background image

                                                   Z chomika Valinor

                      KORNEL MAKUSZYŃSKI

                   

 UŚMIECH LWOWA

NIEZNAJOMY JEST WIELKIM DZIWAKIEM

Mialem czternaście lat, kiedy zostałem sam na 
świecie. Ojciec mój umarł przed dwoma laty, matka 
przed kilku miesiącami. Przygarnęli mnie rodzice 
mego kolegi, Tadeusza Borowińskiego. Dręczyło 
mnie to, gdyż źle im się wiodło; Tadzio odznaczał się 
takim apetytem, że mógłby dostać wielki złoty medal 
na wszechświatowej wystawie, a ja po jednym tylko 
popisie mogłem dostać mały, również złoty, i list 
pochwalny. Nie byłem więc takim nabytkiem, o 
który należało zbyt natarczywie prosić Pana Boga. 
Zacząłem przeto pilnie rozmyślać, co począć z 
czternastoletnim dryblasem, który się zowie Michał 
Korecki i wcale dobrze się uczy, ma jednak tę czarną 
wadę, że go nie można odzwyczaić od jedzenia i od 
zdzierania jedynej pary butów?

background image

Ja jestem tym dryblasem, bo rosnę szybko jak dzikie 
wino i niedługo wyskoczę z własnego ubranka, które 
zdradza już ostatek cierpliwości. Niedługo z moim 
wesołym przyjacielem, Tadziem, tak objemy dom 
jak termity. Jeśli nie uda mi się zdobyć jakiejś 
korepetycji lub jeśli nie wymyślę innego sposobu, 
abym się sam mógł wyżywić, nie wiem, co będzie? Z 
tym jest najgorsza sprawa, że za tydzień zaczynają 
się wakacje, a przez lato żadnej pracy nie znajdę.
Rozmyślałem gorzko patrząc przez okno na chmury 
jak gdyby w nadziei, że na jednej z nich, jak na 
wielbłądzie, przycwałuje w moją stronę jakiś 
nieznany wuj albo daleka ciotka i zawoła mnie po 
imieniu. Wujowie jednak, ani ciotki nie jeżdżą na 
chmurach. Nie wiedziałem zresztą, czy mam gdzie na 
świecie jakich krewnych. Nikt się po mnie ani do 
mnie nie zgłosił. Jesteś, Michałku, sam jak ptak 
zabłąkany na pustyni.
Wszedł Tadzio i szybko zbliżył się do mnie.
- List do ciebie! - szepnął niezmiernie przejęty.
Podał mi ogromny list, na którym z jednej strony 
wypisane było wielkimi literami nazwisko, a na 
drugiej krwawiło się pięć ogromnych pieczęci z 
czerwonego laku. Ten, który go pisał, nie mógł 
powiedzieć, jak ów wesoły pisarz, co zakleiwszy list 
opłatkiem dopisał: "Przebacz Polaku, lecz nie mam 
laku!"
List sprawiał swoim wyglądem potężne wrażenie. 
Obracałem go w rękach z jakimś zabobonnym 
strachem. Wszystkiego mogłem się spodziewać na 

background image

tym świecie, ale nie listu. Ludożerca w afrykańskiej 
puszczy mógł łacniej list otrzymać niźli ja. A jednak 
ktoś do mnie napisał! Nie miałem odwagi otwarcia 
tego listu i naruszenia pięciu pieczęci.
Tadzio patrzył też ze strachem i szeptał gorączkowo:
- Wchodzę w bramę, a wtem zbliża się jakiś pan... 
Taki jakiś wysoki i chudy. "Czy ty, chłopcze, jesteś 
Michał Korecki?" - powiada. Ja mu na to, że nie, ale 
że ty u nas mieszkasz. Wtedy on daje mi list l mówi: 
"Daj go Michasiowi! To bardzo ważny list!" 
Wziąłem list, a ten pan gdzieś się podział. Tak 
prędko odszedł, że nie miałem czasu, aby mu się 
dobrze przyjrzeć! Boże drogi, co to wszystko znaczy? 
Przeczytaj, prędko przeczytaj!
Nie trzeba mnie było zachęcać! Otworzyłem list z 
nerwowym pośpiechem i wydobyłem z niego dużą 
kartkę zapisanego papieru i dwa banknoty.
- Pieniądze! - zawołał Tadzio.
- Czytajmy... - szepnąłem nieswoim głosem.
Przepisuję tutaj ten list dosłownie, każdej zresztą 
chwili mogę go wypowiedzieć z pamięci, czytałem go 
bowiem ze sto razy. Był on łatwy do zapamiętania, 
bo był pisany... wierszami!

Powiedzieli mi ludzie, kochane me dziecię,
Ze nikogo już z bliskich nie masz na tym świecie,
Lecz istnieje przyjaciel, me znany nikomu,
Który ciebie we własnym chce wychować domu
A dlaczego to czyni, będziesz wiedział o tem,
Ale jeszcze me teraz, tylko nieco potem

background image

Dumy twojej nie zranię! Klnę się na Zawiszę,
Żem uczciwy przyjaciel i sercem list piszę!
Znajdź mnie, miły Michałku, by złożyć dowody,
Żeś jest bystry i dzielny, choć tak bardzo miody
Jeżeli mnie odnajdziesz, rzecz postanowiona
Nieznany Cię przyjaciel zagarnie w ramiona,
Lecz jeśli nie potrafisz, to dowodem będzie,
Żeś wcale me jest orłem, lecz kurą na grzędzie.
Ruszaj w drogę i szukaj! Ja ci tylko mogę
Wyborne dać wskazówki na zawiłą drogę'
Znajdź miasto w polskiej ziemi W tego miasta 
bramie
Lew stoi, więc go nigdy żadna moc me złamie
Od wieków jest to miasto zamknięte na zamek,
Co zawsze jest otwarty, bez klucza i klamek
Nad rzeką owe miasto w wielkiej rośnie chwale,
Lecz choć jest w mm ta rzeka, me ma rzeki wcale!

Ze wzgórz schodzą do rzeki parki i ogrody, Lecz nie 
mogą się napić, bo me widać wody Skoro dworzec 
opuścisz, do pierwszej idź mety Tam gdzie stoi 
wyniosły dom świętej Elżbiety Potem szewca 
odnajdziesz, co z chorągwią w dłoni, Choć ciągle 
nieruchomy, jednak wroga goni. Pokłoń mu się z 
szacunkiem, a on ci w te pędy Powie, co masz 
uczynić, dokąd iść, którędy?
- To nadzwyczajne! - zawołał Tadzio, któremu na 
twarzy wybiegły rumieńce.
Ja musiałem być blady. Przez głowę moją przebiegły 
najdziwniejsze myśli. Czy to żart, czy to prawda? 

background image

Kim jest ten człowiek, co taki list napisał? Jakim 
sposobem dowiedział się o mnie? Czy to on sam 
oddał list Tadziowi? Czemu nie przyszedł wprost do 
mnie, aby mi powiedzieć zwyczajną zrozumiałą 
mową, o czym tak zagadkowo pisze w liście? Mówi 
wprawdzie, że po to czyni to wszystko, aby się o 
mojej przekonać bystrości. Czy dlatego mam szukać 
jakiegoś zaczarowanego miasta, zamkniętego 
otwartym zamkiem, miasta, w którego bramie stoi 
lew, rzeki, która jest i której nie ma, nieruchomego 
szewca? Co ja mam począć z tym listem, jakiego nikt 
chyba dotąd nie otrzymał? W głowie mi szumi, w 
ręku trzymam dwa banknoty.
- Może to fałszywe? - szepnął z przestrachem Tadzio.
- Nie wiem... - odpowiedziałem z trwogą. - List w 
każdym razie jest prawdziwy.
Udaliśmy się po pomoc i radę do pana 
Borowińskiego. Przeczytał dziwne pismo dwa razy, 
kręcił głową, marszczył czoło, wreszcie rzekł po 
długim namyśle:
- Nie wydaje mi się, aby ten list był żartem. Zbyt 
kosztowny byłby to żart ze względu na załączone 
pieniądze i zbyt okrutny ze względu na ciebie. Ten, 
co to pisał, jest niewątpliwie dziwakiem, lecz jakimś 
poczciwym dziwakiem. Musi to być człowiek dobry, 
który wymyślił oryginalny sposób, aby doświadczyć 
twojej bystrości. I nie tylko dobry, lecz nawet 
subtelny. Wie o tym, że słuszną powodowany dumą 
mógłbyś nie przyjąć pomocy od obcego człowieka, 
więc cię zapewnia o swoich szlachetnych intencjach, 

background image

płynących ze szczerego serca. Podoba mi się ten 
nieznajomy człowiek, który ciebie woła w tak dziwny 
sposób. Zgódź się na tą próbę, mój chłopcze! Nie 
myśl, na Boga, że chcemy się ciebie pozbyć z domu. 
Może jednak cała twoja przyszłość mieści się w tym 
dziwnym liście. Spróbuj! Uda ci się, to dobrze, nie 
uda się, wtedy powrócisz do nas. Powinno ci się 
jednak udać! Jesteś skautem, "poszukiwaczem 
ścieżek", więc nie dasz się zbić z tropu.
- Jemu wszystko się uda! - zawołał Tadzio.
- Szukajmy - rzekł pan Borowiński. - A raczej: ty 
szukaj sam! Wprawdzie ten pan nie zastrzegł w 
swoim cyrografie, żeby ci nie pomagać w 
rozwiązywaniu zagadki, ale może dlatego tylko, że 
mu brakło rymu. Lojalniej jednak będzie, jeśli 
rozwiążesz ją sam.
- Słusznie - poświadczyłem skwapliwie.
- Przetłumacz więc te tajemnicze wiersze na 
zwyczajną prozę.
Namyśliłem się głęboko i zacząłem w ten sposób 
objaśniać ów list:
- Miasto, w którym mieszka ów pan, leży w Polsce. 
To jest pewne, bo sam o tym pisze. Można się tam 
dostać koleją, bo też sam pisze o dworcu kolejowym. 
Jest to jakieś znaczniejsze miasto, bo "w wielkiej 
rośnie chwale". Czy dobrze rozumuję?
- Bardzo dobrze! Co jeszcze wiemy o tym mieście?
- To, że leży na wzgórzach. Ale czy leży ono blisko, 
czy daleko od Warszawy? Myślę, że daleko.
- Dlaczego tak myślisz?

background image

- Ten pan przypuszcza z całą pewnością, że pojadę 
trzecią klasą najtańszego pociągu, i daje mi na 
podróż czterdzieści złotych. Znaczną przestrzeń 
można przejechać za takie pieniądze, więc to miasto 
leży daleko od Warszawy.
- Świetnie! - zawołał Tadzio.
- Dobrze! - rzekł ojciec. - Wiemy już coś niecoś o tym 
mieście, tego nie wiemy, jak się zowie. Gdybyś to 
odgadł,
łatwiej byłoby ci wytłumaczyć najdziwniejszą część 
zagadki która mnie tez przestrasza.
Zebrałem wszystkie myśli i powtarzałem cicho:
- "... W tego miasta bramie stoi lew..." Lew, stoi 
lew... Co to ma oznaczać? To chyba musi być herb 
miasta. Warszawa ma w herbie syrenę, tamto miasto 
ma lwa. Zaraz... zaraz!
- Coś mi się już majaczy! - rzeki z uśmiechem pan 
Borowiński.
- Drogi panie! Proszę nie mówić, bo ja odgadnę sam. 
Więc w bramie stoi lew i miasto "rośnie w chwale". 
Jakieś lwie miasto, jakieś... O, Boże! To przecież 
Lwów!
- Nie ulega wątpliwości! Ja myślę tak samo. W liście 
są jednak inne ślady. Jak on tam pisze o tym zamku?
Odczytywałem raz jeszcze ustęp o "otwartym 
zamku", który "zamyka" miasto. Myśleliśmy 
wszyscy i nikt tego nie odgadł. Zasępiłem się po 
pierwszym, łatwym triumfie: zagadka była zbyt 
trudna. Usiłowaliśmy przeto rozwikłać drugą, o tej 

background image

dziwnej rzece, która jest w tym mieście i której... nie 
ma wcale.
- To okropne! - martwił się Tadzio.
Wtedy przyszło mi na myśl, że trzeba zajrzeć do 
podręcznika. Wertowałem gorączkowo jego kartki. 
Jest, jest! Czytałem szybko:
"Lwów, miasto w Małopolsce Wschodniej nad rzeką 
Pełtwią..."
- Mamy rzekę! - zawołałem z radością.
- Cóż z tego, że mamy, kiedy teraz idzie o to, aby jej 
nie było - rzekł ojciec Tadzia w zamyśleniu. - Nikt z 
nas nie był we Lwowie, więc...
- Mamusia była! - zawołał Tadzio.
- Prawda! Była tam przez trzy dni jadąc do 
Truskawca. Może co wie o tej pomylonej rzece, która 
raz jest, a raz jej nie ma.
Zapytaliśmy panią Borowińską chórem ku jej 
wielkiemu zdumieniu:
Czy jest we Lwowie rzeka?
Nie ma tam żadnej rzeki! - powiedziała.
Proszę pani, niech pani sobie przypomni, bo to 
ważna sprawa
Dobra kobieta wzruszyła ramionami.
- Mogę przysiąc, że nie ma. Schodziłam cały Lwów, 
bo jest śliczny. Widziałam każdy zakątek, jakże więc 
nie miałabym zauważyć rzeki? Powtarzam, że tam 
nie ma żadnej. Pokazaliśmy jej podręcznik, w 
którym płynie rzeka Pełtew. - To dziwne! To bardzo 
dziwne! Albo oni się pomylili, albo ja... Ale nie! Ja 
naprawdę mogę przysiąc...

background image

- Doskonale! - zawołał pan Borowiński. - Jedni 
wiedzą o tej rzece, inni nie wiedzą. Jest to bardzo 
śmieszne, ale widać, że tak może być. Zgadza się, 
Michałku, to Lwów!
- Ale co będzie z tym zaczarowanym zamkiem? I z 
tym nieruchomym szewcem, do którego mam się 
zgłosić? Jakżeż ja go znajdę?
- Pójdziesz po nitce do kłębka. Na miejscu łatwiej ci 
to przyjdzie. Bystrze odgadłeś początek, odgadniesz 
resztę.
Zarumieniłem się i ufność wstąpiła we mnie. Zaczęła 
mi się podobać ta cała przygoda. Będę miał 
pracowite, ale niezwykłe wakacje, szukając tego 
dobrego człowieka, co się ukrył w gąszczu zagadek. 
To doskonałe! Muszę otworzyć - otwarty zamek.
Jadę do miasta, w którego bramie stoi lew...

IDĘ SZUKAĆ BOHATERSKIEGO SZEWCA

Jechałem przez całą noc. Obudziłem się o świcie i od 
razu jak rozgadana wielkim szczebiotem gromada 
ptactwa opadły mnie rojem najdziwniejsze myśli. 
Wpadałem w zwątpienie, aby po chwili znowu 
zaczerpnąć odwagi. Bardzo jednak niespokojnie 
tłukło się we mnie serce, kiedy w śliczny, słoneczny 
poranek wysiadłem na dworcu lwowskim. Och, jakiż 
wspaniały dworzec! Ogromny, dwoma szklanymi 
dachami nakryty, ze szkła cały i żelaza. Przyjrzałem 
się ze zdumieniem, jak wielkie i ciężkie kufry 
dobywają się z podziemi podnoszone przez duży 

background image

dźwig. Sam zaraz potem zszedłem w te podziemia, w 
tunele, które wiodą do wyjścia. Byłem nieco 
oszołomiony, a przy tym głodny, więc zacząłem się 
błąkać po obszernych halach, nie wiedząc, dokąd 
pójść? Przyjrzał mi się ten i ów i wtedy po raz 
pierwszy usłyszałem lwowską mowę. Jest ona 
przedziwnie śpiewna i jakaś słodka. Takie odniosłem 
wrażenie, jak gdyby była zawsze uśmiechnięta. 
Ludzie też są uśmiechnięci. Musiałem ich zdziwić 
swoją strapioną miną, bo od razu dwóch czy trzech 
lwowiaków zwróciło się do mnie; zaczęli mnie 
wypytywać troskliwie i serdecznie, czy mi mogą w 
czym pomóc. Dziwni, kochani ludzie! Jak gdyby 
jednego było za mało do tej sprawy, zebrała się ich 
cała gromada i zaczęli się naradzać, gdzie mam 
spożyć śniadanie, gdzie usiąść i co mam zjeść? 
Zaprowadzili i mnie do kolejowego bufetu, usadowili 
i każdy mi na pożegnanie pozostawił uśmiech. Byłem 
wzruszony. Uśmiechnąłem się do wszystkich 
serdecznie i takeśmy się pożegnali, jak gdybyśmy się 
znali od dawna. Otucha we mnie wstąpiła, wśród 
takich ludzi nie można zginąć. Nagle jeden z owej 
gromadki powrócił i powiada:
- Ta jakby się panu tu nie spodobało, to niech pan 
pójdzie na Gródecką ulicę do mleczarni. Niedaleko 
stąd, koło Świętej Elżbiety!
Skoczyłem na równe nogi.
- Gdzie, gdzie? - zawołałem. - Pan powiedział koło 
Św. Elżbiety? Koło domu Św. Elżbiety?

background image

- Ta koło jakiego domu? Czy pan hecy robi? Ta to 
kościół, nie dom.
- Och, dziękuję panu! - krzyknąłem z radością.
- Nie ma za co... - odrzekł zdziwiony moją radością 
lwowianin.
Dobrze przeto odgadłem! Nieznajomy mój przyjaciel 
pragnie mi pokazać swoje miasto, swój Lwów. Jeśli 
on jest taki miły, jak ci lwowianie, których dotąd 
spotkałem, dobry to musi być człowiek.
Jadłem śniadanie szybko, bo mnie gnała wielka 
niecierpliwość. Wziąłem moją maleńką walizeczkę, 
by czym prędzej wyjść na ulicę. Powiedziano mi tam, 
znowu z najmilszym uśmiechem, że muszę iść prosto, 
potem skręcić w lewo. Trzech zacnych przechodniów 
ofiarowało się, że mnie zaprowadzą, ale 
podziękowałem im serdecznie, gdyż droga była 
prosta i łatwa. Szedłem wesoło, bo się jakoś wszystko 
doskonale klei. Naprzód, naprzód Michałku! 
Wszedłem w jakąś ubogą dzielnicę, szarą i zasnutą 
dymami wlokącymi się od kolejowych zabudowań. 
Gdzieś tutaj powinien stać, biedny zapewne, 
kościółek, którego szukam. Nagle krzyknąłem 
niemal z podziwu, na obszernym placu pysznił się 
potężny kościół o trzech wyniosłych wieżach. 
Objaśniono mnie, że to właśnie jest Św. Elżbieta. 
Trzeba się jej pokłonić, bo mi tak polecono. Z całego 
uczyniłem to serca. Kiedy przystanąłem potem na 
schodach, przed kościołem, aby go dobrze obejrzeć, 
zbliżył się do mnie staruszek ksiądz.

background image

- Podoba ci się nasz kościół, drogi chłopcze? - 
zapytał.
- O bardzo, bardzo! - zawołałem.
- Bo jest piękny - mówił ksiądz z miłością. - 
Zbudowany jest w stylu romańsko-gotyckim, 
szlachetny w liniach, spokojny i poważny. Cieszę się, 
że cię tak zachwycił. Czy jesteś nietutejszy?
- Jestem z Warszawy - rzekłem nieśmiało. - 
Przyjechałem dzisiaj rano.
- Z Warszawy? Patrzcie, patrzcie! Do krewnych 
przyjechałeś?
Nagła myśl zaświtała w mej głowie.
- Nie, proszę księdza. Przyjechałem w bardzo ważnej 
sprawie. Szukam jednego szewca.
- Kogo szukasz? Szewca? - zdumiał się ksiądz.
- Ale nie takiego zwyczajnego szewca. O, nie! Długo 
by trzeba opowiadać, dlaczego go szukam. Niech się 
ksiądz dobrodziej nie śmieje, ale muszę znaleźć 
takiego szewca, który jest we Lwowie, i który "z 
chorągwią w dłoni, choć ciągle nieruchomy, jednak 
wroga goni".
Staruszek ksiądz spojrzał na mnie podejrzliwie i 
nieznacznie się ode mnie odsunął.
- Chłopcze! - rzekł troskliwie. - Czy ty nie masz 
gorączki?
- Skądże! Nie mam!
- Więc czemu gadasz wierszami? Czy żarty sobie 
stroisz ze starego człowieka?
- Broń Boże! - krzyknąłem. - Proszę księdza, ja 
naprawdę...

background image

- Niechże cię Pan Bóg ma w swojej opiece! - szepnął 
poczciwy ksiądz i odwracając się ciągle podreptał 
szybko do kościoła.
Musiał mnie uważać za wariata, bo też gadałem, 
jakbym był pomylony. Zdaje się, że nie raz jeden 
jeszcze mnie to spotka. Nie martw się, dzielny 
skaucie! Pomyśl, co masz teraz uczynić? Zawezwij 
tępą głowę do ciężkiej pracy, bo coś się jej myśleć nie 
chce.
Ach! Któż mi o dziwnym szewcu prędzej powie niż 
zwyczajny szewc? Po godle odnalazłem jakiegoś 
zacnego szewca przy pobliskiej ulicy Leona Sapiehy; 
wysłuchawszy mojej oszalałej opowieści, odłożył 
kopyto, zmarszczył się i począł potężnie rozmyślać. 
Czasem oczy wznosił ku niebu, gdzie wszystko 
wiedzą, czasem stukał palcem w głowę i 
nadsłuchiwał echa. Wreszcie rzekł:
- Żeby tak prawdę powiedzieć, to ja o takim szewcu 
nie słyszałem, ale tak sobie myślę, że się taki w 
naszym Lwowie znajdzie. U nas, jak trzeba, 
wszystko się znajdzie, tylko poszukać. Powiada 
kawaler, że ten szewc jest wciąż nieruchomy? Taki 
jest! Jest taki! Na Łyczakowskiej jest szewc, co już 
od dwudziestu lat jest nieruchomy, bo mu nogi 
odjęło od wilgoci. Ta może to ten?
- A czy goni kiedy wroga? - zapytałem nieśmiało.
- Gonić, to on goni. Czasem żonę, kiedy za wiele 
gada, a czasem chłopca, kiedy coś sknoci, ale to nie 
wrogi. Zgadzałoby się, ale tylko w połowie. Jest 
jeden but, ale pary nie ma. To na nic!

background image

- I chorągwi pewnie też nie ma?
- Chorągwi? A na co mu chorągiew? Rzemień ma i 
tyle.
- Więc to nie on - powiedziałem smutno. - Bardzo 
panu dziękuję...
- Nie ma za co... nie ma za co... Smutno mi, że pan aż 
z Warszawy przyjechał, aby się tyle tylko 
dowiedzieć. A ja bym do Warszawy po to tylko 
pojechał, aby zobaczyć to Stare Miasto, gdzie się 
narodził najsławniejszy polski szewc.
- Kiliński - powiedziałem mimo woli, zajęty myślami.
- O, tak! Największy szewc, pan pułkownik Kiliński! 
A czy kawaler wie, że myśmy mu tu, we Lwowie, już 
dawno pomnik postawili? Stoi on sobie na nim z 
kamienia wykuty, a w ręce trzyma chorągiew.
- Jak pan powiedział?
- Powiedziałem, że ma chorągiew w prawej dłoni. 
Tak jest wyobrażony, jakby Moskala gonił i wołał: 
"Do broni, bracia, do broni!" Co się z panem dzieje?
Zdumiał się, bo go objąłem za szyję i ucałowałem w 
siwe wąsiska.
- To on! - wołałem - To mój bohaterski szewc! I 
nieruchomy jest, i goni wroga. Niech panu Bóg 
zapłaci! Gdzie on stoi, panie drogi, gdzie on stoi?
- W swoim własnym parku - odrzekł szewc z dumą. - 
W parku Kilińskiego. Tak, tak! To z pewnością on, 
bo drugiego takiego nawet we Lwowie nie ma. Ta 
pojęcia pan nie ma, jak ja się cieszę. Już kawaler 
chce iść? Ledwo przyszedł, już odchodzi? O nie, 
bardzo przepraszam! Tak nie można. Wieprzowina z 

background image

kminkiem będzie na obiad, a we Lwowie głodnego 
gościa nie wypuszcza się do parku. Cha! cha!
Musiałem pozostać i zjeść obiad. Nikt mnie tu nie 
znał, nikt o mnie nie słyszał, a już mnie przygarnięto 
i już mnie nakarmiono. To jakieś czarodziejskie 
miasto! A na pożegnanie rzekł mi zacny szewc:
- A jakbyś, chłopczyno, nie miał gdzie głowy 
przytulić, to przyjdź na noc.
Miałem łzy w oczach przy pożegnaniu i dopiero 
osuszyło mi je słońce na ulicy.
Powtórzyła się ściśle poranna historia, gdyż wszyscy 
chcieli mi wskazywać drogę do parku Kilińskiego. 
Obejrzałem po drodze wspaniały gmach 
Politechniki. Jakiś student widząc moje szeroko 
rozwarte oczy uśmiechnął się i rzekł wesoło:
- Ładny budyneczek, co? Zachariewicz budował. A 
gdyby cię, mikrusie, do środka wpuścili, tobyś tam 
obrazy samego Matejki zobaczył.
- Przepraszam pana - rzekłem. - Co to jest 
"mikrus"?
- Cha! cha! - zaśmiał się student. - Toś ty 
nietutejszy?
Mikrus to po naszemu mały brzdąc. Nie gniewaj się! 
Myślałem, żeś swój. A wiesz, kto to był Matejko?
- Wielki malarz, wspaniały malarz! - zawołałem.
- Zdałeś! Wcale nie jesteś mikrus, tylko szlachetna 
osoba. Dokąd idziesz?
- Do parku Kilińskiego.
- Pójdziemy razem, bo ja też w tamtą stronę niosę 
moje ciało.

background image

Rozgadaliśmy się, a on każde słowo skraplając 
śmiechem objaśniał mi wszystko po drodze. Szliśmy 
przez piękną dzielnicę pełną drzew i zieleni. 
Minęliśmy ogromny gmach Szkoły Kadetów i 
stanęliśmy wreszcie u jednej z bram wspaniałego 
parku.
- Wal, bracie - rzekł student - tą drogą w dół, tylko 
się nie rozpędzaj, bo wpadniesz do sadzawki i ryby 
cię zjedzą. Dawaj łapę! Ale, ale! Nie wyglądasz na 
księcia, więc pewnie jesteś goły, a do tego w podróży. 
Wiesz co, stary, podzielę się z tobą tym, co mam.
- Bardzo panu dziękuję, ale ja mam pieniądze.
Wtedy on ryknął śmiechem.
- To całe szczęście, bo ja nie mam ani grosza przy 
duszy, więc niewiele byś dostał. Świetny kawał, co? 
Serwus, kolega! Niech ci nic nie dolega! Psiakość, to 
do rymu! Bądź zdrów i nie bój się krów! Znowu do 
rymu, jak Pana Boga kocham...
Tuż byłem daleko, a ten wesoły student jeszcze się 
śmiał. Bardzo weseli ludzie mieszkają we Lwowie! 
Prawdę mówiąc, muszą być weseli, skoro mają taki 
cudny park. Rozłożony na wzgórzach, bujny, zielony 
i srebrny, bogaty i napełniony ptasim rozgwarem, 
przepysznie utrzymany, budzi radość w duszy. Ileż 
tu kwiatów, ile drzew wyniosłych, ile krzewów! 
Dróżki kręte jak małe potoki wiją się wśród 
wąwozów i spływają do rzeki szerokiej drogi. 
Wszedłem w jakąś prześliczną aleję wyniosłych, 
przyciętych równo grabów i szedłem wśród niej jak 
wśród zielonych murów. Jedna dróżka prowadzi w 

background image

dół. Ach! Wśród kwiecistych rabatów, wśród 
różnokolorowych kwietnych dywanów stoi pomnik: 
to on! Kiliński... Bohaterski szewc... Ta druga stacja 
mojej zawiłej wędrówki przepyszne ma mieszkanie 
w przepysznym parku.
Tłum ludzi snuł się po drogach. Ja stanąłem tuż koło 
pomnika i spojrzałem na tego, który na nim stoi: 
wszak to on ma mi powiedzieć, co mam czynić dalej?
W tej chwili zbliżył się do mnie jakiś chłopczyna i 
zapytał nieśmiało:
- Czy ty jesteś Michaś z Warszawy?
- Tak! - rzekłem szybko z drżeniem serca.
- List do ciebie - rzekł chłopiec, wręczył mi list i 
uciekł.
Czytałem szybko:
Dzielnie, dzielnie, Michasiu! Mam cię wciąż na oku, I 
o każdym wiem twoim do tej chwili kroku. Zanim 
wieczór zapadnie, zanim znajdziesz łóżko, Idź zaraz 
do Racławic, gdzie walczył Kościuszko! Z góry 
spojrzyj na miasto, co w dali wyrasta, Bo w życiu 
piękniejszego nie widziałeś miasta!

KOŚCIUSZKO WALCZY A SŁOŃCE ZACHODZI 
PONAD LWOWEM

Już się nie obawiałem zawiłych zagadek. Prócz 
zagadki o rzece i o tajemniczym zamku rozwiązałem 
szczęśliwie wszystkie. Już nie zginę, tym pewniej nie 
zginę, że ktoś wyraźnie nade mną czuwa i czyjeś oko 
na mnie spogląda. Dodało mi to siły. Byłem 

background image

wprawdzie zmęczony, a jeszcze więcej oszołomiony, 
ale mam przecie czternaście lat! Wyspałem się w 
pociągu, podjadłem sobie u zacnego szewca, więc 
teraz tylko chwilę odpocznę i będę gotowy do nowej, 
wesołe: awantury. Znalazłem Kilińskiego, będę 
szukał teraz Kościuszki. Łatwo znalazłem 
pułkownika, łatwiej przeto odnajdę jenerała, i to 
wielkiego jenerała!
Usiadłem na ławce w parku i patrzyłem na 
przechodzących. Może wśród nich krąży i mój 
nieznany opiekun? Obserwowałem wszystkie twarze, 
nikt jednak na mnie nie spojrzał. Wszyscy radowali 
się słońcem, które wędrowało ponad parkiem i 
całowało drzewa. W pobliskiej sadzawce rzucały się 
ryby. Mnóstwo dzieci biegało po drożynach wśród 
kwiatów. Przebiegający obok mnie chłopiec, w moim 
zapewne wieku, nagle się zatrzymał i spojrzał na 
mnie ciekawie. Miał miłą twarz, ale mnóstwo na niej 
piegów. Jasne jego włosy były w takim nieładzie, jak 
gdyby wielka burza starmosiła łan żyta. Patrzył na 
mnie, obchodząc mnie ze wszystkich stron, potem 
bez dłuższych wstępów oświadczył mi, że mnie 
stłucze na kwaśne jabłko. Na moje zdumione 
pytanie, czym sobie zasłużyłem na takie odznaczenie, 
odpowiedział, że jest rozżarty jak tygrys, został 
bowiem pobity przez swego kolegę, który potem 
uciekł. Musi przeto na kimś wziąć pomstę za swoją 
krzywdę, aby była jakaś sprawiedliwość, więc mnie 
wzywa, abym się bronił, gdyż nadeszła moja ostatnia 
godzina. Odpowiedziałem mu ze smutkiem, że jest 

background image

on pierwszym nieuprzejmym lwowianinem, jakiego 
spotkałem, więc pewnie dlatego został naznaczony 
przez naturę piegami. Postępowanie jego sprawiło 
mi bolesny zawód, przynosi on bowiem wstyd 
swojemu gościnnemu miastu. Bystre oko mogło 
dojrzeć ślad nagłego rumieńca między piegami. 
Zawstydził się!
Spojrzał na moją walizeczkę.
- Co to jest? - zapytał z nagła, zaciekawiony.
- Przecie widzisz, że nie słoń, tylko walizka - 
odburknąłem.
- A czemu z nią chodzisz?
- Bo przyjechałem dzisiaj rano i nie mam 
mieszkania.
- To zupełnie inna para butów! - zawołał. - Jesteś 
gość, więc się nie będziemy bili. Przepraszam cię, że 
chciałem z ciebie zrobić powidło, bo mi się zdawało, 
że się śmiejesz z mojej piegowatej gęby.
- Wcale się nie śmiałem!
- W takim razie jesteś morowy chłop. Zmęczony 
jesteś, że tak tu siedzisz?
- Trochę dlatego, że jestem zmęczony, a trochę 
dlatego, że tu ślicznie.
- Prawda? - zakrzyknął i oczy mu zabłysły.
- Ale ja już muszę iść. Mój kochany, może mi w 
czymś pomożesz? Może mi powiesz, czy tu w pobliżu 
jest pomnik Kościuszki, albo dom jego imienia, albo 
ulica Kościuszki?

background image

- Ulica jest, ale daleko stąd, a pomnika nie ma. 
Czekaj, niech trochę pomyślę... Kościuszko... 
Kościuszko...
- A czy ty wiesz, kto to był Kościuszko?
- Jesteś gość - zawołał piegowaty chłopak - ale 
jednak podbiję ci oko za takie pytania. Wiem, kto 
był Kościuszko, i wiem, co to Racławice. Oj, mam! 
Przecie niedaleko stąd jest Racławicka Panorama i 
tam namalowany jest Kościuszko. Czy tego szukasz?
- Pewnie tego - zawołałem uradowany. - Pokaż mi, 
mój kochany, którędy trzeba iść.
- Ja ci nie pokażę, ale cię tam zaprowadzę. Wal pod 
górę! A walizkę to ja poniosę.
- Zmęczysz się!
- I ciebie też bym poniósł, ale to pod górę, nie dam 
rady. Ten też jest uprzejmy, tylko piegowaty 
przypadek uczynił z niego awanturnika. Zawiódł 
mnie do drzwi okrągłego budynku, na którym 
widniał napis Racławice. Kościuszko i Racławice to 
jedno i to samo, zdaje się, że dobrze trafiłem. 
Pożegnałem się z nim jak z dobrym przyjacielem i 
wszedłem do dziwnego budynku.
Zdumiałem się, że nie usłyszałem gruchotu 
wystrzałów i strasznych krzyków ludzkich. 
Znalazłem się nagle - w środku bitwy. W samym 
środku! Dokoła mnie wrzała bitwa racławicka, tuż 
przy mnie, tak że mogłem sięgnąć ręką i dotknąć nią 
człowieka czy konia. Prą na siebie w straszliwym 
zamieszaniu dwa wojska, a nagle zamarli wszyscy w 
zajadłym, porywczym pędzie; znieruchomieli 

background image

wszyscy jak zaczarowani. Dymy armatnie snujące się 
nad racławickim polem też się nie poruszają, a 
zdawałoby się, że najlżejszy wiatr uniósłby je z sobą. 
Bitwa wre w największej ciszy, w jakiejś martwej i 
niepokojącej ciszy. Widać, że ludzie mają usta, tak 
namalowani, jakby byli żywi i nie słychać ich 
krzyku. Przedziwne wrażenie!
Jest, jest Kościuszko! On też coś woła i wskazuje 
ręką. Jego nakazano mi zobaczyć, więc patrzę 
szeroko rozwartymi oczami. Potem obejmuję 
spojrzeniem rozległe pole, porznięte jarami, którymi 
wycieka w zbałwanionym pędzie ludzka ciżba. Przed 
chwilą zdawało mi się, że przez czary znalazłem się w 
największym wirze walki i już stąd nie wyjdę, bo 
wszystkie drogi zawalone są wojskiem i zatłoczone 
rannymi. Zapomniałem o tym, że stoję na wyniosłej 
galerii, a olbrzymi obraz otoczył mnie ze wszystkich 
stron. Zejdę schodami w dół i w ten sposób 
wydostanę się na świat boży z tego zaczarowanego 
pola chwały. Wielki czas minął, zanim wydostałem 
się tą drogą. Kiedy oszołomiony wychodziłem, 
miałem oczy pełne płonących barw, jak gdybym 
długo spoglądał w rozpłomienione ognisko.
Na świecie już. się miało ku zachodowi, więc 
musiałem tam przebyć ze dwie najmniej godziny. Co 
mam teraz począć z sobą? Mam spojrzeć z góry na 
miasto. Chętnie, o, jak chętnie to uczynię, a potem 
spomiędzy tych radosnych ogrodów pójdę w dół 
ulicami, aby znaleźć jakiś nocleg.

background image

Znajduję się na jakimś terenie zabudowanym 
pawilonami, wśród których wznosi się okazała wieża. 
Uprzejmy przechodzień objaśnia mnie, że przed 
kilkudziesięcioma laty urządzono na tych rozległych 
polach, nad parkiem, wielką wystawę, a teraz 
corocznie odbywają się tu Targi Wschodnie.
- Jeśli chcesz, młody człowieku, ujrzeć panoramę 
Lwowa, idź tam, gdzie widać ten rozłożysty budynek. 
To Pałac Sztuki z owej wystawy. Poza nim jest mała 
terasa, skąd najpiękniejszy roztacza się widok.
Stała tam gromadka ludzi. Jakiś samotny starszy 
pan ze smutną twarzą oparł się o balustradę i patrzył 
w milczeniu. Jakiś inny, bardzo stary i przygarbiony, 
ujął rękę dziewczynki, może dwunastoletniej, i mówił 
do niej półgłosem. Przystanąłem obok nich i 
spojrzałem przed siebie.
Och, Boże! To naprawdę piękne! W głębokiej 
kotlinie, zasnutej w tej chwili złotym, 
przedwieczornym pyłem, jakby przesianym przez 
sito słońcem, legło kamienne miasto najeżone 
dziesiątkiem wież. Jak gdyby mu było ciasno, obiegło 
stoki wzgórz i pięło się na ich szczyty. Na jednym jak 
kamienna korona góry wspaniały jakiś bielił się 
kościół; na innym stożkowaty kopiec jak ostro 
zakończona czapka. Z dalekiego widnokręgu 
zdawały się schodzić ku miastu sine lasy, otoczyły je 
wieńcem i niepoliczoną ciżbą drzew. Miasto 
zamknęło im drogę, lecz niektórym jakby udało się 
wejść do jego wnętrza, bo się skupiły w wielu 
miejscach: to parki i ogrody. Jakżeż ich wiele! Może 

background image

dlatego to miasto jest takie wesołe i radosne, że 
mieszka wśród zieleni, wśród wzgórz i lasów. Lwów 
wygląda z oddali jak kamienne gniazdo w cichej 
kotlinie ocienionej zielonością.
Słońce migoce na złoconych krzyżach wież, łuną 
czerwieni okna i krwią zalewa miedziany dach 
wspanialej jakiejś budowli. Staram się wyrazić to, co 
widzę, jak najpiękniej, ale nie umiem. Dobieram 
takich słów, które mi się wydają kolorowe i złote, 
wiem jednak, że wszystkie są niezdarne. Nie! Nie 
umiem tego wypowiedzieć. To za piękne, to za 
piękne... Myślę sobie, że musiałbym głośno krzyknąć, 
a może wtedy wyraziłbym to, co czuję. Nie mogę 
jednak krzyczeć. Ludzie stoją tuż przy mnie. Ten 
stary, smutny pan właśnie na mnie patrzy... Wciąż 
patrzy... O, czemu ja nie mogę krzyknąć?! Coś 
dziwnego jednak dzieje się ze mną. Jestem 
szczęśliwcy, że widzę te śliczności, lecz byłbym 
jeszcze szczęśliwszy, gdybym je mógł oglądać z kimś, 
kogo bardzo kocham. Czemu tu nie ma Tadzia? Ten 
by nie wytrzymał, lecz krzyczałby z zachwytu.
Jest bardzo cicho, tylko z daleka dobiega pomruk 
wielkiego miasta, lecz się nie może przedrzeć przez 
gęstwę drzew i dochodzi do tego miejsca jakby szum 
dalekiej wody. Jest tak cicho, że słyszę, co ten 
zgrzybiały pan mówi do dziewczynki.
- Czy nie zimno ci, maleńka?
- Nie, dziaduniu - mówiła słodkim głosem 
dziewczynka. - Co chcesz jeszcze zobaczyć?
- Powiedz mi, jak wygląda niebo?

background image

- Słońce jest bardzo wielkie i czerwone. A obłoki są 
różowe... O, jak szybko lecą! Nad lasami, daleko, 
daleko, ukazała się długa, srebrna wstążka.
- Czy bardzo długa?
- O, bardzo! Nie widać jej końca, bo kopiec zasłania.
- A jak wygląda miasto?
- Jak bajka. W parku, tuż przy nas, podniosły się 
mgły i czepiają się drzew jak pajęczyna, a w mieście 
jest pożar.
- O, Boże! - usłyszałem przelękły głos staruszka.
- Ale nie prawdziwy pożar, dziaduniu. O, nie! - 
zaśmiała się dziewczynka - to tylko słońce czyni sobie 
igraszki. Teatr się pali!
- Czy jest bardzo pięknie?
- Bardzo pięknie... Jak zawsze... Chodźmy stąd 
jednak, bo z parku chłód nadciąga... Chodźmy 
dziaduniu! Jutro tu znów przyjdziemy i znów 
wszystko ci opowiem... Teraz...
Nie słyszałem już ostatnich słów. Dziwna para 
odeszła bardzo powolnym, ostrożnym krokiem.
Nie mogłem pojąć całej tej rozmowy. Przypominając 
sobie jej słowa, patrzyłem na miasto i szukałem tych 
rozpłomienionych cudów, o których mówili. Nie 
zauważyłem, że starszy pan, który stał opodal, 
oparty o barierę, zbliżył się do mnie i rzekł nagle:
- Biedny człowiek...
Zdjąłem kapelusz i ukłoniłem się.
Starszy pan uśmiechnął się życzliwie i zaczął 
rozmowę.

background image

- Oni przychodzą tu każdego dnia i wnuczka 
opowiada dziadkowi o wszystkim pięknym, co się 
odbywa na niebie i ziemi.
- Czemu opowiada, proszę pana? - zapytałem 
nieśmiało.
- Bo on jest ślepy. Patrzy jej młodymi oczami.
- Boże drogi! - zawołałem serdecznie przejęty.
- Tak, tak... Oślepł już dawno, a tak kocha swoje 
miasto, że musi je widzieć. Błaga, aby mu opowiadać 
o najdroższym jego mieście; o każdym ptaku, co 
przelatuje, i o każdej chmurze, co goni po niebie. 
Wszystko jest dla niego ważne i wszystko to widzi w 
swojej duszy. Cóż to, chłopcze, łzy masz w oczach?
- Przepraszam pana - mówiłem zawstydzony.
- Za co mnie przepraszasz? Uczciwy jesteś, jeśli cię 
tak cudza przejmuje niedola. Co tu robisz, chłopcze?
- Patrzę na miasto...
- Podoba ci się?
- Bardzo, bardzo, nadzwyczajnie! - zawołałem.
- Czy po raz pierwszy je widzisz?
- Znam doskonale jego historię, ale widzę je po raz 
pierwszy.
Spojrzałem w twarz tego pana, szczerą i otwartą, 
tylko smutną.
- Nie wiem, czy mogę panu powiedzieć...
- Och, jeśli to tajemnica...
- Właściwie to nie jest tajemnica, ale bardzo dziwna 
sprawa.
On spojrzał mi wprost w oczy i wpatrywał się w nie 
przez długą chwilę, potem skinął głową.

background image

- Nie mów mi - rzekł. - Dziwna czy nie dziwna, ale to 
twoja sprawa. Opowiesz mi kiedyś, jeśli się 
spotkamy. Dokąd się wybierasz z tą walizeczką?
- Nie wiem, proszę pana!
Musiałem to powiedzieć bardzo żałośnie, bo starszy 
pan aż się uśmiechnął. Mnie się jednak chciało 
płakać. Mój tajemniczy opiekun zapomniał o mnie. 
Nie dał mi znać, co mam czynić dalej.
- Jak to: nie wiesz? A gdzie ty mieszkasz?
- Nigdzie - odrzekłem z rozpaczą. - Przyjechałem z 
Warszawy i nigdzie nie mieszkam.
- To ciekawe!
- To tylko mogę panu powiedzieć, że powinienem 
tutaj, na tym miejscu otrzymać wiadomość, co mam 
z sobą począć, i nie otrzymałem tej wiadomości. Będę 
tutaj czekał choćby przez całą noc!
- Czy ten, który miał ci dać wiadomość, to pewny 
jakiś człowiek?
- Z tego, co mnie dotąd spotkało, wiem, że zacny i 
uczciwy.
Starszy pan zamyślił się i powiedział:
- Wiesz, co ci poradzę? Zostaw tutaj na widocznym 
miejscu jakiś znak, a sam chodź ze mną. Przecie cię 
tutaj nie zostawię we mgle i chłodzie. Masz na czym 
napisać list?
- Mam, proszę pana.
Wyrwałem z notesu karteczkę i zacząłem pisać, co 
mi ten miły pan dyktował:
Czekałem na próżno. Zabrał mnie ze sobą jeden pan. 
Proszę o wiadomość pod adresem...

background image

Napisałem nazwę ulicy i liczbę domu.
- Już? Co tam jeszcze piszesz?
- Piszę: "z głębokim szacunkiem".
- Bardzo ładnie. Jaki podpis?
- Michaś.
- Piękne imię... Połóż to na kamiennym słupku i 
przyciśnij kamieniem. A teraz chodźmy, chłopcze.
Zeszliśmy stromą ulicą i weszliśmy do domu, 
położonego tuż przy parku, przy innym do niego 
wejściu. Zatrzymałem się, aby przeczytać napis nad 
bramą:
Inimice, praeterii hanc domum!
- Co to znaczy, proszę pana?
- To słowa łacińskie. Znaczą: "Wrogu, przejdź mimo 
tego domu!" Ty jesteś przyjacielem, więc wejdź, mój 
chłopcze!

MÓJ PRZEWODNIK JEST GŁODNY, LECZ 
WESOŁY

Mieszkam sam jeden w obszernym pokoju! Byłem 
taki znużony, że po krótkiej rozmowie z moim 
nowym znajomym spałem, jakbym był zabity przez 
piegowatego chłopca. Obudziłem się jednak bardzo 
wypoczęty i rześki. Mój nowy przyjaciel zjawił się w 
moim pokoju, przyjrzał mi się serdecznie i rzekł:
- Tak się dziwnie zdarzyło, że mam u siebie chłopięce 
ubranie... Na twoją miarę... Twoje ubranko jest już 
mocno zniszczone... Nie obraź się, chłopcze, i wdziej 
to, prawie nowe...

background image

Zarumieniłem się.
- Jakże ja mogę, proszę pana...
- Prosiłem cię, abyś się nie obraził... Jestem starym 
człowiekiem i nie mam nikogo na świecie... Możesz 
mi zaufać i uwierzyć mi, że cię nie chcę dotknąć... 
Człowiek musi pomagać drugiemu człowiekowi... 
Weźmij to, drogi chłopcze!
Mnie to na nic i tylko się zmarnuje, a tobie... To 
piękne ubranie.
Zdumiałem się, bo glos mu zadrgał, drżały jego ręce, 
a oczy jego były wyraźnie wilgotne. Czyżby mu aż 
tak było żal tego ubrania? Ale nie! Coś innego go tak 
wzrusza. Przycisnął je do piersi, jak gdyby je tulił, 
ale patrzy na mnie tak czule i tak serdecznie, że i ja 
zaczynam drżeć. Czuję, że mi się w sercu robi 
dziwnie ciepło, że coś mnie popycha ku temu 
smutnemu człowiekowi. Nie wiedząc, czemu to 
czynię, wyciągnąłem ku niemu ręce, a on mnie objął i 
do serca przycisnął. Później dopiero poweselał, a 
kiedy jedliśmy śniadanie, rozmawiał ze mną z 
ożywieniem i czasem się uśmiechnął. Wtedy nie 
mogąc się powstrzymać całą moją odkryłem mu 
tajemnicę.
- Ależ to nadzwyczajna historia! - zawołał. - I 
zaufałeś temu dziwakowi?
- Z całego serca - odrzekłem. - To jakiś przezacny 
człowiek.
- Może być, może być!... - mówił pan Koliński (tak 
się nazywał). - A co tam, pani Józefowa?

background image

- List do jakiegoś Michasia! - wielkim grzmotem 
oznajmiła gruba kucharka.
- Do mnie! To od niego! - krzyknąłem.
Czytaliśmy razem:

Jesteś, miły Michasiu, pod dobrą opieką,
A ja jestem przy tobie, bardzo niedaleko.
Jeśli cię pan Koliński zatrzyma przy sobie,
Przy mm bądź, nim o mojej dowiesz się osobie.
Teraz miasto obejrzyj, lecz ci się me uda,
Byś w dniu jednym mógł wszystkie ;ego udrzeć cuda.
Niech patrzy twoje serce, a me tylko głowa,
A może zdołasz ujrzeć dumną duszę Lwowa
Wtedy ciebie powitam, nie kryjąc się wcale
A teraz cię pozdrawiam, drogi chłopcze Vale!

- Oddaje mi ciebie pod opiekę - zawołał wesoło pan 
Koliński. - Cóż ty na to?
- Cieszę się! - rzekłem serdecznie. - Ale jak ja mogę 
korzystać z pańskiej dobroci?
- Możesz, możesz! Nie mówmy o tym... Ależ cię 
prędko odnalazł! Bardzo jestem rad, że biorę udział 
w tej wybornej awanturze. Dziwny to jakiś człowiek!
- Ale czemu, proszę pana, on pisze wierszami?
- Czemu wierszami? - zamyślił się pan Koliński. - 
Mój drogi! Każdy ma jakąś słabość. Przebaczmy mu 
te wiersze...
Umocniony na duchu przez zacnego pana 
Kolińskiego napisałem przede wszystkim list do 
państwa Borowińskich. Zdaje się, że zabrakło 

background image

atramentu w kałamarzu, więc wlałem do niego 
trochę łez. Potem doskonale odziany poszedłem 
zwiedzać Lwów.
Szedłem spadającą w dół ulicą, nad którą wznosi się 
brzydka, czerwona jakby od wiecznej irytacji, 
dawna austriacka cytadela, brzuchata, okrągła, 
patrząca podejrzliwie szparami strzelniczych 
okienek. Nagle ktoś mnie gwałtownie potrącił. To ten 
wesoły student, co mi pokazywał Politechnikę! 
Zatrzymał się zdyszany i krzyknął na mój widok:
- A coś ty się tak wystroił? Żenisz się?
Zaśmiałem się serdecznie i pytam:
- Czemu pan tak pędzi?
- Ach, to cała historia... Wyobraź sobie, chciałem 
jechać tramwajem, a w tramwaju żądają ode mnie 
pieniędzy. Śmieszne, co? Bo ja znowu nie mam ani 
grosza. Wylali mnie z tramwaju, a ja sobie 
powiadam: owszem, pójdę piechotą, ale tak będę 
biegi, że prześcignę tego czerwonego bęcwała, ten 
tramwaj. Ja będę z niego się śmiał, a nie on ze mnie. 
I dlatego tak biegłem! Czego ryczysz?
- Bo pan też ryczy!
- Prawda. Od dwudziestu trzech lat proszą mnie 
wszyscy, abym się przestał śmiać, a ja nie mogę. 
Dokąd pan hrabia zdąża?
- Zobaczyć Lwów! I strasznie się cieszę, że pana 
spotkałem.
- Spodziewam się, że się cieszysz. Możesz mnie 
oglądać za darmo, a mnie powinni pokazywać za 
pieniądze. Co chcesz najpierw zobaczyć?

background image

- Wszystko! - zawołałem wesoło.
- Tylko małpa potrafi od razu wszystko zobaczyć. 
Jesteś cokolwiek małpiszon, ale tego nie potrafisz. 
Gadaj, co chcesz zobaczyć, a ja ci pokażę. 
Mądrzejszej głowy nie znajdziesz, choćbyś długo 
szukał. Dobrze, że się teraz nie śmiejesz! Znam 
Lwów jak własną dziurawą kieszeń. Jak ci na imię?
- Michaś.
On zawył nagle tak, że przechodnie zaczęli odwracać 
głowy.
- To nadzwyczajne! - krzyknął. - Ja też jestem 
Michał. Cha! cha! "Spotkały się dwa Michały, jeden 
duży, drugi mały". Czekaj, jeszcze jest jedno 
powiedzonko: "Haładrała do Michała!" Pytaj więc 
Michale Michała, a Michał będzie ci rozum do głowy 
wpychał? Potrafisz tak do rymu? Nie potrafisz, 
chocieś Michał.
- Proszę pana - zapytałem przypomniawszy sobie 
nagle dręczącą mnie zagadkę. - Czy jest rzeka we 
Lwowie?
- A cóżeś ty myślał? Pewnie, że jest! Śliczna rzeka, 
wspaniała rzeka.
- Wiem, Pełtew...
- Jeśli wiesz, to czemu pytasz i męczysz pytaniami 
dostojną osobę?
- Wiem, ale czegoś nie wiem. Proszę pana! Czy 
można zobaczyć tę rzekę?
Student znowu ryknął i przestraszył śmiertelnie dwa 
wróble.

background image

- Widziałeś własne ucho? - śmiał się serdecznie. - 
Chociaż nie! Ucho możesz zobaczyć, bo masz 
niepomiernie długie słuchy. Czy widziałeś własny 
żołądek?
- Nie widziałem, chociaż mam bardzo wielki żołądek.
- Nie widziałeś? To i naszej rzeki nie zobaczysz! - 
krzyknął triumfalnie.
- Ale czemu?
- Bo jest zamurowana!
Jestem w domu! "Jest rzeka i tej rzeki nie ma". Z 
zamkiem, co zamyka i jest otwarty, musi być 
podobny dowcip. Wesoły student objaśniony 
należycie zastanowił się.
- Nie mam o co uderzyć głową - rzekł - bo zaraz bym 
zgadł. Zamek... zamek... Ach, do licha!
Zatoczył się ze śmiechu i śmiał się przez pięć minut. 
Kilku przechodniów przystanęło, co się może 
zdarzyć w każdym mieście, ale nagle wszyscy zaczęli 
się śmiać, co się może zdarzyć tylko we Lwowie. 
Policjant też się uśmiechał łaskawie.
- Ludzie, trzymajcie mnie! - wołał na cały głos. - Ten 
berbeć robi ze mnie wariata! Przecież ten zamek, co 
zamyka miasto, a zawsze jest otwarty, to Wysoki 
Zamek.
Kiedy przechodnie rozeszli się widząc, że zabawa 
skończona, a on też przestał podrygiwać, wyjaśnił 
mi, że na wyniosłym wzgórzu, co panuje nad 
Lwowem, stal ongiś zamek murowany, którego 
mizerne już szczątki do dziś się niewielema 
czerwienią cegłami. Inny na tym miejscu stanął 

background image

pomnik chwały. W trzechsetną rocznicę zawarcia 
wiekopomnej Unii Lubelskiej usypał Lwów kopiec, 
którym jak czapką ogromną nakrył swoją górę. 
Wielki mąż, Franciszek Smółka, skrzyknął 
wszystkich, aby zwozili ziemię, i sam ją zwoził w 
pocie mądrego czoła. Tak powstał pomnik wieczysty 
miłości dwóch narodów.
Słuchałem pilnie studenckiego wykładu, w pewnej 
zaś chwili odkryłem głowę.
- Komu się kłaniasz, Michale, przyjacielu Michała? - 
zapytał on.
- Jakiś kościół - powiedziałem, wskazując piękny 
gmach w ogrodzie kopułą nakryty.
Znowu chciał ryknąć, ale niespodzianie spoważniał.
- To nie kościół, ale dobrze uczyniłeś kłaniając się. 
To Ossolineum. Prawie jak kościół, bo tu mieszka 
duch boży w setkach tysięcy książek zamknięty. 
Kiedyś był tu klasztor, teraz w klasztornej ciszy 
modlą się tu książki. Gdyby całe miasto runęło w 
gruzy - mówiąc to, splunął trzy razy poza siebie - a 
ten gmach tylko został, zostałoby jego serce, jego 
mózg i duch. Niemądre Austriak! zbudowały 
cytadelę tam, wyżej, a Polacy mieli tu swoją cytadelę, 
w której ukryli ducha jak nabój w armacie.
- Jak pan pięknie mówi! - zawołałem z zachwytem.
- Baran jest ten, co mówiąc o Lwowie nie mówi 
pięknie. Łatwo zresztą tak mówić, kiedy się natrafi 
na takie cudownie piękne słowo, jak Ossolineum. 
Czekaj, bracie, ja też zdejmę kapelusz!

background image

Przeszliśmy mimo z odkrytymi głowami i poszliśmy 
rojnymi ulicami na Mariacki plac. Ujrzałem 
kolumnę Mickiewicza, w perspektywie pomnik 
Sobieskiego, a u wylotu szerokiej alei wspaniały 
gmach.
- To teatr! - rzekł student. - Sławny teatr... Najwięksi 
aktorzy w nim grali. Ja tego nie pamiętam, ale 
opowiadają, że kiedy jego dyrektorem był 
Pawlikowski, to takiego cudownego teatru w Polsce 
chyba nie było. A wiesz, po czym my teraz idziemy w 
jego stronę?
- Jak to? Po ziemi.
- Całuj psa w nos! My idziemy właśnie po rzece, bo 
pod nami płynie Peltew. Zamurowali biedactwo 
razem z jednym śledziem, co się w niej podobno 
pluskał. Oj, oj... czemu się ten teatr tak jakoś kiwa?
Teatr stał wspaniały i spokojny, więc spojrzałem ze 
zdziwieniem na lwowskiego studenta. Boże drogi! 
Czemu on taki blady? Czemu się słania?
- Co panu jest? - krzyknąłem.
On, swoim zwyczajem, chciał ryknąć śmiechem, ale 
jakoś nie mógł. Śmiał się, ale dziwnie, i rzekł:
- Coś mi się zdaje, że to z przejedzenia... Trochę mi 
się czarno zrobiło przed oczami.
- Kiedy pan jadł ostatni raz? - zapytałem z 
przerażeniem.
- O ile sobie przypominam, to przed pełnią księżyca. 
Może trzy, może cztery dni temu... To strasznie 
śmieszne! Tak się wszystko zatacza...

background image

Chwyciłem go pod ramię i mimo jego protestów i 
gróźb, że mnie wrzuci do Pełtwi, zawiodłem go do 
jakiejś mleczarenki. Miałem jeszcze pieniądze, na 
szczęście. Znowu mi groził śmiercią, znowu krzyczał, 
że się nie może przyzwyczajać do jedzenia, ale pil 
mleko zachłannie, a bulki połykał niemal całe. Zjadł 
ich pięć i po krótkim wahaniu sięgnął po szóstą.
- Trzeba zjeść do pary - mruknął - nieparzysta liczba 
mogłaby mi zaszkodzić...
Wstydzę się tego, ale miałem łzy w oczach.
- Jak pan mógł tak o głodzie?...
- Jaki ze mnie byłby student, gdybym nie umiał 
głupich trzech dni wytrzymać bez jedzenia? 
Lwowianin jestem! - krzyknął z dumą i zaśmiał się 
serdecznie.
Już mu lepiej - pomyślałem - bo ryczy. Nie wiem 
dlaczego, uściskaliśmy się jak bracia.
- Myślisz, brzdącu - zawołał na ulicy rozdzierającym 
głosem - że ja będę za darmo jadł twój chleb? 
Niedoczekanie twoje! Chodź, Michale z Warszawy, 
obejrzeć lwowski Rynek.
Teraz ja protestowałem, ale on podniósł taki wrzask, 
że się obawiałem zbiegowiska. Zaciągnął mnie na 
Rynek i jednak spowodował zbiegowisko, z takim 
mówił zapałem:
- Widzisz tego dryblasa? To Wieża Ratuszowa! 
Pamiętaj, abyś nie płakał, gdyby się zawaliła. To 
austriackie gadanie, to jest... chciałem powiedzieć: 
austriackie budowanie. To, co Polacy zbudowali, jest 
śliczne, a co oni, to takie, że własną głową bym tłukł, 

background image

aby to rozwalić, tylko że szkoda mądrej głowy. Ja się 
kształcę na architekta, więc się na tym rozumiem. 
Spojrzyj, bracie Michale Mały o, na tę stronę Rynku, 
a lewe oko ci zbieleje, prawe zaś zajdzie mgłą 
zachwytu. Patrz na te cztery domy: jeden 
cudowniejszy od drugiego, a ta "czarna kamienica" 
to czarny diament renesansu, w szesnastym wieku 
oszlifowany. Święty Marcin ponad drzwiami strzeże 
tego domu, jakby chciał powiedzieć kamiennym 
słowem: "Jeśli zacność w sercu nosisz, wejdź do tego 
domu, a dam ci połowę płaszcza, ale miecz mam na 
wroga i Judasza!" A ten dom sześciookienny, to 
królewski dom! Ślieziiy, co? Prawe oko też ci 
zbielało, wędrowcze, ha?! Królowie strasznie kochali 
się w tym naszym Lwowie, a król Sobieski najwięcej. 
A król Michał Kory but nawet tu umarł, niebożątko. 
Szkoda, bo każdego Michała szkoda.
Wleźliśmy pomiędzy stragany i pomiędzy kosze, w 
których sprzedawano wiosnę: zarumienione 
rzodkiewki, sałatę i szpinak zielony z zawiści, że 
sałata ma ufryzowaną głowę. Gwar tu szumiał, jak 
woda w tych czterech studniach, zdobiących 
nadobnie Rynek, czasem zaś tryskała z niego 
fontanna podniesionych głosów albo śmiech. Targ 
bowiem odbywał się tu na wesoło, z krzykliwym 
humorem. Mój przyjaciel krążył uszczęśliwiony po 
tym ogrodzie, w którym sprzedawano pachnący 
koper, zgorzkniałe ogórki i świeży śmiech. Udawał, 
że chce kupić wszystkie warzywa Lwowa i zaczynał 
wesołą awanturę z każdą przekupką. Zjadł na próbę 

background image

parę niewinnych rzodkiewek, a gadał przy tym 
niestworzone rzeczy. Grube mieszczki wydawały z 
siebie cienkie, rozradowane głosy. Spostrzegły od 
razu, że wesoły student urządza amatorskie 
przedstawienie i zaczęły go odpędzać jak 
uprzykrzonego wróbla, co chce porwać czereśnię. 
Wszyscy śmiali się życzliwie, każdy ciskał za nim 
wesołe, śpiewne słowo, każdy patrzył przyjaźnie na 
jego bladą, lecz roześmianą gębę. On zaś, szczere 
lwowskie dziecko, gadał do swoich swoim i ich 
językiem, przezabawnie i kwieciście. W kieszeni miał 
pęczek młodej marchewki i dwa ogórki tanio 
kupione, za dwanaście uśmiechów i tyleż 
roześmianych słów. Mógł był, gdyby chciał, zdobyć 
nawet kalafior! Chodziłem za nim jak mały cień i 
śmiałem się razem ze wszystkimi.
- Na co panu te ogórki? - zapytałem zaciekawiony.
- Jest to owoc pożywny i smakowity! - odrzekł z 
powagą. - Mam obiad w kieszeni. Nie można zginąć 
wśród dobrych ludzi.
- Czy w tym mieście wszyscy są tacy dobrzy?
- Ech, gdzie tam! Parszywa owca w każdej znajdzie 
się gromadzie. Jest i łapserdaków mnóstwo. 
Przeważnie jednak dobry tu mieszka naród! 
Strasznie dobry i uczynny. Chcesz ogórka?
- Nie, dziękuję! Ja będę jadł obiad... A pan? - 
zapytałem nieśmiało.
- Nie mam czasu na takie wymysły! Odprowadzę cię. 
A gdzie pan hrabia mieszka? Koło parku? 
Doskonale. Siądę tam na ławeczce i będę rozmyślał, 

background image

przegryzając ogórkiem. A w kieszeni mam książkę... 
Słodka książka i gorzki ogórek, dwie wyśmienite 
potrawy.
Zaśmiał się w tej chwili tak doniosłe, że dwóch 
"mikrusów" grających w guziki przerwało grę i 
czym prędzej przybiegło, aby spenetrować, czy jest 
co "do śmiechu"? Ponieważ student pociesznie 
wykrzywił twarz i mrugnął w ich stronę, jak swój do 
swego, zaśmiali się także, aby koncert był pełniejszy. 
Tak to wzruszyło studenta, że wyjął dwa ogórki.
- Łap, jeden z drugim! - wrzasnął wesoło.
- A co pan będzie jadł? - zapytałem ze zdziwieniem.
- Mam jeszcze marchewkę! - odrzekł radosnym 
głosem.

UŚMIECH LWOWA

Opowiedziałem panu Kolińskiemu o wszystkim, co 
dzisiaj widziałem, i o miłym spotkaniu ze studentem. 
Nie zataiłem, że był głodny.
- Na Boga! - zawołał. - Gdzież on być może w tej 
chwili?
Ponieważ wiedziałem, że był w parku, pan Koliński 
wybrał się tam natychmiast wraz ze mną nagląc do 
pośpiechu. Znaleźliśmy mojego przyjaciela na jednej 
z ławek. Pan Koliński podziękował mu za opiekę 
nade mną i niby, o niczym nie wiedząc, zaprosił na 
obiad. Student stropił się i zaczął robić przezabawne 
ceremonie; twierdził, że go dozorca nie wpuści na 
schody, że służba na jego widok dostanie konwulsji, 

background image

że po jego pobycie trzeba będzie poświęcać 
mieszkanie i że psy na jego widok zaczną wyć w 
całym domu. Zabraliśmy go przemocą i usadowili 
przy stole. To jest najśmieszniejsze, że jedno z jego 
proroctw całkowicie się sprawdziło. Kiedy gruba, 
rykiem grzmotów napełniona, Józefowa wniosła 
wazę z zupą, stało się nieszczęście. Spojrzała 
zdumionym wzrokiem na nowego gościa i chciała 
krzyknąć, ale je) coś odebrało głos. Wypuściła tedy z 
rąk wazę z zupą, aby sobie odbić nagłą niemotę.
- Masz babo placek! - mruknął student. - A 
mówiłem, że będzie nieszczęście.
Tymczasem Józefowa zdołała chwycić oddech, jak 
żagiel chwyta wiatr, i wrzasnęła:
- Ta co ten batiar tutaj robi?
- Józefowa! - krzyknął pan Koliński.
Należy wiedzieć, że "batiar" nie jest w lwowskiej 
mowie komplementem i podaje w wątpliwość honor 
tak osobliwie nazwanego młodzieńca. Student, 
pragnąc wyjaśnić burzliwą sytuację, rzekł z wesołym 
uśmiechem:
- Nic nie szkodzi, proszę pana, to moja ciocia.
- Ta to prawda, na moje nieszczęście! - zawodziła 
potężna kobieta.
Zanim oliwa uspokoiła wzburzone morze i zanim 
zdumienie Józefowej spłynęło w strudze łez, wiele 
minęło czasu. Pan Koliński miał dłuższą konferencję 
w kuchni i grzmoty ucichły.
Student opowiadał wybornie o rodzinnych zatargach 
w łyczakowskiej dzielnicy, słynnej z gorących 

background image

temperamentów i burzliwych serc. Miano mu tam za 
złe, że zamiast jąć się sprawiedliwego rzemiosła, sam 
skazał się na głód, byle ukończyć Politechnikę. 
Słuchaliśmy jego bujnej opowieści z wesołym 
zaciekawieniem. Jedno było dziwne: student mówił, 
a myśmy słuchali, równocześnie on zjadł dwa razy 
tyle, co my we dwóch. Niech mu pójdzie na zdrowie! 
Pan Koliński patrzył na niego z przyjemnością i rad 
był bardzo. Zaprosił go od razu na dzień następny.
- A ciocia mnie nie otruje? - zapytał student.
- Ona pana bardzo kocha - zaśmiał się pan Koliński. 
- Spotkanie było zbyt nieoczekiwane i, jak twierdzi, 
żółć się w niej poruszyła.
Po obiedzie wybraliśmy się we trzech na zwiedzanie 
miasta. Mój nieznany przyjaciel nie dawał znaku 
życia, wiedząc, że dobre otaczają mnie serca. 
Istotnie, nie mogłem marzyć o czulszej przyjaźni. 
Pan Koliński poza tym był człowiekiem wspaniale 
wykształconym i niezmiernie dobrym; ze słodyczą w 
słowach nauczał mnie i objaśniał mi wszystko. 
Asystentem tego cudownego profesora stał się 
student, żarliwy lwowianin. Gdybym sto książek o 
Lwowie przeczytał, nie mógłbym dowiedzieć się 
więcej niż od nich. Oni umieli z kamiennego natłoku 
miasta wybrać wszystkie jego klejnoty i w pełnym 
ukazać je blasku. Dziś, kiedy obejrzałem każdy 
kamień Lwowa, wiem, że trzeba te klejnoty 
wyszukiwać, gdyż zasypane są rumowiskiem szarym 
i mało pięknym. Panorama tego miasta jest 
przepyszna, wnętrze jego jest jednak zatłoczone 

background image

tysiącami domów pospolitych, wśród których 
wyrasta, jak promienista niedziela wśród szarych, 
pracowitych dni tygodnia, jakieś cudo. Spróbuję 
uczynić takie porównanie: Lwów wygląda jak 
żelazny, bez połysku pas rycerski, w który 
wprawiono kilka bezcennych kamieni, diamentów i 
rubinów. Takim klejnotem nieporównanej piękności 
tego miasta jest katedra Sw. Jura, którą budował w 
18 wieku Jan de Witt, komendant Kamieńca 
Podolskiego. Wieńczy ona zielone wzgórze jak 
korona. Napatrzyć się jej nie mogłem, tak samo jak 
kaplicy Boimów, zbudowanej w samym początku 
siedemnastego wieku, jak cerkwi Wołoskiej, co wieżę 
ma prześliczną, jak kościołowi Dominikanów, też 
budowanego przez de Witta. A katedra Ormiańska, 
jakiż to skarb ukryty wśród zaułków! Boże, jaka 
piękna. Katedra rzymsko-katolicka, potężna, 
surowa, w gotyckim budowana porządku, 
prześliczne mająca kaplice, mieści się w samym 
sercu Lwowa i pamięta czasy Kazimierza Wielkiego. 
W niej to, przed głównym ołtarzem, Jan Kazimierz, 
król wielki i nieszczęsny, czwartego kwietnia 1656 r. 
składał swoje śluby i Najświętszą Pannę Królową 
Polski obwołał. Wielka sędziwość mieszka w tych 
murach. Wielkie dzieje śpią wśród nich. Wieki mają 
tu swoje nagrobki. Jest w nich majestat i 
dostojeństwo. Patrzyliśmy na te domy boże ze czcią i 
z podziwem, jak na pomniki dawnej chwały, kiedy 
Lwów bogaty, zapobiegliwy i złoty, budował swoje 
przybytki. Nie mógł zbudować więcej, gdyż z czasem 

background image

zubożał, przeszły przez miasto pożary, krew z niego 
toczyły najazdy i oblężenia. Ostały się te klejnoty, a 
wśród nich jeden, który nie tylko, że jest dumą 
Lwowa, lecz i jego ukochaniem. Jest tam jeden 
kościół, w którym ludzie modlą się chyba goręcej, na 
który patrzą z niezwykłym rozrzewnieniem: kościół 
Bernardynów. Wyjaśnił mi pan Koliński, że wśród 
wielu kościołów lwowskich jest on najpiękniejszy. O, 
tak! A musi być bardzo ukochany, tyle w nim złota, 
tyle bogatej strojności, jakby go złotą chciano 
przystroić pieszczotą. Opowiadają, że Lwów nie 
mógł doczekać się jego ukończenia i skrzyknięto się 
przed setkami lat, aby wspólnym wysiłkiem 
przyśpieszyć budowę. Lwowianie to gorący naród i 
niecierpliwy! Skoro idzie o to, by miasto ozdobić, 
każdy do najcięższej gotów jest pracy. Lwowianin 
bowiem może zapomnieć o sobie, nie zapomni jednak 
nigdy o swoim mieście. Rozczula się nim i wzrusza. 
Pan Koliński i student mówią o nim tak, że ich słowo 
jest drżące. Znają każdą starą cegłę, każdą ozdobę 
starego muru, historię i legendę. Wzruszenie to i 
mnie ogarnęło. Czułem, że się w moim sercu rodzi 
miłość do tego miasta, którego historia jest pełna 
porywów, wzlotów i klęsk; po wielkim bogactwie, 
pożartym przez czas i przez wojny, przychodziło 
ubóstwo znoszone mężnie i z otuchą. Lwów tym się 
odznacza, że nigdy nie upadł na duchu. Zawsze miał 
w oczach pogodę, a żarliwą nadzieję w sercu. 
Mieszczanin lwowski nie jest powszednim, 
pospolitym mieszczaninem: był on świetnym 

background image

kupcem, kiedy handlował z całym Wschodem, był on 
znamienitym żołnierzem, kiedy go wołano na wały 
miejskie, a zawsze był w swoim mieście bez pamięci 
rozmiłowany. Tu było jego szczęście, tu było jego 
serce, tu było wszystko jego.
Łatwo jest obejrzeć w każdym mieście to, co jest jego 
kamiennym ciałem; łatwo jest poznać jego zabytki i 
odczytać ze zmurszałych śladów jego historię; można 
znać miasto obce nawet z wizerunków, z książek i 
opowiadań. Trudno jest ujrzeć duszę miasta. 
Ukazuje się ona tym tylko, którzy je miłują. Nie 
wiedziałem o tym wtedy jeszcze, smyk i mikrus, jak 
powiadał student, dzisiaj jednak, kiedy to piszę, 
rozumiem dobrze pana Kolińskiego, który miłował 
Lwów gorącą miłością i chciał mi ukazać jego duszę.
Wywiódł nas na Wysoki Zamek, skąd się roztaczał 
widok tak szeroki, że wiatr, który tu się rodzi i leci 
ku lesistym widnokręgom, długo musi lecieć, zanim 
dopadnie sinych lasów. Miasto modliło się w dole 
nieprzerwanym szmerem i podniosło ku słońcu swoje 
wieże, jak wzniesione błagalnie ramiona.
Pan Koliński mówił nam o jego duszy. Ponieważ 
słuchałem zachłannie, więc dobrze prawie każde 
pamiętam słowo:
- Lwów miał zawsze duszę radosną i rozśpiewaną. 
Przewalały się ponad nim burze, rude przewalały się 
pożogi, żelaznym zębem wojna gryzła jego mury, 
gromy biły w jego wieże, a jego dusza jakąś żarliwą 
wiarą przepojona zawsze śpiewała. Ledwie przygasła 
luna pożarów, co go ognistym otaczała wieńcem, 

background image

ledwie ucichnął tumult i szczekający krzyk wojny, z 
niego już biła łuna radosnej dumy, że oto raz jeszcze, 
nie wiadomo który, spełnił swój rycerski obowiązek; 
że postawiony na straży u kresów Rzeczypospolitej 
nigdy nie zasnął, jak gdyby powiek nie miał u oczów, 
lecz czuwał: żuraw czujny, pies wierny, zagończyk 
nieporównany! Stroiły się inne miasta w marmury i 
malowania, w pałace i kolumny, jemu zaś jako 
rycerzowi surowemu starczyło zębatych, srogich 
murów, legowiska szarych domów. Bogu jedynie 
wznosił cudownie piękne przybytki. Powoli stał się 
kamienną jaskinią, w której zamieszkał lew z jego 
herbu. Nigdy nie gnuśniał i nie zaznał odpocznienia. 
Wieczyście przeciwko burzy wysunięty patrzył ze 
swoich wzgórz w sine dale, w niezmierne połacie, 
skąd pełzał niszczący ogień albo zbałwaniony walił 
potop. Przetrwał wszystko i dlatego jest i był 
radosny! Nigdy nie czynił konszachtów, nigdy w 
hańbiące nie wchodził układy. Na kryształowym 
swoim sumieniu - słuchajcie, chłopcy! - nie ma ani 
cudzej krzywdy, ani ucisku, ani wyzysku. Czynił 
dobro, słabych osłaniał, bronił niemocnych i dlatego 
jest radosny. W chwilach wytchnienia radował się 
bujnym czynem, kiedy był bogaty, budował kościoły, 
cerkwie i meczety, braterstwo świadcząc każdemu, 
co się w sprawiedliwej zgodzie schronił za tarczą 
jego murów. Jest to jasny rycerz, co na klejnot 
rycerski sobie przysiągł, że nikogo nie skrzywdzi, 
toteż z wież tego miasta padał blask na wszystkie 
okoliczne ziemie. Wielka napełniała je radość, kiedy 

background image

się w nim skupiły nacje rozmaite, 
najróżnorodniejsze, a on, gród lwi, każdej dał dach 
nad głową i noc jej dał spokojną. Tak, tak, moi 
drodzy! Czyste sumienie, nieskazitelność serca i 
wzniosłość ducha napełniły to miasto jasnością. 
Dlatego, choć takie szare, takie jest śliczne! Nie ma w 
Rzeczypospolitej miasta bardziej promienistego, 
choć wiele jest w niej miast bohaterskich z 
Warszawą na czele, która umiała w 
najcudowniejszym porywie każdy wylot zaułka na 
Starym Mieście wydłużyć w szyję armaty. Nie ma 
miasta bardziej gotowego do śmiertelnej ofiary, do 
zaparcia się aż do ostatniego tchu. Czy się teraz 
dziwicie, że je duma rozpiera? Że w oczach ma 
radość i że śpiewa? Jest to miasto Polską obłąkane. 
Duszy swojej nie ukrywa, więc ją każdy ujrzeć może, 
jak rozkwitłą czerwoną różę. Czaruje nią i zniewala. 
Rozkochać potrafi każdego swoim uśmiechem, 
jasnym, szczerym i rzewnym.
- O, tak, tak! - wtrącił cichutko student.
Pan Koliński patrzył rozmiłowanym spojrzeniem i 
wodził nim w krąg, bo miasto obsiadło górę i 
otoczyło ją ze wszech stron. Potem mówił:
- Ludzie przysięgają mu najwierniejszą miłość. Jego 
imieniem wiążą się jak łańcuchem. Wierni swojemu 
miastu tworzą jakby bractwo tajemne, a dlatego 
tajemne, że sami o tym nie wiedzą, jak bardzo 
sprzęgli się sercami, jak się połączyli uściskiem na 
wieki wieków. Poznają się na najdalszych krańcach 
ziemi, a to czarodziejskie słowo "Lwów" - tryska łzą 

background image

rozczulenia, co się zaraz w jasność uśmiechu 
zamieni. To długie wieki przeorały tak serca, że 
natychmiast kwitną, pokropione jedną kropelką 
łzawej rosy. To miliony ludzi, co przewędrowały 
przez to miasto od bramy narodzin aż do bramy 
śmierci, syciły tę miłość jak miody. Lwowscy ludzie, 
zaprawieni w srogich przeciwnościach, pełni mocy i 
pędu, krwi rozszumialej i zapału, poznają się 
wszędzie po powadze w spojrzeniu i po uśmiechu na 
ustach. Widziałeś już, Michasiu, lwowskich ludzi. 
Prawda, że człowiek ze Lwowa zawsze się uśmiecha? 
Ten uśmiech to jego zdobycz wspaniała, zdobywana 
przez całe wieki! To rodzinne znamię... Gdyby nie 
ten radosny uśmiech, mogłoby się zdarzyć, mój 
chłopcze, że przez szczelinę, którą smętek żłobi, 
weszłoby w lwowskie serce zwątpienie albo kropelka 
goryczy. Wiele bowiem było takich czarnych chwil, 
kiedy gorycz lała się strumieniem, a ten uśmiech 
Lwowa przecie rozegnał ciężką, mętną mgłę, jak 
słońce to czyni o wschodzie, kiedy się noc jeszcze 
włóczy uż przy ziemi zgnilizną oparów. Lwów 
uśmiechał się, ramię wydłużał w miecz, w szpadę 
zamieniał spojrzenie, a serce przetapiał na kulę. 
Uśmiechał się walcząc, bo był w swoim żywiole, 
uśmiechał się niemal konający, "bo słodko jest 
umierać za Ojczyznę". Kiedy mu zaś uśmiechu było 
za mało, wtedy słodka i prosta dusza tego miasta 
zaczynała śpiewać. Nie ma takiej na świecie biedy, 
której by we Lwowie nie umiano zamienić w 
piosenkę! Czy piosenką nie można oszukać głodu?

background image

- Można! - szepnął student z głębokim 
przekonaniem.
- Czy nie można nią zdumieć samej śmierci? I teraz 
mi powiedzcie: jakżeż nie miłować tego miasta, które 
ma serce jak pożar, a oczy jak słońce? Jak nie 
tęsknić do niego, jak go nie wielbić? "Lew mieszka w 
sercu tęgo giaura", a w jego duszy mieszka miłość... 
O, miasto moje, o najdroższe moje miasto!
Ostatnie jego słowa były pełne tak wielkiej miłości, 
że drżały ze wzruszenia. Nie śmieliśmy przemówić. 
Student coś szeptał bezgłośnie, a ja patrzyłem na to 
miasto najdziwniejsze, ale jak gdyby przez mgłę. Ich 
miłość nauczyła mnie miłości. W tym mieście 
okazano mi tylko dobroć. W tym mieście nie 
pozwolono mi się smucić. Byłem sierotą, a wśród 
tych kilku ludzi, których dotąd spotkałem, czułem 
się jak wśród najbliższych.
Obudził mnie z zamyślenia cichy głos:
- Cóż to, chłopcze drogi, jesteś wzruszony?
- Nie wiem - odpowiedziałem również cicho.
Istotnie nie wiedziałem tego, bo kiedy otarłem oczy 
ręką, uśmiechnąłem się.
- Ach! - zaśmiał się pan Koliński.
- Ta i jego już Lwów opętał! - zawołał nagle student.
"Ta" mam wrażenie, że to "takoj" prawda - jak 
mówią we Lwowie, którego duszę ukazano mi w 
słońcu.
Jakim sposobem dowiedział się o tym mój nieznany 
przyjaciel, tego dojść nie mogę. Wkrótce po 

background image

powrocie do domu wręczono mi kartkę z tymi 
słowami:
Widziałem twoje wzruszenie. Jesteś dobry i masz 
czyste serce. Czas, bym ci się ukazał. Bądź jutro w 
świętym miejscu Lwowa!
Zdumiałem się. List był pisany zwyczajną prozą.

ORLĘTA

Jestem poruszony, mam w sercu niepokój. Od dni 
kilku żyję w nowym świecie i wśród nowych ludzi 
wprowadzony między nich niewidzialną ręką. 
Wreszcie mam ujrzeć tego, który mną tak 
tajemniczo kieruje. Przepełnia mnie głęboka ufność, 
że spotkam dobrego człowieka. Wciąż o tym myślę. 
Pan Koliński wyszedł, zostałem sam. Aby ukoić moje 
niepokoje, wziąłem z biblioteki jakąś książkę, na 
chybi trafi. Jaki cudowny przypadek! Pierwsza jej 
stronica ogłasza, że książkę tę napisał - Stanisław 
Koliński - mój zacny pan Koliński, bo jemu na imię 
Stanisław. Tytuł książki: Dusza mojego miasta. 
Zacząłem ją czytać, właściwiej mówiąc, pochłaniać. 
Zdawało mi się, że słyszę jego głęboki głos i te słyszę 
słowa, które nam mówił na Wysokim Zamku. Musi 
on mieć pełną duszę tego Lwowa, jeśli i mówi o nim, 
i pisze. Jeden rozdział tej książki smucił się, że 
Lwów, miasto świetne, napełnione duchem 
twórczym, poezją, muzyką i tęczami malarstwa, z 
chwilą kiedy przestał być stolicą, przycichł i 

background image

przygasł, część lwią swojej twórczej potęgi oddawszy 
- jak należy - Warszawie.
Nic to jednak! - pisał ten szlachetny autor. - 
Zasiejemy rolę na nowo. Żyzna gleba duszy 
lwowskiej nowy z siebie dobędzie las, nowe kwiaty i 
nowe strugi poezji z niej wypłyną. Ci, co pozostali w 
ukochanym swoim mieście, orzą ją sercami, a ci, co 
później przyjdą, nową dla niego wyprzeda chwalę i 
krwią bujną napełnią jego serce!
Śnił mi się Lwów tej nocy równie piękny we śnie, jak 
na jawie. Rankiem skoro świt byłem odziany. To mój 
dzień uroczysty. Mam dzisiaj pójść na "święte 
miejsce Lwowa". Gdzie jest to miejsce? Czy to góra, 
czy kurhan, czy to kościół?
Zapytany o nie, pan Koliński rzekł z nadzwyczajną 
słodyczą:
- Wiem, gdzie jest to "święte miejsce". I ja cię tam 
zaprowadzę.
Pojechaliśmy tramwajem na drugi koniec miasta do 
sławnej dzielnicy Łyczakowskiej, siedziby roboczego 
ludu, najweselszej we Lwowie, najbujniejszej i 
śpiewającej. Rodzą się w niej piosenki o każdym 
ważniejszym zdarzeniu w mieście i wędrują potem 
przez wszystkie ulice i wzgórza.
Dojechaliśmy do bram cmentarza. Przedziwny jest 
ten cmentarz, wygląda jak ogromny ogród na 
wzdętym niskim wzgórzu. Nad grobami szumią 
potężne drzewa. Jest to podobno jeden z 
najpiękniejszych cmentarzów w Polsce, ten 
równocześnie Panteon Lwowa, bo słynni ludzie śpią 

background image

na nim wiecznym snem. Niewiele takich grobów 
pokazał mi pan Koliński, lecz na każdym wśród nich 
promienisty unosi się blask. Przecie tu spoczywa i 
Goszczyński, i pułkownik Ordon, historyk 
przesławny Karol Szajnocha, wielka poetka Maria 
Konopnicka i wielu ludzi wspaniałych. Jest wśród 
nich i ten, którego nazwisko nieśmiertelność oznacza 
- to Artur Grottger! Myślałem, że tu jest "święte 
miejsce" Lwowa, lecz pan
Koliński wiedzie mnie dalej dróżką pod górę na 
wzniesienie, do którego stóp podchodzą sady i ku 
któremu białe podmiejskie zbliżyły się domostwa. Co 
to? To inny jakiś cmentarz, jakiś nowszy, bo nie 
rosną tu potężne drzewa, tylko młode jeszcze 
krzewiny. Na tym wielkim, starym cmentarzu tuż 
obok każdy grób jest inny, każdy nagrobek ma 
kształt odmienny, a tu krzyże jednakie, 
skromniutkie, biedniutkie, stanęły w niepoliczonych 
rzędach. Żadnych tu nie widzę marmurów, tylko 
kwiaty, kwiaty i kwiaty. Krzyże i kwiaty, oto 
wszystko.
Widzę, że pan Koliński przystanął, ogarnął 
spojrzeniem to ogromne wojsko krzyżów i 
uśmiechnął się tak czule, jak ojciec na widok swoich 
drobnych dzieci. Wyciągnął przed siebie ręce 
miłosnym ruchem, jak gdyby chciał je wszystkie 
zagarnąć, te małe mogiłki, i przycisnąć do piersi. 
Potem rzekł cicho:

background image

- Michasiu! Tu jest święte miejsce Lwowa... Tu leżą 
jego dzieci... To jest cmentarz orląt... Naszych 
dzieci... Tu jest...
Nie mógł mówić dalej. A we mnie zaczęło się nagle 
tłuc serce. Więc tutaj? Tutaj leżą dzieci bohaterskie, 
najdumniejsze dzieci świata, śmiercią pobite w 
obronie najdroższego swojego miasta. Rówieśnicy 
moi i młodsi ode mnie... Uczniaki... Chłopcy i 
dziewczęta. O, Jezus Maria! Śmierć chyba musiała 
płakać, kiedy tuliła do siebie dzieci płomiennookie, 
co z martwych rącząt nie chciały wypuścić 
karabinów.
Szliśmy drożynami wśród tych najdziwniejszych 
grobów na świecie. Usiedliśmy potem na stopniu 
kamiennego pomnika chwały, który jest wspólnym 
pomnikiem tej armii dziecięcej i strzeże ich grobów 
jak kamienna wieża. Pan Koliński rzekł po chwili 
głosem już spokojnym:
- Dwa tysiące grobów wyrosło tutaj, a wśród nich sto 
trzydzieści cztery jest bezimiennych. Nie można było 
odszukać nazwisk tych żołnierzów nieznanych. Pan 
Bóg je ma zapisane... Od listopada 1918 r. do 
czerwca 1919 r. śmierć szukała ich po wszystkich 
pobojowiskach Lwowa... Czterech Francuzów tu leży 
i trzech Amerykanów, szlachetnych towarzyszów 
naszych dzieci... Tylko śmierć i matki tych dzieci 
wiedzą, jak się zwały i w jakim były wieku. I taki 
jeden tu leży chłopczyna, co miał zaledwie ponad lat 
dziesięć. Śpią tu, dzieciska jedyne, z towarzyszami 
wiernymi, wśród szewców, krawców, ślusarzów i 

background image

biedaków, którym chciano zabrać jedyny ich skarb: 
miasto.
Położył rękę na mojej ręce i milczeliśmy długo. 
Potem powiedział mi głębokie słowa o tych śpiących 
pod kwiatami, o tajemnicy ich bohaterstwa, śmierci i 
nieśmiertelnej ich chwały. Czytam te słowa bez 
błędu, bo mam je na zawsze wpisane w sercu jak w 
książce:
- Wtedy, drogi mój, nie tylko ludzie walczyli, 
mężczyźni i kobiety, walczyły bowiem i mury. I te 
dzieci walczyły, bo już znikąd nie było nadziei. 
Dawno to już było... Już na grobach kwiaty 
wyrosły... Oręż odpoczywa, a Polska starym 
zwyczajem, wedle swej odwiecznej racji stanu, 
sercem walczy, pragnie zniewalać miłością i nauczać 
powszechnej zgody. Czy mnie rozumiesz?
- Tak! - szepnąłem.
- Był jednak czas, kiedy ci, co leżą w niepoliczonych 
lwowskich grobach, musieli uczynić rzecz wielką i 
sprawiedliwą. Zrozpaczeni widząc, że niczego nie 
dokażą sercem, musieli walczyć "jasnym mieczem 
państwa". Podpisali swoją krwią manifest o 
nienaruszalności granic, a granice wytyczyli kopcami 
swoich grobów. Walczyli na śmierć wbrew nadziei, 
aby zaświadczyć, że idea jest nieśmiertelna i że 
wobec niej niczym jest ofiara życia. A tą ideą, 
chłopcze, była całość i wielkość Ojczyzny. Ukochanie 
każdej grudki jej ziemi, bo jest ona użyźniona 
naszym trudem i krwią, wzruszona jak lemieszem, 
nie umęczona pracą wieków. Nawet te dzieci 

background image

wiedziały o tym nauczone przez własne matki. I one, 
te dzieci, co szły na śmierć, aby starym pomóc 
żołnierzom, dziadkom swoim i ojcom, nauczyły nas 
wiary w nadprzyrodzoną moc ducha.
Dlatego tak czcimy tych rycerzyków malutkich, tych 
męczenników za całość Ojczyzny, że nie utracili 
nadziei, że pokonali rozpacz, że zamiast płakać - 
walczyli, że walcząc - ginęli, i że na wieki wieków 
utrwalili w tych, co pozostali żywi, wiarę w wolę 
zwycięstwa.
Zatoczył ręką i wskazując mi szereg grobów mówił z 
nagłym ożywieniem:
- Spójrz, synu, i powiedz, czy to jest cmentarz, nad 
którym unosi się smutek? Nie, o, nie! Ile razy tu 
przychodzę, uśmiecham się, bo mi się zdaje, że spod 
okwieconych grobów bije jakiś blask. Zdaje mi się, 
że przyszedłem na bujną łąkę, na której życie 
wyrasta z mogił. Wciąż mi się zdaje, że te chłopaki 
patrzą jarzącymi się oczyma, czy wśród nas, starych, 
żyje to, co oni zbudzili swoją śmiercią? Wiesz, 
dziecko moje, że ten cmentarz, jakiego drugiego nie 
ma na całym świecie, jest jak gdyby szkołą. Pod 
opieką swoich wodzów, których groby ot tam, w 
kamiennym tłoczą się szeregu, leżą tutaj uczniowie w 
mundurkach, więc to szkoła, w której dzieci 
nauczają siwych ludzi, takich jak ja, że z takiej 
bohaterskiej śmierci najbujniej wyrasta życie!
Spojrzał na mnie, a widząc, że w oczach mam duże 
łzy, zgromił mnie dobrotliwie:

background image

- Otrzyj te łzy, otrzyj je czym prędzej! Im nie wolno 
pokazywać łez. To bohaterskie dzieci, które nie 
płakały. Nawet ich matki, święte, ofiarne matki, 
ukrywają łzy, aby ich nie smucić. Przecież oni ginęli 
po to, aby radość i miłość wyrosły w ich mieście. To 
dumne chłopaki, to dumne dziewczęta! To gniazdo 
orląt!... Uśmiechnij się do nich jak brat, ofiaruj im 
serce, ukochaj ich, pozdrów okrzykiem, jasnym i 
szczęśliwym, ale nie płacz!
Nie mogłem jednak powstrzymać łez. Wodziłem 
wilgotnymi oczami po drewnianych krzyżach i każdy 
grób pragnąłem ucałować spojrzeniem. Pomyślałem 
sobie wtedy: jakie pracowite, jakie czyste, jakie 
nieskazitelne musi być teraz całe moje życie, aby 
było tyle warte, co ich purpurowa, skrwawiona 
śmierć! Już nie trzeba będzie padać na polu walki, 
trzeba jednak żyć bohatersko. Będę tak żył!
W tej chwili pragnąłem na zawsze pozostać w tym 
mieście, wśród tych grobów, z których kwiaty 
wyrosły, wśród tych murów, które walczyły. Jeśli ten 
nieznajomy mój opiekun zatrzyma mnie przy sobie, 
pozostanę z radością. Nie ma go jednak. Nie 
przyszedł mimo obietnicy. Jesteśmy tu sami. 
Rozejrzałem się dokoła i wpatrzyłem się w bramę.
- Szukasz kogo? - zapytał pan Koliński.
- Tak. "On" miał przyjść. Tutaj mi naznaczył 
spotkanie.
Pan Koliński milczał przez dłuższą chwilę, potem 
rzekł z dziwnym wzruszeniem:
- "On" nie przyjdzie...

background image

- Czemu? - krzyknąłem zduszonym głosem.
- Bo już tu jest... przy tobie... To ja, Michasiu, jestem 
tym nieznajomym, co ciebie wezwał do Lwowa... Ja 
do ciebie pisałem te niezgrabne listy. Widzę na 
twojej twarzy zdumienie, lecz gdy wszystko 
zrozumiesz...
Wiadomość była tak niespodziewana, że świat cały ze 
mną zatoczył nagły krąg i długa upłynęła chwila, 
zanim mogłem przerwać tę podróż w zdumienie. 
Uczyniłem to prostym sposobem, uchwyciwszy się 
obiema rękami pana Kolińskiego. Wszystko stanęło, 
tylko moje serce gnało jeszcze cwałem. On mnie 
objął ramieniem i mówił serdecznie:
- Długo trzeba by opowiadać, skąd znalem twojego 
ojca. Kiedyś opowiem ci dokładnie, jak ten człowiek 
wspaniale szlachetny, choć młodszy ode mnie prawie 
o lat kilkanaście, zaważył w moim życiu. Okazał mi 
dawno, dawno temu tyle serca, co ukochany brat. 
Potem nasze drogi się rozeszły. Zdawało mi się 
zawsze, że ojciec twój mnie unika, jak gdyby się bał 
mojej wdzięczności. Dzielny to był człowiek! I 
dopiero przypadek, przypadek najbardziej prosty, 
przypomniał mi go przed niedawnym czasem. 
Dowiedziałem się ze zgrozą i z najgłębszym 
smutkiem o jego śmierci, o śmierci twojej matki i o 
tobie. Wtedy postanowiłem natychmiast zająć 
dobrego człowieka i odszukałem cię z wielkim 
trudem.
Chciałem gorączkowo zapytać o coś, pan Koliński 
jednak przerwał mi szybko:

background image

- Wszystko ci wytłumaczę, wszystko! Oczywiście, 
mogłem przyjść do ciebie, zagarnąć cię w ramiona i 
zabrać ze sobą. Tu się jednak historia wikła. 
Pragnieniem moim najgorętszym było, abyś zajął 
czyjeś miejsce. Abyś zastąpił kogoś, kto mi był 
najdroższą istotą na świecie... Umyśliłem sobie, że 
ten, który zajmie moje serce i wypełni jego smutną 
pustkę, musi być podobny do tego, który... Za chwilę 
się dowiesz... Słowem, chciałem cię poznać. 
Dokładnie poznać... Chciałem ujrzeć twoje serce... 
Otóż powiadam ci szczerze i uczciwie, gdybyś był 
inny, niż jesteś, zapewniłbym ci byt, odziałbym cię, 
nakarmiłbym cię i kazałbym cię uczyć, ale nie 
dałbym ci jednego: miłości. Z niepokojem wielkim 
szukałem sposobów, aby cię wypróbować. Przebacz 
mi, drogi chłopcze! Przebacz mi te tajemnicze 
wiersze. Ten, którego miałeś zastąpić, kochał 
przygodę, nadzwyczajność i miał zamiłowanie do 
takich chłopięcych radości, do rozwiązywania 
zagadek, a ja, pisarz byle jaki i byle jaki poeta, 
radowałem się razem z nim... To były nasze igraszki! 
Wziąłeś w nich udział bez wahania i też poszedłeś 
szukać przygody. Nie uląkłeś się ani podróży, ani 
nieznanych zdarzeń, szedłeś śmiało i patrzyłeś 
bystrze! I doskonale zaszedłeś, a przyznaj, że cię od 
razu, już pierwszego dnia zabrałem do domu, który 
będzie twoim domem.
Zarumieniłem się i silniej jeszcze przytuliłem się do 
tego starego człowieka, który mnie, "mikrusa", 
prosił o przebaczenie.

background image

- Ale to nie wszystko, Michasiu! Wiesz już, czym dla 
mnie jest to miasto, a dowiesz się, czym było dla tego, 
o którym ci się spowiadam. Kocham je, a on... 
Później, później... Dość, że pragnąłem z całej duszy, 
abyś i ty je pokochał.
Patrzyłem w twoje oczy, widziałem każde twoje 
słowo. Kiedy ci opowiadałem o duszy tego miasta, 
byłeś wzruszony i ja się wzruszyłem. Znam ciebie już 
dokładnie: jesteś uczciwym chłopcem, rozumnym i 
dobrym, masz serce czułe i jasne spojrzenie. 
Powiedziałem sobie wczoraj, że jesteś godny tego, 
byś zajął miejsce opróżnione... opróżnione miejsce w 
moim sercu...
- Czyje? - zapytałem cichutko.
Stary człowiek podniósł się ciężko i ująwszy mnie za 
rękę powoli powiódł pomiędzy groby. Szliśmy w 
wielkiej ciszy, jak gdyby obawiając się, że odgłosem 
kroków zbudzimy śpiących. Pan Koliński zatrzymał 
się przy grobie i powiedział jasnym głosem:
- Jego miejsce!
Spojrzałem na tabliczkę na krzyżu:

Jaś Koliński zginął śmiercią bohaterską
w obronie ukochanego miasta
w wieku lat czternastu.

O, Boże!
Miałem takie dziwne uczucie, że z gęstwy kwiatów 
patrzą na mnie błękitne, serdeczne, chłopięce oczy i 
uśmiechają się do mnie. Więc i ja uśmiechnąłem się 

background image

tak tkliwie i tak czule, że aż oczy moje nabiegły 
łzami.
- To mój syn - mówił z radosną dumą pan Koliński. - 
Miał czternaście lat, tyle co ty w tej chwili... Poszedł 
bronić Lwowa. Dzielnie go bronił! Przenosił sztafety 
pod kulami, aż wreszcie dwie z nich znalazły jego 
serce. Widzisz teraz, kogo masz zastąpić? 
Wspaniałego chłopca! Dumnego chłopca! Takiego, 
co się nie zawahał... Napisał do mnie list i poszedł do 
walki... Zostałem sam z cierpieniem w sercu, ale i z 
dumą w sercu... Pewnie troskał się mój chłopak, że 
taki sam jestem na świecie, i może to on mi pomógł 
odnaleźć ciebie... Zastąpisz go, Michasiu!
- Zastąpię! - odpowiedziałem serdecznie.
- Będziesz moim synem... Ja jestem sam, a ty jesteś 
sierotą... Dobrze nam będzie razem... Już nie będę 
pisał do ciebie wierszy, ale za to przyjdziemy tu 
razem od czasu do czasu i opowiemy: ja synowi 
swojemu, a ty starszemu swojemu bratu o 
wszystkim, co się dzieje we Lwowie. On mu był 
wierny aż do śmierci. Ja mu będę wierny aż do 
śmierci...
- I ja mu przysięgam miłość i wierność aż do śmierci! 
- rzekłem głośno.
Pan Koliński ogarnął mnie tkliwie i ucałował. Był 
jakiś radosny i szczęśliwy. Zaśmiał się i nachyliwszy 
się nad ukwieconą mogiłką mówił cichutko:
- Słyszysz, synku? Zdobyliśmy jeszcze jedną duszę...