background image

 

Biała amnestia 
Napisał: Artur Korczy

ński 

 

Kiedy  ich  wreszcie  zobaczył  dzień  miał  się  już  ku  końcowi.  Czerwona  tarcza  słońca 

dotykała skalistych zrębów i dawał się odczuwać pewien chłód, choć była to przecież pełnia 
lata. Sylwetki idących, oświetlone od tyłu, przesiąknięte były kolorem czerwieni i barwa ta - 
emanując  jakby  wprost  od  nich,  przydawała  postaciom  grozy.  W  chwili,  gdy  Jeff  spostrzegł 
ich,  szli  już  gęsiego.  Tylko  w  ten  sposób  można  było  się  dostać  do  jego  kryjówki  -  jeden 
nieostrożny ruch i w wielosetmetrową przepaść leciała kolejna ofiara.

 

Jeff  poczekał  aż  zgromadzą  się  wszyscy  na  wąskim  żlebie,  podpuścił  ich  jeszcze  bliżej  i 
krzyknął:

 

- Stać! Czego tu chcecie!?

 

Był zupełnie spokojny. Siedział w kucki pod drzewem, w gąszczu tropikalnych roślin, 

całkowicie  niewidoczny  z  wąskiej  ścieżki.  Sam  widział  doskonale  swoich  prześladowców. 
Ujął mocniej guner, który leżał mu w poprzek kolan.

 

Kawalkada  na  żlebie  zatrzymała  się  na  dźwięk  niespodziewanego  okrzyku.  Koty 

obejrzały  się  za  siebie,  momentalnie  orientując  się  w  sytuacji.  Były  w  pułapce,  Jeff  mógłby 
wystrzelać je jak kaczki. Jeden z Kotów wystąpił nieco naprzód. Koło niego stanął człowiek: 
wysoki, postawny blondyn.

 

- Stać! - krzyknął Jeff.

 

Nie  wiadomo,  kto  pierwszy  rzucił  nazwę  Koty.  Ale  znienawidzona  rasa  gwiezdnych 

najeźdźców żywo przypominała sympatyczne ziemskie zwierzaki. Pokryte futrem, obdarzone 
kocią  zwinnością  i  zmysłami,  posługujące  się  zaawansowaną  techniką,  stanowiłyby 
ucieleśnienie marzeń o kontakcie z obcą inteligencją, gdyby nie  fakt, że owa inteligencja od 
pierwszego  momentu  nastawioną  była  na  wyniszczenie  rasy  ludzkiej.  Z  niesamowitą 
konsekwencją  Koty  przystąpiły  do  zabijania  mężczyzn  i  klonowania  nowych  obywateli  o 
ustalonych  cechach.  Oczywiście  takich,  żeby  Koty  nie  miały  najmniejszych  kłopotów  ze 
sklonowanymi niewolnikami.

 

Jeff  był  jednym  z  nielicznych  już  partyzantów,  którzy  chodzili  jeszcze  wolno. 

Tropiony  od  kilku  miesięcy  jak  dziki  zwierz  wymykał  się  okrutnym  Kotom,  aż  wreszcie 
dotarł tu, w góry. Do rodzinnej wioski. Dalej nie miał gdzie uciekać.

 

-  Słuchaj!  -  krzyknął  człowiek  stojący  obok  Kota.  Jeff  wbił  w  niego  wzrok.  Tych 

zdrajców  rodzaju  ludzkiego  nienawidził najbardziej.

 

-  Wiemy  kim  jesteś!  Wiemy,  że  jesteś  niebezpieczny.  Jeff  Kfiatkofsky,  były 

komandos z Legionu Wojowników! Złodziej i buntownik, który...

 

Ś

wietlisty promień uderzył w skałę o dwie stopy od nogi tłumacza, przerywając mu w 

pół  słowa.  Przerażony  człowiek  szarpnął  się  do  tyłu.  Kot  stał  w  dalszym  ciągu  nieruchomo, 
próbując  przebić  wzrokiem  gąszcz.  Niestety,  natura  nie  była  dla  jego  rodzaju  łaskawsza 
bardziej,  niż  dla  ludzi.  Obie  rasy:  Koty  i  ludzie  widzieli  w  podobnym  zakresie  fal 
elektromagnetycznych.

 

- Teraz ty mnie posłuchaj, pętaku! - odezwał się Jeff, odkładając guner. - Powiedz tym 

przeklętym  Kotom,  że  mają  dokładnie  kwadrans,  żeby  zniknąć  mi  z  oczu!  Po  upływie  tego 
czasu, rozwalę bez skrupułów każdego, kto pokaże się na tej ścieżce. Piętnaście minut!

 

Tłumacz  zbliżył  się  do  Kota  i  gwałtownie  gestykulując  przekazywał  mu  stanowisko  Jeffa. 
Najeźdźca stał nieporuszony.

 

- Słuchaj Kfiatkofsky! Wielki Pierwszy daje ci pół godziny na powzięcie decyzji! Jeśli 

się nie poddasz, zniszczymy cię, rozgnieciemy jak pluskwę za kołnierzem! Zastanów się! Nie 
masz  żadnych  szans!  Wiemy  o  tobie  wszystko!  Gdyby  ci  się  nawet  udało  jakąś  stąd  uciec, 
wytropimy cię, choćbyś się zaszył pod ziemią. To twoja ostat...

 

-  Dziesięć  minut  -  przerwał  tłumaczowi  Jeff  -  przekaż  tym  sukinsynom,  że  ja  nie 

background image

 

ż

artuję. Chyba mnie znacie, co?

 

Zapadła  denerwująca  cisza.  Tłumacz  kręcił  się  niezdecydowanie  bojąc  się  zarówno 

Jeffa,  jak  swoich  panów.  Oddział  Kotów  stał  nieporuszenie  czekając  na  decyzję  Wielkiego 
Pierwszego.

 

- Pięć minut!

 

Przywódca Kotów zaszwargotał coś do tłumacza.

 

-  Kfiatkofsky!  Na  miłość  boską!  Nie  odważysz  się!  Jak  zrobisz  jakiejś  głupstwo, 

rozwalę całe te góry! Poddaj się!

 

- Zostało wam trzy minuty! Wynocha, parszywe Koty!

 

Wielki  Pierwszy  drgnął.  Rozumiał  na  tyle  mowę  ludzką,  że  odróżniał  ironiczne 

przezwiska, jakie nadała jego rasie zmiażdżona ludzkość. Zwrócił swe jednolicie żółte oczy w 
stronę zarośli, gdzie siedział Jeff. Na mgnienie oka ich spojrzenia skrzyżowały się.

 

- Minuta!

 

Wskazówka  sekundowa  nieubłaganie  opisywała  koło  na  tarczy  zegarka  Jeffa. 

Wreszcie doszła do punktu wyjścia.

 

Koniec!

 

Trzeba  przyznać,  że  Wielki  Pierwszy  był  dobrym  fachowcem.  W  ułamku  sekundy 

zwinął się w kłębek, osłaniając ciało tarczą, która obijała śmiercionośne promienie gunera.

 

Ale  Jeff  Kfiatkofsky  był  naprawdę  groźnym  przeciwnikiem.  W  ciągu  dwu  lat 

partyzantki  poznał  Koty  na  wylot,  znał  wszystkie  ich  słabe  i  mocne  punkty.  By  dopełnić 
grozy  paradoksu,  były  komandos  posługiwał  się  bronią  skradzioną  Kotom  w  pewnej 
brawurowej akcji. Zżył się z nią i czuł się prawie tak, jak by to on sam wymyślił guner.

 

Cieniutki  jak  igła  strumień  energii  uderzył  w  jedyne  nieosłonięte  miejsce  Kota  -  w 

lewy  kąt  wydłużonej  czaszki,  którego  nie  mogła  całkowicie  zasłonić  tarcza.  Pierwszy 
wrzasnął  przeraźliwie  i  nie  panując  nas  sobą,  poderwał  się  z  nieprawdopodobną  szybkością. 
W  połowie  ruchu  zwalił  się  w  przepaść  z  rozerwanym  korpusem.  Guner  w  doświadczonych 
rękach był straszliwą bronią. 

Jeff  patrzył  uważnie  jak  reszta  oddziału  opuszcza  spiesznie  żleb.  Nie  strzelał  do 

bezbronnych postaci, choć wiedział, że prawdziwa walka dopiero się zaczęła. 

 

 

Stąd gdzie siedział, widział obie drogi prowadzące na platformę. Stała tam kiedyś jego 

rodzinna  wioska.  Po  najeździe  Kotów  zostały  same  zgliszcza.  Mężczyzn  wycięto  w  pień, 
kobiety zabrano na dół, do miasta. A jednak wrócił tu. Gdyby gdziekolwiek miał dopełnić się 
jego los, to właśnie tu.

 

Mężczyzna  siedział  spokojnie  na  wysokim  występie  skalnym.  Pod  sobą  miał 

najbliższą okolicę i z tego punktu całkowicie nad nią panował. Lewą ręką trzymał ustawiony 
pionowo  guner,  prawą  nakręcał  tłumik.  Urządzenie  jego  pomysłu  nie  pozwalało  na 
zjonizowanie  cząstek  substancji  otaczającej  wylot  lufy  -  w  tym  wypadku  powietrza  -  nie 
zachodziło  zatem  świecenie  strugi  energii,  co  pozwalało  zachować  anonimowość  miejsca 
skąd oddano strzał. W tej fazie walki było to bardzo na rękę Jeffowi.

 

Przyłożył do oczu noktowizyjny celownik i przeczesał okolicę. Daleko, na stoku góry 

dostrzegł kilka postaci wspinających się z mozołem.

 

-  Tak,  to  te  parszywe  kociesyny  -  mruknął  sam  do  siebie.  -  Chcecie  mnie  podejść  z 

dwóch stron? Dobra.

 

Oparł się plecami o skalną ścianę i cierpliwie czekał. W ciemnej, tropikalnej nocy był 

nie  do  zauważenia.  Niebo  było  mroczne,  zasnute  chmurami.  Co  parę  minut  regularnie 
przepatrywał okolicę. Sylwetki wspinających się urosły niepokojąco.

 

Chwilę  później  od  strony  żlebu  rozległ  się  gwałtowny  hałas.  Rozbłysło  jaskrawe 

background image

 

ś

wiatło, nie sięgające jednak do jego kryjówki, dał się słyszeć głośny huk.

 

„Aha! Ręczny granat atomowy!? Ostro się za mnie wzięli”.

 

W  świetle  eksplozji  widział  biegnące  sylwetki  Kotów,  które  pod  osłoną  zaporowego 

ognia gunerów przemieszczały się w głąb platformy.

 

Szybko zerknął na lewo. Koty, które korzystając z zamieszania miały niepostrzeżenie 

zaatakować go z drugiej strony, zbliżyły się już na odległość strzału.

 

Nic sobie nie robiąc z szalejących pod nim Kotów, Jeff wycelował starannie i nacisnął 

przycisk.  Niewidoczna  fala  energii  uderzyła  w  wystający  nawis  skalny  i  obłamała  go.  Po 
chwili cały stok przesłonił obłok pyłu i kurzu.

 

„Pechowcy - westchnął Jeff - o tej porze roku lawina...”

 

Rozsiadł  się  wygodniej  i  metodycznie  zaczął  wykańczać  wrogów,  którzy  ogołacali 

pod nim skały z wszelkiej roślinności. Gdyby nie przewidział tego i nie schronił się zawczasu, 
dawno  zostałby  już  rozdeptany.  A  tak,  niewidoczny,  nie  zostawiający  śladów,  był  nie  do 
pokonania w tej fazie rozgrywki. 

 

 

Kolejny  dzień  był  znów  upalny  i  pełen  słońca.  Jeff  siedział  w  płytkiej  wnęce  i 

próbował  nie  zasnąć.  Trzykrotne  nocne  ataki  rozwścieczonych  Kotów  wyczerpały  go.  Żyjąc 
od  kilku  miesięcy  tropiony,  ścigany,  zdradzany  przez  żądnych  zarobku,  tracił  siły  w 
przerażającym tempie. 

Zgrzytnął  zębami.  To  Koty  wszystkiego  go  pozbawiły.  Najpierw  przyjaciół  -  bo  nie 

byli  dość  silni,  później  żony  -  nie  chcąc  być  inseminowana  uciekła  z  nim  do  partyzantów, 
gdzie  zginęła  w  najgłupszy  i  najbardziej  przypadkowy  sposób  na  świecie.  Teraz  traci  nawet 
ziemię, tę ziemię gdzie się urodził i wychował. O, niedoczekanie! Choćby miał walić gołymi 
rękami w te kocie mordy, nie odejdzie stąd! Tu jest jego miejsce! 

Jego  pełne  wściekłości  myśli  przerwał  nagły  dźwięk,  jakby  szelest  przesypywanego 

piasku.  Jeff  ostrożnie  wyjrzał.  Spojrzał  w  górę.  Nad  platformą  unosiły  się  dwa  flyery  - 
niesamowite  maszyny,  bezgłośne,  o  piekielnym  uzbrojeniu  i  szybkości.  Mimo  woli  Jeff 
uśmiechnął  się.  Tyle  sprzętu,  Kotów,  starań  i  podchodów.  Tylko  po  to,  żeby  jego  jednego 
wykurzyć  z  tego  miejsca.  Przez  sekundę  poczuł  się  dumny.  W  następnej  wpatrywał  się 
posępnie w obłe pojemniki, które gęsto rozrzucała załoga flyerów po całej platformie.

 

„To  głupcy”  -  żachnął  się  w  duchu  Jeff  i  po  raz  setny  zastanowił  się,  w  jaki  sposób 

udało się Kotom w tak krótkim czasie wyniszczyć dziewięćdziesiąt procent rodzaju ludzkiego 
-  „Że  też  nie  zmienią  taktyki.  Czy  nie  zdają  sobie  sprawy,  że  przez  dwa  lata  nauczyłem  się 
wszystkich ich sztuczek?”

 

Błogosławił teraz ten dzień, w którym zdecydował się ukryć część oprzyrządowania, 

gdy  opuszczał  wioskę.  Dobrze  zabezpieczony  sprzęt  przetrwał  w  nienaruszonym  stanie  dwa 
lata i miał teraz wyświadczyć swojemu właścicielowi kolejną przysługę.

 

Obłe  pojemniki  były  śmiercionośnymi  bombami  gazowymi.  Parametry  trującej 

substancji  były  tak  wyliczone,  że  mglisty  opar  unosił  się  nad  terenem  na  wysokość  kilku 
metrów i trwał tak przez kilka  godzin. Nie było  żadnej szansy! W ten właśnie sposób, Koty 
wytruły cały oddział Jeffa.

 

Partyzant  uśmiechnął  się.  Naciągając  szczelną  maskę  i  butle  ze  sprężonym  tlenem 

przypomniał  sobie,  jak  napełniał  je  w  przeddzień  opuszczenia  wioski.  Wtedy  zrobił  to 
dlatego,  że  nie  wolno  było  tego  robić.  Dziś  sam  sobie  dziękował  za  ten  pierwszy  chyba 
przejaw buntu wobec zarządzeń Kotów.

 

Sprawdził  zawory  i  rozsiadł  się  wygodnie.  Trująca  mąka  unosiła  się  z  przerażającą 

szybkością. Jeff rozejrzał się uważnie. Czekał na Koty. 

 

background image

 

*

 

 

Zaskoczenie  było  całkowite.  Wytłukł  połowę  oddziału  najeźdźców,  zanim  Koty, 

zdezorientowane  (wciąż  używał  tłumika),  nie  zrejterowały  pospiesznie.  Zaskoczone  jego 
przemyślnością  -  nie  przypuszczały,  że  może  w  jakikolwiek  sposób  zabezpieczyć  się  przed 
gazem  -  wyszły  mu  pod  lufę  jak  stado  baranów.  Jeff  z  przyjemnością  dał  upust  swojej 
wściekłości.  Czekał  na  kolejne  posunięcie  Kotów,  bowiem  trucizna  zaczęła  się  już 
neutralizować i dym zwolna rozpraszał się.

 

W  przerwie  między  atakami  posilił  się  i  zastrzyknął  sobie  pierwszą  dawkę  yaniliny. 

Miał teraz przez dwanaście godzin spokój ze spaniem.

 

„Właściwie po co mi to wszystko?” -zapytał sam siebie, popijając żywnościowe racje 

wystałą wodą. - „I tak nie mam żadnych szans, rozwalą mnie prędzej czy później. Dlaczego? 
Dlaczego  tak  się  męczę?  Przecież  to  bezsens.  Czy  któryś  z  tych  ludzkich  ochłapów,  które 
jeszcze żyją, zdaje sobie sprawę z tego, że walczę również w jego imieniu? Czy którykolwiek 
dowie się o tym? Bez sensu, bez sensu. Dlaczego?”

 

Z tym pytaniem wstał, kopnął poniewierające się puszki i wyszedł w zapadający mrok 

z gunerem w ręce. Spodziewał się kolejnego ataku Kotów. 

 

*

 

 

Tak jak przypuszczał zaatakowali z kilku stron. Do akcji włączyły się flyery, miotacze 

infradźwięków,  ciężki  sprzęt.  Przez  całą  noc  i  cały  następny  dzień  Jeff,  wciąż  balansując 
między życiem a śmiercią, ryzykując swe istnienie w ułamkach sekund, zdołał powstrzymać 
huraganowy  atak  Kotów  i  nie  dopuścił  ich  na  platformę.  Szczególnie  dużo  zamieszania 
narobił  atomowymi  granatami  ręcznymi,  które  z  szatańską  brawurą  zabierał  poległym  pod 
ogniem gunera.

 

W  końcu  doczekał  się  poselstwa.  Kilka  godzin  przed  zapadnięciem  nocy  znany  już 

Jeffowi tłumacz poprosił o spotkanie. Po chwili namysłu partyzant wyraził zgodę. Spotkali się 
w  miejscu  wybranym  przez  Jeffa,  który  nie  chciał  paść  ofiarą  podstępu.  Nie  ujawniając  się, 
poprowadził tłumacza do swojej jaskini, wybierając drogę przez największy gąszcz. W końcu, 
upewniwszy się na ile mógł, że Koty nie szykują podstępu, stanął przed tłumaczem.

 

-  Siadaj!  -  Jeff  wskazał  przybyłemu  skalne  klepisko.  Sam  zręcznie  rozpalił 

miniaturowe  ognisko.  Było  niewidoczne  z  zewnątrz,  a  Jeff  chciał  się  koniecznie  przyjrzeć 
dokładniej tłumaczowi.

 

Blondyn  spoglądał  na  Jeffa  z  mieszaniną  lęku  i  zdziwienia.  Nie  mieściło  mu  się  w 

głowie, że jeden obdartus może stawiać tak długi i zdecydowany opór jego wszechpotężnym 
panom.

 

- Co chciałeś mi zakomunikować? -mruknął Jeff.

 

Wyglądał  okropnie.  Zmierzwione  włosy,  trzydniowa  broda,  brud  i  podarte  ubranie  -

wszystko to oświetlone nikłym blaskiem ogniska, tworzyło mało pociągający widok.

 

- Kfiatkofsky! Człowieku! Przyszedłem tu, żeby ci dać ostatnią szansę! Zastanów się...

 

- Skończ! - warknął Jeff, a guner w jego ręce niebezpiecznie się zakołysał. - Oczekuję 

konkretnych propozycji.

 

- Kfiatkofsky, napsułeś już Kotom wystarczająco dużo krwi. Przed godziną przybył tu 

sam  Generalny  Inspektor.  Polecił,  żeby  zniszczono  cię  wszelkimi  możliwymi  sposobami. 
Choćby za cenę zmiecenia tych gór z powierzchni ziemi.

 

Jeff powątpiewająco kiwnął głową.

 

-  Nie  wierzysz  -  westchnął  tłumacz  -  ale  zdajesz  sobie  sprawę,  że  oni  są  zdolni  do 

tego? No właśnie, Kfiatkofsky! W imię człowieczeństwa, proszę cię, poddaj się! Czy chcesz 
zginąć?  Koty  obiecują,  że  zostawią  cię  przy  życiu!  Zastanów  się!  Chyba  lepiej  jest  żyć  U 

background image

 

nich, niż w ogóle nie żyć!

 

Partyzant wstał. Podjął już decyzję.

 

-  Wynoś  się!  -lufa  gunera  zatoczyła  krótki  łuk  wskazując  tłumaczowi  wyjście.  -W 

imię człowieczeństwa, powiedziałeś? A kimże ty jesteś, żeby zaklinać mnie na to imię? Który 
z nas jest człowiekiem...

 

-  Posłuchaj  mnie,  Kfiatkofsky  -  przerwał  Jeffowi  tłumacz,  ale  partyzant  nie  dał  mu 

dokończyć.

 

-  Wynocha!  Jeszcze  jedno  słowo,  a  rozwalę  cię  zapominając,  że  jesteś 

parlamentariuszem!

 

Tłumacz  podniósł  się  pospiesznie.  W  progu  jaskini  osadziły  go  na  miejscu  słowa 

Jeffa.

 

- Jeszcze coś! Zapamiętaj, że lepiej w ogóle nie żyć, niż być sługusem Kotów. Zresztą 

obojętnie czyim!  Do diabła! Budzisz we mnie tylko obrzydzenie!  Oni chociaż wywołują we 
mnie gniew i nienawiść, a ty... ty jesteś chyba najgorszą zakałą rodu ludzkiego. Idź i powiedz 
swoim panom, że sens istnienia znaczy dla mnie teraz tylko jedno: załatwić jak najwięcej tych 
parszywych Kotów!

 

Tłumacz umknął pospiesznie. Jeff z wściekłością kopnął odłamki skały, jakich pełno 

walało się po podłodze. Do diabła z tym! Chcą go dostać żywego, to jasno wynikało ze słów 
tłumacza. Ale jeśli nie będą w stanie tego przeprowadzić, rozwalą cały ten masyw. W to nie 
wątpił. Decyzja mogła być tylko jedna, choć jeszcze chwilę wahał się.

 

Przekonany  już  o  słuszności  swego  postanowienia,  zadeptał  starannie  ognisko  i 

wyszedł.

 

Przyszedł  mu  na  myśl  mit,  według  którego  Koty  były  bezlitośnie  ścigane  i  tępione 

przez  jakąś  tajemniczą  inteligencję  Dobrotliwych.  Wywoławszy  z  nimi  wojnę  Koty  rychło 
przekonały się, że istnieją w Galaktyce siły potężniejsze od nich i chciały przerwać konflikt, 
ale  było  już  za  późno.  Tępione  z  bezlitosną  konsekwencją  musiały  wciąż  uciekać  i  uciekać. 
Potrzebowały wciąż nowych żołnierzy więc bez skrupułów podbijały każdą planetę, która nie 
mogła  im  się  przeciwstawić  .  Traf  chciał,  że  jedną  z  nich  była  Ziemia.  Jeff  wzruszył 
ramionami. Traktował ten mit z takim samym sceptycyzmem, z jakim więźniowie odnosili się 
do  legendy  o  białej  amnestii,  która  miała  jakoby  dawać  wolność  wszystkim,  bez  wyjątku, 
zatrzymanym.  Wiadomo,  że  był  to  wymysł,  który  miał  podtrzymać  na  duchu  przerażoną 
ludzkość, w który się wierzyło, owszem, ale jakimś zakamarkiem duszy, jakąś nikłą zupełnie 
cząstką świadomości, a może nawet już podświadomości.

 

Jeff  nie  wyobrażał  sobie  zupełnie  tej  tajemniczej  cywilizacji,  która  miała  rzekomo 

oswobadzać  innych  spod  jarzma  Kotów.  Partyzant  wolał  polegać  na  swoim  gunerze  niż 
wyczekiwać  pomocy  od  hipotetycznych  wybawicieli.  Zdawał  sobie  zresztą  sprawę,  że 
legenda o Dobrotliwych to tylko bajka, nic więcej.

 

„Może się jednak poddać? - pomyślał i na chwilę znieruchomiał aż pod wpływem tego 

pomysłu. - Nigdy! Lepiej już rozwalić się samemu, niż wysługiwać się Kotom!”

 

Klucząc między drzewami, ostrożnie podkradł się do miejsca, gdzie zbiegał się żleb i 

platforma.  Stanął  i  wpatrzył  się  w  wąziutką  ścieżkę,  gdzie  tak  niedawno  zabił  Wielkiego 
Pierwszego. Zdawało mu się, że wieki całe upłynęły od tego wydarzenia.

 

Ruszył  w  dół  żlebem.  Zdążył  przejść  zaledwie  kilka  kroków,  gdy  został  oświetlony 

jaskrawym światłem.

 

- Rzuć broń! - rozległ się głos z ciemności i Jeff poznał głos tłumacza.

 

Partyzant szerokim łukiem wyrzucił w ciemność guner.

 

- Cieszę się Kfiatkofsky, że wreszcie zrozumiałeś! - znów odezwał się tłumacz.

 

-  Chcę  się  widzieć  z  Generalnym  Inspektorem!  -  krzyknął  Jeff.  -  Chcę,  żeby 

zaświadczył o tym, co mi przekazałeś!

 

Dalszą  drogę  przebył  w  niecałe  piętnaście  minut.  W  blasku  reflektorów,  otoczony 

background image

 

coraz  większą  grupą  Kotów,  Jeff  czuł  się  jak  mucha  na  szybie  -  bezbronny,  doskonale 
widoczny. W końcu zszedł do małej dolinki, gdzie mieściło się obozowisko Kotów.

 

-  Musisz  poczekać  trochę  na  Generalnego  Inspektora  -  odezwał  się  tłumacz,  który 

towarzyszył mu w asyście Kotów.

 

Jeff  rozglądał  się  wokół.  Potężne  maszyny,  flyery.  miotacze  ciężkich  cząstek  - 

wszystko  to  było  przygotowane  na  niego  jednego.  Na  mgnienie  oka  zdumiał  się,  w  jaki 
sposób  powstrzymał  tę  nawałnicę  przez  tak  długi  okres  czasu.  Obóz  zapełniał  się  Kotami, 
które  schodziły  z  posterunków,  na  wieść  o  poddaniu  się  partyzanta.  W  pewnej  chwili  gwar 
pisków  ucichł  i  z  głębi  obozu  podszedł  do  Jeffa  ogromny  Kot.  Chwilę  przedtem,  kilku 
najeźdźców zrewidowało partyzanta.

 

Chwilę  patrzyli  sobie  w  oczy.  Jeff  nie  mógł  się  oprzeć  wrażeniu,  że  Generalny 

Inspektor  jest  ślepy  -jednolicie  żółte,  skośne  oczy  Kota  przywodziły  mu  na  myśl 
niewidomego. Coś zaświergotał.

 

- Generalny Inspektor wyraża ci swój podziw i zdumienie, że sam jeden stawiłeś czoła 

jego sługom - przetłumaczył pospiesznie blondyn.

 

Dookoła tłoczyły się Koty chcąc z bliska zobaczyć nieuchwytnego dotąd człowieka.

 

Jeff  słysząc  słowa  tłumacza  uśmiechnął  się  ironicznie.  W  następnej  sekundzie 

wykonał ruch szybki jak błyskawica i po chwili trzymał w ręku odbezpieczony ręczny granat 
atomowy.

 

- Jeśli do mnie strzelą, wypuszczę go z ręki. A wtedy wybuchnie - Jeff powiedział to 

przeraźliwie spokojnie. - To granat obronny o zwiększonym polu rażenia. Rozwali cały obóz, 
wszystkie  maszyny  i  wszystkie  Koty.  Przetłumacz  to  -  dodał  nie  odwracając  oczu  od 
stojącego naprzeciw najeźdźcy.

 

W  miarę  rozumienia,  twarz  Generalnego  Inspektora  zmieniała  się.  Wreszcie,  Jeff 

uchwycił w niej to, na co czekał. Był to wyraz panicznego strachu, który zagościł na obliczu 
Kota.

 

Człowiek  roześmiał  się.  Śmiał  się  długo.  Śmiał  się  nawet  wtedy,  gdy  z  całą  siłą,  na 

jaką było go stać, rzucił granatem o ziemię.

 

Prawdopodobnie  nie  pospieszyłby  się  tak,  gdyby  mógł  zobaczyć  ogromny  statek 

kosmiczny, który właśnie zbliżał się do Ziemi. Być może zdołałby później przekonać jakiegoś 
więźnia, że biała amnestia naprawdę istnieje... 

 

 

digitalised by cranky`