dalej  niŜ  o  rzut  kamieniem.  Rozbuchana  zieleń  –  dŜungla  listowia, 

gałązek,  gałęzi,  trawy,  chwastów  –  utrudniała  orientację.  W  końcu  jednak  wypatrzył  wąski 

rozstęp w zaroślach i przecisnąwszy się tamtędy, stanął na flisackiej ścieŜce.  

Kanał był cichy, wąski i brązowy. Po powierzchni ślizgała się niebieska waŜka.  

Kawałek  na  prawo  wystawał  z  wody  na  wpół  zatopiony  mały  jacht  kabinowy,  toczony  z 

wolna przez zgniliznę; część jego molekuł bez wątpienia kwitła juŜ triumfalnie w porastających 

brzegi  trzcinach.  Chris  obserwował  kiedyś  ten  kanał  z  mostu  w  Wolvercote.  Dziennie 

przepływało  nim  nie  więcej  niŜ  pół  tuzina  łódek  z  opalającymi  się  wczasowiczami.  Teraz  w 

zasięgu wzroku nie było Ŝywej duszy, nikogo prócz tej waŜki i zobojętniałej brązowej szkapy 

skubiącej trawę na łące po drugiej stronie kanału.  

Chris  wrócił  po  własnych  śladach  do  budynku...  czy,  jak  go  określił  Barry,  domku 

letniskowego.  Widział  go  juŜ  oczyma  wyobraźni  po  odszykowaniu:  obłoŜony  cedrem,  z 

czystymi szybami w oknach, na patio stolik pod parasolem, ze skrzynek na parapetach spływają 

background image

kaskadami  kolorowe  kwiaty;  Barry,  Sue  i  Sean  –  powiedzmy  w  kostiumach  kąpielowych  – 

wokół grilla. Wypisz, wymaluj ilustracja z prospektu biura podróŜy.  

Rzeczywistość  nijak  się  miała  do  tej  sielankowej  scenki.  Wnętrze  budynku  stanowiło  na 

razie  białą  plamę.  Równie  dobrze  mogła  się  tu  mieścić  pracownia  artysty,  jak  i  tymczasowa 

klasa  w  przepełnionej  szkole  albo  sala  tortur  jakiejś  bananowej  środkowoamerykańskiej 

republiki. Chris zaczął sortować narzędzia i kable i jak zawsze, kiedy był sam, szybko popuścił 

wodze  wyobraźni.  Wkrótce  mieszkał  tu  juŜ  nie  Barry,  lecz  on  i  Jenny.  Jej  drobna,  ironiczna 

obecność wypełniła polankę niczym duch.  

Przedstawiona  przez  Barry’ego  charakterystyka  braci  Carson  była  w  zasadzie  prawdziwa. 

Tyle Ŝe nie mieli oni nic wspólnego z terroryzmem. Sam Barry teŜ nie zawsze nosił nazwisko 

Miller.  

Mieszkał kiedyś w południowym Londynie, nazywał się Barry Springer i był elektrykiem. 

Swego czasu zadał się przypadkowo z braćmi Frankiem i Billym Carsonami, którzy uwaŜali się 

za hersztów gangu, takich jak osławieni bliźniacy Kray. I podobnie jak światek braci Kray, tak i 

ich  światek  sytuował  się  na  obrzeŜach  showbiznesu.  Barry  kochał  niebezpieczeństwo  i 

splendor; szczególnie lubił obracać się w towarzystwie popularnych ludzi, takich jak gracze w 

snookera czy aktorzy telewizyjni, stawiać im drinki w klubach, być przez nich rozpoznawanym 

jako ktoś z gangu Carsonów.  

W  rzeczywistości  bracia  Carson  byli  niekompetentnymi  bandytami.  Dokonali  kilkunastu 

napadów  na  sklepy  jubilerskie  i  nie  dali  się  złapać,  ale  teŜ  się  nie  wzbogacili.  W  końcu 

postanowili obrabować opancerzoną furgonetkę firmy Securicor, przewoŜącą utarg ze sklepów 

do banku, i z tymi pieniędzmi wejść na powaŜnie w biznes narkotykowy.  

Ale  Barry  Springer  brzydził  się  narkotykami.  KradzieŜą  teŜ  się  trochę  brzydził,  lecz 

pieniądze z tego procederu były przynajmniej czyste. Postanowił sobie, Ŝe skok na furgonetkę 

Securicoru  będzie  jego  ostatnią  robotą,  Ŝe  zainkasuje  swoją  działkę,  zmieni  klimat  i  rozkręci 

gdzieś jakiś mały interes.  

Skok się nie powiódł. Bracia Carson wzięli ze sobą broń, czego nigdy wcześniej nie robili, 

a  ochroniarze  Securicoru  okazali  się  o  wiele  czujniejsi,  niŜ  to  zakładał  plan  napadu.  Billy 

Carson spanikował i strzelił do jednego; ochroniarz padł na miejscu trupem, a gang czmychnął 

tylko z ułamkiem tych pieniędzy, na jakie się nastawiał.  

Przez  kilka  następnych  dni  Carsonowie  wprost  szaleli,  zupełnie  jakby  przeczuwali,  Ŝe  są 

skończeni.  Strzelili  do  kasjera  towarzystwa  budowlanego,  raniąc  go  i  uciekając  z  czterema 

tysiącami  funtów.  Postrzelili  śmiertelnie  zastępcę  naczelnika  poczty  i  zrabowali  trzysta,  a 

potem,  przez  czysty  przypadek,  trafili  największy  w  swojej  karierze  łup.  KrąŜyli  bez  Ŝadnego 

określonego  celu  samochodem  po  mieście  i  w  pewnej  chwili  zobaczyli  inną  pancerną 

furgonetkę, tym razem odbierającą pieniądze z banku.  

Gdyby wcześniej nie pili, nie rwali włosów z głów i gdyby nie zdawali sobie sprawy, Ŝe i 

tak nie mają juŜ nic do stracenia, nigdy by się na to nie powaŜyli.  

Teraz  jednak  Frank  Carson  bez  namysłu  zjechał  do  krawęŜnika,  wyskoczyli  z  wozu  i 

dziewięćdziesiąt  sekund  później,  zostawiwszy  na  chodniku  dwa  trapy,  pędzili  juŜ  ulicami 

południowego Londynu ze stu czterdziestoma tysiącami funtów na tylnym siedzeniu.  

background image

Ukryli samochód i pieniądze w wynajętym garaŜu za rzędem sklepów w Deptford.  

Billy  pognał  do  domu  spakować  się,  a  Frank  do  biura  podróŜy  po  bilety  lotnicze  do 

Hiszpanii. Do domu nie dane mu juŜ było wrócić. Wysiadał na swoim przystanku z autobusu z 

poczuciem,  Ŝe  coś  jest  nie  w  porządku;  a  kiedy  skręciwszy  za  róg,  zobaczył  policyjnych 

snajperów  przed  swoją  kamienicą,  blokadę  i  megafony,  zrozumiał  natychmiast,  Ŝe  Billy’ego 

albo wyprowadzą w kajdankach, albo zastrzelą.  

Zawrócił na pięcie ku głównej ulicy i pojechał autobusem do wynajmowanego garaŜu.  

Przyczai się gdzieś z pieniędzmi na jakiś czas, a potem kupi sobie nowy paszport, bo stary 

został wraz z Billym w mieszkaniu.  

Ale  pieniędzy  nie  było.  Jedyną,  poza  braćmi,  osobą,  która  wiedziała  o  garaŜu,  był  Barry 

Springer,  który  od  czasu  pierwszego  napadu  na  furgonetkę  Securicoru,  kiedy  to  Billy  połoŜył 

trapem ochroniarza, nie chodził juŜ z nimi na Ŝadną robotę, i Frank od razu to sobie skojarzył.  

Frank był trochę mniej w gorącej wodzie kąpany niŜ Billy, lecz nie za bardzo – nie na tyle, 

Ŝ

eby nie wskoczyć do samochodu i nie popędzić na złamanie karku, z pianą na ustach, do domu 

Barry’ego Springera.  

Spóźnił  się  jednak.  Springera  juŜ  tam  nie  było,  nie  było  teŜ  jego  Ŝony  ani  małego  synka. 

JakieŜ  było  zdumienie  Franka,  kiedy  staranowawszy  ramieniem  drzwi  frontowe,  wpadł  jak 

burza  do  środka  i  stanął  oko  w  oko  z  uzbrojonymi  policjantami,  którzy  się  tam  na  niego 

zasadzili. Został natychmiast obezwładniony i aresztowany.  

Billy juŜ wtedy nie Ŝył. Zginął w strzelaninie, jaka się wywiązała, raniąc przedtem dwóch 

policjantów;  jeden  z  nich  zmarł  potem  w  szpitalu.  Frank  był  sądzony  za  morderstwo  i  został 

skazany na doŜywocie. Koronnym świadkiem oskarŜenia był Barry Springer. PoniewaŜ zgodził 

się  zeznawać,  nie  postawiono  mu  zarzutów  i  puszczono  wolno.  Zmienił  nazwisko  na  Miller  i 

wyjechał z rodziną z Londynu; policja pomogła mu zatrzeć za sobą ślad.  

Ale Frank i Billy Carsonowie mieli młodszego brata. Miał Edward na imię i zupełnie inny 

charakter. Oni byli impulsywni, on wyrachowany; oni głupi, on inteligentny. Nie uczestniczył 

w ich przestępczym procederze, ale bynajmniej nie dlatego, Ŝe nie pozwalały mu na to skrupuły 

natury  moralnej.  UwaŜał  po  prostu,  Ŝe  przestępczość  nie  jest  najefektywniejszym  sposobem 

zdobywania  tego,  co  moŜna  równieŜ  zdobyć,  a  co  waŜniejsze,  zachować,  wykorzystując  do 

tego szare komórki.  

Wyuczył  się  na  biegłego  księgowego  i  pod  tą  przykrywką  opracował  metody  prania 

brudnych pieniędzy. Był juŜ bogatym człowiekiem.  

Z pogardą odnosił się do krótkowzrocznej brutalności starszych braci, ale za jedno był im 

dozgonnie wdzięczny: wspólnymi siłami i z oddaniem wychowywali go po śmierci rodziców, i 

za to darzył obu jedyną w swoim Ŝyciu miłością.  

Edward  był  dziwnym,  okrutnym  człowiekiem  o  filozoficznej  naturze,  zagorzałym 

czytelnikiem,  facetem  nieprzejednanym  i  zimnym.  Kiedy  więc  Billy  zginął,  a  Frank  trafił  za 

kratki  na  co  najmniej  dwadzieścia  pięć  lat,  lodowaty  intelekt  Edwarda  zwrócił  się  przeciwko 

Barry’emu Springerowi. Springer wydał Billy’ego. 

background image

Springer, stojąc w boksie dla świadków, z miną niewiniątka przysięgał, Ŝe nie ma pojęcia, 

gdzie  podziały  się  pieniądze,  a  to  oznaczało  jeszcze  surowszy  wyrok  dla  Franka,  bo  sąd  nie 

uwierzył w jego zapewnienia, Ŝe to Springer musiał je podprowadzić.  

Jedyną  namiętnością,  która  moŜe  wykiełkować  z  wiecznej  zmarzliny  natury  Edwarda 

Carsona,  jest  zemsta.  Springer  był  wszystkiemu  winien;  Springer  zapłaci.  Carson  postanowił 

uzewnętrznić swój talent i zrobić uŜytek ze zgromadzonego bogactwa.  

Zaczął szukać Barry’ego Springera.  

 

 

background image

Rozdział czwarty 

 

Chris zaczął we wtorek rano i pięć godzin później robota była skończona.  

Wymienił  starą  instalację  elektryczną  na  nową,  w  której  skład  wchodziły:  główny  obwód 

pętlowy,  dwustronnie  zasilany,  z  czterema  podwójnymi  gniazdkami,  obwód  jednostronnie 

zasilany  do  kuchenki  oraz  obwód  oświetleniowy  z  dwoma  rozetkami  sufitowymi.  Ponadto 

Chris  wpadł  na  pomysł,  Ŝeby  oprócz  detektora  podczerwieni  zainstalować  nad  drzwiami  od 

zewnątrz  lampę,  którą  będzie  moŜna  równieŜ  zapalać  i  gasić  od  wewnątrz,  i  poprowadził 

stosowne okablowanie.  

Następnie  sprawdził,  czy  wszystko  działa,  czy  Ŝaden  kabel  nie  wystaje  zza  drewnianych 

listew  osłonowych,  do  których  przytwierdzone  zostaną  później  płyty  gipsowe,  zamiótł 

zaścielające  podłogę  trociny,  kawałki  kabla  i  izolacji  i  o  trzeciej  po  południu  wszystko  było 

gotowe.  

Zamknął  dom  na  klucz  i  ruszył  pieszo  traktem,  prowadząc  rower.  Za  duŜo  tu  było 

wykrotów  jak  na  dobry  miejski  rower;  na  tej  drodze  przydałby  się  rower  górski  ale  Chris 

uwaŜał  górale  za  niezgrabne  i  zbyt  cięŜkie.  W  Oksfordzie  rower  górski  nie  był  nikomu 

potrzebny i kaŜdy, kto takim jeździł, był z definicji pozerem.  

Dla Chrisa ideą kolarstwa była szybkość oraz wyzwania Tour de  France;  oszczędzał swój 

jednoślad na szosy.  

Wsiadł  na  rower  dopiero  w  Wolvercote,  pochylił  się  i  naciskając  mocno  pedały,  po 

piętnastu minutach był juŜ pod domem Jenny przy Cowley Road. Nikogo jednak tam nie zastał. 

Prawdę mówiąc, nie umawiał się z Jenny, ale mimo wszystko był zawiedziony.  

KrąŜył przez kilka minut tam i z powrotem, w końcu popedałował w kierunku Rose Hill.  

Była  to  dzielnica  wąskich  uliczek  i  bliźniaczych  domów  po  południowej  stronie  miasta, 

gdzie od sześciu miesięcy mieszkał ze swoją kochanką Diane jego ojciec.  

Chris nie bardzo wiedział, po co tam jedzie, chyba po prostu nie chciało mu się wracać do 

własnego domu.  

Zdumiała go tabliczka z napisem „Na sprzedaŜ” przed domem, ale kiedy Diane otworzyła 

mu  drzwi,  z  miejsca  o  tym  zapomniał.  Diane  była  ładną,  pulchną  blondynką,  dwudziestotrzy- 

moŜe dwudziestoczteroletnią. Chris znał ją od czasu, kiedy przed dwoma laty zaczynała pracę 

w firmie ojca.  

– Chris! Cześć. Eee... wejdź. Twój tato jest w ogródku.  

Był zły, Ŝe tak łatwo się rumieni. A  winna temu  była uroda Diane, jej krótka spódniczka, 

nagie nogi i ciepłe, pachnące kwiatami popołudniowe powietrze, no i ten jej uśmiech, zupełnie 

jakby darzyła go sympatią.  

Przeciął  wąski  living  room  i  wyszedł  przez  tarasowe  drzwi  do  zalanego  słońcem  ogródka 

na tyłach.  

– Cześć, tato – powiedział.  

Ojciec,  w  szortach,  T-shircie  i  panamie  na  łysiejącej  głowie,  podniósł  wzrok  znad 

papierów, które właśnie przeglądał.  

background image

– Witaj, chłopcze – ucieszył się. – Jacy diabli ci tym razem przynieśli, co? 

Było to jego standardowe powitanie. Chris wiedział, Ŝ ojciec bardzo go lubi.  

– Jak interesy? 

– Kwitną, synu. Dlatego siedzę tu na słoneczku i zamiast się opalać, pracuję. Co u mamy? 

– W porządku. Mike Fairfax mieszka teraz u... Chciał powiedzieć u nas, ale nie byłaby to 

prawda.  

Mike Fairfax nie tyle u nich mieszkał, co sypiał z jego matką. Ojciec oŜywił się.  

– Naprawdę? Fairfax, ten filozof? 

– Tak. Mama oszalała na punkcie polityki. Nosi plakietki, chodzi na zebrania i w ogóle.  

Chris  siedział  na  schodku  i  wyciągał  rękę  do  czarno-białego  kotka,  który  się  tam  bawił. 

Zwierzak spojrzał podejrzliwie na jego dłoń i czmychnął pod osłonę krzewu lawendy.  

–  Znam  tego  typka  –  powiedział  ojciec.  –  Fairfaxa,  znaczy  się.  Nie  podpowiadaj,  to 

laburzysta, tak? Na liberała mi nie wygląda. Musi być laburzysta. Zgadłem? 

– Nawet gdybym zaprzeczył, powiedziałbyś, Ŝe nie mam racji.  

–  To  widać  na  milę.  Zalatuje  od  niego  społeczną  wraŜliwością.  Ja  jej  nigdy  nie  miałem. 

Twoja mama była wstrząśnięta, kiedy to odkryła. Pamiętam, jak zaraz po naszym ślubie ruszyła 

wielka  kampania  ratowania  tygrysa.  Powiedziałem,  Ŝe  ratowanie  tego  cholernego  tygrysa  to 

bardzo  dobry  pomysł...  jak  juŜ  zostanie  uratowany,  wykorzysta  się  go  do  eksperymentów 

medycznych,  a  będzie  ich  moŜna  przeprowadzić  na  nim  więcej  niŜ  na  marnym  szczurze. 

Obraziła się na mnie.  

Zasadnicza  kobieta  z  tej  twojej  matki.  Dobrali  się  z  poczciwym  Fairfaxem  jak  w  korcu 

maku. Dziękuję, Diane, Bóg zapłać.  

Z domu wyszła Diane, niosąc tacę z herbatą i ciasteczkami domowego wypieku.  

Ojciec wziął jedno.  

– Tyjesz – zauwaŜył Chris.  

– Tak? Co ty powiesz? Diane, czy ja według ciebie tyję? 

– Owszem – odparła. – Zmieniasz się w spasionego starego grubasa.  

Zsunęła mu kapelusz na czoło i wróciła do domu.  

– Widzisz, jak ona mnie traktuje? – wymamrotał wniebowzięty ojciec z pełnymi ustami.  

– Diane sama je piecze? – spytał Chris.  

– Tak. Nie smakują ci? 

– Bardzo dobre, naprawdę. Pracujesz teraz w domu, tato? 

– Kiedy tylko się da. Po co mam chodzić do biura, skoro to samo mogę robić, siedząc tutaj. 

Zresztą niewiele teraz zleceń. Aktualnie projektuję dobudówkę dla jednego bogatego starucha z 

Charlbury. Namówiłem go do przebudowy całego domu.  

Ś

pi na forsie i umyślił sobie, Ŝe przerobi  go na styl klasycystyczny; taki,  w jakim  gustują 

teraz  wszystkie  japiszony...  frontony,  kolumny  i  tak  dalej.  Mogę  mu  bez  trudu  sprokurować 

taką podróbkę, ale nie cierpię tego robić, wierz mi. Wpadło mi do głowy, Ŝeby nawet garaŜ mu 

przykryć  czymś  w  rodzaju  kopuły  florentyńskiej,  ale  pewnie  by  się  połapał,  Ŝe  jaja  sobie  z 

niego robię.  

– Nie powinieneś się tym zajmować, jeśli nie masz przekonania. To prostytucja.  

background image

– Opłacam z tego czynsz. Nie ma niczego niemoralnego w opłacaniu czynszu.  

– Tak, ale... powinieneś robić to, co podpowiada ci talent, a nie co dyktuje jakiś nadziany 

gość.  

– Tak teŜ czynię. Mam talent do podróbek. Poza tym on płaci i ma prawo wymagać. Mam 

nadzieję, Ŝe to cudo się nie zawali i nie będzie przeciekało.  

Ś

ciągnął  brwi,  poszperał  w  kieszeni  spodni  i  wyciągnął  wygniecioną  tubkę  pastylek  na 

trawienie.  

–  Piekielne  ciasteczka  –  wymamrotał,  ssąc  z  zapamiętaniem  pastylkę.  –  Zawsze  mam  po 

nich zgagę. Diane to cudowna dziewczyna, wiesz. Wybitnie uzdolniona.  

– Uzdolniona? 

– W dziedzinie architektury.  

– Naprawdę? 

Chris miał nadzieję, Ŝe nie zabrzmiało to sceptycznie. Nie chciał tego.  

–  Naprawdę  –  ciągnął  ojciec.  –  Marnuje  się  jako  sekretarka.  Wybiera  się  na  studia.  A  ty? 

Co porabiasz? 

Chris  opowiedział  mu  o  Barrym  Millerze  i  pracy.  Po  namyśle  wspomniał  równieŜ  o 

kryjówce, uznając, Ŝe nie popełni wielkiej niedyskrecji, jeśli tylko nie zdradzi lokalizacji.  

– Gangsterzy depczą mu po piętach? – prychnął ojciec. – Kit ci wstawia.  

Gniazdko miłości sobie wije, mówię ci.  

– On nie jest taki.  

– ZałoŜę się. śeby sprowadzać tam dziewczynki. To dlatego nie kazał mówić Ŝonie. Nam 

tu, po Oksfordzie, Ŝadni gangsterzy nie grasują.  

– Mówię ci, Ŝe on nie jest taki – upierał się Chris. Sama myśl, Ŝe Barry mógłby oszukiwać 

Sue i Seana, rozbijać tę przykładną rodzinę, była straszna.  

–  Młody  jesteś,  Ŝycia  nie  znasz  –  westchnął  ojciec.  –  Aha,  juŜ  wiem,  o  co  cię  chciałem 

poprosić. WyjeŜdŜamy z Diane na weekend. Nie będzie nas od piątku do niedzieli. Mógłbyś w 

tym czasie wpadać tu do kocura? 

– Jasne. Nie ma sprawy.  

– Ten mały skurczybyk sra gdzie popadnie, Ŝre na potęgę, a do tego gryzie. Nie miałbym ci 

wcale  za  złe,  gdybyś  zwrócił  mu  wolność,  ale  Diane  by  się  zdenerwowała,  a  więc  lepiej  tego 

nie  rób.  Karm  go  tylko  i  pój.  Poprosiłbym  sąsiadów,  ale  się  wczoraj  poprztykaliśmy;  to 

zwyczajna szumowina. Dobrze, Ŝe długo tu juŜ nie pomieszkamy.  

–  Aha,  właśnie!  Widziałem  przed  domem  tabliczkę  „Na  sprzedaŜ”.  Dokąd  się 

przeprowadzacie? 

– Pod Long Hanborough. Kupiliśmy tam dom, taką starą zapuszczoną ruderę. JuŜ byśmy w 

niej mieszkali, Ŝeby nie ten wychodek na zewnątrz. Mike Lovell doprowadza teraz posesję do 

stanu  uŜywalności.  Pamiętasz  go?  Poszerzał  nam  kuchnię.  Jak  tylko  skończy,  wprowadzamy 

się tam, a to tutaj niech czeka na kupca. Zaraz, mógłbyś tu pomieszkać przez weekend. Niech 

mama  i  Fairfax  nacieszą  się  choć  przez  te  parę  dni  wolną  chatą.  Jak  chcesz,  moŜesz  tu 

sprowadzić kumpli. Urządźcie imprezę, pograjcie na nerwach sąsiadom.  

– Wspaniale! Tak zrobię.  

background image

Chris juŜ wiedział, jak spędzi ten weekend. PoŜegnał się z ojcem, umówił się z nim, Ŝe po 

klucz  wpadnie  w  piątek  wieczorem,  i  wszedł  przez  tarasowe  drzwi  do  domu.  Rozejrzał  się  za 

Diane,  Ŝeby  z  nią  teŜ  się  poŜegnać.  Schodziła  akurat  po  schodach.  Spojrzała  mu  ponad 

ramieniem i zamknęła drzwi do living roomu. Zostali w korytarzu sami.  

– Chris – zaczęła przyciszonym głosem. – Czy z twoją mamą... wszystko w porządku? 

– On teŜ o to pytał – odparł Chris. – Tak, ma się dobrze, naprawdę.  

–  Bo  to  taka  miła  kobieta.  Przykro  by  mi  było,  gdyby  rozpaczała  czy  coś  w  tym  rodzaju. 

Nie zniosłabym tego.  

– Nie ukrywam, Ŝe z początku tak było. Ale chyba juŜ jej przeszło. Ma teraz przyjaciela, a 

więc bez obawy, samobójstwa raczej nie popełni.  

Diane  spojrzała  na  niego  badawczo  i  zacisnęła  wargi.  Wyglądała  jeszcze  młodziej  od 

Jenny. Stała tak blisko, Ŝe czuł zapach mydła, którego uŜywała.  

– Nie zniosłabym, gdyby wszyscy myśleli, no wiesz, ja tylko...  

–  Nikt  tak  nie  myśli  –  powiedział  wymijająco  Chris.  –  Tato  mówi,  Ŝe  wybierasz  się  na 

architekturę.  

– Tak. On mi podsunął tę myśl. Interesująca propozycja.  

Stali  przez  chwilę  skrępowani,  niemal  rówieśnicy,  osobowościami  i  sposobem  bycia 

bardziej  bliscy  sobie  niŜ  kaŜde  z  osobna  tamtemu  męŜczyźnie  w  ogródku,  ojcu,  kochankowi. 

Potem Diane zachichotała i otworzyła Chrisowi drzwi.  
 

 

background image

Rozdział piąty 

 

Matka, o dziwo, nie wpadła w histerię, kiedy Chris oznajmił, Ŝe weekend spędzi u ojca. Nie 

wiedział,  jak  zareaguje;  od  kiedy  zeszła  się  z  Mikiem  Fairfaxem,  stała  się  nieprzewidywalna, 

albo  on,  Chris,  mniej  przewidujący.  Obawiał  się,  Ŝe  zrobi  scenę,  zarzuci  mu  dezercję,  branie 

strony ojca i tak dalej. A ona, coś niebywałego, sprawiała wraŜenie zadowolonej.  

– Co u niego? – spytała, kiedy wieczorem siedzieli we trójkę przy kolacji.  

– Pytał wciąŜ, co u ciebie. W porządku. Tyje.  

– To dobrze – orzekła.  

– Dobrze? 

– Bo skoro nie przejmuje się sylwetką, to nie skończy jak tamten męŜczyzna w Szwajcarii.  

– Jaki męŜczyzna w Szwajcarii? – zainteresował się Mike Fairfax.  

–  Byliśmy  tam  dwa  lata  temu  na  wakacjach  –  wyjaśnił  Chris.  –  W  tym  samym  hotelu 

mieszkał facet w średnim wieku z bardzo młodą dziewczyną. Była o połowę od niego młodsza, 

a  on  strasznie  chciał  jej  zaimponować  swoją  formą.  Gdziekolwiek  się  poszło,  on  tam  biegał, 

pływał albo robił pompki, a ona snuła się za nim ze śmiertelnie znudzoną miną. W lesie były 

specjalnie oznakowane ścieŜki zdrowia z rozstawionym drewnianym sprzętem – podbiegło się 

kawałek, potem skoki przez ławeczkę, parę przysiadów, znowu kawałek biegiem i tak dalej. W 

kaŜdym  razie  on  imponował  jej  pewnego  ranka  na  takiej  ścieŜce,  dostał  ataku  serca,  i 

wykitował.  

Mike wydał jakiś nieartykułowany pomruk i sięgnął po winogrono. On teŜ biegał co rano i 

dlatego Chris przytoczył tę historię. Mike był dobrym człowiekiem, Chris nie miał co do tego 

wątpliwości  –  wraŜliwym,  oddanym,  energicznym,  sympatycznym  i  przyzwoitym.  Starał  się 

zaprzyjaźnić  z  Chrisem,  uznawał  jego  status  lokatora  z  dłuŜszym  staŜem  i  traktował  go  jako 

rozsądnego,  inteligentnego  dorosłego.  Fakt,  Ŝe  człowiek  wykazujący  wszystkie  te  pozytywne 

cechy  moŜe  być  tak  irytujący,  stanowił  dla  Chrisa  jedną  z  największych  tajemnic  świata.  Ale 

mniejsza z tym. NajwaŜniejsza była Jenny i to, Ŝe spotkają się jutro wieczorem.  

 

Barry  Miller  wypoŜyczył  trochę  sprzętu  oświetleniowego  pewnej  trupie  teatralnej 

wystawiającej  Romea  i  Julię  w  ogrodach  jednego  z  college’ów  i  Chris  zaproponował  Jenny 

obejrzenie  tego  spektaklu.  Zgodziła  się.  Kupił  bilety,  wykąpał  się,  ogolił  i  włoŜył  swoje 

najlepsze  sportowe  ubranie.  Czekając  na  Jenny  przy  portierni  college’u,  gdzie  się  umówili, 

dygotał cały ze zdenerwowania.  

Nie  bardzo  wiedział  dlaczego,  podejrzewał,  Ŝe  to  przez  ten  formalny  charakter  randki, 

pierwszej takiej w jego Ŝyciu. Kiedy jednak zobaczył ją, jak nadchodzi średniowieczną uliczką, 

ś

wieŜa,  słodka,  powaŜna,  serce  wezbrało  mu  dumą  i  miłością,  a  ręce  same  się  do  niej 

wyciągnęły.  Podała  mu  swoje  i  stali  tak  przez  chwilę,  uśmiechając  się  do  siebie,  a  jemu 

przemknęło przez myśl: pierwszy raz się dotknęliśmy.  

Scenę  stanowił  drewniany  podest  pod  drzewami.  Otaczały  go  z  trzech  stron  równieŜ 

drewniane schodkowe trybuny. Siedzieli w najwyŜszym rzędzie i śledzili rozwój wypadków na 

background image

małym  prostokącie  światła  pośród  gęstniejących  ciemności.  Chris  niewiele  rozumiał  z  fabuły. 

Cała  jego  uwaga  skupiona  była  na  Jenny,  na  jej  dłoni,  którą  trzymał,  na  łagodnej  krzywiźnie 

nagiej  szyi,  na  świeŜym  zapachu  perfum,  przywodzącym  na  myśl  frezje,  tym  samym,  którym 

pachniała jej balowa suknia w hangarze dla łodzi.  

Podczas przerwy powiedziała: 

– Nigdy jeszcze nie byłam na sztuce Szekspira. Tę przerabialiśmy w szkole, ale mnie wtedy 

nie  wciągnęło.  To  była  jakaś  zbitka  z  West  Side  Story  i  kazano  nam  proponować  własne 

współczesne wersje z punkami w głównych rolach, i takie tam.  

Nie wiedziałam, Ŝe to moŜe tak wyglądać.  

– Nie podoba ci się.  

– Wprost przeciwnie. Coś wspaniałego.  

Pod koniec popłakała się. Otarła później oczy grzbietem dłoni i pociągnęła nosem.  

Jej reakcja poruszyła Chrisa bardziej niŜ sama sztuka.  

Szli  w  milczeniu  przez  oświetlony  lampami  ogród,  trzymając  się  za  ręce,  a  w  powietrzu 

zdawało się wisieć jakieś oczekiwanie, cięŜkie niczym dojrzałe owoce na drzewach wokół.  

Kiedy znaleźli się na wąskiej, brukowanej kocimi łbami uliczce z murem ogrodu po jednej 

i starymi, wzniesionymi z kamienia budynkami college’u po drugiej stronie, Jenny powiedziała: 

– Ciekawa jestem...  

– No? 

– Ciekawa jestem, czy chodziło ci juŜ po głowie, Ŝeby mnie pocałować.  

Puścił rower i objął ją. Spodziewał się poczuć ciepło i miękkość, ale nie aŜ do tego stopnia, 

i  nie  w  połączeniu  z  gibką,  jędrną  siłą,  która  zdawała  się  falować  w  jego  ramionach  jak 

płomień.  

Kiedy  się  od  siebie  odsunęli,  był  tak  oszołomiony,  Ŝe  nie  potrafił  określić,  ile  czasu 

upłynęło. Stali w pewnym oddaleniu od zabytkowej latarni, zamontowanej na murze college’u, 

i skryta w półcieniu twarz Jenny wydawała się zdecydowana i tajemnicza jak aztecka rzeźba.  

– Nie rozumiem ciebie – powiedziała.  

– Dlaczego? Co masz na myśli? 

– To, Ŝe najwyraźniej chcesz, ale się powstrzymujesz. Nie ma się czego bać.  

– Nie. To trudno wyjaśnić. Myślę, Ŝe...  

– Nie wyjaśniaj. Nie musisz.  

– Powiedziałaś, Ŝe nie rozumiesz, więc...  

– Ale nie powiedziałam, Ŝe koniecznie chcę zrozumieć. Dziwny jesteś, mnie to jednak nie 

przeszkadza; nie chcę tego zmieniać. Podobasz mi się taki, jaki jesteś.  

– Naprawdę? 

– PrzecieŜ mówiłam.  

– Kocham cię, Jenny. Powiedział to. Samo mu się jakoś wyrwało. I ani się obejrzał, a ona 

znów go całowała wstrząsana bezgłośnym szlochem. Usta miała otwarte i wilgotne wilgoć była 

dla niego jak miodowa rosa, jak uderzając do głowy nektar, który z zachwytem spijał.  

–  Słuchaj  –  szepnął,  kiedy  się  od  siebie  oderwali.  Mój  ojciec  ma  dom  w  Rose  Hill, 

wyjeŜdŜa na weekend i prosi mnie, Ŝebym posiedział tam z kotem.  

background image

– Tak, i...  

– Pomieszkałabyś tam ze mną? 

– Kiedy? 

– Od piątku do soboty.  

– Dobrze.  

Odprowadził  ją.  W  kuchni  zajmowanego  na  dziko  domu  zjedli  na  spółkę  z  dziewczyną 

imieniem Marie jedną pizzę i wypili jedno piwo, bo tylko na tyle było ich stać.  

Jenny  nie  chciała  mu  pokazać  swojego  pokoju,  ale  obiecała,  Ŝe  przyjdzie  na  Rose  Hill. 

Wspominając potem w łóŜku wypadki tego  wieczoru, był przekonany, Ŝe obiecała. PrzeŜywał 

na nowo pocałunki i analizował jej słowa. Był pewny, Ŝe dobrze to rozegrał.  

 

Kiedy  w  piątek  siedział  w  wąskim  living  roomie  w  Rose  Hill,  ta  pewność  powoli  go 

opuszczała. Kotek, z racji którego tu przyszedł, spał zwinięty w kłębek na sofie, a ciepły blask 

zachodzącego  słońca  omywał  wiktoriański,  obłoŜony  kafelkami  kominek,  półki  z  ksiąŜkami 

obok,  stosiki  starannie  ułoŜonych  czasopism  o  architekturze  i  ksiąŜek  o  sztuce,  wystrzępiony, 

ale  wciąŜ  piękny  perski  kobierzec.  Chris  siedział  w  ciszy,  czując  wokół  siebie  pusty  dom, 

przygotowując  się  na  przybycie  Jenny.  Diane  zostawiła  mu  w  kuchni  zimną  tarte  i  sałatkę. 

Muzyka  teŜ  była;  ojciec  nie  mógłby  Ŝyć  bez  swoich  kaset  i  kompaktów:  Wagner,  Mahler, 

Bruckner, Strauss.  

Mieli  cały  dom  dla  siebie...  Chris  zaczynał  się  denerwować.  Chyba  źle  to  rozegrał.  Nie 

powiedziała, Ŝe przyjdzie. Nie przyjdzie, ani myśli przyjść.  

Roześmiała  się,  kiedy  powiedział,  Ŝe  ją  kocha,  a  on  wyrzucił  to  z  pamięci.  Nie  jadł  z  nią 

pizzy ani nie pił piwa w zajmowanym na dziko domu; śniło mu się to wszystko. Ona jest teraz z 

Derekiem  i  Olliem  i  śmieją  się  z  niego.  Zapadał  wieczór,  do  ogródka  zakradała  się  noc,  a  on 

siedział  w  wysprzątanym  małym  living  roomie  i  wyobraŜał  sobie  najrozmaitsze  rodzaje 

upokorzeń.  

Kiedy było juŜ zupełnie ciemno, wstał powoli i rozprostował zdrętwiałe członki.  

Kotek zerknął na niego, miauknął i znowu zasnął. Chris zapalił stojącą lampę, spojrzał na 

swoje odbicie w tarasowym oknie i poczuł się jak samotny więzień.  

MoŜe  zapomniała  numeru  domu  i  chodzi  teraz  tam  i  z  powrotem,  niezdecydowana,  do 

których drzwi zapukać? Wyszedł do małego frontowego ogródka. Ani Ŝywego ducha.  

Na  prawo  i  na  lewo,  jak  okiem  sięgnąć,  ciąg  identycznych  murowanych  domów  po  obu 

stronach  ulicy.  W  przesłoniętych  firankami  oknach  paliło  się  światło,  blask  ulicznych  latarni 

padał  na  dachy  zaparkowanych  samochodów,  podświetlał  bladozielone  podbrzusza  drzew 

wzdłuŜ krawęŜników, i nikogo w zasięgu wzroku.  

Zza  rogu  dobiegał  szum  przejeŜdŜających  główną  arterią  samochodów,  z  otwartego  okna 

domu po drugiej stronie ulicy płynęła muzyka, a z ogródka na jego tyłach dochodziły śmiechy. 

Zapach lewkonii mieszał się w powietrzu z wonią dymu i grillowanego mięsa.  

Chris wyszedł na środek jezdni, przemaszerował do końca uliczki, zawrócił i mijając dom 

ojca, doszedł do drugiego końca. W uliczkę nie  skręcił w tym czasie  ani jeden samochód, ani 

jedna gwiazda nie spadła z nieba, zza rogu nie wyłoniła się Ŝadna dziewczyna.  

background image

Chrisowi  piersi  rozsadzał  fizyczny  ból.  Chciało  mu  się  krzyczeć  z  tęsknoty  za  Jenny. 

Wiedział z dokładnością do jednego jarda, jak daleko stąd stoi jej dom.  

Czuł niewidzialny sznur łączący ich dwoje, napięty jak struna między ich sercami.  

Wyobraził  sobie  jej  dom:  na  górze  pali  się  światło,  jej  pokój,  którego  nie  chciała  mu 

pokazać;  pokój  przesycony  zapachem  Jenny,  ubranie  przerzucone  przez  oparcie  krzesła,  buty, 

małe  radyjko  szepczące  jej  do  ucha  w  nocy,  patrzące  na  nią  lusterko,  blask  nocnej  lampki 

padający na jej jedwabistą, oliwkową skórę...  

Pójdzie  tam.  Stanie  pod  domem.  Jak  zobaczy  światło  w  jej  oknie,  będzie  przynajmniej 

wiedział, gdzie ona jest; to mu wystarczy – przywróci spokój ducha.  

Bzdura.  PrzecieŜ  nawet  nie  wie,  które  okno  w  tym  małym  domu  jest  jej.  MoŜe  wlepiałby 

rozkochany wzrok w okno Dereka albo Olliego. Mogłoby się teŜ zdarzyć, Ŝe on poszedłby tam, 

a ona tymczasem inną trasą przyszła na Rose Hill i rozminęliby się po drodze. Zastałaby dom 

pusty i zawróciła. Nie! Musi uzbroić się w cierpliwość i czekać.  

Wrócił wolnym krokiem pod dom; jeszcze jeden rzut oka za siebie i wszedł do środka. Na 

stole w kuchni postawił dwa talerzyki, dwie szklanki, połoŜył dwa noŜe i widelce. Jak Ŝałośnie 

to teraz wyglądało. Zabrał talerz przygotowany dla niej, ale zaraz uświadomił sobie, Ŝe nie jest 

głodny, i sprzątnął ze stołu wszystko.  

Kotek w living roomie obudził się i szukał czegoś do zabawy. Chris wziął go na ręce. Był 

mały  i  lekki  jak  puszek,  ale  pełen  Ŝycia  i  energii.  Zadrapał  mu  pazurkami  dłoń,  zeskoczył  na 

podłogę,  czmychnął  pod  ścianę  i  zaczął  się  tam  tarzać,  walcząc  z  wyimaginowanym 

zagroŜeniem.  

– Nikogo ci do szczęścia nie brakuje, co, Stworku? – powiedział do niego Chris.  

– Masz wszystko, czego ci potrzeba. Wszystko poukładane... Przynoszą ci jedzenie, bawią 

się z tobą, sprzątają po tobie, a ty nie zdajesz sobie nawet z tego sprawy.  

Nic  cię  nie  obchodzi.  Ty  szczęśliwy  mały  skubańcu.  Gdybym  opowiedział  ci  o  Jenny, 

nawet byś się nie roześmiał. Nie wiedziałbyś, o czym mówię. Zobaczyłem ją na tamtym balu w 

długiej sukni pod drzewami... Zgłupiałem, nie wiem, co robić...  

Kociak  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Zmęczony  szarpaniem  pazurkami  perskiego  kobierca 

połoŜył się i znowu zasnął. Chris pogłaskał go delikatnie i poszedł do łóŜka.  
 

 

background image

Rozdział szósty 

 

Obudził  się  wcześnie  w  obcym  łóŜku  i  leŜał  przez  jakiś  czas  w  ciepłym  Ŝółtym  świetle 

przefiltrowanym przez zasłony, udając, Ŝe stracił pamięć i nie wie, kim jest. Ale nic z tego; nie 

potrafił o Jenny zapomnieć ani ignorować upokorzenia, które odczuwał.  

O  ósmej  wstał  z  cięŜkim  sercem,  włoŜył  szorty  i  T-shirt  i  zszedł  na  dół  nalać  Stworkowi 

mleka i zrobić sobie śniadanie. Wyszedł z miską płatków śniadaniowych do ogródka i zjadł je, 

siedząc na schodku.  

Nastawiał właśnie wodę na herbatę, kiedy rozbrzęczał się dzwonek u drzwi. Serce o mało 

nie  wyskoczyło  mu  z  piersi,  ale  to  był  tylko  listonosz  z  paczką,  która  nie  mieściła  się  do 

skrzynki na listy. Wrócił do kuchni i parząc herbatę, zastanawiał się, co będzie robił przez cały 

dzień. I wtedy znowu ktoś zadzwonił do drzwi.  

Tym razem była to Jenny.  

Stała na schodku na wpół skrępowana, na wpół wyzywająca.  

– Nie mogłam wczoraj przyjść – powiedziała. – Zadzwoniłabym, ale...  

– Zaparzyłem właśnie herbatę – wybąkał Chris.  

Odsunął się, Ŝeby ją przepuścić. Mijając go, zawahała się, a potem cmoknęła w policzek, i 

to wystarczyło – serce znowu mu stopniało.  

Byli  oboje  skrępowani.  Chris  nalał  herbaty  do  kubków  i  usiedli  z  nimi  na  schodku, 

obserwując Stworka uganiającego się za motylem.  

– Myślałem, Ŝe juŜ nie przyjdziesz – odezwał się Chris.  

– Obiecałam. Powinieneś wierzyć ludziom, kiedy coś obiecują.  

– Wierzę. Wierzę we wszystko.  

Upiła łyczek herbaty, trzymając kubek oburącz. Słońce podświetlało włoski na jej skórze – 

puszysty  meszek  na  delikatnym  róŜowo-oliwkowym  podłoŜu.  Wyczuła  jego  spojrzenie  i 

odwróciła się doń z uśmiechem.  

– Czyj to dom? – spytała.  

– Mojego taty. Mieszka tutaj ze swoją przyjaciółką. Pojechali na weekend do ParyŜa.  

– Czym się twój tato zajmuje? 

–  Jest  architektem.  A  ona...  ta  przyjaciółka,  Diane...  jego  sekretarką.  To  znaczy  byłą 

sekretarką. Tato uwaŜa, Ŝe ma talent, i posyła ją na studia architektoniczne.  

– MoŜe rzeczywiście jest utalentowana.  

– Hmm... MoŜe i jest.  

– Była awantura? Kiedy twoi rodzice się rozstawali? 

– Nie, do Ŝadnej sceny nie doszło. Wszystko odbyło się w cywilizowany sposób.  

No  wiesz:  jesteśmy  zbyt  dojrzali,  Ŝeby  zachowywać  się  po  prostacku  i  rzucać  w  siebie 

czym popadnie, pokaŜmy klasę... Ale tak na prawdę, to mama była zdruzgotana. Przesiadywała 

całe  dnie  w  swojej  sypialni  i  piła.  Ja  musiałem  robić  zakupy,  gotować  i  takie  tam.  Potem 

poznała jednego faceta... mieszka teraz z nami... i jej przeszło.  

background image

Znowu  zaczęła  mnie  traktować  jak  dziecko,  chociaŜ  przez  cały  ten  czas  się  nią 

opiekowałem.  

– Mówisz tak, jakbyś nie za bardzo ją lubił.  

– Naprawdę? Nie, ona jest w porządku. Tylko on działa mi na nerwy.  

– Kto? Twój tato? 

– Nie! Ten jej facet. Jest jakiś taki rozlazły, fajtłapowaty, no wiesz. Chce, Ŝeby wszyscy go 

lubili,  i  za  bardzo  się  stara.  Tato  jest  zupełnie  inny.  Jemu  wszystko  zdaje  się  zwisać  i 

powiewać.  W  kaŜdym  razie  na  takiego  pozuje,  bo  wiem,  Ŝe  tak  naprawdę,  to  interesuje  się 

sztuką,  architekturą,  muzyką  i  w  ogóle.  Ale  nie  powiedziałabyś  tego,  patrząc  na  niego.  Jest 

gruby, łysy i sprawia wraŜenie ostatniego lesera, ma jednak mnóstwo wiadomości i naprawdę 

nie jest mu wszystko jedno. Nie robi tylko niczego na pokaz.  

– Kochasz go? 

– Tak, kocham.  

– A ta jego przyjaciółka? 

– Diane? Jest bardzo młoda; blondynka, i to ładna, hmm, moŜe i ma talent do architektury, 

ale nie to w pierszym momencie przychodzi ci do głowy na jej widok. Kiedy widzi się ją z tatą, 

to jakoś nie chce się wierzyć, poświęcają wiele czasu na dyskusje o architekturze.  

– Masz jakichś braci albo siostry? 

– Nie. A ty? 

–  TeŜ  nie.  Dzięki  Bogu.  –  Jenny  odstawiła  kubek  na  schodek  i  spojrzała  na  Chrisa.  – 

Chodźmy do środka – zaproponowała.  

Serce  mocniej  mu  zabiło.  Wstał  i  wszedł  za  nią  przez  tarasowe  drzwi  do  małego  living 

roomu. Kiedy się do niego odwracała, chwycił ją za nadgarstek i poczuł pod palcami jej nagie 

ciało. Chwilę potem obejmowali się juŜ i całowali namiętnie, miaŜdŜąc sobie nawzajem wargi.  

Oderwali się od siebie po minucie, zdyszani, z ogniem w oczach. Wzięli się bez słowa za 

ręce i wstąpili na schody.  

Usiedli w pokoju, w którym nocował Chris, na niezasłanym łóŜku.  

– Wstań na chwilkę – mruknął i jednym ruchem ściągnął z łóŜka pościel. PołoŜyli się. Była 

tak szczupła i lekka, Ŝe łóŜko ledwie się pod nią ugięło. Czuł zapach jej włosów – słodki, jakby 

dopiero co je myła. Spojrzała na niego, ale zaraz odwróciła wzrok i zsunęła się niŜej, tak Ŝe jej 

głowa  spoczęła  teraz  na  poduszce  obok  jego  łokcia.  W  trakcie  tego  manewru  spódnica 

podjechała w górę, odsłaniając uda. Nawet nie próbowała jej obciągnąć.  

Pochylił  się,  Ŝeby  pocałować  Jenny.  Przesunęła  trochę  rękę,  by  mu  to  ułatwić,  i  znowu 

spotkały  się  ich  usta  –  z  początku  były  to  tylko  muśnięcia,  powstrzymywali  się.  Kiedy  sunął 

ustami  niŜej,  ku  podbródkowi,  jej  dolna  warga  wywinęła  się  i  złoŜył  pocałunek  w  śliskiej, 

jedwabistej wilgoci wewnętrznej strony, dotykając jej delikatnie językiem jak małą rybkę.  

Po  chwili  ich  języki  się  spotkały,  poczuł  rozkoszne  mrowienie  warg  i  chwilę  potem 

poŜerali,  spijali,  zlizywali,  połykali,  bez  Ŝadnych  zahamowań  badając  nawzajem  wnętrza 

swoich ust.  

Jego  ręka  spoczywała  wciąŜ  na  ramieniu  Jenny.  Przesunął  nieco  dłoń,  muskając  jej  pierś: 

najdelikatniejszą  rzecz  pod  słońcem,  chmurkę,  myśl.  Przez  bawełniany  T-shirt  wyczuł  pod 

background image

palcami  sutek,  taki  niewinny  w  swej  małej  twardości.  Pogładził  go  opuszkami  palców.  Jak 

węszący nosek małego zwierzątka, pomyślał z uśmiechem.  

Ona teŜ wodziła dłońmi po jego ciele: po Ŝebrach, po udach, po obnaŜonym brzuchu.  

Pocałowali  się  znowu,  i jeszcze  raz,  mocniej.  Przywarł  do  niej  całym  ciałem  i  wyczuł,  Ŝe 

ona teŜ do niego lgnie.  

Wyzwoliła się nagle z jego objęć i usiadła. Jednym szybkim ruchem ściągnęła przez głowę 

T-shirt, potem wstała i zsunęła spódniczkę i majteczki. Dech mu zaparło z zachwytu na widok 

małych,  jędrnych  piersi  z  róŜowymi  sutkami,  delikatnej  krągłości  jedwabistego  brzucha, 

perłowego połysku uda i pośladka, i niesfornej kępki czarnych włosów.  

I wtem jego wzrok padł na coś, co do tej pory pozostawało w ukryciu, na małego motylka 

wytatuowanego nad sutkiem lewej piersi.  

– To chyba... nie Ollie...  

–  BoŜe,  skąd!  –  Ŝachnęła  się.  –  Jemu  nie  dałabym  się  dotknąć.  To  profesjonalnie 

wytatuowany motyl.  

– Podoba mi się – stwierdził Chris.  

Wszystko – ona, jej ciało, zarumieniona, podniecona, ufna twarz – było tak samo urokliwe, 

jak tamten wieczór na balu... jak ten niezwykły moment, kiedy wyłoniła się niespodziewanie z 

ciemności nad jeziorem, szukając jego pomocy.  

Rozwiały się wszelkie pozostałości skrępowania i wątpliwości i po para sekundach on teŜ 

był nagi. Przywarli do siebie, przytulili się, wodząc dłońmi, jedno po plecach drugiego.  

Oderwała się od niego i usiadła, dysząc cięŜko.  

– Zaczekaj. – Pochyliła się i pogrzebała w brezentowej torbie, którą rzuciła na podłogę przy 

łóŜku.  

– Ja mam... – zaczął.  

– W porządku.  

Wyprostowała się, ściskając coś w zaciśniętej garści. Ukląkł naprzeciwko niej i mając teraz 

obie ręce wolne, zaczął pieścić jej biodra i miękkie pośladki.  

Zasypał pocałunkami jej policzki, szyję, ramiona; przycisnęła sobie jego głowę do piersi, a 

on całował je i całował, pijany miłością dopóki nie padła z powrotem na wznak, pociągając go 

za sobą.  

–  Chwileczkę  –  szepnęła,  przekręcając  się  na  bok.  Otworzyła  dłoń  i  rozdarła  paczuszkę, 

którą w niej trzymała. To był kondom.  

– Ja teŜ kupiłem... – wykrztusił.  

– Wszystko w porządku, ciii...  

Uklękła  i  bez  pośpiechu,  z  namaszczeniem,  nałoŜyła  mu  go.  Nie  pierwszy  raz  to  robi, 

pomyślał  i  serce  ścisnęło  mu  się  na  moment.  W  odróŜnieniu  od  niego  nie  była  w  tym 

nowicjuszką. PołoŜyła się znowu, a on zaczął gładzić jej piersi, uda, biodra, gęstwę spręŜystych 

włosków,  a  na  koniec,  koniuszkami  palców  brzeg  czegoś,  co  przypominało  drugie  wargi, 

tajemne wargi, wilgotne i rozwarte jak te, które przed chwilą całował.  

– Chris... – ni to szepnęła, ni westchnęła.  

background image

Czuł  na  szyi  jej  oddech,  jej  usta  przy  swoim  uchu.  Szybkim,  wprawnym  ruchem  wsunęła 

się pod niego, a on wśliznął się w nią gładko jak nurkujący pływak w wodę. I juŜ nie wiedział, 

czyje ciało jest jej, a czyje jego, czy to poranek, czy noc, w jedno zlały się jej sekretna wiedza i 

jego niewinność.  
 

 

background image

CZĘŚĆ DRUGA 

 

 

background image

Rozdział siódmy 

 

Z  punktu  widzenia  Jenny  to  ich  pierwsze  zbliŜenie  było  nieporadne,  za  krótkie  i  w  ogóle 

trochę  Ŝałosne,  ale  na  naukę  przyjdzie  jeszcze  czas,  a  poza  tym  wzruszyła  ją  czułość,  jaką  jej 

okazywał.  Została  z  nim  i  spędzili  jeszcze  noc  z  soboty  na  niedzielę,  i  moŜe  wszystko 

potoczyłoby  się  dobrze,  gdyby  we  wczesny  niedzielny  poranek,  kiedy  niczego  nieświadoma 

spała w jego ramionach, nie wydarzyło się coś, co spadło między nich niczym topór kata.  

Oksfordzka  policja  dostawała  od  jakiegoś  czasu  sygnały  o  niepokojącym  oŜywieniu  w 

handlu  narkotykami  na  ulicach  miasta.  W  związku  z  tym  zarządzono  poranny  nalot  na 

wytypowane  środowiska.  Była  wśród  nich  grapa  dzikich  lokatorów,  zamieszkująca  pustostan 

przy  Cowley  Road.  W  tym  akurat  przypadku  policja  się  myliła.  Co  prawda  Derek  i  Ollie 

popalali od czasu do czasu marychę, ale nigdy nią nie handlowali; a sama Jenny zraziła się do 

narkotyków  po  epizodzie  z  Tansy.  Niczego  to  jednak  nie  zmieniało.  Gdyby  była  u  siebie, 

zgarnięto by ją wraz z Derekiem, Olliem i setką innych delikwentów.  

Wychodząc  w  niedzielę  wieczorem  z  domu  na  Rose  Hill,  nic  jeszcze  o  nalocie  nie 

wiedziała.  Lecz  skręciwszy  w  swoją  uliczkę,  od  razu  się  zorientowała,  co  jest  grane.  Zabite 

dyktą drzwi i okna na parterze pustostanu mówiły same za siebie.  

Nie  było  sensu  iść  na  policję  i  prosić  o  zwrot  swoich  rzeczy  –  ubrań  i  tych  paru 

drobiazgów,  których  się  dorobiła.  Nie  chciała  zostać  wplątana  w  sprawki  Dereka  i  Olliego. 

Lubiła ich, ale do policji zaufania nie miała. Na pewno dowiedziałaby się tam, Ŝe w jej pokoju 

równieŜ znaleziono narkotyki; miała to jak w banku.  

Trochę pieniędzy i najbardziej potrzebnych części garderoby miała w plecaku.  

Naturalną  rzeczą  byłoby  zadzwonić  do  Chrisa  i  powiedzieć,  co  się  stało,  lecz  był  jeden 

prosty, absurdalny powód, dla którego nie mogła tego zrobić: znali się juŜ jakiś czas, a ona do 

tej  pory  nie  wiedziała,  jak  on  się  nazywa  ani  gdzie  mieszka,  o  numerze  telefonu  nie 

wspominając.  

Mogła  go  szukać  w  Oksfordzkim  Zapleczu  Rozrywki,  ale  o  firmie,  w  której  pracował, 

wiedziała  tylko  tyle,  Ŝe  ma  swoją  siedzibę  gdzieś  we  wschodnim  Oksfordzie;  nie  znała  jej 

nazwy,  nie  wiedziała,  czym  Chris  się  tam  właściwie  zajmuje.  Mogła  jeszcze  cofnąć  się  do 

domu w Rose Hill i poprosić ojca Chrisa, który pewnie wrócił juŜ z ParyŜa, o adres albo numer 

telefonu jego syna. Ale  nie potrafiła się na to zdobyć. Mniejsza z tym, jak opisywał go Chris. 

Ojciec jest ojcem i krępowała się go nagabywać, choćby przez wzgląd na to, co robiła w jego 

domu. Nie było dnia – co tam dnia... godziny – Ŝeby nie pomyślała o własnym ojcu.  

I tak nie skontaktowała się z Chrisem. Pocieszając się myślą, Ŝe jakoś go w końcu odszuka, 

przenocowała na podłodze w mieszkanku wynajmowanym przez koleŜankę, z którą pracowała 

kiedyś w tej samej kawiarni.  

 

W  poniedziałek  po  południu  Chris  wsiadł  po  pracy  na  rower  i  popedałował  do  Jenny  na 

Cowley Street. Dzień był upalny, kupił więc po drodze dwa lody na patyku – jeden dla siebie, 

drugi dla niej. Na widok zabitych dyktą drzwi serce mu zamarło.  

background image

Ogłupiały  długo  stał  okrakiem  nad  rowerem  i  dopiero  grzejące  w  plecy  słońce 

przypomniało mu o lodach. Rozpakował jednego, Ŝeby się nie zmarnował, i liŜąc go, stał dalej, 

gapiąc się tępo na arkusze dykty w oknach.  

Z  parkującego  kawałek  dalej  samochodu  wysiadł  policjant  w  koszuli  z  krótkim  rękawem. 

Chris  nawet  tego  nie  zauwaŜył.  Oprzytomniał  dopiero,  kiedy  męŜczyzna  podszedł  do  niego  i 

spytał: 

–  Szukasz  tu  kogoś?  –  Wyrazu  jego  twarzy  nie  dało  się  odczytać,  bo  był  w  czapce  z 

daszkiem i przeciwsłonecznych okularach.  

Chris zamarł z lodem w ustach. Rozpuszczająca się masa spływała mu po patyku na palce.  

– Tak – wykrztusił, przełykając. – A co się stało? 

– Ty do kogo? 

Dopiero teraz Chris uświadomił sobie, Ŝe Jenny i reszta mieszkali tu bezprawnie, na dziko. 

Podając jej imię, mógłby jej przysporzyć kłopotów.  

– Do kolegi – mruknął.  

– Nazwisko tego kolegi? 

– A co? Znaczy, co się dzieje? Co się tu stało? 

– Ten kolega tu mieszkał? 

– Tak, ale...  

–  Jego  nazwisko?  Lód  ześlizgnął  się  ostatecznie  z  patyka  i  spadł  na  trotuar,  rozpryskując 

się; kilka kropelek wylądowało na wyglansowanym bucie policjanta.  

– Zaraz, o co chodzi? – spytał z niepokojem Chris. – Dlaczego nie chce mi pan powiedzieć, 

co się stało? Nic im nie jest? Jakiś wypadek czy co? 

Policjant mierzył go przez chwilę wzrokiem. Potem zdjął okulary i powiedział: 

– Słuchaj, synu, próbuję z tobą po dobroci. Czy to był bliski kolega, ten facet? 

Chris myślał gorączkowo. Musiało się tu wydarzyć coś niedobrego – ale chyba nie chodziło 

o Jenny, bo policjant uŜyłby rodzaju Ŝeńskiego.  

– Nie, zwyczajny znajomy. Ma na imię Derek.  

– No więc ten twój znajomy został wczoraj aresztowany pod zarzutem handlu narkotykami. 

Po nie tutaj przyjechałeś? 

– Co? Narkotyki? – Chris zrobił wielkie oczy. – Ja? SkądŜe znowu! 

– Dobra, dobra – mruknął policjant, wyjmując notes. – Nazwisko i adres.  

– Po co? 

–  Na  wypadek  gdyby  kolega  potrzebował  twojej  pomocy.  Na  wypadek  gdybyśmy  się 

chcieli z tobą skontaktować.  

Jak  większość  młodych  ludzi  w  jego  wieku  Chris  niewiele  miał  dotąd  do  czynienia  z 

policją  ale  bał  się  jej  i  nie  darzył  zaufaniem.  Kiedy  niedawno  późnym  wieczorem  wracał  na 

rowerze  z  kolegą  Carlem  do  domu,  zupełnie  bez  powodu  zatrzymało  ich  i  spisało  dwóch 

policjantów  z  radiowozu.  Pamiętał,  jaki  czuł  się  wtedy  przestraszony  i  bezradny,  chociaŜ 

niczego złego nie zrobił. Tak samo czuł się teraz. Nie przyszło mu nawet do głowy, Ŝeby podać 

fałszywe dane; prawda mogłaby jeszcze wyjść na jaw i dopiero miałby kłopoty. Tak więc zły i 

rozŜalony powiedział, jak się nazywa i gdzie mieszka. Policjant zanotował to.  

background image

– A co z resztą tych, co tu mieszkali? – spytał Chris.  

– Z resztą? Jaką resztą? 

– No, ze znajomymi Dereka.  

– A co to za jedni? 

– Chce pan, Ŝebym wymienił ich nazwiska, tak? śebyście ich teŜ mogli zgarnąć? 

Policjant patrzył na niego beznamiętnie.  

– Jeśli są zamieszani w sprawę, a ty coś o nich wiesz i nie chcesz się tą wiedzą podzielić z 

policją, to automatycznie sam stajesz się zamieszany, koleś.  

– Podałem panu przed chwilą swoje nazwisko i nie brzmi ono koleś.  

– Fakt – przyznał policjant. – Na twoje szczęście wiem, Ŝe mówisz prawdę, Chris.  

Znam  się  na  tym,  krętacza  wyczuję  na  milę.  Ci,  którzy  tu  zamieszkiwali,  czynili  to 

bezprawnie. Byli dzikimi lokatorami. Dostali nakaz opuszczenia posesji, nie zastosowali się do 

niego,  a  więc  tak  czy  owak  zostaliby  aresztowani  za  bezprawne  przebywanie  na  terenie 

prywatnym. Chcesz pomóc kolegom? 

Znaczenie  tego  pytania  było  jasne:  Nic  ci  nie  powiem,  ale  im  dłuŜej  rozmawiamy,  tym 

więcej  ja  się  od  ciebie  dowiaduję.  Chris  zarumienił  się  z  gniewu.  O  Jenny  nie  mógł  spytać 

wprost, bo w ten sposób by ją wydał.  

– Gdzie oni teraz są? – spytał.  

– Na posterunku policji w St Aldate.  

Chris odwrócił rower. Wrzucił papierową torebkę z lodem dla Jenny do najbliŜszego kosza 

na śmieci i odjechał z zamętem w głowie.  

Znalazłszy się w domu, zaczekał, aŜ matka wyjdzie do ogrodu, i upewniwszy się, Ŝe go nie 

podsłucha, zadzwonił na posterunek policji.  

–  Halo.  Szukam  pewnej  osoby...  zaginęła...  Poproszono  go  o  podanie  nazwiska  i  adresu. 

Tym razem był na to przygotowany i podał zmyślone.  

– Kim jest ta osoba? 

– Ma na imię Jenny. Eee... głupia sprawa. Przepraszam, ale nazwiska nie znam.  

– Gdzie mieszka?  

Zawahał się.  

–  Gdzieś  we  wschodnim  Oksfordzie.  W  okolicach  Cowley  Road.  Dokładnego  adresu  nie 

znam. Ma około siedemnastu lat, szczupła, krótkie ciemne włosy. Aha, i jest biała... ma akcent 

z Yorkshire.  

– Kiedy ostatni raz pan ją widział? 

– Jakieś... dwadzieścia cztery godziny temu.  

– Co pana z nią łączy? Znaczy, pracuje pan z nią? Jest pana znajomą? 

– Jest znajomą.  

– Dziewczyną? 

– Tak.  

– Nie zna pan jej adresu, nie zna nazwiska... Co, moŜe nie przyszła na randkę? 

Chrisowi zrobiło się strasznie głupio.  

– Tak, coś w tym rodzaju.  

background image

– Powiedział pan, Ŝe pochodzi z Yorkshire? MoŜe wróciła do domu? 

– Niewykluczone.  

–  To  moŜe  tam  by  pan  spróbował.  Nie  za  wiele  potrafi  nam  pan  o  niej  powiedzieć, 

nieprawdaŜ? 

– PrawdaŜ, ale... wydaje mi się, Ŝe mogła zostać aresztowana, i dlatego dzwonię.  

– Kiedy? 

– Wczoraj.  

– Co? Tutaj, w Oksfordzie? 

– Tak. Ale pewności nie mam.  

– Proszę zaczekać.  

W słuchawce zaległa cisza. Po chwili znowu rozległ się głos.  

–  Nikt  pasujący  do  pańskiego  opisu  nie  przebywa  w  naszym  areszcie,  tyle  mogę  panu 

zdradzić. Czy mógłby mi pan powiedzieć...  

Chris nie słuchał dalej. Przerwał połączenie.  

 

 

background image

Rozdział ósmy 

 

Tego wieczoru Mike Fairfax miał jakieś zebranie, a więc Chris z matką jedli kolację sami. 

Zamiast przy duŜym stole w kuchni, jak to robili, kiedy Mike był w domu, jedli pizzę z kolan, 

przed  telewizorem.  Chris  rad  był,  Ŝe  nie  siedzą  naprzeciwko  siebie,  bo  to  wymuszałoby  jakąś 

konwersację, a on w głowie miał tylko jedno i nie chciał o tym rozmawiać.  

Matka,  ładna  czterdziestolatka  o  ciemnych  włosach  i  oliwkowej  cerze  Arabki,  którą  nie 

była, uczyła w prywatnej szkole plastyki i co jakiś czas wynajdywała sobie nowe hobby – a to 

garncarstwo, a to tkactwo, a to jakieś inne rzemiosło – które zarzucała, opanowawszy wszystkie 

jego  tajniki.  Nie  dawała  jej  spokoju  obawa,  Ŝe  jest  mniej  interesująca,  utalentowana  i 

charyzmatyczna od ojca Chrisa, i chyba miała rację. Podejrzewała, Ŝe Chris woli od niej ojca, i 

tu  teŜ  się  nie  myliła.  Krótko  mówiąc,  była  kobietą  nieszczęśliwą  i  tylko  dzięki  Mike’owi 

Fairfaxowi  nie  zgorzkniała  do  reszty.  Teraz  zakochana  w  nim  po  uszy  promieniała  wprost 

dobrym humorem, co nawet Chris dostrzegał.  

Gdy tego wieczoru siedzieli w living roomie, uświadomiła sobie nagle, Ŝe zaniedbuje syna i 

nawet  nie  zaplanowali  na  ten  rok  Ŝadnych  wakacji.  Tyle  się  ostatnio  działo,  Ŝe  zwyczajnie  o 

tym zapomniano.  

– Coś takiego! – wykrzyknęła. – Nie mamy Ŝadnych planów.  

– Względem czego? 

– Wakacji. Powinnam była pomyśleć... Zupełnie wyleciało mi z głowy. O ja głupia! 

– Nic się nie stało. I tak nie mam ochoty nigdzie wyjeŜdŜać.  

– Oj, przestań, nie wygaduj głupstw. Zawsze gdzieś jeździmy.  

– Owszem, z tatą jeździliśmy.  

– Tak, sytuacja się zmieniła. Ale mimo to z wakacji nie powinniśmy rezygnować.  

–  Wszystko  się  zmieniło.  Poza  tym  Barry  Miller  chce  mnie  zatrudnić  na  pełny  etat.  Tak 

powiedział.  

– Co, na stałe? PrzecieŜ to miała być tylko wakacyjna praca. Nie pozwala ci odejść czy co? 

– Sam nie chcę nigdzie jechać. A zresztą...  

Nie wiedział, jak to ująć. Ale matka domyśliła się, o co mu chodzi, i spytała: 

– Co, a zresztą? 

– Kto miałby jechać? 

– Jak to kto? 

– No, tylko my, ja i ty? Czy Mike’a teŜ bierzesz pod uwagę? 

– A czemu nie? 

– Nie widzę przeciwwskazań. Chcę tylko wiedzieć, czy on teŜ by z nami pojechał.  

– Nie wiem, Chris. Nie pytałam. W tej chwili przyszło mi to do głowy.  

Przypomniało  mi  się,  Ŝe  nie  zaplanowaliśmy  wakacji,  i  uświadomiłam  sobie,  Ŝe  moŜe 

chciałbyś wyjechać gdzieś za granicę.  

Chris wzruszył ramionami.  

– No, normalnie... sam nie wiem, mamo. Po prostu nie nastawiałem się.  

background image

– No, ale chciałbyś? 

–  Prawdę  mówiąc,  to  nie.  Powiem  ci,  czego  chcę:  chcę  tu  zostać  i  pracować  u  Barry’ego 

Millera. Nie chcę nigdzie wyjeŜdŜać.  

Zamiast  na  siebie  patrzyli  w  ekran  telewizora,  chociaŜ  Ŝadne  z  nich  nie  potrafiłoby 

powiedzieć, o czym jest program. Matka upiła łyczek wina.  

– A zmieniłbyś zdanie, gdyby Mike nie jechał? – I spytała.  

– Nie.  

Znowu milczenie.  

Tym razem przerwał je Chris: 

– A czemu nie mielibyście pojechać z Mikiem sami? 

– Co? Nie wygaduj głupstw.  

– Dlaczego głupstw? 

– Nie zostawię cię samego.  

– Nie zginę. U taty jakoś sobie radziłem. Tutaj zresztą teŜ, zanim poznałaś Mike’a.  

– Wiem, kochanie. Wiem, Ŝe byś sobie poradził. Nie o to chodzi. Po prostu nie mogłabym 

wyjechać  i  zostawić  cię  samemu  sobie,  absolutnie.  I  nie  pojmuję,  dlaczego  chcesz 

przepracować całe lato na tej marnej nudnej posadce w Cowley.  

–  Bo  lubię  Barry’ego  Millera.  I  praca  tam  nie  jest  wcale  nudna.  A  jeśli  zamierzasz 

odwrócić kota ogonem i zarzucić mi, Ŝe przeze mnie nie moŜesz wyjechać na urlop, to mówię 

od  razu,  Ŝe  ja  nie  mam nic  przeciwko.  Potrafię  o  siebie  zadbać.  Lubię  być  samodzielny,  więc 

jeśli chcecie gdzieś jechać z Mikiem, to się nie krępujcie. Nie ma problemu. Jedźcie.  

Chris  ani  myślał  spędzić  reszty  wieczoru  przed  telewizorem.  Niespokojny,  nieszczęśliwy, 

spragniony  widoku  Jenny,  rozmowy  z  nią,  trzymania  jej  w  ramionach  i  całowania 

wytatuowanego motylka, włoŜył talerze do zmywarki i wyszedł z domu.  

KrąŜył  na  rowerze  w  ciepłym  wieczorze  po  ulicach,  przyglądając  się  uwaŜnie  kaŜdej 

twarzy, ale Jenny nie spotkał. Wrócił do domu, kiedy było juŜ zupełnie ciemno.  

 

Dziewczyna, u której Jenny przenocowała na podłodze z niedzieli na poniedziałek, rzuciła 

starą  pracę  i  zatrudniła  się  w  barze  popularnym  wśród  ludzi,  którzy  lubili  być  widziani  nad 

kuflem modnego zagranicznego piwa, przy modnej aktualnie muzyce na Ŝywo, którą tego lata 

był  jazz.  Bar  serwował  calzone,  pizzę,  pieczone  ziemniaki  na  Ŝeliwnych  talerzach  i  sałatkę  w 

drewnianych miseczkach, a personel sprawiał wraŜenie jeszcze agresywniej snobistycznego niŜ 

klienci.  

Potrzebowali  tam  nowej  kelnerki,  a  poniewaŜ  Jenny  skończyły  się  pieniądze,  koleŜanka 

zaproponowała,  Ŝe  przedstawi  ją  kierownikowi.  Nazywał  się  Tommy  Sanchez.  Był  po 

trzydziestce,  postawny  i  miał  schrypnięty  głos.  Długie  czarne  włosy  zbierał  w  koński  ogon. 

Podobnie  jak  personel  i  klienci  wywodził  się  z  klasy  wyŜszej.  Takich  dziewcząt  jak  Jenny 

zazwyczaj  nie  zatrudniał,  ale  jej  zaproponował  pracę  od  poniedziałku.  Wiedziała,  Ŝe  ma 

szczęście, Ŝe tak szybko ją znalazła; nie miała wyboru, musiała przyjąć propozycję.  

Jenny stawała się coraz bardziej świadoma wraŜenia, jakie robi na męŜczyznach pewnego 

rodzaju.  Byli  zwykle  duŜo  od  niej  starsi,  praktycznie  mogliby  być  jej  ojcami  i  zdawali  się 

background image

wyczuwać  w  niej  coś,  co  ich  podniecało.  Na  jej  widok  przestawali  być  zwyczajnymi 

męŜczyznami  i  wstępował  w  nich  tygrys  czy  moŜe  wilk  –  płomiennooki,  okrutnousty 

nastawiony  nie  na  zawarcie  z  nią  znajomości,  na  przyjaźń  czy  miłość,  lecz  na  poŜarcie  jej, 

zniszczenie, rozszarpanie na strzępy.  

Z drugiej strony chłopcy i męŜczyźni, którzy jej się podobali i którym ufała, albo lokowali 

swoje zainteresowania gdzie indziej, jak Derek i Ollie, albo mieli w sobie coś niewinnego, jak 

Chris. Nie spotkała jeszcze kogoś takiego jak ten ostatni. Nie był tchórzem ani mięczakiem, nie 

był  teŜ  naiwny  ani  dziecinny.  Ale  miał  w  sobie  czystość  i  niedoświadczenie  niewinnego 

przedstawiciela jakiejś nieskaŜonej jeszcze cywilizacją kultury. Kiedy byli ze sobą w Rose Hill, 

pragnęła  mu  opowiedzieć  wszystko  o  swoim  ojcu,  o  tym,  jak  zbrukał  i  zniszczył  jej 

dzieciństwo. Wiedziała jednak, Ŝe to byłby dla niego szok; bała się, Ŝe uznają za taką, za jaką 

sama się miała: zepsutą, trującą, splamioną.  

W  Tommym  Sanchezie  na  pierwszy  rzut  oka  rozpoznała  znajomy  jej  typ  męŜczyzny  i 

zakonotowała sobie, Ŝeby w miarę moŜliwości trzymać się od niego z dala. I Ŝeby kaŜdą wolną 

chwilę poświęcać poszukiwaniu Chrisa.  

On teŜ jej szukał. Miasto Oksford nie jest aŜ tak wielkie, Ŝeby przepaść  w nim jak igła w 

stogu siana, i istniała moŜliwość, Ŝe spotkają się zupełnie przypadkowo na ulicy. A pech ich nie 

opuszczał.  

Po pierwsze, Jenny całe wieczory pracowała w barze, a Chris właśnie o tej porze jej szukał, 

bo  ranki  i  popołudnia  spędzał  w  magazynie  albo  w  terenie.  Po  drugie,  gdyby  pracowała  w 

innym  barze  czy  kawiarni,  Chris  wpadłby  tam  moŜe  na  kawę  albo  coś  zjeść,  i  spotkaliby  się. 

Ale poprzedniego roku, kiedy otwierano lokal, Chris zaszedł tam, szukając pracy na wakacje, i 

Tommy Sanchez potraktował go tak obcesowo, Ŝe Chris poprzysiągł sobie, Ŝe jego noga więcej 

w tym barze nie postanie. A po trzecie, Jenny musiała się w końcu przeprowadzić. Nie mogła 

przecieŜ spać wiecznie na podłodze u koleŜanki. Teraz, kiedy miała stałą pracę, stać ją juŜ było 

na  wynajęcie  sobie  jakiegoś  kąta,  tyle  Ŝe  nie  w  samym  Oksfordzie.  Znalazła  pokój  w 

Kidlington,  przystanek  autobusowy  na  północ  od  domu,  w  którym  mieszkał  z  rodziną  Barry 

Miller, w związku z czym w Oksfordzie bywała rzadko.  

Ich  drogi  nie  przecięły  się.  Raz  zbliŜyli  się  do  siebie  na  odległość  kilku  kroków,  ale  na 

ulicy  było  tylu  turystów,  Ŝe  minęli  się,  nie  zdając  sobie  z  tego  nawet  sprawy.  I  raz,  późnym 

popołudniem,  Jenny,  jadąc  autobusem  do  pracy,  zobaczyła  Chrisa  na  Banbury  Road, 

pedałującego  na  rowerze  w  przeciwnym  kierunku  –  ponurego,  skupionego,  z  zaciętą  miną. 

Poprosiła kierowcę, Ŝeby się zatrzymał, wyskoczyła z autobusu, ale Chris był juŜ za daleko, by 

usłyszeć jej wołanie; nie obejrzał się.  

W  końcu,  nie  widząc  innego  wyjścia,  wyzbyła  się  skrupułów,  poszła  na  Rose  Hill  i 

zadzwoniła do drzwi domu ojca Chrisa. PrzecieŜ chciała tylko zapytać o adres.  

Ale  nikogo  nie  zastała,  a  w  trawnik  przed  domem  zatknięta  była  tabliczka  agenta  obrotu 

nieruchomościami,  informująca:  Sprzedane.  Ojciec  Chrisa  przeprowadził  się  juŜ  z  Diane  do 

nowego  domu  pod  Long  Hanborough,  a  ten  w  Rose  Hill  szybko  znalazł  nabywcę.  Terkot 

dzwonka  odbijał  się  echem  w  pustej  sieni,  nikt  nie  otwierał  i  Jenny  odeszła  stamtąd  z 

poczuciem klęski i beznadziei.  

background image

Rozdział dziewiąty 

 

Jakieś  dziesięć  dni  od  wieczoru,  kiedy  po  raz  ostami  widział  Jenny,  Chris  sprawdzał 

zwrócone przez klienta reflektory sceniczne, gdy do magazynu wszedł Barry Miller. Byli sami; 

Dave z Tonym wyjechali w teren. Barry przysiadł obok Chrisa na ławeczce, podniósł z podłogi 

przełącznik i zaczął się nim machinalnie bawić. Coś go wyraźnie gryzło.  

– No i jak tam letni domek? – spytał Chris.  

– A, w porządku. Tego urządzenia na podczerwień jeszcze nie przysłali. Chyba będę musiał 

do nich zadzwonić. Znasz się na tynkowaniu? 

– Nigdy tego nie robiłem.  

– A na stolarce? Robotach ciesielskich? 

–  Trochę.  Umiem  piłować  po  linii  prostej,  wkręcać  śruby,  wbijać  gwoździe...  A  o  co 

chodzi? 

– O ten domek. Ściany są tam z gołego betonu. Chciałbym wbić w nie kołki – no wiesz, do 

kołków  przykręciłoby  się  listwy,  do  listew  płyty  gipsowe,  między  ścianę  a  płytę  napchało 

materiału izolacyjnego. Od razu zrobiłoby się cieplej i przytulniej.  

– Nie ma sprawy.  

– I moŜe jeszcze dać w poprzek ściankę działową z drzwiami.  

– Rozumiem – mruknął Chris. – Pestka.  

– Znaczy, dałbyś radę sam? 

– A co w tym trudnego? Drewno jest łatwe w obróbce. Płyta gipsowa chyba teŜ.  

Gorzej z tynkowaniem, chybabym się nie podjął. Ale drewno lubię. Tak, dałbym radę.  

– A sufit? 

– Zaraz, jaki tam jest dach... z blachy falistej, tak? 

– Tak. Blacha falista połoŜona na belkach stropowych. Spadzisty. Przydałby się sufit, który 

zasłoniłby te belki i blachę. śadne tam fiu-bździu. Mogą być zwyczajne panele laminowane.  

–  Najpierw  trzeba  by  zrobić  ramę.  Ktoś  musiałby  mi  w  tym  pomóc.  Trudno  pracować, 

trzymając coś nad głową.  

– MoŜe ja bym ci pomógł. Na razie zrób mi te ściany, a nie poŜałujesz.  

– Załatwione – mruknął Chris. – Zastanowiłeś się juŜ, jaki materiał będzie potrzebny? No 

wiesz,  wymiary,  ilość?  Bo  jak  nie,  to  będziemy  musieli  tam  pojechać,  pomierzyć,  obliczyć. 

Aha, i co z hydrauliką? Wspominałeś coś o tym.  

–  To  zostawiam  sobie  na  później.  Nie  wszystko  naraz,  nie  ma  pośpiechu.  I  pamiętaj,  nikt 

nie moŜe się o tym domku dowiedzieć. Nawet Sue ani Sean.  

– Tak, pamiętam.  

– Bo wiesz, ja nie przesadzam, to sprawa Ŝycia i śmierci.  

– O co właściwie chodzi? – spytał Chris. – Czym się naraziłeś tej rodzinie, Ŝe tak teraz na 

ciebie nastaje? 

Uznał,  Ŝe  ma  prawo  wiedzieć,  skoro  wciągnięto  go  juŜ  w  sprawę,  powierzając  adaptację 

domku. Barry rozejrzał się niespokojnie i zniŜając głos, powiedział: 

background image

– Wspominałem o Irlandii, pamiętasz? Północna Irlandia. Belfast. Pracowałem tam... Sam 

nie  wiem,  ile  mogę  ci  powiedzieć,  bo  obowiązuje  mnie  tajemnica  państwowa...  to  śmierdząca 

sprawa. Działałem tam z ramienia armii. Specjalne operacje techniczne. Dla SAS. Nie była to 

armia w ścisłym tego słowa znaczeniu, raczej coś w rodzaju przybudówki. Nieoficjalna robota, 

wiesz, w razie czego moŜna się jej wyprzeć w Ŝywe oczy. Gdyby coś poszło nie tak, oni nic o 

nas nie wiedzą, pierwsze o nas słyszą i tak dalej. Do naszych zadań naleŜało rozbrajanie bomb, 

inwigilacja,  nasłuch  elektroniczny.  I  działała  tam  wtedy  jedna  taka  grupa  paramilitarna. 

Rodzina Carsonów. Protestanci. Głównie zajmowaliśmy się rozpracowywaniem drugiej strony 

konfliktu...  IRA.  Ale  ci  Carsonowie,  to  były  istne  szajbusy.  Zabójcy.  Mordercy.  Dostaliśmy 

cynk,  Ŝe  rozglądają  się  za  ekspertem  od  materiałów  wybuchowych  i  mają  juŜ  takiego  na  oku, 

jednego gościa z Londynu, specjalistę od materiałów wybuchowych stosowanych w przemyśle. 

Facet był trochę odjechany. Za pieniądze zrobiłby wszystko, własną matkę by sprzedał.  

Ale  znał  się  na  semteksie,  którego  Carsonowie  nigdy  wcześniej  nie  uŜywali,  to  było  dla 

nich  coś  nowego.  I  sami  woleli  przy  tym  nie  dłubać,  bo  jeszcze  wysadziliby  się  w  powietrze. 

Carsonowie nie widzieli tego faceta z Londynu na oczy i nie wiedzieli, jak wygląda, a więc ci, 

co  nami  dowodzili,  postanowili  go  zdjąć  i  podstawić  na  jego  miejsce  kogoś  z  naszych,  Ŝeby 

zdobył zaufanie Carsonów i przydybał ich na gorącym uczynku. Spytali, kto by się tego podjął, 

i zgłosiłem się na ochotnika.  

Chris  słuchał  tego  z  pewnym  niedowierzaniem.  Przypominało  mu  to  scenariusz 

telewizyjnego  thrillera.  Ale  tego  rodzaju  rzeczy  działy  się  naprawdę,  Barry  zaś  opowiadał  w 

taki sposób, Ŝe trudno mu było nie wierzyć.  

– I co dalej? – spytał Chris.  

–  No,  udawałem  tego  specjalistę  od  materiałów  wybuchowych,  co  nie  sprawiało  mi 

większych  trudności.  Od  strony  technicznej  znałem  się  na  rzeczy.  I  wystawiłem  ich. 

Magnetofon,  ukryta  kamera  wideo  i  w  ogóle.  Niestety  wywiązała  się  strzelanina.  Była 

zasadzka. Cała operacja spaliła na panewce. RUC... no, wiesz, policja... nie został odpowiednio 

poinformowany  i  wszedł  nam  w  paradę.  Ani  się  obejrzeliśmy,  jak  wszędzie  świstały  kule. 

Jeden  z  Carsonów,  Frank,  poszedł  siedzieć.  Dwadzieścia  lat.  Drugi,  jego  brat  Billy,  zginął. 

Zginął teŜ ich kuzyn.  

Zgarnięto większość grupy i mieliśmy Franka i resztę na taśmie, a więc uznali to za sukces. 

Ale, widzisz, był jeszcze trzeci brat. Eddie, najmłodszy. Jemu niczego nie udowodniono. Nic na 

niego nie mieli. Był czysty jak łza. A przecieŜ najgorszy z nich wszystkich. Zimny, rozumiesz, 

wyrachowany, przebiegły... Był mózgiem. No i zemsta... jasny gwint, tyle się mówi o włoskiej 

mafii...  a  gdzie  im  tam  do  Irlandczyków,  do  pięt  im  nie  dorastają.  Protestanci,  katolicy, 

wszystko  to  zakapiory.  No  więc  Eddie  Carson  postanowił  się  zemścić.  A  najgorsze,  Ŝe 

wiedział, Ŝe to przeze mnie Billy został zastrzelony, a Frank trafił na dwadzieścia lat za kratki. 

Eddie  widział  juŜ  we  mnie  zimnego  trupa.  To  nie  były  przelewki.  Kiedy  zostajesz 

zdekonspirowany,  twoje  dni  są  policzone.  Dali  mi  trochę  pieniędzy,  nowe  dokumenty, 

zmieniłem nazwisko...  

– Jak to, to ty tak naprawdę nie nazywasz się Miller? – Ŝachnął się Chris.  

background image

– Nie. Sean o tym nie wie i raczej nigdy mu nie powiem. Naprawdę nazywam się Springer. 

A  właściwie  nazywałem  się.  Teraz  jestem  Miller,  ale,  wiesz...  No  i  tak  to  było.  Stąd  moje 

obawy.  

Chrisowi trudno było osądzić, w jakim stopniu prawdziwa jest ta opowieść. Jego wiedza o 

Ŝ

yciu  (co  od  razu  zauwaŜyła  Jenny)  była  bardzo  powierzchowna.  Ale  lubił  Barry’ego  i  chciał 

mu wierzyć, przymknął więc oko na wszystkie wątpliwości, jakie mu się nasuwały, i spróbował 

wyobrazić  sobie  Barry’ego,  którego  znał,  obracającego  się  w  środowisku  ludzi  z  SAS  i 

terrorystów.  Dopiero  później,  po  głębszym  zastanowieniu,  historia  Barry’ego  zaczęła  mu  się 

wydawać  grubymi  nićmi  szyta  i  nieprawdopodobna;  wolał  jednak  nie  wracać  juŜ  do  tego 

tematu. Tak czy inaczej Barry jakby zmalał w jego oczach. To prawda, cel uświęca środki i w 

walce  z  terrorystami  wszystkie  chwyty  są  dozwolone,  ale  Ŝeby  tak  ich  wystawić...  Czy  to  nie 

rodzaj zdrady? A jeśli ktoś juŜ raz kogoś zdradził, to czy nie zrobi tego ponownie? 

Nazajutrz Chris pojechał z Dave’em dostarczyć sprzęt jakiejś trupie teatralnej występującej 

w Oxford Union. Był to wielki wiktoriański gmach w centrum miasta.  

Odbywały  się  w  nim  słynne  debaty,  podczas  których  studenci  ostatnich  lat,  przyszli 

politycy,  dyskutowali  jak  równy  z  równym  z  ministrami  z  rządu,  stawiając  pierwsze  kroki  na 

drodze do parlamentu. Chris nigdy nie był w środku, ale Dave znał tam kaŜdy kąt.  

– Zabierałem tu kiedyś głos – powiedział, kiedy wyładowywali na trawnik reflektory.  

– Zabierałeś głos? Co przez to rozumiesz? 

– Na debacie. Chyba wtedy przegraliśmy.  

– Ty? Naprawdę? Kiedy to było? 

– Na ostatnim roku studiów. Przeciwko sobie mieliśmy chyba lady Antonię Fraser.  

Nie pamiętam. Za bardzo się denerwowałem.  

Chris  spojrzał  na  niego  nowym  okiem.  Dave  był  chudy,  byle  jak  ubrany,  Ŝylasty,  miał 

długie  rude  włosy  i  kozią  bródkę,  i  roztaczał  wokół  siebie  atmosferę  nieokreślonego  spokoju 

jak hipis.  

– Coś takiego – mruknął Chris. – Nigdy bym nie pomyślał.  

–  Nie  była  to  raczej  perełka  powalającej  na  kolana  retoryki  i  nie  lubię  o  tym  mówić. 

Przypomina mi się tylko, ilekroć tu przyjeŜdŜam.  

Trupa teatralna przygotowała na sezon letni dwie sztuki i tego dnia miała po raz pierwszy 

wystawić tę drugą, w związku z czym potrzebny był jej nowy sprzęt.  

Chris  z  Dave’em  wnieśli  go  do  środka,  przekazali  dyrektorowi  i  zabierali  się  do 

wynoszenia tego, co nie było juŜ artystom potrzebne, kiedy Chris usłyszał znajomy głos.  

Pewne  siebie,  aroganckie  tokowanie  dochodziło  zza  zakrętu  szerokiego  korytarza  –  głos 

młodzieńca znad jeziora, tego imieniem Piers.  

Chrisowi krew uderzyła do głowy. Była to bezwarunkowa reakcja organizmu, na którą nie 

miał  Ŝadnego  wpływu.  Wspomnienie  tamtego  krótkiego  incydentu  nad  jeziorem  i  namiętność 

do  Jenny  rozgorzały  nowym  ogniem.  Zapomniał  o  Davie,  o  celu,  w  jakim  tu  przyjechali,  i 

popędził korytarzem.  

Piers,  ubrany  ze  swobodną  letnią  elegancją,  rozmawiał  ze  starszym  męŜczyzną  i  mniej 

więcej dziewiętnastoletnią dziewczyną.  

background image

–  Tak,  oczywiście  –  mówił  –  w  normalnych  warunkach  byłbym  teraz  w  Cannes,  juŜ  się 

nawet pakowałem, ale zwalili się nam na głowę ci straszni ludzie, jacyś kuzyni Anny czy ktoś 

taki, i...  

– Ty jesteś Piers, tak? – wpadł mu w słowo Chris.  

Piers spojrzał na niego z wyrazem zdumionej pogardy na ładnej twarzy.  

– Tak mam na imię. Coś ty za jeden? 

– Gdzie Jenny? 

– Słucham? 

– Czy wiesz, gdzie jest Jenny? 

– Nie mam pojęcia, o kim mówisz. – Piers przeniósł wzrok na dziewczynę i uśmiechnął się 

do niej, ona teŜ się uśmiechnęła, ale jakoś nerwowo.  

– Gdzie, do cholery, jest Jenny?! – Wycedził przez zaciśnięte zęby Chris.  

Piers  wziął  dziewczynę  pod  ramię  i  odwrócił  się,  Ŝeby  odejść,  jak  ktoś,  kto  chce  się 

uwolnić  od  namolnego  pijaka  albo  Ŝebraka.  Starszy  męŜczyzna  rzucił  Chrisowi  potępiające 

spojrzenie i ruszył za nimi korytarzem. Gniew Chrisa buchnął nowym płomieniem, jak ognisko, 

do którego dolano benzyny, obejmując swym zasięgiem równieŜ budynek, dostojne, wyłoŜone 

dębiną  ściany,  portrety  byłych  rektorów,  cały  reprezentowany  przez  Piersa  świat.  Skoczył  za 

nimi, chwycił Piersa za ramię i odwrócił twarzą do siebie.  

– Odpowiadaj! Ty wiesz, gdzie jest Jenny. Wiesz dobrze, o kim mówię. Gdzie ona jest? 

W odpowiedzi Piers wymierzył mu policzek.  

Na  korytarzu  zrobiło  się  cicho  jak  makiem  zasiał.  Zza  zakrętu  wyłonił  się  zaciekawiony 

całym  zamieszaniem  Dave;  uchyliły  się  jakieś  drzwi  i  wysunęły  się  zza  nich  dwie  głowy; 

starszy męŜczyzna i dziewczyna stali jak wrośnięci w ziemię.  

Odgłos policzka zdawał się wisieć w powietrzu niczym echo po wystrzale z pistoletu.  

Chris oprzytomniał pierwszy i zaślepiony wściekłością, rzucił się na Piersa.  

Piers  był  od  niego  wyŜszy  i  potęŜniejszy,  w  szkole  średniej  boksował.  W  walce 

prowadzonej  zgodnie  z  przepisami  znokautowałby  Chrisa  w  minutę.  Ale  Ŝaden  przeciwnik,  z 

którym stawał do tej pory w szranki, nie miał zamiaru go zabić.  

Chris taki zamiar miał i cząstką umysłu zdawał sobie z tego przeraŜony sprawę, ale to nie 

wystarczało,  by  się  opamiętać;  stracił  nad  sobą  wszelką  kontrolę.  Oberwał  więcej  niŜ  raz,  nie 

czuł  jednak  tych  ciosów.  Puściły  mu  wszystkie  hamulce,  przyparł  Piersa  do  ściany  i  walił  na 

oślep,  dopóki  ten  nie  osunął  się  na  podłogę.  W  uszach  rozbrzmiewał  mu  tylko  tamten 

dystyngowany, pogardliwy głos znad jeziora, w oczach miał arogancki grymas na twarzy Piersa 

i  odczuwał  tylko  upokorzenie  po  spoliczkowaniu.  I  przez  cały  czas  wyobraŜał  sobie  Jenny 

wystraszoną, szukającą schronienia... Pastwił się nad większym od siebie  Piersem jak tygrys i 

gdyby tylko mógł, zatłukłby go na śmierć.  

Na szczęście był tam Dave, który z pomocą dyrektora teatru i jeszcze kogoś odciągnął go 

od leŜącego. Dziewczyna klęczała juŜ przy Piersie, a wzburzony starszy męŜczyzna protestował 

gniewnie...  

Chris  stał  otępiały.  Gniew  jeszcze  go  nie  opuścił,  ale  widział  teraz  wyraźniej  i  słyszał 

urywki podnieconych komentarzy: 

background image

– ... nie wiem, czego on chciał...  

– ... jak wściekły pies...  

– ... pobili się o dziewczynę...  

– ... ten goguś uderzył pierwszy, widziałem...  

– ... nic ci nie złamał? 

– Wynoś się! No juŜ! Precz, i więcej się tu nie pokazuj! 

Dave  prowadził  furgonetkę  z  niewyraźną  miną,  a  Chris  siedział  roztrzęsiony  w  fotelu 

pasaŜera.  Docierało  do  niego  powoli,  co  zrobił,  i  dopiero  teraz  zaczynał  odczuwać  skutki 

ciosów Piersa: rozcięta warga, ruszający się ząb i obolałe ciało.  

– Kurczę blade – odezwał się Dave. – Miałem cię za spokojnego człowieka, którego nic nie 

wytrąci z równowagi. Nie podejrzewałem cię o skłonności do wpadania w taką niszczycielską 

furię.  Było  na  co  popatrzeć.  Z  czym  to  się  wiąŜe,  z  fazą  KsięŜyca  czy  jak?  Często  cię  to 

nachodzi? 

– Pierwszy raz naszło – mruknął Chris, starając się zapanować nad drŜącym głosem.  

– Przez chwilę przypominałeś mi Barry’ego. Widziałeś go kiedyś, jak się wścieknie? 

– Nie. – Kręcenie głową sprawiało Chrisowi ból; mówił, starając się jak najmniej poruszać 

wargami.  

–  Tony  doprowadził  go  do  takiej  szewskiej  pasji  parę  tygodni  temu,  kiedy  Barry  kupił  tę 

chałupkę nad kanałem...  

Dave  urwał,  Ŝeby  zmieścić  się  między  autobusem,  który  zatrzymał  się  na  przystanku  i 

wypuszczał  pasaŜerów,  a  nadjeŜdŜającą  z  przeciwka  cięŜarówką.  Do  Chrisa,  przez  kurtynę 

wstydu,  niewypalonego  jeszcze  wzburzenia  i  pulsującego  bólu,  który  rozsadzał  mu  głowę, 

dotarł  jednak  sens  tych  ostatnich  słów.  Skąd  Dave  wiedział  o  domku,  skoro  miała  to  być 

tajemnica? 

– A co się stało? 

– Oj, Tony sobie z niego pokpiwał. Nazywał tę chałupę gniazdkiem miłości Barry’ego. W 

końcu Barry’emu puściły  nerwy i cisnął w niego latarnią.  Tony w ostatniej chwili się uchylił, 

przysięgam. A to była jedna z tych wielkich fresnelek... moŜna taką rozwalić komuś głowę na 

miazgę. Rozbiła się w drobny mak.  

Poczciwy Barry nie lubi Ŝartów na temat swoich dziewczynek.  

– Jakich dziewczynek? PrzecieŜ on ma Ŝonę i dziecko.  

– Mieć moŜe i ma, ale to mu nie przeszkadza kombinować na boku, na przykład z Sandrą. 

Nie  zauwaŜyłeś,  jak  znikają  razem  na  zapleczu  sklepu  i  długo  stamtąd  nie  wychodzą?  Miej 

oczy szeroko otwarte, a zrozumiesz, o co mi chodzi.  

Chris milczał, był wstrząśnięty. Wszyscy, wszystko, gdziekolwiek spojrzeć, wydawało mu 

się przegniłe, zepsute, przesiąknięte trucizną.  
 

 

background image

Rozdział dziesiąty 

 

Jenny  czuła  się  samotna.  Jeśli  nie  liczyć  klientów  i  kelnerek  z  baru,  od  paru  dni  nie 

zamieniła z nikim słowa. Do Tommy’ego Sancheza, który nie przepuścił Ŝadnej okazji, Ŝeby jej 

nie  zagadnąć,  uśmiechała  się  i  odpowiadała  mu  grzecznie,  ale  szybko  kończyła  rozmowę  pod 

pretekstem, Ŝe musi posprzątać ze stolika albo przyjąć zamówienie, zanim zdąŜył jej dotknąć.  

Chrisa szukała w dalszym ciągu, ale z coraz mniejszym przekonaniem. Nie była pewna, czy 

kocha  go  taką  miłością,  jaką  on  wyznał  jej;  w  swoim  odczuciu  nie  zasługiwała  na  to,  by 

kogokolwiek  pokochać.  Po  weekendzie,  który  spędzili  razem  w  Rose  Hill,  pozostało  jej 

wraŜenie,  którego  na  jawie  nigdy  nie  doświadczyła  i  nie  potrafiła  nazwać.  A  była  to  dobroć, 

wraŜenie pławienia się w dobroci świeŜej jak wiosenne powietrze. Ale jak wszystkie odczucia 

znane  tylko  ze  snów,  i  to  zaczynało  juŜ  blaknąć.  Wszystko  blakło.  Radość  z  odzyskanej 

wolności  podczas  tamtych  pierwszych  dni  poza  domem,  kiedy  wiedziała,  Ŝe  juŜ  nigdy  nie 

zobaczy  ojca,  dziwaczne,  chaotyczne  miesiące  z  Tansy,  które  przynajmniej  były  wesołe,  czas 

spędzony z Piersem, szampan, imprezy – wszystko to było juŜ suche i martwe jak zeszłoroczne 

liście.  

Tak więc szukała Chrisa, lecz z fatalistycznym przekonaniem, Ŝe nigdy go juŜ nie zobaczy.  

Dom, w którym wynajmowała pokoik, naleŜał do kobiety nazwiskiem Gili Petrie.  

Była  to  trzydziestoparoletnia  wdowa  z  dwojgiem  małych  dzieci;  jej  mąŜ  zginął  przed 

dwoma  laty  w  wypadku  motocyklowym.  Niełatwo  było  wyrwać  jej  się  z  domu;  z  usług 

opiekunek  do  dzieci  nie  korzystała,  bo  nie  mieściło  jej  się  w  głowie,  Ŝe  moŜna  zostawiać 

własne dzieci pod opieką przypadkowych osób. Do Jenny miała jednak zaufanie, więc kiedy ta 

zaproponowała jej, Ŝe w wolne wieczory moŜe posiedzieć z maluchami, chętnie na to przystała 

i zaczęła częściej wychodzić.  

Pewnego dnia zagadnęła Jenny: 

–  Mogłabyś  posiedzieć  jutro  z  synkiem  moich  znajomych?  Chcą  wyjść  do  miasta,  a  nie 

mają go z kim zostawić.  

Jenny  zgodziła  się.  I  tak  nie  miała  nic  innego  do  roboty,  a  lepiej  dorobić  sobie  te  kilka 

funtów, niŜ marnować czas na bezowocne jeŜdŜenie po okolicy autobusami.  

 

Następnego dnia o siódmej wieczorem zjawiła się pod adresem, który podała jej Gili. Był 

to ładny, nowoczesny dom, jakich tysiące, i zamieszkująca  go rodzina teŜ była jakich tysiące: 

ładna,  trochę  niespokojna  Ŝona,  wesoły,  energiczny  mąŜ,  nieśmiały  synek.  Kobieta  wyjaśniła, 

Ŝ

e mają rocznicę ślubu. Wybierali się do restauracji i obiecywali, Ŝe nie wrócą późno. Zostawili 

jej przekąskę, kawę, miała do dyspozycji telewizor i telefon.  

Jenny  dziwił  trochę  niepokój  okazywany  przez  kobietę.  Na  ten  dom  padał  cień,  tak  jakby 

coś  tu  było  nie  w  porządku,  ale  co,  nie  potrafiła  określić.  Przez  jakiś  czas  rozmawiała  z  ich 

synkiem, Seanem – a właściwie to rysowała go i słuchała.  

background image

Nie miała dotąd wiele do czynienia z dziećmi i była nim zachwycona. Dzieci jej gospodyni 

Gili  były  jeszcze  bardzo  małe,  ale  z  Seanem,  kiedy  juŜ  się  z  nią  oswoił,  rozmawiało  jej  się 

prawie jak z rówieśnikiem.  

Fascynowała go nauka. Na ścianie jego sypialni wisiała duŜa mapa nieba.  

Opowiedział  jej  o  teorii  wielkiego  wybuchu  i  narodzin  wszechświata.  Obejrzała  przez 

mikroskop  nóŜkę  muchy.  Powiedziała  mu,  Ŝe  nie,  nie  wierzy  w  niezidentyfikowane  obiekty 

latające,  a  on  streścił  jej  kilka  teorii  dotyczących  UFO.  Spytał,  czy  potrafi  grać  w  szachy. 

Odpowiedziała, Ŝe nie, Ŝe nie zna zasad tej gry.  

– Nauczę cię – zaproponował. – Z początku wyda ci się to skomplikowane, ale szybko się 

wciągniesz.  

– Pora kłaść się do łóŜka – odparła. – Obiecałam twojej mamie.  

– A mogę ci pokazać, leŜąc w łóŜku? 

– Pod warunkiem Ŝe za dziesięć minut się w nim znajdziesz.  

Warunek został spełniony,  chcąc nie  chcąc przysiadła więc na łóŜku, a  chłopiec rozstawił 

pionki  i  figury  na  rozłoŜonej  na  kołdrze  szachownicy  i  zaczął  wyjaśniać.  Słuchała  jednym 

uchem, zadając od czasu do czasu pytania, Ŝeby nie pomyślał, Ŝe nie uwaŜa; ale pochłaniały ją 

głównie jego niewinny entuzjazm, jego ciekawość świata, jego inteligencja.  

Wyjaśniwszy juŜ, jak poruszają się poszczególne figury, zapytał: 

– To co, rozegramy partyjkę? 

–  Nic  z  tego  –  odparła  –  za  późno  juŜ.  Poza  tym  zgłodniałam  i  chcę  się  napić  herbaty.  A 

twojej mamie obiecałam, Ŝe o tej porze będziesz juŜ dawno spał.  

– A zagramy następnym razem? 

– Zagramy, obiecuję.  

– Mogę jeszcze trochę poczytać? 

– Piętnaście minut.  

Sean zgarnął szachowe figury do pudełka, które połoŜył na podłodze przy łóŜku, i sięgnął 

po  jedną  z  ksiąŜek  stojących  na  półce  nad  jego  głową.  I  wtedy  odruchowo  objęła  go  i 

pocałowała.  Nie  protestował.  Pachniał  mlekiem,  pastą  do  zębów,  niewinnością.  Nie  potrafiła 

się  oprzeć,  pocałowała  go  z  czułością  jeszcze  raz  i  przechwyciła  jego  zdziwione  spojrzenie. 

Natychmiast wypuściła go z objęć.  

–  Dobranoc,  Sean  –  powiedziała  i  wyszła  z  pokoju,  drŜąc  z  zawstydzenia  i  tęsknoty. 

Pragnęła ująć w dłonie tę małą dziecięcą twarzyczkę i przytulić do piersi. Pragnęła obsypać go 

pocałunkami.  Ogarnięta  nienawiścią  do  samej  siebie  siedziała  w  ostatnich  promieniach 

zachodzącego  słońca  na  krawędzi  sofy  i  zastanawiała  się,  jak  głęboko  sięgnęło  juŜ  zepsucie, 

które wszczepił jej ojciec. Była nie lepsza od niego; nie powinna podejmować się więcej opieki 

nad dziećmi. Powinna Ŝyć samotnie, w ogóle nie powinna Ŝyć.  

Kiedy zapadł zmrok, weszła do małej, schludnej kuchni, zaparzyła sobie kawę i bezwiednie 

sięgnęła po herbatnika. Właściwie to nie miała na niego ochoty.  

Zastanawiała  się  właśnie,  czy  go  odłoŜyć,  czy  jednak  zjeść,  kiedy  zadzwonił  telefon. 

Podniosła słuchawkę.  

– Halo? 

background image

– Dobry wieczór – rozległ się męski głos. – Czy to dom Barry’ego Springera? 

Musiała się chwilę zastanowić, Ŝeby przypomnieć sobie nazwisko gospodarzy.  

– Nie – odparła. – Tu mieszkają państwo Millerowie.  

– Nie jest pani pewna? Wyczułem w pani głosie zawahanie.  

– Nie, jestem pewna. Musiał pan pomylić numer.  

– Az kim rozmawiam, jeśli wolno wiedzieć? Z panią Springer? 

– Nie rozumiem.  

– Pytałem, z kim mam przyjemność rozmawiać.  

– Jestem opiekunką do dziecka.  

– Ach, no to wszystko jasne. Czyli nie ma go w domu.  

– Powiedziałam juŜ, Ŝe tu nie mieszka nikt o nazwisku, które pan wymienił...  

– PrzekaŜ mu, Ŝe Carson kończy rozgrzewkę. Zapamiętasz? 

– Ale komu mam to przekazać? On nie nazywa się...  

– Mniejsza z tym. Będzie wiedział, o co chodzi. Nie zapomnij.  

I męŜczyzna przerwał połączenie.  

Nie wiedzieć czemu, Jenny wstrząsnął zimny dreszcz. Nalała sobie kawy, przeszła z nią do 

living  roomu  i  do  czasu,  kiedy  przed  domem  zatrzymał  się  samochód  i  klucz  zazgrzytał  w 

zamku, siedziała bez ruchu, oglądając film o Jamesie Bondzie.  

– Dobry wieczór! – zawołała od progu pani Miller. – Wszystko w porządku? Sean juŜ śpi? 

Jenny wstała i weszła za nią do kuchni.  

– Tak, w porządku. Uczył mnie gry w szachy.  

– On zawsze szuka kogoś, kto by z nim zagrał. Napijesz się herbaty? Po posiłku muszę się 

zawsze napić herbaty, a tam, gdzie byliśmy, mieli tylko kawę.  

Zakrzątnęła  się,  nalała  wody  do  czajnika,  przygotowała  trzy  kubki,  była  wyraźnie 

szczęśliwa, Ŝe jest znowu u siebie, w swojej kuchni.  

– Udał się wieczór? – spytała Jenny.  

– O, nadzwyczaj... byliśmy we włoskiej restauracji. Lubię włoszczyznę; przepadam za nią. 

Jutro będziemy cuchnęli czosnkiem. A ty gdzie pracujesz, kochanie? 

Wiedziała  juŜ,  Ŝe  Jenny  jest  kelnerką.  Jenny  opowiedziała  jej  teraz  o  barze  Tommy’ego 

Sancheza.  

–  Ale  nie  zamierzam  długo  zagrzać  tam  miejsca  –  zakończyła.  –  Nie  chcę  być  przez  całe 

Ŝ

ycie kelnerką.  

Wszedł Barry, zacierając dłonie.  

– Sean śpi jak zabity – powiedział. – Co pani mu zrobiła, hę? 

Jenny  zerknęła  na  niego  spłoszona,  ale  to  nie  była  Ŝadna  aluzja.  Barry  wziął  herbatnika, 

którego niedawno odłoŜyła, i schrupał go na poczekaniu.  

– śarłok – mknęła na niego Ŝona. – PrzecieŜ objadłeś się po dziurki w nosie.  

– Tak, miło było. Wybierzemy się tam jeszcze. Puścił oko do Jenny. Uśmiechnęła się. Ten 

człowiek dał się lubić. Kiedy usiedli w living roomie z herbatą, Sue zapytała: 

– Co zamierzasz robić po rzuceniu pracy w tym barze? 

background image

– Jeszcze nie zdecydowałam. Znajomy mówi, Ŝe powinnam iść na studia. Ale ja nie bardzo 

wiem, co chciałabym studiować.  

–  Och,  powinnaś  –  powiedziała  Sue.  –  Mówię  ci.  Robię  teraz  dyplom  na  uniwersytecie 

otwartym. To coś fantastycznego! Nigdy nie myślałam, Ŝe ktoś taki jak ja... To roztacza przed 

tobą mnóstwo nowych perspektyw.  

– Tak. Rozumiem. Tylko Ŝe ja...  

– Lubisz dzieci? – wpadł jej w słowo Barry.  

–  Prawdę  mówiąc,  to  nie  miałam  z  nimi  dotąd  wiele  do  czynienia.  Ale  dzisiaj  bardzo 

dobrze rozmawiało mi się z Seanem. To uroczy chłopiec.  

– Jest królem świata – powiedział z dumą Barry.  

– Powinnaś pójść na studia pedagogiczne i zostać nauczycielką – podsunęła Sue.  

– Sama zamierzam nią zostać po uzyskaniu dyplomu. Teraz jestem szkolną sekretarką, ale 

bardzo chciałabym uczyć.  

Jenny  uwaŜała  zawsze  nauczycieli  za  wyobcowanych,  ponurych,  zgorzkniałych 

nieudaczników. Wyobraziła sobie teraz tę ładną, miłą, wraŜliwą kobietę w roli nauczycielki i na 

chwilę dostrzegła przed sobą całą gamę perspektyw. Świat wydał jej się otwarty i przyjazny.  

Po herbacie Barry zaproponował, Ŝe odwiezie ją do domu. Podziękowała, argumentując, Ŝe 

to  tylko  dziesięć  minut  spacerkiem,  ale  on  nalegał.  Upierał  się,  Ŝe  dziewczęta  nie  powinny 

chodzić same po nocy.  

– Wszystko w porządku? – zapytał, kiedy wsiedli do samochodu.  

– Nie rozumiem.  

– Przepraszam, Ŝe wtrącam się w nie swoje sprawy, ale zrobiłaś na mnie wraŜenie bardzo 

nieszczęśliwej, kiedy wróciliśmy.  

– Naprawdę? – Nie wiedziała, co powiedzieć. – Nie... wydawało się panu...  

– Wyglądałaś jak ktoś, kto przeŜył jakąś tragedię. Tak, to właściwe określenie.  

Posiedzisz jeszcze kiedyś z Seanem? 

– Chętnie. Jeśli państwu odpowiadam. Kiedy tylko będę wolna.  

– I posłuchaj, jeśli masz jakieś kłopoty, potrzebna ci pomoc, to nie krępuj się, wiesz, o co 

mi  chodzi?  Osobiście  nie  jestem  za  tym,  Ŝeby  takie  rzeczy  tłamsić  w  sobie.  Sue  teŜ  nie.  To 

wspaniała dziewczyna. Ze wszystkimi potrafi rozmawiać.  

Ile  razy  stanie  w  kolejce  do  autobusu,  zawsze  jakaś  kobieta  zaczyna  się  jej  zwierzać  ze 

swoich  zmartwień.  Wszystkie  dzieci  ze  szkoły  zamiast  do  nauczycieli  do  niej  przychodzą  ze 

swoimi problemami. MoŜesz w kaŜdej chwili wpaść i z nią porozmawiać.  

– Dzięki – mruknęła Jenny, kiedy zatrzymywali się pod domem Gili Petrie. – I dziękuję za 

podrzucenie.  

OdjeŜdŜając,  pomachał  jej  jeszcze  ręką  przez  otwarte  okno,  i  dopiero  teraz  przypomniała 

sobie, Ŝe nie powiedziała mu o tym dziwnym telefonie od męŜczyzny, który się nie przedstawił. 

W sumie dziwny był cały ten wieczór.  
 

 

background image

Rozdział jedenasty 

 

Dla  Chrisa  stawało  się  jasne,  co  jest  dobre,  a  co  złe.  Utrata  kontaktu  z  Jenny  i  bójka  z 

Piersem, to, co Dave powiedział mu o Barrym – wszystko prowadziło do wniosku, Ŝe oszustwo 

i  zdrada  są  najgorszym  złem,  a  prawdomówność  i  wierność  najwyŜszym  dobrem.  Jeśli  składa 

się  obietnicę,  to  trzeba  jej  dotrzymać.  Kto  łamie  obietnicę,  nie  zasługuje  na  to,  by  Ŝyć. 

Uświadomiwszy to sobie, poczuł się silny; silny, ale opuszczony, bo obiecał sobie w duchu, Ŝe 

pozostanie wierny Jenny, a ona przepadła jak kamień w wodę. JednakŜe z tym poczuciem siły 

przyszła pewność, Ŝe w końcu ją odnajdzie. Dobre intencje zawsze zwycięŜają. Muszą.  

Matka, tak zaślepiona swoją miłością do Mike’a Fairfaxa, Ŝe nie zauwaŜyła nawet rozciętej 

wargi,  z  którą  Chris  wrócił  do  domu  po  bójce  z  Piersem,  dostrzegła  jednak  tę  zmianę  w  jego 

postawie,  ten  niezłomny  absolutyzm.  I  pewnego  wieczoru  skomentowała  swoje  spostrzeŜenie 

przy kolacji.  

– Co w ciebie wstąpiło? – spytała. – Zawsze byłeś taki tolerancyjny.  

– To nastrój obecnych czasów – powiedział Mike.  

Zdjął okulary i spojrzał na nich wodnistymi oczami krótkowidza.  

–  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  czasami  ani  z  niczym  innym  –  odburknął  Chris.  –  Ale  co 

miałeś na myśli? 

– To Zeitgeist. Duch epoki. Fundamentalizm.  

– No nie, aŜ tak źle to z nim nie jest... – zaprotestowała matka Chrisa.  

–  Jeśli  coś  jest  fundamentalną  prawdą,  to  pozostaje  prawdą  bez  względu  na  epokę  – 

powiedział Chris. – To bzdurne twierdzić, Ŝe ludzie czują się tak a nie inaczej tylko dlatego, Ŝe 

wszyscy  inni  tak  się  czują.  Równie  dobrze  moŜna  powiedzieć,  Ŝe  naleŜałoby  ogłosić 

referendum w sprawie siły grawitacji. Jeśli coś jest prawdą, to nią jest.  

–  CóŜ,  to  samo  w  sobie  jest  postawą  fundamentalistyczną  –  zauwaŜył  Mike.  –  Liberał 

powiedziałby,  Ŝe  są  róŜne  prawdy.  Powiedziałby,  Ŝe  prawdą  jest  to,  co  się  sprawdza,  i  jeśli 

wierzysz, Ŝe coś jest takie a nie inne i dobrze ci z tym, to dla ciebie jest to prawda. Wiara, Ŝe z 

tym czymś jest jednak inaczej, będzie prawdą dla kogoś innego.  

–  No  to  ten  liberał  byłby  w  błędzie  –  zaperzył  się  Chris.  –  To  równoznaczne  z 

twierdzeniem, Ŝe nic nie jest prawdą. śe wszystko jest kłamstwem.  

– Taki juŜ jest ten świat, Chris.  

–  Wcale  nie  jest!  –  zaperzył  się  Chris  –  A  wiara  nie  ma  nic  wspólnego  z  dobrym 

samopoczuciem. W niektóre rzeczy trzeba wierzyć, nawet jeśli psują ci nastrój.  

– CóŜ, cokolwiek cię tak nakręciło – powiedział z uśmiechem Mike – mieć zepsuty nastrój, 

a  przy  tym  świadomość,  Ŝe  postąpiło  się  słusznie,  to  jeszcze  jedna  forma  dobrego 

samopoczucia.  

– Z tobą tak zawsze! – Chris stracił nad sobą panowanie, rąbnął pięścią w stół i zerwał się 

tak gwałtownie, Ŝe przewrócił krzesło.  

– Chris... – powiedziała matka, wyciągając do niego rękę.  

Mike spojrzał przepraszająco, ale Chris zaślepiony gniewem, mówił dalej: 

background image

–  Z  wami  tak  zawsze...  ze  wszystkimi  takimi  jak  ty...  całe  to  ględzenie  o  dobrym 

samopoczuciu,  jakby  to  było  najwaŜniejsze  na  świecie;  jakby  takie  wartości  jak  prawda, 

sprawiedliwość i honor juŜ się dla was nie liczyły, jakby były tylko słowami, które poprawiają 

wam  samopoczucie...  kiedy  kłamiecie,  oszukujecie,  zdradzacie  swoje  rodziny.  śadne  wzorce 

się dla was nie liczą, najwaŜniejsze jest wasze dobre samopoczucie...  

–  Chris!  –  krzyknęła  matka.  –  Na  litość  boską!  Urwał  i  spojrzał  na  nią.  Była  w  tym 

spojrzeniu mroŜąca krew w Ŝyłach pogarda. Potem odwrócił się i wyszedł.  

– Co go napadło? – mruknął Mike. – Czy ja coś powiedziałem? 

– Mam nadzieję, Ŝe się mylisz – odparła matka Chrisa. – Co do tego fundamentalizmu. Nie 

zniosłabym, gdyby on wplątał się w coś takiego.  

Uznali,  Ŝe  ta  nagła  zmiana  nastroju  i  wybuch  gniewu  to  typowe  przejawy  wieku 

dojrzewania,  i  gratulowali  sobie  w  duchu,  Ŝe  sami  są  juŜ  racjonalni,  dorośli  i  potrafią 

kontrolować  swoje  namiętności.  Ale  mimo  wszystko  w  sercu  Mike’a  zatliła  się  iskierka 

zazdrości. A jeśli chodzi o matkę Chrisa, to dopiero leŜąc z Mikiem w łóŜku, zdołała wyrzucić 

z myśli wyraz twarzy syna, zimny i bezwzględny jak miecz.  

 

Kilka dni po rocznicy ślubu państwa Millerów Tommy Sanchez poprosił Jenny do swojego 

gabinetu.  

Była siódma, zapadał wieczór po kolejnym upalnym dniu. Serce podeszło Jenny do gardła; 

domyślała  się,  co  się  święci.  Wsunęła  się  tam  z  duszą  na  ramieniu.  Tommy  Sanchez  w 

dŜinsach, szelkach i T-shircie w paski odkapslował butelkę meksykańskiego piwa, a kiedy ją od 

niego przyjęła, otworzył sobie drugą.  

– Siadaj – zagaił z głębin swojego zabytkowego, obrotowego kapitańskiego fotela.  

Przysunęła  sobie  krzesło  i  usiadła  jak  sekretarka,  której  szef  zaraz  coś  podyktuje.  Ściany 

gabinetu obwieszone były posterami i fotografiami, na biurku leŜały w nieładzie płyty i kasety 

z  jazzem,  na  półce  za  Tommym  stał  komputer  i  faks;  a  ogromna  szafa  grająca  Wurlitzera 

uniemoŜliwiała otwarcie drzwi na ościeŜ.  

Jenny,  odrętwiała  i  bezradna,  gapiła  się  w  okno  wychodzące  na  stary  zielony,  od  dawna 

niewykorzystywany  cmentarz  na  tyłach  sąsiadującej  z  barem  kaplicy  –  Co  u  ciebie?  –  spytał 

Tommy.  

– W porządku.  

– śadnych problemów? 

– śadnych.  

– Pytam, bo martwię się o ciebie, Jenny, wiesz? 

Spuściła wzrok i milczała.  

– Pij to piwo. Bo się zagrzeje.  

Posłusznie  uniosła  butelkę  do  ust  i  pociągnęła  łyczek  zimnego,  szczypiącego  w  język 

płynu. Czuła, Ŝe powinna coś powiedzieć.  

– Czemu pan się o mnie martwi? – spytała.  

background image

Nie  spodziewała  się,  Ŝe  jej  głos  zabrzmi  tak  spokojnie.  Spojrzała  na  Tommy’ego  i 

dostrzegła  to,  co  widziała  juŜ  na  niejednej  twarzy:  szkliste  spojrzenie,  rumieniec,  skupienie. 

Równie dobrze mogłaby to być twarz Piersa albo jej ojca.  

Szybko odwróciła wzrok.  

– Bo wyglądasz tak młodo – wyjaśnił Tommy – Patrząc na ciebie, myślę, Ŝe przydałaby ci 

się jakaś ochrona.  

– Dam sobie radę. Niczego nie potrzebuję.  

– Prócz pracy. 

 Słowa te wisiały przez chwilę w powietrzu, potem Tommy pochylił się nad biurkiem.  

– Jenny, wypij dzisiaj ze mną drinka przed wyjściem do domu. Gdzie mieszkasz? 

– W Kidlington. Ale...  

– Czym wracasz do domu? Autobusem? 

– Tak, ostatnim. Ledwie na niego zdąŜam.  

– Odwiozę cię. Pozwól mi się odwieźć. No?  

Poczuła ogromne znuŜenie i rezygnację.  

– Dlaczego nie powie pan wprost, o co panu chodzi? – spytała.  

– PrzecieŜ mówię. Chce się z tobą spotkać po zamknięciu, wypić drinka, a potem odwieźć 

cię do domu. To wszystko.  

– Wszystko? Nic poza tym? 

– Słowo honoru.  

– Proszę nie nalegać – powiedziała. – Nie wierzę panu. Właściwie to powinnam. PrzecieŜ 

daje pan słowo. Sama nie wiem, czemu nie...  

Podniósł rękę. Z tą grubo ciosaną, wyrazistą twarzą, wielkimi oczami i gęstymi, czarnymi 

brwiami sprawiał wraŜenie takiego silnego i pewnego siebie. Urwała.  

– Wystarczy, okej? Przepraszam, Ŝe to zaproponowałem. Nie masz Ŝadnych podstaw, Ŝeby 

zarzucać mi, Ŝe molestuję cię seksualnie. Nikogo nie molestuję. Nie muszę.  

Nie  chcesz  wypić  ze  mną  towarzyskiego  drinka,  trudno;  odmówiłaś,  nie  nalegam.  To 

prawda,  Ŝe  mi  się  podobasz.  Jesteś  ładną,  atrakcyjną,  intrygującą,  spokojną  dziewczyną. 

Chciałbym cię lepiej poznać. Rozumiemy się? 

Wpatrywała się w podłogę i milczała.  

– Nie muszę nagabywać swoich kelnerek, Jenny. Nie o to mi chodzi.  

Spojrzała  na  niego,  otworzyła  usta,  Ŝeby  coś  powiedzieć,  ale  w  końcu  wzruszyła  tylko 

ramionami.  

– Odnoszę wraŜenie, Ŝe coś cię gnębi – podjął. – Chciałbym ci pomóc. To wszystko.  

– Skąd takie wraŜenie? Po czym to widać? 

– Buzia w ciup. Nieszczęśliwa. Osowiała.  

– Opuszczająca się w pracy.  

– Ty to powiedziałaś, kochanie.  

– A więc to groźba? 

– Nic z tych rzeczy! 

background image

– Mam przez to rozumieć, Ŝe jeśli... jeśli nie zrobię tego, czego pan ode mnie oczekuje, to 

mi pan wymówi? 

– Na miłość boską...  

– Do tego pan zmierza? 

– SkądŜe znowu! 

Gniew ściągał mu twarz. Sporo wysiłku kosztowało go, Ŝeby przywołać uśmiech.  

–  Posłuchaj  –  powiedział.  –  Zacznijmy  od  początku,  dobrze?  Ruszyliśmy  nie  z  tej  nogi. 

Wyobraź sobie, Ŝe dopiero tu weszłaś. Ruch na sali niewielki, przez pół godziny poradzą tam 

sobie bez ciebie. Siedzimy, sączymy piwo. Jak leci, Jenny? 

– Dobrze, dziękuję.  

– Znalazłaś sobie jakieś lokum? 

– Tak.  

– To się cieszę. Bo do niedawna nocowałaś u Dorothy na podłodze, tak? 

– Tylko przez kilka dni.  

– Ale do tego Kidlington spory kawałek drogi, prawda? 

– Autobusem nie tak daleko.  

– Ile kosztuje bilet? 

– Półtora funta, powrotny.  

– To duŜo. Jezu, dziewięć funtów tygodniowo na same przejazdy.  

Wzruszyła ramionami.  

– Powinnaś poszukać sobie czegoś w centrum – zauwaŜył.  

– Wtedy czynsz byłby wyŜszy.  

– Wiem, gdzie by nie był.  

Spojrzała na niego, niepewna, czy prowadzi jakąś grę, czy mówi powaŜnie.  

Wyglądało na to, Ŝe powaŜnie.  

– Mam mieszkanie w Gloucester Green – wyjaśnił. – Na tym nowym osiedlu. Są tam dwie 

sypialnie; mogłabyś zamieszkać w tej drugiej.  

W  jego  oczach  pojawiła  się  teraz  iskierka  uśmiechu,  nie  moŜna  mu  było  odmówić  uroku. 

Zacisnęła usta, Ŝeby teŜ się nie uśmiechnąć.  

–  Widzisz?  Teraz  wyraŜam  się  jasno,  prawda?  –  ciągnął.  –  Jak  juŜ  powiedziałem, 

chciałbym cię lepiej poznać. Co tu ukrywać. Nie zamierzam cię napastować, nic na siłę, ale nie 

obiecuję, Ŝe nie będę się starał wkraść w twoje łaski. Masz chłopaka? 

Nie odpowiedziała.  

– Na pewno masz. I to niejednego. NiewaŜne. Zamierzam cię zdobyć, Jenny. Pragnę cię.  

– Zawsze dostaje pan to, czego chce? 

–  Nie,  i  w  tym  właśnie  cały  urok.  Nigdy  nic  nie  wiadomo.  W  kaŜdym  razie  zastanów  się 

nad tym.  

– Nad czym? 

– Nad zamieszkaniem w mojej drugiej sypialni. Mówię powaŜnie. MoŜesz obejrzeć ją sobie 

jeszcze dzisiaj, a wprowadzić się w weekend. Co ci szkodzi? Przemyśl to.  

Nie dawaj mi odpowiedzi teraz. Pomówimy o sprawie później.  

background image

Wstał  i  otworzył  przed  nią  drzwi.  Wróciła  na  salę  i  pracowała  jeszcze  godzinę,  nie 

rozwaŜając oferty Tommy’ego, czekając pasywnie, aŜ sama ułoŜy jej się w głowie, i tuŜ przed 

zamknięciem wiedziała juŜ, co zrobi.  

Odnalazła Tommy’ego.  

– Ja w sprawie twojej propozycji.  

– Namyśliłaś się? 

Stali  w  ciemnym,  dusznym  korytarzyku  między  gabinetem  a  kuchnią.  Wokół  kręcili  się 

ludzie,  ale  byli  zaabsorbowani  swoimi  sprawami,  nie  zachodziła  więc  obawa,  Ŝe  ktoś  ich 

podsłucha.  

–  Słuchaj  –  powiedziała  i  Tommy  pochylił  się,  skwapliwie  nadstawiając  ucha.  Nie  mogła 

się nadziwić, Ŝe te niebezpieczne skądinąd istoty tak łatwo sobie podporządkować. – Chodzi o 

moją  gospodynię.  Będzie  miała  pretensję,  Ŝe  nie  powiadomiłam  jej  z  tygodniowym 

wyprzedzeniem,  Ŝe  zwalniam  pokój...  no  wiesz,  nie  chce  stracić  czynszu  za  ten  tydzień.  Nie 

mogę się tak z dnia na dzień wyprowadzić i nie wyrównać jej straty; to by nie było w porządku. 

Ale z ostatniej tygodniówki nic mi juŜ nie zostało. Gdybyś mi wypłacił to, co zarobiłam dzisiaj, 

rozliczyłabym się z nią i od razu poczuła lepiej. A wtedy...  

Zerknęła  na  niego  i  znowu  spuściła  wzrok.  Udało  się.  Wyciągnął  z  kieszeni  zwitek 

banknotów, wręczył jej dniówkę i dorzucił jeszcze dziesięć funtów.  

– Nie ma sprawy – powiedział. – A co z drinkiem? 

– Nie teraz. Jutro. Dzisiaj nie za dobrze się czuję. Ale dziękuję.  

Opuszkami palców musnęła przelotnie jego nadgarstek, uśmiechnęła się i odwróciła.  

Niczego nie podejrzewał.  

Gdyby zamierzała naciągnąć go na jakąś większą sumę, teŜ poszłoby jak z płatka.  

Naturalnie trudno tu było mówić o naciąganiu, ale gdyby powiedziała wprost, Ŝe odchodzi, 

nie zobaczyłaby pewnie na oczy tych uczciwie zapracowanych pieniędzy, które był jej winien. 

Zresztą  i  tak  musiała  się  poŜegnać  ze  swoją  działką  z  napiwków;  częściową  rekompensatę 

stanowiło dla niej te dziesięć funtów ekstra.  

Ale  pieniędzy  miała  teraz  najwyŜej  na  tydzień.  Jeśli  nie  znajdzie  w  tym  czasie  pracy, 

będzie  się  musiała  wyprowadzić  od  Gili  Petrie  i  zostanie  bez  dachu  nad  głową,  skazana  na 

noclegownie dla bezdomnych i włóczęgę.  

Porzuciła juŜ prawie nadzieję, Ŝe odnajdzie Chrisa.  

 

Kiedy jednak pewnego popołudnia wysiadała w Kidlington z autobusu, skonana po całym 

dniu  chodzenia  po  sklepach,  które  jej  nie  chciały,  po  biurach,  które  zgłosiły  do  urzędu 

zatrudnienia  wolne  etaty,  po  hotelach,  które  szukały  kogoś  z  doświadczeniem,  zatrzymał  się 

przy niej jakiś samochód i usłyszała znajomy głos: 

– Hej! Jenny! 

To był Barry Miller, ojciec Seana. Przywitała się z nim, a on otworzył drzwiczki.  

– Podrzucić cię do domu? – spytał.  

– PrzecieŜ to tuŜ za rogiem! 

– NiewaŜne, wskakuj.  

background image

Był  tak  inny  od  Tommy’ego  Sancheza,  taki  czarujący  i  otwarty,  tak  niepodobny  do  tych 

ponuraków,  którzy  przez  całe  popołudnie  odprawiali  ją  z  kwitkiem,  Ŝe  juŜ  samo  jego 

towarzystwo podniosło ją na duchu.  

– Zmęczona? – zapytał.  

– Straszny upał. Szukałam pracy.  

– Bez powodzenia? 

– Nic.  

– Szkoda, Ŝe nie mogę ci czegoś zaproponować.  

–  Nie,  nie  trzeba,  w  końcu  coś  znajdę.  Och!  Zapomniałam  panu  powiedzieć  tamtego 

wieczoru! Odebrałam telefon...  

I powtórzyła mu to, co zapamiętała. Efekt był piorunujący. Opalony i wesoły Barry zbladł 

jak ściana i jakby postarzał się na moment o dziesięć lat. Zjechał do krawęŜnika, zatrzymał wóz 

i kazał jej przypomnieć sobie tę rozmowę ze wszystkimi szczegółami.  

– O co chodziło? – spytała.  

– Nie mówiłaś Sue? 

– Nie, dopiero teraz mi się przypomniało. Przepraszam, powinnam była wcześniej.  

– W Bogu nadzieja, Ŝe jej nie straszył...  

Siedział  jakiś  czas,  bębniąc  palcami  w  kierownicę  i  patrząc  przed  siebie  niewidzącymi 

oczyma. W końcu odezwał się: 

– Słuchaj, masz pół godziny? Chciałbym ci coś pokazać.  

– Dobrze. Ale o co w tym wszystkim chodzi? 

– Pewien człowiek dybie na moje Ŝycie – odparł Barry, wrzucając bieg.  

Zawrócił  w  stronę  Oksfordu,  ale  nie  dojeŜdŜając  do  miasta,  skręcił  w  boczną  drogę. 

Siedzącej obok Jenny dźwięczały jeszcze w uszach jego ostatnie słowa. Czy moŜna uwierzyć w 

coś tak melodramatycznego? Ale Barry Miller był wyraźnie nie na Ŝarty przejęty.  

– Kim jest ten człowiek? – zapytała.  

–  Nazywa  się  Carson.  Bóg  jeden  wie,  jak  mnie  tu  znalazł.  Widzisz,  miałem  kiedyś  w 

południowym Londynie do czynienia z tą rodziną, Carsonem i jego dwoma braćmi.  

Powiedziałem, Ŝe miałem do czynienia, co nie znaczy, Ŝe coś mnie z nimi łączyło. To były 

prawdziwe  sukinsyny.  Narkotyki,  dziewczynki,  nocne  kluby...  w  tej  branŜy  działali. 

Wymuszanie haraczy... no wiesz, płacisz sto funtów tygodniowo za ochronę albo rozwalamy ci 

sklepik.  I  nie  rzucali  tych  słów  na  wiatr.  Zabijali...  Był  taki  konkurencyjny  gang,  z  którym 

walczyli  o  to,  kto  będzie  ściągał  haracze,  rozumiesz?  W  końcu  Carsonowie  dopadli  dwóch 

facetów kierujących tym drugim gangiem, zabrali ich do garaŜu, związali, a potem poderŜnęli 

im gardła i powiesili jak zwierzęta w rzeźni.  

Znaleziono  ich  dopiero  po  tygodniu...  To  było  oczywiście  ostrzeŜenie.  Albo  z  nami 

współpracujecie,  albo  skończycie  jak  oni,  wykrwawiając  się  na  śmierć,  powieszeni  pod  Ŝebro 

na haku.  

DojeŜdŜali  do  duŜego  skrzyŜowania  przed  motelem  i  Barry  urwał,  Ŝeby  skupić  się  na 

prowadzeniu. Jenny zerknęła na niego spod oka. Twarz miał ponurą bladą ściągniętą.  

Za skrzyŜowaniem Barry podjął: 

background image

– Prowadziłem tam zakład elektrotechniczny. Pracowałem głównie na zlecenia, ale miałem 

teŜ  mały  sklepik.  Snułem  plany;  chciałem  rozbudować  tę  część  handlową.  Wiedziałem,  czego 

ludziom potrzeba. Wszystko miałem zaplanowane.  

I wtedy przyszli do mnie po pieniądze. Wiesz, płacisz albo demolka. Odmówiłem.  

ś

adnych  tam  heroicznych  numerów;  po  prostu  powiedziałem  nie,  nie  da  rady,  nie  mam 

forsy.  Wiedziałem,  Ŝe  będą  kłopoty,  ale  przecieŜ  nie  moŜna  pozwolić,  Ŝeby  ludzie  takiego 

pokroju dyktowali ci warunki. Paru innych właścicieli sklepów z okolicy dowiedziało się o tym 

i  dołączyło  do  mnie.  Postanowiliśmy  się  wzajemnie  ochraniać.  Ustaliliśmy,  Ŝe  będziemy  na 

zmianę  trzymali  warty,  zaopatrzyliśmy  się  w  CB-radia,  kije  baseballowe  do  obrony...  Dziwna 

rzecz,  Ŝadnemu  z  nas  nie  przyszło  do  głowy,  Ŝeby  powiadomić  policję.  Tam,  skąd  pochodzę, 

nie ma takiego zwyczaju. Podobne sprawy załatwia się we własnym zakresie.  

I  pewnej  nocy  Carsonowie  przyszli.  Mieli  koktajle  Mołotowa,  zamierzali  puścić  nas  z 

dymem.  Nie  byli  specjalnie  zaskoczeni,  kiedy  zaszarŜowaliśmy  na  nich  z  kijami 

baseballowymi... my ze swej strony baliśmy się jak diabli, chyba nie muszę ci mówić? To byli 

mordercy.  Wiedzieliśmy,  kto  poderŜnął  tamtym  gardła  w  garaŜu;  wszyscy  to  wiedzieli.  Ale 

wiesz, jak przyprzeć kogoś do muru... Mieliśmy dosyć. Stanęliśmy do walki.  

Nie  przewidzieliśmy  tylko,  Ŝe  jeden  z  tych  cholernych  Carsonów  będzie  miał  przy  sobie 

pistolet.  A  facet  spanikował  i  zastrzelił  mojego  kumpla,  Pakistańczyka,  który  prowadził  sklep 

warzywny sąsiadujący z moim. Ktoś oczywiście usłyszał, zadzwonił po policję i zanim zdąŜyli 

się wycofać... bo my nie dawaliśmy za wygraną... nadjechały radiowozy na sygnale, zaroiło się 

od błyskających kogutów, stary Mohammed leŜy martwy w rynsztoku, Carsonowie otoczeni... 

BoŜe, nawet teraz nie chce mi się wierzyć; zupełnie jak na filmie.  

Skręcali  na  Wolvercote.  Jenny  nie  znała  tej  części  Oksfordu  i  zdziwiła  się,  kiedy  Barry 

skręcił znowu w wąską dróŜkę biegnącą między drzewami.  

– Dokąd jedziemy? – spytała.  

– Do mojego letniego domku. Za minutę tam będziemy. Na czym to ja skończyłem?... Aha, 

na walce, tak, na strzelaninie. No i to był koniec Carsonów. Przyłapani na gorącym uczynku, z 

dymiącym  pistoletem,  wpadka  na  całego...  Zgarnęli  wszystkich  i  sprawa  trafiła  do  sądu.  Nas 

musieli  uniewinnić;  tylko  się  broniliśmy.  Dwaj  starsi  Carsonowie  dostali  doŜywocie.  Te  dwa 

zabójstwa  w  garaŜu  teŜ  im  udowodniono.  Ale  najmłodszemu,  Eddiemu,  nie  postawiono 

Ŝ

adnego  zarzutu.  Nic  na  niego  nie  mieli.  Nie  był  zamieszany  w  Ŝadne  wymuszenia,  w  Ŝaden 

napad,  chodząca  niewinność,  moŜna  by  powiedzieć,  a  tak  naprawdę  najgorszy  z  nich 

wszystkich.  No  i...  wiedział,  Ŝe  ja  to  wszystko  zorganizowałem,  tę  samoobronę.  A  ja 

wiedziałem, Ŝe będzie się chciał zemścić.  

Wytrwałbym na polu bitwy, stawił mu czoło, ale musiałem myśleć o Sue i Seanie...  

Policja powiedziała, Ŝe nie jest w stanie nas ochraniać przez dwadzieścia cztery godziny na 

dobę, Ŝe nie mają na to ludzi. Zresztą Eddie był za cwany, Ŝeby grozić mi wprost.  

Samochód  zatrzymał  się  pod  drzewami.  Po  prawej  rozciągała  się  mała  polana,  na  której 

stało  kilka  zrujnowanych  zabudowań  przywodzących  na  myśl  opuszczoną  osadę  górniczą  z 

głębokiej amerykańskiej prowincji.  

Barry otworzył drzwiczki i wysiadł z wozu.  

background image

– To tutaj – powiedział. – Chodź, rzucisz okiem.  

Ruszyła  za  nim  przez  zieloną,  cienistą  polanę,  tylko  gdzieniegdzie  upstrzoną  plamami 

słońca przedzierającego się przez korony drzew. Było tu o wiele chłodniej niŜ na rozgrzanych 

upałem ulicach, które przez cały dzień przemierzała.  

Barry  zatrzymał  się  przed  drzwiami  najsolidniej  wyglądającego  budyneczku,  przekręcił 

klucz w zamku i otworzył je z fasonem.  

– Napijesz się czegoś? – spytał. – MoŜe mroŜonej coli? 

W środku było całkiem przyzwoicie. Spodziewała się jakiejś zarośniętej brudem nory, a tu 

podłoga  wyłoŜona  czystym  linoleum,  ściany  płytami  gipsowymi,  kuchnię  zaś  ze  zlewem  ze 

stali  nierdzewnej,  kuchenką  mikrofalową  i  lodówką  odgradzała  od  reszty  ścianka  działowa,  a 

właściwie  jej  drewniany  szkielet  nieobłoŜony  jeszcze  płytami  gipsowymi.  Poza  tym  wnętrze 

było juŜ wykończone, a nawet umeblowane.  

ŁóŜko z materacem i kołdrą, stół, dwa krzesła, komódka, przenośny telewizorek na niskim 

stoliczku.  Wszystko  lśniło  nowością.  Na  stole  leŜał  składany  nóŜ  wieloczynnościowy  i 

nieodpakowane jeszcze plastikowe karnisze do zawieszenia zasłonek.  

– Czemu to ma słuŜyć? – zaciekawiła się Jenny. – Chce pan tu zamieszkać? 

Podał jej oszronioną puszkę zimnej coli.  

– Nieźle, co? Nie, nikt tu nie będzie mieszkał. Ma tylko wyglądać, Ŝe mieszka.  

Z wyrazem dziecinnego uwielbienia dla własnej przebiegłości na twarzy pociągnął łyk coli.  

– Nie rozumiem – przyznała.  

– To pułapka – wyjaśnił. – Chcę tak zbajerować Carsona, Ŝeby nabrał przekonania, Ŝe się tu 

ukrywam,  i  go  tu  zwabić.  A  wcześniej  upozorować,  Ŝe  w  domku  ktoś  mieszka.  PrzyjeŜdŜa  tu 

rozprawić się ze mną, a mnie nie ma w domu. Dobra, myśli.  

Zaczekam. Wiem, jak pracuje jego umysł, rozumiesz? On uwielbia takie numery.  

Będzie  tu  cierpliwie  warował  po  ciemku  godzinami,  a  kiedy  przyjadę  i  zapalę  światło, 

wyjdzie  zza  drzewa  i  powie:  „Cześć,  Barry,  sukinsynu”,  i  bum,  bum,  bum,  wpakuje  we  mnie 

cały magazynek. Przepada za tym. Nie przewidzi tylko, Ŝe teren będzie otoczony przez policję, 

przyskrzynią go z bronią w ręku, i po herbacie.  

– Co ty na to? Sprytne, nie? 

Opowieść ta, jeszcze jedna zmyślona na poczekaniu bajeczka niewiele mająca wspólnego z 

poprzednią, którą Barry uraczył Chrisa, zdaniem Jenny nie za bardzo trzymała się kupy. A juŜ 

wizja kilkudziesięciu policjantów czołgających się przez krzaki wydała jej się tak komiczna, Ŝe 

omal nie parsknęła śmiechem.  

Opanowała się jednak i upiła łyczek coli. Tak czy inaczej za tym wszystkim coś się kryło; 

tamta  rozmowa  telefoniczna  odbyła  się  naprawdę,  a  Barry  zbladł  jak  ściana,  kiedy  mu  o  niej 

powiedziała. Nie mógł tego przecieŜ zrobić na zawołanie.  

–  Tak,  sprytne  –  mruknęła,  zdając  sobie  sprawę,  Ŝe  Barry  czeka  na  odpowiedź.  –  A 

domyśla się pan, kiedy on moŜe się tu zjawić? 

– Nie za szybko. Ten telefon... mówił coś jeszcze? 

– Nie. Wszystko panu powtórzyłam.  

background image

–  Mniejsza  z  tym.  Wiem,  kto  to  był.  No  nic,  Carsonowi  udało  się  moŜe  namierzyć  moją 

firmę, ale drogi tutaj nie znajdzie, dopóki wszystko nie będzie gotowe.  

Pułapki trzeba zastawiać z głową... Zaraz, mówiłaś, Ŝe szukasz pracy? 

– Tak.  

– Chcesz zarobić parę funtów? 

– No pewnie! 

–  A  gdybyś  tak  wykończyła  tę  chałupkę?  Bez  obawy,  płyt  gipsowych  nie  kaŜę  ci 

montować; sam to zrobię. Ale nie mam kiedy zająć się ścianami, zawiesić zasłonek, o takie coś 

mi  chodzi.  Trzeba  przykręcić  karnisze  nad  oknami.  To  proste...  śruby  łatwo  wchodzą  w 

drewno. A na ściany przydałoby się połoŜyć tapetę. Kładłaś kiedyś tapetę? 

– Nie – uśmiechnęła się, ubawiona tym pytaniem. – Ale pomalować chybabym potrafiła.  

– Pomalować... właściwie czemu nie? Bez paru warstw się nie obejdzie. Na biało.  

Wiesz,  którąś  z  tych  złamanych  bieli,  z  dodatkiem  Ŝółtego  albo  kremowego.  Farba 

emulsyjna. Tak, to by pasowało. To jak, podjęłabyś się tego? 

– Pewnie. I tak nie mam nic innego do roboty.  

– Od jutra? 

– MoŜe być. Od kiedy pan sobie tylko Ŝyczy.  

–  No  to  umowa  stoi.  Wspaniale.  Genialnie.  Dam  ci  drugi  klucz,  a  jutro  rano  przywiozę 

farby, pędzle i co tam trzeba.  

Ustalili jeszcze termin zakończenia pracy, wynagrodzenie, dopili colę i zaczęli zbierać się 

do  odjazdu.  Wieczór  był  przepiękny;  ochłodziło  się  juŜ,  a  zachodzące  słońce,  przebijając  się 

przez korony młodszych drzew nad kanałkiem, barwiło polanę przed domem cętkami soczystej 

zieleni,  brązów  i  złota. Kiedy  wyszli  z  domu  i Barry  zamykał  drzwi  na  klucz, Jenny  ogarnęła 

absurdalna euforia, zupełnie jakby oglądała zakończenie romantycznej komedii: oto ona macha 

w domku pędzlem, a tu za sprawą jakiegoś nadzwyczajnego zbiegu okoliczności, jakiejś szytej 

grubymi nićmi wolty w scenariuszu, drzwi się otwierają i staje w nich Chris. I wszystko kończy 

się szczęśliwie.  

JednakŜe  los  zrządził  inaczej.  Składany  nóŜ,  który  Jenny  widziała  na  stole,  naleŜał  do 

Chrisa. I ten, zorientowawszy się, Ŝe zostawił go w domku, właśnie po niego wracał; skręcił na 

polankę, w momencie kiedy Jenny z Barrym wychodzili.  

Był  tego  dnia  w  mroczniejszym  nastroju  niŜ  kiedykolwiek  dotąd,  widział  wszystko  w 

czarnych kolorach, od tej najgorszej z moŜliwych stron. I oto co zobaczył: starszego męŜczyznę 

tryskającego  zadowoleniem  z  siebie,  pręŜącego  się  w  chwale  seksualnego  podboju.  I  Jenny... 

czy to ofiarę, czy powolną partnerkę, tego juŜ nie zdołał ocenić, bo oczy zaszły mu łzami.  

Zawrócił i odjechał, zanim zdąŜyli go zauwaŜyć.  

 

 

background image

CZĘŚĆ TRZECIA 

 

 

background image

Rozdział dwunasty 

 

Chris nie mógł tej nocy zasnąć. LeŜał w ciemnościach i powtarzał sobie raz po raz, Ŝe nie 

powinien  był  stamtąd  uciekać  –  Ŝe  to  było  z  jego  strony  tchórzostwo,  nieuczciwość,  Ŝe 

powinien  do  nich  podejść  i  zaŜądać  wyjaśnień.  Gnębiło  go  to  tym  bardziej,  Ŝe  niedawno  tak 

właśnie  bez  wahania  postąpił  wobec  Piersa.  Tyle  Ŝe  wtedy  się  pomylił  i  pewnie  przez  to  był 

teraz mniej skłonny do takich impulsywnych zachowań.  

Rzucał  się  w  pościeli,  miotany  sprzecznymi  emocjami.  Pogardzał  sobą  i  się  nad  sobą 

uŜalał,  potępiał  się  i  usprawiedliwiał;  to  była  straszna  noc.  W  końcu  zadecydował,  Ŝe  skoro 

wczoraj  zrejterował,  nie  wyjaśniając  sprawy  na  miejscu,  to  dzisiaj  musi wziąć  się  w  garść  i  z 

samego  rana  rozmówić  z  Barrym.  Niebo  za  zasłonami  juŜ  szarzało  i  ptaki  w  ogrodzie 

intonowały swoje bezduszne trele, kiedy wyczerpanego Chrisa zmorzył wreszcie sen.  

I matka, i Mike Fairfax zauwaŜyli przy śniadaniu, jak udręczoną ma twarz, ale Ŝadne z nich 

nie  śmiało  tego  skomentować,  dopóki  nie  wyszedł  z  domu.  Wtedy  matka  zwierzyła  się 

Mike’owi,  Ŝe  jej  zdaniem  Chris  wygląda  jak  skazany  na  śmierć.  Mike  pokręcił  głową  i 

powiedział: 

–  Dziwna  rzecz.  Mnie  do  głowy  przyszło  coś  podobnego,  ale  nie  do  końca.  Pomyślałem 

sobie, Ŝe wygląda jak czeladnik kata rankiem pierwszego dnia pracy.  

Skrzywiła się.  

– TeŜ masz skojarzenia.  

– Co się z nim dzieje? Nie domyślasz się? 

– Nic mi nie mówi. To pewnie to dojrzewanie.  

– Prawdopodobnie. Ale o ile mi wiadomo, z tego się wyrasta. MoŜe się zakochał? 

 

Chris nie wiedział jeszcze, co powie, lecz nie chciał tego odkładać, i zamiast do magazynu 

pojechał  najpierw  do  sklepu  przy  Cowley  Road.  JednakŜe  furgonetki  Barry’ego  tam  nie  było, 

jego  samego  zresztą  teŜ.  Sandra  przygotowująca  się  do  otwarcia  sklepu  nie  wiedziała,  gdzie 

jest.  

– Ale dzisiaj normalnie przychodzi? – upewnił się Chris.  

–  Tak.  I  zazwyczaj  jest  tu  bardzo  wcześnie,  przede  mną.  Powinien  przyjść  przed  wpół  do 

dziesiątej, bo jest umówiony z jakimś przedstawicielem handlowym.  

Sandra  była  miłą,  pulchną,  dwudziestoparoletnią  kobietą  o  imbirowych  włosach  i  nosku 

usianym  piegami.  Chris,  od  czasu  kiedy  Dave  powiedział  mu  o  niej  i  o  Barrym,  uwaŜniej 

przyglądał się dziewczynie, lecz nie dostrzegł dotąd niczego, co by potwierdzało, Ŝe łączą ją z 

szefem jakieś intymne stosunki.  

–  Aha...  to  pewnie  jest  w  magazynie.  Dobra.  Słuchaj,  Sandra,  widziałaś  go  kiedyś  z  taką 

dziewczyną z krótkimi czarnymi włosami, mniej więcej w moim wieku? 

Pokręciła głową.  

– A kto to? 

background image

–  Ma  na  imię  Jenny.  Poznałem  ją  na  jednej  imprezie,  a  potem  straciłem  z  nią  kontakt  i 

wydaje mi się, Ŝe wczoraj ją z nim widziałem.  

– Czemu jego nie zapytasz? 

– Właśnie chciałem... No nic, później go złapię. Na razie.  

– Cześć – mruknęła, spokojnie napełniając gotówką sklepową kasę.  

Pedałując Cowley Road, Chris myślał intensywnie. Jeśli to prawda, Ŝe Sandra ma romans z 

Barrym, to powinna okazać zazdrość, kiedy powiedział, Ŝe widział go z Jenny. Lecz nic takiego 

się  nie  stało.  MoŜe  uznała,  Ŝe  Jenny  jest  za  młoda,  Ŝeby  się  nią  przejmować.  A  moŜe  między 

nią i Barrym nic jednak nie ma. Albo moŜe z natury jest taka opanowana. MoŜliwe teŜ, Ŝe aŜ ją 

skręciło  z  zazdrości,  ale  potrafiła  to  ukryć.  Chris  popadł  w  taki  stan  umysłu,  Ŝe  nie  ufał  juŜ 

niczemu i nikomu. I to był kłopot. Podejrzliwość, nieufność, dopatrywanie się w ludziach tego, 

co najgorsze... coś strasznego.  

Magazyn  stał  na  placu  przy  bocznej  uliczce,  gdzie  ulokowało  się  wiele  małych  firm  – 

między  innymi  specjalista  od  instalacji  centralnego  ogrzewania,  renowator  mebli  i  blacharz 

dorabiający  chłodnice  do  zabytkowych  samochodów.  Chris  znał  juŜ  tę  uliczkę  jak  własną 

kieszeń;  znał  teŜ  z  widzenia  wielu  zatrudnionych  tutaj  robotników  i  wiedział,  do  kogo  naleŜą 

parkujące tam zwykle samochody.  

Od  razu  więc  rzucił  mu  się  w  oczy  biały  mercedes,  stojący  naprzeciwko  wjazdu  na  plac 

przed  magazynem  Barry’ego.  Kiedy  Chris,  minąwszy  go,  zwalniał,  Ŝeby  skręcić  w  bramę, 

siedzący w samochodzie męŜczyzna wychylił się przez otwarte okno i zawołał: 

– Halo, przepraszam! 

Chris zatrzymał się, odwrócił rower i podjechał do mercedesa.  

– Słucham? 

MęŜczyzna w samochodzie był mniej więcej w wieku Barry’ego, czyli około czterdziestki. 

Miał na sobie ciemny garnitur, krawat w paski i nosił okulary.  

– Znasz moŜe Barry’ego Millera? – spytał.  

– Pracuję u niego.  

– Nie wiesz czasem, czy jest juŜ w pracy? 

–  No...  powinien...  –  Chris  obejrzał  się  na  plac  przed  magazynem.  Stała  tam  duŜa 

furgonetka,  a  Tony  otwierał  właśnie  kłódkę  na  drzwiach  magazynu,  ale  mniejszej  furgonetki 

Barry’ego, parkującej zwykle pod oknem biura, nie było. – Nie, chyba go jeszcze nie ma.  

– Ma tu gdzieś jakiś sklep, prawda? 

– Tak. Przy Cowley Road. Ale tam teŜ go nie ma. Właśnie stamtąd wracam.  

MęŜczyzna  wyglądał  Chrisowi  na  agenta  ubezpieczeniowego,  ale  taki  nie  jeździłby 

przecieŜ mercedesem; ewentualnie na przedstawiciela banku oferującego korzystne kredyty, ale 

takiego z kolei nie interesowałoby Oksfordzkie Zaplecze Rozrywki. Miał łagodną inteligentną 

twarz,  więc  mógłby  być  teŜ  naukowcem  albo  prawnikiem,  tylko  Ŝe  do  tego  wizerunku  nie 

pasował  jakoś  schrypnięty  głos  i  silny  londyński  akcent.  Nie,  Chris  nie  potrafił  go 

zaszufladkować.  MoŜe  to  jakiś  przedsiębiorca  budowlany,  który  chce  zorganizować  huczne 

otwarcie  wzniesionego  przez  siebie  osiedla  mieszkaniowego?  Albo  biznesmen,  który  ma 

zamiar wykupić Barry’ego Millera? 

background image

– Hmm... – MęŜczyzna zabębnił palcami o kierownicę. – Jedziesz do pracy, tak? 

Poświęciłbyś mi parę minut? Chciałbym z tobą pogadać.  

– Dobrze, ale muszę się tam najpierw pokazać, Ŝeby wiedzieli, Ŝe juŜ jestem.  

– Jasne. Oczywiście.  

Chris wstawił rower do magazynu i przywitał się z Tonym.  

– Widziałeś dzisiaj Barry’ego? – spytał Tony.  

– Nie. Ten facet tam...  

– Ten w mercedesie? Był tu wczoraj.  

– Chce ze mną chwilę pogadać.  

– Dobra. Nie śpiesz się. A jak skończysz, to patrz, tam leŜą lampy z przyjęcia weselnego, 

wszystkie  czymś  zafajdane.  Nie  wiem,  co  oni  tam  robili...  oblewali  się  szampanem  czy  jak, 

lepiej nie dociekać. Umyj je, sprawdź kaŜdą i odfajkuj uszkodzone. ObciąŜymy ich.  

Była to rutynowa praca; Chris szacował, Ŝe uwinie się z tym w pół godziny.  

Wrócił do białego mercedesa. Kierowca dał mu znak, Ŝeby obszedł wóz z drugiej strony i 

otwierając drzwiczki, zaprosił go gestem do zajęcia miejsca w fotelu pasaŜera.  

Chris zawahał się.  

– Mam robotę – mruknął.  

– To nie zajmie duŜo czasu. Ale nie chcę rozmawiać tutaj. Zaraz ci powiem dlaczego.  

Chris  wsiadł.  MęŜczyzna  przekręcił  kluczyk  w  stacyjce  i  ruszył.  Silnik  pracował  niemal 

bezszmerowo. Wóz był tak dobrze wyciszony, Ŝe Chris poczuł się kompletnie odcięty od reszty 

ś

wiata i miał wraŜenie, Ŝe suną bezgłośnie ulicami w klimatyzowanym bąblu powietrza.  

MęŜczyzna przejechał kawałek Cowley Road, skręcił w boczną uliczkę i zaparkował przed 

rzędem segmentów.  

– O co chodzi? – spytał Chris. – Jeśli o Barry’ego, to on prawdopodobnie jest juŜ w sklepie. 

Był umówiony na wpół do dziesiątej z jakimś przedstawicielem handlowym.  

– Dziękuję, Ŝe zechciałeś poświęcić mi chwilę. Mam nadzieję, Ŝe na tym nie stracisz? Nie 

potrącą ci z pensji? 

– Nie, u nas tak nie ma, ale robota musi być wykonana, pan rozumie.  

–  Tak,  oczywiście,  rozumiem.  Nie  zajmę  ci  wiele  czasu.  A  więc,  do  rzeczy.  Jak  dobrze 

znasz Barry’ego Millera? 

– Tak sobie. Pracuję u niego od niedawna.  

– To dorywcza praca, o ile się nie mylę? Bo chyba jeszcze się uczysz, prawda? 

– Tak, chodzę do szkoły. To praca na wakacje.  

– Mógłbyś mi powiedzieć, jak się nazywasz? 

Chris  zawahał  się.  Wszystko  to  było  jakieś  dziwne  i  dezorientujące.  MęŜczyzna  wyczuł 

jego wątpliwości.  

– Lepiej ci powiem, z kim masz do czynienia. Powinienem był to zrobić na samym wstępie, 

przepraszam. Nazywam się Fletcher. Jestem oficerem policji, detektywem.  

A ty...? 

– Chris Marshall.  

background image

–  Aha.  Chris.  No  więc  sprawa  jest  bardzo  delikatna.  Twój  szef  Barry  Miller  mógłby,  a 

moŜe  nie,  nie  wiem,  pomóc  mi  w  śledztwie,  które  prowadzę.  Boję  się  zwracać  do  niego 

bezpośrednio, bo gotów sobie jeszcze pomyśleć, Ŝe... rozumiesz, co mam na myśli? 

– śe to przeciwko niemu toczy się to śledztwo? 

– OtóŜ to.  

– Chodzi o tę Irlandię? 

–  Właśnie.  Słuchaj,  wiem,  Ŝe  musisz  wracać  do  pracy,  nie  chcę,  Ŝebyś  miał  przeze  mnie 

jakieś nieprzyjemności. Odwiozę cię tam teraz, ale czy mógłbyś mi poświęcić pół godzinki ze 

swojej przerwy na lunch? O której ją zwykle masz? 

– O pierwszej.  

– I jak ją spędzasz, jesz swoje kanapki? 

– Tak.  

– A moglibyśmy porozmawiać? 

– No... jeśli... dobrze, moŜemy.  

– Wspaniale. O ile orientuję się w okolicy, to za supermarketem przy następnej przecznicy 

jest  duŜy  parking.  Przyjedź  tam  ze  swoimi  kanapkami.  Będę  na  ciebie  czekał,  powiedzmy... 

pięć, dziesięć po pierwszej? 

– Dobrze. Ale będę musiał...  

– Jasne. Odwiozę cię.  

Cichy,  potęŜny  silnik,  chłód,  cisza  ulic  za  oknami.  W  takim  wozie  człowiek  czuje  się 

odseparowany od świata, pomyślał Chris. To nie to, co rower, na którym jest się cząstką ulicy, 

wtopioną w jej hałasy i zapachy. W białym mercedesie jest się kimś innym.  

Barry nie pojawił się rano w magazynie, ale i tak się go tam nie spodziewali.  

Tony  nie  pytał,  czego  chciał  Fletcher,  a  Chrisowi  nie  śpieszyło  się  z  wyjaśnieniami.  Miał 

duŜo roboty; umył lampy z wesela, wymienił w nich przepalone Ŝarówki, odstawił na miejsce i 

sprawdził w grafiku wywieszonym przy drzwiach do biura, co jest jeszcze na dziś do zrobienia. 

Od czasu do czasu dzwonił telefon.  

Mieli system demokratyczny: odbierał zawsze ten, kto był akurat najbliŜej.  

Kiedy  zadzwonił  o  jedenastej,  tym  najbliŜszym  okazał  się  Chris.  Dave  i  Tony  pojechali  z 

dostawą, a więc i tak tylko on był w magazynie. Wszedł do małego, dusznego biura i podniósł 

słuchawkę.  

– Oksfordzkie Zaplecze Rozrywki, słucham.  

– Czołem, Chris. Barry z tej strony. Jest tam Dave? 

– Nie ma, pojechali z Tonym do Marston... z tym sprzętem dla pubu.  

–  A  tak,  rzeczywiście.  Słuchaj,  poproś  Dave’a,  kiedy  wróci,  Ŝeby  wpadł  do  Lasky’ego  i 

wziął  mi  pięciolitrową  puszkę  farby  emulsyjnej.  Jaskierowo-białej,  tak  się  chyba  nazywa  ten 

kolor.  

– Jaskry są Ŝółte.  

–  Tak,  ale  wiesz,  o  co  mi  chodzi.  Biała  z  domieszką  Ŝółtego.  I  ze  dwa  pędzle  ławkowce. 

Zapamiętałeś? 

– Pięciolitrową puszka, dwa ławkowce...  

background image

– I niech przywiezie to do sklepu. Aha, i niech kaŜe to dopisać do mojego rachunku.  

– Dobrze.  

– A, i jeszcze jedno... Nikogo tam nie ma? 

Chris  zasugerowany  tym  konspiracyjnym  tonem  rozejrzał  się  mimowolnie,  chociaŜ 

wiedział, Ŝe jest sam.  

– Nikogo – powiedział. – Tylko ja.  

– Pamiętasz, co ci opowiadałem o tej Irlandii? 

– Pamiętam.  

–  A  więc,  dostałem  cynk.  Robi  się  gorąco.  Carson  dowiedział  się,  Ŝe  mieszkam  teraz  w 

Oksfordzie,  tylko  nie  wie  jeszcze  gdzie.  W  najbliŜszym  czasie  wysyłam  Sue  z  Seanem  do  jej 

mamy i schodzę do podziemia. Liczę na ciebie, Chris. Tylko ty wiesz o domku.  

Akurat, pomyślał z goryczą Chris.  

– Tak, rozumiem – mruknął.  

– Opracujemy jakiś system porozumiewania. MoŜe CB-radio. Tylko do czasu kiedy policzę 

się z Carsonem. Przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł... No, muszę kończyć. Nie zapomnij 

o tej farbie. I jeszcze jedno, Chris, jak juŜ będzie po wszystkim, to mam takie plany, Ŝe mózg 

staje.  Pięknie  odszykowałeś  mi  ten  domek,  wspaniała  robota.  Tak  mi  się  podobało,  Ŝe 

postanowiłem  zająć  się  wytwarzaniem  dekoracji  scenicznych...  później  ci  wszystko  powiem. 

Zachowaj czujność, słyszysz? 

Miej oczy szeroko otwarte.  

– Dobrze, będę miał.  

– Świetna robota – rzucił jeszcze Barry i rozłączył się.  

Chris  odłoŜył  powoli  słuchawkę.  Znowu  stchórzył;  znowu  nie  zapytał  Barry’ego  o  Jenny. 

Co prawda Barry nie dopuścił go do głosu, ale to nie było Ŝadne usprawiedliwienie.  

Następnym razem juŜ na pewno, pomyślał Chris.  

 

Biały mercedes parkował w jedynej kałuŜy cienia na całym parkingu. Fletcher pomachał do 

Chrisa przez otwarte okno.  

– Cieszę się, Ŝe przyszedłeś – powiedział, wyłączając radio. – Wsiadaj.  

Chris  zajął  miejsce  w  fotelu  pasaŜera,  ale  drzwiczki  zostawił  otwarte.  Fletcher  jadł 

kanapkę, popijając wodą mineralną z małej butelki. Drugą taką, nieotwartą, podał Chrisowi.  

– Zastanawiasz się pewnie – zagaił – czy naprawdę jestem policjantem, dlaczego to nie jest 

oznakowany  wóz  policyjny,  dlaczego  nie  jestem  w  mundurze,  dlaczego  to  wszystko  takie 

nieformalne. Po rozwaŜeniu sprawy doszedłem do wniosku, Ŝe ci powiem. Zresztą sam się juŜ 

moŜe domyślasz. Słyszałeś o słuŜbach specjalnych? 

– Coś niecoś – mruknął Chris.  

– Ogólnie rzecz biorąc, ich zadaniem jest zapewnianie bezpieczeństwa.  

Konkretnie zaś walka z terroryzmem.  

Chris nie bardzo wiedział, jak się zachować. Policji nie ufał, nie odnosił wraŜenia, Ŝe ma ją 

po  swojej  stronie;  nie  miał  teŜ  pojęcia,  czy  to  normalne,  Ŝeby  oficer  owianych  mgiełką 

tajemniczości słuŜb specjalnych w ten sposób wypełniał swoje obowiązki.  

background image

Zastanawiał  się,  czy  nie  poprosić  go  o  wylegitymowanie  się;  chyba  powinni  mieć  jakieś 

identyfikatory?  Ale  nawet  gdyby  mu  pokazał  jakąś  legitymację,  to  on  przecieŜ  nie  wie,  jak 

powinna wyglądać, a juŜ na pewno nie potrafiłby odróŜnić prawdziwej od podrobionej. Nie ma 

innego wyjścia, musi zdać się na instynkt.  

Zaufać temu człowiekowi czy nie? 

Popatrzył  na  Fletchera.  MęŜczyzna  nie  odwrócił  wzroku.  Jak  trudno  wyczytać  coś  z 

twarzy! To nie to co słowa; nie moŜna zakładać w ciemno, Ŝe szare oczy oznaczają szczerość, 

wąskie  usta  nikczemność,  a  okulary  zacność.  Twarz  Fletchera  niczego  Chrisowi  nie  mówiła. 

Zupełnie  jakby  Fletcher  nosił  na  niej  dopracowaną  do  najdrobniejszego  szczegółu  i  po 

mistrzowsku wykonaną maskę.  

Ta  maska  uśmiechnęła  się.  Chris  odwrócił  wzrok  i  odwinął  z  folii  bułkę  z  szynką,  którą 

zabrał z domu na drugie śniadanie.  

– Wspomniałeś coś o Irlandii – zaczął Fletcher. – Barry Miller ci o niej opowiadał? Co to 

było? 

– Próbuję sobie przypomnieć – mruknął Chris.  

W tak trudnym połoŜeniu jeszcze się nie znajdował. CzyŜby Barry miał coś na sumieniu? A 

jeśli tak, to czy dobrze robi, rozmawiając teraz z Fletcherem? Bo jeśli powoduje nim osobisty 

Ŝ

al,  jaki  ma  do  Barry’ego  o  Jenny,  to  nie  najlepiej  by  to  o  nim  świadczyło.  Z  drugiej  strony 

Fletcher  moŜe  naprawdę  nie  chce  aresztować  Barry’ego,  ale  szuka  tylko  u  niego  pomocy. 

Cholera jasna, co robić? 

Fletcher  wyczuł  chyba  jego  rozterkę,  bo  zabębnił  palcami  w  kierownicę,  tak  jakby  podjął 

jakąś decyzję.  

–  Słuchaj,  Chris,  znasz  Barry’ego  Millera.  Jest  twoim  szefem,  moŜe  nawet  przyjacielem. 

Boisz się ze mną rozmawiać, Ŝeby mu przypadkiem nie zaszkodzić.  

Zgadłem? 

– Tak. – I rozumiem cię w całej rozciągłości. To ci się chwali.  

O  nim  teŜ  dobrze  świadczy.  Umówmy  się  zatem,  Ŝe  będziesz  tylko  odpowiadał  na  moje 

pytania, dobrze? 

I  tylko  na  te,  które  uznasz  za  niekontrowersyjne.  Jeśli  któreś  nie  będzie  ci  leŜało,  ja  to 

zrozumiem.  W  zamian  moŜesz  mnie  pytać,  o  co  chcesz,  udzielę  wyczerpującej  odpowiedzi. 

Jeśli nie będę ci mógł czegoś powiedzieć ze względów bezpieczeństwa... no wiesz, obowiązuje 

mnie ustawa o tajemnicy państwowej... to dam to wyraźnie do zrozumienia. Co ty na to? 

– Dobrze.  

– No to się dogadaliśmy. Wiesz, gdzie on mieszka?  

Chris zawahał się.  

– Wiem, w Kidlington.  

– Znasz adres? 

– Byłem tam, ale adresu nie pamiętam.  

– Mhm. Teraz co do tej Irlandii. Pamiętasz, co ci opowiadał? 

– A moŜe mi pan powiedzieć, jak brzmi jego prawdziwe nazwisko? – spytał Chris.  

background image

– Jego prawdziwe nazwisko to teraz Miller, bo zmienił je zgodnie z prawem. Ale dawniej 

nazywał się Springer.  

–  Tak,  mówił  mi.  A  jeśli  chodzi  o  Irlandię...  Napomknął,  Ŝe  działał  z  ramienia  armii  w 

Belfaście. Wspominał coś o SAS. Jakieś tajne operacje. Pomagał rozbić paramilitarny gang, no 

i  ktoś  z  tej  rodziny  chce  się  teraz  na  nim  mścić,  niejaki  Carson...  Protestant.  I  tego  między 

innymi nie rozumiem. Myślałem, Ŝe brytyjska armia i protestanci są po tej samej stronie.  

– To nie takie proste.  

–  Jak  widać.  Tak  sobie  właśnie  pomyślałem.  W  kaŜdym  razie  ten  Carson  depcze  mu  po 

piętach i dlatego Barry zmienił nazwisko.  

– Mhm. Mówił jeszcze coś konkretnego w związku z tą Irlandią? 

– Nie. Same ogólniki. Czemu pan pyta? Czym on się tam zajmował? 

Fletcher podrapał się po głowie.  

–  Obawiam  się,  Ŝe  nakłamał  ci  cały  worek.  Przede  wszystkim  nie  miał  nic  wspólnego  z 

armią, o SAS juŜ nie wspominając. A poza tym stał po drugiej stronie barykady.  

– Co? Barry w IRA? 

–  I  tu  zaczynamy  się  ocierać  o  sprawy  tajne.  Czy  słyszałeś  o  organizacji  zwanej  INLA, 

Irlandzkiej Armii Wyzwolenia Narodowego? 

– Tak, słyszałem. Są jeszcze bardziej radykalni od IRA.  

– OtóŜ to.  

– I chce pan powiedzieć, Ŝe Barry był jej członkiem? 

– Tego nie powiedziałem...  

Chris milczał przez kilka sekund.  

–  Dlaczego  pan  mi  to  mówi?  –  odezwał  się  w  końcu.  –  Chce  go  pan  aresztować?  Nie 

rozumiem,  do  czego  pan  zmierza.  Jego  nietrudno  znaleźć.  Jeśli  ma  pan  coś  do  niego,  to  jest 

teraz w sklepie... Ale ja w to wszystko nie wierzę. Barry Miller? 

On nie jest taki. To jakaś pomyłka. Na pewno...  

Fletcher  pokiwał  głową.  Sprawiał  wraŜenie  znuŜonego,  dobrze  poinformowanego, 

wyrozumiałego.  

– Na tym właśnie budowali swój sukces – powiedział. – Zdobywając zaufanie ludzi, którzy 

nie znali o nich całej prawdy. Nie dziwię się, Ŝe dałeś się podejść. On jest w tym mistrzem. Ale 

zastanów się teraz. Czy on zawsze mówił ci prawdę? 

Jesteś w stu procentach pewien, Ŝe moŜna na nim polegać? Nigdy nie nasunęły ci się Ŝadne 

wątpliwości? 

Chris nie odpowiadał. Wpatrywał się w wyłoŜoną dywanikiem podłogę samochodu.  

– Poznałem jego Ŝonę i syna – odezwał się po chwili z pewną desperacją w głosie.  

–  To  dobrzy  ludzie.  Barry  potrafi  być  porządnym  człowiekiem.  Gdyby  widział  go  pan  w 

domu...  

–  To  niełatwo  zrozumieć  –  powiedział  łagodnie  Fletcher  –  ale  są  ludzie,  którzy  potrafią 

prowadzić podwójne Ŝycie. Nie znam jego rodziny, wierzę ci na słowo.  

background image

Mogę się załoŜyć, Ŝe o jego drugim Ŝyciu wiedzą tak samo mało jak ty. śona moŜe czasami 

coś  podejrzewa,  lecz  on  ma  na  takie  okazje  cały  repertuar  kłamstw.  A  moŜe  ona  o  nic  go  nie 

pyta, zachowuje swoje wątpliwości dla siebie? 

Popił wodę mineralną z butelki. Chris odniósł wraŜenie, Ŝe ziemia usuwa mu się spod nóg. 

Rzeczywiście, kiedy poznał Sue, od razu rzuciło mu się w oczy, Ŝe oprócz tego, Ŝe jest ładna, 

otacza ją dziwna aura nerwowości, która zdawała się jej nigdy nie opuszczać. To by pasowało 

do opisu Fletchera.  

Fletcher odstawił butelkę i mocno dokręcił nakrętkę.  

–  Posłuchaj,  Chris  –  podjął.  –  Zaufam  ci.  Właściwie  to  powinienem  cię  zaprzysiąc,  ale 

jesteś przecieŜ inteligentnym młodzieńcem. Barry Springer alias Miller, alias Daly... tak, Daly 

teŜ  się  nazywał,  Michael  Daly...  jest,  a  raczej  był,  wtyczką,  informatorem.  Przez  jakiś  czas 

naleŜał  do  INLA,  potem  zgodził  się  na  współpracę  z  nami.  Dostarczył  słuŜbom  specjalnym 

mnóstwa  informacji  o  swoich  dawnych  kompanach.  Był  specjalistą  od  materiałów 

wybuchowych.  UŜywali  wtedy  samochodów  pułapek.  Teraz  mają  semtex...  słyszałeś  o 

semteksie...  którego  nie  potrzeba  aŜ  tak  duŜo,  Ŝeby  uzyskać  porównywalną  siłę  raŜenia,  ale 

wcześniej  materiał  wybuchowy  sporządzali  z  nawozu  sztucznego...  tysiącfuntowa  bomba  nie 

naleŜała wtedy do rzadkości. Tyle waŜy pięciu dorosłych męŜczyzn. Nie da się tego podrzucić 

gdzieś  w  papierowej  torbie;  stąd  nafaszerowane  materiałem  wybuchowym  samochody, 

rozumiesz?  Ale  nasz  Miller  był  czarodziejem  od  materiałów  wybuchowych  i  elektroniki. 

Potrafił wyczarować materiał wybuchowy z torby cukru.  

Chrisowi szumiało w głowie. Nie zdając sobie nawet sprawy, co robi, wysiadł z samochodu 

i  zaczął  spacerować  tam  i  z  powrotem  z  pięściami  przyciśniętymi  do  skroni.  Nie,  tego  juŜ  za 

wiele, to niemoŜliwe. Fletcher wpuszcza go w maliny.  

Zatrzymał  się,  nachylił  i  zajrzał  do  wozu.  PowaŜne,  zasmucone  spojrzenie  Fletchera 

przekonało go, Ŝe to wszystko prawda.  

Z  cięŜkim  jak  ołów  sercem  wsiadł  z  powrotem  do  mercedesa.  Odkręcił  butelkę  wody 

mineralnej i uniósł ją do ust. Zaszczypała go nieprzyjemnie w język... przełknął.  

– JuŜ dobrze – mruknął. – Przepraszam. To był dla mnie szok.  

– Rozumiem – powiedział Fletcher. – A więc jedźmy dalej. Wiadomo nam, Ŝe Miller jest 

odpowiedzialny  za  co  najmniej  jedenaście  śmiertelnych  ofiar  zamachów  przeprowadzonych 

przez jego organizację. To głównie Ŝołnierze i policjanci.  

Podejrzewamy  go  równieŜ  o  dokonanie  zamachu,  w  którym  zginęła  cała  rodzina...  ojciec, 

matka  i  dwoje  dzieci.  Taki  z  niego  człowiek.  Zabijanie  to  dla  niego  chleb  powszedni. Jak  juŜ 

wspomniałem, został z czasem podwójnym agentem. W zamian za darowanie win przekazywał 

nam  nieocenione  informacje,  to  trzeba  mu  przyznać.  Pozwoliły  na  ujęcie  całego  aktywnego 

oddziału INLA i... co tu duŜo mówić, bardzo nam pomógł. No i w tych sprawach to standard: 

Springerowi  czy  teŜ  Daly’emu  nadano  nową  toŜsamość,  dostał  dokumenty,  pieniądze  i 

przyjechał tutaj, Ŝeby jako Barry Miller rozpocząć nowe Ŝycie. Nie było to dla niego specjalnie 

trudne.  Wychowywał  się  w  Londynie;  nie  ma  irlandzkiego  akcentu,  prawda?  Nie  wiem,  co 

myślisz o ludziach wymigujących się w taki sposób od kary. To brudny świat, Chris. Potrzeba 

na nim równieŜ brudnych ludzi...  

background image

Fletcher westchnął.  

– A kim jest ten Carson? – spytał Chris. – WciąŜ depcze Millerowi po piętach.  

To brat męŜczyzny, który zginął z całą rodziną. Ale on nie jest waŜny; to po prostu furiat. 

Mocny  w  gębie.  Ze  strony  Carsona  nic  Millerowi  nie  grozi.  I  nie  z  jego  powodu  tu 

przyjechałem.  Ustaliliśmy...  w  jaki  sposób,  nie  mogę  ci  powiedzieć...  ustaliliśmy,  Ŝe  Miller 

nigdy z nami tak naprawdę nie współpracował.  

Owszem,  dostarczał  nam  cennych  informacji,  tu  rzetelnie  wywiązywał  się  z  warunków 

umowy. Ale oni prowadzili bardziej skomplikowaną grę. Przez cały czas  dąŜyli do tego, Ŝeby 

zainstalować Millera tutaj. Zaplanowali nową kampanię: miękkie cele w południowej Anglii... 

domy  polityków,  wyŜszych  oficerów  armii,  urzędników  słuŜby  cywilnej,  policjantów  i  ich 

rodzin. Pewnie słyszałeś o tym w dziennikach. No i jest tutaj, w samym sercu Anglii, ma dostęp 

do sprzętu elektronicznego i idealną przykrywkę.  

O nie, pomyślał Chris. Nie, nie, to nieprawda, to niemoŜliwe. Barry nie produkuje Ŝadnych 

bomb,  sprzedaje  tylko  przybory  do  makijaŜu  i  wypoŜycza  reflektory;  nie  jest  złym 

człowiekiem; moŜna mu zarzucić jedynie, Ŝe kłamie. A to wszystko jest snem.  

Wpatrywał  się  w  nadgryzioną  bułkę  z  szynką;  odechciało  mu  się  jeść.  Schował  ją  z 

powrotem  do  plastikowego  pojemniczka  i  nakrył  wieczkiem.  Fletcher  podniósł  z  podłogi 

papierową torebkę.  

– Chcesz jabłko? – spytał.  

Jabłko łatwiej będzie przełknąć, pomyślał Chris. Kiwnął głową i wyciągnął rękę.  

– Czemu pan mi to wszystko opowiada? 

– Bo potrzebuję twojej pomocy.  

– Mojej pomocy? W czym? 

– Chris, wiem, Ŝe on ma tu gdzieś kryjówkę. I wiem, Ŝe pomagałeś mu ją urządzać.  

– Skąd pan to wie? 

– Pamiętasz, jak się umawialiśmy? Nie mogę ci tego powiedzieć. Praca operacyjna.  

Przykro mi.  

– Praca operacyjna? Co to znaczy? Podsłuch? 

– Przykro mi. Nie mogę powiedzieć.  

Chris  skrzywił  się  z  odrazą.  To  wszystko  napawało  go  obrzydzeniem.  Pomimo  Ŝe  drzwi 

były otwarte, moralny smród zdawał się wypełniać wnętrze samochodu.  

Fletcher jakby czytał w jego myślach.  

– Nie wątpię, Chris, Ŝe wierzysz w demokrację. – Owszem. I dlatego tak mnie to... mierzi. 

Jego działalność oczywiście w pierwszym rzędzie. Ale to, co wy robicie, teŜ. Nie rozumie pan 

tego? 

–  Hmm.  –  Fletcher  pokiwał  ze  smutkiem  głową,  odkręcił  nakrętkę  z  butelki  i  odstawił  ją, 

nie unosząc do ust. – Tak, rozumiem. Ale demokracja ma swoją cenę.  

Nie ma nic za darmo. Ktoś powiedział, Ŝe ceną wolności jest nieustająca czujność.  

A  ceną  za  demokrację  dla...  –  tu  wykonał  ręką  szeroki  gest  obejmujący  całe  miasto  –  dla 

wszystkich  wokół  jest  to,  Ŝe  garstka  ludzi,  bardzo  mała  garstka,  musi  działać 

niedemokratycznie.  Widzisz,  Barry  Miller  nie  chce  demokracji,  próbuje  ją  więc  obalić.  I 

background image

wszystko  byłoby  w  porządku,  gdyby  dąŜył  do  tego  w  cywilizowany  sposób.  Nie  mielibyśmy 

nic przeciwko politycznej debacie; na tym właśnie polega demokracja. Ale Barry Springer, vel 

Barry  Miller  czy  teŜ  Michael  Daly  dochodzi  swych  racji  inaczej.  Prowadzi  inną  grę,  w  której 

walka  nie  toczy  się  na  argumenty,  lecz  na  podstępnie  podkładane  bomby  zabijające  ludzi. 

Niewinnych ludzi. Kobiety i dzieci.  

On to robił, Chris. I nadal będzie robić.  

Chris  się  nie  odzywał.  Siedział  nieruchomo,  czuł  na  sobie  wzrok  Fletchera  i  było  mu 

niedobrze.  

–  Z  takimi  ludźmi  –  podjął  Fletcher  –  ludźmi  prowadzącymi  brudną  grę,  nie  moŜemy 

walczyć  czysto,  bobyśmy  przegrali.  Przegraliby  wszyscy.  A  to  jest  dla  mnie  nie  do 

zaakceptowania.  I  dlatego  zostałem  policjantem,  rozumiesz,  i  jestem  dumny,  Ŝe  pracuję  w 

słuŜbach  specjalnych.  Walcząc  w  tajemnicy,  walcząc  nieczysto,  uciekając  się  do 

niedemokratycznych metod, mamy tę zarazę pod kontrolą.  

Ochraniamy demokratyczny świat. Czy to do ciebie przemawia? 

Chris wciąŜ milczał, lecz teraz dlatego, Ŝe chciał usłyszeć więcej. Kiwnął tylko głową.  

–  Niełatwa  to  robota  –  ciągnął  Fletcher.  –  Brudna.  Niewdzięczna.  Ale  paramy  się  nią  w 

imieniu wszystkich ludzi, którzy pragną Ŝyć w pokoju, niewinnych ludzi.  

Sami  nie  jesteśmy  niewiniątkami,  zdajemy  sobie  z  tego  sprawę.  Nie  wiem,  czy  jesteś 

religijny. Ale słyszałeś pewnie o ogrodach edeńskich? Drzewo poznania dobra i zła. Pamiętasz? 

Dopóki nie zjesz jego owocu, jesteś niewinny, niewinny cokolwiek czynisz, bo nie rozumiesz. 

Potem zjadasz ten owoc. I od tego momentu juŜ nigdy nie będziesz znowu niewinny. Bo teraz 

wiesz. I to bolesne, to straszne.  

Wiem, o co cię proszę, Chris. Proszę cię, Ŝebyś zdradził człowieka, którego uwaŜałeś dotąd 

za  przyjaciela.  Proszę  cię,  Ŝebyś  skosztował  tego  owocu.  Ale  coś  ci  powiem.  Utrata 

niewinności to pierwszy  krok na drodze do prawdziwej wiedzy. Do poznania dobra i zła, jeśli 

wolisz. Nie osiągniesz tego, nie tracąc niewinności... Ludzie wokół są niewinni, bo nie wiedzą. 

Są jak dzieci.  

Jak te owieczki. śadna owieczka nie zrobi nic złego, bo jest niewinna, prawda? 

Ale  Ŝadna  owieczka  nie  zrobi  równieŜ  niczego  dobrego.  Nie  moŜna  przecieŜ  czynić  ani 

dobra, ani zła, nie wiedząc, co dobre, a co złe. Paradoks, prawda? Nie mogę czynić dobra, póki 

jestem  niewinny.  Dobro  na  tym  świecie  czynią  tylko  ci,  którzy  zakosztowali  juŜ  owocu  z 

drzewa  poznania.  I  stwierdzili,  Ŝe  jest  on  gorzki  i  niesmaczny,  tak  jak  ciebie  goryczą  i 

niesmakiem napawa myśl, Ŝe miałbyś zdradzić  Barry’ego Millera.  I tak to juŜ jest, Chris. Nie 

potrafię wyłoŜyć tego jaśniej.  

Doszliśmy  do  sedna  rzeczy.  Nie  przymuszę  cię;  nie  kaŜę  ci  robić  czegoś,  przed  czym  się 

wzdragasz. Nie podejmuj decyzji teraz. Przemyśl to. O której kończysz pracę? 

– O piątej, wpół do szóstej, zaleŜy. – Chris nie poznawał własnego głosu.  

– Dobrze. Nie dawaj mi odpowiedzi teraz. MoŜesz tu przyjść po pracy? 

Chris kiwnął głową.  

– Nie – powiedział. – Powiem panu teraz. Ma pan coś do pisania? 

Fletcher nachylił się i wyciągnął ze schowka w desce rozdzielczej notes.  

background image

Otworzył go na czystej stronie i podał wraz z długopisem Chrisowi.  

Chris z nieprzyjemnym uczuciem ściskania w dołku zaczął rysować mapkę: skrzyŜowanie 

na Woodstock Road, szosa do Wolvercote, kanałek, droga przez las.  

Nie  śpieszył  się;  najwaŜniejsze  to  dokładność.  Skończywszy,  przewrócił  kartkę  i 

naszkicował skupisko zabudowań.  

– Wspaniale – powiedział Fletcher. – Znakomicie. Jeszcze jedno pytanie: kiedy moŜna go 

tam zastać? Gdybym to wiedział, poczyniłbym stosowne przygotowania.  

Otoczylibyśmy  teren.  Będzie  uzbrojony.  O  wiele  lepiej  aresztować  go  tam  niŜ  na  mieście 

albo w domu, gdzie mógłby wykorzystać Ŝonę i synka jako zakładników...  

Orientujesz się, kiedy on tam bywa? 

Chrisowi huczało w uszach.  

– Mogę go tam ściągnąć dziś wieczorem – powiedział. – Kończę właśnie robotę, którą mi 

zlecił. Mogę do niego zadzwonić i się z nim tam umówić.  

– Genialnie – ucieszył się Fletcher. – Super. Ale jedna uwaga, Chris. Nie przyjeŜdŜaj tam. 

MoŜe być niebezpiecznie. Umów się z nim... chwileczkę, ile czasu mi potrzeba, Ŝeby wszystko 

zorganizować?  Do  dziesiątej  wieczorem  powinienem  się  uwinąć.  Nie  będzie  za  późno?  No 

wiesz, nie wyda mu się to podejrzane? 

–  Chyba  nie.  Powiem  mu,  Ŝe  o  dziesiątej  robota  będzie  skończona  i  poproszę,  Ŝeby 

przyjechał  sprawdzić.  Ale  moŜe  powiedzieć,  Ŝe  to  za  późno  albo  Ŝe  nie  ma  czasu.  Albo 

zwyczajnie nie będzie mu się chciało. Nie zmuszę go przecieŜ.  

– Oczywiście, Ŝe nie. Ale o to się nie martw. Po prostu zadzwoń do niego. Tylko sam tam 

nie przyjeŜdŜaj. Zastawimy na niego pułapkę.  

Chris kiwnął głową. Nie był w stanie mówić.  

– Która to godzina? Wracaj lepiej do pracy; bo jak się spóźnisz, będą pytali, gdzie byłeś.  

Dziwnie lekkimi, jakby nie swoimi rękoma Chris schował niedojedzone jabłko do pudełka 

na  lunch  i  odstawił  butelkę  z  wodą  mineralną  na  podłogę  samochodu.  Czuł  się 

uprzywilejowany  i  przepełniał  go  lęk.  Fletcher  jawił  mu  się  jako  straŜnik  wielkiej  tajemnicy, 

kapłan ze świątyni, w której on, Chris, poddawany jest procesowi inicjacji. O to uczucie otarł 

się  juŜ  podczas  dyskusji  z  Mikiem  Fairfaxem  o  absolutnych  prawdach,  o  takich  wzniosłych 

pojęciach jak honor i sprawiedliwość. Serce mu rosło.  

– Dobrze – powiedział do Fletchera. – Tak zrobię.  

 

– Gdzie Barry? – spytał godzinę później Tony’ego. – Nie będzie go dzisiaj? 

– Jest w sklepie. Nie wiem, jakieś problemy z rachunkami. Pewnie majstrował przy Vacie.  

Chris wszedł do biura i zadzwonił do sklepu.  

– Barry? Cześć, to ja, Chris.  

– Czołem, Chris, coś się stało? 

–  Nie,  nic.  Ja  w  sprawie  domku.  Kończę  dzisiaj  montaŜ  płyt  gipsowych.  Do  wieczora 

powinienem się z tym uwinąć.  

– Wspaniale. Dobra robota, Chris.  

– Słuchaj, Barry, nie wpadłbyś tam? Powiedzmy, o dziesiątej.  

background image

– A po co? 

– Mam jeden taki pomysł i ciekaw jestem, co ty na to.  

–  Właściwie  to  dziś  wieczorem  jestem  trochę  zajęty.  Gram  w  squasha  w  Abingdonie,  a 

potem mam spotkanie z jednym gościem... Nie, chwileczkę, do dziesiątej będę wolny. Wpadnę 

tam w drodze powrotnej.  

– Fajnie. To do zobaczenia.  

– Cześć, Chris. Dobra robota.  

 

 

background image

Rozdział trzynasty 

 

Chris mylił się, sądząc, Ŝe Jenny nie zauwaŜyła go, wychodząc z domku z Barrym.  

ZauwaŜyła, ale odniosła wraŜenie, Ŝe widziała ducha. Mignął jej przez ułamek sekundy, a 

Ŝ

e  właśnie  o  nim  pomyślała,  była  tak  zaskoczona,  Ŝe  dech  jej  w  piersiach  zaparło;  zanim 

zawrócił, zdąŜyła jednak wyczytać w jego twarzy niedowierzanie, gniew i rozpacz, i to zmąciło 

jej dobry nastrój.  

Barry’emu  nic  nie  powiedziała.  Był  zaabsorbowany  własnymi  sprawami.  A  zresztą,  przy 

swoim pogodnym usposobieniu nie zrozumiałby jej.  

Nazajutrz Barry przywiózł ją do domku, tak jak się umówili. Po drodze kupił jeszcze kilka 

plastikowych  karniszy  na  resztę  okien  i  gotowe  zasłonki.  Farbę  obiecał  podrzucić  później. 

Cisza lasu wpłynęła na Jenny kojąco; obawiała się, Ŝe ją przytłoczy, ale ku swemu zaskoczeniu 

w  otoczeniu  skąpanych  w  słońcu  drzew,  wśród  których  toczyło  się  tajemne,  niewinne  Ŝycie 

ptaków  i  owadów,  czuła  się  bezpiecznie.  Po lunchu  (puszka  piwa  z  lodówki,  paczka  chrupek, 

czekoladowy  baton)  wybrała  się  nad  kanałek  i  po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  zobaczyła  na  własne 

oczy czaplę, którą znała tylko ze zdjęć, oraz jakieś małe brązowe stworzonko, które przepłynęło 

wzdłuŜ brzegu i schowało się do podwodnej norki. Był tu cały świat. Nie do wiary, Ŝe dopiero 

teraz zwróciła na niego uwagę! 

Barry wrócił po południu z farbą i pędzlami, i Jenny zabrała się do malowania gipsowych 

płyt. Rzeczywiście wymagały połoŜenia kilku warstw; farba wsiąkała natychmiast w porowatą 

powierzchnię. Ale schła szybko.  

–  Dokończysz  tę  ostatnią  ścianę  jutro  –  zadecydował  Barry,  kiedy  przyjechał  po  nią  pod 

wieczór. – Aha, Ŝebym nie zapomniał. Nie posiedziałabyś dzisiaj z Seanem? 

– Chętnie – odparła. – Nie mam Ŝadnych planów na wieczór.  

– Bo Sue idzie na wykłady. Zazwyczaj ja zostaję z Seanem, ale dzisiaj jestem umówiony w 

Abingdonie z jednym facetem w sprawie dekoracji. Wystawiają tam jakąś sztukę i poŜyczali od 

nas  trochę  sprzętu,  a  mnie  przyszedł  do  głowy  genialny  pomysł  na  rozszerzenie  działalności. 

Odkryłem fantastyczny rynek, Jenny.  

Klientela wali drzwiami i oknami. Nie tylko przedstawienia teatralne i kółka dramatyczne. 

MoŜemy  pomagać  ludziom  w  urządzaniu  niepowtarzalnych  przyjęć,  wesel,  dyskotek...  No  bo 

dlaczego by nie zorganizować imprezki na KsięŜycu, co? Albo dyskoteki nad Canal Grande w 

Wenecji?  MoŜliwości  są  nieograniczone!  Gotowa  scenografia  z  wymalowanym  tłem, 

oświetlenie,  atmosfera,  mówię  ci.  Facet  podrygujący  w  świetle  stroboskopowym  albo  pod 

iluminofoniczną  kulą  –  popuść  wodze  wyobraźni!  W  ofercie  pełen  asortyment,  wszystko 

gotowe, tylko rozstawiać! A do tego... namioty, lampiony, efekty specjalne... czego tylko dusza 

zapragnie...  

Perorował tak przez całą drogę do domu i w końcu moŜna było odnieść wraŜenie, Ŝe świat 

nie moŜe się doczekać, kiedy zostanie pokryty jego wymalowanymi na płótnie fantazjami, a on 

bez najmniejszego wysiłku, zaprzęgając tylko do pracy swoją wyobraźnię, będzie się bogacił i 

bogacił.  

background image

Kiedy Jenny przyszła do Millerów, Barry’ego juŜ nie było. Sean kąpał się, usiadła więc w 

kuchni z Sue.  

– Barry opowiadał mi o swoim pomyśle na dekoracje – zagaiła.  

Sue wzniosła oczy do nieba.  

–  WyobraŜasz  sobie  kogoś  wyrzucającego  pieniądze  na  wesele  na  fałszywym  placu 

Czerwonym albo w Wielkim Kanionie? – zapytała. – Nie wiem, czasami odnoszę wraŜenie, Ŝe 

on jest porządnie stuknięty.  

–  Wesele  moŜe  nie,  ale  przyjęcie  w  takiej  scenerii  mogłoby  być  zabawne  –  powiedziała 

Jenny.  –  ZaleŜy,  ile  by  to  kosztowało.  Są  ludzie,  którzy  nie  wiedzą,  co  robić  z  pieniędzmi.  – 

Miała na myśli Piersa i jego środowisko, chociaŜ nie widziała w nim amatora takich atrakcji.  

– CóŜ – westchnęła Sue. – Wszystko wskazuje na to, Ŝe Barry’emu dobrze się tutaj układa. 

To znaczy, finansowo, w interesach. Myślałam, Ŝe będzie gorzej, ale on jakoś sobie radzi. Tak, 

nie mogę narzekać.  

– Tylko pozazdrościć.  

– Tak. – Sue roześmiała się. – Racja.  

– Dokąd pani się dzisiaj wybiera? Pytam na wypadek...  

– Mam wieczorny wykład na uniwersytecie otwartym. Numer zostawiłam przy telefonie.  

– Co to za wykład? 

– O dziewiętnastowiecznych powieściopisarkach. Mówię ci, Jenny, tylu ciekawych rzeczy 

się dowiaduję; świat staje się dla mnie coraz rozleglejszy.  

– A nie prowadzą tam czasem zajęć o zwierzętach, ptakach i owadach, o przyrodzie? 

– Na pewno. Mam tu katalog. – Wzięła broszurkę z półki nad lodówką.  

– I kaŜdy moŜe przyjść? 

– KaŜdy. Tyle jest do nauczenia. No, idę wyciągnąć Seana z wanny.  

Kiedy Sue była na  górze, Jenny przejrzała broszurkę. Faktycznie,  gdyby komuś naprawdę 

się chciało i potrafił się zdecydować, co go najbardziej interesuje, tematów do studiowania było 

do  wyboru,  do  koloru...  Przypomniała  sobie,  jak  Chris  namawiał  ją  do  skończenia  szkoły 

ś

redniej i wstąpienia na uniwersytet.  

MoŜe to i była jakaś myśl.  

–  Jak  tam  nasz  letni  domek?  –  spytała  Sue,  wchodząc  do  kuchni  po  swoje  podręczniki.  – 

Och,  nie  rób  takiej  zdumionej  miny.  Wiem  o  nim,  wiem.  Nie  wolno  mi  go  jeszcze  tylko 

oglądać, a więc nie znam lokalizacji. Znasz Barry’ego, on wszystko wypapla...  

– No... malowałam dzisiaj... został mi jeszcze kawałek ściany do dokończenia.  

– Czy Sue wiedziała teŜ o tym Carsonie? Czy myśli, Ŝe domek to coś w rodzaju daczy  w 

lesie? Zbita z tropu Jenny ledwie słyszała mówiącą dalej Sue: 

– Barry powiedział, Ŝe Chris to dzisiaj dokończy. A on ma tam wpaść w drodze powrotnej i 

zobaczyć, jak wyszło, więc chyba będę w domu przed nim. Sean szykuje się do łóŜka. Strasznie 

wolno mu idzie; nie wiem, jak mu się udaje tak to rozciągać w czasie. To co, ja juŜ będę leciała. 

Poradzisz sobie? Kawa, mleko...  

– Przepraszam – wpadła jej w słowo Jenny. – Powiedziała pani Chris? 

– Tak, Chris, bardzo sympatyczny chłopiec. Barry zatrudnił go na okres letnich wakacji.  

background image

– Taki... – Jenny głos uwiązł w krtani. – Taki wysoki z gęstymi, ciemnoblond włosami? 

– Tak. I bardzo nieśmiały. Przystojny. Znasz go? 

– Tak. Chyba tak, bo nie wiem, czy to na pewno ten. Poznaliśmy się, a potem kontakt się 

urwał,  bo  nie  wiedziałam,  jak  się  nazywa  ani  gdzie  mieszka,  a  sama  musiałam  się 

wyprowadzić... BoŜe, wierzyć mi się nie chce.  

Sue  patrzyła  na  Jenny  z  mieszaniną  zaciekawienia  i  współczucia  w  oczach,  tak  jakby 

cieszyła się razem z nią; ale Jenny wiedziała, Ŝe myślami jest juŜ na wykładzie, więc wstała i 

wepchnęła jej w dłoń kluczyki do samochodu.  

– Proszę juŜ jechać, bo się pani spóźni! 

– Jenny, co to? Płaczesz...  

– Nie! Naprawdę! 

– To o co chodzi, kochanie? 

–  Myślałam,  Ŝe  juŜ  nigdy  go  nie  zobaczę,  a  tu  nagle...  –  Jenny  wzruszyła  ramionami, 

uśmiechnęła się przez łzy i otarła grzbietem dłoni oczy. – WyobraŜałam to sobie, ale nigdy tak 

naprawdę  się  nie  spodziewałam...  Och,  proszę  juŜ  iść,  nic  mi  nie  jest.  Spóźni  się  pani  na 

wykład.  

Zaintrygowana  Sue  podeszła  z  ociąganiem  do  drzwi  i  tam  przypomniała  sobie  o  czymś 

jeszcze.  

–  Aha!  To  Ŝycie  takie  skomplikowane.  Posłuchaj,  jeśli  zadzwoni  telefon,  to  nie  podnoś 

słuchawki.  Barry  kupił  automatyczną  sekretarkę.  Niech  ona  odbierze.  Ci  męŜczyźni  i  ich 

zabawki... To do zobaczenia.  

Jenny  pomachała  jej  od  progu  i  odprowadziła  wzrokiem  Ŝółte  metro.  Kiedy  zniknęło  za 

rogiem,  weszła  z  powrotem  do  domu,  zamknęła  drzwi  i  klasnąwszy  w  dłonie,  wydała  cichy 

okrzyk  triumfu.  Ale  niemal  natychmiast  przypomniała  się  jej  mina  Chrisa.  Widział  ją 

wychodzącą z Barrym z domku. Mógł sobie pomyśleć...  

Zaczerwieniła się po same cebulki włosów.  

Ale będzie pracował dziś wieczorem w domku. A Barry zna na pewno jego adres.  

Będzie  się  mogła  z  nim  skontaktować.  Wszystko  mu  wytłumaczy.  Wszystko  wróci  do 

normy.  

Z góry zawołał ją Sean. Usiłując oczyścić umysł przed partyjką szachów, która niechybnie 

ją czekała, wstąpiła na schody. Uśmiech nie schodził jej z twarzy.  

 

Chris, wchodząc do domu, dygotał na całym ciele. Matka spytała, czy dobrze się czuje, czy 

nie  złapał  aby  grypy.  Odburknął  coś  w  odpowiedzi  i  po  chwili  nie  pamiętał  juŜ  co.    Mike 

Fairfrax siedział przy kuchennym stole i ze zbolałą miną czytał gazetę. Własny dom wydał się 

nagle Chrisowi ciasną klatką.  

– Wychodzę – rzucił. – Jadę do taty.  

Powiedział  tak,  Ŝeby  im  dokuczyć.  Tak  naprawdę  chciał  być  sam.  Sprawdził  ciśnienie 

powietrza w oponach,  wskoczył na rower i pochylając się nisko nad kierownicą, popedałował 

co  sił  w  nogach  obwodnicą  na  południe.  Wspinaczkę  pod  Hinskey  Hill  przypłacił  bólem  w 

udach i utratą tchu. Ale to wzgórze było dla niego za niskie. Potrzebował gór. Milę dalej miał 

background image

Boars  Hill.  Wjechał  na  szczyt,  zjechał  z  drugiej  strony,  zawrócił  i  ponownie  zaatakował 

stromiznę. I tak sześć razy w tę i z powrotem, aŜ do kurczy w mięśniach. Wspiął się jeszcze raz 

na  Hinskey  Hill  i  puścił  się  na  wolnym  biegu  opadającą  w  dół  i  zakręcającą  łagodnie  szosą. 

Między  drzewami  migała  mu  panorama  miasta  w  promieniach  zachodzącego  słońca.  Nie 

dotykając  hamulców,  wpadł  na  skrzyŜowanie  w  Abingdonie;  nie  była  to  lekkomyślność,  lecz 

desperacja.  

I nic się nie stało. Ruch jak na złość był niewielki. Chris przemknął przez skrzyŜowanie i 

zwalniając  stopniowo,  zatrzymał  się  przed  salonem  Volkswagena  przy  parkingu.  Wieczór  był 

ciepły  i  cichy;  bardziej  niŜ  do  Oksfordu  pasował  do  jakichś  bliŜej  nieokreślonych 

południowych, śródziemnomorskich krain i do innego czasu.  

Chris chciałby się tam znaleźć, zapragnął przenieść się w czasie i przestrzeni gdzieś, gdzie 

Ŝ

ycie jest prostsze.  

Wracając do miasta, uświadomił sobie, Ŝe od lunchu nie pomyślał ani razu o Jenny.  

MoŜe był to składnik ceny, o której mówił Fletcher.  

Było  juŜ  po  dziewiątej  i  ściemniało  się,  kiedy  wjeŜdŜał  do  centrum.  Ulice  zapełniali 

zagraniczni  studenci  zmieniający  pub  czy  bar  albo  snujący  się  bez  celu  znudzonymi 

gromadkami,  paląc  papierosy,  rozglądając  się.  Chris  jechał  wolno  Broad  Street,  mijając 

oświetlone witryny księgarń.  

Kiedy za wzniesionym z kamienia gmachem Bodleian Library skręcał w lewo, w kierunku 

domu, ktoś zawołał go sprzed zatłoczonego pubu po drugiej stronie ulicy.  

Stało  tam  albo  siedziało  na  chodniku  ze  szklankami  piwa  sporo  osób,  dla  których  nie 

starczyło miejsca w środku.  

– Chris! – To Daye wołał go od drzwi.  

Chris zsiadł z roweru i prowadząc go obok siebie, przeciął jezdnię. Dave raczył się piwem 

w towarzystwie kilkorga podchmielonych juŜ lekko młodych ludzi; humory im dopisywały.  

– Cześć – powiedział Chris rad, Ŝe nadarza mu się pretekst, by nie wracać jeszcze do domu.  

– Napij się z nami. Na co masz ochotę? 

Chris  był  jeszcze  za  młody,  Ŝeby  pić  alkohol  w  pubach,  ale  nie  wyglądał  na  małolata. 

Przyjął  piwo  i  usiadł  z  nimi,  ciekaw,  z  kim  teŜ  przestaje  kolega  z  pracy.  Od  czasu  bójki  z 

Piersem  niewiele  z  Dave’em  rozmawiał;  nie  było  jakoś  okazji.  Ale  lubił  go,  a  poza  tym 

przyjemnie było tak siedzieć w otoczeniu młodych męŜczyzn i kobiet na nagrzanym chodniku i 

słuchać muzyki dolatującej z pubu, który miał za plecami.  

– To ty biłeś się w Oxford Union? – spytała go jedna z dziewcząt.  

Chris rad był, Ŝe juŜ się ściemnia, bo zarumienił się po tym pytaniu.  

– A co widać? 

– Nie! Dave nam opowiadał. Molly, słuchaj, to on się bił, pamiętasz? 

–  A  tak!  –  zawołała  inna  dziewczyna  i  popatrzyła  na  Chrisa  jak  na  jakąś  osobistość.  –  O 

kurczę! 

Chris zerknął na Dave’a, a ten uniósł z uśmiechem szklankę.  

– Dzisiaj Oxford Union, jutro Las Vegas – powiedział.  

– Z kim się biłeś? – spytała pierwsza dziewczyna. – O co poszło? 

background image

–  To  była  czysta  zwierzęca  furia  –  powiedział  Dave,  nie  dopuszczając  Chrisa  do  głosu.  – 

Powodu  nie  było  Ŝadnego.  Natura  tego  chłopaka,  panie  i  panowie,  jest  nieokiełznana  i  dzika. 

Ma  instynkt  pantery,  poparty  siłą  olbrzymiej  małpy  człekokształtnej.  Nieprowokowany  jest 

samą łagodnością; ale biada temu, kto pogwałci prawo dŜungli. Rzuci się na niego w mgnieniu 

oka warczącą, Ŝądną krwi masą stalowych mięśni...  

– Oj, zbastuj, Dave – mknęła druga dziewczyna. – Taki mięczak jak ty...  

– Mięczak? Ja? Jestem jego menedŜerem. Mam juŜ nawet wielkie cygaro, zaraz... gdzieś je 

tu...  

Wszyscy gruchnęli śmiechem, a pierwsza z dziewcząt powiedziała cicho do Chrisa: 

– Przepraszam, nie chciałam ci robić obciachu. Była ładna. Chętnie by z nią porozmawiał, 

ale czas na to juŜ minął.  

– W porządku – mruknął. – To rzeczywiście jest śmiechu warte. Pomyliłem się.  

– Jak to, myślałeś, Ŝe bijesz się z kimś innym? 

– Coś w tym rodzaju. Zapomniałem się. Nie wdaję się na co dzień w bijatyki.  

–  Chyba  nie  widziałam  jeszcze  bójki  –  powiedziała.  –  Takiej  prawdziwej.  Nie  mówię  o 

walkach bokserskich.  

– To u was w szkole się nie bili? 

– Chodziłam do strasznie, ale to strasznie porządnej szkoły dla dziewcząt. Nie wolno nam 

się  było  tam  bić.  Tato  nie  płacił  za  to,  Ŝebym  przychodziła  do  domu  z  podbitymi  oczami, 

podrapana  i  w  ogóle.  Wolno  nam  było  co  najwyŜej  ciąć  się  nawzajem  na  kawałki  ostrym  jak 

brzytwa sarkazmem.  

–  Przydatna  umiejętność  –  stwierdził  Chris.  –  Mnie  cięta  riposta  przychodzi  do  głowy 

dopiero po tygodniu.  

– A więc wyraŜasz się pięściami. A tak nawiasem mówiąc, na Dave’a nie zwracaj uwagi. 

Jest pijany.  

Dave  sam  to  przyznał  dwadzieścia  minut  później,  stojąc  na  chwiejnych  nogach  przed 

Chrisem i patrząc na niego przekrwionymi oczami.  

–  Słuchaj,  Christopher  –  powiedział  powoli  i  wyraźnie.  –  Chcę  cię  przeprosić  za 

wyciąganie twoich osobistych spraw w obecności tej bandy uliczników i ulicznic.  

Prawda jest taka, Ŝe zalałem się w pestkę. Dziś są moje urodziny. Mówiłem ci? 

Niewielu ludzi potrafi w swoje urodziny wymówić słowa „ulicznik” i „ulicznica”.  

Znaczy, po pijaku. A więc... zaraz, co to ja mówiłem? 

– O mnie i tej głupiej bójce. Ale zapomnijmy juŜ o tym.  

– Jasna sprawa. JuŜ zapomniałem. O czym to ja zapomniałem? Nie wiem, zapomniałem.  

– Tak, muszę juŜ iść. Dzięki za piwo. I wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.  

–  Oj,  nie  idź  jeszcze,  nie  idź.  Dobry  miałeś  ubaw  z  tym  gościem  z  białego  mercedesa? 

Tym... jak mu tam? Carsonem? 

Wszystko znieruchomiało. Na kilka chwil zaległa idealna cisza. Potem pod Chrisem ugięły 

się kolana. Przytrzymał się Dave’a, Ŝeby nie upaść.  

– Co powiedziałeś? – wykrztusił. – Jak... jak on się nazywał? 

– Carson – odparł Dave. – Wczoraj przez cały dzień dopytywał się o Barry’ego.  

background image

Powiedział,  Ŝe  jest  księgowym.  Myślałem,  Ŝe  tropi  go  za  podatki  czy  coś  w  tym  stylu. 

Powiedziałem mu dla Ŝartu, Ŝe Barry zamelinował się pewnie w swojej kryjówce. „A gdzie to? 

–  pyta.  –  Pojadę  tam  i  zrobię  mu  niespodziankę”.  Ja  na  to,  Ŝe  nie  wiem.  śe  powinien  spytać 

ciebie. „Idź pan do Chrisa – poradziłem mu. – On wie...” 

Chris  nie  mógł  juŜ  tego  słuchać.  Miał  wraŜenie,  Ŝe  płonie  na  stosie:  ryk  płomieni, 

straszliwa omdlałość we wszystkich członkach... Która to godzina? 

Wcisnął się do przepełnionego, zadymionego pubu i spojrzał na wiszący na ścianie zegar. 

Wpół do dziesiątej. A Fletcher-Carson powiedział, Ŝe o dziesiątej, ściągnij go tam na dziesiątą. 

Chris nigdy jeszcze nie czuł się tak bezradny.  

– Dobrze się czujesz? – spytała pierwsza z dziewcząt, ta, której imienia dotąd nie poznał. – 

Co się stało? 

– Muszę zadzwonić. Jest tu jakiś telefon? Jezu, nie mam przy sobie pieniędzy...  

–  Ja  mam  kartę  telefoniczną  –  powiedziała.  –  Mogę  ci  poŜyczyć.  Zaraz,  pomogę  ci, 

wyglądasz, jakbyś miał za chwilę...  

Stali  obok  siebie  w  zatłoczonej,  zadymionej  sali,  otoczeni  przez  młodych, 

przekrzykujących  się  nawzajem  męŜczyzn  i  kobiety.  Dave  i  reszta  towarzystwa  pozostali  na 

zewnątrz. Chris spróbował wziąć się w garść.  

–  Słuchaj,  moŜesz  coś  dla  mnie  zrobić?  Zatelefonować?  Dowiedziałem  się  przed  chwilą 

czegoś od Dave’a... muszę lecieć i kogoś ostrzec. To gardłowa sprawa.  

Zadzwonisz w moim imieniu? 

– Tak, oczywiście. Powiedz tylko...  

Miała w torebce ołówek. Chris zapisał jej numer.  

– Nie wiem, kto odbierze. Prawdopodobnie Ŝona.  

NiewaŜne.  Powiedz,  Ŝe  Carson  jest  właśnie  w  drodze  do  domku...  i  Ŝeby  tam  za  Ŝadne 

skarby teraz nie jechać. Zrozumiałaś? 

–  Za Ŝadne skarby  nie jechać teraz do domku, bo Carson jest  właśnie  w drodze do niego. 

Tak? 

– Tak...  

– Zaczekaj! Do kogo dzwonię? Nazwisko? 

– Miller. Barry Miller. Muszę lecieć...  

Zaintrygowana  dziewczyna  patrzyła  przez  chwilę,  jak  Chris  przepycha  się  przez  tłumek 

zgromadzony na chodniku, potem odwróciła się i ruszyła do telefonu.  

Jenny rozegrała z Seanem partię szachów i przegrała. Zapytała go o małe zwierzątko, które 

widziała  nad  kanałkiem,  a  on  powiedział,  Ŝe  była  to  pewnie  polna  mysz  albo  wodny  szczur; 

wyszukał nawet rysunek w encyklopedii.  

Pozwoliła mu poczytać dziesięć minut przed zaśnięciem, a sama zeszła z encyklopedią na 

dół i zaczęła ją przeglądać przy kawie.  

Przez cały czas, cokolwiek robiła, myślała lub czuła, miała świadomość, Ŝe Chris jest teraz, 

w  tym  momencie,  tam,  w  domku,  Ŝe  Sue  wkrótce  wróci,  a  wtedy  ona  poŜyczy  od  niej  rower, 

pojedzie tam, porozmawia z Chrisem i wszystko będzie jak dawniej.  

background image

Ta świadomość była tak silna, perspektywa bliskiego szczęścia tak wyrazista, Ŝe tym razem 

bez wahania przytuliła i pocałowała Seana na dobranoc. Z czystej sympatii. Teraz bezpiecznie 

mogła ją okazywać kaŜdemu.  

Kiedy dolewała sobie wrzątku do kubka z wystygłą kawą, zadzwonił telefon.  

Podskoczyła i wybiegła do sieni, gdzie stał aparat. W ostatniej chwili przypomniała sobie, 

Ŝ

e Sue nie kazała jej odbierać. Włączyła się automatyczna sekretarka i odezwał się dziewczęcy 

głos: 

–  BoŜe,  jak  ja  nie  cierpię  tych  maszyn.  No  więc  tak,  mam  wiadomość  dla  niejakiego 

Barry’ego Millera... Ty, łapy przy sobie... – W tle słychać było gwar wielu głosów. Tak jakby 

dziewczyna  dzwoniła  z  jakiejś  imprezy.  –  Przepraszam  –  podjęła.  –  Jeden  tutaj  próbuje  mnie 

podszczypywać. Oto ta wiadomość: Carson jest właśnie w drodze do domku. Za Ŝadne skarby 

teraz tam nie jedź. Chyba dobrze powtórzyłam. Przepraszam, ale nie znam nazwiska chłopaka, 

który mnie prosił, Ŝebym zatelefonowała. Śpieszył się. No to tyle. Cześć.  

Po  tamtej  stronie  odłoŜono  słuchawkę  i  po  kilku  sekundach  kaseta  w  automatycznej 

sekretarce zatrzymała się z cichym trzaskiem.  

Jenny  stała  jak  sparaliŜowana.  Więc  to  tak  działa  automatyczna  sekretarka,  myślała, 

jednocześnie  zaś  oczyma  wyobraźni  widziała  wiszące  na  haku  ciało  z  poderŜniętym  gardłem; 

taka straszna śmierć spotkała gangsterów z opowieści Barry’ego, tak rozprawiał się ze swoimi 

rywalami Carson.  

A w leśnym domku był teraz Chris.  

–  BoŜe  mój  –  jęknęła  cicho,  spoglądając  na  oświetlony  podest  schodów  i  uchylone  drzwi 

do pokoju Seana. Nie mogła go zostawić samego; powierzono go jej opiece.  

Lecz Sue powinna niebawem wrócić, a tymczasem...  

Wpadła do kuchni. Zostawić karteczkę? To nie zajmie duŜo czasu. W małej wąskiej wiacie 

oprócz taczki, stołu warsztatowego Barry’ego i skrzyni ze starymi zabawkami Seana stał rower 

Sue. Od pierwszego dzwonka telefonu nie upłynęła jeszcze minuta, a Jenny, naciskając mocno 

na pedały, gnała juŜ szosą w kierunku Oksfordu.  

ZbliŜając  się  do  domu,  Chris  zwolnił.  Co  on  robi?  Dokąd  jedzie?  Tak  łatwo  dał  się 

wyprowadzić w pole komuś, kto bardzo dobrze wiedział, jakie argumenty do niego przemówią. 

Nigdy by nie pomyślał, Ŝe jest taki głupi, taki naiwny. Ale co teraz? 

Zatrzymał  się,  zsiadł  i  poprowadził  rower  chodnikiem,  próbując  uporządkować  galopadę 

myśli.  

Po  pierwsze,  ile  prawdy  było  w  opowieści  Barry’ego?  Czy  Carson-Fletcher  rzeczywiście 

dybie na jego Ŝycie? Trudno powiedzieć. Wysłuchał obu; jeden z nich musiał kłamać. Ale czy 

Fletcher-Carson  wyglądał  na  zabójcę?  Albo  Barry  na  terrorystę?  Wszystko  to  było  jakieś 

mętne, nieprawdopodobne i naciągane.  

I  po  drugie,  co  on  ma  w  tej  sytuacji  robić?  Popędzić  tam  na  rowerze...  i  co  dalej?  MoŜe 

powiadomić policję? 

Był juŜ na rogu swojej ulicy. Sto kroków od domu, matki, Mike, chociaŜ mięczak, głupcem 

nie był. Chris jeszcze nigdy nie potrzebował tak bardzo czyjejś dobrej rady.  

background image

Zostawił rower przy tylnych drzwiach i wszedł. W kuchni było ciemno, ale w living roomie 

grał  telewizor.  Zatrzymał  się  niezdecydowany  w  sieni,  potem  wszedł  do  kuchni,  Ŝeby 

zadzwonić  z  zainstalowanego  tam  telefonu  do  Barry’ego;  upewni  się  przynajmniej,  czy 

dziewczyna z pubu przekazała wiadomość, tak jak ją prosił.  

Po drugim sygnale włączyła się automatyczna sekretarka. Serce mu zamarło.  

– Halo. Mówi Barry Miller. Nie ma mnie w tej chwili w domu, ale...  

W tym momencie ktoś podniósł słuchawkę.  

– Halo? – odezwał się zaniepokojony kobiecy głos. – Kto mówi? To ty, Barry? 

Chris dopiero teraz rozpoznał głos Sue.  

– Nie, to ja, Chris. Czy Barry jest...  

– Skąd dzwonisz? Gdzie Barry? Co się dzieje? 

– Czy ta dziewczyna przekazała wiadomość ode mnie? 

– Tak... o Carsonie. Och, Chris, właśnie weszłam, a Jenny nie ma. Musiała...  

– Jenny? 

– Siedziała z Seanem...  

– Ale co, u diabła... Jenny? 

–  Musiała  usłyszeć  tę  wiadomość  i...  o  BoŜe,  Barry  opowiadał  jej  pewnie  o  Carsonie,  a 

wiedziała, Ŝe ty pracujesz w domku. I pewnie tam pojechała...  

– Mnie tam nie ma! Nie byłem tam dzisiaj! Dowiedziałem się właśnie, Ŝe Carson tu jest i... 

Ale co z tą Jenny? 

– Była tutaj. Nie wiedziała dotąd, Ŝe pracujesz u Barry’ego, Ŝe mu pomagasz.  

Taka była szczęśliwa, kiedy jej powiedziałam. Myślała, Ŝe jesteś dziś wieczorem w domku, 

Ŝ

e kończysz malować ścianę, bo tak mi powiedział Barry, a kiedy jej to powtórzyłam, ucieszyła 

się  jak  dziecko  z  gwiazdkowego  prezentu.  Wierzyć  mi  się  nie  chciało...  popłakała  się, 

biedactwo,  ze  szczęścia.  BoŜe,  pewnie  odsłuchała  tę  wiadomość  z  kasety  i  pojechała  cię 

ostrzec! Jezu miłosierny! Myślałam, Ŝe mamy to juŜ za sobą, Chris. Tego cholernego Carsona i 

jego  braci...  Ŝeby  tak  wszyscy  smaŜyli  się  w  piekle...  I  gdzie  Barry?  Ma  tam  być  za  dziesięć 

minut. Co robić? 

– Niech pani dzwoni na policję – rzucił Chris. – Ja jadę szukać Barry’ego.  

Uprzedzić go.  

Sue  płakała,  ale  Chris  nie  miał  czasu  jej  pocieszać.  Jenny  jest  w  domku.  Nic  ją  z  Barrym 

nie łączy. A Carson juŜ w drodze. Rzucił się do tylnych drzwi, kiedy do kuchni weszła matka.  

– Chris! Co się stało? Coś ty taki spanikowany? Chciał coś powiedzieć, ale wzruszył tylko 

ramionami, wypadł z domu, wskoczył na rower i popędził przed siebie na złamanie karku.  

Pięć minut później zatrzymywał się juŜ u wylotu leśnej drogi. Była zbyt wyboista, Ŝeby nią 

jechać; wepchnął rower w zarośla i ruszył pieszo.  

Kilka kroków dalej droga skręcała w lewo i poświatę latarni przy uliczce za jego plecami 

szybko  pochłonął  mrok.  Teraz  przyświecał  mu  tylko  księŜyc.  Chris  na  wpół  szedł,  na  wpół 

biegł, potykając się na wertepach i wzbijając tumany pyłu z wyschniętej  nawierzchni. Myląca 

plątanina  cieni,  niestabilne  srebro  i  zwodnicza  czerń,  wszystko  to  przypominało  mu  Jenny 

background image

silniej  niŜ  cokolwiek  od  ich  ostatniego  spotkania;  podobnie  było  w  lesie  nad  jeziorem,  tamta 

noc, kiedy się poznali.  

Przystanął, Ŝeby zaczerpnąć tchu; mięśnie zmęczone forsowną jazdą protestowały.  

– Jenny – wyszeptał. – Jenny! 

Gdzieś w ciemnościach śpiewał ptak; nieśmiertelne bogactwo tych treli niosło się echem po 

lesie.  Chrisowi  przemknęło  przez  myśl,  Ŝe  Jenny  moŜe  jest  w  pobliŜu  i  teŜ  słyszy  ten  śpiew. 

Gdyby zawołał...  

Nabrał powietrza w płuca, ale zatrzymał je; serce podeszło mu do gardła.  

Usłyszał za sobą niezwykły dźwięk – niski, warkliwy, chrzęszczący – zupełnie jakby leśną 

drogą skradało się jakieś odraŜające zwierzę.  

Odwrócił się, przywarł do pnia najbliŜszego drzewa i zobaczył je.  

Było  blade  i  wielkie.  Pełzło  drogą  niczym  ślepy  ślimak,  krusząc  z  chrzęstem  grudki 

zeschniętej  ziemi,  odgarniając  na  boki  gałęzie  i  pokrzywy,  śluzowate,  białe,  obrzydliwe.  O 

mało  nie  zemdlał  ze  strachu.  Dopiero  kiedy  go  mijało,  rozpoznał  w  nim  białego  mercedesa  z 

wygaszonymi  światłami  i  pomrukującym  ledwo  słyszalnie  silnikiem.  Mdlące  przeraŜenie 

przeszło  we  wstyd,  a  zaraz  potem  w  jeszcze  większe  przeraŜenie.  Samochód  przejechał  obok 

niego  i  rozpłynął  się  w  mroku,  ścichł  ten  złowróŜbny  chrzęst  opon  na  zeschniętej  ziemi  i 

Ŝ

wirze.  

Chris  pobiegł  za  nim.  Do  polany  nie  było  juŜ  daleko.  Gdyby  krzyknął,  Jenny  by  go 

usłyszała, ale bał się; był tak owładnięty strachem, Ŝe oddychał z najwyŜszym trudem. Carson 

jej nie zabije, przemknęło mu przez myśl; stwierdzi, Ŝe to dziewczyna, i  nic jej nie zrobi. Jak 

tylko zobaczy, z kim ma do czynienia...  

Samochód  zamajaczył  mu  między  drzewami.  Stał  na  skraju  polany  z  wciąŜ  wygaszonymi 

ś

wiatłami.  Chris  podszedł  bliŜej  i  stwierdził,  Ŝe  drzwiczki  od  strony  kierowcy  stoją  otworem. 

W środku nie było nikogo. Wszystko, włącznie z domkiem, tonęło w ciemnościach.  

Ś

wiatło! 

Ten  idiotycznie  skomplikowany  system  Barry’ego  –  nie  zainstalowali  dotąd  czujnika 

podczerwieni i Jenny mogła nie znaleźć kontaktu...  

– Jenny! – wrzasnął co sił w płucach i w tym samym momencie ciszę rozdarł suchy trzask 

wystrzału, potem drugi, trzeci, czwarty... w sumie było ich sześć.  

Chrisowi dzwoniło w uszach, spłoszone ptaki poderwały się do lotu, cały las wrzeszczał.  

Chris trzymał się kurczowo otwartych drzwiczek samochodu. Z ciemnej chaty wyszła jakaś 

postać i miarowym krokiem ruszyła w jego stronę. Zdawała się wlec za sobą fale czystego zła. 

Chrisowi  serce  zamarło,  zaskamlał  bezwiednie.  Fletcher-Carson  zatrzymał  się  przed  maską 

samochodu i zapalił zapałkę. Mały płomyczek trzymany na wysokości piersi oświetlił mu twarz 

niczym  ogień  piekielny  i  nieludzko  deformował  rysy.  Chris  skulił  się  ze  zgrozy,  dech  mu 

zaparło.  

– Mówiłem, Ŝebyś trzymał się od tego domu z daleka, Chris – wyszeptał Carson. – To nie 

miejsce dla niewiniątek. To piekielna czeluść. Nikt nie będzie krzywdził bezkarnie moich braci. 

To  niewybaczalne,  zrobić  coś  takiego  rodzinie.  Zwłaszcza  mojej.  Jam  jest  demon.  Jam  jest 

mściciel. Jam jest anioł śmierci.  

background image

Wpatrywał się bezdennymi oczami w duszę Chrisa, dopóki zapałka się nie wypaliła.  

Potem wsiadł za kierownicę i bez pośpiechu zapuścił silnik. Wycofał wóz na wąską leśną 

dróŜkę i odjechał w mrok.  

KsięŜycowa  poświata  zalała  polanę.  Zasłonki  w  oknach  domku  były  zaciągnięte,  drzwi 

stały  otworem.  Chris,  półprzytomny  z  przeraŜenia,  uświadamiał  sobie  tylko  jakiś  straszny 

majestat.  Poskręcane  kolumny  drzew,  gęsty  baldachim  listowia  w  górze,  a  nade  wszystko 

milczenie  tych  otwartych  drzwi.  Carson  wiedział,  co  robi,  szepcząc.  Chris  czuł  teraz,  Ŝe  jeśli 

tylko się nie poruszy i zachowa milczenie, ominie go najgorsze. Nie śmiał nawet oddychać.  

Po  jakimś  czasie,  nie  od  Wolvercote,  lecz  z  przeciwnej  strony,  dał  się  słyszeć  pomruk 

innego  silnika  i  między  drzewami  zamigotały  światła  nadjeŜdŜającego  samochodu.  Chris  nie 

wiedział, Ŝe prowadzi tu jeszcze jedna droga przez las.  

Zapragnął okutać się ciemnością i zniknąć, ale było juŜ za późno, bo furgonetka skręciła na 

polanę  i  zatrzymała  się.  Drzewa  wyłowione  z  mroku  przez  światła  silnych  reflektorów 

wyglądały upiornie.  

Z kabiny wyskoczył Barry Miller w Ŝółtej koszulce polo.  

– Czołem, Chris! – zawołał wesoło, przygładzając dłonią rozwichrzone włosy. – Myślałeś, 

Ŝ

e juŜ nie dojadę, co? Zasiedziałem się w pubie. Mam dla ciebie niespodziankę. Będziemy... Co 

jest? Co się stało? 

Nie  było  na  świecie  nic  straszniejszego  niŜ  widok  tego  domku  w  blasku  reflektorów 

furgonetki. Chris wydał z siebie jęk rozpaczy i zataczając się, ruszył w stronę tych złowróŜbnie 

otwartych drzwi.  

Dotarł  tam  tuŜ  przed  Barrym,  wtoczył  się  do  środka,  wymacał  licznik  prądu,  a  potem 

znajdujący  się  pod  nim  kontakt.  Zabłysło  światło;  zrobiło  się  tak  jasno  i  było  tu  tyle  krwi,  Ŝe 

odruchowo zasłonił dłonią oczy.  

Jenny leŜała na łóŜku. Spod naciągniętej na głowę kołdry wystawały tylko stopy.  

LeŜała na boku, twarzą do ściany. Dosięgło ją kilka kul, lecz widać nie umarła od razu, bo 

zdąŜyła  jeszcze  napisać  coś  na  świeŜo  pomalowanej  ścianie  palcem  umoczonym  we  własnej 

krwi. Litery były rozmazane i krzywe, ale czytelne.  

Układały się w słowo: Tato.  

– On nigdy... – wyszeptał Barry. – Carson? Ale dlaczego...  

–  Światło  –  powiedział  nieswoim  głosem  Chris.  –  Nie  wiedziała,  gdzie  jest  kontakt.  W 

ciemnościach nie zorientował się...  

– Jezu.  

– Sprowadź policję – mruknął Chris.  

Barry przełknął z trudem, kiwnął głową, odwrócił się.  

– Czy ona... – wykrztusił. – Jesteś pewny, Ŝe ona...  

– Policję, lekarza, co tam trzeba. Dzwoń pod dziewięć-dziewięć-dziewięć.  

– Tak. Tak.  

Chris przywarł do drzwi i zaczekał, aŜ światła furgonetki znikną za drzewami.  

background image

Potem drŜącą ręką zgasił światło w domku i usiadł na łóŜku obok Jenny. Tyle miał jej do 

powiedzenia, ale ogarnięty grozą zaraz odsunął się od niej, od tego tatuaŜu z motylem, od tego 

drogiego ciała, które tak kochał. I które zdradził.  

JuŜ  wiedział,  co  musi  teraz  zrobić.  Serce  podeszło  mu  do  gardła,  omal  nie  zwymiotował; 

zimny, lepki pot wystąpił mu na twarz, ale się opanował. Nie ma wyboru. Musi odkupić swoją 

winę.  Na  stole  leŜał  jego  składany  nóŜ.  ZwaŜył  go  w  dłoni,  wiedział,  Ŝe  to,  co  zamierza 

uczynić, jest słuszne i sprawiedliwe.  

Otworzył  nóŜ,  uniósł  go  raz,  potem  drugi,  lecz  odwaga  go  opuściła  i  ze  ściśniętej  krtani 

wyrwał się szloch. Kiedy przyjechali i tak go zastali, myśleli, Ŝe płacze po Jenny.  
 

 

background image

Rozdział czternasty 

 

Carsona  nigdy  nie  ujęto.  Dwa  dni  po  śmierci  Jenny,  na  parkingu  przed  lotniskiem 

Heathrow policja znalazła białego mercedesa. Jeśli opuścił kraj, to na pewno nie pod własnym 

nazwiskiem; i mógł polecieć gdziekolwiek.  

Jak to było do przewidzenia, cała prawda o zrabowanych pieniądzach wyszła na jaw.  

Niewiele  z  nich  zostało.  Za  część  Barry  kupił  firmę,  prawie  cała  reszta  poszła  na  jej 

subsydiowanie, bo Oksfordzkie Zaplecze Rozrywki przynosiło same straty.  

Niepokój Sue był w pełni uzasadniony. Wierzyła w zapewnienia Barry’ego, Ŝe nie wie, co 

się  stało  z  pieniędzmi  ze  skoku,  Ŝe  Carsonowie  musieli  je  gdzieś  zadołować.  Szok,  którego 

doznała,  kiedy  okazało  się,  Ŝe  Barry  jest  kłamcą  i  złodziejem,  był  dla  niej  nie  do  zniesienia. 

Barry dostał sześć lat. Sue z Seanem wyprowadzili się z domu w Kidlington; Chris nie wiedział 

dokąd, bo więcej juŜ ich nie zobaczył.  

 

Mijały  tygodnie  i  miesiące,  a  Ŝycie  Chrisa  pozostawało  zamroŜone  w  tundrze  wstydu.  W 

swoim osamotnieniu często rozwaŜał to, co mówił mu Carson o niewinności, o poznaniu dobra 

i zła, kiedy siedzieli we  dwójkę w białym mercedesie. Dziwna sprawa. Carson odwoływał się 

nie  do  jego  najniŜszych  instynktów,  lecz  do  podstawowych  wartości,  i  chociaŜ  prawdy,  które 

głosił, spływały z języka kłamcy, to bardziej przekonującego wywodu Chris dotąd nie słyszał. 

Zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  długo,  a  moŜe  nigdy  nie  zapomni  wysuniętych  w  tamtej  rozmowie 

argumentów,  bo  na  zawsze  zapuściły  w  nim  korzenie.  I  do  śmierci  nie  usłyszy  nic  bardziej 

prawdziwego.  

Tam,  w  leśnym  domku,  dowiedział  się  teŜ  czegoś  o  sobie:  poznał  ograniczenia  swojej 

natury.  W  odróŜnieniu  od  otaczających  go  osób  wiedział  teraz  bardzo  dobrze,  jaki  jest  głupi, 

jak łatwo go zwieść, jak boi się bólu, jaki jest godny pogardy; Ŝe w takiej sytuacji zdolny był 

płakać nie za Jenny, lecz nad sobą.  

Rzadko  kto  ma  taką  wiedzę  o  sobie.  Taka  wiedza  to  niezatarte  piętno.  Trudno  go  będzie 

teraz oszukać.  

Co do Jenny, to wszczęto dochodzenie. Odnaleziono jej rodziców i Chris przyglądał się im, 

kiedy  otępiali,  ze  ściągniętymi  twarzami,  postarzali  i  przybici  siedzieli  w  sądzie.  Nikt  nie 

rozumiał  przesłania  zawartego  w  słowie,  które  ich  córka  napisała  na  ścianie,  a  pobłaŜliwy 

koroner nie drąŜył tego tematu.  

Czy  chciała  dać  przez  to  do  zrozumienia,  Ŝe  zabił  ją  własny  ojciec?  CzyŜby  pomyliła 

Carsona  z  ojcem?  Czy  teŜ  próbowała  zostawić  mu  jakąś  wiadomość?  Tego  nie  da  się  juŜ 

wyjaśnić.  

Ale  Chris  miał  własną  teorię.  Przyszła  mu  do  głowy,  kiedy  ojciec  Jenny  zakrył  rękoma 

twarz. W tym momencie Chris poczuł łzy napływające mu do oczu i zdał sobie sprawę, Ŝe to 

wreszcie łzy Ŝalu po Jenny, i zrozumiał znaczenie wiadomości, którą chciała zostawić. Kochała 

ojca  i  pragnęła,  Ŝeby  był  tam  przy  niej  w  tych  ostatnich  chwilach;  wołała  o  pomoc.  Chris  to 

zrozumiał.  Cieszył  się,  Ŝe  zdołała  się  zdobyć  na  ten  jeszcze  jeden  wysiłek;  na  jej  miejscu 

background image

prawdopodobnie zrobiłby to samo. Taka właśnie powinna być rodzina. I ta myśl przyniosła mu 

ukojenie.