background image

Heather & Rose Mac Dowell

    

background image

Dla licznych szefów kuchni, których znałyśmy 

i nie zawsze kochałyśmy. Niektórzy byli 
przerażający, prawie wszyscy - trudni, ale 
nauczyli nas cenić jedzenie i uświadomili nam, 
że gotowanie - podobnie jak pisanie - jest 
zadaniem niełatwym, ale dającym satysfakcję.

Rozdział 1

Zamorduję Harolda.
Ojca przy okazji też. To przez nich władowałam się w tę katastrofę. Gdyby nie oni, nie stałabym 

w tej topowej restauracji na dwadzieścia stolików, zastanawiając się, kiedy popękają kieliszki do 
wina.

- Co   za   obłąkany   stawia   na   stole   zwiędłe   kwiaty?   Powinien   się   natychmiast   zamknąć   w 

wariatkowie!

Moja nowa szefowa Gina miota się przed nami w szpilach i obcisłych dżinsach, wymachując 

omdlewającym białym kwieciem.

- W ilu językach do was mówić? - wrzeszczy z mocnym włoskim akcentem. - Za co mnie tak 

pokarało? Co ja takiego zrobiłam?

Stoję skamieniała w szeregu kelnerów, zadając sobie to samo pytanie. Właśnie, co zrobiłam? A, 

prawda. Cztery miesiące po zwolnieniu dałam się namówić Haroldowi, kumplowi mojego ojca od 
golfa oraz jednemu z największych dystrybutorów alkoholu w stanie, do podjęcia pracy w „topowej 
knajpie”, zwanej „Roulette”.

- Jej właściciele to moi klienci, cudowni ludzie. A twój tata mówi, że potrafiłabyś jedną ręką 

poprowadzić restaurację.

Jedną   ręką?   Czy   mojemu   ojcu   się   wydaje,   że   ja,   eksdyrektor

 

do   spraw   marketingu,   będę 

obsługiwać klientów jednej z najlepszych restauracji na Manhattanie? Czy ojciec naprawdę uważa, 
że letnie kelnerowanie za czasów studenckich to wystarczające przygotowanie?

- Odpowiadać! - ryczy Gina.
Podskakuję. Niech ktoś jej odpowie. Litości.
- Kwiaciarnia ostatnio nas zawodzi - mówi Cato, kelner odpowiedzialny za moje szkolenie. Ma 

nastroszonego jeżyka blond i podkoszulek z napisem „Królowa jednego dnia”.

- Mam to gdzieś! Twój problem wybrać, co stawiasz na stół!
- To   się   nigdy   nie   powtórzy,   przyrzekamy   -   odzywa   się   Ron.   Pobrużdżona   twarz,   pokorne 

zachowanie - z daleka widać, że będzie tu kiblować do końca życia.

Gina rzuca kwiat na dywan.
- Obietnicami  nie  poprowadzę  restauracji. W  moim  kraju  jest inaczej. Kelner  prędzej  wyda 

własne pieniądze, niż postawi zwiędłe kwiaty przed gościem! Odwracam się na jedną marną chwilę 
i proszę! Wszystko staje się jak gówno!

Przysuwam się bliżej Cato, czym zwracam na siebie jej uwagę.
- Aaaa - mówi, pochylając się, żeby spojrzeć na mnie z bliska. Jest starsza, niż sądziłam, chyba 

po czterdziestce. - Pewnie jesteś ta nowa. Ta od Harolda.

- Erin Edwards - odpowiadam rozdygotanym głosem. -Miło mi panią poznać.
Gina uśmiecha się i wyciąga do mnie kościotrupio chudą rękę.
- Gina Runyan. Podobno znasz Harolda i Brendę od dawna.
- Prawie całe życie. Dawniej opiekowałam się ich domem. - Nie wspominam, że pod moim 

troskliwym okiem ich kot nażarł się cheetosów, ani że wyprawiłam u nich trzydniową imprezę dla 

background image

klasy, gdy Harold i jego żona objeżdżali na rowerach County Clare.

- W przypadku innych przeprowadzamy dwie rozmowy i sprawdzamy ich referencje, ale Harold 

przysłał   nam  Ramona,   naszego   najlepszego   młodszego   kucharza   i  twierdzi,  że   ty  jesteś  równie 
dobra.

- Naprawdę?
Gina przechyla głowę, a jej sięgające pasa ciemne włosy spływają na jedną stronę twarzy.
- Jaki nosisz rozmiar?
- Yyy... szóstkę.
- Prędzej ósemkę. Damy ci ładny uniform. Oby pasował.
Ósemka?
- Spróbuję się wcisnąć.
- Wiem,  niełatwo   być   kobietą.  -   Gina   wskazuje   palcem   Cato.   -  Ta   koszulka.   Masz  w   domu 

lustro? Fiolet niedobry dla ciebie.

Cato nie zmienia chłodnego wyrazu twarzy.
- Słusznie. Lepiej mi w kolorach ziemi.
Wszyscy czekają w milczeniu, a Gina chodzi od stolika do stolika, przyglądając się każdemu 

wazonikowi. W końcu pozwalam sobie odetchnąć i po raz pierwszy ukradkowo rozglądam się po 
sali: sklepienie jak w katedrze, ogromny wielobarwny żyrandol, siedzenia z czerwonego aksamitu, 
ściany   pokryte   tapetą   z   jedwabiu   w   srebrne   pasy.   Wygląda   to   tak,   jakby   trzech   kolejnych 
projektantów w przystępie szaleństwa zaczęło wyrzucać pieniądze garściami.

- Mamo!
Do sali wbiega wątły chłopczyk w granatowym szkolnym mundurku i z ogromnym plecakiem. 

Gina odstawia ostatni kryształowy wazonik.

- Nino! - woła Gina, wyciągając ręce. - Jak było w przedszkolu?
Mały zrzuca plecak i tuli się do chudych ud Giny.
- W porządku.
- Tylko w porządku? Strasznie dużo za nie płacimy. Musi

ci się podobać. - Unosi mu głowę i obraca w moją stronę. - Przywitaj się z Erin. Dziś zaczyna pracę.

- Cześć - mówi mały cicho.
- Cześć. Jak się miewasz?
Przygląda mi się podejrzliwie brązowymi oczami.
- Tatuś mówi, że chłopcy zarabiają więcej od dziewczyn.
- Cicho! - rzuca Gina. Spogląda na mnie przepraszająco. - Wygaduje byle co. Chodź, Nino. 

Chcesz picie i lody? -Bierze go za rękę i ciągnie w stronę holu pełnego stolików z przydymionego 
szkła i foteli obitych czarną skórą.

- Co, a ja nie dostanę lodów? - odzywa się Derek, kiedy szefowa oddala się poza zasięg słuchu. 

Ma budowę zapaśnika i niski, donośny głos. Podwinięta nogawka spodni odsłania łydkę, pomazaną 
smarem z roweru.

Jane, jedyna kobieta w zespole, podnosi z podłogi zwiędły kwiat.
- Właśnie. Napchać małego słodkościami, żeby dostał cukrowego haju i nie połapał się, że jego 

mamusia jest psychopatką.

- Witaj w rodzinie, Erin - mówi Cato. - Chodź, znajdziemy ci ten uniform.
W drodze przez wykładany kafelkami korytarz muszę biec truchtem, żeby dotrzymać mu kroku.
- No, to co ci wiadomo o „Roulette”? - rzuca Cato przez ramię.
- Niewiele. Tylko to, co od Harolda. - Nie wspominam o informacji, którą wczoraj wieczorem 

znalazłam w Google'ach:

Szef kuchni „Roulette” był prymusem w CIA*,  

*  CIA - Culinary Institute of America, prestiżowa szkoła 

kucharska (przyp. tłum.). 

a umiejętności szlifował w „Le Bernardin” pod kierunkiem 

background image

nieżyjące   go   już   Gilberta   Le   Coze'a.   (...)   Łączy   on   francuską   techniką   z   modernistycznym  
zacięciem   i   niewyczerpaną   wyobraźnią,   nadając   nowy   smak   amerykańskiej   kuchni.   (...)   W  
piwniczce win znajdują się takie skarby, jak petrus pomerol rocznik 1971, który znalazł się na  
orbicie Ziemi na pokładzie statku kosmicznego „Sojuz”.

Pod

 

względem

 

popularności

 

znajdujemy

 

się

 

obecnie

na   piątym   miejscu   w   mieście   -   mówi   Cato.   -   To   znaczy,   że
nie

 

ma

 

spokojnych

 

wieczorów

 

ani

 

pustych

 

stolików.

 

Mam

nadzieję, że jesteś gotowa ciężko pracować.

Z tą stertą rachunków na biurku?
- Zdecydowanie. O ile potrafię. - Zrobię wszystko, byle tylko pozostać w mieszkanku ze stałym 

czynszem, które do tej pory wydawało mi się zjawiskiem niezmiennym i naturalnym.

- To lubię.
Otwiera wahadłowe drzwi i wchodzimy do kuchni.
- Oto - mówi - środek naszego małego wszechświatka. - Zatrzymuję się, ogłuszona widokiem 

kilometrów   lśniących   kafelków   i   nierdzewnej   stali.   Wszystko   trzęsie   się   od   szczęku   garnków 
lądujących  na   palnikach,  szumu  wentylatorów  i   krzyków   kucharzy.  Przy  potężnych,  parujących 
piecach stoi ich co najmniej tuzin; pod sufitem kołyszą się wieszaki z wyszorowanymi patelniami.

- Ludzie, chcę wam przedstawić Erin! - krzyczy Cato. Oglądają się, a ja podnoszę rękę.
- Cześć.
Cato   recytuje   imiona   i   funkcje,   jakby   słowa   „garde-manger”   i   „poissonier”   istniały   w   moim 

słowniku. Usiłuję ukuć dla każdego jakąś mnemotechniczną frazę, żeby mi się nie pomyliło, ale po 
„Lorenzo od sosów” i „oby wolny Phil” daję spokój. Phil obsługuje grilla, ma gęste, zjeżone brązowe 
włosy i błękitne oczy. Dziwne, że aż do tej chwili nie
podejrzewałam, że dwurzędowe kucharskie bluzy są takie seksowne.

- Carl przyjdzie dopiero na zebranie personelu o piątej - informuje mnie Cato.
- Carl. Szef kuchni?
- Szef, komendant, półbóg, jak wolisz. Osobiście preferuję „kulinarnego faszystę”, ale wybór 

należy do ciebie.

Zaczynamy się wspinać stromymi schodami w głębi kuchni. Każdy stopień jest oklejony taśmą 

przeciwpoślizgową, a ściany są zbryzgane czymś w rodzaju zaschniętej kawy.

- Jeszcze nie znasz Steve'a, co? - pyta Cato.
- Jeszcze nie.
- To się przygotuj, bo zaraz poznasz. - Na szczycie schodów skręcamy i zatrzymujemy się za 

przymkniętymi drzwiami z napisem „Biuro”. Cato puka dwukrotnie.

- Steve?
Z wewnątrz dochodzi stłumiony jęk.
- No? Wchodź.
Widzę mięsiste nagie plecy, przykryty ręcznikiem tyłek, owłosione nogi i brązowe trampki. Steve 

leży na stole do masażu, twarzą do podłogi. Masażysta, muskularny facet w spodniach na sznurek i 
w klapkach, spogląda na nas z pretensją.

- To nie może poczekać? Wreszcie zaczął się rozluźniać.
- Chciałem tylko przedstawić Erin.
Steve podnosi głowę i obraca się do mnie obwisłym policzkiem.
- Cześć - mówi, z wysiłkiem przybierając przyjacielski ton. - Zapomniałem, że dziś przychodzisz. 

Cato cię oprowadza?

- Tak. Ma pan piękną restaurację.
- Mam nadzieję. Wystrój nieźle mnie kosztował. Za co należy podziękować mojej żonie. - Pada 

background image

ciężko na leżankę. - 
Później pogadamy dłużej. Teraz Alex musi ze mnie wymasować ostatnią imprezę na dwadzieścia 
osób.

- Jasne. Oczywiście.
Cato bierze mnie za łokieć i wyprowadza z gabinetu.
- Przepraszam. Zapomniałem, że czwartek to dzień masażu. - Pochyla się, wchodząc w niskie 

drzwi na końcu korytarza. - To tu. Ostatnia granica. Ciągle zapominam przynieść jakieś roślinki, 
żeby rozjaśnić pokój, ale mam za dużo zajęć z aktorstwa i tak dalej.

Pod jedną ścianą ciasnego pomieszczenia, jeszcze bardziej pomniejszonego przez ukośny sufit, 

ciągnie się rząd metalowych szafek. Wokół starego stolika stoją krzesła z porozrywaną tapicerką. 
Wygięty srebrny lichtarz blokuje jedyne okno, przez które napływa parne wrześniowe powietrze i 
hałas z Madison Avenue. Śmierdzi potem i dymem papierosowym.

Cato otwiera wąską szafkę i wyciąga obcisłą czarną spódnicę i białą koszulę z riuszkami.
- Armani - mówi, wręczając mi. - Zniszcz je, a będziesz miała sześć stów w plecy.
- Sześć stów?
- A czego się spodziewasz, żołnierzu? Ja jestem tu dopiero rok, a już noszę koszulę numer trzy. - 

Maca na oślep na górnej półce i rzuca mi paczkę z czarnymi rajstopami. - To na początek. Będziesz 
je poddawać ciężkim próbom, więc lepiej kup zapasowe.

- Dobrze - mówię, obiecując sobie, że odejdę stąd, zanim się podrą.
Cato wyjmuje z szafki ciemnoszary garnitur i liliowy jedwabny krawat, które wiesza na krześle.
- Mogę nie patrzyć, jeśli chcesz - mówi, rozpinając dżinsy. - A jak ci nie przeszkadza, to zrzucaj 

ciuchy. Wszyscy tak robimy.

Przebieramy się w niezręcznym milczeniu. O matko, ja chyba jednak naprawdę noszę ósemkę. 

Kiedy się odwracam, 
Cato nie jest już przyszłym aktorem, który sobie dorabia na boku. Przeistoczył się w przystojnego, 
godnego   profesjonalistę.   Nawet   jego   jeżyk   wydaje   się   bardziej   stylowy.   Przybija   nasze   karty   i 
spogląda z niezadowoleniem na moje baletki.

- Mam nadzieję, że przyniosłaś inne buty. 
Patrzę w dół.
- Bo co? Miałam mieć czarne, tak?
- Tak, ale wiesz,  jak to  jest, kiedy  zaczynamy obsługiwać.  Wszystko  się wylewa  i wysypuje, 

podłoga w kuchni jest śliska... jeśli nie będziesz miała gumowych podeszew, zaraz fikniesz.

- Jeszcze nigdy nie sprawiały mi kłopotów, ale... dobrze, jutro włożę inne.
- W porządku. Do zobaczenia na dole.
Cato wychodzi, a ja staję w uniformie przed usmarowanym dużym lustrem. Jest trochę krzywe, 

więc moja drobna broda praktycznie znika, a orzechowe oczy są szerzej rozstawione. Nawet włosy 
wyglądają inaczej - bardziej rude niż jasnobrązowe. Biorąc pod uwagę to, co zamierzam zrobić, nic 
dziwnego, że prawie się nie poznaję.

Może   to   jakieś   przeznaczenie.   Nigdy   nie   umiałam   się   zachować   w   restauracji,   nawet   kiedy 

zarabiałam masę pieniędzy i jadałam na mieście trzy razy w tygodniu. Miałam zwyczaj zmieniać 
stoliki, dawać niskie napiwki i rezerwować stoliki w kilku różnych restauracjach, by w ostatniej 
chwili wybrać jeden. I choć bym nigdy tego głośno nie powiedziała, traktowałam kelnerki z lekką 
wyższością. Do głowy by mi nie przyszło, że sama stanę się jedną z nich. Byłam zbyt inteligentna, 
żeby pracować w restauracji, zbyt pewna, że każda firma weźmie mnie z pocałowaniem ręki. Byłam 
tak pewna siebie, że odrzuciłam propozycje trzech posad, ponieważ nie odpowiadała mi pensja lub 
pozycja. To było ponad dwa miesiące temu.

Byłam idiotką. Upokarzał mnie powrót na stanowisko

 

asystentki, ale przynajmniej chodziłabym 

we własnych ciuchach.

background image

- A tak się dobrze zapowiadałaś - mruczę. - I popatrz, na co ci przyszło.

*

Złożyć rogi do środka... odwrócić i przesunąć zgodnie z ruchem wskazówek zegara...
Po   czterdziestu   pięciu   minutach   polerowania   sztućców,   szorowania   blatów   i   czyszczenia 

kieliszków   do   wina,   składam   serwetki   w   piramidki   nazywane   biskupimi   mitrami.   Mimo 
szczegółowych instrukcji Cato osiągnęłam dość mizerne efekty. Jak to możliwe, że tyle razy jadałam 
w knajpach i nigdy nie zauważyłam tych serwetek? Czy zawsze mają tak skomplikowany kształt? 
Jak nauczę się obsługiwać gości, skoro nie radzę sobie z kawałkiem materiału?

...złóż dolną krawędź na górnej...
Powoli przebijam się przez stertę lnianych szmatek, a pozostali kelnerzy po trzy razy sprawdzają 

swoje   rewiry.   Oznacza   to,   że   oglądają   stoły   pod   wszystkimi   możliwymi   kątami,   a   potem   robią 
mikropoprawki, przesuwając łyżkę lub kieliszek o milimetr w lewo. Ron gapi się na czarno-biały 
abstrakcyjny obraz, przymyka oko i delikatnie puka w jego górny róg.

- O, tak lepiej.
Sześć serwetek z głowy, przede mną dziesiątki następnych.
- Pokłócili   się   -   słyszę   głos   Jane   za   plecami.   -   Gina   chce,

żeby jej matka z nimi zamieszkała, ale on się zaparł.

Cato chichocze.
- Stawiam dziesięć dolców, że do października się wprowadzi.
- Myślisz, że się rozwiodą?
- Gina nie ośmieliłaby się obrazić papieża.
- Dajcie spokój - odzywa się Ron. - Ich życie prywatne to nie nasza sprawa.
- Wiem. I dlatego jest taka interesująca - prycha Cato.
Słyszę cichy dzwonek i podnoszę głowę; Derek wyjmuje komórkę z kieszeni spodni. Mamrocze 

coś i ucieka na korytarz.

- Daj spokój - mówi. - Może mógłbym sobie pozwolić na lokal na Manhattanie, gdybym wziął 

jeszcze dwie prace i sprzedał nerkę. Myśl dalej.

- Ten facet oszalał - mruczy Jane. Ma prostą grzywkę, kończącą się tuż nad oczami i cerę, która 

chyba nigdy nie zaznała słońca.

- Ze wszystkich znanych mi kelnerów tylko on jest tak durny, że chce otworzyć restaurację... i 

tak uparty, że do tego doprowadzi. - Cato pochyla się nad moim ramieniem i ocenia postępy. - 
Lepiej się naucz, bo będziesz składać te serwetki do menopauzy. Dobra, daj trochę.

Przysuwam mu stertę lnianych szmatek i przestępuję z nogi na nogę. Po godzinie pracy mięśnie 

mi pulsują. Chcę usiąść na obitym aksamitem krzesełku, ale Cato mnie z niego podnosi.

- Nie siedzimy, kiedy Gina tu jest. Nigdy.
- Ani się o nic nie opieramy, chyba że po zakończeniu zmiany - dodaje Ron, zgarnia serwetki i 

wychodzi z nimi do baru.

Składamy, a Cato pokazuje mi pracowników i opisuje ich zajęcia i charaktery.
- Omar, główny pomocnik kelnera, całą wypłatę odsyła rodzinie do Veracruz... Kimberly, znana 

także jako Stepfordzka Hostessa. Reaguje na „Mario Testino przy stoliku drugim”... Alain, barman z 
Francji i łamacz serc. Marzy o nim połowa kobiet z East Side, mężatek i wolnych... Chen i Luis, 
pomocnicy. Chen uczył ekonomii w Chinach. - A to ulga, myślę. Nie tylko ja pracuję poniżej swoich 
kwalifikacji. 
- Luis ma najgorszy charakter po tej stronie Pecos... Ten facet w kanciastych okularach to Geoffrey, 
nasz sommelier. Ma IQ geniusza i potrafi opowiadać o rocznikach z minionych stu lat. Kelnerka z 
baru przychodzi o szóstej. Bar to jej teren, więc uważaj, bo ci ukradnie rieslinga.

- Niech mi ktoś pomoże, bo stoliki się kiwają - woła Ron.

background image

- Wybacz, stary, usiłuję się pozbyć paskudnej plamy z dywanu - odpowiada Derek.
Cato przewraca oczami.
- Ta knajpa beze mnie się rozleci. Możesz skończyć te serwetki sama?
Mówię to, co chce usłyszeć każdy kelner, obarczony nowym pracownikiem.
- Dam sobie radę.
- Świetnie.   Schowaj   je   do   szafki   w   stanowisku   kelnerskim   i   przyjdź   za   dziesięć   minut   na 

zebranie personelu w kuchni. - Odchodząc, jeszcze się odwraca. - Cokolwiek będziesz robiła, nie 
spóźnij się.

- Nie spóźnię się. - Ale kiedy tylko tracę go z oczu, zaczynam się zastanawiać, czy zdążę do rana. 

Serwetki zdają się mnożyć i z całą pewnością co najmniej dwie wyszły mi jakieś pokraczne. Zbliż 
rożki   do   siebie,   wsuń   jeden   w   drugi.   Cholerne   biskupy...   Zerkam   na   zegarek.   Zrobić   około 
trzydziestu serwetek w siedem minut - niewykonalne. Muszę przyspieszyć ruchy.

Kelnerzy po kolei opuszczają salę i idą do kuchni. Składam jak maszyna i, na półtorej minuty 

przed wyznaczonym terminem, zgarniam naręcze serwetek i rozglądam się dziko za mahoniową 
szafką. Stała gdzieś przy kuchni, prawda? Wybiegam na korytarz, przytrzymując mitry brodą. A 
może za tymi drzwiami? Wpadam do środka i widzę Steve'a w białym szlafroku i plastikowych 
sandałach. To chyba jakiś prywatny gabinet, a on ma przed sobą kieliszek czerwonego wina i gazetę.

- Co ty wyprawiasz, do cholery?
- Szukam stanowiska kelnerskiego - mówię, zdjęta zgrozą.
- Minęłaś je. - W jego głosie brzmi nutka irytacji. - Dziesięć kroków na lewo.
- Dziękuję.
- Zamknij za sobą drzwi.
Uwalniam   jedną   rękę   i   zbyt   mocno   zatrzaskuję   drzwi,   niemal   upuszczając   swoje   brzemię. 

Wracam   po   śladach   i   widzę   Cato,  Jane   i   Rona,   znikających   w  kuchni.   Za   nimi   biegnie   Derek. 
Znajduję stanowisko kelnerskie, otwieram szafkę i układam mitry jak oszalała. Może to dlatego, że 
połowa się rozleciała, ale wcale nie chcą stać. Ani trochę.

- Zlitujcie się - mamroczę, a potem porzucam wszelką nadzieję i upycham je byle jak. Zamykam 

szafkę,

 

podrywam

się i pędzę do kuchni. Wypadając zza zakrętu, oglądam się i widzę na środku korytarza zgniecioną 
mitrę. Steve ją na pewno znajdzie, ale teraz nic na to nie poradzę.

Otwieram wahadłowe drzwi i wpadam do kuchni, zdyszana i... cholera. Spóźniona.

Rozdział 2

Na   środku   kuchni   stoi   wysoki,   mocno   zbudowany   mężczyzna.   Twarz   ma   kościstą   i   niemal 

przystojną, surowe  rysy, cera  ogorzała  na słońcu. Jest  ubrany w spodnie  w  czarno-białą  kratę, 
wykrochmaloną kurtkę z wyhaftowanymi na kieszonce słowami „Carl Corbett”, na nogach ma kryte 
skórą drewniaki ze startymi obcasami.

- Od tej pory będziemy kłaść łososie brzuchami na lodzie - mówi w chwili, gdy staję obok innych 

kelnerów.   -   Jest   to   naturalna   pozycja,   w   jakiej   pływają,   więc   mniej   obciąża   mięśnie,   które 
zachowują jędrność. Proszę przekazywać tę informację gościom.

- To łosoś z Alaski, prawda? - pyta Ron.
Carl przymyka oczy, jakby pytanie sprawiło mu ból.
- Jak długo tu pracujesz?
- Od otwarcia. Półtora roku.
- Czy kiedykolwiek podałem na początku września łososia, który nie został złowiony na Alasce?
- E... nie.
- Jeśli kiedykolwiek podejmę taką decyzję, osobiście cię powiadomię.

background image

Ron przełyka ślinę.
- Przepraszam. Chciałem być dokładny.
- Skoro już marnujemy mój czas, może jeszcze ktoś zada mi głupie pytanie? - Carl unosi brwi i 

rozgląda się.

Unikam   kontaktu   wzrokowego,   patrząc   na   jego   pokryte   odciskami   dłonie.   Ledwie   zagojone 

oparzenia konkurują z rankami, draśnięciami i podbiegniętymi krwią pęcherzami. Jeden paznokieć 
jest zupełnie czarny.

- Nie? Dobrze. Cato, chcesz powiedzieć o jakimś kłopocie z poprzedniego wieczoru?
- Stolik szesnasty, druga rezerwacja - mówi Cato głosem surowym i oficjalnym. - Peter i Laura 

Galbraithowie. Byli zachwyceni sashimi z jesiotra i zrobili następną rezerwację na przyszły miesiąc. 
Jak wrócą, powinniśmy im dodać jakiś gratis.

- Dobrze. Jane, jesteś zmęczona. Co się dzieje?
- To, co zwykle. W dzień szkoła pielęgniarska, w nocy „Roulette”.
- Ten twój chłopak musi być strasznie samotny.
Jane blednie.
- Wszystko u nas dobrze. Nie martw się, w pracy sobie radzę.
- Gdybyś   sobie   radziła,   nie   wyglądałabyś   jak   po   całodobowym   myciu   kaczek.   Zacznij   sobie 

ucinać drzemki. Masz jakiś komentarz do dodania?

Jane wzdycha przeciągle.
- O'Connellowie prosili o twój pełny przepis na okonia. Chcą go podać na panieńskim wieczorze 

córki.

- Prześlę im. Ron, jakieś uwagi?
- Tylko   to,   że   energia   w   sali   była   niesamowita.   Wszyscy   byli   zachwyceni   nowym   menu 

degustacyjnym.

- Poczekaj, aż dodam pieczone langustynki i nóżki wieprzowe. Będą piszczeć z zachwytu.
Ponieważ o wczorajszym wieczorze nie mam do powiedzenia nic z wyjątkiem tego, że wypiłam za 

dużo   wódki   z   moją   przyjaciółką   Rachel,   mam   nadzieję,   że   Carl   mnie   pominie.   Ale   kiedy   jego 
głęboko osadzone brązowe oczy kierują się na mnie, wiem, że nie ma lekko.

- Więc to jest panna Edwards. - Obejmuje mnie spojrzeniem od stóp do głów, jakby potrafił na 

podstawie wyglądu ocenić moją kelnerską przydatność. - Słyszałem, że się przyjaźnisz z naszym 
ulubionym dostawcą alkoholu i znawcą win.

Śmieję się z zażenowaniem.
- No, nie całkiem się przyjaźnię. Harold jest przyjacielem rodziny.
- Wszyscy powinniśmy mieć przyjaciół, którzy tak o nas dbają. Nie? - Odwraca się do kucharzy, 

którzy nie podnosząc głów znad roboty, odpowiadają chórem: „No” i „A jak”.

Carl odwraca się do mnie z poważną miną.
- Powiedz mi coś, Erin. Masz zwyczaj się spóźniać?
- Właściwie nie. Ale źle skręciłam na korytarzu i...
Carl podnosi rękę.
- Oczekuję, że będziesz się stawiała na te zebrania punktualnie. Codziennie, bez wyjątku. Czy to 

dla ciebie trudne?

Młody kucharz z twarzą pełną potrądzikowych blizn przygląda mi się znad roboty. Powściągany 

uśmiech świadczy, że jestem dziś atrakcją wieczoru.

- Zdecydowanie nie.
- To mnie cieszy. Zatem nie będziemy musieli znowu odbywać tej rozmowy.
Kelnerzy wyraźnie się odprężają. Carl zdejmuje ze ściany tablicę z klipsem i obrzuca spojrzeniem 

kartkę. Jestem zawstydzona, ale serce mi dziwnie łomocze z podniecenia, jakbym stanęła na skraju 
przepaści. To nie zauroczenie, ale coś niepokojąco podobnego - nagłe pragnienie aprobaty Carla. 

background image

Wszyscy obecni też patrzą na niego z uwielbieniem - widzę, że szef kuchni wzbudza takie uczucia w 
każdym.

Carl podnosi głowę.
- Cato, pytanie: jesteś odpowiedzialny za szkolenie Erin?
- Tak.
- Jej błędy są twoimi. Pamiętaj o tym.
- Tak jest.
Carl prycha i odkłada tablicę.
- Marty! - woła do faceta, który, jak mi się mętnie przypomina, jest jego zastępcą. - Zróbmy 

pierwszą specjalność dnia.

Marty,   w   okularach   bez   oprawek   i   z   siwiejącą   bródką,   wyłania   się   zza   rzędu   kuchenek   i 

metalowych półek, na które Cato mówi „ciąg”. Niesie dwa ogromne białe talerze, a na każdym 
przedziwną   stertę   produktów,   wyglądającą   bardziej   jak   nowoczesny   budynek   niż   jedzenie.   Na 
jednym prostokąt perłowobiałej ryby spoczywa na kolorowych, cienko pokrojonych warzywach; na 
drugim dwa kawałki wołowiny tworzą namiot na zieleninie nad jeziorkiem jasnoróżowego sosu.

Carl odczytuje:
- Rybnym   daniem   dnia   jest   dziś   pieczona   żabnica   z   chrupiącymi   szalotkami,   emulsją 

roszponkową i piramidką z bakłażana i pomidora. Daniem dnia z grilla - antrykot. Organiczny, z 
bydła hodowanego na swobodzie, z humanitarnego uboju, mięso poddane dojrzewaniu na dużych 
wysokościach. Serwujemy go z zapiekanką z topinambura i musem z czerwonej słodkiej papryki. 
Oba dania po czterdzieści dwa dolary.

Wszyscy gorączkowo robimy notatki, a Carl zanurza palec wskazujący w różowym sosie i dotyka 

nim języka.

- Lepszej papryki nie mieliśmy przez całe lato.
- Dziś rano zamówiłem jeszcze dwie skrzynki - mówi Marty.
- Dobrze.   Zacznij   myśleć   nad   chłodnikiem.   -   Stoimy   z   długopisami   w   pogotowiu,   jak 

dziennikarze   na   konferencji   prasowej,   i   czekamy   na   następne   słowa.   -   Dzisiaj   z  sałatek   mamy 
„Hirabara Farm” ze świeżym cukrowym groszkiem, oliwą z oliwek villa stabbia i odrobinką octu 
balsamicznego,
liczącego siedemdziesiąt pięć lat. Piętnaście dolarów za porcję. - Bierze z talerza falbaniasty listek 
sałaty karbowanej, wkłada do ust i rzuca: - Dziś musi zejść cała sola. Tak samo przygotowana, jak 
wczoraj. Mamy tylko szesnaście porcji, więc uważajcie. Jakieś pytania? - Spogląda na każde z nas i 
głośno klaska w dłonie. - Obudźcie się! Zmiana jeszcze się nie zaczęła, a wy już w śpiączce? Dajcie 
sobie w żyłę, módlcie się, wszystko jedno, byle goście byli zadowoleni. Dziękuję.

Moje notatki, wraz ze znakami zapytania, podkreśleniami i skreśleniami, wyglądają jak graffiti w 

porównaniu   ze   schludnym   pismem   Dereka,   któremu   zerkam   przez   ramię.   Mierzy   mnie   takim 
spojrzeniem, jakbym od niego ściągała.

- Potrzebujesz czegoś?
- Tylko sprawdzam, czy wszystko zapisałam. 
Poprawiam   nazwę   „Hirabara”,   a   tymczasem   podchodzi   do   mnie   krępa   kobieta   w   okolicach 

trzydziestki, z długim jasnym warkoczem. Ściska mi rękę, prósząc wokół mąką.

- Betsy Lowe. Z awansu społecznego.
- Wygrała   Ogólnokrajowy   Konkurs   Cukierniczy   -   wyjaśnia   Derek.   -   Trochę   przypomina 

„Gotowanie na ekranie”, ale wszystko ma pięć metrów wysokości i wszędzie pełno złotych rybek i 
innych takich.

- Wygrałam tylko dlatego, że najlepszy tort się zapadł - mówi Betsy. - Uprzedzałam tego faceta, 

że jego czekoladowy statek coś się jakby kołysze, ale nie chciał słuchać.

Betsy przekazuje nam zwięzły opis struktury kwarkowej dzisiejszego piernikowego puddingu 

background image

(„przyprawionego kostarykańskim imbirem i przygotowanego w nieteflonowej formie”) i poleca 
nam dodać do niego albo bitą śmietanę z miodem, albo sos z burbonem i wanilią. Zostawia nam 
miniaturowy pudding do spróbowania i życzy, żebyśmy się „dobrze bawili”.

Jane wyjmuje z kieszeni spódnicy pięć widelców, rozdaje je i zabiera się do ryby.
- Jedz, ile możesz - szepcze. - Dostaniemy też danie służbowe, ale na ogół to makaron bez 

niczego, zresztą nie będzie czasu go zjeść.

Odłamuję rożek idealnie kwadratowej tarty cebulowej, uchylając się przed widelcem Dereka. 

Mam   dziwne   poczucie   więziennej   wspólnoty,   kiedy   tak   stoję   w   jaskrawym   świetle,   dzieląc   się 
posiłkiem z obcymi w takich samych uniformach. Choć pierwszy kęs składa się tylko z odrobinki 
ciasta   i   nadzienia,   smak   jest   wielopoziomowy   i   niezwykły,   odmienny   od   wszystkiego,   co 
kiedykolwiek jadłam. Trzeba mieć wyjątkowy talent, żeby zaskoczyć kogoś, kto jadał na mieście 
przez całe życie. Każdy kęs jest objawieniem i wiadomością: Carl to nie tylko budzący grozę szef 
kuchni w popularnej restauracji. To geniusz.

*

Zajadam   przepyszne   resztki   kokardek   w   sosie   marinara,   a   Ron   wyciera   talerz   kawałkiem 

bagietki, żuje i połyka środek na zgagę.

- Czy Cato mówił ci o ocenie nastroju gości? 
Przełykam z trudem.
- Co?
- O ocenie nastroju gości - powtarza powoli, jak do debila. - Przyznajemy każdemu gościowi 

stopień od jednego do dziesięciu, zależnie od jego nastroju w chwili przybycia. Wpisujemy go na 
białej tablicy przy okienku do wydawania potraw. Każdy, kto otrzymuje mniej niż siedem, jest 
„ryzykowny”. To pomysł poprzedniego zastępcy szefa. Był kiedyś sanitariuszem.

Mam ochotę się roześmiać, ale Ron patrzy na mnie tak poważnie, że się nie ośmielę.
- Interesująca metoda.
- Niezmiernie poważnie traktujemy niezadowolonych

gości - mówi Ron, trochę za bardzo zbliżając pyzatą twarz do mojej. - Ich nastrój musi się poprawić 
o co najmniej trzy stopnie, zanim stąd wyjdą.

- Jak to osiągacie? Darmowe drinki? Desery?
- Czasami, ale naszą główną bronią jest uśmiech.
- Uśmiechacie się i... już?
- Oczywiście - mówi, jakby to było oczywiste. - Wysyłamy także dobre wibracje. Przechodzimy 

koło   stolika   jak   najczęściej,   emanując   pozytywną   energią.   Zdumiewające,   jak   to   działa.   Samą 
wibracją da się zmienić szóstkę w ósemkę albo dziewiątkę. Gwarantuję, że dziś będzie tu ktoś w 
smętnym nastroju. Wtedy zrozumiesz, o czym mówię.

Wkładam mój talerz do zmywarki i idę za Ronem do baru, gdzie czeka Steve z księgą rezerwacji. 

Wziął prysznic, przebrał się w beżowy wełniany garnitur i zaczesał do tyłu resztki prostych jasnych 
włosów. Wysokie czoło ma zroszone potem.

- Cato, posadzę doktora Benitza przy twoim stoliku o siódmej trzydzieści - mówi. - Znowu go 

pozwano o błąd lekarski, podobno nos tej kobiety wygląda makabrycznie, więc potraktuj go po 
królewsku.   Erin,   zakładam,   że   już   poznałaś   restaurację.   Proszę,   staraj   się   zachowywać   jak 
doświadczony pracownik.  Jane, Bill i  Nancy Garske przyjdą  o dziewiątej. Wydawało  mi  się, że 
słyszałem gdzieś to nazwisko, więc rozejrzałem się w internecie i okazało się, że faktycznie. On ma 
trzy kasyna w St. Maarten. Zadbajcie, żeby był zadowolony. Ron, masz w prywatnym gabinecie 
przyjęcie z okazji piętnastych urodzin. Gigi Harrison, wielka postać z rynku nieruchomości. Pogadaj 
z Betsy o torcie.

- Tak jest - odpowiada Ron. Derek zagląda Steve'owi przez ramię.

background image

- Mogę spojrzeć do księgi?
- Po co? - pyta Steve, przygarniając ją do piersi.
- Chcę sprawdzić, kogo dostanę.
- Zobaczysz, kiedy usiądą. Zawsze cię uprzedzam, kiedy dostaje ci się VIP. Dziś nie.
- Dobrze, ale ostatnio miałem mnóstwo nudnych idiotów.
- Jeśli potrzebny ci dreszcz emocji, spytaj Carla, czy możesz zostać młodszym kucharzem. - 

Steve sięga do kieszeni i wyjmuje moją zbiegłą mitrę, która obecnie zmieniła się w zmiętą, zwiędłą 
szmatkę. - Aha, Erin. Chyba zostawiłaś to na podłodze.

Wytrzeszczam oczy, jakbym w życiu nie widziała serwetki.
- Pewnie mi wypadła po drodze do kuchni.
- Nasi goście albo mają znajomości, albo całymi dniami wiszą na telefonie i w internecie, żeby 

zarezerwować   stolik   na   dwa   miesiące   naprzód.  Ktoś   sprzedał   sobotnią   rezerwację   na   eBayu   za 
pięćset dolców. Czegoś takiego nie osiąga się, rozrzucając po podłodze serwetki, na których ktoś 
może się zabić.

- Bardzo przepraszam.
- Na przyszłość uważaj. - Odwraca się do Cato. - Dziś Erin będzie twoim pomocnikiem.
Pomocnik kelnera. Co robi pomocnik kelnera? Donosi dania na stoliki? Och, Boże. Nawet nie 

mogę się łudzić, że jestem gotowa.

Cato kiwa głową.
- Dobry pomysł.
- Czy to trochę nie... za wcześnie? - pytam drżąco.
- Nie nauczysz się, tylko patrząc - mówi Steve. - Jeśli będziesz roznosić dania, pod koniec tego 

wieczoru poznasz całe menu.

Ktoś dotyka moich pleców. Odwracam się i widzę Ginę w czerwonej sukni wampa i w szpilach z 

kokardkami. Delikatne zmarszczki pod oczami zamaskowała podkładem.

- Nieładna postawa zabiera urodę nawet ładnej dziewczynie. Tu się nie garbimy, rozumiesz? 

Cato, ona się nie nauczy, jak stoi bezczynnie. Andiamo.

- Słyszałaś, co powiedziała pani - mówi Cato. - Idziemy.
Prowadzi mnie od rewiru do rewiru, wymieniając numery stolików. („Nie ma stolika numer 

trzynaście - Gina jest przesądna”) i wypytuje o wszystko, od dań dnia po funkcję każdego kucharza. 
Ale kiedy o wpół do siódmej nasz próg przekraczają pierwsi goście, przestaję rozmyślać o sosie 
borowikowym i ocenie nastroju i skupiam się na czymś o wiele ważniejszym: zachowaniu twarzy. 
Boże miłosierny, obym nie spotkała żadnego byłego.

Stoję  pod  ścianą, jak  inni kelnerzy  - milcząca,  wyprostowana jak  strzała,  ręce zaplecione  za 

plecami. Ron ożywia się na widok pierwszych gości, pary opalonej i nabzdyczonej.

- O, jacy sympatyczni i zabawni - mruczy Jane.
Ron jest urażony.
- Skąd wiesz, co dziś przeszli. A może wracają z pogrzebu?
- Błagam cię - szepcze Cato. - Pewnie przegrali w pokera.
Po pierwszym spotkaniu z naburmuszonymi gośćmi Ron przydziela im pięć punktów i pisze na 

tablicy „Ryzykowni - remont u sąsiadów z góry”.

- Carl   może   im   posłać   dodatkowe   danie   i   kieliszek   szampana,   albo   poprosimy   Betsy,   żeby 

zrobiła

 

z

 

marcepana

mały młot pneumatyczny jako ozdobę deseru - mówi. - Takie drobne gesty sygnalizują gościom, że 
nie są nam obojętni.

Następnym punktem mojego szkolenia jest komputer w barze, gdzie Cato każe mi się nauczyć 

dziesiątków tajemniczych kodów.

- Trzyliterowe oznaczają wina i likiery - mówi, dotykając 

background image

podświetlonych   guziczków   na   ekranie.   -   Czteroliterowe   to   aperitify.   Czteroliterowe   z   samych 
spółgłosek...

- Myślałam, że czteroliterowe to aperitify.
- Tak.  Ale  czteroliterowe  ze  spółgłosek  to  aperitify  na  mleku.  A V  na  końcu  oznacza,  że to 

aperitif wegetariański i... - zerka ponad ekranem. - Oż, w dupę. Wallerowie wrócili. Trzeci raz w 
tym miesiącu. Nigdy nie wychodzą, nie zrobiwszy następnej rezerwacji.

- Znowu? - odzywa się Alain, grzechocząc shakerem. - Nie mają w domu kuchni?
- Cudownie. W dodatku siedzą przy moim stoliku.
Odwracam się i widzę, że Steve prowadzi starszą parę do

 

stolika w kącie. Mężczyzna jest niski, 

ma   siwiejące   ulizane   włosy   i   trochę   kuleje.   Za   nim   idzie   pulchna   żona   w   fioletowej   tunice   i 
spodniach.

- Ivan i Elaine - mówi Cato. - Handlarze antyków, nigdy nie przekraczają siódemki, choćbyśmy 

wychodzili ze skóry. Ona lubi wymyślać własne dania, a on zawsze chce drinka z czterema kostkami 
lodu i dwoma dodatkowymi serwetkami. Nie słyszałem, żeby rozmawiali ze sobą o czymś poza 
jedzeniem.

- Ivan kupuje w Aix flakonik za sto euro, a potem sprzedaje go za tysiąc dolarów - mówi Alain. - 

Moim zdaniem nie jest fanatykiem uczciwości.

- Dlaczego kuleje? - pytam.
- Twierdzi, że wpadł w przepaść podczas wyprawy do Maroka - odpowiada Cato - ale kiedy o 

tym opowiada, za każdym razem przepaść jest głębsza i bardziej kamienista. No, dobrze. Chodźmy 
się pouśmiechać do gości Rona, a potem bierzemy się do Wallerów.

Już połowa stolików na sali jest zajęta. Czuję się, jakbym wchodziła na scenę. Mam jednoczesne 

wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą i nikt mnie nie widzi; jestem jak statystka, która może położyć 
przedstawienie jednym fałszywym ruchem.

- Gina patrzy, więc szczerz się od ucha do ucha - mamrocze Cato, podchodząc do gości Rona, 

smętnie   skubiących   minibagietki   Betsy.   Uśmiecham   się   do   nich   i   z   zaskoczeniem   widzę,   że 
odpowiadają tym samym.

- Widziałaś? - szepcze Cato, mijając ich. - Działa za każdym razem.
Przez   tych   parę   sekund,   które   zajmuje   nam   dotarcie   do   stolika   Wallerów,   Cato   kompletnie 

zmienia osobowość. Jego twarz, przedtem naturalna i ożywiona, staje się obojętna i spokojna, z 
odrobiną pogardy.

- Dobry wieczór, witamy ponownie. Miło państwa znowu widzieć.
- Witaj, Cato - odpowiada pan Waller, ledwie podnosząc głowę.
- Umieram z głodu - oznajmia jego żona.
- No to czemu nie zamawiasz - warczy mąż. - Przecież on po to tu przyszedł. - Zerka na mnie i 

marszczy brwi. - A to kto?

- Erin jest nową pracownicą - oznajmia Cato bez zająknięcia. - Dziś będzie się przyglądać.
Pan Waller przyjmuje to z niezadowoleniem, jakby Steve powinien go spytać o zdanie, zanim 

poczyni zmiany w miejscu, w które on zainwestował tyle czasu i pieniędzy.

- Erin - powtarza. - To irlandzkie imię?
- Właściwie szkockie - mówię. - Chyba.
- Jesteś mężatką?
- Jeszcze nie.
- Z Nowego Jorku?
- Czy Long Island się liczy?
- Dla niektórych pewnie tak. Chyba nie dojeżdżasz do pracy?
- Nie, mieszkam w centrum.
- Sama?

background image

- Przeważnie.
Pan Waller prostuje się lekko.
- Rozumiem.
Cato usiłuje odzyskać panowanie nad rozmową.
- Dla pani to samo wino, co zawsze?
- Tym razem zimniejsze. 
Cato nie mruga nawet okiem.
- Każę Alainowi włożyć je na parę minut do lodu.
- Dobrze, ale nie na długo. Mam nową koronę, jest uwrażliwiona. - Dotyka językiem zęba z tyłu i 

odsuwa od siebie menu.

- Dobrze wysmażony gołąb, bez warzyw, z reliszem z czerwonej pomarańczy, który podajecie do 

okonia.

- Doskonale. A dla pana?
- Ja to samo, co w poniedziałek, mocne jak diabli. I nie zapomnijcie o serwetkach.
Cato recytuje bez zająknięcia nazwy poniedziałkowego aperitifu i dania, po czym truchtem leci 

do baru, żeby wbić kod do komputera.

- Masz chyba fotograficzną pamięć - mówię.
- Nie wpadaj w panikę. Zamawia to samo od dwóch tygodni. Niektórych kręci monotonia.
Cato przynosi Wallerom drinki i zabiera mnie do kuchni, która trzęsie się od hałasu i ruchu. 

Napływają   zamówienia,   przez   co   w   pomieszczeniu   panuje   napięta,   gorączkowa   atmosfera 
poczekalni w pogotowiu ratunkowym. Phil i Lorenzo lawirują baletowo wokół siebie na parnej 
powierzchni pół metra kwadratowego, odlepiając plastry mięsa z huczącego płomieniami grilla i 
pchając szczypce do skwierczących patelni - przy czym jakimś cudem nie zderzają się ze sobą. Inny 
kucharz nieustannie pogwizduje, układając talerze. Przerywa tylko po to, żeby wrzeszczeć coś po 
hiszpańsku do faceta z czarną grzywką. Carl z wypiekami na twarzy zagląda wszystkim przez ramię, 
czytając   zamówienia,   próbując   i   dotykając   wszystkich   wynoszonych   dań.   Wydaje   się,   że   jest 
wszędzie jednocześnie.

- Dobrze, Lorenzo - mówi, zlizując sos z łyżki. - Jesteś Włochem, ale to nie zaszkodziło twojemu 

demiglasowi. Phil, tu nie zajęcia w szkole artystycznej, gdzie wolno wszystko. Po raz piąty, do stu 
diabłów,   żądam,   żeby   grillować   na   karmelowo,   nie   czarno.   Mam   ci   to   wypalić   na   czole   czy 
zapamiętasz?

- Zapamiętam, szefie.
- Cato, daj mi znać, kiedy przybędzie doktor Benitz. Przygotuję mu taką przystawkę, że będzie 

się uśmiechał przez cały wieczór.

Cato pisze na tablicy obok listy stolików: Wallerowie -szóstka. Wściekli, po dentyście.
Potem wychodzi z kuchni, więc ruszam za nim i wdeptuję w tłustą plamę przy koszu na śmieci. 

Odruchowo wyciągam rękę, żeby go chwycić za ramię, ale jest za daleko. Tracę równowagę i nagle 
widzę sufit.

A na chwilę przed rąbnięciem na podłogę zauważam zdumioną twarz Carla, gapiącego się na 

mnie zza ciągu.

Rozdział 3

-  Erin! - woła Cato.
Rozciągnięta na podłodze, widzę tylko łydki Chena i pochylającego się nade mną Martyego o 

szerokich barach.

- Wytrzeć podłogę! - ryczy. - Pingwin na glebie!
W kuchni zrywa się ogólny śmiech, a potem odzywa się Carl:

background image

- Miejmy nadzieję, że w sali jadalnej też zrobi wrażenie.
Upokorzona,   oszołomiona,   z   obolałą   kością   ogonową,   siadam   z   wysiłkiem   i   odzyskuję 

nadwątloną godność.

- Nic mi nie jest - chrypię. - Kości całe. Może trochę nadpęknięte, ale...
Cato chwyta mnie za rękę w chwili, gdy przez wahadłowe drzwi wpada Gina, omal nie zderzając 

się z Chenem. Ten ustępuje jej z drogi, unosząc talerze nad głową i śmiga przez drzwi, zanim 
zdążyły się zamknąć.

- Jest   doktor   Benitz!   -   wykrzykuje   Gina.   Przygląda   mi   się   podejrzliwie.   -   A   to   co?   Co   ty 

wyprawiasz?

- Uczennica Cato pokazuje nam, ile ma gracji - odpowiada Carl.
- To tylko drobny wypadek - mówi Cato, drżąc o siebie tak samo, jak o mnie. Podnosi mnie 

jednym szarpnięciem i usiłuje przerzucić odpowiedzialność na kogoś innego. - Ta
podłoga stwarza śmiertelne zagrożenie! Przelećcie tu mopem, zanim ktoś straci życie.

Pomywacz Enrique podbiega ze ścierką.
- Ważny stolik czeka - syczy Gina. - Możesz chodzić?
- Chyba tak. - Phil od grilla przygląda mi się z rozbawionym współczuciem, kiedy otrzepuję 

spódnicę.

Carl wyciera brzeg talerza i wystawia go w okienku.
- Moja kuchnia to nie ślizgawka. Jeśli nie potrafisz się utrzymać w pozycji stojącej, idź do domu.
- Dałam robocze buty do szewca - kłamię. - Jutro z samego rana je odbiorę.
Gina klepie mnie po ramieniu.
- Zmieni buty i wszystko będzie dobrze. Harold mówi, że potrafi pracować.
- Cóż za ulga - warczy Carl i wrzeszczy: - Dwie przepiórki, łosoś i krwisty stek!
Gina dwa razy klaszcze w dłonie.
- Jazda, kelnerzy! Doktor chce was widzieć!
- No tak - mówi Cato energicznie. - Tu chyba już skończyliśmy. Erin? - Bierze mnie za ramię i 

wyprowadza z kuchni. - Widziałem masę wywrotek - mamrocze - ale takiego salta mortale jeszcze 
nigdy. Brawo.

*

Doktor   Benitz   wcale   nie   przypomina   siwowłosego,   kruchego   staruszka,   którego   sobie 

wyobraziłam. Jest tuż po czterdziestce, ma delikatne, subtelne rysy i absolutnie nie wygląda na 
złamanego   prawnymi   problemami.   Naprzeciwko   niego   siedzi   blondwłosa   żona,   beznadziejnie 
zepsuta dziedziczka, która - jak twierdzi Jane - „niedawno adoptowała dziecko z Zimbabwe, żeby 
poprawić   sobie   image.   Widziałeś   jej   zdjęcie   w   »Vogue«,   jak   wchodzi   do   żłobka   na 
piętnastocentymetrowych szpilach?”.

Kiedy podchodzę do stolika w ślad za Cato, doktor Benitz mówi akurat do swojej małżonki:
- Jamajka, Brytyjka, co za różnica? Przecież nie damy jej pełnomocnictwa.
- Skoro ci wszystko jedno, może zatrudnimy mormon-kę? - odpowiada pani Benitz.
- Dobry wieczór - odzywa się Cato z cichuteńką nutką rozbawienia w głosie.
Doktor Benitz przerzuca strony karty win, po czym podnosi głowę.
- Jakie macie ryby?
- Dostarczone   dziś  rano   -   odpowiada   sucho   Cato.   -  Jeśli   interesują   państwa   ryby,  sugeruję 

dzikiego łososia.

- Dlaczego?
- Ze względu na jego jędrność i bogaty smak, który doskonale harmonizuje z karmelizowanym 

bulionem im-birowo-szalotkowym.

- Interesujące. Posłuchajmy o homarze.

background image

Rozpoczyna   się   dziesięciominutowy   kontredans,   mniej

 

przypominający   rozmowę   klienta   z 

kelnerem, a bardziej subtelne negocjacje dwóch przeciwników.

- Skąd pochodzą czerwone pomarańcze z reliszu? - pyta doktor, najwyraźniej doskonale się 

bawiąc tym starciem.

Cato wygląda, jakby chciało mu się ziewać.
- Z Andaluzji w Hiszpanii, sprowadzone na pokładzie boeinga 737.
- A nie wiesz przypadkiem, kto wyprodukował te talerze?
- Szef kuchni zamówił w Arte Italica ekskluzywny wzór specjalnie dla „Roulette”. Na spodzie 

zobaczy pan jego podpis. Oczywiście nie radzę tego robić z pełnym talerzem. - Cato śmieje się 
subtelnie.

- Moja matka byłaby zachwycona takim kompletem. Mógłbyś to załatwić?
- Proszę zostawić jej adres, a dostanie go w poniedziałek rano. Chyba że wolałaby przesyłkę po 

południu.

- Czy w daniach są jakieś składniki z krajów, w których do pracy zmusza się dzieci? - pyta 

doktor,   spoglądając   ponad   frezjami   na   żonę.   -   Martina   chciałaby   to   wiedzieć,   zanim   złożymy 
zamówienie.

Na wszystkie pytania Cato odpowiada z wdziękiem, swadą i odrobinką subtelnej manipulacji, 

dzięki którym zachowuje przewagę.

- Właśnie dlatego uczę się menu na pamięć - wyjaśnia mi, kiedy znajdujemy się poza zasięgiem 

słuchu klientów. - Nie żeby uszczęśliwić Ginę, nie żeby zarobić. Żeby usadzić tych gnojków.

W   miarę   jak   jego   rewir   się   zapełnia,   a   goście   tłoczą   się   w   holu,   Cato   staje   się   czujny   i 

spostrzegawczy jak kontroler lotów.

- Główne dania na czwórkę będą gotowe za parę minut - mówi. - Chen i Luis są zajęci u Rona, 

więc gdybyś mogła to zanieść... Koktajle na siódemkę... Sprawdź, czy Omar sprzątnął dwunastkę... 
Wszystko pamiętasz? Potem mnie odszukaj. I rozglądaj się za osobami z Tym Spojrzeniem.

- Z jakim spojrzeniem?
- Jakby czegoś potrzebowali, ale jeszcze nie wiedzieli, czego. - Chce odejść, ale zawraca. - I 

zetrzyj z twarzy tę panikę. Zachowujesz się, jakbyś nigdy dotąd nie widziała pełnej restauracji.

Znika w tłocznym barze, gdzie Alain wylewa coś zielonego z shakera do kieliszka kobiety w 

podkoszulku obszytym cekinami. Ona pochyla się - włosy wpadają do mieszanki bakaliowej - i stara 
się zaćmić tłum innych wypieszczonych laluń wokół baru. Alain szepcze jej coś do ucha i uśmiecha 
się szeroko. Ona nagradza go kilkoma banknotami, które kładzie przy kieliszku.

Co   to   ja   miałam   zrobić?   Niczym   sparaliżowana   stoję   wtulona   w   ścianę   i   słucham,   jak   Ron 

przedstawia grupie biznesmenów listę dań dnia. Kiedy dochodzi do słowa „emulsja”, 
robi młynka pięściami, co, jak sobie przypominam ze skautowskich czasów, jest symbolem z języka 
migowego,   oznaczającym   „jedź   autobusem”.   Derek,   już   w   niczym   nie-przypominający   tego 
hałaśliwego ordynusa, który zażerał się daniami dnia i posiłkiem służbowym, płynie przez salę z 
tacą   pełną   martini.   Jane   uśmiecha   się   do   sześcioosobowej   grupy.   Geoffrey,   marszcząc   brwi   w 
skupieniu, otwiera butelkę czerwonego wina i napełnia kieliszki trzech kobiet, które ewidentnie nie 
powinny już pić.

Mogłabym na to patrzeć przez cały wieczór, ale Gina albo Steve lada chwila zauważą, że czaję się 

za   wazonem   z   białymi   piwoniami.   Przypominam   sobie   coś   o  daniach   na   czwórkę   i   ruszam   do 
kuchni krokiem, mam nadzieję, zdecydowanym i pewnym siebie.

Przypominam sobie rozmowę z Cato.
- Dziś posiłki wydaje Marty. Jest na ogół w porządku, póki robisz, co każe. I nie wchodź w drogę 

Luisowi. Jeszcze nigdy nie widziałem pomocnika, który by tak walczył o własny teren. Jasne?

- Pewnie. Nie ma sprawy.
Ale „nie ma sprawy” szybko zmienia się w „Boże, ratuj”, bo wchodzę przez wahadłowe drzwi 

background image

prosto w ledwie kontrolowany chaos.

- Uważaj, z tyłu! - Omar, główny pomocnik, przeciska się obok mnie i wrzuca muszle małży i 

kości do ogromnego pojemnika na śmieci, przy okazji ochlapując mi spódnicę.

- Lepiej   tu   nie   stój,   dobra?   -   Pomywacz   chlusta   wodą   jak   w   myjni,   białe   chmury   pary   i 

pachnącego czosnkiem dymu buchają znad kuchenek.

Quiero   el  okoń  ahoral  -   krzyczy   Carl   do   Joségo,   ocierając   ścierką   krawędź   talerza.   - 

Powiedziałeś, że twój kuzyn się na tym zna! Nie obchodzi mnie, gdzie gotował wcześniej! Nie radzi 
sobie z najprostszymi rzeczami!

Marty wydziera trzy bony z drukarki.
- Będą bęcki - mruczy, ledwie słyszalny przez szum wentylatorów.
Luis chodzi za jego plecami, przypatrując się każdemu talerzowi.
- Stolik   dwudziesty,   stolik   dwudziesty   -   mamrocze,   obrzucając   mnie   zimnym   spojrzeniem 

mówiącym wyraźnie: „Łapy precz od mojego zamówienia”.

Sprawdzam kartkę, którą dał mi Cato. Jeden gołąb, jeden łosoś. Łatwe, ale jak mam poznać, 

które są moje?

- Luis! - woła Marty. - Masz, stary. Kaczka, cielęcina na trzy sposoby, okoń. Stolik dwudziesty.
Gracias, cabrón. - Luis bierze talerze i znika w jadalni. Stoję za Martym w nadziei, że sama 

moja obecność wystarczy, by wyczarować talerze z właściwymi daniami, ale on nawet mnie nie 
zauważa. Z tego, co widzę, wydawanie dań oznacza wywrzaskiwanie zamówień, wpatrywanie się w 
karteluszki,   kołyszące   się   przed   lampami   grzewczymi   i   picie   wody   z   wielkiego   plastikowego 
kieliszka. Co znaczy „trzy halibuty na dzień”? I dlaczego nikt na mnie nie patrzy? Phil stoi przy 
grillu odwrócony plecami, Carl pochyla się nad talerzem, strzykając czerwonym sosem z plastikowej 
butelki. Pojawia się jeden talerz, potem dwa.

- Przepraszam, Marty, czy to moje? - pytam. 
Brak odpowiedzi.
- Marty?
- Betsy! Potrzebuję kokosowego sufletu, na już! - krzyczy.
- Tak, słyszałam i za trzecim razem - odpowiada Betsy z kąta.
Z drukarki wysuwają się kolejne zamówienia. Na miłość boską, nie widać mnie czy jak? Nie 

mogę   tu   stać   jak   słup,   kiedy   Wallerowie   zwijają   się   z   głodu.   Jeśli   mam   zdobyć   dania,   muszę 
podnieść głos.

- Marty!
Mój krzyk rozchodzi się po całej kuchni.
- Czego? - odpowiada.
Carl odwraca się jak ugodzony, oczy ma straszne, a w ręce skwierczącą patelnię.
- Erin, chodź tutaj. - Daje mi znak, żebym się zbliżyła i pochyla się do mnie tak, że czubek jego 

nosa zabarwia się na pomarańczowo od światła lamp grzewczych. – Kelnerzy nigdy nie krzyczą w 
mojej kuchni. Rozumiesz? Nie obchodzi mnie, czy masz sytuację podbramkową, a John Lennon 
usiadł przy ósemce. Moi kucharze żyły sobie wypruwają, żebyś mogła zarobić, więc przestań ich 
rozpraszać. Rozumiem, że przyszłaś tu nie bez powodu. O co chodzi?

Usiłuję mówić pewnym głosem, ale wychodzi mi bełkot.
- Przy... przystawki na czwórkę?
Carl stawia z łomotem patelnię na palniku.
- Znowu

 

się

 

spóźniłaś.

 

Chen

 

zabrał

 

talerze

 

trzy

 

minuty

temu.   Moje   dania   nie   będą   tu   stygnąć,   czekając,   aż   laleczki
z dobrych domów nauczą się, co i jak. Jeśli na nic nie czekasz, wyjdź stąd.

*

background image

- No to mam przesrane - mówi Cato, stawiając na tacy cztery kir royale. - Erin, jak Boga kocham. 

Pogwałciłaś pierwszą zasadę kuchennej etykiety i dziwisz się, że Carl wrzeszczy?

- Przepraszam. Nigdy mnie to nie spotkało - mówię.
- Naprawdę? Przecież kelnerowałaś. Wiesz, jacy są kucharze.
Nakłamałam dziś tyle, że co mi znaczy jedno kłamstwo więcej?
- Oczywiście, ale to przecież idiotyczne. Nie mieliście szkolenia z wrażliwości?
Cato prycha śmiechem.
- Żartujesz?   Nie   wiem,   dla   kogo   pracowałaś,   ale   Carl   jest

wrażliwy tylko na jedzenie i gości. Potrafisz to znieść?

Kelnerka sięga pomiędzy nas i bierze dwie cząstki li-monki.
- Chyba nie mam wyboru - mówię, odczekawszy, aż zniknie w tłumie pojącym się martini.
- Jeśli chcesz zatrzymać tę pracę, to faktycznie. - Cato szybko klepie mnie po ramieniu. - Przy 

tamtym stoliku chcą posłuchać o daniach dnia. Idziemy?

Przekraczamy próg jadalni i od tej pory nie mam czasu pomyśleć o Carlu ani niczym innym. 

Następne trzy godziny zlewają mi się w zamglony korowód parzących talerzy, splątanych zamówień 
i wymamrotanych poleceń.

- Podawaj z lewej, puste talerze zabieraj z prawej - mówi Cato. - Na dwójce podałaś z prawej i 

wyglądało to niechlujnie. Zawsze wprowadzaj do komputera miejsca, na których siedzą goście, żeby 
pomocnicy   wiedzieli,   jakie   przed   kim   stawiać   danie.   Ale   przecież   już   to   wiesz.   Przynajmniej 
powinnaś.

Niosę   perliczkę   i   stek   na   trójkę,   usiłując   naśladować   Luisa   i   Chena   -   pewny   krok,   aura 

doświadczenia. Rany boskie, przecież pomagałam tworzyć kampanie marketingowe dla firm z listy 
pięciuset najbardziej dochodowych w kraju. Chyba potrafię donieść parę talerzy do właściwego 
stolika.

- Nie trójka! - syczy mi do ucha Cato. - Jedynka. Tam, przy wazonie.
- Och! Przepraszam. Pomyliło mi się.
- Następnym razem sprawdź zamówienie dwa razy. Nie potrzeba ci teraz kolejnej wpadki.
Cato wprowadza zamówienie do komputera, a Gina wyręcza go w pastwieniu się nade mną.
- Uśmiechaj  się  - mówi.  -  Nie  dotykaj  włosów.  Musisz się  przypudrować,  nos ci  się świeci. 

Wyglądasz na przerażoną. Dlaczego?

Otoczona donośnymi głosami, sączącą się muzyką Duke'a Ellingtona i nieustannymi docinkami, 

jestem kompletnie 
oszołomiona i w niczym nie pomagam Cato, który sam obsługuje cały rewir. Ja tylko wlokę się za 
nim jak martwy balast. Obchodzimy salę, upewniając się, czy kieliszki są pełne, talerze sprzątnięte, 
a każdy gość zachwycony jedzeniem.

- Tutaj „dobre” to za mało - powiadamia mnie Cato. -”Bardzo smaczne” też jest nie do przyjęcia. 

Carl chce, żeby wszyscy mówili, że jedzenie jest boskie albo że nigdy nie próbowali nic lepszego. 
Jeśli nie, dajemy im tyle darmowych poczęstunków, że zmieniają zdanie.

- Czy   niczego   państwu   nie   brakuje?   -   pyta   kolejnych   gości.   -   Jak   smakuje   pasztet 

sztrasburski/kacza pierś/grasica cielęca?

- Ten stek jest wyborny - wzdycha jedna kobieta, a inna kręci nosem: - Ostatnio jadłam lepszego 

łososia, ale nic dziwnego - to było w Kolumbii Brytyjskiej.

- Czy   wolałaby   pani   inny   sposób   przyrządzenia?   -   pyta   Cato,   zgięty   wpół,   z   czołem 

zmarszczonym w wyrazie troski. - Carl może go zrobić pod zachwycającą kołderką chrzanową albo 
na parze z limonką i zieloną papają. A może zechce pani zamówić coś innego...?

- Nie. Naprawdę, to mi wystarczy. Dziękuję.
- Daję słowo, niektórzy przychodzą tu tylko po to, żeby poudawać rozpuszczone bachory - mówi 

Cato, kiedy wracamy do baru. - Niby jej nie smakuje, a rąbała jak maszyna. Teraz musimy się z nią 

background image

cackać aż do deseru. W realu jest nikim, ale tutaj udaje Kimorę Lee Simmons.

Kiedy   restauracja   zaczyna   pustoszeć,   twarz   mnie   boli   od   nieustannego   uśmiechu,   a   słowo 

„przepyszny” usłyszałam co najmniej dwadzieścia razy w trzech różnych językach. Zadałam Cato 
niezliczone   pytania   („Jeszcze   raz:   gdzie   jest   miejsce   pierwsze   przy   stoliku   czwartym?”)   i   już 
zdążyłam   zapomnieć   odpowiedzi.   Cato   prowadzi   mnie   do   stanowiska   kelnerskiego   i   wyjmuje   z 
szafki zwędzone mojito z sokiem z granatów.

- Masz, napij się. Ale szybko, zanim ktoś zobaczy. 
Pociągam parę łyków przez cienką słomkę.
- Dzięki. Fantastyczne.
- Alain sam wyciska sok. Carl życzy sobie, żeby wszystko było przyrządzane na miejscu. - Cato 

pije łapczywie i oddaje mi szklankę. - Więc powiedz, gdzie pracowałaś przedtem?

- To znaczy, w restauracji? - Żeż w mordę. Powinnam przewidzieć to pytanie. - No... w paru 

knajpach na Long Island i jednej w centrum.

- Tak? Jak się nazywa? Waham się.
- Pewnie o niej nie słyszałeś.
- Zobaczymy.
- To taka... mała knajpka z owocami morza przy Wall Street.
- Skromna?
- Bardzo ładna. Duży ruch w porze obiadowej. Masa nudnych rozmów o pieniądzach i fuzjach.
Cato kiwa głową, ale nie jest całkowicie zadowolony.
- Dlaczego odeszłaś?
- Właściwie bez powodu. Chciałam mieć czas na... -Myśl, Erin, myśl! - ...kursy i takie tam.
- Tak jak ja - mówi on. - Gdybym nie wypełnił sobie dnia lekcjami aktorstwa i castingami, nie 

dałbym rady nosić tych ciuchów co wieczór. - Chowa drinka do szafki. - Dobra. Dajmy doktorowi 
czek i wyprośmy go, zanim zdąży mnie namówić na implanty piersi.

Wyłaniamy się zza zakrętu w chwili, gdy z kuchni wychodzi Carl w świeżej marynarce z bujną 

gałązką   rozmarynu   w   butonierce.   Wkracza   zawadiackim   krokiem   do   sali   jadalnej,   a   jego   aura 
opromienia wszystkich. Goście odwracają się jak porażeni, z widelcami w powietrzu. Dolatują mnie 
fragmenty pochwał: „...z wrażenia, że zdecydował się pan przybyć do miasta...” „...nigdy nie jadłem 
nic choćby w
przybliżeniu   tak...”   „...czytałam   recenzję   w...”,   „...przyjechaliśmy   aż   z   Providence   tylko   po   to, 
żeby...”.

Carl, sztywno wyprostowany, kładzie dłoń na oparciu fotela Wallera.
- Steve mówi, że pisze pan książkę kucharską - odzywa się pan Waller. - Ma pan już tytuł?
- „Corbett podbija Francję”. Odkurzyłem sto tradycyjnych francuskich przepisów, nadałem im 

nowy  smak. Za  parę  miesięcy  będziemy  tu  sprzedawać  egzemplarze  z autografem.  Do  każdego 
będzie dołączone DVD, więc amatorzy mogą się uczyć w domu bardziej zaawansowanych metod. - 
Carl patrzy już ku stołowi, gdzie siedzi doktor Benitz z żoną, nie zauważając rachunku. - Bardzo się 
cieszę, że państwa spotkałem... - Obdziela powitaniami szczęśliwców z rewiru drugiego i podchodzi 
do doktora. - Lou! Jak oni cię traktują w tej branży? - Stoję za Cato przy stoliku obok i słucham, jak 
Carl włącza zupełnie inny rodzaj uroku.

- Co to? - pyta, całując Martine w policzek. - Pilâtes? Dlaczego wyglądasz tak fantastycznie?
A ona przykłada dłoń do piersi.
- Odmienić życie dziecka to fantastyczne przeżycie. Przeżyłam duchową przemianę.
- Miałem nadzieję, że to przez pasztet sztrasburski -śmieje się Carl.
- Był rewelacyjny, nawiasem mówiąc - odpowiada doktor. - Jutro może będę się kwalifikować 

do potrójnego bypassu, ale pasztet był fantastyczny. Dziękuję.

- Cała przyjemność po mojej stronie. A reszta?

background image

- Jak   zwykle   wspaniała.   A   z   tego   waszego   kelnera   niezły   zawodnik.   Inteligentniejszy   od 

większości studentów medycyny i sto razy bardziej użyteczny.

- Cato. Niewiele mu brakuje. - Carl zerka na Cato jak zazdrosny rywal. - Może któregoś ranka 

zagramy w golfa, jeśli nie będziesz zajęty robieniem kogoś na bóstwo?

- Świetnie. Zadzwoń i jesteśmy umówieni.
Carl mija nas i wielką łapą klepie Cato po ramieniu.
- Rozmawiałem z Benitzami - mówi. - Najwyraźniej zrobiłeś na nich wrażenie.
- Robię, co mogę, żeby goście byli zadowoleni - odpowiada Cato.
Carl lodowacieje.
- Powinni mówić o potrawach, nie personelu. Popisywać się możesz na scenie, a nasi goście 

mają dostać to, po co tu przychodzą.

Cato oblewa się rumieńcem.
- Oczywiście. Rozumiem.
- A, właśnie, jak kariera? Już jesteś sławny?
- Mam parę castingów.
- Fantastycznie. Tak trzymaj - kończy Carl i jeszcze raz klepie Cato po ramieniu. - Za chwilę 

wyślę   Benitzom   talerz   ciasteczek.   Dopilnuj,   żeby   dostali   ode   mnie   pół   butelki   darmowego 
sauternesa.

Rozdział 4

Pod   koniec   wieczoru   Cato   i   ja   zajmujemy   się   ostatnim   pracami,   między   innymi   sterylizacją 

klamek,   szczotkowaniem   aksamitnej   tapicerki   metalową   szczotką   i   natłuszczaniem   olejem 
migdałowym ręcznie plecionych włoskich koszyczków do chleba. Gdy przy stanowisku kelnerskim 
szoruję szczoteczką do zębów automat do espresso, za moimi plecami staje Geoffrey. Wieczór był 
upiorny, a on wygląda świeżutko jak spod igły. Jedyną oznaką zdradzającą, że przepracował całą 
zmianę, jest maleńka czerwona plamka na koszuli.

- Powinnaś się z tym zapoznać - mówi, podając mi kartę win, grubą jak książka telefoniczna. - 

Weź to do domu.

- Oczywiście - słyszę własny głos. - Właśnie chciałam spytać, czy mogę.
- Każdy   egzemplarz   został   ręcznie   oprawiony   w   Szkocji,   więc   na   niego   uważaj.   Na   twoim 

miejscu w pierwszym rzędzie skupiłbym się na burgundach. Nasi goście bardzo je lubią.

- Tak zrobię.
Geoffrey sprawdza, czy blat jest suchy, po czym kładzie kartę.
- Skoro Harold za ciebie poręczył, musisz się znać na rzeczy.

 

Jestem ciekawy twoich uwag na 

następnych warsztatach wina.

- Będę ich miała co niemiara.
- Daj mi znać, kiedy zechcesz odwiedzić piwnicę - mówi, zadzierając kanciastą brodę. - Już 

cztery miesiące po otwarciu dostaliśmy nagrodę „Wine Spectator” za doskonałość.

- Znowu molestujesz personel? - pyta Cato, podchodząc do nas ze szklanką w dłoni.
Geoffrey uśmiech się przyjemnie.
- Upewniam się, że w jej szkoleniu nie ma żadnych luk.
- Bez obaw. W poniedziałek będzie gotowa do gry.
- Świetnie. Więc dobranoc.
Kiedy Geoffrey znika nam z oczu, Cato stawia drinka na karcie win.
- Fantastycznie

 

się

 

sprawdza

 

w

 

roli

 

podstawki.

 

Za

 

duża

na stolik do kawy, ale bardzo chłonna.

Parskam śmiechem.

background image

- Jeśli zrobi się plama, Geoffrey wścieknie się na mnie.
- Racja. Przepraszam.
Cato uznaje, że ekspres jest „tak wypucowany, że widzę w nim każdą zmarszczkę”, i zabiera mnie 

do baru, gdzie przy kieliszku czerwonego wina stoi Ron. Ja zamawiam wódkę z lodem i wszyscy 
zabieramy drinki do przebieralni. Ledwie siadam przy stoliku, zaczynam czuć ból. I nie tylko ból 
kości ogonowej. Uderzyłam głową w szufladę, Derek wbił mi łokieć w plecy i dowiedziałam się w 
niesympatyczny sposób, że woda w stanowisku kelnerskim jest gorąca.

Cato zapala salema.
- Zrzucamy się na duże napiwki - mówi. - Dla pomocników, Alaina, Stepfordzkiej Hostessy... 

Masa kasy, ale im więcej zrzucają się kelnerzy, tym mniej musi płacić wszystkim Steve.

Ron poprawia krawat i rozmasowuje kark.
- Przynajmniej nie tyracie w kuchni. Tam w porównaniu z nami zarabia się grosze.
- Akurat   -   mruczy   Cato,   napychając   koperty   pieniędzmi.   -   Chciałbym   zobaczyć,   jak   drałują 

kilometrami   w   moich   butach   od   Bruna   Magliego.   Przy   pierwszej   skardze   paniusi,   której   nie 
posmakował drink, uciekliby we łzach do kibla. A teraz cicho! Mylę się przez was.

- Ja tylko mówię, że mamy łatwiej - mruczy Ron.
- Pewnie dlatego mam platfusa i jadę non stop na środkach uspokajających. - Cato przysuwa mi 

dwudziestkę. -Masz. To za dzisiejszą pomoc.

- Dzięki. - Pewnie powinnam się ucieszyć. Dwa dolce za godzinę to fortuna w porównaniu z tym, 

co zarobiłam, szukając ofert pracy w internecie i czekając, aż telefon zadzwoni.

- Kiedy ja przechodziłem szkolenie, nie dostałem ani centa - mówi Ron.
Cato zaciąga się papierosem.
- Dziwne, że pamiętasz tak starożytną przeszłość.
Kłótnia   urywa   się   gwałtownie   w   chwili,   gdy   do   sali

 

wchodzi   Steve.   Rozgląda   się   jak   rodzic 

szukający w pokoju dziecka zakazanych używek, a potem bierze zniszczone krzesło i siada obok 
mnie.

- Jak poszło?
Cudnie, jeśli nie liczyć tyłka stłuczonego na kwaśne jabłko, rozlania dżinu z tonikiem po całym 

barze i oprószenia pieprzem co najmniej dwóch rękawów.

- Chyba nieźle.
Zerka na swoje kolana i drapie się po czymś w rodzaju małej egzemy na czole. Kiedy znowu na 

mnie spogląda, już wiem, że niczego nie będzie przede mną ukrywać.

- Z tego, co widziałem, masz przed sobą mnóstwo roboty. Jestem w tej branży od dwudziestu 

lat, byłem kierownikiem sali, menedżerem i właścicielem, zarobiłem
mnóstwo pieniędzy. Widziałem setki kelnerów. Potrafię poznać wrodzony talent. Ty go nie masz.

Więc wywali mnie z miejsca. Nie do wiary.
Czuję na sobie spojrzenia Cato i Rona, czekających na moją odpowiedź.
- Potrzebuję jeszcze parę dni na przyzwyczajenie się do waszego systemu.
- Nie   twierdzę,   że   tu   sobie   nie   poradzisz   -   ciągnie   Steve.   -   Ale   twoje   dotychczasowe 

doświadczenie nie jest wystarczające. Musisz dołożyć więcej wysiłku niż osoby w rodzaju Rona, 
który ma kelnerowanie we krwi.

- Chodził na profesjonalne kursy kelnerstwa - wtrąca Cato. - W technikum. Zapłacił masę kasy 

za naukę otwierania butelek z wodą.

- Co ty tam wiesz - odgryza się Ron. - Skoro o tym mowa, to był najtrudniejszy tydzień w moim 

życiu. Końcowy egzamin był tak trudny, że jeden facet zemdlał.

Steve macha na nich ręką.
- Czy ja rozmawiam z wami? Przestańcie się żreć i kończcie robotę, chcemy stąd w końcu wyjść.
Cato gasi papierosa i wraca do liczenia napiwków. Ron układa wielki plik banknotów, zawija w 

background image

komputerowy wydruk i wsuwa do czerwonej winylowej torby z napisem „restauracja”.

- Słuchaj, Erin, tu nie chodzi tylko o przyjmowanie zamówień i dostarczanie talerzy właściwym 

osobom - mówi Steve. - Musisz się przestać zachowywać jak nieśmiała uczennica. Goście odnoszą 
wrażenie, że nikt nie panuje nad sytuacją. A oni chcą przestać myśleć, kiedy przekraczają te progi. 
To się im nie uda, jeśli będziesz taka zdenerwowana.

- Jasne. Rozumiem.
Steve odsuwa krzesło i wstaje.
- Dobrze. Do zobaczenia jutro. Cato, ile masz w sumie?
- 592 dolary i 50 centów.
- Ron?
- 574 i drobne.
- Czy wy w ogóle próbujecie coś sprzedać, czy pozwalacie ludziom zamawiać najtańsze drinki i 

risotto?   Ron,   kiedy   znowu   przyjdą   Kapinscy,   policz   im   dwadzieścia   cztery   dolary   za   martini. 
Wpadają   dwa   razy   w   miesiącu   na   aperitif,   dzielą   się   jednym   daniem   i   blokują   stolik   na   pół 
wieczoru. Niech zaczną za to płacić.

Ron jest wstrząśnięty.
- Ale czy nie zauważą?
- Tyle chlejąc? Jeśli będą kręcić nosem, powiedz im, że Alain robi im podwójne drinki, bo są 

wyjątkowymi klientami.

- No, nie wiem. Są mili i zawsze proszą o mnie.
- Nie utrzymam się w branży, przywiązując się do gości. Jutro chcę zobaczyć lepsze wyniki u 

obydwóch. - Steve wychodzi i człapie po schodach, a ja siedzę zbyt oszołomiona, żeby się poruszyć.

- Nie przejmuj się - odzywa się Cato. - Kiedy zaczynałem, jeździł po mnie jak po łysej kobyle. 

Pamiętasz, Ron? Kazał mi - w obecności kucharzy - stonować moje pedalskie zwyczaje.

- Bo się malowałeś eyelinerem - przypomina Ron.
- Od tej pory personel kuchenny mnie prześladuje. Dobrze, że mam grubą skórę.
- Oni żartują - upiera się Ron.
Cato rzuca przed siebie cienki stosik pieniędzy.
- Aha, może się zdziwisz, ale tak naprawdę nie nazywam się „ciocia Betty”.

Uśmiecham   się,   na   sekundę   zapomniawszy,   że   teraz   to   mnie   publicznie   zbesztano   za 
niekompetencję. W pierwszych dniach mojej poprzedniej pracy weszłam do biura, promieniejąc 
kompetencją i energią, choć moje CV było zmyślone, a na sobie miałam tanie podróbki. To, czego 
nie wiedziałam, ukryłam za zaangażowaniem i pozytywnym nastawieniem. Tutaj jestem słabym 
ogniwem. Jeśli się czym prędzej nie poprawię, wylecę stąd szybciej niż dzisiejsze resztki.

Ron przelicza swoje napiwki; obraca dziesięciodolarówkę, jakby była fałszywa.
- Trzysta dziesięć dolarów? Tylko tyle dziś zarobiliśmy?
- To ty wpadłeś na pomysł tych osiemnastu procent, przyjacielu. Gdybyśmy nie robili zrzutki, 

chodziłbyś głodny.

- Odkładam pieniądze. Gdybym jutro rzucił robotę, nie będę głodny przez najbliższe dwa lata.
- Weź się raz wykosztuj na jedwabną pościel.
Ron osusza kieliszek.
- Skoro o pościeli mowa, lepiej wrócę do żony. Kiedy przychodzę po pierwszej, robi się przykra. 

- Starannie wiesza uniform i schodzi po schodach z kopertami dla Dereka i Jane.

- To ja też się przebiorę - mówię.
Chcę wstać, ale Cato chwyta mnie za przegub.
- Czekaj. - Spoglądam na niego i już wiem, co powie: -Miałaś przerwę, tak?
- Oczywiście.   -   Boże,   tylko   posłuchajcie   mojego   głosu.   Nigdy   nie   umiałam   kłamać.   Nie 

musiałam.

background image

- Daj   spokój,   skarbie.   Rozmawiasz   z   Cato   Poolem.   Kelneruję   od   czasów,   kiedy   modny   był 

grunge.

- Muszę tylko sobie przypomnieć.
- Nic podobnego. Albo wiesz, co robić, albo nie.
W ustach robi mi się sucho. Skończyły mi się wykręty. Cato patrzy na mnie, unosząc brwi.
- Dobrze,   masz  rację.   Pracowałam   w  firmie   marketingowej.   Zbankrutowała,   a   ja   nie   zdołałam 

znaleźć innej pracy w zawodzie, więc Harold mi pomógł. Ale naprawdę pracowałam
w restauracji. Tylko dość skromnej i... osiem lat temu.

- Osiem lat temu? Cholera! Harold o tym wiedział?
- Właściwie  nie.  Ojciec  podkolorował  moje doświadczenie. Pewnie  nie rozumiał,  w  co  mnie 

pakuje.

Cato odchyla głowę.
- Jeśli Steve albo Gina... albo Carl się dowiedzą, to jesteś... Jezusie, przecież to było oczywiste. 

Wystarczyło spojrzeć na twoje buty.

Ostrożnie dotykam obolałego prawego boku.
- No tak. Buty.
- W ogóle znasz się na tej branży?
- Raczej mało. Owszem, często jadałam na mieście, ale nigdy nie zwracałam uwagi na szczegóły.
Cato masuje skronie.
- Ale katastrofa. Gość, którego zastępujesz, był pierwszorzędnym kelnerem. Nie ma szansy, żeby 

ludzie nie zauważyli różnicy.

- Powiem Steve’owi, że to pomyłka - mówię. - Nie powinnam tego ciągnąć dalej.
- Nie, czekaj. Niech się chwilę zastanowię. - Cato zapala kolejnego salema i spogląda w sufit. - 

Będzie ubaw - mówi z chichotem.

- Ubaw? O czym ty mówisz?
- O tym, że postaram się uratować ci tyłek. 
Wytrzeszczam na niego oczy.
- A to w jaki sposób?
- Za pomocą odrobinki geniuszu i wielkich jaj. - Wskazuje na mnie papierosem. - Dobrze, że cię 

lubię, inaczej nawet bym o tym nie pomyślał.

- Nie chcę, żebyś przeze mnie wyleciał.
- To jest nas już dwoje. Nie potrafię biedować. Jeśli wracam do domu i mam mniej niż trzy setki 

za wieczór, pomstuję jak staruszka na zasiłku. - Wydmuchuje dym w
stronę   okna   i   mówi:   -   Słuchaj.   A   jeśli   nauczę   cię   wszystkiego,   co   wiem   -   od   czasów,   kiedy 
podawałem hamburgery aż do dziś?

- Zapomnij. Nie zrobisz ze mnie dobrej kelnerki w jeden dzień.
- Może nie, ale dostrzegam w tobie dobry materiał. Rób, co ci każę, a za pięć dni nie poznasz 

sama siebie.

Dopijam resztki rozcieńczonej wódki. Myśl o powrocie do bezrobocia przeraża mnie bardziej niż 

Steve i Gina.

- Dobrze. Miejmy to za sobą. Skąd zaczniemy?
- Najpierw uzupełnimy luki w twoim CV. Co powiesz, jeśli Carl spyta, kto był szefem kuchni w 

twojej ostatniej pracy?

- Cato, to szaleństwo.
- Spójrz na mnie. Jeśli masz udawać zawodową kelnerkę przez choćby pięć minut, musisz na 

nią wyglądać, a ja już cię doprowadzę do formy.

Oddycham powoli.
- Na New York University.

background image

- Dobrze. Zaczęłaś w smażalni na pierwszym roku. Potem pracowałaś w „Babbo”, ale ostatnią 

pracę podjęłaś w „Spice Market”. Byłaś tam przez rok. Potem rzuciłaś robotę, żeby podróżować po 
Europie   z   przyjacielem.   Pracowałaś   przez   cztery   podwójne   zmiany   w   tygodniu,   a   twoim 
kierownikiem był Barry.

- Barry? Istnieje ktoś taki?
- Chodził z moją koleżanką. Wyjechał do Waszyngtonu parę miesięcy temu, więc nikt się nie 

zorientuje. Z szefem kuchni pójdzie trochę trudniej. Wiesz, jak się nazywa?

- Jean-Georges jakiśtam?
- Vongerichten. Z tego, co o nim słyszałem, jest Francuzem i poślubił byłą hostessę. Resztę 

musisz zaimprowizować. Jeśli ktoś cię spyta, jaki był, powiedz że otwierał dziesiątą restaurację i 
nieczęsto się pokazywał. Tylko nie
mów, że był miły. Żaden szef kuchni nie jest miły. Wszyscy się kapną, że kręcisz. 
Potrząsam głową.

- Jak mam to wszystko zapamiętać?
- Proste. Powtarzaj, aż zaczniesz w to wierzyć. Rano przemejluję ci przewodnik. Od tej chwili to 

twoja biblia.

Rozdział 5

Budzę   się   po  dwunastej   i   podrywam   na   łóżku.   W  sypialni   leżą   ślady   mojego   nowego   życia, 

rozrzucone jak dowody rzeczowe na miejscu zbrodni: usmarowany sosem pantofel. Zmięty wykres 
miejsc przy stoliku szóstym. Otwarta lista win z wyborem roczników z doliny Loary. Obok mnie na 
narzucie spoczywa jeden z rozchwytywanych cienkopisów Cato, który jakimś cudem trafił wczoraj 
do kieszeni mojej spódnicy. Jestem tak zesztywniała, że z trudem się poruszam.

Kiedy w końcu docieram do kuchni i włączam laptop, znajduję dwa „Dziękujemy za Pani CV, 

ale...”   i   jeden   mejl   od   Cato   zatytułowany   «Roulette   dla   opornych«.   Przeglądam 
dziesięciostronicowy   załącznik,   zastanawiając   się,   czy   nie   łatwiej   byłoby   udawać   spikerkę.   Przy 
śniadaniu złożonym z wczorajszego tajskiego jedzenia i kawy zaczynam edukację.

C

ZEŚĆ

, R

EKRUCIE

!

P

OBUDKA

! W

ITAJ

 

W

 

KULINARNYM

 

OBOZIE

 

PRZETRWANIA

. D

O

  T

WOJEGO

 

WIELKIEGO

 

DEBIUTU

 

ZOSTAŁY

 

NAM

 

TYLKO

 

CZTERY

 

DNI

WIĘC

 

LICZY

 

SIĘ

 

KAŻDA

 

MINUTA

. P

ODJĘŁAŚ

 

SZALONĄ

 

DECYZJĘ

ŻEBY

 

STARTOWAĆ

 

U

 

NAJLEPSZYCH

 (

KŁANIA

 

SIĘ

 

I

VANKA

 T

RUMP

I

 

JEŚLI

 

CHCESZ

 

TU

 

ZOSTAĆ

MUSZĘ

 

SIĘ

 

STAĆ

 

CAŁYM

 T

WOIM

 

ŻYCIEM

. N

IE

 

BĘDZIE

 

ŁATWO

. „R

OULETTE

” 

JEST

 

JAKBY

 

OBCYM

 

KRAJEM

  -  

TUBYLCY

 

 

NIEŻYCZLIWI

,  

A

 

PRZYWÓDCA

 

TYLKO

 

SZUKA

 

PRETEKSTU

,  

ŻEBY

  C

 

DEPORTOWAĆ

. J

A

 

MUSZĘ

C

 

NAUCZYĆ

 

JĘZYKA

ŻEBYŚ

 

ZDOŁAŁA

 

JAKOŚ

 

PRZETRWAĆ

NIE

 

BUDZĄC

 

NICZYICH

 

PODEJRZEŃ

. K

TO

 

WIE

? K

IEDY

 

POŁAPIESZ

 

SIĘ

,  

O

 

CO

 

CHODZI

,  

MOŻE

 

NAWET

 

ZACZNIESZ

 

SIĘ

 

DOBRZE

 

BAWIĆ

. J

EŚLI

 

NIE

,  

PRZYNAJMNIEJ

 

ZAROBISZ

 

NIEZŁĄ

 

KASĘ

. O

TO

 

PODSTAWOWE

 

ZASADY

 

DO

 

NAUCZENIA

 

NA

 

JUŻ

:

1. Z

UPA

 

JEST

 

UWAŻANA

 

ZA

 

NAPÓJ

 

I

 

JAKO

 

TAKI

 

POWINNA

 

BYĆ

 

PODAWANA

 

I

 

ZABIERANA

 

Z

 

PRAWEJ

 

STRONY

.

2. K

OKTAJL

 

ZAWSZE

 

JEST

 

NAJPEŁNIEJSZY

KIEDY

 

SIĘ

 

GO

 

UPUŚCI

.

3. N

IGDY

 

NIE

 

PYTAJ

 „

DLACZEGO

”(

STARAJ

 

SIĘ

 

NAWET

 

NIE

 

MYŚLEĆ

). M

ÓW

: „O

CZYWIŚCIE

” 

ALBO

 „N

ATYCHMIAST

 

SIĘ

 

TYM

 

ZAJMĘ

.”

4. U

SZKO

 

FILIŻANKI

 

POWINNO

 

ZNAJDOWAĆ

 

SIĘ

 

NA

 

GODZINIE

 

CZWARTEJ

 

PO

 

PRAWEJ

 

RĘCE

 

GOŚCIA

.

5. NALEŻY: 

TRAKTOWAĆ

 

POMOCNIKÓW

 

JAK

 

STARĄ

 

BOGATĄ

 

CIOTKĘ

. J

EŚLI

 

JESTEŚ

 

DLA

 

NICH

 

MIŁA

ZAROBISZ

 

O

 

WIELE

 

WIĘCEJ

 

PIENIĘDZY

.

NIE NALEŻY: 

SPRAWDZAĆ

 

W

 

JADALNI

ILE

 

DOSTAŁAŚ

 

NAPIWKU

. W

ŚCIEKNIESZ

 

SIĘ

 

PÓŹNIEJ

NA

 

OSOBNOŚCI

.

NALEŻY: W

ŁĄCZYĆ

 

WEWNĘTRZNEGO

 

PSYCHOLOGA

 

I

 

ODZYWAĆ

 

SIĘ

 

DO

 

CHAMSKICH

 

GOŚCI

 

KOJĄCYM

 

TONEM

.

NIE NALEŻY: 

MÓWIĆ

 

PRAWDY

JEŚLI

 

KTOŚ

 

CIĘ

 

SPYTA

DLACZEGO

 

PRACUJESZ

 

W

 „R

OULETTE

”. K

OCHASZ

 

SWOJĄ

 

PRACĘ

 

background image

I

 

ZAMIERZASZ

 

TU

 

ZOSTAĆ

 

DO

 

KOŃCA

 

ŚWIATA

. P

RAWDA

?

NIGDY: N

IE

 

SKŁADAJ

 

UŻYTEJ

 

SERWETKI

 

I

 

NIE

 

STAWIAJ

 

JEJ

 

NA

 

STOLE

. Z

ASTĄP

 

 

ŚWIEŻĄ

.

ZAWSZE:   D

ZIĘKUJ

 

SWOIM

 

SZCZĘŚLIWYM

 

GWIAZDOM

.   I

STNIEJĄ

 

GORSZE

 

FUCHY

,  

NA

 

PRZYKŁAD

 

SPRZEDAWANIE

 

DAMSKICH

 

BUTÓW

 

W

  JC P

ENNEY

 

ALBO

 

STRZYŻENIE

 

DRZEW

 

W

 

GRUDNIU

 

W

  O

KLAHOMIE

. W

IERZ

 

MI

,  

SPRAWDZIŁEM

 

NA

 

WŁASNEJ

 

SKÓRZE

.

Przez czterdzieści pięć  minut  kuję zasady  etykiety  kelnerskiej, po czym przygotowuję się do 

wyjścia. Mam się zjawić w „Roulette” o czwartej, a jeszcze muszę skombinować obowiązkowe buty 
na gumowej podeszwie.

Bzzzzt.
W moim mieszkaniu rozlega się bzyczenie domofonu.
- Kto, do cholery...? - Pospiesznie przebiegam w myśli listę osób, które mogłyby wpaść bez 

uprzedzenia. Żadna nie jest szczególnie pożądana. Może to mój dawny chłopak Chris chce odnowić 
to, co w zeszłym roku „tłamsiło w nim życie”. A może to Jay, wydawca magazynu dla panów, który 
wszędzie chodzi w wełnianej czapce. Po spotkaniu na imprezie chodziliśmy ze sobą przez sześć 
trudnych tygodni, w trakcie których zaproponował mi seks w trójkę, upierał się, że mężczyźni są 
lepsi od kobiet w naukach ścisłych, a przez jedną, nadzwyczaj niezręczną chwilę wypłakiwał mi się 
w rękaw, żeby go akceptować takim, jaki jest. Błagam, tylko nie on.

Bzzzzt.
Wiem - to Frank, jowialny, lubiący siłownię młody dyrektor z firmy informatycznej z budynku, w 

którym znajdowała się moja dawna praca. Praca po godzinach doprowadziła nas zeszłej zimy do 
pocałunku   na   schodach,   a   potem   do   codziennego   mejlowego   flirtu,   którego   apogeum   była 
propozycja ucieczki do Vegas w dniu, kiedy wynosiłam się z pracy. „Kaplica Róż, dziesiąta rano w 
sobotę? Raz się żyje!”.

Gorączkowe   bzyczenie   ustaje,   a   po   chwili   rozlega   się   dzwonek   mojego   telefonu.   To   nie 

przerażający były kochanek, ale Rachel, moja najlepsza przyjaciółka od czasów praktyki w tej samej 
agencji  reklamowej.  Osiem  lat,  pięć  prac  i  wielu   mężczyzn  później   nadal  rozmawiamy   ze  sobą 
niemal codziennie.

- Dlaczego nie podchodzisz do domofonu? - pyta. -Wiem, że jesteś w domu.
- Skąd?
- A jak myślisz? Odebrałaś telefon.
- O rany. Czekaj.
Po chwili słyszę jej kroki na korytarzu i pukanie do już otwartych drzwi. Rachel ma na sobie czarną 

sukienkę vintage i espadryle, a jej kasztanowe włosy wiją się na wilgotnym powietrzu. Na ramieniu 
niesie wielką nylonową torbę. 

- Nie odsłuchałaś mojej wiadomości? - pyta, wchodząc.
- Jakiej wiadomości?
- Nie pytałabyś, gdybyś odsłuchała.
- Nie miałam czasu odsłuchiwać wiadomości. Byłam zajęta udawaniem kogoś, kim nie jestem.
- Więc jednak to zrobiłaś.
- Jak to „jednak to zrobiłaś”? Zachowujesz się, jakbym poślubiła najgorszego pijaka w mieście. 

To tylko na chwilę, jak Boga kocham.

- To   nie   ma   nic   wspólnego   z   twoim   wykształceniem.   W   tej   restauracji   powinnaś   się   zająć 

marketingiem, nie podawaniem żarcia.

- Właśnie   to   w   tobie   kocham.   Tę   zadziwiającą   zdolność   do   ukazywania   mi   wszystkiego   we 

właściwym świetle. Kawy?

- No,   no.   Jeden   wieczór   i   już   jesteś   profesjonalną   kelnerką.   Widzę,   że   wyszłaś   z   tego   bez 

widocznych obrażeń.

- Wątpię.   Miałam   nadzieję   na   łatwe   pieniądze,   a   w   rezultacie   zrobiłam   z   siedemdziesiąt 

background image

kilometrów   i   wytarłam   tyłkiem   kuchenną   podłogę.   Facet,   który   jest   odpowiedzialny   za   moje 
szkolenie, domyślił się, że guzik wiem, ale na szczęście postanowił mnie kryć.

- Brzmi fascynująco. Aż mi się chce wpaść tam i popatrzyć na ciebie w akcji.
- Nie waż się. Jeśli zobaczysz mnie w uniformie, nigdy nie pozbędziesz się tej traumy.
- To jedna z najlepszych restauracji na Manhattanie. Inni kelnerzy chętnie by cię zamordowali, 

żeby dostać twoje miejsce.

- Proszę bardzo, niech mordują. Wyświadczą mi przysługę.
Rachel ogarnia mnie ramieniem.
- Daj spokój, za miesiąc już cię tam nie będzie. Góra sześć tygodni.
- Tak myślisz?
- Sama powiedziałaś, że to tymczasowa fucha.
- No tak. Świetnie, zatem sześć tygodni.
- Jeśli   to   cię   pocieszy,   właśnie   miałam   najdziwniejszą   sesję   mojego   życia.   Dwa   mastyfy 

przestraszyły się flesza i przewróciły regał z książkami.

Odkąd Rachel rzuciła posadę graficzki w firmie reklamowej, zajęła się swoim prawdziwym hobby 

- fotografowaniem zwierząt. Polaroidy, na których uwieczniała ojca śpiącego z otwartymi ustami, 
wyewoluowały  w czarno-białe  zdjęcia  gołębi  i  bezpańskich  kotów,  a  w końcu  zaczęły  przynosić 
dochód, gdy kolega z pracy zobaczył portret jej mruczków, Tołstoja i Dottie. Przez parę ostatnich 
miesięcy wiadomości przekazywane z ust do ust napędziły jej obroty tak, że zaczęła się zajmować 
fotografią na pełny etat.

- Ale nie przyszłam, żeby narzekać - mówi, sięgając do torby. - Tylko by rozbudzić twój instynkt 

macierzyński.

- Skąd pewność, że go posiadam?
- Pewności brak, ale jest nadzieja. - Wyjmuje obtłuczone jabłko, paczkę kolorowych gumek i 

trzy rolki filmów, aż wreszcie dokopuje się do małego słoika z wodą. W wodzie kołysze się coś w 
kształcie niebieskiego pocisku.

Przyglądam się temu czemuś.
- A to co za cholera?
Rachel stawia słoik na stole.
- To, moja przyjaciółko kelnerko, jest bojownik wspaniały. Rybka. Mój sąsiad przeprowadza się 

na Florydę i Tek-ka - poznajcie się - szuka nowego domu.

- Oooo, nie! - Podrywam się. - Ostatnio ledwie potrafię zadbać o siebie. Tylko się rozejrzyj!
Rachel zerka na porzucony w drzwiach łazienki sandałek na szpilce, torby z makulaturą oparte o 

kuchenną ścianę i wczorajsze naczynia w zlewie.

- Myszy ci się zalęgną - ostrzega.
- Widzisz? Jeszcze mi zwierzątka brakuje.
Rachel bierz słoik, w którym unosi się rybka, zupełnie nieruchoma.
- To   nie   jest   zwierzątko   domowe.   Żyje   tak   krótko,   że   trafi   do   kanalizacji   pewnie   przed 

Halloween. - Wyjmuje z torby żółtą puszkę rybiej karmy. - Może żyć w szklanej kuli, ale lepiej mu 
będzie w akwarium. Pomogę ci kupić.

- Nie, nie pomożesz, bo go nie przygarnę. Dlaczego sama go nie weźmiesz, skoro tyle dla ciebie 

znaczy?

- Mam pełne ręce roboty z Tołstojem i Dottie. Poza tym nie chcę pewnego razu wrócić do domu 

i znaleźć przewrócone akwarium, wylaną wodę i Dottie, która już nie ma apetytu na kolacyjkę...

- Może byś toto wcisnęła komuś innemu? Mam dość własnych zmartwień.
- Właśnie dlatego będzie ci miło zobaczyć na stole coś oprócz niezapłaconych rachunków. Nie 

mam racji?

Rybka powoli podpływa ku powierzchni i wystawia małą okrągłą główkę.

background image

- No, nie wiem - mamroczę, łamiąc się. - Może. Ale nigdy więcej... mówię serio.
- To szczególne okoliczności - przysięga Rachel, trochę zbyt beztrosko. - Wyjątkowa sytuacja.
Przejmuję słój.
- Co mam teraz zrobić? Czuję się, jakby ktoś mi podrzucił noworodka.
- Proste. Co robią noworodki?
- Niech pomyślę. Płaczą?
- Jedzą - mówi dobitnie Rachel i przysuwa do mnie puszkę rybiego jedzonka. - Tylko go nie 

przekarm, bo pęknie, zanim zdążycie się zaprzyjaźnić.

*

Przychodzę do „Roulette” wcześnie. Cato już na mnie czeka w barze.
- Wskakuj w uniform, ale migiem! Musimy zmieścić miesięczne szkolenie w trzech godzinach.
- Lecę - mrucząc, pędząc korytarzem.
Kiedy wracam do jadalni, Cato podaje mi mały ręcznik i kopiastą tacę mokrych sztućców.
- Wczoraj byłaś zbyt powolna - oznajmia. - Na jedną sztukę potrzebujesz najwyżej trzy sekundy. 

Wziąć, wypolerować, odłożyć.

- Trzy sekundy? - mamroczę, gwałtownie wycierając widelec. - Niewiele na usunięcie tych plam 

po wodzie.

- Pierwsza zasada - rób, co każą, nawet jeśli to niemożliwe. Znajdziesz jakiś sposób.
- To bez sensu - odpowiadam.
- W   ten   sposób   dochodzimy   do   drugiej   zasady   -   w   tej   branży   brak   logiki.   Przestań   się   jej 

doszukiwać i poleruj tę łyżkę.

O wpół do siódmej kończę analizować subtelności prac dodatkowych i ukrytych znaczeń dań 

dnia   i   przechodzę   na   poziom   wyższy   -   który   Cato   nazywa   „wprowadzeniem   do   zarządzania 
zasobami   ludzkimi”.   Obserwujemy   ze   stanowiska   kelnerskiego,   jak   Kimberly,   nasza   koścista, 
zadzierająca nosa hostessa, sadza przy stoliku pierwszych klientów.

- Pora zastanowić się, kogo chcą widzieć w tobie ludzie - mamrocze Cato pod nosem. - Tłum w 

smażalni   zadowoli   się   szybką   obsługą   i   gorącym   żarciem,   ale   tutaj   musisz   odegrać   rolę   w   ich 
fantazji. Jeśli mają ochotę świętować, musisz być uroczysta i cała w uśmiechach. Jeśli się do siebie 
kleją, podsuwaj im afrodyzjaki, jak kawiorowy mus i ostrygi w szampańskim sosie. Czasami dostają 
ci   się   świry,   które   potrzebują   przyjaciela   na   parę   godzin,   więc   rozmawiaj   z   nimi,   jakby   cię 
obchodziło, kto zwycięża w walce o dziecko albo które  trzeciorzędne wydawnictwo opublikuje ich 
pamiętniki. Tylko nie dawaj się wciągać w osobiste rozgrywki. Raz zacząłem
odgrywać doradcę małżeńskiego i skończyło się tak, że uciekli, nie płacąc.

- A jeśli nie potrafisz zgadnąć, czego chcą?
- To źle patrzysz. Chodzi o to, żeby panować nad gościem, a to znaczy, że musisz się dostosować 

do   każdego   stolika   z   osobna.   Kiedy   rozmawiam   z   gośćmi,   przestaję   być   sobą.   Wcielam   się   w 
żółtodzioba z prowincji, arbitra elegancji, kogo tylko zechcą.

- No, nie wiem... Nie jestem aktorką.
- Derek też nie, a nigdy nie spada poniżej dwudziestu procent. Jest fachowy, tak, ale ma też taki 

akcent swojaka z Brooklynu, że wszyscy sikają po nogach z zachwytu. Wejdź w postać i sprawdź, co 
się   stanie.   Mówię   serio,   znam   kelnerów,   których   zarobki   skoczyły   o   trzydzieści   procent,   kiedy 
zaczęli mówić z francuskim akcentem albo ufarbowali włosy na siwo. Ludzie nie dają napiwków za 
samą obsługę. Dają je, bo cię lubią, bo ich rozśmieszasz albo ich nie onieśmielasz.

- Może będę udawać kogoś, kto czuje się tutaj się na swoim miejscu?
- Świetny pomysł. I nie bój się sugerować przystawki i wygłaszać swoje opinie, ale nigdy nie 

pytaj, czy goście mają pytania.

- Dlaczego? Myślałam, że mam im pomóc w podjęciu decyzji.
- Błąd. Masz im pomóc w wydaniu pieniędzy. Powiedzmy, że nie mogą się zdecydować co do 

background image

deseru.  Mówisz im,  że tarta  z  mandarynek  satsuma  stanowi  znak  firmowy  Betsy i  jeśli  jej  nie 
próbowali, to naprawdę ominęło ich wielkie doświadczenie. Więc zaczynają się uważać za idiotów, 
jeśli nie skosztują tarty, zamawiają jedną na spółkę, a ty zarobiłaś piętnaście dolarów dla restauracji 
i trzy dla siebie. To wymaga doświadczenia, ale się nauczysz. Nie odpuszczę, dopóki tak się nie 
stanie.

Pod koniec zmiany nieustanne pouczanie Cato („Stań się

grasicą, Erin!”) doprowadza do tego, że z amatorki awansuję na przeciętne knajpiane popychadło. 
Doświadczam nawet późnej wycieczki do piwnicy z winami, a Geoffrey poprawia moją wymowę 
wszystkiego z wyjątkiem zinfan-dela i chardonnay, twierdząc, że jestem „jeszcze gorsza od Dereka. 
A Derek pije rolling rock!”.

Następnego   dnia   Cato   przenosi   mnie   do   baru,   gdzie   kelnerka   przydziela   mi   łaskawie   parę 

stolików, żebym mogła wypróbować moje nowe umiejętności. Przez wieczór, który ewidentnie nie 
ma końca, doświadczam próbki tego, co mnie spotka w jadalni - włącznie z tekstami, pożal się Boże 
podrywaczy („Jeszcze nigdy nie pisałem wierszy, ale kiedy na ciebie patrzę, muszę to przemyśleć”) 
oraz konstruktywną krytyką:

- Powinnaś się częściej uśmiechać.
- Głośniej proszę. Prawie cię nie słyszymy.
- Proszę pani, od dziesięciu minut nie mamy orzeszków.
I choć największy napiwek dają mi starsze pary, czekające w barze, aż zwolni się ich stolik w 

jadalni, poznaję także zjawisko „grupowego napiwku”, czyli pięćdziesięciu centów, które zostają, 
gdy każda osoba z grupy rzuci na stół kasę za własnego drinka. Kiedy zwracam się ze skargą do 
Cato, ten klepie mnie po plecach i mówi:

- Skarbie, to jeszcze nic. Spróbuj być kelnerem gejem w Oklahoma City, wtedy pogadamy.
Uczę się, że najlepszym sposobem unikania kłopotów jest akcja „desant na plaży w Normandii” - 

szybkie   ruchy,   czujność,   gotowość   na   brutalne   odepchnięcie   lub   poświęcenie   dla   dobra   mego 
oddziału. Gdy we wtorek przekraczam próg „Roulette”, zwykła fala paniki i adrenaliny zmienia się 
w wątłą strużkę umiarkowanej tremy. Może uda mi się przetrwać ten tydzień bez katastrofy. Parę 
dni praktyki i może nawet będą mogła nazwać się niepełnosprawnym kelnerem.

Niestety, to znakomite samopoczucie szybko mnie opuszcza.
- Erin! - krzyczy Gina, kiedy przechodzę przez bar. Siedzi nad filiżanką espresso, z ubranym w 

mundurek Ninem na kolanach.

- Cześć, Gina. Cześć, Nino. Jak leci?
W odpowiedzi mały wciska policzek w otulone czystym jedwabiem ramię matki.
- Jest zmęczony - mówi Gina. - Za dużo zabawy. Za dużo krzyczał na chłopca, że mu nie chciał 

dać nintendo.

- Oooo - wyrażam współczucie.
Gina przytula synka.
- Nie martw się. Zaraz przyjedzie babcia i znowu będziesz wesoły. Czy to nie miło?
- Pójdę się przebrać - mówię. - Uszy do góry, Nino.
Gina podnosi palec.
- Chwileczkę, chcę coś powiedzieć. Dziś dostajesz własny rewir. Pora.
- Mój... co? - Twarz zaczyna mnie palić. - Ile stolików? Gina wzrusza ramionami.
- Trzy lub cztery. Jeszcze nie decyduję.
Może i zostało mi ostatnie czterdzieści dolarów i bardzo potrzebuję coś zarobić, ale jeszcze nie 

jestem gotowa objąć opieką tylu głodnych bogaczy.

- Myślałam, że Cato miał mnie szkolić co najmniej pięć dni.
- Jane obsługuje prywatne przyjęcie, więc potrzebna twoja pomoc. Jesteś nowa, ale co mogę 

zrobić, gdy jej nie ma? Przyglądam ci się od początku. Starasz się, masz piękny uśmiech, ludzie cię 

background image

lubią. Znasz się na komputerze?

- Muszę się jeszcze nauczyć paru kodów, ale radzę sobie.
Nie wspominając o mojej zmasakrowanej lewej stopie,

na której naklejam kolejne warstwy bandaży od chwili, kiedy zaczęłam nosić nowe cichobiegi.

- A prace dodatkowe na początek i koniec dnia?
- Dam radę.
- Więc jesteś gotowa. Mój mąż nie jest jeszcze pewny, ale ja mówię: nie dowiemy się, dopóki nie 

zobaczymy cię w akcji.

- Czy nie powinnam popracować jeszcze przez parę dni w barze?
Gina kręci głową.
- Posłuchaj. We Włoszech mamy pewne przysłowie. Przetłumaczę ci je na angielski. - Spogląda 

w sufit, a potem na mnie. - Ruszaj nogami, bo kaczka cię stratuje. Rozumiesz?

- Nie. Raczej nie.
- Czasami musisz robić to, czego nie chcesz, ale na koniec jest lepiej. Dla mnie też, bo sprawdzę, 

czy jesteś dobra do mojej restauracji. Koniec ukrywania się za drugim kelnerem. - Sięga nad głową 
Nina   po   filiżankę.   -   I   jeszcze   jedno.   Dziś   mamy   wielu   VIP-ów   i   nie   dam   głowy,   że   z   każdym 
stolikiem będzie łatwo.

*

-  Oni mnie pożrą żywcem. 
Cato wrzuca plecak do szafki.
- Powinnaś być z siebie dumna. To znaczy, że oszukałaś Ginę. Oczywiście ja dostałem stoliki już 

drugiej nocy i poradziłem sobie, ale miałem przewagę jedenastu lat w branży.

Znajduję w przegródce kartę - Steve napisał moje imię „Eron” - i przybijam.
- A jeśli nie dam rady? Albo ktoś mi zada pytanie, na które nie będę umiała odpowiedzieć? Co 

robić?

- Dokładnie to, co poprzednio - odpowiada Cato, zdejmując podkoszulek, spod którego ukazuje 

się wątła pierś. -Oszukuj, uśmiechaj się i polegaj na mnie.

- Nie mogę polegać na tobie, Steve będzie obserwować każdy mój ruch.
- Prędzej Gina. Steve jest zbyt przejęty otwarciem restauracji na Lexington.
- Jakiej restauracji?
- No wiesz, „Capers”. Nowej knajpy Ricka Hollanda.
- Już się otwiera? Boże, on zajmuje całe miasto.
Cato kiwa głową.
- Jak rak. Skończy wszystko w cztery miesiące. Carl jest wkurzony, że matko.
- Dlaczego? Bo jest tak blisko?
- Gorzej. Ci dwaj rywalizują ze sobą od piętnastu lat. - Daje mi znak, żebym podeszła bliżej i 

zniża głos. - Nie znam całej historii, ale uczyli się w tej samej restauracji w Prowansji i pewnie 
pokłócili się, jak przyrządzać królika czy coś w tym stylu. Carlowi założyli szwy na czole, Rick wybił 
sobie bark. Poszło też o dziewczynę, jakąś Amerykankę, która tam studiowała. Wróciła z Carlem i 
wzięli ślub. Zdaje się, że ostatnio się rozeszli. No, więc Rick i Carl od tej pory podkradają sobie 
kucharzy. Segundo był gwiazdą u Ricka, dopóki Carl nie zaproponował mu wyższej pensji.

- Aha. Czyli walczą na noże.
- A jak. - Cato zapina białą koszulę. - Wierz mi, Carl prędzej podpali Madison Avenue, niż 

pozwoli Hollandowi odciągnąć klientów od „Roulette”.

*

Schodzę   na   dół,   robię   kawę,   napełniam   solniczki   szarą   solą   morską   (rzucając   przez   ramię 

background image

szczyptę na szczęście) i urządzam mój mały trzystolikowy rewirek tak, żeby krzesła stały jak należy, 
a   nakrycia   spoczywały   prosto,  lśniące   i  idealne. Ale nie ma zmiłuj, w mojej głowie nieustannie 
przewija
się   scenariusz   koszmaru.   Przeważnie   widzę   siebie,   walczącą   z   daniami   dnia   na   oczach   bandy 
chichoczących maklerów lub obsługującą koleżanki ze studiów. W chwili, kiedy zastanawiam się, 
czy nie  zdołam  jakoś wybłagać łyku  jamajskiego rumu  u  Alaina,  do sali wchodzi  Steve z rolką 
dwustronnej taśmy klejącej w jednej ręce i małą latarką na głowę w drugiej.

- Podejdźcie wszyscy - mówi, wzywając nas gestem. - Dziś przyszedłem tu po południu i nie 

zachwycił

 

mnie

 

stan

sali. Trzeba się zająć tym dywanem.

Ron przygląda się podłodze.
- Mmm, już rozumiem. Rzeczywiście, słaby punkt.
- Chciałbym, żebyście go obeszli i oczyścili z pyłków -ciągnie Steve. - Erin, włóż tę latarkę i 

wejdź pod stoły, żeby niczego nie przegapić. Za pół godziny zebranie personelu. - Oddaje taśmę 
Cato, a latarkę mnie i znika z kuchni.

Cato siada na najbliższym krześle, opiera kostkę na kolanie i przykleja taśmę do podeszwy buta.
- Jak widać, dla pieniędzy zrobię wszystko - mówi, przekazując taśmę Jane. - Pomóc ci z tą 

latarką, Erin?

Podaję mu, a on zapina mi ją na głowie.
- Wyglądasz bosko - mówi. - Górniczy szyk.
Ron podkleja taśmą lakierki i wstaje.
- Biorę rewir drugi i trzeci - mówi, ruszając na sztywnych nogach.
Pochylam się i zaglądam pod czteroosobowy stolik.
- No, nie wiem. Niczego nie widzę.
- Tu nie chodzi o rzeczywistość, tylko o paranoję.
- Co to jest to coś przyklejone pod krzesłami?
- Hm? A, to monety stulirowe. Gina wynajęła jednego specjalistę od feng shui. Przyszedł w dniu 

otwarciu restauracji. Miała użyć chińskich monet, ale do tego nikt by jej nie namówił. I przyszedł 
ksiądz. Geoffrey mówił, że zapalił kadzidło i pokropił wszystko wodą święconą. - W polu mojego 
widzenia pojawia się prawa stopa Cato, tupiąca raz koło razu
po dywanie. - Dobra, już się tam nasiedziałaś. Uważaj na głowę.

Po dwudziestu stolikach i wyginaniu kręgosłupa w dziwne kształty znajduję tylko pensa z 1986 

roku i srebrny cekin. Jane podnosi nogę i przygląda się paru nitkom, zwisającym z podeszwy.

- I to już?
- Ktoś potrzebuje prawnika imieniem Bruce? - pyta Ron, podnosząc zmiętą wizytówkę.
Cato wydziera mu ją.
- Jeśli

 

jest

 

umięśniony

 

i

 

poniżej

 

czterdziestki,

 

to

 

bardzo

go potrzebuję.

*

-  A kod na „co ja tutaj robię” to... - Odpytuję sama siebie przy komputerze. Alain wchodzi do 

baru ze skrzynką piwa. Ma podwinięte rękawy, mięśnie napięte z wysiłku.

- Gratulacje - mówi. - Przetrwałaś pierwszy tydzień.
- Nikt nie jest bardziej zdziwiony ode mnie.
- Wielu   kelnerów   uczy   się   przez   parę   dni   i   już   nie   wraca.   W   tym   kraju   ludzie   chcą   być 

traktowani jak dzieci. We Francji szef powinien być surowy. Nikt by go nie szanował, gdyby nie był.

- Może Francuzi mają grubszą skórę.
- Coś w tym rodzaju. Jestem w Ameryce sześć lat i boję się, że zaczynam mięknąć. - Parska 

background image

śmiechem. - No wiesz, przyjechałem za żoną. Ojciec uważał, że powinienem być elektrykiem w jego 
firmie, a ja mu nagle mówię: „To cześć, poznałem kobietę i wyjeżdżam do Nowego Jorku”.

- Odwiedzasz go?
- Zawsze w lipcu. Gina wie, co to tęsknota za krajem, więc się nie sprzeciwia.
W   holu   rozbrzmiewają   kroki   i   do   baru   wchodzi   Steve.   Ma   sportowe   spodnie,   mokasyny   na 

bosych stopach i granatowy blezer, opinający mu bary.

- Cześć, wszyscy. - Przygląda się stolikom. - Erin, upewnij się, że talerze w twoim rewirze są 

rozmieszczone symetrycznie, bo moja żona wyjmie linijkę. A tego byś nie chciała.

Siada przy barze, gdzie Alain wkłada piwo do małej lodówki.
- Obiad leży mi na żołądku. Może podasz moretti?
- Zimne i duże raz! - mówi Alain, otwierając butelkę i napełniając oszronioną szklankę.
Steve pociąga łyk w chwili, kiedy pojawia się Carl.
- Proszę - mówi, podając mu czarną papierową teczkę.
Steve chwyta ją i otwiera.
- Skąd to masz?
- Kazałem   Patrickowi   tam   iść   i   poprosić   o   menu.   Kiedy   hostessa   zaczęła   rozmawiać   przez 

telefon, wyszedł razem z nim.

Zapada chwila napiętego milczenia. Usiłuję udawać, że bez reszty pochłania mnie plama na 

ekranie komputera.

- I   to   jest   ta   wielka   tajemnica?   -   mówi   Steve.   –   Kryli   się   tylko   po   to,   żeby   nakręcić 

zainteresowanie. Dla mnie to kolejna knajpa fusion.

Carl prycha.
- Północnoafrykańska czy coś podobnego.
- I strasznie droga. Trzydzieści pięć dolarów za kurze wątróbki z konfiturą z płatków róż.
- Z płatków róż? - szydzi Carl. - To dobre dla idiotów, którzy nie znają się na jedzeniu, ale 

gwiazdki od Michelina by nie dostali. Ludzie pójdą tam raz i już nie wrócą.

Steve odstawia piwo.
- Jakoś ich przyciąga.
- Tak, sztuczkami i efekciarstwem - syczy Carl głosem ociekającym zazdrością. - Zawsze szedł za 

modą - tak się utrzymał w branży. Ludzie lubią tę jego chłopaczkowatą
urodę i ładne garnczki i sagany, ale szef kuchni z niego żaden. Będzie miał szczęście, jeśli przetrwa 
tu rok.

- Ma   już   trzecią   żonę   -   dodaje   Steve.   -   Jakąś   telewizyjną   aktoreczkę   bez   nazwiska.   Wesele 

kosztowało prawie milion dolarów, wyobrażasz sobie?

- Ten kretyn już płaci alimenty dwom żonom - mówi Carl z wyraźną satysfakcją. - Można by się 

spodziewać, że to go czegoś nauczy.

- W sprawach kobiet mężczyźni nigdy nie mądrzeją - oznajmia Alain.
Steve prycha śmiechem.
- Jestem na to żywym dowodem.

Rozdział 6

Nakrywając do stołów, rozmawiamy o ataku Hollanda.
- To nie ma nic wspólnego z jedzeniem - mówi Jane, wygładzając obrus na czteroosobowym 

stoliku. - Chodzi o fiuta, po prostu i zwyczajnie.

- Według ciebie zawsze chodzi o fiuta, co? - śmieje się Cato.
- Nie, według ciebie.
Ron ogląda pod światło szklankę.

background image

- Jeśli stracimy stałych gości, to nie będzie tylko problem Carla. Wszyscy jesteśmy zależni od 

jego portfela.

- Ale   „Capers”   to   nic   takiego   -   odzywam   się.   -   Nie   rozumiem,   dlaczego   mielibyśmy   stracić 

klientów.

- Bo ludziom w połowie przypadków zwisa, co jedzą - odpowiada Ron. - Chcą się tylko pokazać 

w   nowej   modnej   restauracji.   Carl   już   rozmawiał   z   Martym   o   podrasowaniu   menu.   Nazwał   to 
„atakiem z zaskoczenia”.

- Oni nie odpuszczą aż do śmierci - mówi Cato. - To jak Ciężarówki Potwory. Bez ciężarówek.
O   piątej   wchodzimy   rządkiem   do   kuchni   i   stajemy   cisi   i   czujni,   a   Carl   krąży   za   ciągiem, 

zaglądając do rondli i rzucając rozkazy.

- Patrick, oczekuję od ciebie pełnego skupienia. Nie od czasu do czasu, ale w każdej sekundzie. 

Lorenzo, twoje
stanowisko może by uszło w Neapolu, ale na Manhattanie wygląda jak publiczna toaleta. Chodaki, 
Patrick. Jeszcze raz włóż w mojej kuchni crocsy, a posiekam cię na kawałki i wyślę pocztą do Del 
Posto. Phil, nie zastanawiaj się tak nad tym, co powiedziałem. To nie takie skomplikowane.

Phil przełyka ślinę.
- Chciałbym tylko wiedzieć, czy...
- Czy   co?   Czy   znowu   pożyczę   ci   pieniądze?   Postawię   piwo?   Pozwolę   pojechać   moim 

samochodem do Queens i wrócić ze zbitym reflektorem?

- Nie, i naprawdę jestem za to wdzięczny, ale nie wiem, czy życzysz sobie, żeby dziczyzna była 

jako przystawka, czy...

- Chcę,  żeby  była   najbardziej   niebywałą   przystawką,   jaka   kiedykolwiek   opuściła   tę   kuchnię. 

Sposób, w jaki tego dokonasz, będzie świadczyć, czy mnie słuchałeś, czy tylko stałeś z palcem w 
dupie!

Phil zerka na mnie, upokorzony. Uśmiecham się ze zrozumieniem, a Carl grzmoci patelnią o stół 

i znika w chłodni, pewnie żeby ochłonąć. Phil odwzajemnia uśmiech i mówi bezgłośnie: „Cześć”.

Po zebraniu personelu, w dziwny sposób łączącym radość (Phil mnie zauważył) i udrękę (Carl 

każe mi wymienić składniki terriny z gołębia, „jakbyś rozmawiała z Frankiem Brunim, choć nie zna 
się na niczym oprócz polityki”), Carl wyjmuje z dolnej szuflady stołu roboczego księgę w twardej 
okładce.

- Zanim spróbujecie dań dnia, chciałbym się z wami podzielić cytatem z Nietzschego. - Czyta po 

cichu przez minutę i powoli kiwa głową. - „W niebie zabraknie wszystkich interesujących ludzi”. 
Rozważcie tę myśl, zajmując się pracą.

Derek pochyla się do mnie.
- Kto to Nietzsche? - szepcze. - Też z branży?
Właśnie   kończymy   pałaszować   indyka   tetrazzini,   kiedy   do   kuchni   wkracza   Gina   w 

metalicznobłękitnej spódnicy z koła i obcisłym czarnym topie odsłaniającym łopatki.

- Twój pierwszy stolik przychodzi za godzinę – mówi do mnie. - Tani - turyści z Kanady z 

małymi dziećmi. Przykro mi, ale nie masz wyboru.

Steve człapie po schodach za jej plecami, machając świstkiem papieru.
- Mam   dane   twojego   VIP-a,   Ron.   Dziś   wprowadził   akcje   na   giełdę.   Będzie   wydawać   cudze 

pieniądze, więc wciśnij mu Le Pin. Pamiętajcie wszystko: o wpół do trzeciej w piątek obowiązkowy 
kurs wina.

Do   rozpoczęcia   pracy   zostało   pół   godziny.   Cato   bierze   mnie   na   bok   i   wprowadza   w   tajniki 

korzystania ze stanowiska kelnerskiego.

- Jeśli czegoś zapomnisz, przynieś stąd. Rozumiem, że w tej chwili panikujesz, ale masz mały 

rewir, a ja będę ci się przyglądać. Nawiasem mówiąc, musiałem wtajemniczyć Jane.

- O nie! Dlaczego?

background image

- Bo kelnerzy znają się jak stare dobre małżeństwo. Jane miała wrażenie, że coś jest nie tak, 

więc nie mogłem jej okłamać.

- Chyba nie powie Steve’owi?
- Żartujesz?   Nic   nie   sprawi   jej   większej   przyjemności   niż   wydymanie   kierownictwa   z 

uśmiechem na twarzy. Raz na tydzień wychodzi stąd z plecakiem pełnym filtrów do kawy i pieprzu.

Mija nas ponury Louis ze stertą bielizny stołowej.
Hola - mówi Cato. - Cześć, śliczny.
Louis mamrocze pod nosem coś bardzo podobnego do „Zabiłbym cię, gdyby mnie za to nie 

deportowali”.

Te amo,  kochanie! - woła Cato. - Aż płonę... – Trąca mnie w bok. - Niedługo go zmiękczę. 

Zakocha się we mnie. Tylko patrz.

*

Gina nie kłamała. Moi pierwsi goście nie tylko pochodzą z kraju o barbarzyńskich zwyczajach 

napiwkowych,   ale   w   dodatku   większość   z   nich   nie   skończyła   dziesięciu   lat:   dwaj   nadaktywni 
chłopcy z sweterkach z wielbłądziej wełny i ich naburmuszona młodsza siostra. Matka pędzi ich 
przez salę, zdumiona wszystkim. Co chwila pokazuje coś palcem. Ojciec w sztruksowych spodniach 
i obwisłym brązowym swetrze - kończy pochód. Cała rodzina siada i tylko on stoi, wpatrzony w 
mapę świata na suficie. Pewnie się zastanawia, dlaczego Włochy są większe od Afryki. Gina kiwa na 
mnie palcem z holu.

- Uważaj na te bachory - syczy. - Niech nikomu nie przeszkadzają, dobrze? Mówię poważnie. 

Ucisz je.

Z takim mieczem nad głową zbliżam się do stolika. Rodzice uśmiechają się z nadzieją, a ja słyszę 

własny głos, dziwnie oddalony, jakbym mówiła z drugiego końca sali.

- Dobry wieczór, witamy w „Roulette”. – Powtarzam słowo po słowie tekst Cato, ale czegoś tu 

brakuje: ciepłego, serdecznego tonu, który uprawdopodobnia te słowa. Głos mam słaby i sztuczny. - 
Czy mogę zaproponować państwu coś co picia?

Rodzice   natychmiast   zamawiają   drinki   na   wódce,   ale   dzieci   najpierw   mi   się   przedstawiają 

(Charlie, Evan i Haley), potem przedstawiają mi swojego chomika (Lucky) oraz wyjaśniają, w co 
grały na pokładzie samolotu, po czym zamawiają wreszcie lemoniadę „ekstralemoniadową”.

- Właśnie dlatego nie będę miał dzieci - mruczy Alain półgębkiem, wyciskając pół kilo cytryn. - 

Zawsze proszą o głupoty.

- W dodatku zbyt pracochłonne.
Cato staje obok i odwraca mnie twarzą do sali.
- Widzisz tego faceta w twoim rewirze?
Idę za jego spojrzeniem do szóstki, przy której siedzi

 

atrakcyjny kędzierzawy facet w czarnym 

golfie i szarych spodniach. Krzesło obok niego zajmuje drobna, piegowata blondynka w ogromnych 
różowych perłach.

- To Daniel Fratelli - mówi Cato.
- Kto?
- Ty mi to powiedz. Pora, żebyś zaczęła używać tej umiejętności czytania w twarzach, której cię 

tak długo uczyłem.

Wpatruję się w Daniela, który strzepuje serwetkę i rozkłada ją na kolanach.
- Boże - mówię.
- Postaraj się nie zwracać uwagi na tę oszałamiającą powierzchowność. Jeśli zdołasz.
- Przepraszam.   -   Otrząsam   się   i   zauważam   wyprostowane   ramiona,   szybkie   „dziękuję”   do 

Omara, który nalewa mu wody, fakt, że nie otworzył menu, i spojrzenia, jakim omiata salę. - Trochę 
spięty.

background image

- Dobrze. I?
Jego dziewczyna coś mówi, a on przymyka oczy, po czym zaczyna obracać w palcach malutką 

solniczkę.

- Ta kobieta go drażni, a on usiłuje to ukryć. Jak mi idzie?
- Nieźle. Jak zarabia?
- Hm... handel nieruchomościami?
Cato jęczy.
- Czyżby miał na ręce wielgachny złoty zegarek? Nie sądzę.
- Finanse?
- Wtedy by rozluźniał krawat od Hermesa i żądał mojito.
- Pomóż mi.
- To producent.
- Czego? Broadwayowskich przedstawień?
- Jezusie, w piwnicy chowana. Wiadomości Flashback.
- Tego rynsztoka? On?
Cato udaje oburzenie.
- Ten rynsztok to dobra, zdrowa rozrywka. A przed jego przyjściem omal go nie zdjęli.
- Więc to telewizyjna gwiazda. To znaczy, że jest nieprzyjemny i wymagający.
- Wie, czego chce. A kiedy to dostaje, zostawia wielki napiwek. Jest także całkiem fajny, jak już 

go poznać. W zeszłym roku dał mi małą rólkę w serialu.

- Serio? W którym?
Forever   and   a   Day.  Zagrałem   weselnego   gościa,   który   podpala   suknię   panny   młodej.   W 

pogotowiu czekali strażacy i karetka.

Tłumię śmiech.
- Zmyślasz.
- Jak Boga jedynego kocham. Wkleiłem tę scenę na You Tube i w pierwszym tygodniu obejrzało 

ją pięćdziesiąt tysięcy osób. Zajrzyj przy okazji. Najlepiej jest, kiedy panna młoda rzuca płonącym 
bukietem w... - Urywa, bo Steve wchodzi do baru i rzuca mi straszne spojrzenie.

- Co to, spotkanie Anonimowych Popaprańców? Jeden z naszych najlepszych stałych klientów 

czeka od ponad minuty przy twoim stoliku!

- Właśnie informowałem ją o jego upodobaniach - pomaga mi Cato.
- To się streszczaj. Chcę za pół minuty zobaczyć drinka na tamtym stoliku. Podaj im martini na 

chopinie, na mój koszt, żeby go dobrze usposobić. - Odwraca się gwałtownie i idzie w głąb baru. - 
Hej, Jerry! Dziś tylko ty i chłopcy?

- Myślałam, że miał być roztargniony - mamroczę półgębkiem do Cato.
- Wybacz. Nawet my, weterani, od czasu do czasu zaliczamy wpadkę. - Odgarnia mi z twarzy 

pasmo włosów. - Powodzenia. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, jestem w zasięgu wzroku.

Alain   stawia   na   tacy   lemoniady,   a   ja   przyglądam   się

 

Danielowi,   czytającemu   menu.   Nogi 

skrzyżował w kostkach, a na jego długi, prosty nos pada czerwonawe światło z kinkietu. Dokładnie 
kogoś   takiego   nie   chcę   obsługiwać   -   przystojny   człowiek   sukcesu,   którego   życie   potraktowało 
sprawiedliwie. To ja powinnam być tą kobietą obok niego, zamiast usługiwać drugoklasistom i 
paradować w najbrzydszych butach na tej sali. Daniel podnosi głowę i omiata restaurację wzrokiem. 
W końcu spogląda na bar i na mnie. Uśmiecham się lekko, przez chwilę igrając ze złudzeniem, że 
ktoś taki mógłby mnie zauważyć.

Nie w tych ciuchach. Cudów nie ma.
Dostarczam drinki Kanadyjczykom, recytuję zająkliwie listę dań dnia i odchodzę, pozostawiając 

rodzicom zadanie wyduszenia z dzieci, co chcą zjeść. Niosę martini Danielowi i jego dziewczynie.

- Z   pozdrowieniami   od   Steve'a   -   mówię,   stawiając   przelewające   się   kieliszki.   Jestem   tak 

background image

stremowana, że czuję się naga.

- Dziękuję - odpowiada Daniel. - Niech do nas zajrzy, kiedy będzie miał czas.
- Powtórzę.
Daniel przygląda mi się zmrużonymi oczami.
- Nie widziałem tu pani. Jest pani nowa?
- Zaczęłam parę dni temu.
- To nasze ulubione miejsce, więc pewnie będziemy się często spotykać.
- Świetnie. - Przełykam z trudem ślinę i zbieram myśli. Dobra, najpierw dania dnia, wysłać 

Geoffreya, żeby wcisnął im tego drogiego caberneta, a potem...

- AAAAAAaaaa!
Cztery  kroki   ode  mnie   rozlega  się  przeraźliwe  wycie.  Podskakuję.  Zza  kolumny  natychmiast 

wyłania się głowa Giny z rozkołysanymi kolczykami i strasznym spojrzeniem. Mała Haley kręci się 
na krześle, czerwona, bliska wybuchu,
zagrożenie dla spokoju wszystkich gości. I dla mojej posady.

- O, i już mi się nie chce spać - odzywa się sympatycznie Daniel i potrząsa palcem w uchu. - 

Dzięki Bogu choć za to.

Jego dziewczyna wygląda zza menu.
- Dlaczego przyszli z dziećmi do takiego lokalu?
Daniel wzrusza ramionami.
- Nie wiem, Soniu. Może mają dość hamburgerów.
- Czy ten wrzask potrwa cały wieczór? - Sonia patrzy na mnie, jakby spodziewała się gwarancji, 

że nie.

- Dziewczynka jest głodna - mówię ze swobodą, której nie czuję. - Na pewno się uspokoi.
- Oby.
Gdybym siedziała z takim mężczyzną, Haley i jej bracia mogliby sterroryzować całą restaurację, 

a ja bym tego nie zauważyła. Ciekawe, gdzie pójdą po kolacji. Lot helikopterem, żeby podziwiać 
miasto   nocą,  a  zwłaszcza   biuro  Daniela  w   centrum?  Nie,  to  zbyt  tanie.  Pewnie  schronią   się   w 
cichym   barze,   gdzie   on   będzie   czarować   Sonię   opowieściami   o   podróżach   po   całym   świecie   i 
szybkiej karierze w brutalnym świecie telewizji. O, Cato, jak mogłeś mnie skazać na obsługiwanie 
akurat jego?

- Mam pytanie o tę wędzoną flądrę - odzywa się Sonia.
- Naturalnie. - Cholera. Czy ja kiedyś jadłam flądrę?
- Jest słona? Nie znoszę budzić się obrzęknięta.
Przetrząsam pamięć, usiłując sobie przypomnieć te dziesiątki dań, których kosztowałam, odkąd 

zaczęłam pracować w „Roulette”. Powinnam wiedzieć takie rzeczy, ale nie wiem. Co powiedzieć? Że 
flądra jest w sam raz? A jeśli się mylę i Sonia ją odeśle? Serce zaczyna mi łomotać. Cisza staje się 
niezręczna.

Spoglądam w oczy Daniela i widzę, że on wie. Nie potrafię odgadnąć, czy to go bawi, drażni czy 

też wywołuje 
okropne połączenie tych obu uczuć. Otwieram usta, żeby powiedzieć cokolwiek, byle co, ale on 
wpada mi w słowo.

- Zamów. Jeśli ci nie posmakuje, zamówisz coś innego.
- Dobrze. Proszę bardzo.
W tej chwili Haley wydaje kolejny przenikliwy pisk.
- Och jej - mruczy Daniel.
Goście się oglądają.
- Czy mogę państwa na chwileczkę przeprosić? - pytam najspokojniejszym z dostępnych mi 

tonów. – Zaraz wracam.

background image

Podbiegam   do   stolika,   gdzie   matka   usiłuje   zabawić   córunię   ratunkowym   egzemplarzem 

Madeleine. Po buzi Haley spływa wielka łza, która skapuje na przód białej sukienki.

- Sprawdzę, może znajdę jej jakąś zabawkę - mówię.
- Bardzo dziękuję - mówi jej udręczona matka. - Wystarczy cokolwiek.
Gina idzie za mną do stanowiska kelnerskiego, które przetrząsa w poszukiwaniu czegoś choćby 

odlegle kojarzącego się z rozrywką.

- To moja wina - oznajmia, wzdychając ciężko. - Pozwoliłam im przyjść, bo jestem miła i proszę, 

do czego to prowadzi.

- Czy Nino ma jakieś zabawki? - odzywam się z głową w szafce.
- Zapewne w gabinecie, ale nie chcę, żeby to dziecko dotykało jego rzeczy.
Biorę oksydowany serwetnik, stary kalkulator i pomiętą kartkę urodzinową, zaadresowaną do 

jakiejś Lauren.

- Więc módlmy się, żeby to wystarczyło.
Gina dorzuca jeszcze burgundowy błyszczyk do ust.
- Niech  bierze,  co  chce  -  syczy.  -   Jeszcze  parę  wrzasków   i  ludzie  przestaną  przychodzić   do 

„Roulette”. Wyląduję na bruku, goła i bosa! Rozumiesz? Ani jednego pisku.

*

Upiększywszy obrus plamami z lemoniady, Charlie i Evan zdejmują swetry i usiłują zbudować 

fort z serwetek oraz w tajemniczy sposób opróżnionej pieprzniczki. Haley, wyczerpana radochą 
zabawy śmieciami, gapi się w milczeniu na podartą kartę urodzinową.

- Powinniśmy ich zostawić w hotelu - słyszę głos ojca.
- Z   obcą   osobą?   -   protestuje   matka,   odklejając   od   obrusa   aplikator   błyszczyka.   -   Nie 

dopilnowaliby jej! Kto wie, co by się wydarzyło.

- Nic gorszego niż tutaj. Zamówiliśmy jej zupę za osiemnaście dolarów, której nie tknęła.
- Od dawna czekałam na tę kolację. Spróbujmy się dobrze bawić, jeśli to możliwe.
Chen stawia na stole przystawki dla rodziców, a ja podsuwam Haley pół porcji penne z kiełbaską 

z kaczki. Dziewczynka się krzywi.

- Nie chcę!
- Owszem, chcesz - mówi jej ojciec.
- A właśnie że nie! - wrzeszczy mała.
Chen, posypujący dania tartym serem z jubilerską precyzją, krzywi się.
Sonia   podnosi   głowę   znad   niedojedzonej   fladry,   o   której   powiedziała:   „Nie   taka   zła,   jak 

sądziłam”, i przewraca oczami. Daniel mówi coś do niej, ale ona tylko żuje, wściekła.

Matka Haley wznosi ręce do nieba.
- Teraz i ja straciłam apetyt. Po raz pierwszy od miesięcy poszliśmy do dobrego lokalu i nie 

mogę nawet zjeść w spokoju.

Gina przeszywa mnie bazyliszkowym spojrzeniem i wskazuje drzwi. Obrzucam wzrokiem dwa 

pozostałe stoliki, gdzie sytuacja jest chwilowo opanowana.

- Proszę spokojnie zjeść - mówię do matki Haley. - Ja zabiorę małą na wycieczkę.
- To bardzo miłe, ale...
- Tylko parę minut. Co powiesz, Haley? 
Dziewczynka zerka na matkę i moją wyciągniętą rękę.
- Mogę? 
Kobieta wzdycha.
- Dobrze. Ale proszę, zachowuj się, a jak wrócisz, zjesz wszystko.
- Zjem - zgadza się mała i wkłada rączkę w moją dłoń. Gina przerywa rozmowę z gościem z 

rewiru Rona i pokazuje mi ukradkiem uniesiony kciuk.

background image

Po krótkim postoju przy stanowisku kelnerskim i w łazience dla pań (na jej drzwiach widnieje 

szczuplejsza wersja  Wenus  Botticellego) wracamy do wystygłych klusek Haley. Dziewczynka się 
ociąga. Jeszcze nie chce wracać. Czuję nadciągający wybuch.

- No, to teraz zajrzymy do kuchni. A potem pora jeść. - Prowadzę ją do wahadłowych drzwi, 

przez które dochodzi jednostajny odgłos pracy. - Wszyscy są zajęci, więc nie możemy wejść, ale jeśli 
obiecasz, że będziesz cichutko, pozwolę ci zajrzeć.

Haley kiwa głową i zaciska mocno usta. Podnoszę ją, żeby zajrzała przez okienko w drzwiach.
- Widzisz?   Tam   przygotowano   dzisiaj   waszą   kolację.   -   Carl   wychodzi   zza   rzędu   kuchenek   i 

naradza się z Mar-tym. - A to jest szef kuchni - mówię. - I mój.

Carl odwraca się i spogląda wprost na nas.
- Oho, pora zmykać.
Stawiam Haley na podłodze, ale Carl już do nas idzie. Drzwi się otwierają, a on wychodzi, nie 

wściekły ani rozdrażniony, lecz szeroko uśmiechnięty.

- Cześć, księżniczko. - Kuca i łaskocze Haley pod bródką. - Jak masz na imię?
Mała patrzy na niego wielkimi oczami.
- To jest Haley - odpowiadam. - Sprawdzamy, skąd się wzięło jej penne.
Carl śmieje się i otacza ramieniem cienkie nóżki Haley w różowych rajstopkach.
- Głuptasku, stąd tego nie zobaczysz! - mówi i unosi ją w powietrze. - Chodźmy!
Haley jest jednocześnie zachwycona i przerażona, a Carl wnosi ją do olśniewającego świata po 

jego stronie drzwi.

- Hej, Betsy! - słyszę Joségo. - Weź sos waniliowy i spotkajmy się w zaułku?
- Jasne, maricón, ale pod warunkiem, że włożysz tę różową sukieneczkę - odpowiada Betsy.
Paru kucharzy parska śmiechem.
- Tu masz swój sos - woła Patrick.
Chwyta plastikową butelkę, wkłada między nogi i jęczy głośno, a biały płyn tryska na podłogę. 

Ale wszyscy milkną, kiedy widzą, kogo Carl wnosi do kuchni. Patrick porywa ścierkę ze stołu i 
pospiesznie wyciera podłogę.

- Pewnie nie potrafisz policzyć, ile mam kuchenek - mówi Carl w chwili, gdy drzwi się zamykają.
Wykorzystuję tę chwilę, żeby nalać Danielowi i Soni wina i zapewnić rodziców Haley, że jej córka 

odbywa pouczającą wycieczkę. W końcu zaczynają się rozpogadzać - rodzice rozmawiają i próbują 
nawzajem swoich dań, a chłopcy rozgniatają pięściami ziołowe biszkopty z semoliny. Wszyscy robią 
wielkie oczy, kiedy dziesięć minut później do jadalni wchodzi sam szef kuchni, z firmową gałązką 
rozmarynu w butonierce i uśmiechniętą Haley w ramionach. Dziewczynka wskazuje matkę i Carl 
delikatnie sadza ją na krześle.

- Podoba

 

się

 

państwu

 

w

 

naszym

 

pięknym

 

mieście?

 

-

pyta.

Gawędzi   z   rodzicami   Haley   o   heliskiingu   na   masywie   Bubaboos,   a   Chen   zamienia   zimny 

makaron małej na nową porcję. Dziewczynka zachowuje się grzecznie przez cały deser
i choć wychodzi bez pożegnania, jej ojciec wsuwa mi dodatkową dwudziestkę.

- To

 

nasz

 

pierwszy

 

wieczór

 

w

 

Nowym

 

Jorku.

 

Dziękuję,

że dzięki pani stał się przyjemny.

*

Daniel i Sonia dziękują za kawę i deser, ponieważ „od godziny powinni być na przyjęciu”. Sonia 

kładzie na stole usmarowaną na koralowo serwetkę i idzie do łazienki.

- Zrobiło się tak cicho, jakbym już umarł - mówi Daniel, kiedy podaję mu rachunek. - Co się 

stało?

- Zastosowałam tradycyjną opiekę nad dzieckiem. Przepraszam, jeśli panu przeszkodziła.

background image

- Przeszkodziła   mi   w   kolacji?   Żeby   przeszkodzić   mnie,   trzeba   czegoś   więcej   niż   paru   łez 

pięciolatki. - Daniel wyjmuje kartę kredytową z przegródki skórzanego portfela i podaje mi ją. - 
Proszę. A jeśli ktoś spyta, flądra jest doskonała. Wcale nie za słona.

Wycofuję się, zarumieniona.
- Dobrze. Dziękuję. Bardzo dziękuję.
Daniel wychodzi pod rękę z Sonią, a Cato staje obok mnie i kładzie mi rękę na plecach.
- I jak?
- Nie do wiary - mówię, pokazując mu potwierdzenie z karty kredytowej Daniela. - Po tym 

wszystkim zostawił mi trzydzieści procent.

Cato wydaje cichy, przeciągły gwizd.
- To dużo nawet jak na niego.
- Co ja takiego zrobiłam?
- Nie wiem, ale jemu się spodobało.

Rozdział 7

- Zarobiłaś dwieście dolarów w jeden wieczór? - ryczy do telefonu mój ojciec. - Dobrze, chcę to 

usłyszeć. Harold spisał się na medal, tak?

Zdejmuję koszulę znad prysznica, gdzie późną nocą powiesiłam ją do wyschnięcia.
- Można to i tak określić.
Ojciec śmieje się w słuchawce.
- Ciesz się wolnością, dopóki możesz. Zanim się obejrzysz, znowu wrócisz do biura, a połowa 

twojej pensji będzie szła na podatki. - Odsuwa słuchawkę i krzyczy: - Anne! Nasza córka zarobiła 
wczoraj dwieście dolarów!

- I po co studiowała? - słyszę odpowiedź.
- Powiedz   jej,   że   nie   mam   wyboru   -   warczę.   -   W   Nowym   Jorku   snuje   się   zbyt   wielu 

bezrobotnych geniuszy marketingu.

- Mówi, że świetnie się bawi i żebyś się nie martwiła!
Rzucam koszulę na krzesło w kuchni i włączam żelazko.
- To praca w restauracji, nie letni obóz. A właściwie dlaczego nie pracujesz?
- Ktoś   musi   pomóc   matce   w   przygotowaniu   niedzielnego   grilla.   Właśnie   skończyłem   kosić 

trawnik i teraz jadę 
po  lody   i  chipsy.  Lepsze  to  niż   sprawdzanie  ksiąg  rachunkowych  pralni   Fremont.  W  życiu  nie 
widziałaś gorszego bigosu. Nic dziwnego, że mają kontrolę.

Przenajważniejszy doroczny grill. Jak mogłam zapomnieć? A skoro ojciec mi przypomniał, jak 

mogę się wykręcić? Poprzednio rodzice rozmawiali o mojej świetlanej przyszłości z ludźmi, którzy 
nadal witają mnie tekstem: „Erin! Jak ty wyrosłaś!”. Wyjaśnianie, co się stało z tą przyszłością i co 
aktualnie porabiam, jakoś nie przejmuje mnie dreszczem zachwytu.

- Będziecie musieli świętować beze mnie - mówię. - Pewnie będę wtedy pracować.
- Naprawdę? - Ojciec jest rozczarowany. - To byłby pierwszy grill, na który nie przyjdziesz od 

czasu, jak pojechałaś na Martha's Vineyard z tym tam, jak mu tam. No, z tym twoim asystentem.

- To   było   trzy   lata   temu,   a   on   był   stażystą,   nie   asystentem.   Musimy   rozmawiać   o   moich 

życiowych błędach?

- Ja tylko pytam, czy dla czegoś takiego warto było rezygnować z rodzinnego spotkania?
- Rozumiem. Przyjadę, jeśli dadzą mi wolne.
- Brawo. Twój brat odbiera mi słuchawkę.
Nate natychmiast przystępuje do ataku.
- Nawet nie myśl, że możesz się wykręcić. Jestem pamiętliwy i niewybaczalski.

background image

- Wybacz. Już nie jestem panią moich weekendów.
Nate jęczy.
- Chyba mnie nie zostawisz wśród tych starych pierników?
- Jeśli nie chciałeś być wśród starych pierników, nie powinieneś wracać do domu.
- Muszę ochłonąć po studiach. Na coś takiego się nie pisałem. Ojciec zaprzągł mnie do pomocy, 

mówił ci? Dziś rano zainstalowałem mu Firewall w komputerze, a potem zamiotłem cały parking. 
Tymczasem on się wysypia i robi sobie wolne. Jadę ostatkiem sił.

- Daj spokój. Rozmawiasz z człowiekiem, który od czterech dni nie miał okazji usiąść.
- Właśnie dlatego potrzebny ci oddech.
Waham się, rozdarta między poczuciem winy i strachem przed starymi piernikami. Niestety, 

wyrzuty sumienia są silniejsze.

- Dobrze. Zorientuję się, czy ktoś zechce mnie zastąpić.
- Świetnie. I zaproś kogoś. Im więcej ludzi poniżej pięćdziesiątki, tym lepiej.
- Chciałabym przyprowadzić jednego specjalistę od grilla, ale pracuje dwa razy tyle, co ja.
- Ale postaraj się przyjść, dobrze? Liczę na ciebie.
Ojciec przejmuje telefon.
- Zadzwoń   do   brata,   jeśli   zwolni   się   miejsce   na   zmywaku.   Nic   nie   sprowadza   na   ziemię 

dwudziestotrzylatków lepiej niż minimalna płaca i ciężka praca.

Wieszam ciepłą koszulę.
- Wybacz, tato. Nie zrobiłabym tego najgorszemu wrogowi.

*

Wchodzę   po  południu   do   „Roulette”   i  znajduję   Cato   rozwalonego   na   sofie   i  wsłuchanego   w 

muzykę. Na stoliku przed nim stoją butelki wina, kieliszki i koszyczki z kromkami bagietki. Bez 
białych obrusów stół jest zwykłym kawałkiem sklejki oklejonej winylem - ani trochę nie robi tak 
eleganckiego   wrażenia,   jak   wtedy,   gdy   ozdabiają   go   srebra   i   kryształy.   Na   środku   stoi   wielka 
mosiężna spluwaczka.

Cato zdejmuje słuchawki, z których dobiega blaszany jęk gitar country.
- Siadaj - mówi, klepiąc sofę obok siebie. - Możemy po cichu troszkę się napić. Nie ma takiej 

opcji, żebym wypluł barolo za sto dolarów. W moim stronach wino stołowe jest szczytem elegancji.

Jane, Ron i Derek przybywają parę minut później - odpowiednio: zdenerwowana, prosto spod 

prysznica i nakręcony. Jane oznajmia:

- Zaraz rzucę tę szkołę pielęgniarek, jeśli nie wyśpię się choć przez jedną noc. Julian zagroził, że 

się wyprowadzi, jeśli nie zacznę poświęcać mu więcej uwagi.

Derek opowiada nam o zrujnowanym lokalu w Wil-liamsburgu, który stanowi idealne miejsce na 

jego restaurację.

- Czynsz jest rozsądny. Trzeba tylko położyć podłogę, wstawić meble i zrobić kuchnię. Znam 

paru  kucharzy, którzy za  wszelką cenę chcą  uciec z  „Asia de Cuba”, więc jeśli  wytrzasnę jakoś 
siedemdziesiąt pięć tysięcy, to jestem na dobrej drodze. - W chwili gdy opisuje wymarzone menu 
(homar z frytkami, burger z wołowiny z camembertem), do sali wchodzi Geoffrey, już w stroju 
służbowym i z notesem pod pachą. Wydyma wąskie wargi i w ogóle wygląda jak profesor, który aż 
się pali, żeby udowodnić studentom, jaki jest mądry.

- Mam godzinę na omówienie Toskanii - mówi, chwytając najbliższą butelkę i zdzierając folię 

korkociągiem. - Zaczynajmy. - Rozdaje mapy regionu, recytuje szczepy winogron, siejąc słowami w 
rodzaju „apelacja” i „aromatyzacja”, a ja usiłuję wychwycić z tego sens.

- To samo winogrono wyhodowane o kilometr dalej będzie wykazywało się innym  terroir  

mówi. - Jeśli doda się do tego warunki pogodowe i prywatny styl producenta, liczba kombinacji 
stanie się dosłownie nieskończona.

background image

Nalewa do kieliszków po centymetrze białego wina i rozdaje je. Potem, tak jak się obawiałam, 

zwraca się do najmniej obytej osoby w sali.

- Jak opiszesz vernaccia, Erin?
Ponieważ normalnie określam jakość wina po cenie, pytam:
- Ile kosztuje butelka? W handlu detalicznym, ma się rozumieć.
- W tej chwili to nieistotne. Powiedz mi, co ci przychodzi na myśl, kiedy je pijesz.
To   kara   za   naśmiewanie   się   z   dziesięciobutelkowej   „kolekcji   win”   mojego   ojca   w   garażu. 

Pociągam duży łyk, zapominam, że trzeba wypluć i przełykam. Czuję na sobie ciężar spojrzeń, więc 
ledwie czuję smak wina, nie mówiąc o jego analizowaniu.

- Bardzo smaczne.
- Jak to „smaczne”?
Rozpaczliwie szukam jakiegokolwiek przymiotnika.
- Eee... odświeżające.
- Kiedy goście spytają o wino, będą oczekiwać bardziej konkretnej odpowiedzi. Ja także.
Cato pocieszająco ściska moje kolano pod stołem. Przyparta do muru rzucam jedyny znany mi 

termin, dotyczący wina.

- Owocowe?
- Nie   skupiłaś   się   -   oznajmia   Geoffrey,   poprawiając   okulary.   -   Musisz   się   nauczyć   myśleć 

językiem.

- Dobrze... - Próbuję jeszcze raz, wącham, kołyszę winem i przepłukuję nim usta, zgodnie z 

instrukcją.

- Wyraziste? - pomaga mi Geoffrey.
- Można tak powiedzieć.
- Przypomnij sobie określenia, jakich użyłem. Ciężkie? Ziołowe? Kwiatowe?
- Wszystko naraz! Geoffrey przewraca oczami.
- Cud, jeśli sprzedasz komuś butelkę wody.
Inni kelnerzy biorą się do pracy, a Geoffrey zatrzymuje mnie po zajęciach i wmusza we mnie łyki 

„tytoniu” i „skóry”.

- Czuję masło - oznajmiam z nagłym przekonaniem.
Geoffrey krzywi się boleśnie.
- Opis   czerwonego   wina   za   pomocą   terminologii   związanej   z   białym   winem   powinien   być 

prawnie zabroniony.

- To kosztuje czterdzieści dolarów za kieliszek? - pytam, a łyk chianti już mi szumi we krwi.
- To zależy od tego, ile zniesie rynek. Te winogrona zostały wyhodowane na zboczu góry, która 

znajduje   się   w   posiadaniu   tej   samej   rodziny   od   czasów   Kaliguli.   Ludzie   chętnie   za   to   płacą.   - 
Wyjmuje białą serwetkę i profesjonalny korkociąg i wprowadza mnie w arkana sztuki prezentacji, 
otwierania butelki i nalewania wina.

- Odwróć etykietką w tę stronę, żebym mógł ją odczytać. Nie do ściany. A teraz celujesz w 

podłogę. Czy ty mnie słuchasz?

- Troszkę wyszłam z wprawy - śmieję się.
Geoffrey nie jest ubawiony.
- Twój poprzedni sommelier musiał mieć świętą cierpliwość.
Pop! Geoffrey zasłania uszy.
- Ciszej proszę. Nie chcemy zafundować gościom zawału.
- Rozochociła nam się Erin! - woła Cato z drugiego końca baru. - Nie wypluwaj, nie wypluwaj!

*

Kiedy ostatnio byłam zawiana po południu, całowałam się z niejakim Seamusem w irlandzkim 

background image

pubie. Jest mi tak miło, że kiedy Jane mówi:

- Twoja kolej obsłużyć Ginę i Steve'a - wydaje mi się, że chodzi o kogoś innego. Podnoszę głowę 

znad polerowanych łyżek i widzę jej uśmiech. - Jesteś z nami?

- Słucham?
- Gina i Steve będą tu dziś jedli i usiądą w twoim rewirze. Wszyscy musimy ich obsługiwać na 

zmianę. Tym razem zażyczyli sobie ciebie.

Gdybym była mniej pijana, wpadłabym w panikę.
- Myślisz, że jestem na to gotowa?
- Nie przejmuj się - mówi Cato. - Na ogół jedzą po dziesiątej. Do tego czasu będziesz trzeźwa i 

czujna. A właśnie, potrzebuję red bulla i po pysku. Jane, będziesz tak uprzejma?

Jane pochyla się nad stolikiem i policzkuje go. Cato mruga parę razy.
- O wiele lepiej. Ron? Mały klaps na otrzeźwienie?
- Nie potrzebuję - odpowiada ten, choć jego zaczerwieniona twarz świadczy, że jest inaczej. - 

Może ktoś się zechce rozruszać i przyniesie więcej sztućców?

- Ja! - Skoro Gina i Steve mają mnie oceniać, muszę się wspiąć na szczyty swoich możliwości. 

Ruszam chwiejnie do kuchni, w której oświetlenie jest nieznośnie oślepiające - przynajmniej dla 
kogoś, kto właśnie wprowadził sobie do krwiobiegu dziesięć różnych odmian wina.

Gdzie są wszyscy? W kuchni jest cicho i ani żywej duszy. Nagle słyszę trzask i wycie, a po nim 

grzmiące kroki - Patrick zbiega po schodach w chodakach, ma spodnie w kratkę i marynarką szefa 
kuchni. Za nim biegnie Carl, Phil i czterej inni kucharze, zdyszani i roześmiani.

Patrick przystaje przy stole roboczym i obraca się, zipiąc. Unosi trzepaczkę do białek jak nóż.
- Pierwszemu, który podejdzie, ubiję jaja na pianę! To poważne ostrzeżenie!
- Poddaj się, Patty - mówi Marty, obchodząc go z wolna. Dłoń ma pełną masła.
- Tu zabezpieczone - odzywa się José, blokując przejście z jednej strony linii.
Carl, nie odrywając oczu od Patricka, otwiera niską lodówkę, wyjmuje plastikowy pojemnik i 

zdziera pokrywkę.

- Biedny draniu, patrz, co się dzieje. Przycisnęliśmy cię jak szczura. Pokażę ci, co to znaczy 

przetrwać rok w mojej kuchni.

- Ach, tak? Wal się! - Patrick rzuca trzepaczką w Phila, trafiając w ramię.
- Łapać go! Ucieka do piwnicy! - krzyczy ten i wszyscy rzucają się na Patricka w chwili, gdy 

dobiega do schodów.

Przyglądam się, rozpłaszczona na drzwiach, jak go wloką, śmiejąc się i wrzeszcząc, na zmywak, 

gdzie zdzierają z niego bluzę i oblewają mu głowę sosem i oliwą z oliwek. Enrique, pomywacz, 
odsuwa się na bok z zażenowanym półuśmiechem.

- Gratulacje, gnojku! - krzyczy Carl, polewając włosy Patricka demiglasem.
Marty chwyta wielką polewaczkę i obryzguje go wodą od stóp do głów.
- Na   początku   nie   wiedział   nawet,   jak   się   kroi   w   kostkę

brunoise!

Patrick szarpie się i miota, aż wreszcie daje za wygraną. Z czerwonymi policzkami, rozczochrany, 

uśmiecha się i ociera z oczu béarnaise.

- O, cześć, Erin - mówi.
U szczytu schodów pojawia się Steve.
- Kto zabrał mój zszywacz?
- Miałem zrobić Patrickowi piercing brwi, ale już dość się nacierpiał - mówi Carl ze śmiechem. 

Wyplątuje zszywacz z kieszeni spodni i rzuca go idealnym łukiem przez salę.

Steve łapie go w powietrzu.
- Tylko bez okrucieństwa. Nie chcę jutro rozmawiać z prawnikiem.
- Patty lubi ból. Nie, Patty? - Marty trąca Patricka w udo.

background image

- Odwalcie się, palanty - burczy ten. - Mam robotę.
Moja   wizja   Carla   jako   surowego   dyktatora   rozpływa   się

 

jak   siwy   dym.   Szef   kuchni   zdziera 

Patrickowi drewniaki z nóg, wkłada je do zmywarki i włącza ją.

- Nogi ci śmierdzą - oznajmia.
- O, niedobrze - mówi Enrique, kiedy w kuchni rozchodzi się woń rozgrzanej skóry.
Kucharze wygładzają bluzy, wycierają ręce i rozchodzą się na swoje stanowiska. Patrick, stojący 

w skarpetkach przy zlewie, spłukuje upaćkane włosy.

- Marty, demiglas ci wyszedł jakiś rzadki - mówi. – Na twoim miejscu bym go zagęścił.
A  kiedy   wkłada  mokre   buty  i  wraca   za  ciąg,  w  kuchni   znowu  zapada  powaga.  Rozmowy   są 

zwięzłe i nawet codzienne żartobliwe epitety brzmią poważnie.

- E, sukinsynu, nie ruszaj mojej pietruszki.
Uśmiecham się do Enrique i sięgam po wielką tacę czystych sztućców.
- Ciężka - ostrzega mnie. - Proszę uważać.
- Dobrze. - Dźwigam tacę, ociekającą wodą i ważącą dobre dwadzieścia kilo. Odwracając się, 

obrzucam pomieszczenie spojrzeniem i napotykam wzrok Phila, który niesie wielką łyżkę, a bluzę 
ma zachlapaną wodą i czymś zielonym. Wygląda trochę jak geniusz kuchni, a trochę jak punk, który 
obrzucał się jedzeniem, a wszystko to razem daje efekt, od którego krew mi wrze.

Nie spuszczając z niego oka, schodzę z gumowej maty i tracę równowagę, omal nie wypuszczając 

tacy. Udaje mi się przytrzymać jej krawędź, ale przy okazji wybijam sobie kciuk.

- Kurczę! - Nadmiar terroir osłabił mi refleks; puszczam tacę. Kompletnie.
Sztućce z ogłuszającym jazgotem sypią się do zlewu. Instynkt podpowiada mi, żeby odskoczyć 

przed fruwającymi w powietrzu nożami. Robię krok do tyłu i widzę Carla, Phila i resztę kucharzy z 
twarzami   skamieniałymi   z   zaskoczenia.   Sztućce   zasypują   podłogę   i   wszystkie   pobliskie 
powierzchnie.   Kiedy   wydaje   się,   że   już   po   wszystkim,   pojedynczy   widelec   ześlizguje   się   z 
metalowego   blatu,   pełnego   brudnych   talerzy   i   utensyliów.   Ze   zdumiewającym   rozpędem   śmiga 
przez kałużę różowego mydła i wyskakuje w powietrze. Frunie prosto na Carla. O, Boże. Nie.

Jakimś   cudem   widelec   mija   ramię   szefa   o   centymetr   i   odbija   się   rykoszetem   od   ściany.   Z 

mdlącym odgłosem wpada do wielkiego, bulgoczącego sagana. Lorenzo zagląda w ślad za nim.

- Moja zupa z homara! Cztery godziny pracy.
Przez sekundę niemal się spodziewam, że wszyscy zaczną się śmiać, jakbym należała do ich 

paczki i brała udział w wygłupach. Ale oni reagują długim, strasznym milczeniem. Carl najpierw 
patrzy na srebrne złomowisko, potem na mnie.

- Zrobiłaś Haroldowi laskę, żeby się tu dostać, czy jak?
Otwieram usta z oburzeniem, ale on unosi rękę.
- Dość już narobiłaś szkód. Nie pogarszaj sytuacji.
Pierwszy rusza się Enrique, który pada na kolana i zaczyna zbierać rozsypane łyżki i widelce. 

Pochylam   się,  żeby  pomóc.   Rzuca   mi   współczujące   spojrzenie   spod   ciemnych   brwi  i   rękami   w 
gumowych rękawicach zagarnia ku sobie sztućce z mokrej podłogi. Kiedy się prostuję, żeby wysypać 
drugie naręcze na tacę, widzę Lorenza, wyciągającego szczypcami ociekający widelec.

- Umyję jeszcze raz - mówi Enrique, wsuwając pełną tacę do zmywarki i zamykając metalowe 

drzwi.

- Dzięki. Poczekam.
- Nie, nie poczekasz - odzywa się Carl, wskazując drzwi. - Enrique je przyniesie. Wyjdź. Nie 

mogę znieść twojego widoku.

Rozdział 8

Jest dopiero wpół do ósmej, a już mi się wydaje, że ten wieczór trwa wieczność. Choć mam tylko 

background image

pół rewiru, udało mi się zgubić rachunek za drinka i dwa razy wyrecytować listę dań dnia przy tym 
samym stoliku. Gość przy dziesiątce unosi okładkę na czek, którą oddałam mu pół minuty temu.

- Tu jest cudza karta!
Po występie w kuchni jestem zestresowana do szaleństwa i popełniam błąd za błędem. Cato i 

Jane natrząsają się ze mnie („Hej, Erin! Dom latających widelców!”), a wkrótce zaprezentuję swoje 
wątpliwe umiejętności moim pracodawcom. Muszę się natychmiast wziąć w garść.

- Siódemka   właśnie   dała   znać,   że   chcą   zamówić   drinki   -

mówi Derek, stając przy mnie koło komputera.

- Przepraszam. Już tam idę.
Podaje mi rachunek.
- Za późno. Muszę cię wyręczać, bo bujasz w obłokach.
- Wcale nie bujam - odpowiadam z mocniej bijącym sercem. - Jestem zajęta.
- Jak wszyscy. To nie podrzędna knajpa, wiesz? Musisz dodać gazu.
Gdziekolwiek   się   znajdę,   Steve   przygląda   mi   się   z   jakiegoś   kąta,   a   Gina   czyha   nade   mną, 

wszystko poprawiając.

- Dlaczego nie biegasz? - pyta, kiedy stoję przy komputerze, zastanawiając się, czy istnieje kod 

na „niskowęglowodanowe drinki”. Wskazuje Cato, śmigającego jak strzała między stolikami. - Po to 
cię   zatrudniamy.   Musisz   się   uwijać,   rozumiesz?   Rach-ciach,   raz,   dwa,   trzy!   -   Jej   ciężka   złota 
bransoleta z zawieszkami dźwięczy melodyjnie.

- Rach-ciach - powtarzam, kiwając głową. - Tak jest.
Kiedy Gina i Steve siadają do kolacji, z czystego przerażenia odzyskuję energię. Podchodząc do 

ich stolika, uświadamiam sobie, że znalazłam się w niezręcznej pozycji. Muszę udawać, że ich nie 
znam, żeby zachować stosowny poziom formalnych stosunków. Ale ledwie udaje mi się powiedzieć 
„Dobry wieczór”, a Gina już mi przerywa.

- Jesteś zbyt daleko.
Pochylam się, niepewna, czy dobrze zrozumiałam.
- Słucham? 
Przyzywa mnie gestem.
- Od stolika, Erin. Od stolika.
- Zrób krok w naszą stronę - dodaje Steve. - Jeśli jesteś zbyt oddalona, nie masz władzy nad 

gośćmi. I zginasz kolano.

Zerkam na swoje nogi, które - z wyjątkiem jednego małego wybrzuszenia - zakrywa spódnica.
- Rzeczywiście. Nie zdawałam sobie sprawy.
- Jesteś w pracy - mówi Gina. - Nie możesz się zachowywać jak w domu. I uśmiechnij się, 

dobrze? Wyglądasz jak w depresji.

Szczerzę się od ucha do ucha i usiłuję sobie przypomnieć, co mówiłam, zanim mi przerwano. 

Steve strzepuje serwetkę.

- Posłuchajmy, co jest daniem dnia.
I robi wielkie oczy, gdy z moich ust pada określenie „turbot w lukrecji”.
- W lukrecji? Jezusie. Czy to przez Ricka Hollanda?
- Nie wiem. Carl nie mówił.
- Dobrze, poproszę duszone warzywa i łopatkę jagnięcą. On wie, jak ją lubię.
- A co dla ciebie, Gino? - pytam, zapisując zamówienie.
- Co jest trudnego w jagnięcinie? - odpowiada. - Nie musisz zapisywać.
- Nie powinnaś mieć kłopotu z zapamiętaniem zamówienia od pary gości - dodaje Steve.
Opuszczam rękę. Jagnięca łopatka, powtarzam w myślach. Jagnięca łopatka i warzywa.
- Ja poproszę tuńczyka. Samego. Opiekanego przez czterdzieści sekund, nie dłużej. I nie dopuść 

do niego Lorenza, jego matka jest z Palermo. Tuńczyk od niego będzie smakował jak sardynki.

background image

Steve prycha.
- Proszę cię. Wyobraźnia cię ponosi.
- Wszystko, czego dotknie, czuć Palermo - upiera się Gina. - Fuj!
- Zabraliśmy   go   z  „Bellavitae”   -   powiadamia   mnie   Steve   z   dumną.   -   Ugrzązł   przy   wypieku 

bruschett, za co wyciągał dwa pięćdziesiąt za tydzień. Ma prawdziwy talent.

- Koniec   gadania   o   Lorenzu,   bo   stracę   apetyt   -   grozi   Gina.   -   Chcę   także   jakieś   warzywa. 

Bakłażan, szpinak, cokolwiek. Jem jak ptaszek.

- Powinnaś   chociaż   spróbować.   -   Steve   jest   zmartwiony   i   rozdrażniony,   jakby   mówił   do 

kapryśnego dziecka. - Nie przeżyjesz o samej kawie i papierosach.

Gina spogląda na niego oczami zranionej łani.
- Dobrze, zjem coś. Dla ciebie. - A do mnie rzuca: - Powiedz Geoffreyowi, żeby przyniósł nam 

butelkę brunello. I wodę mineralną, bez gazu, i zabierz ten chleb, nie jemy go.

Z   poleceniami   wirującymi   w   głowie   zostawiam   chleb   na   stanowisku   kelnerskim,   rzucam 

Geoffreya do akcji z brunello i idę po wodę mineralną.

- Ten   agent   twierdzi,   że   to   ruina   -   słyszę   w   barze   znajomy   głos.   -   Przynajmniej   według 

standardów Bridgehamp-ton.

To Daniel Fratelli. Ten producent.
Siedzi sam, w spodniach khaki i spłowiałej błękitnej bluzie, a przed nim stoi wielka szklanka 

ciemnego piwa i kanapka z makrelą z barowego menu. Rozmawia z Alainem i Cato. Na widok jego 
profilu niemal zapominam, że obsługuję moich pracodawców i nie mam czasu gapić się pożądliwie 
na gościa nie z mojej ligi, który w dodatku już ma dziewczynę.

- Sam dom nie jest zachwycający - mówi Daniel do Alaina. - Chodzi o widok.
- Jest z działką? - pyta Alain.
- Około pół akra, z sosnami i stawem.
- Brzmi cudownie - odzywa się Cato od komputera.
- Przy pewnym wkładzie pracy będzie cudownie.
- Wodę mineralną proszę - prawie szepczę do Alaina
Daniel się ogląda. Uśmiecham się do niego, mam nadzieję, że jak profesjonalistka.
- Witam. Jak się pan ma?
Kiwa głową i zajmuje się kanapką. Wydaje mi się, że już po rozmowie, ale on rzuca:
- Są na sali jakieś łobuziaki?
- Na razie nikogo poniżej dwudziestego pierwszego roku życia.
- Szkoda. Chyba znalazła pani swoje powołanie.
- Erin wychowała się na Long Island, jeśli potrzebujesz porady co do tamtejszych domów - 

podsuwa Cato. - Jej rodzice mieszkają w East Quogue.

Walczę   z   chętką,   żeby   go   uszczypnąć.   Tak,   mieszkają   w   East   Quogue,   w   domku   z   trzema 

sypialenkami i aluminiowymi framugami. Co ja mogę wiedzieć o nadmorskich posiadłościach albo 
mężczyznach, których na nie stać?

- I jak im się mieszka? - pyta Daniel.
Zamiast opowiedzieć mu o komunie mieszkającej na końcu ulicy albo o starszym sąsiedzie, który 

w samych slipkach uprawia ogródek, mówię bez mrugnięcia okiem:

- Cudownie. Nie zmienili domu od dwudziestu lat.
Daniel wyciera usta serwetką i odsuwa talerz.
- Jutro   tam   jadę,   żeby   spotkać   się   z   agentem   i   przyjaciółmi.   Pewnie   mają   nadzieję,   że   się 

zdecyduję i wreszcie odzyskają pokój gościnny.

- Rano jedziesz tam busem, tak, Erin? - pyta Cato. 
Waham się.
- Jeszcze się nie zdecydowałam.

background image

- Powiedziałaś mi, że już zarezerwowałaś miejsce.
- No tak - cedzę. - Na wszelki wypadek.
Cato szczerzy zęby i nabieram przekonania, że zaraz powie coś niepożądanego. Alain, pospiesz 

się z tą wodą.

- Może   powinniście   pojechać   razem   -   mówi   Cato   takim   tonem,   jakby   ta   myśl   dopiero   mu 

zaświtała. – Skoro jedziecie w tym samym kierunku...

Robię straszne oczy. Co on wyprawia? Daniel nie ma ochoty jeździć z jakąś kelnerką na Long 

Island. A ja nie wiem, czy chcę spędzić półtorej godziny z bogatym klientem, który prawdopodobnie 
zna się na menu lepiej ode mnie.

- Pewnie się nie zgramy w czasie - mówię.
- Pewnie nie - odpowiada Daniel. - Jadę koło dziesiątej.
- O której przyjedzie bus? - drąży Cato.
- O... dziesiątej.
Alain stawia mi na tacy butelkę wody, a ja walczę z plasterkami cytryny. Daniel przygląda się 

rzędom podświetlonych butelek za barem. Chyba się zastanawia, czy nie łatwiej odpuścić i zabrać 
mnie ze sobą.

- Więc już się zdecydowałaś? - pyta.
- Nie wiem. Zresztą zarezerwowałam miejsce w busie.
- I co z tego? Odwołaj - judzi Cato.
- Ale...
- W busie jest zbyt tłoczno - przerywa Cato.
- Jeżdżę tak od lat, nic mi nie będzie.
- Mnie to nie przekonuje - odzywa się Daniel. - Jechałaś kiedyś autostradą na Long Island w 

kabriolecie?

- Nigdy - odpowiada za mnie Cato.
- W kabriolecie? - powtarzam.
- Ale nie w zwykłym - mówi Daniel. - W klasyku.
- Właściwie nie.
Daniel podaje mi wizytówkę.
- Więc załatwione. Zapisz mi swój adres, odbiorę cię rano.

*

- A kiedy upuściłam te widelce, musiałam obsługiwać Ginę i Steve'a. Oczywiście napiwku nie 

dali.

- Wcale? - dziwi się Rachel. - Nawet pięciu dolców?
Siedzimy   w   barze   w   Soho,   z   bambusowymi   podłogami,

 

nijaką   klientelą   i   ekologiczną   kartą 

drinków,  uwzględniającą   organiczny   dżin   i  naturalne   dodatki.   To   mój   pierwszy  wolny   wieczór, 
odkąd zaczęłam pracę w „Roulette”, i świętuję fakt, że przez dziewięć dni mnie nie wyrzucili.

- Trzy   godziny   darmowej   pracy,   uwierzysz?   Jane   powiedziała,   że   wszystkich   kelnerów   to 

spotyka.

- No, cóż. Przynajmniej jutro masz wolne.
- Tak, i spędzę ten dzień u rodziców na grillu. A Cato tak namotał, że podwiezie mnie klient!
Rachel unosi wódkę z wodą sodową.
- Mam nadzieję, że ciacho.
- Nie, nie ciacho. Jest... za poważny dla mnie. Poza tym to producent telewizyjny.
- I co z tego?
- Producenci nie prowadzają się z kelnerkami.
- Nie jesteś prawdziwą kelnerką. Po prostu akurat teraz wykonujesz taką pracę.

background image

- Liczy się tylko to, co teraz. Poza tym - mówię, nie wiedząc, czy przekonuję siebie, czy ją - 

bardziej interesuje mnie ten drugi.

- Ten z fajnymi barami?
- I niesamowitymi niebieskimi oczami. Ledwie zamieniliśmy parę słów, ale to się zmieni. Nawet 

gdybym musiała go zamknąć w piwnicy. - Pociągam łyk sauvignon blanc, analizując jego smak (czy 
czuję mokre kamienie?), zanim pozwalam sobie na normalne picie dla przyjemności. - A właśnie, 
nadal spotykasz się z tym kurierem rowerowym?

- Tak, nazywa się Brian i seks jest fantastyczny. Ale nie gadamy ze sobą za dużo. „Cześć, chodź 

się bzyknąć, muszę odebrać Oliwię, to do piątku”.

Odchylam się na krześle.
- Układ działa dobrze. Po co psuć coś dobrego kontaktem werbalnym?
- To jakoś niepodobne do ciebie. Czy to nie ty normalnie każesz im czekać miesiąc, zanim się 

poddasz?

- Ostatnio poddałam tę strategię rewizji. Za dużo ceregieli jak dla kogoś, kto obchodzi się z 

surowym mięsem.

- Kucharz   -   mówi   Rachel   z  rozmarzeniem.  -  Tylko   pomyśl,  mogłabyś   mieć   chłopaka,   który 

potrafi zrobić obiad z czterech dań.

- A po obiedzie moglibyśmy robić jeszcze inne rzeczy, które mi chodzą po głowie.
Rachel miesza słomką prawie wypitego drinka.
- Skoro mowa o słodkich towarzyszach snów...
- Słucham?
- Nieważne. Ale jest taki pies... 
Odstawiam szklankę.
- Zdecydowanie nie.
- Jeszcze nic nie powiedziałam!
- Jeśli myślisz, że możesz mi wejść na głowę, bo wzięłam Tekkę, to się mylisz. Już spełniłam 

dobry uczynek. Nie
wspominając, że wywaliłam połowę napiwków z jednego wieczoru na akwarium i resztę. Nie stać 
mnie na drugiego zwierzaka, nawet gdybym chciała.

- Psy są tanie - macha ręką Rachel. - To dziewięcioletni terier, właśnie mu umarła właścicielka. 

Wylądował   u   kobiety   ze   sklepu   ze   sprzętem   fotograficznym   w   mojej   okolicy.   Też   go   nie   może 
zatrzymać, a wiesz, w jakiej mnie to stawia sytuacji.

- Nie, w jakiej?
- Muszę mu poszukać rodziny zastępczej.
- A co jest nie tak z twoim mieszkaniem?
- Dwa wrogo nastawione koty i właściciel, który nie pozwala trzymać psów. Mam mówić dalej?
- Dzięki, dość już usłyszałam.
Rachel chwyta mnie za rękę.
- Proszę, weź go tylko na tydzień. Nawet nie szczeknie. Ciągle tylko śpi, kocha wszystkich i 

nazywa się Rocket.

Wznoszę wzrok ku sufitowi.
- Wiedziałam, że do tego dojdzie.
- Wierz mi, nie planowałam tego. Poszłam kupić film i nagle się okazuje, że błagam jakąś obcą 

kobietę, żeby nie usypiała tego pieska.

Dlaczego, dlaczego musiała to powiedzieć?
- Naprawdę go uśpią?
- Zrobię wszystko, żeby do tego nie doszło. Erin, zgódź się. Lubisz psy.
- Na odległość. Kiedy nie broją w moim mieszkaniu i nie wyciągają ze mnie pieniędzy, których 

background image

nie mam.

- Nie prosiłabym, gdybym nie była w rozpaczliwej sytuacji. Pamiętaj, tylko na tydzień. Będę 

miała masę czasu na znalezienie mu prawdziwego domu.

Wyobrażam sobie warczącego starego kundla, meble zasypane kłakami i smród żarcia z puszki. 

A   potem   widzę   niewinnego   pieska,   którego   prowadzą   do   komory   gazowej,   ofiarę   okoliczności, 
których nawet nie rozumie.

- O, Boże. Jakbym miała mało kłopotów. 
Rachel się rozpromienia.
- Więc się zgadzasz?
- Na tydzień - zapowiadam. - Pod jednym warunkiem.
- Co tylko zechcesz.
- Ty będziesz mu kupować jedzenie. A mnie postawisz następnego drinka.

Rozdział 9

Następnego ranka dzwoni mój budzik, a ja ciągle czuję w ustach smak wina.
Uciszam drania, dźwigam się do pozycji siedzącej i rozklejam jedno oko. Nie powinnam była 

pozwolić, żeby Rachel zawlekła mnie do baru - a potem do drugiego. Mam wrażenie, jakbym po 
pijaku   wzięła   ślub   -   o   rany,   chyba   nie   zgodziłam   się   przygarnąć   Rocketa?   Skupiam   wzrok 
przekrwionych oczu na budziku i uświadamiam sobie, że mam tylko czterdzieści pięć minut, by 
doprowadzić się do wyjściowego stanu, zanim zjawi się obcy facet, żeby mnie zawieźć na grilla. 
Depczę po wczorajszych ciuchach, zygzakiem trafiam do łazienki, gdzie w lustrze widzę rozmazaną 
karykaturę   własnej   twarzy.   Po   prysznicu,   dwóch   kubkach   kawy   i   trzech   przebiórkach   dzwoni 
domofon, a ja wbijam stopy w zdecydowanie zbyt wysokie na tę okazję szpilki.

- Dzień dobry - mówi Daniel, kiedy wyłaniam się w dżinsach i ciemnych okularach z budynku. 

W mojej torebce grzechocze buteleczka aspiryny. Daniel ma na sobie szorty i koszulkę polo, a siedzi 
na oparciu siedzenia stareńkiego srebrnego kabrioletu, usianego przerdzewiałymi dziurami. Słońce 
błyszczy w pękniętym lusterku bocznym. Więc to jest według niego klasyk?

- ...bry - chrypię.
Daniel   zsuwa   się   za   kierownicę,   okręconą   czarną   taśmą   klejącą.   Nagle   przestaje   być 

wyrafinowanym   producentem   z   ekstralaską   u   boku   i   staje   się   normalnym   facetem   w   bardzo 
brzydkim samochodzie.

- I co sądzisz? - spyta.
- O czym?
- O moim austinie healeyu. Remontuję go w weekendy i wreszcie trochę to widać.
Silę się na minę pełną podziwu.
- Jeździ - mówię, przyglądając się krzywej feldze. – To już coś.
Daniel otwiera mi drzwi.
- Klamka   się   zacina.   Jeśli   go   nie   napoję   olejem,   zaczyna

się na mnie gniewać.

Wsiadam i zapinam postrzępiony pas. Mam nadzieję, że nie pęknie, zanim przejedziemy przez 

tunel w Queens.

- Gotowa?   -   pyta   Daniel,   uruchamiając   silnik.   Ryk   jest   tak   głośny,   że   nie   słyszę   własnej 

odpowiedzi. - Uznam, że tak! - krzyczy Daniel i wrzuca jedynkę.

Mkniemy   z   rykiem   przez   ulice   Manhattanu,   a   ludzie   na   chodnikach   i   w   kawiarnianych 

ogródkach oglądają się, szukając źródła tego jazgotu.

- Cato mówi, że jesteś producentem! - odzywam się przez włażące mi do ust, jeszcze mokre 

włosy. - Flashback, tak?

background image

- Tak. Oglądałaś?
- Odkąd pracuję wieczorami, nie mam czasu!
- Nie lubisz brukowej telewizji, hm? - rzuca Daniel, włączając migacz, który tyka jak zepsuty 

zegar. - Wielka szkoda.

- Nie nazwałabym Flashbacka brukowcem. Tylko jest troszkę... wścibski.
- Wolę określenie „wnikliwy” - mówi Daniel, przemykając w ostatniej chwili na żółtym świetle. - 

Jak wylądowałaś w „Roulette”?

Wpatrzona w oddalony o centymetr zderzak samochodu przed nami, przedstawiam mu zwięzłą, 

dobrze przećwiczoną i ocenzurowaną wersję mojej drogi od marketingu do luksusowej restauracji. 
Kończę formułką:

- To tylko na jakiś czas. Czekam na odpowiednią ofertę. - Jestem na wpół zamarznięta. Wiatr 

wydaje się chłodny jak w październiku, a trzepoczące włosy starły mi szminkę z ust.

- Znam ludzi, którzy usiłowali zaistnieć w show-biznesie, ale na całe lata utknęli w restauracjach 

- odpowiada Daniel. - Za każdym razem twierdzą, że są na progu zmiany.

- Dobrze, że nie jestem w show-biznesie. 
Daniel zerka na mnie z ukosa.
- Zimno ci?
W jego ustach brzmi to niemal jak intymne pytanie.
- Może trochę.
- Gdzieś tam mam sweter... - Sięga ku mnie i na oślep szuka na podłodze za moimi plecami. 

Wpatruję się nieruchomo przed siebie, a jego włosy muskają mi ramię. -Włóż.

- Dzięki - mówię, wciągając pospiesznie pachnący pleśnią wełniany pulower z choinką z przodu.
- Wyglądasz świątecznie. - Daniel pociąga za jakąś gałkę i cienki strumień gorącego powietrza 

zaczyna mi opiekać nogi. - Lepiej?

Daję znak, że fantastycznie, i opieram głowę na rozpadającym się oparciu. Spodziewałam się, że 

do   końca   podróży   będziemy   wymieniać   skąpe   uwagi,   ale   Daniel   zaczyna   mi   opowiadać   o 
poszukiwaniu   idealnego   domu   (rozległy   budynek   do   remontu,   z   oryginalnymi   stiukami   i 
gzymsami), o swojej agentce (ruda, po pięćdziesiątce, nazywa go „dziubuś”) i że chciałby nakręcić o 
tym wszystkim dokument.

- To było moje marzenie... zanim wkroczyła rzeczywistość. Robić filmy o zwyczajnych rzeczach 

w ludzkim życiu.

- Co cię powstrzymuje?
- Jeśli odejdę z telewizji, nie będę miał za co kupić domu. Nie będzie tematu filmu.
- Ironia losu.
- Tak to już jest.
Skręcamy   w   drogę   prowadzącą   do   domu   moich   rodziców   i   nagle   okolica   przestaje   mi   się 

podobać. Dlaczego Taylorowie nie schowają kubła na śmieci? Czy rodzina O'Shea z własnej woli 
upiększyła trawnik tym idiotycznym gipsowym cherubinkiem? Czy moi sąsiedzi w ogóle nie mają 
gustu?

Wskazuję żywopłot, którego ojciec nigdy nie potrafi przyciąć prosto.
- To tutaj, po lewej.
- Dobrze - Daniel skręca na żwirowy podjazd, gdzie naklejka na zderzaku buicka mojego ojca 

(„Wkurz liberała - ciężko pracuj i bądź szczęśliwy”) konkuruje z tą na zderzaku priusa mojej matki 
(„Wkurz konserwatystę - myśl samodzielnie”).

- W czasie wyborów musi tu być ciekawie - zauważa Daniel, wyłączając silnik.
- A jakie ożywienie na grillach! - Zdejmuję jego sweter i rozczesuję zbite w kołtun włosy. - To... 

dzięki za podwózkę.

Co   teraz?   Pewnie   powinnam   go   zaprosić,   z   czystej   uprzejmości.   A   on   odmówi.   Może   jeździ 

background image

rzęchem, ale to nie jest człowiek, który by zjadł tanie mięso, marynowane w dressingu do sałatek i 
spalone na węgiel.

- Może zechciałbyś zjeść z nami? Ale wiem, że chcesz się spotkać z przyjaciółmi, więc...
- Są na plaży, a spotkanie z agentką mam dopiero o czwartej.
- O... No to...
David spogląda na dom, zza którego buchają kłęby dymu z grilla. Ojciec lubi rozpalić wcześniej, 

żeby grill się rozgrzał przed nadejściem gości.

- To nie będzie nic wyjątkowego - mówię.
- Nie szkodzi. I tak chciałem poszukać jakiejś knajpki, ale domowy grill ma dla mnie o wiele 

więcej uroku... jeśli znajdzie się wolny talerz.

Boże. Teraz będę go musiała poznać ze wszystkimi.
- Jasne! - mówię, szarpiąc się z drzwiczkami. - Wejdźmy.
- Erin?   -   Na   ganek,   gdzie   stoją   doniczki   z   od   dawna   uschniętymi   roślinkami   i   ogromne 

wiklinowe fotele, wychodzi moja matka. Ma na sobie białe rybaczki i dżinsowy bezrękawnik, a 
jasnobrązowe, obcięte na pazia włosy muskają jej policzki. - Co to za ryk?

Daniel uśmiecha się olśniewająco.
- Nie mogę dostać odpowiedniego tłumika.
- Cześć, mamo - mamroczę, wschodząc po schodkach. - To jest Daniel Fratelli.
- Ach tak, witam. - Matka spogląda na zalegające nad podjazdem kłęby szarych spalin. - Jestem 

Anne. Efektowne wejście.

- Już mi to mówiono.
- Pokrzepimy go niezdrowym jedzeniem, zanim wybierze się na poszukiwanie domu - mówię, 

otwierając drzwi.

- Danielu, będziesz musiał porozmawiać z moją przyjaciółką Naomi. Zna ten rynek lepiej niż 

ktokolwiek inny.

- Świetnie. - Daniel idzie za mną do salonu, jeszcze bardziej tandetnego, niż zapamiętałam. 

Jasnobłękitny   dywan   gryzie   się   z   kwiecistą   tapetą,   zasłony   wyglądają   jak   szmaty,   a   meble   są 
niemodne i sfatygowane.

Ojciec   zjawia   się   w   czerwonych   spodniach   i   podkoszulku   z   nadrukiem   „Duke   University”, 

jednym z wielu z kolekcji.

- Ach, oto nasz rodzinny technolog żywności! - woła, całując mnie w skroń. - Przyprowadziłaś 

kolegę? Cudownie. Dennis Edwards. - Podaje Danielowi rękę.

Krew odpływa mi z twarzy.
- To jest Daniel, gość naszej restauracji. Podwiózł mnie.
- Nie ma sprawy! - mówi tata, żartem usiłując zatuszować faux pas. - Tym razem wpuścimy cię 

za darmo, ale następnym razem musisz zapłacić. Tak... chodzicie ze sobą?

- O Jezu, tato!
- Republikanie nie słyną z taktu - odzywa się matka z kuchni.
Tata wzrusza ramionami.
- No, a jaki gość restauracji podwiózłby cię aż tutaj, gdyby nie miał ukrytych powodów?
- Taki, który chce coś przekąsić, a potem spotkać się z agentem nieruchomości.
- Bez obaw - zwraca się Daniel do ojca. - W głowie mi tylko kryty dachówką dom z trzema 

sypialniami, tarasem i widokiem na morze.

- To miła odmiana. No, ale chyba masz całkiem spory fundusz na wydatki służbowe, skoro 

regularnie bywasz w „Roulette”?

- Niestety,   telewizja   zwraca   tylko   za   spotkania   służbowe.   Reszta   idzie   z   mojej   prywatnej 

kieszeni.

- Telewizja? Jesteś aktorem?

background image

- Producentem Flashback, programu telewizyjnego.
Mojemu ojcu błyskają oczy.
- Serio? - Spogląda na mnie, a potem na Daniela. - Wiesz, to chyba przeznaczenie. Jestem 

księgowym od ponad czterdziestu lat, tyrałem jak wół, zafundowałem studia dwójce dzieci, z małym 
udziałem funduszu stypendialnego, a teraz zastanawiam się, czy nie powinienem się zająć reżyserią.

Widzę mojego ojca na reżyserskim krzesełku, ryczącego do megafonu.
- Co ty wygadujesz, tato? Od kiedy?
- Od kiedy zaczął krytykować wszystkie wypożyczone filmy. Twierdzi, że on by to zrobił lepiej - 

odzywa się mój brat.

Przedstawiam   go   Danielowi.   Nate   jest   ubrany   w   wytartą   do   osnowy   koszulę,   bojówki   i 

posklejane taśmą trampki. Włosy mu odrosły i wygląda, jakby golił się tydzień temu, tępą żyletką.

- To ty jesteś tym kucharzem, o którym tyle słyszałem -zaczyna, z butelką piwa w jednej ręce i 

garścią precelków w drugiej. - Myślałem, że nie wypuszczą cię z tej kuchni. Hej, może byś się zajął 
grillem? Ojciec zwęgli wszystko, co mu w ręce wpadnie.

- Grill? Już? - Danielowi nawet nie drga brew. - Erin, przecież ledwie mnie znasz.
- Nate - syczę przez zaciśnięte zęby. - Coś ci się pomyliło.
- Co...? Ups - mówi cicho mój brat i pociąga łyk piwa.
Zwracam się do ojca, wykorzystując szansę zmiany tematu.
- Skąd ci się nagle wzięły te filmy?
- Bez   paniki   -   odpowiada.  -  Zacząłem   zapisywać   pomysły   na   scenariusze   i  tyle.   Mogę   ci  je 

pokazać, Danielu? Przy okazji pomożesz przy kurczakach.

- Tato - staję między nimi. - Nie.
- Za dobry posiłek zrobię wszystko - mówi Daniel nad moją głową. Przyjmuje piwo od Nate'a i 

łopatkę do grilla od ojca. - Macie tam kurczaki? Piersi czy udka?

- Skrzydełka - odpowiada Nate. - Dwieście sztuk.
- To lepiej zaczynajmy.

*

-  I   wtedy   znajdują   trupa   sędziego   w   samochodzie   -   mówi   ojciec   zza   gęstych  kłębów   dymu, 

buchających znad kurczaka. - A oskarżony - puf! - wsiada do jednosilnikowego samolotu i znika w 
górach.

Daniel obraca szczypcami skrzydełko.
- I już? Tu historia się kończy? Przykre.
- Podoba ci się? - Ojciec odchyla się i odstawia pustą butelkę piwa na ceglany murek patio. - 

Śmiało, krytykuj bez litości. Wytrzymam. Zarabiam na obliczaniu cudzych podatków i wierz mi, do 
tego trzeba być twardym. Nikt nie lubi, kiedy go pouczają, co można, a czego nie można sobie 
odpisać. Rozumiesz? To cios w ego.

- Pewnie, bez przerwy to widzę. Oglądalność spada? Zwyzywać producenta.
- Daniel  -  odzywam  się  od   progu,  gdzie  przysłuchiwałam   się  im  w  zdumieniu.  -  Ojciec  nie 

zamęczył cię na śmierć?

- Co, ja? - dziwi się ojciec. - Jestem tylko bajdurzącym staruszkiem.
Daniel macha szczypcami wśród kłębów dymu.
- Pamiętaj, że jestem przyzwyczajony do telewizyjnych scenarzystów. Ten naród traktuje się 

zbyt poważnie.

- Wejdź do środka i zabawiaj gości - rozkazuje mi ojciec. - Jesteś w branży usługowej, więc 

usługuj.

- Ale tam są tylko cztery osoby.
- I co z tego? Czy matka zrobiła Krwawą Mary?

background image

- Wieki  temu.  Daniel,   nie  pozwól   mu  się  zamęczyć.  I,  tato,  bardzo  proszę,  przestań  z  tymi 

filmami. Jeden wystarczy.

- Jasne, jasne. - Ojciec bierze sos do barbecue i strzepuje okruszki z piknikowego stołu. - No 

więc myślałem o scenariuszu horroru, prawdziwa rzeźnia, ale z ważnym przesłaniem społecznym. 
Powiedz mi, czy ktoś już to zrobił, wydaje mi się niemożliwe, żeby ten temat pozostał nietknięty...

Uciekam do domu w chwili, gdy drzwi się otwierają i do środka wpada pięciu mężczyzn.
- Proszę, nadchodzi opozycja - mówi matka. - A gdzie moje stronnictwo? Cholerni demokraci, 

zawsze się spóźniają.

- Erin!
To ryczy Walt Babcock, jeden z najdawniejszych przyjaciół ojca. Pociągam łyk piwa.
- Miło pana widzieć. Może kurczaczka?
Babcock klepie się po brzuchu, opiętym granatowym golfem.
- No masz!
- Cześć, Erin. W okolicy rozeszły się wieści, że zmieniłaś pracę.
To John Neuwirth, kolega ojca z pracy. Nawet w niedzielę nosi się urzędowo, czarne spodnie i 

wykrochmalona koszula.

- Nie wierz we wszystko, co mówią - odpowiadam.
- Twój ojciec mówi, że robisz w przemyśle usługowym - nie odpuszcza Walt.
- Tak, przejściowo.
- Interesujące. W jakim charakterze?
Rzucam Nate’owi błagalne spojrzenie.
- Jest na stanowisku - mówi brat, używając jednego z eufemizmów ojca.
- Super! - grzmi Walt, zgarniając ze stołu Krwawą Mary z mgiełką na ściankach szklanki. - 

Gdybyś musiała iść do wojska, od razu byłabyś generałem, co?

Mama wchodzi z wielką salaterką sałatki ziemniaczanej, oproszonej ostrą papryką.
- Nie mów mi, że twój ojciec dręczy Daniela tymi pomysłami na filmy - rzuca, wyglądając przez 

okno.

- Właśnie to robi - odpowiadam. - Od dawna tak ma?
Matka zniża głos.
- Od paru miesięcy. Odkąd zaczął słuchać naszych nagrań Henry ego Manciniego i wpadać do 

salonów z jachtami, „żeby tylko popatrzeć”. Nie wiem, co się z nim dzieje, ale niech to się skończy. 
Już mam pod swoim dachem jedno pogubione dziecko.

- Ciekawe. Jest za stary na kryzys wieku średniego
Mama zlizuje majonez z małego palca.
- Chcesz wiedzieć, co myślę? Przed nim ostatnie dwadzieścia lat. Uświadomił sobie, że prawie 

całe życie zeszło mu na naciskaniu guziczków w kalkulatorze. Nigdy nie używał prawej półkuli 
mózgu.

Myślę   o   moim   energicznym,   optymistycznym   ojcu,   który   każdego   ranka,   odkąd   skończyłam 

dziewięć lat, wychodzi do pracy z tym samym plastikowym turystycznym kubkiem. Przez cały ten 
czas sądziłam, że jest zadowolony - jedna z tych osób, które nie mają aspiracji do niczego więcej, bo 
mają wszystko, czego pragną.

To   mi   wystarczy   -   mawiał   o   swoim   gabinecie   z   rozchwianymi   krzesłami   i   przestarzałym 

telefonem.   W   wolnym   czasie   uwielbiał   naprawiać   zepsute   sprzęty   i   chętnie   spędzał   wakacje   w 
starym domku w Vermoncie, podczas gdy jego przyjaciele i sąsiedzi jeździli do Europy. Może to całe 
„to mi wystarczy” oznaczało, że na więcej nie może sobie pozwolić.

Siadam przy stole pomiędzy Danielem i Naomi, przyjaciółką mamy, która usiłuje go przekonać, 

że jest jedyną osobą stąd do Montauk zdolną znaleźć mu idealny dom.

- Nie żeby Shelley nie była dobrą agentką, ale brak jej agresji. Jeśli widzisz dom, który ci się 

background image

podoba, ale nie jest na sprzedaż, dzwonię do drzwi i oznajmiam, że mam chętnego nabywcę. I 
odwiedzam ich, aż się poddadzą.

- Dopiero zaczynam szukać - odpowiada Daniel, unosząc na widelcu Waltową „słynną” sałatkę z 

kapusty z niebieskim serem. - Ale jeśli z Shelley mi się nie ułoży, na pewno do ciebie zadzwonię.

- Wybacz - mamroczę, kiedy Naomi odchodzi dobrać sobie sałatki. - Odkąd przekroczyłeś ten 

próg, każdy usiłuje ci coś wcisnąć.

Daniel wzrusza ramionami.
- Normalny dzień urzędowania.
Jakby nie zauważał, że znalazł się w domu, w którym oliwki są z puszki, ze stołu ogrodowego 

odchodzą drzazgi, a towarzystwo pochodzi z klasy bardzo średniej. Obsługuje grilla jak zawodowiec, 
uważnie przysłuchując się nudnym opowieściom Walta o golfie i zachwyca się serową enchiladą 
Naomi. Opowiada Natowi, że po studiach pojechał do Azji, by uciec przed ojcem, który chciał go 
zatrudnić   w   swojej   kompanii   inwestycyjnej.   Pochwala   moją   powziętą   po   pijaku   decyzję 
przygarnięcia Rocketa.

- Pięć lat temu wziąłem Fritza. Wymagał ciągłej uwagi. Wracałem do domu, a szczeniak skakał 

po   ścianach,   jak   to   labradory.   Wył   w   nocy   i   mnie   budził.   W   każdy   weekend   musiałem   z   nim 
przebiec po parku parę kilometrów. Przez cztery miesiące nie miałem randki.

- Boże. Mam nadzieję, że z Rocketem będzie łatwiej.
- Jest starszy, więc pewnie tak. I kto wie - może zechcesz go zatrzymać. Kiedy raz weźmiesz psa, 

nie ma już odwrotu. Choć Sonia była innego zdania.

Sztywnieję na sam dźwięk jej imienia.
- Nie lubi Fritza?
- Nie lubi żadnego stworzenia, które na nią skacze. Choć usiłowałem go tresować, Fritz skacze 

na wszystkich.

John Neuwirth osacza Daniela i wciąga go do rozmowy o tym, co się stało ze wszystkimi dobrymi 

serialami, a Nate siada na ławce obok mnie.

- Jesteś w nim kompletnie zabujana - mamrocze.
- Już ci mówiłam. Podoba mi się kucharz z pracy.
- Nie   ma   nic   złego   w   spotykaniu   się   z   dwoma   naraz.   A   Daniel   nie   jest   jakimś   nadętym 

ważniakiem. Jest w porządku.

- Tutaj zachowuje się o wiele luźniej niż w restauracji.
- Hmm. Ciekawe dlaczego.
- Nie tak głośno! On ma dziewczynę.
- Serio? To dlaczego gapi się na moją siostrę? 
Usiłuję walczyć z uśmiechem.
- Zamknij się. Zgagi przez ciebie dostanę.
- Nawet mama tak powiedziała.
- Co powiedziała?
- Że mu się podobasz. I że powinien oddać samochód na części.
- Kto chce placka z wiśniami? - pyta John Neuwirth, wstając. - Świeżo upieczony w Pillsbury. 

Kupiłem cztery, nie obcyndalać się!

- Erin, mogę ci ukroić kawałek? - pyta Daniel.
- Jasne. Po co się hamować? 
John pochyla się i zasłania usta.
- Świetna partia. Będę czekać na zaproszenie.

*

Wszyscy zbierają się, żeby rzucać podkowami - bez żadnych zasad. Daniel wrzuca do śmieci 

background image

usmarowany na wiśniowo papierowy talerz i żegna się z moimi rodzicami.

- Powodzenia w poszukiwaniu domu - mówi mama, ściskając mu dłoń.
- Musisz znowu do nas przyjechać - dodaje ojciec. - Tym razem ty mnie zagadasz na śmierć.
- Pisz dalej - odpowiada Daniel.
Wyjmuje kluczyki z kieszeni, a ja odprowadzam go na zewnątrz. Idziemy przez podjazd i stajemy 

przy jego samochodzie, uśmiechając się do siebie ze skrępowaniem.

- Więc... - mówi Daniel.
- Więc bardzo dziękuję za podwózkę - rzucam, nagle żałując, że z nim nie pojadę.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
- To bardzo miłe, że wytrzymałeś z moim ojcem. Nie miałam pojęcia, że tak cię przydybie.
- Dobrze się bawiłem. 
Kręcę głową, nieprzekonana.
- Jesteśmy interesującą rodziną, nie da się ukryć.
- Nie ma w tym nic złego. Buu! Buuu!
Odwracam   się   jak   ukłuta   i   widzę   starego   czarnego   cadillaca   Harolda   Pancratza,   sunącego 

naszym podjazdem.

- Idealne wyczucie - syczę.
- Słucham?
- Nic. Imprezowicze przyjechali.
Harold zatrzymuje się, rytmicznie trąbi klaksonem, wysiada i otwiera drzwi żonie.
- Siemanko! - krzyczy.
- Cześć, Harold. Cześć, Brenda! - mówię z wysilonym entuzjazmem. 
Przedstawiam   Daniela   („Przyjaciel   z   «Roulette»„),   który   natychmiast   podbija   serce   Harolda 

trzema słowami, których chyba nie mówi szczerze:

- Jaki piękny wóz!
Harold rozpromienia się w uśmiechu.
- Ty   też  masz   piękną   maszynę.   Choć   troszkę   zardzewiałą.   Tak   to   już  jest,   kiedy   się  kupuje 

zagraniczniaki.

- Przepraszam, że się spóźniliśmy - wtrąca Brenda, pokazując nam talerz malutkich quiche’ów. - 

Białka nie chciały się ubić, ale ostatecznie wyszło dobrze.

- Wyglądają świetnie. Szkoda, że muszę uciekać - mówi Daniel.
- Weź jednego na drogę. - Brenda kładzie mu quiche'a na dłoni.
Nie udaje mi się posadzić Daniela za kierownicą i wyprawić go wreszcie w drogę, bo Harold 

odwraca się do mnie z błyszczącymi oczami.

- Jestem z ciebie bardzo dumny.
- Naprawdę? Z jakiego powodu?
Ku mojemu przerażeniu chwyta mnie za ramiona i miażdży w uścisku. Cygaro w kieszeni jego 

koszuli wbija mi się w podbródek.

- Kiedy wczoraj rozmawiałem ze Steve'em, nie mógł się ciebie nachwalić - mówi, drapiąc mnie 

w czoło krótką czarną brodą. - Zdołałaś się wybić w bardzo krótkim czasie.

Wyplątuję się z jego uścisku, wymięta i upokorzona.
- Naprawdę?
- No pewnie. Dobrze ci w „Roulette”? Traktują cię tak dobrze, jak mi obiecali?
- E... absolutnie. Nawet lepiej.
Daniel pogrąża mnie jeszcze bardziej.
- Ma wielki talent, zwłaszcza z małymi zbuntowanymi gośćmi.
- Wiedziałem, że się sprawdzi - mówi Harold, a w kącikach małych ciemnych oczek robią mu się 

zmarszczki. - Dlatego poręczyłem za nią.

background image

- Dobra, świetnie! - wybucham. - Ktoś ma ochotę na kurczaka?
- Oddaj to Anne, skarbie - włącza się Brenda, wręczając talerz mężowi. - Chcę przez chwilkę 

pogawędzić z Erin.

Daniel szarpie drzwiczki samochodu.
- A ja się zacznę zbierać. Miło było was poznać.
Trzymając quiche w zębach, uruchamia silnik i odjeżdża

 

w chmurze spalin. Odprowadzam go 

wzrokiem   i   pewnie   stałabym   tak   przez   resztę   popołudnia,   ale   Brenda   chwyta   mnie   za   rękę   i 
prowadzi na huśtawkę na ganku.

- Skoro jesteśmy same, pogadajmy jak dziewczyny.
Siadamy i zaczynamy się kołysać. Spodziewam się, że

 

zapyta o „cudowne ciacho w angielskim 

rupieciu” albo gdzie kupiłam buty, ale ona zaczyna konspiracyjnie:

- Strasznie mnie ciekawi, co sądzisz o Carlu.
- Carlu Corbetcie?
Brenda kładzie pulchną dłoń na sercu.
- To geniusz, prawda? Jadłaś kiedyś lepsze dania?
- Faktycznie, zdumiewające.
- Na   pewno   zauważyłaś,  jak   kobiety   pożerają   go  wzrokiem.  Gina   mówi,   że  w   zeszłym   roku 

rzuciła go żona, bo uznała, że restauracja jest dla niego ważniejsza. Moim zdaniem, nic się nie liczy 
dla niego bardziej.

- Podobno Carl spotyka się z Kimberly, naszą hostessą. Ma najwyżej dwadzieścia trzy lata i 

dorównuje mu wzrostem.

- Uważaj, Erin. Niedługo ciebie także poprosi o numer telefonu.
Prycham śmiechem.
- Szczerze mówiąc, Carl nie jest dla mnie miły.
- To nie w jego stylu. Ale co za magnetyzm! Możesz się opierać, a on i tak cię obezwładni.
- Nie sądzę.
- Wszystkie   tak   mówią   -   mówi   Brenda,   klepiąc   mnie   po   kolanie.   -   A   potem   kosztują   jego 

barweny.

Rozdział 10

-  Rocket, nie!
Jest wtorek, a  ja  puszczam  się pędem  przez całą  kuchnię,  rzucam  się na  kolana  i  chwytam 

Rocketa,   który   właśnie   podnosi   nogę   przy   krześle.   Mały   drań   skomli   i   szarpie   się   w   moich 
ramionach, aż w końcu kapituluje, pojąwszy, że nie ustąpię.

- Dlaczego nie zrobiłeś tego dziesięć minut temu w parku? - Psiak patrzy na mnie, mrugając 

ślepkami i unosząc ze skruchą szare brwi. Do kłapciatego ucha przykleił się kawałek suchego listka, 
pamiątka po godzinie spędzonej na tratowaniu kwiatów i tarzaniu się w piachu.

- Pamiętaj o naszej umowie - mówię surowym tonem, który Rachel poleciła mi jako metodę 

nagany. - Zachowuj się, to zostaniesz tu przez tydzień, jasne? A teraz wyjdziemy, zanim przydarzy ci 
się incydent.

Słońce rozprasza poranną mgłę, a my obchodzimy blok. Odkąd mam własnego zwierzaka do 

wyprowadzania, wydaje mi się, że wszędzie widzę psy z właścicielami i to, co początkowo było 
obowiązkiem, staje się okazją do poznawania ludzi.

- Anabelle, przestań - woła siwowłosy mężczyzna w stroju do joggingu, kiedy jego biały wielki 

kundel warczy na Rocketa.

- Proszę się nie martwić, ten maluch jest groźniejszy, niż się wydaje - odpowiadam.
- Jaki słodki - mówi kobieta z chihuahua. Ona ma na sobie obcisły kostium w kratkę, a jej psina 

background image

dźwiga obrożę nabijaną ćwiekami. - Terier, prawda?

Uśmiecham się z dumą, jakbym wychowała Rocketa od szczeniaka.
- I potrafi szczekać, jak na teriera przystało.
Kobieta przystaje i przez parę minut rozmawiamy

 

o wszystkim, od imion po temperament i 

jedzenie („To, czego nie może zjeść, niszczy”, mówię), a tymczasem psy obszczekują się i wiercą.

- Do zobaczenia! - woła kobieta i rozchodzimy się w przeciwnych kierunkach.
Odkąd nie należę już do świata ludzi pracujących od ósmej do piątej, z ulgą odkryłam swoją 

przynależność do nowej grupy: ludzi będących niewolnikami swoich psów.

*

W południe wpada Rachel z gumową rozgwiazdą dla Rocketa i „żeby się przekonać, jak wam się 

układa”.

- Co godzinę inaczej - odpowiadam. - Jedno jest pewne: potrzeba mu więcej ruchu.
- Masz, może to pomoże. - Wręcza mi lśniącą niebieską wizytówkę. - Najlepsza firma zajmująca 

się wyprowadzaniem psów. Moi dwaj klienci dali jej najlepsze rekomendacje.

- Psopolis - odczytuję, obracając wizytówkę. - Ponad siedemset czterdziestu dwóch klientów.
- Są kosztowni, ale Rocket będzie cię witać w o wiele lepszym humorze. A właściwie gdzie jest 

ten futrzak?

Prowadzę ją do sypialni, gdzie Rocket, w końcu zmęczony, śpi zwinięty w kłębuszek na fotelu.
- Jaki spokojny - szepcze Rachel.
- Bo przez cztery godziny zdążył się wyszaleć. Wdarł się

do śmietnika, napił się wody z akwarium, obsikał mojego gospodarza... Dziś o wpół do dziewiątej 
obudziło mnie łomotanie do drzwi i bardzo niemiły wykład. W połowie po grecku, ale zasadniczo 
chodziło o „ucisz tego bydlaka albo zmienię ci zamki w drzwiach”.

- Naprawdę? Nick jest taki miły.
- Rocket go zmienił.
Rachel głaszcze psa między uszkami.
- Więc dobrze, że go stąd zabierzemy.
- Naprawdę? - pytam podejrzliwie.
- Jak tylko dopnę sprawę do końca. Jedna psia stylistka jest zainteresowana.
- Czyżby? - Siadam na łóżku. - Kiedy?
- W ten weekend, jeśli zdołam ją namówić. Już ma dwa psy i kota, więc problem ma tylko taki, 

że jest im trochę ciasno.

- W ten weekend? Tak szybko?
- Aha. Myślałam, że będziesz skakać z radości.
- Skaczę, ale... On jest jak wkurzający, ale uroczy lokator. Kiedy nad niczym się nie pastwi, jest 

słodki i czuły.

- Zaraz. Polubiłaś go?
- Czasami   go   lubię   -   mówię,   wzruszając   ramionami.   -Kiedy   jest   grzeczny.   I...   kiedy   jest 

niegrzeczny, ale bardzo przeprasza.

Rachel potrząsa głową.
- Moment, wysyłasz sprzeczne sygnały. Jeśli chcesz go zatrzymać, zdecyduj się. Na pewno jesteś 

gotowa wziąć odpowiedzialność za psa? Dorosłego psa, który niedługo może zniknąć z twojego 
życia?

- Pewnie nie. Nie wiem.
- Masz czterdzieści osiem godzin na podjęcie decyzji. Potem go oddam.
- Ćsśśś, bo usłyszy. Zwierzęta rozumieją takie rzeczy.
- No, no. Już cię wytresował.

background image

- Nie powinno być na odwrót?
Rachel śmieje się i siada obok mnie.
- Jak tam podróż na Long Island z producentem?
- Miła rozmowa, parę skrzydełek kurczaka, a potem odjechał. I tyle.
- I tyle?
- Wierz mi, ta sytuacja się nie rozwinie. Chciałabym się umówić z kucharzem, ale flirtowanie w 

restauracji nie jest łatwe. Nie mogę tego robić w takim napięciu.

- Skoro   o  napięciu  mowa...  -  Rachel  spogląda  na   zegarek.  -  Muszę  lecieć.   Za  dwie   godziny 

fotografuję iguanę w Yonkers.

- Jaszczurkę?
Rachel wstaje i kładzie zabawkę Rocketa na oparciu fotela.
- Psy, koty i ptaki wystarczają na zapłatę rachunków. Egzotyka nie pozwala mi się znudzić.

*

-  Lojalność. Bez niej nie jesteśmy zespołem.
Jest   prawie   jedenasta   wieczorem,   a   Carl   wezwał   Cata,   Jane   i   mnie   do   kuchni   na 

zaimprowizowane zebranie.

- Prawdziwa lojalność nie kończy się za progiem tej restauracji.
Za jego plecami kucharze szorują kuchenki i ściany. Phil, jedyny facet atrakcyjny na tyle, żeby 

przerwać moją wewnętrzną projekcję każdego gestu i słowa Daniela, stoi na drabince, myjąc sufit. 
Na chwilę przerywa, odgarnia przegubem włosy z czoła i nasze spojrzenia spotykają się. Phil ma na 
dłoniach niebieskie gumowe rękawice, a na szyi wisiorek z muszli, co skutkuje pojawieniem się 
nieznanej mi dotąd fantazji na temat „surfującego sprzątacza”.

- Nie pobijemy konkurencji, jeśli nie wiemy, co podają typowemu gościowi - ciągnie Carl. - 

Jestem   zbyt   dobrze   znany,   żeby   wejść   do   lokalu   i   spodziewać   się,   że   zostanę   potraktowany 
anonimowo. Moi kucharze także są rozpozna-
walni. Dlatego wysyłam was z misją. W tej chwili. - Przez chwilę walczy ze sobą. - Oczywiście 
płatną.

Choć po godzinach pracy jesteśmy wykończeni i wymięci, nikt nie protestuje. Nie mamy odwagi.
- Co to za misja? - pyta Cato.
- Dokonacie zwiadu na terenie restauracji Ricka Hollanda.  Zrobiłem  dla  was  rezerwację  na 

nazwisko Franks.

Cato powoli kiwa głową.
- Jak Tommy Franks?
- Właśnie.   A   teraz   słuchajcie.   Macie   zjeść,   ile   zdołacie.   Spodziewam   się   raportu   co   do 

wszystkiego - dań dnia, ich smaku, obsługi. Holland będzie tam dzisiaj, więc pewnie wejdzie na 
salę. Obserwujcie każdy jego ruch. Róbcie notatki. Chcę także informacji o gościach. Znane twarze, 
zamówienia, wszystko.

Wręcza Jane plik banknotów.
- To powinno wystarczyć. Ponadto dołączyłem studolarówkę dla każdego z was. Pamiętajcie, to 

jest  la   guerre.  Wojna.   Żaden   śliczny   humusorób   nie   będzie   nazywać   moich   dań   paćką   dla 
przeciętniaków. Na coś takiego odpowiada się napalmem.

- Dla przeciętniaków? - powtarza Jane.
Carl ponuro przytakuje.
- To mała społeczność. Musiał wiedzieć, jak zadać pierwszy cios. No, do roboty. Za godzinę 

przestaną wydawać posiłki, a przed wami góra jedzenia. Ron i Derek tu za was posprzątają.

Przebieramy  się  w  prywatne  ciuchy  i  rozdygotani  jak  piloci  na  pierwszym locie  ruszamy  do 

„Capers” o przecznicę dalej. Sądząc po dyskretnym beżowym wystroju, mogłaby to być dowolna 

background image

elegancka restauracja z Upper East Side, ale w środku widzimy latarnie z kutego żelaza, kąciki 
jadalne obite gobelinami i pseudomauretańskie stiuki.

- Czy tylko ja mam wrażenie, że jestem na LSD? - mamrocze Cato.
Na   ścianie   przy   recepcji   wisi   oprawiony   w   ramki   artykuł,   nazywający   Hollanda   -   z   tymi 

granatowoczarnymi włosami i głęboko osadzonymi oczami - najseksowniejszym szefem kuchni w 
Nowym Jorku. Obok widnieje okładka czasopisma, a na niej niby to zrobione z ukrycia zdjęcie i 
pytania: „Kto zabija wielkich kucharzy Manhattanu? Spytajcie jego”. Hostessa w orientalnej tunice 
prowadzi nas wąskim przejściem między stołami. Klientela jest młodsza i mniej ekskluzywna niż w 
„Roulette”, a w powietrzu unoszą się zapachy jak w latynoskiej dzielnicy jakiegoś cudzoziemskiego 
miasta. Tłoczymy się przy czteroosobowym stoliku na środku sali.

- Co to jest „smith and wesson”? - pyta Carl, zaglądając do karty drinków. - Wódka... kahlua... 

hmm, może nie. Mógłbym się stać wyrozumiały.

- Odprężona, lecz czujna - mówię. - Oto mój cel.
Zamawiamy drinki, a potem przez piętnaście minut rozważamy, co zjeść.
- Musimy spróbować wszystkiego - mówi Jane.
- Eee... Jane, kochanie... tu są, chwileczkę... czterdzieści dwie pozycje - mówi Cato.
- Carl kazał zrobić dokładne rozpoznanie - przypominam mu.
- Krytycy   odwiedzają   tę   samą   knajpę   parę   razy   -   wzdycha   Jane.   -   My   mamy   tylko   jedno 

podejście.

Cato przygląda się menu.
- Dobrze,   wszystko   wiem.   Zamówimy   co   trzecią   pozycję,   a   czego   nie   zdołamy   skończyć, 

zabierzemy do domu i ocenimy jutro, kiedy pozbędziemy się kaca. - Próbuje drinka z ulungiem i 
rumem. - Nowy absynt. Podeprzyjcie mnie, jeśli się przewrócę.

- Holland na dwunastej - syczę.
Szef kuchni ma na sobie nieskazitelną biel i brylantowy kolczyk w lewym uchu. Z kieliszkiem 

białego wina w dłoni zatrzymuje się przy stoliku obok nas i zaczyna gawędzić ze
słodką brunetką i jej brzuchatym siwym towarzyszem.

- Laurie! Harv! Jak wam smakowało?
- Fantastycznie - odpowiada ona. 
Holland kładzie jej rękę na ramieniu.
- Chyba nie przyszłaś tu, żeby napisać recenzję? Bądź wyrozumiała, działam dopiero od paru 

tygodni – śmieje się beztrosko.

Cato przygląda się kobiecie, jakby ją znał.
- Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale czy to nie...?
- Laurie Pearson - zgadza się Jane.
- Kto to jest Laurie Pearson? - pytam.
Cato zniża głos.
- Kulinarna recenzentka z przeszłością. Była głównym krytykiem kulinarnym w „Heraldzie”, ale 

za bardzo się spoufaliła z jednym z recenzowanych szefów kuchni.

- Jak bardzo spoufaliła?
- Garsoniera w Trump Tower, kiedy mężuś wyjeżdżał z miasta. Nie wyglądało to na obiektywne 

dziennikarstwo.

- Jej naczelna też się nie ucieszyła, zwłaszcza że na wszystko to dała pieniądze - dodaje Jane, 

przesuwając palcem po oszronionej szklance. - Teraz pisze felietony „Oszczędny epikurejczyk”.

- Aha, porady dla smakoszy bez kasy - dodaje Cato. -Czytam co tydzień i tyle się nauczyłem, że 

kanapka z sadzonym jajkiem smakuje lepiej przy świecach i różowym winie.

Ukradkiem zerkam jeszcze raz.
- Kto to jest ten stary facet?

background image

- Eee... Phil Donahue - zgaduje Jane.
- Gapi się na tyłek wszystkich kelnerek i ględzi o historii liczi - mówi Cato. - Pewnie kolejny 

samotny smakosz.

*

- Robi wrażenie - mówi nasz kelner, zapisując trzecią stroniczkę zamówienia. Jak cały personel, 

jest ubrany w czarną obcisłą koszulę ze spinkami i ma niemal idealnie piękną twarz. - Musicie być 
głodni.

- Najaraliśmy się wysokooktanowej trawki - odpowiada Cato.
Kelner uśmiecha się ze znawstwem.
- Więc będzie wam tym bardziej smakować.
Znika w kuchni, a Cato pochyla się ku nam.
- Za obsługę dałbym mu na razie szóstkę. Kompetentny, uroczy, niezbyt nachalny. Zgadzacie 

się?

Jane i ja kiwamy głowami.
- A atmosfera? - pytam.
- Cudowna. Trochę burdel, trochę Opowieści z tysiąca i jednej nocy.
Jane spogląda na stare kilimy, wiszące na ścianach zamiast obrazów.
- Ciut za krzykliwe - mówi, notując. - Dałabym czwórkę z plusem. A koktajle?
- Oryginalne łamane przez dziwaczne - mówię o moim martini z imbirem i marakują.
- Głosuję na wszystko, od czego robię się bardziej interesujący - oznajmia Cato.
Nasze wino przybywa w rękach młodej sommelierki, tak ciepłej i serdecznej, że w porównaniu z 

nią Geoffrey wydaje się jak zatopiony w bursztynie.

- Sądzę,   że   przypadnie   wam   do   gustu   -   mówi,   nalewając   mi   odrobinę   na   spróbowanie. 

Wznosimy kieliszki puilly - fuisse („Za kolegów agentów!” - mówi Cato), a z kuchni wyłania się 
procesja   kelnerów   z   naszymi   zamówieniami.   Wyraziste   zapachy,   które   woli   Carl,   tu   zastąpiły 
oszałamiające przyprawy - curry, kolendra i kmin rzymski. Pociągam łyk wina, przysuwam krzesło 
do stołu i nastawiam się krytycznie do wszystkiego.

Jane przygląda się nieufnie tuńczykowi w migdałowej panierce z sałatką z ogórka.
- Przyznajcie, wygląda równie ładnie, jak dania Carla.
Rozgrzebuję tagine z tygrysimi krewetkami.
- To mu się nie spodoba. Będziemy musieli powiedzieć, że wszystko wyglądało pretensjonalnie 

czy coś w tym stylu.

Przyglądamy się Jane, która bierze do ust pierwszy kęs ośmiornicy z grilla z cytrusami. Żuje 

powoli, przełyka i kręci głową.

- Cholera. Mamy problem.
- Co? - pytamy jednocześnie ja i Cato.
- Smaczne. Bardzo smaczne.
Kosztuję ciepłej, smakującej cytryną krewetki.
- Jak my to mu powiemy? Wywali nas na bruk.
- Racja   -   mówi   Cato   z   ustami   pełnymi   sałatki   ogórkowej.   -   Będziemy   musieli   posłużyć   się 

półprawdą. Na przykład, że jest interesująco, ale zbyt ekscentrycznie dla większości ludzi.

- A jeśli recenzje będą entuzjastyczne?
Jane uśmiecha się pod nosem.
- Carl nie da im wiary.
- Boże, mój język przeżywa orgazm - odzywa się Cato. - Naprawdę robimy to za pieniądze?
Pod   koniec   posiłku   -   gdy   Jane   i   ja   walczymy   o   ostatni   łyk   zupy   czekoladowej   z   owocami 

tropikalnymi - uznajemy „Capers” za naszą nową ulubioną knajpę.

background image

- Carl umie gotować, ale ten facet ma wizję – mówi Cato.
Odkładam łyżkę.
- Do diabła z półprawdami. Musimy kłamać.
- Dobrze się bawicie?
Jednocześnie podnosimy głowy, jak trzy jelenie na dźwięk kroku ciężkiego buciora. Nad nami 

jaśnieje uśmiech Ricka Hollanda.

- Tak! Dziękujemy! - mówię.
- Od dawna nie  jadłam tak  przepysznych  dań  -  dodaje Jane, nie  okazując  ani odrobiny tej 

lojalności, o której tyle słyszeliśmy od Carla.

- Miło mi to słyszeć - mówi Holland. Spogląda na nas przenikliwie. - Przyszliście z „Roulette”, 

prawda?

Cato blednie.
- Nie miałem pojęcia, że jesteśmy tak sławni.
- Plotki się rozchodzą.
- Chcieliśmy coś przekąsić przed snem - wydusza Jane.
- Lubicie pracować dla Corbetta, co?
- Zdecydowanie - odpowiadam.
- Świetne zarobki - dodaje Cato. - I potrawy.
Przez błękitne oczy Hollanda przemyka cień, niewątpliwie na wspomnienie walk z Carlem we 

francuskiej kuchni.

- Słyszałem, że ludzie od niego odchodzą.
- Nie bardziej niż od innych - oznajmia Jane.
Holland się uśmiecha, jakby tym samym potwierdziła

 

jego podejrzenia - oraz szczerą nadzieję - 

że w restauracji wroga tli się bliska wybuchu rebelia.

- Powiedzcie mu, że może codziennie przysyłać do mnie swój personel. Jesteście mile widziani. 

On także.

- Dzięki - mamrocze Jane, łypiąc na mnie z ukosa.
- Powtórzymy - dodaje Cato.
Po paru minutach na naszym stoliku stają trzy kieliszki porto reserve.
- Czasami nie należy mówić prawdy, jeśli będzie nie do zniesienia - zauważam.
- Carl nie musi o tym wiedzieć - zgadza się Jane. Cato unosi kieliszek.
- Wypijmy za to.

*

-  Tłum o północy? - warczy Carl następnego dnia, kiedy składamy mu raport. Dla „zachowania 

morale”, jak się wyraził, wciągnął nas do chłodni, żeby nie usłyszeli nas kucharze.

- Potem szybko opustoszało - spieszy z zapewnieniem Cato.
- Holland był na sali?
- Przez cały nasz pobyt - mówię.
Carl prycha.
- Typowe. Zawsze bardziej go interesuje mizdrzenie się niż gotowanie. Z kim rozmawiał?
- Właściwie ze wszystkimi. 
Carl robi wielkie oczy.
- Z wami też? Chyba się nie zorientował, co?
- Boże, nie.
- Skąd - mówi Jane. - Zamienił z nami góra dwa słowa.
- Dobrze, a jedzenie?
Cato opisuje tuńczyka i przyprawy jako „prostą drogę do zgagi o czwartej nad ranem”.

background image

- Była   Laurie   Pearson,   ale   to   nic   takiego,   bo   znalazła   się

na czarnej liście. Nie, Jane?

Jane przytakuje.
- Jej wiarygodność jest pod znakiem zapytania.
Ale choć usiłujemy zatupać prawdę, Carl uznaje ją za obelgę i wyzwanie.
- Nie   dam   się   zaćmić   jakiejś   miernocie   spod   sztancy!-   mówi,   prychając   obłoczkami   pary.   - 

Gdybyśmy mówili o Kellerze albo Ducassie, mógłbym z szacunku ustąpić im pola, ale Holland? Z tą 
fryzurą za czterysta dolarów? To bożyszcze przeciętniaków? - Ciasne pomieszczenie drży od jego 
głosu.

- W bulionie z przepiórek było za dużo grzybów - odzywa się cichutko Jane.
- A poza tym?
- Był

 

smaczny.

Carlowi drga kącik ust.

- Dziękuję, to wszystko. Za pięć minut dania dnia. - Przeszywa nas wzrokiem, syczy z furią: Vive 

la guerre! - i wychodzi, trzaskając drzwiami.

*

Sama już nie wiem, ile zarobiłam przez te dwa tygodnie, odkąd zaczęłam obsługiwać gości, ale z 

całą   pewnością   wychodzę   lepiej   niż   w   mojej   poprzedniej   pracy.   Zapłaciłam   czynsz   i   rachunki, 
zostało   mi   jeszcze   sporo,   a   w   dodatku   ta   sumka   magicznie   uzupełnia   się   o   północy.   Jestem   z 
pokolenia kart kredytowych; rzadko zdarzało mi się nosić przy sobie więcej niż na taksówkę. Ale 
teraz, po wielu krótkich transakcjach, w ramach których zaspokajam cudze pierwotne instynkty, 
mam   w   szufladzie   na   bieliznę   prawie   cztery   tysiące   dolarów   w   zmiętych   banknotach 
niskonominałowych.

Oplątuję   zwitek   kasy   gumką   recepturką   i   idę   do   miasta,   zdecydowana   wynagrodzić   sobie 

strzelanie na mnie palcami i specjalne zamówienia („Proszę, żeby wszystko było pokrojone na małe 
kawałeczki. Tak, nawet bok choy”). Nie wiadomo, kiedy wydaję napiwki z jednego wieczoru na 
kaszmirowy   szal,   torebkę   jemeńskiej   kawy   ziarnistej,   dwie   butelki   wina   i   ręcznie   haftowaną 
poduszkę z Prowansji. Jestem w szale zagarniania, co tylko mi się spodoba, jakbym po długiej 
wstrzemięźliwości poszła w alkoholowy ciąg. Jakie ładne, biorę. Druga dokładka, jasne, poproszę. 
Należy mi się.

Wraz z torbami wbijam się w drzwi małego butiku z rzeczami do urządzania wnętrz. Na pewno 

zdołam   unieść   jeszcze   jeden   przedmiot,   zanim   dowlokę   się   do   domu   i   padnę.   W   chwili,   gdy 
rozważam, czy nie dodać do tego majdanu kobaltowego, ręcznie robionego flakonu, dzwoni moja 
komórka. Wygrzebuję ją z torebki i widzę na ekranie nieznany mi numer.

- Halo?
- Erin! - woła głos, który rozpoznałabym wszędzie. Waham się przez chwilę.
- Gina?
- Twoje plany dziś zmienione!
- Moje plany? - Nagle nachodzi mnie wrażenie, że Gina rządzi nie tylko moim czasem, ale i 

losem.

- Dziś weselne przyjęcie w „Roulette” . Łatwe, nie potrzebujemy cię.
- O! Dobrze...
- Więc   razem   z   Cato   obsługujesz   prywatne   przyjęcie.   Cato   twierdzi,   że   robisz   imprezy   dla 

Harolda, to ja wysyłam was dwóch do mieszkania mojego przyjaciela.

Cato, już nie żyjesz.
- Eee... co to za przyjęcie?
- Kolacja - mówi głośno Gina. - Dwadzieścia osób, czy coś koło tego. Wkładasz uniform i robisz 

background image

wszystko, co każą, jasne? O szóstej spotykasz się z Cato na rogu Sześćdziesiątej Szóstej i Piątej. Chcę 
być z ciebie dumna!

Rozdział 11

Parę godzin później spotykam się z Cato przed ponurym szarym budynkiem przy Piątej Alei. 

Cato ma świeżo naże-lowane włosy i opiera się o ścianę, paląc papierosa.

- Nic nie mów. Wyświadczyłem ci przysługę! - uprzedza mnie.
Przeszywam go morderczym spojrzeniem.
- Jakoś wątpię.
- No co! Myślałem, że z radością wyrwiesz się z „Roulette”.
- Tak, ale nie mogłeś mnie jakoś uprzedzić?
- A po co? Zarobisz tyle samo w połowę krótszym czasie. Powinnaś usłyszeć, jak Derek mnie 

błagał, żebym zabrał jego. Musiałem się opędzać stołkiem.

- Wielkie dzięki, że o mnie pomyślałeś, ale oni spodziewają się kogoś, kto wie, co robi.
Cato prycha.
- Przedtem nie miałaś obiekcji.
- A powinnam.
- Słuchaj - mówi, przydeptując papierosa. - Czy podawałaś kiedyś wujciowi kanapki podczas 

mistrzostw w telewizji? To bardzo podobne, tylko ludzie bardziej zadzierają nosa. Trzeba ich spić, 
dać im jeść i schodzić z drogi. Przysięgam, nie ma w tym większej filozofii.

- Obyś miał rację.
- Do tej pory nie wpuściłem cię w kanał, prawda? Podziękujesz mi, kiedy wyjdziesz stąd z małą 

fortuną. No, to chodź się zabawić.

Waham   się   przez   chwilę,   ale   idę   za   nim   do   chłodnego,   cichego   holu.   Portier   dzwoni   do 

mieszkania na górze, odprowadza nas do windy i czeka, aż zamkną się drzwi.

- Nawiasem

 

mówiąc,

 

wyglądasz

 

fantastycznie

 

-

 

odzywa

się Cato, obrzucając spojrzeniem moje umalowane na czerwono usta i długie kolczyki, prezent od 
Nate'a. - Pamiętaj, jesteśmy obsługą, nie gośćmi.

Przyglądam się sobie w lustrzanej ścianie.
- Jestem w gwałtownej potrzebie, chcę wyglądać ładnie dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Daniel i Phil. Nie miałem pojęcia, że jesteś taka niestała.
- Kto mówił o Danielu?
- Skarbie, nie ściemniaj. Od czasu tamtego grilla jesteś kłębkiem feromonów.
- Phil wczoraj spojrzał na mój tyłek. I tyle.
- Uważaj na siebie. Wiem, że to gorący towar, ale od grudnia zaliczył hostessę i jedną pomoc 

kuchenną. Pomoc pewnego dnia wybiegła z kuchni we łzach i już nie wróciła. Mówię ci, ten facet 
może narobić kłopotów.

- Nie bój się, umiem o siebie zadbać.
- Może. Ale Phil to chłopak z ekipy Carla, co oznacza, że jest wierny kuchni. Wierz mi, każdy, 

kto tak wygląda, zostawia za sobą szlak złamanych serc. Dlatego wolę brzydali - bo czuję się przy 
nich jak ciacho.

- Przynajmniej szczerze - mówię z uśmiechem.
- Krótka radość, ale wolę się czuć bosko przez parę godzin niż zwyczajnie przez cały czas.
Winda zwalnia; dojeżdżamy na ostatnie piętro.
- A właściwie dla kogo dziś pracujemy?
- Dla Franka i Patti Porterów. Ona jest zawodową celebrytką, a on grubą rybą w telewizji SSB. 

Dlatego zgłosiłem się do tej chałtury. Jeśli nie zacznę nawiązywać kontaktów, będę grywać epizody 

background image

aż do geriatrycznych pieluch.

- Czy to nie dziwne, obsługiwać ludzi w ich domu?
- Raczej nie. Miałem milion takich fuch i to bułka z masełkiem z porównaniu z wieczorem pod 

okiem Carla.

Drzwi windy się rozsuwają, ukazując wielki okrągły hol z marmurowymi posadzkami, lśniącymi 

żółtymi   ścianami   i   witrażowym   świetlikiem   w   kopule   nad   naszymi   głowami.   Z   rzeźbionego 
drewnianego stolika spogląda na nas beznose rzymskie popiersie.

- Kolejny   penthouse   za   dwanaście   milionów   dolarów,   jak   to   zwykle   na   Upper   East   Side   - 

wzdycha Cato. - Co się stało z przytulnymi kamieniczkami?

- Ja nie mogę - wyrywa mi się. - I mamy tak po prostu... wejść?
Cato chwyta mnie za rękę i wywleka z windy na zewnątrz.
- I to tak, jakby to wszystko było twoje.
Z głębi długiego korytarza dobiegają nas głosy, a potem przeraźliwie cienkie: „Witajcie!”. To 

słowo padło z ust mniej więcej czterdziestoletniej kobiety o brązowych włosach i lśniącej skórze, w 
powiewnym jedwabnym garniturze i złotej biżuterii.

- Bardzo dziękuję, że przyszliście. Jestem Patti, a wy ratujecie mi życie. Jak to cudownie, że 

Gina i Steve mi was udostępnili. - Pochyla się i przygląda blatowi stołu. - O, nie, nie dzisiaj! Ile razy 
mam jej mówić, żeby odkurzała pod kątem prostym? Rosalinda!

Do holu wbiega tęga Hiszpanka w uniformie pokojówki i czarnych pończochach.
- Tak, proszę pani?
Patti wskazuje stół.
- Rozmawiałyśmy   o   tym,   pamiętasz?   W   holu   powstaje   pierwsze   wrażenie.   Dlatego   to 

najważniejsza część domu.

Rosalinda wyszarpuje białą  ścierkę  z kieszeni  fartucha i  zaczyna polerować  już i tak  lśniące 

drewno.

- Bardzo przepraszam.
- Sprawdź cały apartament, natychmiast! Gzymsy nad kominkami i wszystko inne.  Muchas 

gracias. - Odwraca się do nas. - Gotowi? Proszę za mną.

Idąc   za   nią   przez   niekończącą   się   amfiladę   pokojów   na   wysoki   połysk   mam   wrażenie,   że 

znalazłam   się   na   planie   filmowym   albo   w   domu   słynnego   artysty,   obecnie   udostępnionym 
zwiedzającym.   Wszystkie   przedmioty   wyglądają   na   antyki,   ale   są   całkowicie   niezużyte,   jakby 
kupiono je dwieście lat temu i aż do dzisiaj trzymano w pokrowcach.

- Praca dla Giny musi być przyjemnością - odzywa się Patti, prowadząc nas koło sofy w czarno-

beżowe pasy, japońskich parawanów i ogromnych olejnych malowideł. - Prawda, że jest cudowna? 
Poznałyśmy się w zeszłym roku na gali na rzecz kanałów weneckich i od razu przypadłyśmy sobie 
do gustu.

- Fakt, jest cudowna - przyświadcza Cato, uśmiechając się do mnie przez ramię.
Voilà! - mówi Patti, wprowadzając nas do pomieszczenia jak trzy czwarte kuchni w „Roulette”, 

z wysokimi strzelistymi oknami z widokiem na park. Stoją tu dwie zmywarki, dwie lodówki, cztery 
piekarniki   oraz   dwunastopalnikowa   kuchenka   z   nierdzewnej   stali,   a   za   nią   szef   kuchni   w 
nieskazitelnie białej bluzie i czapce kucharskiej na siwych falistych włosach.

- Mój Boże - szepczę do Cato. - Widziałeś kiedyś coś takiego?
- Jestem gotów się w to wżenić - odpowiada półgębkiem.
- Jesteście   profesjonalistami,   więc   na   pewno   znacie   zasady   -   mówi   Patti.   -   Z   pytaniami 

zwracajcie się do Ro-salindy i szefa kuchni Yves'a. I pamiętajcie, że ten wieczór jest dla mnie bardzo 
ważny. Nic nie obnaża mocnych i słabych stron tak, jak domowe przyjęcie.

Rosalinda prowadzi nas do jadalni, gdzie na dwóch stołach na dziesięć osób stawiamy talerze z 

ręcznie malowanej porcelany i kryształy tak ciężkie, że pewnie kosztowały więcej niż mój roczny 

background image

czynsz.

- Wmów sobie, że to papierowe talerze i słoiki po musztardzie, a niczego nie zbijesz - mówi 

Cato. - To taka psychologiczna sztuczka, jak wyobrażanie sobie widzów w bieliźnie.

Wracamy do kuchni po kieliszki do wina i zastajemy Patti kłócącą się z Yves'em o deser.
- Ale nie pasuje do kwiatów! - krzyczy ona.
- Pszikro mi, nis innego nie mogę zrobić.
- Błoto! Wygląda jak błoto!
- Ależ, madame, tak właśnie powinien wyglądać czekoladowy suflet.
- Nie   możesz   zrobić   czegoś,   żeby   wyglądał   bardziej...   -   Patti   trzepocze   wypielęgnowanymi 

dłońmi - ...jaśniej? Bardziej puszyście?

Yves wydyma usta.
Madame prosiła o suflet i oto suflet.
- Proszę cię, potrawa musi pasować do aranżacji stołu. Za te orchidee zapłaciłam... - nasza 

gospodyni zwraca spojrzenie ku sufitowi - ...nawet nie potrafię wymówić ile. Bajońską sumę.

Kucharz cmoka z dezaprobatą.
- Nie jestem dekoratorem wnęsz! Nie robię dań pod kolor ścian!
Patti zmienia ton z przymilnego na surowy.
- Posłuchaj mnie, Yves. Dałam ci wolną rękę. Ale kiedy się przy czymś upieram, co nie zdarza 

się często, to spodziewam się posłuszeństwa. Jasne?

Yves wzdycha głośno na znak kapitulacji.
- Dobrze. Zrobię sitrinowy, ale proszę nie mieć pretensji, jeśli...
Patti zwycięsko zadziera głowę i klepie go po ramieniu.
- Do głowy by mi nie przyszło. No - odwraca się do nas - niedługo zaczną się zjawiać goście, a wy 

powinniście wyglądać, jakbyście przeżywali najwspanialszy wieczór swojego życia! Nikt nie lubi 
patrzyć na ponure miny.

Mon Dieu - mamrocze Yves, wyszarpując z lodówki foremkę z jajkami.
Niski szpakowaty mężczyzna o grubym karku staje w progu i całuje Patti w czoło. To pewnie 

Frank Porter, znany ogólnie gigant medialny.

- Witam wszystkich - odzywa się. - Nie wiem, kim jesteście, ale witajcie, bawcie się dobrze i 

najpóźniej o jedenastej wyrzućcie wszystkich za drzwi!

*

Kiedy   rozlega   się   dzwonek   i   zaczynają   napływać   goście,   wraz   z   Cato   stawiam   szampana   i 

przystawki   na   srebrne   tace   i   zaczynam   je   roznosić   do   kilku   profesjonalnie   zróżnicowanych 
stylistycznie pokojów. W kącie stoi fortepian, jak wielki bibelot, którego nikt nie używa.

- Kelnerska mina na twarz, mała - odzywa się Cato.
- Dobrze - odpowiadam, zanurzając się w tłum. - Robi się.
Z uśmiechem trochę cheerleaderki, a trochę polityka podczas przedwyborczych spotkań, kręcę 

się   wśród   gości,   mamrocząc   „Bliny   z   łososiem?   Krewetki?”   i   uskakując   przed   rzucanymi   w 
powietrze   pocałunkami.   Nasz   gospodarz   przysiadł   na   oparciu   fotela   i   wymienia   uściski   dłoni   i 
pocałunki w policzek, a także flirtuje na całego ze wszystkimi kobietami, które nie noszą odzieży 
roboczej. Jeśli jego żona to widzi, nie daje po sobie poznać. Ma na głowie inną, ważniejszą sprawę.

- Eee... Erin, prawda? Możemy zamienić słówko?
- Jasne. - Taca i ja płyniemy za nią za próg salonu.
- Muszę cię poprosić o przysługę - szepcze Patti. 
Oczy ma wielkie i ufne. Zaraz mnie w coś wtajemniczy, a ja kiwam poważnie głową na znak, że 

jestem chętna do pomocy.

- Oczywiście.

background image

Patti wzdycha.
- Twoje kolczyki są interesujące, ale szczerze mówiąc - bardzo duże i krzykliwe. Nie pasują.
Dotykam kół ze srebra i onyksu, które Nate kupił mi dwa lata temu w Gwatemali.
- Nie pasują? - Nagle czuję się jak wielka, brzydka kanapa.
- Do wystroju. Zbyt cygańskie. A mój styl, jak widzisz, jest bardziej klasyczny.
- Rozumiem.
- Więc byłabym wdzięczna, gdybyś w wolnej chwili zechciała je zdjąć.
Dziwaczne prośby już mnie nie dziwią tak jak kiedyś. Uśmiecham się i oznajmiam:
- Z radością.
Patty klaszcze w dłonie.
- Cudownie! Dziękuję za zrozumienie. O... jest moja córka. I pije szampana!
Patti podbiega do roześmianej dziewczyny w różowej sukience do kolan i wysokich koturnach. 

Ma   nie   więcej   niż   czternaście   lat,   skubie   miniroladkę   z   homarem   i   rozmawia   z   dorosłymi 
mężczyznami, jakby od urodzenia wprawiała się w sztuce towarzyskiej etykiety. Nie zwraca uwagi 
na stukającą ją w ramię matkę do chwili, gdy obiekt jej uwagi odchodzi.

- No co? - rzuca, a ja kryję się za drzewem w doniczce i wysupłuję kolczyki z uszu. Nie mam 

kieszeni, do której mogłabym je schować, więc nie pozostaje mi nic innego, tylko
wziąć je w dłoń, a drugą trzymać tacę. - Nie wiesz, mamo, że niegrzecznie jest się wtrącać do 
rozmowy?

- Edie, to przyjęcie dla dorosłych, a ty musisz odrobić historię.
- Piętnaście minutek!
- Spójrz mi w oczy, kiedy z tobą rozmawiam. Na Manhattanie są tylko trzy przyzwoite szkoły, a 

ciebie wyrzucono już z dwóch. Chcesz wylądować w szkole z internatem w jakimś Vermoncie? Bo 
do   tego   dojdzie,   jeśli   się   nie   podciągniesz.   -   Patti   wskazuje   drzwi.   -   Do   lekcji.   Natychmiast!   - 
Dostrzega w tłumie znajomą i natychmiast uśmiecha się promiennie. - Sonia! Już myślałam, że nie 
dotrzecie.

Sonia? Omal nie upuszczam krabów w cieście filo. Oto i dziewczyna Daniela, stojąca pół metra 

ode mnie w ozdobionych klejnotami sandałach na szpileczce i w czarnej sukience, która kończy się 
falbanką tuż nad kolanami. Jej srebrnoblond włosy są ściągnięte w bezpretensjonalny koński ogon, 
który nadaje jej wyraz absolutnej pewności siebie.

Tu jest Daniel. Na pewno.
- Przepraszam za spóźnienie, ciociu - mówi Sonia. -Musiałam znowu odwiedzić babcię. Wiesz, 

jaka jest, kiedy pobędzie sama przez pięć minut.

- Ja tego nie rozumiem - oświadcza Patti. - Ma tam tylu przyjaciół. Na Boga, Frank i twoja 

matka płacą za ten dom tak dużo! Powinna przynajmniej udawać szczęśliwą.

- Nie była szczęśliwa od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Najpierw tarczyca, 

teraz plecy...

- Nonsens. Wszystkich nas przeżyje. Kiedy ostatnim razem u niej byliśmy, nie mogliśmy jej 

przekonać, żeby usiadła. Jest tak samo zdrowa, jak my.

- Chora z urojenia. - Sonia śmieje się beztrosko. - Pewnie będzie tak jęczeć jeszcze dwadzieścia 

lat. Boże, jestem okropna, prawda?

Patti zniża głos.
- Ależ skąd. W tej sytuacji rozdrażnienie jest naturalne, więc nie pozwól się wpędzać z tego 

powodu w kompleksy. Jadłaś tam coś?

- Nie. Na widok foteli inwalidzkich tracę apetyt.
- Biedactwo. Musisz się słaniać z głodu.
- Praca i odwiedzanie babci co tydzień. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak zmęczona.
- Masz...   poczęstuj   się   przystawkami   Yves'a   -   zarządza   Patti,   chwytając   mnie   za   rękaw.   - 

background image

Naprawdę, przeszedł dziś sam siebie. Te krewetki są boskie.

Sonia przygląda się tacy. Nie zauważa nawet, że trzyma ją ludzka istota, cóż dopiero mówić o 

rozpoznaniu twarzy kelnerki sprzed dwóch dni.

- A to są... - zaczyna Patti.
- Grillowane   krewetki   w   cieście   filo,   muśnięte   cytrynową   oliwą   z   oliwek   -   recytuję 

wyćwiczonym, monotonnym głosem.

- Jak powiedziałam, można skonać z zachwytu - zachęca Patti.
- Nie   umyłam   rąk   -   wykręca   się   Sonia,   ale   bierze   serwetkę   i   ostrożnie   chwyta   przez   nią 

krewetkę. - Kto wie, jakie bakterie latają w powietrzu w takim miejscu?

Patti odprawia mnie niemal niezauważalnym ruchem głowy.
- Dokładnie wiem, co czujesz. Ostatnio zaczęłam brać antybiotyki po każdym wyjściu na dwór. 

Weź sobie drinka, rozpogodzisz się.

- Zaraz, wróć - zatrzymuje mnie Sonia w drodze do następnej grupy gości. Zabiera mi z tacy 

dwie krewetki. - Bardzo dobre, Patti. Nagle poczułam, że umieram z głodu. - Biorą się pod ręce i 
odpływają na drugą stronę pokoju.

W chwili, gdy starszy pan, który ciągle puszcza do mnie oko, zabiera mi ostatniego eskalopka, 

słyszę:

- Przepraszam... czy są jeszcze te takie z łososiem?
Przełykam ślinę przez nagle zaciśnięte gardło i odwracam się w stronę uśmiechniętego Daniela z 

kieliszkiem szampana.

- Wszędzie cię pełno - zauważa.
- Co tu robisz? - pytam, rzucając kolczyki pomiędzy wykałaczki i zmięte serwetki na tacy.
- Pracuję dla Franka Portera. Ty najwyraźniej też. - Daniel wrzuca do ust miniblina. - Niezłe. 

Nie takie dobre, jak skrzydełka u Edwardsów, ale może być.

- Ojciec bardzo by się ucieszył.
Nagle wyobrażam sobie rodziców, wchodzących do tego pokoju - ojciec w białych trampkach i 

szortach,   matka   w   sukience   w   wisienki   i   z   butelką   wina   za   dziesięć   dolarów,   oboje   zbyt 
prostoduszni, żeby udawać nonszalancję.

- A niech mnie drzwi ścisną - słyszę ojca, który zwraca się do pana Portera: - To prawdziwy 

obraz czy taka dobra reprodukcja?

- Poszczęściło ci się z domem? - pytam.
- Jeszcze nie. Jedyny ładny przechwycił facet, który zamierza go zburzyć.
- Może pora włączyć do gry Naomi. Znajdzie ci dom, zanim jego właściciele zorientują się, że go 

sprzedają.

- Jeśli   nie   znajdę   niczego   przez   najbliższe   miesiące,   zadzwonię   do   niej.   -   Daniel   dopija 

szampana i odstawia kieliszek na moją tacę. - O co chodzi z tymi kolczykami? Ktoś je oddał w 
zamian za krewetki spod lady?

- To moje. Patti uważa, że są za krzykliwe.
- Dlaczego je obnosisz na tacy?
- Nie mam kieszeni.
Daniel bierze moje kolczyki i wkłada je do kieszeni na piersiach.
- Już masz.

Po podaniu zupy z opiekanej żółtej papryki, razem z Cato obchodzimy każdy stolik, podając 

śmietankę i siekaną natkę pietruszki. Daniel siada naprzeciwko ukrytej za orchideami na środku 
stołu Soni, która rozwija brokatową serwetkę i mówi:

- Czytałeś ten scenariusz, Dan? Ten napisany przez meksykańskiego handlarza narkotyków? Co 

background image

sądzisz?

- Myślę, że był trochę nijaki. Trudno było mi się w niego wgryźć.
- Był ostry - sprzeciwia się ona. - Nie zrozumiałeś.
- Posłuchaj  go, Soniu  -  wtrąca  się  jej  wujek. -  Trzeba  być  wielkim  scenarzystą,  żeby  dodać 

szlachetności facetowi grzejącemu heroinę, zwłaszcza kiedy przez pół filmu przewozi przez granicę 
nielegalnych imigrantów.

- Ale on naprawdę to wszystko przeżył. Myślę, że musimy zaryzykować i zacząć produkować 

bardziej ekstremalne rzeczy. Wszystko, co robimy, jest takie grzeczne.

- Podziwiam twoją pasję - mówi Frank - i popieram wszystko, co niegrzeczne. Ale na gloryfikacji 

przestępstwa   nie   zajedziemy   daleko,   zwłaszcza   kiedy   naszymi   widzami   są   trzydziestodwuletnie 
młode kobiety z Missouri. To jest nasz target. Kiedy będziesz w tym siedzieć tak długo jak Daniel, w 
trzy minuty się zorientujesz, co będzie mieć oglądalność u familijnej widowni.

Sonia przewraca oczami.
- Familijna widownia!
- Chyba nie każesz jej czytać scenariuszy przez najbliższych pięć lat - wtrąca Patti.
- Może   parę  -  odpowiada  Frank,  obejmując  siostrzenicę.  -  Musi  spełnić  ten  obowiązek,  jak 

każda inna wspaniała kobieta z dobrej rodziny, nieprawda?

- Właśnie - dodaje przekornie Daniel. - Niech zacznie tyrać jak my wszyscy.
- W takim razie proszę o podwyżkę - droczy się Sonia i całuje wujka w policzek.
- Może natki? - odzywam się przez zaciśnięte zęby.
Dopiero po paru sekundach dociera do niej, że ktoś do

 

niej przemówił.

- Czy w tej zupie jest jakiś produkt mleczny? - pyta.
W jej obojętnych oczach widzę, że mnie nadal nie poznaje.
- Nie sądzę.
- Byłabym wdzięczna, gdybyś zechciała spytać Yves'a - mówi Sonia. - I nie, dziękuję za natkę.
- Straszna, co? - odzywa się Cato, kiedy radośnie przynoszę Soni złe wieści (tłusta śmietana i 

masło). - Dokładnie takie bogate wiedźmy kocham nienawidzić. I żałuję, że nią nie jestem.

- Nie zgodziłabym się, gdybym wiedziała, że ona tu będzie.
Cato uśmiecha się złośliwie.
- Z Danielem? Na pewno byś się zgodziła.
- Przez tę gadaninę w mojej kuchni boli mnie głowa - odzywa się Yves. Nalewa sobie sherry na 

palec i pociąga łyk. - Dlaszego kelnerzi zawsze koniecznie mówią?

- Wybacz, Yves. Odreagowujemy stres - wyjaśnia Cato. - W przeciwnym razie musielibyśmy się 

rzucić   szczupakiem   przez   wyjście   awaryjne.   -   Pochyla   się   ku   mnie.   Kiedy   Sonia   przychodzi   do 
„Roulette”, Luis zawsze robi znak krzyża. Według niego to najbardziej seksowna babka od czasów 
Rosario Dawson. To mnie dobija.

- Nie rozumiem, co Daniel w niej widzi - mówię cicho. - Jest o wiele normalniejszy od niej. 

Przynajmniej tak mi się zdawało.

- Bogacze   dobierają   się   inaczej   niż   my,   prości   ludzie.   Nieważne,   czy   wydaje   ci   się   miły   i 

wyrafinowany. Koniec końców bogaci trzymają się razem.

- Widziałeś jego samochód?
- Nie, ale o nim słyszałem. Ten samochód to jego hobby. Nie ożeni się z nim.
- Myślałam, że to może coś znaczyć.
- Jasne, że biedna dzielnica jest zabawna, o ile nie musisz w niej mieszkać.

*

Po deserze goście przechodzą do biblioteki. Razem z Cato suniemy od kanapy do kominka, od 

kominka   do   fotela,   proponując   herbatniki,   ciasteczka   do   espresso   i   czekoladki.   Odzywam   się 

background image

specjalnym „pomrukiem”, głosem ledwie słyszalnym, ale przekazującym tak istotne informacje, jak 
„trufle” i „calvados”. Sonia i Daniel siedzą na malutkiej kwiecistej berżerce, on obejmuje jej opalone 
ramiona. Wręczam mu kieliszek dokładnie w chwili, gdy Sonia całuje go w kącik ust.

- ...ękuję - mówi Daniel.
- Pojedźmy w przyszły weekend na Harbour Island -szepcze Sonia. - Chcę zobaczyć hotel, który 

zaprojektowała India.

Daniel pociąga brandy.
- A może odczekamy, aż minie pora huraganów?
- Dlaczego? Huragany są romantyczne.
Stoję pod ścianą, z rękami za plecami. Pamiętam, że bardzo niewielkim kosztem zarabiam górę 

pieniędzy, ale i tak czuję się podle. Cato napełnia kieliszek pana Portera koniakiem i wykorzystuje 
tę okazję, by błagać o rolę.

- ...napisali, że wniosłem nowe życie w postać Orlando - mówi.
- Nie wątpię - rzuca pan Porter, zerkając na zegarek.
- Jestem otwarty na wszystko, ale na razie moim celem jest teatr lub serial.
Pan Porter ziewa.
- Dobrze mieć w życiu cel.
O   wpół   do   dwunastej   goście   zaczynają   się   rozchodzić,   a   ja   i   Cato   pomagamy   Rosalindzie 

przywrócić kuchni jej przedimprezowy wygląd.

- Pan  Porter  powiedział, żebym  zaufał  swojemu agentowi i  przyniósł mu następne cygaro - 

warczy Cato, wycierając kieliszki. - A po co ugrzęzłem w tej branży?

- Przykro mi. Co by ci poprawiło humor? Da się coś zrobić?
- Nie wiem. Pewnie gdzieś wyjdę z ludźmi z pracy. Może do nas dołączysz? Będziemy chlać i 

podrywać obcych.

- Fantastyczna zabawa, ale muszę wyprowadzić Rocketa.
- To wpadnij, jak go już wyprowadzisz. Zarezerwujemy dla ciebie krzesło i tanią wódę.
- Gdzie się wybierasz?
- Spotykamy   się  w  „Reaktorze   6”.  To  knajpa  na  Avenue  B,  w  stylu   nuklearnym.  Wierz  mi, 

trudno jest się źle bawić w cieniu grzyba atomowego z papier mâché. Hasło „żyje się dziś” od razu 
zyskuje całkiem nowe znaczenie.

Uśmiecham się i odstawiam ostatni kieliszek na marmurowy blat.
- Mogę przyprowadzić moją przyjaciółkę Rachel?
- Kochanie, każda twoja przyjaciółka jest moją przyjaciółką.
Patti wchodzi do kuchni z dwiema kopertami.
- Jesteście darem niebios - mówi, wręczając nam je. - Absolutne cuda. Bardzo wam dziękuję. 

Wszystko poszło idealnie, z wyjątkiem sufletu, a to nie wasza wina. Tym razem muszę pogawędzić 
sobie z Yves'em o trzymaniu poziomu. Widzieliście go?

Kręcimy   głowami,   choć   oboje   widzieliśmy,   jak   godzinę   temu   wymykał   się   przez   wyjście 

służbowe.

Rozdział 12

Rachel i ja zabieramy drinki i wciskamy się w betonowy zakątek „Reaktora 6”. Na ścianach 

pomieszczenia udającego bunkier wiszą plakaty z okresu zimnej wojny, a geje, wytatuowani hipisi i 
znudzeni   studenci   walczą   o   wolne   miejsca   na   sofach   z   lat   pięćdziesiątych.   Od   muzyki   techno 
podłoga drga pod naszymi stopami.

- Kiedy się zdecydowałaś? - pyta Rachel.
- Nie zdecydowałam się, skapitulowałam.

background image

- Rozumiesz, co to znaczy, prawda?
- Aha. Że mam psa.
- I będziesz się nim zajmować, dopóki któreś z was nie umrze.
Pociągam białe wino niewiadomej marki.
- Dlaczego mnie ochrzaniasz? Myślałam, że właśnie tego chciałaś.
- Upewniam się, że przeczytałaś to, co drobnym druczkiem. Jesteś gotowa na spacerki o szóstej 

rano, na które nie masz najmniejszej ochoty? Wypadki? Liniejącą sierść?

- Oczywiście. Wiem, w co się pcham.
Z tłumu wyłania się Jane z dużym różowym drinkiem. Siada obok mnie. Przestawiam ją Rachel 

w chwili, gdy zjawia się Phil w wytartej skórzanej kurtce, kucharskich spodniach i czerwonych 
glanach. Staje koło Alaina i Cato 
przy barze i rozgląda się po sali. Zatrzymuje na mnie spojrzenie i posyła mi znaczący uśmiech, który 
natychmiast kasuje wspomnienie ręki Daniela na gołym kolanie Soni.

- Co sądzisz o Philu? - pytam Jane.
Spogląda na mnie przez opary suchego lodu, mające imitować opad radioaktywny.
- Dobry materiał na romans. Bo co?
- Bo ciągle flirtujemy.
- Uważaj   -   mówi.   -   Carl   jest   jak   trener,   który   nie   pozwala   nikomu   rozpraszać   swoich 

zawodników.

- Nie zamierzam go rozpraszać, tylko zedrzeć z niego ciuchy. Ale to mu nie przeszkodzi gotować, 

prawda?

- Jeśli Carl się dowie, jedno z was wyleci. I raczej nie jego protegowany.
- Ona to robi z powodu zajścia z tym całym Danielem - wtrąca się Rachel.
- Wiem - mówi Jane. - Cato zdał mi zwięzły raport.
- No co!  -  przerywam im. - Uznałam, że miło będzie  pogawędzić  z kimś,  z kim  codziennie 

pracuję, nic więcej.

- Jaaasne - nie daje się nabrać Jane.
- Opowiedz coś jeszcze - dodaje Rachel.
Dziesięć minut później siedzę z Philem na jednym stołku przy barze, pijemy z jednej butelki i po 

raz pierwszy rozmawiamy nie o tym, co jedzą inni ludzie. Dowiaduję się, że Phil jest ode mnie 
cztery miesiące młodszy, nigdy nie był dalej na zachód niż w Ohio i przyszedł tu tylko dlatego, bo 
Alain twierdził, że tu będę.

- Nigdy nie udaje nam się pogadać w pracy, więc pomyślałem, że tutaj cię złapię - mówi.
- I tak lepiej spotkać się poza pracą.
- Aha, choć dla mnie to trochę dziwne. Kucharze na ogół nie chodzą z kelnerkami.
- Tylko z hostessami i pomocami kuchennymi?
Patrzy na mnie, jakby nie rozumiał.
- Nie   mamy   wiele   wspólnego,   rozumiesz?   W   kuchni   toczy   się   życie,   którego   nie   możesz 

zrozumieć,   jeśli   nie   bierzesz   w   nim   udziału.   Trzeba   mieć   jaja,   żeby   pracować   przy   kuchni 
sześćdziesiąt godzin tygodniowo, i w dodatku zarabiasz gówniane pieniądze, dopóki nie znajdziesz 
się na szczycie albo nie zyskasz pakietu akcji, jak Carl. I zawsze musisz mieć nowe pomysły. Na 
przykład Carl niedawno znalazł jednego gościa z Lockheed Martin, który zrobił mu urządzenie, 
nadające powietrzu dowolny smak.

- Powietrzu?
Phil przytakuje.
- Dzięki   temu   wrażenia   smakowe   są   silniejsze.   A   to   dopiero   początek.   Carl   pracuje   nad 

łączeniem molekuł smaku, żeby stworzyć dania, jakich nikt przed nim nie robił.

- To chyba wyjaśnia, skąd się wzięło to nowe carpaccio w płynie.

background image

- Wariactwo, nie? Jeśli dalej tak będziemy trzymać, wykończymy Hollanda.
Kończę piwo i odstawiam butelkę.
- Co ty na to, żeby na jeden wieczór zapomnieć o „Roulette” i zatańczyć?
- Przy tym dziadostwie? - krzywi się, wskazując kciukiem didżeja.
- Innym to nie przeszkadza.
I zaraz potem znajdujemy się w spoconym tłumie. Mokre włosy Phila muskają moją twarz; z 

powodu ścisku musimy się do siebie zbliżyć.

- Lubię patrzyć, jak pracujesz - mamrocze Phil w moje ucho. - Zawsze jesteś taka poważna.
- Bo nie wiem, co robię - odszeptuję. 
Phil mocniej mnie obejmuje.
- A wiesz, co robisz mnie?
Po dwóch piosenkach schodzimy z parkietu i trzymamy się pod stołem za ręce, podczas gdy 

Rachel i Alain rozmawiają o klasycznych koktajlach. Flirtowanie z kimś z obozu
Carla ma w sobie podniecający dreszczyk, jakbym stała się kłusownikiem. Niemal spodziewam się 
usłyszeć przez megafon: „Odłóż powoli to tanie chardonnay i odsuń się od kucharza”. Phil dotyka 
udem   mojej   nogi   i   po   raz   pierwszy   od   trzydniowego   romansu   z   rzecznikiem   prasowym   mojej 
dawnej firmy uświadamiam sobie, że nie spędzę tej nocy we własnym łóżku.

Cato   miał   świetny   pomysł   z   tą   knajpą.   Uwielbiam   tego   faceta   -   a   gdzie   on   właściwie   jest? 

Zauważam, jak wywija z Jane na parkiecie, roztrącając tańczących w promieniu półtora metra.

- Chcesz się stąd zbierać? - szepcze Phil w moje włosy.
Dopijam drinka.
- Zadzwoń do mnie jutro - mówię do Rachel.
- A na pewno będziesz już w domu?
Phil i Alain ściskają sobie dłonie. Alain puszcza do mnie oko. Coś mi mówi, że wszyscy się o tym 

dowiedzą, ale co z tego? Będę się o to martwić później. Phil kładzie dłonie na moich biodrach i 
steruje mną w tłumie. Za progiem obracam się i całuję go, a kiedy mówi: „Mieszkam parę przecznic 
stąd”, odpowiadam: „Prowadź”.

Docieramy do nędznego bloku i idziemy po wykładanych chodnikiem schodach.
- Nie zdziw się, jeśli Patrick i Kevin będą w domu - mówi Phil, otwierając drzwi.
- Patrick z „Roulette”?
- Aha. Kevin jest młodszym ciastkarzem w „Esca”. Na ogół przychodzą przede mną.
Ale w domu jest ciemno i cicho. Phil włącza górne światło w salonie, w którym stoi kanapa 

nakryta   meksykańskim   kocem,   stereo   z   ogromnymi   głośnikami   i   telewizor   na   skrzynce   po 
pomidorach w puszce. Łącznie z dwoma malutkimi sypialenkami i wnęką z łóżkiem całe mieszkanie 
nie może liczyć więcej niż pięćdziesiąt metrów.

- Jak tu się mieszczą trzy osoby? - pytam. - Carl powinien wam dać podwyżkę.
- Dał, parę miesięcy temu - mówi Phil obronnym tonem. - Może mi nie uwierzysz, ale w tym 

mieście dwadzieścia dziewięć patyków to dobra pensja.

- O. Nie wiedziałam - mamroczę wdzięczna, że dzięki kelnerskim zarobkom mogę zachować 

moje mieszkanko.

- Spłacam osiemnastoletni kredyt za szkołę kulinarną. Wydaje się, że to cała wieczność, ale 

kiedy pomyśleć, ile się spłaca dom, to już nie tak źle.

W ciasnej kuchni Phil otwiera lodówkę i wyjmuje dwie butelki budweisera light - niespecjalnie 

lubię, ale przestało mnie to obchodzić. Pociągam piwo i zastanawiam się, ile różnych alkoholi dziś 
przyjęłam. Podejrzewam, że oznacza to wstanie z łóżka o dwie godziny później. Ale nie sięgam 
myślą tak daleko. Phil zabiera mnie do swojej miniaturowej prostokątnej sypialni, gdzie stoi lampa 
bez abażuru i pudełko muesli na komodzie. Zamyka drzwi, a ja poddaję się szaleństwu zmysłów i 
zaczynam rozpinać bluzkę.

background image

Phil siada na niepościelonym futonie i szarpie się ze spodniami.
- Chodź no tutaj - mówi. - Od dawna nie dajesz mi spokoju.
Ściąga sweter przez głowę, ukazując szczupły, umięśniony tors i twarde ramiona strongmena. 

Siadam obok niego, a on niespodziewanie uśmiecha się z zawstydzeniem.

- Carl by nas za to zabił. Pochylam się ku niemu.
- Może jutro. Ale nie dzisiaj.

*

Trzask!
Budzę  się  gwałtownie.  Jest  tuż po  czwartej  rano.  W  mdłym  świetle  latarni  za  oknem  widzę 

leżącego na wznak
Phila z kołdrą oplataną wokół kolan. Na jego nagiej piersi nadal lśnią kropelki potu.

Czy   mam   na   sobie   majtki?   Siadam   i   ostrożnie   obmacuję   nogi.   A   skąd.   Jestem   spocona, 

spragniona i mgliście przypominam sobie, jak Phil wyginał mnie w pozycję, która chyba jeszcze nie 
została nazwana. Zaczęliśmy na łóżku, przenieśliśmy się na parapet, biurko, a na koniec na poma-
rańczowo-brązowy chodnik z rafii. Dotykam podrapanego lewego uda i uśmiecham się.

- ...jakąś muzę - odzywa się męski głos w salonie. Ktoś kaszle, słyszę kroki, a potem łomot 

stereo. O, nie. Wrócili lokatorzy Phila, w dodatku w towarzystwie.

- ...ta, którą bzyka Carl. - To Patrick.
- Która? - pyta inny głos.
- Zalicza   wszystko,   co   żyje.   Niektóre   ledwie   pełnoletnie,   inne   babcie.   Ta   Portorykanka, 

pamiętasz? Miała co najmniej czterdzieści pięć lat.

- Była ekstra. Moja babcia tak nie wygląda.
- Za dziesięć lat będę taki sam - zapowiada Patrick. - To pozytywna strona bycia szefem kuchni.
- Tak, jeśli jeszcze będziesz mógł.
Ilu ich tam jest? Czterech? Pięciu? Chcę iść do domu, a w tym celu musiałabym przemaszerować 

przez pokój pełen obcych.

- Phil - szepczę. - Wychodzę.
Zero reakcji. Trącam go lekko. Phil przysuwa się do mnie.
- Gotowa? - mamrocze.
- Może i tak, ale przyszli twoi koledzy. Oplata mi biodra rękami.
- I co z tego? Olej ich.
- Nie mogę. Lepiej pójdę.
- Nie - mówi łagodnie. - Zostań, dobrze? Daj mi chwilę, niech się obudzę... - Jego ramiona z 

wolna zsuwają się ze mnie i Phil zasypia.

- Ja się chcę uwalić!- ryczy ktoś.
Świetnie. Pora się zbierać.
Wkładam koszulę i spodnie, znajduję wiszącą na słupku łóżka torebkę i po omacku sprawdzam, 

czy nie zostawiłam czegoś na podłodze. Teraz muszę stąd wyjść i dotrzeć do drzwi. Będzie strasznie, 
ale tylko przez chwilę. Poza tym, jakie mam wyjście? Czekać godzinami, aż wszyscy się uchleją? A 
Phil rano usmaży nam wszystkim naleśniki?

Sprawdzam,   czy  kolczyki   nie   wypadły   mi   z  uszu.  Przypominam   sobie   -   nadal   są  w   kieszeni 

Daniela. W końcu udało mi się przestać o nim myśleć, no i proszę, znowu on, całkiem nieproszony.

Mieszkanie trzęsie się od głosu Curtisa Mayfielda. Zarzucam torebkę na ramię i oceniam, ile 

zajmie mi przejście przez salon. Jeśli dodam gazu, góra pięć sekund. Poza tym, kogo obchodzi, co 
sobie pomyślą? Patrick też pewnie już sypiał z dziewczynami, które ledwie zna, a jeśli nie, to by 
chciał. Nie ma prawa mnie oceniać.

Nakręciwszy się w ten sposób, otwieram drzwi i mrużę oczy przed mocnym światłem. Jakby 

background image

specjalnie, żeby zrobić mi dobre wejście, muzyka cichnie. Facet przy stereo wytrzeszcza na mnie 
oczy, a trzech innych podnosi głowy znad blendera w kuchni. Maszeruję, nie rozglądając się na 
boki.

- Erin? - odzywa się Patrick. - Co tu robisz?
- Znasz ją? - pyta ktoś.
Blondyn z dredami wyłania się spod stołu.
- Gdzie macie kahluę?
Zaskoczenie Patricka zmienia się w rozbawienie.
- Obudziliśmy cię? Chcesz drinka? Będzie ekstra, z bananami.
Szarpię za drzwi i maszeruję korytarzem.
- Kurwa, kurwa, kurwa żeż - mamroczę.
Na   schodach   dogania   mnie   głośny   śmiech,   który   towarzyszy   mi   aż   na   ulicy,   o   tej   porze 

ciemniejszej niż parę
godzin temu. Po chodnikach poniewierają się śmiecie, a z bram bucha odór moczu. Gdzie ja jestem? 
Nie   chciałabym   się   tułać   po   takiej   okolicy   w   środku   nocy.   Nadal   mam   przy   sobie   kasę,   którą 
zarobiłam na prywatnym przyjęciu - trzysta pięćdziesiąt dolarów minus rachunek za parę kolejek. 
Kurczowo   ściskam   torebkę   i   trzymam   się   blisko   krawężnika,   wypatrując   na   horyzoncie   wolnej 
taksówki. Dziesięć minut później dostrzegam ją w oddali.

- Hej! - wrzeszczę i puszczam się pędem. Szarpię za klamkę, wskakuję do środka i rzucam swój 

adres.

- Mało brakowało, a bym pani nie zauważył - mówi kierowca.
Osuwam się na oparcie siedzenia.
- Nie szkodzi, wszyscy inni zauważyli.

*

Jeszcze nigdy, przenigdy nie cieszyłam się tak z powrotu do domu.
Wyprowadzam Rocketa na pięć minut, wrzucam ciuchy do torby z praniem i wkładam szlafrok. 

Szorując zęby, patrzę na siebie w lustrze. Taką widzieli mnie koledzy Phila - z rozmazanym tuszem, 
przekrwionymi   oczami   i   wymowną   malinką   na   szczęce.   Gdybym   nie   była   tak   zmęczona, 
poczułabym się naprawdę upokorzona. Dopiero kiedy gaszę światło, zauważam migającą lampkę na 
automatycznej sekretarce.

Masz jedną nową wiadomość.
Wciskam odtwarzanie i oto w pokoju rozlega się głos, którego nie spodziewałam się usłyszeć.
- Erin,   cześć.   Tu   Carl   Corbett.   Chciałbym,   żebyś   przyszła   jutro   do   restauracji   o   godzinę 

wcześniej. To będzie jeden z najważniejszych wieczorów twojego życia, więc musisz szybko zacząć 
przygotowania. Czy rozbudziłem twoje zainteresowanie? Świetnie. Śpij dobrze.

*

- Dostałem taką samą wiadomość - mówi Cato następnego dnia. - Ale do mnie powiedział, że to 

będzie jak premiera w Gershwin Theater.

- Co jest grane? - odzywa się Jane, hałaśliwie rozkładając obrus. - Wczoraj wróciłam do domu i 

Julian powiedział, że o północy dzwonił do mnie jakiś mężczyzna, który rzucił tajemniczy tekst o 
przygotowaniu do egzaminu dojrzałości.

Ron wygrzebuje nożem ogarek świecy z kryształowego świecznika.
- Myśmy już spali, kiedy Carl zadzwonił, że mam się przygotować do roku zero. Nie mogłem z 

niego wydusić sensownej odpowiedzi. Poszedłem do biura, jak tylko tu przyjechałem, ale Steve nie 
otwiera drzwi.

- Klasyczna taktyka dyrektorska - burczy Derek. - Zdopingować nas do cięższej roboty, a potem 

background image

zmącić i nic nie wyjaśnić.

- Na pewno o piątej okaże się, co jest grane - mówię głosem zachrypniętym z niewyspania. - 

Carl nie może w nieskończoność robić tajemnic.

- Widzicie tę listę dodatkowej roboty? - pyta Cato. -Wymyć ściany, wypolerować toalety... Bez 

jaj!

- Dziś musi przyjść ktoś sławny - zgaduje Jane. - Phil ci coś wspominał, Erin?
- Nie pamiętam. Szczerze mówiąc, w ogóle mało pamiętam w tamtego wieczoru.
- A właśnie, śliczna malinka - chwali Cato. - Jak po potańcówce w szkole.
Odwracamy się jak na komendę, słysząc w holu stukot obcasów. To Gina w czarnej sukience bez 

rękawów, wyszywanej setkami kryształków. Obok niej stoi Nino w garniturku w prążki, z lizakiem w 
buzi - mały gangster, gotów na imprezę.

- Czyżbym słyszała gadanie? - odzywa się Gina. – Od tej pory chcę żadne gadanie.
Przez parę sekund wytrzymujemy. W końcu Derek przerywa milczenie.
- Zastanawialiśmy się, dlaczego Carl wezwał nas tak wcześnie.
- Co z wami? - prycha Gina, stukając się palcami w obie skronie. - Wy głupi? Dziś tu je Evelyn 

Harker!

- Kto to jest Evelyn Harker? - pytam.
- Recenzentka „Manhattan Today” - odpowiada Derek.
- Skąd wiadomo, że przyjdzie?
- Wczoraj dzwonił do mnie informator - wyjaśnia cicho Gina. - Carl taki zdenerwowany, że 

całkiem nie śpi. Zostaje w kuchni, a kucharze przychodzą dziś o szóstej rano.

Wyobrażam   sobie   biednego   Phila,   zwleczonego   z   posłania   bladym   świtem.   Pewnie   jest   w 

gorszym stanie niż ja.

- Ron, masz włosy tak. - Gina robi zygzak nad brwiami. - Idź i to napraw. Wszystko musi być 

idealne!

Ron spuszcza głowę i znika w męskiej łazience. Gina rusza na inspekcję stolików, ciągnąc za sobą 

Nina. Na koniec obrzuca spojrzeniem cały pokój.

- Stolik dziewiąty - orzeka w końcu. - Tam ją posadzimy.
Rewir   Cato,   Bogu   niech  będą   dzięki.   Jane   prawie   omdlewa   z   ulgi,  Cato   blednie.  Derek   jest 

zrozpaczony, jakby odebrano mu okazję do zabłyśnięcia.

- Pamiętaj,   Kajto   -   mówi   Gina.   -   Mówiłam   ci,   co   się   stało   z   dziewczyną,   gdy   źle   obsłużyła 

Harker.   Dobra   recenzja,   dobre   obroty.   Zła   recenzja...   -   przesuwa   kciukiem   po   gardle   -   koniec 
„Roulette” i twój!

Nino wyjmuje lizaka z buzi.
- Mama zła na kelnerów.
Gina uśmiecha się do niego.
- Nie jestem zła, jestem Włoszką. To namiętny naród. -

Chwyta go za przegub i ciągnie do kuchni, rzucając na odchodnym ostatnią groźbę: - Wracam za 
minutę, więc do roboty!

Cato zasłania oczy i szepcze:
- Dajcie mi jakieś prochy, obojętne co, byle szybko.
- Spokojnie - mówię. - Będziesz rewelacyjny.
- Po dwóch miesiącach od recenzji Harker „Sybaryta” został zamknięty na stałe - odzywa się 

Jane. - Szef kuchni uciekł do klasztoru zen w Kalifornii i od tej pory słuch o nim zaginął.

- Po co wyjeżdżałem z Oklahomy? - jęczy Cato. - Dlaczego nie uwiłem gniazdeczka z jakimś 

miłym facetem, czemu nie prowadzę z nim smażalni?

Nino staje u moich stóp i podaje mi wymięty magazyn.
- Mama mówi, że masz to natychmiast przeczytać.

background image

Przejmuję egzemplarz „Manhattan Today”. Mały ucieka

 

do kuchni, a ja obrzucam wzrokiem 

pierwszą stronę. Gazeta pochodzi sprzed roku. Cato i Jane zaglądają mi przez ramię, a ja szukam 
spisu treści, otwieram na stronie trzydziestej i zaczynam głośno czytać.

W  tym  tygodniu  Evelyn  Harker  wybiera  się  na  Upper  East Side,  gdzie  odkrywa,  iż  czasami 

podczas kolacji na mieście największym problemem jest otrzymanie zamówienia...

CORBETT WCHODZI DO GRY 
Evelyn Harker

Zyskujący coraz większą sławę Carl Corbett, który rozpoczął tryumfalny przemarsz przez 
najważniejsze kuchnie Nowego Jorku, w końcu otworzył własną restaurację na Upper East 
Side. To ekscytujący krok w karierze trzydziestoośmioletniego szefa kuchni, znanego jako 
enfant terrible nawet w środowisku, w
którym   wybryki   stanowią   codzienność.   „Moją   obsesją   jest   doskonałość,   wyjaśnia.   Nie 
wystarcza mi, że moje dania ludziom smakują, chcę, by ich zmieniały”.

Więc przygotuj się na zmianę, Madison Avenue! Pochodzący z Filadelfii Corbett połączył 

siły ze Steve’em i Giną Runyanami i otworzył lokal pod dźwięczną nazwą „Roulette”. Pani 
Runyan, rodowita Włoszka, zajęła się wystrojem wnętrz i po zaledwie jednych zajęciach na 
kursie   sztuk  pięknych   stworzyła   styl,  który   można   opisać   jako   połączenie   europejskiego 
szyku   z   amerykańskim   przepychem.   O   swoim   braku   oficjalnego   wykształcenia   mówi   z 
prostotą:   „Wszyscy   Włosi   mają   we   krwi   geny   Michała   Anioła”.   Ciekawe,   co   Mistrz 
pomyślałby o zdobionych pawimi piórami kinkietach lub wprawionymi w gipsowe kolumny 
kryształami Swarovskiego, ale z drugiej strony - kto wie, co powiedziałby o Nowym Jorku?

Podczas pierwszej wizyty zaprowadzono mnie wraz z moim towarzyszem do prywatnego, 

choć   hałaśliwego   kącika   w   pobliżu   baru   (patrz   str.   74,   manifest   w   sprawie   warunków 
akustycznych w restauracjach). Pogryzając ciepłą bagietkę z rozmarynem słuchamy kelnera, 
który recytuje dzisiejsze dania dnia tak obojętnym i monotonnym głosem, że nawet loup de 
mer sauté 
w bulionie selerowym zabrzmiał nudno. Ale Geoffrey Gold, mistrz sommelierów, 
którego   „Roulette”   uwiodła   z   „Café   No   No”   zjawia   się   w   autentycznie   szampańskim 
humorze, prezentując chateau frédéric rocznik '97. Temu winu o nutach śliwki i skórzanego 
siodła niczego nie brakuje, moje zastrzeżenie budzi jedynie cena trzystu dolarów za butelkę. 
To trunek z tak wysokiej półki, że sięgając po niego, trzeba zabrać maskę tlenową i czekan.

Niestety,   nawet   wspaniałe   bordeaux   nie   zatuszuje   okropnej   obsługi.   Nasza   kelnerka 

najpierw musi się 
nagadać   w   barze   z   przyjaciółmi,   zanim   wreszcie   zajmie   się   nami.   Ta   zwłoka   niemal 
całkowicie dezorganizuje nasz posiłek. Na przystawki czekamy czterdzieści minut; w tym 
czasie zdążyliśmy pożreć całe pieczywo i już popatrujemy łakomie na obrus. Ale warto było 
czekać. Szef kuchni Corbett opisuje swój kulinarny styl jako „amerykańską kuchnię na nowe 
tysiąclecie” i kiedy wgryzam się w pieczone udko gołębia z dekadencko wielkim plastrem 
pasztetu   sztrasburskiego,   rozumiem   już,   co   przez   to   rozumiał.   Mój   towarzysz   jest 
zachwycony zupą - kremem z białych szparagów - gęsty, wonny płyn, dla którego wymyśla 
nazwę „Haute Campbell”. Aż się prosi o dodatek w postaci popularnych tostów Corbetta z 
oliwą truflową, ale nasza kelnerka jest już zajęta przy sąsiednim stoliku, gdzie pokazuje 
tatuaż   na   kostce   grupie   japońskich   biznesmenów.   Mamy   nadzieję,   że   zrehabilituje   się 
punktualnym   podaniem   dań   głównych,   ale   albo   o   nich   zapomniała,   albo   dała   się 
zaangażować jako hostessa do klubu w Tokio. Zastanawiamy się, czy nie wyjść bez płacenia, 
kiedy   pojawia   się   młody   uprzejmy   dżentelmen   z   naszą   kolacją,   na   jego   widok   mojemu 
pochmurnemu towarzyszowi wyrywa się „Boże, więc istniejesz”.

background image

Jeden kęs i już wiemy, że wieczór jest uratowany. Szef kuchni każe nam zapomnieć o 

niedbałej   obsłudze,   zachwycając   nas   nototenią   sauté,   udekorowaną   płatkami   krótko 
smażonego   szpinaku.   Mój   towarzysz   zachwyca   się   canard   de   Corbett,   pieczoną   piersią 
młodej   kaczki,   natartą   czosnkiem   i   kakao   z   wyselekcjonowanej   plantacji,   a   następnie 
skropionej   armaniakiem.   Podczas   drugiej   wizyty   z   równym   podziwem   kosztujemy 
tasmańskiej troci, ryby o intensywnym smaku, podanej z konserwowym imbirem i pieprzem 
seczuańskim.   Kolejnym   przebojem   jest   comber   szkockiego   zająca   z   płynną   konfiturą   z 
czarnej porzeczki. Wspaniały smak delikatnej dziczyzny
jest luksusowym dodatkiem do jesiennego menu.

Desery   nie   budzą   aż   takiego   zachwytu.   Ciastkarka   Betsy   Lowe   porywa   swoją   boską 

Czekoladową Skruchą - maślane ciasto otacza intensywne w smaku nadzienie kajmakowe z 
kawowymi okruchami. Jednak mój pudding chlebowy jest ciężki i solenny, jakby z płynnej 
stali. Choć limonkowo-pomaranczowy krem stanowi bajeczne połączenie smaków gorzkich i 
słodkich, unoszące się w nim kryształki cukru zgrzytają nieprzyjemnie w zębach, jakby się 
gryzło szpilki.
Jeśli  nie  liczyć  deserowych  potknięć  i  okropnej  obsługi,  być  może  Runyanowie  trafili  w 
dziesiątkę - prestiżowy adres, oszałamiająca atmosfera i dania, które budzą w jedzących 
zaciekawienie, co będzie dalej.

-  No, dziewczyny - odzywa się Cato. - Tego się zaraz dowiemy.

Rozdział 13

Do piątej po południu Gina zaraża całą kuchnię histerią na tle Harker. Carl, z zapadniętymi 

oczami,   wykończony   po   trzydziestu   sześciu   godzinach   stania   w   drewniakach,  nie   przyjmuje   do 
wiadomości, że kelnerzy już czekają przed nim w szeregu i woli drzeć się na dwunastkę kucharzy. 
Szczególnie pastwi się nad bladym, zarośniętym Philem.

- O czym ty myślisz przez cały dzień! - ryczy. – Na litość boską, spójrz na siebie! To jest wieczór, 

który zaważy na mojej karierze, a ty się zmieniłeś w warzywo!

Rzuca ścierkę na stół, odwraca się i mierzy mnie przeciągłym spojrzeniem. Cholera. Już wie. 

Widzę   to.   Kto   mu   powiedział?   Dlaczego   nie   słuchałam   Jane?   Gdybym   mogła   cofnąć   czas   o 
osiemnaście godzin, poszłabym z Philem do swojego mieszkania.

- Zaraz wszystko opanuję - mówi Phil. - Chyba złapałem... jakiegoś wirusa czy coś.
Carl nie odrywa ode mnie wzroku.
- Nie zwalaj na wirusa. Tu problemem jest fiut. Szczerze mówiąc, podejrzewałem cię o lepszy 

gust. - Rzuca mi uśmieszek. - Myślałem, że lubisz ładne cycki.

Tracę dech, a niedowierzanie szybko zmienia się w kipiącą wściekłość. Phil przełyka ślinę i wbija 

wzrok w podłogę.

- Mam w kuchni same durne pierdoły - warczy Carl, zataczając ramieniem krąg w powietrzu. - 

Który chce stąd dzisiaj wylecieć? Co? Który pierwszy? Śmiało! Mówić!

José odchrząkuje i Carl natychmiast odwraca się do niego.
- Ty?
- Co?
Carl chwyta go za kołnierz.
- Chcesz odejść?
- Skąd, szefie, ja tylko...
- Chcesz wracać do gotowania zupy w Harlemie? - drąży Carl, podnosząc Joségo tak, że ten 

wspina się na czubki palców. - Fasolki po bretońsku? Skrzydełek po pięćdziesiąt centów?

background image

- Nie, szefie! Tu mi się podoba!
Carl przygląda się Josému z bliska, nos w nos, po czym odpycha go od siebie.
- Więc gęba na kłódkę.
José wygładza bluzę, a reszta kucharzy stoi w martwym milczeniu. Carl miota się po kuchni, 

mamrocząc  „beznadziejni  idioci”, po  czym zdziera  tablicę  ze ściany  tak  gwałtownie,  że wyrywa 
gwóźdź, który śmiga pod kuchenkę. W końcu, czerwony i zasapany, warczy:

- Uporządkować stanowiska, dranie. - I wychodzi zza ciągu. - Dobra, kelnerzy. Pogadajmy o 

tym, jak potraktujecie najważniejszą recenzentkę w Nowym Jorku.

Wodzi po nas wściekłym spojrzeniem.
- Dzisiejszy wieczór ma być jak Boże Narodzenie w rodzinnym gronie.
Nikt się nie odzywa. Nie ośmielam się spojrzeć na Phila z obawy, że wybuchnę.
- Pamiętacie swoje nędzne dzieciństwo? Pamiętacie rozczarowanie, kiedy otworzyliście ostatnią 

paczkę  i  znaleźliście cholerne  kapcie?  Pamiętacie,  jak wasza  matka  się  uśmiechała, choć  ojciec 
zalewał ryja, choinka się zapaliła, a
indyk   był   na   wpół   zamrożony?   Pamiętacie,   jak   powtarzała,   że   to   najlepsze   Boże   Narodzenie 
waszego życia, aż zaczynaliście jej wierzyć? Czy wiecie, co wam robiła? - Robi głęboki wdech. - 
Tworzyła   iluzję,   ludzie.   Wyczarowała   Boże   Narodzenie,   żebyście   się   nie   załamali,   małe   gnojki. 
Rozumiecie, co wam usiłuję przekazać?

Cała nasza grupa - każdy obecny w kuchni - milczy. Zerkam na Rona, który zastygł z przerażenia.
- Marzenia! - ryczy Carl, wstrząsając resztką moich nerwów. - Trzy godziny, kiedy rzeczywistość 

nie ma wstępu do domu! Waszym obowiązkiem jest zadbać, żeby Timmy dostał rowerek, a choinka 
ocalała! Wszyscy goście w restauracji mają brać udział w tej fantazji. Jeśli ktoś przy stoliku siedem 
będzie   niezadowolony,  wywrze   wpływ   na   wrażenia   Harker.   A   wrażenia   Harker  -   zniża   głos  do 
szeptu – wywrą wpływ na przyszłość nas wszystkich.

*

Przetrząsam przebieralnię, szukając długopisu, a moje serce ciągle jeszcze nie może odzyskać 

normalnego tętna. Drzwi gabinetu naprzeciwko otwierają się z trzaskiem.

- Idź sobie! - słyszę głos Giny. - Obyś umarł w samotności.
Steve prycha.
- Chciałabyś! Żebyś mogła wszystko przepuścić.
- Jakie wszystko? Jesteśmy prawie na bruku! Będę mieszkała z Ninem pod mostem.
- Boże uchowaj, żebyś miała go sama wychowywać. Już trzeci wieczór z rzędu wzywasz Bridget, 

żeby go odebrała. Gdybyś spędzała z synem więcej czasu, moglibyśmy odesłać nianię do Dublina i 
oszczędzić fortunę.

- I zostawić cię tutaj samego? Amerykanie nie wiedzą, jak prowadzić restaurację. Ta knajpa żyje 

dzięki mnie!

Zakradam się do drzwi i nasłuchuję, żeby potem przekazać wszystko Cato i Jane.
Steve wzdycha.
- Dalej   byś   wypisywała   dania   na   tablicy,   gdybym   cię   nie   zabrał   z   tej   zapleśniałej 

makaroniarskiej dziury! A jak mi za to dziękujesz? Toniemy w długach! - Milknie na chwilę. - Nie 
powinienem ci kupować tego przeklętego mieszkania.

- To ten twój głupi samochód - odpala Gina. - Trzysta tygodniowo za benzynę i co drugi dzień 

zepsuty!

- Prosiłem cię, żebyś nie wywlekała sprawy hummera.
- I oczywiście nie mówmy o matce.
- Właśnie.
- O, nie.

background image

- O, tak.
- Myślisz, że obchodzi mnie twój samochód, kiedy zostawiłeś moją mamunię samiuteńką w 

Roccasecca? Nie może mieszkać w takim wielkim domu zupełnie bez nikogo! Zachoruje i zapomni, 
że ma jeść!

Steve prycha.
- Ta kobieta mogłaby gołymi rękami obalić krowę.
Gina zachłystuje się z oburzenia.
- Twierdzisz, że moja matka jest contadina? Wieśniaczką?
- A nie? Jak nazywacie kogoś, kto hoduje stado kur?
- Posłuchaj   -   syczy   Gina.   -   Ona   tu   przyjedzie   albo   ja   pojadę   do   niej,   razem   z   Ninem.   Nie 

zobaczysz go aż do grobowej deski.

- Z czego mam utrzymywać kolejną osobę? Jeśli twoja matka jest tak rozrzutna jak ty, będziemy 

musieli zamieszkać w Queens!

- Więc poślij ją do pracy. I nazwij się mężczyzną.
- Owszem, jestem mężczyzną.
- Jesteś skąpym idiotą.
- Jestem mężczyzną i zaraz ci to udowodnię.
- Puszczaj!
Rozlega   się   odgłos   siarczystego   policzka,   krzyk   i   szamotanina.   Co   tam   się   dzieje?   Po   paru 

chwilach ciszy drzwi się zamykają. Idę korytarzem na paluszkach, a z gabinetu zaczynają dochodzić 
szelesty i ciche jęki. Boże. Oni chyba nie... robią tego, co myślę? Dźwięczy sprzączka od paska, jakiś 
mebel zderza się ze ścianą. Żołądek mi się wywraca.

- Nie na krześle, Stevie - słyszę Ginę. - Chodź tutaj.
Na dywan upada plik papierów, potem słyszę ciche westchnienie. Przemykam koło gabinetu, w 

którym rytmicznie skrzypi podłoga. Puszczam się pędem i zatrzymuję się dopiero przy stanowisku 
kelnerskim.

*

-  Ohyda! - mówi Jane. - Opowiadaj ze szczegółami. Rozglądam się i mówię półgębkiem.
- Chyba nie zdjęli butów. 
Jane tłumi śmiech.
- Od dawna to robią?
- Nie wiem. Kiedy wyszłam, dopiero zaczęli.
- Steve nie wytrzyma pół minuty - odzywa się Cato. - Z bliska Gina jest zbyt przerażająca.
- Od tyłu wygląda dobrze - odpowiadam.
- Słusznie - dodaje Jane. - Może ją odwrócił.
Po  paru  chwilach  Gina  schodzi  na  dół, zarumieniona  i  roztargniona. Przygląda  się  jadalni  i 

rozkazuje nam nie gapić się na gości, jakby myślała, że nasze oczy zdradzą nazwisko jej informatora 
z „Manhattan Today”.

- Tylko Gina potrafi być po seksie jeszcze bardziej spięta - zauważa szeptem Cato.
- Jakbyś się czuł, gdyby cię przeleciał Steve? - pyta Jane.
Cato zastanawia się uczciwie.
- Sponiewierany.
- Kiedy Harker tu przyjdzie? - pytam. - To napięcie jest nie do zniesienia.
- Powiedzieli   tylko,   żeby   wypatrywać   kobiety   w   granatowej   sukience,   z   towarzyszącym   jej 

mężczyzną.

Jane ukradkiem wkłada do ust miętówkę.
- Idiotyczne. To pasuje do połowy Nowego Jorku.

background image

Cichniemy, kiedy do stanowiska hostessy podchodzi kobieta w średnim wieku, w niebieskiej 

spódnicy i pod rękę z o wiele młodszym towarzyszem. On ma golf i spodnie z wąskimi nogawkami, 
a także bokobrody.

- Odwrócić wzrok - rzucam. - Może to podejrzani.
- Zbyt czarne i lśniące włosy - zgadza się Cato. - Zdecydowanie peruka.
- Jest za wcześnie - sprzeciwia się Jane. - Recenzenci zawsze jadają późno.
Kiwam głową.
- No właśnie. Chce nas zmylić.
Gina śmiga obok nas, roztaczając woń campari.
- Ona! - syczy. - Nie oddychać!
Odtrąca łokciem Kimberly z drogi i osobiście prowadzi Harker i jej gościa do rewiru Cato.
- Skąd wiadomo, że to ona? - pyta Jane.
- To widać - jęczy Cato. - Wygląda krytycznie. 
Harker zatrzymuje się, kręci głową i mówi coś do Giny.
- Co się dzieje?
Harker wskazuje stolik najdalszy od kuchni, małą dwójkę, którą nazywamy „kwarantanną”. Na 

ogół Gina nie pozwala na zmianę stolika, ale Evelyn Harker to zupełnie inna historia.

- Oczywiście, oczywiście - słyszymy i towarzystwo przechodzi przez jadalnię.
- To twoje stoliki, Erin - odzywa się Cato, jednocześnie z ulgą i zgrozą.
Chwytam go za ramię.
- Ale będziesz ją obsługiwał, prawda? Ja nie mam kwalifikacji. Gina mi nie pozwoli...
Gina strzela na mnie palcami. Przymykam oczy, przed którymi przelatuje mi całe życie.

*

Usłyszawszy wieści, Carl grzmoci saganem o ścianę. Po ogłuszającym łomocie w kuchni zapada 

grobowa cisza.

- Nie martw się - zapewnia go Gina. - Ona sobie poradzi.
- Ona sobie nie poradzi! - krzyczy Carl. - Nie dopuszczaj jej do tej kobiety!
Przynajmniej raz się z nim zgadzam.
- Właściwie... - odzywam się nieśmiało - Cato ma o wiele większe doświadczenie i myślę, że 

powinien...

- Tak   będzie   lepiej   -   ucisza   mnie   Gina,   unosząc   rękę.   -   Dajemy   jej   najlepszego   kelnera   do 

kiepskiego stolika, to od razu wie, że ją znamy. Mamy problem z próbą przekupstwa. Powie, że 
tylko jej dania są smaczne!

- Cato chce ją obsłużyć - kłamię.
- Nie! To twój rewir. Patti Porter mówi do mnie o tobie wczoraj. Mówi, że uczysz się szybko i 

jesteś kochana do każdego. No cóż, los. Nie ode mnie zależy.

- To niech Ron ją obsłuży - odzywa się Carl. - Albo Jane.
- Erin - upiera się Gina.
- Jane.
- Erin.
Nie wierzę własnym uszom. Tak, jakby chciała mnie zmusić do obsłużenia Harker tylko po to, 

żeby udowodnić, kto tu rządzi. Carl łapie się za głowę.

- Kretyński idiotyzm! Mój wieloletni dorobek jest w jej rękach!
Gina przewraca oczami.
- Jaki

 

dramat!

 

Odpręż

 

się.

 

Dostaniesz

 

zawału

 

i

 

padniesz

na ulicy jak mój biedny ojciec.

- Co   mi   tam   -   warczy   Carl,   wrzucając   na   patelnię   stertę   siekanej   cebuli.   -   Oby   się   dziwka 

background image

udławiła.

- Gotuj dla niej dobrze! - ostrzega Gina.
Carl chwyta patelnię i jednym szybkim ruchem podrzuca cebulę w powietrze.
- Kogo chcesz oszukać? To ja stworzyłem tę restaurację, pamiętasz?
Gina macha lekceważąco ręką. Wychodząc z kuchni, zatrzymuje się przy mnie z uśmiechem.
- Widzisz? Zawsze stawiam na swoim. – Poprawia mi kołnierzyk i klepie po policzku. - Tylko 

mnie nie zawiedź.

A kiedy się waham, klaszcze dwukrotnie w dłonie.
- Na co czekasz! - woła, otwierając drzwi. - Idziemy!
Idę do stolika Harker jak na szafot. Widownia gapi się

 

na mnie chciwie i wiem, że nie ocalę życia. 

Trudno. Będę pracować na zlecenie. Robota nie jest tak dobrze płatna, ale po tym doświadczeniu 
będzie mnie bardzo cieszyć.

- Dobry wieczór, witamy w „Roulette” - mówię, ledwie poruszając zdrętwiałymi wargami. - Czy 

mogę przynieść państwu koktajl?

Harker przeszywa mnie lodowatymi brązowymi oczami.
- Zdecydowanie na to liczymy.
Boże. Żmija.
- Dwa martini z dżinem - mówi. - Bardzo zimne, z dwiema oliwkami.
- Czy preferuje pani jakiś szczególny gatunek dżinu?
- Tak. Nieodrażający.
- Oczywiście - mówię. - Dziękuję.
Alain miesza martini jak nerwowy chemik. Jedna kropla wermutu za dużo i łubudu! Koniec gry. 

Jego   smukłe   dłonie   dygoczą,   gdy   nadziewa   oliwki   na   zarezerwowane   dla   VIP-ów   wykałaczki   z 
macicy perłowej.

- Harker przygotowuje zbiór najgorszych recenzji - mówi.

- Nazwała go „Ostatnie wieczerze”. Opisze mnie, jeśli nie trafię w gust.

- Na pewno są idealne.
- Zawsze mogę wrócić do Paryża - zgadza się ponuro. - Albo do Avinionu. Tam nikt jej nie zna.
Kiedy stawia kieliszki na mojej tacy, Gina staje mi znienacka za plecami.
- No i? Harker cię lubi?
- Jeszcze za wcześnie, żeby to rozpoznać. Powiedziała może dziesięć słów, wszystko o martini.
- Jak oceniasz jej nastrój?
Jeśli powiem Ginie prawdę, doprowadzę ją do załamania nerwowego.
- Pewnie dziewięć... jak drink zacznie działać.
- Więc teraz powiesz jej o daniach dnia.
- Dobrze.
- Ale na nią nie naciskaj.
- Dobrze.
- Powiedz jej wszystko, o co zapyta.
- Tak.
- Niczego nie zapomnij! - woła za mną. - I uśmiechnij się!
Z trzepoczącym sercem wracam do stolika i stawiam martini przed Harker.
- Dziś wieczorem mamy w menu kilka nowych pozycji - zaczynam.
- Mianowicie? - pyta, rozpierając się na krześle.
Otwieram usta i już wiem, że jestem ugotowana. Nie

 

pamiętam, które danie podaje się z jakim 

sosem. Byłam tak ogłuszona komentarzem Carla o cyckach, że nie zapamiętałam prawie niczego.

- Przepraszam - mówię, oblewając się rumieńcem. - Pamięć mnie zawodzi.
Towarzysz   Harker   pociąga   łyk   drinka,   a   ja   rozpaczliwie   usiłuję   sobie   przypomnieć,   co   Carl 

background image

powtarzał raz po raz,
„żebyście nie zapomnieli nawet pod narkozą”. Zaraz będę musiała skorzystać ze ściągi na oczach 
Giny i Steve'a, którzy czają się w okolicach stanowiska hostessy i nie spuszczają ze mnie oczu.

Myśl, Erin! Węgorz z dzikich łowisk... bordelaise... ragoût... Przyklejam uśmiech.
- Dziś wieczorem proponujemy przystawki... – Chyba na chwilę nawiedził mnie duch Carla, bo 

nagle  recytuję  słowo  w  słowo  wszystko,  co  wiem. Cato  radził, żebym  się  zachowywała, jakbym 
opisywała mój pierwszy orgazm, więc rozpływam się nad potrawką z rai z kolendrą, jakby było to 
coś, czego każdy powinien skosztować choć raz w życiu. Kiedy ostatkiem tchu opisuję czarny kawior 
z bieługi i przepiórkę z nadzieniem z soczewicy, towarzysz Harker wyciąga chusteczkę i głośno 
wydmuchuje nos.

Harker rozkłada okulary w szylkretowej oprawce.
- Najpierw chcielibyśmy przeczytać menu, jeśli pani pozwoli.
- Oczywiście. Niedługo do państwa wrócę - mówię i odchodzę, niemal bijąc pokłony.
Cato dopada mnie za progiem kuchni.
- No, mała? Jak poszło?
- Nie wiem. Zdaje się, że moja dusza na chwilę opuściła ciało.
Cato obejmuje mnie serdecznie.
- Zaliczyłem to tysiące razy. Teraz już wiesz, co to trema.

*

Goście przy stoliku na cztery osoby koło Harker nie zdają sobie sprawy, że sąsiadują z krytykiem 

kulinarnym. Prowadzą gwałtowną dyskusję, co zamówić, w końcu proszą, żebym zainterweniowała 
i wybrała jedną z dwóch przystawek „zanim się pobijemy”. Kiedy wracam do jedynej istotnej dla 
mnie osoby, kieliszek Harker jest już niemal
pusty, jej menu jest zamknięte, a Geoffrey kursuje między kuchnią i stolikiem, nosząc coraz to nowe 
odmiany wina, które serwujemy na kieliszki.

- Co mogę dziś państwu przynieść? - pytam Harker, popijającą morderczo drogą vega sicillia, 

którą Geoffrey określa jako „sześć uncji czystej, spalonej słońcem Hiszpanii”. Harker zamawia tyle 
jedzenia,   że   wystarczyłoby   dla   czworga,   ale   omija   z   daleka   ulubione   pozycje   Carla   i   prawie
wszystkie dania dnia. Nie ośmielam się niczego zapisać.

Natychmiast po przyjęciu zamówienia pędzę do komputera. W głowie wiruje mi lista dodatków i 

przystawek.

- Zapiekane   w   cieście   grillowane   laserowo   buraczki   -   mamroczę,   stukając   w   ekran   jak 

najszybciej  potrafię.  Podnoszę  głowę.  Nic  nie  pamiętam,  jak  w  pourazowym  szoku. -  Chyba  to 
zamówiła? - Znowu przypominam sobie chwilę przy stoliku i słyszę słowa, padające z ust Harker 
Tak, zdecydowanie. - Sałatka z pasztetu sztrasburskiego w postaci galaretki...

Wciskam klawisz „zatwierdź” i w tej samej chwili z kuchni wybiega truchtem Omar.
- Szef cię wzywa.
Gina   schodzi   ze   stanowiska   hostessy   i   sunie   tuż   za   mną   przez   wahadłowe   drzwi.   Carl,   w 

ochronnych goglach, z wycelowanym w kawałek wołowiny przyrządem w kształcie pistoletu, kręci 
głową w osłupieniu.

- Erin, co się tam dzieje, do kurwy nędzy?
- Jak to?
- Jak to? - Chwyta wydruk komputerowy i macha nim z furią. - Tak to, że takiego zamówienia 

spodziewałbym się ze strony sześciolatków! Nie proponowałaś im musu z labraksa? Przyprawy 
kazałem sprowadzić z Bangalore!

- Opowiedziałam Harker o wszystkim, szczegółowo. Ale... wolała kurczaka.
- Nikt nie woli kurczaka! Tu się coś dzieje!

background image

Gina uznaje przeciętne zamówienie za znak z góry.
- Bóg się na mnie wściekł - mówi do sufitu. - Za dużo zakupów w tym tygodniu.
Chwila prawdy następuje dziesięć minut później, kiedy Chen stawia z rewerencją przystawki. 

Gina i ja przyglądamy się z baru, jak Harker zagląda w talerz, naradza się z towarzyszem i rozkłada 
ręce.

Gina zachłystuje się z wrażenia.
Merda! Problem! Idź tam natychmiast i go usuń!
Śmigam przez pokój z furkotem spódnicy. Mój napiwek,

 

praca, los całej restauracji zawisł na 

nitce.

- Czy wszystko pani odpowiada? - pytam, nieco zbyt chrypliwie.
Harker wskazuje dwa talerz.
- Może mi to pani wyjaśnić?
Gapię się na nią w oszołomieniu. Chce, żebym jeszcze raz powtórzyła nazwę każdego dania, żeby 

udowodnić, iż potrafię, czy naprawdę zapomniała, co zamówiła? A potem, w nagłym i strasznym 
olśnieniu,  spływa  na  mnie zrozumienie.  Jakimś makabrycznym  zbiegiem  okoliczności,  pomimo 
wysiłków,   żeby   sprostać   oczekiwaniom   Giny,   popełniłam   kompromitujący   błąd.   Wpisałam 
niewłaściwe zamówienie.

- Zamówiliśmy terrine z pasztetem sztrasburskim i sałatkę z pieczonymi pomidorami. A to są... 

buraczki w jakimś cieście i na pewno nie pasztet sztrasburski.

Porywam talerze.
- Bardzo   przepraszam.   Natychmiast   skoryguję   tę   pomyłkę.   -   Wpadam   do   kuchni,   niemal 

unosząc się nad ziemią. Gina stoi, zasłaniając usta ręką.

Carl   chyba   wyczuł   moją   obecność,   bo   odwraca   się   od   kuchenki   w   chwili,   kiedy   do   niego 

podchodzę. Stawiam talerze w okienku, a on wciąga powietrze przez zęby.

- Nie, nie, nie! Coś ty narobiła?
- Chyba zamówiłam niewłaściwe przystawki. - Marty, Phil i José przestają pracować i odwracają 

się do mnie. 
Patrick, z ociekającym ogonem homara w ręku, powoli kręci głową.

- Chyba co? - pyta Carl cicho. Źrenice ma dwa razy większe niż normalnie.
- Harker   parę   razy   zmieniała   zdanie   i   wygląda   na   to,   że   chciała   terrine   z   pasztetem 

sztrasburskim zamiast sałatki. Nie wiem, skąd te buraczki, ale menu ostatnio jest codziennie inne 
i... - Wbijam wzrok w przystawki, schnące w świetle grzewczych lamp. - Bardzo przepraszam.

Gina wpada w ślad za mną.
- Wszystko widziałam! To było straszne!
Przez twarz Carla przebiega cała gama emocji: furia, wstyd, gorzkie rozczarowanie. To koniec. 

Marzenie o idealnej recenzji zginęło śmiercią gwałtowną i bezsensowną.

- Ty idiotko - mówi cicho.
- „Roulette” już nie istnieje, jak „La Caravelle” i „La Côte Basque”! - szlocha Gina. - Chcę do 

domu. Koniec z restauracjami, chcę mieszkać samotnie w małej chatce! - I biegnie po schodach do 
gabinetu, a czarna suknia trzepocze za nią.

Oczy zaczynają mnie palić.
- Nie płacz - rozkazuje Carl.
Kucharze wracają do pracy, a on układa na talerzach przystawki Harker, przygląda się im pod 

wszystkimi kątami i stawia przede mną.

- Może nie uświadamiasz sobie, ile mnie kosztowało dotarcie tu, gdzie jestem - mówi, szary i 

wyczerpany. – Ile lat spływałem potem w cudzych kuchniach, żeby doczekać się jedynej, maleńkiej 
szansy sprawdzenia się w oczach kogoś takiego, jak Evelyn Harker. A ty mi to zniszczyłaś. Na co, 
kurwa, jeszcze czekasz? Zanieś je, zanim cię stąd wyrzucę!

background image

Zgnębiona, z zaciśniętymi zębami, biorę talerze i robię, co mi kazano. Na szczęście Harker jest 

zbyt pochłonięta rozmową, żeby zauważyć pojawienie się dań. Po paru
ostrożnych   kęsach   wydyma   usta   i   odkłada   widelec.   Rzucam   się   do   stołu,   modląc   się,   żeby 
przynajmniej ten problem nie wynikł z mojej winy.

- Proszę więcej sosu do tej terriny - mówi ona.
- Sos - powtarzam, jakby się upewniając, że zrozumiałam. - Oczywiście.
Na mój widok w oczach Carla pojawia się szaleństwo.
- Co znowu?
- Harker. Więcej sosu.
- Jezusie! - ryczy.
Steve schodzi z biura z pustą butelką piwa.
- Właśnie znalazłem w internecie stronę stopharker. com. Mają tam taki licznik restauracji, 

które zniszczyła. Aktualizują go co godzina. Można sobie wydrukować jej list gończy, ale zdjęcie jest 
niewyraźne. Tylko nos jest rozpoznawalny.

- Całość jej twarzy obejrzysz sobie na sali - warczy Carl.
- Weźcie się wszyscy w garść - mówi Steve. - Gina jest w takim stanie, że musiałem jej dać pół 

xanaksu. Nawet Geoffrey zachowuje się jak nastoletni fan. To żenujące. -Spogląda na mnie. - A ty - 
dodaje dobitnie - wcale nam nie pomagasz. Natychmiast się popraw, bo będziesz tu skończona.

Rozdział 14

Harker   unosi   widelcem   brzeg   truskawkowego   ciastka  gateau  i   zagląda   pod   spód,   jakby 

spodziewała się zobaczyć muchę.

- Czy życzy sobie pani jeszcze kawy? - pytam lękliwie.
Przez ostatnie pół godziny zapomniałam o udawaniu pewności siebie i wesołości. Boję się jej i to 

widać.

Jej towarzysz przeszywa mnie lodowatym spojrzeniem, jakbym zaproponowała im bimber.
- Nie, dziękuję - mówi Harker. - Prosimy tylko o rachunek.
Idąc   przez   jadalnię,   zauważam   Carla   w   okienku   kuchennych   drzwi.   Wodzi   wzrokiem   po 

stolikach, usiłując dostrzec twarz kobiety, której recenzja zawyrokuje o jego losie. Ale okienko jest 
zbyt małe, a stolik Harker zbyt oddalony. Carl stoi jeszcze przez chwilę i cofa się.

Na szczęście dla mnie po xanaksie Gina jest w filozoficznym, wyrozumiałym nastroju.
- Dziś zaczęłam się zastanawiać -  mówi nieco  niewyraźnie,  siadając przy barze,  gdzie Alain 

podaje jej ogromny kielich sangiovese. - We Włoszech nie mam pieniędzy, ale ciężko pracuję, mam 
ogród i nikt mnie nie nęka. Codziennie jeść, kochać się, siedzieć na dworze, pić domowe wino. 
Dlaczego siedzę w Nowym Jorku, żeby być nieszczęśliwa?

Harker   zostawia   mi   napiwek   minimalnie   przekraczający   piętnaście   procent   i   po   licznych: 

„Dobranoc”,   „Dziękujemy”   i   „Zapraszamy   ponownie”   Giny   wychodzi.   Ja   siedzę   w   kuchni, 
przyglądając się, jak Betsy wypisuje na deserowym talerzu: „Szczęśliwej emerytury, Neil” i unikam 
kontaktu wzrokowego z Carlem. Wyobrażam sobie, w jaki sposób Harker zmasakruje mnie w swojej 
recenzji. Phil grilluje parę metrów dalej; na plecach białej bluzy ma ciemną plamę potu. Pochyla 
się, otwiera lodówkę i zagląda do środka. Kładzie na talerzu idealnie zrumieniony stek i schodzi do 
piwnicy.

- Przepraszam, Erin - mówi Betsy. - Trochę się spóźnię. Jeszcze minutka.
W   myślach   robię   przegląd   swoich   stolików.   Wszyscy   moi   goście,   jak   mówi   Cato,   jadą   siłą 

rozpędu, więc może wykorzystam tę okazję i odegram się na Philu za to, że nie ograniczył się do 
zwierzeń   na   mój   temat   do   swojego   pamiętniczka?   Czekam,   aż   Carl   się   odwróci   i   schodzę   po 
stopniach z surowego drewna.

background image

W dusznej, śmierdzącej trampkami przebieralni kucharzy nie znajduję Phila; w gabinecie Carla 

stoi tylko biurko w kształcie litery L i włączony komputer. W końcu dopadam go w magazynie, 
ukrytego za pudłami, z nagą żarówką kołyszącą się nad głową. Na dźwięk moich kroków chowa coś 
do   kieszeni   spodni   i   zaczyna   gwałtownie   machać   rękami   w   powietrzu.   Odwraca   się   powoli,   z 
wyrazem sztucznej niewinności na twarzy.

- Erin, o Jezusie - mówi, oddychając głęboko. - Myślałem, że to Carl. Wierz mi, dziś by mi tego 

nie wybaczył.

Węszę podejrzliwie.
- Co to jest?
Phil uśmiecha się i pokazuje mi małego jointa.
- Mam za sobą szesnaście ciężkich godzin. Możemy palić dopiero po robocie, ale muszę zajarać, 

żeby się uspokoić. Chcesz?

- Dzięki, skoncentruję się na chlaniu.
Phil spogląda na jointa i chowa go do kieszeni.
- Słuchaj, to zajście w kuchni...
- Tak, może mi to wytłumaczysz? Fascynuje mnie, skąd Carl się dowiedział.
- Nie wściekaj się, dobra? Nie rozpowiadałbym o tobie nic tak prywatnego. Rozmawiałem z 

Patrickiem, że jesteś super i Carl to podsłuchał. Nigdzie go nie było i nagle zaczął, że kucharze nie 
powinni   się   umawiać   z   kelnerkami   i   że   powinienem   siedzieć   w   domu,   czytając   Hala   McGee, 
zamiast... w każdym razie przysięgam na Boga, on ma superczuły słuch.

- Jasne. Dobra, wrócę na górę. Ciasto na mnie czeka.
Phil chwyta mnie za rękę
- Erin, nie kłamię. Nie zrobiłbym ci tego.
- Serio - mówię z powątpiewaniem.
- Serio.
- No tak. Cóż. Muszę iść.
- Jeszcze chwilkę - mówi, chwytając mnie mocniej. - Dlaczego wczoraj wyszłaś?
- Nie mogę spać, kiedy obok jest tyle osób. Chciałam cię obudzić, ale...
Phil pochyla się, żeby mnie pocałować i prawie przewraca mnie na półki z jedzeniem.
- Ostrożnie - mówi ze śmiechem.
- Daj spokój, Betsy pewnie się zastanawia, gdzie jestem.
- Niech się pozastanawia jeszcze trochę. - Mocno wtula się we mnie.
- Przestaniesz? Chyba naprawdę chcesz, żebym wyleciała.
Phil ma półprzymknięte oczy.
- Nie, naprawdę chcę ciebie. Chodź, będziesz szczęśliwa, że przyszłaś do pracy.
- To niemożliwe. Widziałeś, jaki miałam wieczór.
- Biedactwo - mówi, głaszcząc mnie po włosach. - Dokuczyli ci źli ludzie? - Jest autentycznie 

zatroskany,

 

a

 

ja

 

nie

mogę powstrzymać uśmiechu.

- Nie znoszę tej roboty. 
Phil obejmuje mnie w talii.
- Ja czasem też.
Odwracam do niego twarz, a on mnie całuje, pachnący dymem.
- Muszę zajrzeć do gości - mamroczę.
- Jeszcze dziesięć sekund. - Obmacuje mnie przez koszulę; zaczyna mi być za gorąco, jestem 

zdyszana. Kroki i brzęk garnków odpływają i w końcu prawie ich nie słyszę. Wsuwam ręce pod jego 
bluzę.

- Muszę cię mieć w tej chwili - odzywa się Phil.

background image

- Chyba żartujesz.
- Przekonaj się.
Po długim pocałunku odmóżdżający wpływ pożądania łączy się z pragnieniem odegrania się na 

Carlu w jego własnej piwnicy.

- Skoro Gina i Steve mogą, to czemu nie my? - mruczę.
- Co Gina?
- Nic.   -   Zerkam   na   drzwi,   by   się   upewnić,   że   nikt   nas   nie   widzi   i   zdejmuję   rajstopy.   Phil 

uśmiecha się i sięga do rozporka, a ja podnoszę spódnicę. Odwracam się do niego tyłem, chwytam 
się półek i usiłuję nie walić czołem w wielką puszkę oliwy z oliwek, a on jęczy i dyszy za moimi 
plecami.

- Co jest, Phil, do cholery? - wrzeszczy Carl, zbiegając po schodach. - Na twoim stanowisku 

pustki! Jak długo można szukać orzeszków? Wracaj natychmiast!

- Szybciej! - syczę.
- Idę, szefie! - krzyczy mi Phil prosto w ucho. Krótka szamotanina typu „twój mąż wraca i ma 

broń” i po wszystkim. Phil zapina rozporek i rzuca się w stronę schodów z torebką piniowych 
orzeszków w dłoni.

- Było świetnie. Spotkamy się później, dobrze?
- Zastanowię się. Nadal jestem zła. 
Phil parska śmiechem.
- Doprowadzasz mnie do szaleństwa, dziewczyno.

*

Pod koniec tego wieczoru wlokę się do przebieralni, wykończona i upokorzona, ale nadal czując 

potajemny   dreszcz   po   bzykanku   z   Philem.   Mijając   biuro,   słyszę   przez   drzwi   Steve'a.   Instynkt 
podpowiada mi, że mowa o mnie.

- Gdyby to ode mnie zależało, w ogóle bym jej nie zatrudnił.
Zatrzymuję się na korytarzu. Nie chcę podsłuchiwać, ale nie mogę nawet drgnąć.
- Mogła   zniszczyć   naszą   reputację   -   brzmi   cicha,   ale   zaciekła   odpowiedź   Carla.   -   Nie 

wspominając już, że się rżnie z Philem. To ewidentnie amatorskie błędy. Kiedy Cato albo Ron mylą 
się z zamówieniem, wyłapują je, zanim wyjdzie z drukarki.

- Nie przesadzajmy - mówi Steve. - Dziś dała ciała, ale częściowo z winy Giny. Wysłać do Harker 

nową kelnerkę to najgłupsza rzecz pod słońcem. Ona oczywiście się do tego nie przyzna, wiesz, jaka 
jest uparta. Ale nie będę się tym zamartwiać.

Oddycham płytko, usiłując nie dygotać.
- Wystarczy jedna mała porażka i telefon przestanie dzwonić - mówi Carl. - W „Avenue” zrobiłeś 

wszystko, jak trzeba, a jednak pożarli cię żywcem.

- „Avenue” to inna historia. Miejsce było do bani, w jadalni ciemno... Chryste, w dniu otwarcia 

zawaliła się ściana w kuchni!

- Mówię tylko, że nikt nie podnosi się z takiej porażki dwukrotnie.
Zapada długa pauza. Słyszę skrzypienie krzesła.
- Nie zrobię tego. Haroldowi to się nie spodoba.
- I co z tego?
- Za wielu gości nam sprowadził. Bez kursów wina nie mielibyśmy jednej czwartej klienteli. To 

stary przyjaciel jej rodziny. Kocha ją do szaleństwa. Jeśli ją wyrzucę, stracę go, nie ma co do tego 
wątpliwości. Nie żeby mnie to załamało - wkurza mnie ten gość od zawsze. Nie wytrzyma pięciu 
minut bez pouczania, jak ulepszyć system rezerwacji, oświetlenie czy co tam jeszcze. A jego żona, 
widziałeś ją? Tę z wielką dupą?

- Tak, tak - rzuca niecierpliwie Carl. - Gadatliwa cholera. Zawsze się do mnie przyczepia.

background image

- Gina z jakiegoś powodu za nią przepada. W każdym razie rzecz w tym, że musimy uważać. 

Harold może nam utrudnić życie. „Fruit de Mer” zmienił dystrybutorów i zaraz potem po mieście 
się  rozeszło, że  dostali  karę  za brak  higieny.  Od tej  pory  bardzo  trudno  im  ściągnąć  klientów. 
Niedobrze jest palić za sobą mosty. - Steve milknie na jakiś czas. - Poza tym Harold wie o tym 
rachunku z zeszłego roku.

- Co? Jakim rachunku?
- Za kurs wina. Wykorzystaliśmy więcej skrzynek pe-trusa, niż podaliśmy w fakturze i Harold 

nas na tym przyłapał.

- Ile skrzynek? 
Steve chrząka.
- Może dziesięć.
- Dziesięć? Jeeeezu.
- I tak długo spłacaliśmy hipotekę za jego gówniany domek. Powinien na to przymknąć oko. 

Udałem, że to przez przypadek, choć nie wiem, czy to kupił. Przynajmniej udawał, i dlatego z nim 
nadal   pracuję.   Ale   potrafi   być   autentycznym   draniem   i   jeśli   mu   się   zechce,   zacznie   szperać   w 
naszych starych fakturach.

- Cudownie. Po prostu wspaniale. To co teraz? Zatrzymamy ją?
- Nie  wiem. Średnią  z  rachunków  ma  najniższą  i  ciągle  chodzi  przerażona.  Wdraża  się,  ale 

widać, że tu nie pasuje. Może po prostu... poczekamy parę tygodni i zobaczymy, co będzie. A nuż 
szczęście się do nas uśmiechnie i sama odejdzie?

- A może jej to ułatwimy.
Przez dziesięć sekund, jakie mi zajęła droga do przebieralni, od wstrząsu przeszłam do stanu 

rozdygotania.   Słowa   Steve'a   rozlegają   się   echem   w   mojej   głowie:   „...i   zobaczymy,   co   będzie”. 
Zdzieram z siebie spódnicę i rzucam ją na wieszak. Nagle praca na zlecenie jakoś traci dla mnie 
swój powab. Jeśli mam tu zostać, muszę stać się lepsza. Muszę się bardziej postarać, przejść na 
wyższy poziom.

Odczekuję, aż stukot drewniaków Carla oddali się na schodach, wyłączam światło i schodzę do 

baru, gdzie kelnerzy zamawiają drinki.

- Ktoś tu potrzebuje sobie chlapnąć - zauważa Cato na mój widok.
- Nie żartuj. Po takim wieczorze idę prosto do łóżka.
- Na pewno? Nie chcesz sobie wziąć martini i spotkać się z nami na górze? Zagramy w karty na 

pieniądze. Uwielbiam łupić napiwki Rona i Dereka.

- Może innym razem.
Mijam stanowisko Kimberly, która wręcza mi kopertę z moim nazwiskiem.
- Ktoś to dla ciebie zostawił.
Gapię się na nieznajomy, pochyły charakter pisma. Rozdzieram kopertę, a z niej wypadają mi na 

dłoń moje kolczyki i złożony liścik.

Erin,
Zapomniałem ci je wczoraj oddać. Może włożysz je na imprezę, którą urządzam w piątek 
koło 23? East 24, ulica Siedemdziesiąta Ósma

Daniel

Cato zjawia się za moimi plecami.
- Co się dzieje? - pyta, zaglądając mi przez ramię. - Ktoś umarł?
Składam liścik.
- Nie, ale ja na pewno umrę.
- Czekaj, ręce ci się tak trzęsły, że nie mogłem odczytać... - Przebiega wzrokiem po linijkach. - 

Oż cholerka, kochanie. Serio?

background image

- Co mam zrobić? - pytam, spoglądając na niego. - Nie mogę iść.
- Zwariowałaś? - Cato łapie mnie za ramiona. - Pójdziesz, nawet gdybym miał cię wbić w ciuchy 

i zaciągnąć tam za włosy. Nie przepuścisz takiej okazji.

- Ale... no przecież po co... on ma dziewczynę!
- A ty masz niesamowite orzechowe oczy. Nie pozwolę ci ich marnować na jakiegoś kuchcika!

Rozdział 15

Następnego ranka stoję pod prysznicem, ćwicząc chwyty marketingowe („Czy do tej migdałowej 

granity zechciałby pan zamówić espresso albo kieliszek sauternes?”) i powtarzam sobie, że jestem 
zdolna i kompetentna. Udowodnię, że Carl i Steve się mylą. Odkręcę wszystko, bez względu na cenę.

Łup, łup, łup!
W   reakcji   na   słynne   charakterystyczne   pukanie   mojego   gospodarza,   Rocket   natychmiast 

wybucha jazgotem. Rany. Nick nie należy do osób, które wpadają na przyjacielskie pogaduszki.

- Chwileczkę!  

-

 

krzyczę.

 

Tyle

 

na  

temat

 

relaksu

 

w

 

wolny

dzień.

Narzucam   szlafrok   i   biegnę,   chlapiąc   wodą,   przez   korytarz.   Nick   stoi   w   zbryzganych   farbą 

dżinsach i trampkach, a spod czapki Yankees sterczą mu czarne włosy.

- Cześć - rzucam zdyszana. - Jak tam?
- Bywało lepiej - odpowiada, unosząc brwi, jakbym powinna się domyślić, o co mu chodzi. I 

nawet się domyślam.

- Tak... więc malujesz.
- Dwójka jest wolna - mówi. - Mam masę roboty. Poprzedni lokatorzy zalali parkiet, podlewając 

rośliny.

Rocket wpycha nos między moje kolano i futrynę; Nick przygląda mu się wrogo.
- Już rozmawialiśmy o tym szczekaniu - mówi, splatając na piersi muskularne ramiona.
- Jeszcze się nie przyzwyczaił. Ale przez parę ostatnich dni znacznie przycichł.
- Jestem innego zdania. Co noc, kiedy wracasz do domu, budzi panią Sandifer.
Krzywię się boleśnie.
- Poskarżyła się?
- Nie raz. Dlaczego nie kupiłaś sobie kota? Nikomu by nie przeszkadzał i nie musiałabyś go 

wyprowadzać.

- Rocket jest kochanym pieskiem, tylko troszkę zbyt wybuchowym.
Nick gapi się na psa, jakby wyobrażał sobie wszystkie jego przyszłe drobne przestępstwa.
- Ostatni pies, który mieszkał w tym budynku, wyrwał kable ze ściany i pogryzł moją żonę. 

Doktor mówi, że stres mi szkodzi. Pozwoliłem go zatrzymać tylko dlatego, że mieszkasz u mnie od 
dawna.

- W marcu mijają trzy lata.
- Nie życzę sobie więcej skarg. Rozumiesz? Jeśli twój pies będzie grzeczny, nie będzie problemu.
- Tak jest. Zdecydowanie.
- Dobrze. Postaram się nie zamartwiać. -  Jego pobrużdżona  twarz się rozpogadza.  - A  jeśli 

chcesz mi pomóc malować, będę pod dwójką.

*

W piątek moje pierwsze słowa do Cata brzmią:
- Nie pozwolę im się mnie pozbyć.
Cato odwraca się od szafki, wkładając w ust pasek gumy.
- Wciągnęłaś coś przed przyjściem? Masz manię prześladowczą, słowo daję.

background image

Ale kiedy mu relacjonuję podsłuchaną rozmowę, oczy mu się zwężają.
- Te   jelenie   nie   poznałyby   nawet   gwiazdy.   Jeśli   cię   wywalą,   wszyscy   odejdziemy   w   ramach 

protestu. - Nagle się uśmiecha. - Oczywiście masz wyjątkowy talent do zwracania na siebie uwagi w 
najgorszym momencie, a pomylenie zamówienia Harker to klasyka gatunku.

- No   tak,   ale   aż   trudno   uwierzyć,   że   zmusili   mnie   do   obsługiwania   jej,   choć   przecież   im 

mówiłam...

- Posłuchaj samej siebie - przerywa mi. - Ja, ja, ja... W przypadku gości nie ma mowy o „ja”.
- Co to znaczy?
- Nie rozumiesz? Nigdy nie będziesz świetną kelnerką, jeśli nie przestaniesz myśleć o sobie. 

Wywalili mnie z trzech nędznych knajp, zanim do tego doszedłem.

-  Wywalili? Ciebie?
- A jak. Byłem tak stremowany, że nie mogłem przebrnąć przez listę dań z ziemniaków, nie 

jąkając się w każdym zdaniu. Myśleli, że jestem opóźniony.

Parskam śmiechem.
- To straszne.
- Kiedy trafiasz do Wiejskiej Karczmy Ellie w Oklahoma City, możesz już iść tylko w górę. A ja 

strasznie chciałem się przeprowadzić do Nowego Jorku. Nie miałem żadnego przyzwoitego CV i jak 
idiota ubiegałem się o pracę w najlepszej restauracji w mieście. Do dziś nie pojmuję, dlaczego dali 
mi   szansę.   Moimi   pierwszymi   gośćmi   byli   kochani   staruszkowie,   źle   ubrani,   z   całkiem   innego 
świata. Powiedziałem dwa słowa o przystawkach i zrozumiałem, że chcę, żeby się dobrze poczuli. 
Nie chodziło już o to, co o mnie myślą. Wtedy przestałem być spanikowanym sklerotycznym klocem 
i zacząłem zarabiać prawdziwe pieniądze.

Zdejmuję bluzkę z wieszaka.
- A morał tej opowieści brzmi...
- Zapomnij o sobie. Pomyśl, że goście to dzieci, tylko że

z grubymi portfelami. Są bezradni, więc musisz wszystko za nich robić. Nie dawaj się zniechęcić 
kaprysami. Daj im, czego chcą, naucz się, co znaczą ich krzyki i nigdy nie zapominaj, kto tu rządzi.

- Mówisz, jakby to było proste.
- Nie jest - oznajmia Cato, stawiając nogę na krześle i sznurując buty. - Podróż z nieznośnymi 

bachorami jest trudna, ale za to ci płacą.

- Dobra. Potrzebuję konkretów. Podchodzę do stolika i... co?
- Wczuj się w ich nastrój. Okaż im zrozumienie. Oni nie mogą wstać i sami zrobić sobie coś do 

jedzenia, rozumiesz. Kiedy tracisz wątek albo zaczynasz się martwić, że źle wyglądasz, przypomnij 
sobie, że mówisz do niemowlaków w ciuchach od Versace. Jesteś ich całym światem. Zachowuj się 
władczo, a nawet nie zauważą twoich drobnych wpadek. Może nawet cię zaskoczą i zaczną się 
zachowywać jak dorośli.

Przez   resztę   wieczoru   wyobrażam   sobie   siebie   jako   dobrotliwą   władczynię   pięciostolikowego 

królestwa. Chodzę od stolika do stolika, nie jak kukułcze jajo podrzucone tu z działu marketingu, 
ale jak urodzona kelnerka, pragnąca jedynie namawiać, zachęcać i przekonywać każdego gościa do 
deserów i drinków. Z niezwykłą łatwością udaję dobry humor, spełniam idiotyczne żądania, jakbym 
żyła   tylko   po   to,   żeby   pytać   Betsy   o   zawartość   cukru   w   grejpfruitowym   musie   i   jakby   nic   nie 
radowało   mnie   bardziej   niż   spienianie   posypanego   czekoladą   mleka   do   cappuccino   -   ale   bez 
cappuccino.

- Wspaniały jest ten sierpik, ale smakowałby jeszcze lepiej ze szczyptą trybulki i szalotką - mówi 

mężczyzna   z   kucykiem   i   w   małych   okrągłych   okularkach.   -   Zechciałaby   pani   powtórzyć   to 
kucharzowi?

- Z całą pewnością będzie wdzięczny za sugestię - mówię, choć to oczywiście nieprawda, a ja nie 

odważę się mu

background image

tego powiedzieć. - Czy mogę panu przynieść przystawkę z kalarepki z rzeżuchą? Będzie idealnym 
uzupełnieniem pańskiego posiłku.

Zamiast robić uniki, gdy Wallerowie pytają, czy spotykam się z tym jedynym, odpowiadam, że 

nad tym pracuję i będę ich informować na bieżąco. Pani Waller chce wiedzieć: „Co, do cholery, szef 
kuchni zrobił z moim menu”, ale zwraca się do mnie: „Serduszko”, a kiedy jej mąż, kulejąc, oddala 
się do łazienki, potajemnie wyjawia mi, że jego sesje terapii fizycznej „w końcu uczyniły z niego 
znowu mężczyznę”.

- To cudowne - mówię. - Czy dziś mogę państwu polecić dania z serem? Carl przygotował pewną 

kulinarną   perełkę   z   rzadkim   gatunkiem   francuskiego   sera   błękitnego.   Sądzę,   że   państwu 
posmakuje.

- Dlaczego nie. Cholesterol znowu mi skoczył, ale raz się żyje!
Niestety, kierownictwo za bardzo się zapamiętało w ostracyzmie, żeby zauważyć moje wysiłki. 

Carl jest w humorze, bije Patricka ręcznikiem, a Dereka nazywa „pryszczaty Rocco”, ale przez cały 
wieczór ani razu nie spogląda w moją stronę. Steve kieruje do mnie każdego zagranicznego turystę i 
gościa w złym humorze, i rzuca wściekle: „Skąd!”, kiedy pytam, czy przyjmujemy kartę Diner’s 
Club.

- Nie   spodziewaj   się  cudów   po   pierwszym   razie   -   mówi   Cato,   gdy   zdejmujemy   uniformy.   - 

Uszczęśliwiłaś panią Waller, a to wielkie osiągnięcie. Teraz możesz iść na imprezę Daniela i szaleć, 
ile wlezie.

- Nie zostanę długo. Nie powinnam w ogóle iść. - Szarpię za suwak z boku czarnej sukienki, 

która ściska mnie jak gorset.

Cato gwiżdże.
- No, no. Zero pleców, a z przodu też niewiele. Dobrze, że tam będę, żeby cię bronić.
- Tak?
- Daniel wpadł wczoraj na drinka i powiedział, żebym zajrzał.
- O. A ja myślałam, że jestem dla niego kimś wyjątkowym - wzdycham, tylko trochę żartując.
- Zaprosił mnie jako gwarancję, że na pewno przyjdziesz. Stara sztuczka. Widziałem ją z tysiąc 

razy.

- Wątpię, żeby to miało coś wspólnego ze mną.
- Zaufaj mi. Na mężczyznach znam się prawie tak dobrze, jak na gościach. Znam ich sposób 

myślenia.

*

Idziemy   przez   mżawkę   do   statecznego   starego   budynku   na   ulicy   Siedemdziesiątej   Ósmej. 

Wychodząc z windy na trzecim piętrze, obciągam sukienkę, bo nagle zrobiła się jakaś krótsza. Cato 
dzwoni do drzwi, otwiera szczupła kobieta w moim wieku. Ma gładko zaczesane brązowe włosy i 
drobne rysy, a jej haftowane dżinsy i niskie szpileczki wydają się jednocześnie droższe i bardziej 
atrakcyjne niż mój strój seksbomby.

- Do Dana? - pyta wesoło.
- Jeśli została jeszcze jakaś wóda - odpowiada Cato z uroczym uśmiechem.
- Może   coś   znajdziemy.   -   Też   się   uśmiecha,   zamyka   za   nami   drzwi   i   prowadzi   korytarzem 

ozdobionym starymi fotografiami Nowego Jorku.

- Wystroiłam się jak stróż na procesję - mamroczę do Cato.
- Wyglądasz bosko. Fajnie zamaskowałaś tę malinkę.
- Mam nadzieję, że Soni nie ma.
- A ja, że jest, dla zabawy - szepcze. - Ale znasz mnie. Wolę być zgorszony niż znudzony.
Idziemy   przez   wielki   jak   loft   salon,   oświetlony   migotliwymi   małymi   świeczuszkami   i 

przyćmionymi halogenami. Wszędzie stylowo ubrani ludzie, stojący w małych grupkach

background image

i rozciągnięci na sofach i krzesłach, gdzie, trzymając kieliszki, wsłuchują się w jazz. Soni nie widać.

Daniel podrywa się z ciemnoczerwonej sofy w kształcie fasoli.
- Cześć! Fajnie, że się wyrwaliście!
Ściska nam dłonie. Choć staram się udawać nonszalancję, z trudem wytrzymuję jego spojrzenie.
- Co wam podać? - pyta, wskazując szafkę zastawioną gąszczem butelek i kieliszków nie od 

kompletu. - Erin? Jaki drink?

- Wódka z tonikiem?
- Już nalewam.
Chlusta   hojną  ręką  do   szklanki   i  podaje  mi  ją   w  chwili,   kiedy  do   pokoju  wchodzi  ogromny 

czekoladowy labrador, merdający zawzięcie grubym ogonem. Przy obroży brzęczą mu metalowe 
numerki.

- Fritz, kazałem ci siedzieć w sypialni - mówi Daniel surowo. - Już się dziś naskakałeś na ludzi.
Cato drapie psa za uszami.
- Więc to on zjada te wszystkie luksusowe przekąski, które zostaną?
- O ile nie spalę ich na węgiel kamienny w mikrofali i sam nie pożrę.
Fritz zbliża się do mnie, ziając. Podnoszę drinka, sądząc, że skoczy mi łapami na sukienkę, albo 

gorzej, na gołe uda. Tymczasem między moje nogi wciska się zimny, mokry nos.

- Och... Boże... - Omal nie rozlewam wódki na drewniany parkiet.
- Niegrzeczny piesek! - Daniel odciąga Fritza za obrożę. - Wydaje mu się, że należysz do stada. 

Chodź tu, idioto. Siadaj. Siad! - Nalewa szkockiej dla Cato, nie spuszczając psa z oka. - Zostań! 
Proszę, Cato.

- Dzięki. Zdrówko. - Cato rozgląda się po pokoju i pochyla 

się do mnie. - Masa fajnych facetów - mówi. - Idę się zaznajamiać.

- Nie waż się mnie zostawić samej!
- Nie będziesz sama. Masz Daniela.
Znika w tłumie, a pies znowu rzuca się na mnie.
- No, no, staruszku - cedzę przez zęby z uśmiechem, udając poczciwą miłośniczkę zwierząt. 

Odpycham jego ciężki łeb. - Strasznie przyjacielsko jesteś nastawiony.

- Fritz, chodź tu. - Daniel wskazuje swoje stopy. - Jak się miewa Rocket? Zadomawia się?
- Mam nadzieję, bo zostaje ze mną.
- Serio? Miałem przeczucie, że do tego dojdzie.
- Teraz muszę go oduczyć szczekania, bo na razie sąsiedzi dzwonią na policję.
Daniel klepie swojego psa po karku.
- Powodzenia. Dwa tygodnie szkoły tresury spłynęły po nim jak po kaczce. Ale nieźle aportuje. 

Tyle otrzymałem za moje pieniądze.

- Rocket jest za stary na szkołę. Pewnie by zdemoralizował pozostałe psy.
Podnoszę szklankę do ust. Fritz unosi łapę i niespodziewanie drapie mnie w łydkę.
- Au! - Spoglądam w dół. Oczywiście: dwie cienkie krwawe kreski.
- Fritz, nie! - Daniel odciąga psa i klęka, by obejrzeć ranę. Czuję jego ciepły oddech. - Boli?
- Nic poważnego - mówię, ścierając krew. - Serio, nic takiego.
Daniel wstaje i strzela palcami.
- No, bracie, doigrałeś się. Idziesz do karceru.
- Nie zamykaj go, mam wyrzuty sumienia. Jest taki słodki.
- Zachowuje się grzeczniej, kiedy jest mniej osób. Ktoś chyba dał mu lodów. Zaraz wrócę.
Wyprowadza Fritza z salonu. Obracam się chwiejnie na wysokich szpilkach i przyglądam się, jak 

Cato   rozmawia   ze   smukłym   Azjatą   w   obcisłej   skórzanej   marynarce   i   włosach   nastroszonych   w 
tokijskim stylu. W przeciwieństwie do mnie, od razu znajdują wspólny język.

- Mogę zmienić muzykę? - Ta sama dziewczyna, która nam otworzyła, podchodzi do stereo i 

background image

zaczyna grzebać w ogromnej stercie płyt.

- Oczywiście - odpowiadam z ulgą, że ktoś się do mnie odezwał. - Jest tam coś dobrego?
- Na pewno. Dan ma wspaniały gust. - Dziewczyna wyciąga do mnie rękę. - Ty jesteś...?
- Erin.
- Melanie. Miło cię poznać. - Bierze album, ogląda i odkłada. - Skąd znasz naszego gospodarza?
- No więc... - zaczynam modląc się, żeby ktoś nam przerwał. - Spotkaliśmy się w „Roulette”. Tej 

restauracji w pobliżu.

- Naprawdę? W barze czy...? - Melanie czeka z zainteresowaniem, co powiem.
- Eee... nie. Pracuję tam.
- O! Jako kto?
Tego się obawiałam. Muszę sobie chlapnąć.
- Na razie jako kelnerka. A ty?
- Jestem scenarzystką programu. „Programu”, jakby w telewizji szedł tylko Flashback.
- Fantastycznie.
- Fakt. Czasami wydaje mi się, że mam najlepszą pracę na świecie. - Kładzie na adapterze Ohio 

Players i podkręca głośność. Po paru trzaskach słychać chrypliwy rhythm and blues.

- Chciałabym   wpaść   do   „Roulette”   z   kumpelami,   ale   zaklepanie   rezerwacji   jest   praktycznie 

niemożliwe. Myślisz, że mogłabyś dla nas wydębić stolik? - Spogląda na mnie z nadzieją.

- Na pewno mogę spróbować - odpowiadam z martwym uśmiechem.
- Dzięki!
- Nie ma sprawy.
- To nie był twój pomysł, prawda? - Daniel staje za moimi plecami, wskazując stereo.
- Jestem tylko świadkiem.
- To wszystko moja robota - przyznaje Melanie z dumą.
- Dobrze, Melanie, ty tu zostań i baw się w didżeja. Ja oprowadzę Erin.

*

Po wycieczce do ogromnej nowoczesnej kuchni („Nie korzystam z niej, ale czasami tu bywam” - 

mówi Daniel) zostawiamy imprezowiczów i idziemy cichym korytarzem.

- Długo tu mieszkasz? - pytam. Na suficie dostrzegam cienkie jak włos pęknięcia.
- Dwa lata. I wyremontowałem tylko kuchnię. Dlatego w niektórych pokojach są stare tapety. 

Pewnie nie powinienem kupować letniego domku, dopóki tu nie wyremontuję, ale co tam. Nie lubię 
czekać na to, czego chcę.

Zatrzymujemy się w małym, wykładanym drewnianymi panelami gabinecie pełnym książek i 

dokumentów. Mroczne wnętrze rozjaśnia wytarty perski dywan, mosiężna lampa rzuca krąg światła 
na biurko. Obok szklanego przycisku stoi kiwająca główką laleczka z twarzą Teda Turnera i pusta 
puszka po orzeszkach.

- Ładnie - mówię. - Jak u głodującego artysty... pominąwszy orzeszki.
- Wczesny Hemingway, nie sądzisz?
- Może tutaj powinieneś pracować nad tymi dokumentami, o których opowiadałeś.
Daniel uśmiecha się ze spuszczoną głową.
- Może kiedyś. Teraz jestem własnością telewizji.
- Znam to uczucie.
- Tak, ale twoja sytuacja jest inna. Odejdziesz z „Roulette”, jak tylko znajdziesz odpowiednią 

pracę. Ja już wyżej nie zajdę. Kiedy spłacasz dom, utrzymujesz sekretarkę i cały zespół, jesteś na 
całkiem innym poziomie udupienia. Nie takim, jak gdybym pracował w firmie mojego ojca, ale...

- Żałujesz, że dla niego nie pracujesz?
Daniel parska śmiechem.

background image

- Skąd.   Kłócimy   się   nawet   o   to,   o   której   wstaje   słońce,   nie   wspominając   już   o   interesach. 

Zresztą, jego partnerzy wykupili firmę pięć lat temu. Ojciec odszedł na emeryturę i przeprowadził 
się z drugą żoną do Santa Barbara.

- Więc on i twoja mama nie...
- Nie. Rozwiedli się, kiedy byłem w liceum. Mama nadal mieszka w tym samym domku, w 

którym dorastałem. Staram się ją stamtąd wyciągać, jak często się da, ale ma siedemdziesiąt sześć 
lat, więc woli nie ruszać się z domu i malować akwarele. Nieźle jej idzie.

- Przynajmniej nie pisze dreszczowców, jak mój ojciec.
- Nie pisze, ale ogląda. Nie ma większej fanki Hitchcocka na świecie. - Niespodziewanie wyciąga 

rękę i zdejmuje mi włos z ramienia. - Widzę, że włożyłaś kolczyki.

- Tak, dziękuję.
Wstrzymuję oddech; Daniel dotyka koralików, muskając wierzchem palca moją szyję.
- Ładna robota. Zdążyłem przyjrzeć się im z bliska.
- Brat mi je kupił - odzywam się niemal szeptem.
- Dan? - rozlega się kobiecy głos.
Daniel opuszcza rękę.
- Tutaj!
Na korytarzu stukają obcasy; odwracam się, czując ogarniający mnie obłok cytrusowych perfum. 

To Sonia - zaczesane do tyłu jasne włosy, delikatny brylantowy naszyjnik. Przed chwilą czułam się 
za bardzo wystrojona, teraz jestem ubrana byle jak, a nawet nie zmieniłam imprezy.

- Cześć,   skarbie  -   mówi   ona,   całując   Daniela   w  usta.  -  Przepraszam,  że  się   spóźniłam.  Nie 

martwiłeś się?

- Jak było?
- Długo - wzdycha, zdejmując kaszmirowy szal, spod którego wyłania się obcisła bladobłękitna 

suknia.   -   Te   dobroczynne   imprezy   pożerają   mi   coraz   więcej   czasu.   W   końcu   będę   musiała 
powiedzieć:   „Dość,   muszę   się   zająć   sobą,   a   nie   tymi   ofiarami   rzadkich   chorób”.   Nie   mam 
znieczulicy, ale istnieją chyba jakieś granice.

Daniel kładzie rękę na jej obnażonym ramieniu.
- Pamiętasz Erin? Z „Roulette”?
- A powinnam? - Sonia przechyla lekko głowę.
- Była parę tygodni temu u Franka i Patti.
- Służbowo - dodaję, pokrywając zażenowanie uniwersalnym uśmiechem, którego nauczyłam 

się w restauracji. - Poznałabyś mnie po młynku do pieprzu.

- A, jasne. Co u ciebie?
- Świetnie, dzięki - odpowiadam, zaskoczona, że w ogóle zapytała. - A u ciebie?
- Chętnie bym się napiła, dobrze, że jesteś. Podawali takie słodkie koktajle, w których nie ma 

ani   jednego   składnika,   który   by   mi   smakował,   więc   całą   noc   przetrwałam   o   wodzie.   Poproszę 
kieliszek wina, czerwonego lub białego, bez różnicy.

- Ona tu nie jest w pracy - odzywa się Daniel ze śmiechem.
- Nie? -  dziwi  się Sonia. Rozmawiają  o  mnie, jakbym  była  niewidzialna. -  Patti  nie  dała  ci 

namiarów na catering? Myślałam, że kogoś zamówiłeś.

- Zdecydowałem się tego nie robić i świetnie wyszło. Ja ci przyniosę wina.
Daniel zerka na mnie. Już nie zachowuje się swobodnie, jest sztywny i zimny. To, co się między 

nami działo, musiało być wytworem mojej naiwnej wyobraźni. Bierze mój pusty kieliszek.

- Erin? Drinka? - pyta.
Odwracam się, żeby nie zdradzać rozczarowania.
- Nie, dziękuję - mówię. - Muszę już uciekać. Dzięki, że pokazałeś mi mieszkanie.

*

background image

Kiedy wracam do salonu, z głośników znowu sączy się jazz, jest jeszcze tłoczniej i ktoś otworzył 

drzwi na balkon. Do środka wpada chłodne powietrze, długie białe firanki trzepoczą w oknach.

Lawiruję w tłumie, bocianim krokiem przechodzę nad czyimiś nogami i niemal poślizguję się na 

serwetce. W końcu znajduję Cato na kanapie w ciemnym kącie, z tym samym kudłatym facetem, z 
którym rozmawiał pół godziny temu.

- To Toshio - mówi. - Scenograf.
- To chyba fajna robota? - pytam, siadając po drugiej stronie Cato.
- Czasami - odpowiada Toshio.
- Gdzieś ty się ukryła z Danielem? - pyta Cato.
- Słucham? Co ma znaczyć ta mina?
- To ma znaczyć, że on coś czuje do ciebie. 
Prycham.
- Żartujesz.
- Jestem śmiertelnie poważny. Intuicja nigdy mnie nie zawodzi.
- Tym razem tak. Był gościnny, i tyle.
- Aha. Jasne.
- Daj spokój. Wiesz, z kim on chodzi. To oczywiste, że nic nas nie łączy, więc nawet gdyby coś 

między nami iskrzyło, a nie iskrzy, tylko idiota pomyślałby...

- Wiesz, co Bill Shakespeare powiedział o nadmiernych protestach?
- Nie protestuję, tylko się z tobą nie zgadzam.
- No i znowu.
Cato wyciąga papierosa z paczki na stoliku i zapala. Po jednym sztachu przejmuje go Toshio.
- To była długa noc - oznajmiam, zsuwając się z poduchy sofy. - Idę do domu.
- Bo Sonia przyszła? Nie pozwól jej myśleć, że cię spłoszyła, ptaszyno. Zostań i walcz.
- Nie będę się wdawać w walkę, której nie wygram. Miło było cię poznać, Toshio. - Uśmiecham 

się i wstaję.

- Na razie - mówi, podnosząc smukłą dłoń ze srebrnym pierścionkiem.
- Chcesz, żeby ci wezwać taksówkę? - pyta Cato.
Daniel i Sonia przechodzą przez salon w stronę kuchni.
Czego chcę? Uciec stąd i tyle.
- Poradzę sobie, dzięki. Do zobaczenia jutro w pracy, tak?
Cato przygląda mi się i widzę, że nie całkiem wierzy w moją beztroskę.
- Tak. Wtedy pogadamy.
Gorzko żałując, że tu przyszłam, wygrzebuję płaszcz spod sterty innych na sofie i wymykam się, 

zamykając cicho drzwi.

Rozdział 16

W poniedziałkowe popołudnie wchodzę do kuchni i niemal zderzam się z ogromną telewizyjną 

kamerą.

- Stop! - krzyczy ktoś wściekle. - Joanne, możemy tu nie wpuszczać kelnerów?
Kobieta   w   okrągłych   okularach   i   fryzurze  à  la   Louise   Brooks   wyłania   się   z   gąszczu   kabli, 

reflektorów i trójnogów na kółkach.

- Przepraszam - mówi, wyganiając mnie do jadalni. -Kręcimy.
- Film?
- Nie. Felieton dla Smacznej Telewizji. Czas nas goni, więc jeśli musi pani iść na górę, proszę 

wyjść   na   zewnątrz,   okrążyć   budynek   i   wejść   tylnymi   drzwiami.   Cichutko.   Nie   chcemy   znowu 
powtarzać tego ujęcia. - Kładzie palec na ustach. - Ćśśśś.

background image

Obchodzę budynek i docieram na zaplecze kuchni, która wygląda jak plac budowy. Na środku 

pomieszczenia stoi Carl, fachowo upiększony podkładem i różem, a nad jego głową wisi mikrofon w 
czarnej piance.

- Co byśmy poczęli bez czosnku? - pyta Carl w kamerę. - Te magiczne główki to fundament 

nowoczesnej kuchni.

Gina przygląda mu się z boku, poruszając wargami jednocześnie z Carlem. Chcę stanąć za nią, 

ale wyciąga błyskawicznie rękę i chwyta mnie za przegub.

- Erin! - syczy. - Idź do przebieralni. Nie schodź, dopóki oni stąd nie wyjdą.
- Dobrze. A praca?
- Później. - Gina robi wielkie oczy i spogląda w sufit. - Na górę! Natychmiast. Powiem ci, kiedy 

zejdziesz.

W przebieralni Cato wydmuchuje mentolowy dym przez okno, a Jane depiluje brwi, przeglądając 

się w lusterku w puderniczce. Derek siedzi na krześle pod zegarem, z rozrzuconymi szeroko nogami 
i z telefonem przy uchu.

- Gdybym  wiedział,  że  będziemy   się   nudzić,  przyniósłbym  scenariusz  -  kwęka  Cato.  -   Mam 

masakryczny casting.

- Ten, na który czekałeś? - pytam.
- Jeszcze nie. Ale moja agentka musiała chyba komuś obciągnąć, bo to niesamowita propozycja. 

Off-off-Broad-way, jedna z głównych ról. Zdaje się, że lubię publiczne upokorzenia.

- Nie bądź takim pesymistą - mruczę, wieszając sweter. - To może być wielki przełom.
- Wątpię. Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach.
- Siedzą tam i siedzą - odzywa się Jane. - Mogłam zostać w łóżku z Julianem.
- A ta znowu gada o seksie - wzdycha Cato. - Dobrze, że dopiero przyszedłem, bo musiałbym 

wyjść. - Zaciąga się po raz ostatni i rzuca niedopałek za okno. - A w ogóle kiedy Julian uczyni z 
ciebie szacowną kobietę?

- Oświadczał się trzy razy. Teraz muszę się tylko zgodzić.
- Trzy razy? - mówię, zapinając spódnicę. - Uparciuszek.
Jane wzrusza ramionami.
- Na   razie   nie   jestem   gotowa.   Z   trudem   decyduję   się   na

fryzurę, więc nie mówmy o czterdziestojednoletnim facecie, 
który już jutro chce mieć dzieci. Nawiasem mówiąc, spotykam się z nim dzisiaj w „Town”, chcecie 
przyjść?

- Nie mogę - oznajmia grobowo Cato. - Mam tony tekstu do wykucia.
- Ja bym poszła, ale spotykam się z Philem - dodaję.
Jane zatrzaskuje lusterko i spogląda na mnie.
- Carl ci narobił za mało smrodu?
- Będziemy bardziej dyskretni. 
To znaczy Phil będzie.
- Wiem, kto się jej naprawdę podoba - odzywa się Cato.
- Daniel? - zgaduje Jane.
- Przestań - ostrzegam.
Po tamtej koszmarnej imprezie nie chcę nawet myśleć o Danielu. Potajemne pieszczoty z Philem 

mają doskonałe działanie znieczulające, a przez parę ostatnich dni ochrzciliśmy piwniczkę na wina, 
chłodnię i komórkę pod schodami w piwnicy, gdzie Carl trzyma ziemniaki.

- Nawiasem mówiąc, jak wam się układa? - pyta mnie Jane.
- On za nią szaleje - wyręcza mnie Cato. - Tylko jeszcze o tym nie wie.
- On ma dziewczynę! - powiadamiam ich dobitnie. - A ja spotykam się z Philem.
Cato tylko się śmieje.

background image

- W całej restauracji, o ile wiem.
- Cato, jeszcze jedno słowo i nigdy...
Słyszymy   skrzypienie   butów   w   korytarzu   i   do   przebieralni   wchodzi   Ron,   zarumieniony   i 

zdyszany.

- Super, nie? Będziemy w telewizji!
- Nie my, Carl - mruczy Jane.
- „Roulette” stanie się sławna! To dobrze także dla nas.
- O, nie. Tylko się tak nie podniecaj. - Cato spogląda na zegar i ziewa. - Nudzi mi się. Chcecie iść 

podsłuchiwać?

Ron wyciąga z torby „New York Post”.
- Gina kazała tu siedzieć, więc siedzę.
- Za   nic   w   świecie   nie   darowałabym   sobie   tego   festiwalu   egocentryzmu   -   oznajmia   Jane.   - 

Idziesz, Erin?

- W te pędy.
Skradamy   się   korytarzem   i   siadamy   na   najwyższym   stopniu   schodów,   słuchając,   jak   Carl 

opowiada o swojej babci, urodzonej kucharce, która pracowała na dwie zmiany, karmiła starszych 
sąsiadów i jeszcze miała czas uczyć wnuka gotowania francuskich, włoskich i chińskich dań.

- Najszczęśliwszym dniem mojego życia był ten, w którym spakowałem noże i wyruszyłem do 

CIA - wspomina Carl. - Tydzień później umarła we śnie.

- Twoja nowa książka kucharska ma wspaniałą reklamę - mówi prowadząca program. - Czy to 

prawda, że na okładce jest zdjęcie, na którym jako pięcioletni chłopczyk ręcznie robisz makaron?

Carl odczekuje chwilę.
- Czteroletni.
Ledwie ekipa kończy, Gina ryczy do nas:
- Szybko! Jesteśmy spóźnieni! Gdzie jesteście?! Za kwadrans dania dnia!
Zbiegamy, żeby nakryć do stołów, a Gina czuwa nad odchodzącą ekipą.
- Dałam Carlowi wielką szansę! - mówi, ciągnąc gospodarza programu do jadalni. - Dla niego ta 

piękna kuchnia, co mnie tyle kosztowała. Nigdy się z nim nie rozstanę!

Prowadzący wygląda, jakby miał serdecznie dość tej roboty.
- Fantastycznie - cedzi przez zęby, z obowiązku ściskając Ginie rękę. - Jeszcze raz dziękujemy. 

Damy znać o emisji programu.

Po gorączkowym składaniu serwetek zbieramy się, żeby wysłuchać relacji o daniach dnia. Carl 

jest tak nadęty własną ważnością, że mało nie pęknie. Po całym popołudniu pieszczot z telewizją 
jest zarumieniony (a może to resztki makijażu?), rozedrgany i na granicy histerii. Gwałtownie 
gestykulując, chwieje się przed nami, gołymi rękami rozdzierając tęczowego pstrąga.

- To więcej niż ryba - mówi. - To historia gatunku i rzek. To historia amerykańskiego Zachodu!
Myślimy,   że   to   już   koniec   wykładu,   ale   on   spogląda   na   zegarek   do   nurkowania   i   przybiera 

boleśnie-uroczysty wyraz twarzy.

- Poproszę o chwilę ciszy - oznajmia. - Minęło dokładnie sto sześćdziesiąt cztery tygodnie od 

śmierci Julii Child.

Jane,   Roni,   Cato   poważnie   spuszczają   głowy,   a   ja   przypominam   sobie   tę   Wielkanoc,   kiedy 

pomagałam  matce  przyrządzać  szponder   wołowy  według   przepisu  Julii.  Pamiętam  tylko,  że  po 
pięciu godzinach mordęgi na widok tego, co wyłoniło się z piekarnika, moja matka powiedziała 
„rety”.

Po paru ciężkich sekundach Carl wzdycha głęboko.
- Branża  kulinarna  nigdy nie  będzie  bez  niej taka  sama.  Oby mój  wkład  był  choć w jednej 

dziesiątej tak doniosły.

- Wypijmy za to - odpowiada Ron.

background image

Carl rzuca mu rozdrażnione spojrzenie.
- Na dziś to wszystko - oznajmia, wieszając tablicę z klipsem na ścianie. - Więc widelce do rąk i 

zwijać się!

*

Po miłym i długim szybowaniu w egosferze Carl wreszcie schodzi na ziemię. I od razu zaczyna się 

wściekać.

- Marty! José! Myśleć trzeba!
W jedną godzinę kuchnia zmienia się z Shangri-la w Dziki Zachód. Carl wlewa do plastikowego 

kieliszka dwa wyśmienite belgijskie lagery i popija, wywarkując rozkazy na prawo i lewo.

- Phil, trzy minuty! - ryczy. - Cato, jeszcze raz wleziesz mi tu, żeby się ocierać o Luisa, a już tu 

nie pracujesz! Gdybyś nie spała podczas zebrania, Erin, nie zadawałabyś tylu pytań!

Nawet Ron wyczuwa zagrożenie. Ze spuszczoną głową zapisuje na tablicy ocenę nastroju - 7, a 

potem wyciera ją kciukiem i obniża do 6,5.

- Zdecyduj się, Ron - warczy Carl. - Do kurwy nędzy, to nie wyższa matematyka!
Jego nastrój jest chyba zaraźliwy, bo przy moich stolikach przejęło go paru gości.
- Mam hipoglikemię, nietolerancję laktozy i uczulenie na sól.
- Jeszcze   nigdy   nie   widziałem   tak   cienkiej   fasolki   szparagowej.   Czy   kucharz   może   mi 

przygotować grubszą?

- Zechce mi pani przeczytać menu? Zapomniałem okularów.
Koło północy, gdy restauracja wreszcie pustoszeje, mam za sobą rolę dietetyczki, opiekunki i 

nadmiernie pobłażliwej mamusi. Niecierpliwie pragnę znowu stać się Erin. Idę na górę, żeby włożyć 
dżinsy i kozaczki. Oczy mam przekrwione, włosy mi skamieniały w koński ogon, ale Phil tego nie 
zauważy. Kiedy go ostatnio widziałam, miał odwróconą daszkiem do tyłu czapkę Red Soksów i jakąś 
brązową smugę na policzku.

Spotykamy   się   na   rogu   ulicy   i   łapiemy   taksówkę.   Phil   siada   obok   mnie   i   rzuca   na   ziemię 

postrzępiony wojskowy plecak.

- Zwariuję, jeśli nie zobaczę twojego mieszkania - mówi, gdy samochód włącza się w uliczny 

ruch.

- Trzymamy to w tajemnicy, tak?
- Myślisz, że dałbym Carlowi kolejny powód, żeby się na mnie wyżywał? Bardzo mi pomógł, 

zwłaszcza dzisiaj.

- Podobał ci się występ? Carl ślicznie wyglądał? 
Phil lodowacieje.
- Nie wiem. Chyba.
- Co się stało?
- Nie czepiaj się go. Wiele mu zawdzięczam.
- Pracujesz dla niego. Przypisuje sobie chwałę za każdą

przyrządzoną przez ciebie potrawę. Dlaczego myślisz, że mu coś zawdzięczasz?

- Choćby dlatego, że nauczył mnie prawie wszystkiego. I jest bardzo fajny.
- Z tym charakterkiem? Daj spokój. Chyba dostrzegasz jego wady.
Phil spogląda na mnie.
- Od   czasu   do   czasu   wpada   w   szał.   I   co   z   tego?   Cztery   lata   temu   byłem   pomocnikiem 

kuchennym i umiałem zrobić parę przyzwoitych sosów. Teraz mogę stać w każdej kuchni w tym 
mieście. Kunz, Boulud  -  zwisa  mi,  jakich mają dobrych kucharzy,  jestem  tak  samo dobry albo 
lepszy. Kiedy Carlowi spodoba się jakiś mój pomysł, zachowuje się, jakby Boga zobaczył czy coś. 
Jest totalnie zachwycony tym, co dla niego robię. I nieraz mnie uratował, jak byłem udupiony. Dał 
mi sześć stów, kiedy musiałem pojechać do domu, i nie poprosił o zwrot. Własna rodzina tego dla 

background image

mnie nie zrobiła.

- Pewnie działał z wyrachowania - mówię trochę ze skruchą, trochę żeby się bronić. - Dzięki 

temu harujesz po piętnaście godzin dziennie za garść suchej karmy.

- Nie   myślisz,   że   przeszedł   przez   to   samo,   kiedy   zaczynał?   Dla   Le   Coze'a   pracował   jako 

pomocnik za darmo, żeby tylko się nauczyć jak najwięcej i być przy nim. Nie rozumiesz. Pewnie już 
nie zrozumiesz.

- Rozumiem, rozumiem - mamroczę i podskakuję pod sufit, bo wjechaliśmy w dziurę w asfalcie. 

- Ale i tak nie pozwoliłabym nikomu tak mnie traktować.

Phil się śmieje.
- Widziałem, jak pozwalasz na jeszcze gorsze traktowanie, a nawet nie masz o co walczyć. Nigdy 

nie otworzysz własnej restauracji, nie starasz się o gwiazdki Michelina. Odejdziesz za parę miesięcy 
albo umrzesz w tym uniformie, jak Ron.

- Coś ty powiedział? - rzucam, zezując na niego.
- Nic. Tylko ci tłumaczę.
- Skąd ci się wzięło przeświadczenie, że nie rozumiem, przez co przechodzisz? W kuchni jest 

ciężko, ale tak samo jest z klientami. Ludzie traktują mnie jak służącą i żaden napiwek mi tego nie 
wynagrodzi. Rozumiesz to?

Phil zagryza wargę, a potem kładzie mi rękę na ramieniu.
- Dobra, pojąłem. Lepiej... już przestańmy.
- Fantastyczny pomysł.
Taksówkarz się ogląda:
- Chcecie dobrze zjeść? Mój brat ma knajpkę na Canal Street. Najlepsze baba ghanoush na 

świecie. Oboje się zachwycicie i nie będziecie musieli się kłócić.

*

Phil odstawia mój budzik i przewraca się na plecy.
- Już wpół do ósmej, kurwa - mamrocze. - Muszę być w robocie za godzinę.
Przeciągam się na skraju łóżka, gdzie leżę goła, z włosami przylepionymi do policzka.
- Przecież nawet nie świta.
- Świta, świta. - Phil siada i rozgląda się tępo, jakby usiłował sobie przypomnieć osiem ostatnich 

godzin. - To właśnie mam na myśli, kiedy mówię, że kelnerzy mają łatwo. Ty zostaniesz tutaj i się 
jeszcze przekimasz, a ja pójdę do kuchni i wymyślę takie dwa dania dnia, że Carl się zesra z radości.

- Więc po co to robisz? - mamroczę w pościel.
- Nie wiem.
- Musi być jakiś powód.
Zastanawia się.
- To jak z wojskiem. Wstępujesz, bo nie wiesz, co ze sobą zrobić, a po jakimś czasie wchodzi ci w 

krew. Inni są od ciebie zależni. Uczysz się nowych rzeczy i zaczynasz być z tego dumny. Pieniądze 
nie są świetne, codziennie wdycham
dym z grilla i wysłuchuję wrzasków Carla, ale przynajmniej nikt do mnie nie strzela. 

Odwracam się na plecy.
- Nigdy tak o tym nie myślałam.
Phil pochyla się, całuje moje ramię i szepcze:
- Wczoraj było fantastycznie.
- Tak - odpowiadam, zastanawiając się, skąd mi się bierze wrażenie, że skręciłam sobie kolano.
- Jest tu jakaś kawiarnia? - pyta, wciągając spodnie. Rocket łypie na niego okiem z legowiska w 

kącie. - Nie dotrę do metra, jeśli się nie obudzę.

- Zrobię ci kawy - proponuję bez przekonania.

background image

- Nie trzeba. Śpij.
Wkłada polar i spogląda przez szczelinę w zasłonach na szare niebo. Widzę, jaki jest zmęczony, i 

ogarniają mnie wyrzuty sumienia oraz lenistwo. On ma rację - będę spała w ciepłym łóżku do 
późna, a on musi jechać do miasta, by stawić czoło Carlowi i grillowi.

- Dwie ulice stąd jest kawiarnia. - Zwlekam się z łóżka. - Poczekaj chwilkę, zaprowadzę cię.

*

Jedna   samotna   kropla   uderza   w   szybę,   kiedy   popijam   latte,   czekając,   aż   Phil   przyniesie 

podwójne espresso.

- Jesteś   zjawiskowa   -   mamroczę   do   mojego   odbicia.   Wiatr   tylko   minimalnie   poprawił   stan 

mojej fryzury, pod oczami mam sińce do połowy policzków. Ktoś by mógł pomyśleć, że przez całą 
noc piłam wino i robiłam laskę za laską. I miałby rację.

- Zaraz, gdzie tu jest cukier? - pyta Phil. Ma ciemne okulary i włóczkową czarną czapkę, a 

otaczają go ludzie w garniturach i dyplomatkach, z komórkami i gazetami. Phil zatrzymuje się przy 
drewnianym blacie, wsypuje do kubka lawinę cukru i zamyka plastikowe wieczko. - Dobra, idziemy.

Wychodzimy na zewnątrz, gdzie czeka na nas przywiązany do latarni Rocket, rzucający się na 

każdego przechodnia. Phil omija go z daleka.

- W końcu dziabnie kogoś w łydkę i podadzą cię do sądu.
- Nie jest niebezpieczny, tylko wariuje, gdy znajdzie się wśród obcych.
- Niech mu będzie. Byle tylko mnie nie dopadł.
- Potrzymaj - mówię, wręczając mu moją latte. Wiatr zarzuca mi kaptur na głowę, kiedy szarpię 

się ze smyczą.

- Odprowadzisz mnie do metra? Jesteśmy prawie w połowie drogi.
Okręcam nadgarstek smyczą.
- W zasadzie mogę. Już się obudziłam... mniej więcej.
Phil oddaje mi kawę i obejmuje mnie ramieniem akurat,

 

gdy podnoszę kubek do ust. Ciepła 

strużka cieknie mi po brodzie i dokładnie w tej samej chwili dostrzegam zbliżającą się do mnie 
znajomą sylwetkę.

Daniel.   W   czarnych   spodniach   do   joggingu,   kurtce   i   trampkach.   Zauważył   mnie.   Ocieram 

rękawem brodę, rozmazując kawę po policzku.

- Erin?
Najwyraźniej pod grubą warstwą porannej brzydoty nadal jestem rozpoznawalna.
- Daniel! Co ty tu robisz? - uśmiecham się szeroko, jak wariatka. - Jak trafiłeś w moje dzikie 

ostępy?

Wskazuje blok.
- Za rogiem mieszka mój przyjaciel. Parę razy w tygodniu biegamy.
- A!   Fajnie.  Ja  od   miesięcy  nie   ćwiczyłam,  ale  byłam  bardzo  zajęta,  więc...  -   Na  pomoc,  ja 

bredzę!

- Wstajesz straszliwie wcześnie jak na kobietę pracującą do późna. - Przygląda się mojej bladej 

cerze i rozmazanemu makijażowi. - A może dopiero wracasz do domu?

- Nie! - śmieję się przez zaciśnięte zęby. - Już dawno wróciliśmy do domu.
Wróciliśmy. Cholera!
Uświadamiam sobie, że Phil stoi sztywno u mego boku.
- O, przepraszam, to jest... 
Daniel wyciąga rękę.
- Daniel Fratelli.
- Phil McGregor - mówi Phil oficjalnym tonem, który słyszę u niego po raz pierwszy.
- Daniel jest naszym stałym gościem - mówię, trącając go w bok, żeby się zachowywał. - W 

background image

restauracji.

- Ach?   -   Phil   uświadamia   sobie,   że   nie   sypiam   z   Danielem   i   rozpogadza   się.   -   Jestem 

grillardinem.

- Specjalistą od grilla - wtrącam.
- Specjalistą od grilla - kiwa głową Daniel, jakby wszystko mu się poukładało w logiczną całość. 

- Niezależnie od nazwy, jestem wielbicielem twoich potraw.

Widzę jego zaskoczenie. Więc ten obszarpany snowboardzista potrafi przyrządzać tak wspaniałe 

potrawy?

- Dzięki. Mam nadzieję niedługo zostać zastępcą szefa kuchni.
Oglądam się na Phila.
- Serio? Kiedy?
- Wkrótce. Przynajmniej takie mam zamiary.
- A to zapewne Rocket - mówi Daniel, przykucając. Rocket biega w tę i we w tę, nieprzytomny z 

podniecenia, zgrzytając pazurkami po chodniku.

- Uważaj, potrafi być zadziorny - mówi Phil. - W nocy rzucił się na moją stopę.
- Nie na stopę, tylko skarpetę! - poprawiam.
- Nieważne. Pięta mi wystaje przez dziurę, którą wyszarpał.
Daniel tarmosi nakrapiany grzbiet Rocketa.
- Ci państwo mówią, że czasami świrujesz. Czy to prawda? - Rocket merda ogonkiem i opiera 

pysk na kolanie Daniela. - No, nie wiem. Wydajesz się dość sympatyczny.

- Bo taki jest - oznajmiam z dumą.
- Erin, muszę iść - odzywa się cicho Phil.
- Ach, tak. Przepraszam. Phil ma randkę z grillem.
- Ja też muszę już lecieć. Miło było cię spotkać, Phil. Wpadam do was raz na tydzień, więc...
- Tak, zajrzyj do kuchni. Może Carl cię oprowadzi.
Daniel odchodzi, a Phil opiera okulary na czole i odwraca się do mnie. W bladym świetle jego 

oczy mają niemal sztuczny odcień błękitu.

- Podoba ci się? 
Gardło mi się ściska.
- Co?
- Słyszałaś. Podoba ci się, tak? 
Śmieję się i biorę go pod ramię.
- Masz omamy po tym espresso. Chodź, bo się spóźnisz.

Rozdział 17

Następnego   wieczoru   o   dziewiątej   Kimberly   wprowadza   na   salę   moich   rodziców,   Nate'a   i 

Pancratze’ów i sadza ich w moim rewirze. Ale mam dzisiaj szczęście. Najpierw Carl przepytał mnie 
na   spotkaniu   ze   wszystkich   dań   w   menu   („Opisz   smak   grzyba   hon-shimeji   w   najwyżej   pięciu 
słowach”), potem Gina zmierzyła linijką odstępy między sztućcami i talerzami na moim stole i 
oznajmiła, że są „krzywe jak krzywy ryj”. A teraz, kiedy łudziłam się, że najgorsze mam już z sobą, 
muszę obsłużyć ludzi, których znam od urodzenia. Już kiedy Rachel wstąpiła w zeszłym tygodniu na 
drinka ze swoim kurierem rowerowym Brianem, było strasznie.

Steve udaje uroczego gospodarza, a Cato staje obok mnie w barze, żeby złożyć kondolencje.
- Grozili mi tym od miesiąca - mówię. - Błagałam, żeby mi tego oszczędzili, ale nie słuchali.
- Nie przejmuj się - odpowiada. - Moja matka upokorzyła mnie śmiertelnie w maju. Zamówiła 

wieprzowy gulasz w stylu cajún i poprosiła, żeby Carl zrobił jej do niego domowe frytki. Równie 
dobrze mogłaby wejść w podkoszulku wspólnoty religijnej i zaparkować furmankę przed wejściem.

background image

- Nie pomagasz mi.
- Przygotowuję cię na przyjemności wieczoru z rodzicami.
Steve podsuwa krzesło Brendzie i rozdaje menu, po czym mija mnie w drodze do stanowiska 

hostessy.

- Twoja

 

matka

 

jest

 

bossska.

 

Zdumiewające,

 

że

 

ma

 

córkę

w twoim wieku.

Żołądek wywraca mi się na lewą stronę.
- Dzięki.
- Wprowadzisz do komputera ich aperitify?
- Jasne. Na pewno im zasmakują.
Podchodzę do stolika. Uśmiechnięty Harold podnosi ręce do góry.
- Nasza dziewczynka! - woła. - A myślałaś, że przyszedłem tylko po to, żeby podręczyć Geoffreya 

i odebrać kasę od Steve'a!

Goście przy sąsiednim stoliku zaczynają się oglądać.
- W tym uniformie wyglądasz uroczo - mówi Brenda, wstając, żeby pocałować mnie w policzek. 

Ma   na   sobie   limonkowy   sweter   z   łódkowym   kołnierzem   i   kolczastą   broszkę,   godzącą   ostrym 
szpikulcem w jej podbródek.

- Cześć - mówię. - Jak było w teatrze?
- Wspaniale - odpowiada matka, wygładzając spódnicę.
- Niewiarygodnie - dodaje Brenda. - Popłakałam się.
- Nuda - mamrocze Nate.
Ojciec wkłada okulary i otwiera kartę win.
- Ja bym napisał lepiej. Nie chwaląc się. 
Matka prycha.
- Ojciec zasnął na drugim akcie.
- Oszczędzałem siły na kolację - wyjaśnia tato. 
Harold pochyla się, jakby chciał mi wyjawić tajemnicę.
Pachnie old spice’em, a z rozpięcia granatowej koszuli wychyla się kępa czarnych włosów na 

piersi.

- Marzę o rusty nail. Brenda napije się chardonnay newton.
- Już podaję. Nate, piwo? Przyda ci się.
- Jedno - odpowiada żałośnie mój brat. - Muszę ich odwieźć.
- No nie. Serio?
- Ciągnęliśmy słomki. To znaczy, że muszę to przetrwać na trzeźwo.
- Życie jest ciężkie - mówi Harold, klepiąc go po plecach. - Ale jeśli nigdy nie prowadziłeś 

cadillaca rocznik 78, to czeka cię wspaniałe przeżycie. Parkingowym nie pozwalam go dotykać, ale 
tobie natychmiast powierzę kluczyki. Takie mam do ciebie zaufanie. - Harold sięga do kieszeni i 
oddaje Nate’owi kluczyki. - Proszę. Tylko obiecaj, że nie będziesz go za bardzo rozpędzać. Jest 
wrażliwy i łatwo gaśnie. Nie chcemy sterczeć o północy na jakimś poboczu.

Ojciec oddaje matce kartę win.
- Nic piękniejszego, niż gdy usługuje mi własna córka.
Z uśmiechem celuję w niego palcem.
- Uważaj, bo jak mnie zdenerwujesz, napuszczę na ciebie sommeliera.
- Tylko nie to. Przynieś nam coś zimnego i białego, co mnie nie zrujnuje.
Geoffrey   pomaga   mi   wybrać   umiarkowanie   drogą   butelkę,   wracam   do   stolika   z   drinkami   i 

zastaję przy nim Ginę, zabawiającą wszystkich historyjkami o swoim pierwszym szefie kuchni. Ma 
włosy zaczesane w ascetyczny koński ogon, w jej uszach kołyszą się gigantyczne złote koła. Styl 
Queens z 1984 roku z nutką współczesnego europejskiego kiczu.

background image

- Kradnie wszystko i w końcu poszedł do pudła. Mam nadzieję, że go zastrzelili!
- To straszne - mówi moja matka. - Cóż to musiał być za szok.
- Policja znalazła w jego mieszkaniu pięćdziesiąt kilo 

wołowiny w stekach. Ale nigdy się nie dowiem, co się stało z winem, co nam ukradł, a moje garnki - 
na zawsze zniknięte. Brenda uśmiecha się do mnie, kiedy stawiam przed nią kieliszek.

- Będzie się smażył w piekle.
- A to wcale nie najgorszy - ciągnie Gina. - Mieliśmy kierownika sali, który sypiał z kelnerkami, 

a   kelnerom   mówił,   gdzie   go   pocałować.   Wtedy   przysięgłam,   żadnego   kierownika   więcej.   Robię 
wszystko sama i zaraz umrę na wyczerpanie.

- Jak to mówią - oznajmia ojciec - chcesz, żeby coś było zrobione dobrze, zrób to sam!
Harold siorbie rusty nail.
- Okazja   czyni  złodzieja.   Dlatego   w   magazynie   mam   kamery,  a   wokół   parkingu   elektryczne 

ogrodzenie.

Gina obejmuje mnie kościstym ramieniem.
- Erin dobrze się wami zajmie - zapowiada.
Stoję niezdarnie, z rękami sztywno wyprostowanymi po bokach.
- Będziemy nią okrutnie pomiatać - mówi mój ojciec.

*

Po czterdziestu pięciu minutach i lampce wina matka ciągle jest niezdecydowana.
- Mamo, zacznijmy zawężać kryteria - błagam.
- Ale wszystko wygląda cudownie.
- Pomyśl   o   menu   jak   o   teście   z   wieloma   odpowiedziami   -   radzi   Harold.   -   Wszystkie   są 

prawdopodobne, ale tylko jedna właściwa.

- To   jeszcze   gorsze!   -   denerwuje   się   mama   i   trzepie   go   po   ręce   serwetką.   -   Zaczynam   się 

denerwować.

- Ja wzięłam ostatnio tuńczyka i był boski - podsuwa Brenda.
- Może zamkniesz oczy i trafisz w coś palcem? - wpada na pomysł ojciec.
- Pamiętaj, w skorupiakach gromadzą się zanieczyszczenia - mówi wrednie Nate. - I nie bierz 

gardłosza, to prawie wymarły gatunek.

- Weź   homara   -   przekrzykuję   mojego   brata.   -   Dziś   rano   przywieźli   go   z   Maine.   Będziesz 

zachwycona.

- Nie popieraj rabunkowej gospodarki, mamo - judzi Nate.
- Pamiętasz  te  eskalopki   w  Nantucket,  które  jedliśmy  podczas  miesiąca   miodowego?  -  pyta 

ojciec, kładąc głowę na ramieniu matki, która całuje go w łysinę.

- Pamiętam każdą minutę tej podróży. Prawie nie wychodziliśmy z chatki.
- Boże, tylko nie znowu... - przewraca oczami Nate.
Czuję się jak pasterka, której znarowiło się stado krów.
- Mamo, za chwilę wrócę - mówię, przebijając się przez zgiełk sprzecznych opinii. - Dobrze? 

Jeśli nie będziesz gotowa, zdecyduję za ciebie.

Wchodzę do kuchni, żeby zapisać ocenę ich nastroju (dziewięć, na krawędzi szaleństwa). Carl 

wzywa mnie gestem do okienka.

- Gina powiedziała, że Harold z żoną jedzą dziś kolację z twoją rodziną. Gdzie zamówienie?
- Jeszcze nie ma. Matka się nie zdecydowała.
- Miała aż nadto czasu, żeby przeczytać menu. Spodziewam się zamówienia za trzy minuty. 

Dziesięcioosobowy   stolik   Cata   jest   już   zajęty   i   nie   chcemy   przestoju.   Steve   nie   bez   powodu 
przyjmuje duże grupy wczesnym wieczorem.

Uznaję, że nie pora występować w obronie konstytucyjnych praw mojej matki do zajęcia nam 

background image

całego wieczoru, kiwam głową i wracam na salę.

- Czas się skończył, mamo. Homar jest pyszny. Nie będziesz żałować.
Matka kurczowo ściska menu i nie pozwala go sobie wyrwać.
- A może pół homara i pół łososia? Albo oba w postaci przystawki? I jeśli mogę prosić o pory bez 

masła... Albo o kiełki z dodatkowym czosnkiem, zależy, które lepsze.

O Jezusie. Moja matka jest postrachem i zmorą kelnerów. Nie miałam pojęcia.
- Mikrowarzywka   są   pyszne   -   zauważa   Brenda   i   dopija   chardonnay.   -   Rosną   na   polach 

nawożonych lawą.

- Weź tasmańskiego pstrąga z galaretką z fenkułu -podpowiada Harold. - Raz się żyje.
- Pstrąg i homar - oznajmiam twardo. - Oddawaj menu.
Matka kręci głową.
- Czy to taka niezwykła prośba - cztery dania zamiast dwóch? Życie i tak jest pełne rozczarowań.
- Anne, na litość boską - traci cierpliwość ojciec. - Ja tu umieram z głodu.
- Carl   zrobi,   co   tylko   zechcecie   -   oznajmia   Harold.   -   Nie   jest   taki   zarozumiały   jak   te   inne 

gwiazdy.

Unoszę brew.
- Naprawdę?
- Jeśli   będzie   marudzić,   powiedz  mu,  że  to   dla   Harolda.   Nawet   się   nie   skrzywi,   zaufaj   mi. 

Wszystko dla starego przyjaciela. Wiesz, że znamy się od jego pierwszej pracy po szkole kulinarnej? 
Zaopatrywałem jego restaurację, gdzie rządził najkapryśniejszy szef kuchni w historii świata, a on 
był małym geniuszem z Filadelfii, robiącym przepyszne sosy. Przewrócił tę kuchnię do góry nogami 
i po pół roku to on w niej rządził.

Gina   przygląda   mi   się,   najwyraźniej   nie   pojmując,   dlaczego   gawędzę   z   gośćmi,   zamiast 

pracować.

- Mamo, muszę złożyć zamówienie. Może nie uwierzysz, ale ja tu obsługuję także innych ludzi. 

Zaczynam   wpadać   w   rozpacz.   -   Zerkam   w   stronę   baru,   gdzie   Cato   zbliża   się   do   komputera   z 
grafikiem stolików ręku. Szybciej, szybciej!

Nagle   Harold   recytuje   całą   listę   dań,   zawierającą   słowa   w   rodzaju   „połowa,   z   dodatkiem, 

ponadto i zamiast”, od których Carl dostaje wysypki.

- Dobrze zapamiętałem, Anne? - pyta.
- Cudownie. Jaka pamięć!
- Mamo, nie wiem, czy możemy sobie pozwalać na takie odstępstwa od menu.
- Carlowi to nie zrobi różnicy - zapewnia mnie Harold. - Daję słowo.
Biegnę   do   kuchni   spytać,   czy   te   arbitralne   zmiany   „mogą   być”.   Przybywam   w   chwili,   gdy 

maszyna   wypluwa   półmetrowe   zamówienie   Cato.   Carl   odrywa   bon   i   wykrzykuje   zamówienie. 
Wykłada w okienku dwie przystawki i daje je Luisowi. Dopiero wtedy patrzy na mnie.

- Z każdym dniem nowe rozczarowanie.
- Mam tu wszystko. Chcę tylko spytać, czy mogę pozwolić na szczególne prośby.
- Wprowadź do komputera - macha ręką.
- Nie chcesz ich najpierw zaaprobować?
- Co mam zrobić, odmówić gościowi? Problemem nie jest zamówienie, ale twoje umiejętności!
Phil zerka na mnie ze strachem i litością.
- Dołożyłam wszystkich starań, żeby...
- No to ci się nie udało. A jeśli składanie zamówienia trwa godzinę, to nie wina gościa, tylko 

twoja.

- Ale Harold powiedział, że to ci nie zrobi różnicy.
Carl prawie się uśmiecha.
- Kiedy Harold będzie światowej klasy szefem kuchni, a nie rozwozicielem butelek, wysłucham 

background image

jego zdania. Do tego czasu zamknij buzię i wprowadź zamówienie do komputera, bo deser wyślemy 
im o północy.

Jestem już przy drzwiach, kiedy rzuca za mną:
- A te specjalne zamówienia to dla kogo?
- Dla mojej matki.
Carl prycha.
- Tak myślałem. Jeszcze większa imbecylka od ciebie.
Serce mi staje. On tego chyba nie powiedział? Zaraz się

 

odwrócę i... co? Pokażę mu palec? Też go 

obrażę? Wylecę z roboty, podczas gdy moi rodzice za ścianą popijają sobie winko? Wytrwam i 
zmuszę się do dojrzałego zachowania -czyli złożę zamówienie i polecę na skargę do szefowej.

Na próżno szukam jej w barze i jadalni, więc idę na górę. Tam widzę Nina, samotnie jeżdżącego 

na rolkach po korytarzu.

- Gdzie   mama,   Nino?   -   pytam,   przekrzykując   turkot   plastikowych   kółek.   Mały   nawet   nie 

zwalnia. Kiedy śmiga koło mnie, łapię go za ramiona i odwracam do siebie.

- Muszę z nią porozmawiać o jednym wariacie kuchennym - mówię, uśmiechając się do niego. 

Jest usmarowany po oczy czekoladą. - Wiesz, gdzie twoja mama?

Przez chwilę wydaje mi się, że Nino udostępni mi tę informację. Otwiera usta, nabiera tchu i 

rąbie:

Va' all'interno! - po czym wyrywa mi się i śmiga w głąb korytarza.
Powiedzmy sobie szczerze, nie mówię po włosku, ale w liceum uczyłam się hiszpańskiego i zdaje 

się, że ten sześciolatek posłał mnie do piekła.

- I wzajemnie, brachu - mamroczę, schodząc w dół.
- Przygotuj się na szóstkę - woła Marty. - Dokonaliśmy cudów i twoje zamówienie dla rodziców 

jest już gotowe, żebyśmy tu nie sterczeli przez całą noc.

Pomagam Chenowi przynieść rodzicom przystawki. Po drodze zauważam Ginę, wychodzącą z 

baru z kieliszkiem wina. Stawiam ostatni talerz, przez zaciśnięte zęby życzę wszystkim smacznego i 
podchodzę do stanowiska kierownika sali.

- Szukałam cię - mówię.
- Byłam   w   łazience.   -   Gina   wydyma   szkarłatne   usta.   -   Podoba   ci   się   ten   kolor?   „Czerwony 

grzech”, YSL. Właśnie się umalowałam.

- Bardzo ci ładnie. Miałam nadzieję, że mi w czymś pomożesz.
Gina wzdryga się lekko.
- W czym?
- Chodzi o Carla.
- Wallerowie przychodzą za pięć minut. - Gina zerka do księgi rezerwacji. - Pospiesz się.
- Hm... - Sięgam po argument, który zrozumieć może tylko Włoszka. - On obraził moją matkę.
Gina otwiera oczy ze zgrozą.
- Nie!
- Tak - mówię ze śmiertelną powagą, przytakując.
- W oczy?
- Wobec mnie, w kuchni. Nazwał ją imbecylką.
Gina zastanawia się przez chwilę i wzrusza ramionami.
- W moim kraju mówimy tak samo. To nie takie straszne.
- To znaczy „głupia”.
- Wiem, co to znaczy, sama tak mówię. - Gina pochyla się i wpatruje w szóstkę, przy której 

matka śmieje się z czegoś, co powiedział Nate. - Twoja rodzina je, wszyscy są szczęśliwi. Carl mówi 
coś na osobności, bo się wścieka. Wszyscy szefowie kuchni są trochę... - Zakreśla kółko nad uchem. 
- Pamiętaj o tym, dobrze? To dla niego wielki dzień. Może dostanie nagrodę Petera Archerà. Rano 

background image

ogłoszą zwycięzców.

- Cieszę się jego szczęściem - cedzę, niezdolna pohamować pogardy. - Dziwi mnie, że nie nabrał 

lepszego humoru.

- Wygrywa tytuł najlepszego szefa kuchni w Nowym Jorku, to „Roulette” będzie we wszystkich 

gazetach i telewizjach. Carl robi w kuchni, co chce. Słyszysz? Nie zadzieraj z nim.

*

-  Pewnie się czujesz największą szczęściarą na świecie - mówi Harold, kiedy pomagam Omarowi 

przygotować stolik do drugiego dania. - Praca z Carlem to jak akompaniowanie Sinatrze, nie? To 
przywilej być w pobliżu tak wielkiego talentu.

- Codziennie mnie zdumiewa - odpowiadam.
Omar rzuca mi ledwie dostrzegalny uśmiech.
- Nie miałam pojęcia, kochanie, że podajesz dania tej klasy - odzywa się moja matka. - Jeśli 

przesadzam, to mi powiedz, ale... może moglibyśmy zajrzeć do kuchni... tak na minutkę?

- Widziałaś kiedyś, co się dzieje za kulisami takiej restauracji? - pyta Harold.
- Nie, nigdy.
Mama ma wielkie, zaciekawione oczy. Harold uderza dłonią w stół.
- Więc musimy to natychmiast naprawić. Erin, powiedz przy okazji Carlowi, że chętnie byśmy 

do niego zajrzeli. Nie musi się jakoś specjalnie starać, przemkniemy i nawet nas nie zauważy. Nie 
chcemy mu przeszkadzać.

- Dziś jest wyjątkowo zajęty, więc nie wiem, czy to dobry moment.
- O, nie będzie miał żadnych obiekcji. W takich sprawach to wyjątkowy luzak. A jak już będziesz 

z nim gadać, przypomnij mu, żeby przygotował stek dla Brendy nie za krwisty, ale też niezbyt 
spieczony. Tutejsza wersja krwistego steku jest dla niej zbyt ociekająca krwią.

- Zrobisz to, skarbie? - pyta Brenda. - Nie chciałabym go odesłać.
- Powiem.
- I sprowadź no tu Steve'a - huczy Harold. - Może po wizycie w kuchni zajrzymy do piwniczki. 

To ja ją zaopatruję i powiadam ci, po cholernie upustowych cenach.

Nate wzrusza bezradnie ramionami. Jest boleśnie trzeźwy i w mniejszości. Nie może nic zrobić.
Gdy razem z Omarem zabieramy talerze, Steve wyprawia się z całą grupką do kuchni. Nate - w 

swetrze z dekoltem w serek i drelichowych spodniach - zamyka pochód, rzucając mi przepraszające 
spojrzenie. Steve przepuszcza moją matkę, lekko kładąc jej rękę na łopatce. Parę minut później 
wchodzę do kuchni, żeby spytać Betsy, jaki deser poleciłaby facetowi, który niedawno przeszedł 
operację zmniejszenia żołądka („Winogronko?”) i widzę Carla, siejącego oślepiające blaski swojej 
charyzmy.

- Otóż to - mówi do mojego ojca. - Tu nie chodzi o rozgłos, lecz o wykonywanie pracy, którą się 

kocha.

- Ten człowiek jest wcieleniem zen - mówi Harold. -Wszyscy powinniśmy brać z niego przykład.
Carl obejmuję Brendę, która dosłownie dygocze.
- Oto kobieta, której smakuje to, co przyrządzam - mówi, spoglądając na nią uwodzicielsko.
- Jeszcze nigdy nie miałam tak zmysłowych doznań w restauracji - odpowiada ona.
- Nie ukradnij mi jej, Corbett, mam tylko ją - żartuje Harold.
Steve śmieje się i pochyla się do mojej matki.
- Teraz już wiesz, dlaczego naprawdę Gina go zatrudniła.
Matka zanosi się rozkosznym chichotem.
- Panie na wysokościach - mamroczę.
- Znasz ich? - pyta Betsy, nakładając lekkostrawne lody waniliowe z maracują.
- Rodzina. 

background image

Wzdycha.
- I ty ich obsługujesz? Biedactwo.

*

-   Przygotuję   ci   specjalnego   drinka   -   mówi   Alain,   kiedy   wykonujemy   ostatnie   prace   przed 

zamknięciem. - Żebyś zapomniała i mogła tu jutro wrócić.

- Dzięki - mówię, wycierając literę T na klawiaturze komputera za pomocą tamponu nasyconego 

amoniakiem. - Ale chyba nie ma tak mocnego alkoholu.

- Zaufaj mi. Jeden łyk i wszystko wyda się lepsze. Nauczyłem się tego we Francji i za każdym 

razem się sprawdza.

- Co tam dajesz?
Wzrusza ramionami.
- Wódkę,  rum,  sok  cytrynowy...   i   tam   inne.   Dla   każdego   przygotowuję   trochę   inaczej.   Sam 

rąbnąłem sobie takiego parę dni temu. Piorunujące działanie.

- Naprawdę? Jak się nazywa? 
Alain uśmiecha się i mówi cicho:
- Pieprzyć szefa.

Rozdział 18

Po   dwóch   tygodniach   spotkań   o   północy   i   rozstań   o   świcie   postanawiamy   przenieść   naszą 

znajomość na następny poziom. W niedzielę wieczorem spotykamy się przed „Catch”, restauracją w 
Chelsea, gdzie - jak zapewnił mnie Phil - jego kumpel z CIA i kolega po fachu Travis „dopilnuje, 
żebyśmy zjedli świetny posiłek, choć nie ja go przygotowałem”. Zjawiam się ubrana - mam nadzieję 
- odpowiednio zarówno do lokalu, jak i mojego towarzysza, wiecznie w stroju niedbałym - w top z 
dekoltem i dżinsy. Ku mojemu zaskoczeniu okazuje się, że Phil ubrał się bardziej elegancko ode 
mnie.

- Rany  - mówię  z  podziwem,  gdy zbliża  się  do  mnie  w spodniach,  ciemnozielonym  golfie  i 

czarnej skórzanej marynarce. - Wyglądasz... zabójczo.

- Dzięki, ty też. - Całuje mnie lekko. - Nie chcę się wyróżniać w nowym lokalu Jeremy'ego 

Rechtera.

- Jakiego Jeremy'ego?
- Rechtera.   To   jeden   z   tych   sławnych   gnojków,   co   im   tatusiowie   kupili   restaurację.   Ma   ze 

dwadzieścia osiem lat, młodszy ode mnie, a wszystko zyskał od razu i już jest o nim głośno.

Phil rozgląda się nerwowo. Jakoś mi go żal.
- To wchodzimy? - pytam.
Obejmuje mnie i idziemy po stromych schodkach ku błękitnym drzwiom.
- Jak znam Travisa, drinki i przystawki będą za darmo. Kiedy zeszłego lata przyszedł razem z 

żoną   do   „Roulette”,   nie   mogli   się   nachwalić   mojej   dziczyzny   wędzonej   w   herbacie.   Całkiem 
poważnie mówili, że w życiu nie jedli nic lepszego.

Otwiera drzwi, z których mijamy się z dwiema parami. Przekraczamy próg; staje nam przed 

oczami wnętrze, całe w jasnym drewnie i szczotkowanej stali - jadalnia podzielona na dwa poziomy, 
częściowo otwarta kuchnia i długi bar, za którym stoją tylko trzej barmani. Za czerwonym pulpitem 
czeka hostessa, Azjatka o kamiennej twarzy. Wygląda, jakby miała nas najpierw sprawdzić, czy 
jesteśmy godni tu zjeść.

Phil cicho kaszle i podchodzi do niej.
- Dobry wieczór - zaczyna z pewnością siebie VIP-a. - McGregor, dwie osoby.
- Mc co? - powtarza hostessa, nagle przedzierzgnięta w złośliwą celniczkę.

background image

Phil pochyla się i przykłada dłoń do ucha.
- Słucham?
- Spytałam o nazwisko.
- McGregor. Oczekuje nas Travis Long.
Trochę zażenowana tą próbą wyróżnienia się z anonimowego tłumu, udaję, że szukam czegoś w 

torebce.

- To mój przyjaciel - dodaje Phil.
Hostessa kiwa głową, jakby słyszała takie teksty codziennie i dalej przegląda księgę rezerwacji. 

Robi parę znaczków ołówkiem, wskazuje w lewo i mówi:

- Proszę zaczekać w barze.
Phil,  czerwony   jak   cegła,   zamawia   specjalność  lokalu   -   dwie   margarity   z  mango   i  miętą   -  i 

znajduje wolne miejsce przy zatłoczonym barze.

- Ciekawe, co ten Travis kombinuje - mówi, oglądając

się na kuchnię. - Nie widzę go. Może postawili go przy innym stanowisku. Na ogół robi dania sauté.

- Pachnie wspaniale. Na pewno opłaci się czekać.
Phil spogląda na zegarek.
- Powinniśmy dostać stolik dziesięć minut temu. Jakaś ściema.
- Nie martw się o to - mówię, głaszcząc rękaw jego kurtki. - Fantastycznie tu urządzili, prawda?
Phil rozgląda się po jadalni.
- Trochę przesadzili z granitem.
Wyjście,   które   miało   dodać   romantyzmu   naszemu   czysto   seksualnemu   związkowi, 

niespodziewanie zmienia się w mozolne podtrzymywanie mdlejącego ego Phila. Jeśli uda mi się 
utrzymać przy życiu iluzję, że wszystko idzie świetnie, może nie dojdzie do totalnej katastrofy. A 
ponieważ to jeden z moich nielicznych wolnych wieczorów, uparłam się, że będę się dobrze bawić.

Kiedy hostessa przybywa z dobrymi wieściami, oboje mamy już na koncie po dwa drinki, a mnie 

kończą się optymistyczne uwagi o wystroju i ślicznych różnokolorowych szklankach. Idziemy po 
schodkach do stolika w kącie, z którego dobrze widać otwartą kuchnię i to, co się w niej dzieje. 
Hostessa wręcza nam menu i odchodzi z obowiązkowym: „Miłego wieczoru”. Pochylam się i biorę 
Phila za ręce.

- Stolik jest idealny! Nie cieszysz się, że czekaliśmy? 
Phil rozgląda się, jakby upewniając, czy go nie oszukano.
- Mógłby być większy, ale trudno.
Ponieważ   powiadomienie   go,   że   nie   jest   taki   ważny,   za   jakiego   się   uważa,   niewątpliwie   nie 

poprawiłoby mu humoru, otwieram menu.

- Dwa razy dłuższe niż w „Roulette” - zauważam.
- Więc co? Mamy dopisać do naszego jakieś byle co, jak pieczone małże i osso buceo?
- Dzień dobry, nazywam się Amy. Jak się państwo mają?
Nasza kelnerka wita nas uśmiechem. Ma króciutką fryzurkę, opaleniznę narciarki i promienieje 

pewnością siebie, energią i kompetencją. A ja, zamiast się odprężyć, natychmiast się spinam. Chcę 
być jej najlepszą klientką.

- Cudownie! - odpowiadam.
Phil pomija formalności i przechodzi do rzeczy.
- Możesz powiedzieć Travisowi, że przyszedł Phil?
- Przepraszam... komu?
- Travisowi. Umówiliśmy się na wpół do dziewiątej.
Dziarska mina Amy blednie.
- Przykro mi, on tu już nie pracuje. 
Phil uśmiecha się kącikiem ust.

background image

- Chyba żartujesz. Co się stało?
- Właściwie nie wiem.
- Wyrzucili go? 
Dziewczyna się waha.
- Nie wiem. Odszedł dziś po południu.
- Ale   dlaczego...   -   Phil   zamiera   ze   wzrokiem   wbitym   w   pustkę,   jakby   żegnał   się   z   wizją 

darmowych drinków i przystawek, a witał z anonimową uprzejmością szefa kuchni, który właśnie 
wyrzucił jego przyjaciela.

- Mam przynieść państwu jeszcze jeden koktajl, czy zdecydujecie się na wino?
Widząc, że Phil utracił zdolność mowy, przeglądam pierwszą stronę karty win i zamykam ją.
- Poprosimy o butelkę pur sang rocznik 2000 i kubełek lodu. - Geoffrey byłby dumny.
- Może wyjdziemy? - odzywa się Phil po odejściu Amy. - Nie chcę tu siedzieć jak anonimowy 

gość, któremu się podaje rybę sprzed czterech dni.

- Długo czekaliśmy na ten stolik i zgłodniałam. Przykro mi z powodu twojego przyjaciela, ale czy 

nie  możemy o nim  zapomnieć i dobrze  się  bawić? -  Mówię proszącym, macierzyńskim tonem, 
którym na ogół odzywam się do Rocketa - zły znak.

Phil zakłada ręce na piersi.
- Lepiej, żeby jedzenie było fantastyczne, tyle ci powiem.
- Widziałeś, jaki artykuł powiesili sobie na ścianie? Trzy gwiazdki od Franka Bruniego.
- Wielkie rzeczy. „Roulette” też tyle dostała.
Kiedy Amy przynosi nam wino i przyjmuje zamówienie, zaczynam się z wolna rozluźniać.
- Spróbowałeś tego chleba z preclowego ciasta? Mogłabym go zajadać bez przerwy.
- Tam jest Rechter - odpowiada Phil, zapatrzony w kuchnię. - Jeszcze nie dobił trzydziestki, a 

jaką ma glacę.

Zerkam w dół i widzę kompletnie łysego faceta w białym stroju szefa kuchni, wlewającego wino 

na patelnię do sauté.

- Pewnie to z tych nerwów - mówię.
- Patrz na niego, jak się pyszni. Nigdy nie chodził do szkoły kulinarnej. Nie musiał. Tatuś mu 

wszystko kupuje.

Po czterdziestu pięciu minutach hamowania się i zwracania uwagi na pozytywy, zaczynam się 

łamać.

- Strasznie jęczysz, wiesz? Może mi powiesz, jak ci smakuje wino. Dobre, co?
Phil bierze kieliszek i pociąga łyk.
- Nieczęsto pijam wino, ale nie jest złe. Gdzie jest pomocnik? Omar by nam już nalał wody.
Pojawienie się przystawek nie poprawia Philowi nastroju. Przypomina mi panią Waller, kiedy 

przygląda się podejrzliwie apetycznie opieczonym eskalopkom w cytrusowym winegrecie.

- Niewymiarowe. O wiele za małe. Chyba płacą komuś haracz.
- Może byś się zamknął i zaczął jeść? - pytam z wymuszonym uśmiechem.
- Nic dziwnego, że Travis wyleciał. Pewnie powiedział 

Rechterowi prawdę w oczy. - Phil sięga widelcem do mojego tuńczyka i nakłuwa go. - Twój wygląda 
dobrze. Nie popisali się polotem, ale przynajmniej przyrządzili rybę we właściwej temperaturze.

Odkładam sztućce.
- Przestaniesz w końcu krytykować?
Phil ogląda się, jakbym mówiła do kogoś innego, i wskazuje swoją pierś.
- Ja? Ja tylko komentuję. Tak to jest, kiedy się pracuje w restauracji. Jeśli myślisz, że to jest 

drastyczne, powinnaś usłyszeć Steve'a, kiedy gdzieś przychodzi. Raz spotkaliśmy się z nim i Carlem 
w   knajpie   podającej   ostrygi,   gdzie   przez   jakiś   czas   chodzi   się   w   sezonie,   a   potem   się   o   niej 
zapomina. Nie rozmawialiśmy o niczym innym. Steve pochwalił krakersy i na tym koniec.

background image

- Ja też pracuję w restauracji, a tak nie robię.
- Tak, ale nie masz wrodzonego talentu. Nie musisz krytykować, bo nie konkurujesz z każdym 

kucharzem w tym mieście, jak ja. - Wzdryga się, bo od sąsiedniego stolika dobiega nas wybuch 
śmiechu. - Gdybym wiedział, że będzie tak hałaśliwie, zabrałbym cię do „Balthazara”. Tam z kolei 
nic nie słychać, ale przynajmniej dania są jadalne.

- Byłoby lepiej. Nie musielibyśmy rozmawiać. - Wkładam do ust kęs tuńczyka i nieuważnie 

odnotowuję, że jest wspaniały.

- Atmosfera też jest lepsza. - Phil żuje, napięty i skoncentrowany, po czym odwraca się i macha 

gwałtownie rękami w głąb sali. - Widziałaś naszą kelnerkę? Tym eskalopkom bardzo przyda się 
jeszcze jedna szczypta gruboziarnistej soli.

Unoszę się z krzesła i przemocą ściągam jego ramię w dół.
- Zmieniłeś

 

się

  w

 

najgorszy

 

kelnerski

 

koszmar

  -

 

syczę

 

-

i jeśli natychmiast nie przestaniesz, wstanę i wyjdę.

Niestety, Phil już zwrócił na siebie uwagę biednej Amy,

która podbiega do nas z wyrazem troski i pogardy - znam go dobrze, bo to samo czuję co wieczór. 
Staram się nie słuchać rozmowy, którą Phil zaczyna od słów: „Czyżbyśmy byli klientami drugiej 
kategorii?”,   a   Amy   kończy   obietnicą,   że   „wszystko   naprawi”.   Po   jej   odejściu   przeszywam   Phila 
śmiercionośnym spojrzeniem.

- Gdybyś   tak   rozrabiał   w   „Roulette”,   już   byśmy   wbijali   szpilki   w   tę   laleczkę   wudu,   którą 

trzymamy na stanowisku kelnerskim.

- Daj spokój, przecież nie zmieniam menu. - Unosi młynek do soli. - Chcę tylko przyzwoitej soli, 

a nie jakiegoś gówna z papierka. To tak wiele?

Wbrew moim oczekiwaniom, druga butelka wina nie łagodzi jego rozdrażnienia, a tylko potęguje 

arogancję i złe maniery. Phil podnosi głowę znad okonia.

- Co to za gówno?
Spoglądam na niego wzrokiem ciężkim jak ołów.
- Nie pytaj mnie, sam zamówiłeś.
- Całe w panierce. - Trąca rybę palcem. - O wiele taniej by wyszło, gdybym kupił mrożonkę w 

supermarkecie.

Zmuszam się do przełknięcia kęsa płaszczki.
- To miała być randka, nie pogrom restauracji.
- Nie mów mi, że ci smakuje.
- Nawet bardzo. O wiele bardziej niż dania Carla. - Nie wiem, czy naprawdę tak myślę, czy po 

prostu mam dość.

- Co ty mówisz... nie do wiary... - Phil zrywa z kolan serwetkę i rzuca ją na stół. - Co ty wiesz o 

gotowaniu? Nigdy w życiu nie upichciłaś nic jadalnego.

- I co z tego? To nie znaczy, że nie czuję różnicy między czymś okropnym i świetnym.
- Oczywiście, że znaczy - odpowiada on podniesionym głosem. - Myślisz, że mistrz stolarstwa 

nie docenia pięknego mebla bardziej niż zwykły człowiek? Kiedy wiesz, jaką pracę trzeba wykonać, 
rozpoznajesz coś godnego szacunku. A to 
coś... - Odpycha talerz daleko od siebie. - Nawet ty mogłabyś przyrządzić coś takiego.

Przymykam   powieki   na   sekundę   -   i   apetyt,   a   także   pociąg   do   Phila   opuszczają   mnie 

bezapelacyjnie.

- Proś o rachunek - mówię, wstając. - Wyjdźmy stąd.
Ludzie zaczynają na nas zerkać. Phil trochę się wycofuje.
- O co się tak wkurzasz? Daj spokój, została jeszcze prawie cała butelka.
- Przykro mi, ale mam już ciebie dość na ten wieczór. Właściwie na całe życie. Powinniśmy 

pozostać kolegami.

background image

Phil, z którego jakby uszło powietrze, spogląda na napoczęte dania.
- Jeśli myślisz, że zacznę cię błagać, to się mylisz.
- To by i tak nic nie dało.
Siadam i czekamy, aż Amy przyniesie rachunek. Phil płaci, ostentacyjnie rozwijając banknoty o 

dużych nominałach.

- Ja się zajmę napiwkiem - odzywam się.
Phil wzrusza ramionami.
- Jak   wolisz.   Dużo   bym   jej   nie   zostawił.   Ruszała   się   jak

mucha w smole. Mam nadzieję, że jesteś lepszą kelnerką.

*

Następnego   popołudnia   niemal   zderzam   się   Philem,   który   z   czekiem   w   dłoni   schodzi   po 

schodach z biura.

- Cześć - mówię, odsuwając się.
Liczę   na   coś   w   rodzaju:   „Przepraszam   za   wczoraj,   zapomnijmy   o   wszystkim   i   bądźmy 

przyjaciółmi”, ale on uśmiecha się złośliwie i przewraca oczami.

- Oczywiście - mamrocze i wymija mnie. Parę sekund później mówi coś do Marty'ego i obaj 

parskają śmiechem.

Idę do przebieralni, przysięgając sobie, że rozwiążę tę nieprzyjemną sytuację jak najspokojniej: to 

znaczy przestanę 
o niej myśleć i będę się zachowywać, jakby nic się nie stało. Wkładam uniform i już mam wyjść, 
kiedy dostrzegam nowy plan pracy, przypięty pinezką do ściany. Przebiegam wzrokiem listę imion i 
docieram do swojego: „Erin - skontaktuj się ze Steve'em”.

Odczytuję te słowa trzy razy, zanim wreszcie do mnie docierają. Skontaktować się ze Steve'em? 

Przeglądam kolumny pod imionami innych, ale znajduję tylko polecenie, by zgłosili się do biura. 
Doznaję  przypływu adrenaliny. Wiem, co  to znaczy:  powiązania z Haroldem  i  zdeterminowane 
wysiłki, by fachowo obsługiwać stoliki, nie uratowały mojej skóry. Przez chwilę sterczę bezczynnie 
w przebieralni, mając nadzieję, że pojawi się Cato albo Jane i wyjaśnią mi, co się dzieje. Skoro nikt 
nie nadchodzi, rzucam torebkę na krzesło i wychodzę na korytarz.

- Steve? - Pukam do półprzymkniętych drzwi biura.
- Jestem.
- Cześć - mówię, wchodząc. - Chciałeś ze mną porozmawiać?
Steve podnosi głowę znad biurka i wsuwa długopis za ucho.
- Zamknij drzwi i usiądź.
Przysiadam na brzeżku krzesła. Ręce kładę grzecznie na kolanach.
Steve chrząka głośno.
- Jesteś tu od paru miesięcy, prawda?
- Tak.
- I   przez   ten   czas   widziałem,   jak   się   starasz.   -   Uśmiecha   się   i   przymruża   oko.   -   Nabrałaś 

szybkości i chyba opanowałaś menu.

- Dziękuję - mówię z ulgą.
Może to tylko rozmowa oceniająca, przez którą musi przejść każdy kelner. Zerkam na biurko, 

szukając czeku z wypłatą, ale widzę tylko wyszczerbiony kubek i porozrzucaną stertę rachunków.

- Ale widziałem też poważne błędy. Jeden z nich może wywrzeć wpływ na recenzję Harker, co 

będzie miało poważne konsekwencje dla tej restauracji.

- Wybacz - rzucam pospiesznie. - Bardzo się staram i już się nie mylę.
- W zeszłą sobotę mieliśmy kolejny przykład. Tak długo rozmawiałaś z rodzicami, że składali 

zamówienie prawie przez godzinę. To spowodowało zastój w kuchni i dłuższe oczekiwanie innych 

background image

gości.

- Ale moja matka...
- I pokłóciłaś się z Carlem.
- Nie, wyjaśniałam sytuację.
- Możesz to nazywać, jak chcesz. Obaj odbyliśmy rozmowę i zgodziliśmy się, że jeśli zamierzasz 

tu dalej pracować, muszą zajść pewne zmiany.

Nabieram tchu, starając się panować nad głosem.
- Jakie zmiany?
- Większe   zaangażowanie.   Więcej   dyscypliny.   Chcemy   mieć   dowód,   że   ta   praca   jest 

najważniejszą sprawą twojego życia, nie krótkim przystankiem w drodze do innego celu.

- A to znaczy...
Steve dźwiga ciężką kostkę i opiera ją na kolanie.
- A to znaczy, że masz dać z siebie więcej. Dodatkowe zmiany, specjalne imprezy.
- Dodatkowe zmiany? Przecież już pracuję pięć wieczorów w tygodniu. Nie mam czasu na nic 

więcej, chyba że zacznę tu nocować - mówię z cichym śmiechem, którego Steve nie zauważa.

- Pięć   wieczorów   to   w   tej   branży   nic.   Nie   podajemy   obiadów,   więc   nie   będziesz   miała 

podwójnych zmian, a rzadko zdarza ci się pracować dłużej niż czterdzieści pięć godzin tygodniowo. 
Miałaś tu łatwo, Erin, i traktowaliśmy cię ulgowo. Teraz chcemy coś w zamian. - Spogląda na mnie 
o sekundę zbyt długo; spuszczam oczy.

- Spodziewamy   się,   że   będziesz   pracować   w   restauracji   przez   sześć   wieczorów,   a   czasem 

przyjdziesz wcześniej, żeby pomóc przy sprzątaniu. Albo zostaniesz dłużej, zależnie od potrzeby.

- Jak długo będę pracować według tego nowego planu?
- Nie ma pojęcia. Nie mogę tego teraz określić.
- Ale czy to... legalne? Taka długa praca? - pytam z lekkim uśmiechem. - To chyba nadgodziny, 

prawda?

Steve gapi się na mnie z otwartymi ustami i zaczyna chichotać.
- Jeśli myślisz, że wygrasz, podaj nas do sądu. Na razie chcę cię tu widzieć w poniedziałek o 

trzeciej, chyba że zadzwonię, żebyś przyszła wcześniej. A teraz, jeśli pozwolisz, siedzę po uszy w 
fakturach.

Ściskam podłokietniki  krzesła. Mam  na  końcu  języka,  że dokładnie  wiem, co  tu  się dzieje  - 

ponieważ ze względu na Harolda nie może mnie wywalić, znalazł twórczy sposób na zniechęcenie 
mnie do pracy. Już mam mu powiedzieć, żeby do „dawania z siebie więcej” znalazł sobie kogoś 
mniej się ceniącego, ale potem myślę o szkoleniu, długich nocach, żartach z Cato i Jane, miłym 
uczuciu stałego dopływu gotówki. Jeśli teraz odejdę, znowu wrócę do konserwowej fasoli i ogłoszeń 
w sprawie pracy.

- Czy chociaż zachowam ten sam dzień wolny? 
Steve wzrusza ramionami.
- To zależy, co będzie do zrobienia. Zobaczymy.
- Ale...
- Twoim   kolegom   przydałaby   się   pomoc   -   rzuca   znad   dokumentu.   -   Mamy   dziś 

dwunastoosobową grupę na siódmą i jesteś potrzebna tam na dole. Natychmiast, jeśli łaska.

*

- Nie pozwalaj się wyzyskiwać - mówi Jane, kiedy za pomocą płynu i starych ścierek czyścimy 

srebrne imbryki. - Broń swoich praw.

- Moim jedynym prawem jest prawo do odejścia. I dokładnie o to im chodzi.
- Dranie - mamrocze. - Po to potrzebny nam związek zawodowy. Żeby nie mogli nas traktować 

jak bydło.

background image

- Ciszej - szepcze Cato. - Obudzisz kierownictwo.
Ron spogląda na nas znad stolika w kącie, gdzie turystycznym żelazkiem prasuje pomięty obrus.
- Chyba nie zaczynacie znowu z tymi związkami? Tyle nam z tego przyjdzie, że Steve i Carl się 

na nas wściekną i rąbną nam karę pieniężną.

- Mało mnie obchodzi - oznajmia Cato.
- Pewnie,   że   cię   nie   obchodzi.   -   Jane   odgarnia   przegubem   włosy   z   czoła.   -   Nawet   jeśli   się 

zrzeszymy, ty tego nie doczekasz.

- A to dopiero - mówi Ron. - Co się dzieje?
- Zadzwonili do niego w sprawie tej sztuki.
- Serio? - ożywiam się. - Naprawdę?
Cato wzrusza ramionami.
- Cudom końca nie widać, nie?
- Widzisz, mówiłam ci, że to może być twoja wielka szansa.
- Nie tak szybko, skarbie. Konkurencja jest ostra, a ja porzuciłem wszelką nadzieję w tydzień po 

opuszczeniu autobusu z Oklahomy.

- O czym jest ta sztuka? - pyta Ron.
- A, to świetna historia o alkoholiku, który wraca do domu i zakochuje się w przyjaciółce matki. 

Trochę jak „Stracony weekend” skrzyżowany z „Heroldem i Maude”. Startuję do głównej roli, więc 
jeśli wszystko pójdzie dobrze, na wiosnę będę się obściskiwał na scenie z czyjąś babcią.

Ron krzywi się boleśnie.
- Czy naprawdę muszę tego słuchać?
- Bardzo dobrze gram heteryków - oznajmia Cato. - Gdybyście mnie nie znali, pomyślelibyście, 

że jestem tak samo nudny, jak wy.

Jane rzuca w niego szmatą.
- Nie

 

jestem

 

nudna!

 

W

 

zeszłym

 

tygodniu,

 

kiedy

 

Julian

się przeziębił, zlizałam mu z szyi vicks vaporub.

Cato zachłystuje się z wrażenia.
- Vaporub jest boski!
- Cśśś - syczy Ron. W korytarzu rozlegają się kroki. - Idzie!
Do   sali   wchodzi   Gina   z   naburmuszonym   Ninem,   wyjątkowo   podobni   do   cyrkowej   pary. 

Zwłaszcza jej, w obcisłym złotym golfie i czarnych legginsach, brakuje tylko trapezu.

- Idziemy na urodziny - oznajmia z dumą, zatrzymując się przed nami. - Czy mój Nino nie jest 

słodki?   -   Obraca   chłopczyka,   by   pochwalić   się   jego   spodenkami   w   prążki   i   krótką,   haftowaną 
marynarką.

- Uroczy - mówię.
- Jesteś ubrany jak mały Kozak - dodaje Cato.
- Co się mówi? - ćwierka zachęcająco Gina.
Nino   spogląda   ze   zmęczeniem   w   stronę   baru,   jakby   widział   przed   sobą   przyszłość   pełną 

frangelico i nieprzespanych nocy.

- Dziękuję.
- Nie ma za co, mały - odpowiada Cato.
Steve  wypada z  kuchni w granatowym  swetrze  na  ramionach i  z motoryzacyjnymi  stronami 

gazety pod pachą.

- Gotowa? - pyta Ginę. - To jazda. Miejmy to za sobą.  Ogląda się na mnie. - Erin, Carl jest w 

piwnicy. Chce za mienić z tobą słówko.

- Teraz?
- Teraz.
Wzdycham i oddaję ścierkę Jane.

background image

- Już lecę.
Schodząc   do  piwnicy,  czuję   się,  jakbym  zmierzała   do  karceru.   Drzwi  do   magazynu   są  lekko 

uchylone; ze środka dobiegają mnie stłumione hałasy.

- Carl?
Przekraczam próg i w tej samej chwili zderza się ze mną jakaś brązowa błyskawica.
- Uff! - Worek cukru uderza mnie w pierś; zataczam się do tyłu.
- Połóż go tam - mówi Carl, wskazując metalową półkę pod ścianą. - Wczoraj mieliśmy dużą 

dostawę i chcę tu widzieć zorganizowany porządek. Kiedy skończysz, ma tu być jak w laboratorium.

Rzucam  worek na  wskazane miejsce i rozglądam się.  Skrzynie  i torby pełne  najróżniejszych 

różności   -   od   ryżu   po   mączkę   kukurydzianą   -   piętrzą   się   na   półkach   i   zajmują   każdy   wolny 
centymetr mebli.

- Masz to zrobić dzisiaj, ale żeby nie ucierpieli na tym nasi goście - rozkazuje Carl. - Nawet jeśli 

przez cały wieczór będziesz obsługiwać tylko jeden stolik, masz być cały czas na górze. - Odwraca 
się do odejścia. - Aha, pod zlewem przy schodach jest kubeł i szmaty - na wypadek, gdybyś znalazła 
mysie bobki. Pożycz od Martyego pas do dźwigania, jeśli się martwisz o kręgosłup. Normalnie 
zlecam takie prace Enrique, ale pora, żeby do roboty przyłożyli się i inni. - Omija mnie i idzie po 
schodach do kuchni.

Do zebrania udaje mi się ułożyć tylko sześć worków kawy. O jedenastej mój rewir jest nadal 

pełen, a Kimberly prowadzi nieco nietrzeźwych nowych gości do stolika w kącie. Nie zejdę do tej 
piwnicy aż do północy.

- Co oni z tobą wyprawiają? Pocisz się jak ruda mysz - mówi Cato, kiedy galopem wracam na 

górę, by pomóc przy pracach na koniec dnia. - Nie martw się, ja się zajmę ekspresem.

Całuję go w policzek.
- Dzięki. Wrócę, jak tylko zdołam.
Kiedy   wracam   do   piwnicy,   Carl   już   tam   na   mnie   czeka.   Chodzi   po   magazynie   jak   sierżant, 

stukając drewniakami w popękaną cementową podłogę.

- Znalazłaś bobki?
- Przy zamrażarce. Przetarłam podłogę amoniakiem.
- Dobrze. Insekty lub pająki?
- Świerszcz - mówię, masując obolałe ramię. - Usunięty. Na szczęście nie ma żadnych pająków.
Carl przygląda się magazynowi, założywszy ręce na piersi, po czym wyłącza światło i zamyka 

drzwi.

- Może być. Posprzątałaś pod zlewem?
- Nie zdążyłam.
- Zdaje się, że za workami ze śmieciami rozlał się ług. Zajmij się tym przed wyjściem. Jeśli 

znajdziesz coś w pułapce na myszy, opróżnij ją w śmietniku. - Klepie ogromny worek mąki. - Zdaje 
się, że masz talent organizacyjny. Będę częściej prosił cię o pomoc.

Wkładam gumowe rękawice i spędzam pół godziny z głową pod zlewem, przeklinając swój los, 

zmywając plamy i pozbywając się zmumifikowanej myszy. Dwa razy szoruję ręce, przebieram się i 
już mam otworzyć drzwi, kiedy ktoś popycha je z drugiej strony, trafiając mnie w brodę. Co jest, 
do...? Carl rozmawia przez komórkę. Mija mnie, nie zaszczycając nawet spojrzeniem.

- Rozdanie nagród jest za trzy tygodnie i wierz mi, nie mogę się doczekać - mówi. - W końcu 

pokażę Hollandowi, do kogo należy to miasto.

Rozdział 19

U

LICA

  C

ZTERNASTA

,   „U   HECTORA”.   P

OSZUKIWANE

 

ENERGICZNE

,  

ATRAKCYJNE

 

OSOBY

 

NA

 

WSZYSTKIE

 

STANOWISKA

 

W

 

ULTRAELEGANCKIEJ

 

NOWEJ

 

RESTAURACJI

 

SPECJALIZUJĄCEJ

 

SIĘ

 

W

 

KUCHNI

 

TEX

-

MEX

. W

YMAGANE

 

background image

STUPROCENTOWE

 

ZAANGAŻOWANIE

 

I

 

POZYTYWNE

 

NASTAWIENIE

,  

DOŚWIADCZENIE

 

W

 

ZAWODZIE

 

I

 

UMIEJĘTNOŚCI

 

WSPÓŁPRACY

. P

ROSZĘ

 

ZGŁASZAĆ

 

SWOJE

 

KANDYDATURY

 

ONLINE

 

NA

 

STRONIE

 

CHEFHECTOR

.

COM

 

 . N

IE

 

ODPOWIADAMY

 

NA

 

TELEFONY

.

*

Po tygodniu spędzonym na katalogowaniu w wolnym czasie win w piwniczce „Roulette” pod 

okiem Geoffreya („Paulliac, Erin, pisze się przez au, nie o”) dochodzę do wniosku, że mam dość. 
Carl,   Steve   -   wygraliście.   Nie   chcę   porzucać   Cata   i   Jane,   ale   pora   wysłać   Haroldowi   liścik   z 
podziękowaniem, oddać uniform i spadać stąd w cholerę.

Najpierw zaglądam do „Capers”, gdzie hostessa mówi:
-  Mamy dwieście podań o pracę, ale pani także może zostawić swoje.
Zgłaszam się do trzech innych restauracji, które zdają mi się cichą przystanią po moim obecnym 

miejscu zesłania. Odzywa się tylko „U Hectora”.

Rozmowa kwalifikacyjna ma miejsce w efekciarskim

 

„Brazil Grill”, flagowej restauracji Hectora 

w Tribeca. Siedzę naprzeciwko kierownika Luke'a w gabinecie pełnym amazońskich artefaktów i 
odpowiadam   na   pytania   w   rodzaju:   „Co   najbardziej   ci   się   podoba   w   podawaniu   wspaniałych 
potraw?”   („Goście!”)   i   „Dlaczego   odeszłaś   z   poprzedniej   pracy?”   („Szukam   nowych   wyzwań”). 
Potem   otrzymuję   zwięzły   raport   o   szefie   kuchni   Hectorze   Santosie,   znudzonym   portugalską 
kuchnią   fusion,   dzięki   której   zyskał   rozgłos   i   powracającym   do   swoich   meksykańsko-
amerykańskich korzeni.

- Znowu są modne przekąski w rodzaju nachos i enchilad - mówi Luke ze skórą tak bladą, że aż 

przejrzystą i lśniącym aparatem na zębach. - Otworzyliśmy miesiąc temu i już odnieśliśmy bajeczny 
sukces.

- Świetnie.
Luke wsuwa moje podanie do teczki.
- Wiesz, jeśli chodzi o rozmowę w sprawie pracy na stanowisku kelnerki, wezwiemy cię w tym 

tygodniu. Włóż ciemne dżinsy, a my sprawdzimy, czy się nadajesz.

Postanawiam   przed   odejściem   z   „Roulette”   przepracować   jeszcze   parę   zmian,   na   wszelki 

wypadek, a do wielkiego jak hangar „U Hectora” przybywam w moim bezcennym dniu wolnym. Po 
paru miesiącach w restauracji najwyższej klasy mimo woli czuję się tu trochę zdegradowana. Mebli 
jest mało, betonowych podłóg nie osłaniają dywany, kolor ścian można by określić jako „zmęczona 
brzoskwinia”.   Jedyną   dekorację   stanowią   kłęby   sznura,   drutu   kolczastego   i   pogięte   tablice 
rejestracyjne. W sumie dają efekt wymarłego miasta, bo w okolicy nie widzę żywej duszy.

- Hop, hop! - wołam, a mój głos odbija się echem.
Przez   parę   minut   szukam   śladów   inteligentnych   form

 

życia,   po   czym   w   korytarzu   znajduję 

robotnika kładącego kafelki.

- Przepraszam - mówię. - Jest kierownik?
- Czyli Luke? - Mężczyzna wskazuje schody, którymi schodzę do podłużnej podziemnej kuchni. 

Z niskim sufitem, wąskimi korytarzykami, bez okien wygląda jak uboga kuzynka „Roulette”. Każdy 
centymetr wolnej przestrzeni na ścianach został zajęty przez ogromne sprzęty, w tym mikser w 
rozmiarach przemysłowych i ceglany piec, który mógłby służyć jako krematorium. Kucharze są na 
różnych etapach przygotowań do wieczornej gorączki, śmieją się, pokrzykują i przeciskają w ciasnej 
przestrzeni za ciągiem. Wyglądają bardziej ekstremalnie niż ci z lepszych dzielnic, mają kolczyki w 
nosie i nieogolone twarze. Z głośników grzmi punk z lat siedemdziesiątych. Już mam spytać, gdzie 
mogę znaleźć Luke'a, kiedy on sam we własnej osobie wyłania się pędem zza zakrętu.

- O, Susan, cześć.
- Jestem Erin.
- Jasne. Znajdziemy ci jakiś podkoszulek. Jest ktoś jeszcze?

background image

- Nie, chyba że się gdzieś ukrył - mówię ze śmiechem.
Na policzki Luke'a występują czerwone plamy.
- Będziemy   musieli   zorganizować   kolejny   nabór.   Eddie   -   zwraca   się   do   stojącego   najbliżej 

kucharza. - Kiedy przyjdzie Hector?

- Dziś rano był tu jego agent - odpowiada Eddie, nie odrywając wzroku od krojonych jalapeños. 

- Wtedy widziałem go po raz ostatni.

- Dobrze.   -   Luke   prowadzi   mnie   do   wąskiego   pomieszczenia   z   szafkami.   -   Zaczniesz   jako 

pomocnica Lisy, jeśli się w ogóle pojawi. Jaki nosisz rozmiar? - Wyciąga z szafy worek na śmieci i 
zaczyna w nim grzebać.

- Emkę. Przepraszam... powiedziałeś „pomocnica”? Myślałam, że będę kelnerką.
- Na   razie   mamy   wolne   tylko   stanowisko   pomocnicy,   ale   to   świetna   szkoła.   Będziesz   nosić 

talerze z kuchni do stolików i dzielić się napiwkami z głównym kelnerem. Urobisz
się po łokcie, za to możesz zrezygnować z siłowni! - mówi, puszczając do mnie oko. - Emka... niech 
sprawdzę.  Nie,  mamy tylko  ikseskę. Ale  chyba  będzie  pasować. -  Podaje  mi podkoszulek  tylko 
odrobinę większy od rękawicy kuchennej i wychodzi, żebym mogła się przebrać. Rozpinam bluzkę i 
wciskam   się   w   białą   szmatkę   z   nadrukiem   „Zalej   robaka”.   Przez   bawełnę   widać   zarys   mojego 
stanika i paru żeber.

- Ty jesteś Erin? - W drzwiach staje dwudziestoparolatka z mocno zarysowaną szczęką. Ma 

jadowicie zielone szkła kontaktowe i równie obcisły podkoszulek, na którym widnieje napis „Chinga 
tu madre”.

- Tak. Ty pewnie jesteś Lisa.
- Jesteśmy w jadalni, nakrywamy. Potrzebujemy cię tam, a nie tutaj.
- Muszę tylko trochę rozciągnąć tę bluzkę, żeby mnie nie aresztowali za obnażanie się w miejscu 

publicznym - żartuję, ciągnąc za rąbek podkoszulka.

- Tak ma być. Chodź, nie mamy czasu na głupoty.
Już tęskniąc za Catem i Jane, idę z Lisa na dół, gdzie

 

nie wiadomo skąd zmaterializowała się 

piętnastka dość przeciętnych z wyglądu „atrakcyjnych osób”. Ustawiają na topornych drewnianych 
stolikach masywne cynowe talerze i samodziałowe serwetki z nadrukiem meksykańskiej flagi. Lisa 
natychmiast oddaje mnie pod opiekę krępego pomocnika Byrona, który - pomimo poetycznego 
imienia - wyraża się jak kryminalista. Byron łypie na mnie spode łba.

- Świetnie, kurwa. Kolejna do wyuczenia.
- Cześć - odpowiadam. - Miło mi.
- Pomocnik barmana zadzwonił, że jest chory. Masz podawać tequilę z dołu - powiadamia go 

Lisa.

- Przyuczam tu totalne prawdziwki, a ty chcesz, żebym dymał po schodach? Co jest, mam sześć 

rąk? No spójrz, mam? - Byron idzie w stronę schodów, podciągając spodnie.
- Erin, za trzy minuty spotykamy się w kuchni. Mamy od cholery roboty.

*

Trenuję niełatwą sztukę trzymania ważącej trzydzieści kilo tacy z talerzami na ramieniu, kiedy 

do kuchni wchodzi mężczyzna po trzydziestce, za to z niemowlęcą buzią. Jest ubrany w garnitur z 
brązowego   jedwabiu,   nosi   wisiorek   z   turkusem   i   meksykańskie   plecione   sandały.   Promienieje 
pewnością siebie, która łączy się z dużym kontem w banku i bujnym życiem seksualnym.

Powitawszy kucharzy pozbawioną akcentu angielszczyzną, sięga do dużej srebrnej misy, wrzuca 

do ust coś, co wygląda mi na kawałek wołowiny, i mówi do kobiety z różowymi pasemkami:

- Co sądzisz, Molly? Więcej poblano? Ta zagląda do misy.
- Wiesz, Hector... Może masz rację.
- Nie chcę na ciebie wywierać presji - odpowiada facet, cofając się. - To twoje stanowisko, a ty 

background image

jesteś dobra w tym, co robisz.

Kątem oka dostrzegam jakiś ruch i Byron uskakuje przede mną.
- Erin, jak pragnę zdrowia, uważaj na tę tacę, dobra? Prawie mnie znokautowałaś.
- Uwaga, wszyscy, spotkanie za pół minuty! - krzyczy Luke z góry.
- Znowu spotkanie? - warczy Byron. - Dlaczego?
Luke pojawia się na schodach. Wargi ma całkiem

 

białe.

- Bo ludzie się spóźniają, dlatego.
- Ja na ogół przychodzę wcześniej.
- Doceniam, ale spotkania są obowiązkowe.
- Ja się nie wykręcam, tylko mówię, jak jest. Nie przyjdę. Mam za dużo roboty.
- Co by pomyśleli inni, gdybyś się urwał?
- Mam gdzieś, co myślą inni. Nie ma sensu bluzgać na ludzi, którzy się stosują do zasad.
- To, co ma sens i to, co jest konieczne, to często nie to samo. Wszyscy na górę, proszę.
Kelnerzy i kucharze gromadzą się w małym pokoju, w którym remont najwyraźniej jeszcze się 

nie skończył. Przechodzę schylona pod żółtą taśmą i siadam na krześle okrytym przezroczystą folią. 
Hector wkracza, potykając się na styropianie i zmierza do zakurzonego stolika w kącie.

- Cześć, wszyscy - mówi. - Dziękuję za cierpliwość, jeszcze się nie urządziliśmy. Luke mówił, że 

w   zeszły   weekend   odeszła   cała   grupa   pracowników.   Wielu   z   was   się   spóźnia,   więc   chciałbym 
usłyszeć,   co,   waszym   zdaniem,   powinniśmy   tu   poprawić,   żeby   ta   restauracja   była   ciekawszym 
miejscem pracy.

Lisa podnosi rękę.
- Siedziałam   tu   wczoraj   do   trzeciej   nad   ranem.   Kiedy   zaczniemy   pracować   w   określonych 

godzinach?

Zamiast wrzasnąć: „Kiedy tak powiem!”, jak zrobiłby Carl, Hector uśmiecha się łobuzersko.
- Wytrzymaj   jeszcze   trochę,   dobrze?   -   mówi   z   wdziękiem   komiwojażera.   -   Pamiętaj,   ludzie 

czekali rok na nasze otwarcie. Wszyscy w tym siedzimy. Przez parę tygodni potrzebujemy waszej 
pracy na pełnym gazie.

- Pracuję w innej knajpie przy śniadaniach - odzywa się jakiś kucharz. - Muszę wychodzić o 

pierwszej, bo przez cały dzień będę nieprzytomny.

- Mój   ojciec   przez   szesnaście   godzin   dziennie   zmywał   naczynia,   kiedy   w   sześćdziesiątym 

dziewiątym przyjechaliśmy do tego kraju - odpowiada Hector. - Branża restauracyjna nie jest łatwa 
i   dlatego   ją   kochamy.   Potrafimy   przygotować   sześćset   dań   na   obiad   i   zjawić   się   na   wieczorną 
zmianę wypoczęci i gotowi do walki. Jeśli za miesiąc nadal
będziecie   się   czuli   przepracowani,   zwróćcie   się   do   mnie,   a   wtedy   pogadamy.   Luke?   Jakieś 
problemy? Luke się zastanawia.

- Nie w tej chwili. Powiem ci, jeśli coś się pojawi.
Po  trzydziestu  minutach  przysłuchiwania  się  pracownikom,  którzy  wyrażają  swoje  opinie  na 

każdy temat, od nowych talerzy po muzykę (głosowanie ujawnia, że większość kelnerów nie znosi 
kuchni tex-mex), Hector odsyła nas z uniwersalną mantrą: „Wszyscy jesteście świetni. Doceniam 
waszą   ciężką   pracę.   Nie   mógłbym   marzyć   o   lepszym   zespole”.   Odpowiadamy   anemicznymi 
oklaskami i rozchodzimy się, zanim Hector skończy mówić.

- Kto tu rządzi? - pytam Byrona. 
Ten prycha.
- Zależy, kto pyta.

*

Bywałam już zabiegana, ale jeszcze nigdy aż tak.
- Gdzie   są   chipsy   dla   stolika   pięćdziesiątego   czwartego?   -   ryczy   Lisa,   przekrzykując   tłum 

background image

miłośników Hectora.

W żołądku przewraca mi się służbowy posiłek - placek tamale - a ja grzebię w kieszeni krótkiego 

czarnego fartuszka, wśród kłębów bonów z komputera,

- Zdaje się, że przed chwilą sprawdzałam...
- Zdaje   się?   Sprawdź   jeszcze   raz!   -   rozkazuje   Lisa.   Obok   mnie   przechodzi   hostessa   z 

pięcioosobową grupą.

Zbiegam sprintem po schodach, śliskich jak narciarski zjazd od topiącego się lodu i rozlanej 

salsy.

- Ja się zabiję! - krzyczę, ale mój głos ginie w ryku akordeonu z głośników.
W   kuchni   miotają   się   oszaleli   pomocnicy,   zabiegani   kucharze   i   jeden   bardzo   zachrypnięty 

dostawca.

- Przez cały dzień dwadzieścia trzy burrito z czarnymi 

truflami! - chrypi i kaszle, zasłaniając usta rękawem. - Ktoś ma jakiegoś procha na gardło?

Szef kuchni podsuwa mu buteleczkę ze sprayem.
- Masz,   sam   zrobiłem.   Eukaliptus,   woda   Perrier   i   jack   daniels.   Działa   w   magiczny   sposób. 

Słuchaj, widziałeś Hectora?

- Jest na górze. Fotografuje się ze striptizerkami ze „Scores” - odpowiada jeden pomocnik.
Dostawca psika sprayem w otwarte usta i przełyka.
- Oż, ty!
- Czekam  na  koszyk  chipsów!  - mówię, ale  równie  dobrze  mogłabym krzyczeć  w poduszkę. 

Kurczaki fajita sypią się jak lawina, a pomywacz przed chwilą skaleczył się w palec zbitym talerzem.

- Potrzebuję   superglue!   -   woła   kucharz   od   grilla,   tymczasowo   występujący   jako   siostra 

miłosierdzia. - Strasznie krwawi!

W okienku pojawia się talerz tortilli z homarem.
- Czy to przypadkiem nie moje? - pytam w pustkę.
Byron zjeżdża po schodach i ląduje obok mnie z ciężkim

 

łupnięciem.

- Jak leci?
- Pomóż mi! - łkam.
- Chciałbym - odpowiada, stawiając z rozmachem talerze na tacy. - Ale już pomagam dwom 

kelnerom. Brakuje ci rąk do pracy? Pogadaj z Byronem. Nie ma ci kto podetrzeć tyłka? Jest Byron. 
Gdzie Byron? Ktoś musi wynieść stąd tego trupa.

- Po godzinie szkolenia mam donosić dania dla połowy gości? To chcesz mi powiedzieć?
Byron kiwa głową.
- Od razu skacze adrenalinka, co?
Przydałby mi się w tej chwili tyran Carl. Już mam się rozpłakać z powodu nachos, kiedy widzę, 

że kucharz od smażenia osącza i soli koszyk specjalności zakładu.

- Biorę - oznajmiam, wyjmując mu koszyk z dłoni. - Gracias.
Kucharz uśmiecha się, błyskając złotą jedynką.
De nada, słonko.
Ale nie docieram ze swoją zdobyczą nawet na schody.
- E, pomocnica numer cztery, wracaj tu i bierz tacę - woła szef kuchni. - Cała lewa strona 

twojego sektora czeka na żarcie.

Po dziesiątkach wypraw do jadalni zaczynam cierpieć na łokieć tenisisty, łupie mnie w kolanie i 

czuję reumatyzm w obu ramionach. Jakimś cudem prawie wszystkie błędy popełniłam w kuchni, 
gdzie szalejące pandemonium zwalnia mnie od wszelkiej odpowiedzialności.

- Myślałem, że już ci dałem taquito z wołowiną - mówi szef kuchni.
- Nie - odpowiadam i nie wspominam o takim drobiazgu, jak ten, że upuściłam je na schodach, 

gdzie galopujący kelnerzy je stratowali, a pomocnik pozamiatał.

background image

- Dobra, pięć minut. Zaraz oszaleję. Hector! Hector! -ryczy. - SOS!
Tymczasem   Hector   siedzi   przy   stoliku   w   rewirze   Lisy,   obejmując   dwie   panie   w   wieku 

emerytalnym.

- Pozdrów ode mnie Hectora - mówią mi goście. - Gdzie Hector? Powiedz mu, żeby do nas 

podszedł. Chcemy porozmawiać z Hectorem.

Ale nie wszystko jest przyjemnością i igraszką.
- Przepraszam panią, dlaczego ta  sałatka  jest  taka droga? To  samo  mogę dostać w  ulicznej 

budce.

Lisa odsuwa mnie na bok tacą pełną butelek dos equis.
- Ja się tym zajmę - mówi. - Ty sprawdź, co się dzieje z deserami na czterdzieści jeden.
Aaaa, otóż i stolik czterdzieści jeden, gdzie dziewczęta w różnym stopniu obnażenia zmuszają 

szefa kuchni, żeby złożył autograf na serwetkach.

- Dziewczyny, bo stracę przez was głowę! - śmieje się Hector.
Kiedy wracam, uginając się pod ciężarem cynamonowego flanu, sopapilli i płonących lodów, 

jedna dziewczyna leży na kolanach Hector a, a druga usiłuje zaśpiewać meksykański hymn.

Mexicanos, al grito de guerra... Dobrze?
- Skąd mam wiedzieć? - odpowiada Hector. - Nie mówię po hiszpańsku.

*

- Chcę morfiny - mówię do Byrona, kiedy zmiatamy okruszki z jeszcze ciepłych krzeseł. - Jeszcze 

nigdy nie byłam tak obolała.

- Przywykaj - odpowiada. - Teraz tak wygląda twoje życie. Nazywasz się Erin i roznosisz dania. 

Koniec pieśni.

Mija nas hostessa w podkoszulku z napisem „Patrol graniczny”. Zagląda pod stoliki, podnosząc 

zgubioną biżuterię, serwetki i, przy stoliku sześćdziesiąt dziewięć, but.

- Pewnie to tej kobiety, którą wynieśli - mówi. – To już razem dwa sandały, kozaczek i trampek, 

a to wszystko w jednym tygodniu.

Kątem oka dostrzegam coś zielonego.
- Masz swoją działkę - mówi Lisa, wręczając mi cienki zwitek gotówki. - Minus dwadzieścia trzy 

dolary za wpadkę z rybnym taco.

- Dzięki - mówię i liczę zarobek. Czterdzieści sześć dolarów. Niewiele więcej niż po pierwszym 

wieczorze w „Roulette”.

- Erin?   Mogę   cię   prosić   na   chwilę?   -   woła   do   mnie   Luke   z   baru,   gdzie   zasłana   malutkimi 

papierowymi sombrerkami podłoga lepi się od rozlanych drinków. - Oceńmy twoją pracę. - Daje mi 
znak, żebym usiadła. - Jak na pierwszy raz, powiedziałbym, że poszło ci całkiem nieźle. Dałbym ci 
mocną siódemkę - dobry wynik z perspektywami dalszego
doskonalenia. - Obrzuca dumnym spojrzeniem salę, która przypomina krajobraz po bitwie. - Skoro 
już się zapoznałaś z warunkami w restauracji, co o nas sądzisz?

- Szczerze   mówiąc,   Luke,   to   była   katastrofa.   Ludzie   czekali   dwadzieścia   minut   na   drinka   i 

godzinę na jedzenie, a tłok był jak w autobusie. System komputerowy dwa razy się zawiesił, nikt nie 
miał czasu mi pomóc, Hector był tak zajęty kumplowaniem się z gośćmi, że porzucił kuchnię na cały 
wieczór, na tych schodach ktoś w końcu skręci sobie kark, zmiany są zbyt długie, przystawki za 
drogie... - Nabieram tchu. - Mam mówić dalej?

Luke przełyka głośno ślinę i kiwa głową.
- W   porządku.   Zanim   kucharze   się   połapią,   dla   kogo   są   dania,   a   pomocnicy   je   przyniosą 

gościom, wszystko jest zimne. I...

- Nie, nie - przerywa Luke. - Ale dzięki za uwagi. - Dopija martini ozdobione malutką papryczką 

chili. - Na czas rozkręcenia interesów potrzebujemy kogoś bardziej skłonnego do kompromisu. Z 

background image

twoich słów, Susan, wnioskuję, że nie pasujesz do „Hectora”.

- Nazywam się Erin. I fakt, nie pasuję. - Idę za nim do wyjścia i ściskam jego wilgotną dłoń.
- To na razie - mówi Luke, błyskając aparatem na zębach.
- Nawiasem mówiąc, mógłbyś czasem dać Byronowi wolne. Ma mnóstwo zajęć i opuścił się z 

biologii. Dobranoc.

*

-  Wyjdziemy, jak tylko dopiję kawę, dobrze?
Jest   ranek   następnego   dnia,   a   Rocket   drapie   w   wyjściowe   drzwi   i   żałośnie   skomli.   Krótka 

przebieżka wokół bloku o trzeciej nad ranem nie wystarczyła, żeby go wybiegać. Rocket chce złapać 
swoją   obślinioną   tenisową   piłeczkę   i   iść   na  prawdziwy spacer, którego nie zaznał od czasu, gdy 
spędziłam 
dwanaście godzin na podawaniu płonących drinków z tequila i quesadilli z krabami.

- Dobrze.

 

-

 

Wylewam

 

resztę

 

kawy

 

do

 

zlewu.

 

-

 

Idziemy.

Tylko daj mi się przebrać.

Idąc przez kuchnię, słyszę głosy na korytarzu. Jeden należy do Nicka, drugi... do mojej matki? 

Zatrzymuje się i nastawiam ucha. Dlaczego matka miałaby wpadać niezapowiedziana o dziesiątej 
rano w piątek?

Przechylam się nad Rocketem, zdejmuję łańcuch i otwieram zasuwę. W chwili, gdy uchylam 

drzwi,   dociera   do   mnie,   że   to   nie  głos   mojej   matki,   lecz   potencjalnej   lokatorki,   która   przyszła 
obejrzeć mieszkanie pod dwójką.

- Kiedy mogę się wprowadzić? - pyta.
- Za dwa, trzy dni. Muszę jeszcze naprawić zmywarkę i gotowe.
- Chodź, Rocket - szepczę. - Nie warto dziś skakać na Nicka. Wiesz, co o tobie sądzi.
Ale Rocket jest głuchy na argumenty. Po całej nocy w zamknięciu energia go roznosi i wreszcie 

zapachniało mu wolnością. Usiłuję go odepchnąć nogą, ale się nie daje.

- Cofnij się, kolego. - Moje prośby nie skutkują. Kucam, żeby go odciągnąć, ale ledwie puszczam 

klamkę, Rocket wpycha głowę w szczelinę drzwi i wydziera się na wolność. Usiłuję go złapać, ale 
koniec jego ogonka wymyka mi się z palców i Rocket śmiga co sił korytarzem.

- Rocket, wracaj!
Otwieram drzwi i ścigam go na bosaka, w spodniach od piżamy i rozciągniętym podkoszulku. 

Dopadam schodów w chwili, gdy mój kochany piesek już dociera do podestu na pierwszym piętrze. 
Już widzę oczami duszy, jak wypada z budynku prosto pod koła samochodów. Jeśli Nick otworzył 
drzwi z myślą o ludziach chcących wynająć mieszkanie, tak właśnie się stanie. Pruję po schodach, 
zeskakując po dwa naraz, a za mną rozbrzmiewa baryton Nicka, odbijający się echem w pustych 
pokojach:

- Wczoraj wstawiłem ładną nową muszlę.
Przez otwarte drzwi frontowe widzę samochody śmigające po First Avenue. Rocket zeskakuje z 

ostatniego stopnia i daje sus w powietrzu ku drzwiom.

- Rocket, stój!
Tyle zyskałam, że przyspieszył. W chwili, kiedy zaczynam sądzić, że straciłam go na zawsze, 

Rocket skręca ostro w prawo i pruje jak odrzutowiec do mieszkania pod dwójką.

Dopadam  go parę  sekund  później,  spanikowana  i zdyszana. Biegnę  korytarzem, który  nadal 

pachnie świeżą farbą i z poślizgiem wjeżdżam do salonu, gdzie stoi Rocket, z łebkiem przechylonym 
na bok przysłuchujący się Nickowi, który peroruje w kuchni:

- Ona tylko tak głośno pracuje. Wytrzyma jeszcze co najmniej z pięć lat.
- Chodźmy, zanim nas zobaczą - szepczę, ledwie zipiąc. - Idziemy.
Rocket łypie na mnie i boczkiem, nieznacznie, zbliża się do sypialni. Nie podda mi się bez walki.

background image

- Już   sprawdziłem   pani   konto   i   wszystko   wygląda   jak   najlepiej.   -   Głos   Nicka   brzmi   coraz 

wyraźniej. - Potrzebuję tylko kaucji i mieszkanie należy do pani.

- Świetnie. Wypiszę czek.
- Rocket, proszę cię - syczę, wyciągając do niego ręce.
Ale Rocket nie idzie na żadne układy. Jakby dla zaprezentowania, jak długo nie był na dworze, 

dwa razy skrobie łapką w podłogę i zaczyna obwąchiwać ścianę.

- Nie...! - rzucam i skaczę ku niemu.
Za późno. Już podnosi łapę i zostawia na świeżo odmalowanej ścianie ciemną strugę - dokładnie 

w chwili, gdy zza zakrętu wyłania się Nick z nową lokatorką.

- Erin! - mówi Nick. Trochę chyba dziwi go widok mnie, bosej, z ręką na ustach. Marszczy 

ciemne grube brwi. - Potrzebujesz czegoś?

Nowa lokatorka, koło trzydziestki, ciężarna i z nastroszoną fryzurą, dostrzega katastrofę.
- Chwileczkę - mówi, zawieszając długopis nad książeczką czekową. - Czy ten pies...
- Tak - przyznaję żałośnie. - Przepraszam.
- W moim nowym mieszkaniu? 
Nick pochyla się i dostrzega Rocketa.
- Co się tu dzieje?
Nie   udaje   mi   się   wyrazić   skruchy   odpowiednio   szybko.   Nick   dostrzega   ciemną   plamę   i 

bezbłędnie kojarzy ją z Rocketem.

- On ma stąd zniknąć! - krzyczy.
- Dobrze - szepczę, usiłując chwycić skamieniałego Rocketa, ale ten otrząsa się z przerażenia i 

pryska do łazienki. Omija ostrym wirażem toaletę i skacze do wanny.

- Na zawsze! Natychmiast!
- Dobrze, tylko... - W końcu do mnie dociera. - Słucham?
- Słyszałaś! - Nick wskazuje drzwi.
- To znaczy... mam się wyprowadzić?
Nick przesuwa ręką po spoconym czole i z trudem odzyskuje panowanie nad sobą.
- Od dawna mieszkasz w moim budynku. Zapewniałaś, że pies niczego nie zniszczy i zaufałem 

ci.

- Przecież nie zniszczył! To znaczy... do tej pory. To moja wina, ostatnio rzadko bywam w domu 

i...

- To bez znaczenia. Już dałem temu psu szansę, i to nie raz. Do wieczora ma go tu nie być, albo 

wystawię twoje rzeczy na ulicę.

Nowa lokatorka wycofuje się, udając, że zainteresowała ją szafa w sypialni.
- Do wieczora? Nie znajdę mu tak szybko miejsca. 
Nick wzrusza ramionami.
- Musisz.
- Może zapłacę za odmalowanie? Czy sto dolarów wy- starczy? Mogę dać więcej na wypadek, 

gdyby znowu coś zbroił, choć daję słowo, że tak nie będzie.

Nick kręci głową.
- Masz ładne mieszkanie, ze stałym czynszem i tak dalej. W tych czasach to rzadkość. A to 

sikające na prawo i lewo stworzenie jest zwykłym zwierzakiem. Wybieraj.

- Nick, proszę, nie stawiaj mnie w takiej sytuacji.
Nick wznosi ręce do góry i wychodzi z kuchni, mamrocząc: „To trzeba zmyć, zanim zostanie 

plama”.   Słyszę,   jak   szuka   pod   zlewem.   Parę   chwil   później   zjawia   się  ze   sprayem   i   wyschniętą, 
powyginaną gąbką.

- Ja to zrobię - mówię, wyciągając ręce. Klękam i zmywam podłogę i ścianę. - Widzisz? Schodzi, 

prawie jakby się nic nie stało.

background image

- Wyprowadź psa spod prysznica i idź stąd - mówi Nick.
- Daj nam jeszcze jedną szansę - błagam. - Zrobię dla ciebie wszystko.
- Przykro mi. Mówiłem, żebyś wzięła kota.

Rozdział 20

-  Rachel, musisz mi pomóc! To przez ciebie znalazłam się w tej sytuacji!
- Jestem   na   sesji   na   Staten   Island   -   szepcze   Rachel.   -   Co

według ciebie mam zrobić? - Słyszę, jak przeprasza kogoś, wychodzi i zamyka drzwi. - Pozuje mi 
małżeństwo z papugą, która ma sześćdziesiąt lat. Cholernie się jej boję.

Rocket,   zmęczony   po   wyprawie   do   parku,   rozwalił   się   na   podłodze   w   salonie   i   obgryza 

gumowego hamburgera.

- Więc przyjedź, jak skończysz.
- Nie mogę. Potem muszę dostarczyć klientowi odbitki, a jeszcze nawet nie zaczęłam ich robić.
- Chryste Panie! To co mam zrobić?
- Bo ja wiem. - W słuchawce coś trzeszczy. - Zabierz go do rodziców.
- Mój ojciec ma alergię na psy. Może się zbliżać tylko do zwierząt, które przyrządza na grillu.
- Więc może znajomi z poprzedniej pracy?
- Nie rozmawiałam z nimi, odkąd zaczęłam kelnerować. Nie mogę do nich wparować z psem w 

ramionach.

- A Jane i Cato?
- Już próbowałam. Ich gospodarze nie pozwalają trzymać zwierząt.
Rachel wzdycha.
- Nie wiem, co powiedzieć.
Rozpinam suwak kurtki i zdejmuję buty.
- Cudownie. No to jestem załatwiona. Dzięki, Rocket.
- Trochę wyrozumiałości. On jest stary. Robi, co może.
- Ja   też!   Rozpieszczam   drania!   Wynajęłam   mu   najdroższego   wyprowadzacza   psów   w   tym 

mieście. Ale on potrzebuje uwagi, której nie mogę mu dać.

- Słuchaj, muszę wracać do pracy. - Wydaje mi się, że Rachel przerwie połączenie, ale nie. - 

Przykro mi. Jeśli nic nie znajdziesz, zawsze możesz go odwieźć do psiego hotelu.

- Do psiego hotelu! Po tym, co przeżył? Nigdy tego nie zrozumie. Pomyśli, że go porzuciłam. I że 

go uśpią!

- Tylko spokojnie. Zadzwonię później, dobrze? Jeśli przyjdzie mi coś do głowy, dam ci znać.
Odkładam   słuchawkę   i   zaczynam   gorączkowo   przeglądać   notes   z   adresami.   Dzwonię   do 

wszystkich,   których   uznaję   za   godnych   zaufania,   ale   albo   wyjechali,   albo   są   na   zebraniu,   albo 
chorują. O wpół do pierwszej dociera do mnie, że mój pies spędzi co najmniej jedną długą noc w 
klatce, otoczony dziesiątkami innych porzuconych stworzeń.

- No, więc trudno - mówię do niego. - Muszę wykonać telefon, którego chciałam uniknąć.
Łączę się z informacją, a potem wybieram numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci.
- „Roulette” - burczy Steve.
- Steve... - zaczynam zamierającym głosem. - Cześć, tu Erin.
Steve milczy. Najwyraźniej wyczuwa kłopoty.
- Co jest?
- Strasznie się czuję. Chyba złapałam jakąś grypę. Nie będę mogła dziś przyjść. To znaczy mogę, 

jeśli będę musiała, ale chyba goście nie chcą smarkającej kelnerki.

- Wczoraj wyglądałaś świetnie.
- Słucham?

background image

- Powiedziałem, że niespełna czterdzieści osiem godzin temu byłaś okazem zdrowia.
- Jakoś mnie tak nagle wzięło.
- Masz gorączkę?
- Tak, dokładnie trzydzieści osiem i trzy - mówię z urazą. Zaczynam sama sobie wierzyć - dobry 

znak, zdaje się, że łatwo mi nie pójdzie.

- Moi kelnerzy nie chorują - oznajmia Steve. - A jeśli już, to łykają prochy, żeby przetrwać 

zmianę i nie zarazić innych. Marty w zeszłym roku miał zapalenie płuc, a i tak zdołał przygotować 
dania dla imprezy na dwieście osób. Takiego poświęcenia spodziewam się po wszystkich.

- Ale... mnie się kręci w głowie. Doktor powiedział, że nie powinnam chodzić. - Postanawiam 

zagrać na najgorszej fobii Steve'a - lęku przed pozwem. - Mogłabym upaść i coś sobie zrobić.

Steve prycha pogardliwie.
- Przewracasz się nawet zdrowa. Przykro mi, nie mam dla ciebie zastępstwa. Derek ma wolne, 

ale pracuje na dodatkowej zmianie w „Suburb”. Więc jeśli nie zamierzasz od razu zrezygnować z 
pracy i do jutra w południe oddać spódnicę i bluzkę, uprane i wyprasowane, lepiej żebyś tu była o 
trzeciej.   Właściwie   o   wpół   do   trzeciej.   Chcę,   żebyś   przeliczyła   sztućce,   bo   coś   mi   się   zdaje,   że 
Enrique robi z nich prezenty dla rodziny.

Zdobywam się na ostatni rozpaczliwy wysiłek, by zyskać współczucie Steve'a.
- Nie wiem, czy powinnam się kontaktować z innymi. To może być coś niebezpiecznego, coś... 

no, nie wiem, azjatyckiego.

- Nie mam pracowników na zastępstwo. Nie będziesz się ze sobą cackać przez dwa tygodnie. A 

skoro o tym mowa, może dobrze się stało. Wreszcie nauczysz się poświęcenia w pracy.

Biorę głęboki wdech. Nie pora tracić panowanie nad sobą i ostatnie dwa procent szans, że jakoś z 

tego wybrnę.

- Ale ja już się poświęciłam. Praktycznie sama uporządkowałam całą restaurację.
- Całą? Dopiero zaczęliśmy. Jak powiedziałem, masz tu być o wpół do trzeciej. I wypłucz gardło 

wodą z solą. Masz kiepski głos, ludzie nie znoszą nie rozumieć kelnera.

Słyszę   chłeptanie   Rocketa,   który   pije  wodę   z  muszli   klozetowej,  choć  miskę  napełniłam   mu 

godzinę   temu.   Wchodzi   do   kuchni   z   ociekającym   pyskiem   i   spogląda   na   mnie,   jakby   chciał 
powiedzieć: „Wybiegałem się, napiłem, świat jest piękny.”

- Dobrze - mówię. - Chyba dam radę.
- Świetnie, i niech ci się robota pali w rękach. Mamy dziś komplet i będzie gorąco od punkt 

siódma.

- Zaraz... Steve? Czy mogę poprosić Dereka, żeby mnie zastąpił?
- To ci się nie uda. Do zobaczenia po południu.
Odkładam słuchawkę i gapię się w okno sypialni, usiłując zdecydować, co dalej. Dwie godziny to 

za   mało   na   znalezienie   przyzwoitego   schroniska,   dostarczenie   do   niego   Rocketa   i   załatwienie 
formalności. Szperam w szufladach biurka i w końcu wyciągam listę telefonów wszystkich kelnerów 
z „Roulette”. Odmawiam krótką modlitwę, zaczynającą się od „proszę”, a kończącą „bo się zabiję” i 
wybieram numer.

- Halo? - odzywa się mężczyzna.
- Derek?
- Czego?
- Cześć. Tu Erin. Z „Roulette”. Pauza.
- Jezus. Nie mogę się od was odczepić.
Śmieję się, postanawiając, że nie dam się zrazić.
- Dzwonię, bo...
- Wiem, po co dzwonisz. Odpowiedź brzmi „nie”.
- E... słucham?

background image

- Nie zastąpię cię. Już przepracowałem dwie zmiany w „Suburb” i cztery w „Roulette”. Nie mam 

czasu się podrapać po tyłku.

- Bardzo mi przykro, wierz mi. Ale jestem bardzo chora, rozłożyło mnie. Gdybyś mógł mi pomóc 

tylko ten jeden jedyny raz...

- Chora, co? Jasne.
- I... muszę zostać w domu i odpocząć, żeby mi się nie pogorszyło.
- Nudzisz mnie, Erin - ziewa Derek. - Zasypiam.
Uświadamiam   sobie,   że   wykręty,   błagania   i   łzy   nie   poskutkują.   Rozmawiam   z   facetem,   do 

którego przemawia tylko jedno.

- Zapłacę - rąbię prosto z mostu. - Pięćdziesiąt dolarów.
Derek rechocze.
- Zabawna jesteś, wiesz o tym? Usiłuję otworzyć restaurację i brakuje mi koło siedemdziesięciu 

tysięcy.

- Stówa.
- Mała różnica.
- Dobra, dwieście. 
Brak odpowiedzi.
- Dwieście pięćdziesiąt?
Po krótkim milczeniu Derek odpowiada:
- Może się jednak dogadamy.

*

- To tak, jakbyś nocował u kolegi - tłumaczę Rocketowi, kiedy wysiadamy z taksówki u zbiegu 

Dziewięćdziesiątej Trzeciej i Lexington. - Spodoba ci się.

Ale Rocket nie słucha, za bardzo go raduje drugie wyjście tego dnia. Zapadł zmrok i robi się 

przenikliwie zimno. Rocket nie szarpie się na smyczy jak zwykle, ale stoi i węszy.

- Będziesz się świetnie bawił z innymi pieskami - mówię, głaszcząc go po kraciastym wełnianym 

kubraczku. - Pobędziesz tam dzień lub dwa, a potem... - urywam. - Skończmy z tym. Za parę minut 
zamkną.

Zarzucam   na   ramię   małą   brezentową   torbę   z   miskami   i   zabawkami   i   przygotowuję   się   do 

oddania Rocketa w obce ręce. Otwieram masywne oszklone drzwi z napisem „Psalon - hotel dla 
psów” i mówię sobie, że choć czuję się fatalnie, postępuję słusznie. Nie jest to idealne rozwiązanie, 
ale dzięki niemu zyskuję trochę czasu. Podrzucę tu Rocketa, wrócę do domu, podzwonię do ludzi i 
jakoś to załatwię.

Dźwięczy   dzwonek;   wchodzimy   do   małego,   przegrzanego   wnętrza,   w   którym   pachnie 

szamponem   do   dywanów   i   starymi   gazetami.   Na   małym   białym   kontuarze   stoi   zabiedzona 
paprotka, a nad nim wisi tablica ogłoszeń z komiksami o psach i reklamami wyprowadzaczy. Zza 
zakratowanych drzwi dobiega przeraźliwe ujadanie i echo niskiego warczenia. Rocket waha się i 
rozgląda nieufnie. Choć opowiadałam mu o paru dniach, wygląda to bardziej jak dwadzieścia lat do 
dożywocia.

- Proszę - szepczę, ciągnąc go do kontuaru. – Nie utrudniaj.
Przygarbiony starszy pan z jamnikiem właśnie wpisuje się do księgi.
- Stella jada teraz wyłącznie dietetyczne pokarmy - mówi do młodej kobiety, która przyjmuje 

jego kartę. Jasnoblond kok przyszpiliła za pomocą ołówka, a na sobie ma obszerny kombinezon w 
szczeniaczki i kotki. Na identyfikatorze widnieje wypisane na czerwono imię Abby.

- Zdaje się, że od ostatniego razu sporo schudła - mówi.
- Lekarz zakazał sera. I efekt od razu widać.
- Wpisał pan w formularzu instrukcje co do karmienia?

background image

- Pół kubka dwa razy dziennie - odpowiada starszy pan, kiwając głową. - Wiem, że to zabrzmi 

paranoicznie, ale muszę spytać.

Abby wyrywa pokwitowanie.
- Śmiało.
- Ostatnim razem Stella wróciła do domu z kaszlem, a słyszałem, że w mieście szaleje psia 

grypa. Macie tu z nią kłopot?

Zastygam.
- Jak w każdym schronisku, ale w tym sezonie wirus nie jest groźny. Parę naszych psów go 

złapało,   ale   Stella   jest   młoda   i   zdrowa,   więc   nic   jej   nie   będzie.   Bardzo   dokładnie   wszystko 
dezynfekujemy i nie przyjmujemy ewidentnie chorych zwierząt, więc...

Mężczyzna podpisuje wydruk i oddaje.
- Więcej zrobić nie możecie.
- Właśnie.   No   cóż,  szczęśliwej   podróży.  Dobrze   się   nią   zaopiekujemy.  -   Abby   wychodzi   zza 

kontuaru i przejmuje smycz od starszego pana, który poucza swojego pieska, żeby się nie przejadał.

Abby uśmiecha się do mnie; niechętnie zbliżam się do niej.
- Zaraz  będę  -  obiecuje,  znikając  za  zakratowanymi  drzwiami  ze skomlącą  Stellą. Po  chwili 

wyłania się z puszką napoju.

- W sprawie przyjęcia psa? - pyta.
- Tak - odpowiadam, przekrzykując kolejną falę ujadania.
- To pewnie pani dzwoniła przed chwilą?
- Ja.
Abby przechyla się przez kontuar i spogląda w dół.
- Zatem ty jesteś Rocket Edwards. - Rocket sztywnieje na dźwięk swojego imienia i szarpie się 

na smyczy. – Na ile dni zamawia pani hotel? - pyta Abby, przysuwając mi formularz i długopis.

- Chyba na jeden - zerkam na kartkę, na której obok miejsca na wpisanie numeru mojej karty 

znajduje się pozycja „Imię zwierzęcia”.

- Świetnie. Proszę wypełnić pierwszy arkusz i podać informacje o psie i kontakt w razie nagłego 

wypadku.

- W   razie...   Dobrze.   -   Zaczynam   wpisywać   adres   Rachel,   ale   nagle   odkładam   długopis.   - 

Przepraszam. Chyba nie mogę.

- Pierwszy raz?
- Tak.
- Bez obaw, będzie w dobrych rękach.
- Nie o to chodzi, po prostu... zmieniłam zdanie.
- Chętnie panią oprowadzę - proponuje Abby. - Nasze schronisko spodoba się pani. Psom jest tu 

bardzo wygodnie.

- Na pewno. Tylko nie jestem gotowa.
Abby patrzy na mnie z zaskoczeniem.
- Hm. Dobrze, to pani decyzja. Jeśli zmieni pani zdanie, otwieramy o ósmej rano.
- Dziękuję. Bardzo dziękuję. I przepraszam. - Ciągnę Rocketa ku drzwiom, na mroczną ulicę, 

błyszczącą   od   marznącej   mżawki.   -   Szlag   by   to   -   mamroczę.   -   W   co   ja   nas   władowałam?   - 
Zatrzymuję się z Rocketem pod trzepoczącą czarną markizą.

Nie mam najbledszego pojęcia, co dalej.
Stoję, drżąc, przed zamkniętą księgarnią. Zaczynam  się  zastanawiać,  czy  moje życie nie  stoi 

przypadkiem na głowie. Może powinnam od razu zadzwonić do Steve'a i oznajmić, że odchodzę. Jak 
mam znaleźć nową pracę, skoro ciągle pracuję? Ale jeśli odejdę, czy będzie mnie stać na cokolwiek 
oprócz   oddania   psa   i   powrotu   na   garnuszek   rodziców?   Jestem   w   pułapce,   jestem   niewolnicą 
pieniędzy i nie mam wyboru, muszę na oślep brnąć w tym samym kierunku.

background image

Z jękiem frustracji wychodzę na ulewę, w torbie brzęczą mi zabawki i miski.
- Nie mam pojęcia, co dalej, ale wracajmy do domu - mówię do Rocketa. Wicher prawie zrywa 

mi   z  głowy   polarową   czapkę.   Rocket   liże   lód   na   chodniku,  a   ja   bez  powodzenia   usiłuję   złapać 
taksówkę. W nadziei, że po drugiej stronie ulicy będzie lepiej, przechodzę na czerwonym i unoszę 
rękę. Nic. Palce mi drętwieją, nadzieja więdnie. Ruszam ciężko w stronę centrum.

Dlaczego nie włożyłam kozaków, tylko trampki? Co parę minut zatrzymuję się i gorączkowo 

macham na przejeżdżające taksówki, po czym mówię głośno parę brzydkich wyrazów i idę dalej. 
Dla Rocketa to wszystko jest jedną wielką przygodą - trąbiące klaksony, ludzie uciekający przed 
deszczem,   czyjaś   zbiegła   parasolka,   która   omija   nas   o   parę   centymetrów   i   zawisa   na   drzewie. 
Kupuję   w   budce   kubek   kawy,   a  kiedy   się   odwracam,   uświadamiam   sobie,  że  jestem   niedaleko 
„Roulette”.   Chciałabym,   żeby   zjawił   się   ktoś,   kto   zaopiekuje   się   zmarzniętą   kelnerką   i   psem   z 
oblodzonymi łapkami, ale na Upper East Side znam tylko jedną osobę: Daniela.

O, nie.
Nieważne,   że   jestem   zziębnięta   i   zdesperowana.   Będę   czekać   na   taksówkę,   choćbym   miała 

przymarznąć do chodnika.

- Przestań się trząść, Rocket - mówię. - Mam wyrzuty sumienia.
W chwili, gdy zaczynam rozważać, czy by go nie schować pod kurtkę i przeszmuglować do metra, 

zza zakrętu wyłania się pusta taksówka, która jedzie w naszą stronę.

- Wreszcie - mówię, biorąc Rocketa na ręce. - Jesteśmy uratowani.
Ale   taksówka   nie   zwalnia.   Zerkam   za   siebie   i   widzę   unoszącego   rękę   starszego   pana,   w 

porządnym ubraniu i bez psa.

- Zaraz, to moja taksówka! - krzyczę, ale samochód mija mnie z rozpędem, obryzgując lodowatą 

wodą. Starszy pan
wskakuje do środka, taksówka zawraca i znika w oddali.

Rocket piszczy i otrząsa się gwałtownie, kiedy stawiam go na ziemi. Jego przemoczone psie 

ubranko przekręciło się, ogon się podkulił.

- Mam gdzieś dumę - mówię, a deszcz skapuje mi z nosa. - Idziemy.
Przemoczone   skarpetki   mlaszczą   mi   w   butach,   gdy   człapię   przez   Siedemdziesiątą   Ósmą   ku 

jedynej osobie, której nie poprosiłam o pomoc. Z oddali kamienica Daniela wygląda jak obóz baza 
na Annapurnie - jasny i zaciszny, pełen żywych ludzi i ciepłych koców. Wchodzimy pod markizę i 
Rocket znowu się otrząsa, obryzgując portiera zimnymi kropelkami.

- Przepraszam - mówię.
- Za co? - odpowiada portier z uśmiechem. - Mam kalosze i płaszcz. Do tego służą.
Dzwoni do Daniela, a mnie nawiedza straszna myśl: a jeśli Daniel i Fritz nie są sami? Może w 

mieszkaniu na kanapie wyleguje się Sonia, czytając scenariusze i podejmując decyzje, kogo jednym 
pociągnięciem pióra uczynić bogaczem lub nędzarzem. A ja tam wparuję w płaszczu ze szmateksu i 
najpierw się upokorzę, a potem pod mało wiarygodnym pozorem znowu wyjdę na tę słotę.

- Wie pan co... rozmyśliłam się - mówię, ale portier w tej samej chwili odkłada słuchawkę ze 

słowami: - Proszę na górę.

- Naprawdę?
- Pan Fratelli panią oczekuje.
Podczas krótkiej jazdy na trzecie piętro udaje mi się przeczesać włosy i symbolicznie wytrzeć 

Rocketa szalikiem, który natychmiast wpycham do torby wraz z pustym kubkiem po kawie. Kiedy 
drzwi   windy   się   rozsuwają,   widzę   Daniela   w   znoszonych   dżinsach,   czerwonym   podkoszulku   z 
długimi rękawami i wełnianych skarpetkach.

- Co się dzieje? - pyta z troską.
Uśmiech, którym zamierzałam błysnąć, jakoś mi nie wychodzi.
- Weź mojego psa - rąbię prosto z mostu załamującym się głosem.

background image

Daniel patrzy z konsternacją na mnie, a potem Rocketa.
- Dlaczego? Co się stało?
- Bo ja... bo mój gospodarz... to długa historia - kręcę głową. - Pomyliłam się. Nie powinnam tu 

przychodzić.

Daniel robi krok do windy i obejmuje mnie ramieniem.
- Proszę cię, wstąp na chwilę. Jesteś sina.

*

- Może o smaku dziczyzny w sosie? - woła Daniel z kuchni. - Lubi?
Wycieram twarz małym ręcznikiem.
- Nie wiem. Nigdy go tym nie karmiłam.
Rocket szczeka głośno.
- On mi tu świruje, więc chyba jestem na właściwym tropie. Fritz, ty już jadłeś. Tak jest, Rocket. 

Pokaż mu, kto tu rządzi.

Daniel wraca do salonu, a Rocket z głośnym zgrzytem suwa miskę po kuchni.
- Nie miałem pojęcia, że Fritz jest taką ciapą. Pies o połowę od niego mniejszy wkracza na jego 

terytorium i od razu staje się samcem alfa.

- Naprawdę możesz przechować Rocketa przez parę dni? - pytam.
- Jasne. Fritz musi się nauczyć dzielić zabawkami.
- Nie potrafię powiedzieć, jaka jestem wdzięczna.
- Już powiedziałaś. Cztery razy. - Wskazuje moje przemoczone ubrania. - Powinnaś się tego 

pozbyć.

- E... nie mam się w co przebrać.
- Na pewno coś znajdziemy.
- Dzięki, ale dość mi już pomogłeś. Muszę iść.
- Nie w tym stanie. Chodź.
Zastanawiając się, czy Daniel zamierza mi pożyczyć ciuszki Soni, idę za nim do małej, wyłożonej 

dywanem sypialni z widokiem na ogród. Zmięta pościel jest przykryta narzutą. Nieopodal widzę 
psie legowisko z monogramem i przeżuty na amen kawałek rzemienia.

Daniel włącza lampę i otwiera szafę.
- Kołnierzyk numer 34 pasuje? - Zdejmuje z wieszaka sztruksową koszulę, potem grzebie na 

półce, a podkoszulek mu podjeżdża, ukazując kawałek gładkich pleców. - Miałem tu gdzieś stare 
dresy. O, są. - Podaje mi ubrania z uśmiechem. - Utoniesz w nich. Jesteś taka... mała.

- Nieważne. Byle się rozgrzać.
- Rozgrzać cię to mój życiowy cel.
- Eee... gdzie mogę się przebrać? - pytam zdławionym szeptem.
Daniel spogląda na mnie znacząco.
- Gdzie zechcesz. Możesz tutaj.
- Tutaj?
Daniel przełyka z trudem ślinę. Z każdym gwałtownym, krótkim oddechem jego pierś unosi się i 

opada.

- Albo w łazience na korytarzu. Tam są drzwi.
Otwieram usta, ale mija parę sekund, zanim udaje mi

 

się wydobyć z nich głos.

- Więc może...
Daniel ujmuje moją twarz w dłonie.
- Ćśśś. Ani słowa.
- A twoja dziewczyna?
- Kto?

background image

Zaglądam mu w oczy i upuszczam ubrania na podłogę. Daniel mnie całuje, najpierw ostrożnie, 

jakby mu się wydawało, że go odepchnę. Potem mocniej chwytam go za ramiona, a on wsuwa palce 
w moje włosy i popycha mnie na
dywan. To się nie może dziać naprawdę. Pewnie zamarzłam na śmierć i to są przedśmiertne zwidy, 
zaraz rozbłyśnie światło i ujrzę babcię Ritę, która umarła, kiedy miałam jedenaście lat. Niech mi się 
tak zwiduje jeszcze pięć minutek... Tylko o to proszę.

Zaczepiam stopą o nogę krzesła, które przewraca się z hukiem. Szarpię za guziki koszuli Daniela 

i czuję, że jeden się odrywa. Daniel usiłuje zdjąć mi sweter, nie przerywając pocałunku. Otwieram 
oczy i uświadamiam sobie, że to, co mi łaskocze policzek, to narzuta, a nad sobą widzę sprężyny 
łóżka. Daniel szarpie za mój stanik, ja za jego pas i w końcu - po pozbyciu się większości ubrań - 
udaje nam się wylądować na łóżku. Daniel ma na sobie jedną skarpetkę i błękitne bokserki, i tylko 
moje majtki dzielą mnie od tego, o czym usiłowałam nie myśleć od dwóch miesięcy.

- Nie wyjdziesz - mówi Daniel. - Nie pozwolę ci.
- Bez obaw - dyszę. - Nawet gdybym chciała, nie znalazłabym spodni.
Zegarek   wplątuje   mi  się   we  włosy,  a   kiedy   się   obracam   na   brzuch,   żeby   się  uwolnić,   widzę 

Rocketa stojącego w progu.

- Hej - odzywa się do niego Daniel. - Może pójdziesz mi zniszczyć jakiś antyk? To nie jest widok 

dla małych piesków.

Rozdział 21

Dziesięć następnych dni upływa mi między pracą i Danielem. Do swojego mieszkania zaglądam 

tylko po to, żeby zmienić ubranie, nakarmić rybkę i podlać roślinki. Mój dzień zaczyna się o ósmej, 
kiedy Daniel idzie do pracy, i kończy, gdy „idziemy spać” po moim powrocie z „Roulette”. Rocket, 
który   sterroryzował   flegmatycznego   Fritza,   urządził   sobie   legowisko   w   salonie   i   zaanektował 
zamszowy fotel.

-  Tylko się nie rozgaszczaj - mówię do niego. - Dziś rano oglądam dwa nowe mieszkania.
Ale oddycham z ulgą, kiedy się okazuje, że ani loft na Lower East Side, ani budynek w Soho bez 

windy nie są tym, o co mi chodzi. Nie tracę spokoju nawet wtedy, gdy ktoś mi zwija sprzed nosa 
mieszkanko z jedną sypialnią na West Eighties. Przyłapuję się na nadziei, że idealne mieszkanie nie 
trafi mi się, dopóki nie postanowię zakończyć tej błogiej sytuacji. Po raz pierwszy od miesięcy 
przyszłość nie przejmuje mnie dreszczem strachu i nie czuję potrzeby szukania następnej pracy. 
Cato gratuluje sobie udanego skojarzenia pary i nawet Steve dostrzega zmianę mojego nastroju: 
„Był już najwyższy czas, żebyś zaczęła się uśmiechać”.

Poranki spędzam leniwie, zmywając po wczorajszej kolacji i pozwalając Fritzowi i Rocketowi 

włóczyć mnie po parku.

- To za drogie - mówię, kiedy zgłasza się do mnie moja agentka nieruchomości. - Za małe. Za 

daleko.

- Jak na kogoś, kto potrzebuje mieszkania od zaraz, jesteś okropnie kapryśna.
W wolne dni robię zakupy, kupuję kwiaty, planuję wszystko na powitanie Daniela, który zaczyna 

źle wyglądać po wielu nieprzespanych nocach.

- Zdrzemnąłem się w biurze - zapewnia mnie. - Mógłbym przebiec dziesięć kilometrów.
Nieważne,   czy   oglądamy   stare   filmy,   jemy   z   jednego   talerza   chińszczyznę   w   niedzielne 

popołudnie, czy gadamy w łóżku, jutro straciło znaczenie. Jestem bezdomna, kelneruję dla chleba. 
Życie jest piękne.

Pewnej   soboty   w   połowie   listopada   Daniel   stawia   płócienny   dach   w   swoim   samochodzie   i 

jedziemy na Long Island na spotkanie z Shelley, jego agentką handlu nieruchomości. Rocket wierci 
mi się na kolanach, a ja wreszcie zdobywam się na odwagę i zadaję pytanie, które dręczyło mnie od 

background image

tygodnia.

- A... co się stało z Sonią? 
Daniel szczerzy zęby.
- Miałem nadzieję, że będziemy omijać ten temat.
- Nie ma mowy. Nie możesz przed nim uciekać do końca życia.
- Jak pragnę zdrowia... - Rozprostowuje ręce i wzdycha, najwyraźniej szukając właściwych słów. 

- To był klasyczny związek z rozsądku. Ja jestem wolny i awansuję, Sonia jest siostrzenicą Portera i 
potrzebuje jakiegoś zajęcia. Bach - jestem jej szefem i chłopakiem. Początkowo mi się podobało, ale 
mniej więcej po trzech dniach znudziło mi się użerać z rozpuszczoną bogatą dziewczynką.

- I nic ci się w niej nie podobało? Zupełnie nic?
- Jeśli pytasz, czy chodziło mi tylko o seks, to nie. Oczywiście wszyscy miewamy takie związki, 

ale...

- Mów za siebie.
Daniel ściska moje udo w sztruksowych spodniach.
- Dobra, mów mi całą prawdę o sobie.
Odsuwam się.
- Na razie nie chcę ci zepsuć mojego idealnego wizerunku. Nie możemy najpierw przeżyć miłego 

etapu zauroczenia, zanim wyłożymy wszystko kawa na ławę?

- Ten kucharz od grilla. Zeznawaj.
- Jeszcze nie skończyłeś opowiadać o Soni. Nadal nie rozumiem, dlaczego spotykałeś się z nią 

przez całe dwa miesiące.

Daniel wymija TIR-a i dodaje gazu.
- Nie była taka zła. No dobra, była niegrzeczna, z pretensjami i po tygodniu zaczęła mówić o 

małżeństwie. Ale także podziwiała mnie i fantastycznie masowała stopy. - Parska śmiechem, a ja 
trzepię go w ramię. - Żartowałem! To żart! Dobra, twoja kolej. Nie opowiadaj, że w Philu po ciągało 
cię bogate wnętrze.

- Przynajmniej nie posyłał mnie po drinki.
Daniel się krzywi.
- Przepraszam cię za tamto. Miałaś minę, jakbyś chciała ją oblać swoim.
- Przeszło mi przez myśl. Porterowie ci szkodzą z powodu tego zerwania?
- Frank użył słowa „rozczarowanie”. Zdaje się, że jemu zależało bardziej niż Soni. Początkowo 

traktował mnie chłodno, ale mu przeszło. Znalazł jej innego mentora, inteligentną kobietę, która 
zajeżdża swoich pracowników na śmierć. Biedna Sonia.

- A co ja będę miała z tego, że sypiam z producentem? Nic?
- Hmmm... Oprócz opieki nad psem? Nie wiem. Może miłe popołudnie w Hamptons?
Jedziemy za białym mercedesem Shelley, mijając ratusz i podstawówkę. To już trzeci dom tego 

dnia - drewniana chatka z wypaczonymi parkietami i kwiecistymi zasłonkami pod zlewem. Psy 
gonią się po podwórku, a my chodzimy od pokoju do pokoju, zaglądając do szaf i szafek.

- Sufity trochę nisko, prawda? - odzywa się Daniel, który prawie dotyka głową framugi drzwi.
- Nie wiem. Ty masz dwa metry, nie ja.
- Takich uroczych detali nie znajdziecie byle gdzie - mówi Shelley, usiłując włączyć lampę z 

przepaloną żarówką. - Dodają domowi autentyzmu.

Wyglądam przez brudne panoramiczne okno na chłostaną wichrem plażę.
- Widok jest niesamowity - zauważam.
- Tak, jeśli dotrę do okna, nie walnąwszy się po drodze w głowę - odpowiada Daniel.
- Sufity   można   podnieść   -   reaguje   natychmiast   Shelley.   -   Dobudować   całe   piętro.   Jeśli 

zatrudnisz   odpowiedniego   architekta,   możesz   tu   mieć   fantastyczny   salon.   Obejrzałeś   już   wiele 
domków. Może pora zacząć myśleć twórczo?

background image

- Moim zdaniem pora na małże i piwo - ucina Daniel. - Ale wielkie dzięki. Będę pamiętać o tym 

domu.

Pakujemy psy do samochodu i jedziemy za Shelley krętym podjazdem wysypanym muszelkami. 

Shelley macha nam przez ramię, trąbi i skręca w prawo, a my w lewo, do malutkiej restauracji, 
jedynej, w której - jak twierdzi Daniel - można dostać w listopadzie świetną zupę rybną.

Parkujemy   w   cichej   uliczce,   oddajemy   Fritzowi   i   Rocketowi   siedzenia   z   przodu,   a   sami 

wchodzimy   do   wykładanego   drewnianymi   panelami   pubu,   gdzie   trzech   klientów   je   posiłek   w 
wyłożonych papierowymi serwetkami koszyczkach. 
Zajmujemy stolik przy ceglanym kominku, w którym płonie sterta polan.

- Co tu dają dobrego? - pytam, spoglądając na tablicę z daniami dnia.
Daniel otwiera laminowane menu.
- Wszystko. Nie ma słabych stron.
- Więc będzie łatwo. Wezmę mule.
- Doskonały wybór. A może jeszcze frytki do tego?
- Bardzo śmieszne - mruczę.
- Przekomarzam się z tobą.
- To się nie przekomarzaj.
Daniel ujmuje moją dłoń.
- Daj spokój, przecież nie podajesz hamburgerów i koktajli z krewetek.
- I co z tego?
- To z tego, że „Roulette” nie jest typową restauracją. A ty nie jesteś typową kelnerką.
- Byłoby świetnie, gdyby wszyscy tak uważali.
- Połowa ludzi w tym kraju uważa, że jestem płytki, bo pracuję w telewizji. Olewam ich.
- To coś zupełnie innego. Kiedy mówię ludziom, że jestem kelnerką, widzę, co myślą. Litują się 

nade mną.

- Nie sądzę, żeby u Franka i Patti ktoś się nad tobą litował.
- Bo mnie ignorowali. Nie zauważyłeś?
- Zauważyłem tylko, że Patti nie zna się na ładnych kolczykach.
Daniel się uśmiecha, ale jakoś nie potrafię się odwzajemnić.
- Ciebie to śmieszy? Nigdy nie pomiatał tobą ktoś taki jak Sonia.
- Chcesz się założyć?
- Nie o to mi chodzi. Ja muszę się zgadzać z gośćmi, choćby poprosili nie wiadomo o co, albo 

traktowali mnie skandalicznie. To bywa upokarzające.

- Czy tak nie jest w każdej pracy? Dekorator wnętrz, którego wynajęła Patti, był we wszystkich 

branżowych pismach, a ona każe mu przerabiać ten sam pokój co pół roku. Frank jest własnością 
swoich udziałowców, ja muszę dbać o dobre samopoczucie Franka...

- Tak,   ale   taka   praca   jest   interesująca.   Trzeba   mieć   do   niej   talent.   A   to,   co   robię,   może 

wykonywać każdy idiota. To jak praca przy taśmie montażowej.

Daniel zaplata ręce na piersi.
- To idiotyczne. Nie wmówisz mi, że w swojej pracy nie posługujesz się rozumem. To dzięki 

kelnerom funkcjonuje restauracja.

- Ale dla Patti i Soni jesteśmy służącymi.
- Ja tego tak nie widzę. Zarabiasz na siebie i masz tyle samo klasy i godności, co cała reszta.
- Nie przyjmujesz do wiadomości prawdy.
- Prawda jest taka, że nikt cię nie ocenia. Może kiedyś to zrozumiesz.
- Może ty zrozumiesz, jeśli zamienimy się rolami -burczę, patrząc na zbliżającego się kelnera.
- Żartujesz?  Załamałbym się  po  pierwszym  wieczorze.  Natomiast ty... -  Daniel  się śmieje.  - 

Frank pewnie nie chciałby cię wypuścić.

background image

Po   obiedzie   bierzemy   psy   na   smycz   i   idziemy   na   kawę.   Resztę   popołudnia   spędzamy   na 

przechadzce po  Bridgehampton. Trzymamy się za ręce, oglądamy wystawy i komentujemy domy. 
Późnym   popołudniem   robi   się   zimno   i   zaczyna   padać   śnieg.   Wracamy   do   domu   o   zmroku; 
płócienny dach łopocze hałaśliwie na wichrze, psy śpią na wąskim siedzeniu z tyłu. Kiedy mijamy 
granice miasta, dzwoni moja komórka. Agentka handlu nieruchomości.

- Mam świetne wieści! - krzyczy z mocnym akcentem z Jersey. - Pamiętasz to mieszkanie na 

Upper West Side? Wiesz co? Najemca się wycofał, więc jest twoje, jeśli nadal chcesz.

Zerkam na Daniela.
- Właściwie to nie chcę. Ale je wezmę.

*

Zaczynam przeprowadzkę w niedzielę, a kończę w czwartek. Pomiędzy zmianami w „Roulette” 

pakuję ubrania i talerze, a potem godzinami sprzątam mieszkanie, które już nie należy do mnie. 
Rachel pomaga mi owijać lampy i rolować dywany, a Daniel pilnuje ekipy przeprowadzkowej i 
osobiście   przewozi   akwarium.   Jestem   tak   zajęta   moim   nowym,   przyjaznym   Rocketowi 
mieszkaniem,   że   kiedy   dzwoni   do   mnie   Carl,   żądając   wcześniejszego   przyjścia   w   piątek,   nie 
poświęcam mu większej uwagi.

- Czy to się sprzeda?
Słyszę głos Steve'a, wkraczając do restauracji. Wraz z Carlem siedzą przy barze, wpatrując się w 

menu. Steve ma szlafrok i plastikowe klapki. Nogi mu lśnią od olejku do masażu.

- Widziałeś, jak się nami interesuje prasa - odpowiada Carl. - Oczywiście, że się sprzeda.
- No tak, ale mus z oliwą z oliwek? Czy już nie przesadziliśmy z lodami mrożonymi płynnym 

azotem? Wywaliłem cztery tysiące na pacojet, którego Betsy użyła dwa razy.

- Nie możemy skąpić, kiedy ulicę dalej jest Holland. Innowacja kosztuje.
- Eee... cześć - odzywam się.
Carl rzuca na mnie roztargnione spojrzenie.
- Przybij kartę i czekaj na mnie w jadalni.
- Ostatnio twoją kartę trudno było odczytać - dodaje Steve. - Tym razem odbij ją jak należy.
Odpowiadam uśmiechem, który pojawia się tylko w związku z nowym chłopakiem i wspaniałym 

mieszkaniem.

- Oczywiście. Od tej pory będę bardziej uważać.
Dziesięć minut później Carl i Steve przychodzą do jadalni. Carl trzyma żółto-czarną, podobną do 

pasa uprząż.

- Mam dla ciebie zadanie specjalne - mówi. - Nie mógłbym o to poprosić Enrique ani portiera.
Po zadaniach typu szorowanie grilla i regulowanie zawiasów w drzwiach męskiej ubikacji jestem 

pewna, że dam sobie radę ze wszystkim.

- O co chodzi?
- Nic się nie martw, spodoba ci się. Widziałaś na Broadwayu te przedstawienia, gdzie solistka 

spływa na scenę, zawieszona na drucie?

- Aha. I co?
- To, że pora oczyścić żyrandol.
Omal nie parskam mu śmiechem w twarz.
- Nie mogę tego zrobić.
- Jak   wolisz   -   odpowiada   Steve  i   idzie   do   kuchni,   klepiąc   w   dywan   klapkami.   -   Na   pewno 

znajdziemy kogoś, kto włoży tę uprząż za trzy stówy za wieczór.

Carl wzrusza ramionami.
- Racja.
- Ale ja nie lubię wysokości - mówię, nagle zlana zimnym potem.

background image

- Zatem pora stawić czoło strachowi, nie sądzisz? Chodź tutaj, odwróć się, włożymy ci to. Do 

czwartej czeka cię masa odkurzania.

Łypię nieufnie na żyrandol, wiszący bardzo wysoko nade mną i przypominam sobie, że właśnie 

podpisałam umowę wynajmu osiemdziesięciu bardzo drogich metrów kwadratowych.

- A jeśli spadnę?
- Nie usztywniaj się - radzi życzliwie Carl. - Rozluźnij mięśnie i wszystko będzie dobrze.
- Pamiętaj, Erin, każdy element tego żyrandola został wykonany ręcznie w Murano - krzyczy 

Steve. - Tylko go
draśnij, a będziesz tu pracować za darmo do pięćdziesiątki.

Niechętnie wkładam nogi w pętle, wzdrygając się od dotyku rąk Carla, który zaciska uprząż 

wokół mojej talii.

- Ale drabina jest stabilna, prawda?
- Na tyle, na ile może być stabilne coś tak wysokiego i cienkiego. Gotowe. Możesz iść.
Cienka błękitna lina biegnie od mojej talii do sufitu, gdzie tkwi metalowy hak, na którym zawisło 

moje życie. Odmawiam krótką modlitwę - jeśli ktokolwiek jej słucha -i stawiam stopę na pierwszym 
szczeblu.

- Powinnam spisać testament - szepczę. Wspinam się z wolna; spocone ręce ślizgają mi się na 

zimnych metalowych bokach drabiny.

- Teraz weź to. - Carl stuka mnie w nogę trzonkiem miotełki do kurzu. W głowie mi się kręci; 

macham   na   oślep   ręką,   w   końcu   łapię   kontakt   i   wciągam   na   górę   długi   plastikowy   trzonek. 
Nabieram  tchu  i  skupiam wzrok na  żyrandolu, zdobnym w festony pajęczyn  i  pokrytym grubą 
warstwą szarego, tłustego brudu. Wyciągam drżącą rękę, miotełką namierzam cel i zabieram się do 
roboty.

Carl zostawia mnie przy pracy na wysokościach, rzuciwszy: „Zgłoś się do mnie, jak skończysz” i 

idzie za Steveem do kuchni. Pięć minut później zjawia się José i Ron, a po nich Kimberly, tak 
wysoka w szpilach, że gdyby wyciągnęła rękę, pewnie dotknęłaby moich stóp.

- Wysoko zaszłaś, Erin! - woła Ron, nakrywając stoliki w barze. - Jakie powietrze tam na górze?
- Rozrzedzone.   -   Nabieram   tchu   i   krztuszę   się   kurzem.   Kaszlę,   a   żyrandol   kołysze   się 

niebezpiecznie, melodyjnie dźwięcząc.

- Wzięli ci miarę na gips? - pyta Marty, wchodząc ze sportową torbą na ramieniu.
- Cieszę się, że kogoś to bawi - mamroczę. W prostokątnych okularach Geoffreya, który śledzi 

moje postępy,
odbija  się  światło. Wkrótce  w jadalni  zaczynają  rozbrzmiewać  smętne dźwięki  ulubionej  pieśni 
Alaina.

„Więc nie ma nic więcej? - śpiewa Peggy Lee. Skoro nie ma nic więcej, przyjaciele, to tańczmy 

dalej”.

Hola, Erin - mówi Omar z dołu, wycierając nogi krzesła.
- Pozdrowienia   z   gór   -   odpowiadam.   Usiłuję   potrzeć   ramieniem   policzek.   Wszystko   mnie 

swędzi, ale nie mam wolnej ręki.

- Jesteś bezpieczna, prawda?
- Tego wniosku bym nie wyciągnęła. - Żyrandol jest prawie czysty. Jeszcze jeden różowy klosz i 

wrócę na ziemię. Ale coś mnie łaskocze w ucho... Odrzucam włosy do tyłu i zauważam na ramieniu 
ogromnego czarnego pająka.

- Aaaa! - z krótkim, przeraźliwym wrzaskiem puszczam drabinę i gorączkowo usiłuję strzepnąć 

obrzydlistwo. Akurat kiedy mi się to udaje, tracę równowagę i zawisam nad jadalnią.

- Erin! - krzyczy Alain.
Uprząż wpija mi się w biodra, a ja, ściskając miotełkę, bezradnie kołyszę się pod sufitem. Po paru 

sekundach z kuchni wypada Carl, a za nim Steve. Widzę twarz Omara, wpatrzonego we mnie w 

background image

osłupieniu, jakby był świadkiem religijnego cudu.

- Zdejmijcie   mnie!   -   krzyczę.   W   chwili,   gdy   nadpływam   nad   rewir   trzeci,   drzwi   frontowe 

otwierają   się   i   do   środka   wchodzą   Jane   i   Cato.   Dyndam   nad   nimi,   przerażona,   wściekła   i 
upokorzona   ponad   wszelkie   wyobrażenie,   a   oni   gapią   się   na   mnie   z   otwartymi   ustami.   Jeśli 
przeżyję, umrę ze wstydu.

- Wiedziałem, że jesteś zakręcona - odzywa się Cato, kręcąc głową - ale żeby aż tak?
Nagle Carl zaczyna się śmiać. Steve dołącza do niego, a potem nawet Alain i Omar nie potrafią 

się oprzeć rozbawieniu.

- Niech ktoś jej pomoże! - piszczy Jane. - Na Boga, nie możecie jej tak zostawić!
Carl zdejmuje białą bluzę, jakby zabierał się do ratowania tonącej. Spod bluzy wyłania się obcisły 

szary podkoszulek.

- Nie   ruszaj   się!   -   rzuca   i   wchodzi   po   drabinie,   czym   budzi   kolejną   falę   rozbawienia. 

Zaskakująco zwinny i atletyczny, dociera na szczyt i powoli mnie obraca. W mgnieniu oka znajduję 
się na ziemi, objęta jego muskularnym ramieniem.

Steve ociera oczy koktajlową serwetką.
- Dzięki, Erin. Od lat się tak nie uśmiałem.

Rozdział 22

We wtorek wieczorem Daniel pomaga mi wysiąść z taksówki u zbiegu Siedemdziesiątej Szóstej i 

Madison.

- Dokąd idziemy? - pytam.
- Zobaczysz. To parę kroków stąd.
To i tak najbardziej szczegółowa informacja, jaką z niego wyciągnęłam od czasu, kiedy parę dni 

temu przekonał mnie do wzięcia wolnego wieczoru. Za ten przywilej musiałam zapłacić Derekowi 
dwieście dolarów, ale mam wrażenie, że mi się to zwróci.

- Jakaś podpowiedź?
- Już ci podpowiedziałem. Żebyś ubrała się wizytowo. I doskonale ci się udało.
- Dziękuję. Coś więcej?
- Więcej? Będziesz się świetnie bawić.
Idę pod wiatr, schylona i wyobrażam sobie kolację w maleńkiej, oświetlonej świecami knajpce, 

albo może szampana w najbardziej romantycznym apartamencie w Carlyle. Jednak w chwili, gdy 
skręcamy w stronę szarego budynku z lśniącymi mosiężnymi drzwiami, uświadamiam sobie, że ja 
tu już byłam.

- Dobry wieczór - mówi portier.
- Daniel Fratelli do Franka i Patti Porterów - powiadamia go Daniel.
Żołądek mi się skręca. O, nie. To chyba żart.
- Dziś są urodziny pana P., prawda? - zagaduje portier.
- Mówi wszystkim, że czterdzieste dziewiąte, ale mnie nie oszuka - oznajmia Daniel. - Jeśli 

dobrze pamiętam, kończy czterdzieści dziewięć lat od trzech lat.

Portier śmieje się i wzywa windę.
- Przyszły tłumy gości.
Śmiertelnym chwytem miażdżę ramię Daniela w czarnym kaszmirowym rękawie płaszcza.
- Możemy przez chwilkę porozmawiać?
Zaskoczony, pozwala się zaprowadzić na skórzaną sofę

 

o parę metrów dalej.

- Co jest?
- Co jest? - syczę. - Dlaczego mnie nie uprzedziłeś, że idziemy do Porterów?
- Bałem się, że odmówisz. Jezusie, zachowujesz się, jakbym cię zaprowadził na erotyczny show.

background image

- Już bym wolała!
- Przecież idziemy na bardzo miłe przyjęcie. Nie sądzisz, że trochę przesadzasz?
Pojmuję przyczyny tego podstępu.
- A,  rozumiem. Więc  sądzisz, że wyświadczyłeś  mi  przysługę,  bo  pozwolisz mi  przez chwilę 

pobyć z bogaczami?

- O co ci chodzi? - zdumiewa się Daniel. - Zaprosiłem cię, bo jesteśmy razem. Nie sądziłem, że 

tak się wkurzysz.

- Wkurzenie to mało powiedziane. 
Daniel odchyla głowę i wzdycha.
- Przykro mi.
- Nie wyglądasz, jakby ci było przykro.
- Możemy o tym porozmawiać później? - Usiłuje wziąć mnie za rękę. - Teraz jesteśmy tutaj, a 

nie chciałbym się spóźnić.

Wyrywam mu się.
- Ja tam nie wejdę.
- Bez ciebie nie idę.
Drzwi wejściowe otwierają się i powiew lodowatego wichru mierzwi mi włosy.
- Spójrz,   kochanie,   w   tych   czasach   na   bale   wpuszcza   się

byle kogo - odzywa się męski głos.

Daniel odwraca się z uśmiechem.
- Rany, co ty tu robisz? - mówi głosem, w którym brzmi przymus. - Myślałem, że wyjechałeś do 

Los Angeles.

- Od wtorku jestem w mieście i cholernie się z tego cieszę.
Daniel dotyka mojego ramienia.
- Erin, to jest Randy, scenarzysta serialu, i jego żona Yvonne...
Postawiona   pod   ścianą,   nie   mam   wyjścia.   Muszę   się   dostosować,   ściskać   dłonie   i   rozdawać 

uśmiechy.  Yvonne  coś  do  mnie  mówi,  ale   prawie   nie  rozumiem   słów  i  ledwie   dostrzegam,  jak 
wygląda.

- Jak miło panią poznać - słyszę własny głos.
- Bo co można kupić człowiekowi, który ma wszystko i to po cztery egzemplarze? - pyta Yvonne 

Daniela. Podaje mu prostokątne pudełko w srebrnym papierze.

- Wycieczka rybacka na wyczarterowanej łodzi.
- Niemożliwe!
- Albo to, albo znowu kije golfowe.
- My kupiliśmy mu trudny do dostania lafite - oznajmia Randy. - Szkoda, że nie będzie mógł go 

wypić, dopóki nie stuknie mu siedemdziesiątka. - Staje przed windą, która właśnie się otwiera. - 
Wchodzimy?

- Erin? - Daniel bierze mnie za łokieć i, nie zdążywszy zareagować, znajduję się nagle pomiędzy 

nimi. Wchodzę do windy; dostrzegam swoje odbicie w lustrze na ścianie. W spodniach z czarnego 
atłasu, topie haftowanym koralikami i na wysokich obcasach wyglądam, jakbym znajdowała się na 
swoim miejscu, ale jestem oszustką, pokojówką w ubraniu swojej pani. Zamykam oczy. Nie mogę 
znieść tego widoku.

- Pogoda była dobra, ale okolica ohydna, rozumiesz? - mówi Yvonne.
Sztywnieję, gdy Daniel otacza mnie ramieniem.
- Słyszałem, że trzeba paru miesięcy, żeby przywyknąć.
- To o parę miesięcy za długo - odpowiada Randy. -Każdego dnia wdychaliśmy spaliny.
Drzwi się rozsuwają i przede mną ukazuje się mieszkanie Porterów, jeszcze większe i bardziej 

błyszczące, niż zapamiętałam. Rosalinda trzyma straż w holu, wystrojona w wykrochmaloną czarną 

background image

sukienkę i biały fartuszek, z rękami splecionymi przed sobą.

- Witam państwa - mówi.
- Cześć, Rosalindo - odpowiadam. Spodziewam się, że mnie zdemaskuje tekstem w rodzaju: 

„Gdzieś ty się podziewała? Yves czeka na ciebie w kuchni”, ale ona tylko spogląda z zaskoczeniem, 
jakby   nie   rozumiała,   skąd   obca   kobieta   zna   jej   imię.   Oddaje   nasze   okrycia   młodej   kobiecie   w 
uniformie i prowadzi nas do salonu, gdzie stoją małe grupki gości w czerniach i cekinach. Patti 
Porter, w gorsetowej sukni z tafty, wydaje na nasz widok pisk.

- Daniel! - szczebiocze, całując go w policzek. - Jak się miewa mój ulubiony producent?
- Nigdy nie czułem się lepiej. Cieszę się, że cię widzę.
Patti natychmiast zwraca się do mnie.
- Więc to musi być ta tajemnicza kobieta, o której tyle słyszałam.
Tajemnicza kobieta? Nie poznała mnie?
- Witam - mówię, rzucając Danielowi rozpaczliwe spojrzenie. A on unosi brwi w wyrazie, który 

nauczyłam się odczytywać jako „dostosuj się”.

- Ja cię skądś znam, prawda? - ciągnie Patti, przyglądając mi się uważnie.
- Hm...
- Nie byłaś w zeszłym tygodniu na obiedzie dobroczynnym u świętego Judy?
- O, nie.
- Na balu „Ogień i lód”?
- Niestety.
- Wiem! Jesteś aktorką z serialu. Prawda?
- Niestety, nie.
- Dziwne - zastanawia się Patti. - Chyba cię z kimś pomyliłam.
Następuje chwila dłużącej się, niezręcznej ciszy, w której i ja, i Daniel usiłujemy przywyknąć do 

mojej niespodziewanej anonimowości.

- No tak - odzywa się Daniel, zacierając ręce. - Gdzie się ukrywa ten starzec?
- W piwniczce z Yves. - Patti osłania usta ręką. - Skończenie pięćdziesiątki to dla niego po 

prostu pretekst, żeby się opić pomerolem. Pójdę po niego, bo przegapi własne przyjęcie. Wybaczcie. 
-   Znika   w   tłumie,   a   jej   miejsce   zajmuje   kelnerka   z   włosami   ufarbowanymi   henną   i   z   tacą 
musujących kieliszków.

- Może szampana? - pyta mechanicznie.
- Jak cholera, siostro - mamroczę i łapię kieliszek. - Ty też sobie golnij.
Daniel, wściekle atrakcyjny w szytym na miarę czarnym garniturze i granatowej koszuli, stuka 

swoim kieliszkiem o mój.

- Nie było tak trudno, co? Patti nawet cię nie skojarzyła.
- Poczekaj - mruczę. - Ktoś skojarzy.
Jak na zawołanie wkracza Rosalinda, prowadząc nowego gościa - siostrzenicę Porterów i byłą 

Daniela, Sonię.

- Może   nie   uwierzysz,   ale   ten   ktoś   właśnie   się   pojawił   -   dodaję.   -   Zapowiada   się   cudowny 

wieczór.

- Na litość boską - rzuca Daniel. - Po cholerę wróciła do tego miasta?
Sonia bierze z najbliższej tacy kieliszek szampana i idzie ku nam w szpileczkach z wężowej skóry. 

Ma na sobie wełnianą 
sukienkę, postrzępioną u dołu tak, jakby przycięła ją sobie drzwiami taksówki.

- Danny - mówi i chwyta Daniela w sztywny uścisk. - Wydaje się, jakby minęły całe miesiące, 

prawda? Może to przez tę podróż samolotem. Byłam w Europie.

Daniel kładzie mi rękę na plecach.
- Pamiętasz Erin, prawda?

background image

Sonia, dotychczas znudzona, spogląda na mnie ze zdumieniem. Wreszcie ktoś mnie skojarzył.
- Słyszałam, że się z kimś spotykasz - mówi, powoli kiwając głową - ale nie miałam pojęcia, że z 

naszą... kelnerką.

Zaciskam zęby i zerkam na Daniela, bladego i sztywnego.
- Owszem.
Sonia nie z tych, co dają się zaćmić.
- Ja też się z kimś spotykam. A... jest. - Spogląda nad moją głową i macha ręką. - Roberto!
Daniel i ja oglądamy się w stronę drzwi. Patti prowadzi faceta, który - sądząc po rozjaśnionych 

pasemkach i łuszczącej się, miedzianej skórze - spędził chyba tysiące godzin pod słońcem Monte 
Carlo. Pochodzi do nas rozkołysanym krokiem, z papierosem bez filtra w ręku.

- To mój chłopak Roberto - oznajmia Sonia. - Jest z Madrytu, ale mieszka tutaj. Ze mną.
- Jak leci? - wita nas Roberto wystudiowanym amerykańskim slangiem, po czym oddala się po 

„prawdziwego” drinka.

- Już go wprowadziłaś, co? - mówi Daniel.
- Znam go od trzech tygodni i czterech dni - odwarkuje Sonia. - Łączy nas prawdziwy związek.
- Jest nasz solenizant! - woła Patti, miłosiernie przerywając tę miłą pogawędkę. Wszyscy biją 

brawo, a Frank wkracza do pokoju z wielką butlą wina w każdej ręce.

- Przepraszam. Nie sądziłem, że Sonia wróci tak szybko 

- szepcze do mnie Daniel. - Chodź, chciałbym cię przedstawić paru interesującym osobom.

- Z nikim nie gadam.
- To co będziesz robić? Stać pod ścianą?
- Czemu nie.
- Erin, wybacz. Zrozumiałem, że dałem ciała, ale czy przynajmniej nie możemy zachowywać się 

uprzejmie?

Chciałabym się na nim odegrać, ale nie zniosę więcej upokorzeń. Stojąc w kącie, zwracałabym na 

siebie uwagę, a ostentacyjne wyjście wydaje się głupie i tandetne.

- Dobrze. Miejmy to za sobą.
Jazzowy   kwartet   gra   Stana   Getza.   Daniel   przedstawia   mi   młodą   prawniczkę,   zajmującą   się 

sprawami   telewizji,   jej   męża,   agenta   handlu   nieruchomościami,   do   którego   „należy   całe 
śródmieście” i parę wychudzonych jak szkielety kobiet po czterdziestce, bez wyjątku z podwójnymi 
nazwiskami. Wszyscy są ubrani w zabójcze ciuchy i strasznie się cieszą, że mnie poznali. Nikt nie 
pyta, jak zarabiam, albo dlatego, że ich to nie obchodzi, albo zakładają, że w ogóle nie pracuję. 
Kiedy goście zaczynają przechodzić do jadalni na kolację, mam już początki paskudnej migreny.

Daniel szuka naszych wizytówek na jednym z trzech zastawionych porcelaną stołów.
- Dobrze, ja tutaj... - mówi, wskazując krzesło koło Franka. - A ty... tam. - Prowadzi mnie do 

krzesła po przeciwnej stronie stołu przy oknie. Jestem jak Pluton - wykluczona z towarzystwa, 
zmrożona, zapomniana.

Daniel przygląda się innym wizytówkom.
- Siedzisz między narzeczonym Soni i Edie. Nieźle.
- Kto to jest Edie?
- Córka Franka i Patti.
Nieletnia miłośniczka alkoholu na prostej drodze do poprawczaka? Daniel, nie wiedząc, że już 

zaliczyłam spotkanie z nią, opisuje mi ją zwięźle:

- Inteligentna, ale trudna. Jest późnym dzieckiem, więc

trochę jej pobłażają. Miejmy nadzieję, że wcześnie chodzi spać.

- Odmówię modlitwę w tej intencji.
Daniel pochyla się nade mną i zagląda mi w oczy.
- Chyba nie było zbyt strasznie?

background image

Odwracam głowę.
- Gorzej niż strasznie. Jak mogłeś mnie oszukać?
- O co ci chodzi? Tylko Sonia wie, kim jesteś.
- O jedną osobę za dużo - warczę w stronę widoku na Central Park. - A jaka jest kochana!
Frank Porter siada, dając gościom znak, by poszli w jego ślady.
- Muszę iść - mówi Daniel. - Staraj się dobrze bawić, dobrze?
- Na to już za późno.
Daniel rzuca mi na odchodnym spojrzenie pełne skruchy i zajmuje swoje miejsce, a ja zostaję 

sama, zgrzytając zębami. Roberto staje obok, przyglądając się wizytówkom.

- W Hiszpanii siadamy, gdzie kto chce.
- Chyba się tam przeprowadzę - mamroczę.
Goście zajmują miejsca, gdy z korytarza dobiega stukot

 

obcasów. Słyszałam, że modnie jest się 

spóźnić, ale to już absurd.

Buona sera! - rozlega się kobiecy głos.
Patti klaszcze w dłonie.
- Gina i Steve! Jak dobrze, że jednak przyszliście!
Szklanka prawie wypada mi z dłoni. Daniel odwraca się i spogląda na mnie. „Wybacz”, mówi 

bezgłośnie. Wbijam w niego nienawistny wzrok i zgniatam w dłoni moją wizytówkę.

- Włosi - prycha Robert. - Tacy wulgarni.
Nagle,   jak   moja   młodsza   siostrzyczka,   której   na   szczęście   nie   mam,   pojawia   się   Edie   w 

przejrzystej błękitnej sukience i sandałach z rzemyków.

- Co to, stolik dla dzieci?
Usiłuję obmyślić jakąś zjadliwą odpowiedź, ale coś mi nie wychodzi. Straciłam mowę na widok 

moich szefów, cmokających się w powietrzu z Patti i przerzucających rozmaitymi tanimi wykrętami.

- Mamy tyyyyle roboty, że musieliśmy się wydzierać, o tak - mówi Gina i udaje, że coś jej urywa 

rękę.

- Nie słuchaj jej - żartuje Steve. - Nie mogła się zdecydować, co włożyć.
Patti śmieje się beztrosko.
Pas de problème,  dopiero siadamy. Steve, ty naprzeciwko solenizanta. A Gina... Na pewno 

będziesz   miała   mnóstwo   do   obgadania   z   panem   Roberto   Basurą.   Oboje   pochodzicie   z   krajów 
śródziemnomorskich.

Omal nie zjeżdżam pod stół. Gina. Obok mnie!
- Pamiętam cię - odzywa się Edie. - Ty jesteś tą pokojówką z poprzedniego przyjęcia.
- Mmm - mruczę.
Jesteś   ostatnia   na   liście   moich   zmartwień,   mała   pokrako.   Oto   nadchodzi   ku   mnie   Gina,   w 

ogromnych   szpilach   i   ze   straszną   miną.   Spogląda   na   orlonosego   projektanta   krajobrazu 
naprzeciwko   mnie   i   podstarzałego   autora   biografii   prezydenckich   po   lewej   stronie   Roberta   i 
wyraźnie się wzdryga. Wie równie dobrze, jak ja: to jest najgorszy stolik w lokalu.

- Witaj, Gino - mówię. - Co za zbieg okoliczności.
Gina wpatruje się we mnie w osłupieniu, z otwartymi

 

czerwonymi ustami.

- To ty! Ale skąd...?
- Mój chłopak siedzi tam. - Wskazuję brodą Daniela, który, unosząc się z krzesła, ściska rękę 

Steve'a.

Gina pogardliwie odrzuca głowę do tyłu.
- Nie rozmawiam z tobą.
Steve rzuca mi zaskoczone spojrzenie. Gina zdziera z siebie bolerko, spod którego ukazuje się 

obszyty koronką gorset.

- Dobry wieczór,  señora  - mówi Roberto, podrywając się z miejsca i przysuwając jej krzesło. 

background image

Widać Włoszki z biustem na wierzchu nie są takie wulgarne.

Gracias - mówi Gina z uśmiechem.
Roberto siada i pochyla się do niej.
- Pani mówi po hiszpańsku.
Si - odpowiada ona.
Czyżby? To dlaczego wymyśla meksykańskim pomocnikom po włosku?
Patti sunie ku nam, jak zwykle rozpromieniona.
- Widzę, że wszyscy znaleźliście swoje miejsca.
- O, tak - odpowiadam.
Gina, najwyraźniej sądząc, że Patti mnie rozpoznaje, pospiesznie zwraca na siebie jej uwagę.
Tu casa es bonita, Patti.
- O! - odpowiada ta ze śmiechem. - Mi casa es tu casa!
- Przestań się wygłupiać mamo - mówi Edie, rysując paznokciem brzeg ręcznie malowanego 

talerza.

Patti nie zmienia wyrazu twarzy.
- Mam porozmawiać z doktorem Bergerem o zmianie dawki? - pyta słodko. - Bo jutro do niego 

dzwonię. No to miłej zabawy.

Przyciskam dłoń do pulsującej skroni. Gina jazgocze w hiszpańsko-angielskim żargonie.
- Meksyk es brudny! Malo! - wykrzykuje. - Idę na la playa w Acapulco i choruję od oddychania!
Si, si - mówi Roberto w jej dekolt.
Po   paru   strasznych   minutach   kelnerzy   zaczynają   roznosić   sałatkę   z   kraba.   Patti   woła   „Bon 

appétit”  i kolację można uznać za rozpoczętą. Niestety, mój  appétit  straciłam już na parterze. Z 
jednej strony słyszę Ginę, z drugiej desperackie westchnienia Edie, a ponieważ głębokie oddechy 
nie pomogły na ból głowy, zaczynam topić problem w bordeaux. Po dwóch kieliszkach jest mi 
jeszcze gorzej.

- Przepraszam   -   mówię,   odsuwam   krzesło   i   zabieram   torebkę.   Nie   zwracam   uwagi   na 

zmartwioną minę Daniela i idę korytarzem koło kuchni, gdzie Yves pewnie przyrządza coś pod 
kolor serwetek. W łazience zamykam drzwi, opieram się o ścianę i przez chwilę pławię się w ciszy. 
Potem zaczynam szukać w torebce aspiryny; klamka porusza się i do łazienki wchodzi Patti.

Na mój widok cofa się z cichym okrzykiem.
- Przepraszam! Co za wstyd. Muszę naprawić ten zamek.
- Nie szkodzi - mówię z ulgą, że nie przyłapała mnie na grzebaniu w apteczce. - Czy mogłabym 

dostać coś na migrenę?

Patti dotyka mojego ramienia.
- Migrena! Oczywiście. Proszę za mną.
Idę za nią przez bibliotekę do sypialni, urządzonego na biało sanktuarium z dźwiękoszczelnymi 

oknami i ciężkimi brokatowymi zasłonami.

- Mam   tu   po   trosze   wszystkiego   -   mówi   Patti,   otwierając   szufladę   nocnej   szafki.   -   Valium, 

Seconal...

- Aspiryna?
- Oczywiście - uśmiecha się. Wyjmuje buteleczkę i wytrząsa mi na dłoń trzy tabletki.
- Dziękuję. Nawiasem mówiąc, wspaniałe przyjęcie.
Patti   prowadzi   mnie   do   prywatnej   łazienki   wielkości

 

mojego   mieszkania,   nalewa   wody   do 

kryształowej szklaneczki i podaje mi.

- Cieszę się, że dobrze się bawisz. Nie sposób wyrazić, jak bardzo przejmuję się wszystkimi 

szczegółami.   Wczoraj   prawie   nie   spałam.   -   Zerka   na   siebie   w   lustrze.   -   Czasami   wątpię,   czy 
ktokolwiek   dostrzega   moje   wysiłki.   -   Marszczy   wysokie   białe   czoło.   -   Czy   przy   twoim   stoliku 
wszystko jest jak należy?

background image

- Zdecydowanie. Moje towarzystwo jest... fascynujące.
- Bardzo się cieszę. Wiedziałam, że dobrze się tu poczujesz. - Przechyla głowę. - Nie daje mi 

spokoju, skąd cię znam. No, cóż. Pewnie jesteś do kogoś podobna.

Wracamy razem korytarzem, a ja usiłuję skojarzyć wymagającą kobietę, dla której pracowałam 

zaledwie   parę   tygodni   temu,   z   życzliwą,   wrażliwą   panią   z   łazienki.   Nie   chodzi   tylko   o   to,   że 
traktujemy się inaczej - jesteśmy innymi osobami. Bez mojego uniformu jestem kimś, kto rozumie 
udrękę   gospodyni,   czyjej   aprobaty   jest   ona   spragniona.   Patti   jest   zainteresowana   moim 
zadowoleniem i samopoczuciem, chętnie podzieli się ze mną swoimi lekami. Wystarczy poprosić.

Kiedy wracam do jadalni, kelnerzy sprzątają talerze, a Gina i Roberto rozpoczęli pierwszy etap 

kłótni. Przysłuchująca się im z zajęciem Edie po raz pierwszy wydaje się dobrze bawić.

- Modigliani! - wzdycha Roberto, zakładając ręce na piersi. - Co za gówno!
- Mój Nino maluje lepiej od waszego Picassa! - syczy Gina.
Daniel odwraca się ku mnie. „Żyjesz?” - pyta bezgłośnie.
Uśmiecham się. Żyję. W piekle.
Kiedy   Daniel   się   odwraca,   Sonia   pochyla   się   i   mówi   coś   do   Patti,   która   wydyma   usta   w 

zamyśleniu, a potem omiata salę spojrzeniem ciemnych oczu i zatrzymuje je na mnie. Usta ma 
otwarte,   jej   mina   wyraża   zmieszanie,   rozczarowanie   i   uciechę   plotkary.   Wreszcie   rozwikłała   tę 
zagadkę.

Kulę się i popijam wino, jakbym nie czuła, że stałam się obiektem zainteresowania. Kiedy udaje 

mi się zdobyć na odwagę i podnieść głowę, widzę Daniela, który włączył się do rozmowy. Jest 
zarumieniony,   uśmiecha   się   nerwowo,   a   Sonia   i   Patti   słuchają   go   w   wielkim   skupieniu. 
Najwyraźniej chcą się dowiedzieć, jaki to godny pióra Henry ego Jamesa splot wypadków rzucił 
pospolitą kelnerkę w sam środek tego ekskluzywnego towarzystwa. Daniel gestykuluje 
gwałtowniej niż zwykle. Dobiega mnie jego tłumaczenie:

- ...pracuje   na   tak   wielu   imprezach,   że   po   prostu   zapomniała,  a   ja,   nie   uwierzycie,  też!   -   I 

wybucha śmiechem.

Patti oddycha z ulgą, że nie musi wykluczyć swego ulubionego producenta z przyszłych spotkań 

towarzyskich.

- ...powiedz jej, że w moim domu nie musi się absolutnie czuć skrępowana...
Nawet Sonia kupuje ten wykręt.
- To prawie tak zabawne, jak moje spotkanie z Robertem - mówi. - Byłam w barcelońskim 

sklepie, do którego wleciał ptak i...

- O, Danielu - przerywa jej Patti. - Musisz o tym opowiedzieć Yves’owi. Ubawi się do łez. Znasz 

Francuzów, mają takie złośliwe poczucie humoru.

- Erin i ja też będziemy się z tego jeszcze długo śmiali - odpowiada Daniel.

*

Jeszcze kawałek ciasta kokosowego, odtrącenie proszącego mnie do tańca Daniela, pożegnanie w 

grobowym nastroju Patti i Franka, i już jest pierwsza w nocy. Wraz z Danielem tłoczymy się w 
windzie z paroma nie całkiem trzeźwymi gośćmi, ale odzywamy się do siebie dopiero na zewnątrz.

- Idziesz? - pyta on, otwierając drzwi czekającej taksówki.
- Sama trafię do domu, dzięki.
- Nie wygłupiaj się, jest zimno i późno. Nie zostawię cię tutaj.
Patrzę na mroczną, niemal pustą ulicę. Przejrzysta mgła osiada mi na włosach.
- Jak wolisz - warczę i wsiadam, wtulona w kąt.
Daniel podaje kierowcy adres, a ja pochylam się i mówię:
- A potem niech się pan zatrzyma na rogu Sześćdziesiątej Trzeciej i Columbus.
- Możemy tam pojechać najpierw - dodaje szybko Daniel.

background image

Taksówkarz włącza licznik.
- Dobrze, Sześćdziesiąta Trzecia i Columbus.
Odchylam się i zamykam oczy. Dom Porterów zostaje za nami. Od trzech godzin walczyłam ze 

łzami, a teraz czuję się dziwnie odrętwiała. Chcę tylko wrócić do domu i pogłaskać psa.

Daniel dotyka mojego kolana.
- Erin, posłuchaj...
- Nie. - Mój głos brzmi zimno i sucho.
Cofa rękę i siedzimy w niezręcznym milczeniu aż do mojego domu. Sięgam po pieniądze, ale 

Daniel mnie powstrzymuje.

- Ja to załatwię.
- Stać mnie - rzucam ostro i wciskam taksówkarzowi dziesiątkę.
- Może pan na mnie zaczekać? - pyta go Daniel.
Wysiadam; Daniel za mną.
- Cześć - rzucam przez ramię. - Dzięki za świetną zabawę.
- Czekaj. - Chwyta mnie za ramię i odwraca siłą. - Słuchaj, wiem, że zachowałem się dziś jak 

kretyn, ale nie chciałem cię postawić w takiej sytuacji. Myślałem, biedny idiota, że to ci uświadomi, 
iż twoja praca nikogo nie interesuje, a potem... poczujesz się z tym lepiej. Czy coś.

- Chciałeś mieć parę na tym cholernym przyjęciu.
- To też, ale... - Wzdycha. - Chciałem ci udowodnić, że nie różnisz się od innych. Wiem, że to cię 

zaskoczyło, ale myślałem, że mimo to będziesz się dobrze bawić. Nie rozumiesz, jak to wygląda z 
mojej perspektywy?

- Powinieneś mnie uprzedzić. Miałam prawo podjąć tę decyzję.
- Zgadzam się. W stu procentach. Nie postawiłbym cię w tej sytuacji, gdybym myślał, że sprawię 

ci przykrość.

Zimny wicher trzepocze nogawkami moich spodni.
- Nie potrafisz sobie wyobrazić, co czułam, wiedząc, że Patti i twoja była dziewczyna będą mnie 

poniżać - mówię załamującym się głosem.

- Nie poniżały cię. Po prostu nie potrafią nawiązać kontaktu z nikim spoza swojego ciasnego 

kółka.

- A ty?
Daniel marszczy brwi.
- Co?
- Sam żyjesz w zacisznym kąciku, między telewizją i bezpieczną pracą w firmie twojego ojca.
- Jesteś niesprawiedliwa - mówi chłodno.
- Byłam dla ciebie tylko krótką przygodą? Czujesz się teraz bliżej zwykłym ludziom, mniej gryzie 

cię sumienie, że masz taką furę pieniędzy, żeby wydawać je na dom, którego nie potrzebujesz?

Daniel patrzy na mnie przeciągle.
- Jesteś dla mnie ważna, Erin, ale wygadujesz bzdury. Nie odtrącaj mnie z powodu jednego 

błędu.

- Błędu? Tak to nazywasz?
- Wprowadziłem cię do domu mojego szefa, nie pytając cię o zdanie. Chryste, skoro tak bardzo 

cię boli, że jesteś kelnerką, może pogadam w telewizji z Andrea z działu marketingu? Na pewno 
znajdzie się tam dla ciebie praca, choćby na jakiś czas.

- Nie potrzebuję twojej pomocy - warczę. Taksówkarz trąbi dwa razy. - Musisz już jechać.
- Nie skończyliśmy rozmowy - upiera się Daniel. -Wejdźmy do środka.
- Przykro mi. Twój charytatywny eksperyment społeczny się skończył.
- Moje co? - Daniel kręci głową. - Zachowałem się głupio,

nie pomyślałem. Do diabła... - Unosi ręce, zdesperowany. - Powiedz coś!

background image

Otwieram usta i w oczach natychmiast stają mi łzy.
- Nie rozumiesz, kim jestem. Nie możesz. To niemożliwe.
- Może nie, ale daj mi szansę.
- Szansę na co? Żebyś stał się człowiekiem, który mnie nie oszuka po to, żeby udowodnić swoje 

racje? Widziałeś, jaką minę miała Patti. Wiadomo, co myślała. Powiedziałam ci to w Hamptons, ale 
mi nie uwierzyłeś. Dlaczego?

- Chciałem, żebyś poczuła się swobodnie w towarzystwie moich znajomych i wydawało mi się, 

że mogę do tego doprowadzić. Widać spieprzyłem sprawę. - Wyciąga do mnie ręce. - Nie możemy o 
tym zapomnieć?

- Nie. - Cofam się o krok. - Nie mam już nic do powiedzenia.
- Daj spokój...
Macham ręką na znak, że go nie słucham, odwracam się i idę do siebie. Mam coś w rodzaju 

nadziei, że Daniel za mną pobiegnie, że przez całą noc będziemy porządkować nasze sprawy, kłócić 
się i w końcu wszystko wróci do normy. Ale kiedy oglądam się przy drzwiach, on właśnie zamyka 
drzwi taksówki.

Rozdział 23

Następnego popołudnia wlokę się do metra - niewyspana, zapuchnięta - raz po raz odtwarzając 

w myślach kłótnię z Danielem.

Czy to  wszystko  moja  wina? Czy Daniel  jeszcze  kiedyś przyjdzie  do  restauracji?  Waham  się 

między wściekłością i skruchą, aż w końcu ogarnia mnie tępe odrętwienie. Opieram głowę o szybę i 
gapię się w czerń tunelu, wśród migających świateł wagonów. Przestało mnie obchodzić, co ludzie 
powiedzą; włożyłam brzydkie czarne buty, a pod płaszczem mam kelnerski uniform. Zostały mi 
tylko resztki godności i stary terier.

W restauracji wlokę się przez salę jadalną i ruszam na górę po schodach. Już na korytarzu słyszę 

szepty Cata i Jane i rzadko słyszany dźwięk - śmiech Rona. Wchodzę do przebieralni i widzę ich, 
siedzących przy oknie. Wyczuwając moją obecność, gwałtownie ukrywają coś pod stolikiem.

- Co się dzieje? - pytam.
Ron chwyta się za serce.
- Mało zawału przez ciebie nie dostałem - mówi i wyjmuje z ukrycia butelkę szampana. - Byłem 

pewien, że to Gina.

Jane stawia na stole piramidkę plastikowych kubków, które schowała pod stołem.
- W samą porę! Już mieliśmy zacząć bez ciebie.
- Co to za okazja?
- Coś więcej niż okazja. Cud boski. - Jane wskazuje na Cato, któremu dziwnie świecą się oczy.
- Jak to? Co się stało?
- Hm... pamiętasz, jak ci opowiadałem o tej roli?
- Boże!   -   W   ułamku   chwili   wiem,   co   teraz   powie   i   przejmują   mnie   sprzeczne,   gwałtowne 

uczucia: radość, smutek, zazdrość, duma. Przede wszystkim nie chcę, żeby Cato odszedł. Jakaś 
malutka, paskudna strona mojego charakteru życzyła mu porażki - przynajmniej dopóki nie będę 
mogła   stąd   uciec   razem   z   nim.   Przez   ostatnie   dwanaście   godzin   -   od   Daniela   do   Cato   -   wiele 
straciłam.

- Tak się cieszę! - mówię i przytulam go.
- Już im dałem wypowiedzenie - odpowiada. - Zgadnij, komu powiedziałem najpierw.
- Ginie?
- Carlowi. Nie odpowiedział. Tylko spojrzał na mnie jak na judasza.
Jane podaje mi kubeczek z bąbelkami.

background image

- Typowy szef kuchni. Obraża się, jeśli nie zostaniesz przy nim aż do emerytury.
- Kiedy masz ostatnią zmianę? - pytam.
- W piątek. Próby zaczynają się w następnym tygodniu. Próby! - Wachluje się ręką. - I znowu! 

Atak paniki.

- Nie do wiary, że odchodzisz - mówię, siadając obok niego. - To się dzieje o wiele za szybko.
Ron unosi kubek.
- Za Cato Poole'a, utalentowanego kelnera i świetnego faceta. Nie zawsze się zgadzaliśmy, ale 

będzie mi brak tych kłótni o prywatne imprezy. Obyś rzucił Broadway na kolana!

- Off-off Broadway - poprawia Cato.
- Wszystko jedno! - Stukamy się plastikowymi kubkami.
Cato  opowiada  nam  o nowej  roli (cztery zmiany kostiumu plus  wciąganie na scenę kogoś z 

publiczności),   a   ja   wyobrażam   sobie   moje   życie   bez   niego.   Jane   i   ja   będziemy   jak   wdowy; 
zrozpaczone  i  porzucone.  Wieczory  będą  się  dłużyć,  pełne  ciężkiej  pracy  i  pozbawione  radości. 
Derek, który obecnie handluje amfetaminą w piwniczce na wina, będzie nami poniewierać. Nawet 
Ron zacznie się zastanawiać, czy nie powinien posłuchać wewnętrznego głosu i zostać nauczycielem 
w liceum. Ani się obejrzę, a krytycy zachwycą się grą Cato, Jane skończy szkołę i zacznie pracować 
gdzieś na porodówce, a ja będę się pocieszać drinkami, czwartkowymi imprezami i wspomnieniami 
o pewnym stałym bywalcu.

- Dobra, koniec imprezy - zarządza Ron i puszcza w obieg pudełko z miętówkami. - Lepiej 

zabierzmy się do roboty, zanim ktoś zacznie nas szukać.

Jane pociąga łyk prosto z butelki, chowa dowody zbrodni do szafki i schodzi w ślad za Ronem. 

Po paru chwilach drzwi gabinetu uchylają się z piskiem.

- Erin! - woła Gina. - Muszę z tobą pomówić.
- Oho - mówię do Cato. - Wiedziałam, że to mnie czeka.
- Że co cię czeka?
- Nie   uwierzysz,   co   przeżyłam   -   mówię   z   suchym   śmiechem.   -   Pamiętasz   Franka   i   Patti 

Porterów?   -   Relacjonuję   zwięźle   najgorszą   randkę   swojego   życia,   nie   pomijając   najbardziej 
efektownych momentów kłótni z Danielem. - A wszystko tak pięknie się układało. I proszę.

- Chodź tutaj. - Cato oplata mnie ramionami. - Biedactwo. Nic dziwnego, że wyglądasz, jakbyś 

spędziła noc na ławce w parku.

Kręcę głową.
- Żałuję, że tu w ogóle przyszłam.
- Miałabyś przeżyć życie, nie znając mnie? Wypluj to!
- Erin! - ryczy Gina. - Czekam na ciebie!
Cato się cofa.
- No, kochanie, idź i walcz.
- Mam nadzieję, że mnie wyrzuci.
- Nie wyrzuci. To by było zbyt szybkie i humanitarne.
Wrzucam do kieszeni spódnicy dwa długopisy i idę do biura.
- Cześć - mówię, wchodząc prze uchylone drzwi.
Gina   ma   na   sobie   biały   półgolf   i   złoty   krzyżyk   z   omdlewającym   Jezusem.   Wysadzana 

kryształkami opaska podtrzymuje włosy.

- Wejdź, usiądź - rozkazuje, machając ręką. Nino klęczy na podłodze, gdzie bawi się sosjerką, 

fioletową kredką i mi-nibuteleczkami z alkoholem.

- Jak leci, Nino? - pytam.
- Dobrze - odpowiada, nie podnosząc głowy.
- Łatwo się nudzi, jak wszyscy chłopcy - mówi Gina z porozumiewawczym uśmiechem typu 

„między nami dziewczynami”. - Poszłaś wczoraj na przyjęcie z człowiekiem, którego poznałaś w 

background image

mojej restauracji?

- Tak.
- Jest przystojny. Kiedy wchodzi do „Roulette”, wszystkie się za nim oglądają. Aż się obracają. - 

Gina milczy przez chwilę. Staje się bardzo poważna. - Patti Porter jest moją przyjaciółką.

- Wiem.
- Nowy Jork to wielkie miasto, ale tak naprawdę wiocha. Rozumiesz, co to znaczy?
- Nie całkiem.
Nino głośno woła „brum, brum!” spod stołu i zaczyna podważać kredką klepki podłogi.
- Nie obracamy się w tych samych kręgach - oznajmia Gina. - Jesteś biedną dziewczyną bez 

pieniędzy. Bez doświadczenia.

Krew zaczyna mi szumieć w uszach.
- Do czego zmierzasz?
- Musisz pamiętać jedno: jesteś kelnerką. Daniel żyje w innym świecie. Tam nie ma dla ciebie 

miejsca.

Uśmiecham się zimno.
- Mówisz, że mam z nim zerwać?
- Widzę, że sama się nad tym zastanawiasz.
Ma rację, a to mnie rozwściecza jeszcze bardziej.
- Jestem wdzięczna za troskę, ale sama potrafię o siebie zadbać.
- Czyżby? Jak poznaję Steviego, jestem kierowniczką trattorii pod Rzymem. Pracuję ciężko i nie 

mam nic. Ale całe moje życie mama mówi, że jestem wyjątkowa, więc w mojej głowie nigdy nie 
jestem   biedna.   A   jak   poślubiam   Steviego   i   po   raz   pierwszy   w   życiu   się   bogacę,   wiem,   jak   się 
zachować. Ale ty nie myślisz tak samo, jak Daniel. Wszyscy wczoraj widzą, że nie jesteś jedną z nich.

Mocno zaciskam palce na krawędzi krzesła.
- Daniel by mnie nie przyprowadził, gdyby tak było.
- Skoro to cię pociesza... Możesz tak myśleć.
- Nie zawsze byłam kelnerką - wybucham bez zastanowienia. - Przez prawie pięć lat miałam 

własnych podwładnych. W mojej szafie wisi pełno drogich kostiumów.

Gina kiwa powoli głową.
- Ciekawe. Harold mówi co innego. Przyparta do ściany, muszę zmienić taktykę.
- To moja sprawa, z kim się spotykam poza „Roulette”.
- Tak, ale kiedy siadasz przy stole ze mną i moimi przyjaciółmi, to jest także moja sprawa. Patti 

jest   zmartwiona,   kiedy   dziewczyna,   którą   kiedyś   zatrudnia,   przychodzi   do   jej
domu i zachowuje się jak ktoś, kim nie jest. Tak się robi?

- Nie muszę oznajmiać wszystkim, gdzie pracuję.
Gina spogląda na mnie ze współczuciem.
- Ale kiedy ludzie myślą, że już cię znają, a ty nic nie mówisz, wyglądasz jak una fessacchiona. 

Idiotka.

Gapię się na nią w osłupieniu.
- Proszę tylko, żebyś uważała. Moi kelnerzy są jak moje

dzieci. Nie chcę, żeby ktoś cię krzywdził, bo chce się zabawić.

- Jemu nie chodzi tylko o zabawę - oznajmiam, z trudem panując nad głosem. - Nie znasz go 

tak, jak ja.

- Ach...   lecz   znam   takich   jak   on.   Żyję   dłużej   i   znam   się   na   mężczyznach.   Zabiera   cię   na 

przejażdżkę, a kiedy mu się nudzi, znajduje inną. Widzę to wiele razy. W każdym kraju to samo.

Jeśli teraz nie wyjdę, powiem coś takiego, że nie dostanę już roboty w żadnej restauracji w tym 

mieście, nawet gdybym chciała. Wstaję gwałtownie.

- Czy już skończyłyśmy? Bo muszę nakryć w jadalni.

background image

- Tak. - Gina wyjmuje kolorowy magazyn spod sterty dokumentów i otwiera go na pierwszej 

stronie. - Idź i pracuj. Ale nie zapominaj, co mówię. Chodzi mi tylko o twoje dobro.

*

Drrr. Drrr. Drrr.
Leżę z otwartymi oczami i słucham, jak automatyczna sekretarka włącza się po raz trzeci w ciągu 

godziny. Dzwoniący waha się i odkłada słuchawkę.

- Daj mi spokój, Daniel - mamroczę. Po chaotycznej wiadomości, w której obiecywał, że „zabije 

swojego wewnętrznego ambasadora dobrej woli” i raz jeszcze mnie przepraszał, zostawił dwie inne, 
w których błagał, żebym oddzwoniła bez względu na porę. Ale po wieczorze w „Roulette” chcę już 
tylko   uciec   w   sen.   Rozmowa   z   Danielem   wydaje   mi   się   bezcelowa,   a   jego   głos,   niegdyś   tak 
fascynujący, wywołuje tylko bolesny grymas.

Drrrr. Drrr. Drrrr.
- Boże, przestań wreszcie! - jęczę i dźwigam się z łóżka.
Dochodzi druga rano, a mnie się kręci w głowie z niewyspania. Docieram do zimnej kuchni w 

chwili, gdy sekretarka nagrywa ciche kliknięcie odłożonej słuchawki. Stoję przez
chwilę w nocnej koszuli, zbyt zmęczona, żeby dygotać, gapię się na bezlistne drzewa i ciche, lśniące 
od deszczu ulice. Potem wyciągam wtyczkę telefonu z kontaktu.

*

Męczę   się   przez   kolejną   noc,   wypełnioną   snami   z   Danielem,   Giną   i   połową   nowojorskiego 

towarzystwa w roli głównej. Budzę się o pierwszym świtaniu, siadam przy komputerze i znajduję 
niespodziewanego   mejla   od   dyrektorki   działu   zasobów   ludzkich   w   Design   Refined   Furniture. 
Dziękuje mi za CV, które przesłałam im miesiąc temu, i zaprasza do biura w czwartek na rozmowę z 
wicedyrektorem działu marketingu. Po raz pierwszy od wielu miesięcy świta mi nadzieja. Odpisuję, 
zapowiadając się punktualnie na 11.30. Po dwunastotygodniowym kursie wzmacniania charakteru 
mam zamiar zdobyć tę pracę. Czuję, że potrafię.

Niestety, mój pozytywny nastrój wkrótce pryska pod wpływem wieczoru pełnego wymagających 

gości i mrożących krew w żyłach wspomnień imprezy u Porterów. Praca jest tak ciężka, a niektóre 
napiwki tak mizerne, że gdy o 10.30 do baru wkracza Daniel, wydaje mi się to niemal logiczne. Choć 
jest ubrany w wykrochmaloną i wyprasowaną koszulę i niebieskie spodnie, oczy ma podkrążone. Na 
jego widok natychmiast skacze mi ciśnienie.

- Cześć - mówi.
Mijam go z rozkładem miejsc w dłoni.
- Cześć.
- Usiłowałem się dodzwonić - ciągnie, idąc za mną do komputera.
- Tak, wiem. Nie dając mi spać.
- Przepraszam, ale... dlaczego nie oddzwoniłaś?
- Daniel, proszę cię - mówię, nie odrywając oczu od ekranu. - Nie mam teraz na to czasu.
Daniel staje tak, żebym musiała na niego spojrzeć.
- Musimy porozmawiać.
- Nie mogę. Pracuję.
- Więc po pracy.
W końcu podnoszę głowę.
- O co ci chodzi? Chcesz mi jeszcze bardziej utrudnić życie?
- Skąd.
- Nie wygląda to dobrze - mówię, wskazując głową stanowisko hostessy, przy którym stoi Steve 

z uniesionymi brwiami i ostrzegawczym spojrzeniem.

background image

- Więc posiedzę przy barze, aż skończysz. Nie odejdę, dopóki tego nie rozwikłamy.
Przez chwilę coś mnie do niego przyciąga, obezwładnia mnie myśl o całowaniu się, szczęściu i 

zakochaniu. Moglibyśmy udawać, że nic się nie stało. Potem przypominam sobie arogancką Sonię i 
słowa Giny i znowu zalewa mnie mdląca fala upokorzenia i gniewu.

- Przestań mnie prześladować - mówię, gwałtownie stukając w klawisze. - Nie powinniśmy się 

spotykać. Chyba wyrażam się jasno.

- Erin, posłuchaj...
- Już się nasłuchałam. Jeśli chciałbyś coś zamówić, chętnie ci to przyniosę. Jeśli nie - dobranoc.

*

Jeśli   sądziłam,   że   spławiając   Daniela   poczuję   się   lepiej,  to   cholernie   się   myliłam.  Na   resztę 

wieczoru wpadam w depresję i rozpacz, które maskuję z najwyższym wysiłkiem. Kiedy kobieta przy 
moim ostatnim stoliku zamawia białą herbatę z persymonką, pędzę do kuchni wdzięczna za te parę 
minut, kiedy mogę wyglądać na tak wykończoną, jak się czuję. Z Danielem i tak by mi się nie 
ułożyło, tłumaczę sobie. To było coś krótkiego, cudownego i skazanego na klęskę.

Grzebię w szafce kolko niskiej lodówki, kiedy ze schodów dobiega echo wrzasku:
- I to akurat do Hollanda! - ryczy Carl.
- Nie bierz tego do siebie - odpowiada Marty. - Pamiętasz, jak byłeś zastępcą szefa kuchni u 

Mike'a? Wiele cię nauczył i szanowałeś go, ale rzuciłeś się na pierwszą szansę...

- Tu nie chodzi o Mike'a Butlera! Wziąłem cię, bo doceniłem twój talent. Dałem ci szansę, 

zaufałem ci, a ty zdradzasz mnie na rzecz jedynej osoby, która pragnie mojego upadku!

Betsy i ja spoglądamy na siebie.
- Oho - mówi ona.
- Co miałem zrobić? Odmówić mu? W końcu będę szefem własnej kuchni. To oznacza o niebo 

więcej pieniędzy i lepszą pozycję niż tutaj!

Carl śmieje się szatańsko.
- Na statku wycieczkowym! Słusznie. W rejs statkami wyprawiają się emeryci, żeby umrzeć.
- To   wielkie   przedsięwzięcie.   Rejsy   na   Karaiby,   potężny   budżet   na   reklamę,   wyrafinowana 

kuchnia. A ja tym wszystkim zarządzam!

- To   wielkie   przedsięwzięcie   -   przedrzeźnia   go   Carl   płaczliwym   głosem.   -   Ja   wszystkim 

zarządzam!

- Daj spokój - prosi Marty. - Moja żona jest w ciąży, a nie znosi miasta. Potrzebuję pieniędzy. 

Takie szanse trafiają się... no, nie wiem, raz na dziesięć lat, jeśli ma się szczęście.

- Nie dawałem ci podwyżek? Nie wykłóciłem się ze Steve'em o pensję dla ciebie, większą, niż 

dostaje dziewięćdziesiąt procent zastępców szefów kuchni w tym mieście? Kiedy przekroczysz ten 
próg,   twoja   kariera   się   skończy.   Już   ja   tego   dopilnuję.   A   jeśli   rozpuścisz   język   i   oczernisz   tę 
restaurację, jak Bóg na niebie, znajdą cię w East River.

Zapada długie milczenie. W końcu Marty mówi:
- Odpuść,   przyjaźnimy   się   od   lat.   Nie   miejmy   do   siebie

 

urazy,   dobrze?   Powiedziałem 

Hollandowi, że odejdę dopiero za dwa tygodnie.

- Co? Wal się! Odchodzisz dzisiaj!
- Dzisiaj? Serio?
- Jak cholera.
- W dupę mnie pocałuj. Ostatnią wypłatę przyślij mi pocztą, bo ja tu nie wrócę. - Rozlega się 

trzask drzwi.

Carl pędzi z łomotem po schodach. Mija mnie, zatrzymuje się i odwraca, zdyszany.
- Kto zamyka? - rzuca.
- Ja i Ron - odpowiadam.

background image

- On może iść, ale ty masz zostać. Jutro nagrody Archerà, a w chłodni trzeba zrobić totalny 

remanent.

Nie mam czasu spytać, co wspólnego ma chłodnia z nagrodami, bo Carl dodaje:
- Wszystko w tej kuchni należy rozłożyć na części pierwsze, wydezynfekować, uporządkować i 

złożyć na nowo. Istnieje szansa, że zjawią się tu dziennikarze, więc musimy być przygotowani. Phil!

- Tak? - Phil odwraca się z policzkami rozgrzanymi od grilla.
- Ty, Patrick i Enrique także zostaniecie. Zadzwońcie do mamusi, czy kto tam na was czeka i 

powiedzcie im, że przez jakiś czas nie wrócicie. To będzie długa noc.

*

Wszelkie nadzieje, że zjawię się na rozmowie o pracę wypoczęta i przygotowana, rozwiewają się 

po północy, gdy Carl prowadzi mnie do chłodni.

- Zmyj podłogi, ściany, każdą półkę z osobna - mówi, otwierając ogromne metalowe drzwi. - A 

potem ułóż produkty alfabetycznie.

- Ułożyć... dlaczego?
- Bo   chcę   łatwiej   znajdować   to,   czego   mi   potrzeba.   Dziś   po   południu   dostarczono   nam 

dwadzieścia skrzynek warzyw, które mi tu porozstawiali.

- Ale...   czy   muszę   to   wszystko   skończyć   dzisiaj?   Mam   rano   coś   ważnego   do   załatwienia   i 

chciałabym wrócić do domu o przyzwoitej porze.

Carl przewraca oczami.
- Masz wiele wspólnego z Martym, wiesz? Oboje chcecie się tylko nachapać ile wlezie i uciekać, 

kiedy zrobi się trudniej. Nie widzisz, żeby Phil i Enrique się wściekali, prawda? - Podążam za jego 
spojrzeniem; Phil odsunął piecyk od ściany, a teraz na czworakach szoruje podłogę. Obok niego stoi 
butelka   piwa,   radio   na   blacie   nad   jego   głową   ryczy.   Enrique   rozbiera   na   części   zmywarkę, 
posługując się tylko kluczem francuskim i wiązanką hiszpańskich przekleństw.

Spoglądam   na   skrzynkę   selerów   i   zaczynam   pojmować,   co   oznacza   układanie   w   porządku 

alfabetycznym przy temperaturze poniżej zera. Nie muszę tego robić. Mogę wyjść, tak jak Marty. 
Ale   czy   Carl   nie   liczy   właśnie   na   to?   Chce   zobaczyć,   jak   załamuję   się   pod   presją   i   wybucham 
płaczem. Jeśli pójdę do domu, i tak będę leżała bezsennie, rozmyślając o Danielu. I - do diabła z 
rozmową - myśl, że Carl dowiedzie swojej słuszności, jest dla mnie nieznośna.

- Muszę tylko pobiec do przebieralni po płaszcz - oznajmiam. - Zimno tam.
- Dobrze - mówi Carl z zaskoczeniem. - Jeśli będziesz miała jakieś pytania, pracuję tu wraz z 

innymi.

Czterdzieści pięć minut później moja misja - znaleźć i zniszczyć wszystko, co jest przedatowane, 

nieszczelne lub na niewłaściwej półce - wciąż trwa. Drzwi otwierają się i Carl wsuwa głowę przez 
zasłonę z plastikowych pasków. Bucha od niego zapach co najmniej dwóch koktajlów.

- Wyglądasz jak upiór.
- W   życiu   nie   czułam   się   lepiej   -   oznajmiam,   zdrętwiałymi   palcami   wykręcając   szmatę 

namoczoną w środku dezynfekującym.

- Patrick posprzątał zamrażarkę na dole o połowę szybciej niż ty. Lepiej przyspiesz tempo, bo 

cię tu zamkniemy. - Drzwi trzaskają z rozmachem.

Wbrew zapewnieniom Carla pierwsza schludnie uporządkowana półka nie napełnia mnie dumą. 

To przez świadomość, ile czasu i energii będzie mnie kosztować ta praca. Carl wchodzi co jakiś czas, 
wesoło pogwizdując, by sprawdzić moje postępy i dorzucić jakąś dobijającą uwagę.

- W tym tempie zostaniesz tu do końca roku.
- I dobrze, nie mam żadnych planów.
Choćby przynosił mi nie wiadomo, ile warzyw („Znalazłem nowe marchewki!”), przyjmuję je bez 

skarg, za-wziąwszy się, że to wytrzymam, zachowam dobry humor i nie zdradzę, jak bliska jestem 

background image

ukamienowania go cukrową cebulą.

O   drugiej   nad   ranem   widzę   przed   sobą   realną   groźbę   odmrożeń.   Za   to   za   drzwiami   jest 

cieplutko,   a   wszyscy   chodzą   w   dym   pijani.   Wyrzucam   puste   skrzynki,   słysząc   rozkoszne   piski 
Kimberly, którą Carl goni po kuchni, okrzyki Enrique, że jest najlepszym pomywaczem w Nowym 
Jorku i bełkotliwe wyznania miłosne Patricka pod adresem Carla i jego dań.

- Chodźmy się wytatuować! Wszyscy, natychmiast! - rzuca w stronę stanowiska sałatkowego. - 

Serio!

 

„Roulette”,

wielkimi literami na tyłku.

Następnie wznoszą toast za czarne trufle, Françoisa Vatela i Bernarda Loiseau, oraz za samego 

Carla, który w nieustraszony sposób uwolnił sztukę kulinarną od tradycyjnego pieca i zaprowadził 
ją ku centryfudze i przemysłowemu palnikowi. Życzą Marty emu nieustającej choroby morskiej i 
śmierci w paszczy rekina. W końcu wrzucają butelki do kosza, a ich głosy się oddalają. W kuchni 
zapada nienaturalna cisza. Chyba nie poszli do domu i nie zamknęli mnie w restauracji?

Otwieram drzwi i wchodzę do wnętrza, które wydaje mi się nagrzane jak piec. Na podłodze leży 

bluza kucharska,
z radia płyną trzaski; wszystko to nadaje wnętrzu upiorny, postapokaliptyczny wygląd.

- Proszę,   proszę.   Czy   to   nie   dziewczyna,   która   nasikała   na   moje   serce?   -   odzywa   się   Phil, 

doprowadzając mnie do stanu przedzawałowego. Stoi oparty o blat, oparłszy dłoń na łokciu drugiej 
ręki. - Masz ochotę? To od Carla. Zawsze nam stawia, kiedy pracujemy do późna.

- Dzięki, ale nie.
Phil wzrusza ramionami.
- Jak wolisz.
- Daj spokój, nie jesteś ciągle na mnie zły.
Phil pociera kciukiem brodę.
- Dlatego że publicznie mnie rzuciłaś? I stukasz się z tym Danielem?
- Nie twoja sprawa, z kim chodzę.
Phil zaciąga się papierosem, wstrzymuje oddech i wypuszcza dym nosem.
- Carlowi zależy na profesjonalizmie, pamiętasz? Niedobrze, że bzykałaś mnie, ale gość? Kiedy 

mu opowiem, dostanie szału.

- Proszę bardzo. Na pewno będzie chciał się dowiedzieć, co robiliśmy w piwnicy w godzinach 

pracy.

Phil mruży oczy, uświadomiwszy sobie, że przyparłam go do muru.
- Myślisz,   że   możesz   zmieniać   tu   zasady?   Przede   wszystkim   nie   pasujesz   do   nas.   Nawet 

robiliśmy zakłady, jak długo wytrzymasz.

- Tak? I kto wygrał?
Phil uśmiecha się złośliwie i rusza do piwnicy.
- Nikt. Nie przyszło nam do głowy, że przetrzymasz pierwszy tydzień.

Rozdział 24

Carl dokonuje dokładnej inspekcji chłodni - od podłogi do sufitu - i w końcu pozwala mi odejść - 

dwanaście i pół godziny od przybicia karty.

- Jutro możesz zacząć czyścić spiżarnię - mówi, otwierając przede mną drzwi wejściowe. - Od 

tygodni zalega tam kałuża kurzej krwi.

W drodze do domu drzemię w taksówce, łapiąc cenne minuty bardzo potrzebnego wypoczynku 

przed przygotowaniami do rozmowy kwalifikacyjnej. Otulona we flanelowy szlafrok i w wełnianych 
skarpetkach,   przedzieram   się   przez   dziesiątki   internetowych   wiadomości   i   artykułów   o   Design 
Refined Furniture i wreszcie o świcie zasypiam na biurku. Budzę się z policzkiem na podkładce od 

background image

myszy, słońce razi mnie w oczy, a ja jestem wściekła na Carla, że nie wypuścił mnie z roboty przez 
całą noc.

Oszołomiona   z   niedospania,   włączam   głośną   muzykę,   stawiam   kubek   kawy   koło   butelki 

szamponu i biorę długi prysznic. Cienie, szminka, parę klepnięć w policzki i od razu wyglądam 
zdrowiej   -  choć   nie   jestem  przytomniejsza.   Przymierzam   i   odrzucam   cztery   różne   kostiumy,  w 
końcu decydując się na garnitur z szarej wełny i szpilki. Wrzucam na ruszt pożywne śniadanko, 
składające się z wędzonych migdałów i camemberta i chwytam płaszcz.

Świecie, nadchodzę.
Jadę taksówką na Wschodnią Pięćdziesiątą Siódmą. Wykładana drewnianymi panelami winda 

zawozi mnie na trzydzieste piętro do biur Design Refined. Wygładzam francuski kok, niespokojnie 
powtarzam to, czego nauczył mnie Cato. Wejść w rolę i czekać na rozwój wypadków. Zachowywać 
się władczo, a nie zauważą małych wpadek.

Wchodzę   do   ascetycznego   holu,   urządzonego   w   kremowym   kolorze   i   podaję   nazwisko 

recepcjonistce. Siadam na kanciastej białej skórzanej sofie bez nóżek i badam jej jakość. Elegancka. 
Bardzo.   I   bardzo   niewygodna.   Minutę   później   pojawia   się   drobny,   energiczny   mężczyzna   o 
błękitnych oczach i przedwcześnie posiwiałych włosach.

- Witam   -   mówi,   mocno   ściskając   mi   dłoń.   –   Jestem   Gary.   Zapraszam,   porozmawiamy, 

poznamy się lepiej.

Prowadzi mnie do sali konferencyjnej z oknami od podłogi do sufitu i fantastycznym widokiem 

na centrum. Przedstawia mnie Robin, masywnej asystentce z dołeczkami w policzkach. Siadamy 
przy stole z szarego szkła.

- Może wody? - pyta.
- Poproszę.
Napełnia kielich i wręcza mi go.
- Dziękuję.
Zapada   chwila   ciszy.   Gary   kartkuje   moje   CV.   Robin   uśmiecha   się   do   mnie.   Odpowiadam 

uśmiechem. Gary zdejmuje okulary i kładzie je na moim podrasowanym życiorysie.

- A zatem, Erin... - zaczyna.
Odchrząkuję.
- Tak, Gary?
- Opowiedz nam trochę o sobie.
- Hm.

 

Urodziłam

 

się

 

na

 

Long

 

Island...

 

-

 

słyszę

 

własny

głos, trajkoczący o latach pracy w branży, wrodzonym 
zainteresowaniu budowaniem marek i wytyczaniu nowych ścieżek wszędzie, gdzie pracuję. Robię 
wrażenie nieco obłąkanej. No, powiedzmy: rozkojarzonej.

- Więc na ogół była to działalność na małą skalę - mówi Gary. - Lokalne firmy.
- Tak - przytakuję, zastanawiając się, czy nie powinnam powiedzieć „właściwie nie” i wspomnieć 

o   zleceniu   dla   jedynej   ogólnokrajowej   firmy,   choć   była   to   fabryka   kondomów   i   nie   mnie   je 
powierzono. Chryste, nie pozwól mi wszystkiego zepsuć już na starcie.

- Ale interesuje cię międzynarodowy handel meblami?
- Zdecydowanie. Jak najbardziej.
Gary dolewa wody do mojej pustej szklanki.
- Szukamy   osoby   energicznej   i   twórczo   myślącej,   pomysłowej,   z   solidnym   doświadczeniem, 

która zdoła sobie wypracować własną niszę. Dlatego intryguje nas twoje CV.

Pociągam łyk wody.
- W jaki sposób dotychczasowe doświadczenia przygotowały cię na pracę w Design Refined? - 

pyta Robin.

- Od   pięciu   lat   -   zaczynam   z   pewnością   siebie,   zrodzoną   z   wielogodzinnego   wkuwania 

background image

odpowiedzi na pamięć nad skrzynkami modnej sałaty - pomagam tworzyć kreatywne produkty dla 
młodego, mobilnego rynku. - Znowu staję się kelnerką i usiłuję sprzedać Erin Edwards jak danie 
dnia. Pomijam słabe strony (nie pierwszej świeżości, brak na nią amatorów) i podkreślam atuty 
(tania,   została   tylko   jedna).   Po   półgodzinnym   wypytywaniu   Robin   poprawia   się   na   czarnym 
zamszowym pufie i mówi:

- Przygotowałaś się, to widać.
- Robi wrażenie - zgadza się Gary. - Kiedy będziesz mogła zacząć?
- Dzisiaj, jeśli jesteście gotowi. - Wszyscy parskamy śmiechem.
Nie   do   wiary.   Zaraz   zaproponują   mi   pracę.   Nie   mogę   się   już   doczekać,   jak   wejdę   dziś   do 

„Roulette” i wykrzyczę tę wiadomość wszystkim, którzy zechcą słuchać.

- Ciekawi   mnie   -   odzywa   się   Gary,   szkicując   sześcian   na   marginesie   notesu   -   czym   się 

zajmowałaś od odejścia z Hillerton-Jones?

Spoglądam w jego życzliwe, zainteresowane oczy i nagle trzy miesiące tyrania z uśmiechem na 

ustach wydaje mi się czymś, czego nie powinnam się wstydzić.

- Byłam kelnerką.
- Tak? Gdzie?
- W „Roulette” na Madison Avenue.
- Rozumiem.
W pokoju zapada cisza, a atmosfera robi się jakaś ciężka. Robin przegląda dokumenty.
- I dlaczego postanowiłaś pracować w restauracji?
- Szczerze mówiąc, miałam drobne problemy ze znalezieniem właściwej posady w marketingu, a 

ponieważ   musiałam   płacić   rachunki...   -   urywam.   Jasna   cholera,   po   co   powiedziałam   prawdę? 
Powinnam   zmyślić,   że   zajęłam   się   samokształceniem,   podróżami,   czymkolwiek,   byle   nie 
kelnerowaniem!

- Więc   nie   masz   kontaktu   z   branżą   marketingową   od   ponad   roku,   jeśli   wliczymy   okres 

bezrobocia - mówi Gary. - To w naszym fachu bardzo długo.

- Tak - zgadza się Robin. - Nie rozumiem, w jaki sposób praca w branży usługowej ma ci pomóc 

na stanowisku, które usiłujemy obsadzić.

Oż w mordę. Co teraz? Nie mogę wypuścić z rąk tej szansy tylko dlatego, że raz się potknęłam.
- Moim zdaniem jest bardzo ważna - oznajmiam, unosząc głowę.
- Naprawdę? - dziwi się Gary. - W jaki sposób?
- A zatem...
Oboje pochylają się ku mnie, wyczekując na odpowiedź. Serce łomocze mi o żebra.
- Eee... Jeśli się zastanowić, Design Refined nie różni się aż tak od restauracji.
Ponieważ w odpowiedzi widzę tylko puste spojrzenia, brnę dalej, improwizując na gorąco. Sama 

nie wiem, co za chwilę powiem.

- Czy   sprzedajemy   kawior   z   bieługi,   czy   ekskluzywne   meble,   musimy   znać   naszą   grupę 

targetową. Podczas trzech miesięcy w restauracji dowiedziałam się o klientach więcej niż przez pięć 
lat w marketingu. Kiedy gość przekracza próg restauracji, muszę natychmiast odgadnąć, czym się 
zajmuje   i   czego   chce.   To   jak...   -   robię   ręką   zamaszysty   gest   -   opracowywanie   nowej   kampanii 
marketingowej dziesięć razy dziennie.

Gary drapie się po karku.
- Chyba nie nadążam.
Pociągam kolejny łyk wody, żeby zyskać na czasie.
- Jak   w  każdej  branży,  najważniejsze  są  związki  międzyludzkie.   Nie  piszę  już  sloganów  dla 

bezimiennych konsumentów. Znam ich imiona, ich stroje, wiem, co mówią o partnerach. Jeśli nie 
są zadowoleni z tego, co zamówili, nie mogę się posługiwać badaniem rynku i grup odbiorców, żeby 
zrozumieć,   co   się   nie   udało.   Muszę   ich   znać   na   tyle   dobrze,   żeby   natychmiast   przystąpić   do 

background image

promocji nowego produktu.

- Czy zatem nie jesteś bardziej sprzedawczynią niż specjalistką od marketingu? - pyta Robin, 

zakładając nogę na nogę.

- Jestem i tym, i tym - oznajmiam z dumą. Mój głos brzmi już pewniej, bo uświadamiam sobie, 

że właściwie wierzę w to, co mówię. - Dzięki czemu mam perspektywę, której brakuje większości 
waszych kandydatów. Przede wszystkim umiem pracować w zespole. Dzielimy się wiedzą
o gościach, jedzeniu, winie... i pomagamy sobie nawzajem. Nie mogłabym odnieść sukcesu bez 
wsparcia innych kelnerów, którzy na niego pracują tak samo jak ja. Wniosę do waszej firmy ten sam 
rodzaj solidarności, jeśli dacie mi szansę.

Zapada długa chwila ciszy.
- Interesujące - odzywa się w końcu Gary. - Dałaś nam materiał do rozmyślań.
- Będziemy w kontakcie - dodaje Robin. - Pora na obiad, co? - Zerka na wąski srebrny zegarek i 

wymienia spojrzenia z Garym, który wstaje i ściska mi rękę.

- Miło mi było cię poznać - mówi, prowadząc mnie do wyjścia. - Musimy porozmawiać jeszcze z 

paroma kandydatami, ale zadzwonimy do ciebie, gdy tylko podejmiemy decyzję.

*

Ale porażka.
Opieram się o ścianę pustej windy, zamykam oczy i chowam twarz w dłoniach. Gdybym nie 

znajdowała się w miejscu publicznym, pewnie bym się popłakała. Gary i Robin już się nie odezwą, 
to pewne. Mimo wysiłków zawaliłam sprawę w chwili, gdy z moich ust padły te dwa słowa: „Byłam 
kelnerką”.

Dlaczego   ich   reakcja   mnie   zaskoczyła?   Jeszcze   parę   minut   temu   miałam   na   temat   pracy   w 

restauracji dokładnie takie samo zdanie, jak oni - uważałam ją za wstydliwą plamę na efektownym 
CV, zmarnowany okres, w którym nie nauczę się niczego pożytecznego. Dopiero, kiedy musiałam 
znaleźć argumenty na swoją obronę zrozumiałam, jak bardzo się myliłam.

„Chciałem ci udowodnić, że nie różnisz się od innych”. Słowa Daniela wracają do mnie, gdy 

wychodzę z windy do marmurowego holu. Choć nadal zraniona i zła, nie mogę się
nie zastanawiać, czy nie widział mnie wyraźniej niż ja samą siebie. Czy to nie ja siadywałam w 
dobrych restauracjach, trochę zadzierając nosa, bo miałam perspektywy na przyszłość i platynową 
kartę? Osądzałam wszystkich na podstawie ich pracy, studiowałam, bawiłam się, a kiedy stanęłam 
po drugiej stronie stolika, potraktowałam samą siebie równie nielitościwie.

Wychodzę z obrotowych drzwi na tłoczną ulicę, ale nie wzywam taksówki. Wyciągam z torebki 

telefon.

- Proszę z Danielem Fratellini - mówię do recepcjonistki. - Dzwoni Erin Edwards.
- Chwileczkę.
Krążę nerwowo przed wystawą, udając, że ją oglądam. Może jednak powinnam z nim wczoraj 

porozmawiać i przynajmniej wysłuchać, co ma do powiedzenia. Może naprawdę żałuje, może teraz 
zrozumiemy się nawzajem i...

- Halo? - odzywa się recepcjonistka.
- Tak?
- Przykro mi, ale pan Fratelli jest na spotkaniu. Czy chce pani zostawić wiadomość?
- Nie orientuje się pani, kiedy będzie wolny?
- Niestety nie. Jest zajęty przez całe popołudnie, a potem wyjeżdża na weekend z miasta.
- Rozumiem. - I to już? Już ze mnie zrezygnował? - Dobrze. Dziękuję. Może... może jeszcze 

zadzwonię.

*

background image

- Dali statuetkę niedobrej osobie! - zawodzi Gina, gdy następnego dnia wkraczam do jadalni.
- Wiem - mówi kojąco Alain. - To niesprawiedliwe. Głupi sędziowie, nie mają rozumu. Ani 

smaku.

Wchodzę cichutko do baru, by zająć się stołami i uniknąć rozmowy o nagrodzie Petera Archerà. 

Dość miałam dramatów w tym tygodniu, kolejnego nie wytrzymam.

- Muszę wypić jeszcze jedno campari - oznajmia Gina, wyciągając pusty kieliszek. - Szybko! Za 

chwilę zemdleję.

- Na pewno? - pyta Alain. - Dopiero czwarta.
- I co z tego? Wy, Francuzi, pijecie, jakbyście szli na krzesło elektryczne.
- Może, ale umiemy.
- Erin! - krzyczy Gina na mój widok. - Wydarzyła się tragedia. Carl przegrał. Cały Nowy Jork 

płacze.

- Ron mi powiedział - odpowiadam, z trudem kryjąc radochę. - A kto wygrał? Rick Holland?
Alain stawia drinka na serwetce, a Gina natychmiast wypija połowę kieliszka.
- Jakaś idiotka, która nie zna się na gotowaniu. Ani mięsa, ani nic. Wszystko surowe. Jaka 

brzydota!   Jej   mąż   jest   bogaty,   więc   kupiła   sobie   hobby   i   zabiera   nagrody   ludziom,   którzy   ich 
potrzebują.

- Carl będzie nominowany w przyszłym roku.
- W przyszłym roku? - prycha Gina. - W przyszłym roku będę starą kobietą. Przestanie mnie 

obchodzić. - Dopija drinka, ogląda się w lustrze za barem i porywa ze stołka pikowaną torebkę 
Chanel. - Idę na zakupy. Alain, dziś ty jesteś kierownikiem sali. Ja tego nie zniosę.

*

Ledwie zaczynamy pracę, Alain wzywa mnie do baru. Zgubił gdzieś swój wieczny uśmiech.
- Zadzwonił Steve. Wzywa cię do biura.
- Powiedział po co?
- Nie, ale słyszę, że jest w złym humorze.
- Nagroda?
- Nie tylko. Matka Giny przeprowadza się do Ameryki.
- Na stałe? Boże.
Alain kiwa głową.
- Właśnie. Wszyscy tego pożałujemy. Wydaje im się, że mogę kierować jadalnią zza baru, bo 

Gina jest nieszczęśliwa? Bez sensu.

Idę na górę, a serce mi łomocze. Choć podczas zebrania personelu Carl uśmiechał się zawadiacko 

i nazwał rozdanie nagród „nadętą bzdurą, która nawet na jotę nie zmieni mnie ani tej restauracji”, 
nie ma wątpliwości, jak przyjął to Steve. Waham się w progu i cicho pukam.

- Wejść - woła Steve. Siedzi za biurkiem z piwem i „Timesem”.
- Alain powiedział, że mnie wzywasz.
- Tak. Proszę o kolację.
- Och! No tak.
- Jakie mamy dziś dania dnia?
Boże, na dole czekają na mnie cztery stoliki.
- Jako przystawki podajemy dziś kluseczki bez mąki na roślinnym...
Steve rozgląda się po pokoju, jakby się nudził.
- Daj spokój, nie chce mi się myśleć. Daj mi sałatę i comber z zająca, bardzo wysmażony. - 

Wbija wzrok w gazetę.

- Tutaj?
Steve gwałtownie podnosi głowę.

background image

- Co?
- Mam przynieść tutaj?
- Mogłabyś przynieść na przykład do piwnicy, ale niewiele bym z tego miał, prawda?
- Rzeczywiście. - Odwracam się do wyjścia.
- Potrzebuję nakrycia - rzuca Steve. - I jeszcze jedno moretti. Natychmiast.
Składam zamówienie, otwieram wino dla bardziej wyrafinowanego gościa i biegnę na górę z 

nakryciem dla Steve'a, sałatą i piwem. Pukam do drzwi gabinetu, czując się jak znękany automat 
obsługowy.

- Taaa - rzuca Steve.
Wchodzę i stawiam talerz między sztućcami i serwetką.
- Pieprzu? - pytam, unosząc nad jego głową stalowy młynek.
Steve rzuca mi kolejny rozdrażniony uśmiech.
- Obsługiwałaś mnie już trzy razy. Kiedyż to prosiłem o pieprz?
Oczami wyobraźni widzę moich zaniedbanych gości, cierpiących głód, podczas gdy Steve gra ze 

mną w dziesięć pytań.

- Szczerze

 

mówiąc,

 

nie

 

pamiętam.

 

Obsługiwałam

 

wiele

osób.

Steve pochyla się i dziabie widelcem w sałatkę.
- Twoim   obowiązkiem   jest   pamiętać   o   moich   upodobaniach   -   bełkocze   z   ustami   pełnymi 

zieleniny. - A teraz przynieś mi cabernet duckhorn. Czy doktor Benitz jest jeszcze na sali?

- Siedzi wraz z żoną w rewirze Rona.
- Powiedz Ronowi, żeby go powiadomił, iż się spóźnię. Nie będę gadać z gośćmi przez cały 

wieczór o tych idiotycznych nagrodach.

- Rozumiem. - Obracam się na pięcie i galopuję do kuchni.
- Omar już sprzątnął na ósemce, a ty nie podałaś drugiego dania! - wrzeszczy na mój widok 

Carl. - Dobrze, że wczoraj nie byłaś taka niemrawa, bobyś się teraz rozmrażała razem z nereczkami 
jagnięcymi. Gdzieś łaziła?

- Obsługiwałam Steve'a w gabinecie.
- Gdzie Gina?
- Na zakupach.
- Kto pilnuje jadalni?
- Alain. Kimberly zajmuje się drzwiami. 
Carl zdziera patelnię z haka nad głową.
- Cudownie. Gina bierze sobie wakacje i zostawia wszystko w rękach barmana i kobiety, która 

myśli, że pasztet sztrasburski rośnie na drzewach. - Celuje we mnie patelnią. - Lepiej przyspiesz 
ruchy, nie chcę, żeby goście cierpieli, bo ty robisz sobie wczasy.

- Staram się, jak mogę.
- Najwyraźniej niewiele możesz. Musisz się nauczyć być w dwóch miejscach jednocześnie.
- Co?
- Nie złożysz zamówienia, kłócąc się ze mną - rzuca Carl i odwraca się do mnie plecami. - Jeśli 

nie dostanę bonu za pół minuty, oddaję stolik Ronowi.

Błyskawicznie wpisuję zamówienie do komputera w barze. Jane podchodzi do mnie z błagalnym 

spojrzeniem.

- Przepraszam, że ci to robię. Na pewno chciałabyś raz wyjść stąd wcześniej i Bóg widzi, że na to 

zasłużyłaś.

- Co się dzieje?
- Julian mi się nagrał na pocztę głosową i...
- Chcesz, żebym dziś została zamiast ciebie.

background image

- Skąd wiesz? 
Uśmiecham się.
- Wyczuwam.
- Przez cały tydzień robił aluzje. Prosił, żebym spotkała się z nim w barze, gdzie wypiliśmy 

pierwszego drinka. Chyba znowu chce się oświadczyć, a ja tym razem nie zawalę sprawy.

Nie będę jej stała na drodze do szczęścia.
- Nie mów nic więcej. Ale chcę dostać zaproszenie.
- Oczywiście - woła Jane i chwyta mnie w ramiona.
- Informuj mnie, dobrze? Będę umierać z ciekawości.
- Tobie pierwszej powiem! Zaraz po matce!

*

Gina,   wykończona   po   rozpuście   w  najdroższych  sklepach   Fifth  Avenue,  omdlewa   na  krześle 

przeznaczonym dla karconych pracowników. Obchodzę stertę kolorowych toreb i podaję Steve’owi 
zająca,   wysmażonego   tak,   że   zatracił   wszelkie   podobieństwo   do   siebie   i   udekorowanego 
rozmarynem.

- Gino, czy coś ci podać? - pytam.
Gina przykłada rękę do czoła.
- Gorącej   wody   z   cytryną.   Nic   nie   przełknę.   Właśnie   się   dowiedziałam,   że   recenzja   Evelyn 

Harker wychodzi w czwartek.

Steve przewraca oczami.
- I do tego czasu będziesz się głodzić? Co ci z tego przyjdzie?
- Jak mogę myśleć o jedzeniu? - Gina podskakuje jak ukłuta. - Nagrodę Carla świsnęła jakaś 

baba, blond kretynka z tandetnej wsiowej karczmy! Ta recenzja to moja jedyna nadzieja. Jak nie 
będzie dobra, nigdy więcej nic nie zjem. Stracę radość życia.

- A niech to - krzywi się Steve. - No i się zaczyna.
- Dla ciebie to nic ważnego. Dla mnie zła recenzja to jakby Bóg rzucił we mnie gównem.
- Poślę Harker rachunek za wszystkie te klamoty, któreś sobie nakupowała. - Steve spogląda na 

mnie. - Przynieś jej stek.

- Nie jestem głodna - zapowiada Gina z kąta pokoju.
- Krwisty   -   dodaje   Steve.   -   Z   tłuczonymi   ziemniakami,   jeśli   jeszcze   posiadamy   coś   tak 

zwyczajnego.

- Jak lubisz wiejską strawę, przeprowadź się do Jugosławii - ciska się Gina. - Carl nie gotuje dla 

świniopasów. To menu dla ludzi inteligentnych.

- Jeśli   jestem   głupi,   bo   chcę   zjeść   coś   rozpoznawalnego,   to   niech   ci   będzie.   Zagłodzisz   się. 

Potrzebujesz czegoś konkretniejszego niż tlen i rosołek z jeża morskiego.

- Wy, Amerykanie, strasznie dużo jecie.
- Idź po jej stek, Erin. Natychmiast.
Niech Bóg dopomoże matce Giny, jeśli tak jest u nich w domu. Ledwie udaje mi się złożyć dwa 

zamówienie na koktajle i już dostaję kontrowersyjny stek. Stawiam go na tacy obok gorącej wody z 
cytryną i niosę do biura. Gina - w nowych zamszowych szpilkach - siedzi na brzeżku krzesła i odcina 
metki malutkimi nożyczkami Nina.

- Zabierz to - mówi Steve, wskazując swój pusty talerz.
Gina zerka na stek z ziemniakami i wznosi dramatyczny okrzyk:
- Dlaczego wszyscy wmuszają we mnie jedzenie?
- Bo gdybyś zaczęła jeść, byłabyś w lepszym nastroju - warczy Steve. - Odkąd przyjechała twoja 

matka, zachowujesz się jak zołza.

- To nie jej wina. Jest wspaniała, a Nino za nią przepada.

background image

Steve prycha śmiechem.
- Boi się jej.
- Nieprawda! Cały czas za nią chodzi!
Steve dopija wino i odstawia kieliszek.
- Przynajmniej nauczyłaś ją witać się po angielsku. To cud, że w ogóle się odzywa, taka jest 

nabzdyczona.

- Ma siedemdziesiąt lat! Czego się spodziewasz?
- Spokoju.
- Hm... gdzie mam to postawić? - pytam.
Steve zrzuca z biurka na podłogę naręcze bibułek i pustych toreb.
- Tu - mówi, stukając w blat. - I w drodze powrotnej przynieś butelkę duckhorna.
Przenoszę gorącą wodę z cytryną na biurko. Z brzeżka spodka spada kropelka wody, lądując na 

czubku buta Giny, która dramatycznie zachłystuje się powietrzem.

- Mój but! Zrób coś! Szybko!
Waham się, zostawiam tacę i wyjmuję z kieszeni spódnicy zapasową serwetkę.
- Uwielbiam je jak nie wiem - oznajmia Gina, podsuwając mi nogę. - Jeśli zostanie plama, 

umrę!

Pochylam się i starannie osuszam zamsz. Gina przechyla głowę i szacuje straty.
- Może będzie dobrze. To się zobaczy. Dam ci znać.
- Czy mogę przynieść coś jeszcze? - pytam przez zaciśnięte zęby.
- Nie - odpowiada Steve.
Crème brûlée - rzuca Gina. - Twarde z wierzchu.
Przynoszę deser i galopuję do jadalni. W moim rewirze

 

właśnie zasiada sześcioro gości. Na razie 

bycie w dwóch miejscach jednocześnie nie bardzo mi wychodzi.

- Myśleliśmy, że już pani nie wróci - mówi kobieta w sukience bez ramiączek, kiedy stawiam 

przed nią martini. - Za tę cenę powinniśmy mieć własnego kelnera.

- Bardzo przepraszam. Zrobię wszystko, co się da, żeby państwo nie czekali dłużej. - Omar 

nalewa   wody   gościom   przy   sześcioosobowym   stoliku,   tworząc   iluzję,   że   ktoś   się   nimi   zajmuje. 
Dzięki   temu   zyskuję   parę   minut,   które   powinnam   wykorzystać   na   złożenie   dwóch   zamówień, 
opowiedzenie o deserach grupie kucharzy amatorów i naukę latania, żeby zobaczyć moje stoliki z 
góry.

Kiedy ja miotam się między stolikami i komputerem, para w kącie wymachuje rękami, żądając 

rachunku, a sześciu nowych gości, nie dając się dłużej mamić wodą i chlebem w koszyku, rozgląda 
się po sali.

- Sto lat tam siedzą! - szepcze Kimberly, mijając mnie z naręczem menu.
Odpowiedź   zajęłaby   parę   bezcennych   sekund,   których   nie   mogę   zmarnować.   Pędzę   do 

zapomnianej pary, a 
tymczasem Alain wzywa mnie do baru, który obsiadły arcydzieła chirurgii plastycznej i fryzjerstwa.

- Szef cię wzywa - rzuca, odkładając słuchawkę wewnętrznego telefonu.
- W tej chwili?
- Mówi, że tylko na minutkę.
- Cholera.   -   Cato,   Ron   i   Jane   są   zbyt   zabiegani,   żeby   mogli   mnie   poratować,   a   Derek   bez 

uzgodnienia   ceny   nie   pomógłby   mi,   nawet   gdybym   konała   u   jego   stóp.   Omijam   wzrokiem 
gwałtownie przyzywających mnie gości, zmykam do kuchni i galopuję po schodach.

- Wzywałeś mnie? - dyszę, opierając się o framugę drzwi.
Gina, ubrana w strój całkowicie różny od atłasowego garnituru w kolorze fuksji, w którym była 

jeszcze dziesięć minut temu, mówi:

- Potrzebuję pomocy. Trzymajcie mnie!

background image

- W czym?
Steve żuje wykałaczkę.
- Zanieś te torby do samochodu.
- Teraz?
- Oczywiście.
- Ale mam mnóstwo pracy i sześciu nowych gości.
- Dlaczego nie powiedziałaś tego Alainowi?
- Nie miałam czasu. 
Steve przewraca oczami.
- Skoro   już   tu   jesteś,   mogłabyś   pomóc   mojej   żonie.   I   tak

musisz zejść na dół.

Gina bierze pudełko z butami, a ja obwieszam się tuzinem gigantycznych toreb.
- Nie zapomnij tego - mówi Steve, dokładając mi na ramię porzucony kostium Giny.
W obłoku Poison usiłuję zejść po schodach, nie wywalając się na twarz. Drzwi na zapleczu są 

otwarte, a czarny hummer Steve'a majaczy w ciemnościach.

- Połóż je na siedzeniu pasażera - rozkazuje Gina, zapalając papierosa.
Obchodzę samochód od tyłu i czekam, aż Gina otworzy mi drzwi. Ale ona wsiada, włącza silnik i 

puszcza radio na cały regulator.

- No   co?   -   ryczy,   w   końcu   dostrzegając   mnie   w   kłębach

spalin. - Otwarte!

Wolnym małym palcem naciskam klamkę. Kostium zsuwa mi się z ramienia. Usiłuję go złapać, 

ale za późno: atłas w kolorze fuksji zsuwa się na brudny, skuty lodem chodnik.

- Nie! - krzyczy Gina. Dopiero teraz otwiera drzwi, waląc mnie nimi w biodro. - Mój la Renta! 

Podnieś go!

Rzucam torby na siedzenie wielkie jak sofa i podnoszę kostium z asfaltu.
- Nic się nie stało - mówię, ostrożnie rozkładając go na oparciu fotela.
- Módl się! - Gina zatrzaskuje drzwi i rusza z piskiem opon.
Wracam biegiem do jadalni, z gotowym uśmiechem i przeprosinami. Stolik na sześć osób jest 

pusty. Zostały tylko zmięte serwetki i odsunięte krzesła.

- Cholera! - szepczę.
Drzwi kuchni otwierają się i wychodzi z nich Steve. Przygląda się podejrzanie pustemu stolikowi 

i przenosi wzrok na mnie.

- Co się tu stało?
- Nie wiem. Chyba...wyszli.
- Wyszli?
- Pomagałam Ginie wsiąść do samochodu i...
- I co?
- Kiedy wróciłam, już ich nie było.
- Zrzucasz winę na moją żonę? - pyta Steve, mrużąc oczy.
- Nie umiem jednocześnie nosić toreb i obsługiwać gości.
- Zawsze   byłaś   powolna   -   mówi   Steve.   -   Powolna   i   kłótliwa.   Wiesz,   na   jakie   straty   mnie 

naraziłaś?

Goście, którzy chcieli mieć własnego kelnera, przeszywają mnie strasznym spojrzeniem.
- Nie jestem służącą. Powiedziałam, że mam dużo pracy, ale ty...
Steve podnosi palec.
- Zajmij się pracą. Przed wyjściem masz się stawić w moim biurze.

Rozdział 25

background image

Kiedy Carl przysyła po mnie Chena, wiem już, że będzie źle.
- Czego chce? - pytam, wpatrzona w ekran komputera.
Mój   rewir   wreszcie   pustoszeje   i   ostatnim,   czego   mi   teraz

trzeba, jest kolejne idiotyczne zamówienie.

Chen wzrusza ramionami.
- Czego mi nikt nie mówi, nie muszę wiedzieć - oznajmia niezrozumiale.
- Ha. Powiedz mu, że już idę. Dzięki.
Carl dostrzega mnie od progu i wzywa gestem pod lampy grzejne.
- O co chodzi, kto dziś kończy? Myślałem, że to kolej Jane.
- Zamieniłyśmy się, bo coś jej wypadło.
- Świetnie. Po prostu wspaniale. Dobrze, powiedz Omarowi, żeby nakrył piętnastkę. Właśnie 

zadzwonili producenci ze Smacznej Telewizji. Mamy otrzymać menu degustacyjne z pięciu dań i 
jesteś mi tu potrzebna.

„My”?
- Przepraszam, ile będzie osób?
- Trzy! Dwóch producentów i ja.
Wieczór, który nie mógł się już stać gorszy, właśnie się taki stał.
- Jak długo mam tu zostać?
- Nie mam pojęcia i nie pytaj, bo niedługo będziesz błagać Martyego o robotę w tej pływającej 

stołówce. Powinnaś się mniej troszczyć o wypoczynek dla urody, a bardziej o napiwek, który być 
może dostaniesz, jeśli nie zawalisz czegoś na całej linii. O szczegóły spytaj Phila i dopilnuj, żeby 
piętnastka została odpowiednio nakryta. I powiedz Geoffreyowi, że ma zostać. Aha, Luis powiedział 
mi   o   gościach,   co   wyszli.   Jeśli   nadal   będziesz   narażać   moją   restaurację   na   straty,   osobiście 
zadzwonię do tego idioty Harolda, żeby po ciebie przyjechał.

Spoglądam   na   Luisa,   który   pomaga   Enrique   ustawiać   czarki   na   metalowych   półkach   pod 

okienkiem.   Nasze   spojrzenia   się   spotykają,   ale   on   zachowuje   obojętny   wyraz   twarzy.   Wie,   kto 
podpisuje jego czeki i pozwala mu zabierać do domu okrawki steków. Tą osobą nie jest najmniej 
lubiana przez Carla kelnerka.

Kończą   mi   się   powody   do   uśmiechu.   Na   pięć   minut   przed   północą   drzwi   wejściowe   stają 

otworem. Steve, zwykle zgarbiony, prostuje się na dźwięk głosów i rusza w długą drogę przez bar. 
To nie mogą być ci producenci, zbyt wiele głosów.

Przy   stanowisku   hostessy   zatrzymuje   się   krępy   mężczyzna   o   układających   się   w   fale 

szpakowatych włosach, a za nim stoi co najmniej dziesięciu innych.

- Dobry wieczór! - mówi Steve, nieco zdezorientowany.
- Witam, jestem Ira Bloom ze Smacznej Telewizji - odpowiada przybysz. - Zdaję sobie sprawę, 

że Carl nie spodziewał się takiej hordy, ale pracujemy do późna i ani się obejrzałem, a już jechałem 
z dwoma prawnikami i połową działu marketingu. Czy możemy...?

Krew odpływa mi z twarzy. Uciekaj, dopóki możesz! -krzyczy we mnie jakiś głos. Zostań, bo 

wylądujesz na ulicy! - krzyczy drugi.

- Oczywiście   -   mówi   Steve.   Lodowatym   uśmiechem   maskuje   obliczenia,   ile   tysięcy   dolarów 

będzie go kosztować ta darmowa wyżerka i jak mu się to zwróci w reklamie. - Jeśli zechcą panowie 
spocząć w barze, przygotujemy większy stolik.

- Świetnie. Dziękujemy za wyrozumiałość.
Omar, który z drugiego końca sali zorientował się w sytuacji, już zestawia dwa podłużne stoły.
- Dwanaście miejsc? - pyta mnie.
- Tak. Zaraz wrócę, żeby ci pomóc.
W kuchni krąży odświeżony Carl. Z butonierki sterczy mu sztywno duża gałązka rozmarynu, 

nadając mu wygląd ni to wesołego wieśniaka, ni to postaci z greckich mitów. Jest zdenerwowany - 

background image

poznaję po wysypce na karku.

- Już są? - pyta, odgarniając włosy z czoła.
- Ale jak...!
Złowieszczy ton mojego głosu natychmiast stawia go na baczność.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że przyszło dwunastu.
- Dwunastu? Na pewno się... przecież nigdy... - Carl galopuje do drzwi, otwiera je gwałtownie i 

wybiega na zewnątrz. Zaraz potem dobiega mnie stłumione: „Kurwa”.

Po chwili wraca i natychmiast zaczyna się drzeć:
- Robić przekąski!
Kucharze rozbiegają się po kuchni jak szczury. Carl podchodzi do mnie, a jego szeroka pierś 

gwałtownie podnosi się i opada.

- Cały ten wieczór w twoich rękach. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Nie zdołam się z tego wykręcić sposobem, więc nawet nie próbuję.
- Nie mam wielkiego doświadczenia z dużymi grupami, Carl. Właściwie żadnego. Steve nigdy 

nie daje mi więcej niż sześć osób naraz.

- Wierz mi, nie spodziewam się po tobie cudów, zwłaszcza po tym, co tu wyrabiałaś. Postaraj się 

tylko nie zrobić z siebie zupełnej idiotki. A później, kiedy wszyscy wyjdą, porozmawiamy o twojej 
przyszłości w tej restauracji.

*

Dziesięć razy życzę Carlowi nagłej śmierci i wracam do jadalni, gdzie goście już zajęli miejsca. 

Jak,   do   cholery,   mam   obsłużyć   taką   wielką   grupę?   Ledwie   udaje   mi   się   zapanować   nad 
pięcioosobowym stolikiem, a tu mam dwanaście hałaśliwych osób.

- Mam nadzieję, że nie za późno na rozmowy o interesach - mówi Ira, gdy Steve kładzie przed 

nimi menu. - Wszyscy jesteśmy zachwyceni pomysłem na program Carla. Chciałbym dziś obgadać 
ostatnie szczegóły.

Program Carla. Boże, ratuj. Ten człowiek chce zaatakować cały naród. I ja mam mu w tym 

pomóc.

- Możecie zostać do rana, jeśli chcecie - zapewnia Steve Irę, wybuchając rubasznym śmiechem, 

a na mnie łypie strasznym wzrokiem mówiącym „Przynieś piorunem alkohol, żeby łatwiej było ich 
zmiękczyć”.

Muszę zrobić kilka wycieczek do baru, żeby przynieść producentom i szykownym gościom z 

marketingu w sumie pewnie ze dwa litry wódki. Zbaczam do stanowiska kelnerskiego i, za pomocą 
opracowanej przez Cato metody „ośmiornicy”, sporządzam mój dotąd największy grafik miejsc. 
Choć niepokojąco przypomina mapę Brooklynu, lepsze to niż poleganie na mojej zawodnej pamięci. 
Gdyby jeszcze potrafił za mnie opisać menu!

Stoję   przy   krześle   Iry,   a   wszystkie   moje   publiczne   popisy   -   od   przedstawień   w   szkole   po 

wznoszenie   toastu   na   pięćdziesiątych   urodzinach   matki   -   wracają   do   mnie   z   nieprzyjemną 
wyrazistością. Kiedy Cato mówił „Większe imprezy to więcej zabawy”, ordynarnie kłamał.

Ira odwraca do mnie asymetryczną twarz, która wygląda jak poskładana z przypadkowych części.
- Znam   to   spojrzenie   -   mówi   z   uśmiechem.   -   Zamierzasz   przedstawić   produkt,   w   dodatku 

bardzo efektowny.

Jestem tak zdenerwowana, że wyrywa mi się lizusowski chichocik. Ira życzliwie ucisza swoich 

rozgadanych przyjaciół.

- Panie i panowie, słuchajcie, bo nigdy nie doczekamy się jedzenia.
Dwanaście par oczu spoczywa na mnie, a ja zaczynam szczegółowo opisywać wieczorne - czy też 

poranne - menu. W tej samej chwili do jadalni wkracza Carl. Jestem pewna, że zaraz się speszę i 

background image

pogubię,   ale   wiedza,   wprawa   i   świadomość,   że   nie   mam   nic   do   stracenia,   dodają   mi 
niespodziewanej odwagi. Ze zdumieniem słyszę, jak bez zająknięcia i płynnie mówię dalej. Carl 
kiwa głową zebranym i siada obok Iry. Gładko recytuję listę dań głównych, kończę ją przeglądem 
deserów i uśmiecham się ciepło do Carla.

- Zdaje się, że tylko ty nie dostałeś koktajlu - mówię, jak do gościa na moim własnym przyjęciu. 

- Na co masz ochotę?

Carl przez chwilę patrzy na mnie w milczeniu.
- Bombay z lodem, proszę.

*

- Nagrajmy program o szóstej rano - rzuca Carl. Omar i Geoffrey (zroszony potem) pomagają mi 

przynieść pierwsze danie. - W restauracji jestem od rana do nocy, ale lubię przekraczać własne 
granice. 

Ira pociąga łyk barolo.
- Niestety, studio  otwiera  się dopiero  o  ósmej, a  to  jest pora  zarezerwowana  dla  Bobbyego 

Flaya.

- A, rozumiem - mówi zbyt szybko Carl. - Nie ma problemu, naturalnie. Dopóki nie będę musiał 

dzielić garderoby z Rickiem Hollandem! - wybucha śmiechem.

Ira patrzy na niego uważnie.
- Słyszałem, że po przyjacielsku ze sobą rywalizujecie. Jest trochę prawdy w tych plotkach?
- Nie, nie, skąd. Żartujesz? Od zawsze jesteśmy przyjaciółmi. Szaleję za jego kuchnią.
- To dobrze, bo w jednym z odcinków chcemy go zaprosić. Jako współpracownika.
Carl uśmiecha się fałszywie.
- Zdecydowanie. Jestem za.
- Oczywiście będziemy cię prosić o własne pomysły, ale skłaniam się ku programowi ze ścieżką 

dźwiękową i wieloma zbliżeniami, bardzo podobnego do Nigelli, ale z wydźwiękiem macho.

- Świetnie.
- Osoba,   którą   wybierzemy   do   nowego   programu,   musi   nawiązać   kontakt   z   widzem   i 

zagwarantować   nam   zwrot   inwestycji.   -   Mierzy   palcem   w   Carla.   -   Potrzebujemy   kogoś   z 
osobowością i talentem do zaskakiwania. Przyglądamy się paru szefom kuchni, ale na razie jesteś 
pierwszy na naszej liście.

Pochylam się, by napełnić kieliszek Iry. Carl rzuca mi znaczące spojrzenie. Nie jest to dobry 

moment na wspominanie jego licznych wybuchów i ataków.

- W   tej   branży  jest   mnóstwo   aktorstwa   -  mówi,   odsłaniając   zęby   sine  od   wina.   -   Mnóstwo 

pozerstwa i autoreklamy. Ale dla mnie jedzenie jest najważniejsze.

- I najwyraźniej dla twoich pracowników. - Ira mruga do mnie, gdy zbieram puste kieliszki po 

martini. - Prawie pierwsza w nocy, a oni się nadal uśmiechają. Jak ty to robisz?

Przez parę chwil zastanawiam się, jaka odpowiedź najbardziej zaskoczy Carla.
- Uśmiech   przychodzi   naturalnie,   kiedy   podaje   się   dania   tej   klasy.   Czy   smakuje   panu   pięć 

pianek?

- Tak je nazywacie? Owszem, są nieziemskie - przyznaje Ira, choć ledwie tknął bladych pecyn 

piany (albo „szumowiny”, jak by powiedziała Jane), ułożonych w kółko na jego talerzu. Na linii jego 
włosów połyskuje smużka potu. - Uch! Czy to chili?

Carl w ułamku chwili zmienia wyraz twarzy z jawnej dumy na pełen troski.
- Małe papryczki chili, hodowane specjalnie dla mnie w małej górskiej wiosce w Tajlandii - 

mówi, jakby to powinno przekonać Irę do ich smaku. - Ocieram ich skórkę, a potem spieniam za 
pomocą   specjalnego   tytanowego   przyrządu,   skonstruowanego   w   Los   Alamos.   Umieszczam   ją 
między pianką czosnkową i wodorostową - żeby obudzić podniebienie.

background image

Ira sięga po wodę.
- A, obudzić, jasne. Choć smakuje wspaniale. Rzeczywiście nietypowo.
- Nasi   goście   za   tym   przepadają   -   kłamię,   rzucając   wyraźnie   skrępowanemu   Carlowi   koło 

ratunkowe. - Początkowo są zaskoczeni, ale przy następnej wizycie zamawiają podwójną porcję.

- Naprawdę? - dziwi się Ira.
- Dziesięć lat temu ryzykownie było umieścić w menu surowe danie - mówi Carl. - Teraz robią 

to wszyscy. To samo dotyczy pianek. Wkrótce będzie można wejść do delikatesów i kupić piankę z 
pieczonej cebuli.

- Nie wiem, czy budowlańcy się do tego przekonają, ale nigdy nie wiadomo, prawda?
Odchodzę   z  wyładowaną   tacą   i   słyszę,   jak   Carl   przeprasza   towarzystwo.   Dogania   mnie   przy 

stanowisku kelnerskim, łapie za łopatkę i odciąga w bok.

- Wiadomość dla Phila - syczy. - Wyjmij głowę z dupy.
- Mam tak powiedzieć?
- Ta   prezentacja   była   do   bani.   Dwa   razy   za   dużo   piany,   a   talerz   za   ciepły.   Wszystko   się 

rozpaćkało. Powiedz mu, że nie pora pękać. Jeśli chce zająć miejsce Martyego, niech się
skoncentruje. Ma do pomocy Lorenzo i José, więc niechlujstwo jest niewybaczalne.

- Przecież   zrobiłem   wszystko,   jak   zawsze!   -   woła   Phil   minutę   później.   -   Nie   moja   wina,   że 

gościom nie smakuje.

- Przykro mi, ja jestem tylko posłańcem.
Lorenzo i José uwijają się w panice; ich przyszłość w branży zawisła na włosku.
- Co się dzieje z tym gruszkowym reliszem? - skowyczy Phil.
- Mnie nie pytaj - rzuca Lorenzo. - Myślałem, że José się nim zajął.
José gorączkowo sprawdza swoje stanowisko, otwiera usta i krzyczy bezgłośnie.
- Mój błąd - odzywa się, odzyskując spokój. - Zapomniałem go zrobić. Erin, musisz poczekać na 

następne danie.

Nie to chciałam usłyszeć.
- Jak długo?
- Dziesięć minut?
- W porządku. - Na progu kuchni wpadam na pomysł, dzięki któremu nasz najważniejszy gość 

nie   zauważy   opóźnienia.   Coś   takiego   Cato   nazwałby   przemianą   wpadki   w 
dwudziestopięcioprocentowy napiwek.

- Hej,   Lorenzo,   nie   masz   pod   ręką   tych   owocowych   pianek?   Jeden   producent   chce   ich 

skosztować. I wyjmij książkę kucharską Carla. Będziemy potrzebować kolejnej przekąski.

*

Steve siedzi między dwoma prawnikami Smacznej Telewizji, smaruje masłem upieczony przez 

Betty ciepły chleb na oleju orzechowym i opowiada branżowe kawały.

- Dlaczego   w   Kalifornii   jest   najwięcej   prawników,   a   w   New   Jersey   najbardziej   toksyczne 

wysypiska? Bo New Jersey mogło wybierać!

Śmieje się głośno. Może to dziwne, ale pozostali też.
Po   drugiej   stronie   stołu   Carl   nerwowo   kiwa   nogą,   bawiąc   Irę   opowieściami   o   kelnerach   i 

kucharzach, pracujących tu dla idei.

- Jesteśmy wielką rodziną. Możemy na sobie polegać.
- Cóż za krzepiące nastawienie - mówi Ira. - Nie chciałbym się wydać zgorzkniały, ale widziałem 

zbyt wielu szefów kuchni, którzy tratują wszystko i wszystkich na swojej drodze.

- Przepraszam   -   odzywam   się,   stawiając   przed   Irą   schłodzony   talerz   z   trzema   pecynkami 

pastelowej piany. - Przyszło mi do głowy, że może zechciałby pan skosztować próbki paru innych 
interesujących smaków. Nic pikantnego - są orzeźwiające i energetyzujące. - Wskazuję je kolejno. - 

background image

Jabłko Macintosh, pomidor gruntowy i cytryna z cukrem lawendowym.

- Cóż za sympatyczny pomysł - przytakuje Ira. - Bardzo miło z twojej strony.
Carl wytrzeszcza na mnie oczy, jakby nagle wyrosły mi rogi. Powoli kołysze kieliszkiem z winem, 

a w jego oczach maluje się pytanie, kiedy z niedojdy zmieniłam się w nieocenioną pracownicę. 
Sama chciałabym to wiedzieć, ale nie pamiętam, kiedy do tego doszło. Wiem tylko, że czuję się 
kompetentna, a nawet swobodna. Dotarłszy na krawędź wytrzymałości, wreszcie stanęłam mocno 
na ziemi.

Ira próbuje pierwszej łyżki pianki cytrynowej i przewraca błogo oczami.
- Bosssskie.
Kiedy   przynoszę   miniaturowe   próbki   zupy   miodowo-pasternakowej   z   prażynkami 

ziemniaczanymi na słodko, Carl patrzy na mnie już takim wzrokiem, jakby nie rozumiał, jakim 
cudem   zaszedł   tak   daleko   beze   mnie.   Odpływam   do   kuchni,   spokojna   i   wycieńczona,   jakbym 
zakończyła maraton. Trzeba było trzech miesięcy, spapranej rozmowy kwalifikacyjnej, zbiegłych 
sześciu gości i stolika na
dwanaście osób, żeby wreszcie do mnie dotarło, że Steve, Carl i Harold wcale nie robią mi łaski. I 
właśnie dlatego po odejściu Iry i pozostałych powiem to, na co miałam ochotę od dawna.

*

Dochodzi trzecia rano, kiedy impreza wreszcie się kończy.
- Do widzenia, Erin, dziękujemy - mówi Ira, wsuwając mi dwie studolarówki.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiadam. - Zapraszamy ponownie.
Steve energicznie potrząsa jego dłonią i wciska mu książkę kucharską Carla.
- Prosto spod prasy - oznajmia. - Wyjdzie dopiero za tydzień, a już jest na liście pięćdziesięciu 

najlepiej sprzedających się książek na Amazonie. Będzie bestsellerem.

- Żona błagała mnie o egzemplarz. Ale mam nadzieję, że zrobi coś prostego!
Carl odprowadza Irę do holu, nieustannie gadając.
- ...cieszę się, że mamy prawników z głowy... oczywiście, to będzie związek korzystny dla obu 

stron... w kancelarii we wtorek... Dobranoc!

Steve człapie do kuchni, a Omar i ja zaczynamy monumentalne dzieło zbierania talerzy.
- Erin! - woła z baru Carl, jakby nie widział, że dźwigam ciężki pojemnik z zastawą. Stawiam go 

na   podłodze,   a   Carl   przyzywa   mnie   gestem   do   małego   okrągłego   stolika,   gdzie   rozsiadł   się   z 
kieliszkiem koniaku szeroko rozstawiwszy nogi.

- Siadaj - rozkazuje.
Siadam; nogi natychmiast zaczynają mnie mrowić. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie cieszyłam ze 

zmiany pozycji. Carl odczekuje parę sekund.

- Dziś ujrzałem coś niewiarygodnego.
Boże, będzie się roztkliwiał nad własnymi daniami.
- Tak?
Carl spogląda na mnie przenikliwie.
- Ujrzałem inne oblicze Erin.
- Że co?
- Prawie już z ciebie zrezygnowałem - ciągnie z pijackim uśmiechem. - I nagle ukazała mi się 

gwiazda, która pomogła mi zawrzeć kontrakt. Byłaś nienachalna, kompetentna i miałaś bezbłędny 
instynkt. Oczarowałaś Irę, zatuszowałaś błędy kucharzy i... Och! Przyniesienie próbek zup z mojej 
książki kucharskiej było genialne.

Wybucha śmiechem, a ja wiercę się niespokojnie. Jeszcze parę tygodni temu wiele bym dała, 

żeby usłyszeć te słowa, ale teraz czuję tylko zażenowanie. Zażenowanie i kompletną obojętność.

- To dzięki Lorenzo - mówię. - On ją przyrządził.

background image

- Ale pomysł był twój?
- Tak.
- Wiesz,   uwielbiam,   gdy   pracownicy   mnie   zaskakują.   To   znaczy,   że   nawet   z   najbardziej 

przeciętnej osoby potrafię wykrzesać coś wyjątkowego.

Przyglądam mu się bez zachwytu.
- Z przeciętnej?
Carl chwyta mnie za rękę ciepłą, wilgotną dłonią.
- Teraz rozumiesz, dlaczego byłem dla ciebie taki surowy.
- Nie, jakoś nie.
- Spójrz na siebie, Erin. Nadal dajesz ciała, ale zyskałaś natchnienie. - Unosi pięść w górę. - 

Jeszcze parę miesięcy i staniesz się niezwyciężona.

Czy on to naprawdę powiedział?
- Ujrzałem to w tobie od pierwszego dnia, gdy spóźniłaś się i usiłowałaś się wymigać. Masz 

charakter i serce, i tylko dlatego pozwoliłem ci zostać. Gdybym cię nie dociskał i nie
doprowadził do ostateczności, nie znalazłabyś się tu, gdzie jesteś teraz.

Mam ochotę się sprzeciwić i powiedzieć, że odniosłam sukces nie dzięki niemu, lecz mimo niego, 

ale nie mogę. Bo Carl ma rację.

- Tu, gdzie jestem teraz, nie zostanę długo - mówię.
- Oczywiście, że nie, bo twoja kariera dopiero się zaczyna. Nie od razu zabłysłaś, ale pora, żebym 

zaczął od ciebie wymagać więcej. O wiele więcej.

Rzucam   przepraszający   uśmiech   Omarowi,   który   niesie   do   baru   czyste   sztućce.   Odpowiada 

ruchem głowy - wie, że jestem w pułapce.

- Szczerze mówiąc, nie mogę już dać z siebie więcej.
- Ależ   możesz,   jestem   tego   pewien.   Czeka   nas   wiele   ciekawych   chwil.   Przede   wszystkim 

porozmawiam ze Steveem, żeby przydzielał ci większe stoliki.

Cofam rękę i wstaję.
- Muszę pomóc Omarowi. Robi się późno.
- Albo wcześnie, zależnie od punktu widzenia. Alain! Weź kieliszek i siądź ze mną. Nie mogę 

sam świętować zwycięstwa.

Wraz z Omarem zwijam obrusy, kładę krzesła na stołach i wyłączam światło w jadalni.
- Na razie - rzuca Omar, ruszając do kuchni.
- Dzięki za pomoc - wołam za nim.
Teraz   pora   na   długo   oczekiwaną   pogawędkę   ze   Steveem.   Wchodzę   na   piętro,   a   plecy 

przypominają mi o każdej minucie ostatnich trzech godzin. Wyjmuję spinkę z włosów i zatrzymuję 
się przed otwartymi drzwiami biura.

- Steve?
- No? - Steve siedzi z nogami na biurku, rozparty jak basza, i liczy dzisiejsze zyski.
- Chciałeś się ze mną widzieć?
- Aha. Dzwoniła żona. Zapłacisz za renowację butów i pralnię. Ponadto jesteś mi winna tysiąc 

sto czterdzieści
dolarów za tych gości, co sobie poszli. Sprawdziłem średnie zyski ze stolika na sześć osób i tyle mi 
wyszło. Ci goście to bankierzy z Chicago, mieli kasę.

- Nie wyszliby, gdybyś mi pozwolił ich obsłużyć.
- Nawet nie zaczynaj, nie mam ochoty słuchać twoich wykrętów.
Opieram się o ścianę i przyglądam mu się uważnie.
- Masz szczęście.
Steve łypie na mnie spod krzaczastych brwi.
- O co ci chodzi?

background image

- Że masz tę restaurację. W tym mieście. Że pracują dla ciebie ludzie tacy, jak Omar, Ron i Jane. 

I ja. Ludzie, którzy przychodzą tu dzień w dzień i dają z siebie wszystko. Kucharze pobili dziś 
wszelkie rekordy. Mam nadzieję, że to doceniasz.

- Wzruszyłaś mnie do łez, ale nie musisz mi przypominać, że szczęście mi sprzyja. Masz tu być 

jutro   o   trzeciej,   żeby   posprzątać   stanowisko   kelnerskie,   w   środku   i   na   zewnątrz.   Od   miesięcy 
wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy.

- Przykro mi, ale nie mogę.
- Nie? A to dlaczego?
- Ponieważ jutro mnie tu nie będzie. Odchodzę.
- Odchodzisz? - Steve wybucha śmiechem. - A dokąd?
- W innych restauracjach w tym mieście potrafią docenić kelnerkę z moimi umiejętnościami.
Steve wyłącza maszynę liczącą i odrywa taśmę.
- Zmieniłem zdanie. Zapomnij o swoim długu. Warto poświęcić tysiąc dolarów za pozbycie się 

kogoś, kto się tu wdarł, udając zawodowca. Myślisz, że jestem taki naiwny i nie przejrzałem cię?

- Miałam problemy, ale już dorównałam innym kelnerom. Nawet Carl tak powiedział.
- Czyżby? - Steve hamuje uśmiech. - No, skoro myślisz,  że uda ci się wywinąć ten sam numer 

gdzie indziej, to bardzo
się rozczarujesz. Znam  wiele  osób, Erin. Do  jutra  wszyscy  kierownicy sal w  każdej przyzwoitej 
restauracji na Manhattanie będą wiedzieć o twoich gierkach. Pracę znajdziesz dopiero w Buffalo.

Omal nie tracę opanowania. Niewiele brakuje, żebym pękła pod wpływem gniewu i zmęczenia. 

Ale odwracam się i odchodzę do przebieralni. W dziwnym odrętwieniu zdejmuję uniform i wieszam 
w szafce. Zawsze wyobrażałam sobie, że ostatni wieczór w „Roulette” będzie wesoły - będę miała 
nową   pracę,   a   moje   kłopoty   wreszcie   się   skończą.   Ale   kłopoty   dopiero   się   zaczynają.   W 
sprzyjających okolicznościach zaoszczędzonych pieniędzy wystarczy mi do stycznia. Nie mam wiele 
czasu, żeby urządzić sobie nowe życie.

Wkładam dżinsy i sweter, przybijam kartę i wkładam ją na miejsce. W drzwiach jeszcze się 

zatrzymuję, po raz ostatni obrzucam spojrzeniem przebieralnię i gaszę światło.

Rozdział 26

Weekend spędzam w katatonicznym odrętwieniu. Wychodzę tylko na spacer z Rocketem i po 

chińszczyznę, a potem chowam się pod kołdrę z pałeczkami, kurczakiem kung pao i pilotem. Kiedy 
nie śpię ani nie skaczę po kanałach, gapię się w sufit, spod którego mnie wkrótce wyrzucą, jeśli nie 
znajdę   nowej   pracy.   Cato,   który   dowiedział   się   o   wszystkim   od   Omara,   nagrywa   mi   się   na 
sekretarce, usiłując zweryfikować plotki („Alain powiedział, że Patrick mu powiedział, że rzuciłaś 
tacą w Carla. Czy to prawda? Gdzie jesteś? Oddzwoń!”) i zapewniając, że nawet najlepsi kelnerzy 
nie potrafią zmienić nastroju kogoś takiego, jak Steve. W poniedziałek rano wpada do mnie Rachel.

- Przyniosłam coś, co cię rozweseli - oznajmia przez domofon.
- Tylko się mnie nie przestrasz - ostrzegam.
- Czy kiedyś się przestraszyłam?
Zostawiam drzwi otwarte i padam na kanapę, otulona szlafrokiem. Przez szczelinę w zasłonach 

widzę, że słońce nie tylko wzeszło, ale i cały świat funkcjonuje bez mojego udziału.

Rachel wchodzi i rozgląda się, usiłując dostrzec mnie w mroku.
- Boże. Wyglądasz jak konająca.
- Słusznie. Nie mam powodu dalej żyć.
Moja przyjaciółka rzuca torbę na ziemię i siada obok mnie.
- Musisz przejść etap żałoby i tyle. Daję ci tydzień, najwyżej dwa. Teraz porozmawiajmy o planie 

awaryjnym.

background image

- „Roulette” to mój plan awaryjny.
- Fakt.
- Rozumiesz? Nie powinnam odchodzić. Przez Steve'a nie dostanę pracy nawet jako kelnerka. 

Mogłabym pracować w barze...

- Blefował.
- Znam go. Steve nie blefuje.
- Musiałaś odejść - mówi Rachel, kładąc mi rękę na kolanie. - Pora wrócić do pracy, którą 

lubisz.

- Nie żartuj. Spróbowałam w Design Refined. Prawie mnie wyśmiali.
- Jesteś zbyt zdolna, żeby się poddać. Pamiętasz, jakie pomysły marketingowe podsunęłaś mi w 

lecie? Kiedy jęczałam, że jestem bankrutem?

- A, tak. Ale wtedy używałam mózgu w celach wyższych.
- Wiesz co? Byłam tak zajęta, że nie miałam czasu narzekać, jaka jestem zajęta.
Na chwilę zapominam, że świat kręci się wokół mnie.
- Serio?
- W zeszłym miesiącu wreszcie zrobiłam to, co mi kazałaś, i zapożyczyłam się, żeby ci kolesie z 

centrum zrobili mi stronę internetową. Na wizytówkach umieściłam jej adres i już dostałam trzy 
zlecenia.

- Czyli nadal się mogę do czegoś przydać?
- A ten pomysł ze schroniskiem dla zwierząt był fantastyczny. Pet Parade chce, żebym zrobiła 

zdjęcie kwietnia do ich kalendarza na cele dobroczynne.

- Kurczę - mówię z niemrawym entuzjazmem. - Fantastycznie.
Rachel odsłania okno.
- To   tylko   propozycja   i   możesz   się   nie   zgodzić,   ale   może   zajmiesz   się   doradztwem?   Muszą 

istnieć inni ludzie tacy, jak ja, którzy pracują we własnych firmach i potrzebują pomocy.

- O, nie. Nie mam własnej firmy.
- Ale możesz mieć.
- Musiałabym  mieć   pieniądze   na  rozruch,  który   trwałby   latami.  Mój  ojciec   od  lat  prowadzi 

własną firmę i ciągle jest mu ciężko. Jak mam zacząć?

- Zrób to, co mi poradziłaś. Zorganizuj sobie stronę internetową, wypracuj znajomości, bądź 

gotowa na poświęcenie.

- A klienci?
- To samo robiłaś w poprzedniej pracy. Co za różnica?
- Pieniądze. Czas.
- Witaj w prawdziwym świecie.
- Oszczędności wystarczy mi na dwa miesiące. Mówisz, jakby to było łatwe.
- Nie jest. Fotografowanie cudzych kundli też nie jest, ale taką drogę wybrałam. Potrzebowałam 

tylko małego impulsu, żeby ruszyć z miejsca i patrz, co się wydarzyło.

Wyobrażam sobie moją przyszłość według Rachel. Pomiędzy rozsyłaniem CV i rozterkami, czy 

nie   podjąć   kolejnej   roboty   w   restauracji,   zaczynam   badać   rynek   i   zajmuję   się   doradztwem. 
Przykręcam termostat, przestaję jeździć taksówkami, żywię się ryżem i fasolą, urządzam w domu 
przytulne biuro i cieszę się nieograniczoną wolnością, po czym bankrutuję i następny rok spędzam 
jako pomywaczka „U Hectora”.

- To się nie uda - oznajmiam.
- Ale   się   zastanów.   Aha...   prawie   zapomniałam.   -   Rachel   wyjmuje   z   torby   czarno-białą 

fotografię. - Proszę - mówi, podając mi ją.

Wpatruję   się   w   zdjęcie   Rocketa,   siedzącego   na   trawie,   z   łebkiem   przekrzywionym   na   bok   i 

sierścią rozwianą na wietrze. W tle przez gałęzie dębu prześwituje zachmurzone niebo.

background image

- Kiedy to zrobiłaś? Niesamowite.
- Pamiętasz tę wycieczkę do parku, kiedy cię przekonywałam, żebyś go przygarnęła?
- Wtedy? Dlaczego mi nie pokazałaś wcześniej? 
Rachel się uśmiecha.
- Czekałam na odpowiedni moment.
Po jej wyjściu wkładam do torby buty z „Roulette”, żeby je odnieść do lumpeksu i postanawiam 

się zorientować, co właściwie miałabym zrobić. Siadam w kuchni z laptopem i wpisuję w Google 
„jak   rozkręcić  firmę  consultingowa”.  Wyskakują   dziesiątki   stron.  Zaczynam  je  czytać,  ale  w  tej 
samej chwili w salonie dzwoni telefon.

- Niech to nie będzie Daniel - mamroczę. - A, do diabła. Niech to będzie Daniel. - Ale pewnie to 

znowu mój ojciec, który chce ze mną uzgodnić, jak powiedzieć Haroldowi, że odeszłam.

- Wybacz, tato, będziesz musiał poczekać - mówię, kiedy włącza się sekretarka. Ale to nie mój 

ojciec ani Daniel, ani też mój brat z propozycją, że udostępni mi swój pokój.

„Witaj, Erin, tu Robin Howe z Design Refined. Gary i ja byliśmy zachwyceni rozmową z tobą i 

mamy nadzieję, że zechcesz przyjść ponownie, może w środę, jeśli to ci odpowiada. Zadzwoń do 
mnie albo wyślij mejla, żeby uzgodnić godzinę. Cieszymy się na spotkanie, cześć”.

*

W   środę   rano   siadam   przy   stole   konferencyjnym,   rozluźniona   w   stopniu,   którego   nie 

doświadczyłam  od miesięcy. Jestem wypoczęta,  obkuta i zbrojna  w  świadomość,  że  tym  razem 
Robin i Garyemu naprawdę zależy na mnie. Poruszamy temat pensji („Co sądzisz o stu tysiącach na 
początek?” 
- pyta Gary), po czym rozmawiamy o przyszłych projektach („Podobno końskie włosie znowu jest 
modne”, słyszę własny głos). Spoglądam na oszałamiającą panoramę miasta i z wolna dociera do 
mnie, że w końcu wychodzę na prostą. „Roulette”, Carl, Porterowie - to wszystko już przeszłość. 
Restauracja i trudny romans były jak obóz przetrwania. Stałam się inną osobą, a moja przyszłość 
dopiero się zaczyna.

Więc czego mi brakuje?
- Będziesz miała gabinet obok Debory, naszej graficzki - mówi Gary. - Ale nieczęsto będziecie 

się   spotykać.   Wszyscy   pracują   siedemdziesiąt   godzin   w   tygodniu,   żebyśmy   zdążyli   na   czas   z 
wiosennym katalogiem. Lepiej uprzedź swojego chłopaka! - śmieje się.

Ja   też   chichoczę,   zastanawiając   się,   jak   zareaguje   Rocket,   kiedy   znowu   zniknę.   Obcy 

wyprowadzacze. Godziny samotności, kiedy jedyną rozrywką jest szczekanie i przegryzanie kabli.

- I co sądzisz? - pyta Robin.
- Sądzę... że to wspaniałe! - odpowiadam z szerokim uśmiechem. Co się ze mną dzieje? Oto 

idealna sytuacja -zaakceptowali nawet moją mroczną kelnerską przeszłość - a ja się waham?

- Rozumiem, że z „Roulette” nie możesz odejść tak od razu - mówi Gary.
- Co? A, tak. Tydzień w zupełności wystarczy.
Robin sięga po swój palmtop.
- To by było... drugiego grudnia. Możesz się tu zjawić piątego, w poniedziałek?
- Jasne.
- Dobrze. - Robin wciska parę klawiszy. - O siódmej rano mamy zebranie, a w czwartek lecę do 

Atlanty na targi. Chciałabym, żebyś mi towarzyszyła.

- Ja? Tak szybko?
- Zapoznasz   się   z  ofertą   naszą   i   konkurencji.   Kiedy   wrócimy,   zabierzemy   się   do   pracy   nad 

katalogiem, ale nie rozpakowuj się, bo w lutym ruszamy do Panamy na inspekcję nowych fabryk.

- Do   Panamy?   -   Czuję   się,   jakby   o   rękę   poprosił   mnie   idealny   facet,   a   ja   rozpaczliwie 

szukałabym wykrętów. Wszystko, czego pragnęłam, mam na wyciągnięcie ręki, ale moje pragnienia 

background image

jakoś niezauważalnie się zmieniły.

- Jesteś chyba trochę roztargniona - mówi Gary. -Wzięliśmy za szybkie tempo?
- Ależ skąd! - przytomnieję. Erin, jesteś prawie spłukana, na litość boską, bierz tę robotę!
- Premie są uzależnione od zysków firmy - zaczyna Gary. Mówi o ubezpieczeniu i nagrodach, a 

ja wyobrażam sobie czekającą mnie drogę, decyzje, w podejmowaniu których będę miała udział 
bardzo   niewielki   albo   żaden,   pracę,   której   autorstwa   może   nie   będę   sobie   mogła   przypisać, 
instytucję,   która   z   mojego   punktu   widzenia   wygląda   na   pułapkę.   Nie   po   to   odchodziłam   z 
„Roulette”. Przez całe życie byłam idealnym kółeczkiem w machinie - robiłam to, czego ode mnie 
wymagano, byłam posłuszna szefowi. Odzwyczaiłam się od tego świata. Trzy miesiące udawania i 
szukania dla siebie nowej osobowości dodały mi odwagi, inteligencji, niemal brawury.

- ...które przechodzą na twoją własność, jeśli spędzisz w firmie dziesięć lat - kończy Gary. - 

Robin, czy coś pominąłem?

- Nie sądzę. Jakieś pytania?
- Właściwie...
Robin i Gary patrzą na mnie.
- Nie chcę... to znaczy, przepraszam. - Chwytam teczkę i wstaję.
- Czy coś się stało? - pyta Gary.
- Ależ skąd - zapewniam, ściskając im ręce. - Wasza propozycja bardzo mi się podoba.
- Czy to kwestia pensji? - pyta Gary. - Bo jeśli tak...
Ruszam do wyjścia.
- Pensja jest doskonała.
- Możemy ci dorzucić jeszcze jeden tydzień płatnych wakacji - proponuje Robin.
- To   bardzo   miłe.   Ale   moja   przyjaciółka   powiedziała   mi   o   innej   możliwości   i,   cóż...   -   Z 

uśmiechem   otwieram   drzwi.   -   Właśnie   sobie   uświadomiłam,   że   szaleństwem   byłoby   z   niej 
zrezygnować.

Rozdział 27

Z pomocą Rachel opracowuję plan biznesowy. Tworzę budżet i piszę mejle do wszystkich, z 

którymi straciłam kontakt od rozpoczęcia pracy w „Roulette”. Przyjaciółka ze studiów rekomenduje 
mnie swojej macosze, która zasiada w radzie małej organizacji dobroczynnej.

-  Nasze   wpływy   są   w   tym   roku   żałosne   -   informuje   mnie,   oddzwaniając   po   moim   trzecim 

telefonie. - Potrzebujemy kogoś, kto to zmieni.

Zgadza się spotkać ze mną i przeczytać moją propozycję marketingową. W końcu zaczynam 

wierzyć, że to się może udać. Jeśli dobrze mi pójdzie i wykorzystam wszystko, czego Cato nauczył 
mnie o przystosowywaniu się do gości i odgadywaniu ich życzeń, w przyszłym tygodniu może będę 
pomagać grupie bogatych kobiet w ratowaniu rzeki Hudson.

W   piątek   wstaję   wcześnie,   żeby   skończyć   projekt   i   zapoznać   się   z   jak   największą   ilością 

materiałów przed jutrzejszym spotkaniem. Ale nie udaje mi się nawet włożyć szlafroka, gdy Rocket 
zaczyna szczekać i drapać do drzwi. W pośpiechu piję kawę, ubieram się i wychodzę z nim na 
zimną,   słoneczną   ulicę.   Mijamy   sklep   z   bajglami,   ulubione   drzewo   Rocketa   i   kiosk   na   rogu. 
Czekając na zmianę światła, zauważam „Manhattan Today”, wiszący między„W” i
  „Metropolitan Home”. Obok zdjęcia Melanii Trump w czapce Świętego Mikołaja widnieją słowa 
„Evelyn Harker bierze na ząb”.

Zdejmuję pismo ze stojaka, płacę i odbieram resztę. Prowadzę Rocketa do parku, spuszczam go 

ze smyczy ze słowami „Biegaj tak, żebym cię widziała”, po czym siadam na ławce i przeglądam 
pismo w poszukiwaniu recenzji „Roulette”.

background image

W tym tygodniu najbardziej tajemnicza i nieuchwytna kobieta na Manhattanie ponownie 
odwiedza najbardziej popularny lokal na Madison Avenue i dowiaduje się, że ktoś zrobił 
porządki w kredensie...

Evelyn Harker 
„R

OULETTE

” - 

NIE

 

WIADOMO

GDZIE

 

SIĘ

 

ZATRZYMA

Jeśli jadasz w restauracjach Nowego Jorku, z pewnością słyszałeś o Carlu Corbetcie. Ten 
autor   niedawno   wydanej   książki   kucharskiej,   bohater   dwudziestu   półgodzinnych 
programów, właśnie realizowanych przez Smaczną Telewizję, i szef kuchni „Roulette” na 
Madison Avenue stanął na progu sławy, która zmienia doskonałych kucharzy w twarze na 
puszkach   z   zupą.   Podczas   moich   ostatnich   odwiedzin   menu   było   pomysłowe,   lecz 
stonowane,   a   dania   zachwycały   zmysły,   unikając   pretensjonalności,   tak   powszechnej   w 
wielu kuchniach Manhattanu. Od tego czasu czyjaś fantazja w tym lokalu rozszalała się 
ponad   miarę,   co   doprowadziło   do   wysypu   dziwacznych   dań   (móżdżek   cielęcy   opalany 
laserem?) i kuchennych gadżetów, które bardziej by się przydały na urazówce.

Jadalnia nadal stanowi luksusowe zacisze, chroniące przed zgiełkiem tego świata, choć 

chroniłoby   lepiej,   gdyby   zainwestowano   w   potrójne   szyby,   nieprzepuszczające   ulicznego 
gwaru, który przy stoliku

     przy oknie tak przeszkadzał mnie i moim przyjaciołom.

Przestaję czytać i podnoszę głowę. Stół przy oknie? Przyjaciele?
Więc kobieta, którą wzięliśmy za Harker, wcale nią nie była. Odgrzebuję w pamięci wspomnienie 

tego wieczoru i widzę blondynkę, siedzącą wraz z trzema innymi osobami przy stoliku przy oknie w 
moim rewirze. Zadawała tysiące pytań, spierała się o to, co zamówić, i wyjadała innym z talerzy. To 
była Harker w przebraniu.

Jednak   menu   zmieniło   się   nie   do   poznania.   Przystawki   zostały   ograniczone   do   paru 

prostych, mozolnie przygotowanych składników. Interesujący pomysł - zredukować danie 
do jego esencji, by jedzącego nie dekoncentrowało, powiedzmy, ciasto czy jarzyny. Ale choć 
wypisany balsamicznym atramentem „Bilet do opery” z rzepy japońskiej stanowi zabawny 
widok   („Wesele   Figara,  miejsce  C3”),   to   tak  naprawdę   jest  to   tylko   kawałek   warzywa   z 
odrobiną   octu.   Jedna   jedyna   ostryga,   „przyrządzona”   na   węglach   skropionych   sokiem   z 
cytryny, budzi we mnie tęsknotę za tak przyziemnymi technikami, jak wrzucenie składników 
do garnka i wstawienie ich do piekarnika.

Inaczej niż podczas mojej ostatniej wizyty, kelnerka jest uważna, energiczna i na tyle 

doinformowana,   że   opowiada   nam   o   przystawkach,   wśród   których   znajduje   się   „Stek   z 
serem na odwrót” (ser znajduje się w środku!) i roladki z liofilizowaną rukolą (w papierze 
ryżowym   ze   słynnej   plantacji   pod   Hanoi).   Stek,   nadziany   chrupiącą   panierką   panko   i 
cheddarem   Mull   of   Kintyre,   w   każdych   okolicznościach   byłby   przepyszny,   ale   roladki   z 
wysuszoną rukolą przypominają mi sajgonki w Las Vegas koło 1974 roku. Liguryjska oliwa z 
oliwek jest serwowana
w szklaneczkach jak tania whiskey i pewnie można by ją docenić, gdyby podano coś do niej - 
picie   czystego   oleju   jest   naturalne   dla   samochodu,   nie   dla   osoby,  która   wydała   kilkaset 
dolarów na posiłek.

Po początkowym rozczarowaniu nie tracę nadziei na dania główne, zwłaszcza pieczony 

filet ze skalnika. Wielu szefów kuchni przestało podawać tę rybę, ale Corbett nie ma litości 
dla   zagrożonych   gatunków.   „Jeśli   mam   wybierać   między   moimi   gośćmi   i   przyszłością 
planety,   zawsze   wybiorę   gości”,   mówi.   Przynajmniej   szczerze,   ale   wszystko,   co   zostało 

background image

owinięte w „celofan” ze skórki chili i wbite na sterczący pionowo szpikulec, powinno nosić 
napis   ostrzegawczy.   Gdybym   chciała   połamać   sobie   zęby   na   pałce,   poszłabym   na 
demonstrację. Na szczęście smak pieczonych udek gołębich pozostał wyczuwalny - mocny, 
subtelny   i   podkreślony   błękitną   galaretką   świerkową.   Musujący   szampański   „relisz” 
zagłusza   smak   mięsa   homara,   wciśniętego   w   metalowe   cylindry,   które   dymią,   gdy   je 
dotknąć. Nie zdziwiłabym się, gdyby zza mojego kieliszka wyskoczył cyrkowy magik.

Jedyną   rozsądną   osobą   w   kuchni   jest   ciastkarka   Betsy   Lowe   -   czy   przygotowuje 

oszałamiające naleśniki z wędzonym imbirem, czy też wyczarowuje klasyczne amerykańskie 
smaki z wiśniowych lodów. Jej ciasto gruszkowe z karmelizowaną ricotta to obecnie mój 
ulubiony deser - zawsze i wszędzie. Betsy Lowe posiada tę twórczą dyscyplinę, którą Corbett 
zgubił gdzieś pomiędzy komorą próżniową i maszyną do produkcji suchego lodu.

Gastronomia   molekularna   to   nowe   wyzwanie   dla   odważnych   szefów   kuchni,   ale   nie 

wszyscy potrafią tworzyć kulinarne cuda, nie stając się przy tym cudakami. Corbett, niegdyś 
bliski ideału, zbłądził na manowce, pragnąc prześcignąć konkurencję - bądź też Cirque de 
Soleil. Niezależnie od pobudek, stracił 
swój styl. Jeśli zdoła usunąć się w cień, a na pierwszym planie postawić dania, na „Roulette” 
znowu będzie można bezpiecznie postawić.

Podnoszę głowę znad gazety. Rocket zniknął.
- Rocket!
Odkładam gazetę na ławkę i wstaję, wypatrując białych uszek w krzakach przy ścieżce. Przecież 

był tu jeszcze dwie minuty temu! Wołam go znowu w nadziei, że wyłoni się zza jakiegoś drzewa albo 
przybiegnie do mnie po zasłanej liśćmi drodze. Ale Rocketa nie ma.

Ze ściśniętym sercem ruszam ścieżką, potem zmieniam zdanie i truchtem przemierzam trawnik. 

Jak znam mojego psa, wyprawił się gdzieś w teren i teraz ryje w ziemi w poszukiwaniu gryzoni.

- Wracaj, piesku! - Głos mam przeraźliwy i przestraszony. Paru przechodniów zatrzymuje się i 

ogląda za mną.

- Nie widział pan teriera w niebieskim ubranku? -pytam zarośniętego mężczyznę, odciągającego 

malamuta od starej gumowej piłeczki.

- Chyba tak. Parę minut temu, tak?
- Tak.
- Biegnę tam - mówi mężczyzna, wskazując na wpół zamarznięte jezioro.
- Dziękuję. - Ruszam truchtem, ściskając w dłoni zwijaną smycz Rocketa i nasłuchując jego 

szczekania. Na pewno jeszcze nie dobiegł do ulicy. Nie, o tym nawet nie będę myśleć. Zatrzymuję 
się nad wodą, a serce łomocze mi dziko. Jestem już bliska rozpoczęcia podwodnych poszukiwań, 
kiedy  nagle  z zagajnika  o  parę  metrów  dalej  dobiega  mnie  cienkie  skomlenie. Po  chwili  widzę 
Rocketa, który pruje przez trawnik z położonymi uszami, a inny, o wiele większy pies, pędzi za nim. 
Fritz.

Ziemia kołysze mi się pod stopami. Potem Fritz skacze

na mnie, zabłoconymi łapami stemplując mi kurtkę, a Rocket włazi do jeziora, żeby naszczekać na 
kaczkę.

- Jak   nas   znalazłeś?   -   pytam,   głaszcząc   Fritza   po   głowie.   Oglądam   się   na   zagajnik   i   widzę 

Daniela w czarnym płaszczu i garniturze, idącego do mnie z czerwoną piłeczką w dłoni. Nie rusza 
mnie, że mam na sobie stare trampki, a pod podartymi dżinsami - spodnie od piżamy, ani że włosy 
wepchnęłam pod włóczkową czapkę z pomponikiem. Za bardzo się cieszę, żeby o tym myśleć.

- Witam panią.
- Czy mój pies się panu narzucał?
- Nie bardziej iż zwykle.

background image

- Zachowuje się wyjątkowo przyjacielsko. Pewnie myśli, że pana zna.
- Ciekawe, dlaczego.
Spoglądamy na siebie i nasze uśmiechy bledną. Daniel rzuca piłkę, a Fritz pędzi za nią, wzbijając 

obłoki kurzu.

- Wczoraj byłem w „Roulette” - mówi Daniel. - Alain twierdzi, że już tam nie pracujesz.
- Odeszłam.
- Myślałem, że to dlatego, żeby mnie unikać.
- Nie. Poczułam że już pora, to wszystko.
- Więc... co teraz robisz?
- Dostałam ofertę pracy, ale postanowiłam zająć się consultingiem. Zobaczymy, gdzie mnie to 

zaprowadzi.

- Fantastycznie. Bardzo się cieszę.
- Dziękuję.
Daniel mnie w palcach szalik z szarego kaszmiru. Przełykam ślinę. W ustach mi zaschło.
- Słuchaj   -   mówi   Daniel.   -   Długo   myślałem   nad   tym,   co   się   wydarzyło...   nawet   obsesyjnie 

długo...

- Ja też.
- Gdybym   mógł   się   skopać,   tobym   się   skopał.   Zachowałem   się   jak   nieczuły   debil.   Teraz   to 

rozumiem.

- Nie będę się sprzeciwiać.
Daniel wyjmuje piłkę z pyska Fritza i znowu ją rzuca.
- Patti i Sonia zachowywały się wtedy tak, że... że powinienem to przewidzieć. Może wiedziałem, 

ale nie chciałem się przyznać. Żałuję, że zrozumiałem to dopiero, kiedy cię straciłem.

Straciłem?   Choć   przez   wiele   tygodni   napawałam   się   swoim   gniewem,   te   słowa   brzmią   zbyt 

smutno, zbyt ostatecznie. Tego chcę? Nigdy więcej nie zobaczyć Daniela, chyba że w parku, na 
spacerze z psem? Zawsze się zastanawiać, jakby się nam ułożyło, gdybyśmy nie zerwali?

- Dlaczego mnie tak odtrąciłaś? - pyta Daniel. - Dlaczego nie mogliśmy tego rozwikłać razem?
Mrużę oczy przed rażącym światłem.
- Bo poczułam się oszukana. Tak, jakbyś... nie był tym, za kogo cię uważałam. Twoje miejsce 

zajął jakiś inny facet.

- To straszne.
- To prawda.
- Więc nic dziwnego, że ze mną zerwałaś. Postawiłem cię w okropnej sytuacji, tak?
- W najgorszej.
Po długim milczeniu Daniel znowu się odzywa.
- Żałuję. Uwierz, że mówię to szczerze.
Pochyla  się, żeby pogłaskać  Rocketa, a  ja bez  powodzenia usiłuję poczuć ten  ból,  który,  jak 

sądziłam, nigdy mnie nie opuści. Aż do tej chwili nie chciałam, żeby mnie opuścił. Łatwiej było 
zrzucić na Daniela winę za wszystko niż myśleć, że największą przeszkodą do naszego szczęścia 
byłam ja.

- Parę tygodni temu dzwoniłam do twojego biura - mówię.
- Naprawdę? - rozpromienia się. - Gdybym wiedział, przyszedłbym do twojego mieszkania i 

koczowałbym na progu, dopóki byś mnie nie wpuściła.

- Chciałam porozmawiać. Może jeszcze trochę na ciebie nakrzyczeć.
- Szkoda, że tego nie zrobiłaś. Krzyki mogę wytrzymać. Ale brak ciebie...
- Było źle - przyznaję.
- Tobie też? - podchwytuje Daniel i podchodzi bliżej. - O Jezu, jak mi ciebie brakuje. Twoja 

nieobecność w moim życiu - tak nie powinno być!

background image

- Mnie też się to nie podobało.
- Więc... co to oznacza?
Uśmiecham się do niego.
- To, co chcesz.
Daniel   upuszcza   piłeczkę   na   ziemię   i   chwyta   mnie   w   ramiona.   Wokół   nas   wrze   wtorkowy 

poranek; w oddali wyją syreny, mijają nas ludzie ćwiczący jogging, wiatr przynosi stronę gazety, 
która oblepia mi but. A my stoimy nad jeziorem jak zaklęci, obejmując się ramionami.

*

Miesiąc później...
- Będą inne przedstawienia - mówi Cato, wsypując cukier do kawy. - Zresztą scenariusz i tak 

mnie nie zachwycił.

Za tydzień Boże Narodzenie, a my siedzimy w knajpce na Lexington Avenue. Cato ma rozpiętą 

pod szyją koszulę i te same szare spodnie i buty na gumowej podeszwie, co w „Roulette”.

- Nie rozumiem - mówię. - Jak sztuka może stracić budżet?
Cato   wzrusza   ramionami   i   spogląda   na   chodnik,   obrzeżony   stertami   szarego,   niedawno 

odgarniętego śniegu.

- Marni producenci. Zero zainteresowania ze strony innych. To samo przydarzyło się mojemu 

kumplowi Lee, tyle że on miał za sobą cztery miesiące prób. Przynajmniej nie zmarnowałem tyle 
czasu. Ale było super. Stałem na scenie
przed pustą widownią i wreszcie czułem, że żyję.

- Przykro mi, że tak to się skończyło - mówię. - Ale na pewno niedługo znowu staniesz w świetle 

reflektorów.

- Wierz mi, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby mnie zauważono. - Cato dmucha w parującą 

kawę i pociąga łyk. - Mogło być gorzej. Chyba. Mój przyjaciel usiłował wrócić do pracy barmana, a 
w   dawnej   pracy   potraktowali   go   jak   obcego.   Carl   przynajmniej   wstawił   się   za   mną   u   Steve'a. 
Dziwne, nie? Był miły! Pewnie chce mnie mieć pod ręką, żeby mnie mieszać z błotem.

- Tak jak jego zmieszała Harker w recenzji?
Cato krzywi się boleśnie.
- W dodatku wszyscy wiedzą, że to ty ją obsługiwałaś. Dodatkowa obelga! Jane powiedziała, że 

po przeczytaniu recenzji Carl dostał szału. Miał jakieś bóle w piersi i musiał jechać do szpitala na 
zastrzyk uspokajający.

- Jak zareagowała Gina?
- Spiła się jak kibol i w prywatnym gabinecie urwał się jej film. Steve przez tydzień nie odzywał 

się do nikogo, ale już odzyskał dawne wredne usposobienie. Znowu wszystko jest jak zawsze.

Śmiejemy się.
- Z wyjątkiem menu - mówię. - Daniel mówił, że się zmieniło.
Cato opiera się o ścianę i wyciąga nogi.
- Tak,   szkoda   że   nie   słyszałaś,   jak   Steve   i   Carl   na   siebie   wrzeszczeli.   Carl   chciał   zachować 

kontrowersyjne   dania,   ale   Steve   zmusił   go,   żeby   się   pozbyć   pianek   i   wrócić   do   sprawdzonych 
przebojów. Carl i tak spędza połowę czasu w studiu telewizyjnym, co oznacza, że Phil rządzi się jak 
nie powiem co.

- Jest zastępcą szefa kuchni?
- Na razie, ale ledwie udaje mu się opanować sytuację.
Tylko patrzeć, jak rzuci się na José z czymś ostrym i ta-aakim długim. - Cato rozstawia szeroko 

dłonie.

Wyciskam torebkę herbaty i odkładam na serwetkę.
- Jane na pewno się ucieszyła z twojego powrotu.

background image

- Tak, ale sama niedługo zdradzi nas dla kaczek i kroplówek. Słyszałaś, że wreszcie przyjęła 

oświadczyny Juliana?

- Dowiedziałam się następnego ranka. Derek nadal pracuje?
- Usiłuje znaleźć inwestorów, żeby otworzyć knajpkę na Brooklynie. Ostatnio był pełen nadziei.
- Oho. Derek będzie czymś zarządzał?
- Straszne, co? Niech Bóg wspomoże te biedne ofiary z Williamsburga. On na niczym się nie 

zna. A, i zgadnij, kto wyruszył na poszukiwaniu lepszej płacy? Podpowiem ci; o kelnerowaniu wie 
absolutnie wszystko.

Zastanawiam się przez parę sekund.
- Ron?
- A jak. Od następnego tygodnia zaczyna u Vonga.
- Chyba żartujesz.
- Trzeba mieć charakter, żeby zaczynać od samego początku, kiedy jest się już na prostej drodze 

do   domu   starców.   Przez   jakiś  czas   będzie   pracować   na   zmianach   obiadowych!   Dlatego   pilnuję 
swojej   roboty.   Nie   zamierzam   się   stać   nowym   pracownikiem,   któremu   wciskają   pracę   w   Boże 
Narodzenie. Poza tym nie pobędę długo w tej branży. Wkrótce los się do mnie uśmiechnie, nie?

- Z twoim talentem? Oczywiście.
Cato wpatruje się przez chwilę w dal, po czym uśmiecha się i przenosi wzrok na mnie.
- No, a co u ciebie? Rozkręcasz własny biznes?
- Aha. Już mam paru klientów - organizację dobroczynną i spa, które niedawno otwarło się w 

Chelsea. Zaproponowali mi tę pracę, o której ci mówiłam, ale zrezygnowałam.

- Serio? Z dobrej płacy i tak dalej? Od pierwszej chwili wiedziałem, że jesteś nienormalna.
- Owszem, podejmuję ryzyko. Na razie jest mi trudno i dopiero się uczę, ale praca dla kogoś... 

no, nie wiem. Pora, żebym zaczęła działać na własny rachunek.

- Staniesz się sławna w tym mieście - oznajmia Cato. -Czuję to. Wywarłaś na „Roulette” wpływ, 

który do tej pory odczuwamy.

Podnoszę rękę, prosząc o rachunek.
- Lepsze to niż odejść z podkulonym ogonem.
- Moje motto brzmi: nieważne, co o tobie mówią, jeśli mówią jeszcze po twoim odejściu. - Cato 

wyciąga z plecaka portfel. - Ja się tym zajmę, słonko. Ty na razie budujesz imperium, a ja jestem 
głównym kelnerem w maszynce do robienia pieniędzy. Nie zarabia się aż tyle, co kiedyś, ale i tak 
wystarcza na przyjemne życie. - Kładzie na stole dwudziestkę - ponad dwa razy więcej, niż wynosi 
rachunek. - A myślałem, że już się pożegnałem z tym światkiem.

- Już niedługo, zobaczysz.
Wkładamy   płaszcze   i   idziemy   do   „Roulette”.   Jest   wczesne   popołudnie,   lecz   już   zmierzcha   i 

zapalają się latarnie.

- Weszłabym, ale na razie nie jestem gotowa na spotkanie z Giną - mówię.
Cato zdejmuje plecak z ramienia.
- Może to dziwnie zabrzmi, ale, moim zdaniem, na swój sposób cię lubiła. Włosi uwielbiają 

walkę.

- Amerykanie też. Pewnie dlatego nie odeszłam pierwszego dnia.
Cato ściska delikatnie moje ramię.
- Na   pewno   nie  chcesz   wejść   i   pogadać   ze   starą   wiarą?  Kiedy   skądś   odchodzisz,   ludzie   się 

zmieniają. Stają się milsi, bo dociera do nich, że nie jesteś już od nich zależna.

- Kiedyś wpadnę razem z Danielem. Co ty na to?
- Nie zapomnij poprosić, żebym to ja was obsługiwał. Może wkrótce z rozpaczy powieszę się na 

własnym krawacie, ale ciągle to ja jestem najlepszy w tym mieście. Całuję go w policzek.

- To prawda. Nie wiem, jak bym sobie bez ciebie poradziła.

background image

Cato uśmiecha się do mnie.
- Teraz to ty musisz mnie czegoś nauczyć.
- Dobrze. Tej pracy nie rzucę, obiecuję.
- Liczę na ciebie. - Omija doniczkowe drzewka laurowe i otwiera drzwi. - No, to idę. Oto moja 

najlepsza rola, która nie przyniesie mi sławy.

Macham mu ręką na pożegnanie.
- Rzuć ich na kolana.
Cato kłania się i znika w restauracji.