background image

Jules Verne

Nadzwyczajne przygody

Pana Antifera

Przekład Bronisława Kowalska

Warszawa 1894

 

SPIS TREŚCI

1.

Cześć pierwsza

 

1.

Rozdział I

2.

Rozdział II

3.

Rozdział III

4.

Rozdział IV

5.

Rozdział V

6.

Rozdział VI

7.

Rozdział VII

8.

Rozdział VIII

9.

Rozdział IX

10.

Rozdział X

11.

Rozdział XI

12.

Rozdział XII

13.

Rozdział XIII

14.

Rozdział XIV

15.

Rozdział XV

16.

Rozdział XVI

2.

Cześć druga

 

1.

Rozdział I

2.

Rozdział II

3.

Rozdział III

4.

Rozdział IV

5.

Rozdział V

6.

Rozdział VI

background image

7.

Rozdział VII

8.

Rozdział VIII

9.

Rozdział IX

10.

Rozdział X

11.

Rozdział XI

12.

Rozdział XII

13.

Rozdział XIII

14.

Rozdział XIV

15.

Rozdział XV

16.

Rozdział XVI

Cześć pierwsza

Rozdział I

Był to dzień dziewiątego września 1831 roku. Kapitan okrętu wyszedł ze swojej kajuty 

o godzinie piątej rano i udał się do izdebki przeznaczonej dla oficerów, a znajdującej się w 
tyle okrętu. 

Słońce ukazywało się już na wschodzie, a raczej odbicie jego promieni przedzierało się 

przez dolne warstwy atmosferyczne, gdyż tarcza nie zjawiła się jeszcze na horyzoncie. Długa 
świetlana smuga rozjaśniła powierzchnię morza, lekko pomarszczoną podmuchem porannego 
wietrzyka. 

Po   nocy   spokojnej   zapowiadał   się   dzień   piękny,   jeden   z   tych   dni   wrześniowych, 

którymi cieszy się strefa umiarkowana przy schyłku ciepłej pory roku.

Kapitan   podniósł   do   prawego   oka   lunetę   i   skierował   ją   tam,   gdzie   niebo   i   ziemia 

zdawały się łączyć ze sobą. 

Gdy ją odjął, zbliżył się do sternika, starego człowieka, z dużą brodą i krzaczastemi 

brwiami, z pod których połyskiwały pełne jeszcze życia i blasku oczy. 

– Kiedy przyszedłeś na stanowisko przy robocie? zapytał.
– O godzinie czwartej, kapitanie! 
Kapitan i marynarz mówili szczególnem jakiemś narzeczem, którego niezrozumiałby 

żaden Europejczyk, ani Anglik, ani Francuz, ani Niemiec, ani nikt inny, chyba, że bywał już 
na Wschodzie. Była to dziwna mięszanina narzeczy otomańskich. 

background image

– Nie dostrzegłeś nic nowego?… 
– Nie, kapitanie! 
– A dziś o świcie nie widziałeś żadnego okrętu?
– Owszem, widziałem duży okręt trzymasztowy, który płynął pod wiatr ku nam. Ja więc 

starałem się płynąć z wiatrem, aby go ominąć jak można najdalej. 

– Dobrze uczyniłeś. A teraz?… 
Tu kapitan spojrzał znowu uważnie przez lunetę i po chwili zawołał donośnym głosem: 
– Zmienić kierunek statku! 
Marynarze podnieśli się natychmiast. Drąg wsunęli pod spód, przyciągnęli sznury od 

trójkątnego żagla i okręt zmienił kierunek, po chwili zaś zaczął płynąć w stronę północno-
zachodnią. 

Był   to   dwumasztowy   statek   o   czterystu   beczkach,   okręt   kupiecki,   który   z   wielkim 

trudem można było zamienić na wytworny yacht. Kapitan miał pod swymi rozkazami sternika 
i piętnastu ludzi, którzy składali załogę dostateczną do usługi okrętowej. Majtkowie mieli na 
sobie ubiór podobny do tego, jaki noszą marynarze we wschodniej Europie. 

Żadna nazwa nie była wypisana ani na bokach, ani na przodzie okrętu; żadna flaga nie 

powiewała obok masztów. Zresztą widać dlatego, aby żadnego innego okrętu nie witać lub 
nie   opowiadać   na   powitanie,   okręt   zmieniał   natychmiast   kierunek,   skoro   tylko   majtek 
czatujący na bocianiem gnieździe, tak nazywają czatownię na okręcie, oznajmił o zbliżaniu 
się jakiego statku. 

Czyżby to zatem był statek korsarski, bo w owej epoce można było jeszcze je napotkać 

w tamtych stronach, statek, który lękał się być ściganym?… Nie, napróżno bowiem szukałbyś 
na nim broni, a przytem był zaopatrzony w tak niewielką załogę, że nie mógłby się zajmować 
tem niebezpiecznem rzemiosłem. 

A może byli to kontrabandziści, którzy zajmowali się przemycaniem towarów wzdłuż 

jakiego wybrzeża, albo od jednej do drugiej wyspy? I to podejrzenie jednak okazałoby się 
również fałszywem, bo gdyby najbystrzejszy urzędnik komory celnej zwiedził kajuty i dno 
okrętu,  gdyby  przejrzał  wszystkie  skrzynie   i  beczki,  nie   znalazłby  żadnego  podejrzanego 
towaru. W istocie okręt nie miał żadnego ładunku, tylko obfite zapasy żywności, która mogła 
starczyć na lat kilka, a na spodzie baryłki z winem i z wódką. Z tyłu okrętu pod izdebką dla 
oficerów   znajdowały   się   trzy   baryłki   dębowe,   otoczone   żelaznemi   obręczami.   Było   więc 
dosyć miejsca na balast, który pozwalał mu płynąć z rozpostartymi żaglami. 

Możnaby było przypuszczać, że w tych baryłkach znajdował się proch, lub jaki inny 

materyał  wybuchowy,  gdyby nie ta okoliczność, że nie zachowywano żadnej ostrożności, 
wchodząc do skrytki, w której się mieściły. 

Zresztą żaden z marynarzy nie mógłby udzielić najmniejszego wyjaśnienia ani co do 

przeznaczenia tego okrętu, ani co do powodów, które skłaniały go do zmiany kierunku drogi, 
skoro  tylko  spostrzeżono   inny  okręt.  Nikt   z  załogi  nie   wiedział  również,   dlaczego  płyną 
naprzód lub cofają się, tak, jak to czynili od piętnastu miesięcy, nikt nie umiał zdać sobie 
sprawy   z   tego,   gdzie   znajdują   się   w   obecnej   chwili.   Czasem   płynęli   z   rozpuszczonymi 
żaglami, czasami posuwali się zwolna i ostrożnie, to kołysali się na falach niezbyt obszernego 
morza, to znów płynęli po niezmierzonej przestrzeni oceanu. 

Podczas tej tajemniczej żeglugi kilkakrotnie spostrzegali ląd, ale kapitan oddalał się od 

niego czemprędzej. Dostrzegli również kilka wysp, ale cofnęli się od nich natychmiast. 

background image

Gdyby kto zajrzał w książkę okrętową, przekonałby się o dziwnych zmianach kierunku 

drogi,   których   nie   można   było   usprawiedliwić   ani   zmianą   wiatru,   ani   innych   wpływów 
atmosferycznych. Była to tajemnica, o której wiedział tylko kapitan, człowiek czterdziesto-
sześcioletni, z gęstą najeżoną czupryną i jakiś człowiek wysokiego wzrostu, który ukazał się 
w tej chwili na pokładzie. 

– Nic? zapytał kapitana. 
– Nic, ekscelencyo. 
Mężczyzna,   którego   kapitan   uczcił   takim   tytułem,   wzruszył   z   niezadowoleniem 

ramionami,   kończąc   w   ten   sposób   rozmowę,   która   ograniczyła   się   na   trzech   wyrazach, 
poczem zeszedł znów po schodach i udał się do swego pokoju, znajdującego się pod izdebką 
oficera. Tu rzucił się na sofkę i zdawało się, że popadł w pewien rodzaj odrętwienia. Chociaż 
leżał nieruchomy, jak gdyby go sen obezwładnił, nie spał jednakże bynajmniej. Widać, że 
myśl jakaś zajmowała go wyłącznie. 

Mężczyzna ten mógł mieć około pięćdziesięciu lat wieku. Wysoki wzrost, klasyczny 

kształt głowy, bujne siwiejące włosy, gęsta broda spadająca na piersi i czarne pełne blasku 
oczy, obok dumnego wyrazu twarzy, na której malował się smutek, albo raczej zniechęcenie, 
oraz godność objawiająca się w całej postaci, dowodziły, że był to człowiek szlachetnego 
pochodzenia. 

Z ubrania nieznajomego nie można było wnioskować do jakiej należy narodowości; 

odziany  był   bowiem   w  obszerny,  brunatnego  koloru   burnus,  wyszywany   na  rękawach   w 
różnokolorowe wzory i sięgający aż do ziemi. Na głowie miał zielonawą czapkę. 

W dwie godziny później młody chłopiec przyniósł mu śniadanie i postawił je na stole, 

przytwierdzonym do podłogi, pokrytej pięknym dywanem, tkanym w barwiste kwiaty. Lecz 
nieznajomy prawie  nie skosztował wytwornie  przyrządzonych  potraw  i wypił  tylko  kawę 
gorącą   i   aromatyczną,   którą   mu   podano   w   dwóch   srebrnych   filiżaneczkach   kunsztownie 
rzeźbionych.  Potem młody chłopiec przysunął mu fajerkę z nargilą, z której wydobył  się 
wonny obłoczek dymu. Nieznajomy,  ująwszy w usta bursztynowy munsztuk, pogrążył się 
znowu w zadumie, otaczając się obłokami aromatycznego tytuniowego dymu. Przy ruchu ust 
ukazywały się zęby prześlicznej białości. 

W   ten   sposób   spędził   jedną   część   dnia,   podczas   gdy   statek   lekko   kołysząc   się   na 

spokojnych falach, płynął w dal, dążąc do celu, który dla załogi był tajemnicą.

Około   godziny   czwartej   po  południu,   ekscelencya   wstał,   przeszedł   się  po   kajucie   i 

zbliżając się do otwartego okienka, objął spojrzeniem niezmierzony horyzont. Potem postąpił 
kilka kroków i zatrzymał się w pobliżu drzwi poziomych, zamykających się z góry na dół i 
zakrytych rogiem dywanu. Drzwi te, otwierające się za naciśnięciem nogą ukrytej sprężyny, 
prowadziły do kryjówki, znajdującej się pod podłogą kajuty. 

Tam   właśnie   były   umieszczone   owe   dębowe   baryłki,   o   których   była   wzmianka   na 

początku tego opowiadania. Nieznajomy, pochylony nade drzwiami, stał tak długą chwilę, jak 
gdyby widok tych beczułek wywierał na niego wpływ magnetyczny. Potem wyprostował się i 
szepnął do siebie: 

– Nie… nie będę się wahał! Jeśli nie znajdę jakiej nieznanej wysepki, gdziebym je mógł 

zakopać w tajemnicy, wolałbym je wrzucić w głębinę morza. 

Zamknął drzwi, zasunął dywan i po schodach udał się do izdebki oficera. 

background image

Była godzina piąta po południu; w atmosferze żadna nie zapowiadała się zmiana. Po 

niebie przesuwały się lekkie obłoczki; statek lekko pochylony na bok pozostawiał za sobą 
świetlaną smugę pomarszczonych fal. 

Ekscelencya objął wzrokiem cały horyzont. Ze swego obserwatoryum byłby dostrzegł 

ziemię nawet nie zbyt wyniosłą i to na odległości jakich czternastu albo piętnastu mil. Patrzył, 
ale pomiędzy niebem a wodą żaden nie ukazywał się zarys. 

W tej chwili kapitan przysunął się do niego, a on znów zapytał krótko: 
– Nic?
Co wywołało równie krótką odpowiedź: 
– Nic, ekscelencyo! 
Nieznajomy   milczał   chwil   kilka,   potem   cofnął   się,   usiadł   na   ławce   i   podczas   gdy 

kapitan   przechadzał   się,   on   spoglądał   jeszcze   przez   lunetę,   kierując   nią   z   gorączkową 
niecierpliwością. 

– Kapitanie! rzekł znowu, gdy po raz ostatni wybadał przestrzeń. 
– Czego życzy sobie wasza ekscelencya? 
– Chciałbym wiedzieć dokładnie, gdzie się obecnie znajdujemy? 
Kapitan przysunął się do wielkiej karty geograficznej i rozwinął ją. 
– Tu, odparł, wskazując ołówkiem miejsce, gdzie południk i paralella łączyły się ze 

sobą. 

– W jakiej odległości od tej wyspy, która jest tam na wschodzie?… 
– O dwadzieścia dwie mile.
– A od tej ziemi? 
– O dwadzieścia sześć mil mniej więcej. 
– Czy nikt z pomiędzy załogi nie wie, w jakich okolicach znajdujemy się teraz? 
– Nikt, oprócz mnie i was, ekscelencyo! 
– Ani nawet na jakiem znadujemy się morzu? 
– Ani tego nawet. Od tak dawna krążymy w rozmaitych kierunkach, że nawet najlepszy 

marynarz nie umiałby zdać sobie sprawy, gdzie się znajdujemy. 

– A więc dlaczego los zawistny nie dozwala mi napotkać wyspy,  o którejby żaden 

żeglarz   nic   nie   wiedział,   a   jeżeli   nie   wyspy,   to   chociażby   wysepki   albo   skały,   o   której 
istnieniu  również   niktby  nie   wiedział?  Tam  ukryłbym  te   skarby  i  dośćby  było  kilku   dni 
podróży   morskiej,   abym   mógł,   gdy   czas   nadejdzie,   zabrać   je   napowrót,   jeżeli   czas   ten 
nadejdzie kiedykolwiek! 

Powiedziawszy te słowa, mężczyzna zamilkł, a kapitan, szanując jego milczenie, nie 

odezwał się także ani słowa. Tymczasem nieznajomy oparł się o parapet w pewnem od niego 
oddaleniu i zaczął przypatrywać się falom morskim, które tak były spokojne i przejrzyste, że 
można je było przejrzeć do głębokości jakich ośmdziesięciu stóp. Wreszcie odwrócił się i 
zawołał z uniesieniem: 

– Oto przepaść, której powierzyłbym moje bogactwa! 
– Onaby wam ich nigdy nie zwróciła, ekscelencyo! 

background image

– O! niech lepiej zginą, niżby miały wpaść w ręce niegodne! 
– Jak wam się spodoba, ekscelencyo! 
– Jeżeli dziś przed wieczorem nie odkryjemy w tych stronach nieznanej wysepki, trzy 

beczułki zostaną wrzucone w morze. 

– Stanie się według woli ekscelencyi, odpowiedział kapitan i poszedł wydać rozkazy, 

aby zmieniono kierunek statku. 

Tajemniczy nieznajomy oparł się znowu o parapet i pogrążył  się w tem półsennem 

marzeniu, które było widać jego zwykłem usposobieniem. 

Słońce szybko schylało się ku zachodowi. Dziewiątego września, to jest w epoce, która 

poprzedza   może   o   jakie   dwa   tygodnie   porównanie   dnia   z   nocą,   kapitan   zaczął   ciekawie 
przyglądać się horyzontowi. Czy w powyżej wymienionym kierunku istniała jaka wyniosłość 
połączona   z   wybrzeżem   lądu   lub   wyspy?   Było   to   przypuszczenie   nieprawdopodobne, 
ponieważ mapa geograficzna nie oznaczała żadnego lądu w promieniu jakich piętnastu lub 
dwudziestu mil w tych stronach, często nawiedzanych przez okręta kupieckie, a tem samem 
dobrze   znanych   przez   żeglarzy.   Tymczasem   zauważono   skrawek   lądu.   Czyżby   to   była 
odosobniona   skała,   która   wystawała   na  kilka   sążni   ponad  falami   morza   i   która   mogłaby 
służyć  jego  ekscelencyi  za   miejscowość   dogodną  do  zakopania  skarbu?…  Wysepka   tego 
rodzaju,   otoczona   wystającemi   skałami,   nie   mogłaby   się   ukryć   przed   poszukiwaniem 
marynarzy; oznaczonoby ją na kartach geograficznych. Kapitan, przypatrując się mapie, mógł 
śmiało twierdzić, że na tej przestrzeni nie istniała nawet skała, wychylająca się z morza. 

– To złudzenie, powiedział sobie, gdy znów zwrócił lunetę na miejsce, które podniecało 

jego ciekawość. 

Nie, teraz na horyzoncie nie zarysowala się żadna linia. W tej chwili, a było to po 

szóstej godzinie, tarcza słoneczna zaczęła schylać się ku krańcom widnokręgu, wydając przy 
zetknięciu się z morzem pewien świt, jak twierdzili Iberyjczycy. 

Tak przy zachodzie,  jak i przy wschodzie słońca, odbicie ukazywało jeszcze tarczę 

słoneczną, chociaż ta już znikła na horyzoncie. Promienie świetlne rozrzucone ukośnie na 
powierzchni   fal,   tworzyły   długą   linię   ciągnącą   się   od   zachodu   ku   wschodowi.   Ostatnie 
zmarszczki podobne do ognistych pasów, drżały pod lekkim wiatru powiewem. Blask ten 
zagasł nagle, gdy wyższa część tarczy przy zetknięciu się z wodą, zajaśniała promieniem 
zielonym. Bok statku zanurzył się nagle w cieniu, podczas gdy maszty zajaśniały odbiciem 
purpurowego światła. 

W chwili, gdy cienie zmroku miały okryć swoją zasłoną wodne przestrzenie, głos jakiś 

dał się słyszyć od strony przedniego masztu.

– Ho! ho! 
– Cóż tam? zapytał kapitan. 
– Widać jakiś ląd z prawej strony okrętu! 
Ląd, i to w tej samej  stronie, w której zdawało się kapitanowi, że dostrzega  jakieś 

niepewne zarysy? Nie omylił się zatem w swoich przypuszczeniach. 

Na okrzyk straży, marynarze przysunęli się do parapetu i spoglądali uważnie w stronę 

zachodnią. Kapitan, z lunetą zawieszoną na rzemyku przez ramię, chwycił za linę wielkiego 
masztu i po szczeblach wdrapał się zręcznie na górne piętra, skąd znowu rozpoczął badanie 
przez lunetę. 

background image

Majtek,   będący   na   straży,   nie   pomylił   się.   W   odległości   sześciu   lub   siedmiu   mil 

wyłaniało się z fal morskich coś w rodzaju wysepki, której zarysy odcinały się czarnemi 
liniami   na   niebie,   oświetlonem   jeszcze   ostatnimi   blaskami   zachodu.   Była   to   raczej   skała 
niezbyt wyniosła, otoczona jakby mgłą wyziewów siarczanych. Gdyby to zdarzenie miało 
miejsce pięćdziesiąt lat później, każdy marynarz twierdziłby z pewnością, że to dym unoszący 
się z komina wielkiego parostatku; ale w roku 1831, nikt nie przypuszczałby, że fale oceanu 
pruć będą kiedyś olbrzymie parowe okręta. 

Zresztą   kapitan   nie   miał   czasu   się   zastanawiać,   zaledwie   bowiem   zdołał   dostrzedz 

wysepkę, gdy ta znikła mu natychmiast we mgle wieczornej. W każdym razie jednak nie było 
to złudzeniem: wyspa istniała rzeczywiście, nie podlegało to żadnej wątpliwości. 

Kapitan   zeszedł   do   izdebki   oficera,   a   nieznajomy,   którego   ten   wypadek   obudził   z 

odrętwienia, dał mu znak, aby się przybliżył i znów w ten sam sposób co poprzednio zapytał: 

– A więc, cóż tam? Czy prawda? 
– Tak, ekscelencyo! 
– Widać jaką ziemię? 
– Co najmniej małą wysepkę. 
– W jakiej odległości? 
– Może o sześć mil w stronie zachodniej. 
– Czy karta geograficzna nie wykazuje nic w tem miejscu?… 
– Nic, ekscelencyo! 
– Czy jesteś tego pewnym? 
– Jak najpewniejszym. 
– Byłaby to zatem wysepka nieznana? 
– Tak sądzę.
– Czy to jest rzeczą możliwą?
–   Dlaczegóżby   nie,   ekscelencyo,   jeśli   ta   wysepka   zalicza   się   do   wysp   formacyi 

niedawnej. 

– Takie jest twoje przekonanie? 
–   Bez   wątpienia,   gdyż   wysepka   przedstawiła   mi   się,   jakby   otoczona   wyziewami 

wulkanicznymi. Na tych przestrzeniach morza siła żywiołów podmorskich objawia się nieraz 
przez wynurzanie się skał z fal oceanu. 

–   O!   gdybyś   powiedział   prawdę,   kapitanie!   Nie   pragnąłbym   niczego   więcej,   jak 

napotkać   taką   skałę,   która   nagle   wynurzyła   się   z   morza!…   Skała   nie   byłaby   własnością 
niczyją… 

– Albo raczej, ekscelencyo, stałaby się własnością tego, któryby ją najpierwszy objął w 

posiadanie. 

– A więc moją w takim razie.
– Tak… waszą, ekscelencyo! 
– Płyńmy wprost ku tej ziemi.

background image

– Dobrze, ale musimy płynąć ostrożnie! odpowiedział kapitan. Nasz statek mógłby się 

rozbić,   gdyby,   jak   można   to   przypuszczać,   jakieś   podwodne   skały   otaczały   tę   wysepkę. 
Mojem zdaniem należałoby czekać dnia, aby rozpoznać położenie i dopiero podpłynąć ku 
wysepce… 

– Czekajmy, ale zwolna kierujmy się jednakże w tamtę stronę… 
– Stanie się podług rozkazu waszej ekscelencyi. 
Kapitan   postąpił   tak,   jak   wypadało   na   przezornego   marynarza,   okręt   bowiem   nie 

powinien płynąć, nie znając dokładnie przestrzeni, po której ma dążyć, a tem więcej, gdy się 
ma   zbliżać   do   nieznanej   ziemi.   Wtedy   niebezpiecznie   jest   płynąć   w   nocy,   gdyż   ciągle 
powinno się zapuszczać sondę. 

Nieznajomy   mężczyzna   wrócił   do   swej   kajuty,   gdzie   być   może,   iż   sen   skleił   jego 

powieki;   lecz   można   było   być   pewnym,   że   nie   zaśpi   długo   i   że   z   pierwszym   blaskiem 
jutrzenki ukaże się znów na pokładzie. 

Kapitan nie chciał ani na chwilę zejść z pokładu, ani powierzyć sternikowi pieczy nad 

okrętem. Noc upływała wolno. 

Zarysy horyzontu stawały się coraz bardziej niepewne, a jego obwód wydawał się coraz 

mniejszym. Ostatnie blaski światła zagasły na zenicie; lekki wietrzyk wiał od godziny. 

Zwinięto żagle, pozostawiając tylko te, które konieczne były do utrzymania kierunku 

statku. 

Tymczasem na firmamencie zajaśniały najpierwsze konstelacye. Na północy gwiazda 

podbiegunowa wyglądała  jak oko nieruchome  i bez blasku, podczas  gdy gwiazda Arktur 
świeciła  jasno w przedłużeniu łuku Wielkiej  Niedźwiedzicy.  Naprzeciw  gwiazdy polarnej 
Kasiopea zakreślała swoje podwójne, błyszczące V. Nieco niżej Kapella ukazywała się w tem 
samem miejscu, gdzie wschodziła dnia wczorajszego i gdzie wschodzić miała nazajutrz, tylko 
o   cztery   minuty   wcześniej,   gdyż   tak   zaczyna   się   jej   dzień   gwiazdowy.   Na   uśpionej 
powierzchni morza panował rodzaj odrętwienia, jakie noc zwykle sprowadza. 

Kapitan stał na przedzie okrętu pogrążony w głębokiej zadumie; umysł jego zajęty był 

wyłącznie   owym   punktem,   który   dostrzegł   przy   ostatnich   blaskach   zachodzącego   słońca. 
Teraz budziły się w jego duszy wątpliwości, które zazwyczaj potęgują się jeszcze bardziej w 
nocy. 

– Czy nie uległem czasem złudzeniu zmysłów? Czy naprawdę nowa wysepka ukazała 

się zpośród fal w tem miejscu? zapytywał się po raz setny. 

Ależ tak, to chyba nie złudzenie; kapitan znał przecież doskonale te strony, przecież ze 

sto razy tędy przepływał… Punkt, który widział, mógł się znajdować o jedną może milę, a 
wiedział, że najbliższe lądy mogą się znajdować o mil ośm lub dziesięć odległości… Ale 
jeżeli się nie omylił, jeżeli w tem miejscu wyspa jakaś wynurzyła się z głębin morskich, któż 
mógł wiedzieć, czy nie jest już zajęta?… Być może, że jaki żeglarz zatknął już na niej swój 
sztandar!  Anglicy,  którzy tak  potrafią   szperać  po  oceanie,  zagarnęli   już  pewnie  wysepkę 
znajdującą się na szlaku żeglarskim i objęli ją w swoje posiadanie!… Może wkrótce załoga 
statku dostrzeże ogień, który oznajmi, że wyspa stała się już czyją własnością! Być może, że 
ukazanie się tej gromady skał nie sięgało epoki dalszej nad kilka tygodni lub kilka miesięcy, 
ale w tych stronach morza tak często zwiedzanych nie uniknęła ona pewno bystrego wzroku 
marynarzy   i   wskazówek   narzędzi   astronomicznych   hidrografów,   to   jest   ludzi   biegłych   w 
nauce żeglugi i znajomości mórz i oceanów. 

background image

Kapitan szarpany niepokojem i niepewnością, wyglądał z upragnieniem dnia. Teraz nic 

nie wskazywało kierunku wysepki, nawet owe lekkie wyziewy otaczające ją nakształt mgły, a 
które wśród ciemności nocnych mogły były zabarwić horyzont ciemniejszym kolorytem. Ale 
wszędzie woda i powietrze łączyły się w jedność i tonęły w szarym, jednostajnym zmroku. 

Tymczasem   godziny   upływały;   konstelacye   zakreśliły   już   ćwierć   koła   przy   osi 

firmamentu. Około godziny czwartej rano białawe światło ukazało się na wschodzie. Przy 
tym   blasku   można   było   dostrzedz   kilka   lekkich   chmur,   zaczepionych   u   zenitu.   Jeszcze 
brakowało   kilku   stopni   zanim   słońce   mogło   się   ukazać   na   horyzoncie.   Ale   żeglarz   nie 
potrzebował tak wiele światła, aby odnaleźć dostrzeżoną wysepkę, jeśli takowa istniała w 
rzeczywistości. 

W tej chwili tajemniczy nieznajomy wyszedł z kajuty i udał się do izdebki oficerskiej, 

gdzie właśnie znajdował się kapitan. 

– A zatem… ta wysepka? zapytał. 
– Otóż jest, ekscelencyo, odpowiedział kapitan, wskazując na gromadę wysp znajdującą 

się może o dwie mile. 

– Przybijmy do brzegu! 
– Stanie się podług rozkazu jego ekscelencyi. 
 

Rozdział II

 
Niech się czytelnik nie ździwi zbytecznie, jeśli Mehemet-Ali ukaże się na scenie zaraz 

na   wstępie   tego   rozdziału.   Chociaż   sławny   ten   pasza   odgrywał   ważną   rolę   w   historyi 
Wschodu,   zjawi   się   jednak   na   chwilę   w   tem   opowiadaniu   z   powodu   stosunków, 
nieprzyjemnych   zresztą,   jakie   nieznajomy,   płynący   na   statku,   miał   z   założycielem 
współczesnego Egiptu. 

Mehemet-Ali w owej epoce nie myślał  jeszcze o zdobyciu  Palestyny i Syryi,  które 

należały do sułtana Mahmuda, władcy obydwóch Turcyi, Azyatyckiej i Europejskiej. 

Przeciwnie sułtan i pasza byli dobrymi przyjaciółmi, gdyż ten ostatni służył sułtanowi w 

sprawie zawojowania Morei i utrzymania pod swoją władzą tego małego kraiku należącego 
do Grecyi. 

Przez   kilka   lat   Mehemet-Ali   i   Ibrahim   siedzieli   spokojnie   w   swoim   paszaliku.   Ale 

zapewne   ten   rodzaj   lennictwa,   który   robił   ich   najzwyczajniejszymi   poddanymi   Porty, 
upokarzał  ich  ambicyę  czekali,   gdyż  tylko  sposobności,   która  mogłaby  im  dopomódz  do 
zerwania więzów, tak mocno zadzierzgniętych przez tyle wieków. 

W   Egipcie   żył   wtedy   człowiek,   który   przez   majątek   zaliczał   się   do   rzędu 

najznakomitszych osób w kraju. Fortuna wielu pokoleń drogą dziedzictwa spłynęła na jego 

background image

głowę. Człowiek ów mieszkał w Kairze, a nazywał się Kamylk-Pasza. Jego to właśnie kapitan 
statku czcił tytułem ekscelencyi. 

Kamylk-Pasza   był   człowiekiem   mężnym   i   niezmiernie   przywiązanym   do   ludów 

wschodnich. Urodzony w Egipcie sercem należał do państwa Ottomańskiego, bo czuł, że opór 
przeciwko naciskowi z Zachodu będzie bardziej silny i skuteczny ze strony sułtana Mahmuda, 
niż ze strony Mehemet-Alego. To też przylgnąwszy duszą do sprawy i osobę swoją oddał na 
jej usługi. Urodzony w roku 1780 z rodziny słynącej z wojowniczości ducha, miał zaledwo lat 
dwadzieścia, gdy wstąpił do wojska Dżezara, gdzie wkrótce przez swoje męstwo uzyskał tytuł 
i stopień paszy.  W roku 1799 naraził  sto razy swoją wolność, majątek  i życie,  bijąc się 
przeciwko Francuzom, którymi dowodził Napoleon Bonaparte wspomagany przez generałów 
takich jak Kleber, Regnier, Lannes i Murat. Po bitwie pod El-Arisch został więźniem razem z 
Turkami, lecz mógł był odzyskać wolność, gdyby chciał był podpisać zobowiązanie, że nigdy 
nie będzie walczył przeciwko żołnierzom francuskim. Ale mając postanowienie walczyć do 
końca   i   rachując   na   jakąś   nadzwyczajną   łaskę   losu,   Kamylk-Pasza   uparty   tak   w   swoich 
pojęciach, jak w swoich czynach, odmówił podpisu żądanego zobowiązania. Wreszcie zdołał 
uciec   z   niewoli   i   z   większą   jeszcze   niż   przedtem   zaciętością   walczył   w   bitwach   z 
nieprzyjaciółmi.   Postanowił   bowiem   do   końca   życia   bronić   całości   Ottomańskiego 
terytoryum. 

Po poddaniu się Jaffy dnia szóstego marca, należał do liczby tych, których warunki 

kapitulacyi oddały nieprzyjajaciołom, pod obietnicą jednakże, że życie będzie im darowane. 
Gdy więźniowie,  w liczbie  czterech  tysięcy,  po większej części Albańczycy lub Arnauci, 
przywiedzeni   zostali   przed   oblicze   Bonapartego,   ten   okazał   się   niezadowolony   ze   swej 
zdobyczy i powiedział sobie, że jeżeli wypuści z niewoli tych strasznych żołnierzy, pójdą oni 
bez wątpienia powiększyć  garnizon paszy w Saint-Jean-d’Acre. To też chcąc pokazać, że 
należy do tych zdobywców, których nic nie zdoła powstrzymać, wydał rozkaz rozstrzelania 
ich. 

Teraz nie ofiarowywano im życia, tak jak niewolnikom w El-Arisch, w zamian za to, że 

nie będą służyli w wojsku, nie, po prostu skazywano ich na śmierć. Zginęli więc na wybrzeżu 
morskiem, a ci, których  kule nie dosięgły i którzy mniemali, że ich ułaskawiono, zginęli 
również, gdy się zwrócili w stronę zwycięzcy. 

Lecz zginąć w ten sposób nie było widać przeznaczeniem Kamylk-Paszy. Pomiędzy 

Francuzami znaleźli się ludzie z sercem i honorem, dla których rzeź była wsrętną, choć może 
była nieuniknioną podług wymagań wojennych. Ci zacni ludzie ocalili wielu więźniów. Jeden 
z nich, majtek z marynarki kupieckiej, błądząc w nocy wpośród skał nadbrzeżnych, gdzie 
spodziewał   się   napotkać   nieszczęśliwych,   znalazł   Kamylk-Paszę   niebezpiecznie   rannego. 
Przeniósł   go   więc   w   bezpieczne   miejsce   i   pielęgnował   troskliwie,   dopóki   ranny   nie 
wyzdrowiał. Czyżby Kamylk-Pasza mógł kiedykolwiek zapomnieć o podobnej przysłudze? 

W jaki jednak sposób go poznał i wśród jakich nastąpiło to okoliczności, to właśnie 

przedmiotem tej ciekawej i prawdziwej opowieści. 

Kamylk-Pasza wyleczył się z ran po upływie trzech miesięcy. 
Kampania Bonapartego skończyła się pod murami Saint-Jean-d’Acre. Pod dowództwem 

paszy Damaszku armia turecka przeprawiła się przez Jordan dnia 4 kwietnia, a z innej strony 
eskadra angielska z Sidney-Smith krążyła w okolicach Syryi. To też chociaż Bonaparte wysłał 
dywizyę Klebera z Junotem, chociaż sam znajdował się na polu walki, chociaż zwyciężył 
Turków w bitwie pod górą Tabor, było już zapóźno, gdy nadbiegł grozić znowu fortecy Saint-
Jean-d’Acre. Nadeszły tam już posiłki wynoszące dwanaście tysięcy żołnierzy. Na domiar 
złego ukazała się zaraza i 20 maja Bonaparte zdecydował się odstąpić od oblężenia. 

background image

Kamylk-Pasza mniemał, że może wtedy odważyć się powrócić do Syryi. Powracać do 

Egiptu,   w   którym   ciągłe   trwały   zamieszki   i   niepokoje,   byłoby   największą   z   jego   strony 
nieostrożnością. Należało więc czekać sposobnej do tego pory i Kamylk-Pasza czekał lat pięć. 
Dzięki olbrzymiej fortunie mógł żyć dostatnio w rozmaitych prowincyach, do których nie 
dosięgała jeszcze chciwość egipska. 

W tym samym czasie na widowni świata ukazał się syn agi, którego męstwo zwróciło 

już na siebie uwagę podczas bitwy pod Aboukir w roku 1799. Był to Mehmet-Ali, którego 
wpływ   stał   się   tak   potężnym,   że   zdołał   nakłonić   Mameluków   do   powstania   przeciwko 
gubernatorowi Khoszew-Paszy, do wypowiedzenia posłuszeństwa wodzowi, do pozbawienia 
władzy Khowischida, następcy Khoszewa, i wreszcie do obwołania siebie wice-królem w 
roku 1806 za zezwoleniem wszechwładnej Porty. 

Na dwa lata przedtem umarł Dżezar, opiekun Kamylk-Paszy. Osamotniony Kamylk-

Pasza mniemał, że może już bez niebezpieczeństwa wrócić do Kairu. 

Miał wtedy lat dwadzieścia siedm i dzięki świeżo otrzymanym spadkom stał się jednym 

z najbogatszych ludzi w Egipcie. Z usposobienia zamknięty w sobie, lubił życie samotne i 
miał wielkie upodobanie do zawodu wojskowego. Czekając zatem, aż się zdarzy sposobność 
zużytkowania wrodzonych zdolności, chciał siły swoje zużyć na dalekie podróże. 

Nieraz zastanawiał się nad tem Kamylk-Pasza komu się dostanie po jego śmierci taki 

olbrzymi   majątek,   i   czy   nie   ma   gdzie   krewnych   z   linii   dalszej,   którzyby   ten   majątek 
odziedziczyli? 

Miał   wprawdzie   kuzyna   o   sześć   lat   młodszego   od   siebie,   niejakiego   Murada, 

urodzonego w roku 1786. Chociaż obydwaj krewni mieszkali w Kairze, nie widywali się 
jednak ze sobą, gdyż dzieliły ich opinie polityczne. Kamylk-Pasza był stronnikiem potęgi 
ottomańskiej   i   dowody   tego   składał   całem   swojem   postępowaniem,   Murad   zaś   walczył 
przeciwko   wpływowi   Ottomanów,   zarówno   słowami,   jak   i   czynami,   i   stał   się   wkrótce 
najgorliwszym doradzcą Mehemet-Alego w czasie jego zatargów z sułtanem Machmudem. 

Murad, chociaż był jedynym krewnym Kamylk-Paszy i człowiekiem zupełnie ubogim, 

nie mógł jednak liczyć na majątek krewnego, chyba w takim razie, gdyby się pogodzili, czego 
trudno się było spodziewać. Przeciwnie, niechęć, a nawet coraz gwałtowniejszą nienawiść, 
miała   wytworzyć   jeszcze   głębszą   przepaść   pomiędzy   dwoma   ostatnimi   członkami 
dogasającego rodu. 

Ośmnaście lat upłynęło od roku 1806 do 1824, a przez ten czas panowanie Mehemet-

Alego nie zakłóciła żadna zewnętrzna wojna; musiał jednakże walczyć ze wzrastającą potęgą 
i niepokojem, jaki rozsiewali Mamelucy, stronnicy jego, którym tron zawdzięczał. Ogólna 
rzeź, jaka miała miejsce w całym Egipcie, uwolniła go od tej niemiłej milicyi. To zapewniło 
te długie lata spokoju poddanym wice-króla, którego stosunki z dywanem były jak najlepsze, 
przynajmniej na pozór, gdyż sułtan w rzeczywistości nie dowierzał swemu wasalowi i miał 
słuszność. 

Kamylk-Pasza często narażony bywał na przykrości, wypływające ze złej woli Murada, 

który korzystając z dowodów sympatyi, jakich mu nie szczędził wice-król, podniecał ciągle 
swego   pana   przeciwko   bogatemu   Egipcyaninowi.   Przypominał   mu,   że   był   to   stronnik 
Mahmuda, przyjaciel Turków, że krew swą za nich przelewał…. Podług jego mniemania był 
to człowiek niebezpieczny, którego należało pilnować… szpieg może… Taki wielki majątek, 
zgromadzony w jednej dłoni, także groził niebezpieczeństwem… Jednem słowem powtarzał 
wszystko, co tylko mogło podniecić chciwość możnowładcy, nie posiadającego ani zasad, ani 
skrupułów. 

background image

Kamylk-Pasza   nie   chciał   zwracać   uwagi   na   te   podżegania.   W   Kairze   wiódł   życie 

samotne i trudno byłoby wciągnąć go w jakąkolwiek zasadzkę. Opuszczał nieraz Egipt i i 
udawał się w dalekie podróże. Płynął wtedy na własnym statku, którym dowodził kapitan Zo, 
o pięć lat młodszy od swego pana i niezmiernie do niego przywiązany. W ten sposób pan 
błąkał się po morzach Azyi i Europy, wiodąc bezcelowe życie, odznaczające się pogardliwą 
obojętnością dla całej ludzkości. 

Czy Kamylk-Pasza  zapomniał   już  o marynarzu   francuskim,  który  go ocalił  od  kuli 

Bonapartego? Nie, zapomnieć nie mógł, gdyż takiej przysługi nie zapomina się nigdy; ale 
zdaje się, że jeszcze nie odpłacił za nią niczem. 

Czy Kamylk-Pasza odkładał na później okazanie swej wdzięczności i czekał tylko na 

sposobność,   gdy   jaka   podróż   morska   zaprowadzi   go   na   terytoryum   wód   francuskich?… 
Trudno byłoby odpowiedzieć na to pytanie. 

Zresztą w roku 1822 bogaty Egipcyanin przekonał się, że był pod ścisłym nadzorem, 

skoro tylko znajdował się w Kairze. Z rozkazu wice-króla nie dozwolono mu przedsięwziąć 
kilku podróży, do których poczynił już przygotowania. 

Dzięki   nieustającym   podżeganiom   krewnego,   Kamylk-Pasza   czuł   że   nawet   jego 

wolność jest zagrożona. 

Murad miał wtedy lat trzydzieści siedem i będąc z natury złym człowiekiem, pragnął 

bardzo skompromitować stanowisko Kamylk-Paszy i zagarnąć jego majątek. Nieustraszenie 
dążył   do   niegodziwego   celu   i   wyzyskiwał   na   swoją   korzyść   wpływ,   jaki   posiadał   nad 
Mehemet-Alim i nad jego synem Ibrahimem. 

Zresztą Egipt miał wkrótce rozpocząć okres wypraw wojennych, w którym sława jego 

świetnym zajaśniała blaskiem. Było to w roku 1824. Grecya burzyła się przeciw sułtanowi 
Mahmudowi i tenże wezwał swego wasala na pomoc przeciw zbuntowanym. Ibrahim na czele 
floty liczącej sto dwadzieścia żagli skierował się ku Morei i wylądował tamże. 

Zdarzyła się więc sposobność dla Kamylk-Paszy, że mógł znaleźć jakiś cel w życiu i 

nabrać hartu wśród niebezpiecznych wypraw, których już od lat dwudziestu zaniechał. Teraz 
z jeszcze większym zapałem Kamylk-Pasza rzucił się w wir wypadków skoro szło o poparcie 
praw Porty, zagrożonej przez zaburzenia w Peloponezie. Ofiarował się zatem, że chce służyć 
w armii Ibrahima, lecz odmówiono mu. 

Chciał następnie służyć jako oficer w wojsku sułtańskiem, lecz i tego mu odmówiono. 

Czyż to nie były następstwa złowrogiego wpływu tych, którzy mieli wyrachowanie w tem, 
aby nie tracić z oczu krewniaka–milionera? 

Walka Greków w obronie praw swoich miała się na ten raz skończyć na korzyść tego 

bohaterskiego  narodu.  Po trzech   latach   walki  wojsk Ibrahima,   połączone   floty  francuska, 
angielska i ruska zniweczyły marynarkę ottomańską w bitwie pod Nawarinem w roku 1827 i 
zmusiły wice-króla do tego, że odwołał do Egiptu swoich wasali i swoją armię. Ibrahim 
wrócił zatem do Kairu razem z Muradem, który również odbywał kompanię Peloponezką. 

Od   tej   chwili   położenie   Kamylk-Paszy   pogorszyło   się   jeszcze   bardziej.   Nienawiść 

Murada objawiała się coraz gwałtowniej. Na każdym kroku prześladował krewnego, ufny w 
poparcie   i   pomoc   wice-króla.   Podobne   kombinacye   zdarzały   się   i   zdarzają   nie   tylko   w 
Egipcie, ale nawet w bardziej ucywilizowanych krajach. 

Murad miał już wtedy małego synka imieniem Saonk. 
Wobec takiego składu rzeczy Kamylk-Pasza zrozumiał, że pozostał mu tylko jedyny 

punkt wyjścia: zgromadzić majątek, którego większą część stanowiły brylanty i kosztowne 

background image

kamienie i wywieźć go z Egiptu. Zamiaru tego dokonał Kamylk-Pasza oględnie i przezornie, 
dzięki pomocy kilku cudzoziemców, mieszkających  w Aleksandryi,  którym  nie wahał się 
zaufać. I zaufanie to nie zawiodło go. W największej tajemnicy dokonano trudnego zadania. 
Kim   byli   owi   cudzoziemcy   i   do  jakiej   należeli   narodowości?   O   tem   wiedział   tylko   sam 
Kamylk-Pasza. 

Zresztą  trzy  beczułki  okute   żelazem,   które  podobne   były  do  beczek,  używanych  w 

Hiszpanii   na   wino,   były   dostateczne   do   zawarcia   tych   wszystkich   bogactw.   Beczułki 
umieszczono potajemnie na neapolitańskim statku, a ich właściciel w towarzystwie kapitana 
Zo   zdołał   także   umieścić   się   wpośród   jego   załogi,   chociaż   groziły   mu   tysiączne 
niebezpieczeństwa, gdyż Murad czuwał nad nim potajemnie i kazał go ścigać w drodze z 
Kairu do Aleksandryi. 

W pięć dni później Kamylk-Pasza wylądował w porcie Latakie i stamtąd dostał się do 

Alepu, który wybrał jako nową dla siebie siedzibę. Teraz już, znalazłszy się w Syryi, nie 
potrzebował obawiać się Murada, gdyż  był  pod opieką dawnego swego generała Abdalli, 
który   został   paszą   Saint-Jean-d’Acre.   Jakimżeby   więc   sposobem   Mehemet-Ali,   pomimo 
swego   zuchwalstwa,   mógł   go   dosięgnąć   w   prowincyi,   nad   którą   wszechwładna   Porta 
rozciągała potężne swoje ramię? 

A jednak i to stało się możliwem. W ciągu tego samego roku 1830 Mehemet-Ali zerwał 

stosunki z sułtanem. Zerwać więzy lennictwa, wiążące go z Machmudem, przyłączyć Syryę 
do swoich posiadłości w Egipcie, a może stać się cesarzem ottomańskim, wszystko to nie 
wydawało się niemożliwem dla dumnych widoków ambitnego wice-króla. 

Nie   trudno   było   znaleźć   powód,   któryby   usprawiedliwił   zerwanie   przyjaznych 

stosunków. 

Fellahowie   uciskani   przez   agentów   Mehemeta-Alego,   szukali   schronienia   w   Syryi, 

gdzie Abdallach obiecał im swoją opiekę. Wice-król zażądał wydania tych  zbiegów, lecz 
pasza z Saint-Jean-d’Acre odmówił  zadosyć  uczynienia  jego żądaniu.  Mehemet-Ali żądał 
wtedy   od   sułtana,   aby   orężem   zmusił   do   posłuszeństwa   Abdallę.   Mahmud   odpowiedział 
najpierw, że ponieważ Fellahowie są poddanymi  Turcyi,  nie miał potrzeby poddawać ich 
Egiptowi. Ale wkrótce chcąc sobie zapewnić pomoc Mehemet-Alego, albo przynajmniej jego 
neutralność w przeddzień buntu paszy Skutari, spełnił jego żądanie i zwrócił mu Fellahów. 

Rozmaite   wypadki   a   między   innymi   ukazanie   się   cholery   na   Wschodzie,   opóźniły 

pochód   Ibrahima   na   czele   armii,   składającej   się   z   trzydziestu   dwóch   tysięcy   ludzi   i 
dwudziestu  dwóch statków  wojennych.  Kamylk-Pasza miał  więc czas  zastanowić się nad 
niebezpieczeństwem, na jakie narażało go ukazanie się Egipcyan w Syryi. 

Miał on już wówczas lat pięćdziesiąt jeden i był zmęczony burzliwem życiem, można 

więc powiedzieć, że znajdował się na progu starości. Zniechęcony i rozczarowany do świata, 
wzdychał już tylko do spoczynku, który miał nadzieję, że znajdzie w spokojnem mieście 
Alepie. Tymczasem los nieprzyjazny znów zaczął go prześladować. 

Czyżby to bowiem było przezornie z jego strony, gdyby pozostał w Alepie, w chwili, 

gdy Ibrahim gotował się do najścia na Syryę? Wprawdzie występował on tylko przeciwko 
paszy z Saint-Jean-d’Acre, ale zwyciężywszy Abdallę, czyżby wice-król chciał powstrzymać 
pochód   swej   zwycięskiej   armii?   Duma   jego   nie   zadowolniłaby   się   tylko   ukaraniem 
winowajcy,  on pragnąłby jeszcze skorzystać ze sposobności, aby spróbować zawojowania 
całej  Syryi,  będącej  przedmiotem  jego nieustannej  pożądliwości. Po zdobyciu  Saint-Jean-
d’Acre  żołnierze   Ibrahima  pociągnęliby  do innych  miast,   zdobywając  kolejno Damaszek, 
Sidon i Alep. Wszystko to można było przypuszczać i obawiać się tego. 

background image

Kamylk-Pasza powziął zatem nieodwołalne postanowienie. Wiedział że Murad nie tyle 

nienawidził jego, o ile pożądał jego majątku. Chciał mu wydrzeć pieniądze, choćby mu się 
przyszło podzielić niemi z wice-królem. Należało zatem ukryć tę olbrzymią fortunę, schować 
ją w takiem tajemniczem miejscu, aby nikt nie mógł jej odnaleźć. 

Zabezpieczywszy się w ten sposób, mógł Kamylk-Pasza spokojnie oczekiwać biegu 

wypadków,   które   zmusiłyby   go   albo   uciekać   z   krainy   wschodniej,   do   której   tak   był 
przywiązany, albo osiedlić się bezpiecznie w Syryi, uwolnionej od wojsk wice-króla. Wtedy 
mógłby zabrać swój skarb z miejsca, gdzie go ukrył. 

Kapitan   Zo   pochwalił   zamiary   Kamylk-Paszy   i   oświadczył   swoją   gotowość   do 

wypełnienia ich w ten sposób, aby tajemnica nigdy nie mogła wyjść na jaw. Pasza kupił 
statek; kapitan dobrał załogę w ten sposób, że każdy marynarz pochodził nie tylko z innego 
okrętu,   ale   nawet   z   innej   narodowości;   nie   łączyły   ich   zatem   żadne   węzły.   Beczułki 
umieszczono na statku z taką przezornością, że nikt się nie domyślił co zawierały. Dnia 13 
kwietnia okręt bogatego Egipcyanina wypłynął na morze z portu Latakie. 

Jak wiemy,  stanowczem pragnieniem  Kamylk-Paszy było  odkryć  wysepkę,  o której 

istnieniu wiedziałby tylko on i kapitan. Dlatego też chcieli, aby cała załoga była w błędzie i 
nie mogła sobie zdać sprawy z kierunku drogi, jaką przebywał statek. Kapitan Zo pracował 
nad tem przez piętnaście miesięcy, zmieniając ciągle kierunek statku w rozmaite strony. Czy 
wypłynęli   z   morza   Śródziemnego,   czy   się   na   nim   znajdowali   lub   nań   powrócili?   Czy 
przebywali inne morza starego lądu? Czy żeglowali w pobliżu Europy, gdy dostrzegli tę nową 
wysepkę? – nikt z załogi nie umiałby na to odpowiedzieć. To tylko nie ulegało wątpliwości, 
że statek przebywał kolejno w najrozmaitszych klimatach i strefach; Ponad to spostrzeżenie 
najlepszy marynarz nie powiedziałby nic więcej. Statek zaopatrzony był w zapasy żywności, 
mogące wystarczyć na lat wiele, a jeśli przybijał do lądu, to jedynie dlatego, aby zaczerpnąć 
świeżej   wody;   potem   oddalał   się   od   ziemi   i   znowu   błądził   bez   końca   po   wodnych 
przestworzach, a tajemnicę jego kierunku znał tylko jeden kapitan Zo. 

Powiedzieliśmy na początku tego opowiadania, że Kamylk-Pasza długo żeglował, nie 

mogąc   znaleźć   pożądanej   wysepki   i   że   już   chciał   zatopić   w   morzu   swe   bogactwo,   gdy 
wysepka, z taką niecierpliwością poszukiwana, ukazała się właśnie wpośród fal morskich. 

Takie były mniej więcej wypadki, mające związek z historyą Egiptu i Syryi, o których 

należało   wspomnieć.   Teraz   nie   będą   już   one   odgrywały   tak   wielkiej   roli,   opowiadanie 
bowiem niniejsze snuć się będzie na tle mniej poważnem, a więcej zaciekawiającem. 

 

Rozdział III

 
Kapitan Zo wydał rozkazy sternikowi i kazał o tyle zwinąć żagle, aby mógł według 

swej   woli   kierować   statkiem.   Lekki   wiatr   poranny   wiał   ze   strony   północno-wschodniej. 
Wielki maszt, na którym mieściło się bocianie gniazdo, i dwa mniejsze maszty dostateczne 

background image

były do wprawienia w ruch statku, aby się mógł ostrożnie przybliżyć do wysepki. Gdyby 
morze wzburzyło się trochę, statek znalazłby schronienie w pobliżu wysepki.

Podczas   gdy   Kamylk-Pasza,   wsparty   o   poręcz   statku,   ciekawie   wpatrywał   się   w 

przestrzeń,   kapitan,   stojąc   na   przodzie   okrętu,   kierował   statkiem,   jak   wypadało   czynić 
przezornemu marynarzowi, który powinien strzedz się skał podwodnych, nie wskazanych na 
mapach geograficznych. 

W istocie to było największem niebezpieczeństwem. 
Pod temi bowiem spokojnemi falami, gdzie nie spotykało się prądów ani wirów, mogły 

jednak   kryć   się   zdradliwe   skały,   a   żadne   objaśnienie   nie   wskazywało   kierunku   drogi.   Z 
pozoru wydawało się, że przystęp do wysepki będzie bardzo łatwy; nic nie zdradzało, aby 
skały podwodne istniały w tem miejscu. Marynarz, zarzuciwszy sondę, nie natrafił na żadne 
wzniesienie dna morskiego. 

Wysepka, którą podróżni nasi widzieli w odległości mili przy blaskach wschodzącego 

słońca, otoczona mgłą poranną, przedstawiała się mniej więcej w ten sposób: 

Była to rzeczywiście wysepka, o której posiadanie nie ubiegało się żadne państwo, bo 

ten kawałek lądu nie wart był zachodu. Chyba tylko chciwa Anglia mogła się o niego ubiegać. 
Najważniejszym dowodem, że ta gromada skał nie była znana hydrografom i że nie została 
oznaczona na mapach było to, że wielka Brytania nie zrobiła z nich drugiego Gibraltaru, 
któryby mógł czuwać nad temi okolicami. Oczywiście wysepka nie znajdowała się na szlaku 
dróg morskich i wyłoniła się z morza niedawno. 

Widok   jej   przedstawiał   dosyć   równe   płaskowzgórze,   którego   obwód   wynosił   około 

trzystu   sążni,   tworząc   nie   regularny   owal,   mający   sto   pięćdziesiąt   sążni   długości,   a   od 
sześćdziesięciu   do   ośmdziesięciu   szerokości.   Nie   był   to   zbiór   poszarpanych   skał, 
nagromadzonych jedna nad drugą, które zdają się urągać prawom równowagi, lecz formacya, 
która podnosiła się stopniowo z głębin morza. Brzegi tej wyspy nie miały głębszych  ani 
płytszych przystani i nie były podobne do zagięć muszli, której natura fantastyczne nadaje 
kształty,  a raczej  przypominały wierzchnią skorupę ostrygi,  albo tarczę  żółwia. Tarcza  ta 
zaokrąglała się i podnosiła ku środkowi w ten sposób, że punkt jej najwyższy wznosił się 
około stu pięćdziesięciu stóp nad powierzchnią morza. 

Na wysepce nie widać było ani jednego drzewa, ani żadnego śladu choćby karłowatej 

roślinności.   Nie   było   również   śladu   ludzkiej   siedziby;   nie   ulegało   zatem   najmniejszej 
wątpliwości, że wysepka nie tylko nie była dotąd zamieszkana, ale nawet nie mogła nią być 
nigdy. Drobne rozmiary wysepki, grunt skalisty i pozbawiony wszelkiej roślinności, czyniły z 
niej miejscowość odpowiednią wymaganiom Kamylk-Paszy. Nie mógłby on znaleźć lepszego 
schronienia,   aby   w   niem   bezpiecznie   ukryć   swój   depozyt,   który   chciał   powierzyć 
wnętrznościom ziemi. 

– Doprawdy, możnaby mniemać, że natura umyślnie stworzyła tę wysepkę, mówił do 

siebie kapitan Zo. 

Tymczasem statek posuwał się wolno, zwijając stopniowo żagle. Potem, gdy był już 

zaledwie   o   120   sążni   od   wysepki,   kapitan   wydał   rozkaz,   aby   zarzucić   kotwicę,   która 
natychmiast na długim łańcuchu zagłębiła się w morze, dosięgając dwudziestu ośmiu sążni. 

Przystęp do wysepki wydawał się z tej strony łatwy, i statek mógł był podpłynąć bliżej, 

ale przezorniej było zatrzymać się z daleka. 

Skoro zwinięto żagle, kapitan Zo wszedł do izdebki oficerskiej. 
– Czy mam przygotować łódź wielką, ekscelencyo? zapytał. 

background image

–   Nie,   łódkę   o   jednym   żaglu   i   wiosłach.   Wolę,   żebyśmy   wylądowali   najpierw   we 

dwóch. 

– Stanie się podług rozkazu waszej ekscelencyi. 
W kilka chwil później, kapitan, trzymając w rękach dwa lekkie wiosła, zajął miejsce w 

łodzi naprzeciwko Kamylk-Paszy. Wkrótce łódź dobiła do brzegu w miejscu, gdzie przystęp 
wydawał   się   łatwy.   Hak,   który   służy   do   przytwierdzenia   okrętów,   został   umocowany   w 
szczelinie skały i jego ekscelencya objął w posiadanie wysepkę. 

Wypadku tego nie uczciły wystrzały armatnie ani wywieszenie sztandarów, gdyż wyspy 

nie   zagarnęło   pod   swe   panowanie   żadne   państwo,   tylko   pojedyńczy   człowiek,   który   tu 
wylądował na dość krótko. 

Kamylk Pasza i kapitan Zo dostrzegli najpierw, że brzegi wysepki nie spoczywały na 

podstawie piaszczystej, lecz wychylały się z morza, tworząc pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt 
stopni, co było dowodem, iż wyspa utworzyła się przez wyniesienie dna morskiego. 

Rozpoczęli dalej badania, stąpając po gruncie, przedstawiającym się jak minerał, zwany 

kwarcem krystalicznym, na którym żadnych nie odnaleźli śladów. Wybrzeża nigdzie nie były 
podmyte  przez uderzanie fal morskich. Na powierzchni gruntu suchej i krysztalicznej nie 
widać   było   innej   wilgoci,   oprócz   wody   deszczowej,   pozostałej   w   małych   kałużach   po 
ostatniej ulewie. Roślinność nie objawiała się tutaj nawet pod postacią mchów i nędznych 
morskich porostów, które czepiają się skał, gdy wiatr przyniesie jakie nasionka. Nie widać 
było również żadnych skorupiaków, ani żywych, ani martwych, co było nadzwyczajnością, 
trudną do wytłómaczenia. W powietrzu unosiły się tylko mewy, przedstawiające jedyne okazy 
zwierzęcego świata w tych stronach. 

Gdy Kamylk-Pasza i kapitan obeszli wysepkę dokoła, skierowali się do wzniesienia, 

znajdującego  się wpośrodku wyspy.  Nigdzie nie  znać  było,  aby ktokolwiek  zwiedzał  już 
poprzednio wysepkę, skały lśniły się po prostu czystością nieposzlakowaną. 

Skoro obydwaj dotarli do środka garbu, tworzącego środek wyniosłości wyspy, mającej, 

jak to już mówiliśmy, kształt żółwiej tarczy, znaleźli się na wysokości stu pięćdziesięciu stóp 
nad powierzchnią oceanu. Usiedli na skale i ciekawie zaczęli badać horyzont, roztaczający się 
przed ich wzrokiem. 

Na niezmierzonej przestrzeni wód, ruchliwej i lśniącej od promieni słońca, nie widać 

było   żadnego   lądu.   Kapitan   Zo   napróżno   dopatrywał   przez   lunetę   jakiegoś   żaglu   na   tej 
olbrzymiej wód przestrzeni. Morze było puste zupełnie, i statkowi Kamylk-Paszy nie groziło 
niebezpieczeństwo, aby go inny okręt mógł podpatrzyć przed upływem pięciu lub sześciu 
godzin, bo można było przypuszczać, że tak długo statek stać będzie na kotwicy. 

– Czy jesteś pewny, gdzie się znajdujemy i że dziś jest dzień dziewiątego września? 

zapytał wreszcie Kamylk-Pasza. 

– Jak najpewniejszy, ekscelencyo, odpowiedział kapitan Zo. Ale dla większej jeszcze 

pewności ustawię raz jeszcze igłę magnesową. 

– W istocie ważna to rzecz. Ale jak sobie wytłómaczyć ten fakt, że wysepka nie jest 

oznaczona na kartach geograficznych? 

– Dlatego, że według mego zdania wytworzyła się niedawno, ekscelencyo. W każdym 

razie   musi   waszej   ekscelencyi   wystarczać   to   zapewnienie,   że   wysepka   nigdzie   nie   jest 
oznaczona i że możemy być pewni, że ją znajdziemy na tem samem miejscu, w dniu, w 
którym przyjdzie wam chęć i wola powrócenia tutaj… 

background image

–   Tak,   kapitanie,   ale   to   nie   może   nastąpić   prędzej,   aż   miną   te   czasy   burzliwe   i 

niespokojne! Cóż mnie to może obchodzić, że ten skarb pozostanie ukryty w skałach przez 
długie lata? Tu będzie on daleko bezpieczniejszy, niż w moim własnym domu w mieście 
Alepie. Tu ani wice-król, ani syn jego Ibrahim, ani ten niegodny Murad nie będą mogli mi go 
wydrzeć!  Ten majątek  miałby się dostać Muradowi?! Nie, nigdy,  wolałbym  go cisnąć w 
głębiny morskie! 

–   Byłaby   to   bardzo   smutna   ostateczność,   odpowiedział   kapitan   Zo,   gdyż   może   nie 

zwraca nigdy tego, co raz dostało się do jego otchłani! Wielkiem więc szczęściem jest to, że 
odkryliśmy tę wysepkę. Te skały przechowają bogactwa waszej ekscelencyi i oddadzą je wam 
wiernie! 

– Chodź! rzekł Kamylk Pasza, powstając, nie trzeba tracić na to wszystko wiele czasu i 

lepiejby było, aby żaden okręt nie dostrzegł w tych stronach naszego statku…. 

– Jestem na rozkazy waszej ekscelencyi! 
– Czy nikt na pokładzie statku nie wie, gdzie się znajdujemy?
– Nikt a nikt, mogę o tem najuroczyściej zapewnić waszą ekscelencyę. 
– Czy nie wiedzą nawet, na jakiem morzu znajdujemy się obecnie?.. 
– Nie wiedzą bynajmniej, czy znajdujemy się na którem z mórz Starego lub Nowego 

świata. Piętnaście miesięcy błąkamy się już po oceanach, a jakież odległości pomiędzy lądami 
odbyć może w tym czasie okręt!… Zdaje mi się, że najlepszy majtek, nie radząc się mapy i 
busoli, nie mógłby powiedzieć, gdzie się teraz znajduje. 

Kamylk-Pasza i kapitan Zo zeszli do małej zatoki, gdzie łódź na nich oczekiwała. 
W chwili, gdy mieli siadać na łódkę, kapitan rzekł: 
– Skoro wasza ekscelencya załatwi się z tą sprawą, czy rozkaże wtedy płynąć do Syryi? 
–   Nie   mam   tego   zamiaru.   Będę   czekał,   zanim   powrócę   do   Alepu,   aby   żołnierze 

Ibrahima ustąpili z tej prowincyi i aby pod władzą Mahmuda kraj odzyskał spokój. 

–   Czy   wasza   ekscelencya   nie   przypuszcza,   że   kraj   ten   może   być   kiedykolwiek 

przyłączony do posiadłości wice-króla? 

–   Nie!   na   proroka,   nie!   zawołał   Kamylk-Pasza,   którego   samo   to   przypuszczenie 

pozbawiło zwykłej mu zimnej krwi i spokoju. Być może, że na jakiś przeciąg czasu, którego 
końca z upragnieniem będę wyglądał, Syrya zostanie przyłączona do posiadłości Mehemet-
Alego. To rzecz możliwa, gdyż wyroki Ałłaha są niezbadane! Ale żeby przeszła stanowczo 
pod nieograniczoną władzę sułtana… Ałłah nie chciałby tego!.. 

– Gdzież zatem wasza ekscelencya myśli się schronić, opuściwszy te strony? 
–   Nigdzie,   kapitanie   Zo,   nigdzie!   Ponieważ   mój   skarb   zostanie   umieszczony 

bezpiecznie wpośród skał tej wysepki, niechaj więc tu zostanie! My zaś, kapitanie, będziemy 
nadal żeglowali, tak, jak to czynimy już od lat wielu… 

– Jestem na rozkazy waszej ekscelencyi! 
W kilka chwil później Kamylk-Pasza i kapitan Zo znaleźli się na pokładzie okrętu. 
Około   godziny   dziewiątej   kapitan   uczynił   badania   nad   promieniami   słońca,   aby 

otrzymać długość geograficzną, czyli oddalenie od południka i godzinę, jaka wypadała w tej 
miejscowości; badanie to miał powtórzyć w południe. 

background image

Kazał sobie przynieść pewne narzędzie astronomiczne i wymierzył wysokość; tak, jak o 

tem   powiedział   ekscelencyi   badania   swoje   przeprowadził   z   całą   możliwą   dokładnością   i 
ścisłością. Zanotowawszy swoje uwagi, kapitan zeszedł do swojej kajuty, aby przygotować 
obrachunki,   mające   na   celu   określenie   położenia   wysepki.   Dokładność   tę   uzyskać   mógł 
dopiero wtedy, gdy otrzyma wymiar wysokości południka. 

Ale przedtem wydał rozkaz, aby przygotowano łódź dużą, na której marynarze mieli 

umieścić dębowe beczułki, jak również i narzędzia, to jest motyki, drągi okute żelazem i 
cement, potrzebny do wykończenia przedsięwziętej pracy. 

Przed godziną dziesiątą wszystko było gotowe. 
Sześciu marynarzy pod wodzą sternika zajęło miejsca w szalupie. Nie domyślali się oni 

bynajmniej, co znajdowało się w tych trzech baryłkach, ani dlaczego miały być ukryte w 
zakątku tej bezludnej wyspy. Kwestya ta była dla nich zupełnie obojętna. Przyzwyczajeni do 
bezwarunkowego posłuszeństwa, spełniali swe obowiązki jak maszyny, nie pytając się nigdy, 
dlaczego kazali im tak lub owak uczynić. 

Kamylk-Pasza   i   kąpitan   Zo   wsiedli   także   do   łodzi,   która,   za   pomocą   kilkunastu 

poruszeń wiosłami, dobiła do brzegu wysepki. 

Teraz   należało   wybrać   miejsce   odpowiednie   do   wykopania   wydrążenia,   które   nie 

byłoby  ani  zbyt   blizkie   brzegu,  a  przez  to  narażone  na  potęgę  fal  morskich,  szalejących 
najbardziej podczas porównania dnia z nocą, ani zbyt wysoko z obawy rozsypania się skały, 
wskutek   podziemnego   wstrząśnienia.   Miejscowość,   odpowiadającą   wszelkim   możliwym 
warunkom,   znaleziono   wreszcie   u   podnóża   skały,   wznoszącej   się   prostopadle   w   górę,   w 
stronie południowo-wschodniej. 

Na rozkaz kapitana Zo marynarze wynieśli na ląd beczułki i narzędzia, poczem sami 

wylądowali i zaczęli wykuwać otwór w skale we wskazanem przez kapitana miejscu. 

Praca była bardzo ciężka, gdyż kwarc krysztaliczny jest minerałem bardzo twardym. 

Odłamki skały, które odpadały, podważone żelaznymi drągami, marynarze zbierali starannie, 
aby potem zapełnić niemi wydrążenie, w którem zostaną poprzednio umieszczone beczułki. 
Po godzinie robotnicy wydrążyli otwór, którego głębokość i szerokość wynosiła od pięciu do 
sześciu   stóp.   Był   to   prawdziwy   grób,   gdzie   sen   umarłego   nie   zostałby   zakłócony   nawet 
najgwałtowniejszą burzą. 

Kamylk-Pasza siedział na uboczu, zamyślonym  wzrokiem śledząc  pracę marynarzy. 

Znać było, że umysł jego smutne zajmowały myśli. Może pytał się w duchu samego siebie, 
czy nie lepiejby mu było może, gdyby sam ułożył się także do snu wiecznego obok swoich 
skarbów?..   I   w   istocie   gdzieżby   mógł   znaleźć   pewniejsze   schronienie   przed 
niesprawiedliwością i obłudą ludzką?… 

Skoro beczułki zostały umieszczone w zagłębieniu, Kamylk-Pasza przyszedł jeszcze raz 

spojrzyć na nie. Kapitan Zo, który w tej chwili przypatrywał mu się uważnie, dostrzegł tak 
dziwny wyraz na jego licu, że myślał, iż ekscelencya cofnie wydane poprzednio rozkazy i, 
zaniechawszy   swego   zamiaru,   żeglować   będzie   dalej   po   morzach   razem   ze   swojemi 
bogactwami. 

Ale domysł kapitana był mylny; Kamylk-Pasza dał znak, aby ludzie pracowali dalej. 

Wtedy kapitan kazał umieścić beczułki szczelnie jedna obok drugiej i podtrzymać kawałkami 
kwarcu, umaczanymi w wapnie hydraulicznem. Tym sposobem beczułki połączyły się tak 
ściśle   z   odłamkami   skały,   że   utworzyły   prawie   jednolitą   z   nią   całość.   Potem   resztą 
pozostałych kamieni, połączonych także wapnem, marynarze zapełnili wklęsłość, wykutą w 
skale, tak, że powierzchnia skały wyrównała się zupełnie. Pracy dopełniono bardzo zręcznie i 

background image

umiejętnie.   Można   było   przypuszczać,   że   gdy   deszcze   i   nawałnice   morskie   zmyją 
powierzchnię skały, niepodobna będzie znaleźć miejsca, w którem skarb został zakopany. 

A jednakże należało uczynić w tem miejscu znak jakiś, aby osoba interesowana mogła 

go   odnaleźć   bez   trudu.   To   też   na   prostopadłej   ścianie   skały,   która   wznosiła   się   poza 
wydrążeniem,   jeden   z   marynarzy   wykuł   za   pomocą   dłuta   monogram,   którego   dokładną 
podobiznę podajemy: 

Ж 
Były   to   dwa   K,   zaczynające   i   kończące   nazwisko   Kamylk-Paszy,   odwrócone   i 

połączone ze sobą, gdyż w ten sposób Kamylk-Pasza podpisywał się zawsze. 

Teraz nie było już celu przedłużania pobytu na wysepce. Skarb został zamurowany w 

głębi tej jaskini. Któżby mógł ją odkryć w tej miejscowości, kto potrafiłby ją wyrwać z tej 
kryjówki?…   Nie,   tu   skarb   był   zupełnie   bezpieczny,   a   jeśli   Kamylk-Pasza   i   kapitan   Zo 
zabraliby tę tajemnicę  z sobą do grobu, do skończenia  świata  niktby jej nigdy nie mógł 
zdradzić. 

Marynarze wraz ze sternikiem wsiedli do łodzi, podczas gdy jego ekscelencya i kapitan 

pozostali jeszcze na nadbrzeżnej skale. Wkrótce łódź powróciła po nich i przewiozła ich na 
pokład statku. 

Było wtedy trzy kwadranse na dwunastą. Czas był prześliczny, na niebie nie ukazywała 

się   żadna   chmurka.   Za   kwadrans   słońce   miało   dosięgnąć   południka.   Kapitan   poszedł   po 
sextant, aby zmierzyć  wysokość  południową. Gdy otrzymał  ten obrachunek, wyprowadził 
stąd szerokość, a potem długość,  obliczając  kąt godzinowy podług uwag, uczynionych  o 
godzinie   dziewiątej.   Dowiedział   się   tym   sposobem   o   położeniu   wysepki,   naturalnie   w 
przybliżeniu, które dozwalało przypuszczać różnicę, nie większą nad pół mili. 

Skończywszy tę pracę, chciał wrócić na pokład, gdy drzwi kajuty otwarły się nagle, a na 

progu ukazał się Kamylk-Pasza. 

– Określiłeś położenie wysepki? zapytał. 
– Tak, ekscelencyo! 
– Pokaż mi papier. 
Kapitan podał ćwiartkę papieru, na której robił obliczenia i rachunki. 
Kamylk-Pasza czytał uważnie, jak gdyby chciał dokładnie utrwalić w swoim umyśle 

każdy szczegół, dotyczący nieznanej wysepki. 

–   Zachowaj   starannie   ten   papier,   rzekł   wreszcie   do   kapitana.   Co   zaś   do   dziennika 

okrętowego, w którym od piętnastu miesięcy zapisywałeś kierunek naszej drogi… 

– Tego dziennika, ekscelencyo, nikt nigdy nie dostanie… 
– Żebyśmy mieli pod tym względem zupełną pewność, zniszcz go natychmiast… 
– Zastosuję się do rozkazów waszej ekscelencyi. 
– Kapitan Zo wziął dziennik, w którym starannie zapisywał kierunek drogi, jaki po 

rozmaitych morzach obierał statek, podarł go na drobne kawałki, które następnie spalił w 
płomieniu kagańca. 

Wtedy   Kamylk-Pasza   i   kapitan   wrócili   do   izdebki   na   pokładzie.   Część   dnia   okręt 

pozostał jeszcze na kotwicy. 

background image

Około godziny piątej po południu chmury zaczęły się zjawiać na horyzoncie od strony 

zachodniej.   Przez   poszarpane   szczeliny   tych   chmur   słońce   ciskało   snopy  promieni,   które 
migotały jak roztopione złoto na falach morza. 

Kapitan Zo pokręcił głową, jak marynarz, któremu pogoda nie bardzo się podoba. 
– Ekscelencyo, zaczął, te chmury zapowiadają wicher, a kto wie, czy nie burzę w nocy!

… Wysepka nie przedstawia dla nas żadnego schronienia, a zanim się ściemni, moglibyśmy 
odpłynąć z dziesięć mil na morze… 

– Ależ, kapitanie, nic nas tu już dłużej nie zatrzymuje, odpowiedział Kamylk-Pasza. 
– W takim razie płyńmy. 
– Pytam cię tylko po raz ostatni, czy nie potrzebujesz sprawdzić raz jeszcze szerokości i 

długości geograficznej? 

– Nie, ekscelencyo, jestem pewny, że dokładnie dokonałem pracy i nie pomyliłem się 

bynajmniej. 

– A więc ruszajmy w drogę! 
– Podług rozkazu waszej ekscelencyi. 
Przygotowania   do   żeglugi   poszły   bardzo   szybko.   Podniesiono   kotwicę   i   rozwinięto 

żagle, poczem okręt wyruszył w stronę zachodnio-północną. 

Stojąc z tyłu na pokładzie okrętu, Kamylk-Pasza ścigał wzrokiem nieznaną wysepkę, 

dopóki nie zginęła zupełnie w oddaleniu i zwiększającym się zmroku wieczornym. Wkrótce 
gromada skał rozpłynęła się w szarawej mgle nocy. 

Bogaty Egipcyanin żeglował z tą pewnością, że skoro będzie chciał, odnajdzie wysepkę, 

a   na  niej   skarb,   który  jej   powierzył,   skarb,   wynoszący   100  milionów   franków   w   złocie, 
brylantach i innych cennych kamieniach. 

Rozdział IV

 
A teraz czas zapoznać czytelnika z bohaterem niniejszego opowiadania.
Każdej soboty około godziny ósmej wieczorem, pan Antifer, mieszkaniec niewielkiej 

nadmorskiej mieściny, paląc krótką, zniszczoną fajkę, wpadał w gniew okropny, uspokajając 
się dopiero wtedy, gdy ulżył  swym  troskom na koszt swego sąsiada i przyjaciela, Gildas 
Trégomain. 

Skądże jednak pochodził gniew pana Antifera? Oto powodem tego rozdrażnienia było 

to,   że   ów   mąż   nie   mógł   znaleźć   tego,   czego   szukał   w   starym   atlasie,   którego   jedna 
geograficzna mapa była skreślona podług sferycznego rzutu Mercadora. 

background image

– Przeklęta odległość tego punktu od równika! wołał z uniesieniem. Przeklęta odległość 

i szerokość geograficzna!.. Gdyby nawet przechodziła przez ognisko Belzebuba, muszę się 
zdecydować iść za nią od jednego końca do drugiego! 

Lecz zanim wprowadził ten zamiar w wykonanie, pan Antifer drapał paznogciem linię, 

wskazującą tę szerokość. To też mapa była pokreślona ołówkiem i podziurawiona igiełką 
kompasu, jak sitko od kawy. 

Szerokość geograficzna, na którą gradem sypały się wyrzekania pana Antifera, była 

oznaczona   w   ten   sposób   na   kawałku   pożółkłego   pergaminu,   który   mógłby   rywalizować 
tkaniną hiszpańskiego sztandaru: 

24 stopnie 37 minut – północ. 
Poniżej widać było te słowa, śkreślone czerwonym atramentem na rogu pergaminowej 

ćwiartki: 

„Polecam uroczyście mojemu chłopcu, aby o tem nigdy nie zapomniał.” 
Pan Antifer, czytając te wyrazy, wołał zazwyczaj: 
– Bądź spokojny, poczciwy ojcze, ja o tem nigdy nie zapomniałem… i nie zapomnę 

nigdy   o   tej   szerokości   geograficznej!   Ale   niech   mnie   błogosławią   moi   trzej   patronowie, 
których imiona dano mi na chrzcie świętym, jeżeli rozumiem, do czego to może służyć! 

Tegoż wieczora dnia 23 lutego 1862 roku, pan Antifer uniósł się zwykłym gniewem. 

Klął jak majtek, siedzący na bocianiem gnieździe, z którego rąk wysunęła się lina; gniewał się 
na   fajkę,   która   mu   zgasła   ze   dwadzieścia   razy   i   którą   zdołał   zapalić,   zużywszy   pudełko 
zapałek. Wnet cisnął w jeden kąt atlas, w drugi krzesło, stłukł muszlę, ozdabiającą kominek i 
tupiąc nogą z taką siłą, że aż drżały belki w suficie, krzyknął głosem, który mógł stłumić 
nawet ryk burzy: 

– Nanon!… Eliza!… wołał, robiąc sobie tubę z kawałka zwiniętej tektury. 
Eliza i Nanon, jedna zajęta robotą na drutach, a druga szyciem, siedziały w kuchni. 

Słysząc jednak hałas, uznały za właściwe położyć kres tej domowej burzy. 

Dom,   który   pan   Antifer   zamieszkiwał   w   Saint-Malo,   był   starym   lecz   trwałym,   bo 

zbudowanym z granitu. Front jego wychodził na ulicę Hautes-Sailes; dwa piętra zawierały 
każde   po   dwa   pokoje.   Wyższe   piętro   wznosiło   się   tuż   ponad   drogą,   biegnącą   po   wale 
miejskim poza domem. Granitowe mury grube były i mocne, tak, że w dawnych czasach 
mogły się opierać pociskom wojennym, okna miały kraty żelazne, drzwi były grube dębowe, 
okute żelazem i zaopatrzone w młotek, którego uderzenia słychać było o wiorstę odległym 
Sain-Servan, gdy stukał nim pan Antifer. W dachu, krytym łupkami, znajdowały się otwory, 
przez które nieraz było widać lunetę starego marynarza, odpoczywającego po pracowitem 
dniu. Dom ten wyglądał w połowie na więzienie, w połowie na domek wiejski. Widok z niego 
roztaczał się prześliczny, na lewo na Grand-Bey, Cézembre, przylądek Decollé i Trehel; na 
lewo, na tamy sypane z gruzu, piasku i kamieni dla osłabienia pędu fal, na ujście rzeki Rance, 
wybrzeże Dinard, aż do szarawej kopuły Saint-Servan. 

Niegdyś   Saint-Malo   było   wyspą   i   być   może   pan   Antifer   żałował   tych   czasów,   w 

których mógł się uważać za mieszkańca wyspy, lecz obecnie było półwyspem i może być, że 
tak było lepiej. Zresztą każdy może czuć się dumnym, będąc dziecięciem tego starożytnego 
grodu Armoryki, który dał Francyi tylu wielkich ludzi, a pomiędzy innymi Duguay-Trouin, 
którego posągowi kłaniał się zawsze godny marynarz, ile razy przechodził przez skwer. Tutaj 
też żyli Lamennais, który pana Antifera wcale nie obchodził i Chateaubriand, którego znał 

background image

tylko ostatnią  pracę, czyli  skromny i dumny zarazem grobowiec, wzniesiony na wysepce 
Grand-Bey i noszący nazwisko sławnego pisarza. 

Pan   Antifer,   trzech   imion,   Piotr-Servan-Malo,   miał   wtedy   46   lat.   Od   półtora   roku 

wycofał się już ze służby, a dochody wystarczały mu na utrzymanie się z rodziną. 

Miał kilka tysięcy franków rocznego dochodu, tyle bowiem zysku przynosił mu zawód 

marynarza. Dowodził dwoma czy trzema kupieckimi statkami, których głównym miejscem 
pobytu był zawsze port Saint-Malo. Okręta te, należące do domu handlowego Baillif i Spółka, 
odbywały żeglugę wzdłuż brzegów po kanale La-Manche, morzu Północnem, Baltyckiem, a 
nawet Sródziemnem. Zanim jednak doszedł do tego stanowiska, Piotr Antifer zwiedził nie 
mało świata, jako prosty marynarz. Żeglarz z niego był doskonały, wytrwały i surowy dla 
siebie i dla drugich. Nie oszczędzał  się nigdy,  był  odważnym,  nie cofał się przed żadną 
przeszkodą i z uporem, właściwym Bretończykom, trwał zawsze przy swojem. 

Czy żałował morza?.. Nie, ponieważ wycofał się ze służby, będąc jeszcze w sile wieku. 

A może zdrowie nie pozwalało mu na dłuższe poświęcanie się tak ciężkiemu zawodowi?.. 
Bynajmniej, pan Antifer był  zdrów i silny,  jak gdyby wykuty z granitu, którego pokłady 
leżały na wybrzeżach armorykańskich. 

W istocie, dość było spojrzeć na niego, aby się przekonać, że zdrów był zupełnie, dość 

było uścisnąć jego rękę, aby mieć dowód jego siły. Piotr Antifer był wzrostu średniego, ale 
muskularny i barczysty;  głowa jego przypominała kształtem pochodzenie celtyckie; włosy 
rudawe, krótko przystrzyżone, otaczały twarz, ogorzałą od słońca i wichrów morskich; wązki 
zarost, wychylający się z pod brody, łączył się z włosami i twardy był jak mech, rosnący na 
skałach. We włosach i brodzie połyskiwały srebrzyste nitki. Pod gęstym łukiem brwi czarne 
oczy błyszczały jak dyamenty i zdawały się ciskać błyskawice; nos był dosyć długi i wydatny, 
zęby zdrowe i mocne; w prawem uchu tkwił kolczyk miedziany. W ruchach postaci znać 
było,   że   potrafił   opierać   się   kołysaniom   okrętu,   że   muskuły   jego   są   tak   silne,   jak   rózgi 
rzymskiego liktora; że jest istotą, posiadającą żelazne zdrowie, która może dobrze jeść i pić i 
ma nadzieję długo jeszcze cieszyć się dobrem zdrowiem. Ale zato temperament pana Piotra-
Servan-Malo Antifera odznaczał się nadzwyczajną drażliwością nerwową. 

Na przykład dzisiejszego wieczora gniewał się i unosił do tego stopnia, że zdawało się, 

iż mury domu drżą w posadach, jak gdyby burza szalała u jego stóp, lub przypływ morza był 
tak silny, jak w czasie porównania dnia z nocą, gdy woda wznosi się na pięćdziesiąt stóp 
wysokości i pokrywa pianą połowę miasteczka. 

Nanon, wdowa Le Goât, miała lat czterdzieści ośm i była siostrą naszego hałaśliwego 

marynarza. Mąż jej, właściciel skromnej posiadłości i oficyalista w domu handlowym Le 
Baillif i Spółka, umarł wcześnie, pozostawiając jedyną córkę Elizę, którą zaopiekował się wuj 
Antifer, spełniający obowiązki opiekuna sumiennie i gorliwie. Nanon była poczciwą kobietą, 
kochała brata, lecz obawiała go się i drżała przed jego gniewem. 

Eliza była ślicznem dziewczęciem z płowymi włosami i błękitnemi oczami. Twarz jej 

wyrażała  rozum,  postać  odznaczała   się wdziękiem.  Dziewczyna   miała   więcej  odwagi  niż 
matka i nieraz ośmieliła się opierać surowemu opiekunowi. 

Zresztą wuj kochał ją bardzo i pragnął, aby była najszczęśliwszą. Ale kto wie, czy jego 

pojęcia o szczęściu zgadzały się z pojęciami jego siostrzenicy. 

Obie kobiety ukazały się na progu pokoju. Jedna z drutami w ręku, druga z żelazkiem 

do prasowania. 

– Co się stało? zapytała Nanon. 

background image

– Ah! ta szerokość geograficzna!.. Ta przeklęta szerokość! odpowiedział pan Antifer. 
Kończąc te słowa, stuknął się tak silnie pięścią w głowę, że każda inna, mniej wytrwała 

czaszka, zdruzgotałaby się od takiego uderzenia. 

–   Mój   wuju,   odezwała   się   Eliza,   czy   to   jest   słuszny   powód,   abyś   dlatego,   że   ta 

szerokość geograficzna zajmuje i niepokoi twój umysł,  niszczył  i przewracał wszystko w 
pokoju? 

Mówiąc to, schyliła się po atlas, leżący w kącie pokoju, podczas gdy Nanon zbierała 

odłamki muszli, rozrzucone po podłodze, jakby je poszarpał wybuchowy materyał. 

– Czy to ty, wuju, rozbiłeś tę muszlę? zapytała nieśmiało Eliza. 
– Tak, to ja, lecz gdyby kto inny zrobił mi taką szkodę, nie życzyłbym nikomu, aby się 

znalazł choć na chwilę w jego skórze. 

– A dlaczego cisnąłeś ją na ziemię, wuju? 
– Dlatego, że dłoń mnie świerzbiła i musiałem na czemś wywrzeć mój gniew! 
– Ta muszla była podarunkiem naszego brata, zaczęła Nanon, źle więc uczyniłeś… 
– Chociażbyś mi to do jutra powtarzała, że źle zrobiłem, muszla się nie naprawi! 
– Co powie mój kuzyn Julian? zawołała Eliza. 
– Nic nie powie i dobrze zrobi, że nic nie powie, odpowiedział pan Antifer, który doznał 

w tej chwili wielkiej przykrości z powodu tego, że miał przed sobą tylko dwie kobiety, na 
które nie mógł gniewać się bardzo, a gniew taki przyniósłby mu ulgę. 

– Ale naprawdę, gdzie jest obecnie Julian? zapytał po krótkiej chwili milczenia. 
– Wszak wiesz, mój wuju, że pojechał do Nantes, odpowiedziała młoda dziewczyna. 
– Do Nantes?.. Cóż znowu!.. A cóż on tam robić będzie w Nantes? 
– Przecież sam go wysłałeś, mój wuju, aby zdał egzamina na kapitana, któryby mógł 

odbywać dalekie podróże. 

– Kapitan, któryby mógł odbywać dalekie podróże! mruknął pan Antifer. Czy to nie 

dość byłoby dla niego, aby był tak jak ja kapitanem statków, które żeglują wzdłuż brzegów? 

– Mój bracie, odezwała się nieśmiało Nanon, Julian zastosował się do twego zdania… 

ty sam chciałeś… 

– A więc cóż z tego, że ja chciałem? czy to słuszny powód?… A gdybym ja nie chciał, 

czy on byłby nie pojechał do Nantes?… Zresztą on się obetnie na egzaminie… 

– Nie, mój wuju. 
– Ależ tak, moja siostrzenico, a jeśli tak się stanie obiecuję mu uprzejme przyjęcie. 
Z   tej   rozmowy   można   wnosić,   jak   trudnem   było   porozumienie   się   z   tego   rodzaju 

człowiekiem. Raz nie chciał, aby Julian zdawał egzamin na kapitana wyższego stopnia, drugi 
raz oburzał się na samo przypuszczenie, że egzamin może się nie udać. A w takim razie 
chłopak miałby się z pyszna; dostałoby się z pewnością i panom, którzy go egzaminowali, 
kilka niezbyt pochlebnych wyrazów. 

Ale Eliza miała to przekonanie, że taki roztropny i pilny chłopiec musi dobrze zdać 

egzamina. 

background image

Julian   był   siostrzeńcem   pana   Antifera,   który   był   opiekunem   chłopca   aż   do   jego 

pełnoletności. Julian został sierotą, będąc jeszcze dzieckiem; najpierw stracił matkę, a w kilka 
lat ojca i został na łasce wuja. Ojciec jego był porucznikiem na okręcie, wuj kapitanem, nic 
więc   dziwnego,   że   chłopiec   obrał   sobie   także   zawód   marynarza.   Pan   Antifer   nie   wątpił 
również jak Eliza, że Julian zda egzamin na kapitana, lecz był dziś w tak złym humorze, że 
nawszystko zapatrywał się ze złej strony. 

Wuj w głębi duszy był  dumnym  z Juliana. Chłopiec  bowiem znał doskonale swoje 

rzemiosło: był najpierw chłopcem okrętowym na statkach kupieckich domu handlowego Le 
Baillif  i  Spółki,  potem marynarzem  w służbie  państwa i  przez trzy lata  porucznikiem  w 
marynarce handlowej. Nie zbywało mu więc ani na praktyce, ani na teoryi. 

Przez kilka chwil pan Antifer przechadzał się po pokoju, a w oczach jego połyskiwały 

błyskawice  gniewu, dowodzące,  że burza nie  minęła  jeszcze i że lada chwila  może  paść 
piorun. Gdy spoglądał na barometr, zawieszony na ścianie, gniew jego zdawał się wzmagać 
jeszcze bardziej, może dlatego, że barometr wskazywał stałą pogodę. 

– A zatem Julian nie powrócił? zapytał wreszcie, zwracając się do Elizy. 
– Nie, mój wuju. 
– Wszak jest już dziesiąta?
– Nie jeszcze, mój wuju! 
– Zobaczysz, że się spóźni na pociąg! 
– Nie, mój wuju! 
– Cóż to, czy nie przestaniesz mi zaprzeczać? 
– Nie, mój wuju.
Pomimo rozpaczliwych znaków, jakie jej dawała Nanon, dziewczyna nie miała zamiaru 

ustąpić wujowi. 

Teraz naprawdę można się było spodziewać gwałtownej burzy i piorunów gniewu pana 

Antifera.   Ale   czyż   nie   było   jakiego   konduktora,   któryby   mógł   zwrócić   na   siebie 
elektryczność, nagromadzoną w osobie pana Antifera? 

Owszem, był sposób zapobieżenia złemu. To też, gdy pan Antifer zawołał donośnym 

głosem: – Zawołajcie mi Trégomain! – obie kobiety spełniły natychmiast ten rozkaz. 

Wybiegły szybko z pokoju, wyszły na ulicę i udały do mieszkania sąsiada Trégomain. 
– Ah! Boże! aby tylko był w domu, powtarzały sobie z trwogą. 
Na szczęście Trégomain był u siebie i w pięć minut później znalazł się w obecności 

pana Antifera. 

Gildas Trégomain miał przeszło lat pięćdziesiąt i był również starym kawalerem, jak 

pan Antifer, żeglował także i wycofał się ze służby. Ale na tem się kończy podobieństwo; 
gdyż Trégomain o tyle jest spokojny, o ile Antifer trudny w stosunkach z ludźmi. I nie tylko 
pod względem usposobienia moralnego, lecz i pod względem fizycznym  dwaj przyjaciele 
jeszcze   większą   stanowili   sprzeczność.   Pomimo   to   jednak   łączyła   ich   przyjaźń   szczera, 
chociaż obowiązki, jakie ona nakładała, bywały nieraz uciążliwe z takim, jak pan Antifer 
człowiekiem. 

Powiedzieliśmy, iż pan Antifer żeglował także, ale są żeglarze i żeglarze. Pan Antifer 

zwiedził   wszystkie   znaczniejsze   morza   na   kuli   ziemskiej,   będąc   w   służbie   rządowej   i 

background image

handlowej i potem dopiero został kapitanem na okrętach, żeglujących wzdłuż brzegów. Ale 
inaczej rzecz się miała z jego sąsiadem. Gildas Tregomain, jako syn wdowy, wolny od służby 
rządowej, nie był nigdy na morzu. 

Widział kanał La Manche z wyżyn Cancale i przylądka Trehel, ale nigdy nie pływał 

dalej. Życie spędził na statku, przeznaczonym do żeglugi na rzekach. Naprzód był szyprem, a 
później właścicielem statku „Piękna Amelia” i pływał w góry lub w dół rzeki Rance, od 
Dinard do Dinan, z Dinan do Plumaugat, skąd powracał z ładunkiem desek, wina albo węgla, 
stosownie do żądań. Zaledwie znał inne rzeki z bliższych departamentów, jak n. p. z Cotes-
du-Nord. Trégomain był człowiekiem łagodnym, jak przystało na marynarza, żeglującgo po 
wodach słodkich; Antifer zaś prawdziwym  wilkiem morskim,  który przesiąkł słoną wodą 
oceanu. Obecność pana Trégomain zbawiennie oddziaływała na Antifera. 

Gildas Trégomain mieszkał w ślicznym i miłym domku, zbudowanym o sto kroków od 

domu   pana   Antifera,   przy   końcu  ulicy   Toulouse,   także   w   pobliżu   wałów.   Widok   z  tego 
domku był na ujście rzeki Rance, podczas gdy z okien domu Antifera widać było morze. 

Trégomain był to tęgi, gruby i wysoki mężczyzna; ręce i nogi miał duże i muskularne; 

w istocie obdarzony też był siłą herkulesową, lecz nigdy jej nie nadużył dlatego, że był z 
natury delikatny i łagodny. Ściskając nawet dłoń przyjaciela, czynił to ostrożnie i uważnie, 
aby nie zgnieść jego ręki w olbrzymiej swojej prawicy. Ubierał się zazwyczaj w kamizelkę z 
guzikami ze słoniowej kości i brunatną luźną bluzę. 

Z   powierzchowności   można   go   było   porównać   do   prassy   hydraulicznej,   która 

rozpłaszcza najgrubsze blachy. 

Nad   szerokiemi   ramionami   wznosiła   się   duża   głowa,   pokryta   gładko   rozczesanymi 

włosami; twarz pulchną i dużą otaczały rzadkie faworyty, a rozjaśniał ją uśmiech swobodny i 
szczery, ukazujący zdrowe i białe zęby – i łagodne spojrzenie błękitnych oczu. Cera jego 
twarzy miała odcień cegły, ale nie była tak ciemna, jak u marynarzy, przebywających na 
oceanie. 

Takim był Gildas Trégomain, a każdy, kto na niego spojrzał, zaliczał go do rzędu tych 

uprzejmych ludzi, którym można powiedzieć: „Przyjdź pan o tej godzinie, zrób pan to a to,” 
gdyż można było być pewnym, że nie zdobędzie się na odmowę i każdemu w miarę możności 
odda przysługę. Był on jak skała, o którą rozbijały się bezkarnie burze gniewu pana Antifera. 
Gdy Antifer był rozdrażniony, natychmiast wołano jego sąsiada. 

Trégomaina   lubili   wszyscy   w   domu,   Nanon,   Julian   i   Eliza,   która   bez   ceremonii 

całowała jego pulchne policzki. 

Tego dnia około godziny w  pół do piątej  po południu,  Trégomain,  wezwany przez 

kobiety, wchodził na pierwsze piętro po schodach, które trzeszczały pod ciężarem jego ciała. 
Wkrótce znalazł się w obecności pana Antifera. 

 

Rozdział V

background image

 
O! jesteś przecie, mój panie, zaczął pan Antifer.
– Przyszedłem natychmiast, gdy się dowiedziałem, że mnie wezwałeś… 
– O! dużo chyba czasu upłynęło od tej chwili! 
– Tyle, ile potrzeba było, abym tu przyszedł. 
– Doprawdy! to chyba przypłynąłeś na swoim statku, zwanym „Piękną Amelią!” 
Gildas Trégomain nie odpowiedział nic na tę złośliwą przymówkę, która miała na celu 

porównanie   wolnego   ruchu   statków   rzecznych   z   szybkim   ruchem   kupieckich   statków, 
krążących   wzdłuż   brzegów   morskich.   Zrozumiał,   że   przyjaciel   był   w   złym   humorze,   a 
ponieważ to się często zdarzało, postanowił podług zwyczaju znieść wszystko cierpliwie. 

Pan Antifer podał mu jeden palec, który Gildas uścisnął zlekka. 
–   Do   licha!   nie   tak   mocno!   zawołał   pan   Antifer,   ściskasz,   jak   gdyby   żelaznemi 

kleszczami! 

– Przepraszam cię, nie zrobiłem tego naumyślnie. 
– Jeszczeby tego brakowało! 
Tu ruchem ręki pan Antifer zaprosił pana Gildas Trégomain, aby zajął miejsce przy 

stole, umieszczonym w pośrodku pokoju.

Właściciel   statku   rozsiadł   się   wygodnie   na   krześle   i   położył   na   kolanach   dużą 

bawełnianą chustkę do nosa w niebieskie i czerwone kwiaty, z kotwicami na każdym rogu. 

Te kotwice drażniły pana Antifera, który wzruszał z politowaniem ramionami. 
– Na co kotwice, mawiał, szkoda, żeś jeszcze nie kazał sobie wyrysować wysokiego 

masztu wraz z bocianiem gniazdem. 

– Napijesz się koniaku? zapytał pan Antifer. 
– Wszak wiesz, mój przyjacielu, że ja nigdy nic nie piję. 
Pomimo   tej   odpowiedzi   pan   Antifer   nalał   koniaku   we   dwa   kieliszki,   gdyż   podług 

zwyczaju, przyjętego już od lat dziesięciu, wypijał swój kieliszek, a potem kieliszek Gildas 
Trégomain. 

– A teraz porozmawiajmy, rzekł. 
– O czem? odparł właściciel statku, chociaż doskonale wiedział, po co wzywał go pan 

Antifer. 

–   O   czem,   przyjacielu?   powtórzył   pan   Antifer.   A   o   czemże   innem   moglibyśmy 

rozmawiać, jeśli nie o… 

– Masz słuszność! Czy znalazłeś pod tą sławną szerokością ów punkt, który cię tak 

zaciekawia? 

–   Czy   znalazłem?…   Ale   jakże   chcesz,   abym   go   mógł   znaleźć?..   Czy   wtedy,   gdy 

słucham paplaniny tych dwóch kobiet, ograniczonych do wysokiego stopnia? 

– Dlaczegóż się wyrażasz w ten sposób o dobrej Nanon i ładnej Elizie. 
– O! ja wiem, że ty zawsze trzymasz ich stronę przeciwko mnie… Ale nie o to mi 

chodzi w tej chwili… Minęło już lat ośm, gdy ojciec mój Tomasz umarł i ośm lat ciągnie się 
ta sama kwestya, nie posuwając się ani na krok naprzód… Musi się to przecież raz skończyć! 

background image

– Co do mnie, odparł Trégomain, mrugając oczami, skończyłbym to zaraz, nie zajmując 

się już więcej tą kwestyą. 

– Doprawdy, przyjacielu, doprawdy! A polecenie, jakie ojciec uczynił na łożu śmierci, 

nic nie znaczy?.. Zdaje mi się, że takie rzeczy są święte! 

– Smutna to rzecz, że poczciwy człowiek przed śmiercią nie powiedział czegoś więcej, 

że nic więcej nie wiedział… Do licha! czy i ja dojdę do grobu, nie dowiedziawszy się niczego 
więcej. 

Gildas   Trégomain   chciał   właśnie   odpowiedzieć,   że   to   przypuszczenie   było   bardzo 

prawdopodobne   a   nawet   pożądane.   Powstrzymał   się   jednak   w   porę,   aby   nie   podniecić 
rozdrażnienia swego gwałtownego przyjaciela. 

Tu   musimy  zrobić  wzmiankę  i   udzielić  niektórych  wyjaśnień,   co  do  zdarzeń,  jakie 

miały miejsce na kilka dni przed śmiercią Tomasza Antifera. 

Był to rok 1854, którego końca nie miał doczekać stary marynarz. Czując się już bardzo 

chorym, zwierzył się przed synem, opowiadając mu o pewnem zdarzeniu, którego tajemnicy 
nie mógł nigdy odgadnąć. 

Pięćdziesiąt   pięć   lat   temu,   w   roku   1799,   Tomasz   Antifer   we   wschodniej   kompanii 

kupieckiej przepływał wzdłuż brzegów Palestyny,  właśnie tego dnia, gdy Bonaparte kazał 
rozstrzelać więźniów z Jaffy. Jeden z tych nieszczęśliwych, schronił się na skałę, oczekując 
tam   pewnej,   nieuniknionej   śmierci,   lecz   został   w   nocy   znaleziony   przez   francuskiego 
marynarza   Tomasza   Antifera,   który   go   wziął   na   swój   okręt   i   pielęgnował   starannie.   Po 
upływie dwóch miesięcy ranny odzyskał zdrowie. 

Ocalony więzień wyznał swemu zbawcy, kim był rzeczywiście. Nazywał się Kamylk-

Pasza i był rodem z Egiptu. Żegnając się z poczciwym Tomaszem Antiferem, zapewnił go, że 
nigdy   o   nim   nie   zapomni   i   że   nadejdzie   chwila,   w   której   otrzyma   od   niego   dowody 
wdzięczności. 

Tomasz Antifer, po rozstaniu się z Kamylk-Paszą, odbywał w dalszym ciągu dalekie 

morskie podróże, a chociaż myślał nieraz o przyrzeczeniu człowieka, któremu ocalił życie, 
doszedł wreszcie do przekonania, że obietnice te nigdy się nie ziszczą i że lepiej zrobi, jeśli 
wcale o nich myśleć nie będzie. 

Wreszcie stary marynarz wycofał się ze służby i osiadł w Saint-Malo, zajmując się już 

tylko wykształceniem syna swego Piotra w zawodzie marynarza. Miał wtedy Tomasz Antifer 
lat sześćdziesiąt siedem, gdy w czerwcu 1842 roku otrzymał jakiś list, pisany po francusku, a 
pochodzący zapewnie z Egiptu, jak można było wnosić z pieczątek pocztowych. List był 
następującej treści: 

„Kapitan Tomasz Antifer proszony jest, aby zapisał w swoim notatniku następującą 

szerokość geograficzną:  24 stopnie 59 minut na północ. Szerokość ta zostanie uzupełniona 
długością geograficzną, o której wiadomość przesłaną mu będzie później. Niech kapitan także 
tego nie zapomni i zachowa te wiadomości w tajemnicy, gdyż chodzi tu dla niego o interes 
wielkiej wagi. Olbrzymia summa w złocie, brylantach i kosztownych kamieniach, którą ten 
dokument zapewni mu w przyszłości, będzie tylko sprawiedliwą nagrodą za przysługi, jakie 
oddał niegdyś więźniowi z Jaffy.” 

List ten miał za podpis tylko podwójne K, stanowiące monogram. 
Można   sobie   łatwo   wyobrazić,   że   taka   wiadomość   podnieciła   wyobraźnię   starego 

marynarza, który był godnym ojcem swego syna. Po trzydziestu trzech latach Kamylk-Pasza 
przypomniał   sobie   o   swoim   zbawcy!   Prawda,   że   namyślał   się   długo,   ale   być   może,   że 

background image

nieprzezwyciężone   przeszkody   zatrzymywały   go   w   Syryi,   której   stanowisko   polityczne 
dopiero zostało ostatecznie określone w roku 1840 przez traktat, zawarty w Londynie  na 
korzyść sułtana w dniu 15 lipca. 

Teraz Tomasz Antifer wiedział o pewnej szerokości geograficznej, która przechodziła 

przez pewien punkt kuli ziemskiej, gdzie Kamylk-Pasza ukrył  skarb, jaki przeznaczał dla 
niego. Ale jaki to był ów skarb? W jego przekonaniu musiał zawierać miliony. Zmuszony był 
jednak   całą   tę   kwestyę   zachować   w   głębokiej   tajemnicy,   aż   do   chwili,   gdy   przybędzie 
tajemniczy   poseł   z   drugą   wiadomością.   Posła   tego   spodziewał   się   codzień,   lecz   nie 
wspominał o tem nikomu, nawet synowi. 

I czekał tak cierpliwie przez lat dwanaście, nie przypuszczając, aby miał unieść ze sobą 

do grobu tę tajemnicę, aby miał zakończyć dni swoje, nie doczekawszy się posła od paszy. 

Wreszcie postanowił powierzyć tajemnicę jedynemu swemu synowi Piotrowi-Servan-

Malo, któremu służyło prawo korzystania z majątku, przeznaczonego dla jego ojca. W roku 
1854 stary marynarz  miał już lat ośmdziesiąt jeden i, czując się blizkim śmierci, objawił 
swemu spadkobiercy o zamiarach Kamylk-Paszy. Kazał mu przysiądz, tak jak to niegdyś 
żądano od niego, aby nigdy nie zapomniał o tej szerokości geograficznej i zachował starannie 
list, podpisany podwójnem K, i żeby czekał z ufnością zjawienia się posła. 

Wkrótce po tem wyznaniu ów człowiek umarł, szczerze opłakiwany przez rodzinę i 

znajomych. 

Poznaliśmy już pana Antifera, możemy więc z łatwością wyobrazić sobie, jak potężne 

wrażenie   uczyniła  w   jego  umyśle  wiadomość,   udzielona   mu  przez  ojca.  Całą   jego  istotę 
ogarnęło gorące pragnienie zdobycia tych milionów, które przez tyle lat były marzeniem jego 
ojca. Kamylk-Pasza przedstawiał  mu  się jak nabab z Tysiąca  i jednej nocy.  Odtąd śnił i 
marzył o złocie i drogich kamieniach, ukrytych w jaskini Ali-Baby. 

Ale wrodzona jego niecierpliwość i nerwowość nie pozwoliła mu być tak wytrwałym i 

powściągliwym, jak jego ojciec. Czekać dwanaście lat, nie mówiąc ani słowa, nie zwierzając 
się nikomu, nie czyniąc nic, aby się dowiedzieć, co się stało z osobą, która podpisała list 
tajemniczy monogramem K, – mógł tak postąpić ojciec, ale syn nie potrafił tak panować nad 
sobą. To też zaraz w roku 1855, żeglując po morzu Śródziemnem, Piotr Antifer zatrzymał się 
w   Aleksandryi   i   tutaj   ze   zręcznością   tak   wielką,   do   jakiej   tylko   był   zdolny,   zaczął   się 
wypytywać o Kamylk-Paszę. 

Czy   istniał   on   w   rzeczywistości?..   Nie   podlegało   to   wątpliwości   żadnej,   jeżeli 

nieboszczyk jego ojciec miał w ręku list Kamylk-Paszy. Ale czy pasza żył dotychczas?.. 

Było   to   ważne   pytanie,   którego   wyjaśnieniem   pan   Antifer   postanowił   zająć   się 

niezwłocznie.  Lecz   wiadomości,  jakie  zebrał,  nie  były  bynajmniej   pocieszające.  Kamylk-
Pasza przepadł już od lat dwudziestu, i nikt nie umiał powiedzieć, co się z nim stało. 

Był to fatalny cios dla marzeń pana Antifera; nie zwątpił jednakże zupełnie. Wprawdzie 

tu nikt nie wiedział o poszukiwanym paszy, ale list, wysłany przez niego, dowodził, że w roku 
1842 żył jeszcze. Wydalił się zaś z kraju zapewne dla jakichś tajemnych przyczyn, których 
wyjawić nie chciał nikomu. 

Skoro więc nadejdzie stosowna chwila, poseł jego zjawi się i zawiadomi pana Antifera 

o upragnionej długości geograficznej. Tak sobie tłómaczył pan Antifer. 

–   Ponieważ   ojciec   nie   żyje,   ja   więc   przyjmę   tego   posła,   ma   się   rozumieć   jak 

najuprzejmiej, powtarzał sobie w duchu. 

background image

Powróciwszy do Saint-Malo, pan Antifer nie pisnął o tem wszystkiem ani słówka do 

nikogo,   chociaż   taka   powściągliwość   niezmiernie   dużo   go   kosztowała.   Potem   odbywał 
jeszcze   rozmaite   podróże;   wreszcie   w   roku   1857   wycofał   się   ze   służby   i   żył   w   kółku 
rodzinnem.

Ale   jakież   to   było   życie?…   Nieznośne,   którego   jedynem   zajęciem   było   ściganie 

zwodniczej mrzonki! Te 24 stopnie i te 59 minut unosiły się około jego głowy, jak natrętne 
owady. 

Wreszcie pan Antifer nie mógł już dłużej utrzymać języka za zębami i powierzył swoją 

tajemnicę siostrze, siostrzenicy, siostrzeńcowi i swemu przyjacielowi Gildas Trégomain. 

To też wiadomość o tej tajemnicy rozeszła się nie tylko po mieście, ale doszła aż do 

Servan i Dinard. Wszyscy wiedzieli, że któregobądź dnia olbrzymia książęca fortuna spadnie 
na pana Antifera i że ten majątek nie może mu się wymknąć z ręki. 

Za   każdym   razem,   gdy   kto   stukał   do   drzwi,   pan   Antifer   spodziewał   się,   że   to 

upragniony poseł przybywa. 

Upłynęło lat kilka, a poseł Kamylk-Paszy nie dawał znaku życia. Nawet żaden obcy 

człowiek nie zjawił się w domu. Z tego więc powodu pan Antifer żył w ciągłym niepokoju i 
oczekiwaniu. Rodzina jego przestała wierzyć w istnienie tego majątku, a list wydawał im się 
mistyfikacyą, czyli chęcią zaciekawienia pana Antifera. Gildas Trégomain chociaż nie mówił 
o tem, uważał jednak swego przyjaciela za człowieka niesłychanie łatwowiernego i martwił 
się, że poczciwy marynarz naraża się na śmieszność. Ale Piotr-Servan-Malo żartował sobie ze 
wszystkich uwag. Zdawało mu się, że ma już w ręku ten milionowy majątek i wpadał w 
gniew, gdy ktokolwiek zaprzeczał mu słuszności. 

To też i dziś Trégomain, siedząc przy stole, na którym stały dwa kieliszki koniaku, 

powtarzał sobie w duchu, że dla świętego spokoju nie będzie się w niczem sprzeciwiał swemu 
przyjacielowi. 

– Odpowiedz mi bez wykrętów, zaczął pan Antifer, spoglądając badawczo w twarz 

Trégomaina, czy mnie rozumiesz lub nie? Bo mnie się zdaje, że nawet nie wiesz, o co mi 
chodzi. No, wiem przecież, dodał z akcentem lekceważenia, że jako właściciel statku „Piękna 
Amelia
,” nie potrzebowałeś nigdy wysilać swego umysłu. Na falach rzeki Rance, która nie 
jest niczem więcej jak strumieniem, nie byłeś zmuszony mierzyć wysokości, zwracać uwagi 
na słońce, księżyc i gwiazdy… 

Chwaląc   się   w   ten   sposób   ze   swemi   wiadomościami   o   dziedzinie   hydrografii,   pan 

Antifer chciał wykazać różnicę wyższości umysłowej, jaka zachodziła pomiędzy marynarzem 
a flisakiem. 

Poczciwy Trégomain uśmiechał się pobłażliwie i nie podnosił oczu od różnokolorowej 

chustki od nosa, którą rozciągnął na kolanach. 

– Czy słuchasz mnie, Trégomain? 
– Naturalnie, mój przyjacielu! 
– A więc pytam ci się raz jeszcze, czy ty wiesz, co to jest szerokość geograficzna? 
– Mniej więcej wiem. 
– Czy wiesz, co to jest koło, równoległe Równikowi i że to koło dzieli się na trzysta 

sześćdziesiąt stopni, co czyni dwadzieścia jeden tysięcy sześćset sześćdziesiąt minut, czyli 
milion dwieście dziewięćdziesiąt sześć tysięcy sekund? 

– Jakżeż miałbym tego nie wiedzieć? odparł z łagodnym uśmiechem Trégomain. 

background image

–   A   czy   wiesz,   że   łuk   piętnastu   stopni   odpowiada   godzinie   czasu,   a   łuk 

piętnastominutowy   jednej   minucie   czasu?   Łuk   zaś   piętnastosekundowy,   jednej   sekundzie 
czasu? 

– Czy chcesz, abym ci to wszystko z pamięci powtórzył? 
– Nie, niepotrzeba. A zatem ja wiem, jaka jest ta szerokość geograficzna: dwadzieścia 

cztery   stopnie,   pięćdziesiąt   dziewięć   minut   na   północ   od   Równika.   Otóż   na   tej   linii 
równoległej,   która   przypuszczalnie   znajduje   się   na   trzysta   sześćdziesiątym   stopniu,   czy 
słyszysz?.. na trzysta sześćdziesiątym, jest również stopień trzysta pięćdziesiąty dziewiąty, z 
którego ja drwię sobie, jak z kotwicy, która straciła pazury. Ale jest jeden, jedyny stopień, o 
którym nie wiem i nie dowiem się nigdy, dopóki mi ktoś nie wskaże długości geograficznej, 
jaka się z nim krzyżuje, a właśnie tam w tem miejscu znajdują się miliony… Nie uśmiechaj 
się, mój przyjacielu… 

– Ja się nie śmieję, mój kochany. 
–   Tak,   tam   się   znajdują   miliony,   należące   do   mnie,   które   mam   prawo   wydobyć   z 

kryjówki, skoro tylko się dowiem, gdzie są zakopane.. 

– A więc powinieneś  czekać  cierpliwie  posła, który ci ma  przynieść  tę upragnioną 

wiadomość, odpowiedział łagodnie Trégomain. 

– Cierpliwie… cierpliwie!.. odburknął pan Antifer. A cóż ty masz w żyłach, widocznie 

wodę, a nie krew. 

– Zdaje mi się, że wodę, mocno ocukrzoną, odpowiedział Gildas Trégomain. 
– A w mojej  krwi krąży widać żywe  srebro i roztopiona  siarka, która mi  nie daje 

spokoju… Ja się męczę okropnie… ja sobie życie zatruwam… 

– Powinieneś się starać uspokoić… 
– Uspokoić się?.. Czy zapomniałeś, że mamy obecnie rok 1862… że mój ojciec umarł 

w roku 1854… a o tej tajemnicy wiedział od roku 1842… wkrótce więc będzie dwadzieścia 
lat, jak oczekujemy na rozwiązanie piekielnej zagadki… 

–   Dwadzieścia   lat!   szepnął   Gildas   Trégomain.   Jak   czas   prędko   upływa!   Przed 

dwudziestu laty pływałem jeszcze na statku „Piękna Amelia…” 

– A któż tu mówi o twoim statku? zawołał pan Antifer. Czy tu mowa o twoim statku, 

czy o szerokości geograficznej, o której jest wzmianka w tym liście?

Mówiąc to, ukazał przyjacielowi ów sławny i pożółkły już od starości list, podpisany 

monogramem Kamylk-Paszy. 

– Tak, to ten list, ten przeklęty list… ciągnął dalej, ten dyabelski list, który nieraz mam 

ochotę spalić albo podrzeć… 

– Być może, że postąpiłbyś najrozsądniej, odezwał się nieśmiało Trégomain. 
–   Przestań,   przyjacielu   Trégomain!   zawołał   z   zaiskrzonemi   od   gniewu   oczami   pan 

Antifer, nie odpowiadaj mi nigdy w ten sposób, jak to uczyniłeś przed chwilą. 

– No, no, nie gniewaj się, nie odpowiem ci, skoro ci się to nie podoba. 
– A gdybym w przystępie chwilowego uniesienia chciał zniszczyć ten list, który jest dla 

mnie niejako dowodem własności majątkowej, gdybym się okazał o tyle nierozsądnym, że 
mógłbym   zapomnieć,   com   winien   mojej   rodzinie   i   samemu   sobie,   to   gdybyś   mi   nie 
przeszkodził w wykonaniu takiego nierozsądnego czynu… 

background image

– Ależ przeszkodzę ci, przeszkodzę, odpowiedział pośpiesznie Gildas Trégomain. 
Pan Antifer ujął kieliszek w rękę i, trącając nim w kieliszek sąsiada, rzekł: 
– Za twoje zdrowie, przyjacielu!
– A ja za twoje, odpowiedział Gildas Trégomain, podnosząc w górę kieliszek, który 

jednak nietknięty postawił na stole. 

Pan Antifer siedział czas jakiś zamyślony; jedną rękę zatopił w bujne jeszcze włosy i 

targał je niemiłosiernie, szepcąc przytem jakieś urywane wyrazy i zaklęcia i przewracając 
kamyczek, który miał zwyczaj trzymać w ustach. Potem nagle skrzyżował ręce na piersiach i 
rzekł, spoglądając na przyjaciela: 

–   Czy   ty   wiesz   przynajmniej,   przez   który   punkt   przechodzi   ta   przeklęta   linia 

równoległa… ta szerokość geograficzna – 24 stopnie 59 minut na północ? 

–   Jakżeż   miałbym   tego   nie   wiedzieć?   odparł   Trégomain,   który   najmniej   sto   razy 

wydawał już tę lekcyę geografii. 

– Nic nie szkodzi, mój kochany, są rzeczy, których zbyt dobrze umieć nie można! 
I otwierając swój atlas na stronicy, wyobrażającej dwie półkule w powierzchni płaskiej i 

gdzie można było dokładnie widzieć kulistą figurę ziemi, rzekł głosem tak stanowczym, że 
nie można było myśleć o wahaniu lub odmowie: 

– Patrz! 
Gildas Trégomain pochylił się nad mapą. 
– Wszak widzisz Saint-Malo? nieprawdaż? 
– Widzę, a tu rzekę Rance… 
– Nie chodzi mi o rzekę Rance! Nudzisz mnie razem ze swoją rzeką!.. No, znajdź 

południk paryski i zejdź na dwudziestą czwartą równoległą linię. 

– No, już znalazłem, odparł posłusznie Trégomain. 
– Miń Francyę… Hiszpanię… wejdź do Afryki… przejdź przez Alger i dosięgnij do 

zwrotnika Raka… Ot… tam… powyżej Tumbuktu… 

– Już jestem we wskazanym punkcie. 
– Otóż jest owa sławna szerokość. 
– Tak, znaleźliśmy ją. 
– Teraz zwróćmy się na wschód i, mijając Afrykę, przepłyńmy przez morze Czerwone. 

W Arabii posuwajmy się ponad Mekką i, pokłoniwszy się imamowi

1

 w Maskacie, miniemy 

Indye,   zostawiając   Bombay   i   Kalkutę   na   prawo;   potem   okrążymy   granice   Chin,   wyspę 
Formozę, przedostaniemy się przez ocean Spokojny, miniemy archipelag wysp Sandwich… 
Ale czy idziesz za mną? 

–   Ależ   uważam   i   rozumiem   dokładnie,   odpowiedział   Gildas   Trégomain,   obcierając 

spocone czoło kraciastą chustką. 

– Teraz znajdujemy się w Ameryce, w Meksyku… potem w zatoce… potem blizko 

Hawanny… Przepływamy cieśninę Florydy i zapuszczamy się na ocean Atlantycki, mijamy 
wyspy Kanaryjskie i dostajemy się do Afryki, nareszcie wracamy do południka paryskiego, 
no, i znowu znajdujemy się w Saint-Malo, odbywszy podróż naokoło świata po dwudziestej 
czwartej linii równoległej. 

background image

– Chwała Bogu, odetchnął Trégomain, jakby naprawdę zmęczył się podróżą. 
– A teraz,  mówił  dalej pan Antifer, gdy już przebyliśmy  obydwa  stałe  lądy,  ocean 

Atlantycki, Spokojny i Indyjski, po których rozsiane są miliony wysp i wysepek, czy możesz 
mi powiedzieć, Trégomain, gdzie znajduje się miejsce, w którem są ukryte owe miliony? 

– Tego nie wiem właśnie… 
– I o tem zapewne nikt się nie dowie… 
– Owszem, dowie się, skoro ten poseł…. 
Pan Antifer nie dał mu dokończyć, wziął kieliszek, którego nie wypił Trégomain i rzekł: 
– Za twoje zdrowie!
– A ja za twoje, odpowiedział Trégomain, trącając się pustym kieliszkiem przyjaciela. 
Dziesiąta  godzina wybiła, gdy u drzwi wchodowych  dało się słyszeć  silne stukanie 

młotkiem. 

– Może to poseł Kamylk-Paszy?! zawołał niecierpliwy Antifer. 
– Eh! gdzieżby tam! odpowiedział z powątpiewaniem Trégomain. 
– A dlaczegóżby nie? zawołał pan Antifer, którego policzki zabarwiły się purpurowym 

rumieńcem gniewu. 

–   No,   być   może,   że   to   i   ów   upragniony   poseł,   odezwał   się   pojednawczym   tonem 

Trégomain, mówiąc sobie w duchu, że powitałby go bardzo uprzejmie. 

Nagle rozległy się na dole radosne okrzyki powitania, a przecież Nanon i Eliza nie 

mogły w ten sposób witać posła Kamylk-Paszy. 

– To on!.. to on!.. wołały obie kobiety. 
– On!.. on!.. podchwycił pan Antifer. 
I już zwrócił się w stronę drzwi, gdy te otwarły się szybko, a jednocześnie głos jakiś 

młody, świeży i wesoły zawołał: 

– Dobry wieczór, mój wuju! 
– Ah! to ty, Julianie, odpowiedział pan Antifer z akcentem rozczarowania. 
Był  to w istocie  Julian,  który nie tylko,  że zdał pomyślnie  egzamin,  ale nawet nie 

spóźnił się na pociąg, idący z Nantes. 

– Zdałem egzamin, zdałem! wołał wesoło Julian. 
– Zdał, powtarzały obie kobiety. Przyznano mu stopień. 
– Jaki stopień? zapytał pan Antifer. 
– Stopień kapitana, któremu służy prawo odbywania dalekich morskich podróży. 
Ale pomimo tak pomyślnej wiadomości, wuj nie przygarnął go w objęcia, lecz uczynił 

to   natomiast   Gildas   Trégomain,   ściskając   go   z   taką   siłą,   że   chłopak   nie   mógł   prawie 
oddychać. 

– Udusisz go, Gildas! odezwała się Nanon. 
– Ależ cóż znowu, uścisnąłem go bardzo lekko, odparł z uśmiechem Trégomain. 

background image

Julian odetchnął swobodniej, wydostawszy się z przyjacielskich objęć, i zwracając się 

do pana Antifera, który gorączkowym krokiem przechadzał się po pokoju, rzekł: 

– Wuju, kiedyż wyjeżdżamy? 
– Dokąd? odparł z roztargnieniem pan Antifer. 
– Na morze… 
Pan Antifer milczał długą chwilę. 
– Przecież wuj powiedział, że skoro uzyskam stopień kapitana okrętu, zaraz wyruszamy 

na ocean… ciągnął dalej Julian. 

– Tak, tak mówiłeś… słyszałem, potwierdził Trégomain. 
– Wszystko zatem stało się podług woli wuja, sądzę więc, że moglibyśmy wyruszyć w 

początkach kwietnia. 

Pan Antifer aż podskoczył na krześle. 
– Za osiem tygodni! zawołał. Czemuż lepiej nie za osiem dni, za osiem godzin, albo za 

osiem minut? 

– Eh! nie żartuj, odezwała się Nanon, przecież jest jeszcze dużo zajęcia, sprawunków… 
– Ja także mam do załatwienia wiele rzeczy, odezwał się Trégomain. 
Na tem rozmowa urwała się, bo pan Antifer zaczął się znowu gniewać, powtarzając: 
– Przeklęta długość geograficzna. 
Humor tego marynarza stawał się z każdym dniem gorszym. 
Tymczasem nie było  prawdopodobieństwa, aby miał  się zjawić poseł Kmylk-Paszy, 

oczekiwany przez lat dwadzieścia. 

 

Rozdział VI

 
I tak upłynął tydzień, a poseł się nie zjawiał. Gildas Trégomain twierdził, że mniej 

byłby zdziwiony, gdyby ukazał się z nieba prorok Elizeusz, niż gdyby przybył poseł Kamylk-
Paszy. Ale o przekonaniu swoim nic nie mówił swemu przyjacielowi. 

Pan Antifer stał się jeszcze bardziej pochmurnym i zamkniętym w sobie. Jeśli pragnął 

tych   milionów,   nie   pragnął   ich   dla   siebie,   nie   chciał   mieszkać   w   pałacu,   ubierać   się   w 
kosztowne szaty,  jadać na złocie i srebrze i jeździć karetą! Nie, on tego wszystkiego nie 
pragnął, on chciał dla swej rodziny i biednych ludzi użyć tego skarbu, aby im przyszłość 
polepszyć. Było to jego jedyne życzenie. Lecz ponieważ poseł się nie zjawiał, marzenia pana 

background image

Antifera spełnić się nie mogły. Być może, iż zyska kiedyś te miliony, ale to będzie już po 
niewczasie. 

Niespokojny i rozdrażniony nie mógł wysiedzieć w domu. Ukazywał się tylko przy 

obiedzie lub wieczerzy i jadał bardzo mało. Trégomain teraz więcej niż kiedykolwiek był 
narażony na wybuchy jego złego humoru. 

Nanon zaczęła się lękać o brata, aby nie zapadł na zdrowiu. Jedynem zajęciem pana 

Antifera  była  tylko  przechadzka  na stacyę  kolei  żelaznej, lub na wybrzeże  Sillon, dokąd 
przybijały okręty. Tu przypatrywał się uważnie wszystkim cudzoziemcom, którzy odznaczali 
się powierzchownością właściwą południowcom, aby się przekonać, czy niema między nimi 
posła Kamylk-Paszy, który mógł być rodem z Armenii, czyli typem odrębnym, łatwym do 
poznania po stroju i fizyognomii. Przytem nieznajomy pytałby się zaraz o adres pana Piotra-
Servan-Malo Antifera. 

Ale nie spotkał nikogo podobnego. Pomiędzy podróżnymi znajdowali się mieszkańcy 

Normandyi i Bretanii, Norwegii i Anglii, ale nie było przybysza ze stron tak dalekich. 

Dziewiątego lutego pan Antifer, zjadłszy śniadanie, podczas którego nie odezwał się ani 

słowa,   wyszedł   na   swoją   zwykłą   przechadzkę,   jak   Dyogenes,   który   szukał   człowieka. 
Wprawdzie nie nosił w jasny dzień zapalonej latarki, ale za to miał wzrok doskonały, który 
dostrzegłby z daleka osobę, tak przez niego pożądaną. 

Szedł wązką uliczką, przy której wznosiły się wysokie domy o śpiczastych dachach. 

Skręcił przez ulicę Bey na plac Duguay i, zobaczywszy, która godzina na kompasie, minął 
plac Chateaubriand, obszedł dokoła kiosk, otoczony drzewami, pozbawionemi obecnie liści i 
przez wały wyszedł na wybrzeże Sillon. 

Tu obejrzał się uważnie na wszystkie strony, otaczając się kłębami tytuniowego dymu z 

fajki, którą palił  prawie bez ustanku. Wielu przechodniów  witało go z szacunkiem,  gdyż 
Antifer był jednym ze znaczniejszych obywateli miasta Saint-Malo i człowiekiem ogólnie 
poważanym. 

Ale pan Antifer był tak roztargniony, że na wiele ukłonów nie odpowiedział wcale. 
W porcie znajdowało się mnóstwo okrętów, ale że była to właśnie chwila odpływu 

morza, trzeba było przynajmniej dwóch albo trzech godzin czasu, aby okręty przysunęły się 
bliżej lądu. 

Pan Antifer powiedział sobie zatem, że pójdzie pierwej na kolej, gdzie może szczęście 

posłuży mu lepiej, niż mu służyło dotąd. 

Doprawdy dziwną jest rzeczą, że człowiek nieraz fałszywą obiera drogę! Tak też stało 

się   i   dzisiaj.   Pan   Antifer,   zajęty   przypatrywaniem   się   nieznajomym,   nie   uważał,   że   od 
kilkunastu   minut   szedł   za   nim   jakiś   człowiek,   doprawdy  godzien,   aby   zwrócić   na   niego 
uwagę. 

Był to cudzoziemiec, mający na głowie fez czerwonawy z czarnym kwastem – szatę 

długą, zapiętą na jeden rząd guzików i obszerne pantalony, które spadały na obuwie w formie 
sandałów. Człowiek ów mógł mieć lat sześćdziesiąt kilka, był wysoki i nieco pochylony i 
wyglądał na Egipcyanina, Armeńczyka lub Syryjczyka. 

Szedł on za panem Antiferem, a w postawie jego znać było wahanie. To chciał się 

przysunąć do pana Antifera, to znów ociągał się, jakby się lękał popełnić omyłki. Wreszcie 
wyminął go i zawrócił się tak szybko, że obadwaj potrącili się wzajemnie. 

– Idź do licha, niezdaro! krzyknął z gniewem pan Antifer. 

background image

Lecz w tej chwili przetarł oczy, spojrzał badawczo na nieznajomego i zawołał: 
– Co widzę?.. To chyba mój poseł od tego K. 
Jeżeli to w istocie był ów poseł, trzeba przyznać, że nie bardzo wzbudzał zaufanie. 

Twarz jego chuda, żółta i pomarszczona i żywo biegające oczy wyrażały niesłychaną chytrość 
i przebiegłość. 

– Czy mam  zaszczyt  mówić  z panem Antiferem,  tak jak mi  to powiedział  jeden z 

marynarzy? zapytał nieznajomy szkaradną francuzczyzną. 

– Piotr-Servan-Malo-Antifer, do usług pana. A pan kim jesteś? 
– Nazywam się Ben-Omar… 
– Egipcyanin?.. 
– Jestem notaryuszem w Aleksandryi, a teraz mieszkam w hotelu de l’Union przy ulicy 

Poissoniére. 

– Oczywiście notaryusze nie ubierają się tam tak elegancko, jak we Francyi, powiedział 

sobie w duchu pan Antifer. 

Pan Antifer nie wątpił już teraz, że ma przed sobą tajemniczego posła, który mu objawi 

tę   upragnioną   długość   geograficzną.   Był   to   dla   niego   człowiek,   oczekiwany   od   lat 
dwudziestu. 

Potrafił   jednak   zapanować   nad   swoją   porywczością   i,   nie   okazując,   jak   głęboko 

wzruszyła go obecność nieznajomego, zapytał spokojnie: 

– Czegóż chcesz ode mnie, panie Ben-Omar? 
Egipcyanin wydawał się bardzo pomięszany. 
– Chciałbym pana prosić o chwilkę rozmowy, rzekł. 
– Czy pan chcesz rozmówić się ze mną u mnie w domu? 
– Nie, wolałbym, abyśmy rozmówić się mogli w takiem miejscu, gdzie nikt nie mógłby 

nas usłyszeć. 

– Chodzi tu więc o tajemnicę? 
– Tak i nie. Chodzi tu o pewien układ. 
Pan Antifer zadrżał; przeczuł bowiem, że Ben-Omar miał na myśli targ jakiś, którego 

nie należało się spodziewać od posła Kamylk-Paszy. 

– Miejmy się na baczności, powiedział sobie w duchu, a głośno dodał, wskazując na 

wybrzeże, nieco oddalone, a tem samem wolne od ruchu i gwaru przechodniów: 

– Może skierujemy się w tamtą stronę, rzekł, ale niech pan mówi prędko, gdyż wiatr 

zimny wieje od morza. 

Gdy pan Antifer z Ben-Omarem uszli ze dwadzieścia kroków, znaleźli się w miejscu 

zupełnie pustem. Na łodziach, znajdujących się na wybrzeżu, nie było nikogo. Celnik, będący 
na służbie, przechadzał się w oddali. 

Wkrótce   obydwaj   doszli   do   wskazanego   przez   pana   Antifera   punktu   i   usiedli   na 

masztowem drzewie, które leżało na ziemi. 

– Czy to miejsce wydaje się panu dogodne do rozmowy, panie Ben-Omar? zapytał pan 

Antifer. 

background image

– O! najzupełniej! 
– A zatem mów pan, lecz mów jasno i zwięźle, nie tak, jak przemawiają wasze sfinksy, 

które się bawią stawianiem światu zagadek. 

–   Nie   zataję   nic,   panie   Antiferze,   i   z   całą   szczerością   powiem   panu   wszystko, 

odpowiedział Ben-Omar głosem, w którym bynajmniej nie dźwięczała szczerość. 

Tu zakasłał kilka razy i zapytał: 
– Miałeś pan ojca? 
– No, to chyba nie ulega wątpliwości. 
– Słyszałem, że ojciec pana umarł. 
– Umarł już lat osiem temu. Mów pan dalej! 
– I wiele żeglował? 
– Nie inaczej, ponieważ był marynarzem. Cóż dalej?.. 
– Po jakich morzach żeglował ojciec pański? 
– Po wszystkich zapewne. 
– A zatem był i w krajach Wschodnich? 
– Ma się rozumieć, że bywał i na Wschodzie i na Zachodzie! Cóż dalej?.. 
– Czy podczas swoich podróży podjął znowu notaryusz, któremu krótkie odpowiedzi 

pana Antifera  nie bardzo się podobały,  nie był  przed laty sześćdziesięciu  na wybrzeżach 
Syryi. 

– Być może – był… być może, że nie był… Cóż dalej?… 
To „cóż dalej” nie podobało się Ben-Omarowi, który skrzywił się okropnie, okazując 

tem swoje niezadowolenie. 

– Idź ty sobie krętemi ścieżkami, mój drogi, ja ci nic nie pomogę, powiedział sobie w 

duchu pan Antifer. 

Notaryusz   zrozumiał,   że   należało   jaśniej   się   wytłómaczyć,   aby   przystąpić   do   celu 

rozmowy. 

– Czy pan wiedziałeś o tem, rzekł, ze pański ojciec miał sposobność oddania komuś 

przysługi… przysługi nieocenionej, a było to właśnie na wybrzeżu Syryi? 

– Nie wiem o niczem. Cóż dalej?.. 
–   Doprawdy!   odparł   Ben-Omar,   którego   ta   odpowiedź   zdziwiła   niesłychanie.   I   nie 

wiesz pan, czy ojciec pański dostał list od niejakiego Kamylk-Paszy? 

– Od Paszy? 
– No, tak. 
– A dużo tam było zakrętów przy jego podpisie? 
– To rzecz małej wagi, panie Antiferze. Główną zaś rzeczą jest to, czy ojciec pana 

odebrał list, w którym były bardzo ważne objaśnienia?.. 

– Nie wiem nic. Cóż dalej?.. 

background image

– Czy nie przeglądałeś pan pozostałych po nim papierów?.. Niepodobieństwem jest, aby 

mógł zniszczyć list tak ważny… Powtarzam panu, że w tym liście były objaśnienia nader 
ważne… 

– Czy dla pana, panie Ben-Omar? 
– I dla pana także, panie Antiferze, gdyż powiem szczerze, że polecono mi właśnie 

odebrać ten list, który może być przedmiotem korzystnej umowy. 

W   tej   chwili   w   głowie   pana   Antifera   zabłysła   myśl   jedna:   Ludzie,   przez   których 

przysłany był Ben-Omar, musieli wiedzieć o długości geograficznej, której mu brakowało do 
określenia miejsca, gdzie ukryte były miliony. 

– A, łotry! szepnął do siebie. Oni chcą mi wydrzeć moją tajemnicę, chcą kupić ode mnie 

mój list… aby potem iść wykopać moją skrzynię! 

Rozumowanie to było dość prawdopodobne. 
W tej chwili pan Antifer i Ben-Omar usłyszeli kroki zbliżającego się ku nim człowieka, 

który szedł z wybrzeża  w stronę stacyi  kolei żelaznej.  Zamilkli  więc, a raczej  notaryusz 
przerwał rozpoczęte zdanie. Możnaby nawet powiedzieć, że spojrzał z ukosa na przechodnia i 
uczynił   głową   jakiś   znak   przeczenia,   z   którego   nieznajomy   zdawał   się   być   bardzo 
niezadowolony; gniewnie bowiem wzruszył ramionami i przyśpieszył kroku, tak, że wkrótce 
znikł z przed oczu rozmawiających. 

Nieznajomy był  o ile się zdawało cudzoziemcem i mógł mieć lat trzydzieści  kilka. 

Odziany   był   w   strój,   przypominający   ubiór   egipski.   Cerę   miał   śniadawą,   oczy   czarne   i 
błyszczące, wzrost więcej niż średni, postawę silną i krzepką. Na twarzy malował się wyraz 
stanowczości, a poniekąd i dzikości, tak, że twarz ta nie pociągała ku sobie i nie budziła 
zaufania. Czyżby notaryusz i ów nieznajomy znali się ze sobą? Zdawało się, że tak jest, a 
nawet można było być tego pewnym, tylko, że w tej chwili mieli jakieś wyrachowanie, aby 
udać, że się nie znają. 

Pan Antifer nie dostrzegł jednak wcale tego podstępu, gdyż spojrzenie i ruch nastąpiły 

po   sobie   tak   szybko   i   nieznacznie,   że   zwrócić   na   to   uwagę   było   niepodobieństwem. 
Najspokojniej więc prowadził dalej rozpoczętą rozmowę. 

–   Czy   zechcesz   pan   teraz,   panie   Ben   Omar,   wytłómaczyć   mi,   dlaczego   pragnąłeś 

koniecznie posiąść ten list? Dlaczego chciałeś się dowiedzieć, co on zawierał?.. Dlaczego 
chciałeś go kupić, jeśliby się był znajdował w mojem posiadaniu? 

– Panie Antiferze, odpowiedział z pomięszaniem notaryusz, Kamylk-Pasza był moim 

klientem, a ponieważ zajmowałem się jego interesami… 

– Kamylk-Pasza był pańskim klientem? zawołał pan Antifer.
– Tak…i jako pełnomocnik jego spadkobierców. 
–   Jego   spadkobierców?   podchwycił   z   najwyższem   zdumieniem   pan   Antifer,   które 

zadziwiło niemniej pana Ben-Omara. A więc on umarł? 

– Tak, umarł. 
– Miejmyż się na baczności! powiedział sobie w duchu pan Antifer. Kamylk-Pasza nie 

żyje, trzeba o tem ciągle pamiętać, bo jeżeli się tu coś knuje?… 

– A zatem, panie Antiferze, nie masz pan tego listu? zapytał Ben-Omar, spoglądając z 

pod oka na swego towarzysza. 

– Nie, nie mam. 

background image

–   Szkoda,   gdyż   spadkobiercy   Kamylk-Paszy,   którzy   pragną   zebrać   wszystko,   co 

dotyczy wspomnień po ich ukochanym krewnym… 

– A więc to dla pamiątki! przerwał pan Antifer. Cóż za nieocenione serca!.. 
–   Tak,   jedynie   dla   pamiątki,   panie   Antiferze.   I   właśnie   te   nieocenione   serca,   jak 

mówisz, ofiarowałyby panu znaczną summę pieniędzy, aby tylko dostać w swoje posiadanie 
ów list… 

– A wieleż byliby za niego dali? 
– Cóż to pana obchodzi, skoro nie masz tego listu? 
– Zawsze niech pan powie… 
– No, pewnie kilkaset franków… 
– O! wielka mi rzecz kilkaset franków, odezwał się pogardliwie pan Antifer. 
– Może nawet kilka tysięcy… 
–   No,   jeśli   pan   chcesz   wiedzieć,   odezwał   się   pan   Antifer,   zniecierpliwiony   do 

najwyższego stopnia, przyczem objął za szyję notaryusza, szepcąc mu do ucha powyższe 
wyrazy, to powiem panu, że ja mam ten list… 

– Masz go pan? 
– Tak, tak, mam ten list z monogramem K! 
– Tak, tak, z podwójnem K. Mój klient podpisywał się zawsze w ten sposób! 
– Mam go… mam… czytałem  go i odczytywałem  wielokrotnie…  I wiem,  a raczej 

odgaduję, dlaczego zależy panu tak wiele na posiadaniu tego listu… 

– Panie… 
– Ale go pan nie dostaniesz! 
– Odmawiasz pan zatem? 
– Tak, tak, stary Ben-Omarze, chyba że kupisz odemnie ten list… 
–   Za   jaką   cenę?   zapytał   notaryusz,   sięgając   do   kieszeni,   aby  wydobyć   woreczek   z 

pieniędzmi. 

– Za jaką cenę? powtórzył pan Antifer, za pięćdziesiąt milionów franków.
Ben-Omar skoczył jak oparzony, a pan Antifer spojrzał na niego tak, jak dotąd nikt w 

świecie na nikogo nie spoglądał, pokazując zarazem w uśmiechu wszystkie swoje zęby. 

Po chwili, odezwał się głosem suchym i nawykłym do rozkazów: 
– Jak się panu podoba, możesz pan dać lub nie dać! 
– Pięćdziesiąt milionów! powtarzał odurzony notaryusz. 
– Nie targuj się, panie Ben-Omar, ja nie ustąpię ani pięćdziesięciu centimów! 
– Pięćdziesiąt milionów! 
– Nie inaczej i to gotówką… w złocie lub biletach bankowych… albo w przekazie do 

Banku Francuskiego. 

Po chwili notaryusz odzyskał nieco zimnej krwi. 

background image

– Nie ulega wątpliwości, powiedział sobie w duchu, że ten przeklęty marynarz wie, jak 

ważnym   jest   ten   list   dla   spadkobierców   Kamylk-Paszy.   Przecież   w   nim   jest   objaśnienie 
dotyczące   ukrytego   skarbu;   bez   tego   objaśnienia   skarbu   odszukać   niepodobna.   Tak   więc 
usiłowania podjęte w celu odebrania listu okazały się bezowocne. Pan Antifer to przebiegła 
sztuka.   Nie   ma   innej   rady,   tylko   trzeba   kupić   od   niego   ten   list,   a   raczej   tę   szerokość 
geograficzną, aby uzupełnić geograficzną długość, która znajduje się w mojem posiadaniu. 

Ale jakim sposobem wiadomość ta znalazła się w posiadaniu Ben-Omara? Czyżby on, 

jako   dawny   notaryusz   bogatego   Egipcyanina,   był   owym   posłem,   któremu   polecono, 
stosownie do ostatniej woli Kamylk-Paszy, oznajmić panu Antiferowi o pożądanej długości 
geograficznej? Przekonamy się o tem wkrótce. 

W każdym razie, z jakichkolwiek-bądź pobudek działał Ben-Omar, czy stosował się lub 

nie do poleceń spadkobierców nieboszczyka, zrozumiał jednak, że list odzyska tylko za cenę 
złota, za pięćdziesiąt milionów! 

Odezwał się więc po chwili z miną układną, lecz przebiegłą: 
– Zdaje mi się, żeś pan powiedział pięćdziesiąt milionów? 
– Tak, powiedziałem to. 
– To jest rzecz tak zabawna i śmieszna, że chyba nic zabawniejszego nie słyszałem w 

życiu… 

– Panie Ben-Omar, czy chcesz pan usłyszeć rzecz jeszcze zabawniejszą?… 
– I owszem, bardzo proszę. 
– To ci powiem, że jesteś stary oszust, stary łotr z Egiptu, stary krokodyl z Nilu… 
– Panie!… 
– No, no, nie powiem już nic więcej. Dodam tylko, że chciałeś pan łowić ryby w mętnej 

wodzie, czyli  wydrzeć mi podstępem moją tajemnicę, zamiast wypowiedzieć mi swoją, o 
której polecono panu powiadomić mnie szczegółowo… 

– Jakto, przypuszczałbyś pan coś podobnego? 
– Ja nie przypuszczam, tylko jestem tego pewien, bo wiem, że tak jest napewno… 
– Bynajmniej, domysły pańskie są mylne… 
– Przestań, szkaradny oszuście! 
– Panie!… 
– Cofam więc wyraz: szkaradny – przez wzgląd na pański wykrzyknik! Czy chcesz pan, 

abym ci powiedział, co jest dla ciebie rzeczą najważniejszą w tym liście? 

Notaryusz mniemał, że pan Antifer zdradzi się w tej chwili ze swoją tajemnicą i oczy 

radośnie mu się zaiskrzyły. 

Ale pan Antifer, pomimo że był rozgniewany, miał się jednak na baczności i tak dalej 

mówił: 

–  Tak,   tak,  wiem,  o  co  ci   chodzi,   wcale  nie  o  zdania  zawarte  w   tym  liście,   które 

przypominają zasługi, jakie mój ojciec oddał osobie, która się podpisała monogramem K, nie, 
tobie chodzi o cztery cyfry… Czy słyszysz mnie?… o cztery cyfry!… 

– Cztery cyfry? szepnął Ben-Omar. 

background image

– Tak, tak, chodzi ci o cztery cyfry, które są wymienione w liście, ale ja ich nie wyjawię 

nikomu inaczej, jak za cenę dwanaście i pół miliona za każdą cyfrę!… Nie mamy zatem nic 
więcej do pomówienia. Dobranoc! 

Kończąc te słowa, pan Antifer zaczął gwizdać jakąś ulubioną aryę, która miała być 

melodyą Aubera, lecz w wykonaniu starego marynarza przypominała raczej pianie koguta. 
Nucąc, pan Antifer oddalił się o kilka kroków. 

Ben-Omar stał jak skamieniały, podobny do bożka Terminusa, którego przedstawiają w 

postaci słupa z głową ludzką, służącego do odznaczenia granic. 

Notaryusz mniemał, że załatwi bez trudu interes z panem Antiferem, bo jeden tylko 

Mahomet wiedział, ilu prostodusznych fellahów oszukał już w Aleksandryi. 

Patrzał więc błędnym wzrokiem za oddalającym się Antiferem, który szedł krokiem 

nierównym  i kołyszącym  się, gestykulując przytem  tak żywo, jak gdyby się sprzeczał ze 
swoim przyjacielem Trégomain. 

Wtem pan Antifer zatrzymał się nagle; widocznie przypomniało mu się coś, o czem 

chciał powiadomić notaryusza, który stał wciąż nieruchomy. 

– Panie Ben-Omar? zaczął. 
– Czego pan chcesz odemnie? 
– Zapomniałem powiedzieć panu jednej rzeczy… 
– A mianowicie? 
– Zapomniałem powiedzieć panu numeru… 
– Numeru? podchwycił z żywością Ben-Omar. 
– Tak, numeru mojego domu, mieszkam pod numerem trzecim przy ulicy des Hautes-

Salles. Trzeba, żebyś pan wiedział o moim adresie, gdyż z przyjemnością ujrzę pana u siebie 
w dniu, w którym przyjdziesz… 

– Gdy przyjdę?… 
–  Z   milionami   w   kieszeni,   dokończył  pan   Antifer  i   oddalił   się  już  teraz   na  dobre, 

pozostawiając zmartwionego notaryusza, który zaczął wzywać pomocy Ałłaha i jego proroka. 

Rozdział VII

 
Podczas nocy 9 lutego podróżni mieszkający w hotelu de l’Union i zajmujący pokoje od 

strony placu Jacques-Coeur, mogliby byli  być  obudzeni z najgłębszego snu, gdyby drzwi 
pokoju   oznaczonego   numerem   siedemnastym   nie   były   szczelnie   zamknięte   i   zasłonięte 
grubym dywanem, który nie przepuszczał dźwięku głosu, a nawet hałasu. 

background image

W istocie dwaj mężczyźni, a nadewszystko jeden z nich podnosił głos tak gniewnie, 

miotał takie pogróżki i klątwy, że dowodziły one nadzwyczajnego rozdrażnienia. Drugi starał 
się go uspokoić, ale trwożne jego prośby i przedstawienia niewielki wpływ wywierały. 

Zresztą  sąsiedzi  nie  byliby nic  zrozumieli  z tej  burzliwej  sprzeczki,  gdyż  rozmowa 

toczyła się w języku ottomańskim, nieznanym mieszkańcom Zachodu. Prawda, że od czasu 
do   czasu   rozmawiający   wtrącali   zdania   francuskie,   co   było   dowodem,   że   mogliby   się 
porozumieć i w tym szlachetnym języku. 

Na kominku palił się suty ogień; lampa umieszczona na stoliku rzucała blask na papiery 

nawpół ukryte pod zużytą teczką, zamykaną na klucz. 

Jedną z tych osób był Ben-Omar. Siedział on pomięszany, ze spuszczonemi oczyma, 

spoglądając   niekiedy   na   ogień   płonący   na   kominku.   Lecz   blaski   ognia   nie   migotały   tak 
złowrogo, jak źrenice jego towarzysza. 

Był to mężczyzna przedstawiający również typ południowca, odznaczający się jednak 

nieprzyjemnym i odstręczającym niemal wyrazem twarzy. Był to ten sam człowiek, z którym 
notaryusz   porozumiał   się   nieznacznym   ruchem,   gdy   rozmawiał   z   panem   Antiferem   na 
wybrzeżu morskiem. 

Człowiek ów powtarzał po raz dwudziesty może: 
– A więc nie udało ci się? 
– Tak, ekscelencyo, Ałłah mi świadkiem… 
– Co mi tam po świadectwie twego Ałłaha, lub kogo innego!.. Ja widzę tylko rezultat, 

że ci się nie udało… 

– Z wielkim moim żalem, ekscelencyo!.. 
–   To   niegodziwy   człowiek,   niech   go   licho   porwie,   (te   wyrazy   wypowiedział   po 

francusku), odmówił ci oddania tego listu? 

– Odmówił… 
– I nie chciał ci go sprzedać? 
– Sprzedać?.. Owszem, zgadzał się na to… 
– I nie kupiłeś go?.. Nie masz tego listu? Ośmielasz się stanąć przed moją obecnością 

bez tego dokumentu? 

– A czy wiesz, ekscelencyo, co on za niego żądał? 
– Na przykład? 
– Pięćdziesiąt milionów franków! 
– Pięćdziesiąt milionów! zawołał Egipcyanin i znowu klątwy posypały się z ust jego. 
Po chwili odezwał się znowu: 
– A zatem, notaryuszu, ten marynarz wie, jak ważnym może być dla niego ten interes? 
– Zapewne musi się tego domyślać. 
– Niech go Mahomet zadusi i ciebie także, zawołał gwałtownie mężczyzna, chodząc 

szybkimi krokami po pokoju, albo raczej ja go wyręczę, gdyż ty odpowiadać będziesz za 
wszystkie nieszczęścia, które się przytrafią z tego powodu… 

background image

–   Przecież   to   nie   moja   w   tem   wina,   ekscelencyo.   Przecież   ja   nie   wiedziałem   o 

tajemnicach Kamylk-Paszy… 

– Powinieneś był wiedzieć i wydrzeć mu je za życia, skoro byłeś jego notaryuszem… 
Tu nieznajomy znowu kląć zaczął. 
Nieznajomym  tym  był  Sauk, syn  Murada, krewnego Kamylk-Paszy.  Miał on wtedy 

trzydzieści trzy lata. Po śmierci swego ojca Sauk był jedynym prawym spadkobiercą bogatego 
paszy   i   byłby   odziedziczył   olbrzymi   majątek,   gdyby   Kamylk-Pasza   nie   był   go   ukrył 
bezpiecznie przed chciwością Muradowego syna. Wiemy, dlaczego Kamylk-Pasza postąpił w 
ten sposób i w jakich warunkach doprowadził do skutku swój zamiar. 

Teraz należy wspomnieć chociaż pobieżnie o wypadkach, jakie miały miejsce potem, 

gdy Kamylk-Pasza opuścił Alep, unosząc ze sobą swoje skarby, aby je ukryć bezpiecznie we 
wnętrzu ziemi, na jakiej nieznanej wysepce. 

Wkrótce potem, w październiku 1831 r. Ibrahim na czele floty wojennej, składającej się 

z   dwudziestu   dwóch   okrętów   wojennych,   wylądował   na   brzegi   Syryi   z   trzydziestoma 
tysiącami  żołnierzy i zdobywał  kolejno Gazę, Jaffę i  Kaiffę. Twierdza  Saint-Jean-d’Acre 
dostała się dopiero w jego ręce w roku następnym 27 marca 1832 

Zdawało się więc, że Palestyna i Syrya oderwą się raz na zawsze z pod władzy Wielkiej 

Porty, gdy wmięszanie się potężnych państw europejskich zatrzymało syna Mehemet-Alego 
na   drodze   zwycięstw   i   sławy.   W   roku   1833   narzucono   obydwom   przeciwnikom,   to   jest 
sułtanowi i wice-królowi warunki traktatu i na tem skończyła się ta sprawa. 

Na szczęście Kamylk-Pasza nie znajdował się w Syryi podczas tych wojen i zamieszek. 

Gdy   ukrył   swoje   bogactwa   we   wnętrzu   skały,   którą   naznaczył   swoim   monogramem   K, 
odbywał znowu dalekie podróże. W jakich stronach żeglował jego statek, zostający ciągle pod 
dowództwem kapitana Zo?.. Czy przebywał blizko, czy daleko starego lądu?.. Czy krążył w 
pobliżu   Azyi   lub   Europy?..   Nikt   nie   zdołałby   odpowiedzieć   na   powyższe   pytania,   z 
wyjątkiem tylko kapitana Zo i Kamylk-Paszy, gdyż wiemy, że nikt z załogi okrętowej nie 
wysiadał nigdy na ląd, a marynarze nie wiedzieli zupełnie, w jakich stronach, wschodu lub 
zachodu, południa lub północy, kazała im przebywać fantazya ich pana i władcy. 

Odbywszy tyle podróży, Kamylk-Pasza popełnił wielką nieostrożność, a mianowicie, że 

zwrócił się ku wybrzeżom Wschodu. 

Traktat zawarty wkrótce, powstrzymał zwycięski pochód Ibrahima, a że północna część 

Syryi należała do sułtana, bogaty Egipcyanin mniemał, że powrót do Alepu nie grozi mu już 
żadnem niebezpieczeństwem. 

Właśnie nieszczęście mieć chciało, że w połowie 1834 roku okręt jego zagnała burza w 

pobliżu Saint-Jean-d’Acre. Flota Ibrahima,  mająca  się ciągle  na baczności,  krążyła  wciąż 
niedaleko wybrzeża, a Murad, któremu Mehemet-Ali powierzył jakieś znaczne stanowisko, 
znajdował się właśnie na jednym z okrętów wojennych. 

Na masztach statku Kamylk-Paszy powiewały flagi barwy ottomańskiej, chociaż może 

nikt nie wiedział, że ten statek był własnością Kamylk-Paszy, jednak okręty Ibrahima zaczęły 
go   ścigać.   Załoga   Kamylk-Paszy   broniła   się   mężnie,   lecz   zmuszona   była   uledz   wobec 
przeważającej liczby nieprzyjaciół. Statek uległ zniszczeniu, a jego właściciel i kapitan okrętu 
dostali się do niewoli. 

Murad   poznał   natychmiast   Kamylk-Paszę,   a   poznanie   to   groziło   ostatniemu   utratą 

wolności na zawsze. 

background image

W kilka tygodni później Kamylk-Pasza i kapitan Zo zostali potajemnie przewiezieni do 

Egiptu i tam zamknięci w twierdzy w Kairze. 

Zresztą, gdyby Kamylk-Pasza był osiadł w swoim domu w Alep, z pewnością nie byłby 

także bezpieczny. Część Syryi, podległa władzy Egiptu, uginała się pod nieznośnem jarzmem. 
Trwało to do roku 1839, a nadużycia agentów Ibrahima doszły do tego stopnia, że sułtan 
musiał cofnąć ustępstwa, na które początkowo musiał się zgodzić. Było to powodem nowej 
wyprawy   wojennej   Mehemet-Alego,   którego   wojska   odniosły   zwycięstwo   pod   Nezib, 
wywołując obawę w Mahmudzie, który zaczął się lękać o stolicę Turcyi europejskiej. Anglia, 
Prusy i Austrya wmięszały się znowu w tę sprawę i stanęły po stronie Porty. Współudział ich 
powstrzymał pochód zwycięzcy, zapewniając mu dziedziczne posiadanie Egiptu i dożywotni 
zarząd nad Syryą na przestrzeni od morza Czerwonego, aż na północ jeziora Tyberyady i od 
morza Śródziemnego do Jordanu, to jest całą Palestynę z tej strony rzeki. 

Wówczas wice-król, upojony zwycięstwami, ufny w męstwo swoich żołnierzy, a może 

zachęcony przez dyplomacyę francuską, zostającą pod kierunkiem pana Thiersa, nie zgodził 
się   na   warunki,   jakie   mu   ofiarowały   sprzymierzone   mocarstwa   i   wtedy   floty   państw 
sprzymierzonych   zaczęły   działać.   Generał   Napier   zdobył   Beyrouth   we   wrześniu   1840   r. 
pomimo   obrony   pułkownika   Selves.   Twierdza   Sydon   poddała   się   dnia   25   tegoż   samego 
miesiąca.  Saint-Jean-d’Acre, bombardowana,  poddała się po straszliwym  wybuchu  składu 
prochu.   Mehemet-Ali   musiał   ustąpić.   Kazał   synowi   swemu   Ibrahimowi,   aby   wracał 
natychmiast do Egiptu, a cała Syrya wróciła znowu pod władzę sułtana Mahmuda. 

Kamylk-Pasza   pośpieszył   się   zanadto   z   powrotem   do   ulubionego   swego   kraju, 

mniemając, że dokończy w nim spokojnie burzliwego swego żywota. Miał nadzieję, że tam 
przewiezie   swoje skarby  i  część  ich  użyje  na  opłacenie  długów   wdzięczności,  o  których 
zapomnieli  może  ci, co mu oddawali niegdyś  przysługi.  A tymczasem Kamylk-Pasza nie 
dojechał do Alepu, gdyż w Kairze wrzucono go do więzienia, gdzie jego życie zależało od 
łaski bezlitośnych nieprzyjaciół. 

Kamylk-Pasza   zrozumiał,   że   był   zgubiony,   lecz   myśl   uzyskania   wolności   za   cenę 

majątku nie przyszła mu nigdy do głowy. Posiadał on tyle energii charakteru i silnej woli, że 
raz   postanowiwszy   nic   nie   dać   ze   swoich   bogactw   ani   wice-królowi,   ani   Muradowi,   nie 
zachwiał się ani na chwilę w swem postanowieniu, a upór taki można sobie tylko tłómaczyć 
wiarą w fatalizm, tak silnie rozpowszechnioną u ludów wschodnich. 

Lata,   które   przepędził   w   więzieniu   w   Kairze,   były   bardzo   przykre   i   ciężkie   do 

zniesienia. Ciągle musiał się mieć na baczności, aby nie zdradzić swej tajemnicy. Rozłączono 
go z kapitanem Zo, do którego miał tak wielkie zaufanie. Jednakże w osiem lat później, w 
roku 1842, dzięki uprzejmości jakiegoś dozorcy więzienia, Kamylk-Pasza zdołał wysłać kilka 
listów do osób, którym pragnął się uiścić z długu wdzięczności, a między innymi do Tomasza 
Antifera   w   Saint-Malo.   Dokument,   zawierający   rozporządzenia   testamentowe,   doszedł 
również do rąk Ben-Omara, który był niegdyś w Aleksandryi jego notaryuszem. 

W trzy lata później, w roku 1845 umarł kapitan Zo. Na całym więc świecie jeden tylko 

Kamylk-Pasza wiedział o położeniu wysepki, na której ukrył swój skarb. Ale zdrowie jego 
pogorszało się bardzo szybko, a surowe prawa niewoli musiały skrócić życie człowieka, który 
mógł   był   o   wiele   późniejszej   doczekać   starości,   gdyby   nie   był   zamknięty   w   murach 
więziennych. W roku 1852 po osiemnastu latach zamknięcia, zapomniany przez tych, co go 
znali,   Kamylk-Pasza   umarł   w   wieku   lat   siedemdziesięciu   kilku.   Ani   groźby,   ani   surowe 
obchodzenie się nie zdołały go skłonić do wyznania tajemnicy o ukrytych skarbach. 

Po roku niegodny jego kuzyn zeszedł także do grobu, nie zdobywszy bogactw, których 

tak pożądał i które go popchnęły do występnych knowań. 

background image

Ale Murad zostawił syna Sauka, który odziedziczył po ojcu wszystkie złe skłonności. 

Chociaż   po   śmierci   ojca   miał   zaledwie   lat   dwadzieścia   trzy,   życie   jego   nie   upływało 
szlachetnie i spokojnie. Człowiek ten łączył się z awanturnikami wszelkiego rodzaju, jakich 
mnóstwo kręciło się wtedy w Egipcie. Był on jedynym spadkobiercą Kamylk-Paszy i byłby 
zagarnął jego miliony,  gdyby starzec nie był ich ukrył tak starannie. To też jego gniew i 
uniesienie   nie   miały   granic,   gdy   umarł   Kamylk-Pasza,   unosząc   z   sobą   tajemnicę   swych 
skarbów. Sauk mniemał, że oprócz Kamylk-Paszy nikt więcej nie wie o jego bogactwach. 

Upłynęło lat dziesięć i Sauk stracił już zupełnie nadzieję odzyskania skarbów. 
Można więc łatwo wyobrazić sobie, jakie wrażenie zrobiła na nim wiadomość, która 

spadła na niego zupełnie niespodziewanie i naraziła go na mnóstwo nadzwyczajnych przygód. 

W pierwszych dniach stycznia, roku 1862 Sauk odebrał list, zapraszający go, aby się 

udał niezwłocznie do kancelaryi notaryusza Ben-Omara, w celu porozumienia się w bardzo 
ważnym interesie. 

Sauk   znał   tego   notaryusza   i   wiedział,   że   jest   to   człowiek   charakteru   chwiejnego   i 

tchórzliwego,  nad  którym  ktoś  gwałtowny  i   stanowczy  z  łatwością  mógł  uzyskać   wielką 
przewagę.   Pojechał   więc   do  Aleksandryi   i   zapytał   dość  niegrzecznie   Ben-Omara,   jakiem 
prawem ośmielił się go wzywać do swojej kancelaryi. 

Ben-Omar przyjął swego gwałtownego klienta z oznakami należnego mu uszanowania, 

a czynił to głównie przez bojaźń, gdyż wiedział, że Sauk w chwili uniesienia gotów go był 
nawet zadusić. Przeprosił go więc za swoją śmiałość i rzekł uprzejmie: 

–   Sądziłem,   że   powinienem   się   był   udać   do   jedynego   spadkobiercy,   którego   mam 

zaszczyt widzieć dziś u siebie… 

– W istocie jestem jedynym spadkobiercą Kamylk-Paszy, zawołał Sauk, gdyż jestem 

synem Murada, który był blizkim jego krewnym. 

– Czy jesteś pan pewnym tego, że niema żadnego krewnego oprócz pana, któryby mógł 

rościć prawo do spadku Kamylk-Paszy? 

– Żadnego. Kamylk-Pasza oprócz mnie nie zostawił innego spadkobiercy. Ale gdzież 

jest to dziedzictwo? 

– Oto jest, do usług waszej ekscelencyi. 
Sauk chwycił szybko zapieczętowany dokument, który mu podawał notaryusz. 
– Co zawiera ten papier? zapytał. 
– Testament Kamylk-Paszy. 
– Jakim sposobem ten dokument dostał się w twoje ręce. 
– Kamylk-Pasza przesłał mi go w kilka lat po swem uwięzieniu w Kairze. 
– Kiedyż to było? 
– Dwadzieścia lat temu. 
– Dwadzieścia lat! zawołał Sauk. Kamylk-Pasza nie żyje już od lat dziesięciu, a ty 

czekałeś długo… 

– Czytaj, ekscelencyo, przerwał mu notaryusz. 
Sauk   przeczytał   podpis,   skreślony   na   wierzchu   dokumentu.   Byłto   warunek 

zastrzegający, że testament wolno otworzyć dopiero w dziesięć lat po śmierci testatora. 

background image

Kamylk-Pasza umarł w roku 1852, rzekł notaryusz, a ponieważ teraz mamy rok 1862, 

dlatego wezwałem waszą ekscelencyę… 

–   Przeklęty   formalisto!   zawołał   Sauk.   Już   od   lat   dziesięciu   powinienem   był   być 

posiadaczem milionów… 

–   Jeżeli   naturalnie   Kamylk-Pasza   waszą   ekscelencyę   uczynił   swoim   spadkobiercą, 

przerwał ze spokojem notaryusz. 

– Jeżeli mnie uczynił swoim spadkobiercą? A kogóżby innego?.. Przekonam się o tem 

natychmiast. 

I już miał rozerwać pieczęć testamentu, gdy Ben-Omar powstrzymał go, mówiąc: 
We własnym interesie, ekscelencyo, lepiej będzie, gdy otwarcie testamentu dokonane 

zostanie według przepisów prawa, to jest w obecności świadków… 

I otworzywszy drzwi, Ben-Omar wprowadził do pokoju dwóch kupców, mieszkających 

w pobliżu, prosząc ich, aby byli obecni przy otwarciu testamentu. 

Obydwaj   świadkowie   przekonali   się,   że   pieczęć   jest   nienaruszona,   i   wtedy  dopiero 

otworzono dokument. 

Testament zawierał ze dwadzieścia wierszy, skreślonych w języku francuskim, mniej 

więcej następującej treści: 

„Mianuję   wykonawcą   mojego   testamentu   Ben-Omara,   notaryusza   z   Aleksandryi, 

któremu przeznaczam jako procent jeden od sta od całego mojego majątku, składającego się 
ze złota, brylantów i innych drogocennych kamieni, których wartość może być oszacowaną 
na sto milionów franków. W miesiącu listopadzie, w roku 1831 trzy beczułki, zawierające 
moje skarby, zostały złożone w jaskini, wykutej na południowym krańcu jednej wysepki. Tę 
wysepkę   można   będzie   wynaleźć   z   łatwością,   porównywając   długość   geograficzną 
pięćdziesięciu   czterech   stopni   i   pięćdziesięciu   siedmiu   minut   na   wschód   od   południka 
paryskiego, z szerokością geograficzną, którą przesłałem potajemnie w roku 1842 Tomaszowi 
Antiferowi,   mieszkającemu   w   Saint-Malo   we   Francyi.   Ben-Omar   powinien   osobiście 
powiadomić o tej długości geograficznej wyżej wymienionego Tomasza Antifera, lub w razie, 
gdyby tenże nie żył, uwiadomić o tem najbliższego jego spadkobiercę. Oprócz tego polecam 
Ben-Omarowi, ażeby towarzyszył spadkobiercy, jakiego tu mianuję w testamencie podczas 
poszukiwań,   ktore   doprowadzą   do   odkrycia   skarbu.   Miejsce,   gdzie   skarb   umieściłem, 
znajduje się u podnóża skały, na której wyryta jest cyfra, oznaczająca moje nazwisko, to jest 
monogram K. 

Tak więc od dziedziczenia spadku po mnie odsuwam stanowczo niegodnego mojego 

krewnego Murada, jako też jego syna Sauka, również niegodziwego, jak jego ojciec i żądam, 
aby Ben-Omar jak najprędzej starał się porozumieć z Tomaszem Antiferem, lub jego prawymi 
spadkobiercami,   stosując   się   do   szczegółowych   wskazówek,   które   zostaną   im   udzielone 
później, w ciągu trwania ich poszukiwań. 

Taka jest moja wola i żądam, aby była uszanowana, tak w przyczynach, jak i skutkach 

swoich. 

Pisałem to zdrów na ciele i na umyśle i podpisałem moją własną ręką, dnia dziewiątego 

lutego 1842 roku, w więzieniu w Kairze. 

Kamylk-Pasza.” 
Nie potrzebujemy mówić, jaki gniew zawładnął Saukiem po odczytaniu tego testamentu 

i jak przyjemnego zdziwienia doznał Ben-Omar, dowiedziawszy się o przeznaczonym  dla 

background image

siebie procencie jeden od sta, co wynosiło milion, przypadający mu w udziale, skoro odnajdą 
skarby. Ale należało je odszukać, a trudno było tego dopełnić bez określenia miejscowości, w 
której znajdowała się wysepka, kryjąca tak olbrzymie bogactwa. Lecz o wysepce można było 
się   dowiedzieć   tylko   w   ten   sposób,   gdyby   się   udało   porównać   długość   geograficzną, 
wyrażoną w testamencie, z szerokością geograficzną, której tajemniczą liczbę wiedział tylko 
Tomasz Antifer. 

Sauk jednak nie chciał się tak łatwo wyrzec pożądanych milionów i wkrótce usnuł plan 

przewrotny, którego wspólnikiem pod groźbą srogiej zemsty został Ben-Omar. Wiadomości, 
jakie zasięgnęli z Saint-Malo, objaśniły ich, że Tomasz Antifer umarł, zostawiając jedynego 
syna.   Trzeba   więc   było   pojechać   do   tego   syna   Piotra   Antifera   i   działać   tak   zręcznie   i 
ostrożnie, aby wydobyć z niego tajemnicę owej szerokości geograficznej, przesłanej jego ojcu 
i wtedy posiąść olbrzymie bogactwa, od których Ben-Omar miał odebrać przeznaczony mu 
procent. 

Sauk i notaryusz postanowili działać  niezwłocznie.  Wypłynęli  więc z Aleksandryi  i 

wylądowali w Marsylii, a potem koleją przez Paryż dostali się do Bretanii i pewnego poranku 
przybyli do Saint-Malo. 

Obydwaj   nie   wątpili   ani   na   chwilę,   że   wydobędą   od   Antifera   ów   list   upragniony, 

którego wartości marynarz może nawet nie umiał ocenić. W ostateczności postanowili kupić 
od Antifera ów list, zawierający wiadomość o potrzebnej do odkrycia skarbów szerokości 
geograficznej. 

Lecz usiłowania ich spełzły na niczem. 
Nie można się zatem dziwić, że Sauk unosił się gniewem i w rozdrażnieniu obwiniał 

Ben-Omara, że on to właśnie stał się przyczyną niepowodzenia, jakie ich spotkało. 

Stąd wynikła gwałtowna i burzliwa pomiędzy nimi sprzeczka, której na szczęście nikt 

nie słyszał. Lecz notaryusz był przerażony okropnie, mniemając, że nie ujdzie żywo z rąk 
Sauka. 

–   Tak,   twoja   niezręczność   stała   się   przyczyną   wszystkiego   złego,   powtarzał   z 

uniesieniem Sauk. Nie umiałeś dobrze zabrać się do dzieła. Pozwoliłeś wywieść się w pole 
staremu   marynarzowi,   ty,   człowiek   wykształcony,   notaryusz!..   Ale   pamiętaj,   co   ja   ci 
powiedziałem!.. Biada ci, jeżeli wymkną mi się z ręki miliony Kamylk-Paszy. 

– Przysięgam wam, ekscelencyo… 
– A ja ci przysięgam, że jeśli nie dojdę do celu mych  pragnień, ty mi za to drogo 

zapłacisz. A wiesz, że ja umiem dotrzymać słowa! 

Ben-Omar wiedział o tem aż nadto dobrze. 
– Czy sądzisz, ekscelencyo, zaczął, chcąc go rozczulić, że ten Antifer jest biedakiem, 

podobnym do tych nędznych fellahów, których tak łatwo oszukać lub przestraszyć? 

– A cóż mnie to może obchodzić! 
– Nie, nie, on nie jest takim… to człowiek okropnie gwałtowny, który nie chce słuchać 

żadnego przedstawienia… 

Mógł był dodać: „człowiek podobny z usposobienia do ciebie,” ale powstrzymał się w 

porę. 

– Sądzę, odezwał się po chwili milczenia, że należy zdecydować się na… 

background image

– Na co!? zawołał Sauk, z gwałtownem uniesieniem, uderzając pięścią w stół z taką 

siłą, że lampa zadrżała, a klosz z niej spadł na ziemię i rozbił się w kawałki. Mamże się 
wyrzec tych stu milionów? 

– Nie, nie, ekscelencyo, ja nie to chciałem powiedzieć, odparł pospiesznie Ben-Omar. 

Trzeba się zdecydować na to, aby powiedzieć temu marynarzowi o tej długości geograficznej, 
którą testament nakazuje mi jemu właśnie wyjawić… 

– Czy dlatego, niedołęgo, aby on popłynął wykopać owe miliony? zawołał Sauk, lecz 

po chwilowym namyśle doszedł do przekonania, że gniew bywa nieraz złym doradcą. 

Byłto człowiek przebiegły, ale nie pozbawiony rozumu, starał się więc zapanować nad 

swojem uniesieniem i zaczął się zastanawiać nad rozsądną propozycyą, którą mu uczynił Ben-
Omar. 

W istocie można było przypuszczać, znając charakter Antifera, że nie otrzyma się od 

niego nic podstępem i że należało postąpić w inny sposób. 

Jego ekscelencya zatem i skromny jego wspólnik usnuli plan następujący: Nazajutrz 

rano udać się do pana Antifera i wyjawić mu długość geograficzną, pod którą znajdowała się 
wysepka, a nawzajem dowiedzieć się od niego o szerokości. Połączywszy ze sobą te dwa 
objaśnienia, Sauk postara się wyprzedzić mianowanego przez Kamylk-Paszę spadkobiercę i 
dla   siebie   zagarnąć   skarby.   Jeżeliby   to   okazało   się   niepodobieństwem,   znalazłby   sposób 
towarzyszenia panu Antiferowi w wyprawie, a wówczas obmyśliłby coś na swoją korzyść. 

Sauk przypuszczał, że wysepka znajdowała się na dalekich morzach, plan zatem jego 

mógł się powieść i uczynić go panem tych bogactw. 

Skoro już zgodzili się na to postanowienie, Sauk dodał: 
–   Liczę   na   ciebie,   Ben-Omarze,   i   radzę   ci,   abyś   mi   pomagał   szczerze,   gdyż   w 

przeciwnym razie… 

–Ależ,   ekscelencyo,   możesz   pan   być   pewnym…   Tylko   czy   przyrzekasz   mi,   że 

otrzymam przeznaczony dla mnie procent? 

– Naturalnie, przecież masz ten procent zapewniony w testamencie… pod wyraźnym 

jednak warunkiem, że nie odstąpisz ani na chwilę pana Antifera podczas jego podróży. 

– Nie, nie odstąpię go!.. 
– Ani ja… boja ci będę towarzyszył.. 
– Ale w jakim charakterze… Pod jakiem nazwiskiem? 
–   W   charakterze   starszego   dependenta   notaryusza   Ben-Omara   i   pod   nazwiskiem 

Nazima! 

– Jakto, pan, ekscelencyo? 
Wykrzyknik ten malował dokładnie obawy Ben-Omara, który się lękał gwałtowności 

Sauka. 

 

Rozdział VIII

background image

 
Pan   Antifer,   przyszedłszy   do   domu,   wszedł   do   jadalni   i,   zasiadłszy   przy   kominku, 

zaczął sobie grzać nogi. 

Eliza z Julianem, siedząc pod oknem, zajęci byli rozmową, ale pan Antifer nie zwrócił 

na nich uwagi. 

Nanon  zajęta  była   w  kuchni  przygotowaniem  wieczerzy,   lecz  i  to  było   dziś   rzeczą 

obojętną dla pana Antifera, który zwykle dziesięć razy zapytywał: 

– Czy prędko jeść dacie? 
Dziś właśnie pan Antifer był zajęty ważniejszemi myślami. Byłoby mu to przyniosło 

ulgę, gdyby się mógł przed kim zwierzyć, ale zdawało mu się, że nie wypada opowiadać 
siostrze, Elizie i Julianowi o spotkaniu z Ben-Omarem, notaryuszem Kamylk-Paszy. 

Podczas wieczerzy pan Antifer wbrew zwyczajowi siedział milczący i zamyślony i jadł 

bardzo mało; spożył tylko kilka skorupiaków, wydobywając je ze skorup długą o metalowym 
łebku szpilką. 

Kilka   razy   Julian   zwracał   się   do   niego   z   zapytaniem,   lecz   nie   otrzymał   żadnej 

odpowiedzi. 

Eliza zapytała go, co mu jest, lecz zdawało się, że nawet nie słyszał dźwięku jej głosu. 
– Co ci się stało, mój bracie? zapytała wreszcie Nanon, gdy pan Antifer po wieczerzy 

zabierał się odejść do swego pokoju. 

– Wyrasta mi ząb mądrości, odrzekł 
Z obecnych nikt na to nic nie odpowiedział, ale każdy pomyślał sobie w duchu, że 

byłoby   to   bardzo   pożądaną   rzeczą,   gdyby   pan   Antifer   na   starość   stał   się   trochę 
rozumniejszym. 

Ku   wielkiemu   zdziwieniu   wszystkich,   pan   Antifer,   nie   zapaliwszy   nawet   ulubionej 

fajki, z którą się przechadzał  po wałach, udał się do swego pokoju, znajdującego  się na 
piętrze. 

–   Przez   cały   wieczór   wuj   nie   odezwał   się   do   nikogo   ani   słowa,   taki   jest   dzisiaj 

roztargniony, czy zamyślony, odezwała się Eliza po jego odejściu. 

– Cóż mu się tam przytrafiło nowego? szepnęła Nanon, sprzątając ze stołu. 
– Możeby pójść po pana Trégomain, dodał Julian. 
Rzeczywiście pan Antifer był dziś tak rozdrażniony i niespokojny, jak jeszcze nie był 

ani razu od chwili, gdy zaczął oczekiwać upragnionego posła Kamylk-Paszy. Wyrzucał sobie, 
że w rozmowie z Ben-Omarem nie okazał się może dość przebiegłym i rozsądnym; że może 
odpowiadał mu zbyt szorstko i gwałtownie, zamiast się starać go ułagodzić i przychylić się do 
warunków bardziej przystępnych. Czy to było przyzwoicie nazywać go oszustem, nicponiem, 
krokodylem   i   obrzucać   jeszcze   innymi   obelżywymi   wyrazami?   Czy   nie   należało   raczej 
targować się, okazać chęć nakłonienia się do jego żądań, udawać, że się nie zna doniosłości 
tego listu, a nie żądać od razu w chwili uniesienia  i gniewu pięćdziesięciu milionów? Z 
pewnością wiadomość, zamieszczona w liście, warta była, aby za nią zapłacono tę summę, ale 
zawsze   trzeba   było   postępować   z   większą   przezornością.   A   gdyby   notaryusz,   pamiętny 
doznanych zniewag, nie chciał się narazić po raz drugi na podobne przyjęcie? Coby się stało, 
gdyby spakował rzeczy i opuścił natychmiast  Saint-Malo? Gdy wyjedzie  do Aleksandryi, 

background image

przepadło   już   wszystko.   Przecież   pan   Antifer   nie   będzie   go   ścigał   do   Egiptu,   aby   się 
dowiedzieć o pożądanej dlań długości geograficznej! 

Kładąc się spać, pan Antifer obdarzył sam siebie kilkoma kułakami w bok i całą noc ani 

oka   nie   zmrużył.   Nazajutrz   wstał   z   postanowieniem,   że   zmieni   zupełnie   taktykę 
postępowania,   że   pójdzie   poszukać   Ben-Omara,   że   będzie   się   starał   uprzejmością 
wynagrodzić mu wczorajsze obelgi i kosztem małych ustępstw postara się o zgodę. 

Te i tym podobne myśli zajmowały pana Antifera, który zaczął się właśnie ubierać, gdy 

ktoś   zlekka   zapukał   do   drzwi,   i   na   progu   ukazał   się   Trégomain,   chociaż   była   zaledwie 
godzina ósma rano. 

– Cóż cię sprowadza do mnie, przyjacielu? zagadnął pan Antifer. 
Gildas Trégomain, nie chcąc się przyznać, że Nanon posyłała po niego, odpowiedział: 
– Przypływ morza, mój przyjacielu. 
Mniemał bowiem, że to wyrażenie, przypominające zawód marynarza wywoła uśmiech 

na usta pana Antifera. 

– Przypływ morza? powtórzył ten ostatni ostro. A mnie zabiera z sobą odpływ morza. 
– Chcesz wyjść? 
– Tak, i nie pytam się nawet, czy mi pozwolisz, lub nie. 
– Dokąd idziesz? 
– Tam, gdzie mi się podoba.
–   Ma   się   rozumieć,   że   nie   gdzieindziej.   Ale   nie   powiesz   mi,   w   jakim   interesie 

wychodzisz? 

– Chciałbym naprawić jedno głupstwo… 
– Albo może pogorszyć je jeszcze? 
Odpowiedź ta, wypowiedziana bez ukrytego celu, zaniepokoiła jednak pana Antifera, 

mającego   postanowienie   wtajemniczyć   przyjaciela   w   sprawę,   któraby   go   powinna   żywo 
zainteresować. Ubierając się więc dalej, opowiedział panu Trégomain o spotkaniu z Ben-
Omarem,   o  usiłowaniach   notaryusza,  który  chciał  z  niego  wydobyć   tajemnicę  szerokości 
geograficznej i o żądaniu swojem pięćdziesięciu milionów za list Kamylk-Paszy. 

–   Naturalnie   że   żądanie   moje   było   zbyt   wygórowane   i   nierozsądne,   zakończył   pan 

Antifer swoje opowiadanie. 

– Przecież on musiał się z tobą targować, odpowiedział Gildas Trégomain. 
–   Nie   miał   na   to   czasu,   gdyż   odwróciłem   się   do   niego   plecami   i   w   tem   właśnie 

popełniłem błąd największy. 

– Nie przeczę. A więc ten notaryusz przybył umyślnie do Saint-Malo, aby starać się 

wydobyć od ciebie ten list? 

– Tak, jedynie w tym celu, zamiast wypełnić polecenie, jakie mu powierzono dla mnie, 

ten to bowiem Ben-Omar jest posłem, zapowiedzianym przez Kamylk-Paszę i oczekiwanym 
od lat dwudziestu… 

– Jakto, więc ta cała sprawa, to jest rzecz poważna i nie ulegająca wątpliwości? zawołał 

Gildas Trégomain. 

background image

Uwaga   ta   wywołała   tak   gniewne   spojrzenie   pana   Antifera   z   dodatkiem   tak 

pogardliwego przymiotnika, że Trégomain zamilkł i spuścił oczy. 

Pan Antifer skończył się ubierać i już brał za kapelusz, gdy we drzwiach ukazała się 

Nanon. 

– Czego chcesz? zapytał brat.
– Jakiś cudzoziemiec czeka na dole i pragnie się z tobą zobaczyć. 
– Jego nazwisko?
– Oto jest. 
I Nanon podała bilet wizytowy, na którym były skreślone następujące wyrazy: 
„Ben-Omar, notaryusz w Aleksandryi.” 
– On! zawołał pan Antifer. 
– Kto? zapytał Gildas Trégomain. 
– Omar, o którym ci mówiłem! Ah! jakto dobrze, że sam przychodzi do mnie. To dobry 

znak!… Przyprowadź go tutaj, Nanon. 

– On nie jest sam… 
– Nie jest sam? podchwycił z żywością pan Antifer. A któż z nim przyszedł? 
– Jakiś młodszy od niego mężczyzna, którego nie znam również i który wygląda także 

na cudzoziemca. 

– Więc ich jest dwóch. No, to i my we dwóch ich przyjmiemy!.. Zostań ze mną, mój 

przyjacielu! 

– Jakto?… Chciałbyś… 
Pan Antifer rozkazującym gestem nakazał przyjacielowi posłuszeństwo, a Trégomain 

nie śmiał się już poruszyć ze swego miejsca. 

– Przyprowadź ich, rzekł Antifer do siostry. 
W kilka minut później goście weszli do pokoju, którego drzwi zamknięto starannie. 

Tajemnica, o jakiej mieli mówić, mogłaby tylko ulecić przez dziurkę od klucza. 

–   Ah!   to   pan,   panie   Ben-Omar,   zaczął   pan   Antifer   swobodnym,   a   nawet   nieco 

pogardliwym tonem, którego nie byłby użył z pewnością, gdyby był poszedł pierwszy do 
hotelu de l’Union. 

– Tak, to ja, panie Antiferze, odpowiedział Ben-Omar. 
– A któż jest ten pan, który ci towarzyszy? 
– To mój pierwszy dependent. 
Pan Antifer i Sauk, który został przedstawiony pod nazwiskiem Nazima, spojrzeli na 

siebie dość obojętnie. 

– Czy dependent pana wtajemniczony jest w tę sprawę? zapytał Antifer. 
– Tak, i obecność jego jest mi potrzebna przy przebiegu tej sprawy. 
– Niech i tak będzie, panie Ben-Omar. Czy mi pan powie, czemu mam zawdzięczać 

zaszczyt, że widzę pana w moim domu? 

background image

– Chciałbym pomówić jeszcze z panem, panie Antiferze… ale tylko z panem samym, 

dodał, spoglądając z ukosa na Gildas Trégomain,  który siedział  milczący,  robiąc palcami 
młynka. 

– Gildas  Trégomain,  mój  przyjaciel,  przedstawił pan Antifer, były właściciel  statku 

Piękna Amelia;” on wie także o całej tej sprawie, a obecność jego jest dla mnie równie 
niezbędna, jak dla pana dependenta Nazima. 

Był to argument, na który Ben-Omar nie mógł znaleźć żadnej przeczącej odpowiedzi. 
Wtedy wszyscy czterej zasiedli przy stole, na którym notaryusz położył  swoją tekę. 

Cisza   zaległa   pokój,   obecni   spoglądali   na   siebie,   czekając,   któremu   przyjdzie   ochota 
rozpocząć rozmowę. 

Wreszcie pan Antifer przerwał milczenie i rzekł, zwracając się do Ben-Omara: 
– Spodziewam się, że pański dependent mówi po francusku? 
– Nie, odparł notaryusz. 
– No to przynajmniej rozumie język francuski? 
– I to nie. 
Sauk i Ben-Omar postanowili między sobą, że fałszywy Nazim udawać będzie, iż nic 

nie rozumie po francusku, mieli bowiem nadzieję, że pan Antifer wygada się z czemś, z czego 
oni będą mogli skorzystać. 

– Mów pan więc, panie Ben-Omar, odezwał się swobodnie pan Antifer. Czy masz pan 

ochotę rozpocząć rozmowę od tego miejsca, gdzie przerwaliśmy ją wczoraj? 

– Bez wątpienia. 
– A zatem przynosisz mi pan pięćdziesiąt milionów? 
– Mówmy poważnie, panie Antiferze… 
– Tak, mówmy poważnie, panie Ben-Omar. Mój przyjaciel Trégomain nie należy do 

liczby   tych   ludzi,   którzyby   chcieli   tracić   czas   na   bezużyteczne   żarty.   Nieprawdaż, 
Trégomain? 

Nigdy Trégomain nie miał jeszcze tak poważnej i uroczystej miny, jak w tej chwili. Na 

znak przyzwolenia podniósł kraciastą chustkę do twarzy i utarł nos z hałasem, podobnym do 
dźwięku trąb. 

– Panie Ben-Omar, zaczął znowu pan Antifer, przybierając minę poważną i obojętny 

ton głosu, lękam się, że pomiędzy nami zaszło nieporozumienie… musimy je więc wyjaśnić, 
bo inaczej nie dojdziemy do niczego. Pan wiesz, kim ja jestem, a ja wiem, kim pan jesteś. 

– Notaryuszem…. 
–   Tak,   notaryuszem,   ale   zarazem   posłem   nieboszczyka   Kamylk-Paszy,   którego 

przybycia rodzina moja oczekuje od lat dwudziestu. 

– Przepraszam, pana, panie Antiferze, ale przypuszczając nawet, że tak jest w istocie, 

nie było mi wolno przybyć wcześniej…. 

– Dlaczego? 
– Gdyż wiem dopiero od dwóch tygodni, to jest od chwili otwarcia testamentu, w jakich 

warunkach ojciec pański odebrał ten list. 

– Ah! list, podpisany podwójną literą K?.. Wracamy zatem do tego, panie Ben-Omar? 

background image

–   Nie   inaczej,   jedyną   bowiem   moją   myślą,   udając   się   do   Saint-Malo,   było,   aby 

przedstawić koniecznie… 

– Zatem jedynie w tym celu przedsięwziąłeś pan tę podróż? 
– Tak jest, panie Antiferze. 
Przez cały czas powyższej rozmowy Sauk siedział obojętny, jak gdyby nie rozumiał ani 

słówka.   Odgrywał   swoją   rolę   tak   naturalnie,   że   Gildas   Trégomain,   przypatrujący   mu   się 
uważnie z pod oka, nie dostrzegł nic podejrzanego w jego zachowaniu się. 

– Panie Ben-Omar, odezwał się pan Antifer, ja mam dla pana jak najgłębszy szacunek i 

wiesz pan, że nie powiedziałbym panu żadnego ubliżającego wyrazu…. 

Powiedział to z tak głębokiem przekonaniem, że niktby go nie posądził o to, iż nie dalej, 

jak wczoraj, nazwał Ben-Omara oszustem, mumią i krokodylem. 

– Jednakże, dodał po krótkiej przerwie, nie mogę się powstrzymać  od powiedzenia 

panu, żeś skłamał…. 

– Panie!… 
– Tak… skłamałeś, jak szafarz okrętowy, kiedy twierdziłeś, że twoja podróż to tylko 

miała na celu, aby się dowiedzieć o tym liście…. 

– Przysięgam panu, zaczął notaryusz, wznosząc ręce do góry. 
– Przestańmy odgrywać komedyę, panie Ben-Omar! zawołał pan Antifer, który wbrew 

wszelkim pięknym postanowieniom zaczął się już zapalać. Ja wiem doskonale, w jakim celu 
pan przyjechałeś. 

– Wierz mi pan…. 
– I od kogo jesteś pan przysłany…. 
– Od nikogo, upewniam pana…. 
– Przeciwnie, przybywasz pan ze strony nieboszczyka Kamylk-Paszy…. 
– Przecież on umarł przed laty dziesięciu! 
–   To   nic   nie   znaczy!   Przybyłeś   pan   tu,   aby   spełnić   ostatnią   wolę   Kamylk-Paszy   i 

dlatego jesteś dziś u Piotra-Servan-Malo Antifera, syna Tomasza Antifera, od którego miałeś 
rozkaz nie żądać bynajmniej wydania owego listu, lecz powiadomić go o czterech cyfrach. 

– O czterech cyfrach? 
– Tak, o czterech cyfrach długości geograficznej, której mu potrzeba do uzupełnienia 

geograficznej szerokości, o jakiej wiadomość przesłał Kamylk-Pasza przed laty dwudziestu 
jego zacnemu ojcu. 

–   Ślicznie   odpowiedziałeś,   dodał   spokojnie   Trégomain,   rozwijając   swoją   olbrzymią 

chustkę, jak flagę, którąby dawał znaki nadbrzeżnym latarniom. 

Mniemany   dependent   zachowywał   się   ciągle   z   jednakową   obojętnością,   chociaż 

przekonał się z rozmowy, że pan Antifer posiadał dokładne wiadomości. 

– Pan, panie Ben-Omar, chciałeś zamienić nasze role i usiłowałeś ukraść mi wiadomość 

o szerokości geograficznej.

– Ukraść?! 
– Tak, ukraść i zrobić z niej użytek, który prawnie mnie się tylko należy! 

background image

– A zatem przyznajesz się pan, że je posiadasz? 
Tak   przyparty   do   muru   notaryusz,   chociaż   wyćwiczony   w   rozmaitych   wykrętach, 

zrozumiał, że przeciwnik zyskuje nad nim przewagę i że lepiej się poddać, tak jak to wczoraj 
postanowili uczynić z Saukiem. 

To też gdy pan Antifer mu powiedział: 
– Grajmy w grę odkrytą, panie Ben-Omar, już dość nakręciliśmy się po różnych krętych 

ścieżkach, Ben-Omar odpowiedział: 

– I owszem. 
– Otworzył tekę i wyjął z niej ćwiartkę pergaminu, na której widać było pismo, pewną 

nakreślone ręką. 

Był   to   testament   Kamylk-Paszy,   napisany,   jak   wiemy,   w   języku   francuskim.   Pan 

Antifer   dowiedział   się  wkrótce   o jego treści.  Przeczytawszy  go uważnie   od początku   do 
końca, głośno i dobitnie, tak, aby Gildas Trégomain nie stracił ani słówka, wyjął z kieszeni 
książeczkę notatkową, aby w niej wpisać cyfry, określające długość geograficzną, pod jaką 
znajdowała się wysepka, te cztery cyfry, o które tak mu bardzo chodziło. Potem, jak gdyby się 
znajdował na swoim kupieckim statku i brał wymiar na mapie, zawołał: 

– Uważaj, Trégomain! 
– Uważam! powtórzył Gildas Trégomain, który także wyjął z kieszeni notatnik. 
– Naznacz! 
Nie potrzebujemy dodawać, z jaką dokładnością została oznaczona ta pożądana długość 

geograficzna: 54 stopnie 57 minut na wschód od południka paryskiego. 

Pergamin   wrócił   wtedy   do   rąk   notaryusza,   który   schował   go   do   teki   i   oddał 

mniemanemu   dependentowi   Nazimowi.   Nazim   zdawał   się   tak   obojętny   na   wszystko,   jak 
Hebrajczyk z czasów Abrahama, któryby się znalazł nagle wpośród zgromadzenia francuskiej 
Akademii. 

Jednakże rozmowa doszła do punkta, zaciekawiającego najbardziej Ben-Omara i Sauka. 
Pan   Antifer,   wiedząc   o   południku   i   linii   równoległej   wysepki,   potrzebował   tylko 

połączyć te dwie linie na mapie, aby dojść, gdzie znajduje się wysepka. Naturalnie, że pilno 
mu było dokonać tej pracy; podniósł się więc i z półukłonem, w którego znaczeniu nie można 
się było pomylić, a potem ukazał gościom drzwi, zachęcając ich do odejścia. 

Trégomain  spoglądał  z uśmiechem  zadowolenia  na Antifera. Ale ani notaryusz,  ani 

Nazim   nie   mieli   zamiaru   wstać   z   krzeseł,   chociaż   widocznie   gospodarz   pragnął   ich   się 
pozbyć.   Może   go   nie   zrozumieli,   a   może   nie   chcieli   zrozumieć.   Ben-Omar   był   bardzo 
pomięszany, zrozumiał jednak spojrzenie Sauka, które mu nakazywało zadać jeszcze jedno 
pytanie. 

Musiał go posłuchać, rzekł więc: 
– Teraz, kiedy spełniłem polecenie, do jakiego zobowiązał mnie testament Kamylk-

Paszy…. 

–   Nie   pozostaje   nam   nic   innego,   jak   pożegnać   się   nawzajem   bardzo   grzecznie, 

dokończył   pan   Antifer,   a   że   najbliższy   pociąg   odchodzi   o   godzinie   dziesiątej   minut 
trzydzieści siedem…. 

background image

–   O   dziesiątej   minut   dwadzieścia   trzy   od   dnia   wczorajszego,   poprawił   Gildas 

Trégomain. 

– A tak, rzeczywiście o dziesiątej minut dwadzieścia trzy, odpowiedział pan Antifer, nie 

chciałbym, mój drogi panie Ben-Omar, narazić cię, jak również twego dependenta Nazima, 
abyście się mieli spóźnić na ten pociąg…. 

Sauk zaczął niecierpliwie uderzać nogą w podłogę i spojrzał na zegarek, jak gdyby się 

zaniepokoił chwilą blizkiego wyjazdu. 

– Jeżeli macie panowie ze sobą jakie pakunki, mówił dalej pan Antifer, zaledwie starczy 

wam czasu na wybranie się…. 

– Tem bardziej, że na tutejszej stacyi wielkie są utrudnienia, dodał Trégomain. 
Ben-Omar zdobył się wreszcie na odpowiedź i, podnosząc się nieco z krzesła, rzekł: 
– Przepraszam, ale zdaje mi się, żeśmy sobie jeszcze nie wszystko powiedzieli…. 
– Przeciwnie, wszystko, panie Ben-Omar, co do mnie, nie potrzebuję się już o nic pana 

pytać. 

– Ale ja muszę panu zadać jeszcze jedno pytanie, panie Antifer… 
– Dziwi mnie to bardzo, panie Ben-Omar, ale pytaj pan, jeśli uważasz to za właściwe. 
– Wyjawiłem panu cyfry, dotyczące geograficznej długości, wskazanej w testamencie 

Kamylk-Paszy. 

– Tak jest; ja i mój przyjaciel Trégomain zapisaliśmy te cyfry w naszych notatnikach. 
– Widziałem to; lecz pan ze swojej strony powinieneś mi wyjawić cyfry szerokości 

geograficznej, które są zapisane w liście…. 

– W liście, przysłanym pod adresem mego ojca? 
– Tak jest. 
– Przepraszam pana, panie Ben-Omar, odpowiedział pan Antifer, marszcząc brwi, czy 

miałeś pan polecenie wyjawić mi cyfry długości geograficznej? 

– Miałem i zdaje mi się, że spełniłem to polecenie. 
– Z dobrą wolą i gorliwością, muszę to przyznać. Ale co do mnie, nie przeczytałem tego 

nigdzie, ani w testamencie, ani w liście, że mam wyjawić komukolwiek cyfry szerokości 
geograficznej, o których wiadomość przesłana została mojemu ojcu. 

– Jednakże…. 
– Jednakże, jeśli pan masz udzielić mi w tym przedmiocie jakich objaśnień, możemy 

jeszcze porozmawiać…. 

–   Zdaje   mi   się,   przerwał   notaryusz,   że   pomiędzy   ludźmi,   którzy   się   wzajemnie 

szanują…. 

–   Źle   się   panu   zdaje,   panie   Ben-Omar.   Szacunek   nie   ma   tu   nic   do   tego,   jeżeli 

rzeczywiście mamy go nawzajem dla siebie. 

Pan Antifer był już rozgniewany i zniecierpliwiony. Gildas Trégomain, obawiając się 

wybuchu, wstał i otworzył drzwi, jak gdyby chciał ułatwić wyjście niepożądanym już teraz 
gościom. Sauk nie ruszył się z miejsca, nie wypadało mu bowiem wstać z dwóch powodów: 
najpierw, jako dependent, nie powinien wychodzić, gdy notaryusz jeszcze siedział, a powtóre, 

background image

jako cudzoziemiec, nierozumiejący po francusku, nie powinien się zdradzić, że rozumie, o co 
chodzi. 

Ben-Omar   wstał   z   krzesła,   potarł   dłonią   czoło,   poprawił   okulary   i   rzekł   tonem 

człowieka, który musi się zgodzić z tem, czemu zapobiedz nie zdoła: 

– Wybacz mi, panie Antiferze, ale czy naprawdę nie chcesz mi powierzyć…. 
– Naturalnie,  że nie chcę, panie Ben-Omar, tembardziej, że w liście  Kamylk-Pasza 

polecił mojemu ojcu zachowanie jak najgłębszej w tym względzie tajemnicy. Tajemnicę tę 
ojciec przekazał z kolei mnie. 

– Czy chcesz, panie Antiferze, przyjąć ode mnie jedną radę? zapytał Ben-Omar. 
– Jaką? 
– A to żebyś dalej nie zajmował się tą kwestyą. 
– Dlaczego? 
– Bo mógłbyś spotkać na swojej drodze osobę, któraby ci kazała tego pożałować… 
– Cóż to za osoba? 
– Sauk, syn krewnego Kamylk-Paszy, wydziedziczony na korzyść pana, a nie jest on 

bynajmniej człowiekiem… 

– Czy pan znasz tego Sauka, panie Ben-Omar? 
– Nie, odpowiedział notaryusz, ale wiem, że to jest człowiek straszny…. 
– No, to jeśli pan spotkasz tego Sauka, powiedz mu pan ode mnie, że ja sobie drwię z 

niego i ze wszystkich Egipcyan! 

Nazim ani drgnął. Kończąc te słowa, pan Antifer wyszedł do sieni i zawołał: 
– Nanon! 
Notaryusz zwrócił się ku drzwiom, a Sauk, wywróciwszy po drodze krzesło, poszedł za 

jego przykładem, zaledwie powstrzymując w sobie chęć zrzucenia go ze schodów. 

Ben-Omar w chwili, gdy już miał wyjść z pokoju, zatrzymał się jeszcze i, zwracając się 

do pana Antifera, któremu nie śmiał spojrzeć prosto w oczy, rzekł: 

– Zapewne pan nie zapomniał o jednym warunku, zawartym w testamencie Kamylk-

Paszy? 

– O jakim warunku, panie Ben-Omar? 
– O tym, który wkłada na mnie obowiązek towarzyszenia panu aż do chwili, w której 

obejmiesz   w   posiadanie   depozyt.   Ja   mam   więc   być   obecnym   przy   wydobyciu   trzech 
baryłek… 

– A zatem będziesz mi pan towarzyszył, panie Ben-Omar. 
– Muszę przecież wiedzieć, dokąd się pan udasz? 
– Dowiesz się pan o tem, skoro przybędziemy na miejsce przeznaczenia. 
– A jeśli to jest na krańcu świata?… 
– No, to będzie na krańcu świata, cóż wielkiego!… 
– Wreszcie to rzecz dla mnie obojętna… Ale pamiętaj pan, że ja nie mogę się obejść 

bez mojego głównego dependenta… 

background image

–   Możesz   go   pan   zabrać,   jeżeli   chcesz;   będzie   to   dla   mnie   równym   zaszczytem 

podróżować w pańskiem, jak i w jego towarzystwie. 

Potem pan Antifer przechylił się przez poręcz schodów i zawołał donośnym głosem, 

który świadczył o jego zniecierpliwieniu:

– Nanon! 
A gdy Nanon ukazała się, pan Antifer dodał:
– Poświeć tym panom! 
– Jakto, w jasny dzień? zapytała z podziwieniem Nanon. 
– Poświeć, skoro ci mówię!
Sauk i Ben-Omar wyszli już teraz z tego niegościnnego domu, którego drzwi zamknęły 

się za nimi z trzaskiem. 

Wtedy pan Antifer nie ukrywał dłużej radości, która przepełniała całą jego istotę. I 

doprawdy miał się z czego cieszyć! 

Posiadł   tajemnicę   długości   geograficznej,   której   wyjaśnienia   oczekiwał   tak 

niecierpliwie! Teraz marzenie jego zamieni się w rzeczywistość! Posiadanie tego olbrzymiego 
majątku   zależeć   teraz   będzie   tylko   od   pośpiechu,   z   jakim   wybierze   się  na   poszukiwanie 
skarbu, ukrytego na wysepce, której pojedzie szukać. 

– Sto milionów!.. Sto milionów! powtarzał. 
– To znaczy tysiąc razy po sto tysięcy franków, dodał Trégomain. 
Tu   pan   Antifer   nie   zdołał   już   dłużej   panować   nad   sobą   i   zaczął   podskakiwać, 

przysiadać,   podnosić   się   i   chwiać   z   boku   na   bok,   czyli   tańczyć   taniec   marynarzy,   który 
nazywają rozmaicie. 

Potem chwycił swego otyłego przyjaciela i zaczął się z nim wykręcać tak szybko po 

pokoju, że aż ściany i podłogi drżały w swych posadach. 

Tańcząc, pan Antifer śpiewał grzmiącym głosem, na którego dźwięk drżały szyby w 

oknach: 

„Mam już, mam, upragnioną długość! Mam już, mam, upragnioną długość!” 
 

Rozdział IX

 
Podczas,   gdy   pan   Antifer   poddawał   się   wpływowi   tak   bezgranicznej   wesołości,   w 

całym   domu   nie   było   nikogo   oprócz   Nanon.   Eliza   i   Julian   wyszli   na   miasto,   w   celu 
załatwienia sprawunków, po które wysłała ich Nanon, i wracali właśnie w tej chwili, gdy z 
domu wuja wychodzili dwaj nieznajomi mężczyźni.

background image

Eliza   i   Julian   spoglądali   za   nimi   zdziwieni,   tem   bardziej,   że   obydwaj   oddalali   się, 

rozmawiając z gniewnem ożywieniem. 

– Co ci ludzie robili tutaj? odezwała się z ciekawością Eliza. 
–   Mam   przeczucie,   że   musiało   się   tu   przytrafić   coś   nadzwyczajnego,   odpowiedział 

Julian. 

I oboje z pośpiechem weszli do sieni; tu zdumienie ich spotęgowało się jeszcze bardziej, 

gdy   usłyszeli   hałas   i   śpiew   na   pierwszem   piętrze.   Słowa   piosenki   brzmiały   tak   głośno   i 
donośnie, że echo jej rozchodziło się aż po wałach. 

– Czyżby wuj stracił zmysły? szepnęła przerażona Eliza. 
– Być może, że nieustanne zajęcie się tą długością geograficzną spowodowało w głowie 

wuja jakieś zboczenie umysłowe, dodał również cicho Julian. 

– O, Boże! szkaradne miliony, jeśliby się miały stać powodem tak okropnej choroby! 

rzekła z westchnieniem Eliza. 

– Co to się stało, moja ciotko? zapytał Julian, wchodząc do kuchni. 
– Wuj tańczy, odparła Nanon. 
– Ale cóż znowu, sufit drży, czyżby wuj był taki ciężki? 
– Nie, nie wuj, tylko Trégomain. 
– Jakto, Tregomain także tańczy? 
– Naturalnie, przecież nie chciałby się sprzeciwiać naszemu wujowi, odezwała się Eliza. 
Wszyscy troje weszli na pierwsze piętro, aby się naocznie przekonać, co się tam dzieje, 

i   w   istocie,   patrząc   na   szalone   skoki   pana   Antifera,   można   było   mniemać,   że   dostał 
pomięszania zmysłów. Tańcząc, śpiewał na całe gardło: 

„Mam już, mam, upragnioną długość!” 
A poczciwy Trégomain, czerwony, zadyszany, jakby miał już dostać ataku apopleksyi, 

powtarzał za nim: 

„Tak, tak, posiadł już upragnioną długość!” 
Tu myśl nagła, jak błyskawica, rozjaśniła umysł Juliana. Teraz zrozumiał, kto byli ci 

dwaj nieznajomi, którzy wychodzili  z domu jego wuja; zapewne jeden z nich był  owym 
upragnionym posłem Kamylk-Paszy. 

Młodzieniec pobladł trochę i, chwytając za połę pana Antifera, zapytał: 
– Mój wuju, czy dowiedziałeś się o długości geograficznej? 
– Dowiedziałem się, mój siostrzeńcze! 
– Dowiedział się, szepnął nawpół żywy Trégomain. 
I upadł na krzesło, które, nie mogąc unieść takiego ciężaru, złamało się nagle. 
W kilka chwil później, gdy pan Antifer odetchnął nieco swobodniej, Eliza, Julian i 

Nanon   dowiedzieli   się   o   wszystkiem:   o   wczorajszem   jego   spotkaniu   z   Ben-Omarem   i   o 
usiłowaniach notaryusza, chcącego wyłudzić od niego list Kamylk-Paszy, o treści testamentu 
i dokładnej wiadomości o długości geograficznej, która określała położenie wysepki, gdzie 
znajdowały się ukryte skarby… Pan Antifer potrzebował się tylko schylić, aby je zgarnąć. 

background image

– Mój wuju, odezwał się Julian, skoro pan Antifer skończył swoje opowiadanie, teraz, 

gdy   ci   ludzie   wiedzą,   gdzie   się   znajduje   gniazdko,   w   którem   się   kryją   takie   bogactwa, 
wykopią je z pewnością pierwej, niż wuj! 

– Nie wydawaj tak porywczego sądu, mój siostrzeńcze! zawołał pan Antifer, wzruszając 

ramionami. Czy mniemasz, że jestem tak ograniczony, iż oddałem im w ręce klucz od tej 
szkatuły? 

– Ma się rozumieć, że nie, potwierdził Gildas Trégomain. 
–   Od   szkatuły,   która   zawiera   majątek,   wynoszący   sto   milionów?   ciągnął   dalej   pan 

Antifer, wymawiając z rozkoszą wyraz miliony. 

Mniemał, że ta wiadomość przyjęta zostanie okrzykami zapału i radości, ale omylił się 

bardzo. 

Doprawdy podziwienie jego nie miało granic. Jakto deszcz złota, brylantów i drogich 

kamieni, którego pozazdrościłaby Danae, spływał niespodzianie pod ten dach ubogi, a rodzina 
jego nie zdawała się być z tego tak bardzo uszczęśliwioną, podczas gdy on o mało zmysłów 
nie postradał z radości. 

Po wygłoszeniu przez pana Antifera wiadomości o milionach, głęboka, lodowata cisza 

zaległa pokój. 

–   Cóż   to!   zawołał   pan   Antifer,   spoglądając   z   najwyższem   zdumieniem   kolejno   na 

siostrę, Juliana, Elizę i przyjaciela, dlaczego macie takie chmurne i niezadowolone miny? 

Pomimo to fizyognomie obecnych nie rozpromieniły się bynajmniej. 
– Jakto! mówił dalej pan Antifer, oznajmiam wam, że jestem bogaty, jak Krezus, że 

będę miał tyle złota, ile go nie posiada nawet żaden nabab, a wy nie cieszycie się z tego i 
żadne z was nawet mnie nie uściskało. 

Milczenie było jedyną odpowiedzią na przemowę pana Antifera. 
– No, i cóż ty na to, Nanon? zaczął znowu. 
– Piękny to dostatek, mój bracie, odpowiedziała Nanon. 
– Dostatek!  podchwycił  z żywością  pan  Antifer.  A  czy wiecie,  że,  posiadając taką 

fortunę, możnaby tracić po trzykroć sto tysięcy dziennie. Czy i ty, Elizo, nazywasz to tylko 
dostatkiem? 

–   Mój   Boże!   odparła   młoda   dziewczyna,   zdaje   mi   się,   ze   nie   trzeba   posiadać   tylu 

bogactw, aby…. 

– Znam tę zwrotkę, przerwał niecierpliwie pan Antifer. Bogactwo nie daje szczęścia! 

Czy i ty jesteś  tego samego  zdania, młody panie kapitanie? dodał wuj, zwracając się do 
siostrzeńca. 

– Podług mego zdania, odpowiedział Julian, ów Egipcyanin powinien był przekazać ci, 

mój wuju, i tytuł paszy; cóż bowiem znaczą takie bogactwa bez tytułu? 

– Hm!… Hm!… Jakby to ładnie brzmiało: Antifer-Pasza, odezwał się Trégomain. 
– Czy masz ochotę drwić ze mnie? krzyknął z gniewem pan Antifer. 
–   Cóż   znowu,   mój   przyjacielu,   odpowiedział   Trégomain.   Jeżeli   ty   cieszysz   się   ze 

swoich stu milionów, ja ci po milion razy winszuję i cieszę się również z całego serca. 

W istocie dlaczego rodzina przyjęła tak obojętnie wiadomość o bogactwach? Powodem 

tej obojętności była serdeczna miłość rodzinna, która silnymi węzłami łączyła to małe kółko. 

background image

Nawet Trégomain, który nie należał do rodziny, był także zasmucony. Wszyscy wiedzieli, że 
poszukiwanie skarbów oderwie na długo od domu wuja i siostrzeńca, a chociaż wuj gderał i 
gniewał się często, Julian był często zajęty, Eliza myślała ze smutkiem, jak jej brakować ich 
będzie. Wiedziała, że Julian i wuj będą podróżowali, ale sądziła, że nie tak długo i nie tak 
daleko. 

Trégomain, chcąc zbadać zamiary pana Antifera, odezwał się w te słowa: 
– Przypuśćmy, mój przyjacielu, że odnajdziesz te miliony…. 
– Dlaczego mówisz, przypuśćmy?… 
– No, to powiem, że już je posiadłeś. Ale w takim razie, co człowiek tak skromny i 

niewymagający, jak ty, robić będzie z takiemi bogactwy? 

– Robić będę to, co mi się będzie podobało! odpowiedział oschle pan Antifer. 
– Sądzę, że nie kupisz całego miasteczka Saint-Malo…. 
– Kupię całe Saint-Malo, Saint-Servan i Dinard, jeżeli mi przyjdzie do głowy podobna 

fantazya; kupię nawet tę śmieszną rzeczkę la Rance, która ma wtenczas tylko wodę, gdy ją 
zasili przypływ morza. 

Pan   Antifer   wiedział,   że   tą   przymówką   obrazi   dawnego   właściciela   statku  Piękna 

Amelia, który na falach ładnej rzeki Rance spędził ze dwadzieścia lat życia. 

– Niech i tak będzie, nie sprzeczam się z tobą, odparł z niezadowoleniem Trégomain. 

Ale pomimo to, że będziesz miał tak wielki majątek, nie zjesz ani jednego kawałka więcej, 
nie wypijesz ani jednego kieliszka więcej nad to, ile ci apetyt pozwoli, chyba że kupisz sobie 
jeszcze jaki dodatkowy żołądek…. 

– Kupię sobie to, co mi się spodoba, a jeśli mi się ktoś będzie sprzeciwiał, roztrwonię 

moje sto milionów i nie dam nic nikomu, ani Elizie, ani Julianowi. 

– Mniejsza o to, miała ochotę powiedzieć Eliza, ale powstrzymała się na szczęście, a 

pan Antifer, ochłonąwszy nieco z gniewu, dodał już spokojniej: 

– Nie mówię przecież, że tak uczynię napewno, wiem, że będziecie mi posłuszni… 

Julian pojedzie ze mną…. 

– Otóż to największa bieda! zawołało dziewczę. 
– No, no, nie tak wielka, odparł pan Antifer; gdy zdobędę miliony, ty poślubisz księcia, 

a Julian księżniczkę. Muszę tylko poszukać pięknych nazwisk w kalendarzu Gothona. 

Chciał powiedzieć Gotha, lecz przekręcił nazwę, a widząc, że i tem nie rozchmurzył 

czoła   obecnych,   rozgniewał   się   nanowo   i   oznajmił,   że   pragnie   pozostać   sam   i   nie   chce 
widzieć nikogo aż do obiadu. 

Gildas Trégomain uważał za właściwe nie sprzeciwiać mu się dłużej, i wszyscy zeszli 

na dół, aby się swobodnie naradzić nad wypadkami, które następowały po sobie tak szybko i 
niespodziewanie. 

Eliza rozpłakała się szczerze. 
–   Mój   Boże!   mój   Boże!   powtarzała,   Julian   musi   odjechać!   Kiedy   my   się   znowu 

zobaczymy? 

– Nie płacz, Elizo, pocieszał ją poczciwy Trégomain, nie lubię patrzeć na łzy, trzeba 

przecież być odważną; brat nie może ciągle być obok ciebie. 

background image

– Widzę, mój przyjacielu, że te bogactwa zawróciły głowę wujowi, odpowiedziała ze 

łzami młoda dziewczyna. 

– Tak, tak, nie inaczej, potwierdziła Nanon, gdy mój brat uczepi się jakiej myśli, nic mu 

jej z głowy nie wybije. 

Julian milczał długo, a wreszcie w te odezwał się słowa: 
– Jestem pełnoletni i mógłbym się opierać wujowi, mógłbym nie jechać, ale czy tak, czy 

owak, długo przecież w domu siedzieć nie mogę bezczynnie. Muszę na chleb zarabiać, a czy 
mam   popłynąć   dalej   lub   bliżej,   to   już   chyba   wszystko   jedno…   pocóż   mam   się   wujowi 
sprzeciwiać? 

– Otóż nie! zawołała Eliza, nie wszystko jedno. 
– Julian ma słuszność, rzekł Trégomain, lepiej być w zgodzie z wujem. 
– O! przecież mi nie idzie o te miliony! zawołała z żywością Eliza. 
– Ani mnie, dodał Julian, ale jakże puścić wuja samego w taką odległą i niebezpieczną 

podróż? 

– Dobrze powiedziałeś, mój chłopcze, rzekł Trégomain 
– Na poszukiwanie tych milionów zejdzie wujowi bardzo wiele czasu, dodał Julian. 
– Więc musimy się rozłączyć na tak długo! zawołała Eliza. 
– Naturalnie, że na długo, odpowiedział Julian, ale cóż robić! 
– Niegodziwi posłowie tego niegodziwego paszy, mruknęła Nanon. Szkoda, że ich nie 

odpędziłam miotłą; nie mielibyśmy w tej chwili takiego zmartwienia! 

– Gdyby się nie byli porozumieli z wujem dziś, porozumieliby się byli trochę później, 

rzekł Julian. Ben-Omar jest także interesowany w tej sprawie, nie pozostawiłby zatem wuja w 
spokoju. 

– Więc wuj naprawdę wyjedzie? zapytała Eliza. 
–  Ma  się  rozumieć,   skoro  się  dowiedział  o  położeniu  wysepki,  odezwał  się  Gildas 

Trégomain. 

– Ja będę mu towarzyszył, rzekł stanowczo Julian, będę nad nim czuwał, aby mu się nie 

przytrafiło co złego. Gdy będę widział, że poszukiwania na nic się nie zdadzą, nakłonię go do 
powrotu. 

– Masz słuszność, mój chłopcze, potwierdził Trégomain. 
– Wuj, zajęty jedynie myślą pozyskania tych skarbów, narażałby się na Bóg wie jakie 

niebezpieczeństwa. 

Eliza milczała zasmucona; czuła w głębi duszy, że Julian dobrze i szlachetnie postąpi, 

towarzysząc wujowi w tej niebezpiecznej podróży, ale przykro jej było, że musiała rozstawać 
się z bratem. 

Julian pocieszał ją, jak mógł. 
– Będę często pisywał do ciebie i do ciotki, mówił, zobaczysz, jak wiele ciekawych 

rzeczy dowiesz się z moich listów. Pan Trégomain będzie was tu pocieszał. 

– I owszem, dodał Trégomain, będę wam opowiadal o podróżach, jakie odbywałem na 

moim statku wzdłuż brzegów rzeki Rance. Zapewne nie słyszałaś tego nigdy? 

background image

– Nie, odparła Eliza. 
– To ci je opowiem, rzekł Trégomain, który nie śmiałby był o tem mówić w obecności 

pana Antifera. Są to bardzo ciekawe zdarzenia. Zobaczysz, czas zejdzie nam prędko, ani się 
spostrzeżemy, jak Julian powróci z wujem i z milionami…. 

– Trégomain!.. Trégomain!… 
Dał się w tej chwili słyszeć głos pana Antifera, na którego dźwięk zadrżeli wszyscy. 
– Antifer mnie woła, odezwał się Gildas Trégomain. 
– Co on może chcieć od was? zapytała Nanon. 
– W głosie wuja nie znać gniewu, rzekła Eliza. 
– W istocie, dodał Julian, zdaje mi się, że jest tylko zniecierpliwiony. 
– No, czy idziesz, Trégomain? zawołał znowu pan Antifer. 
– Idę… idę… odpowiedział  Trégomain  i za chwilę  schody z trzaskiem  zaczęły się 

uginać pod ciężarem jego ciała. 

Pan   Antifer   oczekiwał   go   we   drzwiach,   które   starannie   zamknął   za   nim.   Potem 

pociągnął go do stołu, na którym  rozłożony był  atlas. Mapa wyobrażała dwie półkule na 
powierzchni płaskiej. Pan Antifer podał przyjacielowi cyrkiel. 

– Weź to, rzekł. 
– Ten cyrkiel? 
– No tak, odpowiedział przerywanym głosem pan Antifer. Słuchaj, chciałem wyszukać 

na mapie tą wysepkę… no, wiesz… tą wysepkę z milionami…. 

– I nie znalazłeś jej? zapytał z tajemnem zadowoleniem Trégomain. 
– Któż ci to powiedział? odparł z gniewem pan Antifer. Dlaczegóżby ta wysepka nie 

miała istnieć? 

– A zatem znalazłeś ją na mapie? Ona jest? 
– Czy jest?.. Ma się rozumieć, że musi być. Ale ja jestem tak rozdrażniony, ręka mi 

drży… cyrkiel wypada mi z dłoni… Nie mogę go prowadzić po mapie… 

– Więc chcesz, abym ja nim kierował, mój przyjacielu? 
– Jeżeli jesteś do tego zdolny…. 
– O! co też ty mówisz, odparł z urazą Trégomain. Czyż to co tak bardzo trudnego? 
–   No,   dla   żeglarza   z   rzeki   Rance   każda   rzecz   jest   trudna!..   Ale   zresztą   spróbuj… 

zobaczymy…   Trzymaj   dobrze   cyrkiel   i   prowadź   go   po   linii   pięćdziesiątego   czwartego 
południka, a raczej pięćdziesiątego piątego, ponieważ wysepka znajduje się na pięćdziesiątej 
siódmej minucie. 

Cyfry   długości   i   szerokości   geograficznej   pomięszały   się   w   głowie   poczciwego 

Trégomain. 

– Pięćdziesiąt siedem stopni i pięćdziesiąt cztery minut? powtórzył, szeroko otwierając 

oczy. 

– Ależ nie!.. niedołęgo! krzyknął pan Antifer. 
– To zupełnie przeciwnie! No, uważaj i zaczynaj twe poszukiwania. 

background image

Gildas Trégomain oparł cyrkiel w zachodniej stronie mapy. 
– Ależ nie tam! krzyknął jego przyjaciel. Na wschód od południka paryskiego! Czy 

słyszysz, na wschód! 

Łajany i strofowany w ten sposób Trégomain, nie był w stanie nic zrobić; przed oczyma 

latały mu jakby płatki, na czoło występowały grube krople potu, a cyrkiel drżał mu w dłoni. 

–  Poszukajżesz,  gdzie   się  znajduje  pięćdziesiąty   piąty  południk!  wołał   z  gniewnem 

uniesieniem  pan Antifer.  Prowadź od góry mapy  i zejdź aż  do miejsca,  gdzie  napotkasz 
dwudziestą czwartą linię równoległą! 

– Dwudziestą czwartą linię równoległą, powtórzył ze drżeniem Trégomain. 
–   Doprowadzasz   mnie   do   szaleństwa!   zawołał   pan   Antifer,   punkt,   w   którym   się 

skrzyżują te dwie cyfry, wskaże nam istnienie wysepki…. 

– Tak, wysepki, szepnął, jak echo, Trégomain. 
– No, prowadzisz cyrkiel na dół? 
– Prowadzę…. 
– Ależ zadaleko, idź w górę teraz! 
W istocie Trégomain tak stracił przytomność, że nawet nie wiedział, czego powinien 

szukać. Był jeszcze bardziej pomięszany, niż pan Antifer. Nerwy obydwóch drżały tak, jak 
struny kontrabasu, podczas zakończenia hucznej uwertury. 

Pan Antifer o mało  zmysłów  nie postradał ze złości. Gdy nieco ochłonął, otworzył 

drzwi i zawołał znowu: 

– Julianie! Julianie!… 
Młody kapitan zjawił się natychmiast. 
– Czego sobie życzysz, mój wuju? 
– Julianie, w którem miejscu znajduje się wysepka Kamylk-Paszy? 
– W miejscu, gdzie długość i szerokość geograficzna krzyżują się ze sobą…. 
– No, to szukaj! rzekł pan Antifer, jakby mówił do wyżła. 
Brakowało tylko, żeby dodał: 
– Szukaj i przynieś! 
Julian nie pytał o nic więcej, ujął cyrkiel pewną ręką i zaczął go prowadzić po mapie. 
– Mów, co spotykasz po drodze! rzekł pan Antifer. 
– Dobrze, wuju, odpowiedział Julian i tak mówić zaczął: 
– Ziemia Franciszka Józefa. 
– Dobrze. 
– Morze Barentz. 
– Dobrze! 
– Nowa Ziemia. 
– Dalej? 
– Morze… morze… 

background image

– Potem? 
– Przebywam jezioro Aral. 
– Idź dalej! 
– Mijam Chiwę i Turkestan. 
– Czy już dochodzimy do celu? 
– Prawie! Teraz napotykam Herat w Persyi. 
– Dochodzisz już do oznaczonego miejsca? 
– Tak, Maskat na południowo-wschodnim krańcu Arabii…. 
– Maskat! zawołał pan Antifer, pochylając się nad mapą. 
– Maskot! powtórzył Trégomain, który źle usłyszał nazwę. 
– Nie Maskot, tylko Maskat! krzyknął pan Antifer, pochylając się nad uchem swego 

przyjaciela. 

W istocie skrzyżowanie pięćdziesiątego piątego południka z dwudziestą czwartą linią 

równoległą, wypadało na miejscu, należącem do Maskatu, w tej części cieśniny Ormudzkiej, 
która tworzy wejście do zatoki Perskiej, oddzielającej Arabię od Persyi. 

Było to określenie, uczynione jedynie w przybliżeniu, oznaczone dopiero przez stopnie, 

ale nie przez minuty łukowe. 

– Więc to w Maskacie, Julianie? 
– Tak, mój wuju, mniej więcej o sto kilometrów odległości.
– Nie możesz mi udzielić dokładniejszego określenia? 
– Owszem, mój wuju. 
– Spiesz się, Julianie, wszak widzisz, że umieram z niecierpliwości! 
Julian wziął cyrkiel i, licząc minuty długości i szerokości geograficznej, zdołał określić 

miejsce,   gdzie   powinna   się   znajdować   wysepka,   z   taką   dokładnością,   że   pomyłka   co   do 
odległości, nie mogła być większa, jak ze trzy kilometry. 

– No, i cóż? zapytał pan Antifer. 
– Przekonałem się, że wysepka nie leży właściwie na terytoryum Maskatu; znajduje się 

ona nieco dalej na wschód w zatoce Oman…. 

– Tego można się było domyśleć, odezwał się pan Antifer. 
– A to jakim sposobem? zapytał Trégomain. 
– Takim, że wyspa nie może znajdować się na lądzie stałym, tylko na morzu, ty, tępa 

głowo! odparł z pogardą pan Antifer. 

Trégomain nic nie odpowiedział na tę przymówkę. 
– Jutro rozpoczniemy przygotowania do podróży, rzekł pan Antifer. 
– Dobrze, odpowiedział Julian. 
– Dowiemy się, czy niema przypadkiem w Saint-Malo jakiego okrętu, odpływającego 

do Port-Said. 

– Tak będzie najlepiej, ponieważ nie mamy czasu do stracenia, a droga jest daleka.

background image

– Nie bój się, nie ukradną mi mojej wyspy.
–   Naturalnie,   trzebaby   być   na   to   bardzo   przebiegłym   człowiekiem,   odezwał   się 

Trégomain. 

Pan Antifer, usłyszawszy tę uwagę, wzruszył znowu pogardliwie ramionami. 
– Pojedziesz ze mną, Julianie, rzekł. 
– Naturalnie, mój wuju! 
– I ty, Trégomain?
– Ja? zawołał zdumiony Trégomain. 
– Ma się rozumieć, że ty, dodał pan Antifer takim akcentem, że Trégomain nie ośmielił 

się opierać. 

Westchnął   tylko,   przypomniawszy   sobie,   że   obiecał   pocieszać   dwie   osamotnione 

kobiety. 

Rozdział X

 
Dnia 21 lutego, angielski statek, zwany Steersman, co znaczy Żeglarz, wypłynął zrana z 

portu Saint-Malo. Byłto statek o dziewięciuset beczkach, pochodził z portu Cardiff i odbywał 
podróże jedynie pomiędzy Newcastle i Port-Said, a przeznaczony był do przewozu węgla. 
Zazwyczaj   statek   ów   nie   zatrzymywał   się   nigdzie   dłużej.   Na   ten   raz   jednakże   lekkie 
uszkodzenie zmusiło go do dłuższego odpoczynku. Zamiast podążyć do Cherbourg, kapitan 
statku zatrzymał się w Saint-Malo, gdzie spodziewał się spotkać ze starym przyjacielem. Po 
upływie czterdziestu ośmiu godzin, statek był gotów do drogi i wkrótce przylądek Frehél 
pozostał już za nim o jakie trzydzieści mil w stronie północno-wschodniej. 

Wprawdzie okrętów, wiozących węgiel, Anglia wysyła mnóstwo na wszystkie strony 

świata, ale dlatego wspominamy o Steersmanie, że na nim odpłynął pan Antifer z Julianem i 
Gildas Trégomain. Pan Antifer wolał płynąć na angielskim statku, niż jechać w dusznym, 
zamkniętym   wagonie   kolei   żelaznej.   Nie   szło   mu   bynajmniej   o   mniejszy   lub   większy 
wydatek, bo jeżeli kto ma nadzieję wrócić z podróży ze stoma milionami, nie potrzebuje 
znów tak bardzo liczyć się z tem, co wydaje. 

Pan Antifer nie krępował się więc podobnymi względami, obecnie mógł odbyć podróż 

w bardzo dogodnych i przyjemnych warunkach. 

Kapitan   Ryx,   pod   którego   rozkazami   znajdował   się   okręt  Steersman,   był   dawnym 

znajomym pana Antifera. To też, zatrzymawszy się w Saint-Malo, nie zaniedbał odwiedzić 
pana Antifera. Naturalnie, że stary marynarz przyjął go z wielką radością. Gdy kapitan Ryx 
dowiedział się o projektowanej podróży swego przyjaciela do Port-Said, zaproponował mu za 
przystępną   cenę   przeprawę   na   pokładzie   swego   statku.   Okręt   był   doskonale   zbudowany, 
płynął dosyć pośpiesznie i gdy morze było spokojne, nie potrzebował więcej nad czternaście 

background image

lub piętnaście dni na przebycie pięciu tysięcy pięciuset mil, które oddzielają Wielką Brytanię 
od morza Śródziemnego. Wprawdzie Steersman nie zabierał pasażerów, ale żeglarze wogóle 
nie są zbyt wymagającymi pod względem wygód; przytem na każdym okręcie znajdzie się 
dość wygodna kajuta, gdzie można się przespać i pomieścić. Największą zachętą dla pana 
Antifera było to, że przez całą podróż nie potrzebował się przesiadać ze statku na statek. 

Wolał więc przeprawę na okręcie, niż koleją; dwa tygodnie, spędzone na pokładzie 

okrętowym, wśród świeżych powiewów morskiego powietrza, wydawały mu się krótszym 
przeciągiem czasu, niż sześć dni jazdy koleją i oddychanie dymem i kurzem. Julian podzielał 
w zupełności zdanie wuja, tylko Trégomain nie był zadowolniony z tego postanowienia, gdyż 
całe życie spędził jedynie na spokojnych wodach rzeki Rance. I teraz liczył, że większą część 
drogi odbędzie koleją, ale przyjaciel Antifer postanowił inaczej. 

–   Czy   znajdziemy   za   miesiąc   lub   za   dwa   miesiące   wysepkę,   to   wszystko   jedno, 

powtarzał pan Antifer. Wysepka nam nie ucieknie, a nikt oprócz nas nie wie dokładnie, w 
którem ona znajduje się miejscu. Skarb, ukryty w skale od lat przeszło trzydziestu, nie straci 
bynajmniej na wartości, gdy poleży jeszcze kilka tygodni dłużej w swojej kryjówce. 

Tak więc, chociaż panu Antiferowi pilno było stać się właścicielem skarbów, zgodził 

się jednak na propozycyę kapitana Ryx. Pan Antifer zapłacił żądaną za przeprawę sumę i 
zaopatrzył   się   w   pieniądze,   które   powierzył   do   przechowania   swemu   przyjacielowi 
Trégomain.   Oprócz   tego   wzięli   ze   sobą   doskonały  chronometr,   sextant,   to   jest   narzędzie 
astronomiczne, i książkę, w której znajdowały się różne objaśnienia, co do czasu i pogody. 
Wzięli  także motykę  i drąg z okuciem,  przeznaczony do łamania  kamieni.  Załogę  statku 
stanowiło dwóch mechaników, czterech palaczy i dziesięciu marynarzy. Dawny właściciel 
statku  Piękna Amelia  musiał przezwyciężyć swój wstręt do morskiej podróży i narazić się 
może na gniew Neptuna, ale wiemy, że z panem Antiferem nie można się było wdawać w 
długie rozprawy.  Pożegnanie z rodziną było bardzo smutne; Eliza gorzko płakała, Nanon 
także nie mogła  się powstrzymać  od łez;  Gildas  Trégomain  milczał,  bojąc się roztkliwić 
zanadto. Pan Antifer zapewniał wszystkich, że nieobecność ich nie potrwa dłużej nad sześć 
tygodni i że wkrótce znowu zbiorą się razem w domu, przy ulicy Hautes-Salles… Młoda 
dziewczyna z matką ścigały wzrokiem oddalający się okręt, dopóki tenże nie zginął we mgle 
oddalenia. 

Ale cóż się stało z dwiema osobami, które miały towarzyszyć spadkobiercy Kamylk-

Paszy? Czy one nie znajdowały się na pokładzie odpływającego statku? 

W istocie ani Ben-Omar, ani Sauk nie wsiedli na statek. Czyżby się spóźnili? 
Powodem ich nieobecności było to, że notaryusz za nic w świecie nie chciał płynąć na 

okręcie.   Podczas   przeprawy   z   Aleksandryi   do   Marsylii   cierpiał   niezmiernie   z   powodu 
morskiej choroby. To też, gdy los zmuszał go obecnie jechać aż do Port-Said i, Bóg wie gdzie 
jeszcze, Ben-Omar przysiągł sobie podróżować lądem, dopóki tylko będzie można i dopiero 
w razie nieuniknionej konieczności odważyć się na morze. Sauk nie sprzeciwiał mu się w tym 
razie,   a  pan  Antifer   ze  swojej   strony  nie  pragnął  go  bynajmniej   za  towarzysza  podróży. 
Naznaczył mu więc spotkanie za miesiąc w mieście Suez, nie wspominając wcale, że będą 
musieli zapewne podążyć do Maskatu… Wtedy już notaryusz nie uniknie nieprzyjemności 
morskiej podróży. 

Pan Antifer w te słowa odezwał się do Ben-Omara: 
– Ponieważ pański klient Kamylk-Pasza żądał, abyś pan był obecny przy wydobyciu 

skarbu, nie mogę się przecież temu sprzeciwiać. Ale jeżeli okoliczności zmuszą nas do tego, 
że będziemy podróżowali razem, proszę, trzymaj się pan z daleka ode mnie, gdyż nie mam 
najmniejszej chęci do bliższego zapoznania się z panem, ani z jego dependentem. 

background image

Słowa te doskonale malują uprzejmość i towarzyską grzeczność pana Antifera. 
Sauk i Ben-Omar wyjechali wcześniej z Saint-Malo, niż nasi podróżni. Można było być 

pewnym,  że spotkają się w Suez, gdyż  notaryuszowi  szło o przyobiecany mu  procent,  a 
choćby i nie ten powód, to był zmuszony ulegać niezłomnej woli Sauka. Ben-Omar i Sauk 
powinni byli wcześniej przybyć do Suez. 

Tymczasem  Steersman  płynął   całą   siłą   pary   wzdłuż   brzegów   Francyi.   Południowe 

wichry   nie   kołysały   nim   zbytecznie,   gdyż   osłaniała   go   blizkość   lądu,   z   czego   Gildas 
Trégomain   cieszył   się   szczerze.   Obiecywał   sobie,   że   skorzysta   dużo   z   tej   podróży, 
przypatrując się nieznanym  krajom, ubiorowi i obyczajom ludów, lecz lękał się okropnie 
morza. Ciekawym i trwożnym zarazem wzrokiem śledził odległą linię horyzontu, gdzie niebo 
zdawało się łączyć z wodą. Obawiał się narazić na kołysanie się okrętu i nie miał odwagi 
chodzić po pokładzie. Usiadł więc na ławeczce w izbie oficerskiej i, trzymając się mocno 
poręczy, miał minę tak smutną i zrezygnowaną, że pan Antifer żartował wciąż z niego bez 
litości. 

– No, czy zadowolony jesteś z podróży, przyjacielu? pytał. 
– Dotychczas nie mam jeszcze powodu się martwić, odparł Trégomain. 
– Żegluga nie przedstawia teraz jeszcze żadnego niebezpieczeństwa, to tak samo, jakbyś 

płynął po rzece. Teraz może ci się zdawać jeszcze, że znajdujesz się na pokładzie „Pięknej 
Amelii”   i   że   płyniesz   wśród   wybrzeży   rzeki   Rance.   Ale   niechno   morze   pogniewa   się   i 
poburczy trochę, to zobaczymy… 

– Czy sądzisz, że będę chorował… 
– Ma się rozumieć, mój kochany, i to porządnie… 
Trzeba przyznać, że pan Antifer miał dziwny sposób uspakajania ludzi. Julian, chcąc 

złagodzić wrażenie, wywołane słowami wuja, dodał: 

– Mój wuj przesadza, panie Trégomain!… Nie będziesz pan wcale chorował, będziesz 

pan zdrów, jak…. 

– Jak delfin, podchwycił Trégomain. Tego też tylko pragnę. 
I wskazał ręką na dwa czy na trzy te zwierzęta, które w pewnej odległości płynęły za 

statkiem. 

Wieczorem   okręt   minął   krańce   Bretanii.   Gdy   przepływał   przez   kanał   du   Four, 

wyniosłości   Ouessant   chroniły   go   od   wiatru.   Podróżni   położyli   się   spać   przed   godziną 
dziewiątą. Podczas nocy okręt nieznacznie minął Brest, zatokę Douarnenez i skierował się w 
stronę południowo-zachodnią. 

Trégomain śnił, że jest okropnie chory; ale na szczęście był to tylko sen. Rano, chociaż 

okręt   kołysał   się   i   przechylał   teraz   daleko   silniej,   podnosząc   się   i   opadając,   Trégomain 
wyszedł na pokład. Powiedział sobie bowiem, że kiedy los przeznaczył mu, aby zakończył 
zawód   żeglarza   podróżą   morską,   powinien   przypatrzyć   się   i   utrwalić   sobie   w   pamięci 
wszystko, co tylko może być godnem widzenia na morzu. 

Nie zeszedł jednak jeszcze zupełnie ze schodków, wiodących na pokład, gdy spostrzegł 

pana Antifera, leżącego na tapczanie, bladego i prawie nawpół żywego. 

Tak, był to pan Antifer, we własnej osobie; wyśmiewał się z Trégomaina i straszył go 

chorobą morską, a teraz sam cierpiał okrutnie. 

background image

Mąż ten klął straszliwie i z zazdrością spoglądał na rumianą i czerstwą twarz swego 

przyjaciela. 

– Do licha! zawołał. Niktby w to nie uwierzył, że ja, stary marynarz, rozchorowałem się 

tak okropnie! Chyba dlatego, że od lat dziesięciu nie byłem ani razu na morzu. Upewniam cię, 
że jestem mocniej cierpiący, niż ty…. 

– Ależ ja wcale nie czuję się chorym, odparł z uśmiechem Trégomain. 
– A dlaczego nie jesteś chorym? 
– Albo ja wiem… Mnie to samego dziwi, mój przyjacielu… 
– Przecież rzeka Rance nigdy tak nie hulała, jak dziś morze, z powodu tego przeklętego 

południowo-zachodniego wiatru? 

– Nigdy, Rance była zawsze spokojna. 
– Jak ty wyglądasz doskonale! dodał z żalem pan Antifer. 
– I mnie to przykrość sprawia ze względu na ciebie, odpowiedział Gildas Trégomain z 

głębokiem przekonaniem. 

Choroba   pana   Antifera   nie   trwała   zbyt   długo.   Zanim  Steersman  minął   przylądek 

Ortegal, znajdujący się w północno-zachodniej stronie Hiszpanii i gdy przepływał jeszcze tę 
część zatoki Gaskońskiej, którą najczęściej nawiedzają burze, ciągnące od Atlantyku, pan 
Antifer   odzyskał   zdrowie.   Chociaż   cierpienie   to   nawiedza   częstokroć   nawet   najbardziej 
zahartowanych   żeglarzy,   jednak   pan   Antifer   czuł   się   z   tego   powodu   niezmiernie 
upokorzonym. Jego miłość własna cierpiała bardzo, gdy myślał o tem, że chorował, on, taki 
wytrawny  marynarz,   gdy  tymczasem  Trégomain,   który  nigdy  nie  był   na  morzu,  czuł  się 
zdrów, jak ryba. 

Noc przeszła bardzo nieprzyjemnie; wicher dął silnie, bałwany piętrzyły się wysoko. 

Było to pomiędzy Corogne  i Ferrol. Kapitan Ryx miał zamiar przybić gdzie do lądu, ale pan 
Antifer, znający się przecież doskonale na morzu, odradził mu to, lękał się bowiem każdej 
zwłoki, któraby opóźniła jego przybycie do Suez, gdzie parowiec, płynący do zatoki Perskiej, 
zatrzymuje się bardzo krótko. 

Steersman  płynął   zatem   wzdłuż   wybrzeża   Hiszpanii,   omijając   podwodne   skały, 

znajdujące się w pobliżu lądu. Po lewej stronie zostawił zatokę de Vigo i trzy strome skały, 
które stoją u jej wnijścia; potem minął malownicze wybrzeża Portugalii. 

Płynąc, podróżni nasi rozmawiali bardzo dużo o celu swej podróży, podczas czego pan 

Antifer  odzyskał   zwykłą  pewność  siebie.  Przechadzał   się  krokiem   śmiałym  po  pokładzie 
okrętowym,   zapuszczał   wzrok   w   niezmierzone   przestrzenie,   lub   wpatrywał   się   w   twarz 
przyjaciela, na której napróżno szukał oznak cierpienia. 

– Jakże ci się podoba ocean? zapytywał. 
– Ogromna przestrzeń wód! odpowiadał Trégomain. 
– Naturalnie, tu jest trochę więcej wody, niż w twojej rzece Rance! 
– Ma się rozumieć, ale to nie powód, aby pogardzać rzeką, która bądź-co-bądź ma także 

swoje powaby. 

– O! wielka mi rzecz taka rzeka! Ja tam pogardzam nią…. 
– Mój wuju, przerwał Julian, nie powinniśmy pogardzać niczem; rzeka ma także swoją 

wartość….

background image

– Tak samo, jak wysepka, dodał Gildas Trégomain. 
Pan   Antifer   zaczerwienił   się   z   gniewu,   gdyż   przymówka   dotykała   kwestyi   zbyt 

drażliwej dla niego. 

– Są wysepki, które mają wartość niezwykłą! zawołał. Na przykład moja wysepka! 
Wyraz „moja” wymówił z dumą, bo czyż ta wysepka prawem spadku nie należała do 

niego? 

–   Ale   skoro   mowa   o   mojej   wysepce,   mówił   dalej   pan   Antifer,   czy   ty,   Julianie, 

sprawdzasz codzień ruchy chronometru? 

– Ma się rozumieć, mój wuju, ten chronometr jest doskonałym instrumentem.
– A sextant? 
– I ten również jest bardzo dobry. 
– Dzięki Bogu! Kosztowały mnie one drogo! 
– Jeżeli za ich pomocą masz zyskać sto milionów, dodał Trégomain, nie należy zwracać 

uwagi na cenę. 

– Naturalnie, potwierdził pan Antifer. 
W   istocie   obydwa   instrumenty   były   doskonałe,   więc   pan   Antifer   ufał,   że   Julian 

dokładnie określi położenie wysepki. 

Wszyscy   trzej   przyjaciele   nie   dowierzali   Ben-Omarowi,   wykonawcy   testamentu 

Kamylk-Paszy. Rozmawiali o nim często, a jednego dnia wuj rzekł do siostrzeńca: 

– Nie podoba mi się ten Omar i postanawiam sobie czuwać nad nim troskliwie. 
–   Kto   wie,   czy   my   go   spotkamy   w   Port-Said?   odezwał   się   z   powątpiewaniem 

Trégomain. 

– Cóż znowu! zawołał pan Antifer. Będzie on na nas czekał nie tylko kilka tygodni, ale 

nawet kilka miesięcy, gdyby tego było potrzeba!.. Czy ten łotr nie po to umyślnie przybył do 
Saint-Malo, aby mi ukraść moją geograficzną długość? 

– Masz słuszność, mój wuju, że chcesz mieć baczne oko na tego notaryusza z Egiptu. 

Zdaje mi się, że to nieszczególnego charakteru człowiek, jak również ten jego dependent 
Nazim. 

– I ja podzielam to zdanie, dodał Trégomain. Ten Nazim nie wygląda na dependenta, 

tak samo, jak ja nie wyglądam na…. 

– Młodzieńca, grywającego pierwszorzędne role w teatrze, przerwał, śmiejąc się pan 

Antifer. W istocie, ten jego dependent nie budzi zaufania; wygląda on raczej, jak wąsaty bej, 
przybrany w strój, nieodpowiedni dla niego. Miecz pasowałby mu lepiej, niż pióro!.. Wielkie 
to nieszczęście, że ten Nazim nie mówi po francusku… możnaby coś z niego wyciągnąć. 

– Eh! wątpię bardzo, mój wuju; jeżeli niewiele dowiedzieliśmy się od notaryusza, tem 

mniej   moglibyśmy   się   dowiedzieć   od   jego   dependenta.   Sądzę,   że   należałoby   się   lepiej 
dowiedzieć coś o tym Sauku. 

– Cóż to za Sauk? 
– Siostrzeniec Kamylk-Paszy, czy zapomniałeś o nim, mój wuju? Wszak ten człowiek 

pozbawiony został milionowego spadku, który Kamylk-Pasza przeznaczył dla ciebie…. 

background image

– Niechno on mi się poważy opierać w czemkolwiek! Czy testament nie jest napisany 

podług   wszelkich   wymagań   prawa?..   Czegóż   więc   może   chcieć   ode   mnie   ten   potomek 
paszów, którym z przyjemnością obciąłbym buńczuki. 

– Jednakże, mój wuju…. 
– Ale co on mnie tam może obchodzić, tyle co Ben-Omar, a jeśli notaryusz będzie 

wyszukiwał jakich kruczków… jeśli nie zechce postępować podług prawa…. 

– Strzeż się go, mój przyjacielu, rzekł Gildas Trégomain. Nie możesz się uwolnić od 

towarzystwa   notaryusza,   on   ma   prawo   a   nawet   obowiązek   towarzyszyć   ci   w   twych 
poszukiwaniach i popłynąć z tobą na wysepkę…. 

– Na moją wysepkę, Trégomain? 
– Tak, na twoją wysepkę. Testament określa to w sposób zupełnie jasny i wyraźny, a 

ponieważ Kamylk-Pasza przeznaczył notaryuszowi procent jeden od sta, co wynosi milion 
franków…. 

–   Albo   milion   kułaków!   krzyknął   z   uniesieniem   porywczy   Antifer,   którego   gniew 

spotęgował się w tej chwili na myśl, że tak olbrzymi procent musi oddać Ben-Omarowi. 

Tu rozmowa została przerwana przeraźliwem gwizdaniem. Statek płynął teraz bliżej 

lądu   i   znajdował   się   właśnie   pomiędzy   przylądkiem   Saint-Vincent   i   skałą,   wystającą 
naprzeciw niego ponad morze. Kapitan Ryx, znajdując się w tem miejscu, przesyłał zawsze w 
ten sposób sygnał do klasztoru, zbudowanego na skale, pozdrawiając przełożonego, który się 
ukazywał na to wezwanie i przesyłał statkowi ojcowskie błogosławieństwo. Kilku sędziwych 
mnichów ukazało się na skale, i statek, otrzymawszy błogosławieństwo, ominął wystający 
przylądek, kierując się w stronę południowo-wschodnią. 

W  nocy  dostrzeżono  ognie  Kadyksu  i  minięto  zatokę   Trafalgar.   Rano o  wschodzie 

słońca   okręt   minął   znajdującą   się   na   południu   latarnię   morską   na   przylądku   Spartel   i, 
zostawiając po prawej stronie prześliczne wzgórza Tangeru, zasiane białemi willami, a po 
lewej wzgórza Tarify, wpłynął w cieśninę Gibraltarską. 

Tu okręt płynął już szybko, trzymając się bliżej wybrzeża Maroko. Na wyniosłej skale 

wznosiła się Ceuta, równie groźna, jak Gibraltar. 

Podróżni, płynący wzdłuż brzegów afrykańskich, mogą się dowoli nacieszyć widokiem 

przepysznych krajobrazów, które się roztaczają przed zdumionym ich wzrokiem. 

Nie można sobie wyobrazić nic bardziej malowniczego i bardziej urozmaiconego nad tę 

cudowną panoramę, której harmonijne tło stanowią oddalone góry. Bliżej widać dziwaczne 
zagięcia   lądu,   zatoki   i   przystanie,   miasta   nadmorskie,   ukazujące   się   nagle   z   poza   skał 
urwistych i otoczone ramami zieleni, której nie niszczy zima, bo nie istnieje w tym łagodnym 
klimacie. 

Trégomain   wraz   z   Julianem   podziwiali   te   prześliczne   widoki,   ale   zdaje   się,   że   nie 

zatarły one w ich umyśle wspomnienia spokojnych wybrzeży ukochanej rzeki Rance. 

W pobliżu La Calle okręt, oddalając się nieco od tunetańskiego brzegu, skierował się ku 

przylądkowi Bon. Wieczorem dnia 5 marca wzgórza Kartaginy odrysowały się wyraźnie na 
jasnem tle nieba, podczas gdy słońce zachodziło wśród mgły. 

Pogoda dosyć  sprzyjała;  niekiedy padał deszcz, ale horyzont wyjaśniał  się wkrótce. 

Wyspy   ukazywały   się   tu   na   powierzchni   morza   i   znowu   znikały   w   jego   falach,   jak   na 
przykład wyspa Santorin i wiele innych, nieznanych nawet z nazwiska. 

To też Julian miał słuszność, gdy się odezwał do wuja: 

background image

– Jakie to szczęście, że Kamylk-Pasza nie wybrał jednej z wysepek, znajdujących się w 

tej stronie, na przechowanie swego skarbu! 

– Prawda, że to wielkie szczęście, potwierdził pan Antifer. 
I   pobladł   na   samą   myśl   o   tem,   że   jego   wysepka   mogła   być   jedną   z   tych,   którą 

podziemne siły wynoszą ponad powierzchnię fal morskich. Na szczęście w zatoce Oman nie 
przytrafiają się podobne wypadki. Dno morskie nie podlega tam podobnym wstrząśnieniom i 
można było być pewnym, że wysepka znajduje się na tym samym miejscu, gdzie określały jej 
położenie wskazówki geograficzne. 

Minąwszy Maltę, Steersman zbliżył się do brzegów Egiptu. Kapitan Ryx dostrzegał już 

Aleksandryę.   Potem,   gdy   minęli   sieć   ujść   Nilowych,   które   roztaczają   się   jak   wachlarz 
pomiędzy Rosettą i Damiettą, okręt zawinął do Port-Saïd rano dnia 7 marca. 

Wtedy budowano dopiero kanał Suezki, którego otwarcie nastąpiło zaledwie w roku 

1869. Okręt musiał się więc zatrzymać w Port-Saïd. Tu na wązkiem, piasczystem wybrzeżu, 
ciągnącem   się   pomiędzy   morzem,   kanałem   i   jeziorem   Menzaleh,   wznoszą   się   domy 
zbudowane   w   guście   europejskim.   Dokoła   widać   wspaniałe   budowle,   piękne   wille   i 
malownicze   domki.   Ziemię,   wydobytą   przy   kopaniu   kanału,   zużyto   do   zasypania   części 
bagna, na którem wzniosło się miasto; niczego tu nie brak: jest kościół, szpital i fabryki 
okrętów. Malownicze budowle wznoszą się nad morzem Śródziemnem, a jezioro zasiane jest 
mnóstwem zielonych wysepek, pomiędzy któremi krążą łodzie rybackie. 

Pan Antifer i jego towarzysze rozstali się serdecznie z kapitanem Ryx i podziękowali 

mu, że ich przyjął na pokład swego statku, a nazajutrz wyjechali koleją żelazną, która łączyła 
wtedy Port-Saïd z Suezem. 

Podróżni nasi żałowali  bardzo, że kanał  Suezki nie był  jeszcze skończony,  gdyż  ta 

przeprawa   byłaby   bardzo   zajęła   Juliana,   a   Gildas   Trégomain   mógłby   się   był   łudzić,   że 
znajduje się na falach rzeki Rance i że płynie wśród jej krętych wybrzeży. Złudzenie jego 
jednak psułby widok jezior Gorzkich, które bynajmniej nie są podobne do okolic Dinan i 
Dinard. 

Pan Antifer najmniej zachwycał się cudami natury i dzieł ludzkich; dla niego na całym 

świecie   istniała   tylko   jedna   wysepka   w   zatoce   Oman,   która   pociągała   ku   sobie   i 
hypnotyzowała wzrok jego. 

Nie   zwrócił   nawet   uwagi   na   miasto   Suez,   które   zajmuje   tak   ważne   stanowisko 

geograficzne, lecz wysiadając z wagonu, spostrzegł natychmiast dwóch ludzi, z których jeden 
kłaniał się kilkakrotnie, a drugi zachowywał powagę właściwą mieszkańcom Wschodu. Byli 
to Ben-Omar i Nazim. 

 

Rozdział XI

 

background image

Tak więc wykonawca testamentu Kamylk-Paszy, Ben-Omar, i jego dependent stawili 

się na umówionem miejscu. Można się było spodziewać, że nie zapomną o terminie. Już od 
dni kilku byli w Suez i czekali z wielką niecierpliwością. 

Ale na dany przez pana Antifera znak ani Julian, ani Gildas Trégomain nie ruszyli się z 

miejsca. Wszyscy trzej wydawali się bardzo zajęci rozmową. 

Ben-Omar przysunął się do nich, przybierając zwykłą swą uniżoną postawę. 
Lecz pan Antifer udawał, że go nie widzi. 
–   Nareszcie   przybywasz   pan,   odezwał   się   Egipcyanin,   starając   się   nadać   głosowi 

dźwięk jak najprzyjemniejszy. 

Pan Antifer odwrócił głowę i popatrzył na niego badawczo, jakby go nie poznał. 
– Panie… to ja… to ja… powtarzał, kłaniając się notaryusz. 
– Co za ja? zapytał pan Antifer. 
Dobrze, że nie dodał jeszcze: 
– Czego chce ode mnie ten cudak?… ta zasuszona mumia? 
– Ależ to ja, Ben-Omar… notaryusz z Aleksandryi… Czy pan mnie nie poznaje? 
– Czy my znamy tego pana? zapytał pan Antifer, zwracając się do swoich towarzyszy 

podróży. 

– Zdaje mi się, że znamy, odpowiedział Gildas Trégomain, który się litował, patrząc na 

pomięszanie notaryusza. Jeżeli się nie mylę, pan nazywasz się Ben-Omar, z którym mieliśmy 
przyjemność spotkać się w Saint-Malo… 

– Prawda, masz słuszność, odpowiedział pan Antifer, jak gdyby dopiero w tej chwili 

poznał zjawiającą się przed nim postać. Przypominam sobie… Bon-Omar? czy Ben-Omar? 

– Tak, to ja nim jestem właśnie… 
– A cóż pan tu robisz? 
– Jak to co robię? Czekam przecież na pana, panie Antifer!… 
– Pan czekasz na mnie? powtórzył pan Antifer z doskonale udanem zdumieniem. 
– Bez wątpienia… Czy pan zapomniałeś, że mieliśmy się spotkać w Suezie? 
– Spotkać? A to w jakim celu? pytał znowu pan Antifer, odgrywając wybornie swą rolę. 
– W jakim celu?… Ależ testament Kamylk-Paszy… te miliony… wysepka… 
– Zdaje mi się, że mógłbyś pan powiedzieć: moja wysepka, przerwał pan Antifer. 
–   No,   tak,   pańska   wysepka…   widzę,   że   pamięć   wraca   panu   po   trosze.   Wszak   w 

testamencie położono warunek, abym ja… 

– Wiem już, wiem, panie Ben-Omar. Żegnam pana! 
Nie powiedział „do widzenia” i ruchem ręki dał znak towarzyszom, ażeby poszli za 

nim. 

Ale notaryusz zatrzymał go jeszcze. 
– Gdzie panowie zamieszkają podczas swego pobyt w Suezie? zapytał. 
– W pierwszym lepszym hotelu, mruknął pan Antifer. 

background image

– A może w tym samym hotelu, gdzie mieszkam ja z moim dependentem Nazimem? 
–   Czy   w   tym,   czy   w   innym,   wszystko   jedno!   Nie   warto   się   o   to   troszczyć   na   te 

dwadzieścia cztery godziny jakie mamy przepędzić tutaj. 

–   Dwadzieścia   cztery   godziny?   powtórzył   z   niepokojem   Ben-Omar.   Więc   pan   nie 

dojechałeś jeszcze do celu swej podróży? 

– Nie, nie dojechałem jeszcze, odpowiedział pan Antifer, jeszcze pozostaje nam jedna 

przeprawa…. 

– Przeprawa? zawołał notaryusz, blednąc tak, jak gdyby czuł już pod stopami kołysanie 

okrętu. 

– Popłyniemy teraz na okręcie Oxus, który nas przewiezie do Bombay…. 
– Do Bombay? z przerażeniem powtórzył notaryusz. 
– Okręt odpływa z Suezu pojutrze; niech zatem pan sobie zamówi na nim miejsce, 

ponieważ towarzystwo pana jest dla nas nieuniknione…. 

– Gdzież więc znajduje się ta wysepka? zapytał z rozpaczą notaryusz.
– Jest tam, gdzie jest, panie Ben-Omar! 
Tu pan Antifer na dobre już pożegnał notaryusza i udał się do najbliższego hotelu, wraz 

z Julianem i Trégomain. Za nimi zaniesiono pakunki, które nie były zbyt liczne. 

W   kilka   chwil   później   Ben-Omar   spotkał   się   ze   swoim   mniemanym   dependentem 

Nazimem,   a   baczny   spostrzegacz   zauważyłby   z   pewnością,   że   dependent   przyjmuje 
zwierzchnika   bez   należytego   uszanowania.   Gdyby   nie   chęć   zysku,   gdyby   nie   ów 
przyobiecany procent jeden od sta, a przytem obawa gniewu Sauka, Ben-Omar wyrzekłby się 
był  z radością i testamentu Kamylk-Paszy i wysepki, na której poszukiwanie trzeba było 
dążyć przez lądy i morza. 

Tymczasem   pan   Antifer,   jak   to   już   wspominaliśmy,   nie   był   wcale   zaciekawiony 

widokiem nieznanych krajów, jakie przebywał. 

Zajęty jedynie celem, do którego dążył, nie słuchał nawet objaśnienia Juliana, który mu 

tłómaczył, że Suez Arabowie nazywali niegdyś Soueys, a Egipcyanie Kleopatris. 

– To dla mnie rzecz obojętna, rzekł, i nie słuchał nawet dalszej rozmowy, jaką wiedli ze 

sobą dwaj jego towarzysze. 

Nie pomyślał  również o zwiedzeniu  miasta.  Julian  jednak postanowił skorzystać  ze 

sposobności i poszedł obejrzeć stare meczety, place i targi, z których najciekawszym jest targ 
zbożowy.   Widział   również  dom   nad  morzem,   gdzie   mieszkał  generał  Bonaparte.  Miasto, 
mające   wówczas   z   piętnaście   tysięcy   mieszkańców,   nie   odznaczało   się   wzorowym 
porządkiem. 

Julian wspólnie z Trégomainem przebiegali ulice i uliczki, zwiedzili przystań, w której 

mogło się pomieścić pięćset okrętów i uchronić się tym sposobem od północnych i północno-
zachodnich wichrów, wiejących tu bardzo często. 

Miasto Suez, nawet przed projektem przekopania kanału, prowadziło handel morski; 

położone   nad   zatoką   tegoż   nazwiska,   która   się   ciągnęła   pomiędzy   wybrzeżem   Egiptu,   a 
międzymorzem, na przestrzeni stu ośmdziesięciu sześciu kilometrów, miasto panuje niejako 
nad morzem Czerwonem i rozwój jego, choć powolny, zdaje się być zapewniony. 

background image

Podczas, gdy towarzysze pana Antifera zwiedzali miasto, on nie oddalał się z wybrzeża, 

mając zamiar użyć tu przechadzki. Wprawdzie widział, że ciągle ktoś go pilnuje, to Nazim, to 
Ben-Omar,   ale   żaden   z   nich   nie   przysuwał   się   do   niego,   a   pan   Antifer   udawał,   że   nie 
dostrzega tej narzuconej wbrew jego woli opieki. 

Siedząc   na   ławce,   wzrokiem   ścigał   przestrzeń   morza   Czerwonego,   i   nieraz   pod 

wpływem gry wyobraźni, zdawało mu się, że widzi wysepkę, swoją wysepkę, wyłaniającą się 
z mgły oddalenia… Był to zapewne miraż, to cudowne zjawisko optyczne, ukazujące się 
często na tych piasczystych wybrzeżach. 

Nareszcie 11 marca rano, okręt Oxus gotowy był do drogi, zaopatrzywszy się w ładunek 

węgla,   jaki   był   potrzebny   do   przebycia   oceanu   Indyjskiego,   licząc   na   kilka   koniecznych 
odpoczynków. 

Pan Antifer, Julian i Gildas Trégomain o świcie już znaleźli się na pokładzie okrętu, a 

wkrótce za nimi podążyli również Ben-Omar i Sauk. 

Oxus   wypłynął   na   pełne   morze   o   godzinie   jedenastej   przed   południem.   Świeży, 

północno-zachodni wiatr wróżył, że zamieni się na zachodni. Ponieważ podróż miała trwać ze 
dwa tygodnie, Julian zamówił kajutę na trzy osoby, wygodną do spania i do wypoczynku w 
dzień. Sauk i Ben-Omar zajęli inną kajutę. Pan Antifer postanowił, jak najmniej z nim się 
spotykać, a mianowicie tylko tyle, o ile zmuszała go do tego konieczność; to też ze zwykłą 
sobie otwartością niedźwiedzia morskiego rzekł do notaryusza: 

– Panie Ben-Omar, musimy podróżować razem, ale nie potrzebujemy być ciągle ze 

sobą… Możemy trzymać się zdaleka… Dość będzie, jeśli pan będziesz obecny, gdy ja obejmę 
w   posiadanie   skarby;   po   dopełnieniu   zaś   tej   formalności,   mam   nadzieję,   że   się   już   nie 
spotkamy więcej ani w tem ani w przyszłem życiu. 

Dopóki Oxus płynął wzdłuż zatoki, zasłonięty przez wyniosłość międzymorza, żegluga 

była tak spokojna, jak gdyby płynęli po powierzchni jeziora. Ale gdy wydostali się na morze 
Czerwone  silne  podmuchy  wiatru,  wiejące  od równin  Arabii,   zaczęły  wstrząsać   okrętem, 
narażając   na   cierpienia   wielu   podróżnych.   Nazim   był   zdrów   zupełnie,   jak   również   pan 
Antifer, jego siostrzeniec i Gildas Trégomain, którego silne zdrowie naprawiało w oczach 
pana Antifera opinię o marynarzach żeglujących po wodach słodkich. Jeden tylko notaryusz 
odcierpiał   za   wszystkich.   Przez   cały   czas   trwania   przeprawy   ani   razu   nie   ukazał   się   na 
pokładzie. Trégomain, litując się nad nim, odwiedził go kilka razy. Pan Antifer, który nie 
mógł   przebaczyć   Ben-Omarowi   tego,   że   chciał   mu   ukraść   wiadomość   o   szerokości 
geograficznej,   wzruszał   tylko   ramionami,   gdy   Gildas   Trégomain   rozczulał   się   przy 
opowiadaniach o chorobie nieszczęśliwego Ben-Omara. 

– Cóż się tam dzieje z Ben-Omarem? zapytał jednego dnia pan Antifer. 
– Bardzo chory, odparł Trégomain, mógłbyś go choć raz odwiedzić, mój przyjacielu! 
–   Nic   z   tego,   odwiedzę   go   chyba   wtedy,   gdy   duch   przestanie   się   w   nim   kołatać, 

odpowiedział ze śmiechem pan Antifer. 

Trégomain umilkł, bo wiedział, że nie przekona upartego człowieka. 
Ale o ile notaryusz nie przeszkadzał naszym podróżnym o tyle nieznośnym się stawał 

Nazim, szczególniej dla pana Antifera. Nie dlatego, aby mu narzucał swoją obecność, bo i na 
cóż ona przydaćby się mogła, skoro nie mogliby się porozumieć, nie rozmawiając jednym i 
tym samym językiem, ale z tego względu, że mniemany dependent śledził wzrokiem każdy 
jego   ruch,   a   nawet   wyraz   twarzy.   Zdawało   się,   że   postępuje   podług   tajemnych   poleceń, 
otrzymanych od swego zwierzchnika. Pan Antifer byłby go z przyjemnością wrzucił w morze. 

background image

Zegluga po morzu Czerwonem była dość przykra, chociaż nie nastały jeszcze nieznośne 

upały letnie. 

Piętnastego marca  Oxus  znalazł się w miejscu najwęższem cieśniny Bab-el-Mandeb. 

Gdy minęli wyspę angielską Périm, dostrzegli na wybrzeżu afrykańskiem pawilon francuski, 
powiewający nad fortecą Obock. Potem okręt wpłynął w zatokę Aden i zarzucił kotwicę w 
porcie tegoż nazwiska. 

Aden, to jeden więcej klucz ponad morzem Czerwonem, który dzierży w dłoni Wielka 

Brytania, ta doskonała i zabiegliwa gospodyni. Za pośrednictwem portu Aden i wyspy Périm, 
która stanowi tu drugi Gibraltar, Wielka Brytania strzeże wejścia do tego kanału, długiego na 
sześćset   mil,   który   prowadzi   do   oceanu   Indyjskiego.   Chociaż   port   Aden   jest   w   części 
zamulony   piaskiem,   posiada   jednak   przystań   obszerną   i   wygodną,   która   znajduje   się   we 
wschodniej stronie portu, a w zachodniej obmurowaną przestrzeń, przeznaczoną do budowy 
lub naprawy okrętów. Anglicy objęli port w posiadanie w roku 1823. Miasto w jedenastym i 
dwunastym   wieku   znajdowało   się   już   w   stanie   kwitnącym   i   było   ważnym   punktem 
handlowym na Wschodzie. 

Aden ma trzydzieści tysięcy mieszkańców, a kiedyś przez dwadzieścia cztery godzin 

znajdowało się w posiadaniu Francyi, zdobyte przez śmiałych żeglarzy starożytnej Armoryki. 

Pan Antifer nie wysiadał wcale na ląd; gniewała go niesłychanie ta przymusowa zwłoka 

w podróży. Jeden tylko Ben-Omar był zadowolony, gdyż mógł wyjść choć trochę na pokład, 
był jednak tak osłabiony, że zaledwie wlókł nogi za sobą. 

– Ah! to pan, panie Ben-Omar? odezwał się z szyderstwem pan Antifer. Doprawdy, z 

trudnością pana poznałem!.. Zdaje mi się, że nie doczekasz pan końca tej podróży… Gdybym 
był na pana miejscu, pozostałbym w Aden… 

–   Bardzobym   tego   pragnął,   cichym   głosem   odpowiedział   nieszczęśliwy   notaryusz. 

Kilka   dni   odpoczynku   wróciłoby   mi   siły   i   gdyby   pan   chciał   zaczekać   na   odpłynięcie 
następnego okrętu…. 

–   Bardzo   mi   przykro,   panie   Ben-Omar,   że   nie   mogę   zadość   uczynić   pańskiemu 

życzeniu, ale mi pilno doręczyć panu przyobiecany procent i dlatego choć z wielkim żalem, 
ale nie mogę się zatrzymać w drodze. 

– Czy jeszcze daleka czeka nas podróż? 
– O! bardzo, niesłychanie daleka, odpowiedział pan Antifer, ruchem ręki zakreślając 

linię krzywą nieprawdopodobnej średnicy. 

Zgnębiony do najwyższego stopnia, Ben-Omar powlókł się znowu do swej kajuty. 
Julian i Trégomain powrócili na obiad na pokład okrętowy, ale nie opowiadali o swej 

wycieczce na miasto panu Antiferowi, bo wiedzieli, że to dla niego rzecz obojętna. 

Sauk,   chociaż   zdrów   zupełnie,   ciarpiał   jednak   bardzo   pod   względem   moralnym. 

Znajdować   się   na   łasce   tego   przeklętego   Francuza   i   nie   módz   mu   wydrzeć   tajemnicy, 
dotyczącej wysepki, to okropne. Dumny i gwałtowny Sauk zmuszony był udawać pokorę i 
dążyć za panem Antiferem, który nic sobie z niego nie robił. Gdzie oni się zatrzymają? Czy w 
Maskacie, czy w Surat, czy w Bombay? Może wysiadłszy w Maskacie, popłyną na cieśninę 
Ormudzką? Może Kamylk-Pasza ukrył swój skarb na jednej z pomiędzy mnóstwa wysepek, 
rozrzuconych w zatoce Perskiej? 

Ta nieświadomość i niepewność utrzymywały Sauka w stanie ciągłego rozdrażnienia. 

Chciałby był wyrwać z serca tajemnicę panu Antiferowi. Podsłuchiwał rozmowy, które ten 
ostatni   prowadził   ze   swymi   towarzyszami.   Ale   wszelkie   jego   usiłowania   okazały   się 

background image

daremnemi. Nasi podróżni wystrzegali się, jak ognia, mniemanego dependenta; czuli bowiem 
do niego wstręt i nieufność i oddalali się natychmiast, gdy Sauk zbliżał się ku nim. Sauk 
widział to doskonale. 

Oxus  zatrzymał się dwanaście godzin w Birbat, na wybrzeżu arabskiem, było to dnia 

dziewiętnastego   marca.   Potem   płynął   już   w   pobliżu   prowincyi   Oman,   aby   się   dostać   do 
Maskatu. 

Było to rzeczą bardzo pożądaną, gdyż pan Antifer w miarę zbliżania się do kresu swej 

podróży, stawał się coraz bardziej gniewliwym i rozdrażnionym. Zdawało się, że wszystkie 
jego siły i władze umysłowe dążą do tej kryjówki, pełnej złota i drogocennych kamieni, która 
mu   się   z   prawa   należała.   Przed   oczyma   jego   wyobraźni   migała   jaskinia   Ali-Baby,   którą 
znajdzie w tym kraju, jakby z „Tysiąca i jednej nocy” odtworzonym, do którego wiodła go 
fantazya Kamylk-Paszy. 

– Czy wiecie, odezwał się jednego dnia pan Antifer, że gdyby majątek tego poczciwego 

Egipcyanina… 

Mówił już teraz z poufałością o Kamylk-Paszy. 
– Gdyby ten majątek, mówił dalej, składał się z samych sztab złota, byłbym w kłopocie, 

w jaki sposób przewieźć go do Saint-Malo? 

– Masz słuszność, mój wuju, odpowiedział Julian. 
– Ja myślę, że gdybyśmy napełnili złotem naszą walizkę, kieszenie i kapelusze… zaczął 

Tregomain. 

– A także i twoją pustą głowę! przerwał z gniewem pan Antifer. Cóż ty myślisz, że 

milion w złocie da się ukryć w kieszeni od kamizelki? 

– Myślałem, mój przyjacielu…. 
– Ale czyś ty nigdy nie widział miliona w złocie?… 
– Nigdy… nawet we śnie…. 
– I nie wiesz, ile to może ważyć? 
– Nie mam o tem najmniejszego pojęcia. 
– Ale ja wiem, bo byłem tak ciekawy, że to sobie obliczyłem. 
– Powiedz-że nam o tem! 
–   Sztaba   złota,   mająca   wartość   miliona,   waży   około   trzystu   dwudziestu   dwóch 

kilogramów, czyli przeszło pud… 

– Nie więcej? odparł z naiwnością Gildas Trégomain. 
Pan Antifer spojrzał na niego z ukosa, ale przekonał się, że Trégomain mówił w dobrej 

wierze i dał mu pokój. 

– A więc, gdy jeden milion waży trzysta dwadzieścia dwa kilogramy, ciągnął dalej pan 

Antifer,   sto   milionów   ważyłoby   trzydzieści   dwa   tysiące   dwieście   pięćdziesiąt   sześć 
kilogramów. 

– Gwałtu! zawołał zdumiony Trégomain. 
–   A   czy   ty   wiesz,   iluby   trzeba   ludzi,   choćby   każdy   z   nich   dźwigał   sto   kilo,   aby 

przenieśli te sto milionów? 

– Nie wiem, mój przyjacielu. 

background image

– Trzebaby ich trzystu dwudziestu trzech; a ponieważ nas jest tylko trzech, pomyśl o 

naszym kłopocie, gdy znajdziemy się na tej wysepce! Na szczęście, że mój skarb składa się 
po większej części z brylantów i drogich kamieni… 

– Wszystko, co wuj powiedział, jest szczerą prawdą, potwierdził Julian. 
– Pokazuje się, że Kamylk-Pasza był rozsądnym i przewidującym człowiekiem, rzekł 

Gildas Trégomain. 

– Ah! te brylanty! zawołał pan Antifer, jakże łatwo przyjdzie je sprzedać u jubilerów w 

Paryżu lub Londynie. Ale ja nie sprzedam wszystkich, moi przyjaciele! 

– Więc sprzedasz część tylko? 
– Tak, część, z błyszczącym  wzrokiem odparł pan Antifer. Najpierw  jeden brylant, 

wartości miliona, zostawię dla siebie, będę go nosił w spince u koszuli…. 

–   Ależ   to   będzie   wyglądało   przepysznie,   odpowiedział   Gildas   Trégomain.   Brylant 

będzie wydawał takie blaski, że nikt nie zdoła patrzeć wprost na ciebie…. 

– Drugi brylant  podaruję Elizie,  dodał pan Antifer. Taki  mały komyczek  uczyni  ją 

jeszcze piękniejszą… 

– Eh! ona jest ładna i bez tego, mój wuju, odpowiedział Julian. 
– Nie przeczę, mój siostrzeńcze, nie przeczę… Trzeci brylant podaruję siostrze…. 
– Poczciwej Nanon! zawołał Gildas Trégomain. Będzie wyglądała, jak święty obrazek z 

ołtarza. 

– Czwarty brylant  dam tobie,  Julianie,  będziesz  go nosił,  jako szpilkę  w  krawacie, 

mówił pan Antifer. 

– Dziękuję ci, mój wuju! 
– A piąty tobie, Trégomain!
– Mnie? a to na co? Gdybym był jeszcze właścicielem „Pięknej Amelii,” kazałbym go 

umieścić na froncie mego statku, ale teraz cóż mi po tem…. 

– Będziesz nosił brylantowy pierścień na palcu…. 
–   Aha!   ładnieby   on   wyglądał   na   moich   tłustych   i   czerwonych   rękach,   zaśmiał   się 

Trégomain. 

– Nic nie szkodzi, Trégomain, nic nie szkodzi! rzekł Antifer, i oddalił się nieco od 

swych towarzyszy. 

– Doprawdy, jeżeli to dłużej potrwa, biedny mój przyjaciel może stracić rozum, szepnął 

z obawą Trégomain. 

– Można się tego lękać, odpowiedział Julian, spoglądając na wuja, który coś mówił sam 

do siebie. 

 

Rozdział XII

background image

 
W dwa dni później, dwudziestego drugiego marca, Oxus wpłynął do portu w Maskacie, 

a   marynarze   wynieśli   na   ląd   nawpół   żywego   Ben-Omara,   który   w   istocie   bardziej   był 
podobny do zasuszonej mumii, niż do żyjącego człowieka. 

Gdy Gildas Trégomain prosił Juliana, aby mu wskazał dokładnie na mapie punkt, w 

którym znajdował się Maskat, poczciwy ten człowiek nie chciał wierzyć własnym oczom, że 
los zagnał go aż tak daleko! 

– A zatem, mój Julianie, znajdujemy się na krańcu Arabii, zapytał, przykładając do oczu 

binokle. 

– Tak, panie Trégomain, na południowo-wschodnim jej krańcu. 
– A jakaż jest ta zatoka, która się kończy nakształt lejka? 
– To zatoka Oman. 
– A ta druga zatoka? 
– To zatoka Perska. 
– A ta cieśnina, która je łączy? 
– Jest to cieśnina Ormudzka. 
– A gdzież się znajduje wysepka naszego przyjaciela? 
– Musi być w zatoce Oman. 
– Jeżeli istnieje w rzeczywistości, dodał Trégomain, przekonawszy się wprzódy, że pan 

Antifer nie może go słyszyć. 

Imanat Maskatu, znajdujący się pomiędzy 53 a 57 południkiem i pomiędzy 22 i 27 linią 

równoległą, zajmuje długości 540 kilometrów, a szerokości 280. Trzeba tu dodać jeszcze 
pierwszą   strefę   wybrzeża   perskiego   od   Larystanu   do   Moghistanu,   a   drugą   na   wybrzeżu 
Ormudzkiem i Kistrim; oprócz tego w Afryce całą przestrzeń, która ciągnie się od równika do 
przylądka   Delgado,  obejmując  Zanzibar,   Jubę,  Molindę  i  Sofalę.   Obliczywszy  dokładnie, 
przestrzeń   ta   wynosi   pięćset   tysięcy   kwadratowych   kilometrów,   czyli   prawie   tyle,   co 
powierzchnia Francyi i ma dziesięć milionów mieszkańców, licząc w to Arabów, Persów, 
Indusów, Żydów i Murzynów. Iman zatem jest władcą, który zasługuje na pewne poważanie. 

Płynąc   w   górę   zatoki   Oman   w   stronę   Maskatu,  Oxus  mijał   wybrzeże   puste   i 

nieurodzajne,   na   którem   wznosiły   się   niewielkie   prostopadłe   wzgórza,   jak   gdyby   ruiny 
feodalnych budynków. Nic dziwnego, że grunt w tym kraju jest skalisty, gdyż nie zasila go 
żaden większy bieg wody. Jednakże bliższe okolice zdołają wyżywić 60,000 mieszkańców 
stolicy. Nie zbywa tam głównie na owocach: winogrona, mango, brzoskwinie, figi, granaty, 
kawony,   cytryny   kwaśne   i   słodkie,   a   nadewszystko   daktyle   znajdują   się   tu   w   wielkiej 
obfitości Drzewa daktylowe  rozwijają się w Arabii doskonale. Względnie  do liczby tych 
drzew szacują wartość posiadłości ziemskich i mówią, że obejmuje trzy lub cztery tysiące 
drzew daktylowych, tak, jak we Francyi obliczają, na dwieście lub trzysta hektarów. Handel 
rozwija się tu pomyślnie, gdyż iman jest nie tylko władcą prowincyi i najstarszym kapłanem 
religii, ale także pierwszym kupcem w kraju. W jego królestwie jest co najmniej dwa tysiące 
okrętów,   z  których   każdy  może   przewieść   trzydzieści   siedem   tysięcy   beczek.   Marynarka 
wojenna składa się ze stu okrętów i tyluż armat. Armia jego liczy dwadzieścia pięć tysięcy 
żołnierzy,   a   dochody   wynoszą   około   dwudziestu   trzech   milionów   franków.   Iman   jest 
właścicielem   pięciu   statków   i   oprócz   tego   wolno   mu   używać   w   razie   potrzeby   okrętów 

background image

swoich podwładnych. Ma się rozumieć, że dzięki tym dogodnościom, interesa jego znajdują 
się zawsze w stanie kwitnącym. 

Zresztą iman jest nieograniczonym władcą w swoim imanacie, który zdobyty najpierw 

przez Albukierka w roku 1507, wydobył się z pod władzy portugalskiej. Odzyskawszy przed 
stuleciem swoją niepodległość, popierany jest bardzo przez Anglików. 

Czy pan Antifer i jego towarzysze opuszczając Francyę i dążąc do Maskatu, mieli na 

celu   jakie   względy,   dotyczące   polityki,   przemysłu   i   handlu?   Bynajmniej.   Kraj   ten   nie 
zaciekawiał   ich   wcale,   gdyż   uwagę   mieli   wyłącznie   zwróconą   na   jedną   z   wysepek, 
znajdujących się w zatoce. 

Od   traktatu,   zawartego   w   roku   1841   pomiędzy   imanem   a   rządem   francuskim,   w 

Maskacie   osiadł   agent   francuski,   głównie   w   tym   celu,   aby   udzielać   objaśnień   swoim 
współrodakom, których interesa przywiodły aż na wybrzeże oceanu Indyjskiego. 

Pan   Antifer   uważał   za   właściwe   porozumieć   się   z   tym   agentem.   Policya   bowiem 

doskonale zorganizowana w tym kraju, a przytem bardzo podejrzliwa, mogłaby była zwrócić 
uwagę na przyjazd trzech cudzoziemców do Maskatu i śledzić ich, gdyby nie wyjaśnili, jaki 
powód skłaniał  ich do podróży.  Łatwo się można  domyślić,  że podróżni nasi nie chcieli 
właśnie wyjawić prawdziwego celu swej podróży. 

Oxus po czterdziestoośmio godzinnym odpoczynku miał płynąć dalej do Bombay; pan 

Antifer   zatem,   Trégomain   i   Julian   wysiedli   natychmiast   na   ląd,   nie   zatroszczywszy   się 
bynajmniej o Ben-Omara i Nazima. 

Pan   Antifer   i   jego   towarzysze   udali   się   za   przewodnikiem   do   angielskiego   hotelu. 

Zwolna   mijali   place   i   ulice   tego   nowożytnego   Babilonu.   Pakunki   niesiono   za   nimi,   ale 
podróżni nasi pilnowali głównie sextanu i chronometru, który niósł pan Antifer, nie chcąc go 
powierzyć nikomu. 

I  nic   dziwnego,  wszak  to   był   instrument,  który miał   oznaczyć   dokładnie  położenie 

wysepki.   Z   jakąż   dokładnością   nastawiano   go   codzień!   Jakżeż   troskliwie   strzeżono   od 
wstrząśnień, które mogły mieć zły wpływ na jego ruchy. 

Podróżni nasi wybrali sobie pokoje w hotelu, poczem udali się do biura agenta, który 

zdziwił się, ujrzawszy swoich ziomków. 

Był   to   bowiem   pan   Bard,   Francuz,   który   grzecznie   zapytał   podróżnych   o   cel   ich 

podróży. 

–   Tak   rzadko   widuję   moich   współrodaków,   rzekł   pan   Bard,   że   spotkanie   z   nimi 

zaliczam zawsze do chwil bardzo przyjemnych w życiu. Oddaję się też w zupełności na usługi 
panów. 

– Będziemy panu za to bardzo wdzięczni, odpowiedział pan Antifer, gdyż objaśnienia 

pana mogą być dla nas bardzo pożyteczne. 

– Czy panowie podróżują tylko dla przyjemności? 
– I tak i nie, panie Bard. Jesteśmy wszyscy trzej marynarzami, ja, mój siostrzeniec i mój 

przyjaciel Gildas Trégomain, dawny dowódzca statku Piękna Amelia

Trégomain   uczuł   się   bardzo   zadowolonym,   że   go   nazwano   dowódzcą,   jak   gdyby 

rzeczywiście dowodził fregatą albo statkiem wojennym. 

–   Ja   także   zarządzałem   statkiem   kupieckim,   mówił   dalej   pan   Antifer.   Jesteśmy 

upoważnieni   przez   bogaty   dom   handlowy   w   Saint-Malo   do   założenia   takiegoż   domu 

background image

handlowego w Maskacie, lub też w innem mieście portowem nad zatoką Oman lub zatoką 
Perską. 

–   Pochwalam   pańskie   zamiary,   odparł   pan   Bard,   który   przypuszczał,   że   zdoła   coś 

zarobić na tym interesie, i ofiaruję panom moje usługi. 

– W takim razie niech nas pan zechce objaśnić, czy lepiej założyć dom handlowy w 

Maskacie, czy w jakiem innem mieście wybrzeża? 

– Najlepiej w Maskacie, odpowiedział agent. Ten port z każdym dniem nabiera więcej 

znaczenia   pod   względem   handlowym,   gdyż   utrzymuje   stosunki   z   Persyą,   Indyami, 
Zanzibarem i Afryką. 

– A jakież towary są głównym przedmiotem handlu? zapytał Gildas Trégomain. 
–   Daktyle,   rodzynki,   siarka,   ryby,   guma   wonna,   guma   arabska,   szyldkret,   rogi 

nosorożców, olej, orzechy kokosowe, ryż, proso, kawa i konfitury. 

– Konfitury? powtórzył Trégomain, łykając ślinkę. 
– Tak, panie, konfitury! 
– Musimy spróbować tych konfitur…. 
– Bardzo chętnie, przerwał mu pan Antifer, ale przedewszystkiem musimy się zająć 

ważniejszą kwestyą. Nie dlatego przyjechaliśmy do Maskatu, aby zjadać konfitury. Pan Bard 
powiedział nam, jakimi towarami tutaj handlować można…. 

– Muszę jeszcze dodać, że najważniejszym przedmiotem handlu są perły, poławiające 

się w zatoce Perskiej, mówił dalej Bard. Połów ten przynosi corocznie około ośmiu milionów 
franków. 

Pan Antifer uśmiechnął się pogardliwie; cóż bowiem za wartość mogły mieć perły, 

choćby nawet przedstawiały wartość ośmiu milionów dla człowieka, który posiadał za sto 
milionów kosztownych kamieni. 

– Wprawdzie handel perłami, podjął znowu pan Bard, znajduje się prawie wyłącznie w 

ręku Indusów lub banianów, z którymi trudne byłoby współzawodnictwo. 

– Cóż to są baniany? zapytał Julian. 
– Są to bogaci kupcy i finansiści w kraju, osoby, posiadające wielki wpływ szczególniej 

w Maskacie, a które niechętnem okiem spoglądałyby na cudzoziemców. 

Na tem skończyła się rozmowa. 
Julian powiedział sobie w duchu, że wysepka powinna się znajdować poza Maskatem, a 

głośno dodał, że zanim się osiedlą  w Maskacie, należałoby zwiedzić jeszcze inne miasta 
położone na wybrzeżu i zapytał o ich nazwy i położenie geograficzne. 

– Najpierw leży miasto Oman, odpowiedział Bard. 
– Na północ Maskatu?
– Nie, w południowo-wschodniej stronie. 
– A na północ albo północo-zachód czy jest jakie miasto? 
– Najznaczniejsze w tamtej stronie jest miasto Rostak. 
– Czy leży nad zatoką? 
– Nie, w głębi imanatu. 

background image

– A na wybrzeżu jest w tamtej stronie jakie większe miasto? 
– Jest, nazywa się Sohar. 
– Czy to daleko stąd? 
– Około dwustu kilometrów odległości. 
Julian nieznacznem  mrugnięciem  oznajmił  wujowi o ważności wymienionego  przez 

agenta punktu. 

– Czy Sohar jest miastem handlowem? 
–  Bardzo  handlowem.  Iman  mieszka   tam  niekiedy,   skoro jego wysokości  przyjdzie 

fantazya  tam przebywać. Teraz iman przebywa w Maskacie, to też gdy panowie wybiorą 
sobie   miejsce,   w   którem   będą   chcieli   zamieszkać   i   założyć   dom   handlowy,   sądzę,   że 
należałoby prosić imana o upoważnienie do tego. 

–   Sądzę,   że   jego   wysokość   nie   odmówi   nam   zezwolenia?   zapytał   pan   Antifer 

zadowolony ze swej przebiegłości z jaką przeprowadził całą sprawę. 

–   Naturalnie,   że   nie,   odpowiedział   agent,   iman   udzieli   zezwolenia   względnie   do 

pańskich finansów. 

Pan Antifer uczynił gest dający do zrozumienia, że zapłaci po królewsku. 
– W jaki sposób można się dostać do Sohar? zapytał Julian. 
– Podróżuje się karawaną. 
– Karawaną? powtórzył z niepokojem Trégomain. 
– Nie mamy jeszcze w imanacie kolei żelaznych ani tramwajów, ani nawet dyliżansów, 

drogi więc odbywać trzeba na wozach, albo na grzbiecie mułów; chyba  że ktoś woli iść 
pieszo. 

– Zapewne karawany podobne rzadko wyruszają w drogę? pytał Julian. 
– Przeciwnie, panie, odpowiedział agent, handel pomiędzy Maskatem a Soharem jest 

bardzo ożywiony i właśnie jutro… 

– Jutro? podchwycił pan Antifer. No to jutro ruszamy w drogę. 
Trégomain nie zdawał się być zadowolony z tego rodzaju podróży, ale wiedział, że nie 

zdoła się opierać woli pana Antifera. Ośmielił się jednak uczynić jedną uwagę. 

– Wszak jesteśmy wszyscy trzej marynarzami? zapytał. 
– Nie inaczej, mój przyjacielu, odparł pan Antifer. 
– Dlaczegóż więc nie moglibyśmy popłynąć morzem do Sohar? Dwieście kilometrów to 

nie tak wielka przestrzeń. 

–   W   istocie   masz   słuszność,   byłoby   to   może   lepiej,   odpowiedział   pan   Antifer. 

Zyskalibyśmy na czasie i nie zmęczylibyśmy się… 

– Nie, nie byłoby to lepiej. Gdyby podróż morska była łatwiejszą, od razu byłbym ją 

panom  doradzał,  rzekł   Bard.  Ale właśnie  przeprawa  morska  naraziłaby  panów   na  gorsze 
niebezpieczeństwa. 

– Na jakie mianowicie? zapytał Julian. 
– Zatoka Oman nie jest bardzo bezpieczną miejscowością. Płynąc na statku handlowym, 

z dobrą i odważną załogą, mniej możnaby się obawiać… 

background image

– Obawiać? Czego? zawołał pan Antifer. Wichrów czy burz morskich? 
– Nie, tylko piratów, to jest rozbójników morskich, z którymi spotkać się można dość 

często w pobliżu cieśniny Ormudzkiej. 

– Do licha! zawołał pan Antifer. 
Pan Antifer obawiał się piratów gdy mu wracać przyjdzie ze swymi skarbami. Nie było 

więc   innej   rady,   jak   pojechać   i   wrócić   z   karawaną,   bo   taka   podróż   nie   narażała   na 
niebezpieczeństwa. 

Podróżni nasi pożegnali się z panem Bardem, obiecując się zobaczyć z nim po powrocie 

z Soharu. Agent ze swej strony obiecał im wyrobić audyencyę u imana. 

Tymczasem   w   innym   pokoju   tego   samego   hotelu   Ben-Omar   i   Nazim   naradzali   się 

wspólnie. Obydwaj nie wiedzieli, czy Maskat był ostatecznym celem ich podróży. 

– Powinieneś to lepiej wiedzieć ode mnie, mówił z gniewem Nazim. Ale ty zamiast się 

czegoś dowiedzieć, chorowałeś całą drogę. Czy nie lepiej, żebyś był zdrów? 

Ben-Omar był tego samego zdania. 
– Niech wasza ekscelencya raczy się uspokoić, odpowiedział wreszcie Ben-Omar. Ja 

jeszcze dziś się zobaczę z panem Antiferem i dowiem się wszystkiego. Ah! gdyby tylko nie 
płynąć już morzem. 

Nie ulegało wątpliwości, że Ben-Omar musi być świadkiem wydobycia skarbu, lecz 

skoro trzy beczułki dostaną się w posiadanie pana Antifera, w jaki sposób Sauk zdoła je 
odebrać prawemu spadkobiercy? 

Sauk sam nie umiał na to znaleźć odpowiedzi; wiedział tylko, że nie cofnąłby się przed 

niczem, chcąc odebrać majątek, który Kamylk-Pasza przekazał człowiekowi obcemu. 

Ben-Omar lękał się gwałtowności Sauka, bo wiedział, że dla niego życie ludzkie znaczy 

bardzo mało. Nie chciał więc już myślić o tem, zdając się jedynie na łaskę losu. 

Rozgniewany Sauk rozkazał Ben-Omarowi, aby pilnował powrotu pana Antifera do 

hotelu i starał się dowiedzieć czegoś pewniejszego. 

Ale podróżni nasi wrócili do hotelu już późnym wieczorem, chodzili bowiem długo po 

ulicach Maskatu; pan Antifer jak zwykle, obojętny i zamyślony, nie zwracał uwagi na ulice i 
sklepy,   ani   na   ludność,   składającą   się   z   Arabów,   Indyan   i   Persów,   którzy   stanowili   tak 
odrębne od Europejczyków typy. Ale Julian i Trégomain z ciekawością zwiedzali wschodnie 
miasto i zatrzymywali się przed wystawami sklepowemi przyglądając się turbanom, pasom, 
płaszczom   z   materyałów   wełnianych   i   bawełnianych.   Podziwiali   również   emaliowane 
naczynia i klejnoty artystycznie opracowane. 

– Muszę kupić jaki upominek dla Elizy, rzekł Julian. 
–   Kup   dla   niej   ten   pierścionek,   odpowiedział   Trégomain,   patrz   jaki   ładny,   choć 

skromny. Albo lepiej kup jej konfitur, o których mówił nam pan Bard. 

– Najlepiej jedno i drugie! zawołał śmiejąc się Julian. 
Przechadzając   się   po   ulicach   Maskatu,   Julian   zauważył,   że   policya   bacznie   ich 

pilnowała, chociaż nie zaczepiała ich ani jednem słówkiem. 

Na szczęście pan Antifer nie dostrzegł, że są tak pilnowani, gdyż byłoby go to przejęło 

obawą o miliony, które miał wydobyć z wysepki. Kto wie czy iman zezwoliłby na zabranie 
skarbu. 

background image

Gdy pan Antifer wrócił do hotelu, Ben-Omar uchylił drzwi do jego pokoju i zapytał 

słodziutkim głosem: 

– Czy mógłbym się dowiedzieć? 
– O czem? 
– W jaką stronę udamy się teraz… 
– Najpierw ulicą na prawo, potem na lewo, a następnie prosto… 
Rzekłszy to pan Antifer zamknął mu drzwi przed nosem. 

Rozdział XIII

 
Nazajutrz 23 marca o wschodzie słońca karawana wyruszyła ze stolicy imanatu i dążyła 

drogą niedaleko wybrzeża morskiego. 

Była   to  prawdziwa   karawana,  jakiej   Trégomain  nie   widział  jeszcze  nigdy  w  życiu. 

Składała   się   ze   stu   Arabów   i   Indusów   i   mniej   więcej   z   takiejże   samej   liczby   zwierząt 
pociągowych. 

Tak znaczna liczba osób nie lękała się żadnego niebezpieczeństwa; a chociaż i na lądzie 

stałym spotyka się rozbójników, nie napadają oni jednak na tak wielkie gromady ludzi. 

Pomiędzy krajowcami było kilku bogatych banianów czyli kupców. Podróżowali oni 

jednak bez przepychu, zajęci jedynie interesami, które ich powoływały do Sohar. 

Z cudzoziemców byli tylko nasi podróżni, wraz z Ben-Omarem i Nazimem. 
Ci ostatni nie spóźnili się na odjazd karawany,  pilnowali oni dobrze pana Antifera, 

który   zresztą   nie   taił   się   wcale   ze   swoimi   zamiarami,   nie   mówiąc   naturalnie   o   dalszych 
projektach. 

Spostrzegłszy ich wpośród osób, należących do karawany, pan Antifer nie zaszczycił 

ich nawet ukłonem, a pod groźnem jego spojrzeniem i Gildas Trégomain nie śmiał odwrócić 
głowy. 

Wielbłądy, muły i osły wiozły podróżnych i towary. O żadnym powozie a choćby nawet 

wózku nie mogło być mowy, gdyż droga, którą postępowała karawana, nie była bynajmniej 
gościńcem, lecz stanowiła grunt nierówny i kamienisty, miejscami przerznięty bagniskami, na 
podobieństwo łąk wilgotnych. Każdy więc jechał tak, jak mu się podobało. 

Wuj   i   siostrzeniec   dosiedli   mułów,   które   wynajęli   od   żydów   w   Maskacie   za   dość 

wysoką cenę. Pan Antifer nie liczył się teraz z wydatkami. Tylko nie można było znaleźć 
muła dość silnego, któryby zdołał unieść taki ciężar, jakim była osoba Gildas Trégomaina. 
Trzeba więc było wybrać jakieś silniejsze zwierzę. 

– Wiesz co, że z tobą mamy ogromny kłopot? rzekł z niechęcią pan Antifer. 

background image

–   Cóż   robić,   mój   kochany,   odparł   filozoficznie   Trégomain,   nie   trzeba   było   mnie 

zmuszać   do   podróży!..   Pozwól   mi   zostać   w   Maskacie,   gdzie   bądę   oczekiwał   twojego 
powrotu…. 

– Nigdy się na to nie zgodzę! 
– Więc cóż na to poradzić? Nie mogę przecież kazać się pokrajać w kawałki. 
– A czyby pan nie chciał jechać na wielbłądzie? zapytał Julian. 
– Dlaczegóżby nie, mój chłopcze, i owszem, odpowiedział Trégomain.
–   Dobra   myśl!   zawołał   pan   Antifer.   Naszemu   przyjacielowi   będzie   wygodnie 

podróżować na grzbiecie wielbłąda…. 

– Którego słusznie nazywają okrętem pustyni, dodał Julian. 
– Dobrze, pojadę na okręcie pustyni, odparł zgadzający się na wszystko Trégomain.
Tak więc przyjaciel pana Antifera odbywał podróż, siedząc wygodnie pomiędzy dwoma 

garbami wielbłąda. Wprawdzie gdy wielbłąd szedł prędzej, Trégomain nie mógł powiedzieć, 
że mu jest wygodnie, ale na to nie było rady. 

Przy końcu karawany jechał Sauk na żwawym mule, a tuż koło niego Ben-Omar na 

niewielkim   ośle,   gdyż   szanowny   notaryusz   lękał   się   dosiąść   muła,   który   bywa   nieraz 
kapryśny i uparty i wtedy tylko słucha, gdy czuje, że kieruje nim dłoń silna. 

Karawana   odbywała   dziennie   z   dziesięć   mil   drogi,   odpoczywając   w   południe   dwie 

godziny.   W   cztery   dni   zatem   powinna   była   dojść   do   Sohar,   jeżeli   nie   zdarzy   się   jakaś 
nieprzewidziana zwłoka. 

Jakże te cztery dni ciągnęły się długo dla pana Antifera, który wciąż myślał o swojej 

wysepce. Cel jego podróży był  blizkim, lecz pan Antifer, zamiast być zadowolonym,  był 
coraz  więcej   niespokojnym  i  rozdrażnionym.   Towarzysze   nie  mogli   się z  nim  dogadać  i 
musieli poprzestać na rozmowie pomiędzy sobą. 

– Powiedz mi, Julianie, zapytał Trégomain w chwili, gdy ich nikt nie mógł usłyszeć, 

czy ty wierzysz w ten skarb Kamylk-Paszy? 

–   Hm!   odpowiedział   Julian,   wydaje   mi   się   to   rzeczą   bardzo   nieprawdopodobną   i 

fantastyczną! 

– Julianie, a gdyby ta wysepka nie istniała wcale? 
– Przypuśćmy nawet, że istnieje, panie Trégomain, ale jeśli niema na niej skarbu? 
– Byłby to dla niego cios straszny, Julianie, i kto wie, czy umysł jego nie ucierpiałby 

pod wpływem takiego wstrząśnienia. 

Naturalnie,   że   ani   Trégomain   ani   Julian   nie   wspominali   o   swoich   obawach   panu 

Antiferowi, bo i na cóżby się to przydać mogło? Przekonania pana Antifera nic nie zdołałoby 
zachwiać ani zmienić. Nie wątpił on ani na chwilę o tem, że dyamenty i złoto Kamylk-Paszy 
spoczywają we wskazanem przez niego miejscu; nie zrażały go więc trudności, jakie spotykał 
na drodze, prowadzącej do upragnionego celu. 

W istocie można było przypuszczać, że dalsza podróż odbędzie się bez przeszkody. 

Dostawszy  się   do   Sohar,   należało   wynająć   statek   i   popłynąć   do   wiadomej   wysepki,   aby 
wydobyć   skarb.   Panu  Antiferowi   zdawało   się,   że   to   już  nie   będzie   przedstawiało   żadnej 
trudności. Przypuszczał  również, że przeniesienie  skarbu z wysepki  do Sohar dokona się 
łatwo.   Ale   chcąc   powrócić   do   Maskatu,   trzeba   będzie   umieścić   beczułki   na   grzbietach 

background image

wielbłądów, tak, jak inne towary, które przewożą w ten sposób. Jak jednak potem wpakować 
je   na   okręt,   nie   budząc   podejrzeń   urzędników   komory   celnej,   którzy   żądać   będą   opłaty 
wysokiego cła? A kto wie, czy iman nie będzie miał ochoty przywłaszczyć sobie tego skarbu, 
gdyż   może   się   uważać   za   posiadacza   fortuny,   znalezionej   na   gruncie   jego   państwa?   Bo 
chociaż pan Antifer mówił „moja wysepka,” wysepka jednak nie należała do niego. Kamylk-
Pasza nie mógł mu jej przekazać, wysepka więc należała do imanatu w Maskacie. 

Były to w istocie wielkie i trudne do zwyciężenia przeszkody. Bo też co za nierozsądną 

myśl powziął bogaty Egipcyanin, aby ukryć swe bogactwa na wysepce w zatoce Oman? Czyż 
niema setek, a nawet tysięcy innych wysepek, rozrzuconych  na powierzchni mórz, nawet 
wpośród niezliczonych archipelagów oceanu Spokojnego, które nie są niczyją własnością i 
skąd spadkobierca mógłby spokojnie zabrać swój spadek, nie budząc niczyich podejrzeń. 

Cóż jednak poradzić w kwestyi takiej, w której niema innego punktu wyjścia. Wysepka 

zajmowała w zatoce Oman miejsce, prawdopodobnie od epoki geologicznej formacyi naszej 
kuli ziemskiej i może być, że pozostanie tam do skończenia świata. Co za szkoda, że nie 
można zaczepić liny i pociągnąć ją za okrętem aż do Saint-Malo! Byłoby to niesłychanie 
ułatwiło zadanie. 

Pan Antifer był  więc bardzo zakłopotany i rozdrażniony,  nie można go zatem było 

nazwać   miłym   towarzyszem   podróży.   Jechał   zasępiony,   nie   odpowiadając   na   pytania,   i 
trzymał się zwykle trochę na uboczu. 

Julian i Trégomain odgadywali, co musiało się dziać w duszy pana Antifera, lecz żaden 

nie   starał   się   zwalczyć   tego   usposobienia;   obydwaj   spoglądali   tylko   na   siebie, 
porozumiewając się wzrokiem i ruchem głowy. 

Pierwszy dzień podróży nie utrudził  ich zbytecznie,  chociaż  upał był  dosyć  wielki. 

Klimat   południowej   Arabii,  mianowicie  na  granicy zwrotnika   Raka,  jest  bardzo  gorący  i 
przykry dla Europejczyków. Gorący wiatr, wiejący od strony gór, nie ochładza powietrza, 
przesyconego   żarem   promieni   słonecznych;   powiew   od   strony   morza   nie   może   także 
zmniejszyć  upału. Wzgórza Gebel, wznoszące się od zachodu, odbijają promienie słońca, 
olśniewając wzrok potokami światła. Podczas trwania upałów powietrze jest duszne nawet w 
nocy i sen staje się niemożliwym. 

Podróżni nasi dlatego nie bardzo ucierpieli z początku z powodu upału, że karawana 

posuwała   się   wybrzeżem,   osłoniętem   drzewami;   okolice   bowiem   Maskatu   nie   mają 
bynajmniej pozoru pustyni. Roślinność rozwija się tu nawet dosyć bujnie. Widać tam pola 
zasiane prosem, w miejscach, gdzie grunt jest suchszy, to znowu ryżem, w miejscach bardziej 
wilgotnych. Cienia także tu nie brak wśród drzew bananów i mimozy, która dostarcza gumy 
arabskiej, stanowiącej jedną z głównych gałęzi handlu krajowego. 

Wieczorem   karawana   rozłożyła   się   obozem   ponad   małą   rzeczką,   która,   zasilana 

górskimi strumieniami, toczy zwolna swe fale ku zatoce. Zwierzęta oswobodzone z uprzęży 
puszczono   na   trawę,   nie   pętając   ich   nawet,   gdyż   są   one   już   przyzwyczajone   do   tych 
regularnych odpoczynków. 

Wielbłąd, na którym jechał Trégomain, ukląkł, jak wierny wyznawca koranu podczas 

wieczornej modlitwy, a Trégomain, wydostawszy się na ziemię, popieścił na podziękowanie 
pysk zwierzęcia. Gorzej się przytrafiło Ben-Omarowi, bo jego osieł znudzony, że jeździec 
niezbyt prędko zsiadał na ziemię, zrzucił go, a niefortunny jeździec, upadając, zwrócił się 
twarzą do Mekki, jak gdyby hołd składał Ałłahowi. Lecz zdaje się, że w tej chwili biedny 
notaryusz nie był wcale usposobiony do modlitwy. 

background image

Noc upłynęła spokojnie, a nazajutrz o świcie karawana w dalszą ruszyła drogę. Okolica 

stawała   się   bardziej   odkrytą   i   pustą.   Przed   wzrokiem   patrzących   rozciągała   się   teraz 
płaszczyzna, na której piasek zastępował trawę, nadając jej zupełnie pozór pustyni, wraz ze 
wszystkiemi   jej   niedogodnościami,   to   jest   brakiem   wody   i   cienia.   Dla   Arabów, 
przyzwyczajonych do takich podróży, przeprawa nie była uciążliwa, ale dla Europejczyków 
mogła się wydawać nieznośną. 

Na szczęście podróżni nasi dość okazali się wytrwali; najmniej wytrwały z powodu 

swej nadmiernej tuszy Trégomain, podróżował stosunkowo najwygodniej. Siedząc pomiędzy 
dwoma garbami wielbłąda, kołysany miarowym jego chodem, drzemał sobie spokojnie, nie 
lękając się upadku. Przekonał się, że nie potrzebuje kierować wielbłądem, gdyż zwierzę zna 
lepiej drogę od mego. Nieraz zdawało mu się, że płynie na pokładzie swego statku, który 
kołysze się zlekka na falach rzeki Rance. 

Julian rozmyślał o swojem drogiem bretońskiem miasteczku, o ciotce i Elizie, które 

pozostawił w takiem osamotnieniu. Pisał wprawdzie do nich z Maskatu, ale kiedy odbiorą one 
list ten? 

Pan Antifer z każdą chwilą był  bardziej posępny i zafrasowany,  myśląc o sposobie 

przewiezienia beczek, zawierających skarby. 

Obawy jego byłyby się spotęgowały jeszcze bardziej, gdyby był wiedział, że znajduje 

się wpośród karawany człowiek, który baczny nad nim rozciąga dozór. Był  to krajowiec, 
mający lat ze czterdziesty, o przebiegłym i bystrym wyrazie twarzy. Człowiek ten nigdy nie 
obudził podejrzeń pana Antifera, a jednak pilnował go bezustanku. 

Wspominaliśmy już o tem, że policya w państwie imana jest doskonale urządzona. Iman 

chce bowiem wiedzieć, w jakim celu cudzoziemcy przybywają do jego państwa. Ma więc 
agentów, którzy, nie nudząc podróżnych, zwracają na nich pilną uwagę i wkrótce wiedzą o 
nich wszystko. Czynności swe spełniają z takim sprytem, że istotnie w podziw wprowadzić 
mogą. 

Pan   Antifer   znajdował   się   także   pod   baczną   strażą   agenta,   który   gotów   był   nawet 

ofiarować mu w razie potrzeby swoje usługi. 

Czujność   agenta   mogła   niesłychanie   utrudnić   zadanie   pana   Antifera.   Wydobycie 

takiego bajecznego skarbu i przewiezienie go do Suez, już było rzeczą bardzo trudną, a cóżby 
to było dopiero, gdyby jego wysokość dowiedział się prawdy! 

Na szczęście pan Antifer nie domyślał się tej czujności. Nawet jego towarzysze, mniej 

zakłopotani   od   niego,   nie   zwrócili   nigdy   uwagi   na   Araba,   który   wszystko   śledził.   Za   to 
dostrzegło go baczne oko Sauka, a podejrzenie, że agent pilnuje pana Antifera, zbudziło się 
natychmiast w umyśle Egipcyanina. Domysł jego potwierdziła rozmowa z kupcami, jadącymi 
z Sohar, którzy znali agenta i nie uważali za właściwe ukrywać przed Saukiem, kto to taki. 
Sauk nie chciał, aby spadek Kamylk-Paszy dostał się w ręce Francuza, ale nie chciał również, 
aby się stał łupem imana. Agent ze swej strony nie przypuszczał, aby Sauk i Ben-Omar dążyli 
do tego samego celu, co Europejczycy. 

Na drugi dzień przed zachodem słońca karawana zatrzymała się pod nawpół uschniętem 

drzewem, które stanowiło wielką osobliwość. Było ono tak olbrzymich rozmiarów, że pod 
jego konarami doskonale schronić się mogła cała karawana. Byłoby to pożądane schronienie 
w godzinach południowych, gdyż promienie słońca nie mogłyby się przecisnąć przez gałęzie, 
roztaczające się, jak kopuła na wysokości piętnastu stóp ponad ziemią. 

– Nigdy jeszcze nie widziałem podobnego drzewa! zawołał z podziwieniem Julian. 

background image

– I może już nigdy nie zobaczysz takiego olbrzyma, dodał Trégomain. 
– Mój wuju, cóż ty powiesz na ten przepyszny okaz roślinnego świata? dodał Julian, 

zwracając się do pana Antifera. 

Lecz   wuj   nic   mu   nie   odpowiedział,   dla   tej   prostej   przyczyny,   że   nie   słyszał   jego 

zapytania i nie zwrócił uwagi na to, co wywołało podziw Juliana i Trégomaina. 

– Zdaje mi się, rzekł Trégomain, że w jednym zakątku naszej Bretanii znajduje się 

szczep winny niepospolitej także wielkości…. 

– Tak jest, potwierdził Julian, jednakże ta winorośl nie może iść w porównanie z tem 

olbrzymiem drzewem, wobec którego wydawałaby się maleńkim krzaczkiem. 

Było to drzewo figowe, którego grubość pnia dochodziła do stu stóp obwodu. Z tego 

pnia, jakby z wieży, strzelały w górę ramiona, okryte setkami ogromnych gałęzi, które plątały 
się w rozmaitych kierunkach, okrywając cieniem przestrzeń ziemi na jakie pół hektara. Było 
to schronienie, przez które ani promienie słońca, ani ulewa przedostać się nie mogła. 

Trégomain  tak był  zachwycony tem drzewem,  że miał wielką ochotę policzyć  jego 

gałęzie i już zaczął rachować na palcach, zaczynając od dolnych gałęzi, gdy usłyszał, że ktoś 
wymówił tuż za nim kilka słów po angielsku. Nie zrozumiał ich, nie znając tego języka, ale 
natomiast zrozumiał je Julian, który skinieniem głowy podziękowawszy krajowcowi, zwrócił 
się z objaśnieniem do pana Trégomain: 

– Zdaje się, że na tem drzewie znajduje się z dziesięć tysięcy gałęzi. 
– Dziesięć tysięcy! powtórzył ze zdumieniem Trégomain. 
– Tak przynajmniej mówił mi ten Arab. 
Wspomniany   Arab   nie   był   kim   innym,   jak   agentem   imana.   Skorzystał   on   ze 

sposobności   zawiązania   rozmowy   i   przedstawił   się   Julianowi,   jako   tłómacz   ambasady 
angielskiej w Maskacie, grzecznie ofiarując swoje usługi Europejczykom. 

Julian podziękował mu i opowiedział następnie wujowi o tem spotkaniu, pytając, czy 

mu się ów nieznajomy nie przyda na co, skoro przybędą do Sohar? 

– Być może, odparł z roztargnieniem pan Antifer, pomów z tym człowiekiem i powiedz 

mu, że go sowicie wynagrodzę za jego usługi…. 

– Jeżeli tylko będę miał czem, mruknął z niedowierzaniem Trégomain. 
O   ile   Julian   był   zadowolony   z   tego   spotkania,   o   tyle   zaniepokoiło   ono   Sauka; 

postanowił więc w duchu mieć na oku agenta. Gdyby chociaż Ben-Omar dowiedział się, 
dokąd się mają udać, gdyby wiedział, gdzie znajduje się ta wysepka, czy w zatoce Oman, czy 
w cieśninie Ormudzkiej, lub zatoce Perskiej? Czy należało jej szukać przy brzegach Arabii 
lub Persyi i dosięgnąć granic, gdzie królestwo Szacha styka się z państwem Sułtana? Jak więc 
długo trwać mogły te poszukiwania? Może pan Antifer zamierzał znowu wsiąść na okręt w 
Sohar?   Ale   jeżeli   nie   uczynił   tego   w   Maskacie,   było   to   może   wskazówką,   że   wysepka 
znajdowała się poza cieśniną Ormudzką? A może podróż ciągnąć się będzie dalej? Może 
dążyć będą z karawaną w głąb zatoki Perskiej? 

Te i tym podobne niepokojące myśli i przypuszczenie zajmowały umysł Sauka, który 

gniew swój i rozdrażnienie wywierał wciąż na nieszczęśliwym notaryuszu. 

– Czy to moja wina, tłómaczył się notaryusz, że pan Antifer uważa mnie za człowieka 

obcego i udaje nawet, że mnie nie widzi? 

A w duchu dodawał: 

background image

– O! gdyby nie ten przyobiecany procent, jużby mnie tu dawno nie było. 
Następnego dnia karawana przebywała przestrzeń zupełnie odkrytą, nie urozmaiconą 

nawet żadną oazą. Dzień ten i dwa następne znużyły niesłychanie podróżnych. Trégomain o 
mało się nie roztopił z gorąca, jak te lodowce z mórz podbiegunowych, które się dostaną w 
cieplejsze strefy. 

Dalsza podróż odbyła się już bez żadnego ważniejszego wypadku. Arab, nazwiskiem 

Selik, czyli  mówiąc jaśniej, agent imana, poznajomił się lepiej z Julianem, z powodu, że 
obydwaj znali język angielski. Ale młody kapitan był z natury przezorny i nie zdradził przed 
Selikiem tajemnicy swego wuja. Powtórzył mu tę samą bajeczkę, którą powiedzieli agentowi 
francuskiemu, to jest, że szukają miasta, odpowiedniego do założenia handlowego domu. 

Nie wiadomo, czy Selik uwierzył słowom Juliana, czy też udawał, że wierzy, aby się 

czegoś więcej dowiedzieć. 

Wreszcie po czterech dniach podróży, dnia 27 marca, karawana weszła do miasta Sohar. 
 

Rozdział XIV

 
Było to szczęście dla naszych podróżnych, że przybyli do Sohar nie dla przyjemności, 

lecz dla interesu, gdyż miasto nie zasługuje na uwagę turystów. Ulice są w niem dość czyste, 
lecz   place   pozbawione   cienia   i   zieloności,   domy   rozrzucone   bezładnie,   z   oknami 
wychodzącemi tylko na dziedzińce, podług obyczaju wschodniego. Mała rzeczułka leniwie 
płynie, a woda jej zaledwie wystarcza na potrzeby spragnionych mieszkańców. Oto wszystko, 
co mogło być godne uwagi. Wprawdzie zapomnieliśmy jeszcze o pałacu imana, w którym 
czasami   władca   przepędza   kilka   tygodni,   gdy   przyjdzie   mu   fantazya   przebywania   w 
północnej części swego państwa; ale była to budowla pozbawiona ozdób architektonicznych, 
w których celują Arabowie.

Położenie geograficzne miasta Sohar określone jest z całą dokładnością. Znajduje się 

pod 54 stopniem i 29 m. długości wschodniej, a 24 stop. i 37 metrem szerokości północnej. 

Tak więc podług wskazówek, znajdujących się w liście Kamylk-Paszy, należało szukać 

wysepki o dwadzieścia ośm minut części koła na wschód od Sohar, a o dwadzieścia dwie na 
północ. Była to więc odległość od czterdziestu do pięćdziesięciu kilometrów od wybrzeża. 

W   Sohar   jest   bardzo   mało   hoteli;   największy   z   pomiędzy   nich   jest   tak   zwany   na 

Wschodzie   karawanseraj,   gdzie   niema   żadnych   wygód,   do   jakich   przyzwyczajeni   są 
Europejczycy.  Umeblowanie pokoi składa się tylko jedynie z łóżka. I do tego to właśnie 
zajazdu usłużny Selik zaprowadził pana Antifera i jego towarzyszy. 

– Co za szczęście, że spotkaliśmy tego uprzejmego Araba! powtarzał Trégomain. Jaka 

szkoda, że on nie mówi po francusku! 

background image

Selik  porozumiewał  się  tylko  z  Julianem.  Znużeni  podróżą, Julian  i Trégomain  nie 

myśleli dnia tego o niczem więcej, jak o dobrej wieczerzy i wygodnem spaniu. Ale nie tak 
łatwo  było   nakłonić   pana  Antifera,  aby się   przychylił  do  tego   rozsądnego  projektu.  Gdy 
znalazł się w pobliżu wysepki, spotęgowało się w nim jeszcze pragnienie posiadania skarbu 
co najrychlej. Miałżeby odpoczywać, gdy najwyżej mil dwanaście oddzielało go od zakątka 
ziemi, gdzie Kamylk-Pasza zakopał swoje drogocenne beczułki? 

Niecierpliwość i rozdrażnienie nerwowe pana Antifera stało się powodem dość niemiłej 

sceny,  którą dopiero uspokoił Julian, przedstawiając wujowi, że pośpiech mógłby popsuć 
wszystko w tej sprawie; że nie należało budzić podejrzeń policyi i że skarb nie ulotni się 
przez te 24 godzin. 

– Jeżeli tylko istnieje ów skarb? powiedział sobie Trégomain. Mój przyjaciel oszalałby 

chyba, gdyby tam skarbu nie było wcale, albo gdyby był i zniknął. 

Obawy poczciwego Trégomain były poniekąd uzasadnione. 
Jeżeli panu Antiferowi z powodu rozczarowania groziło tak wielkie niebezpieczeństwo, 

nie mniejsze, chociaż w innym rodzaju, groziło także Saukowi. Fałszywy Nazim uniósłby się 
z pewnością gniewem do tego stopnia, że kto wie, czy Ben-Omar wyszedłby cało z tych 
opałów. Niecierpliwość dręczyła tak samo Sauka, jak pana Antifera. Obydwaj spędzili noc 
bezsennie. Pan Antifer myślał o wynajęciu statku, Sauk zaś o zebraniu ze dwudziestu łotrów, 
którzyby   się   odważyli   na   wszystko,   za   dobrem,   ma   się   rozumieć   wynagrodzeniem,   a   na 
których   czele   Sauk  mógłby   próbować   pochwycić   skarb,   skoro   pan   Antifer   będzie   z   nim 
powracał do Sohar. 

Zaświtała jutrzenka i pierwsze promienie słońca rozjaśniły pamiętny dzień 28 marca. 
Julian miał się porozumieć z Selikiem w kwestyi wynajęcia statku. Podejrzliwy Arab 

całą noc spędził bezsennie siedząc na dziedzińcu karawanseraju. 

Julian był trochę onieśmielony tem, że miał prosić Araba o dziwną poniekąd przysługę. 

Zaledwo bowiem przybyli do Sohar, już nazajutrz chcieli wynająć statek. 

Chęć odbycia morskiej wycieczki mogła tylko usprawiedliwić to żądanie, ale wycieczka 

nie powinna trwać czterdzieści ośm godzin! Projekt podobnej wycieczki mógł się wydawać 
dziwnym, a nawet podejrzanym. 

Może   Julian   niepotrzebnie   niepokoił   się   tem,   co   sobie   myśleć   będzie   Arab   o   ich 

dziwacznym projekcie. Ale nie było innego sposobu, jak tylko zapytać go o radę. To też 
spotkawszy Selika, Julian prosił go, aby mu się wystarał o statek, któryby mógł być zdatny do 
odbycia kilkodniowej morskiej wycieczki. 

– Czy zamiarem panów jest przepłynąć zatokę i wylądować na wybrzeżu perskiem? 

zapytał Selik. 

Julianowi   przyszło   na   myśl,   aby   przez   naturalną   i   swobodną   odpowiedź   odwrócić 

podejrzenia Araba. Zapomni, że poprzednio mówił mu co innego. 

–   Nie,   odparł,   wycieczka   nasza   ma   na   celu   kwestyę   geograficzną.   Chodzi   tu   o 

stanowcze określenie główniejszych wysepek, znajdujących się w zatoce… Czy w pobliżu 
Sohar znajdują się też jakie wysepki? 

– Jest ich tu dość znaczna liczba, odpowiedział Selik ale żadna z nich nie ma wielkiego 

znaczenia. 

– Bądź-co-bądź, dodał Julian, mamy polecenie sprawdzić kartę geograficzną i porównać 

ją z tem, co znajdziemy w zatoce. 

background image

– Uczynicie, panowie, jak wam się podoba, odpowiedział Selik i nie nalegał więcej. 

Odpowiedź młodego kapitana wydała mu się bardzo podejrzana. Gdyby Julian pamiętał, że 
Selikowi   nie   była   obcą   ta   wiadomość,   iż   pan   Antifer   pragnie   w   jakiemkolwiek   mieście 
założyć dom handlowy, byłby się odezwał coś w tym guście. Lecz projekt założenia domu 
handlowego nie zgadzał się z tą hydrograficzną wycieczką po zatoce Oman. 

Odpowiedź Juliana stała się więc powodem, że naszych podróżnych jeszcze uważniej 

pilnowano. 

Była to rzecz bardzo nieprzyjemna, bo jeśli pan Antifer znalazłby swój skarb, iman 

dowiedziałby się o tem natychmiast, i chcąc go posiąść, mógł nawet kazać zgładzić ze świata 
spadkobiercę, aby uniknąć tej nieprzyjemności, iż spadkobierca dopominać się miał później o 
swą należność. 

Selik obiecał wystarać się o statek odpowiedni na tę wycieczkę i przyrzekł, że załoga 

składać się będzie z ludzi zaufanych, na których można polegać. 

–   Żywności   trzeba   zabrać   na   trzy   lub   cztery   dni,   powiedział   Selik,   gdyż   w   czasie 

porównania dnia z nocą można się zawsze spodziewać jakiegoś opóźnienia. 

Julian   podziękował   Selikowi,   mówiąc,   że   zostanie   sowicie   wynagrodzony   za   swoje 

usługi. 

Ucieszony tą obietnicą Selik, dodał: 
– Możeby lepiej było, abym ja pojechał razem z panami na tę wycieczkę? Nie znacie 

panowie języka arabskiego, to może wam trudno będzie rozmówić się z właścicielem statku i 
z załogą… 

– Masz pan słuszność, odpowiedział Julian. Zostań więc w naszej służbie przez czas 

naszego pobytu w Sohar, a powtarzam raz jeszcze, że nie będziesz żałował swego trudu. 

Po tej rozmowie Julian wrócił do wuja, który przechadzał się na wybrzeżu ze swoim 

przyjacielem Trégomain. 

Skoro   Julian   opowiedział   im   o   rezultacie   swoich   zabiegów,   Trégomain   był 

uszczęśliwiony, że będą mieli za przewodnika Araba, którego twarz wyraża tyle rozumu i 
bystrego pojęcia. 

Pan Antifer pochwalił siostrzeńca milczącem skinieniem głowy, a po chwili rzekł: 
– A statek zamówiony? 
– Nasz tłómacz wystara się o niego i zaopatrzy go w żywność. 
– Zdaje mi się, że za dwie godziny statek powinien być gotów do podróży. Cóż u licha, 

przecież tu nie idzie o podróż naokoło świata! 

–   Zapewne,   że   nie,   mój   przyjacielu,   odpowiedział   Trégomain,   ale   zawsze   trzeba 

zostawić ludziom trochę czasu na przygotowania… Proszę cię, nie bądź tak niecierpliwym… 

– Nie nudź mnie swojemi uwagami! przerwał z gniewem pan Antifer. 
– No, to się gniewaj, kiedy ci to sprawia przyjemność, rzekł obojętnie Trégomain. 
Godziny upływały, a Julian nie miał żadnej wiadomości od Selika. Rozdrażnienie pana 

Antifera potęgowało się z każdą chwilą. 

– Z przyjemnością  wrzuciłbym  do wody tego Araba, powtarzał. Ależ on po prostu 

zażartował z ciebie, Julianie! 

background image

Julian starał się usprawiedliwić, ale to podniecało tylko jeszcze bardziej gniew pana 

Antifera. Trégomain nie śmiał się już nawet odezwać.

–   Ten   tłómacz   jest   oszustem   i   niegodziwcem,   wołał   pan   Antifer   w   gniewnem 

uniesieniu. Nie budzi on we mnie żadnego zaufania; wiem, że on chce nam ukraść nasze 
pieniądze… 

– Ależ ja mu nie dałem ani grosza, mój wuju! 
– To źle zrobiłeś!.. Gdybyś mu był dał dobrą zaliczkę… 
– Ale przecież wuj mówił dopiero co, że on chce nas okraść… 
– Co mówiłem, to mówiłem… 
Jakże  tu  poradzić   sobie  z  panem  Antiferem,  który  wygłaszał  tak  sprzeczne   zdania! 

Julian i Trégomain postanowili tylko czuwać nad nim, aby nie popełnił jakiego głupstwa lub 
nieostrożności i nie naraził się na podejrzenia. Ale nie tak to łatwa była sprawa z tak upartym, 
jak pan Antifer, człowiekiem. 

– Jesli niema statku, weźmy łódź rybacką, których tyle znajduje się w porcie, rzekł pan 

Atifer. Można przecież zgodzić się z tymi ludźmi. 

–   Tak,   ale   jak   się   z   nimi   rozmówić,   kiedy   nie   umiemy   ani   słowa   po   arabsku? 

odpowiedział Julian. 

– Oni zaś nie umieją po francusku, dodał Trégomain. 
– A dlaczego nie umieją? odparł z gniewem pan Antifer. 
– Jest to bardzo źle z ich strony, odezwał się Trégomain, chcąc uspokoić rozdrażnienie 

przyjaciela. 

– To twoja wina, Julianie! 
– Bynajmniej, mój wuju, bronił się Julian. Ja chciałem wszystko urządzić jak najlepiej i 

jestem pewny, że nasz tłómacz zjawi się tu niedługo… Zresztą jeżeli wuj nie ma do niego 
zaufania, można użyć pośrednictwa Ben-Omara i jego dependenta, którzy mówią po arabsku. 
Widzę ich przechadzających się na wybrzeżu… 

– Co? ja miałbym ich prosić o pośrednictwo? Nigdy w życiu! Dość mi tego, że włóczą 

się za mną jak cienie! 

– Ben-Omar ma taką minę, jakby się chciał do nas przybliżyć, odezwał się Trégomain. 
– Niech spróbuje, ale nie zaręczam, czy go nie zepchnę w morze. 
W istocie Sauk i notaryusz nie odstępowali prawie naszych podróżnych. I nic w tem 

dziwnego:   przecież   mieli   być   świadkami   zakończenia   tego   finansowego   przedsięwzięcia, 
które groziło dramatem. 

Sauk nalegał na Ben-Omara, aby się jeszcze raz starał rozmówić z panem Antiferem. 

Ale notaryusz, widząc rozdrażnienie spadkobiercy, nie miał ochoty narażać się na nowe z 
jego strony obelgi. 

Julian rozumiał, że postępowanie wuja z Ben-Omarem pogorszyło jeszcze sprawę. 
– Mój wuju, zaczął Julian, musisz mnie wysłuchać, choćbyś  się miał nie wiem jak 

pogniewać na mnie! Zastanówmy się rozsądnie nad tą ważną kwestyą… 

– To, co ty nazywasz zastanowieniem się rozsądnem, ja mogę nazywać nierozsądnem… 

Wszystko zależy od zapatrywania się… Ale zresztą mów, czego chcesz? 

background image

– Chciałem zapytać cię, mój wuju, czy nawet w chwili, gdy dostajemy się już do celu 

podróży, nie zechcesz się rozmówić i porozumieć z Ben-Omarem? 

– Nie rozmówię się za nic w świecie! Ten łotr chciał mi ukraść moją tajemnicę, kiedy 

jego obowiązkiem było tylko powiadomić mnie o tem, co mu polecono. To niegodziwiec… 
szkaradny niegodziwiec… 

–  Wszystko  to   dobrze,  mój   wuju,  ja  nie  chcę   go  uniewinnić;  ale  powiedz   mi,  czy 

obecność jego jest ci stanowczo narzucona przez wolę wyrażoną w testamencie Kamylk-
Paszy? 

– Naturalnie, że stanowczo. 
– I on ma  być  bezwarunkowo obecnym  tam na wysepce, gdy będziesz wydobywał 

beczułki ze skarbami? 

– Nie inaczej. 
–  Oprócz  tego  służy mu   prawo  przekonania   się  o  wartości   w  nich   zawartej,  skoro 

Kamylk-Pasza przekazał mu procent jeden od stu. 

– Ma się rozumieć, że mu służy to prawo. 
– Jeśli więc notaryusz ma być obecnym przy odkopaniu skarbu, czy nie lepiej, żeby 

wiedział, gdzie i w jaki sposób to się ma odbyć? 

– Może i masz słuszność! 
– A jeżeli z winy twojej, mój  wuju, lub choćby tylko  nieprzyjaznych  okoliczności, 

notaryusz nie mógłby być obecnym przy wydobyciu skarbów, jako wykonawca testamentu; 
kto wie, czy nie zaprzeczonoby ci prawa do spadku i czy nie stałoby się to powodem do 
procesu, który przegrałbyś z pewnością, mój wuju? 

– W istocie masz słuszność. 
– Zatem jesteś zmuszony, mój wuju, przebywać w towarzystwie Ben-Omara podczas 

twojej wycieczki do zatoki Oman, nieprawdaż? 

– No, nie inaczej? 
– Powinieneś mu więc powiedzieć, aby był gotów do nowej morskiej podróży. 
– Nie, nie uprzedzę go o tem za nic w świecie, odpowiedział z właściwym sobie uporem 

pan Antifer. 

– Nie chcesz słuchać dobrej rady i błądzisz bardzo, odezwał się Trégomain. Dlaczego 

upierasz się tak nierozsądnie? Julian ma słuszność, żądając od ciebie, abyś się porozumiał z 
Ben-Omarem. Egipcyanin i mnie się nie podoba, ale cóż robić, skoro go uniknąć nie możemy. 

Trégomain   rzadko   kiedy   odzywał   się   z   tak   długą   przemową,   a   jeszcze   większą 

osobliwością było to, że pan Antifer mu nie przerywał, tylko oczy mu płonęły gniewem, a 
twarz rumieniła się i bladła naprzemian. Trégomain, wnosząc z jego milczenia, mniemał, że 
go zdołał przekonać. 

– Czy już skończyłeś, Trégomain? zapytał wreszcie pan Antifer. 
– Skończyłem, odparł tenże z tryumfującą miną, spoglądając znacząco na Juliana. 
– A ty, Julianie, nie masz mi już nic do powiedzenia? 
– Nie, mój wuju! 

background image

– Obydwaj zatem możecie sobie pójść do licha! Jeśli chcecie, możecie się porozumieć z 

notaryuszem, co do mnie, nie przemówię do niego ani słowa; odezwałbym się do niego chyba 
po to, aby go nazwać niegodziwym oszustem. A teraz dajcie mi pokój, odpowiedziałem wam 
chyba jasno i dobitnie!… 

Dla nadania większej mocy swoim słowom, pan Antifer zaklął tak, jak kląć umieją 

tylko marynarze, i oddalił się szybko, pozostawiając towarzyszy samych. 

Julian   jednak   był   po   części   zadowolony   ze   swej   rozmowy   z   wujem,   gdyż   ten   nie 

zabronił mu, aby porozmawiał z notaryuszem. Tymczasem Ben-Omar, naglony przez Sauka, 
przysunął się teraz trochę śmielej. 

– Panie, zapytał Juliana z nizkim ukłonem, czy mi przebaczysz, że się ośmielam… 
– Idźmy prosto do rzeczy, przerwał Julian. Czego chcesz? 
– Dowiedzieć się, czy dojechaliśmy już do celu podróży? 
– Mniej więcej… 
– Gdzież jest wysepka, której szukamy? 
– W odległości dwunastu mil od miasta Sohar, na pełnem morzu. 
– Niestety! zawołał Ben-Omar. Musimy więc znów wypłynąć na morze! 
– Ma się rozumieć. 
– A panu taka podróż nie służy, dodał ze współczuciem Trégomain. 
Rzeczywiście litość brała patrzeć na biednego Ben-Omara, który zdawał się być blizkim 

omdlenia. 

Sauk spoglądał obojętnie, jak gdyby w istocie nie rozumiał ani słowa po francusku. 
– Odwagi, panie, rzekł Gildas Trégomain; dwa lub trzy dni żeglugi morskiej przeminą 

prędko. Przyzwyczaisz się pan, przyzwyczaisz. 

Notaryusz przecząco wstrząsnął głową i otarł z czoła krople zimnego potu. 
– Skąd panowie macie zamiar wsiąść na statek? zapytał drżącym głosem, zwracając się 

do Juliana. 

– Stąd, z Sohar, odpowiedział Julian. 
– Kiedy? 
– Jak tylko będzie gotów statek, który chcemy wynająć. 
– A kiedyż będzie on gotów? 
– Może dziś wieczorem, a najpóźniej jutro rano. Bądź pan zatem gotów do podróży 

wraz ze swoim dependentem Nazimem, jeżeli jego obecność jest panu koniecznie potrzebna. 

– Będę… będę gotów, odpowiedział Ben-Omar. 
– Niech Ałłah ci dopomaga, rzekł Trégomain, który w nieobecności przyjaciela mógł 

okazać współczucie biednemu notaryuszowi. 

Ben-Omar i Sauk nie mogli się już teraz dowiedzieć niczego więcej; wprawdzie byliby 

chcieli wiedzieć, gdzie znajduje się wysepka, ale ponieważ młody kapitan nie udzielił im tego 
objaśnienia, byli zmuszeni oddalić się. 

Po ich odejściu rzekł Trégomain do Juliana: 

background image

– Zdaje mi się, że się pośpieszyłeś zanadto, twierdząc, że dziś wieczór albo jutro rano 

statek gotów będzie do drogi. Teraz jest już godzina trzecia po południu, a tłómacz się nie 
pokazał. Doprawdy zaczyna mnie to niepokoić. Jeśli on nas zawiedzie, jak się tu porozumieć 
z tymi rybakami w Sohar? Chyba będziemy się rozmawiali na migi. Ale jak tu nająć statek, 
objaśnić ich, w jakim kierunku mają płynąć? Chyba trzeba będzie poprosić o pośrednictwo 
Ben-Omara   i   Nazima…   Oni   chyba   umieją   po   arabsku…   Ale   jak   tu   poradzić   sobie   z 
Antiferem? 

Nareszcie ukazanie się Selika wybawiło ich z kłopotu; lecz była to już może godzina 

piąta po południu. Trégomain i Julian chcieli już wracać do karawanseraju, gdy spostrzegli 
Selika, zbliżającego się ku nim z pośpiechem. 

– Jesteś pan nareszcie! zawołał Julian. 
Selik   usprawiedliwił   się   z   opóźnienia.   Z   trudem   wyszukał   odpowiedniego   statku   i 

musiał drogo zapłacić za najem. 

– Mniejsza o to, odpowiedział Julian. Czy dziś wieczór będziemy mogli wypłynąć na 

morze? 

– Nie, odpowiedział Selik, załoga będzie gotowa dopiero na jutro rano. 
– A zatem będziemy mogli wyjechać? 
– Zaraz o świcie. 
– Bardzo dobrze.
– Ja pójdę po panów do karawanseraju, dodał Selik, i wypłyniemy z chwilą odpływu 

morza. 

– Jeżeli wiatr będzie nam sprzyjał, dodał Trégomain, będziemy mieli bardzo przyjemną 

podróż. 

W istocie droga zapowiadała się dobrze, gdyż wiatr wiał z zachodu, a pan Antifer miał 

szukać swej drogocennej wysepki w stronie wschodniej. 

 

Rozdział XV

 
Nazajutrz,   zanim   pierwsze   promienie   słońca   rozjaśniły   powierzchnię   zatoki,   Selik 

stukał już do pokoików w karawanseraju. Pan Antifer ukazał się we drzwiach natychmiast 
gdyż całą noc spędzi bezsennie. Julian także ukazał się niezadługo.

– Statek czeka już na nas, oznajmił Selik. 
– Idziemy natychmiast, odpowiedział Julian. 

background image

–   A   gdzież   jest   Trégomain?   zapytał   pan   Antifer.   Zapewne   śpi   jak   suseł,   pójdę   go 

obudzić. 

W   istocie   Trégomain   spał   jak   zabity,   ale   pan   Antifer   bez   ceremonii   ściągnął   go   z 

posłania. 

Julian   tymczasem,   tak   jak   to   było   postanowione,   poszedł   uprzedzić   notaryusza   i 

Nazima. Byli oni gotowi już do drogi. Nazim z trudnością ukrywał niecierpliwość jaka nim 
miotała; Ben-Omar na samą myśl o podróży morskiej zaledwo trzymał się na nogach. 

Gdy Selik ujrzał zbliżających się dwóch Egipcyan, taki wyraz zdziwienia odbił się na 

jego   twarzy,   że   to   zwróciło   uwagę   Juliana.   Ale   zdziwienie   Selika   można   było   łatwo 
usprawiedliwić, skąd bowiem mogły się znać ze sobą osoby narodowości odrębnej i znać się 
tak dobrze, że aż płynęły razem w celu odbycia badań geograficznych? A ponieważ wiemy, 
kim był Selik, możemy się domyśleć, jakie podejrzenia zbudziły się w jego głowie.

– Czy ci dwaj nieznajomi mają zamiar jechać razem z panami? zapytał Selik Juliana. 
–   Tak,   odpowiedział   Julian   z   pomięszaniem,   są   to   nasi   towarzysze   podróży… 

Przyjechaliśmy na tym samym okręcie z Suez do Maskatu… 

– Czy oni należeli do tej samej karawany? 
– Tak jest… tylko trzymali się na uboczu, a to dlatego, że mój wuj jest w bardzo złym 

humorze… 

Julian mięszał się i wikłał w swojem tłómaczeniu, którego jednak nie był zmuszony 

udzielić Selikowi. Dlaczegóż miał się usprawiedliwiać, gdzie ci Egipcyanie jadą? Jadą, bo im 
się tak podobało. 

Selik   nie   nalegał,   chociaż   to   wszystko   wydawało   mu   się   bardzo   podejrzanem; 

postanowił tylko nieustannie zwracać pilną uwagę na owych podróżnych zarówno jak na pana 
Antifera i jego towarzyszy. 

W tej chwili ukazał się pan Antifer, prowadząc z sobą nawpół śpiącego Trégomaina. 

Nie spojrzał nawet na Ben-Omara i Nazima, i poszedł naprzód z Selikiem, a za nim podążyli 
wszyscy, kierując się w stronę portu. 

Przy końcu tamy usypanej  z kamieni  dla osłabienia  pędu wody,  stał dwumasztowy 

statek zwany Berbera. Załoga jego składała się z dwudziestu ludzi, czyli była liczniejszą niż 
wymagała obsługa statku, mającego ładunku pięćdziesiąt beczek. Julian dostrzegł to od razu, 
ale nie wypowiedział głośno swej uwagi. Zresztą dostrzegł jeszcze co innego, a mianowicie: 
że połowa tych ludzi nie była marynarzami; i w istocie była to policya z Sohar, którą Selik 
miał na swoje rozkazy. 

W takiem położeniu żaden człowiek rozsądny, znający obecny stan rzeczy, nie byłby 

dał nawet dziesięciu franków za sto milionów przekazanych w spadku przez Kamylk-Paszę, 
przypuściwszy, że one istotnie znajdują się na wysepce. 

Podróżni wsiedli na statek, który nagle zakołysał się trochę, gdy Trégomain stanął na 

pokładzie. Ben-Omar wahał się, i kto wie, czy nie byłby umknął w stanowczej chwili, gdyby 
Nazim   nie   był   go   trzymał   pod   ramię.   Bojąc   się   zwrócić   na   siebie   gniewną   uwagę   pana 
Antifera,   notaryusz   przesunął   się   niepostrzeżenie.   Największą   troskliwość   pan   Antifer 
okazywał względem instrumentów; chronometr powierzył swojemu przyjacielowi, który go 
zawinął w chustkę od nosa i trzymał w ręku. 

background image

Właściciel statku był to stary Arab o wyrazie twarzy stanowczym i przebiegłym. Gdy 

podróżni znaleźli się na pokładzie, kazał rozwinąć żagle i podług wskazówki udzielonej mu 
przez Juliana za pośrednictwem Selika, popłynął w stronę północno-wschodnią. 

Tym sposobem dążyli  już do upragnionej wysepki. Gdyby wiatr wiał z zachodu, za 

dwadzieścia cztery godziny powinniby się do niej dostać, ale wybryki natury nieraz dobrze 
potrafią dokuczyć ludziom. Wiatr powiewał wprawdzie w kierunku przyjaznym, lecz za to 
chmury zasłaniały niebo. Nie dość więc, że płynęli na wschód, musieli jeszcze przybić do 
lądu we właściwem miejscu. Ażeby tego dokonać, trzeba było sprawdzić długość i szerokość 
geograficzną; długość przed południem, a szerokość w chwili gdy słońce przechodzić będzie 
przez południk. Chcąc zmierzyć wysokość, trzeba czekać, aby tarcza słoneczna raczyła się 
ukazać, a tymczasem zdawało się, że kapryśna gwiazda dzienna nie ukaże się dziś wcale. 

To też pan Antifer, przechadzając się po pokładzie statku, spoglądał z gorączkowym 

niepokojem na niebo i morze. Wyglądał słońca jak zbawienia. 

Trégomain   siedział   opodal,   potrząsając   głową   z   powątpiewaniem.   Julian   był   także 

posępny i zmartwiony;  w podróży przytrafiały się rozmaite zwłoki, a tam, w Saint-Malo, 
ciotka i Eliza wyglądały jego powrotu, lub chociażby listu, który kto wie czy dojdzie do ich 
rąk? 

– Co to będzie, jeżeli słońce się nie ukaże? zagadnął wreszcie Trégomain. 
– Niepodobieństwem będzie dopełnić jakiegobądź wymiaru, odpowiedział Julian. 
– Czy w braku słońca nie można wyliczyć podług księżyca i gwiazd? 
– Można, panie Trégomain, ale księżyc jest teraz na nowiu, a co do gwiazd, lękam się, 

że noc będzie równie pochmurna jak dzień. Zresztą są to wymiary i wyrachowania bardzo 
powikłane i trudne, które dokonać można z wielkim trudem na statku tak chwiejnym i łekkim 
jak ten, na którym płyniemy. 

W istocie wiatr stawał się coraz chłodniejszym.  Na zachodzie gromadziły się gęste 

mgły, jakby dymy wydobywający się z odległego krateru. 

Tymczasem pan Antifer, stojąc na pokładzie okrętu, łajał i wykrzykiwał, wygrażając 

pięścią słońcu, że nie chciało się pokazać i że nie było mu posłuszne tak jak Jozuemu. 

Zwolna jednak promienie słońca przedzierały się przez chmury lub kryły za nie kolejno. 

Niepodobna było skorzystać z chwilki przejaśnienia, aby otrzymać wymiar wysokości. Julian 
próbował kilka razy, lecz sextant opadał na dół, nie wykazawszy żądanego wymiaru. 

Arabowie nie są bardzo obeznani z narzędziami przeznaczonemi do żeglugi morskiej; 

więc i ci marynarze nie mogli zrozumieć, czego chce właściwie Julian. Nawet Selik, nieco 
więcej wykształcony od nich, nie pojmował dlaczego młodzieniec przywiązuje taką wagę do 
tych   spostrzeżeń,   robionych   za   pomocą   słońca.   To   tylko   jedno   rozumieli   wszyscy,   że 
podróżni byli z czegoś bardzo niezadowoleni. 

Na pana Antifera Arabowie spoglądali tak, jak na człowieka, który postradał zmysły. 

Stary marynarz bowiem chodził tam i napowrót po pokładzie, machał rękami i mówił sam do 
siebie. 

Gdy Julian i Trégomain prosili go, aby zjadł z nimi śniadanie, rozgniewał się okropnie i 

kazał im pójść precz. Posilił się tylko suchym kawałkiem chleba i położył  się w pobliżu 
wielkiego masztu, rozkazując, aby nikt nie śmiał się odezwać do niego ani słówka. 

background image

Po południu żadna zmiana nie zaszła w stanie atmosfery. Chmury okrywały horyzont, 

wiatr   dość   silny   podnosił   bałwany,   a   morze   zdawało   się   coś   zapowiadać,   jak   mówią 
marynarze. 

I nie mylili się, wiatr zapowiadał burzę, która nadciągała od południo-zachodu. Burze 

te, zwane khamsin, dosyć często przytrafiają się w zatoce Oman. Dążą one od strony Egiptu, 
szaleją na wybrzeżu arabskiem i dosięgają aż oceanu Indyjskiego. 

Nie   było   więc   innej   rady,   jak   cofnąć   się,   kierując   w   stronę   północno-wschodnią. 

Podczas   gdy   właściciel   statku   i   załoga   okazała   w   czasie   trwania   burzy   dużo   męztwa   i 
zręczności, Julian dostrzegł, że połowa ludzi leżała na pokładzie, nie biorąc żadnego udziału 
w pracy. Znać było, że nietylko są nieobeznani z żeglugą, ale nawet nie oswojeni z widokiem 
rozhukanego morza, które przejmowało ich trwogą. Oczywiście ci ludzie nigdy nie byli na 
morzu. Wtedy przyszła Julianowi do głowy myśl, że wyprawa jego wuja jest ścigana przez 
policyę   i   że   może   Selik   jest   agentem   policyjnym…   Piękna   nadzieja   dla   spadkobiercy 
Kamylk-Paszy! 

Sauk niemniej był rozgniewany z powodu niepogody. Jeżeli burza potrwa kilka dni, nie 

będzie   można   wziąć   żadnego   wymiaru   i   zarazem   określić   dokładnie   położenia   wysepki. 
Widząc,   że   nic   nie   poradzi,   pozostając   dłużej   na   pokładzie,   zszedł   do   kajuty,   gdzie   się 
znajdował nieszczęśliwy Ben-Omar. 

Julian i Trégomain przedstawiali panu Antiferowi, że najlepiej byłoby wylądować, ale 

ten   nawet   słuchać   o   tem   nie   chciał.   Zostawili   go   więc   na   pokładzie,   pod   osłoną   płótna 
nasyconego smołą, a sami położyli się na ławkach. 

– Nasza wyprawa zły obrót bierze, szepnął Trégomain. 
– I ja jestem tego samego zdania, potwierdził Julian. 
– Nie traćmy nadziei, że jutro się rozpogodzi i że będziesz mógł dokonać wymiaru… 
– Tak, tak, miejmy nadzieję, panie Trégomain! 
Nie powiedział mu jednak, że miał jeszcze inne troski, oprócz niesprzyjającego stanu 

atmosfery. 

Słońce musi się wreszcie ukazać i wysepkę także można znaleźć, jeżeli istnieje ona w 

rzeczywistości, gorsza jednak sprawa była z tymi podejrzanymi ludźmi, którzy znajdowali się 
na pokładzie statku. 

Gdy   noc   zapadła,   ciemna   i   mglista,   rzeczywiste   niebezpieczeństwo   groziło 

niewielkiemu   statkowi;   nie   tyle   z   powodu   jego   lekkości,   gdyż   ta   lekkość   właśnie 
podtrzymywała go na powierzchni fal, lecz z powodu nagłych zmian kierunku wiatru. Statek 
byłby z pewnością zatonął, gdyby nie odwaga i zręczność właściciela. 

Po północy wiatr zmniejszył się, ale za to deszcz zaczął padać. Podróżni nasi pocieszali 

się   nadzieją,   że   nazajutrz   będzie   zmiana.   Lecz   oczekiwania   ich   zostały   zawiedzione; 
wprawdzie chmury nie były tak groźne, jak wczoraj, a wicher nie tak gwałtowny, zawsze 
jednak mgła otaczała ich dokoła, nie przepuszczając promieni słońca. Po ulewie, która trwała 
całą noc, nastąpił drobny, ale na chwilę nieustający deszczyk, który gorzej jeszcze dokuczyć 
potrafi. 

Gdy rano Julian wyszedł na pokład, nie mógł zapanować nad swem niezadowolnieniem; 

wobec   takiego   stanu   atmosfery   nie   można   nawet   mówić   o   żadnym   wymiarze. 
Niepodobieństwem było określić również, gdzie w obecnej chwili znajdował się statek, po 
rozmaitych zboczeniach z drogi, na jakie narażony był podczas nocy. Nawet właściciel statku, 
który znał doskonale zatokę Oman, nie mógłby też na to odpowiedzieć. Na przestrzeni wód 

background image

nie widać było żadnego lądu. Czyżby już minęli upragnioną wysepkę? Było to rzeczą bardzo 
możliwą,   gdyż   wiatr,   wiejący   od   zachodu,   mógł   zapędzić   statek   zbyt   daleko   ku   stronie 
wschodniej. Nie można było się o tem przekonać z powodu uporczywie trwającej niepogody. 

Pan   Antifer   był   już   tak   rozgniewany,   że   nie   chciał   nawet   mówić   ze   swymi 

towarzyszami. 

Julian nie narzucał się wujowi, lecz za to narażony był na ciągłe zapytania ze strony 

Selika, któremu odpowiadał wciąż w sposób wymijający. 

– Prawda, panie, że dzień dzisiejszy źle się zapowiada? zaczął Selik. 
– Bardzo źle, potwierdził Julian. 
– Nie będzie pan mógł użyć swoich maszyn, aby się przyjrzeć słońcu? 
– Zdaje się, że nie. 
– Cóż więc pan zrobi? 
– Będę czekał. 
– Przypominam panu, że statek zaopatrzony jest w żywność tylko na trzy dni; jeśli więc 

niepogoda potrwa dłużej, musimy wracać do Sohar… 

– Naturalnie, że trzeba będzie wrócić. 
–  Więc  zaniechacie   panowie  waszego  projektu,  zbadania   wysepek,  rozrzuconych  w 

zatoce? 

– Być może… albo też odłożymy naszą wycieczkę do bardziej sprzyjającej pory roku. 
– I będziecie panowie czekali w Sohar? 
– W Sohar albo w Maskacie, to dla nas wszystko jedno. 
Młody   kapitan   miał   się   na   baczności,   rozmawiając   z   Selikiem,   a   obawy   jego,   jak 

wiemy, były zupełnie usprawiedliwione. Selik zatem niewiele się od niego dowiedział. 

Trégomain   ukazał   się   na   pokładzie   prawie   równocześnie   z   Saukiem.   Obydwaj   z 

niezadowoleniem spoglądali na chmurne niebo i gęstą mgłę. 

– Słońca ani odrobiny, rzekł Trégomain, ściskając dłoń Juliana. 
– Nie widać ani jednego promienia, odpowiedział Julian. 
– A co porabia Antifer? 
– Stoi tam, na przodzie statku. 
– Boję się o niego, szepnął Trégomain, z rozpaczy gotów wskoczyć w morze. 
Godziny wlokły się nieznośnie; sextant spoczywał w pudełku; chronometr także okazał 

się   bezużytecznym,   gdyż   nie   można   było   określić   w   południe   różnicy   godzin   długości 
pomiędzy Paryżem a punktem w zatoce, gdzie znajdował się statek. Po południu czas nie 
poprawił się bynajmniej. 

Właściciel statku oznajmił Selikowi, że jeżeli nazajutrz czas się nie zmieni, to on zwróci 

się   w   stronę   zachodnią,   aby   się   zbliżyć   do   lądu,   ale   dokąd   dopłyną,   sam   nie   wie.   Czy 
wylądują   w   Sohar,   w   Maskacie,   albo   też   dalej   na   północ   przy   wejściu   do   cieśniny 
Ormudzkiej? Niepodobieństwem było odpowiedzieć na to pytanie. 

Selik powtórzył Julianowi rozmowę, jaką miał z właścicielem statku. 

background image

– Zgadzam się na jego projekt, odpowiedział młody kapitan. 
I na tem skończył rozmowę z Selikiem. 
Do nocy nic się nie zmieniło. Nawet schylając się ku zachodowi, słońce nie zdołało 

przebić   chmur.   Deszcz   stawał   się   coraz   drobniejszy,   co   można   było   uważać   za   oznakę, 
wróżącą zmianę atmosfery. Wiatr uspokoił się znacznie i chwilami zupełnie nawet przycichał. 
Wtedy Trégomain maczał rękę w wodzie i wystawiał ją na działanie powietrza. Wówczas 
zdawało mu się, że zaczyna powiewać lekki wiatr od wschodu. 

– Gdybym  ja płynął po rzece Rance, rzekł, to wiedziałbym  dobrze, czego się mam 

trzymać, ale z morzem to inna sprawa… Tutaj ja nic nie wiem! 

Julian zrobił tę samą uwagę, co do zmiany kierunku wiatru, przytem zdawało mu się, że 

przed zachodem słońce raz wyjrzało z poza opony chmur. 

Pan Antifer dostrzegł widać także ten promień słońca, gdyż oczy jego rozpromieniły się 

radością, jak gdyby odbiły się w nich blaski słoneczne. 

Wieczorem wszyscy posilili się skromnie, aby oszczędzić zapasów żywności, których 

zaledwie   mogło   wystarczyć   na   dwadzieścia   cztery   godziny.   Nazajutrz   więc   należało 
koniecznie zbliżyć się do lądu, jeśli naturalnie statek nie był zbyt oddalonym od ziemi. 

Noc upłynęła spokojnie; wzburzone morze uspokoiło się znacznie. Wiatr, zawiewający 

od wschodu, zmusił do wykręcenia żagli w inną stronę. 

O godzinie trzeciej nad ranem chmury rozeszły się, a na niebie ukazały się ostatnie 

konstelacye. Teraz można się już było spodziewać, że Julian zdoła wziąć wymiar. 

I w istocie tarcza słoneczna ukazała się na horyzoncie w całym blasku swej piękności. 

Purpurowe i złote promienie olśniewającem światłem zalały powierzchnię wód zatoki. 

Trégomain   zdjął   kapelusz,   aby   powitać   wschód   słońca.   Nawet   żaden   z   Gwebrów, 

czcicieli ognia, z większym szacunkiem nie witałby ukazania się gwiazdy dziennej. 

Można sobie wyobrazić, jaka zmiana zaszła w usposobieniu wszystkich podróżnych, z 

jaką  niecierpliwością  oczekiwali  godziny,  w  której  można  było  wziąć  wymiar.  Arabowie 
wiedzą, że Europejczycy potrafią się przekonać, gdzie się znajdują na morzu, chociaż nie 
widzą lądu, więc też i właściciel statku ciekawy był dowiedzieć się, gdzie są obecnie? 

Słońce   tymczasem   wznosiło   się   coraz   wyżej   na   niebie   czystem   i   nie   przyćmionem 

najlżejszą nawet chmurką. Nie było więc obawy, aby młody kapitan doznał jakiej przeszkody 
w chwili, gdy będzie chciał wymierzyć południk.

Przed   samem   południem   Julian   poczynił   odpowiednie   przygotowania.   Pan   Antifer 

przyglądał mu się w milczeniu, tylko oczy jego błyszczały, jak dwa rozpalone węgle. 

Trégomain stał po prawej stronie Antifera, za nim Sauk, a Selik nieco dalej. 
Julian podniósł sextant w lewej ręce, kieruje lunetę w stronę horyzontu. 
Statek kołysał się lekko na falach. 
Wziąwszy wymiar wysokości, Julian rzekł: 
– Dokonałem mego zadania. 
Potem, gdy przeczytał cyfry, oznaczone na krawędzi ze stopniami, zszedł do kajuty, aby 

zrobić obliczenia. 

W dwadzieścia minut później wrócił na pokład, aby powiadomić wuja o wyniku swych 

badań 

background image

Statek znajdował się na szerokości 25½ stopnia na północ. Był więc o 3 minuty dalej na 

północ niż szerokość, na jakiej przypuszczalnie znajdowała się wysepka. 

Ażeby dopełnić badania, trzeba było jeszcze zmierzyć kąt wskazujący godziny. 
Jakże te chwile  wydawały się długiemi  nietylko  panu Antiferowi,  ale i Julianowi i 

poczciwemu Trégomain, a nadewszystko Saukowi. Zdawało im się, że upragniona chwila 
nigdy nie nadejdzie. 

Tymczasem statek, stosownie do wskazówek Juliana, zwrócił się nieco ku południowi. 
O godzinie wpół do trzeciej po południu, młody marynarz brał kilkakrotnie wymiar 

wysokości,   podczas,   gdy   Trégomain   znaczył   godzinę   na   chronometrze.   Po   zrobieniu 
obrachunku, długość wypadła następująca: 54 stopnie, 58 minut. 

– Tam leży upragniona wysepka!… zawołał uradowany Julian. 
Statek więc był o minutę za daleko na wschód w stosunku do poszukiwanej wysepki. 
W tej chwili dał się słyszeć okrzyk. Jeden z Arabów wskazywał na jakiś ciemny punkt 

zjawiający się na horyzoncie w stronie wschodniej, w odległości może dwóch mil. 

– Moja wysepka! zawołał pan Antifer. 
W istocie musiała to być ta sama wysepka, gdyż dokoła nie było widać żadnego innego 

lądu. 

Pan Antifer był jak w gorączce, Trégomain trzymał go za poły, tak się lękał o swego 

przyjaciela;  zdawało  mu  się,   że  pan  Antifer  wskoczy  do  wody,   aby  wpław   dopłynąć   do 
wysepki. 

Statek zwrócił się we wskazanym kierunku i dzięki lekkiemu wietrzykowi, który wiał 

od   wschodu,   można   było   się   spodziewać,   że   za   pół   godziny   podróżni   nasi   dopłyną   do 
wysepki. 

I dopłynęli w istocie, a Julian przekonał się raz jeszcze, że położenie jej zgadzało się 

zupełnie   ze   wskazówkami   udzielonemi   przez   Kamylk-Paszę,   to   jest   z   szerokością 
geograficzną, którą Tomasz Antifer przekazał swemu synowi Piotrowi Antifer, a która była 
następująca: 24 stopnie 59 minut na północ i długość o jakiej go powiadomił Ben-Omar, 
przybywszy do Saint-Malo, to jest: 54 stopnie 57 minut na wschód od południka paryskiego. 

Oprócz tej wysepki, na przestrzeni wód zatoki Oman, nie ukazywał się żaden inny ląd. 
 

Rozdział XVI

 
Tak więc oczom pana Antifera ukazała się wreszcie ta wysepka, przedstawiająca dla 

niego   wartość   stu   milionów.   Od   tej   summy   nie   byłby   pan   Antifer   odstąpił   nawet 

background image

siedemdziesięciu pięciu centymów, choćby mu nawet Rothschild chciał naprzód wypłacić 
miliony.

Wysepka   przedstawiała  się,   jak  szmat   ziemi,  nagiej,   skalistej,   pozbawionej   drzew  i 

zieloności. Była to tylko gromadka skał, kształtem przypominająca formę owalną, mającą 
obwodu od dwóch tysięcy, do dwóch tysięcy pięciuset metrów. Brzegi jej były wyszarpane 
zębato, łamiąc się w różnorodne, kapryśne linie. W jednem miejscu skały występowały ostro 
w morze, w innych tworzyły dość głębokie zatoki. W jednej z tych zatoczek statek znalazł 
schronienie przed wiatrem, gdyż zatoka znajdowała się od strony zachodniej. Woda w niej 
była  bardzo  czysta.  Na dwadzieścia  stóp głębokości  widać było  dno morskie,  na którem 
rozwijały się podwodne mchy i rośliny. Gdy statek zarzucił kotwicę, zaledwie lekki wietrzyk 
kołysał go nieznacznie. 

Pomimo to notaryusz nie chciał ani chwili pozostać dłużej na pokładzie. Z wielkim 

wysiłkiem zdołał dowlec się do poręczy i już chciał wyjść na pomost, aby się wydostać na 
ląd, gdy nagle pan Antifer schwycił go za ramię i zawołał donośnym głosem: 

– Zatrzymaj się, panie Ben-Omar!.. Ja wysiądę najpierw! 
Notaryusz musiał zastosować się do jego życzenia, a pan Antifer wysiadł pierwszy, 

biorąc niejako w posiadanie wysepkę. Ślad jego stóp odcisnął się najpierw na nadbrzeżnym 
piasku. 

Ben-Omar podążył za nim i gdy pod nogami uczuł ląd stały, westchnienie ulgi wyrwało 

się z jego piersi. Trégomain i Sauk wysiedli również. 

Tymczasem Selik badawczem spojrzeniem objął całą wysepkę. W duchu zapytywał się, 

co ci cudzoziemcy chcą tutaj robić? Dlaczego odbyli taką długą i uciążliwą drogę? Na co 
wydali tak wiele pieniędzy? Jaki cel mieć mogli, płynąc aż tutaj? Chyba że chcieli się jedynie 
przekonać   o   położeniu   wysepki?   Ale   to   chyba   nie   byłby   cel,   usprawiedliwiający   taką 
wyprawę. 

– Oni mają chyba jakieś szalone, nierozsądne zamiary, powiedział sobie Selik. 
Ale   jeśli   pan   Antifer   zdradzał   pewne   objawy,   które   kazały   się   obawiać   zboczenia 

umysłowego, towarzysze jego wydawali się zupełnie zdrowemi. Dlaczego więc dopomagali 
mu w tem przedsięwzięciu? Jakim sposobem dwaj Egipcyanie wmięszani byli w tę sprawę? 
Tego już Selik żadną miarą zrozumieć nie mógł. 

Postępowanie cudzoziemców wydało mu się jeszcze bardziej podejrzane, chciał więc 

wysiąść na ląd, aby zobaczyć, co oni też robić będą na wysepce? 

Lecz pan Antifer dał jakiś znak Julianowi, który tenże widać zrozumiał, gdyż rzekł do 

Selika: 

– Nie potrzebujesz pan nam towarzyszyć. Tu nie potrzebujemy tłómacza. Ben-Omar 

mówi po francusku tak dokładnie, jak gdyby był rodem z Francyi. 

– Zastosuję się do woli pana, odpowiedział Selik z pozorną uprzejmością, w duchu 

jednak był zgniewany i niezadowolony. 

Musiał jednak usłuchać rozkazu pana Antifera, skoro zgodził się być na jego usługi. 

Postanowił   tylko,   że   zawezwie   pomocy   swoich   ludzi,   jeśli   zauważy,   że   cudzoziemcy, 
wróciwszy ze swej wycieczki, przyniosą jakikolwiek przedmiot na statek. 

Była może godzina wpół do czwartej po południu. Pan Antifer miał zatem dosyć czasu 

do   zabrania   trzech   beczułek,   zawierających   skarby,   jeżeli   takowe   znajdowały   się   we 
wskazanej kryjówce; a że tam być musiały, pan Antifer ani na chwilę o tem nie wątpił. 

background image

Postanowili, aby statek zaczekał w zatoczce. Lecz właściciel statku przez pośrednictwo 

Selika oznajmił podróżnym, że nie zaczeka na nich dłużej nad sześć godzin. Żywność była 
już prawie wyczerpana, trzeba więc było korzystać z przyjaznego wschodniego wiatru, aby 
się zwrócić w stronę Sohar, dokąd powinniby dopłynąć ze wschodem słońca. 

Pan   Antifer   nie   sprzeciwił   się   temu.   Kilka   godzin   powinno   być   wystarczające   do 

wykopania skarbów. 

Nie potrzebowali przecież zwiedzać całej wysepki. Podług wskazówek, zawartych w 

liście, miejsce, gdzie był ukryty skarb, miało się znajdować w skale od strony południowej. 
Na podstawie skały miał być wyryty monogram K. Za pomocą drąga, okutego żelazem, skała 
rozkruszy się z łatwością, odkrywając baryłki, które pan Antifer bez trudu zdoła zatoczyć do 
statku. 

Pan   Antifer   pragnął   te   skarby   wydobyć   bez   świadków,   z   wyjątkiem   Ben-Omara   i 

Nazima, których odpędzić nie mógł, a ponieważ, jak sądził, nikt na statku nie był ciekawy 
wiedzieć, po co podróżni nasi tu przyjechali, nie było więc z tej strony żadnej obawy. Lecz 
powrót do Maskatu razem z karawaną mógł przedstawić niejakie trudności. 

– Później o tem pomyślę, powiedział sobie w duchu pan Antifer, i zaczął razem ze 

swym przyjacielem Trégomain i Julianem wchodzić na pochyły brzeg wysepki, której średnia 
wyniosłość dochodziła do stu pięćdziesięciu stóp nad poziom morza Opodal postępowali Ben-
Omar i Nazim. Gromada dzikich kaczek poderwała się z krzykiem za ich zbliżeniem, jakby 
dziwiąc   się   obecności   ludzi   w   spokojnem   dotąd   schronieniu.   W   istocie   można   było 
przypuszczać, że od bytności Kamylk-Paszy noga ludzka nie postała na tej wysepce. 

Pan   Antifer   sam   dźwigał   drąg,   którego   nie   byłby   ustąpił   nikomu;   Trégomain   niósł 

motykę, a Julian busolę, podług której kierowali się w pochodzie. 

Notaryusz zaledwie zdążył iść obok Sauka; był jeszcze tak osłabiony, że z trudnością 

trzymał   się   na   nogach.   Nadzieja   pozyskania   tak   znacznego   procentu   dodawała   mu   siły; 
wiedział jednak, że Sauk dlatego tylko pozwoli mu zabrać tę sumę, aby sobie zapewnić jego 
dyskrecyę,   skoro   uda   mu   się   pochwycić   skarb   Kamylk-Paszy.   Powierzchnia   gruntu   była 
skalista   i   nierówna,   nie   można   więc   było   postępować   po   niej   swobodnie.   Podróżni   nasi 
musieli  się  nawet   zapuścić   nieco   w  głąb   wysepki,   aby  ominąć  wzgórza   zbyt  przykre   do 
przebycia. Z miejsca, w którem się obecnie znajdowali, mogli widzieć cały obwód wysepki, 
gdzieniegdzie wychylały się rozrzucone nadbrzeżne skały, a pomiędzy niemi i ta, która kryła 
w swej głębi miliony. Nie mogło tu być żadnej pomyłki, gdyż testament określał, że skała 
owa miała się znajdować na południu. 

Za   pomocą   busoli   Julian   poznał   ją   wkrótce.   Był   to   wystający   w   morze   przylądek, 

którego brzegi okryte były białawą pianą fal morskich. 

Julian i Trégomain, chociaż nic do siebie nie mówili, rozumieli się jednak doskonale. 

Obydwaj lękali się o zmysły pana Antifera, gdyby ten nie znalazł skarbu Kamylk-Paszy. 
Trégomain rozdrażniony, jak nigdy, z takim gniewem uderzył motyką o skałę, że aż drobne 
odłamki posypały się dokoła. 

– Trégomain, co ci się stało? zawołał pan Antifer. 
– Nic, nic, odparł Trégomain. 
– Lepiej zachowaj twoje siły na chwilę, gdy trzeba, będzie rozbijać skałę. 
– Dobrze, dobrze, mój przyjacielu! 
Podróżni nasi, stosując się do wskazówek Juliana, zwrócili się w stronę południowego 

wybrzeża, odległego co najwyżej o jakie sześćset kroków. 

background image

Pan Antifer, Ben-Omar i Sauk szli coraz prędzej, jak gdyby ich tam ciągnął magnes, ten 

wszechpotężny magnes złoty, taki ponętny i pożądany dla ludzi. Zdawać się mogło, że złoto 
wydziela z siebie jakąś woń subtelną, która ich upaja rozkosznie. 

W dziesięć minut później znaleźli się na wybrzeżu, które ostrym kantem zachodziło w 

morze.   Skała   oznaczona   monogramem   Kamylk-Paszy,   musiała   się   znajdować   tuż   ponad 
morzem. 

Doszedłszy do celu swej podróży, pan Antifer był tak niespokojny i rozdrażniony, że o 

mało nie zemdlał. Gdyby go Trégomain nie był podtrzymał w objęciach, byłby upadł bezsilny 
na ziemię. 

– Mój wuju! mój wuju! wołał Julian. 
– Mój przyjacielu! powtarzał Trégomain. 
Wyraz twarzy Sauka zdawał się mówić: 
– Niech zginie, niech przepadnie ten szkaradny człowiek, to ja wtedy zostanę jedynym 

spadkobiercą Kamylk-Paszy! 

Ben-Omar zajęty był inną troską. 
– Gdyby pan Antifer umarł, nie wskazawszy dokładnego miejsca, gdzie są przechowane 

skarby, procent mój przepadnie! 

Lecz   na   szczęście,   panu   Antiferowi   nie   groziło   tak   poważne   niebezpieczeństwo, 

wkrótce odzyskał zmysły i podniósł drąg, który mu się z ręki wysunął. 

Potem wszyscy zaczęli się uważnie rozglądać dokoła. Wybrzeże było w tem miejscu tak 

wzniesione nad poziom morza, że nawet podczas przypływu woda zalewać go nie mogła. 
Była to więc miejscowość zupełnie odpowiednia do ukrycia milionów. Zdawało się, że z 
łatwością można będzie odszukać kryjówkę, jeśli tylko burze, szalejące w zatoce Oman nie 
zatarły monogramu, który Kamylk-Pasza wyrył przed ćwierć wiekiem. 

–   Porozbijam   wszystkie   sąsiednie   skały,   powiedział   sobie   w   duchu   pan   Antifer. 

Przeszukam wszystkie zakątki, choćbym miał tu przesiedzieć kilka tygodni. Statek odeślę po 
żywność do Sohar. Za nic w świecie nie opuszczę wysepki, nim nie odnajdę skarbów, których 
jestem prawym posiadaczem. 

Sauk mniej więcej powtarzał sobie to samo w myśli, tylko że myślał o sobie, a nie o 

tem, aby dopomagać panu Antiferowi. 

Wszyscy gorliwie zabrali się do poszukiwań, schylali się, rozchylali krzewy i porosty 

morskie,   ścierali   mchy,   pokrywające   rozpadliny   w   skałach.   Pan   Antifer   stukał   okutym 
drągiem po skałach, Trégomain uderzał w nie motyką. Ben-Omar znużony i wycieńczony 
czołgał się na czworakach, pełzając wśród skał, jak rak. Julian i Sauk również byli zajęci. 
Nikt nie odzywał się ani słówkiem, wszyscy pracowali w milczeniu, jak gdyby znajdowali się 
na pogrzebie. 

I w istocie, czyż ta nieznana wysepka nie była podobna do cmentarza, a kryjówka, gdzie 

były zakopane skarby, do ciemnego grobu, z którego podróżni nasi chcieli wykopać miliony? 

Po półgodzinnych poszukiwaniach nic jeszcze nie znaleziono. Nikt jednak nie tracił 

nadziei i nie powątpiewał ani na chwilę, że skarby znajdują się na wysepce. 

Słońce sypało żarem swych promieni na głowy podróżnych, pot oblewał ich czoła, ale 

oni nie zwracali na to uwagi. Pracowali z zapałem podobnym do zapału mrówek, budujących 
mrowisko. 

background image

Nareszcie rozległ się okrzyk radości, podobny raczej do wycia dzikiego zwierzęcia. 
Wyrwał się on z piersi pana Antifera, który z odkrytą głową, trzymając w jednej ręce 

kapelusz, wskazywał drugą ręką gładką, prostopadłą ścianę skały. 

– Tam, tam! powtarzał. 
O mało co nie przykląkł przed tą skałą, jak Włoch przed posągiem Madonny. Wszyscy 

przybiegli, usłyszawszy ten okrzyk. Na skale widać było monogram Kamylk-Paszy, trochę 
przez czas zatarty, ale zawsze jeszcze zupełnie czytelny. 

– Tam, tam, powtarzał pan Antifer, i wskazywał na podstawę skały, gdzie mieli zacząć 

poszukiwania, gdyż jak się spodziewał, w tem miejscu od lat trzydziestu dwóch ukrywały się 
skarby Kamylk-Paszy. 

Pod   uderzeniami   żelaznego   drąga   posypały   się   odłamki   skały,   które   Trégomain 

odrzucał motyką. Wśród skał widoczne były kawałki betonu. Otwór w skale powiększał się z 
każdą chwilą. Serca wszystkich biły przyśpieszonem tętnem; jeszcze jedno uderzenie, a z 
wnętrza ziemi wytrysną miliony. 

Lecz beczułki nie ukazywały się jakoś; widać, że Kamylk-Pasza ukrył je głęboko. Lecz 

dobrze zrobił, będąc tak przezornym… 

Nagle odezwał się dźwięk metaliczny; drąg uderzył o jakiś twardy przedmiot. 
Pan Antifer  pochylił  się nad otworem,  wsunął weń głowę i drżącemi  rękami  badał 

wnętrze kryjówki. 

Gdy się podniósł, twarz miał czerwoną, a oczy krwią mu nabiegły. W ręku trzymał 

metalowe pudełko, mające objętości co najwyżej jeden decymetr kubiczny.

1

 

Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem i rozczarowaniem. 
Pierwszy Trégomain zawołał: 
– Jeśli tam jest sto milionów, niech mnie dyabli… 
– Cicho bądź! zawołał z gniewem pan Antifer. 
I   znowu   pochylił   się   nad   otworem,   wygarniając   zeń   gruzy   i   odłamki,   aby   lepiej 

poszukać beczułek. 

Daremna praca. W zagłębieniu nic więcej, oprócz tego metalowego pudełka, na którem 

wyryty był również monogram Kamylk-Paszy. 

Wszystkie więc trudy i koszta były daremne! Czyż po to przybyli z tak daleka, aby stać 

się igraszką niewłaściwego żartu? 

Julian nie bardzo się tem zmartwił, ale spojrzawszy na wuja, przeraził się okropnie. Pan 

Antifer wyglądał w istocie jak człowiek obłąkany; oczy nabiegły mu krwią, usta wykrzywił 
uśmiech okropny, jakieś nieokreślone dźwięki wydobywały się z gardła. 

Trégomain twierdził później, że zdawało mu się, iż dla Antifera wybiła już ostatnia 

godzina. 

Nagle pan Antifer dźwignął się z ziemi i wyprostował; uchwycił drąg i z największem 

uniesieniem uderzył w pudełko, które pękło, a wewnątrz ukazał się papier. 

Był to pergamin pożółkły przez czas, a na nim widać było kilka wierszy, skreślonych w 

języku francuskim. Pismo było jeszcze wyraźne i czytelne. 

background image

Pan Antifer schwycił ten papier i, zapominając o tem, że Ben-Omar i Sauk mogli go 

usłyszeć, że mógłby wyjawić przed nimi tajemnicę, o której nie powinni wiedzieć, zaczął 
czytać drżącym głosem następujące wyrazy: 

„Ten dokument zawiera długość drugiej wysepki, o której Tomasz Antifer, albo jeśli on 

nie żyje,  jego spadkobierca  w prostej  linii,  zawiadomi  bankiera Zambuco,  mieszkającego 
w…” 

Tu   pan   Antifer   zatrzymał   się   i   ręką   przysłonił   usta,   aby   się   z   niczem   więcej   nie 

wygadać. 

Sauk zdołał o tyle zapanować nad sobą, że nie okazał, jak gorzkim był dla niego ten 

zawód. 

Gdyby pan Antifer był mniej ostrożny, Sauk byłby się dowiedział, jaka to była długość 

geograficzna tej drugiej wysepki, której tajemnicę szerokości geograficznej posiadał bankier 
Zambuco. Oprócz tego dowiedziałby się, w jakim kraju mieszkał wyżej wymieniony bankier. 

Notaryusz był w rozpaczy; usta miał spieczone gorączką i oddychał z wielką trudnością. 

Oprzytomniał jednak prędko i czując się w prawie dowiedzenia się o zamiarach Kamylk-
Paszy, zapytał: 

– A więc gdzie ten bankier Zambuco mieszka? 
– U siebie! odpowiedział pan Antifer.
I składając papier, schował go do kieszeni. 
Ben-Omar w przystępie bezsilnej rozpaczy wyciągnął ręce do nieba. 
Skarb nie znajdował się więc na wysepce w zatoce Oman. Podróż miała tylko na celu 

zawiadomienie  pana Antifera  o tem,  aby się porozumiał  z nową zupełnie  osobistością, z 
bankierem Zambuco! Czy ten bankier był drugim spadkobiercą, którego Kamylk-Pasza chciał 
również wynagrodzić za usługi, oddane mu niegdyś?  Czy on miał się podzielić z panem 
Antiferem znalezionym skarbem, który był przeznaczony tylko dla tego ostatniego?… Tak 
można  było  mniemać  i zastanawiając  się logicznie,  należało  wnioskować,  że zamiast  stu 
milionów, do kieszeni pana Antifera wpłynie tylko pięćdziesiąt. 

Dla Juliana było to rzeczą dość obojętną, onby wolał wyrzec się milionów, aby tylko 

prędzej znaleźć się znów w kółku rodzinnem i zobaczyć ciotkę, która go wychowała i Elizę, 
którą kochał bardzo. 

Gildas   Trégomain   nie   zmartwił   się   również   tą   przypuszczalną   stratą;   uśmiech   jego 

zdawał się mówić: 

– No, i pięćdziesiąt milionów to ładny kąsek, gdy komu niespodziewanie wpadnie do 

gardła! 

Julian z niepokojem spoglądał na wuja, mniemał bowiem, że wyczyta na jego twarzy 

gniew   i   rozczarowanie.   Lecz   pan   Antifer   prędko   ochłonął   z   przykrego   wrażenia,   myśląc 
sobie: 

– Ha! cóż robić, muszę poprzestać na pięćdziesięciu milionach! 

Cześć druga

background image

 
 

Rozdział I

 
Jakże smutnym wydawał się dom przy ulicy Hautes-Salles w Saint-Malo, od chwili, 

gdy pan Antifer w daleką wyjechał podróż. Dni i noce upływały dwom kobietom w niepokoju 
i trwodze ustawicznej o tyle im drogie, a nieobecne osoby. 

Upłynęły już dwa miesiące od wyjazdu trzech naszych podróżnych, a nie było jeszcze 

żadnej stanowczej od nich wiadomości. 

– Matko! Matko! powtarzała Eliza, oni nie powrócą! 
–   Wrócą,   wrócą,   odpowiadała   zwykle   matka;   miej   ufność,   moje   dziecię!   Chociaż 

doprawdy lepiej byliby uczynili, gdyby byli wcale nie wyjeżdżali. 

Łzy były jedyną odpowiedzią biednej Elizy. 
Odjazd   pana   Antifera   w   całem   mieście   wielkie   wywarł   wrażenie.   Mieszkańcy 

przyzwyczaili się tak dalece do widoku pana Antifera, że wszystkim brak było tej postaci, 
przechadzającej się z fajką w ustach po ulicach, wałach i wybrzeżu Brak im było również 
nieodstępnego Gildas Trégomain i młodego kapitana. 

Pan Antifer był zanadto szczery i gadatliwy, aby ludziom nie powiedzieć choć w części 

o swojem szczęściu; to też tak w Saint-Malo, jak w Saint-Servan i Dinard powtarzano sobie 
historyę Kamylk-Paszy i listu, który otrzymał Tomasz Antifer. Mówiono również o posłańcu, 
który przywiózł Antiferowi upragnioną wiadomość o położeniu wysepki, gdzie ukryte były 
takie wielkie skarby. Gadanina ludzka zamieniła sto milionów na sto miliardów. Można więc 
łatwo   sobie   wyobrazić,   z   jaką   niecierpliwością   wyglądali   wszyscy   wiadomości   od   pana 
Antifera, który od razu przemieniał się w bogatego nababa, przywożącego ze sobą ładunek 
brylantów i innych kosztownych kamieni. 

Co do Elizy, ta nie pragnęła bogactw i prosiła tylko Boga o prędki powrót wuja i brata. 

Wprawdzie   Eliza   odebrała   już   kilka   listów   od   Juliana,   ale   w   żadnym   nie   było   jeszcze 
wzmianki o osiągniętym celu podróży. Pierwszy list pisany był z Suez. Julian donosił w nim 
o szczegółach podróży i o dziwnem rozdrażnieniu nerwowem wuja; drugi list, wysłany z 
Maskatu, opisywał  żeglugę  po oceanie  Indyjskim,  przybycie  do stolicy imanatu  i projekt 
podróży   do   Sohar.   Eliza   i   Nanon   wielokrotnie   odczytywały   te   listy,   na   które   nie   mogły 
odpowiedzieć. Liczyły dni, które mogły jeszcze upłynąć do powrotu ukochanych krewnych. 

Trzeci list od Juliana nadszedł dnia 29 kwietnia, prawie w dwa miesiące po odjeździe 

pana Antifera. Zobaczywszy pieczątkę pocztową z Tunisu, Eliza wydała okrzyk radości. 

background image

– Matko! oni już wyjechali z Maskatu, już żeglują po morzach europejskich! wołała. 

Niedługo przybędą do Francyi, za trzy dni mogą być w Marsylii, a z Marsylii do Saint-Malo 
podróż trwa najwyżej dwadzieścia sześć godzin! 

–   No   czytaj!   czytaj   jak   najprędzej!   odpowiedziała   Nanon.   Nikt   nam   teraz   nie 

przeszkodzi. 

Matka i córka siedziały w pokoju na dole, zajęte robotą. Zamknęły drzwi za listonoszem 

i były pewne, że nikt im nie przerwie czytania. 

Eliza, ochłonąwszy nieco ze wzruszenia, zaczęła czytać głośno list następujący: 
„Regencya. Tunis. 22 kwietnia 1862 r. 
Droga Elizo! Przesyłam najpierw dla ciebie i dla twej matki serdeczne pozdrowienia. 

Dwa moje poprzednie listy musiałaś już pierwej odebrać; w dzisiejszym jednak doniosę ci coś 
ważniejszego,   a   mianowicie,   że   co   do   owego   skarbu,   kwestya   zmieniła   się   nieco   ku 
wielkiemu niezadowoleniu wuja…” 

Tu Eliza przerwała czytanie i, klaszcząc w ręce, zawołała:
– Matko! oni nie znaleźli skarbu! Bardzo się z tego cieszę, bo pewno prędzej powrócą! 
– Czytaj dalej, odpowiedziała Nanon. 
„Przyznaję, że dla mnie jest to także wielkiem zmartwieniem, bo poszukiwania nasze 

przeciągną się jeszcze bardzo długo!.. 

Eliza zadrżała. 
– Co to znaczy? szepnęła zaledwo dosłyszalnym głosem i szybko czytała dalej. Julian 

opisywał szczegółowo o przygodach na wysepce w zatoce Oman i że zamiast skarbu znaleźli 
w żelaznej skrzynce dokument, w którym była nowa o innej długości geograficznej. 

„Możesz sobie wyobrazić,  Elizo,  gniew  i rozczarowanie  wuja i przykrość,  jakiej  ja 

doznałem, nie dlatego, ażebym żałował skarbu, ale dlatego, że jeszcze nie prędko powrócę do 
Saint-Malo.   W   pozostawionym   przez   siebie   dokumencie   Kamylk-Pasza   poleca,   aby 
wiadomość   nowej   długości   geograficznej   zawieść   do   niejakiego   Zambuco,   bankiera   w 
Tunisie, który posiada znów wiadomość o drugiej szerokości geograficznej. Widocznie skarb 
jest  ukryty   na innej   wysepce;   zapewne  pasza  musiał  mieć   także   jakiś   dług wdzięczności 
względem tego bankiera,  tak, jak miał względem naszego dziadka.  Spadek zostanie więc 
podzielony   pomiędzy   dwóch   spadkobierców.   Wuj   gniewa   się   okropnie,   że   zamiast   stu 
milionów, odziedziczy tylko pięćdziesiąt. Był więc jak odurzony, gdy przeczytał dokument, a 
tajemnica cyfr o mało co nie wymknęła mu się nieoględnie wobec Ben-Omara. Na szczęście 
powstrzymał się jakoś. Trégomain jest także w rozpaczy. „Mój Julianie, rzekł do mnie, gdy 
pozostaliśmy sami, czy ten pasza nie drwi sobie z nas przypadkiem? Może on ma chęć wysłać 
nas na koniec świata?” Doprawdy, ja sam nie wiem, co o tem myśleć! W każdym razie wuj 
dobrze uczynił, mając się na baczności z Ben-Omarem, bo o ile mi się zdaje, nie jest to 
człowiek, zasługujący na zaufanie, a jeszcze mniej jego dependent Nazim. Jestem pewny, że 
gdyby oni wiedzieli o adresie bankiera Zambuco, staraliby się wyprzedzić nas w podróży i 
zmusić   go   do   wydania   tajemnicy.   Ale   oni   nie   wiedzą,   że   my   udajemy   się   do   Tunisu; 
doprawdy trudno się domyśleć,  dokąd pośle  nas  fantazya  tego paszy.  Tłómacz  Selik  był 
równie ździwiony, widząc, że powracamy z pustemi rękami i nie wątpił już, że udawaliśmy 
się na poszukiwania hydrograficzne. Powróciwszy do Maskatu, musieliśmy jeszcze czekać 
dwa dni na przybycie  okrętu z Bombay.  Myślałem,  że w tym  liście będę wam mógł już 
donieść coś pewniejszego, ale gdzie tam, wiem tylko tyle, że wracamy do Suez, a stamtąd 
mamy się udać do Tunisu.” 

background image

Eliza spojrzała na matkę, która smutnie potrząsnęła głową, szepcząc: 
– Żeby oni tylko nie pojechali na koniec świata! Wpośród niewiernych wszystkiego 

można się obawiać! 

Poczciwa Nanon miała takie pojęcie o ludach Wschodnich, jakie miano o nich podczas 

wojen krzyżowych. Zdawało jej się, że nawet pieniądze, pochodzące z tamtych okolic, nie 
mogą przynieść szczęścia. 

„Podczas   żeglugi   przez   ocean   Indyjski   i   morze   Czerwone   Ben-Omar   był   okropnie 

chory, a wuj zły i milczący. Zdaje mi się, że gdyby go zawiodły te miliony, dostałby chyba 
pomięszania zmysłów. Ktoby się tego spodziewał po człowieku tak skromnym i tak mało 
wymagającym. Gdy ten przeklęty dokument zostanie doręczony bankierowi Zambuco, który 
mieszka w Tunisie, kto wie, gdzie będziemy szukali tej nowej wysepki?…” 

Tu list wysunął się z drżących rąk Elizy, która szepnęła: 
– Ach! mój wuju, jak ty nas dręczysz okropnie! 
–   Przebacz   mu,   moje   dziecię,   i   módlmy   się   raczej,   aby   Bóg   uchronił   ich   od 

niebezpieczeństwa! 

Nastała chwila milczenia, podczas której obie kobiety wznosiły się myślą do Boga. 
„Gdy   mijaliśmy   z   daleka   Aleksandryę,   Ben-Omar   miał   widać   ochotę   wylądować, 

choćby  mu   przyszło  stracić  procent,  czytała   znów   Eliza,  ale   Nazim   zaczął  coś  do  niego 
mówić w swoim języku, z którego my ani słówka nie rozumiemy, i Ben-Omar wyrzekł się 
swego zamiaru.  Widać, że się boi swego dependenta. Wreszcie zostawiwszy na południu 
zatoki Tripoli i Gabes, ujrzeliśmy na horyzoncie szczyty gór tunetańskich. Na niektórych 
wierzchołkach widać było ruiny małych fortec. Nakoniec dopłynęliśmy do przystani w Tunis 
i okręt nasz zatrzymał się przed tamą la Goulette dnia 22 kwietnia. Ten list piszę jeszcze na 
pokładzie, aby go wrzucić na pocztę, skoro tylko wysiądę w la Goulette. Bankier Zambuco, 
dowiedziawszy się, że ma prawo do połowy spadku, przyłączy się zapewne także do nas w 
celu dalszych poszukiwań. Gdy tylko dowiem się o położeniu wysepki numer drugi, doniosę 
wam o tem natychmiast. Tymczasem przesyłam wam uściski i pozdrowienia. 

Kochający was 
Julian Antifer.” 
 

Rozdział II

 
Przybywszy do Tunisu morzem, pan Antifer i jego towarzysze, jak również Ben-Omar i 

Nazim, każdy z walizą w ręku, skierowali się ku dworcowi kolei żelaznej. Sauk myślał o tem, 
że teraz będzie miał do czynienia z dwoma spadkobiercami, zamiast z jednym.

background image

Wsiadłszy na kolej, w czterdzieści minut byli już w mieście Tunisie i przez aleję de la 

Marine   doszli   do  hotelu   francuskiego.   Miasto   w   tej   dzielnicy   miało   wielki   pozór   miasta 
europejskiego. Pokoje wewnątrz tem się tylko różniły, że łóżka osłonięte były siatkami z gaży 
dla ochrony od komarów. 

Pan Antifer wybrał się natychmiast na poszukiwanie bankiera. 
– Czekajcie tu na mnie, rzekł do towarzyszy. 
–   Idź,   mój   przyjacielu,   odpowiedział   Trégomain,   i   postaraj   się   prędko   załatwić   tę 

sprawę. 

Wyszedłszy,   pan   Antifer   zaczął   układać   plan   postępowania.   Będąc   człowiekiem 

uczciwym i prawym, nie chciał bankierowi wydzierać podstępem tajemnicy,  tak jak Ben-
Omar chciał z nim uczynić. Postanowił więc rzec do bankiera: 

– Ofiaruję ci to a to… powiedz, co mi dasz w zamian i dalej w drogę! 
Zapewne Zambuco był już uprzedzony o tem, że niejaki Antifer ma się zjawić do niego 

i powiadomić go o długości geograficznej, potrzebnej do określenia położenia wysepki, gdzie 
były ukryte skarby; nie powinien zatem być ździwiony ukazaniem się Francuza. 

Pan  Antifer   lękał  się  tylko   tego,   że  Zambuco  może  nie   umie   po  francusku;  gdyby 

rozumiał choć po angielsku, Julian mógłby się z nim rozmówić. Ale jeśli nie rozumie ani po 
francusku, ani po angielsku, trzeba się będzie udać do pośrednictwa tłómacza i wtajemniczyć 
obcego w taką ważną kwestyę. 

Wyszedłszy   z   hotelu,   pan   Antifer   wziął   przewodnika   i   kazał   się   poprowadzić   do 

bankiera Zambuco. 

– Ponieważ Antifer nas nie potrzebuje… zaczął Trégomain. 
– Chodźmy się przejść i wrzucić list do skrzynki pocztowej, skończył Julian. 
Mówiąc to, wyszli po za obręb miasta. 
Tymczasem pan Antifer pytał swego przewodnika: 
– Czy znasz bankiera Zambuco? 
– Wszyscy go tu znają. 
– Gdzież on mieszka? 
– W dolnem mieście, w dzielnicy Maltańskiej. 
– Prowadź mnie do niego. 
– Według rozkazu, ekscelencyo! 
We wschodnich krajach mówią każdemu ekscelencyo, tak, jak u nas panie. 
Pan Antifer szedł zamyślony, nie zwracając uwagi na meczety, ozdobione eleganckimi 

minaretami,   na   szczątki   ruin   pozostałe   z   budowli   rzymskich   lub   saraceńskich,   na   place 
ocienione palmami i drzewami figowemi, na ciasne i wązkie ulice, przy których piętrzyły się 
wysokie   domy,   mające   na   dole   szeregi   sklepów,   w   których   można   było   dostać   łakoci, 
rozmaitych materyi i fraszek. Pan Antifer myślał tylko o bankierze Zambuco i o przyjęciu, 
jakiego od niego dozna. Nie wątpił, że bankier przyjmie go dobrze, wszakże przynosił mu 
niejako w darze pięćdziesiąt milionów, a to nie bagatela. 

Wkrótce doszli do dzielnicy, nieodznaczającej się nadzwyczajną czystością. 

background image

Przewodnik zatrzymał się na rogu uliczki, przed domem dość nędznie wyglądającym z 

pozoru. Była  to czworokątna  budowla, ozdobiona  tarasami;  okien zewnętrznych  nie było 
wcale;   tak,   jak   we   wszystkich   domach   tunetańskich,   wychodziły   one   jedynie   na   duży 
dziedziniec, znajdujący się wpośrodku budowli. 

Pozór   tego   domu   nie   nasuwał   przypuszczania,   aby   jego   właściciel   mógł   być 

człowiekiem bogatym. 

– Tem lepiej dla mnie, powiedział sobie w duchu pan Antifer, będzie z nim łatwiejsza 

sprawa. 

– A więc to tu mieszka bankier Zambuco? zapytał pan Antifer swego przewodnika. 
– Tu, ekscelencyo! 
– Czy tu mieści się również jego dom bankowy? 
– Tak, ekscelencyo! 
– I bankier nie ma innego mieszkania? 
– Nie, ekscelencyo! 
– Czy on uchodzi za człowieka bogatego? 
– To milioner. 
– Do licha! zawołał pan Antifer. 
– Ale jest to człowiek równie skąpy, jak bogaty, dodał przewodnik. 
– Do licha! powtórzył pan Antifer i odprawił swego przewodnika. 
Sauk szedł za nimi,  ale  tak, aby pan Antifer nie mógł  go widzieć.  Tym  sposobem 

dowiedział się, gdzie mieszkał bankier Zambuco, ale czy zdoła osiągnąć jaką z tego korzyść 
dla siebie? Czy znajdzie sposobność porozumienia się z bankierem w ten sposób, aby wyzuć 
ze spadku pana Antifera? Mogłoby to nastąpić tylko wtedy, jeśliby pan Antifer posprzeczał 
się z bankierem. 

– Trzeba nieszczęścia, że pan Antifer nie zdradził się ze swą tajemnicą na wysepce, 

powtarzał sobie w duchu Sauk; gdyby był wtedy wypowiedział te upragnione cyfry, jużbym 
się teraz nie potrzebował nikogo prosić. Ale prawda, że dokument naznacza spadkobiercą 
pana Antifera, bez niego nie można więc odebrać spadku, dopiero gdy Antifer weźmie do ręki 
pieniądze, trzeba się starać pozbawić go skarbu. 

Gdy nasz poszukiwacz spadku wszedł do domu bankiera, Sauk czekał na ulicy. 
Lewa strona budynku przeznaczona była na biura; na dziedzińcu nie widać było nikogo, 

zdawało się, że dom bankowy opustoszał zupełnie. Ale tak źle nie było. 

Bankier   Zambuco   był   to   człowiek   szczupły   i   niezbyt   wysoki,   mógł   mieć   lat 

sześćdziesiąt.   Oczy  jego   żywe   i   bystre,   lecz   biegające   niespokojnie   na   wszystkie   strony, 
oświecały twarz bladą, pożółkłą jak pergamin i zupełnie pozbawioną zarostu; włosy miał 
siwe, postać nieco przygarbioną, a ręce opatrzone długimi i zakrzywionymi palcami. Na panu 
Antiferze zrobił on dość nieprzyjemne wrażenie. 

Człowiek ten dumnym był ze swych bogactw. Chociaż był milionowym panem, dom 

utrzymywał na stopie bardzo skromnej i ten pozór niewielkiej zamożności wprowadził w błąd 
pana Antifera. 

Zambuco był niesłychanie skąpym, jedyną jego namiętnością było zbieranie pieniędzy. 

Nie miał on krewnych ani przyjaciół, tylko jedną siostrę, która nie mieszkała w Tunisie; żył 

background image

więc samotnie, obywając się jedną tylko starą służącą, której życie i zasługi nie kosztowały 
go wiele. Patrząc na bankiera, trudno się było domyśleć, jakiego rodzaju przysługę mógł on 
oddać Kamylk-Paszy, jeśli zasłużył sobie na tak wielką z jego strony wdzięczność? 

Należy jednak wyjaśnić tę kwestyę. 
Zambuco, gdy miał lat dwadzieścia siedem i był już sierotą, mieszkał podówczas w 

Aleksandryi i pośredniczył wtedy w rozmaitych interesach, nie będąc w możności otworzenia 
domu handlowego na swoją rękę. 

Było to w roku 1829; wtedy to właśnie przyszła do głowy Kamylk-Paszy myśl, aby 

spieniężyć swoje bogactwa i przewieźć je do Syryi, gdzie, jak mniemał, będą bezpieczniejsze, 
niż w Egipcie. 

Jak wiemy,  Kamylk-Pasza chciał, aby jego majątek nie dostał się w ręce krewnego 

Murada. 

Chcąc doprowadzić do skutku taką operacyę  handlową, potrzebował kilku agentów; 

chciał jednak odwołać się do ludzi godnych zaufania. Zresztą ci agenci narażali się bardzo, 
pomagając bogatemu Egipcyaninowi wbrew woli wicekróla. Młody Zambuco należał do ich 
liczby. W tym celu jeździł nawet kilka razy do Alepu i przyczynił się po spieniężeniu do 
przewiezienia w bezpieczne miejsce majątku Kamylk-Paszy. 

Mehemet-Ali dowiedział  się o współudziale Zambuco i innych  agentów i kazał ich 

wszystkich uwięzić. Uwolniono ich jednak dla braku dowodów. 

Tak więc ojciec pana Antifera oddał wielką przysługę Kamylk-Paszy, gdy w roku 1799 

znalazł go nawpół żywego na skałach Jaffy, a w trzydzieści lat później Zambuco nabył także 
prawa do jego wdzięczności. Kamylk-Pasza nie zapomniał o tem. Dlatego też Tomasz Antifer 
i Zambuco odebrali wiadomości o skarbach ukrytych na wysepce. Ma się rozumieć, że taka 
wiadomość   wywarła   na   bankierze   Zambuco   niesłychane   wrażenie;   ukrył   starannie   list, 
zawierający cyfry szerokości geograficznej i wciąż oczekiwał zjawienia się pana Antifera, o 
którym mu wspomniał Kamylk-Pasza. O dalszych losach Kamylk-Paszy Zambuco nic już nie 
słyszał; nie wiedział nawet, że pasza umarł w roku 1851, przesiedziawszy ośmnaście lat w 
więzieniu. 

Teraz był już rok 1862; Zambuco przed dwudziestu laty otrzymał list Kamylk-Paszy z 

wiadomością o szerokości geograficznej, pod którą znajdowała się wysepka; lecz dotychczas 
nikt się nie zjawił z listem, zawierającym cyfrę geograficznej długości. Zambuco nie wątpił 
jednak,   że   ta   wiadomość   nadejdzie,   żałował   tylko,   że   musi   się   skarbem   podzielić   z   kim 
innym. Od lat wielu myślał o tem, w jaki sposób zagarnąć te pieniądze dla siebie samego. Ale 
nie mógł wymyślić nic stanowczego, to tylko rozumiał, że tak samo, jak on, nie może znaleźć 
wysepki bez pomocy Antifera, tak Antifer nie może jej znaleźć bez niego. 

 

Rozdział III

background image

 
Czy można się widzieć z bankierem Zambuco? 
– Owszem, jeśli chodzi o jaki interes. 
– Tak, o interes ważny. 
– Nazwisko pana? 
– Proszę powiedzieć, że jestem cudzoziemcem, to dostateczne… 
Powyższą rozmowę pan Antifer prowadził z odźwiernym. Nie chciał mu powiedzieć 

swego nazwiska, gdyż pragnął się przekonać, jakie wrażenie uczyni na bankierze, skoro mu 
powie bez żadnego wstępu: 

– Jestem Antifer, syn Tomasza Antifera z Saint-Malo. 
Za chwilę pan Antifer znalazł się w pokoju, którego ściany pobielone były wapnem, a 

sufit zakopcony od lamp. Kufer, biurko, stół i dwa stołki stanowiły całe umeblowanie pokoju. 

Przy   stole   siedział   bankier   Zambuco.   Gdy   pan   Antifer   wszedł,   Zambuco   poprawił 

okulary i podniósł głowę, nie wstając wcale z krzesła. 

– Z kim mam zaszczyt mówić? zapytał dość poprawną francuzczyzną? 
–   Z   kapitanem   kupieckiego   statku   Antiferem,   brzmiała   odpowiedź.   Pan   Antifer, 

spodziewał się, że Zambuco z okrzykiem podziwu zerwie się z fotelu. 

Ale bankier nie drgnął nawet i ani jednem słówkiem nie zdradził swego zadowolenia; 

tylko   w   oczach   jego   mignęła   błyskawica   radości,   która   znikła   jednak   natychmiast   pod 
spuszczonemi powiekami. 

– Powiadam, że jestem Antiferem. 
– Słyszałem to już… 
– Jestem Piotr Antifer, syn Tomasza Antifera z Saint-Malo… z Francyi… 
– Czy ma pan jaki przekaz do mnie? zapytał z zupełnym spokojem bankier. 
– Przekaz? a tak, mam, odpowiedział pan Antifer zdziwiony i pomięszany chłodnem 

przyjęciem bankiera. Mam przekaz na sto milionów. 

– Daj go pan, rzekł spokojnie Zambuco, jak gdyby szło o kilka piastrów. 
Pan Antifer nie posiadał się ze zdumienia. Jakto! bankier wiedział od lat dwudziestu, że 

przypadnie   mu   w   udziale   część   tak   olbrzymiego   skarbu,   że   pewnego   pięknego   poranku 
Antifer zjawi się przed nim z tą upragnioną wiadomością i odbierając tę wieść, nie okazał ani 
radości, ani zadowolenia? Czyżby dokument znaleziony na wysepce w błąd wprowadził pana 
Antifera? Albo może był to inny Zambuco, nie ten, do którego miał się odwołać pan Antifer i 
który miał mu dopomódz do odnalezienia wysepki numer drugi. 

Dreszcz wstrząsnął postacią pana Antifera, wszystka krew spłynęła mu do serca, siły go 

opuściły i był zmuszony usiąść na najbliższym stołku.

Bankier spoglądał na niego obojętnie z pod okularów. Szyderczy uśmiech błąkał się po 

jego cienkich wargach, jak gdyby chciał powiedzieć: 

– Z tym ptaszkiem nie trudna będzie sprawa. 
Tymczasem   pan   Antifer   odzyskał   trochę   zimnej   krwi   i,   obtarłszy   chustką   spocone 

czoło, podniósł się z krzesła. 

background image

– Czy jesteś pan w istocie bankierem Zambuco? zapytał, uderzając pięścią w stół. 
– Tak jest; niema w Tunisie drugiego człowieka z takiem nazwiskiem. 
– I nie czekałeś pan na mnie? 
– Nie. 
– Czy nie wiedziałeś pan nic o mojem przybyciu? 
– A skądżebym mógł wiedzieć? 
– Za pośrednictwem listu pewnego paszy… 
– Paszy? powtórzył bankier. Ależ ja setkami odbierałem listy od rozmaitych paszów… 
– Ale od Kamylk-Paszy… z Kairu? 
– Nie przypominam sobie. 
Zambuco   umyślnie   udawał,   że   o   niczem   nie   wie,   aby   zmusić   pana   Antifera   do 

wypowiedzenia   cyfry   długości   geograficznej,   a   samemu   nie   wydać   się   z   szerokością 
geograficzną. 

Usłyszawszy nazwisko Kamylk-Paszy, Zambuco zdawał sobie coś przypominać. 
– Czekaj pan, zaczął, poprawiając okulary. Mówisz pan Kamylk-Pasza, z Kairu? 
– Tak, potwierdził pan Antifer, był to Rotszyld egiski, posiadający olbrzymi majątek w 

złocie, brylantach kosztownych kamieniach… 

– Rzeczywiście, przypominam go sobie… 
– Musiał on uprzedzić pana, że połowa tej fortuny należeć będzie kiedyś do pana. 
– Tak jest, panie Antiferze; ja muszę mieć ten list gdziekolwiek… 
– Jakto… gdziekolwiek!… Czyżbyś pan nie wiedział, gdzie jest ten list? 
– U mnie nic nie zginie… list ten znajdę z pewnością! 
Pan Antifer z trudnością zapanował nad sobą, gdyż miał ochotę zadusić bankiera w 

razie, gdyby się list nie znalazł. 

– Panie Zambuco, zaczął, spokój pana jest do wysokiego stopnia drażniącym! Mówisz 

pan o tym interesie z taką obojętnością… 

– Eh!… przerwał bankier. 
– Jakto… eh!… gdy chodzi o sto milionów franków… 
Zambuco skrzywił pogardliwie usta; panu Antiferowi zdawało się, że bankier tyle dba o 

te sto milionów, co o skórkę z pomarańczy. 

– To niegodziwiec, jaki on musi być bogaty! powiedział sobie w duchu pan Antifer. 
Tymczasem bankier, myśląc o tem, jakby tu podejść pana Antifera, przetarł chustką 

okulary i zapytał z powątpiewaniem: 

– Czy pan wierzysz na seryo w istnienie tego skarbu? 
– Czy ja wierzę?… Naturalnie, że tak… 
Tu pan Antifer opowiedział bankierowi wszystkie znane nam już szczegóły i że na 

wysepce w zatoce Oman, w skale oznaczonej monogramem Kamylk-Paszy, zamiast skarbu 
znalazł   skrzynkę,   a   w   niej   dokument,   zawierający   wiadomość   o   drugiej   geograficznej 

background image

długości, odnoszącej się do drugiej wysepki. Z wiadomością tą pan Antifer miał się udać do 
bankiera Zambuco,  który posiada cyfry szerokości geograficznej, potrzebne do określenia 
położenia drugiej wysepki 

Bankier podczas tego opowiadania starał się okazać obojętnym, ale drżenie jego rąk 

wskazywało głębokie wzruszenie. Gdy pan Antifer skończył, Zambuco rzekł: 

– Zdaje się, że nie należy powątpiewać o istnieniu skarbu. Ale dlaczego Kamylk-Pasza 

postąpił w ten sposób? 

W istocie trudno było odpowiedzieć na to pytanie. 
– Należy przypuszczać, że… zaczął pan Antifer. Ale najpierw powiedz mi pan, panie 

Zambuco, czy byłeś w jakikolwiek sposób wmięszany w przygody życia Kamylk-Paszy?… 
Czy oddałeś mu jaką przysługę? 

– Bez wątpienia… nawet bardzo wielką przysługę. 
– A z jakiego powodu? 
– Gdy powziął myśl spieniężenia swego majątku, a mieszkał wtedy w Kairze, gdzie i ja 

przebywałem… 

– No, to rzecz zupełnie jasna; pasza chciał, aby obydwie osoby, względem których miał 

długie wdzięczności, szukały razem jego skarbu; temi osobami jesteś pan i ja, ponieważ mój 
ojciec nie żyje. 

– A kto wie, czy niema jeszcze innych osób? podchwycił bankier. 
– Ach! nie mów mi pan tego! zawołał pan Antifer, uderzając w stół pięścią. Nawet nas 

dwóch jest już do tego spadku za wielu! 

– Masz pan słuszność, potwierdził Zambuco. Ale jeśli pan łaskaw, prosiłbym jeszcze o 

jedno   wyjaśnienie.   Dlaczego   w   tych   poszukiwaniach   towarzyszy   panu   teu   notaryusz   z 
Aleksandryi? 

– Dlatego, że warunek w testamencie zastrzega dla niego procent, ale pod warunkiem, 

że będzie ten człowiek obecny przy wydobyciu skarbu… 

– A jakiż to procent? 
– Jeden od sta. 
– Jeden od sta!… Ach, to niegodziwiec! 
– Niegodziwiec! Dobrze pan powiedziałeś! zawołał pan Antifer. Ja go także nigdy nie 

nazywam inaczej. 

Na tym punkcie obydwaj zgadzali się na jedno zdanie. 
– Teraz, rzekł pan Antifer, gdy pan już wiesz wszystko, sądzę, że będziemy wzejemnie 

otwarcie postępowali z sobą. 

Bankier okazał się niewzruszonym. 
–   Ja   posiadam   nową   długość   geograficzną,   znalezioną   na   wysepce,   a   pan   musisz 

posiadać szerokość geograficzną, odnoszącą się do wysepki numer drugi. 

– Tak, odpowiedział Zambuco po chwili wahania. 
– To dlaczegóżeś pan udawał, gdy ja tu przyszedłem i wymieniłem swoje nazwisko, że 

nic a nic nie wiesz z tej całej historyi? 

background image

– Dlatego, że nie chciałem wyjawiać moich tajemnic pierwszemu lepszemu obcemu 

człowiekowi.   Pan   mogłeś   być   oszustem,   panie   Antifer,   i   niech   się   pan   nie   obraża   o   to 
przypuszczenie;   musiałem   się   więc   mieć   na   baczności…   Ale   ponieważ   posiadasz   pan 
dokument, który panu poleca porozumieć się ze mną… 

– Tak, mam ten dokument. 
– Pokaż mi go pan. 
– Chwilkę, panie Zambuco. Zamiana powinna się robić z ręki do ręki. Czy pan masz list 

Kamylk-Paszy? 

– Mam. 
– A zatem daj mi pan list, a ja panu dam dokument. Zamiana powinna się odbyć w 

sposób prawidłowy.

– Niech i tak będzie, odpowiedział bankier. 
Rzekłszy   to,   wstał   i,   przysunąwszy   się   do   kufra,   zaczął   zwolna   odmykać   zamki, 

drażniąc   swoją   powolnością   jeszcze   bardziej   pana   Antifera.   Czyżby   Zambuco   chciał   tak 
samo, jak Ben-Omar w Saint-Malo, wydobyć z niego podstępem tajemnicę? 

– Nic z tego, powiedział sobie w duchu pan Antifer. Nie wyprowadzisz ty mnie w pole. 
Bankier   tymczasem   szukał   w   głowie   wybiegu,   któryby   mu   dozwolił   zagarnąć   cały 

spadek. 

W chwili, gdy miał już otwierać ostatni zamek, wyjął klucz i jakby wyrzekł się swoich 

zamiarów, usiadł napowrót na stołku. 

Błyskawica gniewu strzeliła z oczu pana Antifera. 
– Na co pan czekasz? zapytał. 
– Zastanawiam się nad jedną rzeczą, odpowiedział bankier. 
– Nad jaką, jeśli wolno zapytać? 
– Czy pan mniemasz, że w tej sprawie nasze prawa są zupełnie równe? 
– Naturalnie, że tak jest. 
– Co do mnie, jestem przeciwnego zdania. 
– A dlaczego? 
–   Dlatego,   że   to   pański   ojciec   oddał   przysługę   Kamylk-Paszy,   a   nie   pan;   gdy 

tymczasem ja osobiście wyświadczyłem mu przysługę… 

– Panie Zambuco! przerwał mu z uniesieniem pan Antifer, czy pan sobie drwisz ze 

mnie?…   Czy   prawa   mego   ojca   nie   przechodzą   na   mnie,   skoro   jestem   jedynym   jego 
spadkobiercą?.. Powiedz mi pan, czy chcesz lub nie chcesz być posłusznym woli Kamylk-
Paszy? 

– Uczynię to, co mi się podoba, odpowiedział oschle bankier. 
Pan Antifer chwycił się rękami za stół, a nogą odepchnął stołek, na którym siedział. 
– Wiesz pan, że nic nie możesz uczynić beze mnie! zawołał. 
– Ani pan beze mnie, odpowiedział flegmatycznie bankier. 

background image

Sprzeczka mogła wybuchnąć lada chwila. Pan Antifer był purpurowy z gniewu, bankier 

blady, ale pewny siebie. 

–   Czy   zechcesz   pan   powiadomić   mnie   o   swej   szerokości   geograficznej?   zawołał   z 

najwyższem uniesieniem pan Antifer. 

– Daj mi pan pierwej swoją długość geograficzną, odpowiedział bankier. 
– Za nic w świecie! 
– Mniejsza o to! 
– Oto mój dokument! krzyknął pan Antifer, wyciągając teczkę z kieszeni. 
– Schowaj go pan… mnie on niepotrzebny wcale! 
– Niepotrzebny panu?… Czy pan zapominasz, że tu idzie o sto milionów? 
– Nie, nie zapomniałem o tem. 
– Czy pan wiesz, że te miliony przepadną, jeżeli nie znajdziemy wysepki, na której są 

ukryte? 

– Mniejsza o to! mruknął pogardliwie bankier. 
Wszystka krew uderzyła do głowy pana Antifera. Jak można gardzić stu milionami? 
– Jak pan możesz pozbawiać, jeśli nie siebie, to drugich takiego majątku? zawołał z 

gniewem. Jak pan możesz odzywać się w ten sposób? 

– Widzi pan, odparł spokojnie Zambuco, gusta moje i upodobania są bardzo skromne i 

gdybym  odziedziczył  nawet pięćdziesiąt milionów, nie zmieniłbym  w niczem trybu mego 
życia. Posiadam tylko jedną namiętność, a tą jest skąpstwo. Póki nie widzę złota, mówię o 
niem obojętnie, ale skoro je zobaczę, zapragnę, aby cały skarb pozostał u mnie… 

– A cóż się stanie z częścią, mnie przypadającą? 
– Hm! w tem sęk właśnie… A czy nie moglibyśmy ułożyć się w ten sposób… Sto 

milionów pozostanie u mnie… 

– Nic z tego! krzyknął z oburzeniem pan Antifer. 
– Poczekaj pan, ciągnął zwolna bankier, ja nie chcę sobie przywłaszczyć tych milionów, 

ja będę panu od nich płacił procent, tylko niech one będą u mnie, w mojej szkatule, abym się 
mógł cieszyć ich widokiem… 

Twarz skąpca wyrażała w tej chwili szkaradną chciwość. Pan Antifer oburzył się. 
– Nic z tego, powtarzam, co mi po pieniądzach, któremi nie mógłbym rozporządzać 

podług mej woli. 

– Jeśli nie zgadzasz się pan na postawiony przeze mnie warunek, panie Antifer, to 

mówię   stanowczo,   że   pod   żadnym   pozorem   nie   wyjawię   ci   tajemnicy   szerokości 
geograficznej. Wolę, niech te skarby przepadną, niż ażebym miał patrzyć, że przechodzą w 
inne ręce, a nie w moje. 

– Czy to ostatnie twoje słowo, panie Zambuco? 
– Ostatnie i nieodwołalne, odpowiedział bankier. 
Pan Antifer zaklął straszliwie, zerwał z szyi krawat, jakby go co dusiło, chwycił za 

kapelusz i, jak waryat, wybiegł na ulicę. 

background image

Sauk,   zobaczywszy   go   w   stanie   takiego   rozdrażnienia,   zaniepokoił   się   okropnie. 

Niemniej przeraził się Julian i Trégomain, zanim pan Antifer wytłómaczył im powód swego 
gniewu i uniesienia. 

Rozdział IV

 
Pan Antifer był  tak rozdraźniony że jeżeli kiedykolwiek można było obawiać się o 

niego, to chyba w tej chwili. Wysłuchawszy jego opowiadania, Trégomain powiedział sobie 
w duchu: 

– Przepadły miliony! 
A Julian pomyślał: 
–   Tem   lepiej,   powrócimy   zaraz   do   Francyi,   i   ja   będę   mógł   rozpocząć   mój   zawód 

marynarza. Co mi tam po cudzych pieniędzach!… 

Tymczasem pan Antifer, oburzony do najwyższego stopnia, chodził szybkimi krokami 

po pokoju, mówiąc głosem przerywanym: 

– Sto milionów!… Stracić sto milionów  przez upór tego niegodziwca!… Doprawdy 

wart on szubienicy! Powiedz-no, Trégomain, dodał, zwracając się do przyjaciela, czy kto ma 
prawo wyrzec się milionów, gdy dość wyciągnąć rękę, aby je mógł posiąść? 

–   Nie   mogę   odpowiedzieć   tak   prędko   na   podobne   pytanie,   odparł   wymijająco 

Trégomain. 

– Nie możesz, nie możesz!… z gniewem powtórzył Antifer. A gdybyś widział, że twój 

statek Piękna Amelia, na którym znajduje się sto milionów, chce ktoś zatopić w morzu, czy 
także nicbyś na to nie odpowiedział? 

– O! to zupełnie co innego! 
– Jakto, co innego? To zupełnie jedno i to samo! Czy ten łotr Zambuco nie chce stracić 

moich   pięćdziesięciu   milionów?   Jeśli   on   nie   będzie   chciał   mi   wyjawić   tej   szerokości 
geograficznej,   to   ja   go   oskarżę   przed   władzą,   a   chcąc   się   oczyścić   z   tego   brzydkiego 
postępku, gotów jestem zrzec się całego majątku na cele dobroczynne. 

– Ach, jakby to było wzniośle i szlachetnie z twojej strony! zawołał Trégomain. Byłby 

to postępek godny Francuza i Antifera. 

Pan Antifer  spostrzegł,  że  się posunął zbyt  daleko  i spojrzał  tak  groźnie na  swego 

przyjaciela, że Trégomain zadrżał. 

– Sto milionów! zawołał pan Antifer. Zabiłbym raczej tego Zambuco, a nie wyrzekłbym 

się takiego majątku! 

– Co mówisz, mój wuju? ze zgrozą zawołał Julian. 
– Jak można wypowiadać takie niedorzeczności!… dodał Trégomain. 

background image

Ale obydwaj  zaniepokoili  się bardzo nadzwyczajnem rozdraźnieniem  pana Antifera, 

który nie słuchając ich słów pocieszających, porwał za kapelusz i wybiegł z pokoju. Julian i 
Trégomain myśleli, że udał się do bankiera i chcieli już za nim podążyć,  aby zapobiedz 
jakiemu nieszczęściu, lecz przekonali się, że pobiegł do swego pokoju i zamknął się w nim, 
chcąc w samotności rozmyślać nad swojem zmartwieniem. 

Ma się rozumieć, że po takiej przykrej scenie obydwaj nie mieli apetytu; zjadłszy więc 

nieco, wyszli odetchnąć świeżem powietrzem nad brzegami Bahiru. Wychodząc spotkali Ben-
Omara i Nazima i powiedzieii im o warunkach postawionych przez bankiera. 

– Pan Antifer powinien zastosować się do jego żądania! zawołali razem Ben-Omari i 

Nazim. 

Julian i Trégomain byli przeciwnego zdania i, rozstawszy się z nim, poszli aleją de la 

Marine

Wieczór był pogodny i ciepły; Julian i Tregomain przeszli się ponad jeziorem i zasiedli 

potem w kawiarni, aby swobodnie porozmawiać o wypadkach dnia ubiegłego. 

– Co nam tam po workach Kamylk-Paszy!… odezwał się Julian. 
– Naturalnie, potwierdził Trégomain, i bez tego można być szczęśliwym. 
Gdy   około   godziny   dziewiątej   wieczorem   wrócili   do   hotelu,   zastali   pana   Antifera 

przechadzającego się po pokoju i powtarzającego bezustanku: 

– Miliony!… miliony!… miliony!… 
Trégomain spojrzał znacząco na Juliana i wskazał na czoło, dając mu poznać, że pan 

Antifer postradał pewnie zmysły. 

Nazajutrz rano Trégomain i Julian postanowili nakłonić pana Antifera do wyjazdu z 

Tunisu. W tym celu udali się do jego pokoju, lecz pomimo stukania do drzwi nie odebrali 
żadnej odpowiedzi. 

–   Okropność!   szepnął   Trégomain   przerażony,   może   nieszczęśliwy   w   przystępie 

rozpaczy targnął się na swoje życie?… 

Przestraszony Julian pobiegł do odźwiernego i zapytał czy nie widzieli pana Antifera? 
– Pan Antifer wyszedł bardzo rano z domu, odpowiedział odźwierny. 
– A nie mówił dokąd idzie? 
– Nie. 
– Może poszedł do bankiera Zambuco, szepnął Julian. 
– Może… również cicho odpowiedział Trégomain. Ale w takim razie, zgadza się chyba 

na stawiane przez niego warunki… 

– Niepodobieństwo! zawołał Julian. 
–   I   ja   tak   sądzę,   ale   kto   go   tam   wie   wreszcie!…   dodał   Trégomain,   wzruszając 

ramionami. 

Po tej rozmowie udali się do kawiarni, z której mogli widzieć, jak pan Antifer powracać 

będzie od bankiera. 

Tymczasem pan Antifer pędził tak szybko do bankiera, jakby go ścigała sfora psów 

gończych. 

background image

– Dzień dobry! rzekł wchodząc do pokoju. Przyszedłem się zapytać, czy to coś mi pan 

wczoraj powiedział, jest ostatniem i nieodwołalnem słowem pańskiem? 

– Tak jest, odpowiedział chłodno bankier. 
Pan Antifer przez chwilę walczył z sobą, aby znowu nie wybuchnąć gniewem. Wreszcie 

rzekł z wysiłkiem: 

– Niech i tak będzie, zgadzam się na wszystko, tylko jedźmy… jedźmy jak najprędzej!

… 

– Pojedziemy za tydzień. 
– Nigdy! zawołał porywczo pan Antifer; nie miałbym cierpliwości czekać tak długo! Ja 

chcę co prędzej pozyskać moje miliony. 

Bankier, udający tylko obojętność, dał się z łatwością nakłonić do pośpiechu.
–   Ale   zanim   wyjedziemy,   rzekł   Zambuco,   musisz   mi   pan   doręczyć   formalne 

zobowiązanie na piśmie. 

– Napisz pan, a ja podpiszę. 
–   W   razie   niedopełnienia   ze   strony   pana   warunku   umowy,   winieneś   mi   pan   za   to 

wynagrodzenie. 

– Jakąż sumę stanowić ma to wynagrodzenie? z pośpiechem zapytał pan Antifer. 
– Sumę pięćdziesięciu milionów, to jest część spadku, przynależną panu. 
– Niech i tak będzie, tylko kończmy prędzej to wszystko, rzekł zniecierpliwiony pan 

Antifer. 

Bankier wziął arkusz papieru i jasno, dokładnie wypisał na nim swoje warunki. Pan 

Antifer   z   pośpiechem   podpisał   umowę.   Bankier   schował   papier   do   swojej   szkatuły,   a 
natomiast wyjął z niej jakiś pożółkły świstek… Był to list Kamylk-Paszy pisany przed laty 
dwudziestu. 

Pan   Antifer   wyjął   ze   swojej   teczki   również   pożółkły   dokument,   który   znalazł   na 

wysepce numer pierwszy, i oba jednocześnie dokonali zamiany tych papierów. 

W  dokumencie,   obok wzmianki,  że  zostanie   doręczony  przez  niejakiego  Antifera   z 

Saint-Malo niejakiemu Zambuco z Tunisu, znajdowało się objaśnienie następującej długości 
geograficznej: 7,23 na wschód od południka paryskiego. 

A w liście bankiera Zambuco, który zapowiadał odwiedziny Antifera z Saint-Malo była 

wiadomość o następującej szerokości geograficznej: 3,17 na południe. 

Należało tylko skrzyżować teraz te dwie linie na dobrej mapie, aby dokładnie określić 

położenie wysepki numer drugi. 

– Masz pan zapewne atlas? spytał Zambuco. 
– Mam nie tylko atlas, ale i siostrzeńca. 
– A cóż mnie obchodzi pański siostrzeniec? 
– Mój siostrzeniec najlepiej poszuka wysepki na mapie. 
– W takim razie chodźmy co prędzej do niego. 
I obydwaj w zupełnej zgodzie wyruszyli, aby wyszukać towarzyszy. 

background image

Pan Antifer, spostrzegłszy Juliana i Trégomaina, zawstydził się swej słabości, że tak 

łatwo zgodził się na warunki podane mu przez bankiera. Ale ponieważ nie było sposobu 
postąpić inaczej, pan Antifer odzyskał prędko swobodę i przedstawiwszy bankiera swoim 
towarzyszom, skierował się z nimi do hotelu. 

Gdy znaleźli się w pokoju i starannie zamknęli drzwi za sobą, pan Antifer rozłożył na 

stole mapę i zwracając się do Juliana, rzekł: 

–   Siedm   stopni,   dwadzieścia   trzy   minuty   długości   geograficznej   na   wschód   i   trzy 

stopnie siedmnaście minut szerokości geograficznej na południe. 

– Co, na południe? pomyślał z gniewem Julian. A więc o Kamylk-Pasza wysyła nas aż 

za równik? Kiedyś powrócimy do Francyi? 

Był tak rozgniewany, że nawet nie zabierał się do wyszukania na mapie wskazanego 

punktu. 

– Na cóż czekasz? zapytał porywczo pan Antifer. 
Julian ocknął się z zadumy i ująwszy kompas, zaczął prowadzić jego wskazówkę po 

siódmym południku aż do koła równikowego. Potem przeprowadził przez linię równoległą po 
stopniu trzecim i doszedł do punktu przecięcia linii z południkiem. 

– Gdzie jesteśmy? zapytał pan Antifer.
– W zatoce Gwinejskiej, na wysokości państwa Loango, w pobliżu zatoki Ma-Jumba. 
– Jutro rano, rzekł pan Antifer, pojedziemy końmi do Bon, a stamtąd koleją żelazną do 

Oranu. Zapewne będziesz nam pan towarzyszył? dodał, zwracając się do bankiera. 

– Ma się rozumieć! 
– Udasz się pan z nami aż do zatoki Gwinejskiej? 
– Choćby nakoniec świata, odpowiedział bankier. 
– Bądź pan zatem gotów jutro do drogi, rzekł jeszcze pan Antifer. 
A gdy bankier odszedł, pan Antifer odezwał się w te słowa do swoich towarzyszy: 
–   Cóż   robić,   nie   mogłem   postąpić   inaczej,   nie   mogłem   przecież   wyrzec   się   moich 

milionów! 

 

Rozdział V

 
Podróżni nasi wyruszyli z Tunisu o wschodzie słońca. Teraz wiedzieli dokąd dążą i 

myśli ich kierowały się ku zatoce Gwinejskiej, kióra oblewa kraj Loango.

background image

– Daleka podróż, rzekł Julian do Ben-Omara, nie wiem, czy pan się nie cofnie przed 

całą przeprawą morską? 

Ale   Ben-Omara   nęcił   wysoki   procent,   był   więc   przygotowany   znieść   wszystkie 

niewygody i przykrości podróży. Wprawdzie drżał na myśl, że tylko do Algeru jechać będzie 
lądem, a potem ciągle morzem, ale wyrzec się pieniędzy nie miał wcale zamiaru. 

Trégomain   dumał   nad   kaprysami   losu,   który   go   zmuszał   płynąć   aż   na   południową 

półkulę; lecz pomimo to przypatrywał się z zajęciem okolicy, która przedstawiała niezwykłe 
dlań widoki. 

Niezbyt wygodny powóz toczył się zwolna. Trzy konie zaledwo zdołały go ciągnąć; 

droga wiła się kapryśnie, czepiając się niekiedy skał nad urwiskami, to znów przebywając 
bystro płynące strumienie, w których woda dosięgała do połowy kół powozowych. 

Czas  był   prześliczny.  Na  szafirowem   sklepieniu   nieba   nie  ukazywała  się   najlżejsza 

nawet chmurka, a słońce sypało na ziemię żar i blaski. 

Po lewej stronie drogi ukazał się pałac beja, zwany Bardo, a dalej inne wille i pałace, 

wychylające się pośród figusów i drzew pieprzowych, podobnych do wierzb płaczących, gdyż 
gałęzie ich zwieszają się także do ziemi. Gdzieniegdzie widać było krajowców, odzianych w 
białe lub jaskrawe szaty. Na polach, wzgórzach i załomach skał pasły się trzody baranów i 
kóz, czarnych jak kruki. 

Ptaki unosiły się w powietrzu, a między niemi było mnóstwo papug o różnobarwnem, 

świetnem upierzeniu. 

Odpoczynki bywały dość częste, Julian i Trégomain wysiadali zawsze z powozu, aby 

wyprostować się trochę po niewygodnej podróży; Zambuco naśladował ich, ale nie rozmawiał 
z nikim. 

– Zdaje mi się, że ten bankier niemniej jest chciwy na miliony Kamylk-Paszy, jak nasz 

przyjaciel Antifer, rzekł raz Trégomain do Juliana. 

– I mnie się tak zdaje, potwierdził Julian. 
Sauk starał się zawsze podchwycić jakieś słówko z rozmowy, której udawał, że nie 

rozumie. Ben-Omar myślał wciąż o falach oceanu Atlantyckiego, a pan Antifer nie ruszał się 
z miejsca, ścigając myślą wysepkę, znajdującą się na przestrzeni palących wód afrykańskich. 
Przed zachodem słońca oczom podróżnych ukazała się osada Taburka, ujęta w ramę zieleni, 
ponad którą wznoszą się wieżyczki meczetów i białe kopuły minaretów. 

Wreszcie zapadła jasna, pogodna noc podzwrotnikowa; podróżni nasi jechali i nocą, 

chociaż grożą tu w nocy rozmaite niebezpieczeństwa. Najpierw drogi są złe i niewygodne, 
powtóre można napotkać rabusiów i włóczęgów, lub być napadniętym przez dzikie zwierzęta, 
których wycie rozlega się dokoła. 

Nakoniec jutrzenka ukazała się na niebie, oświetlając szare, nie zbyt wyniosłe wzgórza. 

U ich stóp wiła się dolina  Medżerdah, w której  głębi płynęła  rzeka pomiędzy drzewami 
laurowemi. 

Tego ranka pan Antifer zapytał Juliana. 
– Dokąd przybędziemy na noc? 
– Do stacyi Gardimau. 
– A kiedy będziemy w Bon? 
– Jutro wieczorem. 

background image

Po tej rozmowie pan Antifer popadł znowu w milczenie i zadumę, zwracając się myślą 

do nieznanej wysepki, o której z chciwością myślał także i Zambuco. 

Coraz częściej napotykano lasy i wioski arabskie. Stacye pocztowe bywały najczęściej 

gromadą nędznych szop i stajen, w których ludzie i zwierzęta żyli razem.

Podróżni   nasi   przebywali   wzgórza,   doliny   i   strumienie.   Nade   dniem   dojechali   do 

Sukharas, gdzie napotkali nieco wygodniejszy hotel, w którym mogli wypocząć trochę, po 
dwóch dobach uciążliwej jazdy. 

Pan Antifer i Zambuco gniewali się na tę zwłokę. 
– Uspokój się, mówił Trégomain do swego przyjaciela, przybędziemy do Bonn dość 

wcześnie, a jutro rano pojedziemy dalej koleją… 

–   Gdybyśmy   się   pospieszyli,   moglibyśmy   już   dziś   wieczorem   wyjechać   z   Bonn, 

przerwał pan Antifer. 

Na takie rozumowanie trudno było znaleźć odpowiedź. Trégomain z Julianem, widząc, 

że nie przekonają pana Antifera, wyszli przypatrzyć się miasteczku. Trégomain był oburzony 
że   muszą   podróżować   tak   szybko,   nie   mogąc   tym   sposobem   skorzystać   z   widoków 
nieznanych często pięknych okolic i obcych ludzi. 

– Kto to widział tak jeździć, mówił do Juliana. Ani w Tunisie, ani w Algerze nic nie 

zobaczymy. 

– W istocie, to bardzo rozsądnie ze strony mego wuja, bo przecież w podróżach można 

się wielu rzeczy nauczyć, odpowiedział Julian. Ale z wujem – to ciężka sprawa! Nie da się 
przekonać. Dokąd nas ta podróż zawiedzie? 

– Jestem pewien, że to wszystko żart, rzekł Trégomain. 
– Bardzo to być może, odpowiedział Julian. 
– Kto wie, czy na wysepce numer drugi nie znajdziemy nowego dokumentu, który nam 

każe szukać wysepki numer trzeci! 

– A potem numer czwarty i piąty, po jednej wysepce w każdej części świata, dodał 

Trégomain, wzruszając ramionami. 

– A jednak pan jechałbyś z moim wujem… 
– Co?… Ja?… 
– Tak, pan nic przcie nie potrafi odmówić mojemu wujowi… 
– Masz słuszność; bo też  Antifer – biedny człowiek…  lękam się doprawdy o jego 

rozum… 

– Co do mnie, panie Trégomain, ja dalej nie pojadę, jak do tej wysepki numer drugi! 

Nie dbam wcale o te skarby! 

– Tembardziej gdy trzeba się nimi podzielić z tym krokodylem Zambuco… 
– Powtarzam raz jeszcze, że nie pojadę dalej jak do zatoki Loango, ale stamtąd nakłonię 

wuja, abyśmy wracali do Saint-Malo. 

– A jeśli mój przyjaciel będzie się upierał przy swojem zdaniu i nie zechce wracać?… 
– Ha! to w takim razie niech sam podróżuje, odparł z gniewem Julian. 
–   No,   no,   nie   unoś   się,   rzekł   pojednawczo   Trégomain,   jakoś   to   będzie!…   A   teraz 

wracajmy do hotelu, aby pan Antifer nie gniewał się, żeśmy się spóźnili. Przytem zobaczymy 

background image

może miasto Bonn, gdy wyjedziemy wcześnie, ale nadewszystko chciałbym zwiedzić Alger, 
w którym sądzę, że odpoczniemy dni kilka. 

– Być może, gdyż mam nadzieję, że od razu nie znajdziemy okrętu, na którym możnaby 

popłynąć na zachodnie wybrzeża Afryki. 

– Czy ty, Julianie, znasz Alger? 
– Znam, panie Trégomain. 
– Podobno to piękne miasto, zbudowane amfiteatralnie na skałach… 
– Bardzo piękne, ale Saint-Malo piękniejsze, odparł z głębokiem przekonaniem Julian. 
Rozmawiając w ten sposób, zawrócili do hotelu. 
Był już po temu czas wielki: woźnica zaprzęgał konie, a pan Antifer niecierpliwił się 

okropnie. W kilka chwil później powóz staczał się ze wzgórza Sukaras. 

Okolica przedstawiała widok niezmiernie malowniczy; pomiędzy wzgórzami, okrytemi 

zielenią i drzewami, sterczały skały, lub wychylały się wioski. W nocy połyskiwały ognie, 
rozpalone dla odstraszenia dzikich zwierząt. 

Trégomain znudzony podróżą, rozmawiał chętnie z woźnicą i od niego dowiedział się, 

że w lasach kryją się tu lwy i pantery. Rozmowa ta nie robiła wrażenia na panu Antiferze; 
Sauk udawał że nic nie rozumie, a Zambuco spoglądał trwożnie przez okno. Ben-Omar drżał 
jak listek i wtulał się w kąt powozu, gdy z daleka usłyszał wycie dzikiego zwierza. 

–   Podobno   przed   kilku   dniami   dzikie   zwierzęta   napadły   na   podróżnych,   mówił 

Trégomain, musieli strzelać do nich, a potem spalić powóz, aby odstraszyć je od siebie. 

– A cóż się stało z podróżnymi? zapytał, trzęsąc się ze strachu Ben-Omar. 
– Nic  im się złego  nie  stało, odpowiedział  Trégomain,  tylko  musieli  iść  pieszo do 

najbliższej stacyi. 

– O! jabym nigdy nie zdołał iść tak daleko! zawołał notaryusz. 
– No, to zostałbyś pan w tyle, bo niktby na pana nie czekał, odezwał się milczący dotąd 

pan Antifer. 

Dzień upłynął bez żadnego ważniejszego wypadku, lecz Trégomain powiedział sobie w 

duchu ze smutkiem, że nie zobaczy miasta Bonn, gdyż przejeżdżać będą tamtędy w nocy. I 
rzeczywiście  około siódmej  godziny wieczór mijali  Hipponę, miejscowość sławną, dzięki 
imieniowi św. Augustyna i ciekawą z powodu źródeł, u których Arabowie odprawiają swoje 
czary i zaklęcia. Dopiero w lat dwadzieścia później powstał tu kościół i szpital, staraniem 
kardynała Lavigerie. 

Ale Bonn niknęło w cieniach nocy, i Trégomain nic nie widział, co go niesłychanie 

zmartwiło.   Gdy   przyjechali   do   tego   miasta,   zasnęli   snem   twardym,   wywołanym   trudami 
podróży. 

 

Rozdział VI

background image

 
Podróżni nasi wyjechali z Bonn o szóstej rano. Żaden z nich nie zwracał uwagi na 

okolicę, jeden tylko Trégomain wyglądał przez okno wagonu. Mijali szybko stacye. Z daleka 
widniały przed nimi  wysokie  góry i morze  Śródziemne,  wreszcie  wieczorem przybyli  do 
Algeru.

Noc była ciemna, lecz niebo zasiane gwiazdami; zarysy budowli odcinały się ciemnemi 

liniami,   a   w   oddali   wznosiła   się   Kasbach,   którą   Trégomain   bardzo   pragnął   zwiedzić. 
Dotychczas   widział   tylko   tyle,   że   z   przystani   wchodziło   się   po   schodach   na   bulwar, 
podtrzymany arkadami i że obecnie znajduje się w hotelu europejskim. 

Posiliwszy się, Trégomain rzekł do Juliana: 
– Będziemy przecież mieli kilka dni czasu do zwiedzenia miasta. Połóżmy się więc 

spać, abyśmy odpoczęli na jutro. 

– Masz słuszność, panie Trégomain, ale co do mnie muszę jeszcze napisać do ciotk i do 

Elizy. 

Ben-Omar i Sauk udali się także do swoich pokoi, a pan Antifer i Zambuco wyszli na 

miasto, lecz nikt nie wiedział dokąd, chociaż wszyscy byli bardzo tem zaciekawieni. 

– Uważałem że w wagonie wuj ciągle szeptał z bankierem. Nad czem oni mogli się 

naradzać? rzekł Julian. 

– Albo ja wiem, odparł Trégomain i powiedziawszy dobranoc Julianowi, udał się do 

swego pokoju. Tu otworzył okno, aby odetchnąć świeżem powietrzem. Przy bladem świetle 
gwiazd widać było całą przystań aż do przylądku Matifu. Okręta stojące w porcie połyskiwały 
mnóstwem różnobarwnych świateł, z kominów ich unosił się dym i sypały się iskry. Dalej 
morze   zdawało   się   łączyć   z   horyzontem,   na   którym   błyszczały   wspaniałe   konstelacye. 
Wszystko wróżyło pogodę. 

– Co za szczęście, mówił sobie Trégomain, że będę mógł zwiedzić to piękne miasto! 
Wtem gwałtowne stukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia. 
– Czy to ty, Julianie? zapytał Trégomain. 
– Nie, to ja… Antifer… 
– Zaraz ci otworzę, mój przyjacielu! 
– Niepotrzeba, ubieraj się tylko prędko i zamykaj walizę. 
– Dlaczego? 
– Dlatego że jedziemy, najpóźniej za trzy kwadranse. 
– Co!? co!? zawołał Trégomain, własnym niedowierzając uszom. 
– Śpiesz się, bo ja nie lubię czekać, dodał przez drzwi Antifer. 
Trégomain   przetarł   oczy   i   zapytał   się   samego   siebie,   czy   nie   śni?   Ale   nie,   słyszał 

bowiem głos pana Antifera, który wołał na Juliana. Teraz domyślił się po co Antifer wyszedł 
z  bankierem  Zambuco;  chodzili  obydwaj  do  przystani  dowiedzieć   się,  czy  jaki  okręt  nie 
odpływał od Loango. Oczywiście musieli znaleźć okręt, skoro bez zwłoki w dalszą mają się 
udać   drogę…   Trégomain   zły   i   niezadowolony   układał   rzeczy   w   walizie,   wiedząc,   że   z 
Antiferem nic nie poradzi. 

W tej chwili do jego pokoju wszedł Julian. 

background image

– Ktoby się spodziewał, że wuj i tu odpocząć nam nie pozwoli! zawołał Julian. 
– A widzisz, mój chłopcze, nie zobaczę Algeru, dodał smutnie Trégomain. Doprawdy ja 

się w końcu oburzę! 

– Jestem pewien, że tego nie uczynisz, panie Trégomain! 
– A może i nie, po chwilowym namyśle odpowiedział Trégomain, twój wuj zawojował 

mnie zupełnie. 

W dziesięć minut później podróżni nasi spotkali się w przedsionku hotelowym. Gdy 

przybyli do portu, okręt był już gotów do drogi. Kocioł parowy sapał, czarny dym unosił się z 
komina, a przeraźliwy świst oznajmiał, że okręt wkrótce podniesie kotwicę. 

Duża łódź czekała na podróżnych przy brzegu, i wkrótce znaleźli się oni na pokładzie 

statku, który przewoził podróżnych i towary. Nareszcie statek poruszył się, pozostawiając za 
sobą szeroką smugę piany. 

Gdy wypłynęli na pełne morze i skierowali się ku zachodowi, ujrzeli gromadę białych 

domów. Było to Kasbach. 

Pasażerowie okrętu Katalan byli po większej części marynarzami, którzy powracali do 

nadbrzeżnych   portów;   znajdowali   się   rownież   pomiędzy   nimi   Senegalczycy   i   oficerowie 
marynarki. Wielu podróżnych udawało się aż do Dakar. 

– Z Dakar do Loango to jeszcze daleko, rzekł Zambuco do pana Antifera. 
– Trafimy i stamtąd do Loango, odpowiedział tenże chociaż ta podróż będzie napewno 

bardzo uciążliwa. 

W nocy minęli przylądek Biały, a nazajutrz rano spostrzegli z daleka wzgórza Uranu. 
Nieco dalej rozciąga się już wybrzeże marokańskie. Na horyzoncie w blaskach słońca 

ukazuje   się   Tetuan,   a   jeszcze   dalej,   w   stronie   zachodniej,   Ceuta,   zbudowana   na   skale 
pomiędzy   dwiema   przystaniami.   Wreszcie   poza   cieśniną   Gibraltarską   ukazały   się 
niezmierzone   fale   Atlantyku.   Po   morzu   Śródziemnem   snuły   się   łodzie   żaglowe,   które 
oczekiwały na wiatr przyjazny, aby przepłynąć Gibraltar. 

Gdy wypływali na ocean Atlantycki, Julian znajdował się razem z Trégomain’em w 

izdebce oficerskiej. Obydwom im jedna myśl przyszła do głowy: 

– Mój Boże! gdyby to płynąć można do Francyi, westchnął głośno Trégomain. 
– A tymczasem dokąd my dążymy? odpowiedział Julian. 
– Lękam się, że do jakiejś nory szatańskiej, dodał Trégomain, ale cóż robić, trzeba 

cierpliwie   znosić   te   przykrości!   Za   kilka   dni   będziemy   w   Dakar,   a   stamtąd   do   zatoki 
Gwinejskiej… 

–   Ale   czy   my   z   Dakar   będziemy   mogli   zaraz   udać   się   dalej?…   Kto   wie,   czy   nie 

będziemy zmuszeni czekać w Dakar kilka tygodni na okręt, mający nas przewieźć dalej? 
Doprawdy, nie rozumiem, czy wuj wyobraża sobie, że tak łatwo znajdzie wysepkę numer 
drugi? Co to za ogień? dodał ukazując w oddali jakiś punkt świetlany. 

– To latarnia morska na przylądku Spartel. 
Pogoda sprzyjała, i okręt płynął swobodnie, niezbyt daleko od brzegu, na którym widać 

było wyniosłe, skaliste wzgórza i górę Thésat, wznoszącą się na tysiąc metrów ponad poziom 
morza. Przylądek Dschuby stanowi kres granicy marokańskiej. 

background image

Trégomain nie widział wysp Kanaryjskich, gdyż okręt przepłynął zbyt daleko od nich, 

lecz widział za to przylądek Bojador, zanim minął zwrotnik Raka. 

Wreszcie minęli przylądek Biały i ujrzeli wybrzeża Senegalu. 
Ponieważ wszyscy podróżni dążyli  do Dakar, okręt nie zatrzymał się więc wcale w 

Saint-Louis, stolicy kolonii francuskiej. 

Nakoniec piątego maja o wschodzie słońca okręt minął przylądek Zielony, leżący pod tą 

samą   szerokością   geograficzną,   co   wyspy   tegoż   nazwiska.   Gdy   okręt   okrążył   trójkątny 
półwysep, oczom podróżnych ukazał się port Dakar, należący do Francyi. 

Rozdział VII

 
Trégomain   nigdyby   nie   przypuścił,   że   los   zapędzi   go   tak   daleko.   Podczas   gdy   się 

przechadzał  na wybrzeżu Dakar z Julianem, pan Antifer i bankier Zambuco udali się do 
agencyi marynarki francuskiej. 

Niezmordowany poszukiwacz milionów zabłądził w ciasnych uliczkach miasta, które 

niczem się nie odznaczało od innych mniejszych miast dalekiego wschodu. Ogród publiczny, 
cytadela i szpital – oto wszystko, na co można zwrócić uwagę w Dakar. 

Pan   Antifer,   choć   niechętnie,   musiał   zapytać   jakiegoś   Araba   o   gmach   zarządu 

marynarki francuskiej i jeszcze niechętniej musiał temu przewodnikowi dość drogo zapłacić 
za jego usługę. W towarzystwie Araba i w usposobieniu bynajmniej nieróżowem udał się pan 
Antifer w głąb miasta. 

Tymczasem Trégomain z Julianem błąkali się po mieście i po wybrzeżu, przyglądając 

się stojącym w przystani olbrzymim okrętom francuskim, które stąd płynęły do Rio-Janeiro. 

Trégomain   mógł   się   przypatrzyć   dokładnie   murzynom   z   pokolenia   M’Bambaras, 

których mnóstwo snuło się po ulicach miasta. 

– Wielki Boże! jak ci ludzie mogą znosić taki straszny upał? mowił Trégomain, który 

chcąc się uchronić od palących promieni południowego słońca, okrył kraciastą swą chustką 
głowę i na to włożył kapelusz. Doprawdy niezdołałbym tu wyżyć długo. 

– To jeszcze nic, panie Trégomain, odpowiedział Julian, dopiero gdy będziemy w głębi 

zatoki Gwinejskiej, o kilka stopni poniżej równika… 

– No, to wtedy już się napewno roztopię i do kraju przywiozę tylko skórę i kości, odparł 

Trégomain z głębokiem przekonaniem. 

– Zdaje mi się, że pan już nawet zeszczuplał, rzekł młody kapitan. 
– Doprawdy? No, ale to mnie nie przeraża, dużo jeszcze upłynie czasu, zanim schudnę 

jak szczepa. A nawet zdaje mi się, że lepiejby było, gdybym schudł, skoro udajemy się w 
strony, gdzie ludzie żywią się mięsem ludzkiem. Czy tam w pobliżu Gwinei znajdują się 
także ludożercy? 

background image

– Zdaje mi się, że teraz już ich tam nie ma, odpowiedział Julian. 
– A więc, mój chłopcze, starajmy się w każdym razie nie kusić krajowców naszą tuszą. 

A zresztą kto wie, czy nie pojedziemy szukać wysepki numer trzeci i to w takich okolicach, 
gdzie ludzie zjadają się wzajemnie… 

– A tak, w Australii albo na wyspach oceanu Spokojnego zdarzają się takie wypadki. 
–   Tak,   tak,   wiem,   że   tam   znajdują   się   ludożercy,   potwierdził   z   westchnieniem 

Trégomain. 

– Bądź-co-bądź musimy przeszkodzić wujowi, aby tam nie pojechał, rzekł stanowczo 

Julian. 

– Ma się rozumieć, dodał Trégomain. 
Gdy Trégomain z Julianem wrócili do hotelu, zastali tam już pana Antifera i bankiera 

Zambuco. 

Agent francuski, u którego byli, przyjął swoich ziomków bardzo uprzejmie, lecz ku 

wielkiemu  ich zadowoleniu dowiedzieli  się, że z Dakar do Loango statki  kursują bardzo 
nieregularnie,   mniej   więcej   raz   na   miesiąc,   że   zatem   odpłynąć   będą   mogli   zaledwie   za 
tydzień. 

Co tu robić przez tydzień w takiem nędznem i nieciekawem miasteczku, którego nawet 

okolice   nie   były   godne   widzenia?   Aby   wytrwać   spokojnie,   trzeba   było   mieć   taki   zapas 
szczęśliwej filozofii, jaką posiadał poczciwy Trégomain. 

Ale   reszta   towarzyszy   podróży   nie   mogła   się   pochlubić   tą   zaletą,   to   też,   chociaż 

błogosławili Kamylk-Paszę za spadek, gniewali się na niego za ten dziwaczny pomysł, który 
kazał im się tułać po lądach i morzach. 

– Czy ten Egipcyanin nie mógł wybrać innej wysepki? mawiał pan Antifer. Przecież 

mógł   znaleźć   jakiś   ustronny   zakątek   na   morzu   Baltyckiem,   Północnem,   Czarnem   lub 
Sródziemnem,   albo   nawet   na   oceanie   Atlantyckim!   Doprawdy   Kamylk-Pasza   był   zbyt 
przezornym! 

Lecz pomimo tego narzekania, żaden z nich nie wyrzekłby się skarbów! Nawet biedny 

notaryusz, który tyle cierpiał w drodze. 

Ciągłe obcowanie ze sobą nie zbliżało jednak naszych podróżnych. Tworzyli oni trzy 

partye: pan Antifer przestawał z bankierem, Sauk z notaryuszem i Trégomain z Julianem. Gdy 
się zeszli razem, a było to podczas śniadania, obiadu lub kolacyi, nie rozmawiali nigdy o celu 
swej podróży, ograniczając się tylko na kwestyach potocznych. 

– Tydzień więc musimy siedzieć w tej dziurze! powtarzał pan Antifer do bankiera. 
– To najgorzej, że dostaniemy się do Loango i że stamtąd będziemy musieli wracać z 

pięćdziesiąt mil do zatoki Ma-Jumba. 

– O! wielka rzecz! zawołał pan Antifer. 
– Ma się rozumieć że wielka, odparł Zambuco; podróż może być niebezpieczna. 
–  Do  licha!   nie  myślmy   o tem!…   Dość  będzie  na  to  czasu,  gdy przybędziemy   do 

Loango! zawołał pan Antifer. 

–   A   możeby   kapitan   statku   zatrzymał   się   w   porcie   Ma-Jumba?   Przecież   niewiele 

musiałby zboczyć z drogi? 

– Wątpię, aby się kapitan na to zgodził, bo mu nie wolno tak postąpić. 

background image

– Możeby to uczynił, gdy mu ofiarujemy sowite wynagrodzenie? 
– Zobaczymy, zobaczymy!… Ty, Zambuco, zajmujesz się zawsze drobnostkami, a dla 

mnie nie istnieją takie drobiazgi. Teraz myślę jedynie o tem, żeby się dostać do Loango, a 
przecież stamtąd trafimy do Ma-Jumba. Mamy dobre nogi i gdyby nie było innego sposobu 
wydostania się z Dakar, nie wahałbym się iść pieszo po wybrzeżu morskiem. 

– Co? pieszo? podchwycił bankier. 
– A ma się rozumieć, potwierdził pan Antifer. 
–  Dziękuję za  tę  przyjemność!  Nie  myślisz   chyba   o niebezpieczeństwach  podobnej 

podróży,   gdzie   przebywać   trzeba   posiadłości   Liberia,   wybrzeże   kości   słoniowej,   kraj 
Aszantów i Dahomeju! Wolę już najgorszą przeprawę morską, niż podróż po tych krajach, 
gdzie można być żywcem zjedzonym. 

Inne zupełnie myśli zajmowały Sauka; zastanawiał się jedynie tylko nad tem, w jaki 

sposób zdoła wydrzeć spadkobiercom majątek. 

Ben-Omar przerażony był jego zamiarami, bo wiedział, że Sauk nie cofnie się nawet 

przed rozlewem krwi i że potrafi zwerbować sobie do pomocy jakich miejscowych rabusiów. 

– Niebezpieczna to rzecz, przedstawiał Ben-Omar Saukowi, chcieć wydrzeć komuś jego 

własność. Pan Antifer i jego towarzysze są to ludzie odważni i drogo sprzedaliby swoje życie, 
a wieść o podobnym wypadku rozeszłaby się z tych dzikich krain Afryki po całym świecie. 

Zbrodnia nie ujdzie nigdy bezkarnie. 
– Ja znam tylko jednego niedołęgę, który byłby zdolny mnie zdradzić przerwał mu z 

gniewem Sauk. 

– Któż to taki, ekscelencyo? 
– Ty, Ben-Omarze! 
– Ja? 
– Tak, ty, ale strzeż się, bo ja umiem zmuszać ludz do milczenia! z groźbą dokończył 

Sauk. 

Ben-Omar zadrżał… Czyżby Sauk i na jego życie godził? 
Wreszcie   upragniony   okręt   zjawił   się   w   porcie   Dakar;   był   to   statek   portugalski, 

przewożący podróżnych i towary do Saint-Paul de Loanda. Podróżni nasi zamierzali nazajutrz 
wyruszyć w drogę, która miała potrwać z tydzień. 

Pan Antifer i bankier Zambuco nie posiadali się z radości, znalazłszy się na pokładzie 

okrętu. Wszystkie ich myśli zwracały się do wysepki, która przyciągała ich jak magnes. 

Ben-Omar   o,  dziwo!  nie   cierpiał  tak   bardzo  podczas   tej   przeprawy  morskiej;  okręt 

bowiem   płynął   niedaleko   wybrzeża;   morze   było   spokojne,   a   lekki   wiatr   od   strony   lądu 
sprzyjał żegludze. Okręt minął przylądek Palmowy i płynął teraz dalej od brzegów, z tego też 
powodu   nie   widzieli   wcale   kraju   Aszantów,   ani   Dahomeju,   ani   nawet   wierzchołka   góry 
Kamerun, która dosięga wysokości trzech tysięcy dziewięciuset metrów ponad poziom wyspy 
Fernando-Po, a znajduje się na krańcach Wyższej Gwinei. 

Wreszcie   jednego  dnia   Trégomain   dowiedział   się   od   Juliana,   że   wkrótce   przepłyną 

równik. 

background image

–   Zapewne   pierwszy   i   ostatni   raz   w   życiu   znajduję   się   w   tych   stronach,   rzekł   ze 

wzruszeniem   Trégomain,   i   pod   wpływem   tego   wzruszenia   bez   żalu   oddał   marynarzom 
okrętowym piastra, jakim podróżni obdarzają ich, przepływając równik. 

Nazajutrz o wschodzie słońca okręt znajdował się na wprost zatoki Ma-Jumba. Gdyby 

kapitan chciał się zatrzymać  w tym porcie, który należy do kraju Loango, iluż niewygód 
uniknęliby nasi podróżni! 

Julian   z   polecenia   wuja   udał   się   z   tą   propozycyą   do   kapitana,   który   mówił   tylko 

językiem portugalskim, Julian zaś tylko angielskim. Z trudem więc porozumieli się. Lecz 
kapitan   odmówił   stanowczo,   gdyż   za   żadne   skarby   świata   nie   chciał   uchylić   w   niczem 
przepisom swej służby. Jemu wolno było płynąć tylko do Saint-Paul de Loanda, a nigdzie 
indziej. 

Można sobie wyobrazić gniew pana Antifera. Ale na ten raz gniew jego na nic się nie 

przydał. Wreszcie okręt zatrzymał się w Loanda, pasażerowie wysiedli do szalupy, a statek 
popłynął dalej. 

 

Rozdział VIII

 
Nazajutrz pod cieniem platanu, którego gałęzie chroniły od palących promieni słońca, 

dwóch mężczyzn rozmawiało z ożywieniem. Jednym z nich był Sauk, drugim niejaki Barroso, 
którego Sauk ze zdumieniem ujrzał na ulicy w Loango i pociągnął za sobą poza miasto.

Ów   Barroso   przebywał   długi   czas   w   Egipcie   i   należał   do   bandy   awanturników,   z 

którymi bezkarnie dokazywał Sauk dzięki opiece swego ojca Murada, krewnego Kamylk-
Paszy. Gdy jednak zanadto przebrali miarę, Sauk musiał rozpuścić swoją bandę. Barroso po 
krótkim pobycie w Portugalii udał się do Loango i zajmował się przewożeniem towarów. W 
owym czasie handel upadł po zniesieniu handlu niewolnikami i ograniczał się jedynie do 
przewozu   kości   słoniowej,   palmowego   oleju   i   mahoniowego   drzewa.   Barroso   posiadał 
obecnie   statek,   który   wynajmowali   kupcy   do   przewożenia   towarów.   Bandyta   ten   był 
człowiekiem lat około 50 liczącym. Takiego to właśnie człowieka potrzeba było Saukowi do 
jego   zbrodniczych   zamiarów.   Stojąc   teraz   pod   cieniem   platanu,   którego   pień   zaledwie 
dwudziestu ludzi zdołałoby objąć, Sauk układał groźne projekty przeciwko panu Antiferowi i 
jego towarzyszom. 

Gdy Sauk i Barroso odpowiedzieli sobie wzajemnie o przygodach, jakie ich spotkały od 

czasu   ich   rozstania,   Sauk   przystąpił   od   razu   do   interesu   i   obiecał   swemu   dawnemu 
podwładnemu sowite wynagrodzenie, jeżeli się przychyli do jego żądania, lecz nie mówił mu 
wcale o ukrytych skarbach. 

– Chcąc  poprowadzić  do skutku  zamiar,  jaki mam  w  głowie, potrzebuję  człowieka 

odważnego i zdecydowanego na wszystko, mówił Sauk. 

background image

–   Znacie   mnie,   ekscelencyo,   odrzekł   Portugalczyk,   znacie,   że   nie   cofam   się   przed 

niczem… 

– No, jeżeli nie zmieniłeś się Barroso… 
– O! nie, ekscelencyo. 
– Wiedz zatem, że trzeba będzie pozbyć się czterech a może nawet pięciu ludzi. 
– Jeden mniej,  czy więcej… z  cynizmen  przerwał  Barroso. Ale jaki  plan ułożyłeś, 

ekscelencyo? 

– Zaraz ci to powiem, odparł Sauk, bacznie oglądając się dokoła. Ludzi, o których 

mowa, jest czterech; trzech Francuzów, a czwarty bankier z Tunisu nazwiskiem Zambuco. 
Wszyscy dążą po skarb, który ma być ukryty na jakiejś wysepce w zatoce Gwinejskiej. 

– A w jakich mniej więcej stronach? zapytał z żywością Barroso. 
– W zatoce Ma-Jumba, odparł Sauk. Zamiarem tych podróżnych było udać się pieszo aż 

do tej mieściny i sądziłem że z łatwością można ich będzie napaść, gdy będą wracać do 
Loango   ze   swoim   skarbem.   W   Loango   bowiem   postanowili   czekać   na   statek,   mający   z 
powrotem przewieźć ich do Dakar. 

– W istocie bardzo łatwo urządzić można zasadzkę ekscelencyo, potwierdził Barroso. 

Znajdę ze dwunastu uczciwych awanturników, którzy nie odmówią nam swoich usług, ma się 
rozumieć za dobrem wynagrodzeniem. 

– O to bądź spokojnym. Zdaje mi się, że zamiar powinien się udać. 
–   Bez   wątpienia,   ekscelencyo!   Ale   jabym   przedstawił   panu   plan   jeszcze   lepszy   i 

pewniejszy. 

– Mów, odparł Sauk. 
– Ja mam pod swymi rozkazami statek, na którym przewożę towary z jednego portu do 

drugiego i właśnie mój statek ma za dwa dni odpłynąć do Gabon, a jest to trochę na północ od 
Ma-Jumba. 

– A to się wybornie składa! Pyszna okoliczność, z której należy korzystać! zawołał 

Sauk. Pan Antifer z chęcią zgodzi się popłynąć statkiem, aby uniknąć trudów pieszej podróży. 
My wysiądziemy w Ma-Jumba, a ty odstawisz towary do Gabon i potem wracając, zabierzesz 
nas wraz ze skarbami. Podczas powrotu do Loango, rozumiesz… 

– Rozumiem, ekscelencyo! 
– Ilu masz ludzi na statku? 
– Dwunastu. 
– A jesteś pewny ich wierności? 
– Jak samego siebie. 
– A co ty wieziesz do Gabon? 
– Różne towary i oprócz tego sześć słoni, zakupionych przez pewien dom handlowy, 

skąd mają być wysłane do menażeryi w Hollandyi. 

– Czy ty nie mówisz po francusku, Barroso? 
– Nie, ekscelencyo. 

background image

– Ja zaś udaję, że nic nie rozumiem, przytem uchodzę za dependenta notaryusza Ben-

Omara, który się z tobą rozmówi o wynajęciu statku. Jestem pewny, że pan Antifer zgodzi się 
na tę podróż. 

Naturalnie że to nie ulegało żadnej wątpliwości, gdyż spadkobiercy nie przypuszczali, 

że ktoś może godzić na ich życie. Plan wydawał się Saukowi znakomicie obmyślonym; jeżeli 
spadkobiercy utoną w zatoce Gwinejskiej, któż może go posądzić o zbrodnię? 

Kraj Loango nie należał jeszcze wtedy do Francyi, lecz był państwem niepodległem, 

stanowiącem   część   krainy   Kongo.   Od   przylądka   Lopez   aż   do   rzeki   Zairy,   na   całej   tej 
przestrzeni, królowie mniejszych  posiadłości, uznawali nad sobą potęgę władcy Loango i 
płacili   mu   daniny,   przeważnie   niewolnikami.   Ludność   murzyńska   dzieli   się   na   wyraźne 
warstwy społeczne: najwyższą jest król i jego rodzina, drugą książęta i księżniczki z linii 
panujących, trzecią kapłani, a czwartą kupcy, rzemieślnicy i lud prosty. 

Istnieje także oddzielna klasa niewolników, których wprawdzie teraz nie sprzedają za 

granicę,   ale   zniesienie   tego   prawa   nie   tyle   wypłynęło   z   obrony   godności   ludzkiej,   ile   z 
konieczności i zmiany interesów. Tego samego zdania był i Trégomain. 

–   Mój   kochany,   rzekł   do   Juliana   gdyby   ludzie   nie   wymyślili   cukru   z   buraków,   a 

wyrabiali go z trzciny cukrowej, handel niewolnikami nie ustałby nigdy. 

– Masz pan słuszność, odparł Julian. Ale zwracając się jeszcze  do naszej podróży, 

powtarzam raz jeszcze, że nie uważam jej za zbyt bezpieczną. Przebyć dwieście kilometrów 
w tym kraju, to rzecz niełatwa; wuj na to nie zważa, bo on teraz o niczem nie myśli, tylko o 
milionach. 

– Co do mnie, lękam się ciągle o jego umysł. 
– W porównaniu z obecną podróżą, wycieczkę z Maskatu do Sohar można nazwać 

przyjemną przechadzką. 

– Możeby można w Loango zebrać karawanę z krajowców? 
– O! im nie można więcej dowierzać, niż hyenom lampartom, panterom i lwom! 
– O! jej! Czy tu i zwierząt jest taka obfitość? 
– Ma się rozumieć, z dodatkiem do tego jadowitych węży, jak na przykład boa, długi na 

dziesięć metrów. 

– Ładna miejscowość, mój  chłopcze, nie ma co mówić!  Doprawdy mógłby był  ten 

pasza gdzieindziej obrać kryjówkę dla swoich skarbów! Więc sądzisz, że krajowcy… 

–   Nie   są   bardzo   przebiegli,   dokończył   Julian,   ale   mają   dosyć   sprytu   do   tego,   aby 

ograbić, okraść, a nawet zabić szaleńców, którym przychodzi ochota zwiedzać te okolice. 

Widzimy z tej rozmowy, jakie obawy przejmowały Trégomain i Juliana; obydwaj też 

byli bardzo zadowoleni, gdy przez pośrednictwo Ben-Omara dowiedzieli się, że mają płynąć 
do Ma-Jumba statkiem Barrosy. Julian nie podejrzywając bynajmniej, że Barroso znał się 
poprzednio   z   mniemanym   Nazimem,   nie   miał   żadnego   w   tym   względzie   podejrzenia. 
Wszystko zdawało się składać jak najlepiej,. 

Podróżni nasi popłyną statkiem, i ten sam statek wracając zabierze ich. Zapewne trzeba 

będzie drogo zapłacić za przeprawę, ale pan Antifer nie lękał się kosztów. 

Jeszcze dwa dni mieli pozostać w Loango, oczekując przybycia sześciu słoni, które 

miano przyprowadzić z głębi kraju. Trégomain i Julian zwiedzali tymczasem miasto. 

background image

Loango   zajmuje   przestrzeni   cztery   tysiące   pięćset   metrów   i   zbudowane   jest   pośród 

palmowego lasu. Domy są to po większej części chaty, których ściany plecione są z gałęzi 
roślinnych,   a   dachy   pokryte   liśćmi   papyrusu.   Można   tu   spotkać   mieszaninę   wszystkich 
narodowości, Hiszpanów, Francuzów, Anglików, Holendrów i Niemców! Wszyscy zajmują 
się   handlem.   Krajowcy  nawpół   nadzy,   uzbrojeni   w   łuki,   drewniane   szable   i   zaokrąglone 
siekiery w niczem nie są podobni do Bretończyków. Co jednak najwięcej dziwiło poczciwego 
Trégomain, to że krajowcy mają po kilka żon, które najcięższe spełniają roboty, podczas gdy 
pan ich odpoczywa. 

Ziemia jest tu nadzwyczaj urodzajna; rośnie tu proso, którego kłosy ważą kilogram i 

roślina luko z której wyrabiają chleb, dalej kukurydza, której zbiory odbywają się trzy razy do 
roku, ryż, pataty, soczewica, tytuń, a w okolicach bagnistych trzcina cukrowa. Nad rzeką 
Zairą rosną nawet winne szczepy, przywiezione z wysp Kanaryjskich i Madery, a także figi, 
banany, pomarańcze, cytryny, granaty i owoce w formie szyszki, które zawierają substancyę 
mączną i ananasy rosnące dziko. 

Julian i Trégomain podziwiali olbrzymie drzewa mangowe i sandałowe, jako też cedry, 

tamaryszki,   palmy   i   platany,   z   których   otrzymuje   się   rodzaj   roślinnego   mydła   bardzo 
poszukiwanego przez murzynów. 

Zwierząt znajduje się w tym kraju mnóstwo, zacząwszy od dzików, bawołów i słoni; a 

skończywszy na zebrach, kozach, gazelach i antypolach. Są tam także kuny, sobole, szakale, 
rysie, jeżozwierze, wiewiórki, dzikie koty, i rozmaite gatunki małp większych i mniejszych. A 
z   ptaków   strusie,   pawie,   drozdy,   szare   i   czerwone   kuropatwy.   Jest   tu   również   obfitość 
jadalnych   szarańczy,   pszczół,   mustików   i   komarów,   których   ukąszenie   bywa   bolące   i 
dokuczliwe. Gdyby Trégomain miał czas uczyć się historyi naturalnej, byłby mógł tu wiele 
skorzystać. 

Co   zaś   do   pana   Antifera   i   bankiera   Zambuco,   ci   nie   wiedzieli   nawet,   czy   Loango 

zamieszkują ludzie czarni czy biali. Oczy ich zwracały się tylko do wysepki, która świeciła 
dla nich blaskami brylantu, mającego wartośc milionów. Jakże pragnęli znaleźć się już na tej 
wysepce, najwięcej być kresem ich niebezpiecznej wyprawy. 

Dwudziestego drugiego maja o wschodzie słońca statek Barrosy był gotów do drogi. 

Sześć słoni, które przyprowadzono wczoraj, umieszczone zostały na statku z przynależnymi 
im względami. Zajęły one spód okrętu. Julian zwrócił uwagę wuja na to, że słonie stanowią 
może zbyt wielki ciężar dla niewielkiego statku, lecz pan Antifer i na to wzruszył ramionami. 

Pogoda była bardzo sprzyjająca. W Loango pora deszczów, która się rozpoczyna we 

wrześniu, kończy się w maju, za pływem północno-zachodniego wiatru. Lecz nastają wtedy 
okropne   upały,   które   uśmierza   zaledwo   obfita   rosa,   spadająca   w   nocy.   Gorący   klimat, 
dochodzący do trzydziestu czterech stopni ciepła w cieniu, nie sprzyjał naszym podróżnym. 
Szczególniej Trégomain z powodu swej tuszy czuł się nieszczęśliwym i gotów był uwierzyć 
nawet w baśnie. Ktoś mu powiedział, że psy podczas takich upałów podskakują do góry, aby 
sobie łap nie oparzyć o bruk, a dziki żywcem się pieką na słońcu. Trégomain mniemał, że to 
prawda i dopiero Julian wyprowadził go z błędu. 

Wreszcie   pewnego   dnia   rano   podróżni   wsiedli   na   statek   Barrosy,   którego   załoga 

składała się z dwunastu marynarzy portugalskiego pochodzenia. Powierzchowność tych ludzi 
niebardzo wzbudzała zaufanie. Pan Antifer nie zwracał na to uwagi, ale Julian udzielił swego 
spostrzeżenia panu Trégomain. 

– Mój kochany, odparł ten ostatni, w takim klimacie to trudno wymagać, aby ludzie 

dobrze wyglądali! 

background image

Wiatr   był   sprzyjający   a   żegluga   wzdłuż   wybrzeża   zapowiadała   się   przyjemnie. 

Trégomain   z  Julianem  zachwycali  się  widokiem  pięknej  osady  handlowej,  zwanej  Ch??? 
wybrzeżem, które pokrywały zielone lasy. Ponad lasami wznoszą się wyniosłe góry, owinięte 
mgłami.   Z   głębi   lasów   wypływają   rzeki   i   strumienie,   których   nie   mogą   wysuszyć   upały 
afrykańskie. Niezliczone gromady ptactwa unoszą się nad wodami, ożywiając malownicze 
krajobrazy. Są tu pawie, strusie, pelikany i nurki. Gromady zręcznych antylop i łosi ukazują 
się na wybrzeżu, obok olbrzymich hipopotamów, które wypijają od razu beczkę wody, tak jak 
my szklankę. Krajowcy jedzą mięso hipopotamów i uważają je nawet za przysmak.

–   Patrz,   mój   przyjacielu,   co   to   za   olbrzymy!   rzekł   Trégomain   do   pana   Antifera, 

ukazując mu hipopotamy. 

Ale pan Antifer wzruszył tylko ramionami i nic nie odpowiedział, a Trégomain szepnął 

do Juliana: 

– Uważasz, że on, nawet nic nie rozumie, co się do niego mówi! 
Na drzewach widać było małpy igrające, które wyprawiały najrozmaitsze harce i sztuki 

gimnastyczne. Ale wszystkie te stworzenia nie były niebezpieczne dla podróżnych; gorszem 
byłoby   spotkanie   z   panterami   lub   lwami,   które   ukazywały   się   wśród   zarośli   i   których 
przeraźliwe wycia przerywały ciszę nocną i niepokoiły słonie, umieszczone na spodzie statku. 
Cztery dni minęły bez żadnego ważniejszego wypadku. Pogoda była bez zmiany prześliczna, 
a morze tak spokojne, że Ben-Omar nie cierpiał wcale. 

–   Doprawdy,   statek   płynie   tak   spokojnie,   możnaby   myśleć,   iż   znajdujemy   się   na 

pokładzie Pięknej Amelii, rzekł Trégomain do swego młodego przyjaciela. 

– Zapewne, potwierdził Julian, z tą tylko różnicą, że tam nie było kapitana Barroso i 

pasażera  takiego   jak  Nazim,  którego  zażyłość   z  tym   Portugalczykiem  nie  podoba  mi  się 
wcale. 

– Ale co ci też przychodzi do głowy, mój chłopcze! odparł Trégomain. Dzięki Bogu, 

jesteśmy już blizko celu naszej podróży. 

Rzeczywiście o wschodzie słońca, 27 maja, statek okrążył przylądek Banda i znajdował 

się nie dalej, jak o jakie dwadzieścia mil od Ma-Jumba. Podróżni zatem mieli nadzieję, że 
przed wieczorem dopłyną do tego małego portu w państwie Loango. Z daleka widać już było 
głęboką zatokę, ponad którą rozciągało się miasteczko. Jeżeli wysepka numer drugi istniała w 
rzeczywistości, to podług ostatnich wskazówek należało jej szukać w tej zatoce. 

To też pan Antifer i Zambuco, spoglądali ciągle przez lunetę, której szkła starannie 

wytarli. 

Jakby na przekor, wietrzyk był tak lekki, że statek płynął zwolna, leniwie. 
Wreszcie gdy minęli przylądek Macooli i ujrzeli zatokę, a na niej mnóstwo wysepek, 

pan Antifer i Zambuco wydali okrzyk radości. Ale na której z tych wysepek kryły się ich 
skarby? Przekonają się o tem jutro. 

O pięć lub sześć mil na wschód, na piaszczystem wybrzeżu ukazywała się Ma-Jumba, 

niewielka osada, której domy wychylały się z pośród zieleni. Rybackie łodzie, podobne do 
wielkich białych ptaków, uwijały się po morzu, którego powierzchnia była tak spokojna, jak 
powierzchnia  jeziora  albo stawu. Palące  promienie  słońca, odbijając się od fal morskich, 
olśniewały wzrok patrzącego. Trégomain był oblany potem, jak gdyby wychodził z kąpieli. W 
miarę zbliżania się, można już było rozróżnić sześć lub siedm wysepek, podobnych do koszy 
napełnionych zielenią. O godzinie szóstej po południu, statek zbliżył się do archipelagu. Pan 
Antifer i Zambuco  stali na pokładzie, ze wzrokiem utkwionym  w pierwszą wysepkę, jak 

background image

gdyby się spodziewali, że wytryśnie z niej wulkan złota i drogich kamieni. Nazim także nie 
mógł ukryć niepokoju, a zachowanie się jego potwierdzało domysły Juliana. 

Pan Antifer nie domyślał się, że wysepka, na której Kamylk-Pasza ukrył swój skarb, 

składała się tylko z nagich skał, pozbawionych wszelkiej roślinności. Prawda, że przez lat 
trzydzieści przeszło, skały mogły się okryć zielenią i krzewami. Wiatr ustał prawie zupełnie i 
statek posuwał się tak wolno, że była obawa, iż trzeba będzie czekać wschodu słońca, aby 
dopłynąć do brzegu. 

Nagle,   bez   żadnej   widocznej   przyczyny,   statek   zaczął   chwiać   się   i   kołysać   tak 

gwałtownie na wszystkie strony, że i pasażerowie i załoga nie mogli się utrzymać na nogach. 

– Co to jest? zapytuje Julian. 
– Co to jest? powtarza za nim Trégomain. 
Czyżby trafili na jakie skały podwodne, o których istnieniu nie wiedział Barroso? 
– A

c

h! już wiem! zawołał Julian; z pewnością słonie się niepokoją! 

Barroso z kilku ludźmi zszedł na dół, aby uspokoić zwierzęta, ale nie na wiele to się 

zdało. Wkrótce dał się słyszeć złowrogi trzask, krzyki i przekleństwa, fale morskie wdarły się 
na pokład i najniespodziewaniej statek Barrosy zagłębił się w toń morską…

 

Rozdział IX

 
Nieszczęście nie było tak strasznem, jak się zdawało w pierwszej chwili. Podróżni nasi i 

załoga okrętowa ocaleli. Ofiarami katastrofy padły tylko słonie. Pasażerowie zaś wydostali się 
na   poblizką   wysepkę,   nieopodal   której   statek   się   rozbił   i   pomagając   sobie   wzajemnie, 
wdrapali się na pobrzeżne skały.

Biedne   słonie   stały   się   ofiarą   katastrofy…   Nadaremnie   walcząc   z   tamującemi   im 

ucieczkę ścianami okrętu, wszystkie co do jednego utonęły. 

Pan Antifer, wydostawszy się na ląd, zawołał: 
– A nasze istrumenty?… Nasze mapy?… 
W   istocie   wszystko   zginęło   w   morzu;   na   szczęście   ocalały   tylko   pieniądze,   które 

Trégomain,  bankier  i notaryusz  mieli  zaszyte  w pasach.  Mokre  ubrania wysuszyli  w  pół 
godziny na słońcu, ale gdy noc zaszła, i rozbitki ułożyli się do snu pod drzewami, a każdy z 
nich we własnych pogrąźył się myślach, myśli te wcale nie były wesołe, kto wie bowiem, czy 
znajdowali się na upragnionej wysepce? Bez wątpienia dotarli już do okolic, wskazanych 
przez drugi dokument Kamylk-Paszy, ale czy była to ta sama wyspa? Trudno było na to 
odpowiedzieć, nie mając chronometru. 

– Utonęliśmy w samym porcie, wzdychał Zambuco. 

background image

A pan Antifer powtarzał sobie z uporem: 
– Nie odjadę stąd, dopóki nie przetrząsnę wszystkich wysepek w zatoce Ma-Jumba, 

choćbym miał poświęcić na to dziesięć lat życia! 

– Wszystko się nie udało przez to głupie rozbicie! myślał gniewnie Sauk. 
Barroso ubolewał nad stratą swoich słoni, a Ben-Omar mówił sobie, że drogo przypłaci 

procent, jeżeli go kiedykolwiek odbierze. 

– Może teraz prędzej wrócimy do Francyi, szepnął Julian, trącając łokciem Trégomain, 

który odpowiedział: 

– Co do mnie, nigdy już nie popłynę statkiem, na którym będą się znajdowały słonie. 
Wszyscy mało spali tej nocy. Zimno nie dokuczało im wprawdzie, ale każdy z nich 

myślał   o   tem,   co   jutro   jeść   będą,   gdy   głód   pocznie   im   dokuczać?   Może   znajdą   palmy 
kokosowe, a na nich orzechy, którymi się posilą, zanim się dostaną do osady Ma-Jumba. Tak, 
ale w jaki sposób dostaną się do tej osady, odległej od wysepki o pięć lub sześć mil?… 
Wpław niepodobna przebyć takiej przestrzeni. 

Może   wysepka   była   zamieszkałą?   Przekonają   się   o   tem   nazajutrz;   za   to   zwierząt 

przeróżnych   nie   brakowało   na   niej   mianowicie   małp,   tak,   że   Trégomain   oświadczył,   że 
znajdują się chyba w małpiem królestwie. Krzyki tych zwierząt całą noc spać im nie dały, 
ciemność nie dozwalała nic dostrzedz. Szelesty, hałasy, tupotanie rozlegały się za to dokoła, 
możnaby mniemać że pułk żołnierzy maszeruje tuż obok rozbitków. 

Gdy świt zajaśnił na niebie, podróżni nasi przekonali się, że wysepka była schronieniem 

małp, zwanych szympansami. 

Trégomain, pomimo że był rozgniewany, iż małpy spać mu nie dały, podziwiał jednak 

te   wielkie   i   silne   zwierzęta,   dość   rozwinięte   i   zręcznie   wykonywujące   niektóre   roboty. 
Wydają one głosy podobne do bicia w bęben. 

Jakim   sposobem   małpy   ze   stałego   lądu   przedostały  się   na   wysepkę,   trudno   byłoby 

odpowiedzieć na to pytanie; ale obecność ich dowodziła, że musiały się tam znajdować jakieś 
owoce i korzoki, którymi się żywiły; więc i rozbitki nie zginą może z głodu; tak przynajmniej 
pocieszał się Julian. A głód w istocie zaczął im już dokuczać.

Surowe   korzenie,   a   nawet   niektóre   owoce,   mogły   być   strawnymi,   lecz   tylko   dla 

małpiego żołądka. Należało więc pomyśleć o roznieceniu ognia. Na szczęście Nazim miał 
zapałki, które szczelnie zamknięte w mosiężnem pudełeczku nie uległy zniszczeniu. Wkrótce 
ogień płonął, rozniecony ze stosu suchych gałązek. 

Pan Antifer i Zambuco tak byli rozgniewani, że nawet nie czuli głodu i nie chcieli jeść 

śniadania, składającego się z pieczonych korzonków, owoców i orzechów. 

Małpy   zazdrościły   widać   tych   przysmaków   i   niechętnem   okiem   patrzyły   na   ludzi, 

którzy mącili im spokój. Wkrótce cała ich banda otoczyła naszych podróżnych, a wszystkie 
wykrzywiały się i wyprawiały różne skoki. 

–   Miejmy   się   na   baczności,   rzekł   Julian   do   wuja.   Szympanse   są   bardzo   mocnemi 

zwierzętami, a my nie mamy żadnej broni. 

– Eh! co ty tam pleciesz! mruknął pan Antifer. 
– Julian słuszną uczynił uwagę, odezwał się Trégomain. Zdaje mi się, że ci panowie nie 

znają się na prawach gościnności, a postawa ich jest bardzo groźna. 

– Czyżby nam z ich strony groziło jakie niebezpieczeństwo? zapytał Ben-Omar. 

background image

– Tak, ni mniej ni więcej tylko mogą nas rozszarpać! odpowiedział z powagą Julian. 
Można sobie wyobrazić przestrach Ben-Omara. 
Barroso ze swoimi ludźmi odpędził natrętne małpy, a potem zaczął na stronie naradzać 

się z Saukiem. Treść ich narady była zawsze jedna i ta sama. Sauk gniewał się, że jego plany 
się nie udały, ale obecnie nic nie można było wymyśleć, tem bardziej że bez pomocy Juliana 
nie mogliby odnaleźć wysepki. 

– Musimy pozbyć się ich później! mruknął Sauk. Liczę na ciebie, a pamiętaj, że za 

twoją przysługę wynagrodzę cię sowicie, zapłacę ci za wszystkie starty, jakie poniosłeś z 
powodu utraty statku i znajdującego się na nim ładunku. Teraz trzeba myśleć o tem, jakby się 
w najszybszy sposób dostać do Ma-Jumba. Łodzie rybackie krążą po zatoce, może która z 
nich zbliży się o tyle, że rybacy dostrzegą nasze znaki. Może już wieczorem znajdziemy się w 
Ma-Jumba? 

Wtem rozmowę Sauka z Portugalczykiem, przerwało głośne wołanie pana Antifera. 
– Julianie! Julianie! Trégomain! Trégomain! 
Ma się rozumieć, że obydwaj wezwani zbliżyli się natychmiast. 
Obok pana Antifera stał Zambuco i Ben-Omar. Sauk przysunął się także, aby wysłuchać 

rozmowy. 

– Julianie, rzekł pan Antifer, posłuchaj mnie, bo nadszedł czas, aby powziąć stanowcze 

postanowienie. 

Wyrazy   powyższe   wypowiedział   głosem   stłumionym   i  przerywanym   od  głębokiego 

wzruszenia. 

– Ostatni dokument opiewa że wysepka numer drugi znajduje się w zatoce Ma-Jumba… 

a jesteśmy przecież w tej zatoce, nieprawdaż? 

– To nie ulega żadnej wątpliwości, mój wuju! 
– Ale nie mamy ani sextanu, ani chronometru, gdyż ten niezdara Trégomain, któremu 

na nieszczęście powierzyłem te drogocenne instrumenta, upuścił je w morze. 

– Ależ mój przyjacielu… przerwał Trégomain. 
–   Jabym   prędzej   sam   utonął,   niż   upuścił   tak   szacowne   przedmioty,   odpowiedział 

szorstko pan Antifer. 

– I ja także, dodał bankier. 
– Doprawdy? trudno mi w to uwierzyć, odparł z niezwykłą stanowczością Trégomain. 
– Zresztą nie ma już o czem mówić, wszystko przepadło! ciągnął dalej pan Antifer. Ale 

bez tych instrumentów niepodobieństwem będzie określić położenia wysepki. 

–   Niepodobieństwem,   mój   wuju,   potwierdził   Julian.   To   też   mojem   zdaniem, 

najrozsądniejszem   postanowieniem   byłoby   to,   ażeby   skoro   się   zbliży   jaka   łódź   rybacka, 
dostać się na niej do Ma-Jumba, a potem lądem powrócić do Loango i wsiąść na pierwszy 
okręt, który się tam zatrzyma… 

– Nie uczynię tego nigdy! zawołał pan Antifer. 
– Ani ja! dodał jak echo bankier. 
Ben-Omar milczał, kiwając tylko wciąż głową, a Sauk udawał, że nic nie rozumie. 

background image

– Naturalnie że popłyniemy do Ma-Jumba, skoro tylko będziemy mogli, mówił dalej 

pan   Antifer,   ale   pozostaniemy   tam   i   bynajmniej   nie   pojedziemy   do   Loango.   Musimy   tu 
pozostać, aby zwiedzić wszystkie wysepki w zatoce, czy słyszysz… wszystkie… 

– Co wuj mówi? podchwycił Julian. 
– Chyba zrozumiałeś mnie dobrze?… z gniewem odpowiedział pan Antifer. Zwiedzimy 

wysepki. Nie jest ich tak wiele, z pięć albo ze sześć co najwyżej… Ale choćby ich było sto 
albo tysiąc, zwiedziłbym je także po kolei. 

– Ależ mój wuju, to byłoby nie dość rozsądnie… 
– Właśnie że bardzo rozsądnie, Julianie… Wszak na jednej z tych wysepek ma się 

znajdować nasz skarb. Dokument objaśnia nawet gdzie mniej więcej szukać skały, w której 
Kamylk-Pasza ukrył swoje bogactwa. 

– A niech tego Kamylk-Paszę licho porwie! mruknął Trégomain. 
–   Z   pomocą   silnej   woli   i   cierpliwości,   musimy   w   końcu   wyszukać   miejscowość, 

oznaczoną monogramem K. 

– A jeżeli nie znajdziemy wcale tego miejsca? zapytał Julian. 
– Ach! nie mów tego Julianie! zawołał z rozpaczą pan Antifer! Na Boga, nie mów tego! 
Julian przeraził się, spojrzawszy na wuja, nigdy jeszcze bowiem nie widział go tak 

rozdraźnionym. Nie sprzeciwiał mu się więc dłużej. 

– Poszukiwania nasze nie potrwają dłużej nad dwa tygodnie, powiedział sobie w duchu 

Julian. Skoro wuj przekona się, że w dalszym ciągu są one bezowocne i że już nie może mieć 
nadziei zdobycia skarbów, zdecyduje się na powrót do Europy. 

Głośno zaś rzekł:
–   Bądźmy   gotowi   wsiąść   do   łodzi   rybackiej,   skoro   tylko   jaka   zbliży   się   do   tej 

wysepki… 

– O! ja się stąd nie ruszę, przerwał porywczo pan Antifer, a któż wie, czy nie na tej 

właśnie wysepce ukryte są skarby? 

Uwaga pana Antifera nie była pozbawiona logiki. Kto wie czy przypadek nie posłużył 

im w tym razie i czy nie zastąpił im sextanu i chronometru? Jakież to byłoby szczęście! 

Trudno   było   walczyć   z   niezłomnem   postanowieniem   pana   Antifera,   to   też   Julian 

powiedział, że najlepiej rozpocząć poszukiwania natychmiast, aby nie tracić czasu. Lękał się 
bowiem   tego,   że   za   zbliżeniem   się   łodzi   rybackiej   Barroso   i   jego   ludzie   odpłyną,   a   ich 
zostawią na łasce losu. 

– Przecież nie można wyjawić tym ludziom prawdziwego powodu, dla którego chcemy 

pozostać na wyspie, mówił sobie w duchu Julian. Ale kto wie, czy oni i bez tego nie będą 
zaciekawieni, gdy zobaczą, że wyruszamy zwiedzać wysepkę? A coby się to działo dopiero, 
gdyby zobaczyli te beczułki napełnione złotem i drogimi kamieniami. Pewnie rzuciliby się na 
nas i może nie uszlibyśmy z życiem. 

Po namyśle Julian wypowiedział swoje obawy wujowi, radząc mu, aby wrócili do Ma-

Jumba i tam, pozbywszy się tych podejrzanych ludzi, najęli inną łódź i dopiero wtedy wrócili 
na wyspę. Ale pan Antifer ani słuchać nie chciał o tym projekcie; na wszystkie przedstawienia 
i uwagi, odpowiadał niecierpliwie: 

– Chodźmy prędzej przetrząsać wyspę; nie traćmy napróżno czasu! 

background image

– Proszę cię… przerwał mu kilkakrotnie Trégomain. 
– Możesz zostać, jeśli ci się podoba… Ja ciebie nie potrzebuję… 
– Bądź ostrożnym… 
– Julianie, chodźmy! 
Ruszyli więc w drogę: pan Antifer, Zambuco, Trégomain i Julian, który był bardzo 

zdziwiony tem, że nikt z załogi Barrosy nie zaciekawił się ich wycieczką; nikt za nimi nie 
poszedł. Lecz tego nie mógł się domyślić, że uczynili to na wyraźny rozkaz Sauka, który nie 
chciał, aby im przeszkadzano w poszukiwaniach! Wysłał jedynie za nimi Ben-Omara, a sam 
pozostał na wybrzeżu. 

Rozdział X

 
Wnioskując ze słońca, mogła być godzina ósma rano, gdy podróżni nasi wyruszyli na 

poszukiwania.   Jak   już   mówiliśmy   nikt   z   załogi   Barrosy   nie   poszedł   za   nimi,   ale   za   to 
towarzyszyło im kilkanaście małp. 

Trégomain  z pod oka spoglądał  na tych  nieproszonych  towarzyszy  podróży,  którzy 

wydawali przeraźliwe głosy. 

–   Widocznie   te   zwierzęta   porozumiewają   się   pomiędzy   sobą…   myślał   Trégomain. 

Żałuję,   że   nie   mogę   ich   zrozumieć,   możeby   nawet   było   przyjemnie   porozmawiać   w   ich 
języku! 

W istocie uczony naturalista Garner, rodem Amerykanin, badał długo obyczaje małp i w 

końcu   doszedł   do   przekonania,   że   te   zwierzęta   mają   pewne   uprzywilejowane   dźwięki, 
którymi określają to lub owo. 

Ale wracając do poszukiwań skarbu, musimy przypomnieć tę okoliczność, że dokument 

znaleziony na wysepce w zatoce Oman, określał dosyć dokładnie miejscowość, gdzie trzeba 
szukać milionów na wysepce w zatoce Ma-Jumba. Otóż pewna skała na tej wysepce miała się 
znajdować od strony północnej, i tam właśnie należało szukać monogramu K. 

Rozbitki wydostali się na brzeg od strony południowej, musieli zatem zwrócić się w 

stronę przeciwną, to jest przejść ze dwie mile. Sauk po naradzie z Barrosą podążył także za 
nimi. 

Pan Antifer i Zambuco wyprzedzali wszystkich. Notaryusz spoglądał z niepokojem na 

Sauka, gdyż przyszło mu na myśl, że jeśli Sauk wydrze skarby panu Antiferowi, to jemu 
pewno nie odda ani grosza procentu. Julian tymczasem ciągle miał na baczności Sauka, gdyż 
postępowanie jego względem Ben-Omara było tak dziwne, że utrwalało podejrzenia. 

– Nigdy nie widziałem, aby dependent rozkazywał notaryuszowi, powtarzał sobie w 

duchu Julian. 

background image

Trégomain zajęty był wyłącznie małpami i wielokrotnie przystawał, aby im się lepiej 

przypatrzeć. 

Upał   był   nieznośny,   słońce,   ciskając   na   ziemie   prostopadłe   promienie,   zdawało   się 

sypać żar na głowy wędrowników. 

– Te szkaradne małpy nie czują widać gorąca, skoro mogą wyprawiać takie harce! 

myślał Trégomain. Doprawdy w tej chwili wolałbym być małpą! 

Aby uniknąć palących promieni słońca, byłoby lepiej iść w cieniu drzew, ale gałęzie ich 

spadały tak nizko, że tworzyły nieprzebytą zaporę. Pan Antifer więc i jego towarzysze szli 
wybrzeżem, okrążając małe zatoki i wystające skały, podobne do starożytnych grobowców. 
Nogi ich kaleczyły się o kamienie i ostre odłamy skał i można śmiało powiedzieć, że w 
krwawym pocie czoła dążyli do zdobycia milionów. 

W godzinę przeszli milę drogi, to jest połowę przestrzeni, jaką mieli przebyć. Z miejsca, 

na którem znajdowali się obecnie, widocznie już było północne wybrzeże wysepki. Trzy, czy 
cztery skały wychylały się nad morze. Któraż z nich kryła w swem wnętrzu skarby? Trudno 
to zgadnąć, trzeba będzie wszystkie zwiedzić po kolei, pomimo okropnego upału, który coraz 
bardziej dokuczał. 

Trégomain tracił już siły. 
– Odpocznijmy choć chwilę! błagał. 
– Nie, nie możemy ani sekundy odpoczywać, odpowiadał z nieugiętą stanowczością pan 

Antifer. 

– Mój wuju, pan Trégomain o mało się nie roztopi, odezwał się Julian. 
– A niech się roztopi. 
– Dziękuję ci za takie życzenie, mruknął Trégomain i wlókł się dalej z trudnością, nie 

chciał bowiem pozostać sam na sam w towarzystwie szympansów. 

Zdawało się, że za pół godziny wędrowcy nasi dostaną się do pierwszej skały, lecz 

jakież   nieprzezwyciężone   napotykali   teraz   trudności!   Olbrzymie   głazy   i   ostre   odłamy 
krzemienia, piętrzyły się jedne obok drugich. Każde nieuważne stąpnięcie groziło kalectwem. 
W istocie Kamylk-Pasza dobrze wybrał tę miejscowość, aby w niej ukryć skarby, których 
mogli mu pozazdrościć królowie Bagdadu i Samarkandy! 

Wtem miejscu las kończył się. Szympansy, dążące za wędrowcami, zatrzymały się na 

skraju   lasu,   gdyż   te   zwierzęta   chętnie   przebywają   pomiędzy   drzewami.   Naraz   zaczęły 
zachowywać   się   bardzo   nieprzyjaźnie   względem   wędrowców.   Pomijając   już   przeraźliwe 
wycia,   małpy   zaczęły   ciskać   kamieniami.   Pan   Antifer   i   jego   towarzysze   mogli   byli   być 
ukamienowani ze strony małp. Na szczęście Julian widząc, że Trégomain i Sauk podnoszą 
kamienie, zdołał zawołać: 

– Na Boga! nie rzucajcie. Oddalmy się tylko stąd jak najprędzej! 
Usłuchali rady Juliana, i wkrótce nie groziło im już niebezpieczeństwo, gdyż małpy nie 

wysunęły się z lasu. 

Z daleka widać było ostre odłamy skał, które się wysuwały w morze na sto pięćdziesiąt 

albo dwieście metrów. Pan Antifer i Zambuco postanowili obejrzeć najpierw tę skałę, która 
najbardziej wystawała w morze. 

Ponury widok przedstawiały skały, wznoszące się tu w dziwacznych kształtach, jedne 

cisnęły się ku sobie, inne były rozsypane i odosobnione. Nigdzie nie znać było ani śladu 

background image

jakiejkolwiek roślinności, nie porastały tu nawet liche mchy.  Nie było zatem obawy, aby 
monogram wyryty przez Kamylk-Paszę mógł zniknąć pod mchami lub porostami morskimi. 

Teraz   dopiero   podróżni   rozpoczęli   rzeczywiste   poszukiwania.   Zdawało   się,   że   pan 

Antifer   i   Zambuco   nie   czują   znużenia   ani   gorąca.   Sauk   równie   okazywał   się 
niezmordowanym. 

Notaryusz usiadł pod skałą, tak bowiem był znużony, że zobojętniał już na wszystko. 

Julian nie odstępował wuja i wraz z nim przyglądał się uważnie skałom. 

– Nie zdaje mi się, abyśmy tu mieli znaleźć kryjówkę z milionami, mówił sobie w 

duchu Julian. Po pierwsze wątpię, czy skarb ukryty jest na tej wysepce, po drugie możemy nie 
trafić na właściwą skałę… Jednak może los posłuży nam tym razem, może znajdziemy ową 
skałę… W takim razie, czy nie najlepiej byłoby nic nie mówić o tem wujowi?… Może raz 
przecie wyrzeknie się poszukiwania tych nieszczęsnych milionów… Ale nie, byłby to zbyt 
straszy cios dla wuj, mógłby stracić rozum i ja miałbym to na sumieniu… Trzeba szukać 
wytrwale! 

Podczas   gdy  Julian   zajęty  był   temi   myślami,   Trégomain   siedząc   na   odłamie   skały, 

opuścił bezwładnie ręce i sapał okropnie, nie mając już siły obcierać nawet potu, który mu 
kroplami spływał po czole. 

Jednakże poszukiwania nie doprowadzały do żadnego skutku. Szukali uporczywie kilka 

godzin. Nic a nic, żadnego nawet śladu pożądanego monogramu… 

– Nie, Kamylk-Pasza nie mógł tutaj ukryć swego skarbu, mruknął pan Antifer. Ta skała 

zbyt jest wysunięta w morze i narażona tym sposobem na nawałnice i burze morskie. Trzeba 
szukać gdzieindziej. 

Pozostało jeszcze kilka skał odosobnionych, które starannie zaczęli badać; lecz i na tych 

żadnego nie było śladu. 

– Nie mamy tu już nic do roboty, rzekł pan Antifer, wracajmy do Barrosa, który już 

może dostrzegł łódź jakąkolwiek. W ten sposób może dostaniemy się do Ma-Jumba, i stamtąd 
wyruszymy na inną wysepkę. 

Gdy pan Antifer, Zambuco, Julian i Sauk wrócili na pierwotnie zajmowane miejsce, 

spostrzegli Trégomain’a i notaryusza, siedzących na skale. 

Pan   Antifer   i   Zambuco   skierowali   się   w   stronę   lasu,   skąd   już   dawały   się   słyszeć 

szkaradne krzyki szympansów. Julian przysunął się do Trégomain’a.

– No i cóż? zapytał ten ostatni. 
– Nie znaleźliśmy żadnego śladu. 
– A zatem będziemy szukali gdzieindziej? 
–   Ma   się   rozumieć,   panie   Trégomain.   Niech   pan   wstanie,   musimy   wracać   do 

obozowiska. 

– Ja mam wstać? Ach! gdybym tylko mógł! Pomóż mi, mój chłopcze! 
Przy   pomocy   Juliana   Trégomain   dźwignął   się   z   ciężkością.   Ben-Omar   podążył   za 

Saukiem. 

Pan Antifer i Zambuco szli o dwadzieścia kroków naprzód. Za zbliżeniem się w stronę 

lasu, małpy zaczęły znowu ciskać kamieniami, wydając przeraźliwe krzyki. 

background image

–   Czy   te   niegodziwe   małpy   chcą   nam   przeszkodzić,   abyśmy   nie   mogli   dojść   do 

obozowiska? zapytał Julian. 

Nagle   Ben-Omar   krzyknął.   Wszyscy   obejrzeli   się   przerażeni,   sądząc,   że   został 

ugodzony kamieniem. 

Nie był to jednak krzyk boleści lecz raczej zdziwienia, a nawet radości. Wszyscy się 

zatrzymali.   Notaryusz   z   otwartemi   usty   i   wytężonym   wzrokiem   wyciągał   rękę   w   stronę 
Trégomain’a. 

– Tam… tam… powtarzał. 
– Co to znaczy? zapytał Julian. Czy pan zmysły postradałeś, panie Ben-Omar? 
– Nie… nie… ale tam… monogram K… odpowiedział stłumionym głosem notaryusz. 
Słysząc te słowa, pan Antifer i Zambuco cofnęli się gwałtownie w tył. 
– Gdzie jest monogram K? zawołali jednocześnie. 
I wrócili się ku skale, gdzie, jak mniemali, Ben-Omar dostrzegł monogram. Jednakże 

nic nie spostrzegli. 

– Gdziesz widzisz ten monogram, niedołęgo? krzyknął z najwyższym  gniewem pan 

Antifer. 

– Tam, powtórzył jeszcze raz notaryusz. 
I ręką wskazywał na Trégomain’a. 
– Tam, na jego plecach, dodał Ben-Omar. 
W istocie na jednej kurtce Trégomain’a odbił się wyraźnie monogramem K. Nie ulegało 

zatem wątpliwości, że skała o którą siedział oparty, miała na sobie wyryty monogram, który 
się odcisnął na plecach jego. 

Pan   Antifer   był   tak   wzruszony,   że   zdołał   tylko   uchwycić   za   rękę   Trégomain’a, 

zaklinając go, aby natychmiast powrócił na to miejsce, gdzie siedział poprzednio. 

Naturalnie wszyscy podążyli za nimi, i w kilka minut zatrzymali  się przy skale, na 

której monogram K był zupełnie widoczny. 

Tak więc Trégomain spoczywał na miejscu, gdzie były ukryte miliony. 
Cisza   zaległa…   nikt   nie   śmiał   przemówić   ani   słowa.   Nie   tracąc   ani   chwili   czasu, 

wszyscy zabrali się do roboty, chociaż nie mieli żadnych narzędzi oprócz noży. Czy zdołają 
nimi wyszczerbić twardą skałę? 

– Chociażby paznogciami, rozerwę tę skałę! powiedział sobie pan Antifer. 
Na szczęście kamienie skruszałe pod działaniem zmian atmosferycznych, nie opierały 

się   bardzo   uderzeniom   noży.   Za   godzinę   może   znajomi   nasi   napotkają   trzy   beczułki,   z 
któremi nie będą mieli żadnego kłopotu, oprócz tego, aby je przewieźć do Ma-Jumba. Lecz 
jakże to uczynić, aby nie wzbudzić podejrzeń? Ale co tam myśleć o tem… Najważniejszą 
rzeczą jest wydobycie  skarbu. Pan Antifer pracował tak gorliwie, że aż pokaleczył  sobie 
palce, lecz nie chciał nikogo puścić przed sobą, pragnąc najpierw dotknąć się beczułek. 

– Nakoniec! zawołał, gdyż nóż jego wyszczerbił się o jakiś metalowy przedmiot: 
Co to jest, Boże Wszechmogący! Zamiast radości, zdumienie i rozpacz odmalowały się 

na pobladłej twarzy pana Antifera, gdyż nie były to beczułki, wymionione w testamencie 
Kamyk-Paszy, lecz żelazna skrzynka, podobna do tej, jaką znaleźli na wysepce Oman. 

background image

– Jeszcze to samo! zawołał Julian. 
– To z pewnością jakaś mistyfikacya, szepnął Trégomain. 
Pan Antifer porwał skrzynkę i otworzył ją gwałtownie. 
I   znowu   ukazał   się   oczom   obecnych   pożółkły   pergamin,   z   którego   pan   Antifer 

następujące wyczytał wyrazy: 

„Długość geograficzna wysepki numer trzeci: piętnaście stopni, jedanaście minut na 

wschód. Spadkobiercy Antifer i Zambuco, znalazłszy ten dokument, muszą go doręczyć w 
obecności notarysza Ben-Omara panu Tyrkomel, zamieszkałemu w Szkocyi, w Edynburgu. 
Tyrkomel posiada szerokość geograficzną, która w połączeniu wyżej wymienionej długości, 
wskaże położenie wysepki numer trzeci.” 

A więc skarb nie jest ukryty na wysepce w zatoce Ma-Jumba?… Trzeba znów szukać 

na innej półkuli świata objaśnień i dzielić się majątkiem z kimś trzecim! 

Z tej trzeciej wysepki odeśle nas pewnie wola Kamylk-Paszy do dwudziestu, albo do stu 

innych miejscowości! z gniewem zawołał Julian. Mój wuju, czyżbyś był tak upartym, lub tak 
naiwnym, abyś miał obiegać świat cały. 

–   Nie   licząc   tego,   dodał   Trégomain,   że   jeżeli   Kamylk-Pasza   zostawił   stu 

spadkobierców, nie wartoby się trudzić dla takiego spadku! 

Pan Antifer spojrzał groźnie na przyjaciela, później na siostrzeńca i mruknął: 
–   Cicho   bądźcie,   to   jeszcze   kwestya   nieskończona!…   Jeszcze   nie   wszystko 

przeczytełem… 

Powiedziawszy to, tak dalej czytać począł: 
„Teraz jednak jako wynagrodzenie za trudy i poniesione koszta, dwaj spadkobiercy, 

niechaj sobie wezmą każdy po jednym brylancie, ukrytym na dnie tej skrzynki. Wartość tych 
kamieni jest bardzo mała w porównaniu z innymi drogimi kamieniami, które znajdą później.” 

Zambuco wyrwał skrzynkę z rąk pana Antifera. 
– Brylanty! zawołał z uniesieniem. 
W istocie  na dnie  skrzynki  znajdowały się dwa wspaniałe,  drogocenne  kamienie,  z 

których każdy wart był sto tysięcy franków; tak przynajmniej twierdził bankier znający się na 
tem. 

–   No,   to   przecież   ma   jakąś   wartość!…   rzekł   Zambuco,   pakując   jeden   brylant   do 

kieszeni. 

– To kropla wody w morzu, mruknął pan Antifer chowając także do kieszeni brylant i 

dokument. 

– Staje się to rzeczą poważniejszą niż myślałem… szepnął Trégomain. No, zobaczymy, 

zobaczymy! 

Julian wzruszył ramionami, a Sauk nie posiadał się ze złości, że jego projekty na nic się 

nie zdały. 

Największego rozczarowania doznał Ben-Omar, gdyż dla niego nie było najmniejszego 

nawet wynagrodzenia. Jednak położenie Sauka i Ben-Omara było teraz o wiele lepsze, niż 
wtedy, gdy wyjeżdżali z Saint-Malo, bo wówczas nie wiedzieli dokąd jadą, a teraz przez 
nieostrożność pana Antifera dowiedzieli się o tajemnicy, która powinna była być przed nimi 

background image

ukryta.   Teraz   wiedzieli   już   o   nazwisku   pana   Tyrkomel   z   Edymburga   i   o   długości 
geograficznej. 

Tym  sposobem pan Antifer i bankier Zambuco będą musieli  teraz bardzo pilnować 

Sauka i Ben-Omara, aby ci nie wyprzedzili ich w podróży do stolicy Szkocyi. 

 

Rozdział XI

 
Tak   bracia   i   siostry,   posiadanie   bogactw   nie   prowadzi   do   szczęścia.   Bogactwa   są 

zazwyczaj przyczyną wszystkich klęsk, jakie trapią nas na tym świecie. Chciwość psuje duszę 
ludzką.   Najszczęśliwszem   byłoby   społeczeństwo,   któreby   nie   miało   w   swem   gronie   ani 
bogatych, ani ubogich, lecz tylko ludzi miernego stanu. Ileżby się wtedy uniknęło nieszczęść, 
zmartwień, zawiści i rozpaczy.”

Tak przemawiał wielebny Tyrkomel, obdarzony niezwykle kwiecistą wymową. 
Było to wieczorem dnia 25 czerwca, w Tron Church, której część została wzburzona w 

celu   rozszerzenia   ulicy   High-street.   Pan   Tyrkomel   będący   w   Szkocyi   założycielem 
towarzystwa wstrzemięźliwości w ten sposób przemawiał do swych słuchaczy zgnębionych 
jego porywającą wymową. 

Tyrkomel był człowiekiem, mającym około sześćdziesiąt lat wieku, był wysoki, chudy i 

blady, lecz obdarzony spojrzeniem ognistem i głosem przenikającym. Wszyscy mieli go za 
człowieka natchnionego i chętnie słuchali jego przemówień, lecz ze smutkiem wyznać należy, 
że nikt nie stosował się do zasad mówcy. 

Z pomiędzy wielu słuchaczy było pięciu, którzy nic nie rozumieli, a byli to właśnie nasi 

dobrzy znajomi, z których jeden tylko, t. j. Julian rozumiał po angielsku. 

Zostawiliśmy ich na wysepce w zatoce Ma-Jumba dnia 28 maja, a znajdujemy ich w 

Edynburgu dnia 25 czerwca; musimy zatem opowiedzieć w krótkości przygody,  jakie ich 
spotkały w tym czasie. 

Za pomocą znaków zwrócili na siebie uwagę łodzi rybackich i dostali się z powrotem na 

stały   ląd   Afryki.   Można   sobie   wyobrazić   gniew   Sauka!   W   Ma-Jumba   zarząd   kolonii 
francuskiej   przyjął   rozbitków   gościnnie   i   postarał   się   o   sposobność   wyprawienia   ich   do 
Loango. Podróż odbyli obecnie lądem, w licznem towarzystwie Europejczyków. 

Na  szczęście  w   Loango  nie  byli   zmuszeni  oczekiwać  zbyt  długo,  gdyż   w  dwa dni 

później   odpływał   statek   hiszpański,   dążący   do   Marsylii.   Pieniądze   ocalone   z   rozbicia 
zapewniły  im   powrót.   Piętnastego   czerwca   zatem   pan   Antifer   i   jego   towarzysze   opuścili 
okolice zachodniej Afryki, gdzie znaleźli dwa kosztowne dyamenty i nowy dokument. 

Sauk obiecał kapitanowi Barroso, że go wynagrodzi później, gdyż obecnie nie miał 

pieniędzy i Barroso musiał się zadowolnić tą obietnicą. 

background image

Julian nie usiłował już teraz wpłynąć na zmianę usposobienia zamiarów swego wuja, 

choć   był   najmocniej   przekonany,   że   wszystkie   te   poszukiwania   są   tylko   mistyfikacyą. 
Trégomain był teraz innego zdania, od chwili znalezienia dwóch kosztownych dyamentów. 

– Jeżeli pasza robi takie podarunki, powtarzał do Juliana, to i reszta się znajdzie na 

wysepce numer trzeci. 

Tego samego zdania był i pan Antifer. Postawił udać się niezwłocznie do Edynburga i 

porozumieć się z panem Tyrkomel. Nie było zatem żadnej potrzeby rozłączać się. Podróżni 
więc nasi mieli zamiar udać się do stolicy Szkocyi. Jeden tylko Sauk nie był zadowolony z 
tego projektu, onby wolał wszystkich wyprzedzić i zagarnąć jakim bądź sposobem bogactwa 
Kamylk-Paszy. Ale nie mógł tego w czyn wprowadzić, bo Julian, niedowierzający mu ciągle, 
miał go bezustanku na oku. Musiał więc pogodzić się z losem i czekać innej sposobności. 

Przeprawa morska odbyła się szczęśliwie, jeden tylko Ben-Omar cierpiał jak zwykle; 

prawie nawpół żywego wyniesiono go na wybrzeże. 

Julian wysłał z Marsylii list obszerny do Elizy, w którym jej donosił szczegółowo o 

wszystkiem.   Z   Marsylii   zaś   podróżni   nasi,   nie   zatrzymując   się   nigdzie,   podążyli   do 
Edymburga i już 25 czerwca byli obecni na kazaniu wielebnego pana Tyrkomel. 

Po wysłuchaniu do końca mowy Tyrkomela chcieli się zaraz z nim porozumieć. 
Dziwiło   ich   tylko   to,   jaki   stosunek   mógł   zachodzić   pomiędzy   Kamylk-Paszą,   a 

duchownym szkockim? Ojciec pana Antifera ocalił życie Kamylk-Paszy, bankier Zambuco 
pomógł mu do uratowania majątku i dlatego obaj zasłużyli na wdzięczność Paszy, ale zkąd się 
tu wplątał wielebny Tykomel?… i jakim sposobem posiadał wiadomość, mającą posłużyć do 
odkrycia trzeciej wysepki? 

– No, już na tej wyspie z pewnością będą skarby! powtarzał pan Antifer. 
Gdy   nasi   podróżni   ujrzeli   pana   Tyrkomel   na   kazalnicy,   przekonali   się,   że   był   to 

człowiek pięćdziesięcioletni, zatem nie on, lecz może jego ojciec, wuj lub dziadek mogli 
oddać przysługę Kamylk-Paszy. Ale mało ich to obchodziło, oni chcieli się tylko dowiedzieć 
o wysepce, czekali zatem niecierpliwie końca kazania, z którego nie rozumieli ani słowa. 

Julian, słuchając słów Tyrkomela, powiedział sobie w duchu: 
–   Nieszczególnie   wuj   trafił.   Ten   człowiek   jest   takim   nieprzyjacielem   bogactw,   że 

choćby wiedział o ukrytych skarbach, nic nie powiedziałby o tem nikomu. Gdyby posiadał 
miliony,   rzuciłby   je   z   pewnością   w   morze.   Zdaje   mi   się,   że   teraz   trafiliśmy   na 
nieprzezwyciężoną przeszkodę: pan Tyrkomel uważa pieniądze za powód wszystkiego złego i 
za nic w świncie nie dopomoże do ich odszukania. Tym sposobem wrócimy może prędzej do 
Francyi. 

Tymczasem Tyrkomel nie skończył jeszcze swej mowy, co widząc pan Antifer, rzekł 

dość głosno do Juliana: 

– Powiedz mi, oczem on może prawić tak długo? 
– Powiem ci to póżniej, mój wuju! 
– Żeby on wiedział, z jaką wiadomością przychodzę do niego, zszedłby prędzej z tej 

kazalnicy… 

– Niewiadomo… dziwnym tonem odpowiedział Julian. 
Lecz każda rzecz musi mieć swój koniec, skończyła się więc mowa, w której Tyrkomel 

przepowiedział zgubę wszystkim bogaczom. 

background image

Pan Antifer i jego towarzysze pospieszyli do drzwi wchodowych, aby jak najprędzej 

spotkać się z panem Tyrkomel. Szli, potrącając i rozpychając tłum, który oburzał się na ich 
niegrzeczność. Lecz napróżno czekali u wnijścia; widać wielebny Tyrkomel, chcąc uniknąć 
owacyi, wymknął się bocznemi drzwiami. 

Można sobie wyobrazić rozczarowanie pana Antifera, który widział się zmuszonym 

czekać  do jutra rana na upragnioną  przez niego wiadomość.  Tymczasem  wieczór zapada 
szybko. 

– Jedźmy na ulicę North-Brigde, pod numer siedemnasty! zawołał pan Antifer.
– Ależ mój wuju… 
– Musimy się spieszyć, aby go uprzedzić zanim się położy do łóżka, dodał bankier. 
– Ale panie Zambuco…. 
– Nie czyń żadnych uwag, Julianie! przerwał mu pan Antifer porywczo. 
– Ale kiedy ja muszę zwrócić uwagę wujowi. 
– Niby względem czego? z gniewem zapytał pan Antifer. 
– Chciałem wujowi powiedzieć, o czem pan Tyrkomel mówił… 
– A cóż mnie to może obchodzić? 
– Bardzo wiele, mój wuju… 
– Czy ty szydzisz ze mnie, Julianie? 
– Nie śmiałbym  tego uczynić,  mój  wuju, ale powtarzam,  że treść kazania była  dla 

zamiarów wuja bardzo nieprzyjazna. 

– Jakto?
– Posłuchaj, mnie, wuju! 
I Julian w krótkości powtórzył treść kazania. Bankier i Sauk słuchali go z trwogą, ale 

pan Antifer nie okazał się tak drażliwym, i gdy Julian skończył, zawołał z ironią. 

– Jaki też z ciebie naiwny i niedomyślny człowiek, mój siostrzeńcze! Można w ten 

sposób   prawić   kazanie,   jeżeli   ktoś   nie   ma   ani   złamanego   szeląga.   Ale   pokaż   mu 
trzydzieścimilionów, a zobaczymy, czy zechce je wrzucić do wody! 

Powyższe słowa pana Antifera nie dowodziły głębokiej znajomości serca ludzkiego. 

Julian jednak zdołał o tyle wpłynąć na wuja, że odłożono do dnia następnego wizytę u pana 
Tyrkomel. 

 

Rozdział XII

 

background image

Dom, w którym mieszkał pan Tyrkomel, znajdował się w starożytnej części miasta, 

zwanej Canongate. Okna pokoju pana Tyrkomel nie wychodziły na ulicę, lecz na wąwóz, 
ciągnący   się   z   drugiej   strony.   Pokój,   położony   na   trzeciem   piętrze   od   frontu,   od   strony 
wąwozu, znajdował się na ósmem piętrze. Dawny wąwóz zamieniony był teraz w piękny 
ogród publiczny. Ulica była wązka i niezbyt czysto utrzymana, a dom miał pozór zaniedbany 
i smutny. Cała ta część miasta mniej więcej tak samo wyglądała, aż do zamku Edymburg, 
jednej z czterech  fortec Szkocyi,  którą traktat  Zjednoczonych  Królestw Wielkiej  Brytanii 
obowiązuje do ciągłego stanu zbrojnego.

Nazajutrz o ósmej rano pan Antifer, Zambuco i Julian zatrzymali się przed domem, w 

którym mieszkał Tyrkomel. 

Tyrkomel pozostał w hotelu i zabawiał się wyglądaniem przez okno, z którego widać 

było pomnik Walter-Scotta. 

Sauk jak zwykle wywierał gniew swój na Ben-Omarze. 
–  Ty  winien  jesteś   temu,  że  nie  poszedłem   razem  z  Antiferem!   wołał,   wywracając 

meble. Ty mi za to zapłacisz! 

– Ależ ekscelencyo, czyniłem co tylko było w jej mojej mocy… 
– Nie, nie uczyniłeś nic! Powinieneś był powiedzieć temu niegodziwemu Antiferowi, że 

twoja nieobecność jest koniecznie potrzebna. W takim razie, chociaż ty byłbyś z nimi poszedł 
i może dowiedziałbyś  się, gdzie znajduje się owa wysepka!… Niech cię prorok Mahomet 
zgubi! Przez ciebie spełzły na niczem moje projekty w Maskacie i w Ma-Jumba i spełzną 
również i tutaj… 

– E,kscelencyo, proszę was… 
– Jeżeli mi się i teraz nie uda, przysięgam ci, że zapłacisz mi za to własną skórą! 
Sauk   hałasował   i   krzyczał   tak   głośno,   że   Trégomain,   siedząc   w   sąsiednim   pokoju, 

zwrócił na to uwagę. Szczęściem, że kłótnia toczyła się w niezrozumiałym dla Trégomain 
języku, w przeciwnym bowiem razie byłby się Sauk zdradził ze wszystkiem i Trégomain 
byłby się dowiedział, jaki to ptaszek ukrywa się pod nazwiskiem Nazima. 

Lecz choć Trégomain słów nie rozumiał, niemniej był zdziwiony wybuchami gniewu 

Nazima, który się tak unosił wobec swego pryncypała. 

Tymczasem pan Antifer, Zambuco i Julian weszli na trzecie piętro po niewygodnych i 

prostopadłych stołach, gdzie ujrzeli napis: Wielebny Tyrkomel. 

Pan Antifer odetchnął z zadowoleniem i zastukał do drzwi. Z początku nikt się nie 

odzywał, dopiero po powtórnem zastukaniu, otworzyło się okienko we drzwiach i w nim 
ukazała się głowa pana Tyrkomel. 

– Czego chcecie? zapytał niechętnie. 
– Prosimy o kilka chwil rozmowy, odpowiedział po angielsku Julian. 
– W jakim interesie? 
– W interesie bardzo ważnym. 
– Ja nie mam żadnych interesów. 
–   Czy   on   otworzy  wreszcie!   zawołał   pan   Antifer   zniecierpliwiony   do   najwyższego 

stopnia. 

Ale gdy Tyrkomel usłyszał ten wykrzyknik, zapytał najczystszą francuzczyzną: 

background image

– Panowie jesteście Francuzami? 
– Tak, Francuzami, odpowiedział Julian. 
I myśląc, że ułatwi sobie wstęp do mieszkania Tyrkomela, dodał: 
– Byliśmy obecni wczoraj na pańskiem kazaniu. 
– Czy macie zamiar postępować podług zasad, jakie wczoraj wygłaszałem? 
– Być może! 
– Eh! prędzej on przejmie się naszemi zasadami, mruknął pan Antifer. A jeśli zechce 

nam odstąpić część swego spadku, nie będziemy się temu sprzeciwiali. 

–   W   tej   chwili   drzwi   się   otworzyły   i   podróżni   nasi   znaleźli   się   w   obecności   pana 

Tyrkomel. 

Pokój, do którego weszli, umeblowany był bardzo ubogo. W kącie stało żelazne łóżko, 

zasłane siennikiem i kołdrą, po drugiej stronie stół i kilka prostych stołków do siadania. Szafa 
i półka, zapełniona książkami i papierami, uzupełniały umeblowanie. Ściany były pobielone 
wapnem, okna nie miały firanek. 

Tyrkomel ubrany był zupełnie czarno i więcej niż skromnie, a ubóstwo, wyzierające z 

każdego kąta, było najlepszym dowodem, że miliony przydałyby się tu bardzo. 

Pan Antifer spojrzał na bankiera, nie wiedział bowiem od czego ma zacząć rozmowę. 

Ponieważ Tyrkomel mówił po francusku, pośrednictwo Juliana stało się zbytecznem. Julian 
był z tego bardzo zadowolony, gdyż mógł z całą uwagą przysłuchiwać się rozmowie, a raczej 
walce, z której nie można było przewidzieć, kto wyjdzie zwycięsko? 

Pan   Antifer,   powiadomiony   przez   Juliana   o   zasadach   i   pojęciach   pana   Tyrkomel, 

postanowił działać ostrożnie, aby wydostać od niego list Kamylk-Paszy. Ale czy porywczy 
bohater nasz zdoła zapanować nad sobą do tego stopnia, aby mógł rozmawiać chłodno ze 
swoim przeciwnikiem? 

Tyrkomel, nie mogąc się doczekać rozpoczęcia rozmowy, i sądząc, że przybyli chcą się 

przychylić  do jego zasad, stanął  naprzeciw  nich w postawie kaznodziejskiej  i tak mówić 
począł: 

–   Dziękuję   Bogu,   że   mi   dał   taki   dar   przekonywającej   wymowy,   iż   zdołałem   was 

zachęcić do wyrzeczenia się bogactw. To też skoro zniszczycie skarby, które posiadacie… 

„Nie posiadamy ich jeszcze!” miał ochotę zawołać pan Antifer. 
– Staniecie się przykładem, godnym naśladowania dla innych, ciągnął dalej Tyrkomel. 
Pan Antifer przestraszył się, sądząc że Tyrkomel rozpocznie znów równie długie jak 

wczorajsze przemówienie. 

W tej chwili Tyrkomel, chcąc nowoprzybyłych zapisać w poczet wyznawców swych 

zasad zapytał ich o nazwiska. 

Pan Antifer  z pośpiechem przedstawił  siebie i swoich towarzyszy,  a gdy Tyrkomel 

zapytał jeszcze, czy przynoszą w ofierze swoje majątki, może milionowe, pan Antifer rzekł: 

–   W   istocie   chodzi   tu   o   miliony.   Jeśli   się   panu   podoba,   możesz   zniweczyć   część 

przypadającą na ciebie, ale co do nas, to rzecz inna… 

Mówiąc   to,   dzielny   ten   człowiek   popełnił   widać   błąd   wielki,   bo   naraz   twarz   pana 

Tyrkomel zmieniła się, czoło zmarszczyło się groźnie. 

background image

– O cóż więc panom chodzi? zapytał, cofając się krokiem w tył. 
– O co nam chodzi? podchwycił pan Antifer. Julianie! wytłómacz to jasno temu panu, 

bo ja nie umiałbym mówić spokojnie. 

Julian opowiedział zatem szczegółowo wyprawę do pierwszej wysepki w zatoce Oman, 

znalezienie pierwszego dokumentu, bytność u bankiera Zambuco, odkrycie drugiej wysepki i 
znaleziony tamże adres pana Tyrkomel w Edymburgu. 

Tyrkomel słuchał go nieruchomy, jak posąg z marmuru lub z bronzu; ani jeden muskuł 

nie   drgnął   mu   na   twarzy,   żaden   błysk   nie   rozjaśnił   mu   oczu.   Gdy   Julian   skończył   swe 
opowiadanie i zapytał wreszcie: 

– Czy pan byłeś w jakich stosunkach z Kamylk-Paszą? 
– Nie, odpowiedział Tyrkomel. 
– A pański ojciec? 
– Być może. 
–   Jest   to   odpowiedź   zbyt   wymijająca,   rzekł   Julian,   spojrzeniem   i   ruchem   ręki 

uspokajając wuja. 

– Nic więcej nie mogę odpowiedzieć, dodał oschle pan Tyrkomel. 
– Niech pan nalega z większą usilnością, szepnął bankier. 
– O ile tylko będę mógł, szepnął również cicho Julian. 
– Czy mogę panu zadać jedno pytanie? dodał, zwracając się do pana Tyrkomel.
– Owszem, ale mnie wolno nie odpowiedzieć na nie. 
– Czy pan wie o tem, że ojciec pański był kiedykolwiek w Egipcie? 
– Nie, nic o tem nie wiem. 
– No, jeżeli nie w Egipcie, to może w Syryi, w mieście Alep? 
Nietrzeba zapominać, że w mieście tem Kamylk-Pasza przemieszkiwał dosyć długo, 

zanim powrocił do Kairu. 

Po chwili wahania pan Tyrkomel przyznał, że ojciec jego mieszkał w Alepie, gdzie znał 

Kamylk-Paszę. Musiał więc ojciec pana Tyrkomela mieć takie same prawa do wdzięczności 
Kamylk-Paszy, jak Tomasz Antifer i bankier Zambuco. 

– Czy ojciec pański otrzymał jaki list od Kamylk-Paszy? pytał dalej Julian. 
– Otrzymał. 
– A w tym liście była wzmianka o wysepce, na której ukryte są skarby? 
– Tak. 
– W liście tym była również wymieniona szerokość geograficzna, pod którą należy 

szukać wysepki? 

– Tak, była ta wiadomość. 
–   A   czy   w   liście   nie   było   objaśnienia,   że   kiedyś   niejaki   Antifer   w   towarzystwie 

Zambuco, zgłoszą się do pana w tym interesie? 

– Owszem, było i to. 

background image

– Właśnie pan Antifer i bankier Zambuco stoją tu przed panem i jeżeli pan zechcesz dać 

im list  Kamylk-Paszy,  wybiorą  się natychmiast  w  dalszą drogę,  aby spełnić  wolę  Paszy, 
którego wszyscy trzej jesteście spadkobiercami. 

Podczas   tej   przemowy   Juliana,   pan   Antifer   to   bladł,   to   czerwieniał   z   wielkiego 

wzruszenia. 

– A gdy dostaniecie się, panowie, do miejsca, gdzie ukryte są skarby, co myślicie z 

niemi zrobić? zapytał Tyrkomel. 

– Wykopać je naturalnie! zawołał pan Antifer, nie mogąc już dłużej panować nad sobą. 
– No, a potem? 
– Podzielić je na trzy równe części. 
– A waszym udziałem jakże rozporządzicie? 
– Jak nam się podoba, szanowny panie! 
– A więc to tak! z nagłym błyskiem w oczach zawołał pan Tyrkomel. Chcecie korzystać 

z tych bogactw, aby zadowolnić wasze złe skłonności i powiększyć zastęp potępionych? 

– Pozwól pan, przerwał bankier Zambuco. 
– Nie, nie pozwolę na nic i pytam się was: czy zniszczycie skarb, jeśli takowy dostanie 

się w wasze ręce? 

– Każdy zrobi ze swoim skarbem to, co uzna za właściwe, odpowiedział wymijająco 

bankier. 

– Nie o to tu chodzi! zawołał porywczo pan Antifer. Chciałem się zapytać, czy pan 

wiesz, jaka jest wartość tego spadku? 

– A cóż mnie to obchodzi. 
–   Wartość   tego   skarbu   jest   sto   milionów   franków;   z   tego   trzecia   część,   to   jest 

trzydzieści trzy miliony przypadają na pana. 

Tyrkomel wzruszył ramionami. 
– Czy pan wie, panie Tyrkomel, zaczął pan Antifer, że pan nie może odmówić nam 

wiadomości, której mu udzielił testator? 

– Doprawdy? 
– Oprócz tego wiesz pan zapewne, że nie masz tak samo prawa pozostawić odłogiem 

tych milionów, jakbyś nie miał prawa ich sobie przywłaszczyć. 

–  Nie  zgadzam  się  z  pierwszą  częścią   pańskiego   zdania,  gdyż   mogę   pozostawić  te 

miliony tam, gdzie one się znajdują. 

–   Czy   pan   wiesz,   że   jeżeli   trwać   będziesz   w   swym   oporze,   krzyknął   pan   Antifer, 

doprowadzony   do   najwyższego   stopnia   rozdraźnienia,   możemy   go   pociągnąć   do 
odpowiedzialności sądowej, jako spadkobiercę mającego najgorsze zamiary? Jako… jako… 
zbrodniarza… 

– Co? zbrodniarza! powtórzył  Tyrkomel z hamowanem oburzeniem. Doprawdy moi 

panowie, śmiałość waszą można tylko porównywać z waszą głupotą! Czy sądzicie, że ja w 
jednej chwili zaprę się moich przekonań i pozwolę na odkopanie stu milionów, które staną się 
powodem stu milionów grzechów? Że dam taki zły przykład swoim współwyznawcom? Nie, 
za nic w świecie tego nie uczynię… 

background image

Mówiąc to, Tyrkomel miał postać prawdziwie wspaniałą i natchnioną. Julian spoglądał 

na niego z podziwieniem, ale pan Antifer był oburzony. 

–  Odpowiedz  pan   stanowczo  na  uczynione  sobie   zapytanie,  krzyknął  wreszcie,   czy 

chcesz lub nie chcesz oddać nam list Kamylk-Paszy? 

– Nie, nie oddam go. 
Pan Antifer oniemiał z gniewu. 
– Nie? wyjąkał po chwili. 
– Nie. 
– Ach! niegodziwcze! wrzasnął pan Antifer w uniesieniu, ja i tak potrafię ci wydrzyć 

ten list! 

Julian chciał powstrzymać wuja, aby tenże nie posunął się do jakiej ostateczności, ale 

pan Antifer odepchnął go gwałtownie. Chciał powalić na ziemię Tyrkomela i przetrząsnąć 
cały ten pokój, półkę i szafę. Co prawda poszukiwania nie byłyby trwały zbyt długo. Ale pan 
Tyrkomel, jak gdyby odgadł jego myśli, rzekł zwolna i dobitnie. 

– Napróżno szukałbyś pan tego listu… 
– Dlaczego? zapytał bankier Zambuco. 
– Dlatego że ja go już nie mam. 
– A cóżeś pan z nim zrobił? 
– Spaliłem go. 
– Co? rzuciłeś pan ten list w ogień? krzyknął, z rozpaczą pan Antifer. Ach! nędzniku!… 

Zniszczyć list, który zawierał tajemnicę stu milionów! Tajemnicę, której już nigdy nie będzie 
można odkryć. 

– Powiedziałem szczerą prawdę, a teraz wychodźcie, panowie! rzekł pan Tyrkomel, 

wskazując im drzwi.

Pan Antifer był jak nieprzytomny, bankier płakał rzewnie, jak dziecko, któremu odbiorą 

zabawkę. 

Julian musiał  ich wyprowadzić  obydwóch  i czuwać nad nimi,  dopóki nie doszli do 

hotelu. 

Rozdział XIII

 
Tyle wzruszeń, obaw, gwałtownych wrażeń i nagłe przejście od nadziei do rozpaczy, 

podkopały zdrowie pana Antifera. Skoro tylko powrócił od pana Tyrkomel, musiał położyć 
się do łóżka, ciężką złożony chorobą. 

background image

Następstwem tylu wstrząśnień była silna gorączka i zupełna utrata przytomności. W 

malignie biedny pan Antifer powtarzał ciągłe swe przygody i rozpaczał nad utratą dokumentu, 
którego już żadnym sposobem niepodobna wydrzeć panu Tyrkomel! Można było się lękać, że 
umysł   pana   Antifera   nigdy   już   nie   oswobodzi   się   z   mgły,   która   go   przysłoniła.   Doktor 
obawiał się kompletnego pomięszania zmysłów. 

Przyjaciele  otoczyli  go troskliwą opieką  i nie szczędzili  trudów  ani starań, aby mu 

przywrócić zdrowie. 

Przyszedłszy do hotelu, Julian opowiedział wszystko Ben-Omarowi, od którego znowu 

Sauk dowiedział się o rezultacie odwiedzin u pana Tyrkomel. Można sobie wyobrazić gniew 
jego; ale wbrew oczekiwaniu notaryusza, który się spodziewał okropnego wybuchu, Sauk 
zachował się spokojnie; może  pocieszał  się myślą,  iż zdoła wydrzeć  tajemnicę,  która się 
wymknęła panu Antiferowi i sam z niej osiągnąć korzyści. Przez dwa dni Sauk nie pokazał 
się w hotelu i nikt nie wiedział, gdzie się obraca. 

–   Zdaje   mi   się,   że   interes   raz   nazawsze   skończony,   rzekł   Tregomain   do   Juliana. 

Zapewne i ty jesteś tego samego zdania, mój chłopcze? 

– Tak jest, panie Trégomain, uporu pana Tyrkomel nie zwalczymy. 
– Zabawny jednak jest ten człowiek! Ofiarują mu miliony, a on je odrzuca! 
– Czy tylko te miliony istnieją rzeczywiście? odparł z powątpiewaniem julian. 
– Nie wierzysz w nie, Julianie? Co do mnie mam to przekonanie, że skarb istnieje 

napewno, ale gdzie? 

– Zmieniłeś pan zdanie, panie Trégomain. 
– W istocie, od chwili gdy znaleźliśmy brylanty. 
Nie twierdzę, aby te miliony miały się znajdować na wysepce numer trzeci, ale zawsze 

są gdzieś ukryte, tylko na nieszczęście możemy się o nich nigdy nie dowiedzieć… 

– Ja zaś, pomimo tych dwóch brylantów, znalezionych na wyspie w zatoce Ma-Jumba, 

nie wierzę wcale w te skarby i jestem pewny, że Kamylk-Pasza zadrwił sobie ze wszystkich. 

– W każdym razie wuj twój może to drogo przypłacić. Daj Boże, aby jak najprędzej 

odzyskał zdrowie i zmysły. Pielęgnujmy go trokskliwie, a może, gdy powróci do sił, da się 
nakłonić do powrotu do Francyi gdzie pędził tak spokojne życie! 

– Ach, jak ja pragnę, ażebyśmy się znaleźli znowu w domu przy ulicy Hautes Salles! 
– A czy pisałeś do Elizy? 
– Napiszę dziś, panie Trégomain, gdyż sądzę, że mogę jej oznajmić nasz rychły powrót. 
Upłynęło dni kilka, stan chorego nie pogorszył się przynajmniej, gorączka zmniejszała 

się nawet, jednak doktor lękał się o zmysły pana Antifera. 

Obydwaj nie odstępowali ani na chwilę chorego, nie wychodzili nawet za próg hotelu. 

W   gorączkowych   swych   majaczeniach   pan   Antifer   powtarzał   ciągle,   że   pana   Tyrkomel 
pociągnie do odpowiedzialności sądowej. Sędziowie zmuszą go do mówienia, bo nie wolno 
milczeć, skoro można zbogacić kraj stoma milionami. 

Julian i Trégomain mieli niemało kłopotu, chory bowiem w gorączce zrywał się z łóżka 

i chciał biedz do pana Tyrkomel. 

Trégomain miał wielką ochotę zwiedzić miasto, ale ani krokiem ruszyć się nie mógł od 

łoża chorego; obiecywał to sobie wynagrodzić później. 

background image

– Muszę zobaczyć  pałac Holyrood, dawną rezydencyę  królów szkockich, mówił  do 

Juliana,   królewskie   opartamenty   i   sypialnię   nieszczęśliwej   Maryi   Stuart.   Wejdę   na   skałę 
zwaną   Artur,   której   kształt   przypomina   lwa   uśpionego!   Ze   skały   tej,   wznoszącej   się   na 
dwieście kilkadziesiąt metrów nad poziom morza, roztacza się podobno wspaniały widok na 
miasto,  a  dalej   na bezbrzeżne  fale   morza!  Ale  cóż,  dodawał  z  westchnieniem,   nie  mogę 
widzieć   tych   wszystkich   piękności,   dopóki   przyjaciel   mój   Antifer,   choć   trochę   sił   nie 
odzyska. Teraz nie mogę go przecież odstąpić ani na chwilę. 

Jedyną   rozrywką   poczciwego   Trégomain   było   to,   że   wyglądał   oknem   na   pomnik 

Walter-Skotta. 

Tymczasem   wieść   o   milionach,   do   których   odkrycia   pan   Tyrkomel   nie   chciał   się 

przyczynić, rozeszła się po całem mieście. Z ust do ust powtarzano sobie, że słynny mówca, 
stosując się do wyznawanych przez siebie zasad, odrzucił olbrzymi spadek. Nawet w gazetach 
pisano o tem zdarzeniu i powtarzano historyę skarbu Kamylk-Paszy, zakopanego w skale na 
jakiejś   tajemniczej   wysepce.   Znalezienie   skarbu   zależało   więc   tylko   od   kilku   słów   pana 
Tyrkomel, który tych słów wypowiedzieć nie chciał. Dziennikarze, nie znając szczegółowo 
tej sprawy, nie wiedzieli o istnieniu dwóch innych spadkobierców, więc nie wymienili nawet 
nazwiska pana Antifera. Głos opinii publicznej był podzielony. Jedni chwalili postępowanie 
pana   Tyrkomel,   drudzy   ganili   je,   dowodząc,   że   te   miliony   mogły   zrobić   wiele   dobrego, 
przynieść ulgę w nędzy i rozmaitych nieszczęściach, których zawsze tak wiele spotyka się na 
świecie. Ale pan Tyrkomel widać był obojętnym tak na pochwały, jak na nagany. 

Gdy w kilka dni później po wyżej opisanych zdarzeniach, Tyrkomel miał swój wykład, 

tłumy otoczyły go dokoła. Duszono się prawie, a mówcę powitano oklaskami jak w teatrze. 
Każdy chciał widzieć i słyszeć tego osobliwego człowieka, który wzgardził milionami. 

Tylko pan Antifer i jego towarzysze nie znajdowali się na tem zebraniu, dla przyczyn 

dobrze nam wiadomych. Za to za jednym filarem, podtrzymującem sklepienie głównej nawy, 
znajdował się słuchacz, cudzoziemiec, człowiek trzydziestokilkoletni, z czarnymi włosami i 
takimże   zarostem,   odznaczający   się   bardzo   niemiłym   wyrazem   twarzy.   Niewiadomo   czy 
rozumiał język, w jakim przemawiał Tyrkomel, zapewne, że tak, bo nie odwracał od mówcy 
wzroku, w którym ponury i groźny płonął ogień. 

Gdy skończyło  się kazanie, ów tajemniczy słuchacz przebojem torował sobie drogę 

wśród tłumów, aby iść jak najbliżej pana Tyrkomel. Lecz nie on jeden miał ten zamiar, gdyż 
liczny tłum odprowadził mówcę do domu. Zanim pan Tyrkomel wszedł do sieni, zatrzymał 
się jeszcze na schodach i przemówił do zgromadzonych kilka słów, które nowy wywołały 
zapał. Tłum oddalił się zwolna, a pan Tyrkomel  wszedł na ciemny kurytarz  i na schody 
wiodące na trzecie piętro. Ów tajemniczy słuchacz postępował za nim cicho, a czynił to z taką 
ostrożnością, jak kot, czyhający na zdobycz. Tyrkomel nie dostrzegł go też wcale. 

Wreszcie   mówca   wszedł   do   swego   pokoju   i   zamknął   drzwi   za   sobą.   Tajemniczy 

człowiek   ukrył   się   w   ciemnym   kącie   i   czekał,   ale   na   co?   Trudnoby   odpowiedzieć   na 
powyższe pytanie. 

Nazajutrz lokatorzy tego domu zdziwieni byli, że Tyrkomel nie wstał podług zwyczaju 

o wschodzie słońca i nawet cały dzień nie pokazywał się na ulicy. Kilka osób stukało do jego 
drzwi, ale nikt nie odpowiadał. 

Wszystkim wydało się to dziwną i podejrzaną rzeczą i po południu jeden z sąsiadów 

zawiadomił   o   tem   policyę.   A   gdy   agenci   policyjni   wyważyli   drzwi,   okropny   widok 
przedstawił się ich oczom. Widać przestępca jakiś wdarł się tu podstępem, gdyż wszystko w 
pokoju było poprzewracane do góry nogami. Sprzęty, ubranie, papiery i książki zaścielały 
podłogę. Stłuczona lampa, leżała w kącie, a wielebny Tyrkomel, odarty prawie z ubrania, 

background image

leżał przywiązany sznurami do łóżka. Usta miał zawiązane chustką, aby nie mógł krzyczeć. 
Jednem słowem był w stanie godnym pożałowania; z bolu, znużenia i przestrachu stracił 
przytomność. Jak długo tak leżał, on sam nie umiałby na to odpowiedzieć. Gdy zaczęto go 
trzeźwić   i   rozcierać,   jeden   z   agentów   wydał   okrzyk   zdziwienia,   gdyż   na   lewej   łopatce 
wielebnego Tyrkomela spostrzegł jakieś litery i cyfry wypisane a raczej wytatuowane. 

Był  to  ciemny  napis, który się  odznaczał  doskonale:  77  stopni,  19 linii  na  północ. 

Wyrazy oznaczone były tylko pierwszemi literami. 

Nie ulegało wątpliwości, że była to owa tak upragniona szerokość geograficzna. Widać 

że ojciec pana Tyrkomela, obawiając się stracić tak ważną wiadomość, wypisał ją na ramieniu 
swego syna, który był wtedy młodem chłopięciem i mógł nawet nie pamiętać tego faktu. 
Książeczka z notatkami może zginąć, napis na skórze nigdy. Tak więc, chociaż Tyrkomel w 
istocie spalił list Kamylk-Paszy, posiadał jednak tę wiadomość, zabezpieczoną w tak dziwny 
sposób. 

Okrutny   przestępca   zaskoczył   widocznie   swą   ofiarę   podczas   snu.   Pan   Tyrkomel, 

przebudziwszy się,  usiłował  walczyć,  bronić  się, jak świadczył  o tem nieład  panujący w 
pokoju, ale nie mógł tego dokazać, skoro przestępca skrępował go tak bezlitośnie, że go o 
mało co nie udusił. 

Szczegóły te opowiedział sam pan Tyrkomel, gdy po usilnych staraniach przywołanego 

doktora, odzyskał wreszcie przytomność. Podług jego zdania napaść miała jedynie na celu 
odkrycie tajemnicy, dotyczącej wysepki ze skarbami. 

Opowiadał także, jak wyglądał przestępca, bo mógł mu się dobrze przypatrzeć podczas 

walki, jaką z nim toczył. Mówiąc o tem, pan Tyrkomel wspomniał także o odwiedzinach 
trzech cudzoziemców, którzy przyjechali do Edymburga po to, aby się dowiedzieć o spadku 
Kamylk-Paszy. 

Były   to   doskonałe   wskazówki   dla   agentów   policyjnych,   którzy   zaraz   rozpoczęli 

śledztwo. W kilka godzin później, policya dowiedziała się, że cudzoziemcy, o których była 
mowa, zamieszkali w hotelu Gibbs. 

Choroba pana Antifera wyszła im teraz na dobre, bo przynajmniej policya nie mogła ich 

posądzić   o   współudział   w   przestępstwie.   Ben-Omar   także   nie   wychodził   z   hotelu,   co 
poświadczyli   liczni   świadkowie.   Zresztą   żaden   z   naszych   znajomych   nie   odpowiadał 
rysopisowi przestępcy, podanemu przez wielebnego Tyrkomela. 

Dzięki   tym   okolicznościom   poszukiwacze   skarbu   nie   dostali   się   do   więzienia. 

Naturalnie, że posądzenie padało tylko na Sauka, który jak już wspominaliśmy,  znikł bez 
wieści. On też w istocie był owym przestępcą. Teraz gdy posiadł szacowną tajemnicę, był już 
panem położenia i mógł z łatwością odszukać trzecią wysepkę. 

Tego   tylko   brakowało   do   ostatecznego   pognębienia   pana   Antifera.   Nie   ulegało 

wątpliwości, że mniemany Nazim odkrył tajemnicę i że pojechał już na poszukiwanie wyspy, 
gdzie znajdzie skarby ukryte. 

Najmniej zdziwiony tymi wypadkami był Julian, bo on zawsze podejrzywał Nazima. 

Ma się rozumieć, że Ben-Omar był jak najmocniej przekonany o winie Sauka. Pan Antifer 
miał się już trochę lepiej. Zrozumiawszy co się stało, gniewał się i wyrzekał. Wspólnie z 
bankierem   Zambuco   postanowili   wezwać   notaryusza   do   siebie,   aby   im   wytłómaczył 
postępowanie Nazima. 

Można sobie wyobrazić, co od nich wycierpiał Ben-Omar. Pan Antifer, który był chory 

na febrę, mógł teraz wylać żółć swoją na biednego notaryusza. 

background image

– Ładnych pan wybierasz dependentów! krzyknął groźnie. Złodziei! tak złodziei… bo 

ten   łotr   pojechał,   aby   zagarnąć   skarby  Kamylk-Paszy,   a   gdy  pozyska   taki   majątek,   czyż 
potrafimy go doścignąć i ukarać? 

– Ach! Sauk! Sauk! wyrwało się mimowoli z ust biednego notaryusza. 
Ten wykrzyknik potwierdził podejrzenia Juliana. A więc ów Nazim, to był Sauk, syn 

Murada, człowiek wydziedziczony przez Kamylk-Paszę na korzyść innych spadkobierców… 

– Więc to był Sauk? zawołał Julian.
Ben-Omar chciał zaprzeczać, ale wyraz jego twarzy i malująca się na niej trwoga i 

pomięszanie, wskazywały jasno, że Julian się nie mylił. 

– Sauk! zawołał pan Antifer, wyskakując z łóżka i potrącił tak silnie notaryusza, że ten 

upadł jak długi na ziemię. 

Gniew wpłynął dodatnio na zdrowie pana Antifera. Oprócz tego oddziałała na niego 

jeszcze   silniej   wiadomość   wyczytana   w   gazetach,   w   których   reporterzy   ogłosili   napis 
umieszczony na skórze pana Tyrkomela. 

– Tak więc nie tylko Wielka Brytania, ale niedługo świat cały będzie wiedział, gdzie się 

znajduje wysepka z milionami! wołał z rozpaczą pan Antifer, niepomny na to, że szerokość 
geograficzna nie była uzupełniona wiadomością o długości geograficznej. 

– Siedemdziesiąt siedem stopni, dziewiętnaście minut na północ, powtarzał sobie, już 

nie wiadomo po raz który. 

W istocie chciwość ludzka nie wiele z tej wiadomości mogłaby skorzystać. 
Ale pan Antifer, który posiadał wiadomość o długości geograficznej, mógł szukać tej 

wysepki. Pod wpływem tej nadziei ozdrowiał, opanowała go tylko gorączka złota. Wstał, 
ubrał się, odzyskał siły i zaczął naglić towarzyszy, aby się gotowali do podróży. 

– Julianie, czy kupiłeś już atlas? zapytał. 
– Kupiłem, mój wuju. 
– No, to dobrze, a kiedy wiesz już i długość i szerokość geograficzną, szukaj wysepki 

numer trzeci. 

Julian rozłożył atlas i zaczął szukać za pomocą kompasu. 
– Wyspa Szpicberg, wybrzeże południowe, rzekł. 
Zatem Kamylk-Pasza umieścił swoje skarby na dalekiej północy! 
– W drogę, nawet dziś, jeśli znajdziemy okręt! zawołał pan Antifer. 
– Mój wuju!… odezwał się Julian. 
– Nie możemy przecież pozwolić temu nędznemu Saukowi, aby nas uprzedził! odparł z 

uniesieniem pan Antifer. 

– Masz słuszność, mój przyjacielu!… potwierdził Trégomain. 
– Prędzej zatem w drogę! raz jeszcze powtórzył pan Antifer i dodał: 
–   Uprzedźcie   tego   niedołęgę   notaryusza,   ażeby   się   szykował   do   drogi,   ponieważ 

testament Kamylk-Paszy wymaga tego… 

– To jeszcze szczęście, że ten żartowniś pasza nie posyła nas na przeciwną półkulę! 

rzekł Julian. 

background image

 

Rozdział XIV

 
Pan Antifar i czterej jego towarzysze,  licząc  w to Ben-Omara, musieli  się udać do 

Bergen, jednego z główniejszych portów zachodniej Norwegii.

Nie zwlekali ani chwili z wykonaniem raz powziętego postanowienia, tem bardziej że 

Nazim, a raczej Sauk, wyprzedził ich o cztery albo pięć dni; przed południem jeszcze byli w 
Leith, gdzie spodziewali się znaleźć statek odpływający do Bergen, który to port leżał na 
drodze do wyspy Szpicberg. 

Odległość z Edymburga do tego portu wynosi mniej więcej czterysta mil; stamtąd zaś 

należało się udać do Hammerfest, portu wysuniętego najdalej na północ Norwegii. Drogę tę 
można odbyć na okręcie, który podczas pięknej pory roku przewozi turystów aż do przylądka 
północnego. 

Z Bergen do Hammerfestu jest ośmset mil, a z Hammerfestu do południowego krańca 

wyspy   Szpicberg   mniej   więcej   sześćset   mil.   Wskazówka   znaleziona   na   plecach   pana 
Tyrkomela, oznaczała właśnie tę miejscowość. Aby się dostać do Szpicbergu, trzeba było 
wynająć statek, któryby mógł odbyć taką podróż morską. Na szczęście była to jeszcze piękna 
pora roku, kiedy burze nie nawiedzają oceanu Północnego. 

Pozostawała   jeszcze   do   rozstrzygnięcia   kwestya   pieniężna.   Ta   trzecia   podróż, 

przedsięwzięta   w   celu   poszukiwania   skarbu,   z   pewnością   będzie   bardzo   kosztowna, 
mianowicie   od  Hammerfestu   do  Szpicbergu,  gdzie  trzeba  będzie  wynająć  statek  na  swój 
koszt.   Zapasy   pieniężne   pana   Trégomain   zaczęły   się   już   wyczerpywać,   bo   też   nie   mało 
ponieśli kosztów od chwili wyjazdu z Saint-Malo. Na szczęście podpis bankiera Zambuco 
znaczył   to   samo,   co   złoto,   a   bankier   ofiarował   nieograniczony   krydyt   swemu 
współspadkobiercy. 

– Porachujemy się później, rzekł do pana Antifera. Choćbyśmy nic więcej nie znaleźli 

nad ten brylant z wysepki w zatoce Ma-Jumba, jeszcze mi spłacisz dług zaciągnięty. 

Zanim   więc   opuścili   Edymburg,   bankier   udał   się   do   banku   szkockiego   i   na   czek 

wystawiony przez siebie, dostał pieniędzy. 

W   Leith,   w   zatoce   Forth,   oczekuje   zawsze   dużo   okrętów,   znaleźli   więc   i   okręt 

odpływający   za   dwa   dni   do   Norwegii.   Był   to   statek   kupiecki,   lecz   kapitan,   za   dobrem 
wynagrodzeniem, zdecydował się zabrać podróżnych. Pan Antifer był tak zniecierpliwiony tą 
przymusową zwłoką, że nie pozwolił ani Julianowi, ani swemu przyjacielowi, na zwiedzenie 
Edymburga, co bardzo zmartwiło poczciwego Trégomain. 

Wreszcie 7 lipca wypłynęli z zatoki Forth i w dwa dni później znaleźli się w Bergen. 
Przed wyjazdem z Edymburga Julian zaopatrzył się w sextan, chronometr i podręcznik 

do oznaczania czasu, gdyż wszystko to utracili podczas rozbicia statku w zatoce Ma-Jumba. 

background image

W   istocie   lepiejby   było   dla   naszych   podróżnych,   gdyby   byli   mogli   wynająć   okręt, 

któryby ich wprost mógł zawieźć do Szpicbergu, ale nie trafiła im się podobna okazya. 

W   Bergen   znów   musieli   czekać   blizko   dwie   doby.   Pan   Antifer   i   Zambuco   nie 

wychodzili z hotelu, tem więcej, że dnia tego deszcz padał. Lecz Julian i Trégomain nie 
zważali   na   niepogodę   i   poszli   oglądać   miasto,   położone   w   dolinie   ze   wszystkich   stron 
otoczonej górami. Trzeba przyznać, że zwiedzanie miasta Bergen, nie mogło im wynagrodzić 
tego co stracili, nie widząc wspaniałego Edymburga. Najciekawszą dzielnicą jest olbrzymi 
targ rybny. I w istocie nigdy Trégomain nie widział tylu beczułek ze śledziami, ani takiej 
obfitości   dorszów,   złowionych   na   wyspach   Lofodzkich   i   łososi,   których   takie   mnóstwo 
rozchodzi   się   w   Norwegii.   To   też   charakterystyczna   woń   świeżych   ryb   przeciska   się   tu 
wszędzie   i   unosi   się   nietylko   nad   wybrzeżem,   ale   dostaje   się   do   wysokich   domów,   do 
sklepów z kosztownościami, do bogatych magazynów futer, a nawet do willi rozsypanych na 
dwóch   ramionach   fiordów,   które   wązki   przesmyk   ziemi   oddziela   od   wielkiego   jeziora 
słodkiej wody. 

Trégomain i Julian zwiedzili całe miasto, aż wreszcie 11 lipca, o 10 rano wsiedli na 

okręt,   który   zabierał   turystów,   pragnących   podziwiać   słońce   o   północy,   na   horyzoncie 
północnego przylądka. 

Lecz   pan   Antifer,   Zambuco   i   Ben-Omar   zapewne   pozostaną   obojętnymi   i   na   to 

zjawisko. A jednak podróż morska na tym  statku była  bardzo miła i nader urozmaicona; 
płynęli   bowiem   wzdłuż   brzegów   norweskich,   poprzerzynanych   głębokimi   fiordami.   Na 
szczytach gór widać było błyszczące lodowiska, niektóre z nich staczały się aż do morza; na 
dalszym widnokręgu rysowały się wyniosłe góry, których wierzchołki tonęły we mgle. 

Pana   Antifera   gniewały   częste   przystanki   okrętu,   przeznaczone   dla   zadowolnienia 

ciekawości turystów w miejscowościach godnych widzenia. Myśl, że Sauk wyprzedził jego 
wyprawę o tyle dni, utrzymywała go w ciągłem rozdrażnieniu, bardzo nieprzyjemnem dla 
tych co go otaczali. Uwagi Juliana i Trégomain, którzy chcieli go powstrzymać od ciągłego 
narzekania   i   krzyków,   nie   zdały   się   na   nic.   Dopiero   groźba   kapitana,   który   oświadczył 
stanowczo, że pana Antifera wysadzi na ląd, jeżeli będzie zakłócał spokój pasażerów, zmusiła 
go do panowania nad sobą. 

Najpierw statek zatrzymał się w Drontheim, starem bardzo mieście, mniej znacznem, 

niż Bergen, ale za to ciekawszem dla turystów. 

Pan Antifer i Zambuco nie chieli wcale wysiąść na ląd, tylko Trégomain i Julian poszli 

zwiedzić   starożytne   miasteczko,   które   jeżeli   zadawalnia   turystów   pod   względem   ładnych 
widoków, męczy niesłychanie z powodu szkaradnego bruku, składającego się z nierównych i 
sterczących kamieni, kaleczących po prostu nogi. 

–   Szewcy   prędko   muszą   się   tutaj   dorabiać   majątku,   odezwał   się   Trégomain,   o   toż 

chodzi się tu jak po szpilkach. 

Dwaj   przyjaciele   zwiedzili   kościół   katedralny,   w   którym   królowie   szwedzcy   po 

koronacyi   w   Sztokholmie,   koronowali   się   w   Drontheim,   jako   królowie   Norwegii.   Potem 
obszerny cmentarz otaczający katedrę, następnie wybrzeża szerokiej rzeki Nid, która podnosi 
się i opada wraz z przypływem i odpływem morza. Brzegi rzeki ocembrowane są drzewem i 
tworzą dość ładne bulwary. Byli także na obszernym targu z jarzynami, które przywożą z 
Anglii, i przeszli aż na drugą stronę rzeki, na przedmieście, poza którem wznosi się dawna 
cytadela. 

Znużeni wrócili na pokład okrętu, a Julian wysłał znów list do Elizy. Statek zatrzymał 

się jeszcze w wielu miejscach, ku wielkiemu niezadowoleniu pana Antifera, który nie chciał 

background image

się   zastosować   do   przyjętego   zwyczaju   i   nie   przeskoczył   przez   sznur,   wyciągnięty   na 
pokładzie okrętu, w chwili, gdy statek przebywa koło północne. Za to Trégomain zastosował 
się do tradycyi. Płynąc ku północy statek ominął sławny wir morski Maelstrom, gdzie woda z 
szumem rozpryskuje się na białawą pianę. Następnie minęli archipelag wysp Lofodzkich, 
dokąd udają się na połów rybacy norwescy i wpłynęli do portu Tromsö. 

Przez   cały  czas  tej   przeprawy  morskiej  padały  ulewne   deszcze;   zaledwie  na  cztery 

godziny   podczas   doby   deszcz   ustawał   i   to   jaki   deszcz!   Zdawać   się   mogło,   że   upusty 
niebieskie   otworzyły   swe   czeluście,   grożąc   nowym   potopem.   Ale   niepogoda   była   dość 
pocieszającym objawem dla naszych podróżnych, gdyż temperatura była dosyć wysoka. A dla 
ludzi chcących się dostać pod siedemdziesiątą siódmą odległość geograficzną, temperatura 
była   niesłychanie   ważną   rzeczą.   Zimno   mogło   przeprawę   do   Szpicbergu   utrudnić,   albo 
uczynić wprost niemożliwą. W okolicach północnych, nawet lipiec jest już dość spóźnioną 
porą na wyprawy morskie  w  stronę bieguna  północnego, gdyż  wskutek zmiany kierunku 
wiatru, na morzu zjawić się mogą lodowce. Gdyby więc pan Antifer został zaskoczony w 
Hammerfest lodowcami, które płyną ku południowi, kto wie, czy mógłby wtedy puścić się na 
morze w łodzi rybackiej. Myśl ta obawą przejmowała Juliana. 

– Co to będzie, jeśli morze okryje się lodowcami? rzekł jednego dnia Trégomain do 

Juliana. 

–   W   takim   razie   wuj   musiałby   przepędzić   zimę   na   przylądku   północnym   i   tam 

oczekiwać nadejścia przyjaźniejszej pory roku.

– Ciężka byłaby to zima, no, ale przecież nie można tak łatwo wyrzec się milionów! 

odpowiedział Trégomain. 

Brylanty, znalezione na wysepce w zatoce Ma-Jumba, wpłynęły na zmianę przekonań 

poczciwego Trégomain, który teraz wierzył już w istnienie skarbu. 

– Ile to już ponieśliśmy ofiar!… powtarzał z westchnieniem. Najpierw piekliśmy się na 

słońcu w Loango, a teraz będziemy marznąć w północnej Norwegii! Niech licho porwie tego 
paszę! Dlaczego ukrył swój skarb w takich odległych stronach?… 

Okręt tylko kilka godzin zatrzymał się w Tromsö, gdzie pasażerowie po raz pierwszy 

zetknęli   się   z   mieszkańcami   Laponii;   wreszcie   21   lipca   rano   wpłynął   do   ciasnej   zatoki 
Hammerfest, skąd nazajutrz miał przewieść turystów do północnego przylądka, miejscowości 
najbardziej wysuniętej na północ Norwegii. Ale pana Antifera nic nie obchodził przylądek 
północny, który nie mógł iść w porównanie z wysepką numer trzeci!

Podróżni przez dzień ten mieli wypocząć w hotelu. Hammerfest liczy ze dwa tysiące 

mieszkańców,   zajmujących   drewniane   domy;   ludność   stanowią   głównie   protestanci, 
katolików   jest   bardzo   mało.   Mieszkańcy   Norwegii   są   bardzo   przystojni,   szczególniej 
marynarze i rybacy, którzy na nieszczęście skłonni są do pijaństwa. Lapończycy zaś są bardzo 
brzydcy, usta mają szerokie, nos spłaszczony, cerę żółtawą, a włosy najeżone, jak grzywa 
końska, ale są pracowici i pomysłowi. 

Wynająwszy pokoje w hotelu, pan Antifer i jego towarzysze wyszli na miasto, aby 

poszukać jakiego statku, któryby mógł zawieźć ich do Szpicbergu. Udali się do portu, dokąd 
wpada szeroka rzeka; nad tamą z powbijanych pali wznoszą się domy i składy. 

Przemysł  w Hammerfest zasadza się głównie na handlu rybami.  Nawet psy i bydło 

żywią się rybami, a setki statków i łodzi rybackich dowozi ich tyle z obfitych połowów, że 
wystarczają aż nadto na potrzeby miejscowe i na wywóz do stron dalszych. 

background image

W Hammerfest dni podczas lata są niezmiernie długie, prawie że nie ma nocy; w zimie 

zaś noc trwa prawie ciągle, rozjaśniana tylko niekiedy blaskiem wspaniałej zorzy północnej. 

Przy wejściu do portu, pan Antifer i jego towarzysze zatrzymali się u stóp kolumny 

granitowej, ozdobionej kapitelem z bronzu, przedstawiającym broń norweską, ponad którą 
unosi   się   kula   ziemska.   Ta   kolumna,   wzniesiona   za   panowania   Oskara   I-go,   postawiona 
została na pamiątkę robót, przedsięwziętych w celu wymiaru południka, pomiędzy ujściem 
Dunaju i Hammerfestem. Potem podróżni nasi udali się na groblę, przy której zatrzymują się 
rozmaitej wielkości statki i łodzie rybackie. 

Ale w jaki sbosób porozumieją się z ich właścicielami, skoro nie umieją po norwesku? 

Na szczęście Julian umiał po angielsku, a ten język kosmopolityczny ułatwił im porozumienie 
się w krajach skandynawskich. 

Daleko jeszcze było do wieczora, gdy statek został wynajęty za dość wygórowaną cenę, 

a   kapitan   jego   Olaf   i   jedenastu   ludzi,   stanowiących   załogę,   gotowi   byli   każdej   chwili 
odpłynąć   do   Szpicbergu,   zaczekać   na   swych   pasażerów   dopóty,   dopóki   ci   zechcą   tam 
pozostać, zabrać pakunki, jakie będą żądali, aby zostały zabrane, i odwieźć ich napowrót do 
Hammerfest. 

Pan   Antifer   był   niesłychanie   uradowany   z   tak   szczęśliwego   obrotu   sprawy,   tem 

bardziej, że Julian rozpytał się w mieście, czy niewidziano tu przed kilku dniami jakiego 
cudzoziemca, dążącego również do Szpicbergu, i otrzymał odpowiedź przeczącą. Sauk więc 
nie   wyprzedził   ich   do   Szpicbergu,   chyba   że   popłynął   inną   drogą,   co   wydawało   się 
niemożebnem, gdyż ta droga, którą oni dążyli, była najkrótsza. 

Resztę   dnia   zeszło   na   przechadzce.   Pan   Antifer   i   bankier   Zambuco   byli.   tego 

przekonania, że teraz już dotarli do kresu swej podróży. 

Gdy o jedenastej wieczór udali się na spoczynek, było jeszcze zupełnie widno, zmrok 

trwał bardzo krótko i rozjaśnił się natychmiast blaskami jutrzenki. Nazajutrz o ósmej rano 
podróżni nasi wypłynęli z Hammerfest. Ale przebyć sześćset mil, to wymaga zawsze około 
pięciu   dni   żeglugi   i   to   wtedy,   jeżeli   pogoda   i   wiatr   sprzyjają.   Zdawało   się,   że   napływ 
lodowców grozić nie będzie, gdyż temperatura była zupełnie łagodna. Niebo pokrywało się 
niekiedy chmurami, ale padał tylko deszcz, nie śnieg. Od czasu do czasu ukazywało się słońce 
i Julian miał nadzieję, że promienna tarcza nie ukryje się wtedy, gdy będzie potrzebował 
wskazać za pomocą sextanu położenie trzeciej wysepki. Wszystko składało się jak najlepiej i 
wszyscy mieli nadzieję, że fantazya Kamylk-Paszy nie każe im już dłużej włóczyć po świecie. 

Żegluga  odbywała  się bardzo  pomyślnie,  tak że  26 lipca,  o godzinie  czwartej  rano 

dostrzeżono już na horyzoncie zarysy skał. Morze wolne było zupełnie od lodowców. Kapitan 
Olaf znał dobrze okolice wyspy Szpicberg, gdyż często udawał się w te strony na połów ryb. 
Przed laty dwudziestu wyspa Szpicberg była jeszcze bardzo mało znana, ale wkrótce i tę 
miejscowość ludzie częściej nawiedzać będą. Szpicberg jest nazwą nie jednej wyspy, lecz 
archipelagu,   który   składa   się   z   trzech   wysp   większych,   mianowicie:   wysp:   Szpicberg, 
Południowo-Wschodniej i Północno-Wschodniej. Połowem wielorybów i fok zajmują się tam 
najwięcej   Anglicy,   Rosyanie   i   Duńczycy.   Zresztą   dla   spadkobierców   Kamylk-Paszy 
wszystkie te szczegóły były rzeczą obojętną. 

Archipelag   wysp   Szpicberg   najeżony   jest   skałami,   które   utrudniają   przystęp   do 

wybrzeża. Pewien Anglik odkrył te wyspy w roku 1553, ale dopiero Holendrzy nadali im 
nazwisko. Oprócz tych trzech wysp największych, archipelag składa się jeszcze z mnóstwa 
drobnych wysepek. 

background image

Julian, po odszukaniu na mapie  oznaczonej  długości i szerokości geograficznej, dał 

rozkaz kapitanowi Olaf, aby się skierował ku wyspie Południowo-Wschodniej, która z całego 
archipelagu najbardziej jest wysunięta na południe. Przy sprzyjającem wietrze przebyto cztery 
czy pięć mil w przeciągu godziny. Statek zarzucił kotwicę niedaleko wysepki, na której widać 
było wysoki przylądek. 

Była wtedy godzina kwadrans na pierwszą, gdy pan Antifer ze swymi towarzyszami 

wsiadł do łodzi i skierował się ku wyspie. Za ich zbliżeniem stada mew i innych ptaków 
morskich zerwały się z krzykiem, a foki oddaliły się śpiesznie z wybrzeża, wydając żałosne 
głosy. 

Pan   Antifer,   wysiadłszy   na   brzeg,   tupnął   mocno   nogą,   jakby  chciał   tym   sposobem 

okazać, że bierze tę ziemię w swoje posiadanie. 

Szczęście   zdawało   się   sprzyjać   teraz   naszym   podróżnikom;   nie   szukali   bynajmniej 

miejsca do wylądowania i wysiedli właśnie tam, gdzie bogaty Egipcyanin ukrył swoje skarby. 

Wyspa była pusta, jak tylko okiem można było zasięgnąć. Na wybrzeżu nie widać było 

ani jednego Eskimosa, na morzu ani jednego okrętu, ani jednej łodzi rybackiej. Wszyscy byli 
wzruszeni   i   przejęci   radością,   nawet   Trégomain,   który   cieszył   się   szczęściem   swego 
przyjaciela. 

Radość ich spotęgowała się jeszcze bardziej, gdy spostrzegli, że na ziemi rozmiękczonej 

od   deszczów,   nie   było   żadnych   śladów,   nikt   więc   nie   przechodził   tamtędy;   Sauk   nie 
wyprzedził   ich.   Ostatni   dokument   opiewał,   że   należało   szukać   skarbu   na   południowem 
wybrzeżu wyspy. Gromadka nasza skierowała się zatem do skał, które najbardziej wysuwały 
się w morze; załomy skał nie były pokryte ani mchem ani śniegiem, co ułatwiało niezmiernie 
poszukiwania. 

Wreszcie   pan   Antifer   zatrzymał   się   przed   skałą   wyniosłą   i   gładką,   jak   owe   słupy, 

którymi podbiegunowi żeglarze oznaczają drogę przebytą. 

– To tu!… to tu!… zawołał głosem stłumionym od głębokiego wzruszenia. 
Wszyscy przybiegli na ten okrzyk. 
Na gładkiej ścianie skały widać było monogram Kamylk-Paszy, tak głęboko wyryty w 

granicie, że czas nie zdołał zniszczyć jego śladów. 

Wszyscy zatrzymali się w milczeniu przed skałą i odkryli głowy, jak gdyby znaleźli się 

nagle przed grobem bohatera. Dziwną zaiste jest wszechwładna potęga złota. 

Natychmiast zabrali się do pracy. Pod uderzeniami motyk i drągów odłamy skał sypały 

się na wszystkie  strony.  Pan Antifer  nadsłuchiwał  bacznie,  czy nie  usłyszy metalicznego 
dźwięku. Wreszcie drąg okuty żelazem, którym posługiwał się pan Antifer, napotkał opór. 

–   Nakoniec!   zawołał   pan   Antifer   odrzucając   ostatni   kawał   skały,   który   przykrywał 

skarby. 

Ale po tym okrzyku radości nastąpił okrzyk rozpaczy, tak gwałtownej, że słychać go 

było chyba na jaki kilometr odległości. Pan Antifer upuścił drąg na ziemię. W głębi skały nie 
było baryłek, lecz znowu skrzynka żelazna, podobna do dwóch znalezionych już poprzednio. 

– Jeszcze to samo! jęknął Trégomain, podnosząc ręce ku niebu. 
Trzeba więc będzie szukać jeszcze czwartej wyspy! Pan Antifer, uniesiony gniewem, 

uderzył z taką siłą drągiem w skrzynkę, że ta rozbiła się od razu. 

background image

Wyleciał z niej pergamin pożółkły, zacieknięty i bardzo zniszczony; widać że deszcze i 

śniegi dostawały się do wnętrza skrzynki. Kosztowności nie było żadnych. Jeden tylko Julian 
zachował zimną krew; podjął pergamin i rozwinął go ostrożnie. Była to pojedyńcza kartka, 
której górna część uległa zniszczeniu przez wilgoć. Niektóre wiersze jednak były zupełnie 
czytelne. Julian więc tak czytać zaczął: 

„Było trzech ludzi, którym winienem wdzięczność i którym chcę pozostawić dowody 

mojej pamięci. Dlatego to złożyłem dokumenty na trzech wysepkach, bo chciałem, aby ci 
trzej ludzie, co mają po mnie odziedziczyć mienie, poznali się w podróży i połączyli się ze 
sobą węzłami przyjaźni.” 

Co do tego pomylił się poczciwy Pasza. 
„Będą oni zmuszeni ponieść wiele trudów zanim zdobędą majątek, ale zawsze nie tyle, 

ile   poniosłem   ja,   aby   im   przekazać   te   pieniądze.   Ci   trzej   ludzie   są:   Francuz   Antifer, 
Maltańczyk Zambuco i Szkot Tyrkomel. Jeżeli oni już nie żyją, dziedziczyć mają ich prawi 
spadkobiercy.   To   też,   gdy   w   obecności   notaryusza   Ben-Omara,   którego   naznaczyłem 
wykonawcą mojego testamentu, ta skrzynka zostanie otwarta i dokument, który jest ostatnim, 
odczytany,   spadkobiercy   mogą   iść   wprost   do   czwartej   wysepki,   na   której   ukryłem   trzy 
beczułki zawierające złoto, brylanty i kosztowne kamienie.” 

Pomimo   rozczarowania,   jakiego   doznali   podróżni   nasi,   dowiadując   się   o   nowej 

podróży,   wszyscy   jednak   doznali   wielkiej   ulgi.   Zatem   ta   czwarta   wysepka   będzie   już 
ostatecznym celem ich podróży. Należało tylko dowiedzieć się, gdzie się ta wyspa znajduje. 

„Aby odnaleźć tę wysepkę, czytał dalej Julian, trzeba poprowadzić…” 
Na nieszczęście dolna część pergaminu była tak zniszczona przez czas i wilgoć, że brak 

było wielu wyrazów, które się stały zupełnie nieczytelne, Julian napróżno silił się je odczytać. 

„Wysepka… położona… prawo… geometryczne…” 
– Ależ śpiesz się! zawołał niecierpliwie pan Antifer. Dlaczego się tak zastanawiasz? 
Ale Julian nie mógł czytać dalej. Litery były tak zatarte, że nie można się było domyślić 

żadnego wyrazu. Cyfr, oznaczających szerokość i długość geograficzną, nie było ani śladu. 

Julian raz jeszcze odczytał rozpoczęte zdanie: 
„Położona… prawo… geometryczne…” 
Nareszcie zdołał odczytać ostatni wyraz: biegun. 
– Co? biegun? zawołał zdumiony. Jakto, czyżby te skarby były ukryte przy biegunie 

Północnym? 

– A może Południowym, szepnął z rozpaczą Trégomain. 
Czyż   to   więc   nie   była   prosta   mistyfikacya?   Chęć   wprowadzenia   kogoś   w   błąd   i 

narażenia   go   na   przykrości?…   Po   takiej   włóczędze   kazać   komuś   jechać   do   bieguna 
Północnego albo Południowego! A przecież jeszcze żadna istota ludzka tam nie dotarła! 

Pan Antifer wyrwał z rąk siostrzeńca dokument i starał się przeczytać w pół zatarte 

zgłoski… 

Ale nie mógł dopatrzyć nic, coby mogło naprowadzić na domysł, gdzie trzeba szukać 

czwartej wysepki. 

Gdy   pan   Antifer   przekonał   się,   że   wszystko   przepadło   stracił   przytomność   i   jak 

piorunem rażony, upadł na ziemię bez czucia. 

background image

 

Rozdział XV

 
Teraz musimy kolejno opowiedzieć wypadki, które nastąpiły po znalezieniu ostatniego 

dokumentu na wysepce numer trzeci. Wiemy już, jaką rozpacz w panu Antiferze wywołało to 
przykre   rozczarowanie,   a   mianowicie,   że   przeniesiono   go   na   pokład   statku   prawie 
bezprzytomnego.   Lecz   towarzysze   przekonali   się   wkrótce,   że   choroba   nie   będzie   miała 
groźnych  następstw. Biedny pan Antifer był  tak smutny i pognębiony,  że ani Julian, ani 
Trégomain nie mogli z niego słowa wydobyć.

Drogę z powrotem odbywano jak można było najprędzej. Na wynajętym przez siebie 

statku wrócili do Hammerfest, a stamtąd do Bergen. Ponieważ nie było jeszcze kolei żelaznej 
z   Drontheim   do   Chrystyanii,   pojechali   więc   końmi   do   stolicy   Norwegii,   potem   okrętem 
popłynęli   do   Kopenhagi,   a   następnie   koleją   przez   Danię,   Niemcy,   Hollandyę   i   Francyę, 
dostali się do Paryża i do Saint-Malo. 

W Paryżu pan Antifer rozstał się z bankierem Zambuco, któremu zapłacił wszystkie 

koszta podróży, spieniężywszy przedtem swój brylant. Kamień był w istocie tak wysokiej 
wartości,   że   jeszcze   panu   Antiferowi   pozostała   się   ładna   sumka.   Ma   się   rozumieć,   że 
notaryusz Ben-Omar nic nie dostał, gdyż miał odbierać tylko procent od skarbów, których nie 
znaleziono. 

– Idź do licha! powiedział mu z gniewem pan Antifer przy rozstaniu. 
– I staraj się żyć z niem zgodnie, dodał pocieszająco Trégomain. 
Ben-Omar powrócił zatem do Aleksandryi, przysięgając sobie, że nigdy już nie wyruszy 

na poszukiwanie skarbów. 

W Saint-Malo znajomi i przyjaciele powitali serdecznie naszych podróżnych, chociaż 

byli i tacy złośliwi, którzy żartowali z ich nieudanej wyprawy. 

Nanon i Eliza nie posiadały się z radości, ujrzawszy pana Antifera, Juliana i poczciwego 

Trégomain. Ale pan Antifer pozostał obojętny nawet na te objawy serdecznego przywiązania 
z ich strony, a gdy Trégomain, pozostawszy z nim sam na sam, uczynił mu z tego powodu 
wymówki, odpowiedział z gniewem: 

– Daj mi spokój, niech sobie robią co chcą, byle mnie nie zaczepiali! 
I odtąd żył on w zupełnem odosobnieniu od ludzi, nie rozmawiał z nikim, nie chodził na 

wybrzeże, ciągle był posępny i zamyślony. Wyglądało to, jakby się wstydził przed ludźmi 
tego, że dał się tak wywieźć w pole na poszukiwanie skarbów. Jego przyjaciele rozmawiali o 
nim często. 

– Lękam się bardzo o zdrowie wuja, mówiła Eliza. 

background image

– I ja również, moja córko, mówiła Nanon. Codzień proszę Boga, aby zesłał spokój 

swemu bratu. 

– Szkaradny pasza! zawołał Julian. Trzebaż mu było zakłócić spokój naszego życia 

swemi milionami. 

– A szczególniej takiem, których nie znaleziono, dodał Trégomain. A jednak te skarby 

są gdzieś ukryte!… I gdyby można było przeczytać ostatnie objaśnienia w dokumencie… 

Jednego dnia Trégomain rzekł do Juliana: 
– Czy ty wiesz, chłopcze, co ja myślę? 
– No cóż takiego, panie Trégomain? 
– Że twój wuj uspokoiłby się łatwiej, gdyby się dowiedział, gdzie są ukryte skarby, 

choćby nawet nie mógł ich nigdy pozyskać. 

– Może pan masz słuszność, panie Trégomain; gdyż to najbardziej gniewa mego wuja, 

że miał w ręku dokument w którym określone było położenie czwartej wysepki i nie mógł 
odczytać go do końca. 

–   Naturalnie,   że   kwestya   byłaby   się   zaraz   wyjaśniła,   odpowiedział   Trégomain.   W 

dokumencie była o tem wyraźna wzmianka. 

– To też wuj zachował ten dokument i prawie ciągle wpatruje się weń i odczytuje go. 
–   Stracony   to   czas,   mój   chłopcze,   teraz   już   skarby   trzeba   naprawdę   uważać   za 

przepadłe. Nigdy już, nigdy, nie odzyskamy olbrzymiego majątku Kamylk-Paszy! 

Czytelnicy   pytają   się   zapewne,   co   się   stało   z   Saukiem   i   dlaczego   nie   wyprzedził 

spadkobierców na wyspę Szpicberg? Oto dlatego, że schwytano go w Glazgowie z powodu 
zamachu i zbrodniczych zamiarów, których dopuścił się względem pana Tyrkomela. Sprawa 
ta narobiła wiele rozgłosu i pobudziła czujność policyi, która rozesłał rysopis przestępcy i 
listy   gończe.   Sauk   umknął   z   Edymburga,   lecz   zamiast   udać   się   na   wschodnie   wybrzeże 
Szkocyi,  tak, jak to uczynił  pan Antifer, odjechał w stronę zachodnią  i musiał  czekać w 
Glazgowie przez cały tydzień na odpłynięcie właściwego okrętu. Tu go policya poznała i 
natychmiast   uwięziła.   Stawiony   przed   sądem,   Sauk   skazany   został   na   kilkanaście   lat 
więzienia. Dlatego to nie stawił się na Szpicbergu. 

Tyle zatem trudów, kosztów i zmartwień pozostało bezowocnemi. Był  jednak jeden 

człowiek, który się cieszył z tego zawodu, to pan Tyrkomel. 

– Ileż to grzechów ludzie uniknęli, że nie dostali tego majątku!… powtarzał sobie z 

zadowoleniem. 

Życie upływało teraz spokojnie mieszkańcom małego domku w Saint-Malo i wszyscy 

czuliby się najzupełniej szczęśliwi, gdyby nie smutne i litość wzbudzające usposobienie pana 
Antifera.   Julian  także  był   trochę  smutny   na  myśl,  że   znów   na  czas  długi  rozłączy  się   z 
rodziną,   gdyż   wkrótce   miał   wyjechać   z   Saint-Malo,   jako   kapitan   statku   kupieckiego, 
będącego własnością pewnego domu handlowego. Okręt miał popłynąć do Indyi. 

Eliza martwiła się także odjazdem Juliana, głównie ze względu na stan zdrowia wuja, 

który na tak długo pozbawiony będzie opieki siostrzeńca. 

– Kto wie, czy go jeszcze zastaniesz przy życiu, mówiła do Juliana. 
Julian i Eliza często rozmawiali ze sobą o tym zatartym dokumencie, o tych zgłoskach, 

których niepodobna było odczytać. Było tam jedno rozpoczęte a niedokończone zdanie, które 
prawdziwie prześladowało Juliana. 

background image

Zdanie to zaczynało się od następujących  wyrazów: „Należy tylko  przeprowadzić..” 

Przeprowadzić… ale co? 

Potem czytelne jeszcze były oderwane, pojedyńcze wyrazy: „wysepka… położona… 

reguła… geometryczna… biegun…” 

O jakiej regule geometrycznej była tu mowa?… Czy ta reguła stanowiła jakiś łącznik 

pomiędzy wysepkami?… Może pasza nie wybierał ich wypadkowo, może nie rządził się po 
prostu   wybrykiem   fantazyi,   lecz   wybierał   je   w   ten   sposób,   aby   ułożyć   jakieś   zadanie 
matematyczne do rozwiązania. 

Co do wyrazu „biegun,” czy można było przypuszczać, że odnosi się on do krańców 

środkowej osi ziemskiej? Nie, stokroć nie! A zatem co znaczył ten wyraz? 

Julian   napróżno   łamał   sobie   głowę   nad   rozwiązaniem   tej   zagadki:   nic   nie   mógł 

wymyślić. 

– Biegun, biegun… powtarzał. Może właśnie w tym wyrazie tkwi węzeł tej zawikłanej 

kwestyi. 

Julian rozmawiał o tem również często z panem Trégomain, który wcale się nie dziwił, 

że Julian silił się na odgadnięcie tej tajemnicy, wierzył teraz bowiem święcie w to, że miliony 
te nie są złudzeniem, lecz istnieją rzeczywiście. 

– Mój kochany, lękam się tylko tego, mówił Trégomain do Juliana, abyś się i ty nie 

rozchorował z tego powodu. 

– Cóż znowu! Ja nie biorę tego tak bardzo do serca. Wszak pan wie, że ja dla siebie nie 

pragnę tych milionów… Ja potrafię zapracować na swoje utrzymanie… Chodzi mi tylko o 
wuja, o jego zdrowie. 

– Masz słuszność… Żal bierze patrzeć na niego. Bo też to przykro mieć dokument, i nie 

módz wpaść na ślad… No, niczego się nie domyślasz? 

– Niczego, panie Trégomain. A jednak te wyrazy „reguła geometryczna” nie są przecież 

bez znaczenia. Potem można znów przeczytać: „należy przeprowadzić…” ale co? 

– Tak, co? powtórzył Trégomain. 
– Nie mogę zrozumieć znaczenia tego wyrazu biegun… 
– Ja także nic a nic nie rozumiem i nie mogę ci nic pomódz. 
Upłynęło dwa miesiące, a w usposobieniu pana Antifera żadna nie zaszła zmiana. Raz, 

w ponury i dżdżysty dzień o październikowy, Julian i Eliza siedzieli w domu. Na kominku 
płonął   suty   ogień.   Eliza   widząc,   że   Julian   siedzi   smutny   i   zamyślony,   postanowiła   go 
rozerwać. 

–   Julianie,   zaczęła,   odkładając   robotę,   pisywałeś   do   mnie   często   podczas   tej 

nieszczęśliwej podróży, która stała się dla nas źródłem tylu przykrości, czytywałam zawsze z 
wielkiem zajęciem twoje listy… 

– Nie zbyt to wesołe wspomnienia, przerwał jej Julian. Biedny wuj! 
–   Nie   przeczę,   ale   jest   w   tych   listach   tyle   zajmujących   i   ciekawych   opisów,   że 

schowałam je i odczytuje je nieraz. Jednak najbardziej szczegółowe opisy nie mogą iść w 
porównanie z opowiadaniem naocznego świadka, a ty nigdy mi jeszcze o tej podróży nie 
opowiadałeś… Opowiedz mi to dzisiaj, dobrze? 

– I na co ci się to przyda? 

background image

–   Zrobi   mi   to   wielką   przyjemność.   Będzie   mi   się   zdawało,   że   razem   z   wami 

podróżowałam statkiem, koleją, lub na grzbiecie wielbłądów… 

– Jeżeli życzysz sobie tego koniecznie, uczynię zadość twemu żądaniu, ale potrzebna 

nam będzie do tego mapa, abym ci mógł kolejno wskazywać punkta naszej drogi. 

– Patrz, mamy tutaj globus, czy to dostateczne? 
– O! najzupełniej. 
Eliza   wzięła   z   biurka   Juliana   wyobrażenie   kuli   ziemskiej,   wspartej   na   metalowej 

podstawie, i umieściła ją na stole, przy którym usiedli oboje. 

– Ruszajmy więc w drogę, rzekł Julian, wskazując palcem Saint-Malo. 
I wskazał jej przestrzeń od Francyi do Egiptu, gdzie dosięgli Suezu. Potem przeszedł 

morze Czerwone i Indyjskie i dotarł do imanatu Maskat. 

– A więc to tu jest Maskat, rzekła Eliza, zatem wysepka numer pierwszy jest bardzo 

blizko? 

– Tak, trochę dalej w głębi zatoki. 
Potem odwracając globus, Julian wskazał Elizie Tunis, gdzie połączyli się z bankierem 

Zambuco. Kreślił drogę przez morze Śródziemne, zatrzymał  się w Dakar, minął równik i 
znalazł się na wybrzeżu afrykańskiem, w zatoce Ma-Jumba. 

– Tu jest wysepka numer drugi? zapytała Eliza. 
– Tak Elizo! 
Następnie Julian przebiegał znów drogę wzdłuż wybrzeża Afryki i Europy i zatrzymał 

się w Edymburgu, gdzie spotkali się z panem Tyrkomel i wreszcie dostał się do Szpicbergu. 

– Więc to jest wysepka numer trzeci? zawołała Eliza. 
– Tak, moja droga, i tu właśnie na tej wyspie czekało nas największe ze wszystkich 

rozczarowanie, jakie nas spotkały w tej niemądrej wyprawie. 

Eliza milczała przez chwilę, przyglądając się uważnie kuli ziemskiej. 
– Dlaczego ten wasz pasza wybrał te trzy wysepki? Tak jedna po drugiej? odezwała się 

wreszcie. 

– My sami tego nie wiemy i nie dowiemy się o tem nigdy. 
– Nigdy? podchwyciła Eliza. 
– Ma się rozumieć, że nigdy, potwierdził Julian. A jednak te trzy wysepki połączone są 

ze sobą jakąś regułą geometryczną, jak to jest wyrażone w ostatnim dokumencie. Ten wyraz 
biegun, także mi daje wiele do myślenia… 

Kończąc   te   słowa,   Julian   znowu   pogrążył   się   w   zadumie.   Tymczasem   Eliza, 

przysunąwszy sobie globus, bawiła się, kreśląc palcem drogę, którą jej Julian wskazał przed 
chwilą. Zaczęła od Maskatu i, kreśląc linię krzywą, zwróciła się do Ma-Jumba, potem znów, 
prowadząc taką samą linię krzywą, dostała się do Szpicbergu i takąż samą linią dostała się do 
punktu, z jakiego wyjechali. 

– Wiesz co, Julianie, że to tworzy koło? odezwała się z uśmiechem. Podróżowaliście, 

tworząc koło. 

– Koło? powtórzył zdziwiony Julian. 

background image

– Tak, mój przyjacielu… podróż wasza, punkta jakie przebywaliście, tworzą obwód 

koła. Była to zatem podróż okrągła, w kształcie koła… 

– W kształcie koła? zawołał Julian. 
Podniósł się i zaczął chodzić po pokoju, powtarzając: 
– Obwód koła… obwód koła!… 
Nagle przystanął przy stole i palcem przeprowadził po kuli ziemskiej te same linie, o 

jakich mówiła Eliza. W tej chwili głośny okrzyk wyrwał się z jego piersi… 

Eliza spojrzała na niego przestraszona. Czyżby i on także postradał zmysły i stał się 

nagle   dziwakiem   i   odludkiem   tak   jak   i   jego   wuj?   Drżąca,   ze   łzami   w   oczach,   patrzyła 
badawczo na Juliana. 

Wtem młodzieniec zawołał porywczo: 
– Znalazłem!… Znalazłem!… 
– Co takiego? zapytała z najwyższą trwogą Eliza. 
– Znalazłem wysepkę numer czwarty! 
Eliza przeraziła się jeszcze bardziej. Julian z pewnością postradał zmysły. Skądby tam 

znalazł tę czwartą wysepkę?… To niemożebne!… 

Julian tymczasem otworzył okno i na cały głos zaczął wołać na swego sąsiada. 
– Panie Trégomain! Panie Trégomain! 
Potem znów przybiegł do globusu. W kilka chwil później Trégomain wszedł do pokoju; 

zobaczywszy go młody kapitan, zawołał: 

– Znalazłem… 
– Cóż tam znalazłeś, mój chłopcze? 
– Odkryłem, w jaki sposób trzy wysepki połączone są za pomocą linii geometrycznych i 

w jakim punkcie znajdować się powinna wysepka numer czwarty… 

– Na Boga! czy to możebne? zawołał Trégomain, któremu także zdawało się w tej 

chwili, że postradał zmysły. 

Julian mówił: 
– Nie lękajcie się, ja mam zdrowe zmysły. Posłuchajcie mnie raczej uważnie… 
– Słuchamy!… Słuchamy! 
–   Trzy   wysepki   położone   są   w   okręgu   tego   samego   koła.   Przypuśćmy   zatem,   że 

stanowią jeden plan; połączmy je zatem linią prostą, linią „którą dość jest przeprowadzić,” jak 
mówi dokument i wyprowadźmy linię prostopadłą z pośrodka każdej z tych obwodowych 
linii. Te dwie linie prostopadłe spotykają się wpośrodku koła i w tym punkcie środkowym, w 
tym „biegunie” ponieważ tu jest mowa o kulistości sfery, znajduje się z pewnością wysepka 
numer czwarty. 

Jak  widzimy,  było   to  bardzo  proste   zadanie  geometryczne,   które  fantazya   Kamylk-

Paszy w porozumieniu z kapitanem Zô w czyn wprowadzić chciała. Jeżeli rozwiązanie tego 
zadania nie przyszło wcześniej Julianowi do głowy, to jedynie dlatego, że nie spostrzegł, iż 
trzy wysepki  znajdowały się na trzech punktach w obwodzie tego samego  koła. Dopiero 
drobny paluszek Elizy zakreślił to koło. 

background image

– Ależ to niepodobieństwo, powtarzał zdumiony Trégomain. 
– Ale tak jest, tak jest, panie Trégomain, przypatrz się pan na globusie tej drodze, którą 

przebiegliśmy razem, to się pan przekonasz, że mam słuszność. 

I   stawiając   globus   przed   Trégomain’em,   Julian   zakreślił   koło,   w   którego   obwodzie 

znajdowały się trzy wysepki, przechodząc również przez następujące punkta, które Kamylk-
Pasza mógł również wybrać, jako to: Maskat, cieśnina Babel-Mandeb, Równik, Ma-Jumba, 
wyspy Zielonego Przylądka, zwrotnik Raka, przylądek Tarevell w Grenlandyi, południowo-
wschodnią wyspę Szpicberg, Wyspy Admiralicyi, morze Karskie, Tobolsk w Syberyi i Herat 
w Persyi. To też jeśli Julian miał racyę, wysepka numer czwarty powinna stanowić punkt 
środkowy  tego  koła,  bo taka   sama   jest  zasada  dla  koła  zakreślonego   na planie,   jak i  na 
wypukłości kuli ziemskiej, której biegun stanowi oś środkową. 

Trégomain nie mógł wyjść z podziwienia. Julian to chodził szybko po pokoju, to znów 

zatrzymywał się przed globusem, powtarzając: 

– To Eliza odnalazła to koło, panie Trégomain! Gdyby nie ona, mnieby nigdy podobna 

myśl nie przyszła do głowy! 

Trégomain był tak uradowany, że zerwał się z krzesła i zaczął tańczyć po pokoju z 

lekkością tancerki, ważącej dwieście funtów. 

–   Znalazłem!   znalazłem,   przyśpiewywał   sobie   wesoło,   upragnioną   długość 

geograficzną! 

Po kilku chwilach, gdy zmęczony i zasapany Trégomain osunął się na krzesło i cisza 

zapanowała w pokoju, Eliza odezwała się pierwsza: 

– Trzeba powiedzieć o tem wujowi. 
– A może lepiej nie mówić mu wcale? zagadnął Trégomain. 
– W istocie trzeba się nad tem zastanowić, dodał Julian. 
Z powodu niepewności, wezwano dla narady Nanon, która oświadczyła, że nie powinni 

nic ukrywać przed panem Antiferem. 

– A jeśli czeka wuja nowe rozczarowanie? zapytała Eliza, czy potrafi on znieść ten 

nowy cios? 

– Zdaje mi się, że teraz nie grozi mu już żadne rozczarowanie! zawołał Trégomain. 
–   Ostatni   dokument   opiewa,   że   skarb   jest   naprawdę   zakopany   na   wysepce   numer 

czwarty,   dodał   Julian,   a   ta   czwarta   wysepka   znajduje   się   wpośrodku   koła,   po   którem 
podróżowaliśmy… jestem teraz jak najpewniejszy tego. 

– Idę po brata, rzekła Nanon. 
Po   chwili   pan   Antifer   wszedł   do   pokoju   Juliana.   Wzrok   jego   był   zamglony,   czoło 

posępne i zmarszczone troską. 

– Co się tam stało? zapytał gniewnie. 
Julian w krótkich słowach wytłómaczył mu, w jaki sposób odkrył węzeł geometryczny, 

który łączył trzy wysepki i na czem opierał swoje dowodzenie, że wysepka numer czwarty 
powinna się znajdować w środkowym punkcie tego koła. 

Ku wielkiemu zdumieniu wszystkich, pan Antifer przyjął tę wiadomość dość spokojnie, 

bez   wybuchów   gniewu   i   nerwowych   uniesień,   tak   jakby   się   spodziewał,   że   prędzej   czy 
później kwestya wyjaśnić się musi. 

background image

– Gdzie jest ten punkt środkowy, Julianie? zapytał siostrzeńca. 
Była to w istocie rzecz najciekawsza, ażeby dowiedzieć się, gdzie jest owa wyspa… 
Julian ustawił globus wpośrodku stołu i wziąwszy do ręki linię giętką, tak jak gdyby 

chciał rysować na powierzchni płaskiej, połączył za pomocą linii Maskat i Ma-Jumba, a drugą 
linią Ma-Jumba ze Szpicbergem. Na tych dwóch liniach, od przypuszczalnego środkowego 
ich   punktu,   przeciągnął   dwie   linie   prostopadłe,   których   skrzyżowanie   wypadło   właśnie 
wpośrodku   koła,   na   morzu   Śródziemnem,   pomiędzy   wyspą   Sycylią   a   przylądkiem   Bon, 
niedaleko wyspy Pantellaria. 

– To tu, mój wuju! rzekł Julian.
I sprawdziwszy starannie południk i linię równoległą, rzekł stanowczo: 
– Trzydzieści siedem stopni dwadzieścia sześć minut szerokości na północ, a dziesięć 

stopni trzydzieści trzy minuty długości na wschód od południka paryskiego. 

– Ale czy tam jest jaka wysepka? zapytał Trégomain.
– Musi być, odpowiedział Julian. 
– Czy tylko tam jest wysepka, mój Trégomain? podchwycił pan Antifer. Bo tylkoby 

tego brakowało, ażeby tam nie było wysepki. A! niech to wszystko licho porwie! 

Wygłosiwszy tę klątwę głosem tak donośnym,  że aż szyby w oknach zadrżały,  pan 

Antifer wyszedł z pokoju, zamknął się u siebie i przez cały dzień nie pokazał się wcale. 

 

Rozdział XVI

 
Jeżeli pan Antifer pod wpływem gwałtownej i niespodziewanej radości nie postradał 

zmysłów, to jednak usposobienie jego tak dziwnej uległo zmianie, że otaczające go osoby nie 
mogły wyjść ze zdumienia.

Skoro   dowiedział   się   o   rzeczywistem   istnieniu   wysepki   numer   czwarty,   gdzie   już 

napewno miały być ukryte skarby Kamylk-Paszy, odzyskał nagle dawne swoje usposobienie. 
Wszystkie   przyzwyczajenia,   gusta   i   upodobania   wróciły   mu   odrazu.   Zaczął   chodzić   na 
przechadzkę na wały i do portu i palić ulubioną fajeczkę. Na ustach jego ukazał się dawno nie 
widziany gość – uśmiech.  W rozmowie  nie  czynił  żadnej  wzmianki  ani  o skarbie, ani o 
dalekich   podróżach,   ani   o   czekającej   go   jeszcze   wyprawie   po   miliony,   które   wreszcie 
zagarnie. 

Nanon,   Eliza,   Julian   i   Trégomain   nie   mogli   zdać   sobie   sprawy   z   tego   dziwnego 

postępowania. Spodziewali się ciągle, że pan Autifer krzyknie na nich: „W drogę!” A pan 
Antifer o tem ani słówka nie pisnął. 

– Co mu się stało? zapytywała Nanon. 

background image

– Chyba go nam kto zamienił, dodawał Julian. 
–   W   istocie,   dziwna   rzecz,   mówił   Trégomain,   doprawdy   ja   go   nie   rozumiem,   bo 

przecież nie można pozwolić, aby tyle milionów przepadło! 

Trégomain okazywał się teraz więcej rozgorączkowany i zniecierpliwiony. Trapiło go 

pragnienie złota. 

– Jakto, skoro nie wiedzieliśmy, gdzie znajduje się wysepka, to wtedy biegaliśmy po 

świecie szukając jej, a teraz, gdy wiemy napewno, gdzie są skarby, to nie myślimy wcale o 
podróży? powtarzał, i po części miał słuszność. 

Lecz   w   otoczeniu   swojem   napotykał   na   dziwną   obojętność.   Gdy   mówił   o   tem   do 

Juliana, Julian odpowiadał. 

– A co mi tam po skarbach! Umiem pracować, to dam sobie radę na świecie! 
Gdy mówił do Nanon, poczciwa kobieta odpowiadała: 
– Niech tam leżą owe skarby w spokoju, tam, gdzie dotąd były zakopane. 
Eliza taką samą okazywała obojętność. 
Wreszcie Trégomain zdecydował się pomówić o tem z panem Antiferem. Było to może 

we dwa tygodnie po odkryciu Juliana. 

– No, i cóż wysepka? zagadnął swego przyjaciela. 
– Jaka wysepka? odparł pan Antifer. 
– Wysepka na morzu Śródziemnem!… Zdaje mi się, że ta wyspa istnieje naprawdę. 
– Ma się rozumieć, potwierdził pan Antifer. Jestem tak pewny, że ją znajdziemy, jak 

jestem pewny, że żyję i że patrzę na ciebie. 

– A więc dlaczego nie udajemy się do tej wyspy? 
– No, a jakże się dostaniemy do niej? Chyba że nam wyrosną pletwy, tak, jak rybom! 
Co miała znaczyć podobna odpowiedź? Trégomain napróżno wysilał swój umysł, aby to 

zrozumieć. Nie zrażał się jednak zagadkowem postępowoniem swego przyjaciela. Trzydzieści 
trzy miliony,  to nie bagatela. Wprawdzie te pieniądze nie jemu przyniosłyby korzyść, ale 
Trégomain umiał się cieszyć ze szczęścia innych ludzi, nadewszystko takich, których kochał i 
cenił tak, jak całą rodzinę pana Antifera. 

Nie lękając się już teraz gniewu pana Antifera, zaczepiał go w tej kwestyi kilka razy, aż 

wreszcie stary przyjaciel zapytał go jednego dnia. 

– Zatem ty chcesz koniecznie, abyśmy jechali? 
– Naturalnie, że bardzo tego pragnę. 
– Czy mniemasz, że tak należy uczynić? 
– Nie inaczej i to jak najprędzej. 
– No, to ruszajmy w drogę! 
Pan Antifer wymówił te słowa dziwnym jakimś tonem. 
Ale przed odjazdem należało uprzedzić bankiera Zambuco i notaryusza Ben-Omara, 

aby obydwaj znaleźli się w dniu oznaczonym na wysepce numer czwarty, gdyż pierwszy z 
nich był spadkobiercą, a drugi wykonawcą testamentu. 

background image

Pan Antifer żądał, aby dopełniono tej formalności i aby wszystko odbyło się prawnie. 

Wysłano   zatem   dwie   depesze,   jedną   do   Tunisu   a   drugą   do   Aleksandryi,   naznaczając 
interesantom   spotkanie   w   dniu   dwudziestym   trzecim   października   na   Sycylii,   w   mieście 
Girgenti, jako najbliżej położonem wysepki numer czwarty. Stamtąd mieli już wszyscy razem 
wyruszyć po odkopanie skarbu. 

Co zaś do pana Tyrkomel, część jego zostanie mu odesłana z całą sumiennością. Co zaś 

on uczyni ze swymi  milionami, to już nikogo nie obchodziło. Może je nawet wrzucić do 
zatoki Forth, jeżeli się lękać będzie, aby mu rąk nie sparzyły. 

Sauka nie należało się już lękać. On nie miał żadnego prawa do majątku, gdyż Kamylk-

Pasza wydziedziczył go, a szkodzić nie mógł także, ponieważ jeszcze lat kilka miał siedzieć 
w więzieniu w Edymburgu. 

Gdy podróż została już postanowiona, Trégomain nie czekał aż go będą namawiać, 

tylko pierwszy oświadczył, że chce do niej należeć. Obecna wyprawa nie potrwa zapewne 
długo, zaledwie, tyle czasu ile potrzeba, aby pojechać i wrócić. Teraz już nie trzeba będzie 
szukać piątego dokumentu; było to już bowiem rzeczą pewną, że Kamylk-Pasza nie dodał już 
żadnej wysepki, do liczby tych jakie nasi podróżni zwiedzili. Dokument jasno się pod tym 
względem wyrażał, i skarb musiał się znajdować na wysepce numer czwarty, która podług 
matematycznych   obrachowań   powinna   się   znajdować   pomiędzy   wyspą   Sycylią,   a   wyspą 
Pantellaria. 

– Musi to być bardzo małoznacząca wysepka, ponieważ nie jest oznaczona na mapie, 

wygłosił słuszną uwagę Julian. 

– A naturalnie, potwierdził szyderczo pan Antifer. 
Podróżni  nasi postanowili  odbyć  podróż w  jak najkrótszym  czasie,  nie licząc  się z 

wydatkami, które były bagatelą w porównaniu z trzydziestoma milionami. Mieli więc jechać 
koleją żelazną przez Francyę i Włochy aż do Neapolu. 

Szesnastego października rano, podróżni po serdecznem pożegnaniu z Nanon i z Elizą, 

ruszyli  w drogę. Nie zatrzymywali  się ani w Paryżu, ani w Lyonie,  a minąwszy granicę 
Włoch,   nie   zwiedzali   również   ani   Medyolanu,   ani   Florencyi,   ani   nawet   Rzymu   i   20 
października wieczorem stanęli w Neapolu. Trégomain był niesłychanie znużony, spędziwszy 
sto godzin w wagonach kolei żelaznej. 

Nazajutrz   rano   zamówili   sobie   zaraz   miejsca   na   statku   parowym,   który   kursował 

pomiędzy Neapolem a Palermo, i po jednym dniu spokojnej żeglugi, wylądowali w stolicy 
Sycylii. 

Nie myśleli jednak zwiedzać miasta i jego osobliwości; nawet Trégomain, tak chciwy 

wrażeń,   nie   wspominał   o  żadnej   wycieczce,   ani   o   sławnych   nieszporach   sycylijskich,   na 
których kiedyindziej pragnąłby być obecny. Ale on nie myślał w tej chwili o tem, że Palermo 
było   miastem   sławnem   w   historyi,   miastem,   które   kolejno   zdobywali   Normandowie, 
Francuzi,   Hiszpanie   i   Anglicy.   Nie,   Trégomain   myślał   w   tej   chwili   tylko   o   tem,   jakby 
najprędzej dostać się można do Corleone a stamtąd do Girgenti karetką pocztową, która dwa 
razy na tydzień wychodziła z Palermo. 

W Girgenti, położonej w południowej stronie wyspy, podróżni nasi spotkać się mieli z 

bankierem Zambuco i notaryuszem Ben-Omarem. Wprawdzie drogi w Sycylii nie są zbyt 
pewne, zdarza się, że na podróżnych napadają rozbójnicy, którzy tam wyrastają jak drzewa 
oliwne lub aloesy, ale ktoby tam uważał na takie rzeczy. 

background image

Na szczęście pan Antifer i jego towarzysze  dostali  się bez przeszkody do Girgenti, 

ciesząc się, że są już tak blizko celu swej podróży. Bankier i notaryusz oczekiwali już na nich. 

–   Czy   jesteś   pewny,   że   na   tej   wysepce   ukryte   są   skarby?   zapytał   Zambnco   pana 

Antifera. 

– Jak najpewniejszym, odpowiedział pan Antifer. 
Znaleźć w Girgenti wygodny statek nie było rzeczą trudną, nie brak bowiem w tym 

porcie rybaków albo kupców wszelkiego rodzaju. W porcie stały statki o jednym, lub dwóch, 
albo kilku masztach. 

Wycieczka   na   morze   nie   miała   być   zbyt   daleką,   może   na   jakie   czterdzieści   mil 

odległości w stronę zachodnią. Gdyby wiatr sprzyjał, to wypłynąwszy z Girgenti wieczorem 
można się było dostać do wysepki przed południem, i wziąć wymiar długości i szerokości 
geograficznej. 

Pan   Antifer   wynajął   statek,   zwany   „Opatrzność.”   Statek   ten   był   pod   rozkazami 

kapitana,   prawdziwego   wilka   morskiego,   który   od  lat   pięćdziesięciu   przebywał   ciągle   na 
morzu   w   tych   stronach,   i   mógł   kierować   statkiem   niemal   z   zamkniętemi   oczami,   na 
przestrzeni od Sycylii do Malty i od Malty do wybrzeża tunetańskiego. 

– Nie trzeba mu mówić po co płyniemy,  szepnął Trégomain do ucha Juliana, który 

przyznał, że Trégomain ma słuszność. 

Właściciel   i   zarazem   kapitan   statku   nazywał   się   Jakub  Grappa;   nie   mówił   on   zbyt 

dobrze po francusku, ale od biedy można się było z nim porozumieć. Było to zatem wielkiem 
szczęściem dla naszych znajomych, a jeszcze większem to, że pogoda sprzyjała im, chociaż 
październik miał się już ku schyłkowi. Powietrze było chłodne, lecz suche, a gdy wieczorem 
wypłynęli na morze, księżyc wysunął się wspaniale z poza wysokich gór Sycyliskich. 

Załoga   statku   składała   się   tylko   z   pięciu   ludzi,   których   obsługa   była   zupełnie 

wystarczająca.   Lekki   statek   mknął   spokojnie   po   błękitnych   falach,   kołysząc   się   tak 
nieznacznie, że nawet Ben-Omar nie odczuwał żadnego wstrząśnienia i nie czuł się wcale 
cierpiącym. 

Noc upłynęła bez żadnego wypadku, a jutrzenka zdawała się wróżyć dzień piękny i 

pogodny. 

Pan   Antifer   budził   podziw   w   swoich   towarzyszach   znośnem   zachowaniem   się   i 

usposobieniem. Przechadzał się po pokładzie, z fajką w ustach, z rękami w tył założonemi i 
udawał   zupełną   obojętność.   Przeciwnie   zaś   Trégomain,   był   taki   podniecony   i 
zniecierpliwiony, jakby to chodziło o jego pieniądze. 

Julian   kiedy  niekiedy   zbliżał   się   do   sternika,   sprawdzał   kierunek,   w   którym   płynął 

statek i wyliczał, że około godziny jedenastej statek powinien dosięgnąć upragnionej wysepki. 

Lecz o godzinie dziesiątej nie widać było jeszcze żadnego lądu, i w istocie w tej stronie 

morza Śródziemnego, pomiędzy Sycylią a przylądkiem Bon, nie spotyka się innej wyspy, 
oprócz wyspy Pantellaria, ale tu nie chodziło o wyspę, tylko o wysepkę. 

Bankier  i notaryusz  spoglądali  badawczo na pana Antifera, który otoczony gęstymi 

kłębami tytuniowego dymu, milczał jak grób, tylko oczy połyskiwały mu jakimś złośliwym 
blaskiem. 

Grappa nie mógł zrozumieć, w jakim kierunku podróżni chcą płynąć? Przypuszczał, że 

dążą do tunetańskiego wybrzeża. Zresztą było  to dla niego rzeczą obojętną; zapłacili mu 
sowicie, zastosuje się zatem do ich życzeń. 

background image

– Mam więc płynąć ciągle ku stronie zachodniej? zapytał Juliana. 
– Tak. 
– Dobrze, panie! 
O godzinie kwadrans na jedenastą, Julian z sextanem w ręku zaczął robić pierwsze 

spostrzeżenia.   Statek   znajdował   się   obecnie   na   stopniu   37   minut   trzydzieści   szerokości 
geograficznej   na   północ,   a   na   stopniu   dziesiątym   minut   trzydzieści   trzy,   długości 
geograficznej na wschód. 

Pan Antifer spoglądał na niego, mrugając powiekami. 
– No i cóż tam, Julianie? zapytał. 
– Mój wuju, znajdujemy się obecnie na oznaczonej długości geograficznej i musimy 

tylko popłynąć kilka mil na południe. 

–   No,   to   płyńmy,   mój   siostrzenice,   płyńmy!   Zdaje   mi   się,   że   możemy   płynąć   do 

nieskończoności. 

Cóż można było zrozumieć, z dziwacznego sposobu wyrażania się pana Antifera? 
Statek skierował się ku wyspie Pantellaria. Właściciel statku nie mógł pojąć celu tej 

wyprawy, to też zapytał po cichu Trégomain’a, czego szukają w tych stronach? 

Trégomain zły i zniecierpliwiony, odparł szorstko: 
– Chustki od nosa, którą zgubiliśmy tu przed laty. 
– Rozumiem, signor, odparł Włoch, zły również, że robią przed nim tajemnicę. 
O trzy kwadranse na dwunastą nie widać było jeszcze żadnego lądu, nawet żadna skała 

nie wychylała się z błękitnych fal Śródziemnego morza, a jednak statek powinien się już był 
znajdować w pobliżu wysepki numer czwarty. 

A tu jak okiem zasięgnąć nigdzie nic nie widać, tylko niezmierzoną przestrzeń wód, 

lśniących pod promieniami słońca. Julian wdrapał się na maszt, a bystry jego wzrok sięgał 
daleko, może na przestrzeni dwunastu lub piętnastu mil… Nic jednak nie zobaczył… nic… 
zgoła nic… 

Gdy zszedł z masztu na pomost, Zambuco zapytał go z niepokojem: 
– No, i cóż wysepka numer czwarty? 
– Nie widać jej jeszcze! 
–   A   czy   dobrze   obliczyłeś   wymiar   długości   i   szerokości   geograficznej?   zapytał 

żartobliwem tonem pan Antifer. Czy jesteś pewnym swego rachunku? 

– Jak najpewniejszym, mój wuju! 
–   Doprawdy,   mój   siostrzeńcze,   możnaby   mniemać,   że   nie   umiesz   zrobić   prostego 

obrachunku… 

Julian,   usłyszawszy   ten   zarzut,   zaczerwienił   się   z  gniewu,   lecz   powstrzymał   go   od 

wybuchu szacunek, przynależny osobom starszym. 

Trégomain, chcąc zapobiedz sprzeczce, zwrócił się z zapytaniem do właściciela statku: 
– Grappa? 
– Jestem na rozkazy. 

background image

– Szukamy wysepki… 
– Rozumiem, signore. 
– Czy w tych stronach nie znajduje się jaka mała wysepka? 
– Wysepka? powtórzył Grappa. 
– No tak, wysepka. 
– Więc panom chodzi o wysepkę? 
–   O   wysepkę,   ma   się   rozumieć   że   o   wysepkę,   powtórzył   pan   Antifer,   wzruszając 

ramionami. O malutką, ładną, śliczną wysepkę, rozumiesz? 

– Przepraszam was, ekscelencyo, ale czy naprawdę szukacie wysepki? 
– Ależ tak, tak, potwierdził niecierpliwie Trégomain. Czy w tych stronach jest jaka 

wysepka? 

– Nie, nie ma, signore. 
– Jakto, nie ma? 
– No, bo nie ma… chociaż była. Ja sam ją widziałem i nawet wylądowałem na niej 

kilka razy. 

–   Nic   z   tego   wszystkiego   nie   rozumiem,   mów   jaśniej!   krzyknął   z   niecierpliwością 

Trégomain. 

– Wysepka ta znikła pod wodą, objaśnił Grappa. 
– Znikła? zawołał z najwyższem zdumieniem Julian. 
– Tak, signore, znikła na świętą Łucyę będzie temu lat trzydzieści jeden. 
– A jak się nazywała ta wysepka? zapytał Trégomain, składając błagalnie ręce. 
– Ach! do licha Trégomain, wszak to była wysepka a raczej wyspa Julia! zawołał pan 

Antifer, nie mogąc już dłużej zapanować nad sobą. 

Wyspa Julia! W tej chwili dopiero Julian zrozumiał wszystko. Tak, w istocie wyspa 

Julia,   albo   Ferdinandea,   albo   Rotham,   albo   Graham,   albo   Nerita,   jakiemkolwiek   z   tych 
nazwiskiem podoba się ją nam nazywać, wyspa ta ukazała się na tem miejscu dwudziestego 
ósmego czerwca 1831. Ukazanie się jej nie ulegało wątpliwości. Kapitan neapolitański Correo 
był obecnym tej chwili, gdy przez działanie sił podwodnego wybuchu, wyspa wyłoniła się z 
pośród   fal   morskich.   Książę   Pignatelli   obserwował   słup   promienny,   który   błyszczał   w 
pośrodku wyspy świeżo utworzonej. Światło tego słupa trwało bezustanku i przedstawiało się 
jak   snop   fajerwerków.   Kapitan   Irton   i   doktór   John   Davy   byli   również   świadkami   tego 
cudownego   zjawiska   przyrody.   Przez   dwa   miesiące   wyspa   pokryta   żuzlami   i   piaskiem 
ciepłym, dostępna była dla pieszych. Widać że siły plutoniczne wypchnęły na powierzchnię 
wód – skały, spoczywające dotąd na dnie morza. 

Potem w miesiącu grudniu 1831 roku, skalista wysepka zaczęła się pogłębiać w morze i 

zwolna znikła bez śladu w jego odmętach. 

I   w   tym   właśnie   krótkim   przeciągu   czasu,   w   jakim   wyspa   znajdowała   się   na 

powieczchni   morza,   zawistny   los   sprowadził   Kamylk-Paszy   i   kapitana   Zô   w   tę   stronę 
Śródziemnego morza. Szukali oni właśnie nieznanej wysepki i napotkali wyspę Julię, która 
ukazała się na powierzchni wód w czerwcu, a znikła w głębinach w grudniu. Teraz skarby 
Kamylk-Paszy spoczywały w otchłani, na głębokości jakich stu metrów!… Miliony, które 
wielebny Tyrkomel chciał cisnąć do morza, pochłonęły siły przyrody, wyręczając go tym 

background image

sposobem w spełnieniu czynu, mającego w jego przekonaniu umoralnić społeczeństwo. Teraz 
pan Tyrkomel nie potrzebował sią lękać złego wpływu tych milionów na ludzkość. 

Aby   wyjaśnić   zagadkę   dziwnego   postępowania   pana   Antifera,   musimy   dodać,   że 

wiedział   on   o   tem   osobliwem   zjawisku   przyrody.   Gdy   Julian   przed   trzema   tygodniami 
domyślił się, gdzie leży wysepka numer czwarty, pan Antifer zrozumiał, że była tam mowa o 
wyspie Julia, która znajdowała się pomiędzy wyspą Pantellaria a Sycylią. Gdy był dopiero 
początkującym   marynarzem,   często   przepływał   przez   morze   Śródziemne   i   wiedział   o 
podwójnem zjawisku, które miało miejsce w roku 1831; wiedział, że wyspa ukazała się i 
znikła,   i   że   teraz   znajduje   się   na   głębokości   trzystu   stóp   pod   powierzchnią   morza.   W 
pierwszej chwili ogarnął go gniew szalony, ale po dłuższej rozwadze, doszedł do przekonania, 
że trudno walczyć z niepodobieństwem i że trzeba pogodzić się z tą myślą, iż skarby Kamylk-
Paszy są stracone na zawsze. Dlatego też nie mówił nic o ostatniej wyprawie w celu zdobycia 
milionów   i   zgodził   się   na   nią,   jedynie   ulegając   żądaniom   swego   przyjaciela   Trégomain. 
Ważnym również czynnikiem takiego postępowania była i miłość własna pana Antifera, który 
chciał pokazać, że jego nie łatwo wyprowadzić w pole; że raczej on drugich wywieść potrafi. 
Dla   ukarania   bankiera   Zambuco   i   notaryusza   Ben-Omara   za   chciwość,   jaką   okazywali, 
naznaczył im spotkanie w Girgenti. Teraz dopiero, zwracając się do nich, zawołał: 

– Widzicie! miliony są tu, pod naszemi stopami… a jeśli chcecie zabrać to, co wam się 

należy, dajcie nurka pod wodę!… No, dalej, Zambuco, dalej, Ben-Omarze, do wody! 

Szydząc w ten sposób, pan Antifer zapomniał, że sam okazał się niemniej chciwym 

podczas tego polowania na miliony. 

– A teraz płyńmy ku wschodniej stronie! zakomenderował pan Antifer, abyśmy jak 

najprędzej powrócić mogli do Saint-Malo. 

– Gdzie żyliśmy i żyć  będziemy bardzo szczęśliwi nanawet bez milionów Kamylk-

Paszy, dodał Julian. 

– Ma się rozumieć, skoro trzeba się ich wyrzec, dodał Trégomain z westchnieniem. 
Ale   zanim   odpłynęli   z   powrotem,   Julian   przez   ciekawość,   chciał   zarzucić   sondę   w 

miejscu, gdzie niedawno wznosiła się wysepka. 

Grappa uczynił zadość jego żądaniu, a gdy lina rozwinęła się na trzysta pięćdziesiąt 

stóp, ołowiana kula trafiła na opór. 

Była   to   właśnie   wyspa   Julia,   owa   wysepka   numer   czwarty,   pochłonięta   przez   fale 

morskie. 

Statek zwrócił się teraz ku brzegom wyspy Sycylii, ale że wiatr był przeciwny, płynęli 

zatem o wiele dłużej, prawie ośmnaście godzin. Wreszcie statek Opatrzność zatrzymał się w 
przystani Girgenti, przywożąc naszych podróżnych z tej ostatniej; tak niefortunnej wyprawy. 
W chwili gdy mieli wysiadać na ląd, Grappa rzekł do pana Antifera: 

– Ekscelencyo… 
– Czego chcesz? 
– Chciałem panu powiedzieć jedną rzecz… 
– No, mów, mów, mój przyjacielu.
– Chciałem powiedzieć, że jeszcze nie trzeba tracić nadziei co do owych skarbów. 
Pan   Antifer   spojrzał   na   niego   badawczo,   a   w   oczach   jego   mignęła   błyskawica 

chciwości. 

background image

– Nie trzeba tracić nadziei? powtórzył. 
– Tak, ekscelencyo! Wyspa Julia zniknęła pod wodą w roku 1831-szym, ale… 
– Ale co? 
– Ale od roku 1850 podnosi się znów ku górze… 
–   Jak   mój   barometr,   gdy   ma   oznajmić   pogodę!   zawołał   pan   Antifer,   wybuchając 

śmiechem.  Na nieszczęście,  gdy wyspa Julia ukaże się nad powierzchnią  wód z naszymi 
milionami, nie będziemy już żyli na tej ziemi, choćbyśmy mieli żyć po lat kilkaset. 

– Co jest przecież rzeczą niemożliwą, dodał Trégomain. 
Grappa powiedział prawdę… wyspa Julia podnosi się wciąż zwolna ku powierzchni 

Śródziemnego morza… 

To   też   po   upływie   kilku   wieków,   kto   wie,   czyby   nie   było   można   w   inny   sposób 

zakończyć nadzwyczajnych przygód pana Antifera! 

KONIEC 

  


Document Outline