background image

Rozdział pierwszy 

 

DELIA 

     Nigdy się nie dowiem, co spowodowało zmianę, jaka zaszła we mnie tego 
dnia. Możliwe, że jej powodem było niewiarygodnie błękitne niebo i powie-trze 
przepojone odurzającą wonią róży jerychońskie. A może sprawił to fakt, że 
przez wszystkie lata liceum obserwowałam, jak uczniowie plotkują, ale sama nie 
puściłam w obieg ani jednej płotki. Albo stało się tak, dlatego, że nie widziałam 
Caina od prawie trzech miesięcy i czułam się nieco oszołomiona. A może po 
prostu chciałam się zakochać. - Wiesz, na czym polega twój problem, Delio

 

Byrne?    

 

- Wiem. Na tym, że mnie wciąż wypytujesz, na czym polega mój problem - 
odpowiedziałam na pytanie Caina Parsona, mojego najlepszego przyjaciela, 
także, niestety, najsurowszego krytyka w jednej osobie.

 

-I znowu się mylisz.

 

    Leżący na trawie Cain pokręcił głową i przekręcił się na drugi bok. Byliśmy 
na pikniku nad Stawem Hazardzisty i zdałam sobie sprawę, że Caina nudzi 
układna konwersacja na temat minionych wakacji.

 

Wspólne spędzane Święta Pracy nad stawem weszło już do tradycji. Kiedy 
człowiek przyjaźni się

 

z kimś od ponad trzech lat tworzą się pewne rytuały, i 

jeśli się je zlekceważy, obie strony czują,  ze stało się coś bardzo złego. Dlatego, 
zamiast zostać jeszcze kilka dni na obozie w lasach Sherwood i dobrze się bawić 
w  towarzystwie innych instruktorów

 

szkolnych, skróciłam pobyt w Minnesocie 

i przyleciałam do domu kilka dni wcześniej.

 

Nie było to z mojej strony wielkie 

poświęcenie

 

i muszę dodać, że Cain zrezygnował z wyprawy

 

kajakowej z 

Andrew Rice'em, aby spędzić ten dzień

 

ze mną. to jednak wcale nie oznaczało, 

że jestem

 

przygotowana na to, że będzie się starał zanalizować  moje 

zachowanie. Westchnęłam najbardziej dramatycznie, jak umiałam, aby mu to 
dać do zrozumienia.

 

- No dobrze, doktorze Parson. Niech mnie pan

 

oświeci.

 

Cain usiadł i wyjął spomiędzy zębów źdźbło trawy.

 

- Ujmując rzecz  krotko, jesteś typową przedstawicielką dziewczyn pijących 
mrożoną herbatę bez Cukru. Co gorsza, jest to zawsze herbata cytrynowa,

 

a nigdy brzoskwiniowa czy malinowa.- Tu Cain uśmiechnął się bardzo z siebie 
zadowolony i znowu wyciągnął się w trawie. Zachowywał się zupełnie 
tak jakby właśnie rozwiązał problem głodu na

 

świecie, a nie wymamrotał bzdurę 

na temat mrożonej herbaty.

 

Gdybym miała choć trochę rozumu, założyłabym na 

uszy słuchawki od walkmana i zlekceważyła Caina. On jednak miał irytującą 
umiejętność wciągania mnie w swoje dziwaczne dywagacje.

 

- I co jeszcze?- spytałam. -A może powinnam zaprzestać picia mrożonej herbaty 
i uwierzyć, że

 

ostatni rok w liceum przyniesie mi sławę, majątek, urodę oraz 

miłość? 

 

background image

- No, proszę. Nasza dama pragnie usłyszeć coś więcej - powiedział Cain 
dramatycznym tonem i potoczył wzrokiem wokół. Pewnie mu się wydawało, że 
towarzyszy nam kilka setek świadków owej pasjonującej rozmowy. - Faktycznie 
mam na ten temat coś do dodania - ciągnął. - Wiesz, Delio, kiedy idziemy do 
sklepu, możesz wybrać spośród rozmaitych napojów: Nawet mrożona herbata 
występuje w dwunastu różnych smakach. -Więc?

 

Gdybym go nie ponaglała, spędziłabym kilka godzin, wysłuchując, jak Cain 
zbacza na różne tematy, gubiąc wątek.

 

- Dlaczego nie wybierzesz napoju o smaku mango? Albo ponczu owocowego? 
Czy choćby zwykłej wody sodowej?

 

- Nie wydaje mi się, żeby poncz był rodzajem mrożonej herbaty - wtrąciłam.

 

- Masz rację, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że nigdy nie ulegasz kaprysom. 
Nie mówisz: „Ejże, poncz owocowy to ciekawe. Mam go ochotę spróbować". 
Wiecznie obnosisz się z mrożoną herbatą bez cukru. Jakby to było twoje jedyne 
towarzystwo.

 

- Mrożona herbata nie jest moim jedynym towarzystwem. Jesteś jeszcze ty.

 

Cain wyjął mi z ręki na wpół opróżnioną butelkę mrożonej herbaty i pociągnął z 
niej długi łyk.

 

- O rany, Deels, posłużyłem się metaforą. Staraj się za mną nadążać.

 

- Ależ, ja nadążam - odparłam, wzdychając.

 

- W każdej sytuacji wybierasz utartą ścieżkę. Boisz się zakosztować czegoś 
nowego. Wiedziesz żywot niczym zakonnica, która ślubowała podążać jedną je-
dyną drogą. Zrozum wreszcie, że musisz z niej zejść.

 

- Dlaczego? 
- Dlaczego? Dlaczego? Bo gdy z niej zejdziesz mogą ci się przydarzyć 
niewiarygodne rzeczy.

 

- Na przykład? - Jak  już wspomniałam, Cain potrafił mnie wciągnąć w swoje 
dywagacje.

 

- Mogłabyś  zostać wynalazcą  jak ten, kto wymyślił automat do rozmieniania 
pieniędzy. Mogłabyś opracować choreografię do szałowego musicalu na 
Broadwayu. Albo, co jeszcze bardziej podniecające, mogłabyś się zakochać lub 
znaleźć sobie chłopaka czy przynajmniej pójść na randkę. Jęknęłam. Moje życie 
miłosne, a  raczej jego całko-wity brak był jednym z ulubionych tematów Caina. 
W najbardziej niespodziewanych chwilach, na przy-kład gdy uczyliśmy się 
matematyki, potrafił mi za-rzucić, że nie spotykam się z chłopakami. ,,To 
równanie jest zupełnie jak twoje życie miłosne - mawiał. - Wiele nic 
nieznaczących czynników, które są równe zeru".

 

    Przedstawiam Caina, jakby był pozbawionym serca obserwatorem tego co 
oczywiste. Ale on wcale taki nie jest. Ani trochę. Po prostu nie rozumie, jak 
zwykli ludzie przeżywają swoje dni. ,,Zwykli to ci spośród nas, którzy nie 
mierzą ponad metr osiemdziesiąt, nie mają czarnych włosów, niebieskich oczu

 

oraz niewiarygodnego ciała. Gdybyście nie zgadli,tak właśnie prezentuje się 
Cain. Na dodatek obdarzony jest nieopisanym wdziękiem, talentem do 

background image

formułowania zgrabnych powiedzonek i darem natychmiastowego zjednywania 
sobie ludzkiej sympatii.

 

Mówiąc o strachu, Cain miał trochę racji. Nękają mnie różne lęki. Przede 
wszystkim boję się odrzucenia. Widuję dziewczyny wypłakujące się w ubikacji, 
bo jakiś sportowiec uznał za stosowne porzucić którąś z nich podczas lunchu. 
Patrząc na te nieszczęśnice, starannie poprawiające makijaż, aby wystawić się 
na dalsze tortury, bardzo im współczuję. Naprawdę. Jednocześnie zastanawiam 
się, dlaczego znalazły się w takiej sytuacji. Czy chłopak jest taki ważny? Czy 
warto przeżywać ból i mdłości za każdym razem, gdy twój chłopak obejmuje 
inną dziewczynę? Według innie stanowczo nie.

 

     Należę do tych dziewczyn, które moja mama nazywa kaktusami. Chodzi jej o 
to, że nie pozwalam, by ktokolwiek się do mnie zanadto zbliżył, tak to ujmuje 
popularna psychologia. Bezustannie powtarzam mamie, że nienawidzę 
popularnej psychologu, która każdemu przylepia etykietkę, jakby nie był niczym 
więcej niż pudełkiem tamponów czy jednorazową golarką. Według mnie takie 
traktowanie ludzi jest niehumanitarne. Przecież każdy jest inny, a nawet 
wyjątkowy. Dlaczego sprowadzać wszystkich do jednego mianownika?

 

     Zgodnie z tym, co powiedział Cain, paraliżuje mnie strach. Ale nie tylko 
mnie.

 

- Uważasz, że jestem strachliwa? - Spojrzałam na Caina zmrużonymi oczami. 
Właśnie wrócił z trzymiesięcznej praktyki w szkółce, gdzie hodowano drzewka 
na Boże Narodzenie. Musiałam przyznać, że sadzenie świerczków wzmocniło 
jego bicepsy i mięśnie klatki piersiowej. Gdybyż nauka tańca, którą 
prowadziłam dla garstki dziesięciolatków, podobnie rozwinęła moje mięśnie I

 

Cain poważnie skinął głową.

 

- Owszem. Sama powiedz, Delio. Masz siedemnaście lat i nigdy nie byłaś 
zakochana. Czy naprawdę chcesz samotnie spędzić ostatni rok szkoły średniej. 
Najwyższy czas,

 

by odwrócić role.  

-A ty, Cain? Otacza cię wianuszek dziewczyn, które wybierasz sobie wedle 
własnego uznania. Chcesz mi wmówić, że wtedy, gdy zabawiasz się z jedną z 
nich na tylnym siedzeniu samochodu, nie czujesz się samotny? 
 -Przynajmniej próbuję.

 

- Ja też próbuję - upierałam się przy swoim. - Tylko że nic mi z tego nie 
wychodzi.

 

Cain roześmiał się. - Ot, i cała ty. W końcu pojawi się ten ideał na białym koniu 
i tak dalej, a ty go

 

przeoczysz i pozwolisz mu odjechać.

 

- Wcale nie - odparłam.

 

     Coraz bardziej nabierałam wrażenia, że Cain zmierza do jakiegoś celu. 
Chciałam, żeby wreszcie postawił    kropkę nad ,,i" i pozwolił mi zjeść kanapkę 
z mielonym kotletem. 
 - Udowodnij to- powiedział.

 

background image

- Co mam udowodnić? - Utkwiłam wzrok w ziemi,

 

myśląc o tym, jak zmienić 

temat rozmowy. Zaczęłam

 

wymyślać zabawne anegdotki na temat 

dziesięcioletnich dziewczynek, które podczas wakacji uczyłam

 

tańca. Wszystko, byle Cain nie poruszał moich spraw osobistych.

 

- Udowodnij, że naprawdę chcesz się zakochać.  
- Jak mam ci to udowodnić?

 

- Jak to jak? Zakochaj się w kimś, oczywiście.

 

- Cain, to nie jest to samo co zdobycie szóstki z historii. Nie mogę, ot tak, się 
zakochać.

 

- Skąd możesz wiedzieć, skoro nigdy nie próbowałaś?

 

    To się robiło niesmaczne. Cain nie dawał za wygraną, a ja czułam, że się 
rumienię.

 

Cain uwielbiał, gdy się czerwieniłam. Z jakiegoś powodu uważał to za 
wzruszające. Ja sądziłam, że to poniżające.

 

- Dajmy temu spokój - powiedziałam stanowczo. Ugryzłam kanapkę i 
włączyłam walkmana. Jeśli nie będę zwracała uwagi na Caina znudzi się i 
przestanie mnie zamęczać.

 

Ale on wyciągnął rękę i zdjął mi z uszu słuchawki. Usłyszałam dochodzący z 
nich przytłumiony głos Arethy Franklin.

 

- Mówię poważnie, Delio. Idę o zakład, że się nie zakochasz.

 

Sama sobie byłam winna. Nie miałam wyboru. Zdobyłam się na ostatni 
rozpaczliwy wysiłek.

 

- Dobra. Idę o zakład, że ty się nie zakochasz. I nie chodzi mi o dwutygodniowy 
romans z panienką, która pracuje w Minsky's Pizza.

 

Rozgrzewałam się, obmyślając, jakimi warunkami obwarować to jego 
zakochanie się.

 

-  Nie mówię również o kilku randkach z Sarah Fain, tą cheerleaderką z wielkim 
przedsięwzięciem. Mam na myśli prawdziwe zaangażowanie się. Braterstwo 
dusz.

 

Cain wzruszył ramionami.

 

- W porządku. Zgadzam się.

 

- Co?! - Nie spodziewałam się, że na to pójdzie. Oczekiwałam jakiegoś 
sprytnego wybiegu, który zdezaktualizowałby całą dotychczasową rozmowę.

 

- Ja wyzwałem ciebie. Ty wyzwałaś mnie. Ten, komu się powiedzie, zwycięży - 
powiedział Cain z nie-odgadnionym wyrazem twarzy, a ja wciąż się łudziłam, 
że cały ten pomysł to tylko żart.

 

- Naprawdę chcesz się założyć o to, które z nas pierwsze się zakocha? 
- A czemu nie? -  Cain skrzyżował ramiona na piersi i przybrał niewiarygodnie 
zarozumiały wyraz

 

twarzy.

 

Wbrew sobie poczułam, że cała sprawa zaczyna

 

mnie interesować. Może Cain ma rację. Może nadszedł czas, by Delia Byrne 
pokazała chłopakom ze

 

szkoły średniej im. Jeffersona, a  przynajmniej jednemu 

z nich, co jest warta. Jeżeli zrobię z siebie

 

skończoną idiotkę, to najwyżej będę 

cierpiała przez

 

cały ostatni rok i nigdy się nie pojawię na szkolnym

 

zjeździe 

background image

koleżeńskim.

 

Skoro już mam się zgodzić na wariacki pomysł

 

Caina, to niech 

stawka będzie wysoka. Nie miałam

 

zamiaru łamać sobie serca tylko dlatego, że 

Cain

 

uznał to za słuszne.

 

Skinęłam głową.

 

- Masz rację.

 

- Naprawdę?- Po raz pierwszy glos Caina zabrzmiał troszkę mniej pewnie.

 

- Jasne. No, to się załóżmy.

 

Oczy Caina zabłysły. Uwielbiał zakłady.

 

- Widzę, że to do ciebie rzeczywiście przemówiło.

 

Wyprostowałam się.

 

- O co się założymy? 
- Przegrany przez cały miesiąc stawia wygranemu lunch?

 

Pokręciłam głową. Skoro musimy to robić, zróbmy

 

to naprawdę dobrze. Jeśli 

nagroda nie będzie kusząca, zrezygnujemy ze współzawodnictwa i wrócimy

 

do naszych dawnych przyzwyczajeń.

 

- Może przegrany będzie musiał przez cały rok

 

sprzątać raz w tygodniu pokój 

wygranego? - zaryzykował Cain. 
- To by było niesprawiedliwe - odparłam. - Je jestem pedantką, a z ciebie 
niepoprawny bałaganiarz.

 

- Przegrany będzie musiał przez cały tydzień nosić nalepkę z napisem „Daj mi 
kopa"?

 

- Nie, to za mało oryginalne.  
- Pięćdziesiąt dolców?

 

- Daj spokój, Parsom Stać cię na coś lepszego. 
 Cain położył się na wznak. Wyprostował ramiona

 

i nogi i spuścił powieki, 

chroniąc oczy przed jaskrawymi promieniami słońca.

 

- Daj mi się zastanowić - powiedział. - Wymyśle taką stawkę, to włosy zjeżą ci 
się na głowie.

 

Położyłam się na brzuchu i oparłam głowę na rękach, Chciałam się skupić, ale 
nie mogłam. Podczas gdy Cain w milczeniu wysilał umysł, dałam upust fantazji,

 

Wyobraziłam sobie, te jestem na pierwszym tegorocznym meczu futbolu 
amerykańskiego i powiewam nad głową flagą Szkoły im, Jeffersona. Patrzę, jak 
mój, na razie, anonimowy obiekt uczuć wbiega truchtem na boisko. Ogląda się i 
patrzy na widownię, aż jego wzrok napotyka moje spojrzenie. Wtedy unosi 
obydwa kciuki i dopiero potem zwołuje za-wodników na naradę.

 

Roześmiałam się, Piłkarze nie byli w moim guście. Zawsze kojarzyli ml się z 
szatnia, gdzie, owinięci ręcznikami, opowiadali sobie sprośne kawały. To nie dla 
mnie.

 

Następnie wyobraziłam sobie, ze jestem na scenie i tańczę w „Jeziorze 
łabędzim". Po przedstawieniu, u moich stóp, ląduje bukiet z trzech tuzinów 
czerwonych róż. Kłaniam się i posyłam całusa mojemu wspaniałemu 
chłopakowi na widowni. Ów piękny scenariusz miał tylko jedno ale: balet 
„Jezioro łabędzie" jest stanowczo przereklamowany.  

background image

    Cain usiadł gwałtownie i klasnął w ręce.  
- Mam. Jeśli naprawdę chcesz czegoś wielkiego, to ci się spodoba.  
   Podparłam się na łokciach. 
 - Wal!

 

- Dobra. Jeśli ty przegrasz, będziesz musiała ściąć włosy na krótko i utlenić je na 
blond. - Cain spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.  
- Co?! - wrzasnęłam.

 

    Uznałam, że Cain stracił rozum. Doskonale wie-dział, że włosy były moją 
jedyną ozdobą. Gęste, czarne i długie. Za każdym razem, gdy poprawia-łam 
fryzurę w szkolnej toalecie, skąpo wyposażona przez naturę dziewczyna 
zawistnie przypatrywała się moim włosom. Czyżby Cain rzeczywiście chciał 
mnie pozbawić jedynego powodu do dumy?

  

    

Najwyraźniej spostrzegł moją minę.

 

- O co chodzi, Delio? Myślisz, że przegrasz zakład?

 

   Nienawidzę fałszywej ambicji. Sprawia, że mówisz

 

i robisz rzeczy, które 

człowiek jej pozbawiony,

 

uznałby za czyste szaleństwo. W tym przypadku, 

fałszywa ambicja doprowadziła do tego, że przyjęłam warunki Caina.

 

- Dobra, Panie Zbyt Super By Przegrać. A co będzie, gdy ja wygram?

 

- To proste. Dam sobie przekłuć ucho.

 

- O, nie! Wciąż powtarzałeś, że sobie przekujesz

 

ucho. Nie ma mowy.

 

- W porządku. W takim razie, ty coś wymyśl.

 

   Nieczęsto miewam przebłyski geniuszu, ale gdy już mi się przydarzą, doznaję 

 

prawdziwego natchnienia. 
I oto nadeszła taka chwila.

 

- Jeżeli ja wygram zakład, ty, Cainie Parson, wygolisz sobie na głowie napis 
GAMOŃ. Zrobię to własnoręcznie, aby ci osłodzić przegraną.

 

Cain gwizdnął. Myślę, że nie odpowiadała mu perspektywa ogłoszenia całemu 
światu, że jest gamoniem. Nie mógł jednak się wycofać.

 

- Uściśnijmy sobie ręce - powiedział.

 

Uczyniliśmy to z wielką powagą i wtedy zdałam sobie sprawę, że nie 
ustanowiliśmy limitu czasu. Powinniśmy dać go sobie wystarczająco dużo, żeby 
się zakochać, ale nie aż tyle, byśmy się stali obśliniony-mi staruszkami.

 

Cain musiał czytać w moich myślach.

 

- Mamy czas do studniówki - oświadczył. - Kto się na niej pokaże ze swoim 
obiektem uczuć, wygrywa.

 

-  Ejże! - wykrzyknęłam, bo olśniła mnie nowa myśl. - A co będzie, gdy oboje 
się zakochamy? - spytałam.

 

Cain poklepał mnie po głowie.

 

- Wtedy oboje wygrywamy. To jasne.

 

Podczas gdy pakowaliśmy resztę jedzenia, koc i książki, poczułam mdłości. W 
czasie nadchodzących miesięcy nie wystarczą mi ciężka praca i łut szczęścia - 
potrzebowałam prawdziwego cudu. 
 

background image

Rozdział drugi 

 

CAIN 

    We wtorek obudziłem się, zaprzątnięty jedną, je-dyną sprawą - owym głupim 
zakładem, który zawarłem z Delią. Gdybym przypuszczał, że się zgodzi, nigdy 
bym czegoś takiego nie

 

zaproponował. Niestety; choć byłem przekonany, że 

potrafię prze-widzieć każdy jej ruch. Delia zupełnie mnie zaskoczyła. Musiałem 
się więc zakochać. 
    Na pierwszy rzut oka mogłoby się wam wydać, że moje zadanie jest 
łatwiejsze od tego, czego miała

 

dokonać Delia. Nigdy nie miewałem problemów

 

z umawianiem się na randki. Jestem śmiały i pewny siebie. Natomiast Delia lubi 
się trzymać na uboczu. Jest jedną z najładniejszych dziewczyn w szkole ( o ile 
nie najładniejszą), ale gdyby ktoś jej to

 

powiedział, nie odparłaby po prostu: 

,,Dziękuję"

 

i pomyślała, że oszalał. Zaczęłaby rozprawiać o protekcjonalnych 

osobnikach, którym się wydaje, że

 

wmawiając kobiecie rzeczy, które, w sposób 

oczywisty, nie mają nic wspólnego z prawdą, sprawią, że

 

owa kobieta poczuj sie 

lepiej. Cóż mogę na to powiedzieć? Może moja najlepsza przyjaciółka ma

 

kompleksy.

 

     Teraz, gdy zdecydowała, że musi się zakochać możecie być pewni, że tak się 
stanie.. Delia potrafi wykonywać zadania. Ja rzuciłem wyzwanie, a ona

 

nie spocznie, zanim w jej głowie nie zrodzi sie plan.

 

Ja nie miałem żadnego 

planu i nie wiedziałem, jak

 

się zabrać do rzeczy. 

     Delia prawdopodobnie rozejrzy się po klasie podczas lekcji historii, wymieni 
spojrzenia z jakimś nieudacznikiem i śmiertelnie się w nim zakocha. Tym-
czasem ja będę tkwił na tylnym siedzeniu samochodu (tak jak to wyobrażała 
sobie Delia) na randce z jakąś bardzo sympatyczną dziewczyną, której nawet nie 
obchodzi, czy jestem żywy, czy umarły. Na domiar złego skończę ze słowem 
GAMOŃ wygolonym na głowie.

 

Wszedłszy do szkoły owego słonecznego wtorkowego poranka, rozglądałem się, 
szukając na korytarzach Delii. Kto wie? Może ona także obudziła się, żałując, że 
zawarliśmy zakład. Jeśli tak, chętnie ją zwolnię z danego słowa i Delia nigdy się 
nie dowie, ze moja pewność siebie została zachwiana. Niestety, Delii nigdzie nie 
było.

 

- Prawdopodobnie zestawia tabelkę z rubrykami: pierwsza randka, pierwszy 
pocałunek, pierwsze ,,kocham cię" — wymamrotałem pod nosem,

 

I, znając Delię, będzie czekała na owe ,,kocham cię" aż do samej studniówki, na 
którą wkroczy ze swoim ukochanym. Delia ma zmysł dramatyzmu.

 

Zacząłem się wspinać na czwarty podest (wiem, bo je policzyłem) do mojej 
klasy, gdy dogonił mnie Andrew Rice, mój najlepszy przyjaciel, nie licząc Delii. 
Ponieważ nie pojechałem z nim na spływ kajakowy, nie widziałem go od Święta 
Niepodległości.

 

- Hej, Parson —powiedział Andrew - Znalazłeś jakiegoś aniołka na czubku tych 
bożonarodzeniowych drzewek?

 

background image

-  Nie, ale znalazłem Scroogea* w osobie mego  

* Scrooge — typ zgryźliwego skąpca (przyp. tłum.). 

szefa. Wypłacił mi nędzne trzysta dolarów. A ja za-suwałem przez całe lato.

 

- Witaj w prawdziwym świecie, chłopie. Dlatego zasuwani u własnego ojca. - 
Pan Rice jest prawnikiem I Andrew każdego lata pracuje w jego firmie. 
Większość czasu spędza, wysyłając faksy i sporządzając fotokopie, co mnie 
doprowadziłoby do samobójstwa. 
   Dotarliśmy na najwyższy podest. Musiałem przy-znać ze złośliwą satysfakcją, 
że Andrew się zasapał. Trzy miesiące w klimatyzowanym, sztucznie oświe-
tlonym pomieszczeniu okazały się zgubne dla jego

 

kondycji.

 

- Nie patrz tam teraz, ale w prawo w skos stoi Debbie Jackson - powiedział 
Andrew, dając mi sójkę w bok.

  

    

Jęknąłem. Zeszłej wiosny Debbie Jackson była moją dziewczyną przez ponad 

miesiąc. Na początku

 

bardzo ją lubiłem, ale pod koniec doprowadzała

 

mnie do 

szaleństwa. Cokolwiek mówiła, brzmiało

 

jak pytanie, z wyjątkiem prawdziwych pytań, bo te

 

intonowała jak stwierdzenia.. 

Czułem się, jakbym

 

brał udział w nieustającym teleturnieju.

 

        Chciałem sie ukryć w szafce, ale Debbie już mnie spostrzegła.

 

- Cześć, Cain -  powiedział całując mnie w policzek. Stwierdziłem, że 
prezentuje się jeszcze lepiej

 

niż w ubiegłym roku. Obcięła na krótko gęste jasne

 

włosy i jej gładka grzywka ładnie opadała na czoło.

 

- Cześć, Debbie. Jak tam wakacje? - Zawsze jestem uprzejmy. I może omyliłem 
się co do Debbie.

 

Może to właśnie ona była moją miłością, a ja, zbyt

 

przejęty jej intonacją, tego nie spostrzegłem. 
- Było świetnie? Zostałam ratowniczką na basenie dla maluchów. A ty?

 

   W tej chwili zdałem sobie sprawę, że dla mnie i Debbie nie ma wspólnej 
przyszłości. Myślcie, co chcecie, ale lubię rozmowę, która mnie nie męczy. 
Słyszałem, że stojący obok mnie Andrew krztusi się ze śmiechu. Jeśli chodzi o 
dojrzałość, to znajduje się on na tym samym poziomie co Barney Flinston, bo-
hater „Jaskiniowców".

 

- Było dobrze. W porządku - mruknąłem. Zerknąłem na zegarek. - Hola. Zaraz 
zabrzmi pierwszy dzwonek, a my mamy godzinę wychowawczą z panem 
Maughnem.

 

-  Rozumiem? Był moim wychowawcą w drugiej klasie? - powiedziała Debbie, 
odwracając się, by odejść. - Chciałbyś się czasem ze mną spotkać.

 

-  Tak? Może kiedyś? - odpowiedział za mnie Andrew. To nie było miłe z jego 
strony, ale nie mogłem się powstrzymać i parsknąłem śmiechem. Moja 
dojrzałość także pozostawiała wiele do życzenia.

 

    Debbie spojrzała na nas zdziwiona i odeszła.

 

    Kręcąc głową, wślizgnąłem się na ostatnią ławkę w klasie pana Maughna. 
Spotykałem się już z wieloma świetnymi dziewczynami, ale zdarzało mi się 

background image

również chadzać na randki z kilkoma takimi, które nie powinny się pokazywać 
na ulicach, a tym bardziej być moimi przyjaciółkami.

 

- Rany, w tej szkole nie ma ani jednej przyzwoicie wyglądającej kobiety - 
poskarżyłem się Andrew.

 

   Tylko wzruszył ramionami. -Pamiętasz, jak byliśmy w gimnazjum? 
Wydawało nam się, że liceum jest pełne pięknych i podniecających dziewczyn. 
Musiały zdać maturę, kiedy byliśmy w pierwszej klasie.                              

 

-Wypisałem właśnie imiona dwudziestu najładniejszych dziewczyn z wyższych 
klas. Mam na tej kartce wszystkie laski, z którymi chciałbym się spotykać w 
tym roku. Jak możesz mówić o braku urodzaju?

 

Znów pokręciłem głową.  
- Mówię o kimś wyjątkowym. O dziewczynie w której mógłbym się zakochać.

 

- Zakochać się? Chyba zwariowałeś. - Andrew przewrócił oczami i dalej 
wypisywał nazwiska.

 

Zajrzałem do jego notesu, przebiegając wzrokiem imiona. Skreślałem w myśli te 
dziewczyny, z który-mi już się spotykałem. Nie kusiły mnie odgrzewane 
kotlety. Gdy doszedłem do dziewczyny numer jedenaście, zrobiłem wielkie 
oczy.  
- Delia? - Aż mnie zatkało.

 

- Jasne - odparł Andrew. - Spełnia wszystkie moje kryteria. - Nakreślił dużą 
gwiazdkę obok imienia Delii.

 

  Gapiłem się na tę kartkę. Umieścił Delię pomiędzy Amandą Wright a Carrie 
Starks. Nie do wiary. Nie żebym uważał, że Delia nie może się podobać An-
drew, że nie jest atrakcyjna, inteligentna i inne takie. Jednak pomysł, żeby 
wypisać jej imię na jakiejś 

 

durnej liście naprawdę mnie poruszył. Zupełnie jak-by Andre nie rozumiał, że 
Delia jest jedyna w swoim rodzaju. Delia jest kimś.

 

- Jesteś chory - przemówiłem wreszcie. - Zdajesz sobie sprawę, jak się 
wścieknie, kiedy jej to powiem? - Chwyciłem notes i zamachałem nim przed

 

nosem Andrew. 
Wzruszył ramionami.

 

- Uważam, że Delię nic a nic nie obchodzi, jak spędzam czas w oczekiwaniu na 
początek lekcji. - Uniósł brwi i spojrzał na mnie. - To twój problem,

 

Parson.

 

- o co ci chodzi? Andrew pstryknął palcami.

 

- Jesteś zazdrosny.

 

-  Oszalałeś - odparłem. Ludzie od lat wmawiali mi, że w tajemnicy podkochuję 
się w Delii, ale te złośliwości spływały po mnie jak woda po gęsi.

 

Rozległ się drugi dzwonek. Opadłem na krzesło, patrząc, jak pan Maughn 
wyjmuje z teczki notatki. Odchrząknął i zaczął przytruwać o tym, jak źle się 
spóźniać na lekcje i przysypiać na zajęciach. Zaliczywszy trzy lata nauki w 
liceum, nie miałem zamiaru przejmować się jego nudziarstwami. Po wy-

background image

słuchaniu jednego przemówienia na rozpoczęcie roku szkolnego znało się 
wszystkie następne.

 

Rozmyślając o tym, co powiedział Andrew, poczułem, że się czerwienię. To 
prawda, że zawsze broniłem Delii. Dobrze wiedziałem, jacy są faceci. Nie ży-
czyłem sobie, żeby rozmawiali o niej tak samo lubieżnie i ordynarnie jak o 
innych dziewczynach.

 

Po kilku minutach pan Maughn zakończył powitalne przemówienie, w którym 
zapewnił nas, że jest w szkole wyłącznie po to, by zatruwać nam życie. 
Następnie przystąpił do równie podniecającego odczytywania listy obecności.

 

Gdy dotarł do litery D, drzwi klasy otwarły się zamaszyście. Spojrzałem na 
ściągniętą twarz pana Maughna. Nauczycielom zawsze się wydaje, że jeśli 
zapanują nad klasą od pierwszego dnia nauki, to bezproblemowo przebrną przez 
cały rok szkolny.

 

Maughn najwyraźniej nie byt zachwycony, że jego

 

plan, 

dotyczący dyscypliny, legł w gruzach.     

 

   Obróciłem się, by rzucić okiem na intruza. Stanęła

 

w drzwiach, jakby się 

wahała, w którą stronę klasy

 

ma ruszyć. W rękach trzymała stos zeszytów z 

których jeden omal się nie ześlizgnął. 
    Jej jasne włosy były sczesane do tyłu, odsłaniając

 

zadziwiająco wydatne kości 

policzkowe oraz wielkie oczy. Miała na sobie czarną mini spódniczkę i 
prążkowany bezrękawnik. Odetchnąłem głęboko, podziwiając długie, opalone 
nogi. Nagle lista An-drew przestała mnie interesować. 
 - Nazwisko? - warknął pan Maughn.

 

    Dziewczyna rozejrzała się po klasie, jakby miała nadzieję, że znajdzie 
poparcie. Jej oczy spotkały się z moimi. Przez ułamek sekundy wytrzymałem jej 
wzrok. A potem się uśmiechnąłem.

 

   - Rebeka Foster - odparła spokojnym tonem, nie przejmując się, że wkroczyła 
do klasy pełnej ludzi. Sprawiała wrażenie osoby pewnej siebie i panującej nad 
sytuacją.

 

    Maughn powiódł palcem w dół listy.  
-Foster. Faster. Foster - mamrotał pod nosem. - Zdajesz sobie sprawę, którą 
mamy godzinę, panno Foster?

 

   Zerknęła na zegar ponad biurkiem pana Maughna. 
 - Mhm... piętnaście po dziewiątej? - powiedziała. - Właśnie - odparł nauczyciel, 
skinąwszy głową. 

 

- A lekcje zaczynamy o ósmej piędziesiąt pięć. Co

 

masz na swoje wytłumaczenie?

 

    Przeszła na środek klasy i podała mu kartkę szarego papieru. 
- Byłam w sekretariacie. Jestem nowa w tej szkole. Do gimnazjum chodziłam w 
innym mieście.

 

   Maughn się zdenerwował. W klasie zapadła cisza. W obdarzonych niezwykłą 
urodą kobietach jest coś takiego, co każe ludziom wpatrywać się w nie w 
milczeniu.

 

- No, dobrze - powiedział Maughn. - Usiądź. Później powtórzę ci, co straciłaś.

 

background image

   Rebeka uśmiechnęła się z wdziękiem i usiadła w pierwszej ławce. Wpatrywała 
się w pana Maugh-na, jakby posiadł wszystkie rozumy. Przeklinałem chwilę, w 
której zająłem miejsce w ostatniej ławce. Maughn wziął plan zajęć i podjął 
przemowę tam, gdzie ją przerwał. Jego ton brzmiał teraz bardziej przyjaźnie. 
Widocznie zmienił zamiar. Uznał, że jeśli uczniowie go polubią, to zechcą się 
dobrze zachowywać.

 

   Wpatrywałem się w plecy Rebeki tak zawzięcie, że Maughn musiał 
dwukrotnie powtórzyć moje nazwisko, zanim mu odpowiedziałem. Może to 
tylko wyobraźnia, ale przysiągłbym, że Rebeka wyprostowała się nieco, gdy 
odchrząknąłem i powiedziałem: „Obecny".

 

   Andrew przysłał mi liścik, krótki i celny: „Niezły towar. Twarz i reszta!". 
Zakłopotany podarłem liścik i wsunąłem strzępy do kieszeni. Nie chciałem, 
żeby dopisał Rebekę do swojego spisu imion. Czułem, że Rebeka jest kimś 
wyjątkowym. Łaskotanie w brzuchu utwierdziło mnie w przekonaniu, że będzie 
moja. Wkrótce.

 

   Przez resztę popołudnia byłem bardzo zamyślony. Jak mam się do niej 
zbliżyć? Czy mam się jej wydać silny i agresywny? A może słodki i nieśmiały? 
  Nic o niej nie wiedziałem i nie miałem pojęcia, jak rozegrać sprawę. Nie 
znając jej, nie potrafiłem prze widzieć, w 

jakich 

facetach gustuje. Nie 

wiedziałem czy lubi słuchać muzyki, czy chce być cheerleaderką, czy może 
interesuje ją teatr. Możliwe, że ma już chłopaka. Miałem nadzieję, że przeniosła 
się do naszej 

szkoły 

z daleka. Gdyby tak było, chłopak nie stanowiłby 

przeszkody.

 

   Nie spotkałem wielu łudzi, którym udałoby się utrzymać związek z kimś, kogo 
widywali raz na 

miesiąc 

łub na dwa miesiące, choćby im się wydawało, 

ze 

są 

bardzo zakochani. Nazywałem to 

syndromem 

wakacyjnym. Ludzie jadą na letni 

obóz, poznają kogoś, całują się co wieczór pod drzewem albo na kajaku. Pod 
koniec wakacji wyznają sobie 

miłość 

i zapewniają, że czas do następnego obozu 

szybko zleci. Po kilku 

listach i paru niezręcznych telefonach 

cała sprawa 

odchodzi w zapomnienie. 

A w następnym 

roku obydwoje decydują, że i tak są 

za starzy na 

obóz. 

Tak, 

mówię to z własnego 

doświadczenia, 

chociaż nigdy nie 

zapomnę tych rozgwieżdżonych nocy 

Elaine Mason.

 

   Rozmyślanie o 

Rebece oraz o 

pozbawionych 

przyszłości wakacyjnych 

romansach 

prowadziło donikąd. 

Uznałem, 

że 

będę 

po prostu sobą, a wszystko 

dobrze się skończy. 

Właśnie 

tak zazwyczaj postępowałem z dziewczynami. 

drugiej klasie liceum powiedziałem Ginie Roslin, 

lekkoatletce 

z drużyny 

szkolnej, 

że świetnie skacze o tyczce. 

Gdy mnie 

poprosiła, żebym jej 

pokazał, 

jak skaczę omal nie zwichnąłem sobie szczęki,

 padając na 

twarz na

 

twardą matę, To doświadczenie (oraz kilka rozsądnych słów Delii) sprawiło, że 
zdałem sobie sprawę, że większość kobiet jest niewiarygodnie czuła na 
kłamstwa. Gdy raz kogoś przyłapią na oszustwie, odnoszą się do niego z odrazą.    
Po dzwonku nie ruszyłem się z miejsca. Wciąż nie wiedziałem, czy mam 
podejść do Rebeki. I wtedy usłyszałem, że Maughn mówi jej, żeby została w 

background image

klasie, bo chce jej pokrótce opowiedzieć; co ją czeka w szkole im. Jeffersona. 
To był sygnał, że mam się

 

wycofać.

 

   Zanim wyszedłem, rzuciłem ostatnie spojrzenie na Rebekę. Przesłała mi lekki 
uśmiech i pomachała. Ten gest sprawił, że po plecach przebiegły mi ciarki. Już 
wiedziałem, że wygram zakład.

 

   Delia czekała na mnie na korytarzu. W pierwszym okresie mieliśmy wspólne 
lekcje fizyki

 

- Jeśli chodzi o nasz zakład... - zaczęła. Uniosłem dłoń.

 

- Nie próbuj się wycofać, Byrne - powiedziałem szybko. -Właśnie znalazłem 
dziewczynę moich marzeń. Możesz już szukać nożyczek i brać się do tlenienia 
włosów.

 

  Skrzywiła się.

 

- Ha! Nie mam zamiaru się wycofać. Chciałam ci tylko powiedzieć, że 
postanowiłam spisać naszą umowę, byś nie próbował się wykręcić od wygolenia 
napisu GAMOŃ.

 

- Niech zwycięży lepszy - powiedziałem.

 

   Idąc do pracowni, liczyłem dni do następnej godziny wychowawczej. 
 
 
 
 
Rozdział trzeci 

 

DELIA 

   Wiedziałam, że nawet w dobre dni nie będę lubiła

 

zajęć z fizyki. Przez 

najbliższe dziewięć miesięcy

 

z samego rana, będę się musiała pocić nad 

okropnymi równaniami lub doświadczeniami. Według mnie

 

takie przedmioty 

powinny być zabronione przed

 

przerwą na lunch.

 

   Słuchając, jak pani Gordon przynudza o prędkości

 

przyglądałam się twarzy 

Caina. Jej wyraz uległ

 

zmianie, jakby rozmyślał o czymś naprawdę 

przyjemnym. Przeczuwałam, że zajmuje go nasz zakład,

 

a arogancki sposób, w 

jaki prostował plecy, przyprawiał mnie o mdłości.

  

   

To niesprawiedliwe. Cain miał nieprawdopodobne szczęście, a ja miałam 

pecha. Pewnego razu namówił mnie, bym  poszła z nim i jego babcią do klubu 
seniora na grę w bingo. Do końca spotkania Cain

 

wygrał sto dolców. Kiedy raz 

jeden udało mi się trafić, nagrodą nie była gotówka, tylko jedna z tych

 

beznadziejnych koszulek. Cain upierał się, żebym

 

nosiła koszulkę za każdym 

razem, gdy w pobliżu

 

znajdowała się jego babcia. Możecie mi wierzyć, że 

jaskrawa zieleń nie jest moim ulubionym kolorem! 
   

 

Gdy wreszcie rozległ się dzwonek, pani Gordon rozdała nam kartki z 

pierwszym zestawem pytań. Kartka wyglądała tak, jakby zadania już zostały 
rozwiązane. Próżne nadzieje, po prostu tak prezentują się pytania z fizyki. 

background image

   Zanim nasze drogi się rozeszły, Cain podał mi kartkę, nad którą mozolił się 
podczas lekcji. Naszkicował siebie wewnątrz wielkiego serca. Ja znajdowałam 
się na zewnątrz i usiłowałam przebić je strzałą. Nad moją głową był dymek z 
napisem: „Tlenione blondyny mają więcej szczęścia".

 

- Ha, ha , bardzo śmieszne. - Masz zamiar myśleć wyłącznie o tym głupim 
zakładzie?

 

Cain uśmiechnął się i poklepał mnie po plecach.

 

- Jasne, że nie. Niedługo będę taki zakochany, że zabraknie mi czasu nawet na 
napawanie się zwycięstwem. - Pociągnął mnie za włosy i odszedł.

 

   Powlokłam się do mojej szafki, dźwigając dwuipółkilogramowy podręcznik 
do fizyki, który ciążył mi w ramionach jak ołów. Była dopiero dziesiąta, a już 
wyglądało na to, że będzie to najgorszy dzień w mojej karierze licealistki.

 

   Natężając się, by zatrzasnąć drzwiczki szafki, poczułam wibracje w ramieniu, 
gdy metalowe drzwi zetknęły się z framugą.

 

- Zły dzień, no nie? - usłyszałam przyprawiający o mdłości, słodki głos.

 

-  Ellen! - wrzasnęłam. - Dzwoniłam do ciebie z pięć razy.

 

- Przepraszam. Tata się uparł, żebyśmy się w drodze z Kolorado zatrzymali w 
muzeum Buffalo Billa. To wydłużyło podróż o jakieś dwanaście godzin, więc 
przyjechaliśmy do domu późną nocą. Wciąż mam zdrętwiały tyłek.

 

   Roześmiałam się i uściskałam Ellen. Jeśli nie liczyć Caina, Ellen Frazier była 
moją najlepszą przyjaciółką. Niewiarygodnie chuda i wysoka Ellen miała 
wygląd zamorzonej modelki, jakie widuje się na okładkach pism. Ale stąpała 
mocno po ziemi i nie widziała w sobie nic nadzwyczajnego. Była nawet 
przekonana, że jej zauważalny brak biustu czyni z niej wybryk natury.                                   

 

-  No i jak było na zjeździe rodziny Frazierów?

 

- spytałam.                                                   

Spojrzała w sufit i złożyła dłonie jak do modlitwy.

 

- Mój tata i jego bracia spędzili całe trzy dni, ścigając się w łowieniu ryb na 
muchę. A wieczorami bezustannie grali w szachy, doprowadzając mamę do 
szaleństwa. Tymczasem moje małe kuzynięta sikały w pieluszki. I zgadnij, kto 
się zajmował niemowlakami?

 

- Innymi słowy, było dokładnie tak, jak się spodziewałaś? - Sięgnęłam do 
kieszeni i wyjęłam z niej czarną frotkę. Wilgotne powietrze sprawiało, że włosy 
skręcały mi się w loczki. Wiedziałam, że jeśli nic nie zrobię, moja głowa 
upodobni się do kopy siana. Ellen wzięła ode mnie podręcznik do historii, więc 
mogłam obydwiema rękami zgarnąć włosy do tyłu. Przez ostatnie dwa lata 
powtarzałyśmy tę czynność dzień w dzień.

 

- Tak, właśnie tego się spodziewałam. Ale zdarzyło się coś nieoczekiwanego.

 

-  Zakochałaś się w instruktorze konnej jazdy? 

 

- zapytałam, odbierając od niej książkę do historii. Ellen uśmiechnęła się 
zagadkowo.

 

- Lepiej.

 

Wziąwszy pod uwagę, że zakochanie się było dla mnie najważniejsze na 
świecie, nie mogłam sobie wyobrazić, by mogło jej się przydarzyć coś jeszcze

 

background image

lepszego.

 

- Co? - spytałam. 
- Dwa słowa. Cudowny biustonosz. Babcia mi

 

kupiła.                  

 

- Masz obsesję -jęknęłam.  
   Zielone oczy Ellen zalśniły.

 

-Już nie. Uwydatniwszy moją kobiecość, poczułam się nowym człowiekiem.

 

  Ruszyłyśmy wzdłuż korytarza. Odwróciłam się, by na nią spojrzeć. Nie 
zauważyłam najmniejszej

 

zmiany.

 

- Nie chcę ci psuć przyjemności, ale nie widzę

 

różnicy.

 

- Bo w tej chwili nie mam go na sobie. Dzisiejszego ranka było tak gorąco, że 
nie chciałam nakładać dodatkowej warstwy ubrania. Ale kiedy nastanie jesień, 
nic mnie nie powstrzyma!

 

   Zachichotałam. Ellen zawsze potrafiła powiedzieć coś głupiego w taki sposób, 
że brzmiało to rozsądnie. Między innymi za to tak bardzo ją lubiłam.

 

- Jestem pewna, że zaćmisz samą Dolly Parton - powiedziałam.

 

   Ellen odrzuciła długie włosy na ramię.

 

- Na pewno. A ty sprawisz, że Jane Austen pożałuje, że kiedykolwiek chwyciła 
za pióro.

 

   Skierowałyśmy się do klasy, w której odbywały się warsztaty literackie, 
zajęcia, na które czekałam od pierwszej klasy liceum. Obie z Ellen 
uwielbiałyśmy układać wiersze, a czasami pisywałyśmy razem opowiadania, na 
przemian wymyślając ich fragmenty.

 

- Czy to będzie po, czy przed otrzymaniem nagrody za główną rolę w 
najbardziej kasowym musicalu na Broadwayu?

 

   Dotarłyśmy do pracowni pani Heinsohn. Drzwi byty otwarte i zobaczyłam, że 
nauczycielka przestawia stojące w rzędach ławki, tak aby utworzyły duży krąg. 
Spostrzegła nas i zawołała:                    

 

-Świetnie, że jesteście. Będziecie doskonałymi ofiarami na moich pierwszych 
zajęciach z pisania w klasie. Tak trudno namówić uczniów, aby pochwalili się 
przed resztą klasy, czytając swoje utwory.   

 

- Na mnie proszę nie liczyć - odparła Ellen. - Nie mam zamiaru popisywać się w 
pierwszym dniu nauki.

 

   Pani Gordon zwróciła się do mnie.

 

- A ty, Delio?

 

   Wzruszyłam ramionami. Nie byłam pewna, czy do tego dorosłam.

 

- Kto wie - powiedziałam enigmatycznie.  
   Ellen i ja zajęłyśmy miejsca obok siebie. Wyjęłam

 

swój ulubiony notatnik 

(miał lśniącą czarną okładkę z wydrukowanym wewnątrz kalendarzem) i białym 
flamastrem wypisałam z przodu „Warsztaty literackie". Właśnie miałam 
pomazać flamastrem mój polakierowany na różowo paznokieć, gdy Ellen 
szturchnęła mnie łokciem.

 

background image

   Do klasy wszedł James Sutton i skierował się w naszą stronę. Zaparło mi dech 
i niechcący położyłam dłoń na wciąż mokrym napisie „Warsztaty literackie,,.    
Kochałam się w Jamesie Suttonie od chwili gdy jeszcze jako uczennica 
pierwszej klasy, zobaczyłam go na pokazie talentów szkoły im. Jeffersona. Miał 
długie, gęste jasne włosy, orzechowe oczy i dołek w policzku. Zawsze się 
wyróżniał. Teraz był solistą

 

zespołu Fale Radiowe i durzyły się w nim dziewczyny ze wszystkich klas. W 
ciągu minionych trzech lat

 

mieliśmy razem niektóre zajęcia, ale rozmawialiśmy bardzo rzadko. Spotykał 
się z Tanyą Reed, piękną cheerleaderką z wyższej klasy. Nawet gdyby byt 
wolny, nie miałabym szansy u kogoś takiego jak on. Mógł mieć każdą 
dziewczynę z naszej szkoły.

 

   Ellen nachyliła się do mnie.

 

- Krążą słuchy, że Tanya rzuciła Jamesa, kiedy poszła na studia. Jest wolny.

 

   Poczekałam, aż moje serce przestanie galopować, powtarzając sobie, że nie 
ma nadziei na to, by James się mną zainteresował. Elektryzująca nowina, którą 
przekazała mi Ellen, znaczyła tylko tyle, że będę się musiała przyzwyczaić do 
oglądania Jamesa obejmującego inną dziewczynę... nie mnie. Nie było się czym 
podniecać. Mimo wszystko podparłam głowę ręką, tak aby palce zakryły 
niewielki pryszcz na lewym policzku na wypadek, gdyby James spojrzał w moją 
stronę.

 

   Chociaż bardzo lubiłam pisać, większą część lekcji spędziłam podpatrując 
Jamesa. Fakt, że wybrał warsztaty literackie, czynił go w moich oczach jeszcze 
bardziej tajemniczym i upragnionym. Może miał zostać drugim Hemingwayem. 
Długie nogi wyciągnął przed siebie. Uznałam, że dżinsowe spodnie są 
fascynujące.

 

   Pani Heinsohn wyjaśniła, na czym polega konstrukcja haiku i dała nam 
kwadrans na napisanie jednego wiersza. Zdobyłam się tylko na tyle, by wypisać 
swoje nazwisko u góry kartki. Myślę, że pani Heinsohn spostrzegła, jak bardzo 
jestem roztargniona i, ulitowawszy się nade mną, wybrała Joego Scaglię, aby na 
głos odczytał swój wiersz.

 

W pewnej chwili Ellen napisała do mnie liścik. „Co z Cainem?" - przeczytałam, 
Ellen od dawna interesowała się Cainem, ale nic w tej sprawie nie robiła.

 

Wiedziała o licznych romansach Caina i sądziła, że nic jest on dobrym 
materiałem na stałego chłopaka Miała również dziwaczną teorię, ze ja i Cain 
jesteśmy stworzeni dla siebie. Ilekroć powtarzałam jej, że nie umawiałabym się 
z Ca i nem, nawet gdyby był jedynym facetem na Ziemi, ona spoglądała na mnie 
z chytrym uśmieszkiem.                                    

 

   Pod koniec lekcji pani Heinsohn zadała nam te mat na piątek. Mieliśmy 
wybrać wiersz, przeczytać go w klasie, a potem wyjaśnić, dlaczego nam się 
spodobał. Przebiegłam w myśli moje ulubione i wiersze, zastanawiając się, co w 
nich tak mnie urzekło.

 

- Spotkamy się w kolejce po lunch! - zawołałam 

 

background image

do Ellen, gdy wybiegła, zmierzając do pracowni 

 

matematycznej.

 

   Pomachała mi na pożegnanie, a ja znowu ruszy

 

łam w stronę mojej szafki. 

Przed przerwą na lunch 

 

miałam jeszcze dwie lekcje. Zanim przeszłam kilka 

 

kroków, poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Krew 

 

odpłynęła mi z twarzy. Choć 

nigdy przedtem mnie 

 

nie dotknął, szósty zmysł podpowiedział mi, że, 

 

gdy się odwrócę, stanę twarzą w twarz z Jamesem 

 

Suttonem.

 

- Cześć, Delio. Jak się masz? - Spojrzenie brązowych oczu było pełne ciepła. 
Poczułam się tak, jak-bym miała zaraz zemdleć, zupełnie jak dama z epoki 
wiktoriańskiej.

 

- Nieźle. Zupełnie dobrze. - W tej chwili nienawidziłam samej siebie. James 
miał pewnie nie-wiarygodnie poetycką duszę, a ja wybąkałam najmniej liryczne 
słowa, jakie można sobie było wyobrazić.  
   Zbliżył się, a ja poczułam, że ramiona pokrywają mi się gęsią skórką. 
Przełożyłam książki z ręki do ręki usiłując zachowywać się swobodnie.

 

Wyświadczyłabyś mi przysługę? Przez wzgląd na dawne dobre czasy? - zapytał. 
Nie miałam pojęcia, o jakie dawne czasy mu chodzi ale byłam bardziej niż 
chętna, by wyświadczyć

 

mu przysługę.              

 

- Jasne - odparłam, nie pytając, co to za przysługa. - Jak mogę ci pomóc?

 

- Nie za bardzo znam się na poezji. Czy mogłabyś ze mną przeczytać trochę 
wierszy? Może pokazałabyś mi, co w nich jest dobre, a co złe i w ogóle?

 

- Sprawiał wrażenie naprawdę zakłopotanego.

 

- Nie ma sprawy - odparłam. - Skoro nie znasz się na poezji, dlaczego wybrałeś 
takie zajęcia? Skrzywił się i wskazał sekretariat.

 

- Nieporozumienie.

 

   Skinęłam głową w milczeniu. Nawet jeśli nie miał zostać następnym 
Hemingwayem, jego status jednego z najprzystojniejszych facetów w szkole, nie 
uległ zmianie.

 

-  Spotkamy się w bibliotece, jutro po lekcjach

 

- powiedziałam takim tonem, jakby nasza rozmowa nie zrobiła na mnie 
najmniejszego wrażenia.

 

   Uścisnął mi lekko rękę i odszedł w przeciwnym kierunku. Patrząc, jakim 
wzrokiem obrzucają go dziewczyny, powróciłam myślami do zakładu z Cainem. 
Możliwe, że Delia Byrne zaczyna nowe życie. I nie dbałam o to, czy owa 
zmiana zaszła na skutek układu planet, losu czy zamieszania w sekretariacie. 
James Sutton poprosił mnie o pomoc w pracy domowej.  
 

 

                                                                     * * * 
 

 

   Po lekcjach znalazłam Caina na szkolnym stadionie. Powiedział mi kiedyś, że 
lubi tutaj biegać, bo bieżnia ma długość czterystu metrów, więc łatwo mu 

background image

policzyć, ile kilometrów ma za sobą. Według mnie po prostu lubił, żeby 
podziwiały go dziewczyny ze szkolnych drużyn sportowych.

 

   Spostrzegłszy mnie, zwolnił. Moją twarz rozjaśniał szeroki uśmiech. 
Nieczęsto się zdarzało, że miałam do przekazania Cainowi nowinę dotyczącą 
mego życia uczuciowego.

 

-Cześć, Deels. - Położył mi dłoń na ramieniu i, ba lansując na jednej nodze, 
rozmasował sobie ścięgno podkolanowe. — Co słychać?  
- Wprawdzie jestem całkowicie przekonana, że nic z tego nie będzie, ale James 
Sutton poprosił mnie, żebym pomogła mu się uporać z lekturą na warsztaty 
literackie. - Nie potrafiłam mówić o sprawach, które w jakikolwiek sposób 
wiązały się z miłością, me deprecjonując samej siebie. Czekałam na 
zapewnienie Caina, że prośba Jamesa to tylko pretekst do czegoś więcej.  
   Cain milczał przez chwilę. Następnie postawił stopę na ziemi i spojrzał na 
mnie. 
 - James Sutton? Nie mów mi, że ta oferma ci się podoba.  
   Nie wierzyłam własnym uszom. Cain nazwał Jamesa ofermą.

 

-Słucham? - powiedziałam podniesionym głosem. -James jest super. 
Utalentowany, seksowny...

 

   Cain się roześmiał.  
- Daj spokój, Byrne.  Jego czaszka nadaje się najwyżej na przycisk do papierów. 
A poza tym od dzieciństwa prowadza się z tą pustogłową Tanyą.  
   Pokręciłam głową. Męski brak zrozumienia, co czyni innych chłopców 
atrakcyjnymi w oczach dziewczyn, nie przestawał mnie zadziwiać.

 

- Otóż dowiedz się, że Tanya wyjechała na studia daleko stąd. James jest do 
wzięcia.

 

- No to masz szczęście. - Cain zaczął truchtać

 

w miejscu, a ja się zorientowałam, 

że nie ma mi

 

nic więcej do powiedzenia na interesujący mnie

 

temat.  
- Masz rację. Choć raz mi się poszczęściło. A teraz,

 

pozwól, że cię zostawię. 

Muszę iść do biblioteki. - Nie dodałam, że chcę przejrzeć niektóre wiersze, 
zanim spotkam się z Jamesem, by mu pomóc w wyborze lektury. Cain by tego 
nie zrozumiał.  
   Opuściłam stadion z podniesioną głową. Cain najwyraźniej był zazdrosny. 
Wyprzedziłam go w naszym wyścigu do zwycięstwa, a on nie mógł znieść myśli 
o przegranej. Pobiegłam do samochodu, machając plecakiem. 
 

 

                                                  * * * 
 

 

   Wierciłam się w łóżku do północy, starając się zdecydować, który wiersz 
będzie najodpowiedniejszy dla Jamesa. Wyobrażałam sobie jego rozpromienio-
ną twarz i radość ze zrozumienia, dlaczego wybrałam właśnie ten utwór. 

background image

Weźmie mnie za rękę i przybliży wargi do moich ust. Właśnie gdy miał mnie 
namiętnie pocałować, zadzwonił telefon przy łóżku. (Moi rodzice dali za 
wygraną i podarowali mi własny aparat i numer na czternaste urodziny, bo 
zorientowali się, że blokuję linię na dwadzieścia godzin na dobę). Serce 
skoczyło mi do gardła. Czyż bym się komunikowała z Jamesem drogą 
telepatyczną?

 

- Halo?

 

- To ja. - Poczułam się jak idiotka. Zawsze cieszy łam się, na dźwięk głosu 
Caina, lecz tym razem to nie jego miałam nadzieję usłyszeć.

 

   Spojrzałam na zegar przy łóżku.

 

- Co się dzieje? Jest późno.

 

- Waśnie. I zgadnij, co ci ma do zakomunikowania twój fantastyczny najbliższy 
przyjaciel.            

 

- Zakochałeś się? - To byłoby bardzo w stylu Caina. Znaleźć sobie w ciągu 
ośmiu godzin dziewczynę, która według niego jest ideałem.

 

- Nie. W kinie nocnym pokazują ,,Casablankę". Na czwartym kanale.

 

- Pozwól, że oddzwonię. - Odłożyłam słuchawkę. Wzięłam z łóżka 
prześcieradło i zeszłam do gabinetu, gdzie mieliśmy telefon i telewizor. Moi 
rodzice spali, więc nie włączyłam światła. W niebieskawej poświacie, płynącej z 
ekranu telewizora, wykręci-łam numer Caina. Podniósł słuchawkę po pierw-
szym sygnale.

 

- Humphrey Bogart właśnie zobaczył ją po raz pierwszy. Ona słucha, jak Sam 
gra na fortepianie.  
- Wiem, Cain. Mam ich przed nosem. - Usadowiłam się na kanapie, przyciskając 
słuchawkę do ucha. Choć zazwyczaj za dużo nie rozmawialiśmy, lubiliśmy od 
czasu do czasu rzucić słówko. „Casablanka" była naszym ulubionym filmem.

 

  Pod koniec usiłowałam stłumić szloch prześcieradłem, chociaż Cain dobrze 
wiedział, że za każdym razem, gdy sie okazywało, że Rick i Ilsa nie mogą                    

 

być razem, zalewam się łzami.

 

- Znowu płaczesz, Deels? Widziałaś ten film ze

 

trzynaście razy.            

 

- Wiem - odparłam, ocierając oczy - ale wydaje mi się coraz smutniejszy - 
wyszeptałam, nie chcąc

 

budzić rodziców.  

   Cain roześmiał się cicho. 
- Jesteś romantyczką, wiesz o tym?

 

- Po prostu łatwo się wzruszam, oglądając sentymentalne filmy - odparłam.

 

- Przyjemnych snów, Byrne.

 

- Nawzajem, Parson. - Odłożyłam słuchawkę i wyłączyłam telewizor. Wracając 
do sypialni, zdałam sobie sprawę, że nie zdecydowałam się, który wiersz mam 
wybrać dla Jamesa.        
 
                                

 

                                                       * * * 
 

background image

 

- To się nazywa „Upojna pieśń" - powiedziałam Jamesowi. - Rozumiesz, Yeats 
tworzy metaforę na temat upojenia winem i miłością.

 

   Zamilkłam zakłopotana. A jeśli James pomyśli, że wybrałam ten wiersz 
specjalnie, by mu dać do zrozumienia, że jesteśmy w sobie zakochani, albo coś 
w tym rodzaju? Zaraz jednak przywołałam się do porządku. Większość wierszy 
opowiada o miłości. James nie zorientuje się, że mam ukryty motyw.

 

   James wyszczerzył zęby.

 

- Heinsohn będzie zachwycona. Wciąż nawija o metaforach, porównaniach i o 
innych poetyckich chwytach.

 

- Tak, spodoba jej się. Jeśli chcesz, możemy przed lekcjami porozmawiać o tym, 
co autor chciał powiedzieć ...                                                       

 

   Zamknął książkę z wierszami i położył mi dłoń na kolanie. Trwało to zaledwie 
sekundę, ale poczułam mrowienie na całym ciele.                               

 

- Jesteś niezastąpiona, Delio.

 

   Następnie stanął z książką w ręku. Przyglądał mu się, zachwycona długimi 
nogami, opiętymi spranymi dżinsami.  Czy James kiedykolwiek dojrzy, we mnie 
to, co Yeates widział w kobiecie opisanej w wierszu? Czy w ogóle zdarzy mi się 
coś takiego? Dotknęłam swego kolana w miejscu, gdzie niedawno James 
położy! dłoń i wyobraziłam sobie, co powiedziałby Cain. „Nie przegap okazji, 
Deels. Bo życie przemknie obok ciebie".

 

   Nawet jeśli Cain nie myślał o Jamesie, zamierza lam przejąć filozofię życiową  
mego najlepszego przyjaciela. Miałam dość sterczenia na bocznicy, gdy wokół 
toczyła się gra zwana miłością. Uf! Z całą pewnością naczytałam się za wiele 
poezji… 
 
 
Rozdział czwarty 

 

CAIN 

Czwartek, 12 Października, godzina 21.00

 

   Sukces. Minęło sześć tygodni nauki, a czuję się tak, jakby upłynęło nie więcej 
niż sześć dni. Nadal nie umówiłem się na randkę z Rebeką, chociaż kilka razy 
udało mi się z nią porozmawiać. Nie dalej jak dziś zdarzyło się coś, co 
nazwałbym znaczącą wymianą zdań. - Wybierasz się na jutrzejszy mecz 
futbolu?- spytałem od niechcenia.

 

- A powinnam? - Ona na to.

 

- Ja tam będę - powiedziałem, wzruszając ramionami

 

   Rozciągnęła w uśmiechu te swoje czerwone wargi, które tak bardzo chciałem 
pocałować.

 

- W porządku. W takim razie zajrzę do terminarza - odparła.

 

   Podczas godziny wychowawczej na próżno starałem się podchwycić jej wzrok, 
ale przeczuwałem, ze będzie na meczu. Myślę, że jutrzejszy wieczór może być 

background image

przełomowy. Delia będzie zdruzgotana, bo to ja wygram zakład, ale to jej 
problem. I tak jest przejęta tym Jamesem Suttonem. Wyobraża sobie, że skoro 
pomaga mu w pracy domowej, jest w nim zakochana. Z tego, co mi mówiła, 
James nie ma wiele do zaofiarowania w dziedzinie stymulującej konwersacji 
Niby to przypadkiem podsłuchałem, jak rozmawiali w bibliotece, i musiałem 
zasłonić twarz rękami, żeby stłumić śmiech. 
   Delia (w nawiązaniu do książki, którą trzymała w dłoni):                                                     

 

- Uwielbiam ,,Rok 1984". A ty?

 

- Też. Świetny rok. Zacząłem wtedy właśnie jeździć na desce.                                                              

 

   Delia:

 

- Miałam na myśli tę książkę. George'a Orwella. Fu turystyczna.

 

   James:

 

- Och, tak! Chyba widziałem film w telewizji O komputerze imieniem Sal, no 
nie?

 

   Delia:

 

- No, tak...

 

   Kiedy ona wreszcie dostrzeże, że:

 

 1) jedyne, co ten facet ma do zaoferowania, to prze-tłuszczony koński ogon, za 
którym tak szaleją dziewczyny

 

 2) on wciąż marzy o Tanyi jak-jej-tam?  
   Naprawdę muszę z nią pogadać. Życie Delii staje się żałosne.

 

-  Musisz coś zrobić z tym samochodem, Cain - powiedziała Delia,  gdy w 
piątek wieczorem zajeżdżaliśmy na zatłoczony parking przed naszą szkołą.

 

- Dlaczego? - spytałem, rozglądając się za miejscem, w którym mógłbym 
postawić mój oldsmobil rocznik 1972.

 

- Obrzydliwość. W tej butelce chyba coś wyrosło. - Uniosła plastikową butelkę, 
abym się jej przyjrzał. Na dnie chlupotało trochę jakiegoś zielonkawego płynu. 
Następnie Delia spojrzała na podłogę po stronie pasażera, gdzie walały się stare 
gazety, drobniaki, brudne podkoszulki i pusta puszka po

 

napoju gazowanym.

 

- Masz rację, ja podwiozłem cię na mecz, a ty po-

 

sprzątaj mi samochód. Będziemy kwita. Wmanewrowałem oldsmobil pomiędzy 
małą toyotę i fiata, a Delia odpięła pas.  
- Ale mi się trafiło. Pewnie złapię jakąś zarazę i skończę szpitalu.

 

Zatrzasnęliśmy drzwi i ruszyliśmy w stronę boiska. Wyglądało na to, że na 
pierwszym w tym sezonie meczu Raidersów zjawili się wszyscy byli, obecni i 
przyszli uczniowie liceum im. Jeffersona, mieszkający w promieniu dziesięciu 
kilometrów od szkoły. 
    Delia przepychała się przez tłum uczniów młodszych klas, którzy ustawili się 
obok trybun. Poprowadziła mnie na górę, gdzie siedzieli Ellen Frazier i Mikę 
Feldman.

 

- Hej, wy! - zawołała Delia. - Dopingujecie Raidersów?

 

- Nie mogę się doczekać, kiedy pojawią się cheerleaderki - skrzywiła się Ellen. - 
Uwielbiam patrzeć, jak Amanda Wright wymachuje pomponami.

 

background image

- To ci dopiero zbieg okoliczności Ja także - powiedział Mikę, unosząc ciemne 
brwi.

 

- Właściwie nie wiem, co tutaj robimy - powiedziała Delia, siadając obok mnie. 
- Przecież futbol nic nas nie obchodzi.

 

-Jesteśmy tutaj z tego samego powodu co wszystkie inne dziewczyny - odparła 
Ellen. - Mamy nadzieję, że na trybunach spotkamy naszą wymarzoną

 

miłość.

 

   Nie przysłuchując się rozmowie Delii i Ellen, rozglądałem się dookoła. 
Chociaż nie wierzyłem, że Rebeka Foster przyjdzie na mecz, miałem nadzieję 
ujrzeć w tłumie jej jasne włosy i niebieskie oczy.

 

   W ciągu ostatniego tygodnia codziennie rozmawiałem z Rebeką. Uśmiechała 
się do mnie zalotni prowokacyjnie odrzucała włosy i obdarzała mnie 
spojrzeniami przeznaczonymi wyłącznie dla mnie. Ale po godzinie 
wychowawczej znikała na korytarzu i nie miałem okazji zaprosić jej na randkę. 
Miałem jednak pewność, że to nastąpi. Widząc, jak staje na progu klasy pana 
Maughna z miną zdobywczyni czułem, że nie spocznę, dopóki jej nie pocałuję.

 

  Gdy dostrzegłem Rebekę na trybunie po przeciwnej stronie boiska, siedzącą w 
pojedynkę z programem w ręce, serce skoczyło mi do gardła. W ogrodniczkach i 
obcisłej czarnej koszulce, nawet z odległości sześćdziesięciu metrów 
prezentowała się przepięknie. A co najważniejsze, była sama. Nadarzała mi się 
wspaniała sposobność.

 

   Wstałem i poczułem, że Delia ciągnie mnie za kieszeń dżinsów.

 

- Dokąd to? Dopiero przyszliśmy.

 

- Tam jest Andrew - odparłem, wskazując na kiosk po przeciwnej stronie boiska. 
- Chcę z nim pogadać. - Nie czułem się na siłach opowiadać przyjaciołom, że 
mam zamiar usiąść obok potencjalnej ukochanej. Nie byłem pewny, czy Rebeka 
ucieszy się na mój widok i czy po chwili do nich nie wrócę, a nie życzyłem 
sobie, aby ktokolwiek komentował ten fakt przez resztę wieczoru.

 

   Zanim zdążyli zaprotestować, zszedłem z trybun, nie spuszczając oka z 
Rebeki. Na wypadek gdyby Delia na mnie patrzyła, ruszyłem w stronę kiosku 

 

i na chwilę przystanąłem w kolejce. Spojrzałem na tablicę i zobaczyłem, że 
Raidersi prowadzą siedem do zera. Następnie wbiegłem na trybuny i ruszyłem

 

w stronę Rebeki.

 

   Wieczorem wyglądała jeszcze lepiej niż rano. Lśniące w świetle jupiterów 
włosy spływały jej na

 

ramiona. Na mój widok uśmiechnęła się i przesunęła, 

robiąc mi miejsce obok siebie. Uznałem, że chce,

 

abym usiadł.

 

- Co u ciebie, Kajmak? - spytała, gdy podszedłem bliżej. Ludzie nazywali mnie 
tak już wcześniej, myśląc że to zabawne. Zazwyczaj dostawałem wtedy gęsiej 
skórki. Ale w jej ustach to głupie przezwisko zabrzmiało pieszczotliwie.

 

- Nic nadzwyczajnego. Po prostu udaję, że oglądam mecz.                                                    

 

   Usiadłszy obok niej, postarałem się, aby nasze kolana się zetknęły. Chociaż 
był to tylko dżins koło dżinsu, po mojej nodze przebiegł prąd.

 

Rebeka spojrzała na boisko, po czym westchnęła.

 

background image

- Zamierzałam zostać wieczorem w domu, ale czułam się taka samotna. Miałam 
do wyboru Davida Lettermana albo wideo.

 

  Skinąłem głową, nie wierząc własnemu szczęściu. Rebeka najwyraźniej 
szukała kogoś, z kim mogłaby spędzać wolny czas. Pewnie była nieśmiała i 
wrażliwa i dlatego tak szybko wychodziła z klasy po godzinie wychowawczej.

 

-Już nie jesteś sama. Chętnie zostanę twoim osobistym przewodnikiem.

 

Zachichotała cicho i przysunęła się odrobinę bliżej.

 

 - Słyszałam, jak jakieś dziewczyny mówiły, że po

 

meczu jest impreza w domu 

Patricka Mayora - powiedziała.

 

   Zdusiłem westchnienie. Pomyślałem, że moglibyśmy pójść razem na 
hamburgera albo na pizzę, a potem przejechać się za miasto. Patrick Mayor był 
bezmózgim futbolistą. Ale jeśli Rebeka chce poznać tutejszego osiłka, nie będę 
jej mówił, że jej życzenie nie jest dla mnie rozkazem.

 

- Doskonale - powiedziałem. - Powiem kilku moim przyjaciołom i zabierzemy 
ich ze sobą. Poznasz trochę ludzi.

 

- Z kim się przyjaźnisz?

 

- Znasz już Andrew Rice'a. Chodzi z nami na godzinę wychowawczą.

 

- Wiem. Gra w piłkę nożną.

 

    Skinąłem głową, zaskoczony, że Rebeka wie, jaką dziedzinę sportu uprawia 
Andrew. Musiał próbować z nią swoich sztuczek, gdy mnie nie było w pobliżu. 
Typowe.

 

- Tak. Jest napastnikiem.

 

- Z kim jeszcze? - spytała, spoglądając na mnie wyczekująco. A ja uznałem, że 
nigdy w życiu nie widziałem takich długich rzęs.                                  

 

   Przez chwilę się wahałem. Jakoś nie miałem ochoty wspominać jej o Delii. 
Wielu ludzi błędnie interpretowano nasza znajomość i nie chciałem, żeby Re-
beka coś sobie wyobrażała. Ale jeśli nie powiem jej o Delii, a Rebeka dowie się, 
że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, sprawa wyda jej się podejrzana. . 
 - Delia Byrne jest moją najlepszą przyjaciółką - powiedziałem obojętnym 
tonem. - Siedzi teraz po drugiej stronie boiska z kilkorgiem przyjaciół. 
Rebeka spojrzała na trybuny naprzeciw nas.

 

- Nie jest cheerleaderką?                                       

 

   Roześmiałem się. Myśl, że Delia mogłaby być w zespole cheerleaderek 
wydała mi się równie śmieszna, jak pomysł, że ja mógłbym rozgrzewać 
publiczność. Delia nie należała do dziewczyn, które lubiły paradować w 
króciutkiej spódniczce i wywrzaskiwać nazwisko rozgrywającego, aby 
rozruszać widzów. Wolałaby raczej siedzieć na uboczu i wypowiadać cyniczne 
uwagi na temat banalności szkolnego życia Pokręciłem głową.

 

-Nie, ale jest tancerką. Podczas wakacji uczyła tańca na obozie w Minnesocie.

 

Rebeka zmarszczyła nosek.

 

- Jak... miło - powiedziała.

 

-Dość na temat Delii. Opowiedz mi o sobie, panno Foster.

 

Rebeka milczała przez chwilę, jakby porządkowała myśli.

 

background image

- No, dobrze. Mówiłam ci już, że przyjechałam z Nowego Jorku.

 

- Tak - Usiłowałem skupić się na jej słowach, ale rozpraszał mnie jasny kosmyk, 
który opadał jej na oczy. Nie mogłem się powstrzymać i odgarnąłem niesforne 
pasemko za ucho Rebeki.

 

- Mówiłam ci, że moi rodzice przenieśli się tutaj, aby zapewnić mnie i mojemu 
młodszemu bratu wszystkie korzyści płynące z uczęszczania do prowincjonalnej 
szkoły?

 

- Tak - Rozmyślałem o tym, jak jedwabiste są jej włosy. Nie wzdrygnęła się, 
gdy ich dotknąłem, co uznałem za dobry znak.

 

-Mówiłam  ci, jak  bardzo mi się  podobasz? 
- Przygryzła wargę i spojrzała na mnie spod długich rzęs.                                                            

 

Byłem tak wstrząśnięty, że mnie zamurowało.  
-Nie, tego  mi nie  mówiłaś - wykrztusiłem wreszcie.                                                        

 

Wzruszyła ramionami.

 

- Przypomnij mi na imprezie, to ci powiem.

 

   Uśmiechnąłem się, wyobrażając sobie Delię maszerującą do szkoły z włosami 
utlenionymi na okropny blond. Byłem bliski zwycięstwa.        
 
                    

 

                                                         * * * 
 

 

   Mecz skończył się wynikiem dwadzieścia jeden do siedmiu. Raidersi popisali 
się w pierwszej tegorocznej rozgrywce i kibice wdzierali się na boisko, by im 
pogratulować. Przedzierając się przez tłum, chwyciłem Rebekę za rękę. Było 
oczywiste, że Delia może wrócić do domu z Mike'em i Ellen, ale wolałem 
sprawdzić, czy na mnie nie czeka.

 

   Nie znalazłem jej na trybunie i, okrążywszy jesz-cze raz boisko, stwierdziłem, 
że nigdzie jej nie ma. Rebeka nie była zadowolona, że się tak kręci-my, więc 
uznałem, że Deels musi sobie poradzić sama.

 

- Czy możemy wpaść po drodze do mnie, bo chcę się przebrać? - zapytała 
Rebeka, gdy zmierzaliśmy przez parking do samochodu.

 

- Wyglądasz świetnie w tych ciuchach - powiedziałem, zachwycony.

 

- Dzięki. Ponieważ nikogo tam nie znam, poczuję się lepiej, kiedy zrzucę te 
niechlujne łachy. - Wsunęła do samochodu, kończąc rozmowę. 
   Jadąc w stronę domu Rebeki, zdałem sobie sprawę, że jeśli teraz wygląda 
niechlujnie, to wystroiwszy się, zakasuje miss Ameryki.  
   Dwadzieścia minut później siedziałem na sofie w salonie Fosterów, czekając, 
aż Rebeka zejdzie na dół. Jej rodzice wyszli z domu i panowała w nim cisz. 
Pokój był obszerny, miał wysoki sufit i wielkie drzwi balkonowe. Pani Foster 
zdążyła przykryć podłogę grubym dywanem kremowej barwy oraz powiesić 
kilka obrazów.

 

background image

 - Mój mały braciszek zaświni ten dywan - usłyszałem głos Rebeki. Stała w 
drzwiach i prezentowała się zachwycająco. Miała na sobie krótką czerwoną 
sukienkę z głębokim dekoltem. Ramiączka były wąziutkie, i pomyślałem, że w 
każdej chwili mogą pęknąć Westchnąłem głęboko.

 

- Żegnaj, niechlujo - powiedziałem, starając się nie chrypieć.

 

   Obróciła się wkoło, a potem wzięła mnie pod rękę.

 

- Uznaję to za komplement - odparła pogodnie.

 

- Takie były moje intencje.

 

   Wyszliśmy na dwór. Jak na tę porę roku wieczór był bardzo ciepły. Rebeka 
zamknęła drzwi dużego domu w stylu Tudorów. Gdy zmierzaliśmy do mego 
oldsa, wysokie obcasy Rebeki cicho stukały o chodnik. Pośród aksamitnej 
ciemności każdy jej krok brzmiał jak obietnica. Choć powietrze było rozgrzane, 
przebiegł mnie dreszcz.

 

   Gdy dojechaliśmy do domu Patricka Mayora, okazało się, że jego ulica jest 
zastawiona samochodami. Zaparkowaliśmy w odległości jakichś dziesięciu 
domów i ruszyliśmy za ludźmi, zmierzającymi do drzwi państwa Mayorów.  
Zanim dotarliśmy do trawnika przed domem, usłyszałem dudnienie

 

mocnych 

głośników. Rebeka zacisnęła dłoń na moim ramieniu. Wyobrażałem sobie, jakie 
denerwujące będzie wejście do domu pełnego nieznanych osób.                                                            

 

   Nagle z domu Mayorów wytoczył się Andrew. Za

 

nim wypadła wrzeszcząca 

dziewczyna, trzymają

 

ca pistolet na wodę.                                        

 

- Dopadnę cię! - krzyczała, przebiegając obok nas. 
    Andrew przystanął, chowając się za mną.

 

- To jest neutralne terytorium! - odkrzyknął. - Za Cainem zaczyna się 
Szwajcaria.

 

   Dziewczyna, którą w końcu rozpoznałem jako Carrie Starks (numer dwa na 
liście Andrew), opuściła pistolet.

 

- Dobrze - powiedziała - ale zaczekam na ciebie w domu.

 

   Andrew wyszedł spoza mnie i klepnął mnie w ramię.

 

- Świetna impreza - oświadczył.

 

- Z całą pewnością świetna - odparłem.  
   Andrew pochylił się, aby zawiązać sznurowadło.

 

- Gdzie się podziałeś podczas meczu? Delia powie-działa, że poszedłeś mnie 
szukać, a ty się nie pokazałeś. Kiedy jej wyjaśniłem, że nie widziałem cię przez 
cały wieczór, spojrzała na mnie dziwnymi wzrokiem i zaczęła mówić o jakimś 
zakładzie.

 

   Nagle poczułem się winny. Zostawiłem Delię. Teraz jednak nie warto było się 
tym przejmować. Jutro zatelefonuję do niej i przeproszę. Zamiast od-powiedzieć 
Andrew, zwróciłem się do Rebeki.  
- Już się znacie, prawda?

 

   Andrew spojrzał sponad swego buta. 
- Jasne, że znam Rebekę Foster. Każdy, kto robi idiotę pana Maughna, jest 
moim przyjacielem.  

background image

   W ubiegłym tygodniu Rebece udało się przyprawiać  Maughna o rumieniec 
niemal dzień w dzień. Dwukrotnie, kiedy zwracał się do niej, zaprzeczył 
samemu sobie.                                      

 

   Adrew skłonił się przed Rebeką i pocałował jej dłoń.

 

- Nie upokarzam go celowo - wyjaśniła. - Po pro-stu ma dar mówienia głupot.                 

 

   Andrew i ja roześmieliśmy się. Delikatnie powiedziane!

 

- W każdym razie Delia jest w środku - zakomunikował Andrew. - Ona i Ellen 
królują na parkiecie.

 

- Naprawdę? - Nie wiem, dlaczego tak mnie zaskoczyła obecność Delii. Pewnie 
dlatego, że zazwyczaj musiałem ją wyciągać na wszystkie ważniejsze imprezy. 
Zwykle zżymała się i kazała odwozić do domu, nim upłynęła godzina.

 

- Tak. Sam sprawdź, człowieku. - Andrew popędził do środka, wykrzykując 
powitania do wszystkich wyprzedzanych osób.

 

   Prowadziłem Rebekę, mówiąc, jak kto się nazywa i dodając to i owo o 
każdym z nich. Chłonęła moje słowa, kiwając głową i wpatrując się w każdego 
po kolei.

 

   Gdy weszliśmy do środka, Rebeka poprowadziła mnie prosto na parkiet. Ktoś 
zwinął dywan w salonie Mayorów, a wszystkie kanapy i fotele zostały odsunięte 
pod ściany.

 

   Zmieniła się muzyka. Usłyszałem starą melodię

 

Eltona Johna i uznałem, że 

jest to sygnał, żebym objął Rebekę. Wydawała sie uszczęśliwiona,  więc

 

przytuliłem ją jeszcze mocniej.  
   Sunąc po parkiecie, spostrzegłem Delię. Tańczyła

 

tuż obok nas, niemal ramię 

w ramię.  
   Miała przymknięte oczy, a głowę opierała o pierś Jamesa Suttona. Nie byłbym 
bardziej zdumiony, gdyby do pokoju wkroczył słoń. Delia nie należała do osób, 
które skupiają na sobie uwagę, tańcząc wolne kawałki (prawdę powiedziawszy, 
raczej stała obejmując Jamesa) wśród tłumu.                  

 

  Delia otworzyła oczy i przyłapała mnie na tym, że się w nią wpatruję. 
Spodziewałem się, że będzie za kłopotana i odsunie się od Jamesa, ale się 
omyliłem. Mrugnęła do mnie, unosząc kciuk triumfalnym gestem.                                                         

 

- Cześć, Cain - powiedziała, bardzo z siebie dumna, jakby taniec z Jamesem 
Suttonem był wart tyle co Nagroda Nobla albo coś w tym rodzaju.  - Cześć - 
odparłem.

 

- Jak tam, Parson? - zapytał James, poklepując mnie po plecach.  
- Jak się nazywa twoja nowa przyjaciółka?  
   Przez chwilę nie mogłem sobie przypomnieć imienia Rebeki. Ale na szczęście 
odezwała się Delia.  
- Rebeka, prawda? Jestem Delia, a to James. Zobaczyłem, że Delia przyciąga 
Jamesa do siebie, jakby nie chciała, by Rebeka zaczęła coś podejrzewać.  
- Cześć, James - odparła Rebeka. Nie odezwała się do Delii.  
   Nastąpiła długa chwila milczenia, którą rozpaczliwie chciałem zakończyć.  
- Może pogadamy później - powiedziałem, odciągając Rebekę. 

background image

- Może -  odparta Delia. Nawet na mnie nie spojrzała. Wpatrywała się w  Jamesa 
i nagle poczułem, że dzieje się coś ważnego, jakby Delia mnie prześcignęła.

 

   Musnąłem brodą miękkie włosy Rebeki, wyobrażając sobie własną głowę z 
wygolonym napisem GAMOŃ.

 

   Nie był to miły obrazek. 
 

 

                                                        * * *

 

 
 
   W niedzielę wieczorem zatelefonowała do mnie

 

Delia.

 

- Jak tam cudowna Rebeka? - zapytała, gdy podniosłem słuchawkę.

 

- Cudownie - odparłem sucho. Czekałem, że powie coś na temat tego, jak się 
wygłupiła, klejąc się do Suttona.

 

- Czyż ta impreza nie była niewiarygodna?

 

- Była - odparłem. Nie reagowała na moje sygnały.

 

-  Szkoda tylko, że Rebeka nie jest dziewczyną, w jakiej mógłbyś się zakochać. 
Przypuszczam, że prowadzę w naszym wyścigu. Ja pierwsza znalazłam partnera 
doskonałego.

 

- Co?! - wrzasnąłem. - Niby dlaczego nie miałbym się zakochać w Rebece?!

 

- Nie widziałeś, jak patrzyła na Jamesa? Najwyraźniej strzelała oczami. Mam 
nadzieję, że James się z nią nie umówi. Jest okropnie ładna.

 

- Opanuj się. Rebeka nigdy by się nie umówiła z Jamesem. On przecież ustępuje 
mi pod każdym względem. - Chyba mam rację, no nie?

 

   Delia się roześmiała. 
- Przepraszam, zapomniałam, z kim rozmawiam. Jesteś najwspanialszym 
facetem na świecie.

 

- Nie podoba mi się twój sarkazm - powiedziałem, dotknięty.                                               

 

   Delia milczała przez chwilę.

 

- Mówię poważnie, Cain. Jesteś najlepszy. By się

 

o tym przekonać, wystarczy 

popatrzeć, kto jest twoją najlepszą przyjaciółką.                                

 

   Jak zwykle, nie mogłem się gniewać na Delię.

 

- Przyjemnych snów, Deels.

 

- Przyjemnych snów, doktorze Parson - odpowie działa.                                                               

 

   Odkładając słuchawkę, uśmiechałem się. Delia Byrne była jedyna w swoim 
rodzaju - Bogu niech będą dzięki. 
 
 
 
Rozdział piąty        
 
  

 

background image

DELIA 

 Środa, 18 października

 

   Tak, tak, tak! Dziś było wspaniale; nie wiem, czy zdołam zasnąć. Zanim 
przejdę do szczegółów, powiem, że

 

póki w zeszły weekend nie zatańczyłam z 

Jamesem na

 

imprezie u Patricka, nasza znajomość nie była zbyt

 

obiecująca. Prawdę rzekłszy, 

przedstawiała się fatalnie.

 

   Przykład: Po kilku tygodniach pomagania Jamesowi

 

w pracy domowej, kiedy pewnego dnia spoglądałam

 

na niego sponad książki z poezjami Wallace'a Stevensa, podchwycił mój wzrok i 
zapytał:

 

- Co? Mam brudną twarz?

 

A ja nie mogłam się powstrzymać i odparłam:

 

-  Och, rozmarzyłam się na temat nadchodzącego weekendu. Co robisz w sobotę 
wieczorem? - Wydawałoby się, idealne zagajenie. Otóż nie.

 

- Mamy próbę zespołu. - On na to.

 

- Och - odparłam i wróciłam do lektury Stevensa.

 

- Z kim się spotykasz? - zapytał James po kilku sekundach.

 

-Z kim się spotykam? - wykrztusiłam.

 

-No, tak. Powiedziałaś, że się rozmarzyłaś na temat weekendu. Uznałem, że 
masz randkę. Ja zazwyczaj fantazjuję na ten temat

 

-Hm. Nie znasz go - odparłam bez przekonania. I to by było tyle o subtelnych 
aluzjach.

 

   Minął tydzień. James zapytał mnie, jak mi się układa z moim tajemniczym 
nieznajomym, a ja uśmiechnęłam się zagadkowo (mam nadzieję) i odrzekłam ,że 
źle. James przeszył mnie płonącym wzrokiem, a po chwili powiedział:

 

- Zmieniłaś się, Delio. Do tej pory byłaś dziewczyną kumplem,

 

a teraz jesteś... sam nie wiem... bardziej kobieca. - Wyszedł

 

z biblioteki, nie zdając sobie sprawy, że moje serce galopuje z prędkością 
kilometra na minutę.                                

 

   A potem, po dzisiejszych warsztatach literackich, Ja mes wziął mnie za rękę i 
wprowadził do pustej pracowni. Objął mnie i zaczął tańczyć, zupełnie jak w 
ostatni piątek wieczorem. Zatrzymał się i zaproponował:

 

-A może posłuchamy muzyki w sobotę wieczorem?

 

   Banalne zagajenia przyznaję, ale kto by się przejmował? Najważniejsze, że 
James zaproponował mi randkę. Oczywiście, opowiadając o tym Cainowi, ją-
kałam się, a on się ze mnie nabijał. Ale, powiem to jeszcze raz, kto by się 
przejmował? Teraz muszę do czekać soboty... 

 

   Czy zauważyliście że tempo życia wzrasta i maleje wbrew wszelkiej logice? 
Zaraz to wyjaśnię. Trzy pierwsze lata liceum wlokły się niemiłosiernie, jakby 
czas był jakimi średniowiecznym narzędziem tortur. Każda lekcja ciągnęła się 

background image

całe wieki, piątkowe wieczory nie miały końca, a sobotnie popołudnia 
spędzałam uwięziona w bibliotece.

 

   A w ostatniej klasie wszystko się zmieniło. Kilka

 

pierwszych tygodni 

października minęło w niewiarygodnym tempie, przyprawiając mnie o zawroty 
głowy.

 

Coraz bardziej zajęta Jamesem, spotkaniami z Cainem i odrabianiem 

lekcji, czułam się tak, jakbym była w ruchu przez dwadzieścia cztery godziny. 
Zauważyłam także, że przy odrobinie makijażu moje oczy rzeczywiście stają się 
tak wyraziste, jak uważał Cain. Na dodatek przez kilka dni w tygodniu, po 
lekcjach, pilnowałam dziecka, a co mi płacono (chociaż były to zmięte 
dolarówki, a nie gładziutkie, urzędowo wyglądające czeki), wiec czułam się jak 
osoba dorosła.  
   W czwartek rano obudziłam się, zanim zadzwonił budzik. Prawie po ciemku 
wyskoczyłam z łóżka i spojrzałam na ledwo widoczny kalendarz ścienny. 
Odnalazłam w szufladzie biurka stary perfumowany marker (pachnący 
malinami, żeby nie pominąć żadnego szczegółu) i zaznaczyłam na kalendarzu 
datę 21 października. Nie, żebym bała się zapomnieć, kiedy idę na randkę z 
Jamesem, po prostu chciałam skreślać dni, w miarę jak będą upływały, 
przybliżając mnie do tego wydarzenia.  
   Kiedy nadeszła sobota (oczekiwałam, że przed weekendem nastąpi koniec 
świata), miałam zaciśnięty żołądek. Około szóstej zamknęłam się w łazience i 
zwymiotowałam. Tyle na temat mego opanowania.

 

   Kiedy już było po wszystkim, przystanęłam przed kalendarzem, Wpatrując się 
w zaznaczony dzień. Oczywiście wiedziałam, że będę świętować rocznicę 
naszego pierwszego spotkania w bibliotece. Od owej chwili nabrałam pewności 
(no, może nie całkowitej), że wygram zakład z Cainem. Po kilku miesiącach 
znudzi się Rebeką, a nasza miłość z Jamesem rozkwitnie. Po warsztatach 
literackich wpatrywałam się w niego, wyobrażając sobie nas starych i 
posiwiałych, otoczonych wnukami. Ellen nie mogła uwierzyć, że tak głupio się 
zachowuję; nigdy

 

nie widziała mnie tak rozmarzonej. Dla ścisłości, nigdy 

przedtem taka nie byłam.  
   Około ósmej wieczorem stanęłam przed dużym lustrem w moim pokoju. 
Miałam na sobie niebieską sukienkę i niebieskie pantofle na płaskim obcasie 
Długie włosy okalały moją twarz, a wargi umalowałam ciemnoczerwoną 
szminką. Usłyszawszy klak son, chwyciłam torebkę i zbiegłam po schodach.

 

- To pa! - wrzasnęłam w stronę rodziców, którzy oglądali telewizję.                                               

 

- Cain zawsze czekał na ciebie w drzwiach! - zawołała mama.                                                  

 

- Cain to głupek! - odkrzyknęłam. 
   James siedział w czerwonym  dżipie. Chociaż było zimno, dach był odsunięty 
i silne podmuchy rozwiewały mu długie, związane w koński ogon włosy. James 
był zabójczo przystojny i przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że naprawdę 
umówił się ze mną na randkę.

 

   James wychylił się i uśmiechając się do mnie, otworzył drzwiczki. Wsiadłam, 
zdając sobie sprawę, że mogę zemdleć z wrażenia. Dotychczas bywaliśmy sami 

background image

tylko w miejscach publicznych. Siedząc obok Jamesa, spoglądając na jego dłoń, 
zaciśniętą na gałce przekładni biegów, miałam wrażenie, że jesteśmy jedynymi 
ludźmi na świecie.

 

- Pomyślałem, że wpadniemy do pizzerii „U Jona" - powiedział James, kiedy 
drżącymi palcami zapięłam pas.                                                    

 

-Wspaniale - odparłam słabym głosem.

 

   Przez kilka minut jechaliśmy w  milczeniu. Nad naszymi głowami mrugały 
gwiazdy. Odchyliłam głowę i wybrałam najjaśniejszą z nich. Gwiazdko, 
gwiazdko, pierwsza gwiazdko, jaką dziś ujrzałam na niebie, spraw, żebym 
wygrała zakład z Cainem. Jestem gotowa się zakochać, pomyślałam. Dla 
lepszego efektu zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie rozgwieżdżone niebo.

 

   Gdy uniosłam powieki, stwierdziłam, ze James spogląda na mnie rozbawiony.

 

- Spojrzałem na ciebie i westchnąłem - powie-dział. - Jesteś taka piękna.

 

   Serce zabiło mi szybciej. James zacytował wers z ,,Upojnej pieśni" Williama 
Butlera Yeatsa, utworu, który kilka tygodni temu pomogłam mu wybrać na 
warsztaty literackie. Głos Jamesa miał głębokie i ochrypłe brzmienie i 
przyprawił mnie o dreszcz.

 

   „U Jona" podają fantastyczną pizzę prosto z ceglanego pieca i jest to świetne 
miejsce na randki. Byłam tam z milion razy z Cainem i z Ellen i zawsze 
zazdrościłam parom, siedzącym we wnękach wzdłuż ścian restauracji. Czułam, 
że moja twarz promienieje, kiedy ja i James weszliśmy do środka. Wszystkie 
dziewczyny będą się na mnie gapiły i pękały z zazdrości.

 

   James położył mi dłoń na plecach i poprowadził do narożnej wnęki. Poprzez 
materiał sukienki czułam ciepło jego ręki.

 

- Lubię pepperoni - powiedział James, gdy usiedliśmy.

 

   Przejrzałam pokryte plastikiem menu. Cain i ja zawsze zamawialiśmy 
niezwykle wymyślną kombinację. Nasz ulubiony zestaw dodatków obejmował 
bakłażana, bekon i pieczarki.

 

- Może być - powiedziałam. 
   James odchylił się na oparcie krzesła i splótł dłonie na blacie stołu. Nie 
wiedząc, co powiedzieć zrobiłam to samo. Nagle nachylił się ku mnie. 
 - Więc ty i Cain Parson nie kręcicie ze sobą? - zapytał.

 

Zmartwiałam. 
 - Co? - zapytałam. 
 - Ty i Parson. Wszyscy w szkole wiedzą, ze macie się ku sobie.

 

   Nie mogłam powstrzymać śmiechu. W ciągu ubiegłych dwóch lat Cain miał 
ze dwadzieścia dziew czyn. Czyżby James wyobrażał sobie, że jestem osobą, 
która pozwoliłaby, aby mój chłopak miewał randki na boku?

 

- Cain ma wiele dziewczyn, ale ja z całą pewnością nie jestem jedną z nich. Po 
prostu się przyjaźnimy.

 

   James złożył zamówienie, po czym uniósł brwi.

 

- Nie sądzę, żeby przedstawiciele odmiennych płci mogli się przyjaźnić - 
oświadczył. - Zawsze jest to... napięcie.

 

background image

- Nie w moim przypadku - odparłam szybko.

 

   Za wszelką cenę chciałam zmienić temat rozmowy, ale jednocześnie ciekawiło 
mnie, co ludzie sądzą o mojej przyjaźni z Cainem. Czy naprawdę wszyscy 
wyobrażali sobie, ze jestem w nim zakochana? Czy zakładali, ze siedzę 
spokojnie, kiedy on prowadza się z dziewczynami z naszej szkoły? Poczułam się 
upokorzona. Zawsze uważałam siebie za silną i stanowczą kobietę, która musi 
być na pierwszym miejscu. Być może inni postrzegali mnie inaczej. Może mieli 
mnie za zakochaną smarkulę.

 

- Wtem jedno - powiedział James, biorąc mnie za rękę. 
- Co? - Natychmiast przestałam myśleć o Cainie, poczuwszy dotyk jego silnych 
palców. - My nie możemy być przyjaciółmi. - Orzechowe  oczy Jamesa lśniły, 
czerwone usta były nieodparcie

 

pociągające.

 

- Dlaczego? - wyszeptałam. - Bo zawsze będę chciał cię pocałować tak jak teraz.                            
Właśnie wtedy podeszła kelnerka z zamówionymi

 

napojami. Jej obecność 

sprawiła, że czar prysnął,

 

ale i tak byłam pewna, że moje policzki płoną.

 

Nie wiedziałam, jak mam rozumieć słowa Jamesa.

 

Z jednej strony nigdy nie 

pozwalałam sobie marzyć

 

o takiej chwili. Z drugiej sytuacja wydawała mi się 

nierealna. Zawsze sobie wyobrażałam, że miłość będzie czymś w rodzaju gromu 
z jasnego nieba. Oczekiwałam poetycznych słów i gorących spojrzeń. James, 
prawie mnie nie znając, mówił rzeczy niezwykle intymne. Czy rzeczywiście tak 
myślał?

 

Po kilku minutach kelnerka postawiła przed nami pizzę. Ogarnęły mnie 

wątpliwości, gdy patrzyłam, jak James zgina kawałek pizzy i odgryza ogromny 
kęs. Jeżeli James jest taki wspaniały, jak mi się wydaje, to dlaczego chce 
właśnie mnie? Nikt inny jakoś nie chciał.

 

   Choć wciąż bolał mnie żołądek, sięgnęłam po kawałek pizzy. Omal nie 
udławiłam się serem czując na sobie natarczywy wzrok Jamesa. Miałam tak peł-
ne usta i ściśnięte gardło, że z trudem chwytałam oddech. Zakaszlałam, po czym 
łyknęłam haust dietetycznej coli. Pomyślałam, że jeśli James jest mną 
zainteresowany, teraz straciłam wszelkie szanse.

 

I to mnie podkręciło. Zawsze 

lubiłam wyzwania. 
- A co myślisz o warsztatach literackich? - spytałam, chcąc skierować rozmowę 
na bezpieczniejsze tory.

 

- Pisanie jest całkiem fajne - odparł James.

 

- Naprawdę?

 

- Jasne. Myślę, że zacznę pisywać teksty dla naszego zespołu. Zwykle robi to 
Mark, ale jego wiersze są głupie. - Sięgnął po następny kawałek pizzy i 
serwetkę.

 

- To świetnie,. Chętnie przeczytam twoje wiersze... oczywiście, jeśli zechcesz.

 

- Może napiszę piosenkę o tobie.

 

   Znów się zarumieniłam. Spojrzałam na talerz i skupiłam się na jedzeniu. Nie 
miałam pojęcia o flirtowaniu i na próżno wytężałam umysł, by znaleźć jakąś 
milutką odpowiedź.

 

background image

   James wydawał się zadowolony, że może jeść w milczeniu, więc nadstawiłam 
ucha, by posłuchać rozmów innych. Ilekroć byłam zdenerwowana, pomagało mi 
skoncentrowanie się na czymś poza

 

mną. Tego triku nauczyła mnie mama.        

Słuchałam, co mówią ludzie we wnęce za nami. Pierwszy głos należał do ładnej 
dziewczyny, którą spostrzegłam, wchodząc do pizzerii.

 

- Tata zabrał mi kartę kredytową. Na miesiąc.

 

Zląkł się, kiedy w zeszłym tygodniu kupiłam sobie skórzaną kurtkę. Straszne z 
niego skąpiradło.

 

   Gdybym ja skorzystała z karty mojego taty, zamknąłby mnie w moim pokoju 
na cały rok

 

- To niesprawiedliwe - odpowiedział chłopak. - Nie zdaje sobie sprawy, że bez 
karty jesteś praktycznie nikim?

 

- Co ja na to mogę? On nie ma pojęcia, co to znaczy być młodym. Może go 
powinnam oskarżyć o zaniedbanie.

 

   Zachichotałam.. Para za nami prowadziła rozmowę żywcem z kiepskiej 
telenoweli. Mówili to poważnie? - Słyszysz, co mówią? - wyszeptałam do 
Jamesa.

 

Pokręcił głową. 
 - O czym rozmawiają?

 

   Odchrząknęłam, przygotowując się do naśladowania brzmienia głosu tamtej 
dziewczyny. Nazywałam

 

go głosem bogaczki. Była to kombinacja sposobu

 

mówienia pani Howell z ,,Gilligan lsland" oraz przesadnych tonów, 
przybieranych przez angielską arystokrację.

 

- To nazbyt okropne - oznajmiłam, małpując dziewczynę. - Tatuś zabrał mi 
Rolls royce'a. Chce, żebym jeździła beamerem. Czuję się taaaka upokorzona.

 

 - I znowu się roześmiałam. 
    James siedział z kamiennym wyrazem twarzy. Usłyszawszy, że para znów 
rozmawia, powiedziałam:

 

 - Słuchaj.

 

- Podoba mi się to, co zrobili w klubie. Chociaż  mahoniowa boazeria w 
pomieszczeniu do grilla jest

 

nieco pretensjonalna - oświadczyła dziewczyna.         

Mrugnęłam do Jamesa, ale on spoglądał na mnie jak na wariatkę. Najwyraźniej 
nie uważał mojego naśladownictwa za zabawne. Westchnęłam. Gdyby Cain 
teraz siedział tu ze mną, naśladowałby tego chłopaka. Prawdopodobnie 
spędzilibyśmy cały wieczór na wymyślaniu nowych kwestii. I przez cały

 

czas 

pękalibyśmy za śmiechu.

 

   Poważny wyraz twarzy Jamesa wprawiał mnie w za

 

kłopotanie. Nieładnie z 

mojej strony, że naśmiewam się z innych. Uznałam, że dla Buffy (tak w  
myślach

 

nazwałam tę dziewczynę) pozbawienie karty przez tatusia było 

prawdziwą tragedią.

 

   James odsunął swój pusty talerz.

 

- Fale Radiowe będą mogły nagrywać i wydawać płyty w niezależnej wytwórni. 
W przyszłym roku o tej porze będziemy mieli CD.

 

background image

   Byłam pod wrażeniem. Natychmiast wyobraziłam sobie siebie w roli 
dziewczyny gwiazdy rocka. Będę mogła chodzić za kulisy, rozjeżdżać się 
limuzyną, dostawać darmowe koszulki.

 

- Naprawdę? Będę mogła posłuchać z tobą waszego albumu? - spytałam, 
trzepocząc rzęsami i uśmiechając się szeroko.

 

   No, i proszę. Na tym właśnie polega flirtowanie. Nie było mi łatwo, czułam 
się głupio, ale jakoś to

 

przeżyłam. Może od czasu wydania płyty Jamesa

 

stanę się prawdziwą specjalistką w tej dziedzinie.  
   Sięgnął pod stół i poklepał mnie po kolanie.  
- Kiedy tylko zachcesz, Delio. W każdej chwili. 
 
 
                                                              *** 
 
 
 
   Było około jedenastej, gdy zajechaliśmy pod mój

 

dom. Zdenerwowana, 

natychmiast chwyciłam za

 

klamkę. James położył mi dłoń na ramieniu i przy

 

ciągnął do siebie

 

- Jesteś zabawna, Delio - wyszeptał. Zabawna?

 

Nie takiego określenia oczekiwałam. Liczyłam na

 

coś w rodzaju: Chętnie 

spotykałbym się z tobą częściej.

  

   

A on pochylił się i niespodziewanie pocałował mnie w usta. W pierwszej 

chwili pomyślałam

 

tylko tyle:  O rany, całuję się z Jamesem Suttonem. Gdy 

nieco

 

ochłonęłam, skupiłam się na cieple jego delikatnych

 

warg. Cieszyłam się, 

że siedzę, ponieważ zmięły

 

mi kolana, więc na stojąco z pewnością straciłabym

 

równowagę.

 

   Oddałam mu pocałunek, starając się nie myśleć o tym, że spotniały mi dłonie, 
a w moim oddechu prawdopodobnie czuć pepperoni. Gdy się odsunął, byłam 
rozdygotana i zdezorientowana. - Przyjemnych snów, Delio - mruknął. Idąc 
ścieżką w stronę drzwi domu, zdałam sobie sprawę, że ,,przyjemnych snów" 
zawsze życzył mi Cain. Z cała pewnością w ustach faceta, który właśnie mnie 
pocałował brzmiało to zupełnie inaczej… 
 
 
                                                            *** 

 
 
 

   W niedzielę rano poszłam do Johnsonów. Kilka razy w tygodniu zostawałam z 
ich dziesięcioletnią córką, Niną. Zastałam ją na trawniku przed domem, 
ćwiczyła kroki taneczne. Od chwili gdy się dowiedziała, że uczę tańca, 

background image

twierdziła, że taniec jest jej największą pasją. Pasją numer dwa było 
prowadzenie rozmów o chłopakach ze szkoły podstawowej

 

im. Lincolna.

 

- Cześć, Nino! - zawołałam. - Jak sobie radzisz z tym nowym krokiem, którego 
uczyłam cię w czwartek? - Weszłam na trawnik i usiadłam. Przez większość 
nocy rozmyślałam o randce z Jamesem i niedostatek snu dawał mi się we znaki

 

- Świetnie! Chcesz zobaczyć, jak mi idzie przy muzyce? -  Podskakiwała 
niecierpliwie, czekając na

 

moją odpowiedź.

 

- Z przyjemnością. Przynieś magnetofon. Poczekam tutaj. - Zamknęłam oczy, 
wystawiając twarz do słońca, zadowolona, że jest wystarczająco ciepło, by 
zostać na dworze.                                          

 

   Po minucie Nina wróciła w towarzystwie rodziców i z magnetofonem. 
Johnsonowie wykrzykiwali ostatnie polecenia, a Nina przewijała taśmę, którą 
dla niej nagrałam.                                             

 

   Wykonywała ćwiczenia po raz piętnasty, kiedy przyjechał Cain. Lubił 
odwiedzać mnie u Johnsonów, ponieważ Nina całowała ziemię, po której stąpał.     
Nina przerwała w pół kroku i pobiegła do Caina

 

- Chcesz zobaczyć mój nowy taniec? - zapytała. Cain podszedł do frontowych 
schodków i usiadł.

 

- Jasne, że chcę. Chyba nie wyobrażasz sobie, że przyszedłem tutaj, by spotkać 
się z Delią?

 

   Nina zachichotała i pobiegła, by znów przewinąć taśmę. Usiadłam obok 
Caina. Czasami dziesięcioletnia dziewczynka może cię zadręczyć nadmiarem 
energii.

 

-  Jak się udała randka? - zapytał Cain, patrząc na Ninę, pląsającą na trawniku.

 

-  Nadzwyczajnie - odparłam, zastanawiając się, czy Cain pozna, że James mnie 
pocałował. Wciąż czułam na wargach delikatny dotyk jego ust.

 

-  Jesteś pewna, że nie mówisz tak tylko dlatego, że chcesz wygrać zakład? - 
zapytał, unosząc brwi.

 

- Oświadczam ci, że nasz głupi zakład jest ostatnią rzeczą, o jakiej w tej chwili 
myślę. - Było to kłamstwo, ale miałam dość podejrzeń Caina.

 

-  I Sutton nie wydał ci się ani trochę nudny? -

 

Cain nagrodził popis Niny 

oklaskami. - Jeszcze! - zawołał, kiedy Nina dygnęła.

 

Dałam znak Ninie, żeby zaczęta od nowa, i zwróciłam się do Caina.

 

- Przyjmij do wiadomości, że Fale Radiowe wkrótce wydadzą  płytę. - 
powiedziałam wzburzona. Cain prychnął.

 

- Po pierwsze James powtarza to od przeszło roku. Te chłopaki mają taką samą 
szansę zrobienia kariery muzycznej, jak ja. Po drugie nie odpowiedziałaś na 
moje pytanie. Jest nudny?

 

- Jest fascynujący. A co ważniejsze, jest mną zafascynowany.

 

- Nie wątpię - odparł Cain. - Po Tanyi Reed musisz mu się wydawać geniuszem.

 

- Dziękuję za komplement. - Cain zaczynał mnie irytować. Pomimo naszego 
zakładu miałam nadzieję, że ucieszy go mój romans. W dniu Święta Pracy 

background image

zachowywał się tak, jakby znalezienie przeze mnie chłopaka było czymś 
absolutnie niemożliwym.

 

- Przepraszam. Naprawdę. Powiedz mi jedno.

 

- Co? - spytałam, ciężko wzdychając.

 

- Ile razy spojrzał w lustro?

 

   Musiałam się roześmiać. James był naprawdę próżny. Przyłapałam go nawet 
na przeglądaniu się w pustym naczyniu po pizzy.

 

   Cain zaczął naśladować Jamesa wdzięczącego się przed dużym lustrem i było 
po nas. Kiedy Nina skończyła taniec, pomyślała, że coś jest z nami nie w 
porządku.

 

   Odprowadziłam Caina do samochodu, zostawiając Ninę. Miała pozbierać 
sprzęt, żebyśmy mogły pójść do domu i przygotować lunch. Wiedziałam, że jest 
rozczarowana odjazdem Caina. Lubiła się przed nim popisywać. 
- Poważnie, jak bardzo lubisz Jamesa? - zapytał

 

Cain. Otworzył drzwiczki i patrzy! na mnie wyczekująco.

 

   Zastanawiałam sie przez chwilę. Nigdy bym nie przypuszczała, że James 
Simon spędzi ze mną wieczór, a może nawet zostanie moim chłopakiem. By 
łabym głupia, tracąc taką okazję. Nawet jeśli ma mi złamać serce, wchodzę w 
to.

 

- Bardzo go lubię - odpowiedziałam. - To może być facet w sam raz dla mnie.

 

   Cain pokręcił głową.

 

- Jeszcze nie szykuj tej golarki. Do czasu studniówki może sie mnóstwo 
wydarzyć. Mnóstwo.

 

   Patrząc, jak samochód Caina znika za rogiem, miałam przeczucie, że mój 
najbliższy przyjaciel coś knuje. Czy kiedykolwiek bywało inaczej ? 
 
 
Rozdział szósty 
 

Cain 

Wtorek, 24 października, po lekcjach

 

   Nie mogę przestać myśleć o Delii i Jamesie. W ciągu ostatnich dwóch dni 
wciąż widywałem ich flirtujących. Parę razy trzymali się nawet za ręce. Delia 
zachowuje się tak głupio. Nie poznaję jej. Nie jestem pewien, czy mi się to 
podoba. Kiedy powiedziałem jej we wrześniu, że powinna się zakochać, nie 
przypuszczałem, że tak się z tym pospieszy.  
   Jasne, James jest bardzo przystojny -jeśli lubi się typ ładnego chłopca. I z całą 
pewnością ma wielkie powodzenie.  Ale jego osobowość pozostawia wiele do

 

życzenia. Nie widziałem , żeby Delia śmiała sie w jego towarzystwie. A kiedy jest 
ze mną, śmieje się bez przerwy.

 

   W ostatni weekend Rebeka wyjechała z rodzica-mi, ale umówiliśmy się na 
sobotę. I jeśli sprawy nie potoczą się po mojej myśli, będę naprawdę w 
kłopocie...

 

background image

   Zacząłem się obawiać, że przegram zakład. Jeśli przegram, wyjdę na 
kompletnego idiotę, i Delia nigdy, przenigdy nie pozwoli mi o tym zapomnieć. 
Andrew nie popuści mi przez najbliższe pól wieku. No i jest jeszcze sprawa 
znalezienia prawdziwej miłości. Mam dość samotności i spotykania się z 
przypadkowymi dziewczynami. Chcę czegoś więcej niż miło spędzony czas. 
   Jestem stanowczo gotowy na to, by zmienić charakter znajomości z Rebeką. 
To jedna z najpiękniejszych dziewczyn, jakie widziałem. I taka mądra. I 
wyrobiona. I pełna seksu. Jednym słowem, idealna.                                            

 

  Nie wiem, dlaczego byłem taki zdenerwowany, kiedy w sobotę po południu 
zajechałem przed jej   dom. Czyżby dlatego, że znalazłem dziewczynę, na której 
mi naprawdę zależy, i paraliżował mnie lęk przed odrzuceniem? A może 
wyszedłem z wprawy? W każdym razie wymyłem samochód i wyczyściłem 
wewnątrz, co zdarzyło mi się pierwszy raz. Na tylnym siedzeniu miałem 
piknikowy kosz z kanap kami, chipsami, ciasteczkami i piciem (przygotowany 
przez moją zapobiegliwą mamę). Podchodząc do drzwi domu Fosterów, 
pogwizdywałem pod nosem. Gdy już oczaruję Rebekę, Delia będzie musiała 
wywiązać się z zakładu.

 

   Drzwi otworzył jasnowłosy chłopczyk. Miał na sobie koszulkę Power Rangers 
i wyglądał tak, jakby się bawił w błocie.

 

- Kim jesteś? - zapytał, spoglądając na mnie z ukosa.

 

- Cain Parson, proszę pana. Mieszka pan w tym domu? - zapytałem tonem 
domokrążcy, a mały się roześmiał. Otworzył drzwi szerzej i zaprosił ranie do 
środka.

 

- Jesteś chłopakiem mojej siostry? - zapytał, przyglądając mi się, jakbym był 
ciekawym okazem zwierzęcia.

 

- Nie wiem. Może powinniśmy ją zapytać.

 

- Jason, znów jesteś nieznośny? - zawołała Rebeka, zbiegając po schodach. W 
czarnych dżinsach i obcisłym zielonym sweterku, prezentowała się 
zachwycająco. Włosy uczesała w luźny kok, ale kilka kosmyków wymknęło się 
z niego, okalając twarz.

 

- Nie! - wrzasnął Jason, cofając się przed nią.

 

 Wynoś się stąd. Wracaj do swego błocka.

 

   Jason podbiegł do siostry, nadepnął jej na stopę i uciekł długim korytarzem.

 

- Miły dzieciak - powiedziałem. - A jego siostra  jest jeszcze milsza.

 

Rebeka pocałowała mnie w policzek.

 

- To prawdziwy potwór: Dlaczego dzieci nie mogą przychodzić na świat 
dorosłe? - Rebeka najwyraźniej nie przepadała za dziećmi.

 

- To mogłoby być uciążliwe dla matek.

 

- Skoro mowa o matkach. Zmywajmy się, zanim moja mama cię zobaczy. Jak 
cię dorwie, ani się obejrzysz, a będziesz z nią siedział w kuchni, popijając kawę. 
- Rebeka złapała wypłowiałą kurtkę dżinsową i przerzuciła ją sobie przez ramię.     
Ruszyliśmy i Rebeka nastawiła radio.

 

background image

- Ile stacji muzycznych ma ta dziura? Na Manhattanie coś takiego byłoby nie do 
pomyślenia.

 

- Jest jedna stacja z dobrą muzyką jazzową - powiedziałem, przyciskając guzik.

 

Wzruszyła ramionami.

 

- Może być.

 

Na czerwonym świetle obróciłem się ku niej.

 

- Masz ochotę na piknik?

 

- Jasne. Żebym tylko nie musiała jeść mrówek. - Odpięła pas i przysunęła się do 
mnie. - Dokąd jedziemy?

 

- Nad Staw Hazardzisty - odparłem dumnie. Nieczęsto zabieram tam 
dziewczyny, ale ponieważ Rebeka była kimś niezwykłym, chciałem pokazać jej 
to miejsce.                                             

 

- Nazwa jak z piosenki Kenny'ego Rogersa. Roześmiałem się. Gdy jechaliśmy 
tam po raz pierwszy, Delia powiedziała to samo.                   

 

- Piękny zakątek. Przekonasz się,

 

- Równie piękny jak Central Park?

 

-  Nie zobaczysz tam powozów, ale za to nie ma

 

ścieków. - Położyłem rękę na 

ramieniu Rebeki. Za

 

powiadał się cudowny dzień.                    

 

   Skręciłem w polną drogę, która prowadziła nad

 

staw.                                                            

 

- Jak ci się żyje w liceum imienia Jeffersona? 
- Nieźle. Podlizałam się kilku cheerleaderkom,

 

więc pewnie w przyszłym 

sezonie załapię się do ich zespołu. I z tego, co widziałam w samorządzie 
szkolnym, mam szansę zostać przewodniczącą.

 

- No, no. Jesteś bardzo ambitna. - Jakoś nigdy nie

 

pomyślałam, że Rebeka jest 

typem samorządowca.

 

- Lubię być zauważona. Pomyśl, jak dobrze byłoby mieć taki wpis w podaniu na 
studia.

 

- Myślę, że odzywa się w tobie prawdziwa mieszkanka Nowego Jorku. - 
Zatrzymałem samochód na skraju pola w sąsiedztwie Stawu Hazardzisty. 
Chociaż dzień był pogodny i ciepły, tylko my przyjechaliśmy nad wodę.

 

- Muszę przyznać,  że naprawdę jest pięknie - powiedziała Rebeka takim tonem, 
jakby się spodziewała, że zabiorę ją na śmietnisko.

 

- Panno Poster, oto Staw Hazardzisty.

 

   Zachichotała, a ja pomogłem Jej wysiąść z samo chodu. Sięgnąłem po kosz 
piknikowy i koc. Podbiegłem, by ją dogonić. 
- Jak zaciszne - powiedziała Rebeka, gdy się z nią zrównałem.

 

- Tak. Tylko ty, ja i słońce. - Strzepnęliśmy koc,  który wydymał się na wietrze.

 

Przycisnąłem jego rogi kamykami i usiadłem.

 

Opartem się na łokciu i poklepałem  miejsce obok

 

siebie.

 

-   Nakryto do stołu, madame.

 

Rebeka uklękła przy mnie i uniosła wieko kosza.  - Och, masło orzechowe i 
galaretka.

 

- Chciałem kupić kawior, ale nie mieli świeżego.

 

background image

- Kawior nie bardzo pasuje na lunch. Masło orzechowe i galaretka będą w sam 
raz. - Zaczęła wypakowywać jedzenie z kosza. Zachowywała się tak  
swobodnie, jakbyśmy piknikowali razem od lat.

 

- Może kiedyś zabierzemy tutaj Jasona - odezwałem się. - Tylko pomyśl, ile 
wspaniałych babek  z piasku mógłby zrobić.

 

   Rebeka spojrzała na mnie, jakbym postradał zmysły.

 

- Lepiej nie - powiedziała krótko. - Nie tak sobie wyobrażam idealną randkę.

 

Otworzyłem puszkę z napojem gazowanym i napełniłem nim plastikowe 
kieliszki do szampana, które ze sobą przywiozłem.

 

- Może wzniesiemy toast? - zaproponowałem.

 

- Chętnie, pod warunkiem, że nie będzie dotyczył mojego młodszego brata.

 

   Na ziemię wokół nas opadały żółte i czerwone liście. Staw był błękitny, a jego 
powierzchnia lśniła

 

w słońcu. Brakowało tylko faceta ze skrzypcami,

 

a Staw Hazardzisty byłby najromantyczniejszym

 

miejscem  na ziemi.

 

Uniosłem kieliszek. 
- Za Staw Hazardzisty. I, cytując Johna Denvera, za ciepło słońca na ramionach. 
- Za nas i za moje nowe życie w rodzinnej Ameryce. - Rebeka stuknęła się ze 
mną, spoglądając spod długich rzęs.                                                  

 

   Odstawiłem kieliszek i przysunąłem się do Rebeki. Nasze usta zetknęły się i 
pocałowałem ją delikatnie. Jej usta smakowały jeszcze lepiej, niż wyglądały. 
Puls mi przyspieszył, przysiadłem się jeszcze bliżej. Gdy pogłębiliśmy 
pocałunek, zacząłem żałować, że nie widzi nas Delia. W dziedzinie miłości 
została daleko z tyłu. A potem Rebeka pogłaskała mnie po włosach i przestałem 
myśleć o czymkolwiek. 
 
 

 

* * * 

 
 

- Było świetnie - oświadczyłem Andrew. - Zaprosiłem Rebekę na imprezę z 
okazji zjazdu absolwentów szkoły. - Właśnie rozegraliśmy partię koszykówki na 
szkolnym boisku. Pochłodniało, ale byłem zlany potem i z trudem chwytałem 
oddech.

 

- Zgodziła się? - zapytał Andrew, obracając piłkę na czubku wskazującego 
palca. Tę sztuczkę doskonalił od dwóch lat.

 

-  Jasne. Czy jakaś dziewczyna oparła się moim wdziękom?

 

- Znam taką - odparł Andrew, rzucając piłką prosto w mój brzuch. Jęknąłem.

 

- Niby kogo? - Wstałem z ławki, na której siedzieliśmy i zakozłowałem piłką.

 

- A jak myślisz? Chodzi mi o Delię.

 

-  Co takiego? - Chwyciłem piłkę i przystanąłem bez ruchu. 
- Delia Byrne. Dziewczyna, której nie dajesz spokoju. Jakoś nigdy nie uległa 
twojemu czarowi.

 

background image

- Delia i ja jesteśmy przyjaciółmi. Jeśli nie wiesz,  co to znaczy, zajrzyj do 
słownika.

 

- Zobacz w słowniku, co oznacza odmowa. Twój  przypadek jest beznadziejny. - 
Myślałem, że rozmawiamy o Rebece. - Zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy na 
parking.

 

- Bo tak jest. Prawdę powiedziawszy, nie rozumiem, czemu  koniecznie chcesz 
sobie  znaleźć  dziewczynę. Do studniówki jeszcze mnóstwo czasu. Może trafisz 
na kogoś lepszego.  
   Pokręciłem głową. Całkowity brak wrażliwości An-drew nie przestawał mnie 
zadziwiać. Choć byłem  chłopakiem,  uważałem,  że  obraźliwie traktuje 
dziewczyny.

 

- Posłuchaj, Andrew. Istnieje jeszcze coś takiego  jak miłość, spełnienie i 
szczęście.

 

-I? - zapytał Andrew, przystając. 
 -Co i?

 

-Wyobrażasz sobie, że to wszystko znajdziesz  dzięki Rebece? - Andrew odebrał 
mi piłkę. Znowu obracał ją na palcu.

 

- Jasne. Czemu nie?

 

  Andrew uniósł dłonie obronnym gestem.

 

- Po prostu nie rozumiem, jak możesz twierdzić, że jesteś zakochany w 
dziewczynie, którą znasz zaledwie od kilku miesięcy.

 

-Posłuchaj, szukam prawdziwego uczucia. Nie widzę, w tym nic złego. - 
Ruszyłem naprzód, a Andrew podążył za mną.

 

- Jeśli chcesz znać moje zdanie, uważam, że dziewczyny to tylko kłopot. 
-Nie chcę znać twego zdania.

 

- Lepiej, żebyś je poznał. Rebeka tylko szuka rozrywki Nie jest typem 
dziewczyny, w której chciał byś się zakochać.                                     

 

- Wezmę to pod uwagę. Może mi oddasz moją piłkę?                                                       

 

- Weź sobie piłkę - odparł i dodał: - Pakujesz  się w kłopoty.

 

   Przyłożyłem Andrew w ramię.  
   Bo i cóż on wie o kobietach? 
 
 
Rozdział siódmy 
 

 

 

DELIA 

 Środa, 1 listopada, 10 wieczorem

 

  Wczoraj James zaprosił mnie na tańce z okazji zjazdu absolwentów! W 
Halloween byliśmy na imprezie  u Caroline Sung. (Przebrałam się za 
czarownicę, a Ja- mes za pirata). James zaprowadził mnie do czarnego  
pomieszczenia, które urządziła. Wcześniej tego wieczoru trochę mnie wkurzył, 
opowiadając o tym, jak  spędzili zeszłoroczny Halloween z Tanyą (na szaleńczej 

background image

jeździe na wozie z sianem — jeśli chcecie wiedzieć.) Byłam w nie najlepszym 
nastroju, ponieważ Cain się nie pokazał. Poszedł z Rebeką do domu jednego z 
futbolistów.

 

   Najważniejsze jest to, że James zaprosił mnie na

 

tańce. Spotkanie 

absolwentów będzie pierwszą okazją, na którą przyjdę z moim oficjalnym 
chłopakiem.

 

Czy to oznacza, że jesteśmy zakochani?

 

   PS Me mogę się doczekać, kiedy podzielę się z Cainem

 

tą nowiną. Wydaje mi 

się, że nie rozmawialiśmy całe

 

wieki. 

 

   Do liceum im. Jeffersona zawitała zima. Wszyscy wbili się w swetry i 
rozprawiają o tym, że wydychają kłęby pary. Nocą zamykani okno w moim 
pokoju i zastanawiam się, czy nie włączyć elektrycznego koca. Kiedy uczę tańca 
Ninę Johnson, nie robimy tego na trawniku przed domem, lecz w pomieszczeniu 
w suterenie. Ellen Frazier uznała, że czas włożyć osławiony cudowny 
biustonosz.                

 

   Chociaż nie zmieniłam zdania na temat szkolnych potańcówek i nadal 
uważam je za głupie, nie mogę się doczekać chwili, gdy wkroczę na salę,  
otoczona ramieniem Jamesa. Mały bukiecik z czerwonych róż, będzie przypięty 
do mojej sukienki, tuż ponad ramionami będą się kołysały kolczyki z kryształu 
górskiego, a na nogach będę miała wieczorowe sandałki na wysokich obcasach.                        

 

Niestety, będą grać Fale Radiowe, więc nie będę miała wiele okazji, żeby bawić 
się w towarzystwie Jamesa. Pocieszałam się myślą, że wszystkie dziew czyny na 
sali gimnastycznej będą zazdrościć, że to właśnie ja przyszłam z seksownym 
solista ze społu.

 

   W piątkowe popołudnie wybrałyśmy się z Ellen do centrum handlowego, żeby 
wybrać odpowiednie sukienki. Choć bez entuzjazmu, Ellen zgodziła się pójść na 
tance z jednym z kolegów Jamesa.

 

- Co myślisz o tej? - spytała mnie. Chichocząc, oglądała sukienkę z różowej 
tafty o spódnicy w kształcie bombki. Przy ramionach powiewały pióra. 
Sukienka była ohydna.

 

-  Gdybym się wystroiła w to okropieństwo, to można

 

by mnie zawinąć w kartki 

z jakiegoś głupiego komiksu, a wyglądałabym jak balonowa guma

 

do żucia.

 

   Podeszłam do innego stoiska i wybrałam krótką czarną sukienkę. Miała 
bolerko wyszywane paciorkami i była absolutnie doskonała.

 

   Ellen znalazła zielony futerał z jedwabiu i ruszyłyśmy do przymierzalni.

 

- Wszystko wskazuje na to, że Cain i Rebeka są

 

z sobą na poważnie - 

powiedziała Ellen. Zdejmowała przez głowę sweter, więc jej głos byt 
przytłumiony, ale dobrze ją zrozumiałam. Zajęłam się rozwiązywaniem butów.

 

- Idą razem na tańce. - Zdjęłam buty i grube czarne skarpety; nie pasowałyby do 
sukienki.  

background image

   Ellen obróciła się plecami do mnie, żebym zapięła

 

jej suwak. Muszę 

stwierdzić, że jej „pomocnik matki natura", jak nazwała nowy stanik, uczynił 
cuda.

 

- Wiem. Cain zaprosił ją całe wieki temu. A ta bransoletka, którą jej podarował, 
wygląda na bardzo drogą. Andrew Rice powiedział mi, że Cain wydał na nią 
sporą część zarobionej w lecie kasy. Moje dłonie znieruchomiały w połowie 
suwaka.

 

-O czym ty mówisz, na Boga? Jaka bransoletka?

 

Zobaczyłam w lustrze, że Ellen unosi brwi.

 

- Nic nie wiesz?

 

Pokręciłam głową, usiłując wyglądać beztrosko.

 

-Nie. Chyba zapomniał mi o tym wspomnieć. Drobiazg.  
- Jest złota z opalem. Opal to jej szczęśliwy kamień. Zobaczyłam tę bransoletkę, 
kiedy wczoraj byłyśmy razem w toalecie. Trzymała rękę w taki sposób, że 
musiałabym być ślepa, żeby jej nie zauważyć.

 

   Udawałam, że wcale mnie to nie interesuje. 
 - Nie wiedziałam, że Cain jest facetem, który może zrobić coś tak głupiego, jak 
ofiarować dziewczynie jej szczęśliwy kamień. To trąci latarni sześćdziesiątymi.

 

-Jestem pewna, że opowie ci o tej bransoletce. Po prostu nie miał jeszcze 
okazji.- Ellen wspięła się na palce, usiłując sobie wyobrazić, czy sukienka 
będzie pasowała do czółenek.                            

 

- Tak, na pewna Po prostu wypadło mu z głowy.  
   Byłam wściekła. Jak Cain mógł nie powiedzieć o czymś tak ważnym swojej 
najlepszej przyjaciółce? Na pewno pochwalił się Andrew. Może nawet naradzał 
się z nim, co ma jej kupić. Cain nigdy nie da wał prezentów swoim 
dziewczynom, a już na pewno nie kosztowną biżuterię. Jedyne, co od niego do 
stałam, to złota rybka (która zresztą po kilku dniach zdechła).

 

   Może Cain naprawdę zakochał się w Rebece. Jeśli tak, nasz zakład zakończy 
się remisem, ponieważ jestem pewna, że kocham Jamesa. Czy teraz, gdy znalazł 
sobie kogoś, Cain mnie porzuci? Dawniej nasza przyjaźń zawsze była na 
pierwszym miejscu, Cain opowiadał mi wszystko, nie pomijając życia 
osobistego. Chyba teraz przestałam mu być potrzebna. Może straciłam 
najlepszego przyjaciela. Ta myśl mnie przygnębiła.

 

   Ellen okręciła się przed trzyskrzydłowym lustrem wygładzając na biuście 
zielony jedwab. Wyglądała tak, jakby nosiła co najmniej rozmiar B.

 

- Uważam, że Cain głupio robi spotykając się z Rebeką Foster. Ona jest do 
niczego.

 

- Niby czemu? - Musiałam przyznać, że ja także nie przepadałam za Rebeką. Za 
każdym razem, gdy ją spotykałam, wiało od niej chłodem. Przywykłam do tego, 
że dziewczyny Caina odnoszą się do mnie bez sympatii i wcale się tym nie 
przejmowałam. Nawet mnie to podkręcało. A jednak dziwiło mnie, że Ellen ma 
tak złe zdanie o ostatnim podbój Caina. 

background image

- Ta dziewczyna to snobka. Słyszałam, jak rozprawiała o Cainie damskiej 
toalecie. Wciąż powtarzała, jaki jest przystojny, a nie powiedziała ani słowa o 
jego niezwykłej osobowości. - Ellen rozpięła suwak i zdjęła sukienkę. 
 -Naprawdę? - Wciąż przeglądałam się w lustrze. Czarna sukienka jakoś straciła 
urok. Czułam się tak, jakbym miała ciężar w żołądku i raptem zakupy  przestały 
mnie interesować.

 

- A potem usłyszałam, jak mówiła Amandzie Wright, że Cain to jej bilet do 
zdobycia popularności. Każdy wie, kim jest Cain, więc automatycznie będzie 
wiedział, kim ona jest. Powiedziała, że zanim przejdzie do ostatniej klasy, 
zostanie cheerleaderką i będzie spotykała się z rozgrywającym. Widzisz, jaka 
jest powierzchowna?  
   Powiesiłam sukienkę i bolerko na wieszaku. 
  - Nie jesteś chyba zazdrosna o Rebekę? Wiem, że Cain ci się podoba, ale to nie 
jest dobry materiał na stałego chłopaka. Jest zbyt kapryśny. Ellen zmarszczyła 
brwi.  
-Nie jestem zazdrosna, Delio. A ty?  
-Nie rozśmieszaj mnie - powiedziałam oburzona. - Za żadne skarby nie 
umawiałabym się z Cainem. Powtarzam ci to ciągle od nowa.

 

- Owszem, powtarzasz. - Ellen włożyła dżinsy i sięgnęła po buty. - Nigdy mi nie 
powiedziałaś, dlaczego właściwie nie chcesz się z nim spotykać?

 

Westchnęłam.

 

- Jestem teraz z Jamesem. A poza tym Cain do mnie nie pasuje.

 

- Jaśniej, proszę - zażądała Ellen, unosząc brwi.

 

- On jest dla mnie jak brat, jest arogancki, lubimy inne smaki lodów, bijemy się 
o to, kto będzie zdalnie sterował zabawkami...

 

   Wiedziałam, że gadam bzdury ale pytanie Ellen sprawiło mi kłopot. Miałam 
trudności z poważną rozmową na temat Caina.                     

 

   Ellen się roześmiała. 
 -Widzę, że jesteście parą z piekła rodem. Zostawmy to. Wiem, że nie lubisz 
rozmawiać o Cainie. 
 - Dziękuję. A teraz spadajmy. Tutaj nie ma mojej wymarzonej sukienki.                                      

 

   Wciąż nie mogłam uwierzyć, że Cain nie powiedział mi o bransoletce, którą 
kupił Rebece. Po powrocie do domu od razu do niego zadzwonię. Będzie się 
musiał tłumaczyć. 
 
 

 

*** 

 
 

   Owijałam kabel wokół palca, czekając, aż ktoś u Parsonów podniesie 
słuchawkę. Po trzecim sygnale usłyszałam ciepły głos pani Parson.

 

background image

-  Dzień dobry Czy mogę rozmawiać z Cainem? - zapytałam, zrzucając kapcie i 
kładąc się na wznak.

 

- Delia! Miło cię słyszeć. Bardzo dawno cię nie widziałam.

 

- Jestem straszliwie zajęta. Myślę, że Cain także - Bardzo lubiłam panią Parsom. 
Była dla mnie nie omal jak druga matka.

 

-  Deels? - Cain podniósł inną słuchawkę i jego mama się rozłączyła.

 

-  Cześć! - Z jakiegoś powodu moje serce galopowało. Cain wydał mi się jakiś 
obcy.

 

- Co robisz dzisiaj wieczorem? - Słyszałam, że coś pogryza. Po chrupaniu 
poznałam, że to pewnie kukurydziane chipsy- Pochłaniał prawie całą paczkę

 

dziennie.

 

- Mam randkę z Jamesem. - Podeszłam z telefonem do szafy. James miał po 
mnie przyjechać za pół godziny, a ja nie wiedziałam, w co się ubrać. 
 - Wygląda na to, że nasz zakład pozostanie nierozstrzygnięty. - Cain mówił 
zmęczonym głosem, jakby nie miał ochoty ze mną rozmawiać. 
 - Tak słyszałam - oznajmiłam gorzkim tonem. 
 - Co masz na myśli? - Wyczułam, że jest zirytowany, ale nie dbałam o to.

 

- Ty i  Rebeka jesteście prawdziwą parą. Cała szkoła trąbi o ekstrawaganckiej 
bransoletce, którą uznałeś za stosowne jej kupić.  
 -Miała urodziny. I co z tego?

 

- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że jesteś na tyle zakochany, by wydać na swój 
obiekt wakacyjne zarobki? Nie jestem dla ciebie wystarczająco ważna, żebyś 
podzielił się ze mną taką nowiną? - Ogarniała mnie coraz większa złość. Cain 
mógł mnie przynajmniej poprosić o pomoc w wyborze prezentu. Miałam lepszy 
gust niż on.

 

- Przepraszam, że w moim życiu w ogóle coś się dzieje. Myślałem, że jesteś 
zbyt zajęta obcałowywaniem tego gogusia Jamesa, by dbać o to, co ja robię. -
Teraz Cain także był zły i czułam, że nasza rozmowa zmierza donikąd.

 

-A ty tak przyssałeś się do Rebeki, że sprawiacie wrażenie syjamskich bliźniąt!               

 

Nagle Cain przestał chrupać chipsy.

 

- Chyba się boisz, że wygram zakład. Boisz się,

 

że twoja miłość do Jamesa nie 

dotrwa do studniówki. 

   

Wyciągnęłam z szafy spodnie i golf. 

 - Jestem po uszy i bez pamięci zakochana w Jamesie Suttonie. A ty nie masz 
pojęcia o prawdziwym uczuciu. Zależy ci tylko na ładnej twarzy. Wolną ręką 
zdjęłam z siebie dżinsy. Czas naglił a ja jeszcze się nie przebrałam. Z trudem 
opanowałam chęć rzucenia słuchawki.                  

 

- Nic o mnie nie wiesz, Delio. Ostatnie trzy lata ni czego cię nie nauczyły.                               

 

-Najwyraźniej  -  odpowiedziałam ironicznie. - A teraz, jeśli pozwolisz, muszę 
się przygotować do randki. Udanego życia uczuciowego.  
- Nawzajem - odburknął Cain. 
- Żegnam. - Z trzaskiem odłożyłam słuchawkę. Byłam bliska łez, a za dziesięć 
minut miał pojawić się James. 

background image

   Nie mogłam uwierzyć, że moja rozmowa z Cainem tak źle się potoczyła. 
Nigdy przedtem nie bywaliśmy wobec siebie złośliwi i bałam się, że już się nie

 

pogodzimy.

 

   Próbowałam cieszyć się z randki, ale łzy popłynęły mi po policzkach. Miałam 
bladą twarz i zaczerwienione oczy. Może i byłam zakochana, ale wszystko 
wskazywało na to, że straciłam najlepszego przyjaciela. 
 
 

*** 

 
 
- Jesteś taka piękna - powiedział James, przyciągając mnie do siebie.

 

Oparłam głowę na jego piersi, wsłuchując się w przyspieszone bicie serca.

 

- Ty też jesteś niczego sobie. 
   Spałaszowaliśmy sutą kolację i teraz staliśmy pod drzwiami mojego domu. 
Przez cały wieczór James był bardzo troskliwy, czułam się jak księżniczka. 
 - Tak się cieszę,, że jesteśmy razem, Delio. Na początku roku szkolnego byłem 
naprawdę ogłupiały. Kiedy Tanya odeszła, myślałem, że będę sam przez resztę 
życia. Wtedy przyszedłem na warsztaty literackie i spotkałem ciebie.   

 

- Myślę, że to przeznaczenie - powiedziałam, spoglądając w orzechowe oczy 
Jamesa. Chciałam się

 

w nich zatracić bez reszty. Czułam się jak księżniczka z 

bajki.

 

- Też tak myślę. - Wargi Jamesa były tak blisko

 

moich, że raczej wyczułam, niż 

usłyszałam jego słowa. Objęłam go za szyję, przyciągając jeszcze bliżej. 
Pogłaskał mnie po policzku, a ja pogładziłam go po ciepłej skórze na karku i 
poczułam, że zadrżał.

 

   Przez chwilę wpatrywaliśmy się w siebie. A potem James pocałował mnie w 
usta, rozchylając je swymi wargami. Poczułam mrowienie na całym ciele, ale 
jednocześnie ogarnęło mnie zakłopotanie. Miałam to, czego pragnęłam, a mimo 
to prześladowało mnie dziwne poczucie rozczarowania. Dlaczego?

 

Odrzucając wątpliwości, przylgnęłam jeszcze bliżej i zamknęłam oczy przed 
przymglonym światłem latarni nad drzwiami.

 

   Nie wiem, jak długo staliśmy razem, tuląc się do siebie. Kiedy wreszcie się 
rozdzieliliśmy, brakowało nam tchu.

 

   Lampa nad drzwiami zamrugała kilkakrotnie. Najwyraźniej moja mama 
wiedziała, że stoję na zewnątrz i uznała, że mam dość emocji jak na jeden 
wieczór. Roześmiałam się z zakłopotaniem. 
   James uśmiechnął się, głaszcząc mnie po włosach. Pochylił się i przelotnie 
cmoknął mnie w czoło a potem wyszeptał mi do ucha: 
 - Na zabawie zaśpiewam piosenkę specjalnie dla ciebie.

 

   Wślizgnęłam się do domu, zauważając, że mama dyskretnie wycofała się z 
holu. Podeszłam do okna w salonie i odsunęłam muślinową firankę. James 

background image

wsiadł już do dżipa i jego twarz była niewidoczna w mroku. Usłyszałam ciche 
pogwizdywanie i opuściłam firankę.

 

   Wchodząc po schodach, czułam, że jakaś cząstka mnie znajduje się w 
siódmym niebie. Osiągnęłam cel, który sobie wyznaczyłam. Przed nami dopiero 
jesienny zjazd absolwentów, a ja już zakochałam się po raz pierwszy w życiu. 
Kto by przypuszczał, że cyniczna Delia Byrne zdoła rozniecić taką namiętność 
w oczach Jamesa? Naprawdę zdarzył się cud.  
   Ale pozostała część mnie była zdruzgotana. Chociaż mogłam zatelefonować 
do Ellen i zdać jej dokładnie relację z namiętnego wieczoru z Jamesem, drzwi 
Caina dla mnie się zamknęły. Ponieważ nie mogłam się podzielić szczegółami 
życia uczuciowego z osobą, na której zależało mi najbardziej na świecie, było 
tak, jakby nic się nie wydarzyło. 
 
 
 
Rozdział ósmy 
 

Cain 

   W poniedziałek rano poszedłem do pracowni fizycznej, nie mogąc się 
doczekać, kiedy zobaczę Delię. Po owej katastrofalnej rozmowie telefonicznej 
w sobotę wieczorem nie zamieniliśmy ani słowa i właściwie nie byłem pewny, 
co spowodowało taką okropną kłótnię. W jednej chwili rozmawialiśmy jak 
normalni ludzie, a zaraz potem wrzeszczeliśmy na siebie jak najzacieklejsi 
wrogowie. Byłem bardzo zdenerwowany i wciąż myślałem o tym, co zaszło.

 

   Delia weszła do klasy po mnie i usiadła w sąsiedniej ławce. Ponieważ było 
kilka wolnych miejsc, uznałem to za znak, że chce się ze mną pogodzić.

 

   Kiedy pani Gordon zaczęła wykład o zrzucaniu monet z Empire State 
Building, wydarłem kartkę z notesu. „ZAWIESZENIE BRONI?" napisałem 
wielkimi drukowanymi literami. (Chciałem zrobić pierwszy krok, ale nie 
miałem zamiaru przepraszać).

 

   Od jakiegoś kwadransa Delia urządzała przedstawienie, odwracając głowę ode 
mnie. Postukałem ją długopisem w ramię i pokazałem kartkę. Spojrzała w moją 
stronę. Zobaczywszy, co napisałem, uśmiechnęła się lekko. Pociągnąłem ją za 
włosy i schowałem liścik. Poczułem się tak, jakby z mego serca spadł 
dwutonowy głaz.

 

   Gdy rozległ się dzwonek, Delia wstała i podeszła do mnie. Oparła mi dłonie 
na ramionach.

 

- Nadal jesteśmy przyjaciółmi? - spytała.

 

   Skinąłem głową, ściskając jej ręce. 
- Zawsze. Wyszliśmy z klasy

 

-Może po lekcjach wpadniemy do Winsteada? Przekąsimy nachos i 
przypomnimy sobie dawne dobre czasy.                                                      

 

background image

- Świetny pomysł, Parson. Spotkamy się o trzeciej. Na korytarzu czekała na 
mnie Rebeka. Na nadgarstku połyskiwała bransoletka, którą jej podarowałem. 
Zerknąłem na Delię. Miała na twarzy szeroki uśmiech.

 

- Cześć wam - powiedziała Rebeka, promieniejąc.

 

- Cześć, Rebeko - odparła Delia. - Piękna bransoletka. - Mówiła takim tonem, 
jakby rozmawiała z najlepszą przyjaciółką. Ucieszyłem się, że stara się być miła 
dla Rebeki.

 

Rebeka uniosła rękę.

 

- Dzięki, Delio. Kajmak mi ją podarował. Czyż nie jest słodki?

 

   Chwyciła mnie za rękę i podeszła bliżej.

 

   Zobaczyłam, że Delia wywraca oczami. Nie wie działem, co sobie myśli.

 

- Słodki jak cukierek - powiedziała. - Do zobaczenia, gołąbeczki. 
 

 

*** 

 
 

   Delia oddaliła się korytarzem, a Rebeka pocałowała mnie w policzek. 
 - Zgadnij? - powiedziała. 
 - Co? - Nie spuszczałem oka z Delii, która stała z Jamesem przy wyjściu 
przeciwpożarowym. Śmiała się i trudno było uwierzyć, że to ta sama 
dziewczyna, która tak bardzo złościła się w sobotę wieczorem. 
- Rozmawiałam z Carrie Starks. Powiedziała, że ona i Patrick wybiorą się z 
nami na sobotnie tańce.

 

   Zmarszczyłem brwi na myśl o tym, jak okropny bywał Patrick na szkolnych 
imprezach. Nie należał do osób z którymi chciałbym się afiszować. A odkąd 
zaczął się spotykać z Carrie Starks, nie mogłem patrzeć na ich publicznie 
demonstrowane wzajemne czułości. Sposób, w jaki zwalisty futbolista na 
oczach wszystkich obmacywał swoją dziewczynę, budził niesmak. Rebeka 
zdawała się nie zauważać, że nie jestem zachwycony.

 

- Będzie wspaniale - zapewniała. - Będziemy się razem świetnie bawić. Jeśli 
zaprzyjaźnię się z Carrie, pomoże mi się dostać do zespołu cheerleaderek.

 

   Jeśli naprawdę chciała iść z Patrickiem i Carrie, niech jej będzie. Im lepszy 
będzie miała humor, tym bardziej będzie skłonna do romansów. A przecież po 
to są szkolne zabawy

 

- Pojedziemy moim samochodem - powiedziałem,  obejmując ją ramieniem.

 

   Zostawiłem Rebekę przed jej klasą i przeskakując po dwa stopnie naraz, 
pobiegłem do biblioteki. Ja

 

i Andrew przygotowywaliśmy referat z historii.

 

   Znalazłem go przy stole. Przed nim piętrzyło się ze dwadzieścia opasłych 
tomów. Trzymał w zębach ołówek i sprawiał wrażenie poważnego ucznia, 
którym wcale nie był.

 

-Jak tam, Rice? - spytałem, sadowiąc się obok niego.

 

background image

-Ciii, jesteśmy w bibliotece. - Andrew przyłożył palec do ust, nakazując mi 
milczenie.

 

   Pochyliłem się w jego stronę.

 

-Co jest? - wyszeptałem, rozglądając się, czy nie patrzy na nas bibliotekarka. 
   Andrew wskazał na dziewczynę za biurkiem. W bibliotece odbywali praktykę 
różni uczniowie, ale

 

Andrew nigdy się nimi nie przejmował. Dziewczyna

 

drugich brązowych włosach miała na sobie rozpinaną z przodu bluzkę. Andrew 
powiedział:

 

- Obiecałem Rachel, że będziemy cicho.

 

   Uniosłem brwi. Czyżby przybysze z kosmosu uprowadzili Andrew i zastąpili 
go klonem? Nigdy przed

 

tern nie przejmował się pomocnicami bibliotekarki.

 

- No i co z tego?

 

- To wspaniała dziewczyna. Okażmy jej trochę szacunku - wyszeptał Andrew i 
wrócił spojrzeniem do Rachel, która wpisywała coś do komputera.

 

   Dotknąłem jego czoła.

 

- Masz gorączkę czy straciłeś rozum? Odepchnął moją rękę.

 

- Bierzmy się do pracy. Rachel była tak miła, że znalazła dla nas książki. 
Skorzystajmy z nich.

 

   Otworzyłem najbliżej leżący tom i przekartkowałem kilka stron. Po chwili 
zwróciłem się do Andrew, pytając, jak ma zamiar podzielić pracę. Z otwartymi 
ustami gapił się na Rachel. Pomachałem mu ręką przed oczami, usiłując zwrócić 
na siebie uwagę.  
   Na widok rumieńca, oblewającego policzki Andrew, doznałem olśnienia. Bez 
względu na to, czy zdawał sobie z tego sprawę, czy nie, ten renegat Andrew 
zakochał się w dziewczynie z biblioteki. 
 
 

*** 

 
 

- Ma na imię Rachel - zakomunikowałem Delii, przytrzymując dla niej oszklone 
drzwi, prowadzące do Winsteada. - Pracuje w bibliotece. 
   Winstead był jedyny w swoim rodzaju. Można tam było dostać wszystko od 
hamburgerów po burritos, chociaż większość dań smakowała tak samo. Stoliki 
były zniszczone, a w rogu stała szafa grająca. Myślę, że Delia i ja spędziliśmy 
tam większość wolnego czasu, zwłaszcza zanim dostaliśmy prawa jazdy. Było 
to popularne miejsce spotkań uczniów pierwszej i drugiej klasy, bo prawie 
każdy mógł tam dojechać na rowerze.

 

- Rachel Hall? - spytała Delia, zmierzając do naszego ulubionego stolika. Stał 
tuż przy szafie grającej. Ilekroć tam byliśmy, Delia okupowała szafę, narzucając 
innym swój gust muzyczny - Chyba tak. Andrew mówił o niej po prostu Rachel. 
Za każdym razem, gdy wypowiadał jej imię,  miał durnowaty wyraz twarzy. - 

background image

Powiesiłem nasze  kurtki na wieszaku obok sąsiedniego stolika, a potem ciężko 
usiadłem na krześle. Miałem za sobą trudny dzień.

 

- Bardzo interesujące. Wydawało mi się, że Rachel  nie figuruje na liście 
Andrew. 
    Delia otworzyła menu, a ja wykręciłem szyję, żeby móc je czytać do góry 
nogami.

 

- Ale najwyraźniej wpadła mu w oko.

 

- Zastanawiam się, czy on jej także - powiedziała Delia, popychając jadłospis w 
moją stronę. - Weźmiemy nachos do spółki?

 

- Marzę o nachos od czasu lunchu z sałatką z tuńczyka - odparłem. - Nie 
wyglądają na dobraną parę, ale miłość nie pyta.

 

- Z nami też tak było - zgodziła się Delia. Złożyła zamówienie u kelnerki. 
Następnie pochyliła się, żeby wsunąć dolara do szafy grającej. 
- To prawda. Jeszcze trzy miesiące temu nie mieliśmy pojęcia, że się 
zakochamy. I stało się. - Uśmiechnąłem się do Delii, a ona do mnie. Kelnerka 
przyniosła nachos prawie natychmiast. Składają się one głównie z kupnych 
chipsów, oblanych topionym serem. Obok nich piętrzył się stosik małych 
papryczek. Krótko mówiąc, nachos u Winsteada były moim ulubionym daniem.                                            

 

Delia sięgnęła po rozmoczonego chipsa i wepchnęła do ust w całości.

 

- Wiesz, Cain, muszę ci się do czegoś przyznać.

 

- Do czego?

 

- Jestem naprawdę zadowolona, że namówiłeś mnie na ten głupi zakład. Nie 
wiem, czy wysyłała-bym do Jamesa miłosne sygnały, gdyby nad moja głową nie 
zawisła groźba utlenionych włosów.

 

- Cieszę się z twojej nowej roli zakochanej dziewczyny, ale nadal uważam, że 
James jest ofiarą losu.

 

- Zjadłem nachos, rozkoszując się smakiem topionego 

sera.

 

- Mówisz tak tylko dlatego, że chcesz wygrać zakład. Nie satysfakcjonuje cię 
remis?

 

   Wiedziałem, że Delia nie przyjmie mojej rady, ale nie mogłem się 
powstrzymać od wygłoszenia opinii.  
Taką już mam naturę.

 

- Nie mówię tego, żeby wygrać zakład. Mówię to, co myślę.

 

- A jeśli ja powiem, że Rebeka nie jest wystarczająco dobra dla ciebie? - Zaczęła 
się jedna z wybranych melodii i Delia kołysała się w jej rytmie.

 

- Odpowiem, żebyś pilnowała własnego nosa - odparłem.

 

- Otóż to. 
- Więc mówisz mi, żebym pilnował własnego

 

nosa? 

 

- Tak, Sherlocku. 
Pomachałem białą flagą z serwetki.

 

- Masz rację

 

Delia skinęła głową.

 

-Wiedziałam, że się ze mną zgodzisz.

 

background image

   Delia odsunęła talerz z nachos i sięgnęła po  szklankę z wodą, którą wychyliła 
jednym haustem.Patrząc na nią, musiałem się roześmiać. Delia była  jedna na 
milion.

 

 
 

 

* * * 

 
 

 

   Zjazd absolwentów wypadał w sobotę, 11 listopada. Dzień był zimny i 
słoneczny. W piątek po południu uporałem się z wszystkimi przygotowaniami.  
Mama pomogła mi wybrać bukiecik z czerwonych  róż dla Rebeki, odebrałem z 
pralni mój jedyny garnitur, a nawet umyłem samochód. Byłem gotowy.

 

   Ponieważ Patrick należał do drużyny futbolowej,  a Carrie była cheerleaderką, 
ja i Rebeka mieliśmy pojechać po nich na mecz Raidersów. Potem wrócić do 
domu, żeby się przebrać, a około ósmej miałem  zabrać wszystkich moim 
samochodem. Nadal nie  piałem z zachwytu, że będziemy się bawić w nud-
nawym towarzystwie Patricka i Carrie, ale pogodziłem się z tą myślą.

 

   Gdy przyjechaliśmy na mecz, Rebeka zaprowadziła mnie do sektora trybuny 
dokładnie naprzeciw cheerleaderek.

 

- Usiądźmy tutaj - powiedziała. - Stąd będzie widać wszystkich naszych 
przyjaciół. - Pomachała do Carrie, która w odpowiedzi potrząsnęła czerwonym 
pomponem.

 

   Kątem oka zauważyłem Andrew. Był sam, więc przywołałem go gestem dłoni. 
Miał żałosny wyraz twarzy, co było do niego całkiem niepodobne.

 

Rebeka wstała i uściskała go, zanim usiadł.

 

- Jak leci, Andy?

 

   Andrew podrapał się w głowę i potarł rudawą szczecinę, porastającą jego 
policzki.

 

- Prawdę mówiąc, bywało lepiej.  
   Rebeka jakby nie usłyszała jego odpowiedzi.

 

- Kogo zabierasz na tańce? Andrew pokręcił głową.

 

- Nie idę - odparł.

 

- Myślałem, że idziesz z Rachel Hall - powiedziałem. Od dwóch dni zbierał się 
na odwagę i przysięgał, że ją zaprosi w piątek po lekcjach.

 

- Uznałem, że to będzie obraźliwe. Nie można zaprosić dziewczyny na dzień 
przed imprezą. Będzie wyglądało na to, ze myślę, że ona nie ma z kim pójść.

 

-  Rachel Hall? - spytała Rebeka, marszcząc nos.

 

- Ta nijaka dziewczynina z 

biblioteki? Szturchnąłem Rebekę w żebra. Była piękna i inteligentna, ale 
dyplomacja nie należała do jej mocnych stron.

 

- Uważam, że jest bardzo ładna - powiedziałem. Andrew wzruszył ramionami

 

background image

- Może Rebeka ma rację. Co mam wspólnego z laską, która pracuje w 
bibliotece?

 

- To nie jest dziewczyna dla ciebie - oświadczyła Rebeka stanowczym tonem. - 
Jestem pewna, że znajdziesz sobie kogoś o wiele atrakcyjniejszego. 
- Delia lubi Rachel - powiedziałem. - W zeszłym roku, razem chodziły na 
angielski i cały czas rozmawiały o książkach. - Zerknąłem na Rebekę, dając jej 
do zrozumienia, żeby dała spokój Andrew. Rachel była pierwszą dziewczyną, na 
której naprawdę mu zależało i me chciałem, żeby Rebeka wszystko po

 

psuła.

 

- To, że Delia ją lubi, o niczym nie świadczy. Ona nie trzyma dłoni na pulsie 
szkolnego życia - powiedziała Rebeka słodkim tonem, ale jej słowa przyprawiły 
mnie o mdłości.

 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytałem, nieomal zapominając, że Andrew 
jest tuż obok. Całą moją uwagę pochłonęła Rebeka.

 

- Uważam, że Delia nie ma pojęcia, kto spośród uczniów ostatniej klasy cieszy 
się popularnością. Ona jest miła, ale... - Rebeka zawiesiła głos.

 

- Ale co? Deels nie ma czasu, bo ma do roboty coś lepszego: taniec, pisanie, 
spotykanie się ze mną.

 

   Wiedziałem, że nie powinienem tego mówić, ale nie mogłem się 
powstrzymać. Krew uderzała mi do głowy, ilekroć usłyszałem, że ktoś źle się 
wyraża o Delii. Mogłem całymi godzinami rozprawiać, jak bardzo mnie wkurza, 
ale gdy ktoś inny ośmielał się ją krytykować, miałem ochotę coś rozwalić.

 

- Wybacz, Cain. To tylko moja opinia - powiedziała Rebeka urażonym tonem, a 
ja natychmiast zdałem sobie sprawę, że przesadziłem. W końcu żyjemy w 
wolnym kraju. Rebeka może mówić, co się jej podoba. A poza tym Delia nie 
potrzebowała adwokata.

 

- Przepraszam - odezwałem się skruszony. - Myślę, że w przypadku Byrne 
zachowuję się jak starszy brat. Andrew wie, o co mi chodzi, prawda? 
   Spojrzałem w jego stronę, spodziewając się, że rozładuje sytuację jakimś 
żartem. Niestety, już go nie było. Zobaczyłem jego plecy w czarnej skórzanej 
kurtce, gdy zmierzał w stronę kiosku. 
 - Nie szkodzi - powiedziała Rebeka, kładąc mi dłoń na kolanie. - Myślę, że jest 
mnóstwo znacznie zabawniejszych tematów niż rozmowa o Delii. Skinąłem 
głową w milczeniu i objąłem Rebekę. 
 - Masz racje. Pomówmy o nas.  
   Podczas gdy Rebeka rozwodziła się na temat swojej nowej sukienki, którą 
włoży na tańce, ja omiotłem wzrokiem trybuny.  
   Na prawo od nas, o kilka rzędów wyżej, siedziała Delia z Jamesem. Byli 
okryci wielkim kocem i nie było  widać, czy ona i Goguś (tak nazywałem go w 
myśli) trzymają się za ręce. Nie, żeby mnie to obchodziło, ale po prostu byłem 
ciekawy. 
    Za Jamesem i Delia siedziała Ellen Frazier. Jestem pewien, że facet obok niej 
był tym, z którym miała pójść na tańce, ale dzieliła ich odległość co najmniej 

background image

metra. Ellen miała pogardliwy wyraz twarzy, a ja nie mogłem powstrzymać się 
od śmiechu. Delia po wiedziała mi o jej cudownym biustonoszu. Zmrużyłem 
oczy, by mu się lepiej przyjrzeć. Według mnie wyglądała tak samo jak zawsze. 
Ale miała na sobie gruby sweter. Postanowiłem sprawdzić podczas

 

tańców.

 

   Mój wzrok powędrował ku Delii. Koniecznie chciałem wiedzieć, co dzieje się 
pod kocem. Właśnie wtedy spojrzała na mnie. Otworzyła szeroko oczy,

 

a potem odwróciła głowę. Poczułem, że się rumienię. Czyżby sobie  pomyślała.  
że sie na nią

 

gapię? 

- Mój tata powiedział, że mogę wrócić o dwie godziny później niż zwykle dotarł 
do mnie głos Rebeki. - Wspaniale, no nie?

 

Przysunąłem się do niej i uściskałem mocno.

 

- Wspaniale. Po prostu świetnie.

 

- Wiem- Zwłaszcza że jedna z gwiazd drużyny koszykówki robi imprezę u 
siebie. Tylko za zaproszeniami, ale jestem przekonana, że będziemy na jego

 

liście.

 

   Jęknąłem bezgłośnie, znowu zwracając głowę w stronę Delii. Nasze spojrzenia 
spotkały się na chwilę i zobaczyłem, że się wzdrygnęła. Koc zsunął się z jej 
kolan i w końcu zobaczyłem, że ona i Goguś rzeczywiście trzymają się za ręce.

 

   Zamknąłem oczy, zastanawiając się, czy ona, podobnie jak ja, uważa, że 
prawdziwa miłość nie jest wcale łatwa. Chyba jednak nie. 
 
 
 

Rozdział dziewiąty 
 

 

DELIA 

 

   Czy zauważyliście, że zabawy 

w liceum mają temat 

przewodni? Nie jest to 

po 

prostu impreza w 

sali gimnastycznej z bajeranckim 

oświetleniem, 

zespołem i 

ponczem. Istnieje 

niepisane prawo, nakazujące 

uczniom dostosowanie się do 

zachcianek specjalnego 

komitetu, zajmującego się 

dekoracjami. 

Na tegoroczny 

zjazd absolwentów 

komitet 

wybrał „Wieczór w Paryżu".

 

   Muszę przyznać, że sala 

gimnastyczna liceum 

im. Jeffersona wyglądała nawet 

ładnie. Na 

ścianach 

i suficie umocowano sznury białych 

lampek. 

Ustawiono 

rzędy maleńkich stolików, 

wokół których 

stały krzesełka z kutego żelaza. Na 

każdym 

stole 

płonęła świeczka. Na ścianach wisiały ogromne, wykonane przez 

uczniów malowidła, przedstawiające słynne widoki Paryża. A pod tablicą z 
koszem, 

wznosiła 

się wieża Eiffla z papier-mache. Nie był to 

może 

Paryż jak 

żywy, ale rzeczywiście komitet się 

postarał. 

Powieszenie tych wszystkich 

lampek musiało 

im 

zająć wiele godzin. 

    Przyjechaliśmy z Jamesem przed czasem, 

ponieważ 

chłopcy z Fal Radiowych 

musieli rozstawić instrumenty i sprzęt nagłaśniający. Wkrótce zespół 

był 

background image

gotowy, chociaż brakowało jeszcze wiele osób. 

Pa

trzyłam na śpiewającego 

Jamesa i na dziewczyny, przyglądające się śpiewającemu Jamesowi. Uwiel-
białam ten ich napięty wyraz twarzy; ich maślane oczy przypominały mi moje 
własne. 

- Jak ci się podoba wesoły Paryż? - spytała Ellen.

 

Ucieszyłam się na jej widok. Chociaż James na scenie prezentował się 
doskonale, doskwierała mi samotność.

 

- Piękny widok, ale gdzie jest Sekwana?

 

   Ellen się roześmiała.

 

-Jeżeli rozleje się wystarczająco dużo ponczu, przez środek sali gimnastycznej 
popłynie rzeka.

 

gdzie jest Sam?

 

   Parą Ellen był kolega Jamesa, Sam. Przyjechali do szkoły razem z nami, ale 
Sam zniknął z pola widzenia.

 

- Jest na parkingu z kilkoma kumplami. Myślę, że nie nadaje się na księcia z 
bajki.

 

- Ale ty wyglądasz pięknie. Może powinnaś się rozejrzeć za kimś 
odpowiedniejszym.

 

   Ellen rzeczywiście prezentowała się fantastycznie. Muszę dodać, że 
wróciłyśmy do sklepu i zdecydowałyśmy się na sukienki, które zwróciłyśmy po 
przymierzeniu. Ellen była prawdziwą królową balu, chociaż nie byłam 
przekonana, czy rzeczywiście konieczny jest ten cudowny biustonosz.

 

-  Poznałam już pewnego chłopaka. O, stoi sam niedaleko wieży Eiffla. Myślę, 
że do niego podejdę. Piękne widoki są jeszcze piękniejsze, gdy się je ogląda w 
miłym towarzystwie.

 

   Gdy Ellen odeszła, zlękłam się, że będę podpierać ścianę. Sala gimnastyczna 
zapełniła się, a ja tkwiłam samotnie. Byłam znudzona i poirytowana. Fale 
Radiowe miały występować do końca wieczoru, a wszyscy znajomi chłopcy 
tańczyli na parkiecie.

 

Nowe czółenka piły mnie w pięty, więc postanowiłam zająć miejsce przy 
jednym ze stolików. Z dogodnego punktu obserwacyjnego, siedząc na krzesełku, 
zobaczyłam, że Cain przyszedł na zabawę z Rebeka, Patrickiem Mayorem i 
Carrie Starks. Zawsze wyczuwałam obecność Caina. W ciągu minionych lat 
rozwinęło się u mnie coś w rodzaju radaru, który informował mnie o miejscu 
jego pobytu. Czasami nawet odczuwałam z nim łączność telepatyczną, o jakiej 
w telewizji opowiadają bliźnięta.  
   Zobaczywszy, że Cain i Rebeka kierują się na parkiet, oparłam głowę o ścianę 
i zamknęłam oczy. Miałam za sobą długi dzień i wiele godzin do końca zabawy.

 

   Nagle usłyszałam głos Jamesa, mówiącego do mikrofonu i uniosłam powieki. 
 - Chciałbym zadedykować tę piosenkę Delii Byrne - powiedział niskim, 
gardłowym głosem. - Jest moją brązowooką dziewczyną.

 

   Wszystkie spojrzenia natychmiast skupiły się na mnie. Wstałam i pomachałam 
Jamesowi, czując, że się rumienię. Byłam pewna, że mój puls bije dwa razy 

background image

szybciej niż zwykle. Nigdy przedtem nie dedykowano mi piosenki. Pomysł był 
niesłychanie romantyczny. Patrząc na uśmiechniętą twarz Jamesa, poczułam 
dreszcz podniecenia. Fale Radiowe zaczęły grać własną wersję „Dziewczyny o 
brązowych oczach" Vana Morrisona. Rytm był powolny i duszny. W sam raz na 
„Wieczór w Paryżu".  
   Chociaż słuchałam piosenki, którą wykonywano specjalnie dla mnie, byłam 
przygnębiona, bo ani razu nie zatańczyłam i do końca wieczoru miałam

 

przyglądać się zabawie innych.

 

- Czy mogę panią prosić do tańca, madame?

 

   Odwróciłam się. Obok mnie stał Cain. Jego niebieskie oczy lśniły.

 

granatowym garniturze i w krawacie w turecki wzór prezentował się bardzo 
elegancko i wytwornie. Zupełnie jak model z okładki.

 

- Zatańczę z przyjemnością, proszę pana - odparłam i wtuliłam się w jego 
rozwarte ramiona.

 

   Cain rozejrzał się po parkiecie i uznałam, że wypatruje Rebeki. Myliłam się.

 

- A więc Andrew nie przyszedł.

 

- Rachel Hall także się nie pokazała. Szukałam jej.  
   Cain pokręcił głową.

 

- Szkoda. Pewnie każde z nich siedzi teraz samotnie w domu.

 

- Dobrze, że to nie my.

 

   Cain przyciągnął mnie trochę bliżej.

 

- Dzięki Bogu - odparł. Zamilkliśmy.

 

   Cain i ja często tańczyliśmy razem. Ukończył wszystkie szkolne kursy tańca, a 
ja tylko kilka z nich, przy czym zazwyczaj, zaraz po przyjściu na lekcję, 
starałam się pozbyć partnera i dać nogę. Jak wspominałam, nigdy nie miałam 
szczęścia w miłości.

 

-  Świetnie wyglądasz, Deels - powiedział Cain, patrząc mi w oczy. 
Przesunęliśmy się na środek parkietu i zdawałam sobie sprawę, że Cain mocno 
mnie obejmuje. Ale nie z wyboru - tańczyliśmy wolny kawałek, więc musiał 
mnie trzymać blisko siebie.

 

- Naprawdę tak uważasz? - spytałam. Cain nigdy nie prawił mi komplementów, 
woleliśmy się czule przekomarzać.

 

-Tak.

 

Dzięki. Dlaczego jesteś taki miły? To denerwujące.  

   W tle rozbrzmiewał bardzo męski głos Jamesa, ale

 

moją uwagę pochłaniał 

Cain.  
- Jestem miły? - roześmiał się. - Niemożliwe. - Obrócił mnie, a potem przygiął 
niemal do podłogi. 
   Wyraz powagi całkowicie zniknął z jego twarzy.

 

- Uważasz, że ta sukienka jest wystarczają co obcisła? Wygląda tak, jakby ją 
zszyto na tobie.  

 

   Takiego Caina dobrze znałam.

 

background image

- Tak? Więc teraz ja ci coś  powiem. Ile tubek brylantyny zużyłeś? - spytałam, 
chichocząc. - Trzy? A może cztery?                                             

 

   Wybuchnęliśmy śmiechem. A gdy James przyspieszył rytm piosenki, 
zaczęłam prowadzić Caina w tańcu podobnym do tanga. Mknęliśmy po 
parkiecie, zmuszając inne pary; by się rozstępowały.  
   Gdy muzyka ucichła, znajdowaliśmy się w przeciw ległym końcu sali 
gimnastycznej. Było tam znacznie ciemniej. Cain znów przyciągnął mnie bliżej, 
a ja zarzuciłam mu ręce na szyję.  
   Nagle zabrakło mi tchu. Poczułam silne mięśnie karku Caina i mój puls 
przyspieszył do stu uderzeń na sekundę.

 

   Gdy odchyliłam głowę, aby spojrzeć na jego twarz, zobaczyłam wargi Caina 
kilka milimetrów ponad moimi. Czas się zatrzymał, nie mogłam oderwać 
wzroku od jego oczu. Pewnie widzą to inne dziewczyny, pomyślałam. Oto Cain, 
jakiego nie znałam.  
   Zbliżyłam głowę do jego głowy i zamknęłam powoli oczy. Dziwnie się 
czułam, ale nie mogłam się powstrzymać.

 

- Odbijany! - usłyszałam piskliwy głos nad uchem.

 

- Rebeka! - powiedział Cain, gwałtownie odsuwając się ode mnie. - Właśnie 
zamierzałem cię szukać.

 

- A więc jestem - stwierdziła, zupełnie mnie lekceważąc.

 

- A więc jesteś - powiedziałam, odsuwając się jeszcze dalej od Caina. - Na razie, 
Parson. 
   Przepchnęłam się przez tłum par i ruszyłam na poszukiwanie Ellen. 
Potrzebowałam cynicznego komentarza na temat głupoty szkolnych zabaw.  
   Gdy znalazłam się na środku sali gimnastycznej, obejrzałam się, żeby zerknąć 
na Caina. Patrzył na mnie, ale znajdował się zbyt daleko, bym mogła odczytać 
wyraz jego oczu. Zabrakło mi tchu i poczułam się jak sparaliżowana.  
   W tej samej chwili Rebeka przyciągnęła głowę Caina, aby go pocałować, i 
czar prysnął. Nie byłam pewna, co zaszło pomiędzy mną a Cainem, ale łudziłam 
się i modliłam, żeby, cokolwiek to było, nie powtórzyło się nigdy więcej. 
 
 

 

* * * 

 
 

 

- Podobało się - powiedział James kilka godzin później. - Moje miłosne piosenki 
zawsze się podobają.

 

   Była niemal pierwsza w nocy. Przed godziną zatelefonowałam do mamy, by 
jej powiedzieć, że wrócę później niż zwykle. Zabawa się skończyła, ale James i 
Fale Radiowe musieli zostać dłużej i spakować sprzęt.

 

background image

- Byliście świetni - pochwaliłam, chowając do płóciennej torby kłąb 
przedłużaczy. - Ludzie was uwielbiają.

 

- Cóż mogę odpowiedzieć? Mam rock and rolla we krwi. - James chwycił gitarę 
i przysiadł na jednym z krzesełek. Zagrał dwunastotaktowy rytm, nucąc pod 
nosem.

 

- Co jeszcze mogę zrobić? - zapytałam, rozglądając się po pustej estradzie. 
Byłam wykończona, a jutro miałam wcześnie wstać i pilnować Niny. 
James chwycił mnie za rękę i pociągnął na krzeseł ko obok siebie.                                                  

 

-Oto blues „Nie chcę odwozić Delii do domu" - zaśpiewał przy 
akompaniamencie gitary. Roześmiałam się.

 

- Daj spokój, Micku Jaggerze. Jeśli zaraz nie wrócę do domu, mój tata naśle na 
nas Gwardię Narodową.  
   Gdy zajechaliśmy przed mój dom, nad gankiem świeciło się światło. Poprzez 
firanki dostrzegłam za rys sylwetki mamy, która siedziała na kanapie czekając 
na mnie.

 

   James wyłączył silnik i zgasił światła. Odwrócił się do mnie i położył dłonie 
na moich biodrach. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował mocniej niż zwykle.     
W mroku nocy poczułam się jak owinięta w ciepły kokon. Zapomniałam o 
minionym meczu, zabawie i o czekającej na mnie matce. Istniały tylko nasze 
usta, ręce 

ciche oddechy.  

   Po plecach przebiegły mi ciarki i każdy mój nerw dygotał z podniecenia.          

 

- Cain - wyszeptałam, czując miękkie włosy pod palcami.  
   Zaraz potem otworzyłam oczy, nie wierząc w to, co przed chwilą 
wyszeptałam. Przerażona, zdałam sobie sprawę, że nazwałam Jamesa Cainem. 
Jak mogłam? I czy on to usłyszał? 
    Odsunęłam się i spojrzałam na Jamesa. A wtedy on przytulił mnie mocniej. 
Najwyraźniej nie usłyszał, że wypowiedziałam imię Caina.  Odczułam wielką 
ulgę, ale nie mogłam się skupić 

na 

pocałunkach Jamesa. W mojej głowie 

rozbrzmiewało imię Caina, Dlaczego je wypowiedziałam? Co się ze mną dzieje? 
Lekko potrząsnęłam głową, starając się pozbierać

 

myśli. Wmawiałam sobie, że wypowiedzenie imienia Caina nic nie znaczy. 
Niedawno go widziałam, więc utkwił mi w głowie. Przecież jestem zachwycona 
że tak dobrze układa mi się z Jamesem.  
- Mógłbym cię całować bez końca - powiedział James, czule ujmując w dłonie 
moją twarz.

 

- Kocham cię - wyszeptałam, wtulając twarz w jego ramię.

 

   Nigdy przedtem nie wypowiedziałam tych słów do chłopaka (z wyjątkiem 
Caina, ale to było co innego), i zawsze wyobrażałam sobie, że gdy ta chwila w 
końcu nadejdzie, rozdzwonią się dzwony, a na niebie rozbłysną fajerwerki. Nic 
takiego się nie stało, ale pomyślałam, że oczekuję zbyt wiele. W tym momencie 
byłam pewna, że dałam wyraz prawdziwym uczuciom. James Sutton jest moim 
przeznaczeniem. I kropka.

 

background image

   Dopiero gdy zgasiłam lampkę na nocnym stoliku, zdałam sobie sprawę, że 
James nie zrewanżował mi się tymi samymi słowami. Byłam pewna, że to uczy-
ni. Wkrótce. 
 
 

*** 

 
 

- Przetańczyłaś całą noc? - zapytała mnie Nina, wyciągając pudełko lodów z 
zamrażalnika.

 

   Przygotowałam dwa talerzyki i dwie łyżeczki. -  Nie. James grał z zespołem, 
więc nie miałam z kim tańczyć.

 

   Nina głośno westchnęła.

 

- Taniec jest taki romantyczny. Tak bardzo chciałabym pójść na zabawę. 
   W ciągu ostatnich kilku miesięcy Nina zaczęła się interesować chłopcami i 
randkami. Zadawał mi mnóstwo pytań dotyczących Caina i Jamesa, chcąc 
zrozumieć, jaka jest różnica pomiędzy chłopcem, z którym się spotykam, a 
chłopcem, z którym się przyjaźnię.                                                            

 

   Gdy dotarłam do jej domu, podskakiwała, nie mogąc się doczekać opowieści o 
zabawie. Czułam się jak stara, zgorzkniała kobieta, patrząc na jej uszęśliwioną 
twarzyczkę.                                           

 

- Jeszcze się wytańczysz. Jestem przekonana, że wszyscy chłopcy z twojej klasy 
na wyścigi będą cię zapraszali na zabawę.

 

   Wyłożyłam porcje lodów na miseczki i jedną z nich podsunęłam Ninie.

 

- Czy Cain był na zabawie? - Odkąd dziewczynki z jej klasy zaczęły się 
interesować chłopcami, Nina jeszcze bardziej zwariowała na punkcie Caina.

 

- Tak. Przyszedł ze swoją dziewczyną, Rebeką.  
   Nina zmarszczyła brwi. Nie podobało jej się, że

 

Cain spotyka się z 

dziewczyną, której nigdy nie widziała.

 

- Zatańczyłaś z nim chociaż?

 

- Tak. Raz. - Miałam nadzieję, że Nina nie zauważyła moich rumieńców. 
Czułam, że na samo wspomnienie napięcia, które zaistniało między mną a 
Cainem, gdy tańczyliśmy przy „Dziewczynie o brązowych włosach", moja 
twarz purpurowieje. Nie chciałam o tym rozmawiać z Niną.

 

- Jak myślisz, czy Cain zechce mnie zabrać na tańce?

 

   Roześmiałam się.

 

- A nie jest dla ciebie trochę za stary? 
Nina wzruszyła ramionami.  
- Jak na swój wiek jestem dojrzała. Wpakowałam do ust pełną łyżeczkę lodów. 
 - Wstawię się za tobą - obiecałam z uśmiechem. Przez chwilę Nina jadła w 
milczeniu, a potem spojrzała na mnie z poważnym wyrazem twarzy.

 

- Czy ty i Cain pobierzecie się kiedyś? Omal się nie zadławiłam.

 

background image

- Nie! - Nina i ja setki razy rozmawiałyśmy o tym, że z Cainem łączy mnie tylko 
przyjaźń, ale ona nie chciała przyjąć do wiadomości, że nie jest on moim 
ideałem mężczyzny.

 

   Nina spojrzała na mnie w zamyśleniu.

 

- A ja uważam, że powinnaś zostać jego żoną. Będę twoją druhną.

 

   Wiedziałam z doświadczania, że sprzeczanie się z Niną nie ma sensu, więc 
tylko pokręciłam głową. Dziewczynki w jej wieku muszą się wiele nauczyć o 
miłości. 
 
 
 
Rozdział dziesiąty 
 

 

CAIN 

   Ja i Rebeka wygrzewaliśmy się w promieniach słoń ca, leżąc na kocu nad 
Stawem Hazardzisty. Spoglądałem na wodę, rozmyślając o tym, jak dobrze być 
młodym i zakochanym.

 

   Odwróciłem głowę, słysząc perlisty śmiech dziewczyny. Lecz to nie Rebeka się 
śmiała. To była Delia. Osłaniała oczy przed słońcem. Jej umięśnione, opalone 
na brąz nogi leżały na kocu obok mnie.  
   Nie zastanawiając się nad tym, skąd się tam wzięła, położyłem głowę na jej 
kolanach. Uśmiechnąłem się, spoglądając w jej błyszczące oczy. Delia pochyliła 
się powoli i musnęła wargami moje ucho. A potem przybliżyła wargi do moich 
ust, a ja wsunąłem palce w jej gęste czarne włosy. Usiadłem i całowaliśmy się, 
przywierając do siebie tak mocno, jakbyśmy byli dwiema połówkami całości... 
 
   Nagle się obudziłem. Serce waliło mi jak młotem,

 

a na skronie wystąpiły 

kropelki potu. Co się ze mną

 

działo?

 

   Oczywiście Delia śniła mi się wiele razy. Każdy, kogo znałem, od czasu do 
czasu, pojawiał się w moich 

 

snach. Ale nigdy się nie całowaliśmy! Poczułem 

się

 

tak, jakby ktoś wymierzył mi policzek. Powinienem

 

przecież fantazjować o 

Rebece! To ona jest moją

 

dziewczyną  i w niej jestem zakochany. Ale pocałunek 

z Delią był taki realny, że wciąż czułem go na wargach. 

   Zegarek przy łóżku wskazywał kwadrans po południu. Zawstydzony, że tak 
zaspałem, powlokłem się

 

do łazienki, żeby wymyć zęby i pozbyć się myśli na

 

temat Delii.

 

 

   

Każdy wie, że nie można serio traktować snów. Chociaż przyśniło mi się, że 

całuję się z Delią, nie oznacza to, że chcę się z nią całować. Poprzedniego 
wieczoru przydarzyła nam się romantyczna chwila podczas tańca i stąd ten sen.                       

 

   Oblałem twarz lodowatą wodą i zadecydowałem, że najlepiej będzie, jak pójdę 
porzucać piłką do kosza. Potrzebowałem ruchu. Sen o Delii nie ma znaczenia.

 

background image

- Najmniejszego - powiedziałem do mego odbicia

 

w lustrze. - Znaczy tyle, co 

nic. Zero. 
 
 

 

* * * 

 
 

 

- Jak było na tańcach, Parson? - zagadnął mnie Andrew w poniedziałek rano.

 

Siedzieliśmy w bibliotece, męcząc się nad referatem. Tematem były egipskie 
piramidy. Ja opracowywałem tło historyczne, a Andrew zbierał dane na temat 
samych piramid i grobów, które się w nich mieściły.

 

- Zespół był do bani, ale i tak dobrze się bawiłem - odparłem.

 

   Andrew uniósł brwi.

 

-  Dziwne. Słyszałem, jak grają Fale Radiowe, i uważam, że to zupełnie dobry 
zespół.

 

- Są gusta i guściki - odpowiedziałem, wzruszając ramionami, i otworzyłem 
książkę. - Nawiasem mówiąc, Rachel nie przyszła. 
   Zgodnie z moimi przewidywaniami Andrew natychmiast zapomniał o Jamesie 
Suttonie i jego głupim zespole. Spojrzał na biurko bibliotekarki i jak na 
zawołanie Rachel Hall weszła do środka i usiadła przy komputerze. 
Zobaczyłem, że spojrzała w naszą stronę i szybko odwróciła wzrok.  
   Andrew odsunął krzesło.

 

- Właśnie mi się przypomniało, że muszę oddać książkę. Zaraz wracam.

 

   Odchyliłem się na poręcz krzesła, by popatrzeć jak Andrew zabiera się do 
rzeczy. Chciałem, żeby umówił się z Rachel i przestał się zadręczać. Andrew 
podał jej książkę, a potem sterczał tam jeszcze z minutę, wykręcając sobie palce. 
Wymienił z nią kilka zdań i powlókł się do naszego stołu.

 

- Jak poszło? - zapytałem, grzmocąc go w plecy.

 

- Beznadziejnie. Czuję się przy niej jak idiota.

 

- Ukrył twarz w dłoniach, ale 

zauważyłem, że zerka pomiędzy palcami w kierunku Rachel.

 

   Przestałem się przejmować problemami Andrew i wróciłem do książki Referat 
miał być gotowy za tydzień, a ja musiałem się wiele nauczyć o faraonach. 
 
 

***

 

 
 

- Jestem tu krócej niż semestr, a już zaprzyjaźniłam się z wszystkimi, którzy coś 
znaczą - oświadczyła Rebeka w środę po południu. Siedzieliśmy w moim 
samochodzie, całując się od dobrego kwadransa.

 

   Jak zawsze, gdy Rebeka chwaliła się swoją popularnością, poczułem niemiły 
skurcz w żołądku. Na początku myślałem, że chce poznać nowych ludzi.

 

background image

Ale ona miała jakąś obsesję. Widziałem nawet, że bywa niegrzeczna dla 
uczniów, którzy nie wydają

 

jej się wystarczająco atrakcyjni.

 

- To wspaniale - powiedziałem bezbarwnym tonem -  Teraz masz wszystko, 
czego pragniesz.

 

 Rebeka skwapliwie skinęła głową.

 

- Tak, i zawdzięczam to tobie. - Odrzuciła długie

 

włosy na ramię i rzuciła mi 

zalotne spojrzenie.

 

- Dziękuję Bogu, że cię znalazłam. 
- Co masz na myśli?  
- Wszyscy cię lubią, więc automatycznie polubili

 

i mnie. Jesteś moim aniołem.

 

   Od kilku tygodni utwierdzałem się w przekonaniu,

 

że Rebeka naprawdę mnie 

kocha i... że ja ją kocham. Ale wątpliwości, które starałem się zagłuszyć, znowu 
mnie opadły...

 

   Rebeka wcale nie chciała poznać moich przyjaciół. Wyjątek robiła dla 
cheerleaderek albo sportowców. Za każdym razem, gdy zapewniała mnie, jak 
bardzo mnie kocha, w następnym zdaniu mówiła coś o popularności. Traktowała 
mnie raczej jak zdobycz niż

 

jak chłopaka.

 

   Jak błyskawica poraziła mnie myśl, że zakochałem się w Rebece na siłę po to, 
by wygrać zakład z Delią. Moje motywy wcale nie były czystsze od jej mo-
tywów, mimo że ona chciała przede wszystkim zostać kimś w szkole.

 

- Uważam, że jesteśmy najładniejszą parą w całej szkole - dobiegł mnie pełen 
ożywienia głos Rebeki. 
 - A ty?  
   Skinąłem głową w milczeniu, czując się tak, jakby mój świat rozpadł się. 
 
 
 

*** 

 
 

   W czwartkowy wieczór Delia i siedzieliśmy w gabinecie w jej domu, 
oglądając „Pamiętny romans". Był to jeden z naszych ulubionych filmów i po 
raz pierwszy, odkąd Rebeka nazwała mnie  swoim „aniołem", czułem się 
odprężony.                   

 

   Delia w milczeniu wpatrywała się w telewizor, pogryzając popcorn. Chociaż 
nie paliłem się do tego, by Delia naśmiewała się ze mnie, że przegram za kład, 
chciałem z nią porozmawiać o Rebece. W końcu była moją najlepszą 
przyjaciółką i wiedziała o kobietach znacznie więcej niż ja.

 

- Wiesz, co, Deels. Uważam, że Rebeka jest typem karierowiczki - 
powiedziałem, sięgając po prażoną kukurydzę.

 

- Nie żartuj - odparła Delia z westchnieniem.

 

- Chyba nie jestem w niej aż tak zakochany, jak mi się wydawało.

 

- Hm - mruknęła Delia z roztargnieniem.

 

background image

- Deels, czy ty mnie w ogóle słuchasz? - spytałem, dając jej kuksańca.

 

-  Myślisz, że James wciąż może kochać Tanyę? - spytała, zamiast odpowiedzieć 
na moje pytanie.

 

- Delio, powiedziałem ci, że chyba nie jestem zakochany w Rebece.

 

   Odsunęła popcorn i spojrzała na mnie.

 

- Chodzi o to, że pani Heinsohn wywołała Jamesa, żeby odczytał wiersz, który 
nam zadała. - Delia najwyraźniej nie interesowała się tym, co jej powiedziałem.

 

-I co z tego?  
   Zmarszczyła brwi. 
- To był wiersz miłosny. - Daruj mi szczegóły. - Nie byłem w nastroju do 
słuchiwania opowieści na temat poezji Jamesa

 

Gogusia.

 

- Ten wiersz nie był o mnie.

 

- Co? - Musiałem przyznać, że pobudziła moją ciekawość. -   Było w nim o 
rozłące i o ,,okrutnym dystansie",

 

jak to ujął. - Delia przygryzła wargę, kręcąc 

głową.  
- I? - Czułem, że do czegoś zmierza.

 

- Myślę, że napisał ten wiersz dla Tanyi, co oznacza że wcale nie jest we mnie 
zakochany. - 

 

Przysiągłbym, że spostrzegłem łzy w jej oczach.

 

- Ten facet to kanalia. Szybko się wycofaj, póki wciąż jest zakochany w Tanyi.

 

   Nagle zdałem sobie sprawę, że jeśli Delia zerwie z Jamesem, a ja zerwę z 
Rebeką, będzie po równo. Kto wie? Może zdążę się zakochać przed 
studniówką? Wszystko jest możliwe.

 

- James nie jest kanalią! - wrzasnęła Delia. - Jeśli powiesz to jeszcze raz, ukręcę 
ci głowę. Lepiej się zamknij!

 

   Zaczynałem mieć dosyć Delii. Przed chwilą powiedziała mi, że James wciąż 
kocha swoją byłą. A teraz złości się, że nazwałem go kanalią. Przecież na to 
zasłużył, no nie?

 

- Dobra. Więc co mam ci powiedzieć? 
   Delia rzuciła się na oparcie kanapy.

 

- Tanya wraca do domu na Święto Dziękczynienia. Jak myślisz, powinnam się 
niepokoić?

 

- Skoro nie życzysz sobie, żebym nazywał Jamesa kanalią, nie mam ci nic do 
powiedzenia - odparłem trochę zły. 
   Delia zakryła twarz poduszką.  
- Mógłbyś sobie pójść, Cain? Chciałabym zostać sama.                                                              

 

   Wypadłem z jej domu bez pożegnania. Chciałem z Delią poważnie 
porozmawiać, a ona przejmuje się tylko sobą i tym mięczakiem, którego nazywa 
swoim chłopakiem.

 

   Jadąc do domu, ujrzałem Rebekę w całkiem nowym świetle. Ma pewne 
niedostatki, ale któż ich nie ma? Przynajmniej zawsze chętnie mnie widzi i ni 
gdy nie wyrzuciła mnie ze swojego domu.  
   Zawróciłem wpół drogi Teraz też na pewno ucieszy się na mój widok. 
 

background image

Rozdział jedenasty 
 

 

DELIA 

Sobota, 19 listopada

 

W trakcie nudnego popołudnia 

 

   Jest okropny ziąb. Mój nastrój niewiele lepszy. Odkąd James odczytał na 
warsztatach swój sławetny utwór, ja i Ellen wciąż od nowa analizujemy jego 
znaczenie. Teraz, gdy nad moją głową zawisła groźba powrotu Tanyi Reed, 
stałam się bardzo zaborcza w stosunku do Jamesa. Nie lubię siebie w tej roli.

 

   Ostatnio James nie wypowiada jej imienia, a ja nie wypytywałam go o wiersz. 
Nie chcę się upokarzać. Muszę wyznać, ze właśnie obawa przed podobnymi 
sytuacjami powstrzymywała mnie od uczuciowego zaangażowania. Mam. 
nadzieje, że wszystko dobrze się skończy.
 
 
 

 

                                                   * * * 
 
 

 

   W środę przed Świętem Dziękczynienia lekcje skończyły się w południe i 
mamy wolne do poniedziałku. Po szkole zastałam Jamesa przy jego szafce, 
gdzie wystawał z kolegą z zespołu. Gdy pode- szłam, obydwaj zamilkli i 
odwrócili się, by na mnie spojrzeć.

 

- Jutrzejszy wieczór jest wciąż aktualny? - zapytałam, obejmując Jamesa w 
pasie.

 

-  Za nic bym z niego nie zrezygnował - odparł James, całując mnie w czoło. W 
czarnych dżinsach  i w koszuli w jaskrawą kratę wyglądał wprost nie

 

wiarygodnie.

 

- Do zobaczenia o ósmej - rzuciłam i czując się nieco lepiej, odeszłam 
korytarzem.

 

   Gdyby James miał zamiar spędzić czas z Tanyą, nie przyjąłby mego 
zaproszenia na świąteczną kolację. Ellem  miała rację, twierdząc, te popadam w 
paranoję. 
 
 

                                                                ***

 

 

 

   W czwartkowy wieczór nakrywałyśmy do stołu przed tradycyjną świąteczną 
kolacją.

 

background image

- Cain dzisiaj nie przyjdzie? - zapytała moja ma-ma, podając mi stertę naszych 
lepszych talerzy.

 

   Pokręciłam głową. Cain zwykle przychodził do nas na wszystkie ważniejsze 
święta, ale w tym roku za rzuciliśmy tą tradycję. Od czasu zeszłotygodniowej 
kłótni, która, wybuchła podczas oglądania „Pamiętnego romansu", nasza 
przyjaźń nie była jut taka sama jak dawniej.

 

- Cain i James nie przepadają za sobą - wyjaśniłam, ustawiając talerze na stole w 
taki sposób, by zostało dużo miejsca na srebrne świeczniki, które mama 
wyjmowała na specjalne okazje.

 

- Szkoda -powiedziała, - Babcia bardzo się cieszyła, że zobaczy Caina. Mówi, że 
on zawsze potrafi ją rozśmieszyć, dzięki czemu zapomina o artretyzmie.

 

   Wzruszyłam ramionami. 
- Powinna się cieszyć, że pozna Jamesa. To on jest moim chłopakiem.

 

- Nie jeż się tak, córeczko, Jestem pewna, że babcia i dziadek nie mogą się 
doczekać, kiedy poznają Jamesa. Napomknęłam tytko, że lubią Caina. 
- Może odwiedzi nas  w święta Bożego Narodzenia, mamo.

 

   Gdy zadzwonił telefon, poczułam bolesny skurcz żołądka. To musiała być 
moja kobieca intuicja. Poszłam do kuchni i drżącą ręką podniosłam słuchawkę.

 

- Halo?

 

- Cześć, Delio - powiedział James, Jego glos brzmiał jak zwykle bardzo męsko.

 

- Cześć, James. - Odetchnęłam głęboko. Może dzwoni, żeby zapytać, czy ma 
coś przynieść.

 

- Posłuchaj, nie będę mógł przyjść dziś wieczorem.

 

- Szkoda - powiedziałam, starając się nie okazać, jak bardzo jestem 
rozczarowana. - A co się stało? Rodzice nie chcą cię puścić?

 

   Spojrzałam na mamę, która udawała, że nie

 

słucha.

 

- Tak, właśnie. Wiesz, jak to bywa. Przyjeżdżają dziadkowie i w ogóle.

 

- No tak. Moi dziadkowie także będą na kolacji. - Naciągnęłam kabel, ile tylko 
się dało, żeby znaleźć się poza zasięgiem słuchu mamy.

 

- Mogę do ciebie zatelefonować w weekend? - zapytał.

 

-Jasne. - Odłożyłam słuchawkę, zbierając siły przed indagacjami mamy. 
Spodziewałam się, że wytknie mi przynajmniej tyle, że Cain nigdy nie odwołał 
wizyty w ostatniej chwili.

 

   Ale mama otworzyła wahadłowe drzwi jadalni i zawołała:

 

- Kolacja gotowa! Przerwijcie grę!

 

   Usiadłam na moim miejscu i nałożyłam sobie na talerz górę pokrojonego w 
plastry indyka, który znajdował się na półmisku obok nakrycia taty. Ten biedny 
indyk był w niewiele lepszym stanie  niż ja. Nagle straciłam apetyt.        
 
 
                           

 

* * * 

 

background image

 

   Gdy rozległ się dzwonek, zerwałam się od stołu i pomknęłam ku drzwiom. 
Spodziewałam się, że zobaczę Jamesa, może nawet z bukietem kwiatów w 
dłoni. Zamiast niego ujrzałam Caina. Przyniósł dyniowe ciasto. Miał kurtkę 
przyprószoną śniegiem.

 

- Specjalna dostawa dla rodziny Byrne - powiedział, wchodząc.  
   Pod wpływem impulsu rzuciłam mu się na szyję. Jak mogłam zapomnieć, że 
na Caina mogę liczyć w każdej sytuacji? Cain potrafił rozproszyć mój smutek 
nawet wtedy, gdy postanowiłam pogrążyć się w rozpaczy.

 

- Wydawało mi się, że miałeś zanieść ciasto twojej mamy do domu Rebeki - 
powiedziałam.

 

   Cain rozpiął suwak i zdjął parkę.

 

- Pojechali do Nowego Jorku odwiedzić przyjaciół. A poza tym chyba nie 
myślałaś, że zapomnę o naszej tradycji? - Pociągnął mnie za koński ogon i 
wszedł do jadalni.

 

-Cain Parson! - wykrzyknęła babcia. - Czyżby padał śnieg?

 

Cain podszedł do babci i ucałował ją w policzek.

 

- Właśnie zaczął, pani Byrne. Matka natura musiała się zwiedzieć, że zawita 
pani do naszego miasta.

 

   Jak już wspominałam, Cain miał dar wprawiania ludzi w dobry nastrój. Bez 
względu na to, jak kiepskie były jego żarty, babcia śmiała się z nich, jakby 
słuchała samego Johnny'ego Garsona. 
 - Oj,

 

dzieciaki - powiedziała. - Tak się cieszę, że

 

cię tu widzę. Delia snuła się po 

domu smętna, jakby zgasł dla niej ostami promyk słońca.

 

   Cain spojrzał na mnie ponad głowami zebranych. Uniósł brwi. Wzruszyłam 
ramionami.

 

- Nie stój tak z deserem w ręce - wtrącił się mój tata. - Weź sobie talerz i siadaj.

 

   Cain posłusznie poszedł do kuchni, a ja wróciłam na swoje miejsce przy stole. 
Dyniowe ciasto wydało mi się doskonałym lekarstwem na moje zmartwienia. 
 
 

 

* * * 

 
 

 

- Chodźmy się przejść po śniegu - zaproponował Cain godzinę później.

 

   Skończyliśmy ciasto, które przyniósł Cain, oraz wypieki mojej mamy i 
siedzieliśmy wszyscy przy kominku. Dziadek i babcia drzemali w fotelach, a 
tata wyglądał jak ktoś, kto także zaraz zaśnie. Na dworze padał gęsty śnieg i 
nasz trawnik pokrył się warstwą lśniącej bieli.

 

- Idźcie koniecznie - powiedziała mama. - Do jutra zostanie z niego tylko ciapa.

 

background image

- Po tych wszystkich ciastach przyda mi się trochę ruchu - orzekłam, zrzucając 
kraciasty pled, którym się przykryłam.

 

   Cain poszedł za mną do holu i przyniósł nasze parki. Podczas gdy się 
ubierałam, Cain pogrzebał w szafie, gdzie znalazł koszyk pełen czapek, 
szalików rękawiczek i łapawic. Wybrał starą wełnianą czapkę w czerwone i 
zielone paski i nasadził mi ją na głowę. 
- Ejże, w tym nie wyjdę - zaprotestowałam. -Nie chcę z siebie robić 
pośmiewiska.

 

- Jeśli ty wyjdziesz w tym, ja włożę to - powiedział i wyjął zza pleców rękę, w 
której trzymał jaskrawo pomarańczową czapkę, którą mój tata kupił na swoje 
jedyne polowanie. Miała zwisające nauszniki i napis na daszku: Uwaga, jeleń!

 

   Zachichotałam, obwiązując sobie szyję starym szalikiem.

 

- Skoro tak, nie mogę odmówić! Lećmy wystraszyć sąsiadów!  
   Cain otworzył drzwi i wypadliśmy na dwór, wzniecając spod nóg śniegową 
zamieć. Na ulicy skręciliśmy w lewo. Kilka przecznic od mego domu znajdo-
wała się prawie nieuczęszczana droga i wiedziałam, że do niej idziemy.

 

   Przez chwilę szliśmy w milczeniu. Sypał, gęsty śnieg, ale ponieważ nie było 
wiatru, czułam się przytulnie w mojej puchówce. Wystawiłam język, żeby 
skosztować świeżego śniegu. Cain dreptał zakosami, starając się zostawić jak 
najwięcej śladów.  
-Może powinniśmy zatelefonować do Andrew - powiedziałam, żeby przerwać 
milczenie. Cain wzruszył ramionami.

 

- Pewnie i tak by nie wyszedł. Myślę, że w tajemnicy spędza czas, wpatrując się 
w zdjęcia Rachel Hall w rocznikach z ubiegłych lat.

 

- Czemu jeszcze się z nią nie umówił? - spytałam, kopiąc kamień.

 

- Twierdzi, że nie chce się wiązać, ale na mój gust obawia się odrzucenia. 
Przedtem było mu wszystko jedno, czy dziewczyna zgodzi się z nim spotkać.

 

  Skinęłam głową. 
- Znam to uczucie.

 

- Wolałabyś teraz być z Jamesem? - nagle zapytał Cain, obchodząc mnie 
szerokim łukiem.

 

   Nie od razu odpowiedziałam. Przez ostatnie półtojej godziny zdążyłam 
zupełnie zapomnieć o moim rozczarowaniu. Radowałam się śniegiem i 
świątecznym nastrojem w towarzystwie Caina.

 

- Nie. Cieszę się, że jestem z tobą - odparłam wreszcie. - Czemu pytasz? 
Tęsknisz za Rebeką?

 

   Cain podniósł garść śniegu i ulepił z niego kulkę.

 

- Nie, Rebeka nie nadaje się do obrzucania śniegiem!

 

   Cain rzucił we mnie śnieżką i roześmiał się głośno w ciemności nocy. Trafił 
mnie prosto w twarz, a ja wrzasnęłam przenikliwie. Natychmiast uklękłam i 
nabrałam tyle śniegu, ile mogłam unieść. Dogoniłam Caina i zwaliłam całą 
stertę na jego plecy.

 

   Krzyknął, usiłując otrzepać kurtkę.

 

background image

-  Traktuję to jako wypowiedzenie wojny! - zawołał.

 

   Dobiegliśmy do pustej drogi, gdzie było pełno świeżego śniegu. Przez 
kwadrans zachowywaliśmy się jak kompletni wariaci, obrzucając się śniegiem i 
turlając się po ziemi. Przez cały czas śmiałam się do rozpuku.

 

   Wreszcie opadliśmy z sił. Leżałam na ziemi wykończona, wpatrując się w 
niebo i ciężko dysząc. Kiedy zdałam sobie sprawę, że mam przemoczone 
spodnie i zziębnięte pośladki, powiedziałam:

 

- Było fajnie, ale teraz musimy się rozgrzać gorącą czekoladą.

 

-  Ale najpierw odciśnijmy orła - zaproponował Cain. - Od lat tego nie robiłem. - 
Położył się obok mnie na wznak i zaczął uklepywać śnieg rękami i nogami.                                                

 

- Za mało śniegu - zaoponowałam. - Potrzeba co najmniej paru centymetrów, 
żeby zrobić porządne orły.                                                         

 

   Cain wpakował sobie do ust garść śniegu i głośno siorbnął.                                                       

 

- No i co z tego? Liczy się pomysł. Z takim argumentem nie mogłam 
dyskutować więc wykonałam najlepszego orła, na jakiego po zwalały warunki 
atmosferyczne, i wstałam, żeby podziwiać rezultat.

 

- Zupełnie nieźle - stwierdziłam.

 

- Zaryzykowałbym, że bardzo dobrze - zgodził się Cain. - Czy mi się wydawało, 
czy ktoś wspomniał o gorącej czekoladzie, z naciskiem na określenie gorąca?

 

   Po chwili zadyszani staliśmy w mojej kuchni. Ściągaliśmy z siebie 
przemoczone buty, skarpetki i swetry. Mokre włosy Caina sterczały na 
wszystkie strony, a jego wargi miały sinawy odcień.  
   Wszyscy położyli się spać, więc na palcach poszłam do pralni i przyniosłam 
Cainowi dres taty. Potem w moim pokoju włożyłam flanelową piżamę. Kiedy z 
gorącą czekoladą zasiedliśmy przed dogasającym kominkiem, byliśmy 
wysuszeni i rozgrzani. 
    Nagle Cain westchnął. 
- Czemu tak ciężko wzdychasz? - zapytałam.

 

- Sam nie wiem. Pomyślałem, że dzisiejszy wieczór jest bardzo romantyczny.

 

   Wpatrzyłam się w kominek, zastanawiając się, czy James siedzi gdzieś z 
Tanyą, popijając gorącą czekoladę i opowiadając jej, jak bardzo za nią tęsknił. 
Poczułam ucisk w gardle i z trudem przełknęłam ślinę.

 

- Tak - odparłam. - Wiem, co masz na myśli.

 

   Kiedy Cain odwrócił się w moją stronę, jego oczy

 

były  niemal czarne.    

Przysunął się bliżej i owinął sobie moje włosy wokół wskazującego palca. Serce 
zabiło mi szybciej i poczułam to samo zakłopotanie,

 

które ogarnęło mnie 

podczas tańca na zabawie.

 

- Znasz tę piosenkę? - zapytał mnie cicho.  
   Pokręciłam głową, nie mogąc oderwać od niego

 

wzroku.

 

- Jaką piosenkę?

 

- Jeśli nie możesz być z tym, kogo kochasz...

 

- Pokochaj tego, z kim jesteś - dokończyłam. Mój wzrok padł na czerwone 
wargi Caina i zahipnotyzowała mnie ich bliskość.

 

background image

   Cain położył dłoń na moim karku i delikatnie przyciągnął mnie do siebie. 
Zamknęłam oczy, pragnąc, by dotknął moich ust wargami.

 

   Gdy mnie pocałował, poczułam się tak, jakby spłynęło we mnie roztopione 
żelazo. Bez zastanowienia chwyciłam kurczowo za jego bluzę, nie chcąc, by się 
odsunął. W mojej głowie rozbłysły fajerwerki, które miałam nadzieję zobaczyć, 
gdy całował mnie James. Skóra na całym ciele płonęła, jakbym brała udział w 
reakcji rozszczepienia jądra atomowego. Świat zewnętrzny przestał istnieć i 
jedyną istotą oprócz mnie był Cain.

 

   Po chwili odsunął się ode mnie.

 

   Gdy nasz pocałunek się skończył, poczułam się upokorzona. Naprawdę to 
zrobiłam? Całowałam się z Cainem, moim najlepszym przyjacielem? 
-  Rany, nie wiedziałem, że będzie tak gorąco -powiedział Cain, rozczesując 
palcami włosy.

 

   Oszołomienie ustąpiło miejsca złości.

 

- Dlaczego to zrobiłeś? - wysyczałam.

 

- Ja? - zapytał. - Ty też tutaj byłaś. Zacisnęłam pięści.

 

- To był twój pomysł. Nie zaprzeczaj. - Starałam się mówić cicho, ale chyba 
wrzeszczałam.

 

   Cain przeszył mnie gniewnym spojrzeniem.

 

- Cóż, najwyraźniej był to zły pomysł - powie dział, waląc pięścią w kanapę.

 

- Po prostu nie możesz znieść myśli, że jest w tym mieście dziewczyna, która 
nie ma ochoty z tobą chodzić.

 

- Nie pochlebiaj sobie, Delio. To się już nigdy więcej nie zdarzy.

 

- I bardzo dobrze! - zawołałam, krzyżując ramiona na piersi.

 

- Pewnie, że dobrze! - odparł Cain, wstając. - Podziękuj tacie za ubranie. Oddam 
je przy najbliższej okazji.

 

- Nie musisz się nam odwdzięczać - powiedziałam, idąc do holu.

 

- Nie obawiaj się. Nie będę. - Chwycił wciąż mokrą kurtkę i włożył ją na siebie.

 

-I bardzo dobrze. - Otworzyłam drzwi, patrząc na Caina. Ręce mi dygotały. 
Czułam, że się zaraz rozpłaczę.

 

-  Pozdrów babcię i dziadka - powiedział Cain i wyszedł w śnieżną noc, a ja 
zatrzasnęłam drzwi. Tym razem nie przejmowałam się, że mogę obudzić 
wszystkich w domu. To był najgorszy dzień w moim życiu. Chciałam się 
położyć i porządnie wypłakać. 
   Słuchając, jak Cain uruchamia samochód i odjeżdża, poczułam łzy na 
policzkach. Wpadłam do swego pokoju, szlochając rozdzierająco. Znowu 
narozrabiałam.

 

- Dlaczego ja? - wyszeptałam w ciemności. - Dlaczego to się zdarzyło właśnie 
mnie? 
 
 
 
 

background image

Rozdział dwunasty 
 

 

CAIN 

   Gdy w piątek rano otworzyłem oczy, wiedział że coś jest nie w porządku. 
Potrzebowałem dłuższej chwili, żeby poskładać razem wszystkie zdarzenia? 
poprzedniego wieczoru. A potem przypomniało mi się, że całowałem się z 
Delią.                            

 

   Jęknąłem, waląc głową w ścianę przy łóżku. Jednym głupim pociągnięciem 
złamałem kardynalną zasadę platonicznej przyjaźni. Delia mnie znienawidziła i 
nic mogłem na to poradzić.

 

   Odtwarzałem w pamięci tamtą scenę wciąż od nowa. Co mi strzeliło do 
głowy, żeby ją pocałować? Czy to z powodu śniegu? A może z siedzenia przy 
komin-ku? Pokręciłem głową. To zbyt bolesne i w gruncie rzeczy nieistotne. 
Popsułem coś pięknego i rozpamiętywanie tego nie zmieni.  
   Była jeszcze sprawa Rebeki. Technicznie rzecz ujmując, oszukałem ją. Nawet 
jeśli pocałowałem Delię w chwili niepoczytalności, nie mogłem zaprzeczyć, że 
zdradziłem Rebekę. 
    Męczyła mnie jeszcze jedna wątpliwość. Czy Rebeka by się przejęła, gdyby 
się o tym dowiedziała? Oczywiście ucierpiałaby jej duma. Ale czy byłaby 
naprawdę zmartwiona, czy tylko zła? Obiecała mi, ze zadzwoni z Nowego 
Jorku, ale jak dotąd się nie odezwała. Czy odwiedziła swego byłego chłopaka?

 

   Myśl, że mogła się całować z kimś innym, była, o dziwo, pocieszająca. 
Chociaż wyobrażając sobie moją dziewczynę w ramionach cwanego 
nowojorczyka, nie ucieszyłem się, to ten obraz uśmierzał poczucie winy. 
Rebeka i ja byliśmy młodzi, więc nic dziwnego, że obydwoje popełniliśmy 
błędy.  
   Uporawszy się z tym problemem, znowu zacząłem myśleć o Delii. Zanim 
zdążyłem sformułować sensowne przeprosiny, do drzwi zastukała mama. 
 - Cain, obudziłeś się już?  
- Niestety, tak. - Przekręciłem się na brzuch, mając nadzieję, że pojmie aluzję i 
odejdzie.

 

- Przyszła Delia, kochanie.

 

- Delia? - Usiadłem gwałtownie, zrzucając z siebie kołdrę. - Daj mi dwie minuty 
i przyślij ją na górę.

 

   Skacząc po pokoju, włożyłem dżinsy i uczesałem włosy. Gdy zapinałem 
koszulę, otworzyły się drzwi i Delia wsunęła głowę do pokoju.

 

- Czy mój były najlepszy przyjaciel może mi poświęcić trochę czasu? - zapytała.

 

   Całe złe samopoczucie zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 
Głos Delii brzmiał przyjaźnie, więc wszystko będzie dobrze.

 

- Tylko pod warunkiem, że opuścisz słowo „były" - odparłem, otwierając drzwi 
na oścież.

 

background image

- Przyniosłam coś na zgodę - powiedziała, podając mi pudełko pączków, po 
czym usiadła na starym leżaku, który trzymałem w pokoju.

 

- Wiesz, Delio, obudziłem się dziś z ochotą na pączki. I oto jesteś.

 

- Widzisz, jak dobrze cię znam - powiedziała Delia i dodała: - Kiepsko dziś 
spałam.

 

- Ja także. - Wziąłem pączka i podałem pudełko Delii.

 

   Odgryzła połowę pączka. 
- Nie możemy zaprzepaścić naszej przyjaźni. Oby dwoje przesadziliśmy.                                  

 

- Całkowicie się z tobą zgadzam - odparłem. 
    W dziennym świetle incydent wydawał się mniej

 

katastrofalny. 

Pocałowaliśmy się. Jeden pocałunek to jeszcze nie koniec świata. W końcu 
jesteśmy gorąco krwistymi amerykańskimi nastolatkami. Nastolatki całują się 
bez przerwy. Nie popełniliśmy zbrodni.  
   Przez chwilę Delia jadła w milczeniu, po czym odezwała się:

 

- Uważam, że kłopot byłby dopiero wtedy, gdyby ten pocałunek sprawił nam 
przyjemność.  
   Skinąłem głową, zastanawiając się, dokąd zmierza. Zawsze wiedziałem, kiedy 
Delia ma zamiar teoretyzować.

 

- Kiedy się pomyśli o całej sprawie w sposób racjonalny, można dojść do 
wniosku, że pocałunek wyszedł nam na dobre. - Przerwała, czekając na moją 
reakcję. - Jesteśmy przyjaciółmi różnych płci. To naturalne, że odczuwamy w 
stosunku do siebie pewną, hm, ciekawość.

 

- Ciekawość - powtórzyłem, tylko po to, by potwierdzić, że jej słucham.

 

- Właśnie. A teraz, gdy mamy pocałunek za sobą, możemy go zaliczyć do 
przeszłości. Już wiemy, że nie zrobimy tego nigdy więcej. Koniec pieśni.

 

   Byłem trochę zawiedziony, że tak łatwo przeszła do porządku nad moim 
pocałunkiem. Dla mnie było to jak lot w kosmos na zderzaku rakiety między-
planetarnej. Gdy się w końcu odsunąłem od Delii, potrzebowałem dłuższej 
chwili, by się przekonać, że grawitacja nadal istnieje. Nie mogłem zaprzeczyć, 
że Delia mnie podnieca, i to bardzo! 
   Ale nie miałem zamiaru się z nią wykłócać. Przyznałbym jej rację, nawet 
gdyby twierdziła, że Ziemia jest płaska. Za wszelką cenę chciałem to zamknąć i 
pójść naprzód.

 

- Koniec pieśni — potwierdziłem.

 

   Delia podała mi rękę, a ja nią silnie potrząsnąłem.

 

- Cieszę się, że już po kłopocie - powiedziała takim tonem, jakby chodziło o 
sprzeczkę na temat tego, kto ma pozmywać naczynia.

 

   Uśmiechnąłem się.

 

- Ja też, Deels. Jestem pewien, że tej nocy będzie nam się lepiej spało.

 

- Och, tak, z pewnością.

 

- Bez wątpienia. - Opadłem na poduszki, czując się jak nowo narodzony. Mój 
świat nie legł w gruzach i byłem za to bardzo wdzięczny. 

 

background image

* * * 

 
 

 

   Byłem bardzo niespokojny, jadąc w sobotę wieczorem do Rebeki. 
Zatelefonowała do mnie zaraz po powrocie z Nowego Jorku i teraz tylko minuty 
dzieliły mnie od chwili, gdy ujrzę jej piękną twarz. Chciałem usłyszeć jej głos, 
zwłaszcza że czułem się tak, jakbyśmy mieli zacząć wszystko od początku. Od 
czasu epizodu z Delią uznałem, że brak mi Rebeki bardziej, niż oczekiwałem. 
Najwyraźniej przeniosłem swoje uczucia na Delię, która z kolei przeniosła na 
mnie uczucia, jakie żywiła do Jamesa, i w  sumie doprowadziło to do znanego 
epizodu.

 

   W niedzielę temperatura nadal utrzymywała się

 

poniżej zera. Więc, gdy 

Rebeka zapytała, czy nie

 

chciałbym pójść na łyżwy do parku Hamiltona, 

pomyślałem, że to świetny pomysł. Wyobraziłem

 

sobie nas dwoje, trzymających 

się za ręce i mknących po zamarzniętej tafli. Będziemy tam sami, nie

 

licząc 

kilkoro dzieciaków. A potem pójdziemy do jej

 

domu, napijemy się gorącej 

czekolady (choć, po namyśle, gorący jabłecznik wydał mi się lepszym 
pomysłem) i pocałujemy się na dobranoc. Nie mogłem

 

się tego doczekać.

 

   Gdy dojechałem do domu Fosterów, Rebeka natychmiast mi otworzyła. Zanim 
zdążyłem ją pocałować na powitanie, zawirowała w holu.

 

- Jak ci się podoba mój nowy strój do jazdy na łyżwach? - zapytała.

 

- No, no! - Lepszej odpowiedzi nie potrafiłem wymyślić.

 

   Rebeka włożyła króciutką różową sukienkę, która musiała być uszyta z lycry, 
ponieważ opinała ją jak druga skóra. Na nogach miała cielistej barwy trykoty, a 
w ręku trzymała nieskazitelnie białe buty z łyżwami. Prawdę powiedziawszy, 
moi znajomi ślizgali się w dżinsach i w swetrach, i nie przyszło mi do głowy, że 
Rebeka wystroi się jak na rewię na lodzie. Ale nie miałem powodu, by się 
skarżyć. Wyglądała jak mistrzyni olimpijska, która została supermodelką.

 

- Chodźmy. Wszyscy zaraz tam będą. - Chwyciła wiatrówkę i wyszła.

 

   Nie miałem pojęcia, kogo miała na myśli, mówiąc „wszyscy", ale nie 
zapytałem, bo zamurowało mnie na widok jej stroju i obawiałem się, że gdy 
otworzę usta, wydobędzie się z nich skrzek. 
    W zaciszu samochodu przygarnąłem Rebekę. Nasz pocałunek położy kres tej 
okropnej historii z Delią. Święto Dziękczynienia odejdzie w niepamięć. Przy-
najmniej taką miałem nadzieję.  Rebeka była ciepła i pełna życia, a gładki 
materiał jej sukienki przypominał w dotyku jedwab. Ucałowałem jej usta, potem 
policzek, wreszcie czoło. Nie mknąłem przez wszechświat z szybkością światła, 
ale czułem wrzenie hormonów.  
   Pocałowałem Rebekę mocniej, starając się zniweczyć wrażenie, jakie 
pozostawił pocałunek z Delią. Po kilku, pozbawiających tchu, minutach, 
doszedłem do wniosku, że wybuch, który poczułem przy Delii, był wynikiem 
tęsknoty za moją dziewczyną oraz obawą, że spędza ona czas ze swym byłym 

background image

chłopakiem. Istniało na to mnóstwo psychologicznie uzasadnionych wyjaśnień. 
Umysł ludzki ma wielką siłę... czyż nie to właśnie powtarzali ludzie?  
   Rebeka rozwichrzyła mi włosy.

 

- Nie było mnie zaledwie cztery dni, a ty zachowujesz się jak facet, który umiera 
z pragnienia po przebyciu pustyni.

 

-  I właśnie tak się czuję - odparłem, całując ją znowu.

 

- Cieszę się, że mnie doceniasz. Nie każda dziewczyna potrafiłaby się spotkać ze 
swoim byłym chłopakiem i oprzeć się jego błaganiom.

 

   Zerknąłem na Rebekę, zastanawiając się, skąd kobiety wiedzą, co powiedzieć, 
żeby facet poczuł się jak kompletny idiota. Cieszyłem się, że na dworze szybko 
zapada zmrok, ponieważ miałem czerwone policzki ze wstydu.  
- Lepiej już jedźmy - powiedziałem.  
   Parking przed parkiem Hamiltona był w połowie zastawiony samochodami. 
Rozpoznałem kilka z nich. 
Nagle pojąłem, kogo miała na myśli Rebeka, mówiąc ,,wszyscy".

 

- Cała banda już jest! - wykrzyknęła uradowana gdy szliśmy wokół 
zamarzniętego stawu. -Nie powiedziałaś mi,  że zastanę na lodowisku połowę 
szkoły - odparłem trochę ostrzej, niż 

 

chciałem.

 

- To wspaniale, prawda? Tak się cieszę, że ich wszystkich zobaczę!    
  Wyprzedziła mnie biegiem i zniknęła za budką, w której wypożyczano łyżwy.    
   Po chwili usłyszałem jej pisk. Następnie wyłoniła się, obściskując Carrie 
Starks, jakby odnalazła dawno utraconą siostrę.   Poczułem  niesmak.  Mimo 
uwielbienia, jakie Rebeka żywiła dla cheerleaderek w rodzaju Carrie Starks i 
Amandy Wright, uważałem, że obydwie są głupie i powierzchowne, zwykłe 
plotkarki i manipulantki. Zmuszały człowieka do tego, żeby na powitanie 
całował je w policzek. Ale były zbyt niecierpliwe, by poczekać, aż przytkniesz 
usta do ich skóry i w końcu twój pocałunek lądował w powietrzu.

 

Oczywiście Carrie podbiegła do mnie.  
- Nie pocałujesz mnie, Cain? - zapytała. Nachyliłem się w jej stronę. Zgodnie z 
moimi oczekiwaniami ucałowałem miejsce, w którym jeszcze przed chwilą 
znajdował się jej policzek.

 

   Rebeka pociągnęła mnie w stronę stawu. Wyjąłem

 

z torby hokejówki. Gdy 

spostrzegłem Patricka Mayora, Barta Langleya i Josha Nielsona, wiedziałem,

 

że 

moje marzenia o romantycznym wieczorze z Rebeką się nie spełnią. Od czasu 
owej imprezy, na której ujrzałem Delię tańczącą w ramionach Jamesa, nie 
przepadałem za Patrickiem. I wprost nie znosiłem Josha Nielsona.

 

   Josh leciał na Delię, gdy byliśmy w drugiej klasie liceum. Raz poszła z nim na 
randkę, znienawidziła go i nigdy więcej się do niego nie odezwała. A ten 
neandertalczyk, Josh, zaczął się na niej okrutnie mścić. Gdy nie zareagowała na 
jego kąśliwe zaczepki, wypisywał o niej obraźliwe słowa w męskiej 
przebieralni.  Raz  przyłapałem  go na gorącym uczynku, co stało się powodem 
jedynej walki na pieści, jaką stoczyłem. Po tym, jak rozdzielił nas trener, 
obiecałem sobie, że nigdy więcej nikogo nie uderzę. Następnego roku rodzice 

background image

Josha przeprowadzili się do innej dzielnicy i Josh przeniósł się do innej szkoły, 
dzięki czemu nie widywałem go aż do dzisiaj. (Nawiasem mówiąc, Delia nigdy 
nie dowiedziała się o naszej bójce).  
   Szybko zasznurowałem buty, mówiąc sobie, że przez półtora roku Josh 
pewnie stał się człowiekiem i, jeśli będę dla niego miły, nie będzie powodu do 
bijatyki.

 

   Rebeka już była na lodzie i ślizgała się, zataczając ogromne ósemki. Zrobiłem 
kilka głębokich wdechów i dogoniłem ją, zdecydowany zachować spokój.    
   Wziąłem ją za rękę i okrążyliśmy ślizgawkę. Zaczynałem dobrze się bawić, 
ponieważ nie zwracałem uwagi na Josha Nielsena.             

 

- Jest tak romantycznie - powiedziała Rebeka, spoglądając na rozgwieżdżone 
niebo i księżyc

 

w pełni.

 

- Dlatego, że ty tutaj jesteś  - odparłem, ujmując

 

obie dłonie Rebeki i obracając 

się z nią w koło. 
Kątem oka spostrzegłem Josha i zatrzymałem się w miejscu. Z szyderczym 
uśmiechem mknął prosto na nas. Zacisnąłem zęby, starając się, aby mimo to 
wyraz mojej twarzy pozostał pogodny i przyjazny.  
- Cześć, Josh - powiedziałem. - Znasz Rebekę Foster? 
    Zmierzył ją od stóp do głów i uśmiechnął się obleśnie.

 

- Jak dotąd tylko ze słyszenia. Miło mi cię poznać, Rebeko.

 

   Uśmiechnęła się do niego zalotnie.

 

- Jak to możliwe, że dotąd się nie spotkaliśmy?

 

- Chodzę do liceum Rosedale'a., ale lubię się spotykać z kumplami z dawnej 
budy. - Josh spojrzał na mnie i po złośliwym błysku w jego spojrzeniu 
poznałem, że umiera z chęci zakomunikowania mi czegoś.

 

   Ponieważ nie byłem zainteresowany, znowu wziąłem Rebekę za rękę.

 

- Nie stójmy w miejscu - powiedziałem, żegnając Josha skinieniem głowy.

 

   Ale on zatrzymał mnie, kładąc mi dłoń na ramieniu.

 

- Skoro mowa o dawnych kumplach, Mayor powiedział mi, że nasza wspólna 
sympatia, Delia Byrne, spotyka się z Jamesem Suttonem.

 

   Zobaczyłem, że Rebeka zmrużyła oczy i nie miałem jej tego za złe. Josh 
powiedział to w taki sposób, jakbyśmy ja i Delia stanowili parę. Nie chciałem 
rozwijać tematu. Postanowiłem, że wyjaśnię to Rebece kiedy indziej.

 

- Wiem. Są w sobie zakochani do nieprzytomności - powiedziałem, 
zadowolony, że jego szyderczy uśmiech zmienia się w grymas.

 

- Przekaż jej ode mnie wiadomość. 
- Co takiego? - spytałem, czując, że sztywnieją mięśnie karku. Postanowiłem 
jednak, że nie dam po sobie poznać, jak bardzo mnie zdenerwował.

 

-  Przedwczoraj wieczorem widziałem Jamesa z Tanyą Reed w pizzerii „U 
Jona". Czulili się w zacisznym kątku - powiedział, uśmiechając się złośliwie. 
 - Kłamiesz. -  Nie zależy mi na tym, byś mi uwierzył, Parson.

 

Powinieneś jednak powtórzyć swojej przyjaciółce, że

 

ten Sutton wykorzystuje ją 

na czas rozłąki z Tanyą.  

background image

   Podszedłem do Nielsona dygocząc ze złości. Bez

 

względu na to, czy mówił 

prawdę, chciałem zetrzeć

 

z jego twarzy ten obmierzły uśmiech.

 

- Po prostu jesteś zazdrosny, bo Delia nie interesowała się twoją żałosną osobą.

 

- Delia to ofiara losu - odparł Josh. - Spytaj, kogo zechcesz.

 

   Rebeka uznała za stosowne wtrącić swoje trzy grosze.

 

- On ma rację, Cain. Każdy wie, że Delia jest trochę... dziwna.

 

- Dzięki za twoją opinię, Rebeko, ale rozmawiam z Joshem.

 

- Chcesz się bić, Parson? - zapytał Josh.

 

- Nie mam z kim - odparłem. Spostrzegłem, że Patrick i Bart podjeżdżają do 
nas, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia.

 

   Josh wykorzystał moją nieuwagę. Ni stąd, ni zowąd, rąbnął mnie pięścią w 
szczękę. Upadłem, lądując na siedzeniu.

 

- Delia jest najfajniejszą dziewczyną, jaką znam! - wrzasnąłem. - Bije na głowę 
każdą, którą uda ci się namówić na randkę. 
   Gdy usiłowałem się podnieść, Josh zamachnął się znowu, ale nim zdążył mi 
przyłożyć Patrick i Bart chwycili go za ramiona i odciągnęli go ode mnie.  
- Masz dość na dzisiaj - orzekł Bart. On i Patrick zjechali z tafli, holując Josha.                           

 

   Stanąłem na lodzie. Byłem wściekły. Odwrócił wzrok od Josha i spojrzałem 
na Rebekę. Wzięła się pod boki i mierzyła mnie gniewnym wzrokiem.  
- Skoro tak przepadasz za Delią, może powinieneś się z nią spotykać! - 
wrzasnęła. - Pasujecie do siebie!  
   Patrzyłem na Rebekę, zbyt wstrząśnięty, by jej od powiedzieć. Uśmiechnęła 
się do mnie lodowato.

 

- Między nami skończone.

 

   Patrząc na jej oddalającą się sylwetkę, poczułem się jak przekłuty balon. 
Rebeka dojechała do skraju tafli, odpięła łyżwy i pobiegła w stronę parkingu.

 

- Josh, zaczekaj! - Usłyszałem jej krzyk. A potem zniknęła mi z oczu.

 

   Usiadłem na lodzie, zbyt zmęczony, żeby się poruszyć. Czułem się zraniony 
zerwaniem Rebeki, ale w głębi duszy zdawałem sobie sprawę, że nasza 
znajomość była skazana na niepowodzenie. Rebeka zawsze miała więcej 
wspólnego z Carrie i z Amandą, niż chciałem przyznać. Teraz przekonałem się, 
jak bardzo była powierzchowna.

 

   Świąteczna przerwa i moja znajomość z Rebeką Foster dobiegła końca.

 

   Rozejrzałem się wokół po pustej ślizgawce i pokręciłem głową.

 

- Wygląda na to, że przegrałem zakład - powiedziałem głośno. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział trzynasty 
 

 

DELIA 

   Gdy w poniedziałek rano wraz z Ellen przyszłam do pracowni na warsztaty 
literackie, miałam spocone dłonie i ściskało mnie w żołądku. Od Święta 
Dziękczynienia nie rozmawiałam z Jamesem i niedzielny wieczór spędziłam na 
zastanawianiu się dlaczego do mnie nie zatelefonował. Przyjechali jego 
dziadkowie. Wiedziałam również, że Fale Radiowe miały wkrótce wystąpić w 
miejscowej uczelni, więc James z pewnością codziennie ćwiczył. Wzięłam pod 
uwagę również czwartkową śnieżycę -możliwe, że w piątek James odśnieżał 
podjazd przed ich domem.

 

   Ale i tak na myśl, że go zobaczę, drżały mi ręce. Doszła do głosu Delia 
pesymistka. Prawie się spodziewałam, że przyjdzie, niosąc transparent z napi-
sem: SPĘDZIŁEM WEEKEND Z TANYĄ REED.

 

- Jestem pewna, że po prostu nie miał czasu - powiedziała Ellen, starając się 
mnie pocieszyć. - Tanya nie umywa się do ciebie. To pozerka.

 

- Od razu poczułam się lepiej - odparłam ironicznie. - Każdy wie, że 
siedemnastoletni chłopak najbardziej ceni w dziewczynie autentyczność. Jesteś 
kompletnie niedzisiejsza.

 

- Przynajmniej staram się dostrzec jaśniejszą stronę - odparła Ellen, wzruszając 
ramionami.

 

-  Nie ma żadnej jaśniejszej strony - mruknęłam posępnie.

 

   Usiadłyśmy w ławkach, James się nie pokazał. 
   Pani Heinsohn kazała nam zajrzeć do nowelek, więc otworzyłam zeszyt, nie 
spuszczając oka z drzwi.

 

- O czym jest twoja nowela? - zapytała Ellen, za puszczając żurawia do mego 
zeszytu.               

 

- O niczym- Takie tam głupoty - zbyłam ją. 
    Moja nowelka opowiadała o chłopaku i dziewczynie, którzy się przyjaźnili. 
Pewnego romantycznego wieczoru pocałowali się, siedząc przy kominku, i to 
omal nie zniszczyło ich przyjaźni. Jednak w końcu się pogodzili. Intryga nie 
była szczególnie oryginalna, ale wszyscy mówili, że pisanie ma przynosić 
catharsis. Pomyślałam, że przelanie na papier tego co zaszło miedzy mną a 
Cainem, może się okazać dobrą terapią, i rzeczywiście tak się stało. 
 - A twoja? - zwróciłam się do Ellen.  
- Moja także jest głupia - odparła.  
   Zerknęłam do jej zeszytu. U góry strony widniał tytuł, napisany drukowanymi 
literami RATUNKU! PODKOCHUJĘ SIĘ W NAJLEPSZYM PRZYJACIELU 
MOJEJ NAJLEPSZEJ PRZYJACIÓŁKI! To wy-starczyło, bym miała pojęcie o 
tym, czego dotyczyła jej nowela. Jeśli pani Heinsohn ma choć trochę oleju w 
głowie, dopatrzy się uderzającego podobieństwa łączącego bohaterów obydwu 
opowiadań. Westchnęłam. Poniedziałek nie zapowiadał się zbyt dobrze.  

background image

   Pięć minut po dzwonku do klasy wszedł James. Uśmiechnął się przepraszająco 
do pani Heinsohn i usiadł na krześle przy drzwiach. Usiłowałam pod-chwycić 
jego spojrzenie, ale wpatrywał się w konspekt, który nauczycielka położyła na 
jego pulpicie.  
   Przez następny kwadrans omijałam Jamesa wzrokiem. Jeśli on mnie me 
zauważa, nie mam zamiaru robić do niego słodkich oczu. To koniec, 
powtarzałam sobie ciągle na nowo. On wciąż kocha Tanyę.

 

   Gdy Ellen klepnęła mnie w ramię, podskoczyłam na krześle. Podała mi 
złożony liścik i wskazała głowa Jamesa.

 

   Z bijącym sercem rozłożyłam karteczkę i przeczytałam: ,,Delio, czy spotkasz 
się ze mną po lekcjach? Kochając James".

 

   Zerknęłam w jego stronę i przekonałam się, że na mnie patrzy. Skinęłam 
głową z uśmiechem i znów zwróciłam się ku nauczycielce. Może James na-
prawdę miał powody, by do mnie nie dzwonić. Teraz byłam pełna nadziei. 
 
 

***  

 
 

- Nie mogę długo rozmawiać - oświadczyłam Jamesowi, zamykając drzwi dżipa. 
- Za pół godziny muszę być u Niny Johnson.

 

   W czarnym swetrze z golfem i w spranych dżinsach James był jak zwykłe 
zabójczo przystojny. Jego oczy lśniły. Cieszy się na mój widok! - powiedziałam 
sobie. Poczułam miłe łaskotanie wzdłuż kręgosłupa. Nareszcie wszystko wraca 
do normy.

 

- Przepraszam, że nie zatelefonowałem w czasie weekendu - odezwał się cicho.

 

   Wzruszyłam ramionami, jakbym w ogóle nie zauważyła, że milczący telefon 
śmiał się ze mnie przez trzy dni.

 

- Och, nic nie szkodzi. Byłam bardzo zajęta. Opiekowałam się babcią i 
dziadkiem.

 

   James skinął głową.

 

- Taaa, ja też byłem bardzo zajęty... 
   Uznałam, że trzeba spojrzeć niebezpieczeństwu prosto w twarz i zapytać 
Jamesa o jego byłą dziewczynę. Jeśli należała już do przeszłości, nie miałam się 
czego obawiać.

 

- Spotkałeś się z Tanyą w czasie weekendu? - zapytałam od niechcenia. - 
Słyszałam, że przyjechała do domu.

 

   James przygryzł wargę i wlepił wzrok w kierownicę, jakby to był obraz 
Picassa, a nie metal i plastik.

 

- Tak. Właśnie dlatego byłem taki zajęty - powiedział wreszcie.

 

- Och - wybąkałam. Powinnam była wysiąść z samochodu i nigdy więcej nie 
rozmawiać z Jamesem. Poczucie winy i pobrzmiewające w jego głosie pod-

background image

niecenie, powiedziały mi wszystko, co chciałam wiedzieć. Zlękłam się, że 
zwymiotuję.

 

   Tkwiłam w samochodzie jak idiotka, czekając, aż James powie coś więcej.

 

- Nie poznała nikogo na studiach. I naprawdę bardzo za mną tęskniła... Ja chyba 
także za nią tęskniłem.

 

- Och - powtórzyłam. Do oczu napłynęły mi łzy, więc zamrugałam gwałtownie, 
by je powstrzymać. Nie zamierzałam okazać Jamesowi Suttonowi, jak bardzo 
jestem upokorzona i zraniona.

 

- Postanowiliśmy spróbować związku na odległość - ciągnął James. - To nie 
znaczy, że cię nie kocham... Uważam, że jesteś wspaniała. Ale Tanya i ja 
jesteśmy sobie przeznaczeni.

 

   Przełknęłam ślinę i wyprostowałam się na tyle, na ile było to możliwe na 
siedzeniu dżipa.  
- To cudowne, Jamesie. - Mój głos zabrzmiał zupełnie naturalnie.

 

- Naprawdę? - zapytał zaskoczony. 
- Ja także chciałam ci coś powiedzieć. - Wsunęłam dłonie do kieszeni kurtki, 
żeby nie zauważył, że drżą.

 

- Co takiego? - Uniósł swoje piękne brwi i spojrzał mi prosto w oczy.

 

- Podczas tego weekendu ja i Cain zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy w sobie 
zakochani. - Wypowiadając te słowa, nie wierzyłam własnym uszom.      
   Przepraszam, Cain, pomyślałam.

 

- Och. - Na widok wyprowadzonego z równowagi Jamesa poczułam odrobinę 
satysfakcji.

 

- Czyż to nie jest niewiarygodny zbieg okoliczności? - spytałam pogodnie. - 
Obydwoje możemy się cieszyć, że nie zraniliśmy tej drugiej osoby.

 

-  Taaa - zgodził się James. Sprawiał wrażenie zmieszanego.

 

- Myślę, że będziemy się widywali. - Pochyliłam się i pocałowałam go w 
policzek. Następnie otworzyłam drzwi i wysiadłam z samochodu.

 

- Do widzenia, Delio.

 

- Do widzenia, Jamesie - powiedziałam, zatrzaskując za sobą drzwi.

 

    Dopiero gdy James odjechał z parkingu, ugięły się pode mną kolana i 
upadłam na ziemię, szlochając. 
 
 

 

                                                           * * * 
 
 

 

   Zazwyczaj lubię zostawać z Niną, ale tego popołudnia moja praca wydawała 
mi się czymś w rodzaju kary. Nina zasypywała mnie pytaniami. Większość z 
nich dotyczyła stosunków łączących chłopaka

 

i dziewczynę.

 

background image

- W ten piątek Marcy Grey organizuje imprezę - oświadczyła Nina.  
Siedziałyśmy w gabinecie Johnsonów i pomagałam jej w odrabianiu lekcji.

 

-  To miło - odparłam, nieobecna duchem.  Nie miałam nastroju na rozmowy o 
imprezach.

 

-  I zaprosi chłopców - ciągnęła Nina. Nieomal wstrzymywała oddech, czekając 
na moją odpowiedź

 

- Niesamowite. - Zdałam sobie sprawę, że jestem dla Niny niemiła, a jej urażona 
mina rozbudziła we mnie poczucie winy.  
- Przepraszam - powiedziałam, przytulając ją. - Jestem pewna, że będziecie się 
świetnie bawili.

 

   Nina była mała, ale niegłupia. Wiedziała, że coś przed nią ukrywam.

 

- Co się stało, Delio? Jesteś jakaś smutna. Wzruszyłam ramionami, 
powstrzymując łzy.

 

- Zerwaliśmy z Jamesem. Wyczułaś pismo nosem.  
-I tak nie lubiłam Jamesa - oświadczyła, jakby to

 

załatwiało sprawę.

 

- Przecież nigdy go nie widziałaś - zauważyłam.

 

- Wiem, ale Cain mi o nim opowiadał. - Wycięła z kartonu serce i wypisała na 
nim swoje inicjały.

 

- Co ci powiedział?

 

- Mówił, że James to mięczak i że ty zasługujesz na kogoś lepszego.

 

   Omal się nie roześmiałam. Odkąd to Cain rozprawia o moim życiu 
uczuciowym z dziesięciolatką?

 

- Cain nie powinien mówić czegoś takiego. Nie jego sprawa, z kim się 
spotykam. I nie twoja. - Patrzyłam, jak Nina dopisuje na sercu inne inicjały.   
Domyśliłam się, że H. R. To jej najnowsza sympatia.

 

-  Ale miał rację, prawda? - Spojrzała na mnie, otwierając szeroko ufne 
niebieskie oczy.

 

- Tak - westchnęłam. - Myślę, że miał. 
 
 
                                                       *** 
 
 
   Stałam na schodkach przed domem Parsonów, dygocząc z zimna. Wyszłam w 
takim pośpiechu, że nie zdążyłam zabrać kurtki.

 

- Delia! - Cain natychmiast mnie objął. - Przykro mi - wyszeptał mi wprost do 
ucha. Otarłam łzy o jego sweter i zajrzałam mu w oczy.  
- Skąd wiedziałeś?

 

- Poznałem po wyrazie twojej twarzy, że albo umarł ktoś z twojej rodziny, albo 
zerwałaś z Jamesem. A ponieważ twoja mama była w dobrym nastroju, gdy 
przed chwilą rozmawiałem z nią przez telefon, wyciągnąłem odpowiednie 
wnioski. Zakryłam twarz rękami i padłam na sofę w salonie.

 

- Czuję się okropnie.

 

background image

- Wiem, jak się czujesz - powiedział, siadając obok mnie i niezręcznie 
poklepując mnie po ramieniu.

 

- Skąd możesz wiedzieć? - zapytałam, pociągając nosem.

 

- W niedzielę poszliśmy z Rebeką na łyżwy i zerwała ze mną - odparł 
obojętnym tonem.

 

- Dlaczego? - Ta nowina wstrząsnęła mną do tego stopnia, że zapomniałam o 
własnym nieszczęściu.

 

- Kto to wie? - Cain odchylił się na oparcie kanapy. Wyglądał na zakłopotanego.

 

- Nigdy jej nie lubiłam. - Współczułam Cainowi, ale nie żałowałam, że już nie 
muszę być miła dla Królowej Rebeki.

 

- A ja nigdy nie lubiłem Jamesa.

 

- Skoro mowa o Jamesie, powiedziałam mu coś okropnie głupiego. - Uznałam, 
że mogę wyznać Cainowi prawdę. W końcu miał prawo wiedzieć.

 

- Co takiego? - zapytał. 
- Obiecaj, że się nie wściekniesz.

 

- Co takiego? Powiedz mi - ponaglił mnie pełnym irytacji głosem i nie chciałam, 
żeby rozgniewał  się jeszcze bardziej, zanim stracę odwagę.

 

- Kiedy James powiedział, że on i Tanya się schodzą, poczułam się straszliwie 
upokorzona...

 

- I? - naciskał Cain.

 

- I, żeby zachować twarz, powiedziałam, że ty i ja jesteśmy w sobie zakochani. - 
Utkwiłam wzrok w wazonie stojącym na półce ponad kominkiem czekając na 
wybuch wściekłości. Ku memu zaskoczeniu, Cain się roześmiał.

 

- I co to szkodzi?

 

- Naprawdę? - Przynajmniej ten kłopot miałam z głowy.

 

- Jasne. Ludzie wciąż rozpowiadają, że są zakochani, sama wiesz. Za tydzień 
powiemy, że znów wolimy być tylko przyjaciółmi, i po sprawie.

 

   Uśmiechnęłam się po raz pierwszy, odkąd James ze mną zerwał.

 

- Masz rację! To, co robimy, nie powinno nikogo obchodzić.

 

   Cain skinął głową.

 

-  I nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę minę Rebeki! To będzie chwila warta 
uwiecznienia na fotografii. 
 
 
 
 
Rozdział czternasty 
 

 

CAIN 

Czwartek, 30 listopada 
11.30 wieczorem

 

background image

   Widziałem dziś na korytarzu Rebekę, flirtującą z Patrickiem Mayorem. I 
wiecie co? Nic nie poczułem; no, może litość dla Patricka (to byt żart). Prawdę 
mówiąc, byłem odrobinę dotknięty. Czy nic dla niej nie znaczyłem? I jeszcze 
jedno, czy ona znaczyła coś dla mnie? Może Delia przez cały czas miała rację. 
Może ja rzeczywiście nie mam pojęcia o prawdziwej miłości Ale któż je ma? 

 

   W piątek wieczorem ja i Delia topiliśmy nasze smutki w koktajlu bananowym 
u Swensona. Był z nami Andrew, ale siedział w milczeniu. Gapił się w swój 
pucharek, jakby była w nim wypisana jego przyszłość. Wszyscy troje byliśmy w 
ponurym nastroju.

 

- Wiesz, na czym polega twój problem, Delio Byrne? - zapytałem.

 

- Wiem. Na tym, że wciąż mnie pytasz, na czym polega mój problem - 
odpowiedziała automatycznie. Odbyliśmy milion rozmów, które zaczynały się w 
ten sposób.

 

- Otóż, nie. Twój problem polega na tym, że zbyt łatwo się zakochujesz.                             

 

- Ha! I to mówi facet, który zarzucał mi, ze nie potrafię się zakochać. Cóż za 
hipokryzja! 
- Teraz jestem starszy i mądrzejszy niż wtedy - od parłem. - Uznałem, że miłość 
jest zakazana.

 

   Delia postukała łyżeczką w pięknie udekorowaną szklankę z koktajlem.                                          

 

- A ja mam pewną sugestię, która zachęci do miłości nawet kogoś tak 
znudzonego jak ty. Zlizałem trochę koktajlu z łyżeczki.

 

- Wątpię, ale spróbuj.

 

- Powinieneś umówić się z Ellen. - Delia odchyliła się na oparcie z bardzo 
zadowoloną miną,

 

-  Z Ellen Frazier? - zapytałem zaskoczony, wiedziałem, że Ellen trochę na mnie 
leci, ale nawet do głowy mi nie przyszło, by się z nią umówić. Ellen była 
najlepszą przyjaciółką Delii. Sam pomysł wydawał mi się dziwaczny.

 

- Jasne, że z Ellen Frazier. Jest ładna, inteligentna i dziesięć razy fajniejsza niż 
inne dziewczyny, z którymi się umawiałeś.

 

   Pokręciłem głową.

 

- Myślę, że zostanę przy swoim. Dziękuję bardzo. Wtedy Andrew uniósł głowę 
znad pucharka z lodami.

 

- Zgadzam się z Delią. Co masz do stracenia? Spojrzałem na niego.

 

-I to mówi facet, który od początku semestru nie był ani razu na randce? - 
spytałem.

 

- To co innego.

 

- Niby dlaczego? - Spojrzałem na niego wyczekująco. Mógłbym przysiąc, że      
Delia także była ciekawa. Ostatnio Andrew był bardzo tajemniczy.

 

   Oblizał do czysta łyżeczkę i otarł usta serwetką.

 

- Ponieważ mam zamiar umówić się z Rachel Hall. Wkrótce. Bardzo niedługo. 
Wzniosłem oczy do nieba.

 

background image

- Tak, jasne. Tak samo jak umówiłeś się z nią dwanaście razy w ciągu ostatnich 
dwóch miesięcy. Andrew lekko poczerwieniał.

 

- Zaprosiłbym ją, ale byłem zajęty procesem eliminacji. Teraz, odrzuciwszy 
kandydatury czterdziestu dwóch dziewczyn z naszego liceum, doszedłem do 
wniosku, że warto się umówić tylko z Rachel Hall. Bez obrazy, Delio.

 

   Delia wzruszyła ramionami. Była przyzwyczajona do zgryźliwych uwag pod 
adresem dziewczyn.

 

- Ale z ciebie kłamczuch - powiedziałem. - Nie próbowałeś się z nią umówić ze 
strachu, że ci odmówi.

 

Andrew położył na stole kilka monet.

 

- Myśl sobie, co chcesz, Cain. Po prostu przyjmij radę Delii i umów się z Ellen. 
Przesiadywanie samemu w domu w sobotni wieczór nie należy do 
przyjemności. - Wstał. - Zobaczymy się później.

 

   Gdy Andrew wyszedł, Delia odłożyła łyżeczkę.

 

-  Nie mów potem, że nie próbowałam. Jeśli ci przyjdzie umrzeć w samotności, 
pamiętaj, że Delia usiłowała ci pomóc.

 

-  Zastanowię się nad tym - ustąpiłem. - Teraz całą energię włożę w to, by 
zapomnieć, że Rebeka Foster kiedykolwiek istniała. To praca na pełnym etacie.

 

- Chyba zatrudnia nas ten sam pracodawca. Ciężka praca, mała płaca - 
zauważyła sentencjonalnie Delia, - Skończ to za mnie. - Podsunęła mi prawie 
pustą szklankę.

 

   Wyskrobałem z dna resztki.

 

- Może sprawdzimy, co dają w nocnym kinie? 
- Dobry pomysł - zgodziła się Della. - Na czwartym kanale jest tydzień z Cary 
Grantem.  
   Wstała. Pomogłem jej włożyć parkę. Zerknąłem na nasze odbicie w 
staroświeckim lustrze na ścianie.  
   Uśmiechaliśmy się. Spostrzegłem, że niczym się nie różnimy od innych par u 
Swensona. Gdybym nie znał prawdy, pomyślałbym, że jesteśmy stałą para; 
młodą i zakochaną. 
 
 

 

* * * 

 
 

 

   Dwie godziny później Delia włączyła pilotem telewizor w gabinecie w swoim 
domu. Wiele razy oglądaliśmy „Filadelfijską historię" i za każdym razem na jej 
twarzy gościł wyraz rozmarzenia. Pomimo szorstkiego sposobu bycia Delia 
miała słabość do romansów.

 

- Myślisz, że jakiś facet pokocha mnie kiedyś tak, jak Jimmy Stewart kochał 
Katherine Hepburn w tym filmie?

 

background image

- Głupie pytanie - odparłem.

 

- Bo myślisz, że to niemożliwe? - spytała ze smutkiem.

 

   Delia leżała na sofie, opierając łydki na moich kolanach. Stwierdziłem, że nie 
jest już rozmarzona,

 

lecz posępna.

 

- Nie, Deels. Jestem pewien, że jest co najmniej tysiąc facetów, którzy mogliby 
cię pokochać tak, jak Jimmy kochał Kate.

 

   Uśmiechnęła się.

 

- Naprawdę tak myślisz?

 

- Delio, przecież jesteś najwspanialszą laską w całej szkole. Na całym świecie. 
Facet musiałby mieć nie po kolei w głowie, żeby się w tobie nie zakochać.   

 

   Usiadła i objęła mnie ramionami. Uściskałem ją, zadowolony, że znów się 
uśmiecha. 
 - Tak się cieszę, że jesteś moim najlepszym przyjacielem - powiedziała 
stłumionym głosem.  
- Nie tak bardzo jak ja - odparłem i uściskałem ją jeszcze mocniej.  
- Kocham cię - wyznała, tuląc się do mnie.  
- Ja także cię kocham.

 

   Delia i ja często wypowiadaliśmy owo magiczne słowo „kocham", aby 
określić nasze przyjazne uczucia. Tego wieczoru jednak nasze słowa nabrały 
głębszego sensu niż zazwyczaj. Myślę, że spowodowały to ciężkie przejścia, 
dzięki którym zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo polegamy na łączącej nas 
trwałej przyjaźni.  
   Delia cmoknęła mnie w policzek. Ja także pocałowałem ją w policzek. Wtedy 
ona pocałowała mnie w drugi policzek. I ja pocałowałem ją w drugi policzek. I 
tak na przemian, chyba ze dwadzieścia razy.

 

   W końcu, kiedy znów miałem pocałować ją w policzek, moje wargi 
niechcący, a zarazem naumyślnie znalazły się na jej ustach. Zamiast się szybko 
odsunąć, pocałowałem ją w usta, a ona oddała mi pocałunek. I nagle zdałem 
sobie sprawę, że ją całuję i całuję i nie mam dosyć.  
   Delia rozchyliła ciepłe wargi. Wsunąłem palce w jej włosy, a ona wczepiła się 
w moją koszulę. Straciłem poczucie czasu, wydało mi się, że jesteśmy połówka-
mi całości.  
   Delia odsunęła się raptownie. Wstała i opadła na fotel obok kominka. Bez 
ostrzeżenia zalała się łza mi. Ukryła twarz w dłoniach i cicho chlipała.   
   Obezwładniło mnie poczucie bezradności. Podniosłem się z sofy. Poklepując 
ją po plecach, mamrotałem słowa pociechy.                                         

 

Po jakiejś minucie Delia zaczęła mówić. 
- Z Jamesem... pocałunek... nigdy... ja nie...  
   Rozumiałem jedno słowo na dziesięć, ale nie trze ba było geniusza, by pojąć, 
że jest zdenerwowana z powodu Jamesa. Stało się dla mnie jasne, że moje 
pocałunki przypomniały jej, że facet, którego naprawdę kochała, zostawił ją na 
lodzie. 

background image

 -Nie martw się, Delio. Wszystko będzie dobrze - powiedziałem, żeby ją 
pocieszyć. 
- Naprawdę? - zapytała, spoglądając na mnie mokrymi od łez oczami.

 

   Skinąłem głową.

 

- Posłuchaj, obydwoje jesteśmy roztrzęsieni po zerwaniu. Nic dziwnego, że 
szukamy pociechy. Przyrzekam, że nic się między nami nie zmieni.

 

- Masz rację - powiedziała, ocierając łzy rękawem.

 

- Po prostu jestem podenerwowana z powodu Jamesa. To wszystko.

 

   Wyglądało na to, że się pozbierała. Ucieszyłem się, choć czułem się przybity, 
że wciąż myślała o Gogusiu. Na mnie nasze pocałunki zrobiły kolosalne 
wrażenie. Ale nadal, z biegłością aktora nagrodzonego Oscarem, odgrywałem 
rolę najlepszego przyjaciela.

 

- Jesteśmy przyjaciółmi. Jak zawsze - podkreśliłem stanowczo.

 

   Delia uśmiechnęła się radośnie, a potem podała mi rękę.

 

- Przyjaciele - powiedziała. 
   Wymieniliśmy uścisk dłoni, jakbyśmy dobijali targu.

 

- Oto najpiękniejsze słowo w słowniku - zauważyłem tonem profesora.

 

   Delia spuściła wzrok.

 

- Taaa - powiedziała do siebie. - Po prostu smutno mi z powodu Jamesa...

 

   Nagle poczułem, że muszę uciec od Delii i jej chlipania z żalu po Jamesie. 
Chciałem znaleźć się w domu i móc się zastanowić.

 

- Chyba obydwoje przegraliśmy zakład - powiedziałem, starając się sprowadzić 
rozmowę na inny temat.

 

- Masz rację - przyznała Delia głosem, w którym pobrzmiewał smutek i 
rozbawienie, ale wyraz jej twarzy pozostał obojętny.

 

   Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziałem, jak wybrnąć z sytuacji. 
 
 

 

* * * 

 
 

 

   W drodze do domu rozmyślałem o Delii opłakującej rozstanie z Jamesem. Nie 
mogłem pojąć, co mogła w nim widzieć oprócz urody modela. 
    Gdy się rozebrałem i położyłem do łóżka, byłem pewien jednego: 
przywiązanie Delii do Gogusia okropnie mnie irytowało. Obrażało mnie.    
   Wpatrując się w sufit, rozmyślałem o wszystkich dziewczynach, z którymi się 
całowałem. Wszystkie cokolwiek warte dziewczyny z naszej szkoły spotykały 
się ze mną. Rebeka była jedyną, która ze mną zerwała. Ale nawet ona rozstała 
się ze mną z powodu dumy. Poczuła się urażona, że wstawiłem się za Delią. 
Choć nie powiedziałem tego Delii, byłem pewien, że Rebeka wróciłaby do 

background image

mnie, gdybym ją poprosił. Przez cały tydzień posyłała mi powłóczyste 
spojrzenia.

 

   Ale ja nie zamierzałem umawiać się z Rebeką. Jedyne czego pragnąłem, to 
uświadomić Delii, jak wiele dziewczyn chciałoby się znaleźć na jej miejscu. I 
żadna z nich nie wybuchłaby płaczem z powodu moich pocałunków. Wprost 
przeciwnie.

 

   Usiadłem i walnąłem pięścią w poduszkę. Pora działać. Fakt, że pocałowałem 
Delię i że zamartwiałem się teraz, ponieważ ona wciąż zamartwiała się z 
powodu Jamesa, świadczył o tym, iż nie mam zbyt wiele czasu. Gdy tylko 
umówię się z inną dziewczyną (z mocnym postanowieniem, że się nie 
zakocham), moje życie powróci do normy.  
   Natychmiast przypomniało mi się, że Delia radziła, abym się umówił z Ellen. 
Przedtem nie miałem zamiaru iść z nią na randkę, ale Delia była taka za-
chwycona tym pomysłem, że może powinienem spróbować. Przynajmniej 
udowodnię jej, że podczas gdy ona zalewa się łzami po stracie tego frajera, 
którego nazywa swoim chłopakiem, ja posuwam się naprzód. Z pewnością nie 
musi się obawiać, że jeszcze kiedyś ją pocałuję.  
   Zamknąłem oczy, czując, że w końcu zasnę. Z samego rana zatelefonuję do 
Ellen Frazier. Spotkam się z przyjaciółką Delii i przyjemnie spędzę czas; choćby 
mnie to miało zabić. 
 
 
 
Rozdział piętnasty 
 

 

DELIA 

   Sobotni ranek spędziłam, snując się z kąta w kąt. Rodzice pojechali na 
kiermasz wyrobów rzemieślniczych i w domu panowała głucha cisza. Miałam 
pilnować Niny, ale na razie nie wiedziałam co z sobą zrobić. Uznałam, że życie 
nastolatki, która nie może się doczekać wieczoru z dziesięciolatką, jest na-
prawdę beznadziejne.

 

   Koło południa zasiadłam przed komputerem, żeby napisać pracę na warsztaty 
literackie, ale nie miałam nic do powiedzenia. W głowie kłębiły mi się myśli na 
temat wczorajszego wieczoru, nie potrafiłam jednak nadać im żadnego 
sensownego kształtu. Czułam się jakby zawieszona w przestrzeni. Czekałam, aż 
coś się wydarzy, ale nie miałam pojęcia, co by to mogło być.  
   Gdy odezwał się dzwonek u drzwi, zbiegłam po schodach. W tej chwili 
uszczęśliwiłaby mnie nawet rozmowa z domokrążcą. Byle tylko się czymś 
zająć.  
   Na widok samochodu Ellen natychmiast poweselałam. Postanowiłam, że 
opowiem jej, co zaszło wczorajszego wieczoru między mną a Cainem.

 

background image

- Mam nowinę. Jak usłyszysz, padniesz z wrażenia - oświadczyła, gdy tylko 
otworzyłam drzwi.

 

- Napadli na nas najeźdźcy z kosmosu? - spytałam, wieszając jej kurtkę w 
groszki

 

-  Najeźdźcy z kosmosu to pestka w porównaniu z tym, co mnie spotkało - 
odparła z błyskiem oku. 
   Weszłyśmy do kuchni i wyjęłam z lodówki dwie puszki coli.

 

-  Nie trzymaj mnie w napięciu! Opowiedz wszystko!

 

Elien otworzyła puszkę.

 

- Dziś rano w najlepsze czytałam gazetę, niczego się nie spodziewając. Niczego.

 

- Do rzeczy - przerwałam jej. - Nie mogę się doczekać.

 

- Zadzwonił Cain i umówił się ze mną na dzisiejszy wieczór.

 

   Zachłysnęłam się colą i odkaszlnęłam.

 

- Żartujesz. Pokręciła głową.

 

- Nie. Idziemy razem na kolację.

 

- No, no. - Poczułam się tak, jakbym dostała obuchem w głowę.

 

   Ellen spojrzała na mnie.

 

- Nie przeszkadza ci to? To znaczy domyśliłam się, że mu to podszepnęłaś i...

 

   Zmusiłam się do uśmiechu.

 

- Ani trochę. Po prostu jestem zaskoczona, że nic mi nie powiedział. To 
wszystko.

 

-Jesteś jakaś zielonkawa - stwierdziła Ellen, przyglądając mi się uważnie.

 

- Zawsze uważałam, że będzie z was zachwycająca para. Jestem taka 
uradowana, że odebrało mi mowę.

 

   Ellen znów się rozpromieniła.

 

- Skoro tak mówisz. W takim razie czy możesz mi pożyczyć jakiś odpowiedni 
ciuch?

 

- Znajdziemy coś ekstra. Gdy Cain cię w tym zobaczy, Rebeka Foster stanie się 
bladym wspomnieniem. 
   Czułam się okropnie. To prawda, że pomysł, aby Cain umówił się z Ellen, 
pochodził ode mnie. Jakoś  nigdy nie wierzyłam, że Cain wprowadzi go w czyn.   
   Jedno było pewne. Nie mogłam powiedzieć Ellen  o pocałunkach Cain a. 
Wyobrażałam sobie ich dwoje, żartujących ze mnie podczas kolacji. „Nieszczę-
sna Delia - powie Cain. - Nigdy nie znajdzie sobie chłopaka".

 

   Zadrżałam. Za żadną cenę nie mogę pozwolić, by Cain albo Ellen domyślali 
się, że przejmuję się ich randką.

 

- Chodźmy na górę - powiedziałam, wstając. - Nie mamy ani chwili do 
stracenia.

 

- Dzięki, Delio. Wiedziałam, że mnie wesprzesz. - Ellen uściskała mnie. 
Widziałam, że nie posiada się z radości.

 

   Gdy znalazłyśmy się w moim pokoju, zaczęłam przeszukiwać szafę. Wyjęłam 
zieloną sukienkę z bufiastymi rękawami i podałam ją Ellen.

 

- Przymierz to - powiedziałam.

 

background image

- Patrząc na mnie, miej na względzie, że wieczorem włożę mój cudowny 
biustonosz - przypomniała Ellen. - Dodaj pięć centymetrów w obwodzie.

 

   Usiadłam na łóżku i patrzyłam, jak się przebiera.

 

- Ten biustonosz to jakby koło ratunkowe - rzuciłam.

 

   Zachichotała.

 

- No, i jak wyglądam?

 

-  Świetnie. - Sukienka prezentowała się na niej znacznie lepiej niż na mnie. - 
Daję ci ją. Ten fason jest odpowiedniejszy dla ciebie.

 

    Ellen obróciła się przed lustrem.

 

- Myślisz, że Cainowi się spodoba? 
- Z całą pewnością.

 

   Ellen podeszła do lustra i przyjrzała się swojej twarzy.                                               

 

- Chyba robi mi się pryszcz na brodzie.

 

- Wcale nie - starałam się, żeby mój głos za brzmiał wesoło i zachęcająco.

 

Ellen usiadła na krześle przy biurku.

 

- Jestem zdenerwowana - wyznała.

 

- Nie ma powodu. Jesteś sto razy fajniejsza od dziewczyn, z którymi spotykał 
się Cain.

 

   Nagle Ellen podskoczyła na krześle.

 

- Znasz Caina lepiej niż ktokolwiek inny. Co powinnam zrobić, żeby mu się 
spodobać?

 

   Przymknęłam oczy i zastanawiałam się przez chwilę. Jak ująć wszystko, co 
wiem o Cainie,w kil ku treściwych zdaniach? Przelatywałam w myślach istotne 
szczegóły, o których mogłabym jej powiedzieć. Nabrałam powietrza w płuca.

 

- Nie znosi pikli i na hamburgerze. Nie mów mu, że jesteś za gruba. Nie 
przeszkadza mu, gdy się śpiewa w samochodzie, nawet fałszując. Lubi bawić się 
w naśladowanie. Jeśli nie będziesz umiała poznać, kogo udaje, powiedz, że 
Elvisa. Jeżeli drga mu mięsień nad okiem, to znaczy, że nie chce ci pokazać, że 
się złości...

 

   Teraz, kiedy już zaczęłam, nie mogłam przestać. Czułam się tak, jakbym 
otworzyła zawór tamy. Ellen przyglądała mi się w milczeniu. Wydawało mi się 
że słucha, więc wyliczałam dalej.

 

-  Jego ulubionym kolorem jest zielony. Przepada za muzyką disco. Wieczorami 
słucha radia. Nie znosi powierzchownych dziewczyn, chociaż patrząc na jego 
ostatnią dziewczynę, nigdy byś tego nie zgadła. Prędzej umrze, niż podejmie 
pracę w biurze prawniczym. Najzabawniejszy jest wtedy,

 

gdy...

 

- Delio, wszystko z tobą w porządku? - nagle zapytała Ellen. Uniosła dłoń, 
przerywając potok

 

wymowy. Zdałam sobie sprawę, ze niemal zapomniałam, że

 

jest ze mną.

 

- Co? Och, przepraszam, zasypałam cię szczegółami. - Ellen pracowicie 
odpychała skórki paznokci.  
 Przygryzła wargi i spojrzała na mnie. 
 - Kochasz się  w Cainie, prawda? - spytała cicho, ale jej słowa

 

background image

dudniły mi w uszach.

 

- Co? - Objęłam poduszkę, żeby się czymś zająć. Ellen uniosła brwi.

 

- Słyszałaś, co powiedziałam. Myślę, te jesteś zakochana w Cainie Parsonie.

 

- To najgłupsza rzecz, jaką słyszałam - zaprotestowałam głośno, odwracając 
wzrok. - Nie bądź śmieszna.

 

-  Z tego, jak o nim opowiadasz, Delio, wynika, że...

 

- Nie kocham się w Cainie. Koniec. - Wiedziałam, że mój głos brzmi 
nienaturalnie, ale nie mogłam na to nic poradzić.

 

- Jesteś pewna...

 

- Jasne, że jestem pewna. Weź tę sukienkę i idź się

 

przygotować.

 

   Po kilku minutach Ellen wyszła. Stałam bez ruchu, wsłuchując się w ciszę 
pustego domu. Nie jestem zakochana w Cainie, powiedziałam sobie. Gdy te 
słowa rozbrzmiały w mojej głowie, omal w nie uwierzyłam. 
 
 
 

*** 

 
   W sobotę wieczorem Nina była tak podekscytowana, że siłą zawlokłam ją do 
sypialni. Koniecznie chciała zdać mi dokładną relację z wczorajszej imprezy u 
Marcy Stein.

 

- I wtedy Peter Ross wrzucił mi za kołnierz kostkę lodu - powiedziała, 
wkładając żółtą nocną koszulę.

 

- A ty? - spytałam, sięgając po jej szczotkę i pokazując, że ma usiąść na brzegu 
łóżka.

 

- Najpierw wrzasnęłam, a potem zrobiłam mu to samo. Pękaliśmy ze śmiechu, 
aż myślałam, że się po-sikamy. - Nina zaśmiała się na samo wspomnienie.

 

- Nie wierć się, bo zrobi ci się kołtun. - Rozczesując długie włosy, czekałam na 
dalszy ciąg.

 

- Jeszcze ci nie opowiedziałam najlepszego.

 

- A to nie koniec? - Mimo kiepskiego nastroju nie mogłam powstrzymać 
uśmiechu. Entuzjazm Niny był zaraźliwy.

 

Skinęła głową.

 

- Powiem ci, jeśli obiecasz, że nie wygadasz moim rodzicom.

 

- Przysięgam,

 

- Graliśmy w butelkę!

 

- Nie! - starałam się, by w moim okrzyku za brzmiało zgorszenie. Wiedziałam, 
że Nina spodziewa się dramatycznej reakcji.

 

- No! Chłopcy byli tacy ordynarni, że o mało się nie porzygałam.

 

- Kogo musiałaś pocałować? - zapytałam. Zepchnęłam ją z łóżka, żeby je 
pościelić.

 

- Petera Rossa! Pfuj! - Nina skrzywiła się i wywaliła język. 

background image

- Jakoś to przeżyjesz. A może kiedyś zechcesz go znowu pocałować. Pokręciła 
głową, wydając gardłowe dźwięki.

 

- Nawet za milion lat.

 

- Skoro tak mówisz - powiedziałam wesoło, całując ją na dobranoc. Zgasiłam 
lampkę przy je] łóżku.

 

Gdy byłam przy drzwiach, Nina usiadła i z powrotem zapaliła lampkę.

 

- Hej, Delio.

 

- Co? - zapytałam, opierając dłonie na biodrach. - Myślisz, te w końcu wyjdę za 
Petera Rossa? No,

 

bo się całowaliśmy.

 

- Tak. I będziecie żyli długo i szczęśliwie. - Zgasiłam światło, mając nadzieję, 
że nie wyczuła w moim tonie goryczy.

 

   Zeszłam na dół, całkowicie pewna, że za dwie minuty będzie spała, śniąc o 
tym okropnym Peterze Rossie. Nie miałam serca, by jej powiedzieć, że od piątej 
klasy wzwyż romansowanie jest coraz mniej przyjemne. Wkrótce, sama się 
dowie.

 

   Po położeniu Niny nie miałam wiele do roboty. Wzięłam torebkę z preclami i 
włączyłam telewizor. Powtarzałam sobie, że naprawdę, ale to naprawdę, mam 
nadzieję, że Ellen i Cain dobrze się razem bawią.

 

   Przez godzinę oglądałam wideoclipy. Spojrzałam na zegarek i uznałam, że 
Ellen musi być już w domu. W końcu, ile może trwać taka kolacja? Umierałam 
z ciekawości, jak udała się randka.

 

   Dopiero po trzech sygnałach odebrała telefon mama Ellen. Wiedziałam, że  
pani Frazler wcześnie chodzi spać. Była zaspana i trochę poirytowana. Gdyby 
Ellen była w domu, jej mama nie fatygowałaby się, żeby podnieść słuchawkę. 
Przerwałam połączenie, nie odezwawszy się słowem.

 

   Ellen nie wróciła do domu, co oznaczało, że ona i Cain są ciągle razem. 
Randka najwyraźniej była udana. Wkrótce zaczną się trzymać za ręce w pu-
blicznych miejscach, a ja stanę się piątym kołem u wozu, sama i niepotrzebna.

 

   Absolutnie nie zniosę zwierzeń Caina na temat tego, jak bardzo podoba mu się 
Ellen. Nasza przyjaźń nie wytrzyma tej próby. Nie zamierzałam stawać im na 
drodze do szczęścia.

 

- Przez jakiś czas będę się trzymała na uboczu - powiedziałam, zwracając się do 
telewizora. - Tak będzie najlepiej dla wszystkich. 

 
 
 
 
 
 

Rozdział szesnasty 
 

 

CAIN 

background image

- Czy to jest sukienka Delii? - zapytałem Ellen. Spojrzała na nią z uśmiechem.

 

- Tak. Podarowała mi ją.

 

- Dlaczego? - Wiedziałem, że moje pytanie nie jest zbyt uprzejme, ale nie 
mogłem sobie wyobrazić, że Delia kiedykolwiek odda komuś zieloną sukienkę. 
Należała do moich ulubionych, a trudno było nie zauważyć, że na Deels 
sukienka wygląda znacznie lepiej.

 

- Chyba jej się znudziła - odparła Ellen, wzruszając ramionami.

 

- Ostatnio strasznie mnie wkurza - powiedziałem, jakby nie było przy mnie 
Ellen.

 

   Siedzieliśmy przy stoliku w Pasta House. Przez cały wieczór, począwszy od 
przystawek po danie główne, starałem się nie wypowiadać imienia Delii i 
zachowywać się tak, jakby Ellen była dziewczyną, z którą chcę się spotykać. 
Ale gdy kelner przyniósł nam kawę, wiedziałem, że romans z Ellen to stracona 
sprawa. Dla mnie była wyłącznie przyjaciółką Delii. Musiałem przyznać, że jest 
wspaniała, ale za każdym razem, gdy na nią spojrzałem, widziałem Delię. I 
pozwoliłem sobie mówić o tym, co przez cały dzień leżało mi na sercu - o Delii 
Byrne.

 

- Rozumiem, że mówimy teraz o Delii - odezwała się Ellen, unosząc brwi.

 

- Tak. 
- Myślę, że ty ją także wkurzasz - oznajmiła Ellen poważnym tonem. Upiła łyk 
kawy, czekając, że powiem coś więcej.

 

- Strasznie ją kocham - wyznałem i nalałem sobie śmietanki.

 

- Ona także ciebie kocha - powiedziała Ellen, wzdychając.

 

- Naprawdę?

 

- Naprawdę. - Ellen zamilkła na chwilę. - I pomyśleć, że wyobrażałam sobie, że 
idę na prawdziwą randkę. Wygląda na to, że potrzebujesz terapeuty. - Pokręciła 
głową.

 

Nagle zdałem sobie sprawę, jaki ze mnie palant.

 

- Przepraszam, Ellen. Nie miałem zamiaru wałkować sprawy Delii. 
Porozmawiajmy o czymś innym. Dokąd chcesz iść na studia?

 

   Ellen się roześmiała.

 

-  Nie próbuj mi wmawiać, że obchodzi cię, gdzie się wybieram na studia. 
Prawdę mówiąc, kiepski z ciebie aktor.

 

- Tak łatwo mnie rozgryźć? - spytałem zmartwiony

 

- Od chwili gdy podjechałeś po mnie pod dom, jesteś myślami daleko stąd. - 
Ellen odchyliła się na oparcie krzesła, bawiąc się papierową serwetką.

 

- Myślałem, że jak się umówię, uda mi się zapomnieć, jak bardzo... - Urwałem.

 

- Jak bardzo kochasz Delię? - spytała Ellen z lekką drwiną.

 

- Nie! - zaprotestowałem gwałtownie. - To znaczy właśnie zerwałem z Rebeką i 
wszystko...

 

-  Oszczędź mi kłamstw - przerwała Ellen. - Ty i Delia jesteście w sobie 
zakochani i wszyscy w szkole wiedzą o tym od lat. Jeśli to do was wreszcie 
dotrze i zechcecie być razem, cała reszta pogodzi się z tym.

 

background image

Moje serce galopowało i nie mogłem złapać oddechu.

 

- Naprawdę myślisz, że Delia mnie kocha? Ellen z trzaskiem odstawiła 
filiżankę.

 

- Ja wiem, że tak jest, Cain. Szkoda, że jej dzisiaj nie widziałeś. Udawała, że się 
nie przejmuje naszą randką. Ale ja widziałam łzy w jej oczach.

 

- Mówisz prawdę? - Wyschło mi w ustach i musiałem przepłukać je wodą.

 

Ellen pomasowała sobie skronie.

 

- Zastanów się, Cain. Od dwóch lat podkochuję się w tobie. A teraz udało mi się 
pójść na coś, co przynajmniej zaczęło się jak randka. Naprawdę sobie 
wyobrażasz, że spędziłabym ten wieczór na wmawianiu ci, że ty i Delia 
powinniście być razem, gdybym nie miała co do tego stuprocentowej pewności? 
- Ellen skinęła na kelnera, żeby przyniósł nam rachunek.

 

- Rozumiem, co masz na myśli - powiedziałem. -To dobrze. A teraz chodźmy 
stąd. Na pewno

 

chcesz wrócić do domu i rozmyślać o Delii.

 

- Obiecaj mi, proszę, że nie powiesz jej o tym, co ci mówiłem dziś wieczór. - 
Wstrzymałem oddech, modląc się, by się zgodziła trzymać buzię na kłódkę.

 

- Obiecuję. Westchnąłem z ulgą.

 

- Jak mam ci podziękować za to, że jesteś taką równą babką?

 

Wskazała ręką rachunek.

 

- Powiem ci. Pozwolę ci zapłacić za moją kolację. 
- Zrobione - odparłem. Oczywiście, i tak bym zapłacił.

 

- A możesz zrobić dla mnie coś jeszcze? - spytała, wkładając płaszcz.

 

- Co tylko zechcesz.

 

- Nie umawiaj się ze mną nigdy więcej. - Uśmiechnęła się.

 

Wziąłem ją za rękę i pocałowałem w czoło.

 

- Wiesz, co, Ellen Frazier? Jesteś naprawdę w porządku.

 

Wychodząc z restauracji, pogwizdywałem pod nosem. A w drodze do domu 
podśpiewywałem. 
 
 

 

* * * 

 
 

 

   W domu natychmiast popędziłem na górę. W myślach wykręcałem numer do 
Delii. Mieliśmy wiele do omówienia.

 

   Ale gdy usiadłem na łóżku ze słuchawką w ręce, nagle uszło ze mnie 
powietrze. Podczas rozmowy z Ellen wszystko wydawało mi się takie proste. 
Teraz, gdy zostałem sam, sprawy się skomplikowały. Przez trzy lata Delia i ja 
byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Nie spodziewałem się, że nasza znajomość 
może ulec zmianie.

 

background image

   Odłożyłem słuchawkę i podszedłem do korkowej tablicy na ścianie. Były na 
niej zdjęcia z trzech pierwszych lat liceum. Na połowie z nich znajdowała się 
Delia. Mój wzrok przykuła duża fotografia pośrodku tablicy.

 

   Zdjęcie zrobiła moja mama, kiedy byliśmy w pierwszej klasie. Pracowaliśmy 
wtedy z Delią w myjni samochodów. Wysiliłem pamięć i przypomniałem sobie, 
że zbieraliśmy pieniądze na miejscowy szpital pediatryczny. Około trzeciej po 
południu ruch trochę zelżał. Byliśmy wykończeni i lekko nam odbiło.

 

   Nagle chwyciłem gumowy wąż i oblałem Delię wodą. Wtedy ona wylała mi 
na głowę wiadro mydlin. Jak na komendę, wszyscy inni także zaczęli rozrabiać. 
Przez najbliższe kilka minut oblewaliśmy się, rechocząc histerycznie.

 

   Gdy wreszcie odłożyłem wąż, zobaczyłem, że mama przyprowadziła do mycia 
nasz stary samochód combi. Trzymała w ręku aparat, stojąc kilka metrów od 
nas. Delia podeszła do mnie i przybiła mi piątkę. Do dziś pamiętam, jak nasze 
dłonie się ześlizgnęły, bo były pokryte mydlinami. I tę właśnie chwilę mama 
uwieczniła na zdjęciu.

 

   Jeszcze teraz, stojąc samotnie w pokoju, roześmiałem się na to wspomnienie. 
Wesoła i klepiąca mnie Delia była uosobieniem radości.

 

   Przeniosłem wzrok na inne zdjęcia przyczepione do tablicy. Kilka z nich 
przedstawiało mnie i An-drew, grających w koszykówkę i zajmujących się in-
nymi męskimi sprawami. Moją ulubioną fotografią była ta, na której Delia i ja, z 
pomocą mojej babci, lepimy bałwana.

 

   A co będzie, gdy powiem Delii, co czuję, i okaże się, że ona nie podziela 
moich uczuć? Będę okropnie upokorzony i stracę najlepszą przyjaciółkę. Nasze 
żarciki, przekomarzanie się i zwierzenia bezpowrotnie odejdą w przeszłość.

 

   A jeśli zaczniemy się spotykać i nasz związek zakończy się tak jak 
poprzednie? Nie było żadnej gwarancji, że nasza miłość przetrwa. Delia może 
poznać kogoś, kto jej się spodoba bardziej niż ja, albo uzna, że nie potrafię 
dobrze całować, albo zda sobie sprawę, że moje żarty już jej nie śmieszą. Będę 
miał złamane serce i utracę to, co liczyło się dla mnie najbardziej na świecie.

 

   Westchnąwszy ciężko, wyciągnąłem się na łóżku. Milczący telefon zdawał się 
drwić ze mnie i omal nie rzuciłem nim o ścianę. Zamiast tego jednak wziąłem 
słuchawkę i wybrałem sześć pierwszych cyfr numeru Delii.

 

   Gdy miałem przycisnąć ostatnią cyfrę, zawahałem się. Przez kilka minut 
siedziałem bez ruchu, wpatrując się w plakat przedstawiający Michaela Jordana. 
Nie mogę tego zrobić. Nie mogę ryzykować utraty przyjaźni. Stawka jest zbyt 
wysoka.

 

   Nie zawracając sobie głowy przebieraniem się w piżamę, zgasiłem światło i 
wsunąłem się pod kołdrę.

 

- Delia nigdy się nie dowie, co do niej czuję - poprzysiągłem sobie. - Nigdy. 
 
 
 
 

background image

Rozdział siedemnasty 
 

 

DELIA 

   W niedzielny poranek obudziłam się z okropnym bólem głowy. Z dołu 
docierały głosy rodziców, spierających się żartobliwie na temat ewentualnego 
kupna nowej termy. Jęknęłam i na wspomnienie tortur, które spotkały mnie w 
ciągu ostatniej doby, wtuliłam twarz w poduszkę. Ellen i Cain. Cain i Ellen. 
Delia i nikt. Była chyba piąta trzydzieści nad ranem (tak, większość nocy 
przeleżałam bezsennie, wpatrując się w rysy na suficie), gdy zdałam sobie 
sprawę, dlaczego czuję się tak paskudnie. Po raz pierwszy wypowiedziałam te 
słowa na głos, żeby się przekonać, czy brzmią prawdziwie.

 

- Kocham Caina - wyszeptałam. - A on mnie nie kocha. - Wypowiedzieć to było 
mi jeszcze trudniej, niż pomyśleć. Starłam łzy z twarzy. Nie ma nawet 
dziesiątej, a już płaczę.

 

- Życie jest piękne - rzekłam sarkastycznie. Przekręciłam się na łóżku, 
powtarzając sobie nowo uświadomioną prawdę.

 

   Zwlokłam się z łóżka, czując, że nie zniosę własnych myśli ani chwili dłużej. 
Wciąż było wcześnie, ale odkładanie tego, co nieuniknione, na później, nie 
miało sensu. Muszę zerwać wszelkie więzy łączące mnie z Cainem, i muszę to 
zrobić dzisiaj.

 

   Ubrałam się w najstarsze dżinsy i znalazłam wyblakłą bluzę z emblematem 
naszej szkoły. Dla lepszego efektu nasadziłam na głowę czapkę bejsbolową, a 
nogi wsunęłam w znoszone mokasyny. 
   Walcząc z frotką, którą usiłowałam zebrać włosy, uznałam, że gdy już 
przegram zakład i tak je obetnę, nawet jeżeli Cain nie będzie się przy tym upie-
rał. Po co sobie zawracać głowę wyglądem? Zresztą wtedy będę spędzała 
weekendy w towarzystwie rodziców.

 

   Poszłam do przedpokoju i wyjęłam z szafy kartonowe pudło, które postawiłam 
na niezaścielonym łóżku. W pudle były zgromadzone pamiątki z różnych chwil 
szkolnego życia. Wyjęłam je wszystkie. Większość z nich, w ten, czy w inny 
sposób, przypominała mi Caina, i z moich oczu popłynęły łzy. Muszę się tego 
wszystkiego pozbyć. Zachowanie choćby najmniejszej pamiątki przyprawi mnie 
o trudne do zniesienia cierpienie.

 

   Ostrożnie odłożyłam do pudła pluszowego misia, którego Cain wygrał dla 
mnie podczas balu karnawałowego, gdy chodziliśmy do drugiej klasy. Na-
zwałam misia Chichotek, bo Cain zawsze mnie rozśmieszał. Za misiem 
podążyły srebrne kolczyki w kształcie wisiorków - prezent od Caina na szesna-
ste urodziny.

 

   Podeszłam do ściany i zdjęłam znad biurka oprawioną fotografię, 
przedstawiającą mnie i Caina w myjni samochodów. Przyglądając się naszym 
uśmiechniętym, pokrytym mydlinami twarzom, poczułam bolesny skurcz serca. 
Wrzuciłam zdjęcie do kartonu i zaczęłam grzebać w szufladach komody. W 

background image

ciągu ubiegłych trzech lat zgromadziłam stos koszulek Caina i nigdy nie 
pomyślałam, żeby mu je oddać.

 

- Ucieszy się, gdy mu je odniosę - wyszeptałam, przytulając do twarzy czarny 
podkoszulek. 
   Po chwili zapełniłam pudło. Rozejrzałam się po pokoju, który teraz był nagi i 
pozbawiony charakteru. Większość mego życia wylądowała w kartonie.

 

   Chwyciłam pudło i podeszłam do drzwi.

 

- Żegnaj, Chichotku - powiedziałam. - Cieszę się, że cię poznałam. 
 
 

 

* * * 

 
 

 

   Pani Parson nie starała się mnie zatrzymać, gdy ją wyminęłam i podążyłam    
schodami na górę. Miałam do wypełnienia misję i nic mnie przed tym nie mogło 
powstrzymać. Schody wydawały się nie mieć końca, a ciężkie pudło 
przyprawiało mnie o ból ramion i pleców.

 

   Przed drzwiami pokoju Caina upuściłam pudło na podłogę. Huk rozległ się 
echem po domu, anonsując moje przybycie. Następnie głośno zastukałam do 
drzwi, nie przejmując się tym, że jego rodzice prawdopodobnie uznają mnie za 
pomyloną.

 

- Kto tam? - zapytał Cain. Jego głos był mi tak dobrze znany, tak bliski, że omal 
się nie wycofałam, by jeszcze raz przeanalizować moje mieszane uczucia.

 

   Stanowczo pokręciłam głową, przypominając sobie, że nie należy ulegać 
pokusom. Wiedziałam, że spotkanie z Cainem nie będzie łatwe, ale nie miałam 
wyboru.

 

- To ja! - zawołałam, starając się, by nie zawiódł mnie głos. Otworzyłam drzwi i 
stopą wepchnęłam pudło do środka. Następnie wkroczyłam do pokoju, 
krzyżując ramiona na piersi.

 

-  O co chodzi? - zapytał Cain bardzo zaspany i oszołomiony. Miał potargane 
włosy i był owinięty zmiętoszonym kocem. Nawet w takim stanie wyglądał 
wspaniale. Mógłby reklamować materace.

 

- Przyniosłam ci twoje rzeczy - powiedziałam bezbarwnym tonem. Nie miałam 
pojęcia, jak mu wytłumaczyć, że nie możemy już być przyjaciółmi. - Zdałam 
sobie sprawę, że... hm... mam mnóstwo twoich koszulek.

 

Cain rzucił okiem na zegar nad łóżkiem.

 

- Uznałaś, że powinnaś zwrócić mi koszulki w niedzielę o dziesiątej rano?

 

- Muszę - odrzekłam, jakby to wszystko wyjaśniało. - Na pewno jesteś 
zmęczony po waszej wspaniałej randce z Ellen, więc już cię zostawiam i 
będziesz sobie spał dalej. - Obróciłam się na pięcie, gotowa uciec.

 

background image

- Zaczekaj! - powiedział Cain, zupełnie obudzony. - Czy możesz mi wyjaśnić, 
co się dzieje? Nadajesz jakoś bez sensu.

 

Wbiłam wzrok w podłogę, zastanawiając się, co mu powiedzieć. Mój plan 
zerwania z Cainem najwyraźniej miał jakieś braki.

 

-Nie możemy być przyjaciółmi - oznajmiłam wreszcie.

 

   Nie mogłam powstrzymać łez. Cain zmarszczył brwi i wyglądał tak ufnie i 
sympatycznie, że zapragnęłam zarzucić mu ręce na szyję i błagać, by się we 
mnie zakochał. Ale potem mój wzrok spoczął na jego wargach i wyobraziłam 
sobie Caina całującego Ellen. Prawdopodobnie podczas deseru nie przestawali 
się czulić. Ten obraz sprawił, że serce przeszył mi przejmujący ból.

 

- Niby dlaczego? - zapytał Cain drżącym głosem. 
- Między nami nie jest już tak jak dawniej - powiedziałam, wstrząsana łkaniem. 
- Nie potrafię tego wyjaśnić.

 

Cain milczał, przypatrując mi się z szeroko otwartymi ustami. Zapragnęłam, by 
rozstąpiła się pode mną podłoga, ale nic się nie stało, nie pojawiła się choćby 
najmniejsza błyskawica.

 

-Ty i Ellen będziecie wspaniałą parą - powiedziałam. - Z całego serca, życzę 
wam obydwojgu szczęścia.

 

- Ellen i ja? My nie...

 

- Nie mów nic więcej! - wrzasnęłam. - Nie chcę tego słuchać.

 

- Ależ, Delio, to nie ma sensu. - Cain wstał z łóżka i podszedł do mnie.

 

- Przykro mi, Cain. Zawiodłam jako przyjaciółka. Wiem. Ale proszę, nie mów 
nic więcej. Po prostu daj mi spokój, na zawsze.

 

   Wybiegłam z pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Łzy, zalewające mi oczy, 
zupełnie mnie oślepiły.

 

   Zbiegłam na dół i ruszyłam do wyjścia, nie zwracając uwagi na zaniepokojone 
spojrzenie pani Parsom Słyszałam, że Cain wykrzykuje moje imię, ale nie 
zatrzymałam się.

 

   Wypadłam na dwór i popędziłam do brązowej toyoty mojej mamy, którą 
zaparkowałam na podjeździe. Obejrzałam się, by wycofać samochód, i 
zobaczyłam Caina, stojącego w drzwiach. Machał rękami i podskakiwał w 
miejscu. Odwróciłam głowę.

 

   Mknęłam ulicą, zostawiwszy za sobą serce. 
 
 

* * * 

 

 

   Chociaż było bardzo zimno, opuściłam szybę i pozwoliłam, by owiewało mnie 
lodowate powietrze. Było mi duszno. Jechałam bez celu, modląc się o to, by w 
miarę oddalania się od Caina przybyło mi rozumu.

 

background image

   Włączyłam radio. Popłynął z niego cichy melodyjny głos spikera. Byłam 
zadowolona, że słyszę ludzki głos. Przy odrobinie szczęścia zagłuszy on wołanie 
Caina wykrzykującego moje imię.

 

- A oto stary złoty przebój „Zakochajmy się", dla Rachel od Andrew, który 
mówi, że spędził wczoraj wspaniały wieczór i cieszy się, że w końcu się odwa-
żył poprosić Rachel, aby została jego dziewczyną - powiedział spiker.

 

   Wyłączyłam radio, uśmiechając się gorzko. Ironia losu. Musiałam zatrzymać 
samochód na parkingu, żeby zebrać myśli. Jakie było prawdopodobieństwo, że 
włączywszy radio, usłyszę dedykację od Andrew Rice'a dla Rachel Hall? 
Wygląda na to, że wszyscy w naszym liceum są szczęśliwie zakochani. 
Wszyscy z wyjątkiem mnie.

 

   Oparłam głowę na kierownicy, oddychając głęboko. Nie pójdę na studniówkę. 
Nie będę miała pary, żeby pójść na całonocny bal maturalny. Nie pójdziemy z 
Ellen w dwie pary na karnawałową zabawę. Ja i Cain nie damy sobie prezentów 
pod choinkę i nie będziemy razem jeździć na sankach. Od jutra będę się snuła 
po szkolnych korytarzach jak cień dawnej siebie.

 

   Zaczęłam się zastanawiać, czy nie zrezygnować ze szkoły i nie zdawać matury 
eksternistycznie. 
   Przeniosę się do innego miasta. Znajdę pracę i zacznę zupełnie nowe życie. 
Wyobraziłam sobie, jak mieszkam w Nowym Jorku i tańczę w jakimś okropnym 
musicalu. A potem wyobraziłam sobie nowe życie na Środkowym Wschodzie. 
Mogę się przenieść do Nebraski i pomagać na farmie. Albo pojechać do 
Kalifornii i zostać hipiską. Może nawet przybiorę inne imię. Będę się nazywała 
Tęcza albo Księżycowa Poświata.

 

   Wreszcie się otrząsnęłam i otarłam łzy. Na razie wciąż byłam dawną Delią 
Byrne i czułam się podle. Rodzice nie pozwolą mi wyjechać ze stanu. Zmuszą 
mnie, abym cierpiała nędzny żywot, znosząc jeden samotny dzień za drugim.

 

   Włączyłam silnik i wyjechałam z parkingu. Jechałam przed siebie nie wiem 
jak długo, aż znalazłam się przed starym kinem Tivoli. W soboty i w niedziele 
wyświetlano tam stare filmy. Zobaczyłam, że o pierwszej zaczyna się 
„Casablanka" i zaparkowałam samochód.

 

   „Casablanka" to film, który we wrześniu oglądaliśmy, kontaktując się z 
Cainem przez telefon. Wtedy nasze wzajemne uczucia były czyste i 
nieskomplikowane. Ach, gdybym tak mogła cofnąć czas i wymazać wszystko, 
co zaszło po owej nocy.

 

   Kiedy kupowałam bilet, pani w kasie spojrzała na mnie zdziwiona.

 

- Seans zaczyna się dopiero za trzy kwadranse - powiedziała. - Możesz się 
przejść. Masz dużo czasu.

 

   Pokręciłam głową, zdając sobie sprawę, że nie mam dokąd pójść. Pusta 
widownia kina była doskonałym miejscem, żeby spędzić czas w samotności. 
- Poczekam - powiedziałam płaczliwym głosem.

 

- Dobrze, kochanie - odparta dobrotliwie. - Wejdź.  

background image

   Bez publiczności sala kinowa była niesamowita

 

i nierealna. Usiadłam. 

Zmęczona zamknęłam oczy, nie patrząc na rzędy pustych krzeseł. Wszystko jed-
no, czy mam czekać trzy kwadranse, czy całą wieczność. Moje życie straciło 
sens. 
 
 
 
Rozdział osiemnasty 
 

 

CAIN     

   Tkwiłem w progu, dopóki samochód Delii nie zniknął za rogiem. Mama stała 
za mną. Wyglądała na wstrząśniętą.

 

- Co się stało? - spytała.

 

- To długa historia - odparłem z westchnieniem.

 

   A potem bez słowa wróciłem do mego pokoju i postawiłem na łóżku pudło, 
które przyniosła Delia. Z krwawiącym sercem zacząłem sztuka po sztuce 
przeglądać jego zawartość. Znalazłem na dnie Chichotka i przytuliłem go do 
piersi, a potem wsunąłem pod kołdrę.

 

   Nie wiedziałem, co napadło Delię. Może Ellen powtórzyła jej to, co 
powiedziałem zeszłego wieczoru. Pokręciłem głową. Wierzyłem, że Ellen 
dochowa tajemnicy.

 

   Przebiegłem pamięcią wszystko, co zdarzyło się od dnia Święta Pracy. 
Chociaż kłóciliśmy się częściej niż zazwyczaj (o wiele częściej), nie przyszło mi 
do głowy, że Delia zechce zakończyć naszą przyjaźń. Dla mnie taki pomysł był 
równie dziwaczny, jak pomysł, żeby przestać oddychać. Byliśmy stworzeni dla 
siebie, a Delia nas rozdzieliła. Dlaczego?

 

   Całym sercem pragnąłem wierzyć, że Delia jest zazdrosna o Ellen. Ale to 
przecież był jej pomysł, żebym poszedł na randkę z jej najlepszą przyjaciółką. 
Delia chciała, żebym wyleczył się z Rebeki i ruszył naprzód. I to Delia chlipała 
z powodu utraty Jamesa, zachowując się tak, jakby jej świat się zawalił, gdy 
James wrócił do Tanyi. Co więcej, gdy całowaliśmy się w piątek, to ona się 
odsunęła. Na wspomnienie jej łkań zrobiło mi się niedobrze.

 

   Przez cały ranek oglądałem różne przedmioty, które odniosła Delia. Za 
każdym razem, gdy spojrzałem na kosmaty pyszczek brązowego misia, na nowo 
robiło mi się smutno. Delia błagała mnie, abym ją zostawił w spokoju, więc nie 
mogłem nic zrobić.

 

   W końcu się rozłościłem. Co ona sobie wyobraża?! Od kiedy to ona 
podejmuje wszystkie decyzje związane z naszą przyjaźnią? Sięgnąłem po 
telefon. Zmuszę ją, by ze mną porozmawiała, nawet gdybym miał się siłą 
wedrzeć do jej domu i zabarykadować w jej pokoju.

 

   Odłożyłem słuchawkę, gdy odezwała się automatyczna sekretarka. Nie 
chciałem nagrywać rozpaczliwej wiadomości, zwłaszcza że Delia mogła być u 

background image

siebie. Nie mogłem jej zmusić do rozmowy. Wściekłaby się i nazwałaby mnie 
tyranem. Mogłem co najwyżej... właściwie nic nie mogłem.

 

   Gdy zadzwonił telefon, byłem zdumiony. Podniosłem słuchawkę po 
pierwszym sygnale, mając nikłą nadzieję, że Delia poszła po rozum do głowy.

 

- Cześć, Parson - usłyszałem radosny głos Andrew.

 

- Cześć, Andrew. - Musiałem szybko wymyślić jakiś sensowny powód, dla 
którego tak szybko odebrałem telefon.

 

- Człowieku. Wreszcie to zrobiłem. Zrobiłem.

 

- Co? - spytałem, masując wolną ręką obolały kark.

 

- Rachel. Wczoraj wieczorem zabrałem Rachel na randkę. Nie do wiary. Rano, 
kiedy się obudziłem, powiedziałem sobie: Rice, dzisiaj postąpisz, jak 
prawdziwemu mężczyźnie przystało i zadzwonisz do dziewczyny, przez którą 
zachowujesz się jak skończony wariat. Zatelefonowałem do niej, a ona się 
zgodziła i tak się zaczęła ta romantyczna historia.

 

- Na pewno świetnie się bawiliście - powiedziałem, starając się, by mój głos nie 
brzmiał cynicznie.

 

- Rany, jesteśmy stworzeni dla siebie. I wiesz, co jest najlepsze?

 

- Co? - Z całych sił uścisnąłem Chichotka, starając się cieszyć ze szczęścia 
Andrew i Rachel.

 

- Powiedziała, że kocha się we mnie od początku semestru. Czy to nie jest 
kapitalne?

 

- Niesamowite.

 

Nie mogłem uwierzyć, że Andrew Rice jest zakochany. Naśmiewał się ze mnie, 
że szukam idealnej dziewczyny. A teraz paplał jak idiota, nieziemsko 
uszczęśliwiony.

 

- Chcesz się dowiedzieć, co dzisiaj zrobiłem? -Mów.

 

Andrew zdawał się nie zauważać, że ta rozmowa nie cieszyła mnie tak bardzo 
jak jego.

 

- Zatelefonowałem do radia i zadedykowałem Rachel piosenkę. A potem 
wykręciłem do Rachel i powiedziałem jej, żeby włączyła radio. Obydwoje 
zostaliśmy przy telefonie. Nie rozmawialiśmy, tylko czekaliśmy na piosenkę. - 
Andrew westchnął z zadowoleniem.

 

- Chyba nieźle wpadłeś - powiedziałem, nie wiedząc, jak mu dać do 
zrozumienia, że rozprawiając o miłości, wbija mi nóż w serce.

 

- Zaprosiłem ją na karnawałową zabawę. Hej, a może pójdziemy w dwie pary? 
- Jakoś się nie wybieram.

 

- Jasne, że się wybierasz, Cain. Jeśli nie znajdziesz sobie kogoś innego, zawsze 
możesz wziąć Delię. Obydwoje nie macie pary... a większość ludzi i tak myśli, 
że ze sobą chodzicie.

 

Usłyszałem, że się śmieje jak wariat. Jeśli porozmawiam z Andrew choć chwilę 
dłużej, chyba wyskoczę przez okno.

 

- Słuchaj, stary. Muszę kończyć. Mama mnie woła. Jestem pod wrażeniem 
twojego wyczynu. Tak trzymaj.

 

background image

   Odłożyłem słuchawkę, zanim zdążył mi odpowiedzieć. Miałem zaledwie 
siedemnaście lat, a w moim życiu był tylko ból i samotność. Leżąc na łóżku, 
zastanawiałem się, ile jeszcze zdołam wytrzymać. 
 
 

 

* * * 

 
 

 

   Nie mam pojęcia, ile czasu upłynęło, zanim mama zajrzała do mojego pokoju. 
Mogły to być sekundy, godziny albo dni.

 

- Tata i ja wybieramy się na aukcję - powiedziała. - Chcesz pojechać z nami?

 

Schowałem Chichotka pod kocem i pokręciłem głową.

 

- Myślę, że zostanę w domu.

 

   Mama uśmiechnęła się swoim najbardziej macierzyńskim uśmiechem, a ja 
poczułem się, jakbym miał pięć lat.

 

-  Dobrze, kochanie, ale nie przeleż całego dnia w łóżku. To niezdrowo. - 
Zamknęła drzwi, a ja wyjąłem Chichotka z ukrycia. 
   Słysząc, że otwierają się drzwi garażu, sturlałem się z łóżka. W łazience 
zmusiłem się, by wyszorować zęby i umyć twarz. Uczesanie się było ponad 
moje siły.

 

   Czując się tak, jakbym poruszał się w próżni, zszedłem do kuchni i nalałem 
sobie filiżankę czarnej kawy. Następnie przejrzałem pobieżnie gazetę, mając 
nadzieję, że to oderwie moje myśli od Delii.

 

   Skupiłem się na dziale sportowym, ale kiedy odwróciłem wzrok od tabeli 
wyników, zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam, kto wygrał mecz futbolowy. I 
że wcale mnie to nie obchodzi.

 

   Przerzuciłem parę stron i w dziale poświęconym sztuce moje oczy przykuła 
ogromna reklama filmu „Casablanka". Film wyświetlano w Tivoli i pierwszy 
seans zaczynał się o pierwszej po południu. Przypomniałem sobie, jak 
oglądałem ten film poprzednim razem. Delia była już w łóżku, gdy do niej 
zatelefonowałem, ale wstała i obejrzała film do końca.

 

   Spojrzałem na zegarek. Do seansu pozostał kwadrans. Popędziłem do drzwi, 
narzuciłem kurtkę i chwyciłem kluczyki. Następnie automatycznie podszedłem 
do telefonu, żeby zapytać Delię, czy by się ze mną nie wybrała.

 

   Już miałem podnieść słuchawkę, ale się rozmyśliłem. Uświadomiłem sobie, że 
idę do kina, żeby zapomnieć o tym, co spotkało mnie dzisiaj rano. Powoli 
odszedłem od telefonu. Delia powiedziała, żebym dał jej spokój. Muszę się 
przyzwyczaić do samotnego oglądania starych filmów. Żaden z moich kolegów 
nie rozumiał, jak można lubić czarno-białą filmową klasykę. 

background image

   Jadąc do kina, zdałem sobie sprawę, że wpatrywanie się w Humphreya 
Bogarta i w Ingrid Bergman nie odciągnie moich myśli od Delii. I że rozpłaczę 
się, gdy siedzący za fortepianem Sam zagra dla Ilsy „Gdy mija czas".

 

   Ale i tak kupiłem bilet. Skoro nic nie zdoła zagłuszyć moich wspomnień o 
Delii, mogę równie dobrze rozpaczać w ciemnym kinie.

 

- Masz się tam z kimś spotkać? - spytała kasjerka, wydając mi resztę.

 

- Nie. Wprost przeciwnie - odparłem. Wzruszyła ramionami.

 

- Coś pewnie wisi w powietrzu - mruknęła.

 

- Chyba tak - zgodziłem się z nią, nie wiedząc i nie dbając o to, co miała na 
myśli.

 

   Ponieważ już i tak byłem spóźniony, podszedłem do bufetu i kupiłem prażoną 
kukurydzę. Przez całe przedpołudnie nic nie jadłem i burczało mi w brzuchu. 
Nie byłem pewien, czy uda mi się pochłonąć całą porcję kinowego popcornu, 
ale na wszelki wypadek poprosiłem o podwójne masło.

 

   Widownia była w połowie pusta. Zobaczyłem Humphreya Bogarta i 
usłyszałem muzykę. Mogłem się utożsamić z Bogartem, który grał Ricka. Jego 
bohater utracił swą jedyną prawdziwą miłość i wiódł pozbawioną sensu 
egzystencję. Był chłodny i niedotykalski, bo nic się dla niego nie liczyło. 
Postanowiłem, że od dzisiaj będę taki sam -trzymający się na uboczu macho, 
który prześlizguje się przez życie, odporny na wszystkie emocje i pragnienia.

 

   Zatopiony w ponurych myślach, czekałem, by moje oczy przyzwyczaiły się do 
ciemności. Następnie ruszyłem naprzód, wypatrując wolnych miejsc. Chciałem 
być sam ze swoją rozpaczą.

 

   Dotarłem do trzeciego rzędu i zatrzymałem się z walącym sercem. Tuż przed 
sobą zobaczyłem dobrze mi znaną ciemną głowę. Patrzyłem z niedowierzaniem, 
omal nie upuściwszy popcornu.

 

  Przetarłem jedno oko, potem drugie. Czyżbym miał halucynacje? Jakie były 
szanse na to, że tuż przede mną siedzi Delia, jakby czekała, że przyjdę i ją 
znajdę?

 

   Na chwilę zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem Delia nadal tam była. Gdy 
ruszyłem z miejsca, nie mogłem się pozbyć uczucia, że w przeciwieństwie do 
romansu Ricka, mój skończy się happy endem. 
 
 
 
Rozdział dziewiętnasty 

 

DELIA 

 

   Ingrid Bergman nie pojawiła się jeszcze, a ja już przełykałam łzy. Zazwyczaj 
moje oczy pozostawały suche co najmniej do chwili, gdy Rick znajduje przy 
fortepianie Sama, grającego dla Ilsy „Gdy mija czas". Myśląc o sile Ilsy, 
postanowiłam nie zachowywać się jak idiotka. Ilsa nie uroniła ani jednej łzy 
przez cały film, nie płakała nawet podczas wojny.

 

background image

   Otarłam oczy swetrem i wyprostowałam się w fotelu. Moje myśli 
niezmordowanie krążyły wokół Ca-ina. Zamiast roztrząsać przykry koniec 
naszej przyjaźni, zaczęłam wspominać wszystkie spędzone razem, miłe chwile.

 

   Oczyma wyobraźni ujrzałam film o nas i uśmiechnęłam się. Najpierw 
zobaczyłam, jak wywracamy się z kajakiem na Stawie Hazardzisty. Potem Cain 
pojawił się przed moimi drzwiami, przebrany w strój Wielkanocnego Królika. 
Wreszcie roześmiałam się głośno na wspomnienie Caina koziołkującego z góry 
na nartach podczas szkolnej wycieczki. Po wywrotce wstał i skłonił się nisko 
zdumionym narciarzom.

 

   A potem pojawiło się wspomnienie pocałunku. Niemal czułam ciepłe wargi 
Caina na moich ustach i jego palce, przesuwające się po moich włosach. A gdy 
tańczyliśmy na zjeździe absolwentów, było mi tak, jakbyśmy się znaleźli w 
naszym prywatnym świecie. Trzymał mnie mocno w ramionach i zupełnie 
zapomniałam, że jestem zakochana w Jamesie. 
   To śmieszne, pomyślałam. Nigdy nie byłam zakochana w Jamesie. Chyba 
nawet nie bardzo go lubiłam. Chęć posiadania chłopca wzięłam za miłość. Teraz 
sama myśl o tym, że płakałam z powodu Jamesa i Tanyi, wydała mi się śmiechu 
warta.

 

   Byłam tak bardzo pogrążona we wspomnieniach o Cainie, że nie zauważyłam, 
że ktoś podszedł. Siedziałam w pustym rzędzie i nagle poczułam, że ktoś usiadł 
koło mnie. Zjeżyły mi się włosy na karku i po całym ciele przebiegł dreszcz. Nie 
musiałam odwracać głowy, by wiedzieć, że to Cain.

 

- Czy ktoś zamawiał popcorn? - wyszeptał mi do ucha.

 

Gapiłam się na niego oszołomiona, kręciło mi się w głowie. Zupełnie jakbym go 
z   materializowała siłą wspomnień. I oto, siedzi tuż obok mnie i nawet w 
ciemności mogę dostrzec ciepłe lśnienie jego oczu. Spojrzałam na jego 
zmierzwione włosy, na cień zarostu. Spuściwszy wzrok, stwierdziłam, że ma na 
sobie buty nie do pary. Wygląda jeszcze gorzej niż ja, pomyślałam z szaleńczo 
bijącym sercem.

 

   Nie mogłam z siebie wydobyć głosu, ale sięgnęłam do rożka i zaczerpnęłam 
pełną garść popcornu. Następnie utkwiłam wzrok w ekranie, bojąc się, że wy-
buchnę płaczem. Nie bardzo wiedziałam, co czuję, ale cieszyłam się, że Cain 
jest blisko mnie. Jego obecność koiła ból po utracie naszej długoletniej 
przyjaźni. Będziemy razem przynajmniej przez najbliższe półtorej godziny.

 

   Przez dłuższą chwilę tkwiliśmy sztywno w fotelach, nie mając odwagi 
spojrzeć na siebie. W „Casablance" upływały dni i noce, ale dla mnie film był 
zasnuty mgłą. Bliskość Caina zajmowała mnie bez reszty. 
Nie dotykaliśmy się, ale otaczało mnie ciepło promieniujące z jego ciała. Raz 
jednocześnie wetknęliśmy dłonie do rożka z prażoną kukurydzą i natychmiast je 
cofnęliśmy.

 

   Gdy rozgrywała się ostatnia scena filmu, nasze ramiona mocno się stykały i ja 
prawie straciłam oddech. Nigdy dotąd obecność drugiego człowieka nie zrobiła 
na mnie tak piorunującego wrażenia. Ale on przecież nie był jakimś tam 

background image

człowiekiem - był Cainem, moim najlepszym przyjacielem, moją prawdziwą 
miłością.

 

Gdy z ekranu padły słowa Humphreya Bogarta „Zawsze będziemy mieli Paryż", 
w moich oczach zabłysły łzy po raz pierwszy od chwili, gdy usiadł koło mnie 
Cain.

 

Nagle poczułam na policzku jego oddech i pochyliłam ku niemu głowę. Każdy 
nerw w moim ciele dygotał, czekając na to, co się stanie.

 

- Zawsze będziemy mieli... - wyszeptał Cain do mojego ucha. Myślałam, że 
powie „Paryż", ale on dokończył: - ...nasze szczęście na zawsze.

 

   Wzięłam go za rękę i mocno zacisnęłam palce. Gdy zwróciłam ku niemu 
głowę, palcami drugiej dłoni delikatnie obrysował linię moich warg. Byłam 
pewna, że wszyscy widzowie słyszą bicie mego serca, ale nie dbałam o to.

 

- Kocham cię - wyszeptałam

 

- Kocham cię - odpowiedział Cain.

 

   Gdy na ekranie pojawiły się napisy, pocałowałam go, dając upust całej 
tęsknocie, nagromadzonej przez ostatnie tygodnie, miesiące i lata. Pocałunek 
Caina był równie namiętny i poczułam, że po raz pierwszy w życiu naprawdę się 
rozumiemy. 
   Trwaliśmy złączeni uściskiem, pogłębiając pocałunek. Zupełnie zapomniałam, 
gdzie się znajdujemy. Nie liczyło się nic poza nami. Cały świat składał się z 
Caina i mnie, ze mnie i Caina. Wszystko inne było złudzeniem ulatującym w 
powietrze, mirażem.

 

   Nagle bez ostrzeżenia rozbłysły światła. A my wciąż się całowaliśmy. Aż 
wszyscy na widowni zaczęli nam bić brawo i śmiać się. Wtedy się rozdzie-
liliśmy. Spojrzeliśmy na siebie zawstydzeni, a potem wybuchnęliśmy śmiechem. 
Gdy ktoś, przechodzący obok, przeciągle gwizdnął, roześmialiśmy się jeszcze 
głośniej. I wciąż wpatrywaliśmy się w siebie. Napawaliśmy się doskonałością 
chwili.

 

   Gdy wszyscy widzowie opuścili kino, Cain wziął mnie za rękę i pomógł mi 
wstać. Szliśmy wąskim przejściem pomiędzy rzędami, nie przestając się

 

obejmować, nie przejmując się tym, że za każdym

 

krokiem wpadamy na siebie.

 

   W jasno oświetlonym holu, czekała na nas kasjerka.

 

- Miałam przeczucie! - wykrzyknęła na nasz widok. - Mówiłam, że coś wisi w 
powietrzu.

 

   Wyszliśmy na ulicę uśmiechając się i chichocząc jak głupki. Zakochane 
głupki, pomyślałam uszczęśliwiona.

 

   Nagle Cain przystanął i objął mnie mocno. Ja także go przytuliłam, ściskając z 
całej siły.

 

- Hej, Deels? - powiedział.

 

- Co? - spytałam, odgarniając mu włosy z twarzy.

 

- Masz z kim pójść na bal karnawałowy? Jest pewien zakład, który muszę 
wygrać. 

background image

   Przyciągnęłam go jeszcze mocniej, obsypując pocałunkami jego twarz. A 
potem roześmiałam się i żartobliwie szturchnęłam go w ramię. 
- Chciałeś powiedzieć, że to ja go muszę wygrać - sprostowałam, zaglądając mu 
w oczy.

 

Cain spoważniał i ujął moją twarz w dłonie.

 

-  Myślę, że obydwoje wygraliśmy - powiedział cicho.

 

   Pocałował mnie i nie bardzo pamiętam, co działo się później. W każdym razie 
wieczór skończył się przy kominku i nad gorącą czekoladą. Reszty możecie się 
domyślać... 
 
 
 
 
 

http://chomikuj.pl/SzlafMyca