background image

 

background image

Pocałunki wampira Tom 1 

Ellen Schreiber 

 

 

TREŚĆ 

 

Pocałunki wampira 

Dla mojego ojca, Gary’ ego Schreibera, który całą swoją miłością 

dodawał mi skrzydeł do latania. 

Chcę związku, w którym wreszcie będę mógł zatopić zęby” – Alexander 

Sterling 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ I. Mały potwór 

Po raz pierwszy zdarzyło się to, gdy miałam pięć lat.  Właśnie kończyłam kolorować Mój 

Podręcznik Przedszkolaka. Był zapełniony mistrzowskimi rysunkami mamy i taty, naklejkami z 
Elmerem  Fuddem,  papierowymi  chusteczkami,  kolażami  i  odpowiedziami  na  pytania 
(ulubiony  kolor,  zwierzęta  domowe,  najlepszy  przyjaciel  itp.)  napisanymi  przez  naszą 
„stuletnią” nauczycielkę, Panią Peevish.    

Wraz z kolegami z klasy usiedliśmy w półkolu na podłodze, w części do czytania.  

- Bradley, kim chcesz zostać, gdy dorośniesz? – zapytała pani Peevish, kiedy reszta pytań 

została już przeczytana. 

- Strażakiem! – krzyknął. 

- Cindy? 

- Uh... pielęgniarką. – szepnęła cicho Cindy Warren.  

Pani Peevish przeszła przez resztę klasy. Policjanci, astronauci, gracze Footballu. Wreszcie 

nadeszła moja kolej.  

- Raven, kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz? – spytała pani Peevish, wpatrując się we mnie 
zielonymi oczami. 

Nie odpowiedziałam. 

- Aktorka? 

Potrząsnęłam głową. 

- Doktor? 

- Uhhh.... – powiedziałam. 

- Stewardessa? 

- Fuj! – odpowiedziałam. 

- To kim? - spytała rozdrażniona. 

Pomyślałam chwilę. 

- Chcę być… 

- Tak? 

- Chcę być… wampirem! – krzyknęłam.  

background image

Pani Peevish i moi koledzy z klasy byli zszokowani. Przez chwilę myślałam, że nauczycielka 

zacznie  się  śmiać.  Być  może  naprawdę  by  to  zrobiła.  Dzieci  siedzące  koło  mnie,  z  wolna 
zaczęły się odsuwać. Spędziłam większość mojego dzieciństwa patrząc jak inni powoli się ode 
mnie odsuwają.  

Zostałam  poczęta  na  łóżku  wodnym  mojego  taty-  lub  na  dachu  akademika  mojej  mamy 

pod  świecącymi  gwiazdami-  w  zależności,  które  z  moich  rodziców  opowiada  historię.  Byli 
skłonni  skojarzyć,  że  nie  mogli  się  rozstać  z  latami  siedemdziesiątymi:  prawdziwa  miłość 
zmieszana  z  lekami,  jakieś  malinowe  kadzidła  i  muzyka  Grateful  Dead.  Bosa  dziewczyna  w 
paciorkowo  zdobionych  i  sznurkowo  wykończonych,  niebieskich,  odcinanych  dżinsach 
związana  z  długowłosym  i  nieogolonym  Eltonem  Johnem-  noszącym  okulary,  opalonym, 
ubranym  w  skórę  i  sięgającym  dna  facetem.  Myślę,  że  byli  by  szczęśliwi,  gdybym  nie  była 
bardziej  ekscentryczna.  Mogłam  chcieć  być  zdobionym  paciorkami,  owłosionym, 
hipisowskim wilkołakiem!  Ale jakoś moją obsesją stały się wampiry. 

Sarah  i  Paul  Medison  stali  się  bardziej  odpowiedzialni  po  moim  przyjściu  na  świat-  lub 

parafrazując to, mówię, że moi rodzice „przejrzeli na oczy”. Sprzedali ozdobionego kwiatami 
Volkswagena  i  zaczęli  wynajmować  dom.  Nasze  hipisowskie  mieszkanie  było  ozdobione 
świecącymi w ciemności naklejkami 3D i pomarańczowymi tubkami z substancją Play- Doh, 
która przeniosła się na magmowe lampki, tak, że mogłeś się w nie wpatrywać wieki. To były 
najlepsze  czasy.  Śmialiśmy  się,  graliśmy  w  Chutes  and  Ladders

1

 i  wyciskaliśmy  Twinkies

2

 na 

zęby. Kładliśmy się późno, oglądaliśmy filmy z DraculąDark Shadows

3

 z Barnabą Collinsem i 

Batmana  na  czarno-  białym  telewizorze,  który  otrzymaliśmy  po  otworzeniu  rachunku  w 
banku.  Czułam się bezpieczna pod osłoną nocy, dotykając rosnącego brzucha mamy, który 
wydawał  dźwięki  jak  magmowe  lampy.  Wyobrażałam  sobie,  że  będzie  rodzić  więcej 
ruszających się Play-Doh.  

Wszystko  się  zmieniło,  gdy  urodziła  Play-Doh-  tylko,  że  to  nie  było  Play-Doh!  Urodziła 

Głupka

4

! Jak mogła? Jak mogła zniweczyć  wszystkie noce z  Twinkies? Teraz idzie wcześnie 

spać, stworzenie nazwane przez rodziców „Billy” płakało i hałasowało przez całą noc. Nagle 
stałam  się  samotna.  To  Dracula-  ten  w  telewizji-  dotrzymywał  mi  towarzystwa,  gdy  mama 
spała, Głupek płakał, a tata zmieniał cuchnące pieluchy w ciemności.  

I jakby nie byłoby wystarczająco źle, nagle wysłali mnie do miejsca, które nie było moim 

pokojem. Nie miał kwiatowych naklejek  3D na ścianach, ale posiadał nudne kolaże odcisków 
rąk dzieci. Kto dekorował to miejsce? zastanawiałam się. Był przepełniony dziewczynkami w 
plisowanych  spódniczkach  z  Searsa  i  chłopcami  w  zwężanych  spodniach  i  perfekcyjnie 
uczesanymi włosami również z katalogu Searsa.  Mama i tata nazwali go „przedszkolem”.  

                                                             

1

 Amerykańska gra. 

2

 Pomadka/ balsam do ust. 

3

 Popularny serial telewizyjny o wampirach. 

4

 Eng, Nerd-Boy 

background image

- Oni będę twoimi przyjaciółmi. – uspakajała mnie mama, bo przywarłam do jej „cennego 

życia”. Pomachała mi na pożegnanie i pocałowała, jako że stałam samotnie obok statecznej 
Pani  Peevish,  która  była  tak  samotna  jak  tylko  można  być.  Patrzyłam  jak  moja  mama  z 
Głupkiem  na  biodrze,  bierze  go  z  powrotem  do  miejsca  z  świecącymi  w  ciemności 
naklejkami, strasznymi filmami i Twinkies.  

Jakoś przetrwałam ten dzień. Tnąc i przyklejając czarny papier na czarny papier, malując 

palcem  na  czarno  wargi  Barbie,  i  opowiadając  asystentce  nauczycielki  straszną  historię, 
podczas gdy dzieci  biegały jakby wszystkie były kuzynami na wielkim amerykańskim pikniku 
rodzinnym. Byłam nawet szczęśliwa widząc Głupka i mamę, którzy wreszcie po mnie przyszli.  

Tej  nocy,  mama  znalazła  mnie  z  ustami  przyciśniętymi  do  ekranu  telewizora,  próbującą 

pocałować Christophera Lee, grającego w horrorze Dracula.  

- Raven! Co ty robisz tak późno? Musisz iść jutro do szkoły! 

- Co? – powiedziałam. Placek wiśniowy, który jadłam spadł na podłogę a moje serce wraz 

z nim. – Ale ja myślałam, że to tylko raz.- powiedziałam spanikowana. 

- Kochanie, musisz tam chodzić codziennie! 

Codziennie? Słowa rozbrzmiały mi w głowie. To był wyrok na całe życie!  

Tej nocy Głupek nie mógł konkurować z moim dramatycznym krzykiem i płaczem. Kiedy 

leżałam sama w łóżku, modliłam się o wieczną ciemność i o to, by słońce nigdy nie wzeszło. 
Niestety  następnego  dnia  obudziłam  się  z  potwornym  bólem  głowy,  na  dodatek  pokój 
rozświetlało oślepiające światło.  

Marzyłam o choćby jednej osobie wokół mnie, z którą mogłoby mnie coś łączyć. Ale nie 

mogłam jej znaleźć, ani w domu, ani w szkole. W domu magmowe lampy zostały zastąpione 
podłogowymi  lampami  w  stylu  Tiffany,  świecące  w  ciemności  naklejki  zostały  przykryte 
tapetą od Laury Ashley, a nasz ziarnisty czarno-biały telewizor zastąpił kolorowy dwudziesto- 
pięcio calowy model.  

W  szkole  zamiast  śpiewać  piosenki  z  Mary  Poppins,  ja  gwizdałam  motyw  z  Egzorcysty. 

Przez  połowę  przedszkola  próbowałam  stać  się  wampirem.  Trevor  Mitchell,  doskonale 
uczesany  blondyn  o  blado  niebieskich  oczach,  był  moją  zagładą  od  momentu,  gdy 
zmierzyłam  go  wzrokiem  po  tym  jak  próbował  wepchnąć  się  przede  mnie  do  kolejki  na 
zjeżdżalni.  Nienawidził  mnie,  bo  byłam  jedynym  dzieckiem,  które  się  go  nie  bało.  Dzieci  i 
nauczyciele aż całowali go, ponieważ jego ojciec  posiadał większość ziemi na, których stały 
ich domy. Trevor był w fazie kąsania. Nie, że chciał być wampirem jak ja, ale tylko dlatego, że 
był małostkowy. Ugryzł  każdego, oprócz mnie! Zaczynałam się odznaczać! 

Byliśmy na placu zabaw, stojąc pod koszem do koszykówki, kiedy ściskałam skórę na jego 

zmizerowanej małej ręce tak mocno, że myślałam, że krew tryśnie na zewnątrz. Jego twarz 

background image

przybrała buraczany kolor. Stałam bez ruchu i czekałam. Trevor cały się trząsł z gniewu a oczy 
nabrzmiały z zemsty. Z powrotem uśmiechnęłam się złośliwie. Wtedy ugryzł mnie na mojej 
wyciągniętej  dłoni.  Pani  Peevish  została  zmuszona  usiąść  i  oprzeć  się  o  szkolną  ścianę.  Ja 
tańczyłam ze szczęścia wokół placu zabaw, czekając na przemianę w wampira.  

- Raven jest dziwna. – podsłuchałam Panią Peevish mówiącą do innej nauczycielki , po tym 

jak opuściłam płaczącego Trevora, który teraz miotał się po twardym asfalcie. Posłałam mu 
wdzięczny pocałunek przy pomocy mojej pogryzionej dłoni.  

Ranę,  jaką  dostałam  na  szkolnej  huśtawce  nosiłam  dumnie.  Mogłabym  teraz  polecieć, 

prawda? Ale będę potrzebować czegoś do rozwinięcia prędkości. Miejsce, które wybrałam to 
szczyt  ogrodzenia.  Moim  celem  były  puszyste  chmury.  Zardzewiała  huśtawka  zaczęła 
skrzypieć,  gdy  skoczyłam.  Zaplanowałam  przelecieć  przez  plac  zabaw-  aż  do  zaskoczonego 
Trevora.  Zamiast  tego  spadłam  na  zabłoconą  ziemię,  robiąc  szkodę  moim  zębom.  Bardziej 
płakałam z faktu, że nie mam nadprzyrodzonych mocy tak, jak bohaterowie z moich filmów 
niż, że moje ciało pulsuje z bólu. 

Z ukąszeniem obłożonym lodem, zostałam posadzona, przez Panią Peevish,  przy ścianie. 

Miałam  odpocząć  podczas,  gdy  rozpieszczony,  arogancki,  zarozumiały  Trevor  był  wolny. 
Posłał mi dokuczliwego całusa i powiedział: 

- Dziękuję. 

Wystawiłam  mu  język  i  nazwałam  go  przezwiskiem  gangstera,  które  usłyszałam  w  Ojcu 

Chrzestnym.  Pani  Peevish  natychmiast  odprawiła  mnie  do  budynku.  Dużo  razy  w  czasie 
mojego dzieciństwa byłam wysyłana do tego miejsca. Moim przeznaczeniem było zabieranie 
mnie od zakamarku do zakamarku w nadziei, że zmądrzeję.  

 ROZDZIAŁ II. Dullsville 

Oficjalny znak witający w moim mieście powinien brzmieć: „Witamy w Dullsville- większe 

niż jaskinia, ale wystarczająco małe, by poczuć klaustrofobię!”  

Populacja  8,000  osobników,  prognoza  pogody  idealnie  przygnębiająca  przez  cały  rok, 

powtarzająca się słońce, równo ogrodzone domki  i  rozwalające się pola uprawne-  oto  całe 
Dullsville.  Pociąg  towarowy  o  8.10  przejeżdżający  przez  miasto  rozdziela  je  na  złą  i  dobrą 
stronę,  pola  od  bieżni  golfowych,  traktory  od  wózków  golfowych.  Myślę,  że  miasto  jest 
zacofane.  Jak  grunty,  na  których  rośnie  kukurydza  i  pszenica  mogą  być  mniej  warte  niż  te, 
które są z piasku? 

Stuletnia  siedziba  sądu  leży  na  głównym  placu  miasta.  Nie  miałam  jeszcze  takich 

kłopotów,  żeby  tam  wylądować-  jeszcze.  Butiki,  biuro  podróży,  sklep  komputerowy, 
kwiaciarnia  i  dwufunkcyjny  budynek,  w  którym  znajduje  się  kino  i  teatr-  wszystko  wokół 
głównego placu. 

background image

Marzę, by nasz dom był na torach, miał kółka i wywiózłby nas poza miasto, ale jesteśmy 

po  tej  dobrej  stronie  miasta  blisko  country  klubu.  Dullsville.  Jedynym  ciekawym  miejscem 
tutaj,  jest  opuszczony  dwór.  Zbudowała  go  na  wzgórzu  Benson,  zesłana  na  banicję 
baronowa. Umarła w nim w samotności. 

W Dullsville mam tylko jedną  przyjaciółkę- farmerską dziewczynę, Becky Miller. Jest ona 

jeszcze bardziej niepopularna ode mnie. Byłam w trzeciej klasie, gdy ją oficjalnie poznałam. 
Siedziałam  na  szkolnych  schodach  czekając  na  mamę,  która  miała  mnie  odebrać  ze  szkoły 
(spóźniała  się  jak  zwykle).  Teraz  próbowała  pracować  w  korporacji  Kathy.  Zauważyłam 
psotną  dziewczynę  kulącą  się  pod  schodami,  płaczącą  jak  dziecko.  Nie  miała  żadnych 
przyjaciół,  ponieważ  była  nieśmiała  i  pochodziła  ze  wschodniej  strony  torów.  Była  jedną  z 
niewielu farmerskich dziewczyn w szkole i siedziała dwa rzędy za mną w klasie.  

- Co jest? – spytałam, współczując jej. 

- Moja mama zapomniała o mnie!- wrzasnęła, żałośnie obejmując rękami mokrą twarz. 

- Nie, nie zapomniała.- pocieszałam ją. 

- Nigdy się tak nie spóźniła!- dalej płakała. 

- Może utknęła w korku? 

- Tak myślisz? 

-  Jasne!  A  może  zadzwonił  do  niej  jeden  z  tych  okropnych  sprzedawców,  który  zawsze 

pyta „Czy mama jest w domu?”. 

- Serio? 

- To się zdarza cały czas! A może zatrzymała się, by kupić przekąski i była długa kolejka w 

7-Eleven. 

- Zrobiła by tak? 

- Dlaczego nie, musisz coś jeść, nieprawdaż? Nie martw się. Przyjedzie po ciebie. 

I  rzeczywiście.  Niebieska  półciężarówka  jechała  z  jedną  przepraszającą  matką  i  jednym 

przyjaznym, puszystym owczarkiem. 

-  Mama  powiedziała,  że  możesz  przyjść  w  sobotę  jeśli  twoim  rodzicom  to  nie 

przeszkadza.- powiedziała Becky, biegnąc z powrotem do mnie. Nikt nigdy nie zapraszał mnie 
do siebie. Nie była tak nieśmiała jak Becky, ale byłam niepopularna. Spóźniałam się zawsze 
do szkoły, bo zaspałam, nosiłam okulary przeciwsłoneczne w klasie i miała opinię atypowej w 
Dullsville. 

background image

Becky  miała  podwórko  tak  duże  jak  Transylwania-  wspaniałe  miejsce  do  bawienia  się  w 

chowanego  i  jedzenia  tylu  jabłek  ile  tylko  żołądek  pomieści.  Byłam  jedynym  dzieckiem  w 
klasie,  które  jej  nie  biło,  nie  wykluczało,  nie  przezywało.  Kopnęłam  nawet  kogoś  kto 
spróbował to zrobić. Była moim trójwymiarowym cieniem. Byłam jej najlepszym przyjacielem 
i ochroniarzem. I nadal jestem. 

Kiedy nie bawiłam się z Becky, spędzałam mój czas poprawiając czarną szminkę i lakier na 

paznokciach,  przecierając    znoszone  glany  i  zatapiając  głowę  w  powieściach  Anny  Rice. 
Miałam jedenaście lat, kiedy moja rodzina pojechała do Nowego Orleanu na wakacje. Mama 
i  tata  chcieli  grać  w  oczko  lub  chodzić  do  kasyna.  Głupek  chciał  chodzić  do  akwarium.  Ale 
wiedziałam, gdzie ja pójdę. Chciałam zwiedzić rodziny dom Anny Rice, historyczny budynek, 
który odnowiła i nazwała domem. 

Stałam jak zahipnotyzowana przed żelazną bramą stojącą przed gotycką mega-rezydencją. 

Moja mama (nieproszony opiekun)stała koło mnie. Czułam latające nad nami kruki, chociaż 
prawdopodobnie  nie było ich tam. Szkoda, że nie przyszłam nocą- widok byłby piękniejszy. 
Kilka dziewcząt podobnych do mnie, stało po drugiej stronie ulicy i robiło zdjęcia. Chciałam 
do  nich  podejść  i  powiedzieć  „Zostańmy  przyjaciółmi.  Możemy  odwiedzać  cmentarze 
razem!”.  Po  raz  pierwszy  w  życiu,  poczułam,  że  pasuje  tu.  Byłam  w  mieście,  gdzie  trumny 
układano  jedną  na  drugą,  tak  żeby  można  je  było  zobaczyć,  zamiast  zakopując  je  w  ziemi. 
Było tu dwóch facetów z college’ u z dwukolorowymi, nastroszonymi, blond włosami. Fajni 
ludzie  byli  wszędzie,  oprócz  ulicy  Bourbon,  gdzie  turyści  wyglądali  jakby  przyjechali  z 
Dullsville.  Nagle  zza  rogu  wyjechała  limuzyna.  Najczarniejsza  limuzyna  jakąkolwiek 
widziałam. Szofer w czarnym kapeluszu otworzył drzwi i ona wysiadła! 

Nieruchomiałam  i  zbzikowałam.  Czas  jakby  stanął  w  miejscu.  Przede  mną  stała  moja 

największa idolka, Ann Rice! 

Świeciła  jak  gwiazda  filmowa,  gotycki  anioł,  boskie  stworzenie.  Jej  długie,  czarne  włosy 

spływały jej na ramiona; miała złotą opaskę, długą jedwabistą spódnicę i bajeczny, wampirzy 
płaszcz. Oniemiałam. Nie mogłam wyjść z szoku. 

Na szczęście moja mama nie oniemiała. 

- Czy moja córka mogłaby dostać pani autograf? 

-  Pewnie.-  powiedziała  słodko  królowa  nocnych  przygód.  Podeszłam  do  niej,  tak  jakby 

moje nogi w każdej chwili mogłyby się stopić w słońcu.  

Gdy podpisała żółtą samoprzylepną karteczkę, którą mama wyciągnęła z torebki, gotycka 

gwiazda i ja stałyśmy obok siebie, uśmiechając się, jej ręka była położona na mojej talii. Anna 
Rice zgodziła się zrobić ze mną zdjęcie! 

background image

Nigdy  w  życiu  tak  się  nie  uśmiechałam.  Ona  pewnie  uśmiechała  się  tak  jak  to  robiła 

miliony  razy  wcześniej.  Moment  którego  ona  nie  będzie  pamiętać,  ale  moment  którego  ja 
nigdy nie zapomnę. 

Dlaczego nie powiedziałam jej, że kocham jej książki? Dlaczego nie powiedziałam jej, jak 

dużo dla mnie znaczy? Myślałam, że miała wpływ na rzeczy na które nikt inny nie. 

Krzyczałam  z  podniecenia,  przez  cały  dzień.  Tata  i  Głupek  oglądali  tę  scenę  w  naszym 

zabytkowym, pastelowo różowym pokoju sypialniano- śniadaniowym. To był pierwszy dzień 
pobytu  w  Nowym  Orleanie,  a  ja  byłam  gotowa  jechać  do  domu.  Kogo  obchodziło  głupie 
akwarium,  French  Quarter,  bluesowe  zespoły  i  Mardi  Grass,  kiedy  ja  zobaczyła  już 
wampirzego anioła? 

Czekałam na dzień, w których dostanę wywołany film ze zdjęciem, na którym jestem ja i 

Anna  Rice.  Obawiałam  się,  że  nie  wyszło.  Ponura,  wycofałam  się  z  mamą  z  powrotem  do 
hotelu.  Wbrew  faktom  ona  i  ja  ukazałyśmy  się  na  fotografii  osobno,  nie  mogło  to  być 
możliwe, że połączenie dwóch miłośniczek wampirów nie mogłyby być schwytane na jednym 
filmie?  Czy  raczej  to  było  tylko  przypomnienie,  że  ona  jest  bestsellerową  pisarką,  a  ja 
wrzaskliwym,  rozmarzonym  dzieckiem  mającym  ciemne  fazy.  Lub,  to  że  moja  mama  była 
kiepski fotografem. 

ROZDZIAŁ III. Potworna miazga 

Moje słodkie, szesnaste urodziny. Czy nie każde urodziny powinny być słodkie? Dlaczego 

szesnaste mają być słodsze? I tyle rozgłosu mają! 

W Dullsville, moje urodziny wyglądają jak każdy inny dzień. 

Wszystko zaczęło się od krzyku Głupka. 

- Wstawaj Raven. Chyba nie chcesz się spóźnić. Już czas do szkoły! 

Jak dwoje dzieci tych samych rodziców, mogą się tak różnić od siebie? Być może jest coś w 

tej  teorii  o  listonoszu?  Ale  w  przypadku  Głupka  moja  mama  musiała  mieć  romans  z 
bibliotekarzem. 

Wywlokłam  się  z  łóżka  i  założyła  czarną,  bawełnianą  sukienkę  bez  rękawów  u  do  tego 

czarne buty. Usta pomalowałam czarną szminką. 

W  kuchni  na  stole  czekały  na  mnie  dwa  ozdobione  kwiatami  ciastka.  Jedno  było  w 

kształcie jedynki, drugie szóstki. 

Musnęłam  palcami  ciastko  w  kształcie  sześć  i  zlizałam  lukier,  który  został  mi  na 

koniuszkach. 

background image

-  Wszystkiego  najlepszego!-  powiedziała  moja  mama  całując  mnie-  Miałaś  to  otrzymać 

wieczorem, ale daje ci to już teraz.- powiedziała wręczając mi paczuszkę. 

- Wszystkiego najlepszego, Raven!- powiedział tata również dając mi całusa w policzek 

-  Założę  się,  że  nie  miałeś  żadnego  pomysłu  co  mi  dać.-  droczyłam  się  z  nim  trzymając 

paczkę. 

- Żadnego. Ale jestem pewien, że ten dużo kosztował. 

Potrząsnęłam  lekko  paczuszką  i  usłyszałam,  że  grzechocze.  Gapiłam  się  na  Wszystkiego 

Najlepszego  napisane  na  papierze.  To  mogły  być  kluczyki  do  samochodu-  mój  własny 
Batmobile! Przecież to były moje szesnaste urodziny! 

- Chciałam kupić coś wyjątkowego. – powiedziała mama uśmiechając się. 

Rozdarłam  niecierpliwie  paczuszkę.  Podniosłam  wieko  i  ujrzałam  biżuterię.  Pudełko 

skrywało sznur lśniących pereł. 

- Każda dziewczyna powinna mieć perły na specjalne okazje.- mama rozpromieniła się. 

To była prawna wersja mojej mamy hipiski. Zmusiłam się do krzywego uśmiechu próbując 

schować swoje rozczarowanie. 

-  Dzięki.  –  powiedziałam  ściskając  oboje.  Zaczęła  wkładać  naszyjnik  z  powrotem  do 

pudełka, ale moi rodzice promienieli z dumy, więc przymierzyłam naszyjnik. 

- Wyglądasz wspaniale!- powiedziała mama. 

-  Zostawię  go  na  jakąś  specjalną  okazję.-  odpowiedziałam  odkładając  naszyjnik  z 

powrotem do pudełka. 

Zadzwonił dzwonek i Becky weszła z małą, czarną torbą. 

- Wszystkiego najlepszego!- krzyknęła jak weszliśmy do salonu. 

- Dzięki. Nie musisz mi nic dawać. 

- Mówisz tak każdego roku.- drażniła się i wręczyła mi torbę.- A propos, widziałam ubiegłej 

nocy jak jakąś ciężarówka wyjeżdża spod Dworu.- wyszeptała. 

- Nie mów! Ktoś się wreszcie tam wprowadził? 

- Domyślam się, że tak. Ale widziałam wnioskodawców noszących dębowe biurka, stojące 

zegary i ogromne skrzynie oznaczone jako „Ziemia”. I mieli nastoletniego syna. 

-  Pewnie  rodząc  się  miał  na  sobie  spodnie  khaki.  I  jestem  pewna,  że  jego  rodzice  są  z  

nudnej Ligi Bluszczowej. – odpowiedziałam- Mam nadzieję, że nie przerobią tego domu i nie 
wygonią z niego wszystkich pająków. 

background image

- Tak i zburzą bramę, stawiając białą palisadę. 

- I plastikową gęś w centrum trawnika. 

Obie chichotałyśmy jak szalone. Włożyłam rękę do torby. 

- Chciałam kupić ci coś specjalnego, skoro kończysz szesnaście lat. 

Wyciągnęłam  czarny,  skórzany  naszyjnik  z  grafitowym  talizmanem.  Amuletem  był 

nietoperz!  

- Jest prześliczny!- krzyknęłam zakładając go. Mama chytrze spojrzała na mnie z kuchni. 

- Następnym razem damy jej pieniądze.- usłyszałam jak mówi do ojca. 

- Perły!- szepnęłam do Becky, kiedy wychodziłyśmy. 

 

Byłam na sali gimnastycznej w czarnej koszulce, szortach i glanach zamiast wymaganych 

biało-białych ubraniach i sportowych butach. Serio, jaki jest tego cel? Myślałam. Uczniowie 
ubrani na biało są bardziej wysportowani? 

-  Raven,  nie  mam  ochoty  wysyłać  cię  dzisiaj  do  dyrektora.  Dlaczego  nie  możesz  dać  mi 

spokoju i choć raz ubrać się tak jak powinnaś?- jęknęła pani Harris, nauczycielka Wf-u. 

- Dzisiaj są moje urodziny. Proszę choć raz mi pozwolić w tym ćwiczyć!- gapiła się na mnie 

nie wiedząc co powiedzieć. 

- Tylko dzisiaj. – w końcu się zgodziła.- I nie dlatego, że dziś masz urodziny, ale dlatego, że 

nie chce mi się wysyłać cię do dyrektora. 

Becky  zachichotała  i  poszła  pod  trybuny  jak  reszta  klasy.  Trevor  Mitchell,  mój  wróg  z 

przedszkola, wraz ze swoim pomocnikiem Mattem Wellsem, podeszli do nas. Byli doskonale 
uczesanymi,  konserwatywnymi,  bogatymi  futbolowymi  snobami.  Wiedzieli,  że  wyglądają 
wspaniale. Rzygać mi się chciało na widok ich próżności.  

- Słodka szesnastka!- powiedział Trevor, oczywiście podsłuchał moją pogawędkę z panią 

Harris.  –  Jak  słodko!  Po  prostu  dojrzała  na  miłość!  Co  nie  Matt?-  przysuwali  się  coraz 
bardziej. 

- Tak, stary.- zgodził się Matt. 

- Ale być może nie nosisz biało- białego stroju przeznaczonego dla dziewic, co Raven? 

Był  wspaniały,  nie  było  wątpliwości.  Jego  niebieskie  oczy  były  piękne  a  jego  włosy 

wyglądały jakby należały do jakiegoś modela. Miał dziewczynę na każdy dzień tygodnia. Był 
złym chłopcem, ale był też złym, bogatym chłopcem, co czyniło go bardzo nudnym. 

background image

- Hej, nie jestem jedyną, która nie nosi białej bielizny, co nie?- spytałam. - Masz rację- jest 

powód  dla  którego  noszę  czarną.  Ale  chyba  nie  jesteś  jedną,  z  tych  z  którymi  chciałabym 
podzielić się szczegółami. 

Becky i ja usiadłyśmy na końcu trybunów, jak najdalej Trevora i Matta. 

-  Więc  jak  spędzisz  urodziny?-  krzyknął  Trevor,  siadając  z  resztą  klasy,  wystarczająco 

głośno by  inni też go  usłyszeli-  Ty i farmerka Becky będziecie siedzieć w  domu w piątkowy 
wieczór  i  oglądać  Piątek  Trzynastego?  Może  umieścicie  jakieś  swoje  ogłoszenia? 
„Szesnastoletnia singielka, biała potworzyca, szuka partnera na wieczność.” 

Cała klasa ryczała ze śmiechu. 

Nie lubiłam kiedy Trevor tak mnie drażnił, ale lubiłam go jeszcze mniej, gdy drażnił się z 

Becky. 

- Nie, myślałyśmy o rozbiciu przyjęcia Matta, tego wieczoru. Inaczej nie będzie tam nikogo 

ciekawego. 

Wszyscy  byli  zszokowani,  Becky  przewróciła  oczami,  jak  gdyby  chciała  powiedzieć  Po  co 

mnie  do  tego  włączasz?  Nigdy  nie  byłyśmy  na  wysoce  rozpowszechnionych  przyjęciach 
Matta. Nigdy nie byłyśmy zaproszone, a choćbyśmy były, i tak nie poszłybyśmy. Przynajmniej 
ja bym tego nie zrobiła. 

Cała klasa czekała na reakcję Trevora. 

- Pewnie ty i Igor możecie przyjść… ale pamiętaj, pijemy piwo, nie krew!- całą klasa znów 

się śmiała, a Trevor przybił piątkę Mattowi. 

Właśnie wtedy pani Harris zagwizdała w gwizdek, sygnalizując nam, że czas zejść z trybun i 

zacząć biegać wokół  boiska. Ale ja i Becky spacerowałyśmy, obojętne na naszych pocących 
się kolegów. 

-  Nie  możemy  iść  na  przyjęcie  do  Matta.-  powiedziała  Becky-  Kto  wie,  co  mogą  nam 

zrobić? 

-  Zobaczymy  co  zrobią.  Albo  co  my  zrobimy.  To  moja  Słodka  szesnastka,  pamiętasz? 

Urodziny, których się nie zapomina! 

ROZDZIAŁ IV. Prawda lub zadanie 

Najbardziej ekscytujące rzeczy w moim życiu, które wydarzyły się w Dullsville (w układzie 

chronologicznym): 

1.  O 3.10 wykoleił się pociąg, rozsypał pudełka Tootsie Rolls, które później zjedliśmy. 
2.  Uczeń  z  ostatniej  klasy  spuścił  w  łazience 

silnie  wybuchającą  petardę  w  kształcie 

czerwonej kuli

, rury ściekowe eksplodowały i zamknięto szkołę na tydzień. 

background image

3.  Na  moich  szesnastych  urodzinach,  rodzina  puściła  plotkę,  że  wampir  wprowadził  się 

do nawiedzonego dworu na wzgórzu Benson. 

Legenda  o  dworze  idzie  tak:  Został  on  zbudowany  przez  rumuńską  baronową,  która 

uciekła  z  kraju  po  buncie  chłopów,  w  którym  jej  mąż  i  większość  rodziny  straciło  życie. 
Baronowa  zbudowała  dwór  na  wzgórzu  Benson,  tak  by  była  podobna  do  jej  europejskiej 
rezydencji w każdym szczególe, z wyjątkiem trupów. 

Wraz  ze  swoimi  służącymi,  mieszkała  w  całkowitym  odizolowaniu,  panicznie  bojąc  się 

tłumów  i  obcych.  Byłam  małym  dzieckiem  kiedy  umarła,  więc  nigdy  jej  nie  spotkałam, 
chociaż  bawiłam  się  przy  jej  samotnym  nagrobku  na  cmentarzu.  Ludzie  mówią,  że  siadała 
wieczorem w oknie i patrzyła na księżyc, i że nawet teraz, kiedy jest pełnia, jeśli spojrzysz pod 
odpowiednim kątem, możesz zobaczyć jej ducha spoglądającego na niebo i siedzącego w tym 
samym oknie co kiedyś. 

Ale ja jej nigdy nie widziałam. 

Dwór stał zabity deskami do tej pory. Plotka mówiła, że rumuńska córka interesowała się 

czarną magią. W każdym razie, nie  interesowała  się Dullsville (mądra dziewczynka!) i  nigdy 
nie rościła pretensji do tego miejsca. 

Dwór  na  wzgórzu  Benson  był  wspaniały  pod  kątem  gotyckim,  ale  beznadziejny  pod 

każdym innym. Był to największy dom w mieście- i najbardziej pusty. Mój tata powiedział, że 
tak jest, ponieważ zostało to zapisane w testamencie. Becky mówi, że tak jest, bo dom jest 
nawiedzony. Osobiście twierdzę, że tak jest, bo kobiety w mieście boją się kurzu. 

Dwór  oczywiście  mnie  fascynował.  To  był  mój  Wymarzony  Dom  Barbie,  dlatego  co  noc 

wspinałam się na wzgórze Benson w nadziei, że ujrzę ducha. Właściwie to poszłam tylko raz, 
kiedy  miałam  dwanaście  lat.  Miałam  nadzieję,  że  wyremontuje  go  i  przerobię  na  mój  dom 
zabaw, że wstawię tabliczkę GŁUPKOM WSTĘP WZBRONIONY. Jednej nocy wspięłam się na 
bramę z kutego żelaza i popędziła przez kręty podjazd. 

Dwór był naprawdę wspaniały, z winoroślami spadającymi po ścianach jak łzy, kruszącą się 

farbą, roztrzaskanymi dachówkami na dachu i strasznym oknie na strychu. Drewniane drzwi 
stały  jak  Godzilla,  wysokie,  potężne-  i  zamknięte.    Podkradłam  się  dookoła  budynku. 
Wszystkie okna zostały mocno zabite deskami, ale zauważyłam jakieś luźno wystające deski z  
okna sutereny. Próbowałam je delikatnie odsunąć, kiedy usłyszałam głosy. 

Przykucnęłam za jakimiś krzakami, jako że gang seniorów ze szkoły napatoczyła się gdzieś 

blisko. W większości byli pijani, ale jeden był wystraszony.  

-  No  dalej,  Jack,  wszyscy  musieliśmy  to  zrobić.  –  kłamali.  Pchnęli  faceta  w  czapeczce 

bejsbolowej w kierunku Dworu. – Wejdź tam i przynieś nam skurczoną głowę! 

background image

Mogłam  zobaczyć  jak  bardzo  Jack  był  zdenerwowany.  Był  przystojnym,  przytłoczonym, 

godnym facetem. Rodzajem człowieka, który powinien spędzać czas na strzelaniu do tarczy 
albo  sprawiać,  żeby  dziewczyny  mdlały,  nie  podkradając  się  do  nawiedzonego  domu  z 
przyjaciółmi.  

Jak  tylko  Jack  zbliżył  się  do  Dworu,  wyglądał  jakby  zobaczył  ducha.  Nagle,  spojrzał  na 

krzaki,  gdzie  się  ukrywałam.  Złapałam  oddech,    a  on  wrzasnął.  Myślałam,  że  oboje 
dostaniemy  ataku  serca.  Kucając  wycofałam  się  z  krzaków,  bo  zauważyłam  zbliżającą  się 
bandę. 

- Krzyczał jak mała dziewczynka, chociaż jeszcze nie wszedł do środka! – drwił jeden. 

-  Wynoście  się  stąd!  –  powiedział  Jack  do  chłopaków-  Mam  to  zrobić  sam,  dobra?  – 

poczekał aż inni się wycofają i wtedy kiwnął na mnie głową, żeby jasne, że do mnie mówi. – 
Cholera, dziewczyno przestraszyłaś mnie! Co ty tutaj robisz? 

- Mieszkam tu i zgubiłam klucze. Próbuje wejść do środka. – zażartowałam. Złapał oddech 

i uśmiechnął się. 

- Kim jesteś? 

- Raven. Już wiem kim jesteś. Jesteś Jack Patterson. Twój ojciec ma dom towarowy, gdzie 

moja mama kupuje stylowe portfele. Widziałam cię kiedyś na kasie.  

- Tak myślałem, że wyglądasz znajomo.  

- Więc, dlaczego tu jesteś? 

- To wyzwanie. Moi przyjaciele myślą, że to miejsce jest nawiedzone, ja mam się podkraść 

do niego i wyciągnąć jakąś rzecz.  

- Jak na przykład stary tapczan? 

Uśmiechnął się tym samym uśmiechem co wcześniej. – Tak, kapuściana głowo. Ale to nie 

ma znaczenia. Nie ma żadnego wejścia do Dworu. 

- Ależ jest! – pokazałam mu luźne deski w oknie sutereny. 

-  Wchodzisz  pierwsza-  powiedział,  szturchając  mnie  na  przód  drżącymi  rękami.  –  Jesteś 

mniejsza. 

Prześliznęłam się z łatwością. 

W środku było naprawdę ciemno, nawet dla mnie. Ledwie mogłam odgarniać pajęczyny. 

Podoba  mi  się!  Wszędzie  były    stosy  pudełek  i  pachniało  jakby  piwnica  była  tu  od  zarania 
dziejów. 

- No dalej, wchodź!- powiedziałam.  

background image

- Nie mogę się poruszać. Utknąłem! 

- Musisz przejść! Chcesz, żeby cię znaleźli z wystającym przez okno tyłkiem? – szarpnęłam, 

pchnęłam  i  pociągnęłam.  W  końcu  Jack  przepchnął  się  przez  okno,  ku  mojej  uldze,  ale  nie 
jego. Prowadziłam przestraszonego seniora przez spleśniałą suterenę. Trzymał się mojej ręki 
tak mocno, że myślałam, że zaraz mi zmiażdży palce. 

Ale  przyjemnie  było  trzymać  go  za  rękę.  Były  one  duże,  silne  i  męskie.  Nie  takie  jak 

Głupka, którego ręka zawsze była miękka i przymilna. 

- Gdzie idziemy? – szepnął z przerażeniem w głosie. – Nic nie widzę! 

Mogłam  rozpoznać  kształty  masywnych  krzeseł  i  kanap,  przykrytych  zakurzoną,  białą 

szmatą, prawdopodobnie należąca do kobiety wpatrującej się w księżyc. 

- Widzę schody. – powiedziałam. – Po prostu idź za mną. 

- Nie idę dalej! Zwariowałaś? 

- Jak lustro od podłogi? – zażartowałam, zerkając za szmaty. 

- Wezmę jedno z tych pustych pudełek! 

-  To  nie  będzie  dobre.  Przyjaciele  zabiją  cię.  Będziesz  pośmiewiskiem  do  końca  życia. 

Uwierz mi, wiem jak to jest. 

Spojrzałam  na  niego  i  zobaczyłam  strach  w  jego  oczach.  Nie  byłam  pewna  czy  bał  się 

swoich przyjaciół czekających na zewnątrz czy składanej drabinki w piwnicy, która mogłaby 
się złamać pod najmniejszym naciskiem. Albo bał się duchów. 

- W porządku. – powiedziałam.- Poczekaj tutaj. 

- Jak mógłbym pójść gdziekolwiek? Nie mam żadnego pomysłu jak się stąd wydostać. 

- Ale najpierw… 

- Co? 

- Puść moją rękę! 

- O, tak. – pozwolił mi odejść. – Raven. 

- Co? 

- Bądź ostrożna. 

Zatrzymałam się. – Jack wierzysz w duchy? 

- Nie, oczywiście, że nie! 

background image

- Więc nie myślisz, że jej duch tu jest? No wiesz, tej starej kobiety? 

- Ciiii, nie mów tak głośno. 

Uśmiechnęłam  się  z  oczekiwaniem.  Ale  wtedy  przypomniałam  sobie  wyzwanie  gangu  i 

złapałam jego czapeczkę bejsbolową. Znowu krzyknął. 

- Wyluzuj. To tylko ja, nie żaden z tych potwornych duchów, w które nie wierzysz. 

Ostrożnie  wspięłam  się  na  skrzypiącą  drabinkę  i  wpadłam  na  zamknięte  drzwi  na  ich 

szczycie.  Otworzyły się kiedy tylko przekręciłam gałkę. Byłam w szerokim korytarzu. Światło 
księżyca sączyło się przez szpary w zabitych deskami oknach. Dwór wydawał się większy niż z 
zewnątrz. Gładziłam ściany kiedy przechodziłam. Kurz miękko zlepiał moje ręce. Skręciłam i 
natknęłam się na ogromne schody. Jakie skarby leżały na ich szczycie? Czy to tam był duch 
baronowej? 

Wchodziłam po schodach na palcach, jakbym mogła chodzić w moich butach tak cicho jak 

mysz.  

Pierwsze  drzwi  były  zamknięte  na  klucz.  Drugie  i  trzecie  także.  Przyłożyłam  ucho  do 

czwartych  i  usłyszałam  dźwięk  słabego  płaczu  dochodzącego  z  drugiej  strony.  Po  plecach 
przeszedł mnie zimny dreszcz. Byłam w niebie.  Przysłuchałam się bliżej i zrozumiałam, że to 
był tylko wiatr gwizdający przez okna. Otworzyłam szafę, która zaskrzypiała jak stara trumna. 
Być  może  znalazłabym  szkielet!  Jedyną  rzeczą  jaką  odkryłam,  były  gnijące  wieszaki  z 
pajęczynami  zamiast  ubrań.  Zastanawiałam  się  gdzie  są  duchy.  Zaglądnęłam  do  biblioteki. 
Otwarta  książka  leżała  otwarta  na  małym  stoliku,  jakby  kobieta  patrząca  się  na  księżyc 
umarła czytając ją. 

Chwyciłam Rumuńskie zamki z półki, spodziewając się, że otworzy to tajemne wejście do 

zapełnionych duchami lochów. Nic nie poruszyło się, oprócz brązowego pająka znikającego 
za zakurzoną półką. 

Ale  w  następnym  momencie,  usłyszałam  głośny  dźwięk  i  prawie  skoczyłam  z  dachu-  to 

było trąbienie rogu! Zaskoczona, upuściłam książkę. Całkowicie zapomniałam o gangu Jacka i 
mojej nowej misji. 

Pobiegłam z  powrotem w dół  po schodach, skacząc z ostatnich stopniach. Jasne światło 

promieniało  przez  zabite  deskami  okna  w  salonie.  Wspięłam  się  na  wnękę  w  oknie  i 
spojrzałam  przez  nie,  schowana  bezpiecznie  za  deskami.  Mogłam  zobaczyć  seniorów 
siedzących na masce samochodu, przednie światła świeciły  w górę przez bramę Dworu. 

Jeden  z  nich  spoglądał  w  moim  kierunku,  więc  wypchnęłam  czapkę  Jacka  przez  dziurę  i 

pomachałam  nią  tak  jakbym  wylądowała  na  Księżycu.  Czułam  się  zwycięzcą.  Seniorzy 
pokazali kciuki w odpowiedzi. 

background image

Znalazła spoconego Jacka siedzącego w kącie piwnicy na stercie jakiś drewnianych skrzyń. 

Musiał myśleć o szczurach jak również o duchach. 

Chwycił mnie jak dziecko chwyta matkę. 

- Co tak długo? 

Umieściłam czapkę bejsbolową z powrotem na jego głowie. – Będziesz tego potrzebował. 

- Co z nią zrobiłaś? 

- Dałam im znać, że to zrobiłeś. Gotowy? 

- Gotowy! – podciągnął mnie do okna tak szybko jakby budynek płonął. Zauważyłam, że 

tym razem nie utknął. Popchnęliśmy deskę z powrotem na miejsce. Wyglądało jakbyśmy tam 
nigdy nie byli.  

- Nie chcemy, by było to łatwe dla kogoś innego. – powiedziałam. Wpatrywał się we mnie, 

jakby nie wiedział co o mnie sądzić, albo jak mi podziękować 

- Poczekaj, nic nie wziąłem  stamtąd! – uświadomił sobie. 

- Okej, wrócę tam. 

- Nie ma mowy. – powiedział, chwytając moją rękę. Pomyślałam przez chwilę. 

-    Masz,  weź  to.  –  dałam  mu  mój  naszyjnik.  Czarny,  skórzany  rzemień  z  onyksowym 

medalionem. – Kosztowało tylko trzy dolary, ale wygląda jakby było własnością baronowej. 
Tylko nie pozwól  go komuś  otaksować! 

- Ale zrobiłaś całą pracę a ja dostanę całe zaliczenie. 

- Weź go zanim się rozmyślę. 

- Dzięki! 

Zważył  naszyjnik  w  ręku  i  złożył  ciepły  pocałunek  na  moim  policzku.  Schowałam  się  za 

rozpadającą  się  altanką,  ponieważ  on  biegł  do  swoich  kumpli,  wymachując  naszyjnikiem 
przed ich twarzami i przybijał piątki. Uwielbiali go teraz i ja także. Trzymałam swoją brudną 
rękę na moim świeżo pocałowanym policzku. 

Następne dni, Jack spędzał czas w super klubie i nawet został przewodniczącym klasy. Od 

czasu  do  czasu  widziałam  go  na  rynku  i  zawsze  posyłał  mi  ogromny  uśmiech.  Nie  miałam 
szans żeby wrócić do mojego Wymarzonego Domku Barbie. Poszło plotka, że Jack ukradł coś 
z  Dworu.  Przerażeni,  że  więcej  dzieci  mogło  by  wtargnąć,  policjanci  patrolowali  obszar  w 
nocy. Miną lata zanim znów odwiedzę Dwór. 

background image

Rozdział V. Światło w oknie 

Jeszcze spocone po wf-ie , Becky i ja mijałyśmy Dwór w drodze do domu. Zauważyłam coś, 

czego nigdy wcześniej tam nie widziałam- światło w oknie. Okna- nie były już zabite deskami! 

-  Becky,  spójrz!  –  krzyknęłam  podekscytowana.  To  był  najlepszy  ze  wszystkich  prezent 

urodzinowy! Była tam postać stojąca w oknie, patrząca na gwiazdy. 

- Oh, nie! To prawda, Raven. Tam jest duch! – krzyknęła chwytając mnie za rękę. 

- Więc, ten duch jeździ czarnym Mercedesem! – powiedziałam wskazując na zaparkowany 

na podjeździe, odlotowy samochód. 

- Chodźmy! – poprosiła. 

Nagle światło na strychu zgasło. Złapałyśmy równo oddech. Paznokcie Becky wbiły się w 

mój  oszczędzany, zapasowy sweter. Czekałyśmy łatwowierne i nieme. 

- No weź, chodź już! – powiedziała Becky. Nie poruszyłam się. – Raven, spóźniamy się już 

na obiad! Spóźnimy się podwójnie, bo jest przyjęcie Matta.  

- Masz ochotę na naszego Mattiego? – drażniłam się, ale moje oczy były przyklejone  do 

Dworu. Ale kiedy nie odpowiedziała, odwróciłam się do niej. Becky zarumieniła się. – Masz 
na  niego  ochotę!  –  powiedziałam  łapiąc  oddech  –  I  myślisz,  że  to  ja  jestem  dziwna!  – 
oznajmiłam potrząsając głową. 

- Raven, musimy iść! 

Zaczekałabym do rana, ale ktokolwiek był  na strychu nie  pojawił się. Światło na strychu 

zapaliło ogień w mojej duszy. 

 

-  Widziałam  Mercedesa  zaparkowanego  pod  Dworem!  –  poinformowałam  rodzinę  przy 

stole. Spóźniłam się jak zwykle, tym razem na mój urodzinowy obiad. 

- Słyszałem, że wyglądają jak Rodzina Adamsów. – powiedział Głupek. 

- Może mają córkę w twoim wieku. Kogoś, kto nie lubi trafiać w kłopoty. – dodała matka. 

- Wtedy nie miałabym z niej żadnego pożytku. 

- Może ma ojca, z którym mógłbym zagrać w tenisa. – powiedział tata pełen nadziei. 

- Ktokolwiek to będzie, będzie musiał pozbyć się tych wszystkich starych  luster i krat. – 

dodałam nie zdając sobie sprawy, co powiedziałam. 

Wszyscy popatrzyli się na mnie. 

background image

- Jakich krat? – spytała mama. – Tylko nie mów mi, że włamałaś się do tego domu! 

- Ja to tylko gdzieś usłyszałam.  

- Raven! – powiedziała mama tym swoim potępiającym tonem matki.  

Wyglądało na to, że nikt w Dullsville nie widział nowych właścicieli Dworu. Dla odmiany, 

cudownie  było  mieć  tajemnicę  w  tym  mieście.  Każdy  już  znał  wszystko  co  wydarzyło  się  w 
Dullsville, i większość z tego nie była warta wiedzy.  

 

Matt  Wells    mieszkał  po  dobrej  stronie  miasta,  na  krawędzi  lasu  Oakley.  Becky  i  ja 

spóźniłyśmy się na przyjęcie i weszłyśmy na nie jak gwiazdy na premierze filmu. Albo raczej, 
ja tak zrobiłam. Biedna Becky przywarła do mojego boku jakby odwiedzała dentystę.  

-  Będzie  dobrze.  –  uspakajałam  ją.  –  To  impreza!  –  ale  wiedziałam  dlaczego  była  taka 

zdenerwowana.  Byłyśmy  narażone  na  ośmieszenie  siedząc  przed  telewizorem  w  domu,  jak 
powiedział  Trevor.  Ale  dlaczego  snoby  powinny  zabierać  całą  zabawę?  Tylko  dlatego,  że 
sypialnia Matta była wielkości mojego salonu? Tylko dlatego, że nie nosiłyśmy drogich ubrań 
nie byłyśmy fajne? To dlatego miałam spędzić moje szesnaste urodziny w domu? 

 Czułam  się  jak  Mojżesz  przechodzący  przez  Morze  Czerwone,  ponieważ  tłum  snobów 

rozproszył  się  od  korytarza  aż  do  wejścia.  Nasi  koledzy  z  klasy  wytrzeszczali  oczy  na  mój 
ozdobiony codzienny gotycki strój. Szkoda, nie było Tommego Hilfinger’ a. Byłby zaszczycony. 
Każdy  nosił  jego  ubrania  jak  szkolny  uniform.  Dźwięki  Aerosmith  całkowicie  wstrząsnęły 
salonem  Matta.  Gruby  poziom  dymu  wisiał  nad  tapczanami,  a  zapach  piwa  przesiąknął 
powietrze jak tanie kadzidło. Pary, które nie patrzyły na nas z dezaprobatą, patrzyły na siebie 
z uwielbieniem. Nie było sensu próbować z kimś porozmawiać.  

-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  przyszłyście.  –  powiedział  Matt,  zauważając  nas  w  korytarzu.  – 

Zrobiłbym  zdjęcie,  ale  nie  jestem  pewny  czy  byłabyś  na  nim  widoczna.  –  jednakże  wbrew 
tego  jak  się  wydaję,  Matt  nie  jest  taki  okrutny  jak  Trevor.  –  Jest  piwo.  –  powiedział.  – 
Pozwolisz , że pokażę ci drogę? 

Becky bała się Matta. Potrząsnęła głową i zamknęła się na klucz w łazience w korytarzu. 

Matt  śmiał  się  i  dalej  zmierzał  do  kuchni.  Czekałam  w  salonie  przy  koncertowej-  wielkości 
głośniku  przerzucając  płyty.  Michael  Bolton,  Celine  Dion  i  jakieś  muzyczne  składanki.  Nie 
byłam zaskoczona. 

Wróciłam do korytarza by  sprawdzić co z Becky, ale drzwi od łazienki były otwarte. Nie 

było jej w korytarzu, więc zaczęłam się przedzierać, przez tłum kolegów z klasy, do kuchni. 
Grupa dziewczyn z fryzurą- za – sto dolców spiorunowały mnie i odeszły zostawiając mnie w 
spokoju. Albo raczej, tak myślałam. 

- Hej seksowna Potworna Lasko.- usłyszałam głos za sobą. To był Trevor.  

background image

Opierał się o ścianę koło mnie z puszką Budweisera dyndającą w ręce.  

- Zawsze to robisz na imprezach? 

Uśmiechnął się w uwodzicielski sposób. 

- Nigdy przedtem nie całowałem dziewczyny w czarnej szmince. – powiedział. 

- Bo ty nigdy przedtem nie całowałeś dziewczyny. – powiedziałam i przeszłam koło niego.  

Chwycił  mnie  za  rękę  i  przyciągnął  do  siebie.  Popatrzył  na  mnie  tymi  swoimi  niebieski 

oczami  i  pocałował  mnie  w  usta!  Muszę  przyznać,  że  całkiem  dobrze  całował,  i  nie  bolało 
mnie to, że był taki cudowny.  

Trevor  Mitchell  nigdy  nawet  mnie  nie  dotknął,  a  co  dopiero  pocałował,  oprócz  tego 

jednego razu kiedy w przedszkolu ugryzł mnie. Bardziej niż kiedykolwiek dostałam w głowę, 
kiedy szłam za blisko niego. Musiał być pijany.  Być może, był to żart- może tylko próbował 
zadrzeć ze mną. Ale sposób w jaki czułam jego usta w stosunku do moich, wyglądało na to, 
że oboje cieszyliśmy się tym. Nie wiedziałam co myśleć, gdy pchnął mnie za drzwi frontowe, 
koło pijanej pary migdalącej się na schodach, koło walających się wszędzie puszek i fontanny, 
pod wysokie drzewa, w ciemność. 

-  Boisz  się  ciemności  Potworna  Dziewczyno?  –  las  wpuszczał  mało  światła,  ale 

wystarczająco mocne, żeby zrobić czerwone paski na jego swetrze. 

- Nie, całkiem ją lubię. 

Oparł mnie o drzewo i zaczął całować na poważnie. Jego ręce były wszędzie- na mnie, na 

drzewie. 

- Zawsze chciałem pocałować wampira! – zbliżając się jeszcze bardziej. 

- A ja, zawsze chciałam pocałować Neandertalczyka. 

Zaśmiał się i wrócił do całowania mnie. 

-  To  znaczy,  że  teraz  będziemy  ze  sobą  chodzić?  –  spytałam.  Teraz  ja  byłam  tą  co  się 

zbliżyła. 

- Co? 

- No, na przykład kiedy jesteśmy w szkole? Trzymamy się za ręce na krytarzach, spędzamy 

razem lunch? Oglądamy filmy w weekend? 

- Tak, cokolwiek. 

- Więc chodzimy ze sobą? 

background image

-  Tak.  –  roześmiał  się.  –  Możesz  oglądać  jak  gram  w  piłkę  nożną,  a  ja  będę  patrzył  jak 

zmieniasz się w nietoperza. – zaczął lekko gryźć mnie w szyję. – Założyłem, że lubisz to tak 
robić, co nie Potworna Dziewczyno?  

Moje  serce  stanęło.  Oczywiście,  że  naprawdę,  nie  chciałam  być  dziewczyną  Trevora.  To 

nie  jest  tak,  że  on  jest  z  Marsa  a  ja  z  Wenus-  my  nie  należeliśmy  nawet  do  tego  samego 
wszechświata! I nawet go nie lubiłam, naprawdę. Wiedziałam, dlaczego mnie tu przyciągnął, 
wiedziałam  co  chciał  zrobić  i  wiedziałam  komu  o  tym  opowie.  A  na  koniec  może  wygrać 
dziesięć  dolarów  od  wszystkich  swoich  kumpli  zakładających  się,  że  nie  przeleci  Gotyckiej 
Laski.  Spodziewałam  się,  że  będzie  udowadniał,  że  jest  niewłaściwy.  Zamiast  tego,  on 
udowadniał mi, że jest właściwy.  

Nadszedł czas, by zabrać się do pracy. 

- Chcesz wiedzieć dlaczego nie ubieram się na biało? Chcesz polatać ze mną? 

-  Tak.  –  uśmiechnął  się,  jakby  zaskoczony,  ale  bardzo  chętny. –  Założę  się,  że  latasz  jak 

Super dziewczyna

5

!  

Popędziłam  z  nim  przez  płot  do  lasu.  Oczywiście  widziałam  lepiej  niż  on.  Moje  nocne 

zwyczaje zrobiły ze mnie świetnego obserwatora w ciemności. Nie tak dobrego jak kota, ale 
zbliżonego.  Czułam  się  bezpieczna  i  pewna,  z  pięknym  księżycem  prowadzącym  mnie. 
Popatrzyłam  w  górę  i  ujrzałam  kilka  nietoperzy  trzepoczących  między  drzewami.  Nigdy  nie 
widziałam nietoperzy w Dullsville. Ale nie byłam w wielu jego zakątkach. 

- Nic nie widzę. – powiedział Trevor, usuwając gałąź ze swoich włosów. Ponieważ szliśmy 

dalej, machał rękami tak jakby w coś uderzał.  

Niektórzy ludzie są niepohamowanie pijani; inni są śliniącymi się pijakami. Ale Trevor był 

przerażonym pijakiem. Stawał się coraz bardziej nieatrakcyjny, naprawdę.  

- Zatrzymajmy się tu. – powiedział. 

- Nie, jeszcze trochę dalej. – powiedziałam, idąc za nietoperzami jako że poleciały w głąb 

lasu.  –  To  są  moje  szesnaste  urodziny.  Chcę,  żeby  to  była  noc,  której  nigdy  nie  zapomnę! 
Musimy mieć całkowitą prywatność. 

- Tu jest w zupełności prywatnie. – powiedział, i po omacku próbował mnie pocałować. 

-  Już  prawie  jesteśmy.  –  powiedziałam,  ciągnąc  go  dalej.  Światło  z  domu  nie  było  już 

widoczne,  i  nie  mogliśmy  przejść  pięć  korków,  żeby  nie  wpaść  na  drzewo.  –  Tu  jest 
doskonale! – powiedziałam w końcu.  

Ścisnął mnie mocno, nie dlatego, że mnie kochał, ale dlatego, że się bał. To było żałosne. 

                                                             

5

 Eng. Supergirl 

background image

Delikatny  wiatr  dmuchał  między  drzewami  i  przywiódł  zapach  jesienny  liści.  Usłyszałam 

cykanie  nietoperzy  gdzieś  wysoko  nad  nami.  To  byłoby  romantyczne,  gdybym  miała  przy 
sobie prawdziwego chłopaka.  

Trevor  zupełnie  oślepł  w  ciemności,  dotykając  wszystkiego  rękami  i  wargami.  Całował 

mnie  po  całej  twarzy  i  dotknął  kawałka  pleców.  Nawet  ślepemu  nie  zajęłoby  tak  długo 
szukanie guzików mojej bluzki.  

- Nie, ty pierwszy. – powiedziałam mu. 

Podniosłam jego sweter najzgrabniej jak mogłam. Nigdy nie robiłam tego wcześniej. Miał 

pod  spodem  koszulkę  z  dekoltem  w  serek  i  pod  nią  podkoszulek.  To  zajmie  wieczność, 
pomyślałam. 

Czułam  jego  nagi  tors.  Dlaczego  nie?  Było  tuż  przede  mną.  Było  gładkie,  męskie  i 

umięśnione.  

Przyciągnął mnie bliżej. Moja koronkowa, czarna koszulka z sztucznego jedwabiu dotykała 

jego nagiego torsu.  

-  Teraz  ty,  kochanie.  Chcę  cię  tak  bardzo.  –  powiedział,  powiedział  prosto  z  mostu  bez 

ogródek. 

- Ja też, kochanie. – westchnęłam, przewracając oczami.  

Położyłam  go  powoli  na  wilgotnej  ziemi.  Zsunęłam  mu  delikatnie  mokasyny  i  zdjęłam 

skarpetki. Niecierpliwie zdjął resztę.  

Leżał  podparty  na  rękach,  zupełnie  nagi.  Patrzyłam  na  niego  w  lekkim  świetle  księżyca, 

napawając  się  chwilą.  Jak  wiele  dziewczyn  miał  Pan  Cudowny,  ile  oddało  mu  się  pod 
drzewem tylko po to, żeby następnego dnia rzucił je? Nie byłam pierwsza i nie będę ostatnia. 
Ja tylko dążyłam do tego by być inną.  

- Pośpiesz się – chodź tutaj. – powiedział. – Ja marznę. 

- Będę za chwilkę. Nie chcę byś widział, jak się rozbieram. 

- Nie mogę cię zobaczyć! Nie widzę nawet własnych rąk! 

- Cóż, po prostu poczekaj. 

Ubranie  Trevora  Mitchella  spoczywało  w  moich  rękach.  Jego  sweter,  koszulka, 

podkoszulek, bojówki, skarpetki, mokasyny i bielizna. Miałam jego siłę. Jego maskę. Miałam 
jego całe życie. Co by zrobiła dziewczyna? 

background image

 Dziewczyna  by  uciekła.  Biegłam  bardzo  mocno,  jak  nigdy  wcześniej.  Jak  każdego  dnia 

uczyłam się na gimnastyce. Jakby Pan Harris mógłby mnie teraz widzieć, na pewno zapisałby 
mnie do drużyny. 

Nietoperze  także  odleciały,  jakby  były  zsynchronizowane  z  moimi  ruchami.  Szybko 

dotarłam  do  domu,  strój  Trevora  wisiał  w  moich  rękach.  Snoby  pijące  na  ganku  były  zbyt 
zajęte,  mówieniem  o  swoim  pobieżnym  życiu,  by  mnie  zauważyć.  Opróżniałam  do  połowy 
torbę na śmieci napełnioną puszkami po piwie i wpychałam do niej ubrania Trevora. 

Niosłam torbę do domu i chwyciłam zaskoczoną Becky za rękę. Dostarczała piwo do stołu 

z graczami pokera. 

-  Gdzie  byłaś?  –  wrzasnęła.  –  Nie  mogłam  cię  nigdzie  znaleźć!  Zostałam  zmuszona  do 

usługiwania tym lizusom! Wtem i z powrotem – piwo, chipsy, piwo, chipsy. A teraz cygara! 
Raven, skąd mogę wziąć cygara? 

- Zapomnij o cygarach! Musimy uciekać! 

- Hej, - zagwizdał. – gdzie są te precle? – zażądał pijany atleta. 

- Bar zamknięty! – powiedziałam mu w twarz. – Wspaniały serwis domaga się wspaniałej 

zapłaty! – chwyciłam jego zarobek z pokera i wsadziłam do portfela Becky. – Czas, by pójść! – 
powiedziałam, odciągając ją. 

- Co jest w torbie? – spytała. 

- Śmieci, bo co jeszcze? 

Pchnęłam ją do frontowych drzwi. Zaletą było to, że nie mając tu przyjaciół nie musiała się 

z nikim żegnać.  

- Co się stało? – spytała kiedy pociągnęłam ją przez podwórko. 

Jej dziesięcio- letni pickup czekał na nas na końcu ulicy jak ostatnia baza w footballu.  

- Gdzie byłaś, Raven? Masz liście we włosach. 

Poczekałam aż w połowie drogi do domu, zanim zwróciłam się do niej. 

- Zrobiłam w konia Trevora Mitchella! 

- Co zrobiłaś? – krzyknęła, prawie zbaczając z drogi. – Kogo? 

- Zrobiłam w konia Trevora Mitchella. 

- Nie zrobiłaś tego! Nie mogłaś! Nie zrobiłabyś! 

-  Nie,  mam  na  myśli  w  przenośni.  Zrobiłam  go  w  konia  i  to  bardzo,  Becky,  i  mam  jego 

ubrania by to udowodnić! 

background image

I wyciągnęłam je po kolei z torby. 

Śmiałyśmy się i piszczały kiedy Becky skręcała blisko wzgórza Benson. 

Trevor  jakoś  znajdzie  drogę  z  ciemności.  Ale  nie  miał  swoich  bogatych  ciuszków,  by  się 

zamaskować. Był nagi, zmarznięty i samotny. Ujawnił kim naprawdę jest. Zapamiętam swoją 
Słodką Szesnastkę do końca życia a teraz Trevor też.  

 

Jechaliśmy  wzdłuż  wiejskiej  drogi  ciągnącej  się  koło  wzgórza  Benson,  przednie  światła 

oświetlały pobliskie drzewa. Ćmy zaatakowały przednią szybę jakby ostrzegały nas by wybrać 
inną drogę. 

-  Dwór  jest  całkowicie  ciemny.  –  powiedziałam  jak  tylko  się  do  niego  zbliżyłyśmy.  – 

Zatrzymasz się bym mogła go zobaczyć? 

-  Twoje  urodziny  są  nade  wszystko.  –  powiedziała  Becky  wyczerpanym  głosem,  kładąc 

stopę na pedale hamulcu. – Przyjedziemy w przyszłym roku.  

Nagle, przednie światła oświetliły postać stojącą na środku drogi. 

- Uważaj! – wrzasnęłam. 

Facet z księżycowo- białą skórą i czarnymi włosami ubrany w czarny płaszcz, czarne dżinsy 

i  w  czarne  Doc  Martensy,  szybko  podniósł  rękę,  by  osłonić  oczy-  jakby  przed  światłami 
samochodu zamiast za bezpośrednim zderzeniem z pickupem Becky. 

Becky wcisnęła hamulec. Usłyszałyśmy głuchy odgłos. 

- Jesteś cała? – krzyczała. 

- Tak. A ty? 

- Czy ja go potrąciłam? – wrzasnęła, panikując. 

- Nie wiem. 

- Nie widzę. – powiedziała, chowając głowę na kierownicy. – Nie widzę! – zaczęła płakać. 

Wyskoczyłam  z  ciężarówki    i  rozejrzałam  się  z  niepokojem  dookoła,  przestraszona  co 

mogłam zobaczyć leżącego na drodze.  

Ale nie zobaczyłam nic. 

Spojrzałam  pod  ciężarówkę  i  szukałam  wgnieceń.  Przy  bliższym  spojrzeniu  zobaczyłam 

krew na zderzaku. 

- Nic ci nie jest? – zawołałam. 

background image

Ale nie było żadnej odpowiedzi. 

Chwyciłam latarkę ze schowka Becky. 

- Co robisz? – spytała, zmartwiona. 

- Szukam. 

- Czego? 

- Tu jest trochę krwi. 

- Krwi? – Becky płakała. – Zabiłam kogoś! 

- Spokojnie. To mógłby być jeleń. 

- Jelenie nie chodzą w czarnych dżinsach! Dzwonie na dziewięćset jedenaście.  

- Proszę bardzo  -  ale gdzie jest ciało? - zastanawiałam się. – Nie jechałaś wystarczająco 

szybko, by katapultować go do lasu. 

- Może jest pod ciężarówką! 

-  Już  sprawdziłam.  Prawdopodobnie  tylko  potrąciłaś  go  a  on  odszedł.  Ale  nie  mam 

pewności. 

Becky chwyciła mnie za rękę wbijając paznokcie w moje ciało. 

- Raven, nie odchodź! Jedźmy stąd! Dzwonię na dziewięćset jedenaście! 

- Zamknij drzwi jeśli musisz. – powiedziałam, wyrywając się jej. – Ale nie wyłączaj silnika i 

nie gaś świateł. 

-  Raven,  powiedz  mi…  -  zawołała  bez  tchu  Becky,  przyglądając  się  mi  przerażonymi 

oczyma. – Co normalny facet robiłby na środku asfaltowej drogi? Myślisz, że mógłby być…? 

Poczułam przyjemne mrowienie na ramionach. 

- Becky, nie dawaj mi nadziei! 

Przeczesałam krzaki aż do strumyka. Następnie skierowałam się na wzgórze prowadzące 

do Dworu. 

Krzyknęłam. 

- Co to jest? – płakała Becky, otwierając okno. 

Krew!  Rzęsiste  kałuże  krwi  na  trawie!  Nigdzie  nie  było  ciała!  Poszłam  za  plamami  krwi, 

przestraszona  kawałkami  trupa  rozsypanymi  wszędzie.  I  wtedy  potknęłam  się  o  coś 

background image

twardego.  Spojrzałam  w  dół,  spodziewając  się  odciętej  głowy.  Z  niepokojem  poświeciła 
latarką na to coś. Była to wygięta puszka farby. 

-  Czy on nie żyje? – Becky złapała oddech jak tylko wróciłam do ciężarówki. 

- Nie, ale myślę, że mogłaś zabić jego puszkę. – powiedziałam, wymachując puszkę przed 

jej oczami. - Co on malował w środku nocy? I gdzie poszedł? 

-  To  była  tylko  farba!  –  powiedziała  Becky  z  westchnieniem  ulgi,  wręczając  jej  telefon 

komórkowy i zapalając silnik. – Jedźmy stąd! 

- Co za kretyn spacerował środkiem drogi w środku nocy? – zastanawiałam się głośno. – 

Może malował jakieś graffiti albo coś?  

- Skąd on przyszedł? Gdzie mógł odejść tak szybko? – wymamrotała do mnie. 

We  wstecznym  lusterku  chwyciłam  odbicie  zaciemnionego  Dworu  w  samą  porę  by 

zobaczyć światło w oknie na strychu.  

Rozdział VI. Zdemaskowany  

Historia o Nagim Trevorze rozeszła się bardzo szybko po Dullsville High. Jedni uczniowie 

mówili, że przyczołgał się do domu Matta w starym opiekowaniu po pieluszkach, inni mówili, 
że został znaleziony nieprzytomny, nagi na tylnim trawniku. Nikt nie miał pojęcia, że byłam w 
to zaangażowana. Tylko Trevor Chłopiec znał prawdziwą historię. Podobno próbował wcisnąć 
ją kolegom, ale jako potyczkę z czirliderką. Tak czy inaczej, wszyscy się z niego śmiali. 

Trevor  zostawił  mnie  w  spokoju.  Nie  chciał  nawet  nawiązywać  ze  mną  kontaktu 

wzrokowego. Gotycka Dziewczyna wreszcie odegrała się na popularnym futbolowym snobie. 
Ale ni chciałam, żeby oskarżył mnie o kradzież. Musiałam mu oddać ubrania, co nie? 

Po pierwsze but. Myślę, że lewy. Przywiązałam go z zewnętrznej strony mojej szafki. Na 

początku wydawało się, że nikt nie zauważył wiszącego mokasyna. Ci, którzy w końcu zrobili 
to,  popatrzyli  tylko  na  buta  i  szli  dalej.  Ale  następnego  ranka  zniknął.  Jedna  osoba  go 
zauważyła. Teraz był czas, żeby inni też zauważyli a nie tylko Trevor. 

Prawy mokasyn został zawiązany w ten sam sposób. Ale obok niego był znak: ZGUBIŁEŚ 

COŚ, TREVOR? 

Teraz słyszałam chichot przechodzących uczniów. Nie zrozumieli czyja to była szafka. Ale 

niedługo zorientują się. 

Każdego  dni  wywieszałam  coś  innego.  Skarpety,  koszulka…  Zaczęłam  zauważać,  że 

snobki,  które  do  tej  pory  nie  rozmawiały  ze  mną,  nagle  spoglądały  na  mnie  na  algebrze  i 
uśmiechały  się  z  aprobatą.  Były  Drzewnymi  Dziewczynami  Trevora,  obiecujące  wszystko,  z 
niczym do pokazania. Więc, ja miałam mnóstwo do pokazania. 

background image

Do czasu, gdy jego bojówki zostały powieszone, kompletnie poplamione trawą i  innym 

brudem, wszyscy wiedzieli czyja była ta szafka. Teraz uczniowie na korytarzach uśmiechali się 
do mnie. Faceci nie zapraszali mnie na randki, ale nagle stałam się popularna- w spokojnym 
znaczeniu tego słowa. 

Oprócz,  oczywiście  Trevora.  Ale  czułam  się  bezpieczna.  Teraz  kiedy  wszyscy  wiedzieli 

czyja była ta szafka, jeżeli coś by jej się stało, pierwszym podejrzanym byłby Trevor.  

Ale on tylko posłał mi pojedynczą pogróżkę. 

-  Kopnę  cię  w  tyłek,  Potworze.  –  powiedział,  któregoś  dnia.  Chwycił  mnie  za  szczękę 

swoimi rękami, kiedy wraz z Becky wracałyśmy do domu. 

- Glany bolały by bardziej  niż mokasyny, Neandertalczyku. – odpysknęłam. Moja twarz 

została ściśnięta między jego ręką. 

- Puść ją. – powiedział Matt odciągając go. Mogłam zobaczyć jak nawet Matt cieszy się z 

mojego wybryku. Jestem pewna, że nawet on jest czasem zmęczony zachowaniem Trevora. 
Pomimo tego trwał przy tym, że jest najlepszym przyjacielem Trevora. 

- Nigdy nie będziesz niczym więcej niż dziwakiem! – krzyknął Trevor. Na szczęście Matt 

znów go pociągnął. Nie miałam chęci bić się po długim dniu w szkole. 

- Tylko poczekaj! Tylko poczekaj! – powiedział odwracając się. 

-  Rozmawiaj  z  moim  prawnikiem!  –  wrzasnęłam,  w  duszy  wiedząc,  że  raczej  będę 

potrzebować chirurga plastycznego. 

 

Czas  na  wielki  finał.  Dużo  uczniów  zebrało  się  koło  mojej  szafki.  Widziałam  nawet 

fotografa. 

To  był  szczyt  na  który  każdy  czekał.  Biała  bielizna  Trevora  od  Calvina  Kleina.  „Gorąco” 

przyklejona do mojej szafki. Pod spodem tabliczka do przeczytania: BIAŁE JEST DLA DZIEWIC, 
PRAWDA TREVOR?  

Byłam tam przez chwilę. Wszyscy to widzieli. Mam na myśli WSZYSCY.  

- Raven, zbezcześciłaś własność szkoły. – zbeształ mnie następnego dnia dyrektor Smith. 

Byłam u dyrektora tak wiele razy, że były to spotkania jak ze starszym przyjacielem. 

-  Te  szafki  były  tu  zawsze,  Frank.  –  odpowiedziałam.  –  Może  to  czas  by  powiedzieć 

kuratorium, że potrzebujemy nowych. 

- Myślę, że nie widzisz powagi sytuacji, Raven. Zrujnowałaś szafkę i zniszczyłaś reputację 

jednego z uczniów. 

background image

- Jaką reputację? Zapytaj wprost czirliderki i połowę zespołu jak wiele razy on upokarzał 

ich! 

Dyrektor Smith przewracał w frustracji długopis. 

-  Potrzebujemy  byś  zaangażowała  się  w  coś,  Raven.  Jakiś  klub  do  którego  możesz 

należeć, coś co pomoże zdobyć ci przyjaciół. 

- Jest tu klub szachowy, albo klub matematyczny? – spytałam sarkastycznie. 

- Są inne zajęcia. 

-  Możesz  mi  zagwarantować  miejsce  w  drużynie  czirliderek?  Oczywiście  musiałabym 

nosić czarną plisowaną spódniczkę. 

- Jedyna rzecz to, to, że musisz spróbować. Ale założę się, że będziesz wspaniała. 

- Oczywiście, honorowi uczniowie, tacy jak Trevor, naprawdę szanują czirliderki. 

-  Raven,  szkoła  średnia  jest  naprawdę  ciężka  dla  niektórych  dzieciaków.  Tak  po  prostu 

jest. Nawet ludzie, którzy wyglądają jakby im  nie zależało, zależy im. Ale ciebie to też rusza. 
Jesteś  pomysłowa.  Jesteś  bystra.  Zrozumiesz  to.  Tylko  w  tej  chwili  nie  uszkadzaj  więcej 
szafek, próbując znaleźć odpowiedź. 

- Pewnie, Frank. – powiedziałam, zatrzymując się z poślizgiem. – Do zobaczenia wkrótce.  

- Nie tak wkrótce, Raven. Dobrze? 

- Spróbuję nie przemęczać się. – powiedziałam, zamykając drzwi. 

 

Nazajutrz  zauważyłam  coś  na  mojej  szafce,  ale  nie  ściągnęłam  tego.  Czarną  farbą  było 

napisane: RAVEN TO HORROR! 

Uśmiechnęłam się. Bardzo sprytnie, Trevor, bardzo sprytnie. Poczułam ciepło w środku. 

To był pierwszy raz kiedy powiedział mi komplement. 

  

 

Rozdział VII. Wesołego Halloween  

Halloween. Mój ulubiony dzień w roku. Jedyny dzień w roku kiedy pasuję. Jedyny dzień 

kiedy  każdy  mnie  akceptuje  i  prawi  mi  komplementy,  i  nawet  zostaję  nagrodzona  przez 
hojnych sąsiadów, którzy nie myślą, że jestem za stara na świętowanie – albo może bardziej 
prawdopodobne,  że  są  zbyt  wystraszeni  tym,  jaki  mógłby  być  mój  psikus.  Ale  tego  roku, 
zdecydowałam jaki kostium naprawdę chciałabym założyć. Poszłam na zakupy do sklepu do 

background image

którego  nigdy  nie  chodzę  i  pożyczyłam  rzeczy  od  mojej  mamy.  Stłamsiłam  włosy  w  koński 
ogon  i  spięłam  je  różową  spinką  do  włosów.  Ubrałam  czarujący,  miękki,  biały,  kaszmirowy 
sweter i różową spódnicę do tenisa. Dodałam sobie blasku odrobiną maminej bazy, pudru i 
jasnej  śliwkowej  szminki.  I  nawet  nosiłam  rakietę  tenisową  taty.  Chodziłam  po  domu  i 
mówiłam rzeczy typu: „ Kochana mamusiu, będę w domu po mojej lekcji tenisa.” 

 Głupek nie rozpoznał mnie jak weszłam do kuchni. Jego szczęka opadła, gdy zorientował 

się, że to ja, a nie dziecko sąsiada pożyczające cukier. 

- Nigdy nie widziałem cię wyglądającą tak… dobrze. – powiedział. On był ubrany jak gracz 

footballu. Myślałam, że zwymiotuje. 

Moi  rodzice  chcieli  zrobić  zdjęcie.  Proszę  bardzo.  Działali,  kiedy,  jak  gdyby  szłam  na 

przechadzkę.    Pozwoliłam  zrobić  tylko  jedno  zdjęcie.  Pomyślałam,  że  tata  powinien  mieć 
moje zdjęcie, które mogłoby dumnie wisieć w jego biurze. 

 

Później, tego dnia Becky i ja jadłyśmy lunch w kafeterii. Wszyscy patrzyli na mnie jakbym 

była nową dziewczyną w szkole. Serio, nikt mnie nie rozpoznał.  Najpierw to było zabawne, 
ale teraz trochę irytujące. Gapili się na mnie jak byłam ubrana na czarno. Gapią się na mnie 
jak jestem ubrana na biało. Nie wygram z nimi! Wtedy Trevor wszedł do kafeterii przebrany 
za  Drakulę.  Jego  włosy  były  ulizane  na  czarno,  i  miał  na  sobie  czarną  pelerynę.  Miał 
plastikowe kły i usta pomalowane na krwistoczerwono. 

Stał jak Matt i rozglądał się wkoło szukając mnie. Chciał świadomie – swoim wyglądem – 

zadziałać mi na nerwy. Matt w końcu wskazał na mnie i Trevor zareagował z opóźnieniem. 
Gapił się na mnie za długo i srogo, mierząc mnie z góry na dół. Nigdy nie widziałam, żeby się 
mi  tak  przyglądał.  To  było  tak,  jakby  był  w  ważnym  Crushville  ,  jakby  sprawdzał  mój 
elegancki,  biały  sweter  i  zdrowy  blask.  Myślałam,  że  na  pewno  podejdzie  i  powie  coś 
głupiego,  ale  zamiast  tego  usiadł  z  przeciwnej  strony  kafeterii  plecami  do  mnie.  Nawet 
wyszedł przede mną. Byłam od niego wolna! Ale się myliłam. Powinnam wiedzieć, że rozejm 
nie był trwały. 

 

Mój mały koszyk dyniowy był prawie cały wypełniony Smartami, Snikersami, Mary Janes, 

Jolly  ranchers,  gumami  Dubble  Bubble,

6

 i  wieloma  innymi,  smacznymi  rzeczami.  A  co 

najważniejsze- pierścionkami z pająkami i zmywalnymi tatuażami. Becky i ja chodziłyśmy po 
mieście  i  zastanawiałyśmy  się  co  na  nas  czeka  u  drzwi  Dworku.  Oszczędzałyśmy  najlepszy 
dom na koniec. Widocznie tak jak każdy inny.  

                                                             

6

 Rodzaje słodyczy. 

background image

Właściwie to była kolejka. To wyglądało jakbyśmy były w Disney Lendzie. Ghule, punki, 

włóczędzy, Myszki Mickey, Fred Flintstone i Homer Simson – wszyscy niecierpliwie czekający 
na swoją kolej. A nawet grupka ufryzowanych rodziców, którzy pojawili się, by podkraść się i 
zajrzeć do środka. Cyrk był w mieście, i każdy chciał zobaczyć dziwaków. 

-  On  jest  naprawdę  straszny.  –powiedział  dwunastoletni  Frankenstein  do  niewielkiego 

wilkołaka kiedy mijali nas.  

Głupek zauważył nas kiedy schodził z podjazdu.  

- Warto czekać. Spodoba ci się, Raven! To moja siostra! – powiedział z dumą do swojego 

palantowatego  przyjaciela  Batmana,  który  patrzył  się  na  mnie  dziecięcym  wzrokiem 
sympatycznego chłopca. 

- Widziałeś jakieś skurczone głowy? Albo potwory z kłami? – spytałam. 

- Nie. 

- To może nie powinnyśmy tracić naszego czasu. 

-  Ten  stary  facet  jest  naprawdę  dziwaczny.  Wygląda  strasznie  choć  nawet  nie  ubrał 

kostiumu! 

Mogłam zobaczyć, że Głupek próbował stworzyć jakąś więź ze mną, bo po raz pierwszy 

mógł faktycznie pokazać mnie swojemu koledze. Ale mogłam też zobaczyć, że Ofermowaty 
spodziewał się powalającego stroju.  

- Dzięki za informacje.  

- Dzięki? Uh… tak… oczywiście, siostrzyczko. 

- Zobaczymy się w domu, jeśli chcesz handlować jakimiś batonikami. 

Głupek niechętnie pokiwał głową. Uśmiechnął się i poszedł jakby w końcu spotkał swoją 

długo zagubioną siostrę. 

Wraz z Becky czekałyśmy z niecierpliwością na swoją kolej. Byłyśmy ostatnie w kolejce, i 

kiedy  Charlie  Brown  i  czarownica,  idący  tanecznym  krokiem  ze  swoimi  słodyczami  przed 
nami, drzwi się zamknęły. Popatrzyłam na kołatkę w kształcie S i zastanawiałam się czy był to 
inicjał  nowego  właściciela.  Kiedy  przyjrzałam  się  bliżej,  zauważyłam,  że  jest  to  wąż  ze 
szmaragdowozielonymi  oczami.  Stuknęłam  delikatnie,  mając  nadzieję,  że  Gotycki  facet 
zareaguje. Chciałam go zapytać, czy to on był w tamtej nocy na drodze, a jak nie to co wtedy 
robił? Większość ludzi ćwiczy na siłowni, nie na strasznych drogach kraju w środku drogi. Ale 
nikt nie odpowiedział. 

- Chodźmy. – zasugerowała zdenerwowana Becky. 

background image

- Nie, zawsze na to czekałam! Nie odejdę stąd, dopóki nie dostanę cukierka! Jest nam go 

winien! 

- Jestem zmęczona! Będziemy czekać całą noc! To prawdopodobnie jakiś straszny stary 

facet, który chce iść spać. Ja także!  

- Nie możemy teraz odejść. 

- Wracam do domu, Raven. 

- Nie mogę uwierzyć, że z ciebie taki tchórz. No weź. Myślałam, że jesteśmy najlepszymi 

przyjaciółkami. 

- Jesteśmy. Ale jest późno. 

- Okej, okej. Zadzwonię jutro do ciebie i opowiem ci o Panu Strasznym. 

Było tu dookoła wystarczająco  osób, które zajadały się swoimi łupami, żebym  nie bała 

się o nieśmiałą Becky. Wróci bezpiecznie do domu. Ale ja? 

Gapiłam się na kołatkę- węża zastanawiając się co się stało z ogromnymi  drewnianymi 

drzwiami. Może nowy właściciel wciągnie mnie do środka i będzie mnie trzymał niczym jeńca 
w nawiedzonym domu? Mam nadzieję. 

Zapukałam znowu i czekałam. I czekałam. 

Zapukałam  znowu.  Uderzałam  i  uderzałam  i  uderzałam.  Moja  ręka  zaczynała  boleć. 

Rozejrzałam  się  dookoła  i  wtedy  usłyszałam  jak  zamki  przekręcają  się  i  skrzypiące  drzwi 
otwarły  się.  Szybko  odskoczyłam  na  schody.  I  on  tam  był,  stojący  przede  mną:  Straszny 
Mężczyzna. 

Był  wysoki  i  chudy,  jego  twarz  i  ręce  były  blade  jak  śnieg  w  kontraście  z  czarnym 

uniformem  lokaja.  Nie  miał  włosów,  ale  nie  tak  jakby  wyłysiał,  ale  tak  jakby  ich  nigdy  nie 
miał. Miał zielone wyłupiaste oczy potwora. Wyglądał jakby żył już wieki. Spodobał mi się. 

-  Nie  mamy  już  cukierków,  proszę  pani  –  powiedział  głębokim  głosem  z  jakimś  obcym 

akcentem kiedy spojrzał na mnie z góry. 

- Naprawdę? Ale musicie mieć coś. Trochę masła orzechowego. Kawałek tosta? 

Otworzył drzwi nie szerzej niż to było konieczne. Nie widziałam nic za nim. Jak miejsce 

wyglądało w środku? Jak zmieniło się  odkąd cztery lata temu zakradłam się tu? I kim są to 
„my”,  i  czy  są  tacy  straszni  jak  on?  Moglibyśmy  zostać  przyjaciółmi.  Poczułam,  że  ktoś  się 
patrzy, majaczy w ciemnościach. Spróbowałam ominąć drzwi. 

- Kto jeszcze tu mieszka? – spytałam śmiało. – Masz syna? 

background image

-  Nie  mam  żadnych  dzieci,  proszę  pani.  Przepraszam,  ale  nie  mamy  już  ani  okruszyny 

słodyczy. – zaczął zamykać drzwi. 

-  Poczekaj!  –  wyrzuciłam  i  zablokowałam  drzwi  nogą.  Sięgnęłam  do  mojego  koszyka- 

dyni i wyjęłam Snickersa i pierścionek z pająkiem. – Chciałam powitać pana w sąsiedztwie. To 
jest mój ulubiony batonik i ulubiony gadżet na Halloween. Mam nadzieję, że pan też je lubi. 

Prawie się nie uśmiechnął. Ale kiedy zakładałam pierścionek na jego cienkie śnieżnobiałe 

palce,  uśmiechnął  się  skrzypiącym,  pękającym  i  szczerbatym  uśmiechem.  Nawet  jego 
wypukłe oczy zdawały skrzyć się. 

- Do zobaczenia! – tanecznym krokiem zeszłam ze schodów. 

Poznałam  strasznego  faceta!  Wszyscy  w  mieście  mogą  powiedzieć,  że  dostali  słodycze 

od niego, ale kto powie, że dał mu poczęstunek? 

Obróciłam  się  na  trawniku  i  jeszcze  raz  spojrzałam  na  wielki  Dwór.  Widziałam  cienistą 

postać  stojącą  w  oknie  na  strychu.  Czy  to  był  Gotycki  Facet?  Szybko  zatrzymałam  obrót,  i 
oglądnęłam się jeszcze raz, ale nikogo tam nie było, tylko zmierzwiona czarna zasłona. 

Kiedy  tylko  przeszłam  przez  żelazną  bramę  upiorny  wampir  w  czerwonym  Camaro 

zatrzymał się przy krawężniku. 

-  Chcesz  się  przejechać,  mała  dziewczynko?  –  spytał  Trevor.  Matt-  farmer  siedział 

komfortowo za kierownicą. 

- Mama mówiła mi, żebym nie rozmawiała z obcymi. – powiedziałam, biorąc kęs Mary 

Jane.

7

 Nie byłam w nastroju do konfrontacji z Trevorem. 

- Nie jestem obcy, kochanie. Nie jesteś za stara by bawić się w cukierek- albo- psikus?  

- Nie jesteś za stary by obrzucać domy w mieście papierem toaletowym?  

Trevor wyszedł z samochodu i podszedł do mnie. Wyglądał szczególnie sexy. Oczywiście, 

znalazłam wszystkie seksowne wampiry, nawet te fałszywe.  

- Kim chciałaś rzekomo być? – spytał. 

- Jestem przebrana za dziwadło, możesz uwierzyć? 

Próbował  być  chłodny,  ale  nie  wyszło  mu.  Byłam  jedyną  dziewczyną  która  potrafiła 

powiedzieć  mu  „nie”.  Jedyną  dziewczyną  w  mieście,  której  nie  mógł  mieć.  Zawsze  byłam 
tajemnicza  przez  sposób  w  jaki  się  ubierałam  i  zachowywałam,  i  teraz  stałam  przed  nim 
ubrana jak jego dziewczyna ze snów.  

                                                             

7

 Ciągutka z masłem orzechowym i aromatem z melasy. 

background image

-  Więc  odwiedzasz  Miasto  Przyjaźni  z  własnej  woli?  –  popatrzył  na  Dwór.  –  Jesteś 

podłym  tchórzem,  co  nie?  –  spojrzał  na  mnie  i  posłał  chłodne  spojrzenie  –  wspaniale 
wyglądał w stroju Drakuli.  

Nic nie powiedziałam. 

- Zakładam, że nigdy nie całowałaś wampira. – powiedział a jego plastikowe kły zalśniły 

w świetle księżyca. 

- Kiedy zobaczysz jakiegoś, powiadom mnie. – powiedziałam i zaczęłam odchodzić. 

Złapał mnie za rękę. 

- Daj spokój, Trevor. 

Przyciągnął mnie bliżej. 

- Nigdy nie całowałem tenisistki. – zażartował. 

Zaśmiałam  się,  bo  było  to  już  oklepane.  Pocałował  mnie  tymi  swoimi  pełnymi  ustami, 

jego plastikowe zęby przeszkadzały mi. Ale pozwoliłam mu. Może jeszcze byłam zaćmiona po 
wirowaniu na trawniku. 

Skończył by złapać powietrze. 

- Więc, teraz już całowałeś tenisistkę. – powiedziałam, odrywając się od niego. – Myślę, 

że Matt- farmer czeka na ciebie. 

- Nie dostałem żadnych słodyczy! – powiedział, sięgając ręką do mojego koszyka- dyni. 

Wyciągnął Snickersy.  

- Ej, to moje ulubione! Weź sobie rurki orzechowo- maślane. 

Zżarł Snickersa. Wypadły mu przy tym na ziemię sztuczne zęby wampira wraz z resztkami 

czekolady  i  karmelu.  Szybko  sięgnęłam  po  nie,  ale  chwycił  mnie  za  rękę  rozsypując  moje 
słodycze wszędzie dookoła. 

- Zobacz co zrobiłeś! – krzyknęłam. 

Zebrał  pełne  ręce  słodyczy  i  wsadził  sobie  do  kieszeni  dżinsów.  Patrzyłam  jak  resztę 

moich  słodyczy  rozsypuje  po  trawniku.  Jedyne  co  zostało  to  nudne  Smarties  i  pogniecione 
Marsy.  

-  Nadal  chcesz  być  tylko  rzeczą?  –  spytał  się,  jego  kieszenie  były  pełne  owoców  mojej 

całodziennej pracy. Przyciągnął mnie blisko. – Nadal chcesz być moją dziewczyną? 

Nagle puścił mnie i zaczął iść w stronę Dworu.  

- Teraz dostanę trochę prawdziwych słodyczy. 

background image

W tym samym czasie chwyciłam go za ramię. Kto wie co mógłby zrobić  Trevor jeśli by 

dotarł do drzwi. 

- Już tęsknisz za mną? – spytał, przestraszony, że nie uciekłam. 

- Już nie mają słodyczy. 

- Więc, muszę po prostu to zobaczyć. 

- Zgasili światło. Poszli już spać. 

-  Więc  ich  obudzimy.  –  wyciągnął  puszkę  ze  sprejem  z  pod  swojej  peleryny.  – 

Definitywnie potrzebują kogoś kto wie jak to udekorować! 

Szedł w kierunku Dworu. Biegłam za nim. 

- Nie, Trevor. Nie rób tego! 

Pchnął  mnie  za  siebie.  Chciał  zniszczyć  jedyną  rzecz  w  mieście,  która  była  naprawdę 

piękna.  

- Nie. – krzyknęłam. 

Wyciągnął z hukiem wieczko i zatrząsł puszką. 

Próbowałam odciągnąć jego rękę, ale odepchnął mnie. 

- Zobaczmy… może: „Witamy w sąsiedztwie”? 

- Trevor, nie! 

- Albo: „ Spółka miłości wampirów”. Podpiszę twoim imieniem. 

Nie tylko będzie szpecił  czyjąś własność, ale też zwali winę na mnie. Potrząsnął puszkę 

jeszcze raz.   Zaczął rozpylać farbę na Dworze. 

Rzuciłam się na równe nogi i odciągnęłam moją rakietę tenisową. Zwykłam grać z tatą, 

ale żadna gra nie była ważniejsza niż to. Zamknęłam oczy chroniąc je tym przed rozpylanym 
w powietrze sprejem  i walnęłam Trevora  najmocniej jak umiałam. Puszka poleciała  drogą  i 
tak jak w mojej zwykłej grze straciłam przyczepność i rakieta poleciała w powietrze. Trevor 
krzyknął tak głośno, że słyszał go chyba cały świat. Domyślam się, że uderzyłam za mocno. 

Nagle  światło  nad  frontowymi  drzwiami  zaświeciło  się  i  usłyszałam  dzwonienie 

otwieranych drzwi. 

- Musimy stąd iść! – wykrzyczałam do Trevora, kucającego i trzymającego się za ranną 

rękę. 

background image

Byłam  gotowa  by  wymknąć  się,  ale  poczułam  coś  czego  nigdy  wcześniej  nie  czułam: 

czyjąś  obecność.  Odwróciłam  się  i  bezdźwięcznie  sapnęłam,  ponieważ  strach  odebrał  mi 
oddech. Stałam zmrożona. 

On  tam  był.  Nie  Straszny  Mężczyzna.  Nie  Pani  lub  Pan  Dworskiej  rodziny.  Ale  Gotycki 

Facet, Gotycki Koleś, Gotycki Książę. Stał przede mną jak rycerz nocy! 

Jego długie, czarne włosy ciążyły na ramionach. Jego oczy były ciemne, głębokie, słodkie, 

samotne, z oddaniem inteligencji, nieziemskie. Brama do jego mrocznej duszy. On też stał w 
bezruchu,  wpatrując  się  we  mnie.  Jego  twarz  zbladła  tak  jak  moja.  Jego  napięty  czarny 
podkoszulek  był  włożony  w  czarne  dżinsy,  które  były  schowane  w  olbrzymich,  szykownych 
punk- rockowych glanach. 

Normalnie,  strach  jest  czymś  co  czuje  gdy  wiem,  że  mama  jest  gospodarzem  imprezy 

Mary  Kay  i  chce  użyć  mnie  jako  modelki.  Ale  byliśmy  na  prywatnej  posiadłości,  a  moja 
ciekawość  by  spotkać  to  dziwne  stworzenie  została  zmiażdżona  moim  przerażeniem  przed 
schwytaniem. 

Tenisowe buty były dobrym pomysłem na dzisiejszą noc. Mogłam usłyszeć krzyki Trevora 

jak szedł zmuszając mnie do ucieczki. 

- Ty potworze! Złamałaś mi rękę!  

Popędziłam do bramy i wskoczyłam do Camaro. 

- Zawieź mnie do domu. – krzyknąłem. – Teraz! 

Matt  był  zaskoczony  swoim  nieoczekiwanym  pasażerem.  Gapił  się  tylko  na  mnie,  w 

niemym zaprzeczeniu. 

- Zawieź mnie teraz! Albo powiem policji, że byłeś w to zamieszany! 

- Policja? – wyrzucił. – Jak Trevor się dostanie do domu? 

Widziałam  jak  zły  Hrabia  Trevor

8

 biegł  podjazdem  z  peleryną  powiewającą  na  wietrze. 

Był już prawie w bramie. Gotycki Facet  nie poruszył się, ale dalej wpatrywał się prosto we 
mnie. 

- Jedź! Po prostu jedź tym pieprzonym samochodem! – krzyknęłam ile sił w płucach. 

Silnik zaskoczył i ruszyliśmy jak najdalej widoku Dworu i jego niezwykłych mieszkańców. 

Odwróciłam się i zobaczyłam w tylnej szybie krzyczącego Drakulę Trevora ścigającego nas. 

- Wesołego Halloween. – powiedziałam, kiedy wypuściłam westchnienie ulgi. 

 

                                                             

8

 Nawiązanie do Drakuli. (był hrabią) 

background image

 

Rozdział VIII. Szukanie kłopotu 

Byłam  w  drodze  do  klasy  historycznej,  gdy  zauważyłam  Trevora  idącego  przede  mną. 

Zauważyłam coś dziwnego w jego stroju – miał założoną na prawej ręce golfową rękawiczkę. 

- Kreujesz nową modę? – drażniłam się, łapiąc go. – Domyślam się, że to dobra rzecz bo w 

piłkę nożną nie gra się rękami! 

Zignorował mnie i dalej szedł do klasy. 

- Zgaduję, że będziesz musiał opuścić kilka sesji klubu graffiti. – zażartowałam. – Od kiedy 

twój schludny palec nie funkcjonuje. 

Zatrzymał się i gapił się na mnie zimnym wzrokiem. Ale pomyślał, że lepiej nic nie mówić i 

poszedł dalej. 

Och! Domyślam się, że zraniłam nie tylko jego rękę! 

-  Widzę,  że  dotarłeś  do  domu  bezpiecznie.  –  kontynuowałam,  ścigając  go.  –  Matt 

wspaniale o mnie zadbał. Jest prawdziwym dżentelmenem. 

A potem zdałam sobie sprawę ze wszystkiego. Zabrałam  Trevorowi  dumę,  dziewczynę,  i 

teraz  zmusiłam  jego  najlepszego  kumpla  by  go  zdradził  i  przeszedł  na  linię  wroga. 
Współczułam mu… prawie. 

Trevor zatrzymał się, wpatrując się we mnie. Wyglądał jakby miał zaraz eksplodować. Ale 

rozproszyłam się widząc dziwną postać rozmawiającą z sekretarką w biurze dyrektora. To był 
Straszny  Mężczyzna!  Stał  blady  w  jasnym  jarzeniowym  świetle,  jego  długi  szary  płaszcz 
okrywał jego chude ciało. W jego bladej, kościstej ręce wisiała rakieta tenisowa mojego taty. 

Pchnęłam  rozzłoszczonego  Trevora  na  ścianę,  gdzie  mogliśmy  spokojnie  podsłuchać 

rozmowę. 

- Co robisz? – spytał, próbując się wyrwać. 

- Ciiiii! To kamerdyner z Dworu! – szepnęłam, wskazując. 

- Co z tego? 

- On nas szuka! 

- Jak może szukać nas? Przecież było ciemno, głupku! 

-  Ten  facet  nas  widział!  Prawdopodobnie  znalazł  puszkę  po  spreju  na  trawniku  i 

jakąkolwiek rzecz, którą namalowałeś jako dowód! I ma rakietę mojego taty. 

- Cholera, kurczę, gdybyś mnie nie walnęła nic by się nie stało! 

background image

- Gdybyś się nie urodził, w ogóle by nic się nie stało, dziwaku. A teraz, cicho! 

-  Tak  jest  proszę  pana.  Może  pan  zostawić  u  nas  rakietę,  my  damy  ogłoszenie.  – 

usłyszałam odpowiedź pani Gerber. – Co pan powiedział, że w co ta dziewczyna była ubrana? 

- Strój tenisowy, proszę pani. 

- W Halloween?- uśmiechnęła się i sięgnęła po rakietę. 

Ale Straszny Mężczyzna cofnął się.  

- Wolałbym to teraz mieć w swoim posiadaniu. Jeśli znajdzie pani właścicielkę, ona będzie 

wiedzieć  gdzie  może  to  odebrać.  Miłego  dnia.  –  powiedział  i  ukłonił  się  urzeczonej  pani 
Gerber. 

Spanikowałam i pociągnęłam Trevora za pomnik Teddy’ ego Roosevelta. 

-  To  pułapka.  –  powiedziałam,  ściskając  Trevora  za  rękę  z  rękawiczką.  –  Pokażę  się,  a 

policja będzie czekać z kajdankami! 

Uczniowie  gapili  się  na  Strasznego  Mężczyznę  jak  skradał  się  do  drzwi  frontowych. 

Rozglądał się dookoła. Szukał nas.  

-  Bierze  dowody  ze  sobą,  a  te  dowody  są  warte  dwieście  dolarów.  –  szepnęłam  do 

Trevora. 

- Taaa, dowody. – powiedział. – Przeciw tobie! 

- Mnie? Twoje odciski palców są wszędzie. Facet też cię widział. 

- Widział mnie, ale tylko jak uciekałem. Mógł przyjrzeć się tylko tobie. Byłaś zła , bo nie dał 

ci  cukierków,  więc  spryskałaś  jego  dom,  i  usłyszał  jaki  robisz  hałas.  I  wypuściłaś  słodycze  i 
rakietę  kiedy  zaświecił  światła.  –  powiedział  Trevor  jakby  był  Sherlockiem  Holmesem 
rozwiązującym Przypadek Zagubionej Rakiety Tenisowej. 

- Naskarżysz na mnie? Nie wierzę ci! 

-  Nie  martw  się,  myślę,  że  nie  pójdziesz  za  to  do  więzienia,  kochanie.  Głównie  to  tylko 

dostaniesz klapsa od tego zwariowanego lokaja. 

Wpadłam  w  wystarczające  kłopoty;  nie  chciałam  zostać  ukarana  za  rzeczy,  których  nie 

zrobiłam. 

Trevor zaczął iść do klasy.  

Złapałam go.  

- Pociągnę cię za sobą, jeśli coś się stanie! 

background image

- Komu uwierzą, dziwaczko -  honorowemu uczniowi, który jest gwiazdą piłki czy niewiele 

wartemu gotyckiemu tchórzowi mającemu jedną przyjaciółkę? Komuś kto więcej czasu jest w 
biurze dyrektora niż na lekcji. 

- Jesteś mi winien rakietę tenisową! – krzyknęłam bezradnie, gdy Trevor wlókł się. 

 

Przyznaję  się,  Trevor  mści  się  na  mnie  za  Noc  Nagość  Leśnej.  Z  jego  powodu  straciłam 

bajerancką rakietę taty. I co ważniejsze, zrobił we mnie wroga jedynej osobie, która mogłaby 
mnie zrozumieć i mogła by być moim przyjacielem. Byli moją wolnością w Dullsville i moim 
połączeniem  z  ludzkością,  ale  teraz  z  powodu  Trevora,  do  Dworu  będzie  ciężej  wejść,  niż 
wtedy gdy było zabite deskami. 

Rozdział IX. Żyć w piekle 

-  Co  zrobiłaś?  –  wrzasnął  mój  tata  podczas  obiadu,  gdy  powiedziałam  mu,  że  zgubiłam  jego 

rakietę. 

- Cóż, niezupełnie zgubiłam. Po prostu nie jestem w jej posiadaniu. 

- Więc ją odzyskaj, jak wiesz gdzie jest. 

- Teraz to może być niemożliwe. 

- Ale ja jutro gram! 

- Wiem, tato, ale masz inne rakiety. – próbowałam podważyć moc tej szczególnej rakiety. Wielki 

błąd! 

- Inne? To takie proste dla ciebie? Po prostu pójść i kupić jeszcze jedną rakietę 

Prince Precision 

OS

9

- Nie miałam tego na myśli… 

- I do tego niszczysz własność szkoły! 

- Przepraszam, ale… 

- To nie jest czas na przepraszanie. Przepraszanie nie przybliży mnie do wygranej jutro w 

meczu! Ale rakieta tak. Nie mogę uwierzyć, że pozwoliłem ci wziąć moją najlepszą rakietę! 

- Ale, tato, jestem pewna, że popełniałeś błędy kiedy byłeś nastoletnim hipisem. 

- I płaciłem za nie! Tak jak ty zapłacisz za moją rakietę. 

Moje konto bankowe miało około pięć dolarów, w tym resztki pieniędzy z mojej Słodkiej 

Szesnastki. I nadal byłam winna Premiere Video dwadzieścia-pięć dolarów spóźnionej opłaty. 

                                                             

9

 Rodzaj rakiety tenisowej. 

background image

Szybko wykonałam obliczenia w głowie. Tata będzie musiał zatrzymać moje kieszonkowe, aż 
do skończenia trzydziestki! 

Potem powiedział trzy słowa, które odbiły się w mojej głowie i przyprawiły mnie o furię. 

Kiedy  wypowiedział  te  słowa,  myślałam,  że  eksploduje  na  milion  nieszczęśliwych 
kawałeczków.  

-  Musisz  znaleźć  pracę!  –  ogłosił.  –  Najwyższy  czas.  Może  to  nauczy  cię  jakiejś 

odpowiedzialności! 

- Nie możesz po prostu dać mi klapsa? Albo dać mi szlaban? Albo nie rozmawiaj ze mną 

przez rok, tak jak rodzice robią w talk show? Proszę tato! 

- To jest nieodwołalne! Koniec, kropka. Pomogę ci znaleźć pracę, jeśli nie będziesz mogła 

zrobić tego sama. Ale będziesz musiała pracować sama. 

Pobiegłam do mojego pokoju, płacząc jak Głupek w dzieciństwie, krzycząc z całej siły.  

– Wy ludzie nie rozumiecie presji bycia nastolatkiem naszego pokolenia! 

Kiedy wypłakiwałam się na łóżku, fantazjowałam o podkradnięciu się do Dworu, tak jak to 

zrobiłam z Jackiem Pattersonem, gdy miałam dwanaście lat, i odzyskaniu rakiety. 

Ale widziałam też, że byłam teraz trochę szersza w biodrach, a i okno zostało wymienione. 

Jestem  też  pewna,  że  nowi  właściciele  mieli  jakiś  system  bezpieczeństwa,  a  w  ogóle  jak 
miałabym  znaleźć  rakietę  wśród  tylu  szaf  i  pokoi?  A  kiedy  bym  gorączkowo  szukała,  na 
pewno nakryłby mnie Straszny Mężczyzna dzierżąc jakiś pistolet albo inne  narzędzie tortur 
pochodzące ze średniowiecza. Praca na półetatu była mniej groźnym scenariuszem, ale nie 
dużo.  

W tym momencie naprawdę chciałabym być wampirem- nigdy nie słyszałam, żeby Dracula 

pracował. 

 

Krewni. Byliby wspaniali, gdyby mój tata znał Stevena Spielberga albo Królową Anglii, ale 

Janice Armstrong z Travel Armstrong po prostu nie nadawała się dla mnie. 

Znacznie gorsze niż przychodzenie tam trzy razy w tygodniu po szkole, odpowiadając na 

telefony  energicznym  głosem,  robiąc  fotokopie  biletów  z  tym  okropnym  oślepiającym 
błyskiem, i rozmawiając z japiszonami

10

 jadącymi do Europy po raz czarty, ponieważ to ona 

wyznaczała konserwatywne trendy w modzie.  

-  Przepraszam,  ale  nie  będziesz  mogła  nosić  tych…  -  zaczęła  Janice,  gapiąc  się  na  moje 

buty. – Jak wy je dzieci nazywacie? 

                                                             

10

 Eng. Yuppie -

młody człowiek z klasy średniej, który dużo zarabia, i wydaje pieniądze na drogie rzeczy i rozrywki

 

background image

- Glany. 

- Nie jesteśmy w armii. I dobrze, że nosisz szminkę, ale powinna być ona czerwona. 

- Czerwona? 

- Ale możesz wybrać jakiś inny odcień. 

Bardzo wspaniałomyślnie, Janice. 

- Jak na przykład różowy? 

- Różowy byłby wspaniały. I będziesz musiała nosić spódnice. Ale nie za krótkie. 

- Czerwone spódnice? – spytałam. 

 - Nie, nie muszą być czerwone. Mogą być zielone lub niebieskie. 

- Mogę wybrać inny odcień? – jeśli chciała, żebym poczuła się jak idiotka, zagram taką. 

- Z pewnością. I pończochy… 

- Nie czarne? 

-  Nie  porozdzierane.  I  lakier  do  paznokci.  –  zaczęła,  wpatrując  się  w  moje  koniuszki 

palców. 

-  Nie  czarny,  ale  w  jakimś  odcieniu  czerwieni.  Albo  różowy  byłby  wspaniały.  – 

wyrecytowałam. 

- Bardzo dobrze. – powiedziała z wielkim uśmiechem. – Już prawie tu pasujesz! 

- Dzięki, chyba. – powiedziałam, szykując się do wyjścia. Sprawdziłam zegarek. Rozmowa 

kwalifikacyjna  trwała  piętnaście  minut,  ale  wydawało  się  jakby  to  była  godzina.  Ta  praca 
będzie totalną torturą. 

- Widzę cię jutro o czwartej, Raven. Jakieś pytania? 

- Czy dostanę zapłatę za rozmowę kwalifikacyjną? 

-  Twój  ojciec  powiedział,  że  jesteś  bystra,  ale  nie  wspomniał  o  twoim  wspaniałym 

poczuciu  humoru.  Będzie  nam  razem  świetnie.  Kto  wie,  może  będziesz  chciała  zostać 
pracownikiem biura podróży, gdy będziesz starsza. 

Pani Peevish, moja niesławna nauczycielka z przedszkola, byłaby dumna. 

-  Już  wiem  kim  chce  zostać.  –  odpowiedziałam.  Chciałam  powiedzieć  wampirem,  ze 

względu na stare czasy. Ale wiedziałam, że dostanę za to burę. 

- Kim chciałabyś być? 

background image

- Profesjonalną tenisistką. One dostają darmowe rakiety. 

 

Mama kupiła mi trochę okropnych jasno malowanych strojów od Corporate Cathy, więc 

mogłam  się  starannie  dopasować  do  biznesowego  świata  w  Dullsville.  Wyciągnęłam  je  ze 
sklepowych toreb i zbzikowałam na widok cen tych rzeczy. 

-  O  Boże!  Te  stroje  kosztowały  więcej  niż  rakieta  tenisowa.  Zwróćmy  je  i  wyjdzie  na  to 

samo. 

- To nie o to chodzi! 

- To nie ma sensu. 

Niechętnie  przymierzyłam białą bluzkę i niebieską spódnicę  do kolan. Mama patrzyła na 

mnie jakbym była córką jaką zawsze chciała. 

- Nie pamiętasz jak nosiłaś bluzki bez pleców, warkoczyki,  dzwony? – spytałam. – To co 

noszę nie różni się od tego co nosi moje pokolenie.   

- Nie będę więcej małą dziewczynką, Raven. A poza tym, nigdy nie nosiłam szminki. Byłam 

naturalna. 

- Uh. – powiedziałam, przewracając oczami. 

- Bycie nastolatką jest trudne, wiem. Ale w końcu dowiesz się kim naprawdę jesteś. 

-  Wiem  kim  jestem!  A  pracując  w  biurze  podróży  i  nosząc  białe  bluzki  i  pończochy  nie 

prowadzą do odnalezienia mojego wewnętrznego ja. 

- Oh, kochanie. – próbowała przytulić mnie. – Kiedy jesteś nastolatkiem, myślisz, że nikt 

nie może cię zrozumieć i, że cały świat jest przeciwko tobie. 

- Nie, tylko to miasto jest przeciwko mnie. Oszalałabym, mamo, gdybym myślała, że cały 

świat jest przeciwko mnie. 

Uścisnęła mnie mocno i tym razem pozwoliłam jej na to.  

-  Kocham  cię,  Raven.  –  powiedziała,  tak  jak  tylko  mama  potrafi.  –  Jesteś  piękna  w 

czarnym, ale wyglądasz wspaniale w czerwonym! 

- Odpuść sobie, mamo, gnieciesz moją nową bluzkę!  

- Myślałam, że nigdy tego nie powiesz! – powiedziała i ścisnęła mnie nawet mocniej. 

 

background image

Musiałam  iść  do  roboty  na  półetatu  po  szkole.  Jak  miałam  zebrać  sensację  o  Dworskiej 

rodzinie skoro musiałam być w pracy każdego popołudnia? Musiałam wlec ze sobą do szkoły 
wszystkie  czyszczone  chemicznie  ubrania  i  trzymać  je  starannie  w  szafce  aż  szkoła  się 
skończy. Moja nowa popołudniowa kara rozrywała mnie od wewnątrz. 

- Dlaczego ten facet nie chodzi do szkoły? – spytałam Becky kiedy się przebierałam. 

- Może się jeszcze nie zarejestrował. 

- Gdybym nie miała tej głupiej pracy, mogłybyśmy teraz pójść i to zbadać. Uh! 

Zazdrościłam  Becky,  bo  szła  do  domu  do  krainy  telewizji  kablowej,  podgrzewać  w 

kuchence mikrofalowej popcorn, kiedy ja szłam ze szkolnej ławki do biurka w recepcji. 

Kiedy  moja  droga  z  drogą  Becky  rozeszły  się,  zakradłam  się  do  toalety  i  starłam  moją 

czarną  szminkę  mokrym  ręcznikiem    i  zastąpiłam  ją  jakimś  ultra-  jaskrawym  odcieniem 
czerwieni.  Naprawdę  wyglądałam  jak  duch  z  moją  bladą  cerą.  Niechętnie  założyłam    moją 
czerwoną mieszankę ze sztucznego jedwabiu i bawełny.  

-  Będę  za  wami  tęsknić,  ale  wrócicie  razem  za  kilka  godzin.  –  powiedziałam  do  mojej 

czarnej sukienki i glanów, umieszczając je w plecaku. 

Przyglądnęłam  się  sobie  ostatni  raz-  to  był  jedyny  raz  kiedy  pomyślałam,  że  bycie 

wampirem  przydałoby  mi  się.  Może  popatrzę  się  w  lustro  i  nic  nie  zobaczę.  Zamiast  tego 
zobaczyłam  ponurą  dziewczynę  stojącą  niezgrabnie  w  jej  czerwonym  stroju  ze  sztucznego 
jedwabiu. 

Wyślizgnęłam się z toalety rozglądając się w prawo i lewo jakbym przechodziła przez ulicę 

i wymknęłam się bezpiecznie frontowymi drzwiami. Albo tak myślałam. 

Trevor stał na frontowych schodach. 

Zbzikowałam  kiedy  go  zobaczyłam,  ale  starałam  się  zignorować  jego  obecność  i  ruszyć. 

Chciałam biec, ale  miałam szpilki na cienkim obcasie.  

- Cześć, Halloween się skończyło!  - krzyknął, idąc za mną. – Gdzie jest twoja spódnica od 

tenisa? Idziesz na jakieś przyjęcie kostiumowe jako Sekretarka Suzie? 

Kontynuowałam ignorowanie go, ale chwycił mnie za ramię. 

Nie mógł się dowiedzieć, że pracuję, albo gdzie  pracuję  i najważniejsze, że pracowałam, 

bo  musiałam  zapłacić  mojemu  ojcu  za  rakietę  tenisową,  którą  straciłam  przez  Trevora.  To 
przyniosłoby mu za dużo radości. 

Przyglądał  mi  się  tak  samo  jak  wtedy  kiedy  widział  mnie  po  raz  pierwszy  przebraną  za 

tenisistkę. Teraz byłam jego korporacyjną dziewczyną ze snu. 

background image

- Więc, gdzie idziesz? 

- To nie twój interes. 

- Serio? Nie myślałem, że mamy sekrety przed sobą. 

- Odczep się już! 

- Po prostu pójdę z tobą. 

Zatrzymałam się.  

-  Nie  pójdziesz  ze  mną!  Nie  pójdziesz  ze  mną  nigdzie!  Zostawisz  mnie  w  spokoju!  Na 

dobre. Na zawsze! 

- Nie wydajesz się kochająca tak jak zawsze. – powiedział, śmiejąc się. – Masz dzień, kiedy 

nie możesz ułożyć włosów? Powinnaś skorzystać z tego teraz. 

-  Trevor,  to  koniec.  Twojej  i  mojej  gry!  Nie  będziesz  mnie  więcej  napastować! 

Zremisowaliśmy. Zremisowaliśmy na całą wieczność. Ok? Po prostu zejdź mi z oczu! 

Gonił za mną kiedy odeszłam. 

- Zrywamy ze sobą? Nie wiem czy chodziliśmy ze sobą, kochanie. Proszę, nie odchodź. – 

błagał, żartując. 

Szłam szybko omijając szkolne ogrodzenie i pędziłam w dół chodnika. Miałam pięć minut 

na dotarcie do Armstrong Travel. 

- Nie mogę żyć bez ciebie! – powiedział sarkastycznie, łapiąc mnie. – Jesteś wściekła, bo 

nigdy nie dałem ci czarnej róży? Znajdę taką dla ciebie. Dam ci nowe ciuchy – z cmentarza. – 
płakał ze śmiechu. – Ale nie opuszczaj mnie, kochanie! 

-  Przestań!  –  byłam  wściekła.  On  miał  prawdopodobnie  dwieście  dolarów  w  tylniej 

kieszeni spodni a ja będę musiała pracować, przez wieki w miejscu, którego nienawidziłam, z 
powodu jego głupiego żartu.  

- Po prostu powiedz gdzie idziesz! 

- Trevor, odpuść sobie! Idź stąd! Dostanę szlaban jeśli się spóźnie! 

- Masz randkę? – nie zamierzał poddać się. 

- Odejdź! 

- Spotykasz się z kimś? 

- Spadaj! 

background image

- Masz jakiś wywiad? Wywiad z… wampirem? 

- Zejdź mi z oczu! 

- Idziesz do… pracy? 

Zatrzymałam się. 

- Nie! Czy ty kompletnie zwariowałeś? To takie nudne! 

- Tak. Masz pracę! – tańczył w kółko. – Jestem taki dumny z ciebie. Moje małe, gotyckie 

kochanie znalazło sobie pracę! 

Kipiałam od środka ze złości. 

- Próbujesz poprawić sobie życie? Albo zwracasz  tatusiowi pieniądze za mało luksusową  

rakietę do tenisa? 

Byłam  gotowa  uderzyć  go  i  tym  razem  wysłać  jego  głowę  daleko  w  dal  zamiast  puszkę 

farby w spreju.  

Właśnie wtedy Matt zatrzymał się. 

- Trevor,  chłopie. Powiedziałeś, że będziesz  na schodach. Nie mam  czasu  aby  jeździć  po 

mieście i szukać cię! Musimy jechać! 

- Świetnie, twoja niańka cię znalazła. – powiedziałam. 

- Zaproponował bym ci podwózkę do pracy, ale musimy być w innym miejscu. – drażnił się 

Trevor. 

Camaro  śmignęło  mi  przed  oczami.  Super!  Mój  pierwszy  dzień  w  pracy  i  jestem 

spóźniona! 

Rozdział X. Pracujący upiór 

 

Big Ben, Wieża Eiffla, i hawajski zachód słońca majaczące za biurkiem w recepcji w Armstrong 

Travel, stale przypominały, że istniało życie poza Dullsville, i to podniecająco daleko.  

Jedyną  ekscytującą  rzeczą  w  pracowaniu  w  Armstrong  Travel  były  plotki.  Pod  normalnymi 

faktami,  znalazłam  skandale  w  tak  nudnym  mieście  jak  Dullsville.  Burmistrz  został  nakryty,  kiedy 
baraszkował  z  Tancerką  rewiową  z  Vegas,  dziennikarz  lokalnego  TV  –  WGYS  sfałszował  historię 
porwania pewnego cudzoziemca, lider Brownie defraudował zyski pochodzące ze sprzedaży ciastek. 

Ale teraz życie jest inne – teraz obiektem plotek stała się rodzina z Dworu. 

background image

Ruby,  żwawa  partnerka,  dostarczała  mi  najświeższe  plotki.  Ona  jest  jak  chodzący  National 

Enquirer

11

 

-  Nadal tajemnicą jest co robi mąż. –  nawiązywała do Dworskiej rodziny.  –  Ale jest oczywiście 

bogaty. Lokaj robi zakupy w sklepie spożywczym Wexly w soboty dokładnie o ósmej wieczorem a we 
wtorki  przynosi  ubrania  do  czyszczenia  chemicznego-  same  ciemne  garnitury  i  płaszcze.  Żona  jest 
wysoką  bladą  kobietą  koło  czterdziestki  z  długimi  ciemnym  włosami.  Zawsze  nosi  ciemne  okulary 
przeciwsłoneczne. 

-  To  tak  jakby  byli  wampirami.  –  zakończyła  Ruby,  nic  nie  wiedząc  o  mojej  fascynacji.  –  Są 

widziani  tylko  nocą;  wyglądają  upiornie,  posępnie,  i  złowieszczo,  jakby  wyszli  prosto  z  kiepskiego 
horroru.  I  na  dodatek,  w  ich  domu  nie  było  jeszcze  żadnego  gościa.  Żadnego.  Myślisz,  że  oni  coś 
ukrywają?  

Chłonęłam każde słowo Ruby. 

-  Mieszkają  tam  od  ponad  miesiąca,  –  ciągnęła  dalej.  –  a  nie  pomalowali  jeszcze  miejsca,  ani 

nawet nie przystrzygli trawnika! Prawdopodobnie nawet nie wymienili skrzypiących drzwi.  

Janice zaśmiała się głośno ignorując jej dzwoniący telefon.  

- Może lubią ten styl. – wtrąciłam. 

Obie popatrzyły się na mnie z przerażeniem.  

-  Ale  tylko  popatrz,    -  powiedziała  Ruby.  –  Słyszałam,  że  żona  była  w  Georgio's  Italian  Bistro  i 

zamówiła  specjalną przystawkę Henrego… bez czosnku! Właśnie to Natalie Mitchell powiedział jej 
syn.  

Więc? Pomyślałam.  Lubię pełnię księżyca. I czy to robi ze mnie wilkołaka? Wielkie rzeczy! I kto 

może  ufać  Trevorowi  i  jego  rodzinie?  Otwarcie  drzwi  spowodowało  przerwanie  sesji  plotek.  Nowy 
klient był obiektem naszych plotek.  

To był Straszny Mężczyzna! 

- Muszę coś skończyć na zapleczu. – szepnęłam do Ruby, której oczy były utkwione w kościstym 

mężczyźnie.  

Pędziłam tak szybko jak mogłam, nie oglądając się za siebie, dopóki nie byłam bezpieczna stojąc 

za kserem. Jeszcze tęskniłam do ucieczki do dobrego starego Strasznego, ścisnąć jego kruche ciało i 
powiedzieć, że chciałam przeprosić za hallowi nowy żart Trevora. Chciałam wysłuchać wszystkiego, co 
miał do powiedzenia o świecie, o jego przygodach i podróżach. Ale nie mogłam, więc schowałam się 
za ksero i kserowałam sobie rękę.  

- Poproszę dwa bilety do Bukaresztu, - usłyszałam jego słowa, biorąc krzesło od biurka Ruby.  

Wyciągnęłam szyję, by go zobaczyć. 

- Do Bukaresztu? – spytała Ruby. 

                                                             

11

 Pismo plotkarskie.  

background image

- Tak, do Bukaresztu, w Rumuni. 

- Kiedy chciałby pan lecieć? 

-  Ja  nie  lecę,  proszę  pani.  Bilety  są  dla  pana  i  pani  Sterling.  Chcieliby  odlecieć  pierwszego 

listopada, na trzy miesiące. 

Ruby majsterkowała przy komputerze. – Dwa miejsca… w klasie turystycznej? 

- Nie, w pierwszej klasie. Jeśli tylko stewardessy będą podawać jakieś krwawe wino, Sterlingowie 

będą zawsze szczęśliwi! – powiedział z grubym akcentem, śmiejąc się. 

Ruby uśmiechnęła się niezręcznie, zachichotałam w myślach.  

Wydrukowała plan podróży i wręczyła mu kopię.  

-  To  jak  oddawanie  krwi,  koszt  biletów  w  tych  czsach!  –  roześmiał  się  Straszny  Mężczyzna, 

podpisując się. 

Było coraz lepiej! 

Ruby  przesunęła  jego  kartę  kredytową  po  czytniku  magnetycznym.  –  A  pan  nie  jedzie,  sir?  – 

spytała, kiedy pisała jego imię, próbując wyciągnąć z niego więcej informacji. Brawo, Ruby! 

- Nie, chłopiec i ja zostajemy. 

Chłopiec? Czy on mówi o Gotyckim Facecie? Albo jeśli Sterlingowie mają dziecko mogłabym się 

nim opiekować? Mogłabym bawić się z nim w chowanego w Dworze. 

- Sterlingowie mają chłopca? - zapytała Ruby. 

- Nie często wychodzi po za dom. Zwykle siedzi w swoim pokoju i słucha głośnej muzyki. Właśnie to 
się robi mając 17 lat. 

Siedemnaście? Czy ja dobrze usłyszałam? Siedemnaście? On mówił o Gotyckim Facecie. Ale dlaczego 
nie chodzi do szkoły? 

- Zawsze miał swojego guwernanta. Albo, jak to mówicie w tym kraju, był uczony w domu.- Straszny 
Mężczyzna odpowiedział jakby czytał w moich myślach. Raczej powinien był powiedzieć „był uczony 
w Dworze”! Nikt nie uczył się w domu w Dullsville  

- Siedemnaście? - powtórzyła Ruby, próbując wycisnąć więcej informacji z jego kruchych kości.  

- Tak, siedemnaście… ale jakby sto. 

- Wiem jak to jest - wtrąciła Ruby. - Moja córka ma ledwie trzynaście lat, a myśli, że wie wszystko. 

 -  On działa jakby żył już wcześniej, jeśli wiecie co mam na myśli, z wszystkimi swoimi wspaniałymi 
opiniami na temat świata. - Straszny Mężczyzna zaśmiał się maniakalnym śmiechem, który przerodził 
się w kaszel.  

- Chciałby pan coś jeszcze? 

background image

- Chciałbym mapę miasta. 

- Naszego miasta?-  zapytała ze śmiechem. - Nie jestem pewna czy w ogóle kiedyś ją miałyśmy. 

Odwróciła się do Janice, która właśnie zmierzwiła jej włosy. 

-  Tam  jest  tylko  główny  plac  i  pola  uprawne-  powiedziała  Ruby  grzebiąc  pod  biurkiem.  -  Jest  pan 
pewny, że nie chce pan mapy czegoś bardziej ekscytującego?- spytała podając mu mapę Grecji. 

-  To  jest  cała  ekscytacja  jaką  mężczyzna  w  moim  wieku  może  unieść,  ale  dziękuję.  -  powiedział  z 
uśmiechem.  -  Ten  plac  przypomina  mi  moją  wioskę  w  Europie.  Minęły  wieki  odkąd  widziałem  ją 
ostatnio. 

- Wieki?- zdziwiła się Ruby - W takim razie dobrze ukrywasz swój wiek.- dokuczała. 

Gdyby  ktoś  mógł  dostać  informację  o  spacerze  zmarłych  to  byłaby  to  Ruby.  Mogła  flirtować 
doskonale. 

Twarz Strasznego Mężczyzny zmieniła się z białego wina na jasny burgund.  

-  Jesteś  bardzo  miła,  moja  droga.  -  powiedział,  ocierając  swoją  łysą  głowę  czerwoną  chustką 
jedwabną. – Dziękuj, że poświęciłaś mi swój czas. - dodał przygotowując się do wyjścia. - Było uroczo i 
wy także byłyście urocze. - Złapał jej rękę kościstymi palcami i uśmiechnął się. 

Kiedy wstał popatrzył wprost na mnie i przeze mnie, jakby wiedział, że spotkaliśmy się już wcześniej. 
Mogłam  poczuć  chłód  jego  spojrzenia,  kiedy  obróciłam  się,  szybko  zbierając  trzynaście  kopii  mojej 
ręki. 

Nie  ośmieliłam  się  odwrócić  z  powrotem  dopóki  nie  usłyszałam  odgłosu  zamykanych  drzwi. 
Spojrzałam na  zewnątrz, ponieważ szedł naprzeciwko okna. Rzucił okiem za siebie jakby patrzył na 
wskroś mnie. Poczułam jak przechodzi mnie dreszcz. Uwielbiałam to. 

Reszta dnia minęła bardzo szybko. Ledwie zauważyłam, że jest po szóstej. Zarzuciłam swoją czarną 
torbę na ramię.  

- No, no, będziemy musiały zapłacić ci za nadgodziny. - stwierdziła Ruby kiedy wstałam z biurka.  

Jeśli  nie  mogłabym  być  Elvirą  lub  Bride  z  Drakuli,  byłabym  Ruby.  Była  moim  kompletnym 
przeciwieństwem w tych jej biało-biało–białych butach go-go, ciasnej białej winylowej sukience, lub 
eleganckich białych spodniach dopasowanych do białych szpilek. Miała fryzurę w stylu bob, które były 
koloru  biało-  blondnego.  Zawsze  retuszowała  swój  makijaż  białym  pudrem  zawierającym  białka  z 
czerwonych  kryształów  górskich  (?).  Miała  nawet  białego  pudla,  którego  czasami  przynosiła  do 
agencji. Zawsze przychodzili do niej kawalerzy z wizytą. Wiedzieli, że była ważną partią.  

Zbliżyłam  się  do  jej  biurka,  które  było  usiane  białymi  kryształami,  białymi  ozdobnymi  aniołami  i 
zdjęciem uśmiechniętej trzynastoletniej dziewczynki obramowanej białą ramką.  

- Ruby? – spytałam, kiedy bawiła się swoją białą skórzaną torebką. 

- Co, kochanie? 

background image

- Tak się tylko zastanawiam. – powiedziałam, obracając sprzączką od torebki. – Czy ty… 

- O co chodzi, kochanie? Usiądź. – chwyciła krzesło Janice i obróciła je. 

- Jeśli chodzi o dzisiaj… Wiem, że to brzmi szalenie, ale czy ty… więc… czy ty wierzysz w… wampiry? 

-  Czy  wierzę?  -  Uśmiechnęła  się,  dotykając  jej  kryształowego  naszyjnika.  –  Wierzę  w  dużo  rzeczy, 
kochanie. 

- Ale czy wierzysz w wampiry?  

- Nie!  

- Oh. – próbowałam ukryć moje rozczarowanie. 

- Ale co ja wiem? – zachichotała. – Moja siostra, Kate, przysięgała, że widziała ducha starego rolnika 
na polu, kiedy byłyśmy dziećmi. I spotykałam się z facetem, który zobaczył, jak coś srebrnego strzeliło 
prosto w górę na niebie, moja najlepsza przyjaciółka, Evelyn, przysięga, że numerologia pomogła jej 
znaleźć męża, a mój kręgarz leczy ludzi przez kładzenie magnesów na ich stawach. Co jest fantazją dla 
jednych, jest prawdą dla drugich.  

Chłonęłam każde jej słowo. 

- Więc, czy wierzę w wampiry? – kontynuowała. – Nie. Ale nie uwierzyłam też, że Rock Hudson był 
gejem. Więc co ja wiem? – uśmiechnęła się błyskając białymi zębami. 

Śmiałam się kiedy szłam do drzwi. 

- Raven? 

- Tak? 

- W co wierzysz? 

- Wierzę w... dowiem się tego.  

 

Rozdział XI. Nieprawdopodobna misja. 

 

- Jestem na misji! – krzyknęłam do Becky, która już czekała na mnie przy huśtawkach w Evans 
Park. Kazałam jej przyjść na spotkanie o siódmej po południu. – Nigdy nie uwierzysz co się 
stało!  

- Masz kolejną parę majtek Trevora? 

-  Trevora  co?  Nie,  to  nie  dotyczy  jego!  Dotyczy  czegoś  poza  granicami  miasta.  Czegoś 
zupełnie nie z tego świata! 

- Co się stało? 

background image

- Znam wszystkie brudy rodziny z Dworu! 

- Oh, wampirów? 

- Ty wiesz? 

- Wszyscy w mieście to wiedzą. Niektórzy mówią, że to przez sposób ubierania. Inni mówią, 
że są po prostu dziwni. Pan Mitchell powiedział  mojemu ojcu, że  oni muszą być nieludzcy, 
kiedy jedli w Georgio i podano im czosnek. 

- Ale to Mitchell. Jednak, muszę to dodać do mojej listy. Każda część wiadomości może być 
decydująca! 

- To jest powód dla którego się spotkaliśmy? 

- Becky, czy ty… wierzysz w wampiry? 

- Nie. 

- Nie? 

- Nie! 

- To wszystko? Nawet nie zamierasz myśleć o tym? 

-  Mogłaś  mnie  o  to  spytać  kiedy  dzwoniłaś.  Musiałam  zrezygnować  z  drugiej  dokładki 
makaronu z serem! 

- To ma duże znaczenie.  

- Czyś ty zwariowała? Chcesz żebym wierzyła, że wampiry istnieją? 

- No więc… 

- Raven, czy ty w to wierzysz? 

- Pragnęłam tego od lat. Ale kto wie? Nie wierzę, że Rock Hudson był gejem. 

- Kto to jest Roch Hudson? 

Przewróciłam  oczami.  –  Nie  ważne.  Spytałam  się  ciebie  czy  spotkasz  się  tu  ze  mną  i  czy 
pomożesz w mojej misji. Widzisz, odpowiedzi nie leżą w plotkach, ale w prawdzie, a prawda 
leży w Dworze. A każdego sobotniego wieczoru Straszny Lokaj Mężczyzna chodzi do Wexley 
na  godzinę  na  zakupy.  Przejeżdżałam  koło  Dworu  i  wygląda  na  to,  że  nie  mają  żadnego 
systemu bezpieczeństwa. I jeśli zagram swoimi kartami dobrze, Gotycki Facet będzie u siebie 
na strychu słuchając głośno Marylina Mansona. Nigdy mnie nie usłyszy. 

- Nigdy nie usłyszy cię jak robisz co?? 

background image

- Będę szukać prawdy. 

- To brzmi rewelacyjnie. 

- Dzięki. 

- Więc potrzebujesz mnie, żebym była w swoim domu i czekała na telefon, a kiedy dostaniesz 
się bezpiecznie do domu, będziesz mogła zadzwonić do mnie i opowiedzieć mi o szczegółach. 

Gapiłam się na nią twardo.  

- Nie, chcę żebyś stała na czatach. 

- Wiesz, że to jest włamanie? Jak prawdziwe włamanie? Jak kradzież z włamaniem? 

- Więc, jeśli znajdę otwarte okno, wtedy to nie będzie włamanie. To będzie tylko wejście. I 
jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nikt się nie zorientuje i nikt nie zgłosi włamania. I nie 
będzie problemów z wyjściem. 

- Nie powinnam… 

- Powinnaś. 

- Nie mogę. 

- Możesz.  

- Nie zrobię tego. 

- Zrobisz! 

Przerwałam  dyskusje.  –  Zrobisz  to!  –  powiedziałam  tym  razem  stanowczo.  Nienawidziłam 
być apodyktyczna, ale zostałam do tego zmuszona. Wstałam z mojej huśtawki. – Niczego nie 
ukradnę.  Będziesz  współsprawcą  niczego.  Ale  jeśli  znajdę  coś  ważnego,  ogromnego, 
spektakularnego, całkowicie nie z tego świata, wtedy podzielę się z tobą nagrodą Nobla.  

- W sobotę, tak? 

-  Tak.  Co  daje  nam  mnóstwo  czasu  by  zebrać  więcej  informacji  i  przeszukać  ziemię  koło 
Dworu. I masz mnóstwo czasu żeby… 

- Przypomnieć sobie wymówkę? 

Uśmiechnęłam się. – Nie, żeby skończyć twój makaron z serem. 

 

 

background image