background image

 

 

Tomasz Pacyński 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Noc i mgła 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

© Tomasz Pacyński 

 

www.fantastykapolska.pl

 

 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0. Polska. 

background image

 

 

Z gór spływała mgła. Postrzępione welony opadały coraz niżej, jakby jakaś niewidzialna 

siła  ściągała  je  w  doliny,  wypełniane  coraz  bardziej  taflą  białego  oparu.  Spływające  mgły 
odsłaniały  niekiedy  skały,  zbrunatniałe  wrzosowiska,  małe,  rachityczne,  górskie  sosenki  
i świerki. 

Tylko skały nad mgłami lśniły matowo w szarym świetle dnia. Szarym, jak zwykle tu, na 

północy.  Przestało  padać,  co  było  rzadkim  zjawiskiem.  Przez  całe  tygodnie,  odkąd  tu 
przybyli,  padał  deszcz.  Rozpylony  na  maleńkie  kropelki,  które  jednak  po  długim  czasie 
potrafiły  przemoczyć  do  cna  wełniane,  samodziałowe  pledy.  Po  długim  czasie,  ale  deszcz 
najwyraźniej miał czas. Zupełnie nie wiedział, kiedy przestać. Czasem z drobnych kropelek 
przeradzał się w gwałtowne strugi, czasem był zaledwie zawieszoną w powietrzu mgiełką. 

Tym niemniej był tu zawsze. Aż do dzisiaj. W zamian nadchodziła mgła. 
Dziś wyraźniej było słychać huk fal, rozbijających się o niedaleki klif. Match wiedział, że 

mgła  potrafi  oszukiwać  zmysły,  łudzić  słuch.  Potrafi  tłumić  wysokie  dźwięki,  krzyki  
i  szelesty,  znakomicie  przenosząc  odgłos  szturmujących  brzeg  fal.  Wiedział,  że  niskie, 
głębokie dźwięki słychać w niej doskonale, na wiele mil. Tak jak dźwięk rogu. 

Róg zahuczał w dolinie, niewidocznej teraz pod taflą oparów. Nie odbił się, jak zwykle, 

od gór, nie powrócił wielokrotnym echem. Mgła robiła swoje. 

Match  popatrzył  jeszcze  na  wystające  ponad  spływającą  ze  szczytów  mgłę  czarne 

wierzchołki  świerków,  sprawiających  wrażenie  zawieszonych  nad  bielą.  Mgła  gęstniała, 
jeszcze  trochę,  a  zamknie  cały  świat  w  nieprzeniknionej  szarości.  W  nieprzejrzystej  bańce,  
w której jedynym konkretem będzie krąg ziemi pod nogami. 

Poprawił  wrzynający  się  w  ramię  pas  przewieszonego  przez  plecy  miecza,  otarł  wilgoć 

osiadającą  kropelkami  na  twarzy.  Mgła  sprawiała  się  nie  gorzej  niż  deszcz,  przenikała 
mokrym chłodem całe ciało. Nie pomagał gruby pled. 

Począł  schodzić  w  dolinę,  do  niewidocznej  pod  całunem  mgły  wioski.  Uważnie  stawiał 

stopy,  patrząc  pod  nogi,  by  nie  skręcić  kostki  na  ścieżce,  dobrej  dla  pędzonych  na  wypas 
owiec. Specjalnych owiec chyba, pomyślał, gdy po raz kolejny podeszwa buta omsknęła się 
na  śliskiej,  wilgotnej  powierzchni  kamienia.  Specjalnych  owiec  górskich,  przystosowanych 
do  miejscowych  warunków  terenowych.  Jakoś  nie  widział  wśród  nich  wielu  okulawionych, 
tak  naprawdę  nie  widział  żadnej.  Nie  mieściło  mu  się  to  z  początku  w  głowie,  po 
przepędzeniu stada taką ścieżką wszystkie powinny leżeć z połamanymi nogami, wzdychając 
do rzeźnickiego noża. 

Nie  wiedział,  że  nie  mija  się  specjalnie  z  prawdą.  Owce  rzeczywiście  były  specjalne. 

Małe, o niespotykanie obfitym runie. Zaś barany śmierdziały jeszcze bardziej, niż te nizinne. 

Tafla  mgły  leżała  płasko,  wypełniając  dolinę.  Sprawiała  wrażenie  czegoś  solidnego, 

czegoś, po czym, oderwawszy stopy od ścieżki można śmiało stąpać. Dopiero gdy zbliżył się, 
wrażenie  rozwiało  się,  mgła  nie  była  już  taflą,  stała  się  zwykłym,  szarym  oparem, 
otaczającym  idącego  ze  wszystkich  stron,  ograniczającym  widoczność  do  kilkudziesięciu 
kroków.  Gdy  szedł  dalej  wąską  ścieżką,  od  czasu  do  czasu  z  boków  wyłaniały  się  ciemne, 
nierealne  sylwetki  karłowatych  świerków,  lśniące  od  wilgoci  głazy,  jak  grzbiety  leżących 
potworów o nagiej, połyskującej skórze. 

Róg  zahuczał  znów,  zdawało  się,  że  dmący  w  niego  człowiek  jest  o  wyciągnięcie  ręki. 

Match  nie  zatrzymał  się.  Wiedział,  że  mgła  zmienia  odgłosy,  przybliża  je  zwodniczo,  myli 
kierunki. Jeszcze spory kawałek do przejścia. 

Ścieżka  opadała  gwałtowniej.  Zwolnił,  pamiętając,  że  przekracza  piarg,  a  właściwie 

kończy się przed nim. Pod nogami zachrupały drobne kamienie. Szedł jeszcze ostrożniej, nie 
chcąc zmylić kierunku. 

Nie  zmylił.  Wyszedł  prosto  na  głaz,  z  rosnąca  obok  niego  powykręcaną  przez  wiatry 

sosną.  Wchodząc  na  ścieżkę  uśmiechnął  się  do  siebie.  Przypomniał  sobie,  jak  z  początku 

background image

 

 

dziwił się kształtom drzew, rosnących w odsłoniętych miejscach. Gdy powiedziano mu o sile 
jesiennych i zimowych wiatrów uwierzył od razu. 

Po  lewej  usłyszał  bełkotanie  strumyka,  przelewającego  się  przez  głazy.  Już  niedaleko. 

Spadek ścieżki nie był już tak uciążliwy, sama ścieżka stała się szersza, nie tak kamienista. 
Zbliżał się do wioski. Znów uśmiechnął się krzywo. Nie mógł się przyzwyczaić do nazywania 
kilku kamiennych chat wioską. Chat o ścianach ułożonych z płaskich kamieni, z sięgającymi 
prawie  do  samej  ziemi  dachami,  krytymi  darnią.  Nawet  zagroda  dla  owiec  otoczona  była 
niskim  kamiennym  murkiem. Nie przypominało to  w niczym  wsi z południa czy  chociażby 
centrum  wyspy,  wsi  z  chatami  z  belek,  nierzadko  bielonymi,  przestronnym  majdanem, 
cembrowanymi  studniami.  Z  polami  podchodzącymi  pod  granice,  z  płotami  z  żerdzi,  na 
których suszyły się gliniane naczynia. 

Tej wioski można było nawet nie dostrzec, jeśli nie wiedziało się, że jest właśnie w tym 

miejscu. I nie potrzeba było mgły, kryte darnią dachy przypominały niskie, trawiaste pagórki. 

Jeden z pagórków wyrósł nagle po prawej, porastająca go trawa, poszarzała już o tej porze 

roku  ociekała  wilgocią.  Gdyby  nie  ciemny  otwór  tuz  nad  ziemia,  przesłonięty  zwisająca 
skórą,  można  by  wziąć  go  za  to,  co  w  istocie  przypominał  –  w  najlepszym  przypadku 
niedźwiedzią  gawrę.  Match  spojrzał  z  niechęcią  na  rozmyte  przez  opar,  ciemne  kontury 
prymitywnej sadyby. Splunął pod nogi. Wrażenie niedźwiedziej gawry psuły tylko unoszące 
się z dymników w szczytach szare pasma, mieszające się z mgła. Niedźwiedzie w  gawrach 
nie palą ognisk. 

Mgła zrzedła nagle, rozpędzana przez płonące w żelaznym  koszu bryły torfu. Niewielki 

płaski  placyk  w  dolinie  otaczały  ciemne  kopce  zabudowań.  Żadnego  ruchu,  widać  ten,  co 
jeszcze niedawno dął w róg, uznał swój obowiązek za spełniony i schronił się w przytulnym 
wnętrzu którejś z kamiennych sadyb. 

Przytulnym... Match wstrząsnął się na samą myśl. 
Rudy,  nieprawdopodobnie  kudłaty  i  niezgrabny  pies  łypnął  spod  oka,  wydał  z  siebie 

leniwe szczeknięcie. Po czym tez uznając, iż spełnił obowiązek wsadził z powrotem nos pod 
ogon i zasnął. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie, kupa brudnej, długiej, rudej sierści, pod 
która trudno było nawet zobaczyć, czy oddycha. Match spoglądał na niego przez chwilę, po 
czym  uznał,  że  jednak  śpi.  Trudno  było  przypuszczać,  by  zdechł  tak  od  razu,  od  jednego 
szczeknięcia. 

Match wstrząsnął się. Pieprzona mgła, mruknął pod nosem, prawie na głos. Jeszcze gorsza 

od deszczu. 

Ruszył w stronę otworu wejściowego, ledwo widocznego pod sięgającym prawie do ziemi 

okapem, mrucząc pod nosem klątwy. Klął wciąż, gdy schylał się, gdy podnosił przesłaniającą 
wejście  wyleniała  skórę.  Zaklął  głośniej,  gdy  wystająca  znad  ramienia  rękojeść  miecza 
zawadziła o nadproże, gdy za kołnierz posypały się śmieci. 

Pieprzona mgła, pieprzony deszcz, pieprzone wszystkie owce po kolei. Ponoć to ostatnie 

było  prawdą,  przynajmniej  tak  utrzymywały  wszystkie  powiastki  o  góralach.  Pieprzona 
mgła... 

Klnąc  Match  miał  świadomość,  że  tymi  przekleństwami  chce  dodać  sobie  otuchy.  Bo 

wciąż gdzieś głęboko pod czaszka tkwiły słowa, które usłyszał nie tak dawno. Słowa, których 
nie mógł zapomnieć, czekając tak od wielu, wielu dni. Czekając na coś, czego nie znał, czego 
mógł  się  tylko  domyślać.  Czekając  na  niebezpieczeństwo,  które  nawet  nie  miało  swojej 
nazwy,  przynajmniej  takiej,  którą  można  było  bezkarnie  wymówić.  Czekając  na 
niebezpieczeństwo, którego skutki widział, a którego natury nawet się nie domyślał. 

Słowa tkwiły głęboko, obracane w myślach przez wszystkie deszczowe, zgniłe, szare dni. 

Słowa, których sens mógł już niedługo poznać. 

Niebezpieczeństwo przychodzi z mgłą. 

 

background image

 

 

*** 

 

W izbie, o ile taką norę, zdatną dla niedźwiedzi, można nazwać izbą, było jasno. Match 

zmrużył  oślepione  oczy.  W  środku  mógł  się  wyprostować,  to  tylko  otwór  wejściowy 
uczyniony był na wzrost przeciętnego psa. 

Było jasno i ciepło. I smrodliwie, czego zresztą należało się spodziewać. Wilgotne skóry, 

dwa mokre psy, cieszące się nadspodziewaną tolerancją mieszkańców. Tlące się bryły torfu, 
kopcące łuczywa. I okopcony kociołek, zwieszający się na łańcuchu nad paleniskiem. Mach 
pociągnął nosem, i już nawet nie musiał pytać, co się gotuje. 

Haggis. Tak niedawno poznał to słowo, a już zdołał go do szczętu znienawidzić. 
Niespiesznie rozpiął klamrę na piersi, zdjął miecz. Wysunął z pochwy, niedużo, na jakieś 

dwa  cale,  skrzywił  się  na  widok  czerwonego  nalotu  pokrywającego  klingę.  Ta  wilgoć, 
pomyślał,  przeżera  wszystko.  Stal  broni,  skórzany  ekwipunek.  I  nas  samych.  Sam  rankiem 
czuł strzykanie w stawach. 

Ktoś  stuknął  go  w  ramię,  podając  natłuszczony  kawałek  skóry.  Match  spojrzał  na 

ogorzałą,  brodatą  twarz  pod  strzechą  jasnych,  przetykanych  siwizną  włosów.  Popatrzył  
w  niebieskie,  skryte  w  sieci  zmarszczek  oczy.  Angus  McLeod  jak  zwykle  uśmiechał  się 
wesoło,  co  Matcha  przejęło  jeszcze  większą  niechęcią.  Do  tego  miejsca,  do  tej  kamiennej 
chaty, a zwłaszcza do gotowanych baranich żołądków. 

Przyjął  jednak  kawałek  skóry,  sam  zmuszając  się  do  uśmiechu.  Jego  niechęć  nie 

rozciągała się na Angusa. Znał go od niewielu dni, od czasu, gdy przybyli do tej zgubionej w 
dolinie wioski. 

Match nigdy nie ufał ludziom od samego początku. Większości nie ufał do końca. Ale ten 

niemłody już człowiek, sprawiający wrażenie zdeklarowanego barbarzyńcy szybko zaskarbił 
sobie jego zaufanie. I szacunek. 

To  było  dziwne,  Match  kilkakrotnie  sam  się  nad  tym  zastanawiał.  Poznał  Angusa 

niedawno,  nigdy  nie  widział  go  w  sytuacji  ekstremalnej,  nigdy  dotąd  nie  musiał  mu 
zawierzyć.  Ale  wiedział  już,  że  zawierzy  bez  wahania,  bez  zastanowienia.  Że  zawierzy 
wszystko, z własnym życiem włącznie, o życia hrabiego nie wspominając nawet. I Gisbourne 
nie powinien mieć pretensji, będzie to dobry wybór. 

Dziwne,  pomyślał  po  raz  któryś  Match,  przecierając  starannie  pokrytą  nalotem  klingę. 

Poznał Angusa jako gospodarza, jako przywódcę klanu. Widział, jak pije i upija się zgodnie 
ze zwyczajem, jak dogląda owiec. Jak bierze udział w miejscowych turniejach i rozrywkach. 

Match  uśmiechnął  się  pod  nosem,  bezwiednie  pokręcił  głową.  Miejscowe  rozrywki 

polegały  głownie  na  turniejach  w  rzucaniu  głazami  czy  ciężkim  palem,  pojedynki  na 
naprzemiennym  waleniu  się  po  mordach.  Angus  brał  udział  we  wszystkich,  i  mimo  wieku 
wielokroć wychodził zwycięsko. Pocieszał nawet Matcha, który usiłował dźwignąć ciężki pal, 
że wszystko jest sprawą techniki, a nie siły. Match chętnie czuł się pocieszony, zwłaszcza gdy 
pal wymsknął mu się z rak, o mało nie spadając na nogi. 

Gospodarz  posunął  się  nawet  dalej,  namawiając  Matcha  i  hrabiego  do  stoczenia 

przyjacielskiego  pojedynku.  Match  był  nawet  nie  od  tego,  ale  niestety,  hrabia  wyniośle 
odmówił. 

Tak,  sprawa  techniki,  wspomniał  Match,  starannie  wycierając  ostrze,  patrząc,  jak  pod 

natłuszczoną  skórą  zaczyna  znikać  rdzawy  nalot,  jak  klinga  zaczyna  znów  błyszczeć,  jak 
zaczyna odbijać czerwony żar tlących się brył torfu. Ćwiczą tymi głazami i palami od małego, 
sam widział kilkuletnich chłopców oddających się ulubionej rozrywce. 

Angus nie pokazał jeszcze jednej tradycyjnej konkurencji, polegającej na rzucie kotem na 

odległość.  Żywym  kotem.  Match  nie  widział  w  tym  nic  specjalnie  trudnego,  dopóki  nie 
pokazano  mu  jednego  z  miejscowych  kotów.  Wtedy  uwierzył,  że  ta  konkurencja  jest 
najtrudniejsza  technicznie.  Bydlę  miało  rozmiar  półtora  zwykłego  kota,  bardziej 

background image

 

 

przypominało żbika, z charakteru też, co można było wywnioskować z wściekłego parskania  
i plucia. 

Niestety,  nie  można  było  rozegrać  tej  konkurencji,  z  powodu  trudności  w  pozyskaniu 

niezbędnego  sprzętu.  Po  jednym  rzucie  kot  nie  nadawał  się  do  powtórnego  wykorzystania, 
zazwyczaj  nie  pojawiał  się  w  okolicy  przez  kilka  tygodni.  Kotów  musiało  być  więc  co 
najmniej  tyle,  co  uczestników.  Zaś  miejscowe  koty  słowa  „kici,  kici”  uważały  za  wredną 
prowokację. 

Match  odegnał  wspomnienia,  skupiając  się  na  czyszczeniu  klingi.  Przecierał  teraz 

niebezpiecznie blisko ostrza, a wolał mieć nadal wszystkie palce. 

Leżąca  w  kącie  izby  sterta  skór  i  wełnianych  pledów  poruszyła  się,  zajęczała  głucho. 

Match podniósł głowę. 

–  Dzień  dobry,  panie  hrabio  –  powiedział  uprzejmie.  Angus  zawtórował  cichym 

chichotem.  Korzystając  z  tego,  iż  Match  odłożył  natłuszczoną  szmatkę  podał  mu  gliniane 
naczynie. Match potrząsnął przecząco głową. 

– Nie dziś – mruknął niechętnie. 
Angus pokiwał głową. I sam nie wypił, co było niecodzienne. 
Sterta skór zadrgała, wysunęła się spod nich ręka, odrzuciła pled. Spod tego wszystkiego 

wyjrzała blada twarz Gisbourne’a. 

– Hee... – zachrypiał hrabia. Odkaszlnął, krzywiąc się od wszechobecnego dymu. – Hej, 

niech no da mnie... 

Hrabia nie mógł  się odzwyczaić od mówienia do Angusa inaczej,  niż w trzeciej osobie. 

Nie pomagały tłumaczenia Matcha i  jeszcze szeryfa, że przywódca klanu to  taki hrabia bez 
mała.  A  już  na  pewno  szlachcic.  Jakoś  w  pojęciu  Gisbourne’a  nie  mieścił  się  szlachcic  
o włochatych łydach wystających spod kraciastej spódnicy. 

Angus  nie  dał  nic  po  sobie  poznać.  Porozumiewał  się  z  Matchem  i  Gisbournem 

normańską francuszczyzną, prawie bez obcego akcentu. Na angielski nie reagował, twierdząc, 
że  go  nie  zna  i  nie  zamierza  znać.  Match  nie  dałby  jednak  złamanego  pensa  za  to,  że  nie 
rozumie, choć Angus nigdy nie dał po sobie czegokolwiek poznać. Nawet wtedy, gdy opinie 
hrabiego pod jego adresem przekraczały granice dobrego smaku. Match nie mógł się oprzeć 
wrażeniu, że przekraczają także granice instynktu samozachowawczego. Z początku hamował 
hrabiego, teraz już mu się nie chciało. Ostatecznie, jego zmartwienie. 

Skrzywił się. Nie tylko, powtórzył w myśli. Odpowiadał za hrabiego, którego pyskowanie 

nie po raz pierwszy sprowadzało kłopoty. A także, do czego ciężko było mu się przyznać, w 
jakiś sposób polubił tego cynicznego, sprytnego wielmożę. Ostatecznie sporo razem przeszli, 
po tym, kiedy już przestali być tym, czym byli na początku – najpierw śmiertelnymi wrogami, 
potem więźniem i panem, potem podwładnym i zwierzchnikiem. 

Hrabia  miał  coś,  co  nieżyczliwi  nazywali  tchórzostwem,  a  Match  wolał  nazywać 

rozsądkiem.  Gisbourne  rzadko  pakował  się  w  sytuacje  bez  wyjścia,  powodowany 
irracjonalnym honorem, który to honor tylu już szlachty wygubił. Wiedział zazwyczaj, gdzie 
przebiega granica, za którą nie warto się zapuszczać, bo może to być ostatni raz. Konformista, 
ale na swój sposób lojalny, zawsze dbał przede wszystkim o własny interes. 

Ale  hrabia  miał  jedną  wadę,  gdy  chodziło  o  coś  innego  niż  życie  i  śmierć  potrafił  się 

zapominać. Z natury próżny i zarozumiały traktował wszystkich na wszelki wypadek z góry.  
I parę razy się na tym przejechał. 

A wszystko wskazywało, pomyślał Match niewesoło, że tym razem też się to zdarzy. Cóż, 

może skończy się na tradycyjnym pojedynku, bez wyciągania tych wielkich, noszonych przez 
górali na plecach mieczy. W takim przypadku hrabia miałby mizerne szanse. 

Angus  popatrzył  na  Matcha,  znakomicie  udając,  iż  nie  rozumie  słów  hrabiego.  Match 

zaprzeczył ruchem głowy. 

– Nie dziś – powtórzył. 

background image

 

 

Góral  nie  protestował.  Odstawił  pełne  naczynie,  sam  też  nie  zamoczył  warg.  Po  raz 

pierwszy, odkąd Match go poznał. To też było znaczące. 

Miejscowi  nie  pili  wina,  nawet  piwa  mało.  Zamiast  tego  mieli  piekielny  wynalazek, 

destylat z jęczmienia, pędzony na torfie. O znakomitym, przydymionym smaku i diabelskiej 
mocy. Hrabia szybko zasmakował w miejscowym specjale, Match zresztą też, mimo iż pijał 
w zasadzie mało. Ale destylat działał szybko, w każdym razie na nieprzywykłych. A dziś nie 
mogli sobie na to pozwolić. Z gór spływa mgła. 

O  dziwo,  hrabia  nie  zaprotestował.  Wpatrywał  się  tylko  przed  siebie  niewidzącym 

wzrokiem. Po chwili zaklął, zaczął się wygrzebywać spod skór. Po chwili siadł obok Matcha 
na przykrytej skórami ławie. 

– Mgła – w jego głosie nie zabrzmiało pytanie. Potrząsnął głową, odpędzając resztki snu. 
Match  kiwnął  głową.  Nie  musiał  mówić  nic  więcej,  wystarczył  widok  gospodarza, 

przeciągającego starannie szmatka po klindze wielkiego miecza. Wystarczył widok jego oczu, 
nie chowających się już w sieci zmarszczek, nagle poważnych i czujnych. 

Gisbourne przetarł twarz. 
– Jak... – zaczął. 
–  Jeszcze  trochę  –  przerwał  mu  Match,  odłożywszy  miecz,  zabierając  się  teraz  do 

ostrzenia noszonego zwykle za cholewą sztyletu.  – Przespaliście do południa, panie hrabio. 
Tak sądzę, bo koguta tu żadnego nie ma, nic nie pieje. Mgła gęstnieje, ale do zmierzchu nic 
nie powinno się stać. 

Angus,  zapominając,  iż  nie  rozumie  po  angielsku,  kiwnął  głową.  Hrabia  nic  nie 

spostrzegł,  zajęty  własnymi  myślami.  Niezbyt  wesołymi,  jak  można  było  wywnioskować 
widząc zaciśnięte pięści, pobielałe kostki. Podniósł po chwili głowę. 

– A reszta? – spytał. – Na posterunkach? 
– Nie – zaprzeczył Match. – Też śpią. 
– Czy to rozsądne? – spytał hrabia spokojnie. Bez wyrzutu w głosie, bez pretensji, mimo 

iż było to wbrew jego rozkazom. 

Match  chwile  spoglądał  na  niego  z  aprobatą.  Gisbourne  taki  był.  Nieznośny  

i  rozkapryszony  na  co  dzień,  wyniosły,  z  pańska  traktujący  wszystkich,  wtrącający  się  do 
wszystkiego,  w  chwilach  realnego  niebezpieczeństwa  stawał  się  nad  podziw  rozsądny.  
I  zawierzał  tym,  co  mieli  więcej  doświadczenia,  wiedząc,  iż  z  nimi  ma  większe  szanse 
przeżycia. Rozsądek brał górę nad pańskimi kaprysami. 

– Przed nocą nic się nie stanie – odparł w końcu Match. 
Hrabia spojrzał z ukosa. 
–  Zgoda,  nie  wiem  na  pewno  –  przyznał  Match,  uprzedzając  pytanie.  –  Ale  oni  tak 

twierdzą, nie widzę powodu, żeby nie wierzyć... 

Wskazał  brodą  Angusa  i  jego  trzech  synów,  siedzących  bez  słowa  pod  samą  kamienną 

ścianą. 

– Sami widzieliście, hrabio, jak patrzyli na nas, kiedyśmy co noc posterunki wystawiali... 

Mówili, że bez sensu, że w takie noce nic się... 

– Rzeczywiście – hrabia wpadł mu w słowo. – Śmiali się z nas, że stoimy po nocach jak 

idioci, w deszczu... 

Match popatrzył uważnie na hrabiego. Kto stał, to stał, pomyślał, tyś nawet nosa z chaty 

nie wychylił od świtu do zmierzchu. Gisbourne pod spojrzeniem Matcha zmieszał się. 

–  No  dobrze  –  zmienił  temat.  –  Niech  się  wyśpią,  może  rzeczywiście  niepotrzebnie  ich 

tam trzymałeś... 

Match  mruknął  cos  pod  nosem,  ale  powstrzymał  się  od  komentarza.  Nie  miało  sensu 

wypominanie, iż conocne warty były pomysłem hrabiego. Co do Matcha, to szybko doszedł 
do  wniosku,  że  jeśli  mieszkańcy  zagrożonej  wioski,  przetrzebieni  już  przy  poprzednich 
napadach  śpią  spokojne,  to  wystawianie  wart  nie  ma  sensu.  Ostatecznie  to  oni  tu  żyją,  oni 

background image

 

 

wiedzą.  Ale  tłumaczenie  tego  hrabiemu  nie  dawało  rezultatów.  Match  podejrzewał,  że  sam 
lepiej śpi, mając świadomość, iż pilnują go zbrojni. I sam Match. 

Match  nie  spodziewał  się,  że  Gisbourne  wyruszy  na  tę  ryzykowną  wyprawę.  Po  raz 

kolejny nie docenił jego chciwości. 

–  Zjadłbym  coś  –  mruknął  po  chwili  hrabia.  Zabrzmiało  to  tak,  jakby  chciał  po  prostu 

zająć się czymś innym, niż tylko czekanie na zmierzch. 

–  Tylko  nie  to  –  uprzedził  propozycję  Matcha,  który  nawet  nie  zdążył  wskazać  na 

okopcony, wiszący nad żarem kociołek. 

– Jest jeszcze zimna pieczeń, wczorajsza. – Match ledwie powstrzymał śmiech na widok 

urazy na twarzy Angusa. Haggis było najlepsza potrawą na świecie, Ąngus nigdy nie mógł się 
nadziwić,  że  ktoś  nie  chce  tego  jeść.  I  nie  tylko  zresztą  dziwić,  niechęć  do  jego  ulubionej 
potrawy była jak dotąd jedyną rzeczą, która wywoływała jego gniew. W każdym razie innych 
przyczyn Match jak dotąd nie dostrzegł. 

– Barania... – stwierdził z rezygnacją Gisbourne. 
–  A  jaka  ma  być?  –  rozzłościł  się  nagle  Match,  sam  nie  wiedząc  dlaczego. 

Prawdopodobnie z tego powodu, że baranina wychodziła mu już gardłem. – Krów nie mają, 
już  nie  mają.  Do  wyboru  macie,  panie  hrabio,  psa,  albo  pieprzone  świstaki.  Jeśli  złapiecie 
którego... 

– Dobrze już, dobrze – stęknął Gisbourne. – Nie musisz się wściekać... Gdzie ta pieczeń? 

 

*** 

 

Gisbourne  po  posiłku  poweselał  wyraźnie.  Nie  krzywił  się  nawet  na  miejscowe  piwo. 

Nawet się rozgadał. 

– Co tam, Match, damy radę... Te ćwoki się boją, ale my, we dwóch, z wierną drużyną... 

Nam to i smok nie straszny, co, Match? 

Klepnął  Matcha  z  rozmachem  w  plecy,  aż  ten  zakrztusił  się  piwem,  z  trzymanego  

w dłoniach dzbanka chlusnęła piana. 

Match otarł tylko wąsy. 
– Nie rozlewaj waszmość piwa... – mruknął, odsuwając się nieznacznie. 
Gisbourne nie przerwał nawet na chwilę. 
– Smok niestraszny, powiadam – ciągnął z ożywieniem. – Pamiętasz, Match, jekeśmy mu 

koniec zgotowali? Jak bestia się prze... 

– Dajcie spokój, panie hrabio – Match pociągnął z dzbanka. 
–  Dobry  mieliśmy  pomysł  z  tym  dołem!  Bestia  głupia  i  plugawa,  gdzie  je  tam  się  

z rozumem mierzyć... Pamiętasz, jak się nadział? 

Trącił Matcha w bok. Tym razem Match był przygotowany, piwo nie wychlusnęło. 
Pamiętał,  a  jakże,  do  śmierci  nie  zapomni.  Zwłaszcza  tego,  że  było  zgoła  inaczej,  niż 

Gisbourne  zwykł  opowiadać.  A  opowiadał  zawsze,  mimo  surowego  zakazu  szeryfa.  Na 
szczęście nikt mu nie wierzył. Bo smoka to przecież tylko rycerz prawy, bez zmazy i skazy 
pokonać zdoła... 

Match  popatrzył  z  ukosa,  dostrzegł  błyszczące  oczy,  rozszerzone  źrenice.  Nadmierną 

gestykulację. Nie oceniał, wiedział, że tak jest zawsze. Jedni siedzą jak słupy z kwadratowymi 
oczyma,  inni  wpadają  w  słowotok.  Zawsze  tak  jest,  gdy  czeka  się  na  nieznane,  na  coś,  co 
spłynie  z  gór  wraz  z  mgłą.  Na  coś,  co  zaatakuje  z  oparu  i  ciemności,  nienazwane  
i nierozpoznawalne. 

Widywał już takie objawy, przed każdą bitwą. Sam też odczuwał, a jakże. Zawsze ziębły 

mu końce palców. 

Popatrzył  na  Angusa.  Stary  siedział  nieruchomo,  jak  posąg,  wpatrując  się  w  tlący  torf.  

W  oczach  pełgały  mu  czerwone  ogniki,  ogorzała  twarz  wyglądała  jak  miedziana  maska. 

background image

 

 

Dopiero  po  chwili  Match  dostrzegł  ruch  palców,  zaciskających  się  miarowo  na  rękojeści 
miecza. 

– Nadział się, a flaki z kałduna wypływały! Dobić było trudno. Ach, szkoda, że te kmioty 

nic nie rozumieją, nie wiedzą, z kim... 

–  Zamknij  się,  Guy!  –  warknął  Match  bezceremonialnie.  Musiał  jakoś  przerwać  tez 

słowotok, hrabia nakręcał się coraz bardziej, a do wieczora jeszcze trochę czasu. 

Jak zwykle poskutkowało. Gisbourne zamarł wpół zdania z półotwartymi ustami. Ale nie 

wybuchnął potokiem przekleństw, nie próbował przywołać Matcha do porządku. Zawsze był 
wrażliwy,  mimo  cienkiej  nici  porozumienia,  która  ich  połączyła,  zawsze  zwracał  uwagę  na 
konwenanse. Zawsze pamiętał o różnicy stanu. 

Tym  razem  nie.  Zamknął  usta,  popatrzył  jakby  z  wdzięcznością.  I  zabrał  się  z  kolei  to 

przecierania klingi swojego miecza. 

Match popatrzył z aprobatą. Z czynności zastępczych ta była najlepsza. 
Gisbourne  nie  wytrzymał  długo  w  ciszy,  przerywanej  tylko  potrzaskiwaniem  płomieni  

i bulgotaniem kociołka. 

– Myślisz, że dziś? 
Pytanie zawisło w powietrzu na dłuższą chwilę. Match milczał, bo i co było mówić. 
– Ech, a może to jakaś bzdura? – Gisbourne jeszcze nie rezygnował, próbował wykrzesać 

z siebie swój zwykły optymizm. – Może to tak, jak mówię? 

Popatrzył na Matcha, w jego wzroku można było dostrzec błaganie o potwierdzenie. 
– Może te dzikusy leją się między sobą? Popatrz, skłócone klany, władza korony tu nie 

sięga. Sam Angus opowiadał... 

Podrzutem  głowy  wskazał  starego  górala,  który  niczym  nie  dał  po  sobie  poznać,  że  to 

zauważył,  siedząc  dalej  z  kamienną  twarzą.  Tylko  palce  zacisnęły  się  na  rękojeści  i  tak 
pozostały dłuższą chwilę. 

– Opowiadał, jak to złupili wioskę tych, no, z tego innego klanu. Jak wyrżnęli mężczyzn  

i zgwałcili kobiety, zabrali owce. Może i też zgwałcili... Może i to, te napady, to też... 

Match pokręcił głową. Nie zamierzał hrabiego oszczędzać, tym bardziej, że ten zaczynał 

się  niebezpiecznie  zapędzać,  co  można  było  poznać  po  błyskach  w  oczach  Angusa  i  jego 
trzech milczących synów. 

–  Inny  klan,  powiadacie,  panie  hrabio?  –  odezwał  się  już  ze  złością  i  politowaniem  

w głosie. – Inny klan wybił większość mężczyzn? 

– Może... 
– I wyrwał ręce, temu tam... 
– Connerowi. 
Match drgnął, zaskoczony. Angus po raz pierwszy wtrącił się do rozmowy, już nie udając, 

że nic nie rozumie. Hrabia nie załapał. 

– Zaraz urwał... A zresztą, widziałeś te ich maczugi, mogli i urwać... 
Żar zasyczał. Angus tylko splunął w palenisko, nie powiedział już nic. 
– Nie pieprzcie, panie hrabio, i tak nie zrobi się wam lepiej – przyciął Match złośliwie. – 

Urwane, i już. Głowy tez zabrali. A zwyczaju takiego tu nie ma. 

– Kto ich tam wie, dzikusów... Co te owcojeby robią, to tylko ich... 
Match chwycił hrabiego za kołnierz, szarpnął. Oczy błysnęły mu wściekłością. 
– Zamknij się, bo jak ci zaraz... – wysyczał. – Pomyśl, kurwa, że w nocy musimy stanąć 

razem, inaczej nic twojego dupska nie uratuje. A już na pewno nie ja. 

Puścił Gisbourne’a, który opadł na ławę. Po twarzy Angusa nie było widać, że cokolwiek 

rozumie  z  rozgrywającej  się  przed  nim  sceny.  Tylko  oczy  w  sieci  zmarszczek  błysnęły 
weselej. 

–  Przestań  pieprzyć,  bo  sam  w  to  nie  wierzysz.  –  Match  mówił  już  spokojniej,  widząc 

wreszcie w oczach hrabiego błysk zrozumienia. – Przypomnij sobie, ucięte głowy... Tylko nie 

background image

 

 

mów,  że  zmyślają,  sam  wiesz,  że  nie.  Przypomnij  sobie  te  urwane  ręce,  przypomnij  sobie 
tego, którego uprowadzili. Co to go później znaleźli, w górach, w ognisku. Upieczonego. 

– Może sam... – zaczął hrabia z rozpędu. Matchowi opadły ręce. 
– Sam się, kurwa, upiekł? I sam ogryzł? 
– Nnie... – wyjąkał hrabia. – Co ty, za głupiego mnie masz? 
Match nie zaprzeczył. 
–  No  co  ty!  –  zeźlił  się  Gisbourne.  –  Ja  tylko  chciałem  powiedzieć,  że  sam  wpadł  

w ognisko. Uchlał się, i wpadł... 

Urwał na chwilę. 
– No tak, ale by się nie ogryzł... – dodał po chwili z rezygnacją. – Ech, kurwa... 
Powrócił  do  przerwanej  czynności.  Do  przecierania  klingi.  Match  nie  zamierzał  go 

oszczędzać i tym razem. 

– Trzeba być gotowym. Przyjdą dzisiaj. Jest... 
– ...noc i mgła – dopowiedział Angus. 
Noc  i  mgła.  Match  poczuł,  jak  palce  ziębną  mu  coraz  bardziej.  Noc  i  mgła,  złowrogie 

połączenie. 

Gisbourne po raz kolejny pożałował swej niedawnej decyzji. O dziwo, nie był sam. Match 

tez  chciał  się  znaleźć  tam,  gdzie  ta  cała  historia  się  zaczęła,  przynajmniej  dla  nich.  W  sali 
zamku Nottingham. 
 

*** 

 

Match grzebał nożem w resztkach pieczystego na drewnianej tacy. Nie znosił takich uczt, 

mimo iż zasiadanie przy niskim stole, posród pomniejszych ze szlachty, wielu poczytałoby za 
zaszczyt.  Wielu  zresztą  ten  zaszczyt  wypominało,  poczynając  od  Gisbourne’a,  który  
z  początku  każdej  uczty,  zanim  jeszcze  solidnie  podpił,  świdrował  wzrokiem  rozpartego  za 
stołem  Matcha.  W  głowie  hrabiego  nie  mieściło  się,  by  ktoś  taki  zasiadła  za  stołem,  nawet 
niskim. 

Co  prawda  Match  chętnie  zrezygnowałby  z  zaszczytu.  Nie  bawiło  go  towarzystwo 

okolicznej  szlachty,  odnoszącej  się  do  niego  z  mieszaniną  lekceważenia  i  lęku.  Zresztą,  
w miarę opróżniania dzbanów wina i baryłek piwa lekceważenie brało górę. Gdy zaczynało 
się kurzyć z czupryn zawsze znajdował się ktoś, kto kwestionował głośno prawa Matcha do 
zasiadania  przy  stole,  wskazując  jego  właściwe  miejsce.  Najczęściej  jako  właściwe  miejsca 
wymieniano loch, szafot ewentualnie samo piekło. Dlatego Match nie znosił uczt. Nie bawiły 
go  publiczne  upokorzenia,  które  zawsze  długo  znosił,  udając,  że  nie  widzi  kpiącego 
spojrzenia  szeryfa.  Nie  lubił  też  mieć  poobijanych  kostek,  czym  nieodmiennie  się  to 
kończyło. 

Tym razem miał nadzieję, że skończy się inaczej. Nadzieję tę pozwalało budzić sąsiedzi, 

po  jednej  stronie  spoczywający  już  zgodnie  pod  stołem,  w  towarzystwie  powarkujących  na 
siebie,  wydzierających  ogryzione  kości  psów.  Po  drugiej  stronie  siedział  zaś  jowialny 
szlachcic,  prawdziwy  brat-łata,  któremu  imponowało  widocznie  towarzystwo  byłego  banity. 
Szlachcic był denerwujący, ale nieszkodliwy, nie szukał zaczepki. Przepijał tylko nieustannie, 
co  budziło  obawy  Matcha.  Bał  się,  że  nie  strzyma,  zwłaszcza  porównując  swój  brzuch  do 
monstrualnego  brzucha  szlachcica.  Lekko  licząc,  mieściły  się  w  nim  ze  dwie  baryłki,  jak 
oceniał. 

Nastroju Matcha nie poprawiał minstrel, zawodzący znana do znudzenia balladę o smoku 

srogim  i  jego  pogromcy,  sir  Mortimerze.  Na  szczęście  Gisbourne  przechodził  właśnie 
pierwsze stadium pijaństwa, siedział z głową podpartą na łokciach i wpatrywał się szklistym 
wzrokiem  w  przestrzeń.  Na  szczęście  zwykle,  bowiem  gdy  minstrel  dochodził  do  zwrotki,  
w której dzielny rycerz wraził kopię w kałdun bestii, po czym dorzynał smoka mizerykordią, 

background image

 

 

hrabia nie wytrzymywał. W zależności od stanu upojenia rzucał się na grajka z mieczem lub 
gołymi rękoma. Doszło do tego, że za wykonywanie owej ballady w przytomności hrabiego 
minstrele żądali dodatkowego wynagrodzenia, za niebezpieczne warunki pracy. 

Tym razem obyło się bez incydentów. Śpiewak przebrnął przez zwrotkę, w której bestia  

w przedśmiertnych drgawkach dosięgła rycerza swym palącym oddechem, a ów ducha oddał 
z imieniem damy swego serca na ustach. Zaczynał właśnie tę najbardziej wzruszająca, o tym, 
jak wierni towarzysze kurhan czapkami sypali, a rumak bojowy niezrównany nad mogiła stał. 

Match zmuszony do wypicia kolejnej kolejki – no to pod tego smoka, panie! – poczuł, że 

też  ma  dość.  Przypomniał  sobie,  jak  odziane  w  zbroję  ciało  rycerza  spychał  obcasem  do 
wykopanego  dołu.  Musiał  sam,  hrabia  rzygał  opodal,  zgięty  w  pół,  otoczony  brzęczącymi 
muchami, unoszącymi się nad rozkładającymi się w upale zwłokami. Musiał sam, bo chłopi 
odmówili  stanowczo,  zajęci  dobijaniem  smoka,  co  trwało  dwa  dni.  Trzeba  było  bestii 
przyznać, twarde miała życie. 

Nie dziwił się hrabiemu. Sir Mortimer, opiewany w balladach pogromca smoka był idiotą, 

nie pozbawionym wprawdzie odwagi, ale za to kompletnie wypranym z wyobraźni. A zasług 
też żadnych w zgładzeniu bestii nie miał, samych kłopotów przyczynił. Co prawda hrabia tez 
miał mizerne zasługi, całe laury należały się chłopom. 

Chłopi  też  szemrali.  Pastuszkowie  opowiadali  historyjki  o  dzielnym  koledze  po  fachu, 

który  bestię  sposobem  zgładził,  podsuwając  jej  owce  wypchaną.  Sarkali  na  rycerstwo,  co 
wszelkie  zasługi  sobie  przypisywało.  Należy  oddać  sprawiedliwość  minstrelom,  ich  wersja 
była jednak ciekawsza, a w każdym razie bardziej oryginalna. 

Ale  szeryf  stanowczo  zakazał  prawdę  głosić.  Przyrodzoną  rzeczą  rycerza  jest  pokonać 

smoka, mówił. I na drugi raz, jak się bestia zalęgnie, nikt od władz lokalnych zgładzenia jej 
nie  będzie  wymagać,  tylko  zaraz  rycerze  nadciągną.  A  i  niedobrze  byłoby,  jakby  się 
rozniosło, że coś dużego, agresywnego i złośliwego można łatwo w wilczy dół schwytać. Na 
przykład rycerza. 

Match  posłuchał  bez  szemrania.  Sam  chciał  jak  najszybciej  o  całej  sprawie  zapomnieć. 

Gisbourne też się stosował, na trzeźwo. 

Wreszcie  jowialny  szlachcic  wdzięcznie  osunął  się  pod  stół.  Match  poweselał,  okazało 

się,  że  wymiary  nie  są  najważniejsze.  Nawet  imponujący  brzuch  nie  daje  oczywistej 
przewagi. Mógł już spokojnie czekać końca uczty. 

Pieczone  w  całości  dziki  zamieniły  się  w  klatki  sterczących  żeber,  psy  dorwały  się  do 

nienaruszonych,  baranich  udźców,  które  nie  cieszyły  się  jakoś  powodzeniem  wśród 
ucztujących. Służba coraz jawniej pociągała z dzbanów, nie kryjąc się specjalnie. Minstrel też 
sobie podchmielił, zaczął śpiewać nieprawomyślną balladę, jeszcze z czasów Robina. Match 
słuchał nieuważnie, znał ją na pamięć. Nie był pijany, manewry z wychlustywaniem wina za 
ramię przynosiły efekty, jowialny towarzysz nie zorientował się. 

Popatrzył  na  wysoki  stół.  Jego  wzrok  nagle  skrzyżował  się  ze  spojrzeniem  szeryfa. 

Spostrzegł,  że  szeryf  też  jest  zupełnie  trzeźwy,  tak  jak  i  jego  gość,  szpakowaty  szlachcic  
o przeciętej paskudną blizną twarzy. 

Robert  de  Reno,  szeryf  Nottingham  też  przestał  już  dbać  o  pozory.  Zniknęły  gdzieś 

szerokie  gesty,  poklepywanie  po  ramionach,  przepijanie  na  lewo  i  prawo.  Nie  było  już  do 
kogo  przepijać,  uczta  kończyła  się  jak  zwykle.  Biesiadnicy  spoczywali  na  pozalewanych 
winem i sosami stołach, chrapali w słomie wyścielającej podłogę, opierając głowy na ciałach 
towarzyszy  lub  leżących,  objedzonych  do  granic  możliwości  psach.  Psom  to  nie 
przeszkadzało. Puszczały bąki jak zwykle, pilnowały niedogryzionych kości, powarkując dla 
zasady. 

Uczta była dla zasady. Nie może być inaczej, gdy znamienity gość przybywa do zamku. 

Nawet, gdy przybywa w całkiem konkretnym celu. 

background image

 

 

Match  był  już  pewien,  że  właśnie  tym  razem  tak  jest.  Podejrzewał  już  wcześniej,  gdy 

szeryf  z  naciskiem  wydał  mu  polecenie  przybycia,  nie  bacząc  na  niechętne  skrzywienie. 
Wydał polecenie tonem nie dopuszczającym dyskusji. Teraz Match, widząc, jak szeryf szepce 
coś  do  ucha  gościa,  równie  trzeźwego,  miał  nieprzyjemne  wrażenie,  że  i  jego  to  będzie 
dotyczyć. Wkrótce okazało się, iż się nie mylił. 


Agnus wstał, przeciągnął się, aż zatrzeszczały stawy. Rzucił jakiś rozkaz synom, podnieśli 

się bez słowa. Gdy opadła za nimi przesłaniająca wejście skóra, stary podszedł do Matcha. 

– Wiem, już czas – skinął głową Match. – Pójdę ich zbudzić... 
Angus pokręcił głową. 
–  Nie  musisz  –  mruknął.  –  Posłałem  synów...  Zresztą,  w  taki  dzień  się  nie  śpi  długo, 

uwierz mi. 

Match  uwierzył  bez  zastrzeżeń.  Coś  było  w  tym  dniu,  coś,  co  nie  pozwalało  spać  

i odpoczywać, coś, co kazało czekać. Czekać na nieznane, czające się we mgle. Czekające na 
nadejście mroku. 

– Pójdę do nich – powiedział mimo to. – Tak trzeba, muszą wiedzieć... 
Nie  dokończył.  Zarzucił  na  ramię  pas  z  mieczem,  schylił  się  wychodząc.  W  otworze 

wejściowym  zajaśniało  światło  dnia.  Coraz  ciemniejsze  już,  przechodzące  nieuchronnie  
w zmierzch. 

Hrabia popatrzył na starego. Spróbował dumnie i wyniośle. Nie wyszło mu. 
– Cóż, nie masz się czego bać – stwierdził Angus czystą angielszczyzną. – Wszystko jest 

przeznaczone. 

Odwrócił się, pochylił przechodząc przez niskie wyjście. 
– Jeśli masz umrzeć dzisiaj... 
Opadła  skóra,  zasłaniając  wejście.  Hrabia  zacisnął  rękę  na  rękojeści  miecza.  Miał 

nadzieję, że doda mu to otuchy. 

– ... to umrzesz! – dobiegł z zewnątrz stłumiony głos. I tubalny oddalający się śmiech. 
Hrabia wyciągnął przed siebie dłoń. Miał nadzieję, że nie drży. Płonną, jak się okazało.  
Wszystko  skurwysyn  rozumiał,  pomyślał,  bardziej  rozżalony,  niż  przestraszony.  Cap 

górski jeden... Dzięki za dobre słowo, chciał krzyknąć. 

Zaklął  głośno,  na  samą  myśl  o  tym,  jak  się  to  zaczęło.  Po  raz  setny  przeklinając  swą 

chciwość. Po raz setny obiecując sobie umiar w piciu. 
 

*** 

 

Gisbournne  stał  na  blankach  muru,  wystawiając  twarz  na  rzeźwiące  podmuchy  wiatru. 

Docierało  do  niego,  że  przesadził.  Szeryf  zakazał  pić,  ale  nie  mógł  do  końca  dopilnować.  
A teraz, kiedy zaczynały się ważne sprawy, Gisbourne wciąż widział podwójnie. Co prawda 
kilka słów, które usłyszał na samym początku, gdy na polecenie szeryfa Match wywlekał go 
zza  stołu,  podziałało  znakomicie.  Ale  nie  do  końca.  Wciąż  miał  trudności  ze  skupieniem 
uwagi. 

Rozmowa  toczyła  się  na  murach.  To  niespotykane  miejsce  wybrano  ze  względu  na 

hrabiego,  licząc  na  zbawienne  działanie  świeżego  powietrza.  Co  prawda  szeryf  miał 
wątpliwości,  obawiał  się,  że  hrabiego  rozbierze,  ale  postanowił  zaryzykować.  Czasu  było 
mało, wszystko musiało być załatwione jeszcze dziś. 

Jeśli nie zostanie, oznaczało to kłopoty. Poważniejsze, niż hrabiemu mogłoby się zdawać. 
Match stał z boku. Nie brał udziału w rozmowie, która na razie zresztą była monologiem. 

Mówił  tylko  gość,  posunięty  już  w  latach  szlachcic  o  twarzy  przeciętej  blizną.  Gość,  do 
którego szeryf zwracał się z widocznym szacunkiem. 

background image

 

 

Poczatek  rozmowy  umknął  zarówno  Matchowi,  jak  i  hrabiemu.  Z  winy  hrabiego,  który 

bardzo niechętnie opuszczał salę, czepiając się wszystkiego, co wpadło mu pod ręce. Trwało 
trochę  czasu,  zanim  udało  się  go  dostarczyć  na  blanki.  Ale  i  to,  co  teraz  słyszał,  było 
wystarczająco niepokojące. 

–  I  tak,  Robercie,  sprawa  jest  delikatna  –  starszy  szlachcic  spoglądał  w  ciemność  za 

murem  z  nieprzenikniona  twarzą.  W  jego  głosie  było  coś,  co  budziło  niepokój.  Była 
rezygnacja. 

– Wiesz, jak jest na północy – ciągnął dalej. – Nie chcę cię zanudzać szczegółami, znasz 

je zresztą dobrze. Nie mogę zebrać ludzi, nie mogę ruszyć cała siła. Klany są niezależne, to 
mogłoby zacząć wojnę... 

– Nawet teraz, kiedy, jak sam mówisz... – szeryf próbował wtrącić. 
– Nawet teraz – uciął gość. – To delikatna sprawa. Jeżeli ruszymy siłą, wszystko wyjdzie 

na jaw. Wszystkie przygotowania. A jeszcze... 

Urwał, zaciskając zęby. 
– Jeśli nie ruszymy, jeśli nie zrobimy nic, to wszystko dojdzie... 
Nie  musiał  mówić,  do  kogo  dojdzie.  Wszyscy  wiedzieli,  nawet  Match,  z  zasady  nie 

interesujący  się  polityką,  którą  uważał  za  knowania  wielmoży.  Które  to  knowania  i  tak 
odczują na własnym grzbiecie tacy, jak on. 

Szeryf gwizdnął cicho. Wiedział znakomicie, o co chodzi, jaką grę prowadzi jego osiadły 

na północnej granicy krewniak. Wiedział też, co będzie, gdy ta gra się wyda. Podbijanie ziem 
sąsiadów przy użyciu szkockich klanów było bardzo źle widziane, aczkolwiek nagminne. 

– Nieważne – szlachcic machnął ręką. – Przyjechałem do ciebie, Robercie. Wiesz, więzy 

krwi... 

Szeryf zmrużył  oczy. Więzy  więzami, ale nie spodziewał  się tego po Arnulfie, zwanym 

Rzeźnikiem. Nawet, jeśli to krewny. 

– Czego więc oczekujesz? – spytał ostro. Zawsze miał na to ochotę, nie znosił Arnulfa od 

dzieciństwa,  kiedy  to  musiał  nazywać  go  wujem.  –  Ja  mam  ruszyć,  ze  swoimi  ludźmi? 
Myślisz, że jakby co, to ma być na mnie? 

– Nie – zaprzeczył Arnulf zwany Rzeźnikiem. – To nic nie da. Tam można posłać tylko 

kilku. Po to, żeby wiedzieć, co się dzieje. Nie mogę swoich, nie pójdą. Boją się... 

Szeryf roześmiał się. 
–  Bardziej  niż  ciebie?  –  spoważniał  nagle,  pokręcił  głową  w  zamyśleniu.  –  Jeśli tak,  to 

chyba rzeczywiście jest się czego bać... 

–  Próbowałem  –  żachnął  się  Arnulf.  –  Nawet  musiałem  dwóch  obwiesić.  Czyste 

marnotrawstwo. 

Zamilkł  na  chwilę,  posapując  cicho.  Musiał  być  poruszony.  Szeryf  spoglądał 

beznamiętnie. Ciekawe, co krewniak ma do zaoferowania, pomyślał. Dowiedział się szybko. 

– Wynagrodzę – powiedział cicho, z wysiłkiem Arnulf. Szeryf uśmiechnął się. Skąpstwo 

Arnulfa dorównywało okrucieństwu. – Po królewsku wynagrodzę. Ty dasz kilku ludzi, pięciu, 
może sześciu. I kogoś zaufanego, poświęcisz go. Nie martw się, zapłacę, znajdziesz nowego. 
Nie  ma  niezastąpionych.  Ja  swoich  nie  mogę,  mówiłem.  A  nowych  szukać,  ryzykowne... 
Widzisz, ja wciąż nie wiem, czy te górskie capy nie łżą w żywe oczy. Może tylko cenę chcą 
podnieść?  Nie  wiem,  nie  mogę  sprawdzić.  A  tak,  sprawdzimy.  Nie  wrócą,  znaczy  prawdę 
górale mówią. A wrócą, to łżą, a ja ich wtedy... 

Zgrzytnął zębami, twarz ściągnęła się. Stara blizna nadała jej upiorny wygląd. 
– Po królewsku wynagrodzę... – zgrzytnął jeszcze raz. 
To przekonało  szeryfa.  Wyduszanie pieniędzy z krewniaka było zawsze bolesne. Skinął 

głową. 

– Zgoda – powiedział. 
Twarz gościa rozluźniła się. Stała się prawie ludzka. 

background image

 

 

– Zgoda? – upewnił się jeszcze. Szeryf kiwnął głową. 
– Match, wybierz ludzi. Dobrych ludzi – polecił krótko.- Jutro ruszasz. 
Gisbourne i Arnulf zgodnie wybałuszyli oczy. Match nawet nie drgnął. Arnulf odciągnął 

szeryfa za rękaw. 

-...  słyszał...  –  docierały  do  Matcha  strzępki  słow.  Arnulf  starał  się  mówić  cicho,  był 

jednak zbyt zaskoczony i wzburzony. 

–  ...słyszał...  będzie  niepewny...  –  szeryf  przecząco  kręcił  głową.  –  ...  Ucieknie... 

pobuntuje... 

Arnulf został dalej, z niedowierzaniem spoglądając na Matcha. Szeryf wrócił. 
– Zrobiłem błąd – zaczął bez wstępu. – Myślałem, że chodzi o coś trochę innego. 
Zniżył głos do szeptu. 
–  Wygadał  się,  stary  dureń.  Gdybyś  nie  wiedział,  wybrałbyś  kogoś.  Ale  teraz  tego  nie 

zrobisz, prawda? Nie teraz, kiedy wiesz, o co idzie. Znam cię, Match... 

Mruknął cos pod nosem, jak przekleństwo. 
– Wybierzesz najlepszych. I bez żadnych wygłupów, rozumiesz? To rozkaz. Pojedziesz, 

zobaczysz i wrócisz. 

Odwrócił się nagle, zwiniętą pięścią uderzył w mur. 
– Niech go diabli wezmą! – wybuchnął, nie przejmując się, że krewniak może usłyszeć. – 

Niebezpieczeństwo z mgły! Ludojady, niewidzialne i niedotykalne! Wierzysz w to, Match? 

Match nie odpowiedział. 
– Wierzysz – stwierdził szeryf. – I ja, niestety, też... 
Nic w tym dziwnego. Niedawno musiał uwierzyć w smoki. 
Arnulf wrócił. 
– Nie bój się, krewniaku – pocieszył szeryfa, traktując Matcha jak powietrze. – Zapłacę, 

skoro mówisz, że to twój najlepszy człowiek. Zapłacę, mimo, że nie wygląda... 

Szeryf spojrzał tylko na Arnulfa. Tak, że ten od razu zamilkł. 

 

*** 

 

Co mnie wtedy podkusiło, myślał Gisbourne. Co mi strzeliło do głowy. 
Wrócili  wtedy  do  komnat.  Gisbourne  już  trzeźwiejszy,  spróbował  szeryfowi  tłumaczyć. 

To Match był winien pustki w szkatule, pustki, której od lat nie można było zapełnić. Więc 
niech on teraz załata dziury, których był sprawcą. Hrabia mówił to dziwnie bez przekonania. 

Arnulf  z  lubością  przypiął  się  do  dzbana.  Nadrabiał  wszystko,  co  stracił  podczas  uczty,  

w nieprawdopodobnym tempie. Rozgadał się, nie zwracając uwagi, iż szeryf stał się milkliwy. 

Opowiadał  o  swych  północnych  dziedzinach.  O  podporządkowanych  sobie  klanach, 

straszliwych  wojownikach,  z  radością  wyrzynających  niewygodnych  sąsiadów.  Gisbourne 
słuchał, coraz trzeźwiejszy. Jeszcze nie dojrzał do decyzji, jeszcze tylko słuchał. 

Szeryf  zajęty  był  własnymi,  niewesołymi  myślami.  Królewska  zapłata,  obiecana  przez 

krewniaka ciążyła mu na sumieniu. Hrabia spoglądał na niego z niepokojem. 

– Panie... zaczął w pewnej chwili, jakby zgadując myśli szeryfa.  – On sobie poradzi, on 

sam z tych odmieńców... On... 

Przerwał,  spiorunowany  przez  szeryfa  wzrokiem.  Szeryf  wymownie  spojrzał  na 

krewniaka. 

– Co? A, tak... – połapał się hrabia. Match będzie miał atut, którego Arnulf nie pozna. To 

nie będzie do końca straceńcze zadanie. On sam z odmieńców, zna tych wszystkich, tfu, stare 
ludy,  o  których  tu,  na  południu  dawno  słuch  zaginął.  Hrabia,  prawie  całkiem  już  trzeźwy, 
przypomniał  sobie  opowiadania  druida.  O  pamięci  pokoleń,  do  której  Match  może  się 
odwołać, jeśli zdoła. 

background image

 

 

W  zamroczonym  jeszcze  wypitym  winem  umyśle  hrabiego  zaczęła  dojrzewać  decyzja.  

Z  pijackim  sprytem  pomyślał,  że  później  będzie  jej  żałować,  że  nie  zdobędzie  się  nigdy. 
Bogata  północ,  ziemie  do  podboju.  Nie  to,  co  tutaj,  wciąż  u  boku  szeryfa,  bez  szans  
i  perspektyw.  Zanim  trzeźwa,  drzemiąca  w  głębi  umysłu  część  jego  jaźni  zdążyła 
zaprotestować, decyzja została podjęta. 

– Ja też – powiedział zdecydowanie. Szeryf popatrzył na niego uważnie. 
– Co ty też? – spytał. – Tez się uchlałeś? Nie musisz mówić, to widać. 
–  Ja  tez  ruszam  –  nieci  zbity  z  tropu,  lecz  wciąż  pewnym  głosem  powiedział  hrabia. 

Czekał na podziw, ale się nie doczekał. 

– Jednak się uchlałeś... – stwierdził szeryf tylko. 
Jeżeli  Gisbourne  miał  jeszcze  jakieś  wątpliwości,  to  w  tej  chwili  było  po  wszystkim. 

Trzeźwa część umysłu została zepchnięta głęboko, stłumiona urażoną ambicją. 

– Też ruszam – powiedział Gisbourne twardo i tak głośnio, że Arnulf zwany Rzeźnikiem 

o mało nie zakrztusił się winem. Kaszlał chwilę. 

–  No,  no  –  popatrzył  drwiąco  na  hrabiego.  –  Kto  by  się  spodziewał...  Ale  zapłaty  nie 

zwiększę! – zastrzegł szybko. 

Wsadź se gdzieś zapłatę, pomyślał hrabia. Też mi coś, twoje pieniądze. Poczekaj, ja też 

pociągnę  na  północ,  też  będę  miał  swoich  Szkotów.  Lepszych,  niż  twoi.  A  może  właśnie 
twoich, jak już razem z nimi zwyciężymy ludojadów... 

Zagalopował się beznadziejnie. Popatrzył w przekreśloną blizną twarz. 
– Honor ze złem walczyć nakazuje – powiedział surowo, mając tylko nadzieję, że język 

mu  się  nie  zaplącze.  Zepsułoby  to  niewątpliwie  efekt  twardych,  wyniosłych  słów.  –  Nawet  
z nienazwanym i niedotykalnym. Rzecz to rycerska... 

Szeryf z rezygnacją pokręcił głową. Popatrzył  na hrabiego. Dopiero następnego dnia do 

Gisbourne’a dotarło, iż nie było w tym spojrzeniu podziwu. 
 

*** 

 

Mgła  nie  gęstniała  już.  Match  zobaczył  swoich  zbrojnych,  wybranych  ze  wszystkich, 

najlepszych.  Żaden  nie  odmówił  wyruszenia  tutaj,  mimo  iż  Match  powiedział  im  wszystko. 
Wszystko, co sam wiedział. 

Wtedy, jak pamiętał, wprowadziło go to w zakłopotanie. Mieli do niego zaufanie. Ciążyło 

mu to do dzisiaj. 

Sam  nie  był  zdziwiony,  iż  szeryf  wysłał  właśnie  jego.  Nic  innego  nie  oczekiwał. 

Żołnierzu, nie pytaj... 

Rozejrzał  się  dokoła.  Jego  zbrojni.  Angus  z  synami.  Czterech  pozostałych  mężczyzn  

z wioski. I kilku niedorostków, wprawdzie jak sami zapewniali, mogących stawać w walce na 
równi z dojrzałymi mężami. Angus potwierdził ich przechwałki. 

Były  jeszcze  kobiety.  Nawet  ładne,  ale  dziś  o  spojrzeniach  wilczyc,  broniących  dzieci. 

Wszystkie uzbrojone. 

Był  problem.  Wioska  nie  była  umocnione.  Nic  by  to  nie  dało,  gdyby  nawet  otoczyć  ją 

częstokołem, obrońców byłoby zbyt mało. Poprzednie ataki wykrwawiły klan, nawet z ludźmi 
Matcha obrona będzie rozpaczliwie słaba. 

Jeszcze raz popatrzył na swoich ludzi, stojących w zwartej grupie, milczących, jak zwykle 

przed walką. Oni nie mieli wątpliwości, że coś dzisiaj się stanie. Stary żołnierz to wie. Match 
pomyślał,  że  dokonał  dobrego  wyboru.  Najlepsi  szermierze,  jakich  mógł  wybrać.  Dwóch 
łuczników. 

O tym pomyślał jeszcze przed wyruszeniem. We mgle nie jest ważna donośność, jaką dają 

kusze, ważna jest szybkostrzelność. Z zadowoleniem pomyślał,  że nie zawiodła go intuicja. 
Tu strzelać się będzie z kilku kroków. 

background image

 

 

Angus  stanął  opodal,  zanurzył  palce  w  kamiennym  naczyniu,  podanym  przez  syna. 

Przeciągnął  palcami  po  jego  twarzy,  malując  ją  w  granatowe  smugi.  Potem  podszedł 
następny,  po  chwili  najmłodszy.  Ten,  gdy  stary  zakończył  już  swój  rytuał,  sam  nabrał 
barwnika na palce, z szacunkiem dotknął twarzy ojca. 

Góral pytająco spojrzał na Matcha. Ten początkowo odmówił, po chwili jednak podszedł 

do  Angusa.  Poczuł  na  twarzy  tłuste  dotknięcie,  przymknął  oczy.  Było  w  tym  coś 
symbolicznego. 

– Teraz jesteś jednym z nas – usłyszał. Pochylił głowę. 
–  Żebyś  tak  jeszcze  nosił  kilt,  zamiast  tych  głupich  spodni  –  Angus  roześmiał  się, 

rozładowując napięcie. Match poczuł, że też się uśmiecha. 

– Niezwyczajnym... – mruknął. – Za zimno w jaja... 
Odwrócił  się,  ścigany  przez  zgodny  rechot  Agnusa  i  zarośniętych,  potwierdzających 

swym wyglądem najgorsze opinie o góralach, synów. 

Jesteś jednym z nas, pomyślał. W tym cały problem, Match, powiedział wewnętrzny głos. 

Mogłeś odejść, wypełniłeś misję. Masz już dowody, górale nie kłamią, a reszta... Reszta to nie 
twoja sprawa.  Ale ty zostajesz. Nie zostawisz starego Angusa i  jego dzikich synalków.  Nie 
zostawisz tych kobiet, o spokojnych ruchach i zimnym, gotowym na wszystko spojrzeniu. Nie 
zdradzisz ludzi, których znasz od... No właśnie, od miesiąca. Bo zdradziłeś już wystarczająco 
razy w życiu. 

A co z tymi, których tu przywiodłeś? Co z tymi, co poszli, bo ci ufają? Drugi z głosów 

pytał natarczywie, nie dawał się zagłuszyć. Co z Gisbourne’m? 

Kogo chcesz zdradzić, Match? Czyje zaufanie zawieść? 
Koniecznie  chcesz  zobaczyć  nienazwane?  Stanąć  z  nim  twarzą  w  twarz?  Z  wysiłkiem 

odgonił myśli. 
 

*** 

 

Hrabia  wyłonił  się  z  chaty.  Gdy  zobaczył  twarz  Matcha,  oczy  rozszerzyły  mu  się  ze 

zdziwienia. 

–  Coś  ty  zrobił  z  pyskiem?  –  spytał  z  nagłym  rozbawieniem.  Powiódł  wzrokiem  po 

innych, spoważniał. Zrozumiał. 

Zobaczył  jednego  z  synów  Angusa,  trzymane  wciąż  w  rękach  kamienne  naczynie, 

uwalane barwnikiem palce. Zrobił ruch, jakby chciał podejść. 

Syn Angusa spojrzał na ojca. Ten nawet nie drgnął, stał z nieprzeniknioną twarzą. 
Twarz hrabiego skurczyła się ze złości. Odwrócił się na pięcie. 
–  Co  robimy?  –  spytał  ostro.  Match  nie  odwrócił  się,  próbował  przebić  wzrokiem 

ciemniejąca mgłę. Po dłuższym czasie spojrzał na hrabiego. 

– Nie wiem  –  przyznał  ze złością.  –  Zupełnie nie wiem.  Jeśli tu  zostaniemy, nie mamy 

szans. Za mało nas, żeby osadzić cały obwód wioski, wyrżną nas po kolei. A tu, jesteśmy jak 
barany w zagrodzie. 

Splunął ze złością. 
– Oni podobno widzą we mgle... – dodał niepotrzebnie. Hrabia zadrżał, wmawiając sobie, 

że to od zimnej, wilgotnej mgły. 

– Angus będzie wiedział – burknął Match. Miał nadzieję, że istotnie tak jest. 

 

*** 

 

Angus  wiedział,  a  przynajmniej  sprawiał  swoje  wrażenie,  że  wie.  Nie  zamierzał  bronić 

wioski na zewnątrz. Wszyscy skupili się w największej z chat, pustej teraz, należącej niegdyś 
do najliczniejszej rodziny w wiosce. Teraz rodzina ta nie potrzebowała już chaty. 

background image

 

 

Zgodnie  z  miejscowym  zwyczajem  część  chaty  przeznaczona  była  dla  jagniąt.  W  tej 

części, o grubych, pozbawionych otworów murach skupiły się dzieci i kobiety. Zmieścili się 
wszyscy,  klan  był  wykrwawiony  poprzednimi  najazdami.  Dopiero  teraz  było  widać,  jak 
niewielu pozostało. 

Mężczyźni legli w kręgu dokoła paleniska. Match spostrzegł, że synowie Angusa chrapią 

zgodnie. Sam Angus też sprawiał wrażenie śpiącego. 

Match nie mógł się zdobyć na zamknięcie oczu. Leżał, wpatrując się w jaśniejszy otwór 

dymnika.  Torf  przygasł  już,  pokrył  się  szarym  popiołem,  spod  którego  błyskały  nieliczne 
iskry żaru. 

Leżący  obok  Gisbourne  poruszył  się,  brzęknęły  klamry  oporządzenia.  Match  wysunął 

rękę, położył uspokajająco dłoń na ramieniu hrabiego. Wsłuchał się w cichy szept. 

– To głupota – wionęły ciche słowa. – Jak w mogile, przyjdą, i spalą. Spalą... 
– Nie – zaprzeczył szeptem Match. – To darń i kamienie, nie spalą za nic. 
Dobiegło ich ciche syknięcie. Angus jednak nie spał. 
– Cicho, panie hrabio – szepnął Match niepotrzebnie. Hrabia ucichł, poruszał się jednak 

niespokojnie. Match stwierdził, że ściska bezwiednie rękojeść miecza. 

Czas  stanął  w  miejscu.  Tylko  ciche  pochrapywanie  synów  Angusa,  sapiący  oddech 

hrabiego i żołnierzy. Potrzaskiwanie tlącego się torfu. Czasem jakieś dziecko zapłakało przez 
sen. 

Match  przymknął  oczy.  Chciał,  żeby  stało  to  się  już.  Całą  siła  woli  zmusił  się,  by  nie 

wstać. 

Przymknięcie oczu nie było dobrym pomysłem, o czym przekonał się poniewczasie. Pod 

zamknięte  powieki  napływały  obrazy,  w  uszach  dźwięczały  słowa.  Zasłyszane  całkiem 
niedawno. A nie był to najlepszy moment na ich przypominanie. Zdawało mu się, że słyszy 
huk przyboju pod wysokim klifem. Wiedział, ze to niemożliwe, w dolinie nie było go słychać, 
a mgła dodatkowo tłumiła odgłosy. Do huku przyboju dołączył się dźwięk rogu. 
 

*** 

 

Róg  huczał,  dźwięk  wznosił  się  ponad  huk  fal.  Zmierzali  do  klifu,  do  wąskiej  ścieżki 

wiodącej  do  naturalnego  portu,  piaszczystej  zatoki  osłoniętej  skałami  przed  wściekłością 
morza. Angus prowadził, wybierając pewnie droge tam, gdzie Match żadnej drogi nie widział, 
skacząc bez wahania z głazu na głaz. Już niedaleko, huk fal był coraz głośniejszy. 

Róg zabrzmiał jeszcze raz, krótko i natarczywie. Szczelina ze ścieżką prowadzącą na dół 

rozszerzała się, schodzili coraz niżej, już widać było piasek niewielkiej plaży. 

Match chciał ruszyć do przodu, lecz poczuł twardą dłoń Angusa obejmująca jego biceps. 
– Nie wychodź przede mnie – mruknął stary, rozluźniając chwyt. Uśmiechnął się, widząc 

jak Match masuje sobie ramię. 

– Nie pasujesz tu – wyjaśnił ze swoim zwykłym uśmiechem. – Widać, żeś obcy. 
Match skinął głową, mimo bólu w ramieniu. Angus miał twardy chwyt. 
–  Zostaw  tu  ludzi  –  polecił  stary.  –  Dalej  pójdziemy  tylko  my  dwaj.  O  ile,  oczywiście, 

chcesz... 

Trzech  zbrojnych  usłuchało  polecenia,  wydanego  tylko  gestem.  Angus  popatrzył  

z podziwem, ale nic nie powiedział. Ruszyli dalej, Szkot pierwszy, Match dwa kroki za nim. 

Wyszli zza skał, stąpając swobodnym, nonszalanckim krokiem. Obaj byli uzbrojeni, znad 

ramion  sterczały  niedwuznacznie  rękojeści.  Ale  szli  powoli,  nie  zdradzając  napięcia,  ani 
nieprzyjaznych zamiarów. 

Długa łódź wikingów stała tuż przy brzegu, zaryta dziobem w piasek plaży. Znać było po 

niej ciężkie przejścia, porwany takielunek, odłupana, świecąca świeżym drewnem deska przy 
wiośle sterowym. Na dziobie łodzi stał bez ruchu człowiek. W opuszczonej ręce trzymał róg, 

background image

 

 

długie,  jasne  włosy  rozwiewał  wiatr.  Reszta  załogi  kryła  się  za  nadburciem,  ozdobionym 
szeregiem okrągłych, drewnianych, okutych żelazem tarcz. 

Człowiek nie poruszył się, nie dał po sobie znać, że ich zauważył. Stał prosto, trzymając 

się  sztagu  łączącego  szczyt  masztu  z  wzniesionym  wdzięcznie  dziobem,  zwieńczonym 
smoczym łbem. 

Angus zatrzymał się. 
– To wikingowie – wyjaśnił niepotrzebnie. Match również przystanął  
– Albo nas zabiją, albo nie – dodał stary beztrosko. 
Nieruchoma  postać  na  dziobie  wpatrywała  się  w  nich  nieruchomym  wzrokiem.  Bez 

żadnego  ruchu,  bez  słowa  powitania.  Gdy  podeszli  bliżej,  mogli  zobaczyć  tatuaż  na 
policzkach, osad zaschniętej soli na rudawej brodzie. 

– Daje nam czas – mruknął Angus. – Daje czas byśmy zobaczyli, że on, to właśnie on, nic 

innego. Nic innego, co przybywa z mgły. 

Uniósł rękę gestem powitania. Mężczyzna po chwili odpowiedział, z wyraźnie widoczna 

ulga. 

Na  plaży  zawsze  można  znaleźć  wyrzucone  przez  fale  drewno,  przyniesione  

z  niewiadomych  brzegów.  Ogień  wznosił  się  wysoko,  wikingowie  kręgiem  zasiedli  przy 
ognisku.  Match  siedział  z  dala,  przypatrując  się  Angusowi,  próbującemu  się  dogadać  
z północnymi żeglarzami. Sam nie podszedł do ognia, zresztą nikt go nie zapraszał. 

Słyszał  śmiechy,  zwłaszcza  wtedy,  gdy  Angus  puścił  w  obieg  swoją  blaszaną  flaszkę,  

z która nigdy się nie rozstawał. Angus gestykulował szeroko, nadrabiając gestykulacją braki 
w  słownictwie.  Od  czasu  do  czasu  przepijał  do  wszystkich  z  długiego  rogu.  Wypełnionego 
miodem, o czym świadczył dochodzący aż tu zapach. 

Match  był  zły.  Pierwsze  słowa,  jakie  Angus  przetłumaczył,  świadczyły  o  tym,  że 

wikingowie  płyną  w  jakiejś  misji.  Niepokojąco  przypominającej  to,  co  im  samym  jest 
przeznaczone.  Ale  gdy  wytoczono  baryłkę  miodu  ogólna  wesołość  przesłoniła  wszystko. 
Match  niecierpliwie  wsłuchiwał  się  w  strzępy  słów,  nie  zwracając  uwagi,  że  jawnie  już 
pokazywany jest palcami. 

Rozumiał  trochę.  Miał  kiedyś  w  drużynie  dwóch  takich,  jeszcze  w  puszczy.  Szybko  się 

uczył.  Teraz  słuchał,  przypominając  sobie  dawno  niesłyszane  słowa.  Nie  usłyszał  nic 
ważnego. 

–  ...Mówiłem  zawsze,  najpierw  gwałcić,  potem  podpalać...  –  śmiech  gruchnął  dokoła 

ogniska. – A ten się nigdy nie nauczy... 

– Co tu rabować, kiedy pogorzelisko już dogasa... – dodał drugi głos. – Ale Olaav zawsze 

nie po kolei... 

– ... A ta głowa, tak uciesznie się po stole... Mówię wam, jeszcze zębami kłapała... 
– ...sobie winien, Blaatunga... 
Błysnęło  w  świetle  ogniska  szerokie  ostrze  wzniesionego  miecza.  Blaatunga,  pomyślał 

Match. Niebieski Język. Ładne imię. 

Skupił uwagę na jednej postaci, zupełnie nie pasującej do pozostałych, siedzącej z boku, 

nie biorącej udziału w powszechnej wesołości. Złowił uważnie spojrzenie. Już chciał podejść, 
powstrzymał się jednak. Jeden z pijących wskazał na siedzącego. 

– ... braciszkowi coś zjeść – doleciało od ogniska. – Wszystko wyrzygał... 
Siedzący  wstał,  pokręcił  przecząco  głową.  Match  popatrzył  na  tego  człowieka,  zupełnie 

nie pasującego do tego miejsca. Ubranego w czarną galabiję. 

Arab, pomyślał, nawet nie Maur. Nie zdążył pomyśleć, co on tu robi. Arab o przystojnej, 

pobladłej teraz i wymizerowanej twarzy odszedł od ogniska. Spojrzał na Matcha. 

Match  wstał,  skłonił  się  na  sposób,  którego  nauczył  się  jeszcze  od  Nazira.  W  oczach 

Araba zobaczył zaskoczenie. Po chwili ukłon został odwzajemniony. 

background image

 

 

Wspomnienie zapiekło boleśnie. Match zobaczył przyjaciela, który pod koniec życia  go 

znienawidził. Który cisnął mu w twarz najstraszniejsze wyzwisko, jakie znał. Chciał podejść 
do Araba, chciał... Sam nie wiedział, czego chciał... 

Poczuł, jak ktoś staje za nim. To Angus. 
Zanim  Match  odwrócił  się,  jego  spojrzenie  jeszcze  raz  skrzyżowało  się  ze  wzrokiem 

człowieka, którego tu nie powinno być. Zanim Angus zdążył cokolwiek powiedzieć, Match 
zrozumiał już wszystko. Zrozumieli obaj, on, i człowiek w czarnej galabiji. 

Angus  pochylił  mu  się  do  ucha,  wionąc  miodem  i  swym  piekielnym  destylatem.  Match 

spojrzał na niego badawczo, lecz stary nie był pijany. Nigdy nie bywał, przynajmniej Match 
go takim jeszcze nie widział. 

– Płyną na północ, w misji. Jest  ich trzynastu,  tak ma być. Tak powiedziała wyrocznia. 

Płyną na pomoc, walczyć... 

– Z nienazwanym – dokończył Match. 
Stary podniósł do ust swoją blaszaną flaszkę, potrząsnął nią ze złością. 
– Wszystko wypili – mruknął z żalem. 
Od ogniska dotarł nieskładny śpiew. 
–  Od  wieku  był  spokój.  Teraz  znów  cos  pustoszy  północne  osady.  Przychodzi  z  mgłą.  

U  nas...  U  nas  już  pamięć  zaginęła.  Od  wieków.  A  teraz  znów  się  zaczyna.  Wierzysz  nam 
teraz? 

Match pokiwał głową. 
– Zawsze wierzyłem – odparł z zastanowieniem. – Zawsze... 
– Coś się dzieje. Coś się obudziło – stary przechylił znów flaszkę. Nadzieja była płonna, 

cud się nie stał. Flaszka jak była pusta, tak pozostała. 

Coś  się  obudziło,  myślał  Match.  Coś,  co  drzemało  przez  wieki,  co,  zda  się,  odeszło  

w niebyt. Co trwało przyczajone, czekając na swój czas. Albo na znak. 

–  Myśleliśmy,  że  odeszło.  Że  to  tylko  opowieści  głupich  staruch,  co  straszą  dzieci.  Że 

tylko gdzieś, na dalekich, północnych krańcach, za morzem... 

Match usiłował się skupić. Coś w tej głębokiej, drzemiącej części umysłu, coś, czego nie 

potrafił  ubrać  w  myśli.  Zapomniane  obrazy,  nie  pasujące  do  słów.  Nienazwane.  Nie  mógł 
schwytać  tej  myśli,  ubrać  w  słowa,  pojęcia.  Drzemiąca  pamięć  pokoleń  nie  dawała  się 
obudzić. Potarł skronie, jakby poczuł nagły ból głowy. 

Śpiew od ogniska nie pozwalał zebrać myśli. Wmawiał to sobie, nie chcąc się przyznać, 

że  i  tak  to  na  nic.  Nie  pamiętał.  Nie  potrafił  przywołać  wspomnień  tkwiących  w  nim  od 
pokoleń. Wiedział, że są, że powinny być, czuł ich ciężar. I to wszystko. 

Ze złością zwrócił się do starego Szkota. 
–  Śpiewają,  weselą  się.  A  przecież  czeka  ich  walka,  czeka  ich  nienazwane.  Wielu  nie 

wróci... 

Angus zaśmiał się, błękitne oczy otoczyła sieć zmarszczek. 
– Widzisz, Match, wikingowie są jeszcze bardziej porąbani od nas... 
Match ruszył w kierunku czerniejącej w klifie szczerby. 
– Tobie też nic nie brakuje! – usłyszał jeszcze. 

 

*** 

 

Match zerwał się, oddychał gwałtownie. Jednak zasnął. Rozluźnił spoconą dłoń zaciśnięta 

na  rękojeści,  starał  się  uspokoić  świszczący  oddech.  Szeroko  otwartymi  oczyma  spoglądał  
w ciemność. 

Gisbourne  też  wreszcie  zasnął.  Match  słyszał  obok  siebie  spokojny  oddech.  I  dobrze, 

pomyślał,  w  razie  czego  nie  narobi  za  wcześnie  wrzasku.  Oddychał  głeboko,  starając  się 
uspokoić bijące serce. Udało się, po dłuższej chwili. 

background image

 

 

Czas znowu zwolnił, znów wlokły się chwile długiej nocy. Matcha zaczęły opadać ulotne 

sny, w jednej chwili widział jaśniejszy kontur dymnika, w drugiej dawno zapomniane twarze 
dawno umarłych ludzi. Elijah z uśmiechem za perlącej się potem twarzy, z mokrymi włosami 
przytrzymywanymi zieloną opaską. Uśmiech spełza z twarzy, twarz ściąga się zaskoczeniem. 
Szybki  oddech,  głębokie  zaczerpnięcie  powietrza,  i  znów  rzeczywistość,  kamienna,  kryta 
darnią  chata,  ciemność  rozjaśniana  mżącym  z  żaru  blaskiem.  Rude  włosy,  odrzucane 
niezapomnianym gestem z twarzy. 

Dość... 
Jaśniejszy kształt dymnika. 
Match nie wiedział, co usłyszał wcześniej. Czy był to cichy zgrzyt wysuwanego z pochwy 

miecza, czy ledwie słyszalny trzask podtrzymujących kryty darnią dach. Poderwał się z ziemi, 
jednocześnie  ostrożnie  dobywając  broni.  Powoli  i  cicho,  bez  zgrzytu.  Zobaczył  błyszczące 
odblaskiem żaru oczy. 

– Sst! – cichy syk. Lekki szelest podnoszących się ludzi, pojedyncze dźwięknięcia klamer, 

szelest obnażanych kling. 

Poniewczasie przypomniał sobie o Gisbournie. Sięgnął na oślep, chcąc uspokoić hrabiego, 

żeby przedwcześnie nie narobił wrzasku. Spóźnił się, Gisbourne siedział już, wodząc dokoła 
całkiem przytomnym spojrzeniem. 

– Stajemy plecami do siebie, w kręgu – szept Angusa brzmiał w ciszy donośnie, bardzo 

donośnie.  Match  aż  skrzywił  się  bezwiednie,  przekonany,  że  słychać  go  znakomicie  na 
zewnątrz. 

Trzaski żerdzi stały się głośniejsze, stali w kręgu, wysuwając ostrza przed siebie. Czekali, 

wpatrując się w mrok. 

Z  głosnym  trzaskiem  załamały  się  krokwie,  masa  darni  wpadła  do  wnętrza,  wznosząc 

chmurę  kurzu  ze  słomy  zaścielającej  podłogę,  rozdmuchując  żar  z  zetlałego  prawie  do  cna 
torfu. Z nieartykułowanym wrzaskiem spadły ciężko dwie postaci, o kształtach niemożliwych 
do rozpoznania w kurzu i słabym świetle. Błysnął metal, świsnęło rozcinane powietrze. 

Match usłyszał obok tępy trzask, coś ciepłego chlusnęło na twarz. Przez dziurę w dachu 

spadały następne postaci. 

Krąg rozerwał się, walczący zmieszali się w szczęku zderzającej się stali, w chrapliwych 

okrzykach.  Przed  Matchem  zamajaczyła  niekształtna  postać.  Bardziej  wyczuł  niż  zobaczył 
ostrze,  uchylił  się  w  uniku.  Ciął  z  półobrotu,  nisko,  tam,  gdzie  człowiek  ma  brzuch.  Miał 
nadzieję,  że  przeciwnik  przypomina  człowieka.  Pociągnął  rękojeść,  czując  jak  ostrze  
ze zgrzytem rozcina... Kolczugę? 

To  człowiek,  błysnęła  szybka  myśl.  Zanim  rozcięty  prawie  na  pół  przeciwnik  zdążył 

upaść, Match odbił następne cięcie, czując, jak drży i drętwieje ręka. Kimkolwiek był wróg, 
miecz  miał  ciężki.  Matchowi  przed  oczyma  stanął  oręż  Angusa  i  pozostałych  Szkotów. 
Ciężkie,  długie  miecze,  mało  przydatne  do  fechtunku,  przy  celnym  cięciu  rozchlastujące 
przeciwnika od głowy do krocza. 

Bezwładność ciężkiej broni przeniosła niekształtną postać dalej, Match z rozmachem ciął 

przez  odwrócone  do  siebie  plecy.  Poczuł,  jak  ostrze  zgrzyta  o  kości.  Jeszcze  jedna  postać 
spadła z nieba, lądując na przygiętych nogach. Było za daleko, by sięgnąć, zaraz wyprostuje 
się, skoczy do przodu z wzniesionym ostrzem. Match przygotował się na przyjęcie kolejnego, 
szerokiego,  zamachowego  ciosu,  zastanawiając  się,  czy  zdąży  go  zatrzymać.  Nie  musiał.  
W mroku świsnęła klinga, przyczajona postać nie uniosła się już, z barkiem odwalonym od 
ramienia. 

Błysnęło  światło.  Ktoś  przytomnie  wetknął  pochodnię  w  żar,  smolne  drzazgi  zajęły  się 

natychmiast.  Match  przymknął  oczy,  oślepiony,  widząc  jeszcze,  jak  ktoś  wali  się  na  twarz, 
uderzony  w  kark  rękojeścią  miecza.  Wszystko  cichło,  dochodziło  tylko  ciężkie  chrapanie 
rannego człowieka, świst powietrza uchodzącego przez otwór w płucach. 

background image

 

 

Match,  zanim  otworzył  oczy,  zrzucił  ruchem  krew  ze  zbrocza.  Wiedział,  że  już  po 

wszystkim. 

Wszystko  rozegrało  się  błyskawicznie.  Ten  z  odwalonym  od  szyi  barkiem  nie  zdążył 

jeszcze umrzeć, klęczał wpatrując się w Matcha usilnie wciąż przytomnymi oczyma. Wieki 
trwało,  zanim  oczy  zaciągnęła  mgła,  zanim  uciekły  w  głąb  czaszki,  pokazując  białka. 
Człowiek pochylił się, uderzył ciężko czołem o polepę. 

Człowiek. W skórzanym kubraku, barwnym kilcie. 
Match  przeniósł  wzrok  dalej.  Pod  samą  ścianą,  za  zabitym  stał  Gisbourne.  Jasne  włosy 

plamiła krew. Nie jego, spostrzegł Match, udało mu się. Zwłaszcza ten ostatni cios. 

Nad leżącym na twarzy, powalonym uderzeniem rękojeści w kark pochylał się McLeod. 

Jeden z synów przyświecał kopcącą pochodnią. Stary odwrócił leżącego. 

–  McDougal  –  wypluł  to  ze  złością.  Match  spojrzał  pytająco.  Stary  nie  odpowiedział. 

Wydał jakiś rozkaz synowi. 

Jeden  z  żołnierzy  Matcha  zapalił  drugą  pochodnię.  Match  rozejrzał  się,  licząc  ciała. 

Dziewięć  w  barwnych  kiltach.  Nie  wiedział,  którzy  to,  tartany  były  podobne,  na 
subtelnościach mógł się poznać tylko rodowity Szkot. I dwa, w barwach Nottingham, 

Młody McLeod oglądał leżących, przy jednym zatrzymał się dłużej. Dał znak ręką. 
– Żyje dwóch – mruknął Angus. – Bo ten... 
Wskazał na leżącego na wznak, któremu na wargach pękały krwawe bąble. 
– Ten już nie żyje. 
–  Wiedziałem!  –  Gisbourne  rozdarł  się  na  cały  głos,  swoim  zwyczajem.  –  To  wasze, 

dzikusów porachunki! Od razu wiedziałem! 

Angus nie zareagował. 
– Nienazwane! Kurwa, nienazwane! Kmioty się leją, a ja musze tutaj... 
– Zamknij się! – warknął Match. Hrabia, o dziwo, zamknął się natychmiast. Sapał tylko, 

przerywanym, świszczącym oddechem. 

–  Od  nas  jeden  –  mruknął  stary.  –  I  dwóch  twoich...  Nie  spodziewali  się,  myśleli,  że 

śpimy, że wyrżną nas jak jagnięta... 

Wydał jakiś rozkaz synowi. Ten pochylił pochodnię nad twarzą nieprzytomnego. Kropla 

płonącej  żywicy  spadła  na  obnażoną  szyję,  zaskwierczało,  zaśmierdziało  palonym  mięsem. 
Leżący zwinął się w męce. 

–  Od  razu  wiedziałem,  że  udaje  –  stwierdził  zimno  Angus.  Zapadła  cisza,  przerywana 

szarpiącym nerwy, świszczącym oddechem śmiertelnie rannego, Match uniósł broń, jednak na 
jego ramieniu zamknęła się dłoń Angusa. Szarpnął się, ale stary miał mocny chwyt. 

– Zostaw – usłyszał. – Niech czuje, że umiera. 
Szarpnął  się  jeszcze  raz,  lecz  w  świetle  pochodni,  w  oczach  starego  Szkota  zobaczył 

zimną decyzję. To nie moja sprawa, pomyślał mętnie. Uzbrojone ramię opadło bezwładnie. 

Stary kiwnął głową. Znów zwrócił się do leżącego. Przytknął sztych miecza do gardła. 
–  No  co,  McDougal,  będziesz  jeszcze  udawał?  –  spytał  sucho.  Match  ze  zdziwieniem 

spostrzegł, że Angus mówi po angielsku. Widocznie chce, byśmy rozumieli, dotarło do niego. 

Powieki  leżącego  uniosły  się,  błysnęło  nienawistne  spojrzenie  przekrwionych  oczy. 

Angus docisnął ostrze. Zakrwawione wargi otworzyły się, jeniec coś mruknął. Brzmiało to jak 
przekleństwo.  Ku  zdziwieniu  Matcha  wszyscy  Szkoci  roześmieli  się.  Angus  odpowiedział 
coś, po usłyszeniu czego jeniec zaszamotał się. Gdyby nie ostrze pod brodą zerwałby się na 
równe nogi, tyle nienawiści było w jego spojrzeniu. 

Angus odwrócił głowę. 
– To młodszy syn starego McDougala  – oznajmił Matchowi. Spojrzał w bok, gdy jeden  

z synów trącił go w ramię. Przez chwilę wpatrywał się w odciętą głowę, trzymaną za włosy 
przez jednego ze swych ludzi. 

– Obecnie najstarszy – dodał.  

background image

 

 

Match poczuł, jak hrabia ciągnie go za rękaw. 
– Match, zabieramy się stąd jutro – Gisbourne mówił jeszcze trzęsącym się głosem. – Nie 

chcę  ci  wypominać,  że  znowu  na  moje  wyszło...  Ale  skurwysyna  załatwiłem,  powiedz, 
Match... 

– Nie – odparł Match krótko. – Tak. 
Hrabia żachnął się. 
– Co ty gadasz? – syknął wściekle. 
–  Nie  ruszamy.  A  skurwysyna  załatwiłeś...  –  wyjaśnił  Match,  nie  patrząc  na  hrabiego. 

Patrzył na starego Angusa, który wydawał przyciszone rozkazy. 

–  To  nie  koniec,  panie  hrabio  –  dodał  po  chwili.  –  To  tylko  nieprzewidziana  atrakcja. 

Biedne sukinsyny narwały się na nas, pewnie nie wiedzieli, ze tu jesteśmy, dowiedzieli się, że 
klan osłabiony... 

– Match, co ty pieprzysz? – warknął hrabia ze złością. – Już po wszystkim, kmioty za łby 

się wzięły... 

Do  Gisbourne’a  nie  docierało,  że  trudno  porównywać  północne  klany  z  kmiotkami  

z południa. Mimo, iż hodowali owce, a jak złośliwa wieść niosła, różne z nich mieli pożytki. 
Nie tylko wełnę i owcze sery. 

Match  nie  powiedział  już  nic,  pokazał  tylko  hrabiemu  zaciśniętą  pięść.  Hrabia  umilkł, 

zaskoczony pośpieszną krzątaniną.  

Górale  odciągali  zwłoki  pod  ścianę.  Rannego,  wciąż  oddychającego  ze  świstem, 

potraktowali  w  ten  sam  sposób,  rzucając  z  rozmachem  na  stos  trupów.  Ranny  wreszcie 
umilkł. 

Match zbliżył się do Angusa. 
– Co z nim zrobisz? – spytał, wskazując na jeńca, który znów przymknął oczy i wydawał 

się pogodzony z sytuacją. 

–  Zaskoczę  cię  –  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu  stary.  –  Puszczę  go  wolno.  I  tego 

drugiego też. 

Wskazał na skulonego pod ścianą, płytko ciętego przez pierś człowieka. Człowiek kołysał 

się  w  bólu,  nie  wydając  jednak  żadnego  dźwięku.  Lewą  dłonią  ściskał  prawą,  przy  której 
został tylko kciuk. Takie bywają skutki przyjęcia ciosu na rękojeść. Nikt go nie pilnował, on 
już nie uniesie broni. 

– Nie zaskoczysz – zaprzeczył Match, patrząc wprost w oczy starego. – Wiem, co chcesz 

zrobić. Ale... 

–  Żadne  ale  –  przerwał  stary.  –  Napadli  na  nas,  gdy  dowiedzieli  się  o  naszej  słabości. 

Skorzystali... Normalnie zginęliby w walce. Albo litościwie, szybko, od noża. Ale nie dziś... 

Match wciąż spoglądał w błękitne oczy, twarde teraz i bezlitosne. 
–  To  nie  wszystko.  Napadli,  ich  zbójeckie  prawo.  Nie  po  raz  pierwszy,  nie  ostatni.  Ale 

teraz nasz szanse bardzo się zmniejszyły, dzięki nim. Jest nas mniej, trzech jest rannych. Tej 
dziury w dachu nie załatamy. Musza zapłacić... 

Match spuścił wzrok. Nie czas na prawienie morałów. 
– I zapłacą – dodał jeszcze stary. – Ty wiesz, to jest blisko. Ty też to czujesz... 
Match nie mógł zaprzeczyć. 

 

*** 

 

Do  końca  nie  wierzyli.  Nawet,  gdy  Angus  rozcinał  więzy.  Tylko  najstarszemu 

McDougalowi, tego drugiego nie warto było wiązać. Stali jeszcze, gdy stary zakrwawionym 
ostrzem wskazał w mrok. I we mgłę. 

W  końcu  ruszyli.  Zanim  sylwetki  zniknęły  we  mgle,  ta  wyprostowana,  i  ta  zgarbiona, 

którą trzeba było podtrzymywać, usłyszeli rzucone przez ramie pogardliwe słowa. 

background image

 

 

Match ich nie zrozumiał. Ale sens mógł być tylko jeden. 
Zginiesz, McLeod. Wrócę tu i cię zabiję. 
Mgła i mrok wchłonęły oba cienie. 

 

*** 

 

–  Match,  o  co  tu  chodzi?  –  Gisbourne  wydawał  się  zagubiony.  Minęło  oszołomienie 

walka.  Gidbourne  trząsł  się  teraz  już  nie  z  podniecenia.  Trząsł  się  z  zimna  i  wilgoci, 
przenikającej  do szpiku kości. Trząsł  się ze zwykłego strachu, który tlił się gdzieś głęboko, 
mimo,  iż  Gisbourne  tłumaczył  sobie,  że  to  już  po  wszystkim.  Mało,  że  po  wszystkim,  ale 
przecież  na  jego  wyszło.  Jutro  ruszą  z  tego  przeklętego,  wilgotnego  kraju,  zajadą  do  sir 
Arnulfa, pośmieją się z  „nienazwanego”. Pomyślą wspólnie o sposobach, jak wziąć za pysk 
górali. Przyda się na przyszłość. 

Hrabia  powtarzał  sobie  to  wszystko,  a  jednak  trząsł  się  wewnętrznie,  wbijając  za 

przykładem pozostałych wzrok w mrok i mgłę. Spostrzegł, że tak samo jak inni stoi sprężony, 
ściskając w gotowości broń. Wsłuchując się w głuchą ciszę. 

Parsknął lekceważąco. 
– Match... – zaczął. 
Match chciał zakryć mu usta dłonią, nie zdążył. Głos uwiązł hrabiemu w gardle. 
Przez mgłę przebił się rozpaczliwy krzyk, stłumiony, lecz wyraźny. Potem coś pomiędzy 

warkotem  a  charczeniem.  Krzyk  wzniósł  się  wysoko,  Gisbourne  poczuł,  jak  dłoń  Matcha 
zaciska mu się na twarzy. 

Krzyk  przybliżył  się,  brzmiał  coraz  głośniej.  Urwał  się  nagle,  zakończony  tępym 

stuknięciem. Po chwili dobiegł głuchy odgłos upadku. 

Chwila ciszy. Dłoń Matcha rozluźniła się, hrabia mógł odetchnąć. 
– Co...? – powiedział na wdechu. W tej chwili mgłę rozdarło triumfalne wycie. 
Hrabia mógł przysiąc, że powstające na głowie włosy podnoszą ciężką, kolczą misiurkę. 

W tym głosie nie było nic ludzkiego. Ani zwierzęcego. 

– Do tyłu – sapnął Match. – Pod ścianę. 
Hrabia nie od razu usłuchał, jak skamieniały wsłuchując się w ciemność, w której drgały 

jeszcze  odgłosy  wycia.  Szarpnięty  za  ramie  zatoczył  się,  oprał  plecami  o  wilgotne,  zimne 
kamienie. 

–  Co  to,  kurwa...  –  jęknął  tylko.  Match  nie  tracił  czasu  na  wyjaśnienia.  Zresztą,  jak 

wyjaśnić nienazwane? 

Odwrócił się do Angusa, wspartego obok, zataczającego kręgi sztychem miecza. 
– Blisko – szepnął. 
– Za blisko – Angus nie odwrócił się. – Ze dwieście kroków. 
Mgła  opalizowała.  Było  jaśniej  niż  w  izbie,  nawet  bez  rozświetlającego  ciemność  żaru. 

Wzrok zaczynał płatać figle, Matchowi zaczynały się zwidywać ciemne kształty, ciemniejsze 
od ciemności, gdzieś na granicy pola widzenia, Spostrzegł, że sam zaczyna wodzić sztychem 
w powietrzu. 

Znów oczekiwanie, tym razem już na coś nieuchronnego, co czai się blisko. 
Atak  nastąpił  z  niespodziewanej  strony.  Trzasnęły  krokwie  chaty,  ciemny  kształt 

wyskoczył zza ich pleców. Okap był nisko, ściana chroniła tylko do barków. Ciemny kształt 
przeleciał  tuż  za  hrabią,  stojący  tam  człowiek  potoczył  się  do  przodu.  Match  zdążył 
zauważyć,  że  nie  cały  człowiek,  tylko  bezgłowy  kadłub.  Zdążył  tylko  tyle,  w  półobrocie 
wyrzucając  klingę  za  siebie,  Czuł,  że  trafił,  zanim  potoczył  się  po  ziemi.  Tym  razem  nie 
poczuł zgrzytu kolczugi, tylko żywy, sprężysty opór. Trafienie nie było czyste, ostrze zwinęło 
się. 

background image

 

 

Pokoziołkował po ziemi, czując wbijające się w plecy kamienie, instynktownie chroniąc 

głowę.  Z  charkotem  przeskoczyła  nad  nim  następna,  bezkształtna  postać,  dostrzegł  błysk 
kłów, jak w niedźwiedziej paszczy. Miał szczęście, że upadł, powietrze zawyło nad nim, na 
wysokości, gdzie miałby głowę, gdyby opadł chociażby na kolana. To nie był świst klingi, to 
raczej potężna maczuga albo topór. Poczuł na twarzy uderzenie powietrza. 

Przeciwnik  zniknął  w  ciemności.  Match  zrobił  jeszcze  jeden  przewrót,  poderwał  się  na 

nogi.  Bardziej  na  wyczucie,  niż  widząc  cokolwiek  chlasnął  mieczem  na  odlew,  czując  jak 
ostrze  przecina  cel.  Pociągnął  do  siebie,  wyszarpnął  klingę,  Osłonił  się  od  ciosu,  który 
nadszedł z lewej, którego błysk złowił kątem oka. Tym razem stal uderzyła w stal. Sparował 
łatwo,  nadspodziewanie  łatwo,  broń  atakującego  zsunęła  się  wzdłuż  jego  ostrza.  Uderzył  
z obrotu, aż poczuł kruszące się, przecinane kości. Coś charknęło w ciemności, zabulgotało. 

Na chwilę dokoła uczyniło się luźno. Rozglądał się, przeklinając ciemność. Nie potrafiąc 

w niej odróżnić swoich od obcych, w tych kotłujących się dokoła, ciemnych kształtach. Z tyłu 
dobiegło bolesne wycie, tuż za nim, poderwał się w uniku. Na szczęście nie musiał, kudłata, 
przysadzista postać waliła się na ziemię, zza niej błysnęła szeroka klinga, ciągnąca za sobą 
strugi lepkiej, czarnej w świetle opalizujacej mgły krwi. Match złowił błysk wyszczerzonych 
zębów jednego z młodych McLeodów. 

Cos  uderzyło  w  bok,  poczuł  smród  niewyprawionych  skór.  Uderzenie  wytłoczyło 

powietrze  z  płuc,  nie  mógł  zaczerpnąć  oddechu.  Usłyszał  jeszcze  zduszony  krzyk, 
niewątpliwie  ludzki,  gdzieś  spod  samej  kamiennej  ściany  chaty.  Zgrzytnięcie  stali  na 
kamieniach. Krzyk ucichł,  przerodził się w gasnący jęk,  co Match zarejestrował  padając na 
ziemię. Kosmaty ciężar przydusił go, tuż przed twarzą ujrzał wydłużona paszczę, pełna kłów. 
Zwinął  się,  chcąc  sięgnąć  rękojeści  sztyletu  w  cholewie,  nie  mógł,  pazury  orały  mu  ramię. 
Nagle przygniatający go ciężar zadrgał, uścisk osłabł. Match zebrał wszystkie siły, odrzucił 
kosmate ciało, przetoczył się w bok. Z rozpaczą pomyślał, że stracił miecz, wypuścił z ręki. 
Wydobył sztylet, by nie zostać zupełnie bezbronnym. 

Jeszcze jeden bolesny charkot, tupot ciężkich stóp. 
Już  po  wszystkim,  zrozumiał  Match.  Uchodzą.  Wyprostował  się  ciężko,  walcząc  

o oddech. Zranione ramię boleśnie pulsowało. Opadł ciężko na kolana. 

Żebro, pomyślał. Oby tylko jedno. 
Mgła jaśniała coraz bardziej. Nadchodził poranek. Zdążył to zobaczyć, zanim pociemniało 

mu w oczach. 
 

*** 

 

Mgła unosiła się. Match siedział oparty o kamienny murek, za którym pobekiwały owce. 

Oddychał już lżej, ale wciąż czuł w boku bolesne kłucie. 

Jedna  z  kobiet  obmywała  zranione,  naznaczone  głębokimi  bruzdami  ramię.  Match  tępo 

patrzył  w  miskę,  wypełnioną  coraz  bardziej  czerwieniejąca  wodą.  Nie  czuł  zimna,  mimo 
osiadających na obnażonej skórze kropelek. 

Było  coraz  jaśniej.  Coraz  dalej  mógł  sięgnąć  wzrokiem,  widział  zamglone,  ciemne 

sylwetki drzew na otaczających dolinę zboczach. Patrzył, i wiedział, że coś też go obserwuje, 
na granicy mgły, tam, gdzie drzewa roztapiają się w szarych oparach. 

Ktoś stanął przed nim. Match podniósł głowę. Angus. 
Na pytające spojrzenie stary tylko pokręcił głową. 
– Nic – powiedział cicho. – Żadnego ciała. Żadnej porzuconej broni. Zupełnie nic. 
– Trafiłem dwóch  – mruknął  Match, krzywiąc się, gdy dziewczyna przejechała szmatką 

po krwawych bruzdach. – Dwóch na pewno. 

– Ja też – powiedział stary. – Co najmniej trzech. Zabrali ciała. Pozbierali wszystko. 

background image

 

 

Match popatrzył na klingę wbitego przed sobą miecza, czerwoną już w coraz jaśniejszym 

świetle poranka. Angus poszedł za jego wzrokiem. 

– Krwawią – przytaknął. – Można ich zabić. Nawet on zabijał... 
Wskazał skulonego pod ścianą Gisbourne’a. 
– Dobrze zabijał – dodał. – Ale i oni zabijają... 
Match odtrącił dziewczynę, wstał z jękiem. Żebro zakłuło, aż pociemniało mu w oczach. 
– Ilu? – spytał krótko. 
Angus milczał  chwilę, odwracając twarz, do której  przylepiły się zmoczone, przetykane 

siwizną jasne włosy. 

– Ilu zostało? – spytał po chwili. – Tak będzie łatwiej wyliczyć. Dwóch twoich, jeden nie 

wyżyje. Moich dwóch synów. I my trzej.... 

Match zacisnął szczęki. 
–  Zabrali  głowy  –  dopowiedział  Angus,  jakby  tego  było  mało.  –  Wszystkim...  Nie  są 

odcięte. Są oderwane. 

Sapnął, wciągając powietrze. Match przyklęknął, zabrakło mu sił. 
Skulony pod murem Gisbourne, ochlapany krwią, coś mówił. Trudno było go zrozumieć, 

tak szczękał zębami. Match przysunął się bliżej. 

– Co to jest, Match? – hrabia wyrzucał urywane słowa. – Co to, kurwa, jest? Dlaczego nie 

można ich zabić? Dlaczego, kurwa, uciekli? Jak, kurwa, uciekli? Co to jest... 

Angus  przykucnął  przy  nim,  położył  uspokajająco  dłoń  na  ramieniu.  Gisbourne 

zaszamotał się, błysnęły szaleństwem oczy. 

– Co to jest? – powtarzał. – Zabiłem, zabiłem na pewno. I uciekł, nie ma... Nic, kurwa, nie 

ma... 

– Uspokój się – Angus mówił łagodnie. – Zabrali ciała. Zawsze tak robią 
– A skąd ty, kurwa, wiesz?! – rozdarł się Gisbourne. – Skąd wiesz? Wiedziałeś przedtem, 

no powiedz, wiedziałeś... 

Chwycił Angusa za ramię, zacisnął zakrwawione palce. 
– Wiedziałeś, kurwa... – głos przeszedł w szloch. 
Angus  milczał,  twarz  mu  pociemniała.  Wreszcie  delikatnie  rozwarł  zaciśnięte  palce 

hrabiego, Przytrzymał jego dłoń w swojej. Hrabia uspokoił się jak mały chłopiec. 

Angus wstał. 
– Ja muszę... – urwał. Match kiwnął głową. Do wieczora mieli spokój. 
– Uważaj na przyjaciela – rzucił stary łagodnie. 
Ja nie jestem jego przyjacielem, chciał powiedzieć Match. Nie zdążył. 
–  To  on  zdjął  z  ciebie  tego  ostatniego  –  dodał  stary  na  odchodnym.  –  Widziałem,  sam 

bym nie zdążył. 

Pokręcił głową z podziwem. 
– Ale że tobie łba przy okazji nie uciął... – rzucił na odchodnym. 

 

*** 

 

Żałośnie  mała  grupka  stała  wśród  kamiennych  murków,  na  dnie  doliny,  znad  której 

uniosła już się mgła. Angus i dwóch synów. Jedyny ocalały zbrojny z Nottingham. Gisbourne 
i Match. 

W  dodatku  żaden  z  nich  nie  był  w  pełni  sprawny.  Match  oddychał  z  trudem,  wciąż 

odzywało się kłucie w boku. Zbrojny kulał, miał paskudnie stłuczone kolano. Angus z synami 
mieli  płytkie,  acz  dotkliwe  cięcia.  Nawet  Gisbourne  spostrzegł  ze  zdziwieniem,  że  oberwał  
w głowę, że krew zlepiająca mu włosy jest jego własna. Że zdziwieniem, bo wciąż w szoku 
nie czuł jeszcze bólu. 

background image

 

 

–  Nie  przetrzymamy  –  Angus  pierwszy  głośno  powiedział  to,  co  było  dla  wszystkich 

oczywiste.  Może  za  wyjątkiem  hrabiego,  który  jeszcze  nie  doszedł  do  siebie  na  tyle,  by 
trzeźwo myśleć. 

Obaj  synowie  McLeoda  pokiwali  ponuro  głowami.  Match  też  nie  przeczył.  Ocalały 

zbrojny nie odzywał się, ale i też nikt go o zdanie nie pytał. 

Match  miał  nieprzyjemne  wrażenie,  które  nie  opuszczało  go  od  dłuższego  czasu. 

Nieprzyjemne  wrażenie  mrowienia  w  karku.  Powiódł  wzrokiem  po  otaczających  dolinę 
wzgórzach, po ciemnej ścianie lasu nad pastwiskami i wrzosowiskami. 

Angus poszedł za jego wzrokiem. 
– Tak – potwierdził. – Są tam. I czekają. Wiedzą, ilu nas zostało. 
– Myślisz, że wszyscy? – spytał Match, nie odrywając spojrzenia od szczytu wzgórz. Miał 

wrażenie, że na grani coś się porusza. Pewnie tylko złudzenie. 

McLeod zaprzeczył. 
– Tylko zwiadowcy. Reszta wróciła. Muszą zabrać trofea... 
Match  wstrząsnął  się.  Miał  wrażenie,  że  wie,  dokąd  poszli.  Przed  oczyma  pojawił  się 

wywołany nie wiadomi skąd stos czaszek, zetlałych kości. Potrząsnął jeszcze raz głową, obraz 
zniknął. 

– Tak, nocy nie przetrzymamy – powtórzył McLeod z namysłem. 
– To co robić? – wybuchnął Gisbourne. – Siedzieć i czekać, aż nas wszystkich zarżną?! 
Nikt nie odpowiedział. 
–  Nie  wiecie?  –  krzyknął  hrabia.  –  To  ja  wam  powiem.  Trzeba  spieprzać.  Zostawić 

wszystko, i zabierać się stąd! 

Wszyscy milczeli. 
– No co tak stoicie?! 
Match ze znużeniem pokręcił głową. 
–  To  na  nic.  Nawet  jak  wszystko  zostawimy,  nigdzie  przed  nocą  nie  dojdziemy.  Nie 

zdążymy. Pójdą za nami i nas dopadną. 

Hrabia spoglądał błędnym spojrzeniem. 
– To co? – spytał w końcu, cicho i żalośnie. Już nie było w nim złości, tylko rezygnacja. – 

Zostaniemy, i co? 

– Nie – zaprzeczył Match. – To my pójdziemy do nich. To jedyna szansa. 
Angus poważnie skinął głową. W szanse nie wierzył, ale wolał zginąć w ten sposób, nie 

czekać na to, co nieuchronnie przyjdzie nocą. Wraz z mgłą. 

– Oszalałeś – powiedział Gisbourne podejrzanie spokojnie. – Wszyscy oszaleliście. 
Bezradnie przetarł twarz ręka. 
– Jesteście szaleni. 
– On ma rację – powiedział Match niespodziewanie. – Pójdę tylko ja. Wy tu zostaniecie.  

I postaracie się przygotować jak najlepiej. 

Gisbourne spojrzał na niego jak na durnia. 
– A ty jesteś najgłupszy – ocenił. – Pomyśl, ilu ich jest. Ilu zamierzasz zabić. 
Match uśmiechnął się , po raz pierwszy tego poranka. 
– Powiem wam precyzyjnie, panie hrabio. Jak tylko umiem najprecyzyjniej... 
Zawiesił głos, spoglądając z tym szalonym uśmiechem na hrabiego. 
– Od cholery... – dokończył wreszcie. – Ale zabić trzeba jednego. 
Odwrócił się i odszedł bez słowa. 
Hrabia  spoglądał  nic  nie  rozumiejącym  wzrokiem.  Z  pozostałych  Angus  sprawiał 

wrażenie, że wie o co chodzi. 

Gisbourne  już  nic  nie  mówił.  Znów  miał  wrażenie,  że  to  wszystko  nie  dzieje  się 

naprawdę. Że patrzy na wszystko z boku, że go to nie dotyczy. 

background image

 

 

Angus powiedział coś do swych synów, dwóch pozostałych. Odeszli bez zwłoki, zginęli  

w ciemnym wejściu do chaty. Po chwili jeden wyszedł, trzymając małe kamienne naczyńko. 
McLeod zanurzył palce w barwniku, przesunął po twarzy hrabiego. Bez zdziwienia dostrzegł, 
jak po policzku Gisbourne’a spływa łza. 
 

*** 

 

Klatka  piersiowa  ciasno  owinięta  podartym  na  pasy  płótnem  pozwalała  lżej  oddychać. 

Match prawie nie czuł dokuczliwego, obezwładniającego kłucia. Spieszył się. Wiedział, ze im 
wcześniej wyruszy, tym lepiej. 

Bez  zdziwienia  dostrzegł  niebieskie  barwy  na  twarzy  hrabiego.  Jeszcze  jedno  pozostało 

do zrobienia. 

– Dziękuję – powiedział po prostu. Gisbourne zmieszał się. 
–  Nie  pieprz,  Match  -mruknął  w  końcu,  spuszczając  wzrok.  Match  chciał  jeszcze  coś 

powiedzieć, ale zrezygnował. 

Angus odciągnął go na bok. 
– Ty wiesz, Match – po raz pierwszy odezwał się do niego po imieniu. 
– Wiem – odparł Match. – Nie pytaj, skąd. 
Angus nie spytał. Nie spytał też, kim Match jest. On już wiedział. 
– Dasz radę? – długo trzeba było czekać na to pytanie. Jeszcze dłużej na odpowiedź. Bo 

odpowiedzi nie było, przynajmniej jasnej i prostej. 

– Dam – skłamał Match w końcu. 
– Wiedziałem – padło w odpowiedzi drugie litościwe kłamstwo. 
Ktoś odepchnął McLeoda. Gisbourne. 
–  Idę  z  tobą  –  w  głosie  było  zdecydowanie  i  determinacja,  której  przeczyła  bladość 

twarzy, widoczna ponad smugami barwnika. Masz ci, pomyślał Match, teraz temu odbiło. I co 
z nim zrobić? 

Spróbował przemówić do rozsądku. Nie mógł gorzej wybrać. Hrabia wściekł się. 
-Bo co?! – wrzasnął. – Lepszy jesteś ode mnie? Gdyby nie ja, twój łeb by tez zabrali! 
Match  milczał.  Bo  była  to  prawda.  Hrabia  zachłysnął  się,  dotarło  do  niego  to,  co  przed 

chwilą powiedział. 

–  Przepraszam....  –  powiedział  cicho  po  chwili.  Match  uniósł  głowę,  spojrzał  hrabiemu  

w twarz. Nie spodziewał się, że to usłyszy. 

– Przepraszam,  Match  – powtórzył  cicho Gisbourne.  – Wiem, że ci  się nie przydam,  że 

pewnie tylko przeszkodzę. Ale ja nie mogę, nie mogę czekać tu, jak zwierzę na rzeź. Jesteś... 
– rzucił szybkim spojrzeniem. 

McLeod  chrząknął,  odsunął  się  z  nieoczekiwanym  taktem,  o  który  trudno  byłoby 

podejrzewać gruboskórnego górala. 

– Jesteś mi to winien – dopowiedział niepotrzebnie hrabia, Match i tak wiedział. 
–  Cóż,  Guy,  każdy  może  wybrać,  kiedy  chce  umrzeć...  Pól  dnia  wcześniej,  pół  później. 

Nie miej złudzeń 

Gisbourne wyprostował się. 
– Dla ciebie to jestem wciąż pan hrabia, Match. Nie zapominaj o tym. 
Match roześmiał się po raz pierwszy szczerze tego dnia. To był znowu dawny Gisbourne. 

Robiący właśnie największe głupstwo w swoim życiu. Co prawda, niezbyt istotne. 

Nie  było  długich  pożegnań.  Sprawdzili,  czy  broń  łatwo  wychodzi  z  pochew,  czy  za 

cholewami tkwią sztyletu. Popatrzyli po sobie, zastanawiając się wzajemnie, czy ten drugi tez 
dostrzega nagłą bladość twarzy. 

–  Jeszcze  jedno,  Angus  –  Match  przypomniał  sobie  coś.  –  Znaleźliście  ciała?  Tego... 

McDougala i tego drugiego? 

background image

 

 

McLeod zaprzeczył z krzywym uśmiechem. 
– Nie – odpowiedział. – Tylko krew.  Zabrali wszystko, nie tylko  głowy. W końcu i oni 

muszą coś przekąsić... 

Gisbourne zwinął się, wstrząsany torsjami. 
– A niech cię – wykrztusił z wysiłkiem. 
I  to  było  wszystko.  Ruszyli,  gdy  tylko  hrabia  wyprostował  się,  bladość  twarzy  przeszła 

mu w odcień zielonkawy, kontrastujący z niebieską farbą na policzkach. 

Prawie wszystko. Match wyciągnął dłoń do starego Szkota. 
– Bywaj, McLeod. 
– Bywaj, Match. – Szkot uśmiechnął się swym zwykłym uśmiechem. – Bywajcie, panie 

hrabio. 

Skłonił  się  starannie.  Gisbourne  wyciągnął  dłoń,  uścisnęli  się  mocno.  Stary  dotknął 

palcem policzka hrabiego. 

– To sławne barwy... – mruknął cicho. 
– Nie zapomnę – równie cicho odparł hrabia. 

 

*** 

 

– Konno trzeba było – utyskiwał Gisbourne, potykając się na kamienistej ścieżce.  – Nie 

tak, nogi wykręcać na tych kamieniach. 

Konie zostały w wiosce. Dużo, tylko wybierać, teraz, kiedy brakło raczej jeźdźców. Swoją 

drogą Match zastanawiał się, dlaczego wierzchowce nie ucierpiały podczas napaści. Nikt ich 
nie pilnował, stały pod gołym niebem, obok zagrody dla owiec. 

Coś mówiło mu, że te konie są w jakiś sposób ważne, może nie same konie, ale fakt, że 

zostały  zignorowane.  To  była  męcząca  myśl,  coś,  jak  próba  przypomnienia  sobie 
zapomnianego imienia,  które wydaje się być już na końcu języka.  A tu  nic, myślisz, aż we 
łbie  trzaska,  bez  rezultatu.  Obracasz  w  głowie  wszystkie  podobne  imiona,  które  wydają  się 
podobne. Aż wreszcie, kiedy się w końcu przypomni, kiedyś, po jakimś czasie, okazuje się 
zupełnie inne. 

Match machinalnie omijał kamienie, uważnie stawiał stopy, by podeszwy nie ślizgały się 

na  wilgotnych  skałach.  Machinalnie  rejestrował  ślady,  tak  wyraźne,  że  znalazłoby  je 
pięcioletnie  dziecko,  w  dodatku  debilne.  Zupełnie  jakby  chcieli,  by  za  nimi  trafić.  Plamy 
skapującej  krwi  układające się  w równe sznureczki  wskazujące jasno kierunek, niekształtne 
ślady  stóp,  odciśnięte  głęboko,  wyglądające  jakby  zostawił  je  niedźwiedź  w  łapciach  
z lipowego łyka. Nadłamane gałązki, pogniecione wrzosy. 

Jakaś część umysłu Matcha śledziła trop, reszta zajęta był szukaniem w pamięci tego, co 

powinno  się  tam  znajdować.  Nieuchwytnych  skojarzeń,  które  wydawały  się  tak  oczywiste. 
Były oczywiste, za takie je przyjmował, nie wiedział tylko z czego ta oczywistość wynika. 

–  Konno,  mówiłem...  –  postękiwał  hrabia  z  tyłu,  nie  przerywał  gniewnego  mamrotania. 

Szedł  głośno,  Match  słyszał  wyraźnie  posapywanie,  chrzęst  kamieni  i  trzask  łamanych 
gałązek  pod  nogami,  pobrzękiwanie  oporządzenia.  I  gniewne  mamrotanie,  teraz  na  temat 
koni. Przedtem było o pieprzonych kamieniach, o mgle i w ogóle o pieprzonym kraju, dobrym 
dla dzikusów, nocnych, śmierdzących ludojadów i idioty Matcha. 

Idiota  Match  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Gadanina  hrabiego  nie  denerwowała  go, 

rozumiał jej powód. Gisbourne był przekonany, że idzie na śmierć, i miał nadzieję, że umrze 
w dzień, nie w ciemnościach, których się lękał. 

Gisbourne  bał  się  czekania,  bał  się  wlokącego  w  nieskończoność  dnia,  bał  się 

nieuchronnej nocy i mgły. Załamał się, nie wytrzymał. Wybrał wyjście, które wydało mu się 
łatwiejsze.  Pogodził  się  z  wyborem.  Ale  wciąż  wymrukiwał  pod  nosem  pretensje  
i przekleństwa, tyle mu pozostało. 

background image

 

 

Grzbiet  wzgórza  porastał  wrzos,  wysoki,  do  kostek.  Grzęzły  w  nim  buty,  pod  stopami 

cmokało  błoto.  Szlak  był  tu  widoczny  jeszcze  wyraźniej,  ślady  nakładały  się  na  siebie, 
przygniecione  łodygi  wrzosu  jasno  wskazywały  kierunek.  Tylko  krwi  było  mniej,  a  może 
trudniej było ją dostrzec w plątaninie łodyg. 

Zaczęli schodzić, w dolinę pomiędzy dwoma grzbietami, ciemną, porośniętą wysmukłym, 

świerkowym lasem. Match zrozumiał, że to już tam. Nie wiedział czemu, ale był pewien. 

Zatrzymał  się  gwałtownie,  aż  zagapiony  hrabia  wpadł  na  niego,  zaklął.  Match  nie 

odwrócił  się.  Patrzył  na  prawie  czarne  sylwetki  świerków,  spomiędzy  których  snuły  się, 
wznosiły  pasma  mgły.  Kiedyś  już  to  widział.  Może  nie  własnymi  oczyma,  ale  widział  na 
pewno. 

– Co jest? – spytał Gisbourne nerwowo. – Dlaczego stoisz? 
Match  nie  odpowiadał.  Stał,  wciąż  patrząc,  mając  nadzieję,  że  zrozumie.  Przymrużył 

oczy,  jakby  oczekiwał,  że  na  widziany  obraz  nałoży  się  ten  właściwy.  Ten,  co  wszystko 
wyjaśni. 

Nic się nie stało. 
– No co jest? – głos hrabiego zadrżał histerią. Match ocknął się. 
–  Schodzimy  –  mruknął.  Zrobił  krok  i  zatrzymał  się  niezdecydowany.  Odwrócił  się  do 

Gisbourne’a. 

– Zostań tutaj – powiedział. – Poczekaj. 
– Na co? – zaśmiał się nerwowo Gisbourne. – Na ciebie? Czy raczej na tych, co po mnie 

przyjdą? 

– Nie przyjdą – zapewnił Match. – Jestem pewien... 
Uciekł wzrokiem, wcale nie był pewien. Tylko przypuszczał. 
Gisbourne  energicznie  zaprzeczył  ruchem  głowy,  zbyt  energicznie,  aż  zadzwoniły  mu 

zęby. 

– Nie zostanę.... Za nic nie zostanę... Przyjdą po mnie, przyjdą i... 
Zająknął się. To, co zrobią jak przyjdą, nie chciało mu przejść przez gardło. 
–  Przecież  idą  za  nami  –  wykrztusił  wreszcie,  patrząc  w  twarz  Matcha  rozszerzonymi 

oczyma, z jakąś napiętą uwagą. – Idą, prawda? 

Match spuścił wzrok. To, że idą, było oczywiste. Nie atakują, bo... 
Bo jest ich za mało. Bo chcą wiedzieć, dokąd pójdą. 
Blisko. Match ścisnął skronie dłońmi. 
Bo chcą wiedzieć, że dojdziemy tam, gdzie powinniśmy. Nie pozwolą zawrócić, jeszcze 

nie. 

Otworzył szeroko oczy. 
– Idziemy, panie hrabio – zakomenderował sucho. Nie czekając ruszył w dół stoku. 
Hrabia  stał  jeszcze  przez  chwilę,  nic  nie  rozumiejąc.  Gdy  sylwetka  Matcha  zaczęła  się 

oddalać, puścił się biegiem, nie bacząc, że może się poślizgnąć i złamać nogę. 

Zadyszany dogonił Matcha, szedł obok niego, usiłując mu zajrzeć w oczy. 
– Match, ty coś wiesz? – spytał natarczywie. – No powiedz, wiesz? 
W głosie była rozpaczliwa nadzieja, że być może nie jest to wyprawa po śmierć. 
– Wiem – zbył go Match pólgębkiem. – Zamknij się teraz... 
Wciąż schodzili w dół. Dotarli do pierwszych drzew, jeszcze rzadkich. 
– ...panie hrabio – dodał Match. 
Wśród  drzew  snuły  się  pasma  mgły,  wstającej  z  mokrego  mchu.  Promienie  słońca, 

przefiltrowane przez gałęzie, tworzyły zwodnicze kształty. Las gęstniał. 

Szeroka ścieżka zakręcała obok wielkiego, do połowy pogrążonego w mchu głazu. Już nie 

opadała, byli na dnie doliny. Match zwolnił, uważnie przypatrywał się  ścieżce pod stopami. 
Tu  już  nie  było  śladów  widocznych  dla  każdego.  Tu  już  trzeba  było  wytężać  uwagę,  by 
dostrzec niewyraźny odcisk stopy, otarty z mchu kamień, złamane źdźbło. 

background image

 

 

Jakby przestało im zależeć, by zostawić ślad, ślad, za którym trafi każdy. Jakby każdy, kto 

doszedł aż tutaj, musiał trafić. Gdzie? 

Właśnie  tutaj.  Match  zatrzymał  się,  ręka  instynktownie  wzniosła  się  do  ramienia,  znad 

którego sterczała rękojeść. Hrabia ze zgrzytem obnażył do połowy swoją klingę. 

Związane żerdzie, wbite w ziemię. Na szczycie niedźwiedzia czaszka, stara, spróchniała 

od  deszczu  i  słońca,  wybielona  niezliczonymi  dniami  i  nocami,  które  przeszły  nad  doliną, 
odkąd tu tkwiła. Zatknięta na związanych żerdziach. 

Pod żerdziami, na ziemi, ludzkie czaszki. Wrośnięte w mech, pozieleniałe, spoczywające 

od  niewiadomych  czasów.  I  świeże,  z  resztami  rudych  włosów,  niedokładnie  jeszcze 
oczyszczone przez owady. I... 

I  głowa,  spoglądająca  pustymi,  krwawymi  oczodołami.  Match  usłyszał,  jak  Gisbourne 

wciąga z sykiem powietrze. Musiał poznać. Poznać jednego ze zbrojnych. Match nie pamiętał 
jego imienia. 

I jeszcze coś. Skierowane ostrzami ku nadchodzącym, wbite w ziemię trzy ni to włócznie, 

ni to strzały. Całkiem nowe, ozdobione pękami piór tuż pod krzemiennymi ostrzami. 

– Schowaj broń, hrabio – powiedział Match, i aż sam się zdziwił brzmieniu swego głosu. 

Odchrząknął. 

– Schowaj – powtórzył z naciskiem. – To znak. 
Gisbourne  posłuchał.  Nie  puścił  jednak  rękojeści,  wciąż  strzelał  oczyma  na  boki,  chcąc 

przebić wzrokiem gęstwę gałęzi, zasłonę wstającego z mchów oparu. Las pachniał wilgocią, 
próchnem, rozkładem. I krwią. 

Gisbourne  nic  nie  mógł  dostrzec.  Żadnego  ruchu,  oprócz  grania  słonecznych  plam  na 

mchu.  Spojrzał  na  niedźwiedzią  czaszkę,  przypomniał  sobie  zamazane  obrazy  zapamiętane  
z nocy. Wydłużone, najeżone kłami pyski, długie, cuchnące surową skórą kudły. 

– To niedźwiedzie – szepnął z niedowierzaniem, cicho, jakby do siebie. Match dosłyszał. 
– Chcą być niedźwiedziami – skorygował Match. – Chcą, byśmy tak o nich myśleli. 
Zapadła chwila ciszy. W lesie nie odezwał się żaden ptak, nie zaszeleściła przemykająca 

się jaszczurka. 

–  To  ludzie?  –  hrabia  spytał  wreszcie  z  niedowierzaniem.  –  Ludzie  mogą  robić  takie 

rzeczy? 

Ludzie  robią  gorsze  rzeczy,  chciał  powiedzieć  Match.  Ludzie  zdradzają,  zabijają 

podstępem.  Zabijają  masowo,  siebie  nawzajem.  Bo  ktoś  ma  coś,  co  sami  chcemy  mieć.  Bo 
ktoś  wierzy  w innych bogów. Bo mówi  innym językiem.  Bo nam się, w końcu, kurwa, nie 
podoba jego gęba. 

Nie powiedział nic. Podszedł do wbitych w ziemię włóczni, uważając, by nie przekroczyć 

niewidzialnej  linii,  która  wyznaczały  na  ścieżce.  Popatrzył  na  krzemienne  groty, 
przymocowane  ścięgnami  do  opalonych  nad  ogniem  drzewcy.  Bezwiednie  wyciągnął  dłoń, 
ostrożnie  dotkną  krawędzi  ostrza,  najostrzejszej  rzeczy  na  świecie,  świeżo  odłupanego 
krzemienia.  Prześlizgnął  się  spojrzeniem  po  uciętej  głowie,  nie,  nie  uciętej,  oderwanej,  
z kikuta szyi zwisała tchawica i ścięgna. Zajrzał w krwawe oczodoły. Spostrzegł, że oczy nie 
były wybite ani wykłute, wyłupiono starannie całe gałki oczne. 

Nikt nie będzie patrzył twoimi oczyma. Sam nie wiedział, skąd przyszło mu do głowy to 

zdanie. 

Wyprostował  się.  Starając  się  nie  kręcić  zbytnio  głową,  przymrużonymi  oczyma 

zlustrował  las.  Z  początku  nic  nie  dostrzegł,  zbyt  myliły  opary,  tańczące  na  mchu  plamy 
światła. Zbyt wiele było jałowców, wyobraźnia płatała figle. Coś, co jawiło się przyczajonym 
wrogiem, okazywało się tylko krzakiem. 

Ale  nie  tylko.  Ciemny  kształt  na  granicy  widzialności.  Poruszył  się,  co  uczyniło  go 

dostrzegalnym, ludzkie oko wyczulone jest na ruch. Obok... Tak, teraz, kiedy wiadomo, gdzie 

background image

 

 

patrzeć,  można  dostrzec  drugi,  ciemnobrunatny,  prawie  czarny,  bezkształtny  jak  trawa  czy 
mech. 

Zmusił  się,  by  nie  patrzeć  w  tę  stronę.  Odwrócił  głowę,  czując  mrowienie  na  karku. 

Postanowił  nic  hrabiemu  nie  mówić,  obawiał  się  jego  reakcji.  Niedługo  miał  pożałować 
swojej decyzji. 

Gisbourne  nie  rozglądał  się  już.  Z  twarzy  znikła  bladość,  policzki  nad  pasmami  farby 

nabiegły krwią. 

– To nie ludzie, panie hrabio – Match uprzedził powtórne pytanie. – W każdym razie nie 

tacy jak my. 

–  To  co  to,  kurwa,  jest?  –  rozdarł  się  hrabia.  Match  katem  oka  spostrzegł,  że  ciemny 

kształt na granicy widzialności przypadł do ziemi, zniknął. 

– Ciszej! – syknął Match ze złością. – Długo by opowiadać. Teraz wracamy. 
–  Co?  –  hrabia  poczerwieniał  jeszcze  bardziej,  wyglądał,  jakby  za  chwile  krew  miała 

trysnąć mu z policzków. Załamał się, zrozumiał Match. Już mu wszystko jedno, stracił resztki 
rozsądku, nie wytrzymał napięcia. 

–  Zgłupiałeś?!  –  parsknął  Gisbourne  wściekle.  –  Co  ty  mi  tu...  To  dzikusy,  to  zwykłe 

dzikusy. Popatrz na to! 

Wskazał na włócznie. 
–  Głupie  dzikusy,  które  potrafią  tylko  zrobić  takie  patyki.  W  niedźwiedzich  skórach, 

śmierdzące i głupie! Z maczugami i kamieniami! 

Spokojnie,  powiedział  obie  Match,  tylko  spokojnie.  Uspokoić  go  i  wracać.  Przekazać 

znak. 

– Nawet mieczy nie mają! Nie potrafią zrobić! Będziesz mi tu bajki opowiadał, nie tacy 

jak my! Pewnie, że nie tacy! Śmierdzące dzikusy! 

Wypluwał słowa z nienawiścią. Match spróbował jeszcze raz. 
–  Wy  też,  panie  hrabio,  miecza  zrobić  nie  potraficie,  jak  mniemam.  Ale  go  używacie.  

A przypomnijcie sobie... 

Chciał uświadomić hrabiemu, że cała broń została starannie zebrana. 
–  Nie,  Match,  nie  będę  cię  słuchał.  To  dzikusy.  Nie  żadne  nienazwane,  nie  żadne  zło  

z mgły! A jak dzikusy, to muszą gdzieś spać. Gdzieś żyć. I tam pójdziemy, tam ich zabijemy! 

– We dwóch? – spytał Match sceptycznie. 
–  Co?  –  zająknął  się  Gisbourne,  tracąc  na  chwile  straceńczy  zapał.  Jednak  szybko  go 

odzyskał.  –  Nie,  nie  we  dwóch.  Pójdziemy  zobaczyć,  gdzie.  I  wrócimy  tam,  wrócimy 
wszyscy. Na naszych warunkach, to my wybierzemy, kiedy! Zabijemy wszystkich. 

Match pokręcił głową. Spróbował jeszcze raz tłumaczyć. 
–  To  znak.  Przyprowadzili  nas  tutaj.  Chcieli,  żebyśmy  to  zobaczyli,  chcieli  być  pewni. 

Zostawili  ślad,  po  którym  musieliśmy  trafić.  Zostawili  wiadomość,  której  przedtem  nikt  nie 
chciał zrozumieć... 

– Jaką, znowu, wiadomość? – parsknął hrabia pogardliwie. Match wskazał na głowę, na 

zatknięte w ziemię włócznie. 

– Myślisz, że tę akurat głowę zostawili, bo nie pasowała im do gzymsu nad kominkiem? 

Akurat  tę  jedną?  To  nie  ludzie,  Gisbourne,  ale  i  nie  zwierzęta.  To  ich  dolina,  nie  chcą, 
żebyśmy.... 

– Gówno mnie obchodzi, czego chcą, a czego nie... 
– To starszy lud, to nie dzikusy... Nie chcą wojny, chcą tylko mieć... 
Gisbourne podszedł bliżej, zbliżył twarz do twarzy Matcha. Plując drobnymi kropelkami 

śliny wycedził: 

–  Dość  tego.  Dość  pieprzenia  o  starszych  ludach.  Niech  sobie  będą  starsze,  nie  ma  dla 

nich  miejsca.  Pójdziemy  do  nich,  zniszczymy,  unicestwimy.  To  nasza  ziemia,  to  my 
zwyciężymy! 

background image

 

 

Match odsunął się. Nagle poczuł się bardzo zmęczony. Z pamięci wypływały obrazy, nie 

pozwalały jasno myśleć. Nogi mu osłabły, przysiadł na mchu, na skraju ścieżki. 

–  My  już  zwyciężyliśmy  –  mówił  cicho,  jakby  do  siebie,  z  opuszczoną  głową.  – 

Zwyciężyliśmy przed tysiącami lat, zabraliśmy im świat. Był dla nas za mały, nie mogliśmy 
się w nim pomieścić, my, i oni. 

Poderwał głowę. 
– Gisbourne, nie! 
Za późno. 
Hrabia  podszedł  do  wbitych  w  ziemię  włóczni.  Zgarnął  je,  wyrwał.  Przekroczył 

niewidzialną granicę. 

Match zerwał się, postąpił krok. Przystanął. 
Gisbourne potrząsnął trzymanymi włóczniami. 
– No i co! – wrzasnął triumfalnie. – Ot, wasze znaki! No i co mi... 
Nie skończył. Świst. Uderzenie w bark okręciło go, rzuciło na ziemię. 
–  ...  zrobicie...  –  jęknął  hrabia.  Z  ramienia  sterczała  włócznia,  taka  sama  jak  te,  które 

wciąż  trzymał  w  zaciśniętej  dłoni.  Począł  pełznąć,  drapiąc  mech  szponami  palców.  Jednej 
ręki, druga była bezwładna. 

– Match... – stęknął tylko. 
Match  poczuł  raczej,  niż  usłyszał,  czyjąś  obecność  z  tyłu.  Zwinął  się  w  obrocie,  ręka 

instynktownie  wyrzucona  w  górę  sięgała  do  rękojeści,  druga  szarpnęła  pas  przechodzący 
przez pierś, tak, by rękojeść sama trafiła w dłoń. 

Ręka  wyrzucona  w  górę  zatrzymała  się  w  pół  drogi.  Match  stał  na  ugiętych  nogach, 

wpatrując się w postać przed sobą. 

Niedźwiedzia skóra o długich, brunatnych włosach, znad czoła sterczący pysk, najeżony 

kłami.  Spod  kłów,  ocieniających  czoło,  błyskają  czujne  oczy.  Z  krępej,  masywnej  postaci 
emanuje siła. W gardle narasta charkot, nieartykułowany, lecz brzmiący agresją. 

Sam  nie  rozumiejąc,  co  robi,  Match  opuścił  wzniesioną  rękę.  Emanująca  agresja  

i nienawiść opada. Splamiona zakrzepła krwią głowica maczugi obniża się. 

Match zrobił krok do przodu, zatrzymał się, uderzony następną fala nienawiści. I strachu, 

zrozumiał po chwili. 

Nie,  chciał  powiedzieć,  ale  zaschnięte  gardło  odmówiło  posłuszeństwa,  wydobył  się  

z niego tylko cichy skrzek. Nie, pomyślał tylko, nie będziemy zabijać, nie tu, i nie teraz. Fala 
agresji opadła trochę, oczy pod nawisem niedźwiedziej szczęki błysnęły. 

Match już wiedział. Zrozumiałem, pomyślał, zrozumiałem znak. Przekażę go. Nie wiem, 

czy posłuchają, ale przekażę. Tego chcieliście, prawda? Przekazać znak. 

Potwierdzenie  nadeszło  natychmiast,  zrozumiałe.  Match  odprężył  się,  spróbował 

rozejrzeć.  Tylko  jeden,  pomyślał  nieopatrznie.  Drugi,  który  rzucił  włócznię.  Tylko  tylu 
widziałem. Jakby poszło nie tak, to powinienem sobie... 

Nienawiść  i  strach  uderzyły  nagle,  z  niespotykaną  dotąd  siła.  Match  zrozumiał,  że 

popełnił  błąd,  zanim  jeszcze  za  jego  plecami  trzasnęła  gałązka.  Zanim  świat  eksplodował  
w czerwonym rozbłysku. 
 

*** 

 

Słodki  smród  przypalonego  mięsa,  zmieszany  z  odorem  niewyprawionych  skór.  Swąd 

dymu. 

Tylko  węch pozostał. I dotyk, zdrętwiałe ręce wykręcone do tyłu  wyczuwają rzemienie, 

zgrubienia ciasnych węzłów. Zalepione zakrzepła krwią powieki nie dają się otworzyć. 

background image

 

 

Gardłowe  pomruki,  fala  ciepła  uderza  w  twarz.  Trzask  podsyconych  płomieni  ogniska.  

I fala paniki. Chcą upiec. Nawet najpierw nie oprawią. Ciało skręca się w panice, na tyle, na 
ile pozwalają więzy, krępujące ciasno do wbitego w ziemię pala. Głośniejsze pomruki. 

Ciepło  słabnie.  Jeszcze  nie  teraz.  Próby  rozwarcia  powiek  spełzają  na  niczym,  potęgują 

tylko  dokuczliwe  łupanie  w  głowie,  pod  powiekami,  gdzieś  w  mózgu  eksplodują  świetliste 
kształty. Nie ruszać się, to minie. Pozostaje węch i słuch. 

Powolne, rytmiczne kapanie wody, gdzieś z tyłu. Krople rozpryskują się na kamieniach. 

Gardłowe pomruki odbijają się pogłosem. 

Jaskinia. 

 

*** 

 

Czas wlecze się. Znów nasila się zapach przypalonego mięsa, do pomruków dołącza się 

mlaskanie, chrupot miażdżonych kości. Odgłosy wysysania. 

Coś dzieje się z głową. Myśli rozpierzchają się, coraz trudniej je zebrać, mimo wysiłku. 

Oślizgłe paluchy grzebią pod czaszką, pod powiekami wykwitają jaskrawe kolory. Nienawiść 
i ciekawość. Czyjaś. Obca. 

Cichy  trzask  w  tyle  głowy.  Nienawiść  odpływa,  pozostaje  ciekawość.  I  lęk.  Kolorowe, 

świetliste plamy tańczą w głębi czaszki. Kolory bledną. Przekształcają się w słowa. 

Przyszedłeś mnie zabić. Zabić nas wszystkich. 
Nie. Chcę wiedzieć. Chciałem wiedzieć. Zrozumieć. 
I zrozumiałeś? Zdziwienie. Jak myślą wyrazić kpinę? Jak wyrazić ironię? 
Zrozumiałem. Nie, przypomniałem sobie. 
Tak, wiem, kim jesteś. Już wszyscy wiemy. Ty pamiętasz. 
Znów uderza nienawiść, jest tak silna, że aż ściska skronie bólem. 
Ty  pamiętasz,  kiedy  przyszliście  tutaj,  na  naszą  ziemię.  My  byliśmy  tu  zawsze,  od 

początku.  Byliśmy  tą  ziemią,  a  ona  była  nami.  Do  dziś  jest.  Jesteśmy  jednością.  Wy 
zabraliście nam wszystko. Chcecie zabrać to, co jeszcze pozostało. 

Kim jesteś? 
Nie wiesz? Jestem matką. Jestem wszystkim, jestem nimi, a oni są mną. 
Chcę... 
...Zobaczyć? Nie możesz? Nie potrafisz widzieć, potrzebne ci oczy? 
Znów uczucie gmerania pod czaszką, znów uczucie zatraty ciała, uczucie wirowania bez 

dołu  i  góry.  Migotliwe  kształty  uciekają  na  boki,  pod  zlepionymi  powiekami  pojawia  się 
obraz, ciemny, zamazany. Ból w czaszce słabnie, obraz wyostrza się. 

Zlepione  krwią  włosy,  poszarpane  ubranie.  Twarz  nierozpoznawalna  pod  maska 

zakrzepłej krwi. Wykręcone do tyłu ręce... 

...Tak.  Widzisz  siebie.  Moimi  oczyma.  Nie  potrzebujesz  swoich,  dotąd  byłeś  ślepcem, 

teraz widzisz. 

Widok doliny, korony drzew sterczące nad mgłą. Błysk płomieni, żar ogniska. 
...  Widzisz?  To  wspólnota.  Coś,  czego  nigdy  nie  miałeś,  czego  nigdy  nie  będziesz  miał. 

Pomyśl o tym... 

Cichy trzask w tyle głowy. Pustka. Pustka nie do wytrzymania, pustka, jakiej dotąd nigdy 

nie doświadczył. Samotność ostateczna. Tylko ja, i nic więcej... 

...Wracaj... 

 

*** 

 

Kropla  upadła  na  ramię,  rozprysnęła  się,  poczuł  chłód  na  obnażonej  szyi.  Druga,  w  to 

samo miejsce. 

background image

 

 

Match  z  wysiłkiem  pochylił  głowę,  następna  kropla  trafiła  w  czoło,  z  hukiem,  który 

zagrzmiał wewnątrz czaszki. Następna. Kropla spłynęła po czole, do oczodołu. Popłynęła po 
policzku, jak krwawa łza. 

Spadają  kolejne  krople,  sprawiając  ból,  jakby  były  twardymi  kamykami.  Ale  wilgoć 

spływa po twarzy, zmywa skrzepła krew. 

Match  z  całych  sił  spróbował  otworzyć  zlepione  powieki.  Z  jednym  okiem  się  udało, 

mimo bólu siła rozdzielanych, sklejonych rzęs. Jeszcze jedna próba, już może spoglądać na 
świat przez wąskie szparki. 

Jaśniejszy  kształt,  otwór  jaskini  wypełniony  mgłą.  Mgła  jest  różowa,  Match  zaczął 

mrugać,  skapujące  krople  przemywały  oczy.  Blask  ogniska,  już  zaczynał  rozróżniać 
szczegóły. 

Skulone  postaci  przy  ognisku,  niekształtne,  grubokościste,  okutane  w  skóry.  Już  bez 

niedźwiedzich  skalpów  nasadzonych  na  głowy,  głowy  o  dziwacznym  kształcie,  z  ciężkim 
nawisem  brwi,  niskich  czołach,  wydatnych  nosach.  Match  złowił  błysk  spojrzenia.  Postać 
poderwała się z gardłowym charkotem, po chwili przysiadła, uspokojona. 

Drugi z siedzących podniósł coś z popiołu. Match poczuł uderzenie w pierś. Spojrzał na 

dół,  na  coś,  co  leżało  mu  na  kolanach  i  śmierdziało  przypalonym  mięsem.  Wnętrzności 
skręciły mu się w twardy węzeł, przymknął oczy. 

Ludzka  ręka.  Rozwarte  palce  o  popękanej  skórze,  przypalone  w  żarze,  do  czysta 

objedzone  przedramię,  aż  do  łokcia.  Zmusił  się,  by  spojrzeć  jeszcze  raz.  Usiłował 
przypomnieć sobie, czy Gisbourne nosił taki pierścień, poczerniały od ognia. 

...Nie, to nie on... 
Nie  zauważył,  kiedy  cień  przesłonił  wejście  do  jaskini.  Mógł  dostrzec  tylko  ciemny 

kontur, tak samo bezkształtny, okutany w skóry. 

To nie on, on będzie na później. Jeszcze żyje,  ale już niedługo. O co ci chodzi? On cię 

przecież nienawidzi, on nienawidzi wszystkiego, prócz siebie. 

Match  chciał  pokręcić  głową,  zrezygnował  po  gwałtownym  ukłuciu  bólu.  Kark  był 

sztywny. 

...Ja też go, kurwa, nie lubię... 
.Zaciekawienie, przebijające przez lęk i nienawiść. 
... co to jest... 
Match o mało się nie roześmiał. Nie podejmował się tłumaczyć, co to jest kurwa. 
Boisz  się  mnie,  stwierdził  zamiast  tego,  ku  własnemu  zaskoczeniu.  Boisz  się.  Nie  było  

w tym satysfakcji, tylko stwierdzenie. Nie oczekiwał odpowiedzi, ale ta szybko nadeszła. 

Boje  się.  Wszyscy  się  boimy.  Nie  tylko  ciebie,  was  wszystkich.  Zabiliście  nas  już  raz, 

teraz chcecie znowu. Chcecie nam wszystko odebrać, uważacie, że tylko wam się to należy. 

Dlaczego  więc  walczycie?  Po  co  te  znaki?  Dlaczego  ze  mną  rozmawiasz,  zamiast  po 

prostu zabić? 

Wahanie. I niepewność. 
Bo tak trzeba, padła w końcu odpowiedź. Wszystko jest przesądzone, ale jeszcze nie dziś, 

nie  jutro.  My  pamiętamy,  pamiętamy  wszystko.  Nie  tak,  jak  ludzie,  skazani  tylko  na  swe 
istnienie,  zamknięci  we  własnym  umyśle.  Ty  powinieneś  zrozumieć.  Dla  nas  nie  ma  tu 
miejsca, ale i dla ciebie też. 

Wstała, krępa, niska, niekształtna w swych skórach. Na niesłyszalny rozkaz postaci przy 

ognisku  wsiąkły  w  mrok.  Przykucnęła  przed  nim,  przesłaniając  otwór  jaskini,  słaby  blask 
dogasającego ognia. 

Nie rozumieją znaku. A raczej rozumieją na swój sposób, jak on... Jako coś do złamania, 

do przejścia. Znak jest tylko wyzwaniem, wyzwaniem do zniszczenia wszystkiego, co nie jest 
wami. Co nie jest nimi... Jesteś szansą, złudną, ale zawsze. Trzeba spróbować, choć to nic nie 
da, na pewno... 

background image

 

 

Pochyliła się nad nim. Poczuł dotyk sztywnych włosów na policzku. Poczuł zapach, ostry, 

ale nie przykry. 

...spróbuj... proszę... Zanim zaczniemy znów zabijać. Zanim zginiemy... 
Dotyk  na  wargach,  aromat  ziół.  Zapach  parującego  płynu  budzi  wspomnienia,  ukryte 

głęboko, ale jego własne. Z tego życia. 

Cofnął głowę, zanim jeszcze gorący napar dotknął warg, cofnął na tyle, na ile pozwalały 

więzy. Chciał jeszcze coś powiedzieć, zanim... Uprzedziła go. 

Dobrze. Ale on jest zły, jest tacy, jak wszyscy... 
Przyszliśmy razem. I wyjdziemy też razem, albo wcale. 
Już nie było nienawiści i lęku. Było ulotne wrażenie wspólnoty, więzi ze starszym ludem, 

tak bliskim, i tak odmiennym. Było zrozumienie pomiędzy dwiema rozumnymi rasami. 

Pij. A będziesz mógł zapomnieć... 
Strzelił  smolny  sęk  w  ognisku,  płomienie  wytrysnęły  jasnym  rozbłyskiem,  odbijając  się  

w  ociekających  wilgocią,  kamiennych  ścianach.  W  tym  błysku,  zanim  opadły  bezwolne 
powieki, Match zobaczył jej twarz. Obcą, nieludzką i piękną. 
 

*** 

 

Angus  podał  blaszaną  flaszkę.  Match  pociągnął  tęgi  łyk.  Jęczmienny  destylat  spłynął 

ciepłem wzdłuż przełyku. 

–  Tego  mi  było  trzeba  –  mruknął  Match.  Wpatrywał  się  górskie  grzbiety,  z  których 

spływała mgła. 

Siedzieli  przed  chatą,  prawie  wrośniętą  w  ziemię,  z  dala  nieodróżnialną  prawie  od 

trawiastego  pagórka.  Siadywali  tak  codziennie,  popijając  i  wpatrując  się  w  góry,  mając 
nadzieję,  że  nic  już  nie  nadejdzie  z  mgły.  Mieli  tak  siadywać  jeszcze  długo,  zanim  stan 
hrabiego nie polepszy się na tyle, by można go było zabrać z powrotem do Nottingham. Albo 
nie umrze, co tez rozwiązywało sprawę. Zdaniem Gudrun, starej zielarki, szanse na razie były 
równa. 

Match z wyraźnym zniecierpliwieniem rozgrzebywał ziemię końcem kija, który służył mu 

za laskę. Sam czuł się już prawie dobrze, żebro już nie kłuło, przestał mieć ataki podwójnego 
widzenia.  Jak  sam  Angus  powiedział,  miał  prawdziwie  szkocki  łeb,  taki,  który  niełatwo 
całkiem rozwalić. Miał to być komplement. 

Stary spróbował po raz kolejny. 
– A niech mnie – pokręcił głową. – Nijak mi się w głowie nie mieści, jak zdołałeś wrócić. 

I jeszcze jego przytargać. Z tak rozbitym kolanem... 

Match spojrzał bezradnie, jak zwykle, kiedy słyszał takie pytania. 
– Nie wiem – odparł wreszcie, wciąż patrząc na wyłaniające się z mgły szczyty drzew. – 

Nie  pamiętam.  Dostałem  w  łeb,  tam,  pod  znakiem.  Nawet  nie  pamiętam,  jak  go  zranili,  
i kiedy. 

Angus ze zrozumieniem pokiwał  głową. Powtarzał  już kilkakrotnie historię, jak to  stary 

McDougal  zdzielił  go  w  głowę  polanem.  Też  zapomniał,  nawet  to,  o  co  się  z  McDougalem 
wtedy pokłócił. 

–  Doniosłeś  go  prawie  do  wioski.  Dwustu  kroków  zabrakło  –  z  zamyśleniem  mruczał 

Angus,  też  chyba  już  po  raz  setny.  –  I  jak  się  tylko  ocknąłeś,  powiedziałeś  o  znaku.  
O zakazanej dolinie. 

– Angus... – zaczął Match, jeszcze raz, jak już wiele razy w ciągu tych dni. 
Stary pokiwał głową. 
– Wiem, wiem. Obiecuję, że póki mego życia, nikt tam nie pójdzie. Nie obudzimy tego, 

co przychodzi z mgły. Powiedz, Match, to demony? Czy dzikusy? 

background image

 

 

– To starszy lud, Angus – to też już powtarzał w nieskończoność. – Nie przyjdą, dopóki 

wy tam nie pójdziecie. Wtedy znów trzeba będzie zabijać. 

Zamyślił się. Póki twego życia, Angus... Dotrzymasz słowa, wiem, że dotrzymasz. Choć 

ciężko  będzie  ci  żyć  z  czymś  takim  pod  bokiem.  Match  spojrzał  na  przechodzącego  obok 
jednego z synów Angusa, rudowłosego młodzieńca z chmurnym spojrzeniem. 

Ty dotrzymasz, Angus, pomyślał. Ale kiedy on zechce pomścić brata? 
Match spoglądał na omywany mgła las. Nie miał złudzeń. Wtedy, pod znakiem, zrozumiał 

wszystko. Wszystko powtórzył, gdy odzyskał przytomność. Nie zastanawiał się, jak udało mu 
się  wrócić,  z  rozwalonym  kolanem,  z  rozbitą  głowa.  Nie  zastanawiał  się,  jak  przywlókł 
nieprzytomnego hrabiego. Nie myślał nawet, ja się to skończyło, dlaczego zostawili go tam, 
na ścieżce, zamiast zabić. Nie myślał. Coś sprawiało, że gdy próbował, myśli rozpierzchały 
się, gubiły. W końcu przestał. 

Ale nie miał złudzeń. Wiedział, że ktoś w końcu obali znak, że ruszy dalej, zanieść śmierć 

i zemstę. Świat jest za mały, nie pomieści wszystkich. Obcych. Innych. 

Widział  chmurny  wzrok  młodych  McLeodów.  Słyszał  majaczenia  Gisbourne’a, 

majaczenia o karnej ekspedycji, o zapłacie. Słowo Angusa da czas. Ale ten czas się skończy, 
znów nieznane uderzy. Nadejdzie noc i mgła. 

Nie miał złudzeń. I w tej dolinie zastukają kiedyś siekiery, staną zagrody. W miejscu lasu 

będą pastwiska. Będzie pewnie następna dolina. Dopóki starczy dolin, dopóki nie nadejdzie 
noc i mgła. 

Angus  odszedł,  Match  spoglądał  na  szczyty.  Pocierał  bezwiednie  policzek.  Dotyk 

włosów. 

Nie, to tylko złudzenie. 

 

 

 

 

 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0. Polska.