background image

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 
 
 
 
 

MAGDALENA SZYCHULSKA 

Pisząca jako M. A. Son 

PRZEPRASZAM, CHYBA DEPCZE MI PAN CIAŁO 

 
 

 

Okładka: Jacek Laskowski oraz Agnieszka Stankiewicz 

Redakcja i korekta: Łucja Domeyko 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

Wydano za zajęcie II-go miejsca w  

Konkursie Literackim Chomikuj.pl 

http://chomikuj.pl/konkurs_literacki/info

 

 
 
 
 
 

Warszawa 2013

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 
 

Magdalena Szychulska 

Przepraszam, 

chyba depcze mi 

pan ciało.

 

 

background image

 

 

 

 
Za  dwie  minuty  miną  dwadzieścia  cztery  godziny  od 

chwili  mojej  śmierci.  Przynajmniej  takie  mam  wrażenie,      
o ile wyświetlacz na pralce znów się nie popsuł… Siedzę na 
sedesie, uściślając – na zamkniętym sedesie – i wpatruję się 
sama  w  siebie,  i  to  w  dość  dosłownym  tego  słowa 
znaczeniu.  

Początkowo  miałam  chwilowy  kryzys  i  nie  do  końca 

mogłam  uwierzyć  własnym  oczom.  Zastanawiałam  się 
również,  czy  może  wreszcie  udało  mi  się  wejść  w  astral,    
co  prawda  z  pewnym  opóźnieniem  (a  mianowicie 
całodniowym, bo próbowałam tego dokonać poprzedniego 
wieczoru,  to  znaczy  przed  wieczorem  własnej  śmierci), 
ponieważ dusza spoglądała na ciało. Nazwałam siebie tak w 
uproszczeniu,  bo  właściwie  nie  wiem,  czym  jestem.  Moje 
zwłoki  leżą  na  podłodze,  trochę  śmiesznie  wywinięte,           
z głową przy sedesie i nogami w wannie. Tak, przewróciłam 
się.  To  naprawdę  żałosna  forma  śmierci,  ale  jeszcze 
bardziej żałosny jest fakt, że nikt nigdy nie uświadomił mi, 
jak  grubo  wyglądam,  gdy  leżę  na  boku…  Mam  nadzieję,      
że  to  tylko  jakieś  gazy  pośmiertne  spowodowały 
opuchliznę  i  jest  to  absolutnie  naturalne.  Bo  jeżeli  nie,         
to  właśnie  zrozumiałam  przyczynę  braku  seksu  przez 
ostatnie dwa lata…  

Coś musiało pójść nie tak, skoro nadal siedzę na tym 

nieszczęsnym  sedesie.  Powinno  mnie  gdzieś  zassać, 
cokolwiek. Minęły właśnie dwadzieścia cztery godziny i nie 
zanosi  się  na  to,  że  ktokolwiek  znajdzie  moje  ciało. 

background image

 

 

Chciałabym  chociaż  prezentować  się  nienagannie,  ale          
w  chwili  śmierci  próbowałam  zdrapać  czerwony  lakier        
z  lewego  serdecznego  palca  i  chyba  jakoś  niefortunnie  się 
poślizgnęłam.  Patrzyłam na  ten  do  połowy  odrapany  lewy 
serdeczny  i  zastanawiałam  się,  czy  może  pośmiertnie  uda 
mi  się  to  naprawić.  Niestety,  najwyraźniej  nie 
współpracowałam  już  z  moim  osobistym  ciałem,  bo  lakier 
wcale nie chciał się zeskrobać. Pewnie dlatego nie mogłam 
również  wyjąć  nóg  z  wanny  i  przybrać  jakiejś  elegantszej 
pozycji… Zawsze wyobrażałam sobie swoją śmierć jako coś 
romantycznego.  Ewentualnie  dopuszczałam  myśl  zostania 
babcią  i  pożegnania  w  gronie  wnuków.  Chociaż  nie,  wróć, 
nigdy  nie  chciałam  mieć  dzieci,  a  to  chyba  również 
wyklucza wnuki…? 

Powoli  zaczynam  sobie  uświadamiać  kłopotliwość 

sytuacji.  Od  dwudziestu  czterech  godzin  nie  zadzwonił 
telefon  ani  domofon.  Mieszkałam  sama,  rodziców 
absolutnie  się  nie  spodziewałam,  a  z  ostatniego  spotkania 
towarzyskiego  w  zeszły  poniedziałek  wykręciłam  się 
kolejnym  łgarstwem.  Sądzę,  że  ciało  powinno  zostać 
znalezione,  zanim i  tak  już  wątpliwą  estetykę  zniekształcą 
wyraźne  zmiany  pośmiertne  (inne  niż  opuchlizna);  jednak 
nadal  nie  mam  koncepcji,  jak  przyspieszyć  moje 
odnalezienie. 

Dusze nie używają telefonów, o czym przekonałam się 

nadzwyczaj szybko. Gdy cztery godziny po własnej śmierci 
próbowałam  zadzwonić  po  karetkę,  moja  dłoń  po  prostu 
przebiła  się  przez  stolik.  Muszę  przyznać,  że  było  to  dość 
ciekawe  doświadczenie  –  mieć  dłoń  w  stoliku  –  ale 

background image

 

 

wprawiło 

mnie 

również 

długie, 

bezczynne 

przygnębienie.  Nie  mogłam  zadzwonić  po  nikogo. 
Rachowałam w myślach, kiedy przychodzi listonosz. Jednak 
listonosz zadzwoniłby domofonem, a  słuchawki domofonu 
również  podnieść  nie  mogłam.  Wszyscy  producenci 
horrorów  powinni  umrzeć  i  zobaczyć,  że  ich  wybujała 
fantazja  nijak  pokrywa  się  z  rzeczywistością.  Dusze  nie 
przesuwają przedmiotów, a szkoda… 

Powinno  mi  się  zbierać  chyba  na  płacz,  jednak 

dziwnym  trafem  nie  mogę  się  do  niego  zmusić.  Kolejna 
bzdura z tych wszystkich komedii romantycznych, których 
tyle  się  naoglądałam.  Jaka  szkoda,  że  przed  śmiercią  nie 
zdążyłam umyć włosów! Wyglądają koszmarnie.  

Próbuję usiąść po turecku, a przynajmniej takie mam 

wrażenie,  gdyż  nie  widzę  tego,  czym  jestem.  Gdzieś              
w  pierwszych  godzinach  po  mojej  śmierci  spróbowałam 
przejrzeć  się  w  lustrze,  ale  lustro  mnie  nie  odbijało.  Albo 
jestem niewidzialna, albo cała ja to jakaś dziwna projekcja 
myśli. Albo jestem swoim chodzącym sumieniem, co byłoby 
dość  przykre,  bo  sumienie  dostatecznie  dało  mi  w  kość           
w  ciągu  życia  i  próbowałabym  pewnie  się  zabić,  gdybym 
została na nie skazana również po śmierci. 

Właściwie  szybko  się  ze  swoim  zgonem  pogodziłam, 

czym,  muszę  przyznać,  sama  się  zdziwiłam.  Jakby  to  było 
takie…  logiczne.  (Prawda,  niestety,  jest  zupełnie  inna  – 
dusze po prostu nie mogą histeryzować…). Nie ma we mnie 
jakichś  głębszych  emocji.  Staram  się  je  w  sobie  wzbudzić, 
chyba  bardziej  z  przyzwyczajenia  niż  z  zachodzącej 
potrzeby.  Na  pewno  został  mi  zmysł  estetyczny  (ten 

background image

 

 

odrapany serdeczny!), a poza tym jakaś chłodna kalkulacja, 
która  na  pewno  nie  ujawniała  się  zbyt  często  przed 
śmiercią. 

Niedługo  minie  dwadzieścia  pięć  godzin,  a  ja  wciąż 

jestem  w  kropce.  Chyba  powinno  się  prowadzić  jakieś 
specjalne  kampanie  dla  introwertyków  i  aspołecznych, 
żeby  uświadomić  im  potrzebę  posiadania  przyjaciół               
i  znajomych,  którzy  co  jakiś  czas  sprawdzaliby,  czy 
przypadkiem nie jesteś martwy. 

Woda  w  wannie  niebawem  zacznie  wyparowywać. 

Ale  na  pewno  jest  już  zimna,  więc  czy  zimna  woda  może 
wyparować? Wątpię, żeby przez tyle czasu była ciepła. Nie 
mogę  sprawdzić,  bynajmniej  nie  dlatego,  że  nie 
próbowałam.  Mój  zmysł  dotyku  nie  odbiera  żadnych 
bodźców.  

Zastanawia mnie fakt, że siedzę na tym sedesie i że nie 

przeniknęłam  przez  niego  piętro  niżej.  Dlaczego  tak  nie 
stało  się  z  telefonem?  Dlaczego  nie  mogłam  go  złapać?         
A  może  tak  naprawdę  nie  siedzę,  tylko  lewituję  w  pozycji 
siedzącej  i  to  wszystko  jest  złudzeniem?  Ha,  w  tym 
momencie czuję się jak tybetańscy mnisi, którzy w filmach 
lewitują  za  pomocą  medytacji.  Trwa  to  całe  lata  i  jest 
piekielnie  nudne,  a  tu  proszę!  Jest  szybszy  sposób, 
wystarczy umrzeć. 

Hmm, zastanawiam się, czy przystoi mi używać słowa 

„piekielny”.  Może  to  trochę  nieetyczne,  gdy  jest  się 
martwym? A co, jeżeli istnieje Niebo i Piekło, a ja zostałam 
zgubiona gdzieś w kartotece? A może takie przesiadywanie 
na  sedesie  jest  formą  Czyśćca?  To  dość  absurdalne,             

background image

 

 

by  odbywać  karę,  siedząc  i  patrząc  się  na  swoje  zwłoki,    
ale z drugiej strony do niedawna absurdalna wydawała mi 
się  możliwość  bycia  martwym.  Bycie  martwym  jest  chyba 
cholernie nudne… 

– Twoja niechęć do ludzi jest absolutnie fascynująca. – 

Męski  głos  wyrywa  mnie  z  moich  głębokich  przemyśleń       
i  budzi  dziwną  euforię.  Gdybym  miała  serce,  pewnie 
zabiłoby  z  radości.  Wyfruwam  z  łazienki  przekonana,         
że  wreszcie  nadciągnął  jakiś  wybawca.  Bez  znaczenia,        
że  wydawało  się  to  na  pierwszy  rzut  oka  niedorzeczne. 
Może w tym świecie są przygotowani na takie wypadki?  

W salonie przy stoliku siedzi nieznany mi mężczyzna. 

Ani  młody,  ani  stary,  ubrany  w  elegancki  garnitur                    
i z włosami ulizanymi brylantyną. Ma bladą, pociągłą twarz 
i  ciemne  oczy,  głęboko  osadzone  w  oczodołach.  Uśmiecha 
się  dość  chłodno.  Dostrzegam,  że  dłonie  złożone  na  blacie 
stołu  ma  obleczone  w  białe  rękawiczki,  a  tuż  obok  leży 
pasujący do garnituru kapelusz. 

–  Większość  widm  pozbywa  się  swojego  ciała  z  pola 

widzenia 

po 

pierwszych 

godzinach. 

Wyparowują                     

i  zaczynają  robić  wszystko,  na  co  kiedykolwiek  miały 
ochotę.  Minęło  dwadzieścia  pięć  godzin  od  chwili  twojej 
śmierci, a ty wciąż tutaj jesteś – mówi w miarę uprzejmie, 
ale  odnoszę  dziwne  wrażenie,  że  to  uprzejmość  podszyta 
drwiną. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że jegomość 
zwraca się bezpośrednio do mnie. 

–  Przepraszam,  to  pan  mnie  widzi?  –  pytam 

niepewnie, było to pierwsze, co przyszło mi do głowy. 

–  Oczywiście.  Dziwi  cię  to?  –  Tym  razem 

background image

 

 

zdecydowanie wyczuwam drwinę. 

–  Przyszedł  pan  może  po  moje  ciało?  Jest  tam,              

w łazience. 

– Absolutnie nie. Jestem niestety tak samo prawdziwy 

jak ty, ale jeszcze mniej materialny. 

Chwilę  zajmuje  mi  przeanalizowanie  jego  słów. 

Dopiero potem zastanawiam się nad ich sensem. Jegomość, 
który  siedzi  przy  moim  stoliku,  wygląda  zupełnie 
normalnie. No i bez problemu opiera dłonie na blacie, przez 
nic nie przenika. Dałabym sobie głowę uciąć - gdyby było to 
w ogóle możliwe – że odbijałby się w lustrze. 

–  Jestem  projekcją  twojego  sumienia  –  rzuca 

znudzonym głosem, odpowiadając na niezadane pytanie.  – 
Widzisz mnie takiego, jakim chciałabyś zobaczyć.  

W  pierwszej  chwili  mi ulżyło,  że  cała  moja  istota  nie 

jest samym sumieniem, bo taka forma egzystencji mogłaby 
być  drogą  przez  wieczną  mękę,  ale  potem  zaczynam  się 
zastanawiać,  skąd  Sumienie  nagle  wzięło  się  w  moim 
salonie.  

–  Dręczyły  cię  wybitne  problemy  natury  duchowej, 

moja  droga.  W  takich  wypadkach  to  się  zdarza.  –  Tym 
razem  słyszę  damski  głos.  Na  kanapie  pod  oknem  siedzi 
kobieta.  Ma  przyjemną,  łagodną  twarz  i  czarne  włosy. 
Uśmiecha  się  ciepło  i  spogląda  dokładnie  w  moją  stronę.    
W  przeciwieństwie  do  Sumienia  nie  jest  ubrana  oficjalnie. 
Ma dżinsy i kremową koszulę w drobne kwiatki. 

–  Przepraszam,  a  pani?  Kim  pani  jest?  To  też  część 

mojego sumienia? 

 

background image

 

10 

 

Odpowiedzią  na  moje  pytanie  jest  prychnięcie 

mężczyzny.  

– To Serce. Obrazą dla mnie jest takie uogólnianie, że 

wszystko może pochodzić z Sumienia. 

–  Z  wielkim  bólem,  ale  muszą  przyznać  mu  rację  – 

wzdycha  ostentacyjnie  kobieta.  –  Na  całe  szczęście  nie 
muszę pochodzić od niego. 

W tym momencie czuję się zdezorientowana i tęsknię 

za  beztroskim  lewitowaniem  nad  sedesem.  Czy  widma 
mogą doświadczać omamów? A może to objaw powrotu do 
zdrowia? 

–  Więc…  co  teraz?  Państwo  będą  siedzieli  w  moim 

salonie  i  wszyscy  razem  zajmiemy  się  obserwowaniem 
postępującego gnicia?  

–  Skąd  w  tobie  tyle  goryczy,  kochanieńka?  –  prycha 

Serce i przewraca oczami. – Jesteśmy tutaj, gdyż sama nas 
wezwałaś.  

–  To  absurdalne  i  niedorzeczne  –  warczy  Sumienie       

i  wstaje  od  stołu,  z  trzaskiem  odstawiając  krzesło.  –  Czy 
chociaż raz w życiu mogłabyś nie kłamać?! 

– No nie, to przechodzi ludzkie pojęcie. Zarzucanie mi 

kłamstwa! 

–  Przepraszam  państwa,  ale  ja  nadal  twierdzę,            

że państwa obecność tutaj jest niecodzienna. 

–  Zakończmy  tę  bezsensowną  wymianę  zdań  i  może 

weźmy  się  do  roboty  –  mówi  kwaśno  mężczyzna  z  wciąż 
niezadowoloną miną. 

Odwracam  się  na  pięcie,  by  wrócić  do  lewitowania 

nad sedesem, gdy znów odzywa się Serce. 

background image

 

11 

 

– Nie, nie, nie. My wychodzimy. 
–  Wychodzimy?  –  Zatrzymuję  się  w  pół  kroku                 

i  zerkam  przez  ramię  na  parę  gości.  Sumienie  włożył  na 
głowę kapelusz.  

– Tak, wszyscy troje.  
Sumienie  kieruje  się  w  stronę  drzwi,  Serce  drepcze   

za nim. Chcąc nie chcąc, frunę i ja. Przeniknęli przez twarde 
drewno,  więc  i  ja  próbuję  tego  dokonać.  Zamykam  oczy,   
tak  na  wszelki  wypadek,  i  mam  nadzieję,  że  nie  utknę  w 
grubej sklejce z rulonikami złuszczonej farby. 

– Ach, świetnie. Tak, myślę, że teraz możemy wyjść już 

na ulicę – zarządza Sumienie, a Serce robi za jego plecami 
minę. 

– Przepraszam, czy ja jestem naga? – zadaję pierwsze 

pytanie, które przyszło mi do głowy, gdy tylko znajdujemy 
się wśród ludzi. 

–  Oczywiście,  że  tak.  Przecież  umarłaś  w  trakcie 

kąpieli.  Czy  to  jakiś  problem?  –  Serce  wytrzeszcza  oczy      
ze zdumienia. 

–  Och,  no  tak.  –  Wwiercam  swoje  spojrzenie                  

w chodnik. Tyle tylko dobrego, że sama siebie zobaczyć nie 
mogę,  więc  zbytnio  nie  cierpię.  W  chwili  zwątpienia  stoję   
w  miejscu  i  nie  widzę  mężczyzny,  który  zmierza  w  moją 
stronę  niezwykle  energicznym  krokiem.  Gdy  wreszcie  go 
spostrzegam,  jest  za  późno,  by  uskoczyć.  Jegomość  nie 
zwraca  najmniejszej  uwagi  na  projekcję  mojej  duszy              
i bezceremonialnie przez nią przechodzi.  

– A żebyś się chociaż wzdrygnął, sukinsynu! – wołam 

za  nim,  a  Serce  chichocze.  Sumienie  jest  ewidentnie 

background image

 

12 

 

znudzony.  –  No  dobra,  idziemy  ściągnąć  kogoś  do  mojego 
ciała? 

–  Tak  najłatwiej  można  to  określić  –  rzuca 

flegmatycznie  facet  z  kijem  w  tyłku,  jak  już  chwilę  temu 
zaczęłam określać osobiste Sumienie. 

Wolno  maszerujemy  chodnikiem  jedno  obok 

drugiego,  ja  idę  w  środku.  Ludzie  nas  mijają,  zabiegani, 
zapatrzeni  w  ziemię  lub  z  niewidzącym  wzorkiem                 
w  przestrzeni.  Zaczynam  odczuwać  dziwny  dyskomfort, 
chyba  moja  dusza  zasymilowała  pierwiastki  lęku 
społecznego  i  nieprzystosowanie  odzywało  się  nawet        
po  śmierci.  Zapragnęłam  stworzyć  dookoła  siebie  coś  na 
wzór kuli dla chomika, w której mogłabym się bezpiecznie 
przemieszczać. 

– Pierwszy w twojej głowie pojawił się Greg. Idziemy 

do  Grega?  –  zagaduje  Serce  dokładnie  w  momencie,  gdy       
z hałasem mija nas ciężarówka. 

– Kim jest Greg? – chce wiedzieć Sumienie. 
Mówię  „nikim”  i  w  tej  samej  chwili  Serce  wpada  mi    

w słowo ze swoim „ukochanym”. 

–  Nie  mamy  w  rejestrze  ukochanego,  co  to  znowu      

za bzdety. 

Zaciskam  usta  i  postanawiam  to  wymownie 

przemilczeć,  jednak  Serce  okazuje  się  straszną  gadułą. 
Prawdziwa plotkara! 

–  Dlaczego  twoje  pojmowanie  jest  tak  skandalicznie 

ograniczone? Nie było i nie jest, więc nie pisze się w rejestr? 
D o p r a w d y! Można kogoś kochać i wtedy wszystko… 

 

background image

 

13 

 

– Zamknij się – mamroczę ze wzrokiem utkwionym w 

ziemi. 

–  Słucham?  –  Serce  przerywa  swój  monolog  w  pół 

słowa. 

–  Powiedziałam,  że  masz  się  zamknąć.  On  nie  musi 

tego wiedzieć. 

– Przecież on wie. Tylko jest nadętym kretynem, który 

życie  postrzega  według  ściśle  określonych  schematów. 
Dlatego  ciągle  mam  z  nim  problemy.  Prawdopodobnie 
Grega ma opatrzonego w swoim rejestrze notatką w stylu: 
„powoduje  miękkość  nóg  i  rozproszenie,  nikt  szczególnie 
istotny”, lub coś w tym rodzaju. 

–  Nie  idziemy  do  Grega  –  mówię  szybko,                     

gdy dostrzegłam minę Sumienia. – Wolałabym Mirandę. 

– Przyjaciółka jest zdecydowanie dobrym wyborem. – 

Mężczyzna patrzy na mnie z błyskiem w oku i uśmiecha się 
kącikami  warg.  Muszę  przyznać,  że  mam  wcale  przystojne 
Sumienie.  Ciekawe,  czy  kręcenie  z  Sumieniem  to  jakaś 
paranormalna forma kazirodztwa… 

–  Nie  rozśmieszaj  mnie!  –  burczy  Serce,                       

gdy  przechodzimy  przez  przejście  dla  pieszych,  absolutnie 
ignorując  przejeżdżające  samochody.  Hamulce  nie  piszczą, 
nikt nie trąbi, to jest takie normalne… 

–  Znowu  masz  jakieś  problemy.  Naprawdę,  powinni 

przestać  cię  wysyłać,  żeby  załatwiać  takie  sprawy.  Mącisz 
za życia i przeszkadzasz po śmierci. 

–  Miranda  jest  toksyczna.  Wcale  nie  lubiłaś  się  z  nią 

spotykać  –  mówi  Serce,  ignorując  skierowany  w  swoją 
stronę przytyk.  

background image

 

14 

 

– To tylko jakieś infantylne wahania nastrojów. Ja cię 

serdecznie proszę, skończ już z tymi absurdami. – Sumienie 
naprawdę  sili  się  na  spokój,  ale  mam  dziwne  wrażenie,      
że jest na granicy wybuchu.  

–  Relacje  międzyludzkie  są  dla  ciebie  absurdalne?    

Jak można tak funkcjonować! – Serce nadyma policzki i ze 
świstem wypuszcza powietrze z ust. 

– Wiecie co… do Mirandy również nie chcę iść. 
Zatrzymują się w pół kroku i patrzą na mnie dziwnie. 

Sumienie 

zdecydowanie 

jest 

zmęczony 

moim 

marudzeniem,  Serce  najpewniej  też  już  powoli  traci 
cierpliwość. 

– Matka,  ojciec?  Jakieś  rodzeństwo?  Cokolwiek, 

błagam. Serio, chcesz leżeć tam na posadzce?  

–  Po  prostu  mam  świadomość,  że  nie  mam  nikogo     

na  tyle  istotnego,  by  znajdował  moje  ciało.  –  Wzruszam 
ramionami. – Niespecjalnie dobrze się z tym czuję, możemy 
wrócić do mnie do mieszkania? Przemyślę parę spraw. 

Patrzą  na  siebie  niechętnie,  Sumienie  unosi  swoje 

ładnie  zarysowane  brwi  w  geście  najwyższego 
poirytowania. Jednak muszą się zgodzić, gdyż odwracam się 
do nich tyłem i ruszam tam, skąd żeśmy przyszli.  

Teraz ja prowadzę, a moi towarzysze znajdują się dwa 

kroki za  mną i  dyskutują o czymś zawzięcie.  Niespecjalnie 
staram 

się 

podsłuchiwać. 

Patrzę 

przed 

siebie                            

i  najróżniejsze  myśli  kotłują  się  w  mojej  przezroczystej 
głowie.  Sumienie  i  Serce,  tak  bardzo  różni,  a  mimo 
wszystko  z  ich  paplaniny  wiele  wywnioskowałam. 
Faktycznie jestem sama w tłumie. Samotna wśród ludzi. Nie 

background image

 

15 

 

ma nikogo, kto mógłby znaleźć moje ciało. To takie żałosne. 
Umieranie jest żałosne. 

– Cholera – wyrywa mi się na głos, czym przerywam 

chyba jakąś zażartą dyskusję parki za swoimi plecami. 

–  Co?  –  pyta  głupio  Serce,  będąc  całkowicie  nie            

w temacie moich osobistych rozmyślań. 

Teraz sobie uświadamiam, że chwilę temu wyłapałam 

ich 

dialogu 

słowa 

podobne 

do 

„karaluch”                                 

i  „przetrawienie”.  Prawdopodobnie  to  karaluchy  miały 
przetrawić mnie. Cóż za ironia. 

–  Ale  to  wszystko  bez  sensu,  nie?  –  Śmieję  się 

bezradnie,  a  oni  patrzą  na  mnie  jak  na  wariatkę.  Czy  trup 
lub widmo może być wariatką? W widmie nie ma już chyba 
tych,  jak  im  tam…  neuronów,  po  których  pędzą  impulsy. 
Znów  sobie  powtarzam,  że  umieranie  jest  totalnie  bez 
sensu. 

Docieramy  wreszcie  pod  kamienicę,  w  której  kiedyś 

mieszkałam.  Przenikam  przez  ścianę,  już  absolutnie  bez 
lęku,  mam  pewien  pomysł  i  nie  chcę,  żeby  Serce                      
z  Sumieniem  mnie  powstrzymali.  Niestety  nie  należą  do 
powolnych,  widma  –  sprinterzy,  ot  co.  Chociaż  oni  nie  są 
widmami.  Lepszą  nazwą  jest  pewnie  coś  w  stylu 
„skondensowane zombie”, tylko jakieś mało nadgnite.  

Pojawiają  się  w  mieszkaniu  równocześnie  ze  mną         

i  depczą  mi  po  widmowych  piętach,  gdy  frunę  sobie 
beztrosko  do  łazienki.  Staram  się  zachowywać  normalnie, 
bo  skoro  mnie  widzą,  nie  mogę  pozwolić,  żeby  dostrzegli 
chęć  zrobienia  im  psikusa,  która  z  pewnością  odmalowała 
się na mojej pucołowatej, przezroczystej twarzy. 

background image

 

16 

 

Stoimy  we  trójkę  i  patrzymy  na  Elizabeth  Mince, 

turpistycznie  wywiniętą  na  podłodze  w  łazience,  jakby 
chciała 

być 

zaprzeczeniem 

ułożenia 

pozycji 

embrionalnej.  Staram  się  nie  patrzeć  na  nie  do  końca 
zdrapany lakier z paznokcia.  

–  Przepraszam,  ale  depcze  pan  moje  ciało  –  rzucam 

wzburzona,  gdy  dostrzegam  but  Sumienia  na  mojej 
martwej  stopie.  Facet  z  kijkiem  w  tyłku  szybko  cofa 
swojego lakierka. Chyba liczył, że nie zauważę tej profanacji 
mojej  tłustej,  martwej  świątyni  ciała.  Jeszcze  przez  chwilę 
mam  zamiar  zapytać  Serce,  czy  moja  tusza  aby  na  pewno 
jest  opuchlizną  pośmiertną,  jednak  się  powstrzymuję. 
Patrzę na pralkę. Minęło już dwadzieścia sześć i pół godziny 
od chwili mojej śmierci. Naprawdę staram się nie zauważać 
postępującego  rozkładu.  Na  szczęście  w  mieszkaniu  jest 
chłodno. 

Serce  otwiera  usta,  by  coś  powiedzieć,  jednak  ja          

w tym czasie podejmuję decyzję.  Wzlatuję i zawieszam się 
nad  wykręconym  ciałem,  próbując  jednocześnie  przyjąć     
w powietrzu podobną pozę. 

–  Co  ty…  –  zaczyna  zszokowany  Sumienie  i  wyciąga 

ręce, jakby chciał mnie złapać i powstrzymać. 

–  To  był  zły  czas  na  umieranie.  Parę  rzeczy  muszę 

przemyśleć.  Dzięki,  że  wpadliście  –  mówię  i  opadam           
na leżące na podłodze zwłoki. Właściwie nie mam nadziei, 
że  stanie  się  dokładnie  to,  co  sobie  wykoncypowałam         
na ulicy. Ale mimo wszystko coś się zmienia. 

– Cholera. Ona naprawdę nie jest świadoma, że takie 

umieranie jest jak kretyńskie perpetuum mobile? – zrzędzi 

background image

 

17 

 

Sumienie, ale nie słyszę go już zbyt dobrze. Jakby jego głos 
wydobywał  się  ze  źle  dostrojonego  radia,  jakbym  była     
pod  wodą,  gdzieś  daleko.  Nie  widzę,  że  Serce  kręci 
zrezygnowana głową. 

Budzę  się  w  łóżku  i  zdaję  sobie  sprawę,  że  właśnie 

śniło  mi  się  coś  niesamowicie  głupiego,  ale  im  bardziej 
próbuję się na tym skupić, tym bardziej oddalają się obrazy. 
Przeciągam się i czuję suchość w gardle. Za oknem obudziło 
się  już  miasto.  Mam  dziwne  uczucie,  że  chcę  spotkać  się       
z  ludźmi.  To  zaskakująca  i  niecodzienna  zachcianka, 
spycham  ją  więc  w  głąb  podświadomości.  Kątem  oka 
dostrzegam  brzydki  czerwony  lakier  na  paznokciach; 
znalazłam  butelkę  wczoraj  pod  umywalką.  Znudził  mi  się 
już  chyba  w  nocy,  bo  zaczynam  go  zdrapywać  w  drodze    
do łazienki. 

Odkręcam  kurki,  woda  leci  i  szumi.  Nucę  jakąś 

melodię.  Piżamę  rzucam  w  kąt,  myślę  o  kawie  i  tostach,   
gdy wchodzę do wanny i nadal zdrapuję lakier. Sssss, woda 
jest  zbyt  ciepła,  a  ja  włożyłam  nogę  po  kostkę.  Syczę, 
przeklinam,  próbuję  wyciągnąć  stopę  i  jednocześnie 
zakręcam  kran.  Dno  wanny  jest  śliskie,  podłoga  nie 
zapewnia  przyczepności.  Czuję,  że  upadam,  dzieje  się  coś 
dziwnego.  Ostatnią  rzeczą,  którą  widzę,  jest  nie  do  końca 
zdrapany lakier z lewego serdecznego palca.