background image
background image

Margit Sandemo

CÓRKA HYCLA

background image

SAGA O LUDZIACH LODU

Tom VIII

1

ROZDZIAŁ I

Wiele imion miał pomocnik kata. Mówiono o nim hycel, rakarz, oprawca, rzeźnik i człowiek nocy.

Niezależnie od tego, jak go zwano, zawsze budził odrazę i pogardę. Kata przynajmniej się bano i z
tego tytułu cieszył się szacunkiem. Jego czeladnik nie miał żadnego poważania. Był

najlichszym stworzeniem w społeczeństwie.

Pomocnicy  kata  zazwyczaj  rekrutowali  się  spośród  wielkiej  rzeszy  ukaranych  bądź  dopiero
skazanych  przestępców,  dlatego  często  pozbawieni  byli  języka  lub  uszu.  Zachowywali  natomiast
sprawne ręce i nogi, potrzebowali ich bowiem do wykonywania swojej profesji. W

dzień  obrzucano  ich  kamieniami  lub  opluwano.  Zmuszeni  byli  do  życia  w  mroku,  ośmielali  się
wychodzić  tylko  nocą.  Stąd  prawdopodobnie  wziął  się  przydomek  Nattmann.  [Nattmann  (norw.)
człowiek nocy (przyp. tłum.).]

Hycel w Grastensholm nie stanowił wyjątku. Co prawda udało mu się zachować język i uszy, gdyż
jak wielu mu podobnych, chcąc uniknąć kary, żebrał o to, by zostać kacim sługą. Był

zniszczonym,  zgorzkniałym  człowiekiem;  zgarbiony  kręcił  się  po  swym  niewielkim  domostwie  na
skraju lasu, a złość do ludzi wyładowywał na córce Hildzie.

Tak, bowiem Joel Nattmann był za młodu żonaty. Miał jednak słaby charakter, stoczył się na dno i w
obliczu  wyroku  przerażony  błagał,  by  pozwolono  mu  służyć  katu.  Oczekując  na  zwolnienie  się
takiego stanowiska, siedział w więzieniu. Kiedy wyszedł po roku, jego żona już nie żyła, a jedyne, co
mu  pozostało,  to  nędzna  chałupa  pod  lasem  i  jedenastoletnia  córka.  Stał  się  wówczas  zgorzkniały,
przepełniony  żądzą  zemsty  na  wszystkim  i  wszystkich,  przeto  z  wdzięcznością  przyjął  pracę  hycla.
Pozwalała  mu  ona  zadawać  cierpienia  innym,  więc  nie  zastanawiał  się  już  nad  niczym  więcej.  Z
upływem  lat  gorycz  stawała  się  coraz  silniejsza,  by  w  końcu  przerodzić  się  w  zapiekłą  nienawiść.
Osobą, która musiała znosić jego bezustanny zły humor, była córka Hilda.

Od  kilku  lat  była  już  dorosła.  Czasami  widywano  ją  z  daleka,  krzątającą  się  między  domostwem
mieszkalnym  a  oborą  pod  lasem  czy  też  powracającą  do  zagrody  ze  świeżo  zebranymi  jagodami.
Nigdy  jednak  nie  zapuszczała  się  w  pobliże  wioskowych  zabudowań,  nigdy  nie  widział  jej  nawet
żaden  ze  współuczestników  pijackich  biesiad  odbywających  się  w  domu  Nattmanna.  Teraz  nie
przychodził  już  nikt;  nikt  nie  mógł  znieść  kwaśnego  humoru  hycla.  Z  rzadka  tylko,  w  razie
konieczności, zjawiali się jego zleceniodawcy, ale przed nimi Hilda się chowała.

Nadszedł  rok  1654.  W  chłodny  i  dżdżysty  wiosenny  dzień  Andreas  Lind  z  rodu  Ludzi  Lodu  orał

background image

niewielki  spłachetek  ziemi  w  lesie  nad  polami  Lipowej Alei.  Przez  wiele  lat  przyglądał  się  małej
leśnej polanie, rozważając, czy udałoby się zamienić ją w urodzajne poletko.

Wyglądało na to, że nie ma na niej zbyt wiele kamieni a i zarośla wciąż były jeszcze niezbyt gęste i
łatwe do usunięcia. W tym roku nareszcie się zdecydował.

2

Andreas miał dwadzieścia siedem lat i jak dotąd się nie ożenił. Jakoś się nie składało.

Oczywiście  zerkał  na  wioskowe  dziewczęta,  ale  żadna  nie  zdołała  w  nim  rozniecić  płomienia
miłości.

Nie, wolał tak iść za koniem, trzymając dłoń na pługu, i patrzeć, jak czarne skiby ziemi odwracają się
w jego stronę. Będzie tu nieduże, ale dobre pole, to już było widać wyraźnie.

Najlepiej zasiać tu jęczmień, zdecydował.

Lemiesz pługa uderzył o kamień, wstrzymał więc konia. Kamień okazał się niespecjalnie duży, tak że
z łatwością przeniósł go na skraj pola. Andreas był bardzo silnym młodzieńcem.

Wspiął się po skałach, żeby mieć lepszy widok na wioskę, gdyż z dołu, z pola, nie mógł jej zobaczyć.

Przysiadł na kamieniu, obejmując ramionami kolana.

Pięknie stąd wyglądała Lipowa Aleja, zadbana i wypielęgnowana. Rodzice i dziadek nadal jeszcze
pracowali i za punkt honoru stawiali sobie utrzymanie posiadłości w jak najlepszym stanie. Mimo że
Lipowa  Aleja  nie  należała  do  największych  gospodarstw  w  parafii,  to  jednak  uważano  ją  za
prawdziwy dwór.

Grastensholm prezentowało się równie wspaniale jak Lipowa Aleja, a nawet piękniej, jako że było
bardziej okazałe. Tak będzie, dopóki zajmują się nim Tarald z Irją i Liv. Co nastąpi później, kiedy
schedę przejmie młody Mattias Meiden, trudno przewidzieć. Mattias był

lekarzem i swej pracy oddał się bez reszty. Ale jeśli będzie miał dobrego zarządcę...

Mattias także się nie ożenił, chociaż skończył już trzydzieści lat. Andreas uśmiechnął się.

Mattias był tak wspaniałym człowiekiem, że na samą myśl o nim robiło się cieplej na sercu.

Byłoby jednak jakby nie w porządku, gdyby wybrał sobie tę jedną jedyną. Uważano, że Mattias jest
własnością  ogółu  ludzkości.  Małżeństwo  mogłoby  go  ograniczyć,  nie  miałby  wówczas  czasu  dla
innych.

Rzecz jasna takie myślenie było bardzo egoistyczne. Mattias również miał prawo przeżyć prawdziwą
miłość, jaka może zrodzić się między dwojgiem ludzi. Do tej pory jednak wydawało się, że wcale za
nią nie tęskni.

background image

Na  skraju  lasu,  niedaleko  od  miejsca,  w  którym  siedział,  ujrzał Andreas  niedużą,  nędzną  chałupę.
Ciarki  przebiegły  mu  po  plecach.  Wiedział,  że  tam  mieszka  Nattmann.  Hycel  i  jego  córka.  Właśnie
teraz dostrzegł kobiecą postać zmierzającą ku oborze. Zaraz znikła mu z oczu. To musiała być Hilda.
Andreas nigdy nie widział jej z bliska. Mieszkała tam od zawsze, ale dla mieszkańców wioski jakby
nie istniała.

Pamiętał ją jednak ze spotkań okolicznej młodzieży w jasne letnie noce podczas tańców w lesie, choć
od  tamtej  pory  upłynęło  już  kilka  lat.  Zarysowała  mu  się  mgliście  jako  milcząca  postać  między
drzewami, trzymająca się z dala od wesołej, hałaśliwej gromady. Córkę 3

Nattmanna widywano tylko jako niewyraźną sylwetkę. Jeśli ktoś zanadto się zbliżał, by z niej kpić i
drwić, znikała natychmiast wśród leśnych cieni i tej samej nocy nigdy już nie wracała.

Wówczas tak samo jak inni śmiał się z tej dziwnej dziewczyny.

Teraz czuł lekkie ukłucie wyrzutów sumienia. Wydoroślał i więcej rozumiał.

Leżąca  poniżej  wieś  spokojnie  odpoczywała  w  ten  szary,  zimny  dzień.  Kościół  wydawał  się  nieco
zniszczony.  Pastor  wspominał,  że  trzeba  koniecznie  naprawić  wieżę  w  tym  roku,  ale  parafianie
puścili to mimo uszu. Uważali, że nie stać ich na takie wydatki.

Ale przyjdzie dzień, kiedy trzeba ta będzie zrobić, przyznał w duchu, jeżeli wieża ma się nie zawalić.

W oddali dostrzegł dach dworu Gabrielli i Kaleba. Prowadzili tam teraz dom dla sierot - oni i Eli.
Nie mieli więcej dzieci poza zmarłą w dniu narodzin córką, ale nawet prawdziwi rodzice nie mogli
bardziej  kochać  własnych  dzieci,  niż  oni  kochali  Eli.  Niewiele  już  było  ludzi,  którzy  pamiętali,  że
jest  ona  ich  przybranym  dzieckiem.  Stanowili  szczęśliwą  rodzinę.  Andreas  znów  się  uśmiechnął.
Mieszkańcy  dworu  różnili  się  między  sobą  wiekiem  dokładnie  o  dziesięć  lat.  Kaleb  miał  teraz
trzydzieści sześć, Gabriella dwadzieścia sześć, Eli szesnaście, a dziecko, gdyby żyło, miałoby sześć
lat. Lepiej jednak, że nie dane mu było przeżyć -

Kalebowi i Gabrielli niełatwo byłoby wychować stworzenie napiętnowane złym dziedzictwem Ludzi
Lodu.

Sam Andreas mógł mieć teraz pewność, że jego dzieci będą całkiem normalne, i najwyższy już chyba
czas, by się o nie postarał...

Najpierw jednak musi znaleźć sobie odpowiedni materiał na żonę.

Tak, tak, ale z tym chyba nie ma pośpiechu.

Andreas odetchnął głęboko i podniósł się tak gwałtownie, że aż zatrzeszczały mu kości.

Czas już wrócić do pługa, jeśli mam skończyć przed wieczorem, pomyślał.

Pracował długo. Zdążę chyba przeorać pole jeszcze raz, powtarzał w duchu. I jeszcze raz. I jeszcze...

background image

Ciężkie  od  deszczu  chmury,  przesuwające  się  nad  wierzchołkami  świerków,  nabrały  już  ciemnej
barwy wieczoru, kiedy zajął się ostatnim skrawkiem ziemi pomiędzy skałami. Chciał

ten kawałeczek też włączyć do pola, bo zapowiadał się nieźle; nie rosło na nim zbyt wiele trawy.

Pług napotkał miękką przeszkodę.

Andreas cofnął się o krok i spróbował raz jeszcze.

4

Nie,  najwyraźniej  coś  stawiało  opór.  Nie  kamień  ani  też  korzeń  drzewa,  to  musiało  być  bardziej
miękkie.

Andreas  pochylił  się  i  odsunął  na  bok  kawałek  darni,  który  poddał  się  łatwo,  jak  gdyby  niedawno
został położony.

Pod spodem zamajaczyło coś przypominającego tkaninę. Ciemne grube płótno.

Odsunął jeszcze jeden kawałek darni i zobaczył wyszczerzone w makabrycznym uśmiechu zęby w na
wpół zgniłej twarzy.

Odskoczył gwałtownie, czując, że cała krew odpływa mu od serca. Błyskawicznie wyciągnął

pług  z  ziemi,  przeniósł  nad  straszliwym  znaleziskiem  i  popędził  konia.  Kiedy  znalazł  się  na  skraju
trójkątnego poletka, odczepił pług, skoczył na nie osiodłanego konia i pognał do domu.

Doskonale pojmował; że czymkolwiek było jego odkrycie, to na pewno nie był to poświęcony grób.
Nie  poświęcony  także.  Czasami  grzeszników  grzebano  poza  murami  cmentarza,  ale  ostatnio  nie
wydarzył się żaden wypadek, od dłuższego czasu nie grasowała też żadna zaraza. Było oczywiste, że
kryje się za tym ponura tajemnica.

Dalej nie chciał posunąć się nawet w myślach, dopóki nie sprowadzi kogoś na pomoc. Jaka szkoda,
że  asesor  Dag  Meiden  już  nie  żyje!  Będzie  teraz  musiał  zwrócić  się  do  wójta,  a  ten  niestety  nie
należał do najsympatyczniejszych.

Ale Kaleb zna się na przepisach i prawie. Tak, pośle także po Kaleba.

Ta myśl nieco go uspokoiła.

Z dworu dostrzeżono, że Andreas pędzi na koniu jak szalony, i pospieszono mu na spotkanie. Dziad
Are,  ojciec  ojca,  mimo  sześćdziesięciu  ośmiu  lat  wciąż  trzymający  się  prosto  jak  młody  chłopak,
ojciec  Brand,  spokojny  i  po-godny,  z  włosami  gdzieniegdzie  naznaczonymi  już  siwizną,  i  kochana
matka Matylda, zawsze korpulentna, wcale nie szczuplejąca z wiekiem...

Kiedy zeskakiwał z konia, otoczyli go, mocno poruszeni.

background image

- Ależ, Andreasie - odezwał się Brand. - Straszliwie pobladłeś. Co się stało?

-  Znalazłem  zabitego  człowieka  na  polu,  tam  na  górze.  Najlepiej  będzie,  jeśli  od  razu  wezwiemy
wójta, by nie mógł nam zarzucić najmniejszej zwłoki.

- Co ty mówisz, chłopcze? Zaraz poślę parobka.

Wójt  mieszkał  w  sąsiedniej,  ale  niezbyt  daleko  położonej  wiosce.  Trzeba  było  tylko  dostać  się  na
drugą stronę wzgórza.

5

- Sprowadźcie także Kaleba - powiedział Andreas.

- Dobrze, tak zrobimy.

Niebawem cały dwór wiedział już o wszystkim i ludzie małymi grupkami zaczęli podążać ku leśnemu
poletku. Niektórzy zaciekawieni, inni z postanowieniem, że choć nie będą patrzeć na zwłoki, to i tak
muszą  być  świadkami  wydarzeń.  Gospodarze  z  Lipowej Alei  bardzo  się  spieszyli,  żeby  dotrzeć  na
polanę przed wszystkimi i dopilnować porządku.

Andreas zatrzymał napierającą gromadę na skraju lasu.

-  Nie  wchodźcie  na  polanę,  bo  możecie  zadeptać  ślady,  a  wtedy  będziecie  mieć  wójta  na  karku!  -
wołał. - Jeżeli już koniecznie musicie to zobaczyć, stańcie na skałach!

Brand i Are przyglądali się zwłokom.

- Och - odezwał się Brand. - Teraz pojmuję, że to mógł być dla ciebie szok, Andreasie.

Andreas odparł w zamyśleniu:

- Spójrzcie na kawałki darni! Jak starannie je poukładano! To zostało zrobione tej wiosny.

Ludzie  ze  dworu  dotarli  już  na  miejsce  i  przypatrywali  się  znalezisku  z  przerażeniem,  ale  i  z
niezdrowym podnieceniem. Niektórzy szybko odchodzili, bladozieloni na twarzach.

- Kto to może być, jak sądzicie? - zapytał stajenny.

- Wydaje się, że to kobieta - odparł Andreas. - Czy nikt z naszej parafii nie zaginął?

Nikt o nikim takim nie słyszał.

Are nadal wpatrywał się w trawę, ostrożnie stąpając po kępkach.

- Spójrzcie - powiedział cicho, a wszyscy przysłuchiwali się w napięciu. - Czy widzicie, że trawa
podzielona  jest  na  kwadraty?  Każdy  z  nich  musi  stanowić  odłożony  na  miejsce  kawałek  darni,

background image

prawda?

Pokiwali głowami. Nietrudno było to zrozumieć.

- Wyraźnie widać, że to zostało zrobione w tym roku. Ale popatrzcie jeszcze tam!

Oczy  wszystkich  skierowały  się  na  miejsce,  które  wskazywał.  Koło  zwłok  wyraźnie  rysowały  się
kolejne czworokąty.

- Czy ktoś mógłby podnieść darń? - zapytał Are.

Nie było chętnego, nikt się nawet nie poruszył.

6

Jeden ze stojących bliżej lasu mężczyzn gwałtownie zamachał rękami.

- Tutaj także są ślady kwadratów, gospodarzu!

Are i Brand podeszli bliżej. Mężczyzna miał rację. Jeszcze w kilku miejscach widać było słabe ślady
czworokątów w długim szeregu.

- Sądzę, że poczekamy na wójta - zdecydował Are. - Czy ktoś może sprowadzić Mattiasa?

Wszyscy  wiedzieli,  że  chodzi  o  doktora  Meidena.  Natychmiast  pobiegły  po  niego  dwie  służące,
zadowolone, że nie będą świadkami dalszych przerażających odkryć.

- Przywołajcie też pastora - zawołał za nimi Brand. Ta decyzja nie wywołała entuzjazmu zebranych,
ale  Brand  wyjaśnił:  -  Musimy  poświęcić  to  miejsce,  zanim  zdobędzie  nad  nami  władzę  jakiś  zły
duch.

Wtedy  wiele  kobiet  nagle  przypomniało  sobie,  że  jedzenie  przypala  się  w  garnkach,  że  krowy
czekają, że one same mają coś do zrobienia... Zniknęło także paru mężczyzn.

Pierwszy  nadszedł  Mattias.  Jak  zawsze  miły,  o  łagodnym  spojrzeniu,  podziałał  na  wszystkich  niby
środek kojący. Nie chciał niczego dotykać, dopóki wójt nie powie swego, ale potwierdził domysły
innych.  Kobieta,  nie  całkiem  młoda,  jako  że  można  było  dojrzeć  kilka  pasm  siwych  włosów,  w
eleganckim ubraniu z najlepszego sukna.

Uczynił natomiast to, przed czym wzbraniali się inni. Uniósł kolejny kawałek darni.

Kiedy  to  zrobił,  większość  zebranych  ukryła  twarze  w  dłoniach,  ale  po  chwili  coraz  więcej  osób
zaczęło zerkać przez szpary między palcami.

Było tak, jak przypuszczali - jeszcze jeden trup. Kobieta; zmarła całkiem niedawno. Mrówki i inne
stworzenia w popłochu uciekały z prawie nie naruszonej twarzy.

background image

Ta kobieta była nieco młodsza, mogła mieć około trzydziestu pięciu lat. Nie była ładna, ale jej włosy
nadal układały się w eleganckie fale.

Nikt  nie  powiedział  ani  słowa.  Oczy  wszystkich  kierowały  się  tylko  powoli  ku  dwóm  ostatnim
czworokątom odznaczającym się na trawie.

- Nie - orzekł Brand. - Trzeba coś zostawić wójtowi.

Przybyli  już  ludzie  z  Grastensholm.  A  na  górze,  na  skraju  lasu,  ćwierć  mili  stąd,  ci,  którzy  stali
wysoko na kamieniach, mogli dostrzec samotną postać kobiety. Tkwiła nieruchomo, ze zdziwieniem
wpatrując się w zgromadzenie.

Hycla nie było nigdzie widać.

7

- Ściemnia się - zauważył Are, spoglądając w niebo.

- O tej porze roku nie będzie bardzo ciemno - burknął jeden z mężczyzn.

- Nie, ale jest pochmurno. Będzie ciemniej niż zwykle.

Wójt i pastor przybyli niemal równocześnie. Ciężko oddychali, wspinając się pod górę. Za nimi, w
niedużych grupkach, podążali ludzie ze wsi.

-  No  i  co  tu  się  dzieje?  -  zapytał  niezadowolony  wójt.  Był  Niemcem  jak  większość  wójtów  i  źle
mówił po norwesku. Natura hojnie obdarzyła go wzrostem i tuszą, ale poskąpiła rozumu.

Sprawiał  zdecydowanie  niesympatyczne  wrażenie,  miał  małe  świńskie  oczka  i  wielkie,  obwisłe
wargi.  Wydawało  się,  że  od  innych  ludzi  spodziewa  się  tylko  nienawiści,  i  odwzajemniał  się  tym
samym. Mówiono, że jego największą namiętnością są pieniądze.

Bogactwo i władza. Nie miał więc szczególnie oryginalnych zainteresowań.

Andreas wyjaśnił, co zaszło. Wójt miał minę, jakby chciał powiedzieć, że niczego innego nie można
spodziewać  się  po  norweskich  chłopach.  Pastor  wzdychał  i  najwyraźniej  był  głęboko  poruszony
wydarzeniami.

-  Czy  zechcecie  odmówić  modlitwę  za  dusze  zmarłych,  a  tym  samym  oczyścić  okolicę  i  odegnać
błąkające się duchy, panie pastorze? - zapytał Brand.

-  Nie  wiemy  przecież  jeszcze,  kim  były  te  kobiety.  Nie  mogę  odprawiać  modłów  za  dusze
zatwardziałych grzeszników - zaprotestował duchowny.

-  Tym  większy  macie  powód,  by  je  odprawić  -  powiedział  Are  ostro.  -  Jezus  nie  odwracał  się
plecami od grzesznych.

background image

Synowi Tengela z rodu Ludzi Lodu nie należało się sprzeciwiać; o tym wiedział nawet nowy pastor.

Spojrzał więc tylko karcąco na Arego i odmówił modlitwę za spokój nieczystych dusz.

Kiedy obrządek został zakończony, wszyscy odetchnęli z ulgą.

Napięcie  zelżało  jednak  tylko  na  moment,  bowiem  już  w  następnej  chwili  wójt,  podnosząc  głowę,
jęknął:

- Jezu Chryste! To chyba nie może być... Nie, oczywiście, że nie! - dodał jakby się uspokajając.

Jednak wszyscy usłyszeli jego słowa. Z tłumu wyłonił się Kaleb. Ponieważ budził

powszechne zaufanie, wiele osób, chcąc poczuć się bezpieczniej, zbliżyło się do niego.

- O czym myśleliście? - ostro zapytał wójta Brand.

8

- Nie, to niemożliwe.

- Mówcie!

- Na pustkowiu, daleko stąd, w dolinach, przez kilka lat gadano o mężczyźnie-wilku. My nazywamy
go  wilkołakiem.  Mniej  więcej  rok  temu  pewna  kobieta  została  rozszarpana  na  strzępy.  A  w  lesie
widziano trzynogiego wilka...

Jakaś dziewczyna zasłoniła usta dłonią, tłumiąc krzyk.

- Och, matko!

- Wilkołak? - Oczy Arego wyrażały gniew. - Nie wolno wam straszyć ludzi!

- Nie straszę, mówię po prostu, o czym gadają.

Jeden z mężczyzn rzekł powoli:

-  Wygląda  jednak  na  to,  że  mamy  tu  cztery  nie  poświęcone  groby.  Być  może  leżą  w  nich  tylko
kobiety. Może on tu właśnie krąży? Porywa samotne kobiety przy pełni księżyca...

Kilka dziewcząt krzyknęło. Ktoś spojrzał w niebo, by sprawdzić, jak wygląda księżyc, ale skrył się
za chmurami. Inni rozglądali się dokoła, starając się dojrzeć coś w lesie.

- Trzynogi wilk? - zapytał ktoś. - Dlaczego trzynogi?

- Nie wiesz? - oburzył się wójt. - Wilkołak to człowiek, który przemienia się w wilka podczas pełni
księżyca, a bywa, że i w inne noce. Ponieważ jest człowiekiem, nie ma ogona. To ogromny wstyd dla
wilka, dlatego wyciąga jedną nogę, udając, że to ogon, i biegać może tylko na trzech...

background image

- Och! - jęknął ktoś wśród zgromadzonych.

Wójt surowo popatrzył na zebranych.

-  Przyjrzyjcie  się  więc  waszym  mężom,  kobiety!  Jeśli  okaże  się,  że  któryś  z  nich  wychodzi  nocą,
wezwijcie mnie! Przyglądajcie się ich zębom! Być może między nimi nadal tkwi nić z materiału, a na
twarzy widnieją ślady krwi...

Are westchnął cicho.

- A kobiety w błogosławionym stanie niechaj lepiej wieczorami siedzą w domu - ciągnął

wójt. - Są bowiem szczególną przynętą dla wilkołaka.

- Och, przestańcie opowiadać te bajdy - rzucił porywczo Andreas. - Przywieźliście je tu z waszego
kraju. W Norwegii nie ma wilkołaków.

9

-  Jak  to  nie  ma?  Oczywiście,  że  są  -  odparł  wójt,  rozgorączkowany,  z  zaczerwienioną  twarzą.  -
Macie nawet niedźwiedzie, które porywają kobiety i dzieci. A u nas ich nie ma.

- Tak, tak, Andreasie - powiedział spokojnie Are. - Już w czasach wikingów żyli ludzie-wilki.

Ale  uważam,  że  nie  trzeba  o  tym  głośno  mówić,  dopóki  nie  wiemy  nic  o  tych  kobietach.  I
zastanawiam się, dlaczego wilkołak, jeżeli naprawdę krąży po okolicy, ściągnął tu obce kobiety?

- Czy aby na pewno obce? - zapytał inny mężczyzna. - A jak było z Lisen Gustava? Tą, która zeszłej
jesieni  wyjechała  za  służbą?  Obiecywała,  że  napisze  do  domu,  a  wcale  się  nie  odezwała.  Nie
przyjechała też na Boże Narodzenie, jak było umówione.

- Czy wyruszyła w podróż wieczorem? - dopytywał się wójt.

- Tego nie wiem. Zapytajcie Gustava.

- Nie omieszkam tego uczynić - odburknął stróż prawa.

Las  był  ciemny  i  niemy.  Nikt  nie  chciał  stać  samotnie.  Ludzie  garnęli  się  do  siebie,  skupiali  w
większe grupy. Ciężkie, szaroczarne chmury wisiały nad wierzchołkami świerków. Coś mogło kryć
się między drzewami.

Are polecił zapalić pochodnie, by rozświetlić zapadający zmierzch. Z Lipowej Alei i Grastensholm
przybyli mężczyźni z łopatami i ostrożnie rozpoczęto kopanie.

Zebrani z napięciem obserwowali wszystko, co działo się na polanie, ale coraz częściej wymowne
spojrzenia wędrowały w kierunku samotnej chaty na skraju lasu.

background image

Wójt jednak zainteresował się także dalszą okolicą.

-  Kto  mieszka  tu  w  pobliżu?  Jakie  są  dwory?  -  zawołał  ostro,  a  jego  głos  niósł  się  daleko  po  łące
zatopionej w ciszy wieczoru.

Odpowiedział Mattias:

-  Jest  Lipowa  Aleja  i  Grastensholm.  I  jeszcze  chałupa  pomocnika  kata.  A  w  lesie  jest  zagroda
Klausa.

- Klaus nie żyje już przecież od dawna - wtrącił się pastor. - I jego Rosa także.

- Tak, Jesper mieszka tam samotnie, odkąd jego siostra wyszła za mąż.

- Jeszcze jakieś dwory?

- Nie, tu już nic nie ma.

10

-  Hm...  -  Wójt  obrzucił  surowym  i  badawczym,  jak  mu  się  wydawało,  spojrzeniem  twarze Arego,
Branda i Andreasa z Lipowej Alei oraz Mattiasa i Taralda z Grastensholm. Utkwił

wzrok w Andreasie. - Najwyraźniej dobrze była wam znana ta polana w lesie - stwierdził

tonem inkwizytora.

- Tak. Ale jeśli wydaje wam się, że jestem na tyle niemądry, by wygrzebywać dobrze ukryte przez
samego siebie zwłoki, to nie wiem, którego z nas należałoby nazwać głupcem - odparł

Andreas ostro.

Wydawało się, że wójt uznał tę odpowiedź za logiczną.

-  W  rodzie  jest  jeszcze  jeden  nowy  dwór,  prawda?  Elistrand.  Ten  Kaleb,  skąd  on  się  właściwie
wziął?

-  Sądzę,  że  nie  należy  go  w  to  mieszać  -  powiedział Andreas  chłodno.  -  To  dobry  człowiek,  który
cieszy się powszechnym poważaniem. Ale sami możecie go o wszystko zapytać. Stoi za wami.

Wójt odwrócił się gwałtownie. Nie znał wszystkich mieszkańców parafii i nigdy jeszcze nie spotkał
Kaleba. Teraz cofnął się nieco na widok jasnowłosego olbrzyma.

Andreas mówił dalej lekko złośliwym tonem:

- Poza tym Kaleb jest świetnie obeznany z prawem. Może służyć wam wielką pomocą w tej sprawie.

Wójt wymamrotał coś na temat amatorów.

background image

- Mylicie się - odparł Andreas. - Kaleb pobierał nauki u asesora Daga Meidena, a potem przez wiele
lat zasiadał w lagtingu.[Lagting wojewódzkie zgromadzenie ludowe, będące sądem drugiej instancji
(przyp. tłum.).]

Słysząc  to,  wójt  umilkł.  Kiedy  odkopywano  kolejne  ciała,  nie  odezwał  się  już  ani  słowem.  Nie  co
dzień  zdarzały  się  takie  sprawy  jak  ta  i  wielką  nadzieję  pokładał  w  Mattiasie  i  Kalebie  oraz  w
mężczyznach z Lipowej Alei. Jego władczy głos niczym echo powtarzał to, co zostało już przez nich
powiedziane, jak gdyby były to jego własne słowa. Nie, wójtem nikt nie był

szczególnie  zachwycony.  Uważano,  że  jest  zbyt  zapatrzony  w  siebie  i  zainteresowany  wyłącznie
wyciąganiem pieniędzy od ludzi.

Od strony łąki przy skalnych blokach rozległy się stłumione okrzyki:

- Tu chyba też coś jest! Tak!

Ostrożnie  usunięto  darń.  Trudno  było  ocenić,  co  kryje  się  pod  spodem.  Upłynęło  już  sporo  czasu,
ciała zaczęły się rozkładać.

11

- Jest za ciemno - narzekał Mattias.

- Tak, teraz jest już za ciemno - jak echo powtórzył wójt. - Oględziny zwłok lepiej odłożyć do jutra.

- Dobrze - zgodził się Kaleb. - Ale dziś jeszcze możemy sprawdzić pozostałą część pola. Na wszelki
wypadek.

Po godzinie cała niewielka trójkątna polana została dokładnie przekopana. Znaleziono ciała czterech
kobiet. Gdzieniegdzie na próbę kopano głębiej, ale nic więcej nie odkryto.

Cztery  zmarłe.  Jedna  całkiem  niedawno,  druga  wcześniej,  choć  jeszcze  tej  samej  wiosny,  dwie
pozostałe musiały leżeć w tym miejscu przez całą zimę. Jedna prawdopodobnie od jesieni, druga od
lata.

Kim były? Skąd pochodziły? Kto pozbawił je życia i w jaki sposób?

Mattias i Kaleb stali wraz z ludźmi z Lipowej Alei nad ostatnim znaleziskiem, kiedy przywołał

ich wójt. Pochylał się nad zwłokami kobiety, którą zamordowano najpóźniej.

Podeszli bliżej.

- Zobaczcie! - mruknął wójt. - I co wy na to?

Odrzucił wcześniej ziemię z jednej ręki ofiary i teraz sięgnął po znajdujący się tam brudny sznur.

background image

- Był owinięty wokół jej dłoni - stwierdził.

Sznur był długi. Wójt uniósł rękę, a jeszcze spora część sznura leżała na ziemi.

Are ujął go w dłonie.

- Węzły - mruknął.

- Różne sznurki - powiedział wójt. - Dziewięć różnych sznurków. A więc to z taką ohydą mamy do
czynienia!

Wszyscy poczuli się nieswojo.

-  Zatrzymajcie  to  odkrycie  dla  siebie  -  powiedział  Are  stanowczo.  -  Jeśli  ludzie  się  dowiedzą,
histeria  opanuje  całą  wioskę.  Mieliśmy  tu  już  dość  procesów  czarownic,  więcej  tego  nie  chcemy!
Wystarczy nam wasz wilkołak.

-  Ale  mamy  przecież  niezbity  dowód  -  oponował  wójt.  -  A  wczoraj  w  sąsiedniej  wiosce
schwytaliśmy czarownicę! Naprawdę mamy do czynienia z czarną magią!

12

-  Tak.  I  dokładnie  zbadamy  tę  sprawę.  Jutro!  Dziś  wieczorem  nie  powinniśmy  uczynić  niczego,  co
sprawi,  że  ludzie  podejmą  działania  na  własną  rękę.  Wystawcie  tu  na  noc  straże,  a  pozostałych
odeślijcie do domów!

Wójt zacisnął usta, ale poddał się.

Zapadła już noc, kiedy wielka gromada zaczęła schodzić łąkami w dół ku wiosce.

Jaspera nie było z nimi. Jego maleńka zagroda leżała głęboko w lesie, daleko od miejsca wydarzeń,
tak  że  nie  był  świadkiem  całego  zamieszania.  Wszyscy  jednak  pamiętali,  że  jest  nieuleczalnym
kobieciarzem.

Nattmann także się nie pokazał.

Gromada zaczęła się rozdzielać, ludzie po kolei rozchodzili się do domów, by wrócić tu nazajutrz.

Tak  przynajmniej  się  wydawało.  Nie  wszyscy  jednak  udali  się  na  spoczynek.  W  mroku  krążyły
ciemne sylwetki. To ci, którzy nie wiedzieli nic o sznurze czarownicy. Mieli swoje plany. Zaczaili
się na rozstajach na nową ofiarę: Nattmanna.

Teraz  nareszcie  mieli  okazję  wyładować  złość  na  znienawidzonym  pomocniku  kata.  Któż  lepiej
pasował do roli wilkołaka? A poza tym... Czy może nie mieszkał najbliżej polany?

Dłonie „sprawiedliwych” mężczyzn i kobiet z wioski zakryły usta Nattmanna, by stłumić jego krzyki.

background image

Nikt nie widział, co stało się na rozstaju dróg, gdzie spłynęły kłębki wieczornej mgły, by odtańczyć
taniec elfów.

Nazajutrz wczesnym rankiem Andreas, który szedł do kowala podkuć konia, znalazł w przydrożnym
rowie mężczyznę w pożałowania godnym stanie.

Natychmiast rozpoznał kaciego pomocnika, chociaż ten był straszliwie zmasakrowany.

Andreas pochylił się nad leżącym, próbując go nieco unieść.

-  Biegnij,  sprowadź  wóz  -  nakazał  towarzyszącemu  mu  parobkowi.  -  Kołacze  się  w  nim  jeszcze
resztka życia. Potem zaprowadzisz konia do kowala i pójdziesz do Mattiasa.

Poprosisz, żeby przyszedł do chaty na skraju lasu. Ja odwiozę Joela Nattmanna do domu.

W  oczekiwaniu  na  parobka  i  wóz  Andreas  przysiadł  na  trawie  i  przyglądał  się  leżącemu  obok
nieszczęśnikowi.

Jego myśli były pełne smutku.

13

To,  co  wczoraj  znaleziono  w  dłoni  zabitej  kobiety,  poruszyło  wszystkich  w  jego  rodzinie.  To
oczywiste,  że  tak  bardzo  byli  czuli  na  tym  punkcie.  Na  razie  wiedział  o  tym  tylko  wójt,  ale  kiedy
plotka rozniesie się po wsi...

Andreas spojrzał na Joela Nattmanna. Pewne było, że niegodziwego uczynku dokonano dziś w nocy,
podobnie jak to, że miało to związek z makabrycznym odkryciem na leśnej polanie. Ludzie znaleźli
kozła  ofiarnego  -  kogoś,  na  kim  łatwo  było  się  zemścić. Ale  nastawienie  ludzi  zmienia  się  bardzo
szybko. Jeśli tylko upatrzą sobie nową ofiarę, będą gotowi do następnych bestialskich czynów.

To dopiero początek, pomyślał. To dopiero początek...

14

ROZDZIAŁ II

Hilda  córka  Joela  weszła  do  małej,  ciemnej  chaty,  zakończywszy  poranny  obrządek  w  oborze.
Zabrało jej to niewiele czasu, ponieważ mieli tylko jedną krowę i trzy kury. I kota, służącego im na
swój koci sposób.

Zmieniła  fartuch,  który  nosiła  w  oborze,  na  sukienkę,  opłukała  twarz  i  dłonie  w  drewnianej  balu.
Poruszała  się  powoli,  jakby  nieobecna  duchem,  także  podczas  sprzątania  izby,  która  była
jednocześnie bawialnią, kuchnią i jej sypialnią. Jedyną dodatkową komorę zajmował

ojciec.

background image

Spostrzegła, że nie wrócił jeszcze do domu. Dzień wcześniej przysłano po niego z sąsiedniej wioski,
gdzie trzeba było pogrzebać padłe sztuki bydła. To również należało do obowiązków hycla. Liczył,
że wróci do domu wieczorem, ale widocznie nie zdążył.

Na miejsce fiołków, stojących dotychczas na stole, Hilda wstawiła kilka pierwiosnków.

Dzisiaj są moje urodziny, pomyślała. Może upiekę ciasto, żeby to jakoś uczcić?

Nie, nie upiekę.

Robiła  tak,  kiedy  była  młodsza,  ale  odkąd  ojciec  zaczął  jej  wypominać  rozrzutność,  zrezygnowała
nawet z tej odrobiny przyjemności.

A w ogóle dwadzieścia siedem lat to żaden powód do radości. Najlepiej zapomnieć o swoim wieku.

Jej palce ostrożnie dotykały delikatnych płatków kwiatów. Pogrążyła się w myślach.

Lata upłynęły, odeszły donikąd. Zniknęły bez śladu. Kiedyś miała jeszcze marzenia.

Tęskniła. Płakała w samotne noce.

Teraz już nie płacze. I z marzeniami się pożegnała.

Znów przypomniały jej się słowa matki, wypowiedziane na łożu śmierci: „Zostań z ojcem, Hildo! On
ma teraz tylko ciebie. Bądź dla niego dobrą córką!”

Hilda przyrzekła to umierającej i naprawdę starała się dotrzymać obietnicy. Tylko że czasami było
jej  bardzo  trudno,  bo  ojciec  nigdy  ale  był  zadowolony.  Nie  dostrzegał,  kiedy  przystrajała  dom
najpiękniej  jak  umiała,  nie  zwracał  uwagi  na  codzienną  troskliwość.  Natomiast  jeśli  kończyło  się
piwo  lub  gorzałka,  obsypywał  ją  wyzwiskami  i  nie  mógł  pojąć,  dlaczego  jego  córka  jest  takim
niedbaluchem.

I  wszystkie  te  narzekania,  które  przez  całe  dnie  mełł  w  ustach,  nieustannie  powtarzając,  co  ten  czy
tamten powiedział, jak pogardliwie na niego spojrzał. I groźby, że on im jeszcze pokaże. Przeżuwał
dawne upokorzenia niczym stare, dawno wyschłe kości. To samo, cały 15

czas to samo, i jeszcze nowe krzywdy. A Hilda musiała pokornie wysłuchiwać. Jeśli zdarzyło się jej
przytaknąć lub zaprzeczyć w nieodpowiednim momencie, ojciec wpadał w złość i gniewał się przez
wiele dni, wytykając jej coraz to nowe wady.

Hilda stała nieruchomo, zatopiona w myślach. Obietnica złożona matce była dla niej rzeczą świętą,
nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, by ją złamać. Ale...

Jej  myśli  powędrowały  w  przeszłość,  do  lat,  które  upłynęły  w  beznadziejnej  szarości.  Szare,
wszystkie takie szare...

Uśmiechnęła  się  gorzko  na  pewne  wspomnienie.  Ojca  odwiedzał  kiedyś  kolega  po  fachu,  hycel  z

background image

Christianii. Brudny, podstarzały, o odrażającym wyglądzie.

Czy ona w swej samotności przez pewien czas nie myślała o nim wieczorami? Ponieważ był

żywą istotą; jedynym mężczyzną, którego dane jej było ujrzeć w ciągu wielu lat...

Jakże ubogi może stać się człowiek...

Hilda  nie  miała  lustra,  nie  było  nawet  szyby,  w  której  mogłaby  się  przejrzeć.  Pozostawała  tylko
sadzawka  w  dolinie.  Nie  wiedziała  więc  dokładnie,  jak  naprawdę  wygląda.  Kiedy  miała
osiemnaście lat, uważała, że nie najgorzej. Teraz nie przeglądała się już w sadzawce.

Ale  że  włosy  ma  piękne,  to  musiała  wiedzieć.  Złotobrązowe,  nigdy  nie  ścinane.  Teraz,  kiedy  je
czesała, sięgały kolan, grube, zwinięte w drobne loki nad czołem i skroniach, a dalej układające się
w fale.

Myśli Hildy płynęły powolnym strumieniem...

Innym razem - och, jak wiele lat już upłynęło! - stała przypatrując się młodzieży tańczącej na leśnej
polanie. W sercu czuła dojmujący ból. Gdy wracała do domu, dogonił ją jakiś chłopak.

Poprosił,  by  usiadła  z  nim  na  mokrej  od  rosy  trawie  i  porozmawiała.  Hilda  nie  wierzyła  własnym
uszom. Ktoś mówił przyjaźnie - w ogóle odzywał się - do niej ! Nie wyglądał

szczególnie  pociągająco,  twarz  miał  pokrytą  pryszczami,  pomiędzy  którymi  rosły  obrzydliwe,  białe
kępki włosów.

Zrobiła  jednak  tak,  jak  prosił:  usiadła,  by  porozmawiać  z  nim  przez  chwilę.  Nie  potrafiła  jednak
znaleźć żadnych słów. Wyschły już dawno temu. Nagle poczuła rękę, obejmującą ją w pasie, i jego
twarz  blisko  swojej.  „Nic  o  tym  nikomu  nie  powiesz,  dobrze?  -  szepnął.  -  Bo  inaczej  stałbym  się
pośmiewiskiem całej wioski”.

Hilda zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Aż tak samotna mimo wszystko nie jestem!

pomyślała.

Zerwała się i uciekła. Płakała; czuła się tak bezradna i upokorzona...

16

Powróciła  do  teraźniejszości.  Wczoraj  wieczorem  musiało  się  coś  wydarzyć  na  leśnej  polanie  na
wzgórzu nad Lipową Aleją. Przybiegło tak wiele ludzi! Wyglądało na to, że coś tam znaleźli. I przez
całą noc płonęło ognisko.

Ale to nie jej sprawa.

Ona pozostawała poza społecznością.

background image

Kiedyś,  kiedy  jeszcze  żyła  matka,  Hilda  mogła  spotykać  się  z  ludźmi.  Potrafiła  nawet  z  nimi
rozmawiać.

Teraz już nie, czuła się tak, jak gdyby zupełnie straciła umiejętność mówienia.

Nie  odzywała  się  już  nawet  do  ojca.  Wiedziała,  że  jej  obowiązkiem  jest  się  nim  opiekować,  ale
rzadko ze sobą rozmawiali. Jeśli miał zły humor, a tak zwykle bywała, po prostu milczała.

Zdawała sobie sprawę, że jest skończona jako człowiek, że w ten sposób niszczy samą siebie, ale jak
mogła temu zaradzić? Tylko kot i pozostałe zwierzęta słyszały jej głos.

Wyczuwały, ile jest w nim miłości, pomimo że pokrywała ją szorstkością. Hilda tak bardzo bała się
przywiązać do czegoś lub kogoś...

Andreas  nie  wiedział,  do  jakiego  stopnia  poturbowany  został  pomocnik  kata,  ale  czuł,  że  wciąż
kołatały się w nim resztki życia. Chwilami z wozu dobiegał żałosny jęk.

Kiedy Andreas wjechał na maleńkie podwórko przed chatą na skraju lasu, zaskoczyła go panująca tu
czystość  i  dobrze  utrzymane  zabudowania.  Biednie,  owszem,  ale  wszystko  w  najlepszym  stanie.
Nigdzie nie było widać spróchniałej belki czy deski, we wzruszająco małym ogródku za płotem rosły
kwiaty, a na progu leżał kot, który wyglądał na zadowolonego ze swego domu.

Andreas zapukał.

Nikt nie odpowiedział. W środku panowała grobowa cisza.

Odczekał chwilę, po czym zawołał:

-  Tu Andreas  Lind  z  rodu  Ludzi  Lodu.  Z  Lipowej Alei.  Przywiozłem  Joela  Nattmanna.  Jest  ciężko
ranny.

Po  chwili  dobiegł  go  odgłos  kroków  drepczących  po  podłodze.  Drzwi  otworzyły  się  gwałtownie  i
kroki oddaliły się znowu.

Andreas ostrożnie pochwycił rannego, który zaraz zaczął głośno jęczeć, przeniósł do małej, ciemnej
izdebki i położył na łóżku.

Słyszał, że w pomieszczeniu obok głęboko oddycha ktoś bardzo przestraszony.

17

Andreas  miał  czas,  by  rozejrzeć  się  po  izbie.  Wszystko  było  lśniąco  czyste.  Na  kołkach  wisiały
części kobiecego ubrania, zrozumiał więc, że łóżko należy do dziewczyny.

- Hildo córko Joela - powiedział. - Czy chcesz, żebym położył twego ojca w komorze?

Powolutku otworzyły się drzwi. Na progu stanęła Hilda, przyciskając do twarzy chustkę tak, że spoza

background image

niej widać było tylko przerażone oczy.

Nigdy przedtem z bliska nie widział Hildy, córki hycla, zaskoczony był więc jej wyglądem.

Jest  wyższa,  niż  sądziłem,  mniej  więcej  tego  samego  wzrostu  co  Mattias,  pomyślał.  Twarz,  a
właściwie jej widoczny fragment, i ręce były wypielęgnowane, a ubranie świeże. Pachniało od niej
czystością.

I te włosy! Loki obejmujące twarz, splecione dalej w gruby warkocz spływający po plecach.

Nigdy jeszcze nie widział tak długich i gęstych włosów.

Andreas  dziwił  się  coraz  bardziej.  A  więc  ta  dziewczyna  krzątała  się  tak  dzień  w  dzień,  dbając
troskliwie o swe otoczenie, a nikt nie przychodził, by na to popatrzeć. Nie było tu nikogo być może
od piętnastu lat, tylko ten gderliwy ojciec, który doprawdy nie mógł być miłym towarzyszem.

Pomimo nieśmiałości musi tkwić w tej kobiecie zadziwiająca siła, pomyślał.

- Pomóż mi go przenieść - poprosił tak przyjaźnie jak tylko umiał, rozumiał bowiem, że dziewczyna
bliska jest obłędu z zawstydzenia.

Bez słowa ujęła ojca za nogi i wspólnie wnieśli go do maleńkiej komory, gdzie dla nich dwojga nie
starczyło już miejsca.

Hilda  ukradkiem  zerkała  na  Andreasa.  Kiedyś,  dawno  temu,  wspięła  się  na  wzgórze.  Stała  tam
rozglądając  się  po  okolicy.  Jej  wzrok  sięgał  aż  do  fiordu,  na  pola  i  wzniesienia,  które  stawały  się
coraz bardziej mgliście niebieskie, im dalej patrzyła. Czuła wtedy w sobie pustkę, ale i niejasną moc
przyciągającą ją do szczytów, do których nigdy nie dotrze.

To samo odczuwała teraz.

„Pomóż mi go przenieść”, powiedział. Do niej! W tych słowach nie kryło się chyba nic niedobrego
ani pogardliwego? „Pomóż mi go przenieść.”

Przemówił do niej.

Andreas  był  pierwszym  przystojnym  młodym  mężczyzną,  jakiego  spotkała.  Obdarzony  miękkim
głosem, z dwornymi manierami. Niedoświadczonej Hildzie wydał się piękny jak z obrazka. Zresztą
po prawdzie Andreas Lind z Ludzi Lodu nie był niemiły dla niczyich oczu.

Potężny jak jego ojciec i dziad, wysoki, o szerokiej piersi i wyrazistej, dobrotliwej twarzy 18

wywierał korzystne wrażenie. Ciemny kolor włosów i brwi działał przyciągająco, uśmiech był

ciepły i stwarzał poczucie bezpieczeństwa.

Ale Hilda w pełni zdawała sobie sprawę z tego, kim jest i gdzie jest jej miejsce.

background image

Powiedział do niej coś o derce, która się podwinęła, i dziewczyna w poczuciu winy szybko pochyliła
się nad rannym.

W tej samej chwili wszedł Mattias.

Hilda zesztywniała, sparaliżował ją strach. Znów zasłoniła twarz chustką.

- To doktor - wyjaśnił Andreas. - Mattias Meiden. Posłałem po niego, to mój krewniak.

Spuściła głowę, zawstydzona. Zdążyli jednak zauważyć, że ma piękną twarz. Nie całkiem młodziutką,
ale o delikatnych, niemal klasycznych rysach. Między nią a ojcem nie było ani krztyny podobieństwa.

Mattias,  który  powitał  ją  tak  uprzejmie,  że  aż  złożyła  przed  nim  ukłon,  pochylił  się  nad  Joelem
Nattniannem. Hilda przyniosła naczynie z ciepłą wodą i czystą ściereczkę i zaczęła obmywać twarz
ojca.

Od  czasu  do  czasu  rzucała  gościom  przerażone  spojrzenie,  jak  gdyby  spodziewała  się,  że  zaraz
spadnie na nią grad wyzwisk.

Mattias  uśmiechnął  się  do  niej  przyjaźnie,  a  żaden  uśmiech  nie  działał  tak  uspokajająco  jak  jego.
Zauważyli, że dziewczyna nie jest już tak spięta, sprężona do obrony.

Hycel z jękiem na krótką chwilę wrócił do przytomności.

- Przestań szarpać mnie za twarz, cholerna, głupia dziewucho! - wysyczał przez rozchwiane zęby, po
czym znów zamknął oczy.

Dziewczyna zagryzła usta, widząc straszliwie zmasakrowane oblicze ojca.

- Wyliże się z tego - orzekł Mattias.

Hilda popatrzyła na nich pytająco.

-  To  nie  była  jego  wina  -  wyjaśnił  Andreas,  a  oczy  dziewczyny  zwróciły  się  natychmiast  w  jego
kierunku. - Chyba wiem, co się stało. Uznano, że to on winien jest tej zbrodni.

Odruchowo spojrzała w stronę otworu okiennego wychodzącego na daleką łąkę.

- Tak, to było tam - powiedział Mattias. - Wiedziałaś o tym?

19

Pokręciła głową.

- Czy twoi przyjaciele nic ci nie powiedzieli? Cztery martwe kobiety.

Powtórzyła niemal bezgłośnie:

background image

- Przyjaciele?

Andreas i Mattias wymienili spojrzenia. Córka hycla nie miała żadnych przyjaciół.

- Cztery kobiety? - dorzuciła, nieco już ośmielona, ponieważ jak dotąd z niej nie drwili. Ale nadal
zachowywała czujność, zdradzało ją uciekające spojrzenie. Była niby ślimak, gotów schować czułki
na pierwszy sygnał ostrzegawczy.

Słyszała, że jej głos jest zachrypnięty; nie nawykła do mówienia. Chrząknęła nerwowo.

-  Tak,  cztery  kobiety  -  rzekł  Andreas.  -  Zostały  zamordowane.  Czy  wiesz  coś  o  tym?  Może
przypadkiem cokolwiek słyszałaś albo widziałaś wiosną lub jesienią?

Zastanawiała się, a oni, w oczekiwaniu na odpowiedź, mogli teraz otwarcie się jej przyjrzeć.

Miała  zamyślone  oczy,  trochę  jakby  smutno  rozmarzone.  Wydała  im  się  zagubiona  i  zrezygnowana.
Ale była piękna i pełna godności. I bardzo pociągająca.

- Nie... - odparła niepewnie.

- Jeśli coś przyjdzie ci na myśl, powiedz nam o tym - poprosił Mattias.

Skinęła  głową;  przypomniała  sobie,  kim  jest  naprawdę,  i  oblała  się  rumieńcem.  Już  chciała
przepraszać za to, że ośmieliła się przemówić, ale opanowała się w porę.

Mattias opatrzył Joela Nattmanna tak starannie, jak tylko się dało.

-  Najlepiej  będzie,  jeśli  rozpowiemy,  że  twój  ojciec  jest  umierający  -  stwierdził.  -  Ludzie  są
wzburzeni, znaleźli więc sobie kozła ofiarnego. Taka wiadomość ich powstrzyma. Ci, którzy się tego
dopuścili, będą mieć wyrzuty sumienia. Ale na wszelki wypadek przez najbliższe dni zamykaj drzwi
na skobel! I... - zawahał się - nie powinnaś wychodzić po ciemku.

Kiedy zrozumiała, że mają zamiar ją opuścić, w jej oczach zapłonęła prośba pomieszana z lękiem.

- Och, nie możecie mi odmówić skromnego poczęstunku: Mam ciastka i napój miodowy.

Zaraz wszystko podam.

Zauważyli, że dziewczyna stara się wysławiać możliwie najstaranniej.

Już zerwała się na nogi i krążyła między kuchnią a spiżarką.

20

Mężczyźni  popatrzyli  na  siebie.  Obydwaj  byli  na  tyle  dobrze  wychowani,  by  z  podziękowaniem
przyjąć gościnę, chociaż nie mieli czasu.

background image

Hildę wypełniała radość. Oczy lśniły na przemian nadzieją i trwożną niepewnością.

Wystawiła na stół dzban z napojem, a teraz szła z półmiskiem pełnym cudnie przybranych ciastek.

O mój Boże, pomyślał Mattias. Zostały upieczone na minione święta Bożego Narodzenia!

Takie piękne! I nikt ich nie jadł, nikt ich nawet nie widział.

Gestem  trzęsących  się  dłoni  zaprosiła  ich,  by  usiedli  na  pieńkach,  zastępujących  krzesła:  Sama
stanęła z boku, obserwując z uwagą, czy niczego im nie brakuje. Nie mogła jednak ustać spokojnie.
Wciąż musiała podchodzić do stołu i coś poprawiać - a to przesunęła półmisek w ich stronę, to znów
ułożyła kwiaty w inny sposób...

Ciastka okazały się twarde jak kamienie, ale dyskretnie maczali je w napoju miodowym i chwalili, że
są takie piękne i smaczne. Hilda odwracała twarz, ale i tak widzieli jej błyszczące szczęściem oczy.
Zanim podziękowali za gościnę, wmusili w siebie jeszcze parę kamiennych smakołyków.

- Wrócimy tu jutro - obiecał Mattias. - Zobaczymy, jak miewa się twój ojciec.

Skinęła  głową.  Wyjęła  chudą  sakiewkę,  chcąc  zapłacić  doktorowi,  ale  ten  z  uśmiechem  pokręcił
głową.

- O tym porozmawiamy później. Być może jeszcze wiele razy będę tu przychodził, nim twój ojciec
wyzdrowieje. Żegnaj, Hildo córko Joela, dziękujemy za poczęstunek!

Mężczyźni w milczeniu schodzili brzegiem pól, zatopieni we własnych myślach. Nie musieli wcale
się odwracać; i tak wiedzieli, że Hilda stoi na podwórku i spogląda za nimi.

- Jak mało znamy swych najbliższych sąsiadów! - powiedział Andreas.

- Tak - odrzekł Mattias. - Słyszałem, że ostrzegłeś ją przed wilkołakiem. Dyskretnie. To dobrze...

Kiedy nie było już ich widać, Hilda weszła do domu. Rozejrzała się dokoła ze zdziwieniem.

Teraz wszystko było dla niej zupełnie nowe.

Tu właśnie siedzieli. Wiedziała, że te miejsca nigdy nie będą już takie same jak przedtem.

Leciutko musnęła ręką belkę w ścianie, o którą opierali się ramionami. Dotykali jej półmiska, ciepło
ich  dłoni  nadal  żyło  w  drewnie.  A  tutaj  on  pochylał  się  nad  ojcem.  Powiedział,  że  derka  się
podwinęła, i wspólnie ją wygładzili.

Oglądał jej kwiaty na stole. Szkoda, że nie nazbierała więcej.

21

Na jutro musi...

background image

Jutro mają tu wrócić. A może tylko doktor? Ten o dobrych oczach?

Może on jutro nie przyjdzie? Gospodarz nie ma chyba tyle czasu, by włóczyć się po obcych domach?

Hilda zajrzała do ojca, który nadal nie dawał znaku życia, po czym znów wyszła przed dom i patrzyła
na Lipową Aleję.

Andreas i Mattias mieli zamiar się pożegnać i powrócić każdy do swego domu, gdy spotkali Branda.

-  Ojciec  zebrał  całą  rodzinę  -  powiedział.  -  Chce  z  nami  porozmawiać.  Chodź  więc  z  nami  do
Lipowej Alei, Mattiasie.

Cała  norweska  gałąź  rodu  zgromadziła  się  w  paradnej  izbie  Branda  i  Matyldy.  Pani  domu  upiekła
jęczmienne ciastka, które podała ze śmietaną. Młodzi mężczyźni popatrzyli na siebie i cicho jęknęli.
W żołądkach ciągle jeszcze czuli ciężar świątecznych wypieków Hildy.

Are, majestatyczny patriarcha z siwą brodą, odetchnął głęboko i rozpoczął przemowę:

- Odkrycie zwłok postawiło nas w bardzo trudnej sytuacji. Chciałem z wami o tym pomówić, zanim
wójt zwróci uwagę na naszą rodzinę. Wiecie, jak delikatnym tematem są dla nas czary. Dlatego sami
powinniśmy wiedzieć, na czym stoimy i kogo możemy wyłączyć z podejrzeń.

-  Ależ,  ojcze  -  oburzył  się  Brand.  -  Nie  posądzasz  chyba  nikogo  z  nas?  I  chyba  nie  wierzysz  w
wilkołaki?

- Oczywiście, że nie. Ale nas nietrudno jest zaatakować i dlatego powinniśmy umieć się bronić. Ci,
którzy  będą  najbardziej  narażeni  na  podejrzenia,  muszą  znaleźć  wsparcie  u  pozostałych.  Teraz  i
później. Niepokoi mnie sznur czarownicy.

Zebrani pokiwali głowami. Eli, szesnastolatka, delikatna i szczuplutka, rzuciła swej przybranej matce
Gabrielli pytające spojrzenie. Chciała wziąć jeszcze jedno ciastko.

Gabriella,  jakby  nieobecna  duchem,  skinęła  głową.  Dziewczyna  ciągle  jeszcze  powinna  nabierać
ciała.  Kaleb  popatrzył  na  Eli  nieco  surowiej,  ale  nie  protestował.  On  i  Eli  stali  poza  kręgiem
podejrzanych, podobnie jak Irja i Matylda, ale wszyscy czworo, głęboko związani ze swymi bliskimi,
poczuwali się wobec nich do lojalności.

Are zdecydował:

- Musimy bliżej przyjrzeć się potomkom Ludzi Lodu, każdemu po kolei. Przede wszystkim możemy
wykluczyć Cecylię i Tancreda oraz jego małą córeczkę Lenę, to chyba jasne?

22

- Tak - potwierdziła Gabriella. - I Mikaela, syna Tarjeia.

-  Oczywiście  -  zgodził  się Are.  W  jego  oczach  pojawił  się  smutek,  jak  zawsze  gdy  była  mowa  o

background image

Mikaelu.  -  Z  mojej  strony  chodzi  więc  zatem  o  mnie  samego,  Branda  i  Andreasa.  Czy  możemy
powiedzieć, że wykluczamy Andreasa, który przecież odkrył zwłoki i był tym bardzo wstrząśnięty?
Prawdą jest, że nigdy nie widziałem go tak wzburzonego.

- Tak - zgodziła się cała rodzina. - Wyłącz go!

- Dobrze! Ze strony Liv mamy samą Liv, Taralda, Mattiasa i Gabriellę. Czy o kimś zapomniałem?

Nie, zostali wymienieni wszyscy bez wyjątku potomkowie Tengela i Silje.

- Ale cóż to za czary? - dopytywał się Kaleb. - Dziewięć różnych sznurków związanych razem? Co to
ma znaczyć?

Are uśmiechnął się.

-  Teraz  przydałoby  się  poradzić  jednego  z  dotkniętych  w  rodzie.  Ale  wśród  nas  nie  ma  nikogo
takiego.  Jedynie  Cecylia  posiada  odrobinę  nadnaturalnych  zdolności,  potrafi  przekazywać  myśli.
Jednak  ona  jest  w  Danii  i  z  pewnością  nie  zna  się  na  węzłach  czarownic. A  Mattias,  który  ma  w
swych  rękach  wszystkie  czarodziejskie  środki  Ludzi  Lodu,  nigdy  się  nimi  szczególnie  nie
interesował, prawda?

- Nie - odparł Mattias. - Tylko tym, co mogę wykorzystać w leczeniu. Jest tego sporo, ale węzełki do
tego nie należą.

-  Myślę,  że  o  kimś  zapominasz,  drogi  braciszku  -  łagodnie  zwróciła  się  Liv  do  Arego.  Nadal
wyglądała  młodzieńczo  pomimo  swych  siedemdziesięciu  jeden  lat.  -  Zapominasz,  że  mam  sporą
wiedzę na ten temat, chociaż wolałam to przemilczeć.

- Ty? - Are był zdumiony.

Liv uśmiechnęła się smutno.

- Chyba pamiętacie, że widziałam przedstawicieli siedmiu pokoleń dotkniętych z Ludzi Lodu.

- Siedmiu? To niemożliwe! - zdziwił się Andreas.

- Owszem. Spotkałam czarownicę Hannę. To prawda, miałam wtedy zaledwie trzy lata, ale pamiętam
ją. Och, Boże, dobrze ją pamiętam! Kto raz ją ujrzał, nie zapomni jej nigdy. W

Dolinie Ludzi Lodu żyła jeszcze jedna wiedźma z tego samego pokolenia co Hanna, widzicie więc, w
jednym pokoleniu może narodzić się więcej dotkniętych, ale ja nigdy jej nie widziałam. Zetknęła się
z nią tylko moja matka, Silje. Ja za to znałam Grimara, siostrzeńca Hanny, młodszego od niej o jedno
pokolenie. To już dwoje. Następnie mój ukochany ojciec, 23

Tengel  Dobry.  W  moim  pokoleniu  była  kuzynka  Sol,  dla  nas  jak  siostra.  Tronda  znałam  tylko  jako
wesołego,  dobrego  chłopca,  nie  przypuszczałam  nawet,  że  jest  jednym  z  dotkniętych,  dopiero
później...  -  W  głosie  Liv  zadźwięczał  przejmujący  smutek.  -  Kolgrima  znaliśmy  wszyscy.  Żaden

background image

epizod w tragicznej historii Ludzi Lodu nie sprawia mi takiego bólu jak myśl o biednym Kolgrimie. I
jeszcze Are  i  ja  byliśmy  jedynymi,  którzy  widzieli  dotkniętą  córkę  Gabrielli.  -  Liv  zrobiła  krótką
przerwę,  po  czym  mówiła  dalej:  -  Uczyłam  się  ukradkiem.  Od  ojca,  a  przede  wszystkim  od  mojej
ukochanej  siostry  Sol.  Była  nieokiełznana,  nieszczęśliwa,  ale  jednocześnie  pełna  radości  i  chęci
życia. Lubiła chwalić się swoimi umiejętnościami.

Stąd właśnie sporo wiem a czarach, chociaż nigdy nie wpadło mi do głowy, by je praktykować.

- A te węzły? - cicho zapytała Irja.

-  Ach,  tak,  one  -  uśmiechnęła  się  Liv.  -  One  nie  mają  nic  wspólnego  ze  śmiercią  czy  przemocą.
Zawiązuje  się  je  po  to,  by  krowa  sąsiada  nie  dawała  mleka.  Ten  rodzaj  czarów  określiłabym  jako
całkiem niegroźny. Sol nigdy go nie uznawała.

- Cóż więc robił sznur w dłoni zmarłej kobiety?

- Tego nie wiem. Miał pewnie oznaczać, że kobieta znała się na czarach lub przynajmniej się nimi
interesowała. A pozostałe zmarłe, czy coś przy nich znaleziono?

-  Tak.  Wójt  odkrył  coś  przy  tej,  którą Andreas  znalazł  jako  pierwszą.  Tę,  która  została  złożona  w
ziemi jako przedostatnia - powiedział Are. - Miała przy sobie chustkę, niegdyś białą, z zawiniętą w
środku ziemią.

Liv uśmiechnęła się leciutko.

-  Prawdopodobnie  ziemia  z  cmentarza.  To  jeszcze  bardziej  niewinny  środek.  Należy  go  włożyć  do
łoża  osoby,  którą  się  kocha.  Oczywiście  najlepiej  położyć  się  tam  samemu,  a  wtedy  miłość  nie
będzie miała granic.

- Czy Sol w to wierzyła? - zapytała Gabriella.

-  Bardzo  ją  to  bawiło,  często  mówiła  żartem,  komu  powinna  coś  takiego  podłożyć.  Ale  czy  w  to
wierzyła... Tego mi nie powiedziała. Musicie zrozumieć, że czary ściśle wiążą się z osobą, która je
uprawia. Gdybym ja spróbowała takich sztuczek, nic by z nich nie wyszło. A to, że Sol robiła różne
rzeczy,  nie  wiązała  się  wcale  z  magicznymi  przedmiotami,  którymi  się  posługiwała.  Ona  miała
wrodzone zdolności. Samą siłą woli dokonywała rzeczy niemożliwych. Are i ja byliśmy świadkami
przedziwnych wydarzeń.

- A więc wszyscy dotknięci w rodzie Ludzi Lodu mają takie same zdolności? - pytał Kaleb.

- Mniej więcej. Czasami dziedzictwo wybucha jako czyste zło i nic innego, czasami może być ukryte
jak u Tronda... Hanna i Sol natomiast posiadały ogromną nadprzyrodzoną moc, prawdopodobnie mój
ojciec także, ale on nie chciał się nią posługiwać.

24

- Chwileczkę - wtrąciła się Gabriella. - Babcia mówi, że taka moc może być ukryta...

background image

Liv skinęła głową.

Potem zabrał głos Are:

- Dotknęłaś czułego punktu. Tego właśnie obawiam się teraz: że jest między nami ktoś, kto posiada
złą moc, a inni o tym nie wiedzą.

- Nie wierzę w to - wyrwało się Irji.

- Tak, to bardzo nieprawdopodobne. Dlatego właśnie zebrałem was tutaj, żeby rozważyć wszystkie
możliwości.

Odezwał się wzburzony Tarald:

-  Jest  chyba  nie  do  pomyślenia,  że  u  matki  i  wuja  Arego  przez  siedemdziesiąt  lat  niczego  nie
zauważono!

Wszyscy się z nim zgodzili.

- Dziękuję wam - uśmiechnął się Are. - Wobec tego pozostaje Brand, Tarald, Mattias i Gabriella.

- Muszę prosić o wykluczenie Gabrielli - powiedział od razu Kaleb. - Od rana do wieczora zajmuje
się naszym domem sierot, a potem wskakuje do łóżka. O ile wiem, przez ostatni rok nie wybrała się
nigdzie sama.

- Nawet w odwiedziny do Lipowej Alei lub do Grastensholm?

- Gabriella? Nikt na świecie nie boi się ciemności bardziej niż ona. Muszę ją odprowadzać nawet w
ustronne miejsce.

- Tak, a ja znam kogoś, kto co wieczór zasypia na krześle - powiedziała Irja. - Muszę niemal dąć w
róg, by rozbudzić go na tyle, żeby przynajmniej doszedł do łóżka.

Wszyscy  się  uśmiechnęli.  Wiedzieli,  że  Tarald  co  wieczór  wypijał  porządnego  kielicha,  nie
urządzając  jednak  przy  tym  pijackich  awantur.  Tarald  zawsze  stanowił  słabe  ogniwo  wśród
potomków  Ludzi  Lodu.  Podczas  gdy  większość  z  nich  była  ludźmi  silnymi  -  dobrymi  lub  złymi,  on
pozostał przeciętny, miał bardzo słaby charakter i wyłącznie dzięki Irji zdołał

zachować  godność.  Miły  i  życzliwy,  temu  nikt  nie  zaprzeczał,  był  też  dobrym  gospodarzem,  ale
charakteryzował się niepewnością w podejmowaniu decyzji, niestałością i skłonnością do działania
po linii najmniejszego oporu bez zastanawiania się nad konsekwencjami.

Liv  spoglądała  na  swego  jedynego  syna  z  troską  w  oczach.  Gdyby  ktokolwiek  z  rodu  zdolny  był
popełnić te ohydne morderstwa, to jedynie Tarald. Ale za nim stała Irja, a ona była 25

prawomyślna jak mała kto. Gdyby podejrzewała męża, pomogłaby mu, lecz w zupełnie inny sposób.
Doprowadziłaby  do  tego,  by  pojął  całe  zło  popełnionych  uczynków,  wyjaśnił  motywy  swojego

background image

postępowania  i  przyznał  się  do  wszystkiego.  Potem  dopiero  walczyłaby  jak  lwica  o  jego
uniewinnienie.

Jednak  chociaż  Tarald  nie  był  człowiekiem  o  silnej  osobowości,  Liv  nie  potrafiła  wyobrazić  go
sobie  w  roli  mordercy  kobiet.  Nie,  to  było  absolutnie  nie  do  przyjęcia.  Miała  na  myśli  po  prostu
tylko  to,  że  wszyscy  inni  stali  poza  podejrzeniami  już  kiedy  wzięło  się  pod  uwagę  ich  charaktery  i
usposobienie.

Sam fakt, że Irja wystąpiła w obronie Taralda, wystarczył, by go oczyścić. A poza tym Tarald w roli
wilkołaka? Zupełna niedorzeczność!

Często  rozmyślała  nad  dwójką  swoich  dzieci.  Cecylia,  taka  silna,  nieodrodna  córka  Ludzi  Lodu...
Tarald,  jak  często  twierdziła,  musiał  wdać  się  w  dziadka  ze  strony  ojca,  Jeppe  Marsvina,  który
uwiódł młodą Charlottę Meiden, a następnie po prostu zniknął.

- Tak, a ja mogę zaświadczyć za Branda - Matylda uśmiechnęła się niepewnie. - Należę do tych osób,
które  zawsze  wiedzą,  gdzie  znajdują  się  najbliżsi.  Kiedy  więc  on  miałby  znaleźć  czas,  żeby
mordować kobiety, tego nie rozumiem.

- No tak, zwłaszcza że musiałby przecież najpierw bliżej je poznać - powiedział Andreas. -

Chodzi mi o to, że cztery kobiety raczej nie trafiają przypadkowo w opuszczone miejsce tylko po to,
by zostać zamordowane?

- Chyba że to były czarownice - stwierdził Kaleb - które miały zwyczaj tam się spotykać.

- Posłuchajcie, uważam, że stajecie się mało przyjemni - obruszył się Mattias. -

Wyeliminowaliście wszystkich po kolei. I kto zostaje? Ja! Czy to jest sprzysiężenie przeciwko mnie?

Cała rodzina wybuchnęła śmiechem. Mattias w roli zbrodniarza? Nie, to po prostu niemożliwe! Nie
ma takich dobrych, przyjaznych i nieszkodliwych wilkołaków!

Weszła jedna ze służących.

- Wójt jest tutaj - oznajmiła z oczami pełnymi lęku.

Wprowadzono przedstawiciela władzy.

- Widzę, że zebrał się cały klan. To dobrze, ominie mnie sporo jeżdżenia.

- Coś nowego? - zapytał Are.

- Nic poza tym, że mamy do czynienia z czarami.

26

background image

- Wątpię w to - stwierdziła Liv.

- Dlaczego więc miały przy sobie te sznury z węzłami?

- Sama zadaję sobie to pytanie. To zupełnie bez sensu. Gdyby naprawdę były czarownicami, miałyby
jeden sznurek z trzema supłami wpleciony we włosy. To jest znak, którym posługują się kobiety tego
rodzaju. Twierdzą, że to sam Szatan im go zawiązał, kiedy były na Blokksberg.

Wójt wpatrywał się w nią jak sroka w gnat; dopiero po dłuższej chwili odzyskał mowę.

- Ależ tak właśnie było. Wszystkie to miały, co do jednej! A ja sądziłem, że to jakaś modna ostatnio
fryzura!

Liv zaparło dech w piersiach.

- A więc to były czarownice! Wobec tego cała sprawa nabiera innych wymiarów.

Rozumieli, co ma na myśli. Oznaczało to, że w sprawę mógł być zamieszany jeden z potomków Ludzi
Lodu. Żaden z dotkniętych nigdy nie potrafił oprzeć się magii czarów.

Dotychczas udało się to tylko Tengelowi Dobremu.

Liv rozejrzała się dokoła. Are? Nic nie było mu bardziej obce niż wszelkie ponadnaturalne zjawiska.

Któraś z osób, które wżeniły się w rodzinę? Eli, to biedne dziecko, które znalazło ciepły, bezpieczny
domu Gabrielli i Kaleba? Ona boi się własnego cienia.

Irja? O nie, Liv znała swoją synową jak siebie samą.

Matyldy nie znała tak dobrze, ale krzepka chłopka obydwiema nogami stała tak mocno na ziemi, że
pod tym względem przewyższała nawet swego męża Branda.

Wójt spoglądał na nich surowo.

- Wszystkim wiadomo, że wasz ród z dawien dawna wdawał się w różne podejrzane sprawki. Ja nie
mam  więc  żadnych  wątpliwości.  To  ktoś  z  was  kryje  się  za  tymi  potwornościami.  I  ja  na  pewno
dowiem się, kto!

Liv podniosła się dostojnie.

-  Nie  -  powiedziała  stanowczo.  -  Nie,  nie  i  jeszcze  raz  nie.  Tuż  przed  waszym  przybyciem,  panie
wójcie, omawialiśmy tę możliwość, pamiętając o tym; że nasz ród posiada szczególne zdolności. Ale
to nie dotyczy żadnej z obecnych tu osób. I co więcej, żadne z nas nie mogło tego uczynić, nie miało
ku temu sposobności. Możecie nas wypytywać do woli. Wkrótce 27

zorientujecie się, że nikt z naszej rodziny nie pozostawał wystarczająco długo sam. Nie chodzi wszak
o to, by pobiec na skraj lasu i zabić pierwszą przechodzącą tamtędy kobietę.

background image

Tam na górze nie ma przecież żadnej drogi. I trzeba chyba najpierw poznać bliżej te kobiety, jeżeli
nie jest się wilkołakiem, który zabija bezmyślnie podczas każdej pełni księżyca.

Wszystkie opowieści o wilkołakach to tylko przesądy. Jak sądzicie, kiedy ktoś z nas miałby okazję
zawrzeć znajomość z tymi kobietami?

- Wkrótce się tego dowiemy, baronowo - odpowiedział wójt srogo.

- Zaczynajcie więc - powiedziała Liv i usiadła.

Mattias cicho chrząknął.

-  Wybaczcie  mi  -  zaczął,  kierując  swe  anielskie  spojrzenie  na  wójta.  -  Jako  medyk  chciałbym
dokładniej  przyjrzeć  się  zwłokom.  Może  będę  mógł  stwierdzić,  w  jaki  sposób  zgładzono  owe
niewiasty?

- Przyszło wam to do głowy w samą porę! - warknął wójt. - To były czarownice, a taką hołotę należy
jak najszybciej spalić. To już zostało zrobione.

- O święta naiwności! - westchnął Andreas, a wójt popatrzył na niego wrogo.

- Wiadomo przecież, że nie umarły naturalną śmiercią - mruknął. - Na ciałach i na ubraniu widniały
ślady pazurów. To czary i nieczyste moce zabrały je z tego świata, nie ma więc o czym mówić.

Brand był zirytowany.

- Zanim dojdziecie do wniosku, że uczynił to ktoś z nas, powinniście też wziąć pod uwagę innych.

Wszyscy w rodzinie znali Branda. Wiedzieli, że długo pamięta doznane urazy. Wójt rozgniewał go,
więc Brand nigdy więcej nie będzie w stanie spokojnie znieść tego człowieka.

Wójt zaatakował jego ukochaną rodzinę, a to było niewybaczalne!

- Nie zapominam o nikim - obruszył się grubiański przedstawiciel władzy. - Zarówno Joel Nattmann,
jak i Jesper syn Klausa pozostają pod moją obserwacją.

Mattias powiedział:

-  Joel  Nattmann  jest  umierający.  W  nocy  napadli  go  ludzie  z  wioski.  Być  może  przyjdzie  wam
wyjaśniać jeszcze jedno zabójstwo.

Wójt mruknął pod nosem coś, czego nikt nie usłyszał, i rozpoczął przesłuchania.

28

Po półgodzinie opuścił dwór. Po sposobie, w jaki stawiał kroki, można było poznać, że jest bardzo
rozwścieczony. W murze dowodów niewinności nie znalazł najmniejszej nawet wyrwy.

background image

Kiedy wyszedł, wszyscy zgodnie orzekli, że jest kompletnym durniem.

- Cóż za pytania nam zadawał! - oburzał się Andreas. - Nawet ja zrobiłbym to lepiej.

- Tak - powiedział Are. - Właśnie o tym myślałem. Ten człowiek nie ma pojęcia, o czym mówi. O ile
z taką samą zawziętością rzuci się na Joela Nattmanna i bezbronnego Jespera, to w żaden sposób się
nie  wywiną.  Jeśli  zdamy  się  na  tego  łajdaka,  wkrótce  wszyscy  zawiśniemy  na  stryczku. Andreasie,
musisz zbadać tę sprawę na własną rękę. Masz dość rozumu, by się tym zająć.

- Dziękuję - uśmiechnął się Andreas. - Ta propozycja wydaje się kusząca. Zacznę od razu.

Dziadku, gdzie byłeś, kiedy zamordowano te kobiety?

- Co? Widzę, że nauka wójta nie poszła w las. Umiesz już zadawać niemądre pytania - śmiał

się Are.

- Chciałbym, żeby Kaleb mi pomógł. On przecież zna się na prawie - poprosił Andreas.

- Chętnie - zgodził się Kaleb.

- Doskonale - powiedział Are. - Uważam, że powinniście pójść do Jespera, zanim dotrze tam wójt.
Brandzie, idź z nimi. Jesper to twój stary przyjaciel.

Brand obiecał, że to zrobi, po czym zgromadzenie się rozeszło.

Wszyscy  pragnęli,  aby  byli  teraz  z  nimi  Cecylia  i  Alexander,  bowiem  nikt  inny  tak  pewnie  i
skutecznie jak oni nie potrafił radzić sobie w zagmatwanych sytuacjach.

29

ROZDZIAŁ III

Jesper już tylko od czasu do czasu pomagał w stajni na Grastensholm. Poza tym ciężką pracą zmienił
swoją maleńką zagrodę w prawdziwe gospodarstwo. Wykarczował las i usunął

z  ziemi  kamienie,  a  w  ramach  zapłaty  dostał  od  Taralda  cielątko  i  źrebaka.  Zwierzęta,  teraz  już
odhodowane, stały się użyteczne. Cielątko zamieniło się w krowę, która wydała na świat kolejno trzy
jałówki. Tak więc Jesper miał czym się chwalić.

Dotychczas jednak się nie ożenił.

Silna męska ekipa, składająca się z Andreasa, Branda, Kaleba i Mattiasa, przybyła do leśnej zagrody
po południu.

Jesper w tym czasie orał. Zamachał do nich wesoło. Andreas, widząc pług zagłębiający się w ziemię,
poczuł mrowienie w krzyżu: Niewiele brakowało, by krzyknął: „Uważaj na zwłoki!”

background image

- Brand, stary przyjacielu! - zawołał Jesper, wychodząc im na spotkanie. - Przyprowadziłeś swojego
chłopaka! I doktora! I pana Kaleba! O rany!

Andreas obruszył się nieco słysząc, że mówi się o nim „chłopak”.

-  O,  ale  ty  posiwiałeś,  Brandzie  -  powiedział  Jesper  niezbyt  taktownie,  jakby  nie  dostrzegając,  że
wiek znacznie wyraźniej odbił się na nim samym.

Zaprosił  ich  do  izby.  O  tym,  że  należała  do  starego  kawalera,  świadczył  nie  tylko  bałagan,  ale  i
zapach. Andreas poczuł nagłą ochotę, by złapać za szczotkę i mydło.

- Powinieneś poszukać sobie baby, Jesperze.

- Nie mógłbym wtedy spotykać się więcej z dziewczętami! Tego nie da się pogodzić!

Przygotowali sobie miejsca do siedzenia, usuwając z nich ubrania i inne rzeczy, i usiedli.

- Jesperze, czy słyszałeś, co wczoraj znalazł Andreas?

Ufne niebieskie oczy spojrzały spod siwej grzywki.

- Nie.

Andreas wyjaśnił:

-  Znalazłem  cztery  zamordowane  kobiety,  pogrzebane  na  tej  niedużej  łące  na  dole,  niedaleko  stąd.
Niedługo przybędzie tu wójt, by spytać cię, czy to nie ty je zabiłeś. Czy wiesz coś o tym?

Jesper długo wpatrywał się w nich z rozdziawionymi ustami, a potem wybuchnął urażony: 30

- Co takiego? Ja miałbym uśmiercać jakieś kobiety? Dlaczego miałbym to robić?

- No, wójt może pomyśleć, że coś poszło nie po twojej woli i wpadłeś w gniew.

Jesper parsknął z pogardą.

- Nie po mojej woli? Naprawdę nie potrzebuję zmuszać kobiet do niczego, nigdy nie musiałem tego
robić.

- No cóż - powiedział Brand dobrotliwie. - Może nie jesteś taki uwodzicielski jak kiedyś.

W  istocie  niewiele  już  zostało  z  dawnego,  pełnego  nieodpartego  uroku  Jespera.  Wydawało  się,  że
obcina brodę tępymi nożycami, nigdy bowiem nie była równa. Brakowało mu kilku zębów, a ubraniu
nie zaszkodziłoby pranie.

Pokrywając zmieszanie śmiechem, Jesper zgodził się z Brandem.

- To prawda, dziewczęta nie garną się do mnie tak jak dawniej. Ale żebym miał kogoś zabijać, nie,

background image

co to, to nie! Taki nie jestem!

-  My  o  tym  wiemy,  ale  wójt  jest  głupi.  Kiedy  wbije  sobie  coś  do  głowy,  wszystko  do  tego
dopasowuje. Nie pozwól mu się zaatakować, Jesperze - mówił Kaleb. - Znam się trochę na prawie i
postaram się dopilnować, by nie popełnił w stosunku do ciebie żadnej niegodziwości. Proś najpierw
o rozmowę ze mną, tego nie może ci odmówić.

Jesper chciał zaprosić gości na poczęstunek, ale pospiesznie podziękowali, tłumacząc się, że dopiero
co jedli.

Przed wyjściem Brand jeszcze raz powtórzył swoją radę.

- Naprawdę powinieneś się ożenić, stary przyjacielu. Pomyśl o wszystkich podstarzałych pannach i
wdowach, tęskniących za mężczyzną, którym mogłyby się zająć.

- Podstarzałe panny i wdowy? One są do niczego. Ja chcę dzierlatek!

- Być może młode dziewczęta myślą podobnie. Ty także nie będziesz wiecznie młody. A te dojrzalsze
są dużo lepsze. Spróbuj choć raz!

Jesper zrezygnowany rozglądał się po izbie.

- To z pewnością nie byłoby takie głupie, o nie. Tym bardziej że i tak muszę skończyć z pukaniem do
dziewek służących. Pojawiło się ostatnio tak wielu młodych chłopaków!

Smarkacze  jeszcze,  dwudziestokilkulatki.  Nawet  nie  wiedzą,  jak  zabrać  się  do  rzeczy,  ale  są
dziarscy, mnie jest więc coraz trudniej. - Przekrzywił głowę i zamyślił się. - Wiem o jednej, która na
pewno byłaby chętna... Jak myślicie, czy powinienem ją zapytać?

31

- Wydaje się, że dziewczęta wolą prawdziwe zaloty od próśb, by cię wpuścić pod pierzynę na jedną
noc - powiedział Brand. - A jeśli ta pierwsza ci odmówi, są jeszcze inne na świecie...

- Czy nigdy nie jesteś zakochany, chłopie? - zdziwił się Kaleb.

Oczy Jespera zrobiły się wielkie jak spodki.

- Jasne, że jestem! W każdej jednej!

Wszyscy się uśmiechnęli.

-  A  tak  przy  okazji  -  rzekł  Mattias  z  odrobiną  ironii,  patrząc  na  bezecnego  rozpustnika.  -  Nie
załatwiłeś sobie jakichś dzieci w ciągu tego całego czasu, kiedy odwiedzasz babskie łóżka?

- Nie - odparł Jesper dumnie. - Mój drogi ojciec otrzymał dobrą radę od waszej Sol. Trzeba tylko
zmieszać kilka kwiatków i nie będzie dziecka.

background image

-  Ta  recepta  przydałaby  się  wielu  rodzicom  -  stwierdził  Mattias.  -  Bardzo  się  niepokoję  o  jedną  z
wieśniaczek, która oczekuje osiemnastego dziecka.

- To musi chyba być jej ostatnie?

- Zgodnie z prawami natury, chyba tak. Jeżeli tylko. przeżyje.

- Będziesz musiał zawiązać jej chłopu na supeł - orzekł sucho Andreas.

Mattias uśmiechnął się i ponownie zwrócił się do Jespera:

- Ale jak już będziesz miał żonę, to zrezygnujesz z kwiatków na jakiś czas? Pomyśl, jak bardzo matka
Rosa cieszyłaby się z wnuka!

Poczciwe oczy Jespera wypełniły się łzami.

- Tak, oj, tak! Zdążyła jeszcze zobaczyć najstarszego mojej siostry. Boże, jak ona kochała to dziecko!

Mattiasowi zrobiło się przykro, że zasmucił tego prostego, dobrego człowieka.

-  Wyobraź  sobie,  że  matka  Rosa  i  ojciec  Klaus  siedzą  sobie  na  obłokach  i  patrzą  na  was  z  góry.
„Roso,  widziałaś,  jakie  piękne  dzieci  ma  nasz  Jesper?”  „Tak,  czy  nie  mówiłam  zawsze,  że  ten
chłopak potrafi zrobić to, co zechce?”

Jesper zachichotał niepewnie. Odeszli, pozwalając mu zastanowić się nad sobą. Kiedy się odwrócili,
zobaczyli, że stoi zapatrzony w chmury.

32

- Przeprowadź się do Grastensholm na kilka dni! - zawołał Mattias. - Weź ze sobą zwierzęta!

Tutaj jesteś zbyt samotny.

Jesper pomachał im dłonią.

- Dziękuję za zaproszenie!

Nie powiedzieli mu o wilkołaku. Jeszcze zdąży się przestraszyć.

- Panie Mattiasie! Czy oni przez cały, calutki czas patrzą, co się robi?

- Nie! Aniołowie są dyskretni, Jesperze. W takich chwilach przesłaniają oczy chmurką!

Dzień już się kończył. Kiedy schodzili w dół w kierunku dworów, powoli zapadał zmierzch.

Mattias przystanął.

- Może zajrzymy do domu hycla? Zobaczymy, jak się miewa.

background image

- Uważam, że powinniśmy tak zrobić - orzekł Andreas

Hilda  skończyła  wieczorne  dojenie.  Wzięła  konwie  z  mlekiem  i  w  towarzystwie  kota  wyszła  z
maleńkiej  obory,  starannie  zamykając  za  sobą  drzwi.  Miała  nadzieję,  że  ci  dobrzy  panowie,  którzy
odwiedzili ją rano, zdążyli już rozpuścić plotkę, że ojciec jest śmiertelnie ranny. Nie było to prawdą,
bo choć miał obite i posiniaczone ciało, był już w niezłej formie. Dziewczyna jednak panicznie się
bała, że rozwścieczeni wieśniacy przyjdą tu nocą.

A poza tym ojciec musi jej to wybaczyć, ale nie mogła całkiem skupić swych myśli na jego niedoli...

Czy  wszystko  jest  przygotowane  na  jutrzejszą  wizytę  panów?  Ciasto  na  chleb  już  zaczynione,  cały
dom  wyszorowany,  na  sznurku  suszy  się  najlepsza  bluzka.  Ma  świeżo  umyte  włosy,  pozostaje  jej
teraz jedynie zebrać z mleka śmietankę, którą poda do poziomek.

Nagle  przystanęła.  Coś  zaszeleściło  w  lesie.  Zwierzę?  Potem  odwróciła  się  i  popatrzyła  w
przeciwnym kierunku.

O Boże, tam idą jacyś mężczyźni! Co robić, jak obronić ojca i siebie?

Ale  czy  to  nie...?  Oczywiście,  to  doktor  i  pan Andreas,  i  jeszcze  jakichś  dwóch.  Dlaczego  jednak
przychodzą teraz? Ona ma na sobie fartuch do obory i...

Zrozpaczona myślała tylko o jednym: czy zdąży się przebrać?

Nagle zadrżała. Co to? Czyżby ktoś był w zagrodzie kiedy ona zajmowała się krową?

33

Ostrożnie zbliżyła się do dziwnego przedmiotu leżącego na środku podwórza.

Na ziemi położono wielki kawał darni, a na nim postawiono odwrócony dzban.

Hilda poczuła ukłucie w sercu. Kto tu był? Kto chciał wyrządzić im krzywdę?

Zerknęła na drzwi, ale wydały się zamknięte dokładnie tak, jak je zostawiła. Dzięki ci, dobry Boże,
że mężczyźni przyszli właśnie teraz! Wybiegła im na spotkanie akurat w chwili, gdy otwierali furtkę.
Dopiero  kiedy  znalazła  się  blisko  nich,  uprzytomniła  sobie,  że  przybyli  wraz  z  dwoma  obcymi
panami. Skłoniła się przed nimi głęboko, skrawek fartucha powędrował na wysokość twarzy.

- Co się stało, Hildo? - zapytał Mattias. - Wyglądasz na przestraszoną.

- Popatrzcie! - wskazała, starając się opanować zawstydzenie. - Spójrzcie na podwórze!

Ktoś tu był, kiedy ja doiłam w oborze.

Jakie  to  dziwne!  Teraz,  kiedy  byli  z  nimi  obcy,  doktor  i Andreas  Lind  z  Ludzi  Lodu  wydali  jej  się
starymi znajomymi.

background image

Weszli na podwórze.

- Oj - mruknął Mattias.

Kaleb przystanął zdziwiony.

- Co to jest?

- To czary - odparł Brand. - Powszechnie znane.

- Co to ma oznaczać?

- Że pragnie się śmierci osoby, która leży chora.

- Czy twój ojciec miewa się gorzej? - zapytał Hildę Andreas.

Musiała spuścić oczy. Nigdy jeszcze żaden mężczyzna nie patrzył jej tak prosto w twarz.

- Nie, wydaje mi się, że jest mu lepiej.

- Wobec tego czary nie działają. Czy możemy go zobaczyć?

- Oczywiście. Dziękuję!

Czy wszystko w środku jest w porządku? Świeżo wyprana bielizna! Mój Boże! Wpadła do izby przed
nimi, zerwała pranie ze sznura i schowała je w spiżarce. W czasie gdy oni byli u 34

ojca,  zdjęła  fartuch.  Kiedy  zmartwiona  stwierdziła,  że  odświętna  sukienka  znajduje  się  poza
zasięgiem jej rąk, musiała zadowolić się codziennym ubraniem.

Piekło ją rozczarowanie. Może już tu nie wrócą? A ona miała wszystko przygotowane - na jutro!

Zbliżając się do komory, usłyszała głos ojca. Mówił z ogromnym trudem:

...  leżę  tu  sam,  kiedy  ta  niezdara  stroi  się  dla  wielkich  panów.  Znów  piecze!  I  szoruje  podłogę,  a
tymczasem ja nie dostałem prawie nic do jedzenia!

Andreas odezwał się nieco podniesionym głosem:

-  Uważam,  że  Hilda  jest  dla  ciebie  wyjątkowo  dobrą  córką.  Pomyśl,  co  byś  zrobił,  gdyby  jej  nie
było!

Hycel parsknął śmiechem.

-  Wtedy  byłoby  mi  dobrze.  Wziąłbym  sobie  kobietę.  A  kto  przyjdzie  do  domu,  w  którym  rządzi
starzejąca się córka? 2 tego może być tylko zazdrość!

- O, to z pewnością nie Hilda odstrasza kobiety - mruknął Andreas. - Ale możemy znaleźć miejsce,

background image

gdzie będzie mogła zamieszkać. Zasłużyła na to. A ty miałbyś szansę ułożyć sobie życie.

-  Już  o  to  żebrała?  -  ostro  zapytał  hycel.  -  Wcale  mnie  to  nie  dziwi,  to  miejsce  nigdy  jej  się  nie
podobało. Jest dokładnie taka sama jak jej matka: wyniosła, chce rozmawiać o muzyce, o kwiatach i
innych głupstwach. I czytać umiały obydwie, niech Bóg strzeże! Matka uczyła córkę, sądziła chyba, że
ta będzie nie wiadomo kim!

Czterej mężczyźni mieli już dość narzekań Joela Nattmanna.

- Obróć się - zimno powiedział Andreas. - Tak żeby Mattias mógł obejrzeć twoje plecy.

Straszliwie jęcząc odwrócił się do nich tyłem.

Uspokoili Hildę, że ojcu nie grozi niebezpieczeństwo. Następnego dnia będzie mógł już wstać.

Przedstawili jej Branda i Kaleba, a ją wzruszenie ścisnęło za gardło. Została przedstawiona!

Dokładnie tak, jak w opowieściach jej matki o zwyczajach ludzi wyżej urodzonych!

Stanęła  przed  wielkim  dylematem.  Czy  miała  teraz  poczęstować  ich  poziomkami?  Ale  całą
czwórkę...? Nie wypadnie zbyt wiele na głowę. Czy mogła zaprosić ich na jutro?

35

Zanim zdążyła się zdecydować, zadudniły ciężkie kroki wójta. Oczywiście wcześniej Hilda nie miała
pojęcia, że to on, ale teraz słyszała, jak zwracali się do niego pozostali.

- Ach, tak, widzę tu licznie przybyłą delegację! Czy zdążyliście już przekupić Joela Nattmanna, żeby
trzymał język za zębami?

- Nie bądźcie głupi - powiedział Brand. Wójt drażnił go tak bardzo, że nawet nie starał się zachować
pozorów uprzejmości.

- Widzę, że na podwórzu leży znak śmierci?

-  Tak  -  odparł  Kaleb.  -  Podłożono  go,  kiedy  Hilda  była  w  oborze.  Czy  po  drodze  nikogo  nie
spotkaliście?

- Co? Nie, nikogo nie widziałem. Ale las jest przecież duży.

Kiedy Joel Nattmann usłyszał o znaku śmierci, wpadł w panikę.

- Oni pragną mojej śmierci! Wiem, chcą mojej śmierci tylko dlatego, że przypadkiem widziałem...

- Co widziałeś przypadkiem? - zapytał wójt.

- Nie, nic takiego.

background image

- Musisz to teraz powiedzieć! - nakazał Andreas.

- To ja prowadzę przesłuchanie - powiedział wójt z wyższością. - Co widziałeś, Joelu Nattmannie?

- Nic ważnego - odpowiedział hycel. - Tylko jakiś powóz, który stał na drodze wczesną wiosną. Nic
więcej.

- Czy to było nocą? - zapytał Brand.

- Tak. Późnym wieczorem. - Głos hycla przybrał ostrzejszy ton. - Nattmann wychodzi tylko nocą.

- Widziałeś, kto to był?

- Nie, w powozie nie było nikogo. Po prostu tam stał. Kiedy popatrzyłem następnym razem, zniknął.

Kiedy mężczyźni rozmawiali, Hilda trzymała się z tyłu, wlepiając oczy w Andreasa.

Wydawało się jej, że nigdy jeszcze nie widziała nikogo tak pięknego. Mężczyźni jednak do 36

tego  stopnia  byli  zajęci  tym,  co  miał  do  powiedzenia  jej  ojciec,  że  w  ogóle  nie  zwracali  na  nią
uwagi.

- Jak wyglądał powóz? - pytał Andreas.

- Jak wyglądał? No cóż, powóz jak powóz. Było przecież ciemno.

- A koń?

- Co?

- Jak wyglądał koń? - Andreas był już zniecierpliwiony.

- No, nie wiem. Może brązowy.

- Ale rewelacja! - mruknął Kaleb.

- Czy coś słyszałeś? - kontynuował Andreas.

- Ani dźwięku.

- Ale ja coś niedawno słyszałam - szepnęła Hilda, przerażona własną śmiałością. Wszyscy zwrócili
się w jej stronę, a ona znów ukryła twarz pod fartuchem.

-  To  ze  mną  teraz  rozmawiają  -  powiedział  ojciec  władczym  tonem,  którego,  jak  pojęli,  używał
zawsze w stosunku do córki.

- Tak, Hildo? - zwrócił się do dziewczyny Mattias.

background image

Zmieszana, nie wiedząc, kogo właściwie powinna usłuchać, powiedziała najpierw

„przepraszam” do ojca po czym odwróciła się do Mattiasa.

- Kiedy wyszłam z obory, usłyszałam coś w lesie.

- Człowieka?

Zawahała się.

- Nie, to było tak, jakby ktoś się czołgał, uciekał na czterech nogach. Coś jakby wielkie zwierzę.

Mężczyźni wymienili spojrzenia.

- Zaraz potem zauważyłam was, panowie. Nadchodziliście z przeciwnej strony.

Po krótkiej chwili milczenia wójt powiedział lekceważąco:

37

- Ach, tak, więc teraz wilkołaki podróżują powozami zaprzężonymi w konie. No, nie najgorzej!

- Wilkołaki? - Oczy Hildy rozszerzyły się ze zdziwienia.

- Czy możecie przestać opowiadać te bajdy? - syknął rozgniewany Brand.

- Nie, powiedzcie, o co chodzi z tymi wilkołakami - odezwał się hycel z posłania.

- Nasz drogi wójt opowiada bajdy o złych mocach tylko dlatego, że wie, iż wiele pokoleń wstecz ród
Ludzi Lodu znał się na czarach. Twierdzi, że kobiety zostały rozszarpane. To brednie!

-  Dobrze  wiecie,  że  to  nie  brednie  -  obruszył  się  wójt  i  wszyscy  zrozumieli,  że  jego  duma  została
urażona. - Pilnujcie się, bo będziecie wisieć!

- A teraz jeszcze nam grozi! - Brand bezczelnie odwrócił się do wójta plecami. - Człowiek, który jest
na  tyle  głupi,  że  pali  zwłoki,  aby  nie  mogły  po  śmierci  uprawiać  czarów,  nie  powinien  wydawać
wyroków  na  innych.  Na  szczęście  jest  tutaj  z  nami  Kaleb,  mamy  więc  przynajmniej  jednego
rozumnego człowieka, któremu można zaufać.

Wójt łapał powietrze niczym ryba wyciągnięta z wody.

- Poczekajcie tylko! - warknął. - Jeszcze przystawię wam nóż do gardła.

-  Nie  wątpię  w  to.  Kiedy  już  raz  wbijecie  sobie  coś  do  tej  zakutej  głowy,  niemożliwością  jest  to
wybić.

Joel Nattmann zaczął się skarżyć:

background image

- Czy mogę mieć teraz chwilę wytchnienia? Jestem chory i potrzebny mi spokój.

Rozumieli to. Kiedy wychodzili, Mattias, ku ogromnej uldze Hildy, powiedział:

- Przyjdziemy jutro tak jak umówione.

- I nie wychodź już nigdzie dziś wieczorem - ostrzegł ją Andreas. - Zamknij starannie drzwi.

- Dobrze, dziękuję - szepnęła i ku swej rozpaczy odruchowo przed nim dygnęła. - Czy mogę... prosić,
abyście dokładnie zamknęli oborę? Jeśli rzeczywiście grasują tu... złe moce, mogą się też rzucić na
krowę.

- Oczywiście - poważnie odpowiedział Brand. - Czy chcesz, by któryś z nas został tu na noc?

Rumieniec oblał jej policzki.

38

- Och, nie, nie trzeba - wyjąkała bez tchu, choć jej skrytym marzeniem było coś wręcz przeciwnego.

Kiedy wyszli, Hilda przesunęła szafę, tarasując nią drzwi. Następnie rozwiesiła ponownie pranie i
położyła się do łóżka. Odmówiła modlitwę, prosząc Boga o ochronę przed złymi mocami ciemności,
a potem skuliła się na boku i próbowała myśleć trzeźwo.

Jesteś  córką  hycla,  surowo  przemawiała  do  siebie.  Twoje  miejsce  jest  na  samym  dnie
społeczeństwa. Nikt cię nie chce. Jak wobec tego śmiesz myśleć o mężczyźnie z Lipowej Alei?

Ale  proszę,  pozwólcie  mi  zachować  marzenia!  Tak  niewiele  ich  było  w  moim  życiu!  Nikomu  nie
szkodzą, przynajmniej dopóki są tylko marzeniami.

Nazajutrz  wstała  bardzo  wcześnie,  by  przygotować  wszystko  na  przyjście  gości.  Kiedy  zagniatała
wyrośnięte  ciasto  na  chleb  i  wkładała  je  do  wielkiego,  rozgrzanego  pieca,  czuła  pulsujące  w  niej
napięcie. Żeby tylko nie zbudzić ojca i nie słyszeć wścibskich pytań! Cały czas chodziła na palcach.
Potem pospieszyła do obrządku.

Na  zewnątrz  wciąż  jeszcze  było  ciemno.  Namęczyła  się  bardzo,  otwierając  drzwi  do  obory,  ale
przypomniała sobie, że mężczyźni zabarykadowali je na jej własną prośbę. Przerażona obejrzała się
na las, ale uspokoiła się myślą, że potwory nie wychodzą o świcie. I dlaczego miałyby przyjść akurat
teraz?  Już  wiele  czasu  upłynęło  od  chwili,  gdy  zmarłe  kobiety  zostały  złożone  w  swych  nie
poświęconych grobach. Ostatnia leżała tam od tygodnia, jak stwierdził

Mattias Meiden, dobry doktor.

Czy była wtedy pełnia?

Hilda mocowała się ze skoblem. Nareszcie drzwi się otworzyły. Wsunęła się do środka i zamknęła
na haczyk. Zapaliła łuczywo na ścianie.

background image

W ciemnej oborze było cicho i spokojnie. Krowa spojrzała na nią przyjaźnie, kot otarł się o kolana.
Zaraz też przydreptały kury. Jej przyjaciele. Jak dotychczas jedyni.

Choć spieszyła się jak tylko mogła, poranny obrządek wymagał czasu. Nie przejmowała się zbytnio
faktem, że zmiana, która zaszła w jej życiu, dokonała się w związku z tak tragicznymi wydarzeniami.
Wcześniej  widziała  za  sobą  i  przed  sobą  jedynie  nie  kończący  się  smutny  strumień  szarych  dni,
dlatego teraz żyła każdym nerwem ciała.

Ci  dobrzy,  wyrozumiali  ludzie... Andreas  i  Brand  z  rodu  Ludzi  Lodu.  Doktor  Meiden.  I  ten  wielki,
jasnowłosy Kaleb, przy którym człowiek czuł się tak bezpiecznie.

Życie Hildy nagle stało się takie bogate. Tych czterech kobiet nie znała, nie wiedziała o nich nic poza
tym,  że  spotkała  je  tragiczna  śmierć.  Czy  w  takiej  sytuacji  powinna  odczuwać  wyrzuty  sumienia  z
tego powodu, że się cieszy? Ojca spotkało nieszczęście, to prawda, ale 39

nie  groziło  mu  już  niebezpieczeństwo.  Mogła  więc  chyba  nareszcie  poczuć  się  jak  żywa  istota  w
normalnym ludzkim świecie?

Żaden z nich z niej nie drwił!

Dobry Boże, dzięki ci, że nie zapomniałeś o najnędzniejszym ze swych stworzeń!

Kiedy skończyła obrządzać zwierzęta, na dworze zrobiło się jasno. Chleb na pewno już się upiekł.

Oby tylko zdążyła uporać się z robotą przed ich przyjściem! Była tak przejęta, że drżały jej dłonie, i
miała kłopoty z zamknięciem drzwi do obory.

Kiedy wróciła do domu, ojciec jeszcze spał. To dobrze, miała więcej czasu dla siebie.

Chleb udał się wyśmienicie. Tak, potrafiła piec, matka ją tego nauczyła. Och, mamo, powinnaś teraz
zobaczyć swoją Hildę! Mam przyjaciół, wiesz? Oczywiście to dla mnie za wysokie progi, ale mnie
rozumieją,  spotykają  się  ze  mną,  podczas  gdy  ludzie  ze  wsi  mają  dla  mnie  tylko  złe  słowa.  Nigdy
dotąd nie zdawałam sobie sprawy, że może być inaczej!

On jest taki piękny, mamo! Naturalnie ja niczego nie oczekuję, ale to tak cudownie tęsknić.

Mieć kogoś, za kim można tęsknić! Ciekawe, czy będzie mu smakował chleb? Ubiłam świeże masło,
o to więc nie muszę się martwić. I zebrałam śmietankę...

Kiedy zrobiła już co najważniejsze, a ojciec nadal się nie poruszał, zawołała:

- Możesz już wstać, ojcze! Doktor powiedział, że dziś wolno ci podnieść się z łóżka!

Żadnej odpowiedzi. Śpi jak kamień!

Przygotowała śniadanie i znów zawołała:

background image

- Czy już wstałeś, ojcze?

Z komory nie dochodził żaden dźwięk.

Hilda podeszła do drzwi i pchnęła je.

Z  początku  nie  mogła  pojąć,  co  się  stało.  Kiedy  jednak  dotarło  do  niej,  że  ojciec  powiesił  się  na
belce  w  powale,  cofnęła  się  i  wypadła  z  domu.  Opamiętała  się  dopiero  przy  płocie.  A  jeżeli  on
jeszcze żył?

Nie,  to  niemożliwe.  Przecież  kiedy  ona  krzątała  się  po  domu,  w  jego  komorze  cały  czas  panowała
cisza. A poza tym naprawdę wyglądał na umarłego!

Na wpół oszalała z przerażenia całą drogę do Lipowej Alei przebyła biegiem.

40

Zapukała do drzwi i dopiero wtedy pojęła, że nie tutaj powinna była przyjść. Doktor mieszkał

przecież  na  Grastensholm! Ale  działała  odruchowo.  Chyba  wiedziała,  dlaczego  nogi  skierowały  ją
tutaj...

Drzwi otworzyła jej służąca.

- Ojciec się powiesił - rzuciła bez tchu.

Służąca, która nie znała Hildy, przez moment patrzyła na nią pytająco, po czym zniknęła w środku.

Po krótkiej chwili pojawił się Brand.

- Hilda? Co ty mówisz? Czy twój ojciec...?

Mogła tylko skinąć głową. Oczy miała pełne łez.

- Matyldo! - zawołał Brand. Zaraz stanęli w drzwiach żona i syn Andreas. Hilda szybko otarła łzy.
Brand  otoczył  ją  ramieniem.  -  Zostaniesz  teraz  z  Matyldą.  Musisz  się  uspokoić.  My  zajmiemy  się
wszystkim. Andreasie, poślij natychmiast po Mattiasa. Joel Nattmann się powiesił. I wyślij parobka
po wójta!

Hilda uniosła dłoń.

- Tak? - zapytał Brand,

- Nic, nic. To takie głupie.

- Ależ powiedz.

Był taki dobry, że spuściwszy oczy ośmieliła się wyszeptać:

background image

- Przygotowałam różne rzeczy na wasze przyjście... Świeży chleb, poziomki, śmietanę i masło. I ser.
Wszystko  stoi  w  spiżarce.  Czy  będziecie  tak  dobrzy  i  przyniesiecie  poczęstunek  tutaj?  Nie
chciałabym, żeby to tam stało i marnowało się. Ja... ja nigdy jeszcze nie miałam gości...

Teraz łzy pojawiły się w oczach Matyldy.

- Oczywiście, Hildo. Mężczyźni zabiorą stamtąd wszystko, co przygotowałaś.

Brand wziął ze sobą jednego ze stajennych i natychmiast pobiegł w stronę lasu.

Kiedy Hildzie pozostało już tylko siedzieć i czekać w pięknej izbie, jakiej nigdy dotąd nie dane jej
było widzieć, wybuchnęła niepohamowanym płaczem. Matylda pocieszała ją jak mogła, ale w chwili
takiej jak ta niewiele dało się zrobić.

41

Wreszcie Hilda zdołała się jako tako uspokoić. Patrzyła przed siebie zamglonymi oczyma, jak gdyby
jej myśli błądziły gdzieś daleko.

- Biedny ojciec - szepnęła cichutko.

Matylda  mogła  sprawiać  wrażenie  osoby  prostej  i  bez  fantazji,  znała  jednak  kobiecy  sposób
myślenia. Zrozumiała, że w tych słowach kryło się coś więcej niż naturalny w takiej sytuacji żal po
zmarłym.

Joel Nattmann był odtrącony przez wszystkich. A teraz, kiedy nie żył, jedyna osoba, która troszczyła
się  o  niego,  myślała  więcej  o  chlebie  i  poziomkach  niż  o  nim.  Swoją  śmiercią  zakłócił
najszczęśliwszą chwilę w życiu Hildy.

Dlatego powiedziała: „biedny ojciec”.

42

ROZDZIAŁ IV

Parobek  wrócił  z  informacją,  że  wójt  gdzieś  wyjechał,  ale  jego  gospodyni  obiecała  przekazać  mu
wiadomość, jak tylko wróci do domu.

-  To  i  dobrze,  lepiej  poradzę  sobie  bez  niego  -  orzekł  Are  z  niezwykłą  jak  na  niego  ostrością  w
głosie.

Hilda  odpoczywała  w  pokoju,  położonym  w  starej  części  Lipowej  Alei.  Leżała,  przypatrując  się
wspaniałym  tapetom,  i  zastanawiała  się,  kto  też  mógł  je  namalować.  Musiał  to  być  mężczyzna
obdarzony niezwykłym wyczuciem piękna. Hildzie nawet nie przeszło przez myśl, że mogła to zrobić
kobieta.  Dla  niej  miejsce  kobiet  w  życiu  było  raz  na  zawsze  określone.  Nigdy  nie  słyszała,  by
zajmowały się czymś innym poza tym, do czego zostały stworzone. Co prawda, nie dotarła do jej uszu
historia o obdarzonej silną wolą Silje i jej mężu Tengelu, człowieku o szerokich horyzontach.

background image

Mężczyźni wkrótce powrócili i Hilda wyszła im na spotkanie.

Zebrali się w paradnej izbie Matyldy, brakowało jednak Andreasa.

Długo zastanawiała się, gdzie też on może być.

Kiedy weszła do izby, Mattias zwrócił się do niej z łagodnym uśmiechem:

- Przygotowaliśmy twego ojca, Hildo. Ubraliśmy go w najlepszą koszulę i ułożyliśmy na marach w
stodole. Jutro przyjdzie kościelny i pomoże ci przygotować wszystko do pogrzebu.

Andreas właśnie poszedł z nim to omówić, a potem miał iść do Elistrand.

A więc poszedł tam! Ta wiadomość podziałała na dziewczynę uspokajająco.

Mattias skierował na nią serdeczne, kojące spojrzenie.

- Twój ojciec był jeszcze ciepły, Hildo. Czy naprawdę nic nie słyszałaś?

- Nie, ja... Och, musiał to zrobić, kiedy byłam w oborze!

-  Tak,  z  pewnością  tak  właśnie  było  -  odpowiedział  Mattias  i  odwrócił  się.  -  Zabraliśmy  ze  sobą
jedzenie, jak prosiłaś. Wygląda na bardzo smaczne - uśmiechnął się przelotnie. -

Znalazłem też sukienkę przygotowaną do założenia. Pomyślałem sobie, że pewnie chciałabyś ją mieć,
by nie chodzić w ubraniu, które nosisz do obory.

- Dziękuję - szepnęła Hilda.

Natychmiast  wyszła,  by  się  przebrać.  Rozczesała  swoje  długie  włosy  i  zostawiła  je  rozpuszczone,
spływające po plecach. Włożyła suknię i stwierdziła, że teraz naprawdę 43

wygląda dobrze. Sukienka była zresztą stosowniejsza na czas żałoby. Czarna spódnica i stanik, pod
nim biała bluzka. Buty zdjęła, to tylko niezgrabne drewniaki.

Gdybym tylko nie była taka zapłakana, myślała. Ale chyba mi to wybaczą.

Andreas zajechał do Elistrand, dworu, który na polecenie Alexandra zbudowano nad wodą dla jego
córki  Gabrielli  i  jej  męża.  W  dużym,  przestronnym  budynku  wiele  było  światła  i  blasku  słońca.
Andreas już z daleka usłyszał bawiącą się piątkę dzieci. Były to sieroty, z którymi życie obeszło się
bardzo  okrutnie.  Zostały  wyciągnięte  z  rynsztoków  Christianii.  Na  Elistrand  miały  pozostać  aż  do
chwili, kiedy staną się na tyle dorosłe, by radzić sobie samodzielnie. Kaleb i Gabriella kontynuowali
dzieło rozpoczęte przez Liv i wydawało się, że są szczęśliwi.

Na spotkanie Andreasowi wyszła do sieni Eli, dziewczyna, którą gospodarze traktowali jak własną
córkę.  Nadal  sprawiała  wrażenie  kruchej  i  bezbronnej,  ale  jej  uśmiech  świadczył,  że  czuła  się
bezpiecznie,  a  ciało  zaczęło  nabierać  bardziej  kobiecych  kształtów.  Na  litość  boską,  pomyślał

background image

Andreas  z  ukłuciem  w  sercu. Ależ  ta  dziewczyna  jest  pociągająca!  To  małe  żałosne  pisklę,  któż  to
mógł przypuścić!

- Witaj, Eli. Czy rodzice są w domu?

- Tak, tak. Wejdź, proszę, wujku Andreasie!

Wujku? To prawda, że był kuzynem Gabrielli i dotąd nie przeszkadzało mu, kiedy tak się do niego
zwracała, ale teraz poczuł się jak starzec!

Przyjęli go w swej paradnej izbie, Eli wróciła do dzieci.

Andreas popatrzył na nią.

- Eli bardzo wyrosła! Chcę powiedzieć, że już jest kobietą!

- No, ma dopiero szesnaście lat - roześmiał się Kaleb. - A więc łapy przy sobie, stary rozpustniku!

W zamierzeniu Kaleba miał to być rubaszny dowcip, ale nieoczekiwanie Andreas poczuł się urażony.

-  No  cóż  -  powiedział  ze  sztucznym  uśmiechem.  -  Jak  dotąd  nie  uczestniczyłem  w  jakichś
szczególnych orgiach.

-  Tak,  tak,  wszyscy  o  tym  wiedzą  -  rzekła  Gabriella.  -  Liv  i Are  niepokoją  się  o  dalsze  losy  rodu.
Uważają, że my, wnuki, nie spisaliśmy się dobrze. Tancred ma córkę, to wszystko. O

Mikaelu nic nie wiadomo, ty i Mattias grozicie, że na zawsze pozostaniecie w kawalerskim stanie, a
my... cóż, nam się nie udało.

44

- I Kolgrim nie żyje. Rzeczywiście sprawa nie wygląda najlepiej. Musimy to naprawić. -

Andreas  udał,  że  czując  przypływ  energii  podwija  rękawy.  - Ale  poważnie  mówiąc,  przyjechałem,
żeby porozmawiać z wami na trudny i bolesny temat.

- Słuchamy - odparł Kaleb. - Mamy doświadczenie w rozwiązywaniu skomplikowanych problemów.
Dzięki tej nieokiełznanej piątce to dla nas chleb powszedni.

- Myśleliśmy o tym, by was trochę odciążyć w pracy.

- O?

- Chodzi o Hildę. Joel Nattmann się powiesił.

- Co ty mówisz? Kiedy?

- Dzisiaj rano.

background image

- Dziwne - stwierdził Kaleb. - To nie był typ samobójcy.

- To prawda. Ale niepokoimy się o Hildę. Nie może mieszkać sama tam na górze teraz, kiedy dzieje
się  tyle  okropnych  rzeczy.  Przyszło  nam  do  głowy,  by  was  zapytać,  czy  mogłaby  tu  zamieszkać  i
pracować  z  dziećmi.  Przyprowadziłaby  zwierzęta  i  przeniosła  te  sprzęty,  które  by  chciała  mieć  ze
sobą.  Dalibyście  jej  osobną  izbę.  Nie  rozmawiałem  z  nią  jeszcze,  chciałem  najpierw  omówić  to  z
wami.

-  Świetnie  się  składa  -  orzekła  Gabriella.  -  Czasami  wieczorem  jestem  tak  zmęczona,  że  wprost
padam z nóg.

-  Tak  -  potwierdził  Kaleb.  -  Biedna  Hilda,  tyle  kłopotów  naraz.  Oczywiście,  że  będzie  mogła  tu
zamieszkać! Przyprowadź ją jak najszybciej!

- Dziękuję wam, zaraz jej to powiem. Teraz muszę się już spieszyć...

- Pójdę z tobą - powiedział Kaleb. - Historia z hyclem jest niepokojąca.

-  Właśnie  -  krótko  odparł  Andreas,  który  wychodząc  rozglądał  się  za  Eli.  Dojrzał  ją  na  plaży,
bawiącą się z dziećmi. Długo jeszcze miał nadzieję, że dziewczyna obejrzy się i pomacha do niego,
ale nie mógł w nieskończoność iść tyłem. Odwrócił się. Bał się, że Kaleb zacznie coś podejrzewać.

Hilda  zobaczyła  ich  w  alei  lipowej  jednocześnie: Andreasa,  Kaleba  i  wójta,  pędzącego  na  koniu.
Patrzyła na Andreasa i gryzło ją sumienie, że nie może myśleć wyłącznie o ojcu, który martwy leży w
stodole.

Weszli do domu wszyscy razem.

45

- Przekazano mi wiadomość! - wołał wójt. - A więc to jednak Joel Nattmann! Najwyraźniej nie mógł
sobie poradzić z dręczącymi wyrzutami sumienia.

- Nie było, niestety, tak jak mówicie - łagodnie zaprzeczył Mattias. - Nie zrobił tego sam.

- Co?

Hildzie zaparło dech w piersiach.

- Najpierw został zabity - wyjaśnił Mattias. - Śmierć nastąpiła bardzo szybko, prawdopodobnie spał
i niczego nie poczuł.

- To zupełnie niewiarygodne. - Wójt był oszołomiony. - A potem go powiesili? Żeby wyglądało na
to, że... No tak, muszę przyznać, że czasami medyk na coś się zdaje.

Po raz pierwszy usłyszeli pochwałę z ust tego człowieka.

background image

Hilda usiadła.

- Ale kto...?

- Znów ludzie ze wsi - snuł przypuszczenia wójt. Szybko przychodziło mu wydawanie sądów.

- To mało prawdopodobne - wtrącił Andreas. - Byli zbyt przerażeni, żeby to zrobić.

- Ale kto mógł... ? - zaczęła Hilda.

- Hm - mówił wójt zamyślony. - Na przykład było was tam wczoraj czterech. Joel Nattmann wyznał,
że widział coś na wiosnę. Konia i powóz. Może właściciel konia i powozu wystraszył

się?

- Przestańcie! - uniósł się Brand. - Było nas czterech, mój syn, ja, doktor i Kaleb.

- I Hilda - dodał wójt obojętnie. - Dziwne, że ona nic nie słyszała!

-  To  moja  wina  -  odezwała  się  Hilda.  -  To  wszystko  moja  wina.  Zamknęłam  drzwi  do  obory  na
skobel, kiedy poszłam doić, ale zapomniałam o drzwiach do domu.

- Nie wolno nam zbyt pochopnie osądzać - stwierdził Andreas. - Hildo nie możesz mieszkać sama.
Gabriella i Kaleb zastanawiają się, czy nie zechciałabyś przenieść się do nich na jakiś czas.

- Ale nie mogę przecież...

Kaleb powiedział z wesołym uśmiechem:

46

-  Potrzebujemy  cię.  Gabriella  i  Eli  nie  dają  sobie  rady  z  piątką  dzieci  teraz,  kiedy  opiekunka
zaniemogła.

Hilda wygładziła spódnicę.

- Ale ja nic nie wiem o dzieciach.

- Czy je lubisz? To najważniejsze.

Przypomniały jej się kamienie, którymi za nią rzucano. Dzieciaki, które czaiły się wokół

zagrody, grad padających wyzwisk...

- Nie wiem - odparła zamyślona. - Przypuszczam, że są także miłe dzieci.

Popatrzyli na nią ze zrozumieniem.

background image

- Nasze dzieci nie są złe - uspokajał ją Kaleb. - Tylko rozbrykane. Możesz chyba spróbować przez
kilka dni? Jeżeli się nie uda, wymyślimy coś innego.

- Tak... Dziękuję - szepnęła niepewnie.

Przerażała  ją  myśl,  że  miałaby  zamieszkać  samotnie  w  chacie  na  skraju  lasu.  Już  raczej  zniesie
wyzwiska. Ale tak bardzo nie chciała być dla nikogo ciężarem. Czy zaproponowali jej to z litości,
czy rzeczywiście na coś może się przydać?

Życie stłamsiło Hildę do tego stopnia, że nie była pewna, czy naprawdę może zaufać tym na pozór
wspaniałym ludziom, a tym bardziej przywiązać się do nich.

-  Muszę  to  wszystko  jakoś  uporządkować  -  odezwał  się  zniecierpliwiony  wójt.  -  Dlaczego  ktoś
chciał zabić Joela Nattmanna? Czy on wiedział o czymś, poza tym koniem i powozem?

- Ojciec tak dużo mówił - powiedziała wymijająco Hilda. - Nigdy go nie słuchałam.

- Czy mógł się czegoś dowiedzieć jako pomocnik kata?

- Nie wiem. Cóż by to mogło być?

- Czy wspominał kiedykolwiek o wilkołaku?

- Nie przypominam sobie.

- Ale bardzo się przeraził, kiedy wymieniliśmy to słowo.

- To chyba naturalne. Ojciec był strachliwym, przesądnym człowiekiem.

- Wilkołaki nie wieszają ludzi - podkreślił Brand.

47

Wójt był nastawiony do Branda tak samo jak Brand do niego. Skierował wzrok inkwizytora na swego
zaciętego wroga i powiedział ostro:

-  Nie,  przynajmniej  nie  te  w  zwierzęcej  postaci. Ale  człowiek,  który  ma  w  sobie  duszę  wilkołaka,
mógł się przestraszyć.

- To wszystko tylko przypuszczenia - syknął Kaleb.

Andreas zwrócił się do Hildy:

- Rozmawiałem z pastorem i kościelnym. Ustaliliśmy, że pogrzeb odbędzie się już jutro po południu.
Kościelny  przybędzie  z  koniem  i  wozem,  który  zabierze  twego  ojca  w  ostatnią  podróż,  a  pastor
będzie czekał w kościele. Chciał złożyć Joela Nattmanna w nie poświęconej ziemi, ale odwiodłem
go od tego.

background image

- Twój ojciec nie był samobójcą - powiedział Kaleb. - Pastor nie miał więc żadnego prawa, Hildo.

- Tak właśnie mu powiedziałem - kiwnął głową Andreas.

Gabriella natomiast chciałaby mieć jeden dzień, żeby przygotować twoją izbę - mówił

Kaleb. - Gdybyś więc mogła...

- Mogłabyś przenocować na Grastensholm - wtrącił szybko Mattias. - Jest tam dość miejsca.

- Tak, jeszcze dzisiaj mogę z tobą iść do domu, Hildo - żarliwie zapewnił ją Andreas. -

Pomogę  ci  sprowadzić  zwierzęta  i  zabrać  rzeczy,  które  zechcesz  wziąć  ze  sobą  do  Elistrand.
Zawieziemy je już dziś, dobrze, Kalebie?

- Oczywiście, tak będzie najlepiej.

- Dziękuję. Dziękuję wam wszystkim. - Hilda była oszołomiona. - Jesteście tacy dobrzy...

Musiała wziąć się w garść, by nie wybuchnąć płaczem. Serce zaczęło jej walić w piersiach na myśl,
że Andreas  pojedzie  z  nią  aż  do  Elistrand.  To  długa  droga,  ale  ona  chciałaby,  żeby  była  o  wiele,
wiele dłuższa.

W drzwiach stanęła Matylda.

- Uroczysty posiłek gotowy. To Hilda zaprasza. W tej smutnej chwili nie wolno nam zapomnieć, że
przygotowała specjalny poczęstunek dla Andreasa i Mattiasa. To przede wszystkim wy macie prawo
pierwszeństwa  do  tego,  co  podaje  Hilda.  My  musimy  zadowolić  się  tym,  co  ewentualnie  dla  nas
zostawicie.

Wesołe  słowa  złagodziły  napiętą  atmosferę,  a  w  czasie  posiłku  chwalono  chleb  Hildy  i  bez  końca
żartowano: kto posmakuje poziomek, czy i ile ich pozostanie...

48

Czy takie są właśnie prawa życia, zastanawiała się Hilda, że nigdy nie można zakosztować pełnego
szczęścia? Szczęście... Tego uczucia nigdy dotąd nie znała, a teraz nie mogła wyrazić swej radości,
serce bowiem ściskało jej się na myśl o ojcu.

Najgorsze jednak było to, co kryło się w niej tak głęboko, że nie śmiała o tym nawet pomyśleć: ulga,
że nareszcie uwolniła się od nieznośnego ciężaru, który przytłaczał jej zmysły, umysł i wolę życia.

Jakże trudno jej było pogodzić te wszystkie uczucia!

Nieswojo  było  wracać  do  domu.  Gdy  zsiadała  z  wozu,  Andreas  podał  jej  rękę.  Radość  w  niej
pulsowała, kiedy poczuła jego silną dłoń wokół swojej. Nie śmiała spojrzeć na stodołę, dlaczego -
nie  wiedziała.  Czy  spodziewała  się  tam  coś  zobaczyć?  Szybko,  aby  nie  narażać  Andreasa  na

background image

czekanie,  pozbierała  wszystko,  co  chciała  ze  sobą  zabrać:  kubek,  lalkę,  którą  uszyła  matka,  czyste
odzienie, piękne naczynie z pokrywką, które matka wniosła w posagu...

Zawahała się przy należącej do ojca szkatułce na pieniądze.

- Oczywiście, że powinnaś ją zabrać - rzekł Andreas, który to dostrzegł. - Naprawdę uczciwie sobie
na to zapracowałaś. Nigdy pewnie nie dostałaś grosza za swą ciężką pracę?

- Nigdy - odpowiedziała i podniosła szkatułkę. Była zamknięta, ale wiedziała, gdzie leży klucz.

- Och, naprawdę! - zawołała podekscytowana, podniósłszy wieczko. - On był bogaty!

Andreas podszedł bliżej.

Hilda liczyła.

- Tutaj jest... jeden, dwa, trzy... prawie cztery talary! Co mam z nimi zrobić?

Uśmiechnął się z czułością. Cztery talary? Biedna dziewczynka!

- Hm, trzymając aż tyle w zanadrzu, nie będziesz mogła opędzić się od zalotników -

zażartował.

Ona jednak przyjęła jego słowa całkiem serio.

- Ależ przecież nie mogę o tym nikomu powiedzieć! Będą mnie wtedy chcieli tylko dla pieniędzy!

- Kochana Hildo, może ci się wydawać, że cztery talary to ogromny majątek. Rzeczywiście to niezła
sumka,  ale  nie  jesteś  bogata.  Poza  tym  uważam,  że  nikt  nie  musi  brać  cię  dla  pieniędzy.  Jesteś
pociągająca sama w sobie.

49

Och! I on to mówi! Policzki jej pałały, w głowie szumiało tak, że aż pociemniało jej w oczach.

-  Teraz  zabierzemy  zwierzęta  -  otrzeźwił  ją  Andreas.  -  Jeśli  złapiesz  kury  i  kota,  to  ja  zajmę  się
krową.

Hilda oprzytomniała.

- Tak, oczywiście - szepnęła i wybiegła.

W drodze powrotnej opanowało ją takie podniecenie, że nie była w stanie usiedzieć w milczeniu.

- Właściwie nie wiem, czy się cieszę, czy martwię, że opuszczam dom - mówiła szybko. -

Jest mi oczywiście smutno i nawet nie chcę się oglądać. Denerwuję się także tym, że będę mieszkać u

background image

kogoś, ale z drugiej strony to cudowne. Nie miałabym odwagi zostać tu sama w nocy!

- Rozumiem cię, zwłaszcza że wrócisz tu jutro po południu.

- Tak - powiedziała cicho.

- Twoja matka była chyba dobrą kobietą? - ostrożnie zapytał Andreas.

- O tak! I tyle umiała. Mnie także nauczyła czytać, pisać, i historii, opowiadała bajki i...

Słowa  płynące  z  jej  ust  niemal  potykały  się  o  siebie.  Spadały  jak  wodospad,  Hilda  pragnęła
opowiedzieć wszystko naraz. Pękła w niej tama wieloletniego milczenia.

Andreasowi  pozostawało  tylko  siedzieć  i  słuchać.  W  opowiadaniu  o  matce  i  o  wielu  późniejszych
latach przeżytych z ojcem w zagrodzie wychwycił powtarzający się ton - ton samotności, tęsknoty i
rozpaczy. Hilda naturalnie nie mówiła o uczuciach wprost, opowiadała tylko o ubogich doznaniach,
drobnych  epizodach,  o  dzikich  zwierzętach,  które  niemal  jadły  jej  z  ręki,  o  zimowych  zawiejach,
które prawie podnosiły dach chaty, o ludziach, którzy przechodzili drogą...

Andreas wstrzymał konia.

- Prr! Jesteśmy już w Grastensholm!

Przebudziła się ze wspomnień na widok imponującego budynku.

- Ach! A ja tyle gadam! - powiedziała czerwona ze wstydu.

-  Bardzo  miło  było  posłuchać.  Spójrz,  tam  idzie  Mattias.  Możesz  więc  tu  zostać,  a  ja  pojadę  do
Elistrand ze zwierzętami.

50

- Ja też mogę pojechać...

- Dzisiaj powinnaś odpocząć. To był dla ciebie długi i trudny dzień. Niedługo się zobaczymy.

Wóz odjechał, za nim poczłapała uwiązana krowa. Hilda została z pustymi rękami.

- Witaj na Grastensholm, Hildo - uśmiechnął się do niej Mattias.

Spojrzała  zmieszana.  Któż  to  jest?  Ach,  tak,  doktor  Mattias  Meiden.  Pod  wpływem  jego  ciepłego
spojrzenia rozluźniła się. Uśmiechnęła się i podążyła za nim do środka.

„Niedługo się zobaczymy”, powiedział. Teraz Hilda miała już czym żyć.

W  domu  poznała  Liv,  Taralda  i  Irję.  Oglądała  komnaty  tak  wielkie,  że  jej  maleńka  zagroda
zmieściłaby się w nich dwadzieścia razy.

background image

Czy wszyscy ci ludzie mają takie piękne dusze, tyle dobra w sercu? - myślała zdziwiona.

Przedtem znała tylko zło, teraz stykała się z samą dobrocią.

Czy to dlatego, że jej ojciec umarł? Czy może zawsze tacy byli?

Na przykład ta naprawdę szlachetna sędziwa dama, matka ojca pana Mattiasa. Czy jest gdzieś twarz
starej  kobiety  piękniejsza  od  tej?  Oczy,  w  których  ciepłem  lśniła  życiowa  mądrość,  zmarszczki
mówiące tylko o radości i życzliwości? Nie sposób odgadnąć jej wieku, gdyż ruchy ma takie żywe i
młodzieńcze.

I rodzice pana Mattiasa. Przystojny ojciec, który co prawda starał się wydawać bardziej władczy niż
był  w  rzeczywistości,  i  matka  tak  pełna  serdecznej  troski,  że  Hilda  dopiero  później  uzmysłowiła
sobie,  że  właściwie  jest  ona  brzydka  i  niezgrabna.  To  jednak  jakby  nie  miało  znaczenia.  W  jakiś
sposób i tak była piękna.

Hilda  dobrze  się  czuła  w  otoczeniu  członków  tej  rodziny,  pomimo  że  zdawała  sobie  sprawę  z
dzielącej ją od nich przepaści.

Straszliwie  się  wstydziła,  że  tak  nieprzerwanie  mówiła  do  Andreasa.  Nie  potrafiła  się  jednak
powstrzymać, to przyszło samo z siebie. A on się nie rozgniewał, w każdym razie tego nie okazał.

Dostała  pokój  nad  stajnią.  Kiedy  udawała  się  tam  wieczorem  na  spoczynek,  ujrzała  Mattiasa
prowadzącego ożywioną rozmowę z mężczyzną w średnim wieku, wyglądającym na bardziej miłego
niż rozumnego. Niebieskie, wesołe oczy zerkały na nią z zaciekawieniem spod białej, sterczącej na
wszystkie strony grzywki.

- To ci dopiero śliczna dziewucha, panie Mattiasie.

51

- Tak, to Hilda, Jesperze - uśmiechnął się Mattias. - Będzie tu dzisiaj nocować. Później przeniesie
się do Elistrand.

- Ach, tak! Panie Mattiasie, dużo myślałem o tym, o czym mówiliśmy ostatnio. Już właściwie miałem
uderzyć w konkury do tej, o której myślałem. Ale teraz nie wiem...

Mattias w lot pojął intencje Jespera.

- Hilda nie jest dla ciebie. Prawdopodobnie jest całkiem niedoświadczona.

To były nieostrożne słowa! Oczy Jespera natychmiast zapłonęły blaskiem pożądania.

- Dobranoc, Hildo! - zawołał Mattias. - Śpij dobrze!

Kiedy w małej izdebce przygotowywała się do snu, ktoś delikatnie zapukał do drzwi.

background image

Przekonana, że to służąca, zresztą i tak nie zdążyła się rozebrać, zawołała:

- Proszę wejść!

Do środka wszedł jednak Jesper, chichocząc cicho. Hilda nie miała pojęcia, jak zachować się w tej
sytuacji. Nie chciała być nieuprzejma, ale czuła, że to nie był odpowiedni czas i miejsce na wizytę.
Postanowiła jednak wysłuchać, w jakiej sprawie przyszedł.

-  No,  tak,  myślałem,  że  może  panieneczka  czuje  się  cokolwiek  samotna  -  powiedział  z  wyszukaną
niezgrabnością prostaka.

- Samotna? Tutaj? Ja, która przez całe życie byłam samotna?

-  Z  ludźmi  nigdy  nic  nie  wiadomo.  Mogą  mieć  złe  zamiary.  Dlatego  niech  panienka  wie,  że  Jesper
jest tutaj, żeby wszystkiego dopilnować. Nikt panience nic złego nie zrobi.

- Dziękuję, to bardzo miło. Ale teraz może...

- Zachwycająco piękne włosy ma panienka - powiedział, głaszcząc je z podziwem. - I takie piękne
piersi!

Ten rodzaj bezpośredniej ofensywy na pewno był skuteczny jeśli chodziło inne dziewczęta, ale nie w
tym przypadku. Hilda gwałtownie odskoczyła jak najdalej od jego natrętnych dłoni.

Ale płomień namiętności rozgorzał już w sercu Jespera. Bardzo łatwo było go rozniecić.

- Niech się panienka mnie nie boi, o nie. Potrafię obchodzić się z dziewczętami. Miałem ich pewnie
ze sto i wszystkie były zadowolone.

Jeśli sądził, że liczba podziała jak zachęta, zawiódł się srodze, choć w swym zadufaniu jeszcze tego
nie pojął.

52

- Bardzo proszę, idźcie stąd - wyjąkała Hilda przerażona.

- To zależy od narzędzia - ciągnął Jesper. Nie mógł się napatrzeć na tę zgrabną sylwetkę, wąską talię
i  wydatne  piersi.  -  Dziewczyny  mówią,  że  nie  mam  się  czego  wstydzić.  Tego  im  potrzeba!  Niech
panienka  sama  zobaczy.  Proszę  dotknąć.  O,  teraz  on  ma  wielką  ochotę,  bardzo  by  chciał,  rozumie
panienka?

Hilda  nie  skorzystała  z  propozycji  i  zdecydowanie  przestała  bawić  się  w  uprzejmości.  Jesper
zagradzał drogę do drzwi, zrozpaczona zawołała więc o pomoc.

Mattias, który wrócił z wizyty u chorego i wprowadzał właśnie konia do stajni, usłyszał jej krzyk i
pognał na górę. Kiedy biegł po stromych schodach, pomiędzy wołaniem Hildy o ratunek słyszał głos
Jespera,  który  chełpliwie  wykrzykiwał  o  swych  zwycięstwach  na  wojnie,  o  tym,  jak  uratował

background image

Branda,  króla  Christiana  i  Tarjeia  od  „pewnej  śmierci”,  i  o  tym,  że  jest  prawdziwym  mężczyzną,
któremu może zaufać.

Mattias jednym susem przebył ostatnie stopnie i szarpnięciem otworzył drzwi.

Hilda stała odwrócona do ściany i krzycząc przyciskała ręce do twarzy. Na środku izby stał

Jesper i pokazywał wszystko, czym mógł się poszczycić.

- Doprawdy, Jesperze! - powiedział Mattias z wyrzutem. - Czy nie widzisz różnicy między łatwymi
kobietami a prawdziwymi damami? Wciągaj portki i jazda stąd! Więcej tu nie wracaj!

-  Chciałem  tylko...  -  mruknął  Jesper,  położywszy  uszy  po  sobie.  Nie  dokończył  zdania,  podciągnął
spodnie i wyszedł.

Mattias starał się uspokoić Hildę:

- Nie przejmuj się nim. Jesper nie jest zły, ma tylko zbyt wysokie mniemanie o swej urodzie.

Trzeba potraktować go ostro, wtedy uspokaja się natychmiast.

Kiwnęła głową i odwróciła się, wciąż trzymając dłonie przy twarzy.

-  Dzisiaj  już  możesz  czuć  się  bezpieczna,  on  nie  wróci  -  powiedział  Mattias.  W  jego  przyjaznym
głosie  igrała  wesoła  nuta,  ale  Hilda  czuła,  że  śmieje  się  z  głupkowatego  Jespera.  - Ale  na  wszelki
wypadek wyjmij klucz z drzwi - dodał.

- Dobrze, dziękuję - szepnęła.

- Ciężki dzień dzisiaj miałaś, moja droga - powiedział serdecznie i wyszedł.

Kiedy  Hilda  znalazła  się  już  w  łóżku,  długo  leżała  drżąc  na  całym  ciele.  Nie  myślała  o  Jesperze,
który wydał jej się wstrętny i śmieszny zarazem, lecz o mężczyznach w ogóle.

53

Hilda nigdy jeszcze nie widziała odsłoniętej męskości. Teraz jej dłonie ostrożnie przybliżyły się do
okolicy,  której  nigdy  dotąd  nie  dotykała  tak  świadomie.  Przeraziła  się,  czując  pulsujące  gorąco.
Natychmiast odsunęła rękę.

Drżenie  jednak  nie  ustawało.  Myślała  o  innych  mężczyznach,  o  tym,  że  byli  stworzeni  w  taki  sam
sposób jak ten głupek Jesper. Czuła się winna, ale jej dłoń powróciła w tamto miejsce, teraz nie była
w stanie jej odsunąć. Na poły z przerażeniem, na poły z uniesieniem pozwoliła, by stało się to, czego
pragnęło jej ciało.

Następnego  ranka  ubrała  się  pełna  wstydu  i  poszła  do  wielkiego  domostwa  mieszkalnego
Grastensholm.

background image

W drzwiach powitał ją Mattias, jak zawsze wesoły i przyjazny. Była pewna, że zauważy jakiś ślad
jej  nocnych  przeżyć,  spuściła  więc  wzrok  i  podczas  miłego  śniadania  pomrukiem  odpowiadała  na
wszystkie pytania.

Później jednak zajęła się codziennymi sprawami i odzyskała spokój.

Zerkała  oczywiście  w  stronę  Lipowej  Alei,  ale  Andreas  się  nie  pojawiał.  Widziała,  że  jego  wóz
wrócił  z  Elistrand  dopiero  późnym  wieczorem.  Skoro  tylko  zostanie  przygotowany  dla  niej  pokój,
mieli po nią przyjechać Kaleb i Gabriella.

Wszyscy byli tacy dobrzy! A ona przez tak nieliczenie wiele dni żyła odcięta od ludzkiej wspólnoty,
mając za towarzystwo jedynie wiecznie niezadowolonego zrzędę.

Jednakże  dotychczasowe  nieliczne  próby  nawiązania  kontaktu  z  ludźmi  kończyły  się  zawsze  gorzką
porażką.

O  zaprzyjaźnieniu  się  z  kimś  tak  nieosiągalnym  jak  mieszkańcy  Lipowej Alei  i  Grastensholm  nigdy
nawet nie śniła.

Po południu musiała wrócić do swojej zagrody. Szła ciężko na pogrzeb ojca.

54

ROZDZIAŁ V

Andreas  miał  wrażenie,  że  unosi  się  w  obłokach.  W  niepamięć  poszły  odkryte  zwłoki,  wilkołak  i
powieszony hycel.

Poprzedniego dnia bezwstydnie długo zabawił w Elistrand, ale był to wielki dzień w jego życiu. On,
który  dotychczas  rozmawiał  z  Eli  wyłącznie  jak  wujaszek,  poświęcił  jej  tyle  uwagi,  że  Kaleb,
żartobliwie  uniósłszy  jedną  brew,  surowo  dowiadywał  się  o  jego  przodków  i  wypytywał,  ile
pieniędzy może mieć w szkatule.

A Andreas zarumienił się, z czym zresztą było mu do twarzy, i starał się udawać, że nic nie rozumie.

Był jednak taki szczęśliwy, tak bardzo szczęśliwy!

Szesnaście  lat.  Osiągnęła  już  więc  odpowiedni  wiek  do  zamążpójścia.  A  jeśli  mąż  jest  znacznie
starszy - w tym wypadku o jedenaście lat - małżonka będzie mogła korzystać z jego doświadczenia.

Gabriella wyglądała na zaskoczoną, była jednak na tyle dobrze wychowana, że nic na ten temat nie
powiedziała.

A  Eli  jego  zainteresowanie  sprawiało  ogromną  radość.  Zachwycona  opowiadała  o  swym  własnym
cielaczku,  któremu  pomogła  przyjść  na  świat.  Andreas  musiał  iść  z  nią  do  obory  i  obejrzeć
zwierzaka. Tam przypadkowo objął jej delikatne ramiona i tak przytuleni razem podziwiali cielątko.

background image

Cóż za cudowna dziewczyna! Taka delikatna, taka ponętna i miła. Że też wcześniej nie zwrócił na nią
uwagi!

Nie było to jednak dziwne, bowiem dopiero tego lata pączek zaczął przemieniać się w kwiat.

Będzie musiał postępować z nią delikatnie. Wydawało się, że ona nadal nic nie wie o miłości, nie
rozumie powodów jego zainteresowania. Potrzebowała czasu na przebudzenie.

W tym okresie on zapewni jej bezpieczeństwo. A pewnego dnia sama odkryje w nim mężczyznę...

Oczywiście mógł zwrócić się do Kaleba i Gabrielli z formalną prośbą o jej rękę i zawrzeć ugodzone
małżeństwo.  To  jednak  nie  leżało  w  zwyczajach  Ludzi  Lodu,  nigdy  tak  się  nie  zdarzyło.  Zawsze
pobierali się z miłości. Wyjątkiem był Tarald, który ożenił się z Irją ze względów praktycznych, ale i
w  tym  związku  wkrótce  rozkwitła  miłość.  To  było  naturalne,  myślał  Andreas,  któż  mógłby  nie
pokochać Irji, która była samą dobrocią, ciepłem i miłością.

Wiedział  również,  że  siostra  jego  dziadka,  Liv,  ma  za  sobą  wielce  nieszczęśliwe  małżeństwo,
zawarte,  kiedy  była  bardzo,  bardzo  młoda,  zanim  poślubiła  swego  ukochanego  Daga.  Niewiele
jednak słyszał o tym pierwszym związku. O ile rozumiał, było to małżeństwo 55

z mężczyzną, który wprost palił się do poślubienia Liv i całkiem ją omotał. Z jej strony nie było więc
mowy o miłości.

Nie, Ludzie Lodu powinni słuchać, co podpowiada im serce.

A jego serce najwyraźniej wybrało Eli. Teraz musi tylko uzbroić się w cierpliwość. Nie spłoszyć jej.
Dopóki będzie traktować go jak wujaszka, sprawa jest beznadziejna. Musi to jakoś zmienić.

Ale jak się do tego zabrać? Uczestniczyć w młodzieńczych zabawach i figlach? Nie, to nie najlepszy
pomysł.

Musi zaufać czasowi.

To jednak nie jest takie łatwe, kiedy po raz pierwszy w dwudziestosiedmioletnim życiu odczuwa się
słodki ból zakochania.

Hilda dość wcześnie wyruszyła do chaty na skraju lasu. Czuła się nieswojo na myśl, że nikt tam na
nią nie czeka. Nawet krowa, kot czy kury. Tylko martwy ojciec.

Miał przyjść kościelny, ale ona wyruszyła tak wcześnie, że na pewno będzie na długo przed nim.

Na maleńkim podwórku panowała cisza. Jak szybko miejsce może stać się opuszczone, pomyślała. Z
wahaniem weszła do domu.

Ogień na palenisku nie płonął. Wszystkie przedmioty, do których była przywiązana, znajdowały się
już w Elistrand. Została jeszcze tylko kocia miseczka, ale kot na pewno dostał nową, a poza tym ona
przecież nie może nieść miseczki podczas pogrzebu.

background image

W niedalekiej przyszłości znów będzie musiała się tu przenieść.

Ta  myśl  nie  była  jej  miła,  ale  przecież  nie  może  wciąż  mieszkać  u  innych,  wykorzystywać  cudzą
dobroć.

Ociągając  się  wyszła  z  domu  i  skierowała  w  stronę  stodoły.  Przyzwoitość  nakazywała  oddać  ojcu
szacunek. Odmówić za niego modlitwę w zagrodzie, w której mieszkał przez całe życie.

W lesie szumiało i szeleściło, coś trzasnęło za rogiem domu. Hilda lękliwie rozejrzała się dookoła,
ale niczego nie dostrzegła. Samotność wyolbrzymia wszystkie dźwięki, uspokajała się.

Czując, że stopy jej ciążą, jakby były z ołowiu, wdrapała się po prowadzącym do stodoły podjeździe,
zarośniętym  mchem  i  trawą  tak,  że  ledwie  prześwitywały  kamienie.  Jak  miło  z  ich  strony,  że
przygotowali  ojca  i  złożyli  go  na  murach,  pomyślała. Andreas... Andreas  także  w  tym  uczestniczył.
Czy poświęcił jej wówczas choć jedną współczującą myśl? Czy 56

zrozumiał,  jak  trudno  było  jej  z  ojcem,  którego  nie  mogła  szanować,  choć  starała  się  o  to  ze
wszystkich sił?

Zaskrzypiały stare i zniszczone drzwi stodoły. Tak wiele razy przez nie szła, dźwigając na plecach
snopy. Nigdy nie mieli konia.

W środku było ciemno, zostawiła więc drzwi otwarte.

Dzięki Bogu, nakryli ojca narzutą z łóżka! Była pewna, że nie zniosłaby widoku jego twarzy, a już na
pewno nie tak straszliwie wykrzywionej jak wtedy, gdy zobaczyła go wiszącego.

Chociaż... on nie żył już wcześniej, powiedział pan Mattias. To odrobinę uspokajało, ale także było
przerażające. Ktoś dostał się do domu...

Hilda padła na kolana i Półgłosem odmówiła modlitwę, prosząc Boga, by okazał łaskę i przyjął do
siebie Joela Nattmanna.

Wiatr zakołysał drzwiami stodoły, które prawie się zatrzasnęły. Wewnątrz zapanował

półmrok.

Niechaj dusza jego odnajdzie pokój i nie błąka się wśród żywych...

Na  dole,  w  oborze,  zaszeleściły  kroki.  Szybko  obejrzała  się  na  kilka  wiodących  tam  stopni,  ale  w
rogu przy podjeździe było zupełnie ciemno, nie docierała tam jasność dnia. Zresztą na dworze było
tak szaro, że odrobina światła, która sączyła się przez szparę w drzwiach, niewiele pomagała.

To na pewno szczury. Stodoła jest przecież pusta.

Usiłowała dokończyć modlitwę. Przed oczami miała kontur przykrytych narzutą stóp ojca.

background image

Ale przecież odkąd sięga pamięcią, nigdy nie było tu szczurów...

Znów usłyszała coś jakby odgłos ukradkowych ruchów, przemykających kroków...

Panie, Ty, który litujesz się nad grzesznymi, ulituj się także nad tym nieszczęśliwym...

Hilda  znieruchomiała.  Na  dole  rozległo  się  ciężkie  dyszenie,  sapanie  czegoś,  co  przekradało  się
wzdłuż ściany, uderzając ciężkimi łapami...

Zapomniała  o  modlitwie.  Przez  długą  chwilę  klęczała  niby  sparaliżowana,  po  czym  jak  najciszej
wstała.

W tym samym momencie usłyszała inny, zbawczy dźwięk. Skrzypienie wozu pod płotem.

57

Wybiegła  ze  stodoły,  potykając  się  o  kamienie,  i  popędziła  w  stronę  furtki.  Za  nic  w  świecie  nie
obejrzałaby się teraz za siebie.

Kościelny podjeżdżał niespiesznie. Był to chudy, nijaki mężczyzna w czarnym ubraniu, który pełnił w
parafii także funkcję grabarza.

- W imię Ojca - zdziwił się. - Co się z panienką stało?

- Coś jest w oborze! - zawołała. - Jakieś wielkie zwierzę!

Nic  na  to  nie  powiedział,  z  niedowierzaniem  tylko  spojrzał  w  stronę  budynku.  Hilda  biegła  obok,
ręką trzymając się wozu, aż zajechali na podwórko.

- Gdzie jest nieboszczyk? - zapytał, nauczył się bowiem z pietyzmem odnosić do zmarłych.

- Na górze, w stodole.

Zeskoczył na ziemię.

- Widzę, że drzwi do obory są zamknięte na haczyk.

- Tak.

- W jaki więc sposób zwierzę mogło dostać się do środka? Może górą?

- Nie, tamte drzwi także były zamknięte, kiedy przyszłam.

- A klapa do nawozu?

- Jest zasłonięta. Tamtędy nie można wejść.

- A więc zwierzę miało niby być zamknięte w środku?

background image

- Tak się wydaje - odparła żałośnie.

- I panienka naprawdę coś słyszała?

- Oczywiście!

Nie  patrzył  na  nią,  gdy  wymawiał  gniewne  słowa,  które  rozniosły  się  echem  po  opustoszałej
zagrodzie.

Wziął jednak długi kij z wozu, na którym stała trumna.

- Lepiej to sprawdzić. Może panienka weźmie drugi kij do noszenia...

Posłuchała go.

58

Hilda wyczuwała niechęć kościelnego. Była córką hycla. On jednak miał do wykonania pracę, musiał
więc znosić jej obecność.

- Nie ma sensu wchodzić na dół - powiedział zrzędliwie. - Wtedy ono wydostanie się górą.

Poszli w kierunku podjazdu. Hilda trzęsła się jak osika.

- Jak panienka sądzi, co to było? Jakie odgłosy wydawało?

- To... dyszało, węszyło. Sapało i parskało.

- Może borsuk?

- Być może, ale wydawało się dużo większe, o wiele większe.

- Hm - zamyślił się. - U nas w parafii nie ma misia, nie widziano go od stu lat. Sądzę więc, że to nie
był brązowy.

Zauważyła, że kościelny nie śmie nazwać zwierzęcia jego właściwym imieniem. To jeszcze bardziej
ją przeraziło.

Otworzyła drzwi do stodoły na oścież. Zmarły leżał tak jak przedtem, cały przykryty.

- Gdzie to było?

- Kierowało się ku schodom - wskazała. - Sądzę, że nawet zaczęło już wchodzić na górę.

Nie mogło wyjść podjazdem, zobaczyłbym to z drogi. Wobec tego musi być na dole.

Rozmawiali po cichu, niemal szeptem.

background image

Grabarz  mocno  ujął  kij  i  ostrożnie  zaczął  spuszczać  się  po  zniszczonych  schodach.  Hilda  upewniła
się,  że  nic  nie  kryje  się  w  stodole,  i  przestraszona  ruszyła  za  nim,  w  każdej  chwili  gotowa  do
ucieczki.

Mężczyzna przystanął na najniższym stopniu.

- Pięknie to wszystko panienka utrzymywała, jak widzę.

W jego słowach brzmiało zdziwienie, najwyraźniej nie spodziewał się tego po córce hycla.

Kościelny  nie  posuwał  się  dalej.  Hilda  wiedziała,  że  z  tego  miejsca  mógł  dokładnie  widzieć  całą
oborę.

- Nic tutaj nie ma.

- Ale jestem pewna...

59

Grabarz odwrócił się ku ścianie. Od jednej z belek odłupała się długa drzazga. Mężczyzna wyciągnął
zza niej coś, co się o nią zaczepiło.

Nie wierząc własnym oczom wpatrywał się w trzymany w dłoniach kłak zwierzęcej sierści.

-  Bardzo  tu  ciemno  -  mruknął.  - Ale  sądzę,  że  to  może  być  szaronogi... Ale  tak  wysoko  na  ścianie!
Nigdy nie widziałem takiego wielkiego...

Wpatrywał się w nią przerażony.

- We wsi gadają o... o... Panienka chyba się nie spodziewa?

-  Nie  spodziewam  się...?  Ach,  o  to  chodzi!  Nie,  nie  -  gwałtownie  protestowała,  urażona  jego
podejrzeniami.

-  Wybaczcie  mi! Ale  wiecie,  panienko,  powiadają,  że  one  gonią  za  brzemiennymi.  Jezu  Chryste!  -
wymamrotał. Wypuścił kłak sierści z rąk, jakby nagle zaczął go parzyć, i wyciągnął

nóż. - Zimna stal - szepnął i wbił ostrze w ścianę. Spojrzał w stronę drzwi do obory. - Nic dziwnego,
że są zamknięte. Takie potwory potrafią same otwierać i zamykać. Chodźmy, dosyć tego!

Hilda  była  jednak  odważniejsza,  niż  sama  przypuszczała.  Ukradkiem  podniosła  kłębek  sierści  i
wsunęła go do kieszeni spódnicy.

Kościelny  jakby  w  popłochu,  z  wręcz  nieprzyzwoitym  pośpiechem,  wniósł  z  jej  pomocą  trumnę  na
górę do stodoły.

- Na cmentarzu na pewno nie będzie go miał kto nieść - mruknął. - Poniesiemy go sami, panienka i ja.

background image

Hilda tylko kiwnęła głową. Nie oczekiwała żadnej pomocy ze strony mieszkańców gminy.

Wprost  przeciwnie,  obawiała  się,  że  właśnie  przez  nich  jej  pierwsza  wyprawa  do  wsi  będzie
przykra i bardzo trudna.

Kiedy  kościelny  odkrył  zwłoki  ojca,  odwróciła  twarz,  ale  kątem  oka  zdążyła  zauważyć,  że  jest
pięknie ubrany w długą białą koszulę, a dłonie ma złożone na piersiach.

Musiała  unieść  ciało  zmarłego  z  jednej  strony,  by  mogli  ułożyć  je  w  byle  jak  skleconej  z  desek
trumnie.  Na  szczęście  zdołała  uniknąć  widoku  jego  twarzy.  Kiedy  trumna  została  zamknięta,
odetchnęła z ulgą.

Bez dalszych ceremonii Joela Nattmanna zniesiono w dół i ułożono na wozie.

I  tak  spod  drzwi  swego  domu  wyruszył  w  ostatnią  drogę,  obserwowany  z  głębi  lasu  przez  parę
wąskich oczu.

60

W to szare deszczowe popołudnie na Grastensholm Mattias wyglądał przez okno.

Wpatrywał się w coś, co rozgrywało się na drodze.

- Nie, tak być nie może! - wykrzyknął.

- Co się stało, kochany? - spytała zamyślona Irja.

- Spójrz, mamo!

Podeszła do okna. Za nią pospieszyli Tarald i Liv.

Od strony lasu, ku kościołowi, powoli jechał wóz. Stała na nim trumna, a za wozem podążała smutna,
samotna kobieta.

- Pogrzebowy orszak hycla - powiedział Tarald.

Skierowali wzrok ku kościołowi. Pod murem cmentarnym kręciło się już kilka osób.

- Zbierają się sępy - powiedziała Liv. - Nie, masz rację, tak nie uchodzi.

Już spieszyła do sieni, Mattias biegł za nią.

-  Każ  zaprzęgać  paradny  powóz  -  rozkazała  Liv  służącemu.  -  Czy  jesteś  stosownie  odziany,
Mattiasie? Tak, to dobrze. A ty, Taraldzie?

- Założę czarną opończę - odparł syn.

Irja stała już gotowa w ciemnym płaszczu.

background image

- Poślijcie wiadomość do Lipowej Alei - poprosił Mattias.

- Nie trzeba - odpowiedziała Liv. - Widzę, że ich powóz już nadjeżdża.

Mattias uśmiechnął się. Myśli Ludzi Lodu zawsze zmierzały tym samym torem.

- A Elistrand?

-  Od  nich  nie  widać  kościoła.  Ale  mieli  zamiar  wyjechać  Hildzie  na  spotkanie,  być  może  i  tak
przybędą.

Kondukt pogrzebowy Joela Nattmanna nie poruszał się szybko, dotarli więc do kościoła mniej więcej
równocześnie z nim.

Pod bramą kościoła zbierali się grupkami mieszkańcy wioski, którzy wcale nie mieli zamiaru wejść
do środka. Kiedy wóz wtoczył się na dziedziniec kościelny, ze złością gapili się na Hildę.

61

- Hycel, czarci pomiot! - zawołało paru młokosów.

- Nie dla niego miejsce w poświęconej ziemi - odezwała się z nienawiścią jakaś kobieta, a inni to
podchwycili.

- Tak, złóżcie go poza cmentarzem! Tam lepiej pasuje!

Hilda tylko niżej schyliła głowę. Muszę przez to przejść, myślała, ale coraz dotkliwszy ból ogarniał
jej duszę. Z trudem przełknęła ślinę i wyprostowała się. Boże, daj mi siłę!

Nagle  gromada  ucichła.  Zajechał  powóz  z  Grastensholm.  I  drugi,  z  Lipowej Alei.  l  Wieśniacy  nie
wiedzieli, co o tym myśleć i jak się zachować.

Z  powozu  wysiadła  stara  baronowa  i  cała  jej  rodzina.  Powszechnie  lubiany  młody  doktor...  I
patriarcha z Lipowej Alei wraz ze swymi najbliższymi. Pozdrowiono ich wstydliwie.

Niemal jednocześnie od południa pojawił się jeszcze jeden powóz. To pan na Elistrand wraz ze swą
szlachetnie urodzoną małżonką, margrabianką, i przybraną córką.

Cóż to miało znaczyć?

Mattias kiwnął głową Hildzie, chcąc dodać jej tym otuchy, i podszedł do karawanu. To samo zrobili
Tarald, Andreas i Brand.

Trumnę Joela Nattmanna wnieśli przez wrota kościoła dwaj baronowie i dwaj panowie na Lipowej
Alei. Za trumną szła Hilda wraz z baronowymi Meiden - starszą i młodszą, margrabianką z Elistrand
i  najdostojniejszym  człowiekiem  w  całej  parafii, Arem  z  rodu  Ludzi  Lodu  i  jego  synową  Matyldą,
córką gospodarza Niklasa Niklassona.

background image

Dookoła  cmentarza  zapadła  głucha  cisza.  Wdarł  się  w  nią  dźwięk  dzwonów,  które  obwieszczały
żałobę.

Kiedy mieszkańcy wioski, którzy wybrali się tu, by rzucić okiem na córkę hycla i być może wygłosić
swoją  opinię  o  niej  i  jej  ojcu,  opamiętali  się,  uznali,  że  nie  uchodzi  dłużej  tak  stać,  gapiąc  się
bezczynnie. Nie chcieli jednak nic stracić z uroczystości. Położywszy uszy po sobie, jeden za drugim
wsuwali się do kościoła.

Joelowi  Nattmannowi  towarzyszył  więc  do  grobu  niezwykle  liczny  orszak.  I  nikt  nie  powiedział
złego słowa - teraz ani później, w drodze do domu.

Hilda stała nad grobem ojca i czuła spływające po policzkach łzy. Ostrożnie uniosła oczy i zobaczyła
Andreasa Linda z Ludzi Lodu po przeciwnej stronie grobu. Stał tuż obok młodziutkiej dziewczyny z
Elistrand i kiedy napotkał spojrzenie Hildy, uśmiechnął się do niej szybko, uspokajająco.

62

I Hilda zapomniała o smutku. Jej serce wypełniła ogromna radość. Przybyli, by oddać cześć jej ojcu,
a ją samą wspomóc i dodać otuchy. Pokazali, że ludzkie życie, wszystko jedno za jak nędzne się je
uważa, warte jest szacunku.

Koszmar przemienił się w podniosłą uroczystość.

Hilda  nie  myślała  nad  tym,  że  przyszli  tu  nie  ze  względu  na  ojca.  Nie  miała  o  sobie  wielkiego
mniemania. W ostatnim dniu pobytu ojca na ziemi ona się nie liczyła.

Później,  kiedy  zgromadzenie  poczęło  się  rozchodzić,  a  ona  miała  wraz  z  Kalebem  i  margrabianką
jechać  na  Elistrand,  stała  przy  powozie,  a  ludzie  kolejno  podchodzili  do  niej  i  wyrażali  swe
współczucie.  Wieśniacy  i  panowie. A  Hilda  kłaniała  się  i  dziękowała,  przepraszając,  że  nie  może
zaprosić na poczęstunek, ale przecież nie spodziewała się...

Rozumieli to. Kiedy nadszedł Andreas i jego silna dłoń ujęła dłoń Hildy, jej oczy zabłysły i prostym
„dziękuję” starała się wyrazić wszystko, co do niego czuła.

Każdy  miał  dla  niej  jakieś  serdeczne  słowo.  Stara  baronowa  prosiła,  by  solidnie  wypoczęła  przez
kilka  dni,  a  doktor  Meiden  powiedział,  że  właściwie  miał  zamiar  zapytać,  czy  nie  zechciałaby
pomagać mu w pracy z chorymi, lecz stwierdził, że w Elistrand będzie jej przyjemniej i spokojniej.

Hilda dziękowała i dziękowała, nie było końca łzom wdzięczności i ulgi. Mattias Meiden dyskretnie
podsunął jej chusteczkę.

Po skończonej ceremonii Hilda usiadła w powozie obok tej ślicznej dziewczyny, Eli. Choć jeszcze
nie zamieniła z nią zbyt wielu słów, czuła, że bardzo, bardzo ją polubi.

63

ROZDZIAŁ VI

background image

Przyjazd  do  Elistrand  był  dla  Hildy  jak  sen.  Wielkie,  niedawno  wybudowane  domostwa,  życzliwi
ludzie, dzieci, które miały tak ciężkie życie, nim przybyły na zielone łąki nad morzem...

Niegdyś  stała  w  tym  miejscu  mała  zagroda,  należąca  do  dworu  Grastensholm,  ale  już  od  bardzo
dawna  nikt  jej  nie  zamieszkiwał.  Alexander  odkupił  od  Taralda  przepiękne  łąki  nad  wodą  i
wybudował  dom  dla  córki  i  jej  męża.  Naturalnie  on  sam  nie  dotknął  własną  ręką  ani  jednego
kamienia czy belki. Ród Paladinów był wystarczająco bogaty, by Alexander mógł

zlecić  innym  wykonanie  całości  dzieła.  Wszystko  jednak  zostało  wybudowane  zgodnie  z  życzeniem
Kaleba i Gabrielli.

Dla  Hildy  najważniejsze  było,  że  nie  mieszka  tu  z  łaski.  Przydzielono  jej  obowiązki,  nawet  dosyć
trudne i absorbujące w ciągu całego dnia. Czuła jednak, że się na coś przydaje, że jest potrzebna, a to
krzepiło. Wprawdzie w domu ojca także wszystko miała na głowie, ale tamta praca była taka smutna.
Nigdy nie słyszała ani jednego słowa podziękowania.

Tutaj  nikt  jej  nie  łajał,  mimo  że  na  początku  popełniała  błędy.  Tutaj  także  ujawniło  się  wiele  jej
ukrytych  talentów,  a  zwłaszcza  dar  ożywiania  wszystkiego,  czym  się  zajmowała,  zdolność
upiększania, przyozdabiania otoczenia.

Którejś  z  pierwszych  nocy  przyśniło  się  jej,  że  ojciec  żyje,  a  ona  znów  krząta  się  po  domu  w
oczekiwaniu na jego gorzkie wyrzuty.

Obudziła się zlana zimnym potem.

- Dzięki ci, dobry Boże, że to tylko sen - westchnęła z ulgą.

Nagle  jednak  ogarnęło  ją  przerażenie.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  do  jakiego  stopnia  nie  znosiła
ojca. Jego śmierć stała się dla niej wybawieniem.

Ona  i  Eli  pracowały  wspólnie,  sprawując  codzienną  opiekę  nad  dziećmi.  Nietrudno  było
zaprzyjaźnić się z Eli - taką łagodną, skromną, wdzięczną za najdrobniejszy przejaw zainteresowania
jej  osobą.  Rozjaśniała  się  zawsze,  gdy  ktoś  do  niej  przemówił.  Mimo  że  Hilda  była  starsza  i
poważniejsza,  doskonale  czuły  się  razem.  Eli  nieustannie  wyrażała  radość,  że  może  dzielić  trudy
pracy właśnie z Hildą, podkreślając, że dzięki niej czuje się o wiele bezpieczniej i spokojniej. Hilda
nie mogła tego do końca zrozumieć, ale cieszyły ją te słowa.

Pewnego dnia, gdy siedziały na łące i układały bukieciki z kwiatów, a dzieci bawiły się nie opodal,
Eli zwierzyła się Hildzie, że jest zakochana.

- Naprawdę? - zdumiała się Hilda, bo uważała, że dziewczyna jest na to zdecydowanie za młoda.

64

- Och, tak! - zaśmiała się Eti. - To całkiem szalone zakochanie. Nie śmiem powiedzieć o tym matce
ani ojcu, chyba by zemdleli z wrażenia! Ach, ale to cudowne uczucie! I przypuszczam, że on też mnie
lubi. Zainteresował się mną, rozumiesz, i wtedy tak jakbym go odkryła.

background image

Oczy Hildy stały się rozmarzone.

- Czy ty kiedykolwiek byłaś zakochana? - dopytywała się Eli.

-  Tak,  jestem  -  uśmiechnęła  się  Hilda.  -  Po  raz  pierwszy  w  życiu. Ale  nie  mogę  o  tym  rozmawiać,
nawet z tobą.

- Dlaczego?

- Nie rozumiesz? Nikt mnie nie zechce, wiem o tym dobrze. Jestem przecież córką hycla.

Przyzwyczaiłam się do myśli, że pozostanę samotna. Ale mam marzenia, których nikt mi nie odbierze.
I tęsknotę...

-  Och,  tęsknota!  -  westchnęła  Eli  i  zachwycona  popatrzyła  na  morze.  -  Tęsknota  to  takie  piękne
uczucie, prawda?

- Prawda. Ale także gorzkie.

-  Tak  uważasz?  Moim  zdaniem  tęsknota  jest  najpiękniejsza.  Kiedy  już  się  dostanie  to,  czego  tak
bardzo się pragnie, znika gdzieś całe piękno i czar. Spełnienie jest jakby chłodniejsze.

Hilda uśmiechnęła się.

- To zależy chyba od tego, za czym się tęskni.

- O tak, na pewno - szybko zgodziła się Eli. - Miałam na myśli rzeczy.

- A o kim ty... Teraz chodzi mi o ludzi...

- Nie, tego nie mogę powiedzieć - szepnęła Eli. - Ale dowiesz się jako pierwsza, jeżeli on wyzna mi
miłość.

Mówiąc o uczuciach używała podniosłych słów, bo taka właśnie była Eli. Impulsywna, wrażliwa, a
gorącym sercu.

Gabriella i Kaleb mieli z niej wiele pociechy i nigdy nie żałowali, że ją przygarnęli. Była słońcem w
ich życiu, wokół niej koncentrowały się wszystkie ich myśli. Czasami, kiedy ktoś mówił o niej jako o
przybranej córce, nie rozumieli, o kogo chodzi. Była z nimi tak złączona, jak dziecko z ich własnej
krwi i kości.

Andreas  przychodził  teraz  niemal  co  dzień,  ale  Hilda  nie  śmiała  mieć  nadziei.  Drżała  na  myśl,  że
mógłby spotkać ją zawód, nie była w stanie uwierzyć, że komuś może na niej 65

zależeć,  ale  czy  to  nie  był  jakiś  znak?  Gabriella  często  żartowała  sobie  z Andreasa,  zastanawiając
się,  co  też  tak  nagle  zaczęło  przyciągać  go  do  Elistrand.  Śmiał  się  wtedy,  nieco  poirytowany,  i
naprawdę się rumienił.

background image

Pewnego dnia zapytał Hildę:

- Czy to prawda, co rozpowiada po wsi kościelny: Że podobno w stodole gonił cię wilkołak?

Nazwanie rzeczy po imieniu było dla dziewczyny brutalnym wstrząsem. Odkąd przybyła na Elistrand,
starała się zapomnieć o tym wydarzeniu.

Spojrzała mu w twarz; była tak blisko, że aż się jej zakręciło w głowie.

-  Nie  wiem,  co  to  było,  panie Andreasie. Ale  zachowałam  kępkę  sierści,  która  przyczepiła  się  do
ściany. Czy mam ją przynieść?

- Oczywiście! Najlepiej od razu!

Ile sił w nogach pobiegła do swojej izby. Nie może pozwolić mu czekać. A jeżeli odjedzie?

Kiedy  wróciła,  Andreas  rozmawiał  z  Eli.  Jaki  miły  był  dla  wszystkich!  Hilda  podała  mu  kłębek
szarej, szczeciniastej sierści.

- Kalebie! - zawołał Andreas.

Mężczyźni podeszli do okna, tam było jaśniej. Eli i Hilda zostały na miejscu. Eli uśmiechnęła się do
niej promiennymi oczami. Czyżby wiedziała, że ona zakochała się właśnie w Andreasie? Mogło się
tak wydawać, gdyby sądzić po tym szczególnym spojrzeniu. Nie, Hilda nie mogła w to uwierzyć.

Mężczyźni wrócili.

- Słyszę, że Gabriella jest z ciebie bardzo zadowolona Hildo - z uśmiechem powiedział

Andreas: - Jesteś jej wielce pomocna.

- Dziękuję - ukłoniła się. - Ale co to było?

- Mnie i Eli także - pospiesznie dodał Kaleb. - Umiesz postępować z dziećmi.

- Bałaś się ich z początku, prawda? - zapytał Andreas.

- Tak, zanim je poznałam. Nie miałam zbyt dużego doświadczenia z dziećmi. A one są kochane.

-  Prawdę  powiedziawszy,  to  małe  potwory  -  stwierdził  Kaleb.  - Ale  wydaje  mi  się,  że  zaczynam
dostrzegać w nich pewne ludzkie cechy. Zanim tu przybyły, nauczono je 66

traktować  wszystkich  dorosłych  jak  samo  zło.  Były  przekonane,  że  trzeba  kraść  i  oszukiwać,  żeby
jakoś  dać  sobie  radę  w  życiu.  Mały  Jonas  miał  nawet  nóż,  którym  groził  każdemu,  kto  mu  się
sprzeciwiał.

- Czy rzeczywiście były takie trudne? - zapytała Hilda zdumiona. - Jeśli tak, to zmieniły się nie do

background image

poznania.

-  My  też  tak  uważamy. A  po  tym,  jak  ty  się  pojawiłaś,  zrobiły  się  z  nich  niemal  aniołki,  no,  może
aniołki z różkami.

Hilda  zarumieniła  się  z  radości.  Z  Gabriellą  nie  stykała  się  zbyt  często.  Margrabianka  dbała  o
umysłowy  rozwój  dzieci. Ale  Hilda  bardzo  lubiła  tę  wysoką,  szczupłą  damę  o  szlachetnej  twarzy  i
delikatnych  ruchach.  Kaleb  zajmował  się  prowadzeniem  gospodarstwa  i  do  wychowania  dzieci  się
nie  wtrącał.  Po  prostu  był  dla  nich  wzorem  ojca.  Kiedy  powoził  końmi  gdzieś  w  pobliżu,  wprost
prześcigały się, by móc potrzymać lejce.

- No, muszę już iść - powiedział Andreas. - Ojciec trochę się gniewa, że tak wiele czasu zajmuje mi
sprawa zamordowanych kobiet.

Hildę ogarnęły straszliwe wyrzuty sumienia. Nie myślała zbyt często o tych nieszczęśnicach.

Tyle jednak wydarzyło się w ostatnim czasie, że nie była w stanie wszystkiego ogarnąć.

- Tak... A co nowego? - wyjąkała. - Czy dowiedzieliście się już, kim one były?

- Nie. Ślad prowadzący do córki Gustava okazał się mylny. Napisała list, znalazła pracę w Ostfold.

- Są więc zupełnie nieznane?

- Całkowicie. A ten przesądny wójt zatarł wszelkie ślady, paląc ich ciała.

Wydawało  jej  się,  że  Andreas  jest  już  zniecierpliwiony  i  chce  odjechać,  nie  śmiała  więc
zatrzymywać go dłużej. Z żalem spoglądała za nim, gdy opuszczał Elistrand.

Mężczyźni  nie  wspomnieli  jednak  ani  słowem  o  kłaku  sierści.  Zauważyła,  że  celowo  starali  się
skierować rozmowę na inny temat.

A  więc  jednak  była  to  wilcza  szczecina!  Hilda  łudziła  się  nadzieją,  że  to  kozia  sierść,  choć  nie
wiadomo, skąd miałaby się wziąć w jej stodole. Próbowała zagłuszyć w ten sposób niepokój, bo tak
naprawdę od początku wiedziała, że sierść kozy jest sztywniejsza.

Ogarnął ją strach. Gdyby grabarz nie przybył akurat wtedy... Co by się stało z nią, Hildą córką Joela?

Mattias  Meiden  zaglądał  codziennie,  żeby  obejrzeć  dzieci,  i  zawsze  znalazł  kilka  miłych  słów  dla
Hildy. Bardzo ceniła sobie jego życzliwość, a każda rozmowa z nim napawała ją 67

spokojem i radością. Doktor był naprawdę wspaniałym człowiekiem, aż dziw, że do tej pory się nie
ożenił.

Zbliżała się pełnia księżyca.

Kobiety  we  wsi  z  lękiem  spoglądały  na  zimną,  niemal  doskonale  okrągłą  tarczę.  Wieczorami  do

background image

obory posyłały mężów, zabraniały wychodzić dzieciom.

W wiosce zapanowała histeria. Grasował wilkołak i nikt nie mógł być pewny dnia ani godziny.

Hilda  często  popatrywała  w  kierunku  swego  dawnego  domu.  Z  Elistrand  nie  było  go  widać,  ale
przecież wiedziała, że leży za wzgórzami i zagajnikami.

Przez całe swoje życie mieszkała tam i tylko tam. Nigdy nie opuszczała zagrody, chyba że wybierała
się do lasu w poszukiwaniu jagód.

Mimo  to  dawny  dom  wydał  się  jej  teraz  taki  obcy,  tak  nieskończenie  daleki.  Wcale  do  niego  nie
tęskniła. Kiedyś, kiedy skończy się jej praca, będzie musiała tam wrócić. Ta myśl nie była jej miła.

Krowa dobrze czuła się w Elistrand. Miała tu towarzystwo, mogła rykiem porozumieć się z innymi
krowami  po  drugiej  stronie  obory,  spierać  z  sąsiadką  o  siano.  Kury  także,  po  pierwszym  okresie
nieufności, zostały przyjęte do stada. Teraz miały nawet koguta!

Gorzej  nieco  układało  się  z  kotem,  nieprzywykłym  do  panującej  tu  ciągłej  krzątaniny.  Raz  po  raz
wypuszczał  się  w  stronę  dawnego  domu,  ale  na  ogół  Hildzie  udawało  się  zawrócić  go  w  połowie
drogi.

Ostatnio jednak zniknął na dobre.

Hilda wspomniała o tym Andreasowi, który przyjechał po południu.

- Nie mam zamiaru teraz iść po niego - oświadczyła. - Dopiero kiedy minie pełnia.

- Masz rację. Ale jeśli chcesz, mogę cię tam zawieźć.

Rozjaśniła się cała na te słowa, a on, dostrzegłszy blask jej oczu, nagle wszystko zrozumiał.

Och, droga Hildo! Myślał. Och, nie, nie!

- Bardzo dziękuję - szepnęła z rozjaśnionym wzrokiem. - Ale przecież nie mogę zajmować waszego
czasu takimi błahostkami! Najlepiej będzie, jeśli kot sam się przekona, że tam nie ma nikogo. Może
wtedy wróci?

- Nie boisz się, że porwie go lis?

68

-  O,  nie  tego  kota!  On  już  dawniej  przeganiał  lisy.  Ale  jeżeli  nie  wróci...  Czy  będę  mogła
przypomnieć waszą życzliwą propozycję?

- Oczywiście - uśmiechnął się z odrobiną rezerwy.

Hilda żałowała swojej odpowiedzi. Zamiast skorzystać z tej wyjątkowej możliwości zostania z nim

background image

sam na sam, wzbraniała się, onieśmielona.

Teraz z nerwowym pośpiechem zaczęła opowiadać, jak dobrze jej w Elistrand.

- Nie jestem przyzwyczajona do takiej życzliwości - mówiła. - Właściwie bardzo się boję ludzi, ale
to  powoli  się  zmienia.  Tam,  w  domu,  czułam  się  bardzo  samotna.  Wymyśliłam  sobie  nawet
przyjaciela,  z  którym  ciągle  rozmawiałam.  Nie  wiem,  czy  to  była  kobieta,  czy  mężczyzna. A  może
jakiś  anioł  stróż,  aniołowie  nie  mają  chyba  określonej  płci?  Mogłam  mu  opowiadać  o  wszystkich
moich  kłopotach.  Powoli  stawałam  się  dziwaczką,  bo  rozmawiałam  sama  ze  sobą.  Słyszeli  mnie
tylko kot i krowa, więc chyba to nie nikomu szkodziło?

Znów mówiła za dużo, nie mogła jednak powstrzymać potoku słów.

-  Jestem  przygotowana  na  to,  że  pozostanę  samotna  przez  całe  życie.  To  znaczy,  że  nie  wyjdę  za
mąż...  Dlatego  tak  cudownie  jest  mieć  przyjaciół,  to  znaczy...  Wiem,  kim  jestem,  i  nie  oczekuję,  że
ktoś mnie zechce... Jest więc dokładnie tak, jak powinno być...

Andreas zorientował się, że zaplątała się w coś, z czego nie potrafi wybrnąć. Bardzo mu było jej żal,
ale czy mógł jej pomóc, nie będąc źle zrozumianym?

Położył dłoń na ramieniu dziewczyny.

- Wszyscy bardzo cię lubimy, Hildo, i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami naprawdę długo.

Wrócę tu jutro, zobaczymy wtedy, czy kot się odnalazł.

Hilda  kiwnęła  głową.  W  jego  głosie  brzmiała  serdeczność,  ale  czuła  się  tak,  jakby  wylano  jej  na
głowę kubeł zimnej wody. Mówiła tak dużo, że aż musiał jej przerwać. Nadużyła jego dobroci, którą
okazywał,  przyjeżdżając  niemal  co  dzień.  Ach,  co  za  wstyd!  Czy  na  dobre  wystraszyła  go  swoim
gadulstwem?

Andreas  dosiadł  konia  i  z  westchnieniem  poprawił  się  w  siodle.  Nie  zobaczył  się  z  Eli,  ale  teraz
musi stąd odjechać, by spokojnie wszystko przemyśleć.

Jak,  na  miłość  boską,  wybrnąć  z  tej  sytuacji?  Przecież  on  nie  okazywał  Hildzie  szczególnych
względów. Ona jednak przed nim nie znała innego mężczyzny. Wystarczyło, że często przyjeżdżał. A
przy tym ukrywał swe uczucia do Eli. Starał się ze wszystkich sił, by nikt niczego się nie domyślił.

A biedna, kochana Hilda zrozumiała wszystko opacznie!

69

Jak bardzo mu była przykro z jej powodu!

Usiłowała  mu  wytłumaczyć,  że  niczego  od  niego  nie  oczekuje,  ale  Andreas,  który  właśnie
doświadczył,  ile  cierpień  może  przynieść  miłość,  nie  chciał,  by  miała  nadzieję...  Nadzieja  będzie
podsycać jej uczucie...

background image

Jak miał postąpić, by jej nie zranić? Niedługo, bardzo niedługo Hilda zrozumie, za kim tęskni jego
serce. Zdążył już zauważyć, że Eli dostrzega jego zainteresowanie jej osobą. Ma w oczach ten sam
blask, jaki przed chwilą zobaczył w oczach Hildy.

I to on? On, który nigdy nie zajmował się żadną dziewczyną, do żadnej nie uderzał w konkury! Teraz
miał jednocześnie dwie; zdecydowanie o jedną za dużo.

Nie pojechał do Lipowej Alei. Skierował konia w stronę Grastensholm.

Mattias był w domu, Andreas poprosił go więc o rozmowę w cztery oczy. Po drodze obmyślił, w jaki
sposób można by pomóc Hildzie.

Bez owijania w bawełnę powiedział, jak się sprawy mają.

Mattias uniósł do góry brwi.

- Eli? Ale czy ona nie jest dla ciebie trochę za młoda?

- Wcale tak nie myślę - krótko odparł Andreas. - Skończyła przecież szesnaście lat.

- No tak. Chyba masz rację. Cały czas wydaje mi się, że to jeszcze dziecko. Ale z Hildą to bardzo
przykra sprawa. - Mattias stanął przy sekretarzyku i zaczął rytmicznie stukać w jego blat. - Co masz
zamiar zrobić?

-  Czy  nie  mógłbyś  mi  pomóc?  -  odpowiedział  pytaniem Andreas.  -  Czy  nie  zechciałbyś  dać  jej  do
zrozumienia,  że  bardzo,  bardzo  ją  lubisz?  Oczywiście  nie  za  bardzo,  tyle  żeby  cios  nie  był  zbyt
ciężki, kiedy zrozumie, co jest między Eli a mną... Żeby nie czuła, że jest całkiem...

niekochana?

Mattias nie odpowiadał przez bardzo długą chwilę. Stał wyprostowany jakby kij połknął.

- A więc miałbym odegrać rolę niechcianego zastępcy? - odezwał się w końcu.

- Nie, nie aż tak! Chodzi o to, by nie poczuła się całkiem sama, opuszczona przez wszystkich.

- I by szukała pociechy w moich ramionach?

Nareszcie Andreas pojął, jak okrutna była jego propozycja.

70

-  Wybacz  mi,  jestem  bezmyślny!  To  by  było  bardzo  złe  rozwiązanie,  ubliżające  nam  obydwóm.
Całkiem straciłem głowę. Patrzę na wszystko tylko z własnego punktu widzenia.

Zapomnij o tym!

background image

Mattias odwrócił się. Jego zwykle uśmiechnięta twarz wyglądała na bardzo smutną.

- Nie, zrobię tak, jak mówisz, bo bardzo lubię Hildę i nie chcę patrzeć, jak cierpi. W tym wypadku
nie jest ważne, czy ty i ja, czy obaj stracimy twarz.

Andreas ujął go za rękę.

- Dziękuję ci, przyjacielu, dziękuję! Ja także postaram się postępować tak delikatnie, jak to możliwe.
To taka wspaniała dziewczyna!

- Tak - cicho odrzekł Manias. - To prawda.

Następnego dnia Hilda siedziała na plaży i pilnowała, by któreś z dzieci nie wpadło do wody.

Dwie  dziewczynki  i  trzej  chłopcy  bawili  się,  robiąc  przy  tym  ogromny  hałas.  Poprzedniego  dnia
dorośli porządnie na nich nakrzyczeli, ponieważ chłopcy podkradli się do stodoły razem ze starszą z
dziewcząt,  żeby  zobaczyć,  jak  też  ona  wygląda  bez  ubrania.  Była  to  bardzo  trudna  chwila,  nikt
bowiem nie potrafił dzieciom wyjaśnić, dlaczego ich zachowanie uznano za niewłaściwe. Po wielu
nieudolnych  próbach,  mówieniu  o  grzechu  i  godności  kobiety,  Kaleb  wytłumaczył  im  to  za  pomocą
kilku dosadnych słów.

Przez  łąkę  w  kierunku  Hildy  zmierzał  doktor  Mattias  Meiden.  Dziewczyna  od  razu  się  rozjaśniła  -
rozmowa z doktorem zawsze działała na nią kojąco. Ciepło robiło jej się na sercu, gdy patrzyła, jak
stąpa: szybko, ale ostrożnie, by nie podeptać wiosennych kwiatów.

Że też istnieją tacy ludzie jak doktor! Wydawało się, że ma w sobie wiele miłości dla całego świata i
że każdy może się do niego zwrócić ze swoimi kłopotami, a on wszystko zrozumie.

Ku zdziwieniu Hildy usiadł na trawie koło niej.

Natychmiast  przybiegły  dzieci  i  rzuciły  się  na  ulubionego  gościa,  pozbawiając  go  możliwości
wszelkiego ruchu.

Hilda zaczęła je łajać, prosząc, by znalazły sobie inne miejsce do zabawy i dały spokój doktorowi.
Posłuchały jej niechętnie.

- Dziękuję - powiedział i odetchnął. - Są kochane, ale czasami zbyt natarczywe.

- Tak, a wy przecież nie potraficie odmawiać? - uśmiechnęła się.

- To prawda. Trudno mi mówić „nie”, jeśli słyszę czyjąś prośbę.

- To musi być ciężar.

71

- Owszem, czasami. Jak ci się wiedzie, Hildo?

background image

- Doskonale!

Jak miło, że poświęca swój czas na rozmowę z nią! Usiadła tak, by mieć widok na drogę. Na wszelki
wypadek, gdyby ktoś przejeżdżał...

- Czy kot wrócił?

- Wiecie o nim? Nie, jeszcze go nie ma.

- Więc na razie o nim nie myśl.

- Dobrze. Mówią, że dzisiaj jest pełnia. A pan Andreas obiecał zawieźć mnie do domu za kilka dni,
żeby poszukać kota.

Czy  on  zauważył,  jak  cudownie  było  wymówić  imię  „Andreas”?  Chyba  nie,  siedział  bowiem  w
milczeniu zatopiony we własnych myślach.

Właściwie doktor był dość przystojny, choć brakowało mu dojrzałej męskości Andreasa.

Kasztanowate  włosy  miękko  otaczały  piegowatą,  wesołą  twarz  o  zielonkawoniebieskich  oczach,  w
których  lśniła  dobroć.  Nie  był  wysoki;  wiedziała,  że  kiedy  stali  obok  siebie,  byli  niemal  równego
wzrostu.

Często  myślała  o  Mattiasie  Meidenie  jako  o  jednym  z  aniołów  pańskich,  który  został  zesłany  na
ziemię, aby nieść pomoc ludziom. Wiedziała, że jest ubóstwiany przez całą parafię.

- Ile masz lat, Hildo?

Drgnęła na dźwięk jego głosu.

-  Dwadzieścia  siedem.  Tego  strasznego  dnia,  kiedy  przynieśliście  ojca  do  domu,  wypadały  moje
urodziny.

Ułożył bukiecik z kilku gałązek lepnicy i podał go dziewczynie.

- Przyjmij spóźnione życzenia i wyrazy podziwu!

Zaskoczona przyjęła kwiaty.

- Dziękuję za życzenia - roześmiała się. - Ale wyrazy podziwu?

Oczy  miał  poważne,  chociaż  uśmiechał  się  delikatnie,  jakby  chciał  złagodzić  podniosły  nastrój
chwili.

- Dla twojej wyjątkowej wspaniałości i siły. Gdybym mógł, oświadczyłbym ci się.

72

background image

Uśmiechnęła się niepewnie.

- Ależ, panie Mattiasie! Nie wolno wam tak mówić do prostej jak ja dziewczyny. To mogłoby wbić
mnie w dumę.

- Mówiłem poważnie!

- To... to niemożliwe! - Hilda czuła się coraz bardziej nieswojo. - Jesteście baronem, a ja...

córką hycla.

-  W  naszym  rodzie  nigdy  nie  dbano  o  tytuły.  Wiem,  że  większość  potomków  szlachetnych  rodów
raczej  nie  wstąpi  w  związek  małżeński,  niż  zwiąże  się  z  kimś,  kto  nie  pochodzi  ze  szlachty.
Meidenowie nie są tacy. Z radością profanują takie tradycje. Nie, nie to mnie powstrzymuje.

- Cóż więc wobec tego?

Kiedy tylko zadała to pytanie, zorientowała się, jak bardzo było nie na miejscu. Wyglądało na to, że
dopuszcza do siebie myśl, że doktor mógłby się jej oświadczyć. On jednak jakby tego nie zauważał.

- Nie, nie ma o czym mówić.

Dzieci  uspokoiły  się,  usiadły  niedaleko  i  próbowały  grać  na  źdźbłach  traw,  ale  udawało  im  się
wydobyć tylko jakieś bardzo świszczące dźwięki.

- Nikt nie nadawałby się bardziej na męża i ojca niż wy - powiedziała cicho. - Często dziwiłam się,
że do tej pory nie ożeniliście się, panie Mattiasie. Nie jesteście przecież taki bardzo młody...

-  Mam  trzydzieści  lat  -  roześmiał  się.  -  Nie  wiem,  co  o  tym  myślisz.  Czy  uważasz,  że  jestem
staruszkiem?

- Och, nie! Oczywiście, że nie - wyjąkała spłoniona. Że też zawsze musi palnąć jakieś głupstwo!

- Wiesz, Hildo, ze mną nie da się żyć.

-  Jak  to?  -  spytała  zafrasowana.  Naprawdę  ją  to  zainteresowało.  Przyjęła  wyzwanie  jak  każda
kobieta. - Wydajecie się takim wspaniałym człowiekiem.

- Być może. Ale to kosztuje. Życie kosztuje, rozumiesz?

-  Czy  zechcecie  mi  opowiedzieć?  -  zapytała  cichutko.  Skuliła  się,  wciągając  bose  stopy  pod
spódnicę, i ramionami otoczyła kolana.

73

Zawahał się, ale już wiedziała, że ma ochotę coś jej wyznać.

background image

- Tak trudno o tym mówić. Wiesz, wiele lat temu przeżyłem coś bardzo bolesnego.

Czekała, patrząc ze współczuciem w oczach.

- Wszyscy sądzą, że to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Że zapomniałem. Tylko ojciec i matka
wiedzą,  że  tak  nie  jest.  W  dzień  potrafię  odegnać  wspomnienia,  ale  nocą  powracają.  Śnią  mi  się
prawdziwe  koszmary,  Hildo.  Cierpię  i  krzyczę  przez  sen,  czasami  nawet  chodzę  we  śnie.  Matka
znajdowała mnie w drodze do sadzawki i w wielu innych dziwnych miejscach.

Hilda milczała, w końcu jednak zdecydowała się zapytać.

- Co przeżyliście, panie Mattiasie?

- Byłem zamknięty w kopalni przez dwa długie lata. To, co tam widziałem i czego doświadczyłem,
zapadło tak głęboko w moją pamięć, że nie mogę się od tego uwolnić. I miałem przyrodniego brata,
którego bardzo kochałem... Nie, to zbyt bolesne, by o tym mówić!

-  A  może  tak  właśnie  trzeba?  Tak  wiele  razy  pragnęłam  z  kimś  porozmawiać.  O  wszystkim,  co
musiałam dusić w sobie. Biedny pan Andreas! Kiedy wiózł mnie tutaj z zagrody, przez cały czas nie
zamykały mi się usta. Nie mogłam się powstrzymać. To było takie okropne, wstydziłam się bardzo,
ale nic na to nie mogłam poradzić.

-  Sądzę,  że  możliwość  porozmawiania  z  kimś  dobrze  ci  zrobiła. A Andreasowi  nic  się  nie  stało  z
tego powodu.

-  Dlatego  rozumiem,  że  jest  coś,  co  pali  waszą  duszę.  Nie  oczekuję,  że  opowiecie  o  tym  właśnie
mnie, ale jeśli chcielibyście, to wiedzcie, że zachowam wszystko dla siebie.

- Gdzie nauczyłaś się tak pięknie mówić, Hildo? I tak mądrze?

Zmieszała się.

- Matka wiele mnie nauczyła. Zawsze starałam się być do niej podobna. Sądzę, że kiedy umiera jakiś
człowiek, trzeba przejąć jego najlepsze cechy. Nie można pozwolić, by zmarnowało się to, co dobre.

Umilkli. Może obojgu przyszło na myśl, że niewiele cech Joela Nattmanna wartych było przejęcia?

- Co stało się z waszym bratem? - zapytała cicho.

74

- Był jednym z przeklętych z Ludzi Lodu. Nic nie mógł na to poradzić. Usiłował pozbyć się mnie. To
on... Nie, nie chcę źle o nim mówić.

-  Wybaczcie  mi  -  powiedziała  Hilda.  -  Nie  powinnam  była  pytać.  Rozumiem  teraz  jednak,  że
jesteście nie do końca szczęśliwy.

background image

-  Tak,  to  prawda.  Pojmujesz  więc  chyba,  że  nie  mam  prawa  się  żenić.  Nie  mogę  wciągać  żony  w
moje nocne piekło.

Hilda ożywiła się.

- Sądzę, ze kobieta potraktowałaby to jako cudowne zadanie dla siebie: móc was uspokoić.

Wydaje mi się, że kobieta taka właśnie jest. Chce być dla swego męża kimś naprawdę potrzebnym. I
myślę, że w imię miłości potrafi wiele znieść.

- Wydawało mi się, że nie znasz żadnych kobiet - uśmiechnął się.

- Nie, ale znam siebie.

Mattias położył dłoń na jej kolanie.

- Wiesz teraz, że masz adoratora. I to ci musi wystarczyć.

- Eli mówiła o tęsknocie - powiedziała rozmarzona. - O tym, że ona jest najpiękniejsza.

- Piękniejsza niż miłość?

-  Tego  nie  powiedziała.  Myślała  przede  wszystkim  o  tęsknocie  za  rzeczami.  Uważam  jednak,  że
miała sporo racji. Ja wiem, co to tęsknota. Bywa paląca, bolesna, ale też i wzbogaca. I wy również
ją  znacie,  prawda?  Wiecie,  jak  potrafi  wypełnić  człowieka,  tak  że  wydaje  mu  się,  iż  znalazł  się  w
pustej  przestrzeni,  a  cała  reszta  zgromadziła  się  w  nim:  piękno  ziemi,  ludzie...  Wszystko  jest  w
środku, w człowieku, ale nie można do tego dotrzeć. Wy tęsknicie za kimś, z kim moglibyście dzielić
cierpienia, ale uważacie, że nie macie do tego prawa.

- Tak, masz rację.

-  To  bardzo  miło  z  waszej  strony,  że  pomyśleliście  o  mnie  w  takich  okolicznościach.  To  dla  mnie
ogromna radość. Mam nadzieję, że pewnego dnia znajdziecie kogoś, kto będzie was wart.

- Chcesz powiedzieć, że to nie będziesz ty?

Była wstrząśnięta.

-  Och,  nie!  W  żaden  sposób!  Jak  możecie  o  tym  choćby  myśleć!  Powiedziałam  to  już  panu
Andreasowi i powtórzę wam: jestem przygotowana, by dopełnić życia w samotności.

75

- Ale chcesz zatrzymać tęsknotę?

- Tak. I marzenia. One nadają naszemu życiu sens. Chociaż tak było przedtem, bo od chwili przybycia
do Elistrand moje życie stało się nieskończenie bogate. Taka jestem szczęśliwa, panie Mattiasie!

background image

Wstał.

- Miło to słyszeć, Hildo. Muszę już iść. Dziękuję za rozmowę!

Ona także się podniosła.

-  To  wam  należą  się  podziękowania.  Czy  wolno  mi  powiedzieć,  że  jesteście  najlepszym
człowiekiem, jakiego spotkałam?

Mattias uśmiechnął się.

- Dziękuję, Hildo. Do zobaczenia!

Kiedy odszedł, zaprowadziła dzieci do domu. Idąc przez łąkę bezwiednie się uśmiechała.

Jego słowa wprawiły ją w kompletne oszołomienie.

Jest ktoś, komu podoba się Hilda córka Joela? Ona, która nie miała żadnego przyjaciela!

Doprawdy, w ciągu ostatnich dni dokonał się całkowity przewrót w jej życiu.

Dobrze, że nie wspomniała o panu Andreasie. I tak nic z tego nie będzie, a zasmuciłaby tylko dobrego
pana Mattiasa.

Gdzieś na samym dnie duszy dręczyło ją podejrzenie, że doktor chciał ją tylko pocieszyć, rozweselić,
ale to nie miało znaczenia. Jego słowa i tak sprawiły jej ogromną radość.

Wiedziała też, że pan Andreas ma przyjść wieczorem. Tak powiedział Eli.

Być może nie będzie nawet miała okazji zamienić z nim bodaj dwóch słów, ale uszczęśliwiał

ją sam jego widok.

Nigdy nie przypuszczała, że życie może być tak wspaniałe!

76

ROZDZIAŁ VII

Nad  świerkowym  lasem  wstawał  księżyc.  Przez  chwilę  kilka  wierzchołków  drzew  rysowało  się
wyraźnie na tle żółtej tarczy, ale zaraz księżyc wspiął się wyżej i ukazał w pełnej krasie na nocnym
niebie.

Hilda  wyglądała  przez  okno.  Na  Elistrand  czuła  się  cudownie  bezpieczna.  A  gdyby  tak  musiała
mieszkać  sama  w  domu?  Teraz  za  skarby  świata  by  się  na  to  nie  odważyła.  Ona,  której  samotność
nigdy nie odstępowała, teraz zaczęła bać się ciemności.

Jakże  tajemniczy  wydawał  się  krajobraz  w  świetle  księżyca!  Smukłe  jałowce  na  zboczu  przy

background image

Elistrand rzucały długie cienie, podkreślając zaczarowany wzór z odłamków skalnych i kępek trawy.

Po  rozmowie  z  Mattiasem  nie  mogła  zasnąć.  Nie  przypuszczała,  że  dręczyły  go  tak  bolesne
wspomnienia.  Zrozumiała,  że  przeżył  wiele  złego. A  jej  się  zawsze  zdawało,  że  bogaci  i  wysoko
urodzeni żyją beztrosko!

Jego oświadczyny były naturalnie żartem, ale chyba naprawdę mu się podoba! Na tę myśl wezbrała w
niej duma.

Hilda  zmarszczyła  czoło.  Czy  coś  się  poruszyło  tam  w  zagajniku?  Jakiś  cień  oderwał  się  od  kępy
drzew i przysunął bliżej. Coś skurczonego, niekształtnego przedzierało się, kulejąc, przez jałowce na
zboczu.

Olbrzymi  pies?  Czy  może  coś  innego?  To  było  jakieś  zwierzę,  ale  zachowywało  się  tak  dziwnie.
Teraz zniknęło.

Tam!  Znów  się  pojawiło,  kierując  się  ku  szczytowi  wzgórza.  Kręciło  się  na  wszystkie  strony,
węszyło, szukało.

Hilda była tak przejęta tym, co widzi, że nie zwróciła uwagi, jak mocno wali jej serce.

Zwierzę znalazło się na szczycie; teraz było je widać wyraźnie.

Dziewczynę przeniknął lęk. Pojęła, dlaczego poruszało się tak dziwnie. Miało tylko trzy nogi.

Potworny, kudłaty pies, a raczej wilk, z długim kosmatym ogonem.

Zwierzę zmieniło kierunek, zaczęło zbliżać się do Elistrand. Podniecona Hilda odnosiła wrażenie, że
bestia zmierza wprost na nią.

Stała jak sparaliżowana. Chciała kogoś wezwać, ale w pobliżu był tylko pokój Eli. Inni mieszkali na
pierwszym piętrze, daleko stąd. A Gabriella była tak bardzo zmęczona.

77

Zanim zdążyła coś zdecydować, dobiegł jej uszu jakiś ostry dźwięk, jakby krzyk. Stwór, najwyraźniej
przestraszony, znów zniknął w zagajniku.

Odetchnęła z ulgą. Czy to było tylko przywidzenie, wywołane przez księżyc, czy też...?

Hilda stała w domu za solidnymi szybami i zamkniętymi drzwiami.

Był jednak ktoś, kto nie znajdował się w tak bezpiecznym miejscu.

Akuszerka  wracała  do  domu;  właśnie  powitała  nowego  mieszkańca  świata.  Była  silną,  energiczną
kobietą i nie przejmowała się histerycznym gadaniem o wilkołaku, pojawiającym się podczas pełni
księżyca.

background image

Musiała przejść kawałek lasem, ale ponieważ księżyc świecił jasno, bez trudu odnajdywała drogę.

Jak dziwnie szeleści las dziś w nocy! Słyszała te szmery już od dłuższej chwili. Jakby coś podążało
w  ślad  za  nią,  nie  ścieżką,  lecz  nieco  dalej,  na  ukos.  Kiedy  się  zatrzymywała,  zamierały  również
tamte dźwięki. Czy to jej spódnice wydawały takie odgłosy, ocierając się o ziemię?

Zrobiła jeszcze parę kroków i przystanęła.

Nie, to nie spódnice. To coś nie zdążyło przystanąć tak szybko jak ona. Ciężkie łapy zatrzymały się
moment później.

Łapy?

Głupie gadanie.

- Co za idiota drażni ludzi w ten sposób? - zawołała. - Wyjdź do światła, nie boję się ciebie!

Czy to nie para ślepi bawi się tam, wśród mrocznych cieni? Ślepi, w których ostro odbija się światło
księżyca? Nie, nie wolno jej niczego sobie wmawiać, ale te oczy znajdują się zbyt nisko, by mogły
należeć do człowieka. A za wysoko jak na lisa.

Wielki pies?

Nikt w parafii nie miał tak ogromnego psa.

Akuszerka  podniosła  z  ziemi  kij  i  rzuciła  go  w  kierunku  cienia  pod  drzewami.  Odpowiedziało  jej
przytłumione warczenie.

Zaczęła biec. Do najbliższego domostwa było daleko, a ona nagle straciła całą odwagę.

78

Wilki, tutaj? Wiele już lat upłynęło, odkąd widziano je po raz ostatni. A w dodatku ta bestia była zbyt
duża jak na wilka, w każdym razie na zwykłego wilka.

Znów przyszły jej do głowy jakieś idiotyczne myśli.

Nagle dostrzegła coś kątem oka. Odwróciła głowę odrobinę i wtedy go zobaczyła. Wyszedł

na ścieżkę i ciężko sapiąc biegł za nią. Zauważyła, że porusza się tylko na trzech nogach, z tyłu mu
jednej brakuje.

Akuszerka zaczęła krzyczeć i zdjęta panicznym lękiem ruszyła pędem przed siebie.

Zaplątała się w spódnice, usiłowała je unieść. Cisnęła w kierunku potwora kuferkiem, który niosła w
ręku, ale nie trafiła.

background image

Teraz  była  już  na  otwartej  przestrzeni.  Boże,  niech  ktoś  nadejdzie,  błagała  w  duchu,  oszalała  ze
strachu.

Raptem straszliwa bestia, jakby czymś spłoszona, zniknęła. Może był to jakiś dźwięk?

Akuszerka nie mogła niczego stwierdzić na pewno, krzyczała bowiem przez cały czas jak opętana.

Nie przystawała ani na moment, dopóki nie dotarła do najbliższej zagrody.

Następnego dnia mówiła o tym cała parafia.

Kowal miał pełne ręce roboty z wytapianiem srebrnych kul, była to bowiem jedyna skuteczna broń na
taką bestię i wielu chłopów pragnęło się w nią zaopatrzyć. Pastor usiłował

przemówić wieśniakom do rozsądku i nakazywał, by nie wierzyli w zabobony, lecz na próżno. A czy
córka hycla także nie widziała potwora? Sam grabarz mógł o tym zaświadczyć.

A jeszcze te cztery kobiety rozszarpane na kawałki! Jak pastor może to wytłumaczyć?

Na Grastensholm nie wiedziano, co o tym sądzić.

Liv wydawała się to wszystko niezbyt zrozumiałe.

-  To  się  nie  zgadza.  Za  dużo  dobrego  naraz.  Albo  raczej  złego.  Wilkołak,  czarownice  i  cztery
zamordowane kobiety.

-  Tak  -  podjął  Mattias.  -  Babcia  ma  całkowitą  rację.  Przypuśćmy,  że  to  rzeczywiście  wilkołak
rozszarpał te kobiety... I tu się coś nie zgadza! Wilkołaki nie grzebią swoich ofiar, nie przyjeżdżają
powozem i nie składają zwłok w ziemi. Rozszarpują ofiary i na tym koniec! Tak mówią legendy. Ja
w to nie wierzę.

79

- Nie, ale zastanówmy się nad taką oto możliwością - powiedział Tarald. - Być może wilkołak, który
na powrót przywdział ludzką skórę, zdał sobie sprawę z tego, co uczynił, i chciał zatrzeć ślady.

-  Czterokrotnie?  -  z  powątpiewaniem  odezwała  się  Irja.  -  I  żadnej  z  tych  kobiet  nie  znano  w  tej
okolicy?

- Tego właśnie nie rozumiem - stwierdziła Liv. - Niczego nie rozumiem!

- Musimy poczekać i zobaczyć, co stanie się dalej - orzekł Tarald. - Na szczęście ta mała Hilda, to
biedne dziecko, jest teraz bezpieczna.

Mattias nie potrafił sobie wyobrazić Hildy ani jako małej, ani jako dziecka, niemniej jednak myślał
podobnie jak ojciec. Dobrze, że nareszcie znalazła zaciszne schronienie u dobrych ludzi. Naprawdę
na to zasługiwała.

background image

Przez  następne  noce  czatowało  z  nabitymi  strzelbami  pół  wioski,  ale  nie  wydarzyło  się  nic
szczególnego.  A  później  księżyc  zmniejszył  się  na  tyle,  że  większość  chłopów  uznała,  iż
niebezpieczeństwo minęło.

Niektórzy  jednak  pamiętali,  że  Hilda  i  kościelny  zetknęli  się  z  potworem  w  samym  środku  dnia  na
długo przed pełnią, nieustannie więc czuwali.

Opowieści akuszerki były dla Hildy ogromnym wstrząsem. A jednak to wilkołak! I czyhał

teraz na nią, Hildę. Ta myśl była porażająca, nie mogła pomieścić się jej w głowie.

Dzieci również słyszały plotki, powtarzały je i ubarwiały, dodając upiorom grozy.

Uspokajająco  działały  na  Hildę  tylko  rozmowy  z  doktorem  Meidenem,  który  nadal  przychodził  co
dzień,  rzecz  jasna  po  to,  by  zajrzeć  do  dzieci,  ale  wiele  wskazywało  na  to,  że  ma  ochotę  również
chwilę z nią porozmawiać. Bardzo to sobie ceniła.

Nieczęsto natomiast stykała się z Andreasem. Bywał codziennie i witał się z nią równie przyjaźnie
jak  zawsze,  jednakże  w  jego  stosunku  do  niej  pojawiło  się  coś  nowego,  coś,  czego  nie  potrafiła
nazwać.  Hilda  z  natury  nie  była  natrętna,  czekała  więc  tylko  i  cieszyła  się,  że  może  na  niego
popatrzeć.  Więcej  nie  wymagała.  Był  postacią  z  marzeń,  kimś  nieosiągalnym  i  z  tego  właśnie
powodu tak niezwykle pociągającym.

Pewnego  dnia  na  Elistrand  zapanowało  niezwykłe  poruszenie.  Kiedy  Hilda  schodziła  na  dół,
podeszła  do  niej  Gabriella  z  uśmiechem  maskującym  zmieszanie,  z  dłońmi  przyciśniętymi  do
rozognionych policzków.

- Och, kochana Hildo, co mamy zrobić? To wszystko jest takie niezwykłe, jestem oszołomiona!

- Co się wydarzyło? - uśmiechnęła się Hilda niepewnie.

80

- Andreas! Wyobraź sobie, że Andreas poprosił o rękę Eli! Och, moja droga! - Gabriella wcale nie
sprawiała wrażenia zagniewanej; nie była tylko w stanie opanować zaskoczenia.

Hilda  przystanęła,  mocno  zaciskając  dłoń  na  poręczy  schodów.  Przełknęła  ślinę,  by  móc  coś
powiedzieć, ale słowa utkwiły jej w gardle.

Gabriella niczego nie zauważyła.

-  On  jest  w  pokoju,  rozmawia  z  Kalebem.  Eli  pobiegła  do  siebie,  a  ja  nie  mam  pojęcia,  co  o  tym
myśleć!

W jednej chwili Hilda zobaczyła wszystko z przerażającą ostrością. Jakże była zaślepiona!

Budowała  na  piasku  zamek  ze  swej  tęsknoty,  z  marzeń.  Zapatrzona  we  własne  pragnienia,  nie

background image

dostrzegała tego, co rozgrywało się na jej oczach.

W końcu odzyskała mowę.

- Sądzę, że Eli będzie niezmiernie uradowana - powiedziała dzielnie.

Nie zauważyła, że Andreas i Kaleb weszli do sieni i stanęli za nią. Mówiła dalej, już swobodniej:

- Eli i ja dość dużo rozmawiałyśmy na ten temat. Wiem, że ona niczego bardziej nie pragnie.

Jak łatwo było wymówić te słowa! Ból, który uczuła w sercu po słowach Gabrielli, szybko ustąpił.
Minął niepokój, który trawił ją przez ostatnie tygodnie. Ogarnęła ją niewysłowiona ulga. Wiedziała
przecież,  że  nigdy  nie  dostanie Andreasa.  Właściwie  jej  marzenie  nie  było  niczym  innym  niż  tylko
słodką męczarnią.

Teraz poczuła się wolna. I z całego serca życzyła Eli szczęścia.

Andreas był zdumiony. Oczekiwał łez, spodziewał się, że Hilda pobiegnie na górę, trzaśnie drzwiami
i  zamknie  się  w  swoim  pokoju.  Czyżby  tak  bardzo  się  pomylił?  Czy  miał  o  sobie  tak  wygórowane
mniemanie?

Hilda dostrzegła obecność mężczyzn. Spokojna i uśmiechnięta podała Andreasowi rękę.

- Gratuluję! - powiedziała ciepło. - Wiem, kto się teraz cieszy!

- Dziękuję - wyjąkał.

Czuł się głupio. Zwrócił się do  Mattiasa  o  pomoc  i  naraził  go  na  trudne  rozmowy. A  najgorsze,  że
Mattias był tutaj, stał w drzwiach za Kalebem i obserwował całą scenę.

Zauważył, że Mattias z uwagą przygląda się Hildzie. On także był zaskoczony jej reakcją. Po tym, co
Andreas powiedział mu o dziewczynie, miał do tego pełne prawo.

81

Nikt  nie  może  tak  doskonale  udawać,  pomyśleli  zgodnie,  Hilda  najwyraźniej  nie  pała  uczuciem  do
Andreasa.

Właściwie  obaj  powinni  się  z  tego  tylko  cieszyć,  jednak  Andreas  czuł  się  trochę  rozczarowany,
zraniony w swej próżności. Zwyciężyło jednak poczucie humoru i zaczął w duchu śmiać się z samego
siebie.

Zeszła Eli, promienna, choć onieśmielona. Nie wiedziała, jaka będzie reakcja rodziców.

- Hilda twierdzi, że będziesz tym uradowana, Eli - powiedziała Gabriella. - Czy to prawda?

- Czy... czy ojciec się zgodził? - zapytała szeptem.

background image

- Wszystko zależy od ciebie, Eli.

Przez moment stała nieruchomo, jakby oszołomiona, po czym rzuciła się Kalebowi na szyję.

- Dziękuję! Dziękuję, ojcze, jesteś taki dobry!

Teraz przyszła kolej na Gabriellę i następne uściski.

-  Jak  miło  z  waszej  strony,  że  nie  traktujecie  mnie  już  jak  dziecko  -  wyseplenićła  niby
dziesięciolatka. - Mam w sobie tyle dorosłych uczuć!

-  Wiemy  o  tym  -  odrzekła  Gabriella.  -  Jesteśmy  tylko  tak  bardzo  zaskoczeni!  I  pomyśleć,  że  będę
miała zięcia o rok starszego od siebie. Bądź dla niej dobry, Andreasie!

- Znasz mnie chyba, Gabriello? Zwykle długo się namyślam przed podjęciem decyzji, a teraz dobrze
wiem, czego chcę!

- No tak, a ja właśnie miałam prosić pana Andreasa, by poszedł ze mną poszukać kota! -

roześmiała się Hilda. - Teraz to niemożliwe.

- Ależ tak, oczywiście - powiedział dwornie Andreas.

- W takiej chwili? Nie, nie jestem bez serca!

-  Pozwól  mi  sobie  towarzyszyć,  Hildo  -  poprosił  Mattias.  -  Możemy  pojechać  konno,  będzie
szybciej.

- Nigdy w życiu nie siedziałam na koniu. - Hilda była naprawdę wystraszona.

- Dobrze, wobec tego pójdziemy na piechotę.

- Ależ przecież wy nie możecie...

- Żadnych sprzeciwów! Czy jest jakaś różnica pomiędzy mną a Andreasem?

82

- Och, oczywiście, że nie. Zgoda!

I znów dygnęła. Co za wstyd!

Szli przez łąki nie opodal kościoła.

- Czy byłaś zakochana w Andreasie? - zapytał Mattias niespodziewanie.

Jak odpowiedzieć na takie pytanie? Wyjawić pół prawdy?

background image

- Nie, nie nazwałabym tego tak. Ale na pewno kochałam się w mężczyźnie, którego uosobieniem był
pan Andreas.  Przez  tyle  lat  mieszkałam  sama.  Nosiłam  w  sobie  tęsknotę  za  czymś,  czego  nigdy  nie
widziałam,  nigdy  nie  przeżyłam.  I  nagle  w  drzwiach  stanął  baśniowo  przystojny  mężczyzna.  Byłam
zauroczona. Ale gdybyście wy pojawili się jako pierwszy, byłabym równie oczarowana.

- A więc chodziło o pierwszego lepszego mężczyznę?

- Nie, nie całkiem. Nie, nie można tego nazwać zakochaniem. Raczej zauroczeniem i moją wieczną
tęsknotą.

- Twierdzisz, że twoje pragnienia nigdy się nie spełnią?

- Nie, to chyba jasne!

-  Dlaczego?  Nie  będziesz  przez  całe  życie  córką  hycla.  Postać  twego  ojca  pójdzie  w  zapomnienie,
kiedy  ludzie  przekonają  się,  że  masz  własne  oblicze,  jesteś  indywidualnością,  jednostką
wartościową. A taka naprawdę jesteś, Hildo.

Minęli już kościół i kierowali się w stronę lasu. Szli wzdłuż rowu między dwoma łanami zbóż tak
wysokich, że sięgało im piersi.

Hilda roześmiała się.

- Musimy bardzo dziwnie wyglądać z daleka. Dwie głowy poruszające się w morzu żyta.

- Tak.

- Dziękuję za wasze życzliwe słowa - powiedziała już poważniej.

- Bardzo proszę. Mów mi po imieniu, Hildo. Nie mogę już znieść tego „pana Mattiasa” twoich ust.

Z wdziękiem schyliła głowę na znak, że się zgadza.

- Często wspominasz o swej tęsknocie - powiedział. - Czy zawsze tęskniłaś?

83

- Chyba tak. Ale gdy dorosłam, moje marzenia się odmieniły.

- Tak, rozumiem. Ja także mam marzenia.

Odwróciła się ku niemu tak gwałtownie, że niemal wpadli na siebie.

- Naprawdę? Takie jak ja?

Uśmiechnął się szeroko.

- A jakie są twoje?

background image

- Nie, nie mogę o tym mówić.

- Ależ tak, właśnie możesz. Pamiętaj, że jestem medykiem!

- Czy w tych sprawach medycy różnią się od innych ludzi?

- Nie sądzę.

Szli teraz wzdłuż skraju lasu. Lekki letni wietrzyk poruszał łan żyta, który przypominał

falujące morze.

- Usiądź na trawie, odetchnijmy chwilę - zaproponował Mattias.

Spoczęli  w  powodzi  letnich  kwiatów:  dzwonków,  czerwonej  koniczyny,  stokrotek,  przetacznika,
lepnicy i jaskrów.

Hilda  była  sztywna  i  spięta,  nigdy  nie  prowadziła  z  nikim  tak  osobistej  rozmowy.  Jego  pytania
niczego jej nie ułatwiały.

- Porozmawiajmy o twoich uczuciach. Kiedy stałaś się dorosłą, samotną kobietą...

- Nie, nie mówmy o tym! Dlaczego chcesz to wiedzieć?

-  Ponieważ  cię  lubię!  Rok  za  rokiem  zajmowałaś  się  ojcem,  o  którym  na  pewno  nie  można
powiedzieć,  że  był  łatwy  we  współżyciu.  Okazywałaś  niewyczerpaną  cierpliwość  i  opanowanie,
które przekracza wszelkie granice. A przecież wcale taka nie jesteś, Hildo!

- Skąd to wiesz? - szepnęła, czując się coraz bardziej nieswojo.

Popatrzył na nią swymi niebieskozielonymi oczami, pełnymi miłości do całego świata.

- Jesteś jak błyskawica, moja droga. Płoniesz. Oczy, rysy twarzy, a nawet sposób, w jaki chodzisz,
wszystko  o  tym  świadczy.  Czy  wiesz,  że  jesteś  tak  zmysłowa,  że  bałbym  się  wpuścić  cię  między
chłopów z parafii?

84

Hilda ukryła twarz na kolanach.

- Nie powinieneś tak mówić.

- Ale mam rację, prawda?

Nie od razu odpowiedziała. Odezwała się dopiero po dłuższej chwili:

- Tak mało wiem o... nazwijmy to miłością. Mnie to przeraża.

background image

- Myślisz o Jesperze? O tym, co zrobił?

-  Tak,  właśnie  o  tym  -  rzekła  po  chwili  milczenia.  Odwróciła  się  do  niego.  -  Mogę  z  tobą  o  tym
mówić, ponieważ jesteś medykiem, widziałeś już tyle niegodziwości i tak wiele rozumiesz.

Także i dlatego, że ja... aż płonę z chęci wyjaśnienia sobie tego, czego nie rozumiem.

- Tak właśnie myślałem, Hildo. Niepokoiłem się o ciebie. Bałem się, że ktoś taki jak Jesper sprawi,
że chcąc ugasić ogień, który w tobie płonie, stracisz panowanie.

Hilda  znów  odwróciła  głowę,  nie  chciała,  by  przejrzał  ją  na  wylot.  Grubiańskie  zaczepki  Jespera
sprawiły, że zrobiła coś, co wcześniej wydawało się jej nie do pomyślenia. Doktor Meiden wie za
dużo, uznała.

Powiedział cicho:

-  Miłość  to  wiele  więcej  niż  to,  co  Jesper  zaledwie  poruszył.  Miłość  może  być  oszałamiająco
piękna, ponadzmysłowa, tak czysta, że sami aniołowie by się nią zachwycili.

- Wiem. Taka była w moich marzeniach jeszcze kilka lat temu. Później poczułam, że ma i inne strony.

- Czy zdarzyło się coś... szczególnego?

- Nie. Patrzyłam na młodzież tańczącą na polanie w lesie. Pragnęłam być z nimi, chciałam, by ktoś
mnie przytulił. Byłam wtedy taka samotna, Mattiasie, beznadziejnie samotna.

- Lubię, kiedy mówisz do mnie „Mattiasie” - uśmiechnął się.

- A... ty? - zapytała i odważyła się znów na niego spojrzeć. - Czy ty przeżyłeś miłość? Tak pięknie o
niej mówisz.

-  Nie,  nie  przeżyłem.  Tak  jak  ci  już  mówiłem,  nie  chciałem  żadnej  kobiety  w  moim  życiu. Ale  nie
mogę nic poradzić na to, że od czasu do czasu jest mi źle na świecie.

- Wiem, jak to jest - powiedziała Hilda.

85

- Ale nigdy przedtem nie byłem w nikim zakochany. Przedtem? Coś zadrżało w jej sercu.

- Tak, Hildo, ostatnio mówiłem prawdę. Dlatego stawiam ci te wszystkie dziwne pytania.

Myślę, że jeśli chodzi o brak doświadczenia, jesteśmy sobie równi. Ale ty jesteś silniejsza ode mnie.

- Jak to? - spytała zdumiona.

Wstał.

background image

- Ponieważ uczuciowo nie jesteś ze mną związana tak jak ja z tobą.

- Nic o tym nie wiesz - odparła wstając.

Mattias popatrzył na nią badawczo, ale jej twarz była niezgłębiona.

- Prawdę mówiąc sama nie wiem - dorzuciła.

-  No  cóż,  w  każdym  razie  nie  był  to  śmiertelny  cios  -  uśmiechnął  się.  -  Nie  będę  cię  już  gnębił
pytaniami, dam ci spokój. Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że zawsze możesz do mnie przyjść, kiedy
będziesz chciała porozmawiać. Nie chcę, żebyś czuła się samotna, Hildo! Nie zwracaj się do innych,
by  ugasili  ogień,  który  płonie  w  tobie!  Daj  mi  szansę  jako  pierwszemu.  Tak  bardzo  mi  na  tobie
zależy.

Uśmiechnął  się,  wypowiadając  te  słowa,  ale  w  jego  oczach  czaił  się  lęk.  Był  wyraźnie  poruszony.
Hilda zdawała sobie sprawę, ile musiało go kosztować to wyznanie. Zrobił to dla niej; pragnął, by
czuła się bezpieczna.

Kiedy więc został im do przebycia ostatni odcinek drogi do domu, ujęła go za rękę. Nie chciała, by
zostawał z tyłu. Ten prosty gest wzruszył go niemal do łez. Uścisnął jej dłoń z wdzięcznością.

Hilda wołała kota, ale nigdzie nie było go widać.

- Może wcale tu nie przyszedł? - powiedziała zawiedziona. - Powinnam była poszukać go wcześniej.

- Tego nie wolno ci było uczynić. Kot na pewno zaraz się pojawi.

Przysiedli na progu domu.

- Nie wejdziesz do środka? - zapytał Mattias.

- Nie - odparła.

- Źle się tu czujesz? - spytał zdziwiony.

86

- Nienawidzę tego miejsca! Nie wiedziałam, że jest tak straszne!

- Przecież tu jest dość przyjemnie.

- Tak myślisz? Czarny świerkowy las, który napiera zewsząd, jakby chciał zawładnąć tym miejscem;
wszystko, co kryje się między drzewami. . Całe zło, które musiałam tu znosić, znój, by odegnać biedę
i głód, gorycz i poniżenie, które musiałam w sobie dusić...

Mówiła podniesionym głosem. Mattias pojął, jakie uczucia płonęły w jej duszy.

background image

-  Przepraszam,  że  wylewam  z  siebie  całą  gorycz  akurat  przed  tobą.  Nie  zasłużyłeś  sobie  na  to,  ale
mam wrażenie, że pękła we mnie jakaś tama.

Opowiedziała mu o tym, jak śniła, że ojciec żyje, i jak obudziła się szczęśliwa, że to tylko sen.

- Wstydziłam się wtedy, Mattiasie.

Pogłaskał ją delikatnie po policzku. Hilda załkała.

-  Nie,  nie  doprowadzaj  mnie  do  płaczu  -  powiedziała  stłumionym  od  łez  głosem.  -  Dość  się  już
napłakałam pod kościołem.

- Nikt nie ma o to do ciebie pretensji.

- Tak, ale to nie z żalu - podjęła zaczepnym tonem, zdecydowana zwierzyć mu się ze wszystkiego co
najgorsze. - To z wdzięczności dla was. Wszyscy okazaliście mi tyle dobroci.

- Kochana Hildo, szczęśliwi byliśmy, że mogliśmy odpędzić te wioskowe sępy!

Wróciła do przerwanego wątku ich rozmowy.

- Po tym, co wydarzyło się ostatnio... dopiero wtedy, gdy znalazłam ojca... powieszonego i po tym,
co  stało  się  w  stodole,  nie  mogę  już  tu  wytrzymać!  Kiedy  ten  diabelny  kot  wreszcie  przyjdzie!  -
zakończyła, nie mogąc się opanować.

Mattias  uśmiechnął  się  łagodnie.  Rozumiał,  że  dziewczyna  pragnie  opuścić  to  miejsce  jak
najszybciej.

- Wiedziałem, że jest w tobie ogień. Czy mam poszukać kota w oborze?

- Tak... proszę.

Przestraszona  przeszła  wraz  z  nim  przez  podwórze,  ale  nie  wchodziła  do  środka.  Stanęła  w
drzwiach.

87

- Czy kot jest pręgowany? - rozległo się pytanie.

- Tak.

- A więc ten „diabelny kot” jest tutaj, choć wątpię, czy da mi się złapać.

Jak  błyskawica  wbiegła  do  obory  i  pochwyciła  zwierzątko.  Kot  pozwolił  się  wynieść,  leniwie
zwieszając łapy.

- Chodźmy stąd - mruknęła zdenerwowana.

background image

Kiedy byli już daleko, przemówiła do kota:

- Jeśli jeszcze raz uciekniesz, sam sobie będziesz winien. Wtedy zerwę naszą znajomość.

Dopiero gdy doszli do łąki, powiedziała:

- Wybacz, że przeklęłam. To moje gorsze ja pokazało swoje oblicze. Naprawdę nie wiedziałam, że
potrafię zachować się tak prostacko.

- Doskonale cię rozumiem, Hildo. Przeklinaj tyle, ile musisz. To łagodzi napięcie.

- Dziękuję! Kotu nic nie było - powiedziała w zamyśleniu. - I zachowywał się spokojnie.

- Tak. W zagrodzie nic już nie straszy.

- Straszy - cicho odparła Hilda. - Szesnaście lat upokorzeń.

Wtedy Mattias położył dłoń na jej głowie i idąc gładził jej długie, piękne włosy.

Kot z zazdrości błysnął zielono oczami i dyskretnie wyciągnął pazury.

88

ROZDZIAŁ VIII

Wraz  z  upływem  kolejnych  tygodni  wrzawa  wokół  wilkołaka  przycichła.  Od  czasu  do  czasu
przyjeżdżał wójt, aby przesłuchać nowych świadków, ale sprawa czterech czarownic nie została na
razie wyjaśniona.

Nie  działo  się  nic  szczególnego,  dopóki  księżyc  ponownie  nie  rozświetlił  czarnych  sierpniowych
nocy.  Kilku  mężczyzn  nadal  czuwało  przy  oknach  w  oczekiwaniu  na  pełnię,  ale  większość
zrezygnowała. Sprawa wilkołaka już tak nie bulwersowała, zmęczenie także zrobiło swoje.

Ale pewnego dnia przybył do Grastensholm mężczyzna.

Przyjechał z daleka, nie był ani młody, ani stary, ani wysoki, ani niski. Od stóp do głów ubrany był w
czerń. Poprosił o rozmowę z władzami.

Nie  bardzo  było  jasne,  kto  reprezentuje  władzę  w  parafii.  Wójt  mieszkał  w  sąsiedniej  wiosce,  a
asesora nie było od czasów Daga Meidena. Ponieważ zdarzyło się to akurat w czasie nabożeństwa,
zaproponowano  przybyszowi,  by  poczekał,  aż  wierni  wyjdą  z  kościoła.  Po  mszy  będzie  można
pomówić z pastorem i szlachtą. I z Kalebem, znającym się na prawie, który tego dnia wyjątkowo udał
się do kościoła, by wysłuchać zapowiedzi Eli i Andreasa.

Pod kościołem zebrała się więc spora gromada, zaintrygowana pojawieniem się obcego mężczyzny.

- Przyjechałem w poszukiwaniu mojej siostry - wyjaśnił.

background image

Kaleb i Andreas kojarzyli szybko. Wymienili spojrzenia, być może był to właściwy trop.

- Siostry? - zapytał Kaleb. - Jak ona się nazywa?

- Augustyna córka Fryderyka, wdowa po gospodarzu z Agder.

Potrząsnęli głowami, pastor także zaprzeczył.

- Dlaczego sądzicie, że mogłaby być właśnie tutaj? - zapytał Andreas.

- Pisała do mnie z Christianii - odparł mężczyzna. - Miała zamiar udać się do parafii Grastensholm.

- Kiedy to było?

- W kwietniu.

- I od tej pory nie mieliście od niej żadnej wiadomości?

89

- Nie.

Kaleb ujął go za ramię.

- To dla nas bardzo ważne informacje. Pójdźcie ze mną do domu, przekąsicie coś i będziemy mogli
spokojnie porozmawiać.

- Wiecie więc coś o mojej siostrze?

- Mam nadzieję, że nie. Jeśli tak, nie będą to dobre wieści. Chodźmy do powozu!

Wkrótce znaleźli się w Elistrand. Przybył też pastor oraz mieszkańcy Lipowej Alei i Grastensholm,
którzy zamierzali uczcić zapowiedzi Eli i Andreasa. Kaleb posłał również po wójta.

- Cztery zmarłe kobiety, powiadacie? - Przybysz był bardzo blady i zlękniony.

-  Tak,  i  żadna  z  nich  nie  była  znana  mieszkańcom  naszej  parafii.  A  nasz  wspaniały  wójt  postąpił
niezwykle mądrze! Spalił ciała, zanim zdołano je zidentyfikować.

- Spalił?

- Niestety, tak. Powiedzcie mi, czy wasza siostra miała kiedykolwiek do czynienia z czarami?

- Niech Bóg broni! - Mężczyznę naprawdę poruszyło to domniemanie.

- Kwiecień... - powtórzył Andreas. - W takim razie to ją znaleźliśmy jako pierwszą.

To o nią zawadził pługiem, nie powiedział jednak tego głośno.

background image

- Nie wiemy, czy wasza siostra Augustyna jest jedną z zamordowanych - zwrócił się do przyjezdnego
zamyślony Are. - Ale chyba należy tak przypuszczać.

Are, siedzący na najwyższym krześle, wyciosanym z pnia drzewa, wyglądał majestatycznie.

Prawdziwy  patriarcha  z  długą  siwą  brodą  i  siwymi  włosami.  We  włosach,  gęstych  jak  za  młodu,
błyskały  jeszcze  gdzieniegdzie  czarne  pasma.  Liv  także  już  posiwiała,  ale  ponieważ  jej  włosy  były
kiedyś rude, teraz miały zupełnie inny odcień niż włosy brata.

Pomimo swej imponującej siwej brody Are nie wydawał się stary. Trzymał się prosto i spojrzenie
miał nadal młodzieńcze, choć w smutnych oczach odczytać można było ślady tragedii, jakie spotkały
go w długim życiu.

Mattias, który niemal nie spuszczał wzroku z Hildy, powiedział spokojnie:

- Ja jednak, pomimo wieczornego mroku, zdążyłem przyjrzeć się zmarłym. Przynajmniej na tyle, by
ich wygląd choć trochę zapadł mi w pamięć.

90

Jak to możliwe? ze zdziwieniem pomyśleli pozostali.

W tych twarzach niewiele już było ludzkiego.

Mattias kontynuował:

- Andreas ma rację, mówiąc, że nie może to być kobieta zamordowana jako ostatnia. To musi być ta
przedostatnia. Dwie kolejne leżały tam przez zimę. Czy w jej włosach pojawiły się ślady siwizny?

- Tak, zaczęła siwieć.

- I elegancko ubrana?

- Zawsze! Moja siostra była bardzo dobrze sytuowana, po mężu.

Wymienili spojrzenia; może taki właśnie był motyw zbrodni?

- O ile dobrze pamiętam, brakowało jej paru zębów w dolnej szczęce - powiedział Mattias.

Mężczyzna pochylił się.

- Tak, zgadza się. To musiała być Augustyna! - Znów wcisnął się w sofę. - A więc jednak nie żyje!
Taki tragiczny koniec...

- Czy zechcecie pomóc nam w odnalezieniu sprawcy zbrodni? - zapytał Andreas.

- Oczywiście! Jeśli tylko mogę być w czymś przydatny...

background image

- Na pewno tak. O czym pisała wasza siostra z Christianii?

Mężczyzna zmieszał się trochę.

- To jest nieco... krępujące. Niełatwo o tym mówić.

- Jesteśmy dyskretni - krótko powiedział Brand.

- Dziękuję. Nie byliśmy zgodni, moja siostra i ja, co do celu jej podróży... No cóż, po śmierci mojego
szwagra  Augustyna  często  czuła  się  samotna.  Była  jeszcze  w  kwiecie  wieku,  majętna  i...  Miała
ochotę  ponownie  wyjść  za  mąż.  Ale  w  rodzinnej  wiosce  nie  było  odpowiedniego  kandydata.
Należeliśmy przecież do bogatych, a ona chciała utrzymać pewien poziom.

- Rozumiemy - łagodnie powiedziała Liv.

- Augustyna usłyszała o pewnej damie w Christianii, która zajmuje się... hm... kojarzeniem związków.
Wszystko bardzo dystyngowanie, nie ma w tym nic nieprzyzwoitego.

91

- Tak, tak - odezwała się Matylda. - Słyszałam o niej. Czy nie nazywa się Skare?

- Svane. Madame Svane. I moja siostra... pojechała do Christianii, by się z nią skontaktować. Wbrew
mej woli. - Widać było wyraźnie, że przybysz czuje się nieswojo. -

Przez jakiś czas przebywała w stolicy. Dostałem list. To była ostatnia wiadomość od niej.

Długo szukałem siostry w Christianii i w innych miejscach, niestety bez skutku.

- A więc jesteśmy przy liście - powiedział Andreas. - Czy pamiętacie jego treść?

- Mam go przy sobie - odparł mężczyzna, przeszukując kieszenie.

- To doskonale - ucieszył się Andreas.

- Czy nie powinniśmy zaczekać na wójta? - wtrącił Tarald.

- Na tego durnia? - gniewnie parsknął Brand. - On już dość nabruździł. Będzie musiał

zadowolić się streszczeniem. A teraz posłuchajmy!

- Augustyna pisze:

Drogi bracie! Złożyłam właśnie wizytę madame Svane, niezwykle interesujący ewenement.

Madame  była  ogromnie  aimable;  zrozumiała,  że  poszukuję  najlepszego  i  pozwoliła  mi  wybierać
wśród poważnych ofert.

background image

Cóż to za język! pomyśleli zgromadzeni.

Widziałam paru, ale nie przypadli mi do gurtu. Dzisiaj jednak spotkałam odpowiedniego kandydata,
pana z bardzo szlachetnego rodu, wielce czcigodnego. Jutro po południu jadę więc do Grastenholm,
by  przyjrzeć  się  bliżej  naszej  ewentualnej  wspólnej  przyszłości.  Łączę  z  tym  wielkie  nadzieje.
Zabierze  mnie  tam  swym  powozem,  opuszczam  więc  na  dobre  to  ponure  miejsce.  Wrócę  do  domu,
jak tylko wszystko zostanie definitywnie ustalone. Nie zapomnij...

- Nie, teraz są już tylko zwykłe polecenia - zakończył mężczyzna i opuścił list na kolana.

-  Nareszcie  mamy  jakiś  konkretny  ślad!  -  powiedział  Brand.  -  Oczywiście  odwiedziliście  madame
Svane.

Mężczyzna spuścił wzrok.

-  Nie,  nie  uczyniłem  tego.  Jak  już  mówiłem,  nie  zgadzałem  się,  by  moja  siostra  odwiedzała  tego
rodzaju etablissement - posługiwał się takim językiem jak siostra w liście - i postanowiłem, że moja
noga nie przekroczy progu domu tejże damy. Dlatego przyjechałem bezpośrednio tutaj.

Andreas wstał.

92

- A więc? Na co czekamy? Kalebie, Mattiasie! Ruszajcie, natychmiast jedziemy do stolicy!

W oczach Eli pojawił się smutek.

-  Posłuchaj,  Andreasie  -  przemówiła  Matylda.  -  Czy  nie  zebraliśmy  się  tu  na  uczcie  z  okazji
zapowiedzi? Twoich i twojej narzeczonej? I pastor jest z nami...

- Ależ tak, oczywiście - zawstydził się Andreas i usiadł obok Eli. - Wybacz mi, najmilsza, trochę się
zagalopowałem.

Eli uśmiechnęła się i uścisnęła jego rękę.

- Wy trzej szybko coś zjedzcie - zdecydowała Gabriella. - Jeżeli macie dzisiaj zajechać do miasta,
powinniście  wkrótce  wyruszyć.  Sądzę,  ze  wszyscy  jesteśmy  tak  zainteresowani  rezultatem  waszych
poszukiwań, że z trudem przyszłoby nam czekać do jutra. Pozostali mogą zostać przy stole po waszym
odjeździe.

- A moja długa mowa? - żachnął się Kaleb. - O tym, że nie tracę córki, a zyskuję syna, i cała reszta?

-  Będziesz  ją  musiał  skrócić  -  orzekła  Gabriella.  -  Zachowaj  coś  na  wesele.  Kiedy  już  upijesz
wszystkich weselników tak, że pospadają pod stół, będziesz mógł do woli przemawiać do ścian.

- Dobrze, masz rację. Najlepiej będzie, jeśli zaraz wyruszymy.

background image

Przybysz podniósł się, chrząknął wielokrotnie, po czym wymamrotał:

- Wdzięczny byłbym, gdybyście jednocześnie zechcieli sprawdzić... Augustyna zabrała ze sobą sporo
pieniędzy... A jako że ja po niej dziedziczę...

Ach, więc to tak!

- Naturalnie - krótko odparł Kaleb. - Choć podejrzewam, że ktoś się już nimi zaopiekował.

Ten nieznany szlachcic z parafii Grastensholm.

Teraz dopiero wydawało się, że mężczyzna cierpi naprawdę.

Odezwała się zatroskana Liv:

- Naprawdę chcecie jechać teraz do Christianii? Mówią, że w Kopenhadze grasuje straszliwa zaraza,
w każdej chwili może wybuchnąć i w naszej stolicy. Być może nawet już się tak stało.

- Nic o tym nie słyszałem - stwierdził Mattias.

93

Liv nerwowo splatała i rozplatała dłonie.

- Tak bardzo boję się o Cecylię i jej rodzinę. Nie mogę spać po nocach.

-  Gabrielshus  leży  daleko  od  Kopenhagi  -  uspokajała  ją  Gabriella.  -  Ojciec  i  matka  są  bardzo
ostrożni, muszą teraz myśleć także o małej Lenie.

-  Na  pewno  nie  ma  niebezpieczeństwa  -  powiedział  Mattias.  -  Ale  ja  nie  mogę  jechać  z  wami,
Andreasie.  Obiecałem  dziś  po  południu  zajrzeć  do  chorych  dzieci.  W  okolicy  panuje  odra,  w  tym
roku ma ciężki przebieg.

- Tak, musisz przede wszystkim myśleć o chorych. Kaleb i ja poradzimy sobie.

- Opuszczę więc uroczystość wraz z wami - powiedział Mattias. - Przykro mi, że twój wielki dzień
nie bardzo się udał, Eli. Ale odbijemy to sobie później. A teraz wypijmy za szczęście młodej pary!

Nie zdążyli jeszcze wychylić kielichów, kiedy wysłany po wójta parobek zjawił się z wiadomością,
że nie zastał go w domu. Obiecano jednak, że przybędzie nazajutrz.

Po odjeździe Kaleba, Andreasa i Mattiasa zrobiło się jakoś pusto; tak w każdym razie uważała Hilda.
Bardzo jej ich brakowało. Wiedziała już jednak, że nie za Andreasem tęskni najbardziej.

Nie  przeniosła  od  razu  uczuć  na  Mattiasa,  to  nie  było  takie  proste.  Ale  jakże  cudownie  było
wiedzieć,  że  ktoś  się  o  nią  troszczy.  A  Mattias  Meiden  był  chyba  najlepszym  aniołem  stróżem,
jakiego mogła sobie wyobrazić.

background image

Och, że też ciągle nazywała go aniołem. Wiedziała już przecież, jak bardzo jest ludzki, jak zwyczajne
ma potrzeby, pragnienia i żądze.

Ale jaki jest wspaniały! Stojąc przy oknie i spoglądając na ginące w oddali postaci, uśmiechała się
podświadomie.  Ujrzała,  jak  przystanęli,  ich  sylwetki  rysowały  się  wyraźnie  na  tle  nieba.  Konie
poruszały  się  niespokojnie.  Mężczyźni  przez  chwilę  rozmawiali,  po  czym,  unosząc  dłonie  w  geście
pożegnania, rozjechali się. Kaleb i Andreas ruszyli na wschód, ku gościńcowi, Mattias skierował się
ku wiosce w lesie.

Adres słynnej madame Svane otrzymali od brata Augustyny. Późnym popołudniem znaleźli się pod jej
domem, położonym na jednej z lepszych ulic Christianii. Zapukali do drzwi.

Otworzyła  im  sama  madame.  Była  to  dama  o  wydatnym  biuście,  przywodzącym  na  myśl  galeon,
upudrowana  i  pachnąca,  w  spłowiałych  aksamitach,  ale  wielce  szacowna.  Wszystko  w  jej  domu
świadczyło o dyskrecji, urządzone było z wyszukaną elegancją. Najwyraźniej interes przynosił spory
dochód.

- Czym mogę służyć, moi panowie? - zapytała jedwabistym, pełnym zrozumienia głosem.

94

- Mamy kilka pytań, madame Svane - powiedział Kaleb, uzgodnili bowiem między sobą, że on będzie
prowadził rozmowę.

- Naturalnie! Panowie zapewne życzą sobie poznać jakieś wysoko urodzone damy?

Oczywiście z zamiarem zawarcia małżeństwa.

- Nie, dziękujemy za waszą życzliwość, słyszeliśmy wiele dobrego o waszej działalności.

Przybyliśmy w pewnej nieprzyjemnej sprawie, którą badamy wspólnie z władzami. Wygląda na to,
że jeden z pani klientów w ohydny sposób wykorzystał waszą dobrą wolę.

Twarz madame zastygła w grymasie niedowierzania.

- Proszę nas źle nie zrozumieć - szybko dodał Andreas. - Mamy do was głębokie zaufanie.

Ale wy sama, pani, padliście ofiarą oszusta.

Usiadła przy biurku i poprosiła, by zajęli miejsca. Odnosiła się do nich z rezerwą, ale gotowa była
ich wysłuchać.

Andreas zaczął mówić:

-  Jestem Andreas  Lind  z  rodu  Ludzi  Lodu,  a  to  mój  krewniak  i  przyjaciel  Kaleb.  Jest  obeznany  w
prawie,  zasiadał  w  lagtingu.  Kilka  miesięcy  temu  na  terenie  mojej  posiadłości  znaleźliśmy  zwłoki
czterech nikomu nie znanych kobiet.

background image

Ciałem damy wstrząsnął dreszcz.

-  Dzisiaj  przybył  do  nas  pewien  człowiek  -  przejął  inicjatywę  Kaleb.  -  Poszukuje  siostry,  która
zaginęła w kwietniu. Z opisu domyśliliśmy się, że była jedną z czterech zmarłych.

- A co ja mam z tym wspólnego?

Kaleb pochylił się w jej stronę.

-  Ta  kobieta  była  u  was.  W  liście  do  brata  wspomniała,  że  ma  zamiar  udać  się  do  parafii
Grastensholm,  gdzie  mieszkamy,  żeby  spotkać  mężczyznę,  którego  poznała  za  waszym
pośrednictwem.

- Ależ na miłość boską! - madame Svane była wstrząśnięta. - Czy mogę zobaczyć ten list?

Macie go ze sobą?

-  Tak,  bardzo  proszę.  -  Andreas  podał  jej  papier.  Szybko  przebiegła  wzrokiem  kartkę.  Kiedy
skończyła czytać, była głęboko poruszona.

- Ten znakomity pan! I wszystkie cztery!

95

- Wszystkie cztery? - jednocześnie powtórzyli mężczyźni. - Co chcecie przez to powiedzieć, pani?

- Wszyscy moi klienci, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, otrzymują do wyboru cztery nazwiska. W
tym  wypadku  pan  życzył  sobie  niewiasty  niezamężnej  lub  wdowy,  w  dojrzałym  wieku,
wykształconej, z dobrej rodziny, majętnej, jako że sam był dobrze sytuowany i nie chciał żony, która
poślubiłaby go wyłącznie dla pieniędzy.

- Kiedy się do was zgłosił?

Namyślała się przez chwilę, po czym otworzyła szufladę i przejrzała jakieś papiery.

-  Przyszedł  trzydziestego  lipca  zeszłego  roku.  Kiedy  potwierdzono  prawdziwość  udzielonych  przez
niego  informacji,  wrócił  tydzień  później,  otrzymał  nazwiska  i  adresy  i  sowicie  mnie  wynagrodził.
Potem już się nie pokazał.

- Czy tak zwykle się dzieje?

- Tak. Jestem bardzo dyskretna.

- Czy to nie jest zbyt ryzykowne?

-  Wszyscy  muszą  złożyć  przyrzeczenie  na  piśmie,  że  nie  zdradzą  podanych  nazwisk.  Nikt  nigdy  nie
zgłaszał żadnych pretensji.

background image

Nie,  i  diabłu  za  to  dziękować,  pomyślał  Kaleb.  Gdyby  losy  wszystkich  jej  klientów  podobnie  się
układały...

- Musimy poznać nazwiska trzech pozostałych kobiet.

- Dam, nie kobiet - poprawiła szybko.

- Oczywiście. Musimy sprawdzić, czy żyją, czy też zaginęły...

Z zaciśniętymi ustami podała im trzy dokumenty.

-  Powiedzcie  mi  -  zaczął  Andreas  powoli.  -  Czy  wy  albo  te  ko...  damy  mają  coś  wspólnego  z
czarami?

- Z czarami?! - madame niemal zakrztusiła się tym słowem. - Mój panie, za kogo mnie bierzecie?

Za rajfurkę, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno.

- Pytam, ponieważ wszystkie zmarłe miały we włosach węzeł czarownic.

96

- Nic mi o tym nie wiadomo - odparła urażona do głębi dama. - Nie pojmuję tego.

- My także. A teraz poprosimy o nazwisko tego szlachetnego pana!

Westchnęła cicho, aż jej pierś uniosła się wysoko. W końcu wyjęła jeszcze jeden papier.

- Moja córka, która go przyjęła, gdyż mnie wtedy nie było, mówiła, że to bardzo szacowne nazwisko.
Skąd mogłyśmy wiedzieć... O, jest tutaj, moi panowie. Baron Meiden, dwór Grastensholm.

Wracali  do  domu  już  po  zapadnięciu  zmroku,  przygnębieni,  poważni.  Najpierw  skierowali  się  do
Elistrand.

Goście już się rozeszli, ale Gabriella, Eli i Hilda czekały na nich, nie kładąc się spać.

Mężczyźni w milczeniu przekroczyli próg domu, Andreas bez słowa objął Eli, Kaleb spojrzał

na żonę z rozpaczą.

- I co? - zapytała w końcu Gabriella.

- No cóż, zagadkę można uznać za rozwiązaną.

- Nie wyglądacie na uradowanych - odezwała się Hilda z nieśmiałym uśmiechem.

- A z czego mamy się cieszyć? - wybuchnął Kaleb i opadł na sofę, zasłaniając twarz dłońmi.

background image

Andreas nie siadał.

-  To  niewiarygodne!  Zastanawialiśmy  się  nad  tym  przez  całą  powrotną  drogę.  Wstąpiliśmy  też  do
domu  jednej  z  tych  czterech  kobiet.  Okazało  się,  że  zaginęła  zeszłej  jesieni,  wszystko  więc  się
zgadza.

- Wyjaśnijcie po kolei! - zdenerwowała się Gabriella.

Opowiedzieli więc o wizycie u madame Svane.

-  Rozumiecie  już  teraz  -  zakończył  Andreas.  -  Kiedy  przybył  ten  mężczyzna,  madame  akurat
wyjechała. Jej córka, która go wówczas przyjęła, wyprowadziła się do Kopenhagi.

- Ale znacie jego nazwisko?

- Tak. Ujawniła je.

- No i? - niecierpliwiła się Gabriella.

- Baron Meiden na Grastensholm.

97

Zapadła głucha cisza, w salonie powiało grozą.

Wreszcie Gabriella zdołała wyszeptać:

- Wuj Tarald?

- Nie wiemy. - Oczy Kaleba wyrażały nieopisany ból.

- Jest ich przecież dwóch.

Hilda nie zdawała sobie sprawy, że szepcze:

- Mattias chodzi we śnie.

- Znasz jego tajemnicę? - zdumiał się Kaleb. - Sądziłem, że wiemy o tym tylko Tarald, Irja i ja.

- Mattias mi o tym powiedział.

Kaleb i Andreas uśmiechnęli się ze zrozumieniem. Jasne było, ku komu zwrócił swe myśli Mattias.

Wyglądało na to, że bardzo potrzebny był jej ten uśmiech. Twarzyczka jej pobladła i skamieniała ze
strachu.

- Nie sądzisz chyba, że... - Gabriella była wstrząśnięta.

background image

-  Absolutnie  w  to  nie  wierzę!  -  odparła  Hilda  gorąco.  -  Nie  znam  zbyt  dobrze  pana  Taralda,  ale
uważam, że to wszystko jest tragicznym nieporozumieniem.

- Ja też tak myślę - powiedziała Gabriella. - Aha, był tu wieczorem wójt. Przyjedzie jutro wczesnym
rankiem. Co mu powiemy?

- No właśnie? Co powiedzieć? - zastanawiał się Kaleb. - I ile?

- Wuj Tarald i czary? - zamyśliła się Gabriella. - To zupełnie do niego nie pasuje!

-  Do  Mattiasa  także  nie  -  zaprotestowała  wzburzona  Hilda.  -  Sądzę,  że  ktoś  posłużył  się  ich
nazwiskiem.

-  Na  pewno!  -  załkała  łatwo  ulegająca  wzruszeniu  Eli.  -  Och,  jakie  to  straszne!  To  nie  może  być
prawda!

- Nie, na pewno nie. - Gabriella otoczyła dziewczynę ramionami. - Przez noc musimy postanowić, co
powiemy wójtowi. On może wpędzić nas w poważne kłopoty.

- Tak - powiedziała Hilda. - Wybaczcie, że się wtrącam, ale. .

98

-  Należysz  do  rodziny  -  powiedział  Andreas.  -  Albo  wkrótce  będziesz  należała.  Co  chciałaś
powiedzieć?

Zaczerwieniła się, słysząc jego słowa. Chyba zbyt pochopnie wyciągał wnioski.

- Chciałam tylko zapytać: gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla wilkołaka?

- Tak. Gdzie go umieścić? - zastanawiał się Andreas.

- Babcia Liv ma całkowitą rację - orzekła Gabriella. - To za dużo na raz. Wilkołak tu zupełnie nie
pasuje.  Jeśli  założymy,  że  wuj  Tarald  jest  tym  mężczyzną,  rozważam  jedynie  teoretycznie,  to  jak
miałby  po  kolei  przywozić  wszystkie  te  kobiety  z  Christianii  konnym  powozem,  przeobrażać  się  w
mistrza  czarownic,  sprawiać,  by  wiedźmy  były  mu  powolne,  a  następnie  przemieniać  się  w
wilkołaka i rozszarpywać je?

- I zabierać im pieniądze - dodał Kaleb. - Pieniądze są bardzo istotne. Krewni drugiej ofiary również
twierdzili, że miała ze sobą sporo talarów, udając się na spotkanie z tajemniczym zalotnikiem.

- A przecież wuj Tarald ma dość pieniędzy - powiedziała Gabriella. - Nie musi ich zabierać żądnym
małżeństwa kobietom!

Andreas był zamyślony.

- Jest coś, czemu poświęciliśmy być może zbyt mało uwagi: polowanie na czarownice w sąsiedniej

background image

wiosce.  Czy  pamiętacie?  Wójt  wspomniał,  że  w  dzień  poprzedzający  znalezienie  zwłok  pojmał
czarownicę.

-  Tak,  pamiętam  -  przyznał  Kaleb.  - Ale  nie  całkiem  rozumiem,  jakie  to  ma  znaczenie  dla  sprawy,
którą się zajmujemy.

Raptem  w  drzwiach  stanął  mały  chłopczyk.  Miał  zaczerwienioną,  spoconą  buzię  i  zamglone
spojrzenie.

- Tak mnie głowa boli - pisnął.

- Chodź do mnie, Jonasie. - Gabriella wyciągnęła do chłopca rękę.

W tej chwili zapomniano o czarownicy z sąsiedniej wioski. Andreas nieświadomie poruszył

bardzo  istotny  wątek  sprawy.  Wtargnięcie  chłopca  przerwało  roztrząsanie  skomplikowanego
problemu.  Tymczasem  gdyby  Andreas  dokończył  myśl,  rodzina  uniknęłaby  wielu  wstrząsających
wydarzeń!

- Kochanie - mówiła Gabriella do Jonasa. - Naprawdę źle wyglądasz!

99

- Pójdę już - rzekł Andreas. - Czy mam wstąpić do Grastensholm, by Mattias przyszedł

obejrzeć chłopca?

-  O  tak,  bardzo  proszę.  To  okrutne  wyciągać  go  z  domu  w  środku  nocy,  ale  człowiek  czuje  się
bezpieczniej, kiedy ma w rodzinie medyka i może korzystać z jego pomocy.

-  Panie Andreasie  -  poprosiła  Hilda  niemal  bez  tchu.  -  Nie  mówcie  mu  nic  o...  o  podejrzeniach  w
stosunku do niego i jego ojca. Jeszcze nie teraz.

Andreas spojrzał na dziewczynę.

- Dobrze, nie zrobię tego. Powiem, że jutro otrzymamy wiadomość. Przez noc postaram się wymyślić
jakieś rozwiązanie.

- Dziękuję! Możecie się już położyć - powiedziała Hilda. - Posiedzę z Jonasem i otworzę doktorowi.

Przyjęli jej propozycję życzliwym uśmiechem.

- Dobrze, Hildo.

Andreas  odjechał,  a  Hilda  starannie  owinęła  Jonasa  i  ułożyła  go  na  sofie.  Rodzina  powiedziała
„dobranoc” i odeszła do swoich pokoi.

background image

Hilda  siedziała,  przyglądając  się  trawionej  gorączką  dziecinnej  buzi.  Jonas,  mały  buntownik,  który
przybył do Elistrand uzbrojony w nóż, gotów bronić się nim przed każdym wrogiem...

Ile mógł mieć lat? Sześć? Osiem?

- Tak mnie boli głowa, Hildo! .

-  Przyniosę  ręcznik  zamoczony  w  zimnej  wodzie. A  doktor  na  pewno  da  ci  coś,  co  złagodzi  twoje
dolegliwości. Czy jeszcze gdzieś cię boli?

- Nie, tylko bardzo źle się czuję.

- Rozumiem.

A jeżeli Mattiasa nie było w domu? Jeśli przyjdzie jej tak siedzieć i czekać przez całą noc?

Nie było teraz pełni księżyca. Jeszcze nie.

Skąd wzięła się ta straszliwa myśl? Hilda przeraziła się samą sobą.

Nareszcie przed domem rozległ się tętent kopyt. Szybko zerwała się, by otworzyć.

100

Mattias jak zwykle ubrany był w zamszową kamizelkę, ściągniętą pasem, założoną na białą koszulę z
szerokimi  rękawami.  Wyglądał  młodo  i  świeżo.  Miał  miłą,  uśmiechniętą  twarz  i  niewinne  błękitne
oczy.

Chyba ucieszył się, że to właśnie ona otworzyła mu drzwi.

- Nie śpisz jeszcze, Hildo? Gdzie jest chłopiec?

Jonas  uśmiechnął  się  z  wysiłkiem,  widząc  swego  doktora.  Mattias  ostatnio  niezwykle  sumiennie
wywiązywał się z obowiązku doglądania dzieci z Elistrand...

Hilda była obecna przez cały czas, kiedy badał chłopczyka i przyjaźnie z nim gawędził.

Czuła szczere oddanie dla Mattiasa Meidena. Dla każdego miał zawsze dobre słowo.

Podniósł wzrok na dziewczynę.

-  To  na  pewno  odra.  No  cóż,  Hildo,  przez  jakiś  czas  będziecie  mieć  sporo  roboty  tu  na  Elistrand.
Piątka dzieci, która musi przez to przejść.

- Czy to coś poważnego?

-  Może  być  poważne.  Ale  jeśli  dołożymy  starań,  wszystko  skończy  się  dobrze.  Będę  przychodził
kilka razy dziennie.

background image

Rozpromieniła się.

- To dobrze.

- Naprawdę tak myślisz? - Popatrzył na nią badawczo.

- Wiesz o tym - odparła.

Mattias  zaniósł  chłopca  do  pokoju  dziecinnego  i  wspólnie  położyli  go  do  łóżka.  Dali  mu  gorący
napój, który Hilda przyniosła z kuchni. Mattias wrzucił do niego jakiś proszek.

- Czarodziejska mikstura Tengela Dobrego - uśmiechnął się. - Nigdy nie zawodzi.

- A teraz przejął ją Mattias Dobry.

- Bardzo jesteś miła, Hildo.

Delikatnie ujął ją za ramię i poprowadził ku drzwiom.

- Jonasie, Hilda będzie w pokoju obok, gdybyś jej potrzebował - szepnął.

Opuścili sypialnię chłopca, Hilda sprowadzała Mattiasa na dół.

101

Gorąco mu współczuła. Wiedziała, co nastąpi jutro. Ale wszystko, co potrafiła na razie powiedzieć,
zamykało się w banalnym pytaniu:

- Czy masz ochotę na coś do picia?

- Nie, dziękuję, muszę wracać do domu, do łóżka.

Nie chciała się z nim rozstawać, wyprowadziła go więc aż na zewnątrz.

Otoczył ich gęsty mrok, chroniąc przed resztą świata.

- Jaka ciemna noc! Czy odnajdziesz drogę do domu?

- Koń, w każdym razie, nie zabłądzi.

Słowa, słowa! Gdzie one się podziały? Tak bardzo chciała mu okazać, że może na nią liczyć, teraz
kiedy jemu i jego ojcu zagraża śmiertelny cios.

- Mattiasie, ja...

W ciemności szukał jej oczu.

- Dlaczego urwałaś?

background image

- Nie, nie przejmuj się tym!

- Ależ tak, chcę to usłyszeć! Czyżby kot znowu uciekł, a ty nie masz odwagi poprosić, bym ci jeszcze
raz tam towarzyszył?

-  Och,  nie,  nie  myślałam  o  kocie.  Zadomowił  się  już  tutaj.  Widocznie  samotność  w  zagrodzie  nie
wydała mu się szczególnie interesująca. Nie było też mleka.

- O czym więc myślałaś?

Westchnęła głęboko; chciała zmusić się do mówienia, ale nie mogła wydobyć głosu. W

końcu jednak znalazła wyjście.

- Czy możesz... poczekać tu przez krótką chwilę... przez długą chwilę? Mam coś dla ciebie.

- Dobrze, zaczekam.

- Możesz wejść do środka, jeśli chcesz.

- Nie, przygotuję konia. Czy tyle czasu wystarczy?

- Tak, będę się spieszyć.

102

Hilda wbiegła do domu, wślizgnęła się do gabinetu

Kaleba,  podkradła  arkusz  papieru  i  zanurzyła  gęsie  pióro  w  kałamarzu.  Zaczęła  pisać  swoim
niepoprawnym  językiem,  wiele  już  bowiem  lat  upłynęło,  od  czasu  kiedy  matka  dawała  jej  lekcje
sztuki pisania:

Najdroższy Mattiasie !

Tak wiele chciałabym Ci powiedzieć, moje pisanie będzie więc chaotyczne, bo mam mało czasu. Nie
umiem o tym mówić, więc piszę. Tak trudno jest wyjaśnić moje uczucie do Ciebie, tak bardzo Cię
lubię,  dobrze  więc,  że,  tak  jak  mówiłeś,  nie  możesz  mi  się  oświadczyć,  bo  na  pewno
powiedziałabym  „tak”,  a  to  byłoby  niesprawiedliwe,  żeby  najwspanialszy  człowiek  na  świecie
wybierał  najnędzniejsze  stworzenie  w  całej  parafii,  ale  nic  na  to  nie  poradzę,  że  Cię  lubię.
Powiedziałeś, że mogę się do Ciebie zwrócić, jeśli będę kogoś potrzebowała. Ale ja potrzebuję nie
byle kogo. Potrzebuję szczególnie czułego i wyrozumiałego mężczyzny, który wprowadziłby mnie w
tajemniczy  świat  miłości,  potrzebuję  poczuć  się  kochaną,  móc  dać  to,  co  spoczywa  we  mnie
niewykorzystane.  Nie  chcę  twierdzić,  że  to,  co  czuję,  to  miłość,  bo  nadal  jeszcze  jest  to  dla  mnie
obce, ale mam jedną jedyną tęsknotę: być z Tobą. Wybacz mi moją śmiałość, ale tak to już jest. Czym
jest  miłość?  Czy  wystarczy  lubić  kogoś  bezgranicznie,  potrzebować  drugiego  człowieka  w  taki
sposób, o jakim nie mówi się głośno?

background image

Nie wiem, nie jestem pewna.

Oddawać komuś taki list to okropne, ale jutro on miał stawić czoło okrutnemu oskarżeniu.

Będzie mu wtedy potrzebna, ona i dowody jej wiary w jego niewinność.

Wyskrobała jeszcze: Twoja najoddana przyjaciółka Hilda, z niepokojącym

przeświadczeniem, że użyła słowa, które nie istnieje, ale nie miała już czasu, by cokolwiek zmienić.

Czuła  jednak,  że  musi  umieścić  jakiś  dopisek.  Chciałam  tylko,  żebyś  został  moim  najlepszym
przyjacielem, byś znał mą tęsknotę, wiedział, ile dla mnie znaczysz. Mówiłeś kiedyś o ogniu, który
we mnie płonie. Miałeś rację. Bardzo się teraz wstydzę. Najwyraźniej nie jestem taka śmiała, jak mi
się wydawało, ale dostaniesz ten list, jaki jest.

Wybiegła, trzymając w dłoni zwinięty arkusik. Mattias czekał, cierpliwie stojąc przy koniu.

-  Masz,  weź  to,  zanim  się  rozmyślę  -  powiedziała  bez  tchu.  -  Przeczytaj,  kiedy  wrócisz  do  domu!
Będzie  to  zapewne  męczarnia,  taki  jest  pokreślony,  pełen  błędów,  nieczytelny,  ale  nie  chciałam,
żebyś czekał zbyt długo...

Uśmiechnął się z powagą.

- To znaczy, że słowa płynęły prosto z serca? Bez żadnych upiększeń?

- Tego możesz być pewien!

103

- Ależ, Hildo, przecież ty płaczesz!

Nie zdawała sobie z tego sprawy i nie potrafiła powiedzieć, dlaczego. Prawdopodobnie z żalu nad
jego losem, z rezygnacji i zmęczenia po wszystkim, co przeszła.

- To nic. Jedź już.

Wbiegła  do  domu  najszybciej  jak  mogła  i  zamknęła  za  sobą  drzwi  na  klucz.  Długo  jeszcze  stała,
nadsłuchując, aż spiął konia i odjechał galopem. Ziemia zadudniła pod kopytami.

Czy postąpiłam właściwie? zastanawiała się. Czy nie pomyliłam miłości z litością?

Było  tak,  jak  napisała:  nie  potrafiła  określić  swoich  uczuć  do  Mattiasa.  Był  mężczyzną,  którego
podziwiała,  darzyła  szacunkiem,  przy  którym  czuła  się  bezpiecznie.  Wiedziała,  że  kocha  jego
przymioty,  ale  czy  jego  samego?  On  nie  był  taki  jak  Andreas,  męski,  władczy  i  nieodparcie
pociągający.

A mimo wszystko to u Mattiasa szukała pomocy, pragnąc wyrwać się z więzienia namiętności, które

background image

tłumione przez wiele lat wybuchły niczym gwałtowny pożar. Poprosiła o to właśnie jego!

Czy dlatego, że jest szlachetny i wyrozumiały, że poznał już różne oblicza ludzkiej nędzy?

Czy dlatego, że nie obawiała się z jego strony drwin? Czy może dlatego, że naprawdę ją lubił?

Czy też może uczyniła to z miłości?

Nie wiedziała.

-  Boże,  dopomóż  mi,  nie  wiem,  czy  to  miłość  -  szepnęła.  -  Jeżeli  tak,  co  w  takim  razie  czułam  do
Andreasa? Skąd to pragnienie, żeby go chociaż zobaczyć? A dlaczego potem, gdy tylko zrozumiałam,
że jego myśli zajęte są inną, to pragnienie zgasło? Czy marząc o kontakcie z mężczyznami na początku
szukałam na ślepo? Może to nie było nic poza gorączką trawiącą ciało?

W takim razie uczucie, jakie żywiła do Mattiasa, było o wiele głębsze.

Gdyby tylko miała pewność!

- Mój Boże - szeptała. - Nigdy w życiu nie chciałabym wyrządzić krzywdy Mattiasowi. To najgorsze,
co mogłoby się stać!

104

ROZDZIAŁ IX

Jak się spodziewano, następnego dnia w porze obiadowej mieszkańcy Elistrand zostali wezwani do
Grastensholm.  Po  wyjściu  gospodarzy  Hilda  musiała  jeszcze  przez  jakiś  czas  zostać  w  domu,  by
pomóc  dzieciom  przy  jedzeniu  i  posiedzieć  chwilę  z  Jonasem.  Chłopiec  czuł  się  znacznie  lepiej  i
choć objawy odry jeszcze całkowicie nie ustąpiły, wyglądało na to, że środek Tengela skutkuje.

Wkrótce Hilda przekazała obowiązki służącym i co sił w nogach pobiegła do Grastensholm.

Już w wielkiej sieni dotarły do niej wzburzone głosy z salonu. Mattias, który usłyszał, że ktoś głośno
puka do drzwi wejściowych, wyszedł jej na spotkanie.

Nigdy jeszcze nie widziała go tak wstrząśniętym. Jego dobre oczy pociemniały z rozpaczy.

- Hildo, oskarżają mojego ojca! To podłe oszczerstwo, on nie jest złoczyńcą!

- Wiem, mój drogi. Nikt z nas w to nie wierzy. Ciebie także oskarżają, prawda?

- To nie ma żadnego znaczenia, wiem, że jestem niewinny i potrafię mówić za siebie. Ale ojciec jest
taki bezradny, nie umie bronić się przed napastliwym i podłym wójtem.

- Rozumiem.

background image

Wykonał gest, jakby chciał się do niej przytulić.

- Wiedziałaś o tym wczoraj, prawda?

Potwierdziła skinieniem głowy.

- Dlaczego nic nie powiedziałaś?

- Pan Kaleb chciał mieć trochę czasu, by przygotować argumenty na waszą obronę.

- Tak, spisuje się dzielnie, walczy jak lew, ale wójt jest bezlitosny. Dziękuję za list!

Zawstydzona spuściła głowę.

- Och, był okropny.

-  To  najpiękniejszy  list,  jaki  kiedykolwiek  dostałem.  Jest  prawdziwy  i  szczery!  Przez  pół  nocy  nie
spałem, pełen niewypowiedzianego szczęścia. Miałem tyle nadziei, takie wielkie plany na dzisiaj. I
oto  co  się  stało!  -  W  jego  głosie  brzmiała  gorycz.  -  Hildo...  czy  napisałaś  ten  list,  żeby...  mnie
pocieszyć?

105

- Nie, choć muszę przyznać, że gdybym nie wiedziała o oskarżeniu przeciw tobie i twemu ojcu, nigdy
bym  go  nie  napisała.  Chciałam,  byś  dokładnie  wiedział,  co  czuję  do  ciebie.  Albo  może  raczej
niedokładnie... w natłoku myśli i uczuć...

- Rozumiem cię, Hildo. Nie jesteś pewna. Ale ja jestem. My...

- Mattiasie! - dobiegło ich wołanie Arego. - Gdzie ty się podziewasz?

- Chodźmy - łagodnie powiedział Mattias do Hildy.

Weszli trzymając się za ręce. Nie była pewna, czy to on chce dać jej wsparcie, czy raczej szuka go u
niej. Prawdopodobnie jedno i drugie. Należeli do siebie.

To im dodawało sił.

W  salonie  był  także  Jesper,  blady  i  drżący  ze  strachu,  jak  gdyby  miał  przeciwko  sobie  cały  świat.
Hilda nie chciała na niego patrzeć. W myślach widziała go nadal z opuszczonymi spodniami.

Był tam również brat Augustyny córki Fryderyka i, rzecz jasna, cały wielki ród Ludzi Lodu.

Wójt kipiał gniewem.

- Mamy tu, jak widzę, także i córkę hycla - powiedział zjadliwie. - Zgromadzenie jest więc pełne. No
tak, urządziliście niezłą zabawę! Ale w końcu mam was, prawda wyszła na jaw!

background image

- Po raz setny powtarzam, panie wójcie - powiedziała Liv zmęczonym głosem - ani mój syn, ani wnuk
nie mają nic wspólnego z tymi ohydnymi mordami.

Po  raz  pierwszy  Hilda  widziała  baronową  tak  załamaną.  Liv  siedziała  skulona,  na  jej  twarzy
malowało  się  cierpienie.  Wydawało  się,  że  tego  ciosu,  który  spadł  na  jej  rodzinę,  nie  potrafi  już
znieść.

-  Ach  tak?  -  drwiąco  zapytał  wójt.  -  Dlaczego  więc  jeden  z  nich  odwiedził  madame  Svane  w
Christianii?

Irja była czerwona i zapłakana.

- Czy mój biedny mąż nigdy nie będzie miał spokoju? W jego życiu było tyle tragedii. A to ostatnie
oskarżenie jest tak wstrętne, że nie można go nawet słuchać. Ja chyba wiem najlepiej, że Tarald nie
ma nic wspólnego z tymi morderstwami!

-  A  wasz  syn?  -  odciął  się  wójt.  -  Służba  mówi,  że  on  chodzi  we  śnie.  A  może  wcale  nie  jest
lunatykiem? Może to świadome oszustwo, maskujące zwyrodniałe praktyki?

106

- Gdybyście znali Mattiasa Meidena, nie rzucalibyście takich haniebnych oskarżeń -

powiedział Brand. - To najwspanialszy człowiek, jakiego Bogu udało się stworzyć.

- No, nie przesadzajmy - mruknął Mattias.

- Może i tak być - wójt rozpoczął przemowę. - Ale ludzie składają się z dobra i zła. To, czego nie
widać w dziennym świetle, zbiera się gdzieś w mrocznej głębi i nocą zaczyna działać, wyzwalając
drugie zbrodnicze „ja”...

- O Boże! - westchnął Kaleb.

-  I...  -  Wójt  uniósł  palec  wskazujący.  -  Natrafiłem  na  jeszcze  jeden  ślad!  Kiedy  byłem  w  Lipowej
Alei, przechodziłem obok lamusa z odzieniem. I cóż tam dostrzegłem?

Aby wzmocnić wrażenie, zrobił długą pauzę.

- No i co zobaczyliście? - zapytał sucho Brand.

- Płaszcz z wilczej skóry! Olbrzymi, z kapturem!

- Boże, daj mi cierpliwość! - jęknął Are. - Toż to moje futro odziedziczone po ojcu Tengelu!

Czy  ono  też  ma  wziąć  udział  w  tej  historii?  Czy  chodzi  wam  o  wilkołaka?  Czy  to  jego  skóra  tam
wisiała? W takim razie wilkołak, który grasuje tu po nocach, jest na wpół zeżarty przez mole.

background image

Wójt zacisnął usta.

Sprawa utknęła w martwym punkcie.

Weszła służąca z wiadomością, że z jednej z okolicznych zagród przysłano po doktora.

Zachorowało dziecka.

- Znowu odra - westchnął Mattias. - No cóż, muszę iść. Ludzie tak lekkomyślnie postępują z dziećmi,
pozwalają im wstawać z łóżka zbyt wcześnie i następują powikłania. Nie możemy dopuścić do tego,
co  stało  się  w  Tonsberg,  gdzie  z  powodu  bezmyślności  dorosłych  zmarło  pięćdziesięcioro  dzieci.
Panie wójcie, czy zezwolicie, abym oddalił się stąd na jakiś czas?

Wójt  z  niechęcią  wyraził  zgodę.  Mattias  posłał  Hildzie  czułe  spojrzenie,  jakby  zapowiadając,  że
wkrótce znów się zobaczą, i wyszedł.

Bez niego zrobiło się w salonie jakoś dziwnie pusto, w każdym razie tak odczuła to Hilda.

Jesper nie mógł już dłużej wytrzymać napięcia.

- Ja nic nie zrobiłem - załkał, nie starając się nawet obetrzeć płynących z oczu łez. - Ja nic w ogóle
nie zrobiłem!

107

- Nikt cię o nic nie posądza - uspokajał go stary przyjaciel Brand. - Chcemy tylko się dowiedzieć,
czy czegoś nie zauważyłeś.

-  Co? A  co  miałbym  zauważyć?  On,  ten  tam,  co  nawet  porządnie  nie  umie  mówić  po  norwesku  -
powiedział wskazując na wójta - to głupek! Oskarża pana Taralda i pana Mattiasa! Żaden z nich tego
nie  zrobił,  mówię  wam,  panie  wójcie!  Bo  lepszych  gospodarzy  niż  na  Grastensholm  i  w  Lipowej
Alei nie ma, wszyscy to potwierdzą. Mój ojciec i matka pracowali tam przez całe życie, ojciec był
głównym stajennym, i nie zamieniliby się na żadne inne miejsce na świecie!

-  Wystawiłeś  nam  bardzo  piękne  świadectwo,  Jesperze  -  powiedziała  ciepło  Liv.  -  My  wszyscy
wiemy, że nikt z nas tego nie zrobił. Ktoś jednak posłużył się naszym nazwiskiem. .

- Dość tego próżnego gadania - przerwał wójt. - W ten sposób daleko nie zajedziemy.

Baronie Taraldzie Meiden, w imieniu prawa aresztuję was jako...

- Nie! - zawołała Irja. - Nie, nie możecie tego zrobić!

- Nie mogę? To mój obowiązek...

Wtedy  właśnie  Hildzie  zaświtał  w  głowie  desperacki  pomysł,  jak  przyczynić  się  do  rozwiązania
zagadki i pomóc Mattiasowi oraz jego ojcu. Pomysł był tak szalony, że gdyby zastanowiła się bodaj

background image

przez dwie sekundy, niczego by nie powiedziała.

-  Posłuchajcie  mnie,  moi  drodzy!  -  wykrzyknęła,  wszyscy  więc  spojrzeli  na  nią,  nawet  służący,
stojący przy drzwiach. I oto właśnie chodziło: aby jej słowa natychmiast rozniosły się po całej wsi. -
Przecież ja wiem, kto to zrobił! - zawołała z mocą.

Powstał ogromny rwetes, zaczęto się wzajemnie przekrzykiwać.

Hilda była bardzo zmieszana, ale dzielnie brnęła dalej:

- Nie, teraz nie mogę nic powiedzieć. Ale mam w domu dowód. Że też wcześniej na to nie wpadłam!

- Jaki dowód? - natarł na nią wójt.

- Nie, to nie jest nic konkretnego. Muszę to najpierw sprawdzić...

Dopiero teraz uświadomiła sobie, jaką burzę rozpętała swoimi słowami, i strach pochwycił ją w swe
szpony. Gdyby jednak nie zrobiła nic, wójt zabrałby pana Taralda, ojca ukochanego Mattiasa. A ten
wójt  bez  namysłu  chyba  osądzał  ludzi.  Chcąc  jak  najszybciej  zakończyć  całą  historię,  był  w  stanie
powiesić nawet bez wyroku.

108

Musiała więc kontynuować tę grę. Nie bardzo zdawała sobie sprawę, jak powinny potoczyć się dalej
wydarzenia,  nie  wątpiła  jednak,  że  pomysł  sam  w  sobie  jest  dobry.  Jedyną  jego  wadą  było  to,  że
narażała się na niebezpieczeństwo.

- Muszę iść do domu - powiedziała ze śmiertelnym lękiem w sercu. - Ale jeszcze nie teraz.

Obiecałam, że po południu posiedzę z chorym Jonasem. Mogę pójść wieczorem...

- Dzisiaj będzie pełnia - cicho powiedział Andreas.

- Wiem o tym, ale nic na to nie poradzę. Nie wierzę w wilkołaki.

- Ale przecież sama go widziałaś - powiedziała Liv.

- To musiało być coś innego. Czy mogę pomówić z panem Kalebem na osobności?

- I ze mną, jeśli łaska - wtrącił wójt.

- Chętnie. I z panem Andreasem. Czy możemy przejść do innego pokoju?

Przeszli do sąsiedniego pomieszczenia i tam Hilda powiedziała:

- Muszę znaleźć to, co jest w domu. To nie jest żadna rzecz, nic, co bezpośrednio doprowadzi nas do
winnego, ale gdybym to zdobyła i połączyła z tym, co mam w pamięci, wiedziałabym wszystko. Czy

background image

brzmi to bardzo zawile?

- Tak - odparł Kaleb. - Ale rozumiem, o co ci chodzi.

- Strasznie to zagmatwane - mruknął wójt. - Możemy chyba iść tam bez ciebie?

- Nie, to niemożliwe, właśnie przed chwilą wyjaśniałam. Sądzę jednak, że jeżeli wszyscy we wsi się
dowiedzą, że mam zamiar udać się wieczorem do domu, to będziemy mogli pojmać winnego.

- Dobry Boże, Hildo, nie możesz tak się narażać

- Umyśliłam sobie, że będziecie czuwali wzdłuż drogi...

- Nie! - zdecydowanie sprzeciwił się Andreas. - To zbyt ryzykowne! Mattias nigdy w życiu się na to
nie zgodzi.

- Mattias o niczym nie będzie wiedział.

- O, on musi się dowiedzieć - obruszył się wójt. - On jest najbardziej podejrzany, a jeśli uda się go
złapać na gorącym uczynku...

109

- Och, przestań gadać! - wybuchnął Andreas, który nie mógł już słuchać bzdurnych oskarżeń wójta. -
Mattias nie potrafi nikogo skrzywdzić. Hildo, twoja propozycja jest wspaniała, ale nie mamy dosyć
ludzi, by ich ustawić w całej okolicy, jeżeli wszyscy są podejrzani.

- Mogę sprowadzić moich ludzi - szybko zdecydował wójt. - I zgadzam się odłożyć zatrzymanie pana
Taralda do wieczora, jeżeli Hilda podejmie się roli przynęty.

- Nie, nie i jeszcze raz nie! - sprzeciwił się Kaleb. - Jeżeli coś jej się stanie, Mattias nigdy nam tego
nie wybaczy.

- My sami sobie nie wybaczymy - stwierdził Andreas.

- Musimy jednak położyć kres tym strasznym podejrzeniom - powiedziała Hilda. - Przyznaję, że ten
pomysł  mnie  samą  przeraża,  zwłaszcza  historia  z  wilkołakiem,  jednak  nie  możemy  zrobić  tego  za
dnia.  Z  drogi  wszystko  widać  zbyt  dobrze. Ale  w  ciemności...  Jeśli  postawicie  ludzi  w  zbożu  i  w
lesie, i koło zagrody... Musi ich być wielu! Ale przecież nie ma aż tylu...

- Mogę ściągnąć tu dziesięciu mężczyzn z sąsiedniej wioski - skwapliwie zadeklarował

wójt. - I jeśli wy dwaj... pan Brand i pan Are...

- Nie, dziadek nie - zaprotestował Andreas. - On jest za stary. Może Jesper?

- Nie, oszalałeś? - obruszył się Kaleb. - Narobi w portki ze strachu. Ale możemy poprosić pastora,

background image

nie powinien odmówić.

- I kościelnego - dodała Hilda. - Tak, to chyba wystarczy.

Nagle zorientowali się, że już planują wieczorną akcję. Popatrzyli na siebie z przerażeniem.

Hilda drżała na całym ciele.

- Będziemy blisko ciebie, Hildo - obiecał Andreas. - Nawet mysz nie zdoła się prześlizgnąć.

- Zastanawiam się - powiedział Kaleb - czy ktoś nie powinien iść za nią przez cały czas.

- To niemożliwe, noc nie jest aż tak ciemna.

- Macie rację, ale powinniśmy chyba być uzbrojeni?

- Oczywiście - zgodził się wójt. - Byle tylko nie znalazł się wśród nas ktoś, kto lubi sobie postrzelać
i użyje broni, jak tylko coś poruszy się w krzakach.

- Musimy ostrzec wszystkich jak najsurowiej.

- Ja stanę przy zagrodzie - zdecydował Andreas. - Tam przypuszczalnie będzie najtrudniej.

- Och, dziękuję! - Hildzie odrobinę ulżyło. - Że też wymyśliłam coś takiego!

110

- Chcesz się wycofać? - szybko zapytał Andreas, jakby czytając w jej myślach.

- Wycofać się? Chcę uwolnić od podejrzeń Mattiasa i jego ojca. Wszystko inne jest nieistotne.

Kaleb powiedział w zamyśleniu:

- Wiecie, moglibyśmy posłać kogoś zamiast Hildy. Ja jestem chyba za wysoki, ale Mattias...

- Wykluczone! - sprzeciwił się wójt. - Po pierwsze, on sam jest podejrzany, a po drugie, Hilda ma
znaleźć dowód, prawda?

-  Tak,  oczywiście  -  przytaknęła  pospiesznie,  choć  bliska  była  już  przyznania,  że  żaden  dowód  nie
istnieje.

- Ja i moi ludzie będziemy pilnować lasu - zdecydował wójt. - Tam musimy ustawić się szczególnie
gęsto.

Kaleb przyznał mu rację.

- A ja ułożę się na polu żyta. Brand też może to zrobić, ale potrzeba nam jeszcze kogoś.

background image

Weźmiemy paru waszych ludzi.

- Pastor dopilnuje okolicy kościoła - powiedział Andreas. - Tam jest sporo mrocznych miejsc.

I  kościelny  niech  czuwa  gdzieś  w  pobliżu.  Ale  to  i  tak  za  mało...  Już  wiem!  Przecież  tak  wielu
chłopów  trzymało  straż,  chowając  w  zanadrzu  srebrne  kule.  Możemy  wybrać  spomiędzy  nich
najbardziej gorliwych i prosić, by obstawili równinę.

-  Czy  to  słuszne?  -  wójt  miał  wątpliwości.  -  Jeden  z  nich  może  okazać  się  winny  albo  też  zaczną
strzelać do wszystkiego, co się rusza.

- Andreasie, ty dobrze znasz okolicznych mieszkańców - powiedział Kaleb. - Wybierz pięciu, sześciu
najbardziej rozumnych.

- Dobrze.

- Ale nie wolno angażować nikogo więcej!

Zakończono  planowanie.  Ustalono  jeszcze,  że  Hilda  wyruszy  koło  dziewiątej,  kiedy  już  będzie
ciemno.

Rodzina była wzburzona.

- Cóż to za pomysł! - gorączkowała się Gabriella. - Puszczać dziewczynę samą po nocy!

- Hilda da sobie radę - powiedział Kaleb. - Weźmie nóż.

111

Nawet  najbliższych  nie  wprowadzili  w  szczegóły  planu.  Nikt  nie  mógł  wiedzieć  o  strażach,  które
będą czuwać nad Hildą.

Zaczęli rozchodzić się do domów, do Elistrand i Lipowej Alei, a wójt pojechał zebrać swoich ludzi.
Mattias nie wrócił jeszcze, z czego wszyscy, oprócz Hildy, byli zadowoleni. Kiedy wróci, dowie się
o akcji, nie zdąży jednak jej odwołać.

Popołudnie  było  dla  Hildy  nieustającym  pasmem  udręki.  Tysiąc  razy  zdążyła  pożałować  swojego
pomysłu; wielokrotnie zdecydowana była iść do Kaleba i odwołać całą akcję.

Nie uczyniła tego jednak przez wzgląd na Mattiasa i jego ojca.

Gdyby  tylko  mogła  pomówić  z  Mattiasem!  Gdyby  mógł  jej  towarzyszyć!  Potrzebowała  go  bardziej
niż kiedykolwiek, ale odra grasowała w parafii i Mattias zajęty był przy chorych dzieciach.

Siedziała  przy  łóżku  Jonasa,  ocierała  mu  pot  z  czoła,  wypatrując  dobrze  znanej  wysypki,  która  na
razie jeszcze się nie pojawiła. Mattias prosił, by zwróciła uwagę, czy chłopca nie bolą uszy, a jeśli
kaszel by się wzmógł, miała go wezwać.

background image

Wydawało się jednak, że Jonas urobiony jest z wyjątkowo odpornej materii.

U jednej z dziewczynek zaczęły pojawiać się oznaki zarażenia. Gabriella siedziała więc przy niej i
pilnowała, by mała wstając z łóżka nie zmarzła.

Zaszło słońce.

Hildę oblewały zimne poty. Jak mogła wymyślić coś tak głupiego?

Andreas  wyruszył  już  dawno  temu,  teraz  do  drogi  przygotowywał  się  Kaleb.  Gabriella  dopytywała
się, dokąd wychodzi, ale on odparł wymijająco:

- Idę pogadać z Andreasem.

- Przecież rozmawialiście przez cały dzień!

- Jakoś nie możemy się nagadać.

Eli miała oczy szeroko otwarte; czuła, że coś się szykuje.

- Mogę z tobą iść, Hildo.

Dobry Boże, gdyby naprawdę mogła, pomyślała Hilda.

- Nie, tobie nie wolno.

112

- Dlaczego?

- Twoi rodzice nigdy by się na to nie zgodzili.

- Ale tobie pozwalają iść samej?

- Prosiłam o to. Zajmiesz się Jonasem wieczorem?

- Tak, tak. Co wy zamierzacie?

- Czy my coś zamierzamy?

- Jasne! Ojciec jest taki tajemniczy, a matka gniewa się, że nic nie chce jej powiedzieć.

- Nie, nie wiem, co by to mogło być. Eli...

- Tak?

- Jeżeli... jeśli Mattias przyjdzie tu dzisiaj...

background image

- To co?

- Powiedz mu, dokąd poszłam.

- Oczywiście!

Tu  nastąpił  pierwszy  wyłom  w  murze  tajemnicy.  Miała  nikomu  nie  mówić,  zwłaszcza  Mattiasowi.
Ale gdyby przybył, nim ona dojdzie do kościoła, gdyby pojechał za nią jak najszybciej...

O Boże, jakie by to było wspaniałe!

Eli zeszła na wieczerzę. Jonas zasnął.

Hilda  podeszła  do  okna,  wyjrzała.  Niebo  było  przesłonięte  chmurami,  prześwitywał  zza  nich  zarys
księżyca. Chmur jednak było tak dużo, że na ziemię nie docierała jego poświata.

Zapowiadała się ciemna noc, a nie ma nic mroczniejszego od sierpniowej nocy.

Wysoko  w  lesie  rozległo  się  wycie  psa  -  głęboki  ton,  jak  gdyby  obwieszczający,  że  nie  jest  to
zwyczajne zwierzę.

113

ROZDZIAŁ X

Zegar  na  dole  w  sieni  wybił  z  trudem  jedenaście  uderzeń.  Hilda  wiedziała,  że  jest  dziewiąta,
mechanizm bowiem od dawna szwankował. Mattias się nie pokazał.

Gabriella  nadal  siedziała  w  sypialni  dziewczynek.  Hilda  wezwała  więc  Eli,  by  zastąpiła  ją  przy
Jonasie.

Dom sprawiał wrażenie opustoszałego, służba w większości zakończyła już pracę.

Drżącymi  dłońmi  Hilda  owinęła  szal  wokół  głowy  i  ramion  i  związała  go  w  pasie.  Po  cichu
odmówiła krótką modlitwę i wymknęła się z domu.

Nigdy jeszcze serce nie biło jej tak mocno. Wydawało się, że zaraz wyskoczy z piersi.

Mężczyźni na pewno są na swoich miejscach, powtarzała w myślach.

Pierwszy miał leżeć już tu, koło dworu, ze strzelbą załadowaną srebrną kulą.

Nie ma się czego bać, wmawiała sobie. Andreas i Kaleb wszystko starannie zaplanowali.

Zabrali ze sobą nawet baryłkę piwa dla strażników, na wypadek gdyby czekanie miało się wydłużyć.
To przecież brzmiało tak zwyczajnie...

Ona  miała  postarać  się,  by  nie  tkwili  w  ukryciu  zbyt  długo;  dojść  do  zagrody  i  wrócić  szybko  jak

background image

nigdy dotąd.

Niebo było teraz tak zachmurzone, że straciła orientację, gdzie znajduje się księżyc. Może jeszcze się
nie wyłonił. Nie, dobrze wiedziała, że od dawna jest na niebie.

One...  pokazywały  się  tylko  podczas  pełni  księżyca...  Czy  księżyc  nie  musiał  być  widoczny,  by
wyszły z ukrycia?

Taką miała nadzieję.

Wyżej, za kościołem, dostrzegła czarną ścianę lasu.

Zawrócę do dworu, nie zniosę tego, myślała.

Głupstwa, czy jest się czego bać? Czy nie mieszkałam w domu pod lasem przez całe życie?

Miałabym bać się pójść tam teraz, ten jeden jedyny raz?

Hilda na moment przymknęła oczy, zebrała siły i rozpoczęła swą trudną wędrówkę.

Stąpała niepewnie. Gdyby chociaż miała świecę lub pochodnię!

114

Matko, myślała. Matko, spójrz teraz na swą córkę. Zawsze byłaś dla mnie taka dobra.

Dlaczego musiałaś umrzeć tak młodo? Dlaczego najpierw odchodzą ci dobrzy, a mniej wartościowi
zostają?

Kiedy opuściła dwór Elistrand i skierowała się ku kościołowi, znów była Hildą córką hycla, znów
sama przeciwko całemu światu, bez przyjaciół.

Teraz czuła się samotna bardziej niż kiedykolwiek.

Mattias nie przyszedł, nie powstrzymał biegu wydarzeń. A ona mu tak bezgranicznie ufała!

Wierzyła, że bardzo by się rozgniewał, nie pozwolił, by narażała się na takie niebezpieczeństwo.

Ale on nic nie zrobił! Może jeszcze nie wiedział?

Już  musiała  minąć  pierwszego  ze  swych  strażników.  Gdzie  mógł  być  następny?  Jaka  odległość  ich
dzieliła? Gdyby mogli dać jej choć maleńki znak! A jeżeli ich tu nie ma? Jeśli nie ma nikogo wzdłuż
całej drogi?

Przez takie myśli omal nie wpadła w panikę. Wyobraziła sobie całą długą drogę aż do lasu. I nikogo,
nikogusieńko. Tylko ona i...

Cały plan opierał się na założeniu, że pochwycą człowieka. A jeśli to nie był człowiek?

background image

W jakim tempie potoczą się wówczas wydarzenia? Czy strażnicy odważą się wyjść z ukrycia? Czy
nie zaczną uciekać?

Srebrna  kula?  A  jeśli  nie  trafią  tą  jedną  kulą,  którą  mają?  Jeśli  nie  będą  strzelać  w  obawie,  że
spudłują? Nie, to mało prawdopodobne! Usiłowała zapanować nad myślami.

Bezwiednie zatrzymała się na wąskiej ścieżce. Jeszcze nie było za późno, by zawrócić.

Ale ci wszyscy mężczyźni, którzy leżą wzdłuż drogi... Czy mają tkwić tak przez całą noc i czekać na
nią na próżno?

Ruszyła przed siebie.

Kościół już niedaleko. Czy naprawdę postawili pastora na posterunku? Powątpiewała. Nowy pastor
nie był ani szczególnie uczynny, ani bezinteresowny, miał zbyt wysokie mniemanie o sobie i swojej
godności. Na pewno nie zgodził się stać na straży przez cały wieczór.

Mur cmentarny... Pospiesznie przemknęła wzdłuż niego, zerkając ukradkiem na cmentarz.

Czy tam przypadkiem ktoś nie stoi?

Serce zaczęło uderzać jej szybciej.

115

Nie, to tylko nagrobek.

Najgorsze, że nawet jeżeli dostrzeże któregoś ze strażników stojących wzdłuż drogi, wcale nie będzie
spokojniejsza. Nie może przecież wiedzieć, czy to opiekun, czy też ktoś, kto nie życzy jej dobrze...

Kaleb powiedział, że cała wieś zna już jej zamiary. Musiał więc znać je także zbrodniarz.

Minęła kościół.

Pierwszy odcinek za nią, ale ten był najłatwiejszy.

Daleko stąd Eli i Gabriella siedziały w cudownym, ciepłym domu, za zamkniętymi drzwiami.

Nikt nie mógł się do nich wedrzeć.

Gdyby mogła być z nimi!

Szła kościelną aleją. Po obu stronach rosły wielkie drzewa o pniach tak grubych, że mógł się za nimi
ukryć człowiek. A jeśli coś skoczy na nią z góry?

Uśmiechnęła się lekko. Przecież wilki nie chodzą po drzewach.

background image

No tak, zwyczajne wilki nie...

Przyspieszyła  kroku.  Za  każdym  drzewem,  za  każdym  drzewem,  powtarzała  w  myślach.  Za  każdym
drzewem może ktoś stać...

Po obu stronach alei rozciągały się rozległe, otwarte pola. Ale coś, co porusza się skokami, mogło
szybko przebyć równinę...

Czy w alei nie powinien ktoś czuwać? Może zapomnieli?

Nareszcie jest na gościńcu. Dzięki ci, dobry Boże! Ale najgorsze jeszcze przede mną. Miej mnie w
swej opiece!

Wiedziała,  że  w  miejscu,  gdzie  bierze  początek  rów  biegnący  między  polami  żyta,  jest  kolejny
posterunek, dlatego przeszła tamtędy spokojnie.

A jeżeli strażnika tu nie było?

Nie, nie może teraz dopuszczać do siebie takich myśli.

Kiedy przebyła trudny odcinek przy kościele, opanowała się nieco. Była jak statek, który wypłynął na
spokojniejsze  wody.  W  pobliżu  ktoś  nad  nią  czuwał,  przynajmniej  taką  miała  nadzieję,  a  teren
sprawił, że widoczność była lepsza.

116

Wioska wydawała się taka spokojna. Wszyscy siedzieli w domach, była przecież pełnia.

Co, na litość boską, ona robi tutaj o tej porze? Dlaczego nie siedzi w ciepłym, przytulnym Elistrand,
gawędząc z Eli i Gabriellą?

Sierpniowy  wieczór  był  chłodny,  ale  nie  z  tego  powodu  drżała  na  całym  ciele  i  szczękała  zębami.
Niedługo minie już rozstaje.

Gdyby chociaż mogła zawołać strażnika, leżącego przy drodze, dostrzec jakikolwiek znak!

Nie, nie wolno jej uczynić nic takiego!

Teraz czeka ją upiorny kawałek wzdłuż rowu między wysokimi łanami zboża. Z żyta w każdej chwili
może  coś  wyskoczyć.  Nikt  nie  zdoła  na  czas  powstrzymać  potwora  o  ludzkim  czy  zwierzęcym
obliczu. Ale tu właśnie miało czuwać wielu mężczyzn.

Na razie nie zauważyła ani jednego.

Najbardziej przerażała ją myśl, że w ogóle mogło nie być tu nikogo.

Ale przecież obiecali, na pewno więc tu są. Niedaleko. Pocieszała się jak mogła.

background image

Starała się ze wszystkich sił nie myśleć nad tym, co robi na pustkowiu w tę chłodną bezksiężycową
noc. Wróciła więc myślą do lat, które minęły, i zdumiała się, że tak łatwo przyszło jej zacząć żyć „po
ludzku”...

Ten  dzień,  kiedy  Andreas  z  Mattiasem  przybyli  do  zagrody...  Czy  nie  przypominała  wówczas
dzikiego zwierzątka? Chowała się, zasłaniała twarz, lękała się z nimi rozmawiać...

Łagodna życzliwość mężczyzn dodała jej odwagi i chęci życia. Cała wielka rodzina przyjęła ją tak
naturalnie, z taką serdecznością i wyrozumiałością, że odważyła się wyjrzeć ze swej skorupki. Teraz
już  nie  wyobrażała  sobie  powrotu  do  dawnego  życia.  Była  człowiekiem  tak  jak  wszyscy  inni
mieszkańcy parafii, odzyskała godność i szacunek dla samej siebie.

Nie  można  zaprzeczyć,  że  o  przełomie  zadecydowała  śmierć  ojca.  Z  trudem  przychodziło  uznanie
tego faktu, ale taka była prawda.

Czy  rzeczywiście  lepiej  by  mu  było  beze  mnie?  Czy  sprowadziłby  do  domu  kobietę?  Jeśli  tak,  to
zmarnowałam szesnaście lat.

Nie, wiedziała, że się mylił. Trudno im było razem, ale dobrze pamięta ten dzień, kiedy leżała chora.
Jaki był rozzłoszczony, nie potrafił nawet sam wziąć sobie jedzenia, cały czas narzekał, że taki jest
biedny. Użalał się, że siedzi głodny, że nikt nie ściele mu łóżka, dom wygląda jakby przeszedł przez
niego huragan...

Nie,  sam  by  sobie  nie  dał  rady.  Szybko  zacząłby  zaglądać  do  kieliszka,  nic  by  nie  jadł.  A  ona
obiecała matce.

117

Hildzie  nigdy  nie  przyszło  do  głowy,  by  winić  matkę  za  zmarnowaną  młodość,  chociaż  miałaby  do
tego prawo. Matka była jednak dla niej święta.

Nagle  serce  jej  zamarło.  W  życie  coś  zaszeleściło.  Przerażona  spojrzała  w  tamtym  kierunku,  ale
niczego nie dostrzegła. Przez chwilę stała skulona, jakby chciała skryć się pod ziemią, ale ponieważ
dźwięk się nie powtórzył, znów ruszyła. Nieświadomie przyspieszyła kroku.

Jej oczy przywykły do ciemności. Rozróżniała już drzewa, krzewy i głazy. Na początku potykała się,
szła po omacku. Teraz stąpała coraz pewniej. Od czasu do czasu obsunęła jej się noga na stromym
brzegu rowu, ale ścieżynka między polem a rowem była sucha, łatwa do pokonania.

Najbardziej dokuczała jej myśl, że Mattias się nie pokazał. Wszyscy we wsi wiedzieli, że wybierała
się do zagrody, żeby odnaleźć dowód zbrodni. Musiał więc i on o tym słyszeć, niezależnie od tego,
gdzie akurat odwiedzał chorych. Powinien był natychmiast przybyć, by wyciągnąć ją z tej zasadzki,
którą sobie sama przygotowała.

Nie zrobił nic.

Znów przystanęła.

background image

Cóż to za dźwięk?

Akurat w tym momencie stuknęła butem o kamień i trochę zagłuszyła tamten dźwięk, ale...

To brzmiało jak krótkie warknięcie lub szczeknięcie i dobiegło gdzieś od strony lasu...

Choć  wytężała  słuch,  niczego  więcej  nie  wychwyciła.  Las  był  cichy  jak  nigdy,  nawet  najlżejszy
wietrzyk nie szumiał w wierzchołkach świerków.

Czy krajobraz może być taki nieruchomy?

Nagle  nieco  się  rozjaśniło.  Hilda  dostrzegła,  że  w  warstwie  chmur  pojawiły  się  szczeliny,  przez
które prześwitywał księżyc - słabo, tajemniczo, jak przez welon z mgły.

Światło wcale jej nie uspokoiło. Jeśli ona mogła lepiej widzieć, sama także była bardziej widoczna.
W ciemności łatwiej się ukryć.

Uderzyła ją jeszcze jedna myśl: a jeżeli ci doskonali strzelcy, czy jak tam zwać tych niewidzialnych
mężczyzn, dadzą się ponieść nerwom? Strzelą do niej, myśląc, że celują w wilkołaka?

Zapragnęła, by księżyc znów się schował.

A może powinna śpiewać, żeby słyszeli, kto idzie? Niestety, nie umówili się wcześniej. W

ogóle co za pomysły lęgną się w jej skołatanej głowie? Jeśli dla wszystkich będzie jasne, 118

gdzie  ona  znajduje  się  w  danym  momencie,  będzie  to  jasne  także  dla  tego,  który  wiedzieć  nie
powinien...

Dlaczego Mattias nie przyszedł?

Teraz wyraźnie rysowała się przed nią ciemna ściana lasu. Tu byli ludzie wójta. Miała nadzieję, że
są cierpliwi i uważni, że można im zaufać. Zaczynał się bowiem najgorszy odcinek.

Na początku szła skrajem lasu. Tak było bezpieczniej, w krytycznej sytuacji mogła wybiec na otwarte
pole. Jeśli by zdążyła...

Potem jednak droga skręcała w las, by później znów wyjść na brzeg zarośli. Tam ścieżka łączyła się
z główną drogą, prowadzącą do domu, dużo dłuższą i bardziej krętą. Droga wiodła skrajem lasu aż
do furtki.

Najbardziej bała się tego odcinka drogi, na którym las rósł po obu stronach.

Dalej, już koło zagrody, był Andreas. Ta myśl dodała jej otuchy. W zbożu leżał ukryty Kaleb, ale nie
zdradził swojej obecności.

Przecież ona jeszcze musi wrócić tą samą drogą!

background image

Jeśli zajdzie aż tak daleko...

O, tutaj siedziała razem z Mattiasem na ukwieconej łące, prowadząc nadzwyczaj intymną rozmowę.
Gdzie teraz podziały się kwiaty?

Może te jaśniejsze, szarawe plamki, które gdzieniegdzie dostrzegała, to stokrotki?

Jakże  wstrząśnięta  była  jego  pytaniami!  Na  przykład  o  to,  co  czuła,  gdy  jako  dorosła  kobieta  przez
całe lata nikogo nie widywała. I jak zmysłowa mu się wydawała. Tak, to prawda, nagromadziła w
sobie wiele nie spełnionych uczuć, a one przerodziły się w potrzebę kochania kogoś w podwójnym
rozumieniu tego słowa. On wtedy powiedział, że jest w niej zakochany. Nie uwierzyła mu wówczas i
nawet teraz wątpiła! Dlaczego nie przyszedł? A może tak jak inni trzymał straż gdzieś po drodze?

Nie, to niemożliwe, Mattias nigdy by nie zostawił jej samej w tak dramatycznej sytuacji.

Jeżeli ją kochał...

W jaki sposób tylu mężczyzn mogło zachowywać się tak bezgłośnie? Czy naprawdę tu byli?

Znów strach pochwycił ją w swoje szpony. Przytłaczała ją jedna natrętna, koszmarna myśl: oszukali
mnie. Jestem całkiem sama, sama w środku lasu. Wszyscy porządni ludzie właśnie 119

kładą się spać, starannie uprzednio zamknąwszy swe domostwa. Tylko ja jedna jestem poza domem.
Ja i jeszcze ktoś...

Który  z  domów  leży  najbliżej,  zapytała  sama  siebie  na  wypadek,  gdyby  musiała  uciekać  przed
tajemniczym  prześladowcą.  Lipowa  Aleja?  Chyba  tak,  jeśli  przebiegnie  przez  polanę,  na  której
Andreas odkopał zwłoki. Czy może chata Jespera wyżej, w lesie? Nie, tam przecież nikogo nie ma.
Jesper przeniósł się w bezpieczne miejsce, na Grastensholm.

Grastensholm także leżało niedaleko, ale wiodąca tam droga była bardziej uciążliwa.

Będzie musiała kierować się na Lipową Aleję.

Choć i tak nie zdąży tam dotrzeć, dobrze o tym wiedziała. Przed człowiekiem, być może, zdołałaby
umknąć. Ale pamiętała straszne, poruszające się długimi susami zwierzę w jałowcach koło Elistrand.
Przed nim nigdy nie ucieknie.

Hilda  raz  jeszcze  zatrzymała  się,  nim  weszła  w  czeluść  lasu.  Kilkakrotnie  odetchnęła,  by  uspokoić
oszalałe serce.

Przez szesnaście lat mieszkała w domu pod lasem. I las był jej domem. A teraz była tak przerażona,
jak gdyby wstępowała w otchłań.

Z mocno bijącym sercem, w każdej chwili gotowa do ucieczki, zagłębiła się w las.

Wśród drzew było całkiem ciemno, ale ona znała ścieżkę, bardziej ją wyczuwała niż widziała.

background image

Panowała  tu  grobowa  cisza.  Trzask  spadającej  na  ziemię  złamanej  gałązki  wydawał  się  strzałem
armatnim. Musiała użyć całej siły woli, by zmusić nogi do posłuszeństwa.

Czuła,  że  jej  ciało  niemal  zdrętwiało  ze  strachu.  Wyciągnięte  ręce  odstawały  od  boków,  skóra
składała  się  z  samych  odsłoniętych  nerwów,  a  kark  miała  tak  sztywny,  że  nie  mogła  ruszyć  głową,
tylko w myślach huczało: gdzie jesteście? Powiedzcie, gdzie jesteście?

Powiedzcie, że w ogóle jesteście! Że nie jestem sama!

Czy coś nie poruszyło się w głębi lasu?

Jeśli tak, to może jeden ze strażników?

Droga przez las wydawała się nie mieć końca. Czy zboczyła ze ścieżki i zabłądziła?

Nie, chyba widziała przed sobą prześwit.

Przeszła. Najgorszy odcinek już za nią.

120

A  może  zbrodniarz  o  niczym  nie  słyszał  i  wcale  go  tu  nie  ma?  I  przejdzie  całą  drogę  tam  i  z
powrotem, a on się nie pokaże? To była pocieszająca myśl.

W ciemności rozróżniła furtkę. Uznała, że w pobliżu powinien ktoś leżeć, bo po jednej stronie rosło
kilka wielkich brzóz.

Zdjęła  dwa  drągi  i  wspięła  się  po  pozostałych.  Tamtych  dwu  nie  założyła  na  miejsce  na  wypadek,
gdyby w powrotnej drodze musiała się spieszyć...

Jeszcze ten kawałeczek pod górę.

Było  tu  dużo  otwartej  przestrzeni  i  w  pobliżu  nikt  i  nic  nie  mogło  się  ukryć.  Ale  oczy  mogły  ją
śledzić; oczy, które w ciemności widzą lepiej niż ona.

Znajdowała  się  już  na  małym,  tak  dobrze  jej  znanym  podwórku.  Te  niezliczone  zimowe  wieczory,
kiedy  przechodziła  tędy,  by  wydoić  krowę.  Równie  ciemne  zimowe  poranki...  Czy  wtedy  się  nie
bała? A może tak? Może już wówczas nieobcy był jej strach? Nie mogła sobie przypomnieć.

Tu powinien być Andreas. Nie określił dokładnie miejsca, ale gdzieś tu miał się schować.

Och, Boże, niechże on się jakoś odezwie! Muszę poczuć obecność drugiego człowieka, usłyszeć głos,
choćby najcichszy szept.

Czuła, jak krew pulsuje jej w żyłach.

Dom... musi wejść do środka, by przeprowadzić plan do końca. Przecież przyszła po to, żeby zabrać

background image

coś z domu. Musi więc to zrobić. Nikt nie może nic podejrzewać.

Zaczęła  mocować  się  z  zamkiem.  Andreasie,  odezwij  się!  Pokaż,  że  tu  jesteś,  daj  choć  mały,
najmniejszy znak!

Odpowiedziała jej głucha cisza.

Zamek wyłamany! Ktoś musiał otworzyć drzwi!

Nie,  tego  nie  zrobi!  Nie  wejdzie  teraz  do  środka,  kiedy  tam  może  się  ktoś  ukrywać,  stać  za
drzwiami... Będą musieli ją zrozumieć.

Ze  strachu  zrobiło  się  jej  słabo.  Może  szeptem  zawołać  Andreasa?  Nie,  po  co?  Jeżeli  ktoś  jest
wewnątrz, Andreas musi chyba o tym wiedzieć? Przypuszczała, że zajęli swoje posterunki już dawno,
wiele godzin temu, ale pewności nie miała.

Tu niedaleko jest Andreas, myślała, starając się uspokoić oddech. Ujęła w dłoń długi, płaski kamień,
którym  zwykle  oskrobywała  buty  po  powrocie  z  obory.  Tak  uzbrojona  wolniutko  pchnęła  drzwi,
najpierw górną połowę, potem dolną.

121

Maleńka sionka. Już unosi się tu zapach taki, jak w domach, w których nikt nie mieszka.

Niskie drzwi do izby...

Czuć było stęchlizną! Ale czy jest tu jeszcze inny, obcy zapach? Zapach człowieka? Lub też... ostry
zapach drapieżnika? Nie czuła niczego.

Nie było czasu, by zapalać łuczywo. Będzie musiała udawać, że szuka w ciemnościach.

Zaskrzypiały  drzwi  prowadzące  do  komory.  Przez  długą,  długą  chwilę  Hilda  stała  nieruchomo,  w
głowie kłębiły się wspomnienia. Ciało ojca, chybotliwie zwisające z belki w powale...

A jeżeli ktoś ukrył się właśnie tam?

Nie  mogła  już  dłużej  znieść  napięcia.  Pomyszkowała  jeszcze  chwilę  na  półkach  pod  powałą  i  w
szafie. Starała się wyjść z domu spokojnie i dostojnie; w rzeczywistości jednak popędziła jak strzała.

Wyjście na otwartą przestrzeń przyniosło jej ulgę. Połowę zadania miała za sobą, teraz pozostawał
jeszcze powrót tą samą drogą.

Żadnego znaku od Andreasa. Mógłby chociaż pisnąć.

Nie, oczywiste, że nie mógł. Niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło. Wprost przeciwnie.

Z  powrotem  tą  samą  drogą...  Ale  Hilda  była  już  spokojniejsza.  Wszystko  jak  dotąd  toczyło  się

background image

pomyślnie. Teraz też będzie dobrze, na pewno!

Wspięła się po furtce i położyła na miejsce dwa zdjęte wcześniej drągi. Zawsze to jakaś przeszkoda
dla tego, kto ewentualnie posuwa się jej śladem.

Kiedy oddaliła się już od płotu, przyszło jej do głowy, że źle zrobiła. Gdyby ktoś napadł ją tu, niżej,
a Andreas biegłby na pomoc, furtka utrudniałaby mu pościg.

Nie, już nie zawróci.

Droga, którą miała teraz przed sobą, wcale nie wydawała jej się długa. Jeszcze tylko przejść przez
las...

Zatrzymała się gwałtownie.

Bo naprawdę coś usłyszała, coś w lesie, z lewej strony. Coś wielkiego, co szło po cichu.

Czy ma zawrócić? Wzywać Andreasa?

To na pewno łoś. W tych lasach pełno było łosi.

122

Z wysiłkiem przełknęła ślinę i ruszyła dalej. Znów zapadła cisza.

Ponownie  wyrosła  przed  nią  wysoka  ściana  lasu.  Czekał  ją  odcinek,  którego  obawiała  się
najbardziej.

Czy  teraz  nie  jest  ciemniej?  Tak,  na  pewno.  Wśród  drzew  nie  widziała  dalej  niż  na  wyciągnięcie
ręki.

Najlepiej przejść tędy jak najszybciej!

I znów chwycił ją lęk, że jest sama. To śmieszne, przecież mężczyźni mieli zachowywać się cichutko
jak myszki, tak by nikt nie domyślił się ich obecności.

I tak właśnie było, ukryli się tak doskonale, że nawet ona nie mogła ich zauważyć.

No tak! Stało się! Zboczyła ze ścieżki! Przed sobą miała gęstwinę krzewów. Teraz z powrotem, ale
jak daleko?

Gdzie się znajduje? I gdzie jest ta ścieżka?

Posuwała  się  po  omacku,  a  strach  coraz  mocniej  zaciskał  pętlę  na  jej  szyi.  Czy  to  tędy  szła  przed
chwilą? Nie, zdecydowanie nie! Chyba jednak odnalazła ścieżkę...

Zrobiła  jeszcze  parę  kroków  i  potknęła  się  o  coś  miękkiego,  co  się  przesunęło.  Porośnięty  mchem

background image

pień drzewa?

Straciła równowagę i musiała podeprzeć się ręką. Przecież to wcale nie pień! To człowiek!

Wstrzymała oddech, obmacując wielkie, ciepłe ciało. Grube sukno... broda...

Oddychał. Potrząsnęła nim, ale westchnął tylko, jakby przez sen.

Czuć było od niego piwem. Nie mogli chyba upić się w takiej chwili? Nie, to nie do pomyślenia!

Potrząsnęła nim raz jeszcze, przerażona. A jeśli do piwa czegoś dosypano? Środek nasenny?

To znaczy, że naprawdę jest sama w lesie!

Wszyscy mężczyźni pili piwo, a ona przeszła całą tę długą drogę bez żadnej ochrony! I teraz miała
wracać!

Nie sądziła, by mężczyźni pod kościołem i bliżej Elistrand uczestniczyli w piwnej uczcie, za bardzo
byli oddaleni. Ale Andreas? Czy leżał uśpiony pod zagrodą?

123

Nagle zorientowała się, że jej dłoń tak mocno zacisnęła się na szalu, aż zaczął ją dusić.

Musi stąd uciekać! Do domu! Tutaj znikąd nie otrzyma pomocy.

Przebrnęła przez krzaki i znów znalazła się na ścieżce, a w każdym razie tak jej się wydawało. Tak,
to długi, wąski prześwit. To musiała być ścieżka.

Nóż?  Wyciągnęła  rękę,  ale  w  tym  samym  momencie  zdała  sobie  sprawę,  że  przez  całą  drogę  nie
czuła jego ciężaru.

Został na nocnym stoliku w Elistrand! Przypomniała sobie teraz, że położyła go tam na chwilę, kiedy
poprawiała spódnicę.

I leżał tam, zapomniany.

Stała nieruchomo, nie wiedząc, co robić.

Raptem gdzieś niedaleko rozległ się głuchy odgłos ciężkich łap uderzających o ziemię. W

ciemności słyszała groźne sapanie, coraz bliżej i bliżej...

Krzyknęła. Nie przestając krzyczeć, biegła na złamanie karku w stronę zagrody. Chciała wydostać się
z lasu...

Teraz  dom  wydał  jej  się  bezpieczną  przystanią.  Oby  tylko  zdążyła  dopaść  drzwi  i  zatrzasnąć  je  za
sobą...

background image

Słyszała  zwierzę  za  plecami,  zagradzało  jej  drogę  do  wsi.  Ciągle  jeszcze  było  dosyć  daleko,  ale  z
pewnością gdyby tylko chciało, biegłoby dużo szybciej niż ona.

Oszalała ze strachu Hilda pędziła naprzód, pokonując rozliczne przeszkody...

Przeszkody?

Przecież na ścieżce nic nie powinno jej zawadzać?

Och, Boże, znów więc zboczyła!

Cóż, nie było czasu do namysłu, pozostawało jej tylko jedno - biec, biec jak najszybciej.

Szal zaczepił o wystającą gałąź. Szarpnęła. Rozległ się trzask rozdzierającej się tkaniny. W

ręku pozostał jej podarty szal wraz z częścią gałęzi.

Cały  czas  krzyczała  wniebogłosy.  Może  jednak  ktoś  nie  śpi  i  usłyszy  jej  wołanie,  przyjdzie  z
pomocą!

Żadnego odzewu oprócz ciężkiego dyszenia potwora i tupotu ścigających ją łap.

124

Dlaczego nie skróci jej męki? Czy takie znęcanie się nad nią sprawia mu przyjemność?

Biegła,  jak  jej  się  wydawało,  w  stronę  zagrody.  Chociaż  dobrze  znała  ten  las,  wydawał  się  jakby
odmieniony. Drzewa wyciągały ku niej długie drapieżne ramiona, porośnięte mchem głazy były niby
pochylone trolle.

Wyjrzał księżyc, blady, przesłonięty chmurami. Zerknęła do tyłu.

Tam, wśród pni, pędziła bestia. Wielka i ciężka, szaroczarna, z położonymi uszami i otwartą paszczą.
W ciemności jęzor był jaśniejszą plamą. Potwór poruszał się niezgrabnie na trzech nogach.

Hilda krzyknęła w panicznym lęku. Wydawało się jej, że słyszy jeszcze jakiś inny krzyk.

Powinna znaleźć się już koło domu, ale tak się nie stało. Musiała go minąć i teraz zagłębiała się w
wielki las.

Opadała z sił, gnał ją tylko lęk i instynkt życia. Pędziła na oślep. Już nie wiedziała, co robi.

Była jednym wielkim krzykiem rozpaczy.

Nagle zorientowała się, że za sobą nic już nie słyszy. Obejrzała się. Potwór zniknął.

Siłą  rozpędu  przebiegła  jeszcze  kawałek,  ale  zaraz  bezwładnie  padła  na  ziemię.  Palący  ból
przeniknął płuca, całe ciało dygotało. Nie była w stanie zrobić ani jednego kroku więcej.

background image

Musiała odpocząć.

Leżała  wyciągnięta  na  mchu,  pierś  jej  ciężko  podnosiła  Się  i  opadała.  Nie  wiedziała,  co  może
zdarzyć się teraz. Nigdy nie słyszała żadnych opowieści o wilkołakach, nie znała ich obyczajów.

W następnym momencie wstrzymała oddech. Czy to nie czyjeś wołanie dochodziło z oddali?

To  mógł  być  ktoś  z  okolic  kościoła,  ktoś,  kto  dosłyszał  jej  krzyk.  Czy  będzie  miała  odwagę
odpowiedzieć?

Tak, cóż miała do stracenia?

- Ratunku! - zawołała. - Jestem tutaj! Pomocy!

Nie odpowiedział jej żaden głos.

Hilda przymknęła oczy i starała się uspokoić oddech, ale nawet na to zabrakło jej sił.

Wiedziała, że musi się podnieść, już teraz, zaraz. Ale potrzebna jej była choć jedna jeszcze chwila,
by nogi znów zechciały ją nieść.

125

Otworzyła oczy i w odległości kilku łokci od siebie ujrzała występ skalny. Wznosił się nad nią na tle
nieba. Księżyc świecił teraz jasno, widać było okrągłą, pełną tarczę.

Coś przeczołgało się na występ i patrzyło prosto na nią. Wielkie oczy błyszczały, gdy odbijało się w
nich światło księżyca.

Zeskoczy, pomyślała i straciła panowanie nad sobą. Zakryła tylko dłońmi twarz i krzycząc czekała na
nieuniknione. Mimo zamkniętych oczu wciąż widziała przed sobą straszliwą bestię.

Nic jednak się nie stało. Z lękiem podniosła wzrok.

Potwór zniknął. Zamiast niego stał mężczyzna. Chciała krzyknąć z radości, ale głos uwiązł

jej  w  gardle.  Człowiek,  który  tam  stał,  był  upiorny.  Miał  ludzką  sylwetkę,  ale  nic  więcej
człowieczego. Wielkie uszy rysowały się na tle nieba, całe ciało pokrywała długa sierść, zamiast rąk
miał łapy z pazurami.

Twarzy nie mogła dostrzec. Była nieforemna, pokryta sierścią, przerażająca.

Stał nieruchomo, lekko nachylony, jakby gotów do skoku. Jakby czekał tylko na jej następny ruch.

Teraz Hilda już wiedziała, gdzie się znajduje. Poznała tę skałę. Przezwyciężyła fizyczny bezwład na
tyle, by móc się ruszyć.

background image

Przetoczyła  się  szybko  pod  skalny  występ,  tak  by  odrażająca  istota  tam  na  górze  nie  mogła  jej
dostrzec, i pobiegła wzdłuż skały, kryjąc się w lesie.

Potwór  nie  zeskoczył.  Zniknął  ze  skały,  ale  ona  tego  nie  widziała.  Podjął  pościg  za  nią,  tym  razem
jako istota dwunożna.

Gdyby tylko zdołała dotrzeć do tego wysokiego pagórka tam w oddali.

Teraz już nie krzyczała, nie chciała, by zorientował się, w którą stronę biegnie.

Do  pagórka  nie  było  daleko.  Wiedziała,  że  ma  szansę,  niewielką,  ale  ma.  Dzieliła  ich  pewna
odległość. Potwór podążał za nią, ale nie tak szybko jak w poprzednim zwierzęcym wcieleniu.

Jak nazwać to, czym był teraz?

Na to było tylko jedno odpowiednie słowo: wilkołak!

Hilda  starała  się  poruszać  tak  bezszelestnie,  jak  to  tylko  możliwe.  O,  tu  już  jest  jej  borówkowe
miejsce. Już blisko, coraz bliżej. Zaraz będzie skalna ściana.

126

Przebiegła wzdłuż niej jeszcze kilka kroków aż do przytulonego do skały krzewu. Kiedyś odkryła pod
nim długą, wąską jamę.

Opadła na ziemię, wczołgała się w szczelinę i wcisnęła pod olbrzymi kamienny nawis.

Leżała tam cicho jak mysz, do bólu świadoma faktu, że wilki posiadają niezwykły, doskonały wprost
zmysł powonienia.

127

ROZDZIAŁ XI

Pajęczyny oblepiły jej twarz. Nic dziwnego, na pewno dzieliła kryjówkę z wieloma stworzeniami.

Jama pod skałą okazała się bardzo ciasna, ale najważniejsze, że Hilda z zewnątrz nie była widoczna.

Pytanie tylko, czy da się ją wywęszyć.

Na szczęście jako czyścioszka z natury nie wydzielała żadnego szczególnego zapachu.

Wiedziała jednak, że psy potrafią wyczuć nawet ludzki strach.

A nią przecież zawładnął obłędny strach, który ze wszystkich sił starała się zwalczyć.

Panicznie lękała się, że jej obecność w jamie zostanie wykryta.

background image

Nie  mogła  nawet  głęboko  odetchnąć.  To  przez  ten  mój  wydatny  biust,  pomyślała  z  wisielczym
humorem.

Słyszała go, człowieka-wilka. Dysząc ciężko, krążył po lesie bardzo blisko niej.

Och, nie! Pajęczyny łaskoczą ją w nos! A ona nie może nawet ruszyć ręką, by zapobiec nieszczęściu!

Ochota na kichanie minęła jednak sama z siebie. Dzięki ci, Boże, czy inna istoto która mnie strzeżesz!
Na pewno nie jest to mój anioł stróż, Mattias, jego niestety tu nie ma.

Mattias?  On  przecież  miał  cały  zapas  tajemniczych  ziół  Ludzi  Lodu,  wiedział  wszystko  o  środkach
nasennych.

Nie, nie wolno wpadać w histerię ani snuć nieprawdopodobnych domysłów.

Stwór zatrzymał się tuż koło jej kryjówki.

Czy nasłuchiwał? Tak się wydawało. Starał się wyczuć jej oddech, czy może już ją znalazł i czekał
teraz, aż wyjdzie?

Wyobraziła sobie, że kuca i wsuwa pazurzastą łapę do jamy, by ją stamtąd wyciągnąć, że jego twarz
wypełnia otwór wejściowy...

Zdusiła jęk.

Dopiero teraz zauważyła, że już od dawna płyną jej z oczu łzy, łzy strachu i osamotnienia.

Tak, nasłuchiwał, ale już nie jej. Znów doszły ją wołania z oddali. A ona nie mogła odpowiedzieć.

128

Czy nie były jakby trochę bliższe?

Nie, to tylko jej pobożne życzenie.

Nagle stwór zaczął uciekać. Oddalał się; prawdopodobnie wystraszyły go krzyki.

Hilda jednak nie miała odwagi się poruszyć. Mógł ją oszukać, udając bieg, a tymczasem stoi ukryty
za drzewami i tylko czeka. Nie, nadal słyszy jego kroki coraz dalej od siebie.

Boże, niech to już się skończy, nie wytrzymam dłużej! Zaraz zacznę krzyczeć!

Musiała mocno spleść ręce i z całych sił przycisnąć je do ciała, żeby nie dać się ponieść nerwom.
Bez histerii! Leż spokojnie, leż spokojnie, nakazywała sobie. Leż całkiem spokojnie!

A jeżeli oni nigdy tu nie dotrą? Jeżeli powrócą do domów, a ona zostanie sama w lesie?

Załkała.  Co  zrobić?  Jak  się  stąd  wydostać?  Chyba  zabrnęła  głęboko  w  las.  Tak,  ta  skała  leżała

background image

daleko  od  zagrody,  przypomniała  sobie.  Jak,  na  litość  boską,  tu  dotarła?  Tylko  strach  mógł  ją  tak
daleko zagnać.

Dobry Boże, spraw, aby tu przyszli!

W  krańcowej  huśtawce  uczuć  i  nastrojów  mijały  minuty.  Myśli  wahały  się  między  nadzieją  a
przerażeniem; nadzieją, że zaraz wyjdzie z kryjówki, i przerażeniem, które nakazywało schować się
jeszcze głębiej.

Jestem tchórzem, tchórzem, powinnam wydostać się stąd jak najprędzej i biec im naprzeciw.

Ale się boję. Muszą mi to wybaczyć, nie zniosę już więcej.

I  nagle  wołania  rozległy  się  zdecydowanie  bliżej.  Jeden  głos  słyszała  już  naprawdę  z  niedaleka.
Mogła nawet rozróżnić słowa: „Hildo Hildo, w imię boskie, odpowiedz!”

Nie daj się zwieść, myślała. To on próbuje cię dostać, chce cię przechytrzyć.

Zaraz  jednak  niemal  jednocześnie  dobiegły  ją  jeszcze  dwa  głosy.  I  były  coraz  bliżej.  To
prawdopodobnie jej ostatnia szansa. Potem uznają ten obszar za przeszukany.

- Jestem tutaj - jęknęła, ale jej głos zniknął gdzieś pod skałą, cichy, jakby spłaszczony.

Spróbowała jeszcze raz: - Ratunku! Jestem tutaj!

A jeżeli jej nie usłyszą... Do oczu znowu napłynęły jej łzy, wywołane lękiem i odrobiną ulgi.

- Hildo! Słyszałem ją. Jest gdzieś tutaj!

129

Odpowiedziały inne głosy, rozległy się pospieszne kroki. Hilda czuła, że traci przytomność, tak silne
było napięcie, które, być może, miało zaraz ustąpić. Ale jeszcze nie ważyła się w to uwierzyć...

- Gdzie ona jest?

To był głos Kaleba.

- Nie wiem - odparł ktoś podekscytowany. - Ale musi być gdzieś w pobliżu, na pewno ją słyszałem.

- Ja także - poparł go jeszcze inny. - Mogę przysiąc. Wołała: Ratunku! Jestem tutaj!

- Hildo! - zawołał Kaleb najgłośniej jak potrafi.

Próbowała odpowiedzieć, ze wszystkich sił starała się wydusić z siebie okrzyk, ale ogarnęła ją fala
słabości i oblał zimny pot. A jeżeli zemdleję, zanim zdołają mnie usłyszeć?

- Tutaj! - pisnęła cichutko. - Tu jestem!

background image

Przez moment stali w miejscu, po czym usłyszała zbliżające się kroki.

-  To  było  gdzieś  tutaj  -  odezwał  się  któryś  z  mężczyzn.  -  Miałam  wrażenie,  że  głos  dochodzi  z
wnętrza góry.

Stali teraz przed krzakiem.

- Hildo? Gdzie jesteś? Możesz już wyjść, niebezpieczeństwo minęło.

Ręce i nogi miała jak z waty.

- Ja... nie mogę...

- Tam! Słyszałem ją teraz wyraźnie!

Nadbiegło jeszcze kilku ludzi, a ktoś przedzierał się przez krzaki. Z oddali usłyszała głos Mattiasa:

- Czy już ją znaleźliście?

- Tak. Musi być gdzieś tutaj.

Mattias. Nareszcie! Ale gdzie był do tej pory?

- Tu jest jakby grota...

Czyjaś twarz pojawiła się w wejściu, ale tym razem

130

Hilda już się nie przestraszyła.

- Jest tutaj! Chodźcie, pomóżcie ją wyciągnąć.

Wtedy Hilda poddała się, nie miała już więcej sił. Ciągnęli ją i popychali, nie mogąc pojąć, jak tam
się wcisnęła, a ona, choć odczuwała ból, była niby bezwładna lalka. Chciała tylko spać.

Postawili ją na nogi obok krzewu.

- Boże święty, dziewczyno... - Kaleb nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo Hilda zaczęła osuwać się
na ziemię.

Mattias wziął ją na ręce.

- Już dobrze, Hildo, jesteś już bezpieczna. Jak mogłaś coś takiego wymyślić? A wy? Jak mogliście na
coś takiego przystać?

Jedyne, co do niej docierało, to głośny szloch, chyba jej własny, ale wszystko zlewało się w jedno,
nie mogła mówić, nie mogła stać...

background image

Oparła głowę na ramieniu Mattiasa i było jej tak dobrze. Wokół niej odzywały się rozgorączkowane
głosy, wpadały sobie w słowo, a ona rozróżniała tylko urywki zdań:

... w glinie, koło ścieżki, ślady ogromnego wilka... wszyscy ludzie w lesie oszołomieni...

Powoli przychodziła do siebie. Głęboko westchnęła.

- Mattiasie, dlaczego nie przyszedłeś? Dlaczego nie przyszedłeś i nie zapobiegłeś temu wszystkiemu,
zanim się zaczęło? Gdzie byłeś? Chcę do domu!

Czy  tak  powinno  wyglądać  powitanie?  Nie  była  jednak  w  stanie  myśleć  jasno,  nie  panowała  nad
słowami, same cisnęły się jej na usta.

-  Odra  zaatakowała,  posyłano  mnie  od  zagrody  do  zagrody,  a  wkrótce  znalazłem  się  w  sąsiedniej
parafii. Pojechałem prosto do Elistrand i Eli powiedziała mi, gdzie jesteś.

Przeraziłem się! Jak mogłeś, Kalebie!

-  Wiem  -  odpowiedział  Kaleb.  - Ale  cały  plan  wydawał  się  taki  bezpieczny.  Obstawiliśmy  ludźmi
każdy  kawałek  drogi.  Ja  leżałem  na  rozstajach  i  byłem  bardzo  zaskoczony,  kiedy  usłyszałem  krzyk
Hildy z głębi lasu. Od razu pobiegli tam strażnicy z dołu, ale to zajęło trochę czasu.

Jeden z mężczyzn powiedział:

- Wójt i wszyscy jego ludzie pospali się jak susły.

131

Hildzie udało się lekko unieść głowę.

- A Andreas?

Popatrzyli po sobie. Zobaczyła jak przez mgłę, że jest też z nimi Brand.

- No właśnie, Andreas - zastanowił się Kaleb. - Miał pilnować domu. Widziałaś go, Hildo?

- Nie.

Dlaczego nie odchodzili? Chciała znaleźć się daleko, jak najdalej stąd!

- To dziwne - w głosie Branda brzmiał niepokój. - Powiedział, że da ci jakiś znak, że tam jest.

- Och, Boże, gdyby tak zrobił - westchnęła Hilda, z wolna odzyskując siły. - Tak bardzo mi było tego
potrzeba.  Wydawało  mi  się,  że  wzdłuż  całej  drogi  nie  ma  nikogo,  wszyscy  zachowywali  się  tak
cicho. O Boże! Chodźmy już stąd!

- Pójdę poszukać Andreasa - powiedział Brand.

background image

- Dobrze - zgodził się Kaleb. - Ale weź ze sobą kogoś, nie chodź sam po lesie dziś w nocy!

Czy masz już dość sił, Hildo? Spróbujmy dojść do ścieżki.

Potwierdziła skinieniem głowy. Wsparta o Mattiasa, z drżącymi kolanami, wyruszyła tą samą drogą,
która  przywiodła  ją  tu  w  tak  dramatycznych  okolicznościach.  Przez  cały  czas  rozdygotanym  głosem
opowiadała, co się wydarzyło.

- A więc widziałaś i wilka, i człowieka? Jednocześnie?

- Nie. Musiałam go widzieć akurat w momencie przemiany. Najpierw wilka z błyszczącymi ślepiami.
Stał tu, na występie, gotów do skoku. Zamknęłam oczy tylko na moment, a kiedy znów je otworzyłam,
stał tam już mężczyzna. Oczywiście to nie był zwyczajny człowiek, to był... to był potwór! Na jego
widok odzyskałam siły i przybiegłam tutaj. Znałam tę jamę z wypraw na jagody. Czy nikt za nam nie
idzie? - zapytała z trwogą.

- Nie, nie bój się! Bogu niech będą dzięki za to, że tak dobrze znasz swój las - szepnął

Mattias.

Doznała nieprzyjemnego uczucia, że jej nie wierzą.

- To wszystko prawda, rzeczywiście to widziałam!

- Nikt nie wątpi w twoje słowa, Hildo - odparł Kaleb poważnie. - Jeden z ludzi wójta był

przytomny, kiedy nadeszliśmy, i powiedział, że na poły we śnie widział olbrzymią bestię: gnającego
wilka z jęzorem wysuniętym z paszczy.

132

- Czy on nie wie, dlaczego wszyscy posnęli?

- Tak, przypuszcza, że to z powodu piwa. Wszyscy je pili i wszystkich opanowała nieprzezwyciężona
senność.  On  tylko  umoczył  usta,  dlatego  na  niego  nie  całkiem  podziałało.  Pozostałych  nie  sposób
dobudzić.

- Widzieliśmy też ślady potwora - dodał Kaleb. - Przedziwne ślady...

- Trzynogie? - ostrożnie zapytała Hilda..

- Tak, coś w tym rodzaju - niewyraźnie odparł Kaleb.

Nadal szła wsparta o ramię Mattiasa, kierując się ku ścieżce. Cudownie było czuć jego bezpieczną
bliskość.

Nagle Kaleb pochylił się i podniósł z ziemi coś, co dostrzegł dzięki światłu księżyca.

background image

- Co to jest? - zapytał Mattias.

-  Też  się  zastanawiam.  Długi  cienki  rzemień.  Czy  nie  zgubiłaś  tego  kiedyś,  Hildo,  gdy  zbierałaś
jagody?

- Nie, nie wydaje się, by leżał tu od dawna.

- To prawda. Był powiązany w węzły, w wielu miejscach jeszcze widać ślady po supłach.

- Znów czary? - uśmiechnął się Mattias.

- Wątpię, chociaż nigdy nic nie wiadomo. Mam ochotę uciąć sobie pogawędkę z czarownicą, którą
jakiś czas temu złapali w sąsiedniej wiosce.

- Jeżeli jeszcze żyje - mruknął Mattias.

- Wy dwaj... Kalebie, i ty, Mattiasie, wydajecie się dobrymi przyjaciółmi? - zapytała Hilda.

-  Bo  nimi  jesteśmy.  Pamiętasz,  jak  wspominałem  o  kopalni?  Tam  właśnie  spotkaliśmy  się  wiele,
wiele lat temu. Ten czas złączył nas nierozerwalnie.

Zwróciła się do Kaleba:

- Czy ty też masz ranę w duszy taką jak Mattias?

Kaleb odpowiedział z powagą:

- Ten, kto by jej nie miał, musiałby być zrobiony z drewna.

133

Byli koło ścieżki. Przed nimi dotarł tam już jeden z mężczyzn i usiłował teraz obudzić wójta i jego
ludzi. Niektórzy z wolna wracali do przytomności.

Poproszono  Mattiasa,  by  ich  obejrzał,  a  kiedy  pochylał  się  nad  mężczyznami,  Hilda  trzymała  się
kurczowo jego ręki. Ciepło, choć ze zdziwieniem popatrzył na nią.

- Przepraszam - szepnęła, natychmiast go puszczając - zachowuję się jak histeryczka.

- To nic. - Mattias uspokoił ją uśmiechem. - Trzymaj mnie za kaftan, jeśli ci to pomaga!

Odważyła się wtedy na nieśmiały uśmiech.

Mężczyźni  budzili  się  jeden  po  drugim.  Brand  i  człowiek,  który  z  nim  poszedł,  wrócili  prowadząc
między sobą chwiejnie stąpającego, na wpół uśpionego Andreasa. Wójt ocknął

się rozwścieczony na wszystko i wszystkich, a zwłaszcza na Hildę.

background image

- Jak mogłaś pobiec w las, dziewczyno? - wrzeszczał groźnie, zbliżając twarz do jej twarzy. -

Miałaś  przecież  iść  ścieżką  w  kierunku  drogi!  Wtedy  byłabyś  uratowana.  A  my  pojmalibyśmy
potwora.

- Ale ja... - Znów wybuchnęła płaczem, wciąż roztrzęsiona. - Ta... bes... tia mnie...

powstrzymywała. I... zgubiłam... ścieżkę.

-  Uspokójcie  się  -  ostro  odezwał  się  do  wójta  Mattias.  -  Hilda  przeżyła  wstrząs,  bardzo  głęboki
wstrząs, i absolutnie nie wolno jej ganić za to, czemu nie mogła podołać.

-  Przepraszam  -  wymamrotał  wójt.  -  Ale  wcale  nie  jest  zabawne  zostać  wyłączonym  z  gry  przez
jakiegoś idiotę podczas wypełniania tak ważnych zadań. Nie myślę o was, panienko -

teraz wyraźnie starał się okazać Hildzie uprzejmość. - Chodzi mi o tego, który nas oszołomił.

Jak to się, do diabła, mogło stać?

- To musiało być piwo - orzekł Kaleb. - Andreas wziął je z domu, na pewno było dobre, bo po trochu
posmakowaliśmy. Ktoś musiał wsypać do niego środek nasenny czy oszałamiający, i to wtedy, kiedy
stało w lesie. Gdzie je trzymaliście?

- Baryłka stała tu, wśród drzew, niedaleko ścieżki - wyjaśnił jeden z mężczyzn.

- Czy któryś z was leżał w pobliżu?

- Nie, chyba nie.

- Ktoś więc mógł przekraść się i wsypać coś do baryłki?

- Tak, to było całkiem możliwe.

- Kiedy piliście piwo?

134

Odpowiedział wójt:

-  Najpierw  obeszliśmy  cały  odcinek  i  wskazałem,  gdzie  kto  ma  się  położyć.  Potem  zebraliśmy  się
wszyscy  po  raz  ostatni  tuż  przed  tym,  jak  miała  pojawić  się  Hilda.  Wtedy  każdy  wypił  po  łyku  i
powtórzyliśmy, co należy zrobić, gdyby pojawił się wilkołak.

- Andreas był wtedy z wami?

- Byli wszyscy, którzy mieli obstawiać las i zagrodę. Z tych, co leżeli w zbożu, tylko dwóch, może
trzech. Ci ze stanowisk najbliżej lasu. Nie mogliśmy przecież posłać po tych przy gościńcu i dalej.

background image

Żartowaliśmy sobie nawet, że nie dostaną piwa. I dzięki Bogu, że tak się stało!

- Tak - powiedziała Hilda - bo myślę, że wystraszyły go krzyki. Mattiasie, a twój koń?

- Koń? O co ci chodzi?

- A jeżeli go zaatakuje?

- Boisz się, że wilkołak rzuci się na konia? Zostawiłem człowieka na straży. Są na skraju lasu, tam
gdzie zaczyna się żyto.

- To dobrze.

Nagle wójt zaczął podejrzliwie przyglądać się Mattiasowi.

- No właśnie, jak tam, doktorze? Wy znacie się środkach nasennych, czyż nie tak?

- Tak, ale nie wiem, co zastosowano w tym przypadku. W każdym razie środek musiał być mocny.

- Nie o to mi chodzi. Nie każdy może mieć takie mikstury pod ręką!

Mattias uśmiechnął się.

- Jeśli sądzicie, że to ja byłem w lesie i wsypałem proszek do baryłki, to radziłbym przejechać się po
gospodarstwach, które odwiedziłem dziś wieczorem, i sprawdzić. Myślę,  że  nie  znajdziecie  żadnej
luki w czasie. Byłem bowiem bardzo, bardzo daleko, zahaczyłem o kilka parafii.

- Hm - mruknął wójt.

Hilda spytała po cichu:

- Czy wolno mi już iść do domu? Chyba nie zniosę dłużej tego lasu.

135

W rzeczywistości niczego bardziej nie pragnęła niż uciec stąd jak najprędzej.

- Tak, odprowadź ją do domu, Mattiasie - powiedział Kaleb.

- Czy mogę zabrać ją na Grastensholm? Chciałbym mieć na nią oko, tak wiele dzisiaj przeszła.

- Dobrze, dobrze - uśmiechnął się Kaleb. - Uprzedzę w domu.

Pomogli  jej  wsiąść  na  konia,  a  Mattias  usadowił  się  za  nią.  Nareszcie  mogła  wydostać  się  ze
znienawidzonego lasu.

Jechali  milcząc,  zatopieni  w  myślach.  Hildą  owładnęło  jedno  tylko  pragnienie:  by  jechać  szybciej.
Nadal bowiem nie mogła wyzwolić się od strachu.

background image

Dopiero kiedy znaleźli się na drodze prowadzącej do Grastensholm, przemówił Mattias:

- Sądzę, że Kaleb ma swoje podejrzenia.

- Co do tego, kto jest wilkołakiem? Takie sprawiał wrażenie.

- Tak.

- Ja też mam swoje - powiedziała Hilda.

- Naprawdę? Kto?

- Najpierw chciałabym porozmawiać z Kalebem. Niedobrze jest rzucać na kogoś oskarżenia, ot tak.
Ale  myślę,  że  wiem,  kto  dosypał  czegoś  do  piwa.  W  każdym  razie  mam  uzasadnione  podejrzenia.
Chociaż to tak niewiarygodne!

- Na czym opierasz swoje domniemania?

- Poczekaj, aż porozmawiamy z Kalebem! Będziemy mogli porównać!

- Trudno jest czekać, ale... Czy jesteś już spokojniejsza?

- A jak ci się wydaje?

- Że jeszcze nie, drżysz na całym ciele.

- Tak. Pragnę się znaleźć w ciepłym, bezpiecznym miejscu. Czy wierzysz w wilkołaki, Mattiasie?

- Nie. A ty?

- Ja nie wierzyłam, w każdym razie nie bardzo. Ale teraz już tak.

136

- Chcesz powiedzieć, że ten człowiek specjalnie wsypał środek nasenny do piwa, potem przemienił
się w wilka, gonił cię, a kiedy już byłaś w potrzasku, znów przybrał mniej lub bardziej ludzką postać,
by następnie rozszarpać cię, o ile byś nie uciekła?

- To brzmi zupełnie nieprawdopodobnie, ale jak inaczej można to wyjaśnić?

- Że chciał, abyś tak właśnie myślała - orzekł Mattias.

-  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  -  zapytała,  odwracając  głowę  tak,  że  ich  twarze  znalazły  się  tuż
przy  sobie.  Mattias  objął  jej  szyję  i  leciutko  przyciągnął  ją  do  siebie,  tak  że  jej  skroń  oparła  się  o
jego policzek.

- Bezwstydnie wykorzystuję twój strach, by móc być jak najbliżej ciebie - szepnął.

background image

- Nietrudno mnie do tego namówić - odparła.

W domu na Grastensholm przyjęto ich burzą pytań. Słyszano z oddali krzyki, cóż się stało?

Mattias umieścił ciągle dygocącą Hildę przed kominkiem, w którym napalono, bo wieczór był

dość chłodny. Podczas gdy zmieniał jej buty na ciepłe wełniane skarpety, relacjonował

wydarzenia, a Hilda, popłakując, dopowiadała. Wszyscy byli wstrząśnięci.

-  Dzięki  ci,  dobry  Boże,  że  Tarald  był  tutaj  -  westchnęła  Irja.  -  Nie  będzie  narażony  na  dalsze
podejrzenia.

-  Tak,  siedziałyśmy  przy  nim  -  powiedziała  Liv.  -  Zaprosiłyśmy  nawet  kilku  sąsiadów  jako
świadków. Wyszli tuż przed waszym przyjazdem.

Tarald  zajmował  swe  ulubione  krzesło.  Najwyraźniej  zdążył  już  wychylić  tradycyjny  wieczorny
kieliszek.

- A więc nie złapaliście przestępcy?

-  Nie  -  odparł  Mattias.  - Ale  wiele  wskazuje  na  to,  że  niedługo  go  dostaniemy.  Mamo,  czy  Hilda
będzie mogła pożyczyć nocną koszulę?

Liv podniosła się, zanim Irja zdążyła otworzyć usta.

- Dostanie ślubną koszulę, którą pożyczyłam kiedyś Irji w pewną szczególną noc. Koszula jest stara i
piękna. I przynosi szczęście, Hildo. Ale, Mattiasie, niech ta koszula nie sprowadzi żadnych zdrożnych
myśli!

Mattias uśmiechnął się, a jego uśmiechowi nie można było się oprzeć:

-  Znasz  mnie  chyba,  babciu!  jestem  grzecznym  chłopcem,  który  nigdy  zanadto  nie  zbliża  się  do
dziewic.

137

- Wiem, wiem. Co najmniej od dziesięciu lat czekamy, byś się zdecydował.

- Babciu! Dobrze wiesz, że ktoś, kogo dręczą takie niespokojne sny, nie może mieć żony. To byłoby
dla niej zbyt trudne do zniesienia. Jak na razie jakoś sobie sam radzę. Ale powiedziałem Hildzie, że
gdybym mógł, poprosiłbym o jej rękę.

- To najbardziej niezgrabne oświadczyny, jakie w życiu słyszałem! - zdenerwował się Tarald. - Że
też mogłaś przyjąć taki nonsens, Hildo!

- Wcale nie przyjęłam - odpowiedziała Hilda ze smutkiem. - Ja go nie rozumiem. Gdyby powiedział,

background image

że to z powodu ogromnej różnicy pochodzenia, pojęłabym od razu. Ale te inne wątpliwości? Czyżby
Mattias nie rozumiał i zapomniał o tym, że przez szesnaście lat przeżywałam koszmar? Starałam się
być  dobra  dla  człowieka,  od  którego  otrzymywałam  tylko  zło.  Móc  znaczyć  coś  dla  Mattiasa,  móc
być z nim podczas jego niespokojnych nocy...

To wspaniały cel życia. Bo przecież Mattias jest mi tak bardzo bliski!

- Słyszysz? - zapytała Irja. - Nareszcie jakieś rozsądne słowo w tej sprawie.

- Ale...  -  Hilda  była  zdezorientowana.  -  Ja  przecież  jestem  córką  hycla! A  Mattias  jest  baronem  i
medykiem! A mimo to wydaje się, że wy wszyscy...

-  Kochana  Hildo,  posłuchaj  -  poprosiła  Irja.  -  Ja  pochodzę  z  Eikeby.  Tam  ludzie  płodzą  się  jak
króliki i nigdy nie wiadomo, czy następnego dnia będzie co włożyć do garnka. Nikt nigdy nie chodził
tam do szkoły.

- A ja jestem córką Tengela z rodu Ludzi Lodu i jego żony Silje - powiedziała Liv. -

Poszukiwano  ich  w  całym  Trondelag,  ponieważ  ojciec  pochodził  z  rodu,  któremu  nieobca  była
wiedza tajemna. Kiedy moja matka spotkała go po raz pierwszy, była tak biedna, że musiała pożyczyć
od niego płaszcz. Inaczej zamarzłaby na śmierć. To, że nosimy tytuł

baronowski,  zawdzięczamy  mojej  teściowej.  Była  niezamężna,  kiedy  urodziła  Daga,  mojego  męża.
Tarald ożenił się po raz pierwszy z konieczności. Skandal! Czy wydaje ci się, że to wszystko brzmi
bardzo dystyngowanie, że to za wysokie progi dla ciebie?

Hilda uśmiechnęła się.

- Nie. Ale ja zawsze stałam z boku. Nigdy nie sądziłam, że ktoś może mnie chcieć. A teraz Mattias...
najlepszy ze wszystkich!

Znów zaczęła płakać, choć z całych sił starała się opanować.

- Przecież ta dziewczyna jest śmiertelnie zmęczona - stwierdził Tarald. - Pozwólcie jej się położyć!

Mattias poderwał się.

- Tak. Czy ona może spać w moim pokoju? Nie chciałbym, by dziś w nocy była sama.

138

- Kochany Mattiasie, masz trzydzieści lat. Już za późno, byśmy mówili ci, co masz robić, a czego ci
nie wolno.

- No, dobrze - westchnął Mattias. - Chodź, Hildo!

Wziął ją za rękę, a ona, wymruczawszy nieśmiałe, niewyraźne „dobranoc”, poszła za nim.

background image

Nie mogli jednak nie dosłyszeć komentarzy, wypowiedzianych zaraz po tym, jak opuścili pokój.

- No, dzięki Bogu, nareszcie! - westchnął Tarald. - Już zacząłem podejrzewać, że z tym chłopakiem
jest coś nie w porządku.

- Cudownie będzie nareszcie zostać babcią - stwierdziła Irja.

Tarald, który był już trochę wstawiony, powiedział otwarcie:

- Bogowie jedni wiedzą, czy nie będzie tylko siedział przy niej, trzymając ją za rękę i patrząc na nią z
podziwem. Nie potrafię wyobrazić sobie świętego Mattiasa w roli gorącego kochanka.

Mattias szybko pociągnął Hildę dalej, tam gdzie nie dochodziły już żadne rozmowy.

Ale  Hilda  zastanowiła  się  nad  tym,  co  usłyszała.  Może  na  tym  polega  właśnie  cały  problem
Mattiasa? Może jest za dobry, zbyt łagodny? Sam powiedział, że miłość może być czymś więcej niż
palącym pożądaniem. Może być oszałamiająco piękna, niemal nadziemska.

Na pewno miał rację, ale to wcale nie brzmiało obiecująco.

Nie uchybiając w niczym zasadom przyzwoitości, ułożył ją na łóżku w swej ślicznej sypialni.

Pokój  wiele  mówił  o  właścicielu.  Naturalnie  Hilda  tu  i  ówdzie  dostrzegała  rękę  Irji,  ale  wyraźnie
objawiał  się  gust  Mattiasa.  Stała  tam  półka  na  książki,  pełna  grubych  tomów.  Hilda  nigdy  nie
widziała tak wielu książek, nie wiedziała nawet, że aż tyle ich istnieje. Wyglądało na to, że Mattias
jest  porządny.  To  dobrze,  bo  to  także  jej  cecha,  ale  czy  nie  kryje  się  w  tym  odrobina  lękliwej
pedanterii? Zauważyła nagle, że w rogu pokoju stoi koszyk, a w nim leży mały szczeniak. Serce Hildy
natychmiast stopniało. Długą chwilę spędziła na pieszczotach ze spragnionym miłości pieskiem, który
uszczęśliwiony lizał ją po twarzy. W klatce na oknie siedział zraniony szpak.

Pokój urządzony był ze smakiem. Wszystko zostało starannie dobrane i przemyślane.

Kolory,  meble  i  obicia  idealnie  do  siebie  pasowały.  Otwarte  drzwi  do  pomieszczenia  w  głębi
pozwoliły dostrzec półki zastawione medykamentami.

Szczeniak  uspokoił  jej  nerwy.  Podczas  gdy  Mattias  dyskretnie  czekał  pod  drzwiami,  umyła  się  i
rozebrała i spokojnie wślizgnęła pod piękną haftowaną kołdrę. Mattias odstąpił jej swoje łóżko, sam
miał położyć się na ławie pod oknem.

139

Więcej nie należało się spodziewać, pomyślała.

Dał  jej  jakiś  środek  na  sen,  choć  nie  tak  mocny,  jak  ten,  który  zaaplikowano  mężczyznom  w  lesie.
Kiedy  na  dole  w  salonie  Mattias  uprzedził,  że  Hilda  dostanie  środek  nasenny,  a  on  sam  też  coś
zażyje, by nie przeszkodzić jej Swymi koszmarami, Tarald ironicznie zapytał, jaki sens wobec tego
ma spanie w tym samym pokoju. Liv jednak uciszyła syna. Mattias miał

background image

zawsze piękne i szlachetne zamiary i należało je uszanować.

Kiedy  świece  zostały  już  zgaszone  i  Hilda  czuła,  że  ogarnia  ją  coraz  większy  spokój,  powiedziała
zamyślona:

- Mattiasie, jest coś, czego nie pojmuję. Czy mogę cię o coś zapytać, choć boję się, byś mnie źle nie
zrozumiał?

- Oczywiście. O czym myślisz?

- Powiedziałeś kiedyś... wtedy, gdy siedzieliśmy na łące, że nie możesz się ożenić, ponieważ dręczą
cię  koszmary. Ale  niemal  jednocześnie  poprosiłeś,  bym  przyszła  do  ciebie,  gdy  poczuję,  że  ogień,
który  jest  we  mnie,  chce  mnie  spalić.  Co  chciałeś  przez  to  powiedzieć?  Że  mam  zostać  twoją
kochanką?

Mattias oparł się na łokciu.

-  Nie,  najmilsza,  to  musiało  okropnie  zabrzmieć,  dopiero  teraz  to  rozumiem.  Chodziło  mi  o  to,  że
jeśli  musiałabyś  się  poddać  zmysłom,  to  żebyś  nie  pozwoliła  nikomu  innemu  ugasić  swojej  żądzy.
Wiem, że to brzmi bardzo egoistycznie. Nie wiedziałem, co mówię.

Hilda milczała. Ziewała, ale starała się przemóc senność. Jeszcze nie skończyła tej rozmowy.

- Mattiasie... Jaki jest prawdziwy powód tego, że nie znalazłeś dotąd dziewczyny?

Długo leżał, nic nie mówiąc. I on także stłumił ziewnięcie.

- No cóż, Hildo - westchnął. - Przejrzałaś mnie.

Koszmary nocne to tylko jeden z powodów. Ale najpierw pytanie: czy nadal nie jesteś pewna, co do
mnie czujesz?

- Czy mam powiedzieć prawdę?

- Musisz.

- Dobrze. Kocham cię. Mocno i bezwstydnie, na wszystkie sposoby. Odkryłam to dzisiaj na końskim
grzbiecie,  i  później  w  domu,  wśród  twojej  rodziny,  kiedy  mówiono  o  nas  i  naszych  przyszłych
dzieciach. Wtedy opanowała mnie gorączka.

140

Odgadła, że się uśmiechnął. Zaraz jednak spoważniał.

- Dziękuję ci, najmilsza! Ty także masz prawo wiedzieć wszystko. Boję się, Hildo! Przez całe swe
dorosłe życie noszę w sobie ogromny lęk: że się nie sprawdzę. Z tego powodu unikałem dziewcząt i
dopiero  teraz,  kiedy  spotkałem  ciebie,  dałem  się  złapać  w  sidła  miłości,  jeśli  pozwolisz  mi  się

background image

wyrazić tak kwieciście. A teraz jestem śmiertelnie przerażony!

- Nie do końca rozumiem, czego się boisz!

- Skąd miałabyś to wiedzieć, przez całe życie byłaś odizolowana. Podejrzewam, że ten nieszczęsny
czas spędzony w kopalni zniszczył moją zdolność do kochania.

Powieki były ciężkie niczym z ołowiu. Z całych sił zmuszała się, by je podnieść.

- Do kochania? - powiedziała niewyraźnie. - Ale przecież... powiedziałeś... że mnie kochasz?

- Chodzi mi... o akt miłosny.

Hilda na moment zaniemówiła. Teraz świadomie zamknęła oczy.

- Och - powiedziała po chwili szeptem. - Myślę, że rozumiem. Ale czy wiesz to na pewno?

- Nie, to tylko przypuszczenia. - Końcówka zdania rozpłynęła się w ziewnięciu. Mattias wziął

się w garść i mówił dalej: - Ale ja dobrze to sobie zapamiętałem. Przed wielu laty, jeszcze podczas
zabawy w Tybindze, jakaś dziewczyna siadła mi na kolana, zaczęła tulić mnie i pieścić. Była śliczna
i  ponętna,  a  ja  niczego  nie  czułem.  Nie  było  żadnej  reakcji.  Później  nie  schodziło  mi  to  z  pamięci,
unikałem więc dziewcząt. Nie chcę bowiem potwierdzenia, że nie nadaję się do niczego, na to jestem
zbyt wielkim tchórzem. Stałem się „dobrym Mattiasem, stworzonym dla całej ludzkości”. Tak czuję
się bezpieczniej.

Hilda  zapadała  już  w  sen,  zmusiła  się  jednak,  by  jeszcze  przez  chwilę  zachować  przytomność.
Niewyraźnie, jakby była pijana, wymamrotała:

- A mimo wszystko... poprosiłeś, żebym... najpierw przyszła do ciebie... jeżeli będę kogoś...

potrzebować?

- Nie mogłem znieść myśli o tobie w ramionach innego. To cała przyczyna.

Poskarżyła się żałośnie:

-  Mattiasie,  dlaczego  podałeś  nam  obojgu  środki  nasenne?  Chciałabym,  żebyś  teraz  do  mnie
przyszedł, bym mogła ci dać całą moją miłość. I moglibyśmy sprawdzić, czy to, co powiedziałeś, jest
prawdą.

- Ależ, najdroższa... nie chciałbym cię zhańbić, rozumiesz to chyba?

141

Hilda mówiła teraz tak niewyraźnie, że musiał domyślać się sensu słów.

background image

-  Czy  nie  byłoby  lepiej  sprawdzić  ten  szczegół  przed,  a  nie  po  zawarciu  małżeństwa?  Czy  może
chciałbyś,  by  małżeństwo  ze  mną  nie  było  ziemskie,  lecz  zbudowane  na  przyjaźni,  głaskaniu  po
głowie i niczym więcej? Ale ja chyba nie mówiłam teraz o żadnym spełnieniu?

Ale ty przecież sam zauważasz, czy... chcesz czy...

Usnęła.

Mattias  jeszcze  przez  chwilę  leżał  wsparty  na  łokciu  i  wsłuchiwał  się  w  jej  równy,  coraz  głębszy
oddech, po czym wstał i na palcach zbliżył się do łóżka. Księżyc świecił nadal, mógł

więc  dojrzeć  jej  rysy  w  pięknym  niebieskawym  świetle:  spokojne,  łagodne.  Usiadł  i  delikatnie
pogładził  ją  po  twarzy,  a  później  miękko,  czule  ucałował  jej  usta.  Przesunął  dłonią  po  pięknych
włosach.

Przez  moment  jego  dłoń  zawahała  się  na  skraju  kołdry,  jak  gdyby  chciał  odsłonić  jej  ramiona.
Spojrzenie jego padło jednak na delikatne koronki, którymi obszyte było wycięcie nocnej koszuli; i
przyjął to za znak, iż powinien uszanować jej niewinność. Chciał, co prawda, tylko zobaczyć ramiona
i  zaokrąglenie  piersi,  ale  uznał  i  tę  pokusę  za  świętokradztwo,  więc  otulił  Hildę  starannie  kołdrą,
pocałował w czoło i wrócił na swoje posłanie.

Długo leżał, wpatrując się w księżycowe cienie, zanim wreszcie środek na sen zaczął

działać.

142

ROZDZIAŁ XII

Tej  nocy  wcale  nie  Mattias  zakłócił  spokój  swymi  koszmarami.  Tym  razem  przydarzyło  się  to
Hildzie.

Kiedy środek nasenny przestał działać, nawiedziła ją najstraszliwsza w życiu mara.

Leżała  w  trumnie,  prawdziwej  trumnie,  zrobionej  z  nierównych  desek,  z  niedomykającym  się
wiekiem. Ona sama nie była warta nawet solidnej trumny.

W trumnę uderzały wielkie łapy, pazury wślizgiwały się w szczeliny, wczepiały w deski, aż w końcu
je wyłamały. Próbowała wołać o pomoc, ale nie mogła wydusić z siebie głosu. Wokół

rozlegało się warczenie, jak gdyby bestia nie była jedna, lecz cała gromada, i nagle przez wyłamane
deski wcisnęła się twarz, wpatrująca się w nią świecącymi, złymi oczami. To była twarz ojca, choć
rysy miała zwierzęce. Wyciągnął włochatą rękę, by pochwycić ją za suknię i wydobyć ze środka. Z
ust ciekła mu ślina, między zębami widniała zakrzepła krew. Hilda zaczęła krzyczeć...

Walczyła z uściskiem obejmujących ją ramion.

background image

-  Hildo,  uspokój  się,  to  ja,  Mattias!  Już  dobrze,  wszystko  dobrze,  to  był  tylko  sen.  To  nie  las,  to
Grastensholm, jesteś bezpieczna, jestem przy tobie.

Szlochała, drżąc, ale już tuliła się do niego.

- Och, Mattiasie, najdroższy, trzymaj mnie mocno, zostań ze mną, nie odchodź!

- Nigdzie nie pójdę, najmilsza, ale połóż się, proszę, jest jeszcze noc.

- Boję się zasnąć.

- Och, Boże, jak dobrze to znam - powiedział Mattias z westchnieniem. - Jakże często pragnąłem, by
ktoś był ze mną w tych najtrudniejszych chwilach. Czy mogę... położyć się przy tobie? Nie musisz się
niczego obawiać.

- Chodź, chodź, proszę - błagała gorączkowo, przerażona. - Ale ty p-powinieneś s-spać.

- Tej nocy spałem już dłużej niż zwykle - skłamał. - Wygodnie ci teraz?

Otoczył ją ramieniem, a ona przylgnęła do jego piersi. Szczękała zębami.

-  T-tak,  dobrze.  Porozmawiaj  ze  mną,  Mattiasie.  Spraw,  bym  zapomniała.  Opowiedz  mi  o  sobie,
nigdy tego nie robiłeś.

- Ty także o sobie nie mówiłaś.

143

- Ależ tak... chociaż nie, masz rację, mówiłam, ale Andreasowi. To było niemądre z mojej strony.

- Jestem trochę zazdrosny o Andreasa - powiedział cicho.

- Nie masz żadnego powodu! Bo gdybyś miał, to ja byłabym zazdrosna o Eli, a nie jestem.

Wprost przeciwnie; życzę jej jak najwięcej szczęścia.

- Ale Andreas sądził, że się w nim podkochujesz.

Hilda zareagowała tak, jak na takie stwierdzenia reagowały kobiety wszystkich epok.

-  Naprawdę?  -  spłoniła  się.  -  To  najzarozumiałe,  co  słyszałam...  Naprawdę  tak  myślał?  To
nieprawda, muszę...

Mattias śmiał się serdecznie:

-  Kochana  Hildo,  mówisz  pięknym  językiem,  ale  w  jednym  punkcie  twoja  gramatyka  jest  dość
niecodzienna. Nie nauczyłaś się stopniować przymiotników.

background image

- Ach - westchnęła, nadal rozgniewana na Andreasa. - Ale mówiłam poważnie. Chciałabym usłyszeć
o twoim życiu, o latach spędzonych w kopalni, o tej dziewczynie z Tybingi. O nią jestem zazdrosna.

Mattias zaczął śmiać się jeszcze głośniej, zauważył bowiem, że dzięki rozmowie Hilda zapomina o
koszmarze, który jej się przyśnił, i o strasznych wydarzeniach wieczoru, rozpoczął więc opowieść o
swoim życiu.

Hilda  słuchała,  popłakując  z  cicha  nad  nieszczęśliwymi  losami  Mattiasa  i  Kolgrima.  Lepiej
zrozumiała  jego  przyjaźń  z  Kalebem.  Tak  dobrze  poczuła  się  w  zagłębieniu  jego  ramienia,  że
przeciągała się jak kotka i rozkoszowała każdą chwilą.

Przyszła  kolej  na  opowieść  o  jej  życiu.  Tym  razem  trafiła  na  bardziej  uważnego  i  wyrozumiałego
słuchacza niż Andreas.

Zwierzenia  spowodowały,  że  przytulili  się  do  siebie  jeszcze  mocniej,  i  Hilda  spokojnie  zasnęła.
Mattias był cokolwiek zawiedziony, że tak łatwo jej to przyszło, mimo że on był tak blisko. Przyjął to
jednak  za  znak,  że  czuje  się  przy  nim  w  pełni  bezpieczna.  Prawdę  mówiąc  odetchnął  także  z  ulgą,
gdyż jeszcze nie był całkiem gotów do sprawdzenia swojej męskości.

Przed jakimż jednak stanął dylematem! Jego zasady nakazywały mu, by nie ważył się tknąć jej przed
ślubem,  ale  jednocześnie  przyznawał  Hildzie  rację,  że  powinni  najpierw  sprawdzić,  czy  jest  im
pisana wspólna przyszłość.

144

Wschodzące słońce zdążyło już zalać czerwonym światłem pokój, kiedy Mattias uwolnił

zdrętwiałe ramię i odwrócił się na bok. Hilda we śnie przysunęła się bliżej i całym ciałem wtuliła
się w niego od tyłu. Mattias poczuł, jak ogarnia go przyjemne ciepło, ujął jej dłoń, spoczywającą na
jego piersi, i ucałował. Wkrótce zasnął także święty Mattias.

Następnego dnia Andreas i Kaleb wyruszyli wczesnym rankiem. Na Grastensholm ledwie skończono
śniadanie, kiedy nadjechali.

-  Mattiasie,  będziesz  musiał  dzisiaj  zaniedbać  obowiązki  medyka.  Wyruszamy  zapolować  na
wilkołaka!

- Ale, człowieku, przecież panuje odra! Nie mogę tak zostawić dzieci!

- To prawda. W Elistrand mamy już troje chorych, ale wiemy, co należy robić.

-  Pozwólcie  mnie  zająć  się  odrą  -  powiedziała  Liv.  -  Mattias  udzieli  mi  wskazówek,  a  Jesper
przygotuje powóz i zawiezie mnie, gdzie trzeba.

- Doskonale, babciu - powiedział Mattias. - Bardzo chciałbym pojechać z chłopakami.

- Ja także - wtrąciła się Hilda.

background image

- Nie masz już dość wilkołaka? - zdziwił się Kaleb.

-  Bezpośredniego  kontaktu  tak. Ale  domyślam  się,  kto  nim  może  być,  i  chciałabym  porozmawiać  z
tobą na osobności, jeśli to możliwe. Bo ty także masz pewne przypuszczenia, prawda?

Zwracała się teraz na ty do wszystkich młodych. Uważała, że już jakby do nich należy.

- Tak, mam. Chodźmy więc!

Wyszli do sieni i usiedli w wykuszu.

- Na jaki ślad wpadłaś? - zapytał Kaleb.

- Wiem, kto nie pił piwa, chociaż leżał tak, jakby spał.

- Naprawdę? To bardzo ciekawe!

- A ty?

- Ten kawałek rzemienia, który znaleźliśmy. I sznur czarownicy znaleziony w dłoni jednej z ofiar.

- Podejrzewasz kogoś konkretnego?

145

- Tak. Powiedz, kogo ty masz na myśli?

Szepnęła mu do ucha. Kaleb pokiwał głową i wymówił to samo słowo.

- A więc uderzamy natychmiast. Pojedziesz z nami.

Hilda nie umiała jeździć konno, co stanowiło pewną przeszkodę, ale Mattias rozwiązał ten problem,
sadzając ją przed sobą na swego wierzchowca.

Ruszyli przez wzgórze do wójta. Kiedy dotarli na miejsce, okazało się jednak, że nie ma go w domu.
Wyjechał, by schwytać rozbójnika.

Kaleb nawiązał swobodną rozmowę z gospodynią:

- Jak było z tą kobietą, którą wiosną oskarżono o czary? Co się z nią stało?

- Spłonęła na stosie. O, ona była winna!

- Skąd to wiecie?

- Wskazywały na to dowody, mogą mi panowie wierzyć! Całe stosy dowodów!

Gospodyni była prostą i szczerą starszą kobietą.

background image

Stali na schodach w sierpniowym słońcu.

- Widzieliście te dowody?

- O tak. Wójt przyniósł do domu masę przedziwnych rzeczy!

- Na przykład splecionych sznurków?

- I suszonych żółwi. I sama nie wiem czego jeszcze.

Zza płotu rozległo się ujadanie psa.

- Widzę, że wójt ma psy myśliwskie.

- O tak, ma piękne psy.

- Tu są trzy. Czy to już wszystkie?

- Tak. No i Nero.

- Nero?

- Jego ulubieniec, ale trzyma go gdzie indziej.

146

- Tak? A gdzie?

-  Na  tylnym  podwórzu.  Wójt  nie  chce,  żeby  straszył  dzieci.  Ale  on  nie  gryzie.  Jest  łagodny  jak
baranek!

- Możemy go zobaczyć?

- No, chyba tak. Jeśli panowie pójdą ze mną.

Przeszli na drugą stronę domu. Tam również zrobiono duży wybieg dla psów, ale stało w nim tylko
jedno zwierzę.

Hilda odskoczyła do tyłu.

- Nie, niech panienka się nie boi. On jest potulny. Proszę wejść ze mną i przywitać się z nim!

Weszła do środka, a oni z niepewnymi minami ruszyli za nią.

Była to odmiana niemieckiego owczarka. Olbrzymi, pokryty szarą sierścią pies podszedł do nich od
razu i zaczął lizać po rękach, machając przy tym szeroko ogonem. Gospodyni przemawiała do niego
ciepło.

background image

- To nie jest chyba stary pies? - zapytał Andreas.

-  O  nie,  to  młodzieniaszek.  Wójt  sam  go  wyszkolił.  Ale  uważam,  że  jest  za  surowy  dla  biednego
zwierzęcia. Aż przykro patrzeć, jak go tresuje. A pies jest taki posłuszny. Wójt ma piszczałkę i w ten
sposób  wydaje  mu  polecenia.  Chodź  tu!  Do  domu!  Śledź  człowieka!  Pies  ma  pomagać  w
sprawowaniu  władzy  i  to  na  pewno  jest  słuszne,  ale  wójt  jest  dla  niego  stanowczo  za  surowy!
Ostatnio  wręcz  okrutny.  Związał  psu  nogi  rzemieniem  i  spętanego  zmuszał  do  biegania.  Na  co  to
komu może się przydać? Tylko dręczy zwierzę!

- To było niedawno?

- Tak, latem. A teraz chce go uśmiercić. Aż mi się serce kraje.

Kaleb pogłaskał poczciwe psisko.

Jeśli coś by się stało waszemu chlebodawcy... zaopiekowalibyście się psem, prawda?

- Całym sercem! Nie żebym chciała, żeby wójtowi się coś przytrafiło - dodała pospiesznie. -

Ale u mnie miałby dobrze! Znaczy Nero!

Opuścili wybieg dla psów.

Andreas zapytał:

147

-  Słyszałem,  że  podobno  wójt  ma  bardzo  piękne  wilcze  futro.  Sam  chciałbym  mieć  takie.  Jak
sądzicie, czy można je odkupić?

Gospodyni zapatrzyła się przed siebie.

- Wilcze futro? Nie, chyba nie. Ale ma kilka pięknych wilczych skór. Nawet zastanawiałam się, czy
nie zamierza zrobić z tego futra, bo w paru miejscach znalazłam rozrzucone skrawki. Mam nadzieję,
że nie zabrał się za cięcie tych pięknych skór własnymi rękami!

- Rozumiem - uśmiechnął się Kaleb. - No, chyba nie doczekamy się na wójta. Przyjedziemy jutro.

Kiedy zatrzymali się przy wejściu i zaczęli żegnać, Mattias zagadnął:

- Jestem medykiem. Słyszałem, że wójt zna się na lekach.

Gospodyni była zaskoczona.

- Nic o tym nie wiem. Ale ma masę rzeczy po tej czarownicy. Najrozmaitsze tajemne świństwa. To
była  prawdziwa  czarownica  od  proszków.  Niedawno  miałam  kłopoty  ze  snem,  a  wtedy  wójt  mi
poradził, żeby spróbować proszku, który miała ta wiedźma. Trochę się bałam, ale wzięłam odrobinę,

background image

żeby go nie urazić. To był mocny i niebezpieczny środek, bo obudziłam się dopiero następnego dnia
po południu. Mogłam od tego umrzeć!

- A więc nie zażywaliście tego więcej?

- O nie, niech Bóg broni, dziękuję!

Dosiedli koni.

-  Wrócimy  tu  kiedy  Indziej  -  powiedział  Kaleb.  -  I  nie  mówcie  nic,  że  widzieliśmy  Nera,  dobrze?
Nie chcemy, żebyście mieli nieprzyjemności.

- Nie, nie, nic nie powiem. Żegnajcie, i dziękuję za miłą rozmowę. Tak rzadko ktoś tu zagląda!

- Tak? Sądziłem, że wójt ma wielu przyjaciół.

- On? Nie, niewielu chce się z nim przyjaźnić. Ma kilku oddanych ludzi, to wszystko. I żadnych dam.

- Rozumiem. Dziękuję za waszą życzliwość. Żegnajcie!

Kiedy  znaleźli  się  na  rozgrzanym  słońcem  wzgórzu,  a  kopyta  koni  miękko  uderzyły  o  trawę,  Hilda
stwierdziła:

148

- To była najnaiwna z gospodyń, jaką zdarzyło mi się spotkać!

-  Tak,  najnaiwniejsza  -  odruchowo  poprawił  ją  Mattias.  -  Tak,  masz  rację.  Nie  pojmuję  wójta,
dlaczego ryzykuje i ją trzyma?

-  Prawdopodobnie  świetnie  prowadzi  mu  dom  -  powiedział  Kaleb.  -  I  niełatwo  mu  chyba  znaleźć
kogoś innego.

-  Co  z  nim  teraz  zrobimy?  -  zastanawiał  się  Mattias.  -  Jak  się  aresztuje  wójta?  To  przecież  jego
wyłączny przywilej.

- Trzeba jechać aż do wojewody w Akershus. Sądzę, że w tej sprawie nie wystarczy nawet asesor.

- Musicie mi teraz wszystko wyjaśnić - powiedział Andreas. - Hildo, skąd wiedziałaś, że wójt nie pił
piwa?

Dumna była, że może mu odpowiedzieć, bezpiecznie siedząc na koniu razem z Mattiasem.

Trzech wielkich panów słuchało jej, córki hycla.

- Najpierw potknęłam się o jednego z mężczyzn, który leżał uśpiony w lesie. Śmierdział

piwem. A gdy później wójt pochylił się nade mną, bardzo nisko, wcale nie czuć było od niego piwa.

background image

- Brawo! - powiedział Andreas. - A ty, Kalebie? Jak wpadłeś na jego trop?

- Ta czarownica, którą schwytano w sąsiedniej wiosce na dzień przed odkryciem zwłok na polanie,
cały  czas  chodziła  mi  po  głowie,  chociaż  nie  mogłem  pojąć,  dlaczego.  Widzieliśmy  dziewięć
związanych razem sznurków, które wójt znalazł w ziemi przy ręce jednej z kobiet.

Ale nie widzieliśmy zawiniątka, które podobno miała przy sobie druga zamordowana, białej chustki z
ziemią.  A  później,  jak  pamiętacie,  babcia  Liv  wspomniała,  że  jeśli  owe  cztery  kobiety  były
rzeczywiście czarownicami, to powinny mieć we włosach sznurek z trzema supłami. I co powiedział
na  to  wójt?  Że  tak  właśnie  było!  Żadna  sztuka  tak  twierdzić,  zwłaszcza  że  pospieszył  się  ze
spaleniem zwłok!

- Żebym nie mógł zbadać, w jaki sposób poniosły śmierć - wtrącił Mattias. - Twierdził, że zostały
rozszarpane. Dlaczego tak powiedział? Dlaczego wmieszał w to wilkołaka?

- Improwizował - odparł Kaleb. - Wyobraźcie sobie: stoi nad zwłokami, które sam zakopał, a wokół
niego  mrowie  ludzi.  Co  ma  powiedzieć?  Co  zrobić?  Najpierw  orientuje  się,  że  ktoś  wspomniał  o
wilkołaku.  Tego  może  się  chwycić  i  podtrzymywać.  Takie  historie  przerażają  ludzi  i  sprawiają,  że
zapominają o rzeczach istotnych. Później odnajduje w kieszeni sznur czarownicy, który miał tam od
poprzedniego dnia, gdy schwytano wiedźmę. Przypomina sobie, że Ludzie Lodu mają w swej tradycji
związki z czarami. O, to będą doskonałe kozły ofiarne, myśli sobie. I umieszcza sznur tuż obok dłoni
kobiety, przysypuje go ziemią, by się pobrudził, a następnie „znajduje”.

149

- O wiele lepiej posłużyć się nami - powiedział Mattias, obejmując Hildę, jakby chciał

pokazać,  że  należy  do  niego.  Taka  pozycja  bardzo  przypadła  jej  do  gustu.  -  Zwłaszcza  że  już
wykorzystał nasze nazwisko u madame Svane w Christianii.

- Tak. Baron Meiden to brzmi imponująco - potwierdził Andreas. - Zwiódł te kobiety ze względu na
pieniądze, prawda?

- To jasne! Bogate wdowy i panny, które wniosą posag. A nasz pan wójt, jak wiadomo, bardzo lubi
pieniądze. Czy uśmiercał je w powozie, czy też zwabiał na polanę w lesie i tam dokonywał zbrodni,
tego  nie  wiemy.  Nie  zawoził  ich  do  swej  własnej  parafii,  to  byłoby  niebezpieczne.  I  Meidenowie
mieszkają przecież w Grastensholm, naturalne więc było zabrać je tutaj.

- Tak, i w dodatku słyszał, kiedy Joel Nattmann mówił o tym, że widział powóz - powiedział

Andreas. - A jeszcze wcześniej na podwórzu zostawił przewrócony dzban, który miał

sprowadzić rychłą śmierć na Joela. W ten sposób dawał do zrozumienia, że ktoś uprawia czary i że
wieśniacy nadal czyhają na Nattmanna. Następnego ranka, kiedy Hilda poszła doić do obory, zakradł
się  i  zamordował  jej  ojca,  pozorując  samobójstwo.  Nie  udało  się  zatrzeć  śladów,  ponieważ  był  z
nami Mattias i dokonał wnikliwych oględzin.

background image

Kaleb dodał:

- W tym samym czasie zaczął tresować psa. Musiał urealniać wizję wilkołaka, otaczać morderstwa
mistyką.  Przyszedł  do  zagrody  i  przestraszył  Hildę,  kiedy  była  w  stodole  przy  zwłokach  ojca,  ale
wiedział, że zaraz przybędzie jeszcze jeden świadek: grabarz.

- A więc celowo zostawił kłak sierści? - zdziwiła się Hilda.

-  Na  pewno!  -  odparł  Kaleb.  -  Ponieważ  uparcie  dążyliśmy  do  rozwikłania  tej  zagadki  na  własną
rękę, wójt musiał podejmować dalsze kroki. By podtrzymać atmosferę mistyki, ćwiczył psa niedaleko
Elistrand podczas pełni księżyca. To było tej samej nocy, kiedy akuszerka wracała do domu.

- A potem na jakiś czas cała sprawa ucichła - powiedział Mattias. - Jakby umarła śmiercią naturalną.
Ale wtedy pojawił się krewny jednej z kobiet.

-  Właśnie.  Oskarżono  Taralda  i  Mattiasa  z  powodu  nazwiska  Meiden  -  podjął  Kaleb.  -  Żeby  ich
ocalić, Hilda wpadła na ten zwariowany pomysł, by odegrać rolę przynęty dla wilkołaka.

Twierdziła,  że  wie,  kim  jest  zbrodniarz.  A  my  przystaliśmy  na  jej  propozycję.  To  się  naprawdę
mogło źle skończyć.

- Chwileczkę - włączył się zamyślony Mattias. - To znaczy, że on uśpił własnych ludzi i Andreasa, a
wcześniej ukrył w lesie psa i własnoręcznie wykonane przebranie wilkołaka...

- Tak - odparła Hilda. - Kiedy jeszcze byłam w Elistrand, słyszałam, że gdzieś w lesie wyje pies. To
wtedy wójt musiał włamać się do domu, żeby znaleźć dowód...

150

- A kiedy wszyscy już posnęli, przebrał się w swój strój i wypuścił psa za Hildą. Nieźle się musiał
namęczyć, żeby ich dogonić, bo Hilda przecież pobiegła głęboko w las!

- Na pewno tak właśnie było - potwierdził Kaleb. - A potem szybko wrócił na swoje miejsce.

Psa, naturalnie, odesłał do domu, a strój wilkołaka musiał ukryć gdzieś w lesie, po czym położył się
wśród innych i udawał, że śpi.

- Pies! - wykrzyknęła Hilda.

- Co z psem? - zdziwił się Kaleb.

- Na pewno wkrótce go uśmierci. Zwierzę jest przecież dowodem.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Dlatego Andreas i ja jeszcze dzisiaj wyruszymy do wojewody.

To dobry pies i zasługuje na lepszy los, a poza tym rzeczywiście stanowi jeden z istotnych dowodów.

background image

- Stójcie! - zawołał nagle Andreas. - Ktoś nadjeżdża!

Wstrzymali  konie.  Znaleźli  się  już  niedaleko  szczytu  wzgórza  i  nad  sobą  między  drzewami  mogli
dostrzec kawałek drogi.

Nadjeżdżało trzech konnych.

Wkrótce staną oko w oko z wójtem i dwójką jego ludzi.

Mattias zsadził Hildę z konia.

- Biegnij przez las do ojca i do Lipowej Alei, niech przyślą ludzi. To może być ciężkie starcie.

- Och, nie, nie wolno wam!

- Nie możemy uniknąć spotkania z wójtem, nie da się ukryć koni. A on nie powinien dotrzeć do domu
i zabrać psa. Z gospodynią też może być źle, jeśli wójt dowie się, co nam powiedziała. Pospiesz się!

- Niech Bóg ma was w swej opiece - szepnęła i pobiegła w las.

Nie  bała  się  teraz  wilkołaków,  wcale  nie  bała  się  lasu.  Myślała  tylko  o  jednym:  jak  najszybciej
dostać się do domu i sprowadzić pomoc.

Wkrótce  usłyszała  w  pobliżu  odgłos  uderzających  o  ziemię  podków  i  niewyraźne  głosy.  To  musiał
być wójt i jego ludzie. Przycupnęła pod drzewem. Dopiero kiedy upewniła się, że ją minęli, pobiegła
dalej. Teraz już mogła poruszać się drogą, było jej łatwiej.

151

Hilda pokonywała przestrzeń tak szybko, jak nigdy dotąd, no, może tak szybko jak wtedy, kiedy gonił
ją wilkołak. Chwilami zatrzymywała się, by zaczerpnąć tchu, i znów przyspieszała tempo.

Na  samym  szczycie  wzgórza,  skąd  mogła  widzieć  drogę  za  sobą,  przystanęła  i  obejrzała  się.
Dostrzegła mężczyzn między drzewami. O Boże, jak groźnie wyglądają.

Szybko ruszyła naprzód.

Wkrótce  już  miała  widok  na  parafię  Grastensholm.  Kościół,  dwory,  wszystko  wydawało  się  tak
daleko.  Ujęło  jej  to  jakby  odwagi,  poczuła  obezwładniające  zmęczenie,  musiała  położyć  się  na
trawie, by choć chwilę odpocząć.

Nagle usłyszała za sobą tętent kopyt. Poderwała się. Czy już wracają? A może to ludzie wójta?

Na wszelki wypadek ukryła się za grubym pniem drzewa.

Zadudniła ziemia, zaraz wyłonią się zza zakrętu. Już są!

background image

Ale...?

Hilda wyskoczyła na drogę. To nabiegały dwa spłoszone wierzchowce z pustymi siodłami.

Koń Andreasa i... Mattiasa!

- Och, nie!

Nie zdawała sobie sprawy, że głośno jęknęła.

Instynktownie złapała wodze jednego konia, drugi sam się zatrzymał. Hilda zaszlochała.

Co mam zrobić? myślała gorączkowo. Czy wracać do nich wierzchem?

Nie, sama w niczym im nie pomogę, a poza tym nigdy w życiu nie uda mi się zawrócić konia, który
już raz obrał kierunek.

Ale gdybym pojechała konno, szybciej dotarłabym do domu...

Koń  okazał  się  poczciwym  stworzeniem.  Wreszcie,  po  wielu  nieudanych  próbach  i  upadkach,
wykorzystując wielki głaz Hildzie udało się go dosiąść.

Przerażona siedziała na końskim grzbiecie, trzymając się kurczowo. Jak teraz sprawić, by ruszył?

- Do domu! - powiedziała zachęcająco i lekko uderzyła go w bok piętami.

152

I  cud  nastąpił.  Zwierzę  ruszyło  stępa.  Drugi  wierzchowiec  szedł  za  nim,  zmuszając  jej  konia  do
przyspieszenia tempa. Jedyne, co jej pozostało, to starać się utrzymać w siodle.

Łatwiej to było pomyśleć niż zrobić. W każdej chwili mogła spaść na trawę. Wydawało się jej, że
ziemia umyka spod stóp, chociaż koń szedł spokojnym kłusem. Palce Hildy wczepiły się w grzywę,
leżała pochylona do przodu w najmniej eleganckiej pozie, ze spódnicą podwiniętą wysoko za kolana,
ale co tam! Niech będzie, co ma być!

Wybrała  konia  Mattiasa,  zwierzę  skierowało  się  więc  ku  Grastensholm.  Drugi  koń  szedł  w  ślad  za
nimi.

Poobijana i oszołomiona dotarła do dworu. Na szczęście wyszli jej na spotkanie, inaczej nie miałaby
pojęcia, jak zsiąść.

Przerażona, jąkając się, usiłowała im wyjaśnić, co zaszło.

Tarald  w  lot  pojął  sytuację.  Natychmiast  posłał  parobka  do  Lipowej  Alei  i  sam  w  największym
pośpiechu zwołał z dworu wszystkich mężczyzn, jakich tylko się dało. Stawili się w komplecie, nikt
nie miał nic przeciw drobnej potyczce z wójtem. Chłopak, który udał się do Lipowej Alei, miał także

background image

za  zadanie  poprosić  Arego,  by  wybrał  się  jak  najszybciej  do  wojewody  w  Akershus  i  stamtąd
sprowadził pomoc.

Uspokoiło to Hildę. Jeśli ktoś miał wpłynąć na wojewodę, to mógł to być tylko Are z Ludzi Lodu.

Tarald  ze  swymi  ludźmi  skierował  się  ku  wzgórzu.  Wkrótce  Hilda  ujrzała  grupę  konnych,
wyjeżdżających  z  Lipowej  Alei,  a  zaraz  potem  samotnego,  dostojnego  jeźdźca  zmierzającego  na
wschód.

Weszła do domu wraz z Irją. Obydwie były w równym stopniu wzburzone, ale bezradne i zlęknione.
Kiedy wchodziły po schodach, Irja obejrzała się:

- Och, w domu, w Eikeby też już wiedzą. Widzisz tę gromadę? Oni kochają mojego Mattiasa.

Jest przecież także jednym z nich, bardzo są z niego dumni.

Miała łzy w oczach. Hilda także, kiedy zobaczyła grupę ciągnącą za innymi.

Ogromne zgromadzenie, pomyślała. A wójt ma tylko dwóch ludzi. Ale to wiele mówiło o nastrojach
panujących we wsi.

Znów stanęły jej przed oczami dwa luźne konie. Zrobiło się jej słabo ze strachu.

- Trzech na trzech - powiedziała Irja, kiedy były już w pokoju. - Czy słyszałaś wystrzały?

- Nie.

153

- Dzięki Bogu. Walka wręcz mogła być bardziej wyrównana. Ale bardzo niepokoją mnie te konie.

Hilda nerwowo wykręcała palce.

- Baronowo, nie mam już sił siedzieć tak biernie i wyczekiwać z niepokojem.

- Ja także. Weźmiemy konie i pojedziemy za nimi.

- Och, wspaniale! Czy zawiadomić Elistrand?

- Tak, powinnyśmy to zrobić. Wstąpimy tam po drodze.

-  Ale  przecież  ja  nie  umiem  jeździć  konno.  Teraz  poganiał  mnie  strach.  Jechałam  jak  bezładnie
podrzucany worek z mąką.

- Nie martw się, usiądziesz za mną i wszystko będzie dobrze.

Wkrótce  kobiety  opuściły  Elistrand.  Irja,  za  którą  siedziała  Hilda,  oraz  Gabriella  i  Eli,  każda  na
swoim  koniu.  Liv  nie  było,  wyjechała  powozem  do  chorych  na  odrę  dzieci.  Nic  nie  wiedziała  o

background image

ostatnich wydarzeniach.

Hildzie  zaimponowało  poczucie  wspólnoty  panujące  w  rodzie.  Uważała,  że  teraz  po  trosze  już  do
nich należy, czuła się z nimi solidarna.

Mattias... O Boże, co się z nim stało?

Twarz  Eli  była  kredowobiała.  Niedługo  miały  odbyć  się  jej  zaślubiny  z Andreasem,  a  tu  jego  koń
wrócił sam do domu.

Gabriella  miała  tam  swego  Kaleba.  Co  prawda  jego  koń  nie  przybiegł,  ale  czy  to  stanowiło  jakąś
gwarancję, że mężowi nic się nie stało?

A Irja jechała do swego jedynego syna.

W milczeniu wjeżdżały na wzgórze. Kiedy dotarły już na tyle blisko, by dostrzec sąsiednią wioskę,
zatrzymały się.

Przed nimi leżała okolica skąpana w złotym świetle popołudniowego słońca. Dostrzegały fragmenty
wijącej  się  lasem  drogi,  ale  nigdzie  nie  było  widać  ludzi.  Od  czasu  do  czasu  dochodziły  je  tylko
pojedyncze wołania.

Jechały dalej, coraz bardziej zaniepokojone.

Za następnym zakrętem natknęły się na pierwszą grupę mężczyzn. Byli to trzej reprezentanci Eikeby,
zostawieni na straży.

154

- Co się stało? - zapytała Irja.

- Nie powinnyście podjeżdżać bliżej - powiedział jeden z jej bratanków. - Wygląda na to, że wójt i
jego ludzie pojmali pana Andreasa jako zakładnika i grożą, że go zabiją, jeśli ktokolwiek spróbuje
się zbliżyć.

- O, Boże! - jęknęła Eli.

- A pozostali? - dopytywała się Gabriella.

- Z tego, co zrozumieliśmy, zaczęło się tak, że ludzie wójta zrzucili pana Andreasa z konia.

Nasz Mattias zeskoczył, by mu pomóc, i wtedy jeden z ludzi wójta popędził ich konie, które stamtąd
uciekły. Pan Kaleb strącił z siodła jednego przeciwnika, ale dwaj pozostali schwytali pana Andreasa
i przystawili mu nóż do gardła. Zabrali go ze sobą i odjechali w las. Mattias próbował iść za nimi, a
pan Kaleb przyjechał tu, napotkał wszystkich naszych ludzi i zorganizował pościg. Teraz rozjechali
się  po  lesie,  by  uwolnić  pana Andreasa.  Odcięliśmy  wszystkie  drogi,  jakie  tylko  się  dało,  ale  nie
wiemy, gdzie oni teraz mogą być.

background image

- Wójt nie zdołał chyba dotrzeć do domu? - zapytała z lękiem Hilda.

- Nie, pan Kaleb dopilnował, żeby tam wysłać straże.

- Czy my nic nie możemy zrobić? - żaliła się Gabriella.

- Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli zaczekacie tutaj, wasza wielmożność.

-  Upłyną  godziny,  zanim  przybędzie  ktoś  z  dworu  wojewody  -  powiedziała  Irja.  -  Jeśli  w  ogóle
możemy na nich liczyć. Będą chyba trzymać stronę wójta.

- Nie w wypadku, gdy w grę wchodzi zabójstwo czterech kobiet - orzekła Gabriella.

- I hycla - cicho dodała Hilda.

Usiadły  na  skraju  drogi,  stąd  miały  dobry  widok  na  dolinę.  Widziały  jednak  tylko  lasy  i  sąsiednią
wieś  położoną  nad  bystrzem  rzeki.  Słońce  grzało  je  w  plecy,  wśród  zarośli  brzęczały  owady,  a  z
wierzchołków drzew od czasu do czasu rozlegał się ptasi śpiew.

Hilda siadła przy Gabrielli. Chociaż od rana nic nie jadła, nie czuła głodu.

- Brakuje nam cię w Elistrand - powiedziała Gabriella, jedyna spośród nich, w której żyłach płynęła
prawdziwie  błękitna  krew.  Córka  rodu  Paladinów  i  Meidenów  z  odrobiną  książęcej  krwi
Schwarzburgów  i,  jako  przeciwieństwo,  sporym  dodatkiem  krwi  Ludzi  Lodu.  Natomiast  Irja,  Eli  i
Hilda,  wszystkie  były  bardzo  prostego  rodu,  ale  ich  dzieci  mogły  być  potomkami  Ludzi  Lodu.  Irja
miała już syna, Mattiasa Meidena. Ale pozostałe...?

- Jak się układa między tobą a Mattiasem? - zapytała Gabriella.

155

Hilda ocknęła się.

- Między mną a Mattiasem? - powtórzyła.

Była tak pogrążona w rozpaczy, że nigdy go już nie ujrzy, że zapomniała o tym, co ją otacza.

Irja i Eli siedziały nieco dalej, zatopione w rozmowie.

- Ja... nie wiem. Naprawdę nie wiem.

- On sprawiał wrażenie bardzo tobą zainteresowanego.

- Tak. Ale są... pewne trudności.

Gabriella  patrzyła  na  nią  badawczo.  Były  mniej  więcej  w  tym  samym  wieku,  Hilda  nawet  o  rok
starsza od margrabianki.

background image

- Zawsze podejrzewałam, że mój kuzyn ma jakieś kłopoty - stwierdziła Gabriella. - Chodzi mi o to,
że żaden człowiek nie może być tak na wskroś doskonały, idealny, jak się wydaje.

Hilda spuściła głowę.

- Nie, to prawda.

- Życie miłosne?

- Nie chciałabym... - szepnęła Hilda tak cicho, jakby zwracała się do mrówek krążących w trawie.

- Nie zawiedziesz jego zaufania, i tak wszyscy to odgadliśmy. - Gabriella położyła swą wąską dłoń
na  ramieniu  Hildy.  -  Tylko  ci  najbardziej  prości,  niewrażliwi,  jak  Jesper  i  jego  ojciec  Klaus,  nie
mają z tym kłopotów. Hildo. Każdy myślący człowiek ma swoje trudności.

Babcia  Liv  opowiadała  mi  o  swoich,  wtedy  kiedy  poślubiła  ukochanego  Daga.  Irję  paraliżował
strach z powodu brzydkich nóg. Ja sama wmawiałam sobie, że nikt mnie nie zechce, bo jestem taka
chuda.  Mój  brat  Tancred  miał  także  kłopoty,  choć  nieco  mniejsze.  Ale  najgorzej  było  z  moimi
rodzicami, Alexandrem i Cecylią, Tancred opowiadał mi o tym. To był

prawdziwy  dramat! A  nikt  nie  żyje  w  większej  harmonii  niż  oni  teraz!  Jesteś  właściwą  osobą  dla
Mattiasa. Na pewno sobie poradzisz.

Hilda doznała pewnej pociechy, nie śmiała jednak spojrzeć na Gabriellę.

Gabriella mówiła dalej:

-  Nie  wiem,  na  czym  polegają  jego  trudności,  ale  postaraj  się  wyjść  mu  naprzeciw.  Pamiętaj,  że
Mattias jest bardzo romantyczny. Staraj się, by było jak najpiękniej, taka jest moja rada.

156

Hilda podniosła oczy i uśmiechnęła się. Nigdy nie miała przyjaciółki, z którą mogłaby porozmawiać,
i  nie  wiedziała,  ile  może  wyznać,  a  ile  zatrzymać  dla  siebie.  Ale  Gabriella  sama  była  z  natury
nieśmiała i skoro wyciągała rękę, Hilda nie powinna jej odtrącać.

-  Dziękuję,  będę  o  tym  pamiętać  -  powiedziała.  -  Nie  zgadzamy  się  w  jednym  punkcie.  On  chce,
żebym  pozostała  nietkniętą,  czystą  panną  młodą,  a  ja  uważam,  że  powinniśmy  znaleźć  jakieś
rozwiązanie przed ślubem, zanim być może unieszczęśliwimy się na całe życie.

Gabriella długo patrzyła na nią zamyślona.

- Sądzę, że masz rację - powiedziała po chwili. - Staraj się mu to wytłumaczyć. I nie miej żadnych
skrupułów.  Przypuszczam,  że  większość  z  nas  miała  swoje  doświadczenia,  zanim  legliśmy  w
małżeńskim łożu. Wuj Tarald musiał żenić się w ogromnym pośpiechu. Najgorzej rzecz się miała z
Brandem, z jego powodu wybuchł nawet skandal, był przecież niepełnoletni.

background image

Jej bezpośrednia szczerość ogrzała nieco serce Hildy.

- Dziękuję! Oby tylko wrócili! Tak wiele chciałabym mu powiedzieć!

- Mattias i Kaleb wrócą na pewno, gorzej z Andreasem. Biedna Eli, jej jest teraz naprawdę ciężko.

Umilkły. Wygodniej usiadły na trawie i dalej czekały.

157

ROZDZIAŁ XIII

Dramatyczną sytuację, która wytworzyła się w lesie, rozwiązał Mattias.

Biorącym udział w pościgu udało się otoczyć wójta i jego ludzi. Daleko w dolinie pochwycili ich w
kleszcze. Kiedy wójt i jego asysta brali Andreasa jako zakładnika, musieli zsiąść z koni, które Kaleb
szybko spłoszył, jakby w rewanżu za dwa wierzchowce, które stracili Andreas i Mattias. Wójt i jego
ludzie musieli więc posuwać się przez las piechotą, prowadząc między sobą Andreasa. Szli wolno,
dlatego też nie zdołali umknąć pościgowi.

Mattias przez cały czas trzymał się w pewnej odległości, nie mogąc uczynić nic dla swego krewniaka
i przyjaciela. Ale to on właśnie wskazał z pagórka, gdzie znajdują się zbiegowie.

Teraz byli otoczeni. Zatrzymali się na polanie w lesie zdesperowani, gotowi na wszystko.

-  Jeszcze  jeden  krok,  a  poderżniemy  gardło  tej  kanalii!  -  wrzasnął  wójt.  Jeden  z  jego  ludzi  trzymał
nóż przyłożony do szyi Andreasa, na której widać już było drobne zacięcia.

-  Jak  zamierzasz  wyjść  z  tego,  wójcie?  -  zawołał  Tarald,  siedzący  na  koniu  obok  Kaleba  i  bardzo
bladego  Branda.  Towarzyszący  im  ludzie  otrzymali  zakaz  czynienia  czegokolwiek,  gdyż  każdy  ruch
mógłby okazać się zgubny. Nikt nie śmiał nawet wspomnieć, że powiadomiono wojewodę, z obawy,
że żądny zemsty wójt szybko rozprawi się z Andreasem.

- Chcę mieć wolną drogę do Niemiec! - odkrzyknął wójt. - Jeśli mi to zagwarantujecie, dostaniecie
tego kogutka z powrotem nietkniętego.

- To wygórowane żądanie - stwierdził Tarald.

W tym momencie wtrącił się Mattias:

-  Wolną  drogę  dla  wszystkich  trzech?  -  Wójt  zawahał  się,  a  Mattias  szybko  dorzucił:  -  Wy  dwaj,
Norwegowie! Wy przecież nie jesteście winni zabójstwa tych czterech kobiet i Joela Nattmanna. Nic
wam  się  nie  stanie.  Ale  jeśli  będziecie  trzymać  z  wójtem,  bez  wątpienia  także  skończycie  na
szubienicy!

- Zamknij się! - wrzasnął wójt. - Nie słuchajcie go, on kłamie!

background image

Ale dwaj mężczyźni popatrzyli po sobie. Ten, który trzymał Andreasa, bezwiednie opuścił

nóż.  Wójt  podbiegł  do  niego  i  wyszarpnął  mu  broń  z  ręki.  Podczas  krótkotrwałego  zamieszania
Andreas,  który  miał  związane  z  tyłu  ręce,  rzucił  się  na  ziemię  i  przetoczył  na  bok.  Wójt,  chcąc
zatrzymać zakładnika, swoją jedyną szansę; skoczył ku niemu z nożem, ale już mężczyźni, niczym rój
pszczeli, rzucili się na niego.

Walka zakończyła się szybko. Uwolniono z więzów Andreasa, a związano wójta.

158

- Ten chwyt nigdy nie zawodzi - nerwowo zaśmiał się Mattias. - Zasiej niepewność w obozie wroga,
a wygrana będzie twoja!

- Dzięki ci, mój chłopcze - powiedział Brand nieswoim głosem. - Uratowałeś mi syna.

Zawsze będę ci za to wdzięczny.

- Ależ, wuju Brandzie, nie sądzisz chyba, że sam dałbym sobie z tym radę? Pamiętaj, że śledziłem ich
od  wielu  godzin,  nie  mając  odwagi  nic  zrobić.  Ale  z  taką  siłą  za  plecami  nawet  tchórz  staje  się
bohaterem!

Wszyscy  się  roześmiali,  wcale  nie  dlatego,  że  powiedział  coś  śmiesznego,  lecz  ponieważ  opadło  z
nich wielkie napięcie.

Tylko wójtowi nie było do śmiechu.

Kobiety ujrzały na leśnej drodze zbliżający się orszak jeźdźców i pieszych. Dopiero kiedy pobiegły
im na spotkanie, uświadomiły sobie, jak mocno odczuwały lęk i niepewność.

Śmiechom i łzom radości nie było końca.

Kiedy Mattias uznał, że dość już ma uścisków matki i wszystkich krewnych, gorąco szepnął

Hildzie:

- Muszę z tobą porozmawiać. Czy możemy puścić ich konno przodem? A my wrócimy pieszo?

Jego oczy zalśniły nowym blaskiem. Hilda zdecydowanie skinęła głową.

Mattias  krzyknął  w  stronę  rodziców,  informując  o  swych  zamiarach.  Pomachali  mu  z  uśmiechem  i
wielki orszak wkrótce zniknął za drzewami.

Pozostali  w  ciepłym  lesie.  Ich  dłonie  splatały  się  w  subtelnej  grze.  Mattias  wpatrywał  się  w
dziewczynę szczęśliwymi, roziskrzonymi oczami.

- O czym chciałeś ze mną pomówić? - szepnęła.

background image

Ze śmiechem wzruszył ramionami.

-  O  niczym.  Po  prostu  musiałem  z  tobą  pobyć.  Przez  cały  czas,  kiedy  ich  śledziłem,  w  sam  środek
mego niepokoju o los Andreasa wdzierałaś się ty. Nie mogę żyć bez ciebie, Hildo.

- Ja też nie mogę bez ciebie żyć. Nie wolno ci wystawiać mnie na takie udręki jak dziś, Mattiasie, nic
zniosę tego!

- I ty mówisz o udrękach? Czy wiesz, że odkąd cię poznałem, nie mogłem ani jeść, ani spać? I czy nie
bywałem w Elistrand nieprzyzwoicie często?

159

- Wcale tak nie uważam. Dla mnie mógłbyś tam mieszkać. Oczywiście nie w moim pokoju.

Powiedziała to ze śmiechem, by nie usłyszał powagi kryjącej się w jej słowach.

Mattias  jednak  zrozumiał.  Kiedy  ją  obejmował,  poczuł,  że  jest  jak  napięta  struna,  że  drży  całym
ciałem, tłumiąc pragnienia.

Mój Boże, jak mam sobie z tym poradzić? myślał, pierwszy raz prawdziwie ją całując. Ona była tak
chętna, taka miękka w jego ramionach i taka cudowna w dotyku.

- Mo-może lepiej będzie, jak pójdziemy - wyjąkała, starając się uwolnić z jego objęć. Nie chciała,
by  zauważył  pożądanie  ogarniające  ją  z  intensywnością,  której  romantyczny  Mattias  nie  byłby  w
stanie pojąć.

- Tak, chodźmy - odparł cicho i ujął ją ze rękę.

Kiedy zeszli w dół zboczem od strony parafii Grastensholm, znów przystanęli. Kościół leżał

skąpany w popołudniowym słońcu, cień, który padał od wieży, wydłużył się. Grupa jeźdźców dotarła
już na równinę.

Wśród pni brzóz i ciemnych granatowozielonych sosenek stał szary, rozpadający się bróg.

Tu w każdym razie jest bardzo romantycznie, pomyślała Hilda. Ale pierwszy ruch należy do niego. Ja
nie mogę przejawiać już więcej inicjatywy. I tak zrobiłam bardzo dużo.

Mattias zmarszczył czoło.

- Co się stało? - zapytała Hilda.

- Nie wiem. Jakiś powiew wiatru, czyjś śmiech... Nie, nie pojmuję... Jakaś dziwna myśl przemknęła
mi przez głowę.

Nie mogli wiedzieć, że właśnie w tym miejscu przed sześćdziesięciu laty czternastoletnia Sol czekała

background image

na Klausa, by go uwieść. Hilda, choć nie była tego całkiem świadoma, znalazła się tu w tym samym
celu z Mattiasem, przyrodnim bratem wnuka Sol.

Mattias z Ludzi Lodu mógł wyczuć obecność pięknej czarownicy w poszumie wiatru. Hilda tego nie
potrafiła.

- Chodź, usiądziemy trochę dalej od ścieżki - powiedział rozgorączkowany. - Na trawie jest jeszcze
ciepło.

Usiedli  w  pobliżu  brogu,  nie  dokładnie  w  tym  miejscu,  które  wybrali  Sol  i  Klaus,  ale  dostatecznie
blisko,  by  obecność  czarownicy  była  wyczuwalna  w  powietrzu.  Być  może  to  ona  oddziaływała  na
nich i sprawiła, że przysiedli właśnie tutaj, a może po prostu sprawiło to pragnienie dwojga młodych
ludzi, by być blisko siebie? Ani Mattias, ani Hilda nie 160

zastanawiali się nad tym, siedząc w tym „najromantycznym z miejsc”, jak wyraziła się Hilda.

Tym razem jej nie poprawił.

Mattias  leżał  oparty  na  łokciach  i  próbował  dzielić  źdźbło  trawy,  ale  dłonie  drżały  mu  tak,  że  nie
mógł sobie poradzić. Jakiś uparty głos w jego duszy - a może dochodzący z zewnątrz -

powtarzał bezustannie: Dalej, ruszaj, niezdaro ! Przecież ona tylko na to czeka!

Hilda położyła się na plecach i wyciągnęła ramiona nad głową.

-  Chciałabym,  żeby  wszystko  było  takie  piękne  jak  teraz  -  powiedziała  z  żalem.  -  Przez  całe  życie
tęskniłam do piękna i tak niewiele go widziałam.

Ucieszony tym, że przełamała milczenie, koniuszkami palców popieścił jej szyję. Nie mógł

oderwać wzroku od jej skóry, konturów ciała, tak doskonale miękkich i kuszących.

- Myślę, że sama w sobie jesteś piękna - stwierdził, ale z trudem wydobywał głos. - Nosisz piękno w
sobie.

- Naprawdę? - szepnęła zawstydzona i uniosła dłoń.

Pogładziła go po policzku, zaczęła bawić się jego miedzianorudymi lokami, cudownie połyskującymi
w słońcu:

-  Nie  potrzebujesz  kogoś  takiego  jak  ja.  -  Te  słowa  Hilda  wymówiła  drżącymi  wargami.  Jej  skóra
była teraz tak gorąca, że wydawało się, że on lada chwila się poparzy.

- Powinieneś mieć łagodną, delikatną i cierpliwą kobietę, która umiałaby czekać, aż będziesz pewien
swoich potrzeb i możliwości.

W jego jasnych, niebieskich oczach pojawił się uśmiech z pogranicza szczęścia i rozpaczy.

background image

- A ty nie powinnaś mieć kogoś takiego jak ja, kto nie potrafi dać ci tego, czego potrzebujesz.

Między płaczem a śmiechem powiedziała:

- Nie pasujemy do siebie, a mimo wszystko bezgranicznie cię kocham.

- Naprawdę? - szepnął. - Naprawdę tak jest?

Dalej  się  nie  posunęli,  gdyż  na  ścieżce  zadudniły  ciężkie  kroki.  Był  to  maruder  Jesper,  który  w
wielkich buciorach wdarł się w kruchy jak porcelana nastrój.

- Aaa, widzę, że i doktor zrobił swoje - bezceremonialnie zawyrokował grubym, donośnym głosem,
po którym zawsze można go było poznać. - No to dobrze. Bo muszę powiedzieć, że bez tego nie da
się wytrzymać. Można wyschnąć.

161

Bez  krztyny  skrępowania  usiadł  obok  nich  na  trawie,  szeroko  rozrzucając  nogi  i  kładąc  dłonie  na
kolana.

Mattias i Hilda nie zdążyli jeszcze przyjść do siebie, a on już z właściwą sobie rubasznością mówił
dalej:

-  No,  naprawdę,  to  dlatego  doktorowi  nie  spodobało  się,  że  Jesper  odwiedził  panieneczkę  w  jej
pokoju? Teraz rozumiem, że trzymał ją dla siebie. Nie, ja nie jestem z tych, co to chcą stawać innym
na drodze. Życzę szczęścia, ze szczerego serca.

-  Dziękuję,  Jesperze  -  mruknął  Mattias.  Obydwoje  już  usiedli.  -  Właśnie  mieliśmy  zamiar  iść  do
domu. Może pójdziemy razem?

- Aha, to znaczy, że już po wszystkim - ucieszył się nieodrodny syn Klausa. - Ale wydaje mi się, że
panieneczka jest jeszcze chętna, doktorze. Pewni jesteście, że miała dosyć? Można to poznać po...

- Wszystko jest jak należy - szybko powiedziała Hilda. - Chodźmy, niedługo zapadnie zmrok.

- No i jak, Jesperze? - zapytał Mattias, kiedy ciągle jeszcze oszołomieni schodzili w dół

ścieżką. - Jak ci się udały konkury?

- Świetnie, doktorze, świetnie! Od razu przystała. Ale nie bierze mnie nagiego i bosego...

mam ziemię i dom. Ślub będzie niedługo.

- Gratuluję, Jesperze! To miło słyszeć!

- Ale był jeden kłopot. To jasne, zawsze coś jest. Musiałem przyrzec, że w przyszłości będę trzymał
łapy z daleka od młodszych sikorek, bo inaczej nic z tego, zagroziła. No cóż, nie można mieć w życiu

background image

wszystkiego. Pamiętam jedną dziewczynę z Holszta...

- Holszta?

- No tam, w Niemczech, przecież wiecie.

- A, z Holsztynu!

-  No,  właśnie.  No,  to  nie  była  już  dziewczyna,  kobyła  dobrze  w  latach,  ale  ile  ona  mi  pokazała!
Byłem wtedy jeszcze zupełnie zielony.

Roześmiał  się  na  wspomnienie  i  właśnie  miał  zamiar  wchodzić  w  szczegóły,  ale  Mattias  go
uprzedził, szybko zmieniając temat.

- Zobaczymy, czy nie uda się jakoś uprzyjemnić twojego wesela, Jesperze.

- O, dziękuję. A kiedy wasze?

162

- To... to jeszcze nie ustalone - odparł Mattias i ukradkiem ścisnął rękę Hildy. - Ale sądzimy, że już
wkrótce.

- To dobrze. Nie warto za długo zwlekać.

I to mówił czterdziestosiedmiolatek, który dopiero po wielu namowach zdecydował się na ożenek!

- To straszne z tym wilkołakiem - powiedział Jesper zadumany. - I pomyśleć, że był nim nasz wójt.
To najgorsza rzecz, jaką słyszałem!

- On nie był prawdziwym wilkołakiem - wyjaśnił Mattias. - Prawdziwych wilkołaków nie ma.

On się po prostu przebrał.

- I na co to komu? - użalił się Jesper nad tym, że musiał wysilać swój umysł ponad wszelkie granice.

- No właśnie - Mattias najwyraźniej uznał, że nie warto trudzić się dalszymi wyjaśnieniami. -

No,  ale  jesteśmy  już  w  domu.  Wiesz,  Jesperze,  teraz  możesz  bez  ryzyka  przenieść  się  do  swojej
zagrody. Niebezpieczeństwo minęło.

Prostoduszny stajenny westchnął:

-  To  świetnie...  Pewnie,  że  mi  tu  na  Grastensholm  dobrze,  ale  najlepiej  jest  być  sobie  panem!
Chociaż... teraz pewnie będzie inaczej. Kobita w domu...

Zadumał się. Z twarzy jednak wyczytali, że uznał tę myśl za przyjemną.

background image

Hilda  całą  drogę  szła  w  milczeniu.  Nie  mogła  darować  sobie,  że  tak  brutalnie  przerwano  ich
schadzkę  w  tym  pięknym  miejscu  koło  brogu.  Coś  lekko  jak  tchnienie  wiatru  dotknęło  jej  twarzy.
Pajęczyna albo...?

I  gdyby  Mattias  był  jednym  z  dotkniętych  z  Ludzi  Lodu,  zastanawiałby  się  pewnie,  czy  byli  tam  na
górze  sami,  czy  też  ktoś  im  towarzyszył.  Być  może  dostrzegłby  cień  czternastoletniej  dziewczyny,
która, rozbawiona, z łobuzerskim uśmiechem przycupnęła na zboczu.

Ironią  losu  było,  że  to  właśnie  syn  jej  kochanka  zakłócił  i  przerwał  tę  piękną  scenę,  którą
obserwowała, kiedy na chwilę zajrzała do świata żywych.

Może  pomyślała  sobie,  że  świat  od  jej  czasów  niewiele  się  zmienił?  Że  to  mężczyźni  nadal
występują  w  roli  atakujących  myśliwych,  a  kobietom  nie  wolno  pokazywać  uczuć,  gdyż  mężczyźni
pragną zwyciężać i chcą, by były romantycznie nieśmiałe i trudne do zdobycia?

Ludzie  wojewody  po  przesłuchaniu  wszystkich,  którzy  orientowali  się  w  sprawie,  zabrali  ze  sobą
wójta.

163

Nastąpiło  to  późnym  wieczorem.  W  związku  z  tym  Mattias  nalegał,  by  Hilda  spędziła  na
Grastensholm jeszcze jedną noc. Było to dość kiepskie wytłumaczenie, tak pewnie uważała rodzina,
ale  nikt  nie  chciał  podważać  jego  decyzji.  Kaleb  więc  jeszcze  raz  pojechał  samotnie  do  domu  z
wiadomością, że Hilda i tej nocy nie przybędzie.

-  Wygląda  na  to,  że  zaczyna  się  to  stawać  zwyczajem  -  powiedziała  z  przekąsem  Gabriella,
usłyszawszy  nowinę.  -  Ale  ma  moje  błogosławieństwo.  Jeśli  potrafi  położyć  kres  kawalerskiemu
żywotowi Mattiasa, będzie jej to policzone za dobry uczynek!

Tym  razem  Hilda  wyraźnie  nalegała,  by  mogła  spać  w  oddzielnym  pokoju.  Cała  noc  spędzona  w
obecności Mattiasa to było więcej niż mogła znieść. Chciała po prostu się wyspać. Nie mogła sobie
przypomnieć, kiedy ostatnio dane jej było przespać całą noc.

Nie stało się tak i tej nocy...

Obydwoje  zasnęli  od  razu,  zmęczeni  ostatnimi  wydarzeniami,  które  bardziej,  niż  by  się  na  pozór
wydawało, zakłóciły im spokój ducha. Hilda zapadła w mocny, życiodajny sen.

Nad ranem coś ją obudziło.

Wołanie o pomoc?

Znów zamieszanie? Znów wilkołak? Nie, ta sprawa była zakończona.

Gdzie ona właściwie jest? Gdzieś niedaleko piszczy szczeniak...

Znów usłyszała krzyk. Zduszony, przeszywający serce.

background image

I już wiedziała, gdzie jest i kto krzyczy. Zerwała się z łóżka.

Mattiasowi powrócił dawny strach. Góra, ogromna góra wznosiła się nad nim, a jego zmuszono do
wejścia  w  ciemną  dziurę,  gdzie  jeden  luźny  głaz  mógł  zadecydować  o  jego  życiu.  Czuł,  jak  masa
kamieni powoli osuwa się na niego, przyciska kręgosłup, miażdży...

Chciał  się  wydostać,  uciekał,  wyszedł  już  z  ciasnego  korytarza,  ale  wokół  niego  wszystko  było
zasypane. Został uwięziony w grocie bez wyjścia, bez żadnej szczeliny.

Zwykle w tym właśnie momencie wstawał i chodził we śnie - szedł i szedł, by się wydostać i znaleźć
jak najdalej od kopalni.

Tym razem jednak nie zdążył. Ktoś był przy nim. Ktoś o łagodnym, uspokajającym głosie wślizgnął
się do jego łóżka, tulił go do siebie, pocieszał, rozgrzewał.

Wiedział, że to nie matka, nigdy by nie zrobiła czegoś takiego. Ona tylko potrząsała go delikatnie za
ramiona i już się budził.

164

To  była  Hilda,  jego  Hilda!  Z  wdzięcznością  przyjął  jej  ciepło,  półsennie  otoczył  ramionami,  po
trosze  by  uwolnić  się  od  koszmaru,  a  po  trosze  z  nieprzemożonej  potrzeby,  by  ją  przygarnąć  do
siebie. Wtulił się w gorące objęcia, spragniony szukał gwałtownie jej ust, pocałunki były zmysłowo
wilgotne, leniwie pożądające, wydawało się, że zapadł w erotyczny sen.

Otworzyła się i ogarnęła go, a Mattias, jeszcze senny, nie wiedział, jak to się stało, gdy nagle zaczął
ją brać w swoje posiadanie.

Powiodło mu się! Nic mu nie dolegało! Może nie było to najbardziej udane zbliżenie w historii; po
prawdzie zaliczyć je trzeba do tych najmniej udanych: pełne niezgrabnych ruchów, przeszkadzającej
pościeli, niecierpliwości, bólu, nerwów i przerażenia - ale doszło do skutku!

Mattias leżał jak wycieńczony gladiator na arenie i był bardzo, bardzo szczęśliwy, a Hilda delikatnie
gładziła  go  po  włosach,  pragnąc,  by  niedługo  się  podniósł,  gdyż  chciała  doprowadzić  do  porządku
swą piękną nocną koszulę.

Nie miała jednak serca, by mu to powiedzieć, w tak świętej chwili nie mogła brutalnie ściągnąć go
na ziemię.

Na  pewno  była  cokolwiek  zawiedziona,  ale  też  dumna  i  szczęśliwa.  Nie  można  od  nikogo  żądać
rzeczy niemożliwej, myślała, nie wiedząc, że przed nimi jest wiele cudownych chwil, które nadejdą
po długim okresie trudnych i często bolesnych przygotowań.

Ale jeśli o to chodziło, nie byli jedyną parą na świecie.

Jesperowi wyprawiono wielkie wesele i został statecznym ojcem rodziny. Zrezygnował na jakiś czas
z „kwiatków”, dziecko więc było już w drodze. Był dumny jak paw i przestał

background image

uganiać się za dziewkami.

Następnie rozpoczęły się przygotowania do wesel w czterech dworach. Weseliska miały odbyć się
na Grastensholm i Elistrand zaraz po Bożym Narodzeniu, ale zaangażowane były także Lipowa Aleja
i  Eikeby.  Ani  Eli,  ani  Hilda  nie  miały  żadnych  krewnych,  ale  teraz  wchodziły  obie  do  wielkiej  i
kochającej  rodziny.  Oczywiście  przybyć  miała  także  duńska  gałąź  rodu,  dlatego  właśnie
zdecydowano  się  połączyć  wesela. Ale  nie  chciano,  by  obie  uroczystości  odbyły  się  jednocześnie,
każda  para  miała  mieć  swój  własny  dzień.  Rzecz  jasna,  nikt  się  nie  sprzeciwiał,  by  naprawdę
wystawnie uczcić oba śluby.

Zanim jednak to nastąpiło, wydarzyło się coś nieoczekiwanego.

Pewnego dnia późną jesienią Are wezwał na spotkanie całą norweską gałąź rodu.

Zebrali się w starej części Lipowej Alei, gdzie ostatnie promienie zachodzącego słońca przez witraż
Benedykta Malarza wpadały do środka w postaci kolorowych smug i gdzie portrety czwórki dzieci:
Liv, Sol, Daga i Arego, przypominały o minionych czasach.

165

Od dawna już nie było żadnego dziecka ani w Lipowej Alei, ani na Grastensholm. A i w Elistrand
musiano  „pożyczać”  dzieci  od  innych,  by  dom  tętnił  śmiechem  i  zabawą.  Najstarsi  w  rodzie  mieli
jednak nadzieję, że wkrótce będzie inaczej.

Nikt, nawet najbliższa rodzina, nie wiedział, co Are ma do zakomunikowania.

Kiedy wszyscy już nadeszli, Are wstał i drżącym głosem zaczął mówić:

- Dostałem dzisiaj list. Od twego brata Tancreda, Gabriello.

- Od Tancreda? - zdziwiła się margrabianka.- Do ciebie, wuju Are? Czy on nie jest w Holsztynie?

- Tak. Ale teraz był w domu.

Are przerwał na chwilę. Musiał wyjąć chusteczkę i wytrzeć oczy, by móc mówić dalej.

- Och, chyba nie stało się nic złego - wystraszyła się Liv. - Czy to zaraza?

- Złego? - roześmiał się Are i otarł łzy. - Nie, nie bój się - chrząknął. - Tancred spotkał

Mikaela! Mikaela syna Tarjeia, mojego zaginionego wnuka!

Podniosła się wrzawa. Wszyscy byli głęboko poruszeni i uradowani nowiną.

- Przeczytaj nam ten list! - Liv udało się przekrzyczeć pozostałych.

W końcu zapadła cisza i Are zaczął czytać:

background image

Drogi wuju Are!

Piszę do Ciebie, byś nie musiał otrzymywać wiadomości z drugiej ręki. Spotkałem Mikaela Linda z
Ludzi Lodu! To było niezwykle dziwne spotkanie, które zaraz opiszę.

List  był  bardzo  długi.  Are  odczytał  opis,  jak  to  jeden  z  kolegów  Tancreda  natknął  się  na  jego
sobowtóra w „kraju wroga” i jak krewniacy spotkali się we mgle nad brzegiem Łaby.

Potem następowało zakończenie:

Był  naprawdę  niezwykle  do  mnie  podobny,  wuju Are.  Bardzo  przystojny  -  to  chyba  oczywiste!  W
wyglądzie różniły nas tylko brwi i uśmiech. Ale ja okazałem się idiotą, wujrr Are! Dopiero gdy na
powrót  znalazłem  się  po  mojej  stronie  rzeki,  przyszły  mi  do  głowy  wszystkie  pytania,  które
powinienem był mu zadać. To on głównie dowiadywał się o swoją rodzinę w Norwegii i Danii.

Czasu mieliśmy mało, nieustannie odzywał się głos rogu, a ja byłem bardzo poruszony spotkaniem. I
właściwie nie wiem, jak teraz możemy go odnaleźć!

166

W hallu rozległo się westchnienie zawodu.

- Tak, to bardzo niemądre ze strony chłopaka - powiedział Are. - Ale musimy mu wybaczyć, to była
przecież całkiem nieoczekiwana sytuacja. Ale mamy kilka śladów.

Kiedy wieczorem wróciłem do obozu, zapisałem to, co wiem o Mikaelu.

1.  Szwecja  zbroi  się  do  wojny  przeciwko  Rosjanom  i  Polakom,  a  więc  Mikael,  który  ma  stopień
korneta, miał być przeniesiony do Ingermanlandii.

- O, to daleko - powiedział Brand zamyślony.

- Tak, od dwóch lat nie ma żadnego stałego adresu, wysyłają go do różnych szwedzkich posiadłości.

2. Pojechał do Szwecji wraz z Marką Christianą, kiedy ona wyszła za mąż za syna ich opiekuna. A
wiemy, że opiekunem był szwagier Johana Banera. Mikael mieszkał z Marką Christianą po jej ślubie,
do czasu gdy stał się dorosły.

3.  Mąż  Marki  Christiany  jest  bardzo  znaczącą  osobą,  zarówno  w  wojsku,  jak  i  na  królewskim
dworze.

4.  Na  imię  ma  Gabriel.  I  tu  właśnie  powinienem  był  zapytać  o  nazwisko,  dureń. Ale  w  tym  rodzie
wszyscy  pierworodni  synowie  mają  na  imię  Gabriel  z  powodu  jego  praprababki,  która  straciła
dwanaścioro  dzieci,  po  czym  przyśnił  się  jej  anioł,  nakazujący,  by  następne  dziecko  ochrzciła
imieniem Gabriel, i to właśnie dziecko przeżyło.

To  prawie  wszystko,  co  wiem  na  temat  Mikaela,  wuju  Are,  poza  tym,  że  cieszył  się  dobrym

background image

zdrowiem, wydawał się bardzo inteligentny i wykształcony i że chciał przyjechać do Lipowej Alei i
Grastensholm,  gdy  tylko  będzie  to  możliwe.  To  jednak  może  potrwać.  Stosunki  między  Szwecją  a
Norwegią nie są obecnie najlepsze, a wygląda na to, że mogą się jeszcze pogorszyć. Karol X Gustaw
to wojowniczy król. Maszyna wojenna! Oczywiście zaprosiłem także Mikaela do Gabrielshus, jeśli
kiedykolwiek znalazłby się w Danii.

To  wszystko.  Mam  nadzieję,  że  z  radością  przyjmiesz  tę  nowinę,  jestem  pewien,  że  tak  będzie.
Pozdrowienia dla wszystkich członków rodziny, zwłaszcza dla mojej siostry Gabrielli i jej mężulka
Kaleba, i kochanej małej Eli! Pomyśleć, że ona wybiera się za mąż! To dziecko!

I za Andreasa! Człowiek czuje się stary i dostojny, kiedy już od trzech lat jest żonaty.

Naprawdę miło było usłyszeć, że komuś wreszcie udało się zaciągnąć da ołtarza także Mattiasa. Dla
nas był on idealnym wizerunkiem starego kawalera. Dziewczyna, której udała się ta sztuka, musi być
bardzo wyjątkowa!

- I tak jest - ze śmiechem stwierdził Mattias.

Ojciec i matka czują się wyśmienicie i bardzo się cieszą na wielkie wesele w Norwegii, choć matka
trochę narzeka. Czy ciągle musicie się żenić w samym środku zimy? Skagerraku w 167

tym  czasie  jest  naprawdę  bardzo  nieprzyjemny.  Jessica  przesyła  gorące  pozdrowienia,  nie,  babciu
Liv,  nie  spodziewa  się  znów,  dziecka,  wydaje  się,  że  pod  tym  względem  podtrzymujemy  tradycje
rodzinne i mamy jedno, ale za to jakie...

- Skąd wiedział, że o tym myślę? - Liv była bardzo zaskoczona, ale wszyscy tylko się roześmiali.

...  Lena  jest  cudownym  dzieckiem.  We  wszystkim  podobna  jest  do  mnie,  gada  jak  najęta,  rozrzuca
wszystko  tam,  gdzie  jej  się  żywnie  podoba.  Ojciec  straszliwie  ją  rozpieszcza,  ale  jest  trochę
zaniepokojony, bo jeśli nie będziemy mieć więcej dzieci, ród Paladinów wygaśnie.

Ojciec zastanawia się nad przeforsowaniem nowej klauzuli, tak by przyszłe dzieci Leny także mogły
nosić nazwisko Paladin. Ja uważam to za całkiem nierealne. Jedynym rozwiązaniem wydaje się, że
Lena nie wyjdzie za mąż, ale będzie miała syna, tak jak było w przypadku mojej prababki ze strony
matki, Charlotty Meiden. Oczywiście nie uważam tego wyjścia za najlepsze i chyba nie polecałbym
go mojej córce.

Widzisz  teraz  -  nawet  z  mojego  pióra  słowa  płyną  wartkim  potokiem!  Serdeczne  pozdrowienia  od
człowieka,  który  nie  wiedział,  jak  zakończyć  list,  i  dlatego  pisał  aż  do  śmierci  albo  raczej  śmierci
jego czytelnika. Twój oddany Tancred, w domu, na przepustce.

-  O  Boże!  -  jęknęła  Gabriella.  -  To  gadulstwo  musiał  odziedziczyć  po  ciotce  Ursuli.  Ona  też  może
mówić godzinami.

-  Tancred  to  dobry  chłopak  -  śmiał  się  Brand.  -  Ale  to  rzeczywiście  było  zabawne!  Musimy  jak
najszybciej rozpocząć poszukiwania Mikaela.

background image

- On jest przecież w Ingermanlandii - wtrącił Tarald.

-  Tak.  Z  nim  samym  się  teraz  nie  skontaktujemy. Ale  musimy  dowiedzieć  się,  kim  jest  mąż  Marki
Christiany. To nie może być bardzo trudne. Ona sama jest bardzo znaczącą osobą, pochodzi przecież
z najwyższej szlachty.

- Czy można się teraz dostać do Szwecji? - zastanawiał się Andreas.

- Wątpię - odparł Kaleb. - W każdym razie nie będzie się przyjętym z otwartymi rękami.

-  Musimy  to  sprawdzić  -  powiedział  Are  ożywiony.  -  Jeżeli  teraz  się  nie  uda,  poczekamy  i
zobaczymy.  Niestety,  nie  mamy  żadnych  znajomych  w  Sztokholmie,  ale  jakoś  sobie  poradzimy.
Najważniejsze, że Mikael żyje i że najwyraźniej wszystko z nim w porządku.

Jestem taki szczęśliwy, niemal bliski szaleństwa. Od tylu lat tak bardzo się o niego martwiłem. Teraz
wiem, że chłopak istnieje. Moja dusza odzyskała spokój. Więcej mi nie trzeba.

Tego dnia gości żegnał prawdziwie szczęśliwy patriarcha.

168

ROZDZIAŁ XIV

Rok później kobiety zebrały się w Lipowej Alei. Szyły małe, malutkie ubranka...

Spotkanie zorganizowały Matylda i jej synowa Eli. Z Grastensholm przybyły Liv, Irja i Hilda.

Przyniosły ze sobą wiktuały z własnej kuchni. Po długich rozważaniach zaproszono także Gabriellę.
Pozostałe kobiety nie były pewne, jak przyjmie ona nieuniknione w tym gronie rozmowy o mających
przyjść na świat dzieciach, jako że i Hilda, i Eli były przy nadziei.

Gabriella  jednak  zawsze  uważała  Eli  za  rodzoną  córkę,  chociaż  dzieliła  je  różnica  zaledwie
dziesięciu lat, zresztą spotkanie w rodzinnym klanie bez Gabrielli było nie do pomyślenia.

Pragnęły jej obecności. Miała przecież także zostać babcią, dwudziestosiedmioletnią...

I Gabriella przyszła. Ona i Kaleb mieszkali teraz w Elistrand sami, ponieważ Eli przeniosła się do
Lipowej Alei. Nadal mieli jeszcze dwójkę dzieci pod opieką; troje zdołali umieścić u dobrych rodzin
we wsi. Nie chcieli już pomocy w domu, ale bardzo brakowało im Eli. Hildy także. Niewiele tygodni
u nich spędziła, ale świetnie radziła sobie z dziećmi.

Liv  ściskało  się  serce,  gdy  myślała  o  Gabrielli.  Miała  przed  oczami  scenę  sprzed  kilku  lat,
umierające  dziecko...  Gabriella  była  osobą  budzącą  współczucie,  chociaż  zawsze  sprawiała
wrażenie  szczęśliwej  i  wesołej.  Eli  bardzo  wiele  znaczyła  dla  niej  i  dla  Kaleba.  A  teraz  także
przybrana córka odleciała z rodzinnego gniazdka.

Wszystkie obecne panie szyły albo robiły na drutach. Było sobotnie popołudnie, wrześniowe słońce

background image

świeciło  przez  okna  Matyldy.  W  każdym  oknie  było  sześć  na  łokieć  długich  i  szerokich  szybek.
Ludzie ze wsi mówili, że to zbytek. Zazdrośnicy!

- Eli, niewiele już ci dni zostało do rozwiązania - powiedziała Irja.

Dziewczyna  roześmiała  się  radośnie.  Miała  dopiero  siedemnaście  lat,  była  drobna  i  delikatna  jak
lilia, ale wszystkie wiedziały, że jest dzielna i że wiele potrafi wytrzymać.

- Będziesz miała chłopczyka, obiecuję ci - powiedziała Liv. - Are miał trzech synów. Tarjei i Brand
po jednym, i ty też się od tego nie wykręcisz.

- Nie mam nic przeciwko temu - uśmiechnęła się Eli. - Andreas także nie. Ale miło byłoby mieć także
dziewczynkę!

-  Nie  możesz  być  taka  nienasycona  -  powiedziała  Gabriella.  -  Ludzie  Lodu  muszą  być  pokornie
wdzięczni za to, co dostaną. Nie są rozpieszczani dużą liczbą dzieci.

Hilda  siedziała  milcząca,  ale  promieniowała  z  niej  wewnętrzna  radość.  Miała  dać  Mattiasowi
dziecko, i nie zastanawiała się, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka: Nie przejmowała się wcale,
że także i ród Meidenów wygaśnie, jeżeli ona nie urodzi syna. To było nieistotne.

169

Jeszcze  pozostawało  jej  parę  miesięcy  oczekiwania.  Wiedziała,  że  Irja  i  Liv  szyją  ubranka  dla  jej
dziecka, pięknie haftowane szatki. Uwielbiała je trzymać w dłoni, rozkoszować dotykiem.

Eli pochyliła się nad Gabriellą.

- Niedługo już musisz skończyć tę koszulkę, mamo, jeśli dziecko ma zdążyć ją ponosić, zanim stanie
się za mała.

-  Mówisz  dokładnie  tak  jak  moja  matka  -  uśmiechnęła  się  Gabriella.  -  To  samo  mi  mówiła,  gdy
szyłam moją ślubną wyprawę. Nigdy nie umiałam szyć. A poza tym nie dostaniesz tej koszulki. Mam
zamiar zatrzymać ją dla siebie.

- No cóż. - Liv krytycznym okiem spojrzała na robótkę. - Aż takie arcydzieło to to nie jest.

-  Chyba  mnie  nie  rozumiecie  -  powiedziała  Gabriella,  podnosząc  koszulkę  do  góry.  -  Mnie  samej
będzie ona potrzebna.

Zapadła pełna niedowierzania cisza.

- Zainspirowała mnie powszechna chęć posiadania dzieci. Chciałabym prosić o włączenie mnie do
związku matek. Kaleb i ja spodziewamy się powiększenia rodziny w kwietniu.

Zdziwienie  nie  byłoby  większe,  gdyby  do  pokoju  spadła  gwiazda  z  nieba.  Nagła  wrzawa  zwabiła
mężczyzn i niskie głosy włączyły się w tę istną kakofonię:

background image

- A my tak martwiliśmy się o potomków, Liv! - zawołał Are do siostry.

Ale Liv wyszła już do innego pokoju i z płaczem złożywszy dłonie do modlitwy dziękowała Bogu.

Hilda okazała się prawdziwym skarbem dla Grastensholm.

Tarald, który często martwił się, że Mattias zupełnie nie interesuje się prowadzeniem gospodarstwa,
był  teraz  uszczęśliwiony.  Hilda  brała  udział  we  wszystkim:  razem  z  teściem  zajmowała  się
rachunkami, uwielbiała pracować w obejściu i na polach, uczestniczyła w gospodarskim planowaniu
i czuła się tu jak ryba w wodzie.

W końcu Irja musiała położyć kres jej nadmiernemu zaangażowaniu.

- Nie możesz się teraz tak przemęczać, kochana. Pamiętaj o dziecku!

Hilda starała się więc żyć spokojniej, ale robiła wszystko, by Mattias bez wyrzutów sumienia mógł
poświęcać się pracy medyka.

170

Tego  dnia,  gdy  zrozumiała,  że  została  zaakceptowana  przez  całą  wieś,  długo  siedziała  nic  nie
mówiąc,  w  podniosłym  nastroju,  z  uśmiechem  zadowolenia  na  twarzy.  Wiedziała,  że  dużo  było
śmiechu  i  drwin  na  temat  małżeństwa  doktora  z  córką  hycla.  Dobre  serce  barona  Meidena
sprowadziło  go  tym  razem  na  manowce,  powiadano  z  pogardliwym  uśmiechem.  To  przecież  nic
innego  jak  litość,  wkrótce  pożałuje,  że  przyjął  pod  swój  dach  takie  nic.  Nikt  nie  wierzył,  że  ich
związek może ułożyć się pomyślnie.

Czas  zrobił  swoje;  gdy  ludzie  bliżej  poznali  Hildę,  prześmiewki  ucichły.  Mądra  Liv  zapraszała
sąsiadów,  by  osobiście  mogli  przekonać  się  o  zaletach  Hildy.  Teraz  więc  razem  z  nią  cieszyli  się
mającym  urodzić  się  dzieckiem,  a  z  upływem  czasu  zaczęto  o  niej  mówić  „moja  przyjaciółka
doktorowa na Grastensholm”.

Nie  była  już  dłużej  odepchniętą,  tą,  która  musiała  się  ukrywać,  gdy  w  pobliżu  zjawiali  się  ludzie.
Była  wolna,  mogła  chodzić  z  podniesioną  głową.  A  kiedy  do  wsi  przybył  nowy  hycel  i  Hilda
dowiedziała się, że ma on małe dzieci, poszła tam z wielkim koszem jedzenia, poznała się z rodziną i
pilnowała,  by  zawsze  im  się  dobrze  wiodło,  nie  tylko  materialnie.  Nikt  bowiem  nie  doświadczył
bardziej niż ona, co znaczy być dzieckiem hycla.

Dzieci, których oczekiwano, zbliżyły kobiety bardziej niż kiedykolwiek. Każda z nich miała wejść w
nową rolę - matki, babki albo, jak Liv, prababki. Cecylia słała listy zazdroszcząc, że ona i Jessica nie
mogą teraz być z nimi. Ale listy krążyły często, co tydzień nowe sprawozdania.

Nikt  tym  razem  nie  obawiał  się  przekleństwa  Ludzi  Lodu.  Bo  czy  Gabriella  nie  urodziła  już
dotkniętego dziecka? Czegóż więc miano się bać?

Uzgodniono  sygnał,  za  pomocą  którego  miały  porozumiewać  się  dwory,  i  pewnej  październikowej
nocy wykorzystano go po raz pierwszy. W Lipowej Alei wywieszono białą flagę - tak naprawdę był

background image

to lniany ręcznik - której znaczenia nie zrozumiał nikt inny we wsi.

Ale z Grastensholm i Elistrand pospiesznie przybyły kobiety, by pomóc Eli.

Ich wsparcie było dla młodziutkiej Eli niezwykle cenne. Wszystkie, z wyjątkiem Hildy, już to kiedyś
przeżywały.  Mężczyźni,  Andreas,  a  nawet  Mattias,  traktowani  byli  tego  dnia  jak  zło  konieczne.
Posłano  naturalnie  po  akuszerkę,  uznano  bowiem,  że  nie  należy  poprzestawać  na  rodzinnych
ekspertach.

Eli była nieduża i szczuplutka, ale świetnie sobie poradziła. Tuż przed północą, na tyle wcześnie, by
można  było  mówić  o  dziecku  „urodzony  w  niedzielę”,  przyszedł  na  świat  nowy  dziedzic  Lipowej
Alei.

Nie  stanowił  szczególnej  niespodzianki,  wszyscy  bowiem  spodziewali  się  chłopca.  Ale  trochę
jednak  ich  zaskoczył.  Przerwał  ciąg  silnych,  ciemnowłosych  dzieci,  który  rozpoczął  Are,  a
kontynuowali  Brand  i  Andreas.  Chłopczyk  miał  nieco  jaśniejsze  włosy,  a  jego  rysy  nie  były  tak
podobne do eskimoskich, jakie oni mieli przy narodzinach. Stwierdzono, że bardziej 171

przypomina  Tarjeia,  chociaż  nie  w  stopniu  uderzającym.  Miał  jednak  nieco  skośne  oczy  i  z  lekka
wyostrzone rysy.

Eli  i Andreas  już  dawno  zdecydowali,  jakie  imię  nadadzą  chłopcu.  Jej  ojciec  nazywał  się  Nils,  a
ojciec Matyldy, gospodarz Niklas Niklasson, na pewno miał żal, że Andreas nie otrzymał

imienia po nim. Chłopczyk więc nazywać się miał Brand Niklas Kaleb - ostatnie po przybranym ojcu
Eli - na co dzień zaś miał zostać Niklasem.

Żadna  matka  nie  mogła  być  bardziej  troskliwa  niż  młodziutka  siedemnastoletnia  Eli.  Kołysała  i
przewijała niemowlę i przez cały dzień promieniała jak słońce. Zresztą nie tylko ona jedna.

Mały Niklas już wkrótce stał się oczkiem w głowie mieszkańców Lipowej Alei, rozpieszczany przez
wszystkich: ojca Andreasa, dziadka Branda, babkę Matyldę i pradziadka Arego.

Na Grastensholm niepokojono się coraz bardziej. Było już po czasie.

- Posłuchaj, Hildo - powiedział Mattias. - Nie masz chyba ochoty czekać aż do Bożego Narodzenia?
Bo muszę ci powiedzieć, że to naprawdę najmniej odpowiedni dzień na rodzenie dzieci.

On sam powinien coś o tym wiedzieć.

Nie, Hilda aż tak długo nie czekała. Tuż przed świętami w roku 1655 biały ręcznik załopotał

nad Grastensholm i kobiety niebawem przybyły na miejsce.

Wszystko poszło szybko. Wkrótce Mattias mógł trzymać w ramionach swą nowo narodzoną córeczkę
i stwierdzić, że ma ona brązowe loki. Mała miała na głowie delikatny meszek, ale on i tak upierał się
przy swoim. Dodawał, że na razie nie można jeszcze powiedzieć, do kogo jest podobna.

background image

Matka Hildy miała na imię Inga, a Mattiasa Irja. Dziecko więc nazwano Irmelin.

Irja oczywiście natychmiast otworzyła serce przed wnuczką, ale Tarald okazał większą rezerwę.

- Powinien być chłopak, Mattiasie - strofował syna. - Powinien być chłopak.

- Jeszcze nie skończyliśmy - uśmiechnął się Mattias.

- Z Ludźmi Lodu nigdy nic nie wiadomo - odparł ojciec.

Taraldowi  zawsze  z  trudem  przychodziło  ojcowanie  z  małymi  dziećmi.  Własnych  synów  starał  się
unikać i bardzo dużo czasu upłynęło, zanim zaakceptował Kolgrima. A następnie; by żadnego z synów
nie wyróżniać, równie surowo traktował Mattiasa, co było absolutnie zbędne.

172

Często jednak, kiedy Tarald sądził, że nie jest w zasięgu niczyjego wzroku, można go było zobaczyć,
jak pochylony nad kołyską podaje dziewczynce swój palec do zabawy. Uśmiechał

się wtedy czule i szeptał maleńkiej wnuczce dziadkowe tajemnice.

Kiedy  zbliżało  się  rozwiązanie  Gabrielli,  Cecylia  nie  mogła  wytrzymać  w  domu.  Zabrała  ze  sobą
Jessikę  i  przyjechała  do  Norwegii.  Podziwiała  Niklasa,  który  skończył  już  pół  roku,  i
czteromiesięczną  Irmelin,  „podobną  do  Tancreda  jak  dwie  krople  wody,  ludzie,  czy  wy  tego  nie
widzicie?” Niepodzielnie zapanowała na Elistrand i zalała Gabriellę i Kaleba potokiem dobrych rad.

Przyjazd  Cecylii  spowodował,  że  Elistrand  kipiało  życiem.  Dowodzenie  objęła  najbardziej
energiczna i dynamiczna z Ludzi Lodu, więc „związek kobiet” święcił swe wielkie dni.

Napięta sytuacja wokół granic Danii i Norwegii zaostrzyła się jeszcze bardziej. Ród niepokoił

się o swych dwóch synów: Tancreda i Mikaela. Tancred nadal był w Holsztynie, gdzie strzegł

granic ze szwedzkimi terytoriami. Rosyjski car zaatakował Ingermanlandię, ale nikt nie wiedział, czy
Mikael  nadal  tam  przebywa.  Karol  X  Gustaw  został  obwołany  królem  w  dużej  części  Polski,  ale
Polacy  szykowali  się  do  kontrnatarcia  i  wielu  czekało  tylko,  aż  duński  król  Fryderyk  II  wypowie
Szwecji  wojnę.  Niderlandy  planowały  wysłanie  floty  do  Danii,  a  Anglia  pilnie  śledziła  sojusz
między  dwoma  państwami.  Na  granicy  między  Szwecją  i  Norwegią  było  niespokojnie,  cały  czas
toczyły się walki o Jamtland, Harjedalen i Bohuslan. Mówiono o zaciągnięciu norweskich chłopów
do  obrony  tamtejszych  terenów.  Mogło  to  zagrażać  młodym  mężczyznom  z  rodu  Ludzi  Lodu:
Andreasowi, Mattiasowi i Kalebowi.

Wszystko to działo się daleko. W samym rodzie trzymano się razem bardziej niż kiedykolwiek.

Pewnego wiosennego dnia w kwietniu na Elistrand wywieszona białą flagę.

Już wiele dni kobiety w innych dworach stojąc w oknach wyczekiwały znajomego sygnału.

background image

Natychmiast  więc  wyjechały  powozy.  Liv  przeżyła  atak  strachu  i  zaczęła  wątpić,  czy  będzie  miała
dość  odwagi,  by  być  przy  porodzie,  ale  wiedziała,  jak  bardzo  Gabriella  by  się  przejęła,  gdyby  jej
zabrakło. Zagryzła więc zęby i pojechała ze wszystkimi.

Gabrielli, tak delikatnie zbudowanej i kruchej, szło gorzej niż poprzedniczkom, mimo że rodziła już
po  raz  drugi.  Mattias  sądził,  że  wielką  rolę  odgrywa  tu  czynnik  psychiczny  -  po  prostu  bardzo  się
bała i zbyt mocno była spięta.

Liv  pamiętała  poprzedni  poród:  wtedy  wszystko  potoczyło  się  przerażająco  szybko.  Tym  razem
ciągnęło się znacznie dłużej i Liv widziała w tym dobry znak.

Ale  pod  wieczór  pobladła  nawet  Cecylia,  wszak  poprzednie  rozwiązanie  córki  nie  zakończyło  się
pomyślnie.

173

Oczywiście  nie  wszystkie  kobiety  jednocześnie  zajmowały  się  położnicą.  Dotrzymywały  jej
towarzystwa w tych długich, trudnych chwilach oczekiwania, ale nigdy nie było ich przy niej więcej
niż dwie, by jej zbytnio nie męczyć.

Około trzeciej nad ranem było już po wszystkim. Kaleb mógł wejść do żony po najtrudniejszej dobie
w  życiu.  Gabriella,  śmiertelnie  zmęczona,  ale  szczęśliwa,  urodziła  żywą,  kształtną  córeczkę  o
ciemnych  włosach  i  pięknym  odcieniu  skóry.  Na  maleńkiej  buzi  dziecka  malowało  się  jednak  coś
czarodziejskiego, dzikiego.

- Zobacz, jakaż ona do mnie podobna - świeżo upieczona babcia Cecylia przeżywała stan uniesienia.
- Nie widzicie? To szczęście dla dziecka.

Wszyscy z absolutną zgodnością potwierdzili, że podobieństwo jest uderzające.

Jedna Liv pozostała milcząca. Uśmiechała się do maleńkiej córeczki Gabrielli, ułożonej w ramionach
matki, ale nic nie mówiła o żadnym podobieństwie.

Przed  wyjazdem  Cecylii  i  Jessiki  do  Danii  odbyły  się  chrzciny.  Najpierw  uroczystość  w  kościele
wraz  z  trzema  dumnymi  matkami  chrzestnymi:  Irją,  Cecylią  i  Matyldą,  a  później  uczta  na
Grastensholm.  Tarald  uczcił  tytuł  dziadka,  pijąc  odrobinę  za  dużo,  i  przemawiając  na  okoliczność
chrzcin wplótł fragmenty mowy, którą wygłaszał na weselu Mattiasa i Hildy: serdecznie powitał

Hildę w rodzinie i miał nadzieję, że dobrze będzie się czuła na Grastensholm, które teraz stanie się
jej  domem.  Irja  dała  mu  dyskretnego  kuksańca,  i  skutecznego,  bo  pomógł  mu  wreszcie  odnaleźć
właściwy wątek.

Liv  i Are  na  chwilę  opuścili  tę  nieustającą  orgię  radości  i  weszli  do  sąsiedniego  pokoju,  gdzie  w
rządku  leżała  trójka  nakarmionych  i,  jak  przystało  na  dobrze  wychowane  dzieci,  bardzo  cichych
maluchów.

Długo przypatrywali się niemowlętom.

background image

- Czy widzisz to samo co ja? - zapytała Liv cicho.

- Tak. Już dawno zauważyłem...

Nigdy dotąd tak się nie zdarzyło.

- Nie, ale chyba się nie boję - powiedział Are, jakby dokonywał odkrycia.

- Ja też nie. Uważam, że nie ma w tym zła.

- Ja też mam takie uczucie. Czy sądzisz, że rodzice coś wiedzą?

174

- Żadne z nich o niczym nie wspomniało. - Na chwilę umilkli, po czym Liv szepnęła: - Piękne dzieci,
cała trójka. I bardzo do siebie niepodobne.

- Tak, zupełnie niepodobne. Miło by było patrzeć, jak dorastają.

Liv uśmiechnęła się.

- Może tak będzie? Mamy przecież w zwyczaju dożywać późnej starości.

- Myślę, że mnie nie jest to pisane - powiedział Are. - Żyje się do pewnej granicy. Jeśli osiągnie się
cel w życiu, jest ono spełnione. A ja mam teraz jeszcze jedno, jedyne marzenie.

- Wiem o tym braciszku, wiem - pokiwała głową Liv, po czym wrócili do innych.

Hilda ułożyła już Irmelin do snu. Dziewczynka leżała w oddzielnej kołysce. Nie chcieli, żeby spała
w  łóżku  razem  z  nimi.  Słyszeli  zbyt  wiele  historii  o  niemowlętach  przygniecionych  na  śmierć.
Kołyska  stała  jednak  tuż  obok  Hildy,  w  zasięgu  jej  ręki.  Wystarczyło  tylko  wyciągnąć  dłoń,  by
delikatnie pohuśtać kołyską, kiedy dziewczynka zaczynała płakać.

Mattias wsunął się do łóżka i zdmuchnął świecę.

- Szczęśliwa? - zapytał.

- Jak mogłabym nie być szczęśliwa? Wszystko, o czym nawet nie śmiałam marzyć, nagle jest moje.
Mąż, którego kocham, najlepszy na świecie, własne upragnione dzieciątko, dom, który nie ma sobie
równego. Cudowne życie otrzymane w podarunku. Właśnie dlatego, że niczego się nie spodziewałam,
nie mogę wprost pojąć, że los obdarował mnie tak szczodrze.

- Na mnie to też wywiera ogromne wrażenie. Nadal nie mogę uwierzyć, że to wszystko jest prawdą.

- Jak myślisz, chyba powinniśmy być wdzięczni wójtowi? - uśmiechnęła się.- Bo to mimo wszystko
jego straszne uczynki związały nas ze sobą.

background image

- Nie wydaje mi się, by cenił sobie naszą wdzięczność.

-  Z  pewnością  masz  rację.  Nie  sprawiał  wrażenia,  by  chciał  czymkolwiek  ucieszyć  Norwegów.  -
Hilda  zastanawiała  się  nad  czymś.  -  Nie  bardzo  rozumiem  imię,  jakie  Kaleb  i  Gabriella  nadali
swojej  córeczce.  Villemo.  Czy  [Vill  (norw.)  -  dziki;  mo  (norw.)  pyłek,  okruch  (przyp.tłum.).]  jest
takie imię?

- Nie wiem. W każdym razie babcia Liv je zaakceptowała.

-  To  śliczne  dziecko  -  stwierdziła  Hilda.  -  Możemy  chyba  być  wielkoduszni  i  to  przyznać?  Ma  w
sobie coś dzikiego, ale jej oczy są łagodne, niemal jak twoje.

175

- Tak myślisz? W każdym razie do naszej córki nie jest podobna! Irmelin jest taka grzeczna, okrągła i
wesoła. O Boże, jakże ja kocham to dziecko!

- Tak - Hilda uszczęśliwiona westchnęła. - Wiesz, uważam, że ma najzabawne oczy, jakie widziałam.

- Ja też tak myślę. - Mattias przygarnął żonę razem z jej wymyśloną przez nią odmianą wyrazów.

- Ale znam kogoś, kto jeszcze bardziej oszalał na punkcie swego dziecka niż my. Jesper był

tu wczoraj i pokazywał wszystkim małego dziedzica zagrody.

Przez godzinę słuchałem o rozlicznych cudach, jakich dokonał ten szkrab. Mówił tym swoim wielkim
głosem, wiesz jak?

- O tak, mam go dosyć! Jak wygląda chłopczyk?

- Jasnowłosy jak ojciec. Ale ma żywe, bystre oczy.

- Jesper też, ale łatwo baranieją.

- To aż dziwne, jak jego rodzina związana jest z naszą. Podobno jego ojciec, Klaus, kochał

naszą  Sol,  a  potem  zalecał  się  do  przyszłej  żony  Arego,  Mety,  aż  Silje  ożeniła  go  z  jedną  ze
służących.  Jesper  dorastał  wraz  z  synami  Arego,  on  i  Brand  razem  walczyli  na  wojnie
trzydziestoletniej,  a  teraz  rodzi  mu  się  syn  w  tym  samym  czasie,  kiedy  na  świat  przychodzi  wnuk
Branda. Zastanawiam się, czy dalej też tak będzie?

- Zgadzam się na to - roześmiała się Hilda. - Ale naprawdę nie wiem, czy chciałabym, by nasza córka
poślubiła syna Jespera. Nie chodzi mi o społeczne przesądy, jestem chyba ostatnia, której przyszłoby
to do głowy, ale ta myśl nie jest mi miła z innych względów.

- Z powodu tego, co zrobił Jesper? Podobno jego ojciec zachował się tak samo w stosunku do Mety i
ona także przeżyła wstrząs. Wtedy właśnie Are oświadczył się jej, mniej więcej tak, jak ja tobie.

background image

- Chcesz powiedzieć, że mężczyźni z tej rodziny spełniają wobec nas rolę strzał Amora?

- Być może. Och! Irmelin znów zaczyna płakać! Kolejna bezsenna noc!

- Zajmę się nią, ty śpij - powiedziała Hilda szybko i nerwowo, tak jak czyni to większość matek w
obawie, że mąż rozgniewa się na dziecko.

Chociaż  w  wypadku  Hildy  był  to  zbędny  niepokój.  Mattias  nie  zapomniał  o  swych  anielskich
przymiotach teraz, kiedy został ojcem rodziny. Brał na siebie część nocnego czuwania z radością, bez
narzekań.  Chorzy  musieli  trochę  poczekać.  Jako  trzydziestojednolatek  Mattias  osiągnął  wiek,  w
którym przyjmuje się ojcostwo z większą świadomością i 176

odpowiedzialnością  niż  w  pięknych  młodzieńczych  latach,  kiedy  świat  wokół  ma  w  sobie  tyle
nowego i interesującego.

Gdy  cała  rodzina  radowała  się  nowym  pokoleniem,  myśli Arego  nadal  krążyły  wokół  tego  z  Ludzi
Lodu, który był od nich bardzo daleko: zaginionego wnuka.

177