background image

Wspomnienia Stanisława Duczymińskiego ps. "Niemira" - żołnierz NSZ, PAS.

Gdy zwrócono się do mnie o napisanie wspomnień z czasów partyzanckich, stanąłem wobec 
dylematu, o czym pisać. Pisanie o wszystkim, przekroczyłoby zadane rozmiary tekstu, więc 
konieczny był wybór niektórych tylko wątków. Opublikowana już literatura wspomnieniowa, 
zawiera opisy wielu akcji zbrojnych, skierowanych przeciwko okupantowi niemieckiemu, 
sowieckiemu i przeciwko ogłupionym lub sprzedajnym wprowadzaczom reżimu stalinowskiego.

 
Większość opisów akcji zbrojnych, naturalną rzeczy koleją, przeważnie zawiera omówienie 
kolejnych faz taktycznych, poczynając od wywiadowczego rozpoznania celu i zorganizowania 
środków walki dających konieczną siłę uderzenia, a kończąc na samym uderzeniu i ewakuacyjnym 
odskoku po wykonaniu zadania. Powielenie opisu jeszcze jednej akcji według powyższego 
schematu, który w partyzanckiej praktyce zawsze był stosowany, uznałem za mijające się z celem.

 
Ponadto, na tematy obrazujące patriotyzm, poświecenie i heroizm żołnierzy NSZ, pisali już więksi 
ode mnie. Pisał o tym m.in. Stanisław Żochowski ps. „Strzała” – Szef Sztabu Komendy Głównej 
NSZ i późniejszy kurier do Londynu, Antoni Dąbrowski ps. „Bohun” – dowódca Brygady 
Świętokrzyskiej, Władysław Kołaciński ps. „Żbik” – dowódca wielkiego oddziału partyzanckiego 
oraz pisał Czesław Czaplicki ps. „Ryś” – dowódca oddziału Pogotowia Akcji Specjalnych II 
Okręgu NSZ, pod komendą którego przez pewien czas służyłem.

background image

 
Wychodząc więc z założenia, że żaby nie podstawiają łap, tam gdzie kuje się konie, postanowiłem 
opisać raczej życie partyzanckie od kuchni, obejmujące zdarzenia może mało istotne, ale 
wypełniające lukę w zakresie tzw. prozy życia partyzanckiego, która wryła się w pamięć nie zawsze 
dlatego, że mogła być powodem do satysfakcji.

 

Moja przeszłość, którą obecnie, ze względu na jej charakter i konsekwencje, nazywam przeszłością 
polityczną, zaczęła się niestety jeszcze wówczas, gdy nie tylko o polityce, ale także o samym życiu 
nie miałem żadnego pojęcia.

 

Było to jesienią 1943, w okresie, gdy po wysiedleniach mieszkańców pow. przasnyskiego w celu 
utworzenia na tym terenie niemieckiego poligonu wojskowego, musieliśmy opuścić nasz majątek w 
Zawadach, gm. Dzierzgowo, zamieszkałem we wsi Stryjewo Małe w pow. ciechanowskim. 
Odwiedził mnie wtedy Czesław Zaborowski, pochodzący z niedalekiej wsi Strzelnica. 
Zaborowskiego znałem jeszcze z przed wojny, gdy w czerwcu 1939 r. kończyłem w Mławie 5-tą 
klasę szkoły podstawowej, on, będąc ode mnie o kilka lat starszy, kontynuował liceum. Znajomość 
ta była bardzo luźna. Różnica powodowała, że nie byliśmy wówczas kolegami. Od tamtych 
szkolnych czasów nie widywałem go. W momencie, gdy mnie odwiedził miałem 16 lat, a on mógł 
mieć ok. 24.

 

Zaborowski wywołał mnie z domu. Poszliśmy na spacer, gdzie spotkaliśmy oczekującego nas, 
nieznanego mi osobnika, będącego w wieku Zaborowskiego. Zaczęła się rozmowa, a raczej wykład 
Zaborowskiego, którego z zapartym tchem słuchałem. Zaborowski oświadczył, że wojna Polski z 
Niemcami nie jest zakończona, że Wojsko Polskie istnieje i walczy nadal, że się przeorganizowało i 
zakonspirowało, i że nosi nazwę Narodowych Sił Zbrojnych oraz, że oni obaj są właśnie 
żołnierzami wchodzącymi w skład tych sił. Zarówno Zaborowski, jak i nieznany osobnik ubrani 
byli po cywilnemu, lecz byli uzbrojeni. Zaborowski posiadał pistolet marki „Vis”, zaś nieznajomy 
miał zdobyczny pistolet niemiecki, marki „Parabellum”. Ponadto obaj mieli granaty, takie same, 
jakie widziałem u naszych żołnierzy, gdy bezpośrednio przed wybuchem wojny, w lecie 1939 r. 
stacjonowali w Zawadach. Pistolet „Vis” znałem również z widzenia, gdyż wówczas, w sierpniu 
1939r., jeden ze stacjonujących u nas oficerów dawał mi go do ręki, w zamian za jabłka, jakie 
przynosiłem mu z ogrodu. Pistolet ten był wówczas szczytem moich chłopięcych marzeń. 
Dotykałem go, jak relikwii. Po raz drugi zobaczyłem taki pistolet u Zaborowskiego.

 

Jak już wspomniałem, miałem wtedy 16 lat i mieszkałem na głuchej wsi. Nienawidziłem Niemców 
tak, jak nienawidzili ich wówczas wszyscy Polacy. Była to jednak nienawiść  bezsilna, która nagle 
mogła znaleźć upust. Wiedziałem, że gdzieś na odległych frontach toczy się wojna z Niemcami, ale 
nie miałem pojęcia, że w Polsce, oprócz niemieckiego terroru, dzieje się cokolwiek innego.

 

Tym, co usłyszałem i co zobaczyłem, byłem radośnie zaskoczony i zachwycony. Zaborowski 
oświadczył mi, że Narodowe Siły Zbrojne potrzebują mnie i zapytał, czy zechcę wstąpić w ich 
szeregi. Zgodziłem się z entuzjazmem. Byłem im wdzięczny, że przyszli do mnie z tą propozycją. 

background image

Nie wiedziałem wówczas, że podejmuję decyzję, która zaciąży później nade mną przez długie lata 
licznymi konsekwencjami, nie zawsze proporcjonalnymi do moich czynów. Akt zaprzysiężenia 
trwał krótko. Nie pamiętam dziś roty przysięgi. Przypominam sobie tylko, że były w niej piękne 
słowa , m. in. o Bogu, o ojczyźnie, o honorze, o walce z Niemcami, o wierności Polsce i o 
posłuszeństwie wobec dowódców.

 

Po złożeniu przysięgi, Zaborowski oświadczył mi, że zostałem żołnierzem NSZ, zgrupowania gm. 
Grudusk, II Okręg NSZ Mazowsze Północne w stopniu szeregowca i jako taki otrzymam pierwsze 
zadanie. Było ono następujące: na froncie wschodnim tracili Niemcy wielkie ilości sprzętu 
wojskowego, w tym wiele środków transportowych. Nie wszystko i nie zawsze było niszczone 
doszczętnie. Nadające się do naprawy jednostki remontowano pośpiesznie w warsztatach 
zorganizowanych na głębokim zapleczu frontu. Taki właśnie warsztat zorganizowano m.in. w 
Mławie, gdzie przed wojną uczęszczałem do szkoły. Przychodziły tam z frontu postrzelane 
samochody do naprawy. Zaborowski miał informacje, że w różnego rodzaju skrytkach i 
zakamarkach tych samochodów, polscy robotnicy pracujący w warsztatach znajdują amunicję, 
granaty, a czasami nawet broń.

 

Chodziło o nawiązanie z nimi kontaktu i zorganizowanie odbioru znalezionej amunicji, granatów i 
broni. Wg informacji Zaborowskiego, w warsztatach miał pracować niejaki (Tadeusz?) Maćkowski. 
Należało nawiązać z nim kontakt, a w przypadku niedojścia do porozumienia, należało ustalić czy 
w warsztatach nie pracują moi szkolni koledzy lub koledzy moich kolegów i z nimi nawiązać 
kontakt. Po dojściu do porozumienia należało zbadać możliwość zorganizowania drogi przerzutu 
znalezionych rzeczy poza teren warsztatów oraz możliwość zorganizowania na terenie Mławy 
punktu magazynowego, z którego mógłby nastąpić dalszy odbiór. Po raport w powyższych 
sprawach miał się do mnie zgłosić w określonym terminie Zaborowski lub towarzyszący mu 
osobnik.

 

Ponadto, Zaborowski wprowadził mnie w podstawowe zasady konspiracji. Pouczył mnie, że w 
konspiracji nie używa się nazwisk i że należy posługiwać się pseudonimami. Dowiedziałem się 
wówczas, że Zaborowski nosi pseudonim „Żaba”, a jego towarzysz używa ps. „Kret”. Znacznie 
później, nie pamiętam już z jakiego źródła dowiedziałem się, że „Kret” podobnie, jak ja, pochodził 
z jakiejś wsi leżącej w północnym rejonie wysiedlonego przez Niemców poligonu oraz, że nosi 
nazwisko Kazimierz Białobrzewski.

 

Poinformowano mnie, że z niewyjaśnionych mi bliżej względów konspiracyjnych wskazanym jest, 
abym posługiwał się pseudonimem rodzaju żeńskiego i oświadczono, że zostanę wciągnięty do 
sztabowej ewidencji pod pseudonimem „Czeremcha”, którym mam się posługiwać. Po wykonaniu 
zadania, tj. po uzyskaniu z Mławy pierwszej partii niemieckiej amunicji, NSZ miały wyposażyć 
mnie w broń. Prosiłem o „Visa”, do którego czułem wielki sentyment.

 

Przebieg mojej działalności konspiracyjnej był następujący: bez trudu odnalazłem w Mławie 
Maćkowskiego, który rzeczywiście pracował w warsztatach remontujących samochody wermachtu. 

background image

W samochodach rzeczywiście masowo znajdowano zapomniane lub pozostawione na skutek 
niedbalstwa żołnierzy niemieckich granaty. O znajdowaniu broni nie słyszano. Niemców w 
warsztatach pracowało niewielu, większość stanowili Polacy. Wychodzący z pracy robotnicy polscy 
byli w bramie rewidowani. Rewizje były wprawdzie wyrywkowe, gdyż rewidowano nie wszystkich 
i nie każdego dnia, ale pomimo to ryzyko było wielkie, gdyż stawką całej zabawy było życie.

 

Okazało się, że znałem przed wojną Maćkowskiego z widzenia. Był 2 lata starszy ode mnie i 
chodził do tej samej szkoły co ja. Miał opinię nieuka, ale prawdziwe przyczyny nieuctwa były inne. 
Ojciec Maćkowskiego był chory na gruźlicę, w domu była bieda i trudne warunki  mieszkaniowe. 
Maćkowski nie miał warunków do nauki. Dublował którąś z niższych klas, a w 1939 r. ponownie 
nie uzyskał promocji i miał dublować klasę szóstą. Tym sposobem w roku szkolnym 1939/40, który 
na skutek  wojny nigdy się nie rozpoczął, mieliśmy się spotkać w jednej klasie.

 

Gdy wyjaśniłem mu o co mi chodzi, wybuchnął śmiechem. Okazało się, że jeszcze przedtem, zanim 
się z nim skontaktowałem, wyniósł z warsztatów sporo amunicji, sam, nie proszony przez nikogo, z 
własnej inicjatywy i bez określonego celu. Ot tak, powodowany młodzieńczą fanfaronadą i na 
przekór okupantom. Była to w większości amunicja do broni krótkiej, zwykłej i maszynowej, kal. 
7,65, na której właśnie „Żabie” najbardziej zależało. Maćkowski wyjaśnił mi, że zorganizowanie 
przerzutu nie będzie tak trudne, jakby się to na pozór wydawało. Przenoszenie przez bramę i 
narażanie się na rewizję uważał za możliwe, ale zbyt ryzykowne. Znał bezpieczniejsze sposoby.

 

Warsztaty posiadały własne samochody gospodarcze. Kierowcami tych samochodów byli Polacy. 
Ekipy załadowczo-wyładowcze składały się również z robotników polskich. W przejeżdżającym 
przez bramę samochodzie można było nie jedno przemycić. Poza tym samochody po zakończeniu 
napraw poddawane były próbnym jazdom, które stwarzały podobne możliwości. Maćkowski 
poradził mi, abym nie wdając się w szczegóły pozostawił mu sprawę. Podjął się zorganizowania 
drogi przerzutowej w możliwie najbardziej bezpieczny sposób. Zgodnie z zasadami konspiracji, 
miałem się kontaktować tylko z nim, a on z pozostałymi. Ponadto, Maćkowski zgodził się również 
na zorganizowanie punktu magazynowego amunicji w składziku na opał należącym do jego 
rodziców

 

Do organizacji Maćkowskiego nie wciągałem: byłem od niego młodszy i nie posiadałem 
umiejętności przeprowadzania tego rodzaju podniosłych i uroczystych aktów, a on nie upominał się 
o to. Koleżeństwo, przyjaźń i wspólna nienawiść do Niemców, okazały się dla ułożenia naszej 
współpracy płaszczyzną zupełnie wystarczającą.

 

W rezultacie wyjechałem z Mławy nie tylko wykonawszy zlecone mi przez „Żabę” zadanie 
przeprowadzenia rozeznania i nawiązania kontaktu, ale ponadto, obładowany zabraną od 
Maćkowskiego amunicją, której nie spodziewano się tak szybko i w takich ilościach.

 

background image

Opisaną działalność, tzn. odbiór amunicji od Maćkowskiego i przerzucanie jej w rejon powiatu 
ciechanowskiego prowadziłem przez ok. 1 roku, tj. od jesieni 1943r. do jesieni 1944r., kiedy to 
akcja sparaliżowana została niezwykle intensywnym zagęszczeniem wojsk niemieckich na naszych 
terenach. Jesienią 1944r. znaleźliśmy się w przyfrontowej strefie: front stał na rzece Narwi, w 
odległości ok. 50 km od mego miejsca zamieszkania. Wieś Stryjewo Małe nabita została wojskiem 
niemieckim i kolaboracyjnym wojskiem ukraińskim, noszącym niemieckie mundury. Wojsko 
kwaterowało w chałupach, oborach, stodołach i wszędzie. W niewielkim lasku, leżącym ok. 200 m 
od domu, w którym mieszkałem, urządzili Niemcy magazyn wojskowy. Las i teren przyległy 
łącznie z naszym obejściem były silnie strzeżone.

 

Podobnie było we wszystkich okolicznych wsiach i miejscowościach leżących na dotychczasowej 
trasie przerzutowej z Mławy. Obowiązywała godzina policyjna, drogi były ściśle kontrolowane, a 
możliwości poruszania z opisywanym „towarem” żadne. Ostatni kurs z Mławy zakończył się 
niepowodzeniem: musiałem w drodze pozbyć się wiezionej amunicji, gdyż nie było możliwości 
przedarcia się z nią. Następne, próbne, tzn. na pusto, bez amunicji wykonywane kursy wykazywały 
to samo. W tej sytuacji, wydano rozkaz wstrzymania akcji do odwołania. Odwołanie to nie 
nastąpiło, gdyż w połowie stycznia 1945r. w wyniku ofensywy Armii Czerwonej, front przewalił się 
nad nami i szybko przesunął na północny zachód.

 

W drodze trwania akcji zrobiłem kilkadziesiąt kursów do Mławy (jazdy odbywały się co ok. 2 
tygodnie) w toku których przeniosłem znaczne ilości amunicji. Broni nie udało się opisywaną drogą 
zdobyć, gdyż wg relacji Maćkowskiego, nigdy jej na terenie warsztatów nie znaleziono. Przeżyłem 
w tym okresie wiele niebezpieczeństw i niejednokrotnie wpadka wisiała na włosku.

 

W okresie trwania akcji, w miarę dostarczania coraz większych ilości amunicji, dwukrotnie, bez 
zachowania kolejności szarż awansowałem: w momencie ustępowania Niemców byłem w stopniu 
sierżanta. Ponadto, w IV kwartale 1944r., wraz z rozkazem wstrzymania akcji, „Kret” przekazał mi 
wiadomość, że odznaczony zostałem Krzyżem Walecznych. Zarówno awanse, jak i odznaczenie, 
załatwiane były ustnie, ze względów konspiracyjnych. Nie otrzymywałem do ręki żadnych 
świadectw. Mówiono mi, że wszystko figuruje w moich danych ewidencyjnych prowadzonych w 
kartotece sztabowej. Po wojnie miałem otrzymać wszystko, co należy.

 

Z omawianych tu osób, przeżyły wojnę tylko dwie, tj. Maćkowski i ja. Z Maćkowskim spotkałem 
się po wojnie jedyny raz, we Wrocławiu, przypadkowo, na ulicy. Było to ok. 1950 r. Pracował 
wówczas w którymś z miasteczek na Dolnym Śląsku, jeśli dobrze pamiętam, jako kierowca. 
Podobnie, jak jego ojciec, był chory na gruźlicę. Bardzo źle wyglądał. Jeśli doczekał nowoczesnych 
leków przeciwgruźliczych, może żyje dotychczas.

 

background image

„Żabie” nie dopisało szczęście. Wpadł w ręce Niemców i zginął w ciechanowskim Gestapo. Po jego 
aresztowaniu „Kret” nakazał mi przerwanie akcji i ukrywanie się: przez jakiś czas nie sypiałem w 
domu. Istniała obawa, że „Żaba” nie wytrzyma badań. Obawy te nie sprawdziły się. „Żaba” zginął 
nie sypnąwszy nas. Po jego śmierci akcja została wznowiona. Przerwa trwała ok. 1 miesiąca.

 

Najbardziej chyba głupio zginął „Kret”. Przeżył w zasadzie wojnę, gdyż dopiero w momencie, gdy 
przez nasze tereny przechodził front, w jakichś nieznanych mi bliżej okolicznościach został 
zatrzymany przez żołnierzy Armii Czerwonej i rozstrzelany. Znaleziono przy nim niemiecką broń 
(miał pistolet „Parabellum”), ale to jeszcze nie było powodem. Oprócz niemieckiej broni, 
znaleziono przy nim pieczęcie z niemiecką wroną trzymającą w szponach swastykę i z napisami w 
niemieckim języku. Ponadto znaleziono przy nim urzędowe niemieckie druki. Pieczęcie były 
falsyfikatami służącymi do wykonywania „lewych” dokumentów, natomiast druki (przepustki, 
karty pracy, karty żywnościowe itp.) zdobyte były przez Polaków pracujących w niemieckiej 
administracji i służyły celom konspiracyjnym. Z przepustek od „Kreta” sam korzystałem w moich 
rajdach do Mławy.

 

Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego on miał wówczas ten cały majdan przy sobie. Wzięto go za 
przebranego Niemca lub volksdeutscha i rozstrzelano. Incydent wyniknął w drodze, w znacznym 
oddaleniu od terenów, gdzie go znano. Z tych względów nikt ze znajdujących się w pobliżu 
Polaków nie mógł dać świadectwa prawdzie i rozwiać podejrzeń. W owych dniach, gdy dopalały 
się jeszcze pofrontowe zgliszcza, gdy kanonada frontowa była bardzo bliska, a w terenie spotykano 
masowo niedobitki rozbitych dywizji niemieckich, kiedy na dochodzenie i śledztwo nie było ani 
czasu, ani warunków, wiele – niestety – mogło się zdarzyć.

 

background image

Począwszy od czerwca 1944, cała struktura II Okręgu NSZ weszła w skład Armii Krajowej. 
Scalenie odbyło się jednak tylko na szczeblach Komendy Okręgu i na szczeblach Komend 
Powiatowych. Na niskich szczeblach dowodzenia, plutony NSZ zachowały odrębność i 
podporządkowane były Armii Krajowej tylko poprzez swoich dowódców. Do mojej służby scalenie 
NSZ z AK nie wniosło żadnych istotnych zmian: nadal obsługiwałem „akcję” odbioru amunicji z 
Mławy.

 

Po przejściu frontu, możliwości uzyskiwania amunicji w Mławie skończyły się i skończyła się moja 
„akcja”. Nie była już potrzebna, gdyż pełno było amunicji, pozostawionej przez Niemców w czasie 
odwrotu. Coś, co w 1944 r. było trudne do zdobycia, stało się nagle niemal ogólnie dostępne. Nawet 
dzieci bawiły się amunicją, detonując ją w ogniskach. Dopiero po kilku tygodniach sowieci zaczęli 
zagospodarowywać wojskowe pozostałości po wermachcie. Ale wtedy magazyny NSZ były już 
pełne.

 

Jeszcze w styczniu 1945r., nie pamiętam właściwie po co, prawdopodobnie z ciekawości, jak 
wygląda miasto bez Niemców, pojechałem do Ciechanowa. Podróż odbyłem autostopem, 
radzieckim samochodem wojskowym. Po drodze z ogromną satysfakcją widziałem długie kolumny 
znienawidzonych żołnierzy niemieckich, prowadzonych pieszo, na wschód, do niewoli. W 
Ciechanowie zobaczyłem polskie flagi na budynkach i polskie wojsko. Płakałem.

 

Idąc po mieście, widziałem  plakaty z hasłami.  Głosiły one w jednym miejscu „śmierć bestii 
hitlerowskiej” i nieopodal – „śmierć zdrajcom i bandytom spod znaku NSZ”. Pod wpływem lektury 
plakatów dostałem zamętu w głowie. Byłem wstrząśnięty i rozżalony: dlaczego na jednym murze i 
niemal jednym, tchem, głosi się śmierć hitlerowcom i Narodowym Siłom Zbrojnym? Przecież nie 
miałem sobie nic do wyrzucenia. Z narażeniem życia kradłem Niemcom i transportowałem 
amunicję. Byłem przekonany, że uzbroi ona naszą polską broń. Głęboko wierzyłem, że broń ta, 
wymierzona będzie przeciwko Niemcom. Z NSZ znałem osobiście „Żabę” i „Kreta”. Obaj byli 
przyzwoitymi ludźmi i nienawidzili Niemców tak samo, jak ja. „Żaba” zginął bohaterską śmiercią 
na Gestapo. Byłem przekonany, że całe NSZ składały się z takich ludzi, jak my. Więc dlaczego? Nie 
rozumiałem nic. Byłem całkowicie zdezorientowany i przeświadczony, że dzieje się 
niesprawiedliwość.

 

Do Ciechanowa jechałem wesół i szczęśliwy, z poczuciem dobrze spełnionych obowiązków i z 
ochotą wykonania jeszcze nie jednego. Spodziewałem się, że wkrótce nastąpi legalizacja mojego 
stopnia wojskowego i odznaczenia. Wracałem z Ciechanowa przybity i zgnębiony. Z lektury 
plakatów wyciągnąłem wniosek, że przynależność do NSZ nie tylko nie stanowi powodu do 
chwały, ale przeciwnie, stanowi niebezpieczeństwo, którego rozmiarów nie umiałem ocenić. Na 
wszelki wypadek postanowiłem milczeć.

 

background image

Stan scalenia NSZ z AK trwał na naszym terenie od czerwca 1944 do stycznia 1945, do 
zdemobilizowania i rozwiązania Armii Krajowej, tj. przez okres ok. 7 miesięcy. Dowódcy struktur 
NSZ, będący po scaleniu zastępcami dowódców AK, nie wykonali demobilizacyjnego rozkazu, nie 
przekazali go w dół i powróciwszy do poprzedniej nazwy NSZ, kontynuowali walkę z nowym 
okupantem. Szeregi NSZ zasiliło wtedy wielu żołnierzy AK, którzy nie zgodzili się na upokarzające 
zaprzestanie walki na kilka miesięcy przed zakończeniem wojny.

 

W lutym 1945 uruchomiono w Ciechanowie szkolnictwo. Przeniosłem się tam i zająłem 
opuszczone przez Niemców mieszkanie. Rodzice pozostali na wsi w Stryjewie, ponieważ po 
wprowadzeniu dekretu PKWN, wrócić do Zawad, do naszego domu rodzinnego już nie mogli. Ja 
wstąpiłem w Ciechanowie do II kl. gimnazjum dla dorosłych. Gimnazjum to nauczało systemem 
przyśpieszonym: w ciągu jednego roku szkolnego przerabiano dwie klasy.

 

W marcu lub kwietniu 1945 r. za pośrednictwem Henryka Pszczółkowskiego ps. „Myśliwy” 
złożyłem wniosek o przyjęcie mnie do leśnego oddziału NSZ. Byłem wtedy już w przededniu 
wkroczenia w 19 rok życia. Moją prośbę załatwiono pozytywnie. W maju 1945 r. zostałem 
wcielony do Plutonu Akcji Specjalnych NSZ, którego dowódcą okazał się mój, od 1943 r. znajomy 
z rejonu Przasnysza, ppor. Czesław Czaplicki ps. „Ryś”.

background image

 

Po otrzymaniu promocji do III kl. gimnazjum, latem 1945 r. wyjechałem z Ciechanowa na wieś, do 
Stryjewa. Nie miałem środków do życia i chciałem w czasie wakacji zarobkowo na wsi 
popracować. Wtedy przyszedł do wsi oddział, w którym spotkałem wielu kolegów i dalszych 
znajomych, o których wcześniej nie wiedziałem, że należą do tej samej formacji, co ja, a także 
poznałem wielu nowych. W oddziale byli m.in. następujący żołnierze NSZ: Edward Sielski ps. 
„Morawa”, Wojciech Organowski ps. „Fryga”, Stanisław Czaplicki ps. „Sęk”, Zygmunt Kamiński 
ps. „Biały”. Skład osobowy Plutonu był mieszany: część żołnierzy pochodziła z NSZ i część z 
rozwiązanej AK, byli uzbrojeni w broń maszynową, a ponadto posiadano 2 LKM, które w marszu, 
oprócz broni osobistej, nosiło się na zmianę. Zabrali mnie ze sobą. Zostałem uzbrojony i włączony 
do oddziału. Protestujących rodziców oczywiście nikt nie słuchał. Powiedziano im, że za parę dni 
wrócę. Przyjąłem wtedy pseudonim „Niemira”.

 

Szer. Stanisław Duczymiński, ps. Niemira - miejsce leśnego pobytu między Przasnyszem i 
Ostrołęką - 07.1945
Wraz z Plutonem AS „Rysia”, brałem udział w akcjach zbrojnych na rzecz niepodległego bytu 
państwa polskiego na terenie powiatów: Przasnysz, Maków Mazowiecki, Ciechanów i Mława. 
Jedna z akcji polega na odszukaniu jakiegoś człowieka, który miał mieszkać w jakiejś odległej o 
kilkanaście km wsi. Dziś, po 50 latach, jakie od owych czasów minęły, nie pamiętam ani nazwy 
wsi, ani nazwiska człowieka. Przypominam sobie, że wyrażano się o nim „Winklak”, ale nie wiem, 
czy to było nazwisko czy pseudonim.

 

Marsz odbywał się w nocy. Do docelowej wsi doszliśmy bez przeszkód. W jednej z pierwszych chat 
zasięgnięto języka, w którym obejściu mieszka poszukiwany osobnik. Po dojściu do docelowej 
posesji, dowódca posłał dwu ludzi, którzy mieli go wywołać z domu. Reszta pozostała w ukryciu. 
Była jasna, księżycowa noc. Wszystko było widać, jak na dłoni.

 

Nagle, dobijający się do budynku dwaj nasi ludzie, zostali niespodziewanie ostrzelani z broni 
maszynowej. Wycofali się bez szwanku. Dowódca rozwinął ludzi w tyralierę i nakazał okrążenie 
całego obejścia.  Gdy pierścień został zamknięty, rozkazał otwarcie ognia z wszystkich jednostek 
broni. Z drewnianego poszycia ścian stodoły posypały się drzazgi. Strzelałem wówczas i ja, z 
automatu marki Schmeiser. Po wstrzymaniu ognia wezwano załogę stodoły do poddania się.

 

Po dłuższej chwili wyszedł z niej jeden człowiek w cywilnym ubraniu. Ręce miał podniesione do 
góry i trzymał w nich automat nad głową. Przyjrzałem się pojmanemu z bliska. Nie znałem go. Po 
rozbrojeniu jeńca, dowódca skierował większość ludzi na ubezpieczenie wylotowych dróg wsi, a 
sam wraz z kilkoma ludźmi z oddziału i z jeńcem pozostał w środku wsi. Ja wchodziłem w skład 
ubezpieczenia, które zajęło pozycję na jednym skraju wsi. Wieś była nieduża, to też słyszałem, co 
się działo w środku. Nie słyszałem rozmów, ale słyszałem przeraźliwe wycie bitego jeńca. 
Egzekucja trwała długo, zbito go do nieprzytomności.

background image

 

Z prowadzonych półgębkiem w oddziale rozmów dowiedziałem się później, że początkowo chciano 
„Winklaka” rozstrzelać. Zamiaru zaniechano, gdyż przekonał dowódcę, że nie chciał zabijać ludzi, 
których ostrzelał, natomiast chciał ich tylko odstraszyć. Strzelał celowo nie w nich, ale nad ich 
głowami. Argument był przekonywujący, gdyż rzeczywiście, ludzie ci byli idealnie wystawieni na 
strzał i mogli być skoszeni jedną serią. „Winklak” rzeczywiście nie mógł chcieć ich zabić, bo mógł 
to uczynić bez trudu. Ponadto dowiedziałem się, że cała „akcja” była wynikiem jakichś 
wewnętrznych porachunków organizacyjnych: „Winklak” należał do NSZ i został za coś ukarany.

 

Po którejś z rzędu „akcji” zrobiono znowu „odskok”, wielokilometrowy, wykonywany forsownym 
marszem nocnym, po chaszczach i wertepach Kurpiowszczyzny. Zapadliśmy na postój w 
zabudowaniach jakiegoś gospodarstwa pod lasem. Był wczesny brzask i robiło się widno. 
Żołnierze, po uwolnieniu się od ciężaru dźwiganego żelastwa, legli pokotem w stodole, żeby 
odespać trudy i stresy minionej nocy. Jednak nie wszyscy mogli pójść spać. Niektórzy, prosto z 
marszu, musieli stanąć na posterunkach ubezpieczenia. Dowódca wyznaczył i na dojściach do 
naszego postoju rozlokował służbę wartowniczą. Tym razem wypadło na mnie. Każdy kiedyś 
musiał, więc nie było odwołania.

 

Objąłem wyznaczony posterunek i strefę obserwacji. Był czerwiec. Coraz wyższe słońce zaczęło 
prażyć. Zdjąłem buty, przemoczone marszem po nocnej rosie i wystawiłem je na słońce do 
przeschnięcia. Sam usadowiłem się wygodnie w cieniu krzaków i ta wygoda zgubiła mnie.

 

Ptaki śpiewały, jak szalone, a od łąk niosły się zapachy lata. W głowie kłębiły różne myśli, wśród 
których przeważało marzenie, z jaką rozkoszą pójdę spać po skończeniu warty. Sam nie wiem, 
kiedy zasnąłem. Obudził mnie dowódca, por. "Ryś", który przewidująco, będąc tak samo 
niewyspany, jak wszyscy, sam sobie wyznaczył funkcję inspekcyjnego służby wartowniczej. 
Zerwałem się na równe nogi. Nie znalazłem żadnej odpowiedzi na pytanie, czy tak powinno się 
ubezpieczać odpoczywający oddział. Zawiodłem. Wystawiłem wszystkich na niebezpieczeństwo 
zaskoczenia. Nie byłem w stanie podnieść głowy i spojrzeć dowódcy w oczy. Długo czułem się, jak 
słusznie zbity pies. I do dziś, pomimo upływu ponad 50 lat, nie całkiem się od tego wstydu 
uwolniłem.

 

Pamiętam też inny odskok, wykonywany komfortowo, bo tym razem, dowódca zafundował nam 
konne podwody. Rozlokowaliśmy się na kilku drabiniastych wozach wypełnionych słomą, która na 
wybojach śródpolnych dróg, sprężyście łagodziła wstrząsy. Mój wóz był w środku kolumny, więc 
mogłem skorzystać z dobrych warunków do spania i pospać sobie legalnie. Przed punktem 
docelowym zwolniliśmy podwody. Pozostawało kilku kilometrowe dojście piesze, gwarantujące, że 
zwolnieni woźnice, chociaż swoi i pewni, nie będą znali dokładnego miejsca postoju.

 

W czasie rozładunku z przerażeniem stwierdziłem, że nie wszystko mam, z czym wsiadałem na 
wóz. Pistolet miałem w kaburze na pasie. Pas automatu przeplotłem przez pas mundurowy, więc 

background image

automat też był. Brakowało mi granatu. Był to polski granat z 1939 r. Nosiło się go zatykając tzw. 
łyżką za pas. Gdy było się w pozycji stojącej, granat własnym ciężarem pewnie tkwił za pasem. 
Kiedy jednak położyłem się do spania na wozie, wstrząsy na wybojach drogowych spowodowały, 
że w czasie snu, łyżka wysunęła się zza pasa i granat przepadł, bo drabiniasty wóz był ażurowy i nie 
zatrzymał go. Miałem więc nową obsuwę. Utraciłem służbowe wyposażenie, które w potrzebie 
bywało deską ratunku. Na szczędźcie granatów mieliśmy pod dostatkiem, więc straty przebolano. 
Wstyd był mniejszy, ale był.

 

Na jednym z postojów wyniknęły kłopoty organizacyjne. Tym razem nawalili łącznicy, którzy 
przegapili sprawy aprowizacyjne. Okazało się, że gospodarz, chwilowo nie ma takich zapasów, 
którymi można byłoby nakarmić oddział. Dowódca zbeształ łączników, bo można było wybrać inne 
miejsce postoju, a i w tym byłoby inaczej, gdyby gospodarza wcześniej poinformowano o 
potrzebach.

 

Rzecz się jednak już stała. Był dzień i zmiana miejsca postoju nie wchodziła w rachubę, bo marsze 
dzienne ze względów konspiracyjnych wykluczano. Służby wartownicze już rozlokowane a 
pozostali żołnierze poszli spać. Już idąc spać nie byli najedzeni. Wiadomo więc było, jak wściekle 
będą głodni, gdy się obudzą.

 

Wyjście z sytuacji zaproponował gospodarz, przeznaczając na wyżywienie owcę. Była żywa. 
Trzeba ją było tylko zabić i zrobić z niej gulasz. Pech chciał, że do zabicia owcy wyznaczono mnie 
i jeszcze jednego patałacha. Uśmiercenie owcy przy użyciu broni nie wchodziło w rachubę. W 
ciągu dnia, na postoju obowiązywała cisza. Strzały mogły nas zdekonspirować, więc rzecz musiała 
być załatwiona po cichu, tzn. nożem. Weszliśmy do kojca. Zaprzyjaźnione z ludźmi zwierzę 
spojrzało na nas z wyrzutem, jakby pytając, dlaczego trzyma się je w kojcu, skoro na zewnątrz jest 
tyle trawy.

 

Zdarzało mi się zabijać zwierzęta, ale było to na polowaniu. Inaczej czuje się człowiek strzelając z 
dubeltówki do uciekającego zająca, a inaczej, gdy podchodzi się z nożem do poczciwej owcy w 
kojcu. Poczułem, że nie będzie mi łatwo. Próba scedowania sprawy na kolegę nie dała rezultatu. 
Żaden z nas nie kwapił się do noża. Stanęło na tym, że pociągniemy losy. Długa słomka wygrywa, 
krótka przegrywa. Przegrałem, ale nadal nie mogłem zmusić się do działania. Główkowałem, jak by 
tu tej przykrości uniknąć. Był moment, że chciałem iść do dowódcy z wnioskiem, żeby owcę 
zarżnęli łącznicy. Skoro nawalili, to teraz niech rżną.

 

Powstrzymała mnie myśl o tym, co może powiedzieć dowódca. A mógł mi wygarnąć, że na warcie 
zasypiam, granaty gubię, a teraz jeszcze migam się od nakarmienia oddziału. Mógł też zapytać, czy 
chcę zasłużyć na opinię maminsynka i ofermy batalionowej. Do takiej rozmowy nie mogłem 
dopuścić, więc pod presją tej sytuacji zrobiłem w końcu, co trzeba. Ale gulaszu nie jadłem i długo 
pamiętałem oczy tamtej owcy.

background image

 

18 lat miałem wtedy już skończone. Mój towarzysz był niewiele starszy. Naszą ówczesną 
dziecinadę wspominam dziś z łezką w oku. I zastanawiam się, jak ona pasuje do czarnej legendy o 
zbirach z NSZ, lansowanej przez komunistyczną propagandę.

 

Narodowe Siły Zbrojne były wojskiem bez koszar, bez wydzielonych służb kwatermistrzowskich, 
aprowizacyjno-żywnościowych, taborowych, finansowych i wielu innych, bez których nie może 
funkcjonować żadne normalne wojsko. A my, wbrew tym teoretycznym niemożliwościom 
funkcjonowaliśmy.

 

Mogliśmy istnieć dzięki poparciu społeczeństwa wiejskiego, które uważało nas za swoje wojsko i 
które witało nas z radością i nadzieją. To ono nas kwaterowało, karmiło, odziewało, służyło nam 
informacją, leczyło rannych i niekiedy grzebało zabitych. Rekompensowało brak służb, których nie 
mieliśmy lub mieliśmy w szczątkowych rozmiarach.

 

Ówczesny dowódca oddziału musiał mieć kwalifikacje, jakich obecnie nie ma żaden oficer. Miał na 
głowie dosłownie wszystko. Musiał organizować nie tylko operacyjne działania pierwszej linii lecz 
także i te, którymi w normalnym wojsku zajmowałyby się pomocnicze służby zaplecza. Musiał 
organizować nie tylko łączność z dowództwem wyższego szczebla i nie tylko wywiad rozpoznający 
wyznaczone cele. Nie tylko akcję zbrojną, lecz także i bezpieczny, mylący pościgi odskok. Musiał 
zadbać o to, żeby żołnierz miał czym strzelać, i o to, żeby nie był głodny, nie chodził boso oraz miał 
gdzie nieprzespane noce bezpiecznie odespać.

 

Jaki z tym wiązał się gąszcz problemów i spraw pozornie drobnych, ale niekiedy decydujących, 
może wiedzieć tylko ten, kto to przeżył. Wiele z tych praw wspominam z satysfakcją. Inne z 
rozrzewnieniem, a jeszcze inne, te wpadki i obsuwy, z zażenowaniem. Szczegó1ną satysfakcję dała 
nam wiadomość, że III RP odznaczyła naszego dowódcę Krzyżem Virtuti Militari. Odebraliśmy to 
tak, jakby odznaczono cały nasz oddział.

 

W każdym miejscu postoju i wypoczynku, zgłaszali się do nas ochotnicy, prosząc o przyjęcie do 
służby. Niektórzy nawet z własną bronią. Dowódca przeważnie odmawiał, bo przyjęcie wszystkich 
chętnych spowodowałoby wzrost oddziału do takich rozmiarów, które utrudniłyby operatywność 
uniemożliwiły konspirację. Odmowę przyjęcia do służby, dowódca osładzał kandydatom 
oświadczeniem, że zostali przyjęci, ale do rezerwy. Do czynnej służby zostali powołani, gdy zajdzie 
potrzeba. Odchodzili rozżaleni. Nie zmieści się to w głowach tym, którzy w „PRL”, pod wpływem 
demoralizujących rządów komuny robili wszystko, aby się od wojska wymigać, pomimo to, te 
czasy były inne i służba nie wiązała się z ryzykiem utraty życia.

 

A zdarzały się akcje, w których ponosiliśmy straty. W jednej z nich byli ranni, w tym „Sęk” bardzo 

background image

ciężko. Nasza służba medyczna była bezradna. „Sęk” musiał być poddany operacji wyjęcia kuli, co 
w warunkach polowych i bez lekarza było niewykonalne. Niezbędna była kwalifikowana pomoc 
chirurgiczna, dysponująca specjalistycznym oprzyrządowaniem. Dostarczyliśmy „Sęka” do szpitala 
powiatowego. Lekarze niezwłocznie zabrali się do pracy, lecz oświadczyli, że każdą ranę 
postrzałową muszą zgłaszać bezpiece, która z pewnością wystawi przy rannym wartę.

 

Ze znajomym lekarzem uzgodniono, że zawiadomi nas gdy zdrowie rannego osiągnie stan 
umożliwiający ewakuację. Wtedy przyjdziemy z całym oddziałem, zdejmiemy UB-ecką wartę i 
zabierzemy „Sęka”. Niestety „Sęk” nie przeżył, a ponieważ chroniąc jego rodzinę przed represjami 
dostarczyliśmy go do szpitala bez podania personaliów, pochowano go bezimiennie na cmentarzu w 
Ciechanowie.Trzeba było ustalić miejsce pochówku „Sęka”, wkopać na mogile krzyż i złożyć 
wieńce. Jesienią, przed Świętem Zmarłych, „Fryga” i ja otrzymaliśmy zadanie specjalne.

 

Znając metody bezpieki przewidywaliśmy, że przed Zaduszkami, mogiła może być obserwowana. 
W związku z tym postanowiono, że zadanie trzeba wykonać metodami cywilnymi. Musieliśmy 
wystąpić bez mundurów i bez broni, bo w przypadku obstawy cmentarza, posiadanie broni mogło 
dać tylko ten rezultat, że leglibyśmy obok „Sęka”.

 

Trzeba więc było w przypadku obstawy nie stawiać oporu i dać się aresztować, mając wyuczony 
scenariusz zeznań, polegający na tym, że całą robotę wykonaliśmy za pieniądze, jako pracę zleconą 
przez nieznanych osobników o uzgodnionych rysopisach, którzy dostarczyli nam wszystko łącznie 
z krzyżem, tablicą, wieńcami, szarfami i napisami na szarfach.

 

Krzyż ustawiono na grobie wcześniej, natomiast przybicie tablicy i złożenie wieńców zaplanowano 
na noc poprzedzającą dzień Wszystkich Świętych. Był to błąd, gdyż wcześniejsze wstawienie 
krzyża dało sygnał bezpiece, że coś będzie się działo. Zaroiło się wokół nas od postaci uzbrojonych 
w pepesze. Cmentarz był obstawiony. Stosownie do wezwania i zgodnie z naszym scenariuszem, 
podnieśliśmy ręce do góry.

 

Po zrewidowaniu i stwierdzeniu, że nie mamy broni, kopniakami skierowano nas do wyjścia z 
cmentarza. Wylądowaliśmy w piwnicy pod Powiatowym UB w Ciechanowie. Godziny dzielące od 
rana, spędziłem na myślowej powtórce scenariusza zeznań. Tym razem nie ogarnęła mnie żadna 
senność. Rano zaczął się magiel. Pobyt w ciechanowskiej bezpiece obfitował w sytuacje, o których 
niechętnie opowiadam, bo pomimo to, że zdarzyły się w rzeczywistości, brzmią nieprawdopodobnie 
i wyglądają na chwalbę.

 

Sądząc o treści napisów na tablicy „Tu spoczywa Żołnierz NSZ ps. „Sęk”, który zginął w walce o 
wolną Polskę” i na szarfach wieńców „Dowództwo II Okręgu NSZ, I por. "Ryś", dowódca Oddziału 
PAS NSZ” bezpieka była pewna,  że złapała dwu NSZ-towców. Przesłuchujący, pewni sukcesu, 
zaczęli od pytań: jak się nazywasz, jaki masz pseudonim, jak nazywał się „Sęk” i kto to jest „Ryś”?

background image

 

W miarę odbierania naszych zeznań, spodziewany sukces zaczął się wymykać, bo okazywało się, że 
nie złapali dwu NSZ-towców, tylko dwu głupków, którzy wykonywali zadanie za forsę i o niczym 
nie wiedzą. W tej sytuacji UB-oli ogarniała wściekłość, którą rozładowywali biciem. Nie 
dowierzano nam, ale ich pewność została zachwiana, bo pomimo to, że siedzieliśmy w oddzielnych 
celach, dzięki wykutemu scenariuszowi, zeznania były zgodne.

 

Wkrótce jednak okazało się, że nasz scenariusz miał luki. Nie wszystko można było w nim 
przewidzieć. Przykładowo, nie mieliśmy prostej odpowiedzi na proste pytanie, gdzie się obaj 
poznaliśmy. To pytanie scenariusz przegapił, a poznaliśmy się dopiero w oddziale, więc prawdy nie 
możne było powiedzieć. Obaj musieliśmy skłamać i każdy z nas mógł skłamać inaczej. A wtedy 
UB-eckie łamignaty miałyby uzasadnienie, że nie biją, dlatego że to lubią, ale dlatego, że trzeba.

 

Wojciech Organowski ps. 
Grałem więc na zwłokę, zasłaniając się brakiem pamięci i odpowiadając pytaniem, czy śledczy 
pamięta, gdzie poznał wszystkich swoich znajomych. Za taką bezczelność dostawało się po pysku, 
ale nie było innego wyjścia. Obiecywałem, że może sobie przypomnę, to wtedy powiem.

 

„Fryga” kręcił podobnie, ale zawisła nad nami groźba dekonspiracji, bo takich prostych pytań było 
więcej, a już sam fakt, że obaj zgodnie nie pamiętaliśmy tego samego dawał do myślenia. Siepacze 
od bicia zacierali ręce i tylko czekali na ubaw. Ta beznadziejna sytuacja znalazła szczęśliwe 
rozwiązanie, jakby żywcem wyjęte z filmu kryminalnego.

 

Obiekt zajęty przez bezpiekę był przed wojną budynkiem mieszkalnym. Piwnice, w których nas 
trzymano, podzielone były cienkimi ściankami z cegły na kruchej zaprawie, bo cement był wtedy 
drogi i stosowano go oszczędnie.

 

Ta przedwojenna oszczędność nas uratowała. Pod pryczą przylegającą do ścianki, trzonkiem od 
zwykłej łyżki udało się wyskrobać zaprawę ze spoin i wyjąć jedną cegłę. Powstał otwór przez który 
można było pogadać z aresztantami sąsiedniej celi, a właśnie tam siedział „Fryga”. Ten mały 
otworek zlikwidował wszelkie przeoczenia scenariusza. Spowodował, że poprzypominaliśmy sobie 
wszystko, co trzeba. Urodziliśmy się w czepku, że wtedy jeszcze nie wsadzono nam do celi 
kapusia. Zawdzięczamy to prawdopodobnie temu, że początkowo bezpieka była tak pewna swego, 
że nie widziała takiej potrzeby.

 

Niezależnie od bicia, po którym niekiedy wracało się do celi nie na własnych nogach, egzystencja 
w więzieniu była koszmarna. Drewniane prycze były zapluskwione. Oprócz pluskiew, żarło nas 

background image

wszystko: były wszy, pchły i świerzb. Spało się na gołych deskach prycz. Żadnych materaców ani 
sienników, ani poduszek nie było. Jeśli człowiek nie był spuchnięty od bicia i jeśli był tak 
zmęczony, że mógł spać pomimo orgii insektów, to po godzinie snu budził go ból wywołany 
dociskiem kości biodrowej do drewnianego pokładu pryczy, albo ból karku, spowodowany brakiem 
podparcia głowy. Światło gaszono wcześnie, więc walkę z insektami można było prowadzić tylko w 
dzień. W nocy byliśmy bezbronni. A w dzień, wszy znajdowałem nawet w skarpetkach.

 

Potrzeby fizjologiczne załatwiało się do blaszanego kibla. Papieru toaletowego nikt nigdy nie 
widział. Papier pakunkowy z paczek, które rodziny mogły podsyłać ras na miesiąc, nabrał wartości 
najwyższego dobra. Zawartością paczek dzieliliśmy się solidarnie, bo nie wszyscy je dostawali. Ale 
papierem nikt się nie dzielił. Togo zwyczaju nie było.

 

Przez 6 miesięcy mego pobytu w bezpiece, ani razu nie wykonano dezynsekcji i ani razu nie 
urządzono nam kąpieli. Myliśmy się w małej misce z wodą, której zawsze brakowało, bo piwnice 
nie były skanalizowane ani zwodociągowane. Śmierdzieliśmy jak zwierzęta, a może nawet i gorzej. 
Żadnej wentylacji nie było. Smród i zaduch był nie do wytrzymania. Więzienne wyżywienie można 
było jeść tylko pod rygorem śmierci głodowej.

 

Po jakimś czasie zmieniono mi celę. Opuszczałem ją z niepokojem, bo rozstawałem się z otworem 
komunikacyjnym. Dokwaterowano mnie do celi zbiorowej, w której było kilkunastu więźniów. Po 
kilku dniach osłupiałem, bo dokwaterowano jeszcze „Frygę”. Ucieszyło to nas umiarkowanie, bo 
fakt, że bezpieka zrezygnowała z izolowania nas, mógł mieć dwa po¬wody: albo uznano nasze 
zeznania za prawdziwe i zakończono śledztwo, albo w celi jest kapuś, który czeka na nasze 
rozmowy. W związku tym, rozmowy ograniczyły się do wzajemnych wymówek i do plucia sobie w 
brodę, że daliśmy się namówić na taki parszywy zarobek. Kapuś nie mógł więc donieść żadnych 
rewelacji.

 

Tym, których w nocy nie brano na przesłuchania, urządzano inne urozmaicenia. W nocy nagle 
zapalało się światło i do celi wpadali funkcjonariusze na rewizję. W tamtych czasach zdarzały się 
częste przypadki, że niektórzy UB-ecy porzucali służbę u komunistów i przechodzili do partyzantki. 
Nie dowierzano więc nikomu i bano się, że wśród strażników może być ktoś, kto nam to i owo 
przemyci z miasta lub do miasta.

 

Przeciwdziałając temu, robiono rewizje w poszukiwaniu przedmiotów zabronionych. A zabronione 
było m.in. wszystko, co mogło służyć do pisania. Zasada była prosta: żaden gryps nie powstanie 
tam, gdzie nie ma go czym napisać.

 

Gdy znaleziono mały kawałek ołówka w osłonie sufitowego oświetlenia, przeprowadzono śledztwo. 
Chciano wiedzieć czyj on jest i skąd się wziął. Nikt się nie przyznał. Sugerowaliśmy, że ołówek 
musiał tam być przed naszym przyjęciem do celi. Za karę, całą celę pozbawiono prawa do paczek. 

background image

Oświadczono, że paczki zostaną przywrócone, gdy ujawni się właściciel ołówka.

 

Każdego, kto ma takie doświadczenia, musiał zastanowić Adam Michnik, który w megalomańskiej 
bufonadzie swego poczucia humoru, błysnął w telewizji dowcipem, że fakt, iż stał się człowiekiem 
pióra, zawdzięcza bezpiece. Zamykając go w pudle, dała mu dużo czasu, który mógł poświęcić 
pisaniu, i tak już mu to zostało.

 

Z tego michnikowego dowcipu wynika, że miał PRZYWILEJ posiadania w celi przyborów do 
pisania. Bezpieka nigdy nie daje przywilejów za darmo. Ciekawe, czym Michnik na takie 
przywileje zasłużył? I ciekawe, czy te „zasługi” mógłby omówić z równym poczuciem humoru? 
Ciekawe to, czy analiza przyczyn przywilejów nie doprowadza do Funia?

 

Jak wiadomo, w kochającej się rodzinie Michników, oprócz Adama był jeszcze Stefan, 
pieszczotliwie zwany Funiem. Tenże Funio, w czasach stalinowskich, gorliwie sowietyzując Polskę, 
„zasłużył” się skazując na śmierć kilkunastu polskich patriotów. Gdy na monolicie stalinizmu 
pojawiły się rysy Funio, bojąc się pociągnięcia do odpowiedzialności za zbrodnie na narodzie 
polskim, dał drapaka do Szwecji. Obecnie głosi, że z Polski wypędziła go fala antysemityzmu. 
Możliwe więc, że w jakimś stopniu, przywileje bezpieki spływały na Adama jako wyraz uznania dla 
zasług Funia.

 

Wracając od tej dygresji do tematu, muszę wspomnieć o jeszcze jednym epizodzie nadającym się 
do filmu sensacyjnego. Epizodem tym była ucieczka „Frygi” z więzienia. Świerzb, armia insektów i 
omówione warunki bytowania tak „Frydze” dojadły, że postanowił uciekać, pomimo to, że śledztwo 
przestało być groźne. Raz na dobę wyprowadzano nas na podwórko. Spacerniak ogrodzony był 
wysokim płotem z desek. Więzienie było prowizoryczne, więc narożnych wieżyczek strzelniczych 
nie było. Spacer odbywaliśmy w kółko, pod okiem uzbrojonego strażnika.

 

W pewnym momencie, korzystając z tego, że uwaga strażnika skupiła się na innym odcinku 
spacerującego kółka, „Fryga” się sprężył, podskoczył, chwycił za górną krawędź płotu, podciągnął 
na rękach i zanim strażnik zdążył użyć broni, zeskoczył na zewnętrzną, stronę ogrodzenia. 
Spodziewając się strzałów przywarł do ziemi.

 

Pod długą serią z pepeszy, z płotu posypały się drzazgi. Seria była jednak oddana na ślepo, bo płot 
był tak szczelny, że po drugiej stronie nic widać nie było. Gdy seria ucichła, „Fryga” zerwał się i 
zniknął w ciechanowskich opłotkach.

 

Strzelający strażnik nie mógł nas zostawić, bo wtedy inni mogliby skopiować wyczyn „Frygi”. Gdy 
zaalarmowani strzałami inni strażnicy zrozumieli co się stało i wszczęli pościg, „Fryga” był już 

background image

daleko. Pościg, mający w warunkach miejskich do wyboru wiele możliwych tras ucieczki, nie dał 
rezultatu. Wróciliśmy do cel podekscytowani i pełni podziwu, dla ryzykanctwa „Frygi”.

 

Ucieczka przyniosła mi kłopoty, bo bezpieka podejrzewała, że musiałem wiedzieć o zamiarze. 
Rzecz jasna niczego nie mogli mi udowodnić, ale pretekst do mordobicia był. Z celi zniknął pewien 
facet, którego wścibstwo sugerowało, że był kapusiem. On musiał mieć największe kłopoty.

 

Po 6 miesiącach pobytu w bezpiece uzyskałem sukces w postaci zwolnienia mnie z powodu „braku 
dowodów winy”. Aktu oskarżenia nie sporządzono, bo samo złożenie kwiatów na grobie nie było 
czynem karalnym oraz uznano, że nie ja byłem autorem „antypaństwowego” napisu na tablicy 
nagrobnej „Sęka”.

 

Dwa lata później, władza ludowa zapudłowała mnie po raz drugi. Tym razem zawdzięczałem to 
wojewódzkiej bezpiece we Wrocławiu. Siedziałem tam znowu przez 6 miesięcy, w więzieniu przy 
ul. Sądowej, która była oddalona o kilka minut jazdy od więzienia przy ul. Kleczkowskiej, gdzie 
wielu polskich patriotów rozstrzelano, co szczegółowo opisuje książka pt. „Golgota Wrocławska”. 
Tym razem znowu zwolniono mnie z powodu „braku dowodów winy”, ale jest to temat na całkiem 
inne opowiadanie.

 

Wielu kolegów z oddziału odeszło, na wieczną wartę w sposób nagły i w sposób naturalny. Nie 
żyją: „Żaba”, „Myśliwy”, „Sęk”, „Biały”, „Morawa”, „Hildek”, „Pogoda” i Mirek Krajewski, 
którego pseudonimu nie pamiętam. Żyje mój dowódca, por. "Ryś”, żyje "Fryga" i żyją może jeszcze 
inni, z którymi nie mam kontaktu. Wszystkich przy okazji, jeśli to przeczytają, serdecznie 
pozdrawiam.

 

Stanisław Duczymiński