background image
background image

Spis treści

 

Cytat i dedykacja
Tekst
AKT I DAWNO TEMU...
AKT II WSPOŁUZALEŻNIENIE I MOJE NIENARODZONE DZIECKO
AKT III RETROSPEKCJA
AKT IV WSPÓŁUZALEŻNIENIE ŚMIERĆ W PARYŻU
AKT V AGATA
DUSZA
AKT VI NIEBO, PIEKŁO, CZYŚCIEC
AKT VII KONIEC I POCZĄTEK
Epilog I
Epilog II
Epilog III
Utwory konkursowe i debiutanckie
Tomasz Orlicz Samba przed rozstaniem
Magda Czerniak Śmiech
Magdalena  Mikołajczak  Zmodernizowana  opowieść  o  zaczarowanej  naiwności
uczuciowej
Piotr Kozłowski Młyn
Olga Żukowicz Codzienności
Filip Szyszkowski Pytania na ten czas i następny -dziennik K.
Mariola Sznapka Bezszelestna
Magda Legierska
Piotr Herda
Joanna Zagórowicz
Opinie

background image

Cytat i dedykacja

Największą chorobą 

naszych

 czasów jest samotność.

Matka

 Teresa z Kalkuty

Dedykuję  tę  książkę  wszystkim,  którzy  czują  się  samotni,  choć 

mam

  nadzieję,  że  tak

naprawdę samotni nie są.

Przecież 

zawsze

 jest ktoś obok nas.

background image

Opowiem

 Ci bajkę. Bajkę o Miłości.

Dawno, dawno

 temu, na oceanie istniała wyspa, którą zamieszkiwały emocje, uczucia oraz

ludzkie  cechy  –  takie  jak:  dobry  humor,  smutek,  mądrość,  duma,  a  wszystkich  razem  łączyła
miłość.

Pewnego

 dnia mieszkańcy wyspy dowiedzieli się, że niedługo wyspa zatonie. Przygotowali

swoje  statki  do  wypłynięcia  w  morze,  aby  na  zawsze  opuścić  wyspę.  Tylko  miłość
postanowiła poczekać do ostatniej chwili.

Gdy

 pozostał jedynie maleńki skrawek lądu, miłość p oprosiła o pomoc.

Pierwsze

 podpłynęło bogactwo na swoim luksusowym jachcie. Miłość zapytała:

– Bogactwo, czy

 możesz mnie uratować?

–  Niestety,  nie.  Pokład  mam  pełen  złota,  srebra  i  innych

  kosztowności.  Nie  ma  tam  już

miejsca dla ciebie – odpowiedziało Bogactwo.

Druga

 podpłynęła Duma swoim ogromnym czteromasztowcem.

– Dumo, zabierz

 mnie ze sobą! – poprosiła Miłość.

–  Niestety,  nie  mogę  cię  wziąć!  Na  moim  statku  wszystko  jest  uporządkowane,  a  ty

mogłabyś mi to popsuć… – odpowiedziała Duma i z dumą podniosła piękne żagle.

Na

 zbutwiałej łódce podpłynął Smutek.

– Smutku, zabierz

 mnie ze sobą! – poprosiła Miłość.

–  Och,  Miłość,  ja  jestem  tak  strasznie  smutny,  że  chcę  pozostać  sam  –  odrzekł  Smutek

i smutnie powiosłował w dal.

Dobry

  humor  przepłynął  obok  Miłości  nie  zauważając  jej,  bo  był  tak  rozbawiony,  że  nie

usłyszał nawet wołania o pomoc.

Wydawało się, że Miłość 

zginie

 na zawsze w głębiach oceanu…

Nagle

 Miłość usłyszała:

– Chodź! Zabiorę cię 

ze

 sobą! – powiedział nieznajomy starzec.

Miłość  była 

tak

  szczęśliwa  i  wdzięczna  za  uratowanie  życia,  że  zapomniała  zapytać,  kim

jest jej wybawca.

Jednak

  bardzo  chciała  się  dowiedzieć,  kim  był  tajemniczy  starzec.  Zwróciła  się  więc

o poradę do Wiedzy.

– Powiedz

 mi, proszę, kto mnie uratował?

– To

 był Czas – odpowiedziała Wiedza.

– Czas?

 – zdziwiła się Miłość. – Dlaczego Czas mi pomógł?

–  Tylko  Czas  rozumie,  jak  ważnym  uczuciem  w  życiu

  każdego  człowieka  jest  Miłość  –

odrzekła Wiedza.

1

Dzisiaj

 jest ostatni dzień mojego życia. Nie pytaj, skąd to wiem. Nigdy nie zdarzyło Ci się

wiedzieć, przeczuwać i nie umieć tego wytłumaczyć? Wiem i już. Nie skupiaj się na tym, bo
umknie  Ci  to,  co  najważniejsze.  Teraz  i  zawsze.  A  skoro  już  przy  tym  jestem,  to  muszę  Ci
powiedzieć, że to najczęściej popełniany przez człowieka błąd. Skupianie się na tym, co tak
naprawdę  nieistotne,  a  pomijanie  rzeczy  naprawdę  ważnych.  Spytasz  –  skąd  ludzie  mają
wiedzieć,  co  ważne,  a  co,  nie?  Jak  to,  skąd?  Są  przecież  ludźmi.  A  człowiek  to  istota
doskonała. Może wszystko.

Kocham

  cię.  Ileż  to  razy  chciałaś  to  usłyszeć.  A  ile  razy  usłyszałaś?  Zamknij  na  chwilę

oczy,  na  dziesięć  sekund  i  przypomnij  sobie  najpiękniejsze  chwile  w  Twoim  życiu.  Jeśli
dziesięć sekund to za mało, to znaczy, że niczego pięknego nie przeżyłaś. Ale nie martw się.
Jak dotąd nie przeżyłaś, ale wszystko jeszcze przed Tobą.

background image

Tak

 naprawdę, nieważne, jak mam na imię i kim jestem. Jestem trochę sobą i trochę Tobą.

Jestem  dobra  i  zła.  Piękna  i  szpetna.  Mądra  i  głupia.  Zmieniam  się  w  zależności  od
okoliczności, ale zawsze jestem sobą, jestem prawdziwa. Niczego nie udaję, bo nikt mnie tego
nie  nauczył.  Szczerość  nie  raz  prowadziła  mnie  ku  zgubie.  Nie  raz  kroiła  duszę  i  serce  na
kawałki.  Ale  nigdy  z  niej  nie  zrezygnowałam,  nawet  wtedy,  gdy  nie  było  już  czego  kroić.
A moje serce i dusza były jak wątroba Prometeusza.

Jestem

  męczennicą.  Tak  jak  ty,  nie  zaprzeczaj.  I  to  nasz  wybór,  bo  gdybyśmy  chciały,

zostałybyśmy  grzesznicami,  ale  nam  się  marzy  aureola.  Święta  nie  jestem,  ale  nawet  święci,
zanim ich beatyfikowano, mieli grzeszki na sumieniu.

Kim

 jestem? Człowiekiem czy Aniołem? Zresztą, czasami między jednym a drugim nie ma

różnicy. Czasami… Prawie nigdy. Ale jednak, mimo wszystko, się zdarza.

„Oto 

Ja

 posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię

do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się
mu w niczym, gdyż nie przebaczy waszych przewinień, bo Imię Moje jest w nim.”

Księga Wyjścia 

23:

 20-22

Bóg  dał  każdej 

istocie

  ludzkiej,  jaka  kiedykolwiek  istniała,  Anioła  Stróża,  aby  chronił  ją

przed złymi aniołami, które nazywa się diabłami lub demonami. Bóg stworzył ogromną ilość
Aniołów,  zanim  stworzył  ludzi.  Przetestował  ich,  by  zobaczyć,  czy  będą  kochać  Jego  czy
siebie  samych.  Lucyfer,  który  miał  być  najwspanialszym  ze  wszystkich  aniołów,  przewodził
rewolcie  przeciw  Bogu,  a  podążyły  za  nim  wszystkie  inne  dumne  anioły  czy  demony,  które
zostały wydalone z nieba do piekła. Nie znajdowały się one właściwie w najwyższym Niebie,
pozwolono im jedynie przebywać we wspaniałej obecności Boga, gdy zdały test wolnej woli.
Nie  wiemy,  ilu  z  nich  się  zbuntowało,  ale  wierzymy,  że  była  to  mniejszość  spośród
stworzonych  Aniołów.  Dobre  Anioły  są  po  naszej  stronie  i  bardzo  nas  kochają,  a  demony
nienawidzą  nas,  chcą  nas  oszukać  i  skazać  na  wieczne  potępienie  w  piekle  razem  z  nimi.
Anioły zostały wyposażone w ogromną wiedzę o Bogu, więc te, które Go odrzuciły, wiedziały
dokładnie,  co  robią,  dlatego  też  ich  potępienie  było  sprawiedliwe  i  szybkie.  Użyły  swojej
wolnej woli, by odrzucić Boga i chcą, byśmy zrobili to samo.

2

Pewien

 człowiek chciał zobaczyć i niebo, i piekło. Pragnął tego z całego serca, ponieważ

miał  wątpliwości,  czy  istnieją,  a  jeśli  tak,  to  czy  naprawdę  tak  pięknie  jest  w  jednym,  jak
strasznie w drugim.

Jak

  wiadomo,  to,  czego  gorąco  pragniemy  staje  się  rzeczywistością  i  tak  też  było  w  tym

przypadku.

Pewnego

 dnia pojawił się jego Anioł Stróż i powiedział:

–  Chcę  spełnić  Twoje  pragnienie,  jesteś  bowiem  Człowiekiem  i  zasługujesz  na  to,  aby

Twoje marzenia się spełniały, zasługujesz na radość i szczęście.

I zapytał:
– Dokąd 

najpierw

 chcesz iść?

I Człowiek odpowiedział:
– Pokaż 

mi

 najpierw piekło!

I poszli.

Szli

 dość długo.

Krajobraz

 zmieniał się. W miarę, jak przybliżali się do celu stawał się coraz bardziej dziki

i  straszny.  Sucha,  spalona  trawa,  kikuty  martwych  drzew,  spękana  wyschnięta  ziemia.  Doszli
wreszcie  do  pięknej  zapewne  kiedyś  posiadłości.  Zardzewiała,  skrzypiąca  brama

background image

poprowadziła  ich  do  pięknego  kiedyś  ogrodu,  gdzie  zobaczyli  zdziczałe,  skarłowaciałe
drzewa i zeschnięte, pokryte zgniłymi trawami kwiaty.

W  ogrodzie  stał  piękny  kiedyś  dom.  Obecnie  miał  pourywane  okiennice,  dziurawy  dach,

potłuczone szyby w oknach. Z domu

  tego  dochodziły  nieprzyjemne  odgłosy:  ktoś  jęczał,  ktoś

głośno klął, ktoś komuś urągał.

I Człowiek zajrzał do wnętrza i zobaczył Ludzi, którzy siedzieli jeden obok drugiego przy

suto zastawionym stole. W powietrzu

 unosił się zapach przeróżnych smakołyków.

Ale

  ludzie  mieli  przymocowane  do  rąk  łyżki  z  bardzo  długimi  trzonkami  i  każda  próba

podania  sobie  do  ust  kęsa  kończyła  się  niepowodzeniem.  Ludzie  ci  byli  głodni,  spragnieni.
Było im źle, kłócili się ze sobą, płakali nad swym losem.

– Dosyć! Zaprowadź 

mnie

 teraz do nieba – powiedział Człowiek do swego Anioła Stróża.

I poszli.

Im

  bardziej  oddalali  się  od  piekła,  tym  krajobraz  coraz  bardziej  się  zmieniał;  stawał  się

coraz piękniejszy.

W  miejsce

  wyschniętej  trawy  pojawiła  się  zielona,  pachnąca  łąka.  Zamiast  czarnych

kikutów drzew zaszumiały nad nimi wspaniałe dęby, zielone brzozy, pachnące sosny.

Doszli

  wreszcie  do  wspaniałej,  kutej  z  żelaza  bramy,  przez  którą  weszli  do  cudnego,

kolorowego ogrodu. Drzewa przyjaźnie szumiały. Na klombach rosły kwiaty, które mieniły się
wszystkimi kolorami tęczy.

Wypielęgnowana 

aleja

  zaprowadziła  ich  do  pięknego,  kolorowego  domu,  z  którego

dobiegały śmiechy, wesołe głosy, śpiew.

I  Człowiek  zajrzał  do  środka  i  zobaczył  ludzi,  którzy 

siedzieli

  jeden  obok  drugiego  przy

suto zastawionym stole.

W powietrzu unosił się zapach przeróżnych smakołyków, a ludzie mieli przywiązane do rąk

łyżki z bardzo

 długimi trzonkami…

Ale

 nawet nie próbowali nimi sami jeść.

Nałożone 

na

  łyżki  kęsy  podawali  swym  towarzyszom.  I  tak,  karmiąc  się  nawzajem,  byli

syci,  zadowoleni,  pełni  miłości  do  wszystkiego,  co  ich  otacza.  A  miłość  ta  sprawiała,  że
wszystko w ich otoczeniu było piękne, kolorowe, przepełnione ciepłem i miłością.

I  Człowiek  zrozumiał,  że  różnica  pomiędzy  niebem  i  piekłem  jest  i  duża  i  niewielka

zarazem.  Wystarczy,  bowiem  rozejrzeć  się  dookoła,  zobaczyć  innych  ludzi,  otoczyć  ich  swą
troską, podzielić się tym, czego mamy dość i przyjąć 

od

 nich to, czego nam brakuje.

3

Jestem

 tu po to teraz z Tobą, żeby Ci to udowodnić.

Tą różnicę.

Czy

 ja też pójdę do Nieba? Za godzinę, dwie, czy może o północy? Niebo musi istnieć, bo

Ziemia nie pachnie jak dom. To Peter Kreft. Ja nie jestem taka mądra. Nie jestem też dobra.
A  całe  moje  życie  myślałam,  że  jestem  dobrym  człowiekiem.  Myliłam  się.  Nie  po  raz
pierwszy  zresztą.  A  tu,  masz,  babo,  placek!  Okazało  się,  że  żaden  dobry  ze  mnie  człowiek,
tylko chory. Współuzależniony.

Jeśli 

bardzo

  chcesz  mnie  jakoś  w  myślach  nazywać,  mów  mi  Smutna.  Bo  taka  właśnie

jestem. Na drugie mam Samotna. Kto by pomyślał? Sukces. Sława. Pieniądze. Z tym raczej się
kojarzę,  a  nie  z  depresją  i  smutkiem.  A  ja  cała  jestem  smutkiem.  Znasz  ten  stan,  prawda?
Kiedy  smutek  wypełnia  Cię  od  czubków  palców  do  czubka  głowy,  łzy  napływają  do  oczu
i  występują  z  brzegów  dolnych  powiek  zalewając  policzki,  zostawiając  niewidoczny  dla
innych,  ale  tak  naprawdę  krwawy  ślad,  wdzierają  się  do  ust  i  zaczynasz  czuć  ich  metaliczny

background image

smak. Jak Matka Boska płaczesz krwią. Ja tak mam.

Patrzę 

na

  swoje  dłonie  i  widzę  rany  na  wewnętrznej  ich  stronie.  Otwarte  rany  ciemne  od

czerwieni.  Jestem  naznaczona.  Stygmaty  na  moim  ciele  nie  pozwalają  zapomnieć.  Zaciskam
zęby,  żeby  szloch  nie  wyrwał  się  z  gardła,  żeby  przypadkiem  ktoś  nie  usłyszał.  Duszę  się
w  tym  płaczu.  Czasem,  tak  jak  stoję,  w  piżamie  lub  koszuli,  nie  zamykając  za  sobą  drzwi,
wybiegam z domu i biegnę do lasu. Nie. Nie zatrzymujcie mnie. Nie pytajcie, czy coś się stało,
bo będę musiała powiedzieć prawdę. Pozwólcie biec, pędzić przed siebie, przecież w końcu
się  zatrzymam.  Gdy  mi  braknie  tchu,  stanę  zdyszana  na  polanie,  sama,  tylko  ja  i  sosny,  i  gdy
serce wyrówna rytm, mój dławiony dotąd krzyk, rozedrze ciszę, padnę na kolana i, zatapiając
dłonie we włosach, ucichnę. Odpocznę. Może nawet zasnę zmęczona. A potem wstanę i nawet
nie  otrzepując  się  z  trawy,  wrócę  do  domu.  Wariatka  z  twarzą  mokrą  od  łez,  włosami
zlepionymi od potu, bosa.

Masz

 tak czasami? Uciekasz? Choćby w myślach? Jesteś mną, a ja jestem Tobą. I chciałam

być  kochana  tak,  jak  ty.  A  jak  już  dostałam  tą  miłość,  miłość  tak  piękną  i  wielką,  jak  tylko
można sobie wyobrazić, nie umiałam jej przyjąć. Nie wiedziałam, co z nią zrobić. Opowiem
Ci o niej. Opowiem Ci o Tobie.

Mam

  mało  czasu.  Dzisiaj  umrę,  ale  mam  nadzieję.  Ciągle  mam  nadzieję.  Że  zdążę.  Że  Ty

zdążysz. Posłuchaj tej opowieścią

Smutna

  była  szczęśliwa.  Nareszcie  szczęśliwa.  Ileż  to  razy  kłócili  się  o  jej  smutne  oczy,

o to, że ciągle płacze. Że wszystko widzi w czarnych kolorach.

– Na co tak patrzysz? – pytał, gdy przyłapał ją na wpatrywaniu się w lusterko.

– Szukam

 go. Patrzę, czy jest.

– Nie

 szukaj. Nie patrz, czy jest, ale patrz, czy go nie ma – odpowiadał spokojnie.

I  Smutna  naprawdę  uwierzyła,  że  także  i  ona

  może  być  szczęśliwa.  Tak  bezgranicznie,

bezwarunkowo.

Wierzyła 

do

 wtorku, do 15.35. Wtedy właśnie odebrała wyniki cytologii. W uszach brzmiał

jeszcze głos lekarza:

–  Cytologię  trzeba  robić  co  roku…  Pięć  tysięcy  kobiet  rocznie  umiera  w  Polsce

  na  raka

szyjki macicy. Naprawdę mi przykro…

Smutna

  musiała  pobyć  sama  ze  sobą.  Usiadła  na  dopiero  co  pomalowanej  przez  wiosnę

trawie,  otworzyła  szeroko  oczy,  ale  szybko  je  zamknęła,  bo  kwietniowe  słońce  było
wyjątkowo ostre.

Wyłączyła 

telefon

 i otworzyła album ze wspomnieniami. Nasze wspomnienia są jak albumy

ze zdjęciami, możemy je przeglądać i ożywiać, kiedy tylko chcemy – zawsze powtarzała.

Przymknęła 

powieki

  i  zaczęła  ożywiać  wspomnienia.  Uśmiechała  się  do  nich.  Mimo

smutku, który postanowił w niej zamieszkać tak dawno temu, że już nawet nie pamięta, kiedy.

Myślała  o  Nim.  On.  Ten,  którego  nie  miała  prawa  pokochać  i  który  nie  miał  prawa

pokochać jej.

Zabawne.

  W  miłości  nie  ma  ani  praw,  ani  obowiązków.  Ona  nie  rządzi  się  żadnymi

prawami.  Miłość  to  miłość.  Po  prostu  jest.  Bez  definicji,  jak  napisał  Coehlo.  Kochaj  i  nie
pytaj o zbyt wiele. Po prostu kochaj. No to pokochała. I pozwoliła jemu, by pokochał ją.

Ale

 nie była to łatwa miłość. Bo Smutna była inna, wyjątkowa. Po prostu była smutna.

– Co

 robię źle, że nie jesteś ze mną szczęśliwa?

– Wszystko robisz dobrze. To moja wina. Ja nie umiem, nie potrafię. Nie wiem, jak to jest

być szczęśliwym człowiekiem, szczęśliwą kobietą. Staram się. Tych starań wystarcza na dwa,

background image

trzy dni. A później dzieje się coś, drobiazg, i znowu

 przestaję wierzyć. Znowu wraca smutek.

–  Nie,  kochanie.  Ten  smutek  cię  nie  opuszcza.  Znalazł  sobie  miejsce  w  twoich

  oczach.

Takimi  właśnie,  smutnymi,  zgaszonymi  oczami  spoglądasz  na  świat.  Takim  go  widzisz.  Bo
chcesz.

– Naprawdę myślisz, że chcę? 

Czy

 ktokolwiek może tego chcieć?

–  Dopóki 

ciebie

  nie  poznałem,  myślałem,  że  nie.  Że  ludzie  chcą  być  szczęśliwi.  Że  to

priorytet, że do tego dążą od narodzin, aż do śmierci. Ale ty jesteś inna.

– Pamiętasz, powiedziałam 

ci

 to tamtej nocy, rozmawialiśmy do rana, poszliśmy spać, gdy

kogut zaczął piać.

–  Pamiętam.  Ale  przede  wszystkim  pamiętam,  że  tego  dnia  się  w  tobie  zakochałem.

Pokochałem cię w chwili, gdy przechodziliśmy przez ulicę, a ty

 powstrzymałaś mnie, blokując

ręką,  gdy  chciałem  przejść  przed  nadjeżdżającym  samochodem.  Wiesz,  co  wtedy  poczułem,
pomyślałem?

– Że

 nie chcę, żebyś przechodził, bo to niebezpieczne?

– Mniej więcej, ale dla mnie znaczyło to dużo więcej. Nie chcesz, żebym przechodził, bo

z niewiadomego mi powodu troszczysz się o mnie. Zależy ci. Martwisz się. Po raz pierwszy
w życiu ktoś, poza moją matką, martwił się o mnie.

– Nie wyolbrzymiaj tak tego. To normalny gest, taki zwyczajny. Jesteś człowiekiem. Jestem

z tobą. 

To

 naturalne, że się troszczę. Ale zanim założysz mi aureolę, muszę ci powiedzieć, że

gdybyś był całkiem obcy, zrobiłabym to samo.

Spojrzał  z  ogromnym  zdziwieniem,  tak  jakby  ujrzał  mnie  po  raz  pierwszy,  a  ja  w  dodatku

miałabym na sobie zielony kostium ufoludka i antenki zamiast uszu.

– Ty

 naprawdę nie rozumiesz?

– Szczerze, to

 nie bardzo.

Antenki

  chyba  mi  się  wydłużyły,  ewentualnie  zaczęłam  świecić,  bo  zdumienie  na  jego

twarzy wymalowało się niczym na obrazie Matejki.

–  Właśnie  chodzi  o  to,  że 

tym

  bardziej,  gdybym  był  całkiem  dla  ciebie  obcy,  nie

spodziewałbym się tego, że komukolwiek może zależeć, żebym został przy życiu.

– No, proszę cię… 

nie

 zrobiłam niczego nadzwyczajnego. Ot, ludzki odruch.

–  Ludzki!  Właśnie.  Dotąd  nikt  nie  traktował  mnie  jak  człowieka.  Moje  życie  nie  miało

znaczenia. A ty

 wtedy uświadomiłaś mi, że może mieć. Dla ciebie. Nie, nie, że może mieć, ale

że już ma.

– Przerażasz mnie. Świat 

tutaj, ludzie, nie

 mogą być aż tacy okrutni.

– Świat i ludzie są okrutni. I ty

 to wiesz. Gdyby było inaczej, nie miałabyś takich smutnych

oczu.

– Nieprawda. Nie zgadzam się. A moje oczy są moje. I to

 mój prywatny smutek, osobisty.

Bez  globalizacji,  wiesz?  Moje  oczy  są  moje,  mój  smutek  jest  mój,  nie  unijny,  nie  światowy,
nie międzykontynentalny. Nawet nie europejski. Jest mój, prywatny.

– I co, nie umiesz już bez niego żyć? Po co ci on w ogóle 

potrzebny, do

 czego? Przestań się

wreszcie nim upajać, delektować, napawać. Pozbądź się go.

– Jestem

 lepszym człowiekiem. Smutek wzbogaca.

–  Jesteś  dobrym  człowiekiem.  Najlepszym,  jakiego  znam.  Masz  w  sobie  wszystko,  co

najwartościowsze. Z tym smutkiem, czy bez niego. Nie potrzebujesz go, sama w sobie

  jesteś

dobra. Taka się urodziłaś.

– Każdy człowiek rodzi się dobry. Wierzę w to.

background image

–  Widzisz,  potrafisz  uwierzyć  we  wszystko,  nawet  w  to,  że  można  zresocjalizować  Bin

Ladena, a nie możesz uwierzyć w to, że 

potrafisz

 być szczęśliwa, że nie każdy związek kończy

się rozstaniem, że są porządni faceci?

– Ależ ja w to wierzę. I nie

 rozstanie mnie przeraża, lecz to, że każde, nawet najsilniejsze

uczucie, największa miłość, kiedyś umiera.

– Nie

 zgadzam się. To zależy wyłącznie od dwojga ludzi.

–  Gdyby  tak  było,  byłabym  najszczęśliwszym  człowiekiem  w  kosmosie.  Ale

  tak  nie  jest.

Nie mamy wpływu na emocje.

– Dawno

 nie słyszałem niczego bardziej głupiego.

–  A  dla  mnie  arogancją  jest  wierzyć,  że  mamy  wpływ  na  uczucia.  Bo  uczucia  to  czysta

chemia. Masz na nią wpływ? Bo ja nie… Nie mogę wygenerować nowej dawki fenyloetylo-
aminy,  kiedy  miłość  umrze.  Nie  sprawię,  że  zmartwychwstanie.  Ona  się  już  nie  odrodzi  na
nowo.  Przyjdzie  nowa.  Ale  tamtej  już  nie  będzie.  I  to

  mnie  smuci  najbardziej.  To  mnie

powstrzymuje…

– Przed

 daniem mi szansy?

– Szansy? Na co? Na coś, co i tak

 skończy się niepowodzeniem? Ja tak nie chcę.

– A czego

 chcesz?

–  Kochać  wiecznie,  nieprzerwanie,  niezmiennie.  Wciąż  z  taką  samą  siłą.  I  chcę  być 

tak

kochana.

– Ja ciebie tak kocham i ty

 kochasz tak mnie.

–  Wiem.  Czuję.  Widzę.  Ale  kochamy  się  dzisiaj.  Kochaliśmy  się  wczoraj.  I  pewnie

będziemy kochali się jutro. Ale nie wiecznie.

– A czym

 jest dla ciebie wieczność?

– Gwarancją bezpieczeństwa niezmienności 

tego, co

 dla mnie najważniejsze.

– Jeśli 

to

 dla ciebie najważniejsze, dlaczego to odrzucasz?

– Bo

 nie mam gwarancji.

– Co

 mam zrobić, powiedzieć, żebyś zaufała, uwierzyła?

– Przecież ja ci wierzę. Wierzę w to, że mnie kochasz tak, jak nikt nigdy wcześniej mnie nie

kochał.  Wierzę,  że  mnie  kochasz,  gdy  to  mówisz.  Ale  zbyt  dużo  wiem  o  miłości, 

by

  nie

przewidzieć, co będzie dalej.

–  A  musisz  koniecznie  nad  tym  się  zastanawiać?  Nie  możesz  po  prostu  popłynąć  z  nurtem

rzeki, tylko idziesz pod prąd? Co z tego masz? Czy chodzi o to, że tak bardzo kochasz ten swój
smutek, że musisz go w sobie

 pielęgnować?

–  Nie  chcę  go  pielęgnować  i  uwierz,  że  gdybym  umiała  być  szczęśliwa,  byłabym.  Może

szczęście nie jest dla mnie? Co mam z tego, że wolę zrezygnować? Nie wiem, pewnie nic. Ale
za  to  wiem,  czego  nie  będę  miała.  Bólu  i  łez,  gdy  pewnego  dnia  otworzę  oczy,  spojrzę  na
ciebie, śpiącego obok i uświadomię sobie, że już cię 

nie

 kocham.

– Jednak

 potrafisz być okrutna.

–  Ale  jeszcze  bardziej  boję  się  chwili,  w  której  ty  otworzysz  oczy,  spojrzysz  na  mnie

i uświadomisz sobie, że już mnie nie kochasz. I nie znajdziesz dość siły w sobie, by mi o tym
powiedzieć. I będziemy żyć dalej, już 

nie

 ze sobą, lecz obok siebie, bez miłości, bez odwagi,

by to przerwać.

–  A  czy

  ta  miłość,  po  tych  wszystkich  wspólnych  pięknych  latach,  będzie  nam  potrzebna?

Czy tylko ona jest tym, co powoduje, że ludzie wciąż są ze sobą, starzeją się razem?

– A twoim

 zdaniem, co, poza miłością, spaja związek?

background image

– Nie, co, tylko, kto. Ludzie. Po prostu ludzie. Ty i ja. Wszystko, co w nas najlepsze. I nasza

mądrość.

–  No,  tak.  Bo  miłość  to  szaleństwo,  głupota.  Nie  ma  nic  wspólnego  z  mądrością.  Ze

zdrowym rozsądkiem. Po raz pierwszy się z tobą zgadzam.

– Widzisz, nareszcie jakiś progres. Możemy rozmawiać o tym do końca życia. Ale szkoda

czasu. Po prostu żyjmy tak, jak czujemy, a nie tak, jak mówią o tym

 inni.

Żyjmy…  Już  umiała.  Przestała  się  zastanawiać,  rozmyślać.  Żyła  chwilą, 

tym,  co

  przynosił

nowy dzień.

– Zaczekaj, muszę spojrzeć, coś tu masz – powiedział, obejmując ją mocno w pasie.

– Gdzie?

 Co się stało?

– Chyba coś ci do oka wpadło, niech zobaczę, nie ruszaj się – poprosił i zajrzał w źrenicę.

– I co, i co?

 Mam tam coś? – Niecierpliwiła się smutna.

–  Eee,  nie.  Myślałem,  że  widzę  trochę  pałętającego  się  smutku  w  lewym

  oku,  ale  na

szczęście to fałszywy alarm.

–  No,  nie,  czego  to  ty  nie  wymyślisz,  żeby  się  do  mnie  podstępnie  przytulić  –  odparła

Smutna ze śmiechem. – Jesteś niesamowity – dodała, całując go w usta.

– No, trudno, co

 zrobisz. Mam to od dziecka.

Smutna

  zamknęła  album  ze  zdjęciami.  Wstała  z  trawnika  i  wolno  szła  w  stronę  domu.

Włączyła  telefon.  Odsłuchała  wiadomość  od  niego.  Czekał  już  na  nią,  taki  szczęśliwy,  pełen
nadziei  na  to,  że  przyniesie  mu  dobre  wieści,  że  udało  się,  że  będą  mieli  to  upragnione
dziecko.

Przecież właśnie 

po

 to poszła do lekarza. Żeby się upewnić.

Zadzwoniła 

do

  drzwi,  bo  chyba  zgubiła  w  parku  klucze.  Otworzył  jej  i  gdy  ją  ujrzał,

uśmiech rozjaśnił mu twarz. I zaraz zgasł.

– Czekaj, czekaj, coś ci wpadło do oka – powiedział i objął ją w pasie, mocno

  do  siebie

przyciągając. – Ale nic nie szkodzi. Zaraz ten smutek wyrzucimy. Nie udało się tym razem, uda
się następnym.

Wtuliła się w niego mocno. To go zaniepokoiło. Nigdy wcześniej nie było w jej oczach aż

tak dużo smutku, jak dziś.

Powiedziała 

mu. Nie

 ma dziecka. Jest rak.

Pierwszy

 raz w życiu zobaczyła, że on też wie, co to strach.

Usłyszała, 

jak

 szepcze:

– Są w życiu

 człowieka takie chwile, gdy ból jest tak wielki, że nie ma się gdzie skryć…

Słyszałaś  o  Marylin  Monroe?  Na  pewno  tak.  Ale  czy  wiesz,  że  przed  nakręceniem  każdej

sceny  siedziała  zamknięta  w  garderobie  targana  dreszczami  strachu,  wypełniona  tremą  po
brzegi, tak jak brakiem wiary w siebie, który wypełniał ją całą? Bała się, że jest niedoskonała,
że  jest  beznadziejna,  taka  zwyczajna,  nijaka.  A  gdy  już  wyszła  z  garderoby  i  stawała  przed
kamerą,  przemieniała  się  z  larwy  w  motyla.  Ale  czy  wiedziałaś,  że  kiedy  już  była  wielką
gwiazdą,  wyjechała  z  Hollywood  do  Nowego  Jorku  i  zaczęła  uczęszczać  do  szkoły  Lee
Strasberga, by uczyć się aktorstwa metodą Stanisławskiego?

Metoda

  Stanisławskiego  odkrywała  nowe  środki  techniki  aktorskiej  oparte  na  realizmie

psychologicznym postaci. Stanisławski angażował w grę cały organizm — w przeciwieństwie
do  Diderota,  uważał,  że  umysł  i  ciało  współgrają  dzięki  podświadomości  (sprzeciwiał  się
teorii  umysłu  kierującego  ciałem).  Uważał,  że  Świadome  oddziałuje  na  podświadomość  i  to
było jednym z jego podstawowych haseł. Uważał za podstawę do gry tak zwane okoliczności

background image

założone,  w  których  skład  wchodzi  między  innymi  zadanie  główne.  Są  to  okoliczności
scenariuszowe,  jak  również  historyczne,  oraz  konsekwencje  wynikające  z  decyzji  reżysera,
czy wizji scenografa, które po wnikliwej analizie psychologicznej tworzą schemat stworzenia
postaci  aktorskiej.  Zadanie  założone  jest  głównym  zadaniem  danej  postaci  w  założeniu
scenariusza,  natomiast  podczas  poszczególnych  scen  dzieli  się  na  zadania  poboczne.
Stanisławski  nakazywał  aktorowi  czerpać  z  punktów  odniesień  własnych,  to  jest  zapisu
przeżyć wewnętrznych, wspomnień itp. Zaczyna się od tego, że aktor potrafi wyobrazić sobie
wszystko cieleśnie. Wyobraża sobie, co by się stało, gdyby znalazł się w takiej sytuacji. Aktor
powinien być w każdej chwili gotowy na odbieranie bodźców, a co za tym idzie, na dokonanie
improwizacji.  Na  grę  aktora  wpływa  również  gra  jego  partnera  i  dostarczane  przez  niego
bodźce.  Wyobraźnia,  obserwacja  i  własne  przeżycie.  Czyli  to,  na  czym,  według
Stanisławskiego, powinni opierać się aktorzy.

„Należy  kochać 

Teatr

  w  sobie,  a  nie  siebie  w  Teatrze”  –  mawiał  Stanisławski.  A  ja  Ci

powiem coś nieco innego: należy przede wszystkim kochać Życie w sobie, a nie tylko siebie
w Życiu. Tylko wtedy będziesz szczęśliwa.

Marylin

 zrozumiała to zbyt późno. Ale Ty wciąż masz szansę.

Boże 

Ty

  mój,  gdzie  jesteś?  Słyszysz  mnie?  Usłysz.  Jestem  jak  Marylin.  Ludzie  nadali  mi

trzecie imię – Szczęśliwa. Nie wiem. Sama nie wiem. Nic już nie wiem. Czasami przychodzi
mi  do  głowy  taka  myśl,  że  może  coś  znaczę,  że  jestem  ważna,  że  ktoś  mnie  potrzebuje.  Ale
tylko wtedy, gdy dostaję taki list:

„Kilka 

lat

  temu,  podczas  rozmowy  z  Bardzo  Mądrą  Kobietą  usłyszałam  te  oto  słowa:

»nawet,  jeżeli  żyjąc  tracimy  życie  nie  musimy  robić  tego  idiotycznie,  nerwowo  i  głupio.
Ważne,  aby  czasami  przystanąć.  To  chwila  dla  nas,  nadwraż-liwców  tak  ważna  i  potrzebna,
jak dla innych obiad w najlepszej restauracji.«

A  to,  co  Pani  myśli  i  tworzy

  jest  często  deserem,  ale  tylko  dla  arystokratycznych

podniebień.  Po  naszym  ostatnim  spotkaniu  nie  trudno  zauważyć,  że  jest  ich  przynajmniej
czterdzieści:)  –  Pani  Ł.  ze  swoimi  uczniami,  podbudowane  rozmową  kobiety,  kilku
nawróconych światopoglądowo mężczyzn;).

Kontemplacja

 kawałka Pani wewnętrznej rzeczywistości, jakże subtelnej, całej z półtonów

utkanej,  choć  na  chwilę  wybudziła  nas  z  otępienia  towarzyszącego  pogoni  za  codziennością,
uświadomiła jej wielowymiarowość, efemerycz-ność, a także wyjątkowość każdej chwili."

4

Płaczę. 

Krople

 łez zmywają szminkę.

Jestem

  ofiarą  efektu  lustrzanego  odbicia.  Być  może  Ty  też,  nadal.  Powtarzam  —  nie  ma

powodów do obaw. Wszystko Ci wyjaśnię. Wciąż masz szansę.

Wiesz,  jakie

  mam  wspomnienia  z  dzieciństwa?  Nie  widzę  roześmianej  dziewczynki

siedzącej  tatusiowi  na  kolanach.  Nie  widzę  szczęśliwej  nastolatki  z  nadzieją  patrzącej
w  przyszłość.  Wiesz,  co  widzę?  Widzę  płaczącą  dwunastolatkę,  która  biegnie  za  pijanym
ojcem goniącym matkę i chwyta obiema dłońmi za tasak, którym on się na tę matkę zamierza.

Zbyt

 późno zdałam sobie sprawę, że jestem chora. Współuzależniona. Uświadomiłam sobie

to  dopiero,  gdy  moje  własne  małżeństwo  okazało  się  katastrofą.  I  wtedy  właśnie
dowiedziałam  się  o  czymś,  co  w  psychologii  nazywa  się  lustrzanym  odbiciem  lub  po  prostu
współuzależnieniem.  To  choroba.  Ciężka,  ale  uleczalna,  jej  początki  związane  są  ze
wzrastaniem w rodzinach  dysfunkcjonalnych. Dzieci w  nich żyjące narażone  są na nadużycia
fizyczne,  seksualne,  emocjonalne,  intelektualne  i  duchowe.  Zaistniałe,  uszkadzają  ich
osobowość, system granic psychologicznych, sferę uczuć. Osoby współuzależnione, takie jak

background image

ja,  musiały  być  wychowywane  w  klimacie  niedostatecznej  opiekuńczości,  z  częstymi
przejawami nadużyć fizycznych, bądź moralnych. Moja mama kochała i kocha mnie nad życie,
a mimo wszystko czułam niedosyt. Bo rodzina to ojciec i matka. Dlatego dzieci, takie jak ja,
wykazują  tendencję  do  skrajnego  zaniżania  lub  zawyżania  własnej  wartości,  są  zewnątrz
sterowne.  Mają  trudności  w  wytyczaniu  psychologicznych  granic  zewnętrznych,  jak
i wewnętrznych. Możliwy jest też u nich całkowity brak granic lub przeciwnie, granice mają
charakter  nieprzepuszczalnych  murów  wznoszonych  ze  strachu,  gniewu  i  złości.  Często
obserwuje  się  gwałtowne  przechodzenie  od  całkowitej  przepuszczalności  do  murów
i  odwrotnie.  W  obydwu  wypadkach  jest  to  wynik  braku  satysfakcji  życiowej.
Współuzależnienie  jest  upośledzeniem  dojrzałości  spowodowanym  urazem  z  dzieciństwa.
Osoby  współuzależnione  są  niedojrzałe  lub  dziecinne  w  takim  stopniu,  że  przeszkadza  im  to
w  życiu.  Cechują  je:  opiekuńczość,  poczucie  niskiej  wartość,  tłumienie  emocji  i  myśli,
obsesje, 

kontrolowanie, 

zaprzeczanie, 

uzależnianie 

się 

od 

innych, 

trudności

w  porozumiewaniu  się,  rozmyte  granice  tolerancji,  brak  zaufania  do  siebie  i  innych,  częste
doświadczanie  złości  w  stosunku  do  innych  i  do  siebie,  problemy  seksualne.  Boże  mój,  jak
dobrze to znam.

I  modlę  się,  żeby  Ciebie  nie  spotkało  to,  co  mnie…  Być  może  już  to  znasz,  ale  nie

wiedziałaś, że to o mnie.

1

  Przypowieść. 

Autor

 nieznany.

2

 – www.trinity.la/angelpl.htm

3

  Przypowieść, 

Autor

 nieznany.

4

 ł 

Maria

 Dąbrowska, dyrektorka Biblioteki w Człuchowie.

background image

AKT I DAWNO TEMU…

„Zgwałcenie  –  w  szerokim  tego  słowa  znaczeniu  jest  to  zmuszenie  drugiej  osoby  do

obcowania  płciowego,  poddania  się  innej  czynności  seksualnej  lub  wykonania  takiej
czynności:  przy  użyciu  przemocy,  groźby  bezprawnej  lub  podstępu  (przestępstwa  z  art.  197
K.k.)  przy  wykorzystaniu  bezradności  lub  wynikających  z  upośledzenia  umysłowego  lub
choroby  psychicznej  braku  zdolności  tej  osoby  do  rozpoznania  znaczenia  czynu  lub
pokierowania swoim postępowaniem (przestępstwo z art. 198 K.k.) przez nadużycie stosunku
zależności lub wykorzystanie krytycznego położenia tej osoby (przestępstwa z art. 199 § 1 i 2
K.k.).”

Pierwszy raz…
Opowiem Ci pewną historię. Powiem Ci to tylko teraz i więcej nie pytaj mnie o to, dobrze?

I nie przerywaj mi, proszę, bo jeśli to zrobisz stracę odwagę. Próbuję nauczyć się wybaczania.
Ale  słabo  mi  idzie.  Zostałam  zgwałcona.  Trzy  razy.  Bardzo  dawno  temu.  Raz,  kiedy  miałam
piętnaście  lat.  Drugi,  rok  później.  I  trzeci  raz,  gdy  skończyłam  siedemnaście  lat.  Dwa  razy
udało  mi  się  uniknąć  gwałtu.  Chodziłam  do  podstawówki.  Ostatnia  klasa.  W  domu
wczasowym, w którym zatrzymali się moi rodzice, nudno było przeokro pnie.

Sami  emeryci  i  renciści.  Z  tych  nudów  wyspecjalizowałam  się  w  grze  w  ping  ponga.

Myślałam, że te dwa tygodnie będą dla mnie jak prawdziwa szkoła przetrwania. Aż tu nagle,
następnego  dnia  pojawił  się  ON.  Cud  nad  Wisłą.  Banderas  lat  siedemdziesiątych.  Zatkało
mnie, jak wkroczył na stołówkę. Kawałek bułki stanął mi w gardle, gdy podszedł do naszego
stolika  i  zapytał,  czy  może  się  przysiąść.  Mama  łaskawie  kiwnęła  głową  i  się  Banderas
przysiadł.  Zakochałam  się  w  nim  między  kanapką  z  salcesonem  (wtedy  prawdziwy  rarytas)
a  sałatką  jarzynową.  Wszystkie  panie  poprawiały  fryzury,  gdy  pojawiał  się  na  horyzoncie,
podnosiły biusty i wciągały brzuchy. Nawet te mocno dojrzałe dyskretnie sprawdzały, czy im
się  coś  nie  przesunęło:  peruka  lub  względnie  proteza  zębowa.  A  Banderas  uprzejmie  się  do
nich  uśmiechał,  a  za  mną  łaził  jak  cień.  Był  miły,  czarujący,  wyrozumiały  dla  problemów
trapiących zbuntowaną nastolatkę. Pocieszał, komplementował, opowiadał świńskie dowcipy.
Po  trzech  dniach  byłam  gotowa  zrobić  sobie  operację  powiększającą  biust.  Po  czterech,
oddałam mu całe kieszonkowe. Piątego dnia chciałam za niego wyjść za mąż. Szóstego… No
właśnie.  I  co  z  tego,  że  był  o  dwadzieścia  lat  starszy?  Ale  to  w  końcu  Banderas…  Zaczął
niewinnie.  Od  pocałunku.  Poprzez  małe  macanko.  Przyszedł,  kiedy  mama  razem  z  resztą
zaprzyjaźnionych  wczasowiczek  poszła  na  polowanie.  Na  dancing,  znaczy  się.  Spałam  już.
Otworzyłam  drzwi,  bo  myślałam,  że  to  mama  wraca  nieukontentowana  z  imprezy.  A  w
drzwiach stoi Antonio. Brylantyna na czarnych włosach, jasnobeżowy sweterek, podkreślający
jego  śniadą  cerę,  w  korytarzu  unosi  się  zapach  Brutala.  Prawie  padłam  od  tego  smrodu.

background image

Przesadził lekko. Ale nic. Dobrze wychowana jestem. A dzisiaj powiedziałabym mojej córce,
że  w  takich  sytuacjach  należy  delikwenta  zmiażdżyć  drzwiami.  Ja  go  wpuściłam.  Bo  on  taki
wyrozumiały i czuły, i mądry. No i do tego Banderas. I niby nic się nie stało. Zaraz umrę. NIC
SIĘ  NIE  STAŁO.  Nie  wierzę,  że  to  powiedziałam.  Naprawdę  to  powiedziałam?  Aha.  On
usiadł na brzegu łóżka. I nawet nie wiem, kiedy, wsadził mi do środka pół ręki. Już nie mogę.
I  to  prześcieradło.  Białe.  A  na  nim  spore  plamki.  Krew.  Moja  krew.  Na  jego  palcach.
Przerwał  mi  błonę  dziewiczą.  Zdeflorował.  Przerażenie  w  jego  oczach  wydawało  się  być
szczere.  Patrzył  na  mnie  z  takim  strachem,  jak  patrzymy  na  grzyb  unoszący  się  po  wybuchu
bomby  atomowej.  Bał  się,  ale  to  ja  zostałam  skażona.  Przeżyję,  ale  ta  choroba  też  jest
nieuleczalna. Uciekał szybciej, niż nasi ministrowie, a rano go już nie było. Wszystkie panie
opłakiwały  Banderasa,  a  ja  opłakiwałam  swoją  cnotę,  której  mnie  pozbawił  w  tak
niewyszukany  sposób.  Obrzydliwie  po  prostu.  Wlazł  bez  pukania,  wsadził  we  mnie  tę  wy-
manikiurowaną łapę i zostawił mi ślad w psychice do końca życia. Ja do dziś pamiętam, jak
on się nazywał. Imię i nazwisko. Skąd był, też pamiętam. Twarz, sylwetkę. Sposób, w jaki się
poruszał.  Jak  pachniał.  Śmierdział  raczej.  Brutalem  w  proporcjach:  pół  butelki  na  jeden
sweterek. Mógł go używać zamiast eteru. Skutek prawie ten sam. Nie powiedziałam nikomu.
Nie było sensu.

Drugi raz…
Nie, nie chcę o tym mówić. Jeszcze nie teraz.
Trzeci…
Zupełnie  tak,  jakbym  przyciągała  takie  patologiczne  przypadki.  Tylko,  że  chłopaka  nie

miałam.  Nigdy  go  nie  miałam.  Unikałam  ich,  jak  diabeł  święconej  wody.  Efekt  uboczny
defloracji  za  pomocą  ręki  Banderasa.  Wracałam  do  domu.  Koniec  zimy,  ale  nadal  ciemno
robiło się o dziewiętnastej. Maszeruję żwawo, bo zimno, a ja w spódnicy. Buty też zupełnie
nie zimowe. Zatrzymuje się samochód. W środku dwóch facetów w wieku mojego ojca. I tacy
mili, wiarygodni. I ja taka naiwna. Myślę sobie: to pewnie też czyichś ojcowie. Przecież nie
zrobią  mi  krzywdy.  Ja  chyba  nigdy  się  tej  naiwności  nie  pozbędę.  Bo  ja  wierzę
w  CZŁOWIEKA.  I  ta  wiara  mnie  bardzo  dużo  kosztuje.  Chcieli  mnie  podwieźć.  Po  długiej
dyskusji,  gdy  już  stopy  prawie  przymarzły  mi  do  chodnika  i  odmroziłam  tyłek,  wsiadłam  do
ich samochodu. To przecież niedaleko. Nagle oni skręcają w zupełnie inną stronę. Włącza mi
się  czerwona  lampka.  Cholera!  Dlaczego,  wtedy  nie  miałam  zwarcia  w  instalacji
ostrzegawczej?  Za  chwilę  uspokajam  się  nieco,  bo  samochód  zatrzymuje  się  przed  r  e-
stauracją.  Przeoczyłam  tylko,  że  to  jest  Hotel-Restauracja.  Zapraszają  na  drinka.  Nie  piję,
dziękuję.  Jestem  nieletnia.  No  to  sok.  Sok  może  być.  Pomarańczowy.  W  restauracji  pełno
ludzi, czuję się bezpieczna. Kelner przynosi sok, podaje mi i uśmiecha się. Wtedy myślałam,
że  serdecznie.  Dzisiaj  rozumiem  ten  uśmiech  nieco  inaczej.  Nie  zwróciłam  uwagi  na  to,  co
mimo  wszystko  zanotowała  moja  podświadomość.  Dziwne  uśmiechy  szatniarza,
porozumiewawcze mrugnięcia okiem kelnera. Hm… uśmiech ma wiele twarzy. Wiele twarzy
uśmiechu. Wiesz, odtwarzałam to setki razy. Po fakcie.

Wcześniej tego nie dostrzegałam. Piłam sok pomarańczowy. Dziś wiem, że był doprawiony

środkiem  nasennym,  albo  narkotykiem.  Ostatni  obraz,  jaki  mam,  to  ten  pomiędzy  stolikiem
restauracji,  a  mną,  leżącą  bezwładnie  w  ciemnym  pokoju.  Nawet  nie  wiem,  jak  dotarłam  na
górę. Bo musiała być jakaś góra. Kiedy się obudziłam, leżał na mnie jakiś facet, jeden z tych
dwóch,  wiesz,  ten  jeden  miły,  sympatyczny  facet  w  wieku  mojego  ojca.  Zdaje  się,  że  już
kończył. Zepsułam mu zabawę, bo obudziłam się za wcześnie. I nawet nie wiem, ilu facetów

background image

przewinęło się przez ten pokój. No, co, porycza-łam się. Histeryzowałam. Przestraszyłam się,
że teraz to mnie pewnie zabiją i, będąc zapewne w zmowie z szatniarzem, kelnerem i połową
hotelowej  obsługi,  zabetonują  mnie  w  piwnicach  hotelu.  On  wyszedł.  Po  chwili  do  pokoju
weszła kobieta. Przygotowała mi kąpiel. Uspokoiła. Umyła mnie jak małe dziecko. Ja to mam
fart.  Najpierw  gwałci  mnie  facet,  daj  Boże  tylko  jeden,  a  potem  prostytutka  mnie  myje.
Najgorsze  jest  to,  że  ja  nie  mogłam  zapomnieć.  Dopóki  nie  weszłam  na  moją  Drogę.  Nazwa
restauracji,  kolor  ścian,  choć  było  ciemno  w  pokoju.  Rodzaj  lampek  na  stolikach.  Wzór  na
narzucie.  Kolor  glazury  w  łazience.  Kolor  włosów  i  pomadki  Kasi.  Bo  ona  Kasia  była,
przynajmniej  tak  się  przedstawiła.  I  spocona  twarz  tego  faceta.  Jego  przyspieszony  oddech,
gdy wchodził we mnie i wychodził. Jak można? Co się ma z tego za przyjemność, że gwałci
się  śpiącą,  nieprzytomną  nastolatkę???  Co  ja  na  czole  mam  napisany  slogan  reklamowy:
„Zgwałć  mnie!  Satysfakcja  gwarantowana”.  Ja  nigdy  chłopaka  nie  miałam.  Nie  spałam
z  żadnym.  I  akurat  to  musiało  zdarzyć  się  mnie…  Przez  następną  część  życia  chciałam  tylko
usłyszeć, że to nie moja wina, że wsiadłam do tego samochodu. Choć wiem, że nie powinnam.
Ale wsiadłam. Bo wierzę ludziom. I że to ich wina. Bo to oni mnie skrzywdzili. I moja też, bo
to  ja  otworzyłam  te  pieprzone  drzwi,  którymi  wszedł  oślizgły  Banderas.  On  wiedział
doskonale,  po  co  wchodzi.  Powinnam  była  zmiażdżyć  ulizańcowi  rękę.  Zamiast  tego,
pozwoliłam  mu,  żeby  mi  tą  wypielęgnowaną  dłonią  zawodowego  żołnierza  zabrał  wszystkie
dziewczęce wyobrażenia o miłości. Na jego dłoni, pomiędzy palcami oprócz krwi została cała
moja  przeszłość,  teraźniejszość  i  przyszłość.  Wziął  sobie  wymaz  z  mojego  życia,  jak
ginekolog  bierze  wymaz  do  badania  cytologicznego.  Normalne  już  nic  więcej  nie  było.  I  już
nie będzie. Wypalili mi na ciele, duszy, sercu i umyśle piętno. Zostałam naznaczona.

Pamiętasz, co powiedziałam Ci na początku o moich stygmatach? Bądź mądrzejsza. Ucz się

na moich błędach. Na moich, na moich, na moich… No, proszę Cię… Tak bardzo Cię proszę.

Przecież  jeszcze  trzeba  przystanąć  i  spojrzeć  na  wiosnę,  pogłaskać  koty,  porozmawiać

z rodziną i znajomymi, przytulić się do kogoś, uśmiechnąć się, poczytać, zobaczyć, co u innych
znajomych,  zadzwonić  do  przyjaciela,  pomarzyć,  poplanować,  wyjść  na  zewnątrz,  gdy  pada
deszcz  i  poczuć  jego  krople  na  twarzy.  Zachłysnąć  się  życiem.  Bo  to  wszystko  są  bardzo
ważne sprawy. Z tych „drobiazgów” składa się przecież nasze życie.

Pewnie jesteś ciekawa, chcesz wiedzieć, co czuję? A może ze wszystkich sił modlisz się,

żebym  Ci  tego  nie  powiedziała.  Myślę,  że  się  modlisz,  bo  boisz  się,  że  nie  dasz  sobie  rady
z tymi emocjami. Moimi i własnymi. A ja nie jestem potworem. Nie jestem potworem takim,
jak  oni.  I  powiem  Ci  tylko  dwa  słowa.  Wtedy,  gdy  ten  pedofil  skończył  mnie  pieprzyć,
pragnęłam – tak, umrzeć też, ale trzy zdania, powtarzałam w myślach bez końca.

Eutanazja sumienia. Ekstrakcja serca. Lobotomia, lobotomia, lobotomia.

background image

AKT II WSPOŁUZALEŻNIENIE I MOJE

NIENARODZONE DZIECKO

Współuzależnienie to zaburzenie osobowości charakteryzujące się chorobliwą skłonnością

do  związków,  w  których  partnerzy  są  w  relacji  patologicznego  uzależnienia  od  siebie,  nie
respektują swoich granic, niejasno się komunikują, biorą na siebie nadmiar odpowiedzialności
za  partnera  i/lub  zrzucają  na  niego  własne  problemy.  Niskie  poczucie  własnej  wartości  —
nadmierne  przecenianie  oceny  innych,  małe  przekonanie  o  własnej  sprawczości,  niska
wewnętrzna  autonomia,  zewnątrz  sterowność;  nadopiekuńczość,  zbyt  mocne  koncentrowanie
się  na  partnerze  (mężu),  próby  rozwiązywania  jego  problemów,  oderwanie  się  od  własnych
spraw; obawy przed zachowaniami partnera (męża), niepokój przed zmianami; złość, agresja
w  stosunku  do  partnera,  ale  i  innych,  często  doświadczana  na  skutek  stresów,  kontakt  z  tym
uczuciem  łatwiejszy  niż  z  innymi;  zaprzeczanie;  tendencja  do  unikania  konfrontacji
z  rzeczywistością,  okłamywanie  siebie  i  innych,  pomniejszanie  skali  własnych  problemów;
problemy seksualne — niski poziom satysfakcji z pożycia seksualnego, często jego całkowity
brak  lub  współżycie  wymuszone.  Wewnętrzny  brak  poczucia  bezpieczeństwa.  Ujawnia  się
w  postaci  poczucia  niższości  i  poczucia  nieadekwatności  w  różnych  postaciach,  na  przykład
osoba  inteligentna  jest  przekonana  o  własnej  niekompetencji,  ładna  kobieta  uważa  się  za
nieatrakcyjną,  itd.  Poczucie  niższości,  czyli  niska  samoocena  manifestuje  się  na  wiele
sposobów  i  każdy  jest  mi  znany.  Jestem  żywym  dowodem  na  istnienie  odbicia  lustrzanego  –
nadmierną zależność emocjonalną od uczucia lub aprobaty innych. Obwinianie się o wszystko.
Także o stracone dziecko. To nie była moja wina. Nikt nie zawinił. Stało się.

Przeczytałam w gazecie, że jeśli ktoś, jakaś kobieta, przeżyła stratę dziecka, to, jeśli chce,

może Wam o tym napisać. Więc piszę. Chociaż nie wiem, czy moja opowieść kwalifikuje się
do  tego  tematu.  Bo  moje  dziecko  się  nie  urodziło  jeszcze,  kiedy…  Ale  to  nie  było  też
zwyczajne poronienie, więc… Od początku…

Byłam  bardzo  młoda.  Zakochałam  się…  Wierzyłam,  że  on  jest  miłością  mojego  życia.

Maturę  zdawałam  będąc  już  w  ciąży.  Ja  się  bardzo  ucieszyłam  z  tej  ciąży,  chociaż  miałam
dopiero  osiemnaście  lat.  Byliśmy  już  po  zaręczynach,  kochaliśmy  się.  W  maju  matura,  a  tu
szósty  tydzień.  Prosto  z  egzaminów  ustnych  biegałam  do  łazienki,  bo  mnie  tak  męczyło.
Normalne, przecież to ciąża. Maturę zdałam, nawet nieźle, choć wcale się do niej nie uczyłam.
Naprawdę, nawet książki do ręki nie wzięłam. W maju matura, w lipcu ślub. Jeszcze dobrze
nie  ostygło  moje  świadectwo  maturalne,  a  już  położyłam  na  nim  cieplutki  jeszcze  akt  ślubu.
Jaka ja byłam szczęśliwa!

Wszyscy mówili: dziewczyno, a studia? A twoje marzenia? Śmiałam się i odpowiadałam:

background image

studia nie zając, nie uciekną.

A marzenia: przecież się właśnie spełniają!!!
W  sierpniu  poszłam  na  USG.  Kontrolnie,  tak  jak  to  się  zwyczajowo  robi  w  szesnastym

tygodniu  ciąży.  Leżę  z  gołym  brzuchem,  pani  doktor  jeździ  mi  kulką  poniżej  pępka  i  patrzy
w  ekran  monitora.  Patrzy  i  patrzy.  I  naciska  mnie  coraz  mocniej.  Woła  drugiego  lekarza.
A  mnie  się  zaczyna  robić  ciepło.  Ze  strachu.  I  już  teraz  obydwoje  gapią  się  w  ten  monitor,
szepcząc coś sobie do ucha. I myślą, że ja głupia jestem i się niczego nie domyślę. W ogóle tak
się zachowują, jakby zapomnieli, że tam jestem, leżę z wybebeszonym brzuchem, a oni ciągle
mi tą wajchą góra-dół, góra-dół. Robi mi się słabo. Ze strachu. Bo czuję, że zobaczyli tam coś
złego. Panując nad łzami, proszę, żeby mi powiedzieli, co się stało. A oni na to, że na razie to
tylko  podejrzenie,  nic  pewnego.  I  skierowanie  mi  dają  do  drugiego  szpitala,  bo  tam  mają
lepszą  aparaturę.  A  ich  to  niby  szmelc,  więc  oni  mi  nic  nie  powiedzą,  bo  nie  chcą  mnie
wprowadzić w błąd.

Biorę  skierowanie  i  jadę.  Sierpień.  Upał  jak  cholera.  A  ja  się  trzęsę  jak  galareta.

W  autobusie  boję  się,  że  zemdleję.  Docieram  do  szpitala,  szukam  lekarki,  którą  tu  ostatnio
poznałam. Podaję jej skierowania. Wiem, że ona już wie, co podejrzewają tamci lekarze, bo
przecież  napisali  po  łacinie.  Mówi  do  mnie:  „chodź,  dziecko.  Idziemy”.  Idę  za  nią  jak  na
ścięcie. Wprowadza mnie do pokoju. Kładę się na łóżku i znowu to samo: jeżdżą mi kulką po
brzuchu. Góra-dół. Góra-dół. Zwołują się. Już wiem, że wszystko się potwierdziło. Ale nadal
nie wiem, co. Lekarka kończy badanie i pyta:

– Dziecko, sama tu przyjechałaś?
–  Tak.  Sama.  Pani  doktor…  proszę  mi  powiedzieć.  Błagam  –  Bezczaszkowiec.  Tak

podejrzewali koledzy z tamtego szpitala. A my zobaczyliśmy jeszcze, że twoje dziecko oprócz
tego, że nie ma czaszki, ma także rozszczep kręgosłupa.

O, Boże!!! – krzyczy coś we mnie – Chcę do mamy. Wypuście mnie stąd.
Wychodzę ze skierowaniem do szpitala. Jadę do pracy. Wiem, że tam jest moja mama i mąż.

Przechodząc przez ulicę, o mało nie wpadam pod ciężarówkę. Wszystko mi jedno. Idę wolno,
ciągnę  nogę  za  nogą.  Zupełnie,  jakby  ktoś  ze  mnie  wypuścił  całą  krew.  Jak  życie  może
przywrócić  się  do  góry  nogami  w  jednej  chwili?  Idę,  a  właściwie  snuję  się,  powtarzając
ciągle: „To nieprawda. Wszystko będzie dobrze. Nie martw się o nic. Mamusia nie pozwoli,
żeby  stało  ci  się  coś  złego.”  Uświadamiam  sobie,  że  mówią  na  głos.  Mówię  do  mojego
dziecka.  Ludzie  patrzą  na  mnie  dziwnie,  niektórzy  pukają  się  znacząco  w  czoło.  Ale  oni  nie
wiedzą,  że  świat  mój  się  zawalił.  Że  straciłam  coś,  zanim  zdążyłam  to  zyskać.  Myślą,  że
sfiksowałam. Docieram do pracy i opowiadam o wszystkim rodzinie.

Mama jest blada jak ściana, a mój mąż milczy. Następnego dnia idę do szpitala. Na badania

dodatkowe.  Wszystko  potwierdza  się  podczas  badań  ultrasonograficznych.  Ja  nie  daję  za
wygraną.  Bo  przecież  to  tylko  maszyna.  A  komputery  są  omylne.  Jak  ja  mogę  skazać  moje
dziecko  na  śmierć,  jeśli  nie  mam  sto  procent  pewności,  że  jest  śmiertelnie  chore?  Siedzę
w pokoju ordynatora, ściskając mocno pluszową maskotkę.

Miś  jest  moją  tarczą.  Ma  mnie  obronić  przed  prawdą.  Odb  i-jać  słowa,  których  nie  chcę

usłyszeć. Ordynator zdaje się tego nie rozumieć, bo wali tę prawdę prosto między oczy. Nie
pozostawia odrobiny nadziei. Nie ma miejsca na złudzenia.

– Proszę pani. To jest pewne. Płód jest bez czaszki. Czy pani to rozumie? Kości czaszki się

nie  wykształciły  i  już  nie  wykształcą.  Mózg  jest  na  wierzchu.  Nie.  Pani  nie  rozumie.  Bo  nie
chce zrozumieć. A dodatkowo mamy do czynienia z wadą kręgosłupa. Rozszczep.

background image

Tracę przytomność. Budzę się na szpitalnym łóżku i natychmiast w panice poszukuję mojej

tarczy,  misia.  Jest!  Leży  tuż  obok  mnie.  Mam  dopiero  dziewiętnaście  lat  i  jestem  równie
bezbronna i nieporadna wobec problemu, który mnie dotknął, jak ten mój pluszowy zwierzak.
Ordynator siada na brzegu łóżka. Jezus Maria! Dlaczego on się tak nade mną znęca?

– Możemy zrobić jeszcze jedno badanie. Pobierzemy wody płodowe. To da nam sto procent

pewności.  Tylko  uprzedzam,  że  to  bardzo  boli.  Wprowadzimy  pod  powłoki  brzus  z-ne  długą
igłę. To bolesny i dość nieprzyjemny zabieg. Uw a-żam, że badania, które przeprowadziliśmy
do tej pory, nie pozostawiają żadnych wątpliwości, ale jeśli się pani upiera…

– Upieram się. A teraz chcę zostać sama.
Rzeczywiście zabieg był bolesny. Ale ja ciągle myślałam o moim dziecku. Że to dla niego.

Więc  to,  że  mnie  boli,  to  nic.  Nieważne.  Najważniejsze,  by  wiedzieć.  Wyniki  przyszły
następnego ranka.

Wyraz twarzy ordynatora wystarczył. Powiedział mi tylko:
–  Niestety.  Wszystko  się  potwierdziło.  Musi  teraz  pani  podjąć  decyzję.  Im  szybciej,  tym

lepiej.

Decyzję… Chodziło o to, że muszę zgodzić się na indukcję porodu, czyli mówiąc prostszym

językiem,  wywołać  sztucznie  poród.  Osiemnasty  tydzień  ciąży.  Za  późno  na  zabieg.  Teraz
mogłam  tylko  urodzić  normalnie.  Normalnie…  Ech…  Chodziłam  po  szpitalnych  korytarzach
z  misiem  pod  pachą.  Odwiedzałam  oddziały  noworodków  i  ryczałam.  Patrzyłam  na  te
maleństwa i wiedziałam, że moje takie nie będzie.

Kazali mi zabić własne dziecko. Jak ja mogę się na to zgodzić???
Poszłam do ordynatora i poprosiłam, żeby powiedział mi, co się stanie, jeśli nie zgodzę się

na poród indukowany, a zdecyduję donosić ciążę.

–  Po  pierwsze,  nie  wydaje  mi  się,  żeby  płód  był  żywy  do  chwili  normalnego  porodu.  Po

drugie,  istnieje  poważne  zagrożenie  pani  zdrowia,  a  nawet  życia.  Wody  płodowe  już  w  tej
chwili są zielonkawe, co wskazuje na możliwość wystąpienia zatrucia ciążowego w niedługim
czasie. Proszę pani… Jest pani taka młoda… Życie przed panią…

No to, co, że jestem młoda? A jak bym była stara, to bolałoby bardziej czy mniej?
Kolejne  dwa  dni  błąkałam  się  po  korytarzach.  Czułam,  jak  dziecko  mnie  kopie.  Wyraźnie

czułam.  Ono  żyło,  a  ja  miałam  je  pozbawić  tego  życia.  Nie  trafiały  do  mnie  argumenty.
Żywiłam się nadzieją, że zawsze istnieje ryzyko błędu.

Mój  mąż…  Przychodził  prawie  codziennie.  Przychodzili  znajomi,  rodzina,  przyjaciele.

Przychodził. Ale zachowywał się dziwnie. Nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Ja cierpiałam
i on cierpiał. Tak myślałam. Że dlatego się nie odzywa, bo cierpi po swojemu. Aż pewnego
dnia powiedział mi:

– To twoja wina. To, co się stało. Kara za to, że nie byłaś dziewicą.
A  ja  chciałam  umrzeć.  Natychmiast.  Paść  martwa  na  podłogę,  tam,  gdzie  stałam.  Niczego

tak nie potrzebowałam, jak jego wsparcia. Żeby dodał mi otuchy. Żeby powiedział: „Skarbie,
przejdziemy przez to razem. Zobaczysz, jeszcze wszystko będzie dobrze.” No i mógłby jeszcze
powiedzieć, że mnie kocha.

Mógł. Ale nie powiedział.
Zrzucił całą winę na mnie, zupełnie jakby można było rzeczywiście kogokolwiek winić za

to,  co  się  stało.  Głupi  zarzut.  Bezsensowny.  Ale  bolesny.  I  jak  ja  miałam  się  trzymać?  Jak
miałam  być  dzielna???  Moje  dziecko  było  ze  mną  dopiero  od  osiemnastu  tygodni,  a  ja
pokochałam  je  od  dnia,  w  którym  dowiedziałam  się,  że  tam  jest.  A  teraz…  On  przestał

background image

przychodzić. Ja zdecydowałam się na poród.

Zabrali  mnie  do  pokoju,  w  którym  leżałam  sama.  Tylko  z  misiem.  Jak  mała  dziewczynka.

Podłączyli kroplówki na wywołanie skurczy. A dziecko kopało tego dnia wyjątkowo mocno.
Jakby chciało mi powiedzieć: „Mamusiu, co ty mi robisz??? Przecież ja tam jestem, żyję!!!”
Czy ktoś, kto tego nie przeżył, jest w stanie zrozumieć mój ból? Leżałam i głaskałam je przez
brzuch.  Mówiłam  do  niego.  A  skurcze  się  nie  pojawiały.  I  tego  dnia  lekarz  zadecydował,  że
nic  z  tego  chyba  nie  wyjdzie.  Spróbują  jutro.  A  ja  myślałam:  Boże!  A  jeśli  to  jakiś  znak?
Przecież ono się nie chciało urodzić! Może to coś znaczy??? Ono chce mi coś powiedzieć.

Zaczęłam wariować… Bałam się, że oszaleję, nie zniosę tego… Następnego dnia to samo:

kroplówka,  tylko  silniejsza  dawka.  Ruchy  ustały.  Nic  już  nie  czułam.  Tym  razem  kroplówki
zadziałały.  Przeszłam  na  fotel  ginekologiczny  i  po  krótkim  czasie  urodziło  się  moje  dziecko.
Położna powiedziała:

– No to już, kochana.
– Żyje? – zapytałam.
– Nie – odpowiedziała położna. – I ma te wszystkie wady…
– Chłopiec czy dziewczynka?
– Naprawdę chcesz wiedzieć?
– Tak.
– Dziewczynka. Chcesz ją ochrzcić?
– Tak.
– Jak jej dasz na imię?
– Paulina.
Pochlapały  ją  wodą.  A  potem  przyniosły  duży  słój  z  jakimś  płynem.  I  wsadziły  do  niego

moją córkę. Ja ją kocham do dziś. Rok później urodziłam zdrową, śliczną córeczkę… A teraz,
gdy  mnie  ktoś  pyta  o  dzieci,  to  odpowiadam,  że  miałam  kiedyś  jeszcze  jedną  córkę.  Ale
umarła…

Czy  można  kochać  nienarodzone  dziecko?  Bardzo.  Ogromnie.  Czy  można  za  nim  tęsknić?

Strasznie. Aż do bólu. Czy można sobie wybaczyć? Nie. Nie można.

Opłakałam  Ją.  Opłakuję  każdego  dnia.  Nie  wiem,  jaka  by  była,  kim  chciałaby  być,  jak

dorośnie.  Jaki  miałaby  uśmiech,  czy  miałaby  dołeczki,  gdy  uśmiech  rozświetliłby  jej  twarz.
Nie  ma  jej.  A  ja  wciąż  widzę  ten  słoik.  Moja  córka.  W  słoiku,  jak  w  maleńkiej  szklanej
trumience. Moja Królewna Śnieżka.

I  znowu,  jak  zły  sen,  powróciły.  Eutanazja  sumienia.  Ekstrakcja  serca.  Lobotomia,

lobotomia, lobotomia.

Serce  posklejane  transparentnym  plastrem.  Tak,  wszystko  idzie  na  przód,  więc  teraz  nie

tylko puder może być transparenty, ale także plaster. Dobrze, przydaje się. Puder trochę mniej,
bo  niczego  nie  przykrywa.  Twarz  z  wypisaną  historią.  Można  na  tej  twarzy  czytać  jak
w  otwartej  księdze.  Pancerz  się  nie  przydał.  Bo  i  serce  pokłuli  i  ciało.  Dotarli  aż  do  serca.
Plaster  na  serce,  plaster  na  serce.  Ale  przezroczysty,  żeby  go  tak  do  końca  nie  oszpecić.
Kocham  je,  chcę  mu  zostawić  resztkę  pozorów,  złudzeń.  Bo  może  zechce  przejrzeć  się
w  lustrze  i  się  przerazi.  A  transparentny  plaster  pozwoli  zachować  złudzenia.  Że  serce  jest
całe.  Że  nic  mu  nie  jest.  Że  wszystko  w  porządku.  Nie  jest.  Nie  było.  Ale  może  będzie.  Bo
Niebo musi istnieć. Ziemia nie pachnie jak dom. Nie pachnie jak dom. Ziemia. Nie pachnie.
Jak dom. Niebo istnieje. Chcę do Nieba.

background image

AKT III RETROSPEKCJA

Dawno tu nie byłam. Ale w takich miejscach jak to, niewiele się zmienia, bez względu na

upływający  czas.  Może  tylko  pory  roku  czynią  to  miejsce  bardziej  lub  mniej  kolo  ro-wym.
Wiosna  i  lato  wnosi  tu  zieleń  i  słońce,  jesień  zdobi  barwnymi  liśćmi,  a  zima  oplata  gałęzie
drzew  mini  rzeźbami  z  lodu,  niczym  łzami  nieustających  w  płaczu  Aniołów.  Tutaj  jest  ich
wiele.  Tak  jak  ten  –  ramiona  wyciąga  przed  siebie,  jakby  niemym  gestem  wzywał  pomocy,
a twarz stężała mu w bólu. Dlaczego rozpaczasz, Aniele? Nie dotarłeś na czas? Drugi raz nie
zawiedź, nie spóźnij się.

Upływający  czas  można  tu  także  zauważyć  licząc  nowe  groby.  Coraz  więcej  zniczy,  coraz

mniej miejsca.

Zapaliłam  swój  i  postawiłam  na  Jej  grobie.  Anka  zapaliła  drugi.  W  ciszy,  niemal

równocześnie zaczęłyśmy układać kwiaty i ustawiać znicze tak, by stworzyły serce.

Boże mój, dziękuję Ci, że dałeś jej tyle siły, że zabrałeś łzy. Patrzyłam na moją przyjaciółkę

i  zastanawiałam  się,  czy  ja  bym  była  tak  silna.  Ale  szybko  odganiałam  te  myśli,  żeby  nie
sprowadzić nieszczęścia.

Kiedy  skończyłyśmy,  Anka  wzięła  mnie  za  ręce,  następnie  chwyciła  mocno  za  nadgarstki.

Zabolało.

Mimo  tej  gwałtowności,  czułam  w  jej  dotyku,  a  właściwie  uścisku  wielką  troskę,  miłość

i strach.

–  Anka,  no,  co  ty,  puść,  to  boli.  Jeszcze  się  nie  zagoiło  –  powiedziałam  cicho,  próbując

uwolnić  się  z  uścisku.  Bezskutecznie.  Trzymała  mocno.  Czułam,  jak  drżała  cała.  Słońce
świeciło  prosto  w  jej  twarz.  Widziałam  każdą  zmarszczkę.  Wcześniej  ich  nie  dostrzegałam.
Widziałam  także  jej  oczy,  takie  inne,  oczy,  których  nie  znałam.  Pociemniały  i  błyszczały.
Uścisk zelżał, ale jej oczy z zieleni przeszły w głęboki turkus.

–  Obiecaj  mi  tu  i  teraz,  obiecaj  mi  na  grobem  mojej  córki,  że  więcej  tego  nie  zrobisz.  –

Wskazała na moje zabandażowane nadgarstki. Nawet, gdyby nie skinęła głową w ich kierunku
i tak wiedziałabym, o czym mówi. – Proszę cię, nie mam nikogo, już tylko ty mi zostałaś. Ty
jedna mnie znasz i rozumiesz. Ty jedna zrozumiałaś mój ból, gdy ona odeszła i wiedziałaś, jak
jego część wziąć na siebie, by mnie było lżej. Przysięgnij, że nigdy więcej nie spróbujesz się
zabić, przysięgaj natychmiast. Proszę cię… – Jej głos słabł, ale uścisk wzbierał na sile. Oczy
napełniały się łzami.

Wyswobodziłam  się  z  uścisku  przyjaciółki  i  przytuliłam  jej  drobne,  drżące  coraz  bardziej

ciało. Tuliłam mocno, głaszcząc troskliwie jej włosy.

Po  raz  pierwszy  w  życiu  dotknęłam  miłości  i  przyjaźni  jednocześnie  i  było  to  tak  silne

uczucie, że żadne słowa nie wyraziłyby tych emocji.

background image

– Śmierć zawsze przychodzi po cichu. I nigdy nie jesteśmy gotowi, by rozstać się na zawsze

z kimś, kto jest dla nas całym światem. Po Nią też tak przyszła. Nie znajdę w sobie dość siły,
by wstać jeszcze raz, więc proszę, nie wybieraj się nigdzie. Nie tam… Bo pójdę za tobą.

–  Obiecuję  i  przepraszam.  Jestem  słaba  i  ta  słabość  mnie  dobija,  upokarza,  pozbawia

szacunku  do  siebie.  Bezsilność  jest  najgorsza.  Ale  obiecuję.  Przysięgam.  Że  więcej  nie
podetnę  sobie  żył.  Że  cię  nie  zostawię.  Nie  pozwolę,  żebyś  się  bała.  Jestem  i  będę.  Wbrew
wszystkiemu. Dla ciebie i dla niej.

–  Dla  siebie.  Masz  żyć  dla  siebie,  najpierw  dla  siebie,  a  później  dla  innych.  Nie  igraj  ze

śmiercią.  Bo  przyjdzie  wtedy,  gdy  jej  nie  będziesz  chciała,  po  cichu  i  wcale  nie  zapyta,  czy
chcesz iść. I nawet nie zdążysz pomyśleć, czego jeszcze nie zdążyłaś zrobić. Choć odpowiedź
będzie prosta – ty po prostu nie zdążyłaś jeszcze żyć.

Nadmierne  troszczenie  się  i  chęć  pomocy  innym  wynikające  z  kompulsywności,  to

podstawowy  sposób  przejawiania  się  nadmiernej  zależności  emocjonalnej.  Kompulsywność,
kompulsywność,  srywność.  Co  to  jest  do  cholery?  Czytam,  czytam.  Internet  to  wielka,
gigantyczna  biblioteka.  Tyle,  że  nie  pachnie.  Nie  można  niczego  dotknąć,  poczuć.  A  jeśli  nie
można, to czy w ogóle istnieje?

„Erotomania,  zakupoholizm,  objadanie  się,  bulimia,  an  o-reksja,  nadmierna  dbałość

o  wygląd,  rozmaite  uzależnienia.  Zachowania  kompulsywne  podobno  są  jak  impuls,  któremu
nie można się przeciwstawić. Powtarzasz sobie, że już nigdy więcej tego nie zrobisz. A potem
kolejny raz dzieje się to samo.”

Kompulsywność  –  srywność.  „Zanim  jakieś  zachowanie  stanie  się  nawykiem

kompulsywnym u wielu osób następuje okres „uczenia się” danego rodzaju dysfunkcjonalnego
postępowania.  Wyuczone  zachowanie  jest  powtarzane  (np.  w  stresie  –  objadanie  się
słodyczami), a repertuar innych wzorców funkcjonowania, np. konstruktywnego radzenia sobie
z  problemami  ulega  ograniczaniu.  Wielokrotne  powtarzanie  wzorca  zachowań  sprawia,  że
zachowanie to staje się automatyczne. Na przykład przeżywanie stresu zaczyna się kojarzyć ze
słodyczami  –  gwałtowną  potrzebą  ich  zjedzenia.  Zachodzi  wtedy,  opisywana  często  przez
psychologów,  tzw.  heurystyka  dostępności  (powtarzanie  najczęściej  realizowanych  wzorców
zachowań). Kolejna trudna czy wyzwalająca sytuacja, np. stres w pracy spowoduje objadanie
się słodyczami, czyli wystąpienie zachowania kompulsywnego."

I co mnie to obchodzi? Skoro temu nie można się przeciwstawić. Tylko trzeba to leczyć.
„Sposobem leczenia większości zachowań kompulsywnych jest psychoterapia indywidualna

i/lub grupowa, uczestnictwo w grupach samopomocowych."

Powtórzę  znowu  –  a  ja  myślałam,  że  jestem  dobrym  człowiekiem…  Ileż  to  razy  się

pomyliłam? Głupia, głupia, głupia. Zetrę ci ten uśmiech zadowolenia z twarzy. Zamknij drzwi.
Zgaś  światło.  Nie,  odwrotnie.  Zgaś  światło,  zamknij  drzwi.  Odwrócić  się  do  ściany.  Zatkać
uszy,  zatkać  uszy.  Nie  słyszeć  szeptów,  szmerów.  Prawdziwych  lub  paranoicznych.  Które  są
prawdziwe? Co jest prawdą? Czym w ogóle jest prawda? Zależność emocjonalna. Może ona
manifestować  się  w  postaci  oczekiwania  na  wyrazy  uznania  ze  strony  innych  lub  (gdy
następuje długotrwała frustracja tej potrzeby) w przyjęciu maski typu „nie zależy mi na tym”.

Przejawy  agresji  manifestują  się  w  dwojaki  sposób.  Jednym  z  nich  jest  agresja

bezpośrednia,  dominacja,  krytykowanie,  wydawanie  rozkazów,  ubliżanie,  stawianie
nadmiernych  wymagań,  itp.,  bądź  przyjmowanie  postawy  biednych,  wykorzystywanych,
poniżanych, trwanie w przekonaniu, że muszą się bronić, bo cały świat jest przeciwko nim. Po
co Cię tym zadręczam? Przecież wiesz, że nie chodzi tu o mnie, bo przecież ja dzisiaj umrę. Tu

background image

idzie o Ciebie.

Dlatego właśnie opowiem Ci tę historię…

background image

AKT IV WSPÓŁUZALEŻNIENIE ŚMIERĆ

W PARYŻU

Zadzwoniła  wczesnym  popołudniem.  Nie.  To  ja  zadzwoniłam  do  niej  chwilę  po  tym,  jak

dostałam sms.

W słuchawce najpierw powitała mnie cisza, a za moment z jej głębi usłyszałam głos:
– Jest mi tak cholernie przykro. Tak bardzo, bardzo przykro.
Ona  rzadko  płakała.  Uświadomiłam  to  sobie  właśnie  teraz.  Właściwie  tylko  raz  odkąd  ją

znam, a będzie już sześć lat, raz tylko widziałam ją płaczącą. Kiedy kot jej umarł.

Umarł,  nie  zdechł.  Względnie  odszedł.  Bo  dla  niej  zwierzęta  nie  zdychały,  ale  umierały

właśnie.

Przecież one też mają duszę – więc umierają.
–  Proszę  cię,  spróbuj  się  uspokoić.  To  niczego  nie  zmieni.  Twoje  łzy  są  jak  woda,  która

wypełnia dwa wiadra. I Anna musi je udźwignąć na ramionach. Pozwól jej odejść.

– Boże, jak mi źle. A tak ją prosiłam, gdy widziałyśmy się przed jej wyjazdem. Prosiłam:

Anka, nie wyjeżdżaj. Nie jedź do niego. Zostań.

A  ona  się  tylko  uśmiechała.  Radośnie.  Kiedy  odtwarzam  sobie  tę  scenę  na  lotnisku,

dostrzegam w tym uśmiechu głęboko ukryty smutek.

Nie  chciała  mi  powiedzieć.  A  mówiłyśmy  sobie  wszystko.  Że  zsikałyśmy  się  do

piaskownicy  na  babki  nielubianej  koleżanki,  że  nasikałyśmy  do  basenu.  Że  Tomek,  ten
szczerbaty z drugiej klatki rzucił w nią ogryzkiem, to najpewniej znak, że ją kocha.

Ale tego najważniejszego nie powiedziała. Było jej wstyd. Bała się. Bo wiedziała. Że mam

rację. Ja, kurwa mać, mam zawsze rację. Cholerną rację.

I  ona  nie  chciała,  żeby  znowu  wyszło  na  moje.  Wsiadła  do  tego  pieprzonego  samolotu

i poleciała.

Mówiła:  „Nie  mogę  uwierzyć  w  to,  że  od  jutra  każdego  dnia  będę  budzić  się  w  mieście

miłości.  Wschody  słońca  nad  Sekwaną.  Wieża  Eiffla  stanie  się  tłem  mojego  nowego  życia.
A  wszystkie  pieniądze,  które  uda  mi  się  zarobić  wydam  na  Polach  Elizejskich  albo  na  Mont
Martrze.  Widzisz,  pomyliłaś  się.  Pierwszy  raz  w  życiu  się  pomyliłaś.  On  mnie  kocha.  N  a-
prawdę mnie kocha.” Tak bardzo chciałam wierzyć, że jej się uda, że zapomniałam na chwilę
o tym, co powiedziała jej kiedyś wróżka.

Krzyczałam, gdy samolot wzbijał się w powietrze: „Aniu! Wróżka powiedziała ci, że jeśli

będziesz z nim nadal, to źle się to dla ciebie skończy.”

Pamiętam,  gdy  Anna  wróciła  wtedy  od  tej  Cyganki,  była  bardzo  ubawiona.  Śmiała  się.

Żartowała z Tarota. Nie żartuje się z Tarota.

background image

Wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie w sercu. Dziwny niepokój. Strach o nią, którego

nigdy się nie pozbyłam.

Uwierzyłam,  że  się  pomyliłam.  Przecież  to  moja  przyjaciółka.  Chciałam  się  mylić.

Dzieliłyśmy  gumę  balonową  na  pół.  Zbierałyśmy  obrazki  —  historyjki  z  Kaczora  Donalda
i  wklejałyśmy  do  specjalnego  zeszytu.  Razem  uczyłyśmy  się  pluć  na  odległość  i  gwizdać  na
palcach. Kiedy wyjeżdżała, dałam jej gwizdek. „Aniu, przecież to Paryż, nie wypada gwizdać
na paluchach, jak na łódzkich Bałutach. Gdy poczujesz się zagrożona — zagwiżdż. Przyjadę.”

Dlaczego nie zagwizdała?
O, Jezu najsłodszy! Jak mi przykro. Tak ogromnie, bezgranicznie przykro.
Jej matka wygląda jak cień. To jednak prawda, że można osiwieć w jedną noc i zestarzeć

się  o  dwadzieścia  lat.  Gdy  ktoś  ci  wyrywa  serce  gołymi  rękami.  Gdy  zabierają  ci  cząstkę
ciebie.  Twoje  dziecko.  Wtedy  wszystko  się  kończy.  Świat  wiruje  dookoła  i  nie  działa
grawitacja. Jesteś jak robot. I ciągle myślisz: to się nie stało. To się nie stało. To się nie stało.
Jej matka powiedziała mi:

„Wiesz,  gdy  przyszedł  ten  dzielnicowy,  jeszcze  nic  nie  przeczuwałam.  Kiedy  wyszedł  —

czułam, że coś mi zatrzymuje tlen w płucach. I że ten tlen za chwilę mnie zabije, zanim moje
płuca zamienią go w dwutlenek węgla. Tak bardzo chciałam umrzeć. Ale ktoś przecież musi po
Nią jechać.”

Ktoś musi przecież po nią jechać. Jej matka zawsze chciała zobaczyć Paryż.
Teraz  go  zobaczy.  Pojedzie  tam,  by  zabrać  prochy  swojej  córki.  Jak  silny  musi  być

człowiek, żeby przeżyć śmierć własnego dziecka?

Człowiek – garstka pyłu zamknięta w metalowej urnie. To wszystko z nas.
Tak jak nekrolog. Czytałam go wiele razy, zanim dotarło do mnie, że to nekrolog Ani. Mojej

Ani. Życie zamknięte w małym wazonie. Anna Maria Strzelecka. Zginęła tragicznie w Paryżu.
Anna. Maria. Strzelecka. Paryż. Tragicznie.

To  o  mojej  Ani?  Mojej,  tej  z  piaskownicy?  O  Ani,  która  z  ogromnym  namaszczeniem

wyznała mi, że dostała pierwszą w życiu miesiączkę? O Ani, która nie mogła opędzić się od
kandydatów na chłopaka? Chodzili za nią jak na sznurku.

A ona wybrała akurat JEGO. I już dziesięć lat dzieliła z nim życie.
To był zły związek. Czasami zdawała sobie z tego sprawę. Ale nie miała siły odejść.
Zastanawiam się, czy to jeszcze miłość czy już choroba?
Powiedziałam  jej  kiedyś,  że  im  któraś  z  nas  ładniejsza,  tym  większy  skurwysyn  jej  się

trafia.  Anna  była  piękna.  Więc  wprost  proporcjonalnie  do  urody  dostała  największego
skurwiela  w  dzielnicy.  W  Paryżu  mieli  zacząć  wszystko  od  nowa.  A  później  starać  się
o  wyjazd  do  Szwajcarii  i  tam  się  osiedlić.  Karolina  wypowiedziała  te  wszystkie  słowa
w  niecałą  godzinę.  I  powtarzała  ciągle:  „Nie  mogę  sobie  wybaczyć,  że  pozwoliłam  jej  do
niego jechać. Powinnam była ją zatrzymać.”

Powiedziałam:  „Nie  mogłaś  nic  zrobić.  Nic,  rozumiesz???  Wiesz,  jak  to  jest,  gdy  facet

mówi, że cię kocha. Rosną ci skrzydła i jak Pegaz pędzisz po niebie do swojej miłości. Nie
widzisz znaków. Nie słyszysz, co mówią twoi najbliżsi. A wiesz, dlaczego? Bo bardzo chcesz
wierzyć, że ktoś cię kocha. Potrzebuje. Że nie jesteś taka najgorsza, skoro On chce z tobą być.
Nie  widzisz,  że  On  ma  pod  dobrze  skrojonym  garniturkiem  drugą  osobowość.  O  której  nie
masz pojęcia. A może i masz? I co z tego? I tak pojedziesz.”

Anna Maria. Już się nigdy nie uśmiechnie. Nigdy już nie założy mini spódniczki ukazującej

nogi  aż  do  nieba.  Nie  zatrzepocze  zalotnie  rzęsami  jak  firanki.  Nie  nasika  do  basenu  ani  do

background image

piaskownicy.  I  nie  wklei  żadnej  historyjki  do  zeszytu.  Nie  spojrzy  na  wschód  słońca  nad
Paryżem. Nie wypije ze mną piwa przy ognisku.

Biorę  do  ręki  mój  telefon  komórkowy,  i  chcąc  się  upewnić,  że  to,  co  przed  chwilą

usłyszałam od Karoliny nie przyśniło mi się, odczytuję wiadomość: „Anna nie żyje. Zabił ją.
Zakłuł nożem we śnie.”

Wbił jej nóż prosto w serce. Aż po rękojeść. Życie. Tak po prostu je odebrał.
Umarła od razu. Z Anny, oprócz krwi, wypłynęła nareszcie ta chora miłość.
Jak żyć z tym esemesem? Wykasować? To proste. Ale nie wykasuję go z mojej pamięci. Już

będę  go  miała  zawsze.  Jak  żyć  po  stracie  dziecka?  Stracie?  Przecież  ono  jest  z  nami  wciąż
i będzie zawsze. I jeszcze jedna rzecz nie daje mi spokoju.

Karolina  powiedziała  do  mnie,  kończąc  rozmowę:  „Mam  nadzieję,  że  nie  będziesz

następna.”

Śniła mi się Anna. Piękna jak zwykle. Smukła, wysoka, cudne nogi.
Stała  przede  mną  z  tym  pieprzonym  nożem  w  sercu.  Prawą  dłoń  trzymała  na  rękojeści.

W  oczach  miała  zdziwienie  całego  świata.  Patrzyła  na  mnie  chwilę  i  powiedziała:  „Nie
rozpaczaj. Po prostu pozwól mi odejść.”

Poznałam ją po tych długich nogach.
Bo miała moją twarz.
Stłucz  to  lustro,  do  cholery!  Ja  nie  zdążyłam.  Ale  Ty  nadal  możesz,  na  Boga,  uwierz…

możesz!

Kiedy przyszła? Nie wiem. Nie wie nikt. Zakradła się po cichutku. Uderzyła. Myślę, że parę

lat  spokojnie,  bez  pytania  „wprowadzała  się  do  mnie”,  siejąc  spustoszenie  w  moich
zakończeniach nerwowych. Bestia. Bezczelna.

Mimo to, jestem szczęściarą. Głęboko uświadamiają mi to tacy ludzie, jak Anna:
„Witaj Droga, Bliska, Najdroższa… Na pewno Najważniejsza Obca Kobieto, która wdarłaś

się w moje życie z solidnym przytupem. »Kim jesteś, Moniko?« – pomyślałam i udałam się do
kasy.  Zawiodłam  się…  Zawiodłam  się,  gdyż  książkę  czytałam  zbyt  szybko,  mimo  mnogiej
ilości  kartek.  Wciągnęłam  ją  jak  narkoman  czysto  trasowaną  amfę,  jak  etiopskie  dziecię
rzuconą mu pod nogi bułkę. Zawirowało… Uderzyłaś w splot słoneczny – straciłam oddech.
Potem  kolejna  Twoja  książka  i  kolejna.  Wczoraj  w  ciągu  paru  godzin  nakarmiłam  duszę
Kolejnością  uczuć.Byłam  na  Ciebie  zła…  Gdybyś  stała  blisko,  tuliłabym  Cię  i  szczypała  za
to,  że  wyciskasz  ze  mnie  łzy  i  powodujesz  brak  łaknienia.  Niemożliwie  Cię  uwielbiam,
Moniko Sawicka. Jesteś moją siostrą, przyjaciółką, której poświęcam mnóstwo myśli. Jesteś
bliska  i  tak  daleka.  Mam  wrażenie,  że  pachniesz  dobrej  jakości  perfumami  i  wbijasz  wzrok
w  obcych  ludzi  wyobrażając  sobie,  jaki  kolor  ma  ich  życie  –  ja  tak  robię,  a  przecież  nasze
dusze  są  podobne.  Mam  wrażenie,  że  pijesz  dużo  wina  i  pasjami  kochasz  ludzi,  którzy  Ci
w tym alkoholowym stanie dotrzymują towarzystwa – ja tak robię, a przecież nasze dusze są
podobne.

Mam wrażenie, że czasami, mimo wielu twarzy, które Cię otaczają, czujesz się samotna – ja

tak się czuję, a przecież nasze dusze są podobne. Mam wrażenie, że bywasz pogubiona, mimo
znaków i map życiowych – ja bywam, a przecież nasze dusze są podobne. Moniu… podziękuj
swoim Rodzicom w moim imieniu za cud Twoich narodzin. Jak znajdę siłę, to opiszę Ci moją
historię. Może popłaczemy obie?

Nie wiem, kim jestem. Ale wiem, kim będę, jak dorosnę.
Będę Człowiekiem. »Jestem zbyt wielka, by się martwić. Jestem zbyt mądra, by rozpaczać.

background image

Jestem  zbyt  szlachetna,  by  popadać  w  kłopoty.«  Ja,  taka  szczęśliwa  odwrotnie.  Staram  się
pięknie żyć, to znaczy kochać siebie, innych, świat.

Wierzę głęboko, że Bóg raz na jakiś czas wpycha w macicę ziemskiej kobiety płód Anioła.

By pod postacią zwykłego człowieka, z pełnym układem konsumpcyjno-wydalniczym pojawił
się  na  tym  świecie  przepełnionym  cyborgami.  Cyborgi  to  ludzie,  którzy  za  pasek  płacowy
dadzą  się  porżnąć,  zerżnąć  i  sprzedać  córki,  matki  oraz  pozbawić  siebie  godności.  Takie
Anioły,  według  teorii  Boga,  mają  zapanować  nad  chaosem  rzeczywistości,  mają  skłonić  do
refleksji, mają asertywnie mówić: »Nie! Nie tędy droga! Zawróć!«. Mają wskazywać lepszą
drogę,  taką,  na  której  jest  mniej  kałuż,  albo,  jak  są,  to  pokazywać  je  palcem  i  nakazać
omijanie.  Tym  Aniołem  jesteś  Ty.  Twoje  włosy  to  nie  przypadek,  to  nie  trend,  to  znak
rozpoznawczy  dla  tych,  którzy  dostrzegają  piąte  dno.  Chcesz  odejść?  Dobrze!  Tylko  prześlij
mi na maila adres cmentarzyska, którego ziemia pochłonie Twoje ciało, ponieważ mnie szybko
tam dowiozą i spocznę w Twoich nogach."

1

Miałaś kiedyś tak, że nie wiedziałaś, czy jeszcze kochasz? Ja tak. Nie wiedziałam. Ale za to

wiedziała zupa ogórkowa ze śmietaną, którą gotowałaś dla niego, mimo, że serce wydawało
się być puste, sparaliżowane. Wiedziała też sąsiadka, czuła zapach zupy. Ogórkowa wiedziała,
że go kochasz, bo przecież była jego ulubioną zupą. A po jaką cholerę ją gotowałaś. Mogłaś
podać  ziemniaki  w  mundurkach  i  jajko  sadzone.  Mogłaś  podać  krupnik  lub  pomidorówkę,
której  nie  znosi,  ale  zjadłby.  Ale  ty  zrobiłaś  ogórkową.  A  za  dwa  dni  ugotowałaś  zalewajkę
i zalewajka też wiedziała, że go kochasz.

Teraz  już  nic  nie  ugotuję.  Nawet,  jeśli  wiem,  jeśli  każdą  komórką  ciała  czuję,  że  cię

kocham.  Kocham,  ale  nie  będę  z  tobą  dłużej.  Zostawię  cię.  Brutalnie.  Zranię,  potnę  ci  serce
i duszę na kawałki, jeśli będzie trzeba. Zrobię wszystko, żebyś mnie znienawidził. Na tyle, byś
nie chciał mnie zatrzymać, żebyś nie miał siły ani ochoty o mnie walczyć. Umrę przy tym trzy
razy, będę umierać na raty, bo przecież mieliśmy się zestarzeć. Bo przecież zawsze mieliśmy
pod wiatr. Dawno bym zawróciła, gdyby nie ty. Ale ciągnąłeś mnie za sobą, mocno trzymając
za  rękę,  szedłeś  ramię  w  ramię,  mocno  obejmując,  abym  przypadkiem  ci  się  nie  zgubiła.
Powiedziałeś, że kochasz. I sprawiłeś, że uwierzyłam. I nadal wierzę. Ale za dużo było tego
wiatru.  Za  dużo  smutku.  Ja  do  smutku  przywykłam.  Ale  nie  ty,  nie  chcę  cię  tym  smutkiem
zarazić, skazić, naznaczyć.

Przeczytałam  gdzieś  kiedyś:  „Zawsze,  kiedy  jesteś  przy  mnie  blisko,  wyłazi  ze  mnie  całe

zło,  a  wstępuje  dobro,  wyciszenie  i  ciepło.  Jeszcze  czuję  twój  zapach  i  oddech,  a  twoja
nieskończona  wrażliwość  siedzi  mi  na  barkach  i  nie  mogę  jej  strzepnąć.  A  powinienem,  bo
z twoją wrażliwością w moim ciele, wśród ludzi, z którymi przyszło mi żyć, byłbym martwy
po  tygodniu.  Ja  swojej  pozbyłem  się,  gdy  wraz  z  twoim  odejściem,  odeszły  Anioły,  a  ja
kazałem im wziąć też to, co we mnie najlepsze – miłość, czułość, zdolność empatii, radość. Po
co mi one, jeśli ciebie już nie było? Coś ty najlepszego zrobiła? Pojawiłaś się w moim życiu
nagle i niespodziewanie i skaziłaś mnie tą swoją dobrodusznością i bezwarunkową miłością
do  całego  świata.  Każdego  wieczoru  brałem  prysznic,  by  zetrzeć  z  kawałkami  naskórka  tę
twoją wrażliwość, dokładnie spłukać razem z krwią i łzami, żeby przypadkiem nie został ani
jeden  milimetr,  gram.  Ani  jedna  kropla.  Każdej  nocy  pragnąłem  mieć  cię  obok  siebie,  ale
ciebie nie było. Wyjechałaś, a ja postanowiłem, że już więcej nie pozwolę ci podejść do mnie
zbyt blisko z obawy przed tym, że któregoś dnia znowu naznaczysz mnie sobą i zostaniesz jak
tatuaż, jak wylew podskórny, którego nie da się usunąć, zlikwidować. Ty jesteś jak grawitacja.
Przyciągasz  mnie  do  siebie.  Proszę,  przestań.  Już  mnie  więcej  nie  naznaczaj,  nie  tatuuj,  nie

background image

przenikaj, nie przyciągaj. Pozwól mi odejść, kiedy i jak będę chciał. Dopóki mam dość siły,
by  siebie  okłamywać,  że  będę  umiał  bez  ciebie  żyć.  I  zanim  ty  znowu  odejdziesz.  Obawiam
się, że muszę ci odmówić. To jedyna rzecz, jakiej nie mogę dla ciebie zrobić. Nie po raz drugi.
Obiecałam sobie, że „zanim umrę, chcę walczyć o życie. Nie ma znaczenia, czyje jest to życie.
Dopóki  mogę  iść  o  własnych  siłach,  pójdę  tam,  gdzie  zechcę”.  I  ty  też  pójdziesz.  Pójdziemy
razem.

6

Otóż muszę cię rozczarować. Nie pójdziemy. Ja wyruszam w długą podróż, ale ty, kochany

mój,  zostajesz.  Dziś  jeszcze  o  tym  nie  wiesz.  Ja  dowiedziałam  się  zaledwie  kilka  dni  temu.
Oczy mnie bolą od płaczu, serce za tobą tęskni i nigdy tęsknić nie przestanie. Od chwili, gdy
się  dowiedziałam,  czytam  na  ten  temat  wszystko,  co  tylko  uda  mi  się  znaleźć.  I  choć  nie
wszystko jest w kolorze żałobnego kiru, to mimo wszystko, wiem, że dalej pójdę sama.

Życie  z  SM  nie  jest  gorsze,  jest  po  prostu  inne.  Czasem  należy  zmienić  swoje

dotychczasowe  plany  i  marzenia.  Już  Szekspir  powiedział,  że  nasze  życie  nie  jest  ani  gorsze
ani lepsze od naszych marzeń. Ono jest po prostu zupełnie inne… Tylko od 3 do 7% kończy na
wózku inwalidzkim. Wiem, że to będę ja.

Znalazłam dzisiaj to opowiadanie. Poruszyło mnie.

1

  Z listu Anny.

background image

AKT V AGATA

„Żyję z SM. Ponad 15 lat. Ponad 5600 dni. O rany…!
Więc  nastawiam  czcionkę  osiemnastkę  i  arial  black  (bo  tak  lepiej  widać,  a  to  dla  tych,

którzy  tak  jak  ja,  mają  problemy  ze  wzrokiem,  niezmiernie  ważne)  i  zaczynam  tę  swoją
opowieść.  O  życiu  z  SM-em.  W  cieniu  SM-u?  Ze  świadomością  SM-u?  Jak  to  właściwie
nazwać? To takie dziwne uczucie. Coś jak nielubiany kolor oczu albo wyjątkowo niewygodny
rozmiar buta. Nie da się od tego uwolnić. Coś przerażająco nieodwołalnego. Przynajmniej na
razie.

Chciałam o tym napisać już dawno, ale moja historia wydawała mi się dość banalna. Każdy

z  nas  ma  przecież  swój  krzyż,  każdy  swoje  problemy  odczuwa  najbardziej.  Więc  ta  moja
opowieść  nic  wielkiego  właściwie  nie  wniesie  i  nikt  właściwie  nie  zechce  jej  czytać.  Ale
zrozumiałam,  że  wniesie  pewne  doświadczenie,  które  być  może  pomoże  tym  świeżo
zdiagnozowanym,  przepełnionym  lękiem,  wystraszonym,  samotnym,  niewiedzącym,  co  dalej
z  życiem  naznaczonym  chorobą  mają  zrobić.  Może  ta  moja  historia  powie  im  przede
wszystkim jedno – nie bójcie się. Tak właśnie bym chciała.

Początek.
Zaczęło się chyba standardowo – pewnego dnia obudziłam się i obraz w prawym oku był

niewyraźny i w jednym miejscu jakby niepełny. Za dwa dni miałam jechać na obóz narciarski
w  Karkonosze,  narty  stały  już  w  przedpokoju,  dzień  wcześniej  wybierałam  się  jeszcze
z kolegą na jego studniówkę, a tu taki klops.

Ale miałam zaledwie siedemnaście lat, więc kompletnie się takim drobiazgiem jak oko nie

przejęłam.

Studniówkę  jeszcze  przetańczyłam,  ale  na  narty  już  nie  pojechałam  (to  miała  być  zupełna

narciarska premiera. Nigdy już potem nie założyłam nart na nogi). Wylądowałam w szp i-talu.
Badano  mnie  na  wszystkie  możliwe  sposoby,  raz  dziennie  dostawałam  zastrzyki  pod  oko,
jakieś  witaminki,  ale  po  10  dniach  wróciłam  do  domu.  Zdrowa  i  prawie  jak  bohaterka.
Wszyscy  dopytywali  się  naiwnie  –  zastrzyki?  Pod  oko?  A  ja  z  lekceważącą  miną  (choć  do
dzisiaj  mam  w  pamięci  widok  tej  strzykawki,  która  zbliża  się  do  mojego  oka  i  wygląda  jak
gigantyczna  rakieta  kosmiczna)  opowiadałam  niby  mimoch  o-dem,  że  tak,  że  owszem,  że
dziesięć zastrzyków.

Minęło.
Pół  roku  później,  na  wakacjach  to  samo  zaczęło  się  dziać  z  drugim  okiem.  Trafiłam  do

Kliniki  Okulistycznej  w  Lublinie.  Było  prawie  super.  Prawie  Hawaje.  Pomagałam
pielęgniarkom  ciąć  gaziki,  znałam  wszystkich  pacjentów  z  innych  sal,  a  na  dodatek
w odwiedziny przyjeżdżał fajny gość. To, gdy się ma 17 lat, jest niebywale ważne.

background image

Minęło.
Dwa lata później zdawałam na studia i egzamin wstępny napisałam kompletnie zdrętwiałą

ręką, z trudem utrzymując długopis.

Zdałam.
Ale  to  wszystko  zaczęło  mi  się  układać  w  pewną  całość.  Rasowy  detektyw  powiedziałby

— w ciąg przyczynowo-skutkowy. Tym bardziej, że gdzieś tam głęboko irracjonalnie czułam,
że to może być TO.

Dziś wiem, że i tak miałam niebywałe szczęście. Wielu chorych czeka latami na właściwą

diagnozę, męczą ich przeróżnymi badaniami. A mnie już za pierwszym razem zdia-gnozowała
prawidłowo  okulistka.  Bo  wiek  plus  żadnych  innych  ognisk  zapalnych,  a  tu  pozagałkowe
zapalenie nerwu wzrokowego to właściwie wskazuje na jedno — SM.

Ale  nie  powiedziała  mi  tego.  Zresztą  dziś  się  nie  dziwię  —  nie  można  powiedzieć

siedemnastolatce, że oto nastąpił koniec świata, a w dodatku nic nie może nas uratować. No,
bo, jak? Siedemnastolatka tego nie zniesie.

Międzyczas.
Jakoś  tak  to  się  działo,  że  SM  obchodził  się  ze  mną  w  miarę  łagodnie.  Przez  kilka  lat

pracowałam  jako  dziennikarka,  poznałam  mnóstwo  ciekawych  ludzi,  usłyszałam  sporo
niezwykłych historii. Imprezy do białego rana, ulubiona knajpka, żyłam szybko i nieuważnie.
Może  trochę,  by  nie  pamiętać,  ale  chyba  głównie  dlatego,  że  to  przywilej  dwudzie-
stoparolatków.

Ale  właśnie  wówczas  (dzisiaj  tak  to  oceniam)  popełniłam  istotny  błąd.  Błąd,  za  który

przyszło mi później zapłacić bardzo wysoką cenę.

Ten błąd polegał na tym, że właściwie nikomu ze znajomych o moim problemie zdrowotnym

nie powiedziałam, zgrywając superzdrową i hipersprawną.

A  miałam  przy  tym  cholernie  dołujące  wrażenie,  że  cały  ten  SM  to  moja  wina,  że  nie

spełniłam  nadziei,  jakie  pokładali  we  mnie  moi  rodzice,  że  po  prostu  jestem  do  niczego,
nadaję się tylko na życiowe wysypisko.

Dziś  z  całkowitą  pewnością  wiem  jedno  –  NIE  WOLNO  UDAWAĆ.  Trzeba  otwarcie

powiedzieć, że jest się chorym. To na początku na pewno będzie dla innych głęboki szok, ale
przynajmniej człowiek sam przed sobą będzie czuł, że postępuje fair i nie ogranicza go żaden
fałsz, żadna obłuda.

Nazywam  ten  bolesny  moment  ujawnienia  z  angielska  „coming  out”  –  wyjście.  Niezwykle

trudno było mi ujawnić się ze swoją chorobą, gdy już nie dało się jej dłużej ukrywać. Czułam,
że ludziom mi bliskim i dla mnie ważnym muszę o tym powiedzieć osobiście, choć pewnie już
od  dłuższego  czasu  głowią  się,  dlaczego  chodzę  chwiejnym  krokiem,  dlaczego  nie  mogę
podbiec do odjeżdżającego autobusu, dlaczego tak bardzo posypał mi się wzrok. Mniej ważni
dowiedzieli się i tak, z plotek i z ust innych.

Dziś  postąpiłabym  inaczej.  Powiedziałabym  o  wszystkim  już  na  samym  początku  choroby.

Nie udawałabym.

Trudno, nie da się cofnąć czasu. A tak chciałabym. Może więc będzie to przynajmniej jakaś

wskazówka dla innych. Pamiętajcie to jedno – nie wolno udawać!

Niedobadanie.
Właściwie  nie  powinnam  mieć  do  SM-u  większych  zastrzeżeń,  bo  choroba  u  mnie

przebiegała wręcz książkowo. Nie męczono mnie badaniami, nie pobierano płynu mózgo-wo-
rdzeniowego, bo nie było żadnych wątpliwości. To na pewno SM.

background image

Dopiero  trzy  lata  temu  lekarka,  chyba  bardziej,  żeby  mnie  uspokoić,  bo  mogłam  czuć  się

„niedobadana”, skierowała mnie na rezonans magnetyczny.

Pamiętam  te  chwile,  gdy  czekałam  już  na  wynik.  Myślałam  –  a  jeśli  to  guz  mózgu?  Będę

musiała  wszystko  zmienić,  wszystko!  A  już  się  przyzwyczaiłam.  Nauczyłam.  Oswoiłam.
Wyrąbałam maczetą wąską ścieżkę w dżungli problemów.

Więc gdy okazało się, że to jednak SM – ogniska demieli-nizacyjne w mózgu – odetchnęłam

z  ulgą.  Zabawne,  prawda?  Jak  można  oddychać  z  ulgą,  gdy  się  wie,  że  od  tego  nie  ma
odwrotu?  Że  to  brzmi  jak  okrutny,  niesprawiedliwy  wyrok  w  sądzie,  w  którym  nawet  nie
pofatygowano się, by bronił mnie, choć ktoś z urzędu.

A  potem  paskudnie  złamałam  nogę.  Nie  wchodząc  w  szczegóły  skończyło  się  to  trzema

operacjami  i  prawie  półrocznym  gipsem  prawie  po  samo  biodro.  A  potem  żmudną,  mozolną
rehabilitacją.  Choć  nigdy  jej  nie  doceniałam,  wydawała  mi  się  banalnym  fikaniem  nogami,
dziś wiem, że dzięki niej jestem w stanie, w jakim jestem.

Gdy teraz mnie pytają, dlaczego tak się z tą moją nogą stało, wiem, że przyczyną był SM.

Zachwianie  równowagi.  Bo  złamałam  nogę  bardzo  banalnie  –  we  własnym  mieszkaniu,
sięgając  ręką  do  lodówki  po  dżem  (truskawkowy  zresztą).  Żadnych  tam  nart  we  włoskich
Dolomitach albo skoku ze spadochronem z pięciu tysięcy metrów.

Co  mi  to  zdarzenie  dało?  Wiele  cierpienia  i  chwil  spędzonych  na  przemyśleniach,  ale

przede wszystkim wiedzę, jak to jest poruszać się na wózku inwalidzkim. Ja, chodząca dotąd
o kuli, z dnia na dzień siadłam na wózek.

I  jak  to  jest?  Żartobliwie  mówiąc  wygodnie,  bezpiecznie,  wszędzie  się  dotrze  bez  tej

okropnej wizji, że znowu leżę na podłodze, z prawą nogą powykręcaną i połamaną.

Prawdę  mówiąc,  nie  sądziłam,  że  z  niego  wstanę.  Ale  wstałam,  choć  na  początku  to  było

piekielnie  trudne.  Teraz  wiem,  jak  bardzo  ważne  jest  pozytywne  myślenie.  Choć  to  hasło
żywcem  wzięte  z  amerykańskich  książek  pseudopsy-chologicznych,  wiem,  jestem  żywym
przykładem tego, jak bardzo myślenie wpływa na nasz organizm. Nie potrafię wytłumaczyć, na
czym  to  polega.  Przyjmuję  to  za  pewnego  rodzaju  aksjomat  –  nasze  myślenie  niesamowicie
kształtuje naszą kondycję.

Dzięki niemu znowu chodzę!
Pytania.
Jasne,  że  zadaję  sobie  mnóstwo  pytań.  Z  reguły  pytań,  na  które  nie  ma  odpowiedzi  –

dlaczego, ja? Dlaczego nie ma na to lekarstwa? Co będzie dalej? Jak będzie wyglądać moje
życie?  Pewnie  wszyscy  je  sobie  zadają,  tylko  chorzy  siedem  razy  częściej.  Albo  piętnaście.
Albo czterdzieści dwa. Nieważne. Jedno tylko wiem – na pewno zdecydowanie częściej.

Na takie pytania nie ma żadnej odpowiedzi. Głucha cisza. Rodzi się z tego albo bunt wobec

Boga  albo  głęboka  wiara  (to  u  wierzących,  albo  przynajmniej  u  tych,  którzy  dostąpili
sakramentów), albo depresja i poczucie skrajnej niesprawiedliwości i krzywdy u tych, którzy
nie wierzą. Taki moment musi nastąpić, więc nie trzeba niepokoić się, że przychodzi. To faza
bardzo naturalna, do której my, chorzy mamy jak najbardziej prawo. Jasne, stajemy się wtedy
uciążliwi  dla  otoczenia,  ale  właściwie  przecież  nikt  nie  powiedział,  że  zawsze  będziemy  na
górze i zawsze w naszym towarzystwie inni będą zrywali boki ze śmiechu.

Ja jestem w stanie jakiegoś zawieszenia. Czasem myślę (to obrazoburcze, wiem), że ten Bóg

to nawet fajny gość, tylko już niech więcej w moim życiu nie miesza. Już wystarczy. Już dość.
I tak mam wielki problem, żeby te wszystkie, drobniutkie kawałeczki mojego życia jako tako
poskładać  w  jedną  całość.  Z  drugiej  strony  zazdroszczę  tym,  którzy  głęboko  wierzą.  Widzę,

background image

jak wielki spokój im to daje, jaką stabilność i pewność, że właśnie tak miało być. A ja, cóż?
Jak nadłamane drzewo. Jeszcze się trzyma, ale w każdej chwili może runąć.

Ludzie.
To,  co  dzieje  się  wokół  mnie  w  ostatnim  czasie,  jest  zupełnie  niezwykłe.  To  kolejny

paradoks  tej  choroby.  Po  latach  utajnienia,  skulenia  się  w  sobie  i  unikania  –  ludzi,  zdarzeń,
spojrzeń  –  każdego  dnia  okazuje  się,  że  wokół  mnie  jest  tylu  dobrych  ludzi.  Że  nie  jestem
skazana tylko na siebie. Że nie jestem samotna. No cóż, to przeświadczenie, że nikogo mój ból
nie będzie bolał tak, jak mnie, że tak naprawdę w cierpieniu jesteśmy samotni, a inni, choćby
nie wiem, jak chcieli, nie są w stanie zrozumieć tego, jak się czuję, ta świadomość samotności
w cierpieniu czasem mnie poraża. Staram się bronić przed nią dostępu do siebie.

Ale chciałam napisać o innych. Kiedyś myślałam, że jeśli niczego od ludzi nie będę chciała,

że jeśli zamknę się w czterech ścianach i zerwę większość kontaktów towarzyskich, to i ludzie
nie będą nic ode mnie chcieli, prześliznę się jakoś niezauważona, nikt nie będzie się nade mną
litował. Nikogo sobą nie będę absorbować. Teraz wiem, że taka taktyka rodziła wiele chorych
plotek, a innym paradoksalnie wręcz przysparzała problemów – nie wiedzieli, jak się ze mną
obchodzić, udawać, że nie wiedzą o chorobie i nie widzą moich problemów zdrowotnych, czy
twardo i bez żadnych skrupułów walić prawdę prosto w moje oczy.

I kiedy jakoś z tej odrętwiałej skorupy zaczęłam wychodzić – nie potrafię powiedzieć, co

było momentem zwrotnym, ale coś chyba musiało przestawić mnie na inne tory – zobaczyłam,
że inni tylko czekają, żeby mi jakoś (tak, jak potrafią) pomóc.

Odnalazła  się  moja  przyjaciółka  z  podstawówki,  z  którą  nigdy  się  nie  pokłóciłyśmy

(przynajmniej ja nie pamiętam, a ona moją niepamięć potwierdza), a z którą od kilkunastu lat
nie miałam żadnego kontaktu. Z trudem przebiła się przez ten wodoodporny pancerz, w jakim
się ukryłam i zdołała do mnie dotrzeć.

Pociągnęła za sobą innych znajomych z dawnych lat, którzy teraz pomagają mi i dzięki nim

mogę  jeździć  na  turnusy  rehabilitacyjne  czy  korzystać  z  akupunktury.  Ale  przede  wszystkim
wiem, że są.

Myślę, że chyba nie udałoby mi się wyjść z tego pancerza, gdyby nie uświadomienie sobie

pewnego  faktu.  Bardzo  bolesnego,  więc  pewnie  dlatego  odpychanego  –  JESTEM
NIEPEŁNOSPRAWNA.  To  nie  jest  problem  kogoś  z  tej  samej  ulicy,  z  filmu  w  telewizji,
szwagra sąsiada. TO JEST MÓJ PROBLEM. A przy tym moja wartość, bezwzględna wartość
przecież nie uległa zmianie. Moja wartość to moje wnętrze, to, ile potrafię dać z siebie innym,
a nie to, czy chodzę na wysokich obcasach i biegam jak rącza gazela.

Nie  dane  mi  będzie  inne  życie.  Życie,  w  którym  będę  tańczyć  do  upadłego,  co  roku  będę

łazić po Tatrach i pójdę na spacer w majowym deszczu.

Moje  życie  wygląda  inaczej.  Jest  być  może  bardziej  monotonne,  bardziej  płaskie,  mniej

w nim „kolorowego zawrotu głowy”, ale jest moje. Przeżyję je więc najlepiej, jak potrafię.

Anty-sympatia.
Nie, nie polubiłam SM-u. Ciągle mam nadzieję, że kiedyś ukręcę mu łeb i choć nie jest to

zgodne  z  moim  życiowym  credo,  jestem  w  stanie  zrobić  to  znienacka,  po  ciemku  i  bez
skrupułów. Tak jak on postąpił ze mną. Zaatakował przecież znienacka, bez ostrzeżenia, ofiarę,
czyli mnie, wybierając na chybił trafił, a nie dlatego, że sobie na to jakoś zapracowałam.

Wiem jednak, że wiele mnie SM nauczył. Gdyby moje życie potoczyło się inaczej, bardziej

sztampowo,  pewnie  chodziłabym  teraz  z  mężem  pod  rękę  na  spacery,  popijała  w  biurze
poranną  kawę  i  standardowo  obgadywała  dzieci  sąsiadki,  bo  „niewychowane  i  brudzą  na

background image

klatce schodowej”.

SM nauczył mnie (choć to bardzo bolesna nauka) patrzeć na innych, słuchać ich historii, nie

zajmować się aż tak strasznie sobą. Pokazał mi, że nie jestem centrum wszechświata i że nic
(prawie nic) nie będzie się kręciło wokół mnie. A jeśli przypadkiem się zakręci, zauważę to
i docenię.

Nauczył mnie też śmiać się do rozpuku (kiedyś nie mieściło mi się w głowie, że dziewczyna

z  tak  zwanego  dobrego  domu  może  śmiać  się  do  rozpuku),  nauczył  mnie  odwagi  graniczącej
czasem  z  brakiem  rozsądku,  bo  zrozumiałam,  że  tylko  ci,  którzy  się  nie  boją,  są  naprawdę
wolni. A ja nie chcę się bać.

Marzenia.
Na  szczęście  SM  absolutnie  nie  zabija  marzeń.  Całe  szczęście,  bo  chciałabym  jeszcze

kiedyś  zobaczyć  Afrykę  (tę  niezwykłą  ponoć  chwilę  przed  zmierzchem),  wejść  na
Kilimandżaro, przetańczyć całą noc w rytmie rumby w jakiejś kubańskiej kafejce (koniecznie
w krótkiej, liliowej sukience). To dużo? Dobrze, niech będzie mniejsze — chciałabym kiedyś
ze swoim psem pójść na długi spacer. Na bardzo długi spacer. I mam jeszcze jedno marzenie
— że chociaż to ostatnie kiedyś się spełni. W to wierzę."

1

Kłamstwo. Nie wierz mi, nie ufaj mi, bo z rąk ci się wywinę.
„Gniew jest jak wiatr, który wydmuchuje z Ciebie rozsądek. Wyładowane w nim emocje nie

warte  są  wydawanej  energii.  Łatwo  to  powiedzieć  komuś  niezaangażowanemu  czy  nawet
samemu.  Zwykle  reagujemy  dość  niekontrolowanie.  Jedno  nieopatrznie  wypowiedziane
słowo,  jedno  naciśnięcie  klawisza  i  już  nasz  gniew  jest  znany  innym  już  dotkniętym  naszą
gniewną wypowiedzią.

Co mam zrobić z tym fantem, który trzymam w ręku? Gniew jest wołaniem duszy o pomoc,

bo  coś  zostało  jej  zabrane.  Gniew  jest  reakcją  obronną,  często  bardzo  potrzebną,  której  nie
wolno zamykać w sobie. Trzeba ją wyładować, byle mądrze."

2

Czy miłość jest trudna? Jak wiele wymaga poświęceń? Czy osoby chore i niepełnosprawne

„mają prawo” kochać innych?

Osobiście  przeżyłam  bardzo  piękną,  ale  trudną  miłość.  Dyskretna,  bez  objawów  choroba

zakończyła się śmiercią. Kochałam aż po grób. Wiedziałam o wszystkim od początku. Byliśmy
bardzo szczęśliwą rodziną, troski i radości dziel i-liśmy razem. Cieszę się, że przeżyłam taką
miłość. Właściwie to on mnie pocieszał i umacniał na duchu.

Każdy człowiek tęskni za miłością, szuka, modli się o nią. Jednak nigdy nie przychodzi ona

bez  cierpienia?  „Kochać  to  nieść  nadzieję,  gdy  noc  cierpienia  zasłania  słońce.”  Znam  wiele
szczęśliwych  małżeństw  borykających  się  z  chorobą  lub  niesprawnością.  Są  to  przepiękne
obrazy bezinteresownej, szczerej i pięknej miłości.

Naprawdę  wierzę  w  taką  miłość,  choć  jest  to  trudne  i  wiele  wymaga,  szczególnie  zaś

wsparcia  Pana  Boga.  Ci  szlachetni,  wrażliwi  ludzie,  potrafią  kochać  szczerze,  szlachetnie.
Bywa, że taka miłość trwa krótko, ale jest ona najczęściej piękna i wzbogaca wszystkich.

Jednak  taki  punkt  widzenia  nie  jest  popularny.  W  dzisiejszych  trudnych  czasach  ludzie

wrażliwi są często spychani, pogardzani, pozostawieni w tłumie sami sobie, smutni, samotni.
Wiąże  się  to  oczywiście  z  okrutną  sytuacją  w  świecie,  w  którym  często  liczy  się  tylko
kreatywność,  uroda,  zdrowie,  sprawność.  Jednak  często  właśnie  w  takich  środowiskach
rozwijają  się  rozmaite  patologie.  Ludzie  borykający  się  z  różnymi  problemami  zdrowotnymi
również chcą być kochanymi, tym bardziej, że sami potrafią prawdziwie kochać.

Życzę  wszystkim  prawdziwej  miłości,  dobrej  i  szlachetnej  żony,  czy  męża,  który  pokocha

background image

was  takimi,  jakimi  jesteście,  na  dobre  i  złe,  i  do  końca.  Ze  szczerego  serca  życzę  odwagi
w podejmowaniu decyzji, wychodzenia naprzeciw swemu losowi.

„Kocham Śmierć, bo tylko Ona na mnie czeka.
Te  słowa  wypisane  na  ścianie  przedziału  kolejowego  przeczytałam,  jadąc  kiedyś

pociągiem.  Tak  głęboko  utkwiły  mi  w  pamięci,  że  ciągle  wracają,  pobudzając  do  refleksji.
Zastanawiam  się  nie  tylko  nad  tym,  kto  je  napisał,  ale  zwłaszcza  nad  tym,  jakie  głębokie
„przesłanie” te słowa w sobie zawierają.

Wydaje  mi  się,  że  ich  autor  nie  był  szczęśliwy,  pogodny,  radosny,  zadowolony  z  życia.

O wiele bardziej prawdopodobne wydaje się, że w tym momencie był »w dołku«, może nawet
na  dnie  rozpaczy…  Myślę,  że  takie  słowa  może  podyktować  poczucie  głębokiego
osamotnienia,  duchowa  i  psychiczna  depresja.  Może  napisało  je  dziecko  z  tak  zwanego
»dobrego  domu«,  któremu  rodzice  zapewnili  wszystko,  oprócz  swojej  miłości…  Może  do
takiego stwierdzenia doszedł ktoś, kto już nie potrafił poradzić sobie ze swoimi problemami,
a  nie  znalazł  nikogo,  kto  poświęciłby  mu  odrobinę  czasu  i  uwagi;  po  prostu  BYŁ  z  nim
w trudnych chwilach.

Te  rozważania  wciąż  na  nowo  utwierdzają  mnie  w  głębokim  przekonaniu  o  tym,  jak

ogromną  wartość  ma  OBECNOŚĆ,  jak  wielkie  znaczenie  ma  odrobina  czasu  poświęcona
bliźniemu, najmniejszy gest wyrażający zainteresowanie; to może ocalić od rozpaczy.

Matka  Teresa  z  Kalkuty  wciąż  powtarzała,  że  najcięższą  chorobą  naszych  czasów  jest

samotność.  Tak  wielu  jest  dziś  pośród  nas  udręczonych  codziennymi  troskami,  obawami,
niepewnością  jutra.  Tylu  chorych,  którzy  czują  się  niepotrzebni,  bo  otoczenie  daje  im  do
zrozumienia, że są tylko ciężarem. Tak często nawet nasi najbliżsi na próżno oczekują naszej
pomocy i wsparcia, bo my po prostu nie mamy dla nich czasu…

Pełne  dziecięcej  prostoty  i  szczerości,  tak  bardzo  głęboko  uświadamiają  mi,  jak  wielkie

znaczenie  może  mieć  dla  kogoś  kilka  chwil  mojej  obecności.  Bo  skoro  mój  gest,  odrobina
czasu  i  zainteresowania  jest  przez  kogoś  wyczekiwany  jak  upragnione  słońce  w  długie,
ponure, deszczowe dni, to ja nie mogę się tak łatwo usprawiedliwiać: »mam ważniejsze spra-
wy«, »jestem zmęczona«. Może właśnie ten mój gest, kilka chwil rozmowy; mimo zmęczenia
i  braku  czasu;  pomoże  komuś  przetrwać  w  cierpieniu,  rozpali  lub  ocali  iskierkę  nadziei,
uchroni od rozpaczy. Tak niewiele potrzeba…

Może  osobie,  która  napisała  te  dramatyczne  słowa,  zabrakło  właśnie  takiego

»drobiazgu«…"

3

Sratata ta. Możesz rozwinąć swe mięśnie, po prostu o nich myśląc!
„Guang Yue, lekarz sportowy z Cleveland Clinic Foundation w Ohio, poprosił ochotników,

by  leżąc  w  łóżku,  wyobrażali  sobie,  że  naprężają  mięśnie.  Jednocześnie  sprawdzał,  czy  nie
oszukują,  rzeczywiście  je  naprężając.  Po  paru  tygodniach  nawet  ci,  których  mięśnie
pozostawały w czasie eksperymentu całkiem rozluźnione, wykazali wzrost ich siły o 13,5%.”

Wyjdę z tego, to nic, że teraz zataczam się na ściany, wyjdę, bo jestem twardzielką i umiem

robić minę bezwzględnej morderczyni, to od razu czuję się mocniejsza wewnętrznie;).

Takie zaczarowywanie losu.

1

  Agata Augusiak „Żyję z SM i…”

2

  Ania_Delffin: „Gniew jak wiatr”

3

 

Ania_Delffin: 

„Kocham 

śmierć, 

bo 

tylko 

ona 

na 

mnie 

czeka”

www.delfin.w3.alpha.pl/www/readarticle.php?article_id=256

background image

DUSZA

„Dusza  jest  niematerialna  i  nieśmiertelna.  Tworzy  podstawę,  zasadę,  która  stanowi

o  szczególnej  jednostce,  jaką  jest  człowiek.  Wyróżniającą  cechą  duszy  ludzkiej  jest  jej
charakter  rozumowy,  myślowy.  Nieśmiertelność  duszy  bierze  się  z  jej  prostoty  czy  też
niezłożoności: w przeciwieństwie do rzeczy materialnych nie istnieją żadne elementy, na które
dusza  mogłaby  się  podzielić  lub  ulec  rozbiciu.  Tak,  więc  niezniszczalność  duszy  jest  jedną
z przyczyn jej nieśmiertelności. Inną przyczyną są okazywane przez człowieka nieograniczone
możliwości  duchowe.  Chociaż  dusza  i  ciało  stanowią  rzeczywistą  jedność,  dusza  jest
niezależna od materii zarówno pod względem istnienia, jak i pochodzenia.

Dusza  trwa  po  śmierci  biologicznej.  Nie  może  być  ona  zrodzona  z  materii.  Zgodnie

z nauczaniem chrześcijańskim, każda dusza jest stworzona bezpośrednio przez Boga. Mimo to,
ludzką tożsamość konstytuuje jedność duszy i ciała. Relacja duszy do ciała nie ma charakteru
instrumentalnego; ma ona charakter realny i substancjalny."

10

Marzyć,  marzyć.  Nie  obijać  się,  marzyć.  Burza  mózgów.  Marzenia  głupie,  bezsensowne

wszystkie. No, dobra. Chciałabym mieć drewniany domek na plaży gdzieś, gdzie jest ciepło.
Chciałabym  mieszkać  we  Włoszech,  gdzieś  w  domu  przyklejonym  do  skały.  Chciałabym
mieszkać w starej kamienicy w Budapeszcie. Chciałabym być śniadą brunetką o południowym
typie urody. Taką, co ma na czym siedzieć i czym oddychać. Chciałabym latać, zrobić sweter
na  drutach,  skoczyć  ze  spadochronem,  kochać  się  na  plaży  w  świetle  księżyca.  Latać
samolotami  w  delegacje,  mieszkać  w  luksusowych  hotelach  i  żeby  wszystkich  interesowało,
co  mam  do  powiedzenia.  Chciałabym  żyć  z  mnóstwem  kochających  psów  w  domu  i  całą
gromadą  kotów.  Chciałabym  adoptować  etiopskie  dziecko.  Chciałabym  nigdy  nie  musieć  się
martwić. Chciałabym być zdrowa. Chciałabym robić w życiu coś z misją, coś, co sprawi, że
będę przydatna ludziom, a przy okazji nie umrę z głodu. Chciałabym kiedyś znaleźć w sobie
buddyjski spokój. Dobra. Mam dość. Marzenie na siłę jest bardzo trudne.

„Zbyt  mało  się  znamy,  byś  w  moją  szczerość  wierzyła.  Ale  przynajmniej  spróbuj…

Człowiek  prawdziwie  współczujący  nie  pociesza,  ale  płacze  razem  z  cierpiącym.  Łączę  się
z Tobą w bólu, cokolwiek dla Ciebie to znaczy, jak to odczytasz. Nie wiem, dlaczego, ale tak
jakoś podejrzewałem, że w Twoim życiu prywatnym najlepiej nie jest. Banalne to, ale ponoć
prawdziwych  przyjaciół  poznaje  się  w  biedzie.  Mam  nadzieję,  że  jest  KTOŚ  przy  Tobie.
Z drugiej strony wiem po sobie, że gdy źle było, zawsze zostawałem sam. I nawet nie chodziło
mi  o  jakąś  pomoc,  nawet  do  dzisiaj  zbyt  »dumny«  jestem,  by  o  nią  prosić  (nawet  lekarzy),
może  to  kwestia  zarozumiałości…  Ale  czy  istnieje  lekarz  dusz?  A  od  tego  wszystko  się
zaczyna… Idąc przez piekło, nie zatrzymuj się! Jeśli umiesz, jeśli możesz – wymarz coś sobie,
wyśnij. Życie pokrętne jest, ale chciej żyć. I nie dla kogoś, dla siebie. Czasem sił brakuje, ale

background image

pamiętaj,  drzemią  w  Tobie  książki,  drzemie  »siedem  kolorów  tęczy«.  Wiem,  że  bez  słońca
tęcza umiera, lecz przecież błyśnie, rozjaśni się, wstanie dzień. Po nocy przychodzi dzień, a po
burzy spokój. Nagle ptaki budzą się i tłuką (może lepiej jednak – tulą?) do okien…

1

Kochałaś kiedyś tak bardzo, ze musiałaś pozwolić tej osobie odejść? A właściwie, nie. On

nigdy by mnie nie zostawił. Zdrowa lub chora. Na dobre i na złe. A zwłaszcza na złe. Dlatego
musiałam zrobić wszystko, żeby go zranić, rozszarpać mu serce, żeby przypadkiem nie wałczył
o  mnie.  Nawet,  żeby  znienawidził.  W  dniu,  w  którym  się  dowiedziałam,  że  jestem  chora
nieuleczalnie,  postanowiłam,  że  zabiję  tę  miłość.  Zamorduję  z  zimną  krwią.  Żeby  uratować
choć jego.

Nie chcę, żeby zmieniał mi pampersy.
Chcę, żeby był szczęśliwy.

1

  Z listu Włodzimierza.

background image

AKT VI NIEBO, PIEKŁO, CZYŚCIEC

Szukałam  czegoś,  co  pomoże  mi  uwierzyć,  że  po  drugiej  stronie  jest  pięknie.  Szukałam

NIEBA.

„Kiedy mówimy »niebo«, nie chodzi nam oczywiście o miejsce w górze ani o skrzydlatych

aniołów.  Obrazy,  których  używa  Biblia,  mówią,  że  niebo  jest  wieczną  wspólnotą  ludzi
z  Bogiem.  Zobaczymy  Go,  będziemy  szczęśliwi,  wypełnieni  miłością,  radością  i  pokojem,
zjednoczeni  ze  sobą  nawzajem  w  doskonałej  wspólnocie.  W  czasie  naszych  rozmów  często
myślałem  o  Twoim  ojcu.  Możesz  mieć  nadzieję,  droga  Smutna,  że  zobaczysz  go  ponownie.
Bóg pragnie przyjąć do swojej chwały całe stworzenie, całe dzieje, pragnie nagrodzić nasze
dobre  czyny,  chociaż  i  tak  spełnialiśmy  je  dzięki  Jego  łasce.  Istnieją  różne  stopnie
szczęśliwości,  tak  jak  istnieją  różne  naczynia  i  wszystkie  mogą  być  wypełnione.  W  niebie
każdy otrzyma pełnię swego szczęścia.

A  piekło?  Czy  nauka  o  wiecznym  potępieniu  nie  niszczy  wszelkiej  radości?  Czy  nie  stoi

w  sprzeczności  z  Bożym  miłosierdziem?  Nie  ma  wątpliwości,  że  Jezus  potwierdza  naukę
Starego  Testamentu.  Istnieją  grzechy,  które  są  tak  głęboko  złe,  że  prowadzą  do  ostatecznego
oddzielenia od Boga.

Człowiek musi wybierać między życiem i śmiercią. Bóg szanuje jego wolność aż do końca.

Kościół głosi naukę o piekle, jako realnej możliwości. Chce nam przez to uświadomić wagę
naszych  czynów  i  prowadzić  nas  ku  zbawieniu.  Na  szczęście  tylko  naprawdę  ciężki  grzech
oddziela  nas  od  Boga.  Musimy  jednak  przyznać,  że  kiedy  już  staniemy  przed  Nim,  nie
będziemy  zapewne  zupełnie  czyści.  Dlatego  możliwość  oczyszczenia  powinniśmy  uznać  za
znak Bożego miłosierdzia. Jesteśmy wówczas »biednymi duszami«, gdyż sami nie możemy już
nic zrobić dla naszego zbawienia, a z powodu naszych grzechów ogień Bożej miłości sprawia
nam  ból  (dlatego  mówimy  o  »czyśćcu«).  Jednocześnie  jesteśmy  już  czyści,  gdyż  w  miejscu
oczyszczenia  należymy  do  Boga,  do  wspólnoty  świętych,  możemy  się  czuć  umocnieni
modlitwą Kościoła za zmarłych i sami możemy się modlić.

Możemy powiedzieć, że niebo to Bóg, który przyjął nas na zawsze. Piekło to Bóg, którego

na zawsze utraciliśmy. Czyściec to Bóg, którego oczekujemy, oczyszczając się i uświęcając.

Na  koniec  Bóg  stworzy  nowe  niebo  i  nową  ziemię.  Biblia  mówi  o  uczcie  niebieskiej  lub

o  świętym  mieście,  Jeruzalem,  w  którym  Bóg  będzie  mieszkał  z  ludźmi.  Całe  stworzenie
zostanie  całkowicie  odnowione.  Czeka  nas  niewypowiedziane  piękno.  Nie  pozwól,  aby
pozbawiono  Cię  nadziei  na  tę  chwałę,  niezależnie  od  tego,  co  może  się  zdarzyć  w  Twoim
życiu!

Z całego serca życzę Ci tego."

12

12

 Winfried Henze: „Wiara jest piękna”

background image

Nie pozwolę. Wierzę. Mimo, że wiara to oznaka niewiedzy.
Zadzwoniłam do Miśki i poprosiłam, żeby przyszła i pomalowała mi paznokcie. Nie umiem

już tego równo zrobić. Jutro muszę pojechać do biura, a wyglądam koszmarnie. Zaniedbałam
się. Umarłam za życia. Pora na zmartwychwstanie.

Przyszedłeś  do  mnie  dzisiaj.  Znowu.  Już  nawet  nie  liczę,  który  to  raz  nie  otworzyłam  ci

drzwi.  Siedziałam  w  przedpokoju,  leżałam,  powinnam  powiedzieć,  udało  mi  się  doczołgać.
Wiedziałam, że ci nie otworzę, ale chciałam chociaż usłyszeć twój głos, choćby twój oddech.
Dotknąć drżącą ręką drzwi, wyobrażając sobie, że twoja jest z drugiej strony. Nie odezwałam
się do ciebie. Przecież przestałam z tobą rozmawiać, jak tylko się dowiedziałam, upewniłam,
poznałam przeciwnika. Nie odbierałam telefonów. Przestałeś dzwonić, zacząłeś przyjeżdżać.
I wiedziałeś, że jestem z tej drugiej strony drzwi, bo niby, gdzie bym miała wyjść? I niby, jak?

Mówiłeś do mnie. Że wszystko będzie dobrze. Że j estem dla ciebie, a ty jesteś dla mnie. Że

nigdy mnie nie zostawisz. Że się nie boisz. I że chcesz być ze mną wciąż, mimo wszystko, nie
z  litości,  a  z  miłości.  I  ta  miłość  wdzierała  się  każdą  szparą  w  drzwiach  i  mogłam  ją
absorbować z powietrza. Jak niegdyś cellulit. I rozstępy. Teraz twoja miłość wdzierała się we
mnie, a ja jednocześnie chciałam ją zatrzymać i zagrodzić jej drzwi. Gdybym mogła chodzić,
poszłabym po piankę montażową i uszczelniła je. Kocham cię. Tak nieopisanie bezgranicznie
cię  kocham.  Tak  myślałam.  Że  bezgranicznie.  Dopóki  sama  tej  granicy  nie  wyznaczyłam.
Postawiłam barykadę i nie pozwalam ci się przedrzeć. Nie mogę, choć najchętniej sama bym
tę barykadę rozbiła.

„Żył  sobie  pewien  człowiek,  nie  kochał,  nie  współczuł,  nie  przebaczał,  nie  prosił

o przebaczenie, nie prosił o miłosierdzie i miłosierdzia nie dawał.

Kiedy umarł, stanął twarzą w twarz z Nieogarnialną Miłością i Miłosierdziem – Jezusem.

Jezus spojrzał na niego z miłością i, wyciągając do niego ramiona, rzekł: podejdź, wszystko ci
wybaczam, wszystko ci daruję, chcę spędzić z tobą wieczność.

Człowiek  jednak  poczuł  się  bardzo  nieswojo,  nigdy  nie  kochał  i  nie  przebaczał,  nie  był

przyzwyczajony  do  takiego  zachowania,  nie  bardzo  wiedział,  co  zrobić,  jak  zareagować.  To
jest piekło – odrzucenie miłości.

Żył  sobie  pewien  człowiek,  podobny  do  wszystkich  innych  ludzi.  Ale  czynienie  dobra

przychodziło mu bardzo ciężko. Musiał się przełamywać i zmuszać, by zrobić coś dobrego dla
innych.  Kochał,  ale  czasem  przy  tym  cierpiał,  przebaczał,  ale  dużo  go  to  kosztowało,  prosił
o  przebaczenie,  prosił  o  miłosierdzie  –  dojrzewał  do  spotkania  z  nieogarnial-ną  Miłością
i Miłosierdziem. Wreszcie i on umarł.

Kiedy umarł, stanął twarzą w twarz z Nieogarnialną Miłością i Miłosierdziem – Jezusem.

Jezus spojrzał na niego z miłością i, wyciągając do niego ramiona, rzekł: podejdź, wszystko ci
wybaczam, wszystko ci daruję, chcę spędzić z tobą wieczność.

Człowiek pomyślał: znam Cię, ale nie jestem Ciebie godzien… W jednej chwili poczuł ból

tak straszliwy, rozdzierający kości i serce i duszę. Pomyślał wtedy, że tak bolało, gdy kochał
na ziemi, tylko dużo mniej.

To jest czyściec – dojrzewanie do miłości przez cierpienie.
Czy  chcesz,  co  dzień  dojrzewać  do  tego,  by  móc  żyć  z  Nieogarnialną  Miłością

i Miłosierdziem – Jezusem?"

1

To jest niebo – życie pełnią miłości.
Nie wiem, czy chcę. Nie wiem też, czy nie chcę. Nigdy nie byłam praktykującą katoliczką,

do kościoła chodziłam dwa razy do roku. Może nie pogodziłam się do końca z Nim i z samą

background image

sobą.

„Podróż  tysiąca  mil  zaczyna  się  od  jednego  kroku.”  Bardzo  lubię  tę  sentencję  Lao  Tzu.

Ciekawy  jest  jej  zasadniczy  dualizm  –  ośmielać  do  podejmowania  wyzwań  można  przecież
i osoby przewidujące, i takie, które raczej nie powinny się nigdzie ruszać, bo ich beztroska nie
ma nic wspólnego z nie-działaniem. Chodzi o ten rodzaj ignorancji, który błogosławieństwem
nie jest.

Powiedz mi, a zapomnę,
Pokaż mi, a zapamiętam,
Pozwól mi zrobić, a zrozumiem.
Długo  nad  tym  myślałam,  nie  masz  pojęcia,  jak  długo.  I  wiedziałam,  że  muszę  cię  o  to

poprosić. I wiedziałam, że się nie zgodzisz. A jeśli się zgodzisz, będziesz musiała z tym żyć,
gdy mnie już nie będzie.

Kiedy  przyszłaś,  powiedziałam  wprost,  czego  od  ciebie  oczekuję.  Patrzyłaś  na  mnie  tymi

swoimi ogromnymi zielonymi oczami, nie dowierzając, że usłyszałaś to, co usłyszałaś. Miałaś
w tych oczach rozpacz matki, która traci dziecko, siostry, która traci siostrę bliźniaczkę. Byłaś
zrozpaczona  i  wściekła  zarazem.  Ale  nie  myślałaś  o  sobie.  Nie  powiedziałaś  tego,  co  tak
bałam się usłyszeć, nie powiedziałaś: „Czy ty wiesz, co chcesz mi zrobić? Jak miałabym z tym
potem żyć?” Nie powiedziałaś tego, choć jestem pewna, że pomyślałaś.

Chociaż krople łez zmywały twoją szminkę, byłaś twarda. Wiedziałaś, że musisz być. Dla

mnie. Za mnie. Za nas obie. Powiedziałaś: „Pokonałaś raka, pokonasz SM”. Choć wiedziałaś,
że  na  to  nie  ma  lekarstwa,  a  z  raka  można  się  wyleczyć.  I  wtedy  wymyśliłam,  że  zrobię  ci
herbatę,  taką  jak  lubisz,  z  malinami,  prawdziwymi,  które,  jak  byłam  zdrowa,  zbierałam
własnoręcznie  i  wkładałam  do  słoiczków.  Ale  nie  mogłam  poradzić  sobie  z  marną  zakrętką.
Słoiczek wypadł mi z niezgrabnych, chorych rąk i roztrzaskał się na terakocie.

Kucnęłam  i  zaczęłam  zbierać  szkło,  tak  jakbym  mogła  ocalić  maliny,  choć  nie  mogłam.

Rozlały  się  krwawą  plamą  na  jasnej  podłodze.  Zapłakałam  nagle,  całkiem  zaskoczona  tymi
łzami i powiedziałam: „Przepraszam, to były ostatnie…” A ty kucnęłaś obok mnie, wyjęłaś mi
z ręki odłamki szkła, zebrałaś łyżeczką krwawą malinową plamę wprost do kubka z herbatą,
i powiedziałaś: „Nie. Nie ostatnie. Jeszcze pójdziemy na maliny. Pójdziemy.”

Poszłyśmy. Ale nie na maliny. Tylko po wózek inwalidzki. Widziałam twoje łzy. Chciałam

cię  rozśmieszyć  i  powiedziałam:  „No,  nareszcie  mam  własną  brykę  i  nie  potrzebuję  prawa
jazdy, niech sobie je w tyłek wsadzą. Dwanaście razy podchodziłam i nic. A teraz mam furę
i  nawet  prawko  nie  jest  mi  potrzebne”.  Ale  ty  się  nie  śmiałaś.  Nawet  się  nie  uśmiechnęłaś.
Sparaliżowało  ci  twarz.  Jak  po  przedawkowaniu  toksyny  botulinowej.  W  zasadzie  wolałam
już  ciebie  z  kamienną  twarzą,  niż  z  buźką  Jokera  z  Batmana.Mogłabym  pomyśleć,  że
zwariowałaś  od  mojego  nieszczęścia,  a  to  przecież  ja  byłam  chora,  nie  ty.  Ale  ty  właściwie
też,  tylko  inaczej.  Chorowałaś  z  bezsilności,  bo  wiedziałam,  że  przeryłaś  cały  Internet,
przekopałaś  wszystkie  biblioteki  naukowe  i  rozmawiałaś  z  najwybitniejszymi  profesorami
zajmującymi się SM. Dlatego wyglądałaś jak ofiara szalonego chirurga plastycznego, któremu
się  botoks  przedawkował.  Bałam  się,  że  ci  tak  zostanie.  Ale  nazajutrz  przyszłaś  do  mnie  już
z  normalną  buzią,  toksyna  się  ulotniła  i  ty  znów  się  uśmiechałaś.  Ciekawe,  co  zrobiłaś.
Widziałaś się z posłem Palikotem?

Wyciągnęłaś  z  torebki  coś,  co  w  pierwszej  chwili  wyglądało  mi  na  lusterka  do  roweru.

W drugiej chwili okazało się to coś być właśnie lusterkami.

I  zabrałaś  się  za  montaż  na  mojej  bryce.  Nie  mam  pojęcia,  do  czego  to  zamocowałaś,  ale

background image

było dobrze.

Spociłaś się przy tym jak mysz. Patrzyłam na ciebie i śmiać mi się chciało.
Spytałam, czy wsteczne też masz. Nie miałaś. Ale miałaś klakson, który umarłego by z grobu

poderwał.

Nie wiedziałam, że są ścieżki „wózkowe”, o rowerowych słyszałam. Czy ja mam może tym

wózkiem śmigać po ulicy? No, tak. Po to lusterka. I odblaski. I klakson. Wujo ma prawo jazdy
na wózek widłowy, może powinnam też zrobić. W końcu wózek to wózek, cholera wie.

Śmiałaś się. Wtedy się śmiałaś. A mnie ból rozrywał trzewia. I wiem, że tobie też.
Każdy  jest  samotny  na  swój  sposób.  Choćby  miał  wokół  siebie  setki  ludzi,  może  być

samotny.  A  wiesz,  dlaczego?  Bo  nie  umie  cieszyć  się  słońcem,  deszczem,  burzą,  pełnią
księżyca, bo nikt mu nie powiedział, że jest ważny, dobry, potrzebny. Ty jesteś piękna, dobra,
wrażliwa, potrzebna. Cudowna.

Tak sobie mantruję, psycholog mi kazał. Może przyjdzie taki dzień, kiedy w to uwierzę.
Wydrukowałam artykuł i podałam ci, kiedy przyszłaś. Przeczytałaś.
„Śmierć na życzenie.
Brytyjskie  małżeństwo,  to  kolejne  osoby,  które  udały  się  do  Szwajcarii,  by  tam  zakończyć

życie.  Szwajcarskie  prawo  nie  dopuszcza  eutanazji.  Jednak  pomoc  w  samobójstwie  nie  jest
ścigana  prawem.  Nie  wymaga  też,  by  samobójcy  byli  śmiertelnie  chorzy.  Wystarczy
zadeklarowanie pragnienia śmierci, np. z powodu paraliżu czy depresji. Z tej luki prawnej od
ponad 10 lat korzysta założyciel Dignitas Ludwig Minelli, prawnik i były dziennikarz. Dlatego
do luksusowej kliniki Dignitas (Godność) w szwajcarskiej miejscowości Foch przybywają co
roku ludzie z całej Europy, by tam odebrać sobie życie.

Samobójstwo  na  życzenie  w  szwajcarskiej  placówce  dokonało  już  wielu  Brytyjczyków.

Kilka  miesięcy  temu  na  Wyspach  głośna  była  sprawa  małżeństwa  milionerów,  którzy  także
„skorzystali  z  usług”  kliniki  Dignitas.  Był  to  kolejny  pretekst,  który  skłonił  Brytyjczyków  do
dyskusji  o  prawie  do  eutanazji.  Według  sondaży  aż  60  proc.  mieszkańców  tego  kraju  jest  za
prawem do śmierci na życzenie."

I powiedziałaś: NIE MOŻESZ, drąc kartkę w drobny mak. Tak szczerze to bałam się, że ją

zjesz. Więc skończyłaś czytać i powiedziałaś:

– Nie możesz.
Spytałam:
– Dlaczego?
– Bo nie jesteś Brytyjką.
– Ale wiesz, że to ten argument jest bez sensu?
– Wiem, że twój pomysł jest bez sensu.
I naprawdę zjadłaś tę kartkę, choć przecież ja mogę wydrukować sto kolejnych.
Nazajutrz przyniosłaś mi tę karteczkę:
„Klinika Dignitas w Szwajcarii reklamuje się jako wybawienie od cierpienia ludzi, którzy

walczą  ze  śmiertelną  chorobą,  a  tymczasem  stała  się  miejscem,  gdzie  zabija  się  pacjentów
i  pozbywa  się  ich  szczątków  w  bestialski  sposób.  W  jeziorze  Zurich  nieopodal  kliniki
eutanazji nurkowie znaleźli 300 urn z prochami chorych, którzy poddali się zabiegowi.”

Przeczytałam i powiedziałam:
– Przecież wiesz, że zawsze marzyłam, by nauczyć się nurkować.
Usłyszałam  tylko,  jak  zamykasz  za  sobą  drzwi,  a  sekundę  wcześniej  skrzypnięcie  drzwi

uprzedził jęk, jaki wydobył się z samego dna twojej rozpaczy. Zapłakała twoja dusza.

background image

Uparłam się, że dam radę bez wózka. Zrobię to dla Miśki. Nie mogę patrzeć, jak się męczy.

Postanowiłam  przejść  z  kuchni  do  pokoju.  Pełzałam  cholerne  trzy  metry  ponad  półgodziny,
odpoczywając  następne  trzydzieści  minut.  Raczkowanie  odpada,  mam  zbyt  słabe  ręce,  nie
utrzymują  się  i  witam  się  z  podłogą.  A  przecież  nie  jestem  islamską  fanatyczką  i  nie
odprawiam  modłów,  zwyczajnie,  może  niezwyczajnie,  heroicznie  chcę  przeczołgać  się
z  jednego  pomieszczenia  do  drugiego.  Wyję,  płaczę,  przeklinam.  Ale  docieram.  Zdobywam
swój  Mont  Everest  –  pokój  dzienny.  Z  ogromnym  trudem  klękam  i  z  jeszcze  większym
podnoszę się. A właśnie, że wstanę! Wstaję! Oblana potem, półżywa.

Nie będzie SM pluł mi w twarz!
Ostatnio  mam  remisje.  Zapewne  SM  przestraszyło  się  kliniki  w  Szwajcarii  i  nie  chciało

podzielić  losu  Titanica.  Odstawiłam  wózek  i  utykam  o  kulach.  Ciasto  upiec  postanowiłam,
w  ramach  przeprosin,  dla  Miśki.  Zupełnie  tak,  jakby  szarlotka  miała  wymazać  z  jej  głowy
moją poprzednią prośbę.

„Zjedz  ciasto  i  już  się  nie  gniewaj,  że  prosiłam  cię  o  pomoc  w  samobójstwie.”

Beznadziejna  jestem.  Ale  postanowiłam  upiec.  I  jeszcze  sprzątać  mi  się  zachciało.  Potrójny
axel i podwójny tulup w moim wykonaniu zdobyłby maksymalną ilość punktów na olimpiadzie
w Calgary. Dupa zbita. Guz na czole. Niby mi lepiej, bo już chodzę, ale wyglądam jak Gołota
po  walce.  Łazienka  i  kuchnia  posprzątane,  ciasto  upieczone.  Tyle,  że  padłam  ze  zmęczenia.
Nie  będę  kłaść  pudru  na  siniaki  i  malować  ust,  bo  znowu  mi  się  ręka  omsknie  i  niechcący
ucharakteryzuję się na japońską Gejszę.

Obudził mnie zastęp aniołów. Niebo rozwarło się jak łono matki i zobaczyłam ich. Płynęli

piękni,  białobladoniebiescy,  efemeryczni.  Wiódł  ich  Gabriela.  Miał  twarz  dojrzałego
mężczyzny,  ale  spojrzenie  zawiedzionego  dziecka.  Patrzył  na  mnie  z  wyrzutem.  Aniołowie
utworzyli  krąg  i  spowili  mnie  anielskością.  Było  mi  dobrze.  Poczułam  na  sobie  kawałek
nieba. Przerwali krąg i zaczęli odpływać z powrotem do nieba. Beze mnie. Zrobiłam krok do
przodu,  usta  złożyły  się  do  krzyku.  Wszystko  we  mnie  płakało,  cała  byłam  wołaniem:
„Stójcie, chcę iść z wami!” Choć usta milczały. Gabriel podszedł tak blisko, że stałam się
jego białą bladoniebieską częścią i choć nie wypowiedziałam ani jednego słowa, wyszeptał
mi  do  ucha:  „Nie,  Smutna.  To  nie  twój  czas,  zostajesz  jeszcze.  Powiesz  innym,  że  niebo
istnieje. Ale zostawcie je aniołom…”

1

 

Ks. 

Grzegorz 

SDB: 

„Piekło, 

czyściec, 

niebo 

– 

jakie 

jest?..

www.adonai.pl/opowiadania/smierc/?id=11

background image

AKT VII KONIEC I POCZĄTEK

I będzie tak:
Wstanę z wózka, wezmę laskę i pójdę przed siebie.
A potem będzie tak:
Wyrzucę laskę i dalej będę szła (po piachu, po skałach, po trawie, po wodzie).
Aż w końcu będzie tak:
Będę  biegła,  bo  Ty  będziesz  mnie  gonił,  a  później  weźmiesz  mnie  na  ręce,  a  ja  oplotę

swoimi rękoma Twoją szyję i pocałuję Cię prosto w serce.

Świat z wysokości jednak wygląda lepiej.
Świat  z  Nieba  wygląda  najlepiej.  Choć  jest  taki  mały.  Mimo  to,  widzę  wszystko  bardzo

dokładnie.  Bo  teraz,  kiedy  umarłam  dostrzegam  to,  czego  nie  umiałam/nie  chciałam/nie
mogłam zobaczyć, kiedy żyłam.

Teraz też żyję, choć umarłam.
Jestem  Twoją  siłą.  Będę  tym,  czym  chcesz,  bym  była.  Widzisz  mnie?  Widzisz  siebie?

Pamiętają jeszcze będzie pięknie.

background image

Epilog I

Miśka
Odeszła  przed  chwilą…  Tak  po  prostu,  cicho,  we  śnie.  Nie  mogę  zrozumieć,  dlaczego.

Przecież już było lepiej, miałyśmy pójść na maliny. Nie wiem, jak będę teraz bez niej żyła. Ta
pustka mnie przeraża, a świat bez Smutnej przestał się uśmiechać. Słońce słabiej świeci, ptaki
ciszej śpiewają.

Poszłam  sama  na  maliny,  były  piękne.  Soczyste,  bordowe…  Kiedy  miałam  już  pełen

koszyczek, ogarnął mnie tak wielki smutek, że zaczęłam je gnieść w dłoniach, sok sączył się
przez  palce  jak  krew.  Dlaczego  nie  zbierasz  ze  mną  tych  malin,  dlaczego?  I  jeszcze  on.
Pozostał „jej” na zawsze, choć Smutna o tym nie wiedziała. Jak ja mu powiem, że jej już nie
ma?

background image

Epilog II

Smutna
Mam  na  imię  Smutna  i  byłam  tu  przez  chwilę.  Życzę  Wam,  żebyście  żyli  długo

i szczęśliwie…

Nie  szukam  odpowiedzi  na  pytanie,  dlaczego  akurat  mnie  życie  tak  doświadczyło.

Widocznie  tak  miało  być.  Niczego  nie  żałuję.  I  gdybym  mogła  przeżyć  życie  jeszcze  raz,
niczego bym nie zmieniła. Byłam szczęśliwa, choć trudno może w to uwierzyć. Bo życie jest
piękne. Zawsze.

background image

Epilog III

Opowiem Ci bajkę na dobranoc…
Pewien  człowiek  wiecznie  czuł  się  przygnębiony  trudnościami  życia.  Pewnego  razu

poskarżył się znanemu mistrzowi życia duchowego.

„Nie mogę tak dłużej! Życie stało się nie do zniesienia.”
Mistrz wziął garść popiołu i wrzucił do szklanki z kryształowo czystą wodą do picia, która

stała przed nim I rzekł:

„To są twoje cierpienia.”
Woda w szklance zabrudziła się, zmętniała. Mistrz wylał ją. Mistrz wziął garść popiołu tak

jak  poprzednim  razem  i  rzucił  w  morze.  W  jednej  chwili  popiół  rozproszył  się  w  morzu,
a woda morska pozostała tak samo czysta jak przedtem.

„Widzisz?”  zapytał  mistrz.  „Każdego  ranka  musisz  zdecydować,  czy  masz  być  szklanką

wody czy morzem.”

Zbyt wiele jest małych serc, zbyt wiele dusz zalęknionych, zbyt wiele zamkniętych umysłów

i  sparaliżowanych  ramion.  Najpoważniejszym  brakiem  naszych  czasów  jest  brak  ODWAGI.
Nie chodzi o głupią zuchwałość, nieświadomą po-chopność, ale o prawdziwą odwagę, która
w  obliczu  każdego  problemu  pozwala  powiedzieć:  „Z  pewnością  jest  jakieś  ro  związanie
i będę go szukał i znajdę to rozwiązanie.”

14

Nie uciekaj przed problemami… Zawsze jest sposób, by je rozwiązać…

14

 Przypowieść. Autor nieznany.

background image

Utwory konkursowe i debiutanckie

Kilka lat temu wraz z moją przyjaciółką, Anną Brędowską założyłyśmy Fundację imienia jej

tragicznie zmarłej córki, Sandry.

Obiecałyśmy  sobie,  że  Fundacja  VADEMECUM  –  chodź  ze  mną  im.  Sandry  Brędowskiej

będzie  promować  zdolnych  ludzi  z  pasją,  którzy  kochają  to,  co  robią  i  chcą  to  robić  mimo
wszystko.

Jesteśmy  Fundacją  prawdziwą,  z  powołaniem  i  sercem,  wszystko,  co  robimy,  robimy

z  potrzeby  serca,  bez  żadnych  ukrytych  celów,  nie  z  chęci  zysku,  jak  niestety  postrzegane  są
fundacje. Tak, mamy zysk: jest nim Wasz uśmiech, radość i spełnione marzenia. To bezcenne.

W  każdej  książce  oddaję  kilkanaście  stron  innym  piszącym.  Laureatom  konkursów,

debiutantom.  Tylko  tak  mogę  pokazać  Was  światu.  Może  to  niewiele,  ale,  jak  wspomniałam,
nasza Fundacja jest biedna, ale jednocześnie bogata, bo ma Was!

Poświęćcie  chwilę  i  przeczytajcie  opowiadania  laureatów  ostatniego  konkursu  Fundacji:

„To nie jest miłość” oraz „Ja i moja Walentynka”. A także wiersze i opowiadania debiutantów.

Są tego naprawdę warci!
Laureaci Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego Fundacji Vade Mecum – chodź ze mną im.

Sandry Brędowskiej:

Tomasz Orlicz: I miejsce Magda Czerniak: II miejsce Magdalena Mikołajczak: III miejsce

background image

Tomasz Orlicz Samba przed rozstaniem

Podobno, odkąd powstał portal Nasza Klasa wzrosła liczba rozwodów. Bardzo być może,

bo  kobiety  są  chorobliwie  sentymentalne  i  wydaje  im  się,  że  pierwsza  szkolna  miłość  jest
zawsze żywa. A nawet, jeśli jest trochę nieżywa, to wystarczy ją reanimować wspomnieniami,
które ożywimy, patrząc na klasowe zdjęcia, a gdy spotkamy Andrzeja z III B, z którym po raz
pierwszy  zaszło,  co  zaszło,  to  miłość  pode-rwie  się  z  niemocy  i  rzuci  się  jak  szalona
w  przeszłość,  by  tworzyć  nową  teraźniejszość,  a  może  nawet  i  przyszłość.  Oczywiście  pod
warunkiem,  że  Andrzej  z  III  B  nie  jest  łysym  okularnikiem  o  aerodynamicznych  kształtach,
z  trzema  podbródkami,  któremu  z  tylnej  kieszeni  spodni  wystaje  trzydzie-stocentymetrowy
grzebień i który nie zakłada skarpetek do sandałów. Bo, jeśli jest i jeśli my wyglądamy nieco
lepiej niż on, to pierwsza miłość nawet nie drgnie. Nie, żebym była małostkowa i próżna, ale
jeśli powiem, że wygląd nie ma znaczenia, to efekt Pinokia mnie zdemaskuje.

Marcin zaczepił Hanię na komunikatorze, zaintrygowany opisem. Przytaczać treści nie będę,

gdyż jest nieparlamentarna. Choć, po namyśle stwierdzam, że jednak jest, nawet rzec można,
ministerialna,  ot,  nowa  formuła  opracowana  przez  panią  minister  Fedak.  Powiem  tylko,  że
jeśli mężczyzna odważył się, mimo opisu, zagadać, to jaja ma nie tylko w lodowce. Rozmowa
z  kolegą  z  klasy  przeciągnęła  się  do  rana,  a  właściwie,  trwała  sześćdziesiąt  trzy  dni.  Jak
Powstanie Warszawskie.

Hania  właśnie  zakończyła  jeden  romans.  Wciąż  była  w  porozstaniowej  żałobie.

Nieprzyzwoicie  przystojny  lekarz  zawrócił  jej  w  głowie  tak  bardzo,  że,  gdy  ją  zostawił,
chciała  się  zabić.  Dwa  razy.  I  wcale  nie  chodziło  o  to,  że  całował  ją  i  pieścił  tak,  jak  nikt
dotąd,  że  zwinnym  językiem  penetrował  łechtaczkę.  Że  penetrował  ją  dogłębnie  szukając
Punktu G. Że krzyczała z rozkoszy, gdy znalazł. Że ssał jej wargi i sprawnie poruszał się po jej
łechtaczce,  doprowadzając  ją  do  szaleństwa.  Dziesięć  razy  z  rzędu.  I  także  nie  dlatego,  że
zawsze mieli orgazm w tym samym momencie, że on tak pięknie krzyczał. Nigdy nie zapomni.
Nie  zapomni,  choć  bardzo  tego  pragnie,  ale  nawet  teraz,  dwa  lata  po  rozstaniu,  samo
wspomnienie  nieprawdopodobnie  dobrego  seksu  z  nim  sprawia,  że  jej  dłoń  wędruje
w kierunku waginy i zaczyna ją delikatnie, nieśmiało pieścić.

I  obiecała  sobie,  że  już  nigdy  się  nie  zakocha,  bo  prawie  wszyscy  faceci  są  tacy  sami

i  wciskają  nam  kłamliwy  bełkot,  który  my  zasysamy  jak  odkurzacz  centralny,  zamiast
filtrować, odpluwać i zostawiać maksymalnie pięć procent ze stu. Marcin jej to uświadomił,
nie  wyrażając  się  zbyt  pochlebnie  o  własnej  płci.  Był  kawalerem,  ale  nie  był  gejem.  To
staroka-walerstwo,  dzisiaj  tak  nowocześnie  zwane  byciem  singlem,  trochę  Hanię
zaniepokoiło,  bo  jako  kobieta  musiała  się  ch  o-ciaż  przez  chwilę  przecież  zastanowić,
dlaczego  nadal  jest  sam.  Zastanowiła  się,  rozłożyła  na  czynniki  pierwsze,  przeanalizowała

background image

i  doszła  do  beznadziejnego,  ale  jakże  przyjemnego  wniosku,  że  może  po  prostu  on  czekał
właśnie  na  nią,  o  czym  zresztą  Marcin  nie  omieszkał  jej  poinformować  w  dwa  tygodnie  po
pierwszym spotkaniu po latach, jednocześnie wyznając jej miłość. Z początku nie wierzyła, bo
przecież  wspólnie  ustalili,  że  remizowe  teksty  nie  dla  nich.  Ale  przecież  Hanka  nie  jest
z kamienia i kiedy on pisał jej: „Moja poduszka ma focha, bo strasznie tęskni za tobą. Pościel
pachnie  tobą,  a  ty  smakujesz  jak  brzoskwinia.  Wszędzie  jesteś  brzoskwiniowa,  dziewczyno.
TAM  też.  I  tak  nadfajnie  różowa.  Zapach  włosów  mojej  dziewczyny  –  bezcenny.  Uwielbiam
twoje  kolana.  Na  górze  okrągłe  i  zwężające  się  ku  dołowi.  Idealne.  I  twoje  biodra.  Uda.
Kocham  cię,  dziewczyno,  najbardziej  remizowo  na  świecie.”  Nazywał  ją  swoją  szwedzką
niebieską  żoną.  Mieli  wziąć  ślub  w  Amsterdamie.  A  kiedy  odwiedzała  go,  obejmował  ją
mocno i pytał: „Czy możesz zostać tu na zawsze? Zamieszkaj ze mną”- prosił.

I  mieszał  jej  w  głowie  tak  skutecznie,  że  zaczynała  zasysać  wszystko,  co  mówił,

zapominając  o  tym,  co  sobie  obiecała.  Że  nigdy  więcej  nikogo  nie  pokocha.  Bo  ten  ktoś
odejdzie,  a  ona  zostanie  na  środku  drogi,  z  dziurą  w  sercu,  jak  po  p  ostrzale  ze  strzelby  na
słonie. Powiedziała mu o tym. Prosiła, żeby nie mówił, że ją kocha, jeśli nie jest tego pewien.
Bo jeśli ona uwierzy, a on dojdzie do wniosku, że mu się tylko zdawało, to ona umrze.

Kiedyś  opowiedział  jej  historię.  O  Janku  Himilsbachu,  który  dostał  od  Wajdy  propozycję

zagrania  głównej  roli  w  jego  filmie.  Jedynym  warunkiem  było  przyswojenie  angielskiego.
Namyślał się Himilsbach, namyślał, w końcu mówi: „Nie, ja jednak tej roli nie przyjmę.” „Ale
dlaczego?”  Nie  mogli  nadziwić  się  znajomi.  „A  co,  ja  głupi  jestem?  Ja  się  nauczę
angielskiego,  a  Wajda  się  rozmyśli,  nie  da  mi  tej  roli,  i  co?  Zostanę  jak  ten  chuj  z  tym
angielskim!”

I całował dobrze. I dotykał. Jego język był bardzo sprawny, cierpliwy i niezaspokojony. Za

to  ona  była  zaspokojona.  Zaspokajana  regularnie,  precyzyjnie,  profesjonalnie.  Zanim  jeszcze
kochali  się  pierwszy  raz,  spytał  ją:  „Dziewczyno,  jesteś  bardziej  pochwowa,  czy  bardziej
łechtaczkowa?”

Odpowiedziała,  że  niestety  łechtaczkowa.  „Dlaczego,  niestety?  To  raczej  dobrze.  To  daje

większe możliwości.” Odkrywał przed nią te możliwości, a ona pogubiła się w rachunkach.

Sześćdziesiątego trzeciego dnia wracała z męczącego spotkania, padał nieprzyjemny deszcz

i  zapadał  zmierzch.  Telefon  zawibrował  na  jej  kolanach.  Nie  powinna  czytać  esem-sów
podczas jazdy, ale miała przeczucie. Marcin pisał, że to koniec, bo okazała się nie być taka,
jak myślał. Natychmiast zadzwoniła, mimo, że nie miała zestawu słuchawkowego i mimo, że
zabrakło jej powietrza i nie mogła oddychać. Pł u-ca ktoś ścisnął jej żelazną obręczą. Kiedy
odebrał, powiedziała:

–  Widzisz?  I  kto  miał  racje?  Prosiłam  cię.  Tak  bardzo  cię  prosiłam.  Coś  ty  mi  zrobił,

chłopaku.  I  kto  został,  jak  Himilsbach  z  angielskim?  Rozumiem  twoją  decyzję.  Nawet,  jeśli
wczoraj  proponowałeś  mi  wspólne  zamieszkanie,  a  dzisiaj  zmieniłeś  zdanie,  do  cholery
jasnej, rozumiem. Ale nie mogę pojąć, co się stało z tą twoją wielką miłością do mnie?

–  Rozpuściła  się.  Ty  ją  rozpuściłaś?  Nieważne.  Nie  rozumiesz,  że  okazałaś  się  inna,  niż

myślałem?

–  Miłość  to  nie  alcazelcer.  Nie  rozpuszcza  się.  Po  prostu  jej  nigdy  nie  było.  Miałeś  mnie

uratować.  Wiedziałeś  o  mnie  wszystko.  Wiedziałeś,  że  następnej  nieszczęśliwej  miłości  nie
przeżyję, a ty przekonywałeś mnie, że kochasz, że to, co jest między nami jest ważne, że nigdy
dotąd  nie  czułeś,  że  w  twoim  życiu  dzieje  się  coś  tak  ważnego.  I  co?  Było  tak  ważne,  że
zrezygnowałeś z tego w jeden dzień? To ja dziękuję bardzo. Miałeś mnie uratować, a ty mnie

background image

po prostu zabiłeś, chłopaku.

Rozpłakała się jak dziecko.
– No, sorry, dziewczyno. Ale to moje życie i jeśli widzę, że coś idzie nie tak, to po prostu

rezygnuję. Nie płacz już.

–  Po  prostu  rezygnujesz,  gdy  widzisz,  że  cokolwiek  może  zaburzyć  twoje  cudowne,

wspaniałe  hedonistyczno-egoistyczne  życie  singla,  tak?  Po  co  mi  zawracałeś  głowę,  po  co
były  te  wszystkie  propozycje  wspólnego  życia,  wyznania  miłości.  Ja  cię  o  nic  nie  prosiłam.
O nic, rozumiesz? – krzyczała w słuchawkę.

Schyliła  się,  by  z  torebki  wyjąć  chusteczki.  I  podtrzymywany  ramieniem  telefon  upadł  na

podłogę. Pochyliła się jeszcze bardziej, by go podnieść. Przecież Marcin wciąż tam był. A ona
mu nie pozwoli tak łatwo się z tego wywinąć. Niech się wytłumaczy, niech wyjaśni.

Nie zauważyła, jak zza zakrętu wyjeżdża tir z naczepą. Nie mogła zauważyć, bo podnosiła

ten cholerny telefon.

Marcin usłyszał przeraźliwy dźwięk klaksonu i odgłos wgniatanej blachy. Ale nie to do dziś

brzmi  mu  w  uszach.  Ale  jej  słowa:  „Miałeś  mnie  uratować,  chłopaku,  a  ty  mnie  po  prostu
zabiłeś.”

Na  pogrzeb  przyjechał,  ale  zaczekał,  aż  wszystko  się  skończy.  Dopiero  wtedy,  gdy  już

nikogo nie było, podszedł.

– Cześć, dziewczyno. Cześć, moja szwedzka, niebieska żono. Jestem idiotą, ale ty przecież

o tym wiesz. Nie wiem, co powiedzieć. Poza tym, że moja poduszka strasznie za tobą tęsknic
Byłaś  moją  extasy,  a  teraz  po  prostu  cię  nie  ma,  dziewczyno.  Porażka.  Totalna  porażka.
Miałem cię uratować, a teraz ty stygniesz w tym dole, pod stertą tych okrutnie głupich, żółtych
kwiatków. Miałem cię uratować… Wybacz. Jestem idiotą.

Pił  bite  pięć  dni.  Zawalił  pracę  w  rejonie  dróg  publicznych,  gdzie  do  tej  pory  cieszył  się

nienaganną  opinią  najlepszego  brygadzisty  i  dobrego  kumpla,  co  to  można  takich
w  dzisiejszych  czasach  ponoć  jedynie  ze  świeczką  szukać.  Zawalił  dobre  imię  w  rodzinie,
zapominając  o  imieninach  siostry  i  wpadając  pijany  w  sztorc  na  swego  brata,  na  środku
jakiegoś bliżej nieokreślonego przejścia dla pieszych. Zawalił też przyszłość, którą, z chwilą
śmierci Hani, przestał dostrzegać. Widział tylko dna półlitrówek.

Chociaż…  może  nie  tak  do  końca.  Widział  też  Hanię  –  w  pierwszym  atakującym  go

delirium, tuż po tym, jak wypluł kolejnego pawia wprost na dywan za dwa patole, po czym –
jak gdyby nigdy nic – rzucił się na łóżko w sypialni i momentalnie odjechał do Morfeusza…
albo i gdzieś dalej. Sen zaatakował go zapachem wilgoci i gliny, przez które coraz wyraźniej
dostrzegał  Hanię.  Lepił  jej  nierealne  kształty  z  przeszłości,  która  odeszła  w  nicość  i  jakoś
(jakoś!)  próbował  utulić.  Leżała  w,  jak  mu  się  zdawało,  zbyt  ciasnej  trumience,  spakowana
niczym  kawałek  zjełczałej  czekolady.  Taka  opuchnięta,  połamana  i…  martwa.  Dostrzegł  też
w tym śnie śmiertelnym inne kobiety; tuziny pięknych, rozebranych panien, które są gotowe mu
się  oddać,  byle  tylko  skinął  głową  przyzwalając  na  zbliżenie.  Świat  pełen  chętnych  suk.
Planeta  Marcina  Kowalskiego,  któremu  puściło  to  coś,  co  do  tej  pory  nie  pozwalało  mu
związać się z żadną na dłużej niż marne, martwe dwa miesiące. Widział, jak posiada je, jedną
po  drugiej,  jak  sprawia,  że  dziesiątki  par  sutek  stają  w  sztorc  i  tyle  samo  kobiecych  krtani
sposobi  się  do  krzyku,  który  już  po  kilku  sekundach  przeradza  się  w  ryk  spełnienia,  by
powtórzyć to po raz kolejny i jeszcze raz, i na nowo, i jeszcze!!! I to było zadośćuczynieniem
wypadku  Hanki.  Czarna  dziura  przeznaczenia,  która  do  tej  pory  zdawała  się  być  uśpiona  na
wieki.

background image

Pierwsza  była  Luśka.  Na  oko  trzydziestkapiątka  w  porywach.  Babce  nie  tylko  niczego  nie

brakowało,  ale  nawet  niejedna  osiemnastka  mogłaby  pozazdrościć  jej  z  powodzeniem  tego
i owego. Ciężko to wytłumaczyć komuś, kto nie bardzo wierzy we wróżby, karty tarota i temu
podobne gusła, ale Marcin wpierw zobaczył ją we śnie. Dokładnie taką, jak n a-stępnego dnia.
Dokładnie tak, jakby na niego czekała, jak gdyby znała go od zawsze i wiedziała, czego może
się spodziewać po spotkaniu z Marcinem. Siedziała na ławeczce w centrum miasteczka. Za jej
plecami szemrała woda fontanny, wypluwana rytmicznie z ust granitowego Kupidyna. Kocica
z  ławeczki  popijała  nieśpiesznie  cappuccino  ze  styropianowego  kubka  i  udawała,  że  czyta
jakąś  biznesową  gazetę.  Biznesowa  lektura  i  biznesowy  strój  w  postaci  granatowej  garsonki
i spódnicy skrojonej w sam raz, pod którymi ukrywał się, jak pomyślał od razu Marcin, ładny
kawał  baby.  Ona,  w  tej  samej  chwili  –  jak  gdyby  usłyszała  myśli  Marcina  –  przeniosła  na
przechodnia  wzrok  i  poczęstowała  go  uśmiechem,  który  raczej  był  zbyt  długi  jak  na  gest,
mogący ledwie świadczyć o dobrym wychowaniu biznesłomen z nazbyt wyeksponowanym na
marnej jakości światło słoneczne o tej porze roku dekoltem. Marcin w jednej chwili zapragnął
zatonąć  w  tym  dekolcie,  który  raczej  odkrywał,  niż  ukrywał…  krągłe  szósteczki?  A  może
wypchane piątki? Przeszedł obok, po czym przystanął na ułamek sekundy. I w tej chwili po raz
pierwszy  usłyszał  w  głowie  słowa  Hanki.  Wyraźne,  niczym  ukłucie  rozżarzonego  do
czerwoności  szpikulca.  „Uratuj  ją,  chłopaku!  No,  ruszże  to  dupsko!”.  Jego  ciałem  szarpnął
niezauważalny  dreszcz.  Starzy  ludzie  powiadają,  że  w  takich  chwilach  człowieka  przenika
dusza  zmarłego,  ale  tak  do  końca  nie  wiadomo,  czy  to  prawda,  bo  przecież  różne  głupstwa
różni  ludzie  plotą  i  pleść  będą  do  końca  świata.  Marcin  o  d-wrócił  się  w  stronę  pięknej
nieznajomej i ponownie się uśmiechnął.

–  Przepraszam,  ale  czy  aby  przypadkiem  się  nie  znamy?  –  rzucił  bez  ładu  i  składu  jeden

z najbardziej sztampowych tekstów pod słońcem i pozwolił sobie na jeden kroczek, zbliżający
go tak bardzo do granicy, której jeszcze tydzień temu nie ośmieliłby się przekroczyć.

–  Nie  sądzę  –  odpowiedziała  kocica,  dokładnie  tak,  jak  powinno  się  odpowiadać  w  tego

typu  sytuacjach  nieznajomym,  bo  tak  właśnie  kiedyś  kazała  mamusia.  Odwzajemniła  jednak
uśmiech  Marcina  i  ostentacyjnie  przełożyła  nogę  przez  krągłe  kolano,  eksponując  tym
sposobem zgrabności kolana numer dwa.

A  jednak  skądś  przecież  musieli  się  znać,  a  Marcin  wiedział  dokładnie  skąd,  że  wprost

z jego snu, który go nawiedził ostatniej nocy, o czym, o, dziwo, nie omieszkał poinformować
nieznajomej.  I,  o,  dziwo,  od  słowa  do  słowa,  wylądowali  najpierw  w  restauracji  po
przeciwnej stronie ulicy, a później w jej łóżku. I oto sen stał się jawą. I to w każdym detalu,
których  mnogością  odważył  się  najpierw  poczęstować  Luśkę,  opowiadając  jej,  jak  to  robili
w  jego  majakach,  że  wziął  ją  już  od  korytarza  i  przetoczył  niczym  dobrze  naoliwioną
lokomotywę do kuchni, na blat solidnego stołu z litego drzewa, na parapet, na świeżo ułożone
panele przedpokoju, na których zrobili to trzy razy pod rząd. W głowie kochanka rozpływała
się  dusza  Hanki.  Wirowała  i  nieustannie  eksplodowała,  rozsyłając  do  najdalszych
zakamarków  naprężonego  niczym  fortepianowa  struna  ciała  Marcina  ambrozję  spełnienia.
Wskazywała z precyzją chirurga trzymającego skalpel, gdzie powinien dotykać kochankę, jak
gładzić,  całować,  ssać  i  pieścić,  by  serce  Luśki  dało  z  siebie  wszystko,  podgrzewając  do
granic możliwości coraz szybciej krążącą krwią jej ciało i oszalałą duszę.

– Kocham cię – wysapała, gdy było już po wszystkim, a mroki nocy zaczęła rozszarpywać

pierwsza łuna świtu, zapowiadającego nieuchronne rozstanie. – Proszę, zostań ze mną…

Wyszedł  z  poczuciem  mocy.  Jak  jakiś  pieprzony  Luke  Skywalker,  albo  inny  Supermen

background image

z okolic lasu Sherwood, czy z samego Hollywood. Dokładnie wiedział, że musiał zwariować,
ale  było  to  zwariowanie  tego  typu,  jaki  miewają  chyba  wyłącznie  geniusze  pokroju  Van
Gogha.  Wiedział,  że  zmienił  się  w  dupka,  lowelasa  Rasputina,  któremu  nie  oprze  się  żadna
babka  w  promieniu  ładnych  kilku  tysięcy  kilometrów.  Wiedział  też,  że  w  jego  głowie  albo
rzeczywiście  zamieszkała  dusza  Hanki  —  jego  niebieskiej  żony,  albo  właśnie  zaczyna  do
reszty  wariować.  Musiał  więc  się  śpieszyć.  Gdy  dotarł  do  mieszkania,  dopadł  do  lodówki,
odkręcił  ledwie  napoczętą  ostatniego  wieczoru  butelkę  Żołądkowej  i  opróżnił  ją  na
poczekaniu.  Zanim  alkohol  dotarł  do  jego  żył  i  do  reszty  zakamarków  ciała,  Marcin  zaczął
rzucać się po mieszkaniu, biegając niemalże nerwowym krokiem, który przygodnemu widzowi
mógłby  się  od  biedy  kojarzyć  z  tańcem.  I,  zaprawdę,  w  tej  nerwowej  krzątaninie  było  coś
z tańca, zmieszanego z szaleństwem. I z dialogiem, który dialogiem być nie mógł. Co najwyżej
bełkotliwą nawijką pijaka, który coraz bardziej angażował się w przedkładanie własnych racji
komuś, kto nie istniał.

„Haniu,  to  był  impuls,  ja  w  zasadzie  nie  chciałem  się  z  tamtą  przespać,  zrozum!  Nie,  to

niemożliwe…  Nie  mogłaś  tego  oglądać,  nie  byłaś  w  stanie  tego  oglądać…  To  nie  jest  jakiś
cholerny  film  fantastyczny,  ciebie  nie  ma  i  nie  powinienem  z  tobą  teraz  rozmawiać…
Zwariowałem,  słyszysz?!  Przez  ciebie  zwariowałem  i  tyle  w  temacie.  Co  tu  dużo
kombinować. Do końca życia pozostanę dupkiem, któremu się wydaje, że nosi we łbie czyjąś
duszę. I pewnie już niedługo wyląduję w wariatkowie, bo nie potrafiłem cię uratować… ”

Przespał  resztę  dnia  snem  sieroty.  Okrutnie  samotny  na  zewnątrz  i  taki  zatłoczony  od

środka…  Jego  pijane,  irracjonalne  koszmary  senne  wypełniły  się  następnymi  lolitkami
i rozkładem zajęć (albo raczej „rozkładem jazd”) na co najmniej tydzień do przodu. Wszystkie
cizie,  niczym  pluton  egzekucyjny,  bez  końca  wmaszerowywały  karnie  i  goło  do  mieszkania
Marcina, albo porywały go jak gestapo w czasie wojny wprost z ulicy, nie przejmując się grą
wstępną,  ni  innymi  tego  typu  duperelami.  W  czasie  tego  snu  Marcin  jedynie  przez  chwilkę
zmusił się do jako tako trzeźwej refleksji. Zastanawiał się, w czym leży sedno. Co sprawia, że
wszystkie  te  kobiety  poddają  się  jego  urokowi  (którego  nota  bebe  Marcin  miał  tyle,  co  kot
napłakał)  i  w  jednej  chwili  przeistaczają  się  w  żądne  krwi  i  spermy  bestie.  Może  to  wzrok,
myślał. Może coś zmieniło się w jego sposobie patrzenia? Niespełniona, niedokończona i nie
do końca skonsumowana miłość z Hanką być może sprawiła, że w spojrzeniu Marcina pojawił
się  jakiś  rodzaj  niedosytu,  którym  kusił  i  zarażał  każdą  babkę?  A  może  szczerość  takiego
sposobu  patrzenia  –  przez  pryzmat  czystej  namiętności  –  sprawiała,  że  te  wszystkie  panie,
które  kiedyś  pragnęły  być  w  pewnym  sensie  uwiedzione  od  tak  zwanego  pierwszego
spojrzenia (a przecież żadna nie przyzna się, że marzą o seksie na tak zwanego wariata niemal
bez przerwy) poddawały się? I to dosłownie, na pstryknięcie palców?

Kolejne  ofiary  łapały  się  na  pojedynczy  gest  dłoni,  skinięcie  głową,  albo  zwykły

szelmowski  uśmieszek  Marcina.  Jak  muchy  na  lep  obietnicy,  która  w  tym  przypadku  leżała
gdzieś  pośrodku  łóżek  wszystkich  tych  blondynek,  feministek,  pro-kuratorek,  policjantek,
papilociarek, kopciuszków, prowody-rek, żon i matek. Już w pierwszych chwilach spędzonych
w  towarzystwie  Marcina  stwierdzały,  ba!,  one  były  święcie  przekonane,  że  ów  nieznajomy
jest w stanie dać im wszystko, o co tylko go poproszą. I że muszą mu dać o wiele więcej od
siebie,  nawet  uczucie,  szczere  i  kryształowe,  niemal  dziewicze,  które  przecież  po  TAKIM
seksie  już  do  niczego  więcej  się  nie  przyda,  że  można  nim  będzie,  co  najwyżej  podłogę  na
mokro przelecieć. Coraz szczelniej owijany spiralą szaleństwa, Marcin tracił z dnia na dzień
poczucie  rzeczywistości,  o  czym  chociażby  może  zaświadczyć  spadek  zainteresowania

background image

polityką,  wyborami  na  prezydenta  którejś  tam  Rzeczypospolitej,  albo  czy  Małysz  w  końcu
przestanie tak dobrze skakać i wskakiwać na pudła zaliczając pudło z formą, a co za tym idzie,
czy przestanie wreszcie być ulubioną ikoną polskich kibiców. Liczyły się tylko dupy. Marcin
co rano brał zimny prysznic, golił się, przeglądał w lustrze, w którego czeluściach dostrzegał
coraz wyraźniej twarz Hanki, i wybiegał na miasto z jasnym planem w głowie, kogo i gdzie
powinien szukać. Ów jasny plan rodził się u niego co noc. Wystarczyło pół litra wódy, żeby
czarna  dziura  Marcina  mogła  ożyć  jakimś  ruchem,  który  bardzo  szybko  przeistaczał  się
w  kopulację.  Zresztą  kiedyś,  dawno  temu,  słyszał  od  kogoś  opowiastkę  o  pewnym  gościu,
kompletnym abstynencie, któremu zdarzyło się narżnąć z jakiejś okazji i który z tego powodu
doznał  olśnienia.  Coś  w  rodzaju  przebudzenia  Buddy,  tylko  tamten  siedział  jak  koł  pod
drzewem baobabu, a abstynent zatruł się pierwszy raz alkoholem i po prostu dopadło go coś
równie  wspaniałego  rodem  z  pogranicza  zaświatów.  Pamięta,  że  facet  z  tamtej  historii
w końcu zaczął pić na umór. Jedynie dlatego, że chciał ponownie przeżyć cudowne doznania,
albo co najmniej ich namiastkę, choćby raz, i że sobie i swojej wątrobie obiecał, że jeszcze
tylko  ten  jeden  jedyny  raz,  a  potem  to  zobaczymy.  Marcin,  w  odróżnieniu  od  nawiedzonego
faceta, miał podobny odjazd co noc. I to na dodatek podwójny, gdyż jego nocne szaleństwo za
każdym razem dosięgało dnia i jakiegoś realnego łóżka wydepilowanej na maksa długonogiej
gazeli.  Tak  więc,  wypiwszy  uprzednio  kawę,  do  której  palił  jednego  papierosa  Marlboro,
wybiegał  co  rano  do  miasta  jak  wybiegają  co  rano  miliony  mężczyzn  w  tysiącach  miast  do
pracy. 

Wybiegał 

zaniepokojony, 

czy 

podoła, 

jednocześnie 

podekscytowany

odpowiedzialnością,  która  ciążyła  mu  na  karku  niczym  kilka  tona  cegieł  z  walącego  się
w  drobny  mak  Pałacu  Kultury  po  tym,  jak  w  2012  roku  nawiedziło  całą  Polskę  to  cholernie
silne  trzęsienie  ziemi.  Statystycznie  rzecz  ujmując,  przeważnie  dopadał  jakiegoś  pawilonu
handlowego  i  pewnym,  śmiałym  krokiem  zmierzał  w  stronę  przyklejonej  gdzieś  w  rogu
wielkiego  hallu  kawiarenki  biznesowej,  gdyż  większość  jego  klientek,  to  były  panie  z  tak
zwanej  średniej  klasy.  Wiadomo,  poszukiwaczki  przygód  i  wszelkiego  rodzaju  odskoczni.
Dorabiają  się  w  zabójczym  tempie,  no  to  potencjalnie  mają  większy  stres,  więc  są  bardziej
podatne na zaloty Marcina. Przynajmniej on sobie to tak tłumaczył, gdyż, no cóż, jakoś to sobie
przecież  musiał  wytłumaczyć.  Był  jednak  w  błędzie.  Za  każdym  razem  panie  zdawały  się
czekać  konkretnie  na  Marcina.  Dopiero  później,  po  kilku  tygodniach,  zwrócił  uwagę,  że  jak
jednej  z  drugą  zaczyna  opowiadać  swoje  pikantne  sny,  to  laski  zaczynają  mu  przytakiwać.
Odważył  się  nawet  odwrócić  sytuację  „opowiadacza  snów”  na  „słuchacza  snów”,  podczas
jednego  ze  swych  pierwszych  spotkań  na  tak  zwanych  delegacjach  (to  był  impuls  z  tymi
wyjazdami, inaczej nie mógł tego nazwać. Głos w głowie, czy też głos Hanki, albo lustra z nią
w roli głównej, po prostu oświadczył pewnego dnia, że czas na występy w trasie). Zdarzyło
się  to  gdzieś  w  najbliższym  sąsiedztwie  krakowskich  Sukiennic.  Dziewczyna,  ledwie
dwudziestoletnia  studentka,  siedziała  w  towarzystwie  sporej  grupki  rówieśnic  i  kolegów
z uczelni. Wcinali lody i sprawiali wrażenie aniołków, które z niegasną-cymi uśmiechami na
twarzach  roztrząsają  zagadnienia,  związane  z  uniwerkiem,  akademikiem,  czy  też  z  tak  zwaną
łatwą kaską. Dziewczyna do ostatniej chwili nie dostrzegała Marcina, gdyż była zaaferowana
rozmową z koleżanką na zasadzie „od ucha do ucha”. Miała na imię Malina i było doprawdy
w niej coś z owocu, jakaś świeżość, której ostatnią cząstkę Marcin stracił w chwili, kiedy to
tamta  wielgachna  jak  Mount  Everest  planetoida  skasowała  wszystkie  pasące  się  na  łąkach
ziemskiego  padołu  dinozaury.  Tak  przynajmniej  zdawało  się  wtedy  Marcinowi.  Podszedł  do
grupki,  niezrażony  swymi  myślami,  i  –  niczym  wytrawny  nauczyciel  matmy  –  wywołał

background image

dziewczę  po  imieniu.  Malina  natychmiast  zrobiła  wielkie  oczy.  Widać  było  jak  na  dłoni,  że
jest  śmiertelnie  zaskoczona.  Marcin  szarmancko  przedstawił  się  z  imienia  i  nazwiska,  przy
czym, niby żartem, dodał, że na co dzień podrywa wszystkie młódki w okolicy, czym wzbudził
sympatię męskiej części młodego towarzystwa, i od razu przeszedł do sedna:

– Chciałbym cię prosić, Malino, żebyś mi opowiedziała połowę twojego snu. W zamian, ja

opowiem ci, co było dalej.

Łapiecie?!  Nie  żadne  tam  „adin,  dwa,  tri”,  tylko:  „chciałbym  cię  prosić,  Malino,  o  twoje

sny…”!  Prosto  z  mostu.  Jasno  i  wyraźnie.  Dziewczyna  poczuła  wypływające  na  jej  policzki
gorąco  wypieków  i  natychmiast  uciekła  przed  spojrzeniem  mężczyzny,  z  którym  przecież
dzisiaj  w  nocy…  Przecież  to  niemożliwe,  pomyślała.  To  nie  może  być  on!  Co  za  koszmar…
Nie,  to  przecież  nie  koszmar,  było  jej  dziś  w  nocy  tak  dobrze,  boziu  na  ropę,  przecież  tak
wyjebanego  snu  nie  miała  nigdy.  Nigdy!  A  teraz,  ledwie  po  kilku  godzinach  książę  z  jej
erotycznej bajki staje przed nią i bezczelnie, patrząc jej pełnią tej bezczelności rodem z jej snu
prosto  w  oczy,  prosi  ją,  żeby  się  podzieliła  z  nim  swoimi  przeżyciami.  Jakże  by  mogła  mu
odmówić?! Jakże on mógłby odmówić jej podzielenia się tak wspaniałym snem…? To był na
pewno  on,  myślała  Malina,  czując  coraz  większą  falę,  opływającą  jej  ciało  słodkim
mrowieniem,  spływającą  do  podołka  chmarą  roztrzepotanych  motyli  o  kolorowych
skrzydełkach.  Zajęknęła  z  wysiłkiem  coś  niezrozumiałego  pod  nosem  i  podniosła  wzrok  na
Marcina.

– Dobrze – powiedziała cichutko i szarpnęła się, zeskakując z murka. Być może najbardziej

bała się tego, że ta niep o-wtarzalna chwila umknie gdzieś koło niej, zdematerializuje się, że
Malinka nie dowie się do końca życia, kim jest nieznajomy z jej snów.

–  Więc  podszedłeś  do  mnie  –  zaczęła  nieśmiało,  gdy  już  siedzieli  w  kawiarence,  pijąc

herbatę  z  cynamonem.  –  Zupełnie  tak  samo,  jak  przed  chwilą…  Potem  zamówiłeś  dwie
herbaty z cynamonem, a ja byłam bardzo zaskoczona, że wiesz o tym cynamonie w herbacie, że
taką właśnie lubię najbardziej… Jezusie, to naprawdę się dzieje! Nie pamiętam tylko, żebym
ci  opowiadała  o  moim  śnie.  Chociaż  nie,  teraz  sobie  przypominam.  Zapytałam,  czy  po
kawiarni pójdziemy się kochać. Przytaknąłeś milcząco, z tym twoim tajemniczym uśmieszkiem,
i po chwili dodałeś, że zrobimy to w hotelu…

– Zgadza się, Malino. Zrobimy to w hotelu.
Nie dowierzała do momentu, w którym klucz zatonął w dziurce drzwi hotelowego pokoju.

Przez całą drogę tutaj dygotała i można było zauważyć, że nieustannie się waha, że rozpatruje
wycofanie się z sytuacji bez wyjścia. Marcin przekręcił klucz i otworzył drzwi.

– Niech więc się stanie – wyszeptał, przykładając do ust dziewczyny opuszek wskazującego

palca.  Taki  gest  odblokował  Malinę,  pozwolił  ulecieć  w  niebyt  jej  zdenerwowaniu.
Przekroczyła próg pokoju i pozwoliła się rozebrać jej kochankowi ze snów.

Tym  razem  sączył  powoli,  delektując  się  jej  niewinnością,  przedłużając  grę  wstępną

w  nieskończoność.  Wodził  najdelikatniej  jak  potrafił  po  nagim  ciele  partnerki  palcami
i  niczym  kamera  termowizyjna  najnowszej  generacji  śledził  rozgrzewające  się  punkty  jej
oliwkowej, tak cudownie wydepilowanej skóry wewnętrznymi częściami dłoni. Dziewczyna,
wpatrzona w Marcina niczym najwierniejszy pies, czuła już falę spełnienia, która pojawiła się
na horyzoncie zmysłowego postrzegania i zaczęła się zbliżać z łoskotem pierwszego orgazmu.
Kochankowie  zbliżali  się  do  siebie,  przyciągani  potężniejącą  z  każdą  sekundą  siłą.  To  było
nieuchronne. Malina wepchnęła go w siebie, obejmując muskularne, nabrzmiałe ciało Marcina
i  przyciągając  z  całych  sił  jak  najbliżej.  Przełknęła  pierwszy  jęk,  a  wraz  z  nim  ból,  który

background image

prawie  zawsze  się  pojawia  w  takich  sytuacjach.  Była  jednak  wdzięczna  losowi.  Robiła  to
przecież  z  kochankiem  idealnym,  wymarzonym,  wyśnionym,  który  odejdzie  po  wszystkim
niczym  najsłodsze  wspomnienie,  za  którym  można  tęsknić  wiecznie,  któremu  zapewne
pozostanie wierna do końca swoich dni.

Kochanek doskonały.
Teraz,  kiedy  już  popłynęła  krew  defloracji,  pieścił  nogi  Maliny.  Muskał  je  ustami

i  koniuszkiem  języka,  sprawiając,  że  czuła  powracające  pulsowanie  bólu  w  okolicach
pochwy.  Nie  był  to  jednak  ból,  którego  nie  chciałoby  się  odczuwać.  Można  go  wręcz
przyrównać do pożądanego bólu, albo do sedna kobiecości, no, bo przecież, do czego jak, do
czego, ale do rodzenia kobieta się nadaje najlepiej. Zdarzyło się nawet kilka lat temu, że jakaś
kobieta,  chyba  w  Nowej  Zelandii,  rodząc  jak  chora,  czyli  normalnie  w  szpitalu  odjeżdżała
lekarzom w zaświaty doznając siedem razy tak potężnych orgazmów, że wszystkie doktory na
sali  łapali  się  za  głowy  z  wrażenia.  No,  bo  wiadomo  –  podniosła  atmosfera,  mąż  za  ścianą
ściska  jakieś  kwiacisze  w  rozdygotanej  łapce,  a  jego  stara  ma  gratisowy  odjazd  do  gwiazd
tylko dlatego, że jest konkretnie pochwowa. Również Malina była konkretnie pochwowa, albo
sprawił  to  Marcin,  którego  język  zbliżał  się  właśnie  w  tym  momencie  w  okolice  łonowe
kochanki.  Pierwszy  skurcz  można  śmiało  porównać  z  eksplozją  trotylu.  Malina  straciła
panowanie  nad  swym  ciałem,  które  na  najbliższą  minutę  przywłaszczyły  sobie  drgawki
i  spływający  zewsząd  żar  spełnienia.  Z  oczu  dziewczyny,  mimo  ściśle  zaciśniętych  powiek,
trysnęły  łzy.  Kolejna,  tym  razem  silniejsza  eksplozja  dosięgła  serca,  które  zatrzymało  się  na
ułamek  sekundy  utulone  ukłuciami  drobnych  igiełek  adrenaliny,  po  czym  ze  zdwojoną  siłą
zaczęło  pompować  krew.  Dziewczyna  wygięła  się  wpół,  niczym  zwieńczenie  mostu
brooklińskiego,  gdy  Marcin  dotarł  do  łechtaczki.  Detonacja  trzeciego  wspólnego  orgazmu
rozszarpała  w  ich  odczuciach  ciała  obojga  na  drobne  kawałki,  tak  jakby  miały  się  połączyć
w jeden ponadmaterialny supe-rorganizm, tak jak jeszcze nigdy się nie zdarzyło i jak się nie
zdarzy, bo przecież zdarzyć się nie może. „Kochaj ją”, usłyszał w głowie głos Hanki. „Kochaj
ją  tak,  jak  nie  potrafiłeś  pokochać  mnie”.  Z  jeszcze  większą  czułością  zaczął  pieścić  ciało
Maliny.  Całował  je  najdelikatniej  jak  to  tylko  jest  możliwe,  wręcz  na  granicy  jawy  i  snu,
niemalże  niematerialnie,  a  dziewczyna  odpłacała  mu  tak  subtelny  dotyk  i  pocałunek  miłości
kolejnymi  orgazmami,  w  których  mnogości  na  dobre  zdążyły  się  rozpłynąć  i  strach,  i  krew,
i ból utraconego dziewictwa.

Zrozumiał, że jest wampirem, że nie przestanie wysysać dziewicze, niespełnione pragnienia

kobiecych serc do końca swych dni.

Po  dwóch  tygodniach,  albo  inaczej  po  upiornie  okrutnych  1209600  sekundach,  które

w  przypadku  Marcina  powinno  się  przemnożyć  co  najmniej  przez  dwa  i  przez  czternaście
damskich,  zeszmaconych  do  reszty  dusz,  postanowił  popełnić  samobójstwo.  Półtora  metra
nylonowej linki, najwyższy tab o-ret, jaki znalazł w mieszkaniu i decyzja, że zeskoczy – jakże
niewiele  potrzeba,  żeby  ro…iązać  wszystkie  problemy.  Szarpnięcie,  przed  którym  przybyło
mu  w  ułamku  sekundy  co  najmniej  pół  metra  siwizny  włosów  na  głowie,  było  niemal
niezauważalne.  Również  orgazm,  gasnący,  czyniący  śmierć  wisielczą  tak  podłą  w  naszych
oczach.

Obudził się po drugiej stronie.
– Czekałam na ciebie. Zatańczymy?
– A więc to wszystko… Pragnęłaś mnie przeciągnąć?! Chciałaś, żebym umarł…?
– Każda z nas tego chce. Przecież wiesz, jak to jest. Miłość daje życie, ale kiedy jej nie ma,

background image

wszystko umiera. Dlatego zawsze życzymy wam śmierci, kiedy odchodzicie. Zatańczymy?

– Zatańczymy? Haniu, przecież ty nie istniejesz. Pewnie trochę za dużo wypiłem i teraz za

dużo mi się śni.

– Za dużo głupot, tak? Czyli, że byłam dla ciebie głupot-ką…
– Słuchaj, to nie tak. Wiesz, jak to jest. Każdy jest egoistą i nie zawsze nam coś do końca

pasuje. Przecież wiesz, jak to jest.

– Zatańczymy?
–  Do  diabła  z  tańczeniem.  Hanka,  ty  już  ze  mną  zatańczyłaś.  Chciałem,  żeby  tamta  nasza

miłość była żywa, rozumiesz? Stąd tamte gadki, remizowe spontany, od samego początku takie
beznadziejne.  Skąd  mogłem  wiedzieć,  że  naprawdę  staniesz  się  moją  niebieską  żoną?  Że
zagnieździsz mi się we łbie?!

– Ciiii…! Tańczmy, Marcin.
– Ciii…! Po prostu zapomnij i tańcz.
I zapomniał. Taniec z Hanką, która z każdą chwilą stawała się coraz mniej materialna, był

najważniejszy, wręcz ponadczasowy, sprawiając, że Marcin czuł się znów żywy. I w ostatnim
okruchu umierającej, sennej świadomości uwierzył w to życie, w ten taniec, który przypominał
jak  ż…o  sambę  przed  rozstaniem.  Przed  rozstaniem,  które  przecież  nie  musiało  się
wydarzyć…

Obudził  się  zlany  hektolitrami  lodowatego  potu  i  natychmiast  podbiegł  do  biurka.

Wydawało  mu  się,  że  komputer  otwiera  się  całą  wieczność,  a  później  ten  cholerny
komunikator,  który  jak  zwykle  się  przywiesił.  Była  tam,  na  szczęście  była  cały  czas.  Profil
Hanki, tak banalny, i ten podpis: „URATUJ MNIE, CHŁOPAKU!”. Postanowił, że napisze do
niej, cokolwiek, że zrobi to wbrew naturze, która sprawiła, że w zasadzie Marcin był martwy.
W  zasadzie…  tak,  można  tak  powiedzieć  –  że  z  takiego  siebie,  jakiego  znał,  jakiego  znała
Hanka  z  czasów  szkolnych  nie  pozostało  dosłownie  nic.  Martwy,  zmarznięty  niczym  sama
śmierć, zmusił roztrzęsione palce do niepewnego tańca na klawiaturze.

– Czekałem na ciebie, Haniu. Spotkajmy się.
Teraz  pozostało  mu  uwierzyć  w  to,  że  wygra,  że  ten  cholerny,  szkatułkowy  sen  był  zbyt

absurdalny,  żeby  mógł  być  prawdziwy.  Musiał  tylko  wyznać  Hani  całą  prawdę.  Tak  będzie
lepiej, myślał. Odstawi wódę, a Hania na pewno mu w tym pomoże. Przecież nie pozwoli jej
umrzeć i uratuje w porę. Tak… Musi jedynie przestać pić. Tak niewiele… Myślał też, jak to
jest być kochankiem doskonałym.

Sen – pierwszy, normalny i tak spokojny od wielu lat – przywitał go dźwiękami samby.
– Zatańczmy – usłyszał zaproszenie Hanki. – Zatańczmy taniec naszego życia.

background image

Magda Czerniak Śmiech

–  Mam  pomysł  –  oznajmiła  Paula  i  przesłała  nam  piękny,  przepełniony  satysfakcją,  choć

blady uśmiech.

Ja też się uśmiecham, do szarej bluzki z Myszką Miki, do rączek jak chińskie pałeczki, i do

nóżek jak dwa patyczki. I do szarej chustki w wielkie, czerwone maki, i do niebieskich oczu
pozbawionych rzęs. Paulina  jest najbardziej chora  z nas wszystkich,  według prognoz lekarzy
powinna  już  nie  żyć  od  dwóch  miesięcy.  Teraz  czuje  się  trochę  lepiej,  ale  podobno  ma
zarezerwowane łóżko w hospicjum.

Teoretycznie rzecz biorąc, wszyscy tutaj jesteśmy po to, by umrzeć. Nasz ośrodek to szpital,

ale jeszcze nie hospicjum. Jesteśmy tak zwanymi bogatymi dzieciakami. Od najmłodszych lat
mieliśmy wszystko, co najlepsze, najdroższe, w najlepszym gatunku.

Opiekę więc też musimy mieć najlepszą. Tak przynajmniej brzmi teoria, bo jakoś nie widzę

różnicy między naszym ośrodkiem a zwyczajnym szpitalem. Nasi niebywale opiekuńczy starzy
wolą  płacić  co  miesiąc  bajońskie  kwoty,  byle  tylko  nie  patrzeć,  jak  powoli  się  sypiemy.
Świadomość  czegoś  takiego  może  wykończyć  człowieka  bardziej  niż  białaczka.  Zwłaszcza,
kiedy wiesz, że jak na razie nic ci nie jest, mógłbyś wrócić do domu, przynajmniej starać się
żyć normalnie, ale twoi rodzice cię nie chcą.

Siedząc  w  naszym  ośrodku,  nie  masz  zbyt  dużo  do  roboty.  Masz  dwa  wyjścia:  możesz

poddać  się  i  resztę  życia  przesiedzieć,  gapiąc  się  tępo  w  ścianę  i  powoli  tracąc  rozum.
Możesz też całymi godzinami przesiadywać przy oknie i wypatrywać samochodu swojego taty.
Ale  on  nie  przyjedzie.  Tutaj  jeżdżą  tylko  karetki  szpitalne  lub  hospicjum.  Jest  tylko  pięć
przypadków całkowitego wyleczenia, a nasz ośrodek działa od piętnastu lat.

Paula  jest  inna  niż  my.  Wybrała  trzecie  rozwiązanie.  Ona  chce  coś  robić,  wiecznie  coś

organizuje,  coś  załatwia,  wymyśla,  gdzieś  lata.  Słowa:  „mam  pomysł”  słyszymy  od  niej
średnio  raz  na  dwa  tygodnie.  Ona  zawsze  ma  jakiś  pomysł:  na  składkową  Wigilię,  pokaz
fajerwerków,  na  loterię  mikołajkową,  na  kwestę  dla  potrzebujących,  na  zbiórkę  zabawek
i rzeczy dla dzieci z domu dziecka.

Z jednej strony wiem, że to straszny debilizm, że nie powinniśmy się angażować w pomoc

dla innych, skoro sami jej potrzebujemy, ale Paula tak bardzo się cieszy, kiedy coś jej się uda,
że zawsze się angażuję. A poza tym, i wszyscy tak myślimy, choć nikt nie powie tego głośno,
i tak nie mamy nic do roboty. Mamy całą masę niezagospodarowanego czasu. Jeden nasz dzień
to  wasz  tydzień.  A  tak  przynajmniej,  chociaż  na  parę  godzin  oderwiemy  się  od  własnych,
ponurych  myśli,  damy  odpocząć  głowie,  wyrwiemy  się  z  pułapki  własnego  ciała,  uczuć
i przeżyć, w którą sami codziennie się łapiemy.

Cokolwiek Paulina nie wymyśli, my zawsze się zgodzimy.

background image

Tak jest i teraz, jeszcze nic nie powiedziała, a ja i tak już wiem, że jej pomogę.
– Bal walentynkowy – mówi z dziwnym podnieceniem w głosie, do którego już zdążyliśmy

się  wszyscy  przyzwyczaić,  więc  nas  nie  niepokoi.  –  Znalazłam  taki  pomysł  w  pewnej
książce…  jest  nas  parzysta  liczba  osób,  więc…  Zasady  są  proste,  zaraz  każda  z  dziewczyn
wylosuje sobie swojego partnera, żeby było sprawiedliwie. Nie jest nas zbyt dużo, więc nie
będzie  jakiejś  wielkiej  imprezy,  ale  zawsze  to  coś…  Baba  się  zgodziła  i  możemy  zająć
świetlicę. Będzie całkiem miło. Co wy na to?

Milczymy.  Zgodzimy  się,  to  oczywiste,  ale  zawsze  trochę  marudzimy  na  początku.  Taki

mamy rytuał. Nie muszę jednak patrzeć na twarze moich znajomych, żeby wiedzieć, że tak jak
ja,  uważają  ideę  dyskoteki  za  najbardziej  idiotyczny  pomysł  Pauliny.  Właściwie  chce  mi  się
wybuchnąć śmiechem, kiedy wyobrażam sobie MNIE na imprezie. Jestem chuda, brzydka, nie
mam  włosów,  brwi  i  rzęs.  Chodzę  już  całkiem  nieźle,  ale  bardzo  szybko  się  męczę.  Życie
i wszystko inne przelatuje mi przez palce, nie tak dawno nie mogłam utrzymać szklanki w ręce
dłużej  niż  pół  minuty.  Może  jeszcze  miałabym  tańczyć?  Nie  byłam  na  żadnej  imprezie,
odkąd… No, w każdym razie bardzo dawno.

Paula, zaskoczona naszą aspołeczną reakcją, wodzi wzrokiem od twarzy do twarzy.
–  Zdajecie  sobie  sprawę,  że  to  może  będzie  ostatnia  nasza  okazja  w  życiu,  żeby…?  No,

wiecie.

O,  tak,  zdajemy  sobie.  Powtarza  nam  to  ciągle.  Ostatnia  okazja,  żeby  komuś  pomóc,  żeby

sprawić  komuś  radość,  żeby  usłyszeć  na  żywo  Hey,  nasz  ostatni  Sylwester,  nasza  ostatnia
Wigilia.  Może  nasze  ostatnie  Walentynki.  To  smutne,  że  nasz  ośrodek  zamiast  ratować  życie,
co  niby  zapewnia,  nam  je  odbiera.  Odbiera  nam  nadzieję.  Zanim  tu  weszłam,  miałam  dużo
planów i łudziłam się, że może kiedyś, może jednak mi się uda. Że wygram. Wrócę do domu.
Dzisiaj chce mi się wyć ze śmiechu na myśl o mojej naiwności.

–  Wszystko  pięknie,  Paula  –  odzywa  się  Martyna,  moja  przyjaciółka,  o  ile  warto  jest

w  takim  miejscu  nawiązywać  przyjaźnie.  –  Może  jeszcze  mamy  założyć  balowe  suknie?
Moglibyśmy  zrobić  konkurs,  której  wystaje  więcej  kości.  A  o  północy,  następny,  kto  więcej
rzygnie. Ja może nawet zemdleję! Na pewno będzie super!

Śmiejemy się. Ja też. Paula prawie płacze.
– Taa – odzywa się Maciek. – Paula, dla trupów chcesz robić dyskę? Niepotrzebny kłopot.
–  Ale  nie  będziemy  przecież  tańczyć!  –  Paulina  prawie  krzyczy.  –  Możemy  po  prostu

posiedzieć,  pogadać,  powygłupiać  się.  Dlaczego  wy  chcecie  się  wiecznie  traktować,  jak
chorych? Nie możemy o tym zapomnieć, chociaż na chwilę?

Możemy. Ale o tym nie da się zapomnieć.
– Zgódźcie się, proszę. – Paula składa ręce jak do modlitwy. Uświadamiam sobie, że jest

jeszcze  tak  strasznie  smarkata.  Ma  dopiero  czternaście  lat.  To  jeszcze  dziecko.  I  umiera.  -
Proszę! Będzie tak bardzo fajnie!

Chyba nie tylko ja mam słabość do tej małej, bo ze swoim wózkiem ruszyła Marta, potem

Kaśka,  Ewa.  Bez  entuzjazmu  wzięły  karteczki  z  nazwiskami  swoich  partnerów.  Ja  też.  Nie
patrzę,  kogo  wylosowałam.  Obojętnie  przyglądam  się,  jak  rządek  dziewczyn  rośnie,  później
zamieszanie  związane  z  powrotem  na  miejsca,  kursujące  pielęgniarki.  Sisterki,  pigułki.  One
też  chyba  nie  są  zachwycone  z  pomysłu  balu,  ale  nic  nie  mówią.  Widzę  też,  jak  wyraz  na
twarzy Pauliny zmienia się. Jej buzia wygładza się, oczy pogodnieją, uśmiech powraca.

– No to do Walentynek!

background image

***

Chyba powinnam się przedstawić.
Ada,  lat  szesnaście.  Niewiele  zostało  do  moich  siedemnastych  urodzin,  ale  nie  chcę

zapeszać. Ostra białaczka limfo-blastyczna, miło mi. Niestety, dużo się o niej nie dowiecie, bo
życie w ciągłym bólu, to nic przyjemnego i nie chcę tego przeżywać drugi raz. Poryczałabym
się i dupa z tego, nad czym się tak długo męczę. Nie mogłabym dokończyć zdania, a jeszcze to
cholerstwo pomyśli, że cieszę się, że się kiedyś przyplątało, że tak chętnie o niej opowiadam.
Jakby to był powód do dumy.

Kim byłam przed moją chorobą? O tym u nas się nie mówi. Tabu. Czasem jakiemuś nowemu

się wyrwie: „a u mnie w szkole…” albo: „kiedy jeździłam konno…”, ale szybko łapie, że nie
jest  to  tutaj  mile  widziane.  Nasze  życie  przed  chorobą  traktujemy  jak  coś  dawno
zakończonego,  zamkniętego,  jak  rozdział  w  książce,  która  była  fantastyczna  i  piękna,  ale
z jakiegoś powodu nie możemy do niej wracać. Trudno.

Tylko  moja  przyjaciółka  Martyna  nie  stosuje  się  do  tych  naszych  niepisanych  zasad.

Obwiesiła  cały  swój,  a  raczej  nasz,  pokój  zdjęciami  z  czasów,  kiedy  była  mądra,  ładna,
zdrowa i  wszystko  było przed  nią.  Zerka na  mnie  z  każdej strony,  a  ja muszę  na  nią  patrzeć,
chociaż  nie  lubię.  Jakoś  nie  widzę  zbyt  dużo  Martyny  w  tej  roześmianej  Martynie  z  burzą
pięknych,  rudych  loków.  Ta  Martyna,  którą  znam,  nie  ma  już  loków.  I  prawie  nigdy  się  nie
uśmiecha.

Kiedy  byłam  zdrowa,  miałam  całe  mnóstwo  pięknych  zdjęć.  Moja  była  najlepsza

przyjaciółka  była  fotografem  amatorem  i  cykała  mi  fotki  przy  każdej  lepszej  okazji.  Do
hospicjum wzięłam tylko kilka i prawie nigdy ich nie oglądam. Byłoby mi tak strasznie żal tej
dziewczyny, którą kiedyś byłam, a którą już nie jestem.

Zaczynam ryczeć. Boże. Nie. Nie mogę teraz zacząć ryczeć. Jeśli istniejesz, Boże, to proszę,

spraw, żebym nie zaczęła płakać.

Byłam dość wysoką blondynką. Miałam naprawdę piękne, naturalnie jasne włosy. Strasznie

mi się nie podobały, były takie nijakie, teraz dałabym się, hm, pokroić, byle tylko mieć włosy.

Miałam rodziców i młodszą siostrę, Alkę. Nadal ich mam, przynajmniej teoretycznie. Niby

mnie regularnie odwiedzają, ale widzę już, że mnie dawno pogrzebali i każda wizyta u mnie
pogłębia  ich  ból,  pogarsza  ich  żałobę  po  mnie.  Często  mnie  wkurzali,  zwłaszcza,  kiedy  nie
chcieli  mnie  gdzieś  puścić,  ale  teraz,  z  perspektywy  czasu,  wiem,  że  byli  naprawdę
w porządku.

Chodziłam  do  najlepszej  prywatnej  szkoły.  Całkiem  dobrze  się  uczyłam,  zwłaszcza

z  humanistycznych.  Ze  ścisłych  byłam  taka  sobie.  Kiedyś  z  biologii  dostałam  pałę  ze
sprawdzianu  o  krwi  i  chorobach  z  nią  związanych.  Ha!  Ironia  losu.  Może  Bóg  dał  mi
białaczkę, żebym się wreszcie czegoś nauczyła? To by było trochę złośliwe z Jego strony, ale
teraz wykładem o białaczce zawstydziłabym niejednego profesora.

O mojej chorobie dowiedziałam się parę dni po egzaminach gimnazjalnych i kilka dni przed

balem  gimnazjalnym.  Brałam  prysznic,  wyczułam  guzek,  pojechaliśmy  do  lekarza.  Wreszcie
się  wyjaśniło,  dlaczego  miałam  taką  słabą  odporność,  dlaczego  ciągle  przyplątywały  się  do
mnie  jakieś  choroby,  dlaczego  byłam  taka  blada,  miałam  wiecznie  afty,  a  krwotoki  z  nosa
zdarzały  się  prawie  codziennie.  Tłumaczyłam  to  stresem  przed  testami,  ale  to  nie  był  stres.
Szkoda.

Na bal nie poszłam. Miałam własny, w szpitalnym łóżku. Trochę było mi żal, bo strasznie

background image

się na to napaliłam, a poza tym kupiłam już sukienkę. Była… jest przepiękna. Długa, sięgała
mi  prawie  do  kostek,  na  ramiączkach.  Mięciutka,  gładka,  cudownie  żółta.  To  idiotyczne,  ale
strasznie  płakałam  w  dzień  balu,  kiedy  pomyślałam  sobie,  że  nigdy  w  życiu  już  mogę  nie
włożyć sukienki. Targałam ją do ośrodka i po wszystkich szpitalach, w których byłam, ciągle
nękana myślą, że może chociaż mnie w niej pogrzebią.

A teraz ją wkładam! Właśnie tą! To jest takie pocieszające.
Minęły  prawie  dwa  lata  i  sporo  schudłam.  Sukienka  wisi  na  mnie  jak  na  kościotrupie,

a  ostry  kolor  bardzo  podkreśla  niezdrowy  odcień  mojej  cery,  ale  nie  przejmuję  się  tym.  Na
dyskotece  nikt  z  nas  nie  będzie  wyglądał  uroczo  i  świeżo.  Może  nawet  będę  najładniej
wyglądać? Zanim zachorowałam, miałam całkiem miłą buzię. Pełne usta, duże oczy i tak dalej.
To podobno samo się obroni.

Martyna  właśnie  przymierza  perukę.  Ona  też  wybiera  się  na  bal  i  chce  zachwycić

wszystkich swoim krótkim, blond paziem. Mnie też próbuje coś wepchnąć, konkretnie ciemne
loki. Ale ja nie chcę, zapieram się rękami i nogami. Z godnością zawiązuję sobie na głowie
chusteczkę.  Oczywiście  żółtą,  żeby  pasowała  do  sukienki.  Nie  daję  się  przekonać  Martynie,
kiedy  chce  mnie  umalować,  ale  kiedy  nie  patrzy,  podbieram  jej  trochę  podkładu.  Z  szafy
wyciągam  moje  pantofelki.  Dostałam  je  od  mamy  w  dniu  balu  gimnazjalnego.  Leżałam  już
wtedy  w  szpitalu  i  obie  nad  nimi  płakałyśmy.  Ona,  gdy  mówiła,  że  wie,  że  jeszcze  kiedyś
w nich zatańczę, ja, kiedy myślałam, że nigdy ich nie włożę.

Pożyczam od Martyny jej czarną torebkę na długim łańcuszku. Przed wyjściem przeglądam

się w lustrze. Wyglądam całkiem nieźle, jak na chorą na białaczkę.

Pod  sukienkę  wkładam  grubą  bluzkę  i  dwie  pary  rajstop.  Tak  na  wszelki  wypadek,  żebym

przypadkiem nie zapomniała, że jestem chora.

Przed świetlicą czeka na mnie Damian. Nie jest w naszym ośrodku zbyt długo, ale z tego, co

się  zdążyłam  o  nim  dowiedzieć,  jest  synem  znanej  aktorki  i  prezentera  telewizyjnego.  Czyli
pełni  rolę  szkieletu  w  szafie.  Cieszę  się,  że  to  właśnie  jego  wylosowałam,  jest  zabawny
i sympatyczny, ma bardzo ładne oczy i miły uśmiech. Mogą to być udane Walentynki.

Wchodzimy na salę, starając się nie zahaczyć głową o serca przebite strzałami, zwisające

z sufitu. Paula się bardzo postarała, a raczej jej podwykonawcy.

Nagle muszę się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Boże, jakie to żałosne. Jacy

my wszyscy jesteśmy żałośni. Siedzimy tu wszyscy i udajemy, że wszystko w porządku, kiedy,
kurwa,  nic  nie  jest  w  porządku!!!  Równie  dobrze  mogłabym  być  już  w  domu.  Czuję  się
całkiem  nieźle,  białaczka  od  trzech  miesięcy  się  nie  odzywa.  Teraz  powinnam  świętować
Walentynki  z  przyjaciółmi.  Miałam  kiedyś  przyjaciół.  Ale  moi  rodzice  są  zbyt  zapracowani,
żeby  się  mną  zajmować,  i  skazują  mnie  na  powolną  śmierć  w  tym  miejscu!  Następną
chemioterapię  mam  dopiero  za  parę  tygodni  i  powinnam  teraz  odpoczywać,  a  nie
zaprzyjaźniać się z chorobami i śmiercią. A ja jeszcze ich bronię, udaję, że za mną tęsknią, że
się o mnie martwią, że każda wizyta sprawia im ból… GÓWNO PRAWDA! Oni spisali mnie
już  na  straty!  Nigdy  nie  wierzyli,  że  wyzdrowieję.  Oni  o  mnie  po  prostu  zapomnieli.  Albo
starają  się  zapomnieć.  Ja  też  jestem  szkieletem  w  szafie,  jak  Damian.  Moi  rodzice  się  mnie
wstydzą, i dlatego mnie tu wsadzili.

Nagle czuję, że muszę stąd wyjść. Teraz. Zaraz. Bo inaczej coś rozniosę.
Nachylam się do Damiana.
– Nie masz przypadkiem ochoty, żeby stąd uciec?
Tylko, dokąd? Dokąd tu uciekać?

background image

***

Siostrzyczki mnie lubią. Bez trudu zgadzają się, żebyśmy wyszli do ogrodu. Tylko mamy się

ciepło  ubrać.  Tak,  tak,  oczywiście.  Umawiam  się  z  Damianem  za  pięć  minut  pod  drzwiami,
i przebieram się tak szybko, jak tylko pozwalają mi na to moje kruche palce. W głowie mi się
kręci. Muszę na chwilę odpocząć. Uff. Lepiej.

Kipi  we  mnie  taki  straszny  gniew…  Lawa.  Aż  trudno  to  opisać.  Jestem  wściekła,  zła,

obrażona na cały świat, ale jednocześnie… czuję się wspaniale. Dawno nie było mi tak lekko
i cudownie.

Wychodzimy z Damianem na dwór. Nawet nie jestem zdziwiona, kiedy okazuje się, że stróż

jeszcze nie zamknął bramy. W końcu, dlaczego miałaby być zamknięta? W taki dzień jak ten,
wszystko  jest  możliwe.  Wszystko.  To  oczywiste,  że  taka  brama  nie  jest  żadną  przeszkodą.
Może to magia Walentynek? Dnia zakochanych?

Damian waha się. Łamie. Tchórz.
– Ty naprawdę chcesz uciec?
Dociera  do  mnie,  że  nie.  Ale  muszę  stąd  wyjść.  Niby  białaczka  na  razie  nie  daje  o  sobie

znać,  a  tak  dawno  nigdzie  nie  wychodziłam.  Sama,  nie  pod  asystą  opłaconych  przez  mojego
tatusia  pielęgniarek,  które  pilnują,  żebym  broń  Boże  się  nie  przewróciła  i  nie  otarła  cennej
nóżki.

– Nie. Nie. No, co ty. Ale przejdźmy się. Kawałek. Do tego dębu. O, tam. Widzisz? Nic się

nie stanie.

–  Ada.  To  głupota.  Jesteśmy  chorzy,  zabiją  nas,  jak  teraz  wyjdziemy.  Jak  nie  siostry,  to

zarazki.  Nie  jesteśmy  jak  zwykłe  nastolatki.  Wszystko  się  może  zdarzyć,  wszystko.  Możemy
gorzej się poczuć, zasłabnąć… Musimy być trochę bardziej odpowiedzialni za siebie!

Ha. Odpowiedzialni.
–  Możesz  wracać.  Ja  jestem  zdrowa.  Inni  ludzie  w  moim  stanie  są  już  w  domu,  a  ja  nie,

wiesz, dlaczego? Bo moi starzy wolą bulić straszną kasę na czynsz za mój pokój tutaj, niż się
mną zajmować. Oni się mną brzydzą. Twoi ciebie pewnie też, dlatego tu jesteś.

Wychodzę  przez  bramę.  Damian  też.  Z  każdym  krokiem  uspokajam  się.  Jest  środek  lutego,

ale  wcale  nie  jest  zimno.  Nawet  nie  ma  wiatru,  ani  śniegu.  Boże,  jak  dawno  nie  dotykałam
śniegu, nie lepiłam bałwana, nie obrzucałam się… Tak samo nie pamiętałam, jak pięknie jest
wieczorami, jaki wspaniały jest księżyc, jak gwiazdy błyszczą, jakie atramentowe jest niebo.
Jak smakuje powietrze. Boże, jak wspaniale!

Zaczynam się śmiać. Nie mogę złapać tchu, tak się śmieję. A potem dociera do mnie, że po

mojej twarzy lecą łzy. Aha, płaczę. Tak dawno nigdzie nie wychodziłam!

Damian kręci głową nad moją głupotą.
– Adrianno, jesteś totalnie nienormalna.
Staję i znowu się śmieję.
–  A  jaki  ty  jesteś,  Damianie?  Kim  byłeś,  zanim  zachorowałeś  i  ze  wspaniałego,

wychuchanego  syneczka  mamusi  stałeś  się  szkieletem  w  szafie?  Boże!  Oni  nas  traktują  tak,
jakbyśmy  byli  trędowaci  i  mieli  garb  jak  dzwonnik  z  Notre  Damme!  Jak  oni  mogą  się  nas
wstydzić? Przecież my jesteśmy tylko chorzy!

Damian  wsadza  ręce  w  kieszenie  swojej  kurtki.  Przegryza  wargę.  Wkurzyłam  go.  Ada

Niewyparzony Jęzor.

– Byłem zwyczajny. Miałem kumpli, rąbałem w nogę, i świata nie widziałem poza kompem

background image

i  grami.  Miałem  trochę  pryszczy  i  byłem  strasznie  świrnięty.  Wiesz,  ile  miałem  uwag?!
Nauczyciele mnie nienawidzili. No, i była też Kinga, moja dziewczyna.

– Miałeś? Już nie masz?
– Miałem. I nie mam. Nie pytaj, proszę. I tak ci nie powiem, za krótko się znamy. A ty, kim

jesteś, Adrianno?

–  A  ja  jestem  tancerką.  Odkąd  skończyłam  pięć  lat,  w  sekcji  towarzyskiej  –  wyznaję  ze

śmiechem i zatrzymuję się w miejscu. Czuję, że mogę wszystko. Wyciągam ręce przed siebie,
staję na jednej drodze, próbuję wykonać obrót.

Upadam. Tak jak półtora roku temu, kiedy po chemioterapii miałam okropny odlot i czułam

się,  jakbym  była  jakimś  Supermenem,  który  ma  przed  sobą  cały  świat.  Ani  na  moment  nie
wątpiłam,  że  wrócę  do  tańca,  aż  do  tego  upadku.  Ale  wtedy  płakałam,  oj,  jak  strasznie
płakałam. A teraz się znowu strasznie śmieję. Jakbym się naćpała. Bo i tak jest. Naćpałam się
powietrzem, myślę, i znowu się śmieję.

Damian klnie.
– Ada! – drze się. – Nic ci nie jest? Co za kretyn!
W głowie mi się kręci. Zaraz się zrzygam. Damian pomaga mi wstać. O wiele lepiej. Chcę

iść dalej, ale Damian mnie zawraca.

– O nie, panienko. Wracamy do ośrodka.
– Ale…
– Żadnych „ale”! Jestem taki głupi, że ci uległem! Wiesz, co się mogło stać? Wszystko!
– Uległeś? Sam lazłeś! Nikt ci nie kazał!
Damian milknie na chwilę.
–  Kiedy  jeszcze  byłem  zdrowy,  przez  moją  głupotę  zginęła  osoba,  która  była  dla  mnie

najważniejsza na świecie, i przyrzekłem sobie wtedy, że już zawsze będę odpowiedzialny. Za
siebie i innych. Więc nie dyskutuj i wracamy.

Jest  mi  głupio.  Patrzę  na  Damiana.  Jego  oczy  są  inne  niż  moje  i  innych  ludzi  z  ośrodka.

Oprócz odrzucenia i cierpienia widzę w nich coś jeszcze. W oczach mojej babci coś takiego
pojawiło się po śmierci mojego dziadka.

W  sumie  to  ma  całkiem  ładne  oczy.  Mogłabym  się  w  nim  zakochać,  gdyby  mi  na  to

pozwolił. Bardzo chcę go pocałować, ale coś mi w głębi siebie nie pozwala. Jakaś blokada.

Daj  spokój,  Ada,  dzisiaj  są  Walentynki.  I  tak  łamiesz  wszystkie  zasady.  Jutra  możesz  nie

dożyć i już nigdy tego nie zrobisz. Co wtedy?

Więc go całuję.
Jest zaskoczony, ale nie pozostaje bierny. Mija chwila, zanim odrywamy się od siebie.
– Ada. Co ty, do cholery, wyprawiasz?
–  Jezu,  zamknij  się  wreszcie!  Siedź  cicho  i  bądź  dzisiaj  moją  Walentynką.  Kto  wie,  co

będzie jutro? Możemy się już nigdy więcej nie spotkać. Kiedy ma się białaczkę, powinno się
robić wszystko, na co ma się ochotę. Trzeba się cieszyć każdym dniem.

Nachyla się nade mną i całuje mnie w czoło.
– Ja się nie nadaję na niczyją Walentynkę.
Ale oboje się śmiejemy. I jest tak cudnie!

***

No  cóż,  Bóg  mnie  chyba  bardzo  nie  lubi.  Następnego  dnia  obudziłam  się

z  czterdziestostopniową  gorączką.  Natychmiast  zabrano  mnie  do  szpitala.  Zwykłe

background image

przeziębienie  może  być  dla  mnie  śmiertelne.  Spędziłam  w  szpitalu  trzy  tygodnie.  Po  moim
powrocie do ośrodka wszystko tylko z pozoru zaczęło się układać. Dużo czasu przebywałam
z Damianem, dużo gadaliśmy, na bardziej i mniej poważne tematy. Nie doszło między nami do
wybuchu szalonej miłości, ale stał się dla mnie bardzo ważny. Nie jako chłopak, raczej jako
przyjaciel.  Mogłam  mu  powiedzieć  wszystko,  jeszcze  nigdy  nie  byłam  z  nikim  tak  bardzo
związana.  Nawet  zaczęłam  się  w  nim  trochę  podkochiwać,  i  wtedy  właśnie  Bóg  pomachał
paluszkiem  i  zakrzyknął:  „Miłość?  U  kogo?  U  Ady  Murawskiej?  O,  nie!  Odwołajcie  to!  Ta
dziewczyna nie może być szczęśliwa!”.

Stan  Damiana  gwałtownie  się  pogorszył.  Trafił  do  szpitala,  potem  do  hospicjum,  gdzie

niebawem zmarł.

A niedługo będą kolejne Walentynki…
Spędzę  je  już  nie  w  ośrodku.  W  moim  domu.  Wynajęłam  małe  mieszkanko,  ciasne,  ale

własne.  Mam  osiemnaście  lat,  prawie  zaleczoną  białaczkę,  żałobę  po  chłopaku,  który  wcale
nie był mój, i zadrę w sercu. Ale przynajmniej zaczynam wszystko od nowa.

A przynajmniej taki mam zamiar.

***

Już się nie śmieję. Nie lubię.

background image

Magdalena Mikołajczak Zmodernizowana

opowieść o zaczarowanej naiwności uczuciowej

(każde życiowe głupstwo niesie ze sobą konsekwencje ujawnienia i zatracenia zarazem)
Najpierw  był  jej  dobrym  kolegą  z  jednej  klasy.  Wspólne  przygotowywania  do

sprawdzianów, wspólne odrabianie zadań domowych, pisanie wypracowań i kreślenie zadań
arytmetycznych na matematyce. Wymienianie się opracowaniami z języka polskiego, klasowe
wyjścia  do  teatru,  do  kina,  na  wystawę  w  muzeum.  Licealne  wyjazdy  na  wycieczki,  bale,
dyskoteki, zawody sportowe.

Potem dobrym znajomym, z którym urywała się na licealne wagary i małe piwo, w parku, na

ławce, na długiej przerwie między lekcjami.

Potem  stawał  się  dobrym  przyjacielem,  z  którym  to  i  konie  można  było  kraść,  jak  trzeba

było  to  pomógł  przytargać  z  centrum  handlowego  stutonowe  zakupy  do  domu,  poszedł  po
książki  do  księgarni,  albo  po  tabletki  przeciwbólowe  i  syrop  na  kaszel,  jak  rozkładało  ją
przeziębienie  (trwające  oczywiście  zdecydowanie  dłużej,  niż  to,  o  którym  pisano
w poradnikach medycznych, że niby siedem dni i po problemie).

Potem  już  mówił,  że  ta  przyjaźń  to  do  grobowej  deski.  Bo  wszędzie  razem,  rozmowy

o wszystkim i o niczym. Spotkania coraz częstsze. Niekiedy bywało, że widywali się prawie
przez  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę.  Pierwsze  widzenie  o  siódmej  w  tramwaju  do
szkoły.  Na  lekcjach,  na  przerwach.  Wspólnie  na  przystanek,  ten  sam  tramwaj,  z  tym,  że  ona
wysiadała  w  centrum,  a  on  przedostawał  się  na  drugi  kraniec  miasta.  W  tym  samym  czasie
nastała era komunikatorów internetowych. Więc zaraz po szkole oboje uruchamiali komputery
i  na  bieżąco  informowali  się,  co  robią,  co  jedzą  na  obiad,  co  muszą  dziś  przygotować,
załatwić, gdzie wychodzą i o której wrócą. Nawet oboje wykupili ten sam pakiet darmowych
minut  i  smsów,  by  być  w  stałym  kontakcie  ze  sobą.  Gdy  wyjeżdżało  któreś  z  nich,  to  byli
w  stanie  dzwonić  do  siebie  co  godzinę,  by  na  bieżąco  informować  się,  pytając
o samopoczucie, o zdrowie.

Często umawiali się na wspólną popołudniową herbatę malinową w przytulnej kawiarence

na starym mieście. Miejsce wybrane w specyficznym pomiarze arytmetycznym. Mniej więcej
w  połowie  drogi  pomiędzy  jej  a  jego  dzielnicą,  tuż  przy  przystanku  tramwajowo-
autobusowym.  Tak,  by  każde  z  nich  nie  musiało  za  długo  czekać,  gdyby  pojawiły  się  jakieś
korki,  opóźnienia.  By  nie  musieli  za  długo  marznąć  w  mroźny  zimowy  grudniowy  dzień,  by
każde z nich miało równe szanse i czas na dojazd.

I  potrafili  przy  dużym,  podgrzewanym  dzbanku  z  ich  malinówką  przesiadywać  w  tej

kawiarence  godzinami.  Rozmawiając  o  ich  mikroświatach  zdarzeniowych.  O  pomysłach  na

background image

jutro,  o  planach,  marzeniach.  O  problemach,  konfliktach  w  domu,  o  zaległościach  w  szkole
i  nowinkach  techniczno-naukowych.  Hektolitry  malinówki,  miliony  słów,  setki  godzin  przy
sobie, ze sobą, dla siebie.

A potem… jakoś tak spontanicznie, mimowolnie, zawędrowali w tej przyjaźni o dwa kroki

dalej.  Spontanicznie,  mimowolnie.  Dłoń  przy  dłoni,  te  same  spojrzenia,  podwyższone  serca
bicie,  przytulanki,  uściski,  przyjacielskie  buziaki.  I  chyba  właśnie  wtedy,  te  dwa  światy
połączyły  się  w  jeden.  Wspólne,  kreatywne  okno  przyszłościowe.  Być  może  wówczas
popełnili  jeden  z  tych  błędów,  o  których  można  wyczytać  w  czasopismach  dla  nastolatek
(„zamień kumpla na chłopaka”, „z przyjaźni wyczaruj nieziemską miłość na wieki”). Właśnie
wówczas, te dwa kroki okazały się być krokami zdecydowanie nieodpowiednimi. Dwa kroki
niszczące przyjacielską ekscytację…

I stało się.  Zwariowani nastolatkowie. Cieszący  się z drobnostek  całej tej rzeczywistości.

Z małej mlecznej czekolady wręczonej z czystej serdeczności, pomimo przenikliwego mrozu,
temperatury  poniżej  minus  piętnastu  stopni  i  przemarzniętych  do  szpiku  kości,  lodowatych
i  posiniaczonych  z  tego  zimna,  dłoni.  Cieszący  się  z  obejrzanego  wspólnie  po  raz  enty  filmu
sensacyjnego,  twierdząc  zarazem,  że  kinowe  romansidła  to  tylko  akcja  komercyjna
gigantycznych  multipleksów  w  centrach  handlowych.  Szczęśliwi  z  kredytów  zaufania,  jakimi
obdarzyli siebie nawzajem, nie oczekując w zamian niczego, co przekraczałoby istotowość ich
znajomości.

Były  spacery  po  ciemnych  zaułkach  starego  miasta.  I  park  był,  i  muzea,  i  teatr,  i  ważne

wydarzenia sportowe i muzyczne w mieście. I wspólne obiady, kolacje, gotowanie i układanie
książek  w  regałach  w  domowych  biblioteczkach.  Weekendy  nad  morzem,  majówki  nad
jeziorem, letnie wyjazdy na Mazury.

I dziś, gdy ona wspomina tamtą ich wspólną przeszłość, chociaż coraz rzadziej, coraz mniej

emocjonalnie,  bez  większego  zaangażowania  sentymentalnego,  to  nadal  odczuwa  tą  palącą
w jej serduchu iskierkę nadziei i wiary w Jego osobę.

Bo potem, z prostej znajomości, z tej aż do grobowej deski przyjaźni, On właśnie, ten sam,

niezmieniony,  stał  się  kreatorem  jej  życiowej  bajki.  Stał  się  jej  prywatnym  spowiednikiem.
Był, wysłuchał, zrozumiał, pomógł, przytulił, dając zrozumienie i wsparcie. Był jej tajemnicą,
jej odkryciem i jej inspiracją. Stał się jej myślą, jej słowem, jej celem i planem zarazem. Był
jej światłem i tlenem, jej dniem i nocą, jej cza-sowstrzmywaczem. Był jej lekiem na całe zło,
ukojeniem na zszargane nerwy i balsamem dla okaleczonych i zadrapanych złudzeń rodzinno-
domowych.

Był  w  jej  życiu  twórcą,  Był  jej  życiem,  jej  tlenem  i  światłem.  Był  serca  biciem  i  myślą

w  jej  umyśle  zarazem.  Stał  się  jej  monotonnym  dążeniem  w  kierunku  nieznanej  przyszłości.
Był  oknem  patrzącym  w  tym  samym  kierunku.  W  kierunku  wspólnego  horyzontalnego
widnokręgu przyszłościowego. Był jej teraźniejszością, powstającą na fundamencie wspólnej
przeszłości, która kreowała wspólną dla nich przyszłość.

Był  kimś  poznawanym  w  całości  i  we  fragmentach,  od  czubka  głowy  po  kraniec  małego

palca u lewej stopy. Od dziecięcej piaskownicy po ostatnią sekundę ludzkiego żywotu na tej
ziemi.

Bez  niego  dzień  przypominał  rok  pełen  głodu,  suszy  i  wszelkich  możliwych  kataklizmów.

Godziny oczekujące na wiadomość od niego, wiecznością były przyćmione i zadławione.

I  potem,  jak  w  bajce  o  zaczarowanych  księżniczkach  z  torebeczką  grochu  pod  atłasową

i kaszmirową poduszeczką na wielkim łożu, w pałacu z białego marmuru, czar prysł w jednej,

background image

przełomowej,  rujnującej  cały  ten  pałac  sekundzie.  Jak  to  we  współczesnych  bajkach
o  księciuniach,  czar  prysł  natychmiastowo.  Księciunio  zrezygnował,  odszedł,  odwrócił  się,
uciekł,  zamilkł  nie  odwracając  się  już  nigdy,  ale  to  nigdy  więcej  w  kierunku  swojej
księżniczki.

Odszedł.  Tak  stanowczo,  zdecydowanie,  jednomyślnie,  wręcz  niepowtarzalnie,  jak  na

żegnanie się i odchodzenie. Zniknął, nie pozostawiając za sobą, nawet jednogramowego cienia
nadziei, złudzenia i zawahania.

Lodowatym gestem pożegnalnym zapragnął na do widzenia ugasić i przytłumić wewnątrz jej

Ja, każdy szczegół uczucia, jakie rodziło się w niej od lat, przynajmniej pięciu.

Zamrożona  mimika  jego  twarzy.  Lodowaty  wzrok,  prze-chłodzony  błękit  jego  źrenic.  Bez

zapachu, bez gestu, bez zbliżenia, dotyku i ciepłej serdeczności.

Odszedł  w  kierunku  przeciwnym  do  jego  autobusowego  przystanku,  wyłączając

jednocześnie  telefon  i  wyrzucając  do  kosza  na  śmieci  kopertę  z  zaproszeniem  na  ślub  ich
znajomych z klasy licealnej.

Powiedział  wówczas  dwa  krótkie  zdania.  Zaledwie  parę  słów  podsumowujących

ewolucyjny charakter ich znajomości.

Bez  zadyszki  emocjonalnej.  Rzucił  w  nią  te  słowa,  zamrażając  możliwość  odpowiedzi.

Miała  go  tylko  wysłuchać,  przytaknąć,  potwierdzić  i  pozwolić  odejść.  Nic  więcej.  Czysto
mechaniczny odruch pożegnalny.

Na jednym, głębokim oddechu, odważnie i stanowczo powiedział, że życie to jedna wielka

pomyłka. Że Ona była największą pomyłką, jaką zdołał popełnić w swoim dość krótkim życiu.
Bo gdy Ona pojawiła się w Jego świecie, poprzestawiała każdy jego schemat myśleniowy, nie
pozwalając  na  popełnianie  młodzieńczych  głupstw.  Że  zabrała  mu  jego  prywatność.  Że
spowodowała, że zaczął wierzyć w coś idealistycznego, pięknego i bezwarunkowego.

Wypowiadając  to,  nawet  nie  powiedział  Jej  imienia.  Jakby  kierował  słowa  do  jakiegoś

nieznanego przedmiotu. Słowa, które w jednej sekundzie zabiły jej wewnętrzne przywiązanie
do jego osoby.

Powiedział to w przenikliwie mroźny piątkowy wieczór, tuż przy ich wspólnej kawiarence,

tej  od  malinówki.  Para  z  ust  jego  unosiła  się  w  całej  tej  zawieji  śniegowej.  Powiedział
i odszedł. W piątek, tuż po godzinie osiemnastej, 13 lutego, tuż przed nadchodzącym świętem
zakochanych.

I  ona  do  dnia  dzisiejszego,  przeklina  jak  tylko  może,  całe  to  święto  walentynkowe.

Komercyjno-konsumpcyjny  dzień  amerykański,  jaki  zawędrował  do  Europy  w  poprzednim
wieku. Niepotrzebnie.

I  ona,  do  dnia  dzisiejszego,  co  roku,  13  lutego,  upija  się  do  nieprzytomności,  tak  z  całych

sił, by móc jak najdłużej przesypiać nadchodzące godziny, nadchodzącą noc i dzień następny.
Przesypiać  14  lutego,  budząc  się  dopiero  15  nad  ranem.  Bez  kaca  alkoholowego.  Ale  za  to
z ogromnym kacem sentymentalno-moralnym.

Dopiero później dotarła do niej informacja, dlaczego on postąpił tak, a nie inaczej. Spotkał

się  w  ten  przeklęty  dzień  św.  Walentego  ze  swoim  najlepszym  przyjacielem  z  czasów
licealnych.  Zapijając  całe  to  rozejście  bez  pożegnania,  powiedział,  że  popełnił  największy
życiowy  błąd.  I  wcale  nie  dotyczył  on  jej  osoby,  ich  przyjaźni,  czy  też  znajomości.  Trzy
miesiące  wcześniej,  będąc  na  konferencji  naukowej  w  Trójmieście  spotkał  się  ze  swoją
dawną  znajomą  z  lat  dziecięcych,  która  mieszkała  dwie  klatki  obok  w  jego  bloku.  I  tak  od
słowa do słowa, od jednej lampki czerwonego wina, po całą butelkę, pozwolił sobie na gesty

background image

i  dotyk  z  jej  strony.  A  potem,  jak  to  w  filmie  o  zabarwieniu  romansu  i  sensacji.  Hotel,
apartament  i  wspólna  upojna  noc  bez  konsekwencji  dla  nich  obojga.  I  zapewne  nikt  by  się
o  tym  wszystkim  nie  dowiedział,  gdyby  nie  fakt,  że  po  dziesięciu  tygodniach  od  tej  feralnej
nocy, ta koleżanka z dzieciństwa zadzwoniła do niego, z informacją, że wpadli. Za dużo wina,
zbyt  wielka  chwilowa  fascynacja  i  zapomnienie.  A  teraz  ona,  choć  pogodzona  z  tym,  co  się
wydarzyło, stanie się matką dla ich wspólnego dziecka…

Dlatego  on  odszedł.  Łudził  się,  że  takie  odejście  zaboli  mniej,  niż  powiedzenie  swojej

księżniczce  prosto  w  oczy  prawdy.  Że  zabrzmi  to  lżej,  niż  powiedzenie,  że  nie  dość,  że
zdradził, w perfidny, gówniarski sposób, to w niedalekiej przyszłości zostanie ojcem. Ojcem
dla dziecka z nieodpowiednią kobietą. Ojcem dla dziecka, którego matką wcale nie będzie ta,
o  której  marzył  co  wieczór,  z  którą  spędzał  dnie  i  noce.  Z  którą  snuł  przyszłościowe  plany
i  realizował  ich  wspólne  marzenia.  Stąd  zadecydował,  że  lepszym  rozwiązaniem  będzie
odejście, nagłe, bez tłumaczeń, bez łkania, lamentu i skomlenia. Powtarzał wielokrotnie, że nie
przeżyje,  gdy  zobaczy  jak  jego  księżniczka  płacze,  rozpacza  i  ucieka.  Sam  wolał  uciec
w nieznane. Wybrał najgorszą z możliwych terapii rozejściowych. Odwrócił się, kończąc coś
pięknego, prawdziwego i niepowtarzalnego zarazem.

Ona przed paroma laty, przy nim, była czysta, szczęśliwa, entuzjastycznie podchodząca do

codzienności.  Bo  w  końcu,  właśnie  przy  nim  znikały  ciężary  trudów  i  problemów  do
pokonania.

Ona, przy nim, czuła, że żyje, że oddycha, znając cel i kierunek swojej podróży.
Ona,  bez  niego,  straciła  wszelką  złudną  nadzieję.  Obojętnie  patrzyła  na  pierwsze  oznaki

wiosny,  pragnęła,  by  dzień  w  noc  się  zamienił.  Pragnęła  przespać  cały  ten  koszmar.
Katastroficzne widmo indywidualnego i egoistycznego życia tu i teraz. Bez niego. I w jednej
właśnie sekundzie, każda wartość, jaka zaistniała pomiędzy nimi, straciła na znaczeniu. Zero
radości i przyjemności z bycia i egzystencjonowania.

Ona  przez  niego  rozpadła  się  jak  budowla  z  kart.  Cały  bajkowy  pałacyk  z  księciuniem

i księżniczką obrał zupełnie inny tor zdarzeniowy. On odszedł daleko. Ona zgubiła swój złoty
pantofelek szczęścia.

Ona bez niego uschła do granic przyzwoitości. Samotna, lżejsza o trzydzieści kilogramów,

wystraszona, poszarzała, smutna i nostalgiczna. Odcięła się od świata pełnego ludzi. Nie była
w stanie ani nikomu zaufać, ani nikomu powierzyć swojej uczuciowej tajemnicy. Niespełnione
marzenie, które pod wpływem przeszłościowego ciężaru zawiedzenia, podcięło jej anielskie
skrzydła.

On zabrał ze sobą wszystko, co mógł tylko jej ukraść. Jej radość, spontaniczność, optymizm

i kreatywność. Odchodząc, zabrał ze sobą na zawsze, jej kobiecość, jej ciało i duszę, jej iskrę
w  oku  i  zalążek  nadziei  w  sercu.  Zabrał  część  jej  osobowości,  wykradając  dojrzałość
i  pewność  zarazem.  Bez  niego  na  znaczeniu  straciła  życiowa  inspiracja  i  motywacja.  Bo  już
i  nie  było,  dla  kogo  się  stroić,  malować,  pachnieć.  Bo  tylko  dla  Niego  jej  skóra  w  dotyku
przypominała  delikatny  powiew  jedwabiu.  Dla  niego  zmieniała  Chanelki  na  Diory,  bordowe
paznokietki  na  złote  z  brązowymi  kwiatkami.  Dla  niego  nosiła  sukienki,  upinała  włosy
i zmieniała biżuterię. Dla niego niewygodne szpileczki, cała gama błyszczyków i wydłużające
tusze do rzęs. Dla niego Cała Ona. Każdy milimetr jej ciała i każdy miligram jej umysłu. Jakby
Jego  osoba  zakorzeniła  się  w  jej  psychice,  nie  chcąc  opuścić  umysłu.  Naiwność  wobec
obcego stanu zdarzeń i odczuć.

On był jej siłą, jej planem, celem, marzeniem.

background image

A  teraz  On  stał  się  jej  wspomnieniem,  jej  przeszłością.  Był  jej  wiarą  i  dążeniem  do

szczęścia. Ona dla Niego była w stanie oddać ostatni złamany grosz w portmonetce, podzielić
się tym, co z zewnątrz wydaje się być nie do podzielenia. Cała Ona dla niego. Taką, jaką ją
Pan Bóg stworzył.

A  dzisiaj,  po  latach  od  tamtego  zdarzenia,  Ona  wewnętrznie  połamana,  rozklejona,

wyniszczona.  Pozostał  po  nim  głęboki  uraz  psychiczny.  Z  diagnozą  depresji  dwubiegunowej,
sytuacyjnej.  Co  dobę  wspomaga  swój  wychudzony  organizm  dawką  psychotropów,  które
pozwalają  w  miarę  możliwości  na  sprawne  i  normalne  funkcjonowanie  w  rzeczywistości.
I  chociaż  rzeczywistość  ta  nadal  tak  bardzo  boli,  doskwiera,  kopie  i  zagnębia,  Jej  życie
przestało  istnieć  w  pamiętny  piątek,  tuż  po  godzinie  osiemnastej.  Zakreśla  w  swoim
prywatnym  kalendarzu  dni,  od  kiedy  odszedł.  Przelicza  te  dni  na  godziny,  a  potem  na  minuty
i sekundy.

Nieufna,  wewnętrznie  pogardzona  uczuciami  bycia  ze  sobą,  zasypia,  budzi  się,  wstaje,

pracuje  i  znowu  zasypia.  Jakby  czas  się  zatrzymał.  Przepaść  emocjonalna  pomiędzy  tym,  co
było  piękne  a  tym,  co  jest  prawdziwe.  I  wie,  że  prawda  ta,  chociaż  boli,  to  istnieje  w  jej
prywatnym  letargu  idealistycznym.  W  którym  to  nie  ma  już  miejsca  ani  na  żadnego  innego
księciunia, ani, tym bardziej na żadną, piękną i czystą księż-niczkę…

Najpierw była zaczarowana, oczarowana, zafascynowana…
Dziś pozostał w niej lęk, odrzucenie, rozczarowanie…
Dziś los przeklina i życie, które tak bardzo boli…
I ludzi też przeklina….
Bo gdyby nie ludzie, to może i łez rozpaczy byłoby chociaż o pięć gramów mniej…
Może…
Miałeś być wieczny, trwały i nieśmiertelny… Serce moje w kamień zamieniłeś… a kamień

ten od lat wielu przez rozpacz moją i ból mój, przez smutek i łzy słone, wyżłobił w mym sercu
perfidną lukę emocjonalną… i żłobisz ją dzień w dzień, coraz mocniej, coraz głębiej, co raz
bardziej dotkliwie… Kiedy pęknę i rozpadnę się na miliony drobnych kryształków? pytam…
odpowiedz…  bo  to  jedyne  moje  pragnienie,  jakie  w  sobie  posiadam…  Pęknąć,  rozbić  się,
zaginąć,  zasnąć  i  odejść…  W  fascynacji  się  rodziłam…  W  nienawiści  i  samotności
obumieram… Od dnia, kiedy odszedłeś… Jest mnie już coraz mniej, i mniej, i mniej…

background image

Piotr Kozłowski Młyn

Tacie
Nie miała pojęcia, jak przenieść cały dobytek. Rzeczy było mnóstwo, możliwości transportu

ograniczone,  rąk  do  pomocy  niewiele.  Same  drobiazgi  zajmowały  całą  furgonetkę,  nie  miała
pojęcia,  co  zrobić  ze  wszystkimi  meblami,  urządzeniami,  gromadzonymi  przez  prawie  pół
życia. Zostawić je tu i przyjechać drugi raz? Potem raz jeszcze? I znowu? Niby można, ale to
oznacza stracony czas, nerwy i pieniądze, a przecież idea była taka, żeby rzucić to w diabły
i jak najszybciej zapomnieć o tym miejscu. Trzydzieści pięć lat i na palcach jednej ręki można
policzyć momenty uniesienia, szczęścia, czy jak to nazwać. Można było sprzedać mieszkanie
razem  z  wyposażeniem,  obniżając  tym  samym  jego  wartość,  bo  przyszli  właściciele  chcieli
zagospodarować  wszystkie  kwadratowe  metry  całkowicie  sobą.  Rachunek  zysków  i  strat
wykazał, żeby brać, co się da, niczego nie żałować i jechać bez oglądania się już więcej za
siebie.  Najważniejsze,  żeby  zabrać  sztalugę,  komplet  pędzli,  farby  i  terpentynę.  Cel  był
oddalony  o  trzysta  kilometrów:  bielony  budynek  na  skraju  małego  miasteczka;  piękny,  stary,
nieczynny młyn, który stać się miał jej domem, pracownią, azylem, kryjówką i wolnością.

***

Przygotował,  co  tylko  się  dało,  wkładając  maksimum  swoich  umiejętności  i  wysiłku.

Zastanawiał się, czy zdąży przed przybyciem tej pani z dużego miasta, która zapragnęła kupić
stary  młyn  dziadka  zaledwie  po  jednorazowym  go  obejrzeniu  i  nie  targując  się  zbytnio.
Zresztą,  cena  nie  była  wygórowana  –  nie  spodziewał  się  w  najbliższej  przyszłości  nawału
potencjalnych kupców, a żywą gotówkę warto mieć. Można właściwie dokupić narzędzia do
prowadzonego  warsztatu  samochodowego,  można  niby  zatrudnić  ze  dwóch  pomocników,
zostawić  trochę  na  czarną  godzinę.  To  wydawało  mu  się  lepsze,  niż  utrzymywanie
podupadającego  z  roku  na  rok,  nikomu  niepotrzebnego  i  od  lat  nieczynnego  młynu.  Owszem,
sprawiały  mu  przyjemność  prace  przy  niespotykanych  dzisiaj  hydraulicznych  instalacjach,
kaflowym  piecu,  czy  pompie  wodnej  z  rzeźbionym  ramieniem,  ale  nie  starczało  czasu  na
wszystko i z czegoś w końcu trzeba było zrezygnować.

***

Kierowca marudził, że za mało policzył, że trudne czasy, że powrotny kurs na pusto, ale nie

odpowiadała  na  te  słowne  zaczepki  kuląc  się  w  środku  i  zamykając  w  swojej  niewidzialnej
skorupce.  Patrzyła  na  wiosnę,  fotografowała  kolory,  mieszała  je  w  głowie  i  układała
kompozycje. Miała zamiar poważnie wziąć się do roboty od pierwszego dnia. Oddać się całą
sobą, udowodnić sobie i światu, że jeszcze na coś ją stać, że jej pojmowanie rzeczywistości
może się jeszcze spotkać uznaniem, akceptacją, szacunkiem i jakimiś przynajmniej pieniędzmi

background image

pozwalającymi na niezamartwianie się przyziemną codziennością.

***

Wyglądał furgonetki od samego rana, chociaż wiedział, że powinna przyjechać dopiero po

południu.  Poprawiał  świeżo  pomalowany  płot,  zerkając  raz  po  raz  na  drogę  znikającą
w drzewach.

***

Wyjechali  zza  zakrętu;  biały  punkt  zmieniał  się  powoli  w  wyraźny  kształt,  bryłę,  w  której

zakochała się od pierwszego wejrzenia.

***

Pojawili  się.  Wreszcie.  Odruchowo  poprawił  włosy,  wyszedł  na  środek  drogi  i  zamachał

ręką.

***

Czegoś takiego nie widziała. Nie zdawała sobie sprawy, że młyn kryje w sobie coś jeszcze.

Zdziwiła  się,  ale  i  roześmiała  w  duchu  ze  swojej  ignorancji.  To  oczywiste,  że  w  młynie
musiały  być  młyńskie  urządzenia,  młyńskie  instalacje  –  a  przecież  nawet  nie  zajrzała  do
„produkcyjnych”  pomieszczeń,  wystarczył  jej  rzut  oka  na  dwa  pokoje,  olbrzymią  kuchnię,
łazienkę oraz wielką, przestrzenną salę na piętrze, w której zamierzała urządzić pracownię.

Niedawny jeszcze właściciel uchylił przed nią ciężkie, drewniane drzwi i, zanim jej oczom

ukazało  się  wnętrze,  uderzył  ją  przyjemny,  zaskakujący  zapach  octu,  drewna,  kamienia  i…
świeżego sprzątania. Przewodnik zapalił wszystkie światła i powiedział:

–  I  tak  to  właśnie  wygląda.  Starałem  się  doprowadzić  to  wszystko  do  stanu  użytkowania.

Oczywiście, to, czy tamto wymaga jeszcze poprawek, ale obiecuję, że raz-dwa ze wszystkim
się uwiniemy. Będzie pani zadowolona.

– Ale… – Nie potrafiła znaleźć słów. – Ale ja już jestem zadowolona.
–  Wiem,  wiem  –  powiedział  skruszony.  –  To  nie  działa  jeszcze  tak  dobrze.  Muszę  koło

poprawić, ale tego to już sam nie zrobię. Zwołam kilku ludzi i zobaczy pani, będzie się kręcić
aż miło. Nie pożałuje pani tej inwestycji.

Roześmiała się szeroko, poklepując jego ramię.
–  Jestem  pewna,  że  nie  pożałuję.  –  Przestąpiła  próg  i  dotykała  drewnianych  kadzi,

miedzianych  rurek,  tajemniczych  pras  z  żeliwnymi  okuciami,  pękatych  beczek  i  dziwnie
wyprofilowanego  kamiennego  koła.  Przyglądała  się,  o  nic  nie  pytając,  chłonęła  ten  widok,
a pracująca wyobraźnia domalowywała do tego pięknego wnętrza ludzi uwijających się wokół
dziwacznych  maszynerii,  światło  wpadające  przez  szeroko  otwarte  okna,  ruch,  dynamikę
i życie.

–  A  to  jest  nasz  stary  szyld  –  wyrwał  ją  z  zamyślenia.  –  Kiedyś  to  „logo”  było  znane

w całym kraju, sprzedawano naszą musztardę w kamionkowych słoiczkach w Paryżu, Lionie,
a nawet w Awinionie.

– Musztardę? – Nie bardzo wiedziała, co ma do rzeczy musztarda.
–  No,  a  co?  –  Przez  chwilę  zdziwił  się  jej  zdziwieniem,  ale  zaraz  uznał,  że  to  swoiste

poczucie humoru. – Musztardę, proszę pani. Nie ma pani pojęcia, jak się cieszę, że chce pani
kontynuować  ten  biznes.  To  fantastyczne  i  naprawdę  znakomity  pomysł,  ma  pani  sukces
murowany.  A  ja  służę  pomocą  i  znajdę  pani  ludzi  do  pracy.  O  to  niech  się  pani  nie  martwi.

background image

Tutaj  wszyscy  są  za  panią  i  jestem  pewien,  że  wspólnie  odb  u-dujemy  dzieło  dziadka.  Już
widzę, jak się cieszy tam w górze i nas błogosławi.

Zaklaskał jak dziecko.
– Biorę się do roboty. Jutro wchodzimy z ludźmi. O pieniądze proszę się nie martwić. Nikt

nie będzie oczekiwał wypłaty od razu. Zaczekają.

– Ale…
– Muszę iść, mam masę spraw. Porozmawiamy jutro.
Patrzyła  za  nim,  na  jego  wyprostowaną  sylwetkę,  na  kroki,  jak  na  około

czterdziestopięcioletniego  mężczyznę  sprężyste  i  pewne.  Nie  umiała  sobie  odpowiedzieć  na
pytanie, dlaczego nie przerwała tej farsy. Zrobi to jutro.

***

O świcie wyszła ze sztalugą pod pachą i swoją walizeczką z akwarelami. Zainstalowała się

kilkadziesiąt  metrów  dalej,  mając  wstające  słońce  za  plecami,  przed  sobą  jej  nowy  nabytek
otoczony  jasnobrązowymi,  łaciatymi  platanami.  Biel  budynku  zalana  czerwonym  światłem,
przepleciona  szarymi  liśćmi  drzew  tworzyła  mieszankę,  którą  musiała  uchwycić  i  zaraz
przelać  na  papier  tworząc  szybko  mały  portret  widoku.  Cieple  barwy,  nieostre  kształty
zapełniły specjalny, akwarelowy kartonik. Wraz ze słońcem zmieniały się barwy tego małego
świata i po godzinie miała gotową krótką serię młyńskich miniaturek. Kiedy wychyliła się po
raz  kolejny  zza  statywu,  dojrzała  grupkę  osób  zbliżających  się  do  budynku;  machali  do
nadjeżdżającej  z  naprzeciwka  ciężarówki.  Zebrała  swoje  rzeczy  byle  jak  i  zaciekawiona
ruszyła topiąc stopy w trawie i rosie.

–  Dzień  dobry.  Dobrze  pani  spała?  Podobno  pierwszy  sen  na  nowym  miejscu  wróży

przyszłość.

– Dzień dobry, panie Andrzeju. Tak, całkiem nieźle. A… co to za ludzie? Co się tu dzieje?
–  No,  jak  to?  Mówiłem  wczoraj.  A  to  –  powiedział,  wskazując  na  rozładowywaną

ciężarówkę.  –  To  dostawa  gorczycy,  moszczu  winnego…  Najlepszy  gatunek,  zapewniam.  To
wnuk  dostawcy  dziadka.  –  Pochylił  się  nad  jej  uchem.  -Pierwsza  dostawa  gratis,  następne,
płatność odroczona dziewięćdziesiąt dni. – Zaśmiał się jak mały chłopiec.

Patrzyła  jak  zaczarowana  na  ludzi  dźwigających  brzuchate  worki,  drewniane  skrzynie

i beczki. Ludzie śmiali się do siebie, kierowca dowcipkował i docinał tragarzom, wyzywając
od  leniuchów,  na  co  tamci  odpowiadali  wesołymi  żartami  na  temat  stanu  ciężarówki
i trzeźwości kierowcy.

– Widzę, że przygotowuje pani etykiety. Świetny pomysł, bardzo ładne. – Podniósł z ziemi

rysunek,  który  wysunął  się  z  jej  rąk.  –  Bierze  się  pani  poważnie  do  rzeczy.  To  rzadkie
w  naszych  czasach.  Ale  przecież  wiedziałem,  że  jest  pani  profesjonalistką.  O!  Wołają  mnie.
Zaczynamy ustawiać kolo.

Stała jeszcze przez chwilę, rzucając okiem to na swoje obrazki, to na ludzi znikających za

drzwiami. Westchnęła ciężko, pokręciła głową z niedowierzaniem i poszła do kuchni. Czas na
śniadanie. Zostawiła rzeczy na piętrze i wybiegła w kierunku sklepu.

W piekarni, oprócz niej i sprzedawczyni, były jeszcze dwie kobiety, wszystkie zamilkły na

chwilę,  kiedy  pojawiła  się  w  wejściu.  Ustawiła  się  na  końcu  krótkiej  kolejki,  ale  stojące
przed nią klientki usunęły się, przepuszczając przed siebie.

– Bardzo prosimy, pani pierwsza – powiedziała jedna z nich, uśmiechając się i wskazując

szerokim gestem miejsce przed kasą.

background image

– Ależ… naprawdę… Dlaczego?
–  Och,  na  pewno  się  pani  śpieszy  –  powiedziała  druga.  -Jestem  Kamila,  miło  mi  panią

poznać.

Jedna przez drugą zaczęły się przedstawiać, opowiadać, gdzie mieszkają, zapewniać, że się

cieszą  z  jej  przybycia.  „Koniecznie”  musiała  wpaść  na  herbatę  do  każdej  z  nich,  sprzeczały
się,  co  do  kolejności  odwiedzin,  dochodziły  do  kompromisów,  oferowały  pomoc  przy
domowych pracach. Kiedy przyszły następne klientki, w piekarni zrobił się już ścisk i trudno
było  przebić  się  z  jakimikolwiek  słowami.  Udało  się  jednak  pokazać  sprzedawczyni  na
palcach  ilość  bułeczek,  które  chciała  kupić.  Wielka  torba  wyładowana  pieczywem,
przechodząc  z  rąk  do  rąk,  trafiła  wreszcie  do  niej,  a  kiedy  zaczęła  otwierać  portmonetkę,
ekspedientka pogroziła jej palcem i gestem pokazała, żeby wyszła. Wyszła. Otarła pot z czoła
i ruszyła z powrotem, wzdłuż rzeki dającej orzeźwienie i przyjemny, chłodny szelest.

Wysprzątała  ogrodowy  stół,  nakryła  go  białym  obrusem,  poustawiała  miseczki  z  dżemem,

miodem,  w  koszu  wyścielonym  białą,  wyszywaną  serwetą  ułożyła  pachnące  rogaliki
i bułeczki. Porcelanowe filiżanki wedgewooda czekały na mocną, aromatyczną kawę, stojącą
już w termosie. Uchyliła drzwi, buchnęło jej w twarz rozgrzane powietrze, zapach ziół, octu
i gorczycy.

– Śniadanie! – krzyknęła z całej siły i wróciła do stołu.
Wynurzali  się  zaciekawieni,  ciągnąc  za  sobą  mieszankę  zapachów,  gestykulując

i  rozprawiając  zaaferowani.  Usiedli  przy  stole  w  wilgotnych,  flanelowych  koszulach;
nalewała  im  kawę  do  filiżanek,  podsuwała  miseczki,  kręciła  się  wokół  stołu,  słuchając
wesołej  wrzawy  męskich  głosów,  wdychając  woń  ich  potu  zmieszanego  z  kawą,  drewnem
i kamieniem.

– Panowie! – Postarała się przebić gwar. – Muszę wam coś powiedzieć.
Zamilkli na chwilę.
– Coś nie tak szefowo? – zapytał jeden z nich. – Robimy, co w naszej mocy, naprawdę. No

nie, panowie? – Rozejrzał się po pozostałych. Pokiwali z powagą głowami, przyglądając się
tej drobnej kobiecie z krótko obciętymi włosami.

– Pyszna kawa – powiedział inny, na co wszyscy cmokaniem wyrazili uznanie. – I wiemy, że

trochę pobrudziliśmy obrus, ale tak bywa przy robocie.

– Podobno ma pani fajne hobby? Podobno pani maluje? Pokaże nam pani? – Pytania sypały

się  z  kolejnych  ust  raz  za  razem.  –  Ten  obrazek  z  młynem  jest  super.  Na  kamionkach  będzie
wyglądał świetnie. Andrzej już rozmawiał z drukarnią.

– Tak, gadałem z nimi. Jutro im go zawiozę. Przygotują projekt. Jak im powiedziałem, co to

będzie,  nawet  nie  wspomnieli  o  forsie.  To  znaczy  wspomnieli,  żebyśmy  się  póki  co,  nie
przejmowali.

Wznieśli  filiżanki  w  górę  i  stuknęli  ich  brzegami.  „Za  szefową”  –  wykrzyknęli.  „Za

musztardę”.  Patrzyła  na  swoją  porcelanę,  a  jej  usta  rozchyliły  się  w  uśmiechu,  ukazując
równiutki garnitur białych zębów.

– Ale co chciała nam pani powiedzieć? – zapytał któryś z mężczyzn.
– Że na obiad będzie kogut w winie. Zapraszam na piątą.
A niech mi się któryś spóźni. – Pogroziła palcem.

***

W  niewielkiej  paryskiej  galerii  trwały  jeszcze  przygotowania  do  wieczornego  wernisażu.

background image

Złote  liście  opadały  na  trotu-ar,  wirując  w  zachodzącym  słońcu.  Dystyngowana  para
zatrzymała się na chwilę przed witryną, patrząc na ludzi zawieszających barwne płótna.

–  Mamy  jeszcze  czas.  Chodźmy  jeszcze  tam  —  powiedziała  kobieta  i  wskazała  głową

kierunek. — Najwyżej się spóźnimy.

Ujęła  go  pod  rękę,  musiała  nadrabiać  kroków,  żeby  iść  równo  z  tym  wysokim  mężczyzną.

Zatrzymali  się  w  końcu  przed  wejściem  do  luksusowego  butiku  z  elegancko  opakowanymi
oliwami,  przyprawami,  serami  i  winem.  Na  jednej  z  pólek  dostrzegli  stojącą  piramidę
kamionkowych  słoiczków  z  barwnymi,  różnorodnymi  etykietkami  i  korkami  zatopionymi
lakiem.

– Co za drożyzna — szepnęła. Uśmiechnęli się do siebie i poprosili sprzedawcę o wino.

background image

Olga Żukowicz Codzienności

Wszystko, o czym chcę tu pisać, dotyczy mniej lub bardziej łódzkich okien, a raczej tego,

co się za nimi kryje. Niektórzy od razu zakwalifikują to do parafii zwanej voyeuryzmem, inni
do syndromu baby z wąsem siedzącej w oknie, kolejni będą mieli to głęboko w dupie, bo big
brother jest już dawno passe, a ostatni sami zaczną zaglądać w cudzą łódzką codzienność.
Jakkolwiek bądź

Jestem podglądaczką.
DZIADY
Człowieka  pielęgnuje,  znaczy  się  pielęgniarka.  Przychodzi  do  tego  zawszonego  (o  tym

później) dziada i go myje, pachwinę mu wyciera każdego dnia, bo sam to, co najwyżej sięgnie
po  piersióweczkę  stojącą  przy  łóżku.  Tak  pędzą  wspólny  żywot  ludzi  jakoś  dziwnie
pokracznych, bo i ona w pewien sposób niepełnosprawna jest, kuleje. Ale pięknie to ogrywa,
ona nie idzie, ona płynie wręcz, sunie chodakami czy też innymi białymi klapkami z gumofilcu,
leciutko z gracją.

Rozmawiają sporo, mają chyba, o czym, bo też jest samotna i chyba już dawno ta żmudna

opieka  nad  spróchniałymi  kośćmi  pracą  być  przestała,  a  oscyluje  na  granicy  służby
i przyjemności.

Choć nad tym ostatnim mocno bym powątpiewała.
Przychodzi o dziewiątej i w drzwiach słychać pewnie szelest jej toreb plastikowych, bo ona

zawsze z tobołkami, jakby z targu wracała, bo cebulę, seler, pietruszkę dorodną, niepryskaną
mu pokazuje jak zdobycz, jak skarb narodów. Bułeczki też mu przynosi z kruszonką, taki cymes
niby.

Potem miska idzie w ruch, taka plastikowa, mocno już zużyta, ale służy, bo przecież dziury

nie  ma,  woda  się  nie  wylewa.  Dla  zgrywy  zakłada  czepek,  taka  gra  paraerotyczna.  Czułe
słówka sobie mówią, żeby kolanko podnieść czy obrócić się na brzuszek. Dobrze tam im. Ale
stopy to i tak nigdy doszorować mu nie może, bo jakieś zrogowaciałe i czerstwe.

Ale i tak największy ubaw mam, jak go goli, potem cały pokój we krwi tonie, bo rączek to

ona  sprawnych  nie  ma,  a  pan  do  brzytwy  przyzwyczajony,  a  dżiletu  się  boi,  bo  to  pewnie
ruskie i tak produkują. Dobrze się muszę wyginać, żeby zobaczyć, jaki tatuaż ma na ramieniu.

Coś w stylu rozpustnej syreny, której pupę pieścił, jak po morzach i oceanach więziennych

opływał.

Tak, bo ten pan, to ma na sumieniu niejeden magnetowid, ot, taka fiksacja, liczyło się tylko

video.

Dziś  trochę  resztek  tej  złodziejskiej  działalności  ma  na  półce,  marki  się  mienią:  sanyo,

panasonic i inne. Widzę mojego samsunga! No, ale cholera coś w życiu osiągnął, coś ma.

background image

Razem  czasem  jakiś  film  sobie  puszczą  z  VHS-u,  taki  luksus  dnia  codziennego,  komunię

córki przynosi i cieszy się, że kiedyś taką ładną łososiową garsonkę miała.

KTOŚ PĘDZIĆ MUSI
Co  tam  słychać  (na  razie  ostrożnie,  bo  właściwie  nie  mamy  sobie  nic  do  powiedzenia).

Tylko nie mów nic złego! Tylko dobre rzeczy mów! Słyszysz?

– A co, boisz się, że nie poradzisz sobie z moimi problemami? Słuchaj! Słychać świetnie,

naprawdę nigdy nie byłam taka usatysfakcjonowana swoim życiem. Sama nie mogę tego pojąć.
Ty wierzysz w Boga, prawda? To powiem ci taką metaforą: po prostu manna z nieba zlatuje,
a i ryb i chleba mam pod dostatkiem.

Drugie piętro, najbardziej opuszczone, tuż pod największą hurtownią royalu w tej dzielnicy.

Jakość  europejska,  ISSO  2003  i  nagroda  ministerstwa  rolnictwa.  I  nagroda  ode  mnie
w podziękowaniu za najmniejszy wkład w śledzeniu waszych codziennych poczynań. Prujecie
mordy tak głośno, że w komórce, jak schodzę po ziemniaki, was słyszę. Gratuluję.

Mają  tam  przeboje,  ściany  to  chyba  już  fermentują  razem  z  alkoholem.  Bo  tych,  o  których

teraz piszę nie mogli zostać w tyle, postawili jednak na wiekową tradycję praojców i zajęli
się produkcją nalewek.

Prosperują  jak  ten  Wedel  w  1882.  Czyli  biednie,  ale  z  klasą.  Najważniejsze,  że  wszystko

legalne,  bo  niby  maść  na  żylaki  produkują  —  mieszają  wazelinę  z  nalewką  kasztanową
i wielki mi kosmetyk. Pomaga, co nie wmasują w nogę, to okoliczni klienci odsączą i chlip.
Ale to tylko na odpusty, zielone świątki i dni małych przedsiębiorców. Zwykle ma tu miejsce
jedno  wielkie  marnotrawstwo  butelek.  Bowiem  ta  ambrozja  osiedlowa  nigdy  nie  jest
przelewana  do  zwykłych  petów,  o  nie!  Boże  chroń  nas  przed  przodków  zniewagą!  Gdzie
świętość, gdzie szacunek dla pracy?

No to, jeśli nie plastikowe butelki, bo dziadek jeszcze żyje i dom opłaca, to butelki szklane

piwo lux. Ogólnodostępne, wymienne, tniemy po kosztach.

Kto tę, pożal się Boże, rodzinę tworzy? Wspomniany już dziadek, co śpi zwykle, ale budzą

go, bo wiadomo, że co miesiąc przekaz jest.

Tata albo tata 2 czy 3, panowie szybko się zmieniają, ale ciągle w jednym typie urody, więc

mylić się mogą. Stałym, niezmiennym elementem tego domostwa jest pani Matka, ja pierdolę.
Nie  udowodniła  nazwiskiem,  że  jest  szlachcianką,  to  teraz  dzieci  katuję  formą  wybujałą
i karykaturalną:

– Pani Matko, idziemy na podwórko, pani Matko będziemy pić kompot rurką…
Dlatego  rozumiem  dzieci,  jak  po  kątach  między  sobą  używają  pieszczotliwej  formy:  pani

Macioro. Wybaczmy dzieciom drobne złośliwości.

Aha, no i są dzieci: chłopczyk, dziewczynka, chłopczyk, nie więcej niż dziewięć lat, choć

mózgi  mają  jak  brzytwy  i  karierę  im  wróżę,  w  ich  firmę  krawiecką  na  pewno  zainwestuję.
Dzieci chodzą po lokalach i sprzedają ubrania dla zwierząt.

Idzie jak woda, wbijają się bowiem w niszę zwaną: delikatny krypto masochizm, czyli jak

zamęczyć swojego Bąbla, Srąbla i Fafika.

Mogłabym powiedzieć, że to na tyle, ale nie chcę mojego czystego sumienia splugawić i o

krycie  przestępcy  zostać  podejrzaną,  bo  jeśli  ktokolwiek  myśli,  że  tworzenie  ścianki  z  płyty
gipsowej przypisuje się tylko marnym kryminałom, to cholera, niestety ma rację.

W  tym  mieszkaniu  poziom  przestępczości  wyrównuje  braki  w  dwóch  dużych  miastach

(Kluczbork,  Sosnowiec).  Nie  jestem  w  stanie  napisać  wszystkiego,  bo  po  co  kogokolwiek
demaskować,  dzieci  przynajmniej  w  szkole  mogą  pochwalić  się  ładnymi  piórnikami.  Proszę

background image

wybaczyć, ale nie mogę zrobić tego dzieciom.

W INNYM OKNIE
Obserwuje ją lubieżnie, ale to tylko dziad czytający NEWSWEEKA, po chrześcijańsku mu

wybaczamy i liczymy na więcej.

SZLACHECKI WĄS
Nie  zachwyca  jego  ciało,  nie  zachwyca;  choćbym  nie  wiem,  z  której  strony  patrzyła.

Wzroku  jednak  oderwać  nie  mogę,  a  to  wszystko  z  powodu  tego  ciała  bezkształtności,  brak
formy poraża. W oczy kłuje obłość tej masy, po nocach to spać nie daje.

Ale  do  rzeczy,  facet  lata  pół  dnia  w  białych,  bawełnianych  slipach  na  gumkę,  wykonując

najprzeróżniejsze  domowe  czynności.  Poczynając  od  zabaw  kulinarnych,  przez  zawody
w sprzątaniu, a kończąc na konkurencjach wręcz olimpijskich – domowym aerobiku. Wszystko
to  przypomina  jakiś  chałupniczy  balet.  Pan  „białe  majtasy”  jest  bowiem  wyjątkowo  skoczny
i mimo wszystko gibki.

Mieszka  sam,  lat  około  czterdzieści,  bujny  zarost  na  klatce  (fuj),  nogi  prawdopodobnie

ogolone  (?),  sarmackie  wąsy.  Nie  zaprasza  gości  do  domu,  ale  często  wychodzi  około  22
i wraca nad ranem. Pracuje w domu, internet jego błogosławieństwem.

Wie,  że  ktoś  go  podgląda.  Musiałaby  mnie  dotknąć  kurza  ślepota,  aby  tego  nie  zauważyć,

a  przez  to  nie  docenić  zaangażowania,  jakie  wkłada  pan  „osiedlowy  szlachcic”
w reżyserowanie tego spektaklu. Czegokolwiek by nie robił, jego wzrok kieruje się ku oknom.
Wtedy  jego  brzuch  przybiera  kształt  ogromnej  paszczy  mówiącej  ponętnie  niskim  głosem:
spójrz na mnie, złotko. No to patrzę.

Zastanawiam  się  czasem,  czy  się  nie  ujawnić,  ale  jeżeli  on  jest  takim  samym  zboczeńcem

jak  ja,  to  się  chyba  nie  dogadamy.  Poza  tym  pójście  do  opery  kosztuje,  a  tutaj  mogę  mieć
lornetkę i balkon całkiem za darmo.

GRANDA
Tam naprawdę musi być zimno, aż zaparzę sobie herbaty. Od kilku miesięcy zamiast szyby

w  sypialni  sterczy  plastikowa  cerata,  która  nawet  nie  próbuje  imitować  szkła,  jest  sobą  –
brzydką, pomarszczoną, o kolorze zbutwiałego łososia, folią.

Widzę tylko cienie, muszę uaktywnić wyobraźnię.
Wiem  na  pewno,  że  trzypokojowe  mieszkanie  zajmuje  pięcioosobowa  rodzina:  rodzice,

dwie  córki,  babcia  (czego  nie  jestem  w  stanie  wykoncypować,  to  podpowie  mi  pani  ze  sp
ożywczego, złota kobieta, plotkara z klasą).

Z  tego,  co  ich  podpatruję,  to  po  powrocie  z  pracy,  szkoły  (wagarów)  nieustannie  siedzą

w  kuchni.  Babcia  i  ojciec  (chociaż  chyba  partner  życiowy  matki)  zwykle  z  piwem  ogląda
Polsat  na  małym  telewizorku  z  bazaru,  dziewczyny  godzinami  siedzą  przy  stole  i  właściwie
patrzą  przed  siebie.  Podziwiam  opanowanie  w  takim  wieku  (około  13-14  lat).  Nie
podejrzewam  je  o  chałupnicze  praktyki  medytacyjne,  to  wymagałoby  bowiem  naprawdę
wielkiej wprawy, bo jak ich mama ugotuje zupę, to nawet ja czuję jej kwasowy odczyn.

Nie,  to  nie  może  być  lenistwo  ani  upośledzenie,  prawdopodobnie  na  ścianie  od  duchoty

pojawił się przypominający fantazyjną arabeskę albo NMP grzyb i dziewczyny nie mogą wyjść
z wrażenia.

Matka (co za wspaniałe biodra!) zwykle stoi i macha zręcznie nożem.
Ktoś  pomyśli:  rodzina  jak  każda.  Nie  pomyli  się,  jasne,  ale  traci  tym  samym  szansę  na

zostanie  podglądaczem  zawodowym.  Profesjonalizm  bowiem  tego  zajęcia  polega  na
umiłowaniu detali, a w tym przypadku mamy ich pod dostatkiem, chociażby:

background image

1.Babcia ukrywa kochanka, przychodzi do niej w południe i o szesnastej wychodzi.
2. Matka bierze ciągle jakieś tabletki.
3. Mieszkanie właściwie pozbawione jest mebli – tak, to na pewno świadomy minimalizm

i  oszczędność  formy  zamiast  drzwi,  zwisające  fantazyjnie  koraliki  w  stylu  tercetu
egzotycznego.

4. Dziewczyny palą w oknie, wkładając wcześniej pod drzwi kapcia.
5.  Pożycie  seksualne  chyba  jest  w  odwrocie,  bo  śpią  w  osobnych  pokojach,  chyba,  że

wiedzą, że ich podglądam i przemykają się nocą.

Itd.
Wzbraniałabym  się  przed  wyciąganiem  jakichkolwiek  z  tego  wniosków,  choć  pokusa  jest

duża.

background image

Filip Szyszkowski Pytania na ten czas i następny –

dziennik K.

My Dying Brige – My Body, A Funeral
19 listopada
Mój  Boże,  znowu  ten  straszny  wewnętrzny  głos  zmusza  mnie,  bym  pisał.  Zmusza  mnie  do

robienia  czegoś,  co  budzi  we  mnie  odrazę  i  lęk.  Ilekroć  siadam  do  tego  biurka  i  sięgam  po
kartkę,  żałosność  moich  prób  doprowadza  mnie  niemal  do  płaczu.  Gdy  czytam  później  te
nieskładne  zdania  i  widzę  koślawe  znaki…  Mój  Boże…  Pozwól  mi  nie  pisać…  Pozwól  mi
żyć…

Powinienem  robić  w  tej  chwili  coś  innego.  Może  obiad  byłby  dobrym  pomysłem,  a  może

kolacja?  Na  jedno  za  późno,  na  drugie  za  wcześnie.  I  tak,  jestem  zawieszony  w  próżni.
Czekam…

Ciągle czekam… i nie mogę pojąć jak to stworzone wszystko/
Tak wiele słów zostało już napisanych, tak wiele tematów poruszonych. Czy to, co tworzę,

te skrawki emocjonalnych zdarzeń są unikatowe…? Widzę bezsens i próżnię. To bowiem jest
najgorsze.  Tak  jak  najgorsze  są  emocje  zaklęte  w  moich  słowach.  Zbyt  dużo  złych  zdarzeń
złożyło się na moje życie. Ha! A może tylko użalam się nad sobą, podobnie jak robią to teraz
źle  wychowane  dzieci  z  dobrych  domów.  Ci  pseudodekadenci  z  czerwonymi  kreskami  na
rękach…  Wiesz,  o  kogo  mi  chodzi.  Zrzucam  na  nich  winę  za  całe  moje  cierpienie.  Pytasz:
dlaczego? A ja nie mogę odpowiedzieć…

Czy te symboliczne brednie, których uczę ich w szkole mają jakiekolwiek znaczenie?
26 listopada
Nadchodzi zima. Podążając za wiatrem… Podążając za śniegiem możemy wniknąć między

jego strukturę. A tam wiązania pomiędzy każdym z obiektów przypomną nam o mikroświecie.
O tych zapatrzonych w dal ludziach, o pędzie ku bytowi, o widmie przyszłości.

Na  końcu  tej  śnieżnej  drogi  –  wiązania  wodorowe.  Malutkie,  delikatne,  trzymające  to

wszystko w ładzie.

Położyć się spać, czy nie?
27 listopada
Jestem cały czas
z Tobą…
Ciągle  pada  śnieg,  tak,  jakby  pogoda  kazała  mi  wspominać.  Równo  rok  temu  straciłem

kobietę  mojego  życia.  Zadzwoniła  do  mnie  w  nocy,  leżałem  już  w  łóżku.  Głos  przepełniony
bólem, szum wiatru i jęki rozpaczy w tle. Wypadek samochodowy. Próbowała wezwać pomoc

background image

i prawdopodobnie wybrała mój numer telefonu. Przeze mnie nie żyje.

Słyszałem,  jak  zamarza,  słyszałem  trzaski  jej  stawów  i  zgrzyty  kości.  Nie  chciałem  się

rozłączać, nie mogłem. Oboje szeptaliśmy.

Rozłączyć się, czy nie?
9 grudnia
Niedojrzałość jest chyba obecna we wszystkich dziedzinach mojego życia…
Każde z powtarzających się zdarzeń jest jak śmierć. Każdy dzień urodzin to wyrównywanie

bilansu  z  przeznaczeniem.  Jedna  osiemdziesiąta,  a  może  jedna  dwudziesta  czwarta?
W mianowniku mamy iks…

10 grudnia
Wszyscy  jesteśmy  samotni.  Kompletnie  wszyscy,  a  to,  że  momentami  czujemy  bliskość

drugiej  osoby  jest  złudzeniem.  Złudzeniem,  jakie  daje  nam  w  prezencie  mózg,  byśmy  nie
zwariowali.

Wypowiadając słowa: nie odchodź jeszcze, zostań… mamy nadzieję. MAMY NADZIEJĘ,

nic  więcej.  Każde  z  nas  pó  j-dzie  w  inną  stronę,  by  później  spotkać  się  znowu  na  krótką
chwilę. I czy szyderstwo losu, ironia tych wszystkich emocji, które tak pięknie opisywane są
w piosenkach nie zmusza nas do bycia samotnym?

Gwiazda  łypie  na  nas  z  góry  i  ocenia  nasze  histeryczne  próby.  Miłość  do  niej?  Całkiem

możliwa. Któż bowiem kocha swego kata? Człowiek, który pragnie odpoczynku.

Nie ma nic złego w ponurych wizjach naszych żyć, gdyż to nie przejaw martwicy gruczołu

produkującego  hormon  szczęścia,  ale  ukazanie  miłości  do  świata.  Właśnie  niektórzy  tak
przekornie ukazują emocje, niszcząc (w myślach lub w rzeczywistości) to coś, co skłania ich
do bycia lepszym.

12 grudnia
Byłem u lekarza. Mój bilans prawie równy.

background image

Mariola Sznapka Bezszelestna

Wyobraź mnie sobie; nie zaistnieję, jeśli mnie sobie nie wyobrazisz;
Vladimir Nabokov
Milena wyszła z domu, zamykając za sobą delikatnie drzwi.
Owinęła smukłą szyję jarzębinowym szalem i, mimo swych trzydziestu lat, zawiesiła na niej

klucze.  Wyglądała  jak  nastolatka  zbiegająca  na  podwórko  do  chłopaka  oczekującego  pod
parasolem  starego  kasztanowca,  dla  którego  w  podarunku  ułożyła  w  kącikach  ust  lekki
uśmiech, a w oczach westchnienie na myśl o jego ostatnim dotyku. Wracała wspomnieniami do
chwil,  które  z  każdym  mijanym  piętrem  coraz  bardziej  rozjaśniały  jej  twarz  i  wypełniały
nadzieją, która tej nocy zrodziła się w niej z głębokiego zamyślenia. Nie była pewna skutków
rozmowy, jaką planowała przeprowadzić przy śniadaniu, ale dłużej już nie mogła zwlekać.

Wyszła  przed  starą,  ogołoconą  ze  sporej  części  tynku  kamienicę  i  spojrzała  w  okna  na

trzecim  piętrze.  Ciągłe  były  zasłonięte.  Wysoki,  półnagi  szatyn  o  szerokich  ramionach
i zadbanych stopach, nadal spał, lekko okryty pomiętym prześcieradłem i miarowo oddychał,
nie przeczuwając, że prawa część łóżka jest już pusta. Nigdy się nie śpieszył, uważał pośpiech
za  wielce  naganny.  Często  obserwował  śpieszących  się  ludzi  i  czuł  do  nich  odrazę,  do  tego
stopnia,  że  odwracał  głowę  od  biegnących  mężczyzn.  Wydawali  mu  się  tak  nieeleganccy
i  gapowaci,  tak  dalecy  kobietom,  że  wstydził  się  tej  samej  płci.  On  chciał  być  jak  najbliżej
istot pięknych, które były jego obsesją, uzależnieniem skrywanym przed Mileną.

Wychodził  do  pracy  jak  każdy  normalny  mężczyzna  i  wracał  tylko  czasami  spóźniony.  Bo

korki– rzucał zdawkowo w drzwiach, unikając chwilowo jej wzroku. Tymczasem spacerował
za  kobietą,  którą  upatrzył  sobie  dzień  wcześniej,  albo  dwa,  i  próbował  dopełnić  planu
zauroczenia  jej  własną  osobą.  Wsiadał  do  miejskiego  autobusu,  by  móc  stanąć  blisko  niej
i  zostawić  na  jej  płaszczu  swój  zapach.  Albo  przypadkowo  na  ulicy  trącał  inną  kobietę,
zahaczał parasolem, by potem móc przeprosić i uścisnąć jej dłoń, bądź pocałować tę bardziej
chętną.  Czasem  pytał  o  drogę,  o  godzinę,  rozsypywał  przypadkiem  gazety  lub  pytał
o  najbliższą  kwiaciarnię,  skąd  wychodził  z  naręczem  kwiatów,  bo  mężczyzna  idący  po  ulicy
z  kwiatami,  przyciągał  kobiece  spojrzenia.  Czasem,  kiedy  nikt  nie  patrzył,  wrzucał  je  do
kosza, gdyż zdążyły więdnąć, a czasem wstawiał do wazonu na stole przy oknie, nim Milena
wróciła  z  pracy  i  zapominał  o  nich,  kiedy  wchodziła  do  mieszkania,  a  ona  nie  żądała
wyjaśnień, tylko uśmiechała się na widok czerwonych tulipanów.

Kochała go odkąd pamięta, nim jeszcze wysypały mu się zakupy wprost pod jej nogi… Był

w  jej  głowie,  głęboko  zakorzeniony,  zrodzony  z  planów  na  przyszłość,  gdy  tylko  owe  plany
zaczęła gromadzić. Wierzyła, że nie był to przypadek i że czytywał tomik poezji Julii Hartwig,
leżący pod jej nogami wśród innych zakupów na kostce chodnikowej, a agrest w czekoladzie

background image

kupowany na wagę w jej ulubionej cukierni za rogiem ssał tak samo namiętnie jak ona. To był
piątek,  słoneczny  maj,  byłam  wtedy  w  tej  lawendowej  sukience  wciętej  w  pasie…  a  ty
spadłeś mi na serce jak płatek kwiecia z pobliskiej azalii, jakbyś wiedział, że będę tamtędy
przechodzić
  –  wspominała  natrętnie  często,  a  on  przytakiwał,  tuląc  ją  do  piersi,  jak  każdą
inną. Poszliśmy razem do uroczej kafejki… miałeś przez chwilkę piankę z kawy pod nosem
i nie spuszczałeś ze mnie wzroku, aż do momentu, kiedy strąciłeś wazonik, pamiętasz?

A on nie pamiętał. Kochał ją, tak jak inne kobiety, powoli i z dnia na dzień. Każdego dnia

co innego przykuwało jego uwagę, zapominał szczegóły, doszukiwał się nowych. W Milenie,
w pani z autobusu, z kwiaciarni, z cukierni za rogiem. Potrzebował Mileny, ale mógł bez niej
żyć.  Czuł  się  nijak  w  jej  mieszkaniu  z  nieszczelnymi  oknami  i  gołębiami  na  parapecie,  które
gruchały  znacznie  częściej  niż  oni  między  sobą,  jakby  się  dopominały  o  dyskusje,  które
wyparte zostały przez gesty. Mijali się, dotykali, zmierzali donikąd. On nie wiedział, o czym
mówić,  a  ona  akceptowała  jego  podobno  wrodzoną  skrytość  i  niepewność,  stając  się  coraz
bardziej do niego podobną.

Do  czasu,  kiedy  miesiąc  temu  prawie  całkowicie  przestali  używać  słów,  bo  już  nie  było

o czym rozmawiać.

Dlatego  wyszła  rano  z  domu,  zamykając  za  sobą  delikatnie  drzwi  i  udała  się  po  nową

miłość…  Lekka,  wolna  i  gotowa  na  nią.  Postanowiła,  że  sama  przygotuje  śniadanie,  wstawi
tulipany  do  wazonu,  zakupi  agrest  w  czekoladzie…  Usiądą  znów  przy  jednym  stole,  zaparzą
kawę,  rozbiją  jajka  i  wyjdą  z  cienia  milczenia,  który  przykucnął  przy  ich  miłości  i  zasłania
prawdę. Pozwolą sobie na szczerość, którą trudno nawrócić, kiedy już zbłądzi, nie ma bowiem
poprawnych  i  łatwych  dróg  powrotnych.  Zawracający  zawsze  utyka,  przynajmniej  na  jedno
sumienie i zdaje się, że trwa to wiecznie.

Zasiądą  milczący  naprzeciw  siebie,  pomyślała,  stojąc  ponownie  pod  oknami  kamienicy,

z kwiatami w rękach. Poczują tę niemożliwą już do pokonania niechęć, która narosła karmiona
kłamstwem.  Ona  wyjdzie  na  kilka  sekund  z  kuchni.  On  zostanie  przy  stole,  dłubiąc  palcem
w kostce cukru, jak zwykł robić, kiedy się denerwuje. Po chwili zobaczy Milenę w drzwiach
w lawendowej sukience… Od tego dnia ona już nigdy nie pozwoli mu o poranku spacerować
bezwiednie wzdłuż wysokich pod sufit okien i obserwować zza firanki kobiety na przystanku.
Nie  pocałuje  go  w  lewy  policzek  na  do  widzenia.  Nie  złoży  jego  ubrań  w  kosteczkę.
Wszystko, co było, zamieni się w nic.

On, widząc lawendową sukienkę, pojmie, co się dzieje. Wzrok umieści na stole pomiędzy

rozsypanymi  kryształkami  cukru,  a  trzema  telefonami,  które  skrywał  przed  Mileną  za
książkami,  które  rzekomo  czytał.  Znalazła  je,  wie  o  wszystkim,  nawet  o  niezmiennym  planie
jego  porannych  spacerów,  wzdłuż  rzeki,  przez  park  i  amfiteatr.  Zna  też  numery  autobusów,
w których został złapany bez biletu i potrafi wskazać typ urody kobiet, które od lat uwodził.
Przegrał.

On wstanie od stołu i wyjdzie bez słów.
Milena wybaczy sobie i jemu też.
Mężczyźnie bez imienia.

background image

Magda Legierska

Jest  jesiennie,  odczuć  wiele  i  cholerna  pustka.  Pustka  dookoła  i  pustka  we  mnie,  serce

domaga się ciepła i bliskości. Sweter z grubej wełny, wciągnięty przez głowę nie grzeje tak
jak kiedyś. Nie grzeje blask świec i nie grzeje ogień w kominku. Spoglądam w lustro i jest mi
żal  osoby,  którą  tam  widzę.  Tyle  planów  i  marzeń…  tyle  pytań  pozostawionych  bez
odpowiedzi…

mam  ochotę  rzucić  w  lustro  kamieniem  tak,  aby  roztrzaskało  się  na  miliony  kawałków,

których  nikt  nie  będzie  w  stanie  posklejać…kłamstwa…  kłamstwa…  kłamstwa  mówione  na
głos i te wyszeptane…
drinki sączone przez cienką, zieloną słomkę i taniec na stole. Brak oddechu… brak oddechu…
szal nazbyt ściska moją szyję… aksamitny szal odbiera mi resztki życia. Piszę… dużo piszę…
białe kartki po brzegi wypełnione maleńkimi literkami…
przewrócona szklanka… rozlana wódka… brakuje sił… brakuje wiary… morze łez… morze
żalu…  ściskam  w  dłoni  czerwone  jabłko…  czerwone  tak  jak  serce…  czerwone  jak  krew…
uciekające minuty… sekundy… lata… godziny… przeciągam się leniwie na łóżku… spaceruję
po wąskim parapecie… siedzę skulona pod ścianą… przytulam twarz do poduszki…
łzy  spływają  powoli  po  policzkach…zamglone  spojrzenie…  pijany  anioł  stróż…żyletka  na
nocnym  stoliku  –  zimny  metal…fiolka  z  tabletkami  –  wyjście  awaryjne…sen…  długi  sen…
białe ściany… biały korytarz…zimny wenflon pośpiesznie wprowadzony w żyłę… kroplówki
podawane raz za razem…reanimacja… reanimacja…

Usiądę  cichutko  na  ławce  pod  Twoim  domem  i  poczekam  aż  płatki  śniegu  zamienią  się

w wiosenny deszcz, który zmyje rubinową czerwień z moich włosów…

***

Otworzyłeś usta, a z nich posypały się bladoróżowe perły kłamstw, które składałeś zeszłej

nocy na moich powiekach. Pod oknem wyrósł lodowy mur zbudowany z moich myśli. W tym
roku nie zakwitnie w naszym ogrodzie tęczowe morze tulipanów…

background image

Piotr Herda

Uczucie
Wyciskam  z  siebie  całą  miłosną  esencję,  Którą  próbuję  zatrzymać  Ciebie.  Nie  sposób

pozbierać myśli, Nie sposób zatrzymać doskonałą osobę, Po przez słowa prostego człowieka.
Czuć zapach Twojego ciała,

Porównywać do najwspanialszych francuskich esencji. Smak Twoich ust,
Które  wywołują  we  mnie  wieczny  głód…  Potrafię  kochać  jak  nikt,  Doceniać  za  każdym

razem. Ufać bezgranicznie…

Ofiaruję Ci łzy, które świadczą, Jak ważną jesteś osobą.
Droga
Szukam tej drogi, wpadam w otchłań. Jednak radzę sobie z nią i szukam dalej. Tonę,
Jednak  mam  siłę  wybrnąć  i  szukać  dalej.  Droga  jest  tajemnicza,  straszna…  To  droga

miłości,  ale  podążam  nią.  Miłość  mnie  prowadzi  często  po  krawędzi,  Jednak  nie  pozwala
spaść. Dlaczego?

Wie, że to jest coś prawdziwego…

background image

Joanna Zagórowicz

Mam  na  głowie  cały  świat.  Nie  mogę  wstać  z  łóżka.  Zatrzymaj  czas.  Ciągle  jest  noc.

Otwórz moje oczy. Odwróć się. Jak długo to trwa? Jak długo jeszcze? Czuję, że nie mogę iść
dalej.  Tu  każdy  mój  krok  to  błąd.  Naprawisz  moje  błędy?  Nikogo  tu  nie  ma.  Znów  mnie
odrzucasz. Muszę to zrobić i ja. Rana staje się coraz głębsza. Staczam się.

Z chwili na chwilę jest mi coraz zimniej.
Ogrzej mnie.
Stoję tu i drżę z zimna.
Kruszę się od środka.
Widzisz?
Rozpadam się.
Możesz tylko patrzeć?
Więc na mnie spójrz…
Niech zobaczę w twoich oczach coś ciepłego.
Czuję, że umieram.
Jestem warta walki?
Co jest warte walki?
Widzę jak odchodzę.
Wróć i poszukaj mnie!
Wołaj mnie!
Muszę usłyszeć twój głos! Poszukaj mnie, zgubiłam się. Nie.
Nie szukaj. To nie ma sensu.
Nie szuka się czegoś, co właściwie nie istnieje.

background image

Opinie

Najcieplejsza,  umiejąca  wyrazić  słowami  to,  czego  inni  nawet  nie  dopuszczają  do  myśli,

zmysłowa,  elegancka,  potrafiąca  zrozumieć,  pocieszyć  i  wesprzeć,  ale  przede  wszystkim
prawdziwa, życiowa i pełna zrozumienia oraz miłości dla wszystkich i wszystkiego dookoła.
Taka właśnie jest Sawicka. Bardzo proszę wrzucić to na skrzydełko książki, bo moim zdaniem
idealnie oddaje to, jaka jest jej autorka.:-)

Buziaki kochana, mój Ty blond aniołku!
Marta Belicka Balcerzak
Kojące  w  bólu  i  udręce  „7  kolorów  tęczy”,  dodająca  otuchy  i  obejmująca  w  trudnych

chwilach jak najlepsza przyj a-ciółka „Kruchość porcelany”, zachwycająca i udowadniająca,
że  zawsze  jest  nadzieja  na  lepsze  jutro  dla  nas  „Serwantka”  oraz  dogłębnie  wzruszająca,
poruszająca  w  nas  skrywane  na  dnie  serca  uczucia  „Kolejność  uczuć”.  To  tylko  niektóre
z książek Moniki, polskiej pisarki XXI wieku, z której jestem dumna.

Moje półki z książkami byłyby szare, gdyby zabrakło na nich Twoich arcydzieł, Moniko.:)
Pozdrawiam Patrycja Pilot
Gratuluję,  jako  jedna  z  pierwszych  z  czytelniczek  Twojej  nowej  książki,  wciągnęłam  ją

w  jeden  dzień  w  tak  uroczym  miejscu,  jak  oddział  zamknięty  w  szpitalu  psychiatrycznym.
Książka adekwatna do miejsca, ale daje do myślenia. Aż mam ochotę wyjść i nie marnować tu
czasu bez sensu.

A.Z.
Polecam  przeczytać,  pochłonąć  i  koniecznie  zapamiętać  zwłaszcza  mężczyznom,  którzy

jeszcze nie wiedzą, czego pragną kobiety i przenigdy nie rzucać niczym o ścianę!

Jan Michalski
Autorka  w  minimum  słów  zawiera  całe  bogactwo  treści.  Potrafi  rozbawić,  wzruszyć,

zachęca także do przemyśleń. Jej książki pamięta się jeszcze długo po zamknięciu.

Sylwia Waszewska

background image

Document Outline