background image

 

ks. Marek Dziewiecki 
 
 

Seksualność - 

błogosławieństwo czy przekleństwo? 

 

Spis treści 
 
Wstęp  
 
Część I. Bolesne oblicza ludzkiej seksualności 
 

1.  Seksualność bez prawdy 
2.  Seksualność bez miłości 
3.  Seksualność bez płodności 

 
Część II.  Błogosławione oblicza ludzkiej seksualności  
 

1.  Specyfika ludzkiej seksualności 
2.  Potrzeba integracji w sferze seksualnej    
3.  Integracja seksualna a postawa wobec ciała   
4.  Integracja seksualna a postawa wobec płciowości 
5.  Miłość małżeńska i rodzicielska sensem ludzkiej seksualności 
6.  Dorastanie do błogosławionej seksualności 

 
Zakończenie 
 
Bibliografia 
 
Inne publikacje autora 

 

 
Wstęp 
 
Chrześcijaństwo widzi ludzką seksualność w sposób bardzo pozytywny. W Piśmie Świętym  
ukazywana jest ona jako jeden z symboli miłości Boga do człowieka. Jej sensem jest bowiem 
wyrażanie  najbardziej  niezwykłej  miłości,  jaka  może zaistnieć  między  mężczyzną a kobietą 
na  tej  ziemi,  a  mianowicie  miłości  małżeńskiej  i  rodzicielskiej.  Pozytywne  patrzenie  na 
ludzką  seksualność  nie  wyklucza  jednak  realizmu  w  tej  dziedzinie.  W  taki  właśnie 
pozytywny,  a  jednocześnie  realistyczny  sposób  Kościół  patrzy  na  człowieka  w  obliczu 
seksualności.  Z  jednej  strony  ostrzega  przed  zagrożeniami  i  krzywdami  w  tej  dziedzinie.  Z 
drugiej  strony  Kościół  ukazuje  wielkość  człowieka,  który  jest  zdolny  do  tego,  kierować 
własną  seksualnością  w  sposób  świadomy  i  odpowiedzialny,  a  zatem  własną  mocą.  Bez  
sięgania  po  substancje chemiczne. Bez popadania w uzależnienia. Bez wyrządzania krzywdy 
sobie i innym ludziom. 
Po grzechu pierworodnym nikomu nie jest  łatwo w dojrzały sposób kierować seksualnością. 
Porażki  w  tej  dziedzinie  okazują  się  wyjątkowo  dotkliwe  i  bolesne.  Prowadzą  do 
dramatycznych  krzywd,  grzechów,  uzależnień,  patologii,  przestępstw,  a  nawet  do  fizycznej 

background image

śmierci.  W  odniesieniu  do  sfery  seksualnej  nie  istnieje  zatem  ziemia  neutralne.  Człowiek, 
który nie kieruje w dojrzały sposób swoją seksualnością sprawia, że staje się ona dla niego 
miejscem  cierpienia  i  przekleństwa,  zamiast  być  miejscem  radości  i  błogosławieństwa. 
Kościół  przypomina  współczesnemu  człowiekowi,  że  dojrzale  przeżywana  i  wyrażana 
seksualność  jest  sposobem  wyrażania  miłości  wiernej  i  wyłącznej  miłości  małżeńskiej  oraz 
miejscem  odpowiedzialnego  przekazywania  życia.  Natomiast  seksualność  przeżywana  w 
sposób oderwany od prawdy, miłości i płodności staje się miejscem wyrażania przemocy (np. 
gwałt czy molestowanie seksualne) i przekazywania śmierci (np. choroba AIDS czy aborcja).  
Niniejsza  publikacja  zawiera  dwie  części.  Część  pierwsza  demaskuje  takie  sposoby 
przeżywania  i  wyrażania  seksualności,  które  sprzeciwiają  się  Bożemu  zamysłowi  i  które  w 
konsekwencji  prowadzą  do  popadania  w  bolesne  konflikty  i  krzywdy.  Część  druga  opisuje 
warunki,  które  trzeba  spełnić,  aby  osiągnąć  dojrzałą  integrację  seksualną,  czyli  aby 
zharmonizować tę sferę życia z naturą i godnością człowieka, który jest powołany do życia w 
świętości i wolności dzieci Bożych.  
 
 

Część I 

 Bolesne oblicza ludzkiej seksualności 

 
 

1.  Seksualność bez prawdy 

 
Tchórzostwo wobec prawdy 
 
Istnieje bezpośredni związek między sposobami myślenia danego człowieka o sobie i o sensie 
ludzkiego  życia  a  sposobami  wyrażania  swego  człowieczeństwa  i  swojej  seksualności. 
Zaburzone  myślenie  prowadzi  do  zaburzonych  zachowań  i  krzywd.  Człowiek  jest  istotą 
rozumną, ale może korzystać ze swojej zdolności myślenia nie po to, by szukać prawdy, lecz 
po to,  by  od  niej  uciekać.  Może  tak  bardzo  manipulować  własnym  myśleniem,  że  zaczyna 
nałogowo oszukiwać samego siebie i że  z tego powodu umiera. Przykładem są tu alkoholicy 
czy  narkomani,  którzy  w  większości  przypadków  tak  długo  wmawiają  sobie,  że  nie  są 
uzależnieni,  aż  umierają.  Podobnie  większość  umierających  na  AIDS  to  ludzie,  którzy 
wmawiali sobie, że prezerwatywa daje im „bezpieczny” seks.  
Oszukiwanie  samego  siebie  doszło  obecnie  do  takich  rozmiarów,  że  logiczne  myślenie  na 
temat  człowieka  i  jego  zachowania  stało  się  „niepoprawne”  politycznie,  a  rodzice  i 
nauczyciele boją się przypomnieć swoim wychowankom (a może i samym sobie?) nawet tak

 

oczywisty  fakt,  że  czystość  przedmałżeńska  i  wierność  małżeńska  to  jedyny  sposób,  który 
skutecznie  chroni  przed  AIDS  oraz  przed  wszystkimi  innymi  bolesnymi  konsekwencjami 
zaburzonej  seksualności.  Tchórzostwo  współczesnego  człowieka  wobec  prawdy  o  sobie  i  o 
własnym postępowaniu doszło już do takiego stopnia, że cenzurujemy nawet język, którego 
używamy.  Dla  przykładu  nie  wypada  obecnie  powiedzieć,  że  ktoś  kłamie,  tylko  że  mówi 
prawdę „inaczej”, albo że ktoś zabija własne dziecko, tylko że „rozwiązuje” swoje problemy 
społeczne  czy  finansowe.  Okazuje  się,  że  o  ile  w  systemach  totalitarnych  ludzie  boją  się 
mówić to, co myślą, to w „nowoczesnych” demokracjach boją się myśleć. Mają oczy, które 
nie  widzą  i  uszy,  które  nie  słyszą.  Uciekają  od  prawdy  o  ich  własnym  postępowaniu. 
Naukowcy z dumą twierdzą, że żyjemy w społeczeństwie informatycznym, które opiera się na 
wymianie wiedzy. Tymczasem współczesne społeczeństwo opiera się na wymianie wiedzy na 
temat świata zewnętrznego oraz na wymianie fikcji na temat człowieka! 
W konsekwencji modne są obecnie zupełnie absurdalne ideologie i mity na temat człowieka i 
jego życia. Najgroźniejszym  z tych  mitów  jest przekonanie, że  istnieje  łatwe szczęście:  bez 

background image

Boga,  bez  zasad  moralnych,  bez  miłości,  prawdy  i  odpowiedzialności,  bez  czujności  i 
dyscypliny.  Kto  ulega  takiemu  mitowi,  ten  powtarza  dramat  grzechu  pierworodnego,  który 
polegał na iluzji, że człowiek potrafi bez Boga  – a nawet wbrew Bogu – odróżnić to, co go 
rozwija  od  tego,  co  go  niszczy.  Tymczasem  bez  Boga  potrafimy  jedynie  mieszać  dobro  ze 
złem  i  czynić  zło.  Współczesne  mity  i  iluzje  o  człowieku  mówią,  że  każdy  ma  „swoją” 
prawdę,  że  wszystko  należy  tolerować  (może  z  wyjątkiem...  Kościoła  katolickiego),  że 
wszyscy powinni żyć na luzie oraz kierować się popędami, emocjami i spontanicznością, że 
istnieje    wychowanie  bez  stresów,  że  szkoła  powinna  być  neutralna  światopoglądowo,  że 
wolność to czynienie tego, co łatwiejsze, a nie tego, co wartościowsze. 
Ucieczka od prawdy o człowieku w nieuchronny sposób prowadzi do ucieczki od prawdy o 
ludzkiej  seksualności.  Także  w  tej  sferze  wiele  jest  ideologicznych  manipulacji  i  groźnych 
mitów.  Jednym  z  takich  absurdalnych  mitów  jest  twierdzenie,  że  zachowania  w  sferze 
seksualnej  to  prywatna  sprawa  danego  człowieka.  Tymczasem  zachowania  seksualne  mogą 
być  tak  drastycznie  szkodliwe,  że  większość  z  nich  zakazana  jest  kodeksem  karnym,  a  nie 
tylko normami moralnymi. Inny mit głosi, że sensem ludzkiej seksualności jest zaspakajanie 
doraźnej przyjemności bez żadnych zobowiązań i konsekwencji. Tymczasem kierowanie się 
doraźną przyjemnością prowadzi do uzależnień seksualnych i przestępstw. Popatrzmy na inne 
istotne prawdy o ludzkiej seksualności, od których ucieka współczesny człowiek.

 

 
Seksualność „termometrem” dojrzałości   
 
Nie  jest  rzeczą  przypadkową  fakt,  że  niektórzy  ludzie  nie  mają  większych  problemów  z 
własną seksualnością i nie pozwalają się skrzywdzić w tej dziedzinie. Inni natomiast zupełnie 
nie  radzą  sobie  z  tą  sferą,  popadając  w  uzależnienia,  choroby,  załamania  psychiczne, 
uzależnienia, przestępstwa czy stany samobójcze. Obowiązuje tu bowiem zasada, że sposób 
przeżywania i wyrażania własnej seksualności wiąże się ściśle z całą sytuacją danej osoby, z 
jej sposobem przeżywania siebie i własnego życia. 
Im bardziej dojrzały jest dany człowiek w sferze psychicznej, moralnej, duchowej, religijnej i 
społecznej,  tym  łatwiej  przychodzi  mu  dojrzale  kierować  swoją  seksualnością.  Im  więcej 
miłości doświadcza oraz im bardziej potrafi kochać, tym bardziej jest spokojny i rozważny w 
sferze  seksualnej.  Z  kolei  im  bardziej  jest  ktoś  niedojrzały  i  nieszczęśliwy,  im  mniej 
doświadcza miłości od swoich bliskich oraz im mniej potrafi kochać, tym większe przejawia 
problemy, napięcia i trudności w sferze seksualnej. Z tego właśnie powodu przykazanie „Nie 
cudzołóż”  jest  szóstym,  a  nie  pierwszym  przykazaniem.  Aby  rozsądnie  kierować  własną 
seksualnością  trzeba  najpierw  respektować  pierwszych  pięć  zasad,  które  proponuje  nam 
Dekalog.  Trzeba  strzec  się,  by  nie  postawić  w  miejsce  Boga  żadnej  osoby,  rzeczy  czy 
przyjemności  (przykazania  1-3).  Trzeba  mieć  dojrzałe  więzi  rodzinne,  oparte  na  miłości, 
wzajemnym szacunku rodziców i dzieci oraz na poczuciu bliskości i bezpieczeństwa (czwarte 
przykazanie).  Trzeba  także  zająć  dojrzałą  postawę  wobec  życia  i  zdrowia  własnego  oraz 
innych ludzi (piąte przykazanie). Jeśli ktoś ubóstwia siebie, innych ludzi, albo jakąś chwilową 
przyjemność, jeśli ma zaburzone więzi rodzinne, albo lekceważy zdrowie i życie, jeśli kłamie 
i kradnie to nie jest w stanie rozsądnie kierować swoją  seksualnością.  
Dla  ludzi  nieszczęśliwych  i  żyjących  poza  miłością  sfera  seksualna  staje  się  nadmiernie, 
chorobliwie wręcz atrakcyjna z kilku powodów. Po pierwsze, przyjemność seksualna wydaje 
im się jedyną czy główną drogą do osiągnięcia szczęścia, za którym bardzo tęsknią i którego 
nie  są  w  stanie  osiągnąć.  Po  drugie  seksualność  jest  dla  takich  ludzi  jednym  ze  sposobów 
odreagowania napięć i niepokojów, których jest przecież wiele w życiu człowieka, który nie 
kocha i nie czuje się kochany. Po trzecie, ludzie nieszczęśliwi dramatycznie zawężają swoje 
pragnienia  i aspiracje, gdyż  nie czują się  na siłach,  by dążyć do  miłości, prawdy,  świętości 
czy  radości  życia.  Stają  się  coraz  bardziej  skłonni  do tego,  by  sięgać  po  nikotynę,  alkohol, 

background image

narkotyk  czy  seks.  Zaburzona  aktywność  seksualna  nie  wynika  wtedy  z  tego,  że  młodzi 
odczuwają  wyjątkowo  silny  popęd,  ale  z  tego,  że  są  nieszczęśliwi  i  próbują  za  pomocą 
seksualności  odreagować  swoje  napięcia  psychiczne,  moralne  czy  społeczne.  Masturbacja, 
współżycie przedmałżeńskie czy sięganie po pornografię grozi tym bardziej, im bardziej dany 
nastolatek  żyje  poza  szczęściem  i  miłością,  im  więcej  przeżywa  napięć,  niepokojów  i 
konfliktów w domu rodzinnym, w szkole, w grupie rówieśników czy znajomych, a także w 
kontakcie  z  samą  sobą.  Seksualność  może  być  drogą  błogosławieństwa  jedynie  dla  ludzi 
szczęśliwych i umiejących kochać. 
Istnieje wyraźna analogia między zaburzoną seksualnością, typową dla ludzi nieszczęśliwych, 
a  narkotykiem.  Po  pierwsze,  zarówno  aktywność  seksualna  ludzi  nieszczęśliwych  jak  i 
sięganie  po  narkotyk  ma  na  celu  odreagowanie  bolesnych  napięć  i  niepokojów  oraz 
poszukiwanie  choćby  chwili  zadowolenia,  którego  brakuje  im  w  codziennym  życiu.  Po 
drugie,  zarówno  od  niedojrzałej  seksualności  jak  i  od  narkotyku  człowiek  szybko  się 
uzależnia,  popadając  w  dramatyczne  zaburzenia  i  cierpienia.  Po  trzecie,  zarówno  na 
niedojrzałej  seksualności,  jak  i  na  narkotykach  można  dużo  zarobić.  Właśnie  dlatego 
sprzedawcy  śmierci  sugerują,    że  istnieją  „miękkie”  narkotyki,  a  sprzedawcy  pornografii, 
prostytucji czy antykoncepcji sugerują, że w dziedzinie seksualnej żadne zachowania  nie są 
szkodliwe,  albo  że  prezerwatywa  gwarantuje  „bezpieczny”  seks.  W  obu  przypadkach 
powodem kłamstw i manipulacji jest chęć zdobycia nieszczęśliwego, a przez to „dobrego” i 
„wiernego” klienta, któremu można sprzedać najbardziej nawet toksyczne towary i na którym 
można dużo zarobić. 
 
Toksyczni „wychowawcy” i toksyczne iluzje 
 
Jednym  ze  zdumiewających  obecnie  zjawisk  jest  to,  że  im  więcej  osób  uważa  się  za 
specjalistów w uczeniu nas drogi do szczęścia i satysfakcji, tym więcej jest wśród nas ludzi 
nieszczęśliwych,  poranionych    i  bezradnych.  Dzieje  się  tak  z  kilku  powodów.  Po  pierwsze, 
najczęściej próbują  nas uczyć  sztuki szczęśliwego życia  ci, którzy sami żyć  nie umieją,  np. 
znerwicowani  pedagodzy,  skorumpowani  politycy,  rozwiedzeni  seksuolodzy  czy  negujące 
własną płeć feministki. Po drugie, większość współczesnych „specjalistów” od szczęśliwego 
życia  popełnia  ten  sam  błąd,  czyli  obiecuje  nam  łatwe  szczęście,  a  zatem  takie,  które  nie 
istnieje  na  tej  ziemi.  Po  trzecie,  dominuje  obecnie  kultura  ponowczesności,  która  pod  mile 
brzmiącym  hasłem  ”wyzwolenia”  człowieka  od  wszelkich  norm  moralnych,  społecznych  i 
religijnych prowadzi w rzeczywistości do nowych  form  niewolnictwa, uzależnień  i cierpień 
na  nieznaną  wcześniej  skalę.  Innymi  słowy  coraz  częściej  proponowane  są  nieszczęsne 
pomysły  na  osiągnięcie  szczęścia.  Popatrzmy  na  kilka  typowych  przykładów  w  tym 
względzie. 
Pierwszy  z  oczywistych  błędów  polega  na  przekonaniu,  że  dążenie  do  szczęścia  jest 
najlepszym sposobem na osiągnięcie szczęścia. Tymczasem w rzeczywistości jest dokładnie 
odwrotnie, gdyż szczęście nie jest osiągalne wprost. Jest ono konsekwencją życia opartego na 
miłości  i  prawdzie,  wolności  i  odpowiedzialności,  szlachetności  i  dojrzałości.  Ktoś,  kto  za 
wszelką cenę dąży do osiągnięcia  szczęścia, nie  stara się kochać, być ofiarnym czy stawiać 
sobie konieczne  wymagania. Skupia się jedynie na tym, co wydaje mu się w tym momencie 
miłe, łatwe i przyjemne, nie wymagające wysiłku ani pracy nad sobą. Ktoś taki postępuje w 
sposób, który oddala go od szczęścia. Staje się nadmiernie skoncentrowany na samym sobie, 
na  własnych  odczuciach,  przeżyciach  i  potrzebach.  Takie  przesadne,  czasem  chorobliwe 
skupianie się na samym sobie i na dążeniu do szczęścia prowadzi do coraz większych lęków, 
napięć i rozczarowań.  
Drugi  nieszczęsny  pomysł  na  szukanie  szczęścia  polega  na  myleniu  przyjemności  ze 
szczęściem.  Tymczasem  szczęście  to  coś  znacznie  więcej  niż  przyjemność.  Chwilowa 

background image

przyjemność  jest  pospolita,  gdyż  może  ją  osiągnąć  każdy  człowiek,  nawet  jeśli  jest  kimś 
niedojrzałym,  zaburzonym,  czy  załamanym.  Natomiast  radość  jest  arystokratyczna,  gdyż 
może  jej  doświadczyć  tylko  ten,  kto  kocha.  Aby  osiągnąć  doraźną  przyjemność  wystarczy 
zjeść coś, co smakuje, zaspokoić jakieś odruchy popędowe albo wstrzyknąć sobie narkotyk. 
Ale  żadna  przyjemność  nie  gwarantuje  szczęścia.  Przeciwnie,  prowadzi  do  zawężenia 
pragnień  i  uzależnień,  a  w  konsekwencji  do  cierpienia,  a  nawet  śmierci.  Tak  się  dzieje  na 
przykład w przypadku tych, którzy dla doznania chwili przyjemności sięgają po alkohol czy 
narkotyk,  albo  decydują  się  na  współżycie  seksualne  kosztem  sumienia  i  zdrowia.  W 
dzieciństwie  każdy  z  nas  przeszedł  fazę  kierowania  się  wyłącznie  tym,  co  sprawia  
przyjemność. Dla niemowlęcia taka postawa jest czymś normalnym. Jednak powinna być ona 
tylko fazą rozwoju, a nie sposobem na całe życie. Szczęście jest osiągalne tylko dla tych, dla 
których  miłość,  prawda,  wierność  i  odpowiedzialność  to  coś  znacznie  ważniejszego  niż 
chwilowa  przyjemność.  Cywilizacja  oparta  na  doraźnej  przyjemności  jest  nie  tylko 
cywilizacją  uzależnień  i  śmierci.  Jest  też  cywilizacją  rozpaczy.  To  przecież  rozpaczliwa 
sytuacja,  gdy  największą  aspiracją  człowieka  nie  jest  miłość,  prawda,  wolność, 
odpowiedzialność i trwała radość lecz jedynie chwilowa przyjemność. 
Kolejny  nieszczęsny  pomysł  na  szukanie  szczęścia  polega  na  wmawianiu  sobie,  że  każdy 
sposób postępowania jest równie dobry i że człowiek sam potrafi odróżnić to, co go rozwija, 
od tego, co go krzywdzi i co oddala go od szczęścia. Tymczasem bez pomocy Boga człowiek 
potrafi  jedynie  mieszać  dobro  ze  złem  i  oszukiwać  samego  siebie.  Kierowanie  się 
subiektywnymi  przekonaniami  zamiast  prawdą  i  zdrowym  rozsądkiem  prowadzi  do 
rozczarowań  i  cierpienia.  Człowiek  potrafi  bowiem  oszukiwać  samego  siebie.  Niektórzy 
oszukują samych siebie tak długo i okrutnie, że z tego powodu umierają. Tak właśnie czyni 
większość alkoholików czy  narkomanów, którzy  nawet w obliczu bliskiej  już śmierci  nadal 
wmawiają  sobie,  że  nie  są  uzależnieni  i  że  alkohol  czy  narkotyk  wcale  ich  nie  niszczy. 
Równie  okrutnie  oszukują  samych  siebie  ci,  którzy  wmawiają  sobie,  że  prezerwatywa 
gwarantuje  im  bezpieczny  seks.  Część  z  nich  płaci  za  taką  naiwność  najwyższą  cenę: 
umierają z powodu choroby AIDS. Okazuje się, że w dyktaturze ludzie boją się mówić o tym, 
co  myślą,  a  w  demokracji  boją  się  myśleć.  Boją  się  zwłaszcza  myśleć  o  sobie  i  własnym 
postępowaniu. 
Jeszcze  jednym  z  nieszczęsnych  sposobów  szukania  szczęścia  jest  przekonanie,  że  aby  być 
szczęśliwym, trzeba „uwolnić się”  od małżeństwa i rodziny. Tymczasem tylko w szczęśliwej 
i  trwałej  rodzinie  można  znaleźć  poczucie  bezpieczeństwa  i  optymalne  warunki  rozwoju.  
Niemniej  groźny  mit  polega  na  przekonaniu,  że  związki  homoseksualne  są  równie  dobrą 
drogą  do  szczęścia,  co  związek  kobiety  i  mężczyzny.  Tymczasem  ludzie  żyjący  w  takich 
związkach są okaleczeni psychicznie (mają zaburzoną postawę do osób odmiennej płci) oraz 
fizycznie  (nie  mogą  mieć  własnych  dzieci).  Ponadto  badania  wykazują,  że  mają  zaburzone 
więzi z osobami własnej płci i stąd statystyczny homoseksualista przyznaje się do posiadania 
od kilkuset do kilku tysięcy „partnerów”. W tej sytuacji ewentualna legalizacja „związków” 
homoseksualnych byłaby legalizacją fikcji.  Od szczęścia oddala też mit, że „wolne związki” 
są równie dobrą drogą do szczęścia jak małżeństwo. Tymczasem „wolne związki” nie istnieją, 
tak jak nie  istnieje  sucha woda czy kwadratowe koło. To wewnętrznie sprzeczne wyrażenie 
jest  używane  przez  tych,  którzy  żyją  w  związkach  nietrwałych,  niewiernych  i  niepłodnych. 
Tym  samym  żyją  w  związkach,  w  których  mogą  doświadczyć  jedynie  chwilowej 
przyjemności, ale w których nigdy nie znajdą trwałego szczęścia. 
Kolejny  nieszczęsny  sposób  na  szukanie  szczęścia  polega  na  przekonaniu,  że  trzeba 
„wyzwolić”  się  od  wszelkich  norm  i  zasad  moralnych,  aby  być  szczęśliwym.  Tymczasem 
normy  moralne  chronią  nas  przed  wyrządzaniem  krzywdy  sobie  i  innym  ludziom  oraz 
pokazują  najpewniejszą  drogę  do  osiągnięcia  trwałego  szczęścia.  Podstawową  przyczyną 
odrzucania norm moralnych jest fakt, że po grzechu pierworodnym łatwiej jest człowiekowi 

background image

czynić zło, którego nie chce i które oddala go od szczęścia, niż dobro, którego pragnie i które 
przynosi  trwałą  radość.  Gdyby  łatwiej  było  czynić  dobro  niż  zło,  to  nikt  z  ludzi  nie 
wyrządzałby  sobie  krzywdy  i  nie  negowałby  norm  oraz  wartości,  których  zasadność  jest 
zupełnie  oczywista  i  potwierdzona  codziennym  doświadczeniem.  Zwykle  zatem  najpierw 
następuje  odrzucenie  jakiegoś  dobra,  którego  osiągnięcie  jest  trudne,  albo  jakiejś  prawdy, 
która stawia człowiekowi wymagania. Dopiero później następuje odrzucenie norm i wartości, 
które owe dobro lub ową prawdę chronią. W ten sposób jednak oddalamy się od szczęścia. 
Wszystkie  wyżej  zasygnalizowane  nieszczęsne  sposoby  szukania  szczęścia  mają  wspólną 
cechę. Obiecują osiągnięcie łatwego szczęścia: bez Boga, bez zasad moralnych, bez żadnych 
zobowiązań,  bez  dyscypliny  i  pracy  nad  sobą.  Pokusa  szukania  tego  typu  „szczęścia”  to 
najbardziej  niebezpieczna pułapka,  jaką człowiek może zastawić  na samego siebie.  W taką 
właśnie pułapkę wpadli ludzie na początku historii ludzkości. Grzech pierworodny polegał na 
przekonaniu, że człowiek potrafi własną mocą odróżnić dobra od zła i że wystarczy złamać 
Boże normy, aby samemu stać się jak Bóg. Czyż można wymyślić sobie łatwiejszą drogę do 
szczęścia?  Okazało  się  jednak,  że  takie  łatwe  szczęście,  według  recepty  ułożonej  przez 
człowieka, po prostu nie istnieje. W rzeczywistości mamy do wyboru tylko dwie możliwości: 
łatwe  nieszczęście  (oparte  na  czynieniu  tego,  co  chcę)  lub  trudne  szczęście  (oparte  na 
czynieniu tego, co mnie rozwija i co przynosi prawdziwą satysfakcję).  
Szczęśliwy może być tylko ten, kto rozumie, że więź z Bogiem oraz kierowanie się Bożymi 
wartościami i przykazaniami to nie jakiś zbędny ciężar czy przejaw naiwności, ale to zaszczyt 
i  wyróżnienie  oraz  najpewniejsza  droga  do  trwałego  szczęścia.  Ciężarem  jest  sytuacja,  gdy 
ktoś rezygnuje z więzi z Bogiem, albo gdy lekceważy normy i wartości, które Bóg proponuje. 
Taki bowiem człowiek zaczyna żyć poza miłością i prawdą, traci wolność i zdrowy rozsądek, 
radość życia i nadzieję na dobrą przyszłość. Oddala się w ten sposób od szczęścia i staje się 
bezradny wobec własnego życia, a także wobec własnej seksualności. 
 
Toksyczne mity o ludzkiej seksualności 

 

Jedną  z  cech  obecnej  cywilizacji  jest  zupełnie  bezkrytyczne  i  natrętne  wręcz  promowanie 
nieszczęsnych  mitów  w  odniesieniu  do  ludzkiej  seksualności.  Mit  pierwszy  głosi,  że 
wszystkie  zachowania  w  sferze  seksualnej  są  równie  dobre  i  że  ta  sfera  jest  wyłącznie 
prywatną  sprawą  danego  człowieka.  Mit  ten  jest    nadal  podtrzymywany  mimo,  że  jest  on 
absurdalny  i  sprzeczny  z  oczywistymi  faktami.  Faktem  jest  przecież,  że  znaczna  część 
zachowań  seksualnych  jest  aż  tak  bardzo  szkodliwa,  że  nie  tylko  naruszają  one  normy 
moralne, ale są również zakazane przez kodeks karny. Równie oczywistym faktem jest to, że 
niektóre  zachowania  seksualne  prowadzą  nie  tylko  do  przestępstw,  ale  także  do  zranień 
fizycznych  i  psychicznych,  do  nałogów    i  uzależnień,  do  zaburzeń  psychicznych  i  chorób 
fizycznych. 
Inny  modny  obecnie  mit  głosi,  że  to  badania  naukowe  powinny  decydować  o  tym,  które 
zachowania  w  sferze  seksualnej  są  prawidłowe  i  roztropne.  Tymczasem  badania  naukowe 
mogą  jedynie  rejestrować  to,  co  czynią  poszczególni  ludzie  czy  grupy  społeczne.  Nauki 
empiryczne  nie  są  natomiast  w  stanie  określić,  które  zachowania  są  dojrzałe  oraz  jaki  jest 
ostateczny  sens  ludzkiej  seksualności.  Ponadto  coraz  częściej  okazuje  się,  że  badania 
naukowe  są  manipulowane,  czyli  podporządkowane  interesom  sponsorów,  a  nawet  samych 
badaczy.  Naukowcy  nie  szukają  wtedy  prawdy,  ale  próbują  „udowadniać”  przyjęte  z  góry 
tezy.  Jeśli  badania  skuteczności  prezerwatyw  dokonywane  są  za  pieniądze  producentów 
antykoncepcji,  to  z  góry  wiadomo,  że  muszą  one  „wykazać”  niezwykłą  skuteczność  tych 
produktów. Inaczej honorarium dla „naukowców” będzie niewielkie. Słynny stał się ostatnio 
skandal  związany  z  „badaniami”  Kinseya  na  temat  typowych  zachowań  seksualnych  w 
społeczeństwie  amerykańskim.  Okazało  się,  że  „badał”  on  głównie  osoby  zaburzone, 

background image

więźniów i przestępców seksualnych, a celem takich „badań” było „naukowe udowodnienie”, 
że  wszystkie  zachowania  seksualne  są  jednakowo  dobre,  łącznie  z  seksualnym 
wykorzystywaniem dzieci  i  innymi patologiami (por. Reisman J., Eichel E., Kinsey  –  seks  i 
oszustwo, Wydawnictwo A.M. Dybowski, Warszawa 2002). 
Kolejnym  modnym  mitem  jest twierdzenie, że prezerwatywa gwarantuje  „bezpieczny”  seks, 
czyli  że  można  współżyć  z  kimkolwiek  i  w  jakikolwiek  sposób  bez  żadnych  negatywnych 
konsekwencji. Tymczasem w rzeczywistości prezerwatywa to rodzaj   rosyjskiej ruletki, albo 
opóźniacza  śmierci,  gdyż  może  ona  jedynie  opóźniać  zarażenie  się  chorobami 
przekazywanymi  drogą  płciową.  Nie  może  natomiast  przed  tymi  chorobami  uchronić. 
Większość  ludzi  umierających  na  AIDS  to  osoby,  które  uwierzyły  w  mit  o  bezpiecznym 
seksie,  który  miała  gwarantować  prezerwatywa.  W  rzeczywistości  nic  poza  czystością 
przedmałżeńską  i  wiernością  małżeńską  nie  może  zapewnić  nam  bezpiecznego  seksu  i 
uchronić  przed  chorobami  przenoszonymi  drogą  współżycia  seksualnego.  Z  chorobą  AIDS 
związany  jest  kolejny  nieszczęsny  mit.  Zwłaszcza  środowiska  homoseksualistów  -  a  zatem 
osób najbardziej dotkniętych tą chorobą – próbują wmówić samym sobie oraz innym ludziom, 
że głównym problemem ludzi chorych na AIDS jest brak akceptacji ze strony społeczeństwa. 
Tymczasem głównym problemem tych ludzi jest fakt, że umierają i że już do śmierci powinni 
zachować  całkowitą  wstrzemięźliwość  seksualną,  aby  nie  zarazić  tą  śmiertelną  chorobą 
innych osób.  
Cała  grupa  absurdalnych  mitów  związana  jest  z  aborcją.  Jednym  z  takich  mitów  jest 
twierdzenie,  że  nienarodzone  niemowlę  w  łonie  swojej  matki  nie  jest  jeszcze  człowiekiem. 
Podobnie  cyniczny  mit  to twierdzenie,  że  dobrze  przeprowadzona  aborcja  nie  jest  krzywdą 
dla matki. Oba te mity są w oczywistej sprzeczności z wiedzą z zakresu medycyny. Kolejny 
mit to twierdzenie, że aborcja wynika z prawa kobiety do decydowania o tym, czy chce być 
ona  matką,  czy  też  nie.  Tymczasem  aborcja  dotyczy  wyłącznie  tych  kobiet,  które  już  są 
matkami. W tej sytuacji mogą one jedynie decydować o tym, czy być matką dziecka żywego 
czy  też  dziecka  zabitego.  Jeszcze  jeden  mit  to  twierdzenie,  że  problemem  nie  jest  sama 
aborcja, a jedynie niebezpieczne warunki przeprowadzenia aborcji. Tak rozumując trzeba by 
pozwolić na legalne dokonywanie nie tylko aborcji, ale także kradzieży, gdyż dopóki kradzież 
jest zakazana prawem, to złodzieje „muszą” dokonywać jej w niebezpiecznych dla zdrowia i 
życia warunkach (przeskakują przez ogrodzenie, uciekają przed policją, bywają zranieni czy 
zabici przez broniącą siebie i dobytku ofiarę napadu). 
Z problemem aborcji związany jest też wyjątkowo cyniczny mit, a mianowicie mit, że lekarze 
powinni rozwiązywać problemy społeczne, psychiczne czy materialne kobiet, które oczekują 
narodzin dziecka. Tymczasem jedynym zadaniem służby zdrowia jest leczenie chorych ludzi, 
a  nie  rozwiązywanie  ich  problemów  pozamedycznych.  Jeśli  mama  oczekująca  narodzin 
swojego poczętego dziecka  ma problemy  natury  społecznej, psychicznej czy  materialnej, to 
lekarz  powinien  ją  skierować  do  odpowiednich  instytucji  czy  osób  (ośrodek  pomocy 
społecznej, psycholog, ksiądz, fundacje związane z ochroną matek i dzieci), a nie zabijać jej 
dziecko i kaleczyć jej własny organizm. 
Niemniej  absurdalny  mit  polega  na  żądaniu,  by  „nie  dyskryminować”  homoseksualistów, 
czyli by w imię „tolerancji” i „równości” praw uznać związki homoseksualne za coś tak samo 
dobrego jak związek małżeński kobiety i mężczyzny. Gdyby zgodzić się na tego typu mit, to 
wszystkie  możliwe  do  pomyślenia  formy  związków  między  ludźmi  trzeba  by  akceptować  i 
uznać  za  równie  wartościowe.  A  zatem  także  zakazane  prawem  związki  seksualne  osób 
dorosłych  z  dziećmi  czy  poligamię.  Trzeba  by  również  przyznać  prawa  małżeńskie  
pojedynczym  osobom,  które  mogą  przecież  uznać  się  za  jednoosobowe  małżeństwo! 
Tymczasem sprzeciw wobec związków homoseksualnych nie wynika z braku tolerancji, ani 
nie  jest  przejawem  dyskryminacji,  lecz  wynika  z  faktu,  że  społeczeństwo  oparte  na  takich 
związkach  byłoby  po  prostu  skazane  na  wymarcie.  Nie  może  zatem  traktować  takich 

background image

związków  na  równi  z  małżeńskim  związkiem  kobiety  i  mężczyzny,  bez  których  nie  może 
istnieć  żadne  społeczeństwo  i  bez  których  możemy  zbudować  jedynie  cywilizację  śmierci. 
Tymczasem  homoseksualiści  nadal  próbują    uzyskać  przywileje,  które  stworzą  im  komfort 
bycia homoseksualistą. 
Niestety tego typu okrutnych i cynicznych mitów dotyczących ludzkiej seksualności jest dużo 
więcej.  Są  one  nadal  głoszone  w  telewizji,  radiu  i  czasopismach,  a  także  przez  niektórych 
seksuologów, ginekologów, a nawet wychowawców mimo, że absurdalność tych mitów jest 
oczywista.  Podtrzymywanie  takich  mitów  jest  nie  tyle  przejawem  naiwności,  ile  raczej 
wynikiem  świadomej  manipulacji  ze  strony  tych,  którzy  zarabiają  na  chorej  seksualności. 
Producenci oraz sprzedawcy pornografii  i antykoncepcji,  lekarze dokonujący aborcji, osoby 
związane  z  prostytucją,  seksuolodzy  i  terapeuci  leczący  zaburzenia  seksualne  to  przykłady 
środowisk i osób, które szukają swoich klientów wśród ludzi zaburzonych i zniewolonych w 
sferze seksualnej. Takie osoby i środowiska  chętnie wymyślają różne mity oraz iluzje, dzięki 
którym łatwiej jest im poszerzyć krąg nieszczęśliwych i zaburzonych klientów, którzy kupią 
oferowane przez nich  toksyczne towary czy usługi.  
Mitami seksualnymi posługuje się obecnie wielu twórców reklam  i  filmów, przez co środki 
społecznego  przekazu  stają  się  coraz  częściej  miejscem  przemocy  i  molestowania 
seksualnego oraz miejscem promowania postaw zaburzonych i chorych. Zdarza się i tak, że 
zajęcia  szkolne  w  ramach  przygotowania  do  życia  w  rodzinie  prowadzone  przez  
nieodpowiedzialnych  czy  niekompetentnych  nauczycieli  stają  się  miejscem  demoralizacji  i 
przemocy  seksualnej  w  odniesieniu  do  dzieci  i  młodzieży.  W  tej  sytuacji  tylko  ci  młodzi, 
którzy  potrafią  krytycznie  myśleć  i  wyciągać  logiczne  wnioski  z  obserwacji  życia  swojego 
oraz innych ludzi, mają szansę ustrzec się niebezpiecznych mitów i zająć rozsądną postawę w 
sferze  seksualnej.  W  przeciwnym  przypadku  staną  się  kolejnymi  ofiarami  cynicznych 
dorosłych, którzy żerują na ludzkiej słabości i ryzykują, że również w ich życiu seksualność 
odsłoni swoje dramatyczne i  nieszczęsne oblicze.  
 
 
2. Seksualność bez miłości   
 
Ludzka  seksualność  odsłania  swoje  najbardziej  zaburzone  i  nieszczęsne  oblicza  wtedy,  gdy 
traktujemy  ją  jako  łatwy  sposób  na  doznanie  doraźnej  przyjemności.  Wtedy  bowiem 
decydujemy  się  na  takie  zachowania,  które  naruszają  jej  podstawowy  sens  i  znaczenie. 
Wspólnym  podłożem  tego  typu  nieszczęsnych  zachowań  jest  właśnie  „rozrywkowa”  wizja 
seksualności.  Aby  łudzić  się,  że  seksualność  to  prosty  sposób  na  doznanie  doraźnej 
przyjemności  –  bez  żadnych  zobowiązań  oraz  bez  żadnych  konsekwencji  –  trzeba  oderwać 
seksualność  od  miłości  i  od  płodności.  Technicznie  jest  to  oczywiście  możliwe,  ale 
konsekwencje takiego działania są nieuchronne i zwykle dramatycznie bolesne.   
Pierwszym  przejawem  seksualności  oderwanej  od  miłości  jest  współżycie  pozamałżeńskie.  
Prowadzi  ono  do  bolesnych    konsekwencji,  gdyż  w  takiej  sytuacji  ktoś  decyduje  się  na 
najbardziej intymny gest zanim zbuduje najbardziej intymną więź, czyli więź wyłączną (tylko 
z tobą) i wierną (do śmierci). Naruszenie  tej zasady może dokonywać się na różne sposoby.  
Pierwszym  z  nich  jest współżycie   przedmałżeńskie, a zwłaszcza współżycie  między osobą 
dorosłą  a    nieletnią.  Jest  to  zachowanie    aż  tak  bardzo    szkodliwe,  że  jest  zakazane  przez 
kodeksy  karne  wszystkich  państw  świata.  Decydowanie  się  na  przedmałżeńskie  współżycie 
seksualne  grozi  zwłaszcza tym młodym,   którzy   przeżywają  duże trudności  emocjonalne  
i  frustracje,   związane   np.  z  bolesną  sytuacją  rodzinną,  z uzależnieniem od alkoholu czy 
narkotyków,  z  brakiem  pogłębionych  więzi  międzyludzkich.    W    większości    przypadków 
nieletni, którzy podejmują współżycie seksualne, to nie tyle  ludzie zniewoleni  seksualnością,  
zdemoralizowani  czy  wyuzdani,  ile  raczej spragnieni   miłości, głodni bliskości,  czułości,  

background image

wsparcia    ze  strony    innych.    Ponieważ    z    różnych  względów  nie  mogą  albo  nie  potrafią 
zaspokoić tego głodu w  sposób  dojrzały  i pogłębiony, więc próbują ów głód zmniejszyć  lub  
zagłuszyć  właśnie  poprzez współżycie seksualne.  
Przedwczesna        inicjacja      seksualna      grozi  nie  tylko  niechcianą  ciążą  czy  chorobami 
wenerycznymi. Grozi także  popadnięciem  w nałogi seksualne i w chorobliwą koncentrację 
na sferze seksualnej. Dla  człowieka  uzależnionego  seks  staje  się  ważniejszy  niż wszystko  
inne,  gdyż  wydaje  się  jedyną  drogą  do szczęścia. Jest to zatem sytuacja analogiczna do 
sytuacji narkomana czy alkoholika. Ponadto  przedwczesna inicjacja seksualna uczy błędnej 
filozofii  życia,  w  której  doznanie  chwilowej  przyjemności  staje  się  najwyższą  normą   
postępowania. To z kolei wyklucza możliwość dojrzałego  przygotowania  się  do małżeństwa 
i rodzicielstwa. Bolesnym skutkiem przedwczesnej inicjacji   seksualnej   jest ponadto rosnąca 
frustracja,  bo nastolatkom decydującym się na współżycie towarzyszy  zwykle iluzja, że seks 
wystarczy  im  do  pełnej  satysfakcji  oraz  do  zbudowania  trwałej  więzi.  Tymczasem  po 
początkowym zadowoleniu pojawia się bolesne rozczarowanie.  Nie może być inaczej, gdyż 
doznania  seksualne  nie  są  w  stanie  zaspokoić  ludzkiej  tęsknoty  za  miłością  i  wiernością. 
Mogą dawać przyjemność, ale nie szczęście. 
Rozmawiając    z    młodzieżą    mam  okazję  odkryć,  jakimi  „argumentami”  posługują    się 
niektórzy młodzi, aby "udowodnić" samym sobie, iż współżycie  przed  ślubem  jest  czymś 
właściwym i uzasadnionym. Jednym  z  takich argumentów jest stwierdzenie, że się przecież 
kochają,  a to upoważnia ich do współżycia. Tymczasem mylą wtedy miłość z zakochaniem 
czy  pożądaniem.  Jeśli    ktoś    z    „miłości”    chce    robić  to,  co  sprzeciwia  się  dobru  drugiej 
osoby,  normom  moralnym,  zdrowemu  rozsądkowi,  odpowiedzialności  czy  prawu,  to 
powinien się powstrzymać od takiego działania.  
Innym  typowym „argumentem”  jest  twierdzenie,  że chłopak ma „prawo” przed ślubem,  by  
dziewczyna    dała  mu  "dowód"  swojej  miłości.  Jest  to  oczywista    manipulacja,    gdyż    w  
miłości  nie  istnieją w ogóle dowody!  Pewność  miłości opiera się na wzajemnym zaufaniu, 
a nie na  dowodach.  Jeśli  nie ufam drugiej osobie, to nigdy nie uwierzę, że ona mnie kocha 
czy  że  będzie  mi  wierna.  Żądanie  „dowodów"  miłości    oznacza  w  rzeczywistości,  że  tej 
miłości nie ma. Uczciwe rozumowanie ze strony chłopaka powinno być dokładnie odwrotne.  
Powinien on zapytać swoją dziewczynę o to, czego ona pragnie oraz przez jakie postępowanie 
może  on  jej  pomóc,  by  mu  coraz  bardziej  ufała  i  by  czuła  się  kochaną.  Odpowiedzią    ze  
strony  dziewczyny  raczej nie będzie wtedy propozycja współżycia seksualnego.  
Część    młodych    posługuje    się    jeszcze  innym  „argumentem”.  Twierdzą,  że  nie  muszą  
czekać  ze  współżyciem  do  ślubu,  gdyż  jeśli  się  kochają,  to  przecież  ślub  niczego  już  nie 
zmienia.  W  rzeczywistości  ślub  zmienia  całkowicie sytuację. Przed ślubem nie ma jeszcze 
decyzji, że biorę cię za męża/żonę, że ślubuję ci miłość i wierność oraz że cię nie opuszczę aż 
do  śmierci.  Przed  ślubem  wszystko  byłoby  więc  jeszcze  na  próbę.  Tymczasem  na    próbę 
można zdawać maturę czy wypełnić kupon na loterii. Nie można  natomiast na próbę kochać i 
współżyć, podobnie jak nie można na próbę  umierać. Dopiero w czasie zawierania ślubu obie 
strony ostatecznie i publicznie  podejmują  decyzję,  że  stają  się  małżonkami,  że ślubują 
sobie  miłość,  wierność  i  uczciwość  małżeńską  oraz  że  się  nie  opuszczą  aż  do  śmierci. 
Współżycie seksualne przed podjęciem takiej decyzji  oznacza  kierowanie  się  popędem, a 
nie  miłością  i  jest przez to bolesną  formą  manipulowania drugim człowiekiem oraz samym 
sobą.  
Na  szczęście  młodzi  ludzie  coraz  lepiej  zdają  sobie  sprawę  z  bolesnych  skutków  
przedwczesnej  inicjacji  seksualnej.  Zwłaszcza  w  tych  krajach,  w  których  zjawisko  to 
przybrało w ostatnich dziesięcioleciach szersze rozmiary. W USA kilka  milionów  młodzieży  
należy  obecnie  do ruchu "true love waits"  ("prawdziwa miłość czeka”). Nikt  nie  zrozumie  
wartości  i  sensu  tego  czekania  oraz  wartości  i  sensu  czystości  przedmałżeńskiej,  jeśli    nie 
zrozumiał,  że  prawdziwa  miłość  to  troska  o  dobro  drugiej  osoby,  że  przynajmniej  w 

background image

niektórych sytuacjach wymaga ona rezygnacji z szukania własnego zadowolenia, że wymaga  
panowania  nad  ciałem  i  emocjami.  Jednak  taka  czysta  i  cierpliwa  miłość  daje  
nieporównywalnie  więcej szczęścia niż cokolwiek innego. Kto doświadcza tego typu radości, 
temu nie grozi, że przyjemność cielesną postawi wyżej niż miłość i odpowiedzialność. 
Drugą,  obok  współżycia  przedmałżeńskiego,  formą  seksualności  bez  miłości  jest  zdrada 
małżeńska. Jest to sytuacja,  w której przynajmniej  jedna z osób współżyjących pozostaje w 
związku  małżeńskim  z  inną  osobą.  Zdrada  oznacza  nie  tylko  niewierność  wobec 
współmałżonka,  lecz   także   niewierność  wobec  samego siebie, wobec własnej   przysięgi  
małżeńskiej. Nic więc dziwnego, że zdrada małżeńska  prowadzi  do  zranień  psychicznych  i  
duchowych,  do  cierpienia  całych  rodzin.  Przejmujący opis takiej sytuacji ukazuje  Anna 
Kowalska  w  powieści    pt.    "Pestka".    Bohaterka    tej    powieści    wiąże    się  z  żonatym  
mężczyzną  i  stopniowo  coraz  bardziej  doświadcza,  że  nie  da    się    zbudować    miłości    na 
zaprzeczeniu wcześniejszej  miłości. Coraz  dotkliwiej   odkrywa   własne cierpienie, a także 
cierpienie jej  kochanka oraz dramat jego żony i dzieci. W końcu nie jest w stanie udźwignąć 
ciężaru tej sytuacji i popełnia samobójstwo.  
Najbardziej okrutne są sytuacje, w których do współżycia dochodzi nie tylko poza miłością i 
małżeństwem, lecz także wbrew woli jednej ze stron. Mamy wtedy do czynienia z gwałtem 
seksualnym. Ze  strony  agresora  takie zachowanie świadczy o szczególnym okrucieństwie, o 
uzależnieniu  od  popędu,  o  głębokim  kryzysie  życia.  Czasem  o  chorobie  psychicznej  lub  
skrajnej demoralizacji. U ofiary  natomiast  gwałt  powoduje  szok oraz poczucie wyjątkowo 
bolesnego zranienia psychicznego i duchowego. Maksimum tragedii ma miejsce wtedy,  gdy  
ofiarą jest osoba nieletnia. Tego typu doświadczenie pozostawia głęboki ślad i dramatycznie 
zaburza  rozwój psychospołeczny. Gwałt seksualny oznacza, że  doraźna  przyjemność  staje  
się  ważniejsza  od  osoby.  Z  tego  względu  gwałt  jest  najbardziej  zaburzonym  i  nieludzkim 
sposobem wyrażania seksualności. Czasem wiąże się ze śmiercią fizyczną, gdy agresor zabija 
swoją ofiarę.  
Drugą - obok  gwałtu - drastycznie  wypaczoną  formą  przeżywania seksualności bez miłości 
jest  prostytucja.  Wprawdzie  dochodzi  tutaj  do współżycia  za zgodą obu stron, ale dzieje 
się  to  poza  kontekstem  miłości.  Co  więcej,  dochodzi  do  współżycia  poza  jakimkolwiek  
kontekstem  osobistej  więzi  i  bliskości.  Prostytucja  to  sytuacja,  w  której  jedna  ze  stron 
podporządkowuje się  całkowicie  popędowi  seksualnemu  i  aż  do  tego  stopnia rezygnuje  
z  władzy  nad  własną  seksualnością,  że  akceptuje współżycie z nieznaną  sobie osobą. Z  
kolei  druga  strona  -  przyjmując  pieniądze  - akceptuje,  że jest traktowana jak rzecz, którą 
używa się przez określony czas za określoną zapłatą. Druga strona godzi się więc na to, że nie 
jest traktowana jak osoba,  że współżyjący z nią człowiek nie interesuje się jej przeżyciami,  
jej losem, jej wnętrzem, że jest on zainteresowany jedynie własną przyjemnością cielesną i w 
tym celu posługuje się ciałem drugiej osoby.  
Kolejną    formą    zaburzenia  i  oderwania  sfery  seksualnej  od  miłości  jest  homoseksualizm. 
Wiele    środowisk  opiniotwórczych  twierdzi  obecnie,  że  zachowania  homoseksualne  są   
czymś normalnym i że stanowią  alternatywną formę „miłości”. Tymczasem homoseksualizm 
jest  jedną  z  konsekwencji  bardziej  podstawowych  zaburzeń,  które  związane  są  zwykle  z 
bolesnymi  doświadczeniami  w  dzieciństwie.  Chodzi  tu  o  te  dzieci,  których  rodzice  mieli 
wyraźnie zaburzoną postawę wobec siebie nawzajem.  W takiej sytuacji  syn czy córka boi się 
w swoim dorosłym życiu osób drugiej płci, albo nimi gardzi. W konsekwencji szuka kontaktu 
z  osobami  tej  samej  płci.  Także  wtedy,  gdy  chodzi  o  kontakty  seksualne.  Homoseksualizm 
jest zatem bardziej  zaburzeniem psychicznym i emocjonalnym, niż seksualnym.  Podobnie, 
jak  w  innych  zaburzeniach  psychospołecznych,  tak  też  w  przypadku  homoseksualizmu 
możliwa jest terapia i powrót do normalnego życia. Możliwe jest też życie w czystości.  
Niektórzy    podają    jako  argument  za  homoseksualizmem  to,  iż  sami  zainteresowani    -    a 
przynajmniej niektórzy z nich - uważają, że jest im z tym dobrze. Gdyby taki argument był 

background image

wystarczający, to musieli byśmy uznać za stan normalny na przykład alkoholizm. Człowiek 
uzależniony  w  czynnej  fazie  choroby  też  uważa,  że  jego  sposób  życia  jest  udany  i  że 
interwencje  ze  strony  innych,  by  przestał  pić,  nie  są  potrzebne.  Subiektywne  przekonanie 
danej  osoby,  że  jej  postępowanie    jest    dojrzałe,    nie    może  zatem  nigdy  być  jedynym  
kryterium oceny tegoż postępowania.   
Kolejną  formą  zaburzonego  przeżywania  seksualności  w  oderwaniu  od  miłości  jest 
masturbacja. Także w odniesieniu do tego zjawiska krąży obecnie wiele  naiwnych poglądów. 
Z jednej strony  spotykamy się z twierdzeniem, że masturbacja jest  zjawiskiem  normalnym,  
a  nawet pozytywnym,  gdyż  w  ten  sposób  młody człowiek lepiej poznaje własne ciało, a  
przez  to  przygotowuje  się  do  współżycia seksualnego  w  małżeństwie.  Z  drugiej  strony 
spotykamy się z twierdzeniami, że w każdym  przypadku masturbacja jest grzechem ciężkim  
i  przejawem  demoralizacji. Prawda jak zwykle jest bardziej złożona.  
Masturbacja jest niedojrzałym sposobem przeżywania seksualności, gdyż odrywa ją od  więzi 
małżeńskiej   i od płodności.  W związku z tym  niesie ze sobą  negatywne konsekwencje. Po 
pierwsze,  powoduje  nadmierną  koncentrację  na  popędzie  fizycznym,  co  może  doprowadzić 
do  uzależnienia  i  nałogu.  Po  drugie,  blokuje  motywację  do  rozwoju  i  szukania  radości  w 
innych  dziedzinach  życia.  Po  trzecie,  masturbacja  skłania  do  zamknięcia  się  w  sobie  oraz 
sprzyja  izolacji  i  samotności.  W konsekwencji prowadzi do silnego napięcia psychicznego 
oraz do poczucia winy. Powoduje też u młodych lęk o to, czy będą w stanie być w przyszłości 
normalnym partnerem seksualnym w małżeństwie. Po piąte, masturbacja powoduje nierzadko  
rzeczywiste  zaburzenia,  które negatywnie i boleśnie wpływają na współżycie seksualne i na 
więź z małżonkiem.  
Obserwując  różne  dyskusje  czy  sondaże  w  środkach przekazu zauważam, że stawia się  
tam  zwykle  alternatywę:  czy  masturbacja  jest  czymś  naturalnym,  czy  też  należy  potępiać 
tych, którzy   jej   ulegają?   Tymczasem właściwe  pytanie brzmi:  czy kwestię masturbacji  
należy  pozostawić  spontaniczności danej osoby, czy też włączyć ją w proces wychowania? 
Jest  oczywiste,  że  ta  sfera  –  jak  wszystkie  inne  –  powinna  podlegać  pracy  nad  sobą  i 
wysiłkowi samowychowania. Pomoc ze strony wychowawców oznacza jednoznaczność co do 
zasad  (masturbacja  utrudnia  rozwój  psychospołeczny),  ale  jednocześnie  szacunek  dla 
wychowanka oraz ostrożność co do ocen  moralnych. Nie chodzi o to, by potępiać, straszyć 
czy  wzmagać  poczucie  winy,  lecz  aby  pomagać.  W  wielu  przypadkach  masturbacja  bardzo 
niepokoi młodych, ale ze względu na genezę tego  zachowania  (np.  przypadkowe pojawienie 
się tego mechanizmu w dzieciństwie),  nie  stanowi  przede wszystkim problemu moralnego, 
lecz jest głównie ciężarem  psychicznym.  Ponadto  ostrożność w ocenie moralnej masturbacji 
wiąże  się  z  tym,  że  w  wielu  przypadkach  jest  ona  formą  somatyzacji,  czyli  wyrażania  za 
pośrednictwem czynności seksualnych tych frustracji i napięć,  których  dana  osoba sobie nie 
uświadamia, albo których nie potrafi  rozwiązać czy przezwyciężyć.  
Z  tego  właśnie  względu  pomoc  w  pokonaniu  masturbacji  nie  może  polegać  jedynie  na 
metodach negatywnych, czyli na koncentrowaniu się na  walce z tego typu zachowaniem czy 
nałogiem.  Trzeba  przede  wszystkim  eliminować  źródła  napięć  psychospołecznych,  a  także  
poszerzać  zakres  pozytywnych  pragnień  i  aspiracji.  Masturbacja  jest  przecież  najbardziej 
atrakcyjna  dla  ludzi  cierpiących  i  nieszczęśliwych.  Także  w tej  dziedzinie  zło  zwycięża  się 
najpełniej  dobrem.  W tym przypadku dobrem tym  są prawdziwe  źródła radości  i życiowej 
satysfakcji: przyjaźń z Bogiem i ludźmi, sukcesy osobiste, rodzinne, szkolne i zawodowe, a 
także pasje muzyczne, sportowe czy literackie.  
 
3. Seksualność bez  płodności  
 
Powyższe  analizy ukazywały  niedojrzałe czy zaburzone sposoby przeżywania seksualności, 
które  miały  jedną  cechę  wspólną:  odrywały  ludzką  seksualność  od  miłości  wiernej  i 

background image

wyłącznej,  zwanej  miłością  małżeńską.  Przyjrzyjmy  się  teraz  drugiej  grupie  zaburzonych 
postaw  wobec  seksualności,  których  wspólną cechą jest to, iż odrywają one seksualność od 
płodności.  
Warto  na  początku  zaznaczyć,  iż  modny jest mit, który głosi, że Kościół zajmuje  wrogą 
postawę wobec ludzkiej  seksualności  i  dlatego  sprzeciwia się antykoncepcji.  Prawda  jest 
zupełnie inna. Otóż Kościół widzi w seksualności  niezwykły  dar  od Boga - "Bądźcie płodni 
i rozmnażajcie się" (Rdz 1, 22). W płaszczyźnie fizycznej dar ten  stanowi najgłębszy wyraz   
miłości wiernej i wyłącznej, czyli małżeńskiej. Miłość ewangeliczna to nie jakaś pusta teoria, 
czy  miłość  jedynie  duchowa.  To  miłość  wcielona.  W  małżeństwie  jednym  z  najbardziej 
istotnych  przejawów  cielesnego  wyrażania miłości jest właśnie współżycie  seksualne. Jest  
to aż tak istotny przejaw miłości małżeńskiej, że Kościół nie może uznać za ważne te związki, 
w których  małżonkowie  z góry wykluczają współżycie seksualne i/lub potomstwo.  
Kościół patrzy w  sposób pozytywny nie tylko na ludzką seksualność, lecz  także  na zdolność 
człowieka, by kierować tą sferą własną mocą. Człowiek ma szansę być na tyle wolny wobec 
popędów i instynktów, na tyle świadomy  swych działań i swojej płodności, że potrafi własną 
mocą  kierować  sferą    seksualną.    Nie  potrzebuje  do  tego  żadnych  „pomocy”  w  postaci 
środków fizycznych czy substancji chemicznych. Dokładnie tak,  jak jest w stanie kierować 
swymi  emocjami  własną  mocą,  bez  sięgania  po  alkohol,  narkotyk,  leki  psychotropowe  czy 
tabletki nasenne.  
To    właśnie  z  tej  pozytywnej  wizji  człowieka  i  jego  zdolności  do  panowania  nad  własną  
seksualnością  wynika  sprzeciw  Kościoła  wobec  środków  antykoncepcyjnych.  Sięganie  po 
środki  antykoncepcyjne  jest  zawsze  porażką  człowieka.  Oznacza  przecież  rezygnację  danej 
osoby ze zdolności do panowania  nad  sobą:  nad  własnym ciałem i popędem seksualnym. 
Porażka w odniesieniu  do  własnej  seksualności prowadzi zwykle do porażek i słabości w 
innych sferach życia. Kościół sprzeciwia się antykoncepcji nie  dlatego,  że negatywnie widzi 
ludzką  seksualność  lecz  dlatego,  że  pozytywnie  widzi  człowieka  i  jego  zdolność  do 
kierowania  sobą, w tym także własną seksualnością.  
Drugim  mitem  jest  przekonanie,  że  sprzeciwiając  się  antykoncepcji,  Kościół  przynajmniej    
pośrednio przymusza do nieodpowiedzialnego rodzicielstwa,  lub do rezygnacji ze współżycia 
seksualnego  nawet  w  małżeństwie.  Nic  bardziej  błędnego.  Kościół  odkreśla,  że 
odpowiedzialne  rodzicielstwo  jest  koniecznym  warunkiem  dojrzałej  miłości  małżeńskiej.   
Jednocześnie  jednak  przypomina,  że  odpowiedzialne  rodzicielstwo  nie  może  zostać  
osiągnięte nieodpowiedzialnymi metodami. Tymczasem antykoncepcja jest próbą osiągnięcia 
odpowiedzialnego rodzicielstwa w oparciu o nieodpowiedzialne metody. A przecież cel nigdy 
nie  może  usprawiedliwiać  środków,  jeśli  te  są  szkodliwe,  czy  oznaczają  rezygnację  z 
wolności.   
Szkodliwość antykoncepcji wynika z kilku powodów. Po pierwsze, antykoncepcja nie chroni 
przed  bolesnymi  konsekwencjami  nieodpowiedzialnego  współżycia  seksualnego.  Może 
jedynie zmniejszać ich częstotliwość. Nigdy nie gwarantuje „bezpiecznego” seksu. Po drugie, 
większość  środków  antykoncepcyjnych  szkodzi  zdrowiu  fizycznemu  (wystarczy  przeczytać 
ulotki,  które  dołączają  sami  producenci  antykoncepcji!).  Środki  mechaniczne  i    chemiczne  
mogą    powodować    urazy    i  stany  zapalne,  a  tabletki  hormonalne      hamują      działanie   
przysadki  mózgowej,  wpływają negatywnie  na  układ  naczyniowy, na krzepliwość krwi, na 
wątrobę  i  wiele  innych  układów.  Po trzecie,  sięganie  po  antykoncepcję  oznacza  rezygnację 
danego człowieka z kierowania seksualnością mocą świadomości i wolności. Oznacza zatem 
decydowanie  się  na  życie  w  ignorancji  i  zniewoleniu.  Po  czwarte,  antykoncepcja  oszukuje, 
gdyż sugeruje, że współżycie seksualne ma jedynie konsekwencje fizjologiczne i biologiczne 
oraz  że  stosując  antykoncepcję  można  bezkarnie  współżyć  z  kimkolwiek,  gdziekolwiek  i 
kiedykolwiek.  Tymczasem  nieodpowiedzialne  współżycie  seksualne  przynosi  dramatyczne 
zranienia  w  sferze  psychicznej  (np.  poczucie  krzywdy,  żal  do  samego  siebie,  lęk  wobec 

background image

seksualności),  moralnej  (np.  poczucie  winy)  i  społecznej  (np.  zerwane  więzi  przyjaźni  z 
samym sobą, z rodzicami, z Bogiem, uraz do osób płci odmiennej, itp.). A żadna pigułka czy 
prezerwatywa  nie  ochroni  przed  tego  typu  konsekwencjami.  Nic  poza  miłością  i  
odpowiedzialnością  nie może gwarantować człowiekowi kierowania seksualnością w  sposób  
dojrzały  i bezpieczny.  
Z  tego  względu  Kościół  proponuje  jedyny  odpowiedzialny  sposób  na  odpowiedzialne  
planowanie    rodziny,  oparty  na  świadomości  i  wolności.  Podstawą  tego  sposobu  jest  
znajomość naturalnych  okresów  płodności pary ludzkiej. W  polskich  publikacjach,  które  
propagują  środki antykoncepcyjne (zwykle za pieniądze producentów tych  środków!), albo  
bezkrytycznie  zachwala się takie  środki, albo jedynie ogólnie wspomina się o szkodliwych 
skutkach  ubocznych.  Nie  wspomina  się  natomiast  zwykle  ani  słowem  o  tym,  że  środki  te 
oznaczają rezygnację   z   panowania   nad   własnym  popędem  i  własnymi zachowaniami 
oraz  że  są  zbędne  dla  ludzi  dojrzałych.  Bardziej  rzetelne  bywają  publikacje  w  Europie 
Zachodniej,  gdzie  już  zbyt  widoczne  stały  bolesne  konsekwencje  psychiczne  i  społeczne  
stosowania    antykoncepcji,    aby    nadal  ukazywać  ją  w    sposób  ideologiczny  i  cyniczny.  
Przykładem  jest  tekst  z  "Badische    Zeitung"  (19.04.1996).  Jest  to  poczytny  dziennik  w 
południowo-zachodnich Niemczech i ma charakter czysto świecki. Właśnie  tam  znalazłem 
artykuł na temat metod regulacji poczęć.  Zostały  w  nim ukazane różne formy antykoncepcji 
oraz naturalne metody regulacji poczęć. Przy wszystkich formach antykoncepcji podkreślano, 
że są one na ogół łatwe w stosowaniu, gdyż nie wymagają wiedzy na temat ludzkiej płodności 
ani wysiłku panowania nad popędem. Z drugiej jednak strony zaznaczono,  że przynoszą one  
poważne skutki uboczne. Przy każdej formie antykoncepcji zostały ukazane liczne negatywne 
konsekwencje, specyficzne dla danej metody.  
Omawiając  naturalne  metody    regulacji    poczęć  autor  artykułu  wyjaśnia,  że  stanowią  one  
jakościowo  wyższą    formę  odpowiedzialnego  rodzicielstwa.  Określa  ją  jako  nie  mniej 
skuteczną  od  większości  metod  antykoncepcyjnych  (metoda  termiczna  połączona  z 
obserwacją  śluzu),  ale  w  przeciwieństwie  do  tamtych  jako  jedyną  ekologiczną,  a  przez  to 
zupełnie  nieszkodliwą dla  organizmu oraz  jako  jedyną  partnerską,  a  więc świadczącą o 
wzajemnym  rozumieniu  się  i  respektowaniu  osób,  które  z  tej  metody  korzystają.  
Konfrontacja  tego  typu  artykułu  z  tym,  co  czytamy  o  antykoncepcji    i  ekologicznych 
metodach  regulacji  poczęć  w  naszych  gazetach  i  publikacjach,  świadczy  o  tym,  jak 
ideologiczne i mylące są laickie publikacje w naszym kraju.   
Do  jeszcze    bardziej    dramatycznych,  niż  w  przypadku  antykoncepcji,  szkód  prowadzi 
aborcja.    Nawet    dla    zagorzałych    zwolenników    aborcji  jest  oczywiste,  iż  jest  to  bardzo   
niebezpieczna dla matki interwencja chirurgiczna. Zwolennicy aborcji twierdzą jednak, że w  
niektórych sytuacjach jest to mniejsze zło niż urodzenie dziecka. Z tego powodu postulują, by 
w określonych sytuacjach zabijanie  niemowląt w  łonie  matki  było dozwolone prawem. Jest  
prawdą, iż kobiety oczekujące dziecka, znajdują się czasem w  bardzo  trudnej  sytuacji. Ale 
tylko wtedy, gdy poród stanowi bezpośrednie zagrożenie dla życia matki, mamy do czynienia 
z rzeczywistą alternatywą: czyje życie ma  ratować  lekarz? Natomiast  wszelkie  działania, 
których celem nie jest ratowanie życia matki, lecz  zabicie dziecka, jest zawsze ciężkim złem  
moralnym.    Aborcja    nigdy  nie  jest  mniejszym  złem!  Przeciwnie,  nawet    w    skrajnych 
sytuacjach aborcja jest zawsze złem większym. Jest to oczywiste z wielu powodów.  
Po  pierwsze,  aborcja  jest  zabiciem  niewinnego  dziecka.  Jest  to  wyjątkowo  ciężkie  i 
nieodwracalne  zło  moralne.  Zabicie  dziecka  jest      nieporównywalnie    większym  złem,  niż 
wychowywanie    potomstwa    w    trudnych    warunkach    materialnych,  ewentualna    choroba  
dziecka czy trudności w zaakceptowaniu i pokochaniu potomstwa. Z kolei popieranie aborcji 
z  powodu  trudnych  warunków  społecznych,  oznacza  cyniczne  twierdzenie,  że  w  Polsce  
trzeba niektóre dzieci zabijać, gdyż nie starczy dla nich chleba.  Rozwiązaniem  problemu  nie  
jest zabijanie dzieci, lecz sprawiedliwsze  dzielenie  chleba. Gdyby z kolei przyjąć zasadę, że  

background image

można    dokonać    aborcji  wtedy,    gdy    poczęte  dziecko  (np.  w  wyniku  gwałtu)  nie  będzie 
wystarczająco kochane, to trzeba by przyznać też prawo do zabijania dzieci już narodzonych, 
które nie czują się kochane przez swoich rodziców.  
Aborcja  jest  w  każdej  sytuacji  większym  złem  nie  tylko  dlatego,  że  oznacza  zabicie  
niewinnego  człowieka,  ale  także  dlatego,  że  oznacza  nieodwracalną  krzywdę  dla  matki 
zabijanego  dziecka.  Będąc  drastyczną  interwencją  chirurgiczną  w  delikatne  narządy  
kobiecego  organizmu  aborcja  powoduje  niepłodność,  stany  zapalne,  nowotwory,   
komplikacje  przy następnej ciąży. Nie sposób wyliczyć tu wszystkich możliwych zagrożeń. 
Wspomnę  jeszcze  tylko  o  jednym.  Istnieje  bezpośredni  związek  między  aborcją  a  rakiem  
piersi.  Związek  ten  wynika z faktu, że od chwili  poczęcia  przez  pierwsze  sześć miesięcy 
ciąży  organizm  kobiety  wydziela  hormony,  które  między  innymi  stymulują  zmiany  w  
piersiach.  Dopiero  od  szóstego  miesiąca  ciąży  pojawiają  się  hormony,  które  kontrolują  i 
zamykają ten proces. Gdy kobieta podda się aborcji, wtedy takie hormony już się nie pojawią, 
a  przez  to  ogromnie  wzrasta  prawdopodobieństwo  raka  piersi.  Na  ten  temat  przez  kilka  lat  
prowadzono na wielką skalę  badania na Wydziale Medycyny Uniwersytetu w Seattle  (USA).  
Ich  wyniki  opublikowano  we wrześniu 1994 roku. Okazuje  się, że gdy aborcji dokonuje się 
przy pierwszej ciąży, a matka dziecka ma osiemnaście lat lub mniej,  to  prawdopodobieństwo 
raka piersi  wzrasta  u niej  800  razy, czyli 80.000% , w stosunku do kobiet, które nie poddały 
się aborcji.  
Oprócz  konsekwencji  fizycznych  kobiety  przeżywają  także  dramatyczne  konsekwencje   
psychiczne  i  duchowe  aborcji,  zwane  syndromem  poaborcyjnym.  Są  to  bolesne  rany 
psychiczne i duchowe,  które  przejawiają  się  w  wyrzutach  sumienia, lęku, niepokoju,  żalu  
do  siebie  i  do  innych  ludzi. Aborcja jest okrutnym  gwałtem  na kobiecej wrażliwości i na 
jej powołaniu do ochrony życia. Prawdziwy postęp  oznacza  takie wychowanie mężczyzn, by 
umieli  kochać  i  respektować  kobiety,  by  potrafili  tak zorganizować  życie  społeczne  i  
rodzinne,  aby  rodzenie  dzieci  było    wyrazem    wzajemnej    miłości    i    odpowiedzialności 
rodziców oraz by nie wymagało od matek heroicznego poświęcenia.  
Kompetentne  i  odpowiedzialne  mówienie  o  aborcji  wymaga  wielkiej  precyzji  co  do 
używanych sformułowań. Otóż zwykle błędnie mówi się, że aborcji dokonuje matka dziecka. 
To sugeruje, że aborcja jest problemem kobiet, a nie mężczyzn. Tymczasem w rzeczywistości 
kobieta - matka jest tu bardziej ofiarą niż katem. Aborcji, czyli zabijania własnego dziecka nie 
dokonuje  kobieta,  lecz  rodzice  dziecka,  a  zatem  ojciec  i  matka.  Zwykle  główna  wina 
spoczywa właśnie na ojcu. Aborcja to sytuacja, w której zawodzi mężczyzna. Nie kocha on w 
sposób wystarczająco mocny i odpowiedzialny kobiety, z którą współżył, ani swego dziecka, 
któremu przekazał życie. Mężczyzna – ojciec może być uznany za niewinnego jedynie wtedy, 
gdy obdarzył matkę i dziecko wierną, ofiarną i serdeczną miłością oraz gdy zrobił wszystko, 
by ratować życie nienarodzonego, łącznie ze skierowaniem sprawy do prokuratora, gdyby się 
zorientował, że matka usiłuje zabić jego syna czy córkę.  
W oparciu o powyższe analizy można stwierdzić, że człowiek, który nie dorasta do miłości i 
odpowiedzialności  będzie  zawsze  stawał  zaniepokojony  w  obliczu  swojej  seksualności  i 
będzie  przeżywał  dramatyczne  porażki  oraz  krzywd  w tej  dziedzinie  życia.  Poza  miłością  i 
odpowiedzialnością człowiek może doświadczać jedynie przeklętego oblicza seksualności, aż 
do uzależnień, przestępstw, moralnej degeneracji i fizycznej śmierci włącznie.  
 
 
 
 
 
 

Część II 

background image

 

Błogosławione oblicza ludzkiej seksualności

 

 

1.  Specyfika ludzkiej seksualności  

 

Ludzką seksualność możemy zrozumieć i w błogosławiony sposób uformować jedynie wtedy, 
gdy rozumiemy oraz respektujemy całego człowieka, jego naturę i powołanie. Człowiek jest 
kimś jedynym na tej ziemi, kto nie jest zdeterminowany popędami czy instynktami. Właśnie 
dlatego jest odpowiedzialny za swoje czyny, a z drugiej strony  – będąc wolnym -  jest kimś, 
kto  potrafi  skrzywdzić  siebie  i  innych  ludzi.  Jeśli  dorasta  do  swego  powołania,  to  uczy  się 
dojrzale  myśleć  i  kochać  oraz  odnosi  się  do  siebie  i  innych  zgodnie  z  zamysłem  Stwórcy. 
Człowiek  został  ukształtowany  przez  Stwórcę  jako  osoba,  a  być  osobą  to  być  spotkaniem: 
spotkaniem z samym sobą, z drugim człowiekiem i z Bogiem, który jest wspólnotą osób. To 
dlatego pierwszym złem, które dotyka człowieka, nie jest cierpienie, grzech czy śmierć, lecz 
osamotnienie  (por.  Rdz  2,  18).  Spotykanie  się  z  innymi  osobami  jest  naszą  podstawową 
potrzebą. Najłatwiej zauważyć to w sytuacji małych dzieci, dla których nieustanny kontakt z 
rodzicami to dosłownie kwestia życia lub śmierci. Dojrzałe spotykanie się z samym sobą i z 
innymi nie jest jednak sprawą spontaniczności. Tej niezwykłej umiejętności trzeba się uczyć. 
Najważniejsze, a jednocześnie stawiające najtrudniejsze wymagania, są spotkania człowieka z 
osobami drugiej płci.  
W  tej  kwestii  jest  wiele  nieporozumień,  a  pierwsze  z  nich  polega  na  przypisywaniu  
mężczyźnie wyższej godności i dominującej pozycji w kontakcie z kobietą. Niektórzy sądzą, 
że taka jest wola samego Boga. Tymczasem Bóg stwarza Ewę z „boku” Adama nie na znak, 
jakoby była ona kimś niższym i podporządkowanym mężczyźnie, ale na skutek współczucia 
wobec  Adama,  wobec  jego  samotności  i  bezradności.  Dopóki  nie  pojawia  się  Ewa,  dopóty 
Adam  nie  może spotkać się z drugą osobą, nie  może wejść w świat osób  i więzi. Bez Ewy 
Adam żyje jakby w ciągłym śnie. Obecność kobiety otwiera mu oczy na nowy świat. Na świat 
ludzi  i  więzi  międzyludzkich.  Na  świat,  który  niesie  ze  sobą  większe  ryzyko  i  trudniejsze 
wyzwania niż świat zwierząt, ale w którym człowiek może doświadczyć miłości i radości, a 
zatem  tego,  za  czym  najbardziej  tęskni  i  co  nie  jest  nieosiągalne  w  kontakcie  ze  światem 
zwierząt czy rzeczy. Szczególna wrażliwość na świat osób jest niezwykłą specyfiką geniuszu 
kobiecego,  podczas  gdy  mężczyźni  z  natury  bardziej  są  zainteresowani  światem  rzeczy  i 
zanurzeni  w  ten  świat.  Z  tego  właśnie  powodu  to  właśnie  Ewa  jako  pierwsza  zostaje 
zaatakowana  przez  szatana.  Zdaje  on  bowiem  sobie  sprawę  z  tego,  że  trudno  mu  będzie 
pokonać mężczyznę, dopóki ten żyje w obecności dojrzałej i szczęśliwej  kobiety.  
W  relacji  kobieta  –  mężczyzna  nie  powinno  być  zatem  miejsca  na  walkę  czy  na  dominację 
którejkolwiek  ze  stron.  Jeśli  kobieta  i  mężczyzna  uczą  się  spotykać  ze  sobą  w  sposób 
odpowiedzialny,  wtedy  ich  kontakt  nie  powoduje  niepokoju,  napięcia,  buntu,  zazdrości. 
Relacja  oparta  na  dojrzałej  miłości  sprawia,  że  obydwoje  rozumieją  i  respektują  siebie 
nawzajem. Tego typu relacja staje się wzajemnym wsparciem i prawdziwym darem dla obu 
stron. Darem, który nie ciąży i który nie ogranicza nikogo, gdyż jest darem wzajemnym. Jeśli 
natomiast jedna ze stron jest przekonana, że druga osoba ją potrzebuje, ale że ona sama nie 
potrzebuje  nikogo, wtedy relacja zamiera, albo staje  się w  jakimś  aspekcie  niepokojąca czy 
upokarzająca.  
Każda autentyczna relacja między ludźmi jest inna i niepowtarzalna. Każda też wymaga nie 
tylko dużej dojrzałości obu stron, lecz także zdolności do podjęcia ryzyka. Każde spotkanie to 
przecież spotkanie z kimś  innym  niż  my, z kimś, kogo nie  możemy do końca poznać  i  kto 
ciągle może nas zaskakiwać, tak jak może zaskakiwać samego siebie. Zwłaszcza jeśli jest to 
spotkanie osób płci odmiennej. Kobiety i mężczyźni różnią się bowiem nie tylko w aspekcie 
fizycznym, ale jeszcze bardziej w aspekcie symbolicznym, czyli w sposobie interpretowania i 

background image

przeżywania  samego  siebie,  w  sposobie  kontaktowania  się  z  drugą  osobą  oraz  w  sposobie 
odnoszenia się do rzeczywistości, w której żyją.  
Żadna osoba nie może zostać utożsamiona z kimkolwiek innym. Żaden też człowiek nie może 
stać  się  wszystkim  dla  drugiej  osoby.  Z  tego  samego  powodu  nikt  nie  może  oczekiwać,  że 
jakaś pojedyncza osoba stanie się dla niego wystarczającym punktem odniesienia. W każdej 
relacji  –  także  między  małżonkami  –  spotykające  się  osoby  potrzebują  siebie  nawzajem,  a 
jednocześnie  nie  mogą  zawęzić  swoich  kontaktów  do tej  jedynie  relacji.  Poprzez  kontakt  z 
jednym tylko człowiekiem nikt nie może bowiem odkryć w pełni samego siebie i wszystkich 
swoich  potencjalności.  Żadna  z  ludzkich  osób  nie  jest  na  tyle  silna  i  bogata  w  swym 
człowieczeństwie,  by  wystarczyła  drugiej  osobie  jako  jedyny  punkt  odniesienia.  Jednym 
zatem  zagrożeniem  jest  życie  w  izolacji  i  osamotnieniu,  a  drugim  -  zawężenie  więzi 
międzyludzkich do kontaktu z jednym  tylko człowiekiem. Być osobą to spotykać się z całym 
światem osób. Nie wystarczy tu ani relacja z samym sobą, ani zawężenie się do kontaktów z 
jakąś jedną tylko osobą. Symptomatycznym potwierdzeniem tej zasady jest fakt, że Bóg nie 
jest ani samotnością, ani pojedynczą osobą, lecz wspólnotą osób.  
Spotkania  z  innymi  ludźmi  odsłaniają  naszą  ludzką  ograniczoność,  zależność, 
niewystarczalność. Tym pełniej  doświadczamy  naszego  istnienia,  im  bardziej  ktoś inny  jest 
dla  nas  obecny,  im  dojrzalej  nas  rozumie  i  respektuje,  im  silniej  wiąże  z  nami  swój  los,  a 
jednocześnie im bardziej różni się od nas, im bardziej nie jest do nas podobny. Z tego właśnie 
względu  małemu  dziecku  nie  wystarczy  spotykanie  się  jedynie  ze  swoimi  rówieśnikami. 
Potrzebuje ono spotkań z kimś większym od samego siebie. Z kolei  ludzie dorośli  mogą  w 
pełni odkryć własną tajemnicę jedynie poprzez spotkanie z Bogiem, gdyż On jest całkowicie 
inny, a jednocześnie całkowicie nas rozumie i nieodwołalnie kocha. 
Dojrzałe  i  autentyczne  spotkanie  jest  możliwe  pomimo  tego,  że  nie  jesteśmy  kimś 
doskonałym  i  wolnym  od  jakichkolwiek  słabości  czy  ułomności.  Takie  spotkanie  wymaga 
natomiast odwagi kontaktowania się z drugą osobą w sposób szczery i z prostotą. Oznacza to, 
że  w  relacji  z  drugim  człowiekiem  potrafimy  uznać  nasze  ograniczenia,  błędy  i  słabości,  a 
także wypowiadać nasze lęki i trudności, a także nasze silne strony, radości i nadzieje. 
Kontakt między kobietą a  mężczyzną z  natury prowadzi do silniejszego zaangażowania  niż 
relacja  między  osobami  tej  samej  płci.  Takie  zaangażowanie  emocjonalne  i  egzystencjalne 
może ułatwiać, ale też może utrudniać, a nawet niszczyć relację między kobietą a mężczyzną 
w  małżeństwie,  w  rodzinie,  w  przyjaźni,  w  relacji  wychowawczej,  terapeutycznej  i  we 
wszystkich  innych  formach  kontaktu.  Dojrzała  więź  wymaga  bowiem  harmonijnego 
połączenia dwóch sprzecznych wydawałoby się tendencji: dążenia do bycia razem, do silnego 
zaangażowania  się    w  daną  więź,  a  z  drugiej  dążenia  do  niezależności  i  zachowania  dużej 
autonomii. Małe dziecko niemal zupełnie utożsamia się z rodzicami. Później niemal zupełnie 
się buntuje, chcąc osiągnąć całkowitą niezależność. Dojrzałość oznacza przezwyciężenie obu 
tych  skrajności.  Jednak  także  w  życiu  osób  dorosłych  każda  intensywnie  przeżywana  więź 
przechodzi fazę „dzieciństwa”, czyli fazę, w której obie strony niemal utożsamiają się ze sobą 
i na pewien okres dystansują się od innych więzi. Z kolei w następnych fazach doświadczają 
na  przemian  intensywnej  potrzeby  bliskości,  to  znowu  dążą  do  zachowania  większego 
dystansu i poczucia niezależności.  
Okazywanie drugiej osobie miłości, a jednocześnie wyrażanie potrzeby bycia zauważonym i 
kochanym  wiąże  się z  jednej strony ze świadomością własnej siły  i  dojrzałości, a z drugiej 
strony  z  uznaniem  własnych  granic,  własnej  zależności,  pragnienia  dialogu  i  potrzeby 
wsparcia. Dojrzała miłość wymaga uznania nie tylko własnych granic, lecz także ograniczeń i 
niedoskonałości  osoby,  która  nas  kocha.  W  kontakcie  z  drugim  człowiekiem  trzeba  zatem 
przezwyciężyć  nierealne  oczekiwania,  typowe  dla  nastolatków,  którzy  marzą  o  spotkaniu 
kogoś absolutnie  niezwykłego  i absolutnie doskonałego, kto przez całe życie pozostanie do 
ich wyłącznej dyspozycji.  

background image

Dojrzała relacja nie ogranicza się do przeżyć emocjonalnych, ani nie zamyka się w granicach 
naszych stanów świadomości. Wyraża się zatem nie tylko we wspólnym przeżywaniu czegoś, 
lecz również we wspólnym działaniu i aktywności. W przypadku małżonków objawia się to 
poprzez  obopólnie  podejmowaną  troskę  o  dom  i  rodzinę,  poprzez  wychowywania  dzieci  i 
wspólne rozwiązywanie pojawiających się trudności. A także poprzez obdarzanie się gestami 
czułości  i  innymi  znakami  pamięci  oraz  bliskości  (intymne  rozmowy,  kwiaty,  prezenty, 
życzenia, itd.).  
Małżeństwo  jest  zdecydowanie  najsilniejszą  więzią,  jaka  może  zaistnieć  między  kobietą  a 
mężczyzną.  Właśnie  dlatego  ludzie  niedojrzali  sądzą,  że  zawarcie  małżeństwa  oznacza 
rezygnację z własnej wolności i traktują rozwód jako sposób na „odzyskanie” niezależności. 
Tymczasem  więź  małżeńska  to  podstawowa  forma  osiągnięcia  pełnej  wolności,  gdyż 
warunkiem życia w wolności jest zdolność ofiarowania naszej wolności komuś, kto zechciał 
zaryzykować swoją własną wolność, łącząc się z nami na zawsze i na zawsze dzieląc z nami 
wspólny  los.  Właśnie  dlatego  w  małżeństwie  najłatwiej  jest  obu  stronom  zachować 
największą  wolność  i  największą  spontaniczność  w  wyrażaniu  tego,  kim  rzeczywiście  jest 
dana osoba i co w danym momencie naprawdę przeżywa.  
W  życiu  małżonków  pojawiają  się  z  pewnością  także  trudne  dni  i  bolesne  doświadczenia, 
które wymagają ofiarności, cierpliwości i szczególnego daru z samego siebie. Z drugiej strony 
to właśnie wyłączna i wierna miłość małżeńska staje się dla męża i żony źródłem wyjątkowej 
siły, mobilizacji i nadziei na przyszłość. Nikt tak bardzo nie może zranić drugiej osoby, jak 
małżonek. Ale też nikt nie może okazać tak niezwykłej bliskości, czułości i cierpliwości, jak 
mąż czy żona. 
Niezwykłość i wyjątkowość relacji między małżonkami jest w szczególny sposób widoczna i 
czytelna  w  wymiarze  seksualnym.  Seksualność  respektująca  godność  osoby  ludzkiej  –  i 
dlatego  zarezerwowana  wyłącznie  dla  małżonków  -  to  jedno  z  najgłębszych  narzędzi 
komunikacji  między  kobietą  a  mężczyzną.  Tak  przeżywana  seksualność  jest  miejscem 
wyrażania  miłości  małżeńskiej,  czyli  wiernej,  wyłącznej  i  płodnej,  a  także  sposobem 
poszukiwania najbardziej intymnego i bogatego w konsekwencje kontaktu z małżonkiem. Jest 
energią, która pomaga angażować się i do końca wytrwać w małżeństwie w dobrej i złej doli. 
Niestety  często  seksualność  jest  redukowana  do  popędu  i  do  kontaktu  genitalnego.  To  są 
wprawdzie  istotne,  ale  nie  wyłączne  elementy  ludzkiej  seksualności.  Seksualność  to  także 
bardzo  mocny  sposób  okazywania  naszej  sytuacji  egzystencjalnej,  naszej  skończoności  i 
zależności, naszej potrzeby bliskości i kontaktu z drugą osobą. Małżonkowie, którzy kochają 
siebie  w  sposób  dojrzały  i  w  pełni  ludzki,  znajdują  tysiące  słów,  gestów,  zachowań  i  form 
czułości, aby nieustannie wyrażać sobie potrzebę bliskości, intymności, zaufania. Wszystkie 
tego typu zachowania są   niezwykle ważnymi obliczami  seksualności, które często umykają 
naszej świadomości.  
Dojrzała relacja między małżonkami wymaga od obu stron ukształtowania w sobie dojrzałej 
postawy wobec sfery seksualnej, aby sfera ta wyrażała wzajemną miłość, odpowiedzialność, 
bliskość i czułość. Z drugiej strony w każdym małżeństwie seksualność jest połączona z jakąś 
formą ryzyka, wątpliwości i niepewności. Jak każda forma komunikacji, nie poddaje się ona 
ogólnym  schematom  czy  rutynowym  zachowaniom.  Seksualność  –  jak  każda  forma 
komunikowania  miłości  -  wymaga  od  małżonków  delikatności,  taktu,  wczuwania  się  w 
sytuację i wrażliwość drugiej osoby. Jest też bezpośrednio powiązana z codziennym życiem 
męża  i  żony  oraz  z  ich  pozaseksualnymi  sposobami  wzajemnego  odnoszenia  się  do  siebie. 
Dojrzała seksualność wyrażana jest najpierw za pomocą słów, gestów, symboli i wspólnych 
przeżyć  męża  i  żony  w  kontekście  ich  wzajemnej  miłości.  Dopiero  później  komunikowana 
jest  za  pomocą  języka  ciała.  Z  tego  względu  uformowanie  dojrzałej  postawy  w  sferze 
seksualnej nie jest możliwe, jeśli dana osoba nie osiąga dojrzałości w pozostałych aspektach 
relacji międzyludzkich.  

background image

Jednym z podstawowych sposobów weryfikacji stopnia dojrzałości danej pary małżonków w 
odniesieniu  do  sfery  seksualnej  jest  płodność  tej  sfery.  Nie  chodzi  tu  jedynie  o  płodność 
fizyczną,  ale  także  o  płodność  psychiczną,  duchową,  kulturową,  społeczną.  Dojrzale 
przeżywana i wyrażana seksualność nie zawęża człowieka, ani nie jest zagrożeniem dla jego 
rozwoju w pozostałych sferach. Zagrożenie takie płynie jedynie z zaburzonej postawy wobec 
seksualności.  Zaburzenia  te  mogą  przybrać  dwie  podstawowe  formy.  Mogą  polegać  na 
odrywaniu  seksualności  od  miłości  i  odpowiedzialności  (co  prowadzi  do  uzależnień  i 
patologii) lub na ucieczce od własnej seksualności (co prowadzi do nerwic i natręctw  oraz do 
lęków w kontaktach z małżonkiem). 
Seksualność jest cechą każdej osoby ludzkiej, gdyż każdy człowiek jest osobą wcieloną, czyli 
kimś, kto z natury wyraża siebie za pośrednictwem ciała, płciowości  i seksualności.  Z tego 
względu  wymiar  seksualny  jest  obecny  również  w  życiu  tych  osób,  które  nie  zawierają 
małżeństwa  i  które  powstrzymują  się  od  współżycia  seksualnego.  Tymczasem  zwykle 
redukujemy seksualność do fizycznego popędu oraz do kontaktu genitalnego  i  erotycznego. 
Jesteśmy wtedy skłonni do patrzenia na seksualność głównie, a czasem jedynie w kategoriach 
nakazów  i  zakazów  moralnych,  które  odnoszą  się  do  tego  właśnie  aspektu  ludzkiej 
seksualności.  Tymczasem  seksualność,  przeżywana  w  sposób  pogłębiony  i  zintegrowany  z 
całym projektem życia, jest ściśle połączona także ze sferą ludzkiej duchowości. Wiąże się z 
mistyką ludzkiego życia i jest darem zadanym człowiekowi jako osobie.  
Jedną zatem  skrajnością  jest seksualne  nieuporządkowanie  aż do wyuzdania  i demoralizacji 
włącznie.  Drugą  skrajnością  jest  negacja  własnej  seksualności,  która  wyraża  się  poprzez 
oziębłość  w  kontaktach  międzyludzkich  i  niezdolność  do  okazania  znaków  bliskości, 
czułości,  życzliwości.  Tymczasem  osoba  dojrzała  i  zintegrowana,  która  kocha  i  która 
doświadcza miłości, potrafi wyrażać swoje bycie dla innych oraz swoją radość ze spotkania z 
innymi osobami całym swoim ludzkim bogactwem, a zatem także fizyczną obecnością oraz 
odpowiedzialną  czułością,  czyli  czułością  dostosowaną  do  rodzaju  więzi  i  sytuacji  drugiej 
osoby.  Podstawowe  formy  takiej  czułości  (uśmiech,  życzliwy  ton  głosu,  przyjazne  podanie 
dłoni)  są  zatem  udziałem  wszystkich  ludzi,  w  tym  również  osób  duchownych. 
Najdoskonalszym  wzorem  integracji  i  dojrzałości  w  tym  względzie  jest  Chrystus,  a 
wzruszającymi  symbolami  fizycznej  i  czułej  obecności  w  naszych  czasach  stała  się  Matka 
Teresa z Kalkuty oraz Jan Paweł II, a zatem siostra zakonna i kapłan.  
Z  powyższych  analiz  wynika,  że  ludzka  seksualność  jest  zjawiskiem  bardzo  złożonym.  Jej 
sposób przeżywania i wyrażania wiąże się ze wszystkimi innymi wymiarami naszego życia: 
ze  sferą  cielesną,  płciową,  psychiczną,  moralną,  duchową,  społeczną,  religijną,  prawną, 
obyczajową,  a  także  ze    sferą  wolności  i  wartości.  W  świecie  zwierząt  seksualność  jest 
całkowicie  zdeterminowana  poprzez  instynkty  i  popędy.  Zachowania  zwierząt  w  tej 
dziedzinie nie są ani wolne, ani świadome. Właśnie dlatego w świecie zwierząt nie spotykamy 
zachowań seksualnych zaburzonych czy patologicznych (chyba że zostają one sprowokowane 
działaniem  człowieka,  np.  w  celach  badawczych).  Zwierzęta  nie  potrzebują    wychowania 
seksualnego, gdyż automatycznie wykonują program zachowań, który ktoś inny wpisał w ich 
naturę. Tymczasem  człowiek nie  jest zniewolony popędami ani  instynktami. Podstawowym 
narządem  seksualnym  człowieka  jest  przysadka  mózgowa,  której  działanie  w  decydującym 
stopniu określa  nasze przeżycia  i  zachowania w tej  sferze. Z tego względu człowiek  jest w 
stanie kierować seksualnością w oparciu o swoją świadomość i wolność, w oparciu o swoją 
inteligencję i swoje ideały.  
 
 

2.  Potrzeba integracji w sferze seksualnej    

 

background image

Niezwykłość  ludzkiej  sfery  seksualnej  wyraża  się  w  tym,  że  dotyczy  ona  bezpośrednio 
wszystkich  sfer  ludzkiej  rzeczywistości.  Właśnie  dlatego  sposób  przeżywania  i  wyrażania 
seksualności  stanowi  istotny  sprawdzian  dojrzałości  danej  osoby.  Jest  rodzajem 
„termometru”,  którym  możemy  weryfikować  dorastanie  do  miłości  i  odpowiedzialności. 
Człowiek  niedojrzały  choćby  w  jakiejś  jednej  dziedzinie  życia,  będzie  przeżywał  z  reguły 
trudności  również  w  sferze  seksualnej.  Nie  da  się  odseparować  tej  sfery  od  pozostałych 
wymiarów ludzkiej egzystencji.  
W oczywisty sposób sfera seksualna wiąże się ze sferą instynktów i popędów. Z tego właśnie 
względu  w  sposób  szczególnie  intensywny  jest  odczuwana  w  okresie  dorastania    i  „burzy” 
hormonów. Seksualność ma też bezpośredni związek z naszą płciowością i dlatego wyraźnie 
inaczej  wyraża  się  ona  u  mężczyzn  niż  u  kobiet.  Ponadto  ma  ona  związek  z  ludzką 
inteligencją.  Zachowania  seksualne  wynikają  w  znacznym  stopniu  z  naszych  sposobów 
rozumowania  i  myślenia  na  temat  więzi  między  kobietą  a  mężczyzną.  Kto  nie  potrafi 
rozsądnie i krytycznie myśleć w tej dziedzinie, ten zaczyna błądzić w sferze seksualnej.  
Istnieje wyraźny związek między seksualnością a emocjami. Związek ten najłatwiej dostrzec 
w okresie zakochania, w którym cielesność i seksualność drugiej osoby staje się wyjątkowo 
atrakcyjna i pociągająca także wtedy, gdy nie występuje w danym momencie pobudzenie na 
poziomie  popędu  i  pożądania.  Ponadto  seksualność  wiąże  się  w  ścisły  sposób  ze  sferą 
moralną.  Właśnie  dlatego  ludzie  mający  zawężoną  czy  zaburzoną  wrażliwość  moralną 
wyrządzają zwykle krzywdę sobie i innym w tej dziedzinie. Osoby te nie potrafią  – lub nie 
chcą  -  odróżniać  tych  zachowań,  które  są  odpowiedzialne,  od  tych,  które  są  szkodliwe  czy 
wręcz patologiczne i zakazane prawem.  
Sfera  seksualna  wiąże  się  również  ze  sferą  duchową,  czyli  ze  zdolnością  człowieka  do 
zrozumienia  samego  siebie  oraz  sensu  własnego  życia.  Kto  błędnie  interpretuje  własną 
tajemnicę,  ten  wypacza  również  swoją  seksualność.  Typowym  przykładem  jest  tu 
przekonanie, że człowiek żyje po to, by kierować się doraźną przyjemnością. W konsekwencji 
tego  typu  naiwności  seksualność  prowadzi  do  krzywd,  patologii  i  uzależnień.  Kolejnym 
przejawem  specyfiki  ludzkiej  sfery  seksualnej  jest  jej  silne  powiązanie  ze  sferą  wartości. 
Właśnie  dlatego  człowiek  jest  w  stanie  postawić  czystość  i  odpowiedzialność  wyżej  niż 
doraźną przyjemność, pieniądze, karierę, a nawet życie. Równie bezpośredni związek istnieje 
między ludzką seksualnością a wolnością. Człowiek, który nie dorasta do dojrzałej wolności, 
albo który tak naiwnie używa swojej wolności, że ją traci, zaczyna tracić zdolność kierowania 
własną seksualnością. Zwykle sfera ta staje się wtedy jeszcze jednym miejscem zniewolenia i 
szczególnie bolesnej porażki.  
Sfera  seksualna  ma  ścisły  związek  z  wymiarem  społecznym.  Sposób  kontaktowania  się  z 
innymi  ludźmi  jest  w  dużym  stopniu  zależny  od  sposobu  przeżywania  i  wyrażania 
seksualności. Ludzie, którzy okazują się agresywni, prymitywni czy cyniczni w kontakcie z 
innymi,  w  podobny  –  a  zatem  w  agresywny,  prymitywny  czy  cyniczny  sposób  wyrażają 
również  swoją  seksualność.  Natomiast  ludzie,  którzy  w  kontakcie  z  innymi  kierują  się 
szacunkiem,  miłością  i  odpowiedzialnością,  w  podobny  sposób  zachowują  się  w    sferze 
seksualnej.  
Ludzka seksualność ma wreszcie silny związek z religijnością człowieka. Wszelkie dostępne 
badania empiryczne wskazują na fakt, że ludzie, którzy żyją w pogłębionej więzi z Bogiem, 
prezentują zwykle znacznie większą rozwagę i dojrzałość w sferze seksualnej, niż ateiści czy 
osoby  obojętne  religijnie.  Wśród  ludzi  wierzących  i  praktykujących  znacznie  mniej  jest 
erotomanii, patologii seksualnych, aborcji, prostytucji, gwałtów czy zachorowań na AIDS niż 
wśród  tych dorosłych i młodzieży, którzy nie są związani z Bogiem i którzy nie uznają zasad 
Dekalogu.  Zdecydowanie  dojrzalsza  i  bardziej  odpowiedzialna  postawa  ludzi  wierzących  i 
praktykujących  nie  wynika  z  mniejszej  atrakcyjności  sfery  seksualnej  w  ich  życiu,  ani  z 
„tłumienia”  popędów”,  lecz  z  dojrzalszej  filozofii  życia  oraz  ze  zdecydowanie  większej 

background image

niezależność  emocjonalnej,  intelektualnej,  moralnej  i  duchowej,  którą  zyskuje  człowiek 
związany osobistą więzią z Bogiem. 
Dynamika  spotkań  między  kobietą  a  mężczyzną  oraz  ich  wzajemna  miłość  z  perspektywy 
człowieka religijnego w poruszający  sposób opisana jest w księdze Pieśni nad pieśniami. To 
jedyna  księga  Pisma  Świętego,  w  której  nawet  raz  nie  ma  bezpośredniego  odniesienia  do 
Boga. Jednak Bóg jest w tej księdze wyjątkowo silnie obecny, gdyż Bóg jest miłością.  W ten 
sposób  Biblia  przypomina  nam,  że  istnieje  niezwykle  głębokie  powiązanie  między  tym,  co 
ludzkie, a tym, co Boże, między spotkaniem z Bogiem a spotkaniem z człowiekiem, między 
miłością  ludzką a  miłością Bożą. Rozdzielanie tych dwóch rzeczywistości zawsze prowadzi 
do  kryzysu  człowieka,  a  także  do  kryzysu  jego  więzi  i  jego  miłości.  Tylko  w  kontakcie  z 
Bogiem  możemy nauczyć się spotykania z samym sobą i z drugim człowiekiem w oparciu o 
miłość wierną, ofiarną i odpowiedzialną.  
W  obliczu  niezwykłości  i  złożoności  ludzkiej  seksualności  każdy  człowiek  potrzebuje 
pogłębionego  wychowania,  czujności  i  dyscypliny  w  tej  sferze.  Podobnie  jak    potrzebuje 
wychowania,  czujności  i  dyscypliny  w  wyrażaniu  miłości,  w  przeżywaniu  przyjaźni,  w 
codziennym  kontakcie  z  samym  sobą  i  z  drugim  człowiekiem.  Konkretnym  sprawdzianem 
dojrzałości  w  odniesieniu  do  ludzkiej  seksualności  jest  ochrona  tej  sfery  zarówno  przed 
traktowaniem jej jako tematu tabu czy jako przestrzeni niezdrowej ciekawości, jak też przed 
tendencją  do  odzierania  jej  z  klimatu  intymności  i  prywatności.  Sposób  przeżywania  i 
wyrażania  seksualności  to  bardzo  istotny  i  podlegający  codziennej  weryfikacji  sprawdzian 
naszej dojrzałości w relacji do samego siebie i do innych osób, w tym zwłaszcza do osób płci 
odmiennej. 
W  sferze  seksualnej  –  podobnie,  jak  i  w  innych  sferach  –  człowiek  nie  jest  zniewolony 
popędami  czy  instynktami.  Podstawowym  narządem  seksualnym  człowieka  jest  mózg,  a 
dokładniej przysadka mózgowa, której działanie w znacznym stopniu określa nasze przeżycia 
i  decyduje  o  naszych  zachowaniach  w  sferze  seksualnej.  Człowiek  może  być  zatem  panem 
swojej seksualności. Może kierować nią w oparciu o swoją świadomość i wolność, w oparciu 
o swoją inteligencję i swoje ideały. Właśnie dlatego naruszenie norm prawnych w odniesieniu 
do  ludzkiej  seksualności  powoduje  odpowiedzialność  karną.  Jeśli  traci  władzę  nad  własną 
seksualnością to znaczy, że on sam - a nie tylko jego seksualność - przeżywa kryzys. Dzieje 
się tak np. w sytuacji, gdy ktoś popada w erotomanię, gdy popełnia przestępstwa seksualne, 
albo gdy jest dotknięty przez inne formy zaburzeń.  
 

3.  Integracja seksualna a postawa wobec ciała   

 
Człowiek jest osobą wcieloną  
 
Nabycie  dojrzałej  postawy  wobec  własnego  ciała  oraz  wobec  cielesnego  wymiaru  innych 
ludzi  stanowi  konieczny  warunek  zajęcia  dojrzałej  postawy  w  sferze  seksualnej.  W 
perspektywie  materialistycznej  nie  ma  istotnej  różnicy  między  ciałem  człowieka  a  ciałem 
zwierzęcia, podobnie jak nie ma istotnej różnicy między człowiekiem a zwierzęciem. Z kolei 
wychowanie  w  duchu  spirytualizmu  dąży  do  odcięcia  wychowanka  od  kontaktu  z  jego 
cielesnością, traktując tę sferę jako coś obcego człowiekowi, jako rodzaj więzienia dla duszy.  
Dominujące  obecnie  trendy  kulturowe  i  cywilizacyjne  promują  zaburzoną  i  ambiwalentną 
postawę  wobec  ludzkiej  cielesności.  Z  jednej  strony  stawiają  cielesność  w  centrum  uwagi, 
głoszą kult młodości, zachęcają do zdrowego odżywiania i trybu życia. Sprawiają, że ludzie 
koncentrują się na trosce o zewnętrzny wygląd, sprawność fizyczną, zaspokojenie wszelkich 
potrzeb  cielesnych.  Z  drugiej  strony  obecna  kultura  coraz  częściej  w  drastyczny  sposób 
lekceważy  ludzką  cielesność.  Typowym  przykładem  w  tym  względzie  jest  modne  obecnie 
wprowadzanie  rozróżnienia  między  zdradą  „psychiczną”  a  „fizyczną”  w  małżeństwie  i 

background image

traktowanie  tej  ostatniej  jako  mało  istotnej.  Mamy  wtedy  do  czynienia  z  chorobliwym 
rozdarciem  człowieka,  który  neguje  swoją  odpowiedzialność  za  to,  co  czyni  z  własnym 
ciałem, jakby cielesność nie była jego częścią. Inny przykład lekceważenia ludzkiego ciała to 
traktowanie  cielesności  jako  rzeczy  czy  towaru,  z  którego  można  czerpać  łatwy  zysk  (np. 
przez prostytucję czy pornografię).  
Dojrzałą  postawę  wobec  ludzkiego  ciała  mogą  kształtować  tylko  te  systemy  pedagogiczne, 
które opierają  się  na  biblijnej  koncepcji  człowieka.  W  tej  perspektywie  nie  można  bowiem 
redukować  człowieka  ani  do  jego  cielesności,  ani  do  jego  duchowości.  Błędem  byłoby 
zarówno  troszczenie  się  o  ciało  kosztem  ducha,  jak  też  dążenie  do  rozwoju  duchowego 
kosztem ciała i jego podstawowych potrzeb. W antropologii biblijnej ciało ludzkie jest aż tak 
ważne,  że  na  zawsze  pozostanie  integralnym  elementem  człowieka.  Także  po  jego  śmierci 
fizycznej.  W  wieczności  zbawienia  lub  potępienia  człowiek  będzie  istniał  nie  tylko  w 
wymiarze duchowym i psychicznym, ale również w wymiarze cielesnym (por.1 Kor 15, 35-
37). Zmartwychwstanie ciał na końcu czasu jest potwierdzeniem, że ciało ludzkie nie jest dla 
człowieka  czymś  przypadkowym  czy  czasowym,  lecz  stanowi  integralną  część  jego  natury. 
Śmierć  człowieka  nie  oznacza  ani  początku  jego  kolejnego  „wcielenia”  (reinkarnacja),  ani 
jego  całkowitego  odcieleśnienia  (zbawienie  jedynie  duszy).  Każdy  z  nas  na  zawsze 
pozostanie  osobą  wcieloną.  KKK  (990)  przypomina  nam,  iż  „zmartwychwstanie  ciała 
oznacza, że po śmierci będzie żyła nie tylko dusza nieśmiertelna, ale że na nowo otrzymają 
życie także  nasze  śmiertelne ciała (Rz 8,11)”. Pierwowzorem w tym  względzie  jest dla  nas 
Chrystus.  KKK  (999)  stwierdza,  że  „Chrystus  zmartwychwstał  w  swoim  własnym  ciele: 
„Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem” (Łk  24, 39). Nie powrócił On jednak do życia 
ziemskiego.  Tak  samo  w  Nim  wszyscy  zmartwychwstaną  we  własnych  ciałach,  które  mają 
teraz, ale to ciało będzie przekształcone w „chwalebne ciało” (Flp 3, 21), w „ciało duchowe” 
(1 Kor 15, 44).  
W  Księdze  Rodzaju  ciało  oznacza  widzialność  człowieka  i  jego  przynależność  do  świata 
widzialnego. Mimo, że nietrwałe i porównywalne do gliny (por. 2 Kor 4, 7), ciało człowieka 
jest jedyne i niepowtarzalne. Poprzez ciało wyraża się osoba ludzka. Kto dotyka mojego ciała, 
ten dotyka  mnie,  jako osoby.  Kto wyrządza  mi cielesną krzywdę, ten krzywdzi  mnie, a  nie 
tylko  moje  ciało.  Kto  ulega  jakimś  uzależnieniem  czy  nałogom  w  sferze  cielesnej,  ten  nie 
tylko  ma  zniewolone  ciało.  On  cały  jako  człowiek,  jako  osoba  wcielona,  staje  się  kimś 
uzależnionym i okalecza swoją wewnętrzną wolność.  
Nowy Testament podkreśla, że ciało stało się nie tylko sposobem widzialności człowieka, ale 
także  miejscem  grzechu.  To  właśnie  w  swej  cielesności  w  szczególny  sposób  doświadcza 
człowiek  kruchości  samego  siebie  i  własnego  losu.  Poprzez  ciało  wyraża  się  nie  tylko 
człowiek jako osoba, ale również  świat doczesny, z którego ciało ludzkie zostało wzięte. A 
świat  doczesny  dotknięty  jest  tajemnicą  słabości  i  dramatem  grzechu.  „Jestem  bowiem 
świadom,  że  we  mnie,  to  jest  w  moim  ciele,  nie  mieszka  dobro;  bo  łatwo  przychodzi  mi 
chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię 
to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, 
który we  mnie  mieszka.  A zatem stwierdzam  w  sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, 
narzuca  mi  się  zło”  (Rz  7,  18  –  21).  Z  tego  powodu  ludzkie  ciało  bywa    przeciwstawiane 
duchowi  i potrzebuje  odkupienia.  Dlatego też „i  my sami, którzy  już posiadamy pierwsze 
dary Ducha (...) całą istotą wzdychamy, oczekując (...) odkupienia naszego ciała” (Rz 8, 23). 
Z  tej  właśnie  nadziei  odkupienia  naszych  ciał  możemy  czerpać  siłę  i  motywację  do 
przezwyciężania  zła  i  zagrożeń,  które  drzemią  w  naszym  doczesnym  ciele  pod  postacią  
potrójnej  pożądliwości,  która  w  języku  biblijnym  nazywana  jest  pożądliwością  ciała, 
pożądliwością oczu i pychą żywota.  
W obliczu powyższych analiz  możemy stwierdzić, że Pismo Święte w sposób jednoznaczny 
ukazuje  integralny  personalizm,  który  respektuje  nierozerwalną  łączność  cielesności  i 

background image

duchowości  w  naturze  oraz  w  działaniu  człowieka.  Bez  cielesności  nie  sposób  zrozumieć 
człowieka i jego sytuacji na tej ziemi. Oderwanie człowieka od jego cielesności oznaczałoby 
oderwanie człowieka od niego samego. Tak, jak nie istnieje człowiek poza swoją płciowością, 
czyli  w  oderwaniu  od  swego  bycia  kobietą  lub  mężczyzną,  tak  nie  istnieje  człowiek  poza 
swoją cielesnością, czyli w oderwaniu od swego konkretnego i niepowtarzalnego ciała oraz w 
oderwaniu od swych konkretnych i niepowtarzalnych uwarunkowań fizycznych.  
 
 Ciało jest włączone w tajemnicę i powołanie człowieka  
 
Ciało  ludzkie  wyraża  ostatecznie  to,  co  jest  tajemnicą  człowieka,  a  nie  tajemnicą  ciała. 
Poprzez  fizyczne  zachowania  i  gesty  możemy  odsłaniać  to,  co  jest  naturą  człowieka  i  co 
przekracza logikę i możliwości ciała. Nasze zachowania cielesne wyrażają to, kim jesteśmy, 
jakie mamy wartości, w jaki sposób rozumiemy sens życia i kim chcemy być dla innych ludzi.   
W  tym  kontekście  warto  przytoczyć  wypowiedź  Gabriela  Marcela,  który  stwierdził,  że  
kochać człowieka, „to znaczy  mówić:  ty nie umrzesz”. Jeśli kochamy drugą osobę  miłością 
dojrzałą  i  nieodwołalną,  to  pragniemy,  by  ona  żyła.  By  żyła  na  zawsze.  Niestety  żaden 
człowiek  nie  może  mocą  swojej  ludzkiej  miłości  obdarzyć  nieśmiertelnością  drugiego 
człowieka,  którego  kocha.  To  jednak  może  uczynić  Bóg!  On  pokochał  nas  od  zawsze  i  na 
zawsze. On jest Bogiem żyjących, a nie umarłych. Boża obietnica zmartwychwstania całego 
człowieka  przy  końcu  czasów  jest  potwierdzeniem  i  konsekwencją  nieodwołalnej  miłości 
Boga do człowieka. Jest potwierdzeniem miłości silniejszej niż śmierć.  
Zmartwychwstanie  będzie  ostatecznym  dopełnieniem  dzieła  stworzenia  i  odkupienia 
człowieka.  Zmartwychwstanie  ciał  przy  końcu  czasów  nie  będzie  bowiem  zwykłym 
przywróceniem sytuacji sprzed naszej śmierci. Będzie oznaczało obdarowanie nas przez Boga 
nowym  sposobem  istnienia,  a  zatem  także  nową  relacją  między  ciałem  a  duchem.  Po 
zmartwychwstaniu  nie  będzie  już  wewnętrznej  walki  między  cielesnością  a  duchowością, 
między  człowiekiem  ciała  a  człowiekiem  ducha.  Nie  będzie  to  jednak  o  zwycięstwo  ducha 
nad ciałem, ale zwycięstwo człowieka nad samym sobą. Zmartwychwstanie będzie oznaczać 
doskonałą  integrację  między  wszystkimi  wymiarami  człowieka.  Zmartwychwstanie  to  nie 
pokonanie ciała przez ducha, ale pełne włączenie ciała w tajemnicę osoby. Zmartwychwstanie 
to nie tylko uduchowienie ciała, ale przebóstwienie i odkupienie całego człowieka wraz z jego 
cielesnością (por. Rz 8, 23; Łk 20, 36). 
Na razie  jednak żyjemy w warunkach ziemskich, oczekując zbawienia  i zmartwychwstania. 
Na  razie  „ciało  pożąda  przeciwko  duchowi,  a  duch  przeciw  ciału”  (Ga  5,17).    Na  razie 
panowanie  nad  ciałem  wymaga  stanowczej  czujności,  wewnętrznej  dyscypliny,  stawiania 
sobie jasnych wymagań, kierowania się dojrzałą hierarchią wartości. Na razie człowiek i jego 
ciało  podlega  nieustannemu  zagrożeniu.  Z  powodu  zranienia  ciała  na  skutek  grzechu 
pierworodnego  życie  człowieka  okazuje  się  bolesną  walką  (por.  Job  7,  1)  i  marnością  nad 
marnościami (por. Koh 1, 2). Jednocześnie jednak już tu, na tej ziemi, to samo ludzkie ciało  
w Chrystusie staje się narzędziem  widzialnej miłości i odkupienia: „Przeto przychodząc na 
świat, mówi: ofiary ani daru nie chciałeś, ale utworzyłeś mi ciało” (Hbr 10, 5). To właśnie za 
pośrednictwem ludzkiej cielesności Syn Boży objawia nam odkupieńczą miłość i kocha nas 
aż do końca. Aż do ofiary z własnego życia. Aż do fizycznej śmierci na krzyżu.  
Z  powyższych  względów  nie  można  pozbawić  ludzkiego  ciała  aspektu  moralnego,  ani 
wyłączyć sfery cielesnej z trudu wychowania. Ciało człowieka jest bowiem wyrazem sposobu 
bycia ludzką osobą. Jest miejscem wypowiadania się człowieka. Kto poniża swoje ciało, ten 
poniża samego siebie. Kto przezwycięża słabości własnego ciała, ten odnosi zwycięstwo nad 
samym  sobą.  Kto  w  sposób  świadomy  i  odpowiedzialny  kieruje  własnym  ciałem,  ten  jest 
człowiekiem rozumnym i wolnym. To ja,  człowiek, umieram, gdy umiera moje ciało. To ja, 
cały człowiek, oczekuję z nadzieją mojego zmartwychwstania w Chrystusie. 

background image

 
Wychowanie w sferze cielesnej 
 
Po grzechu pierworodnym wszyscy ludzie, chociaż w różnym stopniu, przeżywają trudności 
w  zrozumieniu  sensu  ludzkiego  ciała  i  w  odpowiedzialnym  kierowaniu  własną  cielesnością. 
Nie  jest  sprawą  przypadku,  że  pierwszą  konsekwencją  pierworodnego  nieposłuszeństwa 
człowieka  było zaniepokojenie się jego cielesną nagością. Ukrywający się Adam powiedział 
do szukającego go Boga: „Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem 
nagi, i ukryłem się” (Rdz 3, 10).  
To  właśnie  od  odkrycia  cielesności  zaczyna  niemowlę  kontakt  z  samym  sobą.  Ciało  jest tą 
częścią,  która  od  początku  życia  „najgłośniej”  sygnalizuje  swoje  istnienie  i  potrzeby. 
Człowiek może nie być w pełni świadomym swoich sposobów myślenia czy swoich przeżyć 
emocjonalnych,  ale  trudno  nie  być  świadomym  głodu,  zmęczenia  czy  bólu  fizycznego. 
Dojrzały człowiek  jest w ciągłym kontakcie  z   własnym  ciałem.  Uświadamia  sobie swoje 
specyficzne  cechy  fizyczne  i  aktualną  sytuację  swojego  organizmu.  Dla  małego  dziecka 
cielesność jest początkowo jedynym wymiarem, w którym ono odkrywa i doświadcza samego 
siebie.  Gdy  rozwój  postępuje  prawidłowo,  to  dziecko  stopniowo  odkrywa  pozostałe  sfery 
swojej  rzeczywistości.  W  ten  sposób  świadomość  własnego  ciała    zostaje  zintegrowana  ze 
świadomością myślenia, z odczuwaniem emocjonalnym, z rodzącą się wrażliwością moralną, 
duchową,  religijną  i  społeczną.  Zaburzenia  w  tym  względzie  oznaczają,  że  poczucie  
tożsamości  danego  człowieka  zostanie ograniczone do jego cielesności. W  takiej  sytuacji  
ciało nabiera  przesadnego znaczenia,  gdyż  stanowi  podstawowy   punkt  odniesienia,   gdy   
chodzi o identyfikację oraz poczucie wartości danej osoby.   
Tego    typu    redukcja    tożsamości  w  drastyczny  sposób  ogranicza  zainteresowania  danego 
człowieka  oraz  zakres  doświadczenia  samego  siebie,  co  prowadzi  do  poważnych  zaburzeń 
osobowości.  Podstawową  troską  staje  się  wtedy  staranie  o  utrzymanie  własnego  ciała  w 
maksymalnej kondycji, estetyce i sprawności fizycznej. W  przypadku, gdy okazuje się to na 
dłuższą  metę niemożliwe, człowiek cielesny  łatwo popada w depresję  i  buntuje  się przeciw 
sobie. Równie niebezpieczna jest sytuacja, gdy człowiek nadmiernie skoncentrowany na swej 
cielesności, okazuje się – przynajmniej w pewnym okresie życia - zadowolony ze swego ciała 
i wyglądu  fizycznego. Grozi  mu wtedy  iluzja, że dobra forma  fizyczna  i atrakcyjny wygląd 
wystarczą, by do końca życia być szczęśliwym.  
Współczesna    cywilizacja    przykłada  przesadną  wagę  do  cielesności,  kosztem    pozostałych 
wymiarów  człowieka.  W  konsekwencji    wielu  ludzi    koncentruje  ogromną  część  swojej  
uwagi  i energii na własnym ciele, na trosce o zdrowie fizyczne, o wygląd zewnętrzny, o strój. 
Tymczasem  w  przypadku  prawidłowego  rozwoju  człowieka,  znaczenie  jego  sfery  cielesnej  
ulega  stopniowemu  zmniejszaniu  się  w  miarę,  jak  odkrywa  on  pozostałe  wymiary  własnej 
rzeczywistości. Coraz ważniejsza staje się wtedy dla człowieka jego wrażliwość emocjonalna 
i moralna, jego zdolność myślenia i wewnętrzna wolność, jego pozytywne więzi z Bogiem, z 
drugim człowiekiem i z samym sobą. 
 
Dyktatura ciała 
 
Zajęcie  dojrzałej  postawy  wobec  ciała  nie  jest  ani  czymś  spontanicznym,  ani  łatwym.  W 
sposób spontaniczny grożą postawy skrajne i zaburzone. Jedną ze skrajności jest sytuacja, w 
której  dany  człowiek  redukuje  całego  siebie    do  sfery  cielesnej.  Taka  osoba  sądzi,  że  do 
szczęścia wystarczy jej ciało i cielesna jedynie satysfakcja.  Człowiek, który utożsamia się z 
własną cielesnością, wkracza na drogę uzależnienia się od  ciała. Staje się niewolnikiem ciała: 
niewolnikiem apetytu, fizycznych potrzeb i popędów, lenistwa i wygodnictwa. Ktoś, kto jest  
podporządkowany własnemu ciału, czyni jedynie to, czego chce jego ciało. Kieruje się logiką 

background image

ciała.  A  jest  to  logika  doraźnej  przyjemności  i  nadmiernej  koncentracji  na  cielesnych  
potrzebach i doznaniach.  
Zredukowanie  samego  siebie  do  własnej  cielesności  i  kierowanie  się  w  życiu  logiką  ciała 
prowadzi  do  dramatycznych  konsekwencji.  Człowiek  cielesny  nie  jest  w  stanie  zrozumieć 
całego  siebie.  Redukuje  siebie  do  instynktów  i  popędów.  Nie  jest  w  stanie  kochać,  być 
wiernym,  odpowiedzialnym  i  pracowitym,  gdyż  to  wszystko  nie  mieści  się  w  logice  ciała. 
Postępując tak, jak chce tego jego cielesność, człowiek czyni siebie niezdolnym do dojrzałych 
więzi  z  Bogiem  i  z  ludźmi.  Popada  też  w  bolesne  konflikty  z  samym  sobą.  Uleganie 
dyktaturze ciała prowadzi do zaburzeń psychicznych, do niepokojów sumienia, do bolesnych 
rozczarowań i dramatycznych konfliktów międzyludzkich. Nierzadko prowadzi do brutalnych 
przestępstw.  Gwałty  czy  inne  formy  przemocy  seksualnej  to  dramatyczny  owoc  dyktatury 
ciała.  
Redukowanie samego siebie do cielesności sprawia, że człowiek okalecza nie tylko pozostałe 
sfery  własnej  rzeczywistości,  lecz  wyrządza  krzywdę  także  ciału.  Ktoś,  kto  staje  się 
niewolnikiem  ciała,  doprowadza  do  sytuacji,  w  której  jego  cielesność  jest  rodzajem 
nowotworu,  zagłuszającego  i  niszczącego  najpierw  inne  sfery.  Taka  sytuacja  prowadzi 
stopniowo  do  niszczenia  również  ciała,  które  nie  może  przecież  istnieć  w  oderwaniu  od 
pozostałych  wymiarów  człowieka.  Dyktatura  ciała  mści  się  zatem  na  ludzkiej  cielesności. 
Uzależnienie od jedzenia, lenistwa czy popędów powoduje nie tylko zaburzenia psychiczne, 
duchowe, moralne czy społeczne, lecz także szkody fizyczne, na przykład w postaci nadwagi 
czy różnych chorób.  
Nic zatem dziwnego, że redukowanie samego siebie do cielesności i uleganie dyktaturze ciała 
może  prowadzić  do  popadnięcia  w  drugą  skrajność.  Chodzi  tu  o  sytuację,  w  której  dany 
człowiek ucieka od ciała, brzydzi się nim i buntuje się wobec cielesności. Taka postawa grozi 
zarówno  tym  ludziom,  którzy  zostali  skrzywdzeni  w  swojej  cielesności,  jak  również  tym, 
którzy sami krzywdzą siebie poprzez uleganie różnym cielesnym słabościom, uzależnieniom i 
grzechom.  W  obu  przypadkach  chcą  „pozbyć  się”  ciała,  traktowanego  jako  źródło  ich 
nieszczęść,  upokorzeń  i  cierpień.  Często  to  właśnie  uleganie  dyktaturze  ciała  prowadzi  do 
sytuacji,  w  której  człowiek  próbuje  się  „zemścić”  na  cielesności  i  zadośćuczynić    błędom 
popełnionym w tej sferze, popadając w drugą skrajność, czyli w bunt i nienawiść wobec ciała. 
Obserwujemy  wtedy  różne  formy  walki  z  własną  cielesnością,  np.  poprzez  chorobliwe 
odchudzanie się, lekceważenie podstawowych potrzeb cielesnych, gardzenie własnym ciałem, 
wyrządzanie sobie cielesnej krzywdy, aż do samobójstw włącznie.  
 
Miłość wcielona sensem cielesności 
 
Warunkiem zajęcia odpowiedzialnej postawy w sferze cielesnej jest odkrycie sensu ludzkiego 
ciała.  Dopóki  człowiek  nie  wie,  jaki  jest  sens  jego  cielesności,  dopóty  nie  ma  szans,  by  w 
sposób świadomy i odpowiedzialny kierować tą sferą. Jezus Chrystus odsłania nam w pełni 
sens ludzkiej cielesności. On, będąc Synem Bożym, przyjął nasze ciało, aby stała się dla nas 
widzialna miłość niewidzialnego Boga. Wcielenie Syna Bożego rzuca zatem pełne światło na 
tajemnicę  ludzkiego  ciała.  Stwórca  obdarzył  nas  cielesnością  nie  po  to,  byśmy  się  jej 
podporządkowali  lub  byśmy od niej uciekali,  lecz po to, byśmy dzięki  ciału  mogli wyrażać 
miłość.  Byśmy  mogli  –  tak,  jak  Chrystus  -  kochać  miłością  widzialną,  czyli  wcieloną  w 
konkretne słowa i czyny.  
Niewidzialny  Bóg,  który  jest  samą  miłością,  wie,  że  na  tej  ziemi  tylko  miłość  widzialna, 
miłość  wcielona  w  wysiłek,  w  pracowitość  i  ofiarność,  w  dobre  słowa  i  szlachetne  czyny, 
tylko taka miłość jest miłością prawdziwą, zdolną przemienić oblicze tej ziemi oraz wnętrze 
człowieka.  Żadna  religia,  żaden  system  filozoficzny  nie  ma  takiej  podstawy  dla  szacunku 
wobec  ludzkiej  cielesności,  jak  właśnie  chrześcijaństwo,  które  od  dwóch  tysięcy  lat  głosi 

background image

światu niezwykłą nowinę, że Bóg stał się ciałem. Żaden system religijny czy filozoficzny nie 
ukazuje  tak  ścisłego  związku  między  miłością  i  cielesnością,  jak  czyni  to  chrześcijaństwo. 
Poprzez tajemnicę wcielenia Syn Boży upewnia nas, że sens ludzkiego ciała jest  dokładnie 
taki sam, jak sens całego człowieka i ludzkiego życia. A sensem tym jest miłość, gdyż każdy 
człowiek stworzony został przez Boga po to, by kochać i być kochanym. Zadaniem każdego 
chrześcijanina jest zatem odkrycie, iż sensem ludzkiej cielesności nie jest jedzenie, spanie czy 
zaspakajanie popędów, lecz dojrzałe i odpowiedzialne wyrażanie widzialnej miłości.  
Zdumiewający  fakt, że Bóg stał się  ciałem,  jest nie tylko potwierdzeniem Bożej  miłości do 
ludzi tej ziemi. Jest też  najdoskonalszą szkołą postawy człowieka wobec własnej cielesności. 
Gdy nadeszła pełnia czasów w historii zbawienia,   Bóg  postanowił  pokochać  nas  miłością  
wcieloną.    Miłością,    którą    człowiek    może  dosłownie  zobaczyć  i  którą  może  dotknąć!   
Prawdziwy Bóg przyjął  prawdziwe ludzkie ciało, aby fizycznie przybliżyć się do nas, aby na 
nas patrzeć,  aby  nas dotykać, aby z  nami rozmawiać, aby wsłuchiwać  się w  nasze  słowa  i 
przeżycia, aby obserwować  nasze zachowania  i  czyny, aby  wyciągać ku  nam   swoją   dłoń,  
aby nas uczyć sztuki życia, aby nas uzdrawiać, rozgrzeszać, upominać, a w końcu aby oddać 
za nas życie, gdy wystawimy Jego miłość na ostateczną próbę.  
Dla  chrześcijanina  ciało  nie  jest  nieszczęściem,  dziełem  szatana  czy  przekleństwem,  lecz 
darem  miłości.  W  tajemnicy  Wcielenia  Bóg  odsłania  nam  prawdę,  że  na  tej  ziemi  miłość   
potrzebuje  ludzkiej  cielesności.  Jeśli  bowiem  miłość  ogranicza  się  jedynie  do  duchowych  
pragnień czy emocjonalnych poruszeń, jeśli nie wyraża się przez fizyczną aktywność, poprzez 
wspieranie  drugiej  osoby  własnym  działaniem,  własnym  zdrowiem  i  czasem,  własną  siłą,  
osobowością, wytrwałością i zmęczeniem,  to taka miłość jest jedynie  iluzją,  utopią, teorią. 
Taka miłość nikogo z ludzi tej ziemi nie przemieni, nikomu nie doda siły i odwagi, by iść w 
dobrym  kierunku,  by  nie  ustać  w  drodze.  Taka  odcieleśniona  miłość  nie  będzie  w  ogóle 
dostrzeżona.  Gdybyśmy  w  któryś  momencie  życia  –  zachowując  świadomość  i  wolność  - 
zostali  pozbawieni  naszego  ciała,  to  w  tym  samym  momencie  stracilibyśmy  możliwość 
okazywania  miłości.  Nie  moglibyśmy  nawet  zasygnalizować  naszym  bliźnim,  że  w  ogóle 
istniejemy, że przebywamy obok nich, że zależy nam na ich losie i że o nich się troszczymy.  
Najbardziej  wymownym  przykładem  miłości  konkretnej,  widzialnej,  wcielonej,  na  jaką  
potrafi zdobyć się człowiek na tej ziemi, jest miłość  macierzyńska. Stając się matką, kobieta  
ofiarowuje  kawałek  swojego  ciała  i  część  swojej  krwi,  aby  obdarzyć  życiem  i  miłością 
poczynające się dziecko. Później do końca życia potrafi ofiarować swe siły, zdrowie i czas, 
aby  jej  dziecko  czuło  się  kochane  i  aby  mogło  się  rozwijać.  Więcej  uczynił  tylko  Jezus 
Chrystus.  Z  miłości  do  nas  ofiarował  On  całe  swoje  ciało  i  przelał  za  nas  wszystką  swoją 
krew. A jednocześnie w Eucharystii znalazł sposób, by pozostać z nami do końca świata i by 
nadal karmić nas samym sobą. 
 
Obecność, pracowitość, czułość 
 
Aby  zająć  dojrzałą  postawę  wobec  ciała,  nie  wystarczy  samo  odkrycie,  iż  sensem  ludzkiej 
cielesności jest widzialne wyrażanie miłości. Równie ważnym zadaniem jest uświadomienia 
sobie  tego,  w  jaki  sposób  człowiek  może  wyrażać  miłości  poprzez  ciało.  Istnieją  trzy 
podstawowe  sposoby  okazywania  miłości  za  pośrednictwem  ciała.  Te  trzy  sposoby  to: 
obecność, pracowitość i czułość. Pierwszym sposobem wyrażania miłości za pośrednictwem 
ciała jest fizyczna obecność w życiu drugiego człowieka. Kochać to być fizycznie obecnym. 
Czytelną  ilustracją  tej  zasady  jest  miłość  w  rodzinie.  Gdyby  ktoś  z  małżonków  był 
przekonany,  że  kocha  małżonka  i  dzieci,  a  nie  miał  dla  nich  czasu,  nie  przebywał  z  nimi 
fizycznie,  gdyby  unikał  domu  i  spotkań  z  najbliższymi,  to  jego  miłość  byłaby  pustą 
deklaracją.  Gdy  ktoś  nie  dąży  do  takiej  obecności,  to  nie  może  mówić,  że  kocha.  Bez 

background image

fizycznej  obecności  trudno  jest  mówić  o  miłości  w  najważniejszych  kontaktach 
międzyludzkich: w rodzinie, wśród przyjaciół czy w relacji wychowawca – wychowanek.   
O tym, że  miłość  nierozerwalnie  związana  jest z obecnością, przekonuje  nas sam  Chrystus, 
który  w  Eucharystii  pozostaje  obecny  dla  nas  aż  do  skończenia  świata.  Największym  
znakiem  miłości  na  tej  ziemi  jest  oddanie  życia  za  bliźnich.  Człowiek  nie  może  uczynić  
niczego  więcej. Tylko Syn Boży uczynił   jeszcze coś więcej:  nie tylko oddał za  nas życie, 
gdyż  do  końca    nas    ukochał,  ale  jednocześnie  pozostał  z  nami,  gdyż  wie,  że  tego 
potrzebujemy.  On  miał  moc,  by  oddać  życie  z  miłości  do  nas  i  by  je  znowu  odzyskać. 
Zmartwychwstały  Chrystus  jest nie tylko kimś żywym.  On jest kimś obecnym. Rzeczy po 
prostu są: w sposób dla nich nieświadomy i niedobrowolny. Człowiek natomiast potrafi być 
obecnym,  czyli  znajdować  się  w  obliczu  drugiego  człowieka  w  sposób  świadomy  i 
dobrowolny, w sposób ukierunkowany na dobro osoby, którą kocha. Być obecnym to zatem 
coś znacznie więcej niż po prostu być, czy być żywym.  
Istotą bycia obecnym nie jest ani  widzenie kogoś oczyma, ani dotykanie rękoma, lecz więź 
miłości  i  zaufania.    Jeśli    z  kimś  łączy  mnie  taka  więź,  to  ta  osoba  jest  zawsze  obecna  w  
moim  życiu,  mobilizuje  mnie,  umacnia,    tworzy  poczucie  bezpieczeństwa,  dodaje  otuchy. 
Także  wtedy,  gdy  w  danym    momencie    nie    widzę  jej,  ani  nie  słyszę  lub  gdy  dzieli  nas   
tysiące kilometrów. Gdy natomiast nie ma między nami takiej więzi, to ty jedynie istniejesz,  
po prostu  jesteś. Ale nie jesteś dla mnie. Nie jesteś obecny w moim życiu. Nie koncentrujesz 
się na  moich radościach  i troskach. Jestem ci obojętny. Czasem  nawet  mnie nie zauważasz. 
Masz oczy, ale nie widzisz mnie i nie dostrzegasz mojego wyrazu twarzy. Masz uszy, ale nie 
słyszysz  tego,  co  się  we  mnie  dzieje,  ani  tego,  co  przeżywam.  Twoje  istnienie  nie  jest 
wyrazem miłości wobec mnie. Twoje istnienie nie cieszy mnie, ani nie umacnia. Nie daje mi 
poczucia  bezpieczeństwa.  Twoje  istnienie  mnie  wtedy  niepokoi.  Czasem  powoduje  lęk. 
Bywa, że niesie zagrożenie lub krzywdę.  
Brak obecności to brak miłości. Miłość karmi się obecnością. Miłość rodzi się, rozwija i trwa 
dzięki obecności i poprzez obecność. Zrozumiałe, że obecność ta powinna być dostosowana 
do  wieku  i  potrzeb  tych,  których  kochamy,  do  rodzaju  więzi,  które  nas  z  nimi  łączą,  do 
stopnia  odpowiedzialności,  jaką  za  nich  ponosimy.  Najbardziej  intensywna  i  stała  powinna 
być  nasza  obecność  dla  najbliższych:  dla  małżonka,  dla  dzieci,  dla  rodziców,  dla 
wychowanków,  dla  przyjaciół,  a  także  dla  tych  osób,  które  szczególnie  potrzebują  naszej 
obecności:  starszych,  chorych,  osamotnionych.  Obecność  jest  wyrazem  i  potwierdzeniem 
miłości. Jest też najlepszą  metodą wychowawczą. W naszych czasach  boleśnie odczuwa się 
niedostatek  wzajemnej  obecności  wśród  ludzi  sobie  najbliższych.  W  sposób  szczególny 
odnosi się to do mężczyzn. W wielu rodzinach niepokoi nieobecność ojca. Dla chłopców jest 
to  wielka  krzywda,  bo  nie  mają  oni  wtedy  wzorca  i  autorytetu  mężczyzny.  Stała  obecność 
ojca jest potrzebna synowi, aby ten mógł się dowiedzieć, co znaczy być dojrzałym mężczyzną 
oraz co znaczy być odpowiedzialnym mężem oraz ojcem.  Jeśli  ojciec jest zbyt mało obecny 
w  życiu  syna,  to  taki  chłopiec  szuka  wzoru  mężczyzny  u  kolegów  z  ulicy,  albo  w 
prymitywnych  filmach.  W  ten  sposób  staje  się  często  karykaturą  mężczyzny.  Ma  poważne 
trudności,  by  zrozumieć  własną    płeć  oraz  by  dojrzale  podjąć  i  wypełnić  podstawowe  role 
społeczne. 
Także dla dziewczynek nieobecność czy zła obecność ojca jest wielką krzywdą. Nie pozwala 
im  bowiem  uwierzyć,  że  są  kochane  i  że  zasługują  na  miłość,  skoro  tata  nie  ma  dla  nich 
czasu,  skoro  pieniądze,  odwiedzanie  znajomych  czy  jakieś  hobby,  to  coś  ważniejszego  niż 
kontakt  z  własną  córką.  Ponadto  w takiej  sytuacji  dziewczęta  są  dosłownie  głodne  męskiej 
obecności,  bliskości,  czułości.  W  konsekwencji  poszukują  tego  wszystkiego  poza  rodziną. 
Wiążą  się  z  nieodpowiedzialnymi  mężczyznami,  gdyż  łatwo  je  oszukać.  Coraz  częściej  i 
coraz wcześniej szukają ciepła i miłości poza domem rodzinnym. Coraz częściej też kończy 
się to konfliktami sumienia, wielkimi krzywdami fizycznymi, psychicznymi i moralnymi. 

background image

Jednak  sama  obecność  nie  wystarczy,  jeśli  jest  to  obecność  bierna,  jeśli  nie  staje  się 
działaniem  na  rzecz  tych,  których  kochamy.  Miłość  wymaga  konkretnych  słów  i  czynów, 
wymaga  aktywności  i  zaangażowania  dla  dobra  drugiego  człowieka.  Wymaga  poświęcenia 
mu  własnego  czasu,  własnych  sił,  własnego  zdrowia.  Przykładem  takiej  właśnie  miłości 
aktywnej  i  ofiarnej  jest  miłość  kobieca.  Żona  i  matka  w  dzień  i  w  nocy  ofiarowuje 
najbliższym  swoją  obecność  pracowitą  nieraz  aż  do  granic  heroizmu.  Ona  chroni,  karmi, 
pielęgnuje,  wychowuje,  wspiera  przykładem,  modlitwą  i  nadzieją.  Najwspanialszym 
przykładem  miłości,  która  staje  się  obecnością  pracowitą  i  ofiarną,  jest  postawa  Chrystusa. 
Syn  Boży  po  to  przyjął  ludzkie  ciało,  aby  szukać  człowieka,  aby  na  niego  patrzeć,  aby 
wsłuchiwać się w jego słowa i przeżycia, aby go uzdrawiać, uczyć życia, aby go pocieszać, 
upominać,  rozgrzeszać,  aby  przemieniać  go  swoją  obecnością.  Ewangelia  wielokrotnie 
wspomina, że Jezus był zmęczony, że nie miał chwili wytchnienia, że na modlitwę zostawała 
Mu  już  tylko  noc.  Widząc  to,  apostołowie  czasem  nie  chcieli  już  dopuszczać  ludzi  w  Jego 
pobliże, a On miał wtedy tylko jedną odpowiedź: nie zabraniajcie im przychodzić do Mnie.  
Miłość  Chrystusa  i  miłość  macierzyńska  w  oczywisty  sposób  demaskują  naiwność  tych, 
którzy  redukują  miłość  do  uczuć,  do  słownych  deklaracji,  do  romantycznego  nastroju  w 
czasie randki, do emocjonalnego zauroczenia dwojga zakochanych, do dobrej woli, która nie 
staje  się  działaniem  i  pracowitością.  Gdy  ktoś  z  nastoletnich  dziewcząt  mówi  mi,  że  jakiś 
chłopiec  wyznał  jej  miłość,  a  ona  nie  jest  pewna,  czy  on  kocha  ją  naprawdę,  to  proponuję 
wtedy  następujący  eksperyment.  Zachęcam,  by  pożyczyła  kamerę  video  i  zarejestrowała 
wszystko to, co będzie  mówił  i czynił kandydat na  męża  i ojca  jej dzieci, gdy  ją odwiedzi. 
Zachęcam następnie, by po jego odwiedzinach poprosiła rodziców i przyjaciół, aby wspólnie 
obejrzeć  nagraną  kasetę.  Jeśli  będą  tam  jakieś  tematy  rozmów  czy  zachowania  ze  strony 
chłopaka, których dziewczyna się boi, których się wstydzi, które ją niepokoją, czy których nie 
chciałaby pokazać innym ludziom, to na tyle właśnie jej chłopiec nie umie jeszcze kochać w 
sposób dojrzały i odpowiedzialny. 
Gdy  tak  obrazowo  i  konkretnie  mówię  do  młodzieży  o  weryfikacji  miłości,  to  większość 
młodych  uświadamia  sobie,  że  wcale  już  nie  potrzebują  kamery  video,  gdyż  sami  potrafią 
odróżnić  słowa  i  czyny  miłości  od  zachowań,  które  są  zaprzeczeniem  czy  zagrożeniem 
miłości.  Młodzi  odkrywają  wtedy,  że  miłość  poznaje  się  po  sposobie  rozmawiania  i 
postępowania, a nie po nastrojach, prezentach czy deklaracjach. Miłość rodzi się we wnętrzu 
człowieka,  w  tajemnicy  jego  serca,  jego  woli,  jego  dążeń,  ale  objawia  się  w  sposób 
zewnętrzny i widzialny:  w tym, w jaki sposób i na jaki temat ktoś rozmawia z drugą osobą 
oraz  w  tym,  jak  się  wobec  niej  zachowuje.  Sam  zainteresowany  ma  zwykle  trudności,  by 
według tych kryteriów oceniać swoją  miłość, gdyż skupia się zwykle  bardziej  na uczuciach 
niż na słowach i czynach. 
Z powyższych analiz wynika oczywisty wniosek, że ludzie leniwi, egoistyczni, wygodni, nie 
są  zdolni,  by  dojrzale  kochać.  Miłość  wymaga  bowiem  pracowitości,  słów  i  czynów, 
dyscypliny,  ofiarności,  wytrwałej  służby  na  rzecz  tych,  których  chcemy  kochać.  Nie  jest 
zdolny  do  miłości  ten,  kto  nie  ma  władzy  nad  własnym  ciałem,  kto  ulega  cielesnym 
zniewoleniom,  popędom,  kto  kieruje  się  logiką  ciała.  Miłość  wymaga  panowania  nad  
cielesnością. Jeśli kochamy kogoś w sposób bezinteresowny i dojrzały, to zdobywamy się na 
słowa  i  czyny,  które  często  wymagają  zwycięstwa  nad  ciałem,  nad  popędami,  nad 
spontanicznością.  Dojrzała  i  wierna  miłość  jest  aktywnością  i  pracowitością,  która  staje  się 
możliwa dzięki naszej cielesności, ale która nie wypływa z logiki ciała.  
Sama  jednak  pracowitość  nie  wystarczy.  Spotykając  się  z  rodzinami,  dosyć  często  słyszę 
wypowiedzi  żon  czy  dzieci,  typu:  „mój    mąż  (mój  tata)  chyba  mnie  nie  kocha.  Jest  
wprawdzie  pracowity i stara się uczciwie zarobić na utrzymanie domu, ale nigdy nie okazuje, 
że  się  nami  cieszy,  nie  uśmiecha  się  do  nas,  nie  przytula  nas”.  Tego  typu  wypowiedź 
potwierdza, że sama pracowitość na rzecz innych nie wystarczy, aby ci inni czuli się przez nas 

background image

kochani. Jeśli ktoś nie jest zdolny poświęcić nam czasu i wysiłku, to znaczy, że nas nie kocha. 
Ale jeśli okazuje nam tylko pracowitość, to trudno jest nam uwierzyć w jego miłość. Czułość 
jest zatem trzecim – obok obecności i pracowitości – istotnym sposobem okazywania miłości. 
Chodzi  tu  o  czułość  w  najszerszym  z  możliwych  znaczeń:  życzliwy  uśmiech,  radosne 
spojrzenie, miły ton głosu, przyjazny gest, serdeczna cierpliwość.  
Przejawy  czułości  powinny  być  proporcjonalne  do  więzi,  która  istnieje  między  danymi 
ludźmi. Najsilniejszą z więzi międzyludzkich na tej ziemi jest więź małżeńska. Z tego właśnie 
powodu Chrystus  mówi, że  małżonkowie stają  się  jednym  ciałem. Miłość  małżeńska wiąże 
się  nie  tylko  z  największym  stopniem  obecności  i  pracowitości,  lecz  także  z  największym 
stopniem czułości. Ponieważ więź małżeńska oznacza miłość  wierną i wyłączną, to również 
najbardziej  intymne  przejawy  czułości  między  małżonkami  muszą  być  wierne  i  wyłączne, 
czyli  ograniczające  się  wyłącznie  do  małżonków.  Odnosi  się  to  nie  tylko  do  współżycia 
seksualnego,  lecz  także  do  wszelkich  form  fizycznej  bliskości  i  pieszczot,  właściwych  dla 
małżonków. Drugą co do intensywności  jest więź  między rodzicami  i dziećmi oraz  między 
rodzeństwem. Tutaj także miłość wyraża się i umacnia poprzez intensywną czułość w postaci 
przytulenia, pocałunku oraz innych gestów, wyrażających intensywna radość z drugiej osoby. 
W innych więziach czułość nie jest wyrażana w sposób tak intensywny i intymny. Wynika to 
właśnie  z  wyżej  wspomnianej  zasady,  że  człowiek,  który  dojrzale  kocha,  dobiera  gesty 
czułości  w  sposób  odpowiedzialny,  czyli  proporcjonalny  do  danego  rodzaju  więzi. 
Podstawowe wyrazy ludzkiej czułości (życzliwe  spojrzenie, miły ton głosu, uśmiech, podanie 
dłoni) pełnią istotną rolę we wszystkich rodzajach więzi międzyludzkich. Słusznie mówi się, 
że  uśmiech  jest  najkrótszą  drogą  do  drugiego  człowieka.  Życzliwy  uśmiech  czy  miły  gest 
usuwa niepokój, lęk, poczucie zagrożenia i niepewności.  
Czułość  nieodpowiedzialna  staje  się  czułością  szkodliwą,  mylącą,  toksyczną.  Czułość 
powinna  być  okazywana  dla  dobra  drugiej  osoby  i  ze  względu  na  jej  potrzeby,  a  nie  ze 
względu  na  nasze  własne  potrzeby.  Innymi  słowy  chodzi  o  czułość,  która  jest  darem  oraz 
roztropną  odpowiedzią  na  sytuację  i  potrzeby  drugiej  osoby,  a  nie  sposobem  zaspakajania 
własnych  pragnień  czy  oczekiwań.  Obserwujemy  czasem  rodziców,  „obsypujących”  swoje 
pociechy mnóstwem przejawów czułości, które wprowadzają tych drugich w zakłopotanie, a 
nawet  w  stany  rozdrażnienia  czy  buntu.  Dojrzała  czułość  to  rodzaj  służby,  rodzaj  czułej 
pracowitości na rzecz innych. To coś, co wymaga wysiłku i dyscypliny, bo przecież w wielu 
sytuacjach  uśmiech,  życzliwy  ton  głosu  czy  miły  gest to  zachowania,  które  nie  przychodzą 
spontanicznie i bez wysiłku. Przeciwnie, często wymagają mobilizacji, siły woli, skupienia się 
na  przeżyciach  i  potrzebach  innych  ludzi.  Codzienne  życie  nie  jest  podobne  do 
romantycznych  randek  we  dwoje,  gdzie  okazywanie  czułości  jest  czymś  oczywistym  i 
łatwym.  
Dojrzałe wyrażanie  miłości oznacza, że  istnieją  właściwe proporcje  między pracowitością a 
czułością.  Ktoś,  kto  jest  tylko  pracowity,  ale  zupełnie  niezdolny  do  okazywania  czułości, 
będzie  miał  trudności  w  upewnieniu  najbliższych  sobie  ludzi,  że  ich  kocha.  Podobnie  ktoś, 
kto łatwo i często wyraża swoją czułość wobec innych, ale okazuje się człowiekiem leniwym 
i lekceważącym swoje obowiązki, nie kocha naprawdę. Żyjemy w czasach, w których wiele 
osób  ma  trudności  ze  znalezieniem  właściwej  równowagi  w  wyrażaniu  miłości  za 
pośrednictwem  pracowitości  i  czułości.  Coraz  więcej  ludzi  zdolnych  do  wyrażania  troski  o 
innych jedynie przez aktywność, wysiłek fizyczny, pracę. Ludzie ci wpadają jednak w kryzys 
wtedy, gdy kochane przez nich osoby oczekują podstawowych przejawów czułości. Z drugiej 
strony  sporo  jest  takich  ludzi,  którym  łatwo  przychodzi  wyrażanie  czułości,  nawet  w 
miejscach  publicznych  czy  przed  kamerami  telewizyjnymi,  ale  mają  oni  wielkie  trudności 
wtedy,  gdy  trzeba  miłość  potwierdzać  wytrwałą  pracą,  zdyscyplinowanym  wysiłkiem, 
regularnym trudem fizycznym, przezwyciężeniem zmęczenia. 

background image

Chrystus,  który  jest  najdoskonalszym  wzorem  dojrzałej  czułości.  On  wzruszał  się  ludzką 
niedolą, litował się nad cierpiącymi, zapłakał nad grobem przyjaciela, brał w objęcia dzieci, 
pozwalał,  by  się  do  Niego  przytulali  nawracający  się  grzesznicy  i  by  dotykali  Go  chorzy, 
szukający uzdrowienia. Podobną postawę zajmuje Jan Paweł II. Jest on czytelnym  znakiem 
czułej miłości Boga do człowieka. Z ojcowską czułością całuje dzieci, młodzież i dorosłych. 
Przytula chorych, osamotnionych, odrzuconych. Na wszystkich patrzy z ciepłym uśmiechem. 
Dla  każdego  znajduje  przyjazny  gest  i  życzliwe  spojrzenie.  Jego  pielgrzymki  do  ludzi 
wszystkich kontynentów są wzruszającym wyrazem miłości, która staje się obecna nie tylko 
przez ofiarną pracowitość, lecz także poprzez subtelną czułość.  
 
Troska o ciało 
 
Zajęcie dojrzałej postawy wobec ludzkiego ciała wymaga nie tylko odkrycia jego sensu oraz 
nauczenia się pracowitej  i czułej obecności.  Wymaga także szacunku dla cielesności. Skoro 
moje ciało jest mi potrzebne po to, bym mógł wyrażać miłość, bym mógł naśladować słowa i 
czyny Jezusa Chrystusa, to jest ono czymś cennym. Przysługuje mu ta sama godność, która 
przysługuje człowiekowi. Do ludzkiego ciała należy odnosić się z szacunkiem, uwzględniając 
te same zasady moralne, które odnoszą się do człowieka. Z tego właśnie względu św. Paweł 
przypomina nam, że ludzkie ciało jest świątynią Ducha Świętego, że jest mieszkaniem Boga i 
że zostało przez Stwórcę powołane do świętości.  
Ludzkiego  ciała  nie  można  wyłączyć  z  tajemnicy  człowieka.  Nie  można  go  wyłączyć  z 
powołania do świętości, ani z wymiaru moralnego. Każda próba takiego wyłączenia ludzkiej 
cielesności  z  godności  i  powołania  człowieka  jest  przejawem  swego  rodzaju  schizofrenii  i 
kryzysu danych osób czy środowisk. Przykładem może tu być wspomniana wcześniej próba 
rozróżniania  między  „psychiczną”  a  „fizyczną”  zdradą  małżeńską,  by  „usprawiedliwić” 
niewierność.  Tego  typu  próba  oddzielania  ciała  od  człowieka  jest  wyrazem  cynizmu  danej 
osoby,  albo  znakiem  rozdwojenia  osobowości.  Brak  szacunku  dla  ludzkiego  ciała 
charakteryzuje  wszystkiego  rodzaju  cywilizacje  śmierci,  które  doprowadziły  do  pogardy 
wobec człowieka. Chrześcijanin to ktoś, kto odnosi się z szacunkiem do własnego ciała i do 
ciała innych ludzi. To ktoś, kto chroni cielesność przed każdą formą traktowania jej na sposób 
rzeczy, surowca czy towaru na sprzedaż. 
Podstawowym  przejawem  szacunku  wobec  cielesności  człowieka  jest  roztropna  troska  o 
ciało. Skoro ciało umożliwia człowiekowi wyrażanie widzialnej miłości, skoro uczestniczy w 
godności  osoby  ludzkiej,  to  należy  dbać  o  zdrowie  fizyczne,  o  prawidłowe  odżywianie,  o 
właściwy  tryb  życia.  Trudno  kochać  ludzi,  gdy  nasze  ciało  jest  przemęczone,  chore  czy 
zaniedbane. Trudno wtedy o życzliwą obecność, o wytrwałą pracowitość, o cierpliwą czułość. 
Minimum troski o ciało wyraża się w respektowaniu przykazania: nie zabijaj, nie wyrządzaj 
krzywdy  w  sferze  cielesnej  ani  samemu  sobie,  ani  drugiemu  człowiekowi.  Można  w  tej 
dziedzinie  podać  konkretne  wskazania:  nie  pal  nikotyny,  nie  sięgaj  po  narkotyki,  nie  pij 
alkoholu  w  wieku  rozwojowym,  nie  nadużywaj  alkoholu  w  wieku  dorosłym.  Nie  sięgaj  po 
substancje  chemiczne,  które  niszczą  równowagę  hormonalną  twego organizmu  (np.  tabletki 
antykoncepcyjne czy odchudzające). Nie przejadaj się, ani nie zaniedbuj potrzeb organizmu. 
Nie wyrządzaj sobie krzywdy niezdrowym trybem życia: niedostatkiem snu, przemęczeniem, 
brakiem ruchu na świeżym powietrzu.  
 
Zrozumieć język ciała 
 
Kolejnym  warunkiem zajęcia dojrzałej postawy  wobec  ludzkiej  cielesności  jest rozumienie 
języka ciała. Nie możemy troszczyć się o coś, ani respektować czegoś, czego nie rozumiemy.  
Ciało  „mówi”  do  nas  nieustannie.  Pierwszym  zadaniem  jest  wsłuchanie  się  w  to,  co  ciało 

background image

komunikuje  nam  o  samym  sobie,  czyli  o  naszej  sytuacji  fizycznej.  Bywa  tak,  że  ktoś 
wyrządza  krzywdę  swemu  ciału,  np.  poprzez  palenie  papierosów,  nadużywanie  alkoholu, 
niedosypianie czy przez niezdrowy tryb życia i tak się do tego stanu „przyzwyczaja”, że nie 
słyszy  już  ciała,  które  „wykrzykuje”  swój  protest,  np.  poprzez  bóle  głowy,  stałe  poczucie 
zmęczenia,  brak  koncentracji,  drażliwość,  itp.  Zajęcie  dojrzałej  postawy  wobec  cielesności 
wymaga zatem uważnego wsłuchiwania się w to, co mówi nam ciało, aby wyciągać wnioski z 
tych informacji.  
Ciało  potrafi  jednak  mówić  nam  nie  tylko  o  samym  sobie.  Ponieważ  w  człowieku  istnieje 
ścisła jedność wszystkich elementów, to nasze ciało odczuwa i wyraża na swój sposób to, co 
dzieje  się  w  naszej  sferze  psychicznej,  moralnej,  religijnej  czy  społecznej.  Wszystko  to  
odbija  się  -  jak  w  lustrze  -  w  naszym  samopoczuciu  fizycznym.  Gdy  ktoś  rozmawia  z 
przyjacielem, to cieszy się także jego ciało, choćby było w tym momencie bardzo zmęczone. 
Gdy  ktoś  przeżywa  bolesne  konflikty  psychiczne  czy  moralne,  wtedy  cierpi  również  jego 
ciało, choćby było bardzo zdrowe fizycznie. Ciało potrafi nam zatem powiedzieć także o tym, 
co dzieje się w naszej sferze poza- i ponad-cielesnej. Przykładem może tu być masturbacja. 
Czasem  wiąże  się ona z   nadmierną koncentracją danej osoby  na sferze popędowej. Często 
jednak  jest  przede  wszystkim  nieodpowiedzialnym  sposobem  na  odreagowanie  cierpienia. 
Jest błędną próbą szukania ulgi w obliczu napięć, niepokojów, konfliktów. Masturbacja może 
być  zatem  zachowaniem  analogicznym  do  sięgania  po  alkohol  czy  narkotyk  w  obliczu 
kryzysu  życia. Gdy  zmniejsza  się  ilość  napięć, cierpień  i  niepokojów oraz gdy pojawia się 
więcej  radości  i  satysfakcji  życiowej,  wtedy  problemy  z  masturbacją  odchodzą  niemal 
automatycznie.  Dany  człowiek  nie  ma  już  bowiem  potrzeby,  aby    w  ten  sposób 
odreagowywać swoje cierpienia. 
Ciało  czasami  somatyzuje,  czyli  na  swój  sposób  (np.  poprzez    trudności  z  oddychaniem, 
trawieniem  i  krążeniem)  mówi  nam  coś  o  naszej  sytuacji  poza-cielesnej.  Czasami  jest  to 
wręcz dramatyczny krzyk protestu ciała w obliczu sytuacji, w której się znajdujemy. Krzyk 
ten  nie  jest  łatwo  usłyszeć  i  zrozumieć,  gdyż  ciało  mówi  do  nas  językiem  wieloznacznym, 
sugerującym trudności ze zdrowiem, a nie z życiem. Grozi nam wtedy koncentrowanie się na 
dolegliwościach  fizycznych.  W  konsekwencji  udajemy  się  do  lekarza  i  szukamy  pomocy 
medycznej,  zamiast  zastanowić  się  i  zmienić  coś  w  naszej  sytuacji  życiowej.  Dojrzałość 
wymaga zatem odwagi, by w obliczu trudności zdrowotnych zastanowić się, czy nie mówią 
mi one czegoś o mojej sytuacji poza-cielesnej,  którą powinienem zmienić. 
 
Pan czy niewolnik ciała? 
 
Dojrzały człowiek nie dlatego troszczy się o dobre zdrowie i sprawność fizyczną, że chce żyć 
wygodnie, albo że sensu życia upatruje w dobrym samopoczuciu fizycznym, lecz dlatego,  że 
im  sprawniejszym  dysponuje  ciałem,  tym  większe  może  mu  stawiać  wymagania.  Rozumie 
zatem, że konieczna jest dyscyplina w tej sferze. Nie chodzi jednak o umartwienie dla samego 
umartwienia. Sensem dyscypliny jest osiągnięcie stanu, w którym człowiek staje się panem, a 
nie niewolnikiem własnego ciała. Człowiek dojrzały troszczy się o dyscyplinę wobec ciała ze 
względu  na aspiracje,  jakie posiada. Stawia sobie twarde wymagania w tej sferze po to, by 
kierować się logiką miłości i odpowiedzialności, a nie logiką ciała. Taki człowiek potrafi za 
pośrednictwem ciała wyrażać miłość wcieloną w aktywną obecność, w wytrwałą pracowitość, 
w roztropną czułość. Dyscyplina wobec ciała potrzebna jest po to, by było ono zintegrowane 
z  całym  człowieczeństwem  danej  osoby.  Bez  dyscypliny  i  czujności  człowiek  staje  się 
niewolnikiem ciała i popada w uzależnienia. 
Żyjemy w czasach, w których nieodpowiedzialni dorośli namawiają wręcz młodych, by żyli 
na  luzie,  spontanicznie,  bez  wysiłku,  by  kierowali  się  poruszeniami  ciała,  subiektywnymi 
przekonaniami  i  emocjonalnymi  nastrojami.  Nic  więc  dziwnego,  że  współcześni  młodzi  na 

background image

ogół  zbyt  mało  wymagają od siebie w sferze  cielesnej. Łatwo ulegają  lenistwu. Szybko się 
męczą  i zniechęcają. Nie odkrywają radości z podejmowanego trudu, z wykonanej pracy, z 
wysiłku, z pokonywania zmęczenia. Tym bardziej istotna jest pozytywna motywacja do pracy 
nad  sobą  w  tym  względzie.  Dyscyplina  cielesna  poza  kontekstem  miłości  staje  się 
niezrozumiała  i  niemożliwa  do  osiągnięcia.  Tylko  miłość  do  Boga  i  do  człowieka  jest 
skutecznym  motywem  oraz  daje  wystarczającą  siłę,  by  zapanować  nad  popędami,  by  nie 
podporządkować się instynktom, by nie krzywdzić siebie i innych ludzi.  
Dojrzały  chrześcijanin  to  ktoś,  kto  jest  panem  własnej  cielesności.  To  ktoś,  kto  za  pomocą  
cielesności wyraża miłość i odpowiedzialność.  To ktoś, kto odkrył, że ludzkie ciało czerpie 
sens  z  tajemnicy  człowieka,  a  nie  z  instynktów  czy  z  własnej  struktury  chemicznej  i 
anatomicznej.  Dla  przykładu,  dłoń    człowieka  jest  słabsza  i  mniej  sprawna  od  dłoni 
niektórych zwierząt. Ale tylko ludzka dłoń potrafi pisać poezję, grać na fortepianie, wyrażać 
znaki  miłości,  rozgrzeszać.  To  samo  dotyczy  całego  ludzkiego  ciała.  Posiada  ono  sens  i 
możliwości, które wynikają z włączenia ciała w powołanie i godność człowieka. 
Antoine  de  Saint  Exupery,  w  książce  pt.  „Ziemia,  planeta  ludzi”,    opisuje  historię  swego 
przyjaciela  -  lotnika.  W  czerwcu  1931  r.  Guillaumet  leciał  samotnie  z  Argentyny  do  Chile. 
Nad  Andami  wpadł  w  burzę  śnieżną  i  zdołał  wylądować  na  zamarzniętym  jeziorze  Laguna 
Diamante,  na  wysokości  3500  metrów.  Jezioro  to  jest  otoczone  szczytami,  które  sięgają 
wysokości  6900  m.  Przez  dwa  dni  w  czasie  szalejącej  wichury  śnieżnej  Guillaumet 
pozostawał  uwięziony  w  kabinie  samolotu.  Gdy  trzeciego  dnia  wichura  ustała,  postanowił 
ruszyć w drogę i walczyć o przetrwanie, które wydawało się nierealne. Guillaumet szedł bez 
snu i odpoczynku pięć dni i cztery noce.  
Kiedy  Exupery  odnalazł  go  w  indiańskiej  wiosce  i  odwoził  samolotem  do  szpitala  w 
Mendozie,  Guillaumet  powiedział:  „Tego,  co  zrobiłem,  możesz  mi  wierzyć,  nie  zrobiłoby 
nigdy  żadne  zwierzę”.  Lotnik  zdradził  tajemnicę  swego  heroicznego  wysiłku:  „Mówiłem 
sobie: Moja żona, jeśli myśli, że żyję, myśli, że idę. Koledzy myślą, że idę. Wierzą we mnie”. 
Guillaumet nie szedł więc niesiony siłą ciała, lecz siłą miłości. Nie chciał rozczarować tych, 
którzy go kochali i którzy mieli nadzieję, że walczy.  Tego rzeczywiście nie zrobiłoby żadne 
zwierzę, bo ono dysponuje jedynie siłą mięśni i instynktu.  
Zacytujmy raz  jeszcze Exupery’ego:  „Tego, co zrobiłem,  możesz  mi wierzyć, nie zrobiłoby 
nigdy żadne zwierzę. Myślę ciągle o tym zdaniu, najpiękniejszym, jakie znam, zdaniu, które 
wyznacza miarę człowieka, podnosi go i przywraca prawdziwą hierarchię wartości. Zasnąłeś 
wreszcie, świadomość twoja została unicestwiona, ale wraz z obudzeniem miała odrodzić się 
w tym  ciele  znużonym, zniszczonym, udręczonym, spalonym  i panować  nad  nim  na  nowo. 
Ciało jest więc tylko dobrym narzędziem, ciało jest tylko sługą.” 
Doświadczenie  owego  lotnika  pokazuje  w  jak  niezwykły  i  heroiczny  sposób  potrafi 
posługiwać  się  ciałem  ktoś,  kto  kocha  i  kto  wie,  że  jest  kochany.  W  taki  właśnie  sposób 
potrafią  posługiwać  się  własną  cielesnością  dojrzałe  kobiety  i  dojrzali  mężczyźni  tej  ziemi: 
żony,  matki,  siostry,  zakonnice,  mężowie,  ojcowie,  kapłani,  misjonarze,  przyjaciele, 
wychowawcy.    Ci  wszyscy,  którzy  naśladują  Chrystusa.  On  po  to  właśnie  przyjął  ludzkie 
ciało,  aby  je  uświęcić,  aby  je  uczynić  nośnikiem  miłości,  aby  wszystkim  ludziom  czynić 
dobrze.  Aby  odsłonić  nam  ostateczny  sens  ludzkiej  cielesności,  jakim  jest  widzialne 
wyrażanie miłości. Zajęcie dojrzałej postawy wobec seksualności jest możliwe tylko wtedy, 
gdy  odkrywamy  sens  ciała  i  gdy  tak  nim  kierujemy,  aby  było  narzędziem  odpowiedzialnej  
miłości.  
 

4.  Integracja seksualna a postawa wobec płciowości 

  

 

 

 

Koniecznym  warunkiem  osiągnięcia  dojrzałości  w  sferze  seksualnej  jest  zajęcie  dojrzałej 
postawy  wobec  własnej  płciowości.  Od  sposobu  przeżywania  i  wyrażania  płciowości  w 

background image

dużym  stopniu  zależy  bowiem  postawa  człowieka  wobec  samego  siebie  i  innych  ludzi,  a 
także  sposób  przeżywania  i  wyrażania  seksualności.  Chrześcijaństwo  przypomina,  że 
człowiek  jest  nie  tylko  osobą  wcieloną,  ale  także  płciową.  Nie  istnieje  po  prostu  jako 
człowiek, lecz przeżywa i komunikuje siebie na sposób określonej płci: jako kobieta lub jako 
mężczyzna.  Z  tego  względu  nikt  nie  może  dojrzale  żyć  i  funkcjonować  poza  swoją 
płciowością.  Bycie  mężczyzną  lub  kobietą  to  nie  jedna  z  wielu  cech  człowieka,  ale  jego 
całościowy sposób bycia osobą. Płciowość obejmuje wszystkie wymiary człowieka. Wpływa 
nie tylko na sposób ubierania się czy na funkcje społeczne kobiety lub mężczyzny, ale także 
na ich cielesność, seksualność, emocjonalność, sposoby myślenia, kontaktowania się z samym 
sobą, z drugim człowiekiem i z Bogiem. Jeśli ktoś jest niedojrzały w swoim byciu kobietą lub 
mężczyzną, to jest przez to niedojrzały jako osoba.  
Obecnie  badanie  różnic  między  kobietami  a  mężczyznami  jest  „niepoprawne”  politycznie. 
Wiele  środowisk  i  środków  przekazu  dąży  do  ukrywania  różnic  płciowych  i  do 
rozpowszechnia fałszywych wizji kobiety. Celują w tym feministki, które nie szukają prawdy 
o specyfice kobiecości, lecz głoszą poglądy wynikające z przyjętej ideologii i odpowiadające  
interesom ich politycznych sponsorów. Tego typu ruchy feministyczne są anty-kobiece, gdyż 
nawołują kobiety do utożsamiania się z mężczyznami. Zakładają w ten sposób, że modelem 
człowieka jest jedynie mężczyzna.  
Pismo  Święte  odsłania  tajemnicę  ludzkiej  płciowości:  „Bóg  rzekł:  Nie  jest  dobrze,  żeby 
mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc (...). Po czym Pan Bóg 
z  żebra,  które  wyjął  z  mężczyzny,  zbudował  niewiastę.  A  gdy  ją  przyprowadził  do 
mężczyzny,  mężczyzna  powiedział:  Ta  dopiero  jest  kością  z  moich  kości  i  ciałem  z  mego 
ciała! Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną tak 
ściśle,  że  stają  się  jednym  ciałem”  (Rdz  2,  18–24).  W  antropologii  biblijnej  kobieta  i 
mężczyzna mają jednakową godność i są sobie wzajemnie potrzebni, gdyż mają sobie tylko 
właściwe uzdolnienia i niepowtarzalne powołanie. Spotkanie z kobietą jest dla mężczyzny tak 
ważne,  że  opuści  on  nawet  swoich  rodziców,  aby  złączyć  się  z  nią  mocą  nierozerwalnej  i 
wiernej  miłości.  Dopiero  przez  spotkanie  z  kobietą  mężczyzna  może  w  pełni  odkryć  i 
zrealizować  swoje  powołanie,  stając  się  mężem  i  ojcem,  ucząc  się  miłości  i 
odpowiedzialności.  Z  kolei  najbardziej  niezwykłą  cechą  kobiety  jest  jej  powołanie  do 
macierzyństwa.  Tylko  kobieta  może  być  matką.  Tylko  ona  może  dzielić  się  z  dzieckiem 
swoim  ciałem  i  swoją  krwią.  Macierzyństwo  to  niezwykły  zamysł  Boga  wobec  kobiety  i 
najpełniejsza realizacja kobiecości. Nie chodzi tu tylko o macierzyństwo fizyczne. Nie mniej 
ważne jest macierzyństwo duchowe, które oznacza podtrzymywanie życia w innych ludziach 
przez  karmienie  ich  kobiecą  obecnością,  miłością,  codzienną  troską.  W  tym  sensie  każda 
siostra zakonna realizuje swoje powołanie do macierzyństwa, gdyż karmi innych ludzi Bożą 
miłością i prawdą, pomaga im rodzić się w wymiarze duchowym, społecznym i religijnym.  
Zajęcie  dojrzałej  postawy  wobec  własnej  płci  oraz  wobec  osób  płci  odmiennej,  wymaga 
najpierw  znajomości  istotnych  różnic  w  sposobie  funkcjonowania  kobiet  i  mężczyzn. 
Najważniejsza  różnica  wynika  z  faktu,  że  kobiety  mają  spontaniczną  tendencję  i  wrodzone 
predyspozycje,  by  żyć  bardziej  w  świecie  osób, podczas  gdy  mężczyźni  mają  spontaniczną 
tendencję  i  predyspozycje,  by  żyć  i  działać  bardziej  w  świecie  rzeczy.  Nie  oznacza  to 
oczywiście,  iż  mężczyźni  nie  potrafią  funkcjonować  w  świecie  osób,  a  kobiety  w  świecie 
rzeczy.  Rozwój  osobowy  prowadzi  do  tego,  że  dany  człowiek  uczy  się  kompetentnie  żyć  i 
działać zarówno w świecie osób, jak i w świecie rzeczy. Faktem jest jednak, że wrażliwość na 
świat  osób  łatwiej  przychodzi  kobietom,  a  funkcjonowanie  w  świecie  rzeczy  okazuje  się 
łatwiejsze dla mężczyzn.  
Wszystko,  co  jest  w  kobiecie:  ciało,  postrzeganie  rzeczywistości,  emocje,  zdolności 
komunikacyjne, kobiece przeżywanie więzi – wszystko to ułatwia nastawienie na świat osób i 
kontakt z osobami. Z kolei wszystko to, co jest w mężczyźnie, ułatwia kontakt z rzeczami  i 

background image

kompetentne funkcjonowanie w świecie rzeczy. Tego typu różnice w predyspozycjach nie są 
wynikiem odmiennego wychowania lecz wrodzone i łatwo dostrzegalne już u małych dzieci. 
Dziewczynki bawią się najchętniej lalkami, odtwarzając świat osób, a chłopcy koncentrują się 
na klockach i grach, gdyż są zainteresowani głównie światem rzeczy. Dziewczęta odnoszą się 
do zabawek bardziej osobowo niż chłopcy, przywiązując się do swoich lalek i misiów jak do 
przyjaciół. Potrafią z nimi „rozmawiać”, zwierzać się, opowiadać o przeżywanych radościach 
i wypłakiwać ukradkiem cierpienie czy lęk.  
Różnice  między obu płciami  w  sposób  jeszcze  bardziej  widoczny zaznaczają  się w świecie 
dorosłych.  Kobiety  z  reguły  troszczą  się  najbardziej  o  osoby,  o  więzi  międzyludzkie,  o 
wychowanie.  Mężczyźni  natomiast  z  reguły  w  większym  stopniu  poświęcają  się  pracy 
zawodowej, działalności społecznej, prywatnym hobby i zainteresowaniom. W konsekwencji 
kobiety  oceniają  siebie  głównie  na  podstawie  sukcesów  w  świecie  osób:  czy  kochają  i  są 
kochane,  czy  mają  harmonijne  więzi  z  małżonkiem,  z  dziećmi,  z  sąsiadami,  z  Bogiem. 
Natomiast mężczyźni oceniają siebie głównie na podstawie sukcesów w świecie rzeczy: czy 
są kompetentni zawodowo, cenieni jako fachowcy, czy awansują i dobrze zarabiają. Właśnie 
dlatego konieczne jest stosowanie odmiennych kryteriów zdrowia psychicznego i dojrzałości 
dla kobiet i  mężczyzn. Mężczyźni  funkcjonują bardziej w oparciu o zasadę niezależności, a 
kobiety  funkcjonują  bardziej w oparciu o zasadę  współzależności.  Z tego względu ważnym 
kryterium  zdrowia  psychicznego  dla  kobiet  powinno  być  osiągnięcie  dojrzałej  równowagi 
między zdolnością do przyjmowania pomocy i do udzielania jej innym ludziom.  
Istotne  są  także  różnice  społeczne,  duchowe  i  religijne.  W  życiu  społecznym  kobiety  są  z 
reguły bardziej zainteresowane konkretnymi ludźmi, ich losami oraz nawiązaniem osobistych 
kontaktów  z  nimi.  Z  kolei  mężczyźni  interesują  się  bardziej  grupami  społecznymi  i 
możliwością  oddziaływania  na  całe  środowiska.  Typową  konsekwencją  tych  tendencji  jest 
częstsze  działanie  kobiet  na  rzecz  konkretnych  osób  (np.  wychowanie  dzieci,  uczenie  w 
szkole, opieka nad ludźmi starszymi czy chorymi). Natomiast mężczyźni są bardziej skłonni 
zajmować  się  zjawiskami  dotyczącymi  polityki,  ekonomii,  kultury  i  innych  dziedzin  życia 
społecznego.  W  dojrzale  zorganizowanym  życiu  społecznym  nie  chodzi  zatem  o  to,  by 
kobiety  pełniły  dokładnie  te  same  funkcje  co  mężczyźni,  lecz  by  miały  podobną  jak  oni 
satysfakcję z wykonywanych zadań, odpowiednie wynagrodzenie materialne oraz uznanie dla 
ich specyficznego i niezastąpionego wkładu w życie społeczne.  
Różnice między kobietami a mężczyznami odnoszą się także do sfery moralnej i duchowej, 
ale  tylko  w  tym  sensie,  że  z  reguły  kobiety  są  wrażliwsze  na  te  wymiary  ludzkiego  życia. 
Różnice te nie powinny natomiast dotyczyć zawartości sfery moralnej i duchowej. Kobiety i 
mężczyźni  stworzeni  są  na  podobieństwo  Boga  i  w  jednakowym  stopniu  zostali  zaproszeni 
przez  Stwórcę  do  włączenia  się  w  historię  Jego  miłości  i  prawdy.  Z  tego  powodu  w  życiu 
kobiet  i  mężczyzn obowiązują te same  wartości  duchowe, te same  normy  moralne, te same 
kryteria postępowania: w miłości i prawdzie, w wierności i odpowiedzialności, w uczciwości 
i szlachetności. Nie powinny zatem występować różnice między moralnością i duchowością 
męską  i  żeńską,  gdyż  nie  ma  oddzielnych  norm  postępowania,  odmiennych  wartości  czy 
odmiennego sensu życia w odniesieniu do kobiet i mężczyzn.  
Z  reguły  większa  wrażliwość  kobiet  w  sferze  moralnej  i  duchowej  nie  jest  czymś 
przypadkowym. Wynika ona z faktu, że to właśnie kobiety zwykle od rana do wieczora mają 
kontakt  z  ludźmi:  ze  współmałżonkiem,  z  dziećmi,  z  rodzicami,  z  przyjaciółmi,  ze 
znajomymi.  To  właśnie  one  intensywnie  przeżywają  to,  co  dzieje  się  w  życiu  ich  bliskich. 
One częściej niż mężczyźni stają w obliczu ludzkiego cierpienia, ludzkiej słabości, ludzkich 
dramatów i kryzysów życia. Częściej niż mężczyźni obserwują z bliska – często „od środka” 
–  los  człowieka,  jego  zmaganie  się  ze  sobą  i  z  tajemnicą  życia.  Zwykle  to  właśnie  kobiety 
zajmują się wychowaniem dzieci w domu i w szkole, kontaktem z ludźmi chorymi, starszymi, 
zaburzonymi,  bezradnymi.  Wszystkie  te  doświadczenia  siłą  rzeczy  przywołują  pytania  o 

background image

tajemnicę  człowieka,  o  sens  jego  życia,  o  podstawowe  wartości  i  zasady  moralne,  o  naturę 
dojrzałej miłości.  
Większe  uwrażliwienie  kobiet  na  zasady  moralne  oraz  na  świat  duchowy  jest  wyraźnie 
widoczne u dzieci i młodzieży. Chłopcy zwykle później niż dziewczęta zaczynają interesować 
się  moralnością  i sferą duchową. Ich zainteresowania przez wiele  lat ograniczają się niemal 
wyłącznie  do  poznawania  świata  rzeczy  i  jego  tajemnic.  Chłopcy  pasjonują  się  sportem, 
komputerem,  hobby.  Tymczasem  ich  rówieśnice  prowadzą  już  poważne  rozmowy  o 
tajemnicy  człowieka  i  ludzkiego  życia,  zastanawiają  się  nad  własną  przyszłością  i 
powołaniem. Chętniej niż chłopcy czytają książki o ludzkich losach oraz piszą na ten temat 
wypracowania,  wiersze  i  pamiętniki.  Częściej  stawiają  pytania  o  sens  życia  i  tajemnicę 
człowieka oraz więcej czasu poświęcają na szukanie  odpowiedzi. Tymczasem dla chłopców 
pierwszym motywem troski o własną duchowość jest zwykle jakieś bolesne wydarzenie, które 
niemal przymusza do postawienia pytania o podstawowe wartości czy zasady postępowania, 
godne  człowieka  i  jego  powołania.  Punktem  wyjścia  w  pogłębianiu  wrażliwości  moralnej  i 
duchowej przez danego chłopca bywa często jego kontakt z dziewczyną, dla której te sfery są 
już ważne.  
Również w odniesieniu do sfery religijnej różnice  między obu płciami polegają głównie  na 
większej  wrażliwości  dziewcząt  i  kobiet  w  tej  dziedzinie.  Natomiast  istota  dojrzałej 
religijności  jest  oczywiście  taka  sama  dla  obu  płci.  Istotą  religijności  jest  odkrycie,  że  Bóg 
mnie  kocha  i  że  obdarza  mnie  prawdą,  która  wyzwala.  Odpowiedzią  jest  miłość  do  Boga 
ponad wszystko i słuchanie Go bardziej niż ludzi i niż samego siebie. Dzięki temu religijność 
staje się sztuką życia tu i teraz w oparciu o Bożą prawdę, która wyzwala i Bożą miłość, która 
przemienia.  Podobnie  jak  w  sferze  duchowej,  tak  i  w  sferze  religijnej  kobiety  i  mężczyźni 
przekraczają  swoją  płciowość,  odkrywając  ostateczną  prawdę  o  swoim  człowieczeństwie. 
Stają przed Bogiem jako osoby, które w Chrystusie mogą stać się kimś nowym, wyzwolonym 
z grzechu i śmierci, aby żyć w świętości i wolności dzieci Bożych.  
Kobiety z reguły bardziej spontanicznie otwierają się na sferę religijną z tego względu, że są 
bardziej  niż  mężczyźni  wrażliwe  na  świat  osób,  w  tym  na  świat  Osób  Bożych.  Nic  zatem 
dziwnego,  że  dziewczęta  łatwiej  i  szybciej  od  chłopców  uczą  się  modlić,  częściej  zadają 
pytania  z  dziedziny  religijnej,  są  bardziej  zainteresowane  katechezą  i  życiem 
sakramentalnym.  Zdecydowanie  więcej  kobiet  niż  mężczyzn  należy  do  ruchów  i  wspólnot 
religijnych. Mężczyźni dążą najpierw do tego, by Boga poznać i zrozumieć, a kobiety pragną 
się  najpierw  z  Nim  spotkać  i  doświadczać  Jego  obecności.  Różnice  między  kobietami  a 
mężczyznami  dotyczą  nie  tylko  stopnia  wrażliwości  i  sposobu  przeżywania  kontaktu  z 
Bogiem, lecz także znaczenia tego kontaktu w codziennym życiu. Kobiety zwykle są bardziej 
świadome,  jak ważna  jest dla  nich stała więź z  Bogiem oraz praktyki religijne. Łatwiej  niż 
mężczyźni potrafią też mówić o tym do innych osób. Dziewczęta i kobiety, które wchodzą w 
pogłębiony kontakt z Bogiem, w sposób widoczny stają się silniejsze i bardziej niezależne od 
ludzi.  
Z  reguły  kobiety  czują  się  bardziej  od  mężczyzn  odpowiedzialne  za  wychowanie  religijne 
swoich bliskich, a także za pozytywne oddziaływanie w tym względzie na inne osoby w kręgu 
rodziny, przyjaciół czy  znajomych. Zwykle to właśnie kobiety wprowadzają dzieci w  świat 
modlitwy i spotkania z Bogiem, rozmawiają z nimi o Bogu, czytają im Biblię, prowadzą do 
kościoła, odpowiadają na pytania z zakresu wiary i moralności. Ponadto kobiety częściej niż 
mężczyźni  współpracują  z  księżmi  w  przygotowaniu  dzieci  do  pierwszej  komunii  św.  i  do 
innych sakramentów. Nie powinno to dziwić, gdyż właśnie kobiety są bardziej niż mężczyźni 
predysponowane do wprowadzania w świat spotkań i więzi międzyosobowych, a zatem także 
w  tajemnicę  spotkania  człowieka  z  Bogiem.  Dojrzała  kobieta  przyprowadza  do  Boga 
wszystkich,  których  kocha.  Jan  Paweł  II  dziękuje  Bogu  za  „tajemnicę  kobiety  i  za  każdą 
kobietę  – za to, co stanowi odwieczną  miarę  jej  godności kobiecej, za wielkie dzieła Boże, 

background image

jakie w niej i przez nią dokonały się w historii ludzkości. Dziękujemy ci, kobieto, za to, że 
jesteś  kobietą!  Zdolnością  postrzegania  cechującą  twą  kobiecość  wzbogacasz  właściwe 
zrozumienie  świata  i  dajesz  wkład  w  pełną  prawdę  o  związkach  między  ludźmi”  (List  do 
Kobiet
, Watykan, 29.06.1995, nr 1).  
W  obliczu  zasygnalizowanych  powyżej  różnic  między  kobietami  a  mężczyznami  staje  się 
oczywiste, że kobiety i mężczyźni w odmienny sposób przeżywają również sferę seksualną. 
Seksualność mężczyzny jest silnie powiązana z cielesnością, ze spojrzeniem, z pożądaniem. 
Tymczasem seksualność kobiety bardziej zintegrowana jest z całą jej osobą. Trzymając kogoś 
za  rękę,  kobieta  nie  skupia  się  na  dotyku,  lecz  na  tej  drugiej  osobie,  na  jej  przeżyciach  i 
potrzebach.  Właśnie  dlatego  kobieta  łatwiej  może  zapanować  nad  pożądaniem  i  uczyć  
mężczyzn właściwej kolejności więzi. Bliskość  fizyczna cieszy  ją tylko w kontekście więzi 
duchowej i uczuciowej. Najbardziej intymne gesty rezerwuje do najsilniejszej więzi. Czuje się 
bezpieczna tylko wtedy, gdy seksualność połączona jest z miłością wierną i wyłączną, czyli 
małżeńską i gdy kontakt seksualny z mężem to jedynie czubek góry lodowej w morzu czułych 
słów,  spojrzeń  i  gestów.  W  przeciwnym  przypadku  kobieta  czuje  się  poniżona  i  dotkliwie 
cierpi.  To  zwykle  kobieta  jako  pierwsza  uświadamia  sobie  i  mężczyznom,  że  miłość  bez 
seksualności wystarczy do szczęścia, ale seksualność bez miłości nie da szczęścia nikomu. 
Dojrzała  postawa  wobec  płciowości  wymaga  nie  tylko  rozumienia  istotnych  różnic  między 
kobietami i mężczyznami, ale także rozumienia sensu ludzkiej płciowości. Bycie mężczyzną 
lub  kobietą  to  nie  tylko  specyficzny  sposób  przeżywania  własnej  osoby.  To także  znak,  że 
człowiek  nie  jest  kimś  pełnym  i  samowystarczalnym.  Bóg,  który  jest  pełnią,  nie  jest  ani 
mężczyzną  ani  kobietą.  Jednak  w  naszym  ludzkim  języku  możemy  mówić  o  Nim  tylko  na 
sposób  analogii,  gdyż  z  konieczności  odwołujemy  się  do  słów  i  obrazów,  które  mają 
konotacje płciowe. Ukazując Boga i Jego miłość do człowieka, Pismo Święte odwołuje się do 
porównań  zarówno  męskich  (np.  Bóg  jako  ojciec  czy  pasterz),  jak  i  kobiecych  (Bóg,  który 
kocha  jak  matka).  Ale  są  to  jedynie  obrazy.  W  rzeczywistości  Bóg  jest  pełnią.  Przekracza 
ograniczenia związane z płciowością. W swym istnieniu i działaniu nie potrzebuje Boga płci 
odmiennej.  
Tymczasem sytuacja człowieka jest zupełnie inna. Istniejąc na sposób kobiety lub mężczyzny, 
potrzebujemy obecności osób drugiej płci, aby zaistnieć i harmonijnie się rozwijać. Dojrzałe i 
odpowiedzialne  spotkanie  między  kobietą  a  mężczyzną  stwarza  szansę,  aby  obie  strony 
ubogaciły  własny  sposób  myślenia,  przeżywania,  komunikowania,  tworzenia  więzi.  Taki 
właśnie jest ostateczny sens ludzkiej płciowości. Człowiek jest spotkaniem i dzięki spotkaniu 
z drugą osobą – zwłaszcza z osobą płci odmiennej – może pełniej zrozumieć samego siebie i 
wierniej  realizować  własne  powołanie.  Płciowość  nie  tylko  odsłania  prawdę  o  potrzebie 
kontaktowania się z innymi, ale także ułatwia ten kontakt. Dzięki swej odmienności kobiety i 
mężczyźni  są  dla  siebie  nawzajem  atrakcyjni.  To  wzajemne  przyciąganie  się  jest  mocne  a 
zarazem  owocne,  gdyż  przynosi  intensywną  radość  i  wzruszenie,  otwiera  oczy  na  nowe 
tajemnice, ubogaca sposób przeżywania siebie i świata.  
Dojrzałość  oznacza  taki  sposób  spotykania  się  z  drugą  płcią,  który  umożliwia  wzajemny 
rozwój  i  wsparcie.  Spotkania  oparte  jedynie  na  emocjonalnym  zauroczeniu  czy  fizycznym 
pożądaniu przynoszą nieporozumienia i rozczarowania. Bywa i tak, że prowadzą do zranień, a 
nawet do bolesnej krzywdy.  Aby  móc się wzajemnie wspierać  i pomagać  sobie w rozwoju, 
chłopcy  i  dziewczęta  muszą  zatroszczyć  się  o  dojrzałość  i  odpowiedzialność  w  swoim 
stawaniu  się  mężczyzną  czy  kobietą.  Jest  to  długi  proces,  który  zaczyna  się  we  wczesnym 
dzieciństwie,  kiedy  dziecko  przeżywa  intensywny  kontakt  z  rodzicami.  Matka  staje  się  dla 
niego najważniejszym modelem kobiecości, a ojciec wzorcem bycia mężczyzną. Jeśli wzorce 
te  są  właściwe,  to  bardzo  ułatwiają  dziecku  uzyskanie  harmonijnej  tożsamości  płciowej  i 
uczenie się dojrzałej relacji w kontakcie z osobami drugiej płci.  

background image

Sprawdzianem  dojrzałości  jest  ponadto  osiągnięcie  harmonijnej  integracji  w  sferze 
płciowości. Integracja ta oznacza, po pierwsze, rozumienie własnej płci, cieszenie się swoją 
płciowością oraz uczenie się dojrzałego funkcjonowania w życiu osobistym  i społecznym na 
sposób kobiety lub mężczyzny. Po drugie, integracja oznacza uczenie się od osób drugiej płci 
tych kompetencji i umiejętności, które są cenne i ważne. W miarę rozwoju chłopcy powinni 
integrować w swojej osobowości specyficznie kobiece kompetencje, np. rosnącą wrażliwość 
na świat osób i więzi, większą zdolność mówienia o własnych uczuciach czy problemach, a 
także większą umiejętność wczuwania się w subiektywny świat myśli i uczuć drugiej osoby. 
Z  kolei  dziewczęta  powinny  integrować  w  swej  osobowości  specyficznie  męskie 
kompetencje,  czyli  uczyć  się  sprawniejszego  funkcjonowania  w  świecie  rzeczy,  a  także 
większej  niezależności  i  stanowczości  w  obliczu  pojawiających  się  trudności  czy  napięć 
emocjonalnych. 
Dany  człowiek  nie  jest  w  stanie  zająć  dojrzałej  postawy  w  sferze  płciowości  –  a  w 
konsekwencji  –  także  w  sferze  seksualności,  jeśli  nie  kształtuje  w  sobie  dojrzałości  w 
pozostałych dziedzinach. Tylko ta osoba, która jest dojrzała w całym swym człowieczeństwie,  
może  przeżywać  swoją  płciowość  w  sposób  świadomy  i  odpowiedzialny,  nie  redukując 
spotkania z osobą drugiej płci do gry popędów i potrzeb seksualnych, ani do emocjonalnego 
zauroczenia. Każde spotkanie  między osobami płci odmiennej, które opiera się na  miłości  i 
odpowiedzialności,  przynosi  radość  i  staje  się  uprzywilejowanym  miejscem  rozwoju.  W 
przeciwnym  przypadku  okazuje  się  miejscem  szczególnie  bolesnego  rozczarowania  i 
krzywdy. 
 

5.  Miłość małżeńska i rodzicielska sensem ludzkiej seksualność 

 
Sensem  dojrzałej  seksualności  jest  komunikowanie  całym  sobą  miłości  małżeńskiej,  czyli 
miłości wiernej, nieodwołalnej i płodnej. Ukazywanie związku, jaki istnieje między miłością 
a seksualnością, jest obecnie trudne, gdyż dominujące w środkach przekazu laickie koncepcje 
wychowania ukazują ludzką seksualność w oderwaniu od miłości, odpowiedzialności i norm 
moralnych. Wychowanie seksualne okazuje się w tym kontekście pozorne i szkodliwe, gdyż 
uwzględnia  jedynie  niektóre  aspekty  seksualności  (zwłaszcza  aspekt  fizjologiczny  i 
emocjonalny), kosztem jej pozostałych wymiarów, zwłaszcza kosztem wymiaru moralnego i 
społecznego.  Bywa  nawet  tak,  że  wychowanie  w  dziedzinie  seksualnej  jest  utożsamiane  z 
uświadamianiem  seksualnym,  czyli  z  przekazywaniem  dzieciom  i  młodzieży  informacji  na 
temat fizjologii ludzkiej seksualności. W każdej dziedzinie życia jest błędem wychowawczym 
opisywanie  funkcjonowania  jakiejś  sfery,  jeśli  jednocześnie  nie pomagamy odkryć,  jaki  jest 
jej  sens  oraz  jakie  są  w  tej  dziedzinie  zagrożenia  i  zaburzenia.  Ludzie  młodzi  w  naturalny 
sposób odczuwają większą  ciekawość co do anatomii  i  fizjologii  seksualności  niż co do  jej  
sensu  i  znaczenia.  Redukowanie  wychowania  seksualnego  do  informacji  na  temat  budowy 
narządów  płciowych  oraz  fizjologii  współżycia  jest  groźne  także  dlatego,  że  sugeruje,  iż 
współżycie  seksualne  to  jedynie  kwestia  popędu  i  spontaniczności.  To  tak,  jakby  mama 
wyjaśniła kilkuletniemu synkowi, w jaki sposób działa klucz w drzwiach, ale nie uświadomiła 
mu, jaki jest sens tego działania. Wtedy dziecko zostałoby wprowadzone w błąd i otwierałoby 
drzwi  każdemu,  kto  zapuka.  Nie  wolno  mówić  wychowankowi  o  tym,  jak  coś  działa,  jeśli 
jednocześnie nie wyjaśni się, jaki jest sens tego działania i kiedy może być ono groźne.  
 

Sugerowanie  młodym,  że  znajomość  fizjologii  ludzkiej  seksualności  jest 

wystarczającą  podstawą  do  podjęcia  decyzji  o  współżyciu  –  stanowi  przejaw  drastycznej 
naiwności  lub  okrutnego  cynizmu  dorosłych.  Często  rozmawiam  z  nauczycielami,  którzy 
prowadzą zajęcia z wychowania seksualnego. Niemal wszyscy przyznają, że ograniczają się 
na  takich  lekcjach  do  opisywania  anatomii  i  fizjologii  seksualności,  a  jako  „ekspertów” 
zapraszają  do  szkół  przede  wszystkim  ginekologów.  Przyznają  również,  że  nie  mówią  do 

background image

dzieci  i  młodzieży  o  aspektach  psychicznych,  moralnych,  duchowych  czy  społecznych 
ludzkiej  seksualności,  gdyż  nie  dysponują  na  ten  temat  odpowiednimi  materiałami,  albo  nie 
starcza im odwagi. W takiej jednak sytuacji  – świadomie lub nie –  sugerują wychowankom, 
że anatomia i fizjologia to już cała prawda o seksualności, oraz że współżycie seksualne może 
mieć jedynie konsekwencje biologiczne.  
Z  tego  właśnie  powodu,  pierwszą  informacją,  do  jakiej  ma  prawo  każdy  wychowanek,  jest 
rzetelne  ukazanie  sensu  i  celu  ludzkiej  seksualności.  Sensem  tym  jest  odpowiedzialne 
wyrażanie miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Obydwa te znaczenia ludzkiej seksualności są 
w  sposób  naturalny  i  nierozerwalny  wpisane  w  samą  jej  strukturę.  Zacznijmy  od  istotnego 
pytania: na jakiej podstawie można twierdzić, że sensem ludzkiej seksualności jest wyrażanie 
miłości małżeńskiej? Otóż podstawą tą jest fakt, że współżycie seksualne oznacza najwyższy 
stopień  intymności,  najwyższy  stopień  zbliżenia  fizycznego  między  kobietą  i  mężczyzną; 
stają  się  oni  wtedy  jakby  jednym  ciałem.  Współżyją,  czyli  tworzą  wspólnotę  życia.  W 
dziedzinie  zachowań  i  gestów  fizycznych  nie  istnieje  żadne  inne  działanie  o  podobnym 
stopniu  intymności  i  intensywności  zbliżenia.  Ta  właśnie  głębia  intymności  sprawia,  że 
powinien  być  to  gest  zarezerwowany  wyłącznie  dla  mężczyzn  i  kobiet  żyjących  w  więzi 
małżeńskiej, czyli złączonych miłością nieodwołalną, wierną i wyłączną.  
 

Zasada  rezerwowania  współżycia  seksualnego  jedynie  do  kontekstu  miłości 

małżeńskiej  wynika  nie  tylko  z  norm  moralnych,  lecz  także  ze  zdrowia  psychicznego. 
Dojrzały psychicznie człowiek potrafi w taki sposób dobierać swoje gesty i zachowania, by 
były one dostosowane i proporcjonalne do określonego rodzaju więzi. Tego typu umiejętność 
stanowi  ważny  sprawdzian  zarówno  zdrowia  psychicznego,  jak  i  dojrzałości  społecznej.  Są 
pewne gesty fizyczne i zachowania zewnętrzne, które można w sposób uzasadniony odnosić 
do  wszystkich  ludzi.  Do  wszystkich  można,  na  przykład,  uśmiechać  się,  wszystkich  można 
pozdrawiać  określonymi  słowami  czy  skinięciem  głowy.  Pewne  jednak  gesty  i  znaki  są 
zaadresowane jedynie do określonej grupy osób; nie wszystkim ludziom spotkanym na ulicy 
podajemy rękę, jest to bowiem znak zarezerwowany do kontaktów z tymi, których już znamy 
osobiście, lub którzy zostają nam przedstawieni. Jeszcze węższy zakres stosowania mają takie 
gesty,  jak  pocałunek  czy  objęcie  kogoś  ramieniem  –  są  zarezerwowane  dla  tych  ludzi,  z 
którymi  wiążą  nas  głębsze  więzi  niż  sama  znajomość;  chodzi  tu  np.  o  więzi  rodzinne  czy 
przyjacielskie.  Stosowanie  tych  gestów  w  odniesieniu  do  wszystkich  ludzi  byłoby  czymś 
pustym lub niedojrzałym, albo sygnalizowałoby jakieś zaburzenia.  
Przykładem ilustrującym taką właśnie sytuację są zachowania dzieci z chorobą sierocą, które 
przytulają się do każdej osoby pojawiającej się w ich zasięgu; także do ludzi, których widzą 
po  raz  pierwszy.  Tymczasem  takie  znaki  i  gesty,  jak  trzymanie  się  za  ręce,  przytulanie, 
obejmowanie  czy  okazywanie  czułości,  wymagają  intymnej  i  trwałej  więzi.  Są  czymś 
naturalnym  i  odpowiedzialnym  między  rodzicami  a  dziećmi,  między  małżonkami,  między 
ludźmi  wyjątkowo  sobie  bliskimi,  którzy  potrafią  się  wzajemnie  kochać,  respektować, 
chronić,  wspierać.  Poza  takim  kontekstem  tego  rodzaju  gesty  dziwią,  niepokoją,  są  czymś 
niestosownym, mogą być także gorszące lub wręcz zakazane przez zwyczaje, zasady moralne, 
a nawet kodeks karny. Dojrzałe zachowanie oznacza więc, że nasze gesty wobec określonych 
osób  nie  sięgają  głębiej  niż  więzi,  które  do  tej  pory  z  tymi  osobami  zbudowaliśmy.  W 
przeciwnym przypadku nasze gesty nie byłyby proporcjonalne do więzi i nie wypływałyby z 
więzi.  Byłyby  to  zatem  gesty  wyrwane  z  właściwego  im  kontekstu,  a  przez  to  fałszywe,  
mylące, nieodpowiedzialne. Czasem wręcz wyuzdane i niemoralne. 
Z  powyższych  analiz  wynika,  że  istnieją  określone  zasady  i  reguły,  dotyczące  gestów 
fizycznych i znaków bliskości, które ludzie sobie wzajemnie okazują. Istnieje też hierarchia 
tych gestów. Oznacza to, że pewne gesty uznawane są za dosyć powierzchowne i publiczne, a 
inne  za  bardzo  prywatne  i  intymne.  Im  bardziej  dane  gesty  są  intymne  i  osobiste,  tym 
precyzyjniej muszą być określane reguły ich wyrażania oraz kontekst, w którym takie gesty są 

background image

uzasadnione, autentyczne i odpowiedzialne. Niektóre z tych gestów okazują się aż tak bardzo 
intymne  i  osobiste,  że  są  gestami  „ścisłego  zarachowania”.  Do  takich  gestów  należy  na 
pierwszym  miejscu współżycie  seksualne. To  jedyne zachowanie, które  jest odpowiedzialne 
wyłącznie  w  jednym  kontekście:  w  kontekście  więzi  małżeńskiej.  Inne  gesty  czułości  i 
intymności,  jak  przytulenie,  objęcie  ramionami  czy  pocałunek,  są  prawomocne  także  w 
innych  rodzajach  bliskich  więzi.  Odkrycie,  że  sensem  ludzkiej  seksualności  jest  wyrażanie 
miłości między małżonkami i tylko między nimi, opiera się zatem nie tylko na określonych 
normach  moralnych  czy  religijnych,  ale  także  na  respektowaniu  podstawowych  kryteriów 
zdrowia  psychicznego  i  dojrzałości  społecznej.  Współżycie  seksualne  to  znak  najbardziej 
intymny i bogaty w nieodwołalne konsekwencje ze wszystkich fizycznych znaków, do jakich 
zdolny jest człowiek. 
Współżycie  seksualne  jest  nie  tylko  sposobem  wyrażania  miłości  małżeńskiej.  Jest 
jednocześnie  sposobem  wyrażania  miłości  rodzicielskiej,  będąc  miejscem  przekazywania 
nowego  życia.  Z  tego  właśnie  względu  powinno  dokonywać  się  ono  jedynie  między  tymi 
osobami, które są w stanie to nowe życie w odpowiedzialny sposób przyjąć, stale je ochraniać 
i z miłością towarzyszyć w rozwoju. Współżycie seksualne powinno zaistnieć tylko między 
tymi osobami, które potrafią zagwarantować dojrzałe rodzicielstwo oraz zapewnić właściwe 
wychowanie  dzieci.  Z  oczywistych  względów  warunki  te  mogą  spełniać  w  pełni  jedynie 
osoby,  które  trwają  w  nierozerwalnym  związku  małżeńskim.  Wszystkie  nauki  o  człowieku 
(teologia, filozofia, antropologia, psychologia, pedagogika, socjologia) potwierdzają, że tylko 
w ramach dojrzałej i trwałej więzi małżeńskiej tworzą się optymalne warunki, konieczne do 
odpowiedzialnego rodzicielstwa. To właśnie dlatego w każdych czasach kryzys małżeństwa i 
miłości małżeńskiej oznacza jednocześnie kryzys odpowiedzialnego rodzicielstwa. 
Obecnie coraz częściej podważany jest fakt, że sensem i celem współżycia seksualnego jest – 
obok  miłości  –  przekazywanie  życia.  Warto  w  tym  kontekście  zauważyć,  że  negowanie 
faktów,  nawet  tak  oczywistych,  jak  fakty  biologiczne,  okazuje  się  typowe  dla  wszystkich 
cywilizacji, które przeżywają kryzys  i które stają się cywilizacjami  śmierci.  W przekonaniu 
wielu osób, a nawet całych środowisk, biologicznym sensem współżycia seksualnego nie jest 
płodność, lecz doznanie doraźnej przyjemności. Takie przekonanie nie wynika z analizy aktu 
seksualnego,  gdyż  jego  bezpośredni  związek  z  płodnością  jest  obiektywnym  prawem 
fizjologicznym.  Sugerowanie,  że  sensem  współżycia  seksualnego  nie  jest  przekazywanie 
życia,  lecz  odczuwanie  przyjemności,  to  nie  rezultat  badań  naukowych,  lecz  przejaw 
pragnienia, by tak właśnie było. Ale nasze pragnienia, by zmodyfikować określone fakty czy 
prawa biologiczne mogą zmienić jedynie naszą świadomość i nasze zachowanie, ale nie mogą 
zmienić rzeczywistości. Prowadzą jedynie do iluzji. A działanie wbrew obiektywnym faktom 
wyrządza szkodę i mści się na człowieku według zasady, że natura nie przebacza nigdy.  
 

Twierdzenie,  że  biologicznym  sensem  ludzkiej  seksualności  nie  jest  przekazywanie 

życia,  lecz  doznawanie  przyjemności,  okazuje  się  równie  naiwne,  jak  twierdzenie,  że  sens 
jedzenia tkwi w przyjemności, a nie odpowiedzialnym odżywianiu organizmu. To prawda, że 
zarówno współżyciu seksualnemu, jak i spożywaniu pokarmów towarzyszy zwykle (chociaż 
nie  zawsze)  odczucie  przyjemności,  jednak  doznawanie  przyjemności  nie  jest  sensem,  ani 
głównym celem tych działań. Przyjemność nie jest sensem ani głównym celem żadnej funkcji 
w  organizmie  człowieka.  Jeśli  jakiś  człowiek  zaczyna  traktować  przeżywanie  przyjemności 
jako główny sens i cel jedzenia czy współżycia seksualnego, to wchodzi na drogę uzależnień i 
zaburzeń.  Jedzenie  dla  przyjemności  prowadzi  do  uzależnienia  oraz  do  zaburzeń 
organicznych,  począwszy  od  nadwagi.  Dana  osoba  nie  potrafi  wtedy  kierować  swoimi 
zachowaniami i sięga po takie potrawy i w takich ilościach, by osiągnąć przyjemność – nawet 
jeśli  w  ten  sposób  rujnuje  własne  zdrowie.  Tymczasem  człowiek  dojrzały  je  to,  co  jest 
rzeczywiście potrzebne jego organizmowi, nawet jeśli mu to nie smakuje. Rozumie bowiem, 

background image

że  nie  o  przyjemność  przede  wszystkim  tu  chodzi,  lecz  o  zdrowe  i  odpowiedzialne 
odżywianie organizmu.  
 

Analogicznie  przedstawia  się  sprawa  z  celowością  współżycia  seksualnego;  sensem 

aktu  seksualnego  nie  jest  doznanie  przyjemności,  lecz  odpowiedzialne  wyrażanie  miłości 
małżeńskiej  i rodzicielskiej. Człowiek  jednak potrafi tak  ingerować w biologiczną  strukturę 
współżycia  seksualnego,  by  pozbawiać  naturalnego  związku  z  płodnością.  Tendencje  do 
negowania  związku  między  współżyciem  seksualnym  a  płodnością  mają  swe  źródło  w 
dążeniu do oddzielenia seksualności od rodzicielstwa. Wtedy bowiem szukanie i doznawanie 
przyjemności  seksualnej  stałoby  się  autonomiczne  wobec  rodzenia  dzieci,  a  przez  to 
zwalniałoby z odpowiedzialności. Gdyby ludzka seksualność rzeczywiście nie była związana 
z  przekazywaniem  życia  oraz  z  rodzicielstwem,  wtedy  straciłyby  znaczenie  argumenty 
przeciwko  stosunkom  przedmałżeńskim  czy  pozamałżeńskim.  Prowadziłoby  to  do 
odczłowieczenia ludzkiej seksualności i zredukowania jej do gry instynktów i popędów, bez 
odniesienia  do  innych  wymiarów  człowieczeństwa.  Tutaj  właśnie  tkwi  istota  „rewolucji 
seksualnej”,  która  sugeruje,  że  współżycie  seksualne  nie  sięga  głębi  człowieka  i  nie  ma 
żadnych konsekwencji, poza rozładowaniem popędu i chwilowym doznaniem przyjemności.  
 

Seksualność  rozumiana  w  tak  odczłowieczony  i  zdeformowany  sposób  nie  musi 

podlegać  żadnym  normom  moralnym,  społecznym  czy  prawnym.  Sprowadzana  zostaje  do 
popędu,  odruchu,  bez  żadnych  konsekwencji  dla  współżyjących  ze  sobą  osób.  W  tej 
perspektywie  współżycie  nie  wymaga  wcześniejszego  zbudowania  jakiejkolwiek  więzi,  ani 
nie  niesie  zobowiązań  na  przyszłość.  Jest  epizodem  bez  znaczenia,  „przygodą”.  Rewolucja 
seksualna  oznacza  w  rzeczywistości  „rewolucyjne”  odczłowieczenie  i  zwulgaryzowanie 
ludzkiej seksualności i traktowanie jej jak działania typowego dla zwierząt. 
 

Obok próby odłączenia seksualności od miłości małżeńskiej i rodzicielskiej, tego typu 

„wyzwolonym” spojrzeniom na ludzką seksualność towarzyszy często założenie, że instynkt 
agresji  i  wszelkie  przejawy  agresywności  są  wynikiem  tłumienia  instynktu  seksualnego. 
Zwolennicy  takiej  ideologii  twierdzą,  że  jeśli  przestaniemy  kontrolować  i  „tłumić”  popęd 
seksualny  oraz  zniesiemy  wszelkie  normy  wobec  ludzkiej  seksualności,  to  wtedy  zaniknie  
agresja między ludźmi i wojny. W ten sposób „rewolucja seksualna” łączy się  z wyjątkowo 
naiwnym  pacyfizmem,  jednak  w  oczach  ludzi  pozbawionych  krytycyzmu  zyskuje  przez  to 
dodatkowo na  atrakcyjności. Tymczasem  agresja  jest  instynktem tak samo pierwotnym,  jak 
instynkt seksualny. Nie jest ona zjawiskiem wyizolowanym, ma jednak związek z tłumieniem 
miłości,  a  nie  z  tłumieniem  seksualności!  Pojawia  się  wszędzie  tam,  gdzie  jest  za  mało 
miłości, a nie tam, gdzie jest za mało seksualności. 
 

Z  wymienionych  przyczyn  przekonanie,  że  można  odłączyć  seksualność  od 

rodzicielstwa,  prowadzi  nie  tylko  do  zbanalizowania  i  odczłowieczenia  samej  seksualności, 
ale  także  do  błędnego  i  naiwnego  spojrzenia  na  całą  rzeczywistość  człowieka.  Albo 
respektujemy  naturalny  związek  między  seksualnością  a  miłością  i  rodzicielstwem,  albo 
ponosimy  wszystkie  konsekwencje  oddzielenia  seksualności  od  odpowiedzialności  i 
płodności. W tym drugim przypadku musielibyśmy zaakceptować dosłownie każdą fizycznie 
możliwą  formę  przyjemności  seksualnej.  W  każdym  przypadków  chodziłoby  jedynie  o 
dawanie czy doznawanie fizycznej przyjemności  – i o nic więcej. Wówczas odczłowieczona 
byłaby  nie tylko  ludzka  seksualność, ale także  sam człowiek  i  jego więzi z  innymi  ludźmi; 
bylibyśmy  wtedy  skazani  na  świat  bez  miłości,  bez  wierności,  bez  odpowiedzialności,  bez 
rodzicielstwa,  na  świat,  w  którym  najwyższą  normą  postępowania  byłoby  szukanie 
przyjemności fizycznej za wszelką cenę. Tymczasem kierowanie się zasadą przyjemności jest 
–  jak  m.in.  przypomina  Freud  –  typowe  dla  małych  dzieci  oraz  dla  ludzi  z  zaburzeniami 
psychicznymi.  Ludzie  dojrzali  kierują  się  zasadą  realizmu,  a  nie  zasadą  doraźnej 
przyjemności. Cywilizacja, która opiera się na szukaniu przyjemności a nie miłości i płynącej 
z niej radości, staje się cywilizacją egoizmu, uzależnień i śmierci. 

background image

 

 

6.  Dorastanie do błogosławionej seksualności 

 

Współczesna  młodzież  pragnie  zbudować  nowy,  lepszy  świat.  Wielu  nastolatków  nie 

uznaje  dotychczasowych  autorytetów,  ani  sposobów  życia.  Buntują  się  przeciw  normom 
moralnym  i  wszystko  chcą  tolerować.  Inaczej  niż  poprzednie  pokolenie  przeżywają  więzi 
rówieśnicze, zakochanie oraz wszystko to, co jest związane z ludzką seksualnością. Z drugiej 
strony  coraz  więcej  jest  takich  ludzi,  którzy  postanowili  dorobić  się  na  zaburzonej  i 
nieszczęśliwej seksualności. Ludzie ci nie cofają się przed żadnym kłamstwem, przed żadną 
manipulacją  czy  cynizmem,  byle  tylko  zyskać  klientów  na  swoje  toksyczne  towary.  W  tej 
sytuacji  szansę  na  zajęcie  dojrzałej  postawy  wobec  seksualności  mają  ci,  którzy  nie  tylko 
rozumieją  niezwykłość  tej  sfery,  ale  także  chcą  i  potrafią  podjąć  trud  pracy  nad  sobą  w  tej 
dziedzinie.  

 

Roztropna kolejność więzi  

 
Chłopcy  i dziewczęta mają obecnie łatwiejszy kontakt ze sobą niż w poprzednich okresach. 
Od dzieciństwa mogą przebywać, bawić się, uczyć i współpracować z osobami drugiej płci. 
Młodzi  sami  wybierają  sobie  tych,  z  którymi  wiążą  się  uczuciowo.  Obserwujemy  jednak 
także  negatywne  aspekty  tej  sytuacji.  Dzieje  się  tak  wtedy,  gdy  celem  spotkań  między 
chłopcami  i  dziewczętami  staje  się  poszukiwanie  cielesnej  przyjemności  czy  sięganie  po 
substancje uzależniające. Mimo, że chłopcy i dziewczęta sami wybierają sobie kandydatów na 
przyjaciół, że mają wiele okazji i czasu na wzajemne poznawanie się i pokochanie, to jednak 
boją  się  głębszych  więzi,  a  tym  bardziej  podejmowania  decyzji  o  zawarciu  małżeństwa. 
Nieraz  w  ogóle  taką  ewentualność  wykluczają.  Tłumaczą  to  zwykle  „ochroną”  naiwnie 
rozumianej  wolności.  W  rzeczywistości  nie  umieją  pokochać  drugiej  osoby  na  tyle,  by 
zdecydować się na wspólne życie. W konsekwencji nie wierzą też, że ta druga osoba może ich 
pokochać miłością wierną i nieodwołalną.  

Istnieją  konkretne  warunki,  które  chłopcy  i  dziewczęta  powinni  spełnić,  jeśli  chcą 

dorastać  do  miłości  małżeńskiej  i  rodzicielskiej  i  doświadczyć  szczęśliwego  oblicza  sfery 
seksualnej.  Istotnym  warunkiem  jest  zachowanie  właściwej  kolejności  więzi  w  kontakcie  z 
osobą drugiej płci. Najgorsza  sytuacja to koncentracja na cielesności i seksualności. Trudno 
wtedy – zwłaszcza chłopcom – dorastać do dojrzałych więzi w wymiarze psychospołecznym i 
duchowym.  
Prawidłowa kolejność więzi oznacza, że młodzi zaczynają kontakt od więzi poznawczej, czyli 
od rozmów, od opowiadania o sobie, o własnych przekonaniach i poglądach, o radościach  i 
troskach,  o  rodzinie  i  środowisku,  w  którym  żyją.  To  wzajemne  poznawanie  powinno 
dokonywać się w sposób stopniowy i roztropny. Niepokojąca jest sytuacja, w której jedna ze 
stron,  lub  obie  strony,  niemal  nic  o  sobie  nie  mówią,  gdy  są  sparaliżowani  własną 
nieśmiałością,  albo  gdy  są  tak  biedni  duchowo,  że  nie  mają  sobie  niczego  do  powiedzenia.  
Równie  niepokojąca  jest  sytuacja,  w  której  mówią  o  sobie  od  razu  zbyt  wiele,  w  sposób 
nieproporcjonalny  do  więzi,  która  dopiero  zaczyna  się  rodzić.  W  pierwszym  przypadku 
brakuje podstawy do budowania pogłębionej więzi,  natomiast w drugim przypadku  łatwo o 
rozczarowania  i  zranienia  wynikające  z  tego,  że  ktoś  odsłonił  siebie  wobec  drugiej  osoby, 
zanim wystarczająco upewnił się, na ile ta osoba jest taktowna, dyskretna i dojrzała.  
Jeśli  dwoje  młodych  ludzi  zaczyna  siebie  wzajemnie  poznawać  i  rozumieć,  wtedy  staje  się 
możliwy  krok  następny,  czyli  budowanie  więzi  emocjonalnej.  Młodzi  zaczynają  coraz 
bardziej cieszyć się sobą, doświadczają poczucia bezpieczeństwa i zaufania. Tęsknią, gdy nie 
są  razem.  Zaczynają  się  coraz  częściej  zwierzać  ze  swoich  nastrojów  oraz  z  przeżyć,  o 

background image

których  dotąd  nikomu  nie  mówili.  W  ten  sposób  rodzi  się  intensywna  więź  emocjonalna, 
zwana zakochaniem.  
W miarę rozwoju więzi poznawczej i emocjonalnej tworzą się warunki do budowania więzi 
duchowej.  Duchowość  to  zdolność  człowieka  do  zrozumienia  samego  siebie  i  własnej 
tajemnicy. To sfera, w której człowiek poszukuje odpowiedzi na najważniejsze pytania: kim 
jestem  i  po  co  żyję?  Dzięki  duchowości  człowiek  może  zrozumieć  sens  swojego  życia  i 
określić  podstawowe  normy  i  wartości.  Więź  duchowa  oznacza,  że  chłopiec  i  dziewczyna 
zaczynają  rozmawiać  o  własnej  wizji  siebie  i  świata,  o  wartościach  i  zasadach  moralnych, 
którymi  się  kierują,  o  pragnieniach  i  aspiracjach  życiowych,  o  wizji  szczęścia,  miłości, 
małżeństwa  i  rodziny,  o  wierności,  odpowiedzialności,  szlachetności,  o  więzi  z  Bogiem  i 
ludźmi. Bez więzi duchowej, kontakt  między dwojgiem  ludzi  jest kontaktem koleżeńskim  i 
niczym więcej. Nie może być wystarczającą bazą dla przyjaźni, a tym bardziej dla decyzji o 
małżeństwie.  
Zasadnicze  różnice  w  spojrzeniu  na  człowieka,  na  sens  jego  życia  czy  na  podstawowe 
wartości  i  zasady  moralne  są  przeszkodą  do  zawarcia  małżeństwa.  Nie  można  założyć 
szczęśliwej  i  trwałej  rodziny,  gdy  jedna  ze  stron  chce  budować  małżeństwo  w  oparciu  o 
miłość,  wierność  i  uczciwość,  a  druga  strona  kieruje  się  egoizmem,  akceptuje  zdradę 
małżeńską  i  nieuczciwość.  Podobnie  nie  można  założyć  szczęśliwej  i  harmonijnej  rodziny, 
gdy jedna ze stron ma dojrzały świat duchowych wartości i zasad moralnych, a druga strona 
jest pusta duchowo i kieruje się doraźną przyjemnością. Człowiek bez duchowości jest kimś 
zredukowanym do cielesności i emocjonalności. Taki człowiek kieruje się logiką instynktu i 
popędu, logiką ciała i uczuć. Z tego właśnie względu jest niezdolnym do tego, by kochać oraz 
by być kimś wiernym i odpowiedzialnym.  
 

Budowanie  więzi  duchowej  w  oparciu  o  podobną  wizję  życia  i  hierarchię  wartości 

staje się momentem przełomowym i decydującym o tym, czy znajomość między chłopcem a 
dziewczyną  okaże  się  jeszcze  jedną  z  powierzchownych  więzi  koleżeńskich,  czy  też 
przekształci się w więź wyjątkową i osobistą. W tym drugim przypadku kolejną fazą rozwoju 
powinno  być  weryfikowanie  zbudowanej  dotąd  więzi  przez  kontakt  z  innymi  osobami. 
Budowanie więzi poznawczej, emocjonalnej i duchowej z natury rzeczy koncentrowało dwoje 
młodych  ludzi  na świecie  ich prywatności  i  na kontakcie we dwoje. Była to faza  izolacji, a 
nawet  ucieczki  –  czasem  w  sensie  zupełnie  dosłownym  –  od  najbliższego  środowiska  i  od 
więzi  społecznych.  Dojrzały  rozwój  więzi  między  chłopcem  a  dziewczyną  prowadzi  od 
wyłącznego zapatrzenia się w siebie do fazy, w której możliwy i naturalny staje się powrót do 
społeczności rodzinnej, szkolnej i rówieśniczej.   
 

Nie przestając się dalej poznawać, cieszyć sobą i dzielić własnym światem duchowym, 

dwoje  młodych  odzyskuje  więzi  z  innymi  ludźmi.  Mają  wtedy  szansę,  by  sprawdzić  we 
wspólnym  działaniu,  czy  to,  co  sobie  wzajemnie  mówili  i  co  sobie  w  czasie  randek 
obiecywali,  jest  prawdą  czy  też  iluzją,  obietnicą  bez  pokrycia  albo  cyniczną  manipulacją. 
Odwiedzając się wzajemnie, rozmawiając z rodzicami i rodzeństwem drugiej strony, działając 
razem na forum klasy, grupy rówieśniczej czy organizacji młodzieżowej, pomagając sobie w 
wypełnianiu  obowiązków,  wspólnie  z  innymi  bawiąc  się  i  rozwiązując  problemy,  razem 
modląc  się  i  pokonując  trudności,  obserwując  się  wzajemnie  na  tle  kontaktów  z  innymi 
ludźmi,  młodzi  mogą  przekonać  się,  czy  rzeczywiście  znają  szanują  siebie  na  wzajem  i 
respektują.  W  czasie  romantycznych  spacerów  wszyscy  wydają  się  sobie  wspaniałymi 
kandydatami  na  małżonków.  Jak  jest  naprawdę,  mogą  odkryć  wtedy,  gdy  obserwują  siebie 
nawzajem na tle kontaktu z osobami trzecimi.  
           Dopiero po zweryfikowaniu wzajemnej więzi na tle kontaktu z innymi ludźmi młodzi 
mogą  upewnić  się,  czy  to,  co  ich  łączy,  jest  już  czymś  więcej,  niż  tylko  emocjonalne 
zauroczenie. Jeśli tak, to stali się już przyjaciółmi. Niektórzy sądzą, że przyjaciel to ktoś, kto 
wie o mnie wszystko, a mimo to  mnie kocha. Jest to jednak błędne przekonanie, gdyż nikt z 

background image

ludzi nie wie o  mnie wszystkiego. Przecież wszystkiego nie wiem o sobie nawet ja sam. Na 
szczęście  drugi  człowiek  nie  musi  wszystkiego  wiedzieć,  aby  być  moim  przyjacielem. 
Przyjaciel to ktoś, kto potrafi mnie kochać niezależnie od tego, czego się o mnie dowie. Gdy 
dowie się czegoś pozytywnego, to cieszy się i pomaga mi, bym dalej mądrze postępował. Gdy 
dowie się czegoś negatywnego, wtedy życzliwie mnie upomina i pomaga mi się zmienić.  
Więź  między  młodymi  może  pozostać  na  etapie  przyjaźni  do  końca  życia,  przynosząc  obu 
stronom wielką radość i wsparcie. Jednak więź ta może  przerodzić się w coś jeszcze bardziej 
wyjątkowego i  niezwykłego, więź  jedyną  i  niepowtarzalną, czyli w więź  małżeńską. Dzieje 
się  tak  wtedy,  gdy  dwoje  zaprzyjaźnionych  ze  sobą  ludzi,  którzy  się  wzajemnie  poznali  i 
polubili, którzy mają podobną wizję życia i szczęścia, potwierdzoną we wspólnym działaniu i 
zweryfikowaną  w  kontakcie  z  innymi  osobami,  decyduje  się  na  całkowite  zawierzenie  się 
drugiej osobie i na wspólne budowanie życia aż do śmierci w ramach małżeństwa i rodziny. 
Po  podjęciu  tego  typu  decyzji  potrzebny  jest  jeszcze  pewien  czas,  by  ze  sobą  rozmawiać  i 
współdziałać z nieznanej dotąd perspektywy: z perspektywy małżeństwa i rodziny. Chłopiec 
patrzy wtedy na dziewczynę jako na przyszłą żonę i matkę  dzieci, którym przekażą życie, a 
ona obserwuje go jako kandydata na przyszłego męża i na ojca ich potomstwa. Jeśli obydwie 
strony ocenią zgodnie, że ten okres, zwany narzeczeństwem, potwierdził ich wzajemną miłość 
i  zaufanie,  to  nadchodzi  czas  ostatecznej  decyzji  o  zawarciu  małżeństwa.  Podjęcie  takiej 
decyzji jest jednak odpowiedzialne tylko wtedy, gdy kandydaci na małżonków i rodziców nie 
tylko  odnoszą  się  do  siebie  nawzajem  z  miłością,  ale  gdy  wykazują  duży  stopień  osobistej 
dojrzałości. 

Udane życie małżeńskie i rodzinne wymaga bowiem nie tylko miłości, ale też dojrzałej 

osobowości.  Można  być  przyjacielem  np.  alkoholika  czy  narkomana,  który  nadal  sięga  po 
substancje uzależniające, ale nie można go wybrać na współmałżonka i rodzica, gdyż dopóki 
trwa  on  w  czynnej  fazie  choroby,  dopóty  nie  może  dojrzale  wypełnić  obowiązków 
małżeńskich i rodzicielskich. Egoizm, uzależnienia, niezdolność do panowania nad sobą i do 
zachowania wierności małżeńskiej to cechy, które z natury rzeczy wykluczają daną osobę z 
kręgu  kandydatów  na  współmałżonka.  Zawieranie  małżeństwa  byłoby  w  takiej  sytuacji 
przejawem  wielkiej naiwności i niedojrzałości. Małżeństwo stawia przecież jeszcze większe 
wymagania  niż  przyjaźń.  Wymaga  bowiem  dorastania  nie  tylko  do  miłości,  lecz  także  do 
odpowiedzialności, pracowitości, uczciwości i wewnętrznej wolności.  

Warto tłumaczyć młodzieży, że małżeństwa nie zawiera się po to, by ratować kogoś, kto 

znajduje się w sytuacji kryzysowej, kto jest załamany czy bezradny. Do udzielania pomocy w 
tego typu sytuacjach powołane są dorośli, np. rodzice, duszpasterze, przyjaciele, psycholodzy, 
terapeuci, itd. Natomiast małżeństwo jest przeznaczone dla tych ludzi, którzy już są dojrzali, 
którzy  potrafią  ofiarować  drugiej  osobie  miłość,  wierność  i  odpowiedzialność.  Oczywiście 
każdy, kto przeżywa kryzys, może się zmienić i osiągnąć dojrzałość. Nie można jednak liczyć 
na to, że taka przemiana dokona się po ślubie. Jeśli  kandydat  na  małżonka  nie potrafi tego 
uczynić  w  okresie  zakochania  i  w  obliczu  ryzyka,  że  druga  strona  wycofa  się  z  planów  o 
małżeństwie,  to  tym  bardziej  nie  zacznie  się  zmieniać  wtedy,  gdy  już  zawrze  związek 
małżeński.  
Dopiero  po  zawarciu  małżeństwa  przychodzi  czas  na  więź  seksualną.  Jedynie  bowiem  w 
kontekście  nierozerwalnego  małżeństwa  współżycie  seksualne  staje  się  odpowiedzialnym 
wyrażeniem  oraz  potwierdzeniem  wiernej  miłości  małżeńskiej  oraz  rodzicielskiej,  a  zatem 
tego, co ludzka seksualność ze swej natury oznacza. Nie grozi  wtedy nadmierna koncentracja 
na seksualności kosztem innych rodzajów więzi, gdyż te inne więzi już istnieją. To właśnie 
dlatego  -  jeśli  małżonkowie  potrafią  rzeczywiście  dojrzale  kochać  -  ich  kontakt  seksualny 
dokonuje  się  w  kontekście  wielu  innych  form  czułości  i  bliskości.  Tacy  małżonkowie 
znajdują  codziennie  tysiące  sposobów,  by  potwierdzić  swoją  miłość  i  radość  w  obliczu 

background image

współmałżonka.  Nieludzka  natomiast  byłaby  sytuacja,  w  której  jedyną  formą  intymności  i 
czułości między małżonkami było współżycie seksualne.  
Respektowanie  dojrzałej  kolejności  więzi  w  kontaktach  z  osobą  drugiej  płci  wymaga 
zachowania czystości. W każdej dziedzinie czystość jest czymś pozytywnym. W odniesieniu 
do ludzkiej seksualności czystość  jest wielką  wartością przynajmniej z kilku względów. Po 
pierwsze  dlatego,  że  oznacza  panowanie  danego  człowieka  nad  samym  sobą  i  nad  własną 
seksualnością.  Jest  wyrazem  integracji  seksualności  z  pozostałymi  sferami  ludzkiego  życia.   
Po drugie, chroni przed naiwnością i krzywdą w tej sferze. Jest rodzajem duchowego systemu 
immunologicznego,  który  chroni  seksualność  przed  zakażeniem  moralnym.  Po  trzecie, 
czystość sprawia, że dana osoba może stać się pełnym, nienaruszonym darem dla osoby, którą 
poślubi, albo dla Boga, jeśli odkryje powołanie do życia kapłańskiego czy zakonnego. 
Zachowanie  czystości  przedmałżeńskiej  wymaga  nie  tylko  rozwagi,  stanowczości  i 
dyscypliny,  ale  także  świadomości,  dlaczego  warto  powstrzymać  się  ze  współżyciem 
seksualnym aż do ślubu. Sporo młodych ludzi sądzi, że jeśli kobieta i mężczyzna kochają się, 
to  mogą  współżyć  także  wcześniej,  gdyż  ślub  jest  jedynie  formalnością,  która  niczego  nie 
zmienia.  Tymczasem  ślub  zmienia  wszystko,  gdyż  oznacza  podjęcie  i  wyrażenie  decyzji  o 
wzajemnej  miłości  i  wierności  na  całe  życie.  Przed  ślubem  nie  ma  jeszcze  takiej  decyzji, 
wyrażonej  publicznie,  przy  świadkach  i  na  piśmie.  Współżycie  przed  ślubem  byłoby 
zachowaniem  „na próbę”. Tymczasem  nie  można na próbę kochać czy  współżyć, podobnie 
jak nie można na próbę żyć ani umierać. Najważniejszych rzeczy nie da się zrobić na próbę.  
Niektórzy  twierdzą,  że  współżycie  przedmałżeńskie  jest  czymś  właściwym  i  potrzebnym. 
Tymczasem badania empiryczne potwierdzają, że przedmałżeńska inicjacja seksualna idzie w 
parze  z  sięganiem  po  alkohol  i  narkotyki,  a  także  z  niepowodzeniami  szkolnymi.  Z  badań 
przeprowadzonych  w  1996  r.  wynika,  że  51%  chłopców  szkół  średnich  mających  jedynki  i 
dwójki deklaruje współżycie seksualne. Z grupy uczniów mających piątki i szóstki jest tylko 
5%  współżyjących  („GW”,  30.09.1996).  Raz  jeszcze  potwierdza  się  zasada,  że  im  większe 
przeżywa ktoś trudności i niepowodzenia, tym bardziej atrakcyjna wydaje mu się seksualność 
i  tym  bardziej  nie  potrafi  kierować  tą  sferą.  Im  więcej  dany  nastolatek  ma  problemów 
osobistych, rodzinnych czy szkolnych, im bardziej brakuje mu radości i miłości, tym bardziej 
atrakcyjna wydaje  mu się seksualność. Podobnie  zresztą jak piwo, papieros czy narkotyk.  A 
zatem jak wszystko to, co obiecuje łatwe „szczęście” i doraźną ulgę.  
Broniąc własnych iluzji, niektórzy młodzi sięgają po „argument”, że współżycie przed ślubem 
jest  konieczne,  gdyż  kandydaci  do  małżeństwa  powinni  „sprawdzić”  się  w  tym  względzie. 
Jest to argument potrójnie naiwny. Po pierwsze dlatego, że współżycie przedmałżeńskie nie 
jest  tym  samym,  co  współżycie  małżeńskie.  Dokonuje  się  w  zupełnie  innym  kontekście 
psychospołecznym. Nie jest zatem sprawdzianem tego, co będzie w małżeństwie. Po drugie, 
tym, co decyduje o sukcesie  lub porażce danego małżeństwa nie  jest współżycie  seksualne, 
lecz  miłość.  Tam,  gdzie  jest  dojrzała  miłość,  tam  tworzy  się  poczucie  bezpieczeństwa  i 
optymalny  klimat  dla  współżycia  seksualnego.  Natomiast  tam,  gdzie  brak  jest  miłości,  tam 
związek  dwojga  ludzi  okazuje  się  pasmem  cierpienia,  choćby  ludzie  ci  byli  dobrze 
„dopasowani” seksualnie. Po trzecie, seks przedmałżeński oznacza obopólną zgodę na to, że 
zawarcie małżeństwa nie jest potrzebne do współżycia. Jest to zatem pośrednie akceptowanie 
przyszłych zdrad małżeńskich. Z powyższych względów współżycie przedmałżeńskie zawsze 
zmniejsza, a nie zwiększa szansę na dojrzałą miłość i wierność małżonków oraz na wzajemne 
zaufanie w ich przyszłym związku.  
 
Warunki osiągnięcia integracji seksualnej 
 
Nierozerwalna i płodna miłość, która stanowi sens ludzkiej seksualności, to niezwykły zamysł 
Boga i tylko żyjąc w obecności Stwórcy, możemy uczyć się takiej właśnie miłości. Świat, w 

background image

którym  żyjemy,  będzie  nas  zawsze  uczył  znacznie  łatwiejszej,  ale  też  znacznie  mniejszej 
„miłości”:  niewiernej,  niepłodnej,  do  pierwszej  próby.  Tylko  Chrystus  uczy  miłości 
bezwarunkowej,  odpowiedzialnej  i  ofiarnej,  bez  której  nie  ma  szczęśliwych  małżeństw  i 
rodzin,  ani  szczęśliwej  seksualności.  Kto  chce  dobrze  przygotować  się  do  małżeństwa  oraz 
radośnie i pogodnie przeżywać własną seksualność, ten powinien troszczyć się o swoją wiarę, 
o  życie  sakramentalne,  o  modlitwę,  o  zachowanie  wszystkich  Bożych  Przykazań.  Powinien 
też cieszyć się wiarą tej osoby, z którą chce założyć rodzinę oraz pomagać jej w pogłębianiu 
przyjaźni  z  Bogiem.  Kochać  to  przyprowadzać  do  Boga  tych,  o  których  się  troszczymy. 
Pogłębiona  przyjaźń  z  Bogiem  jest  nie  tylko  fundamentem  życia  kapłańskiego  czy 
zakonnego, ale także fundamentem dobrego życia małżeńskiego i rodzinnego oraz najlepszą 
ochroną ludzkiej seksualności przed naiwnością, egoizmem i krzywdą.  
Dorastanie  do  dojrzałej  miłości  oraz  do  szczęśliwej  seksualności  wymaga  ponadto  troski  o 
dobre  więzi  z  rodzicami.  Warto  rozmawiać  z  mamą  i  tatą  o  wartościach  i  ideałach,  o 
małżeństwie i rodzinie, o wzajemnych relacjach między chłopcami  i dziewczętami. Rodzice 
mają  większe  doświadczenie  od  swoich  dzieci  i  kochają  je.  Właśnie  dlatego  starają  się  im 
podpowiadać to, co mądre  i dojrzałe. Nawet wtedy, gdy we własnym życiu popełnili  jakieś 
błędy.  Niepokojąca  jest  sytuacja,  jeśli  chłopak  czy  dziewczyna  ukrywa  przed  rodzicami 
osobę, z którą się wiąże. Zwłaszcza w okresie zakochania każdy potrzebuje rady i wsparcia 
kogoś z bliskich. Z kolei rodzice powinni zachęcać dorastających synów i córki, by zapraszali 
swoje sympatie do domu i by o nich opowiadali. Warto podejmować rozmowy na temat cech 
i umiejętności, które są konieczne, by  być dobrym  mężem  i ojcem  lub dobrą żoną  i  matką. 
Warto sięgać po dobrą lekturę i wyciągać wnioski z sukcesów i porażek innych ludzi.  
Warto  też  o  kierowanie  się  w  pracy  nad  sobą  dojrzałą,  czyli  pozytywną  motywacją
Popatrzmy najpierw na przykłady  błędnej motywacji w tej dziedzinie. Przykład pierwszy to  
kontrolowanie  seksualności  na  zasadzie  walki  z  nią,  pogardy  czy  lęku.  Tymczasem  ludzka 
seksualność  nie jest złem,  które  wymaga  unicestwienia,  lecz  dobrem, które  - jak każde 
dobro -  wymaga  dyscypliny, czujności i roztropności. Inny przykład  błędnej motywacji w  
kierowaniu  seksualnością to strach przed karą albo lęk w obliczu negatywnych konsekwencji 
błędnego kierowania  seksualnością (np. choroba  zakaźna  czy  niechciana  ciąża). Negatywna  
motywacja  jest  krótkotrwała  i  prowadzi  do  pozornych  sukcesów,    np.  dany  nastolatek 
zachowuje się odpowiedzialnie tylko  wtedy,  gdy jest obserwowany przez innych ludzi.   
Z    powyższych    względów    skuteczne  samowychowanie  w  sferze  seksualnej  jest  możliwe  
jedynie w oparciu o pozytywną motywację. Nie znaczy   to   oczywiście,   że  należy zupełnie 
pozbyć się lęku  przed  negatywnymi  konsekwencjami  błędnego kierowania    seksualnością, 
albo  ignorować  ostrzeżenia  rodziców  czy  innych  wychowawców  w tym  względzie.  Jedno  i 
drugie  jest  w  jakimś  stopniu  nieuniknione  i  użyteczne.  Chodzi  natomiast  o  to,  by  lęk  czy 
naciski  zewnętrzne  nie  stały  się  motywacją  dominującą  w  pracy  nad  sobą.  Dojrzała 
motywacja  oznacza,  że      wychowanek    podejmuje    trud  panowania    nad  seksualnością 
dlatego, że rozumie, iż leży to w jego interesie.  
Część  nastolatków  rozumuje  w  następujący    sposób:  "Powinienem  zaspokoić  potrzeby 
seksualne, które odczuwam”
.  Takie myślenie opiera się na błędnym przekonaniu, iż człowiek  
posiada  jedynie  potrzeby  seksualne  i  że  potrzeby    te  nie  wchodzą  w  konflikt    z    innymi 
potrzebami. Tymczasem potrzeba integracji seksualnej oznacza respektowanie faktu, że poza 
potrzebami seksualnymi każdy człowiek ma wiele innych potrzeb  fizycznych,  psychicznych,    
duchowych, moralnych, religijnych i społecznych.  Pragnienia seksualne mogą  wchodzić w 
konflikt z tymi potrzebami i w związku z tym konieczne jest dokonywanie  świadomych oraz 
odpowiedzialnych wyborów.  
Kolejnym warunkiem osiągnięcia integracji seksualnej jest ukształtowanie prawego sumienia.   
Nikt  nie  może  zająć  dojrzałej  postawy    w  jakiejkolwiek  dziedzinie  jeśli  nie  wie,  co  w  tej  
dziedzinie  jest dobrem i zyskiem, a co błędem i krzywdą. Sumienie  to właśnie owa zdolność 

background image

prawidłowego  odróżniania  tego,  co  nas  rozwija,  od  tego,  co  szkodzi  i  niepokoi.  Pierwszą  
skrajnością w pracy nad własnym sumieniem jest popadnięcie w subiektywizm moralny. To 
sytuacja,  w  której  dana  osoba  przypisuje  sobie    władzę  ustalania,  co  jest  dobrem,  a  co  jest 
złem moralnym. Tymczasem człowiek dojrzały zdaje sobie sprawę z tego, iż nie jest dobrym 
sędzią  we  własnej  sprawie  i  że  potrafi  oszukiwać  samego  siebie.  Wychowanie  prawego 
sumienia  wymaga  zatem  inteligencji  i  poczucia  realizmu.  Wymaga  świadomości,  że  normy 
moralne to nie kwestia subiektywnych   przekonań, lecz wynik  obserwacji życia własnego i 
innych ludzi oraz zdolność przewidywania konsekwencji określonego zachowania.  
Dojrzały  człowiek  opiera  swe  decyzje w  oparciu  o  prawdę, miłość i odpowiedzialność 
oraz w oparciu o analizę obiektywnych  skutków  danych  zachowań,  a nie w oparciu o swoje 
subiektywne  odczucia  czy  poglądy.  Kierowanie  się  subiektywnymi  przekonaniami  jest 
typowe dla  małych dzieci oraz dla  ludzi  zaburzonych psychicznie. Prawe sumienie to takie, 
które  uznaje,  że  dane    zachowania  nigdy  nie  mogą  być  czymś  dobrym  moralnie,  jeśli 
obiektywnie    wyrządzają    krzywdę  (np.  gwałt,  współżycie  pozamałżeńskie,  zdrada, 
prostytucja,  molestowanie seksualne, aborcja).  Zło   i dobro moralne wynika z oczywistego 
faktu,  iż  pewne zachowania rozwijają człowieka, a inne prowadzą do krzywd, konfliktów i 
cierpienia.  
Jedną  formą  niedojrzałości  jest  zatem    przekonanie,  że  wystarczy  sama  dobra  intencja,  by   
dany  czyn  uznać  za  dobry  moralnie,  niezależnie  od  tego,  na  ile  jest  on  zgodny  z 
obiektywnymi normami moralnymi i z obiektywną prawdą, a także niezależnie od tego, jakie 
są  jego  obiektywne  konsekwencje.  Wystarczy,  że  dany  człowiek  pozostaje  subiektywnie  
przekonany,    iż  to  co  czyni,  jest  słuszne.  Drugą  formą  niedojrzałości  jest  przekonanie,  że 
wystarczy  sama  zewnętrzna  poprawność  danego  zachowania,  aby  uznać  ten  czyn  za  dobry 
moralnie, niezależnie od wewnętrznej  intencji  i  od subiektywnego nastawienia osoby, która 
decyduje  się  na  ten  czyn.  W  takiej  sytuacji  człowiek  zadawala  się  jedynie  zewnętrzną  
poprawnością    działania,    bez  weryfikowania  własnego  wnętrza  i  serca.  Ukształtowanie  
prawego  sumienia  oznacza   pokonanie  obu  tych  skrajności. Oznacza   sytuację, w której 
dany człowiek decyduje się respektować obiektywne normy i zasady moralne, a jednocześnie 
czyni to z wewnętrznym przekonaniem i w sposób dobrowolny. Tak ukształtowane sumienie 
uwrażliwia człowieka zarówno na zewnętrzne, obiektywne  normy   i   zasady   moralne,   jak  
również na wewnętrzne motywacje, intencje i przeżycia. Ma on wtedy szansę, by postępować 
uczciwie  i    odpowiedzialnie    nie    tylko  w  uczynkach,  ale  także  w  słowach  i  myślach.    Ma  
szansę, by nie tylko jego czyny, ale także jego wnętrze było przejrzyste i szlachetne.  
Istnieją dwie metody, które okazują się skuteczne w pracy nad własnym sumieniem. Pierwszą 
z  nich  jest  konfrontacja  myślenia  o  samym  sobie  z  tym,  co  faktycznie  dzieje  się  w  moim  
życiu.  Ze  względu  na  mechanizmy  obronne  człowiek  ma  skłonność  do  interpretowania 
własnych  zachowań  w  „korzystny”  dla  siebie  sposób.  Także  wtedy,  gdy  zachowania  te  są 
błędne  i  szkodliwe.  Ukształtowanie  prawego  sumienia  wymaga  zatem  konfrontowania  
samego  siebie  z  obiektywnymi  faktami  dotyczącymi  własnego  życia.  Jeśli  inni  ludzie  mnie  
unikają, jeśli nikt mi nie ufa i nie szuka u mnie pomocy, jeśli wiele osób ma do mnie o cos żal 
to  znaczy,   że  moje postępowanie  nie  jest właściwe,  nawet wtedy, gdy wydaje  mi  się ono 
całkiem poprawne. 
Drugą metodą kształtowania prawego sumienia jest konfrontacja   własnego postępowania  z  
Bogiem.  Konfrontacja z własnym życiem i wsłuchiwanie się w opinię innych ludzi o naszym 
postępowaniu  może    odsłonić  jedynie  część  prawdy  o  nas  samych.  Całą    prawdę    możemy 
odkryć dopiero w konfrontacji z Bogiem,  bo tylko On zna w pełni człowieka i wie, co dzieje 
się  w    jego    wnętrzu.    Tylko    Bóg    jest  zdolny  osądzić  czyny  i  myśli  każdego  z  nas.    
Kształtowanie   prawego   sumienia   wymaga  zatem konfrontacji  własnego  postępowania  z  
Bożymi  przykazaniami,  z  prawdami  Ewangelii,  z  czynami  i  słowami  Jezusa  Chrystusa. 
Wymaga  szukania    prawdy  o  sobie  w  sakramencie  pojednania  i  w  codziennym  rachunku  

background image

sumienia    w    obliczu    kochającego    Boga.    Jego    prawda  wyzwala    nas    nie    tylko    z  
grzechów,    lecz    także  ze  złudzeń,  z  błędnych    przekonań,    z  fałszywych  ocen  własnego 
postępowania,  z  wątpliwości,  które  niepokoją  nasze  sumienie.  Najpewniejszym  sposobem 
czuwania  nad  własną  postawą  w  sferze  seksualnej  jest  stosowanie  zasady:  kto  wymaga  od 
siebie  niewiele,  ten  nie  osiągnie  niczego.  Kto  wymaga  od  siebie  dużo,  ten  może  osiągnąć 
wszystko.  
 
Zakończenie 
 
Człowiek, który oddala się od Bożej prawdy i od Bożej miłości, buduje cywilizację egoizmu, 
uzależnień i śmierci. Wtedy wszystko obraca się przeciw niemu. Wtedy staje zaniepokojony i 
zawstydzony w obliczu swojego ciała, swoich myśli i emocji, swojego sumienia. Jego więzi 
stają  się  uwięzieniem,  a  życie  jawi  się  jako  niezrozumiałe  i  nieznośne  cierpienie.  Taki 
człowiek  nie  jest  w  stanie  odkryć  sensu  ludzkiej  seksualności,  ani  kierować  nią  w  sposób 
świadomy i odpowiedzialny. W konsekwencji sfera seksualna staje się miejscem szczególnie 
bolesnej porażki i odsłania przeklęte oblicze.  
Bezradność  i  naiwność współczesnego człowieka w sferze seksualnej  jest w dużym stopniu 
wynikiem  zaprogramowanych  działań  tych  ludzi,  którzy  zbijają  ogromne  fortuny  na 
odczłowieczonej i wyuzdanej seksualności. Tacy ludzie wprzęgają całe sztaby ginekologów, 
seksuologów,  psychologów,  polityków  i  środków  przekazu  w  machinę  manipulacji  i 
zgorszenia, aby jak najwięcej ludzi – zwłaszcza młodych - poraniło się własną seksualnością. 
Wtedy  bowiem  staną  się  oni  wiernymi  klientami  na  toksyczne  towary.  Kupią  pornografię  i 
prostytucję, antykoncepcję i prezerwatywy, zapłacą za aborcję i terapię. Kupią także alkohol i 
narkotyk, tabletki nasenne i leki psychotropowe, próbując zagłuszyć sumienie i niespokojne 
bicie serca.  
Współczesny człowiek jest zatem zagrożony nie tylko od wewnątrz – przez własną słabość i 
naiwność, ale też od zewnątrz – przez bezwzględnych dorosłych, którzy dla zysku nie cofną 
się  przed  żadnym  kłamstwem  i  demoralizacją.  W  tej  sytuacji  błogosławionego  oblicza 
seksualności  doświadczyć  mogą  jedynie  ci,  którzy  trwają  przy  Bogu  i  którzy  od  Chrystusa 
uczą  się  myśleć  i  kochać.  Więź  z  Bogiem  jest  najlepszą  gwarancją,  że  nasza  seksualność 
będzie zintegrowana z naturą i powołaniem człowieka i że będzie komunikować wyłącznie to, 
co  jest  zgodne  z  zamysłem  Stwórcy,  a  zatem  wierną,  odpowiedzialną  i  płodną  miłość 
małżeńską i rodzicielską.   

 

Bibliografia 
 
Augustyn J., Wychowanie do integracji seksualnej, Wydawnictwo M, Kraków 1994 
Daniel-Angle, Twoje ciało stworzone do życia, Wydawnictwo W Drodze, Poznań 1996 
Engel R., Seksedukacja, ostateczna plaga, Wydawnictwo A. M. Dybowski, Komorów 1998 
Fijałkowski W., Niewykorzystany dar płci, Wydawnictwo WAM, Kraków 1997 
Lewis C.S., Cztery miłości, Palabra, Warszawa 1993 
McDowell J., Mity edukacji seksualnej, Vocatio, Warszawa 1999 
Moir A., Jessel D., Płeć mózgu, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993 
Reisman J., Eichel E., Kinsey – seks i oszustwo, Wydawnictwo A.M. Dybowski,  
                          Warszawa 2002 
Styczeń T., Urodziłeś się, by kochać, TN KUL, Lublin 1993 
 
Inne publikacje autora 
 

background image

Cielesność. Płciowość. Seksualność, Jedność, Kielce 2000 
Integralna profilaktyka uzależnień w szkole, Rubikon, Kraków 2003 
Jak wygrać kobiecość? Instrukcja obsługi, Edycja św. Pawła, Częstochowa 2004 
Jak wygrać przyjaźń? Instrukcja obsługi, Edycja św. Pawła, Częstochowa 2004 
Jak wygrać życie? Instrukcja obsługi, Edycja Św. Pawła, Częstochowa 2002 

Komunikacja wychowawcza, ..............Kraków 2004 

Miłość, która zmartwychwstaje. Medytacje paschalne, Jedność, Kielce 2003 
Miłość pozostaje. Pedagogika miłości dla rodziców, wychowawców i wychowanków
                    Edycja św. Pawła, Częstochowa 2001 
Miłość przemienia. Przezwyciężanie trudności w małżeństwie i rodzinie,  
                     Edycja Św. Pawła, Częstochowa 2002 
Młodzi w poszukiwaniu szczęścia. Szczęście. Miłość. Seksualność,  
                     Edycja Św. Pawła, Częstochowa 2003 
Nie tylko o miłości, Jedność, Kielce 2004 
Nowoczesna profilaktyka uzależnień, Jedność, Kielce 2000 
Nowe przesłanie nadziei, Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, 
                     Warszawa 2000 
Odpowiedzialna pomoc wychowawcza, Ave, Radom 1999 
Osoba i wychowanie. Pedagogika personalistyczna w praktyce, Rubikon, Kraków 2003 
Pamiętnik Perełki, Jedność, Kielce 2003 
Powołani do życia w miłości i prawdzie, Rhetos, Lublin 2004 
Psychologia porozumiewania się, Jedność, Kielce 2000 
Różaniec na trzecie tysiąclecie, Edycja św. Pawła, Częstochowa 2004 
Wychowanie w dobie ponowoczesności, Jedność, Kielce 2002