background image

 

Brian Aldiss 

 

Równikowa Przypowieść 

 
 

Przełożyła Izabella Szarek 

 
 
 Dawno, dawno temu - kiedy świat był jeszcze młody i zielony, żył sobie chłopiec o imieniu Kahlin. Przydarzyły mu 

się w życiu dwie dziwne rzeczy. 

 Po  pierwsze,  kiedy  był  jeszcze  prawie  dzieckiem,  a  jego  ciało  przypominało  młode,  wiotkie  drzewko,  dom,  w 

którym  mieszkał,  zniszczył  wybuch  wulkanu.  Tak  silna  była  ta  erupcja,  że  usłyszeli  ją  wszyscy  ludzie  i  wszystkie 
zwierzęta  na  świecie.  Wielkie  kawały  ziemi  wyrzucone  w  powietrze  poleciały  setki  mil,  aż  za  siódme  morze,  gdzie 
jeszcze do dzisiaj leżą jako łańcuchy gór. 

 Wulkan zniszczył dom Kahlina, zabił jego rodziców i młodszych braci. Sam Kahlin tak bardzo się przestraszył, że 

biegi  i  biegł  na  północ,  byle  dalej  od  miejsca  wybuchu.  W  końcu  zatrzymał  się  na  brzegu  urwiska,  na  dnie  którego 
wrzała morska kipiel. 

 Nagle  do  uszu  chłopca  dobiegło  pełne  smutku  kwilenie.  Podszedł  więc  na  sam  skraj  urwiska  i  spojrzał  w  dół.  Na 

niewielkim występie skalnym zobaczył dwie młode gazele, białą i brązową, które musiały osunąć się ze skały i teraz 
rozpaczliwie  starały  się  utrzymać  na  wąskiej  półce.  Najlżejszy  ruch  groził  im  upadkiem  w  bezdenną  przepaść  i 
niechybną śmiercią. 

 Powodowany  współczuciem  dla niedoli zwierząt, Kahlin zdjął swój turban i spuścił się  po nim  w dół jak po linie. 

Wziął  nieszczęsne  gazelę  pod  pachę  i  szczęśliwie  wniósł  na  górę.  Biedactwa  były  takie  wyczerpane!  Chłopiec 
zbudował  więc szałas z dala od krawędzi przepaści, ułożył gazele na posianiu i spędził  noc przytulając je do siebie i 
doglądając troskliwie. Otoczywszy je ramionami, ukołysany szumem morskich fal, zapadł wreszcie w sen. 

 Zbudziwszy  się  o  brzasku,  Kahlin  ze  zdumieniem  spostrzegł,  że  gazele  zamieniły  się  w  młode  kobiety  -  białą  i 

ciemnoskórą.  Leżały  nagie  u  jego  boku  i  spały  spokojnym  snem  w  jego  ramionach.  Serce  chłopca  zabiło  mocniej, 
kiedy patrzył na ich urodę. 

 Dziewczyny przebudziły się wkrótce i spojrzały na niego. Biała - oczyma koloru lazuru, a brązowa - oczyma koloru 

bursztynu. 

 Kahlin słyszał, że takie rzeczy zdarzają się w bajkach. 
 Okrył więc swoją nagość i przemówił do dziewcząt. 
 -  Jakież  piękne  jesteście  obydwie.  Zgaduję,  że  jesteście  księżniczkami  zamienionymi  w  gazele  przez  jakiegoś 

potężnego czarownika. 

 Dziewczyny usiadły, również nieco przysłoniły swoje ciała, po czym zaprzeczyły słowom Kahlina: 
 - Byłyśmy zwierzętami i byłyśmy szczęśliwe. Tylko czar twojej miłości pozwala ci widzieć w nas istoty ludzkie. To 

ty jesteś zaklęty - nie my. 

 - Jakże więc wy mnie postrzegacie? 
 - Jako pięknego jelenia. 
 Rozczarowany chłopiec prychnął gniewnie. 
 -  Kochamy  cię  takiego,  jakim  cię  widzimy  -  mówiły  dalej  dziewczyny  słodkimi  glosami.  -  Musisz  się  tym 

zadowolić. Doprawdy, gdybyśmy widziały cię takim, jakim ty siebie widzisz, nie mogłybyśmy cię kochać. 

 Kahlin  był  chłopcem  rozumnym  i  szybko  dal  się  przekonać.  A  ponieważ  działo  się  to  w  czasach,  gdy  świat  był 

jeszcze młody, zaś jego wnętrze ciągle jeszcze wrzało, Kahlin kochał się z obiema dziewczynami z równym zapałem. I 
z tą białą, i z tą brązową. 

 Kiedy byto już po wszystkim, dziewczyny wstały z postania i poszły się kąpać do morza. Stały pod wodospadem i 

myty włosy - te jasne i te czarne. Uprzędły sobie spódniczki z traw i powróciły do boku Kahlina. 

 - Musisz teraz wybrać jedną z nas - powiedziały, patrząc na niego oczami gazeli. - Nie możesz mieć nas obu. Musisz 

wybrać  mnie,  albo  moją  siostrę,  aby  na  zawsze  została  z  tobą  i  towarzyszyła  ci  w  wędrówce  przez  świat  aż  do 
ostatniego zachodu słońca. Druga z nas będzie musiała odejść. 

 Kahlin  gniewał  się  i  przysięgał,  że  nie  potrafi  dokonać  takiego  wyboru.  Nalegały.  Rzucił  się  więc  na  ziemię  w 

przypływie rozpaczy. Bil w nią pięściami i zaklinał się na wszystkie świętości, że kocha obie jednakowo. I tę o włosach 
czarnych jak skrzydła kruka, i tę o włosach jak miód. 

 - Ale każda z nas pójdzie w inną stronę - rzekła jedna z sióstr. - Jasna na północ, a ciemna na południe. 
 On jednak dalej wolał, że obie je kocha tak samo i umrze, jeśli któraś z nich go opuści. Zapadł zmierzch, a oni ciągle 

się spierali. 

 Na niebo wzeszedł księżyc, jak blada muszla spoczywająca na błękitnej plaży, gdy wreszcie dziewczyny doszły do 

porozumienia. Rzekły więc Kahlinowi: 

background image

 

 - Widzimy, że obie nas nosisz głęboko w sercu. Skoro uratowałeś nas obie od śmierci wśród skal, zawrzemy z tobą 

umowę. Będziesz nas miał, ale nie za darmo. Ceną będzie twój spokój. Nigdy nie będziesz mógł przestać myśleć, którą 
z nas kochasz bardziej - brązową czy białą. 

 - Zawsze będę was kochał tak samo. 
 Dziewczyny tylko głowami pokiwały i pogroziły mu palcami. Jedna - białym, a druga - brązowym. 
 -  Ależ  to  niemożliwe.  Jesteśmy  inne,  więc  i  inaczej  trzeba  nas  kochać.  Czyż  nie  wiedziałeś,  że  to  jest  największy 

sekret ludzkiego życia, źródło najgorszych cierpień i największych uniesień? Każda dusza potrzebuje innej miłości. 

 Zarzucił im ramiona na szyje i zawołał: 
 - Ale kiedy doprawdy nie ma między wami różnicy, poza tą, że jedna z was jest biała, a druga brązowa! Jakże mam 

wybrać jedną z was?! Jak mam powiedzieć, które ramiona wolę - te z kości słoniowej, czy te ze złota? 

 A dziewczyny uśmiechnęły się tylko najpierw do niego, a potem do siebie nawzajem. 
 -  Widzisz  w  nas  tylko  samice,  więc  twoja  miłość  cię  zaślepia.  Wkrótce  jednak  zobaczysz,  że  jest  między  nami 

więcej różnic. Twoje zaślepienie nie będzie cię już chronić. 

 -  Kobiety  za  dużo  mówią  -  powiedział  Kahlin  i  klasnąwszy  w  dłonie  dodał:  -  Zgadzam  się  na  wasze  warunki  i 

kocham was obie. 

 To rzekłszy, namówił je, aby położyły się przy nim. Nie musiał ich długo przekonywać. 
 Księżyc zaszedł, wstał znowu i zaszedł jeszcze wiele razy, zataczając swój odwieczny krąg przemian, delikatny jak 

brzmienie dzwoneczków trącanych wiatrem. A z każdym księżycem Kahlin dorastał i zdobywał nowe doświadczenia. 

 Przekonał  się,  że  stało  się  tak,  jak  przepowiedziały  dziewczyny.  Tak  bardzo  różniły  się  od  siebie!  Wprost  nie 

wierzył własnym oczom. W pierwszym porywie namiętności był ślepy, nie dostrzegając, jak były odmienne. 

 Na początku postrzegał je tak jak zjawy z głębokiego snu. Stopniowo zmieniały się w jego oczach w istoty ludzkie, 

ze wszystkimi właściwymi im wadami i sprzecznościami. 

 Jedna była namiętna, zawsze pragnęła pozostawać blisko Kahlina, nie pozwalała mu oddalić się ani na krok. Druga - 

bardziej  chłodna,  zachowywała  się  swobodniej  i  bardziej  prowokująco.  Na  zmianę  złościł  się  i  zachwycał  jej 
kokieterią. 

 Jedna  była  doskonalą  kucharką.  Spędzała  długie  godziny  przy  kuchni,  z  wielką  cierpliwością  i  zapałem 

przygotowując  najbardziej  wyszukane  potrawy.  Druga  -  nie  przykładała  się  zbytnio  do  gotowania,  ale  od  czasu  do 
czasu wydawała wielką i wspaniałą ucztę, na której objadali się wszyscy troje do nieprzytomności. 

 Jedna  nie  przepadała  za  praniem  i  większość  czasu  spędzała  wylegując  się,  paplając  i  zaśmiewając  rozkosznie. 

Druga  -  przeciwnie  -  była  czysta  i  schludna  jak  kot.  Całymi  dniami  sprzątała  i  pucowała,  starając  się  utrzymać 
wszystko w doskonałym porządku. 

 Jedna  była  błyskotliwie  inteligentna  i  dowcipna,  ale  stale  gderała  z  powodu  ignorancji  Kahlina.  Druga  -  niezbyt 

mądra, powtarzała wszystko to, co on powiedział, ze szczerym podziwem dla jego rozumu. 

 Jedna  bardzo  aktywna  w  dzień,  zrywała  się  razem  ze  słońcem,  ponaglając  siostrę  i  Kahlina,  aby  zaraz  wstawali  z 

łóżka. Druga - rozbudzała się dopiero po zachodzie słońca i zdawała się promieniować własnym blaskiem. 

 Jedna kobieta była zawsze szczera i otwarta. Druga - intrygantka, pełna zaskakujących tajemnic. 
 Jedna kobieta ciągle coś malowała i przyozdabiała. Druga - zupełnie tego nie potrafiła. 
 Jedna kobieta miała talent muzyczny. Potrafiła przepięknie tańczyć. Druga nie potrafiła zaśpiewać żadnego czystego 

dźwięku, ale projektowała dla całej trójki wspaniałe stroje. 

 Jedna kobieta pachniała piżmem. Druga - kapryfolium. 
 Jedna  kobieta  lubiła  rozmawiać  o  rzeczach  zakazanych  i  strzelać  zalotnym  okiem  do  innych  mężczyzn.  Druga  - 

pozowała na tajemniczą i nie cierpiała kolegów Kahlina. 

 Jedna miała ulubioną małpkę, która uwielbiała ciągnąć Kahlina za uszy. Druga - hodowała aż trzy koty. 
 Jedna nigdy naprawdę nie była z niczego zadowolona. Druga - była absolutnie bezkrytyczna. 
 Jedna z kobiet nosiła długie włosy. Druga obcięta swoje bardzo krótko. 
 Lata mijały i jedna z kobiet stalą się zadziwiająco pulchna, a druga zadziwiająco chuda. 
 Kahlin także się zestarzał. Włosy mu posiwiały. Jego kroki nie były już tak pewne ani oczy tak bystre jak dawniej. 
 Każdy dzień swego życia poświęcił na pracę dla nich. Czuł, jak jego miłość rozdziela się na dwa strumienie między 

ciemną i białą. Pewnego dnia zwrócił się do nich w te słowa: 

 - Chociaż wciąż jeszcze jestem krzepki, wiem, że nie będę żył wiecznie. Pragnę wrócić do moich korzeni. Wybiorę 

się więc w góry, gdzie mieszkałem z rodzicami przed wybuchem wulkanu. Możecie pójść ze mną albo zostać tutaj. 

 Chciał  je  w  ten  sposób  wypróbować,  bo  pomyślał  sobie,  że  może  tylko  jedna  z  nich  -  ta  biała,  albo  ta  brązowa  - 

zechce pójść razem z nim. 

 Wyruszył więc w drogę, nie oglądając się za siebie. Za plecami słyszał czyjeś kroki, a jednak nie odwrócił się, żeby 

sprawdzić, która to z nich podąża za nim. 

 Doszedł do urwiska, gdzie przed wieloma laty ocalił dwie gazele - tę białą i tę brązową - ale nie poznał go i poszedł 

dalej. Minęło już tyle lal! 

 Wędrował i wędrował, aż wreszcie dotarł do gór, gdzie przyszedł na świat. Kiedy wspinał się na ostatnie wzgórze, 

miał  przed  oczami  sceny  z  dzieciństwa.  Wspominając  z  miłością  swoich  rodziców  otrzymał  dar  rozumienia.  Po  raz 

background image

 

pierwszy pojął, jak bardzo jego rodzice różnili się między sobą. Tak jak jego dwie kobiety. Tylko jego dziecięca miłość 
pozwalała mu widzieć rodziców jako dwoje bóstw świecących takim samym blaskiem. 

 - Znalazłem więc ziarno mądrości - powiedział głośno. - Czy jest ono warte tej długiej wędrówki i tych wszystkich 

lat? 

 I odpowiedział sam sobie, że ziarno prawdy jest lepsze niż nic. 
 Doszedł więc na szczyt wzgórza. Przed nim rozciągał się wspaniały widok. Tak wspaniałego jego oczy nigdy dotąd 

nie  oglądały.  Aż  po  daleki  horyzont  okryte  dżunglą,  łagodne  zbocza  wzgórz  zbiegały  w  dół  wielkiego  jeziora,  w 
którym  jak  w  zwierciadle  odbijało  się  wysokie,  lazurowe  niebo.  Spokojna  tafla  jeziora  była  pusta.  Nie  zmącona 
obecnością łodzi ani żagla. Jezioro było tak gładkie, jak same niebiosa. Bez jednaj fali. Bez zmarszczki. 

 Długo  cieszył  oczy  Kahlin  wspaniałym  krajobrazem,  aż  wreszcie  pojął,  że  oto  stoi  przed  potężnym  kraterem 

wulkanu,  który  zabił  jego  rodziców,  jego  braci  i  wielu  innych  ludzi.  Teraz  to  miejsce  naznaczone  śmiercią  stało  się 
ż

yzne. Sprawiły to cudowne siły natury. 

 Kahlin obejrzał się za siebie. Za nim stary obie jego żony - ta biała i ta brązowa. Przytulił je gorąco. 
 -  Spójrzcie,  na  środku  nowego  jeziora  jest  wyspa.  Możemy  zbudować  łódź  i  pożeglować  ku  niej.  Spędzimy  tam 

resztę życia. 

 Ale kobiety rzekły: 
 -  Najpierw  porozmawiajmy.  Wszyscy  troje  przed  laty  zawarliśmy  układ.  Za  cenę  własnego  spokoju  zgodziłeś  się 

kochać nas obie. Wiedziałyśmy  wtedy i wiemy to teraz, że mężczyzna nie może kochać jednocześnie dwóch kobiet i 
zachować  spokoju  duszy.  Każdego  dnia  różnice  między  nami  byty  dla  ciebie  torturą.  No,  cóż...  nadszedł  oto  dzień, 
kiedy możemy zwolnić cię z danego przyrzeczenia. To prawda, że często bywałeś okrutny i niesprawiedliwy. Raz, czy 
dwa  straciłeś  głowę  dla  innej  kobiety.  Bijałeś  nas,  dąsałeś  i  często  zachowywałeś  się  okropnie.  Głośno  czkałeś  przy 
stole.  Wszystko  ci  teraz  wybaczamy  dlatego,  że  po  pierwsze:  te  wady  są  częścią  natury  mężczyzny,  a  po  drugie:  bo 
mimo tych wszystkich wad, jednak uczciwie starałeś się nas kochać. 

 Kahlin patrzył podejrzliwie to na jedną, to na drugą. 
 - A więc zwalniacie mnie z umowy? Czy to jakiś nowy podstęp? Co jeszcze wymyślicie? 
 Kobiety - ta biała i ta brązowa - uśmiechnęły się do siebie i rzekły: 
 - Chyba już teraz wiesz, że ponieważ jesteśmy inne, to i kochać nas trzeba inaczej. Biorąc pod uwagę to, że jesteś 

mężczyzną, i tak nieźle się spisałeś. Dlatego też zwracamy ci wolność i dajemy jeszcze jedną szansę wyboru. 

 Jedna z kobiet złożyła pocałunek na jednym policzku Kahlina, a druga - na drugim. 
 - Możesz zabrać tylko jedną z nas na swoją wyspę. Którąkolwiek z nas wybierzesz, ta zostanie przy tobie na zawsze, 

losem drugiej nie musisz się przejmować - powiedziały. 

 Zaczęty  wolnym  krokiem  obchodzić  go  w  koło,  uśmiechając  się  przy  tym  tajemniczo.  Ciągle  krążąc  dookoła 

Kahlina, zdjęty z siebie swe piękne stroje, jako że ich ciała mimo wieku dalej były piękne, zarówno to białe, jak i to 
brązowe  i  nie  nosiły  na  sobie  zmarszczek,  jak  ich  twarze.  Przyglądały  mu  się  -  ta  biała  oczami  koloru  lazuru,  ta 
brązowa koloru bursztynu. 

 - Którą z nas wybierzesz, Kahlinie? 
 Odwrócił od nich oczy i podążył wzrokiem ku jezioru i ku samotnej wyspie, które leżały w błękitnej dali i odrzekł: 
 - Aby zbudować łódź, potrzeba trzech osób, zwłaszcza jeżeli dwie z nich to kobiety. Lepiej obie chodźcie ze mną. 

We troje zamieszkamy na wyspie. 

 Nie patrząc na nie więcej, zaczął schodzić stromym zboczem w dół ku połyskującej wodzie. Obie kobiety poszły za 

nim, machając rękami i protestując. 

 - Ale przecież mógłbyś być wolny! 
 Na  brzegu  jeziora  zbudowali  niewielką  łódź  i  wciągnęli  na  maszt  żagiel  upleciony  z  liści  palmowych.  Tę  noc 

spędzili  na  plaży,  a  następnego  dnia  o  świcie,  zanim  jeszcze  słońce  wyjrzało  spoza  krawędzi  wielkiego  krateru  i 
rozproszyło poranne mgły, skierowali łódź ku wyspie. 

 Kobiety stały przy nim wspierając się o jego ramiona i kpiły z niego: 
 -  I  po  tych  wszystkich  latach,  mimo  tych  wszystkich  rozterek,  które  codziennie  rozdzierały  ci  serce,  dalej  nie 

potrafisz zdecydować,  którą z nas bardziej kochasz  - czy tę o  włosach jak  miód, czy  tę, której  włosy są jak skrzydło 
kruka? Doprawdy, Kahlinie, zabawny z ciebie człowiek. Teraz już do końca życia będziesz miał nas obie na karku! 

 Tajemnicza  wyspa  była  coraz  bliżej.  Kahlin  nie  mógł  przestać  się  uśmiechać,  mimo  że  wzrok  miał  utkwiony  w 

dalekich drzewach pochylających gałęzie nad mglistym lustrem wody i zdawał się niewiele słyszeć z tego, co mówiły 
kobiety. 

 Uśmiechał się dlatego, że i on miał swoją tajemnicę. Kiedyś, jako młodzieniec pokochał je, ponieważ wydawały mu 

się tak bardzo podobne do siebie. Jednak długie lata nauczyły go kochać je jeszcze bardziej dlatego, że tak bardzo byty 
inne.