background image

1.   

2.   

 

 

 

 

 

 

JEDENASCIE  

 
 

       
     OSIEM DNI  

 

_ Zaczekaj! - krzyczała Callie po drugiej stronie linii.-  
Muszę się uszczypnąć, żeby się upewnić, że nie ...  

_ Nie śnisz - powiedziała Luce do pożyczonej ko-  

mórki. Na brzegu lasu zasięg był kiepski, lecz wyraź-  
nie słyszała sarkazm w głosie Callie. - To naprawdę ja.  
Przepraszam, że byłam tak kiepską przyjaciółką·  

W czwartkowy wieczór po kolacji Luce opierała się  

gruby pień potężnej sekwoi za 

sypialnią. 

Po lewej  

miała wzgórze, za nim urwisko, a dalej ocean. Niebo  

 

274  

 

nad wodą wciąż wypełniał złocisty blask. Jej nowi 
przyjaciele siedzieli przy budynku Nefilim, piekli 
pianki nad ogniem i opowiadali sobie historie o 
demonach. To była impreza Dawn i Justine, część 
Opowieści Nefilim, w organizacji których Luce miała 
pomagać -lecz jedynym, co zrobiła, było przyniesienie 
z jadalni kilku worków pianek i ciemnej czekolady.  

A później pobiegła na krawędź lasu, by uciec przed  

wszystkimi z Shoreline i pomyśleć o kilku innych waż-  
nych rzeczach.  

Rodzicach. Callie. I Głosicielach.  
Czekała do tego wieczoru z telefonem do domu.  

Czwartkowe wieczory u Price' ów wyglądały zawsze 
tak  
samo - mama grała u sąsiadów w mahjonga, a tato  
oglądał w miejscowym kinie transmisję na żywo z ope-  
ry w Atlancie. Zniosła dźwięk ich głosów na starej  
automatycznej sekretarce, zostawiła trwającą trzydzie-  
ści sekund wiadomość głosową, że bardzo prosi pana  
Cole' a o zezwolenie na opuszczenie szkoły na czas  
Święta Dziękczynienia - i że bardzo ich kocha.  

Callie nie dała się tak łatwo zbyć.  

- Myślałam, że możesz dzwonić tylko w środy - mó-  

wiła teraz Callie. Luce zdążyła już zapomnieć o suro-  
wych zasadach korzystania z telefonów w Sword 

&  

Cross. - 

Początkowo 

rezygnowałam z planów na śro-  

dy, czekając na twój telefon - mówiła dalej. - Ale po  
jakimś czasie odpuściłam sobie. A tak w ogóle, jak do-  
rwałaś komórkę?  

 

275  

background image

3.   

4.   

 

- I tyle? - spytała Luce. - Jak dorwałam komórkę?  

Nie jesteś na mnie wściekła?  

Callie westchnęła.  

- Wiesz, myślałam, że powinnam być wściekła. Na-  

wet to ćwiczyłam. Ale wtedy tracimy obie. - Przerwała  
na chwilę. - A chodzi o to, że za tobą tęsknię, Luce.  

I pomyślałam, że nie ma co marnować czasu.  

- Dziękuję - wyszeptała Luce. Prawie się rozpłakała  

z radości. - To co tam u ciebie?  

- Nie ma mowy. Ja kieruję tą rozmową. Kara za to,  

że zniknęłaś mi z oczu. A ja chciałabym wiedzieć, co  
tam z tym chłopakiem. Jego imię zaczynało się chyba  
na C?  

- Cam - jęknęła Luce. Cam był ostatnim chłopa-  

kiem o którym opowiedziała Callie? - Okazało się, że  
nie jest ... takim człowiekiem, za jakiego go miałam. -  
Zawahała się. - Spotykam się teraz z kimś innym i jest  
naprawdę.i.  

Pomyślała o promiennej twarzy Daniela i jak szybko  

spochmurniała podczas ich ostatniego spotkania za jej  
oknem.  

I wtedy pomyślała o Milesie. Ciepłym, godnym za-  

ufania, uroczo swobodnym Milesie, który zaprosił ją  
do siebie na Święto Dziękczynienia. Który w jadal-  
ni zamawiał hamburgery z piklami, choć ich nie lu-  
bił - żeby móc je zdejmować i oddawać Luce. Który  
przechylał głowę, kiedy się śmiał, żeby mogła zobaczyć  
błysk w jego oczach pod czapeczką Dodgersów.  

 
276  

 

 

- Jest dobrze - powiedziała w końcu. - Dużo się  

razem włóczymy.  

 

- Och, przechodzisz od jednego gościa z poprawcza-  

ka do drugiego. Jak w marzeniach, co? Ale to brzmi po-  
ważnie, słyszę to w twoim głosie. Wybieracie się razem  
na Święto Dziękczynienia? Zabierzesz go do domu,  
narazisz na gniew Harry' ego? Ha!  

- No ... pewnie tak- mruknęła Luce. Nie była wcale  

pewna, czy mówi o Danielu, czy o Milesie.  

 

- Moi rodzice zaplanowali na ten weekend jakąś wiel-  

ką imprezę rodzinną w Detroit - powiedziała Callie-  
którą totalnie bojkotuję. Pomyślałam o odwiedzinach,  
ale spodziewałam 

się, 

że będziesz siedzieć za kratami  

w poprawczaku. - Przerwała i Luce wyobraziła sobie,  
jak jej przyjaciółka siedzi zwinięta na sofie w swoim  
pokoju w Dover. Wydawało się, że minęły lata od cza-  
su, gdy Luce sama się tam uczyła. Tak wiele się zmieni-  
ło. - Ale jeśli będziesz w domu i zabierzesz ze sobą chło-  
paka z poprawczaka, tylko spróbuj mnie powstrzymać.  

- Dobra, ale Callie ...  
Luce przerwał głośny pisk.  

 

- Czyli wszystko ustalone? Wyobraź to sobie, za ty-  

dzień będziemy siedzieć na kanapie i wszystko sobie  
opowiadać! Zrobię moją słynną prażoną kukurydzę na  
słodko, żebyśmy przetrwali nudny pokaz slajdów two-  
jego ojca. A wasz głupi pudel dostanie świra ...  

 

Luce nigdy nie była w domu Callie w Filadelfii,  

a Callie nigdy nie była u Luce w Georgii. Obie widziały  

 

277  

background image

5.

  

6.

  

7.

  

 
tylko zdjęcia. Odwiedziny Callie wydawały się dosko-  
nałym pomysłem, dokładnie tego potrzebowała. A jed-  
nocześnie wydawały się absolutnie niemożliwe.  

- Sprawdzę rozkład lotów.  
- Callie ...  
- Wyślę ci mej la, dobra? - Callie rozłączyła się, za-  

nim Luce zdążyła odpowiedzieć.  

Niedobrze. Luce zamknęła telefon. Nie powinna  

mieć wrażenia, że Callie wtrąca się do jej życia, wpra-  
szając się na Święto Dziękczynienia. Powinna czuć się  
wspaniale, że przyjaciółka chce ją odwiedzić. Ale czu-  
ła się jedynie bezradna, stęskniona za domem i winna  
z powodu ciągłych kłamstw.  

Czy mogła jeszcze być normalna i szczęśliwa? Co  

na ziemi - lub poza nią - mogłoby sprawić, by Luce  
była tak zadowolona ze swojego życia, jak na przykład  
Miles? Jej myśli krążyły wokół Daniela. I poznała od-  
powiedź - mogłaby być znów beztroska, gdyby nie po-  
znała Daniela. I nie zaznała prawdziwej miłości.  

Coś zaszeleściło na czubkach drzew. W Luce uderzył  

lodowaty wiatr. Nie myślała o Głosicielach, ale uświa-  
domiła sobie - jak wyjaśniał jej to Steven - że jej prag-  
nienie poznania odpowiedzi przywołało jednego z nich.  

Nie, nie jednego.  

Zadrżała, wpatrując się w gęstwinę gałęzi. Setki  

ukrytych, mrocznych, paskudnie śmierdzących cieni.  

Łączyły się ze sobą wysoko na gałęziach sekwoi nad  

jej głową. Jakby ktoś w chmurach przewrócił olbrzymi  

 

278  

 

 

garnek czarnego atramentu, który rozlał się po niebie  
i skapywał na korony drzew, zalewając jeden konar po  
drugim, aż cały las wypełniła czerń. Z początku Luce  
nie widziała, gdzie kończy się jeden cień, a zaczyna na-  
stępny, co było zwykłym cieniem, a co Głosicielem.  

Wkrótce jednak zaczęły się przekształcać i stały się  

wyraźnie widoczne - z początku ukradkowo, jakby po-  
ruszały się niewinnie w gasnącym blasku dnia - lecz  
później bardziej zuchwale. Uwalniały się z gałęzi, które  
zajmowały, opuszczały macki czerni w dół, w stronę  
głowy Luce. Wzywały ją czy jej groziły? Próbowała za-  
chować odwagę, ale nie mogła złapać tchu. Było ich  
zbyt wiele. To dla niej za dużo. Z trudem łapała powie-  
trze, próbując nie wpadać w panikę, ale wiedziała, że  
już za późno.  

Ruszyła biegiem.  

Skierowała się na południe, w stronę sypialni, lecz  

wirująca czarna otchłań w koronach drzew podążała za  
nią, sycząc na niższych gałęziach sekwoi, zbliżając się.  
Poczuła lodowate ukłucia ich dotyku na ramionach.  
Jęknęła, gdy do niej sięgnęły, i próbowała odgonić je  
gołymi rękami.  

Zmieniła kierunek, pobiegła w przeciwną stronę, do  

domu Nefilim. Tam znajdzie Milesa, Shelby albo nawet  
Francescę. Jednakże Głosiciele nie chciały jej wypuścić.  
Natychmiast prześlizgnęły się do przodu, rozrosły się,  
pochłonęły światło i zamknęły drogę do budynku. Ich  
syki zagłuszyły odgłosy ogniska Nefilim, sprawiając, że  

 

279  

background image

8.   

9.   

 

przyjaciele Luce wydawali się nieprawdopodobnie od-  
legli.  

 

Luce zmusiła się do zatrzymania i odetchnięcia głę-  

boko. Jej wiedza o Głosicielach była większa niż kie-  
dykolwiek wcześniej. Powinna mniej się ich bać. N a  
czym polegał jej problem? Może wiedziała, że zbliża  
się do czegoś, jakiegoś wspomnienia albo informacji,  
które mogły zmienić bieg jej życia? I jej związek z Da-  
nielem. Tak naprawdę bała się nie tylko Głosicieli. Bała  
się tego, co może w nich zobaczyć.  

Albo usłyszeć.  

 

Poprzedniego dnia wzmianka Stevena o zabloko-  

waniu hałasu Głosicieli w końcu trafiła na podatny  
grunt - mogła podsłuchiwać swoje dawne żywota.  
Mogła przebić szum i skupić się na tym, co chciała wie-  
dzieć. Co powinna wiedzieć. Steven z pewnością chciał  
jej dać tę wskazówkę, musiał wiedzieć, że go posłucha  
i zabierze nową wiedzę prosto do Głosicieli.  

 

Odwróciła się i weszła w mroczny cień pod drzewa-  

mi. Świst Głosicieli uspokoił się i ucichł.  

 

W ciemnościach pod gałęziami otoczył ją chłód  

i torfowy aromat rozkładających się liści. W półmroku  
Głosiciele przybliżyli się do niej, sadowiąc się wokół,  
znów kryjąc się pośród naturalnych cieni. Niektóre po-  
ruszały się szybko i sztywno, jak żołnierze, inne były  
pełne wdzięku. Luce zastanawiała się, czy ich wygląd  
ma coś wspólnego z wiadomościami, jakie zawierały.  

 

280  

 

 

Głosiciele wciąż wydawały jej się w dużej mierze  

nieprzeniknione. Wsłuchiwanie się w nie wymagało  
wysiłku, przypominało kręcenie pokrętłem starego od-  
biornika radiowego. To, co słyszała wczoraj - ten jeden  
głos pośród zgiełku głosów - było przypadkiem.  

 

Przeszłość wydawała jej się niezgłębiona, ale czuła,  

jak naciska na mroczne powierzchnie i próbuje się wy-  
rwać na światło dnia. Zamknęła oczy i złożyła dłonie.  
Tam, w ciemnościach, z bijącym sercem, zażyczyła 

so-  

bie, by wyszły. Przyzywała te zimne, mroczne stwory,  
prosząc je, by pokazały jej przeszłość, rzuciły światło na  
historię jej i Daniela. Wzywała je, by rozwiązały zagad-  
kę tego, kim był i dlaczego ją wybrał.  

Nawet gdyby prawda miała złamać jej serce.  
W lesie rozległ się głośny melodyjny kobiecy śmiech.  

Śmiech tak wyraźny, że Luce miała wrażenie, że ją ota-  
cza, odbija się od gałęzi drzew. Próbowała go wyśledzić,  
lecz cieni zebrało się tak wiele - Luce nie umiała zlo-  
kalizować źródła. I nagle poczuła, jak krew tężeje jej  
w żyłach.  

To był jej śmiech.  

 

A raczej jej śmiech z dawnych czasów, kiedy była  

dzieckiem. Przed Danielem, przed Sword & Cross,  
przed Trevorem ... przed życiem pełnym sekretów  
i kłamstw, i tak wielu pytań, na które nie znała odpo-  
wiedzi. Zanim zobaczyła anioły. Ten śmiech był zbyt  
niewinny i zbyt beztroski, by teraz do niej pasował.  

 

281  

background image

10.   

11.   

 

W koronie sekwoi zawirował podmuch wiatru i na  

ziemię spadła garść gałęzi. Opadały jak krople deszczu,  
łącząc się z tysiącami poprzedników na wilgotnej zie-  
mi. Wśród nich znajdował się jeden duży pęd.  

Gruby i pierzasty, zupełnie nietknięty, opadał po-  

woli na ziemię, jakby rzucając wyzwanie grawitacji. Był  
czarny, nie brązowy. I zamiast spaść na ziemię, opadł  
lekko na wyciągniętą dłoń Luce.  

Nie pęd, lecz Głosiciel. Gdy pochyliła się nad nim,  

by uważniej mu się przyjrzeć, znów usłyszała śmiech.  
Gdzieś w środku śmiała się inna Luce.  

Łagodnie pociągnęła kolczaste końce Głosiciela. Był  

bardziej elastyczny, niż się spodziewała, ale lodowaty  
i lepki. Rozrastał się przy najmniejszym dotyku. Kiedy  
dorósł do trzydziestu centymetrów, Luce wypuściła go  
i z zadowoleniem stwierdziła, że unosi się na wysokości  
jej oczu. Z wysiłkiem skupiła się - na słuchaniu, na  
odgrodzeniu się od świata wokół niej.  

Z początku nic, a. później ...  

Z cienia dobiegł kolejny głośny śmiech. Później za-  

słona czerni rozerwała się i obraz w środku stał się wy-  
raźny.  

Tym razem jako pierwszego zobaczyła Daniela.  
Nawet przez ekran Głosiciela, jego widok był dla  
niej rajem. Włosy miał kilka centymetrów dłuższe niż  
obecnie. I był opalony - jego ramiona i nos miały zło-  
cistobrązowy odcień. Nosił granatowe spodenki kąpie-  
lowe, dopasowane na biodrach - podobne widywała na  

 

282  

 

 

zdjęciach rodzinnych z lat siedemdziesiątych. Wyglądał  
w nich bardzo dobrze.  

Za plecami miał bujny i gęsty las deszczowy, głęboko  

zielony, ale nakrapiany jagodami i białymi kwiatami,  
których Luce nigdy nie widziała. Stał na krawędzi nis-  
kiego, ale malowniczego urwiska, wznoszącego się nad  
migoczącą wodą. Daniel co chwila spoglądał w górę,  
w niebo.  

Znów ten śmiech. I głos Luce, przerywany chichotem.  
- Pospiesz się i zejdź tutaj!  

Luce pochyliła się, bliżej okna Głosiciela, i zobaczy-  

ła swoje wcześniejsze wcielenie kąpiące się w żółtym  
bikini wiązanym na szyi. Jej długie włosy otaczały ją,  
unosząc się na powierzchni wody niczym czarna aureo-  
la. Daniel zerkał na nią, ale głównie cały czas spoglądał  
w górę. Mięśnie jego piersi się napinały. Luce miała  
paskudne przeczucie, że wie dlaczego.  

Niebo wypełniało się Głosicielami, przypominają-  

cymi stado czarnych wron - chmura tak gęsta, że za-  
słaniała słońce. Tamta dawna Luce w wodzie nic nie za-  
uważyła, nic nie widziała. Teraz, patrząc na wszystkich  
Głosicieli zbierających się w wilgotnym powietrzu lasu  
deszczowego, w obrazie stworzonym przez Głosiciela,  
Luce poczuła nagłe zawroty głowy.  

- Każesz mi czekać całą wieczność! - zawołała daw-  

na Luce do Daniela. - Zaraz zamarznę.  

Daniel oderwał wzrok od nieba i spojrzał na nią z góry  

ze zbolałą miną. Jego wargi drżały, a twarz była sina.  

 

283  

background image

12.

 

13.

 

  

 

 

- Nie zamarzniesz - powiedział jej.  

Czy to łzy ocierał z twarzy? Zamknął oczy i zadrżał.  

 

Później uniósł ręce nad głowę, odepchnął się od skały  
i skoczył.  

 

Chwilę później wypłynął i dawna Luce popłynęła  

w jego stronę. Objęła go za szyję, jej twarz była radosna  
i szczęśliwa. Luce przyglądała się temu z mieszaniną  
obrzydzenia i satysfakcji. Chciała, by jej dawne wcie-  
lenie miało tyle z Daniela, ile tylko mogło, by poczu-  
ła tę niewinną, ekstatyczną bliskość bycia z ukochaną  
osobą,  

 

Wiedziała jednak - tak jak wiedział Daniel, jak wie-  

działa chmara Głosicieli - co wydarzy się w chwili, gdy  
Luce go pocałuje. Daniel miał rację - nie zamarznie.  
Wybuchnie koszmarnym płomieniem.  

A Daniel pozostanie, by ją opłakiwać.  

 

Ale nie tylko on. Ta dziewczyna miała swoje życie,  
przyjaciół i rodzinę, która ją kochała i która zostanie  
. zdruzgotana po jej śmierci.  

 

Nagle Luce poczuła złość. Wściekłość na przekleń-  

stwo, które wisiało nad nią i Danielem. Była niewinna,  
bezradna - nie rozumiała nic z tego, co miało się wy-  
darzyć. Wciąż nie rozumiała, dlaczego tak się działo,  
dlaczego musiała umierać tak szybko po odnalezieniu  
Daniela.  

 

I dlaczego w tym życiu jeszcze do tego nie doszło.  
Tamta Luce w wodzie wciąż żyła. Luce nie chcia-  
ła - nie mogła pozwolić, by umarła.  

 

284  

 

Chwyciła Głosiciela, zwijając pięściami jego krawę-  

dzie. Skręcał się i zginał, wykrzywiając obrazy pływa-  
ków jak krzywe zwierciadła w wesołym miasteczku. Na  
jego ekranie opadały inne cienie. Pływakom kończył  
się czas.  

 

Luce krzyknęła z frustracji i uderzyła pięściami Gło-  

siciela - najpierw jedną, później drugą, zasypując cio-  
sami rozgrywającą się przed nią scenę. Waliła raz za  
razem, dysząc i płacząc, gdy próbowała powstrzymać  
to, co miało się wydarzyć.  

 

I wtedy to się stało - jej prawa ręka przebiła się i za-  

nurzyła aż po łokieć. Natychmiast poczuła gwałtowną  
zmianę temperatury. Gorąco letniego zmierzchu na  
dłoni. Odczucie ciążenia również się zmieniło. Luce nie  
wiedziała, gdzie jest góra, a gdzie dół. Czuła, jak jej żołą-  
dek protestuje, i bała się, że zaraz zacznie wymiotować.  

 

Mogła przejść na drugą stronę. Mogła uratować  

swoje poprzednie wcielenie. Ostrożnie wyciągnęła  
lewą rękę do przodu. Ona także zniknęła w Głosicielu,  
jakby przechodziła przez jaskrawą, lepką warstwę gala-  
retki, która falowała i rozrastała się, by ją przepuścić.  

 

- On tego ode mnie chce - powiedziała na głos. -  

Mogę to zrobić. Mogę ją uratować. Mogę uratować  
życie samej sobie.  

 

Odchyliła się lekko do tyłu, po czym wepchnęła cia-  

ło do Głosiciela.  

 

Widziała słońce, tak jasne, że musiała zamknąć oczy,  

i poczuła gorąco tak tropikalne, że natychmiast zaczęła  

 

285  

background image

14.   

15.   

 

się pocić. A przyciąganie ziemskie zupełnie zmieniło  
kierunek. Za chwilę spadnie ...  

W tym momencie coś chwyciło ją za lewą kostkę.  

I prawą. To coś bardzo mocno ciągnęło ją do tyłu.  

 

- Nie! - krzyknęła Luce, ponieważ widziała, bardzo  

daleko w dole, złoty błysk w wodzie. Zbyt jaskrawy, by  
był jej kostiumem kąpielowym. Czy dawna Luce już  
się paliła?  

I wszystko zniknęło.  

 

Luce została wciągnięta z powrotem do chłodnego,  

mrocznego zagajnika sekwoi za sypialniami Shoreline.  
Skórę miała zimną i lepką, do tego jej błędnik zupełnie  
zwariował i padła twarzą na ziemię, pośród igieł sek-  
woi. Przetoczyła się i zobaczyła nad sobą dwie postaci,  
lecz tak bardzo kręciło jej się w głowie, że ich nie roz-  
poznała.  

- Tak myślałam, że cię tu znajdę.  

 

Shelby. Luce potrząsnęła głową i zamrugała kilka  

razy. Nie tylko Shelby, ale i Miles. Oboje wydawali się  
wyczerpani. Luce była wyczerpana. Spojrzała na zega-  
rek i wcale się nie zdziwiła, widząc, ile czasu zajęło jej  
podglądanie Głosiciela. Było po pierwszej w nocy. Dla-  
czego Shelby i Miles jeszcze nie spali?  

 

- C-co ... co ty ... próbowałaś ... - zająknął się Miles,  

wskazując na miejsce, gdzie znajdował się Głosiciel.  

 

Obejrzała się przez ramię. Cień rozleciał się na setki  

igiełek, które opadły !la ziemię, tak kruche, że natych-  
miast zmieniły się w proch.  

 

286  

 

 

- Chyba mi niedobrze - mruknęła Luce, przetoczyła  

się na bok i wycelowała za pobliskie drzewo. Zakrztusi-  
ła się kilka razy, ale bez efektu.  

Zamknęła oczy, przeszywało ją poczucie winy. Była  

zbyt słaba i zbyt powolna, żeby uratować samą siebie.  

 

Czyjaś chłodna ręka odsunęła jej krótkie jasne wło-  

sy z czoła. Luce zobaczyła obszarpane czarne spodnie  
Shelby i jej stopy w japonkach, i poczuła nagły przy-  
pływ wdzięczności.  

- Dzięki - powiedziała. Po dłuższej chwili otarła  

usta i wstała niepewnie. - Jesteś na mnie wściekła?  

 

- Za co? Jestem z ciebie dumna. Opanowałaś to. Już  

mnie nie potrzebujesz? - Shelby wzruszyła jednym ra-  
mieniem.  

- Shelby ...  

- Nie, powiem ci, dlaczego mnie potrzebujesz - wy-  

rzuciła z siebie Shelby. - Aby ratować cię z takich ka-  
tastrof jak ta, w którą właśnie prawie się wpakowałaś!  
I to zupełnie przypadkowo. Co próbowałaś zrobić? Czy  
wiesz, co się dzieje z ludźmi, którzy wejdą do Głosiciela?  

Luce potrząsnęła głową.  
- Ja też nie, ale wątpię, żeby to było przyjemne!  
- Musisz po prostu wiedzieć, co robisz - powiedział  

nagle stojący z tyłu Miles. Jego twarz wydawała się  
bledsza niż zwykle. To zajście musiało nim naprawdę  
wstrząsnąć.  

- Och, czyżbyś ty wiedział, co robisz? - spytała Shel-  

by z wyzwaniem w głosie.  

 

287  

background image

16.   

17.   

 

- Nie - mruknął. - Ale raz w wakacje rodzice wy-  

słali mnie na warsztaty z takim starym aniołem, który  
wiedział, jasne? - Odwrócił się do Luce. -A sposób,  
w jaki ty to robiłaś? Nie był nawet przybliżony do właś-  
ciwego. Przestraszyłaś mnie, naprawdę.  

- Przepraszam. - Luce się skrzywiła. Shelby i Miles  

zachowywali się tak, jakby ich zdradziła. - Myślałam,  
że pójdziecie na ognisko za domem Nefilim.  

- A my myśleliśmy, że ty tam pójdziesz - odparowa-  

ła Shelby. - Posiedzieliśmy tam trochę, ale później Jas-  
mine zaczęła płakać, że Dawn zniknęła, a nauczyciele  
zaczęli zachowywać się dziwnie, zwłaszcza gdy zauwa-  
żyli, że ciebie też nie ma. No i impreza się skończyła.  
Wtedy wspomniałam Milesowi, że tak jakby orientuję  
się, czym możesz się zaj mować i że idę cię poszukać,  
a on nagle się do mnie przykleił...  

- Zaraz, zaraz - przerwała Luce. - Dawn zniknęła?!  
- Pewnie nie - odparł Miles. - Znasz przecież ją  

i Jasmine. Obie są chaotyczne.  

- Ale to była jej impreza - stwierdziła Luce. - Nie  

przepuściłaby swojej imprezy.  

- To właśnie powtarzała Jasmine - przyznał Miles. -  

Nie wróciła wczoraj wieczorem do swojego pokoju,  
a rano nie przyszła do jadalni, więc Frankie i Steven  
w końcu kazali nam wrócić do pokojów, ale ...  

- Stawiam dwadzieścia 

dolców, 

że Dawn figluje w le-  

sie z jakimś przylizanym nie-Nefilim. - Shelby prze-  
wróciła oczami.  

 

288  

 

 

- Nie. - Luce miała złe przeczucia.  

Dawn była niezwykle podekscytowana ogniskiem.  

 

Zamówiła nawet podkoszulki przez Internet, choć  
wiedziała, że nie przekona innych Nefilim, by je wło-  
żyli. Nie mogła tak po prostu zniknąć, nie z własnej  
woli.  

- Od jak dawna jej nie ma?  

 

Kiedy całą trójką wyszli z lasu, Luce czuła się jeszcze  

bardziej wstrząśnięta. I to nie tylko z powodu Dawn.  
Była wstrząśnięta tym, co zobaczyła w Głosicielu. Pa-  
trzenie, jak śmierć zbliża się do jej wcześniejszego wcie-  
lenia, było ogromnym cierpieniem, a ona widziała to  
dopiero po raz pierwszy. Daniel z kolei musiał oglądać  
to setki razy. Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego przy  
pierwszym spotkaniu potraktował ją tak zimno - aby  
oszczędzić im obojgu grozy kolejnej okrutnej śmierci.  
Ciężki los Daniela zaczynał ją przytłaczać i rozpaczli-  
wie pragnęła się z nim spotkać.  

Przechodząc po trawniku w stronę budynku sypial-  

nego, Luce musiała osłonić oczy. Teren szkoły zalewał  
blask potężnych reflektorów. W pewnej odległości  
unosił się helikopter, a światło jego szperacza przesu-  
wało się wzdłuż plaży. Długi szereg ludzi w ciemnych  
mundurach szedł ścieżką od budynku Nefilim do ja-  
dalni, uważnie przyglądając się ziemi.  

 

289  

background image

18.

 

19.

 

  

 

 

- To typowe dla ekip poszukiwawczych - powiedział  

Miles. - Ustawiają się w szeregu i sprawdzają każdy  
centymetr.  

- O mój Boże - jęknęła Luce.  
- Naprawdę zaginęła. - Shelby spochmurniała. -  

Zła karma.  

Luce ruszyła biegiem w stronę domu Nefilim. Mi-  

les i Shelby podążyli za nią. Ścieżka, porośnięta kwia-  
tami i tak śliczna w blasku dnia, teraz była mroczna  
i spowita cieniami. Przed nimi ognisko przygasło do  
węgielków, ale w budynku zapalono wszystkie światła,  
na obu piętrach i na tarasie. Wielki budynek wyglądał  
w mroku nocy jakby płonął.  

Luce widziała przestraszone twarze Nefilim, którzy  

siedzieli na ławkach na tarasie. Jasmine płakała, naciąg-  
nęła na uszy czerwoną wełnianą czapkę. Mocno trzy-  
mała za rękę Lilith, gdy dwóch gliniarzy z notatnikami  
zadawało jej pytania. Luce ogromnie jej współczuła;  
Wiedziała, jak straszny był ten proces.  

Policja kręciła się po tarasie, rozdając powiększo-  

ne czarno-białe kserokopie zdjęcia Dawn, które ktoś  
ściągnął z Internetu. Spoglądając na zdjęcie w niskiej  
rozdzielczości, Luce z zaskoczeniem stwierdziła, że  
Dawn rzeczywiście była do niej podobna - przynaj-  
mniej przed ufarbowaniem włosów. Przypomniała so-  
bie, jak następnego ranka po zmianie fryzury Dawn  
zażartowała, że już nie wyglądają jak bliźniaczki.  

 

290  

 

Luce uniosła dłoń do ust. Głowa ją rozbolała, gdy  

zaczęła dodawać do siebie wiele faktów, które pozornie  
nie miały sensu. Aż do tej pory.  

Tamta straszliwa chwila na szalupie. Szorstkie po-  

lecenie Stevena, by zachowały tajemnicę. Paranoja  
Daniela związana z "niebezpieczeństwami", o których  
jednak nie chciał powiedzieć Luce. Wygnaniec, który  
wyciągnął ją poza teren szkoły, zagrożenia, które Cam  
zniszczył w lesie. Fakt, że na niewyraźnym czarno-bia-  
łym zdjęciu Dawn była do niej tak bardzo podobna.  

Ktokolwiek porwał Dawn, pomylił się. Chciał zła-  

pać Luce.  

background image

20.  

21.  

 

  

DWANAŚClE  

 

 

 

 

SIEDEM DNI  

 

W piątkowy poranek Luce otworzyła oczy i spojrzała  
na budzik. Siódma trzydzieści. Luce niewiele spała -  
była zdenerwowana, zamartwiała się o Dawn i wciąż 
się  
złościła z powodu poprzedniego życia, które zobaczyła  
przez Głosiciela. Tak dziwnie się czuła, widząc chwi-  
le tuż przed swoją śmiercią. Czy wszystkie wyglądały  
tak samo? Jej myśli wciąż uderzały w tę samą przesz-  
kodę.  

'  

Gdyby nie Daniel ..  

 

292  

 
 

 

 

Czy miałaby szansę na normalne życie, związek  

z kimś innym, małżeństwo, dzieci i zestarzenie się jak  
cała reszta świata? Czy gdyby Daniel się w niej nie za-  
kochał wiele wieków temu, Dawn by nie zaginęła?  

Te wątpliwości doprowadzały ją okrężną drogą  

w końcu do najważniejszego z pytań: czy z kimś in-  
nym miłość wyglądałaby inaczej? Czy w ogóle mogła  
pokochać kogoś innego? Miłość podobno była łatwa,  
czyż nie? To dlaczego czuła się taka udręczona?  

Shelby spuściła głowę z górnego posłania, jej gruby  

kucyk opadał za nią jak ciężka lina.  

- Czy ciebie to też tak bardzo denerwuje?  

Luce poklepała łóżko, zachęcając Shelby, by usiadła  

obok niej. Tamta, wciąż ubrana w grubą piżamę z czer-  
wonej flaneli, zsunęła się na łóżko Luce. Zabrała ze  
sobą dwie wielkie tabliczki ciemnej czekolady.  

Luce miała zamiar powiedzieć, że nic nie przełknie,  

ale kiedy poczuła aromat czekolady, rozerwała 
sreberko  
i uśmiechnęła się słabo do Shelby.  

- I o to chodzi - powiedziała współlokatorka. - Pa-  

miętasz, 

jak powiedziałam wczoraj w nocy, że Dawn  

pewnie spotyka się z jakimś przystojniakiem? Czuję się  
z tym paskudnie.  

Luce potrząsnęła głową.  
- Och, Shel, przecież nie wiedziałaś. Nie możesz  

czuć się źle z tego powodu.  

Z drugiej strony ona sama miała mnóstwo powodów,  

by czuć się winna tego, co stało się z Dawn. Luce i tak  

 

293  

background image

22.

 

 

23.

 

 

 

mnóstwo czasu spędziła, czując odpowiedzialność za  
śmierć ludzi, którzy byli blisko niej - Trevora, Todda,  
później biednej małej Penn. Poczuła ściskanie w gardle  
na myśl, że być może będzie musiała dodać Dawn do  
listy. Otarła łzę, nim Shelby ją zauważyła. Dochodziła  
już do punktu, w którym powinna zdecydować się na  
kwarantannę i trzymać z dala od wszystkich, których  
kochała, dla ich bezpieczeństwa.  

 

Pukanie do drzwi sprawiło, że obie dziewczyny pod-  

skoczyły. Drzwi otworzyły się powoli. Miles.  

-'- Znaleźli Dawn.  
- Co takiego?! - zapytały chórem Luce i Shelby, jed-  

nocześnie się prostując.  

Miles przyciągnął krzesło do łóżka i usiadł naprze-  

ciw nich. Zdjął czapkę i otarł czoło. Perlił się na nim  
pot, jakby chłopak biegł przez cały teren szkoły.  

- Nie mogłem zasnąć - powiedział, mnąc czapkę  

w dłoniach. - Wstałem wcześniej i poszedłem na spa-  
cer. Wpadłem na Stevena, a on mi powiedział. Ludzie,  
którzy ją porwali, przyprowadzili ją o świcie. Jest w szo-  
ku, ale nic się jej nie stało.  

- To cud - mruknęła Shelby.  
Luce miała niejakie wątpliwości.  

 

- Nie rozumiem. Po prostu przyprowadzili ją z po-  

rotem? Całą i zdrową? Takie rzeczy się nie zdarzają.  

w

 

A jak długo mogło zająć porywaczom zorientowanie  

się, że mają niewłaściwą dziewczynę?  

 

294  

 

 

- To nie było takie proste - przyznał Miles. - Steven  

miał w tym udział. Uratował ją.  

1- 

Przed kim? - Luce niemal krzyczała.  

Miles wzruszył ramionami, kołysząc się na krześle.  
- Nie mam pojęcia. Steven pewnie wie, ale mnie, no  

wiesz, raczej się nie zwierza.  

Na tę myśl Shelby się roześmiała. Fakt, że Dawn  

została znaleziona, cała i zdrowa, uspokoił wszystkich  
poza Luce. Dziewczyna czuła, że jej ciało drętwieje.  
Nie mogła przestać myśleć: to powinnam być ja.  

Wstała z łóżka i wyjęła z szafy dżinsy i podkoszulek.  

Musiała znaleźć Dawn. Tylko Dawn mogła odpowie-  
dzieć na jej pytania. A choć Luce wiedziała, że dziewczy-  
na nigdy tego nie zrozumie, była jej winna przeprosiny.  

- Steven powiedział jednak, że ludzie, którzy ją za-  

brali, już nie wrócą - dodał Miles, z niepokojem przy-  
glądając się Luce.  

- A ty mu wierzysz? - prychnęła Luce.  
- A dlaczego miałby nie wierzyć? - zapytał ktoś przez  

otwarte drzwi.  

Francesca, ubrana w trencz koloru khaki, opierała  

się o futrynę. Emanowała spokojem, ale nie wydawała  
się szczególnie szczęśliwa na ich widok.  

- Dawn jest w domu i jest bezpieczna.  
- Chciałabym się z nią zobaczyć - powiedziała Luce.  

Czuła się idiotycznie, ubrana w podniszczony podko-  
szulek i krótkie spodenki, w których spała.  

 

295  

background image

24.   

25.   

26.   

 

Francesca zacisnęła wargi.  

 

- Rodzina Dawn zabrała ją godzinę temu. Wróci do  

Shoreline, kiedy nadejdzie właściwa chwila.  

- Dlaczego zachowuje się pani tak, jakby nic się nie  

stało? - Luce zamachała rękami. - Jakby Dawn nie zo-  
stała porwana ...  

- Nie została porwana - poprawiła ją Francesca. -  

Została wypożyczona, jak się okazało, przez pomyłkę.  
Steven wszystko wyjaśnił.  

 

- I my mamy się przez to poczuć lepiej? Została wy-  

pożyczona? W jakim celu?  

Luce wpatrzyła się we 

Francescę - 

nie widziała nic  

poza spokojem. Jednakże wtedy spojrzenie błękitnych  
oczu Franceski się zmieniło - zmrużyła je i otworzyła  
szerzej, w milczeniu przekazując Luce prośbę. Fran-  
cesca chciała, by Luce nie wyrażała swoich podejrzeń  
w obecności Milesa i Shelby. Luce nie wiedziała dlacze-  
go, ale ufała nauczycielce.  

- Ja i Steven zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteście  

nieco wstrząśnięci - mówiła dalej Francesca, tym razem  
obejmując spojrzeniem również Milesa i Shelby. - Lek-  
cje zostały odwołane, a my będziemy w swoich gabine-  
tach, gdybyście zechcieli porozmawiać.  

Uśmiechnęła się w ten swój oszałamiający anielski  

sposób, po, czym obróciła się na wysokich obcasach  
i, stukając nimi, ruszyła korytarzem.  

Shelby wstała i zamknęła za nią drzwi.  

 

296  

 

 

_ Czy możecie uwierzyć, że użyła słowa "wypoży-  

czyć" w odniesieniu do istoty ludzkiej? Czy Dawn to  
książka z biblioteki? - Zacisnęła pięści. - Musimy coś  
zrobić, żeby przestać o tym myśleć. To znaczy, cieszę  
się, że Dawn jest bezpieczna, i ufam Stevenowi ... chy-  
ba ... ale wciąż jestem przerażona.  

_ Masz rację - powiedziała Luce i spojrzała na Mi-  

lesa. - Znajdźmy sobie coś do roboty. Możemy pójść  
na spacer ...  

_ Zbyt niebezpieczne. - Shelby patrzyła to na Luce,  

to na Milesa.  

- Albo obejrzeć film ...  

- Zbyt pasywne. Mój umysł zacznie odpływać.  
_ Eddie mówił coś o meczu piłki nożnej w porze  

lunchu - zaproponował Miles.  

Shelby uniosła rękę do czoła.  

_ Czy ja naprawdę muszę ci przypominać, że już  

 

skończyłam z chłopakami z Shoreline?  

- Może jakaś gra planszowa ...  
Wtedy oczy Shelby się zaświeciły.  

- A może gra w życie? Na przykład ... w twoje prze-  

szłe życia? Mogłybyśmy znów spróbować znaleźć two-  
ich krewnych. Pomogę ci.  

Luce zagryzła dolną wargę. Przebicie się przez tam-  

tego Głosiciela naprawdę nią wstrząsnęło. Wciąż była  
zmęczona fizycznie, wyczerpana uczuciowo i nie umiała  
określić, jak to wpływa na jej uczucia wobec Daniela.  

 

297  

background image

27.

 

 

28.

 

 

 

- Nie wiem - odpowiedziała.  
- To znaczy więcej tego, co robiłaś wczoraj? - spytał  

Miles.  

 

Shelby obróciła głowę i wpatrzyła się w Milesa.  
- Wciąż tu jesteś?  

 

Miles podniósł poduszkę, która spadła na podłogę  

i rzucił w nią. Odbiła ją w locie, wyraźnie zachwycona  

woim refleksem.  

- Dobra, w porządku. Miles może zostać. Maskot-  

ki zawsze się przydają. I może będziemy potrzebowa-  
ły kogoś do wepchnięcia pod autobus. W porządku,  

uce?  

L

 

Luce przymknęła oczy. Tak, marzyła o tym, żeby po-  

znać więcej ze swojej przeszłości, ale jeśli będzie to coś  
tak trudnego do przełknięcia, jak poprzedniego dnia?  

awet z Milesem i Shelby u boku bała się spróbować.  

N

 

Ale później przypomniała sobie dzień, kiedy France-  

sca i Steven pokazali na lekcji pożar Sodomy i Gomory.  
Później inni uczniowie byli oszołomieni, ale Luce my-  
ślała, że to, że zobaczyli tę koszmarną scenę, nie miało,  
najmniejszego znaczenia - wszystko i tak się wydarzy-  
ło. Jak jej przeszłość.  

Ze względu na wszystkie swoje wcześniejsze wciele-  

nia, Luce nie mogła się teraz zatrzymać.  

- Zróbmy to - powiedziała.  

 

298  

 

 

Miles dał dziewczętom kilka chwil na ubranie się,  

później spotkali się na korytarzu. Ale wtedy Shelby sta-  
nowczo odmówiła pójścia do lasu, gdzie Luce przyzy-  

ała Głosicieli.  

w

 

- Nie patrzcie tak na mnie. Dawn została porwana,  

a lasy są takie ciemne i niepokojące. Nie chcę być na-  

tępna, rozumiecie?  

Wtedy właśnie Miles stwierdził, że będzie dobrze,  

jeśli Luce poćwiczy wzywanie Głosicieli w zupełnie no-  

ym miejscu, na przykład w swoim pokoju.  

w

 

- Zagwiżdż, a one przybiegną do ciebie - powie-  

dział. - Niech Głosiciele staną się twoimi pieskami.  

iesz, że tego chcesz.  

W

 

- Wolałabym jednak, żeby nie zaczęły się tu krę-  

cić - powiedziała Shelby, odwracając się do Luce. - Bez  

brazy, ale potrzebuję trochę prywatności.  

Luce nie czuła się urażona. Z drugiej strony, Głosi-  

ciele nigdy nie przestawały za nią podążać, niezależnie  
od tego, czy je przywoływała. Ale też, podobnie jak  
Shelby, nie chciała, by zaczęły spadać z sufitu ich po-  

oju.  

- Cała zabawa z Głosicielami polega na tym, by po-  

kazać im, że się nad nimi panuje. To jak ze szkoleniem  
szczeniaka. Musicie pokazać mu, kto tu jest szefem.  

 

Luce przechyliła głowę i spojrzała na Milesa.  
- A od kiedy wiesz tak dużo o Głosicielach?  
Miles się zarumienił.  

 

299  

background image

29.

 

30.

 

  

 

 

 

- Może nie zawsze jestem aktywny na lekcjach, ale  

znam się na paru rzeczach.  

- Czyli jak? Stanie sobie tutaj i zacznie je przywoły-  

wać? - spytała Shelby.  

Luce stała na tęczowej macie do jogi pośrodku po-  

koju i myślała o tym, czego nauczył ją Steven.  

- Otwórzmy okno - powiedziała.  
Shelby podskoczyła i uniosła szerokie okno, wpusz-  

czając lodowate morskie powietrze.  

- Świetny pomysł. Od razu zrobi się przyjemniej.  
- I zimniej - dodał Miles, wkładając kaptur bluzy  

na głowę.  

Później oboje usiedli na łóżku, zwróceni twarzą do  

Luce, jakby była artystką na scenie.  

Zamknęła oczy, próbując nie myśleć o tym, że jest  

w centrum zainteresowania. Niestety, zamiast skupić  
się na cieniach i ich przyzywaniu, mogła myśleć jedy-  
nie o Dawn i jak bardzo jej koleżanka musiała czuć  
się przerażona poprzedniej nocy, jak musiała czuć się  
nawet teraz, z powrotem z rodziną. Wróciła do siebie  
po dziwnym wypadku na jachcie, ale to było coś po-  
ważniejszego. I to była wina Luce. A dokładniej, Luce  
i Daniela, który ją tu sprowadził.  

Powtarzał, że zabiera ją w bezpieczniejsze miejsce.  

 

Teraz Luce zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem  
nie uczynił Shoreline bardziej niebezpiecznym dla  
wszystkich.  

 

300  

 

Westchnienie Milesa i Shelby sprowokowało ją do  

otworzenia oczu. Spojrzała w stronę okna, gdzie duży  
czarno-szary Głosiciel przyciskał się do sufitu. Z po-  
czątku wyglądał jak normalny cień, rzucany przez sto-  
jącą lampę, którą Shelby przestawiła do kąta na czas  
ćwiczeń. Jednakże po chwili Głosiciel zaczął się roz-  
snuwać po suficie, ciągnąc za sobą paskudny odór, aż  
w końcu cały pokój wyglądał tak, jakby ktoś pomalo-  
wał go ciemną farbą. Znajdował się nad głową Luce,  
poza jej zasięgiem.  

Głosiciel, którego wcale nie przyzywała - Głosiciel,  

który mógł mieć w sobie ... - cóż, cokolwiek - szydził  
z niej.  

Odetchnęła nerwowo i przypomniała sobie słowa  

Milesa. Skoncentrowała się tak bardzo, że zaczęła ją  
boleć głowa. Twarz miała czerwoną, a wzrok tak bar-  
dzo skupiony, że bała się, że zaraz będzie musiała się  
poddać. Ale wtedy ...  

Głosiciel szarpnął się i zsunął do stóp Luce jak upusz-  

czona bela tkaniny. Mrużąc oczy, zobaczyła mniejszy,  
ale grubszy brązowawy cień unoszący się nad tym więk-  
szym i ciemniejszym, jak wróbel lecący w jednej linii  
z jastrzębiem. A ten jakie miał plany?  

- Niewiarygodne - wyszeptał Miles.  
Luce próbowała myśleć o słowach Milesa jak o kom-  

plemencie. To te stwory terroryzowały ją przez całe ży-  
cie i unieszczęśliwiały? To ich zawsze się bała? Teraz jej  

 

301  

background image

31.  

32.  

 

służyły. To rzeczywiście było niewiarygodne. Nie przy-  
szło jej to do głowy, dopóki nie zobaczyła fascynacji na  
twarzy Milesa. Po raz pierwszy poczuła się jak prawdzi-  

a twardzielka.  

w

 

Wyrównała oddech i powoli ściągnęła cień z podło-  

gi. Kiedy duży szary Głosiciel znalazł się w jej zasięgu,  
mniejszy opadł na podłogę jak złocista plama światła  

 okna i wtopił się w deski parkietu.  

Luce chwyciła krawędzie Głosiciela i wstrzymała od-  

dech, modląc się, by wiadomość w środku była bardziej  
niewinna niż poprzedniego dnia. Pociągnęła i z zasko-  
czeniem stwierdziła, że ten cień opiera jej się bardziej  
niż wszystkie pozostałe. Wydawał się cienki 

niemate-  

rialny, ale gdy trzymała go w rękach, zesztywniał. Nim  
udało jej się nadać mu kształt prostokąta o boku trzy-  
dziestu centymetrów, rozbolały ją ręce.  

 

- Lepiej nie będzie - powiedziała do Milesa i Shelby.  
Oboje wstali i podeszli bliżej.  

 

Szara zasłona Głosiciela podniosła się, a raczej Luce  

pomyślała, że tak się stało, lecz wtedy ujrzała pod spo-  
dem kolejną szarą zasłonę. Zmrużyła oczy i odkryła, że  
szarość porusza się i kłębi. To, co widziała, nie było już  
cieniem - jedynie gęstą chmurą papierosowego dymu.  

helby zakaszlała.  

S

 

Dym się nie rozpraszał, ale wzrok Luce przyzwyczaił  

się do niego. Wkrótce zobaczyła szeroki stół w kształcie  
półksiężyca, wyłożony czerwonym zamszem. Leżały na  
nim równe rzędy kart. Po jednej stronie tłoczyła się  

 

302  

 

 

 

 

gromada nieznajomych. Niektórzy wydawali się spię-  
ci i nerwowi, na przykład łysiejący mężczyzna, który  
ciągle rozluźniał krawat w kropki i pogwizdywał pod  
nosem. Inni wyglądali na wyczerpanych; wśród tych  
osób była natapirowana kobieta, która zgasiła papierosa  
w szklance częściowo wypełnionej jakimś płynem. Jej  
gęsty tusz do rzęs zaczynał spływać, zostawiając ciemne  

lamy na dolnej powiece.  

A po drugiej stronie para rąk rozdawała talię kart,  

zręcznie podając po karcie każdemu z graczy przy sto-  
liku. Luce zbliżyła się do Milesa, żeby lepiej się przyj-  
rzeć. Rozproszyły ją migoczące światełka tysięcy jed-  
norękich bandytów tuż za stołami. I wtedy zobaczyła  

rupierkę.  

Myślała, że już przyzwyczaiła się do oglądania  

w Głosicielach swoich wcześniejszych wcieleń. Mło-  
dych, pełnych nadziei, nawet naiwnych. Ale to wyglą-  
dało zupełnie inaczej. Kobieta rozdająca karty w pod-  
rzędnym kasynie miała na sobie białą koszulę, obcisłe  
czarne spodnie i czarną kamizelkę opiętą na piersiach.  
Paznokcie miała długie i czerwone, z cekinami na ma-  
łych palcach, co jakiś czas odsuwała nimi z twarzy czar-  
ne włosy. Wpatrywała się w czoła graczy i nigdy nie  
patrzyła nikomu w oczy. Wydawała się dobre trzy razy  
starsza od Luce, ale istniało między nimi zdecydowane  
podobieństwo.  

- Czy to ty? - wyszeptał Miles, próbując ukryć prze-  

rażenie w głosie.  

 

303  

background image

33.   

34.   

 

- Nie! - odpowiedziała beznamiętnie Shelby. - Ta  

zdzira jest stara. A Luce dożywa siedemnastu lat. - Po-  
słała Luce niepewne spojrzenie. - To znaczy, tak było  
w przeszłości. Tym razem jednak jestem pewna, że do-  
żyje starości. Może nawet wieku tej damy. Chciałam  
powiedzieć ...  

- Shelby, wystarczy - stwierdziła Luce.  
Miles potrząsnął głową.  

- Tylu rzeczy jeszcze nie wiem.  
- Dobra, skoro to nie ja, musimy być ... nie wiem,  

jakoś spokrewnione. - Luce patrzyła, jak kobieta po-  
daje sztony łysemu mężczyźnie w krawacie. Jej dło-  
nie przypominały dłonie Luce. Podobnie skrzywienie  
warg. - Czy to może być moja mama? A może siostra?  

Shelby gorączkowo notowała coś na wewnętrznej  

stronie okładki samouczka jogi.  

 

- Jest tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć.  
Pokazała Luce swoje notatki. "Vegas. Hotel i kasyno  
Mirage, 

nocna 

zmiana, stolik blisko klatki tygrysów  

bengalskich, Vera z tipsami firmy Lee".  

Spojrzała znów na krupierkę. Shelby zauważała  

szczegóły, które Luce umykały. Na identyfikatorze kru-  
pierki wypisano białą kursywą imię VERA. Ale obraz  
zaczął się kołysać i blaknąć. Wkrótce rozpadł się na  
małe strzępki cienia, które spadły na ziemię jak popiół  
ze spalonej kartki papieru.  

- Ale czekaj, czy to nie była przeszłość? - spytała  

Luce.  

 

304  

 

 

 

 

- Nie sądzę - odpowiedziała Shelby. - A w każdym  

razie niezbyt odległa. W tle widziałam reklamę najnow-  
szych występów Cirque du Soleil. Co na to powiesz?  

Pojechać aż do Las Vegas, żeby spotkać tę kobietę?  

Z siostrą w średnim wieku byłoby jej pewnie łatwiej  
niż z rodzicami dobrze po osiemdziesiątce, ale mimo  
wszystko. Co będzie, jeśli pojadą aż do Vegas i Luce  
znów się zatnie?  

Shelby wymierzyła jej kuksańca.  

- Hej, muszę cię naprawdę lubić, skoro zgadzam się  

na wyjazd do Vegas. Kiedy byłam mała, moja matka  
pracowała tam przez parę lat jako kelnerka. Mówię ci,  
to piekło na ziemi.  

 

- Jak my się tam dostaniemy? - spytała Luce, nie  
chcąc prosić Shelby, by znów pożyczyły samochód  
ŻECH. - A tak w ogóle, jak jest stąd daleko do Vegas?  
- Zbyt daleko, żeby pojechać samochodem - ode-  
zwał się Miles. - Co mi pasuje, bo zawsze chciałem  
poćwiczyć przechodzenie.  

- Przechodzenie? - spytała Luce.  
- Przechodzenie. - Miles ukląkł na podłodze i zebrał  

odłamki cienia. Zaczął je ugniatać, aż w końcu przy-  
pominały luźną, niezgrabną kulę. - Mówiłem wam, że  
nie mogłem wczoraj spać. I tak jakby włamałem się do  
gabinetu Stevena przez naświetle.  

- Jasne, już ci uwierzę - sprzeciwiła się Shelby. -  

Oblałeś lewitację. Z pewnością nie jesteś na tyle dobry,  
żeby wlecieć przez naświetle.  

 

305  

background image

35.   

36.   

 

- A ty nie jesteś na tyle silna, żeby przyciągnąć do  

siebie regał - odparował Miles. - Ale ja tak, i oto, co  
przyniosłem na dowód. - Wyszczerzył się i uniósł gru-  
by czarny tom zatytułowany Samouczek Głosicieli -  
Przyzywanie, 

podglqdanie 

i podróżowanie w dziesięciu  

tysiqcach łatwych kroków. 

Mam też gigantyczny si-  

niak na piszczelu po źle zaplanowanym wyjściu przez  
naświetle, ale i tak... - Odwrócił się do Luce, która  
z trudem powstrzymywała się przed wyrwaniem mu  
książki z rąk. - Pomyślałem, że połączenie twojego  
wyraźnego talentu do podglądania i mojej wybitnej  
wiedzy ...  

Shelby prychnęła.  
- Ile przeczytałeś, trzy procent książki?  
- Bardzo przydatne trzy procent - odparł Miles. -  

Myślę, że powinno nam się udać. I nie zagubimy się  
przy tym na zawsze.  

Shelby podejrzliwie przechyliła głowę, ale nic nie po-  

wiedziała. Miles ugniatał Głosiciela w rękach, po czym  
zaczął go rozciągać. Po paru minutach cień zmienił  
się w szarą taflę wielkości drzwi. Jej krawędzie drżały,  
a całość była niemal przezroczysta, lecz gdy Miles ode-  
pchnął ją od siebie, wyglądała, jakby tężała, jak gipsowy  
opatrunek odstawiony do wyschnięcia. Miles dotknął  
prostokąta z lewej strony, macając jego powierzchnię,  
jakby czegoś szukał.  

- To dziwne - mruknął, macając Głosiciela palca-  

mi. - Według książki, jeśli odpowiednio powiększyć  

 

306  

 

 

Głosiciela, jego napięcie powierzchniowe zmniejsza się  
o tyle, że umożliwia przejście. - Westchnął. - Gdzieś  
tam ma być ...  

- Wspaniała książka, Milesie. - Shelby przewróciła  

oczami. - Jesteś teraz prawdziwym ekspertem.  

- Czego szukasz? - spytała Luce, podchodząc do  

Milesa. Nagle, obserwując jego dłonie, zobaczyła to.  

Zasuwka.  
Zamrugała i obraz zniknął, ale zapamiętała miej-  

sce. Ominęła Milesa i przycisnęła dłoń do lewej strony  
Głosiciela. Tutaj. Jego dotyk na palcach sprawił, że aż  
sapnęła.  

Przypominało to ciężką metalową zasuwkę ze skob-  

lem, jakimi zamykało się furtki. Była lodowata i 
szo~st-  
ka od niewidzialnej rdzy.  

- I co teraz?- zapytała Shelby.  
Luce popatrzyła na dwójkę bardzo zdezorientowa-  

nych przyjaciół, pobawiła się zamkiem i powoli odsu-  
nęła niewidzialną zasuwę na bok.  

Po uwolnieniu zamka cieniste drzwi otworzyły się,  

niemal przewracając ich do tyłu.  

- Udało nam się - wyszeptała Shelby.  
Zaglądali do długiego głębokiego, czarno-czerwo-  

nego tunelu. W środku było wilgotno i pachniało stę-  
chlizną oraz rozwodnionymi koktajlami na tanim al-  
koholu. Luce i Shelby popatrzyły niepewnie po sobie.  
Gdzie się podział stolik do blackjacka? Gdzie kobie-  
ta, na którą patrzyli przed chwilą? Wnętrze wypełniał  

 

307  

background image

37.   

38.   

 

pulsujący czerwony blask i wtedy Luce usłyszała brzęk  
monet wyrzucanych przez jednorękich bandytów.  

- Super! - powiedział Miles, chwytając ją za rękę, -  

Czytałem o tym, to faza przejściowa. Musimy iść dalej.  

Luce chwyciła Shelby mocno za rękę. Miles wszedł  

w wilgotną ciemność, pociągając za sobą dziewczyny.  

Przeszli zaledwie kilka kroków, mniej więcej tyle, ile  

dzieliło ich od realnych drzwi sypialni Luce i Shelby.  
Ale w chwili, kiedy szare drzwi Głosiciela zamknęły się  
za nimi z bardzo niepokojącym syknięciem, ich pokój  
w Shoreline zniknął. A to, co jeszcze przed chwilą było  
głęboką i aksamitną czerwienią, nagle stało się ja~k~a-  
wą bielą. Białe światło nagle się rozrosło, pochłaniając  
ich, wypełniając ich uszy hałasem. Cała trójka musiała  
zamknąć oczy. Miles maszerował do przodu, ciągnąc za  
sobą Luce 

Shelby. Gdyby nie to, Luce znieruchomia-  

łaby. Jej dłonie pociły się w dłoniach przyjaciół. Słysza-  
ła pojedynczy akord, głęboki i donośny.  

Luce przetarła oczy, lecz mglista zasłona Głosicie-  

la ograniczała jej pole widzenia. Miles wyciągnął rękę  
i zaczął ją ostrożnie przecierać kolistymi ruchami, aż  
zaczęła się łuszczyć jak stara farba odpadająca z sufitu.  
A z każdym opadającym płatkiem podmuchu suchego  
pustynnego powietrza przebijał wilgotny chłód, ogr~e-  
wając Luce. Gdy Głosiciel spadał w kawałkach u ich  
stóp, rozciągający się przed nimi widok zaczął nabierać  
kształtów - patrzyli z góry na Las Vegas Strip. Luce  
wcześniej widziała go tylko na zdjęciach, lecz teraz na  

 

308  

 

 

wysokości oczu miała czubek wieży Eiffela hotelu Paris  
Las Vegas.  

Co oznaczało, że znajdowali się bardzo, ale to bar-  

dzo wysoko. Odważyła się spojrzeć w dół. Stali na ze-  
wnątrz, na jakimś dachu, którego krawędź znajdowała  
się kilkadziesiąt centymetrów od ich stóp. Dalej były  
ulice Las Vegas, szczyty palm i podświetlany basen.  
Wszystko co najmniej trzydzieści pięter pod nimi.  

Shelby puściła dłoń Luce i zaczęła krążyć po da-  

chu z brązowego cementu. Trzy identyczne skrzydła  
w kształcie długich prostokątów rozciągały się od jego  
środka. Luce obróciła się wokół własnej osi, widząc  
jaskrawe neonowe światła, a dalej, za bulwarem, od-  
ległe jałowe góry, dziwnie podświetlone przez blask  
miasta.  

- A niech cię, Miles - powiedziała Shelby, skacząc  

nad świetlikami, żeby zbadać dach. - To przejście było  
zadziwiające. Wydajesz mi się teraz prawie pociągający.  
Prawie.  

Miles wcisnął dłonie do kieszeni.  
- No ... dzięki?  
- Gdzie my właściwie jesteśmy? - spytała Luce.  

Różnica między jej samotnym skokiem w Głosiciela  
poprzedniego dnia a tym doświadczeniem była ogrom-  
na. To było o wiele bardziej cywilizowane. Nikomu nie  
zrobiło się niedobrze. I zadziałało. A przynajmniej tak  
sądziła. - Co się stało z tym, co widzieliśmy wcześ-  
niej?  

 

309  

background image

39.

 

 

40.

 

 

 

- Musiałem zrobić odjazd - wyjaśnił Miles. - Uzna-  

łem, że będzie wyglądać dziwnie, jeśli nasza trójka nag-  
le wyjdzie z chmury pośrodku kasyna.  

- Odrobinkę - zgodziła się 

Shelby, 

ciągnąc zamknię-  

te drzwi. - Masz jakiś błyskotliwy pomysł, jak nas stąd  
wydostać?  

Luce się skrzywiła. Głosiciel leżał w drżącej kupce  

u ich stóp. Nie sądziła, by miał siłę im teraz pomóc.  
Nie mieli jak zejść z tego dachu i nie mieli jak wrócić  

o Shoreline.  

- Nieważne! Jestem genialna! - zawołała Shelby  

z drugiej strony dachu.  

Dziewczyna kucała nad świetlikiem, walcząc z zam-  

kiem. Otworzyła go ze stęknięciem i uniosła taflę szkła  
na zawiasach. Zajrzała do środka i gestem wezwała do  
siebie Luce i Milesa.  

Luce ostrożnie zajrzała przez otwarty świetlik do  

dużej, wystawnie urządzonej łazienki. Po jednej stro-  
nie znajdowały się cztery duże kabiny, po drugiej rząd  
marmurowych umywalek pod lustrem w pozłacanych  
ramach. Przed toaletką ustawiono liliową pluszową ka-  
napę, na której siedziała samotna kobieta. Luce widzia-  
ła jedynie jej natapirowane czarne włosy, lecz odbicie  
ukazywało twarz pokrytą grubą warstwą makijażu, gę-  
stą grzywkę i dłoń nakładającą kolejną warstwę czer-  

onej szminki na wargi.  

w

 

- Kiedy ta tutaj Kleopatra zużyje całą pomadkę,  

wślizgniemy się do środka - wyszeptała Shelby.  

 

310  

 

 

Poniżej Kleopatra podniosła się sprzed toaletki.  

 

Cmoknęła i wytarła czerwoną plamę z zębów. Później  

omaszerowała w stronę drzwi.  

- Pozwólcie, że się upewnię - odezwał się Miles. -  

hcecie, żebym "wślizgnął się" do damskiej toalety?  

C

 

Luce rozejrzała się raz jeszcze po pustym dachu. Ist-  

niało tylko jedno wejście do środka.  

- Jeśli ktoś cię zobaczy, udasz, że pomyliłeś drzwi.  
- Albo że obściskiwaliście się w jednej z kabin - do-  

dała Shelby. - No co? Jesteśmy w Vegas.  

- Chodźmy lepiej.  

 

Miles był czerwony na twarzy, kiedy wsuwał nogi  
przez otwór okienny. Powoli wyciągał ręce, aż jego sto-  
py znalazły się tuż nad marmurowym blatem toaletki.  
- Pomóż zejść Luce! - zawołała Shelby.  

Miles zamknął drzwi toalety od wewnątrz 

wyciąg-  

nął ręce, by złapać Luce. Próbowała naśladować jego  
wcześniejsze ruchy, lecz jej ramiona drżały, gdy opusz-  
czała się przez świetlik. Niewiele widziała na dole, lecz  
wcześniej niż się spodziewała poczuła mocny uścisk  

ilesa w pasie.  

M

 

- Możesz już puścić - powiedział, a kiedy to zrobiła,  

postawił ją delikatnie na podłodze.  

Jego palce spoczywały na jej klatce piersiowej, od-  

dzielone zaledwie cienką tkaniną podkoszulki od skó-  
ry. Nadal ją obejmował, kiedy stopami dotknęła pły-  
tek. Miała zamiar podziękować, lecz gdy spojrzała mu  
w oczy, nie mogła wykrztusić słowa.  

 

311  

background image

41.   

42.   

 

Zbyt szybko wycofała się z jego objęć, niezręcznie  

przepraszając za podeptanie. Oboje oparli się o toalet-  
kę i wpatrzyli w ścianę, starannie unikając kontaktu  

zrokowego.  

w

 

To nie powinno się wydarzyć. Miles był jej przyja-  

cielem, nic więcej.  

- Halo! Czy ktoś mi pomoże?  

Okryte pasiastymi skarpetkami stopy Shelby wisiały  

w świetliku i machały nerwowo. Miles podszedł pod.  
okno i mocno chwycił ją za pas, po czym postawił na  
ziemi. Jak zauważyła Luce, puścił Shelby o wiele szyb-  

iej niż ją.  

Shelby przebiegła po złotych płytkach i otworzyła  

drzwi.  

- Chodźcie, na co czekacie?  

Po drugiej stronie drzwi wspaniale umalowane  

i odziane w czerń kelnerki spacerowały w zdobio-  
nych cekinami szpilkach, niosąc w zgięciach łokci tace  
z koktajlami. Mężczyźni w drogich ciemnych garnitu-  
rach tłoczyli się wokół stolików do blackjacka, gdzie  
pokrzykiwali jak nastoletni chłopcy po każdym rozda-  
niu. Nie było tu jednorękich bandytów, które by bez-  
ustannie brzęczały i łomotały. Miejsce było wyciszone,  
eleganckie i ogromnie ekscytujące - ale wcale nie przy-  
pominało sceny, jaką widzieli w Głosicielu.  

Podeszła do nich kelnerka.  

 

- Czy mogę w czymś państwu pomóc? - Opuściła  

stalową tacę, by się im przyjrzeć.  

 

312  

 

 

- O, kawior- powiedziała Shelby, chwytając trzy bli-  

ny i podając przyjaciołom. - Czy myślicie to samo, co ja?  

Luce pokiwała głową.'  
- Właśnie schodziliśmy na dół.  

 

Kiedy drzwi windy otworzyły się na jaskrawo oświet-  

lonym parterze kasyna, Miles musiał wypchnąć Luce  
na zewnątrz. Widziała, że w końcu dotarli we właściwe  
miejsce. Kelnerki były starsze, bardziej zmęczone i po-  
kazywały zdecydowanie mniej ciała. Nie unosiły się nad  
poplamionym pomarańczowym dywanem, lecz tupały  
po nim. Goście zaś o wiele bardziej przypominali tych,  
których widzieli przy stoliku w Głosicielu - z nadwagą,  
w średnim wieku, z klasy średniej, ponurzy, automa-  
tycznie opróżniający portfele. Teraz musieli tylko od-  
naleźć Verę.  

Shelby pokierowała nimi przez zatłoczony labirynt  

automatów do gier, obok grupek ludzi stłoczonych  
przy stolikach do ruletki, którzy krzyczeli na toczącą  
się kulkę, obok wielkich stolików, gdzie ludzie chuchali  
na kostki i wiwatowali, gdy zobaczyli wynik, wzdłuż  
rzędu stołów, gdzie grano w pokera i inne dziwne gry  
o nazwach w rodzaju Pai Gow, aż dotarli do skupiska  
stolików do gry w blackjacka.  

Większość z krupierów stanowili mężczyźni. Wyso-  

cy, zgarbieni mężczyźni o tłustych włosach, okularnicy  

 

313  

background image

43.   

44.   

 

z siwymi wąsami, jeden miał na twarzy chirurgicz-  
ną maseczkę. Shelby nie zatrzymywała się, by się im  
przyjrzeć, i miała rację - na drugim końcu kasyna stała  
Vera.  

 

Czarne włosy związała w kok. Jej blada twarz wy_  

dawała się chuda i obwisła. Luce nie poczuła takiego  
przypływu uczuć jak wtedy, gdy w Shasta patrzyła na  
rodziców swojego wcześniejszego wcielenia. Ale też  
nie wiedziała, kim jest dla niej Vera, widziała jedynie  
zmęczoną kobietę w średnim wieku, która wyciąga ta-  
lię kart w stronę przysypiającej rudowłosej kobiety, by  
ją przełożyła. Ruda niezgrabnie rozdzieliła talię i Vera  

aczęła rozdawać.  

Inne stoliki w kasynie były zatłoczone, lecz ruda i jej  

drobny mąż byli jedynymi graczami Very. Mimo to ro-  
biła dla nich niezłe przedstawienie, rzucając kartami  
z ogromną zręcznością i jakby zupełnie bez wysiłku.  
Luce zobaczyła aspekt osobowości Very, którego nie 
wi-  

ziała wcześniej - talent do dramatycznych efektów.  

- To jak? - powiedział Miles, przestępując z nogi na  

ogę· - Czy my ... no ...  

n

 

Nagle Shelby położyła ręce na ramionach Luce, nie-  

mal wpychając ją na jedno z pustych skórzanych krze-  
seł przy stoliku.  

Luce unikała kontaktu wzrokowego z krupierką.  

Bała się, że Vera zbyt wcześnie ją rozpozna. Na szczęś-  
cie, spojrzenie Very omiatało ich z minimalnym zainte-  
resowaniem i Luce przypomniała sobie, że po zmianie  

 

314  

 

 

koloru włosów wygląda zupełnie inaczej. Pociągnęła  
nerwowo za kosmyk, niepewna, co ma robić.  

Wtedy Miles położył przed Luce banknot dwu-  

dziestodolarowy i dziewczyna przypomniała sobie grę,  
w którą przecież miała grać. Przesunęła pieniądze po  
blacie stolika.  

 

Vera uniosła namalowaną ołówkiem brew.  
- Masz jakiś dowód tożsamości?  

Luce pokręciła głową  
- Może moglibyśmy tylko popatrzeć?  

Po drugiej stronie stołu ruda przysypiała, jej gło-  

wa opadała na sztywne ramię Shelby. Vera przewróci-  
ła oczami i odepchnęła pieniądze Luce, wskazując na  
neon reklamujący Cirque du Soleil.  

- Do cyrku w tamtą stronę, dzieciaki.  

 

Luce westchnęła. Będą musieli zaczekać, aż Vera  

skończy pracę. A wtedy pewnie będzie miała jeszcze  
mniejszą ochotę na rozmowę z nimi. Luce poczuła się  
pokonana. Wyciągnęła rękę po pieniądze Milesa. Vera  
właśnie cofała dłoń, kiedy Luce sięgnęła po banknot  
i ich palce się zetknęły. Obie gwałtownie uniosły gło-  
wy. Dziwny wstrząs na chwilę oślepił Luce. Sapnęła.  
Spojrzała bardzo głęboko w szeroko otwarte 
orzechowe  
oczy Very.  

I zobaczyła wszystko.  

 

Piętrowy drewniany domek w zasypanym śniegiem  

kanadyjskim miasteczku. Kwiaty z lodu na szybach,  
wiatr uderzający w okna. Dziesięcioletnia dziewczynka  

 

315  

background image

45.   

46.   

 

oglądająca 

telewizję w salonie, trzymająca na kolanach  

niemowlę. 

To była Vera, blada i bardzo ładna, w deka-  

tyzowanych dżinsach, martensach i grubym granatowym  
golfie. Pod plecami miała tani wełniany koc. Miska pra-  
żonej kukurydzy na stoliku, z której pozostała już tylko  
garstka zimnych ziaren. Tłusty rudy kocur spacerujący po  
kominku i 

prychający 

na grzejnik. A Luce ... Luce była jej  

siostrą, dzieckiem w jej ramionach.  

 

Luce poczuła, że kołysze się na krześle w kasynie,  

próbując sobie to wszystko przypomnieć. Wtedy obraz  
zniknął, zastąpiony przez kolejny.  

 

Luce jako przedszkolak goniąca za Verq w górę schodów,  
w dół schodów, tracąca oddech ze śmiechu, kiedy rozległ  
się dzwonek i za drzwiami stanął przystojny, gładko przy-  
lizany chłopak, który przyszedł zabrać Verę na randkę,  
a ona zatrzymała się, wygładziła ubranie i odwróciła się  
plecami.  

 

Uderzenie serca później i Luce sama była nastolatką,  

z burzą 

czarnych 

loków sięgajqcych do ramion. Leży roz-  

ciągnięta na dżinsowej narzucie na łóżku Very, szorstka 
tkanina jakimś sposobem ją uspokaja, i przegląda pa-  
miętnik Very. "On mnie kocha': pisała Vera raz za ra-  
zem, coraz bardziej krzywymi literami. A później kartki  
zostają zabrane, unosi się nad nią wściekła twarz siostry,  
na której wyraźnie widać ślady łez ...  

 

I znów kolejna scena, Luce jeszcze starsza, w wieku  

może siedemnastu lat. Przygotowała się na to, co nad-  
chodziło.  

 

316  

 

 

Śnieg spadający z nieba jak miękkie białe zakłócenia  

na ekranie. Vera i jej znajomi jeżdżą

 

na łyżwach po za-  

marzniętym stawie na tyłach ich domu, zataczają kręgi  
i śmieją się radośnie. A na zlodowaciałym brzegu stawu  
Luce kuca, czując zimno przebijające się przez cienkie  
ubranie, i zawiązuje łyżwy, jak zwykle w pośpiechu, żeby  
dogonić siostrę. A obok czuje ciepło 
nie musi nawet pa-  
trzeć, żeby go rozpoznać, to Daniel, milczący, ponury,  
z zawiązanymi łyżwami. Czuła pragnienie, by go poca-  
łować 
a jednak nie widziała cieni. Wieczór był gwiaź-  
dzisty i migotliwy, nieskończenie jasny i pełen możliwości.  

 

Luce szukała cieni, lecz po chwili zrozumiała, że ich  

nieobecność miała sens. To były wspomnienia Very.  
A śnieg sprawiał, że wszystko było jeszcze mniej wy-  
raźne. Ale Daniel musiał wiedzieć, jak wiedział wtedy,  
gdy zanurkował do tamtego jeziora. Musiał wyczuwać  
to za każdym razem. Czy w ogóle obchodziło go, co się  
dzieje z ludźmi takimi jak Vera po śmierci Luce?  

 

Od strony jeziora, po której znajdowała się Luce, do-  

biegł głośny trzask, jakby odgłos otwierającego się spado-  
chronu. A później nagły wybuch ognia pośrodku burzy  
śnieżnej. Olbrzymia kolumna pomarańczowych płomieni  
wznosząca się do nieba na brzegu stawu. Tam gdzie stała  
Luce. Inni łyżwiarze popędzili bez sensu w tę stronę, bieg-  
nąc po stawie. Ale lód się topił, błyskawicznie, katastro-  
falnie, i łyżwiarze powpadali do lodowatej wody. Krzyk  

Very odbijał się echem, Luce widziała jej twarz zamarła  
w wyrazie cierpienia.  

 

317  

background image

47.   

48.   

 

W kasynie Vera cofnęła dłoń i potrząsnęła nią kilka  

razy, jakby się sparzyła. Jej wargi zadrżały, zanim 
udało  
jej się powiedzieć.  

- To ty. - Pokręciła głową. - Ale to niemożliwe.  
- Vera - wyszeptała Luce, znów wyciągając rękę do  

 

siostry. Pragnęła ją przytulić, wziąć na siebie cały ból,  
który musiała znosić Vera.  

 

- Nie. - Kobieta potrząsnęła głową, cofnęła się i 

uniosła palec w stronę Luce. - Nie, nie, nie.  

Cofając się, wpadła na krupiera przy stoliku z tyłu,  

przewróciła go i potrąciła sporą stertę sztonów. Kolo-  
rowe żetony zsunęły się na podłogę, wywołując okrzy-  
ki wśród zebranych hazardzistów, którzy zerwali się  
z miejsc, żeby je pozbierać.  

 

- Niech cię diabli, Vera! - ryknął przysadzisty męż-  

czyzna.  

Kiedy podszedł do ich stolika, w tanim garniturze  

z szarego poliestru i wytartych czarnych butach, Luce  
wymieniła zaniepokojone spojrzenia z Milesem i Shel-  
by. Troje niepełnoletnich nie chciało mieć nic wspól-  
nego z kierownikiem sali. On jednak wciąż wściekał  
się na Verę.  

- Ile razy ... '- Z odrazą wydął wargi.  

Vera podniosła się, ale nadal wpatrywała się z prze-  

rażeniem w Luce, jakby ta była diabłem, a nie utraconą  
przed laty siostrą. Jej podmalowane czarną kredką oczy  
były białe z przerażenia, gdy wydukała:  

- Jej n-n-n-nie może być tutaj.  

 

318  

 

 

- Chryste - mruknął kierownik, spojrzał na Luce  

i jej przyjaciół, po czym odezwał się do krótkofalów-  
ki: - Ochrona do mnie. Mamy tu grupkę chuliganów.  

 

Luce skuliła się między Milesem i Shelby, która  

mruknęła przez zaciśnięte zęby:  

- A może tak kolejne przejście, co, Miles?  

Nim chłopak zdążył odpowiedzieć, dotarli do nich  

trzej mężczyźni. Mieli bycze karki i wielkie łapy. Kie-  
rownik zamachał ręką.  

 

- Zabierzcie ich i zamknijcie. Sprawdzimy, w co się  

jeszcze wpakowali.  

 

- Mam lepszy pomysł - rozległ się kobiecy głos za  

plecami ochroniarzy.  

 

Wszyscy odwrócili głowy w stronę mówiącej, ale 

tylko Luce się rozpromieniła.  

-Arriane!  

Drobna dziewczyna wyszczerzyła się do Luce, prze-  

pychając się przez tłum. W butach na koturnach wyso-  
kich na co najmniej dwanaście centymetrów, z dziwną  
fryzurą i czarną kreską wokół oczu, Arriane dosko-  
nale pasowała do dziwacznej klienteli kasyna. Nikt  
nie wiedział, co o niej myśleć, a już szczególnie Shelby  
i Miles.  

 

Kierownik odwrócił się do Arriane. Śmierdział pastą  

do butów i pastylkami na kaszel.  

- Czy ciebie też trzeba przymknąć, panienko?  
- Och, to brzmi fascynująco. - Arriane szeroko ot-  

 

worzyła oczy. - Ale mam już plany na dzisiejszy 
wieczór.  

 

319  

background image

49.   

50.   

51.   

 

Najpierw bilety w pierwszym rzędzie na Blue Man  
Croup, a później oczywiście kolacja z Cher. Ichyba  
miałam jeszcze coś do zrobienia ... - Postukała palcem  
w brodę i spojrzała na Luce. - Ależ tak, wyciągnąć stąd  
tę trójkę. Przepraszamy! - Posłała całusa wściekłemu  
kierownikowi, wzruszeniem ramion przeprosiła Verę  
i pstryknęła palcami.  
I wszystkie światła zgasły.  

 

 

  

TRZYNAŚClE  

 

 

 

 

 

SZESC DNI  

 

Prowadząc ich pospiesznie przez labirynt spowitego  
mrokiem kasyna, Arriane poruszała się tak, jakby wi-  

ziała w ciemnościach.  

- Trzymajcie się - powiedziała śpiewnie. - Wyciąg-  

nę was stąd w mgnieniu oka.  

Mocno trzymała Luce za nadgarstek, a Luce trzy-  

mała Milesa. On z kolei trzymał Shelby, która wście-  
kała się, że to ona mUSI być na końcu uciekającej  
grupki.  

 

321  

background image

52.   

53.   

54.   

 

Arriane prowadziła ich bezbłędnie i choć Luce nie  

wiedziała, co robi, słyszała, jak ludzie sapią i krzyczą,  
kiedy Arriane odpychała ich na bok. "Przykro mi!" – 
wołała. „Ups!” i „Przepraszam!”. 

Poprowadziła ich ciemnymi korytarzami pełnymi  

zaniepokojonych turystów, którzy wykorzystywali swo-  
je komórki jako latarki. W górę, po jeszcze ciemniej-  
szych klatkach schodowych, zatęchłych i zapchanych  
pustymi tekturowymi pudłami. W końcu kopniakiem  
otworzyła wyjście ewakuacyjne i wyprowadziła ich na  
wąską, ciemną 

uliczkę.  

Alejka znajdowała się między Mirage a drugim ho-  

telem. Z rzędu pojemników na śmieci wydobywał się  
ohydny odór rozkładającego się drogiego jedzenia.  
Strużka zielonej wody płynęła jak paskudna rzeczka,  
rozdzielając uliczkę na pół. Na wprost nich, pośrod-  
ku pełnej jaskrawych świateł ulicy, staromodny zegar  
uliczny wybił dwunastą.  

- Ach. - Arriane odetchnęła głęboko. - Początek  

kolejnego wspaniałego dnia w Mieście Grzechu. Lubię  
zaczynać właściwie, od solidnego śniadania. Kto jest  
głodny?  

- Yyy... 

no... - jąkała się Shelby, spoglądając to  

na Luce, to na Arriane, to na kasyno. - Co się ... Jak  
to ...  

Miles wpatrywał się w błyszczącą, gładką bliznę  

z boku szyi Arriane. Luce była już przyzwyczajona do  

 

322  

 

 

 

Arriane, ale wyraźnie widziała, że jej przyjaciele nie  
wiedzą, co o niej sądzić.  

Arriane wskazała palcem na Milesa.  

- Ten gość wygląda, jakby mógł zjeść tyle wafli, ile  

sam waży. Chodźcie, znam taką jedną paskudną jadło-  
dajnie.  

Gdy ruszyli w stronę głównej ulicy, Miles odwrócił  

się do Luce i wyszeptał:  

- To było niesamowite.  

Luce pokiwała głową. Z trudem dotrzymywała Ar-  

riane kroku, kiedy ta biegła po Las Vegas Strip. Vera.  
Nie mogła o tym zapomnieć. Te wszystkie wspomnie-  
nia, które zobaczyła w jednym mgnieniu. Były bolesne  
i zaskakujące, i mogła sobie jedynie wyobrażać, jak się  
z nimi czuła Vera. Ale Luce jednocześnie czuła się głębo-  
ko usatysfakcjonowana. Wcześniej jedynie podglądała  
Głosicieli, a tym razem rzeczywiście poczuła się tak,  
jakby doświadczyła jednego ze swoich wcześniejszych  
żywotów; Co dziwne, dowiedziała się również czegoś,  
o czym wcześniej nawet nie pomyślała - jej poprzed-  
nie wcielenia miały swoje życia. Życia, które były pełne  
i znaczące, zanim jeszcze pojawił się w nich Daniel.  

Arriane poprowadziła ich do International House of  

Pancakes, otynkowanego na brązowo, przysadzistego  
budynku, który wyglądał na znacznie starszy od reszty  
bulwaru. Wydawał się bardziej klaustrofobiczny i przy-  
gnębiający niż inne restauracje sieci IHOP.  

 

32
3  

background image

55.

 

 

 

Shelby zaprowadziła ich do środka, otwierając szkla-  

ne drzwi, co wywołało brzęczenie tanich dzwonków  
przyklejonych taśmą do futryny. Chwyciła garść mię-  
tówek z miski przy kasie i zajęła boks w głębi. Arria-  
ne usadowiła się obok niej, a Luce i Miles usiedli po  
drugiej stronie wyłożonego popękaną pomarańczową  
skórą boksu.  

Gwizdnięciem Arriane zwróciła uwagę pulchnej,  

niebrzydkiej kelnerki z ołówkiem wciśniętym we włosy  
i gestem zamówiła kawę dla wszystkich.  

Reszta skupiła się na grubej laminowanej karcie dań  

w spiralnej oprawie. Żeby przewrócić kartki, trzeba  
było najpierw pokonać stare plamy syropu klonowe-  
go - co z drugiej strony pozwalało im uniknąć rozmo-  
wy o kłopotach, w które prawie się wpakowali.  

 

W końcu Luce musiała zadać to pytanie:  
- Co ty tu robisz, Arriane?  
- Zamawiam coś, co śmiesznie się nazywa. Pewnie  

Rooty Toory, skoro tu nie mają Moons Over My Ham-  
my. Nigdy nie umiem się zdecydować.  

Luce przewróciła oczami. Arriane nie musiała tak  

się z nią bawić. Było oczywiste, że nie uratowała ich  
przypadkiem.  

- Wiesz, o co mi chodzi.  
- To dziwne dni, Luce. Uznałam, że spędzę jew rów-  

nie dziwnym mieście.  

- Cóż, one prawie się skończyły, prawda? Zgodnie  

z terminarzem rozejmu?  

 

324  

Arriane odstawiła filiżankę i oparła 

brodę 

na dłoni.  

- No no, alleluja. Jednak czegoś was uczą w tej  
szkole.  

- I tak; i nie - odparła Luce. - Posłuchałam, jak  

Roland wspominał coś o tym, że Daniel będzie odliczał  
minuty. Mówił, że ma to jakiś związek z rozejmem, ale  
nie wiem, o ilu dokładnie minutach była mowa.  

Siedzący obok Miles zesztywniał na wzmiankę o Da-  

nielu. Kiedy kelnerka przyszła, żeby przyjąć ich zamó-  
wienie, odezwał się jako pierwszy, niemal wpychając jej  
menu do rąk.  

- Jajka i stek, krwisty.  
- Och, jakie to męskie - powiedziała Arriane, spo-  

 

glądając z aprobatą na Milesa i jednocześnie bawiąc się  
w wyliczankę na swoim menu. - Dla mnie będzie Ro-  
oty Tooty Fresh 'N Fruity. - Wypowiedziała tę nazwę  
z elegancją równą królowej angielskiej, cały czas zacho-  
wując poważną minę.  

- Kiełbaski w cieście naleśnikowym - powiedziała  

Shelby. - Albo nie, omlet z samych białek, bez sera.  
Ech, do diabła. Niech będą kiełbaski w cieście naleś-  
nikowym.  

Kelnerka odwróciła się do Luce.  
- Co dla ciebie, kochanie?  

- Zestaw śniadaniowy. - Luce uśmiechnęła się prze-  

praszająco w imieniu przyjaciół. - Z jajecznicą, bez  
mięsa.  

Kelnerka pokiwała głową i ruszyła w stronę kuchni.  

 

325  

background image

56.   

57.   

 

- Dobra, co jeszcze słyszałaś? - spytała Arriane.  
- No tak. - Luce zaczęła bawić się karafką syropu,  

która stała obok soli i pieprzu. - Mówili też, no wiecie,  
o Końcu Czasu.  

 

Shelby prychnęła i dodała trzy porcje śmietanki do  

kawy.  

 

- Koniec Czasu?! I ty kupiłaś te bzdury? To znaczy,  

ile tysiącleci już na to czekamy? A ludzie myślą, że byli  
cierpliwi przez te dwa tysiące lat! Ha. Jakby coś się mia-  
ło zmienić.  

 

Arriane wydawała się gotowa pokazać Shelby jej  

miejsce, lecz później odstawiła kawę.  

 

- To bardzo niegrzeczne z mojej strony, że nie przed-  

stawiłam się twoim przyjaciołom, Luce.  

- My, 

110, 

wiemy, kim jesteś - powiedziała Shelby.  

- W podręczniku Historii aniołów, z którego korzy-  

stałem w ósmej klasie, był cały rozdział na twój temat-  
dodał Miles.  

Arriane klasnęła w dłonie.  
- A mnie mówili, że ta książka została zakazana!  
- Naprawdę? Jesteś w podręczniku? - Luce się roze-  

śmiała.  

 

- A co cię tak dziwi? Nie uważasz mnie za postać  

historyczną? - Arriane odwróciła się do Shelby i Mile-  
sa. - A teraz opowiedzcie mi o sobie. Muszę wiedzieć,  
z kim się zakumplowała moja dziewczynka.  

 

- Niewierząca i niepraktykująca Nefilim. - Shelby  

uniosła rękę.  

 

326  

 

 

Miles wpatrzył się w swoje jedzenie.  

 

- I nieudolny praprapraprawnuk anioła do entego  

pokolenia.  

 

- To nieprawda. - Luce trąciła Milesa. - Arriane,  

powinnaś widzieć, jak przeprowadził nas dziś przez  
cień. Jest wspaniały. Dlatego tu jesteśmy, bo przeczytał  
tę książkę i nagle umiał ...  

 

- Tak, nad tym też się zastanawiałam - powiedziała  

Arriane sarkastycznym tonem. - Ale bardziej martwi  
mnie ta druga. - Wskazała na Shelby. Arriane miała  
ponurą minę, do czego Luce nie była przyzwyczajona.  
Nawet jej szalone niebieskie oczy wydawały się nieru-  
chorne. - To nie jest dobry czas, by być niepraktykują-  
cym. Wszystko płynie, ale nadchodzi czas rozliczenia.  
A ty będziesz musiała wybrać jedną ze stron. - Arriane  
wpatrzyła się uważnie w Shelby. - Wszyscy musimy  
wiedzieć, gdzie stoimy.  

 

Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, znów przyszła  

kelnerka, niosąc potężną tacę z brązowego plastiku.  

 

- Czy to nie szybka obsługa? - spytała. - Kto zama-  

wiał kiełbaski ...  

- Ja! - Shelby zaskoczyła kelnerkę, błyskawicznie  

sięgając po talerz.  

 

- Ktoś potrzebuje keczupu?  
Pokręcili głowami.  
- Dodatkowe masło?  

,  

Luce wskazała palcem na dużą łyżkę masła, którą  

nałożono na jej naleśniki.  

 

327  

background image

58.   

59.   

 

- Wszyscy jesteśmy zaopatrzeni. Dziękuję.  

- Gdybyśmy czegoś potrzebowali - powiedziała Ar-  

 

riane, wpatrując się w uśmiechniętą buźkę wyrysowaną  
bitą śmietaną na jej talerzu - będziemy krzyczeć.  

- Jestem tego pewna. - Kelnerka roześmiała się,  

wpychając tacę pod pachę. - Wy na pewno będziecie  
krzyczeć, jakby świat się miał skończyć.  

Kiedy odeszła, jedynie Arriane zaczęła jeść. Zdjęła  

jagodę z naleśnika, wrzuciła ją do ust i ze smakiem ob-  
lizała palce. W końcu rozejrzała się dookoła.  

- Zabierajcie się do jedzenia - powiedziała Arria-  

ne. - Zimny stek i jajka nie są smaczne. - Westchnę-  
ła. - Dajcie spokój. Wszyscy czytaliście podręczniki.  
Nie znacie zasad ...  

 

- Ja nie wiem - odparła Luce. - Nie znam zasad.  
Arriane przez chwilę z namysłem oblizywała wi-  
delec.  

- Racja. Zatem pozwólcie, że przedstawię wam moją  

wersję. Która i tak jest zabawniejsza niż podręczniki do  
historii, bo ja nie cenzuruję wielkich bitew, przekleństw  
i wszystkiego, co jest związane z seksem. Moja wersja  
ma wszystko poza trójwymiarem, który, mówię wam,  
jest całkowicie przereklamowany. Czy widzieliście ten  
film z ... - Zauważyła ich bezmyślne miny. - Dobra,  
nieważne. Wszystko zaczyna się przed tysiącami lat.  
Czy mam wam opowiedzieć o Szatanie?  

- Wywołał wczesny konflikt o władzę z Bogiem. -  

Głos Milesa brzmiał monotonnie, jakby powtarzał  

 

328  

 

 

czytankę z trzeciej klasy. Jednocześnie nabił na widelec  
kawałek steku.  

- Wcześniej byli najlepszymi kumplami - dodała  

Shelby, zalewając swoje kiełbaski w cieście syropem. -  
W końcu Bóg nazwał Szatana swoją gwiazdą zaranną.  
Czyli nie chodzi o to, że Szatan nie był godny czy uko-  
chany.  

--.: Ale wolał być władcą w piekle niż służyć w 

niebio- .  
sach - wtrąciła Luce. Może nie znała podręczników hi-  
storii Nefilim, ale czytała Raj utracony. A przynajmniej  
opracowanie.  

-'- Bardzo ładnie. - Arriane uśmiechnęła się szero-  

ko, spoglądając na Luce. - Wiesz, Gabbe w tamtych  
czasach bardzo się przyjaźniła z córką Miltona. Lubi  
sobie przypisywać tę frazę, a ja wtedy mówię "Czy nie  
jesteś już ulubienicą zbyt wielu ludzi?". Ale nieważ-  
ne. - Arriane nałożyła sobie trochę jajek Luce. - Do-  
bra, te są naprawdę niezłe. Czy możemy prosić o ostry  
sos?! - ryknęła w stronę kuchni. - W porządku, na  
czym skończyłam?  

- Szatan - powiedziała Shelby z pełnymi ustami.  
- Jasne. No tak. Można mówić co się chce o El  

Diablo Grande, ale jest on - Arriane odrzuciła głowę  
do tyłu - w dużym stopniu odpowiedzialny za rozpro-  
pagowanie idei wolnej woli pośród aniołów. To znaczy,  
naprawdę dał nam wszystkim sporo do myślenia. Po  
której stronie staniesz? Postawieni przed takim wybo-  
rem, liczni aniołowie upadli.  

 

329  

background image

60.

 

 

61.

 

 

 

- Jak wielu? - spytał Miles.  
- Upadłych? Wystarczająco dużo, by doprowadzić  

 

do swego rodzaju pata. - Arriane się zamyśliła, po  
chwili jednak skrzywiła się i zawołała kelnerkę. - Ostry  

os! W ogóle go tu macie?  

- A co z aniołami, które upadły, ale nie sprzymie-  

rzyły się z ... -- Luce przerwała, myśląc o Danielu. Była  
świadoma, że szepce, ale wydawało jej się, że to zbyt  
poważna sprawa, by ją omawiać w knajpie. Nawet jeśli  
była to pusta knajpa w środku nocy.  

Arriane też zniżyła głos.  

 

- Och, jest wiele aniołów, które upadły, ale tech-  

nicznie wciąż są sprzymierzone z Bogiem. Ale są też  
takie, które wybrały Szatana. Nazywamy ich demo-  
nami, choć to upadłe anioły, które dokonały bardzo  
złego wyboru. Od czasu Upadku anioły i demony  
szły łeb w łeb, podział dokładnie pośrodku i takie  
tam. - Nałożyła masło na naleśnik. - Ale to się może  

mienić.  

Luce wpatrzyła się w swoją jajecznicę, ale czuła, że  

ic nie przełknie.  

- Czyli, no, sugerowałaś, że moja lojalność może  

mieć z tym coś wspólnego? - Shelby wydawała się nie-  

o mniej przepełniona wątpliwościami niż zwykle.  

- Nie do końca twoja. - Arriane potrząsnęła gło-  

wą. - Wiem, że można odnieść wrażenie, że od zawsze  
pozostajemy w równowadze. Ale na końcu wystarczy,  
że jeden potężny anioł wybierze stronę. Kiedy do tego  

 

330  

 

 

 

 

dojdzie, szala się przechyli. I wtedy to, po której stronie  

toisz, będzie się liczyło.  

Słowa Arriane przypomniały Luce czas, gdy była za-  

mknięta w malutkiej kaplicy z panną Sophią, która po-  
wtarzała, że los wszechświata ma coś wspólnego z Luce  
i Danielem. Wtedy wydawało się jej to szaleństwem,  
i była przekonana, że panna Sophia zwariowała. A choć  
Luce nie była pewna, o czym wszyscy mówią, wiedzia-  
ła, że ma to coś wspólnego z Danielem.  

- Chodzi o Daniela - powiedziała cicho. - Aniołem,  

tóry może przechylić szalę, jest Daniel.  

To wyjaśniało cierpienie, które zawsze dźwigał, jak  

dwutonową walizkę. Wyjaśniało, dlaczego tak długo  
trzymał się z dala od niej. Nie wyjaśniało jedynie, 'dla-  
czego Arriane miała jakiekolwiek wątpliwości, w którą  
stronę przechyli się szala. Która strona wygra wojnę.  

Arriane otworzyła usta, lecz zamiast odpowiedzieć,  

znów zaatakowała talerz Luce.  

 

- Czy mogę dostać ten cholerny ostry sos?!  
Na ich stolik padł cień.  

- Ja mogę ci dać coś ognistego.  

 

Luce obejrzała się i od razu cofnęła się na ten wi-  

dok - bardzo wysoki chłopak w długim brązowym  
trenczu, rozpiętym tak, że widać było coś srebrnego  
wciśniętego za pas. Miał ogoloną głowę, prosty wąski  
nos i idealne zęby.  

I białe oczy. Oczy całkowicie pozbawione odcienia.  

Żadnych tęczówek, żadnych źrenic, nic.  

 

331  

background image

62.   

 

 

Jego dziwny nieobecny wyraz twarzy przypominał  

Luce dziewczynę z Wygnańców. Choć wtedy nie zna-  
lazła się na tyle blisko, by móc ocenić, co jest nie tak  
z jej oczami, teraz mogła się domyślać.  

Shelby spojrzała na chłopaka, przełknęła ślinę i wpa-  

trzyła się w swój talerz.  

- To nie ma nic wspólnego ze mną- wymamrotała.  
- Zachowaj go dla siebie - powiedziała Arriane do  

 

chłopaka. - Możesz nałożyć go na pierwszą kanap-  
kę, którą ci podam. - Luce patrzyła szeroko otwarty-  
mi oczami, jak drobna Arriane wstaje i wyciera ręce  
o dżinsy. - Zaraz wracam. Aha, Luce, przypomnij mi,  
żebym cię za to złajała.  

Nim Luce zdążyła zapytać, co ten chłopak ma z nią  

wspólnego, Arriane chwyciła go za małżowinę uszną,  
mocno skręciła i wbiła jego głowę w szklaną wystawkę  
obok baru.  

Nagły hałas zakłócił leniwy spokój restauracji. Chło-  

pak jęknął, kiedy Arriane skręciła jego ucho w drugą  
stronę i skoczyła na niego. Rycząc z bólu, zaczął 
szarpać  
swoim szczupłym ciałem, aż zrzucił Arriane z siebie,  
prosto na szklaną wystawkę.  

Arriane przetoczyła się po niej i zatrzymała się na  

końcu, zrzucając wysoki tort bezowy, po czym wsko-  
czyła na bar. Skoczyła na chłopaka, zacisnęła nogi na  
jego szyi i zaczęła tłuc go w twarz drobnymi pięściami.  

- Arriane! - wrzasnęła kelnerka. - Nie moje ciasta!  

Próbuję być tolerancyjna! Ale muszę z czegoś żyć!  

 

332  

 

 

 

- W porządku! - odkrzyknęła Arriane. - Pójdziemy  

do kuchni.  

Puściła chłopaka, zsunęła się na podłogę i kopnęła  

go butem na koturnie. Zatoczył się w stronę drzwi pro-  
wadzących do kuchni.  

- Chodźcie, wszyscy troje! - zawołała do stolika. -  

Możecie się przy okazji czegoś nauczyć.  

Miles i Shelby rzucili serwetki, przypominając Luce  

dzieciaki z Dover, które zostawiały wszystko, co robiły,  
i biegły korytarzami z wrzaskiem "Bójka! Bójka!" za  
każdym razem, gdy pojawiały się najmniejsze pogłoski  
o przepychankach.  

Z niejakim wahaniem Luce podążyła za nimi. Jeśli  

Arriane sugerowała, że ten gość pojawił się z jej powo-  
du, to nasuwało się wiele nieprzyjemnych pytań. Co  
z ludźmi, którzy porwali Dawn? I tamtą łuczniczką,  
którą Cam zabił na przylądku Noyo?  

W środku rozległ się głośny trzask i na zewnątrz  

wybiegło trzech przerażonych mężczyzn w brudnych  
fartuchach. Nim Luce przepchnęła się obok nich przez  
wahadłowe drzwi, Arriane postawiła stopę na głowie  
chłopaka, a Miles i Shelby wiązali go sznurkiem zwyk-  
le używanym do wiązania pieczeni. Puste oczy chło-  
paka wpatrywały się w Luce, ale jednocześnie patrzyły  
przez mą.  

Zakneblowali go ścierką kuchenną, więc mógł je-  

dynie jęknąć, kiedy Arriane zapytała go szyderczym  
tonem:  

 

333  

background image

63.   

64.   

 

- Chciałbyś trochę ochłonąć? W zamrażarce?  
Chłopak zrezygnował już z walki.  

 

Chwyciwszy go za kołnierz, Arriane przeciągnęła go  

przez kuchnię do wysokiej zamrażarki, kopnęła jeszcze  
kilka razy i spokojnie zamknęła drzwi. Otrzepała ręce  
i spojrzała na Luce z wkurzoną miną.  

- Kto chce mnie dopaść, Arriane.? - Głos Luce  

drżał.  

- Mnóstwo ludzi, mała.  
- Czy to był ... - Luce wróciła myślami do spotkania  

z Camem - ... Wygnaniec?  

Arriane odchrząknęła. Shelby zakaszlała.  

 

- Daniel powiedział mi, że nie może być ze mną, bo  

przyciąga zbyt wielką uwagę. Mówił, że będę bezpiecz-  

a w Shoreline, ale oni tam także przyszli ...  

- Tylko dlatego, że wyczuli, jak opuszczasz teren  

szkoły. Ty również przyciągasz uwagę, Luce. A kiedy  
wychodzisz na świat i rozwalasz kasyna czy coś w tym  
stylu, możemy to wyczuć. Podobnie ci źli goście. Dla-  

ego w ogóle trafiłaś do tej szkoły.  

- Co takiego? - wtrąciła się Shelby. - Ukrywacie ją  

wśród nas? A co z naszym bezpieczeństwem? A gdyby  
ci Wygnańcy po prostu weszli na teren szkoły?  

Miles nic nie mówił, jedynie popatrywał z zaniepo-  

ojoną miną to na Luce, to na Arriane.  

- Nie rozumiesz, że Nefilim cię ukrywają? - spytała  

Arriane. - Daniel nie powiedział ci o ich... nieważne,  
barwach ochronnych?  

 

334  

 

 

Luce powróciła myślami do nocy, gdy Daniel zosta-  

ił ją w Shoreline.  

w

 

- Wspominał chyba coś o tarczy, ale ... - Tamtej  

nocy tak wiele myśli kłębiło się w jej głowie. Skupiała  
się głównie na przetrawieniu faktu, że Daniel ją zosta-  
wia. Teraz wypełniało ją mdlące poczucie winy. - Nie  
rozumiałam. Nic nie wyjaśnił, powtarzał mi tylko, że  
mam zostać na terenie szkoły. Myślałam, że jest nad-  

piekuńczy.  

- Daniel wie, co robi. - Arriane wzruszyła ramiona-  

mi. - Przeważnie. - Z namysłem wystawiła koniuszek  

ęzyka. - Dobra, czasami. Od czasu do czasu.  

- Mówisz, że ktokolwiek na nią poluje, nie widzi jej,  

kiedy jest z bandą Nefilim? - To był Miles, któremu  

ajwyraźniej wrócił głos.  

- Wygnańcy w ogóle nie widzą - stwierdziła Arria-  

ne. - Zostali oślepieni podczas Buntu. Miałam właśnie  
przejść do tej części historii, jest naprawdę niezła. Ośle-  
pienie i całe te edypowe zagrania. - Westchnęła. - No  
tak. Wygnańcy. Widzą płomień twojej duszy... który  
o wiele trudniej zauważyć, kiedy jesteś z bandą Ne-  
filim.  

Miles szeroko otworzył oczy. Shelby nerwowo ob-  

gryzała paznokcie.  

- Czyli dlatego pomylili Dawn ze mną.  
- Tak w każdym razie odnalazł cię dziś chłopak z za-  

 

mrażarki - powiedziała Arriane. - Do diabła, w ten  
sposób ja cię odnalazłam. Jesteś jak świeca w ciemnej  

 

335  

background image

65.   

jaskini. - Zdjęła z blatu puszkę bitej śmietany i psiknę-  
ła sobie do ust. - Po walce dobrze mi robi bezmleczna  
przekąska.  

Arriane ziewnęła, co sprawiło, że Luce spojrzała na  

stojący na ladzie zegar elektroniczny. Była druga trzy-  
dzieści rano.  

- A choć lubię kopać tyłki i kląć, wasza trójka już  

dawno powinna być w łóżeczkach. - Arriane zagwiz-  
dała i spośród cieni pod blatami roboczymi wyłonił  
się Głosiciel. - Nigdy tego nie zrobiłam, jasne? Gdyby  
ktoś pytał, nigdy tego nie zrobiłam. 

Podróźowanie 

przy  

pomocy Głosicieli jest baardzo niebezpieczne. Słyszałeś  
to, twardzielu? - Trzepnęła Milesa w czoło i rozcapie-  
rzyła palce. Cień natychmiast przybrał idealny kształt  
drzwi pośrodku kuchni. - Ale jestem w pracy, a to naj-  
szybszy sposób, żeby zabrać was do domu, gdzie bę-  
dziecie bezpieczni.  

- Ładnie - powiedział Miles, jakby robił notatki.  
- Zabieram was z powrotem do szkoły, gdzie zosta-  

niecie - popatrzyła im po kolei w oczy - albo będziecie  
mieli do czynienia ze mną.  

- Idziesz z nami? - spytała Shelby. W jej oczach  

w końcu pojawił się ślad oszołomienia.  

- Tak wygląda. - Arriane mrugnęła w stronę Luce. -  

Zmieniłaś się w cholerny fajerwerk. Ktoś musi mieć cię  
na oku.  

 

336  

 

Przejście z Arriane było jeszcze łatwiejsze niż dro-  

ga do Las Vegas. Przypominało wejście do budyn-  
ku po czasie spędzonym na słońcu - kiedy człowiek  
przechodzi przez drzwi, światło robi się nieco słabsze,  
ale wystarczy parę razy zamrugać i wzrok się przyzwy-  
czaja.  

Luce była niemal rozczarowana, kiedy znalazła się  

z powrotem w swoim pokoju po całym zgiełku i zamie-  
szaniu Las Vegas. Ale wtedy pomyślała o Dawn i o Ve-  
rze. Niemal rozczarowana. Jej wzrok padł na wszystkie  
znajome oznaki świadczące, że wrócili. Dwa niepoś-  
cielone łóżka, maty do jogi zwinięte w kącie, leżący  
na biurku Luce egzemplarz 

Republiki 

z zakładką - i na  

jedną rzecz, której się nie spodziewała.  

Daniel, ubrany na czarno, i dokładający do ognia na  

kominku.  

- Au! - wrzasnęła Shelby, wpadając w ramiona Mi-  

lesa. - Cholernie mnie przeraziłeś! I to jeszcze w moim  
azylu. To nie w porządku, Danielu.  

Spojrzała paskudnie na Luce, jakby ona miała coś  

wspólnego z jego pojawieniem się.  

Daniel zignorował Shelby i odezwał się spokojnie  

do Luce:  

- Witaj z powrotem.  
- Daniel?! - sapnęła Arriane. Otworzyła szeroko  

oczy, jakby zobaczyła ducha.  

Daniel zamarł. Wyraźnie nie spodziewał się spotkać  

Arriane.  

 

337  

background image

66.   

 

- Ja ... muszę z nią przez chwilę porozmawiać. Póź-  

niej odejdę. - Jego głos brzmiał, jakby czuł się winny,  
może nawet przestraszony.  

- Dobra - powiedziała Arriane, chwytając Milesa  

i Shelby za szyje. - Właśnie wychodziliśmy. Nikt z nas  
cię tu nie widział. - Popchnęła ich przed sobą. - Zoba-  
czymy się później, Luce.  

Shelby miała taką minę, jakby nie mogła się docze-  

kać wyjścia z pokoju. Miles miał ponurą minę i wpa-  
trywał się w Luce tak intensywnie, że Arriane musiała  
go wyrzucić na korytarz, a później z wielkim hukiem  
zamknęła za sobą drzwi.  

Wtedy Daniel podszedł do Luce. Zamknęła oczy  

i pozwoliła sobie poczuć ciepło jego bliskości. Wdycha-  
ła jego zapach, ciesząc się, że jest w domu. Nie w domu  
w Shoreline, tylko w domu - tak czuła się zawsze w obec-  
ności Daniela. Nawet kiedy znajdowała się w naj dziw-  
niejszych miejscach. Nawet kiedy ich związek się walił.  

Tak jak teraz.  

Nie całował jej, nie wziął jej nawet w ramiona. Za-  

skoczyło ją, że tego pragnie, nawet po wszystkim, co  
zobaczyła. Brak jego dotyku sprawiał, że czuła głęboki  
ból w piersi. Kiedy otworzyła oczy, stał zaledwie kilka  
centymetrów od niej i wpatrywał się w nią swoimi fio-  
letowymi oczami.  

- Przestraszyłaś mnie.  

Nigdy wcześniej nie słyszała, żeby to mówił. Zazwy-  

czaj to ona się bała.  

 

338  

 

 

- Wszystko w porządku? - spytał.  

Luce potrząsnęła głową. Daniel wziął ją za rękę i bez  

słowa poprowadził do okna, wyciągnął z ciepłego po-  
koju w zimną noc, na półkę pod oknem, gdzie spotkali  
się poprzednim razem.  

Księżyc był owalny i wisiał nisko na niebie. Sowy  

spały w sekwojach. Z tego miejsca Luce widziała fale  
rozbijające się o brzeg. Po przeciwnej stronie samotne  
światło paliło się w budynku Nefilim, ale Luce nie wie-  
działa, czy to gabinet Franceski, czy Stevena.  

Oboje usiedli na półce i machali nogami. Oparli  

się o lekko nachylony dach za plecami i patrzyli na  
gwiazdy, które świeciły słabo, jakby zakrywały je bar-  
dzo cienkie chmury. Wkrótce Luce się rozpłakała.  

Ponieważ on był na nią wściekły albo ona na nie-  

go. Ponieważ jej ciało tyle przeżyło, wchodziło do  
Głosicieli i je opuszczało, przekraczało granicę sta-  
nów, wchodziło w niedawną przeszłość i z powrotem  
w teraźniejszość. Ponieważ jej serce i głowę wypełniał  
mętlik, a bliskość Daniela jeszcze bardziej wszystko  
komplikowała. Ponieważ wyglądało na to, że Miles  
i Shelby go nienawidzą. Z powodu grozy na twarzy  
Very, kiedy rozpoznała Luce. Ze względu na wszystkie  
łzy, które jej siostra wypłakała z jej powodu i ponieważ  
Luce znów ją skrzywdziła, pojawiając się przy jej stole.  
Z powodu, wszystkich innych pogrążonych w żałobie  
rodzin, zatopionych w smutku, gdyż ich córki miały  
pecha być kolejną reinkarnacją zakochanej idiotki.  

 

339  

background image

67.

 

 

 

Ponieważ myślenie o tych wszystkich rodzinach spra-  
wiało, że Luce rozpaczliwe zatęskniła za swoimi rodzi-  
cami w Thunderbolt. Ponieważ była odpowiedzialna  
za porwanie Dawn. Ponieważ miała siedemnaście lat  
i wciąż żyła, wbrew tysiącletnim doświadczeniom. Po-  
nieważ wiedziała wystarczająco wiele, by się bać przy-  
szłości. Ponieważ była trzecia trzydzieści, ona nie spała  
od wielu dni i nie wiedziała, co robić.  

 

Przytulił ją, otoczył jej ciało swoim ciepłem, przy-  

ciągnął do siebie i kołysał w ramionach. Ona łkała,  
sapała i marzyła o chusteczce, by wydmuchać nos. Za-  
stanawiała się, jak można czuć się paskudnie z powodu  
tak wielu rzeczy naraz.  

- Cii - wyszeptał Daniel. - Cii.  

 

Dzień wcześniej było jej niedobrze, kiedy patrzyła,  

jak Daniel unicestwia ją swoją miłością w tamtym Gło-  
sicielu. Nieunikniona przemoc ukryta w samej naturze  
ich związku wydawała się nie do przezwyciężenia. 

Ale  

teraz, zwłaszcza po rozmowie z Arriane, Luce czuła,  
że nadchodzi coś wielkiego. Coś się poruszyło - może  
cały świat się poruszył - a Luce i Daniel wisieli tuż  
na krawędzi. To było wszędzie wokół nich, w samym  
eterze, i wpływało na sposób, w jaki postrzegała siebie  
i Daniela.  

 

Ta bezradność, którą widziała w jego oczach w tych  

chwilach tuż przed śmiercią - teraz wydawało jej się,  
że jest przeszłością. Przypomniała sobie, jak patrzył na  

 

340  

nią po pierwszym pocałunku w tym życiu, na bagnistej  
plaży w pobliżu Sword & Cross. Smak.jego warg, jego  
oddech na jej szyi, jego mocne objęcia. Wszystko było  
cudowne - poza strachem w jego oczach.  

 

Ale 

Daniel od jakiegoś czasu już tak na nią nie spo-  

glądał. Sposób, w jaki na nią patrzył teraz, nie zdradzał  
niczego. Patrzył na nią, jakby się spodziewał, że przy  
nim zostanie, niemal jakby musiała to zrobić. W tym  
życiu sytuacja wyglądała inaczej. Wszyscy to powtarzali  
i Luce też to wyczuwała - objawienie wzrastające w jej  
duszy. Widziała, jak umiera, i przetrwała to. Daniel nie  
musiał już znosić swojej klątwy samotnie. Mogli robić  
to razem.  

 

- Chcę ci coś powiedzieć - powiedziała z twarzą  

ukrytą w jego koszuli, ocierając oczy rękawem. - Chcia-  
łabym z tobą porozmawiać zanim coś powiesz.  

Poczuła, jak jego broda ociera się o czubek jej głowy.  

Przytakiwał.  

- Wiem, że musisz uważać na to, co mi mówisz.  

Wiem, że wcześniej umierałam. 

Ale 

tym razem nigdzie  

się nie wybieram, Danielu. Czuję to. A przynajmniej  
nie bez walki. - Próbowała się uśmiechnąć. - Chyba  
nam obojgu pomogłoby, gdybyś przestał mnie trakto-  
wać jak kruche szkło. Dlatego proszę cię, jako twoja  
przyjaciółka, jako twoja dziewczyna, jako, no wiesz,  
miłość twojego życia, żebyś powiedział mi więcej. Ina-  
czej czuję się odizolowana, niepewna i...  

 

341  

background image

68.   

Zaczepił palec o brodę Luce i podniósł jej głowę.  

Spoglądał na nią z zaciekawieniem. Czekała, aż jej  
przerwie, ale tego nie zrobił.  

- Nie opuściłam Shoreline, żeby zrobić ci na złość -  

mówiła dalej. - Opuściłam je, bo nie wiedziałam, dla-  
czego to ma takie znaczenie. I naraziłam w ten sposób  
swoich przyjaciół na niebezpieczeństwo.  

 

Daniel ujął jej twarz. Fiolet w jego oczach niemal  

płonął.  

- Zawiodłem cię tak wiele razy _. wyszeptał. - I być  

może w tym życiu przesadzałem z ostrożnością. Powi-  
nienem się domyślić, że będziesz sprawdzać wszystkie  
ograniczenia. Inaczej nie byłabyś... dziewczyną, któ-  
rą pokochałem. - Luce spodziewała się, że się do niej  
uśmiechnie. Nie zrobił tego. - Tym razem gra idzie  
o tak wiele. Tak bardzo się skupiałem na ...  

- Wygnańcach?  
- To oni porwali twoją koleżankę - wyjaśnił Da-  

niel. - Z trudem odróżniają prawą stronę od lewej, nie  
wspominając już o tym, dla kogo właściwie pracują.  

Luce pomyślała o dziewczynie, którą Cam zastrzelił  

srebrną strzałą, i o przystojnym chłopaku z pustymi  
oczami, który przyszedł do nich w barze.  

- Ponieważ są ślepi.  

 

Daniel spuścił wzrok i złożył razem palce. Wyglądał,  

jakby miał zaraz zwymiotować.  

- Ślepi, ale bardzo brutalni. - Zaczął bawić się jej  

 

blond lokami.  

Pofarbowanie włosów było bardzo  

 

342  

 

sprytne. Zapewniło ci bezpieczeństwo, kiedy ja się  
spóźniłem.  

- Sprytne? - Luce była przerażona. - Dawn mogła  

umrzeć, bo ja dorwałam butelkę taniego rozjaśniacza.  
To takie sprytne? Gdybym ... gdybym jutro nagle po-  
farbowała się z powrotem na czarno, Wygnańcy mogli-  
by mnie znaleźć?  

Daniel pokręcił głową.  
- W ogóle nie powinni znaleźć się na terenie szkoły.  

 

Nie powinni położyć łap na żadnej z was. Dzień i noc  
wysilam się, żeby utrzymać ich z dala od ciebie ... z 
dala  
od całej szkoły. Ktoś im pomaga, a ja nie wiem kto ...  

 

- Cam. - A co innego by tu robił?  
Daniel znów pokręcił głową.  
- Ktokolwiek to jest, pożałuje tego.  

 

Luce założyła ręce na piersi. Czuła, że twarz piecze  

ją po płaczu.  

- To pewnie znaczy, że nie pojadę do domu na Świę-  

to Dziękczynienia? - Zamknęła oczy, próbując nie wy-  
obrażać sobie zasmuconych twarzy rodziców. - Nie  
musisz odpowiadać.  

 

- Proszę. Jeszcze tylko trochę.  
Pokiwała głową.  
- Rozejm.  
- Co? - Mocno chwycił ją za ramiona. - Skąd ...  
-Wiem. - Luce miała nadzieję, że Daniel nie czu-  

 

je, jak jej ciało zaczyna drżeć. Robiło się jeszcze go-  
rzej, kiedy udawała bardziej pewną siebie, niż była  

 

343  

background image

69.   

w rzeczywistości. - I wiem, że już wkrótce przechylisz  
szalę równowagi między Niebem a Piekłem.  

- Kto ci to powiedział? - Daniel odginał ramiona do  

tyłu, co jak wiedziała oznaczało, że próbuje powstrzy-  
mać się przed rozwinięciem skrzydeł.  
- Domyśliłam się. Dużo się tu dzieje, kiedy cię nie ma.  
W oczach Daniela pojawił się ślad zazdrości. Z po-  
czątku ucieszyła się, że udało się jej go sprowokować,  
ale tak naprawdę nie chciała wywoływać w nim zazdro-  
ści. Szczególnie, że działo się tyle wielkich rzeczy.  

- Przepraszam - powiedziała. - Nie powinnam cię  

teraz rozpraszać. To, co robisz ... to chyba bardzo po-  
ważna sprawa ...  

Urwała, licząc, że Daniel poczuje się swobodnie i po-  

wie jej coś więcej. To była najbardziej otwarta, uczciwa  
i dojrzała rozmowa, jaką prowadzili, być może kiedy-  
kolwiek.  

 

Lecz wtedy, zbyt wcześnie, twarz Daniela spochmur-  

niała, czego Luce podświadomie się obawiała.  

 

- Zapomnij o tym wszystkim. Tylko wydaje ci się,  

że cokolwiek wiesz.  

Podciągnęła nogi i stanęła na półce.  

- Jedno wiem, Danielu - powiedziała, patrząc na  

niego z góry. - Gdyby chodziło o mnie, nie byłoby  
żadnych wątpliwości. Gdyby to na moją decyzję czekał  
cały wszechświat, stanęłabym po stronie dobra.  

 

Fioletowe oczy Daniela patrzyły bezpośrednio przed  

siebie, w stronę ciemnego lasu.  

 

344  

 

- Ty stanęłabyś po stronie dobra - powtórzył. Jego  

głos wydawał się tępy i rozpaczliwie smutny. Smutniej-  
szy niż kiedykolwiek wcześniej.  

Luce powstrzymała pragnienie, by przykucnąć i go  

przeprosić. Odwróciła się i zostawiła Daniela samego.  
Czy to nie oczywiste, że miał wybrać stronę dobra? Czy  
nie postąpiłby tak każdy?