background image

 
 

HENRI

 

Bergson

 

Śmiech

 

Esej o komizmie

 

Przełożył

 

STANISŁAW CICHOWICZ

 

Przedmowa

 

STEFANA MORAWSKIEGO

 

i

 

WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKÓW

 

background image

 
 

Paradoksy filozofii komizmu

 

 

 

HENRI BERGSON de l'Academie francaise et de 

l'Acadeinie des Sciences morales et politiąues

 

Vingt-Troisieme Edition

 

PARIS. FELIX ALCAN 

1924

 

 

1. Według większości twórców, tych, którzy 

profesjonalnie rozśmieszają na różne sposoby 
innych, najlepiej byłoby w ogóle zrezygnować z 
teoretycznej analizy zjawiska zwanego komizmem. 
Nie inaczej zresztą myśli się w ogóle o sztuce. Po cóż 
brać na warsztat badawczy coś kruchego i 
tajemniczego? Jeśli już zawierzyć refleksjom, czy 
nie właściwiej wysłuchać samych artystów, którzy 
nierzadko wypowiadają się o własnej praktyce? 
Znacząca jest aliści potrzeba wyjaśniania tych 
tajemniczych fenomenów, skoro ulegają jej także 
twórcy. Dla innych stanowi ona impuls równie 
nieodzowny, jak pragnienie dziecka, by z 
ciekawości rozłożyć zabawkę na części i stwierdzić, 
jaki nią porusza mechanizm. Jeszcze dla innych jest 
po prostu potrzebą twórczą, paralełną do 
artystycznej. Pośród wielu innych fundamentalnych 
pytań, które nękają od stuleci umysł ludzki, jest i to 
dotyczące istoty sztuki czy kon-kretniejszych 
problemów, np. podstaw komizmu. Prawda, że 
odpowiedzi, zwłaszcza dyktowane ambicjami 
uniwersalistycznymi (rozstrzygnięcie typu „raz na 
zawsze"), zawodziły i wciąż zawodzą, ale ileż innych 
przedmiotów badania z równą mocą urąga 
nieugaszonej ciekawości intelektualnej.

 

Przekład oparto na wydaniu:

 

LE  RIRE

 

ESSAI SUR LA 

SIGNIFICATION DU COMIQUE

 

background image

 
 

Kwestią sporną zatem nie to jest, czy kontynuować 
czy zawiesić owe pytania, ale jak pytać. Poprzestać 
wyłącznie na sprawozdaniu z własnych doświad-
czeń? Wiadomo jednak, że to nader słaby funda-
ment, by na nim oprzeć wyjaśnienie tego, co i 
dlaczego  śmieszne. Odwołać się do odczuć i sądów 
cudzych, skonfrontowanych z własnymi? Gdy 
próbka taka jest spora i w danej grupie oraz danym 
środowisku znajduje dalsze potwierdzenie, wydaje 
się,  że uchwyciliśmy znaczną część prawdy. 
Wiadomo bowiem, że zazwyczaj śmiejemy się z 
tego, co wedle normy kulturowej uznane jest za 
śmieszne. Truizm ten wymaga wciąż sprawdzania. 
Kuszące jest poprzestanie na ustalonej normie, ale 
nadal wyłaniają się  wątpliwości. To, że ludzie 
śmieją się z czego innego dzisiaj niż kiedyś, przed 
dekadami czy stuleciami, że w Europie co innego 
uważa się za komiczne niż w Japonii bądź w Peru, 
nie wyklucza przecież wspólnego i zgodnego 
śmiechu. Jakie są jego źródła?

 

Rysuje się wówczas trzecia możliwość badawcza, 

wykraczająca poza układ psycho-socjolo-gicznych 
współczynników, ważnych na wąskim społecznie i 
czasowo obszarze. Mianowicie, zestawia się 
rozmaite dotąd wysuwane teorie, które się na ogół 
wzajem zwalczały. Eliminuje się odpowiedzi, które 
nie wytrzymały ataku krytyki; wyłania się z 
ocalonej reszty to, co wydaje się nieprzeciwstawne, 
co tworzy jakąś zwartą, ze skumulowanego wysiłku 
osiągniętą koncepcję. Rozwiązanie pociągające tych, 
którzy lubią pozytywne saldo, ale chyba bardziej 
podejrzane niż rozwiązania poprzednie. Bowiem ze 
zgodności wyselekcjonowanych tez teoretycznych 
nie wynika

 

nic więcej jak zbiór punktów stycznych między 
rozmaitymi koncepcjami. Jest zaś wysoce prawdo-
podobne,  że najciekawsze czy nawet najtrafniejsze 
odpowiedzi nie należą do tego zbioru.

 

Kto dokonuje bilansu teoretycznego, ma zwykle 

dwa wyjścia: bądź zmuszony jest orzec, że  żadne 
racje nie są godne zaufania, bądź — jak w przyto-
czonym przed chwilą ujęciu — że z kilku sumu-
jących się racji składa się odpowiedź bezsporna. 
Oba te wyjścia są zawodne.

 

Pozostaje tedy filozoficzne rozpatrzenie sensu 

śmieszności i jej odmian. Nęcąca i perswazyjna 
wydaje się teza, że uznajemy coś za komiczne czy 
tragiczne w zawisłości od tego, jaki mamy 
światopogląd, jak rozumiemy sens egzystencji, jak i 
według jakiej skali wartościujemy rzeczywistość, 
siebie samych i innych ludzi. Trzeba jednak dokonać 
wyboru filozofii i w granicach wybranej 
perspektywy spojrzeć na rozpatrywane zjawiska. 
Należałoby w tym miejscu przypomnieć, że również 
filozoficzne wybory i strategie są uwarunkowane 
przez normy kulturowe. Np. niewątpliwe wydaje się, 
że koncepcję Bergsona dałoby się wyinterpretować 
jako bezpośrednią odpowiedź na ówczesne 
paradygmaty naukowe, artystyczne i społeczno-
obyczajowe, a więc pośrednio jego teorię komizmu 
jako zachowań się i postaw zautomatyzowanych 
można by uznać za korelat spotęgowanych w jego 
czasach procesów reifikacyjnych. Na procesy 
alienacyjne każdy filozof odpowiada bowiem w 
jemu właściwy sposób, często zakamuflowany. Inne 
świadectwo zakotwiczenia w epoce, to dialog 
Bergsona z ówczesnym repertuarem komediowym, 
klasycznym i aktualnym, oraz z zastanymi 
koncepcjami

 

background image

 
 

 

 

komizmu bez względu na to, czy je wspomniał i z 
nimi jawnie polemizował. Interesujące w tym 
względzie byłoby np. zestawienie Bergsonowskiego 
studium z rozprawą George'a Mereditha, o nie-
spełna ćwierć  wieku wcześniejszą i szeroko wówczas 
komentowaną. Niemniej   fundamentem  idej 
Bergsona nie były obserwacje otoczenia hic et 
nunc dokonane,  lecz  refleksje nad śmiesznością 
człowieka w ogóle. Zdając więc sobie sprawę z hi-
storycznych uwarunkowań każdego pomysłu filozo-
ficznego, należy zarazem pamiętać,  że filozoficzną 
orientację radykalnie odróżnia od psychologicznej i 
socjologicznej próba przekraczania danej normy, tzn. 
niejako ponadhistorycznego uogólnienia tu oto 
danych doświadczeń.  Dlatego  też  między  kon-
cepcjami filozoficznymi notujemy ostre sprzecz-
ności   i   stosowanie   zasady:   „albo-albo";   stąd w 
konsekwencji konieczność zajęcia określonego 
stanowiska, z którego śmieszność jawi się w kon-
tekście rozstrzygnięć całościowych, antropologicz-
nych. Filozoficzna perspektywa badawcza może 
korzystać z rozwiązań i podejść przedtem wymie-
nionych bądź je ominąć. Może także powrócić do 
naszego punktu wyjścia, tzn. wyciągnąć w osta-
teczności konkluzję, iż komizm jest zjawiskiem nie-
wytłumaczalnym, j e ne sais quoi, jak mawiano we  
Francji  XVII   w.   Wynik  ów  różniłby  się, mimo 
pozorów tożsamości, od tego, do którego przyznają   
się    twórcy   niechętni    teoretycznym dyskursom. 
Tu wszakże jest założeniem przyjętym z góry, 
lekceważącym intelektualną potrzebę rozwiązania 
zagadki;  w wydaniu  filozoficznym  to rezultat 
długich bezowocnych medytacji. Tak więc  refleksje   
nad   komizmem   nie   są      sobie      równe.  Jedne 
wydają się ciasne i mało wydajne, inne bo-

 

gatsze i bardziej płodne. Nie o ścisłą precyzację 
naukową ani też nie o rozstrzygnięcia bezsporne 
należy się tu chyba ubiegać, ale o włączenie owych 
rozważań w jakąś pobudzającą do wielo-
poziomowego myślenia koncepcję filozoficzną. Ma 
to swoje najlepsze strony w tym, że kieruje ku 
najgłębszym pokładom komizmu — ku ludzkiej 
naturze oraz kulturze czy też skłóceniu między nimi. 
Ma również strony ryzykowne, gdyż projekt 
filozoficzny, często jednostronny, uczula na 
określone kwestie z pominięciem kwestii innych 
wcale nie mniej ważnych — albo jest tak ekspan-
sywny,  że z danej wizji rzeczywistości wywodzi 
wszystkie przejawy i odmiany komizmu. Takimi 
właśnie zaletami i zarazem słabościami odznacza się 
koncepcja Henri Bergsona. Przyjrzyjmy się bliżej 
strukturze wywodów w jego pracy.

 

2. Mówiąc o strukturze wywodów nie mam na 

uwadze ani układu kompozycyjnego, który jest 
nader przejrzysty, ani argumentów, łatwych do 
wyłowienia i streszczenia; interesują mnie nato-
miast metoda i jej kontekst filozoficzny, główne 
wątki oraz sprzeczności i ukryte antynomie 
rozprawy

1

^.

 

l

'  Zainteresowani myślą estetyczną Bergsona w kontekście jego 

systemu filozoficznego mogą sięgnąć do następujących pozycji: A. et J. 
Brincourt,  Lts oeuvres et les lumieres, Paris 1955; S. Dresden, Les idćes 
csthetigues de Bergson, 
Paris 1956; Bergson et nous. Actes du X-e Congres des 
socielćs de philosophie de langiie franfaisf, 
Paris 1959. Bibliografie o 
komizmie zebrał w instruktywnej pracy pod tym tytułem (Warszawa 
1967} B. Dziemidok; dorzucić do niej można: L. Fabre, Le rirc et les 
rifitrs, 
Paris 1929; F. Jeanson, Signification humaine du rire, Paris 1950; J. 
Campbell, The Hero with a Thousand Faccs, New York 1956; Ch. Mau-ron, 
La psycho-critique du genre artistigtte, Paris 1964, rozdz, I—III; P. 
Lauter,  Theoria of Corr.edy, New York 1964; H. Kallcn, Liberty, 
Laughter and Tears. Reflections on the Relations of Comedy and Tragedy

 

8

 

9

background image

 
 

 

 

Teoria. Wielokrotnie Bergson podkreśla, że nie 

wystarczy definiowanie pojęcia „komizm", iż 
niezbędna jest rozległa bezpośrednia znajomość 
wielu rozmaitych przejawów badanego zjawiska, by 
dotrzeć do jego istoty. Rozprawa jest więc próbą 
teorii komizmu, z której można ewentualnie 
wysnuć definicje różnej  śmieszności w różnych 
kontekstach — np. sytuacyjnym, słownym, odnie-
sionym do danego charakteru. Argumentacja ta 
została wyakcentowana przez autora w Przedmowie 
Dodatku do wydania książki z r. 1924.

 

Dodatek jest fragmentem artykułu Bergsona z r. 

1919, w którym odpowiedział na uwagi krytyczne 
Yves Delage'a. Ten dowodził,  że komizm 
sprowadza się zawsze i wszędzie, jakiekolwiek 
byłyby jego postacie, do dysharmonii między 
przyczyną a skutkiem. Bergson replikował, że każda 
tego typu definicja jest narażona na klęskę. Jest za 
ogólnikowa, za szeroka bądź za wąska. ^loże być o 
tyle trafna, że dotyka warunku niezbędnego dla 
wywołania  śmieszności, ale nie stanowi warunku 
wystarczającego. Zamiast oferowania definicji czy to 
nominalnych (co dany termin znaczy), czy 
rzeczowych, będących pochopnym uogólnieniem 
przykładów odpowiednio dobranych, Bergson zaleca 
obrać drogę stopniowej analizy sposobów 
wywoływania efektów komicznych na materiale 
najróżnorodniejszym. Tak właśnie — powiada — 
uczynił był w studium o śmiechu, badając warianty 
tego samego tematu

 

to Human Freedom, Northwest, U. P. 1968; E. Olson, The Theory oj 
Comedy, 
Bloomington 1968; J, Feibleman, In Praise of Comedy. A Study in 
Its Tlieory md Practke, 
New York 1970; M. Gureyitch, Comedy, The 
Irratimal Yisim, 
Ithaca 1975; H. Lutzelcr, Fróhliche Wissenschaft, 
Freiburg 1976; W. .T. 

Pr

oppj Praliśmy komizma i smiecha, Moskwa 1976

 

(des variations sur un theme). Skądże jednak wiadomo, 
co jest owym tematem? skąd pewność,  że 
spojrzenie „od góry" jest —jak autor zaznacza w 
tekście — spojrzeniem najwłaściwszym? Pewność ta 
zasadzać się może wyłącznie na określonej 
koncepcji filozoficznej; ona stanowi teoretyczną 
podstawę jednolitego' wyjaśnienia  śmieszności tak 
odrębnych, jak jąkającego się oratora i kalamburu, 
sztuczek klowna i Molierowskiego Tartuffe'a, 
zwyczajnego qui pro quo i czyjejś nadętej, 
ceremonialnej powagi. Koncepcja Bergsona wy-
wodzi się oczywiście z jego własnych założeń 
filozoficznych, których rozprawa dostarcza pod 
dostatkiem. „.

 

Teza naczelna głosi mianowicie, iż komizm jest 

rezultatem takiej przeciwstawności ducha i materii, 
treści i formy, dynamicznych sił  życiowych i 
automatyzmów, która przejawia się w zwycięskim 
oporze pierwszego elementu wobec mechanicznej 
bezwładności (usztywnienia) ciała czy umysłu. 
Ludzka rzeczywistość urzeczowiona i 
skonwencjonalizowana, zaludniona marionetkami, 
bądź  świat natury ustatyczniony, niezmienny, 
śmieszą nas, gdyż to, co żywe, przybiera wówczas 
pozór martwoty. Komizm jest zatem odwrotną 
stroną procesów witalnych;~Te~cećTriyć" 'ciągła 
zmienność, niepowtarzalność, indywidualizacja 
wysokiego stopnia, tu zaś jak w materii nieorga-
nicznej stykamy się ze stałością, rutyną, standardo-
wymi sposobami bycia, myślenia, odczuwania etc.

 

Teza druga — podtrzymująca naczelną — 

wyprowadzona jest z refleksji estetycznych. Sztuka 
zwrócona jest nie ku materii, lecz ku duchowi. 
Ujawnia w granicach danego tworzywa wrażliwość 
zmysłową danego artysty i związaną, z nią symbo-

 

II

10

 

background image

 
 

 

 

likę, odkrywa rytm określonych stron życia 
wewnętrznego oraz zewnętrznego. Jej punktem 
widzenia i zarazem przedmiotem są indywidualne 
przejawy rzeczywistości — przede wszystkim 
ludzkiej, ale i pozaludzkiej. Jest zainteresowana w 
zdobyciu prawdy, w odsłonięciu tego, co sekretne, a 
więc cechuje ją bezinteresowność, a nie nastawienie 
pragmatyczne. W przeciwstawieniu do tragedii 
komedia zorientowana jest ku zjawiskom 
zewnętrznym, pospolitym, powielanym. W pierwszej 
sztuka znajduje pełne ucieleśnienie, w drugiej 
zaledwie cząstkowe; poczucie tragizmu jest bowiem 
adekwatne do życia duchowego, natomiast poczucie 
komizmu poprzestaje na uogólnionej obserwacji 
rzeczywistości społecznej. Owa obserwacja może 
nas znakomicie bawić czy też skutecznie umoralniać, 
ale strun prawdy wewnętrznej, najwyższej z 
możliwych, nie porusza. Filozoficzno-estetyczne 
podstawy Bergsonow-skiej teorii komizmu trzeba 
jeszcze nieco rozszerzyć przywołując jego 
przesłanki spoza roztrząsanej tu rozprawy. 
Rozprawę napisaną w r. 1899 wyprzedzały dwie 
książki — Esej o bezpośrednich danych świadomości 
(1889) i Materia i pamięć  (1896) — które przyniosły 
Bergsonowi sławę. Wykładał w nich — powodując 
radykalny przewrót w ówczesnym stylu myślenia, 
pozostającym pod wpływem pozytywizmu — że 
czymś zasadniczo różnym jest świat jaźni i świat 
rzeczy; 

że w pierwszym panuje zasada 

spontaniczności i nieprzewidywalności, w drugim 
zaś notujemy ruchy mechaniczne, anonimowość, 
seryjność;  że  świat pierwszy charakteryzuje czyste 
wspomnienie i wolność, natomiast drugi podejście 
praktyczno--utylitarne i ścisły determinizm; że 
między ducho-

 

vvą (pierwszą) a materialną (drugą) rzeczywistością 
istnieją oczywiście powiązania i przejścia, ale kosztem 
owej oryginalności, która właściwa * jest jaźni głębokiej 
(le moi profond). Kiedy bowiem wchodzimy w kontakt 
ze  światem zewnętrznym, nastawieni na cele 
praktyczne, zamieniamy przeżycia zakorzenione w 
duchowej pamięci we wrażenia, słowa i konkretne 
akcje, a tym samym bogatemu, wciąż zmiennemu i 
dynamicznemu  życiu wewnętrznemu nadajemy formę 
przedmiotową, strywializowaną.  Świadomość ludzka 
jest z konieczności ucieleśniona; cechujące ducha 
ciągłość i trwanie są z konieczności osadzone w 
przestrzeni segmentowanej, punktowo-odcinko-wej; 
indywidualność musi dostosować się do wymogów 
społecznych. Otóż właśnie te przeciwieństwa są źródłem 
nieustannych zderzeń między siłą  życiową a 
mechanicznym bezwładem, między — jak Bergson 
powie później w Ewolucji twórczej — kosmicznym Mań 
vital,  
którego wytworem jest m. in. bezinteresowna 
intuicja, poszukująca rytmów powszechnego trwania, a 
intelektem, który wciąż dzieli, szereguje, skupia się na 
rzeczach i na manipulacjach, buduje logikę i pod-
trzymuje normy, by zapewnić technicznie sprawną i 
efektywną komunikację między jednostkami.

 

Nietrudno wskazać w powyższym streszczeniu 

szkielet tej argumentacji, która została skonkrety-
zowana w eseju o śmiechu. Żywioł komiczny określił 
Bergson jako chwilową i pozorną degradację jaźni 
głębokiej, czy szerzej biorąc, pędu  życiowego. Z 
przesłanek filozoficznych wynikały . estetyczne. Z 
Eseju o bezpośrednich danych świadomości  do  Eseju o 
komizmie  
prowadziły te same założenia. Sztuka w 
przeciwieństwie do nauki

 

12

 

background image

 
 

 

 

trafia w samo sedno rzeczywistości duchowej; jej 
instrumentem jest intuicyjne, bezpośrednie 
uchwycenie rytmów wewnętrznych człowieka i 
rytmów kosmosu. Sztuka omija to, co konwencjo-
nalne i użyteczne, odrzuca symbole powszechne i 
wytarte. Sięgając po samą sekretność istnienia, 
powraca do natury. Artysta jest rewelatorem 
prawdy, a więc na swój sposób metafizykiem. Jego 
udziałem nie jest tylko bierne, poznawcze 
doświadczenie; przecież odkrywa on to, co ukryte 
dla innych, a ponadto zawsze, jeśli sztuka jest 
autentyczna, odkrycie owo — jak podkreśla w 
Śmiechu — cechuje  świeżość i oryginalność 

a

>. W 

pracach późniejszych od końca lat 10-tych Bergson 
kładł większy nacisk na kreacyjną aktywność, ale 
była to wyłącznie modyfikacja akcentu. Obie tezy, 
ściśle ze sobą sprzężone, występują od pierwszych 
jego dzieł aż po ostatnie. We Wstępie do metafizyki 
(1903) filozofia jest zinterpretowana jako narzędzie 
dotarcia do prawdy absolutnej, a więc pośrednio 
Bergson przyznaje, że sztuka jest na wskroś 
filozoficzna. W Postrzeleniu zmiany (1911) myśl ta 
została wyraźnie sformułowana, a w pięć lat później, 
kiedy Hoffding pisząc o filozofii Bergsonowskiej 
intuicję uznał za władzę wyłącznie artystyczną, 
Bergson sąd ów skorygował. Intuicje artysty i 
filozofa mają wspólne korzenie oraz wspólny 
przedmiot, ale środki mają odmienne. Sztuka dociera 
do prawdy duchowej na drodze zmysłowej, poprzez 
obrazy (images), intuicja zaś

 

^  Francuscy badacze mówią o Vart rfoćlateur et fart instaurateiir 

jako dwu odmiennych aspektach koncepcji estetycznej Bergsona bądź jako 
dwu uzupełniających się wzajem elementach tej samej teorii. Poglądy te 
powtarzają się również w pozafrancuskich interpretacjach.

 

filozoficzna ujmuje czystą jaźń głęboką. W pracy pt. 
Du Possible et du Reel (która weszła później do zbioru 
Myśl i ruch z r. 1934) Bergson podkreślał,  że sztuki 
nie można pojąć bez artysty, że każde autentyczne 
dzieło jest realizacją wizjonerskiej postawy, 
jednocześnie kontemplacyjnej i kreacyjnej. Idea ta, 
już sygnalizowana w trzecim rozdziale  Eseju' o 
bezpośrednich danych świadomości 

dotyczącym 

wolności duchowej, powraca znów w rozdziale 
pierwszym wielkiego dzieła, w pewnym sensie 
zamykającego twórczą biografię Berg-sona, tzn. w Dwu 
źródłach moralności i religii 
z r. 1932. Trzeba było 
przytoczyć tyle dowodów, by stało się jasne, 
dlaczego Bergson do końca  życia wyrażał 
wielokrotną zgodę na publikowanie rozprawy o 
śmiechu bez żadnych zmian. Trwał bowiem przy tych 
samych poglądach estetycznych, których źródłem 
była jego artystyczna filozofia czy — odwracając i 
konkretyzując — jego filozofia procesu 
artystycznego i sztuki. Wszystko, co nosi piętno 
liczmanu i etykiety, co jest uproszczeniem i 
klasyfikowaniem  świata, co powoduje ogląd ludzi i 
przedmiotów w perspektywie użyteczności, doraźnej 
czy odległej, co uniemożliwia „dziewicze" spojrzenie 
na rzeczywistość, co respektuje prawidła egzystencji 
zbiorowej, co uchyla dramatyczne próby człowieka, 
by dotrzeć do tajemnic ducha — jest biegunowo 
obce sztuce.

 

Dlatego też komizm został uplasowany pośrodku 

między Uycletn społecznym a sztuką. Komizm 
należy do dziedziny sztuki choćby _dlatego, że 
istnieją określone gatunki (farsa, wodewil, parodia, 
karykatura, etc.) i odpowiadające im środki wyrazu, 
by uwyraźnić i utrwalić komiczną postawę wobec 
świata. Jest to wszakże

 

.'4

 

background image

 
 

 

 

rys nieistotny. Istotny związek komizmu ze sztuką 
opiera się na tym, iż pierwszy, obnażając pozorny 
tryumf automatyzmów, dystansuje się wobec 
materii. Jednocześnie komizm słowny czy sytuacyjny, 
bądź pobudzających do śmiechu charakterów, 
pojawia się również poza sztuką — w życiu zbio-
rowym i jest wyraźnie związany z popędami 
społecznymi. Dokładniej mówią o tym główne 
wątki rozprawy. Zaznaczmy, że choć tytuł mówi o 
śmiechu, dotyczy ona śmieszności, czyli komizmu. 
Śmiech jest psycho-biologicznym przejawem 
przeżycia wywołanego tym, co komiczne.

 

Wątki główne. Jest ich trzy. Dotyczą 

warunków, funkcji i sposobów wywoływania 
komizmu. Jako warunek ontologiczny można by 
ewentualnie potraktować wyłożone i zinterpreto-
wane myśli Bergsona o przeciwieństwie  świata 
rzeczy i świata jaźni, materii i ducha. Dotyczą 
one jednak samych podstaw komizmu, podczas 
gdy uwagi o warunkach psychologicznych i spo-
łecznych odnoszą się nie do tego, co dla komizmu 
istotne, ale co umożliwia jego doświadczanie.

 

Z problematyką metody i kontekstu filozo-

ficznego  łączy się najbliżej stwierdzenie, iż nie ma 
komizmu bez świata ludzkiego. Znaczy  to, iż 
śmieje się tylko człowiek, a także, iż przedmiotem 
śmiechu są sprawy wyłącznie ludzkie. Konflikt 
życia i bezwładu zostaje tu więc sprowadzony do 
skali człowieka. Warunek psychologiczny powiada, 
że  śmiech możliwy jest jedynie bez zaangażowania 
emocjonalnego. Za komiczne uważamy to, co nas 
osobiście nie boli, wzrusza czy wstrząsa. Reakcja 
jest rozumowa (nie zdroworozsądkowa, la stanowi 
często właśnie przedmiot śmiechu), gdyż 
wychwytujemy oczywiste, choć maskowane

 

sprzeczności o ujemnym znaczeniu społecznym. Tu 
przechodzimy do warunku socjologicznego. Bergson 
podkreśla,  że  śmiejemy się najlepiej w danej grupie, 
mając za adresata osoby, które z racji 
ogólnospołecznych (włączywszy w nie komunikację 
w danym języku) porozumiewają się bez trudu. 
Dalsze wywody wskazują, iż warunek ów można i 
należy rozszerzyć na przestrzeganie określonej 
normy kulturowej. To bowiem, co Bergson nazywa 
nieuspołecznieniem (czy wyłamywaniem się z reguł i 
zwyczajów tu oto panujących), ma przecież układ 
odniesienia w sposobie bycia, myślenia, odczuwania 
i działania uważanym przez daną grupę w danym 
czasie za normalne. Funkcja komizmu określona jest 
m. in. jako estetyczna, ale tej przydaje się mniejszą 
wagę niż funkcjom społecznym. Śmiech — akcentuje 
Bergson — jest gestem użytecznym, korygującym 
odchylenia od owej normy. Onieśmiela, dokucza, a 
nawet upokarza, byleby uregulować występujące na 
powierzchni „zaburzenia społeczne". Obok tej 
funkcji, która wydaje się w rozważaniach Bergso-
nowskich kluczowa — występują jeszcze dwie inne: 
karcenie za to, że ulega się zesztywnieniu

 

1 automatyzacji, oraz umożliwienie zabawy umy-
słowej i związanego z nią wytchnienia. O ile pierwszą 
można powiązać z wyróżnioną przedtem funkcją 
społeczną, choć jej zadaniem nie jest ani poprawa 
danej zbiorowości, ani umoralnienie, o tyle drugą 
należałoby określić jako terapeutyczną funkcję 
psycho-biologiczną. Oba warunki, psychologiczny i 
socjologiczny, a szczególnie uwagi o funkcji 
społecznie użytecznej, uzasadniają, dlaczego 
Bergson sytuuje komizm bliżej życia zbiorowego niż 
sztuki. Komizm to przede wszy-

 

2 — Śmiech

 

U. M. K.

 

i6

 

background image

 
 

 

 

stkim wytwór chłodnej obserwacji, piętnującej rażące 
nieregułarności współżycia społecznego przez 
wskazanie przeciwieństw między możliwościami i 
powinnościami człowieka a jego praktyką życiową. 
Dlatego również pośród technik wywoływania 
komizmu główna rola przypisana jest powtarzaniu 
motywów sytuacyjnych czy transpozycji słownej, 
gdyż chwyty te ułatwiają satyryczne (tj. według 
Bergsona, ironiczne czy humorystyczne) 
demaskowanie sztywnych mechanizmów 
społecznych oraz konkretnych negatywnych 
przypadłości X-a czy Y-a. Pozostałym dwu 
chwytom — odwracaniu sytuacji (zawodowa chy-
trość wpadająca we własne sidła) i przecinaniu się 
szeregów znaczeniowych (gra słów) — Bergson 
nie odmawia walorów, ale z racji ich mniejszej 
społecznej efektywności uważa je za właściwe

 

i   dla marginalnych odmian komizmu.

 

£>-•            Sprzeczności i antynomie. Uważnego 

czytelnika uderzają przede wszystkim nieprzeko-
nujące przykłady i podciąganie argumentów pod 
przygotowaną, ogólną formułę.  Śmieszny ma być 
usztywniony grymas, stanowiący m. in. rezultat 
działań twórczych karykaturzysty, ale refleksja 
zawarta w tym fragmencie dowodzi, że  źródłem 
komizmu jest raczej wyolbrzymienie danej, za-
zwyczaj ujemnej cechy oraz w ogóle zakłócenie in 
minus czegoś, co uznawane jest za proporcję 
właściwą, nie zaś unieruchomienie (zautomatyzo-
wanie) owej cechy, będące tu zjawiskiem wtórnym. 
Nb. maska jest czymś par excellence sztywnym, 
nie każda i raczej rzadko budzi poczucie śmiesz-
ności. Dzieje się tak również w kontekście, w któ-
rym wcale nie budzi strachu (Bergsonowski waru-
nek psychologiczny i socjologiczny) — np. w tea-

 

trze Ęrechtowskim. Bergson powiada, że naśladujący 
wywołuje  śmieszność ujawniając automatyzm u 
naśladowanego. Nie samo więc naśladowanie ma 
być  śmieszne. Pozostaje jednakże dwuznaczność, 
gdyż czynność naśladowcza jest, wg Bergsona, 
ustatycznieniem, a zatem również sam naśladujący 
staje się niejako śmieszny. Zresztą gdyby przyjąć, iż 
naśladowanie to przedrzeźnianie określonej cechy 
(w wersji wyolbrzymionej i zgrubionej), nie widać 
powodu, dlaczego cechą  tą musi być jedynie jakiś 
automatyzm. Podobieństwo zupełne — zaznacza 
Bergson — pociąga za sobą zawsze myśl, iż stykamy 
się z niezawodnym mechanizmem wypierającym 
wciąż  żywą zmienność. Niemniej przywołany  przez 
niego za Pascalem przykład osób tak samo 
zachowujących się, mówiących czy tańczących 
obraca się przeciw autorowi. Komiczna nie jest z 
rutyną, bez lęków, uprawiana dyscyplina koszarowa 
ani powtarzanie formułek przy nadawaniu stopnia 
doktorskiego, ani słynne  Rockets z baletu 
nowojorskiego. Powtarzanie uważa Bergson za 
podstawowy sposób wywoływania  śmieszności, 
niemniej przytoczone sceny z komedii Molierowskich 
wcale nie wydają się bezspornie komiczne. Mówi raz 
o przypadkowym spotkaniu, to znów o symetrii czy 
odwróconym porządku zdarzeń, to o dwuznaczności 
zdarzenia przynależnego do dwu przecinających się 
serii. Są to zjawiska tak różne, że nie można ich, jak 
chce tego Bergson, sprowadzić do jednej formuły 
mechanizowaiiia  życia. Czy powtarzalność jest 
zaiste zawsze automatyzmem? A jak jest z rytmem 
biologicznym, z ciągłą  dążnością organizmów do 
przywracania homeostazy? Czy dwuznaczność 
danego faktu,

 

2*

 

i8

 

background image

 
 

 

 

podobnie jak koincydencja, nie jest raczej objawem 
funkcjonowania sił  żywych, nieprzewidywalnych? 
Nb. spotkanie kogoś po raz wtóry czy trzeci z rzędu 
może być  żałosne lub nudne, a niekoniecznie 
śmieszne. Symetria i odwrócony porządek zdarzeń 
np. w filmie Rashomon  wcale nie mają charakteru 
komicznego.

 

Domeną komizmu ma być wyłącznie rzeczy-

wistość ludzka, ale w zmechanizowanej przyrodzie 
Bergson również dostrzega źródło  śmieszności. 
Mechanizacja polega wprawdzie tutaj na i n t e r -
wencji człowieka (strzyżone ogrody), ale co innego 
mówi tamta, Bergsonowska teza wyjściowa. 
Notabene nie jest wcale oczywiste ani to, że tzw. 
ulepszona natura jest śmieszna, ani że komizm jest 
zawsze związany z ingerencją ludzką. Ogród 
wersalski wcale nas nie śmieszy, choć majestat 
Ludwików za nic mamy. To samo trzeba rzec o 
próbach współczesnego awangardysty, Christo, 
który australijskie wybrzeże nadmorskie okrywał 
perfidnie... tkaniną. Daudetowski Bompard (do 
którego odsyła nas Bergson) jest zaiste dowcipny, 
sugerując,  że w jego mniemaniu naturalna Szwaj-
caria wygląda jakby udekorowana, ale źródłem 
komizmu jest tu przeciwieństwo między auten-
tycznymi  żywymi siłami a sztucznością. Z założeń 
Bergsona (materia obezwładniająca ducha) wynika 
oczywiście,  że przyroda nie może być sama z siebie 
śmieszna, ale „uczłowieczenie" jej może nastąpić 
nie tylko przez aktywną kulturyzację, lecz również w 
sposób, którym posługują się bajki o dobrych i złych 
zwierzętach. Co innego „upiększać" naturę według 
reguł dworskich czy np. wtórnie ludowych (Awans 
Edwarda Redlińskiego), co innego jak np. w filmach 
Disneya stworzyć postaci

 

para-człowiecze, myszkę Mickey czy kaczora 
Donalda. Dotyczy to również materii nieorganicznej. 
Oglądałem niedawno znakomitą kreskówkę 
tallińskiego reżysera S. Parsa pt. Ballada o gwoździu. 
Komiczne są tam sparodiowane w gestyce gwoździ 
automatyczne ruchy ludzi. Należałoby więc uściślić 
twierdzenie Bergsona następująco : domeną komizmu 
jest wszystko, co może bezpośrednio lub pośrednio 
kojarzyć się z rzeczywistością ludzką.

 

Poważniejsze niż wskazane dotąd są sprzeczności 

inne. Mianowicie, jeśli  śmiech ma na względzie 
przede wszystkim uspołecznienie oraz m. in. 
poprawę  błędów (umoralnienie), dlaczego śmiejemy 
się z wad mało znaczących, a nawet przymiotów 
dodatnich? Jest to pytanie Bergsonowskie, na które 
nie otrzymaliśmy zadowalającej odpowiedzi. 
Sofizmatem wszakże jest stwierdzenie, że  śmiejemy 
się właśnie dlatego, iż są drobne. Skąd wiemy, co jest 
mało, a co dużo znaczące? Z obowiązujących reguł 
współżycia zbiorowego. Jeśliby ich drobne zaledwie 
naruszenie miało nas nastrajać komicznie, 
Bergsonowski warunek socjologiczny staje pod 
znakiem zapytania. Zważywszy,  że komizm polegać 
ma przede wszystkim na zgodności z normą 
społeczną, sztywna, tzn. rygorystyczna uczciwość 
Alcesta winna być dla niektórych zbiorowości czymś 
raczej godnym szacunku niż przedmiotem śmiechu. 
Jeśli z kolei śmieszna jest każda sztywność bez 
względu na to, czego dotyczy, czy norma owa jest 
ponadhisto-ryczna, ogólnoludzka? Czy w tym 
węższym czy szerszym sensie należy rozumieć 
Bergsonowska idee „nieuspołecznienia"?

 

Słowem, czy warunek socjologiczny kłóci się

 

20

 

background image

 
 

 

 

z antropologiczno-ontologiczriymi podstawami 
omawianej teorii, czy też Bcrgson próbował znieść 
ową sprzeczność ontologizując zjawisko nie-
uspołecznieiiia, tzn. sprowadzając je do jednej z 
postaci automatyzmu? Nie ma tu całkowitej jasności. 
Wydaje się jednak — zważywszy,  że normy 
społeczne wymagają na ogół zachowań 
automatycznych, których sensu śmiech ma w tym 
kontekście bronić — że antynomii Bergsonowskiej 
nie uda się usunąć. Nb. zarzut teraz wysunięty, 
podobnie jak poprzednie, dotyczy w jakiejś mierze 
tego, czy komizm występuje jedynie, kiedy 
koniunkcja wszystkich warunków jest spełniona, czy 
też pojawia się w wersji szczególnej, kiedy 
oddzielnie dopisze ten lub ów warunek. Kwestia ta 
wiąże się z rozważaniami o niedorzeczności 
komizmu zrównanej z niedorzecznością snu. Skoro 
komizm może być absurdalny, tzn. nie liczyć się z 
logiką praktyczno-społecznych związków i 
wymogów, jak podtrzymać tezę, iż jego główną 
funkcję stanowi sprzężona z karceniem regulacja 
odchyleń od danej normy kulturowej. Ponadto jeśli 
gra pojęć ma nas bawić tak samo jak gra sennego 
marzenia, co wiąże się z dystrakcją, a więc pewnym 
osłabieniem funkcji rozumowania, jak pozostać 
wiernym tezie, iż komizm jest nie do zrealizowania 
bez ostrości intelektualnej, bez uświadomienia sobie 
logicznych sprzeczności w danym przedmiocie czy 
procesie (kalamburze, sytuacji, charakterze etc.). 
Wreszcie kwestia podniesiona przez Bergsona w 
zakończeniu pracy: okazuje się,  że postać komiczna 
może budzić naszą sympatię, a więc podważony tu 
został warunek psychologiczny, głoszący, iż w 
postawie estetycznej wobec zjawisk śmiesznych 
nieczułość

 

jest nieodzowna. Wprawdzie na początku rozprawy 
czytamy,  że nieczułość tylko zazwyczaj towarzyszy 
śmiechów, ale to chyba zwrot retoryczny, skoro 
pierwszy fragment rozdziału trzeciego powiada, że 
brak jakiegokolwiek wzruszenia jest niezbędnym 
warunkiem komizmu, a w wielu innych miejscach 
wciąż podkreślany jest wątek „czystej inteligencji", 
która jest nie tylko adresatem śmiechu, ale chyba 
również jego źródłem. Jakoż wyobraźnia komiczna 
— instancja ostateczna — jest „na swój sposób 
rozumna".

 

Wszystkie te sprzeczności, które nazwałem 

poważnymi, prowadzą do ukrytych antynomii w 
koncepcji Bergsona.

 

Antynomię tworzą dwie nie przystające do siebie 

tezy, obie silnie wyakcentowane, ale w różnych 
fragmentach rozprawy. Wedle pierwszej z nich 
komizm jest przede wszystkim natury społecznej i 
jego funkcję 

główną stanowi ośmieszanie 

wszystkiego, co niezgodne jest z regułami i 
zwyczajami (normami) danej zbiorowości. Według 
drugiej zadaniem wynikającym z istotnych jego 
właściwości jest demaskacja automatyzmów 
wszelkiego rodzaju, zwłaszcza duchowych. Pierwsza 
teza prowadzi do wniosku, iż komizm spełnia swą 
rolę nie tylko dając  świadectwo etykiecie i 
konwencjom, ale ich broniąc, tzn. iż stabilizująco--
uspołeczniająca funkcja śmiechu jest nadrzędna. Z 
drugiej wyciągnąć trzeba było konkluzję, iż jest 
nieubłaganym sędzią wszelkiej ceremonial-ności, 
rytuałów i szablonów. Pierwsza każe widzieć w 
śmiechu karę za odstępstwo od tego, co po-
wszechnie tu oto uznawane, druga pojmuje śmiech 
jako napiętnowanie owej płaskiej przeciętności, 
spowinowaconej z mechaniczną sztywnością,

 

22

 

background image

 
 

z martwotą myśli, słów. uczuć, ruchów etc. Z jednej 
więc strony norma kulturowa, z drugiej — kłócąca 
się z tamtą norma antropologiczna (wedle 
rozumienia Bergsonowskiego).

 

Na kolejną chyba podstawową antynomię — 

głębiej ukrytą, gdyż jedna teza jest motywem 
generalnym koncepcji Bergsonowskiej, a druga, 
jakby mimochodem rzucona, pozostała w cieniu — 
składają się rozważania o komizmie usytuowanym 
między sztuką a życiem społecznym oraz myśli z 
epilogu o komizmie absurdalnym. Komizm w 
pierwszym wydaniu, wprawdzie dystansując się od 
pozornie triumfującej materii, przestrzega jednak 
praktyczno-społecznych zasad współżycia oraz reguł 
logicznych, w drugim wydaniu nie liczy się z owymi 
regułami i zasadami, odcinając sif całkowicie od 
materii. Pierwszy jest interesowny, drugi 
bezinteresowny. W granicach pierwszego czysta 
zabawa jest dopuszczalna, ale jest czymś wtórnym z 
racji swej niepożyteczności, w granicach drugiego 
jest fenomenem kluczowym. Tam rodowód i 
kontekst społeczny zachowuje pełną ważność, tu 
można go ominąć. Wydaje się zatem, że w owych 
mimochodem przy końcu snutych refleksjach 
Bergson dostrzegł całkowicie inny komizm — bliski 
jego wywodom o sztuce, zakotwiczony w świecie 
jaźni, w czystej pamięci, będący swoistą realizacją 
wolności.

 

Łączy się z tą antynomią następna, pochodna od 

niej. Wyobraźnia komiczna ma być wyłącznie 
refleksyjna, ugruntowana na kontroli czujnego 
rozumu, wychwytującego przeciwieństwa i sprzecz-
ności między materią a duchem, „ja" powierz-
chownym a „ja" głębokim, mechanizmem a Mań 
vital, 
formą a treścią. Śmiech — czytamy wielo-

 

krotnic — zakłada inteligencję napiętą, nastawioną 
na ułomności indywidualne i społeczne. Inne 
twierdzenie głosi jednak, że komizm zwalnia z 
napięcia intelektualnego; że pozwala ujawnić się 
lenistwu czy rozluźnieniu psychicznemu, dając przy 
tym wytchnienie umysłowi;  że czasem angażujemy 
się emocjonalnie i śmiejemy się spontanicznie; że 
niedorzeczności mogą nas po pi~ostu bawić, a nie 
alarmować. Ponieważ i ta teza znalazła się w nie 
rozwiniętym przez Bergsona fragmencie 
końcowym, wolno domniemać,  że prowadziła ona 
ku innej koncepcji komizmu niż wywody 
zasadnicze. Również w tej antynomii poczucie 
komizmu, nic wykluczające sympatii lub antypatii 
do danego przedmiotu, aktywizujące energię 
duchową  moi profond, jest raczej przedłużeniem 
tego, co Bergson nazwał autentycznym, pełnym 
przeżyciem estetycznym.

 

Wydobyte tu na jaw antynomię oraz odsłonięte 

sprzeczności teorii Bergsona są równie pasjonujące, 
jak jej partie konstruktywne, serwowane 
czytelnikowi w sposób perswazyjny. Przede wszyst-
kim dzięki nim Bergson okazuje się myślicielem 
bogatym, niemal rozrzutnym, który uniknął 
jednostronności wcześniejszych i późniejszych. Jego 
teoria wykracza poza tradycję Castiglionego (II 
księga  Dworzanina)  czy Mereditha, którzy komizm 
wiązali z określonym społeczno-obyczajo-wym 
decorum. Jest zarazem rozleglejsza niż późniejsze od 
jego studium koncepcje np. Zygmunta Freuda 
(1905), Susany Langcr (1953), Josepha Campbella 
(1956), którzy komizm ujmowali jako przejaw 
żywiołu kosmicznego, jako afirmację niezniszczalnej 
energii  życiowej. Wspomagała ponadto koncepcje 
komizmu irracjonał-

 

background image

 
 

26

 

nego, farsy metafizycznej, które w „szalonym 
błazeństwie" upatrywały związek między  śmiechem 
a wolnością. Te rozmaite wątki nie tworzą tu jednak 
zwartej całości, być może nieosiągalnej. Podobnie jak 
to bywa z wszelkimi koncepcjami filozoficznymi, i 
tutaj antynomie odkrywają trudności, z którymi 
musiał borykać się myśliciel. Odkryte pozwalają 
nam trudzić się wespół z nim, zmuszając do 
sprawdzania jego wizji i wyjścia poza opłotki jego 
filozoficznego projektu. Uprzytamniają one w całej 
rozciągłości zarówno wyjątkową 

płodność 

filozoficznego spojrzenia na komizm, jak i niezby-
walne ryzyko takiego podejścia. Co więcej, to 
dzięki n i m odsłania się wielkość jego koncepcji, 
tzn. przekroczenie  własnej teorii, która, jak każda 
zresztą, musi być ograniczona. Ów paradoks 
filozoficzny trzeba przyjąć z dobrodziejstwem 
inwentarza — teoria wycina obszar zamknięty, 
uwikłane w nią antynomie obalają zakreślone 
graniczne słupy. Wzmiankowałem już o tym w 
roztrząsaniach wstępnych. Rozprawa Bergsona 
wydaje się z wszech miar klasyczna w tym wzglę-
dzie. Rozmyślając o komizmie, nie tylko niepo-
dobna zlekceważyć jego teorię (pomyślmy tylko, 
jaki to wspaniały instrument do analizy np. filmów 
Chaplina i J. Tati), ale co najważniejsze trzeba 
przyjąć do wiadomości, jak próbowałem wykazać, iż 
bez filozoficznych podstaw poza truizmami bądź 
katalogowaniem technik rozśmieszania niewiele da 
się tu powiedzieć o sensie komizmu.

 

3. Bergson podkreślał,  że koncepcja komizmu 

jako zderzenia kontrastowych czy sprzecznych 
elementów jest niesłuszna, gdyż nader ogólna. 
Trzeba ją uszczegółowić, tzn. zapytać, jaka to

 

27

 

konkretna sprzeczność warunkuje poczucie śmiesz-
ności. Ma nią być kolizja życia i mechanizmu, 
wiecznej zmienności i automatyzmu. Mnie wydaje 
się,  że  rzecz  ma się odwrotnie — formułę Bergso-
nowską  można    i      należy   traktować jako jedną z 
możliwych odmian zasady przezeń podważanej, 
która, przy spełnieniu uzupełniających warunków, 
właśnie   dzięki   ogólności  jest   dostatecznie   ela-
styczna,   by   objąć   wielorakość   postaci   i   treści 
komizmu. Najlepszą dyskusją z Bergsonem byłoby 
bądź przedstawienie takiej filozoficznej koncepcji 
komizmu, którą uważałbym za bardziej przekonu-
jącą, bądź zaproponowanie własnej. Nie znam kon-
cepcji, pod którą mógłbym się całkowicie podpisać. W 
pewnej mierze bliska tej, którą tu naszkicuję, jest 
Heglowska oraz jej  późniejsze modyfikacje. Hegel 
powiada,  że komizm rodzi się wówczas, „kiedy to, 
co się samo obala, jest samo w sobie czymś 
marnym", i dodaje, że komizmowi towarzyszy 
świadomość wyższości podmiotu nad ujawnioną 
sprzecznością między celem a obróconymi wniwecz  
działaniami.   Koncepcja  ta wydaje się przekonująca 
dlatego, że z niej można wyprowadzić   komizm jako   
przejaw   sił    kontrastowych, jako   rezultat   
niespodzianki   na   tle   napiętego oczekiwania, które 
zostaje nagle rozładowane przez przedstawioną   
nicość,      a      także jako   odchylenie od normy 
antropologicznej, jeśli można na  taką formułę 
przełożyć konflikt między samorealizują-cym się w 
wędrówce historycznej duchem absolutnym a 
wszystkim, co go po drodze od samorealizacji 
wstrzymuje i oddala. Heglizm daje jednak więcej niż 
bergsonizm pola i pokus dla spekulacji 
metafizycznych oraz m. in. prowadzi do wątpliwego 
wniosku, iż śmiech komiczny w ostateczności

 

background image

 
 

 

 

zawsze godzi nas ze światem. Wybrać więc muszę 
drugą ewentualność, prosząc czytelnika o wybaczenie, 
że z konieczności nie stać mnie tutaj na nic więcej   
jak   na   zarysowanie  własnego   pomysłu. Spośród 
pięciu podstawowych układów odniesienia dla każdej 
jednostki ludzkiej — do świata materii,  do 

 

uniwersum    kosmicznego,      do    siebie  samej,      do   
społecznego   systemu,   którego   jest częścią,  i  do  
historii ludzkiej wziętej  en globe — tylko trzy 
ostatnie są znaczące w rozważaniach o komizmie. 
Ten bowiem jest związany z rzeczywistością ludzką, 
a tej właśnie dotyczą trzy ostatnie aspekty. Pośród 
nich z kolei pierwszy stanowi soczewkę, w której 
skupiają się i przełamują, dwa pozostałe.  Zasadą, 
ogólną (wspólną dla ontologii społecznej i 
antropologii) jest nieustanny wieloraki rytm 
przeciwieństw. Między jednostką a jednostką, 
jednostką a społecznością, wymogami dnia 
dzisiejszego  a   dążącym  na  nim  dziedzictwem, 
doraźną  praxis  i  aspiracjami poza  nią    wycho-
dzącymi, potrzebą silnej integracji a potrzebą ciągłej 
odnowy, mitologią tradycji a mitologią postępu, 
pozorami  a  prawdą,  idealną  wersją egzystencji 
ludzkiej   a  egzystencją  potoczną  wciąż    żywioną 
klęskami,  ugodą  z istnieniem  bez  sensu i  celu a  
wciąż  ponawianym   buntem  i   odżywającymi 
utopiami.  Otóż wydaje się, iż komizm jest za-
korzeniony   w   wyszczególnionej    przed   chwilą 
dialektyce   bytowania.    Dlatego    też   występuje w 
samym  życiu w wielorakich postaciach, a jego 
artystyczne formy stanowią jedynie skondensowany 
wyraz komizmu życiowego. Dialektyczne bogactwo 
przeciwieństw egzystencjalnych można ująć w dwu 
zasadniczych     relacjach:     człowiek — człowiek, 
człowiek — kondycja   ludzka. Przy   takim ujęciu

 

komizm pojawia się jako tych relacji pochodna, a 
mianowicie jako zjawisko estetyczne, nieodwo-
łalnie sprzężone z narodzinami określonych war-
tości, z charakteru swego podmiotowo-przedmio-
towe, tzn. zakładające jako warunek niezbędny 
określone przeżycia twórcze i odbiorcze oraz 
odpowiadające im postawy. Podmiotem w obu 
relacjach jest oczywiście konkretna jednostka, 
przedmiotem bądź inna jednostka w danym kon-
tekście społeczno-historycznym, bądź osadzone w 
historii, ale zarazem transhistoryczne istnienie 
ludzkie z jego właściwościami niezbywalnymi. W 
obu typach relacji — jak spróbuję pokazać — dadzą 
się wyodrębnić trzy podukłady.

 

To, co dotąd wyłożono, jest tak ogólne, że 

można by w miejsce pojęcia „komizmu" podstawić 
„tragizm". Otóż nie sądzę, by te kategorie wyłączały 
się radykalnie. Mniemam ponadto, że komizm jest 
— czy ściślej biorąc, może być — jednym z 
rodzajów samowiedzy ludzkiej i sposobów 
osiągania wolności. To zaś, co stanowi jego 
własności swoiste w granicach przedłożonego 
kontekstu, wskażę za chwilę. Inaczej formułując 
snutą teraz myśl, można rzec, że wymieniam zespół 
warunków niezbędnych (zakorzenienie w 
antynomiach bytowania ludzkiego), ale jeszcze nie 
wymieniłem warunków wystarczających. Zanim 
przejdę do ich wypunktowania w opisie i analizy 
podukładów, trzeba zaznaczyć,  że nie roz-
rozróżniam  śmieszności od komizmu. Komizm 
pojmuję bowiem jako kategorię globalną odnoszącą 
się do głównych rodzajów śmiechu (z kogoś oraz 
wespół z kimś) i do jego rozmaitych odmian.

 

Relacja pierwsza (człowiek—człowiek) ro-

d z i   komizm różnego stopnia agresywności,

 

28

 

background image

 
 

 

 

za każdym razem odniesiony do innych osobników tej 
samej grupy. Jest to komizm: a) bądź na tle de-
gradowania kogoś słabszego w danej sytuacji, komu nie 
udało się spełnić związanych z nią oczekiwań, b) bądź 
na tle odstępstw od normy uznawanej za oczywistą  
nieprzekraczalną, c) bądź na tle nie-osiągania ideału 
moralno-społecznego, do którego nie dorastają 
ośmieszane jednostki. Wszystkie te przejawy 

 

 

komizmu   łączy   ze   sobą   nastawienie „z  góry w  
dół",  bez  pobłażliwości  wytykające nawet drobne 
wady bądź atakujące zespół cech ujemnych, 
potencjalnie groźnych dla otoczenia. Zwykły poślizg 
X-a na błotnistej ulicy wywołuje poczucie 

 

śmieszności,  gdyż    oglądający odczuwa wyższość 
nad niezgrabiaszem (pisali o tym Hobbes   i   
Witwicki).   Komizm   w   pierwszym podukladzie 
występuje jednak szczególnie jaskrawo, kiedy potknie 
się ktoś zazwyczaj mocniejszy i okazalszy w innych 
sytuacjach. Np. przewraca się elegant uderzająco czy 
przesadnie dbający o wygląd   zewnętrzny,   
miejscowy   kacyk,   dama   patrząca na wszystkich z 
góry, ktoś, kto szydzi notorycznie  z  niezgrabiiości,  
zawodowy  tancerz  na linie. Komizm w tym 
wymiarze jest więc bezpiecznym odwetem wziętym 
na tych, którzy kiedy indziej chełpią się swą 
wyższością. Przykład z zakresu sztuki — choćby 
Charloty.

 

Komizm w drugim podukładzie skierowany jest 

przeciw wszelkim odnaieńcom. Broni przeciętności 
akceptowanej przez daną społeczność, próbuje 
utrzymać nienaruszoną stabilność obyczajów, 
sposobu myślenia, mówienia, odczuwania. Może być 
zorientowany ku wyglądowi zewnętrznemu, który 
wyda się w danych okolicznościach nie tyle brzydki, 
ile właśnie komiczny. Zanim przyjęły

 

się  długie włosy, brody i wąsy oraz poszarpane 
spodnie hippisów, byli oni po prostu śmieszni. I 
odwrotnie: w komunie hippisów komiczny byłby 
gładko wygolony i wystrzyżony osobnik w czarnym 
garniturze z muszką.  Żarty i dowcipy typu kseno-
fobicznego (o Murzynach, Żydach, Polakach etc., 
zwłaszcza w takim tyglu narodowościowym, jak 
USA) należą do tego rodzaju śmieszności.

 

Komizm w podukładzie trzecim powstaje na tle 

tendencji przeciwstawnych wobec przeciętności i 
szablonowości. Jego pozytywnym układem odnie-
sienia jest określony ideał społeczny, orientacja na 
przyszłość, ethos wymagający przekroczenia rze-
czywistości zastanej. Tutaj dochodzą do głosu 
groteska, ironia i szczególnie wena satyryczna. 
Przyjęte normy zostają napiętnowane i wyszydzone. 
Konformizm, w poprzednim przypadku osłaniany 
atakiem na odmieńców, tu staje się obiektem 
bezlitosnego  śmiechu. Jakie przywary i z jaką 
namiętnością (aż po paszkwil) wyśmiewa się, to 
zależy od ethosu, tradycji kulturowej i momentu 
historycznego. Zazwyczaj komizmem piętnuje się w 
tym przypadku prywatę i sobkostwo, lizusów i 
obłudników, rządzących, którzy co innego głoszą, a 
co innego czynią, oraz rządzonych, jeśli pdd 
płaszczykiem zdrowego rozsądku ukrywają apatię, 
tchórzostwo, deprawację moralną, niewolniczego 
ducha. Dzieje karykatury oraz twórczość Goyi 
(Kaprysy)  i Daumiera, Hogartha i Rowlandsona 
czy też Georga Grosza należałoby tu uwzględnić w 
równym stopniu, co np. Swifta, Gogola, Salty-
kowa-Szczedrina, Zoszczenkę.

 

Relacja druga (człowiek—jego sposób byto-

wania) rodzi komizm różnego stopnia 
refleksyjności: odnosi się on do możliwości

 

3° 

3

1

 

background image

 
 

 

 

ludzkich,   do   splotu   tego,   co   konieczne   i   ko-
nieczność   przezwyciężające.   Komizm   ów   wy-
stępuje: a) bądź na tle sytuacji czy zwrotów ab-
surdalnych,  czystego nonsensu,  b)   bądź  na  tle 
ciągłych prób przezwyciężania kondycji ludzkiej. 
osiągania czegoś, co osiągnąć się nie da, c) bądź na 
tle sytuacji problematyzujących istnienie człowieka,  
tzn. jego usiłowań wybrnięcia   z  postaw i czynów 
wymuszonych ku wolności nieograniczonej. Od relacji   
poprzedniej ta różni się postawą filozofującą.   Tam  
śmiejemy się  zawsze  z  kogoś i czegoś określonego, 
tu możemy  śmiać się wespół z  innymi.   Tam 
jesteśmy  nastawieni  na  samoobronę  —  w  imię  
zagrożonego  samopoczucia, zachwianej normy 
obyczajowo-kulturowej, oddalanego w 
nieskończoność ideału moralnego i spo-łeczno-
politycznego. Tutaj sami — w dwu ostatnich 
podukładach — zostajemy włączeni w sferę 
przedmiotu   komicznego.   Nie   trzeba   nam   po 
gogolowsku przypominać, że śmieszny jest w rów-aej 
mierze ten, co sam się śmieje.

 

W podukładzie pierwszym odczuwamy radość z 

paradoksów, kalamburów, qui pro quo; bawimy się 
w absolutnej świadomości kontaktu z niedo-
rzecznościami, którym jednocześnie pozwalamy 
dorywczo nad nami zapanować. Komizm ma tu 
źródło w akcie dwojakiej swobody — wyzwolenia 
się z praktyczno-poznawczej presji reguł logicznych 
(w tym sensie odpowiada Freudowskiej koncepcji 
dowcipu, który przekracza granice nad-jaźni i jaźni) 
oraz potencjalnej kontroli nad rozhuśtanymi 
niedorzecznościami. Przykłady z zakresu sztuki — 
np. filrny braci Marx i J. Tati, dramaty lonesco i 
Mrożka.

 

W podukładzie drugim śmiech jest pobłażliwy

 

i melancholijny zarazem.  Jego klasycznym przed-
miotem jest Don Kichot — jako archetyp usta-
wicznej potyczki z wymogami rzeczywistości co-
dziennej, zdroworozsądkowej. Komizm pojawia się 
tu w postaci humoru — nie w tym sensie, jak go 
pojmował Bergson, lecz tak jak go rozumiała 
filozofia niemiecka z doby romantyzmu. W wydaniu 
„ironistów" akcent padał na dramatyczną kolizję 
między ogromnymi i nieustępliwymi aspiracjami 
człowieka, które wciąż ponoszą klęskę. W 
koncepcji Heglowskiej nacisk był położony na 
subiektywnej pogodzie ducha, bowiem człowiek 
świadomy chytrości rozumu historycznego i własnej 
wobec niego słabości staje się odporny na wszelkie 
klęski i straty. Humorysta mianowicie spostrzega 
komizm walki o pełną sprawiedliwość, o udoskona-
lenie świata, ponieważ dążności te wydają się nie do 
zrealizowania. Przedstawia je z pełną aprobatą, 
sympatyzuje z dobrocią i szlachetnością, ale zara-
zem z rezygnacją skazuje je na porażki. Sporo 
takiego humoru u Rabelais'go, Sterne'a, Dickensa i 
Czechowa.

 

W podukładzie trzecim humor przybiera inną 

postać. Jest bardziej zjadliwy i niekiedy przepojony 
nutą tragiczną. Nie godzi się na znieczulenie 
człowieka na klęski poprzez komiczną interpretację 
jego aspiracji. W tym tragikomicznym widzeniu 
śmiech nie jest kojącym narkotykiem; ostry i gorzki, 
stanowi wyzwanie wobec świata status quo, wobec 
losów ludzkich, a nie ich stoicką akceptację. Taki jest 
np. humor XX-wieczny u St. I. Witkie-wicza, 
Gombrowicza, Becketta, niekiedy u Mrożka, w 
czasach Młodej Polski nazwano by go sarkastycznie 
„śmiechem krwawym".

 

We wszystkich przytoczonych tu przypadkach 3 

— Śmiech

 

33

 

background image

 
 

 

 

komizm wynika z tej samej fundamentalnej zasady: z 
dialektycznego przeciwieństwa 

między 

dwoma określonymi elementami, z których 
jeden w owym układzie jest motywem 
dodatnim, substancjalnym, a drugi motywem 
ujemnym, pozornym, tamten 
p r z e s ł a n i a j ą c y m   i  n i b y   b i o r ą c y m  górę. 
Motywy dodatnie wydobywa na jaw: la — 
obnażanie pozornego prestiżu; Ib — demaskacja 
rozzuchwalonej, ostentacyjnej przeciwnormalności;

 

Ic — wskazanie miałkości społecznej czy zgoła 

nędzy moralnej pod kostiumem pychy, władzy, 
zadufkostwa etc.;

 

Ha — swobodne przyzwolenie na triumf non-

sensu ;

 

Ilb — melancholijna zaduma nad donkiszo-terią 

wszelkiego typu, urągającą nieprzekraczalnej 
granicy możliwości ludzkich;

 

lic — gorzka zaduma nad nie dającym się 

ujarzmić duchem ludzkim, który wciąż powstaje, 
mimo iż wciąż ponosi klęskę.

 

Przeciwieństwa owe konkretyzują się za każ-

dym razem inaczej, ich treść nie jest jednakowa, 
gdyż uwikłane w nich motywy są odmienne. Z 
punktu widzenia głębokości i rozległości prze-
ciwieństw wartość komizmu w postaci filozoficznie 
zorientowanego humoru jest najdonioślejsza 

3

>.

 

'' Beckett w powieści  Watt  (New York 1959, s. 48), rozróżniając 

trzy odmiany „lamentu komicznego" — gorycz wobec zła społecznego, 
pusty śmiech w obliczu fałszu i rozpaczliwy śmiech wobec absurdalności 
istnienia — ten trzeci ocenia najwyżej. Odnosi się on niewątpliwie do 
istoty jego własnej twórczości. Nb. jego „metafizyczny śmiech" 
zestawiano często z uwagami Bergsona o komizmie absurdalnym; por. 
choćby I. Hassan, Thf Literaturę of Silejwe, New York 1967 s. 133—135. 
Koncepcja Becketta nawiązuje w pewnym sensie do znanego

 

Stanowi ona zresztą paralclę komizmu w odmianie 
satyrycznej, który z punktu widzenia społecznego 
jest najbogatszy, zwłaszcza jeśli ethos u jego pod-
staw leżący celuje ku społeczności optymalnie 
humanistycznej. Wskazane warunki wystarczające 
pozwalają odróżnić komizm od tragizmu, choć w 
relacji drugiej przeplatają się one ze sobą. Komizm, 
skupiony na tych samych antynomiach egzystencji 
ludzkiej, przywraca właściwą miarę tyleż 
faktyczności co powinności. Dlatego jedna z jego 
odmian występuje w obronie aktualnego kodeksu 
społecznego, co z punktu widzenia tragizmu jest 
niedopuszczalne. Inna zaś odmiana premiuje 
żywioły irracjonalne, podczas gdy tragizm musi 
przyznać wyższość ustawicznie czujnej saniowiedzy. 
Istotne rozbieżności mają  źródło w tym, że co w 
perspektywie tragicznej jest przeciwłudzką 
trywialnością, komizm aprobuje jako nie mniej 
ludzkie niż najwznioślejsze dążenia, i co tam jest 
nieusuwalną, jednoznaczną niezgodą na rozdarcie 
człowieka, na dwuwartościowy porządek (bio-
społeczny oraz etyczno-transceii-dentny), tu 
pozostaje zawsze dwuznacznością niezgody i zgody. 
Tragizm wciąż mimo porażek zakłada,  że pełna 
wolność jest osiągalna, komizm nie podziela tego 
szlachetnego mitu. Stąd tragiczny człowiek traktuje 
siebie arcyserio, natomiast komizm neutralizuje tę 
arcypowagę.

 

Co się tyczy z kolei procesu myślowego jako 

podstawy komizmu, prawdą jest, iż bez myślenia

 

rozróżnienia, które w Eseju o śmiechu  przeprowadził Baudelaire, Komizm 
społeczno-moralny przeciwstawił komizmowi absolutnemu. Ten ostatni 
jest demoniczno-groteskowy, zaświadcza o pozornej wyższości człowieka 
nad naturą. Jest wyrazem świadomości, iż skazani na ciągle kieski, wciąż 
próbujemy je wyminąć i wyeliminować.

 

 

 

34

 

35

 

3*

background image

 
 

uchwycenie przeciwieństw nie doszłoby do skutku. 
Niemniej    niejednakowo   przebiega   ów   proces w 
wyróżnionych podukładach;  najsilniej  występuje w 
I c i lic wyostrzając uchwycone sprzeczności, a w 
swoistej formie zachodzi w II a z racji jakby 
zawieszenia kontroli logicznej. Prawdą jest, że 
śmiejący się wyzbyty jest najczęściej sympatii czy 
współczucia dla ośmieszanego, ale nieporozumieniem 
byłoby stwierdzenie, że pierwszy jest jedynie 
chłodnym obserwatorem. Jeśli założenia powyższe są    
trafne,    niepodobna    komizmowi    przypisać 
postawy   zawsze   i   wszędzie   emocjonalnie nie-
zaangażowanej.     We    wszystkich    podukładach 
pierwszej relacji śmiech z kogoś ma w zapleczu 
emocjonalne poruszenie. Jest — jak wzmianko-
wałem   —   rewanżem   wobec   osób   budzących 
zazdrość i lęk, rekompensatą za własne poczucie 
niższości,   \vsobne   czy   narzucone   z   zewnątrz; 
albo   konsekwencją   niechęci   czy   pogardy   dla 
odmieńców;   albo  nasycony jest  swego   rodzaju 
bolesną      pasją,   ponieważ      społeczeństwo,   jakże 
dalekie od wyznawanego ideału, składa się z żałosnych 
osobników. Kogoś, kto za wysoce pożądany uważa 
wzór społeczeństwa ofiarującego pozycje czołowe   
ludziom   o   autentycznych   zasługach,  śmieszy i 
zarazem boli np. eminencja w gronostajach,   która  
wciąż   wykłada   o   poszanowaniu godności ludzkiej 
i praworządności, a sama gotowa jest łamać  ją na 
każde skinienie, albo mający się za uczonego 
redaktor z wyrazami „naród" i „patriotyzm" wciąż na 
ustach i pod piórem, a który jest zwyczajnym 
serwilistą; albo jakaś tam pani, której kwalifikacje  
intelektualne  sięgają   zaledwie  asystentury,   ale   z   
racji   innych   wpływów   zostaje kierownikiem 
zespołu uniwersyteckiego. Nietrudno

 

37 

byłoby przykłady te'rozciągnąć poza życie naukowe. 
We wszystkich analogicznych przypadkach komizm 
angażowałby uczuciowo ośmieszającego tyleż samo, 
co ośmieszanych.

 

W relacji drugiego typu obojętność również jest 

raczej rzadka. Komiczne jest wszakże to, co pozwala 
na przyjemną zabawę (Bergsonowska „gra idej"), 
wcale nie czysto intelektualną, zarówno twórcy jak 
jego adresatów. Komiczne jest także coś, co budzi 
zarazem  smutek i melancholię, np. w utworach 
Czechowa czy w Widmach wolności  Bunuela, albo 
refleksję związaną z poczuciem dramatyzmu losów 
ludzkich.  Śmiejemy się zatem na tle komizmu 
pobudzeni najczęściej nie tylko myślowo 
(poznawczo), ale również emocjonalnie, a niekiedy 
(la i Ha) wyzwalamy przy tym energię instynktowną. 
Nic w tym dziwnego. Jeśli zasadna jest hipoteza, że 
komizm zakotwiczony jest w dialektycznym żywiole 
naszego istnienia, śmiech na jego tle musi 
aktywizować wszystkie władze psychiczne.

 

Dodajmy przy tym, że neutralizuje on w pewnej 

mierze nasze obronno-zaczepne reakcje, zbliżając je 
w charakterze do postaw refleksyjno-ludycznych. 
Pociąga on bowiem za sobą nie tylko w przypadku 
sztuki, która jest zawsze wirtualna (rzeczywistość na 
niby), ale i w sytuacjach życiowych doświadczenia 
zastępcze, tzn. tylko para-praktyczne" 

4

>.

 

Z przedstawionych rozważań wynika zatem, że 

jedyny warunek psychologiczny, jaki dałoby się 
ustalić dla komizmu, sprowadza się do traktowania 
„nie na serio" tego, co zostaje ośmieszone.

 

4

' Por. na ten temat dywagacje K.  ćapka pt. Przyczynek do stwa 

anegdoty („Teksty" 1975 nr 4, s. 149—158).

 

background image

 
 

„Nie na serio", tzn. musi wystąpić jakiś wyraźny 
brak przywiązania i respektu dla danej wartości, 
którą  śmiech podaje w wątpliwość, czy poczucie 
bezwartości, którą obnaża i atakuje, bądź też ostra 
świadomość,  że respektowana wartość, którą 
chciałoby się realizować w pełni i permanentnie, 
nie jest jednakże do zrealizowania. Jest to zatem 
dodatkowy warunek wystarczający, który od innej 
jeszcze strony uwyraźnia odmienność perspektywy 
tragicznej i komicznej.

 

Schemat powyższy należałoby wypełnić  szcze-

gółową  argumentacją i przykładami z życia oraz 
różnych dziedzin sztuki. Filozoficzna koncepcja, 
nawet rozwinięta, nie wyczerpuje problematyki 
komizmu. Analiza tych samych gatunków arty-
stycznych oraz rozważenie przydatności tych sa-
mych chwytów komicznych (powiedzmy — 
karykatury, parodii, kpiny, ironii i burleski) w 
podukładach np. la i Ic albo Ic i lic byłaby 
szczególnie instruktywna. Pozwoliłaby bowiem 
stwierdzić względną niezależność owych gatunków i 
środków artystycznych, a zarazem ustanowić ich 
zawisłość i pochodność od filozoficznego rozumienia 
zjawiska komizmu.

 

Śmiech ma podłoże przede wszystkim bio-

fizjologiczne i psychologiczne. Śmiejemy się w różny 
sposób i oczywiste jest, że wesołość nie zamyka się 
w regionach rozważanej tu świadomości komicznej 
czy krótko komizmu. Nic też bardziej zrozumiałego 
jak opór czytelnika przeciw koncepcji 
Bergsonowskiej i tym większy przeciw moim 
zaledwie naszkicowanym pomysłom.

 

Można powołać się na fakt, że  śmieszne są dla 

wielu osób zjawiska najtrywialniejsze i najbłah-sze 
(np. ochlapywanie się tortami w starych

 

39

 

filmach) albo że wyżywając aspołeczne instynkty 
niektórzy dostrzegają komizm w cudzej brzydocie i 
cudzym kalectwie. Przykłady te kłócą się z przed-
stawioną przeze mnie analizą, zwłaszcza zaś stawiają 
pod znakiem zapytania związek komizmu z 
filozoficzną zadumą nad światem i egzystencją 
ludzką. Czytelnik może również zakwestionować 
nierozróżnianie  śmieszności i komizmu oraz iiic-
wydzielenie humoru czy satyry jako zjawisk 
odrębnych. Może wreszcie sam żywioł komiczny 
dostrzec w czymś zupełnie innym bądź orzec, iż 
zaiste rozsądniej zaniechać dyskursów nudnych dlań 
i jałowych o tym zagadkowym zjawisku, które 
należy przyjąć jako dar analogiczny do nie dającego 
się opisać piękna krajobrazu.

 

Moje komentarze do Bergsona oraz własne 

wywody nie uchylają takich reakcji czytelniczych. 
Wręcz przeciwnie, zakładają,  że dyskusja jest 
nieskończona. Postuluję jedynie — ponieważ 
komizm żywi się całym naszym istnieniem — iż dla 
każdego stanowiska w tej kwestii dobrze jest mieć 
racje wsparte na koncepcji filozoficznej.

 

Stefan Morawski

 

Listopad   1975

 

background image

 
 

HENRI

 

Bergson

 

Śmiech

 

Esej o komizmie

 

background image

 
 

P r z e d m o

 

Studium 

niniejsze zawiera trzy 

rozprawy o śmiechu (a raczej o śmiechu 
specjalnie wywołanym przez komizm), 
ogłoszone ongiś przeze mnie w „Revue de 
Paris"  *\  Gdy je zebrałem w jednym tomie, 
zadałem sobie pytanie, czyż nie powinienem 
dogłębnie zbadać poglądów swoich 
poprzedników i poddać porządnej krytyce 
różne teorie śmiechu. Wydało mi się atoli, 
że wywód mój uległby niepomiernej kom-
plikacji, a jego obszerność nie byłaby w żadnej 
proporcji do wagi omawianego tematu. Tak 
się zresztą stało,  że uwzględniłem wszystkie 
zasadnicze definicje komizmu, uwzględniłem 
wprost lub pośrednio, jakkolwiek pokrótce, w 
związku z takim czy innym przykładem 
przywołującym którąś z nich na myśl. 
Ograniczyłem się tedy do przedruku rozpraw. 
Dołączyłem jedynie listę głównych

 

*' „Revue de Paris" l i 15 lutego, l marca 1899 r. (Przyp. aut.).

 

wa

 

background image

 
 

 

 

prac   o   komizmie,   ogłoszonych   w   ciągu 
poprzednich lat trzydziestu.

 

Od tego czasu pojawiły się nowe prace. 

Wydłużyła się też lista, którą poniżej podaję. 
Jednakże do samego studium żadnych zmian 
nie wniosłem *

J

. Oczywiście nie wskutek tego, 

jakoby te rozmaite badania nie rzuciły pod 
niejednym względem nowego światła na 
zagadnienie komizmu. Moja wszelako metoda, 
okieślająca sposoby  stwarzania komizmu, 
odbiega od stosowanej na ogół, a 
prowadzącej do podciągania efektów 
komicznych pod nadto szeroką i zbyt 
uproszczoną formułę. Obie metody nie 
wykluczają się wzajemnie, ale to wszystko, co 
można dzięki drugiej uzyskać,  żadną miarą 
nie narusza wyników pierwszej; ona to jest w 
moim przekonaniu jedyną metodą, którą 
znamionuje naukowa dokładność i ścisłość. 
Jest to zresztą punkt, na który chcę 
skierować uwagę czytelnika w dodatku 
dołączonym do obecnego wydania.

 

Paryż, styczeń 1924.

 

H. B.

 

*' Zrobiłem jednakże kilka retuszów formalnych. (Przyp. aut.).

 

R o z d z i a ł     p i e r w s z y

 

O komizmie w ogólności

 

O  komizmie form i ruchów.  Siła

 

ekspansywna komizmu

 

Co znaczy śmiech? Cóż takiego tkwi w 

śmieszności? Co by miały wspólnego mina 
błazna, gra słów, qui pro quo z wodewilu, 
scena z wyrafinowanej komedii? Jakich 
destylujących  środków potrzeba, by wydzielić 
ową zawsze tożsamą substancję, której tyle 
rozmaitych tworów zawdzięcza tak rubaszny 
albo tak subtelny odcień? Począwszy od 
Arystotelesa 

x)

, najwięksi myśliciele borykali się 

z tym niepoważnym problemem, który 
wymyka się wszelkiemu ujęciu, wyślizguje 
się, chowa i znów wyrasta, niczym zuchwałe 
wyzwanie rzucone filozoficznej spekulacji.

 

My jednak przystępując do tego problemu 

mamy na swoje usprawiedliwienie to, że nie 
zamierzamy wcale wyobraźni komicznej 
wtłaczać w definicję. Przede wszystkim 
uważamy ją za coś  żywego i choćby była 
czymś najbłahszym, będziemy się odnosić do 
niej z powagą należną życiu. Ograni-

 

44 

background image

 
 

czymy   się,   do   prześledzenia  jej   wzrostu i   
rozwoju.   Na   naszych   oczach   dokona 
najbardziej osobliwych  przeobrażeń,  prze-
chodząc  nieznacznie   i   stopniowo  od jed-
nych   form   do   drugich.   Nie   pogardzimy 
niczym, co nam wpadnie w oko.  I może 
uzyskamy przez tę nieprzerwaną styczność coś   
bardziej   elastycznego   niż   teoretyczna 
definicja, mianowicie znajomość praktyczną  i   
poufałą,   taką,   jaka   się   rodzi   wskutek 
długiej   zażyłości.   Być   może   przekonamy 
się również,  że mimo woli zrobiliśmy zna-
jomość bardzo pożyteczną. Albowiem wyo-
braźnia komiczna może zdradzić nam wiele z   
pracy  wyobraźni      ludzkiej,      a      zwłaszcza 
wyobraźni  społecznej,  zbiorowej,  ludowej, 
skoro jest na swój sposób rozumna w naj-
bardziej niezwykłych skokach, metodyczna w 
szaleństwie, marząca, co przyznaję, lecz 
wywołująca marzeniami wizje przyjmowane i  
rozumiane   przez   całą      społeczność.  Po-
chodna od życia, pokrewna sztuce, czyż    nie 
może powiedzieć nam czegoś o sztuce i życiu? 
Przedstawimy najpierw trzy spostrzeżenia, 
które uważamy za podstawowe. Dotyczą      one   
nie   tyle   samego   komizmu,   co miejsc, w 
których szukać go trzeba. 

47 

I

 

Oto punkt pierwszy, na który chciałbym 

zwrócić uwagę: nie ma komizmu poza obrębem 
rzeczy czysto ludzkich.  Krajobraz może być 
piękny, uroczy, wzniosły, bez wyrazu lub 
brzydki, lecz nigdy nie będzie  śmieszny. 
Można się  śmiać ze zwierzęcia, lecz dlatego 
tylko,  że się odkrywa u niego ludzką postawę 
czy ludzką minę. Można się śmiać z kapelusza, 
lecz tym, co wyśmiano, nie jest kawałek filcu 
lub . słomy, ale forma

?

 jaką mu ludzie nadali, 

ludzki kaprys w nim odciśnięty. Dlaczego 
rzecz tak doniosła a tak prosta nie ściągnęła na 
siebie większej uwagi filozofów? Byli wśród nich 
tacy, którzy określili człowieka jako „zwierzę 
śmiać się umiejące"

2

^; równie i dobrze mogli go 

określić jako „zwierzę wywołujące  śmiech", 
jeśli bowiem udaje się to innym zwierzętom 
lub przedmiotom martwym, to jedynie wskutek 
podobieństwa do człowieka, wskutek piętna, 
jakie człowiek na nich wyciska, albo wskutek 
użytku, jaki z nich robi. 

Inny nie mniej ważki objaw upatruję 

wnieczułości, która towarzyszy zazwyczaj 
śmiechowi. Zdaje się,  że komizm uderza nas 
jedynie wówczas, gdy trafia na spokojną, 

background image

 
 

4<3

 

nieporuszoną powierzchnię duszy.  Obojętność 
jest przyrodzonym mu środowiskiem. 
Największym   zaś      wrogiem      śmiechu      jest 
wzruszenie. Nie chcę przez to powiedzieć,  że 
nie moglibyśmy się śmiać, na przykład, z osoby 
budzącej w nas litość albo sympatię;  owszem,   
tyle   tylko,   że   wówczas   trzeba na chwilę 
zapomnieć o tej sympatii, zagłuszyć litość. W 
społeczności czystych intelektów 
najprawdopodobniej już by nie płakano, lecz 
może jeszcze dałoby się usłyszeć  śmiech, 
natomiast dusze zatopione w zmysłowości, 
dostrojone do wielogłosu  życia, gdzie każde 
zdarzenie jest zwielokrotnione współbrzmieniem 
uczucia,  po  prostu  nie znałyby  ani nie 
rozumiały  śmiechu. Spróbujmy na chwilę 
przejąć   się   żywo   tym   wszystkim,   co   się 
wokoło nas mówi i dzieje, współdziałajmy w 
wyobraźni  z  tymi,  co  działają,  współczujmy 
z tymi, co czują,  pozwólmy  naszej  sympatii    
zatoczyć    krąg   jak    najszerszy. A   wówczas,  
jak   pod   dotknięciem   czarodziejskiej różdżki, 
najbłahsze rzeczy nabiorą wagi   i   wszystko   
powlecze   się   surowym kolorytem. 

 

 

Spróbujmy  wyłączyć    się  teraz i spojrzeć na 
życie jako na widowisko — ileż dramatów 
przemieni się wtedy w komedię!   Wystarczy   
zatkać      uszy      na      dźwięki muzyki 
przygrywającej  do tańca,  by tan-

 

49

 

cerze wydali się nam pocieszni. Wieleż 
ludzkich czynów wytrzymałoby podobną 
próbę? Czyż większość z nich nie straciłaby 
natychmiast na powadze i nie okryła się 
śmiesznością, gdyby je oddzielić od muzyki 
naszych uczuć? A zatem, żeby komizm mógł 
wywołać należyty skutek, wymaga on jakby 
chwilowego znieczulenia serca. Przemawia 
Jedynie do "intelektu. ~~ Jednakże intelekt ten 
musi pozostać w łączności z innymi 
intelektami. Oto trzeci punkt, na który pragnę 
zwrócić uwagę. Poczucie osamotnienia nie 
daje zakosztować komizmu. Jak gdyby śmiech 
potrzebował echa! Proszę mnie dobrze zrozu-
mieć: nie chodzi tu o dźwięk artykułowany, 
czysty i skończony, lecz o coś, co chciałoby 
siebie uwielokrotnić, coraz dalej i dalej się 
odbijając, coś, co się zaczyna wybuchem, by 
potem tocząc się, jak grzmot po górach, 
przedłużać swoje istnienie. Wszelako nie mogą 
te odbicia mnożyć się w nieskończoność; 
choćby rozchodziły się w obrębie 
najobszerniejszego koła, jest to niemniej koło 
zamknięte.  Śmiejemy się zawsze wespół z 
pewną grupą. Niejednemu z nas zdarzyło się 
może w wagonie kolejowym czy przy 
wspólnym stole restauracyjnym słuchać, jak 
podróżni opowiadają sobie historyjki, naj-

 

4 — Śmiech

 

background image

 
 

 

 

pewniej bardzo uciesznc, skoro śmiali się z całego 
serca. Gdybyśmy należeli do tego samego 
towarzystwa,  śmielibyśmy się tak samo; nie 
należąc, nie mieliśmy na to najmniejszej 
ochoty.  Pewien poczciwiec zapytany,  dla-
czego nie płakał na kazaniu, gdzie wszyscy łzy 
wylewali, odparł: „Jam nie z tej parafii". To, co 
ten człowiek sądził o płaczu, o wiele lepiej daje 
się odnieść do śmiechu. Nawet najszczerszy 
śmiech skrywa w zakamarkach myśli jakieś 
tajne porozumienie — rzekłbym niemal 
współwinę — z pozostałymi, rzeczywistymi lub 
urojonymi towarzyszami śmiechu.      Jak      to   
nieraz   podkreślano,   śmiech widzów w teatrze 
jest tym żywszy, im pełniejsza sala.  Z drugiej  
strony niejednokrotnie znów można spostrzec, 
że mnóstwo efektów komicznych nie daje się 
przenieść na język obcy, tak są związane z 
obyczajami i poglądami   danej   społeczności!   
Toteż   tylko ktoś, kto nie pojmuje   ważkości   
tego   podwójnego faktu, może upatrywać w 
komizmie jakąś osobliwość, która bawi umysł, a 
w  śmiechu zjawisko cudaczne, odosobnione, 
pozbawione związku z resztą czynności 
ludzkich. Stąd też owe  definicje,  w  których  
próbowano zrobić z komizmu rodzaj 
abstrakcyjnego    stosunku    ustalanego    przez    
umysł między ideami: „intelektualny kontrast" 

3)

„wrażeniowy absurd" *' itp.; gdyby nawet 
definicje te dały się zastosować do wszelkich 
postaci komizmu, za grosz nie wytłumaczyłyby 
nam, dlaczego komizm pobudza nas do śmiechu. 
Z jakiejże racji właśnie ów szczególny stosunek 
logiczny, gdy go tylko dostrzec, miałby sprawić, 
że się zwijamy, zanosimy, pękamy ze śmiechu, 
skoro przy chwytaniu innych stosunków nasze 
ciało zachowuje się obojętnie? Nie tędy wiedzie 
droga cło problemu. Aby śjmech zrozumieć, 
trzeba osadzić go w przyrodzonym mu 
środowisku, którym jest społeczeństwo, przede 
wszystkim zaś trzeba określić jego funkcje 
społeczną, tzn. jego użyteczność. Taka też będzie 
odtąd idea, przewodnia naszych dociekań. 
Śmiech musi l , odpowiadać pewnym 
wymaganiom  życia zbiorowego; musi mieć 
znaczenie społeczne. 

Zaznaczmy wyraźnie punkt, w którym zbiegają 

się poczynione przez nas wstępnie trzy 
spostrzeżenia. Jak się wydaje, komizm rodzi  się 
wówczas,  kiedy ludzie połączeni 

w grupę 

skierują swoją uwagę na jednego ( ,{ spośród   
siebie,   nakazując   milczenie   swej C   -
wrażliwości i powodując się samym intelek-/ 
tem.   Jakiż   to   szczególny   punkt   ściągnie) teraz 
uwagę na siebie? Co pochłonie intelekt? 

5

1

 

background image

 
 

52

 

Odpowiedź na te pytania zbliży nas do sedna 
problemu. Nieodzowne są jednak wstępne 
przykłady.

 

II

 

Ulicą biegnie człowiek, potyka się i pada, a 

przechodnie wybuchają  śmiechem. Nikt, jak 
myślę, nie śmiałby się z niego, gdyby można   
było   przyjąć,   że   to   z   nadmiaru fantazji, 
która go raptownie naszła, umyślnie siadł      na   
ziemi.   Śmiech   wziął      się      stąd,  że  on  
znalazł  się  na  ziemi  mimowolnie. Śmieszy   
nie   tyle   nagła   u   niego   zmiana postawy, 
mimowolność tej zmiany; śmieszj jego 
niezdarność.  Prawdopodobnie kamień leżał na 
drodze. Trzeba było zmienić krok lub wyminąć 
przeszkodę. Atoli przez brak gibkości,   przez   
roztargnienie,   upór  ciała,  w s k u t e k 

 

usztywnienia  l u b    nabranego  rozpędu,  
mięśnie  wykonywały  nadal te   same   ruchy,   
gdy   nowe   okoliczności  żądały czegoś 
innego. Dlatego ów człowiek upadł i 
roześmieli się przechodnie.

 

A oto pedant, wypełniający najdrobniejsze 

czynności z matematyczną dokładnością, 
któremu złośliwy  żartowniś pomieszał 
porządek rzeczy w pokoju. Gdy przeto

 

53

 

macza   pióro   w   kałamarzu,   wyciąga   je 
oblepione   piaskiem;   gdy   zamierza  usiąść na   
krześle   o   dość   solidnym   wyglądzie, pada 
jak długi na podłogę, słowem, działa  sobie   
na   przekór   lub   robi   wszystko   na próżno, 
zawsze jakby   wskutek   nabranego rozpędu. 
Przyzwyczajenie nadało ten rozpęd. Należało  
raczej   wstrzymać  ruch  czy  pokierować   
nim   inaczej.   Ale   skąd!   Dalej robi   się   to   
samo.   Ofiara   tej   teatralnej farsy jest  w   
analogicznym  położeniu jak osoba, która 
biegnąc przewraca się na ulicy. Jest  komiczna  
z   tych  samych  powodów. W  obu  
przypadkach jest _c.oś  śmiesznego w   owym   
jakby   mechanicznym    usztywnieniu 

 

zachodzącym tam, gdzie  chciałoby się   
widzieć      przytomną  lekkość      i      gibkość 
żywego człowieka. Między obydwoma przy-
padkami jest tylko ta różnica,  że podczas 
gdy   poprzedni   nastąpił   sam   przez   się, 
drugi uzyskano  sztucznie. Przechodnie po-
czynili jedynie obserwację, nasz złośliwy 
żartowniś robi eksperyment.

 

W obu wszelako przypadkach jakaś 

zewnętrzna okoliczność wywołała efekt. Ko-
mizm okazał się czymś przygodnym i po-
wierzchownym w stosunku do wnętrza 
osoby. Jak miałby wniknąć w głąb? Na to 
musiałoby się mechaniczne usztywnienie

 

background image

 
 

pojawić nie wskutek przeszkody, jaką stwarza 
przypadek albo złośliwość ludzka, lecz z 
całkiem innej przyczyny; musiałoby w samym 
sobie znajdować naturalną poniekąd a 

 

 

nieustanną   sposobność   do  przejawiania się   
na   zewnątrz.   Wystawmy   więc   sobie umysł   
zajęty   zawsze   tym,   czego   dopierc dokonał,   a   
nigdy   tym,   co   właśnie   robi, niby melodia 
doganiająca akompaniament. Wystawmy sobie 
jakąś wrodzona nicelastycz-ność  zmysłów  oraz   
intelektu   pozwalającą nam widzieć jedynie to, 
co minęło, słyszeć tylko  to,  co  przebrzmiało,  
mówić coś,  co już   nie   odpowiada   niczemu   
—   słowem, dostosowywać się do sytuacji 
przeszłej i zachowanej   wyłącznie   w 

 

 

wyobraźni,   podczas gdy należałoby nastroić się 
na rzeczywistość  właśnie obecną. Ty'm razem 
komizm byłby osadzony  w osobie  samej.   Ona  
to dostarczałaby wszystkiego, materii i formy, 
przyczyny i sposobności. Nic więc dziwnego, że   
człowiek      r o zt a r g n i o n y       (bo      taką   to postać 
opisywaliśmy właśnie) kusił na ogół muzę 
pisarzy komicznych. Kiedy La Bruyere spotkał   
ów   charakter   na   swej   drodze

5>

, mniemał, 

dokonując jego rozbioru, że ma przepis    na    
hurtowe     tworzenie    zabawnych     efektów.    I     
pomylił        się     bardzo. Stworzył z Menalka 
jeden z najdłuższych, 

55

 

najbardziej drobiazgowych opisów, prze-
ciążając go ponad miarę repetycjami i cie-
niowaniem szczegółów. Dał się zwieść  łat-
wości tematu. Roztargnienie nie jest jeszcze 
właściwym  źródłem komizmu, ale poprzez 
nie stykamy się bezsprzecznie z pewnym 
prądem idej i faktów, płynącym wprost ze 
źródła. Mamy przed sobą jedną z wielkich 
naturalnych sprężyn śmiechu. 

Efekt, jaki wywołuje roztargnienie, może 

ulec wzmocnieniu. Istnieje prawo ogólne, 
które właśnie zastosowaliśmy po raz pierwszy, 
a któremu dalibyśmy następującą formułę: 
jeżeli efekt komiczny ma określoną przyczynę, 
to nam wyda się tym komiczniejszy, im 
bardziej naturalni będzie w naszym pojęciu 
owa przyczyna. Już sam fakt roztargnienia 
pobudza nas do śmiechu; jeszcze śmieszniejsze 
będzie roztargnienie, które na naszych oczach 
się zrodziło i rozwinęło, którego pochodzenie 
znamy i którego dzieje moglibyśmy odtworzyć. 
Przyjmijmy zatem, aby się oprzeć na 
konkretnym przykładzie,  że pewien człowiek 
rozkochał się w lekturze opowieści miłosnych 
i rycerskich. Zachwycony i urzeczony swoimi 
bohaterami, kieruje ku nim z wolna wszystkie 
swoje myśli, całą wolę. I oto krąży pośród nas 
jak we śnie. 

background image

 
 

 

 

Jego   postępki   są   samym   roztargnieniem. To 
roztargnienie ma atoli przyczynę, znaną i 

 

 

pozytywną.   Określenie   „nieobecny   duchem"   
byłoby   tu   uproszczeniem;   chodzi raczej   o   
obecność   wspomnianej   postaci w  całkiem  
określonym,  chociaż  urojonym środowisku. 
Upadek bezsprzecznie jest zawsze   Upadkiem,   
co   innego  jednak   wpaść do studni dlatego, że 
się spoglądało zupełnie gdzie indziej, co innego 
wpaść do niej, bo   wypatrywało   się   gwiazdy. 
A   właśnie Don   Kichot   kontemplował   
gwiazdy.  Jakież  głębie   komizmu   kryją      w   
sobie   nazbyt romantyczne czy chimeryczne 
postaci! A przecież, jeśli tylko przywołać ideę 
roztargnienia jako ogniwo  naszych dociekań, 
najgłębszy komizm połączy się na naszych 
oczach z  komizmem  najbardziej  powierz-
chownym. Tak, owe umysły   chimeryczne, owe 
egzaltowane dusze, ci wszyscy szaleńcy tak 
osobliwie rozumni  wzbudzają   w   nas śmiech,  
bo  potrącają  te same  struny,  bo wprawiają   w   
ruch   ten   sam   wewnętrzny mechanizm,   co   
ofiara      z      teatralnej      farsy  czy  też ów 
przechodzień, który poślizgnął się    na    ulicy.  
To  także  są  ludzie,   którzy przewracają się 
goniąc za czymś lub dają sir wywieść w pole 
wskutek własnej naiwności,   ścigając   bowiem   
ideał   potykają   się

 

o rzeczywistość, oddając się zaś szlachetnym 
marzeniom wpadają w złośliwie rozstawione 
sidła  życia. Ale nade wszystko są to ludzie 
ogromnie roztargnieni, mający tę jedynie 
wyższość nad innymi, że ich roztargnienie jest 
systematyczne i zogniskowane wokół pewnej 
idei,  że ponadto ich niepowodzenia są także 
ściśle ze sobą związane ową nieubłaganą 
logiką, z jaką rzeczywistość koryguje 
marzenia, i że wreszcie, poprzez rosnącą stąd 
sumę efektów komicznych, budzą oni śmiech 
coraz większy, coraz potężniejszy.

 

Pójdźmy teraz o krok dalej i spytajmy, czy 

niektóre wady nie usztywniają charakteru tak 
samo jak idee fixe odrętwia umysł. 
Czymbykolwiek wada była: złym nałogiem 
natury albo skurczem woli, najczęściej daje 
się przyrównać do spaczenia duszy. Istnieją 
niewątpliwie i takie wady, w które dusza 
wciela się całkiem, ożywiając je swoją twórczą 
mocą i wciągając w ruchomy krąg 
przeobrażeń. Są to wady tragiczne. Atoli, 
przeciwnie, wada czyniąca człowieka 
komicznym nakłada się na niego z zewnątrz, 
zupełnie jakby go wtłaczała w ramy. Narzuca 
mu swoją sztywność, zamiast czerpać giętkość 
od niego. Nie on ją komplikuje, ale ona jego

 

57

background image

 
 

upraszcza.   Tu   zdaje   się   właśnie    tkwić istotna 
różnica między dramatem a komedią, jak to 
spróbujemy okazać w ostatniej części tego studium/ 
Dramat, odmalowując znane wszystkim z nazwy 
namiętności lub •^      wady,   tak  dalece   wtapia je   
w   postacie, <^"      że zapominamy o tej nazwie, że 
zatracają  X"            się nawet ich ogólne  cechy i  że  
całkiem "-.      przestajemy o nich myśleć wpatrzeni 
w po-

/

Q-     stacie, które wchłonęły je w siebie; 

dlatego tylko imię własne może być tytułem dramatu. 
Wiele   natomiast   komedii   nosi   w   tytule imiona  
pospolite, jak   S kąp i e c ,     Gracz

6) 

itp. Jeślibyśmy 

mieli wyobrazić sobie jakąś sztukę,   która   by   się   
zwała   na   przykład Zazdrośnik,   przyszedłby   
nam   na   myśl raczej Sganarel

7)

 lub Grzegorz  

Dyndała 

8)

, przenigdy Otello;  Z a z d r o śn i k   może 

być tylko "tytułem      komedii.        Jako      że   wady 
komiczne, choćby najściślej stopione z postaciami   
komediowymi,   zachowują   nadal prostotę      i    
niezawisłość    swego    istnienia, pozostają   głównym    
bohaterem,   któremu są   podporządkowane   na 
scenie   wszystkie inne postacie z krwi i kości. 
Niekiedy wady te, jakby dla zabawy, zwalają się na 
postać całym  swym  ciężarem  i  każą jej  staczać 
się w dół na łeb, na szyję. Częściej wszakże będą   
na   niej   grać   jak   na   instrumencie

 

lub manewrować niczym marionetką. Przyj-
rzyjcie się im z bliska, a dostrzeżecie,  że cała 
sztuka komediopisarza polega na tak 
dokładnym zaznajomieniu widza z wadą 
komiczną, na takim wprowadzeniu go w jej 
zakamarki, że wreszcie niejako sam chwyta za 
sznurki od marionetki: w prowadzeniu gry 
przychodzi kolej na nas i to zapewnia nam 
część przyjemności. Także i tym razem, jak 
widać, pewien rodzaj automatyzmu pobudza 
nas do śmiechu, a ten automatyzm jest 
również zbliżony do zwykłego roztargnienia. 
Zęby się o tym przekonać, wystarczy sobie 
uprzytomnić,  że postać komiczna jest na ogół 
komiczna dokładnie w tej mierze, w jakiej 
zgoła nie zdaje sobie z tego sprawy. Komicz,-
nym jest się nieświado mie

9)

. Jak gdyby

 

rtfc.Jjj.BisSsKifeS?, •-'

;

°^

s

^*i''***^**"'

!

*

Ł

'SJ^**'»Ji»5^^

 

ktoś posługiwał się pierścieniem Gygesa

10) 

opacznym skutkiem, stając się niewidzialnym 
dla siebie, a pozostając widzialnym dla 
innych. Bohater tragedii nie zmieniłby nigdy 
swojego postępowania pod wpływem naszego 
sądu o nim; będzie obstawał przy swoim z 
pełną świadomością tego, co czyni, a nawet z 
ostrym odczuciem naszej do niego odrazy. 
Natomiast postać komiczna, skoro dostrzeże, 
że się okrywa śmiesznością, próbuje 
przynajmniej zewnętrznie zmienić po-

 

background image

 
 

 

 

stepowanie. Gdyby Harpagon spostrzegł,  że 
się śmiejemy z jego skąpstwa, to nie twierdze, 
że wyleczyłby się z niego zupełnie, ale w 
każdym razie mniej by nam je okazywał 
albo... inaczej. I tylko w tym sensie, trzeba to 
sobie powiedzieć, 

śmiech „chło-szcze 

obyczaje"

u)

. Po prostu pod jego wpływem 

staramy się wyglądać na takich, jakimi być 
powinniśmy i jakimi po pewnym czasie może 
się staniemy naprawdę.

 

Nie ma potrzeby na razie prowadzić dalej 

tej analizy. Przechodząc kolejne stopnie: od 
człowieka biegnącego, który się przewraca, do 
osoby naiwnej, którą wyprowadzono w pole, 
od zwodzenia do roztargnienia, od 
roztargnienia do egzaltacji, od egzaltacji do 
najrozmaitszych wypaczeń woli i charakteru, 
prześledziliśmy postęp coraz głębszego 
zapadania komizmu w osobowość ludzką, nie 
zapominając przy tym ani razu, że w jego 
najbardziej subtelnych przejawach można 
odnaleźć  to  samo,  co  biło w oczy w formach 
najbardziej rubasznych, tzn. efekt 
automatyzmu i usztywnienia. I tak uzyskujemy 
pierwszy widok, bardzo daleki, przyznaję, 
dosyć jeszcze płynny i mglisty, widok na 
śmieszną stronę natury ludzkiej i na funkcję 
śmiechu.

 

Życie i społeczeństwo wymagają od nas

 

czujnej uwagi, rozpoznającej kontury aktualnej 
sytuacji, a nadto pewnej elastyczności 
cielesnej i duchowej ułatwiającej adaptację. 
Napięcie uwagi i elastyczność, oto dwie 
siły dopełniające się wzajemnie, na których 
gra  życie. Niedostaje ich ciału — co wtedy? 
Mnożą się wszelkiego rodzaju wypadki, 
kalectwa, choroby. Nie dość ma ich umysł? 
Stykamy się zaraz z całą skalą ubóstwa 
psychicznego, z szaleństwem we wszelkich 
odmianach. Poskąpiono ich charakterowi? 
Macie do czynienia z głębokim 
nieprzystosowaniem do życia społecznego, ze 
źródłem nędzy, niekiedy z przyczyną zbrodni. 
Z chwilą gdy człowiek pozbędzie się tych 
braków godzących w rdzeń jego egzystencji 
(one same mają  dążność do zaniku w tak 
zwanej walce o byt), zaraz odzyskuje 
zdatność do życia, i to do życia wespół z 
innymi. Ale społeczność wymaga czegoś 
więcej. Jej nie wystarcza, że się żyje; jej zależy 
na tym, by się  żyło dobrze. Drąży ją obawa, 
że każdy z nas, jej członków, zadowoliwszy 
się zwróceniem uwagi na fundamentalne 
powinności  życia, w pozostałych sprawach 
zda się na łatwy automatyzm nawyków. 
Lękiem również musi ją przejmować,  że 
członkowie, którzy ją tworzą, zamiast dążyć do 
coraz czulszej rów-

 

6o

 

61

 

background image

 
 

 

 

nowagi  wzajemnej  miedzy   wolą   jednych -». 
a   drugich^   poprzestają      na      uszanowaniu 
podstawowych   warunków   tej   równowagi: 
społeczności nie wystarcza umowa zawarta 
między osobami, ona żąda od nich nieustannego   
wysiłku   pospólnej   adaptacji.   Każde 
u s z t y w n i e n i e  charakteru,  umysłu,  a nawet   
ciała   będzie   dla   społeczności   czymś 
podejrzanym, jesf bowiem możliwą oznaką 
aktywności zamierającej bądź takiej, która 
próbuje   się   wyosobnić,   oderwać      się   od 
wspólnego centrum skupiającego tę społeczność, 
oznaką zatem ekscentryzmu. W takich razach 
społeczeństwo nie może interweniować za 
pomocą materialnego nacisku, skoro nic mu 
materialnie nie zagraża.  Znajduje się      wobec   
czegoś,   co   je   niepokoi,   lecz jako   objaw   
tylko,  jako   przestroga,   gest. dlatego samo 
odpowiada również prostym gestem. 

 

 

Śmiecji^^jna   być      czymś   z   tego rodzaju,  
gatunkiem  społecznego  gestu.  Trzezjłbawgj 
którą rodzi, śmiech poskramia | 
wszelką_ekscenfryczność, nieustannie budzi i 
utrzymuje w styczności te poboczne siły, które  
mogłyby  się  rozproszyć    lub      popaść w 
uśpienie, usuwa wreszcie z powierzchni ciała 
społecznego wszelką pozostałość mechanicznego 
usztywnienia.  Śmiech nie należy tedy do czysto 
estetycznej  domeny,  skoro. 

dąży (nieświadomie, w wielu zaś wypadkach 
bez  żadnych skrupułów moralnych) d,o_tak 
utylitarnego celu, jak doskonalenie ogółu. Ma 
w sobie wszelako coś estetycznego, skoro 
komizm występuje na jaw dopiero w 
momencie, gdy społeczność i osoba ludzka, 
uwolnione od troski o zachowanie istnienia, 
zaczynają odnosić się do siebie jak do dzieła 
sztuki

12)

. Krótko mówiąc, gdyby zakreślić krąg 

wokół skłonności i czynów szkodliwych dla 
indywidualnego albo społecznego  życia, 
pokaranych wszakże mocą swoich naturalnych 
następstw, to poza tym polem, polem silnych 
doznań i bojów, znalazłoby się w strefie 
neutralnej, gdzie człowiek robi z siebie 
widowisko przed drugim człowiekiem, owo 
usztywnienie ciała, umysłu i charakteru, które 
społeczność chciałaby wykluczyć, ażeby 
uzyskać dla swoich członków możliwie jak 
największą elastyczność i jak najwyższe 
uspołecznienie. Owo usztywnienie, to 
śmieszność właśnie, którą się karci śmiechem. 

Nie żądajmy jednak od tej prostej formuły 

natychmiastowego wyjaśnienia wszelkich 
efektów komicznych. Odpowiada ona 
niewątpliwie elementarnym przypadkom, 
przypadkom teoretycznym, doskonałym, w 
których komizm jest wolny od wszel- 

62

 

background image

 
 

 

 

kich przymieszek. Jakoż pragniemy zrobić z 
niej leitmotiv naszych wyjaśnień; trzeba będzie 
mieć  ją w pamięci, nie obciążając się nią 
jednak zbytnio — jak dobry szermierz,  który 
powinien pamiętać o niecią-głych ruchach 
wpojonych mu na ćwiczeniach, gdy 
tymczasem jego ciało przechodzi do ataku 
ruchem ciągłym. Właśnie tę ciągłość form 
komicznych postaramy się teraz odtworzyć, 
postępując za nicią, która ciągnie się      od   
błazeństw   klowna   do   najbardziej 
wyrafinowanych gier komediowych, by prze-
śledzić jej skręty trudne często do przewidzenia;   
przystając   co   pewien   czas,   by   się 
rozejrzeć      dokoła,    wznosząc  się  wreszcie, 
jeśli to możliwe, do tego punktu, gdzie nić jest  
zaczepiona  i  skąd   być   może   będzie widać   
najogólniejszy   stosunek   sztuki   do życia,.  
Komizm Jgpwiem oscyluje  wiecznie między 
życiem a sztuką.

 

Ul

 

Zacznijmy od rzeczy najprostszych. Co to 

jest iizjognomia komiczna? Skąd się bierze 
śmieszny wyraz twarzy? I co odróżnia komizm 
od brzydoty?^

3

' Tak postawione za-

 

gadnienie mogło mieć dowolne rozstrzygnięcie. 
Choć z pozoru nader proste, jest już zanadto 
złożone, by dało się pokonać jednym 
szturmem. Trzeba by zaczynać od definicji 
brzydoty, a następnie dociekać, czego jej 
przydaje komizm; brzydotę atoli równie 
trudno jest analizować jak piękno. Toteż 
spróbujemy posłużyć się pewnym fortelem, 
który nieraz okaże swoją przydatność. 
Postaramy się — by tak rzec — zagęścić 
problem spotęgowaniem efektu do tego 
stopnia,  że przyczyna stanie się widoczna. 
Wyolbrzymimy tedy brzydotę, doprowadzimy 
ją do ułomności i zobaczymy, w jaki sposób 
można przejść od ułomności do śmieszności.

 

Jest rzeczą niezaprzeczalną,  że niektóre 

ułomności mają nad innymi tę smutną 
przewagę,  że  śmieszą w pewnych przypad-
kach. Nie będziemy się wdawać w szczegóły. 
Poproszę tylko czytelników, by zechcieli sami 
dokonać w myśli przeglądu rozmaitych 
ułomności, a następnie rozdzielić je na dwie 
grupy, po jednej stronie stawiając te, które 
natura zbliżyła do śmieszności, po drugiej zaś 
te, które bezwzględnie odstają od niej, a 
wtedy, jak sądzę, sami odkryją następujące 
prawo: komiczna okazać się może k a ż d a  
ułomność, którą osoba

 

5 — Śmiech

 

64 

background image

 
 

 

 

dobrze  zbudowana  potrafi   naśladjo-

"wać.

 

*•-———*i'~ 

.                                                                                ,

 

Czyż    me    wyda    się  nam  wówczas,  że 

garbus wygląda jak człowiek, który źle po 

prostu się trzyma? Jakby jego  plecy skur-

czyło złe nawyknienie, a on sam obstawał 

przy   wyrobionym   przyzwyczajeniu   przez 

upór, lecz czysto fizyczny, obstawał wskutek 

usztywnienia. Niechaj czytelnik polega 

teraz wyłącznie na własnych oczach, niechaj 

przestanie się zastanawiać, a zwłaszcza 

rozumować. Niech zatrze w pamięci 

myślowe naleciałości i postara się odszukać 

swe pierwotne, bezpośrednie, naiwne wrażenie,   

a   stanie   mu   przed   oczyma właśnie opisany 

przez nas człowiek: ktoś, kto chciał 

zesztywnieć   w   takiej   postawie  i   — jeśli 

tak   można   powiedzieć   —   ciałem   zrobić 

minę.

 

'A teraz powróćmy do przedmiotu na-

szych wyjaśnień. Osłabiając  śmieszność  uło-

mności, powinniśmy uzyskać komiczną brzy-

dotę. Jakoż  śmieszny wyraz twarzy przy-

wodzi nam zaraz na myśl coś usztywnionego, 

jak gdyby stężałego w ruchliwej zazwyczaj 

fizjognomii. Dostrzegamy w niej rodzaj 

skurczu, jakiś utrwalony grymas. Czy każdy 

wyraz, do którego twarz nawykła, nawet 

twarz szlachetna i piękna, sprawia to wraże-

 

nie, jakby kryło się za nim jakieś przyzwy-
czajenie wyrobione raz na zawsze? Tu wypada 
zrobić ważkie rozróżnienie. Otóż kiedy 
mówimy o wyrazistym pięknie czy takiejże 
brzydocie, kiedy stwierdzamy, że czyjeś 
oblicze ma wyraz, to idzie nam o pewien 
ustalony być może wyraz, który w naszym 
mniemaniu cechuje się jednak zmiennością. 
Stałe jego znamiona zachowują jakąś 
chwiejność, która pozwala mgliście 
odmalować wszystkie możliwe odcienie wy-
rażanego stanu psychicznego. Podobnie w 
oparach wiosennego poranka czuć w gorącym 
tchnieniu zapowiedź upalnego dnia. 
Tymczasem komiczny wyraz twarzy nie 
zapowiada niczego poza tym, co daje. Jest to 
grymas jedyny i ostateczny: jakby układ, w 
którym skrystalizowało się całe życie duchowe 
danej osoby. Dlatego też oblicze jest tym 
komiczniejsze, im bardziej poddaje myśl o 
nieskomplikowanej, mechanicznej czynności, 
która całkiem pochłonęła ową osobę na 
zawsze. Bywają twarze jakby wiecznie 
zapłakane, inne — jakby stale roześmiane, 
jeszcze inne — jakby zajęte ustawicznym 
pogwizdywaniem albo dęciem w niewidzialną 
trąbkę. Te twarze są ze wszystkich najbardziej 
komiczne. Tu także sprawdza się to prawo, 
wedle

 

 

 

66 

67

5*

background image

 
 

 

 

którego efekt będzie tym komiczniejszy, im 
naturalniej da się wyjaśnić jego przyczynę. 
Automatyzm, usztywnienie, skurcz na-
wykowy fizjognomii pobudza nas do śmiechu. 
Efekt ten zyska atoli na sile, jeżeli uda się 
nam powiązać te znamiona z głębszą przy-
czyną,  z  p o d s t a w o wy m  roztargnieniem 
osoby, jak gdyby jej dusza dala się 
zafascynować, zahipnotyzować jakąś prostą 
materialną czynnością.

 

Łatwo teraz pojąć komizm karykatur. Przy 

największej regularności rysów, najpełniejszej 
harmonii ich linii i najsubtelniejszej ich 
ruchliwości, nie istnieje doskonała 
równowaga oblicza. Zawsze można w nim 
wynaleźć oznakę zapowiadającej się zmar-
szczki, zarys możliwego grymasu czy ulubio-
nego skrzywienia, będącego jakby skrzywie-
niem samej natury. Sztuka karykaturzysty na 
tym polega, aby pochwycić te niedostrzegalne 
niekiedy poruszenia i uczynić je przez 
powiększenie widzialnymi dla każdego oka. 
Karykaturzysta tak wykrzywia rysy 
portretowanych postaci, jakby to one same się 
wykrzywiały dochodząc do kresu własnych 
grymasów. Pod powierzchowną harmonią 
formy odgaduje utajone bunty materii. 
Urzeczywistnia owe dysproporcje i 
deformacje, które miały istnieć z kaprysu

 

 

 

•f Ctć-JK.

 

&

f- /-

t, 

}''/

<-'

 

, i+ji,

 

S k ^ e u

 

-i^ff. •

 

natury, lecz które nie osiągnęły niczego, 
wyparte wyższą siłą. Sztuka karykaturzysty 
ma w sobie coś diabolicznego, bo dźwiga 
demona, którego powalił anioł. Jest to bez 
wątpienia sztuka, która przesadza, jednakże 
źle ją określają ci, co uznali za jej cel 
przesadę, istnieją bowiem karykatury o po-
dobieństwie uchwyconym lepiej niż w por-
tretach, karykatury, gdzie przesada zaledwie 
jest widoczna, i na odwrót, można popaść w 
nadmierną przesadę nie uzyskując wcale 
karykaturalnego efektu. Na to, żeby 
karykatura była komiczna, nie powinna nigdy 
wydawać się celem sama w sobie, ale 
zwykłym  środkiem, którym posługuje się 
rysownik dla uwidocznienia deformacji 
zaledwie szkicowanych przez naturę. Właś-

 

68 

tSf- fj  </t*Sif    u 

« rc?iit< fr

 

Jf\

background image

 
 

nie te deformacje są ważne, to one pochłaniają 
naszą uwagę. I dlatego będzie się ich szukać 
nawet w nieruchomych elementach 
fizjognomii, w luku nosa albo w kształcie ucha.  
Albowiem   forma   daje   nam   zarys ruchu.   
Widzimy,   że   nos   robi   naprawdę minę,    
gdy   karykaturzysta   zmienia   jego rozmiary, 
lecz zachowuje kształt, wydłużając go na 
przykład w tym samym kierunku, w jakim to 
zrobiła natura; odtąd również oryginał  będzie  
w naszych   oczach   jakby się wydłużał, by 
przybrać ten sam grymas. W tym sensie można 
rzec, iż natura osiąga często   efekty 

 

 

karykaturalne.   Jak   gdyby owym zuchem, 
którym rozwarła usta, zwęziła podbródek, 
wydęła policzki, udało się jej dotrzeć do kresu 
miny, zmyliwszy czujność powściągliwszej i 
rozumniejszej siły. Wówczas to śmiejemy się z 
oblicza, które jest — że tak   powiem — swoją   
własną   karykaturą. Streszczając. Jakąkolwiek 
doktrynę wybrałby sobie nasz rozum, i tak 
nasza wyobraźnia będzie miała swą gotową 
filozofię: w każdym kształcie ludzkim będzie 
dostrzegała wysiłek duszy formującej materię, 
duszy nieskończenie  giętkiej,   wiecznie 

 

ruchliwej, nie poddanej sile ciążenia, bo to nie 
ziemia ją przyciąga. Ze swej polotnej lekkości ,-
djjsza  użycza   coś   owemu   ciału,   które   
ożywia,,,

 

i to ujd,uchowienie,^którejtą drogą ogarnia 
materię, zwiemy właśnie/wdziękiem. Materia"* 
~śtawia"wszelako opór i obstaje przy swoim. 
Ściąga ^Suszę ku sobie, jak gdyby chciała 
przemienić we własną bezwładność i wypaczyć 
w automatyzm nieustannie twórczą aktywność 
tego wyższego pierwiastka, jak gdyby pragnęła 
umyślną zmienność ruchów ciała sprowadzić 
do wyrobionych i bez-rozumnych nawyków, 
ruchliwy wyraz fizjog-nomii utrwalić w stałym 
grymasie, a całej osobie narzucić postawę 
zatopioną i niejako zakrzepłą w materialności 
jakiegokolwiek mechanicznego zajęcia, aby 
udaremnić jej ożywczą styczność z nigdy nie 
zamierającym ideałem. A gdy już uda się 
materii przytłumić z zewnątrz  życie duszy, 
zmrozić jej ruch, przeciwstawić się wdziękowi, 
wymusza na ciele efekt komiczny. Gdybyśmy 
więc chcieli zdefiniować .komizm przez jego 
przeciwieństwo, to winniśmy przeciwstawić go 
raczej wdziękowi aniżeli pięknu. Szukać go 
trzeba w drętwocie, a nie w brzydocie 

14)

.

 

IV

 

Wychodząc od komizmu form przeszliśmy 

do komizmu gestów i ruchów. Sformułujmy 
wobec tego prawo, które rządzi

 

background image

 
 

w naszym przekonaniu tego typu zjawiskami. 
Daje się ono wywieść  łatwo z dotychczaso-
wych rozważań.

 

Postawa, gesty i r u c h y  ludzkiego  ciała 
są  śmieszne dokładnie w tej • mierze, w 
jakiej ciało  to p r z y w o d z i   L^iiam  na 
myśl b e z d u s z n y  mechanizm. Nie jest w mej 
mocy prześledzić to prawo we wszystkich 
szczegółach i bezpośrednich zastosowaniach, bo 
są niezliczone. Ażeby je sprawdzić wprost, 
wystarczy zbadać uważniej dorobek rysowników 
humorystycznych wydzielając z niego to, co 
należy do karykatury objaśnionej już przez nas 
osobno, a także pomijając komizm, który nie 
wypływa z rysunku. Nie dajmy się tutaj zwieść 
pozorom: komizm rysunkowy jest często 
komizmem zapożyczonym, i to od literatury, 
która  łoży główne koszty. Chcę przez to 
powiedzieć,  że rysownik może przedzierzgnąć 
się w satyryka, nawet w wodewilistę, a wtedy 
śmiech wywołują nie tyle same rysunki, ile 
przedstawiana przez nie satyra lub scena 
komediowa. Jeżeli jednak zwrócić uwagę na 
rysunek z gorącym postanowieniem, że tylko on 
będzie nas interesował, to wówczas, jak sądzę, 
rysunek okaże się tym komiczniejszy, im 
dokładniej a zarazem dyskretniej ukaże

 

73 

nam      w      człowieku   ruchomą   marionetkę. 
Sugestia   ta  musi   być  dokładna,   abyśmy 
mogli   widzieć      wyraźnie,   jakby   poprzez 
przezroczystą szybę, mechanizm schodzący aż   
do   wnętrza   osób.   Sugestia   też   musi być   
dyskretna,   aby   cała   postać,   której każdy 
członek zesztywniał w część mechaniczną, 
sprawiała nadal wrażenie istoty żywej. Efekt 
komiczny będzie tym bardziej uderzający, a 
sztuka rysownika tym doskonalsza, im ściślej 
będą splecione ze sobą oba obrazy, osoby   i   
mechanizmu.    Oryginalność      zaś talentu 
rysownika humorystycznego można by określić 
owym szczególnym gatunkiem życia, jakim 
obdarza  zwykłą  marionetkę. Odłóżmy jednak  
na  bok  poszczególne zastosowania naszej 
zasady i zatrzymajmy się tylko przy jej 

 

najogólniejszych następstwach.   Widok 

 

 

mechanizmu   działającego we   wnętrzu   
postaci  przebija   z   mnóstwa zabawnych 
efektów; jest to najczęściej widok krótkotrwały,    
gubi   się      bowiem      natychmiast  w  śmiechu, 
który wywołuje. Trzeba wysiłku analitycznej 
refleksji, żeby go utrwalić.

 

Oto dla przykładu orator, którego gesty idą 

w zawody z mową. Jakby zazdroszcząc 
słowom, gesty biegną cały czas za myślą, 
chcąc służyć jej również ze swej strony za

 

background image

 
 

7

4

 

tłumacza. W takim razie powinny postępować 
za myślami w najdrobniejszych nawet 
rozwinięciach.  Idea jest czymś,  co rośnie, 
pączkuje,   kwitnie   i   dojrzewa   w   trakcie 
przemówienia.   Nic   jej   nie   powstrzyma, 
nigdy się też nie powtarza. Musi zmieniać się  
ustawicznie,   bo  przestać    się    zmieniać i 
przestać żyć jest dla niej jednym i tym samym.  
Niechże więc gesty  tak sarno  się  ożywią!  
Niechajże poddadzą się  podstawowemu prawu 
życia, które głosi: nie powtarzać się nigdy! Ale 
oto wydaje mi się,  że pewien ruch ręki lub 
głowy poczyna okresowo  powracać.   Gdy   
tylko   uderzy moją uwagę,  gdy ją    zdoła  
przyciągnąć, tak iż będę go wypatrywać, aż się 
zjawi w przewidzianej' chwili,    mimowolnie   
się    zaraz uśmiecham.   Dlaczego?   Dlatego,   
że   mam przed sobą mechanizm działający 
automatycznie. To już nie jest życie, to jest 
automat wmontowany w życie i naśladujący 
życie. To komizm.

 

Tak samo i gesty, z których śmiać się 

nigdy nie przyszłoby nam na myśl, stają się 
śmieszne z chwilą, gdy tylko ktoś drugi 
poczyna je naśladować. Usiłowano tłumaczyć 
ten prosty fakt na różne skomplikowane 
sposoby. A przecież nie trzeba wiele 
zastanowienia, by dostrzec, że stan naszej

 

7

5

 

duszy zmienia się co chwila i że nasze ruchy 
nigdy by się nie powtarzały, a przez to nie 
nadawały do naśladowania, gdyby oddawały 
wiernie najtajniejsze nasze poruszenia, gdyby 
żyły naszym życiem. Nietrudno więc 
naśladować nas, gdy tylko przestajemy być 
sobą. Chcę przez to powiedzieć, że jedynie to 
w naszych ruchach poddaje się 
naśladownictwu, co okazuje się czymś .me-
chanicznie jednostajnym, przez to samo zaś 
czymś obcym żywej osobowości. Naśladować 
kogoś to nic innego jak uwydatniać te 
automatyzmy, którym ten ktoś dał dostęp do 
własnej osoby, a więc — niejako z definicji — 
to nic innego jak okryć go śmiesznością. 
Trudno zatem się dziwić,  że naśladownictwo 
pobudza do śmiechu.

 

Jeżeli jednak naśladowanie ruchów już 

samo przez się jest śmieszne, to jeszcze 
śmieszniejsze stanie się ono wówczas, kiedy 
owe ruchy nagiąć bez wykoślawiania do 
jakichś mechanicznych czynności, jak np. 
piłowanie drzewa, walenie młotem w kowadło 
lub pociąganie za sznurek urojonego dzwonka. 
Nie znaczy to bynajmniej, że istota komizmu 
tkwi w czymś pospolitym (jakkolwiek jest to 
nieodłącznym jej składnikiem). Po prostu 
podchwycony gest o wiele bardziej wydaje się 
gestem machinalnym,

 

background image

 
 

jeśli go można przyporządkować czynności 
niezłożonej, jakby był mechanicznym z prze-
pisu. Podsuwanie tej mechanistycznej inter-
pretacji musi należeć do ulubionych chwytów 
parodysty. Dochodzimy do tego drogą 
apriorycznej dedukcji, ale klowni bez wątpienia 
wiedzieli o tym intuicyjnie od dawna. \V ten 
sposób znajduje rozwiązanie mała zagadka 
ukazana przez Pascala w jednej z jego Myśli: 
„Dwie podobne twarze, z których żadna 
oddzielnie nie pobudza do śmiechu, razem 
budzą  śmiech przez swoje podobieństwo" 

15)

Tak samo można by powiedzieć: „Gesty 
oratora, z których żaden nie jest śmieszny 
oddzielnie, budzą  śmiech przez swoje 
powtarzanie się". Albowiem prawdziwe życie 
nie powinno się nigdy powtarzać. Wszędzie 
tam, gdzie następuje powtórzenie, gdzie 
występuje całkowite podobieństwo, 
domyślamy się za przejawem życia 
działającego już mechanizmu. Przeanalizujmy 
wrażenie, jakie robi na nas widok dwóch 
twarzy zanadto podobnych do siebie, a 
przekonamy się,  że przywodzi nam na myśl 
dwa egzemplarze uzyskane z jednej i tej samej 
sztancy albo dwa odciski tej samej pieczęci, 
czy też dwie reprodukcje tej samej kliszy, a 
więc okazy przemysłowego wyrobu. Nagięcie 
życia do mechanicznego

 

77

 

rytmu jest tu prawdziwą przyczyną śmiechu. A 
wybuchnie ten śmiech z jeszcze większą siłą, gdy 
pokaże się nam na scenie nie dwie osoby, jak u 
Pascala, ale ich mnóstwo, możliwie jak 
największą liczbę podobnych do siebie postaci, 
które przechodzą przez scenę, wracają,  
puszczają się  w    tany,    kupią    się,  to 
rozpraszają, wykonując przy tyrn te same ruchy 
i przybierając te same pozycje. Tym razem 
wyraźnie na myśl nam przychodzą marionetki. 
Jakieś niewidzialne nici zdają się łączyć członki 
wszystkich osób, ramiona, nogi, najdrobniejszy 
muskuł jednej twarzy z   analogicznym 

 

 

muskułem   drugiej;   nieugięte prawa tej 
współzależności sprawiają,  że miękkość foim 
zaczyna krzepnąć na naszych oczach i wszystko 
zastyga w mechanicznych rytmach. Oto cały 
sekret tej mało wyrafinowanej rozrywki. Ci, 
którzy po nią sięgają, prawdopodobnie nie 
czytali nigdy Pascala, z pewnością jednak 
dochodzą do ostatecznych konsekwencji owej 
myśli, którą zawiera tekst Pascala. A jeśli widok 
mechanicznego efektu jest w drugim przypadku 
przyczyną    śmiechu,   to  przyczyną    tą jest 
również w przypadku  pierwszym, tyle  że w 
bardziej subtelny sposób.

 

Posuwając  się    dalej    tą drogą  dostrze-

gamy mgliście coraz dalsze, a także coraz

 

background image

 
 

7

ważniejsze  następstwa      tego      prawa;      prze-
czuwamy niknące w oddali widoki efektów 
mechanicznych, wywołanych złożonymi po-
czynaniami ludzi, a nie tylko ich najprostszymi 
gestami;    odgadujemy,   że   te   najzwyklejsze 
chwyty komediowe, jak np. okresowe 
powtarzanie się jakiegoś wyrazu lub sceny, 
symetryczne odwracanie ról, postęp niejako  
geometryczny  wszystkich  qui  pro quo i wiele 
innych zagrań mogą czerpać swą komiczną 
moc z tego samego źródła, tak iż nawet sztuka 
wodewilowa polega być może jedynie na tym, 
by nam oddać czysto mechaniczny bieg zdarzeń 
ludzkich z zachowaniem wszakże     pozorów     
prawdopodobieństwa, tzn. naocznej   giętkości 
życia.   Nie   uprzedzajmy jednak wyników, 
których   powinna dostarczyć metodycznie 
prowadzona analiza.

 

Zanim ruszymy w dalszą drogę, pozo-

stańmy tu przez chwilę i rzućmy okiem 
wokoło siebie. Jak to zapowiadałem na samym 
początku tej pracy, mrzonką byłoby chcieć 
wywieść wszystkie efekty komiczne z jednej 
prostej formuły. Formuła taka, oczywiście, 
istnieje w pewnym sensie, lecz

 

79

 

trudno  o jej  regularne  rozwinięcie.   Chcę 
przez to powiedzieć,  że dedukcja musi za-
trzymywać się co pewien czas na efektach 
dominujących i że  każdy z  tych  efektów staje 
się jakby wzorcem, wokół którego rozchodzą 
się kręgi podobnych doń,  nowych efektów. Te 
ostatnie nie dają się wydedu-kować wprost z 
owej formuły, komiczne są atoli dzięki swemu 
pokrewieństwu z tym, co od  niej  się 
wywodzi.  By odwołać się raz jeszcze   do   
Pascala,   określiłbym   chętnie drogę, po jakiej 
tu porusza się umysł, jako linię krzywą, którą 
zbadał i opisał ów matematyk pod nazwą 
cykloidy 

18)

. Ową krzywą zakreśla   punkt  

leżący   na  obwodzie   koła wozu,  który 
posuwa się po linii prostej: punkt obraca się jak 
koło, lecz posuwa się jak wóz.   Albo  
wyobraźmy  sobie  długą    leśną drogę 
poprzecinaną w pewnych odstępach  innymi    
drogami;    na    każdym   rozdrożu 
obchodzimy  wokoło  drogowskaz,  rzucamy 
okiem w rozwierające się przed nami drogi, po 
czym powracamy do obranego pierwotnie 
kierunku. Właśnie znaleźliśmy się na takich 
rozstajach.   Słup   drogowy,    przy    którym 
trzeba się zatrzymać, obwieszcza, że podcho-
dzimy   do   mechaniczności    powleka-
j ą c e j   życie

17)

, wyobraźnia wybiega poza ten 

centralny obraz w najrozmaitszych kierun-

 

background image

 
 

 

 

fcach. Co to są za kierunki? Dostrzegamy 
pośród nich trzy główne. Spenetrujemy je po 
kolei, by powrócić do punktu wyjścia i podjąć 
wędrówkę po linii prostej.

 

l. — Przede   wszystkim  widok  mecha-

niczności splatającej się z życiem każe nam 
skręcić ku bardziej mglistemu wyobrażeniu 
jakiegokolwiek usztywnienia narzuconego 
zmienności  życia i  próbującego  dość nie-
zręcznie oddać jego ruch i udać jego polot-
ność. Odgadujemy już, jak łatwo  śmieszny 
może okazać się ubiór. Można by nawet rzec, 
że każda moda jest śmieszna z pewnego 
punktu widzenia. Tyle tylko, że kiedy chodzi o 
obecną modę, tak dalece do niej nawykliśmy, 
że strój wydaje się nam zrośnięty z  osobą,   
która  go  nosi   na  sobie;  nasza wyobraźnia   
nie   potrafi   go   od   niej   oddzielić i nawet 
nie przychodzi nam na myśl przeciwstawiać 
bezwładną sztywność okrycia żywej   giętkości   
spowitego   w   ten   sposób jestestwa. Komizm 
w tym przypadku pozostaje w stanie utajonym; 
na jaw wyszedłby jedynie wówczas, gdyby 
niezgodność między okryciem  a  spowitym     
jestestwem,     niezgodność naturalna, była tak 
ogromna, że nawet  wiekowe  sąsiedztwo   nie  
zdołałoby utrwalić ich połączenia, jak to ma 
miejsce np.

 

w przypadku cylindra. Wyobraźmy sobie atoli 
dziwaka, który ubiera się nadal wedle 
starodawnej mody: naszą uwagę  ściągnie na 
siebie wtedy jego strój, który odłączymy 
całkiem od osoby, mówiąc przy tym, że się 
p r z e b r a ł a  (jakby ubranie nie przebierało), i 
śmieszne strony mody wyjdą na światło 
dzienne.

 

Zaczynamy teraz dostrzegać pierwsze po-

ważne trudności, jakie problem komizmu na-
stręcza. Jedną z przyczyn, które miały dopro-
wadzić do tylu błędnych czy niewystarcza-
jących teorii śmiechu, było to, że wiele rzeczy 
śmiesznych de iure, nie śmieszy de facto, w 
ciągłym bowiem użyciu zaciera się ich wartość 
komiczna. Trzeba dopiero nagłego przerwania 
ciągłości, zerwania z modą, by wartość 
komiczna odżyła. Ktoś może wówczas 
pomyśleć,  że to przerwanie ciągłości rodzi 
komizm, podczas gdy tylko kieruje nań naszą 
uwagę. Jedni będą  tłumaczyć  śmiech 
zaskoczeni e m

18)

,  inni  k o n t r a s t e m   lub 

czymś w tym rodzaju, tworząc definicje, 
które  śmiało dałyby się zastosować do 
niezliczonych przypadków odbierających nam 
całkiem ochotę do śmiechu. Cóż, prawda nie 
jest bynajmniej tak prosta.

 

Doszliśmy wszelako do idei przebrania.

 

6 — Śmiech

 

8o 

81

 

background image

 
 

 

 

Ma ona, jak się okazało, niezawodną moc 
budzenia  śmiechu.  Nie  od  rzeczy  będzie 
zbadać,  w jaki sposób  nią się posługuje. 
Dlaczego  śmiejemy się z włosów, które 
zmieniły   kolor?   Go   stanowi   o   komizmie 
czerwonego   nosa?   Dlaczego   śmieszy   sam 
widok Murzyna? Jakże kłopotliwe muszą być 
takie pytania, skoro psychologowie tej miary, co 
Hecker, Kraepelin czy Lipps

19)

, zadawali je 

sobie na nowo i za każdym razem odpowiadali 
na nie inaczej. Atoli nie wiem, czy nie 
najtrafniej rozstrzygnął je w mej przytomności 
zwykły dorożkarz, który nazwał „nie-
domytym" Murzyna wsiadającego do jego 
pojazdu. Otóż to, niedomyty! Czarna twarz 
byłaby tedy dla naszej wyobraźni twarzą po-
walaną   atramentem   lub   sadzą;   w   kon-
sekwencji czerwony nos może być jedynie 
nosem, który pokryto cynobrem. Jak widać, 
przebranie  użyczyło  czegoś  ze  swych  ko-
micznych własności przypadkom, w których 
nikt wprawdzie się nie przebiera, jednakże 
mógłby  to  śmiało  uczynić.   Przed  chwilą 
jeszcze codzienny strój mógł sobie być czymś 
odrębnym od samej osoby, nam jednak wy-
dawał się   z   nią   zrośnięty   wskutek   przy-
zwyczajenia do tego widoku. Teraz znowu 
czarne lub czerwone zabarwienie może być 
sobie  czymś  nieodłącznym  od  skóry,   my

 

wszelako  mamy je  za sztuczne,  ponieważ 
jest dla nas czymś zaskakującym.

 

Wyłania to, prawdę mówiąc, szereg 

nowych trudności przed teorią komizmu. 
Twierdzenie: „Codzienny strój jest częścią 
mego ciała", jest czymś niedorzecznym dla 
rozumu, niemniej dla wyobraźni jest istną 
prawdą. Takimi samymi pewnikami dla 
zwykłej wyobraźni będą niedorzeczne dla 
mędrkującego rozumu twierdzenia: „Czer-
wony nos jest pomalowanym nosem" lub: 
„Murzyn jest białym, który się przebrał". 
Istnieje więc jakaś logika wyobraźni, która nie 
ma nic wspólnego z logiką rozumu i często 
zupełnie jest jej przeciwstawną, którą filozofia 
powinna brać jednak w rachubę nie tylko przy 
zgłębianiu komizmu, lecz przy wszystkich 
tego typu badaniach. Jest to niejako logika 
marzenia, ale nie zdanego na kaprysy fantazji 
indywidualnej, tylko wyśnionego przez całą 
społeczność. Dla jej odtworzenia potrzeba 
szczególnego wysiłku, który zerwie 
zewnętrzną skorupę powstałą z zalegających 
umysł  sądów i spiętrzonych w nim idej, by 
dojrzeć w sobie płynący, niczym szeroka 
struga podziemnej wody, potok 
przechodzących w siebie obrazów. To 
wzajemne przenikanie obrazów nie jest dzie-
łem przypadku; rządzą nim prawa, a raczej

 

82

 

background image

 
 

 

 

przyzwyczajenia,    które są dla • wyobraźni 
tym, czym jest dla myśli logika. 

Pójdźmy tedy za logiką wyobraźni w tym 

szczególnym przypadku, który nas zajmuje. 
Człowiek, który się przebiera, staje się 
komiczny, a także człowiek, który by wyda-
wał się przebranym. Ogólnie rzecz biorąc, 
każde przebranie stanie się komiczne, nie 
tylko człowieka, lecz całego społeczeństwa, 
nawet przebranie przyrody. 

Zacznijmy od przyrody. Śmiejemy się z 

psa na wpół ostrzyżonego, z klombu 
sztucznych kwiatów, z lasku, w którym drzewa 
oblepiono wyborczymi plakatami itd. 
Dlaczego? Szukając powodu przekonamy się, że 
za każdym razem podejrzewamy po prostu 
maskaradę. Jednakowoż komizm jest tu bardzo 
osłabiony, bo oddalony zanadto od źródeł. A 
gdyby go wzmocnić? Na to trzeba by zawrócić 
do  źródeł i zbliżyć obraz pochodny, obraz 
maskarady, do pierwotnego obrazu, którym, 
jak pamiętamy, było mechaniczne 
upozorowanie  życia. Przyroda mechanicznie 
upozorowana — oto szczerze komiczny 
motyw; fantazja może na nim wykonywać 
dowolne wariacje zawsze mając zapewniony 
efekt w postaci gromkiego śmiechu. 
Przypomnijmy sobie dość zabawny ustęp z 
Przygód Tartańna w Alpach

20)

, w kto- 

rym Bompard usiłuje wmówić w Tartarina (a 
po trosze przeto również w czytelnika), że 
cała Szwajcaria jest wyposażona, na kształt 
dekoracji teatralnych, w wielką maszynerię i 
eksploatowana przez spółkę  łożącą na jej 
wodospady, lodowce i sztuczne przepaści. 
Ten sam motyw, chociaż utrzymany w innym 
tonie, znajdujemy w Novel Notes angielskiego 
humorysty Jerome K. Jero-me'a

21)

, gdzie 

pewna stara kasztelanka nie chcąc, by dobre 
uczynki sprawiały jej wiele zachodu, każe 
umieścić w pobliżu swej siedziby umyślnie 
sfabrykowanych dla niej ateistów, których 
mogłaby nawracać, czy kilku poczciwców, z 
których zrobiono pijaków, by mogła 
wykorzeniać ich wady. Jest także szereg 
komicznych zwrotów, gdzie ów motyw 
odzywa się dalekim echem, przemieszany ze 
szczerą lub udaną naiwnością, służącą mu za 
akompaniament. Dla przykładu, powiedzenie 
jakiejś damy, która zaproszona przez 
astronoma Cassiniego, by oglądać zaćmienie 
księżyca, przyszła poniewczasie : „Pan Cassini 
zechce łaskawie dla mnie jeszcze raz zacząć". 
Albo ów okrzyk jednej z postaci Gondineta, 
która przybywszy do jakiegoś miasteczka 
dowiedziała się o istnieniu wygasłego w 
pobliżu wulkanu: „Mieli wulkan i dopuścili, 
by wygasł? !"

22)

 

8

4

 

background image

 
 

 

 

Przejdźmy   do   społeczeństwa.       Żyjąc w 

nim i dzięki niemu, nie możemy się po-
wstrzymać od tego, by traktować je jak żywy 
organizm.  Śmieszyłby przeto obraz poddany 
przez  myśl  o  społeczeństwie  przebranym, o 
społecznej — by tak rzec — maskaradzie. 
Jakoż myśl taka powstaje natychmiast, skoro 
tylko  spostrzegamy na powierzchni żywej 
społeczności   coś      bezwładnego,   wykończo-
nego, gotowego. Znowu mamy do czynienia z   
usztywnieniem,   które   kłóci  się      z      we-
wnętrzną plastycznością  życia. Obrzędowe 
strony  życia muszą tedy skrywać w sobie 
komizm, który tylko czeka pierwszej spo-
sobności, żeby się ujawnić. Można by rzec, że 
ceremonie są dla społecznego ciała tym, czym 
jest dla indywidualnego ciała ubiór. Swoją 
ważkość zawdzięczają temu, że utożsamiamy 
je z poważnymi rzeczami, z którymi je 
sprzęgną! użytek, tracą zaś tę ważkość z chwilą, 
gdy wyobraźnia odłączy je od nich. Wskutek 
tego wystarczy,  by uwaga nasza skupiła się na 
obrzędowości jakiejś ceremonii, byśmy   
pominęli   materię      —      jak      mówią 
filozofowie — zatrzymując myśl na samej 
formie, a ceremonia ta stanie się komiczna. 
Rozwodzić się nad tym jest rzeczą zbyteczną. 
Każdy doskonale wie, z jaką  łatwością na-
bierają   komicznej   werwy   akty   społeczne

 

o zastygłych formach, począwszy od rozdania 
nagród, skończywszy zaś na posiedzeniu 
trybunału. Ile form i formułek, tyle gotowych 
ram, w które wciśnie się komizm.

 

Atoli również w tym przypadku można 

jeszcze bardziej uwydatnić komizm, gdy 
przybliżyć go do jego źródeł. Od idei prze-
brania, która jest ideą pochodną, wznieśmy się 
ku idei pierwotnej, która jest ideą mechanizmu 
narzuconego  życiu. Już dokładnie odmierzona 
forma każdej ceremonii podsuwa nam podobny 
obraz. Wystarczy tylko zapomnieć, co jest 
pełnym powagi przedmiotem jakiejś 
uroczystości lub ceremonii, by ich uczestnicy 
stali się w ruchach podobni do marionetek; bo 
owe ruchy są odwzorowaniem bezruchu 
formuły. A to jest przecież czysty automatyzm. 
Przykładem doskonałego automatyzmu będzie 
otóż automatyzm urzędnika, podobnego w 
swym urzędowaniu do maszyny, lub 
bezduszność przepisów administracyjnych, 
działających z mocą nieubłaganego losu i 
podszywających się pod prawa natury. Dobre 
kilka lat temu zatonął koło Dieppe statek 
pasażerski. Kilku rozbitkom udało się 
uratować w niewielkiej łodzi; pierwszym 
pytaniem celników, którzy dzielnie rzucili się 
im z pomocą, było, „czy mają coś do oclenia".

 

86 

87

background image

 
 

 

 

Pewną   analogię   znajduję   —   aczkolwiek 
myśl jest   tu   subtelniejsza   —  w   słowach 
posła,   który   interpelował   ministra   kolej- 
nictwa w sprawie zbrodni popełnionej po- 
j    przedniego dnia w pociągu: „Zbrodniarz po 

1

    wykończeniu  swej  ofiary wyskoczył  z  po- 

ciągu naruszając tym przepisy administra- 

j         Mechanizm wtłoczony w przyrodę oraz 
j  automatyzm   narzucony   przepisami   życiu 
l  społecznemu są to dwa typy efektów komicz- 
i   nych,   do   których   ostatecznie   doszliśmy. 
Pozostaje   nam   tylko,   gwoli   wyciągnięcia 
wniosków, połączyć je ze sobą i zobaczyć, co 
z tego wyniknie. 

Wynikiem takiego połączenia będzie nie-

wątpliwie idea podszywania się czysto ludz-
kich przepisów pod prawa samej natury. 
Przypomnijmy sobie odpowiedź, jakiej Sga-
narel udzielił Gerontowi, gdy ten spostrzegł, że 
serce leży z lewej, a wątroba z prawej strony 
ciała: „Owszem, tak to było niegdyś, aleśmy to 
wszystko pozmieniali i obecnie stosujemy w 
medycynie zupełnie nową metodę" 

23)

. Albo to 

konsylium lekarskie przy łożu pana de 
Pourceaugnac : „Rozumowanie, które 
przeprowadziłeś, panie, jest tak uczone i tak 
piękne,  że byłoby niemożliwością, by chory 
nie był melan- 

cholikiem i hipochondrykiem; gdyby zaś nim 
nie był, powinien nim zostać ze względu na 
piękność rzeczy, które powiedziałeś, i trafność 
rozumowania, które przeprowadziłeś" 

24)

Podobnych przykładów można podać krocie; 
wystarczyłoby po prostu przywołać 
wszystkich lekarzy z Moliera. Jakkolwiek 
daleko miałaby iść tutaj fantazja komiczna, 
rzeczywistość nieraz stara się ją przewyższyć. 
I gdy pewnemu współczesnemu filozofowi, 
który posuwał się w swych argumentach do 
ostateczności, zwrócono uwagę,  że jego 
rozumowania, zbudowane nienagannie, mają 
przeciw sobie doświadczenie, odparł on na to 
niezwykle prosto: „Doświadczenie nie ma 
racji"

25)

. Myśl,  że można przepisami 

regulować  życie, jest bowiem bardziej 
rozpowszechniona, niż się na ogół wydaje; 
zresztą jest na swój sposób naturalna, 
jakkolwiek na jej ślad naprowadził nas chwyt 
czysto retoryczny. Można by rzec, że odsłania 
ona kwintesencję pedantyzmu, który nie jest w 
gruncie rzeczy niczym innym, jak 
sztucznością sięgającą po laur naturalności. 

Słowem, idzie tu — od idei sztucznej 

m e c h a n i z a c j i  ludzkiego ciała, jeśli wolno 
tak powiedzieć, po ideę zastąpienia rzeczy 
naturalnych sztucznymi — o ten sam efekt, 

88

 

background image

 
 

coraz bardziej tylko subtelny. Logika coraz 
mniej ścisła, podobna coraz bardziej do logiki 
snów, przenosi ten sam stosunek w coraz 
wyższe sfery, na coraz mniej materialne 
człony, tak iż przepis administracyjny staje 
się w końcu dla prawa przyrodniczego albo 
moralnego tym, czym jest — przykładowo — 
gotowe ubranie dla żywego ciała. Tak wiec 
doszliśmy do kresu pierwszego z trzech 
kierunków, w które mieliśmy się zapuścić. A 
teraz udajmy się w drugim kierunku i 
popatrzmy, dokąd nas zawiedzie.

 

2. — Mechaniczność powlekająca  życie, 

to był nasz punkt wyjścia. Skąd brał się 
komizm w tym wypadku? Ano stąd, że żywe 
ciało sztywniało w maszynę. A więc to 
żywemu ciału jesteśmy skłonni przypisywać 
doskonałą giętkość, nieznużoną ruchliwość 
nigdy nie zamierającego pierwiastka. 
Wszelako owa ruchliwość przynależałaby 
raczej duszy niżeli ciału, byłaby ruchliwością 
płomienia  życiowego, który roznieca w nas 
pierwiastek wyższy, a który prześwieca przez 
ciało nieomal przezroczyste. Jeżeli w ciele 
ujrzymy tylko wdzięk i gibkość, przeoczymy 
wówczas to wszystko, co stanowi o jego 
ciężarze, oporności, o jego materialności; 
zapominamy chętnie o ma-

 

terialności ciała, by myśleć jedynie o jego 
żywotności,  żywotności przydzielanej przez 
wyobraźnię samej zasadzie życia intelektual-
nego i moralnego. Przypuśćmy jednak, że 
uprzytomniono nam tę materialną stronę 
ciała. Przypuśćmy,  że ciało zamiast mamić 
nas lekkością  ożywiającego je pierwiastka, 
staje się na naszych oczach ciężką i krępującą 
powłoką, wciąż przypominającym o sobie 
balastem, który przykuwa do ziemi duszę 
wprost rwącą się do odlotu. A wówczas ciało 
będzie dla duszy tym, czym było dla ciała 
przed chwilą ubranie, bezwładną materią 
przytłaczającą  żywą energię; wrażenie 
komizmu zjawi się natychmiast z chwilą, gdy 
zdamy sobie sprawę wreszcie z tego 
przytłoczenia; uzyskamy to wrażenie nade 
wszystko wtedy, gdy pokaże się nam duszę 
d r ę c z o n ą  potrzebami ciała — 

jednej 

strony pierwiastek osobowy i duchowy, 
obdarzony urozmaiconą rozumnie energią, z 
drugiej zaś to ciało w sposób głupi jedno-
stajne, wtrącające się we wszystko i prze-
szkadzające z uporem maszyny; im bardziej 
wymagania ciała będą małostkowe i im 
częściej będą się powtarzać, tym mocniejszy 
będzie efekt. Ale to jest tylko kwestią stopnia. 
Ogólne prawo tych zjawisk można by 
zamknąć w następującej formule: Komicz-

 

background image

 
 

 

 

ny j e s t  każdy wypadek, który zwraca 
naszą uwagę na stronę fizyczną 
óToTryTTTodćzas gdy w grę wchodzi 

j jej   strona   duchowa. 

:

        Dlaczego śmiech wywołuje mówca, który 

kichnął w najbardziej patetycznym miejscu 
swej przemowy? Skąd pochodzi komizm 
zdania, które padło w mowie pogrzebowej: 
„Był wzorem cnót Lutyłości". Ano stąd,  że 
jiasza uwaga jest raptownie przeniesiona 
z^duszy na ciało. Licznych na to przykładów 
dostarcza życie codzienne. Kto nie chce sobie 
zadawać trudu ich wyszukiwaniem, niechaj 
otworzy pierwszy z brzegu tom Labiche'a, a 
wnet natknie się na podobne zjawisko. Oto 
mówca, którego najpiękniejsze okresy rozbija 
gwałtowny ból zębów 

26)

; gdzie indziej znów 

postać, która nie może odezwać się  słowem 
nie skarżąc się zarazem na zbyt wąskie buciki 
lub za ciasny pasek

27)

. Wszystkie te przykłady 

nasuwają jeden obraz: osoby krępowanej 
własnym ciałem. Jeżeli nadmierna tusza jest 
czymś uciesznym, to zapewne dlatego, że 
przywołuje podobny obraz. I na tym też polega 
niejaka  śmieszność nieśmiałości. Nieśmiały 
sprawiać może wrażenie osoby, której po 
prostu ciało zawadza i która rozgląda się 
dokoła, gdzie by je schować. 

Dlatego to poeta tragiczny unika starannie 

wszystkiego, co mogłoby  ściągnąć naszą 
uwagę na materialne rysy jego bohaterów. 
Gdy tylko dojdą troski cielesne do głosu, 
zaraz można się obawiać komicznych tonów. 
Toteż bohaterowie tragedii nie jedzą, nie piją, 
nie grzeją się przy ogniu. A nawet, jeśli to 
możliwe, nie siadają. Usiąść pośrodku tyrady, 
toż byłoby to przypomnieniem, że się ma 
ciało! Napoleon, który czasem bywał dobrym 
psychologiem, zauważył,  że już od samego 
siadania tragedia przemienia się w komedię. 
A oto jego własne słowa na ten temat 
zachowane w Dzienniku  barona Gourgaud 
(mowa o spotkaniu z królową Prus nazajutrz 
po bitwie pod Jena): „Przyjęła mnie tonem 
tragicznym, jak Chimena: Sprawiedliwości! 
Sire! Sprawiedliwości! Magdeburg ! etc. — 
ciągnęła dalej w tym tonie, który mnie 
wprawiał w zakłopotanie. W końcu, aby 
zmusić ją do zmiany zachowania, poprosiłem, 
żeby usiadła. Nic innego nie może lepiej 
przeciąć sceny tragicznej: kiedy się siada, 
tragedia przechodzi w komedię" 

28)

A teraz poszerzmy ten obraz — c i a ł a  

g ó r u j ą c e g o   n a d   duszą; otrzymamy wnet 
coś bardziej ogólnego — zewnętrzną formę 
usiłującą zdobyć przewagę nad głęboką 
treścią, literę t ł u m i ą c ą  

93

 

background image

 
 

 

 

ducha.  Czyż komedia nie stara się nam 
poddać  tej  właśnie  idei,  ilekroć    ośmiesza 
jakiś zawód? Adwokatowi, sędziemu, leka-
rzowi każe rozprawiać tak, jakby to drobnostką   
było   zdrowie   albo   sprawiedliwość, 
istotnym   zaś   istnienie   lekarzy,   sędziów, 
adwokatów oraz skrupulatne przestrzeganie 
zewnętrznych form każdej profesji. W ten 
sposób  środek poczyna górować nad celem, 
forma nad treścią,  a profesja nie jest już 
stworzona na użytek ogółu, tylko ogół na 
użytek profesji. Ustawiczna troska o formę, 
machinalne   stosowanie   przepisów   wytwa-
rzają coś w rodzaju profesjonalnego automa-
tyzmu, analogicznego do tego,  który  przy-
zwyczajenia cielesne narzucają duszy, i jak on 
równie  śmiesznego. Licznych na to przykła-
dów dostarcza teatr. Nie zgłębiając szcze-
gółowo wariantów owego tematu, przytoczmy 
kilka zdań, które określają go całkiem prosto. 
„Naszym obowiązkiem jest wyłącznie leczyć 
ludzi   podług   zasad   sztuki"   —   powiada 
Pan Biegunka w Chorym z urojenia

29)

; czytając 

natomiast  Miłość lekarzem słyszymy doktora 
Pyskatego:   „Lepiej   jest   umrzeć   zgodnie z 
prawidłami, niż odzyskać zdrowie wbrew 
prawidłom".   „Bez  względu  na  to,  co  się 
może zdarzyć, formy winny być zachowane" 
— w tej samej komedii mówi doktor Utrupisz,

 

zaś doktor Nożyk, jego konfrater, podaje tego 
powody: „Jeden człowiek na świecie mniej, 
jeden więcej, to nie ma znaczenia; natomiast 
zaniedbana formalność wyrządza ciężką 
szkodę całemu ciału lekarskiemu" 

3

°'

)

Nie mniej 

wymowne jest odezwanie sędziego Gąski, 
jakkolwiek zawiera myśl nieco inną: „Fo-
orma, uważa Wasza Dostojność, fo--orma! 
Niejeden, który śmieje się z sędziego w 
kubraku, zadrży na sam widok prokuratora w 
todze. Fo-orma, o, fo-orma!" 

31) 

I oto mamy 

pierwsze zastosowanie prawa, które w miarę 
postępu naszych badań rysować się nam 
będzie coraz jaśniej. Gdy muzyk ze swego 
instrumentu dobywa jakiś  dźwięk, to za nim 
jakby same z siebie idą również inne, nie tak 
silne jak on, powiązane już określonymi 
stosunkami i nadające mu wskutek tego 
połączenia właściwą barwę; są to tony 
składowe—jak mówi się w akustyce— 
podstawowego dźwięku. Czyż nie jest po-
słuszna podobnemu prawu fantazja komiczna, 
nawet w swych najniedorzeczniej-szych 
wymysłach? Rozpatrzmy przykładowo jedną 
taką komiczną nutę: zewnętrzną formę 
usiłującą zdobyć przewagę nad głęboką 
treścią. Jeśli nasze analizy były  ścisłe, 
powinna ona zawierać następujące tony skła-
dowe: ciało dręczące ducha, ciało górujące

 

95

 

94

 

background image

 
 

nad duchem. A zatem skoro tylko poeta ko-
miczny dobędzie ze swojej lutni pierwszy 
dźwięk, instynktownie i mimowolnie zaraz 
dołączy doń drugi. Innymi słowy, powiększy 
śmieszność profesjonalnych  p o c z y n a ń  
o śmieszność  c z y n n o ś ci  fizycznych. 

Sędzia Gąska, wkraczający na scenę, jąka 

się — czyż nie po to, by tym jąkaniem pomóc 
nam w zrozumieniu swoistego fenomenu, 
jakim jest zakamienialy umysł, widoczny w 
całym jego zachowaniu? Jakież to tajemne 
pokrewieństwo  łączyć może wadę fizyczną z 
ograniczeniem duchowym? A może znów 
chodzi tylko o to, by ta maszyna do wydawania 
wyroków okazała się równocześnie maszyną 
do rzucania słów? Mniejsza o przyczynę. W 
każdym razie żaden inny ton składowy lepiej 
nie mógł uzupełnić podstawowego dźwięku. 

Molier pokazując na scenie dwóch ko-

micznych doktorów, Stękałę i Pyskatego, każe 
w sztuce Miłość lekarzem jednemu z nich 
mówić powoli, tak by swe słowa sylaba po 
sylabie skandował, drugiemu natomiast obracać 
szybko językiem. Taki sam kontrast rzuca się 
w oczy u adwokatów pana de Fourceaugnac. 
Zwykle w rytmie słów tkwi ta fizyczna 
osobliwość, która ma uzupełniać 

97 

śmieszność profesjonalnych poczynań. Tam 
zaś, gdzie autor podobnej wady nie wskazał, 
rzadko kiedy sam aktor nie postara się jej 
sobie dorobić. 

Istnieje więc jakieś naturalne i przyjęte w 

sposób naturalny pokrewieństwo między tymi 
dwoma obrazami, których bliskość 
ukazywaliśmy, między duchem nierucho-
miejącym w pewnych formach a ciałem 
sztywniejącym wskutek pewnych wad. Otóż 
gdy coś naszą uwagę odwróci już to od 
głębokiej treści ku zewnętrznej formie, już to 
od strony duchowej ku fizycznej stronie, w 
obu wypadkach to samo wrażenie przekazane 
jest wyobraźni, ten sam rodzaj komizmu 
dochodzi w obu wypadkach do głosu. Jak 
dotąd, trzymaliśmy się wiernie naturalnego 
kierunku wyobraźni, który ona zakreśla w 
swym pędzie. Jest to, że przypomnę, drugi z 
trzech kierunków, które wskazywał nam obraz 
centralny. Przed nami pozrstał ostatni. 
Przemierzyć go wypadnie nam teraz. 

3. — Powróćmy po raz -ostatni do cen-

tralnego obrazu: mechaniczności powlekają-
__cei_ży£J£» Istotą  żywą7 o Eorą tu chodziło, 
była istota ludzka, osoba. Urządzenie me-
chaniczne jest natomiast rzeczą.  Śmiech tedy 
budziło natychmiastowe przeobrażenie osoby 

1 — Śmiech

 

background image

 
 

w rzecz (jeśli tylko ktoś zechce spojrzeć na ten 
obraz pod takim kątem). Atoli odstąpmy od idei 
mechanizmu, idei tak ścisłej, i przejdźmy do 
idei szerszej, idei rzeczy w ogóle. Otrzymamy 
nowy ciąg komicznych obrazów, które wyjdą na 
jaw zacierając kontury poprzednich i zawiodą 
do nowego prawa. Oto ono: Jsmiejemy 
się_,_za k a ż d y m  razem, ilekroć osoba 
sp.La.wia.joja, nas "wrarż e n i e r z e czy.

 

Śmiejemy się z Sancho Pansy, którego 

powalonego na płachtę podrzucano do góry jak 
piłkę.  Śmiejemy się z barona Miinchhau-sena 
przemienionego w kulę armatnią i szybującego 
w przestworzach. Być może  jednak  popisy   
cyrkowych   klownów   byłyby   dla tego prawa 
najlepszym sprawdzianem. Trzeba by tylko,  co 
prawda,  abstrahować od wszelkich  facecji  
ozdabiających  przedmiot popisu i skupić się na 
samym przedmiocie — postawie,  skokach,  
ruchach,   stanowiących to, co w sztuce błazna 
jest swoiście „błazeń-skiego". Zaledwie 
dwukrotnie mogłem obserwować ten rodzaj 
komizmu w czystej postaci i  w  obu 

 

wypadkach  odniosłem  to  samo wrażenie. Za 
pierwszym razem klowni biegali tam i z 
powrotem, potrącali się, wywracali, odbijali od 
siebie w jednostajnie przyspieszonym rytmie, z 
widocznym zamysłem,

 

99

 

by osiągnąć  crescendo.  Owe p o d s k o k i 
coraz bardziej przykuwały uwagę publicz-
ności, aż zapomniała pomału,  że ma przed 
sobą ludzi z krwi i kości, i myślała raczej o 
walących się i zderzających ze sobą pa-
kunkach.   Złudzenie   było   później   jeszcze 
dokładniejsze.    Kształty    poczęły    się    za-
okrąglać, ciała toczyć i niemal   zwijać się w 
kule. Wreszcie powstał obraz, ku któremu cała 
ta scena zmierzała bezwiednie, obraz wielkich 
pił gumowych zewsząd rzucanych na   siebie.   
Druga   scena,   bardziej  jeszcze prostacka, 
była nie mniej pouczająca. Zjawiło się dwóch 
ludzi o ogromnych głowach, całkiem  łysych 
czaszkach, uzbrojonych w potężne   laski   i   
zaczęło  nimi na przemian okładać      się      po   
łbie.      Tu      także   dało   się zauważyć    owo   
stopniowanie.   Po   każdym ciosie ciało stawało 
się jakby bardziej ociężałe i powolne, coraz 
większą ogarnięte drętwotą. Uderzenia stawały 
się coraz rzadsze, za to coraz cięższe i 
głośniejsze. Czaszki dudniły niesamowicie 
wśród ciszy zalegającej widownię. Wreszcie oba 
ciała odrętwiałe i znieruchomiałe, proste jak 
drut, nachyliły się ku sobie, lagi po raz ostatni 
padły na głowy z   odgłosem   olbrzymich   
cepów   walących w  belki  dębowe  i  
wszystko  to  runęło  na ziemię. W tej samej 
chwili stała się jasna

 

 

 

7*

background image

 
 

100

 

sugestia, którą obydwaj artyści starali się 
stopniowo wpoić widzowi: „Przemienimy się 
za chwilę, już przemieniliśmy się w drewniane 
manekiny".

 

Jak widać, jakiś ciemny instynkt pozwala 

nawet   niewyrobionym   umysłom   przeczuć 
najbardziej   subtelne   wyniki   psychologicznych 
badań naukowych. Wiadomo już, że za pomocą 
sugestii można wywoływać u za-
hipnotyzowanego   pacjenta   halucynacyjne 
wizje; powie się jemu, że ptak mu przysiadł na 
ręku, to spostrzeże ptaka, a nawet zobaczy go, 
jak odlatuje. Na to jednak trzeba, by sugestia 
zawsze była przyjmowana z podobną 
łatwością. Często magnetyzer osiąga cel 
powoli, stopniowo. Zacznie więc od przed-
miotów rzeczywiście  spostrzeganych  przez 
pacjenta i spróbuje postrzeżenie to z wolna 
zamącić; następnie, krok po kroku, wyłaniał 
będzie   z   tego   zamętu   dokładny   kształt 
przedmiotu, którego halucynację pragnie wy-
wołać. To właśnie przydarza się przed zaśnię-
ciem wielu osobom, gdy widzą, jak z bez-
kształtnych i płynnych, kolorowych mas za-
legających pole widzenia wyłaniają się nie-
postrzeżenie najrozmaitsze przedmioty. Stop-
niowe przejście od mętnego do wyraźnego 
obrazu należy więc bezsprzecznie do sugestii. 
Myślę, że można by odnaleźć go na dnie

 

wielu sugestii komicznych, szczególnie w pła-
skim komizmie, gdzie na naszych oczach 
zdaje się dochodzić do skutku przemiana osób 
w rzeczy. Istnieje jeszcze wiele innych, 
bardziej dyskretnych chwytów, będących na 
przykład w użyciu u poetów zmierzających 
bezwiednie być może do tego samego celu. 
Można dzięki stosownemu rozkładowi ryt-
mów, rymów i niedorymków ukołysać naszą 
wyobraźnię, wprawić  ją w miarowy rytm 
powtarzalnością i przygotować  tą drogą na 
przyjęcie podsuniętej wizji. Wsłuchajmy się 
w te melodyjne wiersze Regnarda i zobaczmy, 
czy ulotny obraz m a n e k i n a  nie przemknie 
zaraz przez scenę naszej wyobraźni :

 

...Plus, ii doit a maints particuliers La 

somme de dix mil une livre une obole, Pour l'avoir 
sans relache im an sur są parole Habillć, yoiture, 
chauffe, chaussć, gantć, Alimcnte, rasś, dćsaltćre, 
porte

32

)

 

Coś podobnego spotykamy w kuplecie 

Figara (jakkolwiek chodzi tu prawdopodobnie 
o poddanie obrazu raczej zwierzęcia niż 
rzeczy): „[Hrabia] Cóż to za człowiek? — 
[Figaro,  żywo]  Śliczny, gruby, krótki, młody 
staruszek, szpakowaty, uczerniony, wygolony, 
chytry, zużyty, przeżyty, który węszy, 
szpera,"" stęka i łaje bez przerwy" 

8S)

.

 

background image

 
 

102

 

Pomiędzy tymi dość rubasznymi scenami a 

owymi subtelnymi sugestiami jest jeszcze 
miejsce dla niezliczonych zabawnych efektów,  
które daje mówienie o ludziach jak o 
zwykłych rzeczach.  Oto dwa przykłady, które 
wybrałem ze sztuk Labiche'a, a których jest 
tam krocie. Pan Perrichon wsiadając do 
wagonu upewnia się, czy nie pogubił swych 
paczek: „cztery, pięć, sześć — przelicza je 
zatem — żona siedem, córka osiem i ja  
dziewięć"

34)

.   W innej   sztuce   ojciec 

przechwala   się      wiadomościami   córeczki: 
„Bez zająknienia wyliczy wszystkich królów 
francuskich,  którzy mieli  miejsce"

3S)

.   Ów 

zwrot k t ó r zy  mieli miejsce nie przemienia 
królów w rzeczy, upodabnia ich wszakże do 
bezosobowych zaszłości.

 

W związku z tym ostatnim przykładem 

jedno podkreślę: zgoła nie trzeba posuwać się 
do ostateczności przy utożsamianiu osoby z 
rzeczą, aby wywołać efekt komiczny — 
wystarczy ruszyć  tą drogą pozorując na 
przykład zamianę osoby na funkcję przez nią 
sprawowaną. Przytoczę tu słowa pewnego 
mera wiejskiego z powieści Abouta: „Pan 
Prefekt, który darzył nas zawsze niezmienną 
życzliwością, jakkolwiek od 1847 roku 

zmieniono go już kilkakrot-

 

nie...

 

103

 

Wszystkie   tego   rodzaju   powiedzonka 

zbudowane są wedle tego samego wzorca. 
Skoro   znamy   ich   formułę,   moglibyśmy 
układać je  teraz  bez  końca.  Atoli sztuka 
nowelisty    lub    wodewilisty    nie    polegali 
tylko   na   układaniu   słów.   Najtrudniejszą 
rzeczą jest nadanie słowom sugestywnej siły, 
uczynienia ich wiarogodnymi. Dajemy zaś im 
wiarę tylko wtedy, gdy nam zdają się 
wypływać z  poszczególnych stanów duszy lub 
iść w parze z okolicznościami. W ten sposób 
dowiadujemy się,  że pan Perrichon był 
niezmiernie poruszony udając się w swą 
pierwszą w życiu podróż; a znów wyrażenie 
„mieć miejsce" należy cło tych, które niezli-
czoną ilość razy musiały padać z ust dziew-
czynki  przepowiadającej   swe  lekcje   przed 
ojcem, i dlatego kojarzy się nam ono z odpo-
wiedzią   szkolną.   Wreszcie    zachwyt   nad 
machiną administracyjną może zajść  aż tak 
daleko, iż wydaje się wszystkim, że u prefekta 
nic się nie zmieniło, gdy zmieniło się  jego   
nazwisko,   i   że   urząd  jest   pełniony 
niezawiśle od urzędnika.

 

Zbyt oddaliliśmy się jednak od pierwotnej 

przyczyny  śmiechu. Tak już się składa,  że 
jakaś forma komiczna, sama przez się 
niepojęta, daje się zrozumieć dopiero przez 
swe podobieństwo z drugą formą

 

"  36)

 

background image

 
 

104

 

śmieszącą nas wskutek swego pokrewieństwa z 
trzecią i tak dalej, i tak dalej. Toteż 
najjaśniejsza i najgłębsza analiza psycho-
logiczna z konieczności musi chybić celu, 
jeżeli nie trzyma się nici, wzdłuż której 
wrażenie komiczne wędrowało z jednego 
krańca danego ciągu na drugi. Skądże jednak 
ta ciągłość, to postępowanie uparte do przodu? 
Cóż to za nacisk, cóż za dziwny napór posuwa 
komizm ku coraz  to nowym obrazom, coraz 
odleglejszym od jego źródeł, aż w końcu 
rozdrabnia się i gubi w nieskończenie 
odległych analogiach? A jakaż z kolei siła 
dzieli gałęzie drzewa na gałązki, na korzonki 
zaś jego korzenie? Otóż to samo nieuniknione 
prawo zmusza w obu wypadkach żywą 
energię, by w tak małym czasie, jaki jej 
przyznano, zajęła tyle przestrzeni, ile zdoła. 
Taką  żywą energią jest właśnie fantazja 
komiczna, osobliwa roślina wyrosła bujnie na 
skalistych częściach gruntu społecznego, 
czekająca chwili, gdy kultura pozwoli jej iść w 
zawody z najbardziej wyrafinowanymi 
płodami artystycznymi. Co prawda, daleko cło 
wielkiej sztuki stąd, dokąd zaprowadziły nas 
omawiane przykłady komizmu. Ale już w 
następnym rozdziale zbliżymy się

 

105

 

do niej znacznie, jakkolwiek nie całkiem. 
Poniżej sztuki leży sztukmistrzostwo. Wkro-
czymy teraz w strefę sztuczek, dzielącą 
przyrodę od sztuki. Pomówimy o wodewili-
stach i ludziach dowcipnych.

 

background image

 
 

R o z d z i a ł     d r u g i

 

Komizm        sytuacyjny        i 
słowny

 

Dotąd szukaliśmy komizmu w formach, 

postawach i ruchach. Teraz bodziemy go 
wypatrywać w czynach oraz w sytuacjach. 
Łatwo zresztą napotkać ten rodzaj komizmu w 
powszednim  życiu, gdzie nie daje się jednak 
analizować najlepiej. Jeśli prawdą jest, że teatr 
ukazuje  życie w powiększeniu i w 
uproszczeniu, to komedia mogłaby w tej 
osobliwej materii dać nam więcej wskazówek 
niż  życie. Być może powinniśmy się posunąć 
w upraszczaniu dalej i wrócić do 
najdawniejszych wspomnień, w grach, które 
tak bawią dziecko, doszukując sig pierwszego 
zarysu kombinacji, które budzą  śmiech u 
dorosłych. Zbyt często mówimy o uczuciach 
radości i smutku w ten sposób, jakby od razu 
już dojrzałe na świat przychodziły, jakby 
żadne z nich nie miało własnych dziejów. Zbyt 
często nie zauważamy nawet w większości 
naszych silnych wzruszeń, ile w nich jest —• 
by tak rzec —

 

107

 

dzieci  ęcości. Gdyby się przyjrzeć im z bliska, 
wiele obecnych radości okazałoby się jedynie 
wspomnieniami radości minionych! Kto wie,   
co  pozostałoby  z  naszych   wzruszeń, gdyby 
sprowadzić je tylko do tego, cośmy 
rzeczywiście   odczuli,   i   oddzielić      je      od 
zapamiętanych doznań?  Któż  to wie,  czy od 
pewnego wieku nie okazujemy się już 
nieczułymi na świeże i nowe radości, czy 
najmilsze    uciechy    dojrzałego    człowieka 
mogą   być   czym   innym   niż   wskrzeszonymi 
uczuciami dzieciństwa, coraz rzadziej nas 
owiewającym  wonnym   tchnieniem lat 
minionych. Jakkolwiek rozstrzygnięto by to 
dość ogólne zagadnienie, jeden jego punkt jest   
niepodważalny:   nie   można   przekreślić   
ciągłości   między   przyjemnością,  jaką ma   
dziecko   z   zabawy, a tą  samą  przyjemnością,   
jaką    odczuwa    dorosły.     Ko_^_... media jest  
zabawą,   zabawą      udającą    życie. Dzieci  
bawią się  lalkami i  marionetkami,  poruszając  
nimi  za  pomocą    sznurków,    i    być może  
również my w  niciach zawiązujących sytuacje 
komediowe powinniśmy  doszukiwać  się   tych   
samych,   choć w  długim  użyciu  ścieńczonych  
sznurków? Ruszmy więc w drogę wychodząc 
od zabaw dziecinnych. Prześledźmy ów 
nieznaczny postęp,   skutkiem  którego  w  
rękach  dziecka

 

background image

 
 

io8

 

marionetki poczynają rosnąć, ożywiać się i 
dochodzić w końcu do tego chwiejnego stanu, 
kiedy przeobrażają się w ludzi pozostając wciąż 
marionetkami. Mielibyśmy tedy do czynienia z 
bohaterami komedii. Można na nich sprawdzić 
prawo, które zdołaliśmy przewidzieć w 
poprzednich analizach, a którym określimy 
wodewilową sytuację: korrncz,ny będzie każdy 
ciąg c zy_n ów_ jLzd-ax-zen7 'TCfo^rfnarzuc i na 
m  Tluzję  życia., a zjirazem wyraźne 
"poczucie mechanicznego układu; "

 

1. — Sprężynowy diabełek. Jako 

dzieci bawiliśmy się wszyscy diabełkiem 
wyskakującym z pudełka; przyduszany zaraz 
się prostował, niżej spychany wyskakiwał 
wyżej, przykrywany wieczkiem często potrafił 
nawet je wyważyć. Nie wiem, jak bardzo 
starodawna jest owa zabawka, lecz sposób 
zabawy, którego dostarcza, z pewnością jest 
odwieczny. Na upór odpowiada się tutaj 
uporem, z których jeden, czysto mechaniczny, 
daje w końcu za wygraną, a drugi szczerze 
tym się bawi. Tak samo bawi się kot z myszą, 
gdy puszcza ją co pewien czas jak sprężynę, 
by zaraz ją powstrzymać uderzeniem łapy.

 

Przejdźmy teraz do teatru. A zaczniemy

 

109

 

oci teatrzyku Guignola. Jak tylko Komisarz 
zaczyna się awanturować, zaraz dostaje jak 
trzeba, a więc kijem, co go powala na ziemię. 
Wstaje, następny cios znowu go zwala z nóg. 
Po nowej recydywie nowa kara. W jedno-
stajnym rytmie sprężającej się i rozprężającej 
sprężyny Komisarz pada, wstaje, pada, a 
śmiech na widowni coraz potężniejszy.

 

Wystawmy sobie sprężynę tym razem du-

chowej natury. Myśl, która ciśnie się na usta, 
którą.chce się stłumić, która jednak wyrywa 
się skutecznie... Potok słów, który z ust się 
leje, który się tamuje, który mimo to płynie 
dalej... Mamy oto nowy obraz siły, która 
stawia opór zwalczającej ją drugiej sile. 
Wszelako obraz ten utracił swoją ma-
terialność. Opuściliśmy już teatrzyk Guignola i 
znaleźliśmy się na prawdziwej komedii.

 

Wiele scen komicznych można sprowa-

dzić do tego prostego typu. W Małżeństwie Z 
musu

37)

 komizm sceny między Sgana-relem a' 

Pankracym bierze się z konfliktu powstałego 
między zamiarem Sganarela, który pragnie 
zmusić filozofa do słuchania, a uporem 
Pankracego, który jest istną, funkcjonującą 
automatycznie maszyną do mówienia. W 
miarę jak scena ta postępuje, obraz 
sprężynowego diabełka zarysowuje się coraz 
bardziej, do tego

 

background image

 
 

 

 

stopnia,  że same postacie w końcu nabierają 
podobnego ruchu, kiedy to Sganarel raz po 
raz wypycha Pankracego za kulisy, ten zaś raz 
po raz powraca na scenę dla podjęcia 
przerwanej przemowy; i gdy Sga-narelowi 
nareszcie udało się zatrzasnąć za Pankracym 
drzwi domu (powinienem powiedzieć— 
wieczko pudełka), głowa filozofa ukazuje się 
po chwili w oknie, jakby zdołała wieko 
wysadzić.

 

Podobną grę sceniczną oglądamy w 

Chorym z urojenia. Obrażona przez Argana 
medycyna grozi mu — pod postacią Pana 
Czyściciela — wszystkimi możliwymi choro-
bami. Za każdym razem, gdy Argan wstaje z 
fotela, jakby chcąc zamknąć usta Czyści-
cielowi, ten znika niczym pociągnięty za 
kulisy, by po chwili niejako znów pchnięty 
sprężyną wychynąć zza nich z nowym 
złorzeczeniem. Raz po raz rzucany żałosny 
okrzyk „Panie doktorze!" podkreśla wszystkie 
momenty tej farsy.

 

Oto sprężyna — napięta, odskakuje, by 

ponownie się naprężyć. Co w tym obrazie jest 
najistotniejsze? Przyjrzyjmy się mu z bliska, a 
dostrzeżemy jeden z najpospolitszych 
chwytów komedii klasycznej, powtórzenie.

 

Na czym polega komizm płynący z po-

 

wtarzania różnych słów na scenie? Daremnie 
szukalibyśmy teorii komizmu, która dałaby 
zadowalającą    odpowiedź    na   tak   proste 
pytanie.   Zagadnienie   pozostanie    zaś   nie 
rozstrzygnięte   dopóty,   dopóki   zechce   się 
tłumaczyć jakiś zabawny rys  nim samym w 
oderwaniu od tego, co nam sugerował. 
Nigdzie   indziej   tak   bardzo   nie   zdradza 
swego   niedostatku powszechnie stosowana 
dziś metoda, jak tutaj. Prawda zaś jest taka, że 
z wyjątkiem kilku szczególnych przypadków, 
do których później powrócę, powtórzenie słowa 
nie jest śmieszne samo przez się. Pobudza nas 
do  śmiechu dlatego, że symbolizuje pewną 
osobliwą grę duchowych żywiołów,  które  same  
są  symbolem gry  czysto materialnej. Jest to 
zabawa kota z myszą, zabawa   dziecka   ze   
sprężynowym   diabełkiem wyskakującym z 
pudełka, lecz zabawa wyrafinowana, 

 

 

uduchowiona,   przeniesiona w sferę uczuć i 
myśli. Sformułujmy więc prawo, które określa, 
według mnie, najważniejsze efekty komiczne 
wynikające z powtarzania słów na scenie: 
WJcomicznympjowla-rzaniu słów są na 
ogół obecne dwa elementy, tłumione  
uczucie, które gwał-Townie się rozpręża, 
oraz myśl,  która  bawi     się     ponownym     
tłumieniem uczucia.

 

III

 

IIO

 

background image

 
 

112

 

Gdy Doryna opowiada Orgonowi o nie-

domaganiach jego żony, ten zaś przerywa jej 
ustawicznie pytaniem o zdrowie Tar-tuffe'a 

88)

powracające stale słowa: „A Tar-tuffe?" 
sprawiają na nas wrażenie odskakującej 
sprężyny. Doryna znowu bawi się  ściskaniem 
owej sprężyny ponawiając za każdym razem 
opowieść o dolegliwościach Elmiry. A kiedy 
Skapen donosi staremu Gerontowi o porwaniu 
jego syna i uwięzieniu na owym słynnym 
statku, dodając co chwila, że trzeba jak 
najszybciej stamtąd go wykupić, to bawi się 
skąpstwem Geronta zupełnie jak Doryna 
zaślepieniem Orgona. Skąpstwo, ledwo 
poskromione, podnosi automatycznie głowę i 
ten automatyzm chciał  właśnie oddać Molier 
mechanicznie powtarzanym zdaniem 
zdradzającym  żal za pieniędzmi, które trzeba 
będzie utracić: 

5

,Po kiegóż diabła łaził na ten 

statek?" 

a9) 

To samo można zauważyć w scenie, 

w której Walery stara się odmalować 
Harpagonowi cienie małżeństwa, które ten 
każe zawrzeć swej córce z człowiekiem nie 
kochanym, nie domagającym się wszakże 
posagu; tyradę przerywa stale okrzyk 
skąpstwa: „Bez posagu!"

4

^ Dostrzegamy za 

tym automatycznie powracającym zwrotem 
mechanizm

 

"3

 

powtórzenia,   który   uruchamia jakaś  myśl 
natrętna.

 

Niekiedy,   co   prawda,   wypatrzyć   ów 

mechanizm jest o wiele  trudniej. Natykamy 
się tutaj na nową trudność w teorii komizmu. 
Bywają   takie   przypadki,   w   których   cała 
wartość sceny tkwi  w jednej  postaci; roz-
dwaja  się ona na naszych oczach, zaś jej 
rozmówca odgrywa wówczas rolę pryzmatu, 
jeśli tak wolno powiedzieć, umożliwiającego 
owo rozszczepienie. Jak widać, moglibyśmy 
łatwo obrać  błędną drogę,  gdybyśmy do-
szukiwali się źródeł efektu komicznego w tym, co   
oglądamy   i   słyszymy,   w   zewnętrznej scenie 
rozgrywającej się między postaciami, a nie w 
owej wewnętrznej komedii, którą jedynie 
scena ta odbija. Prześledźmy to na 
przykładzie. Kiedy Alcest odpowiada Oron-
towi   dopytującemu   się,   czy jego  wiersze są  
liche,   za każdym  razem z uporem to samo: 
„Tegonie mówiłem" 

4l)

, to powtarzanie   to  jest  

już   komiczne,   niemniej   jest rzeczą   
oczywistą,   że      Oront      nie      wiedzie  z 
Alcestem analizowanej powyżej zabawy. 
Miejmy się na baczności! Jest w Alceście 
dwóch ludzi, z jednej strony „mizantrop", 
który   sobie   poprzysiągł   mówić   ludziom 
prawdę  w  oczy,   z   drugiej   zaś  szlachcic,

 

8 — Śmiech

 

background image

 
 

który nie może od razu wyzbyć się form 
grzeczności, czy też po prostu porządny 
człowiek cofający się w decydującym momencie, 
kiedy to należało przejść od słowa do czynu, 
zranić czyjąś miłość  własną, zadać cierpienie. 
Istotna scena nie rozgrywa się tu więc między 
Alcestem a Orontem. lecz między Alcestem a 
nim samym. Spośród obydwóch Alcestów 
jeden jest gotów wybuchnąć, a drugi zatyka 
mu usta, gdy tamten ma wszystko powiedzieć. 
Każdy okrzyk „Tego nie mówiłem!" oddaje 
wzrastający wysiłek, by zdławić coś, co prze 
nieustępliwie i ciśnie się na zewnątrz. Ton tych 
okrzyków staje się coraz gwałtowniejszy, 
albowiem narasta w Alceście coraz większy 
gniew nie na Oronta, jak zapewne sądzi, ale na 
siebie samego. I w ten sposób sprężyna napina 
się od nowa, napina coraz silniej, prowadząc 
do końcowego rozprężenia. A więc 
mechanizm powtórzenia znowu jest taki sam. 

Jeżeli ktoś postanawia mówić tylko to, co 

myśli, choćby miał „do upadłego walczyć z 
całym  światem" 

42)

, nie musi to być niczym 

komicznym — takie jest życie, samo życie! 
Jeśli ktoś inny wskutek łagodnego charakteru, 
egoizmu lub wzgardy woli obsypywać ludzi 
pochlebstwami, to również takie jest życie 

i nic w tym jeszcze nie ma śmiesznego. I 
gdyby nawet połączyć obu tych ludzi ze sobą, 
sprawić,  żeby taka postać wahała się 
nieprzerwanie między szczerością, co rani, a 
grzecznością, która zwodzi, to te zmagania 
dwóch przeciwnych uczuć nadal nie będą 
śmieszne, nadal pozostaną poważne, o ile tylko 
oba uczucia zespolą się mocą samego swego 
przeciwieństwa i razem ju ż postąpią dalej, 
doprowadzając do nowego, złożonego stanu 
duszy, by wreszcie osiągnąć modus vivendi 
wywołujący w nas wrażenie  życia, wrażenie 
pełne komplikacji. Wszelako przyjmijmy 
teraz,  że te uczucia występują u człowieka z 
temperamentem w postaci czystej i 
nieugiętej, każmy temu człowiekowi wahać 
się między jednym a drugim, a przede 
wszystkim spowodujmy, by te wahania 
nabrały mechanicznego charakteru przyjmując 
znaną formę prostego, dziecinnego, 
powszechnie używanego przyrządu. I tym 
razem otrzymamy obraz podsuwany nam dotąd 
przez ucieszne przedmioty, obraz 
mechaniczności przenikającej  życie;. 
Otrzymamy coś komicznego. 

Zatrzymaliśmy się  dłużej nad obrazem 

sprężynowego diabełka, żeby wytłumaczyć, w 
jaki sposób fantazja komiczna obraca 
stopniowo materialny mechanizm w du- 

 

 

8*

background image

 
 

n6

 

chowy. Zbadajmy jeszcze parę innych gier, 
poprzestając już tylko na ogólnikowych 
uwagach. 

2. — Marionetka. Niezliczone są takie 
sceny w komediach, gdzie postaciom zdaje 
się,  że to z własnej woli mówią coś i robią, 
gdzie więc zachowują najistotniejszą rzecz z 
życia, podczas gdy podpatrzone od innej 
strony   okazują   się   zwykłymi   zabawkami w    
rękach    kogoś     drugiego,     kto    nimi po    
prostu    się     bawi.     Niewiele    dzieli 
Geronta i Arganta, którymi porusza Skapen, 
od   pajacyka,   którego za sznurki    pociąga 
dziecko.    Posłuchajmy    zresztą,    co    mówi 
sam      Skapen:      „Obmyśliłem  już   mecha-
nizm",   „Same   nieba   pchają jednego po 
drugim w me sieci" 

43)

 itp. Widz oczywiście 

staje   po   stronie   hultaja  już   to   wskutek 
naturalnego instynktu, już to wskutek tego, że   
przynajmniej   w   wyobraźni   woli   być 
oszukującym   niż   oszukiwanym;   wiąże   się 
tedy z hultajem i odtąd sam zaczyna wodzić 
po  scenie  marionetką,   której   sznurki  ujął w 
ręce, niczym dziecko, które ją wydostało na 
chwilę od towarzysza zabawy. Jednakowoż 
ten ostatni warunek nie jest nieodzowny. 
Równie   dobrze   możemy   pozostać   poza 
obrębem   tego,   co   się   dzieje   na   scenie, 

117 

bylebyśmy zachowali wyraźne poczucie układu 
mechanicznego. Ma to miejsce w przypadkach, 
kiedy postać komediowa waha się między 
dwoma przeciwnymi postanowieniami, z 
których każde jednakowo ją pociąga; tak też 
dzieje się z Panurgiem zasięgającym rady w 
sprawie swojego ożenku raz u Pawła, a raz 
znowu u Gawła

44)

. Zwracam uwagę,  że autor 

komediowy zawsze stara się o 
personifikację obu sprzecznych 
postanowień, bo jeżeli nie widzom, to 
przynajmniej aktorom trzeba dać do rąk nici 
akcji. 

Cała powaga życia wypływa z naszej 

wolności. Uczucia, których dojrzewaniem 
pokierowaliśmy, namiętności, których wylę-
ganiu dopomagaliśmy walnie, czyny, nad 
którymi zastanawialiśmy się długo i od których 
zdołaliśmy się powstrzymać albo któreśmy 
spełnili, to wszystko wreszcie, co od nas 
pochodzi i co do nas przynależy — tylko to 
nadaje 

życiu ton poważny, niekiedy 

~źal"~~nawet tragiczny,, Czego trzeba, żeby to 
wszystko przekształcić w komedię? Trzeba 
sobie wyobrazić,  że pozorna wolność skrywa 
pod sobą grę sznurków i że na tym padole 
wszyscy jesteśmy, jak mówi poeta, 

...uniżonymi marionetkami, 

których nić jest w rękach Konieczności

46

',

 

background image

 
 

n8

 

Nie ma więc takiej sceny — autentycznej, 
poważnej, a nawet tragicznej, której fantazja 
nie mogłaby obrócić w śmieszność przez 
odwołanie się do tego prostego obrazu. Nie ma 
takiej gry, przed którą obszerniejsze pole 
stałoby otworem. 

3. — Ś n i e ż n a   kula.  Im więcej  poznajemy   
chwytów   komediowych,   tym   lepiej 
pojmujemy rolę wspomnień z dzieciństwa. 
Wspomnienia takie mniej może się wiążą z tą 
czy inną gra konkretną, bardziej natomiast 
dotyczą mechanicznego porządku,  którego 
owa   gra   jest   zastosowaniem.    Ten   sarn 
ogólny porządek może zresztą występować w 
grach najrozmaitszych, podobnie jak ta sama 
aria operowa rozbrzmiewa w różnych 
fantazjach  muzycznych.   Albowiem  rzeczą 
jedynie  ważką,  rzeczą  poruszającą  umysł, a 
przechodzącą niepostrzeżenie i stopniowo z 
dziecięcych gier w zabawy ludzi dorosłych, jest 
s c h e m a t  kombinacji lub — jeśli kto woli — 
formuła  abstrakcyjna,  której   owe gry i  
zabawy są zastosowaniem.  Oto  dla przykładu 
śnieżna kula, która toczy  się po zboczu,    a    
tocząc    rośnie.    Albo    weźmy ołowianych 
żołnierzyków ustawionych rządkiem; jeśli 
pchnąć jednego, padnie na drugiego, który z 
kolei trzeciego powali, i w koń- 

"9

 

cu dojdzie do tego, że wszyscy legną na ziemi. 
Albo niech to będzie pieczołowicie 
wznoszony domek z kart — pierwsza z nich, 
trącona, nie chce się przewrócić, lecz już 
druga, zachwiana, gotowa jest to zrobić, i tak 
praca zniszczenia, coraz szybsze robiąc 
postępy, zdąża w zawrotnym tempie ku 
końcowej katastrofie. Jakkolwiek mamy tutaj 
do czynienia z odrębnymi przedmiotami, na-
suwają one jednak tę samą abstrakcyjną wizje: 
skutek nakładając się na siebie ulega takiemu 
wzmocnieniu,  że przyczyna, zrazu nie 
rzucająca się w oczy, doprowadza mocą 
koniecznego postępu do wyników równie 
ważkich, co niespodziewanych. Otwórzmy 
teraz pierwszą z brzegu książkę z obrazkami dla 
dzieci, a przekonamy się, jak ten sam 
porządek przesuwa się już ku formie sceny 
komicznej. Oto widzimy na obrazku (z  „serii 
Epinalskiej" 

46)

, którą mam właśnie pod ręką) 

gościa wkraczającego pośpiesznie do salonu: 
potrąca jakąś panią, której wypada z rąk 
filiżanka wprost na starszego pana, który 
uskakując wybija w oknie szybę, która spada 
na ulicę na głowę policjanta, który zwołuje 
całą policję itd. Tenże porządek pojawia się w 
obrazkach dla dorosłych. W dowcipach 
rysunkowych przedstawiających historyjki 
„bez słów" spo- 

background image

 
 

I2O

 

tykamy często przedmioty, które zmieniają 
swe miejsce, pociągając za sobą też ludzi; 
zmiana    położenia    przedmiotu    prowadzi w  
sposób  mechaniczny,   scena  po   scenie, do 
zmiany coraz bardziej opłakanego położenia 
ludzi. Przejdźmy jednak do komedii. Ileż  to  
scen  krotochwilnych,  ileż  samych komedii 
daje się sprowadzić do tego prostego wzorca! 
Proszę tylko przeczytać 

opowiadanie   

Pieniackiego   z   Pieniaczy

47

>:      postępowanie   

sądowe   wszczęte   dla   wiązki   siana pochłania   
lwią      część      majątku   pieniacza, jako  że  
każdy  proces  przechodzi   w   procesy    
kolejne    i    cały    mechanizm    idzie coraz  
szybciej   (poczucie  tego  przyspieszenia   daje   
nam   znakomicie   Racine   coraz bardziej 
skracając rozprawom terminy). Podobny 

 

układ   noszą  sceny  z  Don Kichota, na  
przykład   scena  w  zajeździe,   kiedy  to 
wskutek osobliwego zbiegu okoliczności po-
ganiacz mułów uderza Sancho  Pansę,  ten zaś 
wpada na Maritornę, na którą przewraca się 
znów oberżysta itd.   Przejdźmy na koniec do 
wodewilów. Czyż trzeba wyliczać wszystkie 
postacie, jakie przybiera tu jedna i ta sama 
kombinacja? Poprzestańmy na tej, którą   
wykorzystuje   się   najczęściej:   jakoż pewien 
przedmiot materialny (list, dla przykładu), 
niezwykłej wagi dla pewnych osób, 

121

 

ma zostać odnaleziony za wszelką cenę — 
nieuchwytny, wymyka się z rąk w chwili, 
gdy już zdawał się w nie wpadać, i tak tocząc 
się przez całą sztukę pociąga za sobą coraz 
poważniejsze, coraz mniej spodziewane 
wypadki. Wszystko to niezmiernie przypo-
mina gry dziecięce tudzież daje zawsze efekt 
śnieżnej kuli. 

O swoistości mechanicznej kombinacji 

stanowi jej odwracalność. Dziecko bawi się 
widząc, jak kula rzucona na kręgle przewraca 
wszystko po drodze szerząc coraz -większe 
spustoszenie;  śmieje się wszak jeszcze bardziej, 
gdy kula po tych wszystkich zwrotach, 
nawrotach i chybotaniach wraca do punktu 
wyjścia. Innymi słowy, opisywany przed 
chwilą mechanizm budzi już wtedy 
wesołość, gdy jego bieg jest tylko prosty, lecz 
budzi ją jeszcze bardziej, gdy jest to bieg 
okrężny i skutkiem fatalnego sprzęgnięcia 
przyczyn ze skutkami wszystkie wysiłki 
postaci kończą się doprowadzeniem jej po 
prostu do dawnego miejsca. Prawie 
wszystkie farsy, jak to zobaczymy, krążą 
wokół tej idei. Oto słomkowy kapelusz, prosto 
przywieziony z Włoch

48)

; przypadkiem zjada 

go koń; w całym Paryżu jest tylko jeszcze 
jeden taki kapelusz i trzeba odnaleźć go za 
wszelką cenę; 

background image

 
 

122

 

kapelusz ten, który wymyka się z rąk w chwili, 
kiedy już ma się go schwycić, każe biegać za 
sobą przez całą sztukę  głównej postaci, ta zaś 
sprawia,  że za nią biegają inne postacie, 
zupełnie jak magnes, który przenosząc swoją 
właściwość z cząsteczki na cząsteczkę, 
przyciąga ku sobie rządkami  żelazne opiłki; i 
gdy nareszcie po tym korowodzie zdarzeń ceł 
wydaje się już osiągnięty, upragniony kapelusz 
okazuje się tym samym, który dawno już 
został zjedzony przez konia. Nic inną ody-seję 
znajdujemy w drugiej, niemniej słynnej 
komedii Labiche'a

49)

. Pokazuje się nam 

najsampierw starego kawalera oraz starą pannę 
zajętych grą w karty, czym zabawiają się 
codziennie od dawna; oboje, wszelako każde w 
tajemnicy przed drugim, zwracają się do tego 
samego biura matrymonialnego; przechodząc 
przez tysięczne trudności, od jednego 
nieporozumienia w drugie, biegną przez całą 
sztukę na schadzkę, która znowu ich styka ze 
sobą. Ten sam efekt kołowy, ten sam powrót 
do punktu wyjściowego występuje w całkiem 
świeżej sztuce 

50)

. Oto prześladowany 

małżonek dostrzega w rozwodzie jedyny 
sposób ucieczki przed żoną i teściową, żeni się 
jednak po raz drugi, i ta złożona coraz bardziej 
gra małżeństw 

123 

i rozwodów sprowadza mu pod dach dawną, 
lecz teraz jeszcze trudniejszą do zniesienia 
żonę... w postaci nowej teściowej. Gdy się 
weźmie pod uwagę nasilenie tego rodzaju 
komizmu, nie można się dziwić,  że poruszył 
wyobraźnie licznych filozofów. 
Przedsięwziąć tak długą drogę, by powrócić 
mimowiednie do punktu wyjścia, to nic innego, 
jak podjąć ogromny wysiłek dla niebyłego 
wyniku. Mogło to być pokusą do odpowiednich 
określeń komizmu. I tak być może Herbert 
Spencer 

5l)

 powziął myśl,  że  śmiech jest 

oznaką wysiłków trafiających w próżnię. A 
już Kant powiedział: „Śmiech pochodzi z 
oczelijw^i^~kTofe~ńagle obraca sig_ 
wrji\yecz'^

52)

. Trzeba przyznać,  że te definicje 

śmiało dałyby się odnieść do naszych 
ostatnich przykładów, jakkolwiek należałoby 
poddać formułę pewnym ograniczeniom, 
ponieważ wiele jest zbędnych wysiłków, które 
bynajmniej nie budzą śmiechu. Wszelako, o ile 
w ostatnich przykładach mamy do czynienia z 
potężną przyczyną doprowadzającą do nikłego 
skutku, o tyle już przedtem przytaczaliśmy 
dość takich, które mogą podsunąć określenie 
przeciwne: wielkie skutki wywołane słabą 
przyczyną. To prawda, że ta druga definicja 
nie więcej jest warta niż pierwsza. 

background image

 
 

124

 

Bo też dysproporcja między przyczyną a sku-
tkiem, czy od jednej czy od drugiej strony 
brana, nie jest bezpośrednio źródłem śmiechu. 
Jakoż  śmiejemy się z czegoś, co w pewnych 
przypadkach owa dysproporcja może nam 
ukazać, mianowicie ze swoistego me-
chanicznego układu, który możemy dzięki 
niej dojrzeć za ciągiem przyczyn i skutków. 
Kto spuści z oka ów układ, wypuści również z 
rąk nić, która go może poprowadzić poprzez 
labirynt komizmu, prawidło zaś, którego miał 
zamiar się trzymać, aczkolwiek może 
odpowiednie do kilku należycie dobranych 
przypadków, jest narażone na niefortunne 
spotkanie z pierwszym lepszym przykładem, 
który je obali zupełnie. 

Cóż tedy-śmieszy nas w tym mechanicz-

nym układzie? Zaiste, jest rzeczą,  dziwną,  że 
dzieje jakiegoś osobnika albo dzieje grona 
ludzi wydają się nam w pewnej chwili grą 
trybów, sprężyn lub sznurków, skąd się bierze 
atoli swoista cecha tej dziwności? Dlaczegóż 
jest komiczna? Odpowiemy na to pytanie, a 
narzucało się ono nam już pod wieloma 
postaciami, w ten sam jak zawsze sposób. 
Nieugięty mechanizm, który przychwytujemy 
od czasu do czasu niczym intruza w żywym 
paśmie spraw ludzkich, ma dla nas szczególną 

125 

wartość, ponieważ oddaje jakby roztarg-
nienie  życia. Gdyby zdarzenia mogły bez 
przerwy czuwać nad swym biegiem, nie byłoby 
zbieżności, zetknięć, dróg okrężnych; wszystko 
toczyłoby się naprzód, nieustannie robiąc 
postępy. A gdyby ludzie zawsze baczyli na 
życie, gdybyśmy wszyscy stale pozostawali w 
styczności z innymi i z samymi sobą, to nigdy 
nic nie działoby się w nas za pomocą sprężyn 
lub sznurków. Komizm stanowi tę stronę 
osoby, którą jest ona podobna do rzeczy, 
stanowi ów wzgląd zdarzeń ludzkich, który 
naśladuje "swym swoistym usztywnieniem 
czysty, najzwyklep szy mechanizm, automat, 
zgoła ruch nieożywiony. Wyraża tedy swego 
rodzaju niedoskonałość, indywidualną lub 
zbiorową, wymagającą natychmiastowej 
naprawy. Śmiech jest tą naprawą.  Śmiech jest 
rodzajem społecznego gestu^ który poHkreśla 
"T" karci pewne swoiste roztargnienie ludzi i 
zdarzeń. 

To jednakże zachęca nas do dalszych 

poszukiwań, bardziej górnolotnych. Jak do-
tąd, bawiło nas wynajdywanie w grach ludzi 
dorosłych pewnych mechanicznych 
kombinacji, które dają rozrywkę dziecku. Był 
to empiryczny sposób postępowania. Nastała 
atoli chwila, by pokusić się o pełną 

background image

 
 

126

 

i metodyczną dedukcję, by sprowadzić jakże 
liczne i zmienne chwyty komediowe do 
rządzącej nimi stałej, prostej zasady, widocznej 
dopiero u źródła. Teatr komediowy, 
mówiliśmy,  łączy zdarzenia w taki sposób, że 
wprowadza do zewnętrznych form życia pozór 
mechanizmu. Określmy tedy istotne rysy, 
dzięki którym widziane z zewnątrz  życie 
przybiera postać mechanizmu. Wystarczy 
potem przejść do rysów przeciwstawnych, 
ażeby uzyskać tym razem już ogólną i 
zupełną, abstrakcyjną formułę rzeczywistych i 
możliwych chwytów komediowych. 

Życie jawi się nam jako pewna ewolucja w 

czasie oraz jako pewna komplikacja w 
przestrzeni. Gdy je rozpatrywać w czasie, jest 
ciągłym rozwojem jestestwa, które nie-
przerwanie się starzeje, czyli nigdy się do tyłu 
nie cofa i nie powtarza. Gdy je rozważać w 
przestrzeni, roztacza przed nami 
współistniejące ze sobą elementy, tak głęboko 
od siebie uzależnione, tak dalece dla siebie 
stworzone,  że  żaden z nich nie może 
równocześnie przynależeć do dwóch różnych 
organizmów: poszczególne istoty żywe są 
zamkniętymi systemami zjawisk, niezdolnymi 
do kombinowania się z innymi systemami. 
Nieustanna i płynna zmiana 

127 

wyglądu, nieodwracalność zjawisk, całkowite 
zindywidualizowanie zamkniętego w sobie 
ciągu zdarzeń, są to wszystko cechy 
zewnętrzne (rzeczywiste lub pozorne — to w 
tej chwili bez znaczenia) odróżniające istotę 
żywą od zwykłego mechanizmu. Przejdźmy 
teraz na przeciwległą stronę, a zetkniemy się 
z zupełnie innym przebiegiem, i to w 
trojakiej postaci — jak ja to nazywam — 
powtórzenia, odwrócenia i nałożenia się 
ciągów na siebie, czego oddanie jest — 
łatwo to zauważyć — celem chwytów 
wodewilowych, celem zresztą jedynym, jaki 
mają. 

Wszystkie te trojakiego typu chwyty 

znajdują się oczywiście na różne sposoby ze 
sobą przemieszane w scenach, których 
przegląd dopiero co ukończyliśmy, a tym 
bardziej w grach dziecięcych, których me-
chanizm tamte sceny odtwarzają. Nie bę-
dziemy już  dłużej zwlekać z analizą. Naj-
lepiej będzie przebadać te chwyty na nowych 
przykładach, w stanie czystym. Nie nastręczy 
to  żadnych trudności, gdyż najczęściej w 
stanie czystym spotyka się je zarówno w 
klasycznej komedii, jak we współczesnym 
teatrze. 

background image

 
 

128

 

1. — P o w t ó r ze n i e . Tym razem chodzi o 

sytuację, nie o wyrażenie — jak do niedawna   
—   ani   o   zdanie,    które    ktoś powtarza, a 
więc chodzi o zestaw okoliczności,    który   
jako    taki    powraca    kilkakrotnie, 
przesądzając w ten sposób chwiejny tok   życia.   
Już   codzienne   doświadczenia przynoszą   ten   
rodzaj    komizmu,    tyle   że jedynie  w  stanie  
zalążkowym.   Tak  więc, pewnego  dnia  
spotykam  na  ulicy  dawno nie widzianego 
przyjaciela — nie ma w tym nic komicznego; 
ale gdy tego samego dnia spotykam go po raz 
drugi, trzeci i czwarty, obaj zaczynamy w 
końcu się  śmiać z tego „zbiegu" okoliczności. 
Wystawmy sobie teraz ciąg   urojonych 

 

 

zdarzeń,   które   dają      dość wierne złudzenie 
życia, i załóżmy pośrodku tego   rozwijającego   
się   ciągu   taką   samą scenę, która zawiązuje 
się na nowo wśród tych samych albo różnych 
postaci raz po raz;  otrzymamy  znów  zbieg  
okoliczności, ale już   bardziej niezwykły. Tego   
rodzaju powtórzenia  oglądamy właśnie w  
teatrze. Są zaś tym bardziej komiczne, im 
bardziej powtarzana scena jest złożona oraz 
naturalniej   rozgrywana.   Oba   te   warunki 
zdają się wykluczać nawzajem, godzi je jednak 
ze sobą zręczność piszącego. 

Współczesny wodewil używa tego chwytu 

129 

we wszystkich odmianach. Do najbardziej 
znanych należy prowadzenie z aktu na akt 
kilku związanych ze sobą postaci przez 
najrozmaitsze  środowiska w taki sposób, żeby 
w okolicznościach za każdym razem nowych 
odradzał się ten sam ciąg zdarzeń czy 
niepowodzeń symetrycznie dostosowanych do 
siebie. 

Wiele sztuk Moliera przynosi ten sam 

układ zdarzeń, powtaizający się raz po raz 
przez całą komedię.  Szkoła  żon  powtarza ten 
sam efekt trzykrotnie; po raz pierwszy 
wówczas, gdy Horacy opowiada Arnolfowi, w 
jaki sposób zamierzył wywieść w pole 
opiekuna Anusi, którym właśnie jest sam 
Arnolf; po drugie, gdy to Arnolf mniema, że 
udaremnił ów podstęp; po trzecie, kiedy 
Anusia obraca na korzyść Horacego środki 
ostrożności przedsięwzięte przez Arnołfa. To 
samo równomierne, okresowe następstwo jest 
widoczne w Szkole mężów,  w  Warto-glowie,  
zwłaszcza w Grzegorzu Dyndale, gdzie 
odnajdujemy ów potrójny efekt, kiedy to, po 
pierwsze, Grzegorz Dyndała spostrzega, że go 
zdradza  żona, kiedy, po drugie, przywołuje 
teściów na pomoc i gdy, po trzecie, sam prosi 
o wybaczenie. 

Niekiedy taka sama scena raz po raz 

zawiązuje się wśród różnych zgrupowań 

Śmiech

 

background image

 
 

130

 

postaci.   Nierzadko   wówczas jedną    grupę 
stanowią państwo, drugą zaś  służący. Ode-
graną   już   przez   państwo   scenę   służący 
będą powtarzać  w  innym    rejestrze,      prze-
transponowaną    na    styl    mniej      szlachetny. 
W zwadach miłosnych jedna z części jest 
zbudowana podług  tego  planu,  tak samo z    
Arnfitrionem. W zabawnej komedyjce Be-nedixa 
Der Eigensinn (=  Upór]

53)

 porządek jest 

odwrotny:   tym  razem państwo dają scenę 
uporu, której  przykład    mieli     u  służących. 
Wszelako   bez   względu      na      to,      wśród 
jakich postaci rozgrywane są te symetryczne 
sytuacje,   istnieje   głęboka  różnica  między 
komedią klasyczną a współczesnym teatrem. I  
tu,  i  tam  cel jest jeden:   zaprowadzić wśród 
zdarzeń  pewien matematyczny porządek 
zachowując przy tym właściwy im pozór  
prawdopodobieństwa,   a więc  pozór życia.   
Tylko   środki   są   inne.    Większość twórców 
wodewilowych odwołuje się do stopniowego 
urabiania widza. Jakkolwiek zbieg 
okoliczności zdałby się niezwykły, okaże się on 
do  przyjęcia  przez   to  sarno,   że  przyjęty 
zostanie przez nas, my zaś go przyjmiemy 
dlatego,  że nas z wolna   do   tego  przygo-
towano. Tak postępują najczęściej współcześni 
autorzy. Natomiast w teatrze Moliera po-
wtórzenie   wydaje   się   czymś   naturalnym 

dzięki usposobieniu postaci komediowych, a 
nie publiczności. Każda z tych postaci 
przedstawia pewną siłę zdążającą w pewnym 
kierunku, i tylko dlatego, że te wszystkie siły o 
stałych kierunkach z konieczności składają się 
z sobą tak samo, ta sama sytuacja stale się 
odtwarza. Komedia sytuacji w ten sposób 
pojęta przeradza się w komedię charakterów. 
Zasługuje też na miano klasycznej, o ile 
prawdą jest, że sztuka klasyczna byłaby tą 
sztuką, która nigdy nie oczekuje od skutku 
więcej, niż sama włożyła w przyczynę. 

2. — O dwrócenie. Ten drugi chwyt ma 

tyle analogii z pierwszym, że zadowolimy się 
tylko jego określeniem, nie wdając się już w 
jego zastosowania. Wyobraźmy sobie kilka 
postaci w jakiejś sytuacji; wyjdzie z niej 
komiczna scena tylko pod warunkiem, że 
ulegnie odwróceniu sytuacja i pozamieniane 
zostaną role. Tego rodzaju jest właśnie scena z Le 
Yoyage de Monsieur Pemchon, 
scena podwójnego 
ocalenia. Nie jest jednak rzeczą konieczną, żeby 
dwie symetryczne sce-, ny rozegrały się na 
naszych oczach; można pokazać tylko jedną z 
nich, jeżeli istnieje pewność,  że się pomyśli o 
diugiej. Śmiejemy się więc z podsądnego, który 
prawi morały 

 

 

9*

background image

 
 

132

 

sędziemu, z dziecka usiłującego udzielać lekcji 
rodzicom, a wreszcie z wszystkiego, co daje się 
sklasyfikować pod rubryką „świat na opak". 

Często pokazuje się nam postać kopiącą  pod   
kimś   dołk

;

,   w   które   sama   wpada. Dzieje   

prześladowcy,   a   w   końcu   ofiary własnej 
manii prześladowczej, dzieje oszukanego 

 

 

oszusta   są   tłem   wielu   komedii. Spotykamy 
się z tym już w starych farsach. Mistrz 
Pathelin wskazuje swemu klientowi,  jakiego   
podstępu   ma   użyć,   by   podejść sędziego,   
lecz   klient   ucieka   się   do   tego podstępu 
również po to, by nie dać grosza swemu   
adwokatowi.   Gdzie   indziej   znów swarliwa 
żona żąda  od męża  rozmaitych gospodarskich   
posług,   na   zwitku   papieru notując 
szczegóły; gdy wpada do kadzi 

5i

mąż ociąga 

się z wyłowieniem jej wołając: „przecież tego 
nie ma na zwitku". W nowszej  literaturze  
dokonano  natomiast wielu wariacji   na  temat 
okradzionego   złodzieja. Zawsze jednak 
chodzi o to samo: o zamianę ról i odmianę 
sytuacji, która obróci się przeciwko jej twórcy. 

Sprawdzałoby się tu prawo, którego 

zastosowanie pokazywaliśmy już w kilku 
przypadkach. Otóż gdy komiczna scena 
często się powtarza, to poczyna wówczas 

133 

uchodzić za „kategorię" lub wzorzec. Staje 
się śmieszną    sama   przez   się,    niezawiśle 
od przyczyrr, skutkiem których nas śmieszy. 
Toteż nowo wymyślone sceny, które zasadniczo 
nie są wcale śmieszne, faktycznie mogą nas  
ubawić,   bo  przypominają   z  pewnego 
względu tamte. Po prostu wywołują w umyśle 
dość  mętnie obraz, który uważa się za 
śmieszny,   i   dadzą   się   zaklasyfikować   do 
gatunku,   gdzie   panuje   oficjalnie   uznany 
typ komizmu. Scena z „okradzionym złodzie-
jem"   jest   tego   rodzaju.   Zawarty   w   tej 
scenie komizm promieniuje na inne liczne 
sceny;    czyni   nawet   śmiesznym   wszelkie 
niepowodzenie,     które     ściągnęliśmy     na 
siebie     z     własnej     winy,     bez     względu 
na to, jak bardzo wielka byłaby to wina, jak 
bardzo wielkie byłoby to niepowodzenie, cóż 
mówię? — samo napomknienie o owym 
niepowodzeniu,   samo  słowo,   które  o   nim 
przypomina. „Sam chciałeś, Grzegorzu" 

65)

, ten 

okrzyk nie byłby tak śmieszny, gdyby nie 
pobrzmiewały w nim liczne komiczne echa. 

3. — Dosyć już powiedzieliśmy o po-

wtórzeniu i odwróceniu. Pora przystąpić do 
na ło że n i a  się ciągów na siebie. Jest to 
efekt komiczny, którego formułę znaleźć 

background image

 
 

134

 

jest niełatwo, a to wskutek wprost niezwykłej 
rozmaitości form, jakie przybiera w teatrze. 
Być może należałoby określić go w sposób 
następujący: Sytuacja zawsze będzie 
śmieszna, jeżeli przynależy równocze-
śnie do dwóch absolutnie niezależnych 
ciągów  z d a r z e ń  i daje się  p o j ą ć  
zarazem  dwojako, w zupełnie odręb-
nym sensie. 

W tejże  samej  chwili przychodzi  nam na 
myśl qui pro quo. Jest to właśnie sytuacja 
mająca sens dwojaki: jeden zaledwie możliwy,   
który   przypisują   jej   aktorzy,   drugi 
rzeczywisty,   który  publiczność jej   nadaje. 
Chwytamy  rzeczywisty   sens   sytuacji,   po-
nieważ zadbano o pokazanie jej od wszyst-
kich stron;  natomiast  aktorzy znają  tylko 
poszczególne jej strony; stąd też ich pomyłki, 
fałszywe  sądy o  tym,  co  dokoła nich się 
dzieje,   a   także   o   tym,   co   czynią   sami. 
Widz posuwa się od fałszywego do praw-
dziwego sądu,  miota się pomiędzy sensem 
możliwym   a  rzeczywistym,   i   te  wahania 
jego umysłu między przeciwstawnymi inter-
pretacjami występują najsampierw w zaba-
wie, jaką qui pro quo nastręcza. Nic dziw-
nego,  że niejeden filozof uderzony był tymi 
wahaniami  i  że  wskutek  tego  dopatrywał 
się samej istoty komizmu w zderzeniu czy 

135 

w pokrywaniu się przeciwstawnych sądów 

m

Atoli takie definicje odbiegają od większości 
przypadków, zaś tam, gdzie pasują, określają 
nie zasadę komizmu, lecz tylko jedno z jej 
następstw, mniej lub bardziej odległych. Jak 
łatwo dostrzec, teatralne qui pro quo jest 
jedynie szczególnym przypadkiem ogól-
niejszego zjawiska, nakładania się na siebie 
niezależnych ciągów, oraz nie jest zgoła 
śmieszne samo przez się, lecz wyłącznie jako 
z n a k   nałożenia się ciągów na siebie. 

W qui pro quo każda z postaci jest 

włączona w ciąg związanych z nią zdarzeń, o 
których ma dokładne wyobrażenie i do 
których dostosowuje własne słowa i czyny. 
Każdy ciąg obchodzący każdą z postaci 
rozwija się w sposób niezależny, lecz niejed-
nokrotnie zachodzi na ciąg drugi w tego 
rodzaju warunkach, że czyny i słowa wcho-
dzące w skład jednego równie dobrze 
mogłyby pasować do drugiego. Stąd popeł-
niane przez postaci omyłki, stąd te dwuznacz-
ności; sama dwuznaczność atoli nie jest jeszcze 
śmieszna,  śmieszna staje się dopiero przez to, 
że ujawnia zbieżność dwóch niezależnych 
ciągów zdarzeniowych. Dowodem tego jest, 
że autor musi zwracać naszą uwagę bez 
przerwy na ten podwójny fenomen, nieza-
wisłości i zbieżności rzeczy. Osiąga to 

background image

 
 

136

 

zazwyczaj, nieustannie grożąc rozszczepieniem 
dwóch zbieżnych ze sobą ciągów. Każdej 
chwili wszystko chyli się ku rozpadowi i 
wszystko ulega poprawie; to właśnie ta gra 
prowadzi do śmiechu, a nie same wahania 
umysłu między parą sprzecznych twierdzeń. 
A pobudza nas ona do śmiechu, bo na 
naszych oczach doprowadza do nałożenia się 
dwóch niezależnych ciągów na siebie, i to jest 
istotnym źródłem komicznych efektów. 

Jakoż qui pro quo może być jedynie 

szczególnym tego przypadkiem. Jest to tylko 
jeden (być może najbardziej sztuczny) spośród 
środków służących do uwydatnienia 
momentu, w którym ciągi zdarzeń na siebie 
się nakładają. Nie jest to wszakże jedyny 
środek. Zamiast dwóch współczesnych sobie 
ciągów można by wziąć ciąg zdarzeń 
minionych i ciąg zdarzeń obecnych; jeżeli w 
naszej wyobraźni oba ciągi nałożą się na 
siebie, to powstanie ten sam efekt komiczny, 
aczkolwiek nie będzie to już qui pro quo. 
Przypomnijmy sobie uwięzienie Bonivarda w 
zamku Chillon

57)

 i oto mamy pierwszy ciąg 

faktów; wyobraźmy sobie następnie Tartarina, 
jak podróżuje po Szwajcarii, trafia do aresztu, 
potem do więzienia, a otrzymamy ciąg drugi, 
nie- 

zależny od pierwszego; teraz zaś sprawmy, by 
Tartarin został przykuty do tego samego co 
Bonivard  łańcucha i żeby obie historie na 
chwilę zbiegły się ze sobą, a powstanie 
bardzo zabawna scena, jedna z zabawniej-
szych, jakie fantazja Daudeta nakreśliła. W ten 
sposób wiele zajść heroikomicznego typu 
dałoby się rozłożyć na czynniki pierwsze. 
Komiczna na ogół w skutkach transpozycja 
dawnych zdarzeń na współczesne wywodzi 
się z tejże idei. 

Labiche posługuje się owym chwytem na 

wszystkie możliwe sposoby 

5S

\  Niekiedy 

zaczyna od utworzenia niezależnych ciągów 
zdarzeń, a następnie bawi się ich nakładaniem 
na siebie; wynajdzie sobie jakiś zamknięty 
krąg ludzi, na przykład orszak weselny, i każe 
mu przetoczyć się przez zupełnie obce 
środowiska, dokąd wejść mu dopomaga jakiś 
zbieg okoliczności. Innym razem pozostaje w 
całej sztuce przy tym samym zespole postaci, 
lecz sprawi, że niektóre spośród nich chcą coś 
ukryć przed pozostałymi i są zmuszone wejść 
w porozumienie z innymi, tak iż w końcu 
odgrywają swoją małą komedyjkę w obrębie 
dużej komedii; każdej chwili poszczególne 
komedyjki grożą ujawnieniem pozostałych, 
ale rzeczy układają się pomyślnie i dochodzi 

background image

 
 

138

 

do zbieżności ciągów. Czasem znów całko-
wicie idealny ciąg zdarzeń  w

r

sunie się w ciąg 

rzeczywisty, jak na przykład przeszłość, którą 
chciano ukryć, a która wdziera się bez 
przerwy w teraźniejszość i którą za każdym 
razem trzeba pogodzić z kolejną sytuacją 
zagrożoną rozbiciem. Zawsze jednak 
występują dwa niezależne ciągi zdarzeń, a 
także częściowa ich zbieżność. 

Przerwijmy tę analizę- chwytów wode-

wilowych. Wszystko jedno, czy nastąpi 
nałożenie się ciągów na siebie, odwrócenie 
czy też powtórzenie, cel pozostanie ten sam: 
otrzymanie tego, co nazwałem  m e c h a n i -
z a c j ą   życia. Albowiem obierając sobie 
pewien zespół działań i stosunków, czy to 
powtórzymy go raz i drugi, czy też odwrócimy 
zupełnie, czy na koniec przeniesiemy w 
całości do innego, częściowo z nim zbieżnego 
zespołu — dokonamy jedynie posunięć, które 
zasadzają się na ujmowaniu życia jako 
mechanizmu o powtarzalnym przebiegu, 
odwracalnych skutkach i przestawialnych 
częściach. Rzeczywiste życie bywa farsą o tyle, 
o ile doprowadza w sposób naturalny do 
podobnych skutków, a zatem o tyle, o ile o 
sobie zapomni, bo gdyby baczyło na siebie 
nieprzerwanie, byłoby odmieniającą się wciąż 
ciągłością, nieodwracalnym po- 

139 

stępem,  niepodzielną jednością.  Toteż    ko-
mizm zdarzeń daje się określić jako roztarg-
nienie rzeczy. Tak samo komizm indywidu-
alnych   charakterów jest  zawsze   związany z  
podstawowym roztargnieniem osoby,  jak już   
mogliśmy   się   tego   domyślać   i   jak dalej  
o  tym  przekonamy się szczegółowo. A   to   
roztargnienie   zdarzeń      jest      czymś bardzo  
rzadkim,  daje  nikłe   skutki  i   nie można go 
w  żadnym wypadku naprawić, tak iż na 
niewiele się zda jego wyśmianie. Dlatego to 
nikomu nie przyszłoby do głowy ani  go  
przejaskrawiać,   ani  zamieniać  na system, ani 
stwarzać dlań odrębnej sztuki, gdyby śmiech 
sam w sobie nie był przyjemnością    i   
gdybyśmy      wszyscy      nie      chwytali  w    lot   
najmniejszej   po   temu  sposobności. 
Tłumaczy   to  farsę,   która  ma  się  tak  do 
rzeczywistego  życia, jak pajacyk do  czło-
wieka, tłumaczy mianowicie przez sztuczne 
przejaskrawienie        niejakiego        usztywnienia 
przyrodzonego   rzeczom.   Wątła   nić   łączy 
farsę z życiem. Nie jest niczym innym jak grą i 
jak wszystkie gry jest podporządkowana   
przede   wszystkim   przyjętej   umowie. 
Komedia charakterów zapuszcza natomiast w   
życie   korzenie  w  inną   całkiem   stronę i   nią   
to   będziemy   się   zajmować   przede 
wszystkim w ostatniej części tego studium. 

background image

 
 

140

 

Wprzód jednak musimy poddać analizie jeden 
z rodzajów komizmu, który pod wieloma 
względami przypomina sytuacyjny komizm 
farsy. Komizm słowny.

 

II

 

Jest coś być może sztucznego w tworzeniu 

specjalnej kategorii dla komizmu słownego, 
gdyż większość zbadanych przez nas efektów 
komicznych dochodziła do głosu za 
pośrednictwem mowy. Trzeba jednak roz-
różniać komizm, który mowa wyraża, od 
komizmu, który mowa stwarza. Pierwszy 
mógłby,  ściśle biorąc, być przekładany na 
obce języki, jakkolwiek tracąc wiele ze swoich 
odcieni przy przejściu do społeczności nowej, 
społeczności o odmiennych obyczajach, 
odmiennej literaturze, a zwłaszcza 
odmiennych skojarzeniach myśli. Drugi na-
tomiast jest na ogół nieprzetłumaczalny. To, 
czym jest, zawdzięcza budowie zdania lub 
doborowi wyrazów. Nie oddaje on bynajmniej 
za pomocą mowy roztargnienia, w jakie 
popadają raz po raz ludzie lub zdarzenia. 
Uwydatnia roztargnienie, w jakie raz po raz 
popada mowa. Tym razem to mowa staje się 
komiczna.

 

141

 

Co prawda, zdania nie tworzą się same i 

jeżeli  śmiejemy się z nich serdecznie, 
moglibyśmy przy tej sposobności pośmiać się 
też z ich autorów. Ten ostatni warunek atoli 
nie jest nieodzowny. Zdanie i wyraz mają tu 
niezależną siłę komiczną. A dowodem na to 
jest,  że w wielu wypadkach wprawia nas w 
zakłopotanie wyjaśnienie, z czego się 
śmiejemy, aczkolwiek najczęściej mamy 
poczucie, że jest coś na rzeczy.

 

Gdy osoba jest przyczyną  śmiechu, nie 

musi nią być ta, która właśnie mówi. Trzeba w 
tym miejscu poczynić ważkie rozróżnienie 
między rzeczami dowcipnymi aT 
komicznymi. Opowiedziałbym się po stronie 
tych, co zwą jakieś słówko komicznym, gdy 
się  śmiać każe z osoby, która je 
wypowiedziała, a dowcipnym, gdy każe śmiać 
się z nas samych albo z osób trzecich. 
Najczęściej jednak nie potrafimy rozstrzygnąć, 
czy jest to komiczne czy dowcipne 
powiedzonko.

 

Zanim postąpimy dalej, powinniśmy bodaj 

przypatrzyć się z bliska temu, co się rozumie 
przez słowo dowcip. Albowiem dowcipne 
powiedzonko wywołuje przynajmniej 
uśmiech na twarzy. Badanie śmiechu nie 
byłoby tedy zupełne, gdyby omieszkało 
zgłębić naturę dowcipu i rozjaśnić jego ideę.

 

background image

 
 

142

 

Obawiam się tylko, by ta jakże subtelna 
istność nie była z rzędu tych, co rozkładają 
się pod wpływem światła.

 

Rozróżnijmy najsampierw dwa znaczenia 

samego wyrazu. W jednym z nich zwiemy 
dowcipem dra maty czn y  sposób myślenia. 
Człowiek obdarzony dowcipem, czyli lotnością 
umysłu, nie obraca pojęciami, jakby to były 
bezduszne symbole, aleje widzi, słyszy, a 
zwłaszcza pozwala im wieść dialog między 
sobą, jakby to były osoby. Wprowadza je na 
scenę i pomału sam na tę scenę wstępuje. 
Dowcipnym narodem będzie również naród 
rozmiłowany w teatrze. Człowiek obdarzony 
dowcipem ma zawsze coś z poety, podobnie 
jak zadatki aktorskie ma ktoś umiejący czytać. 
Umyślnie robię to zestawienie, bo nic 
łatwiejszego jak ustalenie stosunków 
zachodzących między tymi czterema 
członami.  Żeby dobrze czytać, wystarczy 
posiąść  tę część sztuki aktorskiej, którą 
można pojąć samym intelektem; lecz żeby 
grać dobrze, trzeba być aktorem z całej duszy, 
całą swą osobą. Tak samo twórczość poetycka 
wymaga, by po trosze zapomnieć o sobie, czym 
przecie człowiek obdarzony dowcipem 
zazwyczaj nie grzeszy. Wyziera zawsze spoza 
tego, co mówi i robi, nie zatracając się w tym 
bez reszty.

 

ponieważ wkłada w to tylko swój intelekt.

 

Każdy poeta mógłby więc okazać się czło-

wiekiem dowcipnym, gdyby tylko zechciał. 
Nie musi w tym celu na nic się zdobywać, a 
raczej wyzbyć się czegoś powinien. Dość, 
żeby pozwolił swym myślom wszcząć między 
sobą rozmowę „ot tak, dla samej przyjemności". 
Musiałby tylko rozluźnić podwójne więzy 
łączące jego myśli z uczuciami oraz jego 
duszę z życiem. W końcu obróciłby się w 
człowieka dowcipnego, gdyby nie zechciał już 
być poetą całym sercem, lecz jedynie samym 
intelektem.

 

Atoli jeżeli lotność umysłu, ów dowcip, 

polega w ogólności na widzeniu rzeczy sub 
specie theatri, to wolno przyjąć, że może w 
szczególności być nastawiony na pewną 
odmianę sztuki dramatycznej, na komedię. 
Stąd też się bierze węższe znaczenie tego 
wyrazu, jedyne zresztą, które nas obchodzi z 
punktu widzenia teorii śmiechu. Tym razem 
nazwiemy dowcipem zdolność do 
zarysowania mimochodem sceny 
komediowej, lecz zarysowania tak 
dyskretnego, tak lekkiego i aż tak szybkiego, 
że już jest po wszystkim, zanim jeszcze 
zdołaliśmy się rozeznać w sytuacji.

 

Kim są aktorzy podobnych scen? Z kim

 

background image

 
 

144

 

ma do czynienia człowiek dowcipny? Przede 
wszystkim ze swoimi rozmówcami, jeżeli 
dowcip jest repliką na ich słowa. Niekiedy z 
osoba nieobecną, o której przypuszcza, że coś 
powiedziała, a której dopiero teraz odpowiada. 
Najczęściej ma do czynienia z wszystkimi, czy 
raczej z ich rozsądkiem, gdy rozprawia się z 
nimi obracając w paradoks ogólnie uznane 
pojęcie, posługując się jakimś zwrotem 
powszechnie przyjętym, parodiując głośną 
cytatę lub przysłowie. Porównajmy podobne 
scenki ze sobą, a zobaczymy, że są to zawsze 
wariacje na temat dobrze nam znany z 
komedii, na temat „okradzionego złodzieja". 
Oto chwyta się jakąś przenośnię, jakieś zdanie 
lub rozumowanie i zwraca się je przeciwko 
temu, kto je stworzył albo mógł je stworzyć, w 
taki sposób, jakby miał powiedzieć coś, czego 
rzec nie chciał, i sam dał się w pewnej mierze 
złapać w sidła słowne, które by rozstawił. 
Jednakowoż temat „okradzionego złodzieja" 
nie jest tematem jedynym. Prześledziliśmy już 
wiele rodzajów komizmu i nie ma wśród nich 
ani jednego, który by nie mógł wyostrzyć się 
w dowcip.

 

Każde dowcipne powiedzonko poddaje 

się analizie, której, że tak powiem, formułę 
aptekarską można teraz podać. Oto ona:

 

Weźmy jakieś powiedzonko, rozszerzmy je 
najpierw do sceny komediowej, a następnie 
odszukajmy kategorię komiczną, do jakiej 
scena ta przynależy: sprowadzimy w ten 
sposób dowcipne słówko do jego elementów 
najprostszych i otrzymamy pełne wytłuma-
czenie.

 

Zastosujmy tę metodę do klasycznego 

przykładu. Pisała pani de Sevigne do chorej 
córki: „Boli mnie twa pierś" 

69)

. Powiedzenie to 

dowcipne. I jeśli nasza teoria jest słuszna, to 
starczy położyć nacisk na słowo, pogrubić je i 
rozszerzyć, by rozwinęło się na oczach w 
komiczną scenę. Taką  właśnie scenę, już 
gotową, spotykamy w sztuce Moliera Miłość 
lekarzem.  
Udający lekarza Klitander, przy-
wołany do córki Sganareła, poprzestaje na 
zbadaniu pulsu samego Sganareła, by po 
chwili, opierając się na sympatii, jaka winna 
istnieć między ojcem a córką, bez najmniej-
szego wahania zawyrokować: „Pańska córka 
jest bardzo chora!" Tak właśnie wygląda 
przejście rzeczy dowcipnej w komiczną. Gwoli 
uzupełnienia tej analizy nie pozostaje nam 
więc nic innego jak zbadać, co za pierwiastek 
komiczny tkwi w tej idei: stawianie diagnozy 
stanu zdrowia dziecka po osłuchaniu ojca lub 
matki. Wiemy wszakże,  że jedna z istotnych 
form fantazji komicznej

 

10 — Śmiech

 

background image

 
 

146

 

zasadza się na ukazywaniu żywego człowieka 
jako poruszającego się pajacyka oraz że 
często, aby nas zmusić do utworzenia tego 
obrazu, pokazuje się nam kilka postaci 
mówiących i postępujących, jak gdyby były 
złączone niewidzialnymi sznurkami. Czyż nie 
poddano nam w tym wypadku takiej idei, 
stawiając nas — że się tak wyrażę — wobec 
zmaterializowania sympatii wy* czuwalnej 
między ojcem a córką?

 

Pojmujemy teraz, dlaczego autorzy, którzy 

rozprawiali o dowcipie, musieli poprzestać na 
zaznaczeniu niezwykłej  złożoności rzeczy, 
które termin ten obejmuje, nie zdoławszy już 
go zdefiniować. Coś może być dowcipne — i 
to na wiele sposobów! — albo nie być wcale. 
Jak uchwycić coś, co łączy wszystkie te 
sposoby, skoro nawet się nie określiło 
ogólnego stosunku między rzeczami 
dowcipnymi a komicznymi? Wystarczy ten 
stosunek na jaw wydobyć, a wszystko samo 
się wyjaśni. Między czymś komicznym a 
czymś dowcipnym taki sam występuje 
związek jak między gotową sceną komediową 
a ulotnym szkicem sceny obmyślanej. Ile form 
komizmu, tyle odpowiednich wariacji 
dowcipu. Dlatego trzeba naprzód określić 
rzeczy  komiczne w ich najrozmaitszych 
formach, wyszukując (co bynajmniej

 

147

 

łatwe nie jest) nić łączącą jedną formę z drugą. 
Już to samo da analizę dowcipu, który nie 
okaże się niczym innym jak ulotnym 
komizmem. Natomiast trzymanie się odwrotnej 
metody, bezpośrednie szukanie formuły, w 
której dałoby się zamknąć dowcip, skoń-
czyłoby się pewną porażką. Co by powiedziano 
o chemiku, który mając w swym laboratorium 
najrozmaitsze ciała pod ręką, zamierzałby je 
badać tylko na podstawie śladów 
zostawionych przez nie w atmosferze? 
Wszelako to porównanie rzeczy komicznych i 
dowcipnych wskazuje nam równocześnie, 
gdzie powinniśmy się udać, aby poznać 
komizm słowny. Albowiem z jednej strony 
widzimy,  że nie ma istotnej różnicy między 
powiedzeniem komicznym a powiedzonkiem 
dowcipnym, natomiast z drugiej strony 
powiedzonko dowcipne, jakkolwiek związane 
z mowa, z jakąś jej figurą, wywołuje mętny lub 
wyraźny obraz sceny komicznej. Z tego 
wynika, 

że komizm mowy winien 

odpowiadać punkt po punkcie komizmowi 
czynów i sytuacji. Rozważmy główne chwyty, 
stosowane gwoli jego uzyskania. Posłużmy się 
nimi przy doborze wyrazów i budowie zdań. 
Otrzymamy tą drogą rozmaite formy 
komizmu słownego i wszelkie możliwe 
odmiany dowcipu. 10*

 

background image

 
 

148

 

1. — Dopuścić,   wskutek   usztywnienia lub 
nabranego rozpędu, do powiedzenia c/y 
zrobienia   czegoś,   czego   powiedzieć   czy 
zrobić wcale się nie chciało, jest to, jak wiemy, 
jedno z wiecznych źródeł komizmu. Dlatego 
śmieszne istotnie jest roztargnienie. Dlatego 
też budzi śmiech wszystko, co jest w gestach, w 
postawie, a nawet w fizjognomicznych rysach 
usztywnione, od dawna gotowe, zgoła 
mechaniczne. Czy ów rodzaj usztywnienia 
występuje również w mowie? Owszem, nie 
ma co do  tego żadnej  wątpliwości,  skoro 
istnieją gotowe formułki i stereotypowe zdania. 
Ktoś, kto by się wyrażał w ten sposób, byłby 
nieodmiennie postacią komiczną. Jednakowoż 
na to, by jakieś odosobnione zdanie było 
komiczne samo przez się, bez związku z tym, 
kto je wymówił, nie wystarczy, by gotowe 
było od dawna, łecz nadto potrzeba, żeby 
nosiło na sobie jakiś znak, po którym od razu 
moglibyśmy poznać,  że wypowiedziano je 
automatycznie. To zaś może mieć miejsce 
jedynie wtedy, gdy zdanie zawiera jawną 
niedorzeczność  bądź grubą pomyłkę, bądź 
nade wszystko formalną sprzeczność. Stąd to 
ogólne   prawidło:   Otrzymamy    zawsze 
komiczne powiedzonko, ilekroć wtło-
czymy   coś   niedorzecznego  w formę 
wyrażenia   uświęconego   zwyczajem.

 

149

 

„Ta szabla to najpiękniejszy dzień mego 

życia" — powiada pan Prudhornme 

60)

Przetłumaczmy to zdanie na język angielski 
lub niemiecki, a stanie się po prostu zdaniem 
niedorzecznym, podczas gdy w oryginale 
było to zdanie komiczne. Albowiem zwrot 
„najpiękniejszy dzień mego życia" przynależy 
do tych gotowych od dawna wyrażeń, do 
których ucho przywykło. Aby je uczynić 
komicznym, wystarczy wydobyć na światło 
dzienne automatyzm, z jakim ktoś je wypo-
wiada. Do tego właśnie doprowadza wtło-
czenie w nie czegoś niedorzecznego. Nie-
dorzeczność nie jest jednak w tym wypadku 
źródłem komizmu. Jest tylko bardzo prostym i 
bardzo skutecznym środkiem pomocnym w 
jego ukazaniu.

 

Przytoczyliśmy słowa pana Prud-homme'a. 

Atoli większość powiedzonek, które się mu 
przypisuje, jest utworzona wedle tego 
samego wzoru. Pan Prudhornme jest 
człowiekiem gotowych formułek. A ponieważ 
gotowych formułek pełno jest we wszystkich 
językach, pana Prudhomme'a można prze-
nieść z języka do języka, przetłumaczyć 
natomiast najczęściej niepodobna.

 

Czasem zdanie banalne, które chowa w 

sobie niedorzeczność, nie od razu zwraca na 
siebie uwagę. „Nie lubię pracować

 

background image

 
 

150

 

między posiłkami", rzeki raz jakiś próżniak. 
Powiedzonko nie byłoby zabawne, gdyby nie 
istniał na szczęście ów znany przepis 
higieniczny: „Nie należy nic jeść między 
posiłkami". 

Czasem znów efekt bywa złożony. Zamiast 
jednej oklepanej formuły mamy dwie lub trzy, 
tkwiące jedna w drugiej. Przytoczę dla 
przykładu słowa jednej z postaci Labi-che'a: 
„Jeden Bóg ma prawo zabić swego bliźniego". 
Wykorzystano tu, zdaje się, dwa znane 
wszystkim zdania: „Bóg rozporządza  życiem 
ludzkim" oraz: „Zbrodnią jest zabić swego 
bliźniego". Oba powiedzenia złączono w ten 
sposób, by mamiły ucho i sprawiały wrażenie 
jednego z tych zdań, które powtarza się i 
przyjmuje machinalnie do wiadomości. Stąd to 
uśpienie naszej uwagi, którą budzi nagle 
niedorzeczność. Tych kilka przykładów 
wystarczy,  żeby zrozumieć, w jaki sposób 
jedna z najdonioślejszych form komizmu 
rzutuje — a zarazem  się upraszcza — na 
płaszczyznę słowną. Przejdźmy teraz do mniej 
ogólnej formy. 

2. — „Śmiejemy się za każdym razem, 

ilekroć nasza uwaga jest zwrócona na stronę 
fizyczną osoby, podczas gdy w grę wchodzi 
jej strona duchowa". Oto prawo, które poda- 

liśmy w poprzedniej części tej pracy. Prze-
nieśmy je do mowy. Jakoż można by rzec, że 
większość wyrazów niesie z sobą sens 
fizyczny oraz sens d u c h o w y  zależnie od 
tego, czy bierze się  je  we  właściwym czy też 
w przenośnym znaczeniu. Każdy wyraz 
oznacza z początku jakiś konkretny przedmiot 
albo jakąś materialną czynność; z wolna 
jednak sens wyrazu ulega uduchowieniu 
celując w abstrakcyjny stosunek lub w czystą 
ideę. Jeżeli więc nasze prawo zachowuje tu 
swoją moc, to w formie następującej: 
Otrzymamy efekt komiczny, ilekroć  
spróbujemy p o j ą ć  jakieś wyrażenie w 
jego właściwym znaczeniu, podczas 
gdy samo zostało u ż y t e  w znaczeniu 
przenośnym. Albo jeszcze inaczej: Komiczne 
staje się wyrażenie myśli z chwilą, gdy 
nasza uwaga skupia  się  na  m a t e r i a l n y m  
sensie przenośni. „Wszystkie sztuki są 
siostrzycami"

81)

. W zdaniu tym wyraz 

„siostrzyca" wzięty jest w znaczeniu 
przenośnym dla wskazania mniej lub bardziej 
głębokiego podobieństwa. A wyraz ów w ten 
sposób jest tak często używany, iż zazwyczaj 
nie myślimy zgoła, kiedy go słyszymy, o 
konkretnym i materialnym stosunku, który 
każde pokrewieństwo w sobie mieści. Prędzej 
przyszłoby to na myśl 

background image

 
 

152

 

nam, gdyby się mówiło: „Wszystkie sztuki są 
kuzynkami", ponieważ wyraz „kuzynka" 
rzadziej jest używany w przenośni; przez to 
samo wyraz ten nabiera lekkich odcieni ko-
micznych. Pójdźmy teraz do samego końca i 
przyjmijmy,  że raptownie ściągnięto naszą 
uwagę na materialne spełnienie obrazu do-
braniem takiego stosunku pokrewieństwa, 
który nie daje się pogodzić z członami ma-
jącymi ulec zjednoczeniu dzięki temu sto-
sunkowi: uzyskamy efekt rozśmieszający. Oto 
znane powiedzenie, również przypisywane 
panu Prudhomme: „Wszystkie sztuki są 
braćmi" «

2)

.

 

„Goni za dowcipem", powiedziano do 

Boufilersa 

63)

 o kimś mającym dość preten-

sjonalny sposób bycia. „Nie dogoni go", mógł 
był odpowiedzieć Boufflers i byłoby to 
zalążkiem dowcipnego powiedzonka, lecz tylko 
zalążkiem i niczym więcej, ponieważ wyraz 
„dogonić" jest w przenośni używany równie 
często jak wyraz „gonić" i nie zmusza nas do 
materializowania obrazu dwóch ścigających się 
współzawodników. Jeżeli chcemy, żeby 
replika wydała się nam całkiem dowcipna, 
powinniśmy zaczerpnąć ze sportowego 
słownictwa termin tak konkretny, tak żywy, 
aby naprawdę było można mieć wrażenie 
wyścigów. Tak właśnie po-

 

153

 

stąpił Boufflers mówiąc: „Stawiam na 
dowcip".

 

Powiedzieliśmy,  że dowcip polega często 

na rozwinięciu myśli naszego rozmówcy do 
tego stopnia, iżby zaczynał sam sobie prze-
czyć i wpadać w zastawione przez siebie sidła 
słowne. Dodajmy, że tymi sidłami są 
przenośnia lub porównanie, których mate-
riałność może zwrócić się przeciwko mówiące-
mu. Jeszcze mam świeżo w pamięci rozmowę 
matki z synem w Faux Bonshommes (= Obłud-
nicy) : 
„Giełda, drogi chłopcze, jest grą 
niebezpieczną. Jednego dnia się wygrywa, a 
drugiego traci wszystko. — A więc dobrze, 
będę co drugi dzień grywał". A oto z tejże 
samej sztuki inny budujący dialog toczony 
przez dwóch finansistów: „Czy to jest lojalne, 
co my robimy? W końcu wyciągamy tym 
nieszczęsnym akcjonariuszom pieniądze z 
kieszeni... —A niby skąd wedle pana mamy je 
wyciągać?" 

64)

 

Zabawny również efekt otrzymamy, ile-

kroć rozwiniemy materialny sens jakiegoś 
symbolu lub godła i spróbujemy zachować 
dlań mimo tego rozwinięcia tę samą wartość 
symboliczną. W

T

 jednej farsie, bardzo wesołej, 

pokazano urzędnika z Monaco, którego 
uniform cały był pokryty medalami, jak-
kolwiek on sam udekorowany został tylko

 

background image

 
 

 

 

raz jeden: „A bo to — powiada — posta-
wiłem medal w ruletce na numer, który 
wyszedł, i przez to miałem prawo do trzy-
dziestosześciokrotnej stawki". Czyż w sposób 
analogiczny nie rozumuje Giboyer w EffronUs 
(= Bezwstydniej}? 
Gdy ktoś opowiada tam o 
czterdziestoletniej pannie młodej, która miała 
ślubną suknię ozdobioną kwiatami 
pomarańczowymi, Giboyer wtrąca: „Śmiało 
mogła sobie przypiąć cale pomarańcze" 

66)

.

 

Nigdy nie dojdziemy jednakże do końca, 

jeśli różne prawa, które wymieniałem, 
będziemy podnosić tutaj jedno po drugim i 
sprawdzać je po kolei w obrębie tego, co 
nazwałem płaszczyzną  słowną. Lepiej wiec 
będzie, jeżeli ograniczymy się tylko do trzech 
ogólnych twierdzeń, wyłożonych w po-
przednim rozdziale. Jak wykazywałem, „ciągi 
zdarzeń" mogą okazać się komiczne wskutek 
p o w t ó r z e n i a  albo odwrócenia, albo 
wreszcie n a ł o ż e n i a   się ich na siebie. 
Zobaczymy,  że tak samo jest z ciągami 
wyrazów.

 

Kiedy wybrane ciągi zdarzeń powtórzy 

się w innym rejestrze lub też w nowym oto-
czeniu, albo odwróci się je z zachowaniem 
właściwego im sensu, albo przemiesza się je 
w taki sposób, że ich odnośne znaczenia

 

nałożą się na siebie, wywoła to komiczne 
efekty, ponieważ  życic będzie przymuszone 
do mechanicznej zgolą uległości. Atoli myśl 
jest — ona również! — czymś żywym. Takoż i 
mowa, która oddaje myśl, musi być czymś 
równie jak tamta żywym.  Łatwo więc 
odgadnąć, że zdanie stanie się komiczne, jeśli 
zachowa jakiś sens nawet już po odwróceniu, 
albo jeśli wyraża równie obojętnie dwa 
całkiem niezależne układy myśli, albo 
wreszcie jeśli otrzymano je wskutek 
transpozycji myśli na ton zupełnie odmienny 
od macierzystego. Są to te trzy podstawowe 
prawa czegoś, co można by nazwać 
komicznym przekształceniem zdań, a co 
pokażę na kilku przykładach. Powiem od 
razu,  że te trzy prawa nie są równoważne 
przez wzgląd na teorię komizmu. Najmniej 
interesującym chwytem jest odwrócenie, 
lecz jego zastosowanie nietrudną powinno być 
rzeczą, ponieważ, jak można to zaobserwować, 
zawodowi dowcipnisie, gdy tylko posłyszą 
jakieś zdanie, natychmiast próbują, czy nie 
można by wskutek tego odwrócenia uzyskać 
innego sensu, stawiając na przykład podmiot w 
miejsce dopełnienia, a dopełnienie w miejsce 
podmiotu. Nierzadko korzysta się z tego środka 
po to, by w sposób mniej lub bardziej

 

154

 

background image

 
 

i

5

6 

żartobliwy zbić czyjąś ideę. W komedii 
Labiche'a jedna z postaci wykrzykuje do 
swego sąsiada z góry, który zaśmieca jej 
balkon: „Dlaczego wytrząsa pan fajkę akurat 
na mój balkon?", na co głos sąsiada odpowiada: 
„Dlaczego podstawia pani swój balkon akurat 
pod moją fajkę?" 

66)

 Rozwodzić się nad tym 

rodzajem dowcipu nie ma atoli potrzeby. 
Można jego przykładów namnożyć z łatwością 
bez liku.

 

N a k ł a d a n i e   się dwóch układów myśli na 

siebie w jednym i tym samym zdaniu jest 
niewyczerpanym 

źródłem uciesz-nych 

efektów. Rozmaite są sposoby na to, by 
otrzymać owo nałożenie, czyli nadać jednemu 
i temu samemu zdaniu dwa niezależne i 
nałożone na siebie znaczenia. Najpospolitszym 
z tych sposobów jest kalambur. To samo zdanie 
w kalamburze zdaje się nieść dwa różne 
znaczenia, ale tak jest jedynie na pozór, gdyż 
w rzeczywistości mamy do czynienia z dwoma 
odrębnymi zdaniami złożonymi z odmiennych 
wyrazów, które próbuje się stopić w jedno 
zdanie korzystając z tego, że mają dla ucha to 
samo brzmienie. Kalambur wiedzie nas 
nieznacznie i stopniowo do rzeczywistej gry 
słów. W tym przypadku dwa układy myśli po-
krywają się ze sobą naprawdę w jednym

 

157

 

i tym samym zdaniu, naprawdę mamy do 
czynienia z tymi samymi wyrazami; wyko-
rzystuje się jedynie rozmaitość znaczeń, jakich 
wyraz może nabrać, przechodząc z 
właściwego użycia do przenośnego. Często też 
z trudem tylko można uchwycić różnicę 
między grą  słów z jednej strony a poetycką 
przenośnią lub pouczającym porównaniem z 
drugiej. O ile porównanie, które czegoś uczy, 
albo obraz, który nas porusza, zdają się 
odsłaniać  ścisłą więź między naturą a mową, 
ujętymi jako dwie równorzędne postacie życia, 
o tyle gra słów przywodzi raczej na myśl 
jakieś niedbalstwo cechujące mowę, jakby 
zapomniała na chwilę o swym przeznaczeniu i 
usiłowała nagiąć  rzeczy  do siebie, zamiast 
siebie do nich. Gra słów zdradza wtedy 
chwilowe roztargnienie mowy i przez to 
zresztą tak bawi.

 

Odwrócenie i n a ł o ż e n i e   się ciągów 

na siebie, wszystko razem wziąwszy, nie są 
niczym innym jak igraszkami dowcipu 
przechodzącymi w grę  słów. Głębszy jest 
komizm transpozycji. W rzeczy samej 
transpozycja jest dla mowy potocznej tym, 
czym dla komedii jest powtórzenie.

 

Stwierdziliśmy,  że powtórzenie jest ulu-

bionym chwytem komedii klasycznej. Polega 
ono na takim rozłożeniu zdarzeń, że pewna

 

background image

 
 

i

5

8

 

scena zawiązuje się od nowa raz po raz bądź 
pośród tych samych postaci w odmiennych 
okolicznościach, bądź pośród nowych postaci 
w takiej samej sytuacji. Tak służącym każe się 
powtarzać w • mniej wykwintnym języku 
scenę już odegraną przez państwo. A teraz, 
czytelniku, pomyśl sobie o jakichś ideach 
wyrażonych w odpowiednim dla nich stylu, a 
przez to osadzonych w naturalnym 
środowisku. Jeżeli znajdziesz sposób, który 
pozwoli je przenieść do nowego środowiska z 
zachowaniem ich wzajemnych odniesień, 
albo, innymi słowy, jeżeli uda ci się je 
wyrazić w zupełnie odmiennym stylu i prze-
transponować na inny ton, to tym razem 
obejrzysz komedię odegraną przez mowę, rym 
razem komiczna okaże się mowa. Nie 
potrzeba zresztą po temu nawet przedstawiać 
sobie obu wyrażeń, naturalnego i trans-
ponowanego. Naturalne wyrażenie znane narn 
jest doskonale, odnajdujemy je bowiem 
instynktownie. Drugie tedy wyrażenie, i tylko 
to wyrażenie, stanie się przedmiotem po-
mysłowości komicznej. Jak tylko je po-
słyszymy, sami sobie zaraz dopowiemy 
pierwsze. Stąd to ogólne prawidło: Otrzy-
mamy efekt komiczny dzięki transpozycji 
naturalnego wyrażenia myśli na ton 
zupełnie inny.

 

159

 

Środki transpozycji są tak liczne i rozmaite, 

mowa rozporządza tak ogromnym 
bogactwem tonów, a komizm przechodzi tak 
wiele stopni, od płaskiej bufonady począwszy, 
aż na najwyższych formach humoru i ironii 
skończywszy, iż rezygnuję z ich pełnego 
wyliczenia. Wystarczy, skoro już mamy 
prawidło, pobieżne sprawdzenie jego kilku 
zasadniczych zastosowań.

 

Należałoby przede wszystkim rozróżnić 

dwie krańcowości: ton uroczysty i ton 
pospolity. Mielibyśmy wówczas najbardziej 
rzucające się w oczy efekty dzięki transpo-
zycji z jednego tonu na drugi, a zatem dwa 
przeciwne kierunki nęcące fantazję komiczną.

 

Dokonamy transpozycji tonu uroczystego 

na pospolity? Proszę bardzo, otrzymamy 
parodię! W ten sposób określony efekt paro-
dystyczny wystąpi np. w tych przypadkach, w 
których idea wyrażona jest pospolitymi słowy, 
jeżeli na mocy naszego przyzwyczajenia winna 
być sprzęgnięta z przeciwnym tonem. 
Przykład? Oto opis jutrzni, podany przez Jean 
Paul Richtera

07)

: „Niebo przechodziło z czerni 

w czerwień, podobne do gotującego się 
homara". Zauważmy,  że ten sam efekt daje 
wyrażenie rzeczy starożytnych w języku 
współcze-

 

background image

 
 

:6o 

sności,  a  to  z  powodu  poetyckiej  aureoli 
otaczającej antyk klasyczny.

 

Niewątpliwie to komizm parodii poddał 

kilku filozofom myśl, by określić wszelki 
komizm przez degradację, co uczynił przede 
wszystkim Alexander Bain 

88)

. Jakoż śmieszność 

powstawałaby, „kiedy pokazuje się nam jako 
mierne i nikczemne rzeczy, które były 
przedtem w poważaniu". Jeżeli jednak nasz 
rozbiór jest ścisły, to degradacja jest tylko 
postacią transpozycji, a transpozycja jest tylko 
jednym z licznych środków doprowadzających 
do  śmiechu. A skoro istnieją również inne 
środki,  źródła  śmiechu trzeba szukać wyżej. 
Zresztą nie posuwając się zbyt daleko można 
się  łatwo przekonać,  że jeżeli transpozycja 
rzeczy  uroczystych na pospolite albo lepszych 
na gorsze jest komiczna, to odwrotna 
transpozycja będzie taką w jeszcze wyższym 
stopniu.

 

. Jedna jest równie częsta jak druga. Jak się 

zdaje, można by wydzielić dwie jej zasadnicze 
postacie, zależnie od tego, czy odnosi się ona 
do wielkości czy do w artośc i  
przedmiotów.

 

Mówienie o drobnostkach jakby o czymś 

wielkim jest ogólnie'biorąc przesadą. Prze-
sada bywa komiczna, kiedy jest dłuższa, a 
zwłaszcza kiedy jest systematyczna; wów-

 

161

 

czas okazuje się pomocną w transpozycji. 
Wywołuje  śmiech tak udatnie, że niektórzy 
pisarze mogli definiować komizm jako 
przesadę, podobnie jak inni definiowali go 
jako degradację. W rzeczywistości i przesada, i 
degradacja są tylko formą pewnego rodzaju 
komizmu. Jest to wszelako forma dobitna. Z 
niej zrodziła się poezja heroiko-miczna, 
gatunek mało ostatnio stosowany, to pewna, 
ale obecny po trosze u tych wszystkich, którzy 
mają skłonność do metodycznej przesady. O 
samochwalstwie można rzec dość często, że to 
przez swą heroikomicz-ną stronę doprowadza 
nas do śmiechu. Bardziej sztuczka, ale także 
bardziej wy-rafinowana jest znów 
transpozycja rzeczy niskich na podniosłe, 
stosowana do wartości, a nie do wielkości 
przedmiotów. Wyrazić w sposób czysty 
brudną myśl albo wziąć sytuację śliską, niskie 
zajęcie lub nikczemny postępek, a następnie 
opisać w stylu ścisłej  r e s p e c t a b i l i t y  

69)

, są 

to wszystko na ogół posunięcia komiczne. 
Umyślnie użyłem słowa angielskiego, sama 
rzecz jest bowiem bardzo angielska. Dickens. 
Thackeray, w ogólności cała literatura 
angielska daje tego pełno przykładów. 
Zauważmy mimochodem, że intensywność 
efektu nie zależy  od jego długości. Czasami 
jedno słówko

 

11 — Śmiech

 

background image

 
 

wystarczy, lecz musi to być  słówko nośne, 
udostępniające nam cały system transpozycji 
przyjętych w danym środowisku i zdradzające 
poniekąd moralną organizację rzeczy 
niemoralnych. Mam wciąż w pamięci uwagę 
poczynioną przez wyższego urzędnika do 
podwładnego w pewnej sztuce Gogola: „Jak 
na urzędnika twojej rangi, za dużo kradniesz, 
bracie" 

70

'.

 

By zamknąć ten wywód w kilku słowach, 

powiem, że najsampierw mamy do czynienia z 
dwiema skrajnościami w porównaniu, między 
którymi w obu kierunkach zachodzi 
transpozycja: z rzeczami bardzo dużymi i 
bardzo małymi, lepszymi i gorszymi. Teraz 
aliści pomniejszając nieco odstęp, otrzymamy 
już nie tak gwałtownie kontrastujące ze sobą 
człony, a także coraz subtel-niejsze efekty 
komicznej transpozycji.

 

Najogólniejszym z takich przeciwstawień 

byłoby zapewne to, które występuje między 
czymś rzeczywistym a czymś idealnym, 
między bytem a powinnością. Tutaj także 
transpozycja może zachodzić w obu 
przeciwnych kierunkach. Już to wypowiemy 
coś, co być powinno, z takim upozorowanym 
przekonaniem, jakby to już  właśnie istniało 
— i na tym polega iro  ni a. Już to znów, na 
odwrót, opiszemy ^szczegółowo

 

163

 

i dokładnie coś, co jest, w upozorowanym 
przeświadczeniu,  że właśnie takimi rzeczy 
być powinny — i tą drogą kroczy humor. Tak 
określony humor jest odwrotnością ironii. 
Jedno i drugie jest postacią satyry, lecz ironia 
ma naturę retoryczną, podczas gdy humor ma 
więcej w sobie naukowości. Sięgamy po 
ironię starając się wznieść na idealne wyżyny 
dobra, które winno się urzeczywistnić; dlatego 
to ironia może się samorzutnie rozpalić i 
przeobrazić do pewnego stopnia nawet w 
elokwencję. Natomiast po humor sięgamy w 
zupełnie odwrotnym celu, by zstąpić na sam 
dół ku złu i uchwycić jego osobliwości z 
całkowitą i zimną obojętnością. Kilku pisarzy, 
między innymi Jean Paul, zauważyło,  że 
humor porusza rzeczy konkretne, szczegóły 
techniczne, sprawdzone fakty. Jeżeli nasz 
rozbiór jest ścisły, to nie idzie tutaj o rys 
przypadkowy humoru, tu idzie o jego istotne 
znamię. Humorysta przypomina moralistę, co 
by się przedzierzgnął w uczonego; poniekąd 
lekarza, gdyby ten przeprowadzał sekcję tylko 
gwoli wywołania w nas odrazy; humor zaś w 
tym sensie, w jakim ściśle posługujemy się  tą 
nazwą, oczywiście jest transpozycja rzeczy 
moralnych na naukowe.

 

jeszcze bardziej ściągając odstęp między 

u*

 

background image

 
 

164 

członami, które podmieniamy, otrzymamy 
teraz bardziej szczególne systemy transpozycji 
komicznej. Są takie profesje, które używają 
bardzo swoistego słownictwa; ileż to 
śmiesznych efektów można było uzyskać dzięki 
transpozycji idej właściwych życiu społecznemu 
na ów zawodowy język! Tak samo komiczne 
bywa przeniesienie języka, którym posługują 
się handlowcy, na język, który jest w użyciu u 
światowców; oto formuła wykorzystana przez 
jedną z postaci Labi-che'a i zawierająca aluzję 
do otrzymanego właśnie zaproszenia: „W 
odpowiedzi na Pana uprzejme dla nas słowa z 
3 ubiegłego miesiąca...", co jest transpozycją 
szablonu: „W odpowiedzi na Pana zaszczytne 
dla nas słowa z 3 bieżącego miesiąca...". Ten 
rodzaj komizmu szczególnie może być 
głęboki, gdy na jaw dobywa nie tylko 
zawodowe nawyki, ale także wady charakteru. 
Pamiętamy wszyscy sceny z Faux Bonshommes 
oraz z Familie Benoiton

71)

, gdzie małżeństwo 

traktowano, o zgrozo! jako interes, zaś kwestie 
uczuć wyrażano w ściśle handlowym języku. 

Jednakowoż dotykamy tutaj miejsca, gdzie 

osobliwości mowy oddają jedynie osobliwości 
charakteru, dla których lepszego zgłębienia 
musimy zachować następny rozdział. Jak 
należało się tego spodziewać, 

165 

i jak było można tego się dopatrzyć w naszym 
wywodzie, komizm słowny towarzyszy komiz-! 
mówi sytuacyjnemu i wraz z nim uchodzi do 
komizmu charakterów. Mowa osiąga efekty 
ucieszne tylko dlatego, że jest dziełem ludzkim, 
wzorowanym jak najściślej na formach umysłu 
ludzkiego. Coś z naszego życia żyje w niej i to 
czujemy. Gdyby to było  życie pełne, bez 
skazy, gdyby do mowy nie wdzierała się 
skostniałość, gdyby była organizmem w 
zupełności zjednoczonym, nie poddającym się 
dzieleniu na niezawisłe organizmy, to 
wówczas komizm nie miałby do niej 
przystępu, podobnie jak nie ma przystępu do 
duszy żyjącej w harmonii, w jedności, niczym 
tafla cichej wody. Ale nie ma takiego stawu, 
który nie nosi na swej powierzchni opadłych 
liści, nie ma takiej iuszy, której nie 
przytłaczają nawyki usztywniające ją przeciw 
sobie samej i przeciw innym, nie ma mowy dość 
giętkiej, dość  żywej, wystarczająco przytomnej 
w najdrobniejszych ze swoich cząstek, by 
mogła uniknąć tego, co jest gotowe, a zarazem 
oprzeć się mechanicznym działaniom 
odwrócenia, transpozycji i tym podobnym, 
jakim chciano by ją poddać niczym rzecz 
bezduszną. Śmiech chce wszystko to wydobyć 
na jaw oraz naprawić — rzeczy skostniałe, 
gotowe, 

background image

 
 

166

 

mechaniczne w przeciwstawieniu do giętkich, 
nieprzerwanie zmiennych, żywych, owo 
roztargnienie w przeciwstawieniu do 
skupienia, ów automatyzm w przeciwsta-
wieniu do swobodnych czynności. Ta właśnie 
idea miała nam przyświecać, gdy braliśmy się 
do analizy komizmu. I jaśniała nam przy 
pokonywaniu jakże krętej drogi. Dzięki niej, 
mam nadzieję, zbliżamy się teraz do znacznie 
ważniejszych i bardziej pouczających 
dociekań. Chciałbym oto zająć się zbadaniem 
komicznych charakterów czy też raczej 
określić istotne warunki komedii charakterów, 
starając się przy tym, by te dociekania 
przyczyniły się do zrozumienia prawdziwej 
natury sztuki samej, jako też najogólniejszego 
jej stosunku do życia.

 

R o z d z i a ł    trzeci

 

Komizm charakterów

 

Dotychczas tropiliśmy komizm na wszy-

stkich jego krętych  ścieżkach, próbując pod-
patrzyć, jak przedzierzga się w dowolną formę, 
postawę, gest, sytuację, słówko. Dzięki 
rozbiorowi komicznych c h a r a k t e r ó w  do-
trzemy do najbardziej ważkiej części naszej 
pracy. Byłaby to też część najtrudniejsza, 
gdybyśmy ulegli pokusie określenia rzeczy 
śmiesznych przez najbardziej uderzające, a 
przeto również najpospolitsze przykłady; 
wówczas to, w miarę jak kierowalibyśmy się 
ku coraz wyższym przejawom komizmu, sami 
byśmy się przekonali, że fakty by się 
prześlizgnęły poprzez zbyt szerokie oczka 
definicji, chcącej je wszystkie zagarnąć. Toteż 
przyjąłem odwrotną metodę, z góry omiatając 
dół snopem światła. Przeświadczony,  że 
śmiech ma sens i doniosłość społeczną,  że 
komizm wyraża nade wszystko pewne dość 
szczególne nieprzystosowanie człowieka do 
społeczeństwa, że

 

background image

 
 

168

 

nie ma komizmu poza człowiekiem, przede 
wszystkim człowieka miałem na oku, jego 
charakter. Trudność natomiast sprawiało 
wówczas wytłumaczenie, dlaczego zdarza się 
nam śmiać z czegoś innego niźli z charakteru i 
jak to się dzieje, że takie subtelne środki jak 
nasycanie,  łączenie się czy przemieszanie, 
pozwalają komizmowi wcisnąć się w zwykłe 
poruszenie, bezosobową sytuację czy też 
oderwane zdanie. I tego właśnie dokonaliśmy 
tutaj. Mieliśmy już czysty metal, ale 
chcieliśmy odtworzyć jego rudę. Aliści teraz 
poddamy badaniom sam metal. Nie będzie z 
tym  żadnych trudności, bo tym razem mamy 
do czynienia z zupełnie prostym 
pierwiastkiem. Przypatrzmy mu się z bliska i 
zobaczmy, do jakich to reakcji doprowadza. 

Istnieją, mówiliśmy, stany duszy, których 

znajomość budzi wielkie wzruszenia, radości i 
smutki, którymi się przejmujemy, namiętności 
i wady wywołujące bolesne zdumienie łub 
zgrozę czy litość u tych, którzy je oglądają, a 
wreszcie uczucia przenikające z jednej duszy 
do drugie) dzięki uczuciowym oddźwiękom. 
Wszystko to dotyka istoty życia. Wszystko to 
poważne jest, a częstokroć tragiczne. Otóż 
komedia zaczyna się tam, gdzie wzruszać nas 
prze-> 

169 

stają ludzie. A jej początkiem jest to, co 
można by przezwać z e s zt y w ni e ni e m za-
grażającym  życiu społecznemu. Ko-
miczna będzie osoba automatycznie idąca 
swoją drogą, nie oglądająca się wcale na 
innych, na łączność z nimi. Śmiech jest 
właśnie na to, by wytknąć jej roztargnienie i 
wyrwać  ją ze snu. Jeśli wolno uciec się do 
porównania rzeczy wielkich z dość  błahymi, 
przypomnijmy sobie wszyscy, co dzieje się w 
naszych szkołach z nowicjuszami. Niech no 
zdoła kandydat przejść groźne próby 
egzaminacyjne, czekają go następne, przy-
gotowane przez najstarszych spośród jego 
nowych kolegów, by go przysposobić do życia 
społecznego i, jak to mówią, uczynić giętkim 
iego charakter. Każda mała społeczność, 
stwarzana w łonie wielkiej, jest zmuszona 
instynktownie do wynajdywania środków 
poprawczych, czyniących na powrót giętkimi 
zesztywniałe już i nabyte gdzie indziej 
nawyki, które winna teraz na nowo kształto-
wać. Tak samo postępuje społeczeństwo w 
prawdziwym tego słowa znaczeniu. Wymaga, 
by każdy z jego członków pilnie zważał na to, 
co go otacza, wzorował się na własnym 
otoczeniu i bronił przed zamknięciem się w 
swym charakterze niczym w wieży z kości 
słoniowej. I dlatego ma ono w zapa- 

background image

 
 

170

 

się dla każdego jeśli -nie groźbę skarcenia, to   
przynajmniej   zapowiedź   upokorzenia, które 
jest   bardzo   dotkliwe   w   najlżejszej nawet   
postaci.   Taka   być   winna   funkcja śmiechu.   
Śmiech jest   tym   środkiem,   po który 
społeczeństwo   hiega,   żeby  dokuczyć 
nowicjuszom,  środkiem zawsze jakoś  upo-
karzającym tego, kto jest jego przedmiotem. 
Stąd bierze się niejednoznaczny charakter 

 

komizmu.    Nie   przynależy  w   całości  do   
sztuki,   nie   należy   również   w   całości do 
życia. Z jednej bowiem strony postacie 
spotykane w życiu nie rozśmieszałyby nas 
nigdy, gdybyśmy nie potrafili patrzeć na ich 
poczynania tak, jak się spogląda na widowisko 
z wysokości własnej loży;  są komiczne w   
naszych   oczach,   ponieważ   odgrywają przed   
nami   komedię.   Z   drugiej   jednak strony 
nawet w teatrze przyjemność, jaką  śmiech 
sprawia, nie jest przyjemnością czystą,   chcę  
przez  to  powiedzieć:   estetyczną wyłącznie   i   
bezwzględnie   bezinteresowną przyjemnością.   
Wkrada   się      do      niej    jakaś myśl uboczna, 
którą społeczność nam podsuwa, gdy ani była 
nam myśl taka w głowie. Wkrada się 
nieuprzytomniona chęć upokorzenia, tym 
samym zaś, to prawda, choćby  czysto   
zewnętrznego   naprawienia   błędu. Dlatego to 
komedia bliższa jest życia niż 

171 

dramat. Im dramat jest potężniejszy, tym 
jest głębsze opracowanie rzeczywistości, któ-
rego podjąć się musiał poeta, aby z niej 
wydobyć tragizm w stanie czystym. Nato-
miast komedia przesądza o życiu tylko w 
swych najniższych odmianach: w wodewilu i 
farsie; im wyżej się wznosi, tym bardziej 
miesza się z życiem; bywają takie sceny w 
rzeczywistym  życiu, które są niezwykle 
bliskie najwyższej komedii, tak iż teatr 
mógłby je przejąć nie zmieniając ani słowa. 

Z tego wynika wniosek, że pierwiastki 

komicznego charakteru będą te same za-
równo w teatrze jak w życiu. Jakież to one 
są? Ano, proszę, określić je można bez 
trudu. 

Słyszymy często,  że drobne  wady na-

szych bliźnich to te, które nas pobudzają 
do śmiechu. Przyznaję, że jest wiele z prawdy 
w tym mniemaniu, a jednak nie mogę 
przyjąć, że jest w pełni ścisłe. Po pierwsze, 
trudno jest w dziedzinie wad wytyczyć 
granicę między drobnymi a ogromnymi; być 
może zgoła nie dlatego śmiejemy się z 
czyichś wad, że są drobne, lecz dlatego, że 
się z nich śmiejemy, wydają się nam 
drobne, nic nie rozbraja bowiem bardziej 
niż śmiech. Po wtóre można by posunąć 

background image

 
 

172

 

się dalej i utrzymywać, że śmiejemy się z wad 
minio znanego nam ich ogromu: przykładem 
skąpstwo Harpagona. Po trzecie zaś należy 
sobie powiedzieć, jakkolwiek nie tak łatwo 
przyznać się do tego, że  śmiejemy się nie 
tylko z wad naszych bliźnich, lecz również z 
ich zalet. Śmiejemy się w Mizanlropie  
Alcesta. Odpowie ktoś, że to nie jego prawość 
jest tutaj komiczna, ale osobliwa forma, jaką 
prawoś  '•  przybiera u niego, owo dziwactwo, 
któr psuje wywoływane przez nią wrażenie. 
Na to przystaję, niemniej jest zarazem prawdą, 
że to śmieszne dziwactwo Alcesta czyni  
j e g o   p r a w o ś ć   ś m i e s z n ą, a to jest 
najważniejsze. A więc dochodzimy niż jeszcze 
do wniosku, że komizm nie zawsze iest oznaką 
wad duchowych oraz że jeśli ktoś stara się 
dopatrzyć w nim wad, i to drobnych, musi 
przede wszystkim wskazać, po czym można 
ściśle rozróżniać wady drobne od ogromnych. 

Co prawda, może ktoś być w zgodzie z 

przepisami najsurowszej moralności i być 
przy tym postacią komiczną. Starczy po temu, 
że się wyłamie spod praw życia społecznego. 
Alcest jest człowiekiem najbardziej prawego 
charakteru. Jest wszelako uietowarzyski, a 
przez to komiczny. Zna- 

cznie trudniej jest ośmieszyć dosyć giętką 
wadę niźli nieugiętą cnotę. S z t y w n o ś ć  jest w 
społeczeństwie czymś podejrzanym, 
sztywność Alcesta budzi w nas wesołość, 
ponieważ sztywność ta jest samą prawością. 
Kto szuka odosobnienia, wystawia się na 
śmieszność, ponieważ o komizmie stanowi w 
dużej mierze właśnie to odosobnienie. I to 
tłumaczy, dlaczego komizm dotyczy tak często 
obyczajów, idej, społecznych — powiedzmy to 
sobie! — przesądów. 

Należy wszelako przyznać na chwałę 

ludzkości,  że ideał społeczny nie odbiega 
istotnie od ideałów moralnych. Można tedy 
przyjąć,  że w zasadzie braki bliźnich po-
budzają nas do śmiechu, byle nie zapomnieć, 
że po prawdzie braki te budzą w nas śmiech 
raczej przez swe ni e u s p o ł ec z n i e - nie  niż 
przez swoją niemoralność. Pozostałoby 
więc do zbadania, które braki mogą być 
komiczne i w jakich przypadkach mamy je za 
zbyt poważne, żeby je śmiechem kwito- 

wać. 

Zagadnienie to zostało wszakże już po-

średnio rozstrzygnięte. Jak mówiłem, komizm 
zwraca się do intelektu i nie daje się pogodzić 
z uczuciem. Proszę odmalować mi wadę tak 
drobną, jak tylko dusza zapragnie; jeśli 
\vszelako uczyni się to w sposób 

background image

 
 

174

 

poruszający moją sympatię, moj« obawy lub 
moją litość, to przepadło wszystko, śmiech nie 
ma już do mnie przystępu. Proszę, na odwrót, 
wybrać jakąś  głęboką, a w ogólności nawet 
wstrętną wadę; można będzie uczynić  ją 
komiczną, jeśli uda się za pomocą stosownych 
zabiegów sprawić, bym pozostał nieczuły na 
jej widok. Nie twierdzę,  że wada stanie się 
wówczas komiczna; twierdzę, że będzie mogła 
być taką. Nie wolno  jej  mnie wzruszyć, oto 
jedyny naprawdę konieczny warunek, 
jakkolwiek z pewnością warunek niewy-
starczający.

 

W jaki jednak sposób ma komediopisarz 

zapobiec wzbudzeniu mych uczuć? Kłopot-
liwe pytanie! Ażeby się z nim jakoś uporać, 
trzeba by wejść w nowe dociekania, prze-
analizować  ową  sztuczną  sympatię,   którą 
wnosimy do teatru, określić wreszcie przy-
padki, kiedy się godzimy, a kiedy odmawiamy 
dzielić urojone radości albo cierpienia. Istnieje 
sztuka, która umie ukołysać naszą wrażliwość 
i podsuwać   rozmaite   urojenia, jak we śnie 
hipnotycznym, ale jest też taka, która   umie    
zniechęcić    naszą    sympatię w  tejże  samej   
chwili,   gdy już  miała  się odezwać, i to tak 
skutecznie,  że najpoważniejszej    nawet    
sytuacji     nie    weźmiemy

 

175

 

zgoła poważnie. Dwa chwyty wydają się 
główne w tej sztuce, a są one przez ko-
mediopisarzy stosowane mniej lub bardziej 
świadomie. Pierwszy polega na wyosob-
n i e n i u  uczucia pośrodku duszy tej postaci, 
której sieje przydzieliło, i na obdarzeniu go 
egzystencją poniekąd niezależną, choć paso-
żytniczą. Na ogół silne uczucie ogarnia z 
wolna pozostałe stany duszy i zabarwia je w 
sposób sobie właściwy; jeśli się więc każe 
nam przyglądać temu powolnemu procesowi, 
to w końcu stopniowo sami się jemu poddamy 
napełniając się podobnym wzruszeniem. 
Możnu by powiedzieć sięgając po inne 
porównanie,  że wzruszenie jest dramatyczne, 
udzielające się, gdy wraz z podstawowym 
dźwiękiem dane są jego tony składowe. Toteż 
gdy aktor wibruje cały jednym uczuciem, 
wibracja ta może udzielić się z kolei widowni. 
I na odwrót, gdy wzruszenie pozostawia nas w 
nieczułości i nabiera cech komicznych, jakieś 
zesztywnienie przeszkadza mu wejść w 
związki z innymi stanami duszy, w której ma 
siedlisko. Usztywnienie to może w pewnej 
chwili wyjść na jaw w ruchach marionetki i 
wywołać salwy śmiechu, już wcześniej atoli 
zachwiało naszą sympatię: jakże można 
współbrzmieć z duszą, która nie potrafi 
współbrzmieć

 

background image

 
 

ze sobą? Jest w Skąpcu  jedna scena, która 
graniczy z dramatem: młodzieniec i starzec, 
jeden, który chce zaciągnąć  długi, i drugi, 
który chce pożyczać na procent, nic nie 
wiedząc o sobie stają wreszcie naprzeciw 
siebie i rozpoznają w sobie ojca i syna. 
Bylibyśmy tutaj naprawdę świadkami dramatu, 
gdyby skąpstwo i ojcowskie uczucie zderzając 
się w duszy Harpagona zrodziło w niej mniej 
lub bardziej oryginalne połączenie. Lecz nic z 
tego. Spotkanie jeszcze nie dobiegło do końca, 
a ojciec już o wszystkim zapomniał. Ponownie 
spotykając syna czyni jedynie aluzję do tej 
poważnej sceny: „A ty, paniczu, któremu ła-
skawie przebaczyłem ostatnie wybryki..." 

72)

Skąpstwo przeszło więc obok spraw pozo-
stałych nie musnąwszy ich nawet, jakby w 
roztargnieniu. Rozgościło się w duszy, 
zostało panem domu, a pozostało mimo to 
obcym przybyszem. Zupełnie inny kształt 
miałoby skąpstwo w wydaniu tragicznym. 
Ściągałoby wszystko ku sobie, chłonęło, 
przetwarzało w sobie najprzeróżniejsze moce 
jestestwa: uczucia i wrażenia wzruszeniowe, 
pragnienia i odrazy, wady i zalety, wszystko to 
byłoby materią, w którą skąpstwo tchnęłoby 
nowe życie. Taka jest, jak się wydaje,

 

177

 

pierwsza istotna różnica między najwyższą 
komedią a dramatem.

 

Jest także różnica druga, bardziej bijąca 

w oczy, wynikająca zresztą z pierwszej. Otóż 
gdy ktoś maluje nam jakiś stan duszy z 
zamiarem, by go przedstawić w sposób 
dramatyczny, czy po prostu z chęcią, byśmy 
go brali poważnie, to wtedy objawia go w 
czynach, które dają o nim ścisłe wyobrażenie. 
W ten sposób skąpiec będzie wszystko 
rozpatrywał pod kątem zysku, zaś obłudny 
świętoszek poruszał się zręcznie po ziemi, 
udając,  że wznosi oczy jedynie ku niebu. 
Oczywiście komedia nie wyklucza podob-
nych połączeń; niechaj za przykład posłużą 
choćby postępki Tartuffe'a. W tym jednak 
przejawia się wspólnota komedii i dramatu. 
Aby zaznaczyć występujące między nimi 
różnice, aby przeszkodzić widzom brać 
poważnie poważne czyny, aby przysposobić 
nas w końcu do śmiechu, używa komedia 
środka, któremu dałbym następującą formułę: 
zamiast skupiać naszą uwagę na 
czynach,  ściąga ją raczej na gesty. 
Pojmuję tu przez gesty postawę, ruchy, a 
nawet wypowiedź, przez które stan duszy 
przejawia się bez celu, bez żadnej dla siebie 
korzyści, jakby wskutek jakiejś

 

 

 

12 — Śmiech

background image

 
 

178

 

wewnętrznej świerzbiączki. Tak określony gest 
różni się dogłębnie od czynu. Czyn jest czymś 
zamierzonym, czymś w każdym razie 
świadomym; gest wymyka się bezwiednie, jest 
automatyczny. W czynie obecny jest cały 
człowiek, tylko część człowieka wyraża się w 
geście, i to bezwiednie, a przynajmniej na 
uboczu całej osobowości. A wreszcie (rzecz to 
istotna) czyn jest ściśle wyważony w stosunku 
do uczucia, które go inspiruje; można przejść 
stopniowo od jednego do drugiego tak, iż 
nasza sympatia albo antypatia mogą przesuwać 
się wzdłuż nici wiodącej otl uczucia do czynu i 
coraz większy udział brać w czyimś 
wewnętrznym  życiu. Natomiast gest ma w 
sobie jakąś wybucho-wość, budzi naszą 
wrażliwość z uśpienia, w które gotowa już 
zapaść ukołysana, i dając nam przyjść do 
siebie przeszkadza brać rzeczy poważnie. A 
zatem, jak tylko nasza uwaga przeniesie się z 
czynów na gesty, stajemy wobec komedii. 
Postać Tartuffe'a przez swe postępki przy-
należałaby do dramatu; mamy wszelako ją za 
komiczną, ponieważ uwagę zwracamy na jej 
gesty. Pamiętamy wszyscy jej pojawienie się 
na scenie: 

Wawrzyńcze, skończ pacierze, potem pod obrazem Złóż 
moją dyscyplinę z włosiennicą razem 

!3

).

 

179

 

Tartuffe mówi to z uwagi na Dorynę, ale, 

jestem o tym przekonany, mówiłby tak samo, 
gdyby nie było jej tam wcale. Tak dalece 
wszedł w swoją rolę obłudnika, iż odgrywają, 
by tak rzec, całkiem szczerze. Przez to, 
wyłącznie przez to może stać się komiczny. 
Bez tej szczerości, która materiali-zuje się bez 
reszty, bez owych ruchów, min i słów, które 
długoletnie praktykowanie obłudy przemieniło 
u niego w naturalne gesty, Tartuffe byłby po 
prostu wstrętny, bo myślelibyśmy przez cały 
czas wyłącznie o jego intencjach. Pojmujemy 
więc, dlaczego czyn jest czymś istotnym w 
dramacie, czymś zaś ubocznym w komedii. W 
komedii czujemy dokładnie, że równie dobrze 
można było wybrać każdą inną sytuację dla 
zapoznania nas z daną postaci ą — byłby to 
nadal ten sam człowiek, tyle że w odmiennej 
sytuacji. Dramat nie daje tego wrażenia. 
Tutaj postacie i sytuacje zlane są w jedną, 
nierozerwalną całość, albo lepiej: tutaj 
zdarzenia są integralną częścią postaci; można 
by  śmiało te same imiona zatrzymać dla 
aktorów, lecz już z innymi osobami 
mielibyśmy do czynienia, gdyby inne dzieje 
opowiadał dramat. 

Słowem, przekonaliśmy się,  że nie chodzi 

o to, czy charakter jest dobry czy zły — 

12*

 

background image

 
 

 

 

musi być nietowarzyski, nieuspołeczniony, 
wtedy stanie się komiczny. Teraz zaś możemy 
się przekonać,  że nie chodzi również o jego 
wagę — ważki lub błahy może nas 
rozśmieszyć, o ile tylko nie zdoła nas 
wzruszyć. Nieuspołecznienie postaci i 
nieczułość widza, oto, ogólnie rzecz biorąc, 
dwa istotne warunki. Jest jeszcze warunek 
trzeci, zawarty w poprzednich, który właśnie 
staraliśmy się ukazać w naszych 
dotychczasowych analizach.

 

Jest to automatyzm. Od samego początku 

tej pracy nie przestajemy na to zwracać uwagi, 
że nic tak nie jest istotnie śmieszne jak to, co 
automatycznie zostało dokonane. Braki, a 
nawet zalety są komiczne przez to, że je 
człowiek objawia niechcąco, w mimowolnych 
gestach, w niekontrolowanych słowach. 
Komiczne jest każde roztargnienie. Im 
głębsze roztargnienie, tym wyższa komedia. 
Systematyczne roztargnienie, takiego Don 
Kichota na przykład, jest czymś 
najśmieszniejszym w świecie, jest komizmem 
samym, czerpanym niemal tuż u źródeł. 
Weźmy jakąś inną postać komiczną. Pomimo 
że jest świadoma tego, co mówi i robi, to 
jednak jest komiczna właśnie wskutek tego, że 
nie zdaje sobie sprawy z pewnych stron 
własnej osoby, że w pewnym

 

szczególe jest sama sobie nieznana; tylko 
dlatego będzie  śmieszyć wszystkich. Praw-
dziwie komiczne słowa to słowa szczerze 
naiwne, dzięki nim wada ukazuje się bez 
osłonek; ale czy też mogłaby sama się tak 
odkryć, gdyby potrafiła się zobaczyć i ocenić 
sama? Nie jest rzadki przypadek, kiedy postać 
komiczna gani jakieś zachowanie w samych 
ogólnikach i natychmiast sama daje tego 
przykład: oto nauczyciel pana Jourdain, który 
po wygłoszeniu przemowy przeciw złości i 
gniewowi sam zaraz  się unosi

74)

, albo Wadius 

7S)

, który wyśmiewa autorów czytających swe 

wiersze, a potem sam wyciąga wiersze z 
kieszeni itd. Czemu mają  służyć te 
niezborności, jeśli nie wytknięciu palcem 
całkowitej nieświadomości postaci? 
Niezauważanie siebie, a przeto również innych 
to rzecz tutaj spotykana zawsze. Ajeśli 
przyjrzeć się temu z bliska, to się okaże,  że 
brak uwagi łączy się tu ściśle z tym, co 
nazwaliśmy nieuspolecznieniem. Przyczyną 
tak doskonałego usztywnienia jest co, że 
człowiek zapomniał rozejrzeć się wokoło siebie, 
a także w sobie, nade wszystko w sobie; jakże 
wzorować się na innych, jeżeli nie zacznie się 
poznawać innych i siebie samego? Sztywność, 
automatyzm, roztargnienie, nieuspołecznienie, 
wszystko to się wza-

 

i8o

 

181

 

background image

 
 

182 

jemnie przenika i razem wytwarza komizm 
charakterów. 

Słowem, jeżeli odrzucimy w osobie ludz-

kiej to wszystko, co działa na naszą wrażli-
wość, co potrafi nas wzruszyć, to pozostałości 
mogą stać się komiczne, a sam komizm 
będ/ie wprost proporcjonalny do owego 
usztywnienia, które uwidoczni. Sformuło-
waliśmy tę myśl na samym początku tej 
pracy. Sprawdziliśmy ją w jej najgłówniej-
szych następstwach, a przed chwilą za-
stosowaliśmy ją do określenia komedii. Teraz 
musimy się nią posłużyć jeszcze staranniej i 
wykazać, w jaki sposób za jej pośrednictwem 
można dokładnie oznaczyć miejsce komedii 
pośród innych sztuk. 

W pewnym sensie wolno rzec, że każdy 

c h a r ak t e r   jest śmieszny, z tym tylko 
zastrzeżeniem, że przez charakter pojmujemy 
to wszystko, co jest w naszej osobie gotowe, 
co ma stan zmontowanego już mechanizmu, 
zdolnego do automatycznego 
funkcjonowania. Wskutek tego właśnie — 
jeśli kto woli — my sami się powtarzamy. A 
zatem wskutek tego i inni będą mogli nas 
powtarzać. Postać komiczna jest typem. I 
odwrotnie, każde podobieństwo do typu ma coś 
komicznego. Możemy bardzo długo przestawać 
z jakąś osobą i nie znaleźć w niej 

i8

3

 

niczego  śmiesznego; wystarczy jednak lada 
przypadkowa zbieżność, która pozwoli opa-
trzyć  ją znanym imieniem bohatera dramatu 
albo powieści, by otarła się, przynajmniej na 
chwilę, o śmieszność, jakkolwiek owa 
powieściowa postać nie musiałaby wcale być 
komiczna. Komiczne jest podobieństwo do tej 
postaci. Komiczne jest oderwanie się od 
siebie samego. Komiczne jest wsadzenie się, 
by tak rzec, w przygotowane ramy. Komiczne 
zaś nade wszystko jest popadniecie w stan 
samych ram, w które już potem wejdą inni, 
tzn. stężenie w charakter. 

Odmalować charaktery, a więc zakreślić 

typy ogólne, to cel najwyższej komedii. 
Niejeden raz o tym mówiono. Ja zaś po-
wtórzę to raz jeszcze, bo uważani,  że ta 
formuła wystarcza do zdefiniowania komedii. 
W samej rzeczy komedia nie tylko 
przedstawia nam typy ogólne, lecz w mym 
przekonaniu spośród wszystkich sztuk ona 
j e d n a  dostrzega ogólność. Z chwilą gdy jej 
cel został wytknięty, powiedziano, czym ona 
jest, a także, czym nie są pozostałe sztuki. 
Ażeby dowieść, że taka jest istota komedii i 
że przez to różni się od tragedii, od dramatu, 
od innych form sztuki, należałoby zacząć od 
określenia sztuki w jej 

background image

 
 

184

 

najwyższych wzlotach; później dopiero scho-
dząc powoli aż do poezji komicznej zoba-
czylibyśmy, że jest umieszczona na pograniczu 
sztuki i życia oraz że swym charakterem 
ogólnym odcina się od sztuk pozostałych. Nie 
mogę zapuszczać się tutaj w tak rozległe 
dociekania. Zmuszony jednak jestem 
naszkicować ich ogólny plan, by nie zanie-
dbać niczego, co wedle mnie należy do istoty 
teatru komicznego. 

Co jest celem sztuki? Gdyby rzeczywi-

stość uderzała prosto w nasze zmysły i w naszą 
świadomość, gdybyśmy mogli bezpośrednio 
obcować z rzeczami i samymi sobą, to, jak 
sądzę bez wahania, sztuka byłaby zbyteczna 
czy też wszyscy bylibyśmy artystami, gdyż 
nasza dusza bez przerwy pobrzmiewałaby 
zgodnie z naturą. Wspomagane pamięcią oczy 
wykrawałyby z przestrzeni i utrwalały w 
czasie obrazy niezrównane. Spojrzenie 
chwytałoby w przelocie rzeźbione w żywym 
marmurze ludzkiego ciała fragmenty 
posągów, dorównujące pięknem tym, które 
zostawili nam rzeźbiarze  starożytni. W głębi 
dusz rozbrzmiewałaby raz pełna wesela, a raz 
znowu smutku, stale jednak oryginalna, nigdy 
nie milknąca melodia życia wewnętrznego. 
Wokoło nas jest to 

185 

wszystko, a także jest w nas, lecz nie możemy 
nic z tego uchwycić wyraźnie. Pomiędzy 
przyrodą a nami, co mówię? pomiędzy nami a 
naszą  własną  świadomością rozpostarła się 
zasłona, dla większości ludzi gęsta i nie-
przenikliwa, lekka i nieomal przezroczysta dla 
artystów i poetów. Jakaż bogini utkała tę 
zasłonę? Czy uczyniła to przez nienawiść, 
przez miłość? Otóż trzeba żyć, a życie wymaga, 
byśmy ujmowali rzeczy wedle związków, jakie 
mają z naszymi potrzebami. Żyć, czyli czynić. 
Żyć to brać z rzeczy wrażenie tylko 
u ż y t e c z n e   i  odpowiadać na nie stosowną 
reakcją; inne wrażenia muszą ulec zaćmieniu 
lub dochodzić do nas w niewyraźnych już 
zarysach. Patrzę i mniemam, że widzę, 
słucham i mniemam, że słyszę, zgłębiam 
samego siebie i mniemam, że czytam we 
własnym sercu. Atoli to, co słyszę i widzę w 
świecie zewnętrznym, nie jest niczym więcej 
jak tym, co zmysły zdołały wydobyć dla 
rozjaśnienia moich poczynań, zaś to, co wiem 
o sobie, zaledwie sięga powierzchni duszy i 
ma swój główny udział w działaniu. Zmysły i 
świadomość dają mi więc praktyczne 
uproszczenie rzeczywistości; w obrazie rzeczy 
i siebie samego, jaki dzięki nim uzyskuję, 
ulegają zatarciu różnice bez- 

background image

 
 

i86

 

użyteczne dla człowieka, wzmocnieniu zaś 
podobieństwa dla człowieka pożyteczne; drogi, 
po których moje działanie się potoczy, 
wytyczone są z góry. Tymi drogami przeszła 
przede mną ludzkość. Rzeczy zostały skla-
syfikowane w taki sposób, bym mógł dobyć z 
nich korzyść. I tę klasyfikacje spostrzegam 
znacznie prędzej niż barwę i kształt przed-
miotów. Oczywiście, pod tym względem 
człowiek stoi znacznie wyżej od zwierzęcia. 
Jest mało prawdopodobne, by oko wilka 
czyniło różnicę między koźlątkiem a jag-
nięciem; dla wilka jest to łup jednaki, równie 
łatwy do schwytania, równie dobry do 
pożarcia. My natomiast czynimy różnicę 
między kozłem a baranem. Czy jednak 
czynimy różnicę między jednym kozłem a 
drugim, między jednym baranem a drugim? 
Wątpię. Indywidualność przedmiotów i 
jestestw wymyka się nam całkiem tylekroć, 
ilekroć nie mamy żadnej potrzeby jej 
dostrzec. Zaś tam, gdzie ją dostrzegamy (jak 
wtedy, gdy rozróżniamy człowieka od 
człowieka), nie indywidualność  ściąga nasze 
oko, czyli nie pewna całkowicie oryginalna 
harmonia kształtów i kolorów, lecz tylko 
jeden lub dwa rysy, ułatwiające nam 
rozpoznanie praktyczne. 

A poza tym — żeby już wszystko sobie 

187 

powiedzieć! — nie widzimy rzeczy samych. 
Najczęściej ograniczamy się do odczytania 
nalepionych na nie etykietek. Tę  dążność, 
zrodzoną z potrzeby, mowa tylko uwydatnia. 
Albowiem wyrazy (z wyjątkiem imion 
własnych) oznaczają gatunki. Wyraz, który 
notuje tylko najpospolitsze funkcje rzeczy, jej 
najbanalniejsze wyglądy, wciska się pomiędzy 
nią a nas i najchętniej zakryłby przed naszymi 
oczami również jej formę, gdyby ta forma nie 
skryła się sama pierwej za naszymi 
potrzebami, które powołały ów wyraz do 
życia. Nie tylko zewnętrzne przedmioty, ale 
także stany naszej duszy zatajają przed nami to 
wszystko, co jest wewnętrznym, osobistym, 
oryginalnym przeżyciem. A może wówczas, 
kiedy przeżywamy miłość lub nienawiść, kiedy 
doznajemy radości lub smutku, czyste uczucie 
dociera do świadomości z tysiącem ulotnych 
odcieni, z tysiącem głębokich oddźwięków 
nadających mu nasze własne, wyłączne piętno? 
Gdyby tak się działo, wszyscy bylibyśmy 
powieściopisarzami, poetami, kompozytorami. 
Najczęściej jednak uprzytamniamy sobie tylko 
zewnętrzny wykwit stanu naszej duszy. 
Chwytamy we własnych uczuciach jedynie 
bezosobowe zarysy, te, które mowa raz na 
zawsze utrwaliła wyłącznie dlatego, 

background image

 
 

i88

 

że są w tych samych warunkach mniej więcej 
te same dla wszystkich ludzi. Tak więc 
indywidualność wymyka się nam nawet w 
obrębie naszego własnego indywiduum. 
Obracamy się pośród ogółów i symboli jakby 
wśród zamkniętego pola, gdzie nasze siły 
mierzą się z innymi siłami w imię  uży-
teczności. Zafascynowani działaniem i przez 
działanie pociągani, zawsze dla naszego dobra, 
na tereny, które ono wybrało za nas, żyjemy w 
jakiejś pośredniej strefie pomiędzy rzeczami a 
nami, poza rzeczami i poza sobą. Od czasu do 
czasu atoli, wskutek roztargnienia, natura niec

;

 

do  życia dusze jeszcze bardziej odeń 
oderwane. Nie myślę tu o oderwaniu, które 
jest dziełem refleksji i filozofii, o oderwaniu 
upragnionym, wyro-zumowanym, 
systematycznym. Mówię o oderwaniu 
naturalnym, wrodzonym zmysłom lub 
świadomości, o oderwaniu, które przejawia się 
natychmiast jakby w dziewiczym sposobie 
patrzenia, słyszenia, myślenia. Gdyby to było 
oderwanie zupełne, gdyby dusza nie mogła 
żadnym swoim postrzeżeniem przywrzeć do 
czynu, byłaby duszą artysty, jakiego świat nie 
widział. Celowałaby we wszystkich sztukach 
naraz albo raczej stopiłaby je wszystkie w 
jedną. Oglądałaby wszystkie rzeczy w ich 
pierwotnej czysto- 

189 

ści, zarówno kształty, kolory, dźwięki przy-
należne do materialnego świata, jak naj-
subtelniejsze poruszenia życia wewnętrznego. 
Lecz nie można za wiele żądać od natury. 
Nawet dla tych spośród nas, których uczyniła 
artystami, uniosła zasłonę tylko przypadkiem i 
tylko od jednej strony. Tylko w jednym 
kierunku zapomniała nagiąć postrzeganie do 
potrzeb. A ponieważ każdy z tych kierunków 
odpowiada temu, co zwiemy zmysłem, toteż 
jednym z owych zmysłów i tylko tym jednym 
jest artysta oddany sztuce. Stąd ta, idąca od 
samych pierwocin, rozmaitość sztuk. Stąd też 
ta odrębność pierwotnych usposobień. Jeżeli 
kto przywiąże się do barw i kształtów, a 
umiłuje barwę dla barwy samej, kształt dla 
kształtu samego, i jeżeli ogląda je dla nich 
samych, a nie przez wzgląd na siebie, to przez 
te kształty i barwy będzie ku niemu wyzierać 
ich  życie wewnętrzne. Będzie je wprowadzał 
powoli do naszego zrazu jeszcze niezbornego 
postrzegania i przynajmniej na chwilę oderwie 
nas od przesądów związanych z barwą i 
kształtem, zaległych pomiędzy naszym 
wzrokiem a rzeczywistością. Wówczas to 
urzeczywistni najwyższą ambicję sztuki, jaką 
jest odsłonięcie natury. — Ktoś inny pochyli 
się raczej nad sobą. 

background image

 
 

i go

 

Pod tysiącem rodzących się czynów, które 
wynoszą na zewnątrz uczucie, poza oklepanym 
i ogólnie przyjętym słówkiem, które wyraża i 
zakrywa stan indywidualnej duszy, będzie 
właśnie szukać uczucia, szukać stanu duszy, w 
całej jego czystości i prostocie. I aby w nas 
wzniecić podobną skłonność ku sobie samym, 
postara się unaocznić nam coś z owych rzeczy, 
które zobaczył; dzięki rytmicznym układom 
słów, które osiągną organiczny zestrój i nowe 
oryginalne życie, powie nam, a raczej podsunie 
rzeczy, do których wyrażenia nie była nawet 
stworzona mowa. —Jeszcze inni wnikną 
jeszcze głębiej. Pod owymi radościami i 
smutkami, które można  ściśle oddać w 
słowach, uchwycą coś, co nie ma nic 
wspólnego ze słowem, taki czy inny rytm 
życia, rytm oddychania, które w człowieku są 
głębsze niż najgłębsze uczucia i stanowią 
żywe, w każdym z nas odmienne prawo jego 
przygnębienia i uniesienia, żalu i nadziei. 
Wydobywając i wzmacniając tę muzykę, 
ściągną ku niej naszą uwagę, sprawią,  że 
mimowolnie zanurzymy się w nią jak 
przechodnie przyłączający się do tańców, na 
które natknęli się po drodze. I tak doprowadzą 
nas do tego, że my również potrącimy coś w 
głębi siebie, co czekało tylko tej chwili, by się 
ro- 

zedrgać. — Toteż czy będzie to malarstwo, 
rzeźba, muzyka lub poezja, celem sztuki jest 
zawsze jedno: odrzucić praktycznie użyteczne 
symbole, umownie i powszechnie przyjęte 
ogóły, wreszcie to wszystko, co przesłania 
rzeczywistość, ażeby postawić nas z nią oko w 
oko. Spór o realizm i idealizm w sztuce mógł 
wyniknąć tylko z nieporozumienia na tym 
punkcie. Sztuka na pewno jest tylko bardziej 
bezpośrednim widzeniem rzeczywistości, atoli 
ta czystość postrzegania pociąga za sobą 
zerwanie z wszelkimi użytecznymi 
konwencjami, niejako wrodzoną i swoiście 
umiejscowioną bezinteresowność zmysłów albo 
świadomości, pewne odmate-rialnienie życia, 
słowem — to, co zawsze zwało się 
idealizmem. Stąd można by rzec, nie bawiąc 
się wcale w grę słów, że realizm jest obecny w 
dziele, kiedy idealizm jest obecny w duszy, i że 
tylko za pomocą idealności wchodzi się w 
styczność z rzeczywistością. 

Sztuka dramatyczna nie jest wcale wyjąt-

kiem od tego prawa. Dramat próbuje znaleźć i 
wydobyć na światło dzienne rzeczywistość 
głęboką, którą konieczności  życia,  często w 
naszym interesie, zasłoniły przed naszymi 
oczami. Co to jest za rzeczywistość? Co to są 
za konieczności? Każda 

background image

 
 

iga

 

poezja wyraża stany duszy. Ale wśród tych 
stanów są takie, które wynikają nade wszystko 
ze styczności człowieka z bliźnimi. Są to 
najsilniejsze, ale też najgwaltowniejsze 
uczucia. Podobnie jak potencjały elektryczne 
powstają i rosną na dwóch okładkach 
kondensatora, skąd ma wytrysnąć iskra, tak 
poprzez samo zetknięcie się ludzi ze sobą 
wytwarza się dogłębne przyciąganie i 
odpychanie, zupełne zerwanie równowagi, a 
na koniec to zelektryzowanie duszy, które 
nazywamy namiętnością. Gdyby człowiek 
szedł za głosem swej czułej natury, gdyby ani 
praw społecznych, ani praw moralnych nie 
było, owe gwałtowne wybuchy uczuciowe 
byłyby w życiu na porządku dziennym. 
Pożytek jednak wymaga, aby te wybuchy były 
zażegnane. Człowiek musi żyć w łonie 
społeczeństwa, a zatem musi poddać się jego 
prawidłom. A to, co korzyść doradza, rozum 
nakazuje; istnieje obowiązek i winniśmy mu 
posłuszeństwo, jest to naszym 
przeznaczeniem. Ten dwojaki wpływ sprawił, 
że musiała się wytworzyć w człowieku 
powierzchowna warstwa uczuć oraz idej, które 
usiłują przybrać niezmienne oblicze, a 
przynajmniej to samo dla wszystkich ludzi, i 
przykrywają wewnętrzny ogień 
indywidualnych namiętności, gdy nie mają 

193 

siły go stłumić. Powolny postęp ludzkości ku 
coraz  bardziej pokojowemu życiu społecznemu 
utrwalił z wolna tę warstwę; podobnie życie 
naszej planety pokryło w długich staraniach 
stałą    i      zimną   powłoką ognistą masę  
płynnych  metali.   Lecz  zdarzają  się wybuchy 
wulkaniczne. I gdyby ziemia była istotą   żywą,   
jak   tego   chciała   mitologia, to może w 
chwilach wytchnienia z upodobaniem snułaby 
marzenia o owych gwałtownych   wybuchach,   
które   pozwalałyby   jej nagle odzyskać 
najtajniejsze jej  treści.  Tę  właśnie 
przyjemność nastręcza nam dramat. Wśród   
spokojnego,   mieszczańskiego   życia, które 
podyktowało nam społeczeństwo i rozum, 

 

 

porusza      raptem      w      nas      coś,      co      na 
szczęście nie wybucha, lecz czego wewnętrzny 
napór silnie dzięki niemu odczuwamy. Dzięki 
niemu natura bierze odwet na społeczeństwie. 
Niekiedy  zdąża  dramat do celu wprost   i   z   
głębi   wydobywa   na   wierzch namiętności 
obalające wszystko po drodze. Niekiedy 

 

znowu, jak  wielokrotnie  dramat współczesny, 
obiera okrężną drogę i z sofi-styczną często 
zręcznością obnaża sprzeczności        samego    
społeczeństwa,    przesadnie przedstawia wszelką 
sztuczność praw społecznych i w ten pośredni 
sposób, rozdzierając tym razem powłokę, 
pozwala nam sięgnąć 

13 — Śmiech

 

background image

 
 

194

 

do głębi. W obu atoli wypadkach, czy to 
wówczas, gdy osłabia społeczeństwo, czy znów 
wówczas, gdy umacnia naturę,  ściga ten sam 
cel, jakim jest odkrycie skrytej przed nami 
cząstki nas samych, tragicznego elementu — 
można tak to nazwać — naszej osobowości. 
Takie wrażenie wynosimy z dobrego dramatu, 
Albowiem zajęło nas nie to, co opowiedziano 
nam o drugim człowieku, lecz to, co dano nam 
zobaczyć w nas samych — całe mroczne światy 
nieustalonych  rzeczy,  które by może pragnęły 
bytu i szczęściem dla nas nie dostąpiły go. 
Zdaje się też, że odwołano się do drzemiących 
w nas nieskończenie odległych wspomnień 
atawistycznych, a tak głębokich, tak obcych 
naszemu obecnemu życiu,  że  życie to zaczęło 
wydawać się nam przez chwilę jakby czymś 
nierealnym lub czysto umownym, czego 
należałoby na nowo się uczyć. Tak więc 
dramat ruszył na poszukiwanie rzeczywistości 
głębszej, leżącej pod pożyt-kowymi 
naleciałościami i ma ten sam cel, co każda 
sztuka. 

Wynika z tego, że sztuka ma na oku tylko 

to, co indywidualne.  Malarz utrwala na 
płótnie to, co pewnego razu widział w pewnym 
miejscu, pewnego dnia, o pewnej porze, w 
kolorach, których nikt już nic 

zobaczy. Poeta opiewa jakiś stan duszy, który 
był jemu i tylko jemu dany, a który już nigdy 
nie powróci. Dramaturg roztacza przed 
naszymi oczami bieg ludzkiej duszy, żywy 
wątek uczuć i zdarzeń, w końcu coś, co raz się 
wytworzyło, by nie powtórzyć się już nigdy. 
Nadajemy owym uczuciom nazwy ogólne, 
chociaż w innej duszy nie będą już te same, 
ponieważ  są  z i n d y w i d u alizowane.  Przez 
to samo przede wszystkim należą do sztuki, 
ponieważ ogół, symbol, typ, co kto woli! są 
jedynie liczmanami naszego powszedniego 
postrzegania. Skąd wzięło się tedy 
nieporozumienie na tym punkcie? 

Powód jest ten, że pomieszano dwie różne 

rzeczy: ogólność przedmiotów oraz ogólność 
sądów o nich wydawanych. Z tego, że jakieś 
uczucie jest powszechnie uznawane za 
prawdziwe, bynajmniej nie wynika, że jest 
ono uczuciem powszechnym. Nic bardziej 
jednostkowego niż postać Hamleta. Jeżeli 
przypomina od pewnych stron innych ludzi, to 
nie to w niej wzbudza nasze żywe 
zainteresowanie. A przecież została wszędzie 
przyjęta, wszędzie uznana za żywą. I tylko w 
tym sensie ucieleśnia jakąś prawdę 
powszechną. To samo z  innymi wytworami 
sztuki. Każdy z nich jest czymś ]'ednostko- 

 

 

13*

background image

 
 

wym, osobliwym,  lecz o ile tylko nosi na 
sobie   piętno   geniuszu,   zostanie   przyjęty 
przez   wszystkich.    Dlaczego   przyjmą , go 
wszyscy? A jeśli jest czymś jedynym w swoim 
rodzaju, to po czym poznać,  że jest praw-
dziwym? Jak sądzę, poznajemy go po wysiłku, 
do jakiego dzięki niemu się zmuszamy, by 
samemu z kolei widzieć równie szczerze. 
Szczerość daje się przekazać. Rzeczy widzia-
nych   przez   artystę   nie   zobaczymy   już, to 
pewna,  a przynajmniej  nie  zobaczymy na 
jego modłę;  lecz jeśli  on  sam widział je 
naprawdę, przeto wysiłek, jakiego dokonał dla 
uniesienia zasłony, narzuci się naszemu 
naśladownictwu.  Jego  dzieło jest  przykładem 
pouczającym. Zaś skuteczność pouczenia jest 
właśnie miarą prawdziwości dzieła. Prawda  
niesie   z   sobą  moc   przekonującą, a nawet 
nawracającą — właśnie po tym znamieniu daje 
się poznać. Im większe jest dzieło i   im   
głębsza jest   dojrzana   prawda,   tym 
silniejszy da się odczuć jego skutek, ale też 
tym   powszechniejszym   będzie   się   starał 
ten skutek okazać. Powszechność tedy tkwi 
tutaj   w   wytworzonym   skutku,    a   nigdy w 
przyczynie. 

Całkiem odmienny jest cel komedii. Tutaj 

ogólność tkwi w dziele samym. Komedia 
maluje charaktery, które spotkaliś- 

197 

my lub które spotkamy jeszcze na swej drodze. 
Podkreśla podobieństwa. Chce ukazać nam 
typy. W razie potrzeby stworzy typy nowe. 
Przez to odcina się od sztuk pozostałych. 

Znaczące są już owe tytuły wielkich 

komedii.  Mizantrop, Skąpiec, Gracz, Roztarg-
niony 

76)

, są to wszystko nazwy rodzajowe. Tam 

zaś, gdzie komedia charakterów ma w tytule 
imię  własne, to wkrótce to imię wpada przez 
swe treściowe brzemię do strumienia imion 
pospolitych. Powiemy o kimś „harpagon", nie 
powiemy nigdy „fedra". 

Poecie tragicznemu nie przyjdzie też na 

myśl otoczyć swoją  główną postać jakimiś 
drugorzędnymi postaciami, które byłyby,  że 
tak powiem, jego uproszczonymi kopiami. 
Bohater tragiczny jest indywidualnością 
jedyną w swoim rodzaju. Można go 
naśladować, lecz wówczas z tragizmu świa-
domie albo nieświadomie stoczymy się w ko-
mizm. Nikt nie jest doń podobny, albowiem 
on sam nie jest podobny do nikogo. Przeciwnie 
postąpi komediopisarz. Zadziwiający instynkt 
każe mu, kiedy buduje główną postać, otoczyć 
ją korowodem innych postaci noszących te 
same ogólne rysy. Wiele komedii ma w tytule 
rzeczownik użyty 

background image

 
 

ig8

 

w liczbie mnogiej: Uczone bialoglowy, Pocieszne 
wykucintnisie,  
albo rzeczownik zbiorowy: Świat 
nudów

1

^  itp. Spotykają się w nich na scenie 

liczne postacie odtwarzające ten sam 
podstawowy typ. Jakże interesującą rzeczą 
byłoby poddać analizie tę  dążność komedii. 
Przede wszystkim dałoby się prawdopodobnie 
odnaleźć w niej przeczucie sygnalizowanego 
przez lekarzy faktu, że zaburzenia równowagi 
jakby wskutek tajemnego przyciągania 
wywołują inne zaburzenia przynależące do 
tego samego rodzaju. I chociaż postacie 
komiczne nie należą do działu medycyny, są 
wszelako, jak już wykazałem, dystraktami, 
osobami roztargnionymi, a od roztargnienia 
do zupełnego zerwania równowagi przejście 
jest nieznaczne. Atoli w grę wchodzi tu 
jeszcze inna racja. Jeżeli celem 
komediopisarza jest przedstawiać typy, czyli 
charaktery zdolne do powtarzania się, to czyż 
mógłby lepiej zabrać się do tego, niż 
pokazując nam ten sam typ w kilku 
rozmaitych egzemplarzach? Tak samo 
postępuje przecież przyrodnik, kiedy zajmuje 
się jakimś gatunkiem. Wylicza i opisuje jego 
zasadnicze odmiany. 

Ta istotna różnica między tragedią 

związaną z indywiduami a komedią zwią-
zaną znów z rodzajami wychodzi na jaw 

J

99 

w jeszcze inny sposób. Pojawia się już w 
trakcie opracowywania dzieła i przeja-wda się 
od samego początku w dwóch nader różnych 
metodach obserwacji. 

Jakkolwiek paradoksalne może takie 

stwierdzenie się wydać, nie uważam zgoła, 
żeby obserwacje innych ludzi były w czymś 
przydatne poecie tragicznemu. Wszyscy prze-
cież wiemy, że najwięksi poeci wiedli życie 
odosobnione, mieszczańskie i nie mieli wiele 
sposobności na to, by przypatrzyć się rozpę-
tanym wokół nich namiętnościom, których tak 
wierny opis podali. Lecz nawet przy założeniu, 
że dany im był taki widok, można 
powątpiewać, czy by się im przydał na 
cokolwiek. W dziele poety obchodzi nas nade 
wszystko widzenie najgłębszych stanów duszy 
czy najtajniejszych konfliktów. Do takiego 
widzenia nie można dojść z zewnątrz. Dusze są 
nieprzeniknione jedne dla drugich. Z zewnątrz 
dostrzegamy tylko oznaki namiętności. 
Odczytujemy je zresztą wadliwie, tylko 
poprzez analogię z naszymi własnymi 
przeżyciami. Nasze własne przeżycia są więc 
czymś istotnym i dogłębnie możemy znać 
jedynie własne serce, o ile dostąpimy tego 
poznania. Czy znaczy to, że poeta przeżył 
wszystko, co opisał, i że był w położeniu 
swoich postaci oraz żył ich 

background image

 
 

20O

 

życiem? I temu przeczą biografie poetów. 
Na jakiej podstawie można by zresztą przy-
puszczać,  że ten sam człowiek był  zarazem. 
Makbetem, Otellem, Hamletem, królem Lea-
rem i wielu innymi postaciami? A może 
należy tutaj odróżniać osobowość, którą się ma 
właśnie, od tej, którą mogłoby się mieć? 
Nasz charakter jest skutkiem ponawiającego 
się wciąż wyboru. Na całej naszej drodze 
pojawiają się co pewien czas rozstaje 
(przynajmniej tak wydaje się na pozór) i 
dostrzegamy wiele możliwych kierunków, 
jakkolwiek udać się możemy tylko w jednym. 
Zawrócić z drogi, przemierzyć do końca 
dostrzeżone kierunki, na tym zdaje się polegać 
poetycka wyobraźnia. Zgadzam się,  że 
Shakespeare nie był Makbetem, Otellem czy 
Hamletem, mógłby jednak być tak 
rozmaitymi postaciami, gdyby okoliczności z 
jednej strony, a wola z drugiej, doprowadziły 
były do wybuchu to, co było u niego 
zaledwie wewnętrznym naciskiem. Zupełnym i 
zaskakującym niezrozumieniem roli 
wyobraźni poetyckiej jest pogląd,  że buduje 
ona swoich bohaterów z materiału czerpa-
nego na prawo i lewo z otaczającej ją rzeczy-
wistości, jakby szyła kostium arlekina. Nic 
żywego nie wynikłoby z tego z pewnością. 
Życia nie można na powrót złożyć, pozo- 

201

 

staje więc tylko je obserwować. Wyobraźnia 
poetycka może być jedynie pełniejszym 
widzeniem rzeczywistości. Jeżeli postacie 
stwarzane przez poetę sprawiają na nas 
wrażenie żywych, to dzieje się tak przez to, że 
stanowią samego poetę, poetę zwielo-
krotnionego, poetę schodzącego w siebie tak 
głęboko i podejmującego tak wielki wysiłek 
obserwacyjny,  że ujmuje drzemiącą w 
rzeczywistości możliwość i doprowadza do 
pełnej postaci złożone w mm przez naturę 
szkice i projekty. 

Innego rodzaju jest obserwacja, z której 

wyłania się komedia. Jest to zewnętrzna 
obserwacja. Jakkolwiek byłby komediopisarz 
ciekawy ludzkich śmiesznostek, nigdy nie 
pójdzie, sądzę, aż tak daleko, żeby ich szukać 
u siebie. Nie znalazłby ich zresztą. Jesteśmy 
śmieszni tylko od tej strony, która uchodzi 
naszej  świadomości. A zatem tylko innych 
ludzi obejmuje taka obserwacja. Nabiera przez 
to ogólnego charakteru, którego mieć nie 
może, gdy objąć nią siebie. Skierowana na 
powierzchnię zjawisk ogarnia jedynie to, w co 
są spowite osoby i przez co większość z nich 
wchodzi ze sobą w styczność i upodabnia się do 
siebie. Dalej nie postąpi nigdy. A nawet gdyby 
mogła, nie miałaby na to ochoty, bo nic by nie 
zyskała
 

background image

 
 

2O2

 

na tym. Wniknąć zanadto w czyjąś osobowość, 
odnieść zewnętrzne skutki do zbyt 
wewnętrznych przyczyn, toż to osłabiłoby i w 
końcu zaprzepaściło całą  śmieszność tych 
zjawisk. Na to, abyśmy poczuli skłonność do 
śmiechu, trzeba umieścić jego przyczyny w 
umiarkowanej strefie duszy; zatem efekt 
powinien wydać się nam raczej przeciętny, 
jakby wyrażał przeciętną ludzkości. Jak 
wszystkie przeciętne, ta również powstaje przez 
zestawienie rozpierzchłych danych, przez 
porównanie analogicznych przypadków, 
których wyraża kwintesencję, a w końcu przez 
abstrakcje i uogólnienia podobne do tych, które 
przeprowadza fizyk na faktach, gdy chce 
wydobyć z nich prawa. Krótko mówiąc, 
metoda i cel są tutaj te same, co w naukach 
indukcyjnych w tym sensie, że obserwacja jest 
czysto zewnętrzna, a wynik podlega 
uogólnieniu. 

Wracamy tedy nałożywszy drogi do dwóch 

wniosków, które wyłoniły się w toku naszych 
badań. Po pierwsze, śmieszność osoby 
pochodzi z jej usposobienia przypominającego 
roztargnienie, z czegoś, co żyjV w niej, lecz nie 
tworzy wraz z nią jednego ustroju, tak jak 
pasożyt; dlatego to usposobienie jest widoczne 
na zewnątrz i poddaje się naprawie. Po wtóre 
znowu, skoro owa na- 

203 

prawa jest celem śmiechu, przynosiłaby 
ogromny pożytek, gdyby objęła za jednym 
zamachem możliwie największą ilość osób. 
Oto dlaczego obserwacja komiczna in-
stynktownie zmierza ku ogółom. Dobiera sobie 
spośród osobliwości takie, które są zdolne do 
powtarzania się, a wskutek tego nie są 
nierozerwalnie złączone z indywidualnością 
osoby, dobiera sobie — można by rzec — 
osobliwości pospolite. Przenosząc je na scenę 
stwarza dzieła, które będą niewątpliwie należeć 
do sztuki choćby przez to samo, że się chcą 
podobać, a odcinać się  będą od innych dzieł 
sztuki przez swój ogólny charakter, jak również 
przez ów nieświadomy i uboczny zamiar 
naprawiania i pouczania. Mamy tedy wszelkie 
prawo do twierdzenia, że komedia jest czymś 
pośrednim między sztuką a życiem. Nie jest 
bezinteresowna, jak sztuka czysta. Przez 
organizację  śmiechu przyjmuje życie społeczne 
za naturalne środowisko, a nawet idzie za 
pewnymi popędami życia społecznego. I tu, w 
tym punkcie, obraca się do sztuki plecami. 
Albowiem sztuka to zerwanie z życiem spo--
lecznym i powrót do natury. 

background image

 
 

204

 

n

 

Przypatrzmy się teraz, po tym wszystkim, 

cośmy sobie powiedzieli, w jaki sposób trzeba 
by się zabrać do tworzenia cechy charakteru, 
która byłaby cechą idealnie komiczną, ko-
miczną sama w sobie, komiczną w swych po-
czątkach i we wszystkich przejawach. Powinna 
być  głęboka, aby dostarczać komedii stałego 
pokarmu, a przy tym powierzchowna, aby 
utrzymać się w tonie komediowym, nie-
widzialna dla posiadającej ją postaci, skoro 
komizm jest czymś bezwiednym, widoczna dla 
wszystkich innych, by wywoływała  śmiech 
powszechny, pełna wyrozumiałości dla siebie, 
aby móc bez przeszkód wyjść  na  jaw,  dla 
innych zaś wysoce krępująca, by mogli 
chłostać  ją bezlitośnie,  łatwa do poprawy, by 
śmiech zdał się na coś, niezawodna w swych 
nowych wcieleniach, by nie brakło powodu do 
śmiechu, nieodłączna od życia społecznego, 
chociaż nieznośna dla społeczeństwa, zdolna 
wreszcie do połączenia się ze wszystkimi 
wadami, a nawet z pewnymi cnotami, aby 
przybrać wszelką możliwą do wyobrażenia 
formę. Ileż więc pierwiastków trzeba stopić 
razem! Uczony parający się chemią duszy, 
któremu powierzono by przygotowanie równie 
subtel- 

205 

nego preparatu, z pewnością byłby nieco 
zawiedziony, gdyby przyszła chwila opróż-
nienia retorty. Okazałoby się, iż zadał sobie 
tyle trudu dla otrzymania mieszanki, którą 
dostać można wszędzie za darmo, jako że jest 
tak rozpowszechniona wśród ludzi, jak 
powietrze w przyrodzie. 

Tą mieszanką jest próżność. Nie sądzę, by 

istniała bardziej powierzchowna wada lub 
bardziej głęboka. Rany, które jej zadano, nie są 
poważne, ale też nie chcą się leczyć. Przysługi, 
które jej oddano, są ze wszystkich przysług 
najfikcyjniejsze w świecie, a przecież to one 
pozostawiają za sobą jakże trwałą 
wdzięczność. Sama zaledwie jest wadą, 
niemniej wszystkie inne wady skupiają się 
wokół niej i subtelniejąc starają się tylko ojej 
zaspokojenie. Próżność jest podziwem dla 
samego siebie, zakorzenionym w podziwie, 
jaki wywoływać mniema się u innych, jest tedy 
wytworem  życia społecznego. Jest czymś 
bardziej naturalnym, bardziej rozpowszech-
nionym i głębiej wrodzonym niż egoizm, 
ponieważ egoizm poskramia często sama 
natura, podczas gdy z próżnością może sobie 
poradzić wyłącznie refleksja. Nie sądzę, abyśmy 
na 

świat przychodzili z wrodzoną 

skromnością, chyba że zechcemy nazwać 
skromnością jakąś czysto fizyczną nie- 

background image

 
 

ao6

 

śmiałość, bliższą zresztą dumy, niżby się 
myślało. Prawdziwa skromność może być 
jedynie rozmyślaniem nad próżnością. Rodzi 
ją widok złudzeń, których ofiarą padają inni, 
oraz obawa, że się pobłądzi samemu. Jest 
podobna do przezorności właściwej nauce 
przez wzgląd na to, co się mówi i co się myśli o 
sobie. Cała składa się z poprawek, z 
retuszów. Jest cnotą nabytą. 

Nie jest łatwo rzec, w której dokładnie 

chwili dążność do skromności oddziela się od 
lęku przed śmiesznością. Atoli ten lęk oraz ta 
dążność  są w zaczątku złączone ze sobą. 
Pełne badania nad złudzeniami próżności i 
ciążącą nad nimi śmiesznością rzuciłyby 
pewnego dnia światło na, teorię  śmiechu. 
Można by wówczas zobaczyć, jak śmiech 
pełni z niezwykłą regularnością jedną ze 
swych głównych funkcji, którą jest przywoły-
wanie do przytomności wszystkich roztar-
gnionych miłości własnych i uzyskiwanie tą 
drogą możliwie największego uspołecznienia ' 
harakterów. Można by zobaczyć, jak próż-
ność, która jest naturalnym wytworem życia 
społecznego, sprawia jednak kłopot społe-
czeństwu; podobnie niektóre lekkie trucizny, 
wydzielane stale w ludzkim organizmie, 
zatrułyby go z czasem, gdyby inne wydzieliny 
nie neutralizowały ich wpływu. 

207

 

Tego rodzaju pracę  śmiech wykonuje nie-
ustannie. I w tym sensie można by rzec, że 
śmiech jest swoistym lekarstwem na próżność 
i że próżność jest wadą istotnie komiczną. 

Gdyśmy rozprawiali o komizmie form i 

ruchów, to wykazaliśmy, w jaki sposób tai;i to 
a taki prosty i sam przez się  śmieszny obraz 
może przeniknąć do bardziej złożonych 
obrazów i użyczyć im nieco ze swojej 
komicznej mocv; to pozwala niekiedy tłuma-
czyć najwyższe formy komizmu formami naj-
prostszymi. Atoli odwrotna operacja odbywa 
się jeszcze częściej i dość  płaskie efekty 
komiczne należy  łączyć z zaniżeniem bardzo 
subtelnego komizmu. Próżność, ta wyższa 
forma komizmu, jest elementem, którego 
zawsze, choć mimowiednie szukamy w każ-
dym przejawie ludzkich poczynań. A szukamy 
jej choćby tylko po to, żeby się z niej pośmiać. 
Zaś wyobraźnia nasza umieszcza ją zazwyczaj 
tam, gdzie jej nie potrzeba. Z tą zasadą być 
może należałoby powiązać całkiem 
niewybredne efekty komiczne, które 
psychologowie w sposób niewystarczający 
tłumaczą przez kontrast: oto mały człowie-
czek, który pochyla głowę przechodząc przez 
ogromne drzwi, albo dwóch ludzi, olbrzym i 
karzełek, którzy maszerują raźno trzymając 

background image

 
 

208

 

się pod rękę. Przypatrując się z bliska temu 
ostatniemu obrazkowi zapewne zauważysz, 
czytelniku, jak ta mała osóbka zdaje się czynić 
wysiłki, by wspiąć się na wyżyny drugiej, jak 
żaba, która chciałaby dorównać wołowi. 

m

 

Niestety, nie może tu być nawet mowy o 

wyliczeniu poszczególnych cech charakteru, 
które  łączą się z próżnością, lub tych, które 
współzawodniczą z nią w ściąganiu na siebie 
uwagi komediopisarzy. Jak wykazaliśmy, 
wszystkie wady, a nawet niektóre zalety, mogą 
stać się  śmieszne. Nawet gdyby ktoś zdołał 
sporządzić listę znanych śmiesz-nostek, 
komedia postara się tę listę przedłużyć, nie tyle 
oczywiście stwarzając  śmiesznostki czysto 
fantastyczne, ile wydobywając z nich 
k i e r u n k i   komiczne,  dotąd nie zauważone. W 
ten sposób wyobraźnia wykrawać będzie coraz 
to nowe figury ze złożonego rysunku zawsze 
tego samego kobierca. Warunkiem istotnym, 
jak wiemy, jest to, by każda szczególna cecha 
poddana obserwacji przeobraziła się następnie 
w rodzaj ram, w które będzie mogło wiele osób 
się wcisnąć. 

209 

Istnieją wszelako ramy już gotowe, usta-

nowione przez społeczeństwo i dla społeczeń-
stwa niezbędne, skoro jest ono oparte na 
podziale pracy. Mam na myśli tutaj rzemiosła, 
funkcje i profesje. Każda profesja obdarza tych, 
którzy do niej wchodzą, pewnymi duchowymi 
przyzwyczajeniami oraz szczególnymi cechami 
charakteru, dzięki którym upodabniają się do 
siebie, a także odróżniają się od innych. W ten 
sposób w łonie dużego społeczeństwa tworzą 
się małe społeczności. Niewątpliwie są one wy-
nikiem tej samej organizacji, co wszelkie 
społeczeństwo. A jednak, gdyby się wyosob-
niły za bardzo, stałyby się groźne dla więzi 
społecznej. Otóż funkcją śmiechu jest tłumienie 
tych separatystycznych dążeń. Jego rolą  jest 
naprawa przeobrażająca zesztywnienie w 
giętkość, przystosowanie każdego do 
wszystkich, zaokrąglanie kantów. Mamy tutaj 
do czynienia z rodzajem komizmu, którego 
odmiany można z góry określić. Nazwiemy 
go, jeśli można, komizmem 
profesjonalnym. 

Nie będę się wdawać w szczegóły tych 

odmian. Wolę raczej położyć nacisk na ich 
cechy wspólne. W pierwszym rzędzie umieszczę 
figurę próżności zawodowej. Każdy z 
nauczycieli pana Jourdain stawia swoją  14 — 
Śmiech 

background image

 
 

210

 

umiejętność ponad pozostałe. U Labiche'a 
występuje  postać,   która   nie  pojmuje, jak 
można być czymś  innym  niż  handlarzem 
drewna. Jest to oczywiście handlarz drewna. 
Próżność zresztą  objawia    tu    skłonność  do 
nabierania cech u r o c z y s t y c h  w tej mierze, w 
jakiej wykonywana profesja zawiera więcej blagi   
i      szarlatanerii.  Jest      bowiem      rzeczą. 
znamienną,   że   im jakaś      umiejętność jest 
bardziej   sporna,   tym   bardziej   wmawiają 
sobie jej przedstawiciele, że są jakąś sektą 
kapłańską, i wymagają, by oddawać cześć ich 
misteriom. Użyteczne zawody są oczywiście   
stworzone   dla   klienteli,    atoli   te, których 
użyteczność jest bardziej wątpliwa, muszą 
uzasadniać swoje istnienie szerzeniem 
przeświadczenia,  że to klientela jest stworzona   
dla      nich;      to      właśnie   złudzenie   leży u 
podstawy napuszoności. Stąd wywodzi się po 
części komizm   Molierowskich   lekarzy, 
którzy   traktują   chorego,   jak   gdyby   był 
stworzony dla lekarza, i nawet naturę mają za 
zależną, od medycyny. 

Inną formą tego komicznego usztywnienia 

jest to, co zwę znieczuleniem zawodowym. 
Postać komiczna tak ściśle dopasowuje się do 
sztywnych ram swojej funkcji, że już nie ma 
miejsca na swobodne poruszanie się, a 
zwłaszcza na wzruszanie się, 

2 1 1

 

jak to jest u innych ludzi. Przypomnę  słowa 
sędziego Dandin, który zapytywany przez 
Izabelę, jak może patrzeć na tortury 
nieszczęsnych skazańców, powiada: „Cóż! 
Zawsze dzięki temu zleci człowiekowi jedna 
lub dwie godzinki" 

78)

. Rodzaj znieczulenia 

zawodowego uosabianego przez Tartuffe'a 
dochodzi do głosu, co prawda, ustami Orgona: 

Mógłbym na zgon dziś patrzeć matki, dzieci, żony I nie 
uczułbym w sercu, ot, nawet ukłucia 

79

).

 

Jednakże najpospolitszym środkiem 

ośmieszenia jakiejś profesji jest osadzenie jej 
w języku, którego używa; każmy tylko 
sędziemu, lekarzowi, żołnierzowi stosować do 
spraw codziennych język używany w prawo-
dawstwie, medycynie czy strategii, jakby nie 
byli zdolni mówić tak jak wszyscy! Zazwy-
czaj ten rodzaj komizmu jest dosyć  płaski. 
Niemniej nabiera on delikatności, jak to 
określamy, gdy równocześnie z przyzwycza-
jeniem zawodowym odsłania szczególną ce-
chę charakteru. Przypomnę gracza Regnarda z 
taką pomysłowością używającego na co dzień 
karcianego języka; otóż nadając swemu 
służącemu imię Hektora oczekiwał, iż ten 
nazwie jego narzeczoną „Pallas, od głośnego 
imienia Damy Pikowej"

80)

 — albo 

 

 

14*

background image

 
 

212

 

Uczone białogłowy,  których komizm polega w 
większej mierze na tym, że transponują idee 
wzięte z porządku naukowego na język 
kobiecej wrażliwości: „Epikur, to najtęższa 
głowa...", „Ja l u b i ę  jego wiry..."

81)

 itp. Kto 

przeczyta trzeci akt, ten się przekona, że 
Armanda, Filamina i Beliza ani na chwilę nie 
porzucają tego stylu. 

Posuwając się dalej w tym samym kierunku, 

odnaleźlibyśmy logikę profesjonalną, a więc 
sposoby rozumowania, których trzeba się 
wyuczyć w pewnych środowiskach i które są 
prawdziwe w danym środowisku, poza nim zaś 
zupełnie fałszywe. Wszelako kontrast między 
tymi dwiema logikami, partykularną i 
uniwersalną, rodzi pewne efekty komiczne 
całkiem swoistej natury, nad którymi nie bez 
pożytku będzie się 

dłużej zatrzymać. 

Dotykamy tu ważkiego punktu teorii śmiechu. 
Rozszerzymy zresztą zagadnienie i 
wyłuszczymy je w całej ogól- 
ności. 

IV

 

Zajęci dotąd wydobywaniem najgłębszych 

przyczyn komizmu, pomijaliśmy jeden z jego 
najznaczniejszych przejawów. Myślę 

213 

o logice swoistej dla postaci komicznej, dla 
całego kręgu tych postaci, logice dosyć 
dziwacznej, która w pewnych przypadkach 
otwiera pole dla niedorzeczności. 

Teofil Gautier powiedział o wszelkim 

przesadnym komizmie, że jest logiką absurdu. 
Wiele filozofii śmiechu krąży wokół podob-
nych idej. Zgodnie z tą tezą każdy efekt 
komiczny miałby zawierać sprzeczność. 
Śmielibyśmy się  właśnie z absurdu urze-
czywistnionego w formie konkretnej, z 
„widomego absurdu" 

82)

 albo z pozornej 

niedorzeczności, zrazu przyjętej i natychmiast 
poprawionej, czy też raczej z czegoś, co od 
jednej strony wydaje się niedorzecznością, 
jakkolwiek od innej strony daje się zupełnie 
dobrze wytłumaczyć

S3)

. Wszystkie te teorie 

zawierają niewątpliwie jakąś cząstkę prawdy; 
odnoszą się one wszelako do pewnych, i to 
dość płaskich efektów komicznych, a przy tym 
w przypadkach, w których mają zastosowanie, 
pomijają zdaje się charakterystyczny element 
śmieszności, to jest całkiem szczególny 
rodzaj absurdu, tkwiący w komizmie, o ile 
absurd tkwi w komizmie. Mamy się o tym 
przekonać? Wystarczy wybrać sobie jedną z 
owych definicji i posłużyć się jej formułą: 
najczęściej nie otrzymamy żadnego 
śmiesznego efektu! Spotyka- 

background image

 
 

214

 

na w komizmie niedorzeczność nie jest byle 
jaką niedorzecznością. Jest niedorzecznością 
bardzo określoną. Nie stwarza komizmu, ale 
z komizmu wypływa. Nie jest przyczyną, lecz 
skutkiem, i to skutkiem swoistym, w którym 
odbija się swoista natura wywołującej go 
przyczyny. Znamy tę przyczynę. Bez trudu 
zrozumiemy także sam skutek. 

Przypuśćmy,  że pewnego dnia przecha-

dzając się po wiejskiej okolicy dostrzegliśmy u 
szczytu pagórka coś, co mgliście przypomina 
rodzaj olbrzymiego ciała, znieruchomiałego, 
lecz machającego rękami. Na razie nie wiemy 
jeszcze, co to takiego, lecz szukamy w 
myślach, czyli we wspomnieniach, które nam 
pamięć podsuwa, takiego wspomnienia, które 
najlepiej dałoby się wtłoczyć w dostrzeżone 
zjawisko. Niemal natychmiast przychodzi nam 
na myśl obraz wiatraka i rzeczywiście : to 
wiatrak stoi przed nami. Jest bez znaczenia, że 
tuż przed wyjściem czytaliśmy baśń o 
wielkoludach z ramionami dotykającymi 
nieba. Rozsądek polega oczywiście na 
pamięci i temu nie przeczę; jednakże ponadto 
i nade wszystko polega na zapominaniu. 
Rozsądek jest wysiłkiem przystosowującego się 
ustawicznie umysłu, który porzuca ideę 
porzucając przedmiot. Jest to 

215 

ruchliwość właściwa intelektowi, który wzoruje 
się  ściśle na ruchliwości rzeczy. Jest to 
dynamiczna ciągłość uwagi, z jaka śledzimy 
życie. 

Wyobraźmy sobie teraz Don Kichota 

wyruszającego na wyprawę wojenną. W ry-
cerskich romansach wyczytał,  że rycerz spo-
tyka na swej drodze wrogich olbrzymów. 
Potrzeba inu tedy olbrzyma. Obraz olbrzyma 
jest uprzywilejowanym wspomnieniem, które 
usadowiło się w jego umyśle; olbrzym czatuje 
na niego w zasadzce, nieruchomy, czekający 
tylko sposobności by wychynąć z ukrycia i 
przybrać materialne kształty. Wspomnienie to 
c h c e  się zmaterializować, toteż od tej chwili 
pierwszy napotkany przedmiot, choćby miał 
dalekie podobieństwo z postacią olbrzyma, 
otrzyma kształty olbrzyma. Don Kichot 
dostrzeże więc olbrzymów tam, gdzie my 
zobaczymy zwykłe wiatraki. Jest to komiczne 
i niedorzeczne. Nie jest to wszelako byle jaka 
niedorzeczność. 

Jest to całkowite odwrócenie zdrowego 

rozsądku. Polega na tym, że umysł stara się 
wzorować rzeczy na posiadanych ideach, a nie 
owe idee na izeczach. Polega na tym, że się 
widzi przed sobą to, o czym się myśli, zamiast 
myśleć o tym, co się widzi. Zdrowy rozsądek 
pragnie, by" wszystkie wspomnienia 

background image

 
 

2 l 6

 

stały w jednym rzędzie; a wówczas odpo-
wiednie wspomnienie zawsze zjawiać się będzie 
na zawołanie danej sytuacji i służyć  będzie 
tylko do jej interpretacji. Natomiast u Don 
Kichota pewna grupa wspomnień wybija się 
przed inne i opanowuje jego osobowość; w 
tym wypadku rzeczywistość  będzie zmuszona 
ugiąć się przed wyobraźnią i służyć tylko ku jej 
ucieleśnieniu. Czepiając się  złudzenia Don 
Kichot rozwija je zresztą całkiem rozumnie we 
wszystkich jego konsekwencjach, porusza się w 
nim z dokładnością i pewnością somnambulika 
odgrywającego swój sen. Takie jesi źródło 
błędu i taka jest swoista logika, która rządzi tą 
niedorzecznością. Lecz czy ta logika jest 
właściwa wyłącznie Don Kichotowi?

 

Wykazałem,  że postać komiczna grzeszy 

zacięciem się umysłu lub charakteru, grzeszy 
roztargnieniem, grzeszy automatyzmem. Jest 
w głębi komizmu pewne usztywnienie spra-
wiającej  że idzie się prosto jak strzelił, nie 
słuchając niczego i nic nie chcąc słyszeć. Ileż 
to komicznych scen w teatrze Moliera daje się 
sprowadzić do tego prostego typu: postać 
c i ą g n ą c a   swą myśl, postać, która zawsze 
powraca do swojej myśli, choć ustawicznie jej 
przerywają! Tylko nieznaczny krok dzieli 
tego, co nie chce nic słyszeć,

 

217

 

od tego, co nie chce nic widzieć, a w końcu od 
tego kto widzi tylko to, co chce zobaczyć. 
Umysł, który się zacina, będzie w końcu 
naginać  rzeczy  do swoich pojęć, zamiast do-
stosowywać myśli do rzeczy.  Każda postać 
komiczna kroczy więc drogą  złudzeń, której 
opis dałem; Don Kichot to typ ogólny nie-
dorzeczności komicznej.

 

Owo odwrócenie zdrowego rozsądku 

wymaga nazwania. Pewne formy szaleństwa 
pozwalają nam się z nim spotkać w bardziej 
ostrej czy chronicznej odmianie; pod wieloma 
względami przypomina również natręctwo 
myślowe. Lecz ani szaleństwo, ani natręctwo 
myślowe wcale nas nie śmieszą, bo są to 
choroby, budzą przeto litość. Śmiech nie daje 
się, jak wiemy, pogodzić ze wzruszeniem. 
Gdyby istniało ucieszne szaleństwo, byłoby to 
bodaj szaleństwo dające się pogodzić z 
ogólnym zdrowiem umysłowym, można by 
rzec — byłoby to normalne szaleństwo. Otóż 
jest taki normalny stan umysłu naśladujący 
szaleństwo pod każdym względem, w którym 
wykrywamy te same skojarzenia idej, co w 
umysłowej chorobie, tę samą osobliwą logikę, 
co w natręctwie myślowym. Jest to stan 
marzenia sennego. A zatem albo nasza analiza 
nie jest dokładna, albo daje się sformułować w 
następującym

 

background image

 
 

2l8

 

teoremacie: Komiczna  niedorzeczność 
j e s t  tej samej natury, co n i e d o r z e c z ność 
m a r z e ń  sennych. 

Przede wszystkim intelekt kroczy we śnie 

drogą, której opis dałem. Rozkochany w sobie 
umysł poszukuje w świecie zewnętrznym 
jedynie pretekstu dla urzeczywistnienia swoich 
urojeń: jakieś  głosy niewyraźne dochodzą do 
uszu, jakieś barwy przepływają jeszcze 
przez pole widzenia, a więc zmysły nie 
zamknęły się całkiem. Lecz śpiący zamiast 
przywołać wszystkie wspomnienia na pomóc, 
by zinterpretować to, co zmysły postrzegają, 
woli posłużyć się tym, co postrzega, do 
materializacji ulubionego wspomnienia; i tak 
świst wiatru w kominie przemienia się wów-
czas zgodnie ze stanem duszy śpiącego, 
zgodnie z ideą, która zajmuje jego wyobraźnię, 
w wycie dzikich bestii albo w melodyjne 
zawodzenie. Jest to zwykły mechanizm 
sennego złudzenia. 

Jeżeli jednak złudzenie komiczne jest 

złudzeniem sennym, jeżeli logika komizmu 
jest logika snów, przeto można się spodziewać 
napotkania w logice śmieszności 
najróżniejszych cech logiki marzenia sennego. 
Jeszcze raz sprawdza się tutaj prawo, które 
znamy od dawna: jeżeli pewna forma 
zostanie uznana za śmieszną, przeto inne 

219 

formy, które nic mają tej samej treści ko-
micznej,   staną   się   śmieszne   wskutek   ze-
wnętrznego podobieństwa do pierwszej. Jak 
łatwo zauważyć, każda  g r a     i  d  ej  może nas 
bawić pod tym warunkiem, że przypomina 
nam  mniej   więcej   grę  marzenia  sennego. 
W pierwszym  rzędzie  zaznaczę  pewne 
ogólne rozluźnienie prawideł rozumowania. 
Rozumowanie,  z   którego się  śmiejemy, to 
rozumowanie,     którego    fałszywość    sobie 
uprzytamniamy, lecz które moglibyśmy za 
prawdziwe  uważać,  gdybyśmy je  usłyszeli 
we  śnie. Podrabia ono rozumowanie praw-
dziwe   na   tyle   trafnie,  by   zwieść   umysł 
uśpiony. To także jest — jeśli kto woli — 
logika, lecz logika chybiona, która wskutek 
tego uwalnia nas od intelektualnego trudu. 
Wiele dowcipów to rozumowania tego ro-
dzaju, rozumowania skrócone, których tylko 
punkt   wyjścia   został   nam   podany   oraz 
konkluzja. Ta gra myślowa zbliża się zresztą 
do gry słów w tej mierze, w jakiej ustalone 
stosunki między ideami stają się coraz bardziej   
powierzchowne: z wolna zatraca się  sens   
słyszanych   wyrazów   i   tylko   dźwięk zwraca 
uwagę. Być może należałoby w podobny 
sposób zbliżyć do marzenia sennego niektóre 
bardzo komiczne sceny, gdzie jakaś postać 
zaczyna systematycznie powtarzać na 

background image

 
 

220 

opak zdania szeptane jej do ucha przez inne 
postacie? Kto raz zdrzemnął się pośród 
rozmawiających ze sobą ludzi, pamięta, jak 
często ich słowa powoli gubiły sens, jak 
dźwięki ulegały zniekształceniu i zlewały się w 
jedno, przybierając w jego umyśle naj-
dziwaczniejsze znaczenia, i jak odgrywał ze 
swym rozmówcą scenę Maciusia z Suflerem 

8ł)

 . 

Istnieją  ponadto  obsesje   komiczne, 
niezwykle,   zdaje   się,   podobne   do   obsesji 
sennych. Komuż to się nie zdarzyło oglądać 
jeden i ten sam obraz powracający w wielu 
kolejnych   snach  i   obarczony  za   każdym 
razem jakimś swojskim znaczeniem, gdy tym-
czasem poza nim sny te nie miały nic wspól-
nego ze sobą! Zjawisko powtarzalności wy-
stępuje w tej swoistej postaci niekiedy w teatrze 
i w powieści; w niektórych wypadkach daje się 
w nim słyszeć echo marzenia sennego. I być 
może to samo dzieje się z refrenem wielu 
piosenek: zatrzymuje się, by niebawem 
powrócić   przy   końcu   każdej   zwrotki,   za 
każdym razem przepojony nowym sensem. 
Często także można zauważyć we śnie 
szczególne   crescendo:   oto jakieś   dziwo 
rozrasta się wraz ze snem samym. Pierwsze 
ustępstwo  wydarte  rozumowi  pociąga  na-
stępne, to zaś jeszcze poważniejsze i tak aż 

221

 

do końcowej niedorzeczności. Ale ten marsz 
ku absurdowi sprawia na śpiącym wrażenie 
osobliwe. Jest to, jak myślę, takie samo wra-
żenie, jakie ma pijak osiągnąwszy ów błogo-
stan, gdzie nic się już dla niego nie liczy, ani 
logika, ani konwenanse. Spostrzegamy teraz, 
że niektóre komedie Moliera dostarczały 
takiego samego wrażenia; na przykład  Pan de 
Pourceaugnac,  
która to sztuka zaczyna się 
zupełnie rozumnie, a potem przynosi coraz 
większe dziwactwa, albo 

Mieszczanin 

szlachcicem,  gdzie postacie w miarę rozwoju 
komedii zdają się krążyć coraz szybciej, 
porwane wirem szaleństwa. „Jeśli jest w 
świecie ktoś, kto ma potężniejszego bzika, 
pozwolę sobie dać sto batogów" 

85)

. To 

powiedzenie, które daje nam znać,  że sztuka 
jest skończona, budzi nas z najbardziej 
dziwacznego snu, w jaki zapadliśmy wraz z 
panem Jourdain. 

Najbardziej jednak istotna jest dla snu 

demencja. Istnieją pewne swoiste sprzecz-
ności tak naturalne dla wyobraźni  śpiącego i 
tak szokujące dla rozumu przebudzonego 
człowieka, iż niemożliwością byłoby dać 
komuś dokładne i pełne tego pojęcie, gdyby 
sam tego był nie przeżył. Mam na myśli owo 
dziwaczne, będące dziełem snu stopienie się 
dwóch osób, które tworzą jedną, 

background image

 
 

 

 

chociaż   każda   pozostaje   sobą.   Zazwyczaj 
jedną z tych osób jest śpiący; czuje on, że nie 
przestał być tym, kim jest, niemniej stał się 
kimś innym. To on i nie on.  Słyszy swój głos, 
widzi swoje ruchy, czuje wszakże,  że ktoś  
inny   pożyczył   sobie   od   niego   ciało i 
odebrał mu głos. Albo też  będzie mówił i 
czynił jak zwykle,  tyle że będzie mówił o 
sobie jak o kimś obcym, z którym nie ma sam  
nic  wspólnego;   będzie   oderwany  od siebie 
samego. Czyż nie odnajdujemy tego 
zastanawiającego pomieszania w niektórych 
scenach komicznych? Nie mówię o Amfitrio-
nie,  
w którym wprawdzie owo pomieszanie 
jest   zasugerowane   umysłowi   widza,   lecz 
większość jego efektów komicznych pochodzi 
raczej z tego, co nazwałem „nałożeniem się 
dwóch ciągów na siebie".  Mam na myśli 
niezwykłe i komiczne rozumowania, w których   
to   pomieszanie   występuje   w   stanie 
czystym, tak iż trzeba refleksyjnego wysiłku 
do jego  wydobycia.   Proszę  posłuchać od-
powiedzi, jakich udzielił Mark Twain prze-
prowadzającemu z nim wywiad dziennika-
rzowi:   „Czy pan  ma  brata? —  Owszem, 
nazywał się Bili. Biedny Bili! — A zatem 
umarł? — Tego właśnie nikt dobrze nie wie. 
Jakaś    tajemnica    ciąży   nad    tą   sprawą. 
Zmarły i ja byliśmy bliźniakami.  W dwa 

tygodnie po urodzeniu kąpano nas razem w 
tym samym cebrzyku. Jeden z nas utonął, ale 
dotąd nie wiadomo który. Jedni myślą,  że to 
,był Bili, inni, że to ja byłem. — To bardzo 
dziwne. A co pan sam myśli o tym? — Niech 
pan posłucha, zdradzę panu tajemnicę, której 
nie odsłoniłem jeszcze przed nikim z żyjących. 
Jeden z nas miał szczególny znak, ogromny 
pieprzyk na odwrocie lewej dłoni, to ja byłem 
tym dzieckiem i to dziecko właśnie utonęło..." 

8li)

 Gdy się bliżej temu przyjrzeć, 

niedorzeczność tego dialogu okazuje się nie 
byle jaką niedorzecznością. Znikłaby bez 
śladu, gdyby opowiadająca osoba nie była 
jednym z bliźniaków, o których mowa; polega 
zaś na tym, że Mark Twain oświadcza, iż jest 
jednym z tych bliźniaków, podczas gdy 
wyraża się tak, jakby był kimś trzecim, kto 
opowiada ich dzieje. Właśnie w ten sam 
sposób zachowujemy się w większości 
naszych marzeń sennych. 

Po rozpatrzeniu tego ostatniego punktu 

komizm przybrał nieco inną postać niż 
dotychczas mu przypisywana. Jak dotąd, 
upatrywaliśmy w komizmie nade wszystko 
środek poprawczy. Zestawmy ciąg efektów 

222

 

background image

 
 

 

 

komicznych i wyodrębnijmy co pewien czas 
typy dominujące, a przekonamy się wówczas, 
że pośrednie efekty nabiorą komicznej mocy 
dzięki podobieństwu z owymi typami i że te 
typy są w równej mierze wzorami 
impertynencji skierowanymi przeciw 
społeczeństwu. Społeczeństwo odpowiada na te 
impertynencje  śmiechem, co jest jeszcze 
większą impertynencją.  Śmiech pozbawiony 
byłby więc  życzliwości i za zło złem by się 
odpłacał. 

A jednak nie to uderza nade wszystko we 

wrażeniu sprawianym przez rzecz śmieszną. 
Postać komiczna jest często postacią, z którą 
zaczynamy sympatyzować dosłownie. Chcę 
przez to powiedzieć,  że na krótką chwilę 
stawiamy się w jej położeniu, przejmujemy jej 
gesty, słowa, czyny i że jeśli bawimy się jej 
śmiesznostkami, to zarazem zapraszamy ją, 
oczywiście w wyobraźni, do współudziału w 
tej zabawie: traktujemy ją zrazu jak kolegę. 
Jest więc u śmiejącego się, przynajmniej na 
pozór, wiele dobrodusz-ności, miłej 
jowialności, której nie powinniśmy 
lekceważyć. Jest zwłaszcza w śmiechu 
moment odprężenia, często podkreślany, 
którego rację powinniśmy znaleźć. Nigdzie 
indziej nie było to wrażenie tak silne jak w 
ostatnich przykładach. W tych przykła- 

dach również znajdziemy jego wy tłumaczenie. 

Kiedy postać komiczna ciągnie swą myśl 

automatycznie, zaczyna w końcu myśleć, 
mówić, czynić, jak gdyby śniła. Otóż sen jest 
odprężeniem. Utrzymywanie kontaktu z 
ludźmi i z rzeczami, dostrzeganie jedynie 
tego, co jest, myślenie tylko o tym, co się 
odbywa, wszystko to wymaga silnego i 
nieprzerwanego napięcia intelektualnego. 
Zdrowy rozsądek jest właśnie tym napięciem. 
Wymaga trudu. Natomiast oderwanie się od 
rzeczy, a mimo to postrzeganie obrazów, 
zerwanie z logiką, a mimo to łączenie idej, 
jest po prostu zabawą lub, jeśli to komu 
bardziej odpowiada, lenistwem. Niedorzecz-
ność komiczna sprawia tedy na nas przede 
wszystkim wrażenie gry idej. Przyłączyć się 
do tej gry jest naszym pierwszym odruchem. 
To uwalnia od trudów myślenia. 

To samo można by rzec o wielu innych 

formach  śmieszności. Istnieje w głębi ko-
mizmu skłonność, jak już o tym mówiliśmy, 
do staczania się po łagodnych pochyłościach, 
do których najczęściej należy pochyłość 
przyzwyczajenia. Uśpiony przyzwyczajeniami 
człowiek przestaje starać się bez przerwy o 
dostosowanie się do społeczeństwa, którego jest 
członkiem. Rozluźnia uwagę, którą 15 — Śmiech 

225

224

 

L

background image

 
 

226

 

winien jest społeczeństwu. Upodabnia się do 
roztargnionego. Bardziej jednak chodzi tu o 
roztargnienie woli niż inteligencji..., i będę 
przy tym obstawał. Właśnie o roztargnienie, a 
przez to o lenistwo! Człowiek tu zrywa z 
konwenansami tak, jak zrywał przed chwila, z 
logiką; sprawia wrażenie zajętego zabawą. I tu 
przyjęcie zaproszenia do lenistwa jest naszym 
pierwszym odruchem. Przynajmniej na chwilę 
bierzemy w zabawie udział. To uwalnia od 
trudów  życia. Ale tylko na chwilę. Sympatia, 
która może się przedostać do wrażenia 
komicznego, jest przelotną sympatią. Ona 
także pochodzi z roztargnienia. Stąd czasem 
surowy ojciec zapominając o swoich 
zasadach przyłącza się do figli dziecka, by 
opamiętać się natychmiast, a je samo skarcić. 

Śmiech jest nade wszystko środkiem po-

prawczym, Wynaleziony dla poniżania, ma 
sprawiać na karconej osobie przykre wraże-
nie. Za jego pośrednictwem społeczeństwo 
mści się za swobodę, na jaką wobec niego 
sobie pozwolono. Śmiech nie dopiąłby swego 
celu, gdyby nosił na sobie znamię sympatii 
lub dobroci. 

Powie pewno ktoś, że przynajmniej intencje 

mogą być dobre, że często karci się kogoś 
dlatego, że się go kocha, oraz że śmiech 

227

 

tłumiąc zewnętrzne przejawy pewnych ułom-
ności zachęca nas dla naszego dobra do 
zwalczania w sobie owych wad i do we-
wnętrznej poprawy. 

Wiele dałoby się o tym powiedzieć. W 

ogólności, z grubsza rzecz biorąc,  śmiech 
niewątpliwie spełnia pożyteczną funkcję. 
Wszystkie nasze analizy starały się to wyka-
zać. Nie wynika stąd jednak, by ciosy za-
dawane przez śmiech były zawsze sprawiedliwe 
ani by kierował się zawsze dobrocią lub 
sprawiedliwością. 

Aby dobrze trafiać, potrzeba by wprzód 

zastanowienia. Otóż  śmiech jest skutkiem 
mechanizmu założonego w nas przez naturę 
lub — co wychodzi na to samo — przez 
długotrwały nawyk życia społecznego. Uderza 
natychmiast, nie pozostając dłużnym w 
odpowiedzi. Nie ma czasu przyglądać się za 
każdym razem, w co trafia. Śmiech w podobny 
sposób karci wady, co pewne wybryki choroba: 
dotyka niewinnych, oszczędza winnych, dba o 
ogólny wynik i nie może każdego 
indywidualnego przypadku zaszczycać 
osobnym badaniem. I tak jest ze wszystkim, 
co dochodzi do skutku drogą naturalną, 
zamiast się kształtować w świadomy, 
refleksyjny sposób. Sprawiedliwy będzie wynik 
przeciętny, uwzględniający 

 

 

15*

background image

 
 

228

 

całość  poszczególnych  przypadków,   a   nie 
pojedyncze okazy. 

I w tym  sensie śmiech nie może  być 

bezwzględnie sprawiedliwy]"^ powtórzę,  że 
również nie powinien być dobry. Ma onie-
śmielać  przez   upokorzenie.   Nie  dopiąłby 
swego, gdyby natura w tym celu nic pozo-
stawiła w najlepszych nawet ludziach nie-
wielkich  pokładów   złości,   a   przynajmniej 
złośliwości. Być może jednak lepiej będzie nie   
zagłębiać      się      zanadto      w      te      sprawy. 
Niezbyt pochlebne dla siebie rzeczy byśmy 
tam wykryli.  Zobaczylibyśmy,  że  moment 
odprężenia czy ekspansji jest tylko wstępem do 
śmiechu,  że wybuchający  śmiechem powraca   
natychmiast   do   siebie,   mniej   lub bardziej 
dumnie afirmuje siebie i najchętniej widziałby  
w  osobie  drugiego  marionetkę,  której    
sznurki        trzyma        w        swym        ręku. W tej 
zarozumiałości szybko rozróżnilibyśmy nieco  
egoizmu oraz,  za nim,  coś o wiele mniej 
spontanicznego i bardziej gorzkiego: jakby 
rodzący się dopiero pesymizm, który utwierdza  
się  coraz  bardziej,  im  bardziej 
wyrozumowany staje się nasz śmiech. 

Tu, jak gdzie indziej, natura posłużyła się 

złem jedynie dla dobra. Otóż dobro zaprzątało 
mą myśl przez cały tok tego studium. I tak 
okazało się, że społeczeństwo 

229 

w miarę doskonalenia się wymusza na swoich 
członkach coraz większą giętkość adaptacji, że 
tyrn  łatwiej osiąga w głębi równowagę, im 
bardziej wypiera na powierzchnię zaburzenia 
występujące zawsze w tak wielkiej masie, i że 
śmiech pełni pożyteczną funkcję uwydatniając 
kształty niespokojnych falowań. W podobny 
sposób fale toczą na powierzchni toni bój bez 
wytchnienia, podczas gdy w głębinie panuje 
niezmącony spokój. Fale nacierają na siebie, 
zastępują sobie drogę,  łakną równowagi, a 
biała, lekka i wesoła piana zaznacza,  ich 
zmienne kontury. Odpływająca fala zostawia 
nieraz na piasku wybrzeża nieco takiej piany. 
Bawiące się opodal dziecko podbiega, by 
chwycić jej garstkę, i raptem, po chwili, staje 
zaskoczone: na dłoni pozostało mu zaledwie 
kilka kropel wody, i to bardziej nieczystych i 
gorzkich niż woda, którą fala przyniosła. 
Śmiech jest jak ta piana; jak ona powstaje i 
zaznacza na obrzeżach  życia społecznego 
zaburzenia występujące na jego powierzchni; 
odmalowuje natychmiast ruchomy kształt 
owycli wstrząsów. On także jest pianą z 
dodatkiem soli, także skrzy się jak piana. Tak 
skrzy się wesele. Filozof, który sięga po nie, 
chcąc jego smak poznać, znajdzie nierzadko, w 
najmniejszej nawet dawce, sporo goryczy. 

background image

 
 

D*odatek do dwudziestego 
trzeciego  wydania

 

O definiowaniu komizmu i 
metodzie zastosowanej w 
tej«książce

 

W interesującym artykule z „Revue du Mois" *) 

p. Yveś Delage przeciwstawił naszej koncepcji 
komizmu definicję, przy której sam obstawał: „Aby 
coś było komiczne, pisał, między skutkiem a 
przyczyną musi istnieć dysharmonia". Ponieważ 
metoda, która doprowadziła p. Delage do tej 
definicji, jest metodą stosowaną przez większość 
teoretyków komizmu, nie bez pożytku będzie 
wykazanie, czym różni się od niej nasza metoda. 
Powtórzymy tedy najistotniejszą część naszej 
odpowiedzi, którą ogłosiliśmy w tym samym piśmie 
**):

 

„Komizm można definiować przez jedną lub 

kilka ogólnych cech widocznych na zewnątrz, które 
wystąpią w gromadzonych chaotycznie efektach 
komicznych. Od czasów Arystotelesa wysunięto 
wiele tego rodzaju definicji i Pańską należy zdaje się 
zawdzięczać tej samej metodzie: zakreśla Pan krąg i 
pokazuje,  że dobrane na chybił trafił efekty 
komiczne znajdują się wewnątrz niego. Zauważone 
przez bystrego obserwatora,

 

*' „Revoe du Mois", 10 VIII 1919, t. XX, s. 337 i nast. (Przyp. 

aut.). [Yves Delage. (1854—1920), biolog francuski, od 1901 członek 
Academię des Sciences].

 

**' Ibid. 10 X 1919, t. XX, s. 514 i nast. (Przyp. aut.).

 

background image

 
 

232

 

stają się od razu, oczywiście, znamionami komizmu; 
moim jednak zdaniem często  zdarza  się je spotkać 
również w rzeczach wypranych z wszelkiego 
komizmu. Jak zwykle, definicja okaże się za szeroka. 
Jedno wszakże wymaganie logiczne w zakresie 
definiowania będzie spełnione, a to już jest coś, 
przyznaję: wskaże jakiś koniec z n y  warunek. Nie 
sądzę, by mogła — przez wzgląd na przyjętą 
metodę — podać warunek wystarczający. Dowodzi 
tego fakt, że większość tego typu definicji jest po 
równi do przyjęcia, jakkolwiek każda mówi o czym 
innym. Dowodzi zwłaszcza to, że żadna z nich, wedle 
mego rozeznania, nie podaje sposobu na 
konstrukcję definiowanego przedmiotu, na 
stwarzanie komizmu *). Mnie kusiło coś całkiem 
innego. Starałem się wykryć w komedii, w farsie, w 
sztuce klowna itp. sposoby stwarzania komizmu. 
Korciła mnie myśl,  że są one wariacjami na ternat 
bardziej ogólny. Napisałem: temat, dla 
uproszczenia; wszelako te wariacje ważą tutaj 
przede wszystkim. Temat, lada jaki, dostarcza 
ogólnej definicji, która staje się prawidłem 
konstrukcji. Stwierdziłem zresztą,  że tą drogą 
uzykana definicja może się wydać na pierwszy rzut 
oka za wąska, podobnie jak definicje otrzymywane 
inną metodą były znowu za szerokie. Wyda się za 
wąska, gdyż obok rzeczy, która jest śmieszna całą 
swą istotą,  śmieszna sama przez się,  śmieszna 
mocą swej wewnętrznej struktury, jest mnóstwo 
innych, które budzą 

śmiech na mocy 

powierzchownego podobieństwa do tamtej lub 
przypadkowych

 

*' W licznych ustępach tej książki wykazałem na wybranych 

przykładach ich niedostatki. CPrzyp. aut.).

 

233

 

związków z trzecią, lecz mocno ją przypominającą, i 
tak dalej, i tak dalej; tym skokom komizmu nie ma 
końca, albowiem lubimy śmiać się i każdy pretekst 
jest dobry; mechanizm kojarzący idee osiąga tu 
zawrotną komplikację; toteż psycholog, który w 
swoich studiach nad komizmem trzymałby się tej 
metody i który musiałby walczyć z trudnościami 
wciąż się odradzającymi, zamiast skończyć raz na 
zawsze ze swoim przedmiotem zamykając go we 
właściwej formule, ściągnąłby na siebie 
niebezpieczeństwo zarzutów, że nie umiał zdać 
sprawy ze wszystkich faktów. Kiedy zastosuje 
własną teorię do wysuniętych przeciw niemu 
przykładów i dowiedzie, że stały się komiczne przez 
podobieństwo do tego, co komiczne było samo przez 
się, z łatwością wynajdzie się następne i następne; 
jego praca nigdy nie będzie miała kresu. W zamian 
za to ogarnie komizm, zamiast zamykać go 
wewnątrz mniej lub bardziej szerokiego kręgu. Jeśli 
mu się uda, poda sposób na stwarzanie komizmu. 
Jego posunięcia będą miały  ścisłość i dokładność 
uczonego, którego poznanie dowolnej rzeczy, jak 
mniema, nie osiągnie  żadnego postępu dopóty, 
dopóki on sam jej nie nada takiej to a takiej 
etykietki, mniej czy bardziej trafnej (zawsze znajdzie 
się dość takich, które okażą się odpowiednie); jest to 
analiza zrobiona jak się należy i możność  złożenia 
przedmiotu na nowo daje pewność,  że rozbiór 
dokonany został w sposób doskonały. Tak wygląda 
przedsięwzięcie, które mnie skusiło.

 

Dodam jeszcze, że równocześnie, kiedy starałem 

się określić sposoby stwarzania rzeczy śmiesznych, 
dociekałem intencji społeczności wybuchającej 
śmiechem. Jest to bowiem coś wielce zdumie-

 

background image

 
 

2 34

 

wającego,  że ktoś ^wybucha śmiechem, a metoda 
wyjaśniająca, o której wyżej mówiłem, nie wy-
świetla zgoła tej drobnej tajemnicy. Nie widzę na 
przykład, dlaczego «dysharmonia» właśnie jako 
dysharmonia miałaby wywoływać u świadków tak 
swoiste objawy jak śmiech, podczas gdy tyle innych 
własności, jakości lub braków, pozostawia mięśnie 
twarzy nieporuszonymi u widza. Trzeba tedy 
dociekać, co jest swoistą przyczyną dysharmonii, 
której skutek jest komiczny; można będzie zaś  ją 
rzeczywiście wykryć tylko wtedy, gdy się dzięki niej 
wyjaśni, dlaczego społeczność czuje się w podobnym 
wypadku zobowiązana do objawiania czegokolwiek. 
W przyczynie komizmu musi tkwić coś, co przynosi 
po trosze ujmę (i to swoistą ujmę)  życiu społecz-
nemu, skoro społeczeństwo odpowiada na to 
gestem, który ma w sobie coś z reakcji obronnej, 
gestem, który napawa po trosze lękiem. Z tego też 
wszystkiego chciałem zdać sprawę".

 

Bibliografia

 

[Bibliografia została doliczona do wydania Le Rire z 1900 r. W wydaniu 23 
z 1924 r. Bergson zmieni! ją częściowo, parę pozycji usunął, inne dodał. 
Pozycje usunięte oznaczono tutaj kropką na początku wiersza, dodane — 
gwiazdką].

 

Hecker, Physiologie und Psychologie des Lachem und

 

des Komischen, 1873. Dumont, Theorie 

scientifigue de la sensibilite, 1875,

 

s. 202 i n. Por. tegoż autora, Les causes du rire,

 

1862. Courdaveaux, Etudes sur le comigue, 

1875.

 

• Darwin, L'expression des emotions, tłum. fr., 1877,

 

s. 214 i n.

 

Philbert, Le rire, 1883. Bain (A.), Les emotions et la 
lolontt, 
tłum. fr., 1885,

 

s. 249 i n. Kraepelin,  £ur Psychologie des 

Komischen („Phil.

 

Studien", vol. II, 1885). 

•Piderit, La mirnigue et la physiognomie, tłum. fr.,

 

1885, s. 146 i n. Spencer, Essais,  tłum. fr., 

1891, vol. I, s. 295 i n.,

 

Physiologie du rire. Penj on, Le rire et la liberie 

(„Revue Philosophiąue",

 

1893, t. II). Melinand, Pourguoi rit-on? 

 

 

(„Revue des Deux-

 

-Mondes", luty 1895).

 

Ribot, La psychologie des sentiments, 1896, s. 342 i n. 
Lacombe, Du comigue et du spirituel („Revue de

 

Metaphysiąue et de Morale", 1897). Stanley   

Hali and A. A H i n,  The psychology of

 

laughing,   tickling   and   the   comic   („American