background image

 
 
 
 

Danielle Steel 

 

ZYCIE NA ULICY 

background image

Dla  Nicka, który znów pomógł tak wielu  ludziom, nawet 

pod  swoją  nieobecność.  Był  światłem  przewodnim,  które 
poprowadziło mnie na ulice i zatrzymało mnie tam, dla niego. 

Dla  moich  cudownych  dzieci,  Beatrix,  Trevora,  Todda, 

Sama, Victorii, Vanessy, Maxxa i Zary, które mnie zachęcały i 
pozwoliły  to  robić,  choć  było  to  czasochłonne,  kosztowne  i 
ryzykowne. 

Dla  Boba,  Cody'ego,  Jane,  Jill,  Joego,  Johna,  Paula, 

Randy'ego,  Tony'ego  i  Younesa,  za  lata  ciężkiej  pracy, 
ryzykowania  życia,  hojnego  rozdawania  miłości  i  czasu  oraz 
za to, że są tak niezwykłymi ludźmi. To prawdziwe anioły w 
tej historii, zarówno dla mnie, jak dla wielu innych. 

Dla  wielu,  naprawdę  wielu  cudownych  ludzi,  których 

spotkałam  na  ulicach,  za  ich  życzliwość,  człowieczeństwo, 
godność,  za  to,  że  pozwolili  nam  pracować  w  swoim 
środowisku i że mieliśmy przywilej im służyć. Z najgłębszym 
szacunkiem  oddaję  cześć  waszej  odwadze,  miłości  i  łasce, 
dziękując za liczne dary, które od was otrzymałam. 

Dla  Toma  za  to,  że  naciskał  na  mnie,  abym  to  napisała, 

pomimo moich protestów, oraz za zachętę do pracy na ulicach, 
od samego początku. 

Dla  was  wszystkich,  z  płynącą  z  głębi  serca  miłością  i 

wdzięcznością, i ogromnym szacunkiem. 

d.s. 
A także pamięci Maksa Leavitta, którego wszyscy bardzo 

kochali i którego będzie nam wszystkim brakowało. 

background image

Gdyby nie nadzieja, człowiekowi pękłoby serce. 
(przysłowie szkockie) 
 
 
Przedmowa 
Przez jedenaście lat pracowałam na ulicach z bezdomnymi 

i nie ulega wątpliwości, że to odmieniło moje życie. Nie może 
być  inaczej,  kiedy  patrzy  się  w  oczy  ludzi,  którzy  są 
zagubieni,  cierpią,  chorują  na  ciele  i  umyśle  i  z  których 
większość  utraciła  nadzieję.  To  zapomniani  ludzie,  których 
nikt  nie  chce  znać  ani  którymi  nikt  nie  zamierza  zaprzątać 
sobie  głowy  Dla  większości  osób  przerażające  jest  samo 
myślenie o nich albo ich widok... a  gdyby to  przydarzyło się 
nam? To bulwersująca myśl. 

Widziałam,  jak  tam,  na  ulicach,  ludzie  powoli  się 

dezintegrują  i  jak  niektóre  osoby  niemające  domu  stają  się 
istotami  pozbawionymi  wszelkiego  życia,  wszelkich  nadziei, 
dla  których  powrót  z  ulicy  do  normalności  nie  jest  już 
możliwy.  Niektórzy  zniknęli,  niektórzy  poumierali,  kilkoro 
młodszych wróciło do domu, paru z nich otrzymało pomoc od 
funkcjonujących  dostępnych  programów  i  agencji,  większość 
jednak  wciąż  tam  jest,  a  ich  sytuacja  pogarsza  się  z  dnia  na 
dzień. 

Moje  cele  nigdy  nie  były  wygórowane.  Początkowo  w 

ogóle  nie  stawiałam  sobie  żadnych  celów.  Pogrążona  w 
żałobie  po  stracie  syna  próbowałam  pomóc  ludziom,  którzy 
zdawali  się  cierpieć  tak  jak  ja,  choć  z  innych  powodów. 
Zaczęłam  dowiadywać  się,  czego  potrzebują  i  jak  mogę 
zaspokajać ich potrzeby. A w końcu uświadomiłam sobie, że 
moja  „misja",  jeżeli  można  tak  ją  nazwać,  miała  na  celu 
jedynie utrzymanie tych ludzi przy życiu do czasu, gdy pojawi 
się prawdziwa pomoc, by sprostać ich potrzebom w szerszym 
zakresie.  Koncentrowałam  się  na  rzeczach  podstawowych: 

background image

utrzymaniu  ich  przy  życiu  na  ulicach,  zadbaniu,  by  mieli 
ciepło,  sucho,  byli  najedzeni  i  w  tej  przerażającej  sytuacji 
mieli  zapewniony  względny  komfort.  To  wszystko,  co 
mogłam  uczynić.  Nie  miałam  koneksji  politycznych, 
znajomości w rządzie ani funduszy, by ocalić ich wszystkich, 
nie  jestem  lekarzem  ani  psychiatrą,  by  móc  zaradzić  ich 
problemom  zdrowotnym.  Byłam  jedynie  osobą, która  chciała 
uczynić, co w jej mocy, dzięki wsparciu dziesięciorga innych, 
którzy  pomogli  mi  stworzyć  skutecznie  działający  zespół. 
Wychodziliśmy w teren noc w noc, stawialiśmy czoło temu, z 
czym  się  stykaliśmy,  i  wspomagaliśmy  trzysta  osób  każdej 
nocy, w sumie trzy do czterech tysięcy rocznie. Rozdawaliśmy 
im  nowe,  czyste  ubrania,  przybory,  których  potrzebowali, 
środki  czystości  i  bezpieczną,  paczkowaną  żywność. 
Staraliśmy  się  też  dawać  im  nadzieję,  może  udało  nam  się 
dzięki temu ocalić kilka istnień. 

Było  dla  mnie  istotne,  abym  w  tej  pracy  pozostała 

anonimowa,  zarówno  dla  ludzi,  z  którymi  pracowałam,  jak  i 
dla  całego  świata.  Byłam  przekonana,  że  to,  kim  jestem,  nie 
ma znaczenia, że mam być tylko kimś, kto daje tym ludziom 
to,  czego  w  danym  momencie  potrzebują,  a  moja  tożsamość 
jest nieistotna i mogłaby jedynie przysporzyć  niepotrzebnych 
trudności.  Zresztą  w  świecie,  w  którym  żyję,  rozmowy  o 
mojej  pracy  na  ulicach  także  nie  miałyby  większego  sensu. 
Byłam  pewna,  że  wszyscy,  którzy  dowiedzieliby  się  o  tym, 
traktowaliby  to  z  pogardą,  podejrzliwością  albo  wykorzystali 
ten  fakt  jako  trampolinę  do  sławy,  a  tego  wolałam  uniknąć. 
Chciałam  to  robić  bez  rozgłosu,  po  cichu,  i  tak  właśnie  było 
przez ten cały czas. Z moich obserwacji wynika, że na ulicach 
nic się nie zmieniło, chyba że na gorsze. Jest tam więcej ludzi 
niż  kiedykolwiek,  a  pieniędzy  na  pomoc  dla  nich  -  coraz 
mniej,  należałoby też  zmienić  prawo  dotyczące hospitalizacji 
osób  psychicznie  chorych.  Zanim  jednak  cokolwiek  będzie 

background image

można zmienić, ludzie muszą chcieć dostrzec bezdomnych, a 
nie  udawać,  że  ich  w  ogóle  nie  ma.  Oni  rozpaczliwie 
potrzebują  naszej  pomocy,  pod  wieloma  względami.  My  zaś 
nie możemy im pomóc ani niczego zmienić, jeśli odwracamy 
się od tego problemu. 

W  ubiegłym  roku  zrozumiałam,  że  ci  ludzie  potrzebują 

czegoś  więcej  niż  czystych,  ciepłych,  suchych  ubrań, 
butelkowanej  wody,  latarek,  koców,  brezentu,  śpiworów, 
grzebieni,  maszynek  do  golenia,  rękawiczek  czy  nawet 
jedzenia. Musiałam dać im swój głos, ten, którego starałam się 
dotąd  nie  wykorzystywać.  Jeżeli  ja,  która  obcowałam  z  tymi 
ludźmi przez jedenaście lat, nie przemówię w ich imieniu, to 
kto  miałby  to  zrobić?  Choć  zawsze  zarzekałam  się,  że  nigdy 
tego  nie  zrobię  i  nie  będę  się  z  tym  afiszować,  w  końcu 
uznałam,  iż  muszę  zabrać  głos  i  podzielić  się  swoimi 
doświadczeniami.  Jestem  dla  świata  głosem,  którego  oni  nie 
mają.  Potrzebują  wielu  rzeczy,  miejsc  noclegowych,  opieki 
medycznej, opieki psychiatrycznej, szkoleń i silnej ręki, która 
pomogłaby im podźwignąć się z dna, na które spadli. Jednak 
poza  tym  wszystkim,  poza  rzeczami,  które  możemy  zrobić, 
musimy dać im na początek... dar nadziei. 

To właśnie starałam się robić na ulicach przez te wszystkie 

lata.  Zatrzymujemy  nasze  furgonetki,  wysiadamy  z  nich  i 
podchodzimy  do  ludzi,  którzy  nigdy  wcześniej  nas  nie 
widzieli, i zapewne nigdy więcej nas nie zobaczą, rozdając im 
torby,  których  zawartość  powinna  im  pomóc  przetrwać  kilka 
kolejnych tygodni albo nawet miesięcy 

I  niczego  nie  chcemy  w  zamian.  Niczego.  Ci  ludzie  nie 

musieli wyznawać tej samej religii co my, podzielać naszych 
przekonań  politycznych,  nic  z  tych  rzeczy.  Nie  musieli 
wiedzieć,  skąd  przybywamy  i  dlaczego.  Nie  musieli  nawet 
mówić  dziękuję,  choć  zawsze  to  robili,  zawsze  dziękowali, 
częściej nawet niż większość moich przyjaciół. 

background image

Przez  jedną  krótką  chwilę  z  absolutną,  niezłomną 

pewnością wiedzieli, że ktoś się o nich troszczy, że ktoś zjawił 
się  nagle  jak  w  odpowiedzi  na  ich  modlitwy.  I  to  powinno 
pomóc  im  uwierzyć,  że  jeszcze  spotka  ich  w  życiu  coś 
dobrego.  To  największy  dar,  jaki  możemy  ofiarować  sobie 
wzajemnie,  niekiedy  nawet  ważniejszy  aniżeli  miłość,  dar 
nadziei. 

background image

Rozdział 1 
Jak to wszystko się zaczęło 
Praca w mobilnym zespole ds. pomocy bezdomnym, która 

odmieniła  moje  życie  i  życie  wielu  innych  ludzi,  rozpoczęła 
się  w  bardzo  trudnym  dla  mnie  okresie.  Mój  syn  Nick  od 
wczesnego  dzieciństwa  wykazywał  symptomy  choroby 
afektywnej  dwubiegunowej.  Gdy  miał  osiemnaście  miesięcy, 
odkryłam,  że  jest  „inny",  ale  wiedziałam  to  już  znacznie 
wcześniej  (zaczął  chodzić,  mając  osiem  miesięcy,  a  jako 
roczne dziecko mówił pełnymi zdaniami w dwóch językach). 
W  wieku  czterech  lat  zdradzał  już  pierwsze  objawy  manii. 
Kiedy  miał  pięć  lat,  zasięgnęłam  porady  u  lekarzy  i 
psychiatrów,  którzy  nieco  mnie  uspokoili,  zapewniając,  że 
chłopiec  rozwija  się  „nieźle".  Gdy  miał  siedem  lat,  na 
przemian  ogarniały  mnie  panika  i  rozpacz,  byłam  pewna,  że 
mój  synek  jest  chory,  błagałam  o  pomoc  dla  niego,  jednak 
wszyscy lekarze, u których zasięgałam opinii, uspokajali mnie 
i twierdzili, że nie dzieje się nic złego. Obecnie jestem pełna 
życzliwości dla lekarzy, którzy szanują więź łączącą matkę z 
dzieckiem i przyznają, że to właśnie matka zna swoje dziecko 
lepiej niż wszyscy. 

Wiedziałam,  że  mój  synek  jest  chory,  ale  lekarze  nie 

chcieli przyznać mi racji. 

Kiedy  Nick  był  mały,  czyli  stosunkowo  niedawno, 

większość  psychiatrów  uważała,  że  depresji  maniakalnej, 
inaczej zwanej chorobą afektywną dwubiegunową, nie sposób 
zdiagnozować, dopóki pacjent nie ukończy dwudziestego roku 
życia  i  przed  osiągnięciem  tego  wieku  nie  może  być 
poddawany  leczeniu  z  użyciem  stosownych  leków 
Najpopularniejszym lekiem stosowanym wówczas przy terapii 
depresji  maniakalnej  był  lit.  Gdy  pewien  bardzo  szanowany 
specjalista  od  depresji  maniakalnej,  którego  znalazłam  na 
Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, podał Nickowi 

background image

lit,  gdy  chłopiec  miał  zaledwie  szesnaście  lat,  uznano  to  za 
rewolucyjne posunięcie. Przez kilka lat lek działał cudownie. 
Po  raz  pierwszy  od  długiego  czasu  Nick  był  w  stanie  wieść, 
jak  dla  niego,  całkiem  zwyczajne  życie.  Postawiono  także 
diagnozę:  cierpiał  na  chorobę  dwubiegunową.  Wówczas 
zdiagnozowanie  kogokolwiek  w  tak  młodym  wieku  było 
rzeczą wręcz niesłychaną. Dziś podaje się lit nawet cztero - i 
pięciolatkom, u których podejrzewa się wystąpienie zaburzeń 
afektywnych dwubiegunowych. Kiedy Nick był w tym wieku, 
było to nie do pomyślenia. 

Napisałam książkę o nim, o jego chorobie i jego życiu, o 

jego zwycięstwach i porażkach i o naszej ogromnej miłości do 
niego,  więc  nie  będę  tu  wdawała  się  w  szczegóły.  Odkąd 
zaczął  przyjmować  leki,  miał  całe  dwa  solidne  lata 
produktywnego,  normalnego  życia.  W  wieku  osiemnastu  lat, 
wciąż przyjmując właściwe leki, poczuł się na tyle dobrze, że 
uparł  się, by przestać  je  przyjmować. Ku mojemu wielkiemu 
zmartwieniu  i  przerażeniu,  kiedy  je  odstawił,  momentalnie 
jego stan się pogorszył i po zaledwie pięciu tygodniach podjął 
pierwszą  próbę  samobójczą,  która  omal  nie  zakończyła  się 
tragedią.  Jakimś  cudem  przeżył  i  choć  zapewniał  mnie,  że 
więcej  tego  nie  zrobi,  dziesięć  dni  później  ponownie  targnął 
się na swoje życie, lecz i tym razem go odratowano. W ciągu 
trzech  miesięcy  jeszcze  trzykrotnie  podejmował  próby 
samobójcze,  a  kiedy  ponownie  zaczął  brać  leki,  jego  stan 
rychło  się  poprawił,  ja  zaś  z  naiwnością  typową  dla 
kochających  rodziców  sądziłam,  że  kryzys  został  zażegnany 
Po  tych  trzech  próbach  samobójczych  wydawał  się 
szczęśliwszy,  zdrowszy,  bardziej  produktywny  i  sprawny  niż 
kiedykolwiek,  aż  pół  roku  po  trzeciej  próbie  dopadła  go 
gwałtowna depresja. Po raz kolejny targnął się na swoje życie 
jedenaście  miesięcy  po  pierwszej  próbie  i  zmarł,  mając 
dziewiętnaście lat. 

background image

To  był  tragiczny  czas  dla  mnie,  moich  pozostałych 

ośmiorga  dzieci  i  tych  wszystkich,  którzy  go  znali  i  kochali. 
Choć wszystkie moje dzieci są naprawdę cudowne i jestem im 
za  to  bezgranicznie  wdzięczna,  Nick  pozostawił  po  sobie 
ogromną  pustkę  w  naszym  życiu  i  zawsze  będzie  nam  go 
brakowało. Pierwsze miesiące po jego śmierci były, delikatnie 
mówiąc,  ponure.  Jak  wielu  pogrążonych  w  żałobie  rodziców 
miałam kłopot z życiem z dnia na dzień. 

Jakby tego było mało, co się niekiedy zdarza w trudnych 

chwilach, takich jak śmierć w rodzinie, moje względnie nowe 
małżeństwo  się  rozpadło,  być  może  pod  ciężarem  tego 
smutku,  a  ja  po  rozejściu  się  z  mężem  jeszcze  bardziej 
posmutniałam.  Wydawało  mi  się,  że  po  tragicznej  śmierci 
Nicka  i  rozpadzie  małżeństwa  moje  życie  straciło  sens.  A 
kiedy zaczęły się zbliżać święta Bożego Narodzenia, ogarnęła 
mnie czarna rozpacz. 

Przed laty moja najstarsza córka, wtenczas piętnastoletnia, 

uświadomiła  mi  coś  bardzo  ważnego.  Miała  poważny 
wypadek  na  motorowerze  na  naszym  podjeździe.  Uszkadziła 
sobie  wtedy  kolano,  w  wyniku  czego  doznała  wyjątkowo 
bolesnej 

dolegliwości 

zwanej 

odruchową 

dystrofią 

współczulną.  Z  powodu  poważnego  uszkodzenia  nerwu  w 
kolanie przez następnych siedem lat córka musiała poddać się 
kolejnym  operacjom  i  żmudnej  rehabilitacji,  na  przemian 
poruszając się na wózku albo o kulach. Dla każdego byłoby to 
wyzwanie  nie  lada,  a  co  dopiero  dla  nastolatki.  Była  bardzo 
dzielna. Aby za dużo nie myślała o swoich problemach, jeden 
z  jej  lekarzy  zasugerował,  że  powinna  popracować  trochę  z 
ludźmi  doświadczonymi  przez  los  o  wiele  bardziej  niż  ona. 
Wzięła  sobie  tę  radę  do  serca  i  niedługo  później  zgłosiła  się 
jako  wolontariuszka  na  dziecięcy  oddział  onkologiczny.  To, 
co  tam  zobaczyła,  nie  tylko  pozwoliło  jej  zapomnieć  o 
własnych  problemach,  lecz  również  pomogło  jej  odnaleźć 

background image

prawdziwą  pasję  i  powołanie  życiowe.  Pracowała  tam  jako 
wolontariuszka,  odnajdując  w  sobie  miłość  do  tych  małych 
pacjentów, i przez wiele lat uczestniczyła jako wolontariuszka 
w letnich obozach dla dzieci z chorobami nowotworowymi, a 
obecnie,  po  ukończeniu  studiów  i  zdobyciu  kilku  fakultetów, 
jest  terapeutką  i  pracownicą  społeczną  na  oddziale 
onkologicznym  dla  dzieci.  Nie  potrafię  wyobrazić  sobie 
bardziej  chwytającego  za  serce  zajęcia  i  podziwiam  ją  za  to, 
ona  po  prostu  kocha  swoją  pracę.  To  jej  prawdziwa  pasja.  I 
jestem  pewna,  że  na  początku,  kiedy  miała  piętnaście  lat,  to 
pomogło jej zapomnieć o nodze i dojmującym bólu, który bez 
przerwy odczuwała. 

W  tych  pierwszych  tygodniach  i  miesiącach  po  śmierci 

syna i po rozpadzie małżeństwa, usiłując nadać sens swojemu 
życiu  i  jakoś  przetrwać  te  trudne  chwile,  codziennie 
uczęszczałam do kościoła. Rozumiem, że to nie dla każdego, 
ale  mnie  akurat  pomagało  jakoś  żyć  z  dnia  na  dzień.  I  gdy 
pewnego  zimowego  wieczoru  przypomniałam  sobie,  co 
zrobiła moja córka, będąc jeszcze nastolatką, jak pospieszyła z 
pomocą  ludziom  znajdującym  się  w  znacznie  trudniejszej 
sytuacji  niż  ona  sama,  zaczęłam  modlić  się  o  to,  klęcząc  w 
mrocznym,  rozjaśnionym  jedynie  blaskiem  świec,  wnętrzu 
kościoła. Wtedy przy życiu trzymały mnie tylko moje dzieci i 
wiara. I tak, ukrywając twarz w dłoniach, modliłam się o coś, 
co  pomogłoby  mi  wytrwać  i  dało  w  życiu  nowy  cel,  bym 
mogła wspierać osoby doświadczone przez los dotkliwiej niż 
ja.  Odpowiedź  nadeszła  szybciej,  niż  się  spodziewałam,  była 
głośna  i  wyraźna,  choć  bynajmniej  nie  na  taką  odpowiedź 
czekałam.  Nie  wiem,  czy  podświadomie  chciałam  dostać 
konkretną  wskazówkę,  ale  na  pewno  nie  spodziewałam  się 
czegoś  takiego.  Nie  spodobała  mi  się  myśl,  która  wpadła  mi 
do  głowy  po  krótkiej  modlitwie  z  prośbą  o  wskazanie  mi 
kierunku  i  celu  w  życiu.  Odpowiedź  była  bardzo  prosta: 

background image

„Pomóż  bezdomnym",  a  ja pamiętam, że  pomyślałam wtedy: 
„O nie! Tylko nie to!!!... błagam!!!". 

Klęczałam jeszcze przez chwilę, po czym zapaliłam kilka 

świeczek, udając, że nie usłyszałam wyraźnie tego przekazu w 
swojej  głowie.  Może  coś  innego?  Jakiś  inny  projekt?  Dajmy 
na to, praca z dziećmi? Byłam w tym dobra, podobnie jak w 
wielu  innych,  schludnych  zajęciach.  Przez  całe  życie  byłam 
dość  bojaźliwa,  denerwowali  mnie  dziwni,  groźnie 
wyglądający  ludzie,  bałam  się,  kiedy  pijacy  albo  bezdomni 
podchodzili  do  mnie  na  ulicy.  Wolałam  nie  dostrzegać  tych 
ludzi,  nie  dopuścić  do  pojawienia  się  w  moim 
uporządkowanym, czystym życiu. 

Starałam  się  zawsze  utrzymywać  w  domu  nienaganny 

porządek,  a  moje  dzieci  były  zazwyczaj  dobrze  ubrane,  a 
przynajmniej czyste. Jednak ni stąd, ni zowąd zrozumiałam, że 
w moim życiu nie ma już ładu. 

Po śmierci syna i odejściu męża to życie było zdruzgotane, 

pogrążyło  się  w  chaosie.  Śmierć  Nicka  nieomal  mnie 
unicestwiła  i  przez  dobre  trzy  miesiące  po  tej  tragedii 
błąkałam się po domu w koszuli nocnej, zbyt roztrzęsiona, by 
się  ubrać,  i  rzadko  pamiętałam  o  tym,  by  się  uczesać. 
Wszystko się zmieniło. 

W  tych  wyjątkowo  ciężkich  chwilach  dzieci  były  wobec 

mnie  i  siebie  nawzajem  nadzwyczajne.  Przepełniały  nas 
uczucie solidarności i wola przetrwania emanujące od dzieci, 
które  przecież  były  wtedy  jeszcze  małe  (kiedy  odszedł  ich 
brat, pięcioro z nich, w wieku od dziewięciu do piętnastu lat, 
wciąż pozostawało w domu). To zbliżyło nas jeszcze bardziej, 
choć i tak byliśmy ze sobą blisko, nawet przed śmiercią Nicka, 
i  od  tej  pory  ta  więź  tylko  się  umocniła.  Pamiętam,  jak 
pewnego wieczoru, niedługo po tym, jak umarł, pomyślałam, 
gdy zebraliśmy się na kolację, że wyglądamy jak rozbitkowie 
z  Titanica  albo  innego  wraku,  skuleni  nad  talerzami, 

background image

zaniedbani,  milczący  lub  małomówni  w  poczuciu  wspólnej 
straty  Mimo  to  trzymaliśmy  się  razem,  pragnąc  przetrwać  te 
trudne  chwile  i  doczekać  dnia,  gdy  życie  będzie  mogło 
potoczyć  się  dalej.  To  był  powolny,  żmudny  proces,  z 
licznymi wybojami po drodze. 

W  tej  atmosferze  bezsensu  życia  i  ogólnej  rozpaczy 

przyszła do mnie ta wiadomość, którą usłyszałam w kościele. 
Pomóż bezdomnym. Nic z tego. Mowy nie ma. Opierałam się 
temu z całych sił. 

Nick  zawsze  był  szczególnie  wrażliwy  na  ciężki  los 

bezdomnych.  Kiedy  tylko  zobaczył  bezdomnego,  przerywał 
to, co akurat robił, szedł do najbliższej restauracji czy sklepu i 
kupował  mu  posiłek  oraz  „paczkę  fajek".  Wracał  z  tym 
podarunkiem  i  nigdy  nie  szczędził  na  to  czasu.  Odwiedzał 
schroniska,  a  jako  główny  wokalista  zaskakująco  popularnej 
kapeli,  kiedy  tylko  mógł,  występował  w  rodzinnych 
przytuliskach.  Wiedziałam  zatem,  że  pomoc  bezdomnym 
byłaby  dla  niego  jak  najbardziej  sensowna  i  znacząca,  i 
dlatego  tym  trudniej  było  mi  zignorować  ten  głos.  A  jednak 
pomysł ten wciąż mi się nie podobał. Ani trochę. 

Założyłam już fundację non profit imienia Nicka, która ma 

na  celu  wspomaganie  osób  chorych  psychicznie.  Ale  to  było 
coś innego. Nie chodziło o ludzi psychicznie chorych, lecz o 
bezdomnych. Ponieważ ten pomysł przyszedł mi do głowy w 
czasie  modlitwy,  przesłanie  miało  dla  mnie  szczególny 
wydźwięk i  trudno mi  je było  zignorować. Zbliżało się  Boże 
Narodzenie  i  poczułam,  jakbym  dostała  właśnie  zlecenie  „z 
góry".  Może  trudno  mi  było  to  zignorować,  ale  łatwo  z  tym 
polemizować. Bez względu na to, skąd pochodziło przesłanie, 
tego  wieczoru  spędziłam  w  kościele  jeszcze  kilka  minut  na 
klęczkach,  prowadząc  negocjacje.  Ależ  Boże...  może  jednak 
nie to... może coś innego? Nic z tego. Przesłanie wracało jak 
reklama podprogowa: Pomóż bezdomnym. Jeżeli to ci się nie 

background image

podoba, trudno. Pytałaś, komu masz pomóc. Powiedziałem ci. 
A teraz idź i zajmij się tym. Tyle. 

Chciałam robić wszystko, tylko nie to, ale ogarnęło mnie 

dziwne,  nieprzeparte  odczucie,  że  nie  mam  wyboru. 
Zapewniam  was  jednak,  że  nie  o  pomaganie  bezdomnym  mi 
chodziło.  Na  samą  myśl  o  tym  paraliżował  mnie  strach. 
Przerażała  mnie  świadomość,  że  miałabym  się  do  nich 
zbliżyć.  Podejrzewam,  że  nie  jest  to  niezwykła  reakcja,  gdyż 
większość z nas woli udawać, że bezdomni nie istnieją. Ludzie 
traktują  ich  jak  powietrze,  odwracają  wzrok  lub  zwyczajnie 
obchodzą  szerokim  łukiem.  I  z  pewnością  wolą  pozostawić 
rozwiązanie  tego  problemu  i  zajmowanie  się  bezdomnymi 
komuś  innemu.  Szczerze  mówiąc,  w  swojej  ignorancji  tego 
wieczoru  ja  również  podzielałam  te  odczucia.  Jednak  jako 
osoba  wierząca  uznałam,  że  powierzono  mi  misję.  I  słowo 
daję,  wcale  się  z  tego  nie  ucieszyłam.  Nie  było  jednak 
odwrotu,  nie  mogłam  udawać,  że  nie  usłyszałam  tego 
przekazu. Kiedy cichcem wychodziłam z kościoła, żałowałam, 
że w ogóle zapytałam. 

Rozmyślałam  o  przesłaniu,  które  usłyszałam,  kiedy 

wracałam  tego  wieczoru  do  domu,  myślałam  też  następnego 
dnia  i  następnego.  Jednak  wyraźny  przekaz  nie  znikał.  I 
ostatecznie powiedziałam: dobrze, Boże, już rozumiem, słyszę 
cię,  w  porządku,  zrobię  to.  Uważałam,  że  jeśli  zrobię  to  raz, 
będę  mieć  z  głowy  I  co  mi  tam,  raz  mogłam  to  zrobić.  No 
jasne.  Zastanowiłam  się,  jak  to  zorganizować.  Poprosiłam 
kogoś,  kto  dla  mnie  pracował,  żeby  wyszedł  ze  mną  tego 
wieczoru,  tuż  przed  świętami  Bożego  Narodzenia.  Kupiłam 
ciepłe  kurtki,  stertę  śpiworów,  trochę  wełnianych  skarpet  i 
rękawiczek.  Nie  pamiętałam  ile,  zapewne  po  czterdzieści, 
pięćdziesiąt  sztuk.  Wrzuciliśmy  to  wszystko  do  furgonetki  i 
wyruszyliśmy w mroźną noc. Muszę przyznać, że zgrzytałam 
zębami, ale czułam coś w rodzaju przypływu adrenaliny. Było 

background image

w  tym  nie  tyle  podniecenie,  ile  strach.  Nie  miałam  pojęcia, 
kogo  ani  co  napotkamy,  ani  czego  mogę  się  spodziewać,  i 
bardzo  chciałam  wypełnić  moją  misję,  odwalić  swoje,  aby 
mieć wreszcie spokój. W przesłaniu nie było mowy o tym, że 
mam to zrobić więcej niż raz. 

Przypomniałam  sobie  kilku  bezdomnych,  których 

widywałam  w  bramach  w  mojej  okolicy,  i  najpierw  właśnie 
tam  się  zatrzymaliśmy.  Zanim  wyruszyliśmy,  bezdomni  już 
rozłożyli  się  na  noc,  kryjąc  się  za  kawałkami  kartonowych 
pudeł  i  starając  się,  najlepiej  jak  umieli,  zapewnić  sobie 
odrobinę 

ciepła. 

Za 

każdym 

razem, 

kiedy 

się 

zatrzymywaliśmy, reakcją było zaskoczenie i natychmiastowa 
wdzięczność. Ich twarze nagle się rozpromieniały, gdy czyste, 
nowe, markowe śpiwory trafiały do ich rąk, gdy otrzymywali 
ciepłe kurtki i natychmiast je na siebie wkładali, podobnie jak 
rękawiczki, albo zdejmowali stare zniszczone buty, by nałożyć 
ciepłe skarpety I kiedy tak na nich patrzyłam, napotykałam ich 
spojrzenia i dotykałam ich dłoni, nie bałam się już, lecz byłam 
głęboko poruszona ich ciepłem i człowieczeństwem. Nagle się 
zawstydziłam,  że  przez  tyle  lat  żywiłam  wobec  nich 
jakiekolwiek uprzedzenia. Poza narodzinami moich dzieci był 
to  z  pewnością  jeden  z  najważniejszych  wieczorów  w  moim 
życiu. 

Zdążyłam  już  boleśnie  przekonać  się  o  tym,  że  bez 

względu  na  to,  jak  „komfortowo"  urządziliśmy  się  w  życiu, 
niezależnie  od  naszego  statusu  i  pozycji,  chociaż  wydaje  się 
nam,  że  jesteśmy  absolutnie  bezpieczni,  to  nieprawda. 
Znajdujemy  się  na  pierwszej  linii,  narażeni  na  burze  i 
zawirowania,  bez  względu  na  to,  co  osiągnęliśmy  i  kim 
jesteśmy.  Utraciłam  mego  ukochanego,  cudnego  synka,  a 
potem  męża,  którego  również  kochałam.  Na  własnej  skórze 
przekonałam się, że tragedia i rozczarowanie mogą dosięgnąć 
nas  w  każdej  chwili.  Moja  sytuacja  już  się  nie  pogarszała. 

background image

Ludziom  przydarzają  się  jednak  inne  rzeczy,  wyniszczające 
choroby,  tragedie,  całe  rodziny  giną  w  pożarach,  zarówno 
wśród bogatych, jak i ubogich. W wypadkach drogowych giną 
gimnazjaliści  i  licealiści  mający  kochające  rodziny,  a  ci 
ludzie,  którym  właśnie  rozdawałam  śpiwory,  skończyli  na 
ulicy.  Czy  zatem  ktokolwiek  z  nas  jest  bezpieczny?  Ani 
trochę.  Złe  rzeczy  przydarzają  się  dobrym  ludziom  każdego 
dnia. A słowa „Niechaj Bóg ma mnie w swojej opiece" nigdy 
nie wydawały mi się prawdziwsze niż tej nocy 

Kiedy zaczęliśmy rozdawać kurtki i śpiwory, nie mogłam 

przestać  myśleć  o  tym,  jak  dumny  byłby  ze  mnie  Nick.  Ja, 
która  tak  często  stałam  z  tyłu,  kiedy  podchodził  z  ciepłym 
posiłkiem  do  jakiegoś  bezdomnego,  i  wydymając  wargi, 
mówiłam, żeby go nie obejmował, bo może się czymś zarazić. 
Wybacz mi, Boże. Do jakże innego świata wkroczyłam owego 
wieczoru. 

Po  rozdaniu  zakupionych  rzeczy  ludziom  w  miejscach,  o 

których  wiedziałam,  zaczęliśmy  jeździć  po  mieście, 
przemieszczając  się  z  dzielnicy,  w  której  mieszkałam,  do 
innej,  mniej  znanej,  i  było  to  jak  przekroczenie  granicy  i 
wjazd  na  nieopisane  terytoria.  Ludzi,  których  szukałam, 
nietrudno  było  znaleźć.  Leżeli  w  bramach,  na  parkingach,  w 
ciemnych  zaułkach,  niekiedy  po  pięciu  czy  sześciu,  kiedy 
indziej dwójkami albo samotnie, zawsze zaskoczeni, nie mogli 
pojąć, co się właściwie dzieje. Dlaczego rozdajemy im rzeczy, 
których  rozpaczliwie  potrzebują,  i  nie  chcemy  niczego  w 
zamian?  O  co  w  tym  wszystkim  chodzi?  Nie  byliśmy 
przedstawicielami  żadnego  kościoła,  żadnej  organizacji, 
związku  wyznaniowego,  agencji  czy  przytuliska.  Niczego  od 
nich  nie  chcieliśmy.  Po  prostu  się  zatrzymywaliśmy, 
pytaliśmy,  czy  potrzebują  tego,  co  mamy  do  rozdania,  i 
okazywało  się,  że  tak.  Jedni  się  śmiali,  inni  płakali,  jeszcze 
inni  nas  obejmowali,  a  przed  odjazdem  wszyscy  mówili 

background image

zgodnie: „Dziękuję. Niech was Bóg błogosławi". Wszyscy co 
do  jednego.  Byłam  pod  wrażeniem  ich  życzliwości, 
przyzwoitości  i  dobrych  manier.  Nie  jestem  pewna,  czy 
wszyscy  moi  znajomi  byliby  tak  skłonni  do  podziękowań,  i 
nie przypominałam sobie, kiedy ostatni raz ktoś powiedział do 
mnie „Niech cię Bóg błogosławi", nawet w kościele. 

Raz czy dwa, kiedy odnajdywałam ich wzrok, szeptałam: 

„Odmów,  proszę,  modlitwę  za  chłopca  imieniem  Nick",  i 
czułam  się  skrępowana,  że  ich  w  ogóle  o  to  prosiłam,  ale 
słowa same wypływały z moich ust. Tak często ich dokarmiał 
i śpiewał dla nich w schroniskach, mogli więc teraz pomodlić 
się  za  niego.  Może  to  pomoże.  Odszedł  dokładnie  trzy 
miesiące temu. 

Nie  zadawałam  pytań  bezdomnym,  których  spotkałam 

tego wieczoru, ani tym, z którymi zetknęłam się w kolejnych 
latach.  Ludzie  zawsze  zastanawiają  się,  co  sprawiło,  że  ci 
nieszczęśnicy  znaleźli  się  na  ulicach.  Czy  to  był  pech,  złe 
zarządzanie środkami, alkohol, narkotyki, rozpad małżeństwa 
albo  choroba?  Wszystko  to  naraz?  Kiedy  jednak  się  z  nimi 
stykałam,  nie  znałam  odpowiedzi  na  te  pytania  i  czułam,  że 
nie mam prawa ich zadawać. Teraz mogę się różnych rzeczy 
domyślać,  a  niektórzy  z  bezdomnych  z  własnej  woli 
opowiedzieli mi swoje losy, ale ja nigdy ich o to nie pytałam. 
Ich  prywatność  to  ostatni  strzępek  godności,  jaki  im  jeszcze 
pozostał.  Nie  musieli  zdradzać  mi,  co  ich  spotkało,  by 
„zasłużyć" na to, co chciałam im dać. Prócz zapasów dawałam 
im  swoje  serce  oraz  szacunek.  Nie  oczekiwałam  niczego  w 
zamian, nawet opowieści o ich życiu, które należały tylko do 
nich.  Czy  tego  wieczoru  widzieliśmy  osoby  pod  wpływem 
alkoholu  i  narkotyków?  Kilka.  Czy  spotkaliśmy  osoby 
zdradzające  objawy  chorób  psychicznych? Tak,  nawet  sporo. 
Jednak  gdybym  miała  żyć  na  ulicy  w  zimie,  bez  nadziei  na 
zmianę warunków bytowania, nie wiem, czy nie sięgnęłabym 

background image

po narkotyki i alkohol, choć są to obce mi używki. Jednak w 
takiej sytuacji, w jakiej oni się znaleźli, kto wie, jak byśmy się 
zachowali.  Robimy,  co  możemy,  by  przetrwać.  Dla  osób 
chorych psychicznie, które powinny brać leki, na jakie ich nie 
stać i do których nie mają dostępu, alkohol i prochy stanowią 
jedyną  dostępną  formę  przytępienia  bólu  towarzyszącego  ich 
codziennemu życiu. 

Czy  czułam  się  zagrożona?  Nie.  Czy  nam  grożono  albo 

próbowano  stosować  wobec  nas  przemoc?  Nie.  Ci  ludzie, 
zziębnięci, rozdygotani, przemarznięci, byli przede wszystkim 
wdzięczni  i  życzliwi  nam.  Tego  pierwszego  wieczoru 
odwiedziliśmy  uboższe  rejony,  ale  nie  dotarliśmy  do 
naprawdę niebezpiecznych dzielnic, dokąd zapuszczaliśmy się 
później.  To  był  nasz  chrzest  bojowy  i  przeszedł  stosunkowo 
łagodnie.  Pracownik,  którego  zabrałam  ze  sobą,  był  pod 
równie  silnym  wrażeniem  jak  ja.  A  skoro  nie  mieliśmy 
pojęcia, co właściwie robimy i jak, nasza wyprawa była jedną 
wielką improwizacją. 

Z tyłu w furgonetce mieliśmy cały stos kurtek (w jednym 

rozmiarze, chyba L). Wszędzie walały się śpiwory i przez cały 
czas  szukaliśmy  odpowiednich  rękawiczek  albo  skarpet,  by 
wyjść  z  naręczem  rzeczy,  rozdać  potrzebującym  i  pojechać 
dalej. To nie była gładka operacja, raczej orka na ugorze, ale 
wkładaliśmy w to sporo serca. I w sumie uznaliśmy, że idzie 
nam  całkiem  nieźle.  To,  co  mieliśmy  do  rozdania,  w  ciągu 
godziny poznikało w kolejnych bramach i ciemnych zaułkach. 
Tych  ludzi  było  tak  wielu,  tylu  potrzebujących,  że 
moglibyśmy  w  jedną  noc  rozdać  setki  śpiworów  i  kurtek. 
Gdyby  było  nas  stać,  moglibyśmy  rozdać  ich  nawet  tysiąc. 
Rozdanie  czterdziestu  czy  pięćdziesięciu  kurtek  i  śpiworów 
było jak kropla w morzu potrzeb. Nigdy dotąd nie czułam się 
tak mała i nic nieznacząca. 

background image

Ciężko  było  stawić  czoło  tak  oczywistym  potrzebom, 

niedoli  i  poczuciu  bezradności.  To  rozdzierało  serce,  a  w 
każdym razie ja tak się czułam. Uważałam, że to Bóg kazał mi 
pomóc  bezdomnym.  Nie  powiedział,  ile  razy  mam  to  zrobić. 
Sądziłam, że raz wystarczy. Dlatego uważałam to za jedyne w 
swoim rodzaju nadzwyczajne doświadczenie i byłam zarazem 
poruszona i pełna euforii, kiedy wyskakiwaliśmy z furgonetki. 
Pod  wieloma  względami  była  to  dla  mnie  najlepsza  noc  od 
bardzo dawna, a z pewnością najbardziej produktywna. Jak się 
łatwo  domyślić,  przynajmniej  na  pewien  czas  to  przeżycie 
pomogło mi zapomnieć o wszystkich troskach. Ci ludzie byli 
bez  wątpienia  w  znacznie  gorszym  położeniu  niż  ja.  Dlatego 
ta misja, podjęta przeze mnie owej chłodnej, grudniowej nocy, 
okazała się sukcesem. 

Później  stwierdziłam  i  powtarzało  się  to  wielokrotnie  w 

późniejszych  latach,  że  Bóg  rzucił  nam  podkręconą  piłkę 
właśnie podczas naszego ostatniego postoju. Zawsze tak robi. 
I  zawsze  skutecznie.  W  drodze  powrotnej  do  mojego  domu 
zatrzymaliśmy  się  przed  bankiem.  Zobaczyliśmy  dwie  sterty 
„rzeczy", pudła, koc i coś, co wyglądało jak śmieci, dopóki nie 
uświadomiłam  sobie,  że  to  był  czyjś  dom  albo  „kojo",  jak  je 
nazywano na ulicy Jeden z mężczyzn, który dołączył do nas w 
tej pracy niedługo potem i jest jednym z założycieli „grupy", 
widywał  takie  koja  i  radośnie  wołał:  „Stolik  dla  dwojga!", 
żebyśmy  wiedzieli,  dla  ilu  osób  szykować  rzeczy.  Tak  czy 
owak  wiedzieliśmy,  że  zatrzymujemy  się  dla  dwóch  osób,  i 
jak  dotąd  wieczór  był  naprawdę  udany  Mieliśmy  poczucie 
dobrze  wypełnionego  obowiązku  i  choć  było  to  niezwykłe 
doświadczenie,  cieszyłam  się,  że  nie  będę  musiała  go 
powtarzać. 

Gdy zbliżyliśmy się do drzwi banku, które znajdowały się 

nieco  w  głębi,  ujrzeliśmy  tylko  jedną  osobę,  jeden  kształt 
pomiędzy  dwiema  stertami  „rzeczy".  Trudno  było  określić, 

background image

jakiej płci i w jakim wieku jest osoba leżąca na pojedynczym 
kartonie  i  nakryta  cienkim,  postrzępionym  kocem.  Na  skraju 
tej sterty rupieci dostrzegłam wózek inwalidzki i domyśliłam 
się,  że  spotkamy  starszego  mężczyznę  albo  starszą  kobietę. 
Zapytaliśmy  głośno,  czy  przydałby  się  śpiwór  albo  ciepła 
kurtka,  i  spod  koca  podniosła  się  młoda  kobieta,  po  czym 
spojrzała mi w oczy. Była piękna, miała buzię jak anioł, długie 
blond  włosy,  starannie  uczesane,  i  duże  niebieskie  oczy. 
Patrzyła  na  mnie,  odrobinę  wystraszona,  a  my  wyjaśniliśmy, 
że  mamy  do  rozdania  ciepłe  kurtki,  śpiwory,  rękawiczki  i 
skarpety.  Zostały  nam  już  tylko  dwa  komplety  i  nie 
zatrzymywaliśmy  się,  napotykając  po  drodze  większe  grupy, 
aby  nikogo  nie  zawieść  ani  nie wywołać  sprzeczki.  To  był  z 
całą pewnością nasz ostatni postój. 

 -  Rozdajecie  je  za  darmo?  -  spytała,  wyraźnie 

oszołomiona. 

Pokiwałam  głową  i  uśmiechnęłam  się,  gdy  jej  usta 

wygięły  się  w  podkówkę  i  wybuchnęła  płaczem.  Nie  była  w 
stanie  nic  powiedzieć,  siedziała  tylko  na  ulicy,  szlochając  i 
dygocząc z zimna. Podziękowała nam gorąco, kiedy trochę się 
uspokoiła.  Powiedziała,  że  jest  z  matką,  która  poszła  do 
pobliskiego McDonalda, by skorzystać z toalety, i zaraz wróci. 
Poszliśmy  do  furgonetki,  wzięliśmy  pozostałe  rzeczy  i 
żałowaliśmy,  że  nie  mamy  więcej.  Kiedy  wróciliśmy, 
dziewczyna  powiedziała,  że  ma  dwadzieścia  jeden  lat,  raka, 
właśnie  zaczęła  chemię  i  zaczyna  tracić  włosy.  Słuchałam  z 
zapartym  tchem.  Była  w  wieku  moich  starszych  dzieci.  Jak 
mogła  żyć  na  ulicy  przykryta  jednym  cienkim  kocem,  i  brać 
chemię?  Ona  wciąż  nam  dziękowała  i  płakała,  nie  mogąc 
uwierzyć,  że  mieliśmy  coś,  co  chcieliśmy  jej  dać;  niedługo 
potem  zjawiła  się  jej  matka  i  zaczęliśmy  rozmawiać  we 
czwórkę.  Kobiety  powiedziały,  że  bały  się  pójść  do 
schroniska,  bo  bywały  tam  wcześniej  krzywdzone  (gwałty, 

background image

rozboje  i  kradzieże  są  w  schroniskach  dla  bezdomnych 
codziennością).  Wolały  spróbować  żyć  na  ulicy,  gdzie  czuły 
się  bezpieczniejsze,  niż  ryzykować,  że  w  schronisku  padną 
ofiarą przemocy. Szybko włożyły kurtki, weszły do śpiworów 
i  po  dłuższej  pogawędce,  czując  się  kompletnie  bezradni, 
życzyliśmy  im  wszystkiego  dobrego.  Podziękowały  nam 
równie  szczerze  i  żarliwie  jak  wszyscy  inni,  po  czym 
odjechaliśmy.  Przez  całą  drogę  do  mego  domu  milczeliśmy. 
Żadne  z  nas  nie  odezwało  się  słowem.  Miałam  wciąż  przed 
oczami  to  wszystko,  co  zobaczyliśmy,  a  na  wspomnienie  tej 
pięknej,  bardzo  chorej  dziewczyny  serce  mi  się  krajało.  Nie 
dawało mi spokoju wspomnienie jej twarzy i wszystkiego, co 
powiedziała.  Jeszcze  wtedy  tego  nie  wiedziałam,  kiedy 
wysiadałam  z  furgonetki  pod  swoim  domem,  ale  ten  ostatni 
postój przesądził o wszystkim. Widok dwudziestojednoletniej 
chorej na raka dziewczyny rozdarł mi serce. Podkręcona piłka 
rzucona przez Boga trafiła mnie w dołek. I dałam się złapać na 
haczyk. 

background image

Rozdział 2 
Noc druga 
Następnego  wieczoru  po  naszej  jednorazowej  akcji 

niesienia  pomocy  bezdomnym  (co  to  za  pomoc?  raptem  parę 
kurtek  i  śpiworów,  toż  to  kropla  w  morzu  potrzeb)  miało 
odbyć  się  doroczne,  bożonarodzeniowe  przyjęcie,  które 
urządzałam od dwudziestu lat. Setka gości pod krawatem i w 
sukniach  wieczorowych,  znane  osobistości,  celebryci, 
burmistrz, gromadka polityków, członkini Kongresu, senator i 
kilku  sędziów.  Choć  moje  codzienne  życie  oscylowało 
pomiędzy  gabinetem  ortodonty,  stadionami  piłkarskimi  i 
parkingami, jak to życie matki dziewięciorga dzieci, przyjęcia 
urządzałam  zawsze  z  wielką  pompą  i  dawałam  z  siebie 
wszystko.  W  tym  roku  co  prawda  zastanawiałam  się  nad 
rezygnacją  z  przyjęcia,  uznałam  jednak,  że  byłoby  o  wiele 
bardziej  przygnębiające,  gdybyśmy  ja  i  moje  dzieci 
zdecydowali  się  na  siedzenie  w  ciemnym  domu  zamiast 
spotkać  się  z  przyjaciółmi,  zgodnie  z  rodzinną  tradycją. 
Dlatego  jak  co  roku  urządziłam  przyjęcie.  Włożyłam  długą 
suknię,  goście  mieli  na  sobie  eleganckie  stroje  i  drogie 
klejnoty.  Był  także  zespół  muzyczny.  Ludzie  tańczyli.  Bez 
wątpienia  impreza  była  cudowna,  choć  nie  bawiłam  się 
najlepiej, starałam się jednak tego nie okazywać. Prawda była 
i  jest  taka,  że  nawet  gdybym  włożyła  na  siebie  worek  po 
ziemniakach  i  posypała  głowę  popiołem,  nie  zmieniłoby  to 
losu  ludzi  na  ulicach.  Inne  rzeczy  mogą  to  zmienić,  ale  nie 
rezygnacja  z  mojej  dorocznej,  świątecznej  imprezy,  a  w 
każdym razie nie tego wieczoru. Dlatego przyjęcie się odbyło. 
Jednakże  po  tym,  co  zobaczyłam  poprzedniego  wieczoru, 
miałam  wrażenie,  jakbym  wychodziła  z  siebie.  Byłam 
zdenerwowana,  rozkojarzona,  udręczona  tym  wszystkim,  co 
ujrzeliśmy, a zwłaszcza wspomnieniem dziewczyny i jej matki 
podczas naszego ostatniego postoju. 

background image

Zostałam 

posadzona 

obok 

burmistrza 

jakby 

mimochodem  podjęłam  temat  stale  rosnącej  liczby 
bezdomnych  w  mieście.  Burmistrz  był  moim  dobrym 
przyjacielem i z niejakim rozdrażnieniem zaczął utyskiwać, że 
ludzie, którzy próbują pomagać bezdomnym, nie mają pojęcia, 
jak  się  do  tego  zabrać,  i  tylko  pogarszają  całą  sytuację.  Im 
więcej  się  daje  bezdomnym,  twierdził,  tym  bardziej  się 
zakotwiczają  i  pozostają  na  ulicach.  Ta  teoria  wydała  mi  się 
dziwna.  Dlaczego  ktoś  miałby  chcieć  pozostać  na  ulicy  w 
zamian  za  śpiwór  i  parę  ciepłych  skarpet?  Uznałam,  że  to 
bezsensowne  (i  dalej  tak  uważam,  choć  tego  wyjaśnienia 
często  używają  ci,  którzy  nie  robią  nic,  by  pomóc). 
Zmieniliśmy temat. Burmistrz i ja zatańczyliśmy raz czy dwa i 
w końcu wszyscy rozeszli się do domów. Ja wtedy niemal już 
wychodziłam z siebie. Wiedziałam dokładnie, co chcę zrobić. 
Miałam  tylko  nadzieję,  że  zdołam  je  odnaleźć  ponownie  w 
tym samym miejscu, pod bankiem. 

Pracownik, który pomagał mi poprzedniego wieczoru, tej 

nocy  także  pracował.  W  stroju  wieczorowym  wyglądał 
zupełnie inaczej niż dzień wcześniej. Ja miałam na sobie długą 
czarną  suknię.  Wyjawiłam  mu  swój  plan,  kiedy  tylko  goście 
wyszli, a jego oczy rozjarzyły się, gdy zgodził się towarzyszyć 
mi  w  krótkim  wypadzie  na  miasto.  Pobiegłam  na  górę, 
zrzuciłam  suknię  i  przebrałam  się  w  dżinsy,  botki,  wełnianą 
czapeczkę,  sweter  i  narciarską  kurtkę  puchową.  Pięć  minut 
później wyruszyliśmy w drogę furgonetką. Czułam się trochę 
jak Robin Hood, w jednej chwili tańczyłam z burmistrzem, a 
w  następnej  pędziłam  furgonetką  w  noc.  Jakież  było  moje 
rozczarowanie,  gdy  po  dotarciu  pod  bank  nie  zastaliśmy  tam 
kobiet, których szukaliśmy. Szlag. Choć pomysł wydawał się 
trafiony,  ponieśliśmy  porażkę.  Przez  następną  godzinę 
jeździliśmy po mieście. Nie chciałam wrócić do domu, dopóki 

background image

ich  nie  odnajdziemy  Nie  mogłam  znieść  myśli  o  chorej 
dziewczynie i jej matce pozostających na ulicach. 

Odnaleźliśmy  je  w  ciemnym  zakamarku  przy  pobliskim 

parkingu,  obudziłam  je  delikatnie.  Młodą,  chorą  na  raka 
dziewczynę  i  jej  matkę.  Naszą  uwagę  zwrócił  błysk  wózka 
inwalidzkiego.  Zaproponowaliśmy,  że  odwieziemy  je  do 
schroniska,  lecz  odmówiły,  a  ja  dałam  im  pieniądze,  by 
wystarczyło im na tygodniowy nocleg w hotelu. Powiedziały, 
że  znają  taki,  w  którym  mogłyby  się  zatrzymać.  Znów  był 
płacz,  uściski,  podziękowania  i  błogosławieństwa.  Podaliśmy 
im  numery  naszych  komórek  i  poprosiliśmy,  aby  dały  nam 
znać, jak sobie radzą. 

W  następnych  miesiącach  kilkakrotnie  odwiedzaliśmy  je 

na  ulicy,  rozmawialiśmy  z  nimi  przez  telefon,  dwukrotnie 
próbowaliśmy  umieścić  je  w  schronisku,  ale  nie  chciały  tam 
pozostać. Śledziliśmy ich losy przez blisko rok, może dłużej, 
nie  mogąc  zapewnić  długoterminowej  pomocy,  a  jedynie 
przekonanie,  że  komuś  na  nich  zależy.  Zawsze  wracały  na 
ulicę,  matka  była  niepokorna  i  nie  przestrzegała  zasad 
obowiązujących  w  schronisku.  W  końcu  dowiedzieliśmy  się, 
że  dziewczyna  zmarła.  Nie  udało  mi  się  później  odnaleźć  jej 
matki, zniknęła z  ulic. Nie  wiem, co się z  nią stało, ale to ta 
młoda  kobieta  z  piękną  twarzą  i  łagodnym  usposobieniem 
sprawiła,  że  tyle  lat  zajmowałam  się  ludźmi  żyjącymi  na 
ulicach.  Nigdy  jej  nie  zapomnę.  Od  tamtej  pory  było  wiele 
twarzy i wielu ludzi, którzy chwycili mnie za serce i zaprzątali 
mój  umysł,  ale  ta  dziewczyna  okazała  się  dla  mnie  kimś 
szczególnym.  Żałowałam  tylko,  że  nie  mogłam  uczynić  dla 
niej nic więcej. Przynajmniej miała świadomość, że komuś na 
niej  zależy  To  wszystko,  co  mogliśmy  jej  podarować.  I  tak 
długo  jak  mogliśmy,  próbowaliśmy  dać  jej  nadzieję.  Jednak 
ona i jej matka były podobne do wielu osób, które na ulicach 
czują się jak w domu pomimo złej pogody, złych ludzi i złych 

background image

czasów. Takim jak one osobom schroniska wydają się o wiele 
bardziej  niebezpieczne,  postrzegają  je  jako  miejsca,  gdzie 
króluje przemoc, przestępczość i rozmaite choroby. Na ulicach 
mają przyjaciół i czują się bezpiecznie. Dla niektórych powrót 
do  czterech  ścian  oznacza  samotność,  a  w  efekcie  depresję  i 
niekiedy targnięcie się na życie. Choć na ulicach zagrożenia są 
oczywiste,  dla  wielu  bezdomnych  to  środowisko  jest  jak 
najbardziej przyjazne i komfortowe. 

Po drugim spotkaniu z dziewczyną i jej matką poczułam, 

że  wypełniłam  swoją  misję  i  zrobiłam,  co  do  mnie  należało. 
Coś  jednak  zmieniło  się  w  moim  życiu  w  ciągu  tych  dwóch 
nocy, jakiś fragmencik mnie przemienił się i odmienił mnie na 
zawsze. Nie sposób wrócić po czymś takim do tego, co było. 
To  na  zawsze  zmienia  człowieka.  Gdy  poznasz  życie  na 
ulicach,  to  cię  odmienia.  Wtedy  jednak  jeszcze  tego  nie 
wiedziałam. 

Sądziłam,  że  będę  już  miała  święty  spokój.  Przesłanie, 

jakie  otrzymałam,  nie  nakazywało  mi  tego  kontynuować, 
miałam  to  zrobić  i  zrobiłam.  A  potem  wróciłam  do  moich 
codziennych  spraw  i  zwyczajnego  życia,  pracy  i  dzieci.  Nie 
zamierzałam  tego  powtarzać.  I  nagle  tydzień  później  znów 
mnie  trzepnęło.  To  było  tuż  przed  świętami.  Tym  razem 
usłyszałam, że mam „wrócić i zrobić to jeszcze raz". Cholera. 
Wahałam  się  krócej  niż  poprzednim  razem,  ale  muszę 
przyznać,  że  trochę  się  ociągałam.  W  końcu  jednak 
spasowałam. Dobra, dobra, zrobię to. Czasami Bóg bywa ciut 
natarczywy i kiedy trzeba, potrafi przykręcić śrubę. Zrobił to. 

Tym  razem  poprosiłam  dwóch  pracowników  i  dwoje 

moich  przyjaciół,  aby  do  mnie  dołączyli,  i  wypełniliśmy 
furgonetkę po brzegi. Tym razem mieliśmy po siedemdziesiąt 
pięć  sztuk  wszystkiego,  nawet  kurtki  były  w  dwóch 
rozmiarach (te mniejsze w sam raz dla kobiet), i wyruszyliśmy 
w  zimną,  deszczową  noc  na  ponowną  wyprawę  na  ulice 

background image

miasta.  Zastanawiałam  się,  czy  to  wystarczy  i  czy  robimy  to 
po raz ostatni. Nie miałam jednak co do tego pewności i chyba 
wcale tego nie chciałam. 

Para, która do nas dołączyła, idealnie się nadawała do tego 

rodzaju  misji.  Byli  moimi  przyjaciółmi  od  wielu  lat  i 
wielokrotnie  uczestniczyli  w  różnego  rodzaju  akcjach 
charytatywnych,  ostatnio  zajmowali  się  chorymi  na  AIDS, 
przynosząc im posiłki i pociechę duchową. Niedole ludzkiego 
losu  nie  były  im  obce  i  bardzo  się  zapalili  do  pomocy 
bezdomnym. Byli jedynymi ludźmi, którym zwierzyłam się z 
tego,  co  robiłam.  Od  samego  początku,  nie  wiem  nawet 
dlaczego, miałam silne przekonanie, że nie jest to coś, o czym 
chciałabym  mówić  albo  czym  chciałabym  dzielić  się  ze 
znajomymi. Zawsze przepełniało mnie silne przeświadczenie, 
że  dobre  uczynki  należy  spełniać  anonimowo  i  w  milczeniu. 
Gdy zaczynasz o nich trąbić, tracą na znaczeniu, podobnie jak 
wówczas,  gdy  spodziewasz  się  pochwał,  opowiadając  o  tym. 
Jedenaście lat trwało, zanim przerwałam milczenie, a zrobiłam 
to,  by  pomóc  tej  sprawie  i  tym  ludziom.  I  dlatego  muszę 
powiedzieć  głośno,  czego  doświadczyłam  i  czego  byłam 
świadkiem.  Tak  wiele  pozostaje  do  zrobienia,  a  nawet 
najdrobniejszy  wkład  z  naszej  strony  się  liczy.  Ubrania, 
posiłki, opieka medyczna, pomoc psychiatryczna, opatrywanie 
ran,  dowóz  do  ośrodków  medycznych,  koce,  życzliwa  dłoń. 
Nawet  niezrzeszeni  też  mogą  pomóc.  A  żeby  działania 
przynosiły efekty, potrzeba wkładu wielu ludzi. Ta książka to 
wołanie o pomoc. Tak niewielu z nas usiłuje dotrzeć do ludzi 
na  ulicach,  w  bezgłośnej,  niewidzialnej  wojnie,  gdzie  zbyt 
wielu  potraciło  życie,  a  przecież  tylu  można  było  ocalić, 
gdyby  tylko  ludzie  wiedzieli  albo  gdyby  im  zależało.  W 
każdym  mieście  przecież  działa  kilka  grup,  które  z 
poświęceniem  pomagają  bezdomnym,  wiele  z  nich  to 

background image

organizacje prywatne i zasilane z datków, podczas gdy miasto 
i władze robią w tej sprawie zdecydowanie za mało. 

John i Jane, para, która dołączyła do mnie tej drugiej nocy, 

to  ludzie  wielkiego  serca,  życzliwi,  niezłomni,  kreatywni  i 
obdarzeni  ogromną  siłą  ducha.  Jane,  artystka  o  niezwykłym 
talencie,  która  przez  wiele  lat  pracowała  w  handlu,  gorliwie 
zabrała  się  do  zamówienia  potrzebnych  rzeczy,  kiedy 
podzieliłam  się  z  nią  swoimi  planami.  John,  profesor  na 
uniwersytecie, jest oddany młodym, potrzebującym ludziom i 
zawsze chętny do pomocy 

Nawet podczas tej drugiej wyprawy sądziliśmy, że to tylko 

jednorazowy wypad. I szczerze mówiąc, nie mieliśmy pojęcia, 
co  właściwie  robimy.  Znów  wszędzie  walały  się  kurtki  (w 
dwóch  rozmiarach),  śpiwory  i  pudła  z  rękawiczkami  i 
skarpetami. Nasze serca były na właściwym miejscu i szeroko 
otwarte, ale nie mieliśmy pojęcia, kogo spotkamy ani z czym 
się zetkniemy. Nie wiedziałam jeszcze, jak wygląda struktura 
środowiska  bezdomnych,  czego  potrzebują  ci  ludzie. 
Wiedziałam tylko, że są zmarznięci, przemoknięci i wszystko, 
co możemy im dać, na pewno im się przyda. Domyślałam się, 
że  muszą  być  też  głodni,  ale  oferowanie  im  jedzenia,  poza 
śpiworami  i  ciepłymi  kurtkami,  wydawało  mi  się  nazbyt 
skomplikowane.  Dlatego  poprzestaliśmy  na  pierwotnej 
koncepcji,  rozdając  śpiwory,  kurtki,  skarpety  i  rękawice. 
Wydawało mi się, że to najlepsze, co możemy uczynić. 

My  sami  stanowiliśmy  ciekawą  mieszankę  ludzi  i  ras. 

Dwaj pracownicy, których ze sobą zabrałam, byli najbardziej 
zainteresowani  i  gorliwi.  Wtedy  jakoś  się  nad  tym  nie 
zastanawiałam,  ale  gdy  wracam  do  tego  myślami,  muszę 
przyznać,  że  stanowiliśmy  naprawdę  „politycznie  poprawną" 
gromadkę.  Czarnoskóry  Afrykanin,  Latynos,  Azjata  i  dwie 
białe.  Trzej  mężczyźni  i  dwie  kobiety.  Wyruszyliśmy,  pełni 
ekscytacji,  dyskutując  z  przejęciem  o  nadchodzącej  nocy 

background image

Znów  było  zimno  i  tym  razem  na  dodatek  lało  jak  z  cebra. 
Ubrana  w  kurtkę  przeciwdeszczową  -  sztormiak  z  kapturem, 
który  nosiłam,  pływając  na  łódce  -  musiałam  wyglądać  jak 
wielka,  żółta,  gumowa  kaczka  w  kombinezonie  i  kaloszach. 
Inni  też  byli  ubrani  podobnie,  ale  niezależnie  od  tego,  co 
mieliśmy  na  sobie,  po  drugim  czy  trzecim  postoju  byliśmy 
przemoknięci do suchej nitki. W zacinającym deszczu i silnym 
wietrze nie sposób było pozostać suchym. A skoro my, ciepło 
ubrani, byliśmy zziębnięci i przemoczeni, to co powiedzieć o 
ludziach, dla których się zatrzymywaliśmy? Niektórzy byli w 
samych  tylko  podkoszulkach,  przemokniętych  tak,  że  kleiły 
się  do  skóry,  mokrych  dżinsach  i  butach,  wielu  było  boso, 
wszyscy  wyraźnie  dygotali,  niektórzy  byli  chorzy,  mieli 
gorączkę  i  kasłali.  Nieliczni  mieli  kurtki i  musieli  patrzeć  na 
nas  jak  na  kosmitów,  zwłaszcza  na  mnie,  ubraną  w  ten 
kretyński żółty sztormiak. 

Dobry  humor  i  pogoda  ducha,  podobnie  jak  wymieniane 

po drodze żarty, zaczęły nas opuszczać w miarę upływu czasu. 
To,  co  ujrzeliśmy,  było  nie  do  zniesienia,  wydawało  się 
wyjątkowo  przygnębiające.  Ludzie,  dla  których  się 
zatrzymywaliśmy,  byli  zziębnięci,  żałośni  i  chorzy  Kobiety 
płakały,  mężczyźni  wyglądali  na  otępiałych.  Chcieliśmy  ich 
przytulić, a nie tylko dać im ciepłe kurtki. To, co mieliśmy do 
zaoferowania,  wydawało  się  niewystarczające,  a  ich  niedola 
niepojęta. Co gorsza, zbliżały się  święta Bożego Narodzenia. 
Ze  zrozumiałych  względów  święta  na  ulicach  nie  miały 
większego  znaczenia.  Nikt  nie  wspomniał  o  tym  przez  całą 
noc. 

Chciałabym,  żeby  te  noce  nie  były  tak  ponure, 

pragnęłabym  jakoś  poprawić  ogólny  nastrój,  ale  to  nie 
wchodziło  w  rachubę.  Na  początku  wieczoru  nastroje  były 
dość  luźne,  zapewne  z  powodu  zdenerwowania.  Opuściliśmy 
swoje  terytorium,  wkraczając  do  nieznanego  świata,  choć 

background image

znajdował  się  on  w  naszym  mieście,  a  czasami,  kiedy  się 
boisz,  łatwiej  o  rozbawienie  niż  przyznanie  się  do  smutku. 
Podczas  niemal  wszystkich  naszych  późniejszych  wypraw 
zabijaliśmy czas kiepskimi żartami i zabawnymi historyjkami 
(później ekipa zwykle dawała upust emocjom, kiedy sięgałam 
po  pudełko  z  pączkami,  i  zachowywała  się  jak  banda 
uczniaków).  W  miarę  jak  mijały  kolejne  godziny  nocy, 
stawało  się  to  coraz  mniej  zabawne.  Na  ulicach  nie  ma  się  z 
czego  śmiać.  To  wszystko  jest  takie  poruszające,  bolesne  i 
dotkliwe.  Jakby  przeciągano  cię  po  drucie  kolczastym,  do 
którego  przyczepiają  się  kawałki  ciebie,  by  na  zawsze 
pozostały na tych ulicach. 

Tej  nocy  stanęłam  nad  staruszkiem  śpiącym  na  schodach 

kościoła  w  strugach  deszczu  i  łagodnie  go  obudziłam. 
Trzymałam  kurtkę  w  nadziei,  że  będzie  na  niego  pasować,  a 
pod  pachą  miałam  zrolowany  śpiwór.  Kiedy  staruszek  się 
obudził,  spojrzał  na  mnie  spod  półprzymkniętych  powiek  i 
wyglądał  na  pijanego  (może  tylko  w  ten  sposób  potrafił  się 
ogrzać  albo  zapomnieć  o  sytuacji,  w  jakiej  się  znalazł). 
Zamrugał, ale nie potrafił zrozumieć, co widzi. 

 - Czy ja umarłem? - zapytał ze zdziwieniem w głosie. 
 -  Nie,  nie  -  zapewniłam  go  i  podałam  mu  to,  co 

przyniosłam dla niego. 

Wciąż  na  mnie  patrzył,  gdy  zbiegałam  po  schodach,  by 

dołączyć  do  pozostałych.  Podziękował  donośnie,  a  gdy  się 
odwróciłam,  by  na  niego  spojrzeć,  zobaczyłam,  że  wciąż 
kręcąc głową, okrywa się kurtką i rozkłada śpiwór. 

Nie  mieliśmy  wtedy  poczucia  „misji"  i  nie  sądzę,  by 

ktokolwiek  z  nas  mógł  to  w  ten  sposób  nazwać.  Tej  nocy 
zawitaliśmy  do  niektórych  mniej  przyjaznych  części  miasta, 
ale  nie  czuliśmy  się  zagrożeni.  Ludzie  byli  zbyt  zziębnięci, 
zbyt  przemoczeni  i  zbyt  przybici,  by  móc  nam  zagrozić. 
Później  nauczyliśmy  się,  że  choć  nieprzyjemne  również  dla 

background image

nas, 

te 

deszczowe, 

zimne 

noce 

były 

dla 

nas 

najbezpieczniejsze.  Kiedy  ludzie  są  zbyt  pochłonięci  kwestią 
własnego  przetrwania,  rzadko,  jeżeli  w  ogóle,  myślą  o 
krzywdzeniu  innych.  Niekiedy  w  cieplejsze,  spokojniejsze 
noce  na  ulicach  wyczuwa  się  niemal  namacalne  napięcie,  a 
niektórzy ludzie zdają się szukać zwady, wściekli na to, co ich 
spotkało, i w związku z tym my również jesteśmy narażeni na 
kłopoty. Dłuższe letnie dni bywały dla nas niebezpieczne, bo 
już  z  daleka  mogliśmy  zostać  zauważeni  przez  tych,  którzy 
żerowali  na  innych  lub  po  prostu  szukali  okazji,  żeby  się 
wyżyć.  Robiliśmy,  co  w  naszej  mocy,  działając  w  możliwie 
jak  najbezpieczniejszych  warunkach,  ale  pracowaliśmy  także 
w  ciemnościach  i  w  niepogodę.  Było  nam  ciężko,  podobnie 
jak im, lecz ekipa ponosiła mniejsze ryzyko. 

Jednak tamtej drugiej nocy nic nam nie groziło, po prostu 

napotykaliśmy  zziębniętych,  ciężko  doświadczonych  przez 
życie  ludzi.  Kurtki  i  śpiwory  pomogły,  ale  to  było  za  mało. 
Przy każdym postoju odkrywałam, że dajemy bezdomnym coś 
więcej aniżeli tylko suche, ciepłe rzeczy. Przekazywaliśmy im 
wiadomość, że ludzie, którzy ich nie znają i  niczego od nich 
nie  chcą,  przejmują  się  nimi  na  tyle,  by  wyruszyć  w  noc  i 
podzielić  się  potrzebnymi  rzeczami.  Może  z  równym 
powodzeniem  moglibyśmy  rozdawać  im  kartonowe  pudła, 
skrzynie po pomarańczach albo stare kalosze. Świadomość, że 
ktoś  zadawał  sobie  trud,  by  wyjechać  do  nich  w  taką  ulewę, 
była bardzo znacząca. Tej nocy rozdawaliśmy dar nadziei, co 
dla nas było równie istotne. Skoro ktoś ni stąd, ni zowąd, bez 
zapowiedzi,  bez  ważnego  motywu,  odwiedził  ich,  w  środku 
nocy, czemu to nie miałoby spotkać także nas, dając nam to, 
czego  potrzebujemy?  To  był  dar  nadziei,  jakiej  dotąd  nie 
znałam, i uświadomiłam sobie, że to, co się dzieje, jest ważne 
dla  nas  tak  samo  jak  dla  nich.  Któż  nie  potrzebuje  choćby 
odrobiny  nadziei  w  życiu,  świadomości,  że  coś  może  się 

background image

zmienić,  że  komuś  na  nas  zależy,  że  nie  tylko  złe  rzeczy 
spadają na nas niespodziewanie, ale że może nas też spotkać w 
życiu coś dobrego. 

Podczas jednego z ostatnich postojów potężny mężczyzna, 

którego  mogłabym  się  przestraszyć,  gdybym  była  sama  w 
ciemnej  uliczce, uśmiechnął  się do mnie szeroko. Spojrzał w 
niebo,  błyskając  promiennym  uśmiechem,  prezentując 
przepiękne  zęby,  zaśmiał  się  w  głos  i  zawołał:  „Dzięki  ci, 
Boże!".  Echo  jego  głosu  rozbrzmiało  aż  w  moim  sercu. 
Oczywiście nam też podziękował, z całego serca. 

Wszędzie,  dokąd  docieraliśmy,  ludzie  pytali  nas,  skąd 

jesteśmy, do jakiego kościoła, grupy czy organizacji należymy 
Odpowiedź  brzmiała  zawsze  -  do  żadnej,  jesteśmy  po  prostu 
grupą  przyjaciół,  która  chce  pomagać  potrzebującym.  Nie 
potrafiliśmy  powiedzieć  im  dlaczego,  sami  tego  nie 
wiedzieliśmy,  jeśli  nie  liczyć  przekazu,  jaki  usłyszałam  w 
kościele, a to nawet dla mnie brzmiało dość dziwnie. Nikomu 
o  tym  nie  powiedziałam.  Ludzie,  którym  rozdawaliśmy 
śpiwory  i  kurtki,  byli  zaskoczeni  i  zdziwieni,  ale  także 
wdzięczni i zadowoleni. 

Po  kilku  pierwszych  postojach  wśród  rzeczy,  które 

wieźliśmy  zrobił  się  nielichy  bałagan.  Wszędzie  walały  się 
skarpety  i  rękawiczki,  śpiwory  wypadały  z  furgonetki,  na 
szczęście  były  w  plastikowych  pokrowcach,  kurtki  zsuwały 
się ze stert, mieszając się ze sobą, bałagan był nie do opisania. 
Stale  pokrzykiwaliśmy  do  siebie  nawzajem:  skarpety  - 
potrzebuję  więcej  skarpet!  Nie  mogę  znaleźć  kurtki  w 
rozmiarze  L,  dajcie  mi  M  dla  jakiejś  rozdygotanej,  drobnej 
kobiety. To było prawdziwe wyzwanie, ale przyświecały nam 
dobre  intencje.  Nie  byliśmy  nieuporządkowani,  lecz  i  tak 
zrobił  się  nie  lada  chaos.  W  końcu  znajdowaliśmy  to,  czego 
szukaliśmy,  ale  uwijaliśmy  się  jak  w  ukropie  i  za  szybko 
zabrakło  nam  rzeczy.  Znów  byłam  skonsternowana,  że  tak 

background image

szybko  rozdaliśmy  swoje  zapasy,  bo  przecież  pozostało  tak 
wielu ludzi, którzy potrzebują wszystkiego. 

Tej  nocy  mieliśmy  dość  rzeczy  dla  siedemdziesięciu 

pięciu osób i rozdanie ich zajęło nam niespełna dwie godziny 
Nagle w furgonetce zrobiło się pusto, nie mieliśmy już kurtek, 
skarpet ani rękawiczek do rozdania. Zbyt szybko wszystkiego 
zabrakło.  Nie  znosiłam  tego  momentu,  kiedy  trzeba  było 
wracać do domu, starając się nie dostrzegać w bramach ludzi, 
którym  nie  byliśmy  w  stanie  pomóc.  To  było  przeraźliwie 
bolesne i niekiedy płakaliśmy, mijając ich. Wracając nocą do 
domu,  myślałam  nie  tylko  o  tych,  których  spotkaliśmy  i 
zaopatrzyliśmy,  lecz  z  bolącym  sercem  również  o  tych, 
którym  nie  pomogliśmy,  i  nieraz  poświęcałam  im  znacznie 
więcej  czasu.  Kropla  w  morzu  potrzeb.  Nasze  działania  były 
dosłownie kroplą w morzu potrzeb tych ludzi. 

To ciekawe, ale wbrew temu, czego można by oczekiwać, 

nikt nie prosił nas o pieniądze. Przez jedenaście lat na ulicach 
poproszono  mnie  o  pieniądze  tylko  raz,  konkretnie  o  dolara. 
Ludzie byli tak wdzięczni za to, co otrzymywali, i odnosili się 
do  nas  z  takim  szacunkiem,  że  chyba  przez  myśl  im  nie 
przeszło,  by  poprosić  o  coś  więcej.  Od  czasu  do  czasu 
proszono nas o papierosa, ale też nie za często. Ci ludzie byli 
bardzo poruszeni tym, co dostali, i niewypowiedzianie wręcz 
wdzięczni. Domyślam się, że moglibyśmy rozdawać im tylko 
skarpety  albo  rękawiczki,  a  i  tak  byliby  wdzięczni.  Nauczyli 
się  nie  oczekiwać  niczego  od  życia,  tak  wielu z  nich  straciło 
nadzieję,  że  wszelki  dar  jest  dla  nich  czymś  cudownym. 
Nauczyli  mnie  wiele  o  wdzięczności  za  to,  co  mamy  lub  co 
otrzymujemy, bez oczekiwania na coś więcej. 

Nasza  mała  ekipa  świetnie  się  tej  nocy  spisała.  Jane 

najlepiej  z  nas  wszystkich  ogarniała  to,  co  mieliśmy  w 
furgonetce  i  co  jeszcze  zostało,  w  miarę  jak  rozdawaliśmy 
poszczególne rzeczy na ulicach. Martwiliśmy się głównie tym, 

background image

że nie mamy dość rzeczy, aby starczyło dla wszystkich, i nie 
przystawaliśmy  przy  grupach,  które  były  zbyt  liczne.  Nie 
chcieliśmy  nikogo  rozczarować  ani  rozgniewać,  nie 
chcieliśmy ryzykować ich gniewu czy frustracji. Jane trzymała 
rękę  na  pulsie  i  wydawała  się  niezmordowana,  gdy 
wynajdywała  w  furgonetce  kolejne  potrzebne  rzeczy  John  z 
twarzą  przepełnioną  współczuciem  i  łagodnym  spojrzeniem 
nie  pozostawiał  najmniejszej  wątpliwości  co  do  tego,  jak 
bardzo nam zależy na tych ludziach. Zupełnie jakby przez całe 
życie  czekał,  by  móc  poznać  ich  wszystkich,  a  tamci 
reagowali  na  niego  natychmiast.  Tony  przemawiał  po 
hiszpańsku,  gdy  okazywało  się  to  konieczne,  i  z  niekłamaną 
radością  i  entuzjazmem  rozdawał  rzeczy,  które  mieliśmy  w 
furgonetce. Younes wiózł nas cierpliwie z jednego miejsca do 
drugiego,  a  jego  łagodność  i  gabaryty  budziły  respekt,  poza 
tym dbał również o nasze bezpieczeństwo podczas kolejnych 
postojów. Mój syn Nick też był z nami tej nocy, choć jedynie 
duchem.  Sporo  o  nim  myślałam  i  chciałam,  żeby  mógł 
uczestniczyć  w  tym  wszystkim  bardziej,  bo  przecież, 
pośrednio  się  do  tego  przyczynił.  W  ostatniej  chwili,  zanim 
wyruszyliśmy, założyłam jego zegarek. Widok zegarka Nicka 
na moim nadgarstku przynosił mi pocieszenie, jakby mój syn 
także  brał  czynny  udział  w  naszej  nocnej  wyprawie.  Zawsze 
nosiłam  jego  obrączkę.  I  od  tej  nocy,  wyjeżdżając  na  ulice, 
nosiłam  też  jego  zegarek.  W  ten  sposób  Nick  był  zawsze  z 
nami. 

Tak  czy  siak  to  była  dobra  noc,  choć  nieprzyjemna  i 

deszczowa.  Pewne  twarze  i  zdarzenia  zapisały  się  w  naszej 
pamięci  na  zawsze.  Z  tyłu  furgonetki  pozostał  nam  jeden 
zestaw  rzeczy,  ale  od  jakiegoś  czasu  nie  widzieliśmy 
samotnych  bezdomnych.  Szukaliśmy  tylko  jednego.  No  i 
właśnie  wtedy,  ma  się  rozumieć,  Bóg  znów  rzucił  nam 
podkręconą ostatnią  piłkę. Tak jak  spotkanie z  chorą na  raka 

background image

dziewczyną, ostatni postój niemal mnie powalił. Dostrzegłam 
tego mężczyznę kątem oka, prawie go minęliśmy. Siedział w 
bramie,  w  pobliskiej  uliczce,  samotna  postać,  kogoś  takiego 
właśnie  szukaliśmy  Krzyknęłam,  żeby  Younes  zatrzymał 
samochód  i  wysiedliśmy,  a  ja  podeszłam  do  tego  młodego 
mężczyzny.  Nie  wiem  dlaczego,  ale  wiedziałam,  że  miałam 
spotkać  tego  chłopaka,  i  nawet  teraz  łzy  napływają  mi  do 
oczu,  kiedy  o  nim  piszę.  Z  bliska  zobaczyłam,  jaki  jest 
młodziutki.  Miał  długie  blond  włosy,  delikatne  rysy  i  był 
przemoknięty  do  suchej  nitki.  Wyglądał  trochę  jak  Jezus. 
Twarz  miał  pokrytą  wrzodami,  a  ja  z  miejsca  pomyślałam  o 
AIDS,  ale  kiedy  tak  na  niego  patrzyłam,  wszystko  inne 
przestało  się  liczyć.  Mamrotał  coś  niezrozumiale,  a  jego 
niebieskie  oczy  zdawały  się  patrzeć  na  wskroś  mnie.  Mógł 
mieć  jakieś  dziewiętnaście,  dwadzieścia  lat,  był  w  wieku 
Nicka,  a  ja  pomyślałam,  że  jego  matka  umarłaby,  gdyby  go 
teraz zobaczyła. 

Był  zaledwie  chłopcem,  siedzącym  na  schodach, 

przemoczonym do suchej nitki, ubranym w koszulkę i dżinsy. 
Jedną nogę amputowano mu na wysokości kolana, a jego kule 
leżały  tuż  obok,  na  ulicy.  Podeszłam  do  niego  i  na  moment 
mnie  zamurowało,  nie  byłam  nawet  w  stanie  dać  mu  rzeczy 
które dla niego przyniosłam. Stałam tylko, a łzy spływały mi 
po policzkach, podczas gdy on bredził coś jak w malignie. W 
końcu powiedziałam, że mam dla niego ciepłą kurtkę i śpiwór. 
Pokiwał  głową. Zaproponowałam, że gdzieś go zabiorę,  a on 
zdecydowanie odmówił. Przez  chwilę zastanawiałam się, czy 
mój  umysł  wyprawia  ze  mną  dziwne  sztuczki.  Czy 
zobaczyłam to, by zrozumieć, jak bardzo jesteśmy potrzebni? 
A gdyby Nick nie miał przez całe życie tak troskliwej opieki i 
miłości, gdybym ja nie miała dość pieniędzy, by zadbać o jego 
leczenie, czy tak by właśnie skończył? Na ulicy, z jedną nogą, 
bredzący bez ładu i składu, przemoknięty? Ten chłopak był w 

background image

wieku  mojego  syna  i  wydawał  się  niezrównoważony 
psychicznie.  Starając  się  do  niego  dotrzeć  tej  nocy, 
wiedziałam, że robię to także dla jego matki. Czy gdyby to był 
Nick, jakaś kobieta zrobiłaby to dla mnie? Mogłam tylko mieć 
nadzieję, że tak. 

Zostawiłam  przyniesione  rzeczy  na  stopniu  obok  niego  i 

stałam tam jeszcze przez dłuższą chwilę, podczas gdy chłopak 
wpełzł  głębiej  w  bramę,  chroniąc  się  przed  deszczem,  i 
patrzyliśmy  na  siebie  nawzajem.  Powiedziałam:  „Niech  Bóg 
ma  cię  w  swojej  opiece",  bo  nie  wiedziałam,  co  innego 
mogłabym  powiedzieć,  i  zmusiłam  się,  aby  się  odwrócić  i 
odejść,  aby  pozostawić  go  tam  i  nie  spróbować  uściskać. 
Wciąż  płakałam,  gdy  wróciłam  do  furgonetki,  i  przez  całą 
drogę powrotną wszyscy milczeliśmy Było cicho jak makiem 
zasiał.  To  był  dzień  przed  Wigilią  i  wiedziałam,  że 
wspomnienie  o  tym  chłopcu  na  zawsze  pozostanie  w  moim 
sercu. W przeciwieństwie do innych, na których natykałam się 
w  kolejnych  latach,  kalekiego  chłopca  nigdy  więcej  nie 
spotkałam.  Trudno  uwierzyć,  że  jeszcze  żyje,  zważywszy  na 
to, w jakim był stanie tamtej nocy. Cieszyłam się, że Nicka to 
nie  spotkało,  i  uświadomiłam  sobie  jeszcze,  jacy  byliśmy 
szczęśliwi,  mając  go,  pomimo  tego,  co  go  koniec  końców 
spotkało.  Tamtej  nocy  przyjęłam  tamtego  chłopca  do  swego 
serca i pozostanie w nim już na zawsze. 

 

background image

Rozdział 3 
Ekipa 
Po  naszej  drugiej  nocy  na  ulicy  sądziłam,  że  wypełniłam 

swoją  misję.  W  kościele  otrzymałam  wiadomość,  postąpiłam 
zgodnie  z  instrukcją  i  wyruszyłam  na  ulice.  Dwukrotnie.  A 
nawet  trzykrotnie,  jeśli  liczyć  ten  raz,  kiedy  po  przyjęciu 
świątecznym  pojechałam,  by  odszukać  chorą  na  raka 
dziewczynę.  Ale  w  styczniu  wiedziałam  już,  że  to  nie  było 
jednorazowe ani nawet dwukrotne wydarzenie. Pozostawałam 
w  kontakcie  z  dziewczyną  chorą  na  raka.  Dzwoniła  do  mnie 
od  czasu  do  czasu,  by  powiedzieć,  co  u  niej  słychać.  To 
jedyna  osoba  z  ulicy,  której  dałam  swój  numer.  I  kilka  razy 
umieszczałam  ją  i  jej  matkę  w  schronisku  albo  w  hotelu. 
Nigdy nie zabawiły tam dłużej. 

Zapamiętałam 

niemal 

wszystkie 

twarze, 

które 

napotkaliśmy  do  tej  pory,  a  ja  uświadomiłam  sobie,  że 
potrzeby tych ludzi są tak wielkie, że nie mogę odwrócić  się 
do nich plecami. Zbyt wiele zobaczyłam, by udawać, że tego 
wszystkiego  nie  ma,  że  to  się  nie  dzieje  tuż  za  rogiem,  w 
moim mieście. 

Były  inne  rzeczy,  które  mogłam  zrobić,  jak  choćby 

działanie we właściwej organizacji. Wiedziałam o rodzinnym 
schronisku i wysyłałam tam prezenty na Boże Narodzenie. W 
San  Francisco  są  dwie  wyjątkowo  wydajne  jadłodajnie  dla 
bezdomnych.  Mogłam  przygotowywać  posiłki  albo  zmywać 
tace. Ale nawet bezdomni nie chcieliby zjeść tego, co upichcę. 
Oprócz  paru  wyjątków  (steki,  kurczak,  tacos  i  francuskie 
tosty)  mój  talent  kulinarny  jak  dotąd  się  nie  objawił,  choć 
potrafię  zrobić  kanapkę  z  masłem  orzechowym.  W  życiu  nie 
można  robić  wszystkiego  i  choć  lubię  gotować  dla  swojej 
rodziny,  nie  jest  to  dziedzina,  w  której  bryluję.  Na  szczęście 
miałam możliwość zatrudnienia osób, które dla nas gotowały, 
lecz  zawsze  dwa  razy  w  tygodniu  sama  przygotowywałam 

background image

posiłki dla dzieci (z czego były zapewne średnio zadowolone). 
Czasami  mi  pomagały,  dzięki  czemu  było  to  przyjemne 
rodzinne  doświadczenie.  Po  prostu  zawsze  nagradzaliśmy 
oklaskami tych, którzy brali w tym udział, nawet gdy chodziło 
tylko o rozpakowanie sera czy dołożenie sałaty. 

Uwielbialiśmy  zwłaszcza  niedzielne  wieczory  Kiedy 

jednak Nick przestał uczestniczyć w tych posiłkach, nie byłam 
w  stanie  dłużej  ich  przygotowywać  i  w  niedzielę  zwykle 
zamawialiśmy  pizzę  albo  coś  od  Chińczyka.  Nick  uwielbiał 
tacos. Minął cały rok, zanim znów byłam w stanie przyrządzać 
niedzielne  posiłki  już  bez  jego udziału.  A  kiedy  to  zrobiłam, 
wyznałam  swojemu  najstarszemu  synowi  Trevorowi,  że 
potrzebowałam  roku,  aby  się  przy  tym  nie  rozpłakać.  Trevor 
zaśmiał  się  i  z  przekąsem  stwierdził,  że  potrzebował 
dwudziestu lat, aby móc jeść moje posiłki, nie roniąc przy tym 
łez. I to tyle, jeśli chodzi o moją kuchnię. 

Tak  czy  owak,  nie  wiem  dlaczego,  ale  myśl  o  pracy  dla 

jakiejś  organizacji  już  istniejącej  i  pomagającej  bezdomnym 
nie  przypadła  mi  do  gustu.  Chciałam  kontynuować  to,  co 
zaczęliśmy I nawet jeśli było to czasami niepokojące, a nawet 
straszne, polubiłam pracę na ulicach. Lubiłam znajdować tych 
ludzi  tam,  gdzie  byli,  wypatrywać  ich  i  dawać  im  odzież 
bezpośrednio  do rąk. W ten sposób wiedziałam, co  dostają, i 
nie musiałam być uzależniona od innych w kwestii dystrybucji 
tego, co zakupiliśmy 

Miałam głębokie przekonanie, że ci, którzy są najbardziej 

potrzebujący  albo  przynajmniej  najgorzej  sobie  radzą,  nie 
potrafią  samodzielnie  dotrzeć  do  jadłodajni,  kościołów  czy 
schronisk.  Chciałam  pojechać  do  nich  i  odnaleźć  ich  tam, 
gdzie  się  znajdowali.  Wydawało  mi  się,  że  jeśli  tak  właśnie 
zamierzam 

postąpić, 

muszę 

odpowiednio 

wszystko 

przemyśleć i mieć uporządkowany plan. Pomówiłam o tym z 
Jane  i  postanowiłyśmy  zamówić  kurtki  w  trzech  rozmiarach 

background image

dla  mężczyzn,  średnie  (M),  duże  (L)  i  bardzo  duże  (XL),  bo 
zdawałyśmy 

sobie 

sprawę, 

że 

rzeczy, 

którymi 

dysponowaliśmy  do  tej  pory,  były  za  małe  dla  naprawdę 
postawnych  mężczyzn,  których  spotykaliśmy  na  ulicach,  a 
rozmiar  M  był  za  duży  dla  kobiet.  Na  ulicach  bezdomnych 
mężczyzn było co najmniej dziesięć razy więcej niż kobiet, ale 
kobiet  i  tak  było  sporo,  i  postanowiłyśmy  zakupić  dla  nich 
kurtki  w  dwóch  rozmiarach.  Zamówiłyśmy  też  skarpety  w 
dwóch  rozmiarach.  Prócz  rękawiczek  zamówiłyśmy  jeszcze 
wełniane  mitenki.  Nasze  zamówienie  się  rozrastało.  Na 
następną  wyprawę  musieliśmy  mieć  po  sto  sztuk  każdego 
produktu. 

Zrozumieliśmy przy tym, że potrzebujemy zespołu, jeżeli 

mamy  robić  to  regularnie.  Całonocne  wyprawy  furgonetką 
były  dla  naszej  piątki  bardzo  wyczerpujące,  no  i  musieliśmy 
również  zadbać  o  bezpieczeństwo.  Znałam  dobrze  dwóch 
policjantów  i  zadzwoniłam  do  nich,  by  zapytać,  czy 
pomogliby nam po służbie. Jedyny warunek z mojej strony był 
taki, że nie wolno im nikomu o tym mówić, co skądinąd im się 
spodobało. Nie byli pewni, jak policja zareagowałaby na fakt, 
że pomagają bezdomnym. Ze  swojej strony nalegałam też na 
anonimowość,  bo  sądziłam,  że  gdyby  ktoś  dowiedział  się  o 
naszej  działalności,  mogłoby  to  wywołać  niepotrzebne 
zamieszanie, albo, co gorsza, zwrócić uwagę mediów na moją 
osobę, a tego chciałam uniknąć. Pragnęłam działać incognito. 
Stanowiliśmy  zespół.  Nie  było  potrzeby,  aby  ktokolwiek  na 
ulicach  wiedział,  kim  jestem,  i  chciałam,  żeby  tak  pozostało. 
Uważałam,  że  anonimowość  zapewni  mi  bezpieczeństwo,  da 
nam  większą  swobodę,  a  nic  nie  budziło  we  mnie  większej 
odrazy niż myśl, że o tym wszystkim mogłaby się dowiedzieć 
prasa  i  paparazzi  podążaliby  za  nami  podczas  nocnych 
wypadów.  Wolałam,  żeby  nasza  działalność  pozostała 
tajemnicą.  I  była  nią  przez  jedenaście  lat,  kiedy  to  po  cichu 

background image

prowadziliśmy  naszą  małą  działalność.  Dopiero  teraz 
postanowiłam  ostatecznie  przekazać  to  przesłanie  innym  i 
robię  to  nie  bez  wahania,  uważam  jednak,  że  ludzie  powinni 
wiedzieć, co się dzieje o krok od ich domów, nieomal tuż pod 
ich  nosem,  we  wszystkich  miastach.  Nie  wolno  w 
nieskończoność odwracać wzroku i udawać, że to zjawisko nie 
istnieje. Pora uważniej przyjrzeć się  bezdomnym i  coś z  tym 
zrobić.  Dlatego  użyczyłam  bezdomnym  mojego  głosu  w 
nadziei,  że  zrobię  coś  więcej  oprócz  zaopatrywania  ich  w 
śpiwory i ciepłe kurtki. 

Randy i Bob, dwaj policjanci, z miejsca do nas dołączyli. 

Nie  wiedziałam,  jak  często  będziemy  wyruszać  na  nasze 
sekretne  misje,  byłam  jednak  pewna,  że  chcę  wyjechać  na 
ulice więcej niż raz i robić to w miarę regularnie. Ostatecznie 
ustaliliśmy, że będziemy wyruszać raz w miesiącu, tyle czasu 
zajmowało  nam  uzupełnienie  zapasów,  przygotowanie  i 
zebranie  rzeczy,  i  już  od  samego  początku  projekt  był  dość 
drogi.  Postanowiłam,  że  będę  to  finansować,  i  właśnie  tak 
pragnęłam  wydawać  swoje  pieniądze.  Nie  wspierałam  już 
Nicka  ani  dbającej  o  jego  bezpieczeństwo  gromadki 
pielęgniarek, lekarzy i psychiatrów, którzy się nim zajmowali. 
Mogłam  wydać  te  pieniądze  na  bezdomnych,  choć  z  czasem 
projekt  ten  stał  się  o  wiele  kosztowniejszy  niż  opieka  nad 
Nickiem.  Uznałam  jednak,  że  dysponuję  odpowiednimi 
środkami, i dzięki nim mogłam przez czas jakiś kontynuować 
swoją  działalność.  Nie  wiedziałam,  jak  długo  to  potrwa.  Za 
każdym  razem  było  to  dla  nas  nowe,  pouczające 
doświadczenie. I za każdym razem inne. 

Wszyscy  zauważyliśmy,  że  przy  każdej  wyprawie 

atmosfera danego wieczoru była niezwykła. Pogoda wpływała 
na  nastroje  osób,  z  którymi  się  stykaliśmy,  ale  poza  tym 
każdej z tych nocy panowała specyficzna atmosfera. Czasami 
było  bardziej  serio,  kiedy  indziej  ponuro,  innym  razem 

background image

konkretnie albo pojawiała się aura osobliwego napięcia, które 
nam wszystkim wydawało się złowrogie, zdarzało się jednak, 
że  napięcie  było  prawie  niewyczuwalne,  atmosfera  się 
rozluźniała i noc upływała względnie spokojnie. Zdarzały się 
wieczory, kiedy w ogóle nie odczuwaliśmy nic szczególnego. 
Kiedy  indziej  ogarniało  nas  przerażenie,  martwiliśmy  się  o 
swoje  bezpieczeństwo,  a  na  ulicach  wyczuwało  się  niemal 
namacalne napięcie. Nie sposób było tego przewidzieć, ale ta 
aura  zawsze  tam  była.  Atmosfera  na  ulicach  zdawała  się żyć 
własnym życiem. 

Ta nieprzewidywalna aura, którą wszyscy wyczuwaliśmy, 

stanowiła  jeszcze  jeden  powód, dla  którego  potrzebowaliśmy 
odpowiedniego zespołu. 

Poza  dwoma  pracownikami,  którzy  towarzyszyli  mi  od 

pierwszych  wypraw,  Tonym  i  Younesem,  oraz  dwoma 
policjantami,  których  dokooptowaliśmy,  jeszcze  dwóch 
pracowników  zapragnęło  do  nas  dołączyć.  Cody  i  Paul  byli 
pielęgniarzami  zajmującymi  się  Nickiem,  a  po  jego  śmierci 
pełnili  inne  obowiązki  w  moim  biurze.  Paul  pracował  w 
ochronie,  a  Cody  jako  mój  asystent,  pomagając  przy 
kierowaniu  fundacją,  którą  założyliśmy,  by  uczcić  pamięć 
Nicka.  To  z  powodu  Nicka  obaj  mężczyźni  postanowili 
zaangażować się w projekt pomocy bezdomnym. Choć nigdy 
nie powiedziałam tego głośno, obaj wyczuwali wyraźnie, że to 
wszystko było w jakiś sposób związane z Nickiem. John i Jane 
też  się  przyłączyli. W ten sposób nasza ekipa  rozrosła  się do 
dziewięciorga  osób,  a  znając  obecną  terminologię,  o  czym 
wcześniej  nie  miałam  pojęcia,  stanowiliśmy  „mobilną  grupę 
terenową" do wspierania bezdomnych na ulicach. Istnieją inne 
takie  grupy,  ale  żadna  nie  robiła  tego  samego  co  my. 
Praktycznie nie ma mowy o koordynacji działań czy łączności 
pomiędzy  grupami  wyruszającymi  na  ulice  i  zazwyczaj 
zespoły  te  nie  wiedzą  o  sobie  nawzajem.  Każda  grupa  robi 

background image

swoje  najlepiej  jak  potrafi.  W  przyszłości  koordynacja 
pomiędzy  tymi  grupami  byłaby  wielce  wskazana  i  mogłaby 
radykalnie zwiększyć skuteczność ich działania. 

Oto  jak  wyglądał  skład  naszego  pierwotnego  zespołu: 

Younes,  Tony,  Paul,  Cody,  Bob,  Randy,  Jane,  John  i  ja. 
Wydawało  się  nam,  że  to  sporo.  Później  dołączyło  do  nas 
jeszcze dwoje zaprzyjaźnionych policjantów po służbie, Jill i 
Joe.  A  o  wiele  później  i  tylko  kilkakrotnie  skorzystałam  z 
pomocy  moich  zaufanych  przyjaciół  i  zabrałam  ich  ze  sobą. 
Byli  wstrząśnięci  tym,  co  zobaczyli;  zmusiłam  ich  do 
zachowania  tajemnicy  na  temat  tego,  czym  wówczas 
zajmowałam się już regularnie. Tak więc na początku było nas 
dziewięcioro.  Okazało  się,  że  działając  w  dziewiątkę  i  mając 
rzeczy  dla  stu  osób,  potrzebujemy  więcej  niż  jednej 
furgonetki.  W  garażu  wciąż  stała  furgonetka  Nicka,  którą 
wyruszał  w  trasę  ze  swoją  kapelą.  Od  zewnątrz  i  od  środka 
była  pokryta  graffiti  i  nalepkami  z  logo  różnych  kapel,  z 
którymi  wspólnie  koncertowali  lub  wyjeżdżali  w  trasy  -  to 
było  typowe  dla  Nicka.  Spodobał  mi  się  pomysł 
wykorzystania jego furgonetki, bo przecież w ten sposób mógł 
jeszcze  bardziej  przyłożyć  się  do  mojej  działalności  na 
ulicach.  (No  i  z  powodów  czysto  sentymentalnych  wciąż 
nosiłam  na  ręku  jego  zegarek,  kiedy  wyruszałam  w  miasto. 
Może  to  głupie,  ale  zawsze  mnie  rozczulało,  kiedy 
sprawdzałam, która godzina). 

Byłam  wdzięczna,  że  jak  dotąd  nikt  nie  ucierpiał  (i  na 

szczęście nigdy do tego nie doszło). Zawsze upominaliśmy się 
nawzajem, że musimy zachować spokój, jeżeli ktoś w zespole 
zaczynał tracić czujność i stawał się nieostrożny Zabieranie na 
ulice  osób  niedoświadczonych  także  było  ryzykowne  i 
staraliśmy  się  tego  unikać.  Skoro  to  było  niebezpieczne  dla 
nich,  to  dla  nas  także.  Brak  czujności,  chwila  zawahania,  by 
spytać  „ale  dlaczego",  zamiast  zwiewać  jak  najszybciej,  gdy 

background image

było  to  konieczne,  mogły  stanowić  poważne  zagrożenie  dla 
nas wszystkich. 

Wśród  kilkorga  przyjaciół,  którzy  od  czasu  do  czasu  do 

nas  dołączali,  by  pomóc  przy  wyjmowaniu  rzeczy  z 
furgonetki,  był  mój  drogi  druh,  Michael,  osoba  wyjątkowo 
religijna. Podobnie jak Jane i John przez wiele lat pracował w 
hospicjum  z  chorymi  na  AIDS.  Po  pracy  z  nami  na  ulicach 
udał się na Bliski Wschód, a potem do Liberii jako misjonarz, 
a  obecnie  przebywa  w  Brazylii,  by  tam  pomagać 
potrzebującym.  Był  wspaniały,  pracując  na  ulicach,  często 
dołączał  do  naszej  ekipy  Prawdę  mówiąc,  nasze  działania 
przebiegały gładko, gdy było nas dwanaścioro - trzynaścioro. 
Łatwiej  nam  było  rozdzielić  zadania  i  czuliśmy  się 
bezpieczniejsi. Więcej ludzi to już było za dużo, zwykle więc 
nie  zabieraliśmy  więcej  niż  jednego,  dwóch  zaufanych 
pracowników. Jedenastoosobowy zespół z trudem dawał sobie 
radę.  Jednak  zabranie  niewłaściwego  pracownika  przynosiło 
więcej  złego  niż  dobrego.  Choć  nasze  poczynania  spotykały 
się  z  życzliwością  osób  pełnych  współczucia  dla  niedoli 
innych, ciężka praca fizyczna podczas rozładunku furgonetek, 
noszenie  rzeczy  i  stawianie  czoła  zagrożeniom  na  ulicach,  a 
także  praca  w  trudnych  warunkach,  nocą  i  w  niepogodę, 
wystraszyły  niejednego  chętnego,  tak  że  więcej  już  się  nie 
pojawił.  Nie  tego  się  spodziewali  i  zawsze  trudno  było 
przewidzieć,  co  może  się  wydarzyć,  albo  jak  przygotować 
kogoś  na  to,  co  go  czeka,  a  niektóre  noce  były  cięższe  od 
innych. Przywykliśmy do zagrożeń i traktowaliśmy je jako coś 
zwyczajnego,  jednak  dla  tych,  którzy  nie  mieli  z  nimi  dotąd 
styczności, mogło to być bardzo stresującym przeżyciem. Dla 
niektórych było to zdecydowanie za wiele. Inni jakoś sobie z 
tym poradzili, ale i tak nie chcieli ponownie do nas dołączyć. 
Rozumieliśmy  to  i  byliśmy  im  wdzięczni  za  pomoc,  choćby 
tylko jednorazową. 

background image

Kiedy  zaczęliśmy  pracować  na  ulicach,  korzystaliśmy  z 

dwóch  furgonetek,  a  w  końcu  dołączyliśmy  także  trzecią, 
furgonetkę  Nicka.  Widok  jego  pojazdu  zawsze  przepełniał 
mnie  przeświadczeniem,  że  Nick  jest  z  nami.  Trzecią 
furgonetkę  rozładowywaliśmy  zwykle  w  połowie  nocy  (co 
sprawiało,  że  my  do  tego  czasu  nie  mieliśmy  już  nic  do 
roboty,  a  reszta  z  powodów  bezpieczeństwa  musiała  się 
uwijać).  Ostatecznie  wyjeżdżaliśmy  na  ulice  czterema 
furgonetkami  pełnymi  rzeczy  i  opracowaliśmy  system  ich 
rozładunku. Użycie ciężarówek byłoby zbyt uciążliwe. Cztery 
furgonetki  pełne  rzeczy  to  było  wszystko,  na  co  mogliśmy 
sobie  pozwolić.  Gdyby  było  nas  na  to  stać,  zabieralibyśmy 
dwa razy tyle, bo potrzeby zawsze są olbrzymie. 

Gdy  nasz  zespół  zaczął  się  rozrastać,  zebraliśmy  grupę 

ochotników,  aby  sortowali  i  pakowali  rzeczy.  Zajmowało  to 
zwykle  dwa  -  trzy  weekendy,  a  Jane  nadzorowała  dostawy  i 
zawartość  zamówień.  Z  czasem  byliśmy  coraz  lepiej 
zorganizowani. 

Na  nasze  „misje"  wyjeżdżaliśmy  pełnymi  furgonetkami 

parę  minut  po  szóstej  wieczorem.  Uważaliśmy,  że  najlepiej 
prowadzić działalność nocami, bo za dnia bezdomni przenoszą 
się  z  miejsca  na  miejsce  ze  swoim  dobytkiem  w  starych 
wózkach  sklepowych.  Łatwiej  ich  odnaleźć,  kiedy  już 
zatrzymają  się  gdzieś  na  noc,  dlatego  wyruszaliśmy  po 
zmierzchu, kiedy my również nie rzucaliśmy się tak w oczy. A 
ja zawsze w duchu modliłam się, aby nikomu nic się nie stało. 
Pomimo  entuzjazmu  i  oddania  sprawie,  nawet  na  samym 
początku miałam świadomość, tak jak i my wszyscy, zagrożeń 
czyhających  na  nas  na  ulicach  i  ryzyka,  które 
podejmowaliśmy. Nie ustaliliśmy, jak poradzimy sobie z tymi 
zagrożeniami,  ale  dwie  rzeczy  dały  mi  złudne  poczucie 
bezpieczeństwa.  Jedną  była  świadomość,  że  ten  pomysł 
przyszedł mi do głowy w kościele, jak zatem coś mogłoby się 

background image

nam  przytrafić,  skoro  wyruszaliśmy,  by  wypełniać  dzieło 
boże?  Wspomniałam  kiedyś  o  tym  księdzu,  który 
odpowiedział,  że  kościół  nie  wynosi  na  ołtarze  głupców. 
Święta  racja.  Dopiero  po  jakimś  czasie  uświadomiłam  sobie, 
że  kościelna  proweniencja  pomysłu  nie  gwarantuje  nam 
bezpieczeństwa  podczas  działalności  na  ulicach.  Bynajmniej. 
Przez  te  wszystkie  lata  zdarzyło  się  kilka  niebezpiecznych 
incydentów.  Trzeba  zawsze  mieć  się  na  baczności,  być 
czujnym, bystrym, a niekiedy należy szybko brać nogi za pas. 

Drugą  rzeczą,  która  sprawiła,  że  czułam  się  względnie 

bezpiecznie,  była  obecność  dwóch  policjantów  w  naszej 
grupie.  Jednak  nawet  to  nie  gwarantowało  nam  absolutnego 
bezpieczeństwa, co uświadomiłam sobie później, gdy byliśmy 
rozproszeni i nieraz znajdowaliśmy się sam na sam z grupami 
bezdomnych,  w  niebezpiecznych  okolicach,  a  zła  przygoda 
może  wydarzyć  się  naprawdę  szybko.  Tak  więc  obecność 
dwóch  policjantów  bardzo  nam  pomogła.  Gdyby  nie  oni,  nie 
wiem,  czy  wytrwałabym  tak  długo.  Raczej  nie,  ci  dwaj 
stanowili  ważny  element  zespołu  i  dzięki  nim  wszyscy 
czuliśmy się bezpieczniejsi. Nigdy nie musieliśmy korzystać z 
ich  umiejętności  zawodowych,  ale  ich  świadomość, 
ostrożność,  instynkt  i  wiedza  objawiające  się  podczas 
rozwiązywania  niebezpiecznych  sytuacji  ocaliły  nas 
niejednokrotnie  i  pozwoliły  uniknąć  poważniejszych 
kłopotów. 

Wyruszając  na  kolejny  wypad,  przypominałam  sobie 

nieraz  film  widziany  w  dzieciństwie,  opowiadający  o 
toreadorach,  którzy  przed  wyjściem  na  arenę  zawsze  się 
modlili.  To  dziwne,  ale  czułam  się  podobnie,  nie  wiedząc,  z 
czym przyjdzie nam się zetknąć, modliłam się jednak, abyśmy 
wszyscy  wrócili  z  wyprawy  cali  i  zdrowi.  Udział  w  mszy 
świętej  przed  kolejnym  wyjazdem  na  ulice  stał  się  dla  mnie 
swego  rodzaju  rytuałem,  podobnie  jak  zapalenie  świeczek  za 

background image

wszystkich członków naszego zespołu. Nawet gdy czułam się 
swobodnie,  nigdy  nie  zapominałam  o  czyhających  na  nas 
niebezpieczeństwach  oraz  o  tym,  że  nad  nami  wszystkimi 
czuwa  opatrzność  boża,  i  mogłam  mieć  jedynie  nadzieję,  że 
wykonujemy Jego dzieło najlepiej jak możemy. 

Przed  wyruszeniem  nikt  z  nas  nie  miał  czasu,  aby  coś 

zjeść, więc ktoś pomyślał, żeby zabrać duże pudełko pączków, 
które z czasem stało się obiektem wielu żartów, ale właśnie te 
pączki pozwalały nam przetrwać noc. Później, próbując dodać 
naszym wyjazdom nieco luksusu, Bob zaczął zabierać pudełko 
rogalików  z  migdałami.  Te  dwie  rzeczy  stały  się  swoistą 
tradycją naszych wyjazdów. Na nieszczęście oba pudełka stały 
w  furgonetce  najbliżej  mnie  i  za  każdym  razem  zjadałam 
więcej  słodyczy,  niż  powinnam,  ale  efekt  był  taki,  jak 
powinien!  To  była  szalona  dieta  na  noce,  kiedy 
potrzebowaliśmy  sporo  energii,  ale  żadne  z  nas  nie  jadło 
podczas  tych  wypraw  nic  więcej,  no  może  poza  prażoną 
kukurydzą  przynoszoną  niekiedy  przez  Jill.  Zazwyczaj 
byliśmy  za  bardzo  podekscytowani  i  zbyt  napompowani 
adrenaliną,  abyśmy  mogli  cokolwiek  przełknąć.  Gdy  chciało 
się  nam  pić,  piliśmy  napoje  gazowane  lub  wodę  mineralną. 
Nigdy nie stawaliśmy na kawę, nawet gdy byliśmy zziębnięci. 
Nie  chcieliśmy  zwalniać,  zatrzymywać  się,  marnować  czasu. 
Mieliśmy ważniejsze sprawy 

Za  każdym  razem  kierowaliśmy  się  na  południe  dwiema 

furgonetkami jadącymi jedna za drugą, mijając niewielki park, 
gdzie  bezdomni  rozkładali  się  na  trawniku,  nawet  gdy  było 
zimno.  Nie  ma  tam  żadnego  schronienia,  ale  jest  sporo 
miejsca, a po drugiej stronie ulicy stoi kościół i przy wejściu 
koczuje  kilku  bezdomnych.  To  miejsce  tradycyjnie  stało  się 
pierwszym  przystankiem  na  naszej  trasie  i  zwykle  panował 
tam  spory  ruch.  Na  początku  rozdawaliśmy  rzeczy  luzem,  aż 
Jane  wszystko  to  uporządkowała,  rozkładając  poszczególne 

background image

produkty według rozmiarów do odpowiednich pudeł, dobrze i 
czytelnie  oznakowanych,  a  w  jednym  samochodzie  mieliśmy 
tylko  śpiwory  Gdy  dysponowaliśmy  kurtkami  męskimi  w 
trzech  rozmiarach  i  damskimi  w  dwóch,  pierwszym  moim 
pytaniem,  gdy  podchodziłam  do  ludzi  po  tym,  jak 
poinformowałam,  że  mamy  dla  nich  rzeczy,  było, 
przepraszam, nosi pan rozmiar L czy XL? Mężczyźni patrzyli 
na  mnie  jak  na  wariatkę,  a  zespół  ze  mnie  żartował.  (Teraz 
potrafię  na  oko  ocenić,  jaki  ktoś  nosi  rozmiar).  Było  sporo 
żarcików  o  modzie  zimowej  w  przeciwieństwie  do  mody 
wiosennej  i  o  tym,  czy  ktoś  będzie  chciał  później  dokonać 
jakichś przeróbek. To pomagało przetrwać początek wieczoru 
we względnie dobrych nastrojach i mogliśmy rozdać ludziom 
odzież tak, by faktycznie na nich pasowała. 

Mając  w  zespole  dwóch  gliniarzy,  byliśmy  na  tyle 

odważni, że tej nocy zapuściliśmy się w nieco mniej przyjazne 
rejony,  i  później  też  to  robiliśmy  Może  bezzasadnie,  ale 
czuliśmy się pewniej i chcieliśmy dotrzeć tam, gdzie byliśmy 
najbardziej  potrzebni.  Policjanci  sprawili,  że  nie  czuliśmy 
strachu,  wiedzieli,  co  trzeba  robić,  a  czego  należy  unikać. 
Ustaliliśmy  wstępnie  podstawowe  zasady  bezpieczeństwa  i 
granice  pomiędzy  dzielnicami.  W  mieście  było  tylu 
bezdomnych,  że  mieliśmy  z  czego  wybierać.  Postanowiliśmy 
unikać  Panhandle,  fragmentu  parku  niedaleko  słynnego 
niegdyś  Haight  Ashbury,  bo  zwykle  koczowało  tam  sporo 
przejezdnych  dzieciaków,  niemal  wszystkie  były  naćpane  po 
uszy,  a  ich  bezdomność  często  wiązała  się  z  nałogiem. 
Chcieliśmy  dotrzeć  do  tych  najbiedniejszych  bezdomnych, 
będących na samym dnie i niemających się gdzie podziać. (A 
nie do „śmietanki" z samej góry, jak mówi się  na niektórych 
bardziej zaradnych bezdomnych). 

Obawialiśmy  się,  że  dzieciaki  koczujące  w  parku  będą 

sprzedawać  otrzymane  od  nas  śpiwory,  by  w  ten  sposób 

background image

zarobić na narkotyki, a to byłoby sprzeczne z naszym celem. 
Poza  tym  niektóre  zakątki  parku  nasi  koledzy  policjanci 
uważali za zbyt niebezpieczne. Musielibyśmy przedzierać się 
przez  chaszcze  po  ciemku  i  mogliśmy  zostać  napadnięci.  Z 
tego  samego  powodu  zrezygnowaliśmy  z  wizyt  w  Hunter's 
Point,  gdzie  przemoc  na  ulicach  nie  miała  sobie  równych  i 
gdzie zbyt często dochodziło do strzelaniny - to miejsce było 
dla  nas  za  bardzo  niebezpieczne.  Wyeliminowaliśmy  jeszcze 
jeden  rejon,  gdzie  najczęściej  używaną  bronią  była  brudna 
strzykawka.  Policjanci  z  naszego  zespołu  stwierdzili,  że 
gdybyśmy  pracowali  w  Tenderloin,  najprawdopodobniej 
weszlibyśmy 

drogę 

handlarzom 

narkotyków 

przypłacilibyśmy  to  życiem.  Szósta  Ulica  była  mekką 
handlarzy narkotyków, miejscem, gdzie często dochodziło do 
strzelanin,  a  Bob  i  Randy  stwierdzili,  że  na  Szóstej  Ulicy 
prędzej  czy  później  ktoś  nas  kropnie,  więc  skreśliliśmy  to 
miejsce. 

Jednak  pomimo  tych  zdroworozsądkowych  ograniczeń 

pozostało nam całkiem sporo dzielnic miasta, głównie tych na 
południe od Market Street, gdzie mogliśmy napotkać mnóstwo 
bezdomnych.  To  był  ogromny  obszar,  a  te  wciąż  względnie 
niebezpieczne  miejsca  dawały  nam  zajęcie  na  całe  noce. 
Muszę przyznać, że od czasu do czasu zapuszczaliśmy się  w 
miejsca,  których  powinniśmy  unikać,  w  okolice,  które 
obiecaliśmy  omijać,  ale  staraliśmy  się  nie  przebywać  tam 
długo i zwijaliśmy się stamtąd możliwie jak najszybciej. Bob i 
Randy doradzali nam, żebyśmy wszędzie, dokąd się udajemy, 
robili swoje i jak najszybciej się stamtąd zabierali, nie dawali 
ludziom  za  dużo  czasu  do  namysłu,  aby  nie  mogli  nas 
zaatakować,  zwłaszcza  w  jakimś  niebezpiecznym  zakątku 
szczególnie  niebezpiecznej  dzielnicy  W  tych  bezpiecznych 
mogliśmy  zabawić  nieco  dłużej,  ale  też  nie  za  długo.  Tej 
procedury  staraliśmy  się  trzymać  i  zawsze  spełniać  swoje 

background image

zadanie, nawet gdy popełnialiśmy błędy i zapuszczaliśmy się 
tam,  gdzie  nie  powinniśmy.  Szybkie  i  sprawne  działanie  i 
pospieszne  przemieszczanie  się  z  miejsca  na  miejsce  za 
każdym  razem  zdawały  egzamin.  Nie  mieliśmy  potrzeby 
zatrzymywania się  gdziekolwiek na  dłużej, rozdawaliśmy, co 
mieliśmy,  i  odjeżdżaliśmy.  Nie  wpadaliśmy  na  plotki  czy  z 
wizytą towarzyską, lecz w konkretnym celu. 

Kolejne  ustalenia  zrobiliśmy  już  na  samym  początku,  a 

dotyczyły ewentualnej próby uprowadzenia furgonetki. Wielu 
ludzi żyjących na ulicach ma broń. Niektórzy mają broń palną, 
ale częściej trafiają się noże i groźba dźgnięcia nożem stała się 
dla  nas  sporym  zagrożeniem  w  pracy,  kiedy  byliśmy  w 
bliskim 

kontakcie 

bezdomnymi. 

Niejednokrotnie 

zapytywałam samą siebie, co właściwie robię. Jestem samotną 
matką  dziewięciorga  dzieci,  które  mnie  potrzebują. 
Ryzykowanie życia podczas pracy dla bezdomnych wydawało 
mi  się  niewłaściwe,  a  niekiedy  wręcz  głupie,  odczuwałam 
jednak  przemożną  chęć  kontynuowania  tego,  co  zaczęliśmy, 
podobnie  jak  reszta  naszej  ekipy.  Miałam  silne  poczucie 
odpowiedzialności  wobec  reszty  zespołu.  Martwiłam  się,  że 
ktoś  mógłby  ucierpieć,  i  wszyscy  patrzyliśmy  na  siebie 
nawzajem  czujnym  okiem.  Nie  zawsze  to  było  możliwe,  ale 
przynajmniej  się  staraliśmy.  Mimo  to  nieraz  byliśmy 
rozdzielani  albo  znajdowaliśmy  się  sam  na  sam  z  grupkami 
nierzadko  wrogo  do  nas  nastawionych  bezdomnych.  Jednak 
okazaliśmy  się  dość  rozsądni  i  w  dodatku  dopisało  nam 
szczęście, za co jestem naprawdę głęboko wdzięczna. 

Ustaliliśmy,  że  jeśli  ktoś  kiedykolwiek  nas  zaatakuje  i 

zechce  przejąć  furgonetki  albo  to,  co  w  nich  jest,  oddamy 
pojazdy i rzeczy bez słowa sprzeciwu. Nie ma sensu umierać 
za furgonetkę pełną śpiworów. Uzgodniliśmy między sobą, że 
jeśli coś takiego się zdarzy, oddamy kluczyki i samochód, nie 
stawiając  oporu  ani  o  nic  nie  pytając.  Na  szczęście  nigdy  do 

background image

niego  nie  doszło,  ale  przynajmniej  mieliśmy  jasno 
sprecyzowane  priorytety  i  plan,  na  wypadek  gdyby  sprawy 
przybrały niewłaściwy obrót. 

W ciągu lat próbowaliśmy podejmować różne inne środki 

bezpieczeństwa,  lecz  okazywały  się  mało  skuteczne.  Na 
przykład  po  kilku  latach  postanowiliśmy  nabyć  komplet 
krótkofalówek, gdyż często zdarzało się, że w trakcie pracy na 
ulicach  byliśmy  rozdzielani  i  odłączani  od  grupy  W 
furgonetkach  zawsze  zostawało  kilka  osób  rozdających 
rzeczy, większość jednak wychodziła w teren w poszukiwaniu 
bezdomnych,  aby  upewnić  się,  że  znajdziemy  wszystkich, 
którzy  tam  koczują,  w  bramach,  ciemnych  zaułkach  i  pod 
wiaduktami.  Komunikowanie  się  przez  radio  w  wypadku 
zagrożenia  albo  odniesienia  przez  kogoś  obrażeń  czy  choćby 
tylko  w  celu  poinformowania,  ilu  bezdomnych  koczuje  w 
zaułku,  mogło  nam  bardzo  pomóc,  zwiększyłoby  nasze 
bezpieczeństwo  i  wzmogłoby  naszą  efektywność.  Jednak  już 
za  pierwszym  razem,  kiedy  ludzie  z  ulicy  zobaczyli  nas  z 
krótkofalówkami,  rozpierzchli  się  jak  szczury,  bo  myśleli,  że 
jesteśmy  z  policji.  Tak  więc  krótkofalówek  używaliśmy  nie 
dłużej  niż  przez  godzinę,  a  może  nawet  krócej.  Kiepski 
pomysł.  Ostatecznie  dla  bezpieczeństwa  postawiliśmy  na 
gwizdki,  nosiliśmy  je  zawieszone  na  szyi,  aby  użyć  ich  w 
razie konieczności, i był to całkiem sensowny pomysł. Nigdy 
z  nich  nie  skorzystaliśmy.  Zespół  jednak  używał  ich  za 
każdym  razem,  kiedy  sięgałam  do  pudełka  z  pączkami.  To 
mnie  nie  powstrzymało.  Przy  każdym  wyjeździe  udawało  mi 
się  zjeść  dwa  - trzy  pączki.  Ignorowałam  gwizdki,  bo  pączki 
były  tego  warte!  No  i  byłam  głodna  po  tylu  nocnych 
postojach. Niech więc sobie gwiżdżą! 

Nowością wprowadzoną przez dwóch policjantów podczas 

ich pierwszej wyprawy było powitanie okrzykiem „Joł!". Nie 
wiem,  czy  to  żargon  gliniarski,  męski  czy  uliczny,  ale  kiedy 

background image

podchodziliśmy  do  ludzi,  witali  ich  głośnym  „Joł!".  Bardzo 
głośnym „Joł!". Staraliśmy się nie straszyć ludzi. Bezdomni są 
ostrożni,  często  przerażeni.  Żyją  w  sytuacji  zagrożenia,  a 
choroby psychiczne na ulicach to nic niezwykłego. Nie należy 
więc  podkradać  się  do  ludzi  po  cichu,  bo  można  wystraszyć 
ich  na  śmierć  albo  spowodować  niebezpieczną  reakcję. 
Dlatego  trzeba  głośno  zapowiedzieć  swoje  przybycie,  żeby 
bezdomni  mieli  czas  ocenić  sytuację,  poczuć  się  w  niej 
komfortowo,  zrozumieć,  po  co  przychodzisz,  i  móc 
powiedzieć,  że  nie  życzą  sobie  twojej  obecności,  jeśli  z 
jakichś powodów nie chcą, abyś się do nich zbliżał. Mają do 
tego  prawo.  A  „Joł!"  Randyego  i  Boba  spełniało  swoje 
zadanie.  To  było  dla  mnie  coś  nowego,  bo  mam  dość  cichy, 
piskliwy głosik, tak że nawet kiedy krzyczałam, ludzie pytali: 
co?  A  kiedy  mówię  normalnie,  nikt  mnie  nie  słyszy.  Jestem 
okropnie  nieśmiała  i  mówię  bardzo  cichym  głosem.  Moje 
pierwsze „Joł!" było wręcz żałosne, jak szept małego dziecka. 
Potrzebowałam  czasu,  by  moje  „Joł!"  stało  się  wyraziste. 
Teraz  przyznam  z  dumą,  że  moje  „Joł"  może  powalić  cię  na 
tyłek. 

Joł! To powitanie typowe dla ludzi z ulicy, używają go, by 

zwrócić  twoją  uwagę  i  zmusić,  żebyś  się  zatrzymał. 
Wracaliśmy  do  furgonetki  w  trakcie  naszej  trzeciej  nocy  po 
kolejnym  postoju,  kiedy  podbiegł  do  nas  mężczyzna,  chcąc 
zatrzymać nas, zanim odjedziemy Wołał w naszą stronę: „Joł, 
aniołki!". Zaczekaliśmy na niego, a ja byłam zaskoczona jego 
słowami.  Podziękował  nam  gorąco  za  to,  co  robimy,  i 
powiedział,  że  musimy  być  aniołami  przybywającymi,  by 
pomóc  innym.  Daliśmy  mu  to,  czego  potrzebował,  i 
odjechaliśmy, zabierając ze sobą w prezencie nową nazwę dla 
naszej grupy. Od tej pory nazywaliśmy nasz zespół terenowy 
„Joł,  aniołki!".  I  tak  samo  nazwaliśmy  fundację  założoną 
wiele  lat  później.  Aniołki  stały  się  naszym  podstawowym 

background image

symbolem. Jane dopilnowała,  aby pod lusterkiem wstecznym 
zawisła  przywieszka  z  hasłem:  „Chronieni  przez  aniołki", 
pojawiły się też liczne maskotki w kształcie aniołków. Liczne, 
dość  wulgarne  żarciki,  którymi  przerzucaliśmy  się  podczas 
postojów,  nie  kwalifikowały  nas  do  grona  aniołków,  ale 
pomagały  nam  zachować  dobry  humor,  no  i  spodobały  się 
nam aniołki jako logo zespołu. 

Tej  nocy  miało  miejsce  jeszcze  jedno  niezwykłe 

zdarzenie. 

Przejeżdżaliśmy 

powoli 

pod 

wiaduktem, 

wypatrując śpiących tam ludzi, było ich tam naprawdę wielu, 
gdy  nagle  na  jednej  z  kolumn  zobaczyliśmy  duży  rysunek 
wykonany  kredą.  Przystanęliśmy.  Rysunek  przedstawiał 
chłopca  i  był  wykonany  w  pastelowych  kolorach.  Chłopiec 
miał skrzydła. To był nasz aniołek. Zobaczyliśmy ten znak po 
tym,  jak  zasłużenie  lub  nie  określono  nas  aniołami.  Łzy 
napłynęły  mi  do  oczu,  bo  ten  chłopiec,  a  raczej  aniołek  ze 
skrzydłami, wyglądał jak mój syn Nick. To on był aniołkiem, 
który nam towarzyszył. John i Jane wrócili kilka dni później, 
żeby  go  sfotografować,  i  zrobili  z  tego  nadruk  na  bluzę,  w 
prezencie  dla  mnie.  To  szczególny  prezent  i  ma  dla  mnie 
wyjątkowe  znaczenie.  Był  idealnym  znakiem  na  pierwszą 
wspólną  noc  naszego  zespołu,  właśnie  tej  nocy  narodziła  się 
ekipa „Joł, aniołki". 

Tej  nocy  rozdawanie  rzeczy  poszło  nam  wyjątkowo 

gładko. Wyciąganie kompletów z furgonetki i pilnowanie, by 
każdy  potrzebujący  dostał  śpiwór,  kurtkę  w  odpowiednim 
rozmiarze, po parze skarpet i rękawiczek, nie było szczególnie 
skomplikowane.  Dorzuciliśmy  też  po  parze  wełnianych 
mitenek,  użytecznych,  gdy  noce  były  szczególnie  chłodne. 
Sama też je nosiłam. Czasami ludzie prosili o dodatkową parę 
skarpet  albo  kurtkę  dla  nieobecnego  męża  albo  dziewczyny, 
dawaliśmy  im,  czego  chcieli,  ale  dystrybucja  zapasów  z 
furgonetki  przypominała  oblężenie  sklepiku  w  dniu  wielkiej 

background image

wyprzedaży.  Szybko  robiliśmy  swoje,  a  Jane  starała  się,  by 
wszystko  przebiegało  w  sposób  zorganizowany  Zawsze 
pilnowała,  byśmy  nie  robili  zbędnego  bałaganu,  rozdając 
rzeczy  szybciej,  niż  to  było  konieczne,  a  bezdomni  czekali 
cierpliwie,  aż  przygotujemy  kolejne  naręcze  rzeczy,  które 
mieliśmy  im  przekazać.  Dla  nas  to  był  zaledwie  początek  i 
wciąż  jeszcze  musieliśmy  się  sporo  nauczyć  o  tym,  co  było 
potrzebne i co się sprawdzi. 

Przepełnieni nową euforią i pasją wjechaliśmy tej nocy w 

głąb  ciemnego  zaułka  i  zobaczyliśmy  dwie  lub  trzy  osoby 
śpiące  w  bramach  w  uliczce  na  południe  od  Market. 
Wyglądało  na  to,  że  powinno  pójść  gładko.  Problem  pojawił 
się,  kiedy  w  uliczkę  za  nami  wjechała  druga  furgonetka, 
uniemożliwiając  nam  wyjazd,  a  z  ciemnych  nor  i  bram 
wypełzło  jakichś  czterdziestu  młodych  ludzi,  choć  wcześniej 
ich  nie  zauważyliśmy.  Zrobił  się  spory  tłum,  a  co  gorsza,  te 
dzieciaki wydawały się mocno naćpane. Ten zaułek znajdował 
się  niebezpiecznie  blisko  bardzo  groźnej  Szóstej  Ulicy,  a 
wcześniej  uzgodniliśmy,  że  tego  miejsca  będziemy  unikać. 
Zaułek  nie  wyglądał  groźnie.  Okazało  się  jednak,  że  jest 
groźny  Nagle  zostaliśmy  otoczeni  przez  liczną  grupę 
agresywnych młodych ludzi, którzy zaczęli przekomarzać się 
z  nami  i  między  sobą,  my  zaś  ze  swojej  strony  obawialiśmy 
się, że nie mamy dość rzeczy, aby wystarczyło dla wszystkich, 
bo było ich ze trzy, cztery razy więcej niż nas. Przepychali się 
i  pokrzykiwali,  a  ktoś  z  nas  w  przypływie  zdenerwowania 
zamknął  furgonetkę,  zostawiając  kluczyki  w  środku,  i 
zostaliśmy  uwięzieni  poza  pojazdem,  na  ulicy,  pośród 
gromady naćpanych młodych ludzi. Oceniłam sytuację i choć 
jestem wierząca, wymamrotałam pod nosem: „O cholera!", co 
miało odnosić się do naszej niekomfortowej sytuacji. Szczerze 
mówiąc,  spodziewałam  się,  że  wszyscy  zostaniemy  tej  nocy 
zamordowani. 

background image

Wciąż  dysponowaliśmy  drugą  furgonetką i  mogliśmy  nią 

uciec,  ale  ta  pierwsza  stała  z  włączonym  silnikiem  i 
zamkniętymi drzwiami, tak że nie mogliśmy do niej wsiąść, i 
koniec końców cała nasza spanikowana piątka wgramoliła się 
do  drugiego  pojazdu,  co  było  wyjściem  awaryjnym.  Kilka 
sekund później Randy wydał z siebie tubalne „Joł", nakazując 
tamtym,  aby  ustawili  się  w  kolejce,  i  głośno  poinformował 
ich,  że  mamy  dość  rzeczy,  aby  wystarczyło  dla  wszystkich. 
Ku mojemu zdziwieniu, choć z pewnym ociąganiem, nawet ci 
z najbardziej mętnymi oczami i najbardziej agresywni ustawili 
się  w  kolejce.  Randy  wydawał  się  spokojny  i  panował  nad 
sytuacją.  Pozostali  nasi  ludzie  czujnie  śledzili  rozwój 
wydarzeń,  a  Jane  i  ja  zabrałyśmy  się  do  sortowania  kurtek, 
czapek  i  innych  rzeczy,  rozdając  je  w  ekspresowym  tempie. 
Tony  tymczasem  znalazł  w  swojej  furgonetce  zapasowe 
kluczyki  do  naszej  i  udało  się  nam  otworzyć  pojazd. 
Rozdaliśmy  tyle  rzeczy,  ile  było  trzeba,  mężczyźni,  których 
obdarowaliśmy,  uspokoili  się,  a  kilka  minut  później  druga 
furgonetka,  która  blokowała  wyjazd  pierwszej,  opuściła 
zaułek.  Jane  i  ja  dosłownie  wpadłyśmy  do  naszej  furgonetki 
przez  tylne  drzwi  i  wylądowałyśmy  na  stercie  śpiworów, 
wybuchając  nerwowym  śmiechem.  Po  chwili  drzwi  zostały 
zamknięte  i  odjechaliśmy.  Wszystko  dobre,  co  się  dobrze 
kończy, ale ta sytuacja była groźniejsza, niż moglibyśmy sobie 
tego  życzyć,  i  uzgodniliśmy,  że  od  tej  pory  nie  będziemy 
wjeżdżać w żadne ślepe uliczki czy ciemne zaułki i za każdym 
razem  dobrze  się  rozejrzymy,  zanim  wyskoczymy  z 
samochodu  na  ulicę.  To  nie  uchroniło  nas  przed  kilkoma 
groźniejszymi  incydentami  w  przyszłości,  ale  stopniowo 
zaczęliśmy uczyć się rzeczy, o których musieliśmy pamiętać, 
aby  nic  nam  się  nie  stało,  i  na  co  powinniśmy  zwracać 
szczególną  uwagę.  Pierwsza  wyprawa  dużego  zespołu  poszła 
nam całkiem nieźle, jeżeli nie liczyć kilku drobnych wpadek, 

background image

przy  czym  najpoważniejszą  z  nich  był  incydent  w  ślepej 
uliczce. Jane i ja wciąż śmiejemy się na wspomnienie tego, jak 
wpadłyśmy  tamtej  nocy  do  furgonetki.  Wyglądało,  jakbyśmy 
leciały,  ale  prawda  jest  taka,  że  tylko  szczęśliwym 
zrządzeniem losu zdołaliśmy wydostać się stamtąd cało. 

Tej  nocy  rozdaliśmy  sto  kompletów.  Znów  pojawiły  się 

rozczulające,  przejmujące  momenty,  a  ostatni  postój  sprawił, 
że  nam  wszystkim  krajało  się  serce.  Zawsze  tak  było. 
Wyjeżdżaliśmy  spod  mojego  domu  w  dobrych  nastrojach, 
pojadając  pączki  i  dowcipkując,  a  w  drodze  powrotnej 
byliśmy  pogrążeni  w  milczeniu,  rozmyślaliśmy  o  ludziach, 
których spotkaliśmy, o chwilach, które wspólnie dzieliliśmy i 
które na  zawsze miały pozostać w naszej pamięci. Tak jak ja 
kilka  tygodni  temu,  tak  cała  reszta  naszego  zespołu 
zrozumiała,  że  to,  co  ujrzeliśmy,  odmieniło  nasze  życie.  Jak 
mogłoby być inaczej? Musielibyśmy chyba być martwi, żeby 
nie chłonąć do swoich dusz tego wszystkiego, co widzieliśmy 
za każdym razem, kiedy wyruszaliśmy na ulice. 

background image

Rozdział 4 
Co robimy (albo czego nie robimy), by pomóc? 
Kiedy  rozpoczynałam  pracę  na  ulicach,  z  zaskoczeniem 

uświadomiłam  sobie,  jak  ogromna  jest  wrogość  naszego 
miasta wobec bezdomnych. Podejrzewam, że tak samo jest we 
wszystkich  miastach.  W  Beverly  Hills  nie  uświadczysz 
bezdomnego.  Co  się  z  nimi  dzieje?  Dokąd  ich  wywożą?  Co 
robią,  aby  się  ich  pozbyć?  W  Nowym  Jorku  aż  się  roi  od 
bezdomnych, choć miasto twierdzi, że poczyniło pewne kroki, 
aby  uporać  się  z  tym  problemem.  Czyżby?  Jak?  Dobrze 
poinformowane  źródła  donoszą,  że  jednym  ze  sposobów  na 
uporanie  się  z  problemem  bezdomnych  w  Nowym  Jorku  jest 
rozdawanie  im  biletów  na  autobus  do  New  Jersey.  W  San 
Francisco  także  istnieje  podobny  program  polegający  na 
rozdawaniu  im  biletów  na  autobusy  dalekobieżne. 
Dokądkolwiek.  Niech  się  wynoszą  z  naszego  miasta.  To  jak 
nowoczesna wersja gry w trzy kubki. Przekładasz kulkę gdzie 
indziej i tam ją ukrywasz. 

Władze  miejskie  uważają  bezdomnych  koczujących  na 

ulicach i w bramach za element psujący wizerunek ich miasta. 
Dlatego chcą pozbyć się tego problemu. Kupcy skarżą się, że 
bezdomni  źle  wpływają  na  ich  interesy.  We  wszystkich 
miastach funkcjonują programy, które mają na celu usunięcie 
bezdomnych z ulic, a przynajmniej tak się mówi. Prawda jest 
taka, że tylko ci najbardziej zaradni spośród bezdomnych są w 
stanie  uczestniczyć  w  tych  programach  i  potrafią  znaleźć  do 
nich  dostęp.  Kolejki  nie  mają  końca,  formularze  są 
niezrozumiałe,  trudno  sprostać  żądanym  wymaganiom,  brak 
też  odpowiednich  kwalifikacji.  Miesiącami  czeka  się  na 
opiekę  medyczną,  detoks  i  miejsce  w  przytulisku.  Niekiedy 
trzeba  czekać  aż  rok,  podczas  gdy  oczekujący  coraz  bardziej 
tracą  nadzieję,  podupadają  na  zdrowiu,  zapadają  na  różne 
choroby,  a  nawet  umierają.  Fundusze  są  obcinane  i 

background image

redukowane w zastraszającym tempie, niektóre programy zaś 
znikają  zupełnie,  podczas  gdy  potencjalni  klienci  czekają  na 
darmo na ich wdrożenie. 

Jednym  ze  sposobów  postępowania  z  bezdomnymi  jest 

„zdejmowanie śmietanki", czyli selekcjonowanie ludzi, którzy 
rokują  największe  nadzieje  i  są  najbardziej  zdatni.  Są  też 
jednak  ci  mniej  zdatni,  mniej  zaradni,  cierpiący  na  różne 
choroby,  w  tym  także  psychiczne,  kalecy  i  ułomni,  którzy 
trafili na samo dno tego systemu i którym nikt nie pomaga, bo 
tam, gdzie ugrzęźli, nie dociera żadna pomoc. Właśnie takich 
ludzi poszukiwałam podczas swoich nocnych wypraw. Ludzi, 
którzy  nie  byli  w  stanie  dotrzeć  do  darmowych  garkuchni  i 
którzy  często  z  uzasadnionych  powodów  obawiali  się 
schronisk albo byli zbyt zaburzeni, by ich tam wpuszczono, a 
sami  nie  potrafili  wypełnić  niezbędnych  formularzy,  by 
otrzymać  potrzebną  pomoc.  To  rzeczywiście  zapomniani 
ludzie ulicy i ci, którzy są w największej potrzebie. Jeżeli my 
do  nich  nie  dotrzemy,  to  kto  to  zrobi?  Nikt  albo  prawie  nikt. 
Nie wiem jak wy, ale ja nie cierpię wizyt w różnych urzędach, 
stanie  w  kolejce  w  sklepie  przyprawia  mnie  o  mdłości,  a  od 
samego patrzenia na sześciostronicowy formularz mózg mi się 
lasuje. Jak ktoś, kto znalazł się na samym dnie, ma otrzymać 
pomoc  od  systemu,  skoro  nawet  próba  dodzwonienia  się  do 
kogoś wtrąca w otchłań cyberpiekła? W dzisiejszych czasach 
dodzwonienie  się  do  lekarza,  firmy  ubezpieczeniowej,  na 
pocztę,  do  urzędu  paszportowego,  do  placówki  linii  lotniczej 
czy  choćby  do  lokalnej  informacji  staje  się  prawdziwym 
koszmarem. Jak ludzie, którzy są i tak roztrzęsieni i zagubieni, 
mają  sobie z  tym poradzić? Otóż  to - nie mogą. Poddają się. 
Co  gorsza,  agencje  i  ludzie,  którzy  powinni  im  pomóc,  są 
przepracowani, brakuje im wsparcia i również się poddają. 

Za  mało  jest  prawdziwych,  dostępnych  programów  dla 

bezdomnych  w  każdym  mieście.  Mówi  się,  że  Filadelfia 

background image

najlepiej  ze  wszystkich  miast  w  naszym  kraju  radzi  sobie  z 
tym  problemem.  Nie  wiem,  jak  naprawdę  tam  jest.  W  San 
Francisco,  gdzie  wszyscy  na  ulicach  zgodnie  przyznają,  że 
schroniska  są  wyjątkowo  niebezpieczne,  aby  w  ogóle  dostać 
się  do  środka,  musisz  być  na  miejscu  przed  osiemnastą,  a 
jednym 

z  kryteriów  przyjęcia  jest  „nieprzejawianie 

dziwacznych  zachowań".  Życie  na  ulicach  jest  z  definicji 
przejawem „dziwacznego zachowania". A ilu z nas przejawia 
zachowania,  które  można  by  uznać  za  dziwne?  Niektórzy  z 
moich  znajomych  bywają  chimeryczni  i  miewają  napady 
złości,  a  zatem  na  pewno  nie  wpuszczono  by  ich  do 
schroniska. Wielu moich przyjaciół nie słynie z punktualności. 
Sama też miewam z tym problemy. Nie wszyscy, którzy chcą 
znaleźć  się  w  schronisku,  są  w  stanie  dotrzeć  na  miejsce 
punktualnie  na  osiemnastą  albo  wcześniej,  by  ustawić  się  w 
kolejce. Jak możemy ułatwić tym ludziom życie? Albo raczej 
jak  im  je  utrudniamy?  Czy  naprawdę  im  pomagamy?  Czy 
musimy  jeszcze  bardziej  komplikować  im  życie,  zważywszy 
na i tak już trudną sytuację, w jakiej się znaleźli? 

Jak  zauważyłam,  bezdomni  są  najczęściej  nękani  przez 

system. Kiedy zaczęłam pracować na ulicach, niejednokrotnie 
słyszałam niepokojący akronim WSE Nie miałam pojęcia, co 
oznacza. Równie dobrze mógł być odpowiednikiem KGB. Co 
to  za  agencja,  która  wzbudza  na  ulicach  taką  zgrozę? 
Niebawem  dowiedziałam  się,  że  ten  skrót  oznacza  Wydział 
Spraw Publicznych. Teoria jest taka, że skoro ci ludzie uparli 
się, że chcą żyć na ulicach, to musimy ich tylko umyć, ubrać i 
nauczyć  paru  rzeczy  Przyznam  szczerze,  że  to,  co  posiadają 
bezdomni, wygląda jak sterta śmieci. Ale dodam przy tym, że 
miałam  dzieci  i  mężczyzn,  więc  wiem,  że  sterty  w  ich 
pokojach  wyglądały  podobnie.  Jak  masz  zadbać  o  porządek, 
gdy  mieszkasz  w  kartonie,  a  wszystko,  co  posiadasz,  mieści 
się  w  starym,  zdezelowanym  wózku  sklepowym?  Wydział 

background image

Spraw  Publicznych  rozwiązuje  ten  problem.  Zjawiają  się  z 
wielką  śmieciarką  i  kiedy  bezdomni  oddalą  się  na  chwilę, 
choćby  do  publicznej  toalety  albo  żeby  wyżebrać  coś  do 
jedzenia, szukają dla siebie jakiejś pracy lub po prostu próbują 
się zdrzemnąć, śmieciarka WSP zabiera cały ich dobytek i w 
ten  sposób  sprząta  ich  „bałagan".  I  nagle  bezdomny  nie  ma 
gdzie spać, nie ma co na siebie włożyć, traci też resztki tego, 
co  -  oczywiście  w  wielkim  cudzysłowie  -  „posiadał".  Kiedy 
śmieciarka  z  WSP  zrobi  swoje,  bezdomnym  nie  zostaje  nic 
prócz  ciuchów,  które  mają  na  sobie,  i  tanich  gumowych 
klapek  znalezionych  w  jakimś  śmietniku.  WSP  wyjeżdża  w 
teren,  by  niszczyć  obozowiska  bezdomnych,  likwidować  ich 
koja i usuwać wszystkie śmieci, czyli to, co bezdomni zdołali 
zgromadzić. Jedna z teorii głosi, że jak bezdomny nie będzie 
miał  nic, aby móc  przetrwać,  będzie  zmuszony zejść z  ulicy. 
To tak nie działa. Ci ludzie nie mają dokąd pójść. Niektórzy z 
nich  są  zbyt  chorzy  na  ciele  i  umyśle,  aby  móc  robić  coś 
więcej  poza  tym,  co  robią,  i  zamiast  pomóc  im  dostać  się  w 
bezpieczne  miejsce  albo  w  jakiś  sposób  ich  wesprzeć,  WSP 
odbiera  im  wszystko,  co  mają,  pozostawiając  ich  jeszcze 
bardziej  bezradnych,  bezbronnych  i  źle  wyposażonych  do 
przetrwania  niż  do  tej  pory  Dla  mnie  to  jawny  przykład 
nękania.  Musimy  robić  coś  innego  niż  tylko  przyjeżdżać  i 
wywozić  śmieciarkami  cały  ich  dobytek,  pozostawiając  tych 
nieszczęśników  szlochających  na  ulicy  Niewiele  widziałam 
przykładów  równie  bezlitosnych,  okrutnych  zachowań  niż  ta 
właśnie  taktyka  postępowania  pozostawiająca  ludzi  jeszcze 
bardziej  zdruzgotanych,  upokorzonych  i  zrozpaczonych, 
odartych  z  resztek  tego,  co  mieli,  i  tym  samym  jeszcze 
boleśniej  doświadczonych  przez  życie.  Jak  okrutne  musi  być 
miasto? 

Kilka  lat  temu,  kiedy  w  San  Francisco  budowano  nowy 

stadion  i  nie  był  jeszcze  ukończony,  nieopodal,  na  wolnej 

background image

parceli, koczowali bezdomni. W szczytowym okresie musiało 
tam  żyć  około  dwustu  osób,  w  namiotach,  kartonach, 
śpiworach  i  skleconych  samodzielnie  szałasach.  Takie 
obozowiska  mają  swoje  dobre  strony,  zapewniają  swoistą 
ochronę  tym  bardziej  bezbronnym  spośród  bezdomnych. 
Zazwyczaj  w  grupie  siła,  choć  nie  zawsze  tak  bywa. 
Patrzyłam, jak to obozowisko powstaje i rozrasta się w miarę 
upływu  czasu.  Było  jak  małe  miasto  i  działało  w 
uporządkowany  sposób.  Aż  tu  nagle,  któregoś  dnia,  kiedy 
przyjechaliśmy  tam  furgonetkami,  ujrzeliśmy  pobojowisko, 
jakby  przeszedł  tamtędy  huragan.  Nie  zostało  nic  prócz 
pogruchotanych  resztek,  zmiażdżonych  pod  kołami  wielkich 
ciężarówek.  Ciężkie  pojazdy  WSP  zniszczyły  wcześniej  tego 
dnia  całe  obozowisko,  zabierając  dobytek  bezdomnym  i 
rozwalając  to,  co  pozostało.  Gdy  dotarliśmy  na  miejsce, 
zastaliśmy  dziesiątki  pochlipujących  ludzi  pogrążonych  w 
szoku,  bo  nagle  zostali  z  niczym.  To  była  scena  jak  po 
trzęsieniu  ziemi.  Nie  mieli  czasu,  by  ocalić  to,  czego 
potrzebowali  lub  co  było  dla  nich  ważne.  Obóz  zrównano  z 
ziemią,  zniszczono,  usunięto,  podobnie  jak  cały  dobytek 
bezdomnych. 

Jak  miasto  może  mówić  o  rozwiązywaniu  problemu 

bezdomnych,  skoro  traktuje  ich  w  tak  nieludzki  sposób?  Nie 
potrafię  zliczyć,  ile  razy  napotykaliśmy  na  swojej  drodze 
zdruzgotanych  ludzi,  szlochających,  że  WSP  odebrał  im 
wszystko,  co  mieli.  Za  każdym  razem,  kiedy  to  słyszałam, 
wszystko  wywracało  mi  się  w  żołądku.  Patrzyłam  na  ich 
twarze  i  w  ich  oczy,  widziałam  łzy  spływające  po  ich 
policzkach.  Jeżeli  to  najlepszy  sposób  na  rozwiązanie  tego 
problemu, to tylko źle świadczy o nas i o naszych miastach. Z 
przykrością muszę też stwierdzić, że bezdomnych na naszych 
ulicach  jest  tyle  samo,  ile  jedenaście  lat  temu,  a  może  nawet 

background image

więcej.  Śmiem  twierdzić,  że  ich  liczba  z  roku  na  rok  się 
zwiększa. 

W  San  Francisco  nie  istnieje  rzetelny  system  mogący 

określić  liczbę  bezdomnych.  Raz  do  roku  garstka  ludzi 
wyrusza  pieszo  do  dzielnic,  gdzie,  jak  wiadomo,  żyją 
bezdomni.  Kwestorzy  przez  jedną  noc  w  roku  przemierzają 
miasto, by policzyć bezdomnych. Jak mówi dyrektor jednej z 
agencji  zapewniającej  darmową  opiekę  lekarską  i 
psychiatryczną  dla  bezdomnych,  Stowarzyszenie  Audubona 
poświęca  więcej  czasu,  troski  i  pieniędzy  na  liczenie  ptaków 
niż  my  na  liczenie  bezdomnych.  Podczas  tej  jednej  nocy 
„zliczania  bezdomnych"  kwestorzy  liczą  wszystkich 
bezdomnych,  których  napotkają  na  swojej  drodze.  Wszyscy, 
którzy  akurat  wtedy  spędzali  noc  w  schronisku,  kupowali 
kawę  w  McDonaldzie,  jedli  posiłek  w  darmowej  garkuchni 
czy  dopisało  im  szczęście  i  znaleźli  się  na  tę  noc  w  pokoju 
hotelowym,  zostają  pominięci  i  nieuwzględnieni  w  żadnych 
statystykach.  W  rezultacie  liczba  oficjalnie  policzonych 
bezdomnych  nijak  ma  się  do  rzeczywistej  liczby  ludzi 
żyjących  na  ulicach.  W  San  Francisco  zarejestrowano  ponad 
siedem tysięcy bezdomnych. Któregoś razu ta liczba spadła do 
ponad pięciu tysięcy. (Czy noc, kiedy dokonywano zliczania, 
była zimna? Czy większość bezdomnych zeszła z ulic i gdzieś 
się  schroniła?  A  może  większość  z  nich  odebrała  właśnie 
zasiłek  i  wykorzystała  te  pieniądze,  by  na  jedną  noc 
zadekować się w hotelach? A może mniej było kwestorów?). 

Kościół 

dysponuje 

bardziej 

prawdopodobnymi 

statystykami, bo w całym mieście organizuje darmowe posiłki 
dla bezdomnych i wydaje ich ponad milion rocznie, a zgodnie 
z  szacunkami  kościoła, na ulicach  San Francisco żyje  prawie 
dwadzieścia  tysięcy  bezdomnych.  Policja  pracująca  na 
ulicach,  w  rejonach,  gdzie  koczują  bezdomni,  uważa,  że  jest 
ich  grubo  ponad  dwadzieścia  tysięcy.  Ja  ze  swej  strony 

background image

pozwolę  sobie  przyznać,  że  na  podstawie  liczby  osób,  które 
obsłużyliśmy  (około  trzech  tysięcy  rocznie),  zakładam,  że 
bezdomnych  jest  około  dwudziestu  tysięcy,  czyli  tyle,  ile 
nieoficjalnie  podaje  miejscowa  policja.  To  spora  różnica 
wobec  tych  pięciu  czy  siedmiu  tysięcy,  o  których  mówią 
oficjalnie  miejskie  statystyki,  i  wprowadzanie  w  błąd  reszty 
mieszkańców,  którym  wydaje  się,  że  problem  nie  jest  zbyt 
dotkliwy.  Co  więcej,  ta  liczba  nie zmniejsza  się,  a z  każdym 
rokiem wrasta. Może powinniśmy poprosić bardziej rzetelne i 
dokładne  Stowarzyszenie  Audubona,  żeby  w  przyszłości 
przeprowadziło dla nas spis bezdomnych. 

Cokolwiek  robimy,  aby  zmniejszyć  liczbę  osób  żyjących 

na ulicach, to się nie sprawdza. Jeżeli lejesz wodę na ogień, a 
on  nie  gaśnie,  potrzeba  więcej  wody  Jeżeli  populacja 
bezdomnych  rośnie  nie  tylko  u  nas,  w  Stanach,  lecz  także  w 
Europie,  oznacza  to,  że  podejmowane  działania  nie  są  dość 
efektywne.  Potrzebujemy  więcej  programów,  więcej 
pieniędzy, więcej pomocy, więcej pracowników, więcej ludzi, 
którym  by  zależało,  więcej  obywateli  chcących  dostrzec  ten 
problem  i  uczynić  coś,  aby  temu  zaradzić.  Ignorowanie 
problemu  czy  nękanie  nie  są  odpowiednimi  rozwiązaniami. 
Rozwiązaniem  jest  większa  świadomość,  większe  i 
dostępniejsze fundusze oraz szersza pomoc. 

Jedną  z  rzeczy,  które  zwróciły  moją  uwagę,  kiedy 

zaczęłam pracować na ulicach, było zróżnicowanie osób, jakie 
tam  spotykaliśmy  Byli  tak  różni  jak  powody,  dla  których 
znaleźli  się  na  ulicy.  Jednym  z  najbardziej  poruszających 
przykładów była młoda kobieta po dwudziestce, która w letnią 
noc  miała  na  sobie  jedwabną  sukienkę  w  kwiatki,  uczesane 
włosy,  a  na  szyi  nosiła  sznur  sztucznych  pereł.  To  jedna  z 
osób,  które  spotykałam  regularnie  przez  ostatnie  jedenaście 
lat.  Początkowo  z  przerażeniem  obserwowałam  proces  jej 
upadku  i  było  to  okropne  przeżycie.  Jedwabna  sukienka  i 

background image

perły zniknęły bardzo szybko. Dziś, jedenaście lat później, ta 
kobieta, niewiele po trzydziestce, nie ma już w ogóle zębów, 
straciła nogę, porusza się na wózku, od czasu do czasu trafia 
za  kratki  i  wygląda  naprawdę  fatalnie.  Jednak  kiedy  ją 
spotykam,  a  przyznaję,  że  jej  szukam,  zawsze  jest  życzliwa, 
miła  i  uśmiechnięta.  Gawędzimy  przez  chwilę,  a  ona 
opowiada  mi,  co  u  niej  słychać.  Dajemy  jej  przywiezione 
rzeczy, a ona za każdym razem serdecznie nam dziękuje. Nie 
ulega wątpliwości, że w jej wypadku system się nie sprawdza. 
Ta kobieta od lat żyje w namiocie na końcu ulicy. Myślę, że 
od jakiegoś czasu zażywa narkotyki, może cierpi też na jakąś 
chorobę umysłową, tego  nie  wiem. Widzę tylko, co się z  nią 
dzieje,  odkąd  zamieszkała  na  ulicy.  Nie  zadaję  jej 
niewygodnych pytań. To nie moja sprawa, jak doszło do tego, 
że  runęła  w  otchłań  piekielną  i  wylądowała  na  ulicy.  Mogę 
jedynie  odwiedzić  ją  co  kilka  tygodni  albo  raz  na  miesiąc. 
Martwię  się,  kiedy  jej  nie  widzę.  Najbardziej  niepokoi  mnie, 
co będzie z nią dalej. Kto jej pomoże? Jak można przerwać ten 
zjazd po równi pochyłej? I dlaczego nikt nie pomógł jej zejść 
z ulicy? 

Spotykamy  tam  naprawdę  różnych  ludzi.  To  dziwne,  ale 

każda  wyprawa jest inna, jeżeli chodzi  o rasę i  wiek  ludzi, z 
jakimi się spotykamy Właściwie nie wiem dlaczego. Niekiedy 
widuję  jedynie  starszych  (po  czterdziestce  i  pięćdziesiątce), 
Afroamerykanów,  którzy  stanowią  siedemdziesiąt  pięć 
procent  bezdomnych  spotykanych  podczas  naszych  nocnych 
wypraw.  Kiedy  indziej  spotykam  wyłącznie  białych,  zwykle 
po trzydziestce, którzy wyglądają na zaradnych, od niedawna 
są na ulicach i choć mogliby wrócić do życia w społeczności, 
coś gdzieś im nie wyszło. Kobiety są zawsze w mniejszości i 
nawet  jeśli  pojawiły  się  na  ulicach  niedawno,  wydają  się  w 
lepszej formie niż mężczyźni. Bezdomni, którzy od niedawna 
żyją  na  ulicach,  też  prezentują  się  nieco  lepiej.  Czasami 

background image

widuje  się  kobiety,  które  żyją  tam  dłużej,  i  są  naprawdę  w 
fatalnym stanie. Odnoszę wrażenie, że kobiety nie wytrzymują 
długiego  życia  na  ulicy.  W  tym  roku  zmarła  kobieta,  którą 
często  widywałam,  sądziłam  że  była  po  sześćdziesiątce. 
Przeżyłam  wstrząs,  kiedy  w  jej  nekrologu  przeczytałam,  że 
była kiedyś modelką, a zmarła w wieku trzydziestu dwóch czy 
trzech lat. 

Nie wiem, co sprawia, że ludzie lądują na ulicy. Niekiedy 

balansują niebezpiecznie blisko granicy i gdy coś pójdzie nie 
tak, spadają na samo dno. Niektórzy są tam tylko tymczasowo, 
z łatwością można im pomóc i  wyzwolić ich z tego, inni zaś 
przebywają  tam  tak  długo,  że  jak  w  przypadku  nieuleczalnej 
choroby wiadomo, iż nie ma już dla nich powrotu do tego, kim 
niegdyś  byli.  Niektórzy  próbowali  walczyć,  inni  ewidentnie 
się poddali. Jedni przy odrobinie szczęścia mogliby powrócić 
do społeczności, inni nie są w stanie, a nawet nie chcieliby się 
w niej odnaleźć ani do niej dostosować. 

Zbyt wielu (większość) cierpi na różnego rodzaju choroby 

psychiczne  i  bez  pomocy  nie  ma  szans  sobie  poradzić. 
Pozbawieni pomocy osamotnieni, opuszczeni przez rodziny, a 
nawet mający rodziny, które pragnęłyby ich wesprzeć, ale nie 
mogą z powodu obostrzenia przepisów prawnych dotyczących 
chorób  psychicznych,  ludzie  ci  na  dobre  się  zatracają. 
Wszyscy  oni  trafiają  na  ulice,  a  my  w  ten  czy  inny  sposób 
sprawiamy  im  zawód.  Rosnąca  populacja  bezdomnych  w 
naszych miastach stanowi wyraźny wskaźnik, że pomoc, jaką 
oferujemy  tym  ludziom,  obecnie  jest  niewystarczająca  i 
nieskuteczna. 

Pomimo 

dobrych 

intencji, 

kolejnych 

wdrażanych  programów  ludzie  w  potrzebie  wciąż  nie 
otrzymują tego, czego poszukują, i nie dostają pomocy, która 
jest im potrzebna. 

Niektórzy  twierdzą,  że  bezdomność  to  efekt  zbyt  małej 

liczby  szpitali  psychiatrycznych.  Problem  jest  jednak  o  wiele 

background image

bardziej złożony. Nawet gdybyśmy mieli dość szpitali, nie ma 
sposobu na umieszczenie tam tych ludzi i nakłonienie ich, by 
tam  pozostali  i  poddali  się  leczeniu.  To  niepopularna  opinia 
wśród  wielu  osób,  z  wyjątkiem  najbardziej  doświadczonych 
specjalistów, ale od dawna odnoszę wrażenie, że nasz obecny 
system, w którym chorzy psychicznie muszą wyrazić zgodę na 
hospitalizację  (o  ile  nie  zostaną  uznani  za  groźnych  dla 
społeczeństwa),  jest  miłą  teorią,  ale  się  nie  sprawdza.  W 
obecnym  systemie  decyzję  o  zgodzie  na  poddanie  się 
hospitalizacji  pozostawia  się  w  gestii  osoby  chorej 
psychicznie.  To  od  niej  wszystko  zależy  A  prawdę  mówiąc, 
wielu,  jeśli  nie  większość,  chorych  nie  jest  w  stanie  podjąć 
samodzielnie  tej  decyzji.  Osoby  mające  w  rodzinie  chorych 
psychicznie  nie  mogą  uczynić  nic,  by  zabrać  ich  z  ulicy  czy 
umieścić  w  szpitalu  na  leczenie.  Cieszę  się,  że nie  musiałam 
przechodzić  tej  gehenny  z  Nickiem.  Jednak  kilkoro  moich 
przyjaciół ma  dorosłe  dzieci (po trzydziestce  i czterdziestce), 
które zostały bezdomnymi i których utracili na wiele lat. Nie 
można  absolutnie  nic  z  tym  zrobić  i  częściej  niż  w  szpitalu 
ludzie  ci  lądują  w  więzieniu,  jeśli  tylko  przekroczą  granicę 
wytyczoną dla nich przez społeczeństwo albo w jakiś sposób 
swoim zachowaniem złamią obowiązujące prawo. 

Wiem,  że  taka  postawa  jest  niepopularna,  ale  ja 

niezłomnie  wierzę,  iż  potrzebujemy  praw,  które  pozwoliłyby 
nam w niektórych przypadkach na hospitalizację ludzi w celu 
poddania  ich  leczeniu  i  zapewnieniu  bezpieczeństwa  nawet 
bez  ich  zgody.  Może  ludzie,  którzy  ustanawiają  prawa,  albo 
obywatele, którzy na nich głosują, nie zdają sobie sprawy, jak 
bezbronni  są  bezdomni  na  ulicach  miast  i  jakie  prawdziwe 
niebezpieczeństwa  im  grożą.  Prawa,  które  obecnie 
obowiązują,  są  oparte  na  słusznych  założeniach  i  nie 
dopuszczają do sytuacji, o których wszyscy czytaliśmy przed 
laty,  kiedy  Bogu  ducha  winne,  zdrowe  na  umyśle  osoby 

background image

zamykano  wbrew  ich  woli  do  szpitali  psychiatrycznych,  a 
powodem  tego  była  zwykle  chciwość  rodziny  i  złe  motywy. 
Obecne  prawo  zapobiega  takim  incydentom,  ale  działa  to 
równocześnie w drugą stronę i nie sposób dziś hospitalizować 
tych, którzy potrzebują tego najbardziej, choć zapewniłoby im 
to niezbędną pomoc i ochronę. Mamy związane ręce. Decyzja 
zależy  wyłącznie  od  samych  zainteresowanych,  a  w 
większości przypadków ludzie ci są ostatnimi, którzy powinni 
ją  podejmować.  Dlatego  zamiast  leczenia  czy  pomocy  ze 
strony  tych,  którym  na  nich  zależy,  mamy  na  ulicach  coraz 
więcej  bezdomnych.  Ogólnie  przyjmuje  się,  że  od 
osiemdziesięciu  do  dziewięćdziesięciu  procent  bezdomnych 
cierpi  na  różnego  rodzaju  choroby  psychiczne,  a  my  im  nie 
pomagamy oni zaś nie otrzymują niezbędnej pomocy 

Aby  móc  hospitalizować  osobę  przejawiającą  oznaki 

choroby psychicznej, dla oceny jej stanu zdrowia mamy w San 
Francisco  kodeks  znany  jako  „5250",  który  dopuszcza 
hospitalizowanie  osoby  zachowującej  się  dziwnie  lub 
nieodpowiednio  na  siedemdziesiąt  dwie  godziny.  To  daje 
specjalistom  w  dziedzinie  zdrowia  psychicznego  trzy  dni  na 
zbadanie  stanu  zdrowia  danej  osoby  i  podjęcie  decyzji,  czy 
może  ona  stanowić  potencjalne  zagrożenie  dla  siebie  lub 
innych.  Jeżeli  nie,  prawie  niemożliwe  jest  przedłużenie  tego 
okresu na mocy kodeksu „5250", a przecież określenie natury 
zaburzeń  psychicznych  wymaga  zwykle  znacznie  więcej 
czasu. Wydaje mi się również, że to za krótko, by ocenić, czy 
dana osoba może stanowić zagrożenie dla siebie lub innych. A 
jeżeli  to  inni  są  zagrożeniem  dla  niej?  Nie  możemy 
hospitalizować  bezdomnych,  aby  ich  ochronić,  bez  względu 
na  to,  w  jak  kiepskim  są  stanie,  zarówno  fizycznym,  jak  i 
psychicznym.  Dopóki  sami  nie  staną  się  „zagrożeniem",  są 
wolni, mogą wrócić do świata, gdzie staną się ofiarami, gdzie 
stale grozi im niebezpieczeństwo i gdzie nie są w stanie radzić 

background image

sobie z wymogami życia na ulicach i z ciągłymi zagrożeniami. 
Choć  to  może  zabrzmieć  brutalnie,  czasami  decyzję 
należałoby podjąć za nich. 

Jednak  przy  obecnie  obowiązującym  prawie  ci  z  nas, 

którzy mogliby chcieć im pomóc, ochraniać ich i leczyć, mają 
związane  ręce.  Nie  możemy  uczynić  nic,  żeby  im  pomóc,  i 
musimy patrzeć, jak odchodzą, mając nadzieję że nie pogrążą 
się  zupełnie.  Ludzie,  którzy  najbardziej  potrzebują  pomocy, 
prześlizgują się przez szczelinę. 

Bezdomność  nie  wynika  tylko  z  braku  pracy  czy 

mieszkania.  Aż  nazbyt  często  jest  konsekwencją  pojawienia 
się  zaburzeń  umysłowych.  Niektórzy  ludzie  nie  chcą 
postępować 

zgodnie  z  regułami  obowiązującymi  w 

społeczeństwie, ale  w  większości  przypadków to  psychicznie 
chorzy  trafiają  na  samo  dno  i  nie  mają  gdzie  się  podziać. 
Widzisz ich, jak pchają swoje wózki, jak mamroczą do siebie, 
śpią  w  bramach,  mieszkają  w  kartonowych  pudłach, 
przemoknięci  do  suchej  nitki  i  zmarznięci.  Być  może  nie 
stanowią dla ciebie zagrożenia, ale  nie  potrafią sobie  pomóc. 
A  ci  z  nas,  którzy  rozpaczliwie  pragnęliby  się  nimi  zająć, 
rodzina  albo  ktoś  inny  nie  są  w  stanie  do  nich  dotrzeć, 
pozyskać  dla  nich  pomocy  ani  sprowadzić  ich  do  domu. 
Myślę,  że  to  obecnie  jeden  z  najpoważniejszych  problemów 
społeczeństwa  i  problem  miast,  który  wyrwał  się  spod 
kontroli, a istniejące prawo nie może temu zaradzić. 

W  tym  konkretnym  przypadku  prawo  chroniące 

nielicznych  krzywdzi  o  wiele  więcej  ludzi.  Umieszczenie 
kogoś  w  zakładzie  psychiatrycznym  to  trauma.  Wiem.  Sama 
to  przechodziłam.  Ale  ból  jest  jeszcze  większy,  gdy  widzisz, 
jak  ci  ludzie  błąkają  się  po  ulicach  i  prędzej  czy  później, 
wycieńczeni  i  zrezygnowani,  umierają  jeden  po  drugim. 
Krótko  mówiąc,  potrzebujemy  lepszego,  skuteczniejszego 
prawa, aby rozwiązywać ten problem. A prawda jest taka, że 

background image

wielu  bezdomnych,  którzy  na  pozór  funkcjonują  normalnie, 
wcale  tacy  nie  są.  Śmiem  twierdzić,  że  jedynie  niewielki 
procent  bezdomnych  trafił  na  ulicę  wskutek  braku  pieniędzy, 
złego  zarządzania  środkami  albo  utraty  pracy  Większość 
trafiła  tam,  bo  nie  umie  funkcjonować  w  naszym 
społeczeństwie, a w ten czy w inny sposób nie potrafi zdobyć 
potrzebnego wsparcia i zdana na siebie, zupełnie się pogubiła. 
Tak jak tonący ci bezdomni nie potrafią sami sobie pomóc. To 
my  musimy  o  to  zadbać,  my,  sprawnie  funkcjonujący 
członkowie  społeczeństwa.  Co  zatem  możemy  teraz  zrobić? 
Odwrócić  się  do  nich  plecami  i  pozwolić,  żeby  utonęli,  czy 
może  jednak  wyciągnąć  do  nich  pomocną  dłoń?  Mam 
nadzieję,  że  wszyscy  jednogłośnie  odpowiemy,  że  należy 
wyciągnąć do nich pomocną dłoń i wesprzeć ich na mniejszą i 
większą  skalę,  każda  pomoc  się  liczy  Z  czasem  nasi 
legislatorzy będą musieli zadbać o wprowadzenie poprawek w 
prawie, dzięki którym ta pomoc stanie się możliwa. 

Bezdomność  nie  należy  do  tych  atrakcyjnych  spraw,  do 

których  ludzie  się  garną.  Nie  mamy  tu  do  czynienia  z 
cudownymi,  uroczymi  dziećmi  o  promiennych  uśmiechach. 
Bezdomni  są  zmęczeni,  przybici,  pozbawieni  zębów  oraz 
kończyn, a ich ciała pokryte są jątrzącymi się ranami. Cuchną, 
potrzebują  kąpieli.  Budzą  w  nas  lęk,  nie  tylko  swoim 
wyglądem  czy  zachowaniem,  ale  dlatego  że  gdy  przyjrzymy 
się  im  bliżej,  mimowolnie  czujemy  lęk,  żeby  nam  się  to  nie 
przytrafiło.  Jednak  ludzie  ci,  tak  samo  jak  nasi  przyjaciele  i 
krewni, rozpaczliwie potrzebują naszej pomocy Jak większość 
dzieci  sami  nie  potrafią  znaleźć  drogi  powrotnej.  To  my 
MUSIMY im pomóc. 

background image

Rozdział 5 
Kim są ci ludzie? 
Choć  nie  jest  niczym  niezwykłym,  że  zapominam  twarz 

lub  nazwisko  osoby  spotkanej  na  raucie,  rzadko  zapominam 
twarz  osoby,  którą  zobaczyłam  na  ulicy  Niektóre  z  nich 
widywałam  wielokrotnie,  inne  tylko  raz  i  potem  znikały  na 
zawsze.  Zastanawiałam  się  nieraz,  co  się  z  nimi  stało.  Czy 
ludzie  ci  przenieśli  się  do  innego  miasta?  Czy  poszli  do 
jakiegoś schroniska? Czy zjawili się jacyś krewni i przekonali 
ich do powrotu do domu? A może są w więzieniu? Albo nie 
żyją? Na ulicach często słyszy się o śmierci. Cokolwiek się z 
nimi stało, te twarze będę pamiętać na zawsze, chociaż nigdy 
nie  poznałam  historii  tych  ludzi,  ani  przedtem,  ani  potem. 
Nigdy nie pytałam ich, jak to się stało, że znaleźli się na ulicy 
Czułam, że jestem im winna tę odrobinę szacunku. 

Najczęściej widywałam kobietę, o której wspominałam już 

wcześniej,  tę,  która  na  początku  nosiła  niebieską  jedwabną 
sukienkę w kwiatki i sztuczne perły, a teraz jeździ na wózku, 
straciła wszystkie zęby i nogę. Mimo to jest zawsze radosna, 
uprzejma,  życzliwa  i  pełna  wdzięczności  za  wszystko,  co  od 
nas dostaje. 

To  bystra  kobieta  i  wiem,  że  ma  dzieci.  Wspominała  o 

nich i jak w przypadku wielu kobiet z ulicy jej dzieci są z jej 
matką.  Często  jednak  bywa  tak,  że  dzieci  bezdomnych 
znajdują  się  w  ośrodkach  opiekuńczych  albo  w  rodzinach 
zastępczych. 

Podczas  jednej  z  moich  pierwszych  wypraw  spotkałam 

mężczyznę, który wyskoczył z kontenera na śmieci jak diablik 
z  pudełka.  W  innym  czasie  i  miejscu  przeraziłby  mnie  na 
śmierć  i  muszę  przyznać,  że  nawet  tej  nocy  trochę  się 
wystraszyłam. Włosy miał długie, pozlepiane w strąki, wzrok 
dziki,  twarz  umorusaną  i  ogólnie  cały  był  brudny.  Usiłując 
zachować  zimną  krew,  wyjaśniłam,  co  mam  mu  do 

background image

zaoferowania,  a  on,  stojąc  w  kontenerze  na  śmieci,  pokiwał 
głową. Podbiegłam do furgonetki po śpiwór i kurtkę dla niego, 
kiedy  tylko  powiedział  mi,  jaki  nosi  rozmiar.  Dałam  mu 
jeszcze czapkę, skarpety i rękawiczki. Wszystko to zniknęło w 
głębi  kontenera,  w  którym  mieszkał.  A  ja,  ponieważ  jestem 
niska,  nie  byłam  w  stanie  zajrzeć  do  środka.  Już  miałam 
odejść, kiedy dobiegł mnie jego głos. 

 - I jak wyglądam? - spytał. 
Odwróciłam  się,  by  ujrzeć,  jak  się  do  mnie  uśmiecha, 

nadal  brudny  i  umorusany,  ale  w  narzuconej  na  stare  rzeczy 
nowiutkiej ciepłej kurtce. Wydaje mi się, że podczas tamtego 
wyjazdu kurtki, które rozdawaliśmy, były jasnoszare (zawsze 
braliśmy  takie,  jakie  akurat  były  dostępne,  bo  choć  z 
oczywistych  względów  woleliśmy  ciemniejsze,  nie  zawsze 
mogliśmy  je  dostać).  Kiedy  odwróciłam  się,  by  na  niego 
spojrzeć,  uśmiechnął  się  do  mnie  promiennie,  z  nieskrywaną 
dumą. Wręcz tryskał radością. Ta chwila była tak niezwykła, 
że łzy napłynęły mi do oczu i też odpowiedziałam uśmiechem. 
Jakimś  cudem  wraz  z  ciepłą  kurtką  zdołaliśmy  oddać  mu 
człowieczeństwo i dumę. 

 -  Wyglądasz  wspaniale!  -  odkrzyknęłam  do  niego  z 

absolutną szczerością, a jego uśmiech się poszerzył. 

 - Dziękuję! - odparł i nigdy nikt nie wzruszył mnie tak jak 

ten człowiek. 

Wciąż  często  o  nim  myślę,  nazywając  go  „I  jak 

wyglądam?",  aby  go  zidentyfikować,  kiedy  o  nim 
rozmawiamy.  Wydawał  się  taki  szczęśliwy,  a  ta  chwila  była 
naprawdę bezcenna. Pomachałam do niego, a kiedy szłam do 
furgonetki,  zawołał  jeszcze:  „Niech  cię  Bóg  błogosławi!"  i 
zniknął wewnątrz kontenera. Był jednym z tych ludzi, których 
nigdy więcej nie spotkałam, ale jak wielu innych nigdy go nie 
zapomnę. 

background image

Kolejna  kobieta,  którą  widziałam  tylko  raz,  pchała  o 

północy  wózek  w  pobliżu  miejskiego  ośrodka  pomocy 
społecznej  w  San  Francisco.  To  okolica,  gdzie  koczuje  nocą 
wiele  osób.  Któregoś  razu  powstało  tam  miasteczko 
namiotowe,  które  zostało  zlikwidowane  przez  miasto.  Teraz 
ludzie śpią w bramach i na schodach, w gąszczu kartonowych 
pudeł.  Była  potężną  kobietą,  szła  równym,  miarowym 
krokiem,  pchając  przed  sobą  wózek,  i  nie  wiedzieć  czemu 
przywiodła mi na myśl angielskie nianie, które widywałam w 
dzieciństwie, spacerujące z wózkami po parku. W tym wózku 
miała cały swój dobytek, była tego spora sterta, ale starannie 
ułożona.  To  był  jeden  z  naszych  ostatnich  wyjazdów  przed 
świętami  Bożego  Narodzenia.  Podeszliśmy  do  niej, 
powiedzieliśmy,  co  mamy,  a  ona  przystanęła  i  odrzekła,  że 
chętnie to przyjmie. Gdy tak rozmawialiśmy, zauważyłam, że 
włosy ma ułożone w małe kucyki i warkoczyki. Z każdego z 
nich zwieszała się srebrna świąteczna bombka. Wyglądała jak 
żywa  choinka  albo  jak  renifer  z  kartki  świątecznej.  Z 
bombkami  zawieszonymi  na  porożu.  Może  wydawać  się 
idiotyczne, ale bardzo mi się to spodobało. Na ulicach raczej 
nie  obchodzi  się  świąt.  A  mnie  serce  się  krajało  za  każdym 
razem,  kiedy  mówiłam  „wesołych  świąt".  Same  te  słowa 
brzmią  jak  afront,  kiedy  wypowiadasz  je  do  kogoś,  kto  całą 
swoją uwagę poświęca na przetrwanie i życie z dnia na dzień. 
Wesołych? Uch... W okolicznościach, w jakich znaleźli się ci 
ludzie,  to  muszą  być  obraźliwe  życzenia,  czyż  nie?  Czasami 
nie  potrafię  tego  z  siebie  wykrztusić.  Jednak  kobieta  ze 
srebrnymi 

bombkami 

najwyraźniej 

zamierzała  uczcić 

nadchodzące święta. 

Kiedy  otrzymała  od  nas  komplet  rzeczy,  spojrzała  mi 

prosto  w  oczy.  Nie  uśmiechała  się,  patrzyła  tylko  z 
przejęciem. 

background image

 - Mam na imię Brenda - powiedziała wyraźnie. - Proszę, 

nie zapomnij mnie. 

 - Nie zapomnę - zapewniłam, zastanawiając się, ilu ludzi 

ją  zapomniało  tam,  skąd  pochodziła.  -  Obiecuję  - 
powiedziałam głośno. 

I  nigdy  jej  nie  zapomniałam.  Za  każdym  razem,  kiedy 

tamtędy  przejeżdżam,  myślę  o  stąpającej  dumnie  Brendzie, 
idącej godnie, ze srebrnymi bombkami we włosach. Nigdy jej 
nie zapomnę. Bo niby jak? 

Przy  dworcu  autobusowym,  gdzie  znajdowaliśmy  wielu 

naszych  „klientów"  koczujących  pod  wiatami,  było 
bezpieczniej niż w innych miejscach, bo silne oświetlenie nie 
pozwalało,  by  ktokolwiek  niepostrzeżenie  podkradł  się  do 
nich. Rozdaliśmy tam wiele kompletów rzeczy. Niebawem to 
miejsce stało się naszym regularnym postojem. Którejś nocy, 
w samym środku kontrolowanego chaosu rozdawania toreb z 
odzieżą w trzech rozmiarach z trzech furgonetek, podszedł do 
mnie  jakiś  mężczyzna,  popatrzył  na  mnie  z  uwagą  i 
powiedział: 

 - Jestem Randy. Pomodlisz się za mnie? 
Sądziłam, że chce, żebym to zrobiła od razu, i zrobiłabym 

to,  gdyby  poprosił,  choć  nigdy  wcześniej  tego  nie  robiliśmy, 
ale też nikt nigdy o to nie prosił. 

 -  Teraz?  -  spytałam  cicho,  bo  ta  prośba  wydała  mi  się 

szczególna. 

 -  Nie  -  odparł,  kręcąc  głową  i  ani  na  chwilę  nie 

spuszczając ze mnie wzroku. - Później... jak już pojedziecie... 
pomódl się za Randy'ego. 

Robię  to  od  lat.  Jego  imię  na  zawsze  wryło  mi  się  w 

pamięć. Ale obiecałam. I wciąż modlę się za Randy 'ego. 

Kobieta, która ujęła mnie za serce, pojawiła się na naszej 

drodze  w  pierwszym  roku  działalności.  Była  młoda, 
jasnowłosa  i  ładniutka,  po  dwudziestce.  Wtedy  pierwszy  raz 

background image

usłyszałam  słowo  „kojo".  W  jej  wypadku  to  był  dobrze 
zbudowany  szałas  z  dopasowanych  kartonowych  pudeł 
ustawiony  pomiędzy  dwoma  filarami  wiaduktu.  Wyszła  ze 
swego legowiska, dygocząc z zimna, a ja słusznie określiłam, 
że jest  w szóstym miesiącu ciąży. Bardzo  się nią  przejęłam i 
porozmawiałam o jej ciąży. Powiedziała, że od czasu do czasu 
chodzi na badania kontrolne, choć nie robi tego regularnie. To, 
co  dla  niej  mieliśmy,  wydawało  się  takie  niewystarczające, 
zważywszy  na  jej  stan  i  życie  na  ulicy  Powiedziała,  że  jest 
sama, po czym dodała, że to jej trzecie dziecko. Wyjaśniła, że 
kiedy  urodziła  wcześniej,  dzieci  zabrała  opieka  społeczna,  a 
potem ona wróciła na ulicę. Powiedziała to ze łzami w oczach 
i wyraźnym drżeniem podbródka. Nie odważyłam się zapytać, 
gdzie jest jej rodzina, czy może jej pomóc,  i jak to wszystko 
się  stało.  Ale  spotkanie  z  nią  mocno  mną  wstrząsnęło.  Jak 
mogła przechodzić przez to wszystko, a potem oddać dziecko? 
Ale co stałoby się z dzieckiem, gdyby musiało żyć na ulicy tak 
jak  ona?  Pomyślałam  o  kobietach  w  strefach  działań 
wojennych  albo  w  krajach,  gdzie  panuje  głód  i  nędza,  które 
czasami pokazują w telewizji. I oto coś takiego działo się tu, 
na  naszych  ulicach,  w  mieście  rzekomo  „cywilizowanym". 
Później dowiedziałam się o pewnej agencji rządowej i grupie 
prywatnych  ochotników,  którzy  zapewniają  bezdomnym 
badania  i  opiekę  prenatalną,  więc  kierowałam  do  nich  wiele 
kobiet. Wtedy jednak jeszcze o nich nie wiedziałam. 

Widywaliśmy  ją  często  w  kolejnych  miesiącach 

dzielących ją od rozwiązania. Nadeszła już wiosna, a ona ani 
trochę się nie skarżyła, była wdzięczna za wszystko, co od nas 
otrzymywała,  my zaś  dawaliśmy jej  potrójne  racje  żywności. 
Odbierała  to,  co  dla  niej  przynosiliśmy,  i  znikała  w  swoich 
kartonach.  Była  sama,  nie  miała  nikogo,  kto  mógłby  jej 
pomóc.  Któregoś  dnia,  kiedy  znowu  tam  przyjechaliśmy,  jej 
„kojo"  zniknęło,  choć  to  nie  jest  adekwatne  określenie. 

background image

Kartony leżały złożone na ulicy Mogłam się jedynie domyślić, 
że  urodziła,  ale  nie  wiedziałam,  co  się  z  nią  stało.  Nigdy 
więcej  jej  nie  spotkałam  i  nie  mam  pojęcia,  gdzie  jest  teraz. 
Najsmutniejsze  w  tych  wszystkich  przypadkach,  zwłaszcza 
gdy  chodzi  o  starsze  osoby  spotykane  na  ulicach,  jest  to,  że 
kiedy znikają, nie wiesz, czy ich stan się poprawił, czy może 
pogorszył.  Nie  wiesz,  czy  znaleźli  sobie  jakieś  lokum, 
wyjechali  gdzieś,  a  może  zapadli  na  jakąś  chorobę  albo 
umarli.  Wszyscy  ci  ludzie,  których  twarze  na  zawsze 
pozostały  w  mojej  pamięci,  mogą  już  nie  żyć.  Ale  w  mojej 
pamięci  oni  wszyscy  wciąż  żyją.  Brenda,  Randy...  „I  jak 
wyglądam?"... młoda ciężarna matka... jednonoga dziewczyna 
na wózku, która kiedyś nosiła na szyi sznur sztucznych pereł... 
na  zawsze  pozostaną  częścią  mnie  i  moich  doświadczeń  z 
pracy z bezdomnymi. 

Kolejny  mężczyzna,  który  wywarł  na  mnie  wielkie 

wrażenie, podszedł do naszej furgonetki, kiedy podjechaliśmy 
pod  bibliotekę  publiczną.  Musieliśmy  zachować  ostrożność, 
bo  niekiedy  przebywało  tam  sporo  ludzi,  od  czterdziestu  do 
pięćdziesięciu  osób,  a  niedaleko  stąd  na  Market  Street  kwitł 
handel  narkotykami.  Gdy  ludzie  dowiadywali  się  o  nas, 
schodzili się całymi tabunami. A gdyby zabrakło nam rzeczy 
do rozdania, moglibyśmy znaleźć się w poważnych tarapatach. 
Poza  tym  nie  lubię  rozczarowywać  ludzi,  nie  po  to 
wyruszaliśmy  na  ulice.  Musieliśmy  jednak  brać  pod  uwagę 
ryzyko.  Ci  ludzie  są  naprawdę  zdesperowani,  a  sytuację 
jeszcze  pogarszają  narkotyki.  Dlatego  musieliśmy  bardzo 
uważać, gdzie się zatrzymujemy, ile osób jest w okolicy i czy 
mamy  dość  rzeczy  do  rozdania.  (Nieraz  odjeżdżając,  miałam 
łzy  w  oczach  i  patrzyłam  na  twarze  bezdomnych,  kiedy  już 
rozdaliśmy wszystkie zapasy. Zawsze będę bardziej pamiętać 
tych,  dla  których  zabrakło rzeczy,  niż  tych,  którzy  je  dostali. 

background image

Widok  tych  pozostawianych  z  pustymi  rękami  nieodmiennie 
rozdzierał mi serce). 

Ale tamtej nocy pod biblioteką było względnie spokojnie. 

Za  furgonetką  ustawiło  się  około  trzydziestu  osób.  Jakiś 
bezdomny dzieciak ćwiczył jazdę na desce na schodach przed 
biblioteką  i  raz  po  raz  podjeżdżał,  by  z  nami  pogawędzić, 
podczas  gdy  inni  stali  cierpliwie  w  kolejce.  Tej  nocy  byli  to 
sami mężczyźni (zwykle na dziesięciu spotykanych mężczyzn 
trafia  się  jedna  kobieta,  chyba  że  noce  są  cieplejsze  i  wtedy 
spotyka  się  więcej  kobiet.  Zimą  większość  kobiet  woli  udać 
się do schronisk, mimo iż jest tam niebezpiecznie, i na ulicach 
pozostają  tylko  te  najbardziej  zahartowane  i  w  najcięższym 
stanie).  Gdy  mężczyźni  ustawili  się  w  kolejce,  zauważyłam 
wśród  nich  jednego  w  garniturze,  białej  koszuli  i  pod 
krawatem  i  spojrzałam  na  niego  z  dezaprobatą.  Obawiałam 
się,  że  ustawił  się  w  kolejce,  by  dostać  coś  za  darmo,  i  że 
wcale  nie  jest  bezdomny  Powiedziałam  coś  do  jednego  z 
moich  współpracowników,  pytając,  co  ten  facet  robi  w 
kolejce,  na  co  mój  człowiek  odparł,  że  wszystko  gra,  bo 
widział,  jak  ten  facet  wychodzi  ze  śpiwora  leżącego  na 
stopniach  przed  biblioteką.  Od  czasu  do  czasu,  gdy 
pracowaliśmy 

w  bardziej  przyjaznej  okolicy,  ludzie 

podchodzili do nas z ciekawości. Kiedy zobaczyli, co robimy, 
zwykle  odnosili się  do nas życzliwie.  Przez te wszystkie lata 
tylko kilka razy zdarzyło się, że jacyś ludzie chcieli wyciągnąć 
od  nas  coś  za  darmo,  mimo  że  nie  byli  bezdomni. 
Podejrzewałam,  że  facetem  w  garniturze  kierują  podobne 
pobudki.  Kiedy  dowiedziałam  się,  że  spał  w  śpiworze  przed 
biblioteką, uspokoiłam się, ale nigdy więcej nie spotkałam na 
ulicach  drugiego  takiego  jak  on.  Niektórzy  z  ludzi,  których 
spotykamy,  są  zdumiewająco  czyści,  kilku  młodych 
bezdomnych usiłuje znaleźć pracę, dba o siebie, czesze włosy 
i  goli  się,  i  choć  nosi  czyste,  sportowe  obuwie,  buty  bardzo 

background image

szybko  się  brudzą.  Nigdy  dotąd  nie  spotkałam  jednak 
bezdomnego  w  garniturze  i  krawacie.  To  kompletnie  zbiło 
mnie z tropu. 

Kręciłam się z tyłu, przy furgonetce, by móc lepiej mu się 

przyjrzeć,  gdy  podejdzie,  i  w  końcu  doczekał  się  na  swoją 
kolej.  Odnalazł  moje  spojrzenie,  a  ja  uśmiechnęłam  się  do 
niego.  Nie  mogłam  spytać:  Co  pan  tu  robi?  Ale  i  tak 
opowiedział mi swoją historię, co jest na ulicach rzadkością, a 
my  nigdy  o  nic  nie  pytamy  Uliczna  etykieta  i  zwyczajna 
przyzwoitość zabraniają nam tego. Najbardziej zdumiało mnie 
to,  że  oprócz  szarego  garnituru  w  prążki  i  czystej  białej 
koszuli  i  poluzowanego,  eleganckiego  krawata  miał  na  sobie 
wypolerowane na glans buty Nosił okulary bez oprawek i miał 
niezłą  fryzurę.  Wyglądał  jak  mój  bankier,  makler  giełdowy 
albo któryś z moich przyjaciół. Nigdy bym się nie domyśliła, 
że jest bezdomny. Gdyby mi go przedstawiono i powiedziano, 
że to bezdomny, pomyślałabym, że ktoś mnie wkręca. Jak to 
w ogóle możliwe? 

Nie  przedstawił  się,  choć  niektórzy  bezdomni  to  robią, 

jakby chcieli zostać w ten sposób zapamiętani. Powiedział, że 
był  wysokiej  rangi  pracownikiem  w  Dolinie  Krzemowej, 
niedawno zostawiła go żona, a wcześniej przekroczyli budżet, 
popadli w długi i w efekcie stracił wszystko, a ostatnio także 
pracę.  Próbował znaleźć zatrudnienie w swojej branży i  nikt, 
nawet  jego  rodzina,  nie  wiedział,  że  jest  bezdomny.  Pokręcił 
się trochę przy nas złakniony rozmowy. 

Z  jakiegoś  powodu  nie  zdecydował  się  pójść  do 

schroniska 

skądinąd  słusznie.  Schroniska  bywają 

niebezpieczne  i  to  nawet  dla  ludzi,  którzy  nie  wyglądają  jak 
on. Za bardzo by się tam wyróżniał i stałby się automatycznie 
celem.  W  końcu  musiał  odejść  i  patrzyliśmy,  jak  powoli 
wspina się na stopnie z naręczem otrzymanych od nas rzeczy. 
Był nam bardzo wdzięczny, a zanim odszedł, życzyliśmy mu 

background image

powodzenia w znalezieniu pracy. Jednak ten człowiek sprawił, 
że  wszyscy  byliśmy  wstrząśnięci.  Widywaliśmy  tak  wielu 
ludzi, że trudno było nam znaleźć pomost pomiędzy nami inny 
niż  nasze  wspólne  człowieczeństwo.  Nie  wiedzieliśmy,  skąd 
pochodzą, i zwracaliśmy się do nich ze współczuciem. Jednak 
historia  tego  człowieka  wzbudziła  w  naszych  sercach 
nieopisany  lęk.  Seria  błędów,  zwykły  pech,  nadmierne 
wydatki, nieudane małżeństwo i utrata pracy w niewłaściwym 
czasie. To przydarza się wielu ludziom, choć są oni zazwyczaj 
w stanie zejść z ulicy i wrócić do społeczeństwa, o ile w grę 
nie wejdą narkotyki i alkohol. 

Myśląc  o  nim  w  drodze  do  domu,  wszyscy  milczeliśmy. 

Był  jak  podkręcona  piłka  rzucona  przez  Boga  podczas 
naszego  ostatniego  postoju,  podobnie  jak  wieczór  wcześniej 
Brenda  ze  srebrnymi  bombkami  we  włosach.  W  drodze  do 
domu zawsze trafiało się coś, co dawało nam do myślenia. 

Kolejni ludzie, których zawsze wspominam z uśmiechem, 

byli,  jak  sądzę,  nastolatkami.  Dziewczyna  i  chłopak,  między 
szesnastym  a  osiemnastym  rokiem  życia,  choć  wyglądali 
dojrzale. Rzadko mamy okazję widywać nastolatków, a dzieci 
to  już  w  ogóle.  Bezdomne  dzieci  są  niemal  natychmiast 
zabierane  przez  policję  i  przewożone  do  schronisk,  miejmy 
nadzieję, że razem z rodzicami. Przez jedenaście lat nigdy nie 
widziałam  na  ulicy  dziecka.  Wiele  ciężarnych  kobiet,  ale 
żadnych niemowląt czy małych dzieci. Nigdy. Jeżeli chodzi o 
nastolatków (spotyka się ich rzadko w grupach większych niż 
osiem,  dziesięć  osób),  przypada  ich  pięciu  na  siedmiuset 
dorosłych.  Nie  przebywają  w  tych  samych  miejscach  co 
dorośli,  od  których  raczej  stronią.  W  San  Francisco  okupują 
zwykle obszar zwany Panhandle, na obrzeżach parku Golden 
Gate, gdzie dla nas jest zbyt niebezpiecznie, bo musielibyśmy 
przedzierać  się  po  ciemku  przez  chaszcze.  Poza  tym 
większość dzieciaków na ulicach bierze narkotyki. Są bardziej 

background image

niż dorośli skłonni  do sprzedaży otrzymanych od nas rzeczy. 
Widzieliśmy, że nasi klienci wkładają na siebie nowe rzeczy, i 
wiemy, że ich nikomu nie sprzedadzą. Nastolatek jest bardziej 
chętny do sprzedaży nowego śpiwora czy kurtki za narkotyki, 
a nie o to nam przecież chodzi. Wśród dorosłych też jest sporo 
narkomanów,  ale  dorośli  rzadko  decydują  się  na  sprzedaż 
odzieży,  którą  od  nas  dostają.  Kilkoro  moich  przyjaciół, 
którym  opowiedziałam  o  naszej  działalności,  krzywiąc  się, 
stwierdziło,  że  bezdomni  na  pewno  sprzedali  otrzymane  od 
nas rzeczy, aby zdobyć pieniądze na narkotyki, ale to mylne i 
uwłaczające  przypuszczenie.  Ich  potrzeby  są  zbyt  duże, 
wdzięczność ewidentna, gdy patrzymy, jak zaglądają do toreb, 
wkładają  kurtki  i  sięgają  po  jedzenie.  Zaledwie  kilkoro 
obdarowanych  pozbyło  się  rzeczy  od  nas.  A  jeżdżąc  po 
mieście  pomiędzy  kolejnymi  wypadami,  nieraz  widywałam 
znajome  torby,  w  których  rozdajemy  nasze  rzeczy,  leżące 
wśród  rozmaitych  rupieci  w  wózkach  sklepowych  jak 
szczególnie  cenny  nabytek,  więc  wiem,  że  ich  zawartość  nie 
została przehandlowana. 

Dzieciaki na ulicach to zupełnie inna bajka. I kiedy mówię 

„dzieciaki",  mam  na  myśli  nastolatków.  Niektóre  są  na 
ulicach,  bo  w  domu  były  molestowane  i  maltretowane 
(niestety  tak  bywa  w  większości  przypadków),  a  zagrożenia 
wiążące  się  z  bezdomnością  nie  mogą  być  gorsze  niż  te,  z 
którymi  miały  do  czynienia  w  rodzinnym  domu.  Inne 
dzieciaki  ćpają.  Niektóre  żyją  na  ulicach  od  lat.  Nie  jest 
niczym  niezwykłym,  gdy  w  rozmowie  z  nastolatkiem 
dowiadujesz się, że on lub ona żyje na ulicy już od czterech, 
pięciu  lat.  Nie  chcą  wrócić  do  domu,  dorastają  na  ulicach  i 
robią to, co muszą, aby przeżyć. 

Właśnie  ich  najtrudniej  jest  mi  tam  pozostawić,  bo  tak 

bardzo przypominają mi moje dzieci i chciałabym 

background image

 móc  uczynić  dla  nich  coś  więcej,  choć  odnoszą  się  do  nas 
nieufnie. Nie chcą, byśmy ich gdziekolwiek zabierali, odsyłali 
do domu albo zabierali z ulicy wbrew ich woli. Jedyną rzeczą, 
którą  zawsze  robię,  jest  powiadomienie  znanej  organizacji  z 
San  Francisco  zwanej  Larkin  Street,  która  zapewnia 
bezdomnej  młodzieży  opiekę  medyczną,  schronienie, 
edukację,  pracę,  detoks,  rehabilitację,  programy  walki  z 
głodem  narkotycznym,  program  dla  dzieciaków  chorych  na 
AIDS  oraz  powrót  na  łono  rodziny,  jeśli  sobie  tego  życzą. 
Istnieją specjalne grupy działające w terenie, zarówno piesze, 
jak i wyposażone w pojazdy, a ja zawsze informuję je o tym, 
gdzie  widziałam  bezdomnych  młodych  ludzi,  wiedząc,  że 
tamci do nich dotrą, i mając nadzieję, że zdołają przekonać ich 
do  przeniesienia  się  do  schroniska.  Czasami  im  się  udaje, 
czasem nie. Ale zawsze próbują. 

Rzadko  spotykaliśmy  na  ulicy  nastolatków,  ale  tamtej 

nocy  wjechaliśmy  w  ciemną  uliczkę  i  nie  pamiętam,  czy 
zauważyliśmy  namiot,  czy  stertę  kartonowych  pudeł,  ale 
stamtąd  właśnie  wyszła  para  jakby  żywcem  wyjęta  z  filmu, 
okładki płyty albo programu MTV Nigdy dotąd nie widziałam 
takich  punków.  Ćwieki,  łańcuchy,  czerń  i  skóra,  dziewczyna 
nosiła wysokie do kolan buty bojówki. Chłopak miał irokeza, 
co  prawda  przylizanego,  ale  zawsze,  a  do  tego  oboje  mieli 
mnóstwo  kolczyków  i  tatuaży,  jednak  mimo  tego  całego 
szaleństwa  wyglądali  tak  pięknie  i  ekstremalnie,  że  wszyscy 
się uśmiechnęliśmy (oczywiście gdyby moje dzieciaki zrobiły 
z  sobą  coś  takiego,  miałyby  szlaban  na  sto  lat).  Jednak  tych 
dwoje  wyglądało  naprawdę  świetnie.  Pogawędziliśmy  z  nimi 
przez  chwilę,  przekazaliśmy  rzeczy i  tyle.  Nie  chcieli  od  nas 
żadnej  innej  pomocy.  Na  swój  szalony,  obrazoburczy  sposób 
stanowili jeden z najpiękniejszych widoków tej nocy. Nie byli 
ostatnią  podkręconą  piłką  rzuconą  nam  wtedy  przez  Boga, 

background image

spotkaliśmy  się  z  nimi  w  połowie  kursu,  ale  ich  widok 
poprawił nam wszystkim humor na jakiś czas. 

Mogłabym  przytoczyć  jeszcze  wiele  poruszających, 

chwytających  za  serce,  zabawnych,  wstrząsających  i 
zaskakujących  opowieści  o  bezdomnych.  Jak  choćby  o 
kobiecie,  która  wyskoczyła  ze  swojego  kartonowego  koja  w 
bramie z okrzykiem: 

 - Skąd wiedzieliście? Dziś są moje urodziny! 
Była wniebowzięta, wszyscy ją uściskaliśmy i złożyliśmy 

życzenia  urodzinowe.  Albo  o  mężczyźnie  owiniętym  od  stóp 
do głów w znalezioną gdzieś folię aluminiową, która miała go 
ogrzać. Była też kobieta z tuzinem kotów na smyczach, którą 
widywaliśmy  prawie  przez  rok.  Zawsze  bałam  się  psów  na 
ulicach.  Ludzie  spotykani  podczas  naszych  kursów  w  ciągu 
paru  minut  trafiali  do  mego  serca,  ale  nie  ich  pitbule  i 
wygłodniałe  kundle.  Mieliśmy  dostatecznie  dużo  spraw  na 
głowie,  by  przejmować  się  jeszcze  tym,  że  możemy  zostać 
zaatakowani  i  pogryzieni  przez  psy.  Lubię  psy,  sama  mam 
parę,  ale  psy  na  ulicach  wciąż  mnie  przerażają.  Ekipa  często 
śmiała się ze mnie z tego powodu. Pokażcie mi faceta, który 
wygląda,  jakby  miał  cię  zaraz  zabić,  a  stawię  mu  czoło  bez 
większych problemów. Ale pokażcie mi psa szczerzącego kły, 
a  zacznę  zwiewać,  gdzie  pieprz  rośnie,  i  czekając  na  powrót 
reszty zespołu, będę opiekować się pączkami. No dobra, zjem 
ze dwa, z  wiórkami czekoladowymi, żeby jakoś umilić sobie 
to oczekiwanie. Nikt nie jest doskonały  

background image

Rozdział 6 
Niektóre groźne zdarzenia 
Nie  wszystkie  osoby  spotykane  na  ulicach  są  przyjaźnie 

nastawione. Mieliśmy wiele szczęścia i przeżyliśmy zaledwie 
kilka groźnych zdarzeń. Ogólnie ludzie, których spotykaliśmy, 
odnosili  się  do  nas  życzliwie  i  z  wdzięcznością,  a  niekiedy 
wręcz  z  troską  o  nas.  Było  jednak  kilka  wypadków  które 
upewniły  nas,  że  zawsze  musimy  mieć  się  na  baczności, 
pozostawać  czujni  i  uważni.  Odbywaliśmy  wyprawy  do 
obcego,  groźnego  świata.  Z  łatwością  mogliśmy  stać  się 
obiektem,  na  którym  ktoś  chciałby  wyładować  swój  gniew, 
frustrację  lub  strach.  Jak  już  wspomniałam,  ustaliliśmy,  że 
pewnych  terenów  z  wiadomych  względów  będziemy  unikać. 
Po  wielu  niepokojących  zdarzeniach  postanowiliśmy  omijać 
miejsca,  gdzie  ludzie  żyli  w  samochodach,  starych 
ciężarówkach i szkolnych autobusach. Zagrożenie polegało na 
tym, że nie mogliśmy zobaczyć, kto jest w środku, ile jest tam 
osób i ile może wyskoczyć ze środka, kiedy otworzą się drzwi. 
Lubię pracować na otwartej przestrzeni, kiedy widzę wyraźnie 
całą 

okolicę 

wokoło, 

współpracowników 

ludzi 

zamierzających w naszą stronę. Nie znoszę niespodzianek, a te 
autobusy  i  ciężarówki  mogły  zagwarantować  nam  mnóstwo 
nieprzyjemnych  niespodzianek.  Po  kilku  takich  incydentach 
postanowiliśmy ich unikać. I ogólnie rzecz biorąc, bywaliśmy 
dość  dzielni  w  kwestii  doboru  miejsc,  w  które  się 
zapuszczaliśmy.  Niektóre  z  naszych  posunięć  były  z  gruntu 
nieostrożne  i  nieroztropne,  wręcz  głupie  w  całej  swej 
niewinności  i  determinacji.  Na  szczęście  opatrzność  nam 
sprzyjała  i  spotkaliśmy  całe  mnóstwo  wspaniałych  ludzi. 
Niekiedy  nawet  ci  mniej  cudowni  byli  dla  nas  swoistym 
błogosławieństwem. 

Często  upominaliśmy  się  wzajemnie,  by  możliwie  jak 

najskrupulatniej  wypatrywać  broni.  Podejrzewam,  że  wiele 

background image

osób, z którymi mamy do czynienia, posiada broń, począwszy 
od  pistoletów  poprzez  noże  po  zwykłe  brzytwy.  Widziałam 
kiedyś  błysk  brzytwy  w  dłoni  opuszczonej  wzdłuż  ciała  i 
ukradkiem  wsuwanej  do  kieszeni.  Mamy  świadomość 
zagrożenia.  I  sami  staramy  się  go  nie  stwarzać.  Niczego  od 
nich nie chcemy, nie bierzemy, lecz dajemy. Jeśli jednak ktoś 
jest  chory  psychicznie,  a  co  gorsza,  jeśli  poczuje  się 
zszokowany,  przerażony  lub  zdezorientowany,  może 
zareagować gwałtownym wybuchem przemocy. Nadjeżdżając, 
uprzedzamy o naszej obecności donośnym „Joł!". Staramy się 
być  dobrze  widoczni,  głośno  wyjaśniamy,  co  mamy  do 
zaoferowania,  i  teoretycznie  w  grupie  jesteśmy  bezpieczni. 
Prawie  zawsze  jest  nas  jedenaścioro,  poruszamy  się  trzema 
furgonetkami,  choć  po  wyjściu z  pojazdów zdarza  się,  że  się 
rozpraszamy. Nie robimy tego celowo, staramy się trzymać w 
parach lub  w  grupach, ale  zdarza  się, że  bezdomnych  jest za 
dużo,  są  za  bardzo  rozproszeni,  albo  wjeżdżamy  w  uliczkę, 
która  okazuje  się  węższa  i  ciemniejsza,  niż  się 
spodziewaliśmy, a z bram albo ciemnych zaułków wyłania się 
kilkadziesiąt  osób,  choć  spodziewaliśmy  się  zaledwie  dwóch 
czy  trzech.  Niezależnie  od  tego  jak  bardzo  staramy  się  być 
ostrożni,  na  ulicach  sporo  ryzykujemy  Naprawdę  z  całego 
serca  jestem  wdzięczna,  że  nie  doszło  do  groźnych  i 
niebezpiecznych  incydentów  i  że  nikomu  z  nas  nic  się  nie 
stało.  Przed  wyjazdem  w  kolejny  kurs  zawsze  zapalam 
świeczki za bezpieczeństwo całej ekipy. 

Skład  naszego  zespołu  jest  zróżnicowany  pod  względem 

etnicznym  i  to  przyciąga  do  nas  ludzi.  Mamy  wśród  nas 
Afrykanina, dwóch Azjatów (Chińczyk i Japończyk), choć na 
ulicach  Azjatów  nie  uświadczysz,  dwóch  Latynosów  i 
sześcioro  białych.  Z  jedenaściorga  osób  tworzących 
podstawowy skład ekipy trzy to kobiety oraz ośmiu mężczyzn, 
w  tym  jeden  gej.  Zespół  jest  zróżnicowany  pod  względem 

background image

etnicznym i w zasadzie każdy może znaleźć tu coś dla siebie, 
jeżeli  chodzi  o  preferencje.  Jako  ekipa  działamy  idealnie  i 
uwielbiamy 

się 

nawzajem. 

Praca, 

którą 

wspólnie 

wykonujemy,  od  tak  dawna  stanowi  silną,  łączącą  nas  więź. 
Uważamy  tę  więź  za  świętą,  większość  z  nas  nigdy  nie 
opuściła  nocnego  wyjazdu,  chyba  że  w  grę  wchodziły 
szczególne  okoliczności.  W  ciągu  tych  jedenastu  lat  każdy  z 
nas  opuścił  jeden,  góra  dwa  wyjazdy  z  powodu  choroby  czy 
jakiegoś zdarzenia losowego. Ja musiałam zostać w domu, bo 
miałam  problemy  z  kręgosłupem,  a  przez  pół  roku 
pracowałam na ulicach z nogą w gipsie, po tym jak zerwałam 
ścięgno  Achillesa.  Nikt  z  nas  nie  chciał  przegapić  tych  nocy 
Staramy się wyruszać na ulice co najmniej raz w miesiącu, od 
września do maja. 

Przerażające  momenty  odchodzą  na  drugi  plan  pod 

wpływem 

mnóstwa 

cudownych 

zdarzeń. 

Wszyscy 

przyznajemy,  że  bywały  trudne  chwile,  ale  staramy  się 
wyciągać  z  nich  wnioski  i  naukę  na  przyszłość.  Mamy 
świadomość, że złe rzeczy mogą wydarzyć się bardzo szybko. 
Na  samym  początku  naszej  działalności  zetknęliśmy  się  ze 
stosunkowo  dużą,  zróżnicowaną  grupą  ludzi  i  w  ciągu  kilku 
minut  uświadomiliśmy  sobie,  że  weszliśmy  w  grupę 
bezdomnych,  którą  ograbiała  banda  wyrostków  To 
uświadomiło  nam,  jak  brutalne  prawa  rządzą  życiem  na 
ulicach,  że  słabi  i  bezbronni  stają  się  ofiarami  brutalnych 
prześladowców, którzy odbierają im nawet te skromne dobra, 
które  udało  im  się  zgromadzić.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  na 
ulicach  istnieją  struktury  i  hierarchia,  swoisty  „porządek 
dziobania".  Weszłam  w  tę  grupę  jak  licealna  cheerleaderka, 
uśmiechając  się  radośnie  do  tych,  którym  chcieliśmy  pomóc, 
gdy jeden z drapieżców spojrzał na mnie i przewrócił oczami. 
Chodzę tam w skromnych ciuchach, czyli ubrana zwyczajnie i 
czysto,  ale  pewnie  nawet  w  najgorszych  rzeczach,  starej 

background image

czapce  i  kurtce  puchowej  wyglądam  na  ulicy  zbyt  dobrze. 
Przywódca 

grupy 

rabusiów 

łypnął 

na 

mnie 

niedowierzaniem.  „Co  ty  tu  robisz?",  spytał  z  drwiącym 
uśmieszkiem,  a  my  wszyscy  uświadomiliśmy  sobie,  że 
popełniliśmy błąd. Nie moglibyśmy powstrzymać tego, co się 
działo,  to  byłoby  dla  nas  zbyt  niebezpieczne  i  ze  smutkiem 
przyznam,  że  nikt  z  nas  (nawet  gliniarze)  nie  próbował  w  to 
ingerować.  Wyjaśniłam  pospiesznie,  że  przyjechaliśmy,  bo 
mamy do rozdania trochę rzeczy. Zapytał, czy wystarczy także 
dla nich, a ja odparłam, że tak. 

 -  Dobra,  więc  zostawcie  też  coś  dla  nas  i  zabierajcie  się 

stąd - rozkazał. 

Nasza dobra samarytanka i jej wesoła kompania weszli w 

sam  środek  konfliktu,  który  nie  był  ich  sprawą,  i  sytuacja 
przez moment zdawała się naprawdę groźna. 

Zostawiliśmy  rzeczy  dla  wszystkich  i  szybko  się 

zwinęliśmy.  Byliśmy  źli,  że  bezdomni  są  okradani,  ale 
ucieszyliśmy  się,  że  nam  samym  nic  się  nie  stało.  Tę  lekcję 
świadomości wpoiliśmy sobie już na samym początku naszej 
działalności.  Nauczyliśmy  się,  że  musimy  uważnie 
obserwować  miejsca,  w  których  się  zatrzymujemy.  W 
niektórych  nawet  anioły  powinny  mieć  się  na  baczności.  To 
była  nauczka,  która  sprawiła,  że  na  przyszłość  staliśmy  się 
ostrożniejsi. 

Nieustannie upominamy siebie nawzajem, że musimy być 

czujni.  Na  ulicach  łatwo  poczuć  się  zbyt  pewnie  i  zuchwale. 
Zazwyczaj właśnie wtedy dochodzi do tragedii. 

To zdumiewające, ale przez lata znaleźliśmy się zaledwie 

kilkakrotnie w niebezpiecznych sytuacjach, zważywszy na to, 
jakie  miejsca  regularnie  odwiedzaliśmy.  Któregoś  razu 
zostałam osaczona przy furgonetce, gdy czekałam na ulicy na 
bezdomnych.  Osoba  stojąca  z  tyłu  furgonetki  i  wydająca 
rzeczy z wnętrza samochodu ryzykuje, że zostanie pchnięta na 

background image

pojazd  i  zmiażdżona,  jeżeli  napierająca  grupa  ludzi  będzie 
zbyt  liczna  i  zbyt  gwałtowna.  Lepiej  nie  stać  na  ulicy  w 
pojedynkę.  Myślę,  że  wtedy  towarzyszyła  mi  Jane,  a  reszta 
grupy  rozproszyła  się  po  całej  przecznicy  Rozdawaliśmy 
rzeczy  najszybciej,  jak  to  możliwe.  Wśród  napierającego 
tłumu bezdomnych spostrzegłam mężczyznę o przenikliwym, 
świdrującym  spojrzeniu.  Wydawał  się  zagniewany  i 
zdenerwowany,  wręcz  biła  od  niego  wrogość,  i  zauważyłam, 
że  sięgnął  ręką  do  paska,  jakby  coś  tam  poprawiał.  To  mógł 
być  pistolet.  Cokolwiek  to  było,  nagle  znalazłam  się  z  tym 
mężczyzną  twarzą  w  twarz,  spoglądał  na  mnie  z  góry  z 
wściekłością i podejrzliwością zarazem. 

 - Czemu to robisz? - zwrócił się do mnie. 
 -  Bo  chcę  -  odparłam,  siląc  się  na  spokój.  -  Myślę, że to 

ważne, a ludzie potrzebują tego, co dla nich mamy.  

Zdawało mi się, że przygląda mi się przez całą wieczność, 

świdrował mnie wzrokiem, a ja pomyślałam, cholera, ten facet 
mnie zabije. Staliśmy tak, że nasze ciała niemal się stykały, a 
tłum  wciąż  napierał.  Nie  poruszyłam  się.  Nie  chciałam 
rozzłościć  go  jeszcze  bardziej  i  nagle,  opuściwszy  lewą  dłoń 
do boku, mężczyzna pokiwał głową, wziął ode mnie komplet 
rzeczy,  po  czym  spojrzawszy  na  mnie  raz  jeszcze, 
wymamrotał: 

 - Niech cię Bóg błogosławi, siostro. 
Kiedy  się  oddalił,  poczułam,  że  mam  miękkie  kolana  i 

właśnie wtedy, nie po raz pierwszy ani nie ostatni, zapytałam 
samą siebie, czy jestem szalona, wyjeżdżając na ulice, i co w 
ogóle tam robię. Jestem samotną matką z ośmiorgiem dzieci, 
które  mnie  potrzebują.  Czy  to  błogosławieństwo,  czy  raczej 
szaleństwo?  Czasami  trudno  wychwycić  różnicę.  Wiem 
jednak,  że  na  ulicach  jestem  odważniej  sza  niż  gdziekolwiek 
indziej,  oczywiście  w  granicach  rozsądku  i  mając  pod  ręką 
przyjaciół. Nie podjęłabym się tego sama. Choć przyznaję, że 

background image

w bardzo zimne lub deszczowe noce niekiedy wyruszam sama 
z  kilkoma  kompletami  rzeczy  Nie  mogę  leżeć  bezpiecznie  w 
swoim  wygodnym  łóżku,  myśląc  o  bezdomnych  tam,  na 
ulicach, i nie próbować im jakoś pomóc. 

Innego  razu  rozdawaliśmy  rzeczy  przy  Market  Street. 

Zatrzymaliśmy  się,  by  pomóc  kilku  bezdomnym  śpiącym  po 
bramach,  ale  na  otwartej  przestrzeni  zobaczyli  nas  inni  i 
zaczęli  zbiegać  się  ze  wszystkich  stron.  Otoczył  nas 
prawdziwy tłum. Zbyt wielu ludzi chciało zbyt wiele i zbiegło 
się  do  nas  zbyt  szybko.  Ustaliliśmy  między  sobą  sygnał, 
gdyby pojawiły się kłopoty. Wystarczyło, że ktoś z nas rzuci 
głośno: „Jazda!". I zabieraliśmy się stamtąd, o nic nie pytając, 
bez  chwili  namysłu.  Jazda...  jazda!  Na  ewentualne  pytania 
będzie  czas  później.  Ktoś  rzucił  sygnał,  chyba  Randy,  i 
wskoczyliśmy  do  furgonetek,  pozamykaliśmy  drzwi  i 
odjechaliśmy,  a  tłum  bezdomnych  popędził  za  nami.  Gdyby 
mogli  sforsować  i  otworzyć  drzwi  furgonetek,  zrobiliby  to. 
Jednak Younes, Paul i Bob albo Tony za kierownicą trzeciego 
pojazdu jechali zbyt szybko jak dla nich. Zwialiśmy stamtąd, 
aż się kurzyło, i od tej pory trzymaliśmy się z dala od Market 
Street.  To  zbyt  rozległa  przestrzeń,  a  my  za  bardzo  rzucamy 
się w oczy. Zagrożenie dla nas jest za duże. Wolimy trzymać 
się  mniejszych,  ciemniejszych  uliczek,  gdzie  zagrożenia,  z 
jakimi się stykamy, są łatwiejsze do opanowania. 

Przypuszczalnie  jedną  z  najniebezpieczniejszych  nocy, 

choć  nic  się  nam  bezpośrednio  nie  przydarzyło,  była  noc, 
podczas  której  zapuściliśmy  się  niebezpiecznie  blisko 
niesławnej Szóstej Ulicy, gdzie kwitnie handel narkotykami i 
gdzie,  jak  ostrzegł  nas  Randy,  możemy  z  łatwością  zarobić 
kulkę.  Zazwyczaj  unikaliśmy  tej  okolicy,  jednak  tej  nocy 
zapuściliśmy  się  trochę  za  daleko  i  poczuliśmy  niepokój. 
Odjechaliśmy  stamtąd  jak  najszybciej,  kiedy  pozbyliśmy  się 
kilku  kompletów  rzeczy  Kilka  minut  później  minęły  nas 

background image

radiowozy na sygnale. Było ich sporo. Miejscowe władze nie 
patrzą przychylnym wzrokiem na pomaganie bezdomnym i w 
pierwszej chwili pomyśleliśmy, że radiowozy jadą po nas. Na 
samym  początku,  zanim  jeszcze  w  ogóle  zaczęliśmy, 
zweryfikowaliśmy naszą działalność pod względem prawnym. 
Wiedziałam  z  absolutną  pewnością,  że  nie  złamaliśmy 
żadnego  przepisu.  Jednak  niektóre  instytucje,  w  tym  także 
policja,  patrzą  krzywo  na  osoby  pomagające  bezdomnym. 
Łamaliśmy  mnóstwo  niepisanych  miejskich  tabu,  ale  nie 
wchodziliśmy  w  konflikt  z  prawem.  Wiedziałam  jednak,  że 
gdyby nas złapano, moglibyśmy mieć kłopoty. Zastanawiałam 
się, czy stróże prawa nie wpakowaliby mnie za kratki, ot tak, 
dla zastraszenia. Gdyby do tego doszło, byłam gotowa przyjąć 
na  siebie  całą  odpowiedzialność.  Bądź  co  bądź  to  ja 
rozkręciłam tę działalność i gdyby było trzeba, poszłabym za 
to siedzieć. Do tego czasu mieliśmy w swojej ekipie czterech 
policjantów wspierających nas po służbie. Oni także nie łamali 
żadnych przepisów, ale to było dla nich czymś niezwykłym i 
także  mogli  za  to  beknąć.  Tak  więc  z  wyżej  wymienionych 
powodów staraliśmy się unikać policji. A tej nocy przemknął 
obok  nas  cały  sznur  radiowozów.  Kilka  telefonów 
wystarczyło,  abyśmy  się  dowiedzieli,  że  dosłownie  kilka 
kroków  od  miejsca,  gdzie  pracowaliśmy,  ktoś  został  zabity. 
Policja szukała mordercy, podejrzewając, że jest jeszcze w tej 
okolicy.  Kolejne  ostrzeżenie.  To  nie  było  dobre  miejsce  dla 
nas. Na ulicach ludzie giną nie tylko z głodu, wychłodzenia, z 
powodu  zainfekowanych  ran  czy  wskutek  różnych  chorób. 
Umierają  także  od  ran  postrzałowych.  To  było  dla  nas 
sygnałem  ostrzegawczym.  Przestaliśmy  rozdawać  rzeczy  i 
wróciliśmy  do  domu  jak  skarcone  dzieci.  Ostrożniej,  proszę! 
Zrozumieliśmy  treść  tego  przesłania  i  byliśmy  wdzięczni,  że 
instynkt nakazał nam wiać. 

background image

Rozdział 7 
Zapasy... i pluszowe misie 
Tak  jak  każda  świadomie  prowadzona  działalność, 

niezależnie  jakiego  rodzaju,  nasza  również  ewoluowała  w 
miarę upływu czasu, podobnie jak zmieniały się rodzaj i ilość 
rzeczy, które rozdawaliśmy. 

Potrzebowałam  czasu,  podobnie  jak  my  wszyscy,  by 

zrozumieć, na czym polega nasza misja, poza najogólniejszym 
przesłaniem  o  pomaganiu  bezdomnym.  Pytanie  brzmiało  - 
jak?  Co  jest  naszym  celem?  Nie  mogliśmy  odmienić  ich 
sytuacji,  na  stałe  zabrać  ich  z  ulicy,  znaleźć  im  dach  nad 
głową,  zapewnić  detoks,  jeśli  to  było  konieczne,  albo 
przeszkolić do pracy Jedenaście kochających serc i furgonetki 
pełne  zapasów  nie  wystarczą,  by  rozwiązać  problem 
bezdomności.  Noce  na  ulicy  były  zarazem  magiczne  i 
przerażające.  A  naszym  celem  stało  się  utrzymanie 
bezdomnych  przy  życiu  tak  długo,  jak  to  możliwe,  aż  ktoś 
lepiej wyszkolony zdoła im pomóc w konkretniejszy sposób. 

W  którymś  momencie  mój  przyjaciel  zapoczątkował  na 

obu  wybrzeżach  program  szkolenia  dla  najlepiej  rokujących 
bezdomnych. Sprawa była godna uznania, ale moim zdaniem 
to  wciąż  było  tylko  „zgarnianie  śmietanki".  Zgarniał  „z 
wierzchu" 

to, 

co 

najlepsze, 

najbardziej 

zaradnych 

bezdomnych,  i  udawało  mu  się  przez  dłuższy  czas 
utrzymywać  ich  z  dala  od  ulic.  Ocalenie  kilkunastu  osób 
rocznie  od  życia  na  ulicy  było  dla  niego  wielkim  sukcesem. 
Rozdawaliśmy  jednej  nocy  od  dwustu  pięćdziesięciu  do 
trzystu  kompletów  rzeczy  ale  nie  udawało  nam  się  zgarnąć 
tych  ludzi  z  ulicy.  Któregoś  razu  zwróciłam  mojemu 
przyjacielowi uwagę, że jego i moja misja są jak postępowanie 
matki  i  ojca.  On  nakłaniał  bezdomnych  do  kształcenia  się  i 
znajdowania pracy, ja koncentrowałam się na staraniach, żeby 

background image

byli  najedzeni,  żeby  mieli  ciepło  i  sucho.  A  tak  naprawdę 
potrzebowali jednego i drugiego. 

Kiedy  już  zrozumiałam,  na  czym  polega  nasza  misja, 

skupiliśmy  się  na  tym,  co  konieczne,  by  pomóc  bezdomnym 
pozostać przy życiu. Doświadczenie było naszym najlepszym 
nauczycielem.  Zaczynaliśmy  od  podstawowego  zestawu 
rzeczy  i  potrzebowaliśmy  czasu,  by  zorientować  się,  co  jest 
najbardziej  przydatne.  Nauczyli  nas  tego  sami  bezdomni.  Od 
samego  początku  było  dla  mnie  ważne,  by  otrzymywali 
czyste,  nowe  rzeczy  dobrej  jakości.  Nie  chciałam  im  dawać 
podróbek,  rzeczy  starych  i  niepasujących  albo  kiepskiej 
jakości,  które  zaraz  się  rozlecą.  Pierwszą  rzeczą,  którą 
dodaliśmy  po  ciężkiej  zimie  i  słotnej  jesieni  w  pierwszym 
roku naszej działalności, było ponczo przeciwdeszczowe. Nie 
było  sensu  dawać  ludziom  ciepłych  kurtek,  jeżeli  zaraz 
całkiem  przemokną,  a  kurtka  nasiąknie  wodą  jak  gąbka. 
Ponczo  przeciwdeszczowe  wydawało  się  niezbędne.  Którejś 
nocy starszy mężczyzna zapytał, czy mamy może szaliki. O to 
akurat nie było trudno i dodanie szalików do kompletu rzeczy 
także  uznaliśmy  za  kwestię  niezbędną.  Jane  dzięki 
doświadczeniu  w  handlu  była  niezrównana.  Wyszukiwała 
rzeczy  najlepszej  jakości  po  preferencyjnych  cenach  i 
dokonywała  zamówień.  Później  zaczęliśmy  zamawiać 
nieprzemakalny  brezent  do  przykrycia  śpiworów  i  do 
podłożenia  pod  śpiwory.  Do  tego  czasu  kupione  rzeczy 
wypełniały  już  wszystkie  furgonetki,  a  komplety  okazały  się 
na  tyle  spore,  że  trudno  było  je  wyciągać,  przestawiać  i 
przenosić  z  miejsca  na  miejsce.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że 
potrzeba  nam  toreb,  do  których  moglibyśmy  wkładać  całe 
komplety  rzeczy  Jane  znalazła  porządne,  czarne  torby  z 
nylonu,  do  których  mieściło  się  wszystko, co  trzeba.  Osobny 
zespół  zajmował  się  pakowaniem  tych  toreb  w  ciągu 
weekendów w moim garażu. Wciąż dysponowaliśmy kurtkami 

background image

męskimi w trzech i damskimi w dwóch rozmiarach i okazało 
się,  że  zostaje  nam  za  dużo  damskich  kurtek,  co  oznaczało 
marnotrawstwo  przestrzeni  i  pieniędzy  Na  ulicach  nie 
widywaliśmy  wielu  kobiet,  a  ich  gabaryty  były  nie  do 
przewidzenia.  Koniec  końców  stwierdziliśmy,  że  rozmiar  M 
męski  pasuje  równie  dobrze  na  kobiety,  i  przestaliśmy 
kupować  specjalnie  damskie  kurtki.  Aby  rozróżnić  rozmiary 
kurtek w torbach, przywiązywaliśmy żółte  wstążki  do rączek 
tych,  gdzie  były  kurtki  M-ki,  czerwone  dla  L-ek  i  niebieskie 
dla  XL-ek.  To  ułatwiało  dystrybucję  zapasów  i  poprawiało 
naszą  wydajność.  Torby  były  mocne,  poręczne,  lekkie  i 
wytrzymałe.  Od  samego  początku  korzystaliśmy  z  toreb  w 
kolorze  czarnym.  Zazwyczaj  gdy  mówią  o  nas  na  ulicach, 
nazywają nas „ludźmi z czarnymi torbami" - staliśmy się dla 
nich swego rodzaju legendą. 

Z czasem dorzucaliśmy do toreb jeszcze inne rzeczy, które 

okazały się niezbędne albo ważne  do przetrwania na  ulicach. 
Poza ciepłymi kurtkami dokładaliśmy jeszcze ciepłe dresy, w 
trzech  rozmiarach,  tak  jak  kurtki.  A  także  kalesony  do 
włożenia pod dresy. Rękawiczki, skarpety, wełniane mitenki i 
ciepłe szaliki mieliśmy już wcześniej w naszej ofercie. Długo 
szukaliśmy  odpowiednich  butów,  a  problemem  stał  się 
rozmiar obuwia, aż natknęliśmy się  na  otwarte sandały, które 
także nabyliśmy w trzech rozmiarach. Wełniane rękawiczki do 
wkładania  do  cieplejszych  rękawic  także  spotkały  się  z 
życzliwym odzewem ze strony bezdomnych. Bardzo wcześnie 
dorzuciliśmy  do  naszych  rzeczy  poncza  przeciwdeszczowe  i 
nieprzemakalne  płachty  brezentu,  ale  później  dołożyliśmy 
jeszcze do tego parasolki. A także latarkę, notesy i pióra, żeby 
bezdomni  mogli  zostawiać  sobie  nawzajem  wiadomości. 
Wyszliśmy  naprzeciw  tym  potrzebom  po  rozmowach  z 
naszymi  klientami.  Dla  rozrywki  dorzuciliśmy  jeszcze  talię 
kart,  jak  również  kilka  drobnych  narzędzi  w  rodzaju 

background image

otwieracza do puszek, sztućców, a dużo później także butelkę 
wody.  Pomyśleliśmy  też,  że  gdyby  któremuś  z  bezdomnych 
poszczęściło  się  na  tyle,  że  miałby  stawić  się  na  rozmowę 
kwalifikacyjną w sprawie pracy, potrzebowałby czegoś, żeby 
doprowadzić  się  do  porządku,  i  od  tej  pory  zaczęliśmy 
dokładać do torby przybory do higieny osobistej. Grzebienie, 
maszynki  do  golenia,  płyn  do  ust,  szczoteczki  do  zębów, 
dezodorant, chusteczki nawilżane do rąk, szampon, tampony. I 
do  tego  wszystkiego  pomyślałam,  że  dobrze  byłoby  dołożyć 
kostkę porządnego mydła. Lubię dobre mydło, a to wydawało 
się  luksusem,  który  można  zaoferować  zamiast  czegoś 
pośledniejszego.  I  tak  we  względnie  krótkim  okresie  dzięki 
zawartości naszych toreb bezdomni mogli mieć ciepło, sucho i 
przy okazji zadbać o higienę. 

Długo  powstrzymywaliśmy  się  przed  oferowaniem  im 

żywności.  Rozdając  żywność  bezdomnym,  nie  łamaliśmy 
prawa. Jednak prawo i przepisy dotyczące żywności są bardzo 
surowe. Potrzeba zezwoleń, by rozdawać porcje żywności lub 
przygotowywać  je  i  serwować  na  miejscu.  Ze  smutkiem 
dowiedzieliśmy  się  o  obowiązujących  obostrzeniach,  bo  od 
czasu  do  czasu  zdarzało  się,  że  bezdomni  byli  podtruwani 
jedzeniem podawanym im przez jakichś psycholi. Inni dawali 
im przeterminowane produkty, nienadające się do spożycia. W 
naszym  mieście  zgodnie  z  prawem  nie  wolno  wydawać 
bezdomnym  gotowanych  posiłków  ani  żywności  luzem. 
Wszystko  musi  być  fabrycznie  paczkowane  i  zafoliowane. 
Ofiarowanie  bezdomnym  posiłków  wydawało  mi  się 
skomplikowane, a oni sami nie mają gdzie przyrządzać sobie 
jedzenia,  podgrzewać  go  ani  przechowywać.  Pomimo 
częstych próśb nie chciałam podjąć się dystrybucji żywności. 
Torby,  które  rozdawaliśmy  i  tak  już  pękały  w  szwach,  a 
budżet  był  mocno  nadszarpnięty  Jednak  nasi  klienci  często 
pytali,  czy  mamy  dla  nich  coś  do  jedzenia,  i  sprawiali 

background image

wrażenie  rozczarowanych,  gdy  odpowiadaliśmy,  że  nie.  W 
końcu  zaczęliśmy  się  zastanawiać,  co  ewentualnie  mogłoby 
wchodzić  w  rachubę,  a  cała  sprawa  okazała  się  bardziej 
skomplikowana, niż sądziłam. 

Wszystko  sprowadziło  się  do  znalezienia  czegoś,  co 

można  by  zjeść  bez  konieczności  przyrządzania  czy 
późniejszego  przechowywania  w  lodówce.  Nabyliśmy 
konserwy z tuńczykiem, kurczakiem, mielonką itp. Wszystko, 
co  można  dostać  w  puszce,  oczywiście  z  otwieraczem. 
Zakupiliśmy  też  owoce  w  puszkach, zupy  instant  w  proszku, 
owsiankę w proszku, produkty, do których wystarczyło dodać 
wrzątku,  trzeba  było  jedynie  postarać  się  o  gorącą  wodę.  Do 
tego  płatki,  masło  orzechowe,  marmoladę,  krakersy,  chrupki 
ziemniaczane,  fasolę,  suszoną  wołowinę,  orzechy,  suszone 
owoce,  batony  energetyczne,  ciastka,  batony  czekoladowe, 
kawę, herbatę, gorącą czekoladę instant, cukier i śmietankę w 
proszku. Z czasem racje żywnościowe stały się na tyle bogate, 
że naszym zdaniem powinny wystarczać bezdomnym na trzy 
tygodnie,  gdyby  tylko  rozsądnie  nimi  dysponowali.  Nasi 
klienci  byli  pod  wrażeniem.  Torby  stały  się  cięższe,  a  my 
zaczęliśmy  zamawiać  większe  z  powodu  dodawanych  racji 
żywnościowych, ale dzięki temu mogliśmy zaspokajać więcej 
ich potrzeb i nikt nie skarżył się na ciężar toreb. Gdy zresztą 
okazywały  się  za  ciężkie,  na  przykład  dla  kobiet,  mężczyźni 
pomagali  im  je  zanieść  do  miejsca,  gdzie  koczowały  w 
kartonowych 

pudłach  czy  namiotach.  Wszyscy  byli 

zadowoleni,  że  w  torbach  prócz  rzeczy  znalazły  się  także 
produkty żywnościowe. 

Proszono nas także o wodę, ale tego problemu nie byliśmy 

w  stanie  rozwiązać.  Butelkowana  woda  sprawiała,  że  torby 
stawały się zbyt ciężkie do noszenia, tak dla nich, jak i dla nas. 
Odkąd  dodaliśmy  racje  żywnościowe,  trudno  mi  było 
wyciągnąć ciężkie torby z furgonetki, a gdyby jeszcze doszła 

background image

do  tego  woda,  stałoby  się  to  całkiem  niemożliwe.  Kobiety  z 
ulicy  również  by  sobie  z  tym  nie  poradziły  Choć  często 
proszono  nas  też  o  wodę,  nie  mogliśmy  zaopatrywać  w  nią 
bezdomnych.  Zamiast  tego  zaczęliśmy  dawać  im  puste 
plastikowe  butelki,  aby  sami  mieli  ją  w  co  nabrać.  To  było 
najlepsze, co mogliśmy zrobić. 

Nie  zdecydowaliśmy  się  też  dodawać  do  rzeczy  żadnych 

leków.  Choć  wielu  bezdomnych,  których  obsługiwaliśmy, 
było  chorych  i  potrzebowało  leków  na  lżejsze  i  cięższe 
dolegliwości,  i  z  pewnością  przydałyby  im  się  leki  na  kaszel 
czy  przeziębienie,  bałam  się  dawać  im  coś,  co  mogłoby 
wywołać  uczulenie,  a  więc  spowodować  więcej  złego  niż 
dobrego. Nie chciałam podejmować takiego ryzyka. Poza tym 
czułam, że dając im leki, mogłabym zachęcać ich, by unikali 
wizyt  w  przychodniach  czy  klinikach,  kiedy  to  było 
konieczne,  więc  powstrzymaliśmy  się  przed  tym,  choć 
potrzeby  były  ogromne.  Był  to  jednak  z  naszej  strony 
świadomy  wybór  i  nie  zdecydowaliśmy  się  na  wydawanie 
bezdomnym  jakichkolwiek  leków.  Poprzestaliśmy  jedynie  na 
bandażach i środkach antyseptycznych. 

Ludzie  wiedzą,  kiedy  pojawiamy  się  na  ulicach.  Wieści 

szybko  się  rozchodzą  i  wiele  osób  zdołało  rozgryźć  nasz 
grafik.  Domyślają  się,  kiedy  mogą  spodziewać  się  naszej 
kolejnej wizyty. Sztuczka polega na tym, by odnaleźć nas tej 
nocy,  kiedy  wychodzimy  w  teren.  Staraliśmy  się  odwiedzić 
możliwie  jak  najwięcej  miejsc,  w  których  na  co  dzień  żyją  i 
koczują bezdomni. Pytamy ludzi, gdzie jeszcze są bezdomni, i 
szukamy  ich.  Odwiedzamy  stare  parkingi,  ciemne  uliczki, 
miejsca  pod  wiaduktami  i  parcele  przy  placach  budów.  Nikt 
nie  podejrzewałby  nawet,  że  w  takich  miejscach  mogą 
ukrywać  się  i  żyć  ludzie.  Staramy  się  ich  odnaleźć.  A  oni 
szukają nas. 

background image

Jednym  z  najbardziej  użytecznych  narzędzi  i  środków 

łączności na ulicach są „komórki" i bynajmniej nie takie, które 
można  schować  do  kieszeni.  W  żargonie  ulicy  „komórka"  to 
osoba  na  rowerze  jeżdżąca  od  jednej  grupy  do  drugiej, 
przekazująca nowiny i informująca ludzi o tym, co się dzieje 
w  okolicy.  Dzięki  „komórkom"  krążącym  po  rejonach,  które 
odwiedzamy, więcej osób dowiaduje się o nas i przybywa w te 
pędy  Jesteśmy  wdzięczni  „komórkom",  które  pozwalają  nam 
dotrzeć do jeszcze większej grupy osób. 

Liczba 

rozdawanych 

toreb 

szybko 

wzrosła 

siedemdziesięciu  pięciu  do  stu,  potem  do  stu  dwudziestu 
pięciu, a w końcu do stu pięćdziesięciu. Utrzymywaliśmy ten 
wynik  przez  czas  jakiś,  aż  ostatecznie  osiągnęliśmy  poziom 
dwustu,  dwustu  pięćdziesięciu,  a  koniec  końców  trzystu.  Nie 
trzeba  nic  robić,  by  kwalifikować  się  do  otrzymania  torby. 
Trzeba  tam  tylko  być.  Ludzie,  którzy  mówią,  że  potrzebują 
drugiej  torby  dla  męża,  żony,  chłopaka,  dziewczyny  czy 
kolegi,  który  koczuje  w  koju  trzy  przecznice  dalej  i  jest  zbyt 
chory, żeby do nas dotrzeć, też ją dostają. Kim jesteśmy, aby 
podawać w wątpliwość prawdziwość ich słów? Ich życie i tak 
jest  dostatecznie  ciężkie,  nie  musimy  jeszcze  bardziej  go 
utrudniać.  Do  dziś  wierzę,  że  niemal  żadna  z  tych  osób  nie 
przehandlowała otrzymanej od nas torby za narkotyki albo za 
pieniądze  na  narkotyki.  Wszyscy,  których  widzieliśmy, 
otwierali torby, wkładali otrzymane rzeczy i drżącymi dłońmi 
rozrywali torebki z żywnością. Widuję w mieście wiele z tych 
toreb  w  rękach  tych,  do  których  należą,  i  w  wózkach  z  ich 
cennym dobytkiem. W większości torby i zawartość pozostają 
tam, gdzie powinny. 

Kradzieże  stanową  na  ulicach  poważny  problem  i  aż 

nazbyt często ludzie zgłaszają nam, że padli ofiarami rabunku. 
Nie  pamiętam  już,  ile  razy  podczas  naszych  kursów  ludzie 
przybiegali  do  nas  zrozpaczeni,  mówiąc,  że  ich  torba  została 

background image

przed  kilkoma  dniami  skradziona  (lub  zabrana  przez  WSP  i 
wywieziona  na  śmieciarce).  "Wiedziałem,  że  wrócicie", 
mówili  zwykle.  „Modliłem  się,  żebyście  przyjechali  dziś 
rano...  gdzie  byliście?  Potrzebowałem  nowej  torby,  dzięki 
Bogu przyjechaliście". Zupełnie jakby Opatrzność wypychała 
nas  na  ulice  w  te  noce,  kiedy  byliśmy  najbardziej  potrzebni. 
Podobnie  zdarza  się  nieraz,  że  jakaś  napotkana  osoba  kręci 
głową  z  uśmiechem  i  mówi:  „Zaopatrzyliście  mnie  ostatnim 
razem.  Niczego  nie  potrzebuję.  Dzięki".  Albo  mówi,  że  za 
śpiwór  dziękuje,  ale  przydałaby  się  kurtka.  Na  ulicach 
potrzeby  są  jasno  sprecyzowane,  ale  chciwość  zdarza  się 
rzadko, praktycznie wcale. Od czasu do czasu bezdomni chcą 
upewnić  się,  że  to,  co  mamy,  trafi  do  ich  przyjaciół,  którzy, 
jak twierdzą, potrzebują tych rzeczy bardziej. 

Nie  powiem,  żebym  nigdy  się  nie  bała,  zwłaszcza  gdy 

niektórzy  z  tych  ludzi,  wyglądający  naprawdę  groźnie,  biegli 
w  naszą  stronę.  Nie  jestem  szalona,  ten  świat  długo 
pozostawał  dla  mnie  nieznany,  pełen  ludzi,  którzy  nierzadko 
wyglądają złowrogo, sprawiają wrażenie niebezpiecznych czy 
wręcz obłąkanych. Czasami wydawali się mniej groźni, kiedy 
zaczynało się do nich mówić. Kiedy indziej to nie przynosiło 
rezultatu albo wywoływało efekt odwrotny, jeszcze gorszy od 
zamierzonego.  Na  początku  mojej  działalności,  którejś  nocy, 
kiedy  kilka  osób  wyglądających  na  obłąkane  podbiegło  do 
mnie, opanowałam się i pomyślałam: Gdyby podszedł do mnie 
Jezus  wyglądający  jak  ten  człowiek,  czy  próbowałabym 
uciec?  A  może  zostałabym  tam,  spojrzała  na  niego  i 
uściskałabym Go? Zmuszałam się, by ujrzeć Jezusa w każdym 
bezdomnym,  który  budził  we  mnie  strach,  i  z  czasem 
przestałam  się  bać  i  odczuwałam  raczej  radosną  euforię.  A 
ludzie,  którzy  wydawali  mi  się  groźni  i  straszni,  stawali  się 
mili i życzliwie witali nas w swoim świecie. Ta wizja do mnie 
przemówiła.  Aby  ją  odpowiednio  przyswoić,  kupiłam  na 

background image

aukcji  dzieł  sztuki  obraz  niemal  naturalnych  rozmiarów. 
Przedstawiał malowany kontur człowieka z twarzą Chrystusa i 
koroną  cierniową  z  drutu  kolczastego  na  głowie;  postać  była 
ubrana  bardzo  kolorowo  i  miała  kurtkę  z  napisem:  „Będę 
pracował za jedzenie". Obraz wyglądał jak żywy i powiesiłam 
go  na  ścianie  w  sypialni,  aby  móc  widzieć  go  z  łóżka. 
Wielokrotnie  w  blasku  księżyca  podrywałam  się  nerwowo  i 
patrzyłam na ten obraz przekonana, że przy wejściu do mojej 
sypialni  stoi  jakiś  obcy  mężczyzna.  Zaraz  jednak 
przypominałam  sobie,  co  to  takiego  i  co  ma  uosabiać. 
Uwielbiam  ten  obraz.  Przypomina  mi  o  ludziach,  których 
spotykam  na  ulicach  i  wyobrażam  ich  sobie  z  twarzą 
Chrystusa,  i  ludzie  ci  już  nie  wzbudzają  we  mnie  lęku.  To 
dzieło  stale  przypomina  mi  o  pracy,  którą  tak  ukochaliśmy 
Smutne jest to, że każdej nocy moglibyśmy rozdać cztery czy 
pięć  razy  więcej  czarnych  toreb,  niż  mamy  przygotowanych. 
Jednak zakup zapasów do trzystu toreb to droga impreza. Nie 
stać nas na więcej. Choć chciałabym, żebyśmy mogli sobie na 
to pozwolić. Ostatnia rzecz, którą dołączyliśmy, począwszy od 
świąt  Bożego  Narodzenia  pewnego  roku,  może  się  wydawać 
szaleństwem, ale okazało się inaczej. Wciąż mam w sobie coś 
z  dziecka.  Wcześnie  byłam  zmuszona  dorosnąć,  bo  moja 
matka  odeszła,  kiedy  miałam  sześć  lat,  i  zawsze  lubiłam 
pluszowe  misie  oraz  pociechę,  którą  przynosiły  W  każdym  z 
nas  drzemie  dziecko,  którego  obecność  trzeba  od  czasu  do 
czasu potwierdzić. Jednak ludzie żyjący na ulicy, walczący o 
przetrwanie,  nie  mieli  czasu  na  szukanie  w  sobie 
wewnętrznego  dziecka.  Pluszowe  misie  są  dla  mnie  swego 
rodzaju  duchem  Bożego  Narodzenia.  I  choć  święta  bywają 
niekiedy  rozczarowujące,  tkwiące  w  nas  dziecko  zawsze  ma 
nadzieję,  że  będzie  inaczej.  Skoro  naszym  zadaniem  jest 
dawanie  miłości,  chciałam,  by  w  jedne  święta  w  naszych 
torbach  znalazły  się  także  pluszowe  misie.  To  wywołało 

background image

wśród nas poważną dyskusję. Czy to dobry pomysł? A może 
jednak  nie.  Czy  to  marnowanie  pieniędzy?  Czy  ktokolwiek 
będzie  chciał  pluszaki?  Czy  się  tym  przejmie?  Czy 
powinniśmy wkładać miśki do toreb, czy rozdawać je osobno? 
Większość ekipy uważała, że powinno się je wkładać do toreb, 
aby  zostały  tam  znalezione  później.  Kobiety  były  zdania,  że 
należy  dawać  je  osobno,  co  byłoby  bardziej  osobistym, 
ludzkim gestem. Szczerze mówiąc, nawet ja sama uważałam, 
że  większość  miśków  trafi  ostatecznie  do  rynsztoka  albo  do 
kosza  na  śmieci.  Jako  że  dziewięćdziesiąt  procent  naszych 
klientów  stanowią  mężczyźni  i  są  oni  dość  gruboskórni, 
trudno  było  nie  pomyśleć,  że  na  widok  pluszowego  miśka 
roześmieją się nam w twarz. Ale i tak chciałam to zrobić. 

Coś  w  moim  sercu  przekonywało  mnie,  że  ten  gest  jest 

potrzebny To wiele dla mnie znaczyło. Chciałam przynajmniej 
spróbować, choćbym miała zrobić z siebie idiotkę. 

W  te  święta  dwie  cudowne  panie,  właścicielki  sklepu, 

podarowały nam trzysta pluszowych miśków, a później już je 
kupowaliśmy  Ale  ten  pierwszy  raz  to  był  eksperyment  i 
wszyscy  robiliśmy  dobrą  minę  do  złej  gry.  Mimo  to  dumnie 
zabraliśmy  się  do  rozdawania  toreb  i  dołączonych  do  nich 
miśków,  życząc  kolejnym  obdarowanym  bezdomnym 
wesołych świąt. 

Nikt z nas nie był przygotowany na taką reakcję. Pierwszy 

z  obdarowanych,  facet  mający  jakieś  metr  dziewięćdziesiąt 
wzrostu,  o  gęstych,  zmierzwionych  włosach,  miał  zaciętą 
minę i wyglądał na niezłego zbója. Spojrzał na nas, na miśka, 
którego trzymał w ręku, i już byłam pewna, że zaraz wyrzuci 
go do kosza, gdy mężczyzna nagle wybuchnął łzami. 

 - Boże - zawołał. - Misiek! Nazwę go Oskar Junior Drugi. 
Najwyraźniej sam nazywał się Oskar Junior. Podziękował 

i  oddalił  się  z  torbą  w  jednej  ręce  i  miśkiem  przyciśniętym 
mocno do piersi w drugiej. Tak było przez cały wieczór i noc. 

background image

Twardzi, zacięci mężczyźni, a spotkaliśmy ich tej nocy wielu, 
tulili do siebie miśki, nadawali im imiona i nie mogli wyjść z 
podziwu i zdziwienia, a niektórzy po prostu stali i płakali jak 
dzieci.  Kobietom  rzecz  jasna  miśki  też  się  spodobały  i  też 
tuliły  je  do  siebie.  Ale  to  mężczyźni  kompletnie  nas 
zaskoczyli,  rozklejając  się  na  naszych  oczach,  wyraźnie 
mięknąc  i  okazując  wrażliwość  i  delikatność  tak  jak  kobiety 
Oni  też  od  razu  pokochali  te  miśki.  Ani  jedna  osoba  nie 
odmówiła  przyjęcia  tej  nocy  pluszowego  misia  i  od  tamtej 
pory  zawsze  je  ze  sobą  zabieramy.  Przez  te  wszystkie  lata 
odmówiło wzięcia ich może z pięć osób. 

Tej  nocy  uświadomiliśmy  sobie,  że  dotknęliśmy  jakiegoś 

ważnego punktu. Właśnie dlatego miśki znajdują się teraz we 
wszystkich rozdawanych przez nas czarnych torbach. Te miśki 
czynią  cuda.  W  jakiś  sposób  jednym  gestem  przywróciliśmy 
tym  ludziom  nie  tylko  wspomnienie  dzieciństwa,  lecz  także 
wrażliwość,  której  im  brakowało.  Tej  nocy  nie  chodziło  o 
przetrwanie,  ubranie,  nakarmienie  i  przekazanie  im  ciepłych 
rzeczy oraz śpiwora... lecz o dotarcie do tej cząstki każdego z 
nich, która została utracona i zapomniana. Gdy wpatrywali się 
w pyszczki miśków i tulili je do siebie, jakaś cząstka każdego 
z  nich  powracała  do  życia.  To  był  jeden  z  najbardziej 
wzruszających  momentów  podczas  naszej  pracy  na  ulicach  i 
cieszyłam  się,  że  mogliśmy  dać  bezdomnym  te  miśki.  Paru 
naszych  klientów,  którzy  kilkakrotnie  brali  od  nas  rzeczy, 
zgromadziło  w  swoich  wózkach  całe  misiowe  rodzinki. 
Mężczyźni  nie  są  ani  trochę  skrępowani  pluszakami.  Niemal 
wszystkie miśki mają imiona i są częścią czegoś, co ci ludzie 
w sobie odnaleźli i czego nie chcą ponownie utracić. Miśki są 
widocznym  znakiem  miłości,  której  wszyscy  pragniemy  i  za 
którą  tęsknimy,  pomostem  pomiędzy  naszymi  i  ich  sercami. 
Myślę,  że  stały  się  symbolem  tego  wszystkiego,  co  utracili, 
zapomnieli, ale mieli zawsze nadzieję odnaleźć. 

background image

Rozdział 8 
Co robią inne grupy 
To,  co  zrobiliśmy  na  ulicach,  jest  unikalne  i  jedyne  w 

swoim rodzaju, ponieważ grup terenowych jest niewiele, a to, 
co  udało  nam  się  zapewnić  potrzebującym,  stanowi  rzecz 
niepowtarzalną.  Oprócz  nas  istnieje  co  najmniej  kilka 
naprawdę  wyjątkowych  grup  ludzi  działających  na  ulicach  i 
wspomagających  populację  bezdomnych.  Ponieważ  władze 
federalne, miejskie i stanowe nie oferują należytej pomocy, a z 
powodu  cięć  budżetowych  zamknięto  dużo  programów 
pomocowych,  niektórzy  obywatele  starają  się  prywatnie 
zrobić, co  w ich mocy Sporo z  tych  grup funkcjonuje już od 
blisko dwudziestu lat i wiele z nich to szanowane organizacje 
osiągające  imponujące  rezultaty  Każda  organizacja  ma  inny, 
ściśle  określony  zakres,  cel  i  obszar  działań.  Pracują 
niezależnie od siebie i prawie nie kontaktują się między sobą. 
Ich  działacze  są  zbyt  zajęci  pomaganiem  ludziom,  na 
rozmowy  nie  starcza  czasu.  Mniej  więcej  rok  temu  zaczęłam 
formować koalicję pomiędzy sześcioma spośród tych grup, by 
dzielić  się  informacjami  i  wymieniać  pomysłami  i  jak  lepiej 
wspomagać bezdomnych. Zdumiewa mnie, że z powodu braku 
zainteresowania  ze  strony  odpowiednich  instytucji  grupy  te 
uformowały  się  same,  by  sprostać  potrzebom,  które  nie  były 
zaspokajane  w  żaden  inny  sposób.  Nazwaliśmy  tę  nową 
koalicję  Mostem  Nadziei.  Jednak  poza  grupami  terenowymi 
zrzeszonymi  w  tej  koalicji  istnieją  również  inne,  które  także 
wykonują  dobrą  robotę,  służąc  jako  przykład  i  wzór  do 
naśladowania dla wszystkich pragnących pomóc, i z łatwością 
można  podobne  komórki  założyć  w  innych  miastach. 
Bezdomność  to  problem  ogólnoświatowy,  nie  ogranicza  się 
tylko do jednego miasta czy kraju. 

Jedną z najbardziej efektywnych organizacji pracujących z 

młodzieżą w San Francisco jest Larkin Street Youth Services. 

background image

Pomaga  młodzieży  w  wieku  mniej  więcej  od  jedenastu  do 
dwudziestu  czterech  lat.  Zapewnia  schronienie,  dach  nad 
głową,  opiekę  medyczną  oraz  leczenie  dla  bezdomnych 
nastolatków  cierpiących  na  AIDS  (co  niestety  z  powodu 
szerzącej  się  wśród  nich  narkomanii  stanowi  prawdziwą 
plagę),  porady  prawne,  szkolenia  w  celu  zdobycia 
zatrudnienia,  edukację,  odzież  i  możliwość  powrotu  do 
rodziny,  o  ile  jest  to  rzecz  jasna  możliwe  i  wskazane. 
Organizacja  ma  wiele  programów  oraz,  co  jest  prawdziwą 
rzadkością,  dwa  zespoły  terenowe,  jeden  pieszy  i  drugi 
dysponujący pojazdami, by nawiązać kontakt z dzieciakami na 
ulicach  i  spróbować  do  nich  dotrzeć,  a  następnie,  jeśli  to 
możliwe,  ściągnąć  je  do  schronisk,  ośrodków,  a  w  rezultacie 
zupełnie zabrać z ulicy (Za każdym razem, gdy spotykam na 
ulicach nastolatków, kontaktuję się z ludźmi z Larkin Street, a 
oni nawiązują z nimi kontakt i sprawdzają, czy mogą im jakoś 
pomóc). 

Inną  wyśmienitą  grupą  działającą  na  ulicach  jest  At  the 

Crossroads,  założona  dwanaście  lat  temu  przez  młodego 
pracownika  opieki  społecznej  specjalizującego  się  w 
kontaktach z młodzieżą, który uważał, że istniejące programy 
nie  docierają  do  bezdomnych  dzieciaków.  Oni  również  mają 
pieszy  zespół  terenowy  zaopatrzony  w  plecaki  z 
podstawowymi zapasami (zwykle małymi buteleczkami, jak te 
rozdawane w samolotach, małe szamponiki, płyn do płukania 
ust,  rzeczy  łatwe  do  przenoszenia  i  schowania  w  kieszeni). 
Rozdają  też  prezerwatywy  i  cukierki.  Noszą  w  plecakach 
mnóstwo  różnych  rzeczy  Ich  prawdziwym  celem  jest 
nawiązanie i utrzymanie kontaktu. Regularnie spotykają się z 
dzieciakami  pod  barami  szybkiej  obsługi  albo  w  bramach, 
pragnąc odmienić ich los i pomóc im zejść z ulicy, kiedy tylko 
będą na to gotowe. Konsultują się ze swoimi klientami przez 
wiele  lat,  jeśli  to  konieczne,  i  próbują  pomóc  im  wieść 

background image

wspaniałe życie, a nie tylko zadbać o ich przetrwanie i dalszą 
wegetację.  Wyniki,  które  osiągnęli  przez  lata,  są  doprawdy 
niezwykłe. 

Jest  również  pewna  niesamowita  kobieta,  pielęgniarka 

wywodząca  się  spośród  wielodzietnej  rodziny  o  irlandzkich 
korzeniach  i  mająca  dwanaścioro  rodzeństwa,  która  od 
dwudziestu  lat  działa  na  ulicach,  oferując  kobietom  opiekę 
prenatalną.  Jej  wysiłki  zaowocowały  powstaniem  Programu 
Prenatalnego  dla  Bezdomnych,  który  rozrósł  się  tak,  że 
obecnie  pomaga  również  rodzinom  i  dzieciom.  A  wszystko 
zaczęło  się  od  jednej  zdeterminowanej  kobiety,  która  wyszła 
na ulice, podobnie jak At the Crossroads zapoczątkował jeden 
młody  pracownik  społeczny,  który  doszedł  do  wniosku,  że 
wychodząc  na  ulice  z  plecakiem,  można  zdziałać  więcej.  W 
obu  przypadkach  organizacje  te  powstały  ponad  dziesięć  lat 
temu  i  od  tej  pory  bardzo  się  rozrosły,  wspomagając 
niezliczone  rzesze  bezdomnych.  Oni  i  ludzie  im  podobni  są 
bohaterami ulic, nieopiewanymi bohaterami. 

Street  Outreach  Senrices,  znane  też  jako  SOS,  zapewnia 

opiekę  medyczną  w  nagłych  przypadkach  i  dociera  do 
bezdomnych 

furgonetkami, 

które  dowożą  lekarzy  i 

pielęgniarki do poszkodowanych potrzebujących ludzi z ulicy. 
Ich wsparcie jest nieocenione, pozwala zaspokoić najbardziej 
pilne potrzeby medyczne, a jest ich mnóstwo. 

Kiedy  zaczynałam  swoją  działalność  już  długo  istniała 

grupa  lekarzy  pracujących  na  ulicach,  oferująca  opiekę 
medyczną  dla  chorych,  rannych  i  cierpiących  bezdomnych. 
Zajmowała  się  najpilniejszymi  przypadkami.  Niedawno,  po 
blisko  dwudziestu  latach,  organizacja  została  rozwiązana  i 
niektórzy z jej członków wyjechali do Filadelfii, by prowadzić 
tam taką samą działalność. 

Sage  jest  bardzo  szanowaną  grupą  pomagającą 

wykorzystywanym  i  molestowanym  kobietom,  działacze  z 

background image

Sage  także  wyruszają  w  teren  pieszo,  by  nawiązać  kontakt  z 
kobietami  z  ulicy  i  im  pomóc.  Po  nawiązaniu  kontaktu 
proponują kobietom wizyty w swoim biurze, gdzie mogą one 
poddać się różnego rodzaju terapiom i leczeniu. 

Wszystkie  wymienione  przez  mnie  grupy  mają  obecnie 

własne  biura,  gdzie  przyjmują  swoich  klientów,  ale  każda  z 
nich  zaczynała  jako  zespół  terenowy,  działający  na  ulicach  i 
wychodzący do tych, którzy potrzebują ich najbardziej, tak jak 
my to robiliśmy 

Caduceus  to  grupa  oddanych  psychiatrów  oferujących 

darmową opiekę psychiatryczną na ulicach (oni także mają już 
swoje  biuro).  Co  najmniej  dwaj  spośród  tych  psychiatrów  są 
po  Harvardzie  i  to,  co  robią,  oraz  oddanie,  z  jakim  działają, 
budzi ogromne wrażenie. 

Glide  Memorial  Church  w  samym  sercu  Tenderloin  nie 

ma  zespołu  terenowego,  jeśli  jednak  bezdomni  zdołają  tam 
dotrzeć, Glide oferuje im najbardziej imponującą pomoc, jaką 
ktokolwiek  kiedykolwiek  mógł  zaproponować  bezdomnym,  i 
to  pod  każdym  względem,  począwszy  od  trzech  darmowych 
ciepłych  posiłków  dziennie,  poprzez  dowóz  do  klinik 
medycznych  i  psychiatrycznych,  opiekę  lekarzy  i 
wykwalifikowanych  pielęgniarek,  po  zatrudnienie  i  szkolenia 
dla  młodzieży,  zakwaterowanie  dla  wszystkich  chętnych, 
program ukończenia liceum, a nawet przygotowanie do nauki 
w college'u oraz opiekę nad  niemowlętami i  małymi  dziećmi 
dla  nastolatków  mających  dzieci.  Wydają  ponad  milion 
darmowych  posiłków  rocznie  i  prowadzą  naprawdę 
imponującą działalność. 

Każda  z  tych  organizacji  jest  godna  podziwu  za  to,  co 

robi,  ale  mogą  one  również  służyć  jako  przykład  i  źródło 
inspiracji  dla  ludzi,  którzy  chcieliby  pomóc  bezdomnym  w 
innych miastach. 

background image

Choć  bezdomność  jest  problemem  światowym,  w 

niektórych  krajach  sytuacja  ta  wydaje  się  nieco  bardziej 
opanowana.  Każdy  kraj  jednak  radzi  sobie  z  tym  problemem 
inaczej.  Uspołecznione  leczenie  w  Anglii  i  Francji  zapewnia 
lepszy i szerszy dostęp do opieki medycznej i psychiatrycznej, 
co pozwala na zabranie z ulic znacznie większej liczby osób. 
We  Francji  istnieją  mobilne  jednostki,  furgonetki,  karetki  i 
zwykłe  auta,  którymi  lekarze  docierają  na  ulice.  W  Stanach 
czegoś  takiego  nie  ma  i  opieka  medyczna  na  ulicach 
praktycznie nie istnieje. 

Prywatna  organizacja  w  Paryżu  zwana  Restauracją  Serc 

rozwozi  żywność  furgonetkami  i  ciężarówkami,  a  grupa 
katolicka  Emmaus,  założona  przez  nieżyjącego  już  Ojca 
Pierre'a, nie tylko zapewnia centra oferujące opiekę lekarską i 
psychiatryczną, ale również darmowe pranie, zakwaterowanie 
i  działalność  kulturalną  mającą  na  celu  przywrócenie 
bezdomnym  godności.  Grupa  ta  ma  także  zespoły  terenowe, 
które wyruszają na ulice siedem dni w tygodniu od dziesiątej 
wieczorem do ósmej rano. Wszyscy mamy czego uczyć się od 
siebie nawzajem. 

W  San  Francisco  jadłodajnia  św.  Antoniego  wydaje 

codziennie  tysiące  darmowych  posiłków.  Lecz  to  wciąż  za 
mało,  bo  jest  bardzo  dużo  ludzi  żyjących  na  ulicach, 
bezdomnych w miastach na całym świecie. Żadna aglomeracja 
nie jest wolna  od tego problemu. Dziś bezdomni  są nawet  w 
małych miasteczkach. 

W  Stanach  mówi  się,  że  Filadelfia  może  poszczycić  się 

najbardziej  efektywnymi  programami  dla  bezdomnych,  a  ja 
niekiedy  się  obawiam,  że  San  Francisco  to  miasto  najmniej 
pod  tym  względem  skuteczne  albo  jedno  z  wielu,  które  nie 
potrafi  poradzić  sobie  z  tym  problemem.  Paryż  jest  dziewięć 
razy  większy  od  San  Francisco,  lecz  to  w  San  Francisco  na 
ulicach  żyje  cztery  razy  więcej  bezdomnych  niż  w  Paryżu. 

background image

Chciałabym,  abyśmy  mieli  proste,  łatwe  rozwiązania  tego 
problemu, ale ich nie mamy I chyba jak na razie nikt nie wie, 
jak się z nim uporać. 

Bezdomność nie polega tylko na braku dachu nad głową, 

więc nie chodzi jedynie o znalezienie dla danej osoby miejsca 
do życia. Tu chodzi przede wszystkim o zdrowie psychiczne. 
Nie  zapewniamy  odpowiedniej  opieki  psychiatrycznej,  by 
załatwić tę sprawę. W rezultacie całe mnóstwo ludzi chorych 
psychicznie trafia na ulice naszych miast, a za mało osób się 
tym przejmuje i chciałoby jakoś temu zaradzić. To polityczny 
gorący  ziemniak  i  politycy  nie  chcą  wypowiadać  się  na  ten 
temat, a obywatele danego miasta czy kraju odwracają wzrok i 
ignorują ten problem. Najwyraźniej musimy ciężej pracować i 
zjednoczyć  siły,  by  znaleźć  bardziej  efektywne  rozwiązanie. 
Najpierw jednak, a  może nawet przede wszystkim, musi nam 
na tym zależeć. 

background image

Rozdział 9 
Co TY możesz zrobić w tej sprawie 
Nikt  z  nas  w  pojedynkę  nie  upora  się  z  problemem 

bezdomności.  A  nawet  jeśli  będziemy  współpracować, 
problem  jest  na  tyle  złożony  i  olbrzymi,  że  rozwiązanie  go 
zajmie  nam  wiele  lat.  Trzeba  przeznaczyć  większe  fundusze 
na  programy  pomocowe  i  organizacje  zajmujące  się 
bezdomnymi.  Chorzy  psychicznie  powinni  mieć  dostęp  do 
opieki  medycznej.  Należy  zmienić  niektóre  przepisy  prawne. 
Rządy  muszą  zmierzyć  się  z  problemem,  a  nie  tylko  o  nim 
mówić. To zajmie lata. Ale my również możemy coś zrobić na 
mniejszą,  lokalną  skalę.  Nie  wszyscy  chcą  przyjąć  na  siebie 
takie zobowiązanie na dłużej, nie każdy ma czas i środki, by 
włączyć  się  lub  samemu  tworzyć  zespół,  kupować  potrzebne 
rzeczy czy angażować się w to tak, jak ja to zrobiłam. Jednak 
każdy z was, ty również, może pomóc po swojemu, nawet na 
mniejszą skalę. Jeżeli wrzucisz do swego auta trzy, cztery czy 
nawet pięć śpiworów albo kilka ciepłych kurtek i zatrzymasz 
się, by rozdać je bezdomnym, których spotkasz jakiejś zimnej 
nocy, możesz, robiąc to, uratować jedno życie, a może nawet 
kilka. Możesz też odmienić diametralnie czyjś los. 

Lekarze  mogą  zmobilizować  się,  by  zaoferować 

bezdomnym  pomoc  medyczną.  Psychiatrzy,  jak  ci  z 
organizacji  Caduceus,  mogą  służyć  bezdomnym  wsparciem 
psychiatrycznym.  Ich  program  zaczął  się  po  prostu  od 
chodzenia  po  ulicach  i  rozmów  z  potrzebującymi. 
Dwadzieścia  lat  temu  jedna  pielęgniarka  wyszła  na  ulice,  by 
spotkać  się  z  ciężarnymi  kobietami  i  zaproponować  im 
darmową  opiekę  prenatalną.  Nie  wszyscy  mamy  czas, 
większość  z  nas  nie  ma  pieniędzy,  ale  mamy  umiejętności, 
serca  i  jeśli  wasze  życie  jest  względnie  poukładane,  jeśli  nie 
żyjecie  na  ulicach,  jeżeli  dysponujecie  jakimikolwiek 
zdolnościami  albo  po  prostu  zależy  wam  na  tyle,  by 

background image

wyciągnąć  do  potrzebującego  pomocną  dłoń,  zaręczam,  że 
możecie  w  diametralny  sposób  odmienić  ich  życie.  Jeden 
dwudziestotrzyletni  pracownik  socjalny  zarzucił  plecak  na 
ramiona  i  wyruszył  samotnie,  by  pomówić  z  nastolatkami 
śpiącymi  w  bramach  i  sprawić,  że  ich  życie  stanie  się 
wspaniałe.  Cóż  to  za  dar,  którym  możemy  się  dzielić,  jak 
bardzo  możemy  odmienić  los  kogoś,  kto  utracił  wszelką 
nadzieję.  Nawet  jeśli  dasz  komuś  jeden  śpiwór,  sprawisz,  że 
tej  nocy  jednej  ludzkiej  istocie  będzie  ciepło,  i  być  może 
nawet  uratujesz  jej  życie.  A  co  ważniejsze,  pomożesz  jej 
ocalić ducha i dasz nadzieję. Problem może być ogromny, ale 
potrzeba  zdumiewająco  niewiele,  by  wywrzeć  znaczący 
wpływ na czyjeś życie. Może nie zdołasz zabrać ich z ulic, ale 
to, co uczynisz, odmieni ich życie i twoje również. Wszystko 
jest  możliwe.  Jeden  drobny  gest  może  zmienić  życie  innego 
człowieka. Wspólnie możemy odwrócić bieg wydarzeń. 

I  cokolwiek  zrobisz,  rób  to  z  głową.  Zachowuj  się 

rozsądnie.  Nie  przestrasz  osoby,  do  której  podchodzisz.  Nie 
wchodź  w  pojedynkę  pomiędzy  dużą  grupę  bezdomnych,  bo 
nie wiesz, w jakiej znajdziesz się sytuacji. Nie bądź głupi i nie 
narażaj  się  na  ryzyko.  Nie  zapuszczaj  się  samotnie  w 
niebezpieczne  rejony,  bez  względu  na  to  jak  szlachetne 
przyświecają  ci  intencje.  Działaj  ostrożnie  i  z  rozmysłem,  są 
rzeczy,  które  możesz  zrobić,  niczego  nie  ryzykując.  Słowa 
księdza na zawsze zapadły mi w pamięć - kościół nie wynosi 
na  ołtarze  głupców.  Z  doświadczenia  powiem  jednak,  że 
dobro,  jakie  czynisz,  wraca  do  ciebie.  Bezdomni  we 
wszystkich  miastach  potrzebują  naszej  pomocy  i  możesz  im 
pomóc bardziej, niż przypuszczasz. 

Jedna  z  par,  które  wywarły  na  nas  niezatarte  wrażenie, 

koczowała  w  bramie  i  wypatrzyliśmy  ją  pewnej  zimowej 
nocy,  kiedy  lało  jak  z  cebra.  Właśnie  wracaliśmy  po  długim 
kursie i w furgonetce zostały nam już tylko dwie czarne torby 

background image

Byliśmy  zmęczeni  i  zziębnięci,  ale  zobaczyliśmy  dwie 
postacie  siedzące  w  bramie,  więc  się  zatrzymaliśmy  i 
wysiedliśmy  Gdy  podeszliśmy,  zobaczyłam  młodego 
mężczyznę,  jak  sądzę  po  trzydziestce,  w  podkoszulku, 
dżinsach  i  gumowych  klapkach,  przemoczonego  do  suchej 
nitki. Naprzeciw niego na betonie siedziała młoda kobieta. Nie 
mieli  absolutnie  nic,  żadnego  koca,  żadnego  śpiwora, 
zapasów,  nawet  kartonu,  na  którym  mogliby  usiąść.  Kobieta 
płakała  i  dygotała,  a  kiedy  podeszliśmy,  usłyszeliśmy,  jak 
mężczyzna  coś  do  niej  szepcze.  Zarzucił  jej  na  ramiona 
kurtkę, gładził ją po włosach i łagodnym tonem zapewniał, że 
wszystko  będzie  dobrze,  gdy  ona  spoglądała  na  niego 
zrozpaczonym wzrokiem. Mimo iż miała na sobie jego kurtkę, 
wyraźnie  drżała,  a  on  zapewniał  ją,  że  wszystko  będzie 
dobrze. Sukienka, którą  miała  na  sobie, lepiła się  jej do nóg. 
Nigdy  w  życiu  nie  widziałam  bardziej  kochającej  się  pary,  a 
ten  mężczyzna  oddał  jej  ostatnią  rzecz,  jaka  mogła  mu 
zapewnić  odrobinę  ciepła,  i  marzł  na  zimnie,  tuląc  ją 
delikatnie w ramionach. Nie użalał się nad swoim losem, nie 
mówił,  jak  mu  jest  zimno  ani  że  to  jej  wina,  iż  się  tam 
znaleźli. Próbował ją uspokajać i pocieszać, odnosił się do niej 
z  miłością,  podczas  gdy  my  podchodziliśmy  do  nich  z 
ostatnimi  dwiema  czarnymi  torbami.  To  było  jak  wejście  do 
czyjejś sypialni, oboje unieśli wzrok, by na nas spojrzeć, a my 
wyjaśniliśmy, że mamy dla nich ciepłe, suche ubrania, kurtki, 
śpiwory  i  prowiant.  Oboje  się  wtedy  rozpłakali,  my  zresztą 
też,  a  on  spojrzał  na  nią  z  uśmiechem,  jakby  chciał 
powiedzieć:  Widzisz,  mówiłem,  że  wszystko  będzie  dobrze. 
Choć  tego  nie  planowaliśmy,  sprawiliśmy,  że  jego  słowa  się 
spełniły. Stało się z nimi coś cudownego, podobnie jak z nami. 

Widok  tak  gorącej  miłości  pomiędzy  dwojgiem  ludzi  to 

niezwykły  dar.  Chyba  nigdy  wcześniej  ani  później  nie 

background image

spotkałam  łagodniejszego  mężczyzny  ani  dwojga  bardziej 
zakochanych i wdzięcznych ludzi. 

Podziękowali,  a  my  zostawiliśmy  ich  tam,  wkładających 

suche  rzeczy,  rozwijających  płachty  brezentu  i  śpiwory, 
oglądających  jedzenie.  To  nie  było  dla  nich  ostateczne 
rozwiązanie,  ale  przypomnienie,  że  sytuacja  może  się 
poprawić,  i  mam  nadzieję,  że  tak  się  stało.  Ale  nawet  w 
najczarniejszych chwilach ten mężczyzna potrafił pocieszyć tę 
kobietę  i  oboje  wzajemnie  umieli  okazać  sobie  miłość.  I  w 
chwili,  kiedy  najmniej  się  tego  spodziewali,  pojawił  się  dar 
nadziei.  Nigdy  nie  zapomniałam,  co  czułam  pomiędzy  tymi 
dwojgiem  tamtej  nocy,  tak  jak  nie  zapomniałam  innych. 
Jednak  to  właśnie  tych  dwoje  młodych  uosabia  dla  mnie 
wszystko, czym jest miłość. 

Cokolwiek się stanie, nigdy nie traćcie nadziei. Ona wciąż 

jest,  nawet  w  chwilach  najcięższej  próby  I  w  całej  swej 
łagodności,  czułości  i  pięknie,  choć  czasami  trudno  ją 
dostrzec,  jest  największym  darem  w  naszym  życiu.  Darem 
nadziei.  Najcenniejszym  darem,  jakim  możemy  dzielić  się 
nawzajem. 

Niech Bóg ma  was zawsze w swojej  opiece. I oby Życie 

było dla was łaskawe. 

Z całą moją miłością, 
Danielle Steel