background image

  

 

 

 

J. G. Ballard - Klatka z piasku  

 

   

O

 zachodzie, kiedy cynobrowy żar odbity od ciągnących 

się wzdłuż horyzontu wydm kapryśnie oświetlał białe 
elewacje opuszczonych hoteli, Bridgman wyszedł na balkon i 
popatrzył na długie pasmo stygnącego piasku, w które 
wsączała się powódź purpurowego cienia. Z wolna wysuwając 
Swoje smukłe palce pomiędzy płytkimi siodłami i 
zagłębieniami, cienie schodziły podobne do olbrzymich 
grzebieni. Pomiędzy ich zębami błysnęło na chwilę kilka 
fosforyzujących ostróg obsydianu, które potem połączyły się i 
jedną falą zalały na wpół zasypane hotele. Za milczącymi 
fasadami, na spadzistych, zawianych piaskiem ulicach, 
niegdyś migotliwych od koktajlbarów i restauracji, była już 
noc. Otoczki księżycowego światła pokrywały latarnie 
srebrzystą rosą i ubierały pozasłaniane okna i śliskie gzymsy 
jak zamróz we wzory.  

   Gdy Bridgman patrzył, oparty szczupłymi brązowymi 
ramionami o rdzewiejącą poręcz, ostatnie promienie światła 
tonęły w wiśniowej lejowatej łunie, zapadając się pod 
horyzont, a przez martwy marsjański piasek przeleciał 
pierwszy powiew wiatru. Tu i tam dokoła piaszczystej ostrogi 
wirowały maleńkie cyklony wzniecając pióropusze oblanego 
blaskiem księżycowym pyłu, zaś aureola białego kurzu 
omiotła wydmy i osiadła w zagłębieniach i dziurach. Zaspy 
stopniowo narastały przesuwając się w kierunku dawnej linii 
wybrzeża morskiego poniżej hoteli. Pierwsze cztery piętra 
były już zasypane i piasek sięgał teraz dwie stopy poniżej 

 

background image

balkonu Bridgmana. Po następnej burzy piaskowej znowu 
będzie musiał przeprowadzić się na wyższe piętro.  

   - Bridgman!  

   Głos przebił ciemność jak włócznia. Pięćdziesiąt jardów w 
prawo, na krawędzi walącej się zapory przeciwpiaskowej, 
którą kiedyś próbował zbudować pod hotelem, jakaś 
kanciasta, krępa postać w wytartych bawełnianych szortach 
machała do niego ręką. Poświato księżycowa podkreślała 
szeroką, umięśnioną klatkę piersiową i mocne, krzywe nogi 
zanurzone prawie po łydki w miękkim marsjańskim piasku. 
Mężczyzna miał około czterdziestu pięciu lat i krótko 
przystrzyżone rzednące włosy, tak że robił wrażenie prawie 
łysego. W prawej ręce trzymał olbrzymią płócienną torbę.  

   Bridgman uśmiechnął się do siebie. Stojąc cierpliwie w 
świetle księżyca pod opuszczonym hotelem Travis 
przypominał mu bardzo spóźnionego turystę przybywającego 
do widmowej miejscowości wypoczynkowej wiele lat po jej 
wymarciu.  

   - Bridgman, idziesz? - A ponieważ Bridgman dalej stał 
oparty o poręcz, Travis dodał: - Następna koniunkcja jutro.  

   Bridgman potrząsnął głową i skrzywił usta w grymasie 
irytacji. Nie cierpiał tych koniunkcji występujących co dwa 
miesiące, gdy wszystkie siedem wraków kabin satelitów 
ciągle jeszcze okrążających Ziemię jednocześnie przecinało 
niebo. Niezmiennie w te noce przesiadywał w swoim pokoju, 
przegrywając stare taśmy, które ocalił z zasypanych domków 
letniskowych i moteli w dalszej części plaży (histeryczne: "Tu 
mama Goldberg, Bulwar Kakaowy 62955, ja naprawdę 
protestuję przeciwko tej idiotycznej ewakuacji..." Albo 
zrezygnowane: "Tu Sam Snade, Pontiac kabriolet w tylnym 

background image

garażu należy do tego, kto go wykopie"). Travis i Luise 
Woodward przychodzili do tego hotelu zawsze w noc 
koniunkcji - był to najwyższy budynek w tej miejscowości, z 
nieograniczonym widokiem na cały horyzont - i śledzili 
siedem zbliżających się gwiazd, jak gnały swoim; nie 
skończonymi torami dokoła kuli ziemskiej. Niepomni na nic 
poza tym o czym doskonale wiedzieli strażnicy - zostawiali 
sobie drobiazgowe przetrząsanie morza piasku na te co 
dwumiesięczne okazje. I niezmiennie Bridgman występował 
jako czujka dla tamtych dwojga.  

   - Wychodziłem wczoraj wieczorem krzyknął w dół do 
Travisa. - Trzymajcie się z daleka od północno-wschodniej 
części ogrodzenia koło przylądka. Będą reperowali drogę.  

   Bridgman nocami dzielił czas między odkopywanie 
zasypanych moteli w poszukiwaniu zapasów (poprzedni 
mieszkańcy tej miejscowości zakładali, że rząd wkrótce uchyli 
rozkaz ewakuacji) a rozłączanie sekcji metalowej nawierzchni 
ułożonej przez pustynię dla dżipów straży. Każdy kwadrat 
drucianej siatki miał około pięciu jardów szerokości i ważył 
ponad trzysta funtów: Po wyrwaniu więc rzędów nitów, 
odciągnięciu elementów siatki na bok i zagrzebaniu ich wśród 
wydm był kompletnie wyczerpany i większą część następnego 
dnia spędzał pielęgnując nadwerężone ręce i barki. Niektóre 
sekcje drogi były zamocowane na stałe ciężkimi stalowymi 
prętami i wiedział, że prędzej czy później skończy się 
powstrzymywanie strażników przez uszkadzanie nawierzchni.  

   Travis zawahał się i z niezobowiązującym wzruszeniem 
ramion zniknął wśród wydm; ciężka torba pełna narzędzi 
kołysała mu się na silnym ramieniu. Mimo skąpej diety nie 
stracił na energii i rozmachu - Bridgman widział, jak w ciągu 
jednej nocy zdemontował dwadzieścia sekcji drogi, a potem 

background image

złączył jakoś przyległe człony na skrzyżowaniu, posyłając 
cały konwój sześciu pojazdów daleko w bezdroża na południe. 

   Bridgman odwrócił się, żeby zejść z balkonu, a następnie 
przystanął, gdy słaby zapach soli morskiej przeniknął chłodne 
powietrze. O dziesięć mil dalej, ukryte za linią wydm, 
znajdowało się morze - długie, zielone bałwany środkowego 
Atlantyku załamywały się na czerwonym marsjańskim brzegu. 
Kiedy przed pięciu laty przybył na tę plażę po raz pierwszy, 
poprzez wielomilowe polocie piasku nie czuć było 
najlżejszego zapachu soli. Jednakże z wolna Atlantyk spychał 
brzeg na dawne miejsce. Niezmordowany Golfstrom łomotał 
w miękki pył marsjański i usypywał wydmy na kształt 
groteskowych rokokowych raf, które wiatr przenosił w morze 
piasku. Ocean wracał, odzyskując stopniowo swój wielki, 
gładki basen, przesiewając czarny kwarc i obsydian 
marsjański, których nie porywał wiatr, i wchłaniając je w 
swoje głębie. Coraz częściej odór soli morskiej przesycał 
wieczorne powietrze, przypominając Bridgmanowi, po co 
pierwszy raz przybył na tę plażę i niwecząc wszelką chęć 
wyjazdu.  

   Przed trzema laty próbował zmierzyć, z jaką prędkością 
zbliża się Atlantyk, wbijając w piasek przy samym brzegu 
szereg prętów, lecz ruchome wydmy zabrały kolorowe pale. 
Później, wykorzystując wzniesienie u Przylądka Canaveral, 
gdzie stare wieże wyrzutni i platformy do lądowania celowały 
w niebo jak kawały rozbitej gigantycznej rzeźby, obliczył 
metodą triangulacji, że postęp przekracza nieznacznie 
trzydzieści jardów rocznie. Posuwając się z tą prędkością - 
wykalkulował niechcący, zupełnie automatycznie Atlantyk 
osiągnie swój dawny brzeg na Plaży Kakaowej - za pięćset z 
górą lat. Chociaż tak powolny, proces ten odbywał się jednak 
stale i Bridgman czuł się szczęśliwy, że te kilka lat, które mu 

background image

jeszcze zostały, może spędzić w swoim hotelu dziesięć mil za 
wydmami.  

   Później, wkrótce po przybyciu Louise Woodward, myślał o 
zdemontowaniu jednego z domków campingowych i 
wybudowaniu sobie małej chatki nad brzegiem, lecz 
ostatecznie uznał, że jest on zbyt przygnębiający i posępny. 
Wielkie czerwone wydmy przesuwały się milami, zasłaniając 
do połowy widok nieba i rozpływając się powoli pod naporem 
ciemnozielonej wody. Nie było ścisłej granicy pływu, tylko 
strome dno upstrzone kryształami kwarcu i rdzewiejącymi 
częściami rakiet marsjańskich, przywiezionymi z balastem. 
Spędził parę dni w pieczarze pod rafa piaskowa, przyglądając 
się długim galeriom ze zbitego czerwonego pyłu, które 
kruszyły się i rozpuszczały, omywane zimnymi prądami 
atlantyckimi, by zapaść się w końcu jak ozdobne kolumnady 
barokowej katedry. Latem gorący piasek promieniował żarem 
jak szlaka roztopionego słońca, przepalając gumowe zelówki 
jego butów, a rozrzucone bryłki wymytego kwarcu migotały 
jak diamenty. Bridgman wrócił do hotelu ciesząc się, że jego 
pokój wychodzi na ciche wydmy.  

   Teraz podszedł do biurka, ciągle jeszcze ze słodkawym 
zapachem solanki w nozdrzach. Stożek osłoniętego światła 
padał na magnetofon i półkę z taśmami. Warkot nie 
wyciszonego silnika pojazdu strażników ostrzegał go przy 
najmniej na pięć minut przed ich przybyciem, tak że mógł 
śmiało zainstalować w pokoju jeszcze jedną lampę; między 
hotelem a morzem nie było jezdni, a każde światło odbite na 
balkonie było z daleka nie do odróżnienia od fosforyzującej 
poświaty, która wisiała nad piaskiem jak miliardy świetlików. 
Bridgman jednak wolał siedzieć w mrocznym pokoju, 
otoczony pełnymi książek półkami własnej roboty, wśród 
igrających nad nim przez całą noc, gdy. bawił się taśmami, 

background image

strzępami przebrzmiałej przeszłości, której się nie żałuje. W 
dzień zaciągał zasłony, pogrążając się w świecie wiecznego 
półmroku.  

   Przystosował się łatwo do samotności; szybko wypracował 
system codziennych zajęć, który umożliwiał mu poświęcenie 
maksymalnej ilości czasu na rozmyślania osobiste. Dokoła 
niego przypięte do ścian wisiały ogromne odbitki i rysunki 
architektoniczne przedstawiające różne elewacje 
fantastycznego miasta na Marsie, które kiedyś projektował - 
jego szklane iglice i ściany ekranujące wyrastały jak 
heliotropowe klejnoty na cynobrowej pustyni. Rzeczywiście, 
miasto było jednym ogromnym klejnotem; elewacje 
przedstawiały się wspaniale, lecz były tak symetryczne, że 
wydawały się czymś równie pozbawionym życia jak korona. 
Bridgman stale przerabiał `rysunki, wprowadzając coraz 
więcej detali, tak że przypominały fotografię czegoś 
rzeczywistego.  

   Większość hoteli w mieście - jednej z tuzina zasypanych 
przez piasek miejscowości wypoczynkowych, tworzących 
niegdyś trzydzieści mil na południe od Przylądka , Canaveral 
nieprzerwany pas moteli, domków letniskowych i 
pięciogwiazdkowych hoteli - była dobrze zaopatrzona w 
zapasy konserw pozostałe po ewakuacji i odgrodzeniu tego 
terenu. Znajdowały się tam wielkie zbiorniki i cysterny 
napełnione wodą, nie licząc tysiąca zachowanych idealnie 
koktajlbarów sześć stóp poniżej poziomu piasku. Travis 
odkopał ich tuzin, poszukując swego ulubionego rocznika 
Burbona. Przechadzając się po pustyni za miastem można się 
było nagle natknąć na krótki odcinek schodów zstępujących w 
piasek i pod zawianą reklamę oznajmiającą bar "Satelita" lub 
"Salon Orbitalny", wiodących do wnętrza sanktuarium, gdzie 
chromowany pokład baru sterczał opróżniony aż do lustra 

background image

rżniętego w romby ze swoim ładunkiem butelek i figurynek. 
Bridgman byłby szczęśliwy, gdyby je pozostawiono w 
spokoju.  

   Ten cały blichtr przybytków rozrywki i tanich barów na 
peryferiach miejscowości wypoczynkowych stanowił 
przygnębiający komentarz do pierwotnych lotów 
kosmicznych, sprowadzając je do poziomu widowisk 
jarmarcznych demonstrujących potworności.  

   Na korytarzu przed pokojem Bridgmana rozbrzmiewały 
kroki, które powoli pięły się schodami w górę, zatrzymując się 
po parę sekund na każdym podeście. Bridgman opuścił rękę, 
w której trzymał taśmę magnetofonowa, na słuchując 
znajomych zmęczonych kroków. Była to Louise Woodward; 
niezmiennie co wieczór wychodziła na dach dziesięć pięter 
wyżej. Bridgman spojrzał na tablicę przelotów przypiętą do 
ściany. Widać będzie tylko dwa satelity między 12.25 i 12.35, 
na wysokości kątowej 62 stopnie SW, jak przelatują przez 
konstelacje Cetusa i Eridanusa, ale w żadnym z nich nie 
będzie jej męża. Choć miała jeszcze dwie godziny czasu, 
obejmowała już swój posterunek, na którym zwykle 
pozostawała aż do świtu.  

   Bridgman, zmęczony, nasłuchiwał cichnących powoli w 
górze kroków. Całą noc ta szczupła, blada kobieta przesiedzi 
w świetle księżyca, wśród miecionych wiatrem sypkich 
marsjańskich piasków, za których miraż jej mąż oddał życie, i 
będzie poprawiała wyblakłe włosy jak wdowa po marynarzu 
czekająca, aż morze zwróci jej drogie ciało. Travis najczęściej 
przyłączał się później do niej i siedzieli tak obok siebie na 
wprost maszynowni windy, z literami neonowej reklamy 
hotelu rozrzuconymi u ich stóp jak szczątki porozbijanego 
zodiaku. Potem o świcie szli każde w swoją stronę ulicami 

background image

pełnymi cieni do swoich siedzib w pobliskich hotelach.  

   Początkowo Bridgman często brał udział w tych nocnych 
czuwaniach, ale po kilku razach ich bezmyślna kontemplacja 
gwiazd wydała mu się czymś odpychającym, a nawet 
upiornym. Nie chodziło nawet o makabryczne widowisko, 
jakie stanowili martwi astronauci orbitujący dokoła planety w 
swoich kapsułach, ale raczej o dziwne, niewypowiedziane 
poczucie wspólnoty pomiędzy Travisem a Louise Woodward, 
jak gdyby celebrowali jakiś bardzo intymny obrzęd, do 
którego Bridgman nigdy nie miał dostępu. Podejrzewał 
czasem, że ich pierwotne motywy, obojętne jakie były, 
ustąpiły znacznie bardziej osobistym.  

   Pozornie Louise Woodward obserwowała satelitę swego 
męża, aby podtrzymać pomięć o nim, lecz Bridgman domyślał 
się, że wspomnienie, które podświadomie pragnęła ożywiać, 
dotyczyło jej samej sprzed lat dwudziestu, gdy mąż był znaną 
osobistością, a o nią zabiegali dziennikarze z wielkich 
tygodników i reporterzy telewizyjni. Przez piętnaście lat po 
jego śmierci Woodward zginał wypróbowując nowa, lekka 
wyrzutnię - prowadziła życie koczownicze, jeżdżąc bez 
wytchnienia swoim tanim samochodem od motelu do motelu 
po całym kontynencie, w pogoni za gwiazdą męża, która 
znikała nocą na wschodzie, aż nareszcie znalazła dom na 
Plaży Kakaowej z widokiem na rdzewiejące rusztowania 
wyrzutni przez zatokę.  

   Motywy Travisa były prawdopodobnie bardziej złożone. W 
dwa lata po tym, jak się poznali, wyjawił Bridgmanowi, że 
uważa za swój dług honorowy pełnienie warty ku czci 
zmarłych astronautów, którzy w dzieciństwie dali mu przykład 
męstwa i poświęcenia (chociaż większość z nich pilotowała 
już swoje kapsuły pięćdziesiąt lat przed urodzeniem Travisa), 

background image

i że teraz, gdy są całkowicie zapomniani, musi choćby sam 
podtrzymywać gasnący płomień ich pamięci. Bridgman był 
przekonany o jego szczerości.  

   Ale później, przeglądając stos starych magazynów w 
bagażniku samochodu, który wykopał w motelu, natrafił no 
fotografię Travisa w aluminiowym kombinezonie 
ciśnieniowym i dowiedział się o nim znacznie więcej. Travis 
sam musiał być kiedyś astronautą albo raczej kandydatem na 
astronautę. Jako pilota-oblatywacza, zatrudnionego w jednej z 
agencji zajmujących się orbitalnymi stacjami 
przekaźnikowymi, zawiodły go nerwy na parę sekund przed 
ostatnim "start!" w czasie odliczania i ta chwila 
nieoczekiwanego strachu kosztowała jego firmę około pięciu 
milionów dolarów.  

   To najwyraźniej fakt, że nie mógł przejść do porządku nad 
swoja słabością - zdał sobie z niej sprawę w momencie bardzo 
niefortunnym, leżąc w fotelu konturowym dwieście stóp nad 
stanowiskiem startowym - sprowadził Travisa do Canaveral, 
opuszczonej Mekki pierwszych bohaterów astronautyki.  

   Bridgman taktownie próbował wytłumaczyć, że nikt nie 
może brać mu za złe tej chwili słabości - znacznie mniejsza w 
tym jego wina niż tych, którzy go typowali, co najmniej 
nieszczęśliwy zbieg okoliczności na skutek niejasnych 
sformułowań ankietowych, dających do wyboru różne 
możliwości odpowiedzi (krzyżyki w złych kratkach, czasem 
trudno swój krzyżyk udźwignąć, czasem trudno wyjrzeć zza 
kratek - Bridgman zażartował w myśli zjadliwie). W każdym 
razie wyglądało na to, że w swojej sprawie Travis podjął 
decyzję. Noc w noc wpatrywał się we wspaniały kondukt 
żałobny, który prządł swą złotą ścieżkę ku Słońcu, i uspokajał 
się przez porównywanie własnej porażki ze znacznie większa, 

background image

choć nie zasługującą na potępienie klęska siedmiu 
astronautów. Travis zgodnie z regulaminem nadal strzygł się 
krótko "na Mohikanina" jak wszyscy kosmonauci, nadal 
utrzymywał doskonałą kondycję fizyczną za pomocą 
intensywnych ćwiczeń, tych samych, które uprawiał przed 
swym nieudanym lotem. Podtrzymywał go jego własny, 
osobisty mit, czyniąc go właściwie nietykalnym.  

   - Drogi Harry, wzięłam samochód i wiadro na śmieci. 
Szkoda, żeby to się miało tak skończyć...  

   Zniecierpliwiony Bridgman wyłączył taśmę powtarzającą 
jakieś banalne ludzkie sprawy sprzed lat trzydziestu. Z jakichś 
względów nie był w stanie przyjąć Travisa i Louise 
Woodward takimi, jacy byli. Wyrzucał sobie ten brak 
współczucia, natrętna potrzebę wydobywania na jaw 
motywów działania innych, uderzania w czuła strunę, 
szczególnie, że jego własne motywy przebywania na 
Przylądku Caneveral były tak podejrzane. Po co tu był, co 
chciał odpokutować? I dlaczego wybrał Plażę Kakaowa na 
swe miejsce zsyłki? Przez trzy lata zadawał sobie to pytanie 
tak często, że straciło ono jakiekolwiek znaczenie, jak 
skostniały w swojej formie katechizm lub tępe 
samooskarżenie paranoika.  

   Zrezygnował ze stanowiska głównego architekta dużego 
przedsiębiorstwa inwestycji kosmicznych po tym, jak 
ogromne zamówienie na projekt pierwszego marsjańskiego 
osiedla miejskiego, na którym zależało firmie, zostało 
przyznane konkurencji. Po cichu jednak zdawał sobie sprawę, 
że jego rezygnacja oznaczała podświadome przyznanie, iż 
mimo swego daru wyobraźni nie nadaje się do 
wyspecjalizowanych i bardziej prozaicznych celów 
związanych z projektowaniem osiedli. Na desce, jak wszędzie, 

background image

czul się związany z Ziemią.  

   Jego marzenia o stworzeniu nowej gotyckiej architektury 
portów kosmicznych i ośrodków sterowania, o zostaniu 
Frankiem Lloydem Wrightem i Le Corbusierem pierwszego 
miasta, jakie miało powstać poza Ziemia, zbladły na zawsze, 
ale nie był już w stanie wrócić do projektowania tanich 
szpitali w Ekwadorze i domów mieszkalnych w Tokio. Przez 
rok wałęsał się bez celu, ale parę kolorowych zdjęć 
pomarańczowych zachodów słońca na Plaży Kakaowej i 
gazetowe historyjki o samotnikach żyjących w zasypanych 
piaskiem motelach stanowiły potężny magnes.  

   Wrzucił taśmę do szuflady; próbował brać Louise 
Woodward i Travisa takimi, jacy byli: żona pilnującą 
zmarłego męża i starym astronauta czuwającym samotnie nad 
wspomnieniem utraconych towarzyszy broni.  

   Wiatr uderzył w okno balkonu i lekka mżawka piaskowego 
pyłu spadła na podłogę. W nocy burze piaskowe szalały po 
całej plaży. Gorące punkty w stygnącej pustyni rozrastały się 
gwałtownie jak krople rtęci i wybuchały w piasku jak 
miniaturowe tornada.  

   W odległości zaledwie pięćdziesięciu jardów przebił się 
przez mrok zamierający kaszel wielkiego diesla. Bridgman 
szybko zgasił lampkę na biurku, winszując sobie, że skąpił 
bateryjek, a potem podszedł do okna.  

   Przy lewym brzegu rozpadliny piaskowej, na wpół ukryty w 
długich cieniach rzucanych przez hotel, stał wielki pojazd 
gąsienicowy o niskiej zamaskowanej karoserii. Nad 
zderzakami, bezpośrednio przed tępym pyskiem maski 
kryjącej silnik, znajdował się wąski mostek obserwacyjny. 
Dwu strażników wpatrywało się przez pieksiglasowe okienka 

background image

w hotelowe balkony, jeżdżąc lornetkami od pokoju do pokoju. 
Za nimi pod szklaną kopułą wystającej kabiny kierowcy 
siedziało jeszcze trzech strażników kierujących 
umieszczonym na zewnątrz reflektorem. Pośrodku czaszy w 
rytm pracy silnika pulsowało małe światełko, w każdej chwili 
gotowe rzucić ostry błysk do wnętrza któregoś z otwartych 
pokojów.  

   Bridgman ukrył się za żaluzjami lornetki skierowały się na 
sąsiedni balkon; przesunęły na następny, należący do niego, 
po czym zawahały się i przeniosły dalej. Zirytowani 
sabotażem dróg strażnicy zdecydowali się widocznie na nowy 
typ pojazdu. Potężne, przysadziste wozy pustynne na czterech 
szerokich gąsienicach nie były zmuszone do poruszania się po 
drogach z siatki i mogły ujeżdżać do woli po wydmach i 
piaskowych wzgórzach.  

   Bridgman patrzył, jak pojazd zawraca z wolna, prawie nie 
zmieniając niskiego, głębokiego tonu silnika, a następnie 
odjeżdża wzdłuż linii hoteli, z boku prawie nie do odróżnienia 
od ruchomych wydm i wzgórz. Sto jardów dalej skręcił w 
pierwsza przecznicę ku głównemu bulwarowi, tryskając z 
gąsienic pióropuszami pyłu przypominającymi nikłe obłoczki 
pary. Mężczyźni na mostku obserwacyjnym ciągle przyglądali 
się hotelowi. Bridgman był pewien, że zobaczyli odbity błysk 
światła lub jakieś poruszenie Louise Woodward na dachu. 
Strażnicy nie kwapili się wprawdzie z opuszczeniem wozu, co 
groziło skażeniem trującym pyłem, ale wiadomo, że nie 
zawahaliby się, gdyby mieli w perspektywie złapanie któregoś 
z plażowych włóczęgów.  

   Biegnąc po schodach na dach Bridgman pochylił się pod 
oknami wychodzącymi na bulwar. Zaparkowany naprzeciwko 
pod wystającym podcieniem wielkiego domu towarowego 

background image

wóz pustynny przypominał ogromnego kraba. Niegdyś 
pięćdziesiąt stóp nad ziemia, teraz betonowy nawis dzieliło od 
niej niewiele ponad pięć do sześciu stóp, wóz pustynny, który 
stał pod nim, ze zgaszonym silnikiem, był więc dobrze ukryty 
w cieniu. Jeden ruch w oknie lub niespodziewany powrót 
Travisa i strażnicy powyskakiwaliby z luków, sieciami na 
długich drągach i lassami łapiąc ich za karki i stopy. 
Bridgman przypomniał sobie, jak wygarnęli kiedyś pewnego 
włóczęgę plażowego z jego motelowej kryjówki i wynieśli 
niby wielkiego drgającego pająka pośrodku czarnej gumowej 
pajęczyny. Strażnicy z odwróconymi twarzami, o zasłoniętych 
maskami ustach, wyglądali jak diabły w jakimś abstrakcyjnym 
balecie.  

   Na dachu zalała Bridgmana mlecznobiała poświata 
księżycowa. Louise Woodward stała oparta o balustradę 
balkonu, spoglądając w stronę dalekiego niewidocznego 
morza. Na słabe skrzypnięcie drzwi odwróciła się i zaczęła 
apatycznie spacerować wokół dachu, a jej blada twarz płynęła 
jak aureola. Miała na sobie świeżo uprasowaną kretonową 
sukienkę, znaleziona w zardzewiałym bębnie wirówki jednej z 
pralni, a jej włosy z pasemkami blond płynęły za nią na 
wietrze:  

   - Louise!  

   Ruszyła bezwiednie, potykając się o kawałek neonu, a 
następnie wróciła do balkonu wychodzącego na bulwar.  

   - Pani Woodward! - Bridgman chwycił ją za łokieć i 
przysłonił jej ręka usta, zanim krzyknęła. - Tam są strażnicy. 
Obserwują hotel. Musimy znaleźć Travisa, zanim wróci.  

   Louise zawahała się, najwyraźniej poznała Bridgmana z 
wysiłkiem, zwróciło oczu ku czarnemu marmurowi nieba, 

background image

Bridgman spojrzał na zegarek; była prawie 12.25. Patrzył na 
gwiazdy na południowym zachodzie.  

   Louise wyszeptała:  

   - Zaraz tu będą, muszę ich zobaczyć.  

   Gdzie jest Travis, przecież chyba powinien już być.  

   Bridgman pociągnął ją za ramię.  

   - Może zobaczył wóz pustynny. Pani Woodward, musimy 
uciekać.  

   Nagle wskazała niebo, wyrwała mu się i podbiegła do 
balustrady.  

   - O, są!  

   Poirytowany, czekał, aż nasyci wzrok dwoma bliźniaczymi 
punktami świetlnymi mknącymi od zachodniej części 
horyzontu; były to Merril i Pokrowski. Jak każdy uczeń, 
Bridgman doskonale znał ich kolejność - drugi system 
planetarny o skomplikowanej, lecz znacznie bardziej 
uchwytnej regularności i precesji, Castor i Pollux orbitującego 
zodiaku, których pojawienie się zawsze zwiastowało pełną 
koniunkcję następnej nocy.  

   Louise Woodward spoglądała ku nim oparta o balustradę, a 
wzmagający się wiatr porywał jej włosy z ramion i rozwiewał 
poziomo za głowę. U jej stóp czerwony pył marsjański kłębił 
się i szeleścił osiadając na szczątkach reklamy, zaś z palców 
przesuwających się wzdłuż poręczy ściekała świetlista różowa 
piana. Gdy satelity wreszcie zniknęły wśród gwiazd na 
horyzoncie, Louise pochyliła się, podnosząc twarz ku 
mlecznobłękitnemu księżycowi, jak gdyby chciała odwlec 

background image

chwilę rozstania, a potem odwróciła się do Bridgmana 
promiennie uśmiechnięta.  

   Jego uprzednie podejrzenia prysły i Bridgman odwzajemnił 
jej się krzepiącym uśmiechem..  

   - Roger znów będzie jutro w nocy, Louise. Musimy uważać, 
żeby strażnicy nas nie złapali, zanim go zobaczymy.  

   Poczuł nagły podziw dla niej, dla jej stoicyzmu, w którym 
trwała podczas długiego czuwania. Może myślała o 
Woodwardzie jako o żywym człowieku i w jakimś sensie 
cierpliwie czekała na jego powrót? Pamiętał, jak powiedziała 
kiedyś:  

   - Roger był chłopcem, kiedy poleciał, rozumiesz, czuję się 
teraz bardziej jego matką niż żoną - jakby się bała reakcji 
Woodwarda na jej wysuszoną cerę i rzednące włosy, jakby się 
obawiała, że o niej zapomniał. Niewątpliwie śmierć, którą 
sobie wyobrażała dla niego, nie była dla śmiertelnych.  

   Trzymając się za ręce zeszli na palcach w dół po 
łuszczących się stopniach i wyskoczyli oknem tarasu w 
miękki piasek pod zaporę przeciwwiatrową. Bridgman zapadł 
się po kalana w drobny srebrzysty pył księżycowy, zanim 
ciągnąc za sobą Louise dobrnął do bardziej stałego gruntu. 
Przeleźli przez dziurę w chylącej się palisadzie, a następnie 
pobiegli oddalając się od linii martwych hoteli, majaczących 
jak trupie czaszki w widmowym świetle.  

   - Poczekaj, Paul! - Z głową ciągle uniesioną ku niebu Louise 
Woodward padła na kolana w zagłębieniu między dwiema 
wydmami, a następnie dźwignęła się i ze śmiechem, potykając 
się, pobiegła za Bridgmanem, który pędził przez zapadliny i 
siodła. Wiatr porywał teraz piasek z wyższych wierzchołków, 

background image

gnając tumany kurzu jak wzburzone fale. Oddalone o sto 
jardów miasto przypominało zamazany kadr filmowy, który 
wyświetlała camera obscura zachodzącego księżyca. Stali w 
miejscu, gdzie Atlantyk miał kiedyś dziesięć sążni głębokości, 
i Bridgman wyczuwał jeszcze zapach soli morskiej wśród 
połyskliwych białych czap pyłu, fosforyzujących jak ławice 
żyjątek. Wypatrywał jakiegokolwiek śladu Travisa.  

   - Louise, będziemy musieli wracać do miasta. Burza 
piaskowa się wzmaga, tutaj nigdy go nie zobaczymy.  

   Cofnęli się przez wydmy, potem przedarli wąskimi 
uliczkami między budynkami hoteli do północnego wjazdu do 
miasta. Bridgman obrał za punkt obserwacyjny mały blok 
mieszkalny - położyli się na ciepłej, przyjemnej poduszce 
piasku, wyglądając na pochyłą ulicę. Na skrzyżowaniu wiatr 
dął w poprzek ulicy, przesłaniając białymi obłokami wóz 
pustynny strażników, zaparkowany sto jardów dalej na 
bulwarze.  

   Po pół godzinie silnik zachłysnął się, Bridgman zaczął 
zagarniać piasek w stronę przerwy znajdującej się przed nimi.  

   - Odjeżdżają. Dzięki Bogu!  

   Louise Woodward złapała go za ramię.  

   - Patrz!  

   W odległości pięćdziesięciu stóp zobaczyli strażnika w 
białym winylowym kombinezonie, prawie niewidocznym w 
chmurach pyłu, brnącego z wolna w ich stronę i wywijającego 
lassem. Parę kroków za nimi szedł drugi strażnik, zaglądając 
przez lornetkę w okna bloku mieszkalnego.  

   Bridgman i Louise wyczołgali się z powrotem pod sufit, a 

background image

następnie przekopali sobie drogę do kuchni na tyłach 
budynku. Jedno okno było otwarte i wychodziło na zasypane 
piaskiem podwórze, wyskoczyli więc przez nie i pomknęli w 
kłębach wzbudzonego przez siebie pyłu, który wirował 
między budynkami.  

   Nagle za narożnikiem ujrzeli strażników oddalających się w 
szeregu boczną ulicą, a za nimi wóz pustynny. Nim Bridgman 
zdołał się opanować, nagły skurcz prawej łydki złapał go 
boleśnie, skręcając mięsień brzuchaty, i rzucając go na kolano. 
Louise Woodward szarpnęła go do tyłu pod ścianę i pokazała 
krępą krzywonoga postać, która brnęła ku nim drogą wiodącą 
łukiem do miasta.  

   - Travis!  

   Torba z narzędziami zwisała mu z prawej ręki, a kroki 
dźwięczały słabo na drucianej siatce jezdni. Idąc ze 
spuszczoną głową, zdawał się nie wiedzieć o ukrytych za 
rogiem strażnikach.  

   - Chodź! - Lekceważąc i tak znikomy margines 
bezpieczeństwa Bridgman z trudem wstał na nogi i z impetem 
wybiegł na środek ulicy. Louise próbowała go zatrzymać, ale 
przebiegli zaledwie dziesięć jardów, kiedy strażnicy ich 
dostrzegli. Zabrzmiał ostrzegawczy krzyk i reflektor strzelił 
potężnym snopem światła wzdłuż ulicy. Wóz pustynny 
wyrwał do przodu jak masywny, pokryty kurzem byk, 
wczepiając się gąsienicami w piach.  

   - Travis! - Dopiero kiedy Bridgman osiągnął zakręt drogi z 
podążającą za nim w odległości dziesięciu jardów Louise 
Woodward, Travis wyrwany z zadumy przerzucił torbę z 
narzędziami przez ramię i pogonił przed nimi w kierunku 
grupy dachów moteli, wyzierających z piasku po drugiej 

background image

stronie ulicy. Pozostający w tyle Bridgman znów poczuł 
skurcz w łydce i zaczął boleśnie powłóczyć nogami. Gdy 
Travis po niego wrócił, próbował odpędzić go machnięciem 
ręki, ale Travis złapał go za łokieć i wypchnął do przodu jak 
sanitariusz naciągający ramię pacjentowi.  

   Biegnąc zamglonymi ulicami, zniknęli w kłębach pyłu na 
pustyni, a okrzyki strażników zagłuszył ryk i hałas silnika. 
Dokoła nich niby dziwaczna metalowa flora jakiegoś 
pozaziemskiego ogrodu sterczały z czerwonego marsjańskiego 
piasku stare neonowe szyldy - Motel "Satelita", Bar "Planeta", 
Motel "Merkury". Kryjąc się za nimi dotarli do wydm na 
skraju miasta porosłych karłowatymi krzewami i ruszyli 
jednym ze szlaków, jakie wiodły wśród piaskowych raf. Tam, 
w głębokich grotach zbitego piasku, które zwisały jak 
odwrócone pałace, czekali, aż burza się uspokoi. Krótko przed 
świtem strażnicy zaniechali poszukiwań, nie mogąc 
doprowadzić ciężkiego wozu pustynnego do rozsypującej się 
rafy.  

   Niebaczny na bliskość strażników Travis rozniecił niewielki 
ogień, podpalając od zapalniczki kawałki drewna wyrzucone 
przez fale i osadzone w zagłębieniach piasku. Bridgman 
przykucnął obok, by ogrzać sobie ręce.  

   - Pierwszy raz zdecydowali się wysiąść z wozu - rzucił pod 
adresem Travisa. - To znaczy, że mają rozkaz nas złapać.  

   Travis wzruszył ramionami.  

   - Możliwe. Dorabiają ogrodzenie wzdłuż plaży. 
Prawdopodobnie usiłują odciąć nas na zawsze.  

   - Co takiego? - Bridgman podniósł się z nagłym uczuciem 
niepokoju. Ale po co? Jesteś pewien? Co by im z tego 

background image

przyszło?  

   Travis spojrzał na niego z błyskiem gorzkiego rozweselenia 
na spłowiałej twarzy. Smugi dymu wieńczyły mu głowę, a 
potem snuły się wokół wężowych kolumn groty aż do krętego 
skrawka nieba sto stóp wyżej.  

   - Bridgman, przepraszam, że to mówię, ale jeśli chcesz stąd 
uciekać, to tylko teraz. Za miesiąc nie będziesz już w stanie.  

   Bridgman pominął to milczeniem, wpatrzony w ciemną 
szczelinę nieba nad głową, w której widać było gwiazdozbiór 
Raka, jak gdyby w nadziei, że ujrzy odbicie dalekiego morza.  

   - Chyba zwariowali. Ile tego ogrodzenia widziałeś?  

   - Z osiemset jardów. Niewiele im brakuje do końca. Robią 
to z elementów prefabrykowanych o wysokości około 
czterdziestu stóp. - Uśmiechnął się ironicznie, widząc 
niepokój Bridgmana. - Nie przejmuj się. Zawsze jak będziesz 
chciał się wydostać, to możesz zrobić podkop. - 

    Nie mam zamiaru się stąd wydostawać - odparł Bridgman 
chłodno.  

   Niech ich cholera, robią z tego teren zoo. Rozumiesz chyba, 
że jak ogrodzą wszystko, to już nie będzie to samo.  

   - Zrobią z tego zakątek Ziemi, który na zawsze pozostanie 
Marsem. - Spod wysokiego czoła uczy Travisa spoglądały 
ostro i czujnie. - Wiem, o co im chodzi. Od dwudziestu lat nie 
było wypadku śmiertelnego. - Spojrzał na Louise Woodward 
przechadzającą się po krużgankach. - A rakiety pasażerskie są 
rzekomo równie bezpieczne jak pociągi podmiejskie. Chcą się 
odciąć od przeszłości razem z Louise, ze mną i z tobą. Bardzo 
rozsądnie z ich strony, że nie wypalili tego całego terenu 

background image

miotaczami ognia. Wirus to wystarczający powód. A my troje 
jesteśmy najprawdopodobniej jego jedynymi nosicielami na 
całej planecie. - Podniósł garść czerwonego pyłu, ponurym 
wzrokiem badając drobniutkie kryształki. No, Bridgman, co 
zamierzasz zrobić?  

   Bridgman odszedł w milczeniu - myśli eksplodowały mu w 
głowie jak oszalałe rakiety sygnalizacyjne.  

   Za nimi Louise Woodward krążyła wśród głębokich galerii 
groty, nucąc pod nosem w rytm westchnień wirującego 
piasku.  

   Rano wrócili do miasta brnąc przez wysokie zaspy. 
Roziskrzone w ostrym słońcu leżały pomiędzy hotelami i 
sklepami jak świeżo spadły czerwony śnieg. Travis i Louise 
udali się do swoich siedzib w motelach w dalszej części plaży. 
Bridgman szukał w nieruchomym kryształowym powietrzu 
obecności strażników, ale wóz pustynny odjechał, a jego ślady 
zatarła zamieć.  

   W domu czekała na Bridgmana wizytówka.  

   Potężna fala kurzu wdarła się przez drzwi balkonowe, 
przykrywając biurko i łóżko zaspa wysokości trzech stóp przy 
tylnej ścianie. Na zewnątrz zapora przeciwpiaskowa została 
zasypana, a pejzaż pustyni zmienił się całkowicie jedynie 
kilka iglic obsydianu znaczyło jej poprzednie kontury jak boje 
w przemieszczającym się morzu. Bridgman spędził cały ranek 
na odkopywaniu książek i całego dobytku, na demontowaniu 
instalacji elektrycznej z jej bateriami i wynoszeniu 
wszystkiego do pokoju piętro wyżej. Chętnie przeprowadziłby 
się do mansardy na samej górze, ale światło z okien byłoby 
widoczne na odległość wielu mil.  

background image

   Urządzając się w nowej siedzibie włączył magnetofon; 
usłyszał zwięzłe wiadomość, podawana urywanymi zdaniami, 
energicznym głosem, tym samym który poprzedniego dnia 
wykrzykiwał dc strażników.  

   - Bridgman, tu major Webster, zastępca komendanta 
Rezerwatu Plaż Kakaowej. Na polecenie Podkomitetu 
Antywirusowego Zgromadzenia Ogólnego Narodów 
Zjednoczonych ogradzam cała plażę. Po zakończeniu prac 
opuszczanie terenu będzie wzbronione a każdy, kto się wydali 
poza jego granice, zostanie odprowadzony do rezerwatu. 
Poddaj się teraz, Bridgman zanim... - Bridgman zatrzymał, a 
następnie cofnąć taśmę i skasował tekst patrząc ze złością na 
magnetofon. Niezdolny skupić się na tyle, by zmontować na 
powrót instalację elektryczną w nowym miejscu, snuł się bez 
celu zabawiając się planami architektonicznymi poopieranymi 
o ściany. Był niespokojny i nadmiernie podekscytowany, być 
może dlatego, że usiłował, niezbyt zresztą skutecznie, stłumić 
w sobie wątpliwości dokładnie te same, o których mu teraz 
Webster przypomniał. Wyszedł na balkon i wyjrzał na 
pustynię, na czerwone wydmy, które jak morskie bałwany 
podchodziły pod same okna. Przenosił się już po raz czwarty 
piętro wyżej, a szereg identycznych pokojów, które kolejno 
zajmował, przypominał jego własne wizerunki, jak gdyby 
przesunięte i oglądane przez pryzmat. Ten jeden ostry - 
ostateczne nieuchwytne określenie samego siebie, którego 
poszukiwał od tak dawna jeszcze ciągle nie. został 
odnaleziony. Bez końca piasek sunął w jego stronę, a zmienne 
kontury pustyni jak żaden inny ze znanych krajobrazów 
odpowiadały stanowi jego własnej nicości psychicznej,. 
okrywając dawne niepewności i klęski swoim enigmatycznym 
całunem.  

   Bridgman patrzył, jak czerwony piasek skrzy się i opalizuje 

background image

w coraz to wyżej wznoszącym się słońcu. Nigdy już nie 
zobaczy Marsa ani nie wymaże domniemanych niedostatków 
talentu, ale przecież w obrębie tej plaży znajdowała się wierna 
kopia planety.  

   Kilka milionów ton gleby marsjańskiej przywiezione tu w 
charakterze balastu jakieś pięćdziesiąt lat temu, gdy obawiano 
się, że ciągłe wypuszczanie w przestrzeń sond i pojazdów 
kosmicznych, transport ładunków masowych i sprzętu na 
Marsa zmniejsza o ułamek masę Ziemi i przybliża jej orbitę 
do Słońca. Chociaż przesunięcie wyniosłoby niewiele ponad 
kilka milimetrów, a temperatura atmosfery podniosłaby się 
ledwie dostrzegalnie, to jednak te zjawiska skumulowane na 
przestrzeni dłuższego czasu mogłyby spowodować utratę 
rozrzedzonych warstw atmosfery zewnętrznej i osłony 
radiologicznej, dzięki której biosfera nadaje się do 
zamieszkania.  

   Przez ponad dwadzieścia lat flota ogromnych frachtowców 
kursowała na Marsa i z powrotem, wyrzucając balast do 
morza w pobliżu kosmodromu na Przylądku Canaveral. 
Jednocześnie Rosjanie wypełniali niewielki sektor Morza 
Kaspijskiego. Zakładano, że wody Atlantyku i Morza 
Kaspijskiego wchłoną balast, ale bardzo szybko stwierdzono, 
że analiza mikrobiologiczna piasku nie jest zadowalająca.  

   Na okrytych śnieżnymi czapami biegunach Marsa, gdzie 
pierwotnie skraplała się w atmosferze para wodna, osad 
pradawnej materii organicznej utworzył glebę drobny 
piaszczysty less, zawierający skamieniałe zarodniki 
gigantycznych porostów i mchów, ostatnich żyjących na tej 
planecie organizmów sprzed milionów lat. Zarodniki te 
zawierały siatki krystaliczne wirusa, który niegdyś żerował na 
roślinach i którego szczątki zostały przeniesione wraz z 

background image

balastem na Ziemię, na Przylądek Canaveral i do Morza 
Kaspijskiego.  

   W kilka lat później zauważono w południowych stanach 
Ameryki oraz w republikach Kazachskiej i Turkmeńskiej 
Związku Radzieckiego szerzenie się różnego rodzaju chorób 
roślin. Na terenie całej Florydy występowały ogniska rdzy 
zbożowej i choroby mozaikowej, całe plantacje pomarańczy 
więdły i obumierały, skarłowaciałe palmy przy drogach 
pękały jak suche skórki banana, trawa sztywniała w letnim 
upale, przypominając papierowe włócznie. W ciągu kilku lat 
cały półwysep zamienił się w pustynię. Bagniste dżungle 
Everglades pobielały i wyschły, puszcze skamieniały, koryta 
rzek wyglądały jak popękane skorupy usiane lśniącymi 
szkieletami krokodyli i ptaków.  

   Dawny obszar wyrzutni rakietowych w Canaveral został 
zamknięty, a krótko potem miejscowości wypoczynkowe na 
Plaży Kakaowej odgrodzono i ewakuowano; nieruchomości 
warte miliony dolarów oddano we władanie wirusowi. 
Szczęśliwie niegroźny dla nosicieli zwierzęcych, oddziaływał 
on jedynie w niewielkim promieniu na oryginalną glebę, z 
którą został przywieziony. Połknięty przez człowieka, 
współżył z florą bakteryjna jego przewodu pokarmowego, 
łagodny, nie zauważony przez żywiciela; zwrócony jednak 
glebie, przejawiał niszczycielskie działanie w stosunku do 
roślinności na przestrzeni tysięcy mil.  

   Nie będąc w stanie położyć się mimo bezsennej nocy, 
rozdrażniony Bridgmen zabawiał się magnetofonem. Cudem 
wymknąwszy się strażnikom, żywił jednak cicha nadzieję, że 
go złapią. Dziwny skurcz nogi miał oczywiście podłoże 
psychiczne. Nie mogąc świadomie przyjąć argumentów 
Webstera, w gruncie rzeczy byłby rad, gdyby go postawiono 

background image

przed faktem dokonanym pojmania, i z wdzięcznością 
poddałby rocznej kwarantannie w Oddziale Oczyszczenia z 
Pasożytów w Tampa, a następnie podjął pracę architekta - 
ciężko doświadczony, lecz pogodzony ze swoją porażką.  

   Jak dotąd jednak nie nadarzyła mu się okazja poddania. 
Travis najwyraźniej zdawał sobie sprawę z jego rozterki: 
Bridgman zauważył, że on i Louis nie umówili się z nim na 
wieczorną koniunkcję.  

   Wczesnym popołudniem wyszedł na ulicę i brnąc przez 
zaspy czerwonego piasku poszedł śladami Travisa i Louise 
Woodward, które kluczyły wśród bocznych uliczek, by 
zniknąć wreszcie pomiędzy potężniejszymi, 
przypominającymi krzemienne bloki wydmami wśród 
zasypanych moteli na południe od miasta. Zrezygnowany 
wrócił pustymi, pozbawionymi cienia ulicami, od czasu do 
czasu pokrzykując w gorącym powietrzu i nasłuchując echa 
grzmiącego pomiędzy zaspami.  

   Tego samego popołudnia, nieco później, poszedł w kierunku 
północno-wschodnim, stąpając ostrożnie wśród dziur i 
rozpadlin, przykucając w plamach cienia, gdy wiatr przynosił 
mu dalekie odgłosy brygad budowlanych grodzących plażę. 
Dokoła niego, w wielkich piaszczystych basenach ziarnka 
czerwonego piasku połyskiwały jak diamenty. Ze zboczy 
piaskowych wzgórz sterczały ostre kolce rdzewiejącego 
metalu - pozostałości satelitów i wyrzutni marsjańskich, 
którymi usiane były marsjańskie pustynie, i które następnie 
zostały przywiezione z powrotem na Ziemię. Jedna z części, 
które mijał, cały element poszycia kadłuba z resztkami 
numeru identyfikacyjnego podobny do wygiętej tarczy 
sterczał pionowo w powodzi piasku jak drzwi wiodące do 
nikąd.  

background image

   Tuż przed zmierzchem Bridgman dotarł do wysokości 
ostrogi obsydianu wznoszącej się na tle ciemnowiśniowego, 
nieba jak wieża zrujnowanego kościoła. Wspiął się po jej 
sterczących występach i spojrzał ponad wydmami ciągnącymi 
się na przestrzeni dwóch czy trzech mil, ku krawędzi plaży. 
Oświetlone ostatnimi promieniami słońca metalowe pręty 
pałały różowawym żarem jak bajkowe wrota na skraju 
zaczarowanego morza. Co najmniej pół mili ogrodzenia było 
już gotowe, a na jego oczach podnoszono właśnie i osadzano 
w ziemi kolejny ogromny element. Już cały wschodni 
horyzont został przesłonięty przez wkraczające ogrodzenie, a 
uwięziony marsjański piach przypominał żwir rozsypany nc 
dnie klatki.  

   Siedząc na górze Bridgman poczuł ostrzegawczy skurcz 
bólu w łydce. Zeskoczył z obłoku pyłu i nie oglądając się za 
siebie uciekł przez wydmy i rafy piaszczyste.  

   Później, kiedy ostatnie barokowe aureole zachodzącego 
słońca zapadły się pod horyzont, wyszedł na dach czekając na 
Travisa i Louise Woodward i wypatrując ich niecierpliwie w 
pustych zalanych światłem księżyca uliczkach.  

   Wkrótce po północy przy wysokości kątowej 35 stopni 
pomiędzy Aquilą a Ophiuchusem, rozpoczęła się koniunkcja. 
Bridgman w dalszym ciągu wpatrywał się w ulice nie 
zwracając uwagi na siedem punktów świetlnych mknących ku 
niemu od strony horyzontu niby jakaś inwazja z głębi 
Kosmosu. Nic nie wskazywało na rozbieżność ich orbit, na to, 
że wkrótce miały się rozproszyć na przestrzeni tysięcy mil - 
satelity sunęły, jakby zawsze były ściśle ze sobą połączone w 
konfigurację znaną Bridgmanowi od dziecka -jak zgubiony 
znaczek zodiakalny; gwiazdozbiór oderwany od sfery 
niebiańskiej w nieustannym gorączkowym poszukiwaniu 

background image

swego dawnego miejsca.  

   - Travis! Niech cię diabli! - warknął Bridgman, odwrócił się 
od balkonu i ruszył w kierunku części poręczy wysuniętej za 
nadbudówkę windy. Travis i Louise Woodward unikali go jak 
pariasa i Bridgman musiał pogodzić się z faktem, że przestał 
być prawdziwym rezydentem plaży, egzystując na ziemi 
niczyjej pomiędzy nimi a strażnikami.  

   Siedem satelitów zbliżyło się i Bridgman spoglądał na nie 
od niechcenia.  

   Tworzyły niezwykły, choć wyraźny wzór przypominający 
grecka literę x - koślawy krzyżyk, którego poprzeczne ramię 
zawierało cztery ustawione mniej więcej w linii prostej 
kapsuły - Connolly'ego, Tkaczewa, Merrila i Majakowskiego - 
przecięte przez trzy pozostałe - Pokrowskiego, Woodwarda i 
Brodisuka - tworzące z Tkaczewem przedłużone Z. Wzór ten 
był różnie odczytywany: jako sierp i młot, orzeł, swastyka, 
gołębica, jako różnego rodzaju emblematy religijne lub 
runiczne, ale wszystko to po trochu się zmieniała wobec stałej 
tendencji starszych pojazdów do spalania się.  

   To właśnie dzięki owemu powolnemu procesowi rozpadu 
aluminiowych pokryw kadłuba satelity były widzialne. Często 
zwracano uwagę na to, że obserwator z Ziemi widzi nie 
rzeczywistą kapsułę, tylko miejscowe pole rozpylonego 
aluminium i zjonizowanych par wody utlenionej z 
pourywanych dysz stabilizujących, rozwleczone teraz na 
przestrzeni pól mili za każda kapsułą. Woodward, który 
znalazł się na orbicie jako ostatni, stanowił ledwie 
dostrzegalny punkt świetlny. Kadłuby kapsuł wraz ze swoim 
doskonale zachowanym ładunkiem ludzkim ulegały stałemu 
rozpadowi, a szeroki wachlarz srebrzystej rosy rozpościerał 
się jak złudny ślad za Merrilem i Pokrowskim (1998 i 1999), 

background image

niby podwójna gwiazda przekształcająca się w nowa w 
samym środku konstelacji. W miarę jak masa pojazdów się 
zmniejszała krążyły one po coraz bliższych Ziemi orbitach, a 
wkrótce miały się zetknąć z gęstszymi warstwami atmosfery i 
spaść.  

   Bridgman stał wpatrzony w przybliżające się ku niemu 
satelity, zapominając zupełnie o swojej irytacji na Travisa. Jak 
zawsze, wzruszony był niesamowitym, ale dziwnie pogodnym 
widokiem konwoju bezustannie okrążającego ciemny ocean 
nocnego nieba, dawno zmarłych astronautów spieszących po 
raz dziesięciotysięczny na krótkie spotkanie, by następnie 
wyruszyć ku swoim samotnym ścieżkom podniebnym 
biegnącym wzdłuż granicy jonosfery, tej niebiańskiej granicy 
pływu w przestrzeń kosmiczna, która rościła do nich prawa.  

   Jak Louise Woodward mogła tak się wpatrywać w swojego 
męża - Bridgman nie był w stanie pojąć. Po jej przyjeździe 
zaprosił ją raz do hotelu i zrobił uwagę na temat widocznych z 
okien pięknych zachodów słońca, ale Louise warknęła w 
odpowiedzi z goryczą  

   - Piękne? Czy możesz sobie wyobrazić, co to znaczy 
podziwiać zachód słońca, kiedy twój mąż krąży, tam w swojej 
trumnie?  

   Była to reakcja typowa dla czasów, kiedy po nieudanych 
próbach połączenia się z platforma na orbicie stałej ginęli 
pionierzy astronautyki. Gdy na zachodzie wzeszły te pierwsze 
gwiazdy i powstała nieprzyjemna perspektyw , że za tysiąc lat 
niebo będzie usiane orbitującymi odpadami, początkowo 
próbowano je zestrzelić, ale ostatecznie pozostawiono je na 
tym naturalnym cmentarzysku, gdzie stanowiły własny 
pomnik.  

background image

   Za chmurą pyłu wzniecona przez burzę piaskowa satelity 
błyszczały niewiele jaśniej niż gwiazdy drugiej wielkości, 
mrugając, gdy pasma cirrostratusów przecinały odbite światło. 
Smuga rozproszonego światła za Merrilem i Pokrowskim, 
która zwykle przesłaniała pozostałe kapsuły, zmniejszy się, 
Bridgman jak gdyby po raz pierwszy od wielu miesięcy 
zobaczył wyraźnie Majakowskiego i Brodisuka. Patrzył w 
środek krzyża, który przesuwał się właśnie nad jego głowa, 
zastanawiając się, czy to Merril, czy Pokrowski pierwszy 
spadnie z orbity.  

   Gwałtownie nabierając powietrza w płuca, zadarł głowę. Ze 
zdumieniem zauważył, że pośrodku układu brakuje jednego ze 
znanych mu punktów świetlnych. Przyczyny tego stanu 
rzeczy, które początkowo upatrywał w przesłonięciu 
towarzyszących kapsułom oparów przez chmury pyłu, były 
zgoła inne: po prostu brakowało jednej z kapsuł, trzeciej z 
pierwszej linii - Merrila, jak się zorientował - który spadł z 
orbity. Z uniesioną w dalszym ciągu głową Bridgman 
ostrożnie stąpał po dachu, omijając rdzewiejące resztki neonu 
i odprowadzając wzrokiem konwój w jego locie ku 
wschodniemu horyzontowi. Nie przesłonięty już przez ślad 
Merrila, pojazd Woodwarda świecił teraz znacznie jaśniej i 
wydawało się, że zajął miejsce tamtego, choć nie miał spaść 
jeszcze co najmniej przez sto lat.  

   Gdzieś w dali zawarczał silnik. Chwilę później z innej 
strony odezwał się słaby kobiecy krzyk. Bridgman podszedł 
do barierki i ponad dachami domów zobaczył na tle nieba 
dwie sylwetki na nadbudówce windy bloku mieszkalnego, a 
następnie znów usłyszał krzyk Louise Woodward, która 
obydwiema rękami wskazywała w górę: wiatr rozwiewał jej 
wokół twarzy długie włosy, a Travis usiłował ją uspokoić. 
Bridgman zorientował się, że Louise błędnie sobie 

background image

wytłumaczyła upadek Merrila, biorąc go za swojego męża. 
Podszedł do samej krawędzi balkonu i stamtąd obserwował 
patetyczna scenę rozgrywającą się na odległym dachu.  

   Ponownie gdzieś wśród wydm zajęczał silnik. Zanim 
Bridgman zdążył się odwrócić, jasne ostrze światła rozcięło 
niebo na południowym zachodzie. Jak kometa ciągnąc za sobą 
aż po horyzont potężny ogon rozpylonych cząstek, płynęło ku 
nim po wyraźnie widocznej, skierowanej w dół krzywej. 
Oderwany od reszty kapsuł, które ginęły już wśród gwiazd 
wzdłuż wschodniej części horyzontu, pojazd znajdował się 
teraz zaledwie kilka mil nad ziemią.  

   Bridgman obserwował, jak się zbliża, przygotowany na 
kolizję z hotelem. Rozszerzająca się korona białego światła 
niby gigantyczna rakieta sygnalizacyjna oświetlała dachy, 
wychwytując z mroku neonowe szyldy zasypanych moteli na 
przedmieściach. Bridgman rzucił się do drzwi i zbiegł po 
schodach; blask spadającej kapsuły oświetlił ponure ulice jak 
sto księżyców. Kiedy wpadł do swego pokoju, bezpieczny 
wewnątrz masywnego budynku wyjrzał na wydmy przed 
hotelem, które przypominały iluminowaną dekorację 
sceniczna. W odległości trzystu jardów widać było niska 
zamaskowana karoserię zaparkowanego na szczycie 
wzniesienia wozu pustynnego, którego słabe reflektory 
przyćmiła zupełnie łuna.  

   Z głębokim metalicznym westchnieniem płonący katafalk 
zmarłego astronauty przeleciał im nad głowami, tryskając z 
kadłuba strumieniem rozpylonego metalu i wypełniając niebo 
świetlistym żarem. W dole jego odbicie niby autostrada 
oświetlona reflektorami samolotu przecinało pustynię w 
kierunku morza długa jasna smuga szerokości kilkuset jardów. 
Ledwie Bridgman zdążył przysłonić oczy, kiedy nagle 

background image

nastąpiła eksplozja z potężna detonacja. W górę wzbiła się 
wielka zasłona białego pyłu, która powoli opadła na ziemię. 
Odgłos wybuchu uderzył w hotel i wznosząc się w 
przedłużonym crescendo bębnił w okna. Mniejsze wybuchy 
przypominały opalizujące fontanny wszędzie tam, gdzie 
spadły odłamki kapsuły, zapalały się na krótko pojedyncze 
ognie. A potem huk ucichł i w powietrzu zawisł połyskliwy 
całun fosforyzującego gazu jak srebrzysty welon, w którym 
migotały i perliły się klejnoty cząsteczek.  

   W odległości dwustu jardów ukazała się biegnąca postać 
Louise Woodward, a dwadzieścia kroków za nią Travisa. 
Bridgman patrzył, jak chowają się i wyłaniają zza wydm, a 
potem nagle poczuł na twarzy zimne światło reflektora 
zalewające powodzią cały pokój za nim. Wóz terenowy sunął 
prosto na niego z dwoma strażnikami trzymającymi sieci i 
lassa na zewnętrznej platformie.  

   Bridgman błyskawicznie przełożył nogę przez poręcz 
balkonu, zeskoczył i rzucił się ku pierwszej wydmie. 
Pochylony biegł w ciemności, która przecinał promień 
reflektora. W górze migotliwy całun powoli blakł w miarę jak 
rozpylone cząsteczki metalu spadały w ciemny marsjański 
piasek. Ostatnie echa wybuchu grzmiały jeszcze wśród hoteli 
zgrupowanych w dalszej części plaży.  

   W pięć minut później dogonił Louise Woodward i Travisa. 
Pod wpływem uderzenia kapsuły część wydm uległa 
spłaszczeniu, tworząc płytki basen o średnicy mniej więcej 
ćwierć mili. Okoliczne wzniesienia usiane były ciągle jeszcze 
rozżarzonymi odłamkami, migocącymi niby gasnące oczy. 
Wóz pustynny pomrukiwał jakieś czterysta czy pięćset jardów 
za nim i Bridgman szedł teraz zmęczonym wyciągniętym 
krokiem. Zatrzymał się koło klęczącego Travisa, który z 

background image

wysiłkiem łapał oddech. W odległości mniej więcej 
pięćdziesięciu jardów Louise biegła w dół bezradnie, z 
roztargnieniem patrząc na kawałki tlącego się metalu. Na 
moment reflektor nadjeżdżającego wozu pustynnego oświetlił 
ją i schował się między wydmy. Bridgman uchwycił wyraz 
niewysłowionej udręki na jej twarzy.  

   Travis klęczał wciąż ściskając w rękach kawałek 
osmalonego metalu.  

   - Travis, wytłumacz jej na miłość boską! To była kapsuła 
Merrila, nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości. 
Woodward dalej jest tam w górze.  

   Travis popatrzył w milczeniu, wpijając się wzrokiem w 
twarz Bridgmana. Jego usta przeszył spazm bólu i Bridgman 
zorientował się, że metalowy szczątek, który tamten z takim 
nabożeństwem trzymał w dłoniach, jest rozpalony do 
czerwoności.  

   - Travis! - próbował rozerwać mu ręce, czując przenikliwy 
odór palonego ciała, ale Travis wyrwał mu się. - Zostaw ją w 
spokoju, Bridgman! Idź sobie ze strażnikami!  

   Bridgman ustępował przed nadjeżdżającym wozem 
pustynnym odległym już tylko o trzydzieści jardów i 
oświetlającym reflektorami cały basen. Louise Woodward 
dalej przeszukiwała wydmy. Travis wytrwał w miejscu, kiedy 
strażnicy wyskoczyli z wozu i podeszli do niego ze swoimi 
sieciami; w jego skrwawionych, uniesionych do góry rękach 
stalowy kolec połyskiwał jak sztylet. Na czele strażników 
szedł jedyny nie zamaskowany wśród nich, schludny 
mężczyzna o miłych, czystych rysach i skupionej, poważnej 
twarzy. Bridgman domyślił się, że jest to major Webster, że 
strażnicy wiedzieli o nieuniknionym wybuchu i starali się 

background image

złapać ich wcześniej, w szczególności Louise. Cofnął się w 
stronę wydm na skraju basenu. Kiedy zbliżał się do ich 
wierzchołka, noga uwięzła mu w półkolistym kawałku metalu, 
usiadł więc, żeby uwolnić obcas. Bez wątpienia był to 
fragment tablicy rozdzielczej; okrągła obudowa instrumentu 
pozostała nietknięta.  

   W górze migotliwy welon oparów przesunął się na północny 
wschód i odbite światło wisiało dokładnie nad rdzewiejącymi 
wieżami dawnej wyrzutni Przylądka Canaveral. Przez kilka 
ulotnych sekund wieże spowiła jak gdyby srebrzysta poświata 
- rozpylone ciało zmarłego astronauty rozpływało się nad nimi 
w pożegnalnym geście, powracając do miejsca, z którego 
przed stu laty wyruszyło ku śmierci. A potem wieże zatonęły 
znów w swoich niezgłębionych cieniach i całun odpłynął jak 
ogromne widmo w kierunku morza, prawie niewidzialny w 
blasku gwiazd.  

   W dole, na ziemi, siedział Travis otoczony przez strażników. 
Kręcił się na czworakach jak ruchliwy krab, rzucając w nich 
garściami skażonego wirusem piasku. Starannie zamaskowani 
strażnicy uwijali się koło niego z sieciami i lassami w 
pogotowiu. Do Bridgmana zbliżała się powoli inna grupa.  

   Zaczerpnął garść ciemnego marsjańskiego piasku koło 
obudowy instrumentu i poczuł, jak gładkie, rozżarzone 
kryształki grzeją go w dłoń. Oczyma wyobraźni widział w 
dalszym ciągu wysrebrzone wieże wyrzutni po drugiej stronie 
zatoki, dziwnym złudzeniem niemal identyczne z marsjańskim 
miastem, które zaprojektował przed laty. Patrzył, jak całun 
znika nad morzem, a potem rozejrzał się po innych 
pozostałościach kapsuły Merrila porozrzucanych wśród 
wydm. Wysoko na zachodzie, pomiędzy Pegazem a 
Cygnusem świeciła odległa tarcza Marsa, planety, która 

background image

zarówno dla niego, jak i dla zmarłego astronauty tak długo 
była symbolem niespełnionych ambicji. Wiatr delikatnie 
zamiatał piasek, chłodząc tę wierna kopię planety, 
rozciągającą się biernie dokoła niego, i Bridgman wreszcie 
zrozumiał, dlaczego tu przyjechał i dlaczego nie mógł tej 
plaży opuścić.  

   W odległości dwudziestu jardów od niego wleczono Travisa 
jak dzikiego psa szamoczącego się pośrodku pajęczyny lass. 
Louise Woodward pobiegła przez wydmy w stronę morza za 
znikającym obłokiem gazu.  

   W nagłym przypływie wiary w siebie Bridgman wetknął 
pięść w ciemny piasek osadzając w nim ramię jak filar. 
Rozpalony pierścień z pojazdu Merrilla oparzył mu 
nadgarstek, łącząc go duchowo ze zmarłym astronauta. 
Rozproszony dokoła niego po marsjańskim piasku Merril w 
pewnym sensie osiągnął mimo wszystko Marsa.  

   - Do diabła! - wykrzyknął Bridgman triumfalnie do siebie, 
kiedy lassa strażników wpiły mu się w kark i ramiona. A 
jednak dopięliśmy swego!