background image

Kaitlyn O'Connor

Dziewiąta Planeta

 

background image

Naukowo  rzecz  biorąc  wysłanie  dwustu  kobiet  wraz  z  "zamrożonym  nasieniem", 

żeby założyć kolonię na Nowej Georgii i zapewnić odpowiednią pulę genów ma sens. 

Ale  kiedy  po  piętnastu  latach  kosmicznej  podróży  kolonistki  przybyły  na  miejsce, 

odkryły  obóz  kosmitów  postawiony  dokładnie  na  przeciwko  ich  nowego  miasta, 

zapełniony  młodymi,  płodnymi  xtianiańskimi  mężczyznami,  podekscytowanymi 

przybyciem "królowych". Eden Chisholm starając się zapewnić pokój ma ręce pełne 

roboty. Sami Xtianianie może i są zadziwiająco podobni do ludzi, ale zwyczaje mają 

całkowicie inne niż ziemskie. W społeczeństwie Xtianian, kobiety są rzadkością, a 

więc mężczyźni są cenni tylko na tyle, na ile mogą zapewnić wygodę i bezpieczeństwo 

swoich "królowych". A królowe mają haremy. 

Ostrzeżenia: plastycznie przestawione sceny seksu, zwłaszcza seksu grupowego

.

background image

Rozdział 1

- Houston, mamy problem.

Głos  Kapitan  Sterling  był  jednostajny,  bez  najmniejszego  śladu  emocji.  Ale  na 

mostku  U.S.S.  Plymouth  nie  było  osoby,  włączając  w  to  samą  panią  kapitan,  która 
wyglądałaby  na  całkowicie  spokojną,  opanowaną  i  skupioną.  Na  każdej  twarzy 
obserwującej  ekrany  znajdujące  się  wzdłuż  przedniej  części  mostka  widać  było  szok, 
gniew, flustrację i strach. W jakiś sposób to wydawało się gorsze, dlatego, że jeszcze kilka 
minut  temu  te  same  twarze  przepełnione  były  podekscytowaniem  i  radością.  Ta 
gwałtowna zmiana  emocji wystarczała,  żeby  oszołomić,  przez  nagłe przejście  od  eufori 
do największej depresji.

Po ponad dekadzie niczego więcej niż nieskończonego kosmosu, głosów i kroków 

odbijających  się  od  metalowego  kadłuba,  w  końcu  osiągnęły  miejsce  przeznaczenia, 
planetę  na  dziewiątej  orbicie  od  niebieskiej  gwiazdy,  o  lata  świetlne  oddalonej  od  ich 
rodzinej galaktyki i każdy chciał po raz pierwszy zobaczyć ich nowy dom. Błąkały się po 
mostku, pojedyńczo lub w parach, w ciszy ustawiając się z przodu mostka, wpatrując się 
w  ekrany  i  słuchając  odgłosów  podejścia  do  lądowania,  kiedy  kapitan  i  załoga 
wykonywali ostatnie manewry, żeby wprowadzić ogromny okręt na orbitę.

Z  kosmosu  planeta  nazwana  Nową  Georgią,  na  część  pani  Prezydent,  tak  jak 

pierwsza  kolonia  miała  zostać  nazwana  Nowe  Savannah  od  jej  rodzinnego  domu,  była 
równie piękna jak sama Ziemia. Duch rósł w kolonistkach, kiedy wpatrywały się w jasną 
kulę zieloną od porastającej ją roślinności, niebieską od nieba i mórz.

Gotowa  do  podjęcia  czekającego  ją  wyzwania,  kapitan  wyzwoliła  sekwencję 

pozwalającą  na  obniżenie  lotu  na  niższą  orbitę,  w  tym  samym  czasie  systematycznie 
zwalniając  statek.  Kiedy  statek  zwolnił  wystarczająco,  żeby  aktywować  kamery  i  bliżej 
przyjrzeć się, zaczęły wpatrywać się poszukując terenu lądowiska.

Kiedy  statek  zwolnił  wśród  oczekującej  grupy  narastało  coraz  większe  napięcie. 

Teren  lądowania,  wybrany  przez  komputer,  pojawił  się  na  ekranach,  wywołując  jęk 
zachwytu  wśród  kolonistek.  Ich  cel,  Nowe  Savannah  wydawało  się  biec  ku  nim. 
Położone  w  stóp  purpurowych,  pokrytych  czapami  lodu  gór,  otoczone  zieloną  doliną 
porośniętą  bujną  roślinnością,  białe,  sztywne,  symetryczne  budynki  odznaczały  się  od 
otaczającej ich natury niemalże nieprzyzwoicie.

Wszystkie  te  które  były  intruzami  na  mostku,  przybliżyły  się  równocześnie,  żeby 

lepiej widzieć, podczas kiedy kamera pokazywała zdjęcia w coraz większym zbliżeniu, aż 
zaczęły pokazywać się szczegóły.

background image

Podniecenie wśród kolonistek osiągnęło szczyt, przerażenie zastąpiło świętowanie, 

gdy  coś  całkowicie  niespodziewanego  pojawiło  się  w  polu  widzenia.  Wstrząs  był 
całkowity, unieruchomił każdą osobę.

Minuty  mijały,  kiedy  każdy,  po  prostu  oszołomiony,  wpatrywał  się  w  ekran.  Po 

jakimś  czasie,  dowódca  misji,  Eden  Chisholm,  w  pierwszej  chwili  znieruchomiała  od 
szoku,  poczęła  dochodzić  do  siebie.  Fala  uczuć  i  emocji  przeszła  przez  nią,  tworząc 
jeszcze większy chaos.

Jedna  myśl,  która  wydawała  się  dudnić  w  niej  najbardziej  zjadliwie.  Że 

przedsięwzięcie  w  które  zaangażowała  prawie  dwadzieścia  lat  swojego  życia,  zostało 
zniszczone jeszcze zanim się rozpoczęło. Nagle ogarnął ją spokój.

- Minie przynajmniej sześć miesięcy zanim dostaniemy odpowiedź z Houston.

Kapitan statku, major Sterling posłała jej ostre spojrzenie.

- Bezsprzecznie, ale protokół...

Eden  potrząsnęła  nieznacznie  głową  w  ostrzeżeniu  i  rozejrzała  się  po 

zatłoczonym mostku.

-  Dosyć  gapienia  się, moje  panie.  Proszę  wracać  na swoje  stanowiska.  Dzisiaj  po 

wieczornym posiłku, będziemy miały pierwsze spotkanie kolonistów.

Kobiety  zamrugały,  jakby  się  obudziły,  wymieniły  spojrzenia  z  pozostałymi 

otaczającymi  je  i  w  końcu  zaczęły  wychodzić.  Eden  ostrożnie  przyglądała  się  wyrazom 
ich  twarzy.  Niektóre  wyglądały  na  ledwie  zaskoczone,  inne  przestraszone, 
zdezorientowane,  inne  znów  rozłoszczone.  Kiedy  drzwi  zamknęły  się  za  ostatnimi 
kolonistkami, Eden przysunęła się bliżej ekranu.

-  Houston,  tu  kapitan  Sterling  z  U.S.S.  Plymouth.  Powtarzam,  mamy  problem. 

Najwyraźniej Kolonia Alfa została już zajęta.

Eden spojrzała ostro na kapitan.

- Rozważałyśmy ten scenariusz, Ivy.

Ivy zmrużyła swoje ciemne oczy.

- Rozważałyśmy to jako niezbyt prawdopodobną ewentualność, sama o tym wiesz, 

Eden.  Nikt,  nawet  ty  nie  spodziewał  się,  że  znajdziemy  tutaj  jakiekolwiek  oznaki 
inteligentnego życia. Mogą być nieprzyjaźni.

- Ale mogą też nie być! - odparowała Eden.

- Nadal muszę złożyć raport. Houston może zechcieć przerwać misję.

background image

Cyniczny uśmiech wykrzywił wargi Eden.

-  Mówisz  poważnie?  Po  całym  tym  czasie  i  pieniądzach  jakie  poszły  na  ten 

projekt? Będą oczekiwać od nas, żebyśmy postępowały zgodnie z planem i ty cholernie 
dobrze o tym wiesz.

Ivy zmarszczyła brwi.

- Nie mogę autoryzować lądowania, aż nie zgłoszę pełnego raportu Houston.

Eden oparła ręce na biodrach i odwróciła się twarzą do kapitan statku.

- Nie dowodzisz misją kolonizacyjną, tylko statkiem. Decyzja o kontynuacji misji, 

lub jej przerwaniu należy do mnie.

 Spojrzenie ciemnych oczu Ivy Sterling pociemniało jeszcze od gniewu.

-  Naprawdę  chcesz  narazić  kolonistki  na  niebezpieczeństwo,  tylko  dlatego,  żeby 

udowodnić, kto tu dowodzi?

Eden zaśmiała się pozbawionym rozbawienia śmiechem.

-  Zejdź  ze  swojego  wysokiego  konia  Ivy!  Właśnie  spędziłyśmy  piętnaście  lat 

podróżując  przez  nieznaną  przestrzeń  kosmiczną.  Nie  mamy  pewności,  czy  czeka  nas 
tutaj  większe nibezpieczeństwo, niż sama  podróż.  Tak  jak  i ja,  zawsze  wiedziałaś,  że to 
wycieczka  tylko  w  jedną  stronę!  Nie  ma  powrotu,  możemy  tylko  iść  na  przód.  Musimy 
zrobić wszystko najlepiej jak jesteśmy w stanie, tak jak postanowiłyśmy.

Ivy  patrzyła  jakby zastanawiała  się  nad  dalszą  kłótnią,  ale  nagle  rozejrzała  się  po 

pozostałych członkach załogi obecnych na mostku.

- Nie podejmiemy żadnej decyzji, jeżeli nie będziemy miały więcej danych.

-  Dokładnie  -  zgodziła  się  Eden.  Odwracając  się  od  kapitan,  odezwała  się  do 

oficer komunikacyjnej kapral Lindy Hicks. 

- Możemy uzyskać większe zbliżenie?

Kapral Hicks rzuciła pytające spojrzenie na swojego oficera dowodzącego. Kiedy 

Ivy  skinęła  głową,  skupiła  się  na  kilka  chwil  na  panelu  kontrolnym.  Nagle  ekrany 
zamgliły się.

Kiedy  obraz  znów  się  wyostrzył,  poruszające  się  kropki,  jakie  widziały,  zmieniły 

się w poszczególne istoty.

Ktoś sapnął. Wszyscy na mostku znieruchomieli.

background image

"Kosmici"  poruszający  się  na  planecie  pod  nimi  nie  byli  jedynie  humanoidami. 

Wyglądali na ludzi. Niemalże. Niektórzy z nich mieli skrzydła. Wszyscy, z tego co mogły 
zobaczyć, mieli rogi.

- Bliżej - zażądała stanowczo Eden, przysuwając się do najbliższego ekranu.

Kiedy obraz znów się wyostrzył zorientowała się, że stoi twarzą w twarz z istotą, 

która  zdecydowanie  nie  jest  człowiekiem.  Dziwny  dreszcz  przeszedł  przez  nią,  kiedy 
napotkała jego spojrzenie na ekranie. Było prawie tak, jakby patrzył jej prosto w oczy.

Zadrżała.

Ktoś za nią nerwowo zaśmiał się.

- Zdaje się, że już zapomniałam jak wygląda mężczyzna - zażartował ktoś inny, - 

ponieważ jak dla mnie to wygląda jak mężcyzna. I to całkiem smakowity.

Nosił mundur, który aż krzyczał do Eden "wojskowy". Przykrywał go od szyi do 

nadgarstków,  a  cieżkie  buty  jakie  nosił  wyglądały  jak  wojskowe.  Był  zdecydowanie 
dwunożny. Nie była w stanie nic więcej powiedzieć o jego anatomii, poza tym, że było 
kilka  różnic  pomiedzy tymi kosmitami,  a  ludźmi.  Ich  odcień  skóry  nie  był  podobny do 
jakiejkolwiek ziemskiej rasy, chociaż najbliższy był rasie żółtej, na tyle bliski, żeby dać jej 
złudzenie  pokrewieństwa  z  podstawową  ludzką  formą.  Oczy  były  zupełnie  inne.  Nie 
tylko  ich  kolor,  pomarańczowo  złoty,  był  niespotykany  między  ludźmi,  ale  ogólny 
kształt,  rozmiar  oczu  i  źrenic  były  delikatnie  inne.  Nosy,  usta  i  struktura  twarzy 
wydawały się ludzkie, ale nie mogła stwierdzić jaka była tekstura skóry. Ręce, w których 
trzymał  broń  wyglądały  na  dłuższe  i  szczuplejsze  niż  typowe  ludzkie  ręce,  ale  wydawał 
się  mieć  cztery  palce  i  kciuk.  Krótko  przystrzyżone,  niebiesko  czarne  włosy  porastały 
głowę.

-  Znasz  jakiś  mężczyzn  ze  skrzydłami  i  rogami?  -  zapytała  sucho  Eden  bez 

obracania  się.  Nie  musiała  upewniać  się,  żeby  wiedzieć,  że  to  odezwała  się  Janine. 
Rozpoznała  głos,  a  Janine  zawsze  miała  problemy  ze  stosowaniem  dyscypliny 
wojskowej.

Janine parsknęła.

-  Znam  wielu  rogatych  mężczyzn.  Właściwie  ten  jest  całkiem  słodki,  trochę 

dziwacznie wygląda, ale jeżeli jest tak dobry jak na to wygląda, mogłabym pogodzić się z 
tymi jego dziwacznymi dodatkami.

Komentarz wywołał kilka parsknięć ze strony pozostałych członków załogi.

- Nie widziałaś mężczyzny przez piętnaście lat. Gdyby nawet wyglądał jak pawian, 

też sądziłabyś, że jest przesłodki.

background image

Eden z trudnością stłumiła uśmiech. Kiedy jej spojrzenie w końcu przesunęło się 

za mężczyznę, jej rozbawienie zniknęło.

- Te istoty są dalekie od pawianów. Broń jaką trzymają jest najwyraźniej wytworem 

zaawansowanej technologii, a spójrzcie na miasto za murami.

Zapadła cisza, kiedy wszystkie krytycznie przyglądały się widokowi.

W przeciwieństwie do Nowego Savannah, wioska kosmitów wydawała się stapiać 

z otoczeniem, prawie jakby struktura była wyciosana z kamienistej powierzchni planety. 
Eden  nie  była  pewna,  czy  kamuflaż  był  przypadkowy,  czy  też  celowy,  ale  z  pewnością 
był  efektywny.  Aż  do  chwili,  kiedy  nie  przyciągną  uwagi  ruchem,  będą  całkiem 
niewidoczni.

- Wygląda to na bardzo zorganizowaną społeczność. Sądzisz, że to miejscowi?

Eden zacisnęła usta.

-  Nie  było  żadnych  oznak  ich  pobytu,  kiedy  za  pierwszym  podejściem  zrzucono 

kapsuły,  roboty  by  o  tym  zameldowały.  A  to  wygląda  bardziej  na  bazę  wojskową  niż 
społeczność  -  spojrzała  znów  na  kapitan  Sterling.  -  Skopiuj  dane  jakie  uzyskałaś  do 
mojego  osobistego  systemu.  Zamierzam  przyjrzeć  się  dokładniej  wytycznym  w  swojej 
kabinie.

Ignorując spojrzenie jakie jej rzuciła Ivy, Eden opuściła mostek i skierowała się w 

dół  korytarza  w  stronę  swojej  kwatery.  Miała  całe  lata  na  studiowanie  wytycznych. 
Pamiętała je od początku aż do końca, jak najpewniej podejrzewała Ivy.

Nie dbała o to, czy Ivy uznała to za pretekst. Potrzebowała trochę czasu z daleka 

od obserwatorów, żeby pomyśleć. Chciała przestudiować dane, kiedy nie było w pobliżu 
nikogo, kto przypatrywał się jej reakcjom.

Było już wystarczająco ciężko, że musiała radzić sobie z szokiem, bez martwienia 

się o ukrywanie swojego niepokoju, który mógłby zwiększyć strach pozostałych.

Weszła  do  windy  i  nacisnęła  poziom  na  którym  znajdowała  się  jej  kabina.  Eden 

opuściła ramiona i oparła się plecami o ścianę windy.

Na  podglądzie  kamery  monitorującej  jej  pozycja  pewnie  wydawała  się 

zrelaksowana,  ale  Eden  była  daleka  od  spokoju.  Chociaż  bardzo  niechętnie  musiała  to 
przyznać,  nie  była  całkiem  odporna  na  wpływ  jaki  wywarł  na  niej  widok  mężczyzny. 
Było to dla niej bardzo niewygodne, że zabuzowały w niej hormony, nawet jeżeli było to 
do przewidzenia, że podstawowe potrzeby odezwą się za pierwszym razem, kiedy po tak 
długim czasie miała jakikolwiek rodzaj "kontaktu" z mężczyzną.

background image

Dojechawszy do poziomu czwartego, Eden wyszła z windy i skierowała się w dół 

korytarza,  ignorując  kobiety,  które  przypatrywały  się  jej  pytająco  zza  otwartych  drzwi 
kabin jakie mijała.

Pod względem logicznym, ekonomicznym i naukowym, decyzja o wysłaniu grupy 

kolonistów  składającej  się  tylko  z  kobiet  miała  sens.  Dwieście  kobiet  waży  mniej  niż 
mieszana  załoga.  Mniej  jadły.  Nie  były  tak  skłonne  do  przemocy  jak  napędzani 
testosteronem mężczyźni. W końcu dwieście kobiet i odpowiednia ilość próbek spermy 
była wszystkim co było potrzebne do zapewnienia zdrowej puli genów. To było proste, 
wysłać dwieście kobiet i odpowienią ilość męskiego nasienia, zamiast samych mężczyzn.

Z  ludzkiego  punktu  widzenia,  było  ciężko  zostawić  za  sobą  wszystko  co 

kiedykolwiek się znało, wiedząc, że się już nie wróci, a także zaakceptować to, że trzeba 
na  zawsze  zapomnieć o  męskim  towarzystwie.  Najpewniej  nie  było  w  grupie ani  jednej 
kobiety,  właczając  ją,  która  nie  miałaby  za  sobą  przynajmniej  jednego  złego  związku. 
Może nawet większa część kobiet rozważała zrezygnowanie na jakiś czas z mężczyzn, a 
przynajmniej  na  początku,  ale  to  nie  zmieniało  faktu,  że  wszystkie  tęskniły  za 
przebywaniem w pobliżu męskich partnerów, bez względu na to, jak bardzo denerwujący 
mogą być.

Dla  pocieszenia  i  rozrywki  przewidziano  seks  droidy,  ale  one  nie  łagodziły  tego 

szczególnego  bólu.  Nawet  Eden,  która  nie  uważała  się  za  kogoś  lubiącego  pieszczoty, 
nigdy  nie  dbała  o  przytulanie,  zorientowała  się,  że  tęskni  za  ciepłem  męskiego  ciała 
wtulonego w nią podczas długich nocy i brakuje jej głębokiego dźwięku męskiego głosu.

Dochodząc  w  końcu  do  swojej  kabiny,  Eden  zwróciła  głowę w  stronę  monitoru 

ochrony. Minęła sekunda zanim monitor odczytał i zidentyfikował wzór jej siatkówki, a 
potem  otworzył  drzwi.  Kiedy  weszła,  stanęła  po  prostu  na  środku  pokoju,  rozglądając 
się po wyposażeniu kabiny, jakby nigdy wcześniej jej nie widziała.

Zrobiono co tylko można było, żeby kolonistki miały zapewnione kabiny na czas 

piętnastoletniej  podróży  z  Ziemi  na  Georię.  Nadal  jednak  było  tu  ciasno  i  boleśnie 
funkcjonalnie. Przyniosła tu tak wiele osobistych rzeczy, jak tylko było można, ale w tak 
ograniczonej przestrzeni koniecznością była schludność.  Było to niezbędne, jeżeli ktoś 
nie chciał się potknąć i złamać sobie czegoś, na przykład karku. Widać było tylko kilka 
osobistych  rzeczy.  Większość  z  nich  leżała  w  nogach  jej  koi,  były  to  rzeczy  jakie 
zamierzała  wykorzystać  żeby  "udekorować"  swoje  mieszkanie  w  koloni,  by  poczuć  się 
tam  jak  w  domu.  Jej  ubrania  były  skłębione  w  szafce  naprzeciw  łóżka,  w  większości 
dlatego, że nieczęsto nosiła cokolwiek z tego.

Jak  większość  pozostałych  kobiet,  nieczęsto  kłopotała  się  ubieraniem 

czegokolwiek  poza  majtkami,  czasami  łącząc  to  z  jedną  z  bluzek  zastępujących  stanik, 
które zaczęto nosić,  kiedy  odkryto, że  ciasne okrycie,  wymyślone w poprzednim  wieku, 

background image

by  unosić  piersi,  zwiększa  ryzyko  zachorowania  na  raka  piersi.  Od  drugiego  roku 
podróży  nie  nosiła  nic  więcej.  To  wydawało  się  być  sensowne.  Temperatura  wewnątrz 
statku zmieniała się o nie więcej niż stopień, może dwa. Skromność nie była czymś o co 
musiały się martwić, kiedy w odległości wielu lat świetlnych nie było żadnego mężczyzny 
i  z  całą  pewnością  nie  było  na  kim  robić  wrażenia  ubraniem.  Nawet  milicja  nieczęsto 
przestrzegała regulaminowego ubioru. Po służbie żołnierki nie nosiły niczego więcej niż 
kolonistki.

W  ten  sposób  nie  było  za  wiele  prania,  mniej  rzeczy  do  zrobienia  bałaganu  w 

pomieszczeniu.

Wzdychając  Eden  podeszła  do  swojej  koi  i  położyła  się  na  niej  przywołując 

wytyczne obowiązujące kolonię. Hologram natychmiast pojawił się tuż nad jej brzuchem, 
w  odległości  umożliwiającej  czytanie  i  Eden  po  raz  kolejny  zaczęła  przeglądać  go  od 
początku.

Plan  kolonizacji  był  złudnie  prosty.  Największe  umysły  świata  spędziły  dekadę, 

którą zajęło wybudowanie statku, żeby dopracować każdy, nawet najmniejszy szczegół.

Statek mógł przetransportować dwieście kolonistek i wszystko co było potrzebne 

do  założenia  kolonii  na  wybranej  planecie.  Same  kolonistki  były  dokładnie  wybrane  w 
zależności 

od 

umiejętności 

potrzebnych 

do 

zapewnienia 

sukcesu 

całemu 

przedsięwzięciu, włączając w to wyszkoloną armię, chociaż nawet te kolonistki, które nie 
należały do milicji, były wyszkolone we władaniu bronią i samoobronie.

Każda  rasa  miała  reprezentantkę,  chociaż  wszyscy  przyznawali,  że  wysiłek  jaki 

włożono,  żeby  znaleźć  najczystsze  przedstawicielki  z  każdej  rasy  był  najpewniej 
marnowaniem czasu. Po kilku generacjach będą pomieszani, dokładnie tak jak na Ziemi, 
z  takim  samym  rezultatem,  urocze  hybrydy  z  mieszanymi  genami,  ale  było  to  jeszcze 
jedno zabezpieczenie, żeby zapewnić przyszłym pokoleniom odpowiednią pulę genów.

Pełną prędkość  uzyskały po dwóch latach podróży, dwukrotną  prędkość światła, 

zwalniać  zaczęły  na  cztery  lata  przed  przybyciem.  Zatrzymanie  się  nie  było  czymś  co 
statek  mógł  zrobić  natychmiast.  Przeleciały  obok  docelowej  planety  i  krążyły  wokół 
najbliższego  systemu,  zanim  zwolniły  na  tyle,  żeby  móc  wrócić  i  wylądować.  Za 
pierwszym razem, kiedy minęły planetę, zrzuciły kontenery z robotami.

Był to ryzykowny manewr, ale wszyscy uznali, że wart ryzyka. Roboty zostały tak 

zaprogramowane,  żeby  wytrzymać  obciążenie  podczas  zrzutu,  odpowiedni  czas  zrzutu 
był  kluczem  do  przetrwania  całej  koloni.  Kontenery  zawierające  materiały  i  roboty 
budowlane zostały tak zaprogramowane, żeby zlokalizować najbardziej dogodne miejsce 
i wznieść miasto Nowe Savannah, więc kiedy powrócą, żeby wylądować, będzie gotowe. 

background image

Z  tego  co  Eden  widziała,  roboty  wykonały  swoje  zadanie.  Miasto  było  tam, 

czekało na nie, zgodnie z wytycznymi z komputera. Problem polegał na tym, że miejsce 
wybrane  na  miasto  leżało  o  mniej  niż  trzy  mile  od  miejsca  wybranego  przez  obcą  rasę 
kolonistów.

Eden  zmarszczyła  brwi.  Oni  mogli  być  właściwie  miejscowymi,  ale  nie  była 

pewna,  czy  to  było  jakieś  rozsądne  wytłumaczenie.  Miasto  było  na  tyle  dobrze 
zbudowane,  że  ciężko  było  sprzeczać  się,  czy  to  oni  byli  dzikimi  lokatorami.  Jedynym 
pytaniem było, czy byli oni równie agresywni co ludzie?

Co  ważniejsze,  przypuszczała,  czy  byli  równie  technologicznie  zaawansowani  jak 

ludzie?  Czy  ona  i  jej  kolonistki  są  w  stanie  skopać  ich  tyłki,  żeby  wrócili  tam  skąd 
przybyli?

To  było  bardzo  wspaniałe,  że  kiedy  odkryto  leki  przeciwdziałające  starzeniu 

zapewniono  je koloni.  Mogła wyglądać  i  czuć się  na dwadzieści pięć  lat przez  następne 
kilkaset  lat.  Już  zainwestowała  dwadzieścia  lat  swojego  życia  w  ten  projekt  i  nie  miała 
najmniejszej ochoty spędzić następnych piętnastu na tym pieprzonym statku, kierując się 
w stronę, z której właśnie przybyła.

background image

Rozdział 2

Eden rozjrzała się po grupie kolonistek, które zebrały się na spotkanie.

-  Minie  wiele  miesięcy,  zanim  uda  nam  się  uzyskać  wyraźny  obraz  sytuacji,  ale  z 

tego co jesteśmy pewne na chwilę obecną, obóz obcych, który naruszył terytorium naszej 
kolonii  ma  charakter  wojskowy.  Wydaje  się  być  też  pewne,  że  wywodzą  się  z  kultury 
zdominowanej przez mężczyzn.

Z tyłu pomieszczenia nieśmiało uniosła się ręka. Eden zmarszczyła brwi. Nie była 

gotowa na pytania, ale wydawało się jej, że mniejsza formalność może pomóc każdemu 
przełamać strach i podnieść morale.

- O co chodzi Becky?

Becky  zaczerwieniła  się,  kiedy  połowa  zgromadzonych  kobiet  obróciła  się,  żeby 

na nią spojrzeć.

- Yyyy... zastanawiałam się tylko, jak doszłyście do takiego wniosku?

- Chodzi aspekt wojskowy?

-  O  określenie  ich  społeczności.  Przecież  nie  miałyśmy  możliwości  na  tyle 

dokładnego  studiowania  ich,  żeby  dowiedzieć  się,  czy  panuje  u  nich  patriarchat,  czy 
matriarchat?

- To prawda, ale ten punkt wydaje się niezaprzeczalny. Obserwujemy ich od kiedy 

odkryłyśmy  ich  obecność  i  nie  widać  tam  żadnych  kobiet,  no  chyba,  że  wyglądają  jak 
mężczyźni,  lub  okaże  się  że  ci  mężczyźni  to  tak  naprawdę  nie  są  mężczyźni,  ale  jakiś 
rodzaj istot, który rozmnaża się aseksualnie. Zakładając, że nasze pierwsze wrażenie jest 
poprawne,  są  tam  tylko  mężczyźni,  a  fakt,  że  nie  ma  tam  żadnych  kobiet  wydaje  sie 
potwierdzać  obie  obserwacje.  Jeżeli  zakładaliby  kolonię,  tak  jak  my,  byłyby  tu  kobiety. 
Fakt, że ich tu nie ma, z tego co możemy stwierdzić na chwilę obecną wydaje się na to 
wskazywać.

-  Tak,  ale  my  wszystkie  jesteśmy  kobietami.  Czy  ktoś  inny,  przypatrując  się  nam 

nie  doszedłby do  błędnego wniosku,  że pochodzimy  z matriarchalnego społeczeństwa? 
Może  nawet  wysnuliby  wniosek,  że  jesteśmy  aseksualni,  a  oba  te  stwierdzenia  byłyby 
błędne.

Irytacja ogarnęła Eden, ale wiedziała, że kobieta ma rację.

- Oczywiste jest, że w tej chwili niczego nie możemy być pewne. Chcę wam tylko 

przedstawić, z czym musimy się zmierzyć.

background image

- A więc... nadal planujemy wylądować?

-  A  co  z  ich  językiem?  Nauczymy  się  dużo  szybciej  o  nich,  jeżeli  komputer 

rozszyfruje ich język.

Eden uniosła rękę, żeby zatrzymać nadciągającą lawinę pytań.

- Musimy zachować jakiś porządek na tym spotkaniu. Jedno pytanie na raz, proszę 

-  poczekała,  aż  szepty  ucichną  zanim  znów  się  odezwała.  -  Spędziłam  ostatnie  kilka 
godzin,  przeglądajac  znów  plan  kolonizacji.  Nie  ma  tam  nic,  co  sugerowałobym,  że 
powinnyśmy podnieść ręce i poddać się, jeżeli po przybyciu zorientujemy się, że planeta 
jest  już  zajęta.  W  takim  wypadku  plan  wyraźnie  nakazuje,  żeby  kolonizację 
przeprowadzić bez względu na to, co napotkamy, o ile tylko planeta będzie nadawała się 
do  zamieszkania.  Kiedy  podpisałyśmy  kontrakt,  wszystkie  zaakceptowałyśmy,  że  to  nie 
będzie  spacerek  po  parku.  Nie  sądzę,  żeby  ktokolwiek  włączając  w  to  mnie  wierzył,  że 
spotkamy  tu  inteligentne  życie,  a  to  świadczy  o  ludzkiej  arogancji.    Ale  jesteśmy  tutaj. 
Większość z nas już zainwestowała w ten projekt przynajmniej dwadzieścia lat życia, pięć 
lat szkolenia przed wyprawą, piętnaście lat samej podróży.

Kiedy znów zamilkła, zapadła całkowita cisza.

- To nie jest demokracja, ale jestem zainteresowana waszym zdaniem. Morale jest 

ważne dla naszego powodzenia. Więc zagłosujmy. Kto jest za tym, żeby podkulić ogon 
pod siebie i wracać na Ziemię, niech uniesie rękę.

Ulga  uderzyła  w  Eden,  kiedy  zobaczyła,  że  uniosło  się  tylko  jakieś  tuzin  rąk. 

Wiedziała,  że  pewnie  jeszcze  kilka  zgadzało  się  z  tym,  ale  nie  chciały  wyjść  na  tchórzy 
unosząc  rękę.  Wydawało  się,  że  większość  chce  utrzymać  teren  i  zrobić to  co po  co  tu 
przybyły, a przynajmniej nie były jeszcze gotowe do ucieczki.

-  Oczywiście  dowiemy  się  więcej,  kiedy  komputer  rozgryzie  ich  język,  ale...  - 

wzruszyła  ramionami,  -  oni  nie  wydają  się  za  wiele  mówić.  To  utrudnia  trochę 
rozszyfrowanie języka.

- Są telepatami? - zapygerował ktoś.

- Możliwe. Ale jest również możliwe, że to dobrze naoliwiona wojskowa machina - 

przywołała  film,  który  chciała  pokazać  kolonistkom.  -  Zauważcie  tych  mężczyzn 
pracujących tutaj. Obserwowałyśmy ich ponad godzinę i cały czas pracują, bez przerwy, 
bez zatrzymania się na rozmowę, żadnych przerw na odpoczynek, tylko niespieszny, ale 
nieprzerwany ruch.

Cisza  zapadła  prawie  na  dziesięć  minut,  podczas  kiedy  kolonistki  obserwowały 

film.

background image

-  Przypominają  mi  mrówki,  właściwie  jest  kilka  społeczności  owadów,  które 

zachowują się w ten sposób.

Eden spojrzała ostro w stronę głosu, ale nie była pewna kto się odezwał. Zwróciła 

z powrotem uwagę na film i zastanowiła sie krytycznie nad tą obserwacją.

- Chodzi co o to, że praca jaką wykonują wydaje się być wyraźnie określona?

-  Jest  pewne  jak  cholera,  że  dla  mnie  nie  wyglądają  jak  robale.  Nie  ma  to  nic 

wspólnego  z  rozmiarem,  ale  są  ogromni,  i  z  całą  pewnościa  nie  są  podobni  do  robali. 
Spójrz na pierś i ramiona tego tam! Jest na tyle słodki, że... serce mi zadrżało!

- Dziękuję za tą  naukową obserwację - powiedziała sucho Eden. - Chociaż masz 

rację, komputer określił ich średni wzrost na pomiędzy sześć i pół, a siedem stóp 

(od 185 

cm  do  213  cm)

.  Są  na  tyle  podobni  do  ludzi,  że  można  uznać,  że  są  ssakami  jak  my. 

Oczywiście to nie oznacza,  że są nimi na pewno. Bez względu na to jak bardzo wydają 
sie być podobni do nas, może okazać się, że są zupełnie inni.

-  Słuchajcie  -  odezwała  się  kapral  Hicks  przechodząc  w  stronę  przedniej  części 

pomieszczenia  w  której  stała  Eden.  -  Właśnie  o  tym  mówię.  Spójrzcie  tutaj,  ci  którzy 
trzymają broń? Mają skrzydła i rogi. Ci tutaj, "robotnicy", nie mają skrzydeł, tylko rogi i 
do  tego  ich  rogi  są  mniejsze  niż  tych  facetów  tutaj.  Fakt,  że  w  tak  niewielkim  stopniu 
korzystają  ze  słownej  komunikacji  może  oznaczać,  że  są  dobrze  naoliwioną  wojskową 
machiną,  jak  sugerujesz,  ale  również  może  to  być  kwestia  tego,  że  do  tej  pracy  zostali 
wyznaczeni od dnia swoich narodzin, jak w koloni mrówek.

Eden wzruszyła ramionami.

-  Może.  Według  mnie  można  uznać  to  za  podobieństwo  pomiędzy  nimi,  a 

feudalną  Europą  podczas  ciemnych  wieków.  Robotnicy  mogą  być  kimś  w  rodzaju 
poddanych.  Zauważcie  fortyfikacje  wzdłuż  zewnętrznych  krańców  osady.  Bardzo 
przypomina to obronne mury budowane dookoła starożytnych zamków, nawet pomimo 
tego,  że  ich  technologia  sugeruje  dużo  wyższy  poziom  rozwoju.  Nie  wiemy  nic  na 
pewno, zanim nie będziemy w stanie ich posłuchać.

- A więc co decydujemy? Zostajemy? Trzymamy się planu?

Eden  spojrzała  za  dźwiękiem  głosu  i  bez  zdziwienia  odnalazła  kapitan  Ivy 

Sterling.

-  Całe  lata świetlne zajęło nam  dotarcie  tutaj.  Jestem  pewna jak  jasna cholera,  że 

nie  zamierzam  zawrócić  i  ruszyć  z  powrotem,  zanim  nie  upewnimy  się,  że  nie  ma 
możliwości utworzenia kolonii, jaką przyleciałyśmy tu stworzyć.

- Nie mamy ani broni, ani siły w ludziach, żeby prowadzić wojnę.

background image

Ten  komentarz  zaalarmował  kolonistki,  chociaż  Eden  uznała,  że  niemożliwym 

jest, żeby ta myśl nie przyszła jeszcze żadnej do głowy.

-  Nie  ma  żadnej  oznaki,  że  mogą  być  wrogo  nastawieni.  Kolonia  jest 

nienaruszona. Roboty pracowały nad nią od roku, a nie widzę żeby nastąpiła jakakolwiek 
próba  zatrzymania  budowy,  czy  jakiekolwiek  rodzaju  przeszkadzanie  w  jej  postępie. 
Sądzę, że to dobry znak - zamilkła na tyle, żeby to do nich dotarło. - Tarcze ochronne w 
pełni  pracują,  nie  widać  również  najmniejszej  wskazówki,  żeby  byli  technologicznie 
zdolni przebić się przez nie.

-  Narazie  pracujemy  zgodnie  z  planem.  Jutro  rano  testujemy  teleportery.  Jeżeli 

wszystko  zostanie  sprawdzone,  zaczynamy  lądowanie  po  połuniowym  posiłku. 
Zainteresowane  kolonistki  powinny  złosić  się  tak  szybko  jak  to  tylko  jest  możliwe. 
Imiona pierwszej grupy wybierzemy rankiem. Na teraz jesteście wolne.

Po kilku chwilach wahania podczas kiedy informacje docierały do nich, kobiety w 

końcu  zaczęły  wstawać  ze  swoich  miejsc  i  opuszczać  jadalnię  służącą  za  pokój 
konferencyjny.

- Jeżeli mamy tu mieszkać, musimy ustalić jakiś nowy czas - skomentowała któraś, 

kiedy zaczęły opuszczać pomieszczenie.

-  O  Mój  Boże!  Jak  ja  tęsknię  za  wschodami  i  zachodami  słońca,  za  światłem 

słonecznym,  deszczem!  Mam  nadzieję,  że  zostaniemy.  Nie  sądzę,  żebym  miała  siły 
wytrzymać  następną  piętnastoletnią  podróż  kosmiczną!  -  wymamrotała  następna 
kolonistka  do  koleżanki,  jej  komentarz  usłyszało  więcej  osób,  a  kolonistki  dookoła 
przybrały rozmarzony wyraz twarzy.

Eden mogłaby ucałować tę kobietę. Gdyby to ona sama wygłosiła taki komentarz 

najpewniej  przyjęty  zostałby  ze  sceptyzmem.  Skoro  wyszedł  od  kogoś  innego,  nie 
wydawał się być propagandą mającą na celu przekonanie ich do jej punktu widzenia.

Ivy  Sterling  podeszła  do  niej,  opierając  się  biodrem  o  jeden  ze  stojących  nie 

opodal stolików.

-  Muszę  się  zgodzić  z  nią,  jakżesz  ona  ma  imię.  Sama  nam  dosyć  statku.  Ale  nie 

czuję się wygodnie, bez skonsultowania takiej decyzji z moimi przełożonymi.

Eden wpatrywała się w kobietę z mieszanymi uczuciami. Ivy nie była tylko piękną 

reprezentantką  swojej  rasy,  była  inteligentna  i  silna.  Była  też  nieszczęśliwie,  typem 
żołnierza, który zawsze działa zgodnie z przepisami. Eden widziała jak jej osobiste chęci 
walczą w niej ze szkoleniem, to właśnie było przyczyną jej sprzeciwów.

-  Nie  będzie  czymś  złym  wcześniejsze  skontaktowanie  się  z  nadzorem  misji  - 

odezwała się beznamiętnym głosem.

background image

Pełne wargi Ivy zacisnęły się z irytacji.

-  Możesz  mówić  co  chcesz,  ale  nie  spodziewali  się,  że  napotkamy  opór.  Jak 

zauważyłaś,  wiele  czasu  i  pieniędzy  władowano  w  tej  projekt.  Nie  będą  szczęśliwi,  że 
ryzykujemy to wszystko. Ja też nie jestem szczęśliwa z powodu potencjalnego zagrożenia, 
lub utraty życia.

Eden zirytowana potrząsnęła głową.

-  Zgadza  się,  ale  jak  na  razie  nie  podjęłyśmy  żadnego  ryzyka,  jeszcze  nie.  Nie 

spodziewałam  się,  że  spotkamy  się  tutaj  z  inteligentnym  życiem,  a  przynajmniej  nie  na 
tym poziomie. Ale świat tętni życiem. Wiedziałyśmy o tym wcześniej. Gdyby nie to, nie 
wybrałybyśmy sobie tej planety. Jedynie czysta arogancja postawiła nas nieprzygotowane 
na możliwość, że tu mogą być inteligentne istoty, porównywalne z ludźmi.

-  Poza  tym  nie  wiemy  z  jakimi  rzeczami  będziemy  musiały  borykać  się,  z 

roślinami, zwierzętami, owadami i mikroorganizmami, które są dla nas całkowicie obce, a 
wszystko  to  niesie  ze  sobą  potencjalne  zagrożenie.  Warunki  pogodowe,  katastrofy 
naturalne.  Jest  więcej  nieznanych  z  jakimi  będziemy  musiały  sobie  poradzić,  niż 
wiadomych,  wszystko  może  być  niebezpieczne  i  zagrażające  życiu,  nie  mówiąc  już  o 
samej  wyprawie.  Już  samo  to,  że  przetrwałyśmy  tą  wyprawę  nie  tracąc  ani  jednej 
kolonistki jest cudem.

- Pomysłodawcy projektu również wiedzieli o tym wszystkim, wiedzieli, że będzie 

to wielkie ryzyko dla życia i będzie wiele do zniesienia. Nie odwołają kolonizacji Ivy, bez 
względu na to co sądzisz. Może ta sytuacja jest czymś, czego się nie spodziewałyśmy, ale 
nadal musimy sobie z tym poradzić.

Ivy nadal wyglądała na sceptyczną.

- A więc... jak planujesz sobie z tym poradzić?

-  Z  całą  pewnością  nie  zamierzam  wyjść  strzelając  z  broni  -  odparła  Eden.  - 

Zobaczymy,  czy  nasze  przybycie  sprowokuje  jakikolwiek  rodzaj  gwałtownej  reakcji  ze 
strony mieszkańców. Jeżeli nie, to tak szybko jak tylko będziemy w stanie porozumieć się 
z  nimi,  spróbuję  nawiązać  z  nimi  przyjacielskie  relacje  i  spróbuję  ustalić  jakieś  zasady 
pokojowego  współistnienia.  Jeżeli  polityka  zawiedzie,  wtedy  podejmiemy  decyzję  co 
dalej. W międzyczasie, utrzymujemy czujność na statku, będzie on przebywał na orbicie, 
na wypadek gdybyśmy musiały wycofać się.

background image

****

Jako  dowódca  wyprawy,  Eden  była  pomiędzy  pierwszymi,  którzy  opuścili  statek. 

Kapitan  statku,  Ivy  Sterling  pozostawiła  na  mostku  zastępcę  dowódcy,  wyznaczyła 
oddział  towarzyszący  Eden.  Wraz  z  sześcioma  dowódcami  sektorów  zajęły  miejsca  w 
poszczególnych transporterach i teleportowały się.

Ich  przybycie  nie  zostało  przeoczone.  Wzbudziły  zadziwiająco  wiele 

podekscytowania,  kiedy pojawiły  się  na specjalnej  platformie  na dachu  budynku  urzędu 
miejskiego.  Ivy,  która  przeszła  do  niskiego  muru,  otaczającego  platformę,  uniosła 
lornetkę, żeby przyjrzeć się fortyfikacjom. Kiedy w końcu obniżyła lornetkę obróciła się 
do Eden i spojrzała mrocznie.

-  Może  nie  wyglądali  na  zainteresowanych  kolonią,  ale  obserwują  ją  bardzo 

dokładnie. Zauważyli nasze przybycie.

Eden  zabrała  lornetkę  od  Ivy  i  uniosła  ją  do  oczu.  Kiedy  wzrok  skupił  się, 

przeszedł  przez  nią  dreszcz.  Jeden  z  żołnierzy  na  dalekim  murze  trzymał  coś  bardzo 
podobnego do lornetki jaką ona miała i patrzył dokładnie na nią. Kiedy patrzyła, obniżył 
ją. Jego wyraz twarzy był nie do odczytania, przez co Eden nie mogła zorientować się w 
sytuacji,  ale  rozpoznała  twarz,  a  przynajmniej  tak  się  jej  wydawało.  Wyglądał  tak  samo 
jak ten mężczyzna, którego widziała na zbliżeniu, kiedy była na mostku statku.

Z drugiej strony, nie widziała pozostałych z bliska. Może nie ma między nimi za 

wiele różnic w wyglądzie.

Wzruszyła ramionami.

-  Może  to  przypadek,  że  patrzył  dokładnie  wtedy,  kiedy  przybyłyśmy.  Nie 

wyglądał na bardzo zmartwionego.

- Więc dlaczego ogłosił alarm? - zapytała Ivy.

Eden zamrugała.

- Alarm? - powtórzyła.

Ivy uniosła ramię wskazując na mury. Kiedy Eden znów uniosła do oczu lornetkę 

zobaczyła, że Ivy ma rację. Wzdłuż całego muru naprzeciwko nich, żołnierze zajmowali 
obronne pozycje.

Eden skrzywiła się zatroskana, po czym znów podniosła lornetkę.

-  To  zachowanie  obronne  -  powiedziała  w  końcu.  -  Nie  wiedzą,  czego  się 

spodziewać,  więc  przygotowali  się  na  wszelki  wypadek.  Dlaczego  nie  spróbujemy 

background image

ignorować  ich  i  zobaczymy,  czy  zrozumieją  wiadomość,  że  nie  szukamy  problemów  z 
nimi?

- Mogą uznać to za lekceważenie, co ich jeszcze bardziej wkurzy.

Eden spojrzała zmartwiona.

-  Sprawdź  osłony.  Jeżeli  są  sprawne  na  sto  procent  to  nie  musimy  się  niczym 

martwić.

Jedna  z  towarzyszących  im  żołnierek  podłączyła  się  do  systemu  i  wywołała 

informacje.

-  Komputer  zweryfikował  systemy  obronne  jako  sprawne  w  stu  procentach  - 

odpowiedziała po kilku chwilach.

Eden skinęła głową.

- Będziemy więc musiały tu zaryzykować. Nadal nie rozgryzłyśmy ich języka i nie 

byłabym  w  stanie  skomunikować  się  z  nimi,  nawet  gdybym  spróbowała.  Jeżeli  nasza 
obecność za bardzo ich rozdrażni, wrócimy na statek i poczekamy aż się uspokoją, żeby 
znów spróbować.

Opierając  się  pokusie,  żeby  spróbować  komunikacji  gestami,  która  z  łatwością 

może  być  źle  zrozumiana,  Eden  z  wysiłkiem  skupiła  swoją  uwagę  na  samym  mieście, 
rozciągającym  się  pod  nimi.  Nowe  Savannah  było  zimne,  nudne  i  niewyszukane, 
podobnie  jak  statek.  Przyjemnością  było  oderwanie  się  od  podzielonych  na  sztywno 
kwadratów,  całkowicie  symetrycznych  budynków  i  ulic,  do  kontrastujących  z  miastem 
niebieskiego nieba, skalistych purpurowych gór i widoku na dolinę leżącą za miastem.

Podniesiona na duchu Eden odwróciła się po jakimś czasie i poprowadziła grupę 

przez  dach  do  drzwi.  Z  łatwością  otworzyły  się  po  zidentyfikowaniu  jej  i  cała  grupa 
wsiadła do windy. Jakkolwiek ciekawa była pomieszczeń administracyjnych, nie były one 
najważniejsze. Ignorując chęć sprawdzenia ich, poleciła windzie zjazd na parter. Obcasy 
ich butów głucho zadudniły na kamiennej podłodze, kiedy wyszły z pustego budynku i 
zatrzymały się na zewnatrz, przyglądając się miastu jakie zbudowały roboty.

Poza budynkami wzniesionymi w określonym celu jak budynek urzędu miejskiego, 

szpital,  czy  posterunek  policji,  żaden  z  budynków  nie  był  przydzielony,  czy  w  jakiś 
sposób  oznaczony  i  nic  nie  odróżniało  jeden  od  drugiego  poza  rozmiarami.  Ale  były 
różnice  w  rozmiarach  i  wysokościach.  Nadawały  one  jakąś  różnorodność  w  wyglądzie 
miasta,  które  inaczej  wyglądałoby  mdło.  Eden  z  łatwością  mogła  wyobrazić  sobie,  że 
kolonistki,  kiedy  będą  miały  możliwość  wprowdzić  się,  będą  mogły  nadać  miastu 
osobowość, żeby ocieplić jego wygląd.

background image

Wchodząc  na  chodnik  przed  budynkiem  miejskim  Eden  ruszyła  w  dół  w  stronę 

głównej  ulicy.  Ruchomy  chodnik  ruszył  gładko.  Usztywniając  ciało  dla  zachowania 
równowagi, Eden przypatrywała się mijanym budynkom, które będą służyć jako centrum 
handlowe. Za  sobą słyszała  szefowe  sektorów  rozmawiające o  zaletach poszczególnych 
budynków,  cichy  zgrzyt  pancerzy  i  broni,  kiedy  żołnierki  poruszały  się  niespokojnie, 
najwyraźniej nie do końca pocieszone zapewnieniem komputera, że system ochronny w 
pełni funkcjonuje.

Ich niepokój przeniósł się na nią. Eden zorientowała się, że jej myśli powędrowały 

od  miasta,  w  którym  powinna  dokonywać  inspekcji,  do  obozu  obcych  po  przeciwnej 
stronie.

Dokładniej, jej  myśli  krążyły wokój jednego obcego.  Mogła okłamywać siebie  ile 

chciała,  ale  wiedziała,  że  obcy  którego  widziała  przez  lornetkę  był  tym  samym,  który 
spowodował u niej skok  hormonów, kiedy po raz pierwszy zobaczyła  go na ekranie na 
mostku.

Jak podobni są, zastanawiała się, do ludzkich mężczyzn? Czy na tyle, żeby można 

było rozważać ich towarzystwo? Dla rekreacji, jeżeli nie dla prokreacji? Miały zamrożone 
nasienie,  które  zapewni  kontunuację  i  czystość  ich  gatunku.  Ale  jeżeli  była  szansa  na 
zgodność między nimi, to nie mogła nic poradzić, ale myślała o tym, że politycznie rzecz 
biorąc, to  byłby  bardzo  dobry  gest,  który  pomógłby zapewnić  pokój  pomiędzy  dwoma 
obozami.

Po  rozważeniu  zdecydowała,  że  najpewniej  powinna  uznać  to  za  "coś  w  rodzaju 

pokoju",  ponieważ  jeżeli  byli  całkiem  podobni  do  ludzi,  to  same  różnice  kulturowe 
mogły sprawić, że w niektórych sprawach nie będą mogli się ze sobą zgodzić.

background image

Rozdział 3

Kiedy  skończyły  inspekcję  kolonii,  Eden  i  pozostałe  teleportowały  się  na  statek, 

zostawiając w mieście oddział żołnierek. 

Budowa nie była wykończona, ale w tej chwili nie było to potrzebne, a już z całą 

pewnością  nie  przeszkadzało  w  zebraniu  rady.  Głównym  problemem  było,  że  żadne 
pomieszczenie nie zapewniło wygody. Nic nie było umeblowane, ale Eden nie była w tej 
chwili w nastroju, żeby zajmować się takimi sprawami.

Po swoim powrocie spotkały się z zaciekawieniem kolonistek.

Eden nie była tym zaskoczona. Nawet najbardziej strachliwe pomiedzy nimi, były 

niecierpliwe,  żeby  wydostać  się  ze  statku  chociaż  na  chwilę,  jeżeli  tylko  było  to 
bezpieczne.  Po  podzieleniu  kolonistek  na  grupy  po  dwadzieścia  pięć  osób,  pozwoliła 
pierwszej  grupie  zejść  na  dół,  pozwiedzać  miasto  i  cieszyć  się  przebywaniem  poza 
metalowym  kadłubem  statku,  chodzeniem  po  ulicach  przy  prawdziwej  grawitacji  i 
atmosferze innej niż sztuczna.

Spotkanie  rozpoczęły  od  ustalenia,  że  plany  jakie  zostały  ułożone,  może  w  tej 

chwili nie są całkiem aktualne, ale wszystkie zgadzały się, że mają teraz tylko dwa wyjścia, 
zostać, lub wrócić. Na pewno nie były wyposażone na tyle, żeby spróbować kolonizacji 
innej  planety.  Materiały  budowlane,  jakie  zabrały  zostały  zużyte  do  wybudowania 
Nowego  Savannah,  więc  będą  zmuszone  do  mieszkania  w  kurzu  i  szałasach,  jeżeli 
spróbują skolonizować inną planetę.

Każda  poczuła  się  bardzo  zaborcza  jeżeli  chodzi  o  planetę,  którą  już  uznały  za 

swoją własną.

Eden  rozbolała  głowa na  długo  zanim udało  im  się podzielić więcej niż  kwadrat 

terenu  na  sektory.  Decydując  w  końcu,  że  wystarczy  przydzielić  poszczególne  budynki 
dla konkretych celów, Eden zakończyła spotkanie.

-  Jeżeli  zdecydujemy  się  zostać,  wtedy  zdecydujemy  o  przydziale  kwater 

mieszkalnych. Jestem pewna, że zostały tu wybudowane, powinny być. Każdy ma jakieś 
własne zdanie, powinnyśmy dojść do jakiegoś kompromisu.

Kierujące działami nie wyglądały na całkowcie zadowolone, ale zaakceptowały to i 

odeszły,  żeby  przedyskutować  procedury  przeniesienia  z  kolonistkami  z  odpowiednich 
sektorów.

Eden  siedziała  przez  chwilę  wpatrując  się  w  ścianę,  pocierając  czoło,  żeby 

złagodzić napięcie.

background image

Podróż  wydawała  się  nie  mieć  końca.  Spodziewała  się  tego,  w  myślach  zawsze 

wiedziała,  że  kiedy  przybędą  będzie  miała  ręce  pełne  roboty,  ale  to  wydawało  się  tak 
odległą przyszłością, że właściwie nie uważała tego za realne. Nie przebywały jeszcze na 
orbicie przez cały dzień, a już zaczynała odczuwać wagę swojego stanowiska.

Nagle odsunęła się od stołu konferencyjnego i wstała. Nie była w stanie poradzić 

sobie z problemami, jeżeli nie poradzi sobie z tym co ją martwi. Wychodząc z sali rady 
zatrzymała się na kilka chwil na korytarzu i w końcu skierowała się w stronę mostka. Bez 
zaskoczenia odkryła, że ekrany były włączone i obserwowały obóz obcych.

Zastępca  Ivy,  porucznik  Sarah  Carter  spojrzała  na  Eden,  kiedy  ta  wysiadła  z 

windy.

- Nie spodziewałam się was tak szybko.

Eden uśmiechnęła się nieznacznie.

-  Pozostanie  tam  dłużej  było  bardzo  kuszące  -  odrzekła  sucho,  -  ale  cholernie 

dziwne  i  pomyślałam,  że  najlepiej  będzie  rozdzielić  terytorium  tak  szybko  jak  to  tylko 
możliwe. 

Rudawe brwi Sarah uniosły się.

- Działamy dalej?

- Jakieś wieści z Houston? - odparowała Eden.

- Jak narazie nie, ale nie spodziewam się niczego jeszcze przez przynajmniej kilka 

godzin.

Eden skinęła głową i podeszła bliżej ekranów przyglądając im się.

- Przesłałyście im obrazy?

- Nie przesłałam im żadnego nagrania, jeżeli o to pytasz.

Eden spojrzała na nią.

-  Nie  uważam,  żebyś  powinna.  Zauważyłyście  jakąś  aktywność  po  naszym 

przybyciu?

Sarah skrzywiła się.

- Uczciwie?

Eden uśmiechnęła się nieznacznie.

background image

-  Tak,  chciałabym  szczere  wnioski.  Przypochlebianie  się  nie  będzie  tutaj  bardzo 

pomocne.

-  Jeżeli  dobrze  zinterpretowałam  ich  wyrazy  twarzy  jakie  widziałam,  to  według 

mnie wyglądali na równocześnie pełnych nadziei i przerażonych.

Eden zmarszczyła brwi.

- To w pewien sposób obrazuje nasze własne uczucia, ale wątpię, żeby ich powód 

był taki sam. Nadzieja, na jakieś działanie, jak sądzisz?

Sarah uśmiechnęła się.

- Domyślam się, że nie byłoby to militarne działanie.

Reakcja Eden była czysto kobieca. To ją zakłopotało. Zaczerwieniła się.

- Sądzę, że z naszej strony to tylko myślenie życzeniowe - odrzekła.

Sarah zaśmiała się.

-  Może,  ale  nie  minęło  aż  tak  dużo  czasu,  żebym  nie  pamiętała,  jak  wygląda 

mężczyzna, kiedy pieprzy się w myślach - wstała z krzesła i podeszła stając obok Eden. - 
Ci  tutaj,  wzdłuż  murów  -  wskazała,  -  żołnierze  nie  dali  za  wiele  wskazówek  o  tym,  o 
czym  myślą.  Robotnicy, to  już  zupełnie  inna  sprawa.  Cały  czas  kiedy  ich obserwujemy, 
nawet  nie  rozglądają  się,  a  kiedy  przybyła  wasza  grupa,  nagle  wszyscy  zaczęli  skrzeczeć 
jak sroki. Komputer zebrał dobrą próbkę języka.

Zamilkła, a potem odwróciła się do oficer komunikacyjnej.

- Puść nam nagranie Rheames.

Eden  zmarszczyła  brwi,  kiedy  słuchała.  To  była  ulga  odkryć,  że  obcy  wydają  się 

mieć  umiejętności  mowy  podobne  do  ludzkich.  Słowa  nie  miały  większego  sensu,  ale 
wzór  mowy  i  ton  były  wystarczająco  podobne  do  ludzkiej  mowy,  że  to  co  słyszała 
mogłoby uchodzić za jakiś ziemski język.

- Jakieś wskazówki o czym mogliby mówić?

-  Komputer  nie  skończył  jeszcze  zbierania  danych,  ale  wydaje  się  być  pewne,  że 

zorientowali się, że wszystkie jesteśmy kobietami. Nie jest dla mnie jasne, co o tym sądzą. 
Jak mówiłam, wyglądali na pełnych nadziei i w tym samym czasie przerażonych. 

- Może dlatego, że nie jesteśmy tego samego gatunku?

Sarah zmarszczyła brwi.

background image

-  Może.  Mam  przeczucie,  że  poczuli  strach,  ponieważ  były  to  kobiety,  co  nie 

byłoby coś, czego bym się spodziewała. Nie wiem dlaczego i najpewniej się mylę, ale tak 
właśnie czuję.

Eden zastanowiła się nad komentarzem Sarah, starając się zdecydować, czy można 

polegać na kobiecej intuicji. W końcu odpuściła to. Nawet jeżeli było coś w ocenie Sarah, 
żadna  z  nich  nie  miała  wskazówki,  dlaczego  kosmici  mogli  by  bać  się  ich,  nawet  jeżeli 
byli zadziwiająco nie agresywni.

- Rozumiem, że nadal nie widać pomiędzy obcymi żadnej kobiety?

Sarah potrząsnęła głową.

- Komputer podliczył. Jest ich prawie sześciuset, co oznacza, że przewyższają nas 

liczebnie około trzy do jednej. Są w cholerę więksi fizycznie, a więc wydają się być dużo 
silniejsi od ludzkich mężczyzn i z tego co możemy widzieć, nie są daleko za nami, jeżeli 
chodzi  o  technologię,  żeby  to  dało  nam  przewagę.  Miejmy  nadzieję,  że  są  tak 
nieagresywni  jak  wydają  się  być  do  tej  chwili,  ponieważ  nie  jestem  pewna,  czy  osłony 
wytrzymałyby zdeterminowany atak takiej armii jak ta.

Eden  ledwie  potwierdziła,  starając  się  zachować  swoje  mroczne  myśli  dla  siebie. 

Kiedy  obserwowała,  obcy  wydawali  się  zatrzymać,  prawie  jednocześnie.  Po  chwili 
przeszło przez nich podekscytowanie, mogła zobaczyć, że ich usta poruszają się mówiąc, 
widziała  jak  napinają  się,  żeby  z  daleka  spojrzeć  na  Nowe  Savannah,  chociaż  wątpiła, 
żeby  byli  w  stanie  zobaczyć  coś  z  tak  daleka,  skoro  ona  była  w  stanie  ledwie  dojrzeć 
jednego z nich przez lornetkę. Uznała, że mają lornetki, a przynajmniej coś w tym stylu.

-  Właśnie  przybyła  nowa  grupa  -  zauważyła  Sarah,  przyciągając  uwagę  Eden  w 

stronę następnego ekranu.

Eden przypatrywała się grupie, która pojawiła się na platformie teleportacyjnej, a 

potem przeniosła uwagę znów na obcych.

- Może to teleporter ich denerwuje? Jeżeli nie osiągnęli takiego poziomu rozwoju 

technologicznego, jak my, to może nigdy nie widzieli czegoś takiego. Obserwowanie nas 
jak pojawiamy się i znikamy, może być dla nich wystarczająco przerażające jeżeli tego nie 
rozumieją.

Sarah wzruszyła ramionami.

- Może. Ale rozumiesz, co mam na myśli?

-  Rozumiem.  Chociaż  ich  reakcja  mocno  przypomina  mi  naszą  własną, 

podekscytowanie,  że  jesteśmy  tutaj,  zakłócone  odkryciem,  że  nie  jesteśmy  same,  a 
towarzystwo  jest  dziwne.  Wątpię,  żeby  byli  bardziej  przyzwyczajeni  do  widoku  obcych, 

background image

niż  my  i  nie  sądzę,  że  osobiście  byłabym  mniej  zdenerwowana,  gdyby  okazało  się,  że 
kolonia okazała się być złożona tylko z kobiet.

Czując  nieznaczne  rozczarowanie,  że  nie  udało  jej  się  nawet  przelotnie  dojrzeć 

tego  intrygującego  mężczyzny  z  ciemną  strzechą  włosów,  Eden  odwróciła  się,  żeby 
wyjść.

- Proszę dać mi znać, kiedy komputer rozgryzie ich język. Będę w swojej kwaterze.

- Oczywiście.

****

W  czasie,  kiedy  komputer  rozpracowywał  barierę  jezykową,  Eden  doszła  do 

pewnych wniosków. Nie mogą ruszyć dalej, zanim nie upewnią się na czym stoją, jeżeli 
chodzi o obcych po drugiej stronie doliny.

Jak  spodziewała  się,  Houston  dało  kolonizacji  zielone  światło,  sugerując,  żeby 

negocjowała  układ  z  "inną  kolonią".  Skłamałaby,  gdyby  powiedziała,  że  nie  jest 
przynajmniej  odrobinę  zdenerwowana  tą  perspektywą,  ale  wiedziała,  że  jej  obowiązek, 
jako  przywódcy  koloni  obejmuje  nadstawianie  karku  jeżeli  będzie  to  konieczne  dla 
utrzymania pokoju.

Akceptując  nieuchronność  tego,  pogoniła  informatyków  do  pracy  nad 

przenośnym urządzeniem tłumaczącym.

Zajęło  to  prawie  tydzień,  czasu  Nowej  Georgii,  żeby  dopracować  produkt 

możliwy do użytkowania, ale wynik końcowy wart był czekania. Był lekki, nakładało się 
go  na  głowę,  słuchawka  tłumaczyła  na  angielski,  a  część  przy  ustach  tlumaczyła  z 
angielskiego na język kosmitów.

Ivy na ochotnika zgłosiła się to towarzyszenia Eden.

Jakkolwiek  wdzięczna,  że  miała  wsparcie  Ivy,  Eden  nie  była  pewna,  czy 

najlepszym  dla  koloni  było  ryzykowanie  zarówno  ich  polityczno  administracyjnego 
przywódcy, jak i wojskowego w tym samym czasie. Ivy uśmiechnęła się lekko.

-  Nie  wiem  jak  ty,  ale  ja  zamierzam  wrócić  stamtąd  w  jednym  kawałku,  nawet 

jeżeli otworzą ogień. Będziesz miała większą szansę na to samo, jeżeli będę z tobą.

background image

Po raczej długiej i chwilami zażartej dyskusji pomiędzy członkami rady, w końcu 

zdecydowano,  że  trójka  dowodzących  sekcjami  będzie  towarzyszyć  Eden  i  Ivy.  Były  to 
Deb Pugh, lekarka, Stacy Sessions, inżynier i Liz Chin, naukowiec. Do tego oddział, po 
to  żeby  okazać  siłę  wojskową,  na  tyle  siły  ognia,  żeby  ochronić  polityków,  bez 
okazywania agresji, a przynajmniej taką miały nadzieję.

Z  U.S.S.  Plymouth  wysłano  wahadłowiec,  żeby  przewieźć  emisariuszy  na 

wystarczająco  bliską  pozycję,  by  spróbować  negocjacji.  Zdecydowano  się  na  polanę 
niedaleko strumienia, prawie idealnie pośrodku doliny.

Żołądek  Eden  zacisnął  się  w  supeł  na  długo  zanim  dotarły  nad  uzgodniony 

"neutralny"  teren.  Wyjście  z  wahadłowca  wprost  w  niechroniony  klimat  planety  był 
wstrząsem, na terenie miasta klimat był regulowany. 

Tutaj  panowała  natura.  Eden  od  wielu  lat  nie  oddychała  niczym  innym  niż 

klimatyzowanym  powietrzem,  a  na  pewno  nie  czymś  podobnym  do  naturalnego 
powietrza Nowej Georgii. Minęło wiele, wiele lat kiedy ostatnio czuła żar słońca, dotyk 
naturalnego  wiatru  na  swojej  skórze,  czy  nierówność  i  ustępliwość  ziemi,  roślin  i 
prawdziwych kamieni pod nogami.

Niezmierzone odczucia ogarniały ją, kiedy szła w dół po trapie i po raz pierwszy 

stanęła na nowym świecie, to natychmiast rozproszyło jej niepokój.

Po  latach  przechadzania  się  po  statku  niemalże  nago,  kombinezon,  jaki 

zdecydowała  się  ubrać  niewygodnie  krępował  jej  ruchy.  Poruszając  się  sztywno  stanęła 
na skraju polany i uniosła głowę w stronę murów fortecy obcych. Kiedy pozostałe osoby 
stanęły za nią, sprawdziła transator, ustawiając go na głośność, o której sądziła, że będzie 
słyszalna w obozie obcych.

-  Jestem  Eden  Chisholm,  przywódca  ziemskich  kolonistek,  które  się  tu  osiedliły. 

Chcemy negocjować pokojowe współistnienie z waszą kolonią.

Zobaczyła  jak  długi  rząd  twarzy  obraca  się  w  jej  stronę,  ale  żadna  się  nie 

poruszyła, ani z agresją, ani w żaden inny sposób. 

- Przybyłyśmy porozmawiać z waszym przywódcą.

To  zdanie  wywołało  reakcję.  Mężczyźni  ustawieni  na  górze  muru  wymienili 

zakłopotane spojrzenia. Po kilku minutach, twarze zniknęły jedna po drugiej.

Zaniepokojona Eden spojrzała na kobiety stojace za nią.

- Co o tym sądzicie?

Ivy  wpatrywała  się  w  mur,  jej  twarz  była  niewzruszona,  ale  napięcie  widoczne  w 

postawie niewątpliwe.

background image

- Nie wystrzelili. To zawsze dobry znak.

Minęła  minuta,  a  potem  następna.  Eden  znieruchomiała.  Było  jej  niewygodnie, 

prawie  żałowała,  że  zawracała  sobie  głowę  ubieraniem  się  z  tej  okazji.  Była  tak 
przyzwyczajona  do  swobody  ruchów  nie  ograniczonych  ubraniem,  że  zastanawiała  się, 
czy nie powali ją cieżar butów i ciężkiego ubrania. Kiedy mijały następne minuty poczuła 
jak pot płynie jej po skórze. Ubranie zaczęło przyklejać się do niej.

Prawie  zdecydowała  się  nakazać  odwrót  do  wahadłowca,  kiedy  trzeszczenie 

metalu przyciągnęło jej uwagę. Przy podstawie muru pojawiło się wejście.

- Przygotujcie się panie - powiedziała cicho Ivy.

Na jej rozkaz oddział zajął obronne pozycje, unosząc broń.

-  Nie  naciskajcie zbyt  gorliwie  na spust. Obowiązuje zawieszenie broni, chyba  że 

rozkażę  inaczej  -  przypomniała  im  Ivy,  tuż przed  tym,  kiedy  Eden miała  skomentować 
ich pozycje.

Minęła  prawie  następna  minuta,  zanim  grupa  żołnierzy  przeszła  przez  wejście. 

Bez  wahania  z  gracją  przemaszerowali  przez  polanę,  zatrzymując  się,  kiedy  dotarli  do 
przeciwnego brzegu strumienia.

Serce  Eden  biło  nieprzyjemnie  szybko.  Podskoczyło  jeszcze  mocniej,  kiedy 

zauważyła,  że  żołnierz  na  przedzie  był  tym,  któremu  przypatrywała  się  wcześniej  z 
ciekawością.

- Jestem Baen.

Było  to  głupie  i  zupełnie  nie  na  czasie,  ale  dreszcz  jaki  przeszył  Eden  był 

całkowicie kobiecy i w pełni doceniający jego głęboki głos. Poczuła jak czerwieni się.

- Czy to ty jesteś przywódcą?

Wyglądał na zakłopotanego.

- Nie mamy przywódcy.

Ten  komentarz  ogłuszył  Eden.  Wymieniła  zakłopotane  spojrzenie  z  Ivy.  Kiedy 

zwróciła  swoją  uwagę  z  powrotem  do  żołnierzy,  zobaczyła,  że  wpatrują  się  z  nią  i 
otaczające  ją  kobiety  z  nieskrywaną  ciekawością.  Było  coś  w  ich  spojrzeniach,  co 
sprawiło, że się zawahała, strach i nadzieja.

-  Nie  rozumiem  -  powiedziała  w  końcu  Eden.  -  Czy  to  jest  kolonia?  -  zapytała 

wskazując w stronę ścian obozu znajdującego się za żołnierzami.

Znów przywódca wyglądał na zakłopotanego.

background image

- Nie. Nie mamy królowych.

Eden  poczuła  jak  opada  jej  szczęka.  Żadnych  kobiet?  Czy  może  miał  na  myśli, 

żadnych  przywódców?  Najwyraźniej  potrzeba  czegoś  więcej  niż  transator,  żeby 
porozumienie było możliwe.

- Czy to jest... obóz wojskowy?

Baen zmarszczył brwi i spojrzał na pozostałych, jakby szukał pomocy.

- Nie - odrzekł w końcu. - Jesteśmy kzatha.

Słowo nie zostało przetłumaczone i Eden nie miała pojęcia co oznacza.

- Jakie stanowisko zajmujesz? - zapytała się w końcu.

- Jestem dominującym żołnierzem.

To brzmiało dla Eden jak przywódca, ale on najwyraźniej nie interpretował tego w 

ten  sposób.  Spojrzała  na  pozostałych  członków  rady,  marząc,  żeby  mogła 
przedyskutować to z nimi, ale nie chciała, żeby obcy zrozumieli rozmowę, a nie sądziła, 
żeby wyłączenie translatora było dobrym pomysłem.

- Nie macie mężczyzn?

Pytanie  zaskoczyło  Eden.  Jej  głowa  podniosła  się  tak  szybko  że  poczuła  jak 

zatrzeszczały jej kości szyi.

- Co?

Baen zmarszczył brwi. Jego spojrzenie przeniosło się od Eden do Ivy, a potem do 

oddziału.

- Ci żołnierze to kobiety.

Ten  pomysł  najwyraźniej  nie  mieścił  mu  się  w  głowie.  Nie  miała  zamiaru 

wyjaśniać  mu  tego  dokładnie.  Obcy  mogliby  zdecydować,  że  kolonia  będzie  łatwa  do 
zajęcia, jeżeli uznają, że brak obecność mężczyzn ma jakieś znaczenie.

-  Przyszłyśmy  negocjować  pokój  -  powiedziała  czując,  że  ściska  ją  w  gardle.  - 

Nasze  roboty  wybudowały  miasto.  Nie  chcemy  walczyć  z  naszymi  sąsiadami  o 
terytorium.

Baen i pozostali wymienili spojrzenia.

- Bardzo dobrze - odpowiedział Baen. Powiedziawszy to, odwrócił się i ruszył w 

stronę fortecy.

background image

Eden wpatrywała się w niego i pozostałych z opadniętą szczęką.

- Co do cholery to było? - zapytała ogłuszona Ivy.

Eden odwróciła spojrzenie od wracających żołnierzy. 

-  Nie  wiem.  Czy  on  właśnie  powiedział  "ok,  dobra?",  czy  to  była  moja 

wyobraźnia?

-  Wydaje  się  sądzić,  że  rozmowa  jest  skończona  -  odezwała  się  doktor  Deborah 

Pugh.

-  Wracajmy.  Nie  widzę żadnego powodu,  żeby  stać  tu  i  się topić  - poleciła  Stacy 

Sessions.

- Pocić - poprawiła Ivy uśmiechając się lekko.

- Nieważne. Czuję się, jakbym się topiła.

Czując się dziwnie, Eden podążyła za pozostałymi członkami rady, po raz kolejny 

przechodząc po trapie. Zatrzymała się na górze, przypatrując się obcym stojącym wzdłuż 
muru.

Baen był znów pomiędzy nimi. Eden rozpoznała go nawet z daleka.

Potrząsając  głową  weszła  do  środka  i  usiadła  na  swoim  miejscu  wracając  do 

Nowego Savannah, zastanawiając się co takiego udało im się dokonać dla układu z drugą 
kolonią.

****

- Spotkanie udało się?

Eden wymieniła spojrzenia z pozostałymi kobietami, które towarzyszyły jej.

-  Nie  była  to  porażka  -  odpowiedziała  ostrożnie.  -  Liz,  ty  jesteś  naukowcem 

specjalizującym się w zachowaniach, wywnioskowałaś coś z tego?

Delikatne brwi Liz uniosły sie niemalże do lini jej włosów. 

- Spodziewasz się, że dokonam jakiejkolwiek naukowej oceny na podstawie tego?

Eden spojrzała na nią krzywo.

background image

- Więc podomyślaj się - warknęła.

Liz zastanowiła się i wzruszyła ramionami.

-  Wszystko  w  nich  sugeruje  rozwiniętą  cywizlizację,  może  nie  tak  rozwiniętą 

technologicznie jak nasza, ale na pewno nie jest to prymitywna, czy prosta społeczność. 
Ta społeczność nie daje się porównać do czegokolwiek, co widziałam wcześniej, czy co 
studiowałam.  Ich  rzecznik  powiedział,  że  nie  mają  przywódcy,  ale  także  że  kolonia  nie 
ma charakteru wojskowego.

-  Ale  według  naszych  standartów  na  to  właśnie  wygląda.  O  ile  nie  kłamał,  a  nie 

widziałam  niczego,  co  sugerowałoby  że  tak  robi,  oznacza  to,  że  cała  ich  struktura 
społeczna oparta jest na podstawach wojskowych. Jeżeli nie są tutaj, żeby wywołać, lub 
zapobiec wojnie, to kolonia urządzona jest w ten sposób ze względów bezpieczeństwa.

- Wydaje się to sugerować, że są w tym świecie obcy, tak jak i my, i nie jest pewne 

skąd przybyli. Jestem nadal zmieszana jego zapewnieniem, że nie mają przywódcy i nie są 
tutaj żeby założyć kolonię.

Eden  usiadła  na  głównym  miejscu  przy  stole  konferencyjnym,  opierając  się  na 

swoim krześle, stukając niecierpliwie palcami o powierzchnię stołu.

- Jestem bardziej zaniepokojona zagrożeniem jakie płynie z jego oświadczenia.

Liz  przypatrywała  się  jej  przez  kilka  chwil  w  milczeniu.  Było  oczywiste,  że  nie 

podobało  jej  się  postawienie  jej  w  pozycji,  w  której  musiała  przedstawić  tak  ważne 
wnioski w oparciu o tak niewiele danych.

-  Nie  wydają  się  stanowić  zagrożenia  dla  naszej  koloni.  Nie  było  nic 

nieprzyjaznego w ich zachowaniu, wszystkie to widziałyśmy, nic z tego co ja widziałam 
nic nie było przebiegłe, czy dwuznaczne. Wydawali się bardziej... zakłopotani nami, niż 
zaalarmowani,  a  sądzę,  że  było  to  spowodowane  naszą  strukturą  społeczną,  która  ich 
zadziwiła.

-  Pamiętasz  ten  komentarz  o  kobietach  żołnierzach?  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  on 

starał  się  określić  naszą  siłę,  czy  zagrożenie  jakie  stanowimy  dla  nich.  Sądzę,  że  był  po 
prostu  zadziwiony,  że  kobiety  mogą  zajmować  takie  stanowisko  w  naszym 
społeczeństwie.

- A więc bez wątpienia jest to społeczeństwo zdominowane przez mężczyzn?

Liz spojrzała na Deborę Pugh, ale powoli potrząsnęła głową.

-  Nie  wydaje  mi  się.  Jak  wcześniej  wspomniałam,  ich  społeczeństwo  nie  daje  się 

porównać  do żadnych znanych  mi wzorców,  ale on  był  pełen szacunku względem  nas. 

background image

Nie  sądzę,  żeby  byłoby  tak,  tylko  dlatego,  że  był  na  tyle  inteligentny,  by  rozpoznać,  że 
mamy potężniejszą broń.

Eden zdecydowanie wyprostowała się.

- Houston poleciło nam ruszać. Moje własne instynkty mówią mi, że ci obcy, bez 

względu  na  powody  ich  obecności  tutaj,  nie  są  nami  zainteresowani.  Daję  projektowi 
zielone światło. Jutro zaczynamy wyładunek.

background image

Rozdział 4

Ciężko  było  opanować  nastrój  radości,  który  przepełniał  każde  serce,  kiedy 

kolonistki  zaczęły  długie  i  trudne  zadanie  wyładowania  ton  wyposażenia  i  zapasów 
potrzebnych  do  zapewnienie  kolonii  powodzenia.  Eden  nie  była  wyjątkiem,  chociaż  jej 
stanowisko wymagało, żeby swój entuzjazm doprawiła dużą dawką ostrożności.

Za radą major Ivy Sterling cztery oddziały zostały rozlokowane w kolonii, jeszcze 

zanim  wyładowano  pierwszą  skrzynię.  Rozlokowując  trzy  oddziały  wzdłuż  doliny 
graniczącej  z  miastem  Ivy  rozkazała,  żeby  ostatni  oddział  patrolował  teren  miasta 
wzdłuż  terenów  sąsiadujących  z  górami.  Wydawało  się,  że  nie  powinny  spodziewać  się 
zagrożenia  z  tej  strony,  ale  Ivy  uważała,  że  nie  ma  sensu  kusić  losu  pozostawiając  nie 
strzeżone tyły.

Niektóre  mniejsze  skrzynie  ze  sprzętem  i  zapasami  były  teleportowane 

bezpośrednio.  Poza  tym  były  tu  urządzenia,  których  potrzebowały  dla  poprawy 
warunków  życia,  a  przetranspotrowanie  ich  przekraczało  możliwości  teleporterów. 
Roboty  budowlane,  po  odpowiednim  przeprogramowaniu  działały  jako  windy  i 
przenosiły  wyposażenie  ze  statku  na  wahadłowiec,  a  potem  wyładowywały  go,  kiedy 
wylądował.

Chociaż dreszczyk związany ze znalezieniem nowego domu utrzymywał morale na 

wysokim  poziomie,  a  kolonistki  w  zgodzie  współpracowały  przez  pierwszych  kilka 
tygodni,  sprzeczki  wybuchły  w  chwili,  w  której  pozwolono  kolonistkom  wybrać  sobie 
swoje własne, prywatne "gniazdko".   Po  rozwiązaniu tuzina sprzeczek, których poziom 
wahał się od słownego obrażania do fizycznej przemocy, Eden i Ivy zagoniły kolonistki 
do  budynku  urzędu  miejskiego.  Ciągnęły  losy  i  przydzielały  domy.  Nikt  nie  był  jakoś 
szczególnie  szczęśliwy  z  takiego  rozwiązania,  ale  to  zakończyło  bójki,  przynajmniej 
tymczasowo.

-  Wydaje  ci  się,  że  mają  wystarczająco  do  zrobienia,  żeby  był  spokój  - 

wymamrotała Eden, obserwując jak kolonistki znów zapełniają aulę.

Liz posłała jej domyślne spojrzenie.

-  Są  na  krawędzi.  Kiedy  w  końcu  dotarłyśmy  na  miejsce,  byłyśmy  wszystkie  tak 

szczęśliwe, że to przytłumiło strach. Wszystko tu jest nowe. Nie wiemy co nas tu czeka, 
czego  się  możemy  spodziewać.  Minie  jakiś czas,  zanim  przyzwyczaimy  się  na  tyle,  żeby 
poczuć się tu pewnie i bezpiecznie.

background image

-  Hmmm  -  odrzekła  Eden.  -  Nigdy  nie  sądziłam,  że  spędzimy  tyle  czasu 

sprzeczając  się  o  wszystko.  Na  litość  boską,  nie  ma  większych  różnic,  między  jednym 
domem, a drugim!

Liz wzruszyła ramionami.

- Lokalizacja - zauważyła zwięźle.

-  Nooo  proooszę  cię  -  warknęła  Eden.  -  Wszystko  jest  pod  ręką!  W  większości 

nikt  nie  musi  iść  dłużej  niż  piętnaście  minut  do  każdego  potrzebnego  miejsca,  pracy, 
domu, marketu, szpitala, centrum rozrywki! Mamy ruchome chodniki. Nawet nie muszą 
chodzić!

-  Ale  niektóre  domy  mają  lepszy  widok,  a  niektóre  kolonistki  chcą  innych 

sąsiadów.

Eden westchnęła zirytowana.

-  Ja  też  nie  szaleję  z  radości,  że  mieszkam  obok  ciebie,  ale  widzisz,  żebym 

narzekała?

Liz cofnęła się, aż zauważyła błysk rozbawienia w oczach Eden.

- Bardzo śmieszne! Wiesz co mam na myśli.

- Sądzę, że potrzebują dobrego pieprzenia - dorzuciła swoje dwa centy Deb.

Eden patrzyła się na kobietę.

- Żartujesz, prawda?

Deb rozejrzała się po pozostałych dowódcach sekcji.

-  Nie  i  nie  sądzę,  żebym  powiedziała  coś,  co  wam  już  nie  przyszło  do  głowy. 

Niedaleko są mężczyźni. Wszystkie wiemy, że tam są. Jeżeli nie byłoby ich tam, nikt nie 
pomyślałby  o  tym,  że  nie  byłyśmy  obok  mężczyzn  od  piętnastu  lat  i  nie  zobaczymy 
żadnego, aż pierwsze dzieci dorosną, a to przynajmniej następne dwadzieścia lat.

-  Ale  ich  obecność  zmienia  wszystko.  Teraz  wszystkie  wyraźnie  zdajemy  sobie 

sprawę z braku towarzystwa.

Po przyjrzeniu się dokładnie wyrazom twarzy pozostałych kobiet, Eden zwróciła 

swoją uwagę z powrotem do Deb.

- Co sugerujesz?

Deb opadła szczęka.

background image

- Nic nie sugeruję! Cholera! Nie  wiemy o nich  nic. Po prostu zauważyłam,  że na 

nas  wszystkie  działa  ich  obecność,  a  to  najpewniej  ma  więcej  wspólnego  z 
doprowadzeniem  nas  do  ostateczności,  niż  wszystko  inne.  I  to  samo  się  nie  rozwiąże. 
Nie przejdzie, chyba że oni, lub my zdecydujemy, że z jakiegoś powodu nie chcemy mieć 
z nimi nic do czynienia.

- Czy to, że są innym gatunkiem nie wystarczy? Ich dziwna struktura społeczna nie 

jest wystarczającym powodem? Wyglądają obco! Nie są w stanie ujść za ludzi.

Stancy założyła ręce.

- Według mnie są wystrczająco podobni. Oczywiście zakładając, że ich hydraulika 

jest taka sama.

Eden  nic  nie  mogła  poradzić,  że  ten  komentarz  ją  rozbawił.  Pomyślała,  że  to 

bardziej histeria, niż humor, ale nic nie pomogło.

-  To  jest...  to  nie  jest  odpowiedni  temat  dla  obrad  rady  -  zdołała  w  końcu 

powiedzieć.

- Dlaczego nie? - zainteresowała się Liz. - To dotyczy zdrowia i powodzenia całej 

kolonii.

- Et tu brute! 

(Ty też, Brutusie? - zdanie, które powiedział Cezar, po tym jak jego 

przyjaciel  Brutus  wbił  mu  nóż  w  plecy.  Znaczy  tyle  co:  "I  ty  też  mnie  zdradziłeś?") 

parsknęła Eden. - Nie potrzebujemy mężczyzn. Mamy wszystko co potrzebujemy, żeby 
zbudować kolonię i spłodzić przyszłe pokolenia.

- Mów za siebie! Ok, może nie potrzebuję, ale nadal chcę, do cholery! - warknęła 

Joy zrywając się z krzesła na równe nogi, krocząc po pokoju. -  Jeżeli będziemy mieszkać 
tak blisko siebie, to głupotą jest trzymać się z daleka.

-  To  może  zagrozić  bezpieczeństwu  koloni!  A  jeżeli  mówimy  już  tutaj  o 

towarzystwie, to według mnie szczekasz na niewłaściwe drzewo! Ja ledwie zamieniłam z 
jednym z nich może z pięć słów - warknęła Eden.

Lynn wzruszyła ramionami.

- Mój ostatni towarzysz spędzał większość czasu oglądając telewizję. To wkurzało 

mnie  jak  jasna  anielka,  ale  teraz  muszę  przyznać,  że  zadowoliłabym  się  samą 
"obecnością". 

Eden wpatrywała się ostrożnie w twarz każdej kobiety.

- Czy to jest coś, o czym rada rozmawiała, a o czym ja nie byłam poinformowana? 

- zapytała w końcu.

background image

- Nikt o tym nie dyskutował, Eden! - odrzekła szybko Liz. - Nie zdawałam sobie 

nawet sprawy, że one też o tym myślały, ale nie zamierzam twierdzić, że nie jest to coś, 
czego nie powinnyśmy rozważyć.

Eden z troską zmarszczyła brwi, a w końcu wzruszyła ramionami.

- Nie zamierzam odrzucać waszej sugestii, ani też jej popierać. Musimy dowiedzieć 

się więcej o nich, zanim podejmiemy jakąkolwiek decyzję. Liz to jest raczej twoja działka. 
Musisz  zająć  się  badaniami.  Może  mogłybyśmy  zaprosić  niewielką  grupę  na  coś  w 
rodzaju uroczystości, więc będziemy mogły poobserwować ich trochę lepiej?

Ta sugestia spotkała się z entuzjastyczną reakcją.

-  Święto  Dziękczynienia?  To  wydaje  się  odpowiednie,  zważywszy,  że  dotarłyśmy 

tu w jednym kawałku i założyłyśmy kolonię - powiedziała Lynn.

-  Powinnyśmy  przynajmniej  poczekać  z  jakimkolwiek  świętowaniem,  aż 

dokończymy rozładowywać statek - zauważyła Eden.

- Za dwa tygodnie?

- Skończymy w dwa tygodnie? - zapytała Eden z zaskoczeniem.

-  Jeżeli  inne  dowiedzą  się  co  planujemy,  to  pewnie  tak  -  orzekła  Deb  z 

zakłopotaniem.

- Na pewno nie będziemy nic oznajmiać, aż zorientujemy się, czy obcy zgodzą się 

być naszymi gośćmi.

-  Mogę  pójść  na  zewnątrz  i  pogadać  z  nimi  -  Liz  zgłosiła  się  natychmiast  na 

ochotnika.

Eden niechętnie odrzuciła jej ofertę.

- Ogólnie rzecz biorąc ty jesteś bardziej niezbędna dla tego przedsięwzięcia niż ja. 

Jeżeli jest to decyzją rady, a większość będzie za nawiązaniem relacji o obcą placówką, to 
ja  pójdę  i  porozmawiam  w  naszym  imieniu.  Jeżeli  zgodzą  się  wysłać  delegację,  żeby 
świętować  z  nami,  to  da  nam  szansę  poobserwować  ich  bliżej  i  podjąć  bardziej 
przemyślaną deyzję.

- To nie będzie łatwe, cokolwiek nie myślicie o tym. Ich społeczeństwo jest dużo 

bardziej  odmienne  od  naszego.  Im  więcej  będziemy  zadawać  się  z  nimi,  zanim 
zrozumiemy  ich  zwyczaje,  tym  większe  ryzyko,  że  obrazimy  ich  i  skończy  się  na 
kłopotach, których nie chcemy.

Pukanie  do  drzwi  przerwało  spotkanie.  Zaskoczona  Eden  zaprosiła  gościa  i 

poczuła zaniepokojenie, kiedy do pokoju weszła major Sterling.

background image

-  Ten  wielki  koleś,  z  którym  rozmawiałaś,  ten  który  nazywa  siebie  Baen,  jest  na 

zewnątrz.

Eden  zamrugała  ogłuszona  z  zaskoczenia,  starając  się  ignorować  niewygodny 

skurcz serca na dźwięk jego imienia.

- Tutaj? W budynku urzędu miejskiego?

Ivy zacisnęła wargi.

- Nie zamierzałam go wpuszczać. Jest za zewnętrznym polem siłowym. Zatrzymał 

się, tuż zanim uderzył w nie - dodała mrocznym tonem. - Badali kolonię, bez względu na 
to, jak bardzo wydają się być nią niezainteresowani, inaczej nie wiedziałby gdzie zaczyna 
się pole.

Eden zorientowała się, że w jej  myślach panuje chaos. Odsuwając swoje krzesło, 

wstała z dużo większym spokojem, niż odczuwała.

- Powiedział, czego chce?

- Rozmawiać z naszą królową, Eden.

Eden opadła szczęka. Spojrzała na innych członków rady z zakłopotaniem.

- Nie mówiłam czegoś takiego. Daję słowo!

- Nie mówiła - potwierdziła Liz marszcząc brwi. - Nie rozumieją naszej struktury 

społecznej  bardziej  niż  my  ich.  Próbuje  przełożyć  to  co  jest  dla  niego  obce,  na  znany 
sobie sposób, to wszystko.

-  Zobaczymy  czego  chce.  Może  to  bedzie  dobra  okazja,  żeby  wystosować 

zaproszenie. A może nie.

Przyszedł sam, Eden zobaczyła to jak tylko doszła do korytarza prowadzącego do 

bram  miasta.  Niewidoczne  dla  gołego  oka  pole  siłowe,  które  chroniło  miasto, 
zaznaczone było flagami i łukami, pokazującymi gdzie jest przejście przez pole.

Było  trochę  denerwujące  widzieć,  że  stanął  na  końcu  pola,  jakby  wiedział 

dokładnie co to było i gdzie się rozciągało.

Tłumiąc  niepokój,  Eden  wyprostowała  ramiona  i  pomaszerowała  w  jego  stronę, 

bez jakiejkolwiek zwłoki, miała nadzieję, że nerwy jej nie puszczą. Było tak, aż do chwili, 
w  której  nie  stanęła  z  nim  twarzą  w  twarz  i  zobaczyła  jak  z  ciekawością  obrzuca  ją 
spojrzeniem.  Uświadomiło  jej  to,  że  zrzuciła  ubranie  i  powróciła  do  starych  nawyków 
ubraniowych tak szybko jak tylko wróciła z pierwszego spojrzenia. Uderzyło w nią nagłe 
skrępowanie  faktem,  że  powitała  go  będąc  tylko  w  koszulce  i  szortach.  Eden 

background image

skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na niego z góry, trudna sprawa, zważywszy na to, 
że był o głowę wyższy niż ona.

- Chciałeś porozmawiać?

Wpatrywał się w nią pustym wzrokiem.

-  Nie  założyłaś  swojego  translatora  -  zauważyła  cichym  głosem  towarzysząca  jej 

Ivy.

- Cholera! Daj mi swój.

Przewracając  oczami,  Ivy  ściągnęła  słuchawkę  i  podała  ją.  Eden  poczuła  jak  jej 

twarz czerwienieje coraz bardziej, kiedy nerwowo poprawiała translator.

- W jakim celu chciałeś ze mną rozmawiać? - zapytała w końcu.

- Moja królowa chciałaby z tobą rozmawiać.

Eden ogarnęło zdziwienie.

Spojrzała niespokojnie na Ivy.

- Co on powiedział?

Zakrywając mikrofon, Eden powórzyła wiadomość.

Ivy spojrzała na niego podejrzliwie.

- Mówił, że nie mają królowej.

- Może źle zrozumiałyśmy?

- Nie wydaje mi się.

Eden zmarszczyła brwi.

- Może to ja nie dosłyszałam go dokładnie.

Odwróciła się i oszacowała go spojrzeniem.

- Mówiłeś, że nie masz królowej.

Coś zamigotało w jego oczach.

- Nie moja własna. Królowa matka.

- Ok, teraz naprawdę zgubiłam się. Jest tutaj? - dodała wskazując na drugą stronę 

doliny.

Wyglądał na zakłopotanego.

background image

- W świecie rodzinnym, Xtanii.

Eden poczuła podekscytowanie. Znów zakryła mikrofon.

-  On  mówi,  o  świecie  rodzinnym.  Mieliśmy  rację,  oni  są  kolonistami,  nie 

miejscowymi. 

Ivy  gwałtownie  poderwała  głowę  w  górę,  jakby  mogła  zobaczyć  z  miejsca  w 

którym stała U.S.S. Plymouth. Cofając się o krok, dotknęła swojego komunikatora.

- Porucznik Carter?

- Majorze?

Ramiona Ivy wydawały rozluźnić się z ulgi.

- Jacyś intruzi w zasięgu wzroku?

- Intruzi? - powtórzyła Carter z niedowierzaniem. - Jest spokój. Nic nie widzimy.

-  Zachować  uwagę.  Obcy  mają  możliwości  podróżowania  miedzyplanetarnego. 

Miejcie oczy otware. Statek w stanie pełnej gotowości.

Baen  obserwował  wymianę  zdań  między  Ivy  i  statkiem.  Odwrócił  się  znów  do 

Eden, wskazując na komunikator na nadgarstku Ivy.

- Mówimy w ten sposób.

-  Pieprzony,  bezużyteczny  translator  -  wymamrotała  Eden,  spoglądając  na  Ivy.  - 

On  nie  rozumie  połowę  tego  co  ja  mówię  i  vice  versa.  Zamierzam  i  tak  z  nim  pójść. 
Powiedz technikom, żeby jeszcze popracowali na tym.

-  Nie  mówisz  poważnie!  -  zapytała  Ivy  z  niedowierzaniem.  -  Do  obozu?  Jeżeli 

chce skrzywdzić cię...

- Gdyby chcieli nas skrzywdzić, to zauważyłybyśmy już jakieś oznaki. Poprosiłam 

o rozmowę z przywódcą. Najwyraźniej zadał sobie wiele trudu, żeby dać mi na to szansę, 
a ja nie mam zamiaru utracić możliwości uzyskania lepszego spojrzenia na całą sytuację - 
spojrzała na Baena z zamyśleniem. - Jeżeli nie wrócę w ciągu kilku godzin, Liz przejmuje 
przywództwo, aż do wyborów.

- Zamierzasz tam wejść tak po prostu, jak owca na rzeź?

- Mam nadzieję, że nie. Jeżeli tak bym uważała, to nie zdecydowałabym się na to.

- Masz większe jaja, niż sądziłam.

background image

- Gdybym nie miała kręgosłupa, nadal byłabym na Ziemi - odrzekła Eden. Znów 

odwróciła się do Baena. - Poczekaj tutaj. Wrócę za kilka minut i pójdę z tobą.

Po  rzuceniu  Baenowi  oceniającego  spojrzenia,  Ivy  odwróciła  się  i  podążyła  za 

Eden.

- Powinnam iść z tobą.

Eden potrząsnęła głową.

- Nie będziesz w stanie zrobić nic wiecej niż którakolwiek z nas, a jesteś potrzebna 

tutaj, tym bardziej jeżeli okaże się to pułapką.

Ivy skrzywiła się, ale nie sprzeczała się z tym stwierdzeniem.

- Wracasz po broń? - zapytała po chwili.

- Ubrać się - odrzekła Eden cierpko.

Ivy wybuchła głośnym śmiechem.

- Nawet nie zauważyłam.

- Niestety, ja również - stwierdziła kpiąco Eden, - inaczej ubrałabym się najpierw - 

pomyślała przez chwilę i skrzywiła się. - Czy tylko ja tak uważam, czy też on nie wyglądał 
jakby był pod wrażeniem?

****

Baen obserwował obcą królową i jej żołnierza, aż zniknęli, zauroczony sposobem 

w  jaki  poruszały  się  ich  biodra,  kiedy  szły.  Były  tak  różne  od  siebie,  jak  dzień  i  noc, 
prawie  dosłownie,  ale  poza  kolorem  widział  niewielkie  rożnice  pomiędzy  nimi,  w 
wyglądzie fizycznym i osobowości. Powiedziały, że wszystkie były z tego samego świata, 
przez co mogli domyślać, się, że były też z tego samego meznooku.

Wydawało się dziwne, że były w tak wielu kolorach, prawie tak dziwne jak fakt, że 

wszystkie były kobietami, ale może kolor  określał ich status, skoro poza tym wyglądały 
tak samo, nie widział, żeby któraś z nich miała rogi, lub skrzydła.

Wszyscy kzatha byli straszliwie rozczarowani,  kiedy zorientowali się, że  obcy byli 

jednej płci i nie potrzebowali mężczyzn.

background image

On  ze  swojej  strony,  myślał,  że  to  może  i  dobrze.  Z  tego  co  widział,  były  to 

kruche  istoty.  Spłodziłyby  nędzne  potomstwo,  nawet  gdyby  odpowiadali  sobie  pod 
innymi  względami.  Lepiej  nie  płodzić  żadnego  potomstwa,  niż  obniżyć  sprawność 
kolonii.

W  duchu  westchnął  nad  swoim  własnym  rozczarowaniem.  Czekając  aż  powróci 

królowa  królowych,  starał  się  ignorować  wilgoć  pojawiającą  się  na  jego  skórze  i 
spływającą po jego plecach, pochodzącą od żaru gwiazdy życia.

Teraz niemalże żałował, że złożył prośbę o audiencję do królowej matki. Nie czuł 

się swobodnie ignorując żądanie królowej, nawet jeżeli była to obca królowa.

Miał  co  do  tego  bardzo  złe  przeczucia.  Królowa  matka  zaniepokoiła  się 

nowinami.  Wierzyli,  że  ten  świat  jest  nie  zajęty,  a  teraz  obawiali  się,  że  obrazili. 
Wydawało się możliwe, że wszyscy kzatha będą musieli odejść i znaleźć inne miejsce dla 
siebie. Inna możliwość nie była zbyt pociągająca.

Przelotnie przeszła przez  niego  złość i  frustracja, ale był atha  i nie  dopuszczalne 

było  dla  niego  uleganie  emocjom.  Tak  naprawdę  nie  miał  wyboru.  Królowe  zdecydują. 
Zawsze tak robią, a nawet gdyby nie był kzatha, to nie byłoby inaczej.

background image