background image

 

 

Wiktor Żwikiewicz 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Zwierciadło nieba 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

© Wiktor Żwikiewicz 1975 

 

www.fantastykapolska.pl

 

 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0. Polska. 

background image

 

 

 
 

…A klatka była kryształowa 

 Zdobiona złotem i perłami 

 Wewnątrz na świat się otwierała 

 I na maleńką noc z gwiazdami. 

 (William Blake: Kryształowa klatka) 

  

Zwiewny  dymek  przemyka  wysoko,  osypuje  się  w  słońcu  okruchami  skrzydlatej 

mgiełki. Tańczą w powietrzu, kołują oddalając się, ale tylko pozornie – już po chwili wiszą 
nad głową skręconym wirem tęczowych lśnień. 
  

– Patrzysz, Klet? 

  

– Nie. 

  

Powieki zaciskają się odruchowo. 
 – Wiem, że patrzysz. Ja bym też nie wytrzymał. Pechowiec Tozzi. Jeszcze niedawno 

dyskutował o planetach neutronowych gwiazd i wystawiał na próbę cierpliwość Assunty. 

–  Pamiętasz.  Klet,  planetkę  koło  Achernar,  gdzie  czekałem  na  was  nie  wiedząc,  co  

z sobą począć? Nuda zjadała mnie po kawałku i nie było do kogo gęby otworzyć. Pamiętasz, 
Klet?… Co z tobą? Klet! 

– Ja? Nic, słucham cię. 
– Stało się coś? Masz głos człowieka, który zobaczył zjawę. 
– Nie, nic. 
– Kłamiesz, Klet. 
– One… 
– Mów. 
– Krążą. Bez przerwy. 
– Zapomnij. Albo zamknij oczy jak Assunta. 
– Nie wystarczy zamknąć oczy. Musiałbym nauczyć się czegoś więcej. 
– Każdy kiedyś osiąga ten stopień wtajemniczenia. 
– Każdy z ludzi. 
– Sądzisz, że tylko? 
– Nie wiem. Może ty… 
–  Próbowałem  wtedy,  na  Achernar.  Wtedy  bez  powodzenia.  Kończyło  się  zawsze 

przywidzeniem  pełnego  odosobnienia  w  reanimacyjnym  kompleksie  Centrum 
Biomechaneurystyki,  gdzie  siedziałem  po  operacji.  Wczuwałem  się  w  nowe  ciało, 
przeglądałem  holowizyjne  zapisy  w  archiwum  mnemoteki  i  raz  na  dzień,  przed  samym 
zmierzchem, miałem prawo wyjść do parku pod szklaną kopułą i pozachwycać się zachodem 
zielonego słońca… Klet? 

– Tak. Słucham cię. 
Jak  dobrze,  że  stworzeni  na  mój  obraz  i  podobieństwo,  nie  muszą  poruszać  ustami, 

aby mówić. Tozzi pewnie skołowaciałym językiem zwilża pierzchnące wargi. 

– Dziwne majaki nawiedzały mnie wtedy, na Achernar – bezbarwnym głosem ciągnie 

swój monolog. – Początkowo nie popuszczałem wodzy wyobraźni, ale wystarczyło doczekać 
chwili,  kiedy  słońce  obrzmiewało  nad  horyzontem,  tuż  nad  równiną  kosmodromu,  a  wtedy 
srebrzysty  bąk  wypadał  z  ogniska  szafirowej  tarczy  i,  w  powolniejącym  wirowaniu 
przeobrażając się w girobus, lądował na alejce przed klombem marsjańskiej aralii. Z gondoli 
wysiadał  Denis,  z  kamienną  maską  twarzy  podchodził,  pochylał  się  i  przez  szybę  hełmu 
widziałem, jak mówi: „Czas, Tozzi. Lecimy na Achernar”. 
  

– To nie mógł być Denis. 

  

– Wiem. A jednak był. 

background image

 

 

  

– Pamiętasz, jak wyglądał? 

  

– Nigdy nie zapomnę. Był bardzo wysoki i chudy, jakby skafander wisiał na samym 

szkielecie. Twarz miał wyciągniętą i bez wyrazu, jak twarz Hioba, szpakowate skronie, a pod 
krzaczastymi brwiami puste oczodoły. Słuch rejestruje świst ciężkiego oddechu. 
  

– Rozumiesz, Klet? Wymyślamy urojone postacie, twarze, całe zdarzenia. Robimy to 

w  samoobronie.  Nie  można  nie  myśleć.  Bezwarunkowy  odruch  podświadomości.  Wtedy 
pomogło, po trzech miesiącach przyleciał „Foot”. 
  

– Tutaj nikt nie przyleci. 
–  Tym  lepiej.  Wystarczy,  że  my  wpadliśmy.  Znowu  mrowienie  w  plecach.  Strefa 

drętwoty przesuwa się z barków w dół, ugniata nachodzące na siebie płyty klatki piersiowej i 
brzucha. 

– Zauważyłeś, Klet? Jeśli mnie zmysły nie mylą, trzyma nas coraz mocniej. Długo już 

nie pociągnę. 

– Wytrzymasz. 
– Ja czuję. Coraz mocniej. 
– Zmysły są zawodne. 
– Mówisz jak Assunta. 
– On już dawno nie mówi nic. 
– On nie musi. Zresztą posłuchaj, kiedy milczymy, słychać jego oddech. 
Wdech-wydech, wdech-wydech, gdzieś na granicy słyszalności. Przerażająco powoli, 

to  nie  płuca,  lecz  dorzecze  rozwidlonej  szeroko  wielkiej  rzeki.  Powoli  –  oddech  człowieka 
pogrążonego w głębokim letargu. Assunta to potrafi. 

– Dosyć. Powiedz coś, Klet. Tutaj cisza przejmuje lękiem. 
– A ja zawsze uważałem, że spokój to synonim ciszy. 
– Nigdy nie odczułeś presji, jaką cisza wywiera na psychikę człowieka? 
– Ja-nie. 
– Może kiedy zostaniesz sam, poznasz ten szczególny rodzaj ciszy. Jest to specyficzny 

stan,  gdy  nie  można  pozbyć  się  wrażenia,  że  dookoła  coś  się  dzieje,  coś  zmienia,  tylko  nie 
wiesz co… One też fruwają bez szelestu. 

– Są bardzo lekkie. 
– Opowiedz, jak wyglądają? 
– Są wielobarwne. Szkarłatne i czarne, śnieżnobiałe i sine jak szron na Transplutonie, 

czasami  niby  złotołuskie  skarabeusze,  to  znów  granatowe  ważki.  Zauważyłem,  że 
poszczególne  kolory  nie  osiągają  nigdy  pełni  wzajemnej  integracji.  W  migocącym  roju 
zostaje zachowany status osobnych stad. 

– Czynnik ekologiczny. Pewnie pochodzą z innych okolic. 
–  Wątpię.  Przecież  tu  nie  istnieje  pojęcie  zróżnicowania  środowiska.  Ta  planeta  jest 

wszędzie identyczna – naga, bilardowa kula. 
 Przez  szparki  powiek  oczy  chwytają  mozaikowy  obraz  słońca,  którego  promienne  refleksy 
ślizgają się po lustrzanej powierzchni. 

– To dziwne, Klet. 
– Tak też sądzę. 
– Nie wiesz, o czym mówię. Myślałem o tobie. 
– O mnie?! 
– Tak. 
– Nie mogę mieć nic do ukrycia przed tobą. 
–  Wiem.  Lecz  nauczyłeś  się  pięknie  mówić.  Dawniej  kiedy  przydzielono  cię  do 

formacji Zwiadu, a potem do naszego zespołu, byłeś bardziej lakoniczny. Ponury i milczący. 
Nawet twoje pierwsze imię było Gloom. 

background image

 

 

–  Wy  nazwaliście  mnie  Klet.  Zawdzięczam  wam  wiele.  Przede  wszystkim  Assunta 

pomógł  zrozumieć, utożsamić mi własną osobowość. Przedtem nie mogłem być ponury ani 
milczący, to cechy pewnej indywidualności. Ja byłem po prostu „pusty”. 

– Jak zwykle masz rację. Ale zastanawiam się teraz, czy Denis również się zmienił. 
– Długo był z nami. 
– Czy tego wystarczy, aby zmienił się ktoś taki, jak on? 
Żałuję,  że  nie  mamy  radiowego  kontaktu.  Teraz  mielibyśmy  wystarczająco  wiele 

czasu, aby porozmawiać i stwierdzić, czy jest już jednym z nas. Za późno wpadliśmy na ten 
pomysł. Podczas przelotu też był wolny czas. Jakie on miał pierwsze imię? 

– On nie miał imienia, tylko numer. 

 Chciałbym  leżeć  i  o  niczym  nie  myśleć.  Zapomnieć.  Ale  milczenie  musi  wiele  kosztować 
Tozzi  –  słowa  zagłuszają  ból  miażdżonych  żeber.  Trzeba  więc  mówić.  I  Tozzi  powinien 
mówić. Nie wolno mi zostawić go sam na sam z jego myślami. 

– Ciekawe, czego one chcą? 
– Kto? 
– One. 
– Mówisz, jakby mogły cokolwiek chcieć. 
– To bardzo dziwnie wygląda, takie tęczowe misterium. 
– Widziałeś któregoś z bliska? 
–  Czasami  pojedyncza  sylwetka  występuje  w  tle  nieba  zupełnie  wyraźnie,  ale 

wystarczy  wytężyć  wzrok,  a  w  ostatniej  chwili  motyl  zmienia  kierunek  lotu  i  trzepocząc 
skrzydłami przepada z pola widzenia. Zupełnie jakby wiedział, że go obserwuję. 

– Powiedziałeś: motyl. 
–  „Kiedy  zabraliśmy  cię  z  pechowej  Achernar  i  wracaliśmy  do  bazy,  coś  takiego 

spotkało nas na jednej z planet. Jakby ktoś prószył z nieba tysiącem drobnych płatków, które 
osypując się tańczą na wietrze. Strasznie lekkie, prawie nieważkie. 

– Pamiętasz nieważkość? 
–  Gdybym  ich  nie  widział,  zapewne  nie  uwierzyłbym,  że  taki  stan  istnieje. 

Gdziekolwiek. 

Znowu  nacisk  na  klatkę  piersiową,  jak  stopa  ciężkozbrojnego  hoplity,  zanim  miecz 

przez  gardło  przygwoździ  kark  do  ziemi.  Kolejna  perturbacja  w  słonecznym  kotle 
wypełnionym nadprzewodliwą neutrinową cieczą i masa planety odzywa się rezonansem na 
relatywistyczny kurcz gwiazdy. Czasami zdaje się, że jeszcze trochę i wręgi żeber trzasną pod 
ołowianym brzemieniem pancerza i wyjdą na wierzch drzazgami stalowej rozety. 

Nie  pozostaje  nic  innego,  jak  leżeć,  na  ironię  losu  stanowiąc  sobą  parafrazę 

mitologicznego Anteusza, który zamiast czerpać – oddaje ziemi własną siłę. 

Leżymy.  Czy  ktoś  z  nas  mógł  przewidzieć  taki  koniec?  Kiedy  „Foot”  przełamał 

barierę  subprzestrzeni  i  wszedł  w  płaszczyznę  ekliptyki  układu,  gwiazda  była  podobna  do 
białego karła, na ekranie maleńka niby główka od szpilki, promieniująca błękitnawą poświatą 
akrecji.  Niepozorny,  dogorywający  świat.  Obok  drugi  gwiezdny  komponent  i  samotna 
planeta.  Bilardowa  kula  odbijająca  się  od  jednego  do  drugiego  składnika  układu,  zwijająca 
orbitę  w  ścisłą  pętlę  ósemki.  Krążyła  wokół  zwykłych  gwiazd  –  ostatecznie  nie  wszystkie 
neutronowe gwiazdy objawiają się migotaniem pulsarów. 

Niedługo zmiana przestrzennych konstant ogarnie całą kolapsującą sferę i nic z nas nie 

zostanie  w  układzie,  który  ma  centrum  ogniskujące  grawitacyjne  impulsy  wszystkich 
składników. 

– Denis słyszał tę twoją historię z Achernar? – odzywam się po długim milczeniu. – 

Mogło to być dla niego ciekawym przyczynkiem do studiów nad sobą i psychiką człowieka. 
Ja na przykład do dzisiaj wyobrażam sobie Denisa zupełnie inaczej. 

background image

 

 

– Obawiam się, Klet, że dzielił nas zbyt wielki dystans. Jego i mnie. Nie było mi do 

zwierzeń. 

– Ze mną rozmawiasz jak równy z równym. 
– Tutaj nie ma wyboru. Jesteśmy sprowadzeni do jednego poziomu. 
– Dziękuję za szczerość. 
– Jesteśmy na równi. Ty, ja, nawet Assunta. Denis… Denis chyba nie. 
– Czy tylko dlatego, że jego ciało jest tysiąc razy większe i cięższe? On swoje ciało 

czuje tak samo, jak my. 

– Ciekawi mnie, czy on nas widzi teraz. 
– Denis? 
– Tak. Kiedy wychodziliśmy, kamery zewnętrznej wizji działały jeszcze. 
– Może mieć blokowaną percepcję. Wskazuje na to brak radiowego kontaktu. 
– Raczej ma po prostu odłączone ośrodki dyspozycyjne. W takich jak on to zazwyczaj 

pierwsze nawala. Informację z zewnątrz powinien odbierać. I, wiesz co, Klet? Jeśli on widzi, 
to  musimy  z  góry  zabawnie  wyglądać:  trzech  facetów  rozciągniętych  na  ziemi,  żaden  ani 
drgnie. W dodatku jeden twarzą w dół, jakby się modlił do własnego odbicia w zwierciadle. 

– Trzy ryby, które przypływ morza wyrzucił na brzeg. 
– Mówiłem, że ostatnio miewasz ciekawe skojarzenia. Sęk w tym, że przypływ morza 

to działanie ślepej natury, a te ryby połknęły przynętę i haczyk z ołowiem. 

– Co przez to rozumiesz? 
– Nic. 
Znowu cisza. Można jej pragnąć, kiedy rozum walczy z grą pustych słów, lecz kiedy 

zapada milczenie – nie sposób go wytrzymać, obsesja ciszy daje się we znaki nawet takiemu, 
jak  ja.  Czyżby  Tozzi  miał  rację?  Dowiem  się,  kiedy  zostanę  sam.  Gdzieś  poza  sferą  ciszy 
suche  poskrzypywanie,  szklane  warstwy  zacieśniają  monolit  płyt,  amortyzatory  „Foota” 
trzeszczą pod narastającym ciężarem stalowego kadłuba. 

– A-a-a!… 
– Tozzi! 
– Cz-czu-u-jesz, Klet? 
Pechowiec Tozzi. Zawsze miał pecha. Nawet teraz butle z tlenem uwierają go w plecy 

stukilowym garbem, wgniatają się między łopatki. 

Jak to mówił Assunta, kiedy mógł jeszcze mówić? Mówił, co czuje człowiek leżący na 

wznak – coraz trudniej oddychać, trudniej przymknąć powieki, nieprzeparta siła odciąga je na 
skraj ocznej gałki, rozwodniony purpurowy kisiel, wierzch oka gniecie siatkówkę, dławi nerw 
wzrokowy – głupie uczucie, jakby tubka rogówki wyciskała z siebie szklistą zawartość, żeby 
przetoczyć ją z oczodołu w kapilar czaszki, w głąb mózgu, na dno świadomości. Czy Tozzi 
też czuje coś podobnego? 

– Mów, Klet. D-do-póki Mo-o-żesz, a ja słyszę. One… są jeszcze? 
– Są. 
– I ciągle nad nami? 
–  Bez  przerwy.  Nawet  jakby  przybyło  trochę.  Tańczą  w  powietrzu  nad  dziobem 

„Foota”, prześlizgują się dołem, widocznie pod dyszami zostało nieco prześwitu. 

– Ciekawe, skąd się wzięły. 
–  Tutaj  nie  ma  i  nigdy  nie  było  tego,  co  przyjęliśmy  określać  mianem  biosfery.  Na 

martwej planecie nie może powstać jeden jedyny gatunek żywych stworzeń, choćby to były 
tylko owady. 

– Żadnej rośliny? 
– Wiesz przecież. 
– Czy to nie dziwne, że od startu z bazy nie spotkaliśmy nigdzie odrobiny zieleni? 

background image

 

 

–  Nawet  mech  nie  miałby  gdzie  zapuścić  korzeni  na  takiej  powierzchni.  Tutaj  nie 

może istnieć życie. 

– A skąd my wzięliśmy, że one… żyją? 
– Tak powiedział Assunta. 
– Mylił się. 
– Ostatecznie jest biologiem. 
–  To  nie  znaczy  więcej  niż  ty  –  fizyk,  ja  –  astronom  czy  Denis  –  pilot.  Tutaj  nasza 

wiedza jednakowo traci znaczenie. 

– Może dla nas trzech. Assunta był człowiekiem, jedynym… 
– D-do-kończ. J-je-dynym p-praw-dziwym, co? 
– Nie, nie tak, Tozzi. 
– A-a-a! 
–  Widzisz.  I  ty,  jak  on,  czujesz  ból.  To  nie  jest  takie  proste.  A  jednak  on  był 

człowiekiem. 

– Bzdura! Nie mnie… ciebie to boli! Ja zawsze mogę powiedzieć, że mnie to nic nie 

obchodzi,  chociaż  po  operacji  dostałem  stalową  intarsję  kręgosłupa  i  ogniwa 
ferromagnetycznej pamięci. A jednak to, że żyję, zawdzięczam tylko tej właśnie cyborgizacji, 
starczało  jej  na  tyle,  żeby  wytrzymać  dłużej  niż  Assunta.  On  potrafił  tłumaczyć,  czym  jest 
brahman człowieka, i ubolewać, że nie możemy znaleźć go w sobie. A jednak żyję ja! 

– On również nie umarł. 
– Cha-cha-cha: Łudzisz się. Wierzysz w niego. A ja ci mówię, że z niego już zimny 

trup. 

– Posłuchaj, jak oddycha. 
– Nie chcę! Jestem od niego wytrzymalszy! Przyszłość należy do takich jak ja! 
– Co znaczy przyszłość: godzina czy dwie? 
– Myślę o perspektywach ewolucji całego gatunku człowieka. 
– Z tego punktu widzenia wzorcem kolejnego etapu rozwoju naszej cywilizacji mogę 

być również ja lub Denis… 

– Cha-cha-cha-a!! 
– Nawet on. Tutaj przetrwam ja nieco dłużej od ciebie. Denis przeżyje nas wszystkich. 

W  każdym  z  nas  jest  coś  z  prawdziwego  człowieka.  Zresztą  podobno  wszystko,  co  tworzy 
człowiek,  nawet  w  skali  kosmosu,  nosi  piętno  jego  ręki,  właściwie  –  jego  kultury,  z 
ambicjami, moralnością, przesądami i całą resztą. Nie zostaliśmy stworzeni, żeby głowić się 
nad  tym.  Z  równym  powodzeniem  możemy  teraz  roztrząsać,  jak  pochwycić  bodaj  jedną 
sztukę z tych barwnych motyli. 

– Z-za-czekaj, Klet. Ch-chyba zno-owu… Miałeś rację. To jest jak przypływ morza, 

za każdą falą sięga głębiej. 

– Skokowa gradacja. 
– Ile ich było? Podobno największa jest dziewiąta fala. 
– Największa i ostatnia. 
– T-tyl-ko n-na Z-zie-mi. T-tutaj koniec n-nie może być t-tak bez-sensowny… 
Jak  długo  on  będzie  jeszcze  mówił,  koślawiąc  język  i  coraz  bardziej  rozciągając 

graniczne  głoski  sylab.  Dlaczego  nie  dano  mu,  w  miejsce  serca,  układu  sprzężonych  z 
reaktorem ssąco – tłoczących pomp? 

– A j-jednak cz-czasami ch-chciałbym móc, jak As-sunta… 
– Zapomnieć? 
– Raczej poznać, na czym polega jego wewnętrzny wzrok. 
Niepotrzebnie się łudzisz, Tozzi, że nasz koniec w czymkolwiek różni się od śmierci 

Assunty. Choćby nawet  odnalazł  skraj  drogi,  którą kroczył  mitologiczny  Tathagata.  Zresztą 

background image

 

 

za późno; aby zrozumieć tajemnicę brahmana, Budda potrzebował aż czterdziestu dziewięciu 
dni. 

Została  może  godzina.  Chciałoby  się  odjąć  wagę  sygnalizacji  źrenic,  ale  wystarczy 

przekrzywić  głowę,  wysiłkiem  woli  łamiąc  bezwład  karku,  aby  kątem  oka  dostrzec  osiadły 
ciężko  korpus  statku.  Wywinięte  wargi  sinego  metalu  obnażają  w  rozdarciu  baterię  dysz 
zbitych ciasno palisadą organowych piszczał. Widać spiralę przewodów chłodzenia, z których 
dawno wycieki płynny hel. 

Koniec dnia. Słońce chyli się nad równiną w aureoli świecenia czerpiącego energię z 

upadku  cząsteczek  porwanych  w  sferę  przyciągania  gwiazdy  z  chromosfery  drugiego 
składnika układu. Teraz drugi  gwiezdny komponent ukryty jest za błękitną tarczą, lecz taka 
opozycja niebieskich ciał tylko potęguje inne siły, dla nas znaczące więcej niż światło. 

– Niedługo zmierzch, Tozzi. 
– W-wiem. 
Przez  gładkie  zwierciadło  przemierza  rozmyty  cień  „Foota”  –  gigantyczny  zegar 

słoneczny. Jesteśmy jak oznakowanie pór dnia na kamiennej tarczy: gdzie leży Assunta – tam 
był  świt,  mniej  więcej  w  południe  cień  nakrył  Tozzi  leżącego  twarzą  do  ziemi,  jeszcze  pół 
godziny i dosięgnie mnie. Jeśli się zastanowić, jaki w tym filozoficzny podtekst: na początku 
byli tacy jak Assunta. 

Nagłe  wrażenie,  jakby  pod  prasą  ciała  blachy  pancerza  wrosły  na  plecach  osmozą 

molekuł  w  jałowy,  szklisty  grunt.  Bzdura  –  jeszcze  żyjemy,  choć  Tozzi  oddycha  ciężej. 
Trzeba mu pomóc, czymkolwiek zająć jego myśli. 

– Tozzi? 
– T-tak, Klet. 
– Kiedy schodziliśmy do lądowania, tam nad równiną… 
– W-wi-dz-działem. 
– Nie jesteśmy pierwsi. 
– T-to pocieszenie? Zapewne i nie ostatni. 
– Po raz pierwszy widziałem tego rodzaju konstrukcyjne rozwiązania statków. 
– Wraki zgniecione jak muchy na szybie. 
– Cmentarzysko. 
– Planeta-pułapka. 
– Aż kosmosu wyglądała zupełnie niewinnie. 
–  W-wiesz  co,  Klet?  Przyszło  mi  na  myśl,  że  taka  planeta  nie  mogła  powstać 

samoistnie, tym bardziej w układzie podwójnych neutronowych gwiazd. W dodatku to dziwne 
powiązanie  z  obydwoma  składnikami…  Tak  dziwne,  że  nikt  chyba,  żaden  ze  statków 
obojętne jakiej cywilizacji, nie oprze się, żeby nie zajrzeć tutaj. Ona nie powstała sama. 

– Znasz inną przyczynę? Nawet Assunta nie wierzył w bogów. 
–  Ty,  Klet,  patrzysz  w  górę,  co  najwyżej  możesz  ocenić  lustrzaną  powierzchnię 

równiny. Ja patrzę w dół. Pozornie mętne szkliwo, ale kiedy tak leżysz całą dobę, zaczyna w 
nim majaczyć jakaś głębia, tysiące warstw, pod które przenika spojrzenie, jak w perspektywie 
dwóch  ustawionych  naprzeciw  siebie  zwierciadeł,  w  nieskończoność.  To  nie  planeta,  lecz 
pęcherz  z  ołowiowego  szkła,  może  pozostałość  wymarłej  cywilizacji,  jakaś  monstrualna 
konstrukcja. Szkoda, że nie zdążyliśmy poznać, co kryje się pod zewnętrzną glazurą. 

–  Nic  straconego.  Niedługo  rozstąpi  się  pod  nami  kryształowa  łuska  albo  wessie  w 

szklany miąższ. 

– N-nie żartuj, Klet. Przecież ja widziałem… 
– Co? 
–  Na  pewno  z  wyczerpania,  lecz  tak  mi  się  zdawało,  że  tam,  w  głębi,  przez  mgłę 

widziałem  ich  tysiące,  sinych  i  ze  szkarłatu,  czasem  nakrytych  pokrowcem  czarnych 
prześcieradeł  albo  wyblakłych  od  tysiącletniego  zawieszenia  w  fizjologicznym  roztworze, 

background image

 

 

który  jednak  nie  odebrał  życia  barwnym  stawonogom,  rozrosłym  kępom  krzaczastych, 
wielogłowych  radiolarii  lub  przezroczystym  w  larwianej  bieli  koloniom  fagocytów  i 
półpłynnych ameb… 

– Tozzi! Majaczysz. 
– Nie, Klet. Ja zdaję sobie sprawę, że to niemożliwe, ale posłuchaj tylko. Ktokolwiek 

stworzył ten świat – musiał w tym widzieć określony cel. Nie wyobrażam sobie, czemu może 
służyć układ neutronowych gwiazd w sprzężeniu z planetą periodycznie ogniskującą w sobie 
grawitacyjny  potencjał  obydwu  składników…  A  przecież  oni  tam  są!  Jakby  zebrani  z  tych 
wszystkich  statków  rozmiażdżonych  dokoła,  czasem  bardziej  niesamowici  od  maszkar 
wyśnionych w schizofrenicznym śnie. 

– Sam powiedziałeś: planeta – pułapka. Przeraźliwa pracywilizacja uzupełnia kolekcję 

kosmicznych pierwotniaków. Jak naszych poprzedników, tak i nas zgubiła ciekawość, zwykły 
głód wiedzy, charakterystyczny dla wczesnego stadium rozwoju każdej cywilizacji. Zwabiła 
nas  niezwykłość  planety  i  oto  nowy  eksponat  w  kolekcji,  której  właściciel  być  może 
zapomniał o zarzuconej przynęcie. 

– N-nie żartuj, Klet. 
– Jesteś wykończony, Tozzi. Odpocznij i nie mów tak wiele. 
– Nie mogę! Rozumiesz? Co z tego, że już koniec! Ja to rozumiem. Ale zdarzyło się 

tak wiele, a my właściwie nic nie zrozumieliśmy i nadal nic nie pojmujemy. Pamiętasz: Denis 
powiedział,  kiedy  przelatywaliśmy  nad  równikiem,  że  zarejestrował  obraz  statku  prawie 
nietkniętego. 

–  Zaskoczyło  ich  po  wylądowaniu.  Mieli  odrobinę  szczęścia,  podobnie  jak  my.  Po 

zagarniętych  z  przestrzeni  pozostawał  jedynie  metaliczny  kleks,  nawet  bez  krateru,  jak 
rozbryźnięta kropla rtęci. 

  zwierciadła.  A  jednak  tamten  statek  ocalał.  Według  Denisa  kształtem  przypominał 

dysk. 

– Pewnie przylecieli z planety o potwornym ciążeniu. 
– Jak nasz Jowisz. 
–  Mało.  To  musiało  masą  dorównywać  gwieździe.  Przecież  w  końcowej  fazie  kursu 

przestrzeni ciążenie przekracza tu wszelkie granice, a statek jednak pozostał cały. Jak łatwo 
mówić  o  fazie  końcowej,  kiedy  wystarczy  przymknąć  powieki,  aby  pamięć  wznowiła  w 
mózgu projekcję urwanych kadrów z tego, co było na samym początku: 
 …Denis  sprzężony  z  układem  sterowniczym  prowadzi  do  lądowania.  Przez  ekran  pełznie 
cień statku karykaturalnie zdeformowany w wyłupiastej soczewce globu, wielkiej i gładkiej, 
rozlazłej  aż  po  horyzont,  wypolerowanej  w  pracowni  jakiegoś  kosmicznego  Spinozy  – 
szlifierza diamentów. 

Wreszcie  odbicie  wsparte  na  drżącej  kolumnie  żaru.  „Foot”  zawisa  nieruchomo  i 

wtedy coś szarpie nagle, ściąga go na stalowoszarą powierzchnię zwierciadła… 

…Wychodzą  na  zewnątrz,  żeby  dokonać  oględzin  rozprutego  kadłuba.  Pierwszy 

spuszcza  się  po  trapie  Gloom.  Staje  na  szeroko  rozstawionych  nogach,  olbrzymie  stopy 
płasko  przywarte  do  gruntu,  kula  nagiej  czaszki  obraca  się  dokoła,  wodząc  wzdłuż  linii 
horyzontu  tęczami  owadzich,  mozaikowych  źrenic.  Meldunek  do  czekających  w  śluzie  i 
schodzą  kolejno:  Tozzi, potem  Assunta.  Tozzi  w  błękitnym  skafandrze,  wysoki,  rozrosły  w 
barkach,  pod  szklanym  hełmem  ciemne  oczy  i  przystrzyżone  krótko  czarne  włosy.  Assunta 
szczupły, najniższy z trzech, twarz o zapadniętych policzkach, długie białe włosy, oczy guru. 
Denis  zostaje  w  środku  –  mózg  statku  nigdy  nie  opuszcza  dała.  Trzej,  którzy  wyszli, 
rozchodzą  się  wokół  organowej  baterii  dysz.  Stoją.  Grawitacyjny  młot  uderza  raz  jeszcze, 
podcina kolana. Osuwają się na wznak – Gloom bardzo powoli, jakby przez moment starczało 
mu  sił, żeby przeciwstawić się sile ciążenia. Assunta wydaje jęk  – zaczepy tlenowych butli 
gniotą ramiona – pierwszy nie wytrzymuje Tozzi. Odwraca się na brzuch, tak wygodniej, lecz 

background image

 

 

z  powrotem  się  już  nie  przewróci.  Nakrywa  ich  trzecia  fala  i  Tozzi  pozostaje  z  twarzą 
rozpłaszczoną na szybie hełmu wdławionego w ziemię. 

– M-mów, Kle-et – rzęzi świszczącym oddechem. – D-dopóki widzisz. 
– To wygląda jak taniec, jakby odprawiały swoje tajemnicze misterium. 
– Os-tat-nia posługa. 
–  I  coraz  ich  więcej,  przylatują  z  daleka.  Fantasmagoria.  Czy  na  nie  nie  działa 

ciążenie? 

– Chciał-bym… 
– Co, Tozzi? 
  
Nowy  przypływ ołowiu  w przykute do ziemi  ciało.  Prawdziwy człowiek, jak mawia 

Tozzi,  miałby  już  dawno  w  miejscu  mózgu  zwyrodniały  skrzep  śluzu  pod  sklepieniem 
czaszki. Przyszłość należy do nas. 

– Kle-et!… To nie może być już tera-az!  
– Spokojnie. 
– Dlaczego dano nam świadomość, która p-pot-rafi przetrwać śmierć ciała? 
– Nie na długo. 
–  Ale  j-ja  czuję,  j-jak  ob.-umierają  tkanki  pozbawione  dopływu  krwi,  jak  trzeszczą 

żebra, a żelazny garb przełamuje kręgosłup. N-nie Mo-o-gę, Klet! Gdybym umiał się modlić 
o śmierć… Tego Assunta nas nie nauczył…  Dajcie mi zginąć wreszcie.  Albo zdejmijcie to 
brzemię z pleców! 

– Bogowie nie istnieją. 
– N-nie w-wiem. J-ja nic… n-nic nie wiem! Tylko chcę żyć, zdejmijcie mi z pleców 

chociaż te przeklęte butle z tlenem! 

– Żaden z nas nie podniesie się z ziemi. 
– Żaden z nas… Ale ty przecież… Klet! Ty przecież naprawdę jesteś Gloom! 
– Wiem. 
–  Nie  masz  szkieletu,  jak  owad  jesteś  ściśnięty  zewnętrznym  pancerzem  i  jesteś  tak 

potwornie silny… 

– Nie mogę ci pomóc. 
– Nie wierzę! Ty nie chcesz, boisz się o siebie. Myślisz, że przetrwasz… 
– Jak możesz, Tozzi! 
– Gloom, jesteś robotem, maszyną i musisz słuchać, jak ja słuchałem Assunty, a Denis 

ciebie… Jestem człowiekiem bardziej niż ty! 

– Czego chcesz? 
– Spróbuj wstać. 
– Nie mogę. 
– Rozkazuję ci: wstań i idź! Żałosny skurcz stalowych mięśni. 
– N-nie m-mo-gę. 
– Jesteś maszyną, zwykłą maszyną i musisz słuchać. Nie wolno ci tak mnie zostawić! 

Rozumiesz, co to znaczy? Ja u-mie-ram. Glo-o-om! 

Czarne płaty wirują przed oczyma. Wysiłek mięśni zaćmiewa zdolność rozumowania. 

Tozzi ma rację. Nie wolno zostawić – człowiek umiera. 

– Wstań i idź. 
Naga równina widziana przez mgłę. W dole odbicie, tak bardzo znajoma i obca twarz, 

przesuwa się poprzedzając tułów taszczący przed sobą przywarty do ziemi łeb – czarną kulę o 
pozbawionych  wyrazu  źrenicach.  Struna  .grzbietu  w  bolesnym  spazmie,  dłonie  i  stopy  jak 
płetwy wykoślawione na boki, milimetr po milimetrze można pełznąć do przodu. 

Czyjś głos: „Wstań i idź!” Trzeba wstać – nie jesteś człowiekiem, nie czujesz nic i nie 

znasz, co to prawdziwy ból. Jesteś maszyną. Gloom! Rozkaz brzmi: wstań! 

background image

 

 

W  połowie  drogi.  Dłonie  wparte  w  śliską  powierzchnię  zwierciadła,  Assunta  by  nie 

pozwolił, zawsze mówił, że Gloom też czuje, może po swojemu, ale na pewno. Dlatego dał 
mu  ludzkie  imię  –  Klet.  Lecz  teraz  nie  jesteś  ani  jednym,  ani  drugim.  Umierający  woła 
Szymona z Cyreny, musisz iść, zdjąć mu z barków jego krzyż. 

Wypukłość  zwierciadła  usuwa  się  w  dół.  Kolumny  nóg  dźwigają  talów 

przemieszczający  się  w  łożysku  bioder,  jakby  każda  część  ciała  utraciła  zwykłą 
synchronizację  anatomicznych  elementów. W dole odbite w lustrze czarne widmo  o dwóch 
nogach,  z  parą  dłoni  –  trójpalczastą  kiścią  zwieszonych  po  bokach,  i  z  czarnym  czerepem 
wdławionym w ramiona. 

Stoję.  Nogi  –  widełki  kamertonu  wbite  w  szkło  –  wibrują.  Kto  dożył  na  nie  balast 

głowy i bezwładnych rąk? 

– Idź! 
Krok. 
Dająca fizyczne wsparcie linia pionu utraciła materialną treść. Kołowrót nieba i ziemi. 

Twarzą w dół – na spotkanie własnego odbicia – niech się połączą w jedno. Trzask. 
  

wszechświat pęknięty na pół – z czeluści czoła sypią się czarne kryształy wylewają się 

zwartą masą przed jeszcze widzące źrenice jakie to dziwne  – myśleć czymś co się znajduje 
już poza tobą 

assunta  mówił  –  trzeba  zapomnieć  o  przestrzeni  trzeba  blokować  informację  aż  do 

zatracenia  zmysłowej  percepcji  trzeba  sprowadzić  elektryczną  aktywność  mózgu  w  sferę 
konsonansu  fal  beta  –  niech  naszą  świadomość  zdominuje  intuicyjna  przytłumiona  sfera 
doznań – jedyny sposób by na ułamek nieskończoności zostać prawdziwym człowiekiem. 
  

– Kle-et! Co z to-o-bą? 
– As-sunta mówił… 
– Nie wierzę… 

  

tampon czerwieni assunta mówił że w każdym z nas jest coś z człowieka w każdym z 

nas czterech w którym najwięcej? 

kosmiczny statek to jeden zespół 
elektroniczny mózg 

  

automat 
cyborg 
i człowiek 
już nie istnieje wzrok 
spokój – trudno policzyć przypływy ciążenia nie uczyniły nam szkody nic nad to że 

niedługo  wycisną  do  reszty  jak  ostatnią  kroplę  wilgoci  z  kamienia  –  martwy  motyl  też  nie 
traci tęczowej gamy na wiotkiej błonie skrzydeł choć do kartonu przyszpila go stalowa igła 
 siódmy kurcz przestrzeni 

motyl trzepocze tuż przed twarzą siada na mozaikowych tarczach oczu które patrzą nic 

już nie widząc obraz wdławiony w komórki rozsypanego mózgu bez pośrednictwa wzroku – 
dlaczego  wzór  skrzydeł  pozbawiony  akcentu  zieleni  –  najmniejszej  odrobiny  w  barwnym 
korowodzie – chlorofilu – liści – trawy – co ma do tego maszyna? 

tylko czarne motyle i tułowia szkarłatne i skrzydła sypiące fioletowym pyłkiem obok 

srebrno – złote widma prehistorycznej ważki wyklute z bursztynu 

ósma amplituda grawitacyjnego pulsu 
a klatka była kryształowa zdobiona złotem i perłami 
gdybyśmy stanęli razem na sąd ostateczny – głos tozzi bez lęku śmierci – w którym z 

nas więcej? 

background image

 

 

wewnątrz  na  świat  się  otwierała  i  na  maleńką  noc  z  gwiazdami  –  szept  denisa 

wyraźniejszy jakby – bioprądy alfa delta teta czy można słyszeć i widzieć kiedy nie istnieją 
zmysły widocznie można tak nas uczyłeś assunta miałeś rację 

trzeba tylko bardzo chcieć – szkoda że tak późno – wszystkie rzeczy złożone ulegają 

rozkładowi takie jest ostateczne wygaśnięcie Twoja parinirwana 

dziewiąta fala 

  

Pierwszy dostrzegł ich Argaw z Czerwonego Karła. Znak pojawienia się Nieznanych 

ściągnął  Odbicia  z  najdalszych  okolic  i,  kołując  nad  zwierciadłem  równiny,  z  niepokojem 
wyczekiwali, aż się dopełni rytuał i sublimat pracywilizacji w zalustrzanym kraju przetrawi 
porcję informacji z organicznych nośników zagarniętych z przestrzeni. 

Nieczęsto można powitać Nowych – tysiąc pulsacji minęło od chwili, kiedy daremnie 

czekali  nad  dyskiem  prawie  nietkniętym,  aż  Rają  z  Trójcy  Cefeid  przypomniał  legendę 
swojego  gatunku,  podanie  o  statkach,  których  budowniczowie  nie  znali  nic,  prócz  rozumu. 
Ten nowy też był niezwykły – surowy stożek wytoczony w srebrze. Wokół niego skorupy ze 
szkła,  stali  i  sztywnej  materii  dawno  już  wsiąkły  w  grunt,  lecz  nie  pojawił  się  przy  nich 
najlżejszy bodaj  ruch. Nie było  Odbicia  w zwierciadle planety.  Zwierciadło  jest nieomylne, 
jeśli nic nie ma, znaczy – nie było. 

„Nic,  prócz  rozumu”  –  ze  smutkiem  pomyślał  Argaw  z  Czerwonego  Karła.  I  wtedy 

zobaczył ich nad wrakiem statku. Było ich czterech, nie różniących się między sobą i takich, 
jak  inne  Odbicia,  a  jednak  ich  przyjście  niosło  coś  dziwnego.  Argaw  nie  pojmował  długo, 
czym różnią się od reszty roju, zanim zrozumiał, że skrzydła mają zielone. 
  
 
 
 
 
 
 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0. Polska.