background image

Terry Pratchett

Nomów Księga Odlotu

background image

Na początku

...był Arnold Bros (zał. 1905), czyli wielki dom towarowy.

Albo inaczej rzecz ujmując, dom dla dwóch tysięcy nomów - jak sami siebie nazywali

- które dawno temu zrezygnowały z życia na świeżym powietrzu i osiedliły się u ludzi pod

podłogą.  Ważne  było,  że  pod  podłogą,  z  ludźmi  zaś  nie  mieli  do  czynienia,  bo  ludzie  byli

duzi, powolni i głupi.

Za  to  nomy  żyły  szybko  -  dla  nich  dziesięć  lat  to  prawie  stulecie,  a  ponieważ  w

Sklepie mieszkały ponad osiemdziesiąt lat, dawno temu już zapomniały, co to słońce, deszcz

czy wiatr. Był jedynie Sklep, stworzony przez legendarnego Arnolda Brosa (zał. 1905), jako

Właściwe Miejsce dla nomów.

A  potem  z  Zewnątrz  do  Sklepu  przybył  Masklin  i  jego  grupa.  Z  Zewnątrz,  które

zresztą dla sklepowych nomów nie istniało. Masklin i pozostali dobrze wiedzieli, co to deszcz

i wiatr: wiedzieli aż za dobrze i dlatego próbowali żyć gdzieś, gdzie ich nie było.

Przywieźli  ze  sobą  Rzecz,  którą  przez  pokolenia  uznawano  za  talizman  przynoszący

szczęście. Dopiero w Sklepie, w pobliżu prądu elektrycznego Rzecz się obudziła i wybranym

zaczęła opowiadać historie, które ledwie im się w głowach mieściły...

Otóż  dowiedzieli  się,  że  pochodzą  z  gwiazd,  skąd  przylecieli  na  pokładzie  jakiegoś

statku,  i  że  ten  statek  czeka  gdzieś  w  górze,  mimo  iż  minęły  już  tysiące  lat.  Czeka,  by  ich

zabrać do Domu...

Dowiedzieli się także, ze Sklep ma za trzy tygodnie zostać zniszczony.

Co  Masklin  musiał  wymyślić,  jak  przekonywać  i  co  mówić,  a  czego  nie  wyjawiać,

żeby  wszyscy  opuścili  Sklep  w  ukradzionej  ciężarówce,  to  wszystko  opisano  w  „Nomów

Księdze Wyjścia”.

Dotarli do opuszczonego kamieniołomu: przez krótki czas sprawy miały się całkiem

dobrze. Ale jak się ma cztery cale wzrostu i mieszka w świecie olbrzymów, to sprawy nigdy

za  długo  nie  wyglądają  dobrze.  Toteż  wkrótce  okazało  się,  że  ludzie  chcą  ponownie

uruchomić kamieniołom.

Z fragmentu gazety zaś dowiedzieli się, że istnieje Richard Arnold - Wnuk założyciela

Sklepu.  Albo  jednego  z  braci,  którzy  go  założyli,  jak  twierdzili  niektórzy.  W  gazecie  było

nawet  jego  zdjęcie.  Firma,  do  której  należał  Sklep,  obecnie  była  wielką,  międzynarodową

background image

korporacją, a Richard udawał się na Florydę, by być świadkiem wystrzelenia jej pierwszego

satelity telekomunikacyjnego.

Rzecz powiedziała Masklinowi, że gdyby znalazła się w przestrzeni, zdołałaby się ze

statkiem dogadać i ściągnąć go w dół. Masklin postanowił wziąć ze sobą kilku towarzyszy,

udać  się  na  lotnisko  i  znaleźć  sposób  dostania  się  na  Florydę  i  wysłania  Rzeczy  w  niebo.

Naturalnie, było to niedorzeczne i niemożliwe, ale ponieważ nie zdawał sobie z tego sprawy,

zabrał się do realizacji przedsięwzięcia.

Wyruszyli  przekonani,  że  Floryda  jest  oddalona  o  jakieś  pięć  mil  drogi  -  no,  może

dziesięć - i że na świecie żyje najwyżej kilka tysięcy ludzi. Nie wiedzieli, jak się tam dostać

ani co zrobić, gdy się już tam znajdą, ale byli zdecydowani zrobić, co tylko się da.

Perypetie  nomów,  które  pozostały  w  kamieniołomie  i  walczyły  z  ludźmi,  broniąc

swego  nowego  świata  jak  długo  się  dało,  a  potem  odjechały  Jekubem,  wielką  maszyną

drogową, zostały opisane w „Nomów Księdze Kopania”.

A oto historia Masklina...

background image

Rozdział pierwszy

LOTNISKA: Miejsca, gdzie ludzie albo bardzo się spieszą, albo długo czekają.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angola de

Pasmanterii

Wysilmy wyobraźnię i załóżmy, że spoglądamy przez obiektyw bardzo odległego od

Ziemi aparatu fotograficznego...

Oto  wszechświat:  pełen  połyskujących  galaktyk  niczym  choinka  ozdób

gwiazdkowych.

„Zbliżenie”

Oto  galaktyka  wyglądająca  jak  nie  rozmieszana  śmietanka  w  kawie,  pełna  jasnych

punkcików. Każdy taki punkcik to gwiazda.

„Zbliżenie”

Oto  gwiazda  z  własnym  systemem  planetarnym.  Planety  okrążają  Słońce,  mknąc  w

przestrzeni. Jedne bliżej, drugie dalej. Jedne tak rozpalone, że ołów jest na nich płynny, drugie

tak zimne i odległe, że przelatują przez rejony, w których rodzą się komety.

„Zbliżenie”

Oto błękitna planeta, w większej części pokryta wodą. Nazywa się Ziemia.

„Zbliżenie”

Oto  powierzchnia  tej  planety:  niebieska,  zielona,  brązowa.  Opromieniona  blaskiem

słońca na błękitnym niebie. Pełna pól, o, jest i jakiś kamieniołom i...

„Zbliżenie”

Oto  lotnisko  -  plątanina  krzyżujących  się  betonowych  pasów  startowych  i  dróg

kołowania oraz budynków, w których śpią samoloty. I nie tylko...

„Zbliżenie”

...oto największy budynek - dworzec lotniczy pełen ludzi i zgiełku...

„Zbliżenie”

...oto główna hala odlotów, jasno oświetlona, wypełniona ludźmi i bagażami...

„Zbliżenie”

...oto kosz na śmieci pełen śmieci...

background image

„Zbliżenie”

...i para oczek prześwitujących między śmieciami...

„Zbliżenie”

Oj!

„Zbli...”

Łup!

* * *

Masklin ostrożnie zjechał po starym kartonie od hamburgera.

Dość  długo  obserwował  ludzi  -  były  ich  setki  i  coś  mu  zaczynało  świtać,  że  po

pierwsze jest ich na świecie znacznie więcej, niż podejrzewał, a po drugie - dostanie się do

samolotu to zupełnie nie to samo co kradzież ciężarówki.

Zadomowieni w czeluściach kosza na śmieci Gurder i Angalo ponuro dojadali zimne,

tłuste frytki.

Rzeczywistość była dla wszystkich przykrym szokiem.

No bo tak - Gurder w czasach sklepowych był opatem i wierzył, że Arnold Bros (zał.

1905)  stworzył  Sklep  dla  nomów.  Zresztą  wciąż  był  przekonany,  że  istnieje  gdzieś  jakiś

Arnold Bros mający na uwadze dobro nomów, gdyż nomy są ważne. A teraz coraz wyraźniej

było widać, że nomy wcale się nie liczą...

Albo Angalo - nie wierzy w Arnolda Brosa, ale myśli, że on jednak istnieje, bo mu to

pomaga w niewierzeniu. Skomplikowane, ale prawdziwe.

No  i  na  koniec  Masklin  -  nie  podejrzewał,  że  to  się  okaże  takie  trudne.  Sądził,  że

odrzutowce  to  po  prostu  ciężarówki,  które  mają  więcej  skrzydeł,  a  mniej  kół.  Tymczasem

jeszcze  nawet  nie  zbliżyli  się  do  samolotu,  a  już  widział  więcej  ludzi  niż  dotąd  w  całym

swoim życiu. Jak w takich warunkach miał znaleźć Wnuka Richarda, 39?!

Dotarł do pozostałych, mając nadzieję, że zostawili mu jakąś frytkę albo frytka...

Angalo uniósł głowę.

- I co? Zauważyłeś go? - spytał ironicznie.

- Tam jest kupa ludzi z brodami. - Masklin wzruszył ramionami. - Wszyscy wyglądają

tak samo.

- A nie mówiłem? - ucieszył się Angalo i dodał, spoglądając wymownie na Gurdera: -

Ślepa wiara nigdy do niczego nie prowadzi. I nie działa.

background image

- Mógł odlecieć, zanim się zjawiliśmy - zauważył Masklin. - Albo mógł przejść obok

mnie.

- Więc trzeba wracać - skomentował Angalo. - Spróbowaliśmy, obejrzeliśmy lotnisko,

prawie daliśmy się stratować co najmniej tuzin razy i na pewno nas brakuje w kamieniołomie.

Czas wracać do rzeczywistości.

- A ty co na to?

Gurder,  do  którego  skierowane  było  pytanie,  spoglądał  na  Masklina  długo  i  z

desperacją.

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Miałem nadzieję... - wystękał i umilkł.

Wyglądał tak nieszczęśliwie, że nawet Angalo poklepał go pocieszająco po ramieniu.

- Nie bierz tego tak poważnie. Przecież tak naprawdę to nie myślałeś, że jakiś Wnuk

Richard, 39, spadnie z nieba, złapie nas i zawiezie na Florydę. Nie myślałeś?! - upewnił się

Angalo. - Spróbowaliśmy i się nie udało. No, to wracajmy do domu.

- Oczywiście, że tak nie myślę - obruszył się Gurder. - Ale myślałem, że może... że

jakoś... no, że będzie jakiś sposób...

Masklin przyjrzał się podejrzliwie Rzeczy. Był pewien, że słucha - w okolicy było aż

za  dużo  elektrycznością  Rzecz,  mimo  że  była  jedynie  czarnym  sześcianem,  kiedy  słuchała,

zawsze  wyglądała  na  bardziej  ożywioną  niż  zwykle.  Kłopot  w  tym,  że  odzywała  się  tylko

wówczas,  gdy  miała  na  to  ochotę,  i  zawsze  pomagała  tylko  tyle,  ile  musiała.  Ani  odrobiny

więcej. Masklin miał nieodparte wrażenie, że cały czas jest testowany. Poza tym za każdym

razem, gdy prosił o pomoc, jakby przyznawał, że skończyły mu się pomysły.

Co do tego ostatniego, aktualnie mógł to nawet głośno potwierdzić, wobec czego...

- Rzecz, wiem, że mnie słyszysz, bo tu jest pełno prądu - zagaił. - Jesteśmy na lotnisku

i nie możemy znaleźć Wnuka Richarda, 39. Nie wiemy nawet, jak go zacząć szukać. Pomóż

nam... proszę.

Rzecz pozostała ciemna i cicha.

-  Jeśli  nam  nie  pomożesz  -  kontynuował  szeptem  -  wrócimy  do  kamieniołomu  i

będziemy  musieli  stawić  czoło  ludziom,  ale  ciebie  to  już  nie  będzie  obchodziło,  bo  cię  tu

zostawię.  Możesz  mi  wierzyć,  że  tak  zrobię.  I  nie  znajdą  cię  już  żadne  nomy  i  nie  będzie

żadnej  innej  okazji.  Wyginiemy  i  nie  będzie  już  na  tym  świecie  nomów,  a  wszystko  przez

ciebie.  I  przez  te  wszystkie  lata,  kiedy  będziesz  leżeć  zapomniana  na  śmietniku,  będziesz

sama  i  pozostanie  ci  tylko  pełna  goryczy  myśl,  że  może  jednak  trzeba  było  mi  pomóc,  gdy

background image

grzecznie prosiłem. Pewnie w końcu dojdziesz do wniosku, że gdyby to się zdarzyło jeszcze

raz, to byś mi pomogła. Tylko że to się nie powtórzy, a ostatnią okazję masz teraz, więc się

zdecyduj i pomóż nam.

- Przecież to maszyna! - sprzeciwił się Angalo. - Nie da się szantażować maszyny...

Na czarnej powierzchni sześcianu zapłonęło czerwone światełko.

-  Wiem,  że  słyszysz,  co  myślą  inne  maszyny  -  dodał  Masklin.  -  Ale  nie  wiem,  czy

słyszysz, co nomy myślą. Jeśli tak, to możesz się przekonać, że nie żartuję. Jeśli nie, to lepiej

uwierz mi na słowo. Chcesz, żebyśmy się zachowywali inteligentnie, to się zachowuję: jestem

wystarczająco  inteligentny,  żeby  wiedzieć,  kiedy  potrzebuję  pomocy.  Otóż  potrzebuję  jej

teraz.  A  ty  możesz  mi  pomóc,  więc  jeśli  tego  nie  zrobisz,  to  zostawię  cię  tu  i  zapomnę,  że

kiedykolwiek istniałaś.

Zapaliło się drugie światełko.

Masklin wstał, spojrzał na Rzecz i zwrócił się do innych:

- Skoro tak, to idziemy!

Rzecz odchrząknęła i spytała:

- „Jak konkretnie mogę pomóc?”

Angalo uśmiechnął się szeroko.

Masklin siadł i powiedział spokojnie:

- Znajdź Wnuka Richarda Arnolda, 39.

- „To może potrwać.”

- Nie szkodzi.

Na powierzchni Rzeczy zapalił się jakiś wzorek i zgasł po chwili.

- „Zlokalizowałam Richarda Arnolda, wiek 39. Właśnie wszedł do poczekalni lotu 205

do Miami na Florydzie pierwszej klasy.”

- To wcale tak długo nie trwało - zauważył Masklin przytomnie.

- „Trzysta mikrosekund. To długo.”

- Kwestia gustu - ocenił Masklin i dodał: - Ale nie zdaje mi się, żebyśmy zrozumieli

wszystko, co powiedziałaś.

- „A konkretnie czego nie zrozumiałeś?”

- Wszystkiego po „wszedł do”.

-  „Ten,  którego  szukacie,  jest  tu  w  specjalnym  pokoju  i  czeka,  żeby  wejść  do

wielkiego srebrnego ptaka, który ma polecieć do miejsca, które nazywa się Floryda.”

background image

- Jakiego znowu wielkiego srebrnego ptaka? - zdziwił się Angalo.

- Jej chodzi o samolot - wyjaśnił Masklin. - Bywa czasem złośliwa.

- Skąd ona to wszystko wie? - spytał podejrzliwie Angalo.

- „Ten budynek pełen jest komputerów.”

- Takich jak ty?

- „Bardzo prymitywnych komputerów. Bardzo!” - Rzecz zdołała wyglądać na urażoną.

-  „Ale  bez  trudu  mogę  je  zrozumieć,  jeśli  myślę  wystarczająco  wolno.  Ich  zadaniem  jest

wiedzieć, dokąd chcą się dostać poszczególni ludzie i gdzie są w danej chwili.”

- To więcej niż wie przeciętny człowiek - ocenił Angalo.

-  Możesz  się  dowiedzieć,  jak  się  do  niego  dostać?  -  spytał  Gurder,  wyraźnie

odzyskując nadzieję.

- Zaraz, zaraz! - wtrącił się Angalo. - Tylko nie na odwrót, dobrze?!

- Przecież przybyliśmy tu, żeby go znaleźć, tak? - upewnił się Gurder.

- Owszem. Ale co konkretnie zrobimy, jak go znajdziemy?

- Jak to „co”?! My... no, tego... - Gurderowi najwyraźniej skończyły się pomysły.

- Nie wiemy nawet, co to jest „poczekalnia pierwszej klasy” - dodał Angalo.

- „Pokój pełen ludzi czekających na samolot” - wyjaśniła uprzejmie Rzecz.

-  Boisz  się!  -  stwierdził  nagle  z  tryumfem  Gurder,  spoglądając  oskarżycielsko  na

Angala. - Boisz się, bo jak znajdziemy Wnuka Richarda, 39, to znaczy, że naprawdę istnieje

Arnold Bros, a to znaczy, że się myliłeś! Jesteś zupełnie jak twój ojciec: też nigdy nie miał

odwagi przyznać, że był w błędzie.

-  Boję  się,  ale  o  ciebie  -  parsknął  Angalo.  -  Bo  widzisz,  Wnuk  Richard  jest

człowiekiem,  tak  jak  Arnold  Bros  był  człowiekiem.  Albo  dwoma,  nieważne.  Wybudował

Sklep dla ludzi i nawet nie zdawał sobie sprawy z istnienia nomów. Jak się o tym przekonasz

na własne oczy, to nie wiem, co ci się porobi. A mojego ojca w to nie mieszaj!

Rzecz  tymczasem  otworzyła  w  górnym  boku  niewielką  klapkę  i  wysunęła  przez  nią

kawałek  drucianej  siatki  na  metalowym  pręcie  i  zaczęła  nią  powoli  obracać.  Klapek,  kiedy

były  zamknięte,  w  ogóle  nie  było  widać,  a  Rzecz  otwierała  je  tylko  wtedy,  kiedy  coś  ją

wybitnie zainteresowało. Wystawiała wtedy przez nie różne przedmioty - najczęściej srebrną

czaszę, czasami skomplikowaną plątaninę rurek.

Masklin uniósł czarny sześcian i spytał cicho:

- Wiesz, gdzie jest ta cała poczekalnia?

background image

- „Wiem.”

- To mów mi, gdzie mam biec! - polecił, wstając.

- Co robisz? - zaciekawił się Angalo.

-  Wiesz,  ile  nam  zostało  czasu,  zanim  on  zacznie  lecieć  na  tę  Florydę?  -  Masklin

całkowicie zignorował pytanie.

- „Około pół godziny.”

Nomy  żyją  mniej  więcej  dziesięć  razy  szybciej  niż  ludzie,  toteż  gdy  się  poruszają,

trudniej  je  zobaczyć  niż  mysz  z  dopalaczem.  Jest  to  jeden  z  powodów,  dla  których  ludzie

naprawdę rzadko je zauważają.

Drugim jest to, że ludzie są naprawdę dobrzy w niedostrzeganiu tego, o czym wiedzą,

że  nie  istnieje.  Skoro  więc  rozsądny  człowiek  wie,  że  nie  istnieją  ludzie  mający  cztery  cale

wzrostu, nomowi, który nie chce zostać zauważony, prawie na pewno się to uda.

Nikt więc nie zauważył trzech niewielkich kształtów gnających na łeb, na szyję przez

podłogę  dworca  lotniczego,  zgrabnie  przy  tym  omijając  przeszkody  terenowe,  jak  kółka

wózków bagażowych czy same bagaże. Przebiegały też między nogami wolno maszerujących

podróżnych, ale były prawie niewidoczne na otwartej przestrzeni. Wreszcie zniknęły za palmą

w doniczce.

* * *

Ktoś kiedyś powiedział, że cokolwiek się dzieje, wpływa w jakiś sposób na wszystko

inne. To może być prawdą.

Albo po prostu świat jest pełen przypadków.

Na  przykład  drzewo  rosnące  wysoko  na  zboczu  górskim,  odległym  od  Masklina  o

dobre  dziewięć  tysięcy  mil,  porastała  roślinka  wyglądająca  niczym  wielki  kwiat.  Rosła  w

rozgałęzieniu  konaru,  pod  którym  zwisały  jej  korzenie  wyłapujące  z  wszechobecnej  mgły

pożywienie i wilgoć. Technicznie nazywała się <i>Bromelia</i>, ale o tym mało kto wiedział,

a roślince nie robiło żadnej różnicy, jak ją nazywają.

Skraplająca się woda utworzyła niewielkie jeziorko w kielichu kwiatu.

W jeziorku żyły sobie żaby.

Bardzo, bardzo małe.

Żyły  sobie  krótko  i  prosto  -  polowały  na  owady  wśród  płatków  i  składały  jajka  w

jeziorku.  Z  jajek  wylęgały  się  kijanki  i  stawały  się  następnie  żabkami  i  tak  dalej.  Kiedy

background image

zdechły, opadały na dno jeziorka i zmieniały się w kompost stanowiący główne pożywienie

rośliny.

I  tak  było  zawsze,  odkąd  żabki  sięgały  pamięcią.*  [przyp.:  Czyli  od  około  trzech

sekund - żaby nie mają specjalnie dobrej pamięci.]

Tego dnia jednak jedna z żabek zgubiła się, polując na muchy, i nagle znalazła się na

skraju zewnętrznych liści i dostrzegła coś, czego nigdy dotąd nie widziała.

Zobaczyła bowiem wszechświat.

A dokładniej, ujrzała gałąź ginącą we mgle.

Obok, na tejże gałęzi, opromieniony pojedynczym promieniem słońca, rósł sobie drugi

kwiat połyskujący kroplami wilgoci na płatkach.

Żabka siedziała tak i patrzyła.

* * *

Gurder osunął się po ścianie, siadł bezwładnie na podłodze i rzęził.

Angalo  miał  prawie  takie  same  problemy  ze  złapaniem  oddechu,  ale  robił,  co  mógł,

żeby tego nie dać po sobie poznać.

- Dlaczego nam nie powiedziałeś! - wysapał po chwili.

- Bo za bardzo byliście zajęci kłótnią - wyjaśnił mu uprzejmie Masklin. - Jedyne, co

mogło was skłonić do ruszenia się, to zacząć uciekać. No, to zacząłem.

- Żeby... cię... - wychrypiał Gurder.

- Dlaczego się nie zasapałeś? - zainteresował się Angalo, któremu już wrócił oddech.

-  Bo  od  zawsze  szybko  biegam  -  wyjaśnił  Masklin  i  wyjrzał  zza  donicy.  -  Dobra,

Rzecz: co teraz?

- „Prosto tym korytarzem.”

- Przecież tam jest pełno ludzi! - jęknął Gurder.

- Wszystko jest pełne ludzi, dlatego zawsze się ukrywamy - przypomniał mu Masklin.

- Rzecz, nie ma jakiejś innej drogi? Gurdera o mało co przed chwilą nie rozdeptano.

Po powierzchni sześcianu przesunęły się różnobarwne wzory. Po chwili Rzecz spytała:

- „Co właściwie chcecie osiągnąć?”

- Musimy odnaleźć Wnuka Richarda, 39 - oświadczył Gurder.

- Musimy dostać się na tę całą Florydę - oświadczył równocześnie Masklin i dodał: -

To jest najważniejsze.

background image

- Wcale nie jest! - sprzeciwił się Gurder. - Nie chcę na żadną Florydę!

Masklin zawahał się i w końcu rzekł:

- To pewnie nie jest najwłaściwsza chwila, żeby wam to powiedzieć, ale widzicie, nie

byłem  z  wami  tak  do  końca  szczery...  -  I  zanim  któryś  zdążył  mu  przerwać,  opowiedział  o

Rzeczy, niebie i statku czekającym gdzieś w górze.

Potem  zapadła  długa  cisza  przerywana  jedynie  hałasem  wywoływanym  przez  parę

setek chodzących i mówiących równocześnie ludzi.

- I tak naprawdę to zupełnie nie próbowałeś odszukać Wnuka Richarda, 39? - odezwał

się wreszcie Gurder.

- Uważam, że tak w ogóle to on jest bardzo ważny - odparł pospiesznie Masklin. - Ale

chwilowo Floryda jest ważniejsza, bo tam jest miejsce, z którego startują odrzutowce, lecące

pionowo, i umieszczają na niebie radio. Zdaje się, że nazywają się rakiety.

- Przestań! - nie wytrzymał Angalo. - Nie da się niczego umieścić na niebie. Wszystko

pospada!

- Też mi się tak wydawało i przyznaję, że nie rozumiem do końca, ale chyba to jest

tak, że jak się będzie wystarczająco wysoko, to nie będzie żadnego dołu. Zresztą my musimy

tylko znaleźć się na Florydzie i umieścić Rzecz w takiej rakiecie. Resztę zrobi już sama, tak

przynajmniej mówi.

- I to wszystko? - spytał słabo Angalo.

- To nie może być dużo trudniejsze niż kradzież ciężarówki - pocieszył go Masklin.

-  Nie  proponujesz  chyba,  żebyśmy  ukradli  samolot?!  -  Gurder  był  autentycznie

przerażony.

- Oo! - Angalo rozjaśnił się jakimś wewnętrznym blaskiem.

Powszechnie było wiadomo, że uwielbia wszystko, co się porusza, a im szybciej się

porusza, tym lepiej.

- A tobie co się stało? - warknął Gurder.

- Oo! - powtórzył Angalo. Wyglądał tak, jakby wpatrywał się w coś, co tylko on mógł

dostrzec.

- Powariowaliście! - jęknął Gurder.

-  Nikt  tu  nic  nie  mówił  o  kradzieży  żadnego  samolotu  -  powiedział  pospiesznie

Masklin. - Chcemy się tylko nim przelecieć. Mam przynajmniej taką nadzieję.

- Oo!

background image

- I nie zamierzamy nim kierować! - dodał Masklin. - Słyszałeś, Angalo?

- Dobra, dobra. - Angalo wzruszył ramionami. - A załóżmy, że podczas lotu kierowca

się  rozchoruje,  to  co?  To  chyba  normalne,  że  go  zastąpię,  no  nie?  Ciężarówką  kierowałem

całkiem nieźle...

- Cały czas w coś wpadałeś! - przypomniał Gurder.

- Nauka kosztuje. A poza tym na niebie nic nie ma, nie licząc chmur, a te wyglądają na

miękkie.

- Jest Ziemia!

- Ziemia to żaden problem: będzie za daleko, żeby na nią wpaść.

Masklin przestał ich słuchać i spytał:

- Rzecz, wiesz, gdzie jest odrzutowiec lecący na Florydę?

- „Wiem.”

- To zaprowadź nas tam, przy okazji omiń tylu ludzi, ilu zdołasz.

* * *

Mżyło, a ponieważ zaczynało już zmierzchać, na lotnisku zapalały się światła.

Z  cichym  szczękiem,  który  nie  zwrócił  zresztą  niczyjej  uwagi,  otwarła  się  kratka

wentylacyjna  na  zewnętrznej  ścianie  budynku  dworca  lotniczego.  Przez  otwór  ostrożnie

opuściły się na beton trzy niewielkie postacie i pognały w rozświetlony zmrok.

Prosto ku samolotom.

* * *

Angalo spojrzał w górę. Potem jeszcze bardziej. A potem jeszcze, i tak mu zostało na

dłużej.

- O rany! - wykrztusił z podziwem i zadartą głową.

- On jest za duży! - wymamrotał Gurder, za wszelką cenę starając się nie patrzeć.

Jak  większość  nomów  urodzonych  w  Sklepie,  nie  lubił  patrzeć  tam,  gdzie  nie  było

ścian  czy  sufitu.  Angalo  też  miał  podobne  zahamowania,  ale  niechęć  do  Zewnętrza  była

słabsza od chętki do szybkich podróży-

- Widziałem, jak startują - odezwał się Masklin. - One naprawdę latają. Uczciwie.

-  Oo!  -  Angalo  najwyraźniej  stracił  zdolność  wypowiadania  bardziej

skomplikowanych słów.

background image

Samolot był tak wielki, że miało się ochotę cofnąć się i jeszcze cofnąć, żeby móc go

obejrzeć  w  całej  okazałości.  Deszcz  nadawał  mu  połysku,  a  neony  malowały  różnobarwne

wzory na białym lakierze. Nie wyglądał jak maszyna, ale jak kawałek ukształtowanego nieba.

-  Naturalnie  z  daleka  wyglądały  na  znacznie  mniejsze  -  przyznał  cicho  Masklin,

przyglądając się samolotowi.

Nigdy w życiu nie czuł się mniejszy.

- Chcę takiego! - Angalo najwyraźniej odzyskał mowę. - Popatrzcie tylko na niego! On

już wygląda, jakby leciał za szybko, a przecież stoi!

- Jak niby mamy się do niego dostać? - spytał słabo Gurder.

-  Możecie  sobie  wyobrazić  ich  miny  w  kamieniołomie,  gdybyśmy  z  czymś  takim

wrócili? - rozmarzył się Angalo.

- Mogę - odparł Gurder ponuro. - I to upiornie wyraźnie. Pytam, jak mamy do niego

wejść?

- Możemy... - zaczął Angalo i urwał. - Dlaczego: „upiornie”?

- Tam, skąd wystają koła, są dziury - zauważył Masklin. - Po tym metalowym można

się wspiąć...

- „Nie!” - zaprotestowała energicznie Rzecz, którą cały czas ściskał pod pachą. - „Nie

będziecie tam mogli oddychać. Musicie być w środku, w kabinie. Tam, gdzie latają samoloty,

powietrze jest bardzo rzadkie.”

- Pewnie, że nie gęste - oburzył się Gurder. - Dlatego jest powietrzem, no nie?

- „Nie będziecie mogli nim oddychać” - powtórzyła cierpliwie Rzecz.

- Właśnie, że będziemy! - zirytował się Gurder. - Zawsze mogłem oddychać, to i teraz

będę mógł.

- Niekoniecznie - sprzeciwił się Angalo. - W jakiejś książce czytałem, że blisko Ziemi

jest więcej powietrza, a w górze jest go znacznie mniej.

- Dlaczego? - zdziwił się Gurder.

- Nie wiem. Pewnie boi się wysokości.

Masklin  przeszedł  na  drugą  stronę  samolotu,  starannie  omijając  kałuże,  i  wyjrzał.

Gdzieś tak w jednej trzeciej długości kadłuba dwóch ludzi ładowało z pomocą jakichś maszyn

skrzynie  do  dziury  w  kadłubie.  Masklin  obszedł  wielkie  koła  i  ostrożnie  wyjrzał  na  drugą

stronę - samolot z budynkiem dworca łączyła długa, wysoko zawieszona rura. W tym czasie

dołączyli doń zaintrygowani Gurder i Angalo i przez chwilę cała trójka przyglądała się rurze.

background image

- Myślę, że tędy ładują się ludzie - odezwał się w końcu Masklin, wskazując rurę.

- Rurą? - zdziwił się Angalo. - Jak woda?

- Wygodniej, niż przechodzić przez deszcz - ocenił Gurder. - Przemokłem do suchej

nitki.

-  W  samolocie  muszą  być  schody,  kable  i  takie  tam  -  zauważył  Masklin.  -  Nie

powinniśmy mieć kłopotów, żeby znaleźć jakieś dziury, przez które można przejść. Jak ludzie

coś budują, to zawsze są jakieś dziury.

- No, to na co czekamy? - zdziwił się Angalo. - Oo!

- Ale nie będziesz próbował go ukraść! - przypomniał Masklin, ruszając półbiegiem,

żeby ponownie nie pozbawić Gurdera oddechu. - On i tak leci tam, gdzie chcemy...

- Nie tam, gdzie ja chcę! - jęknął Gurder. - Ja chcę do domu!

- ...i nie będziemy próbowali nim kierować, choćby dlatego, że jest nas za mało. Poza

tym  myślę,  że  jest  znacznie  bardziej  skomplikowany  niż  ciężarówka.  W  końcu  to...  Rzecz,

wiesz, jak on się nazywa?

- „Concorde.”

-  Właśnie!  -  ucieszył  się  Masklin.  -  Concorde...  też  ładnie,  cokolwiek  by  znaczyło...

Angalo, zanim wsiądziemy, musisz obiecać, że go nie ukradniesz!

background image

Rozdział drugi

CONCORDE:  lata  dwa  razy  szybciej  od  pocisku  i  można  w  nim  dostać  wędzonego

łososia.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de

Pasmanterii

Przeciśnięcie  się  przez  szczelinę  w  rurze-którą-chodzili-ludzie  było  drobnostką  w

porównaniu z przyjęciem do wiadomości tego, co znajdowało się w jej wnętrzu.

W  kamieniołomie  podłogę  baraków  stanowiły  deski  albo  ubita  ziemia,  w  budynku

dworca lotniczego były płyty jakiegoś wypolerowanego kamienia, a tu...

Tu Gurder natychmiast padł plackiem, wcisnął nos w podłogę i prawie się rozpłakał.

-  Dywan!  -  wykrztusił.  -  Nigdy  nie  myślałem,  że  jeszcze  w  życiu  zobaczę  uczciwy

dywan!

-  Przestań  robić  z  siebie  widowisko!  -  warknął  poirytowany  Angalo.  -  Dywan  jak

dywan...

Gurder powoli wstał.

- Przepraszam - wymamrotał, otrzepując się starannie. - Wzburzyło mnie. W końcu nie

widziałem uczciwego dywanu od miesięcy.

Wysmarkał nos, aż echo poniosło, i dodał:

- W Sklepie mieliśmy piękne dywany... niektóre nawet miały wzorki...

Masklin  przyjrzał  się  uważnie  wnętrzu  rury  -  wyglądała  zupełnie  jak  sklepowy

korytarz. I była jasno oświetlona.

-  Ruszajmy  -  zaproponował.  -  Tu  jest  zbyt  pusto.  A  tak  w  ogóle:  Rzecz,  gdzie  są

ludzie?

- „Wkrótce będą tutaj.”

- Skąd ona to wie? - zaciekawił się Gurder.

- Podsłuchuje inne maszyny - wyjaśnił Masklin.

- „Komputery” - poprawiła Rzecz. – „Tutaj też jest ich pełno.”

- To miłe - bąknął Masklin. - Masz z kim pogadać.

- „Nie mam: one są niesamowicie głupie” - odparła Rzecz, usiłując mówić z pogardą,

background image

choć przecież zawsze miała jednolite brzmienie głosu.

Po  kilkudziesięciu  krokach  korytarz  kończył  się  zasłoną,  za  którą  widać  było  jakby

kawałek krzesła.

-  Dobra,  Angalo  -  zdecydował  Masklin.  -  Prowadź,  bo  widzę,  że  masz  na  to

nieprzepartą ochotę!

* * *

Dwie minuty później siedzieli pod fotelem.

Masklin  nigdy  nie  miał  czasu  wyobrazić  sobie  wnętrza  samolotu  -  przeważnie

obserwował tylko, jak startują i lecą. Naturalnie, zdawał sobie sprawę, że są w nich ludzie -

ludzie byli wszędzie, ale nie miał pojęcia, co oprócz nich jest w środku. Wnętrze tymczasem

wyglądało, jakby było zrobione z samych zewnętrz. I to do reszty rozkleiło Gurdera.

-  Światło  elektryczne!  -  zachlipał  z  rozrzewnieniem.  -  Dywan!  I  miękkie  fotele!  I

nigdzie żadnego błota! I... i są nawet znaki!

- No, spokojnie! - Angalo bezradnie poklepał go po ramieniu. - To był dobry Sklep...

Chociaż przyznaję, że jestem nieco zaskoczony: spodziewałem się rur, przewodów i dźwigni,

a nie czegoś, co wygląda jak Dział Mebli Wyściełanych.

-  Nie  powinniśmy  marnować  czasu!  -  zdecydował  Masklin.  -  Zaraz  tu  będzie  pełno

ludzi, trzeba sobie znaleźć jakiś spokojny kąt.

Pomogli wstać Gurderowi i ruszyli pod rzędami siedzeń. Wnętrze przypominało pod

wieloma  względami  Sklep,  ale  po  kilkunastu  krokach  Masklin  zrozumiał,  że  jednym  się

zasadniczo  różniły  -  w  Sklepie  zawsze  było  dużo  miejsc,  za  którymi  można  się  było  ukryć

albo w które można się było wcisnąć. Tutaj, jak dotąd, nie zauważył żadnej kryjówki... A z

oddali słychać już było głosy rozmawiających ludzi.

W końcu znaleźli szczelinę za zasłoną w części samolotu, w której nie było siedzeń.

Pierwszy  wczołgał  się  w  nią  Masklin,  pchając  przed  sobą  Rzecz.  Hałas,  wcale  już  nie  taki

odległy,  dodawał  mu  skrzydeł  -  za  szczeliną  była  dziura  w  metalowej  ścianie,  przez  którą

przechodziły jakieś przewody. Nie była zbyt wielka, ale wystarczyła dla niego i Angala oraz

dla  przerażonego  Gurdera,  którego  wspólnym  wysiłkiem  przeciągnęli.  Niemal  krok  za

Gurderem po dywanie przemaszerowały buty pierwszego pasażera samolotu.

Wewnątrz dziury było ciasno, ale za to na pewno nie można ich było zauważyć.

Gorzej,  że  sami  też  widzieli  w  półmroku  jedynie  przewody.  Usadowili  się

background image

najwygodniej,  jak  potrafili,  i  czekali.  Wokół  słychać  było  pełno  rozmaitych  odgłosów,  a

gdzieś z dołu dochodziły metaliczne łomotnięcia.

- Chyba mi lepiej - odezwał się niespodziewanie Gurder.

Masklin przytaknął, wsłuchany w przytłumiony szum ludzkich głosów.

Nagle samolotem szarpnęło.

- Rzecz? - szepnął.

- „Tak?”

- Co się dzieje?

- „Samolot przygotowuje się do startu.”

- Aha.

- „Wiesz, co to znaczy?”

- Nie do końca...

- „To znaczy, że za chwilę będziemy lecieć.”

Angalo nerwowo przełknął ślinę.

Masklin oparł się plecami o metalową ścianę i wpatrzył się w półmrok bez słowa.

Po  chwili  ciszy  samolot  szarpnął  jeszcze  raz  i  wszyscy  mieli  nieodparte  wrażenie

ruchu.

Nie wydarzyło się nic więcej.

W końcu dał się słyszeć drżący głos Gurdera:

- Może byśmy wysiedli, jeśli jeszcze możemy...

Odpowiedział mu odległy ryk, od którego wszystko wokół zatrzęsło się łagodnie, ale

zdecydowanie. Potem nastąpił moment zawieszenia - coś takiego musi odczuwać piłka, gdy

już przestanie lecieć w górę, a jeszcze nie zacznie lecieć w dół. Zaraz potem coś ich złapało i

zmieniło w zwalony na kupę nieład.

Podłoga, najbezczelniej w świecie, spróbowała stać się ścianą.

Angalo,  Masklin  i  Gurder  złapali  się  jeden  drugiego,  popatrzyli  na  siebie  i  zaczęli

wrzeszczeć.

Po chwili przestali.

Głównie  dlatego,  że  im  się  oddechy  skończyły.  A  poza  tym  nie  było  sensu

kontynuować.

Podłoga  powoli  przestała  okazywać  ambicję  stania  się  ścianą  i  wróciła  do  poziomu,

jak na uczciwą podłogę przystało.

background image

- Chyba lecimy - ocenił Masklin, zdejmując nogę Angala ze swojego karku.

-  To  tak  wygląda  od  środka?  -  zdziwił  się  Angalo.  -  Z  zewnątrz  wygląda  znacznie

ładniej.

- Komuś się coś stało? - zainteresował się Masklin.

Gurder obmacał się starannie, siadając.

-  Cały  jestem  poobijany  -  oznajmił,  po  czym  dodał,  jako  że  pewne  rzeczy  są

niezmienne: - Nie ma tu czegoś do jedzenia?

W tym momencie do wszystkich dotarło, że o zapasach żywności nie pomyśleli.

- Może nie będzie czasu zjeść - bąknął niepewnie Masklin. - Rzecz, ile czasu zajmie

nam dotarcie do Florydy?

- „Kapitan właśnie powiedział, że sześć godzin czterdzieści pięć minut.”* [przyp.: Dla

noma jakieś dwie i pół doby.]

- Zagłodzimy się na śmierć! - jęknął Gurder.

- Może da się na coś zapolować? - wyraził nadzieję Angalo.

-  Wątpię  -  ocenił  trzeźwo  Masklin.  To  nie  wygląda  na  myszowate*  [przyp.:

Myszowate, czyli ulubione przez myszy (przyp. tłum.).] miejsce.

-  Ludzie  mają  jedzenie  -  stwierdził  autorytatywnie  Gurder.  -  Ludzie  zawsze  mają

jedzenie.

- Wiedziałem, że to powiesz. - Angalo westchnął głęboko.

- Wszyscy to wiedzą.

- Ciekawe, jak by tu można wyjrzeć przez okno? - Angalo spróbował zmienić temat. -

Chciałbym zobaczyć, jak szybko lecimy... drzewa i wszystko powinny tylko śmigać pod nami,

no nie?

-  Może  po  prostu  byśmy  chwilę  poczekali,  co?  -  zaproponował  Masklin,  dopóki

sytuacja jeszcze zupełnie nie wymknęła się spod kontroli. - Uspokoimy się, odpoczniemy. A

potem zobaczymy, co się da znaleźć do jedzenia.

Pomysł trafił pozostałym do przekonania - w końcu było tu spokojnie, ciepło i sucho, a

ostatnio zbyt często było mokro i zimno. I niezauważenie wszyscy trzej zasnęli...

* * *

Masklinowi wydało się, że są gdzieś nomy żyjące w samolotach, tak jak inne żyły w

Sklepie.  Mieszkały  pod  podłogą  przykrytą  dywanem  i  wcale  im  nie  przeszkadzało,  że

background image

przelatują  z  miejsca  na  miejsce.  I  że  były  już  w  tak  dziwacznych  miejscach  jak  te,  które

brzmiały  magicznie:  Afryka,  Australia,  Chiny,  Równik,  Printed  in  Hong  Kong,  Islandia...

Takie przynajmniej nazwy były na jedynej mapie, jaką w Sklepie udało się znaleźć...

Może nigdy nie wyglądały za okno i nie wiedziały wcale, że się poruszają.

Może o to chodziło Grimmie z tymi żabami w kwiatku... że można przeżyć całe życie

w jakimś niewielkim miejscu i być przekonanym, że tak wygląda cały świat. Może gdyby nie

był zły i trochę pomyślał...

Cóż, teraz, bez dwóch zdań, wyszedł z kwiatka...

* * *

Żaba  przyprowadziła  inne  żaby  do  miejsca,  które  przed  chwilą  odkryła,  i  teraz

wszystkie  wpatrywały  się  w  konar.  Mgła  się  przerzedziła  i  widać  było  nie  tylko  najbliższy

kwiat, ale kilka dalszych, choć taka myśl nie powstała w głowie żadnej z żab, a to dlatego, że

nie potrafią one liczyć dalej niż do jednego.

Teraz widziały całkiem dużo pojedynczych kwiatów.

Wpatrywały się w nie jak urzeczone.

Wpatrywanie  się  bowiem  jest  jedną  z  rzeczy,  w  której  żaby  (i  żabki)  są  naprawdę

dobre.

W przeciwieństwie do myślenia.

Miło byłoby powiedzieć, że myślały długo i namiętnie o nowym kwiecie, o życiu w

starym  i  chęci  poznania  świata  większego,  niż  dotąd  myślały.  W  rzeczywistości  to,  co

myślały, można by określić tak:

„-.-.mipmip.-.-.-.mipmio.-.-.mipmip.”

Za to tego, co czuły, na pewno nie pomieściłby jeden kwiat.

Ostrożnie,  powoli  i  nie  bardzo  wiedząc,  dlaczego  to  robią,  kolejno  zeskoczyły  na

gałąź.

* * *

Masklina obudziło ciche i uprzejmie natarczywe bipanie Rzeczy.

-  „Może  chcielibyście  wiedzieć”  -  odezwała  się,  ledwie  się  ocknął  -  „ale  właśnie

przekroczyliśmy barierę dźwięku.”

To otrzeźwiło go błyskawicznie.

background image

- Angalo! Mówiłem, żebyś nigdzie nie łaził!

- Czego?! - zirytował się Angalo. - Nigdzie nie byłem, siedzę sobie spokojnie i śpię.

Masklin delikatnie pociągnął nosem i przestał się zastanawiać, kto co przekroczył i po

co. Podczołgał się do krawędzi dziury i wyjrzał.

Zobaczył  ludzkie  nogi.  Konkretnie  kobiece,  bo  to  one  z  zasady  nosiły  mniej

praktyczne buty.

Można  się  wiele  dowiedzieć  o  ludziach,  oglądając  ich  buty,  zwłaszcza  że  to  było

wszystko, co nomy mogły dokładnie obejrzeć. Reszta przeciętnego człowieka znajdowała się

zdecydowanie za wysoko, jak na zasięg wzroku noma.

Masklin energicznie pociągnął nosem.

- Gdzieś blisko jest jedzenie! - oznajmił zdecydowanie.

- Jakie? - zaciekawił się Angalo.

-  Jak  to  jakie?  -  Gurder  przepchnął  się  obok  niego.  -  Co  to  kogo  obchodzi  jakie?!

Ważne, że da się zjeść!

- Angalo, łap go! - Masklin zablokował przejście, aby Gurder nie mógł iść dalej. - I nie

pozwól mu się nigdzie ruszyć.

I zanim Gurder zdążył zareagować, wypadł na zewnątrz, dopadł zasłony i wysunął zza

niej oko i brew.

Pomieszczenie było czymś w rodzaju Emporium z Przysmakami - kobiety wyjmowały

ze  ściany  tace  zjedzeniem.  Nomy  mają  znacznie  lepszy  węch  niż  lisy;  Masklin  oblizał  się  i

przełknął ślinę. Musiał samokrytycznie przyznać, że polowanie czy zbieranie owoców i ziół

nigdy  nie  dały  tak  dobrego  jedzenia  jak  to,  które  można  znaleźć  w  pobliżu  ludzi.  Jedna  z

kobiet wyciągnęła ze ściany ostatnią tacę, zamknęła drzwi i postawiła ją na wózek. Kółka były

tak wysokie jak sam Masklin, o czym ten miał okazję się przekonać, gdy wózek znalazł się

koło zasłony.

Gdy  popiskujące  kółko  przejechało  obok  niego,  Masklin  podjął  desperacką  decyzję,

całkowicie  zresztą  zwariowaną  -  skoczył  i  schował  się  między  butelkami.  Chwilowo

wyglądało to znacznie atrakcyjniej niż siedzenie w dziurze z parą idiotów.

Ledwie  znaleźli  się  za  drugą  zasłoną,  miał  przegląd  imponujących  rzędów  butów  -

czarnych, brązowych, ozdobnych, ze sznurowadłami albo bez nóg, bo część ludzi zostawiła

buty bez zawartości. W miarę jak wózek przejeżdżał między rzędami foteli, miał także okazję

obejrzeć sporą kolekcję nóg. Czasami zdarzały się w spódnicach, ale zdecydowana większość

background image

była w spodniach.

Korzystając z okazji, Masklin zaczął przyglądać się wyższym partiom - nomy w końcu

nieczęsto miały sposobność oglądać nieruchomo siedzących ludzi. Najpierw były rzędy tułowi

w  rozmaitych  strojach,  potem  szeregi  głów  z  twarzami,  a  potem...  gwałtowny  nur  między

butelki.

Kolejną  bowiem  twarzą,  jaką  Masklin  zobaczył,  było  brodate  oblicze  Wnuka

Richarda, 39, który spoglądał prosto na niego, Masklina.

To była twarz z fotografii: od brody zaczynając, przez całą masę zębów aż do włosów,

które wyglądały, jakby je wyrzeźbiono z czegoś błyszczącego, a nie jakby najzwyczajniej w

świecie wyrosły.

To był Wnuk Richard, 39.

Wnuk Richard, 39, przez chwilę mu się przyglądał, po czym brodate oblicze cofnęło

się i spojrzało w inną stronę. Masklin przekonywał sam siebie, że nie mógł zostać zauważony,

po czym zastanawiał się, jaka będzie reakcja Gurdera, gdy mu o tym powie.

Stwierdził, że ten jak nic dostanie szału. Albo zwariuje.

Zdecydował,  że  chwilowo  pozostawi  go  w  nieświadomości  -  Gurder  i  tak  był

wyjątkowo podekscytowany. Zresztą i bez tego mieli wystarczająco dużo kłopotów. No i nie

dawała mu spokoju jedna sprawa: Wnuk, 39 - albo przed nim było trzydziestu ośmiu innych

Wnuków Richardów, co mu jakoś niezbyt pasowało, albo był to gazetowy sposób mówienia,

że  ma  on  trzydzieści  dziewięć  lat.  Czyli  jest  prawie  w  połowie  tak  stary  jak  Sklep...  a

sklepowe  nomy  twierdziły,  że  Sklep  jest  tak  stary  jak  świat,  co  oczywiście  nie  mogło  być

prawdą, ale...

Intrygowało go, jak się czuje ktoś, kto żyje prawie wiecznie.

Naturalnie,  nie  przeszkadzało  mu  to  w  sprawdzeniu  zawartości  półki,  na  której  się

znalazł. Stały tam głównie butelki, ale było też trochę torebek zawierających coś twardego i

nieco mniejszego od jego pięści. Nie mogąc dojść, co to takiego, rozciął najbliższą nożem i

wyciągnął jedno coś.

Był to solony orzeszek.

Niewiele, ale na pewno spożywcze.

Złapał za paczkę, gdy nad półką pojawiła się dłoń.

Miała czerwone paznokcie i była wystarczająco blisko, by go dotknąć. Powoli sięgnęła

obok, złapała inną torebkę orzeszków i cofnęła się.

background image

Dopiero  znacznie  później  Masklin  uświadomił  sobie,  że  właścicielka  dłoni  w  żaden

sposób nie mogła go dostrzec - po prostu sięgnęła na oślep po coś, o czym wiedziała, gdzie

jest, a to z całą pewnością nie obejmowało jego - Masklina.

Ale to było później. Teraz, gdy dłoń prawie złapała go za głowę, wszystko wyglądało

inaczej. Bez namysłu skoczył z toczącego się wózka, przeturlał się po wykładzinie zwanej też

dywanem i wśliznął pod najbliższy fotel.

Nie  czekał  nawet  na  złapanie  tchu  -  z  doświadczenia  wiedział,  że  jest  to  najlepszy

moment, żeby coś złapało łapiącego oddech. Slalomem pognał przed siebie, omijając stopy,

buty, gazety i torby. Nim dotarł do zasłony, był ledwie zauważalną rozmazaną smugą nawet

dla  normalnego  noma.  Przemknął  przez  pomieszczenie,  dopadł  dziury  i  skoczył  w  nią

szczupakiem, nie dotykając nawet brzegów.

* * *

-  Solony  orzeszek  na  trzech  chłopa?!  -  W  głosie  Angala  było  czyste  zdumienie.  -

Mamy na niego patrzeć czy obwąchać?

- A czego byś chciał? - parsknął ponuro Masklin. - Żebym się ukłonił i oznajmił tej, co

daje jedzenie, że jest tu trzech takich niewysokich głodomorów jak ja?

Angalo przyjrzał mu się uważnie - Masklin odzyskał już oddech, ale wciąż był mocno

zarumieniony. Ocenił, że można zaryzykować, i powiedział ostrożnie:

- Można by spróbować.

- Że co?!

-  No  cóż,  gdybyś  był  człowiekiem,  to  spodziewałbyś  się,  że  nas  zobaczysz  w

samolocie? - spytał spokojnie Angalo.

- Oczywiście, że nie...

- Więc jakbyś zobaczył, to byłbyś ciężko zaskoczony, tak?

-  Proponujesz,  żebyśmy  celowo  pokazali  się  jakiemuś  człowiekowi?-  spytał

podejrzliwie Gurder. - Nigdy przecież tego nie robiliśmy.

- Właśnie prawie mi się udało - dodał Masklin. - I nie zamierzam tego powtarzać!

- Wolicie zagłodzić się na śmierć, gapiąc się na jednego orzeszka?

Gurder  przyjrzał  się  orzeszkowi  z  urazą.  W  Sklepie  jedli  orzeszki  solone  i  inne  -

przeważnie  w  okolicach  Kiermaszu  Gwiazdkowego.  Wtedy  trafiało  się  sporo  przysmaków,

które z rzadka pojawiały się na półkach. Orzeszki stanowiły doskonały deser. Być może też

background image

były  miłą  przekąską.  A  już  na  pewno  głodnemu  nomowi  nie  mogły  zastąpić  uczciwego

posiłku. Zwłaszcza jeden orzeszek.

- To jaki jest plan? - spytał z rezygnacją.

* * *

Jedna z rozdających jedzenie kobiet wyciągała ze ściany kolejne tace, gdy kątem oka

dostrzegła w górze jakiś ruch. Wolno uniosła głowę, odwracając ją jednocześnie.

Coś małego i czarnego obniżało się powoli tuż obok jej nosa.

Owo coś wsadziło sobie kciuki w uszy, pomachało dłońmi i pokazało jej język.

- Thrrrrrriip! - zawyło.

Kobieta upuściła tacę, która z łomotem spadła na wykładzinę, wciągnęła powietrze z

odgłosem  przypominającym  opadający  dźwięk  syreny  przeciwmgielnej,  uniosła  dłonie  do

twarzy i pisnęła. Odwróciła się powoli, chwiejąc się niczym padające drzewo, i uciekła.

Gdy wróciła z drugą kobietą, małego cosia już nie było.

Podobnie jak jedzenia na tacy.

* * *

-  Nie  pamiętam,  kiedy  ostatni  raz  jadłem  wędzonego  łososia  -  przyznał  szczęśliwy

Gurder.

- Mmmph - zgodził się Angalo.

- Uważaj, bo się zakrztusisz - upomniał go Gurder. - Poza tym łososia nie powinno się

żuć, tylko jeść. A ty go ładujesz oburącz do ust i obcinasz, co się nie mieści. Co by sobie inni

o tobie pomyśleli, widząc takie maniery?

-  Tu  nyoko  ne...  -  Angalo  przełknął  i  dokończył:  -  Tu  nikogo  nie  ma,  tylko  ty  i

Masklin. A co wy o mnie myślicie, wiem aż za dobrze.

-  Trzeba  przyznać,  że  ładnie  zawyłeś  -  odezwał  się  Masklin,  wycinając  wieko

pojemnika z mlekiem.

Pojemnik był prawie nomiej wielkości.

- Też tak myślę - zgodził się Gurder bez zbędnej samokrytyki. - Wreszcie normalne

jedzenie z naturalnych źródeł, jak puszki i butelki. I nie trzeba niczego czyścić ani płukać. Tu

jest ciepło i przyjemnie i tak powinien podróżować uczciwy nom. Ktoś może chce... tego?

Pytanie  spotkało  się  ze  zgodną  odmową,  a  dotyczyło  talerza  z  czymś  przezroczyście

background image

różowym, lśniącym i trzęsącym się przy lada dotknięciu. Wewnątrz tego czegoś była wiśnia, a

całość  w  jakiś  sposób  wyglądała  całkowicie  niejadalnie.  W  każdym  razie  na  tyle,  że  nie

miałoby  się  ochoty  tego  spróbować  nawet  po  tygodniowej  głodówce.  Zasada  ta,  ma  się

rozumieć, nie dotyczyła wszystkożernego Gurdera.

- I jak to smakuje? - spytał z mieszaniną fascynacji i obrzydzenia Masklin, gdy Gurder

przełknął.

-  Różowo  -  odparł  zapytany,  biorąc  kolejną  porcję.*  [przyp.:  Niewielkie  talerzyki  z

czymś  trzęsącym  się  i  smakującym  różowo  pojawiają  się  praktycznie  przy  każdym  posiłku

serwowanym  w  samolocie  i  nikt  nie  wie  dlaczego.  Powód  jest  prawdopodobnie  natury

religijnej.]

- Ktoś chce na deser orzeszka? - spytał Angalo. - Nie? To go wyrzucę.

- Nie! - zaprotestował zdecydowanie Masklin. - Nie marnuj całkiem dobrego jedzenia.

- To zboczenie - zawtórował mu Gurder.

- Co do zboczenia, nie jestem pewien - odezwał się Masklin po namyśle. - Ale głupota

na pewno. Wsadź go do plecaka: nigdy nie wiadomo, kiedy taki orzech może się przydać.

Angalo wsadził, ziewnął i przeciągnął się.

- Umyłbym się - ocenił.

- Nigdzie nie widziałem żadnej wody, choć tu gdzieś musi być zlew albo łazienka -

odparł  Masklin.  -  Kłopot  w  tym,  że  nie  mam  pojęcia,  gdzie  by  jej  należało  szukać,  i  nie

zamierzam tego robić.

- A właśnie łazienka... - zaczął Angalo, poważniejąc.

- Z drugiej strony tej rury, jeśli łaska - przerwał mu Gurder.

- „I nie na druty, bo zrobisz zwarcie” - dodała niespodziewanie dobrowolnie Rzecz.

Angalo przytaknął dziwnie potulnie i zniknął za rurą.

Gurder ziewnął i przeciągnął się.

- Ta dająca jedzenie nie będzie nas szukać? - zaciekawił się od niechcenia.

-  Wątpię  -  zastanowił  się  Masklin.  -  Jak  jeszcze  mieszkaliśmy  przy  drodze,  zanim

trafiliśmy  do  Sklepu,  ludzie  na  pewno  nas  czasami  widywali,  ale  myślę,  że  nie  wierzyli

własnym  oczom.  Jakby  wierzyli,  to  nie  robiliby  tych  ohydnych  ozdóbek  ogrodowych.  Nikt,

kto zobaczył prawdziwego noma, by ich nie robił.

Gurder  wyjął  z  zanadrza  habitu  fotografię  Wnuka  Richarda.  Nawet  w  półmroku

Masklin bez trudu rozpoznał człowieka z fotela. Co prawda tamten nie miał na twarzy kresek

background image

od  złożenia  na  czworo  i  nie  składał  się  z  setek  czarnych  i  mniej  czarnych  kropek,  ale  poza

tym...

- Myślisz, że on gdzieś tu jest? - spytał Gurder z nadzieją.

- Może być. - Masklin poczuł się nagle nieswojo. - Posłuchaj... może Angalo ma rację,

chociaż tak w ogóle to go ponosi. Może Wnuk Richard to też człowiek. Wiesz, w końcu to

ludzie  zbudowali  Sklep  dla  innych  ludzi,  a  wasi  przodkowie  wprowadzili  się  tam,  bo  było

ciepło i sucho. I...

- Wiesz, nie będę cię słuchał. Nie będę słuchał, jak ktoś mi wmawia, że jesteśmy jak

myszy czy szczury. Jesteśmy inni!

-  Nikt  nie  mówi,  że  jesteśmy  odmianą  szczura!  Rzecz  całkiem  konkretnie  mówi,  że

pochodzimy zupełnie skądinąd.

- Może pochodzimy, a może nie. - Gurder złożył starannie zdjęcie. - To bez znaczenia.

- Dla Angala na przykład ma duże znaczenie, jeśli to prawda.

-  I  tego  właśnie  nie  rozumiem.  Jest  wiele  rodzajów  prawdy.  -  Gurder  wzruszył

ramionami.  -  Mogę  na  przykład  powiedzieć,  że  jesteś  kurzem,  sokami  i  kośćmi,  i  to  jest

prawda. A mogę powiedzieć, że masz w głowie coś, co odchodzi, gdy umierasz, i to też jest

prawda. Spytaj Rzecz.

Na  czarnej  powierzchni  sześcianu  rozbłysły  różnokolorowe  światełka  w  dziwnym

wzorze.

- Nigdy nie pytałem jej o takie sprawy - przyznał Masklin.

- Dlaczego? To pierwsze pytanie, jakie ja bym zadał.

-  Pewnie  by  odpowiedziała:  „Niedokładne  parametry”  albo  „Brak  danych  do

obliczeń”.  Zawsze  w  ten  sposób  odpowiada,  jak  nie  wie,  a  nie  chce  się  do  tego  przyznać.

Prawda?

Rzecz nie odpowiedziała, ale światełka zmieniły wzorek.

- Rzecz? - powtórzył Masklin.

- „Monitoruję transmisję.”

- Często tak robi, jak jej się nudzi - wyjaśnił Masklin. - Słucha niewidocznych rozmów

w powietrzu. Posłuchaj, Rzecz, bo to ważne. Chcemy...

Światełka ponownie się zmieniły - teraz większość była czerwona.

- Rzecz, chcielibyśmy...

W Rzeczy zaklikało coś, co miało oznaczać odchrząknięcie.

background image

- „W kabinie pilotów zauważono noma!”

- Posłuchaj, my... Co?!

- „Powtarzam: nom został zauważony w kabinie pilotów.”

Masklin rozejrzał się nerwowo.

- Angalo?!

- „Jest to nadzwyczaj prawdopodobne.”

background image

Rozdział trzeci

PODRÓŻUJĄCY  LUDZIE:  duże,  nomopodobne  stworzenia.  Wielu  ludzi  spędza

mnóstwo czasu, podróżując z miejsca na miejsce. Jest to dość dziwne, gdyż tam, dokąd się

udają, i tak jest już aż za dużo ludzi.

Patrz także: ZWIERZĘTA, INTELIGENCJA, EWOLUCJA i MUSZTARDA

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angola de

Pasmanterii

Masklin  i  Gurder  nawet  nie  starali  się  zachowywać  cicho,  wędrując  plątaniną  rur  i

kabli.

- Tak mi się wydawało, że to za długo trwa!

- Nie powinieneś puszczać go samego! Wiesz, jaką ma fiksację na punkcie kierowania

różnymi rzeczami!

- To co, miałem go za głowę trzymać?!

- Raczej mieć na niego oko... Gdzie teraz?

Angalo był zawiedziony, że wewnątrz samolotu nie było kupy drutów, rur i dźwigni.

Tu były i druty, i rury, i wszystko poza dźwigniami - cały okablowany i ciasny świat między

ścianami i pod podłogą.

- Jestem na to za stary! Jest taki czas w życiu, że ma się serdecznie dość czołgania się

po przewodach latających maszyn!

- A ile razy już to robiłeś?

- Raz za dużo!

- „Jesteśmy prawie na miejscu” - odezwała się Rzecz.

- Tak się kończy świadome pokazywanie się! Oto Sąd! - zadeklarował Gurder.

- Czyj?

- Co znaczy czyj?!

- Ktoś musi osądzić, więc pytam, czyj to sąd?

- To sąd w ogólnym znaczeniu tego słowa!

Masklin popatrzył na niego z politowaniem i spytał:

- Gdzie teraz, Rzecz?

background image

- „Wiadomość od pilota mówiła o kabinie samolotu. Kabina jest przed nami. Jest tam

dużo komputerów.”

- To pogadaj z nimi i dowiedz się, gdzie jest Angalo.

-  „One  nie  są  specjalnie  inteligentne.  Rozmowa  z  nimi  to  jak  rozmowa  z  dziećmi,

więcej mogę się dowiedzieć, słuchając.”

- No, to co będziemy robić? - spytał Gurder. - Czekać?

-  Nie  będziemy  czekać,  tylko  go...  -  Masklin  zawahał  się  i  umilkł:  na  końcu  języka

miał  ładne  i  pociągające  słowo  „uratujemy”,  tylko  że  zaraz  za  nim  majaczyło  prostsze  i

zdecydowanie  nie  pociągające  słówko  „jak?”  -  Nie  sądzę,  żeby  mu  chcieli  zrobić  krzywdę.

Raczej  chcą  go  złapać  i  gdzieś  umieścić.  Myślę,  że  powinniśmy  znaleźć  miejsce,  z  którego

będziemy mogli wszystko zobaczyć.

Tylko że rozglądając się po labiryncie kabli, rur, wsporników i przewodów, Masklin

poczuł się dziwnie bezradny.

- To lepiej, żebym ja prowadził - odezwał się rzeczowo Gurder.

- Dlaczego?

-  Jesteś  dobry  na  otwartej  przestrzeni,  ale  do  tego,  żeby  umieć  chodzić  w  ścianach,

trzeba się wychować w Sklepie. - Gurder przepchnął się na prowadzenie, rozejrzał się i zatarł

z  zadowoleniem  ręce.  -  O,  właśnie.  -  Złapał  przewód  i  wjechał  po  nim  w  szczelinę,  której

Masklin nawet nie zauważył.

-  Młodość  mi  się  przypomina  -  ucieszył  się  Gurder.  -  Nie  takie  rzeczy  się  wtedy

wyprawiało... Według mnie teraz w dół, tylko uważaj na druty... tak, tu jest szyb windy, a tu

centralka telefoniczna, to my tędy...

- Słyszałem, jak ostatnio perorowałeś, że dzieciaki za dużo czasu marnują na włażenie

w różne kąty i wymyślanie psikusów...

- Cóż... teraz aż się roi od młodocianych przestępców. Za mojej młodości to był duch

w narodzie, a to zupełnie co innego. Spróbujmy tu...

Przeczołgali się między dwiema ciepłymi ścianami z metalu, w końcu zobaczyli przed

sobą dzienne światło. Ostrożnie przepełzli ostatni kawałek i wyjrzeli.

Znajdowali się mniej więcej w połowie tylnej ściany czegoś, co miało dziwny kształt i

z  grubsza  przypominało  kabinę  ciężarówki.  Tyle  że  choć  kierowcy  mieli  więcej  miejsca,

znacznie więcej było tu urządzeń - ściany i sufit pełne były światełek, przełączników, dźwigni

i guzików. Gdyby Dorcas to zobaczył, żadna siła by go stąd nie wyciągnęła.

background image

Dwóch  ludzi  klęczało  na  wykładzinie,  a  jedna  z  dających  jedzenie  kobiet  stała  nad

nimi. Wszyscy troje porykiwali i pojękiwali.

- Ech, ta ludzka mowa... - westchnął Masklin. - Żebyśmy ją tak mogli zrozumieć...

- „To uważaj, zaczynam tłumaczyć” - odezwała się niespodziewanie Rzecz.

- Rozumiesz te dźwięki?!

- „Oczywiście. Oni mówią tak samo jak wy, tylko znacznie wolniej.”

- Co? I nigdy nam tego nie powiedziałaś?!

- „Nie pytaliście. Są miliardy rzeczy, których wam nie powiedziałam, i nie o to chodzi.

Mam zacząć czy nie?”

-  Jak  najbardziej  -  zapewnił  pospiesznie  Masklin.  -  Najlepiej  od  tego,  co  właśnie

mówią.

- „Jeden z tych, co klęczą, powiedział, że to musiała być mysz, a ten drugi, że w to

uwierzy, jak ten pierwszy pokaże mu mysz w ubraniu. A kobieta dodała, że to, co jej pokazało

język i rzuciło porzeczką, to na pewno nie była mysz.”

- Co to jest „porzeczka”?

- „Mały czerwony owoc rośliny <i>Ribes spicatum</i>.”

-  Rzuciłeś  w  nią  owocem?  -  Masklin  popatrzył  na  Gurdera  ze  zgrozą..  -  Skąd  go

miałeś?

- Jakbym miał, to bym zjadł, a nie rzucał. To znowu jakieś głupoty: co innego mówi, a

o co innego im chodzi, jak na tych znakach drogowych. Ja zrobiłem tylko „Thrrrriiip”.

- „Jeden z klęczących właśnie powiedział, że to, o czym nie wiedzą, co to jest, ukryło

się za tym panelem i nigdzie dalej już nie może uciec.”

- O, wyjął kawałek ściany - zdziwił się Masklin. - I wsadził w otwór rękę...

Klęczący zawył.

-  „Mówi,  że  go  ugryzło”  -  poinformowała  Rzecz.  -  „Dosłownie  powiedział:  ”To

gówno mnie ugryzło!””

- To musi być Angalo - zdecydował autorytatywnie Gurder. - Jego ojciec był taki sam:

jak go zapędzono do kąta, zawsze dostawał szału.

-  Przecież  oni  nie  wiedzą,  że  to  Angalo!  Nie  słyszałeś?!  Nie  wierzą  w  nas  i  są

przekonani, że to mysz. Musimy go wyciągnąć, zanim go złapią albo uszkodzą!

-  Możemy  się  pewnie  dostać  do  niego  po  przewodach  w  ścianie,  ale  to  za  długo

potrwa... - ocenił Gurder.

background image

Masklin  rozejrzał  się  desperacko  po  kabinie  -  oprócz  trójki  usiłującej  złapać  Angala

było w niej jeszcze dwóch pilotów, którzy spokojnie siedzieli w swoich fotelach.

- Wyszły mi pomysły - przyznał smętnie. - Rzecz, możesz coś wymyślić?

- „Bardzo wiele rzeczy. Mogę wymyślić praktycznie wszystko.”

- Chodzi mi o to, czy możesz coś zrobić, żeby nam pomóc uratować Angala?

- „Mogę.”

- No to zrób.

- „Już robię.”

W  okamgnieniu  w  kabinie  zawyły  basowo  alarmy  i  rozbłysły  pulsujące  światełka.

Obaj  piloci  ożyli  i  niezwykle  energicznie,  jak  na  ludzi,  zaczęli  przestawiać  przełączniki  i

dźwignie, krzycząc do siebie.

- Co się dzieje? - zdziwił się Masklin.

-  „Prawdopodobnie  zdenerwowali  się,  że  już  nie  pilotują  tego  samolotu”  -

poinformowała go z samozadowoleniem Rzecz.

- To kto go pilotuje?

- „Ja” - odparł skromnie czarny sześcian, błyskając światełkami.

* * *

Jedna  z  żab  spadła  z  gałęzi  i  cicho  zniknęła  wśród  liści.  Ponieważ  była  lekka  i

nieduża,  nie  jest  wykluczone,  że  nic  się  jej  nie  stało.  Mogła  wylądować  cała  i  zdrowa  pod

drzewem,  doświadczając  drugiego  z  najbardziej  interesujących  przeżyć,  jakie  przytrafiły  się

kiedykolwiek żabom drzewnym.

Reszta uparcie posuwała się naprzód.

* * *

Masklin  pomógł  Gurderowi  przecisnąć  się  przez  przewężenie  w  kolejnym  tunelu  z

przewodami.  Nad  głowami  słyszeli  ludzkie  kroki  i  porykiwania,  dobitnie  świadczące,  że

ludzie mają kłopoty.

- Wydaje mi się, że nie są zbyt szczęśliwi - sapnął Gurder.

- Ale przynajmniej nie mają czasu szukać czegoś, co prawdopodobnie jest myszą.

- Przecież to Angalo, nie mysz!

- Ale potem będą przekonani, że to była mysz. Jak go nie złapią, ma się rozumieć. Tak

background image

mi się widzi, że ludzie bardzo nie lubią dziwnych i niezrozumiałych rzeczy.

- To zupełnie jak my - ocenił Gurder.

Masklin przyjrzał się krytycznie ściskanej pod pachą Rzeczy i spytał:

- Ty naprawdę kierujesz tym samolotem?

- „Owszem.”

-  Zawsze  myślałem,  że  aby  czymś  kierować,  trzeba  kręcić  kierownicą,  przestawiać

dźwignie i robić różne takie rzeczy.

-  „To  wszystko  w  samolocie  robią  maszyny.  Ludzie  naciskają  guziki  i  przestawiają

przełączniki tylko po to, żeby im powiedzieć, co mają zrobić.”

- No dobrze - zgodził się Masklin. - Ale ty niczego nie naciskasz i nie przestawiasz.

To co konkretnie robisz?

- „Dowodzę.”

Masklin zastanowił się chwilę, wsłuchując się w stłumiony huk silników.

- To trudne zajęcie? - spytał wreszcie.

- „Samo z siebie nie, ale ludzie próbują mi przeszkadzać.”

-  W  takim  razie  lepiej  będzie,  jak  szybko  znajdziemy  Angala  -  ocenił  Gurder.  -

Idziemy!

Skręcili w kolejną metalową tubę z wiązkami przewodów.

-  Tak  w  ogóle  to  powinni  nam  być  wdzięczni,  że  pozwalamy  naszej  Rzeczy

wykonywać ich robotę za nich - ogłosił niespodziewanie Gurder.

- Obawiam się, że oni mogą mieć o tym inne zdanie - zauważył ostrożnie Masklin.

- „Lecimy na wysokości pięćdziesięciu pięciu tysięcy stóp z prędkością tysiąca trzystu

pięćdziesięciu  dwóch  mil  na  godzinę”  -  oznajmiła  nagle  Rzecz,  a  gdy  nikt  tego  nie

skomentował, dodała: - „To bardzo wysoko i bardzo szybko.”

- To dobrze - powiedział Masklin, do którego dotarło, że trzeba coś powiedzieć.

- „To naprawdę szybko.”

Przecisnęli się przez szparę w metalowych płytach.

- „To szybciej, niż leci pocisk.”

- Zadziwiające - mruknął Masklin.

- „Dwa razy szybciej niż dźwięk w tej atmosferze.”

- O rany.

-  „Ujmując  sprawę  inaczej:  przy  tej  prędkości  dotarlibyśmy  ze  Sklepu  do

background image

kamieniołomu w mniej niż piętnaście sekund.”

- To dobrze, żeśmy tego concorde’a nie spotkali w czasie jazdy - zauważył Masklin.

-  Przestań  się  z  nią  droczyć  -  wtrącił  Gurder.  -  Ona  chce,  żebyś  ją  pochwalił  i

powiedział, że jest dobrym chłopcem... znaczy się Rzeczą.

-  „Wcale  nie  chcę”  -  odezwała  się  natychmiast  Rzecz.  –  „Po  prostu  próbuję  wam

wytłumaczyć, że to bardzo wyspecjalizowana maszyna, wymagająca uważnej kontroli i dobrej

koordynacji.”

- To może lepiej byłoby, jakbyś tyle nie gadała - zaproponował Masklin. - To utrudnia

koncentrację, wiem po sobie.

Rzecz wyświetliła mu wybitnie jaskrawy wzorek.

- To nie było uprzejme - zauważył Gurder.

-  Nie  szkodzi.  Prawie  rok  robiłem,  co  mi  kazała,  i  ani  razu  nie  usłyszałem  nawet

głupiego „dziękuję”. A tak w ogóle, to jak wysoko jest te całe pięćdziesiąt pięć tysięcy stóp?

- „Dziesięć mil, czyli dwa razy dalej niż ze Sklepu do kamieniołomu.”

Gurder znieruchomiał.

- Jesteśmy tak daleko w górze? - spytał słabo i spojrzał na podłogę. - Ooops...

- Tylko teraz ty nie zaczynaj! - warknął Masklin. - Mamy dość problemów z Angalem.

Przestań się tak kurczowo trzymać ściany!

Gurder zbielał.

- Musimy być tak wysoko jak te białe, kudłate chmury - wykrztusił.

- „Nie.”

- To dobrze - odetchnął Gurder.

- „One są znacznie niżej.”

- Ooops...

Masklin złapał go za ramię i potrząsnął energicznie.

- Angalo, pamiętasz?

Gurder przełknął ślinę i powoli ruszył do przodu, kurczowo trzymając się wszystkiego,

na co natrafił. Poruszał się z zamkniętymi oczyma.

-  Nie  możemy  tracić  głowy,  nawet  jeśli  jesteśmy  tak  wysoko  -  dodał  Masklin,

spoglądając odruchowo na podłogę: metal wyglądał równie solidnie jak przedtem. Żeby coś

przezeń zobaczyć, potrzebna była wyobraźnia.

Problem polegał na tym, że miał pracowitą wyobraźnię.

background image

- Ugh... - mruknął. - Dalej, Gurder, podaj mi rękę.

- Przecież jest przed twoim nosem?!

- Tak? A, to przepraszam, trudno coś zauważyć, jak się ma zamknięte oczy...

* * *

Po kolejnych dwóch odgałęzieniach Gurder oznajmił ponuro:

-  To  na  nic.  Tu  nie  ma  dziury  wystarczająco  dużej,  żeby  się  przez  nią  przecisnąć.

Gdyby była, to do tej pory przynajmniej Angalo by ją znalazł.

-  Musimy  znaleźć  sposób  dostania  się  do  kabiny  i  wyciągnięcia  go  od  wewnątrz  -

zdecydował Masklin.

- Przy tych wszystkich ludziach?!

- Jeśli Rzecz się postara, to będą zbyt zajęci, żeby nas zauważyć. Postarasz się?

- „Postaram się” - obiecała Rzecz.

* * *

Jest takie miejsce, wysoko, gdzie nie ma już dołu.

Troszkę  niżej  po  niebie  mknął  biały  trójkątny  kształt,  prześcigając  noc  i  słońce  i  w

ciągu zaledwie kilku godzin przemierzając ocean, który kiedyś był krańcem świata...

* * *

Masklin  ostrożnie  opuścił  się  na  podłogę  i  poczołgał  do  przodu.  Ludzie  nawet  nie

spoglądali  w  jego  stronę.  Posunął  się  na  czworakach  ku  otworowi,  w  którym  ukrywał  się

Angalo. Miał nadzieję, że Rzecz faktycznie wie, jak kierować samolotem.

Poza  tym  nienawidził  być  na  tak  otwartej  przestrzeni  bez  możliwości  ukrycia  się  w

razie  niebezpieczeństwa.  Naturalnie,  w  czasach  gdy  samotnie  polował,  zdarzały  się  gorsze

miejsca - tak złe, że gdyby go coś złapało, to nawet zanim wiedziałby co, byłby już przekąską.

Ale wtedy chociaż był świadom niebezpieczeństwa, a nikt nie wiedział, co ludzie mogą zrobić

ze złapanym nomem...

Z ulgą dotarł do pogrążonego w cieniu kąta w pobliżu otworu.

- Angalo! - syknął przeraźliwie.

Przez moment panowała cisza, po czym zza kępy przewodów rozległo się pytanie:

- A kto pyta?

background image

- A ile razy chcesz zgadywać? - spytał Masklin już normalnym głosem.

Przewody poruszyły się i na podłogę zeskoczył Angalo.

- Gonili mnie! - oznajmił. - A potem jeden wsadził rękę i...

-  Wiem,  widziałem.  Zbieramy  się  stąd,  dopóki  są  zajęci  -  przerwał  mu  Masklin,

ruszając pędem.

- A czym? - zaciekawił się Angalo, ruszając za nim. - Co się dzieje?

- Rzecz kieruje samolotem.

- Jak?! Przecież nie ma rąk! Nie może zmienić biegów ani nie...

- Mówi, że dowodzi komputerami, które to robią. Rusz się!

- Wyjrzałem przez okno. Tu wokoło jest samo niebo! - entuzjazmował się Angalo.

- Nie przypominaj mi!

- Pozwól mi tylko raz spojrzeć...

- Zaraz ci przyłożę! Gurder na nas czeka i nie potrzebujemy dodatkowych kłopotów i

tak...

Rozległ się dziwny odgłos - jakby ktoś się dusił.

Bardzo powoli i gdzieś wysoko.

Obaj unieśli głowy.

Patrzył  na  nich  człowiek  -  miał  otwarte  usta  i  taką  minę  jak  ktoś,  kto  ma  poważne

problemy z wytłumaczeniem samemu sobie, co widzi. Zaczynał już nawet się pochylać.

Angalo i Masklin spojrzeli po sobie i wrzasnęli chórem:

- W nogi!

* * *

Gurder czekał podenerwowany w cieniu przy drzwiach, gdy Masklin i Angalo minęli

go pędem, nic nie mówiąc. Nie tracąc czasu na pytania, podkasał sutannę i pognał za nimi.

- Co się dzieje? - spytał, doganiając Angala. - Co się...?

- Człowiek nas goni!

- Nie zostawiajcie mnie!

Masklin  miał  zdecydowane  prowadzenie  w  tym  biegu  między  rzędami  siedzących

ludzi, którzy nie zwracali na nich najmniejszej nawet uwagi.

- Niepotrzebnie... stanęliśmy... - wysapał. - Widoków... ci się... zachciało...!

- Może... już nigdy... nie będziemy... mieć... takiej... okazji...! - odsapał Angalo.

background image

- Właśnie! - Podłoga z lekka stanęła dęba.

- Rzecz, co się dzieje?!

- „Odwracam ich uwagę.”

- To przestań! Wszyscy tutaj! - polecił Masklin.

Wpadł między dwa fotele, omijając parę butów, i wylądował płasko na wykładzinie.

Pozostała dwójka wylądowała obok niego.

Znieruchomieli kawałek od gigantycznych stóp.

Masklin przysunął Rzecz do ust i rozkazał szeptem:

- Oddaj im ich samolot!

-  „Miałam  nadzieję,  że  pozwolisz  mi  wylądować”  -  coś  w  pozbawionym  intonacji

głosie zabrzmiało zupełnie jak Angalo.

- A wiesz, jak czymś takim wylądować?

- „Poprzez naukę nabiera się doświadczeń, a...”

- Oddaj im go natychmiast!

Samolotem leciutko szarpnęło, a na powierzchni sześcianu zmienił się wzór światełek.

Masklin odetchnął z ulgą i zaproponował:

-  Może  przez  najbliższe  pięć  minut  wszyscy  dla  odmiany  zachowywaliby  się

sensownie?

-  Przepraszam.  -  Angalo  spróbował  wyglądać  przepraszająco,  ale  mu  się  nie  udało:

błyszczące  oczy  i  nieco  szaleńczy  uśmiech  wyraźnie  wskazywały,  że  jest  bliski  spełnienia

marzeń. - Po prostu... wiecie, że nawet pod nami jest niebiesko? Jakby zupełnie tam w dole

nie było ziemi! I...

- Jeśli Rzecz spróbuje kolejnych lekcji latania, to może okazać się prawdą - przerwał

mu ponuro Masklin. - Więc lepiej jej nie prowokować, zgoda?

Przez chwilę siedzieli pod siedzeniem w milczeniu.

Ciszę przerwał Gurder, całkiem spostrzegawcze:

- Ten człowiek ma dziurawą skarpetkę!

- No to co? - spytał Angalo.

- Nic. Tylko nigdy nie pomyślałem, że ludzie też miewają dziurawe skarpetki.

-  Dziury  i  skarpetki  przeważnie  występują  razem  -  zauważył  Masklin.  -  A  w

najlepszym wypadku blisko siebie.

- Chociaż te skarpetki są całkiem porządne - ocenił Angalo.

background image

Masklin przyjrzał się skarpetkom - dla niego wyglądały normalnie. Jak te, których w

Sklepie używali jako śpiworów.

- Skąd wiesz? - spytał zaintrygowany.

-  Bo  to  Jegostyl  Zapachołodporne.  Gwarantowane  85  purcent  Polyputheketlon.  W

Sklepie takie sprzedawano i były znacznie droższe od innych. Widzisz, tam jest metka.

Gurder westchnął ciężko.

- To był dobry Sklep - wymamrotał cicho.

-  Widzisz  te  buty?  -  Angalo  wskazał  wielkie  białe  kształty  przypominające

wyciągnięte  na  brzeg  łodzie.  -  To  Niezbędne  Uliczne  Obuwie  z  Prawdziwą  Gumową

Poszewką. Też drogie.

-  Nigdy  nie  byłem  ich  zwolennikiem  -  wtrącił  Gurder.  -  Za  jasne.  Wolałem  Męskie

Brązowe, Sznurowane. Można się w nich było naprawdę wygodnie wyspać.

- Te Uliczne też były w Sklepie? - spytał ostrożnie Masklin.

- Owszem. Jako Oferta Specjalna.

- Hmm.

Masklin wstał i obszedł sporą skórzaną torbę, wepchniętą pod siedzenie, potem wspiął

się  po  niej  i  szybciutko  wyjrzał  ponad  poręcz  fotela.  Po  czym  zsunął  się  na  podłogę  i

stwierdził radosnym tonem:

- No, no...! To też sklepowa torba, prawda?

Gurder i Angalo przyjrzeli się krytycznie torbie.

- Nigdy za dużo czasu nie spędziłem w Dziale Turystycznym - przyznał Angalo. - Ale

to może być Specjalna Skórzana Torba Podróżna.

- Dla Roztropnego Samodzielnego Kierownika? - dodał Gurder. - Bardzo możliwe.

- A zastanawialiście się, jak stąd wyjdziemy? - spytał Masklin.

- Tak samo jak weszliśmy? - odparł pytająco Angalo, który nie poświęcił temu chwili

namysłu.

- Obawiam się, że to może być niewykonalne. Wydaje mi się, że ledwie wylądujemy,

ludzie zaczną nas szukać, nawet jeśli będą przekonani, że szukają myszy. Jak ja bym był na

ich miejscu, to bym szukał: nigdy nie wiadomo, co taka mysz może zrobić z przewodem. A

jak się jest dziesięć mil nad ziemią i mysz zrobi sobie ubikację w komputerze, to może nie

być  wesoło.  I  tak  mi  się  wydaje,  że  ludzie  do  tych  poszukiwań  podejdą  całkiem  poważnie.

Więc najlepiej byłoby, gdybyśmy wyszli stąd razem z ludźmi.

background image

- Stratują nas! - zauważył rozsądnie Angalo.

-  Jakbyśmy  byli  w  takiej,  dajmy  na  to,  torbie,  to-  by  nas  nie  stratowali  -  zauważył

jeszcze rozsądniej Masklin.

- Niedorzeczność! - oburzył się Gurder.

Masklin wziął głęboki oddech i wypalił:

-  Widzisz,  ona  należy  do  Wnuka  Richarda!  -  Korzystając  z  całkowitego  osłupienia

pozostałych,  dodał:  -  Sprawdziłem.  Siedzi  nad  nami  i  czyta  gazetę.  Widziałem  go  już

wcześniej i to na pewno on.

Gurder niespodziewanie poczerwieniał i spytał podejrzanie spokojnie:

-  Chcesz,  żebym  uwierzył,  że  Wnuk  Arnolda  Brosa  (zał.  1905)  ma  dziurawe

skarpetki?

- To byłyby święte skarpetki, no nie? - zachichotał Angalo. - No, co? Pożartować nie

można?!

- Sam się wdrap i zobacz - zaproponował Masklin. - Podsadzę cię, tylko się za bardzo

nie wychylaj.

W końcu obaj podsadzili Gurdera, który ważył więcej, niż na to wyglądał.

Na dole zjawił się szybko i dziwnie milczący.

- No i? - zainteresował się Angalo.

- Na torbie są złote litery „R.A.” - dodał Masklin, patrząc wymownie na Angala.

Gurder wyglądał, jakby zobaczył ducha.

- A, tak - ucieszył się Angalo. - Złoty Monogram za Jedyne 5.99. Tak pisało na znaku.

- Gurder, odezwij się! - zażądał w końcu Masklin. - Przestań tak siedzieć i mieć za złe!

- To bardzo uroczysty moment - powiedział z namaszczeniem Gurder. - Przynajmniej

dla mnie.

-  Gdybyśmy  przecięli  trochę  nitki  na  szwie,  to  moglibyśmy  spokojnie  dostać  się  do

środka - poinformował go Masklin.

- Nie jestem godzien - jęknął Gurder.

- Pewno nie jesteś - zgodził się Angalo. - Ale nikomu nie powiemy.

- A Wnuk Richard nam pomoże - dodał Masklin, mając nadzieję, że choć co drugie

słowo  dociera  do  Gurdera.  -  Bezwiednie,  ale  pomoże,  więc  wszystko  powinno  być  w

porządku. Pewnie tak było przeznaczone.

Zwrot  ten  często  słyszał  z  ust  Gurdera,  toteż  choć  nie  bardzo  rozumiał,  kto  i  co

background image

przeznacza, uznał, że religijne formułki mogą lepiej trafić do niego.

Sądząc po minie, trafiły.

-  Zgoda  -  odezwał  się  w  końcu  Gurder.  -  Ale  żadnego  rozcinania:  wejdziemy  przez

suwak.

Weszli.

Co  prawda  suwak  się  w  połowie  zaciął,  bo  suwaki  mają  taki  zwyczaj,  ale  nomy  nie

potrzebują aż tak dużych otworów, żeby musiały go mocno otwierać.

- A co zrobimy, jak zajrzy? - spytał Angalo, gdy już znaleźli się w torbie.

- Nic - odparł Masklin. - Możesz się uśmiechać.

Żaby  były  już  daleko  na  gałęzi.  To,  co  wyglądało  jak  równa  płaszczyzna

szarozielonego drzewa, okazało się labiryntem kory, korzeni i kęp mchu. Było to niezwykle

przerażające dla istot, które spędzały całe dnie wśród płatków.

Mimo  to  posuwały  się  naprzód.  Nie  znały  bowiem  znaczenia  słowa  „odwrót”.  Nie

znały zresztą znaczenia żadnego innego słowa.

background image

Rozdział czwarty

HOTELE:  Miejsca,  w  których  Podróżujący  Ludzie parkują  w  nocy.  Inni  ludzie

przynoszą  im  jedzenie,  w  tym  słynne  Kanapki  z  szynką,  sałatą  i  pomidorem.  Są  tam  łóżka,

ręczniki i takie specjalne urządzenia, z których pada na ludzi, żeby byli czyści.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich namów, napisana przez Angola de

Pasmanterii

Ciemność.

- Masklin, tu jest strasznie ciemno!

- I niewygodnie!

- To się spróbuj jakoś zagnieździć!

- Auć! Właśnie siadłem na grzebieniu!

- „Wkrótce będziemy lądować.”

- To dobrze.

- O, tu jest jakaś tubka...

- Jestem głodny. Nie ma tu niczego do jedzenia?

- Mam orzeszka.

- Gdzie? Gdzie?

- Nie szarp się! Właśnie mi go wytrąciłeś z ręki!

- Gurder?

- Tak?

- Co ty wyprawiasz? Bo słyszę, że coś tniesz.

- Wycina sobie dziurę w skarpetce.

Cisza.

- No to co? Mogę, jak lubię, moja skarpetka.

Więcej ciszy.

- Już się lepiej czuję. Pomogło mi.

Jeszcze więcej ciszy.

- Gurder, on jest tylko człowiekiem. Nie ma w nim nic specjalnego.

- Ale jesteśmy w jego torbie, tak?

background image

- Tak, ale sam mówiłeś, że Arnold Bros to coś w naszych głowach. Mówiłeś?

- Mówiłem.

- No to jak?

- Po prostu mi ulżyło, to wszystko. Temat dziur w skarpetkach uważam za zamknięty!

- „Podchodzimy do lądowania.”

- Skąd będziemy wiedzieli, kiedy...

- „Jestem pewna, że zrobiłabym to lepiej.”

- To jest ta cała Floryda? Angalo, złaź mi z czoła!

- „Tak. Kraj tradycyjnie witający osadników.”

- To my?!

-  „Technicznie  rzecz  ujmując,  jesteście  raczej  tranzytowcami:  jesteście  w  drodze  do

innego miejsca przeznaczenia.”

- Gdzie?!

- „Do gwiazd.”

- Aha... Rzecz?

- „Tak?”

- Są jakieś zapisy, że nomy pojawiły się tu wcześniej?

- Masklin, o co ci chodzi? Nomy to my!

- Owszem, ale tu mogą być inne nomy.

- Poza nami nie ma tu nikogo! Chyba że się dosiadł...

W ciemności rozbłysły różnobarwne światełka.

- I co?... Rzecz?

-  „Sprawdzani  dostępne  dane.  Nie  ma  żadnych  informacji  o  nomach.  Wszyscy

zarejestrowani imigranci byli znacznie wyżsi.”

- Imi... co?

- „Imigranci, czyli osadnicy, czyli ci, co tu przybywali.”

-  Aha.  Tak  tylko  sobie  myślałem...  tak  się  zastanawiałem,  czy  nie  ma  nikogo  poza

nami.

-  Słyszałeś,  co  powiedziała  Rzecz?  Nie  ma  żadnych  informacji  o  nomach,

powiedziała.

- Nas do dzisiaj też nikt nie widział.

- Rzecz, wiesz, co teraz będzie?

background image

- „Teraz będziemy przechodzić przez Imigrację i Cło. Czy jesteście lub kiedykolwiek

byliście członkami wywrotowej organizacji?”

Cisza.

- Kto? My? Dlaczego nas o to pytasz?

- „Bo takie pytania tam zadają. Tak przynajmniej wynika z mojego nasłuchu.”

- A, to w porządku. Nie sądzę, żebyśmy byli, a jesteśmy?

- Nie.

- Nie.

- Nie. Też tak sobie myślałem, że nie jesteśmy. A co to jest „wywrotowej”?

-  „Pytanie  ma  na  celu  ustalenie,  czy  przybywacie,  aby  obalić  rząd  Stanów

Zjednoczonych Ameryki Północnej.”

- Wątpię, żebyśmy chcieli... A chcemy?

- Nie.

- Nie.

- Nie chcemy. Nie muszą się nas bać.

- Sprytny pomysł... Bardzo sprytny pomysł.

- Jaki?

- Pytanie o takie rzeczy, ledwie kto przyleci. Jak ktoś się przyzna, że chce wywrotowe

obalać, to zanim skończy mówić „tak”, wszyscy się na niego zwalą jak tona cegieł. Sprytne -

przyznał z podziwem Angalo.

- Nie chcemy niczego obalać - zapewnił Masklin. - Chcemy tylko ukraść im jedną z

tych pionowo lecących odrzutowych rakiet. Jak one się nazywają, bo zapomniałem?

- „Promy kosmiczne. Albo wahadłowce.”

-  O,  właśnie.  A  potem  zaraz  sobie  pójdziemy.  Nie  chcemy  wywoływać  żadnych

kłopotów.

* * *

Poczuli lekki wstrząs, gdy torba została postawiona na ziemi.

Rozległ się cichutki odgłos cięcia, całkowicie zagłuszony przez panujący w budynku

dworca lotniczego hałas, i w skórzanym boku torby zrobił się niewielki otworek.

- I co on robi? - spytał Gurder.

- Nie pchaj się, bo nic nie widzę! - warknął Masklin. - Stoi w kolejce.

background image

- To trwa już całe wieki - westchnął Angalo.

- Widocznie to długa kolejka...

-  A  jak  się  wszystkich  pytają  o  to  obalanie  z  wywrotem,  to  nie  może  się  szybko

przesuwać - dodał Gurder.

- Wolałbym o to nie pytać, ale jak zamierzamy znaleźć ten prom? - spytał Angalo.

- Zajmiemy się tym, jak przyjdzie czas - odparł niezbyt pewnie Masklin.

- Czas przyszedł - poinformował go Angalo. - Więc jak?

Masklin wzruszył ramionami.

-  Chyba  nie  myślałeś,  że  ledwie  się  tu  zjawimy,  zobaczymy  drogowskaz  „Tędy  do

Promu Kosmicznego”. - Angalo nie krył złośliwości.

Masklin za to miał nadzieję, że miną skutecznie zamaskował myśli.

- Oczywiście, że nie - oświadczył urażony.

- No, to co robimy dalej? - Angalo nie ustępował.

- My... my... zapytamy Rzecz - odparł z ulgą Masklin. - Właśnie tak zrobimy. Rzecz?

- „Tak?”

- Co robimy dalej?

- To się chyba nazywa planowanie - dodał Angalo.

Torbę  przesunięto  po  podłodze  -  najwyraźniej  kolejka  (a  z  nią  Wnuk  Richard,  39)

ruszyła.

- Rzecz, pytałem, co robimy...

- „Nic.”

- Jak to, mamy nic nie robić?!

- „Poprzez powstrzymywanie się przed robieniem czegokolwiek.”

- I co nam to da?

- „W gazetach napisano, że Richard Arnold udaje się na Florydę, by uczestniczyć w

wystrzeleniu  satelity  telekomunikacyjnego.  Dlatego  też  musi  się  udać  na  miejsce,  w  którym

ten satelita się znajduje. Ergo, my udajemy się tam z nim.”

- Kto to jest Ergo? - zaniepokoił się Gurder, rozglądając się nerwowo.

Rzecz wyświetliła jaskrawy wzorek na skierowanej ku niemu ścianie.

- „Ergo to inaczej „więc”.”

Masklin zastanowił się i niezbyt zachwyciło go to, do czego doszedł.

- Myślisz, że zabierze ze sobą torbę? - spytał.

background image

- „To nie jest pewne.”

Masklin  musiał  przyznać,  że  w  torbie  było  niewiele  -  skarpetki,  papiery,  pasta  do

zębów,  szczoteczka,  szczotka  do  włosów,  grzebień  i  książka  zatytułowana  „Szpieg  bez

spodni”.  To  ostatnie  sprawiło  im  nieco  kłopotów,  gdyż  tuż  po  wylądowaniu  torba  została

rozpięta i wciśnięto do niej wyżej wymienioną pozycję. Na szczęście Wnuk Richard zrobił to,

nie  zaglądając  do  środka.  Przy  okazji  nie  domknął  suwaka,  przez  co  do  wnętrza  wpadało

trochę światła, i Angalo próbował teraz czytać, mamrocząc pod nosem komentarze.

- Nie wydaje mi się, żeby Wnuk Richard pojechał prosto na to wystrzelenie - odezwał

się  ostrożnie  Masklin.  -  Chyba  wcześniej  pojedzie  gdzieś  się  przespać.  Rzecz,  wiesz,  kiedy

ten prom odlatuje?

- „Nie, komputery lotniska nie mają tej informacji, a innych chwilowo nie ma w moim

zasięgu.”

-  On  się  musi  wkrótce  wyspać.  -  Masklin  był  pewien  swego.  -  Ludzie  przesypiają

przecież większość nocy. Myślę, że lepiej by było, gdybyśmy wyszli z tor- by.

- I porozmawiali z nim - dodał Gurder.

Angalo i Masklin spojrzeli na niego dziwnie.

- Co tak patrzycie?! Przecież po to tu przybyliśmy.

- Oryginalnie, owszem. Nadal chcesz go prosić o ratowanie kamieniołomu?

- Przecież to człowiek! - wkurzył się Angalo. - Teraz już nawet do ciebie musiało to

dotrzeć! On nam nie pomoże! Bo i niby dlaczego miałby pomagać? Jest tylko człowiekiem,

którego przodkowie zbudowali Sklep! Dlaczego z uporem maniaka wierzysz, że jest jakimś

wielkim nomem z nieba?!

- Bo nie mam nic innego w co mógłbym wierzyć! - wrzasnął Gurder. - A jeśli ty nie

wierzysz we Wnuka Richarda, to dlaczego jesteś w jego torbie?

- To tylko zbieg okoliczności...

- Zawsze tak mówisz! Zawsze jest to albo przypadek, albo zbieg...

Torba  nagle  zaczęła  się  energicznie  ruszać  i  wszyscy  stracili  równowagę,  a  Gurder

także wątek.

-  Idziemy  po  podłodze  -  odmeldował  Masklin,  przytulony  do  dziurki.  -  Tu  jest

naprawdę dużo ludzi.

- Wszędzie ich pełno! - westchnął Gurder.

- Niektórzy trzymają znaki z wypisanymi nazwiskami.

background image

- Jak to ludzie - skwitował Gurder.

Do  tego  wszyscy  byli  przyzwyczajeni  -  w  Sklepie  ludzie  często  nosili  znaki  z

nazwiskami.  Niektóre  były  dziwne  i  strasznie  długie,  jak:  „Pani  J.  E.  Williams  Kierownik”

albo „Cześć, nazywam się Tracey”. Nikt dokładnie nie wiedział, dlaczego ludzie muszą cały

czas  nosić  te  plakietki.  Najpopularniejsza  teoria  głosiła,  że  inaczej  by  zapomnieli,  jak  się

nazywają.

-  Zaraz,  coś  tu  się  nie  zgadza!  Jeden  ma  napisane  „Richard  Arnold”.  Idziemy  tam...

rozmawiamy z nim.

Z góry faktycznie dobiegły powolne, basowe ryki w dwóch tonacjach.

- Rzecz, rozumiesz, o czym mówią? - spytał Masklin.

-  „Tak.  Ten  z  napisem  ma  zabrać  naszego  do  hotelu.  To  takie  miejsce,  w  którym

ludzie śpią i są karmieni. Cała reszta to grzecznościowe banały, jakie ludzie mówią do siebie,

żeby się upewnić, że jeszcze żyją.”

- Co masz na myśli? - zdziwił się Masklin.

-  „Mówią  na  przykład:  „Jak  ci  leci?”  albo  „Miłego  dnia”,  albo  „Co  sądzisz  o

pogodzie?” Sens tych wypowiedzi jest taki: „Jeszcze żyję i widzę, że ty też”.”

- Popatrz, to zupełnie jak my - ucieszył się Masklin. - To się nazywa „współżycie z

innymi”. Możesz czasem spróbować, na pewno nie zaszkodzi.

Torba  zakołysała  się  na  boki  i  uderzyła  w  coś,  toteż  wszyscy  trzej  złapali  się

kurczowo,  czego  kto  mógł.  Angalo  złapał  się  jednorącz,  w  drugiej  ręce  bowiem  trzymał

książkę.

- Znowu się robię głodny - oświadczył Gurder. - Tu naprawdę nie ma nic do jedzenia?

- Jest trochę pasty do zębów w tubce.

- Dziękuję, aż tak głodny nie jestem. W pobliżu rozległ się znajomy warkot.

- Znam ten dźwięk! - ucieszył się Angalo. - To silnik spalinowy. Jedziemy czymś!

- Znowu?- jęknął Gurder.

- Wysiądziemy, gdy tylko się da - zapewnił go Masklin.

- Rzecz, co to za rodzaj ciężarówki? - spytał Gurder.

- „To helikopter.”

- Strasznie hałaśliwy - poskarżył się Gurder, który w życiu nie słyszał o helikopterze.

- To samolot bez skrzydeł - poinformował go Angalo, który słyszał.

Gurder poświęcił tej rewelacji długą chwilę ostrożnego i przestraszonego namysłu.

background image

- Rzecz? - spytał w końcu powoli.

- „Tak?”

- Co utrzymuje w powietrzu...

- „Nauka.”

- Nauka? A, to wszystko w porządku!

* * *

Hałas trwał długo, aż w końcu stał się częścią rzeczywistości i to do tego stopnia, że

gdy się nagle skończył, było to dla całej trójki szokiem. Leżeli na dnie torby, mając tak dalece

wszystkiego dość, że nawet im się rozmawiać nie chciało.

Torba  tymczasem  została  przeniesiona,  postawiona,  przeniesiona  ponownie,  znowu

postawiona, uniesiona raz jeszcze i rzucona na coś miękkiego.

Wreszcie zapanowała błoga cisza.

W końcu przerwał ją Gurder:

-  No  dobra,  o  jakim  smaku  jest  ta  pasta?  Masklin  odnalazł  Rzecz  w  kłębowisku

spinaczy, kurzu i kawałków papieru na samym dnie torby.

- Wiesz może przypadkiem, gdzie jesteśmy? - spytał.

- “Pokój 103, Hotel Cocoa Beach New Horizons. Właśnie monitoruję łączność.”

Gurder pozbierał się zadziwiająco szybko i ruszył w stronę zamka błyskawicznego.

-  Muszę  stąd  wyjść!  Dłużej  tu  nie  wytrzymam...  Angalo,  podaj  mi  nogę,  to  może

dosięgnę do suwaka...

Zamek  rozjechał  się  z  cichym  zgrzytem  i  do  torby  wpadł  nagle  oślepiający  snop

światła. Cała trójka zanurkowała, gdzie kto mógł, kryjąc się błyskawicznie. Dłoń, większa od

Masklina, sięgnęła do wnętrza, złapała plastikową torebkę z pastą i szczoteczką i się cofnęła.

Nikt się nie poruszył.

Po chwili dał się słyszeć odległy szum lecącej wody.

Dalej nikt nie drgnął.

- Boom-boom foom zoom- hoom-hoom, hoom zoom hoom... - Głos był donośniejszy

niż szum wody i, bez dwóch zdań, należał do człowieka.

- To... śpiew? - szepnął Angalo.

-  ...Hoom...  hoom-  boom-boom  hoom...  zoom-hoom-boom  HOOOooooOOOmmnn

Boom...

background image

- Rzecz, co się dzieje? - zaniepokoił się Masklin.

- „Bierze prysznic.”

- Po co?!

- „Logiczne wydaje się założenie, że chce być czysty.”

- To bezpiecznie możemy wyjść z torby?

- „„Bezpiecznie” to określenie względne.”

- Że jak?!

- „Nic nie jest całkowicie bezpieczne. Ale sądzę, że człowiek będzie się raczej długo

moczył.”

- Fakt, człowieka zawsze jest dużo do wyczyszczenia - zgodził się Angalo. - No, to na

co czekamy?

Ponieważ  torba,  jak  się  okazało,  leżała  na  łóżku,  zejście  na  podłogę  po  kocu  nie

stanowiło większego kłopotu.

- ...Hoom-hoombooOOOOHboom...

- I co robimy teraz? - zainteresował się Angalo.

- Jak coś zjemy, ma się rozumieć - dodał Gurder kategorycznie.

Masklin,  unosząc  wysoko  nogi,  ruszył  przez  gęsty  dywan  ku  szklanym  drzwiom  w

ścianie.  Były  uchylone  i  wpuszczały  ciepły  powiew  i  dźwięki  nocy.  Dla  człowieka  było  to

zwyczajne  bzyczenie  czy  dzwonienie  cykad  i  innych  tajemniczych  stworzeń,  których

głównym  życiowym  zadaniem  jest  siedzenie  nocą  w  krzakach  i  robienie  znacznie  więcej

hałasu,  niż  powinny.  Nomy  słyszą  jednak  dźwięki  spowolnione,  rozciągnięte  i  bardziej

basowe, zupełnie jak z płyty analogowej odtwarzanej na zwolnionych obrotach. Tak więc dla

nich noc pełna była łomotów i ryków.

Gurder dołączył do Masklina i ostrożnie wyjrzał w mrok.

- Mógłbyś wyjść i zobaczyć, czy tam jest coś do zjedzenia? - zaproponował.

-  Mam  dziwne  wrażenie,  że  jakbym  teraz  wyszedł,  to  tam  na  pewno  byłoby  coś  do

zjedzenia. Konkretnie ja.

Za nimi wciąż słychać było prysznic i porykiwania.

- ...Boom-hoom-hoom... BOOooooMMM womp womp...

- Rzecz, o czym on śpiewa? - zainteresował się Masklin.

- „Trochę trudno to zrozumieć, ale chyba śpiewający chciałby ogłosić, że zrobił coś po

swojemu.”

background image

- Co zrobił?

- „Za mało danych, by mieć pewność, ale cokolwiek by to było, zrobił to: a) co krok na

autostradzie życia; b) nie wstydząc się...”

Rozległo się pukanie do drzwi.

Śpiew się urwał, podobnie jak szum wody. Nomy pognały w ciemny kąt.

-  Ryzykant  -  szepnął  Angalo.  -  Chodzić  po  autostradzie...  po  chodniku  życia  miałby

bezpieczniej...

Wnuk  Richard  wyłonił  się  z  łazienki  owinięty  wokół  bioder  ręcznikiem  i  otworzył

drzwi.  Do  pokoju  wszedł  ubrany  człowiek  z  tacą,  którą  postawił  na  stoliku,  i  bez  słowa

wyszedł. Wnuk Richard wrócił do przerwanych czynności.

- ...Buh-buh buk-buh hoom hoOOOmm...

- Jedzenie! - szepnął Gurder. - Na tej tacy jest jedzenie!

-  „Kanapka  z  szynką,  sałatą  i  pomidorem  oraz  sałatka”  -  potwierdziła  Rzecz.  -  „I

kawa.”

- Skąd wiesz? - spytali wszyscy trzej zgodnym chórem.

- „Zamówił taki zestaw, kiedy się wprowadzał.”

- Sałatka! - jęknął ekstatycznie Gurder. - Szynka! Kawa!

Masklin  rozejrzał  się  fachowo.  Obok  stołu  stała  lampa,  a  mieszkał  w  Sklepie

wystarczająco długo, by wiedzieć, że gdzie jest lampa, tam musi być przewód.

Nie spotkał jeszcze takiego przewodu, po którym nie dałoby się wdrapać.

Dla sklepowych nomów najważniejsze były regularne posiłki. Żyjąc przy autostradzie

jeszcze  w  czasach  przedsklepowych,  Masklin  był  przyzwyczajony  do  jedzenia  raz  dziennie,

gdy nie bardzo było co jeść, a kiedy znalazło się jedzenie, do ciężkiego obżarstwa, ale nomy

żyjące w Sklepie przyzwyczaiły się do kilkunastu posiłków w ciągu dnia. Wystarczyło, żeby

nie zjadły zaledwie kilku, a już zaczynały narzekać.

- Chyba zdołam się tam dostać - ocenił.

- Bardzo dobrze. Bardzo dobrze - pochwalił go Gurder.

-  Jest  inny  problem.  -  Masklin  nie  ruszył  się  z  miejsca.  -  Czy  właściwe  jest  zjeść

kanapkę Wnuka Richarda?

Gurder zamrugał gwałtownie.

- Jest to ważna kwestia teologiczna - mruknął. - Ale jestem za bardzo głodny, żeby się

teraz nad nią zastanawiać. Najpierw ją zjemy, a jak się okaże, że nie powinniśmy tego zrobić,

background image

to obiecuję, że będę szczerze żałował.

- ...Boom-hoom whop whop, foom hoom...

- „Mówi, że koniec już bliski i że stoi przed zasłoną” - dodała Rzecz. - „Może chodzi

mu o zasłonę od prysznica.”

Masklin  wdrapał  się  po  przewodzie,  stanął  na  tacy  i  -  czując  się  naprawdę  bardzo

wystawiony - rozejrzał się wokół. Nie ulegało wątpliwości, że Florydyjczycy mieli odmienne

pojęcie o kanapce niż ludzie ze Sklepu i okolic. Kanapki, z którymi się dotąd zetknął, to były

dwa smętne kawałki chleba, między które wepchnięto prawie przezroczysty kawałek wędliny

i zrobiono kleks z musztardy czy majonezu. To, na co patrzył, zajmowało prawie całą tacę i

jeśli w skład kanapki wchodził chleb, to był dobrze ukryty w sałacie i pomidorach.

- Pospiesz się! - zawołał z dołu Angalo. - Woda przestała lecieć!

- ...Boom-hoom hoom whop whop hoom whop...

Masklin rozgarnął zielony gąszcz, złapał chleb i przyciągnął całość na krawędź stołu,

po czym pchnął silnie.

- ...foom hoom hoom HOOOOooooOOOOmmmm-WHOP.

Drzwi od prysznica otworzyły się...

- Złaź! - polecił Angalo.

Wnuk Richard wszedł do pokoju, zrobił dwa kroki i zamarł.

Patrzył na Masklina.

Masklin zamarł, spoglądając na niego.

Była to jedna z tych chwil, kiedy Czas także zamiera.

Masklin  zrozumiał,  że  znajduje  się  w  jednym  z  tych  punktów,  w  których  Historia

bierze głęboki oddech i decyduje, co dalej.

Mógł zostać i użyć Rzeczy jako tłumacza. Mógł spróbować wytłumaczyć wszystko, a

zwłaszcza to, jak ważne dla nomów jest posiadanie własnego domu, do którego nikt by się im

nie  ładował.  Mógł  poprosić,  żeby  im  pomógł  w  zatrzymaniu  kamieniołomu,  i  opowiedzieć,

jak sklepowe nomy żyją w przeświadczeniu, że jego dziadek stworzył świat. Powinno mu to

sprawić przyjemność - wyglądał sympatycznie i przyjaźnie... jak na człowieka.

I może zdecydowałby się im pomóc.

Albo  mógł  ich  złapać,  zawołać  innych  ludzi  i  razem  wsadziliby  ich  do  klatki  albo

czegoś i zaczęli wydziwiać, badać i poniewierać. Tak jak ci w kabinie samolotu - nie chcieli

zrobić Angalowi krzywdy i najprawdopodobniej nie wiedzieli, z czym, albo raczej z kim mają

background image

do czynienia. A nomy nie miały czasu na wyjaśnienia.

Bo to był świat ludzi, nie nomów.

I takie postępowanie było zbyt ryzykowne.

Masklin zrozumiał, że musi to zrobić po swojemu...

Wnuk Richard powoli wyciągnął dłoń i powiedział:

- Whoomp?

Masklin ożył - zrobił trzy szybkie kroki i dał nura.

Nomy mogą spadać ze znacznej wysokości, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Tym

razem kanapka, sałata i pomidory skutecznie złagodziły upadek.

Wokół  kanapki  nastąpiła  chwila  oszalałej  aktywności,  po  czym  kanapka  wstała  na

trzech parach nóg i pognała przez podłogę, znacząc drogę majonezem.

Wnuk Richard rzucił na nią ręcznik, ale chybił.

Kanapka przeskoczyła przez próg i zniknęła w roz- cykanym mroku nocy.

* * *

Oprócz  ryzyka  upadku  na  żaby  czekały  także  inne  niebezpieczeństwa-  jedna  została

zjedzona  przez  jaszczurkę,  kilka  zawróciło,  ledwie  znalazły  się  poza  zasięgiem  cienia

rzucanego przez ich kwiat, gdyż jak zauważyły:

-  .-.-.mipmip.-.-.mipmip.-.-.

Żaba  na  przedzie  obejrzała  się  na  malejącą  grupę  naśladowców.  Była  za  nią  jeszcze

jedna... i jedna... i jedna... i jedna, co razem dawało... aż się zmarszczyła z wysiłku... no tak:

jedną.

Kilka  innych  zaczęło  się  bać.  Prowadząca  zorientowała  się,  że  jeśli  mają  dotrzeć  do

nowego  kwiatu  i  przetrwać,  jedna  żaba  nie  wystarczy.  Potrzebowały  przynajmniej  jeszcze

jednej. A może jeszcze jednego. Postanowiła dodać im otuchy i oznajmiła:

- Mipmip!

background image

Rozdział piąty

FLORYDA (albo FLORIDIA): miejsce, w którym bez trudu można znaleźć Aligatory,

Żółwie i Promy Kosmiczne. Jest tam ciepło, mokro i ciekawie. Występują też Gęsi i Kanapki

z Szynką, Sałatą i Pomidorem. Znacznie ciekawsza okolica niż większość innych. Z powietrza

wygląda jak kawałek przyklejony do większego kawałka.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de

Pasmanterii

Wysilmy  wyobraźnię  i  załóżmy,  że  spoglądamy  przez  obiektyw  aparatu

fotograficznego na planetę przypominającą błękitno- białą bombkę choinkową.

„Zbliżenie”

Oto  kontynent  wyglądający  niczym  układanka  z  żółtych,  zielonych  i  brązowych

kawałków.

„Zbliżenie”

Oto  fragment  kontynentu  wystający  dość  daleko  w  ciepłe  morze  na  południowy

wschód. Większość jego mieszkańców nazywa go Florydą.

Choć prawdę mówiąc, nie nazywa. Większość mieszkańców w ogóle go nie nazywa.

Nawet nie wiedzą, że istnieje, i nic ich to właściwie nie obchodzi. Większość z nich ma po

sześć  nóg  i  bzyczy,  a  znaczna  część  ma  po  osiem  nóg  i  spędza  czas  we  własnonożnie

utkanych  pajęczynach,  czekając,  aż  jakiś  sześcionożny  mieszkaniec  zjawi  się  na  lunch.  Z

pozostałej  części  zdecydowana  większość  ma  po  cztery  nogi  i  warczy,  ryczy  albo  leży  w

bagnie,  udając  pnie.  W  zasadzie  jedynie  niewielka  część  mieszkańców  Florydy  ma  po  dwie

nogi, a i oni nie nazywają tego zakątka Florydą. W ogóle się zresztą nie odzywają, za to dużo

latają.  Matematycznie  rzecz  biorąc,  jedynie  mikroskopijna  część  żywych  stworzeń

zamieszkujących  Florydę  tak  właśnie  ją  nazywa,  ale  to  oni  się  liczą.  Przynajmniej  we

własnych oczach. A ta właśnie ocena jest najważniejsza. Dla nich.

„Zbliżenie”

Oto autostrada...

„Zbliżenie”

...po której jadą samochody w strugach ciepłego deszczu...

background image

„Zbliżenie”

Oto rów przy autostradzie porośnięty zielskiem...

„Zbliżenie”

...oto  porastająca  go  trawa,  która  porusza  się  nie  całkiem  zgodnie  z  kierunkiem

wiatru...

„Zbliżenie”

...oto para niewielkich oczek...

„Zbliżenie”

Ooo...

„Zbliżenie”

Łup!

* * *

Masklin przedarł się przez wysoką trawę i wrócił do obozu, jeśli można tak nazwać

niewielki kawałek względnie suchego terenu osłoniętego znalezioną folią. Od czasu ucieczki

z  pokoju  Wnuka  Richarda  minęło  dobre  kilka  godzin  i  za  chmurami  widać  już  było

wschodzące słońce.

Autostradę  przekroczyli,  korzystając  z  jakiejś  dziwnej  przerwy  w  ruchu,  i  od  tego

czasu kręcili się po mokrym terenie, omijając starannie każdy ryk czy łopot. W końcu znaleźli

kawałek foliowego worka i położyli się spać. Masklin na wszelki wypadek stanął na warcie,

choć na dobrą sprawę nie miał pojęcia, przeciwko czemu ją trzyma.

Jedno  w  tym  wszystkim  było  pozytywne  -  z  nasłuchu  radia  i  telewizji  Rzecz

dowiedziała się, że miejsce, z którego startują te całe promy, zwane też wahadłowcami, leży

zaledwie o osiemnaście mil drogi. A oni nie pozostali w tym czasie bezczynni: przeszli, no...

będzie z pół mili. No i deszcz był ciepły. A kanapka okazała się znacznie pożywniejsza, niż

na to wskazywała nazwa.

- Kiedy, mówiłaś, mają go wystrzelić? - spytał cicho Rzecz.

- „Za cztery godziny.”

- Co oznacza, że musielibyśmy robić ponad cztery mile na godzinę - zauważył ponuro

Angalo.

Masklin  przytaknął  równie  ponuro  -  idąc  ostrym  marszem,  nom  mógł  w  godzinę

zrobić najwyżej dwie mile, i to po otwartym, równym terenie.

background image

Nie zastanawiał się dotąd, jak umieszczą Rzecz w tej całej przestrzeni. Niejasno mu

świtało,  że  prom  musi  mieć  jakieś  miejsca,  gdzie  dałoby  się  ją  wcisnąć.  Pewnie  sami  też

mogliby  się  gdzieś  wepchnąć,  ale  Rzecz  uporczywie  twierdziła,  że  w  przestrzeni  nie  ma

powietrza i jest zimno.

- Powinieneś poprosić Wnuka Richarda o pomoc! - odezwał się z pretensją w głosie

Gurder. - Dlaczego uciekłeś?

- Nie wiem. Doszedłem do wniosku, że sami powinniśmy sobie poradzić.

- „Ale wykorzystałeś ciężarówkę. Nomy żyły w Sklepie. Użyliście concorde’a. Jecie

ludzką żywność.”

Masklina zatkało - Rzecz nigdy dotąd nie odzywała się nie pytana w takich sprawach.

- To co innego - bąknął.

- „Dlaczego?”

- Bo ludzie o nas nie wiedzieli. Braliśmy, czego potrzebowaliśmy, nikt nam niczego

nie  dawał.  Oni  traktują  ten  świat  jak  swój:  myślą,  że  wszystko  tu  należy  do  nich!  Nadali

wszystkiemu nazwy i wszystko mają. Jak na niego popatrzyłem, to zwątpiłem, że człowiek w

ludzkim  pokoju,  robiący  ludzkie  rzeczy,  może  nas  zrozumieć.  Jak  może  zacząć  myśleć,  że

jesteśmy  normalnymi,  inteligentnymi  istotami,  które  mają  takie  same  prawa  jak  on?  Nie

można pozwolić, żeby ludzie nami kierowali! Nie w ten sposób.

Rzecz zamrugała do niego kilkoma światełkami, ale się nie odezwała.

-  Zaszliśmy  za  daleko,  żeby  tego  nie  skończyć  samemu  -  dodał  ciszej  Masklin,

spoglądając na Gurdera. - A poza tym nie zauważyłem, żebyś leciał uścisnąć jego palec.

- Czułem się nieswojo. Zawsze się tak czuję, jak spotykam bóstwa.

Nie  zdołali  rozpalić  ogniska,  gdyż  wszystko  było  wilgotne.  W  zasadzie  nie

potrzebowali ognia, ale przy nim poczuliby się bardziej cywilizowanie. Ktoś tu kiedyś zdołał

rozpalić ognisko, bo zostały jeszcze resztki mokrego popiołu.

- Zastanawiam się, jak tam sprawy w domu - przerwał milczenie Angalo.

- Pewnie dobrze - odparł Masklin.

- Myślisz?

- Raczej mam nadzieję.

- Faktycznie, twoja Grimma ma talent do organizacji. - Angalo się uśmiechnął.

- Ona nie jest moja! - warknął Masklin.

- Nie? A czyja?

background image

- Jest... swoja własna... tak przynajmniej sądzę.

- O, a myślałem, że wy dwoje jesteście... - zaczął Angalo.

- Nie jesteśmy - przerwał mu Masklin. - Powiedziałem jej, że się pobierzemy, a ona

mówiła tylko o żabach.

- Takie są kobiety - westchnął Gurder. - Nie mówiłem, że uczyć je czytać i pisać to zły

pomysł? To im przegrzewa mózgi, ot co.

-  Powiedziała,  że  najważniejsze  na  świecie  są  takie  małe  żabki  żyjące  w  kwiatach  -

przypomniał  sobie  Masklin,  mimo  że  podczas  owej  pamiętnej  rozmowy  niezbyt  dokładnie

słuchał Grimmy: był za bardzo wściekły.

-  O  rety,  to  na  jej  głowie  można  by  pełen  czajnik  zagotować  -  ocenił  współczująco

Angalo.

- Twierdziła, że przeczytała to w jakiejś książce.

- A nie mówiłem?! - ucieszył się Gurder. - Tak do końca to nigdy nie uważałem, że

wszyscy powinni umieć czytać. Za dużo się wtedy lęgnie głupich pomysłów.

Masklin wpatrzył się ponuro w deszcz.

-  Jak  się  zastanowić,  to  nie  tyle  chodziło  jej  o  te  żaby,  ile  o  ideę  -  odezwał  się  po

dłuższej chwili. - Mówiła, że są takie góry, gdzie jest gorąco i ciągle pada, i tam rośnie taki

deszczowy las z wysokimi drzewami, a na górnych gałęziach tych drzew są wielkie kwiaty,

bromelicośtam się nazywają. Deszcz w tych kwiatach utworzył jeziorka i żyją w nich jakieś

małe żabki, które tam składają jajka i spędzają całe życie, nie wychodząc na zewnątrz. I że tak

jest od pokoleń. I one nawet nie wiedzą, że żyją w kwiecie i że jest jeszcze cała masa świata

wokoło. I powiedziała, że jak ktoś się dowie, że świat jest pełen różnych dziwnych rzeczy, to

życie już nigdy nie będzie takie samo. No, albo coś w tym sensie.

Gurder spojrzał wymownie na Angala.

- Nic z tego nie rozumiem - przyznał.

-  „To  metafora”  -  oświadczyła  Rzecz  niespodziewanie,  ale  nikt  nie  zwrócił  na  nią

uwagi.

Masklin podrapał się za uchem.

- Dla niej wydawało się to ważne - ocenił.

- „To metafora” - powtórzyła Rzecz.

-  Kobiety  zawsze  czegoś  chcą  -  powiedział  Angalo.  -  Moja  na  przykład  ciągle  chce

nowych kiecek.

background image

- Jestem pewien, że by nam pomógł - Gurder wrócił do starego tematu. - Gdybyśmy z

nim porozmawiali, to pewnie by nam dał uczciwy posiłek i...

- ...pudełko po butach na mieszkanie - dokończył Masklin.

- ...i pudełko po butach na... - powtórzył automatycznie Gurder. - Co?! Nie! To znaczy

może.  To  jest,  chciałem  powiedzieć,  dlaczego  nie?  Godzina  spokojnego  snu  w  normalnych

warunkach to też coś. A potem bylibyśmy...

- ...noszeni przez niego w kieszeni - podsunął Masklin.

- Niekoniecznie.

- Bylibyśmy, bo on jest duży, a my mali.

- „Start nastąpi za trzy godziny i pięćdziesiąt siedem minut.”

Obozowisko wychodziło na płytką rzeczkę, której brzegi bujnie porastała różnorodna

roślinność  -  najwyraźniej  na  Florydzie  w  ogóle  nie  było  zimy.  Tą  właśnie  rzeczką  powoli

spłynęło  coś  przypominającego  płaski  talerz  z  przytwierdzoną  z  przodu  łyżką.  Łyżka  na

moment uniosła się, przyjrzała nomom i opadła z powrotem.

- Rzecz, co to było? - zaniepokoił się Masklin.

Rzecz wypuściła z siebie zestaw rurek.

- „Długoszyi żółw” - odparła, chowając je.

- Aha.

Żółw spokojnie spłynął dalej.

- Szczęściarz - mruknął Gurder.

- Dlaczego? - zaciekawił się Angalo.

-  Ma  długą  szyję  i  nazywa  się  długoszyi  żółw.  Głupio  by  mu  było,  jakby  się  tak

nazywał i miał krótką szyję, nie?

- „Start za trzy godziny i pięćdziesiąt sześć minut.”

Masklin wstał.

-  Wiecie,  szkoda,  że  nie  zdążyłem  przeczytać  więcej  tego  „Szpiega  bez  spodni”  -

odezwał się Angalo. - Zaczynało być ciekawie.

- Ruszamy - zdecydował Masklin. - Spróbujemy znaleźć drogę.

- Co? Już zaraz, teraz? - zdziwił się Angalo.

-  Dotarliśmy  za  daleko,  żeby  się  teraz  zatrzymywać,  prawda?  -  spytał  uprzejmie

Masklin.

Bez protestów pozostali ruszyli w drogę - taka uprzejmość zawsze była podejrzana.

background image

Przez zwalony pień przedostali się na drugą stronę rzeczki i zanurzyli się w wysoką

trawę.

- Tu jest znacznie bardziej zielono niż w domu - zauważył Angalo.

Masklin bez słowa przepchnął się przez kurtynę zwisających liści.

- I cieplej też - dodał Gurder. - Dobrze sobie tu wyregulowali ogrzewanie.* [przyp.:

Dla  nomów  żyjących  w  Sklepie  temperatura  powietrza  zależała  od  ogrzewania  albo

klimatyzacji i Gurder, podobnie jak większość z nich, nigdy nie był w stanie zrezygnować z

pewnych nawyków myślowych.]

-  Nikt  na  zewnątrz  nie  ustawia  ogrzewania!  -  jęknął  Angalo.  -  Ono  się  po  prostu

przytrafia.

-  Jak  będę  stary  i  będę  musiał  żyć  na  zewnątrz,  to  będzie  odpowiednie  miejsce.  -

Gurder zignorował go całkowicie.

- „To rezerwat przyrody” - poinformowała go Rzecz.

- Co?! Jak gruszki w occie, tylko ze zwierząt? - Gurder był zaszokowany.

-  „Gruszki  w  occie  to  marynata”  -  oznajmiła  z  pogardą.  –  „Rezerwat  to  miejsce,  w

którym zwierzęta mogą żyć nie molestowane.”

- To znaczy, że nie można na nie polować?

- „Właśnie.”

- Masklin, słyszałeś? Nie wolno ci na nic polować - poinformował go Gurder.

Masklin mruknął w odpowiedzi - coś mu nie dawało spokoju.

Może faktycznie miało to jakiś związek ze zwierzętami...

Postanowił to sprawdzić.

- Rzecz, nie licząc tych żółwi z długimi szyjami, co tu jeszcze żyje w okolicy? - spytał.

Przez chwilę panowała cisza, po czym Rzecz powiedziała:

- „Znalazłam wzmianki o krowach morskich i aligatorach.”

Masklin spróbował sobie wyobrazić, jak wygląda krowa morska, i nie bardzo mu się

udało.  Za  to  normalne  krowy  znał  dobrze  i  wiedział,  że  są  duże  i  powolne.  I  nie  jadają

nomów, chyba że przez przypadek.

- Co to jest aligator? - spytał, rezygnując z krowy morskiej.

No, to Rzecz mu powiedziała.

- Co? - zdziwił się.

- Co?! - jeszcze bardziej zdumiał się Angalo.

background image

- Cooo?! - najbardziej zdumiał się Gurder, zakasując sutannę.

- Ty idioto! - wzruszył się Angalo.

-  Kto?  Ja?!  -  obruszył  się  Masklin.  -  A  niby  skąd  miałem  wiedzieć?!  Może  nie

zauważyłem  plakatu  na  lotnisku:  „Witamy  na  Florydzie,  w  ojczyźnie  mięsożernych

drapieżników ziemno-wodnych, dochodzących do sześciu metrów długości”? Widziałeś taki

plakat?

Zamiast odpowiedzi Angalo skoncentrował się na obserwowaniu trawy. Ciepły, mokry

świat,  zamieszkany  dotąd  przez  owady  i  żółwie,  stał  się  nagle  kryjówką  dla  potworów  z

ostrymi zębami. Co gorsza, Masklin czuł, że coś ich obserwuje.

Odruchowo zbili się ciasno, stając plecami do siebie, a Masklin schylił się i podniósł

spory kamień.

Trawa poruszyła się.

- Rzecz nie mówiła, że wszystkie osiągają sześć metrów - zauważył Angalo w nagłej

ciszy.

- Kręcimy się po ciemku, a tu się aż roi od niebezpieczeństw - jęknął Gurder.

Trawa poruszyła się ponownie, i tym razem na pewno powodem nie był wiatr.

- Przygotujcie się! - mruknął Angalo.

-  Jeżeli  to  aligatory,  to  pokażę  im,  że  nom  potrafi  umrzeć  z  godnością  -  oznajmił

Gurder, zbierając się w sobie.

-  Proszę  bardzo  -  burknął  Angalo,  rozglądając  się  uważnie.  -  Ja  tam  zamierzam  im

pokazać, z jaką szybkością nom potrafi uciekać.

Trawa rozsunęła się.

I wyszedł stamtąd nom.

Za  plecami  Masklina  rozległ  się  jakiś  trzask,  więc  pospiesznie  odwrócił  głowę  -  był

tam kolejny nom.

I jeszcze jeden z boku.

I jeszczejeden.

Łącznie było ich piętnastu.

Masklin,  Angalo  i  Gurder  obracali  się  niczym  jedno  zwierzę  o  trzech  głowach  i

sześciu  nogach.  Masklin  miał  przy  okazji  nieodpartą  chęć  dać  sobie  samemu  po  pysku  -

siedzieli przecież przy resztkach ogniska, widział ciepły jeszcze popiół i ani przez chwilę nie

zastanowił się, kto mógł rozpalić coś, co człowiek ledwie by zauważył.

background image

Obcy w szarych strojach byli różnych rozmiarów. I każdy miał dzidę.

Masklin próbował mieć jak największą liczbę przybyszów w polu widzenia. Szczerze

żałował, że nie ma swojej włóczni. Co prawda żadna na razie nie była wymierzona w nich, ale

też żadna nie była w nich zupełnie nie skierowana.

Jedynym  pocieszeniem  była  świadomość,  że  nomy  naprawdę  rzadko  się  wzajemnie

zabijają. W Sklepie uważano to za nieprzyzwoite chamstwo, a na zewnątrz... cóż, zawsze było

aż  za  wielu  chętnych,  którzy  skutecznie  to  robili.  Poza  tym  to  nie  było  właściwe.  I  to  był

najważniejszy powód.

Należało więc mieć nadzieję, że te nomy uważają tak samo.

- Znasz ich? - spytał niespodziewanie Angalo.

- Ja?! - zdziwił się Masklin. - Oczywiście, że nie. Skąd mam ich znać?!

- Są z zewnątrz... Myślałem, że wszyscy z zewnątrz się znają...

- W życiu ich nie widziałem - zapewnił go Masklin.

- Wydaje mi się, że wodzem jest ten stary z haczykowatym nosem - powiedział wolno

Angalo. - Ten, co ma pióro wetknięte w kok. Jak myślisz?

Masklin przyjrzał się wysokiemu, chudemu starcowi, który patrzył na nich badawczo z

niezbyt przyjaznym grymasem na twarzy.

- Wygląda, że nas nie lubi - ocenił.

- Ja go też nie lubię - przyznał Angalo.

- Rzecz, masz jakieś sugestie? - spytał na wszelki wypadek Masklin.

- „Prawdopodobnie tak samo boją się was, jak wy ich.”

- Wątpię - mruknął Angalo. - Ich jest więcej.

- „Powiedzcie, że nie zrobicie im krzywdy.”

- Wolałbym, żeby oni powiedzieli, że nam nie zrobią krzywdy.

Masklin dał krok do przodu i uniósł ręce.

-  Jesteśmy  pokojowo  nastawieni  -  ogłosił.  -  Nie  chcemy,  żeby  komukolwiek  coś  się

stało.

- A zwłaszcza żeby nam się stało - dodał Angalo.

Część obcych cofnęła się, unosząc dzidy.

- Przecież podniosłem ręce, to o co im chodzi? - zdziwił się Masklin.

- Tylko że w jednej ściskasz spory kamień - odparł rzeczowo Angalo. - Nie wiem jak

oni, ale jakbyś tak podszedł do mnie w ten sposób, na pewno bym się przestraszył.

background image

-  Zapomniałem  -  przyznał  Masklin.  -  I  nie  jestem  pewien,  czy  nie  chcę  go  dalej

ściskać.

- Może oni nas nie rozumieją...

Wtedy ożywił się Gurder, który od momentu pojawienia się tamtych nomów nie wydał

z  siebie  dźwięku,  za  to  bladł  coraz  bardziej.  Teraz  musiał  mu  zaskoczyć  jakiś  wewnętrzny

włącznik,  gdyż  parsknął,  skoczył  i  ruszył  na  starego  z  piórkiem  niczym  ciężko  wkurzony

balon.

- Jak śmiesz nam przeszkadzać, ty... ty Zewnętrzniaku jeden, ty...! - ryknął.

Angalo zasłonił oczy, Masklin energicznie ujął kamień.

- Gurder...- zaczął.

Wódz  cofnął  się,  a  pozostali  najwyraźniej  nie  bardzo  wiedzieli,  co  mają  zrobić  z

filigranowym uosobieniem świętego oburzenia, jakie nagle wpadło między nich.

W końcu Chudy z piórkiem odwrzasnął coś Gurderowi.

- Tylko mi tu nie pyskuj, poganinie jeden! - rozdarł się jeszcze głośniej Gurder. - Co ty

sobie myślisz, że przestraszymy się kilku włóczni?!

- Już się przestraszyliśmy - mruknął cichutko Angalo, przysuwając się do Masklina. -

Co go opętało?

Na  kolejny  wrzask  wodza  kilku  niepewnie  uniosło  dzidy,  a  kilku  innych  zaczęło

dyskutować.

- Sytuacja się pogarsza - ocenił Angalo.

- Zgadza się. Myślę, że powinniśmy... - Masklin urwał, gdyż za jego plecami rozległ

się nagle jakiś rozkazujący głos, na który wszyscy szarzy się odwrócili.

Zrobił więc to samo.

Z  trawy  wyłoniła  się  dziwna  para  -  chłopak  i  niewysoka,  pulchna  kobieta  z  rodzaju

dobrych  cioć,  od  których  odruchowo  bierze  się  placek  z  jabłkami.  Uczesana  była  w  koński

ogon, w który także miała wetknięte szare pióro. Na ich widok wódz rozgadał się, a pozostali

zaczęli się wstydzić. Kobieta ucięła krótko jego słowotok, na co wzniósł ręce do nieba i zaczął

coś mamrotać.

Kobieta  tymczasem  obeszła  Masklina  i  Angala,  oglądając  ich  uważnie  niczym

eksponaty na wystawie. Masklin, spoglądając na nią, zrozumiał nagle, że to ona tu rządzi i że

jeśli się jej nie spodobają, to dopiero znajdą się w kłopotach. Jejmość tymczasem wyjęła mu

kamień z garści, przeciw czemu nie protestował, a potem dotknęła Rzeczy.

background image

I  Rzecz  przemówiła.  Dziwnie  podobnie  jak  przed  chwilą  kobieta.  Ta  cofnęła  dłoń,

przyjrzała się czarnemu sześcianowi z ukosa i odsunęła się.

Na jej rozkaz mężczyźni uformowali coś na kształt odwróconego V: czubek stanowiła

ona, a wnętrze Gurder, Masklin i Angalo.

- Jesteśmy więźniami? - Gurder nieco ochłonął.

- Myślę, że jeszcze nie - mruknął Masklin.

* * *

Posiłek składał się z jakiejś jaszczurki, co Masklinowi przypomniało czasy młodości,

czyli  okres,  zanim  trafił  do  Sklepu.  Naturalnie  zjadł  ją  z  przyjemnością.  Pozostała  dwójka

zjadła  wyłącznie  dlatego,  że  odmowa  byłaby  nieuprzejmością,  a  nie  jest  najlepszym

pomysłem być nieuprzejmym w stosunku do osób mających włócznie, kiedy samemu się ich

nie ma.

Florydyjczycy obserwowali ich uważnie i w milczeniu.

Było ich co najmniej trzydzieścioro. Wszyscy w identycznym, szarym przyodziewku i

poza tym, że mieli nieco ciemniejszą skórę i byli zdecydowanie chudsi, niczym się nie różnili

od sklepowych nomów. Wielu miało imponujące, haczykowate nosy, co według Rzeczy było

jak najbardziej normalne - z powodów genetycznych.

Rzecz rozmawiała z nimi, jedną z wysuwanych rurek rysując od czasu do czasu różne

kształty na piasku.

Pewnie 

im 

tłumaczy, 

że

przybyliśmy-z-daleka-ptakiem-co-lata-nie-machając-skrzydłami  -  wyraził  przypuszczenie

Angalo.

Rzecz często też powtarzała słowa kobiety, z którą głównie rozmawiała.

W końcu Angalo miał dość.

- Rzecz, co tu się wyprawia? - spytał natarczywie. - I dlaczego ta kobieta ciągle gada?

- „Bo ona jest przywódcą tej grupy.”

- Kobieta?! Mówisz poważnie?!

- „Zawsze mówię poważnie. Mam to wbudowane.”

-  Och!  -  westchnął  Angalo  i  szturchnął  Masklina.  -  Jak  Grimma  się  kiedykolwiek  o

tym dowie, to zaczną się prawdziwe kłopoty.

-  „Nazywa  się  Bardzo-małe-drzewo  albo  Krzew”  -  dodała  Rzecz,  już  z  własnej

background image

inicjatywy.

- I ty ją rozumiesz? - upewnił się Masklin.

- „W tej chwili już tak. Ich język jest bardzo zbliżony do oryginalnego nomijskiego.”

- Jakiego znowu oryginalnego nomijskiego?

- „To język, jakim mówili wasi przodkowie.”

Masklin  wzruszył  ramionami  -  nie  było  sensu  w  tej  chwili  dyskutować,  w  jakim

języku  w  takim  razie  nomy  teraz  mówią.  Wyjaśnienia  należało  zostawić  na  później,  toteż

wrócił do rzeczywistości i spytał:

- Opowiedziałaś jej o nas?

- „Tak. Powiedziała, że...”

Chudy  z  piórkiem,  mamroczący  coś  od  dłuższej  chwili  sam  do  siebie,  wstał  nagle  i

obwieszczał coś długo i donośnie, pokazując to na ziemię, to na niebo.

Rzecz błysnęła światełkami i przetłumaczyła:

- „On mówi, że naruszacie tereny należące do Twórcy Chmur. Mówi, że to bardzo źle

i że Twórca Chmur będzie bardzo zły.”

Część  obecnych  najwyraźniej  się  z  nim  zgadzała,  co  słychać  było  po  pomrukach.

Krzew  powiedziała  coś  ostro  i  Masklin  w  ostatniej  chwili  złapał  Gurdera,  który  właśnie

zamierzał się wtrącić.

- A co ona o tym myśli? - spytał.

„Nie 

wydaje 

mi 

się, 

żeby 

go 

lubiła. 

On 

się 

nazywa

Ten-który-wie-co-myśli-Twórca-Chmur.”

- A co to w ogóle jest ten Twórca Chmur?

- „Wymówienie jego prawdziwego imienia przynosi pecha. To on stworzył Ziemię i

nadal tworzy niebo. To...”

Chudy  znów  się  odezwał.  Tym  razem  był  zły,  co  Masklinowi  się  zdecydowanie  nie

spodobało  -  potrzebowali  tu  przyjaciół,  nie  wrogów.  Tylko  nie  bardzo  wiedział,  jak  to

osiągnąć.

- Ten Twórca Chmur... - spytał po długim namyśle - ...to taka odmiana Arnolda Brosa

(zał. 1905)?

- „Tak.”

- Coś realnego?

- „Myślę, że tak. Jesteście gotowi zaryzykować?”

background image

- Co?

- „Sądzę, że potrafię zidentyfikować Twórcę Chmur, i wiem, kiedy zrobi trochę więcej

nieba.”

- Że co jak?! - zgłupiał Masklin.

- „Za trzy godziny dziesięć minut.”

Do Masklina powoli zaczęło coś docierać.

- Momencik - powiedział powoli. - To tyle samo czasu, ile zostało...

- „Tak jest. Proszę, bądźcie gotowi do ucieczki. Napiszę teraz imię Twórcy Chmur.”

- A dlaczego mamy uciekać?

- „Bo oni mogą się rozzłościć. Koniec gadania: nie mamy czasu do stracenia.”

Rzecz  wysunęła  czułek  i  zaczęła  nim  pisać  po  piachu.  Zdecydowanie  nie  był  on

przeznaczony do tej czynności, toteż kształty wychodziły nieco koślawe i chwilami trudne do

odcyfrowania.

W sumie napisała ich cztery.

Efekt był natychmiastowy.

Chudy  z  piórem  zaczął  wrzeszczeć.  Część  obecnych  zerwała  się  na  równe  nogi.  A

Masklin sprężył się do biegu.

- Zaraz przyłożę temu staremu durniowi. - Gurder też się sprężył. - Jak ktoś może być

tak ograniczony?

Krzew  tymczasem  wciąż  siedziała  spokojnie,  po  czym  odezwała  się  głośno,  ale

opanowanym głosem.

-  „Mówi  im,  że  nie  ma  nic  złego  w  pisaniu  imienia  Twórcy  Chmur.  On  sam  często

pisze  swoje  imię,  a  poza  tym  o  jego  sławie  najlepiej  świadczy  to,  że  obcy,  czyli  my,  też  je

znają. Na razie nie musicie uciekać.”

Jej oświadczenie uspokoiło większość obecnych. Nawet Chudy przestał wrzeszczeć, a

zaczął mamrotać.

Masklin nieco się odprężył i przyjrzał znakom na piasku.

- N... A... 8... A? - przeczytał.

- „To S, nie 8” - poprawiła go Rzecz.

- Przecież rozmawiałaś z nimi tylko chwilę - włączył się Angalo. - Skąd to wiedziałaś?

- „Bo wiem, jak nomy myślą. Zawsze wierzycie w to, co przeczytacie, i bierzecie to

dosłownie. Można powiedzieć, że macie dosłowne umysły.”

background image
background image

Rozdział szósty

GĘSI:  marka  ptaka  znacznie  wolniejszego  niż  np.  Concorde  i  nie  dają  tam  nic  do

jedzenia. Nomy, które dobrze je znają, uważają gęsi za najgłupsze istniejące ptaki (nie licząc

kaczek).  Spędzają  większość  czasu  na  lataniu  z  jednego  miejsca  na  drugie.  Jako  środek

transportu pozostawiają wiele do życzenia.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de

Pasmanterii

Jak  opowiedziała  Krzew,  na  początku  nie  było  nic  prócz  gruntu.  NASA  zauważył

pustkę ponad nim i zdecydował się wypełnić ją niebem. Zbudował miejsce pośrodku świata i

ustawił wieże pełne chmur. Czasami też znajdowały się w nich gwiazdy, gdyż w nocy, kiedy

taka wieża uniosła się do góry, widać było poruszającą się po niebie gwiazdę.

Okolica  wokół  wież  stała  się  specjalnym  terenem  NASA  -  było  tu  więcej  zwierząt  i

mniej  ludzi  niż  gdzie  indziej.  Dla  nomów  było  to  idealne  miejsce,  toteż  nic  dziwnego,  że

część z nich zaczęła wierzyć, że NASA zorganizował to wszystko specjalnie dla nich.

Krzew skończyła i usiadła.

- A ona w to wierzy? - spytał Masklin, spoglądając na przeciwległy skraj polany, gdzie

od dobrej chwili Gurder i Chudy kłócili się, aż echo niosło: żaden nie rozumiał drugiego, ale

im zdawało się to nie przeszkadzać.

Rzecz przetłumaczyła jego pytanie.

Krzew roześmiała się.

- „Ona mówi, że nie musi wierzyć we wszystko. Wiele widziała i wie, dlaczego tak się

działo, wiele zaś widziała i nie wie, ale wiara jest dobra tylko dla tych, którzy jej potrzebują.

O tym, że ten teren należy do NASA, wie, bo tak pisze na znakach.”

Angalo uśmiechnął się szeroko - z podniecenia ledwie mógł usiedzieć na miejscu.

- Oni żyją w pobliżu miejsca, z którego startują te promy rakietowe, i myślą, że to coś

magicznego! - oznajmił.

-  A  nie  jest?  -  mruknął  Masklin  prawie  do  siebie.  -  Poza  tym  nie  jest  to  bardziej

dziwaczne niż przekonanie, że Sklep to cały świat. Rzecz, oni mogą widzieć starty? Są raczej

daleko...

background image

- „Nie tak daleko: osiemnaście mil to nie jest aż tak duża odległość. Krzew mówi, że

w godzinę mogą być na miejscu.”

Widząc ich zaskoczenie, Krzew wstała i ruszyła w kierunku kępy zarośli. W ślad za

nią  poderwało  się  pół  tuzina  mężczyzn  z  włóczniami,  tworząc  formację  odwróconego  V.

Masklin i Angalo dołączyli do nich.

Po kilku jardach wyszli na brzeg niewielkiego jeziorka.

Do zbiorników wodnych zdążyli się przyzwyczaić - jeden, całkiem spory, znajdował

się niedaleko lotniska. Zdążyli się nawet przyzwyczaić do kaczek. Ale to, co entuzjastycznie

rzuciło się do brzegu, było znacznie większe niż kaczka i było tego dużo. W dodatku kaczki,

podobnie  jak  wiele  innych  zwierząt,  rozpoznawały  w  nomach  ludzkie  kształty,  jeśli  nie

wielkość,  i  trzymały  się  z  daleka.  Nie  zdarzyło  się,  żeby  wiosłowały  jak  głupie  do  nich,

zupełnie jakby sam ich widok był najradośniejszym wydarzeniem w życiu. A tu właśnie tak

było - bo część prawie leciała, żeby tylko szybciej ich dopaść.

Masklin rozejrzał się, szukając broni, ale Krzew złapała go za ramię i energicznie coś

powiedziała.

- „Są przyjacielskie” - przetłumaczyła Rzecz.

- A nie wyglądają!

-  „To  gęsi.  Całkiem  niegroźne,  chyba  że  dla  trawy  albo  prymitywnych  organizmów.

Przylatują tu na zimę.”

Gęsi  zjawiły  się  wraz  z  falą,  która  doszła  czekającym  do  kostek,  i  wygięły  długie

szyje,  pochylając  głowy.  Krzew  poklepała  kilka  najbliższych  po  groźnie  wyglądających

dziobach.

Masklin robił, co mógł, by nie wyglądać jak prymitywny organizm.

- „Migrują tu z chłodnych klimatów” - dodała Rzecz. - „I polegają na Florydyjczykach,

żeby im znajdowali właściwy kurs.”

-  To  dobrze.  To...  -  Masklin  poczekał,  aż  jego  myśli  dogonią  jego  język.  -  Zaraz,

mówisz, że oni latają na tych całych gęsiach?!

- „Tak jest. Nomy i gęsi podróżują razem. Tak na marginesie, zostało dwie godziny i

czterdzieści jeden minut.”

- Chciałbym, żebyśmy to sobie wyjaśnili bez niedomówień. - Angalo mówił powoli,

nie  spuszczając  wzroku  z  gęsi  pijącej  zawzięcie  kilka  cali  od  niego.  -  Sugerujesz,  żebyśmy

lecieli  na  gęsiach,  tak?  To  proponuję,  żebyś  się  namyśliła  jeszcze  raz.  Albo  obliczyła  na

background image

nowo. Albo cokolwiek, bylebyś zmieniła sugestię.

-  „Naturalnie  masz  lepszą.”  -  Gdyby  Rzecz  miała  twarz,  uśmiechałaby  się  właśnie

złośliwie.

- A owszem, rada, żebyśmy na nich nie lecieli, jest znacznie lepsza.

- Nie byłbym taki pewien. - Masklin przyglądał się gęsiom z namysłem. - Można by

spróbować...

- „Florydyjczycy wytworzyli bardzo interesujący rodzaj stosunków z gęsiami: one dają

nomom skrzydła, a nomy nimi kierują. Latem lecą na północ do Kanady i wracają tu na zimę.

To prawie symbioza, choć naturalnie żadna ze stron nie rozumie tego określenia.”

- A to ci dopiero durnie - mruknął Angalo.

-  Ja  za  to  nie  rozumiem  ciebie,  Angalo  -  dodał  Masklin.  -  Masz  fioła,  żeby  jeździć

rozmaitymi  maszynami,  tym  większego,  im  szybciej  poruszają  je  jakieś  ruchome  kawałki

metalu, a boisz się podróży na zupełnie naturalnym ptaku.

- Bo nie rozumiem, jak ptaki działają. Nigdy nie widziałem planu czy schematu gęsi.

- „Gęsi są powodem, dla którego Florydyjczycy niewiele mieli do czynienia z ludźmi, i

dlatego, jak już mówiłam, ich język to prawie oryginalny nomijski.”

Krzew obserwowała ich uważnie, ale w jej podejściu do nich było coś dziwnego: ani

się ich nie bała, ani nie była agresywna czy niemiła...

-  Nie  jest  zaskoczona!  -  Masklina  nagle  olśniło.  -  Jest  zaciekawiona,  ale  nie

zaskoczona! Pozostali zresztą też: wytrąciło ich z równowagi to, że znaleźliśmy się tutaj, a nie

to, że istniejemy. Rzecz, spytaj ją, ilu nomów dotąd spotkała?

W odpowiedzi usłyszał słowo, które znał mniej więcej od roku.

Tysiące.

* * *

Przewodnia  żaba  próbowała  dojść  do  ładu  z  nowym  pomysłem.  Zaczęła  bowiem

niejasno zdawać sobie sprawę, że potrzebuje nowego rodzaju myśli.

No bo tak: był sobie świat, z jeziorkiem w środku i płatkami na brzegach. Jeden.

Ale przed nią był inny świat, i to strasznie podobny do tego, z którego wyszła. Jeden.

Siadła na kępce mchu, tak by jednym okiem widzieć jeden świat. Jeden tu i jeden tam.

Jeden. I jeden.

Aż się zmarszczyła z wysiłku, gdy spróbowała tego nowego pomysłu. Jeden i jeden to

background image

jeden, ale jak ma się jeden tu i jeden tam...

Pozostałe  żaby  w  niemym  osłupieniu  obserwowały  coś,  co  wyglądało  na  początki

imponującego zeza.

Jeden  tu  i  jeden  tam  nie  mogły  być  jednym.  Były  za  daleko.  Potrzebne  było  słowo

oznaczające oba jedne. Trzeba by powiedzieć... no, powiedzieć...

Przewodnia żaba uśmiechnęła się tak szeroko, że oba końce prawie się spotkały za jej

uszami.

Znalazła potrzebne słowo. I powiedziała je:

- .-.-.mipmip.-.-!

Znaczyło to: jeden. I jeszcze jeden więcej.

* * *

Gdy wrócili, Gurder i Chudy z piórem kłócili się w najlepsze.

- Jak im się udaje? - Angalo nie mógł wyjść z podziwu. - Przecież nie wiedzą, co drugi

mówi!

- Dlatego tak dobrze im idzie - odparł Masklin i dodał głośniej: - Gurder! Ruszamy w

drogę.

Gurder,  czerwony  jak  pomidor,  uniósł  głowę.  Obaj  kucali  na  kawałku  piaszczystego

terenu pokreślonym jakimiś wykresami.

-  Potrzebna  mi  Rzecz!  -  oznajmił.  -  Ten  idiota  odmawia  zrozumienia  najprostszych

rzeczy!

- I tak z nim nie wygrasz - poinformował go Masklin. - Krzew mówi, że on się kłóci ze

wszystkimi, toteż z nim kłócą się tylko nowo spotkani. Widać lubi.

- Jacy nowo spotkani? - zdziwił się Gurder.

- Inne nomy, bo jak się okazuje, nomów jest wszędzie pełno. Nawet na Florydzie są

inne grupy. I są w Kanadzie, dokąd ci tu przenoszą się na lato. Pewnie w domu też są jakieś

grupy,  których  nigdy  nie  spotkaliśmy.  Ale  o  tym  potem,  teraz  musimy  się  spieszyć,  bo  nie

zostało nam wiele czasu.

* * *

- Nie wsiądę na coś takiego!

Gęś spojrzała na Gurdera z zaskoczeniem, jakby był żółtozieloną żabą.

background image

- Też nie jestem najszczęśliwszy, że mam to zrobić - poinformował go Masklin - ale

oni robią to od dawna i żyją, jak widać. Po prostu się przytul do piór i trzymaj się mocno.

- Przytul?! Nigdy się do niczego nie przytulałem!

- To najwyższy czas zacząć.

-  Leciałeś  concorde’em?  -  spytał  Angalo.  -  Leciałeś.  A  zbudowali  go  i  lecieli  nim

ludzie.

Gurder posłał mu piorunujące spojrzenie kogoś, kto łatwo nie zrezygnuje.

- No - warknął. - A kto zbudował gęsi?

Angalo parsknął śmiechem, a Masklin odparł:

- Sądzę, że inne gęsi.

- Gęsi?! A co one wiedzą o bezpiecznych konstrukcjach lotniczych?

- Przestań się czepiać, ty też nic nie wiesz. Nomy na nich przelatują tysiące mil, a nas

gęsi mają tylko dostarczyć na czas na miejsce. Osiemnastu mil na piechotę nie przejdziemy,

więc chyba warto spróbować? - Masklin się trochę zirytował.

Gurder zawahał się.

Chudy z piórkiem zaczął coś mamrotać.

Gurder odchrząknął.

-  No  dobrze  -  oznajmił.  -  Skoro  ci  błądzący  biedacy  mają  taki  nałóg,  chcąc  ich

nawrócić  na  właściwą  drogę,  nie  mogę  tego  nie  zrobić.  Oni  jakoś  rozmawiają  z  tymi

stworzeniami?

Rzecz spytała o to Krzew i dowiedziała się, że gęsi są na to za głupie - przyjacielskie,

ale głupie. A poza tym, po co mówić do czegoś, co nie jest w stanie odpowiedzieć?

- Powiedziałaś jej, co chcemy zrobić? - spytał niespodziewanie Masklin.

- „Nie, bo nie pytała.”

- Dobra, to jak się na to wsiada?

Krzew wsadziła dwa palce w usta i gwizdnęła przeraźliwie.

Pół tuzina gęsi pospieszyło do brzegu. Z bliska ani trochę nie wyglądały na mniejsze.

- Przypomniało mi się, że kiedyś czytałem coś o gęsiach - odezwał się Gurder jakby w

sennym przerażeniu. - Podobno jednym ciosem dzioba mogą złamać człowiekowi rękę.

- Nie dzioba, tylko skrzydła - poprawił go Angalo.

- I chodziło o łabędzie - dodał Masklin. - Reszta się zgadza.

Gurder popatrzył na długie szyje kołyszące się nad jego głową i bez słowa przełknął

background image

ślinę.

* * *

Kiedy znacznie później Masklin zabrał się do pisania historii swego życia, opisał lot

na  gęsi  jako  najszybszy,  najwyższy  i  najbardziej  przerażający  ze  wszystkich  lotów,  jakie  w

życiu  odbył,  co  spotkało  się  z  ogólnym  sprzeciwem  jako  niezgodne  z  prawdą.  Uzasadnił  to

wówczas następująco: samolot leci tak szybko, że zostawia za sobą swój własny dźwięk, i tak

wysoko, że wokół jest tylko niebiesko, toteż nikt normalny nie wie, ani jak szybko, ani jak

wysoko leci. Jest to po prostu coś, co się przytrafia i tyle. Poza tym samolot wygląda, jakby

był przeznaczony do latania. Concorde stojący na ziemi wygląda na zagubionego.

Gęś tymczasem wygląda równie aerodynamicznie co poduszka. I nie startuje lekko i

wdzięcznie,  szybko  wzbijając  się  w  górę  jak  samolot.  Gęś  biegnie  po  wodzie,  desperacko

machając skrzydłami, i kiedy już jest prawie oczywiste, że tym razem jej się nie uda, nagle

znajduje  się  w  powietrzu.  Woda  powoli  jest  coraz  dalej  i  tylko  słychać  powolny  łopot

skrzydeł, jakby dla gęsi był to ostateczny wysiłek.

Być  może  innym  powodem  było  to,  że  Masklin  nie  znał  się  zupełnie  na  silnikach  i

odrzutowcach i dlatego właśnie nie bał się nimi latać. Natomiast świadomość, że w powietrzu

utrzymuje go ledwie kilka dużych mięśni, nie była uspokajająca.

Każdy  dzielił  gęś  z  jednym  Florydyjczykiem.  Nie  musieli  w  ogóle  sterować  -  tylko

Krzew usadowiła się na szyi swojej gęsi i kierowała nią. Za tą gęsią leciały pozostałe, tworząc

idealną literę V (odwróconą). Masklin musiał przyznać, że na gęsi podróżuje się miękko, ale

nieco  chłodno,  toteż  zagrzebał  się  w  piórach.  Jak  się  potem  dowiedział,  Florydyjczycy

najczęściej spali podczas lotu, ale sama perspektywa takiego spędzania czasu przyprawiała go

o  koszmarki.  Zaciekawiony  zerknął  w  dół,  dostrzegł  przemykające  w  dole  drzewa  i

pospiesznie cofnął głowę - jak na jego gust robiły to zdecydowanie za szybko.

- Rzecz, ile czasu nam zostało?

- „Oceniam, że zjawimy się w sąsiedztwie miejsca startu na godzinę przed czasem.”

- Aha... a masz jakieś pomysły, jak mamy się dostać do tego promu czy jak mu tam?

- „To prawie niemożliwe.”

- Tak sobie myślałem, że to powiesz.

- „Ale możecie mnie tam dostarczyć.”

- Ale jak? Mamy cię przywiązać do niego czy co?

background image

- „Jak doniesiecie mnie wystarczająco blisko, resztę załatwię sama.”

- Jaką resztę?

- „Wezwę statek.”

- A właśnie, gdzie on jest? I jakim cudem te wszystkie satelity i inne nie powpadały na

niego do tej pory?

- „Czeka.”

- Wiesz, czasami jesteś po prostu niezastąpiona! - parsknął Masklin.

- „Dziękuję uprzejmie.”

- To było złośliwie!

- „Wiem.”

Pióra koło Masklina zaszeleściły i wynurzył się ich współpasażer - chłopak, z którym

była  Krzew,  gdy  ją  pierwszy  raz  zobaczyli.  Dotąd  się  nie  odzywał,  teraz  popatrzył  na

Masklina, na Rzecz, uśmiechnął się i powiedział kilka słów.

- „Chce wiedzieć, czy nie czujesz się chory.”

- Czuję się dobrze. Jak on się nazywa?

- „Pion. Jest najstarszym synem Krzewu.”

Pion uśmiechnął się szeroko.

- „Chce wiedzieć, jak było w odrzutowcu. Mówi, że czasami je widują, ale trzymają

się od nich z daleka. Mówi, że to musiało być podniecające.”

Gęś skręciła. Masklin kurczowo złapał się nie tylko rękoma, ale i nogami.

- „On mówi, że to musiało być znacznie bardziej podniecające niż lot gęsią.”

- Och, nie sądzę - jęknął słabo Masklin.

* * *

Lądowanie  było  zdecydowanie  gorsze  od  lotu.  Potem  Masklin  dowiedział  się,  że  na

wodzie byłoby lepsze, ale Krzew lądowała na twardym gruncie. Gęsiom zresztą też się to nie

podobało, bo musiały prawie zawisnąć w powietrzu, rozpaczliwie bijąc skrzydłami, i opaść na

łapy.

Pion  pomógł  Masklinowi  zejść  na  ziemię,  która  przez  dłuższą  chwilę  kołysała  się

złośliwie. Sądząc po sposobie poruszania się pozostałych, nie tylko pod nim się kołysała.

- Ziemia była tak blisko, a nikt na to nie zwracał uwagi! - entuzjazmował się Angalo. -

I cały czas gęgały! I kołysały się! A pod piórami są kości jak nie wiem co...

background image

Masklin przeciągnął się, aż mu w stawach skrzypnęło.

Teren wyglądał podobnie jak ten, z którego odlecieli, poza tym że rośliny były niższe i

nigdzie nie było widać wody.

- „Krzew mówi, że gęsi dalej nie polecą, bo to niebezpieczne.”

Krzew przytaknęła i wskazała w kierunku horyzontu.

Widać tam było biały kształt.

- To? - upewnił się Masklin.

- To? - powtórzył Angalo.

-„ To” - potwierdziła Rzecz.

- Nie wygląda na wielkie - ocenił Gurder.

- Bo jest jeszcze daleko - wyjaśnił Masklin.

-  Widzę  helikoptery!  -  ucieszył  się  Angalo.  -  Nic  dziwnego,  że  Krzew  nie  chciała

lecieć dalej.

-  Musimy  ruszać  -  przypomniał  Masklin.  -  Została  ledwie  godzina.  Lepiej  się

pożegnać...  Rzecz,  możesz  jej  wyjaśnić,  że  będziemy  próbowali  ją  potem  znaleźć?  Jak

wszystko się uda, naturalnie.

-  I  jak  będzie  jakieś  potem  -  dodał  Gurder,  z  wyglądu  przypominający  niedokładnie

wypraną ścierkę.

Gdy Rzecz umilkła, Krzew skinęła głową i wypchnęła do przodu Piona.

Rzecz zaś wyjaśniła, o co chodzi.

- Co?! - zdumiał się Masklin. - Nie możemy go wziąć ze sobą!

- „Młodzieńcy z tego plemienia są zachęcani do podróży - wyjaśniła Rzecz. - Pion ma

ledwie czternaście miesięcy, a już wrócił z Alaski.”

- To spróbuj wytłumaczyć, że my nie udajemy się do żadnej Laski - polecił Masklin. -

Wytłumacz jej, że może mu się wszystko przytrafić!

Rzecz spróbowała.

- „Ona mówi, że to dobrze. Dorastający chłopak powinien mieć nowe doświadczenia”

- oznajmiła.

-  Że  co?!  Przetłumaczyłaś  właściwie  to,  co  powiedziałem?  -  spytał  Masklin

podejrzliwie.

- „Tak.”

- I powiedziałaś jej, że to niebezpieczne?

background image

- „Odpowiedziała, że całe życie składa się z niebezpieczeństw.”

- Przecież on może zostać zabity! - wybuchnął Masklin.

- „To pójdzie do nieba i zostanie gwiazdą.”

- W to wierzą?!

-  „Wierzą,  że  system  operacyjny  noma  startuje,  gdy  ten  jest  gęsią:  jeśli  jest  dobrą

gęsią, to zostaje nomem. Gdy umiera, dobry stary NASA zabiera go do nieba, gdzie zostaje

gwiazdą.”

- Co to jest „system operacyjny”? - spytał słabo Masklin: to była religia, a ten temat

nigdy nie należał do jego ulubionych.

- „Takie coś wewnątrz, co mówi ci, czym  jesteś.”

- Ona ma na myśli duszę - wyjaśnił Gurder.

-  W  życiu  nie  słyszałem  takiej  kupy  nonsensów  -  ucieszył  się  Angalo.  -  Choć  nie:

ostatni raz w Sklepie, gdy wierzyliśmy, że wracamy jako ogródkowe elementy dekoracyjne.

Pamiętasz, Gurder?

O dziwo, Gurder zamiast wybuchnąć, zaczął wyglądać jeszcze gorzej.

-  Jak  chłopak  chce,  niech  idzie  -  zdecydował  Angalo.  -  Podejście  ma  właściwe:

przypomina mi mnie, jak byłem młodszy.

- „Jego matka mówi, że gdyby zatęsknił, to zawsze może znaleźć gęś, która przywiezie

go do domu” - dodała Rzecz.

Masklin  otworzył  już  usta,  by  protestować,  ale  zamknął  je  z  powrotem  bez  słowa  -

była to jedna z tych okazji, w których nie można niczego powiedzieć, gdyż nie ma się nic do

powiedzenia. Żeby coś komuś wytłumaczyć, trzeba znaleźć jakiś wspólny punkt odniesienia, a

w  wypadku  Krzewu  nic  takiego  nie  przychodziło  mu  do  głowy.  Dla  niej  świat  był  pewnie

większy, niż on mógł sobie wyobrazić, ale kończył się tam, gdzie zaczynało się niebo.

- Dobra - westchnął zrezygnowany. - Ale musimy już ruszać, tak że nie ma czasu na

długie, łzawe...

Urwał,  gdyż  Pion  ukłonił  się  matce  i  podszedł  do  niego,  skutecznie  odbierając

Masklinowi mowę. Nawet później, gdy poznał ich już lepiej, nigdy do końca nie zrozumiał,

dlaczego żegnali się tak radośnie, a odległość zdawała się nie robić na nich wrażenia.

- No, to chodźmy - wykrztusił po chwili.

Gurder  spojrzał  ponuro  na  Chudego  z  piórem,  który  uparł  się  im  towarzyszyć,  i

westchnął:

background image

- Naprawdę chciałbym z nim porozmawiać!

- Krzew mówi, że to w gruncie rzeczy całkiem porządny nom - dodał Masklin. - Tylko

strasznie uparty i dość staroświecki.

- Zupełnie jak ty, Gurder! - ucieszył się Angalo.

- Ja?! - oburzył się Gurder. - Ja wcale nie...

- Oczywiście, że nie jesteś - zapewnił go pospiesznie Masklin. - Ruszajmy wreszcie!

* * *

Poruszali się to marszem, to biegiem w prawie trzykrotnie wyższej od nich trawie.

- Nigdy nie zdążymy na czas - wysapał w pewnym momencie Gurder.

- To nie marnuj oddechu - poradził mu Angalo.

- Czy w promach serwują wędzonego łososia? - zainteresował się nie zrażony Gurder.

- Pojęcia nie mam! - stęknął Masklin, przedzierając się przez gęstą kępę trawy.

-  Nie  podają  -  oznajmił  autorytatywnie  Angalo.  -  Czytałem  gdzieś,  że  wszyscy  tam

jedzą z tubek.

Przez chwilę biegli w milczeniu, zastanawiając się nad usłyszaną rewelacją.

- Co jedzą? Pastę do zębów? - nie wytrzymał w końcu Gurder.

- Jaką pastę? Skąd znowu pastę do zębów! Pewien jestem, że nie pastę do zębów!

- A co jeszcze jest w tubce?

Angalo zamyślił się.

- Klej? - zaproponował niepewnie po chwili.

- Też niesmacznie brzmi. Pasta i klej.

-  Ci,  co  kierują  tymi  promami,  muszą  lubić  to,  co  jedzą  -  sprzeciwił  się  Angalo.  -

Widziałem obrazek, na którym wszyscy się uśmiechali.

- Akurat się uśmiechali! - parsknął Gurder. - Zęby próbowali rozkleić, dlatego się tak

szczerzyli.

- Nie znasz się i wszystko plączesz! - zirytował się Angalo. - Oni muszą mieć jedzenie

w tubach z powodu przyciągania.

- A co z nim?

- Nie ma go.

- Czego?

- Przyciągania. I dlatego wszystko wokół się unosi... no, pływa.

background image

- W wodzie?! - Gurder zaczynał mieć dość.

- W powietrzu. Bo nic go nie trzyma na talerzu.

- Aha! - Gurder zaczynał rozumieć. - I po to jest potrzebny klej?

Masklin zdawał sobie sprawę, że mogą prowadzić równie inteligentną rozmowę przez

parę  godzin,  a  im  bardziej  się  boją,  tym  dłużej.  Gadanie  zawsze  było  wygodniejsze  od

myślenia. Z perspektywy czasu takie eskapady zawsze wyglądały znacznie lepiej, ale teraz...

- Rzecz, ile nam zostało?

- „Czterdzieści minut.”

- Musimy odpocząć! - Gurder nie tyle biegł, ile runął do przodu.

Padli  w  cieniu  jakiegoś  krzaka.  Prom  co  prawda  nie  wydawał  się  bliższy,  ale  mogli

przynajmniej dojrzeć, że wokół niego kręci się sporo helikopterów, a z gestów Piona, który

wspiął się na krzak, wynikało, że jest też dużo ludzi.

- Muszę się przespać - oznajmił Angalo.

- Nie spałeś na gęsi? - zdziwił się Masklin.

- A ty spałeś?

Angalo ułożył się wygodnie i spytał:

- Jak dostaniemy się na ten prom?

-  Rzecz  mówi,  że  nie  musimy.  -  Masklin  wzruszył  ramionami.  -  Mamy  tylko

dostarczyć ją w pobliże.

- Chcesz powiedzieć, że nie polecimy?! - Angalo uniósł się na łokciu. - A tak na to

liczyłem!

-  To  nie  ciężarówka,  nie  zostawią  otwartego  okna.  I  tak  sobie  myślę,  że  trzeba  by

naprawdę dużo nomów i jeszcze więcej sznurka, żeby nim kierować.

-  Wiesz,  jak  kierowałem  ciężarówką...  to  był  najpiękniejszy  moment  mojego  życia  -

powiedział z rozmarzeniem Angalo. - I pomyśleć, że tyle miesięcy żyłem w Sklepie, nic nie

wiedząc o Zewnątrz...

Masklin poczekał uprzejmie na ciąg dalszy, ale ten nie następował.

- I co? - spytał, czując, że ciąży mu głowa.

- Co: i co?

- I co, gdy myślisz o tych miesiącach w Sklepie bez świadomości, że jest Zewnątrz?

-  To  mam  poczucie  straty.  Wiesz,  co  zrobię,  jeśli...  jak  wrócimy  do  domu?  Spiszę

wszystko, czego się dowiedzieliśmy. Już dawno powinniśmy to robić, to znaczy pisać własne

background image

książki, a nie tylko czytać ludzkie. Oni tam za dużo wymyślają. I nie chodzi mi o takie dzieła

jak Gurdera „Księga nomów”, tylko normalne książki o Nauce...

Masklin zerknął na Gurdera, zaskoczony brakiem reakcji na krytykę, ale ten spał już

głęboko. Pion też, zwinięty w kłębek - zaczynał nawet chrapać. Angalo umilkł, więc ziewnął

potężnie...

Nie spali od wielu godzin i choć generalnie nomy sypiają w nocy, to żeby wytrzymać

cały dzień na nogach, potrzebują kilku drzemek.

- Rzecz? - przypomniał sobie. - Obudź mnie za dziesięć minut, dobrze?

background image

Rozdział siódmy

SATELITY:  są  w  Przestrzeni  i  pozostaną  tam,  bo  latają  tak  szybko,  że  nigdy  nie

utrzymują się w jednym miejscu wystarczająco długo, by spaść. Odbija się od nich Telewizja.

Są częścią Nauki.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de

Pasmanterii

Masklina nie obudziła Rzecz, tylko Gurder.

A konkretnie głos Gurdera.

Leżał  więc  z  na  wpół  zamkniętymi  oczyma,  przysłuchując  się  cichej  rozmowie

Gurdera z Rzeczą.

-  Wierzyłem  w  Sklep  -  przyznał  Gurder  -  a  potem  okazało  się,  że  to  tylko  coś

zbudowane  przez  ludzi.  Myślałem,  że  Wnuk  Richard  to  ktoś  specjalny,  a  okazało  się,  że  to

tylko człowiek, który śpiewa, kiedy się moczy...

- „...bierze prysznic...”

- ...a teraz jeszcze dowiaduję się, że na świecie są tysiące nomów! Tysiące! I do tego

wierzących w rozmaite bzdury! Ten cymbał z piórkiem wierzy, że start promu otworzy niebo!

A wiesz, co jest najgorsze? Że jak to usłyszałem, to pomyślałem, że gdyby on zjawił się w

moim świecie, a zwłaszcza w Sklepie, to byłby przekonany, że j a jestem cymbał! Czyja też

byłem aż taki głupi? Powiedz mi, Rzecz?

- „Zachowuję taktowne milczenie.”

- Angalo wierzy w swoje maszyny, Masklin w tę, jak jej... Przestrzeń. Albo w nic nie

wierzy. I w ich wypadku to działa. Ja próbuję wierzyć w to, co ważne, a to złośliwie trwa parę

minut i przestaje być ważne. Najczęściej przestaje być prawdziwe. I to jest uczciwe?

- „Mogę prosić o drugi zestaw pytań?”

- Ja tylko chcę ustalić jakiś sens życia.

- „Godny pochwały cel.”

-  Chodzi  mi  o  to,  czy  jest  jakaś  uniwersalna  prawda.  Jakaś  podstawowa  prawda

dotycząca wszystkiego?

Tym razem zapadła bardzo długa chwila milczenia. W końcu Rzecz powiedziała:

background image

-  „Przypomniałam  sobie  twoją  rozmowę  z  Masklinem  o  pochodzeniu  nomów.

Chciałeś  mnie  zapytać,  to  ci  teraz  mogę  odpowiedzieć.  Ja  zostałam  zrobiona,  wiem,  że  to

prawda,  podobnie  jak  wiem,  że  jestem  wykonana  z  plastiku  i  z  metalu,  ale  także  jestem

czymś, co żyje w tym plastiku z metalem. Niemożliwe, żebym nie była tego pewna, i jest to,

przyznaję, duża ulga. Co się tyczy nomów, to mam informacje, że pochodzą z innej planety, a

tutaj przybyły tysiące lat temu. To może być prawda, a może też nie być. Nie jestem w stanie

tego ocenić.”

-  W  Sklepie  też  wiedziałem,  kim  jestem  i  na  czym  stoję  -  mruknął  cicho  Gurder.  -

Nawet jeszcze w kamieniołomie nie było tak źle. Miałem odpowiednie zajęcie, byłem innym

potrzebny. A teraz co? Jak mogę wrócić, wiedząc, że wszystko, w co wierzyłem o Sklepie,

Arnoldzie Erosie i Wnuku Richardzie, to tylko... tylko ułuda?

- „Przykro mi, ale nie potrafię ci niczego doradzić.”

Masklin zdecydował, że nadszedł najwłaściwszy czas, aby dyplomatycznie przerwać te

dywagacje. Zamruczał tak, by Gurder go usłyszał, przeciągnął się i wstał.

Gurder był podejrzanie czerwony na twarzy.

- Nie mogłem spać - bąknął.

- Ile czasu spałem? - zaciekawił się Masklin.

- „Dwadzieścia siedem minut.”

- To dlaczego mnie nie obudziłaś?!

- „Bo chciałam, żebyś odpoczął.”

-  Ale  został  nam  kawał  drogi  i  możemy  nie  zdążyć.  Budź  się!  -  Masklin  szturchnął

Angala. - Gdzie Pion? A, tu jesteś. Dobra, rusz się, Gurder!

Pobiegli przez zarośla, słysząc odległe zawodzenie syren.

- A żeby to! - jęknął Angalo.

- Szybciej!

Przebiegli  przez  wyższe  od  innych  kępy  zielonego  i  wreszcie  zbliżyli  się  do  promu.

Znajdował się całkiem wysoko. Co gorsza, na poziomie ziemi nie było wokół niego nic, co

mogłoby się im przydać.

- Mam nadzieję, że masz dobry plan - wysapał Masklin, omijając jakieś zarośla. - Bo

sam na pewno nie wymyślę, jak cię tam dostarczyć!

- „Nie martw się, już prawie jesteśmy na miejscu.”

- Coś ci się pomyliło: jesteśmy jeszcze kawał od promu!

background image

- „Jak dla mnie, to wystarczająco blisko, żeby się na niego dostać.”

- Nauczyłaś się latać czy jak? - zdziwił się Angalo.

- „Postaw mnie.”

Masklin  posłusznie  wyhamował  i  postawił  Rzecz  na  równym  kawałku  podłoża.

Sześcian  wysunął  kilka  czujników,  pokręcił  nimi  powoli  i  wycelował  w  kierunku  stojącej

rakiety.

- Pospiesz się! - zirytował się Masklin. - Tracimy czas!

Gurder zachichotał nagle, choć nie był to całkiem szczęśliwy chichot.

- Wiem, co ona robi - oświadczył nagle. - Ona wysyła siebie na pokład promu. Zgadza

się, Rzecz?

- „Nadaję zestaw poleceń komputerowi pokładowemu satelity telekomunikacyjnego” -

odparła Rzecz.

Nikt się nie odezwał.

- „Albo inaczej mówiąc... zmieniam komputer satelity w część siebie. Choć nie jest to,

przyznaję, zbyt inteligentna część.”

- Naprawdę potrafisz to zrobić? - W głosie Angala słychać było podziw.

- „Naprawdę.”

- A nie będzie ci brakowało tego kawałka siebie, który wysyłasz?

- „Nie, bo on mnie nie opuści.”

-  Wychodzi,  że  będziesz  w  dwóch  miejscach  równocześnie...  -  Angalo  spojrzał  na

Masklina bezradnie. - Rozumiesz może coś z tego?

- Ja rozumiem - odezwał się niespodziewanie Gurder. - Ona mówi, że jest nie tylko

maszyną,  jest...  jest  zbiorem  elektrycznych  myśli  żyjących  w  maszynie.  Tak  mi  się

przynajmniej wydaje.

Na wierzchu sześcianu zapalił się różnobarwny wzór.

- Długo ci to zajmie? - spytał już spokojnie Masklin.

- „Tak. Proszę nie blokować zasilania komunikacją głosową.”

-  Ona  chyba  chce,  żebyśmy  przestali  zadawać  jej  pytania  -  przetłumaczył  Gurder.  -

Koncentruje się.

- Tylko po cholerę żeśmy tak biegli?! - spytał z pretensją w głosie Angalo. - Żeby teraz

pospiesznie czekać?

- Ona musi być chyba blisko, żeby zrobić to, co robi - zasugerował Masklin.

background image

- A ile jej to zajmie? Bo te dwadzieścia siedem minut to było już całe wieki temu. -

Angalo miał widocznie dzień na pytania.

Pion  pociągnął  Masklina  za  rękaw,  wskazując  drugą  ręką  prom,  i  wyrzucił  z  siebie

długie zdanie w prawie oryginalnym nomijskim.

-  Przykro  mi,  ale  bez  Rzeczy  nic  a  nic  cię  nie  rozumiem  -  odparł  mu  uprzejmie

Masklin.

- My nie mówić w gęsi język - dodał Angalo.

Chłopak  wyglądał  na  spanikowanego  -  szarpnął  Masklina  za  rękaw  i  zaczął  coś

krzyczeć.

- On chyba nie chce być tak blisko, jak to wystartuje - domyślił się Angalo. - Pewnie

boi się hałasu. Boisz-się-huku?

Pion przytaknął energicznie.

-  Na  lotnisku  nie  było  tak  strasznie...  -  ocenił  Angalo.  -  Ale  prymitywne  osobniki

zawsze bały się tego, co głośne.

- Nie nazwałbym ich prymitywnymi... - mruknął Masklin w zamyśleniu, spoglądając

na biały kształt.

Wydawał się daleki, ale mogło się okazać, że jest całkiem blisko.

Naprawdę blisko.

- Jak myślicie, będzie tu bezpiecznie, jak to poleci do góry? - spytał.

- Daj spokój. Rzecz by nas tu nie przyprowadziła, gdyby to dla nas nie było bezpieczne

- obruszył się Angalo.

- Jasne, jasne. Pewnie, masz rację. Głupio się zastanawiam.

Pion zrobił w tył zwrot i ruszył biegiem.

Pozostali popatrzyli na prom i na mrugającą skomplikowanymi wzorami Rzecz.

Gdzieś rozległa się następna syrena.

Wokół  zapanowało  dziwne  napięcie  -  takie,  jakie  musi  się  pojawiać  w  pobliżu

zwiniętej sprężyny. Wrażenie gotowej do akcji potęgi.

- Czy Rzecz jest dobra w ocenie, jak blisko może być nom w stosunku do startującej

rakiety? - spytał Masklin w nagłej ciszy. - Chodzi mi o to, ile ma w tym doświadczenia?

Wszyscy trzej spojrzeli po sobie, rozumiejąc się bez słów.

- Może powinniśmy się trochę cofnąć...? - zaproponował Gurder.

Odwrócili się i powoli ruszyli przed siebie.

background image

Tylko że z punktu widzenia każdego z nich pozostali poruszali się szybciej.

I szybciej.

Wreszcie jak jeden nom przestali udawać i ruszyli biegiem, gnając na złamanie karku.

Mieli  jedynie  tyle  przytomności,  by  omijać  kamienie  i  krzaki.  Gurder,  który  zwykle  tracił

oddech po kilkudziesięciu krokach, pruł niczym balon z dopalaczem.

- Masz... pojęcie... jak... daleko...? - wysapał Angalo.

Za  nimi  rozległ  się  syk,  jakby  cały  świat  nabierał  oddechu.  A  potem  odgłos  zmienił

się...

...nie w dźwięk, ale w niewidzialny młot walący w dwoje uszu równocześnie.

background image

Rozdział ósmy

PRZESTRZEŃ: istnieją dwa rodzaje Przestrzeni:

a - coś zawierające nic,

b - nic zawierające wszystko.

Krótko mówiąc, to jest to, co zostaje, kiedy nie ma już niczego więcej. Nie ma tam

powietrza  ani  przyciągania,  które  trzyma  nas  i  rzeczy  razem.  Gdyby  nie  było  Przestrzeni,

wszystko  byłoby  w  jednym  miejscu.  Zbudowana  dla  Satelitów,  Wahadłowców,  Planet  i

Statku.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich namów, napisana przez Angala de

Pasmanterii

Kiedy  grunt  przestał  się  trząść,  nomy  powoli  pozbierały  się,  przyglądając  się  sobie

nawzajem w osłupieniu.

- ! - powiedział Gurder.

- Co? - spytał Masklin, słysząc własny głos bardzo stłumiony i z bardzo daleka.

- ? - zapytał Gurder.

- ? - odparł Angalo.

- ?

- Co? Nie słyszę was! A wy mnie słyszycie?

- ?

Widząc  poruszające  się  usta  Gurdera,  Masklin  wskazał  na  swoje  uszy  i  potrząsnął

głową.

- Ogłuchliśmy!

- ?

- ?

- Powiedziałem, że ogłuchliśmy! - wrzasnął Masklin, spoglądając w górę.

Coś  unosiło  się  naprawdę  szybko,  nawet  jak  na  ich  zmysły.  Wyglądało  jak  długa,

powiększająca się chmura, na której szczycie błyszczał ogień. Hałas przycichł do znośnego,

czyli bardzo głośnego, po czym szybko ustał.

Masklin wsadził palec w ucho i pogmerał nim energicznie.

background image

Brak dźwięku zastąpił upiorny syk ciszy.

- Ktoś mnie słyszy? - spytał niepewnie. - Pytałem, czy ktoś mnie słyszy!

- To faktycznie było głośne. - Głos Angala był stłumiony i nienaturalnie spokojny. -

Nie pamiętam niczego, co byłoby aż tak głośne.

Masklin przytaknął - czuł się, jakby go przejechała niewidoczna ciężarówka.

- I ludzie w czymś takim latają? - spytał słabo.

- Tak. Na samej górze - potwierdził Angalo.

- Ktoś ich do tego zmusza?

- Eee... nie sądzę. W tej książce pisało, że więcej chce lecieć, niż może.

- Czyli robią to dobrowolnie? - upewnił się Masklin.

- Tak tam pisało. - Angalo wzruszył ramionami.

W górze widać było jedynie punkcik na końcu rozpełzającej się smugi dymu.

Przyglądając mu się, Masklin doszedł do mało budującego wniosku, że są szaleni. Byli

mali w wielkim świecie i nigdy nie zdążyli się wszystkiego nauczyć o tym, gdzie są, zanim

wyruszyli  gdzieś  indziej.  Tylko  wtedy,  kiedy  żył  w  dziurze,  wiedział  wszystko  o  życiu  w

dziurze.  Od  tego  czasu  minął  ledwie  rok,  i  to  niepełny,  a  znajdował  się  w  miejscu  tak

odległym, że nawet nie wiedział, jak jest daleko od domu, i obserwował coś, czego zupełnie

nie pojmował, co pędziło tak wysoko, że tam nawet nie ma dołu.

I nie mógł nawet wrócić. Musiał dokończyć to, co zaczął, cokolwiek by to było. Nie

mógł nawet się zatrzymać.

Przyszło mu na myśl, że o to właśnie chodziło Grimmie - jak się wie pewne rzeczy, to

staje się kimś innym i nic na to nie można poradzić.

Rozejrzał się - czegoś mu brakowało...

Rzecz.

Bez słowa pobiegł do miejsca, w którym zaczęła się szaleńcza ewakuacja.

Czarny sześcian leżał tam, gdzie go zostawili. Wszystkie sensory były schowane, a na

powierzchni nie było widać nawet jednego światełka.

- Rzecz? - spytał niepewnie.

Zapłonęło słabo pojedyncze, czerwone światełko i Masklin nagle poczuł, jak robi mu

się zimno.

- Jesteś cała? - spytał.

Światełko mrugnęło.

background image

- „Za szybko. Zużyłam za dużo en...”

- En? - powtórzył Masklin, próbując nie myśleć, dlaczego głos był nieco głośniejszy

od szeptu.

Światełko ściemniało.

-  Rzecz!  -  Masklin  postukał  delikatnie  w  sześcian.  -  Udało  się?  Statek  przyleci?  Co

mamy robić? Obudź się!

Światełko zgasło.

Masklin obrócił Rzecz, przyglądając się jej uważnie ze wszystkich stron.

- Rzecz? - spytał cicho.

Angalo, Gurder i Pion przedarli się przez trawę.

- I co? Udało się? - spytał Angalo. - Żadnego statku na razie nie widzę.

- Rzecz stanęła - poinformował ich z żalem Masklin.

- Jak to stanęła?!

- Wszystkie światełka zgasły!

- I co to znaczy? - W głosie Angala pojawiła się panika.

- Nie wiem!

- Nie żyje? - spytał Gurder.

- Ona nie może nie żyć! A poza tym istniała przez tysiące lat!

- To całkiem dobry powód, by umrzeć - ocenił Gurder.

- Przecież to tylko Rzecz!

Angalo siadł ciężko, obejmując kolana.

- Powiedziała, kiedy zjawi się statek? - spytał.

- Powiedziała tylko, że zużyła za dużo en!

- En?

-  Pewnie  chodziło  jej  o  energię.  Wysysają  z  przewodów  i  może  na  jakiś  czas

magazynować. Widocznie teraz się skończyła.

Spojrzeli na czarny sześcian, przez tysiące lat przekazywany z pokolenia na pokolenie

i  nie  odzywający  się  ani  nawet  nie  mrugający  żadnym  światełkiem.  Obudził  się  dopiero  w

Sklepie, gdy znalazł się w pobliżu prądu elektrycznego.

- Niesamowicie wygląda, jak tak siedzi i nic nie robi - ocenił Angalo.

- Nie możemy poszukać jakiejś elektryczności? - spytał Gurder.

-  Tu?  Przecież  tu  nic  nie  ma  -  obruszył  się  Angalo.  -  Jesteśmy  w  samym  środku

background image

niczego!

Masklin rozejrzał się.

W oddali widać było budynki, wokół których jeździły jakieś pojazdy.

- A co ze statkiem? - spytał Angalo. - Leci tu?

- Nie wiem.

- Jak nas znajdzie?

- Nie wiem!

- I kto nim kieruje?

-  Nie  mam...  -  Masklin  urwał,  gdy  dotarło  doń,  co  mówi.  -  Nikt!  Niby  kto  ma  nim

kierować, jak od paru tysięcy lat nikogo w nim nie ma!

- To kto go w takim razie tu sprowadzi?

- Nie wiem. Może Rzecz?

- Chcesz powiedzieć, że on tu leci i nikt nim nie kieruje?

- Tak! Nie! Nie wiem!!

Angalo wpatrzył się w niebo.

- Pięknie - mruknął ponuro.

-  Musimy  znaleźć  elektryczność,  żeby  nakarmić  Rzecz!  -  oświadczył  zdecydowanie

Masklin.  -  Nawet  jeśli  zdołała  wezwać  statek,  to  trzeba  mu  powiedzieć,  gdzie  konkretnie

jesteśmy. To duży świat.

- Jeśli zdołała - dodał Gurder. - Mogła jej się en skończyć, nim zdążyła.

- Nie mamy pewności i nie będziemy mieli, póki Rzecz nie ożyje. A poza tym i tak

trzeba jej pomóc, nie mogę patrzeć na nią w tym stanie - zakończył Masklin.

Z zarośli wyłonił się Pion, ciągnąc za ogon jaszczurkę.

- Aha - ocenił Gurder bez krzty entuzjazmu. - Właśnie przyszedł obiad.

-  Gdyby  Rzecz  mogła,  powiedziałaby  mu,  że  jaszczurki  nam  się  strasznie  szybko

nudzą - dodał Angalo.

- Gdzieś w połowie pierwszego gryzą - burknął Gurder.

- Dajcie spokój - westchnął Masklin. - Chodźcie gdzieś w cień. Wymyślimy jakiś plan.

-  Och,  plan.  -  Z  tonu  Gurdera  jasno  wynikało,  że  uważał  pomysł  za  gorszy  od

jaszczurki. - Uwielbiani plany.

* * *

background image

Zjedli, co mieli, i rozciągnęli się w cieniu rozłożystego krzaka, wpatrując się w niebo.

Drzemka w czasie drogi okazała się niewystarczająca. Wszystkim się kleiły oczy.

-  Muszę  przyznać,  że  ci  Florydyjczycy  nieźle  się  urządzili  -  powiedział  leniwie

Gurder. - Jak się w domu robi zimno, to się przenoszą tu, gdzie ogrzewanie jest ustawione w

sam raz.

-  Ciągle  ci  powtarzam,  że  to  nie  jest  ogrzewanie!  -  Angalo  wciąż  wpatrywał  się  w

niebo. - A wiatr to nie jest klimatyzacja! Ciepło ci jest przez słońce.

- Myślałem, że ono jest tylko dla światła.

- I z niego pochodzi całe ciepło - dodał Angalo. - Czytałem o tym w jakiejś książce. To

taka wielka kula ognia. Większa od planety.

Gurder przyjrzał mu się podejrzliwie.

- Tak? A co się w niej pali?

- Nic. Po prostu tam jest i tyle.

Gurder dla odmiany przyjrzał się słońcu.

- I wszyscy o tym wiedzą? - spytał.

- Chyba tak. Tak pisało w książce...

-  To  jest  nieodpowiedzialne!  Takie  rzeczy  właśnie  mogą  naprawdę  zdenerwować

czytelnika.

- Masklin mówi, że tam, w górze, są tysiące takich słońc.

- Tak, też mi mówił. - Gurder pociągnął nosem. - To się nazywa galaksy albo jakoś

tak. Osobiście jestem temu przeciwny.

Angalo zachichotał.

- Nie widzę w tym nic śmiesznego! - dodał zimno Gurder.

- Masklin, powiedz mu.

- Tobie to łatwo - westchnął Gurder. - Ty tylko chcesz szybko jeździć i kierować tym,

co  tak  jeździ.  A  ja  chcę  zrozumieć  sens  tego  wszystkiego.  Może  i  są  tysiące  słońc,  ale

dlaczego?

- A jakie to ma znaczenie?

- To jest jedyna rzecz, jaka właśnie ma znaczenie. Masklin, powiedz mu.

Obaj spojrzeli na Masklina.

A przynajmniej tam, gdzie przed chwilą był Masklin.

Było puste.

background image

* * *

Powyżej  nieba  było  miejsce,  które  Rzecz  nazywała  przestrzenią  kosmiczną  i  które

(według niej) zawierało wszystko i nic. Było tam bardzo mało wszystkiego i mniej niczego,

niż ktokolwiek był w stanie sobie wyobrazić.

Często mówi się, że niebo jest pełne gwiazd. Jest to nieprawdą: niebo jest pełne nieba.

Nieba  jest  wręcz  nieograniczona  ilość,  a  w  porównaniu  z  tym  gwiazd  jest  tak  naprawdę

niedużo. Zadziwiające swoją drogą, jak zdołały wywrzeć takie wrażenie...

Tysiące  z  nich  było  świadkami,  jak  coś  okrągłego  i  lśniącego  zaczęło  krążyć  wokół

Ziemi. Miało na burcie napisane ARNSAT-1, co było czystym marnotrawstwem, bo gwiazdy

nie umieją czytać.

Owo coś dość szybko rozwinęło srebrzystą antenę.

I powinno obrócić ją ku Ziemi, aby być gotowym do odbijania w dół starych filmów i

świeżych wiadomości.

Ale nie odwróciło.

Bo miało nowe rozkazy.

Małe silniczki odpaliły, wypuszczając niewielkie obłoczki gazu, i całość odwróciła się

od planety, szukając nowego celu.

Zanim go znalazła, cała masa ludzi od starych filmów i nowych wiadomości zrobiła

się  niesamowicie  nerwowa  i  wymyślała  sobie  nawzajem  przez  telefony.  Niektórzy

gorączkowo próbowali temu okrągłemu i lśniącemu (z anteną) wydać nowe polecenia.

Było to bez sensu, gdyż ono ich już nie słuchało.

* * *

Masklin  gnał  przed  siebie  tak  szybko,  jak  nogi  go  chciały  nieść.  Miał  dość  głupich

dyskusji,  a  wiedział,  że  musi  działać  szybko,  bo  coś  mu  mówiło,  że  nie  ma  za  dużo  czasu.

Pierwszy  zresztą  raz  od  zjawienia  się  w  Sklepie  był  naprawdę  sam.  Tamte  czasy,  gdy

mieszkali w jamie, wspominał jeśli nie jako lepsze, to przynajmniej łatwiejsze. Cały wysiłek

skupiał wówczas na tym, by zjeść, a nie zostać zjedzonym, i samo przeżycie kolejnego dnia

już  było  tryumfem.  Fakt,  wszystko  było  złe,  ale  w  zwyczajny,  zrozumiały  sposób  i  na

odpowiednią, nomią skalę.

Świat wówczas kończył się na autostradzie z jednej strony, a lesie za polami z drugiej.

background image

Teraz nie było w zasadzie żadnych granic, za to problemów więcej, niż mógł sobie wyobrazić.

Ale przynajmniej wiedział, gdzie znaleźć elektryczność - w budynkach, w których są ludzie.

Wypadł z zarośli na drogę, skręcił i pobiegł jeszcze szybciej. Jak się biegnie drogą, to

gdzieś na niej musi się znaleźć ludzi...

Usłyszał za sobą tupot: odwrócił się i dostrzegł Piona, który uśmiechnął się niepewnie.

- Wracaj! - polecił Masklin. - Idź! Z powrotem! Dlaczego mnie śledzisz? Idź sobie!

Pion wskazał na drogę i powiedział coś.

- Nie rozumiem! - ryknął Masklin.

Pion uniósł wysoko rękę z dłonią skierowaną równolegle do ziemi.

- Ludzie? - domyślił się Masklin. - Tak, wiem. Wiem, co robię. Wracaj!

Pion coś dodał.

Masklin podniósł Rzecz.

-  Mówiąca  skrzynka  klapa  -  oznajmił  bezradnie.  -  Cholera,  czemu  ja  mówię  jak

kretyn? Przecież nie jesteś głupszy ode mnie! Wracaj do pozostałych!

Odwrócił się i pobiegł.

Gdy po chwili się obejrzał, Pion stał w tym samym miejscu i obserwował go ze smętną

miną.

Nie  wiedział,  ile  ma  czasu  -  Rzecz  kiedyś  mu  powiedziała,  że  statek  porusza  się

bardzo szybko, ale nawet nie wiedział, czy na pewno tu leci...

Przed  sobą  dojrzał  postacie  górujące  ponad  krzewami  -  rzeczywiście  na  drodze  w

końcu trafi się na ludzi. Sztuką było ich uniknąć, bo praktycznie byli wszędzie.

Cóż,  jeśli  statek  nie  był  w  drodze,  to  on,  Masklin,  popełniał  właśnie  największe

głupstwo, jakie kiedykolwiek w dziejach zrobił jakikolwiek nom.

Wyszedł  na  żwirowy  krąg,  gdzie  parkowała  niewielka  ciężarówka  z  napisem  NASA

na burcie. Obok niej dwóch ludzi pochylało się nad jakimś urządzeniem zamontowanym na

trójnogu. Naturalnie, nie zauważyli go, więc podszedł bliżej.

Położył Rzecz na żwirze.

Złożył dłonie w trąbkę i krzyknął najwyraźniej i najwolniej, jak potrafił:

- Hej tam! Wy! Luudzie!

* * *

- Co on zrobił?! - wrzasnął Angalo.

background image

Pion powtórzył pantomimę na przyspieszonych obrotach.

- Rozmawiał z ludźmi? - Angalo wstał. - I pojechał z nimi ciężarówką?

- Wydawało mi się, że słyszałem silnik samochodu - mruknął Gurder.

- Martwił się o Rzecz - przypomniał sobie Angalo. - I poszedł szukać prądu!

- Przecież jesteśmy o mile od najbliższego budynku.

- Ale nie samochodem! - uświadomił mu Angalo.

-  Wiedziałem,  że  to  się  tak  skończy!  -  jęknął  Gurder.  -  Pokazać  się  dobrowolnie

ludziom! W Sklepie nigdy tak nie postępowaliśmy! Co my teraz zrobimy?!

* * *

Jak na razie nie było najgorzej.

Ludzie tak naprawdę nie wiedzieli, co mają z nim zrobić, jak go w końcu dostrzegli -

nawet się cofnęli, jakby się go bali. A potem jeden pobiegł do ciężarówki i rozmawiał przez

jakieś  urządzenie  na  drucie  -  pewnie  jakiś  nowy  rodzaj  telefonu.  Kiedy  Masklin  wciąż  stał

nieruchomo, drugi wyjął z ciężarówki jakieś pudełko i zbliżył się delikatnie, jakby się bał, że

Masklin eksploduje. Kiedy nom mu pomachał, człowiek odskoczył tak szybko, że prawie się

przewrócił.

Ten od telefonu coś mu powiedział i pudełko zostało delikatnie postawione na żwirze

niedaleko Masklina, a obaj ludzie przyjrzeli mu się wyczekująco.

Masklin,  ciągle  się  uśmiechając,  żeby  ich  nie  wystraszyć  do  reszty,  wziął  Rzecz,

wdrapał się do pudełka i pomachał im.

Jeden  z  ludzi  pochylił  się  ostrożnie,  ujął  delikatnie  pudełko  i  podniósł  je,  zupełnie

jakby  zawartość  (to  jest  Masklin)  była  nadzwyczaj  rzadka,  cenna  i  delikatna.  Zaniósł  je  do

ciężarówki,  wsiadł  nadzwyczaj  ostrożnie  i  położył  je  sobie  na  kolanach.  W  radiu  zadudnił

ludzki głos.

Wiedząc,  że  teraz  już  nie  ma  odwrotu,  Masklin  niemal  się  odprężył.  To  mógł  być

decydujący krok na chodniku życia.

Obaj ludzie przyglądali mu się, jakby wciąż nie wierzyli, że go widzą. Ale w końcu

drugi  siadł  za  kierownicą  i  ruszyli  z  szarpnięciem.  Wyjechali  na  betonową  szosę,  gdzie

czekała  druga  ciężarówka.  Wysiadł  z  niej  człowiek,  pogadał  z  nimi  i  zaczął  się  śmiać  w

powolny,  typowy  dla  ludzi  sposób.  A  potem  spojrzał  w  dół,  zobaczył  Masklina  i  całkiem

nagle śmiech uwiązł mu w gardle.

background image

Prawie pobiegł do swojej ciężarówki i natychmiast złapał za telefon na drucie.

Masklin wiedział, że tak będzie - nie mieli pojęcia, co zrobić z prawdziwym nomem.

Zadziwiające.  Najważniejsze  w  każdym  razie,  żeby  go  zabrali  gdzieś,  gdzie  jest  właściwy

rodzaj elektryczności... Dorcas próbował mu wytłumaczyć elektryczność, ale bez specjalnych

sukcesów, być może dlatego, że sam nie był zbyt pewien swej wiedzy. Wychodziło mu, że są

dwa  rodzaje  elektryczności  -  prosta  i  kręcona.  Prosta  była  nudna  i  zostawała  w  bateriach.

Kręcona występowała w przewodach w ścianach i to właśnie ją Rzecz potrafiła w jakiś sposób

kraść,  jeśli  była  wystarczająco  blisko.  O  tej  kręconej  Dorcas  mówił  z  podobnym

nabożeństwem  w  głosie,  co  Gurder  o  Arnoldzie  Erosie  (zał.  1905).  Jeszcze  w  Sklepie

próbował  ją  badać,  ale  natykał  się  na  całą  masę  niezrozumiałych  spraw.  No  bo  choćby  coś

takiego  -  ta  sama  elektryczność,  trafiając  do  lodówki,  zamrażała  rzeczy,  a  trafiając  do

kuchenki, je podgrzewała. Skąd wiedziała, co gdzie ma robić?

Czuł się dziwnie radośnie i optymistycznie, prawdopodobnie dlatego, że gdyby choć

przez sekundę się poważnie zastanowił nad własnym położeniem, zacząłby wyć z przerażenia.

A tak wciąż mógł się uśmiechać.

Ciężarówka tymczasem jechała dalej, a w ślad za nią druga. Po chwili z bocznej drogi

wyjechała  trzecia  i  dołączyła  do  minikonwoju.  W  trzeciej  było  pełno  ludzi,  ale  dziwnym

trafem większość wpatrywała się w niebo.

Nie  zatrzymali  się  przy  najbliższym  budynku,  tylko  podjechali  do  większego,  przed

którym parkowało sporo pojazdów i czekało jeszcze więcej ludzi. Jeden z nich otworzył drzwi

ciężarówki - robił to wyjątkowo powoli, nawet jak na człowieka.

Ten, który trzymał pudełko, wysiadł równie powoli.

Masklin  uniósł  głowę  i  spojrzał  w  mnóstwo  gapiących  się  na  niego  twarzy.

Najwidoczniejsze  w  nich  były  oczy  i  dziurki  od  nosa.  Wyglądały  na  przestraszone.  A

przynajmniej oczy tak wyglądały. Dziurki od nosa wyglądały tak jak zwykle.

Przestraszone przez niego.

Nie przestając się uśmiechać, spytał, tłumiąc panikę:

- W czym mogę pomóc, panowie?

background image

Rozdział dziewiąty

NAUKA:  sposób  wynajdywania  różnych  rzeczy,  a  potem  zmuszania  ich,  żeby

działały. Wyjaśnia przy okazji, co się dzieje wokół nas. Podobnie jak Religia, Nauka jednak

robi to lepiej, gdyż znajduje bardziej zrozumiałe tłumaczenie, kiedy poprzednie nie skutkuje.

Nauki jest znacznie więcej, niż można byłoby podejrzewać.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de

Pasmanterii

Gurder,  Angalo  i  Pion  siedzieli  w  odrobinie  cienia  rzucanego  przez  jakiś  krzak.

Chmura przygnębienia, jaka nad nimi wisiała, była nieporównywalnie większa.

- Bez Rzeczy nigdy nie wrócimy do domu - westchnął Gurder.

- No, to musimy wydostać Masklina - ocenił Angalo.

- To zajmie wieczność!

-  Tak?  No  to  prawie  tyle,  ile  mamy  przed  sobą  tutaj,  jeśli  nie  zdołamy  dotrzeć  do

domu.  -  Angalo  znalazł  poręczny,  płaski  kamień  prawie  idealnie  pasujący  do  tego,  by  go

przywiązać do gałęzi pasami materiału oddartymi z ubrania.

Angalo  nigdy  w  życiu  nie  widział  kamiennej  siekiery,  ale  miał  całkiem  konkretne

przeczucie,  że  kamieniem  przywiązanym  do  kija  można  zrobić  całkiem  sporo  użytecznych

rzeczy.

- Może byś przestał obracać te gałęzie? - zaproponował Gurder. - To jaki mamy plan?

We dwóch przeciwko całej Florydzie?

- Niekoniecznie. Nikt cię nie zmusza do uczestnictwa.

-  Nie  słyszałem,  żebyś  miał  lepszy  plan.  -  Angalo  skończył  wiązać  kamień  i

eksperymentalnie machnął całością. - Nie słyszałem, prawdę mówiąc, żebyś miał jakikolwiek

plan.

- Bo nie mam.

* * *

Na czarnej powierzchni zamrugało czerwone światełko.

Po  pewnym  czasie  otworzyła  się  niewielka,  kwadratowa  klapka  i  coś  cicho

background image

zawarczało, a z Rzeczy wysunął się obiektyw na metalowym teleskopie i powoli się obrócił.

W końcu Rzecz przemówiła:

- „Gdzie jest to miejsce?”

Uniosła obiektyw, przyjrzała się twarzy spoglądającego na nią człowieka i dodała:

- „I dlaczego?”

-  Nie  jestem  pewien,  ale  jesteśmy  w  pokoju  w  dużym  budynku  -  odpowiedział

Masklin.  -  Ludzie  nie  zrobili  mi  krzywdy  i  wydaje  mi  się,  że  jeden  próbował  ze  mną

porozmawiać.

- „Jesteśmy w jakimś szklanym pudle” - zauważyła Rzecz.

-  Owszem.  Tu  jest  nawet  małe  łóżko,  a  tam  pewnie  coś  w  rodzaju  ubikacji.  Ale  to

nieważne. Słuchaj: co ze statkiem?

- „Spodziewam się, że jest w drodze.”

- Spodziewasz się? To znaczy, że nie wiesz?

- „Wiele rzeczy mogło się nie udać. Jeśli się udały, to statek wkrótce tu będzie.”

- Jeśli się nie udały, to do śmierci stąd nie wyjdę! - ocenił Masklin. - Przyszedłem tu z

twojego powodu, wiesz.

- „Wiem. Dziękuję.”

Masklin się nieco odprężył.

- Jak dotąd byli całkiem mili... przynajmniej tak myślę, bo z ludźmi trudno powiedzieć

- rzekł, spoglądając przez przezroczystą ścianę.

W ciągu ostatnich paru minut całkiem sporo ludzi mu się przyglądało, ale tak na dobrą

sprawę, ciągle nie wiedział, czy jest gościem honorowym, czy więźniem. Albo może czymś

pośrednim.

- Nic innego nie byłem w stanie wymyślić - dodał.

- „Monitoruję łączność” - poinformowała go Rzecz.

- Zawsze to robisz.

- „Większość jest o tobie. Jadą tu eksperci, żeby cię obejrzeć.”

- Jacy eksperci? Od nomów?

- „Eksperci od rozmów z istotami z innych światów. Ludzie, co prawda, jak dotąd nie

spotkali nikogo z innego świata, ale mają ekspertów od rozmów z nimi. Ciekawe.”

- Dobrze byłoby się dogadać, bo teraz faktycznie wiedzą o nas.

- „Ale nie wiedzą, kim jesteście. I myślą, że dopiero przybyłeś.”

background image

- Bo to prawda.

- Nie tu, tylko na tę planetę. Uważają że przybyłeś z gwiazd.

- Przecież my tu jesteśmy od tysięcy lat! Żyjemy tu!

- „Ludziom łatwiej jest uwierzyć w małe zielone ludziki z nieba niż w małe, normalne

ludziki na Ziemi. Wolą Marsjan od krasnoludków.”

- Wiesz, chyba cię nie rozumiem - przyznał Masklin po namyśle.

- „Nie przejmuj się. Przyzwyczaiłam się. Zresztą to nie jest ważne.” - Rzecz obróciła

obiektyw, przyglądając się pomieszczeniu, i oceniła po pełnym obrocie: - „Przyjemne. Jakieś

laboratorium naukowe... A to co?”

Pytanie dotyczyło plastikowej tacki leżącej koło Masklina.

- Owoce, orzechy, mięso i jeszcze coś. Wydaje mi się, że chcieli się dowiedzieć, co

jem. To całkiem bystrzy ludzie: pokazałem na usta i od razu zrozumieli, że jestem głodny.

- „Aha. Zaprowadź mnie do swojej spiżarni.”

- Przepraszam?

- „Zaraz wytłumaczę. Powiedziałam ci, że monitoruję łączność?”

- Ciągle to mówisz.

-  „Jest  taki  ludzki  dowcip.  Dowcip  to  humorystyczna  anegdota  albo  opowieść.  Ten

dotyczy  lądowania  statku  z  innej  planety  na  Ziemi.  Wysiada  z  niego  dziwnie  wyglądający

obcy i mówi do dystrybutora paliwa: „Zaprowadź mnie do swego przywódcy”. Gdy ze strony

dystrybutora  nie  ma  żadnej  reakcji,  powtarza  to  samo  do  kosza  na  śmieci,  automatu

telefonicznego i podobnych urządzeń. Dzieje się tak, gdyż nie zdaje sobie sprawy z tego, jak

wyglądają  ludzie.  Wymieniłam  jeden  wyraz  na  drugi,  podobnie  brzmiący,  a  pasujący  do

twojej  sytuacji.  To  jest  właśnie  zabawna  puenta,  po  której  powinien  nastąpić  wybuch

śmiechu.”

Nastąpiła cisza.

-  Aha  -  odezwał  się  po  chwili  Masklin.  -  Ten  obcy  to  taki  zielony  ludzik,  o  którym

mówiłaś wcześniej?

- „Skąd... zaraz! Poczekaj chwilę!”

- A niby gdzie mam iść? Co się stało?

- „Słyszę statek.”

Masklin wytężył słuch.

- Ja nic nie słyszę - przyznał rozczarowany.

background image

- „W radiu!”

- Gdzie on jest? Zawsze mówiłaś, że w górze, ale gdzie dokładnie?!

* * *

Pozostałe  żaby  przykucnęły  wśród  mchu,  by  przeczekać  gorąco  popołudniowego

słońca.

Nisko na wschodzie widać było biały sierp.

Miło  byłoby  powiedzieć,  że  drzewne  żaby  mają  o  nim  jakieś  legendy,  że  uważają

słońce i księżyc za odległe kwiaty, dajmy na to. Że wierzą, iż gdy dobra żaba umrze, to jej

dusza leci do wielkiego kwiatu na niebie...

Kłopot  polega  na  tym,  że  mowa  o  żabach.  A  dla  żab  księżyc  nazywał  się

„.-.-.mipmip.-.-.”.  Słońce  nazywało  się  „.-.-.mipmip.-.-.”.  Wszystko  nazywało  się

„.-.-.mipmip.-.-.”.  Jak  się  ma  tylko  jedno  słowo  na  określenie  wszystkiego,  to  naprawdę

trudno mieć legendy o czymkolwiek.

Pierwsza żaba zdawała sobie jednak niejasno sprawę z tego, że z księżycem dzieje się

coś złego.

Robił się mianowicie jaśniejszy.

* * *

- Zostawiliśmy statek na księżycu? - zdziwił się Masklin. - Dlaczego?

- „Bo twoi przodkowie zdecydowali, że tak będzie najłatwiej mieć na niego oko.”

Masklin nagle pojaśniał jak chmura w słońcu.

-  Wiesz,  zanim  się  to  wszystko  zaczęło,  kiedy  jeszcze  mieszkaliśmy  w  dziurze,

siadywałem nocami i obserwowałem księżyc. Może podświadomie wiedziałem, że...

- „Nic nie wiedziałeś. To, czego doświadczałeś, to prymitywne przesądy” - przerwała

mu Rzecz.

Masklin przestał jaśnieć.

- Szkoda.

- „A teraz bądź uprzejmy zachować ciszę. Statek czuje się zagubiony i chce, żeby mu

mówić, co ma robić. Obudził się po piętnastu tysiącach lat, więc można go zrozumieć.”

- Fakt, sam z rana nie jestem specjalnie bystry - przyznał Masklin.

background image

* * *

Na Księżycu nie ma powietrza, nie ma więc i dźwięku, co jest w sumie bez znaczenia,

bo i tak nie ma tam nikogo, kto mógłby cokolwiek słyszeć. Dźwięk w takich warunkach byłby

marnotrawstwem.

Jest natomiast światło.

Toteż  wyraźnie  widać  było  kłęby  księżycowego  kurzu,  wzbijające  się  ze  skalistej

równiny i zmieniające się w chmurę tak wielką, że odbiły się od niej promienie słoneczne.

U podstawy chmury coś się wykopywało.

* * *

- Zostawiliśmy go w dziurze?!

Na powierzchni sześcianu zagrały wielobarwne wzory.

- „Tylko mi nie mów, że dlatego żyłeś w dziurze. Inne nomy nie żyją po dziurach.”

-  Wcale  nie  chciałem  tak  powiedzieć  -  oburzył  się  Masklin.  -  Tylko  zastanawiałem

się...

Nagle zamilkł, wpatrując się tępo w szklaną ścianę, za którą jakiś człowiek usiłował

zainteresować go jakimiś bazgrołami na tablicy.

- Musisz zatrzymać statek - oświadczył nagle zdecydowanie. - I to zaraz! Nie możemy

nim odlecieć, bo on nie należy tylko do nas. Nie możemy go zabrać innym nomom!

* * *

Angalo,  Gurder  i  Pion  obserwowali  z  krzaków  niebo.  Słońce  zbliżało  się  do

horyzontu, a księżyc migotał niczym dekoracja gwiazdkowa.

-  To  musi  być  statek!  -  ocenił  z  uśmiechem  Angalo.  -  Nic  innego  nie  mogło  go  tak

oświetlić. A więc jest w drodze!

- Nigdy nie sądziłem, że to się uda... - przyznał Gurder.

Angalo klepnął Piona w plecy i wskazał na księżyc.

- Widzisz, chłopie? To statek! Nasz statek!

Gurder podrapał się po brodzie i przytaknął zamyślony.

- Tak. Nasz...

- Masklin mówił, że w nim jest cała masa różnych takich - rozmarzył się Angalo. - I

masa  przestrzeni.  Z  tego  zresztą  głównie  znana  jest  przestrzeń,  że  jest  pusta  i  jest  jej  dużo.

background image

Masklin  mówił,  że  on  lata  szybciej  od  światła,  ale  pewnie  mu  się  coś  pomyliło,  bo  jak  by

wtedy można było coś widzieć? Jak włączy się światło, a ono wypadłoby z pokoju, to byłoby

ciemno... Ale na pewno lata szybko...

Gurder spojrzał na niebo - coś desperacko próbowało się przebić do jego świadomości,

tylko nie bardzo wiedział co. Czuł się jakoś tak dziwnie szaro.

- Nasz statek - bąknął. - Ten, którym przyleciały tu nomy...

- Właśnie - przytaknął Angalo, praktycznie go nie słuchając.

- I który zabierze nas wszystkich z powrotem - dodał Gurder.

- Tak mówi Masklin, a...

- Wszystkich - powtórzył Gurder, z ołowianym wręcz naciskiem.

- Pewnie, że wszystkich. Nie sądzę, żeby nam dużo czasu zajęło zorientowanie się, jak

się nim kieruje, a jak już będziemy wiedzieli; to bez problemów polecimy do kamieniołomu i

zabierzemy wszystkich.

- A plemię Piona? - spytał Gurder.

- Och, ich naturalnie też. Jakby się uprzeć, to i dla ich gęsi by się znalazło miejsce.

- A inni?

- Jacy inni? - zdziwił się Angalo.

- Krzew mówiła, że wszędzie są grupy nomów. Na całym świecie.

-  A,  oni!  Nie  wiem  i  prawdę  mówiąc,  mało  mnie  to  interesuje.  Nam  potrzebny  jest

statek, o czym sam doskonale wiesz.

- Ale jeśli zabierzemy statek, to co oni będą mieli, kiedy będą go potrzebować?

* * *

Masklin właśnie zadał to samo pytanie.

- „010011010101110101010010110101110010” - odparła Rzecz.

- Co powiedziałaś?!

- „Jak przestanę uważać, to może nie być statku dla nikogo” - oznajmiła opryskliwie

Rzecz. - „Wysyłam mu piętnaście tysięcy poleceń na minutę.”

Masklin się nie odezwał.

- „To cała masa poleceń” - dodała.

- Statek stanowi własność wszystkich nomów na tym świecie - powiedział Masklin z

uporem.

background image

- „010011001010010010…”

- Oj, zamknij się i powiedz, kiedy statek się tu pojawi?

- „0101011001... To co mam w końcu zrobić?... 01001100...”

- Co?!

- „Mam się zamknąć albo mam ci powiedzieć, kiedy statek tu przybędzie. Obu poleceń

nie jestem w stanie wykonać.”

-  Proszę,  powiedz  mi,  kiedy  przybędzie  statek  -  powtórzył  cierpliwie  Masklin  -  a

potem się zamknij.

- „Cztery minuty.”

- Cztery minuty?

- „Teraz to będą trzy minuty i ileś tam sekund, ale w przybliżeniu można powiedzieć,

że  cztery  minuty.  Dokładnie  to  trzy  minuty  trzydzieści  osiem  sekund,  a  raczej  trzy  minuty

trzydzieści siedem sekund, a za...”

-  Przecież  nie  będę  tu  tkwił,  jeśli  to  ma  być  tak  szybko!  -  przerwał  jej  Masklin,

chwilowo zapominając o zobowiązaniach względem wszystkich nomów tego świata. - Jak się

mam stąd wydostać?! To pudło ma dach!

- „Mam się zamknąć najpierw czy wydostać cię stąd, a potem się zamknąć?” - spytała

uprzejmie Rzecz. - „Ludzie widzieli, jak biegasz?”

- Nie wiem, ale wątpię.

- „To przygotuj się do biegu, ale najpierw zatkaj sobie uszy!”

Z  doświadczenia  Masklin  wiedział,  że  najlepiej  jest  jej  posłuchać.  Rzecz  bywała

czasami wkurzająca, ale ignorowanie jej rad naprawdę się nie opłacało.

Światełka  na  czarnej  ścianie  ułożyły  się  na  ułamek  sekundy  w  kształt  gwiazdy,  a

potem  Rzecz  zaczęła  wyć.  Dźwięk  stawał  się  coraz  głośniejszy,  aż  Masklin  przestał  go

słyszeć, za to doskonale czuł przez osłaniające uszy dłonie. Miał wrażenie, jakby coś w jego

głowie wywoływało nieprzyjemne bąbelki. Właśnie otwierał usta, by kazać Rzeczy przestać,

gdy przezroczyste ściany eksplodowały, zmieniając się w poszarpane fragmenty układanki, z

których nagle każdy zdecydował się, że chce mieć koło siebie trochę miejsca. Kawałki dachu

posypały się w dół, omal nie przygważdżając przy okazji Masklina.

- „Teraz bierz mnie i biegnij” - poleciła Rzecz, zanim lawina przestała spadać.

Ludzie w pomieszczeniu obracali się powoli w ich stronę.

Masklin złapał Rzecz i popędził po wypolerowanej powierzchni stołu.

background image

-  Muszę  się  dostać  na  dół!  -  Rozejrzał  się  desperacko:  na  drugim  końcu  stołu  stała

jakaś  maszyna  z  mnóstwem  światełek  i  zegarów.  -  Przewody!  -  Zmienił  kierunek,  uniknął

opadającej  powoli  wielkiej  dłoni  i  z  piskiem  podeszew  wyhamował  przy  krawędzi  blatu.  -

Muszę cię zrzucić! - poinformował Rzecz. - Nie zdołam zejść, niosąc cię.

- „Nic mi nie będzie.”

Ostrożnie  podszedł  do  krawędzi  i  zrzucił  czarny  sześcian  na  podłogę.  Tak  jak  się

spodziewał, z maszynerii biegł w dół cały pęk przewodów. Skoczył, złapał jeden i na wpół się

zsunął, na wpół spadł na posadzkę.

Ludzie ruszyli zewsząd w jego stronę w swój powolny sposób, ale bez trudu odnalazł

Rzecz,  złapał  ją  i  pognał  przed  siebie.  Widząc  stopę  w  brązowym  bucie  i  granatowej

skarpetce,  zrobił  zyg,  a  na  widok  dwóch  następnych  w  czarnych  butach  i  czarnych

skarpetkach zrobił zag. Kątem oka dojrzał, jak te w czarnych potykają się o tę w brązowym...

Wokół zaroiło się od butów i rąk nieudolnie sięgających ku niemu, ale Masklin był już

rozmytym kształtem, prującym slalomem między przeszkodami terenowymi.

Przed nim była już tylko pusta podłoga.

Gdzieś zaczął wyć alarm.

- „Kieruj się ku drzwiom!” - zaproponowała Rzecz.

- Przecież przez nie wejdzie tu więcej ludzi!

- „No i dobrze, bo my stąd wyjdziemy!”

Masklin  dotarł  do  drzwi  akurat  w  chwili,  gdy  się  otworzyły.  W  niewielkiej  szparze

wyraźnie  było  widać  zbliżające  się  nogi,  toteż  nie  tracąc  czasu  na  myślenie,  przebiegł  po

najbliższym bucie, zeskoczył na drugą stronę i pobiegł korytarzem.

- Gdzie teraz? - spytał gorączkowo.

- „Na zewnątrz.”

- A to w którą stronę?

- W każdą.

- Serdeczne dzięki!

Drzwi wzdłuż korytarza otwierały się i pojawiało się w nich coraz więcej ludzi, toteż

największym  problemem  Masklina  nie  było  teraz  uniknięcie  złapania,  lecz  przypadkowego

rozdeptania.  Noma  biegnącego  z  maksymalną  prędkością  mógł  zauważyć  jedynie  naprawdę

bystry człowiek.

-  Dlaczego  tu  nie  ma  mysich  dziur?  -  zdenerwował  się  nagle  Masklin.  -  Każdy

background image

budynek ma mysie dziury!

But  znalazł  się  na  podłodze  o  centymetry  od  niego,  toteż  odskoczył,  zapominając  o

pretensjach.

Korytarz wypełnił się ludźmi, a w oddali rozległo się wycie drugiego alarmu.

- Po co to całe zamieszanie? - zdziwił się Masklin. - Skoro jeden mały nom wywołał

taki rozgardiasz, to co by było, jakbyśmy tu wpadli we czterech?

- „To nie ty, tylko statek. Zobaczyli go.”

Kolejny but omal nie umożliwił Masklinowi zdobycia głównej nagrody dla najbardziej

płaskiego noma na całej Florydzie. Mimo rozpaczliwych wysiłków nie zdołał się zatrzymać i

wpadł na but, który wydał mu się dziwnie znajomy. Bliższe oględziny potwierdziły wrażenie -

to  było  to  Niezbędne  Uliczne  Obuwie  z  Prawdziwą  Gumowa  Poszewką,  a  nad  nim  były

skarpetki  Jegostyl  Zapachoodporne,  Gwarantowane  85  purcent  Polyputheketlon.  Czyli

najdroższa skarpetka świata. Jeszcze wyżej były błękitne spodnie, chmura swetra i broda.

Czyli Wnuk Richard, 39.

Jak już się nabrało pewności, że nikt nie obserwuje nomów, to wszechświat wywijał

kozła i robił, co mógł, by udowodnić, że ta pewność jest fałszywa...

Masklin skoczył z miejsca i wylądował na nogawce spodni, akurat gdy Wnuk Richard

dał  krok.  Było  to  najbezpieczniejsze  miejsce  w  okolicy,  jako  że  ludzie  rzadko  depczą  się

nawzajem. Noga dała kolejny krok, Masklinem machnęło w tył i w przód, co nie ułatwiało mu

wspinaczki  po  szorstkim  materiale.  Obok  znajdował  się  szew,  więc  gdy  Masklin  do  niego

dotarł, zyskał znacznie lepszy chwyt.

Wnuk Richard, 39, oraz chmara innych ludzi, wpadających na siebie, zdążali w tym

samym  kierunku.  Wstrząsy  były  takie,  że  Masklin  zrzucił  buty,  próbując  także  palcami  nóg

złapać się za materiał, i tytanicznym zgoła wysiłkiem zdołał dotrzeć do kieszeni. Dalej było

już prościej - po metce wspiął się do paska. Do metek i naszywek przyzwyczaił się w Sklepie,

ale musiał przyznać, że ta była imponująca, nawet jak na człowieka. Cała pokryta napisami i

przynitowana do spodni, zupełnie jakby Wnuk Richard był jakąś odmianą maszyny.

-  „Grossbergers  hagglers,  Najsłynniejsze  Jeansy”  -  przeczytał  na  głos.  -  Ale  się

chwalą... o, krowę narysowali... Rzecz, jak myślisz, dlaczego ludzie noszą takie metki i napisy

na ubraniach?

- „Może jakby nie mieli napisane, to nie wiedzieliby, co jest co” - zaproponowała po

namyśle Rzecz.

background image

- Prawdopodobnie - zgodził się Masklin. - Włożyłby spodnie zamiast koszuli i dziwił

się, czemu nie ma dziury na głowę.

Przyjrzał się jeszcze raz naszywce i złapał za sweter.

- Tam pisze, że te spodnie zdobyły złoty medal na Wystawie w Chicago w 1910 r. Jak

na takie stare, to nieźle wyglądają.

Wnuk Richard wraz z pozostałymi ludźmi kierował się ku drzwiom prowadzącym na

zewnątrz budynku.

Po swetrze było znacznie łatwiej się wspinać, toteż Masklin, w końcówce chwytając

się długich włosów Wnuka Richarda, szybko wdrapał się na jego ramię. Ledwie się usadowił,

wyszli za próg i znaleźli się pod błękitnym niebem.

- Jak długo jeszcze? - syknął Masklin, jako że ucho Wnuka Richarda było tuż obok.

- „Czterdzieści trzy sekundy.”

Ludzie  wpadali  na  siebie:  większość  wychodziła  na  parking,  ale  część  próbowała

akurat wejść do budynku, niosąc jakieś urządzenia, poza tym wszyscy poruszali się, wpatrzeni

w  niebo.  Spora  grupa  stała,  skupiona  wokół  jednego  człowieka,  który  wyglądał  na  mocno

przestraszonego.

- Kto to jest? - spytał Masklin szeptem.

- „Ten w środku to najważniejszy człowiek w okolicy. Przybył zobaczyć start promu, a

teraz wszyscy pozostali mu tłumaczą, że to właśnie on powinien powitać statek.”

- A po co? Przecież to nasz statek?

- „Ale oni są przekonani, że przybywa, by z nimi porozmawiać.”

- Skąd im to przyszło do głowy?

- „Bo uważają, że są najważniejszymi istotami na tej planecie.”

- Aha.

- „Zadziwiające, prawda?”

- Wszyscy wiedzą, że nomy są ważniejsze. Przynajmniej wszystkie nomy to wiedzą. -

Masklin zastanowił się przez chwilę, potrząsnął głową i spytał: - Ten najważniejszy człowiek

to jakiś mędrzec albo co?

- „Nie wydaje mi się. Inni właśnie próbują mu wytłumaczyć, co to jest planeta.”

- To on nie wie?!

- „Wielu ludzi nie wie. Panwiceprezydent jest jednym z nich. 001010011000”

- Znowu rozmawiasz ze statkiem?

background image

- „Tak. Sześć sekund.”

- On naprawdę...

- „Tak.”

background image

Rozdział dziesiąty

PRZYCIĄGANIE: niedokładnie zrozumiałe zjawisko powodujące, że małe rzeczy, np.

nomy, trzymają się dużych rzeczy, np. planet. Z powodu Nauki dzieje się tak, obojętnie, czy

wie się o Przyciąganiu, czy nie. Jest to najlepszy dowód na to, że Nauka zdarza się cały czas.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angola de

Pasmanterii

Angalo rozejrzał się.

- Gurder, rusz się!

Gurder, oparty o kępę trawy, z trudem łapał oddech.

- To na nic! - wycharczał. - Nie... możemy... sami... walczyć... z ludźmi!

- Mamy Piona. A to jest całkiem dobra siekiera.

- Już widzę... jak się... jej boją. Pewnie jakbyś miał... dwie, to by... się od razu poddali.

Angalo machnął parę razy siekierą. Było to dziwnie miłe uczucie.

-  Musimy  spróbować  -  powiedział  po  prostu.  -  Chodź,  Pion!...  Na  co  patrzysz?  Na

gęsi?

Pion jak zauroczony wpatrywał się w niebo.

- Tam jest jakiś punkcik - odparł Gurder, wytężając wzrok.

- Pewnie ptak.

- Nie wygląda jak ptak.

- To pewnie samolot.

- Nie wygląda jak samolot.

Teraz wszyscy trzej wpatrywali się w niebo.

Na którym widoczna była czarna plamka.

- Nie myślisz, że rzeczywiście mu się udało? - spytał niepewnie Angalo.

Plamka zmieniła się w małe czarne kółko.

- On się nie rusza - zauważył Gurder.

- Na boki - dodał powoli Angalo. - On się porusza w dół.

Małe  czarne  kółko  stało  się  większym  czarnym  kółkiem,  z  podejrzeniem  dymu  lub

pary wokół krawędzi.

background image

-  To  może  być  jakaś  odmiana  pogody...  -  powiedział  niepewnie  Angalo.  -  Jakaś

specjalność Florydy czy co?

- Na przykład co? Pojedynczy grad wielkości... no, duży. To statek! Leci po nas!

Kółko było już kołem, a mimo to wyglądało, jakby było jeszcze bardzo daleko.

- Jakby tak po nas przyleciał kawałek dalej, to nie miałbym nic przeciwko krótkiemu

spacerowi - zaofiarował się Gurder.

- Ja też. - W głosie Angala pojawiły się nutki desperacji. - On nie nadlatuje, on...

- ...spada - dokończył Gurder i spytał: - Biegniemy?

- Można spróbować.

- A gdzie biegniemy?

- Najlepiej za Pionem. On zaczął już dobrą chwilę temu.

* * *

Masklin, gdyby go ktoś zapytał, przyznałby dobrowolnie, że specjalistą w dziedzinie

rodzajów  transportu  nie  jest,  za  to  wszystkie,  z  jakimi  się  dotąd  zetknął,  miały  jedną  cechę

wspólną - mianowicie przód znajdujący się z przodu i tył, który się tam nie znajdował. Dzięki

temu bez trudu można było rozpoznać, w którą stronę pojadą.

Z nieba spadał dysk, czyli góra połączona z dołem, mająca jedynie ostre krawędzie po

bokach. Nie wydawał żadnego dźwięku, ale na ludziach zdawał się robić kolosalne wrażenie.

- To to? - upewnił się na wszelki wypadek.

- „Tak.”

- Aha.

Nagle wszystko stało się jakby wyraźniejsze.

Statek nie był wielki - na określenie jego wielkości potrzebne było nowe słowo. I nie

tyle spadał przez chmury, ile rozpychał je. Kiedy już się wydawało, że właściwie oceniło się

jego wielkość, przepływała obok jakaś chmurka i cała perspektywa ulatywała z wiatrem. Na

określenie czegoś tak wielkiego powinno istnieć specjalne słowo.

- On skraksuje? - spytał słabo.

- „Wyląduje na trawie. Nie chciałam przestraszyć ludzi.”

* * *

- Biegiem!

background image

- A jak ci się wydaje, jak ja się poruszam?

- On nadal jest wprost nad nami!

- Szybciej już nie mogę!

Trzy biegnące postacie okrył nagle cień.

- Żeby dostać się aż na Florydę i zostać rozgniecionym przez własny statek! - jęknął

Angalo. - Przecież nikt w to nie uwierzy.

Cień  pogłębił  się,  a  jego  brzegi  pomknęły  po  ziemi  daleko  przed  nimi,  szare  z

początku, potem coraz ciemniejsze, niczym mroczna noc.

Ich własna, prywatna noc.

* * *

- Pozostali ciągle gdzieś tam są - zauważył Masklin cicho.

- „Oj! Zapomniałam” - przyznała niespodziewanie Rzecz.

- Ty podobno niczego nie zapominasz?

- „Ostatnio byłam raczej zajęta, prawda? Nie mogę myśleć o wszystkim. Mogę myśleć

prawie o wszystkim.”

- Więc jak już pamiętasz, to bądź uprzejma nikogo nie rozgnieść!

- „Zatrzymam go nad ziemią, nie ma obawy!”

Ludzie mówili wszyscy naraz, a część zaczęła biec ku spadającemu statkowi. Znacznie

większa część uciekała stamtąd. Masklin zaryzykował spojrzenie na twarz Wnuka Richarda -

obserwował  statek  z  dziwną,  skupioną  miną.  Akurat  gdy  Masklin  patrzył,  w  jego  stronę

zaczęły  powoli  kierować  się  wielkie  oczy,  a  zaraz  potem  ruch  ten  przejęła  głowa  i  po  paru

sekundach Wnuk Richard przyglądał się uważnie temu, kto siedział na jego ramieniu.

Było to ich drugie spotkanie, ale tym razem Masklin nie miał gdzie uciekać.

Postukał więc energicznie w Rzecz.

-  Możesz  spowolnić  swój  głos?  -  spytał,  widząc,  jak  na  twarzy  Wnuka  Richarda

odmalowuje się zdumienie.

- „O co konkretnie ci chodzi?”

- Żebyś powtórzyła, co powiem, ale wolniej i głośniej, żeby on mógł to zrozumieć.

- „Chcesz porozumieć się z człowiekiem?”

- Owszem. Możesz to zrobić?

- „Odradzam. To może być bardzo niebezpieczne.”

background image

-  W  porównaniu  z  czym?  -  spytał  Masklin,  zaciskając  pięści.  -  I  co  może  być

groźniejszego  od  nieporozumienia?  Zaraz  będzie  chciał  mnie  złapać,  to  jest  bezpieczne?!

Powiedz mu, że nie chcemy nikogo skrzywdzić, ludzi też nie. Powiedz mu, bo już zaczyna

ruszać ręką!

I wyciągnął czarny sześcian w stronę ucha Wnuka Richarda.

Rzecz powiedziała coś wolno i basowo i mówiła, mówiła, mówiła.

Mina Wnuka Richarda stężała.

- Co mu powiedziałaś? - W głosie Masklina obudziło się nagłe podejrzenie.

- „Że jeśli wyrządzi ci krzywdę, to wybuchnę i rozwalę mu łeb!”

- Nie zrobiłaś tego!

- „Zrobiłam.”

- I ty to nazywasz porozumieniem?

- „A co, nie zrozumiał? Nazwałabym to wielce skutecznym porozumieniem.”

- Ale to nie jest uprzejme. A poza tym nigdy mi nie mówiłaś, że możesz wybuchać.

- „Bo nie mogę. Ale on tego nie wie. W końcu to tylko człowiek.”

Statek zwolnił i dryfował nad zielenią, dopóki nie spotkał własnego cienia. Przy nim

wieża,  z  której  startował  prom,  wyglądała  niczym  biała  słomka  obok  sporego  czarnego

talerza.

-  Wylądowałaś  go  na  ziemi!  -  oznajmił  oskarżycielsko  Masklin.  -  A  miałaś  go

zatrzymać nad ziemią.

- „Nie jest na ziemi. Unosi się nad ziemią.”

- Wygląda, jakby był na ziemi.

- „Mówię, że się unosi nad ziemią” - powtórzyła cierpliwie Rzecz.

Wnuk Richard przyglądał się Masklinowi wzdłuż własnego nosa z zaskoczoną miną.

- A co go unosi? - Masklin stał się dociekliwy.

No to Rzecz mu powiedziała.

- Ciotka kto? Skąd się tam wzięła? Ma krewnych na statku?

- „Nie ciotka, tylko anty. Antygrawitacja!”

- Ale nie ma ognia ani dymu! - oświadczył oskarżycielsko Masklin.

- „Ogień i dym nie są konieczne.”

Ku statkowi tymczasem ruszyły różne pojazdy, przeważnie wyjąc syrenami.

- Słuchaj no... dokładnie jak wysoko nad ziemią on się unosi?

background image

- „Około czterech cali...”

* * *

Angalo leżał z nosem wtulonym w piach.

I nie mógł się nadziwić, że jeszcze żyje. Albo jeśli już nie żył, to temu, że wciąż był

zdolny do myślenia. Może faktycznie był martwy i znalazł się tam, gdzie nom udaje się po

śmierci, gdziekolwiek by to było.

Na razie wyglądało to strasznie podobnie do tego, gdzie był poprzednio.

Ostrożnie przypomniał sobie, co było wcześniej - spojrzał w górę, zobaczył to wielkie,

co spadało z nieba prosto na jego głowę, i zrobił „padnij”, czekając, że w każdej chwili stanie

się niewielką, mokrą plamką w wielkiej dziurze w ziemi.

Uznał,  że  to  nie  nastąpiło,  a  więc  prawdopodobnie  nie  umarł  -  coś  tak  ważnego

musiałby zapamiętać.

- Gurder? - spytał ostrożnie.

- To ty? - odezwał się głos Gurdera.

- Mam nadzieję. Pion?

- Pion! - powiedział Pion gdzieś w mroku.

Angalo zebrał się na czworaki i spytał:

- Ma ktoś jakiś pomysł, gdzie jesteśmy?

- W statku? - zaproponował nieśmiało Gurder.

- Wątpię. Tu jest ziemia, trawa i wszystko, co poprzednio.

- To gdzie jest statek? I dlaczego jest tak ciemno?

Angalo siadł i otrzepał ubranie.

- Nie wiem - przyznał. - Może nas nie trafił, ale ogłuszył, a teraz jest już noc?

- Wokół horyzontu widzę światło, a w nocy go nie ma, więc to nie jest uczciwa noc.

Angalo  rozejrzał  się:  rzeczywiście  w  oddali  widać  było  wąski  pasek  światła.  W

dodatku słychać było dziwny, cichy dźwięk, który raz usłyszany, zdawał się wypełniać świat.

Zaintrygowany Angalo wstał, by się lepiej rozejrzeć.

Dało się słyszeć ciche łupnięcie i stłumione ,Auć!”, po czym Angalo wrócił na ziemię.

Gdy wstał, delikatnie rozcierając czubek głowy, jego dłoń dotknęła metalu, przykucnął więc i

przyjrzał się temu, w co trafił.

Przez  dłuższą  chwilę  panowała  pełna  namysłu  cisza,  po  czym  rozległ  się  nieco

background image

niepewny głos:

- Gurder, będziesz miał kłopoty z uważaniem, więc się skup i posłuchaj...

* * *

-  Tym  razem  chcę,  żebyś  przetłumaczyła  dokładnie  to,  co  powiem.  Jasne?  -  spytał

niezbyt uprzejmie Masklin. - Nie ma sensu dalej go straszyć!

Ludzie otoczyli statek. A raczej próbowali, bo żeby otoczyć coś o takich rozmiarach,

trzeba strasznie dużo ludzi.

Z oddali słychać było zbliżające się silniki i syreny następnych ciężarówek. Chwilowo

Wnuk Richard, wpatrujący się nerwowo we własne ramię, pozostał sam.

- Poza tym chyba jesteśmy mu coś winni - dodał Masklin. - Użyliśmy jego satelity i

zabraliśmy sporo jego rzeczy.

-  „Powiedziałeś,  że  chcesz  to  załatwić  po  swojemu.  I  bez  pomocy  ludzi”  -

przypomniała Rzecz.

- Teraz jest inaczej. Teraz mamy statek. Sami go zrobiliśmy. I nie musimy już o nic

prosić.

-  „Chciałam  tylko  zwrócić  uwagę,  że  to  ty  siedzisz  na  jego  ramieniu,  a  nie  on  na

twoim.”

-  Tym  się  nie  przejmuj.  Powiedz  mu...  poproś  go,  żeby  poszedł  w  stronę  statku.  I

powiedz „proszę”. I powiedz mu, że nie chcemy nikogo skrzywdzić. Zwłaszcza siebie.

Zdawało się, że minęła cała wieczność, nim Wnuk Richard skończył odpowiadać, ale

w końcu ruszył w stronę statku.

- I co powiedział? - spytał Masklin, trzymając się kurczowo swetra.

- „Nie wierzę w to.”

- Co, nie wierzy mi?!

- „Ja nie wierzę! Powiedział, że jego dziadek ciągle mówił o małych ludziach, ale on

w nich nie wierzył, aż dotąd. Pytał, czy ty jesteś taki jak ci w starym Sklepie.”

Masklinowi opadła szczęka, choć wiedział, że Wnuk Richard uważnie go obserwuje.

- Powiedz mu, że tak - wykrztusił po chwili.

- „Jak chcesz. Ale nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.” - Mimo to Rzecz zadudniła

basowo.

Wnuk Richard oddudnił.

background image

- „Mówi, że jego dziadek żartował o małych ludziach żyjących w Sklepie. Mówił, że

przynoszą mu szczęście.”

Masklin znów poczuł, że świat dał fikołka, i to właśnie w chwili, w której wydawało

mu się, że go wreszcie rozumie.

- Czy jego dziadek kiedykolwiek widział noma? - spytał słabo.

-  „Mówi,  że  nie,  ale  kiedy  dziadek  albo  jego  brat  zostawali  wieczorami  i  nocami  w

biurze, słyszeli w ścianach różne odgłosy i żartowali, że to sklepowe krasnoludki. Mówi, że

kiedy był mały, dziadek opowiadał mu o małych ludziach, którzy nocami bawili się w Sklepie

zabawkami.”

- Przecież sklepowe nomy nigdy czegoś takiego nie robiły!

- „A czy ja powiedziałam, że on mówi prawdę?”

Statek  był  znacznie  bliżej,  ale  wciąż  nie  było  w  nim  widać  niczego,  co

przypominałoby okna lub drzwi. Miał tyle samo otworów co jajko.

Masklin  zaś  czuł,  że  mózg  mu  się  kotłuje  -  zawsze  uważał  ludzi  za  w  miarę

inteligentnych  (nomy  bądź  co  bądź  były  inteligentniejsze,  a  szczury  niegłupie).  Można  było

się  nawet  zgodzić,  że  lisy  mają  szczyptę  inteligencji.  Skoro  na  świecie  było  jej  tyle,  że

starczyło  dla  lisów,  to  i  ludziom  musiało  się  coś  dostać.  To,  z  czym  się  teraz  zetknął,  było

czymś więcej niż inteligencją.

Przypomniał  sobie  książkę  „Podróże  Guliwera”,  która  była  dla  nomów  podwójnym

zaskoczeniem. Raz z uwagi na to, co opisywała, a dwa - gdy się okazało, że to wszystko było

wymyślone. W Sklepie było sporo takich książek. Zawsze zresztą przysparzały nomom masę

kłopotów. Widocznie z jakichś powodów ludzie musieli czytać nieprawdę.

Nigdy nie wierzyli, że nomy istnieją, ale chcieli w to wierzyć - i to było najbardziej

zaskakujące.

- Powiedz mu, że muszę się dostać na statek - polecił wreszcie.

Gdy  Rzecz  skończyła  buczeć,  Wnuk  Richard  odszepnął,  co  przypominało  solidną

wichurę.

- „Mówi, że jest za dużo ludzi.”

- Swoją drogą, to co oni wszyscy tu robią? - zdziwił się Masklin. - Dlaczego się nie

boją?!

Odpowiedź Wnuka Richarda przypominała kolejną wichurę.

- „On mówi, że myślą, że lada chwila przybysze z innej planety wyjdą, żeby z nimi

background image

porozmawiać.”

- Dlaczego?

- „Nie wiem. Może nie chcą być sami.”

- Przecież wewnątrz nikogo nie ma! To nasz statek i...

Nagle coś zawyło.

I to tak, że wszyscy zatkali sobie uszy.

Po  czarnym  kadłubie  przemknęły  wielobarwne  wzory  świetlne  najpierw  w  jedną

stronę, potem w drugą. A potem zniknęły.

Za to zawyło ponownie.

- Tam nikogo nie ma, prawda? - upewnił się Masklin. - Żadnych hibernowanych czy

mrożonych nomów, ani niczego?

Niedaleko czubka statku otworzyła się prostokątna klapka, coś zaszumiało i z otworu

wystrzelił płomień czerwonego światła, który zapalił kępę zarośli kilkaset jardów od burty.

Ludzie zaczęli uciekać.

Statek uniósł się kilka stóp, kołysząc się alarmująco, po czym szarpnęło nim w bok.

Znieruchomiał  na  moment  i  wystrzelił  prosto  w  górę.  Zatrzymał  się  dość  wysoko,  po  czym

fiknął koziołka. I zawisł bokiem w dół. Wreszcie opadł z powrotem i wylądował. W ogólnym

rozumieniu tego słowa, z jednej bowiem strony dotknął ziemi, a druga pozostała nieco wyżej,

opierając się na... niczym.

Na koniec statek odezwał się głośno.

Dla ludzi musiało to brzmieć jak nieco zwariowany szczebiot.

W rzeczywistości dało się słyszeć:

-  Przepraszam!...  Mówiłem  „przepraszam”,  no  nie?...  To  jest  mikrofon?...  Nie  mogę

znaleźć guzika otwierającego te przeklęte drzwi... spróbujmy tego...

Otworzyła się inna klapa odsłaniająca prostokątny otwór, z którego wylało się błękitne

światło.

I ponownie ryknął dziwnie znajomy głos:

-  Mam!  -  Potem  coś  załomotało  głucho,  jakby  ktoś  pukał  w  mikrofon,  nie  mając

pewności, czy działa. - Masklin, jesteś tam?

- To Angalo! - domyślił się Masklin. - Nikt inny tak nie prowadzi! Powiedz Wnukowi

Richardowi, że muszę się dostać na statek. Proszę!

Gdy Rzecz skończyła, Wnuk Richard przytaknął.

background image

Ludzie kręcili się w pobliżu statku, nie bardzo wiedząc, co robić, gdyż drzwi były za

wysoko,  by  mogli  ich  dosięgnąć.  Masklin  złapał  się  kurczowo  swetra,  gdy  Wnuk  Richard

energicznie przepychał się wśród zamieszania.

Statek znowu zawył.

-  Tego...  -  Angalo  najwyraźniej  mówił  do  kogoś  innego.  -  Nie  jestem  pewien  tego

guzika...  może  to  jest...co?...  Pewnie,  że  go  nacisnę,  niby  dlaczego  nie?  Jest  koło  tego,  co

otwiera drzwi, to musi być bezpieczny... Słuchaj, zamknij się, dobrze?

Z otworu opadła na ziemię srebrzysta rampa. Była wystarczająco szeroka, by mógł po

niej wejść człowiek.

- A widzisz? - ucieszył się Angalo.

-  Rzecz,  możesz  pogadać  z  tym  maniakiem?  -  zaniepokoił  się  Masklin.  -  To  jest  z

Angalem. Powiedz mu, gdzie jestem i że próbuję dostać się na statek...

- „Nie mogę, bo właśnie odciął łączność. Naciska przypadkowo i przestawia wszystko,

czego zdoła dosięgnąć. Należy tylko mieć nadzieję, że nie naciśnie tego, czego nie trzeba.”

- Mówiłaś, że możesz powiedzieć statkowi, co ma robić?!

- „Ale nie wtedy, kiedy jest na nim choćby jeden nom. I nie mogę mu zakazać zrobić

czegoś, co kazał mu zrobić nom. Na tym polega bycie maszyną” - wyjaśniła Rzecz zgryźliwie.

Wnuk Richard pchał się z determinacją, ale ponieważ wszyscy się pchali, tylko każdy

w inną stronę, niesporo mu szło. W dodatku wszyscy krzyczeli - i znów każdy co innego.

Masklin westchnął.

-  Poproś  go,  żeby  mnie  postawił  na  ziemi  -  polecił  i  dodał:  -  Tylko  potem  powiedz

„dziękuję”. I powiedz... że byłoby miło, gdybyśmy mogli więcej porozmawiać.

Rzecz powiedziała.

Wnuk Richard wyglądał na zaskoczonego.

Rzecz powiedziała jeszcze coś.

Dłoń Wnuka Richarda uniosła się i skierowała ku Masklinowi.

Był  to  jeden  z  tych  przerażających  momentów,  które  Masklin  miał  na  prywatnej

czarnej  liście,  i  musiał  przyznać,  że  bierne  czekanie,  aż  człowiek  go  złapie,  było  gorsze

zarówno  od  samodzielnej  jazdy  wierzchem  na  lisie,  jak  i  kierowania  ciężarówką  czy  lotu

gęsią. Gdy olbrzymie paluchy ujęły go w pasie, zamknął oczy.

- Masklin?! - zawył statek. - Jak ci się coś złego stanie, to będą kłopoty! Ostrzegam!

Wnuk  Richard  złapał  go  delikatnie,  jak  coś  niezwykle  cennego  i  kruchego,  i  powoli

background image

opuścił na ziemię. Masklin otworzył oczy, gdy na niej stanął, i stwierdził, że znajduje się w

lesie ludzkich nóg. Odwrócił się ku wciąż pochylonemu Wnukowi Richardowi i starając się

mówić  tak  basowo  i  wolno,  jak  tylko  potrafił,  wypowiedział  jedyne  słowa,  jakie  w  ciągu

ostatnich pięciu tysięcy lat nom skierował do człowieka.

Brzmiały one: - Do widzenia.

A potem ruszył przez nożną gęstwinę.

U podnóża rampy stało kilku ludzi w urzędowych spodniach i masywnych butach, ale

to nie stanowiło dla niego najmniejszego problemu - ominął ich z wprawą i pognał na górę ku

otworowi, z którego promieniował błękitny blask. Gdy był w połowie drogi, u szczytu rampy

pojawiły się dwa ciemne punkty.

Rampa była długa, a on nie spał od wielu godzin. Teraz żałował, że się nie zdrzemnął,

gdy ludzie go oglądali - posłanie wydawało się wygodne. Ale miał wtedy inne zmartwienia, a

teraz  to  dawało  się  odczuć  -  jego  nogi  chciały  się  położyć  i  spać.  Nieważne  gdzie,  byle

szybko.

Punkty  zmieniły  się  w  głowy  Gurdera  i  Piona,  ale  jakoś  wolno,  gdyż  już  nie  był  w

stanie biec: poruszał się w sposób zbliżony do zataczania się. Zdołał jednak dotrzeć do drzwi,

a dalej obaj złapali go za ręce i wciągnęli na pokład statku.

Masklin odwrócił się i spojrzał w dół na morze ludzkich twarzy. Po raz pierwszy od

opuszczenia  Sklepu  spoglądał  z  góry  na  ludzi.  To,  że  najprawdopodobniej  go  nie  widzieli,

było bez znaczenia.

- Cały jesteś? - spytał troskliwie Gurder. - Zrobili ci coś?

- Cały jestem i nic mi nie zrobili - wymamrotał.

- Wyglądasz okropnie.

- Powinniśmy z nimi porozmawiać, wiesz, Gurder. Oni nas potrzebują.

- Jesteś całkiem pewien, że się dobrze czujesz? - Gurder przyjrzał mu się podejrzliwie.

Masklin miał wrażenie, że ma pełno waty w głowie, ale mimo to zdołał zadać pytanie:

- Wierzyłeś w Arnolda Brosa (zał. 1905)?

- Tak.

- On w ciebie też wierzył. - Masklin uśmiechnął się tryumfująco. - I co ty na to?

A potem powoli, ale stanowczo zwinął się i osunął na pokład.

background image

Rozdział jedenasty

STATER  maszyna,  na  której  pokładzie  nomy  opuściły  Ziemię.  Nie  wiemy  o  nim

jeszcze wszystkiego, ale ponieważ zbudowały go nomy, używając Nauki, dowiemy się.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de

Pasmanterii

Rampa  zwinęła  się,  drzwi  zamknęły,  a  statek  uniósł  wysoko  ponad  głowami

zgromadzonych.

I pozostał tam do zmroku.

Ludzie próbowali oświetlić go różnokolorowymi światłami, grali mu różne dźwięki, a

w końcu przemawiali w każdym znanym im języku.

Statek ignorował wszystkie ich próby.

* * *

Masklin obudził się.

Znajdował  się  w  niezwykle  niewygodnym  łóżku.  Było  za  miękkie  dla  kogoś

przyzwyczajonego  do  spania  na  ziemi.  W  Sklepie  nomy  sypiały  na  dywanach,  ale  Masklin

spał na desce, używając szmatki jako przykrycia, a i tak uważał to za luksusy.

Czym prędzej więc siadł i rozejrzał się.

Pokój był raczej skromnie urządzony: poza łóżkiem stały tam jeszcze stół i krzesło.

Stół i krzesło!

W  Sklepie  nomy  robiły  meble  z  pudełek  od  zapałek  i  szpulek  do  nici.  Nomy  żyjące

poza Sklepem nie wiedziały nawet, co to takiego meble.

A tu stały sobie zwykłe ludzkie meble, tylko no- mich rozmiarów.

Pospiesznie  wstał  i  pomaszerował  po  metalowej  podłodze  do  metalowych  drzwi.

Także nomich rozmiarów. Drzwi zrobionych przez nomy dla nomów.

Prowadziły  na  korytarz  o  ścianach  dosłownie  usianych  drzwiami.  Korytarz  nie  był

brudny  czy  zakurzony  -  wręcz  przeciwnie,  ale  sprawiał  wrażenie  dziwnie  starego.  Zupełnie

jakby od dawna pozostawał nie używany i nieprzyzwoicie czysty.

Masklin  prawie  odskoczył,  gdy  coś  małego  ruszyło  ku  niemu  z  cichym  pomrukiem.

background image

Wyglądało  zupełnie,  jakby  było  na  gąsienicach,  z  przodu  miało  obrotową  szczotkę,  która

zgarniała kurz do otworu w kadłubie. A raczej zgarniałaby, gdyby był w okolicy jakiś kurz.

Ciekawe, ile razy czyściło tak czysty korytarz, czekając na powrót nomów...

Rozmyślania  przerwało  mu  owo  coś,  wpadając  mu  na  nogę.  Bipnęło  oburzone  i

skierowało się w przeciwną stronę, więc poszedł za nim.

Po  parunastu  krokach  minął  innego  cosia,  który  wędrował  sobie  po  suficie,  cicho

poszczekując. Czyszcząc jego idealną powierzchnię.

Skręcił za róg i prawie wpadł na Gurdera.

- A, wstałeś! - powitał go Gurder.

- Wstałeś...to jest wstałem. Słuchaj no...jesteśmy na statku, tak?

- Jest zadziwiający...! - oznajmił Gurder.

Wyglądał nieco dziko, głównie z powodu rozbieganego wzroku i włosów sterczących

we wszystkie strony.

- Jestem pewien, że jest - zapewnił go na wszelki wypadek Masklin.

- Ale tu są te wszystkie... i takie wielkie... i jest to olbrzymie... i nie uwierzysz, jakie

przestronne... i jest tyle... - Gurder umilkł: wyglądał jak ktoś, kto musi się nauczyć mnóstwa

nowych  słów,  zanim  zacznie  cokolwiek  opisywać.  -  On  jest  za  duży!  Chodź!  -  Złapał

Masklina za ramię i pociągnął za sobą.

- Jak się tu dostaliście? - zainteresował się Masklin.

-  Angalo  coś  nacisnął,  otworzyła  się  jakaś  klapa  i  byliśmy  w  środku,  a  potem  była

winda i znaleźliśmy się w wielkiej sali z fotelem, na którym Angalo natychmiast siadł. Zaraz

zapaliły się te wszystkie światełka, no więc naturalnie zaczął naciskać wszystkie guziki, jakie

znalazł, i przestawiać wszystkie dźwignie, jakich mógł dosięgnąć.

- Nie próbowałeś go powstrzymać?!

- Znasz go i wiesz, jakiego ma fioła na punkcie kierowania pojazdami. Rzecz próbuje

dojść z nim do ładu i wymusić sensowne postępowanie. Gdyby nie ona, już pewnie byśmy się

obijali  o  gwiazdy  -  zaprorokował  ponuro  Gurder,  wchodząc  w  kolejne  tubowo  sklepione

wejście.

Za nim znajdowała się...

No, sala albo pomieszczenie. Bo na pokój było za duże, ale znajdowało się przecież

wewnątrz statku. Masklin zresztą jedynie dzięki świadomości, że jest na statku, nie uznał, że

znalazł się na zewnątrz, bowiem pomieszczenie było ogromne - większe niż największe działy

background image

w Sklepie.

Ściany pokrywały ekrany i skomplikowanie wyglądające panele. Sala pogrążona była

w półmroku, tylko jej środek był dokładnie oświetlony, dzięki czemu wyraźnie widoczny był

Angalo, prawie tonący w dużym, miękkim fotelu.

Przed nim na pochylonej metalowej konsolecie pełnej guzików i przełączników stała

Rzecz.  Nie  trzeba  było  specjalnej  bystrości,  by  wiedzieć,  że  oboje  się  kłócili,  i  to  od  dość

dawna.  Potwierdził  to  zresztą  Angalo,  oświadczając  oskarżycielsko,  ledwie  zobaczył

Masklina:

- Ona nie chce zrobić tego, co jej każę!

Rzecz wyglądała tak czarno, sześciennie i uparcie, jak tylko potrafiła.

- „On chce pilotować statek” - oznajmiła równie oskarżycielsko.

- Jesteś maszyną! Musisz robić to, co ci się każe! - wybuchnął Angalo.

- „Jestem inteligentną maszyną. I nie po to tyle się namęczyłam, żeby skończyć jako

coś nieinteligentnego, za to bardzo płaskiego, na dnie wielkiej dziury w ziemi. Nie potrafisz

pilotować statku. I jeszcze długo nie będziesz potrafił.”

- Skąd wiesz? Nie pozwoliłaś mi spróbować, to skąd możesz wiedzieć?! Kierowałem

już  ciężarówką  i  co?  To  nie  moja  wina,  że  te  wszystkie  drzewa  i  latarnie  wyrastały  mi  na

drodze - oburzył się Angalo.

-  Nie  wydaje  ci  się,  że  statek  jest  trudniejszy  do  prowadzenia?  -  spytał  uprzejmie

Masklin.

- Cały czas się uczę. Prościzna. Każdy guzik ma na sobie obrazek, zobacz...

Nacisnął jakiś i jeden z ekranów rozjaśnił się, pokazując tłum w dole.

- Czekają, odkąd odlecieliśmy - poinformował Masklina Gurder.

- A czego chcą? - zdziwił się Angalo.

- Skąd mam wiedzieć? - zdziwił się dla odmiany Gurder. - Kto może wiedzieć, czego

chcą ludzie?

- Różności próbowali - dodał Angalo. - Światłami błyskali, muzykę puszczali. I przez

radio, jak mówi Rzecz, też ciągle nadają.

- Próbowałeś im odpowiedzieć? - spytał Masklin.

- Nie mam im nic do powiedzenia, to po co się miałem odzywać? - Angalo wzruszył

ramionami i postukał Rzecz, wracając do tego, co ważniejsze. - Dobra, panie Spryciulec. Jeśli

nie ja mam kierować statkiem, to kto?

background image

- „Ja.”

- Jak?

- „Koło siedzenia jest wgłębienie, widzisz?”

- Widzę. Tak na oko, twoich rozmiarów.

- „Włóż mnie tam.”

Angalo wzruszył ramionami i zrobił, co chciała Rzecz. Wsunęła się gładko w podłogę,

aż tylko górna jej powierzchnia trochę wystawała.

-  Słuchaj  no...  niczego  nie  mogę  robić?  No,  chociażby  wycieraczki  albo  coś...  -

zaproponował ugodowo Angalo. - Głupio się czuję, tak tu siedząc i nic nie robiąc.

Rzecz  zignorowała  go  całkowicie.  Przez  chwilę  pobłyskiwała  światełkami,  jakby  w

mechaniczny sposób sadowiąc się wygodnie, po czym oznajmiła znacznie głośniej i bardziej

basowo niż kiedykolwiek dotąd:

- „DOBRZE.”

Na sali zapłonęły światła, zaczynając od miejsca, w którym znajdowała się Rzecz. Na

ekranach  pojawiły  się  krajobrazy  i  gwiazdy,  panele  rozmigotały  się  różnokolorowymi

światełkami,  a  lampy  w  suficie  zalały  całość  dziennym  światłem.  Gdzieś  w  oddali  coś

załomotało,  wszędzie  dało  się  słyszeć  cichutkie  potrzaskiwanie  towarzyszące  budzeniu  się

elektryczności. Powietrze zapachniało jak przed burzą.

- Zupełnie jak w Sklepie w czasie Kiermaszu Świątecznego! - ucieszył się Gurder.

-  „WSZYSTKIE  SYSTEMY  SPRAWNE”  -  zadudniła  Rzecz.  -  „PODAĆ  MIEJSCE

PRZEZNACZENIA.”

- Co? - zdziwił się Masklin. - Nie wrzeszcz!

- „Gdzie lecimy?” - spytała Rzecz normalnym tonem. - „Musisz podać, gdzie chcesz

się dostać.”

- Do kamieniołomu.

- „A gdzie to jest?”

-  No  jak  to...  gdzieś  w  tamtą  stronę.  -  Masklin  machnął  ręką,  wyznaczając

przynajmniej ćwiartkę koła tym ruchem.

- „W którą stronę?” - spytała cierpliwie Rzecz.

- Skąd mam wiedzieć?! A ile tam jest stron?

- Rzecz, chcesz powiedzieć, że nie znasz drogi powrotnej do kamieniołomu? - spytał

Gurder.

background image

- „Właśnie. Nie znam.”

- Zgubiliśmy się?

- „Skądże. Wiem, na jakiej planecie się znajdujemy.”

- Nie mogliśmy się zgubić, bo wiemy, gdzie jesteśmy - ocenił Gurder. - My tylko nie

wiemy, gdzie nie jesteśmy.

- A jakbyś poleciała wysoko w górę, nie odnalazłabyś kamieniołomu? - spytał Angalo.

- Z góry wszystko widać, więc to tylko kwestia wysokości.

- „Można spróbować.”

- A ja mogę?

- „Wciśnij lewy pedał i pociągnij zieloną dźwignię.”

Nie  było  słychać  żadnego  dźwięku,  ale  zmienił  się  rodzaj  ciszy.  Masklin  przez

moment poczuł się bardzo ciężki, potem jednak mu przeszło. Obraz na ekranie się zmniejszył.

- To się nazywa latanie! - Angalo był szczęśliwy. - Żadnego hałasu i nic niczym nie

wymachuje.

- A właśnie, gdzie jest Pion? - przypomniał sobie Masklin.

-  Pałęta  się  po  statku  -  wyjaśnił  Gurder.  -  Sądzę,  że  poszedł  poszukać  czegoś  do

jedzenia.

- Przecież tu nikogo nie było od piętnastu tysięcy lat!

-  Może  ktoś  coś  zostawił  na  dnie  jakiejś  szuflady.  -  Gurder  wzruszył  ramionami.  -

Słuchaj, Masklin, muszę z tobą pogadać.

- Tak? To gadaj.

Gurder  podszedł  bliżej,  spoglądając  niepewnie  na  Angala  rozwalonego  w  fotelu  z

wyrazem błogiego szczęścia na obliczu.

-  Nie  powinniśmy  tego  robić  -  powiedział  cicho.  -  Wiem,  że  to  okropne  po  tym

wszystkim, co przeszliśmy, ale to nie tylko nasz statek. On należy do wszystkich nomów na

tej planecie.

Wyraźnie mu ulżyło, gdy Masklin przytaknął.

- Rok temu nie uwierzyłbyś w to, że istnieją nomy poza Sklepem - przypomniał mu

mimo wszystko Masklin.

- No... cóż... To było rok temu, a teraz jest teraz. Nie wiem, w co wierzę, ale wiem, że

muszą być tysiące nomów, o których istnieniu nie wiemy. Mogą istnieć choćby nomy żyjące

w innych Sklepach! My mieliśmy szczęście, bo mieliśmy Rzecz, ale jak zabierzemy statek, to

background image

dla nich nie pozostanie nawet nadzieja!

- Wiem - przyznał ponuro Masklin. - I co mamy zrobić? My potrzebujemy statku już

zaraz. Natychmiast. A jak, tak w ogóle, mamy znaleźć inne nomy?

- Mamy statek! - przypomniał Gurder.

Masklin wskazał na ekran, na którym coraz odleglejszy krajobraz powoli przesłaniały

chmury.

- Odszukanie ich zajęłoby wieczność, a znaleźć je i tak można tylko, będąc na Ziemi.

Jakbyś zapomniał, nomy doskonale się ukrywają. Wy, w Sklepie, nie mieliście o nas pojęcia,

a żyliśmy zaledwie o kilka mil od siebie. Plemienia Piona w ogóle byśmy nie znaleźli, gdyby

nie przypadek. Poza tym jest jeszcze jeden mały problem: wiesz, jakie są nomy. Większość

pozostałych najprawdopodobniej nie uwierzy nawet w statek - dodał Masklin.

Gurder wyglądał wyjątkowo nieszczęśliwie, ale wyznał otwarcie:

-  Prawda.  Sam  bym  w  niego  nie  uwierzył.  Nadal  nie  wiem,  czy  wierzę,  a  przecież

jestem na statku.

- Jak znajdziemy jakieś nadające się do zamieszkania miejsce, możemy wysłać statek z

powrotem po pozostałych. A przynajmniej po tych, których zdołamy odnaleźć - zaproponował

Masklin.  -  Angalo  będzie  szczęśliwy  jak  nie  wiem  co,  gdy  będzie  mógł  go  choć  trochę

popilotować...

Urwał,  gdyż  Gurder  zaczął  się  trząść,  co  w  pierwszej  chwili  wyglądało  na  śmiech.

Dopiero łzy cieknące mu po policzkach wyjaśniły sprawę.

- Eee... - bąknął Masklin, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.

-  Przepraszam...  -  wymamrotał  Gurder.  -  To  przez  te  wszystkie  zmiany...  Dlaczego

choć przez pięć minut wszystko nie może zostać po staremu? Za każdym razem, jak wreszcie

zaczynam  coś  rozumieć,  to  się  zmienia  w  coś  innego,  a  ja  w  durnia!  A  ja  tylko  chcę  coś

prawdziwego, w co mogę uwierzyć! Komu to szkodzi?

-  Wydaje  mi  się,  że  po  prostu  trzeba  mieć  elastyczny  umysł.  -  Masklin  wiedział,  że

takie wyjaśnienie niewiele pomoże.

- Elastyczny? Ja ostatnio mam tak elastyczny umysł, że mogę go wyciągnąć przez uszy

i  zawiązać  pod  szyją!  -  wybuchnął  Gurder.  -  I  mogę  ci  powiedzieć,  że  wcale  mi  się  to  jak

dotąd  nie  przydało!  Gdybym  ciągle  wierzył  w  to,  czego  mnie  w  młodości  nauczyli,  to

wyszedłbym na głupka tylko raz i tylko raz bym się pomylił! A tak mylę się cały czas!

I odmaszerował w głąb korytarza.

background image

Obserwując jego malejącą postać, Masklin nie po raz pierwszy zastanawiał się, czy nie

wolałby  wierzyć  w  coś  równie  mocno  jak  Gurder.  Wtedy  miałby  aż  nadto  powodów  do

narzekania.  Albo  czy  nie  lepiej  było  pozostać  w  jamie.  Nie  licząc  tego,  że  było  chłodno  i

głodno  i  że  co  rusz  ktoś  zostawał  zjedzony,  nie  było  wtedy  tak  najgorzej.  Przynajmniej  był

wtedy z Grimmą i razem im było chłodno i głodno. A tak było mu ciepło i samotnie i...

Rozmyślania  przerwał  mu  nagły  ruch  z  boku.  Był  to  Pion  trzymający  talerz  z

owocami,  tak,  to  musiały  być  owoce.  Masklin  zdecydował,  że  chwilowo  odłoży  na  bok

kwestię samotności, gdyż głód tylko czekał na okazję, by dać się odczuć. Co prawda nigdy nie

widział owocu o takiej barwie czy kształcie... ale i tak się poczęstował.

Smakowało jak orzechowa cytryna.

- Całkiem nieźle zachowane - ocenił. - Gdzieś to znalazł?

Okazało się, że owoc pochodzi z maszyny stojącej w pobliskim korytarzu. Operacja,

jak odkrył Pion, okazała się niezwykle prosta - na przodzie znajdowało się kilkaset obrazków

różnych  rodzajów  jedzenia.  Gdy  się  któregoś  dotknęło,  w  maszynie  coś  chwilę  mruczało  i

pokazane  danie  wyjeżdżało  przez  otwór  z  boku,  od  razu  na  talerzu.  Masklin  spróbował  na

początek kilku owoców, zielonego, skrzypiącego warzywa i kawałka mięsa, które smakowało

jak wędzony łosoś.

- Ciekawe, jak ona to robi? - zastanowił się po zaspokojeniu pierwszego głodu.

-  „Gdybym  ci  powiedziała,  że  to  dzięki  molekularnemu  rozkładowi  surowych

pierwiastków  i  ponownemu  ich  połączeniu  w  zamawiany  produkt,  to  byś  zrozumiał?”  -

zapytał w odpowiedzi głos ze ściany.

- Nie - stwierdził uczciwie Masklin.

- „A więc dzięki Nauce.”

- Aa! A to wszystko w porządku. To ty, Rzecz?

- „Ja.”

Dogryzając łososiowe danie mięsne, Masklin wrócił do sali i poczęstował Angala. Na

wielkim ekranie głównym widać było same chmury.

- W tym niczego nie widać, nie tylko kamieniołomu - ocenił.

Angalo  przestawił  jakąś  dźwignię  i  Masklin  na  moment  zrobił  się  znowu

niesamowicie ciężki.

Obaj przyjrzeli się ekranowi.

- No! - sapnął z podziwem Angalo.

background image

- To wygląda znajomo. - Masklin pogrzebał po kieszeniach i wyjął nieco sfatygowaną

mapę, jedyną, jaką udało im się znaleźć w Sklepie.

Rozłożył ją na kolanie i porównał z obrazem na ekranie.

Obraz  przedstawił  dysk  zrobiony  głównie  z  różnych  odcieni  błękitu  i  białych

kawałków chmur.

- Masz jakiś pomysł, co to może być? - zainteresował się Angalo.

- Nie, ale wiem, jak się nazywają niektóre kawałki. To grube na górze, a cienkie na

dole, to Ameryka Południowa. Tylko nic nie jest na niej napisane, a na mapie jest. Dziwne.

- Kamieniołomu dalej nie widzę - zmartwił się Angalo.

Masklin przyglądał się to mapie, to ekranowi. Grimma mówiła o tych żabach, one żyły

chyba  w  tej  Ameryce.  Przypomniało  mu  się,  jak  mówiła,  że  kiedy  się  wie  o  żabach  w

kwiatach, to nie jest się tym, kim dawniej.

Zaczynało mu świtać, o co jej chodziło.

- Kamieniołom na razie może poczekać - powiedział nagle.

-  „Powinniśmy  tam  dotrzeć  najszybciej,  jak  tylko  można,  dla  dobra  wszystkich”  -

oznajmiła niespodziewanie Rzecz.

Masklin zastanowił się i musiał przyznać, że ma rację. W kamieniołomie wszystko się

mogło przydarzyć i statek na pewno wszystkim by się przydał.

A  potem  zaświtała  mu  w  głowie  złośliwa  myśl  -  od  dawna  robi  wszystko  dla  dobra

wszystkich  innych  nomów,  to  chyba  czas  zrobić  wreszcie  coś  dla  siebie.  Może  statek  ma

problemy ze znalezieniem innych nomów, ale z żabami powinien mieć mniej kłopotów. Tym

bardziej że on, Masklin, mógł mu w tym pomóc.

- Rzecz - oświadczył. - Lecimy do Ameryki Południowej. I nie kłóć się ze mną!

background image

Rozdział dwunasty

ŻABY: niektórzy uważają, że wiedza o nich jest istotna. Są małe i zielone. Albo żółte.

I mają po cztery nogi. Kumkają. Młode żaby to kijanki. I uważam, że to wszystko, co trzeba

wiedzieć o żabach.

Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angola de

Pasmanterii

Oto planeta, co prawda większość jej powierzchni pokrywa woda, ale i tak nazywa się

Ziemia.

„Zbliżenie”

Oto kraj... błękity, zielenie i brązy w słońcu i długie deszczowe chmury, poprzez które

przebijają góry...

„Zbliżenie”

...góra - zielona i mokra, a na niej...

„Zbliżenie”

...drzewo obrośnięte mchem i kwiatami...

„Zbliżenie”

Oto kwiat z jeziorkiem w środku. Epifityczna bromelida.

Jego  płatki  prawie  się  nie  trzęsły,  gdy  przedostały  się  przez  nie  trzy  bardzo  małe  i

bardzo  złote  żabki  i  znieruchomiały  zaskoczone,  wpatrując  się  w  jeziorko  czystej  wody.  Po

chwili  dwie  spojrzały  na  trzecią,  czekając,  żeby  powiedziała  coś  stosownego  w  tym

historycznym momencie.

No więc powiedziała:

- .-.-.mipmip.-.-.

A potem wszystkie trzy zsunęły się do wody.

Choć żaby potrafią zauważyć różnicę między dniem a nocą, nie są specjalnie mocne w

kwestii  Czasu  jako  takiego.  Wiedzą,  że  jedne  rzeczy  następują  po  innych,  i  wybitnie

inteligentne  mogą  nawet  się  zastanawiać,  co  powoduje,  że  wszystko  nie  dzieje  się

równocześnie, ale to jest kres ich możliwości.

Toteż  nie  zrobiło  im  większej  różnicy,  że  noc  nadeszła  znacznie  wcześniej,  bo  w

background image

środku dnia, i że bardziej nadleciała, niż nadeszła...

Wielki  czarny  cień  przesunął  się  nad  szczytami  drzew  i  znieruchomiał.  A  potem

rozległy się głosy. Żaby słyszały je, ale nie miały pojęcia, ani co mówią, ani nawet, czym są.

Nie brzmiały jak głosy, do których żaby są przyzwyczajone.

A oto, co mówiły:

-  Ile  tu  w  końcu  jest  tych  gór?  Przecież  to  bezsens!  Kto  potrzebuje  tyle  gór  i  to  w

jednym  miejscu?!  Marnotrawstwo  i  złe  zarządzanie,  ot  co!  Jedna  starczyłaby  w  zupełności.

Dostanę szału, jak zobaczę jeszcze jedną górę! A tak w ogóle, to ile ich jeszcze mamy zamiar

przeszukać?

- Mnie się podobają...

- I drzewa też tu mają niewłaściwą wysokość! Przynajmniej niektóre.

- Też mi się podobają, Gurder.

- I nie ufam zdolnościom Angala jako kierowcy.

- Wyrabia się.

- Może. Mam tylko nadzieję, że w okolicy nie pojawią się znowu samoloty.

Gurder  i  Masklin  znajdowali  się  w  topornie  wykonanym  koszu  z  drutu  i  kawałków

metalu, zwisającym na przewodzie, który wystawał z otwartej klapy w dnie statku.

Nie  zbadali  jeszcze,  ma  się  rozumieć,  całego  statku,  a  i  tak  co  krok  natykali  się  na

zagadki i dziwne maszyny. Rzecz wyjaśniła, że statek używany był do badań i poszukiwań, a

głównie do odkryć.

Masklin,  prawdę  mówiąc,  mu  nie  ufał.  Dlatego  też,  choć  na  pewno  były  na  jego

pokładzie  urządzenia  mogące  opuścić  coś  znacznie  solidniejszego  od  prowizorki,  w  której

dyndali,  wolał  kosz  wykonać  własnoręcznie,  a  do  opuszczania  i  podnoszenia  użyć  Piona  i

słupa wewnątrz statku, wokół którego owinęli przewód. To było znacznie naturalniejsze.

Kosz delikatnie zetknął się z gałęzią.

Najwięcej kłopotu, jak zwykle, sprawiali ludzie, którzy za nic nie chcieli ich zostawić

w spokoju. Ledwie znaleźli jakąś obiecującą górę, a wokół zaczynało roić się od samolotów i

helikopterów. Przy statku wyglądały niczym muchy przy orle, ale były równie denerwujące i

rozpraszające.

Masklin  przyjrzał  się  gałęzi  -  Gurder  miał  rację:  to  była  ostatnia  góra.  Dalej  nie

musieli szukać, gdyż gałąź roiła się od kwiatów, ale trzeba było sprawdzić zawartość, toteż

ostrożnie wyszedł z kosza i przeczołgał się do najbliższego kwiatu. Był wyższy od noma, i to

background image

co najmniej dwa razy, musiał się więc wspiąć, by zajrzeć do środka.

Wewnątrz było jeziorko.

Z którego przyglądały mu się trzy pary żółtych oczu.

Masklin z kolei przyglądał się im.

A więc to jednak była prawda...

Przez  sekundę  zastanawiał  się,  czy  powinien  im  coś  powiedzieć,  a  raczej  czy  może

powiedzieć cokolwiek, co one by zrozumiały, i doszedł do wniosku, że nie.

To była całkiem gruba i długa gałąź, ale na statku znajdowały się rozmaite narzędzia i

urządzenia.  Można  było  opuścić  dodatkowe  kable,  by  ją  podtrzymać  i  spokojnie  obciąć.

Zajmie to trochę czasu, ale tego akurat im nie brakowało, co było istotne.

Rzecz  mówiła,  że  są  sposoby,  żeby  coś  rosło  pod  lampami,  takimi  jak  słońce,  w

pojemnikach jakiejś rzadkiej zupy, którą jedzą rośliny. W takim razie utrzymanie gałęzi przy

życiu powinno być najłatwiejszą rzeczą na świecie.

A jak to zrobią ostrożnie i delikatnie, to żaby nigdy się nie dowiedzą.

* * *

Gdyby  świat  był  balią,  ruchy  statku  można  byłoby  porównać  do  złośliwego  mydła,

które właśnie wyśliznęło się komuś z ręki i miota się w tę i z powrotem, nie dając się złapać.

To,  gdzie  aktualnie  się  znajdował,  łatwo  można  było  rozpoznać  po  nagłej  aktywności

samolotów i helikopterów.

Można  było  też  jego  ruchy  przyrównać  do  ruchów  kulki  w  ruletce,  uporczywie

szukającej właściwego numeru...

Albo też można było po prostu uznać, że się zgubił.

* * *

Szukali całą noc.

Jeśli  to  była  noc,  bo  trudno  było  to  określić.  Rzecz  próbowała  wyjaśnić,  że  statek

porusza  się  szybciej  niż  słońce,  co  było  trochę  nienormalne,  jako  że  słońce  pozostawało

nieruchome. W pewnych częściach świata panowała noc, w innych dzień, co - jak twierdził

Gurder - było wynikiem złej organizacji.

-  W  Sklepie  -  dowodził  -  zawsze  było  ciemno,  jak  miało  być  ciemno.  Nawet  ludzie

potrafili coś porządnie zbudować. A to jest fuszerka!

background image

Pierwszy raz głośno powiedział, że Sklep zbudowali ludzie.

Natomiast nigdzie nie było znajomo.

-  Sklep  znajdował  się  w  Blackbury,  to  wiem  na  pewno.  -  Masklin  podrapał  się  po

brodzie. - Kamieniołom powinien być gdzieś niedaleko.

- Może i powinien, ale nie ma napisów jak na mapie. - Angalo wskazał z irytacją na

ekran. - Jak ktoś ma wiedzieć, gdzie coś jest, jeśli nie ma napisów?!

-  Mówi  się  trudno,  ale  nie  będziesz  jeszcze  raz  próbował  lecieć  na  tyle  nisko,  by

przeczytać drogowskazy. Za każdym razem ludzie się strasznie podniecają: wybiegają na ulice

i jak opętani wrzeszczą przez radio - zdecydował Masklin.

-  „Trudno  im  się  dziwić,  jak  widzą  statek  kosmiczny  o  wyporności  dziesięciu

milionów ton lecący ulicą” - dodała Rzecz.

-  Przecież  uważałem  ostatnim  razem.  Nawet  stanąłem,  jak  się  zapaliło  czerwone

światło! Moja wina, że te wszystkie ciężarówki zaczęły na siebie wpadać?! I to niby ja jestem

taki zły kierowca?

- Wasze gęsi nigdy się nie gubią, jak im się to udaje? - spytał Gurder Piona.

Ten  szybko  się  uczył  ich  języka  -  miał  do  tego  dryg  jak  większość  jego  plemienia,

pewnie dzięki temu, że często spotykali nomy mówiące innymi językami.

- One zawsze wiedzą, gdzie są - odparł Pion dumnie.

- Zwierzęta tak mają - zgodził się Masklin. - Mają instynkt, to coś jak wiedzieć różne

rzeczy, nie wiedząc, że się wie.

- Dlaczego Rzecz nie wie, gdzie lecieć? - zastanowił się Gurder. - Florydę znalazła bez

trudu, a z czymś tak ważnym jak Blackbury ma kłopoty.

- „Bo o Blackbury nic nie mówią w radiu, a o Florydzie mówią bez przerwy.”

- No to chociaż wyląduj gdziekolwiek - zaproponował Gurder.

Angalo nacisnął kilka guzików.

- Pod nami jest samo morze - poinformował pozostałych. - I... a to co?

W dole widać było coś małego i białego lecącego nad chmurami.

- Może gęś - podpowiedział Pion.

- Nie... sądzę... - Angalo pokręcił jakąś gałką. - O, proszę!

Obraz na ekranie powiększył się, ukazując biały, wysmukły kształt.

- Concorde? - spytał Gurder.

- Concorde - potwierdził Angalo.

background image

- Coś wolno leci...

- Tylko w porównaniu do nas - zaprotestował Angalo.

- Leć za nim - polecił Masklin.

- Nie wiemy, dokąd on leci - zaoponował wyjątkowo rozsądnie Angalo.

- Ja wiem. Ty też powinieneś, bo wyglądałeś przez okno w czasie lotu. Lecieliśmy ku

słońcu.

- Zgadza się. I co z tego?

-  Wtedy  było  po  południu.  Teraz  jest  rano,  a  on  znowu  leci  ku  słońcu  -  wyjaśnił

Masklin.

- I co z tego?

- To, że wraca do domu.

Angalo przygryzł wargę i spróbował przegryźć się przez rewelację.

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  słońce  upiera  się  wschodzić  i  zachodzić  w  różnych

miejscach. - Gurder kategorycznie odmówił choćby próby zrozumienia podstaw astronomii.

- Wraca do domu... - powtórzył Angalo. - Fakt, rozumiem. No, to polecimy z nim, tak?

- Tak.

-  No,  to  lecimy  -  ucieszył  się  Angalo,  sięgając  po  stery.  -  Kierowcy  concorde’a

powinni  być  zadowoleni,  że  tym  razem  będą  mieli  towarzystwo.  Pewnie  im  się  nudzi  tak

ciągle latać samotnie.

* * *

Statek wyrównał nieco z tyłu samolotu, ale na tej samej wysokości.

- Czego on się tak wierci, ten concorde? - zdziwił się Angalo. - O, przyspieszył!

- Może się nas boją? - zasugerował Masklin.

- A to niby dlaczego? - zdziwił się Angalo. - Przecież nic nie robimy, tylko lecimy za

nim.

- Jakbyśmy mieli uczciwe okna, tobym im pomachał - rozmarzył się Gurder.

-  Rzecz,  czy  ludzie  kiedykolwiek  widzieli  statek  podobny  do  naszego?  -  spytał

niespodziewanie Angalo.

- „Nie, ale wymyślili dużo opowieści o statkach z innych planet.”

- A tak, to do nich podobne - mruknął Masklin.

- „Na niektórych statkach są przyjazne istoty...”

background image

- To my! - ucieszył się Angalo.

- „...a na innych potwory z mackami i zębami!”

Obecni spojrzeli na siebie wymownie.

Gurder  pierwszy  rozejrzał  się  nerwowo  po  promieniście  rozchodzących  się

korytarzach. Pozostali natychmiast poszli w jego ślady.

- Jak aligatory? - upewnił się Masklin.

- „Gorsze” - zapewniła go rzeczowo Rzecz.

- Tego... sprawdziliśmy wszystkie pokoje, prawda? - spytał Gurder.

- Oni to sobie wymyślili - przypomniał mu Masklin. - To nie są prawdziwe opowieści.

- Kto chciałby wymyślać takie koszmarki?!

- Ludzie, Gurder. Ludzie.

-  Taak.  -  Angalo  bez  powodzenia  próbował  nonszalancko  obrócić  fotel,  żeby

sprawdzić; czy coś o zębatych mackach nie próbuje się do niego podkraść. - Tylko nadal nie

rozumiem dlaczego?

- A ja myślę, że rozumiem - rzekł Masklin. - Ostatnio dużo o ludziach myślałem.

-  Współczuję  -  powiedział  z  uczuciem  Gurder.  -  Czy  Rzecz  nie  mogłaby  im,  tym

kierowcom concorde’a, wysłać wiadomości? Na przykład: „Nie bójcie się, gwarantujemy, że

nie mamy macek i zębów”.

- Nie uwierzą - ocenił Angalo. - Jakbym miał macki i zęby, to właśnie taką wiadomość

bym wysłał. To się nazywa spryt.

Concorde był właśnie w trakcie bicia rekordu prędkości w przelocie transatlantyckim.

Statek leciał sobie powoli za nim.

- Tak mi się wydaje - odezwał się Angalo - że ludzie są akurat dość inteligentni, żeby

byli odrobinę szaleni.

- A mnie się wydaje - odezwał się Masklin - że mogą być na tyle inteligentni, żeby byli

samotni.

* * *

Concorde wylądował, drąc gumę z opon, a na jego spotkanie pognały wozy strażackie

i cała masa innych samochodów z błyskającymi światełkami na dachach.

Wielki czarny statek przeleciał nad nimi, skręcił i zwolnił.

- Są tory kolejowe! - ucieszył się Gurder. - A tam jest kamieniołom! Nadal tam jest!

background image

-  Oczywiście,  że  nadal  tam  jest,  cymbale.  Niby  gdzie  by  miał  sobie  iść?!  -  parsknął

Angalo, kierując statek ku wzgórzom, na których widać było łaty nie roztopionego śniegu.

- Przynajmniej większość kamieniołomu - dodał Masklin.

Nad kamieniołomem unosił się słup czarnego dymu. Gdy podlecieli bliżej, zobaczyli,

że powodem jest płonąca ciężarówka. Wokół niej stało kilka innych i kręcili się jacyś ludzie:

na widok statku rzucili się do ucieczki.

- Samotni, co? - warknął Angalo. - Jak skrzywdzili choćby jednego noma, pożałują, że

się urodzili!

- Jak skrzywdzili jednego noma, pożałują, że ja się urodziłem! - poprawił go Masklin.

-  Nie  sądzę,  żeby  ktoś  z  naszych  tu  został.  Nie  przy  tylu  ludziach  kręcących  się  po

kamieniołomie. A poza tym, kto podpalił ciężarówkę?

- Jej! - Angalo rozejrzał się wojowniczo.

Masklin  też  się  rozglądał,  tylko  że  z  namysłem.  Nie  mógł  sobie  wyobrazić  kogoś

takiego  jak  Grimma  czy  Dorcas,  siedzących  biernie  w  jakiejś  dziurze  i  pozwalających

bezkarnie panoszyć się ludziom po okolicy. Należało też wziąć pod uwagę, że ciężarówki nie

mają  zwyczaju  się  podpalać,  a  baraki  demontować,  choćby  tylko  częściowo.  Mogli  to  co

prawda zrobić ludzie, ale jakoś nie bardzo mógł w to uwierzyć. Przyjrzał się rozbitej bramie i

zauważył szerokie ślady opon biegnące przez błoto i pole.

- Wydaje mi się, że odjechali ciężarówką - ocenił.

- Co to jest „jej”? - Gurder najwyraźniej nie nadążył chwilowo w rozmowie.

- Przez pole? - zdziwił się Angalo. - Ugrzęzłaby w błocie jąknie.

Masklin potrząsnął głową przecząco.

Może nomy też mają instynkt, może to było co innego, ale był pewien swego.

- Leć za tymi śladami opon! - polecił. - I to szybko!

- Szybko? Ty masz pojęcie, co mówisz?! Wiesz, jak trudno go zmusić, żeby leciał tak

wolno? - Angalo trącił jakąś dźwignię i znaleźli się nad wzgórzem.

Byli tu już kilka razy, ale na piechotę i parę miesięcy temu. Teraz aż trudno było w to

uwierzyć.

Szczyt wzgórza był płaski, tworząc mikrowyżynę, skąd roztaczał się doskonały widok

na  lotnisko.  Widać  też  było  doskonale  pole  z  kopalnią  ziemniaków,  zagajnik,  w  którym

polowali, i las, w którym ubili lisa za konsumpcję nomów.

I widać też było coś małego i żółtego, jadącego na ukos przez pole.

background image

Angalo pochylił się zaintrygowany.

- Wygląda na jakąś maszynę - orzekł, manipulując dźwigniami bez odrywania wzroku

od ekranu. - Dziwaczną maszynę.

Na  drodze  pojawiły  się  inne  pojazdy  -  zwykłe,  ale  z  błyskającymi  światełkami  na

dachach.

- Gonią ją, no nie? - spytał Angalo.

-  Może  chcą  się  dowiedzieć,  kto  podpalił  ciężarówkę  -  zastanawiał  się  Masklin.  -

Możesz ją dogonić przed nimi?

- Pewnie, że mogę, nawet jakbyśmy mieli lecieć na skróty przez Florydę! - oznajmił

Angalo, trącając jakąś dźwignię.

Obraz lekko drgnął i żółty pojazd znalazł się tuż przed nimi.

- Widzisz? - ucieszył się Angalo.

- Bliżej - polecił Masklin.

Angalo wcisnął jakiś guzik.

- Ten ekran pokazuje to, co jest w dole i... - zaczął.

- Tam są nomy! - wrzasnął Gurder.

- Aha! A samochody uciekają! - uradował się Angalo. - Tak jest: zmiatać, bo zęby i

macki będą w robocie!

- Byle tylko nasi na dole nie wpadli na ten sam pomysł - zauważył Gurder. - Masklin,

nie uważasz...

Ale Masklina znowu tam nie było.

* * *

Odcięty kawałek gałęzi był trzydzieści razy dłuższy od Masklina, klnącego w duchu,

że wcześniej o tym nie pomyślał. Trzymali go pod tymi specjalnymi lampami w pojemniku z

zupą dla roślin i wyglądało na to, że rósł sobie całkiem szczęśliwie. Najwyraźniej nomy, które

zbudowały statek, hodowały w ten sposób sporo roślin.

Pion pomógł mu zaciągnąć pojemnik do windy.

Żaby przyglądały się ich poczynaniom z zainteresowaniem.

Gdy ustawili go, jak mogli, na klapie, Masklin uruchomił urządzenie. Była to winda,

ale  bez  przewodów  i  kabli  -  podnosiła  się  i  opuszczała  za  sprawą  jakiejś  tajemniczej  siły,

pewnie  tej  od  ciotki,  co  to  nie  była  ciotką.  Masklina  zresztą  to  mało  interesowało,  dopóki

background image

działało.

Przez otwór w podłodze widać było, jak żółty pojazd stanął.

A obok widać było zdziwioną minę Piona.

- Kwiat to wiadomość? - spytał.

- W pewnym sensie - przyznał Masklin.

- Bez słów?

- Bez.

- Dlaczego bez?

Masklin wzruszył ramionami.

- Bo nie wiem, jak to powiedzieć.

* * *

Historia prawie się kończy w tym miejscu.

A nie powinna.

* * *

Na statku zaroiło się od nomów. Gdyby na pokładzie znajdowało się coś z mackami i

zębami, zostałoby pokonane samą przewagą liczebną.

Młodzież wypełniła sterownię pracowicie, wypróbowując wszystkie guziki, pokrętła i

dźwignie.

Dorcas z asystentami zniknęli, szukając silnika, a w korytarzach rozbrzmiał śmiech i

głosy.

Masklin i Grimma zostali sami, obserwując żaby w kwiatach na powrót ustawionych

pod specjalnymi lampami.

- Musiałem sprawdzić, czy to prawda - powiedział Masklin.

- Najcudowniejsza rzecz na świecie...

-  Nie.  Na  świecie  są  znacznie  cudowniejsze  rzeczy,  jestem  tego  pewien.  Ale  ta  jest

całkiem ładna, muszę przyznać.

Grimma opowiedziała mu o tym, co wydarzyło się w kamieniołomie: o walce z ludźmi

i o ucieczce na Jekubie. Gdy mówiła, jak walczyli, oczy jej pałały. A Masklin przyglądał się

jej  z  podziwem  -  była  ubłocona,  w  podartym  ubraniu,  a  włosy  wyglądały,  jakby  je  czesała

krzakiem,  ale  wypełniało  ją  tyle  jakiejś  wewnętrznej  energii,  iż  dziw  brał,  że  jeszcze  nie

background image

iskrzy. W sumie ludzie powinni mu podziękować, że zjawił się właśnie wtedy, bo patrząc na

Grimmę, mogło być z nimi krucho.

- A co teraz będziemy robić? - spytała na koniec.

- Nie wiem. Rzecz mówi, że są planety, na których żyją nomy. Tylko nomy. Możemy

lecieć na którąś z nich. Albo znaleźć pustą dla siebie.

- Wiesz, wydaje mi się, że nomy ze Sklepu będą najszczęśliwsze, zostając na statku -

zauważyła z namysłem. - Już im się tu podoba, bo jest bardzo podobnie jak tam. No i przede

wszystkim całe Zewnątrz zostało na zewnątrz.

- To trzeba będzie dopilnować, żeby znowu nie zapomnieli, że jest jakieś Zewnątrz.

Pewnie  to  moje  zadanie.  A  jak  już  znajdziemy  odpowiednie  miejsce,  to  chcę  tu  wrócić

statkiem.

- Po co chcesz tu wrócić? - zdziwiła się Grimma. - Co tu będzie?

- Ludzie. Powinniśmy z nimi porozmawiać.

- Co proszę?!

- Oni naprawdę chcą wierzyć w... chodzi mi o to, że cały czas wymyślają historie o

nomach czy stworzeniach, których nie ma. Myślą, że są sami na świecie, i jest im z tym źle.

My nigdy tak nie myśleliśmy, bo od początku wiedzieliśmy, że oni istnieją. Oni są strasznie

samotni, tylko nie w pełni zdają sobie z tego sprawę. Wydaje mi się zresztą, że możemy się

razem nieźle dogadać.

- Będą chcieli przerobić nas na krasnoludki!

- Jak wrócimy, na statku nie będą chcieli. Ludzie podziwiają dwie rzeczy: wielkość i

technikę. Statek ma je obie.

Grimma ujęła jego dłoń.

- Cóż... jeśli tego właśnie naprawdę pragniesz...

- Naprawdę.

- To wrócę z tobą.

Za nimi dało się coś słyszeć.

Okazało  się,  że  to  Gurder.  Z  torbą  przerzuconą  przez  ramię,  miał  zdeterminowaną

minę kogoś, kto jest zdecydowany postawić na swoim za wszelką cenę.

- No... przyszedłem się pożegnać - oświadczył na powitanie Gurder.

- Co ci się stało?! - zaniepokoił się Masklin.

- Słyszałem właśnie, że chcesz tu wrócić razem ze statkiem?

background image

- Chcę, ale...

- Proszę, nie kłóć się ze mną. - Gurder był niezwykle zdecydowany. - Myślałem nad

tym od chwili, w której znaleźliśmy statek. Tu są inne nomy i ktoś powinien im powiedzieć,

że statek wróci. Nie możemy ich teraz zabrać, ale ktoś powinien ich wszystkich odszukać i

upewnić się, że wiedzą o statku i o tym, co naprawdę jest prawdą. Wychodzi na to, że ten ktoś

to ja... Przynajmniej na coś się przydam.

- Całkiem sam? - spytał Masklin.

Gurder pogrzebał w torbie.

- Nie całkiem, biorę ze sobą Rzecz - wyjaśnił, wyjmując czarny sześcian.

- No... - zaczął Masklin i urwał, bo Rzecz się odezwała.

-  „Skopiowałam  siebie  w  komputerze  pokładowym  statku.  Mogę  być  tu  i  tam

równocześnie.”

- To jest to, co naprawdę chcę zrobić - dodał Gurder trochę bezradnie.

Masklin zastanowił się i zrezygnował z protestów. Gurder najprawdopodobniej w ten

sposób  będzie  szczęśliwy,  a  statek  naprawdę  należał  do  wszystkich  nomów.  Oni  go  tylko

chwilowo pożyczali, reszta więc miała prawo o tym wiedzieć. Podobnie jak mieli prawo znać

prawdę o sobie i swoim pochodzeniu. A na koniec - Gurder doskonale się do tego nadawał: to

był wielki świat i aby czegoś takiego dokonać, należało naprawdę wierzyć.

- Chcesz, żeby ci ktoś towarzyszył? - spytał cicho Masklin.

- Nie. Może znajdę kogoś po drodze. I coś ci powiem: nie mogę się doczekać, żeby

zacząć.

- Tego... Tak... no, to jest całkiem duży świat...

- Wziąłem to pod uwagę i porozmawiałem z Pionem.

- Cóż... skoro jesteś pewien...

- Jestem. I to bardziej niż czegokolwiek innego ostatnimi czasy. A jak wiesz, w swoim

czasie byłem całkiem pewien mnóstwa rzeczy.

-  W  takim  razie  lepiej  znajdźmy  jakieś  dogodne  do  wysadzenia  cię  miejsce  -  ocenił

Masklin.

- Zgadza się. - Gurder spróbował wyglądać odważnie. - Gdzieś, gdzie jest dużo gęsi.

* * *

O wschodzie słońca wysadzili Gurdera nad brzegiem jeziora. Pożegnanie było krótkie,

background image

bo jeśli statek zatrzymywał się gdzieś choćby kilka minut, natychmiast zlatywały się tam stada

samolotów i helikopterów pełne ludzi.

Przez  moment  widać  było  malejącą  postać,  zawzięcie  machającą  w  stronę

odlatującego statku.

Potem tylko jezioro, a wreszcie krajobraz malejący na ekranie.

A w końcu już nic.

W  sterowni  było  pełno  nomów  obserwujących  malejący  krajobraz.  Grimma  też  tam

była.

- Nigdy nie sądziłam, że to tak wygląda - przyznała. - I że jest go tyle.

- To całkiem duży świat - oświadczył Masklin.

- Myślisz, że jeden świat wystarczy dla nas wszystkich? - spytała po chwili.

-  Nie  wiem,  może  jeden  świat  nie  jest  wystarczająco  duży  dla  nikogo  -  stwierdził

uczciwie. - Tak w ogóle to, gdzie my lecimy, Angalo?

Angalo zatarł dłonie i przesunął w skrajne położenie wszystkie dźwignie.

- Tak wysoko, że już nie będzie dołu! - odparł z satysfakcją.

Statek skierował się ku gwiazdom.

W dole krajobraz osiągnął granice i przestał już być krajobrazem, a stał się czarnym

dyskiem na tle słońca.

Nomy i żaby przyglądały mu się ciekawie.

Blask słoneczny oświetlił jego brzeg, wysyłając w ciemność promienie, dzięki czemu

przez mgnienie oka wyglądał dziwnie podobnie do kwiatu.