background image

Leigh Michaels

Wszystko w rodzinie

background image

Rozdział 1

Przed miesiącem podano do publicznej wiadomości, że Matthew James 

Garrett   wraca   do   rodzinnego   miasta   i   odtąd   Anne   McKenna   wszędzie 

widziała jego twarz. A przynajmniej takie miała wrażenie.

Podobizny wracającego rozplakatowano w całym mieście. Olbrzymia 

twarz   Garretta   juniora   widniała   przy   wyjeździe   z   uniwersytetu,   a   przy 

każdym kiosku z gazetami wpadał w oczy jego rzymski profil i rozwiane 

włosy. Krzywy uśmiech Garretta na autobusie kiedyś tak bardzo odwrócił 

uwagę Anne, że przeoczyła światła na ruchliwym skrzyżowaniu. Co rano, 

gdy schylała się po leżącą pod drzwiami gazetę, patrzyły na nią ironiczne 

oczy,   a   podpis   pod   zdjęciem   informował:   „Garrett   wraca   do   naszego 

miasta".

Czasem   zastanawiała   się,   czy   jest   jeszcze   ktoś,   kto   nie   wie   o   tym 

wydarzeniu.

Według   niej   prawidłowy   podpis   powinien   brzmieć:   Matthew   James 

Garrett   II   wróci   do   rodzinnego   miasta   pod   koniec   miesiąca.   Zaraz 

pierwszego dnia powiedziała to redaktorowi naczelnemu „Chronicie" i w 

odpowiedzi usłyszała, że dłuższe zdanie ma gorszy rytm. Nie dyskutowała, 

ponieważ rozumiała, że chodzi o to, by wykorzystać okazję i sprzedać jak 

najwięcej   egzemplarzy   gazety.   Od   kilku   lat   opinie   młodego   Garretta 

pojawiały się w „Chronicie" pięć razy w tygodniu, a nieco rzadziej w stu 

innych gazetach w całym kraju. Fakt, że sławny i wielokrotnie nagradzany 

felietonista porzuca Waszyngton i wraca do Lakemontu był nie lada gratką 

dla tutejszego dziennika.

Ostatniego   dnia   września   nagłówek   wreszcie   był   zgodny   z   prawdą. 

background image

Pierwsza   obszerna   relacja   o   triumfalnym   przyjeździe   Matthew   Jamesa 

Garretta   miała   ukazać   się   w   „Chronicie"   nazajutrz,   w   wydaniu 

niedzielnym.   Anne   przypuszczała,   że   będzie   to   felieton   pełen 

sentymentalnych   wzruszeń,   jakie   towarzyszą   powrotowi   do   domu   po 

dwunastu   latach   nieobecności.   Garrett   junior   umiał   pisać   takie   rzeczy. 

Może zamieści ckliwe wyznanie, że po tak długiej nieobecności bardzo 

trudno naprawdę powrócić?

Skończy się szaleństwo i życie w mieście wróci do normy. Matthew 

Garrett zniknie z billboardów i autobusów i znowu zajmie miejsce jedynie 

na   swojej   stronie   w   gazecie.   Dzięki   temu   ci,   których   jego   opinie   nie 

interesują, łatwiej go zapomną.

Anne   nie   mogła   pozwolić   sobie   na   to,   by   go   ignorować,   a   jego 

popularność ją drażniła. Według niej kariera Matthew Garretta stanowiła 

jeszcze   jeden   przykład   niesprawiedliwości   na   tym   świecie.   Gdyby 

felietonista   inaczej   się   nazywał,   a   jego   ojciec   nie   był   właścicielem 

„Chronicie",   nikt   by   go   nie   słuchał   i   nie   podziwiał.   Był   obdarzony 

miernym talentem, więc pisałby reklamy i ogłoszenia handlowe w jakimś 

podmiejskim przewodniku po sklepach.

Uśmiechnęła   się,   gdy   wyobraziła   sobie,   jak   Garrett   junior  zachwala 

stare   samochody.   Na   pewno   robiłby   to   z   przymrużeniem   oka.   Zawsze 

potrafił   zdobyć   się   na   mniej   lub   bardziej   złośliwy,   ale   zawsze   jędrny 

komentarz.   Nie  znała  go  osobiście,   lecz  do  takiego   wniosku  doszła   na 

podstawie jego felietonów.

Odłożyła gazetę i przywołała się do porządku. Matthew Garrett nie był 

wart tego, by szarpała sobie nerwy z jego powodu, a poza tym miała kilka 

pilnych   spraw   do   załatwienia.   W   soboty   po   południu   zwykle   było 

background image

spokojniej   w   redakcji,   wszyscy   mieli   więcej   czasu   i   bez   nerwowego 

napięcia   przygotowywali   wydanie   niedzielne.   Cała   odpowiedzialność 

spadała   na   nią,   a   niestety,   pracowników   było   mało.   Jeśli   po   południu 

wydarzyło   się   w   mieście   coś   bardzo   ważnego,   napięcie   gwałtownie 

wzrastało i numer przygotowywano w gorączkowym pośpiechu.

Głównym powodem, dla którego lubiła swą pracę, były właśnie chwile 

dużego napięcia  i pełnej koncentracji. Mobilizowało  ją to,  że relacje z 

diametralnie różnych wydarzeń musi podać na pierwszej stronie w formie 

czytelnej   całości.   Często   marzyła   na   jawie   o   tym,   jak   opracuje   jakąś 

konkretną historię. Na przykład, gdyby burmistrz przekroczył dozwoloną 

szybkość   i   rozbił   samochód   i   gdyby   towarzyszyła   mu   młoda   i   ładna 

urzędniczka z ratusza...

Stanęła przed szlabanem redakcyjnego parkingu. Strażnik, który akurat 

słuchał transmisji z meczu uniwersyteckich piłkarzy, niedbale rzucił okiem 

na   jej   kartę.   Jadąc   przez   wyludnione   ulice,   myślała,   że   połowa 

mieszkańców   jest   na  stadionie   i  zazdrościła   im,   bo   lubiła   piłkę   nożną. 

Chętnie poszłaby na mecz, ale musiała przygotować niedzielny numer do 

druku.

Zaparkowała samochód z boku, daleko od budki strażnika, wysiadła i 

przez chwilę z przyjemnością oddychała świeżym powietrzem. Jesienne 

niebo   było   bezchmurne,   a   na   wschód   od   wieżowców   lśniła   gładka, 

lazurowa tafla jeziora Michigan. Mimo chłodu plaża nie była pusta; jedni 

ludzie spacerowali, inni biegali, a najodważniejsi nawet się opalali. Anne 

żałowała, że z okna jej pokoju nie ma takiego widoku, ale zaraz pocieszyła 

się, że przecież w pracy i tak nie ma czasu na oglądanie panoramy miasta.

Zza wieżowców wypłynął balon i wiatr poniósł go nad plażę. Był to 

background image

olbrzymi, złocisty balon dziennika „Chronicie". Gdy podmuch wiatru go 

odwrócił, Anne zobaczyła, że został przemalowany. Z oddali patrzyły na 

nią znajome oczy w olbrzymiej twarzy. Pomyślała zirytowana, że gdyby 

miała   pod   ręką   strzelbę,   bez   wahania   podziurawiłaby   uprzykrzoną 

podobiznę. Po chwili ironicznie się uśmiechnęła, gdyż uprzytomniła sobie, 

że to już koniec szaleństwa i wkrótce zapanuje błogi spokój.

Burmistrz nie rozbił samochodu, ale wydarzyło się tyle innych rzeczy, 

że uporała się z pracą dopiero około ósmej. Poczuła głód, ale zamiast iść 

do   restauracji   na   solidny   posiłek,   postanowiła   wziąć   coś   gotowego   z 

automatu na piątym piętrze.

Czekając na windę, niecierpliwie stukała butem w podłogę z czarnego 

marmuru, a gdy podeszła Holly Andrews, rzekła z przekąsem:

– Nie wiem, czy kanapka z tuńczykiem jest warta tego, żeby tracić tu 

tyle czasu.

Młoda reporterka przejrzała się w miedzianych drzwiach windy jak w 

lustrze i poprawiła spódnicę. Anne zdziwiła się, bo Holly dbała o wygląd 

bez przesady, a już najmniej, gdy miała dyżur w sobotę wieczorem.

Holly spojrzała na nią i zdumiona spytała:

– Jedziesz w dół zamiast na górę?

Wyżej znajdowały się jedynie biura zarządu i sale konferencyjne, gdzie 

wieczorami i w soboty na ogół nic się nie działo.

– Po co na górę?

– Nie widziałaś tablicy  ogłoszeń? O, przepraszam, zapomniałam,  że 

miałaś kilka wolnych dni. Pan Jim Garrett wydaje przyjęcie, bo...

– Wita syna marnotrawnego?

– Oczywiście. Dla zwykłych śmiertelników jak my to pewnie jedyna 

background image

okazja, żeby z bliska popatrzeć na osławionego felietonistę.

Anne w duchu przyznała jej rację. W redakcji teoretycznie panowały 

demokratyczne   zwyczaje,   ale   między   niższym   personelem   a   zarządem 

prawie nie było kontaktów osobistych. Oczywiście znała pana Garretta, 

ponieważ   często   bywał   na   cotygodniowych   posiedzeniach,   ale   miała 

poważne wątpliwości, czy wydawca poznałby ją, gdyby spotkali się poza 

redakcją. A Garrett junior? No, on przynajmniej zna jej nazwisko. Chyba 

że jest zarozumiały i tak pewien swych poglądów, że nie czyta cudzych 

tekstów   i   nie   zwraca   uwagi   na   ludzi,   którzy   się   z   nim   nie   zgadzają. 

Niedawno ośmieliła się skrytykować go, a teraz miała cichą nadzieję, że 

na razie uniknie spotkania z synem właściciela gazety.

– Czy zaproszono nas wszystkich? – spytała nieco niepewnie Anne.

– Zaproszono? – Holly ironicznie prychnęła. – Przecież dobrze znasz 

pana Garretta. Według mnie otrzymaliśmy nakaz, a nie zaproszenie.

–   Aha,   rozumiem.   Czyli   idziesz   tam   ze   strachu   przed   szefem.   A 

myślałam, że marzysz o spotkaniu ze zjadliwym felietonistą, który uważa, 

że może na ludziach psy wieszać.

–   Wolne   żarty.   –   Holly   wzdrygnęła   się.   –   Dobrze   ci   radzę,   bądź 

ostrożniejsza w wypowiedziach. Przecież wcale go nie znasz.

– Znają go wszyscy, którzy czytają naszą gazetę, bo nie robi tajemnicy 

ze swoich poglądów i...

Urwała,   gdyż   otworzyły   się   drzwi   i   wysiadła   wysoka   blondynka   w 

długiej   wieczorowej   sukni.   Anne   w   pierwszej   chwili   nie   poznała 

Dominique   Delacourt,   która   wprawdzie   przychodziła   do   pracy   w 

eleganckich sukniach, ale nigdy w balowych.

– Nie czekajcie na mnie – rzuciła Dominique przez ramię. – Pojadę 

background image

następną.

– Widziałaś? – szepnęła Holly. – Czemu wystroiła się jak diabeł na 

Zielone Świątki?

Obie   jednocześnie   odwróciły   się   i   popatrzyły   na   swe   odbicie   w 

drzwiach windy. Anne przygładziła włosy i poprawiła mankiety. Miała na 

sobie zieloną suknię, ładnie uszytą, ale prostą i praktyczną, nie nadającą 

się na eleganckie przyjęcie.

– Może potem idzie na bal. Na przyjęciu u szefa chyba nie obowiązuje 

strój wieczorowy.

– Jeśli to nieprawda, , pewien znany felietonista weźmie nas na język.

– Nie ma obawy, takie płotki jak my są nieważne.

Okazało   się,   że   goście   już   zapełnili   największą   salę   konferencyjną, 

sąsiednie biura i korytarz koło windy. Połowa pracowników „Chronicie" 

była obecna, ale nikt nie wystąpił w wieczorowym stroju. Ponad ogólnym 

gwarem   słychać   było   dwóch   dziennikarzy,   którzy   głośno   krytykowali 

burmistrza   za   obietnice,   że   w   ciągu   roku   całkowicie   zlikwiduje 

przestępczość młodocianych.

– Idę ich posłuchać – oznajmiła Holly.

Anne rozejrzała się i ucieszyła, że nie widzi Matthew Garretta. Drzwi 

do   gabinetu   jego   ojca   stały   otworem,   więc   pomyślała,   że   goście   są 

wprowadzani grupkami, z całym ceremoniałem, jakby przed oblicze króla.

Po prawej stronie stał długi stół, na którym piętrzyły się góry jedzenia. 

Anne   poprosiła   barmana   o   wodę   mineralną   i   poszła   wybrać   coś 

konkretnego.   Po   drodze   wzięła   talerz   i   dwie   kromki   razowego   chleba. 

Chwilę   później   podniosła   wzrok   znad   prawie   gotowej   kanapki   i 

zauważyła, że z gabinetu wychodzi kilka osób, między innymi redaktor 

background image

naczelny, dyrektor działu reklamy, wydawca oraz...

Garrett junior!

Zaskoczyło ją, że wygląda młodziej niż na plakatach. Dlaczego wybrał 

zdjęcie,   które   go   postarza?   Oczywiście   nie   był   stary,   miał   najwyżej 

trzydzieści kilka lat, a wyglądał jak beztroski dwudziestolatek.

Z zainteresowaniem obserwowała go, gdy wmieszał się w tłum, witał z 

mijanymi   osobami   i   przeciskał   między   nimi   sprawnie,   bez 

zniecierpliwienia. Robił wrażenie człowieka, który czułby się dobrze w 

roli polityka. Był wysoki, barczysty, ładnie opalony. Miał taką aparycję i 

wyraz   twarzy,   jakie   podobają   się   wyborcom.   Nowy   elegancki   garnitur 

nosił z taką nonszalancją, jakby to były stare rzeczy.

Anne lekko uśmiechnęła się na myśl, że felietonista ma minę proroka. 

Zaskoczyło ją, że Matthew rozbłysły oczy i po chwili uświadomiła sobie, 

że on zmierza w jej stronę. Z wrażenia zaschło jej w ustach.

Co   to   znaczy?   Co   Matthew   Garrett   może   mieć   do   powiedzenia 

nieznajomej? Dlaczego idzie prosto do niej? Niemożliwe, żeby wiedział, 

kim ona jest.

Garrett   skręcił   w   ostatniej   chwili   i   nałożył   na   talerz   porcję   sałatki 

ziemniaczanej.

Anne   odetchnęła   z   ulgą,   wzięła   plaster   faszerowanego   indyka   i 

przesunęła się w lewo. Czuła się jak tchórz, ponieważ miała ochotę uciec.

Garrett też się przesunął i oboje jednocześnie sięgnęli po oliwki. Anne 

cofnęła   rękę,   ale   Matthew   nałożył   jej   kilka   oliwek   na   talerz   i   rzekł 

półgłosem:

– Nie spodziewałem się, że spotkam tutaj taką czarującą istotę.

W ustach tego człowieka oklepany zwrot był zaskakujący. W dodatku 

background image

słowa,   wypowiedziane   pełnym   podziwu   głosem,   zabrzmiały   fałszywie. 

Anne   wiedziała,   że   podoba   się   mężczyznom,   którzy   lubią   drobne, 

błękitnookie kobiety, ale nigdy nie miała złudzeń, że jest pięknością, którą 

otacza rój wielbicieli.

– Pani milczy? Sądziłem, że pani nigdy nie brak słów.

W jego nieco chrapliwym głosie zabrzmiała nuta ostra jak sztylet. Anne 

pomyślała,   że   skrzyżowanie   szpady   ze   słynnym   felietonistą   to 

przyjemność, jakiej z kolei ona nie spodziewała się na takim przyjęciu. 

Intrygowało   ją,   czy   Matthew   pytał   kogoś   o   nią,   czy   przypadkowo 

dowiedział się, kim jest. Najważniejsze, że tym, co napisała prawie przed 

miesiącem   tak   zalała   mu   sadła   za   skórę,   że   zapamiętał   jej   nazwisko. 

Widocznie krytyka mocno go ubodła i dlatego szukał autorki ostrych słów.

– Milczenie może być bardzo wymowne – powiedziała spokojnie.

– Zaskoczył panią komplement?

–   Nie.   Zdziwiło   mnie,   że   właśnie   pan   nie   zdobył   się   na   nic 

oryginalnego.   Podobno   jest   pan   mistrzem   słowa,   błyskotliwych 

improwizacji...

Matthew znowu rozbłysły oczy.

– Widzę, że w pisemnym ataku jeszcze nie wyładowała pani gniewu. 

Nadal ma pani pretensje o moje nazwisko?

–   Nie   mam   żadnych   pretensji.   Zresztą   nigdy   nie   miałam.   –   Wyżej 

uniosła głowę. – To tylko przekonanie, że gdyby nazywał się pan Smith 

albo   Jensen,   a   nie   Matthew   Garrett   II...   a   propos,   czy   nazywają   pana 

juniorem?

– Rzadko kto ma odwagę.

Matthew oparł się o stojące nieopodal biurko i zaczął jeść sałatkę.

background image

– Gdyby nie nazwisko, nie miałby pan w „Chronicie"

stałego   miejsca   na   felieton,   a   już   na   pewno   nie   byłoby   pańskiej 

podobizny na plakatach, autobusach i balonach.

  – Napiła się wody. – Chociaż według mnie balon byłby najlepszym 

miejscem dla płodów pańskiego pióra.

Matthew wybuchnął głośnym śmiechem.

– Nie słyszała pani, że niebezpiecznie jest zaczynać bój z człowiekiem, 

który kupuje atrament beczkami?

– Niezła przenośnia, ale nie ma w niej ani źdźbła prawdy – odparowała 

Anne. – Pan w życiu nie kupił nawet butelki atramentu. Wszystko załatwia 

tatuś.   –   Położyła   na   kromce   plaster   pieczeni   wołowej   i   obficie   polała 

sosem chrzanowym. – Radzę być ostrożniejszym, bo i ja mam dostęp do 

antałków atramentu.

–   Rozczarowała   mnie   pani.   –   Matthew   przysiadł   na   biurku,   jakby 

szykował się do dłuższej rozmowy. – Zaplątała się pani we własnej logice. 

Jeśli nam wszystkim przysługuje tyle samo swobody, jesteśmy  równi i 

wobec tego nie może chodzić o magię mojego nazwiska.

–   Śmieszny   wykręt...   Ale   dla   przykładu   weźmy   pański   felieton   do 

jutrzejszego numeru.

– O? Już go pani czytała? – spytał zaskoczony. – Czyżby mimo ostrych 

wypowiedzi była pani moją wielbicielką?

–   Musiałam   przeczytać   z   obowiązku.   Jak   już   panu   wcześniej 

mówiłam...

Szeleszcząc   atłasem,   podeszła   Dominique   i   nadstawiła   policzek. 

Matthew posłusznie ją pocałował.

– Cieszę się, że wróciłeś. – Dominique wzięła go pod rękę. – Tylko nie 

background image

myśl, że jestem wystrojona na twoją cześć. Muszę pokazać się na balu w 

Carousel. Ty też powinieneś tam iść.

Anne ukłoniła się i czym prędzej odeszła zadowolona, że Dominique 

wybawiła ją z kłopotu. Nie rozumiała, dlaczego wszczęła kłótnię, powinno 

wystarczyć, że napisała już, co myśli. Dała się złapać, bo Garrett junior 

potrafił umiejętnie zarzucić haczyk.

Od grupy przy drzwiach gabinetu odłączyli dwaj mężczyźni. Jednym 

był wydawca, a drugim adwokat. Obaj mieli zmartwione miny.

– Przyznaję, że on dobrze wygląda – odezwał się prawnik. – I dobrze 

mówi, ale...

– Nareszcie wydoroślał – przerwał Jim Garrett.

Anne   nie   podsłuchiwała   ich.   Posiadała   cenną   w   jej   zawodzie 

umiejętność wyławiania w ogólnym gwarze jednych głosów, a pomijania 

innych.

– Pomysł, żeby jemu powierzyć to stanowisko...

– Ktoś musi trzymać ster.

– Ale przecież nie ma potrzeby ogłaszać następcy już dzisiaj. Pobyt w 

szpitalu potrwa dwa, trzy dni, prawda? Potem ze dwa tygodnie urlopu. Po 

co się śpieszyć i dawać lejce niewprawnemu...

– To nie żaden pośpiech. Po prostu ostatnio częściej zastanawiam się 

nad przyszłym losem mojego dziennika. Nie jestem już taki młody...

Mężczyźni przeszli dalej i ich głosy utonęły w ogólnym szumie.

Anne zrozumiała, dlaczego Garrett junior wrócił. Chodziło o to, żeby 

tradycji stało się zadość. Syn pójdzie w ślady ojca i zostanie wydawcą 

dobrej i poczytnej gazety. Zajmie stanowisko, które czeka na niego od lat, 

od chwili urodzin. Podejmie pracę, do której nie ma kwalifikacji. Ma tylko 

background image

nazwisko.

Poczuła niesmak. Według niej Matthew nie był całkowicie pozbawiony 

talentu,   lecz   umiejętność   bawienia   lub   irytowania   czytelników   w   tym 

wypadku   nie   jest   wystarczającą   kwalifikacją.   Na   wydawcy   ciąży   duża 

odpowiedzialność.

Prawnik widocznie też tak uważał, ale pan Garrett nie chciał słuchać 

krytyki. Wydawca był wszechpotężny i rządził niemal samowładnie, więc 

jeżeli   postanowił   przekazać   władzę   synowi,   nikt   mu   w   tym   nie 

przeszkodzi.   A   zatem   Matthew   James   Garrett   II   prędzej   czy   później 

zostanie jej zwierzchnikiem.

Anne uświadomiła sobie, że zaprezentowała się przyszłemu szefowi z 

nie najlepszej strony. I w dodatku dała mu do zrozumienia, że według niej 

jest niekompetentny, a to tak, jakby podcięła gałąź, na której siedzi.

Podeszła Holly i krytycznie popatrzyła na kanapkę.

– Zlituj się! Jak ty chcesz zjeść taką górę?

Anne spojrzała na talerz, na którym wznosiła się kanapkowa krzywa 

wieża i dodatki, których nie znała nawet z nazwy.

– W ogóle odechciało mi się jeść. Wracam do pracy, bo chyba już za 

długo nic nie robię.

Odstawiła   talerz   i   ruszyła   ku   drzwiom   równym   krokiem,   aby   nie 

sprawiać wrażenia, że ucieka.

Gotowy niedzielny numer załadowano na samochody i teraz nawet w 

razie   największej   katastrofy   nie   zmieniono   by   ani   słowa.   Wszystkie 

wiadomości będą musiały czekać do następnego wydania.

To, że codziennie wszystko zaczyna się od nowa na ogół podobało się 

Anne, ale czasem było trochę zniechęcające. Chwilami żałowała, że nawet 

background image

najciekawsza, najlepiej zredagowana i wydana gazeta po jednym dniu staje 

się   nieaktualna   i   większość   problemów   ulega   zapomnieniu.   Lecz   nie 

wszystkie. Okazało się, że Matthew wciąż pamięta jeden artykuł. Może 

zna cały tekst na pamięć? Włożyła płaszcz, przewiesiła torbę przez ramię, 

pod pachę wsunęła książki. Nie miała ochoty czekać na windę, więc zeszła 

na pomost między budynkiem i parkingiem. Postawiła kołnierz płaszcza, 

bo zrobiła się chłodna jesienna noc. Zajęta szukaniem kluczyków, Anne 

nie słyszała kroków z tyłu. Nagle ktoś schwycił ją i gwałtownie odwrócił.

– Co... – zaczęła gniewnie.

Zawadziła   biodrem   o   samochód,   zachwiała   się   i   wystraszyła,   gdy 

zobaczyła obcego człowieka. Napastnik szarpnął torebkę, a Anne kopnęła 

go z całej siły. Trafiła go w łydkę, ale straciła przy tym but.

Złodziej zaklął i pchnął ją tak mocno, że się przewróciła. Nie puściła 

jednak   torebki   i   zaczęła   krzyczeć.   Usłyszała   głosy   w   oddali,   więc 

krzyczała coraz głośniej. Zdawało się jej, że minęła wieczność, nim ktoś 

zaczął biec. Łobuz puścił torebkę, rzucił się do ucieczki, przeskoczył niski 

murek i zniknął w ciemnościach.

Biegnący na pomoc stanął u szczytu schodów, jakby nie wiedział, czy 

gonić opryszka, czy ratować ofiarę. Po krótkim wahaniu zdecydował się 

na to drugie.

Anne   usiłowała   wstać,   lecz   była   tak   roztrzęsiona,   że   nie   mogła 

skoordynować ruchów.

Mężczyzna stanął nad nią i ujął się pod boki.

– O, to pani! Czy nie słyszała pani, że w takich wypadkach nie należy 

stawiać oporu?

Anne   nie   zdziwiła   się,   że   zgryźliwy   felietonista   krytykuje   ofiarę 

background image

napaści.

 – Gdzie się podział pani zdrowy rozsądek? – ciągnął Matthew. – Takie 

typy są niebezpieczne.

– I dlatego pan go nie gonił? – rzuciła ze złością.

Nadszedł drugi mężczyzna.

–   Matt,   nie   rób   wymówek   poturbowanej   kobiecie.   –   Pan   Garrett 

przyklęknął. – Pani McKenna, prawda?

–   Poturbowana?   –   syknął   Matthew.   –   Gdyby   coś   jej   się   stało,   nie 

mogłaby tak wrzeszczeć. Jej przeraźliwy głos było słychać nad jeziorem.

–   Mogłabym   być   śmiertelnie   ranna,   mieć   wstrząśnienie   mózgu   – 

powiedziała Anne drżącym głosem.

– Sama pani sobie winna, trzeba było oddać torebkę. Są w niej jakieś 

skarby?

Przyklęknął i zaczął umiejętnie sprawdzać, czy nie złamała kości. Anne 

skrzywiła   się,   gdy   dotknął   ręki.   Mogła   jednak   ruszać   palcami,   więc 

przesunął dłonią po drugiej ręce.

– Niech pan nie posuwa się za daleko – rzekła chłodno, gdy powiódł 

dłonią po łydce.

– Dobrze, dobrze.

Gdy dotknął obolałego miejsca na biodrze, mocno się skrzywiła.

– Wezwać karetkę? – spytał zaniepokojony pan Garrett.

– Nie, dziękuję. – Czuła się lepiej, w skroniach już mniej huczało. – 

Tylko trochę się potłukłam.

– Tato, idź zapytać strażnika, czy widział złodzieja.

Anne chwiejnie wstała i oparła się o samochód.

– Chyba trochę za późno, żeby go gonić – mruknęła poirytowana.

background image

– Co według szanownej pani miałem zrobić? – syknął – Matthew. – 

Przelecieć   nad   rampą   i   złapać   zbója?   Niestety,   strój   Supermana 

zostawiłem w samochodzie.

–   Daj   spokój   –   mitygował   go   ojciec.   –   Ciekawe,   czy   strażnik   coś 

zauważył. Pójdę zapytać, ale... – Starszy pan zawahał się. – A co z panią?

– Nie martw się, odwiozę krzykaczkę do domu.

Anne nie miała ochoty protestować, gdyż była zbyt roztrzęsiona, żeby 

prowadzić.

Matthew wziął od niej kluczyki i pomógł wsiąść.

– O, widzę, że Kopciuszek jest bez pantofelka.

–   Spadł,   gdy   kopnęłam   złodzieja   w   łydkę.   Matthew   rozejrzał   się   i 

wrócił z butem.

–   Następnym   razem   niech   pani   kopie   wyżej.   –   Sapiąc,   usiadł   za 

kierownicą. – Gdzie pani kupiła taki samochód? W sklepie z zabawkami? I 

czemu zaparkowała pani w samym kącie? Nic dziwnego, że padła pani 

ofiarą...

–   Samochód   jest   nowy,   nie   chcę,   żeby   mi   go   porysowano...   – 

tłumaczyła się nieporadnie.

–   Więc   zaparkowała   pani   tak,   żeby   panią   poturbowano.   Muszę 

przyznać, że jest w tym specyficzna logika a la Anne McKenna... Bardzo 

proszę, żeby pani nie robiła tego przynajmniej na nocnej zmianie.

– Przepraszam, że zakłóciłam panu spokojny wieczór.

Z jej oczu spłynęła łza, po chwili druga, potem trzecia.

Szok minął i powoli uświadamiała  sobie, co się stało  i co by było, 

gdyby nikt nie przybiegł na ratunek.

– Jakoś przeżyję to zakłócenie.

background image

– Niech pan ze mnie nie drwi. Nie wiem, czemu kopnęłam złodzieja i 

czemu kurczowo trzymałam torebkę. Jestem obolała, mam podartą suknię, 

złamany paznokieć i...

– Mogła pani stracić nie tylko kawałek paznokcia. Anne rozpłakała się 

na dobre.

– Nie zdążyłam zjeść kolacji i... Matthew mruknął coś pod nosem.

– Niech pan nie powtarza, że jestem głupia – wykrztusiła przez łzy. – 

Wiem, że jestem. I nie chcę, żeby pan się do mnie odzywał...

– Coraz lepiej.

Nieoczekiwanie objął ją i pocałował. Nie mogła się odsunąć, zabrakło 

jej   tchu,   w   głowie   się   zakręciło.   Gdy   Matthew   się   odsunął,   najpierw 

głęboko odetchnęła, a potem wybuchnęła:

– Ty erotomanie! Powinnam...

– Naprawdę nikt przede mną się nie ośmielił? – Matthew miał bardzo 

zadowoloną minę. – Pyskata istoto, to jedyny sposób, żeby zamknąć ci 

usta. Ale odpowiedz na jedno zasadnicze pytanie: co chcesz zjeść?

– 

background image

Rozdział 2

– Nie musisz mnie karmić...

– Nawet nie powinienem, bo przygotowałaś sobie wielką kanapkę, a nie 

zjadłaś ani kęsa. To teraz najmodniejszy sposób na odchudzanie? Robi się 

olbrzymią kanapkę po to, żeby zostawić na stole?

Anne zarumieniła się ze wstydu, że zauważył tę gafę, lecz nie powinno 

to jej dziwić. Wiedziała, że znany felietonista ma bystre oko.

Matthew zaczął pogwizdywać, trochę fałszując.

Strażnik wyszedł z budki i zajrzał do samochodu. Tym razem spełniał 

swój obowiązek, jak należy. Szkoda, że przedtem nie pilnował parkingu 

tak, żeby nie wszedł nikt obcy.

–   Pani   McKenna?   Jak   się   pani   czuje?   Niestety,   nic   nie   widziałem. 

Gdybym kogoś zauważył, wezwałbym policję, naprawdę.

– Niech pan się nie tłumaczy – rzekł Matthew. – Złodziej mógł tam 

długo czatować.

–   O!   –   Anne   wzdrygnęła   się.   –   Teraz   nigdy   nie   będę   czuła   się 

bezpieczna.

Matthew   uśmiechnął   się   z   przymusem,   pożegnał   strażnika   i   mocno 

nacisnął   pedał   gazu.   Anne   nie   miała   siły   prosić,   by   mniej   brutalnie 

obchodził   się   z   jej   nowym   samochodem.   Trzy   ulice   dalej   skręcił   na 

niewielki parking i popatrzył na migające czerwone światła.

–   Lubisz   chińską   kuchnię?   Chyba   taka   jest   w   tym   „Czerwonym 

Smoku".

Anne zerknęła na rozdarty rękaw.

– Lepiej zawieź mnie prosto do domu.

background image

–   Nie   mogę.   bo   nie   zdradziłaś,   gdzie   mieszkasz.   Zaczekaj,   zaraz 

wracam.

Ucieszyła   się,   że   nie   kazał   jej   iść   między   ludzi.   Miała   dziury   w 

pończochach,   rozdarty   płaszcz,   potargane   włosy   i   na   pewno   wyglądała 

okropnie.   Z   drugiej   strony   trochę   zabolało   ją,   że   Matthew   wstydzi  się 

pokazać z nią nawet w podrzędnym lokalu. Naprawdę zaś miałaby mu za 

złe, jakkolwiek by postąpił.

Wrócił zaledwie po kilku minutach z trzema sporymi pakunkami.

– Tyle mam zjeść? – zawołała zdumiona.

– Nie wiem, jakie masz możliwości, ale pamiętam tę twoją kanapkę. 

Poza   tym   wcale   nie   myślałem   tylko   o   tobie.   Przygoda   ze   złodziejem 

zaostrzyła mi apetyt.

Anne ugryzła się w język, bo nie wypadało sprzeciwiać się temu, że 

wybawca wprasza się na kolację. Tym bardziej że sam kupił jedzenie.

– Mieszkam na osiedlu Sherwood Forest przy Windsor Avenue.

– Ładna dzielnica. Nowy dom, nowy samochód... Nie wiedziałem, że w 

naszej redakcji tak dobrze się zarabia.

Nie było w tym cienia krytyki, lecz Anne poczuła wzbierającą złość.

– Pewno pierwsze, co zrobisz, to obetniesz nam pensje – wycedziła 

zimno. – Nie muszę się spowiadać, ale ci powiem, że dom wynajmuję, a 

samochód mam nowy tylko dlatego, że przed miesiącem pewna pani tak 

się dokądś śpieszyła, że przejechała na czerwonych światłach i zmiażdżyła 

mojego grata.

– Poddaję się. – Matthew podniósł ręce. – I błagam o zawarcie pokoju. 

Ośmieliłem się tylko skomentować, że świetnie sobie radzisz...

– Powiedzmy. No, kładź ręce na kierownicy, bo moje ubezpieczenie nie 

background image

jest takie wysokie, jak tamtej kobiety. Uważaj, zaraz skręcamy.

Matthew wjechał na osiedle i rzekł zawiedziony:

– Jak zwyczajnie. Nazwa sugeruje, że jest tu fosa, zwodzony most, 

wieże...

– Coś ty! Fosa na nowym osiedlu?

– Jeśli nazwano je Sherwood Forest, to przynajmniej należało posadzić 

drzewa, żeby był las.

– Posadzili.

– Gdzie? – Krytycznie popatrzył na mikroskopijny trawnik z jednym 

jedynym  klonem.   –   Ale   drzewo!   –   Zaczaj   wyciągać   jedzenie.   –   To   ja 

jestem wyższy.

Wysiadając,   Anne   jęczała   i   przy   każdym   kroku   czuła   ból   we 

wszystkich mięśniach.

– Proszę klucze – zawołała.

– Trzymaj! – Matthew rzucił klucze. – Zapomniałaś o cennej torebce. 

Tak dzielnie jej broniłaś, że szkoda, żeby zginęła z samochodu.

Anne   niechętnie   zawróciła   i   wzięła   torebkę.   Matthew   stanął   w 

maleńkim przedpokoju i głową prawie zawadził o lampę.

 – Cofam wszystko, co powiedziałem – rzekł cicho.

 – To dom dla lalek, czyli nie wiedzie ci się tak dobrze, jak myślałem.

Anne w duchu przyznała, że dom jakby zmalał. Matthew był szczupły, 

ale tak wysoki, że zajmował więcej miejsca niż inni znajomi.

–   Idź   się   przebrać   i   obejrzeć   stłuczenia,   a   ja   zajmę   się   herbatą   – 

zarządził. – Chyba że wolisz kieliszek alkoholu.

– Mówisz jak moja babcia.

–   Znowu   marudzisz.   Postaram   się   zmienić,   jeśli   wolisz,   żebym   nie 

background image

mówił jak twoja babcia.

Wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu i zniknął w kuchni.

Anne z trudem weszła na piętro i się rozebrała. Suknia była mocno 

podarta,   pończochy   do   wyrzucenia,   jeden   pantofel   zdeformowany.   Na 

twarzy miała ślady zadrapań, na biodrze wielkie sińce.

Nie oglądała się dalej. Wolała nie wiedzieć, czy za parę godzin cała 

będzie   sina   i   obolała.   Dowie   się   bez   oględzin.   Poza   tym   im   szybciej 

zejdzie na dół, tym prędzej Matthew zje kolację i się pożegna, a wtedy 

będzie mogła wykąpać się i iść spać. Włożyła szare dresy i powlokła się na 

dół.

Pudła z chińskimi przysmakami już stały na szklanym stoliku, okna 

były   zasłonięte,   a   Matthew   klęczał   przed   kominkiem   i   rozpalał   ogień. 

Anne pomyślała, że niespodziewany gość czuje się jak u siebie w domu. Z 

jękiem opadła na fotel.

Matthew przysiadł na piętach i bacznie się jej przyjrzał. Widocznie nie 

dostrzegł nic niepokojącego, bo znowu się odwrócił. Gdy wreszcie udało 

mu się rozpalić ogień, usiadł na dywaniku.

– Chcesz, żebym kogoś zawiadomił?

– Nie.

– Mieszkasz w Lakemoncie sama? Uprzejme pytanie rozdrażniło ją.

– Wcale nie. Mam tu rodziców i dwóch braci, ale nie widzę powodu, 

żeby niepokoić ich w środku nocy.

– Słusznie. Ja raczej zastanawiałem się, czy za chwilę nie przyjdzie 

ktoś, kto źle zrozumie moją obecność.

Rozległ się gwizdek, więc Matthew wyszedł, lecz nie wracał tak długo, 

że zniecierpliwiona zajrzała do kuchni i zobaczyła, że Matthew wpycha 

background image

torebkę herbaty do kubka z wrzątkiem.

– Nie wiesz, że się nie utopi? – spytała, siląc się na żartobliwy ton.

Matthew   ujął   ją   pod   brodę,   odwrócił   twarzą   do   światła   i   obejrzał 

zadrapanie. Anne odsunęła jego dłoń i wyjęła z szafki talerze.

– Fakt, że nie umiesz przygotować herbaty, świadczy, że pijesz coś 

innego. W lodówce jest piwo.

Matthew bez słowa wyjął butelkę importowanego piwa i przyszedł do 

pokoju.

– Może ty też wolisz piwo?

–   Nie.   –   Zdegustowana   rzuciła   okiem   na   butelkę.   –   Nigdy   nie 

przepadałam za tym napojem.

– Hmm, ktoś ma dobry gust.

Puściła   jego   uwagę   mimo   uszu,   ostrożnie   usiadła   na   kanapie   i 

otworzyła   jedno   pudełko.   Po   pokoju   rozszedł   się   zapach   pieczonej 

wołowiny.

Matthew   dorzucił   drew,   a   potem   obejrzał   wiszące   nad   kominkiem 

zdjęcie.   Było   na   nim   czterech   chłopców   i   czarnowłosa,   pucołowata 

dziewczynka w niebieskiej sukience i z książką na kolanach.

– Wspomniałaś o dwóch braciach.

– Mówiłam o tych, którzy mieszkają tutaj. Dwóch wyprowadziło się z 

Lakemontu. Chcesz poznać ich po imieniu? Pierwszy z lewej to Patrick, 

obok Brendan, Colin i Rowan...

Matthew spojrzał na nią rozbawiony.

– Niezły dobór imion. Jak to się stało, że ty jesteś zwykłą Anne?

–   Nie   wiem,   ale   całe   szczęście,   że   zabrakło   rodzicom   fantazji. 

Codziennie   dziękuję   aniołowi   stróżowi,   że   nie   pozwolił   nazwać   mnie 

background image

Bridget.

– Niezbyt do ciebie pasuje...

Anne zajrzała do drugiego pudełka, w którym był kurczak pachnący 

czosnkiem.

–   Chyba   wyczuwam   aluzję,   że   powinnam   przeprosić   za   to,   co 

napisałam...

– Ja i aluzje? – obruszył się Matthew. – Nie zniżam się do czegoś 

takiego. – Postawił butelkę na stole. – Ale jeśli uważasz, że powinnaś...

– Uprzedzam, że nie mam najmniejszego zamiaru – dokończyła, jakby 

nie słyszała, że jej przerwał.

– O, widzę, że już lepiej się czujesz i nie wpadniesz w histerię.

– Jesteś rozczarowany?

– Trochę. Myślałem,  że będę miał okazję zobaczyć z bliska,  jak to 

wygląda.

– Anne trochę się odprężyła. Jadła kurczaka machinalnie, wpatrzona w 

płomienie.   Trzaskanie   ognia   zawsze   wpływało   na   nią   kojąco,   prawie 

hipnotycznie.

– Miło  tu,  chociaż ciasno  – odezwał się  Matthew. – Mieszkania  są 

drogie?

– Owszem. Z jednej strony rozbudowuje się uniwersytet, a z drugiej 

szpital, więc na domy zostaje niewiele miejsca. Ale czemu się martwisz? 

Zamieszkasz z ojcem, prawda?

–   Na   razie,   póki   nie   wydobrzeje   po   operacji.   Potem   podziękuję   za 

gościnę i poszukam jakiegoś lokum.

Anne   rozumiała   go.   Sama   też   nie   mogła   doczekać   się   własnego 

mieszkania, chociaż bardzo kochała rodziców i w domu stosunki układały 

background image

się idealnie.

– Dopiero dziś usłyszałam, że twojemu ojcu grozi operacja.

–   Naprawdę?   Mówiłem   mu,   że   nie   utrzyma   tego   w   tajemnicy,   ale 

jednak   on   miał   rację.   A   wy   powinniście   się   wstydzić.   Co   z   was   za 

dziennikarze, jeśli nie wiecie o chorobie własnego wydawcy?

Anne nie dała się sprowokować.

– Mam nadzieję, że to nic poważnego.

–   Niestety,   sprawa   wygląda   dość   poważnie,   bo   chodzi   o   naczynia 

wieńcowe.

– Ale pobyt w szpitalu potrwa tylko kilka dni, prawda?

–   Tak.   Dzięki   najnowszym   osiągnięciom   operacja   jest   mniej 

ryzykowna.   Mimo   to   nie   jest   to   bagatela.   Lekarz   chciał   operować   już 

miesiąc temu, bo każdej chwili grozi atak, ale ojciec uparł się, że zaczeka 

na mnie.

–   Anne   pomyślała,   że   na   wypadek   gdyby   powrót   do   zdrowia   był 

wolniejszy, niż lekarze przewidują. Zrozumiała, że Matthew wie, czego 

ojciec   oczekuje   od   niego,   i   godzi   się   na   przejęcie   obowiązków.   A 

przynajmniej wrócił w rodzinne strony.

– Czyli masz to po ojcu. . – Co takiego?

– Upór.

–   Ja?   Przyznaję,   że   ojciec   posiada   tę   cechę,   ale   ja   jestem   tylko 

stanowczy i wytrwały.

– Jesteś uparty jak osioł. Ale nie rozumiem cię, bo nie pasujesz mi do 

żadnego   wzoru.   Ledwo   dochodzę   do   wniosku,   że   jesteś   zagorzałym 

liberałem, wyskakujesz z czymś, co jest niemal wsteczne.

– Między innymi na tym polega mój urok.

background image

–   Jaki   urok?   Weźmy   felieton   o   ewentualnym   trzęsieniu   ziemi   w 

Kalifornii.   Tylko   ktoś   bez   serca   może   mówić,   że   rząd   nie   powinien 

pomagać ofiarom.

– Nic takiego nie powiedziałem – zawołał oburzony. – Stwierdziłem 

tylko, że nikt tym ludziom nie kazał budować się na linii uskoku. Jeśli 

stawiają   tam   domy   i   się   nie   ubezpieczają,   czemu   podatnik   ma   ich 

wspierać?   Mnie   nikt   by   nie   pomógł,   gdybym   rozwalił   samochód,   bo 

chciałem przez dżunglę pędzić sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. A 

to tak samo nierozsądne...

– Założę się, że krytykujesz nawet Świętego Mikołaja. Mam rację?

–   Owszem,   bo   ze   świętego   dobroczyńcy   zrobiono   naganiacza   do 

sklepów.   W   różnych   niby   dobrych   akcjach   często   kryje   się   jakaś 

machlojka.

– Anne dyskretnie ziewnęła.

– Czy aby nie jesteś za młody, żeby być sędzią moralności?

– Ktoś musi być.

Powiedział to poważnie, ale łagodnym tonem, więc Anne roześmiała 

się, zamiast zirytować.

–   Ogień   już   przygasa...   Och,   teraz   sobie   uprzytomniłam,   że   nie 

zawiadomiliśmy policji.

Matthew rozniecił ogień i usiadł przed kominkiem po turecku.

– Na pewno ojciec się tym zajął. Jutro policjanci cię przepytają, ale 

niewiele to da, jeżeli nie rozpoznasz złodzieja.

– Wiem tylko, że jest prawie dzieckiem. Chyba go nie rozpoznam, bo 

nawet nie zauważyłam koloru włosów. Wszystko działo się tak szybko...

– Ja tylko widziałem niebieskie dżinsy i czarną kurtkę ze skóry, ale tak 

background image

ubiera się połowa wyrostków nie tylko tutaj.

–   Wolałabym,   żeby   mama   nie   przeczytała   w   „Chronicie"   o   mojej 

przygodzie.

– A co z wolnością prasy? Teraz tyle się o tym dyskutuje. My też to 

przerobiliśmy, prawda?

Anne szeroko ziewnęła.

– Czy chodzi o twoje twierdzenie,  że wolność jest zagwarantowana 

tylko dla współwłaścicieli gazet?

–   Wmawiasz   mi   swoją   opinię.   Muszę   ci   przyznać,   że   nawet   jeśli 

zupełnie nie masz racji, wyrażasz swoje zdanie w bardzo dobrej formie.

Nie wiedziała, jak zareagować, więc powiedziała:

– Moje zeznania niczego nie zmienią i policja opryszka nie znajdzie, bo 

mają za mało ludzi.

– Poza tym teren jest prywatną własnością, więc i tak nic nie mogą 

zdziałać.   Ale   nie   martw   się   o   to.   Postaramy   się   zapewnić   większe 

bezpieczeństwo, niezależnie od ewentualnych kosztów.

Anne pomyślała, że Matthew już wyraża się jak prawdziwy dziedzic. 

Jeszcze chwilę rozmawiali, ale czuła się coraz bardziej zmęczona.

– Dziękuję ci, że mnie odwiozłeś, lecz jest już późno i marzę o kąpieli.

– Chcesz, żebym cię pilnował?

– Coo? – Przyjazne uczucia prysły jak bańka mydlana. – Poradzę sobie 

sama.

– Nie miałem nic złego na myśli. Po prostu wolałbym być pewien, że 

nie zaśniesz w wannie i...

– Nie utopię się.

– To dobrze, bo byłoby mi przykro. Czy panna McKenna wie, że jest 

background image

krótkowzroczna? Wielka szkoda, bo moglibyśmy miło spędzić czas.

– Wątpię.

Zamknęła  za nim drzwi i zasunęła zasuwę. Nawet nie zapytała, jak 

wybawca dostanie się do domu.

Rudy Balfour stał na środku ścieżki, z której zgrabiała liście.

– Jaki napad? Kochanie, o czym ty mówisz?

Anne   nie   mogła   sobie   darować,   że   przyznała   się,   jaka   przykrość   ją 

spotkała. W żadnym razie nie była to sprawa byłego narzeczonego. Lecz 

Rudy zauważył zadrapanie na policzku i złośliwie spytał, czy to pieczątka 

nowego   adoratora.   Po   takim   dictum   Anne   musiała   się   przyznać.   Nie 

widziała Rudy'ego przez dwa tygodnie i była zła, że zjawił się akurat w 

takim momencie.

– Nie rozumiesz prostych słów? Facet mnie popchnął, przewrócił i...

– Przewrócił cię? – Rudy obejrzał ją od stóp do głów. – Dobrze, że nic 

ci się nie stało.

Dobre było to, że Rudy nie widział sińców na całym ciele. Biodro było 

zupełnie   czarne!   Bezczynne   siedzenie   w   domu   byłoby   torturą,   więc 

zabrała się do grabienia liści, mimo że bolały ją wszystkie mięśnie.

– Przesuń się w prawo.

– O, przepraszam. – Rudy odskoczył w bok. – Wiesz, że nie należy 

nosić przy sobie pieniędzy.

– Miałam raptem dziesięć dolarów.

– To dobrze. Oczywiście szkoda karty kredytowej i...

Anne   nie   raczyła   powiedzieć   mu,   że   nie   straciła   torebki.   Rano 

przyznała   rację   Matthew,   że   żadne   pieniądze   nie   są   warte   bólu   całego 

ciała. Rozsądna osoba nie broniłaby torebki, w dodatku prawie pustej.

background image

Rudy zauważył, że się skrzywiła, ale źle zinterpretował przyczynę.

– Chyba nie powiesz, że zapomniałaś zablokować konto? Anne, jesteś 

niemądra...

–   Przestań   na   mnie   krzyczeć.   Rano   już   tyle   nasłuchałam   się   od 

policjantów, że bokiem mi wyszło.

Rudy nagle rzucił z podziwem:

– Och, popatrz!

Spodziewała się, że ujrzy jakąś piękną kobietę, a tymczasem zobaczyła 

powoli jadący samochód. Ale jaki! Był to olbrzymi, bardzo stary kremowy 

kabriolet ze spuszczonym dachem. Z samochodu wysiadł mężczyzna w 

ciemnych okularach.

– Matthew Garrett – jęknęła, nie przestając grabić.

–   Garrett?   –   powtórzył   Rudy.   –   Wygląda,   jakby   grał   Wielkiego 

Gatsby'ego.

Anne uśmiechnęła się. Matthew na pewno usłyszał głośną uwagę, ale 

zachował kamienną twarz. Podszedł i bez powitania rzekł:

– Ojciec kilkakrotnie próbował dodzwonić się do ciebie, żeby zapytać, 

jak   się   czujesz.   Niepokoi   się,   bo   odpowiadała   tylko   sekretarka.   Ja   też 

zacząłem się martwić. Nie powinienem był zostawić cię w takim stanie...

– Myślałeś, że utonęłam w wannie?

Matthew   zerknął   na   Rudy'ego,   który   wpatrywał   się   w   kabriolet   i 

widocznie nie słyszał wymiany zdań.

–   Widzę,   że   wyszłaś   z   tego   obronną   ręką.   Dobrze   dziś   wyglądasz, 

oczywiście jak po takim przeżyciu.

– Łatwo ci mówić, bo nie widziałeś siniaków.

– Czy to zaproszenie, żebym obejrzał?

background image

– Nie.

– Szkoda. – Wziął grabie i sprawnie zgarnął liście. – To Pierce Arrow – 

rzucił przez ramię do Rudy'ego, który nie odrywał oczu od samochodu. – 

Z ostatniego roku, gdy wyprodukowano tylko kilka.

– Wiem – szepnął Rudy z nabożnym szacunkiem. – Wyprzedzili czasy 

o pięćdziesiąt lat.

– Co najmniej.

–   Anne,   zła,   że   spotkało   się   dwóch   zapalonych   samochodziarzy, 

niechętnie dokonała prezentacji.

– Rudy wykłada współczesną literaturę. Uniwersytet niedawno wydał 

jego pierwszą powieść...

– Gratuluję – rzekł Matthew obojętnie. – Jeśli ma pan ochotę dokładnie 

obejrzeć wóz, bardzo proszę.

Wzmianka o powieści usunęła Pierce Arrow na dalszy plan.

– Książka ma doskonałe recenzje. – Rudy rozpromienił się. – Właśnie 

przyniosłem Anne jeden z pierwszych egzemplarzy.

– Ładnie z pana strony.

– Panu też chętnie przyślę.

Matthew wziął książkę w jaskrawej okładce, zerknął na tytuł, przerzucił 

kilka kartek i powiedział z rozbrajającą szczerością:

– Nie, dziękuję. Gdyby mi pan przysłał, musiałbym napisać recenzję, a 

wtedy nasza świeża znajomość mogłaby ucierpieć.

Rudy wyprostował się i przycisnął książkę do piersi.

– Nawet lepiej, bo pan i tak by jej nie zrozumiał.

Pan jeszcze nigdy nie wysilił się na bardziej złożoną myśl, bo taka nie 

pasuje do krótkiego felietonu.

background image

Anne z zapartym tchem czekała na reakcję Matthew. Nie wątpiła, że 

były   narzeczony   zostanie   zmiażdżony   w   kilku   słowach.   A   to 

niesprawiedliwe, ponieważ Matthew pierwszy obraził Rudy'ego, który był 

dumny z książki, jak z pierworodnego dziecka.

Matthew popatrzył na Rudy'ego jakby ten był niegrzecznym chłopcem i 

zwrócił się do Anne:

– Ojciec zaprasza cię na kolację, bo chce zobaczyć, czy nic ci się nie 

stało.

Wskazał plastikową torbę pod drzewem. Anne przy trzymała ją, a on 

zaczął wrzucać liście.

– Będzie mi miło – bąknęła zdziwiona, że pan Garrett niepokoi się o jej 

zdrowie.

–   O   siódmej   u   nas   w   domu.   Ojciec   oddelegował   mnie   jako 

taksówkarza. – Wrzucił ostatnie liście. – Źle oceniłem to drzewko, bo jest 

małe,   ale   poważnie   traktuje   obowiązek   produkowania   liści.   Do 

zobaczenia.

Zostawił   torbę   przy   krawężniku   i   odjechał.   Gdy   samochód   zniknął, 

Rudy rzekł z pretensją:

– Przyszedłem zaprosić cię na wieczór poetycki.

Anne wolała nie przyznawać się, że nie skorzystałaby, nawet gdyby 

miała czas.

– Trudno, żebym odmówiła szefowi z powodu propozycji, o której nic 

nie wiedziałam.

– Nie zdążyłem powiedzieć, bo Garrett tu wparował i zachowywał się, 

jakby był właścicielem.

Ty   przedtem   też   tak   postępowałeś,   pomyślała   Anne.   Przed   dwoma 

background image

miesiącami   oddała   mu   pierścionek   zaręczynowy   i   odwołała   ślub 

zaplanowany   na   lato.   Rudy   mylił   się,   jeżeli   sądził,   że   odzyska   dawne 

prawa.

–   Zresztą   nawet   lepiej,   że   nie   mogę   z   tobą   iść,   bo   mama   pewnie 

przyjdzie, a nie chcę, żeby zobaczyła, jak wyglądam.

Rudy jakby nie słyszał.

–   Czemu   on   wrócił   do   Lakemontu?   Waszyngton   jest   najlepszym 

miejscem dla takich złośliwych facetów.

– Może doszedł do wniosku, że lepiej zobaczyć ośrodek władzy z innej 

perspektywy. Poza tym dobre felietony można pisać wszędzie.

Zdziwiła   się,   że   stanęła   w   obronie   człowieka,   którego   sama   ostro 

krytykowała.

– Złe też – mruknął Rudy. – No, mam nadzieję, że tobie książka się 

spodoba. Do widzenia.

Po jego odejściu Anne schowała grabie i wróciła do domu. Włączyła 

poduszkę   elektryczną,   przyniosła   gorącą   czekoladę   i   książkę   –   ale   nie 

powieść Rudy'ego – jako nagrodę za wykonaną pracę. Nagroda nie bardzo 

jej przysługiwała, bo liście zgrabił i wyrzucił ktoś inny.

Ale musiałam znosić towarzystwo Rudy'ego i Matthew, a to też trudne 

zadanie, pocieszyła się.

Zrobienie   makijażu   zajęło   jej   więcej   czasu   niż   zwykle,   lecz   ukryła 

zadrapania. Zdążyła wpiąć kolczyki, gdy rozległ się dzwonek. Trzymając 

pantofle w ręce, zeszła na dół i otworzyła drzwi.

Matthew obrzucił ją spojrzeniem, które odczytała jako krytykę swego 

wyglądu. Pół dnia zastanawiała się, jak się ubrać na kolację u wydawcy. 

Widocznie mylnie oceniła sytuację, bo w oczach przybyłego czarna suknia 

background image

z   długimi   rękawami   okazała   się   niegustowna,   a   srebrny   naszyjnik 

tandetny.

Matthew wskazał pantofle.

– Czy to tutejszy styl? Nosi się zamiast torebki?

Anne   nie   odpowiedziała,   lecz   oparła   się   o   niego   i   wsunęła   buty. 

Matthew podtrzymał ją i przyciągnął, gdy chciała się odsunąć. Spojrzała 

na niego i zaraz umknęła wzrokiem.

– Chyba nie będziesz dziś milczeć jak zaklęta? rzekł z lekką ironią.

– Wiem,  że wczoraj powiedziałam  dużo rzeczy, które  lepiej byłoby 

zatrzymać dla siebie.

– Mówisz o tych przed napadem czy po?

Anne spąsowiała.

– O, nie wiedziałem, że kobiety jeszcze się rumienią. – Pogładził ją po 

dłoni.   –   Jesteś   czarującym   splotem   sprzeczności,   który   chętnie   bym 

rozplatał...

– Chodź, bo się spóźnimy.

Matthew zaśmiał się i podał jej płaszcz. Postanowiła, że tym razem 

będzie panować nad sobą, ale na widok czerwonego wozu sportowego 

zawołała:

–   Rozczarowałeś   mnie.   Chciałam   marzyć,   że   jestem   Kopciuszkiem, 

który jedzie karocą... przepraszam, kabrioletem. ..

–   Zmarzłabyś,   bo   jeszcze   nie   naprawiono   dachu.   Ale   obiecuję,   że 

kiedyś zabiorę cię na przejażdżkę. Weźmiemy koszyk z jedzeniem, koc i 

poleżymy sobie pod drzewem...

– Ja tylko żartowałam.

– Przedyskutujemy bolączki naszego społeczeństwa... – Zerknął na nią 

background image

przelotnie. – Czy Rudy pomyśli, że zakradam się do jego ogródka?

Anne nie odpowiedziała.

– Wczoraj piłem jego piwo, prawda?

– Nie. Moje.

–   Ale   kupiłaś   dla   niego?   Wiem,   że   jesteście   zaręczeni   i   macie   się 

pobrać.

– Już nie – odparła, nim pomyślała, że lepiej trzymać język za zębami. 

– Skąd wiesz?

–   Po   południu   byłem   w   redakcji,   przeglądałem   stare   teczki   i 

zauważyłem ogłoszenie o waszych zaręczynach.

– Dałaś fatalne zdjęcie. – Zasępił się. – O co wam poszło? Rudy rzucił 

cię i uciekł sprzed ołtarza?

– Nikt nikogo nie rzucił, a do ołtarza było bardzo daleko. Jedne związki 

rozlatują się z hukiem, inne po cichu. Nasz powoli się rozpadał, bo mnie 

nie odpowiadały humory Rudy'ego, a jemu godziny mojej pracy.

– To on jest gorszym cholerykiem niż ty? Nic dziwnego, że się wściekł, 

gdy oddałem mu książkę.

–   Mogłeś   postąpić   delikatniej.   To   prawda,   że   recenzje   są   bardzo 

dobre...

Matthew prychnął pogardliwie.

–   Tym   bardziej   nie   należy   tego   czytać.   Książki,   które   mają   dobre 

recenzje, przyprawiają mnie o mdłości.

–   Nic   dziwnego.   Przecież   dla   zasady   kłócisz   się   z   każdą   ogólnie 

przyjętą opinią.

– Nieprawda. Tylko wtedy, gdy ogół nie ma racji. A w sprawie książek 

zwykle się myli. Znasz definicję powieści literackiej?

background image

– Oficjalną czy twoją?

–   To   książka,   którą   jakieś   sto   osób   kupi   i   położy   na   widocznym 

miejscu,   żeby   imponować   znajomym.   Pięć   osób   spróbuje   przeczytać, 

jedna coś niecoś zrozumie, ale nikomu powieść się nie spodoba. Jednak 

każdy z tych stu stwierdzi, że rzecz jest doskonała i głęboka, bo nie chce 

wyjść na głupca w oczach znajomych, którzy też kupili to dzieło i położyli 

na stoliku, żeby...

–   Brawo!   –   Anne   klasnęła   w   ręce.   –   To   cytat   z   felietonu,   który 

przeoczyłam, czy wymyśliłeś na poczekaniu?

Matthew zerknął na nią rozbawiony.

– Wiedziałem, że długo nie wytrzymasz bez ataku.

Z   Sherwood   Forest   na   zachodnich   obrzeżach   miasta   do   Pemberton 

Place   nad   jeziorem   było   dość   daleko.   W   Pemberton   Place   dawniej 

mieszkali najważniejsi ludzie, potomkowie pierwszych osadników, którzy 

przybyli tu, gdy miasto powstawało. Niektórzy, tak uparci jak Garrettowie, 

zostali   w   tej   dzielnicy,   mimo   że   większość   zamożnych   mieszkańców 

wyprowadziła się na przedmieścia.

Dom   pana   Garretta,   z   kamienia,   cegły   i   drewna,   był   jednym   z 

mniejszych,   lecz   i   tak   duży.   Okna   na   parterze   były   oświetlone,   a 

wypolerowane kryształowe gomółki wyglądały jak duże diamenty.

Drzwi otworzył siwowłosy  kamerdyner, który wziął płaszcz Anne z 

takim uszanowaniem, jakby brał futro z norek.

Anne zrozumiała, dlaczego jej dom wydał się Matthew malutki. Tutaj 

przedpokój, wysoki na pięć metrów, był większy niż u niej cały parter. 

Ściany były wyłożone boazerią z orzecha, a posadzkę przykrywał perski 

dywan.

background image

Podszedł pan domu i ujął jej dłonie w swoje.

– Dobry wieczór. Cieszę się, że pani dobrze wygląda po tak okropnym 

przejściu. Zapraszam dalej. – Weszli do biblioteki z dużym kominkiem. – 

Czego pani się napije? Sherry czy czegoś innego?

Nie czekając na odpowiedź, nalał sherry.

Anne usiadła w fotelu koło kominka i wypiła łyk alkoholu, którego nie 

lubiła. Popatrzyła na panów i ze zdumieniem stwierdziła,  że są bardzo 

podobni nawet w gestach i sposobie poruszania się.

– Rozmawiałem z synem o zajściu i oczywiście zadbamy, żeby była 

lepsza   ochrona   –   rzekł   pan   Garrett.   –   Od   dzisiaj   będą   strażnicy   przez 

okrągłą dobę. Byłoby jednak bezpieczniej, gdyby pani przestała tak późno 

pracować. Anne zakrztusiła się i przez chwilę mocno kasłała. Miało to ten 

plus, że zdążyła zastanowić się nad tym, co usłyszała. Nie wątpiła, że pan 

Garrett ma dobre intencje, lecz nie wziął pod uwagę wszystkich aspektów.

– Czy jest pan niezadowolony z tego, jak wywiązuję się z obowiązków? 

– zapytała spokojnie.

– To nie kwestia kompetencji...

–   I   właśnie   w   tym   rzecz.   –   Odstawiła   kieliszek   i   splotła   dłonie.   – 

Podpisałam umowę, według której praca wymaga, żebym była w redakcji 

wieczorami.  Przeniesienie  mnie  na inne stanowisko,  z innym zakresem 

obowiązków, tylko dlatego, że jestem kobietą, za słabą, żeby obronić się 

przed złodziejem, to dyskryminacja, której zabrania prawo.

Pan Garrett zmienił się na twarzy, jakby lada chwila groził mu atak 

serca.

– Ależ moja droga...

– Tato, uważaj! – wtrącił się Matthew. – Ta pani zaraz powie, że nie 

background image

jesteś wystarczająco postępowy i gotowa stuknąć cię pantoflem.

Anne rzuciła mu wściekłe spojrzenie i zwróciła się do jego ojca:

– Pan chyba nie przemyślał tego do końca.

Rozległ się dzwonek i kobiecy głos. Pan domu przeprosił i wyszedł. 

Matthew stał przy kominku, z rękoma skrzyżowanymi na piersi.

–   Nie   zachowałaś   się   zbyt   dyplomatycznie.   Masz   talent   do   nazbyt 

szybkiego wykładania kawy na ławę.

Słuszna uwaga wcale nie poprawiła Anne humoru.

– Tak uważasz? – wybuchnęła. – No, to powiem ci. że twoja pierwsza 

dyrektorska decyzja jest fatalna. Nic znajdziesz odpowiedniego dla mnie 

stanowiska, a zepchnięcie na gorsze, bo jestem kobietą...

– O co ci chodzi?

– Racja jest po mojej stronie i mogę wytoczyć proces – Nie chodzi mi o 

sugerowaną   przez   ciebie   dyskryminację,   lecz   o   rzekomą   dyrektorską 

decyzję.

– Twój ojciec powiedział, że mówił z tobą. Przyznaj się, że bawi cię 

pozycja przyszłego wydawcy.

Matthew pociemniały oczy, a Anne wyżej uniosła głowę i dorzuciła:

–   Teraz   ci   zdradzę   że   zgadłeś.   W   „Chronicie"   istnieje   poczta 

pantoflowa i dlatego nie jest tajemnicą, dlaczego wróciłeś.

Usiadła   wygodniej,   zadowolona   z   siebie.   Dała   Matthew   do 

zrozumienia, że nie można działać za kulisami i udawać, że nic się nie 

dzieje.

background image

Rozdział 3

Weszła Dominique, która tym razem wystąpiła w złocistej wieczorowej 

sukni i rozsiewała intensywny zapach „Midnight Passion". Jak poprzednio, 

nadstawiła policzek do pocałowania, a według Anne była za młoda, żeby 

zachowywać   się   jak   ciotka   Matthew.   Oboje   byli   mniej   więcej   w   tym 

samym wieku, tyle że Dominique wyglądała poważniej.

Ostatnimi   z   zaproszonych   gości   było   małżeństwo,   Ted   i   Dorie 

Lehmannowie.

– Pan Ted jest rektorem Uniwersytetu Nicolet, a dzięki pani Dorie na 

kampusie wszystko chodzi jak w zegarku.

– Święta prawda. – Rektor przyjrzał się Anne. – Pani McKenna? Na 

wydziale matematyki jest profesor o tym nazwisku.

– To mój ojciec. A ja miałam to szczęście, że nie musiałam płacić 

czesnego, żeby zdobyć pierwszorzędne wykształcenie.

–   Jim,   szkoda,   że   nie   możemy   wszystkim   zdolnym   ludziom   tego 

zapewnić, prawda?

– Tak. – Pan Garrett uśmiechnął się lekko. – Tylko że wtedy Nicolet 

nie miałby opinii ekskluzywnej uczelni.

–   Po   krótkiej   rozmowie   na   temat   zmian   w   szkolnictwie   wyższym 

gospodarz zaprosił gości do sąsiedniego pokoju.

Olbrzymią   jadalnię   oświetlał   jeden   żyrandol   wiszący   nad   elegancko 

nakrytym okrągłym stołem. Ściany były ozdobione malowidłami, niestety, 

prawie niewidocznymi w półmroku.

Pan   Garrett   wskazał   pani   Lehmann   miejsce   po   prawej   stronie,   a 

Dominique po lewej.

background image

Anne, której przypadło miejsce naprzeciw niego, uświadomiła sobie, że 

nigdy nie słyszała o pani Garrett. Żyje czy umarła? Mogła do woli o tym 

rozmyślać, ponieważ Dominique nikogo nie dopuszczała do słowa. Pan 

Garrett spokojnie jadł, pił wodę i od czasu do czasu wtrącał jakąś uwagę. 

Myślami zapewne był gdzie indziej.

Mimo to Anne miała wrażenie, że ją obserwuje, i to krytycznym okiem. 

Pocieszała się, że starszy pan zapewne nawet nie zdaje sobie sprawy, iż 

często na nią patrzy. Osób było tak mało, że wszyscy stale spotykali się 

wzrokiem.

Gdy podano suflet czekoladowy, pani Lehmann zwróciła się do Anne:

– Wreszcie przypomniałam sobie, skąd znam pani nazwisko. Pani uczy 

na wydziale dziennikarstwa, prawda?

– Tak, mam tam zajęcia we wtorki i czwartki rano. Brakuje kadry, więc 

to okazja...

Nie dokończyła, ponieważ wtrąciła się Dominique.

–   Radziłabym   zatrudnić   Matta.   Jestem   pewna,   że   byłby   świetnym 

nauczycielem.

– Dziękuję ci za tę pewność – rzekł Matthew. – Niestety, teraz nie 

mógłbym wygospodarować czasu na regularne lekcje. Ale – spojrzał na 

Anne – jeśli będziesz miała kłopoty i potrzebowała rady, służę pomocą.

– Uważaj, bo może będziesz musiał dotrzymać obietnicy – żartobliwie 

ostrzegł go pan Lehmann.  – Wiesz, Jim,  chętnie widziałbym ciebie na 

seminarium o zarządzaniu mediami. Tylko nie mów, że takie zajęcia to 

żadna przyjemność.

–   Przyjemność   byłaby   duża,   ale   lekarz   każe   mi   coraz   bardziej   się 

oszczędzać.

background image

Anne znowu odniosła wrażenie, że pan Garrett spojrzał na nią znacząco 

i ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Czy jej wzmianka o sądzie zabrzmiała jak 

groźba? Może powinna przeprosić za ostre słowa?

Nie było jednak okazji. Po powrocie do biblioteki starsi panowie usiedli 

w   wykuszu   i   pogrążyli   się   w   poważnej   rozmowie.   Dominique   wzięła 

Matthew pod rękę i stanęli przy kominku. Anne poczuła się jak piąte koło 

u wozu, ale wtedy zwróciła się do niej pani Lehmann:

– Podczas kolacji nie dokończyła pani, bo przerwano, a ciekawa jestem, 

co pani chciała powiedzieć.

– Łudzę się, że dzieląc się moją wiedzą, daję coś uczelni w zamian za 

wykształcenie. Nie posiadam żadnych oszczędności, ale uczenie...

Pani Lehmann uśmiechnęła się serdecznie.

– Rozumiem panią.

Po długiej, interesującej pogawędce, starsza pani obejrzała się.

–   Panowie   też   się   rozgadali.   Muszę   odciągnąć   męża,   bo   zamęczy 

gospodarza. Jim we wtorek ma operację, więc potrzebny mu spokój.

Nawet Dominique zrozumiała aluzję.

– Matt, kochanie – rzekła przymilnym tonem – podrzucisz mnie do 

domu? Przyszłam pieszo, bo mam niedaleko, ale o tej porze boję się sama 

chodzić.

–   Jasne,   że   nie   możesz   iść   bez   opieki.   Oczywiście   odwiozę   panie. 

Najpierw ciebie. Odpowiada ci takie rozwiązanie?

Anne   widziała,   że   Dominique   jest   niezadowolona   i   z   rozbawieniem 

czekała na jej reakcję. Matthew jednak nie czekał, przeprosił i wyszedł.

Kamerdyner   odprowadził   gości   do   samochodu   i   otworzył   drzwi. 

Dominique teatralnym gestem dała Anne pierwszeństwo. Anne z trudem 

background image

wcisnęła się na niewygodne siedzenie z tyłu i skrzywiła, gdy uderzyła się 

w obolałe biodro.

Dwie przecznice dalej stanęli przed imitacją francuskiego zamku. Anne 

pomyślała, że styl budowli idealnie pasuje do stylu właścicielki.

Dominique zaczekała, aż Matthew otworzy drzwi z jej strony, a potem 

szła powoli, sztywno, jakby zbliżała się do prawdziwego pałacu.

Po   ich   odejściu   Anne   zaczęła   się   kręcić,   żeby   zająć   wygodniejszą 

pozycję.   Widziała,   że   Dominique   zatrzymuje   Matthew   i   oceniła,   że 

przyjdzie   dość   długo   czekać.   Zastanawiała   się,   o   czym  jeszcze   można 

rozmawiać po wspólnie spędzonym wieczorze. Czy Dominique zaprasza 

Matthew, żeby wstąpił w drodze powrotnej?

– Co ci do tego? – spytała na głos.

Kątem   oka   dostrzegła,   że   dwie   postaci   zlewają   się   w   jedną,   więc 

odwróciła głowę. Przypomniała sobie, jak przed laty ukradkiem poszła do 

kina, żeby śledzić najstarszego brata i jego dziewczynę. Po pewnym czasie 

usłyszała:

– Przesiądziesz się, czy też dobrze ci tam i wolisz zachować wyniosły 

dystans do szofera?

– Trudno mi się ruszyć.

Matthew bez uprzedzenia wyciągnął ją i pomógł usiąść z przodu.

Anne odetchnęła z ulgą.

–   Teraz   rozumiem,   jak   modelki   Picassa   czuły   się   po   całym   dniu 

pozowania.

– Przepraszam. Zapomniałem, że gimnastyka w twoim stanie nie jest 

wskazana.

Anne rzuciła okiem na dom Dominique.

background image

– Powinieneś się wstydzić złośliwych uwag o moim domu i o tym, co 

można kupić z pensji.

Matthew uśmiechnął się, lecz nic nie powiedział, a Anne pomyślała, że 

widocznie źródło dochodów Dominique nie jest dla niego tajemnicą. Może 

znają się od dziecka?

Jednostajne kołysanie samochodu zmorzyło ją, więc drgnęła nerwowo, 

gdy Matthew nagle się odezwał.

–   Wyjaśnijmy   jedną   kwestię.   Otóż   zaproponowanie   ci   innych 

obowiązków to nie mój pomysł.

Anne otworzyła oczy.

– Aha. Faktycznie nie widzę powodu, dla którego miałbyś przejmować 

się, czy znowu dostanę po głowie.

– Gdyby ojciec zapytał mnie o opinię w tej sprawie, powiedziałbym, że 

nie warto wysilać się, żeby ci pomóc.

– Dziękuję uprzejmie i doceniam twoją szczerość.

–  Nawzajem.  Dlatego  chciałbym  usłyszeć, czemu  według  ciebie  nie 

będę przyzwoitym wydawcą.

– Tak się nie wyraziłam.

–   Ale   o   to   chodziło.   No   mów.   Obiecuję,   że   nie   wykorzystam   tego 

przeciw tobie.

– Bardzo pan łaskaw.

– Wolisz, żebym domyślał się, co o mnie sądzisz?

– No, skoro tak... Uważam, że na stanowisku, jakie zajmuje twój ojciec, 

potrzebne są zdolności, których nie można przekazać.

– Co to ma znaczyć?

–   Że  nie   podlegają  automatycznemu   dziedziczeniu.   Dobry   wydawca 

background image

musi zdobyć wszechstronne doświadczenie, mieć jasną wizję. Tego nie 

można   wyczarować,   mówiąc:   „Pasuję   cię   na   wydawcę".   Tu   trzeba 

dojrzałości, której nabiera się z wiekiem.

– Gdzie się tego wyuczyłaś? – spytał Matthew opryskliwie. – Dałaś 

niezły popis, gdy zagroziłaś sądem...

– Ja zęby zjadłam w tej pracy, a ty nawet pojęcia nie masz o połowie 

problemów. Można wiedzieć, kiedy i ile czasu spędzałeś w redakcji?

– Bywałem parę razy w tygodniu, gdy zanosiłem felieton.

Anne spojrzała na niego podejrzliwie. Czy on wie, że rzuca na siebie 

oskarżenie?

– I według ciebie tyle wystarczy, żeby być fachowcem z prawdziwego 

zdarzenia? To dobre dla felietonisty.

Łatwo proponować rozwiązania, gdy nie ponosi się odpowiedzialności 

za wprowadzenie ich w życie i za wyniki.

Gdyby poważnie traktowano te twoje niesłychane propozycje, połowa 

kraju pogrążyłaby się w chaosie.

– Może masz rację – niespodziewanie zgodził się. – A zamiast tego w 

całym kraju panuje chaos i...

– Wolę nie myśleć, co u nas będzie się działo, gdy obejmiesz rządy. Z 

twoimi pomysłami...

– Znasz mnie tylko jako felietonistę.

–   Przecież   nim   jesteś!   Nie   wykręcaj   się!   –   Patrzyła   na   niego   z 

niedowierzaniem. – A stanowisko wydawcy to całkiem inna para kaloszy. 

Sam   pomysł,   że   kluczową   pozycję   zajmie   ktoś   bez   przygotowania, 

praktyki... Będziesz musiał dużo się uczyć...

– Powinienem być zaszczycony, że uważasz, iż można mnie wyszkolić 

background image

– przerwał Matthew bez gniewu.

Anne zastanowiła się przez chwilę.

–   Tak,   masz   szansę   się   nauczyć.   Pod   warunkiem,   że   uznasz,   iż 

powinieneś. Ale twojemu ojcu chyba nie chodzi o powolne kształcenie się 

następcy, a dla ciebie okres praktykowania byłby utrapieniem...

Matthew znowu wpadł jej w słowo.

– Skąd tyle wiesz o tym, co i jak mój ojciec myśli?

Wzywał cię, żebyś mu doradzała, czy po prostu czytasz w myślach? A 

może... podsłuchujesz?

Anne ugryzła się w język, żeby nie zareagować zbyt ostro.

– Obrażasz mnie – syknęła.

– Ale nie zaprzeczyłaś, więc mam rację. No, kochanie, z kim ojciec 

rozmawiał?

– Z adwokatem. Wczoraj na przyjęciu.

– A, to dlatego plan nie jest już tajemnicą.

Ledwo   zajechali   przed   dom,   Anne   otworzyła   drzwi   i   sucho 

powiedziała:

– Dziękuję za odwiezienie.

Matthew też wysiadł.

– Zawsze dla bezpieczeństwa odprowadzam damę do drzwi.

– Moje są o pięć kroków stąd.

– Nie szkodzi.

Na ganku wyciągnął rękę po klucze, ale Anne udała, że tego nie widzi.

– Nie zdążyłam podziękować twojemu ojcu...

Matthew   nie   dotknął   jej,   lecz   wyczuła,   że   zamierza   to   zrobić,   więc 

odskoczyła jak oparzona.

background image

– Czemu skaczesz? – spytał zaintrygowany.

– Przestań udawać – mruknęła speszona. – Ale playboy z ciebie; jedna 

jazda, dwa pocałunki...

– Przeszkadza ci, że pocałowałem Dominique?

–   Ani   trochę.   Nie   moja   sprawa,   kogo   całujesz,   ale   jestem   trochę 

zdegustowana.

– Czemu?

– Czy ty jesteś zupełnie pozbawiony wrażliwości? Bycie świadkiem 

podobnych scen nie należy do przyjemności.

– Przecież nie patrzyłaś. Dlaczego?

– Bo nie lubię podglądać takich rzeczy.

– Szkoda. Gdybyś na nas patrzyła, wiedziałabyś, że nie było żadnych 

„takich rzeczy". Tylko to.

Nie zdążyła zrobić uniku, poczuła chłodne usta na swoich. Pocałunek 

był krótki i tak lekki, że nie miała za co się obrazić.

–   Czarujące   –   wycedziła   przez   zaciśnięte   zęby.   Mam   nadzieję,   że 

Dominique też doceniła twój popis.

A teraz, jeśli łaskawy pan pozwoli...

–   Nie   podobało   ci   się?   Widzisz,   Dominique   pocałowałem   trochę 

inaczej. O, tak.

Jedną ręką objął ją wpół, a drugą ujął pod brodę i tym samym zupełnie 

obezwładnił. Anne przeszyło kilka fal strachu – czy to na pewno strach? – 

gdy całował ją powoli, ale coraz namiętniej. Na koniec lekko ugryzł ją w 

wargę i powiódł językiem po zębach.

Anne jęknęła, więc odsunął ją od siebie, lecz nadal mocno trzymał. 

Całe szczęście, bo osłabła i uginały się pod nią kolana.

background image

– Taki pocałunek podglądaczka powinna docenić.

Czułaś różnicę, prawda? Dobranoc i do zobaczenia.

Anne weszła do domu i gniewnie zatrzasnęła drzwi.

–   No,   teraz   przynajmniej   wiem,   czemu   Dominique   tak   długo 

wytrzymała mimo chłodnego wiatru. W ramionach Matthew nie czuje się 

zimna – szepnęła.

Podczas poniedziałkowej konferencji Matthew siedział obok ojca, co 

było zrozumiałe. Natomiast to, że przez cały czas milczał, bardzo Anne 

zaskoczyło.   Podświadomie   oczekiwała,   że   zarozumiały   felietonista 

wystąpi   z   jakimiś   wspaniałymi   pomysłami.   Dlaczego   nic   nie   mówi? 

Czyżby wziął sobie do serca to, co mu zarzucała? Jeżeli jest gotów słuchać 

i uczyć się...

Milczenie   jednak   nie   oznacza,   że   dany   człowiek   ze   wszystkim   się 

zgadza. Być może Matthew wolał czekać, aż jego pozycja w „Chronicie" 

ugruntuje   się.   Przecież   i   tak   wszyscy   wiedzieli,   że   ma   bardzo 

zdecydowane poglądy i nie waha się przed wypowiadaniem ich publicznie, 

głośno i otwarcie.

Tym razem Anne i Holly poszły na kolację do modnej restauracji.

– Nie wierzę, żeby on dużo tu zmienił – zaczęła Holly. – „Chronicie" to 

bardzo dobry dziennik. W ciągu pięciu lat przyznano nam sześć nagród 

Pulitzera.

– Siedem.

–   Jeszcze   lepiej.   Jeśli   Matthew   zależy   na   nagrodach,   nie   będzie 

kwestionował kosztów zbierania materiału. To oczywiste.

–   Nie   jestem   taka   pewna   Anne   nie   oparła   się   pokusie   i   na   deser 

background image

zamówiła sernik z polewą czekoladową.

– Ale z ciebie łakomczuch – skrytykowała ją Holly.

– Nieprawda.

– Rozumiem, czemu tak reagujesz na Matthew. Moim zdaniem jesteś 

zazdrosna.

– Piątka za domyślność – rzuciła Anne z ironią. – Mylisz się, moja 

droga. Nie podoba mi się, że naszą gazetę ma przejąć playboy, którego 

brak doświadczenia równa się arogancji.

– Wiem, że traktujesz „Chronicie" trochę tak, jak kwoka pisklę, ale 

twoje pretensje mają podłoże osobiste.

Anne zastygła z widelczykiem przy ustach.

– Fakt, że nie przepadam za Garrettem juniorem nie znaczy...

–   Chodzi   o   ciebie,   nie   o   niego.   Skoro   stanowisko   obejmuje   ktoś   z 

zewnątrz,   nie   będzie   awansów   wśród   personelu.   Każdy   zostaje   na 

dotychczasowym   miejscu   i   twój   awans   majaczy   gdzieś   w   dalekiej 

przyszłości. To cię bardzo irytuje.

– Czyli według ciebie mam pretensję do Matthew, bo marzy mi się 

stanowisko   naczelnego?   Nie   przeczę,   że   kiedyś   chciałabym   zajść   tak 

wysoko, ale jestem realistką. Wszyscy nie mogą być na górze. Poza tym 

jestem zadowolona z tego, co teraz robię.

– Jak długo będziesz zadowolona? Nie wmówisz mi, że praca w nocy 

to rozrywka.

– Lubię ją, bo wtedy dużo się dzieje.

–   Gdy   wyjdziesz   za   mąż   i   będziesz   miała   dzieci,   też   będziesz 

zachwycona powrotami po północy?

– Nie warto martwić się na zapas. Na razie nie przewiduję zmiany stanu 

background image

cywilnego.

– Przestałaś opłakiwać Rudy'ego?

– Owszem.

– To dobrze, bo mamy  nowego pracownika. Dla mnie  za niski, ale 

tobie...

– Daj spokój. Wracając do tematu, nie sądzę, żeby Matthew wiecznie 

trzymał mnie na nocnej zmianie.

Nadal posądzała go o to, że podsunął ojcu pomysł, aby zaproponować 

jej zmianę godzin pracy. To nic, że wyparł się i twierdził, że nie ma z tym 

nic   wspólnego.   Nie   chodzi   mu   o   bezpieczeństwo,   ale   o   to,   by   usunąć 

kogoś, kto już coś osiągnął.

– Zauważyłam, że masz mniej obowiązków – uparcie ciągnęła Holly. – 

Ostatnio tylko czytasz i czytasz.

– Muszę być na bieżąco, bo to należy do zakresu moich obowiązków.

– Od dwóch lat robisz to samo, więc dojrzałaś do zmiany.

– Racja. Nie zgadzam się z taką polityką, ale wiem.

– kiedy się poddać. Czy jest inne wyjście? Zorganizujemy pucz, żeby 

obalić Garretta juniora?

– Tobie zostawiam decyzję.

Anne pomyślała, że w przyzwoitej redakcji nie ma miejsca na intrygi i 

być   może   dlatego   Matthew   spodobała   się   ciepła   posadka.   Miał 

zapewniony byt i święty spokój do końca życia.

We wtorek, ledwo studenci wyszli z sali, ujrzała Rudy'ego.

– Co cię tutaj sprowadza? – spytała niezbyt uprzejmie i chłodno.

– Ty. Masz czas, żeby wstąpić na kawę?

background image

Anne spojrzała na zegarek, zawahała się, ale skinęła głową.

– Tylko kwadrans, bo śpieszę się do pracy.

– A ja zaczynam o dwunastej. Zawsze mieliśmy inny rozkład zajęć i...

Anne speszyła się, bo nie miała ochoty wracać do przeszłości.

Kawiarnia była pełna, ale znaleźli jeszcze dwa wolne miejsca.

– Jak udała się kolacja u szefa? – spytał Rudy. Pewno było nudno, jak 

zawsze na takich spotkaniach.

Anne pomyślała, że groźba podania szefa do sądu i pocałunki jego syna 

to niekoniecznie nudny repertuar.

– Za to wieczór poetycki bardzo się udał. – Rudy wrzucił do kawy 

drugą kostkę cukru. – Przeczytałaś książkę?

–   Nie.   Przepraszam,   ale   jeszcze   nie   miałam   czasu.   Obiecuję,   że 

niebawem się do niej zabiorę.

– Odruchowo położyła rękę na jego dłoni. Rudy spojrzał na smukłe 

palce i nakrył je drugą ręką.

– Jeszcze zależy ci na mnie, prawda? Wiem, że miłość tak szybko nie 

wygasa.

– Ja...

–   Kochanie,   daj   mi   szansę.   Teraz   moje   choleryczne   wybuchy   są 

rzadsze, bardziej nad sobą panuję. Gdy cię straciłem, zrozumiałem, jaki 

trudny mam charakter.

– Nie sądzę...

Powinna czuć się uszczęśliwiona. Kiedyś naprawdę kochała Rudy'ego i 

rozstanie   z   nim   nie   było   łatwe.   Tym   bardziej   że   nie   zrobił   nic 

niewybaczalnego. Po prostu coraz bardziej bała się wybuchów gniewu, 

nawet   gdy   je   przewidywała.   Skoro   jednak   Rudy   zrozumiał   swój   błąd, 

background image

miała   obowiązek   dać   mu   szansę.   Obowiązek?   To   powinna   być 

przyjemność, radość, a nie obowiązek.

Rudy pocałował ją w rękę i szepnął:

–   Spotkamy   się   w   czwartek   wieczorem   i   uczcimy   zgodę   kolacją   w 

najlepszym lokalu.

– Ale nie zaręczyny... Nie mogę, nie jestem gotowa.

–   Dobrze.   Rozumiem,   że   muszę   udowodnić,   że   się   zmieniłem. 

Przekonasz się, jak bardzo.

Anne   przebiegł   zimny   dreszcz.   Dlaczego?   Przecież   powinna   być 

zadowolona.

background image

Rozdział 4

– Przepraszam, ale muszę już iść.

Rudy spojrzał na duży ścienny zegar.

– Ale ten czas leci! Spóźnię się na zajęcia! Kochanie, do zobaczenia w 

czwartek. – Gdy wyszli, objął ją i pocałował. – Przyjadę po ciebie.

Anne   nie   lubiła   czułości   przy   świadkach,   ale   tym   razem   nic   nie 

powiedziała. Długo patrzyła w ślad za Rudym, który przebiegł na drugą 

stronę ulicy i zniknął w budynku swego wydziału.

– Cieszę się – szepnęła. – Cieszę się.

Te   dwa   słowa,   powtarzane   w   myśli,   stanowiły   akompaniament   do 

rytmicznego stukotu obcasów. Dzień był bardzo ładny i gdy rano powoli 

szła   na   zajęcia,   rozkoszowała   się   krótkim   spacerem.   Teraz   miała   mało 

czasu, więc odległość do domu jakby się wydłużyła.

Rano wyśmiałaby każdego, kto by powiedział, że umówi się z byłym 

narzeczonym na kolację, żeby dać mu szansę i porozmawiać o wspólnej 

przyszłości.   Uważałaby,   że   coś   takiego   jest   absolutnie   niemożliwe.   A 

tymczasem   postąpiła   wbrew   sobie   i   w   ciągu   kilku   godzin   zaszła   taka 

zmiana.

Rano twierdziłaby, że bardzo żałuje, iż sprawy przybrały taki, a nie 

inny obrót i szkoda, że plany spaliły na panewce. Byłaby o tym święcie 

przekonana. W pierwszej chwili, gdy usłyszała, o co Rudy'emu chodzi, 

wpadła niemal w panikę. Jej wahanie nie wynikało jednak ze strachu przed 

gniewnymi   wybuchami   Rudy'ego.   Wystraszyła   się   tego,   że   ma   podjąć 

dozgonne zobowiązanie i chciała zażądać, aby jej nie poganiał.

Zastanawiała się, dlaczego wciąż nie jest gotowa związać się z kimś na 

background image

całe życie. Miała dwadzieścia siedem lat, więc nie należało długo zwlekać. 

Kiedy wyjdzie za mąż, jeśli nie teraz?

Wmawiała sobie, że zerwała zaręczyny, bo przerażały ją awantury, ale 

może wcale nie o to chodziło. Może winę ponosił nie tyle Rudy, co jej 

obawy? Jaka była prawdziwa przyczyna zerwania? Jeżeli nie chodziło o 

awantury,   to   czego   się   bała?   Samego   małżeństwa?   Rodzenia   dzieci? 

Obowiązków i odpowiedzialności wynikającej z posiadania rodziny?

Podobne obawy byłyby uzasadnione, gdyby jej rodzice się rozeszli i z 

tego powodu w dzieciństwie przeżyłaby tragedię. Lecz wychowała się w 

zżytej i kochającej się rodzinie. Już jako podlotek podświadomie czuła, że 

pragnie tego samego dla siebie. Chciała mieć kilkoro dzieci i nie wątpiła, 

że   dobrze   je  wychowa.   Pragnęła   wyjść   za   człowieka,   który   będzie   nie 

tylko kochającym mężem, ale też prawdziwym przyjacielem.

Początkowo uważała, że Rudy spełnia wymagania, a zaczęła wątpić, 

gdy wybuchy gniewu i awantury stały się coraz częstsze. Nie chciała, by w 

przyszłości z tego powodu cierpiały niewinne dzieci.

Dlaczego więc teraz tak nieoczekiwanie dla siebie robi mu nadzieję? 

Czy postępuje rozsądnie? Czy powinna zagłuszyć wątpliwości, chociaż nie 

wie, na ile on naprawdę się zmienił?

A jeśli strach przed wybuchowym charakterem przyszłego męża był 

jedynie maską, pod którą krył się prawdziwy problem, czyli wymówka, by 

czekać na wymarzonego, idealnego partnera?

Rozsądek podpowiadał, że w życiu nie ma ideałów. Nawet jej rodzice 

nie   dobrali   się   pod   każdym   względem   Pan   McKenna   był   profesorem 

matematyki,   ale   jego   żona   nie   potrafiła   nauczyć   się   racjonalnego 

gospodarowania pieniędzmi. Pani McKenna pisała piękne wiersze, a jej 

background image

mąż z trudem składał nieskomplikowane rymy.

Do   ideału   było   daleko   i  czasami   dochodziło   do   spięć.   Mimo   to   po 

czterdziestu   latach   małżeństwa   państwo   McKenna   nadal   bardzo   się 

kochali, a to najważniejsze.

Anne chciała mieć to samo i uważała, że na mniej nie warto się godzić.

To   był   główny   powód,   dla   którego   miała   tyle   wątpliwości   i   nie 

wiedziała, jak postąpić z Rudym.

W redakcji czekało pismo zaadresowane do wszystkich pracowników i 

podpisane przez redaktora naczelnego.

Operacja pana Garretta odbyła się dziś, bez komplikacji. Najbliższe  

godziny będą decydujące, ale lekarze są dobrej myśli i rokują pacjentowi  

szybki powrót do zdrowia.

Anne uświadomiła sobie, że przez kilka godzin często była myślami 

przy chorym. Po pamiętnej kolacji nie nadarzyła się okazja, by zamienić z 

nim choć kilka słów, a dręczyło ją to, że wtedy źle się zachowała. Miała 

wrażenie, że pan domu przez cały wieczór jej unikał. Gdy wychodziła, był 

tak   pogrążony   w   rozmowie,   że   nawet   nie   podszedł,   aby   ją   pożegnać. 

Podczas   konferencji   siedział   bardzo   daleko   i   wyszedł   natychmiast   po 

zakończeniu.

Gdyby   była   zarozumiała,   mogłaby   dojść   do   wniosku,   że   w   jej 

obecności wydawca robi się nerwowy i dlatego omija ją z daleka. Jako 

osoba trzeźwa sądziła, że starszy pan zapomniał o jej wybuchu i jest zajęty 

swoimi   zmartwieniami.   A   po   konferencji   uciekł   nie   tyle   przed   nią,   co 

przed bliźnimi, którzy współczują z powodu operacji i opowiadają o tym, 

że znajomi znajomych mieli podobną i potem jeszcze jakiś czas żyli.

background image

Anne niechętnie przyznała rację Matthew, który przewidział, że póki 

nie przeprosi jego ojca, poty będzie dręczyła się, że mówiła, co ślina na 

język   przyniesie.   Postąpiła   podwójnie   niestosownie,   bo   nawet   nie 

wysłuchała   gospodarza   do   końca,   lecz   przerwała   w   pół   słowa.   A   jeśli 

zamierzał powiedzieć o awansie?

Po dokładnym rozważeniu za i przeciw, doszła do wniosku, że taka 

ewentualność  nie wchodzi w rachubę. Po prostu dlatego, ponieważ nie 

było wakatów. Zdawała sobie sprawę, że doszła do poziomu, na którym 

awanse są ograniczone, gdyż rzadko kto rezygnuje z wyższego stanowiska 

w dobrej gazecie, a w „Chronicie" większość redaktorów nie jest w wieku 

emerytalnym.   Pan   Garrett   ewentualnie   mógł   zaproponować   pracę   tego 

samego   typu,   tyle   że   w   godzinach   rannych.   To   zaś   oznaczałoby 

degradację.

Mimo wszystko należało wysłuchać go do końca, a potem uprzejmie 

podziękować i nie przyjąć propozycji.

Było   jej   przykro,   że   zanim   się   znowu   spotkają,   pan   Garrett   będzie 

myślał o niej źle. Los bywa złośliwy! Jeszcze nie tak dawno wątpiła, czy 

wydawca kojarzy jej nazwisko, a teraz martwiła  się, że zapamiętał nie 

tylko nazwisko, ale i niestosowne zachowanie.

Jedyne, co mogła zrobić, to posłać choremu kwiaty, więc zadzwoniła 

do kwiaciarni.

– Chciałabym zamówić bukiet i prosić o posłanie kwiatów panu Jimowi 

Garrettowi w szpitalu przy Uniwersytecie Nicolet. Niestety, nie wiem, na 

jakim oddziale leży, ale dziś rano miał operację serca.

Holly przysiadła na biurku i wzięła do ręki prace studentów.

– Lizuska – rzekła półgłosem.

background image

Anne pokazała jej język.

–   Nasz   wydawca   wcale   nie   ma   na   imię   Jim   –   dorzuciła   Holly.   – 

Przypadkowo wiem, że w uniwersyteckim szpitalu strasznie czepiają się 

drobiazgów.

Anne   podała   poprawne   imię   pacjenta   i   usłyszała   tak   ciężkie 

westchnienie, jakby kwiaciarka musiała zmienić już ułożony bukiet.

– Oni do imion pacjentów przywiązują większą wagę niż redaktorzy do 

nazw ulic – niewinnie dodała Holly.

Anne  uśmiechnęła  się.  Przed  tygodniem  znalazła  w  reportażu   Holly 

przekręcone nazwy ulic i wygłosiła parę cierpkich uwag o wiarygodności 

gazety, w której zdarzają się takie pomyłki. Dlatego Holly ucieszyła się, że 

przyłapała ją na nieścisłości.

Anne odłożyła słuchawkę i spytała:

– Przyszłaś w konkretnej sprawie, czy żeby przeglądać cudze papiery?

– Interesują mnie prace studentów, którzy niedługo pewnie wygryzą 

mnie   z   pracy.   –   Holly   rozejrzała   się,   pochyliła   i   ściszyła   głos.   –   Co 

powiesz,   gdy   ci   zdradzę,   że   burmistrz   bierze   łapówki   za   projekty 

rozbudowy miasta?

Anne popatrzyła na nią z powagą.

– Powiem, że musisz mieć niezbite dowody.

– Po co? Wszyscy o tym wiedzą, chociaż nikt nie ma dowodów.

–   Wobec   tego   porozmawiaj   z   Matthew.   Jemu   taki   drobiazg   nie 

przeszkadza w pisaniu zjadliwości. Już wytknął burmistrzowi to i owo.

Holly wybuchnęła śmiechem.

–   Czytałaś   jego   dzisiejszy   felieton?   Ciekawe,   jak   burmistrzowi 

podobają się epitety. Jeżeli nie wolno pisać o łapówkach w ratuszu, to czy 

background image

pozwolisz mi za tydzień jechać na koncert w Milwaukee?

– Z jakiej to okazji?

–   Powrotu   słynnego   zespołu   sprzed   dwudziestu   lat.   Koniecznie 

powinniśmy o tym napisać.

– A tobie zafundować bilet?

– Ty też mogłabyś się wybrać. Taki koncert jest ważnym wydarzeniem 

w   historii   stanu.   Znowu   odmawiasz?   No   więc   może   zainteresuje   cię 

jesienny festiwal? W czwartek pójdziemy obie i miło spędzimy wieczór.

– Niestety, będę zajęta. Jeśli wyskoczysz z jeszcze jednym genialnym 

pomysłem,   każę   ci   napisać   reportaż   o   dzisiejszym   podwieczorku 

dobroczynnym Junior League.

– To nie moja działka.

– Ale możesz pomóc, bo widzę, że nie masz co robić.

Holly poczuła się urażona.

–   Jak   to?   Postępuję   zgodnie   z   tradycją   obowiązującą   w   każdym 

przedsiębiorstwie. I idę za twoim przykładem.

– Co takiego? – Anne gniewnie zmarszczyła brwi. – Za jakim moim 

przykładem?

– Przymilam się szefowej.

Holly zniknęła, nim Anne zdobyła się na ciętą odpowiedź.

Wieczorem postawiła na stoliku filiżankę gorącej czekolady, usiadła na 

kanapie i otworzyła ulubione czasopismo. Miała zamiar przeczytać kilka 

artykułów,   a   w   połowie   pierwszego   zasnęła.   Obudził   ją   dzwonek. 

Podskoczyła i spojrzała na zegar; dochodziła północ. Kto o takiej porze 

przychodzi   z   wizytą?   Czyżby   Rudy   chciał   teraz   dokończyć   przerwaną 

rozmowę? Oby tylko nie on!

background image

Wyciągnęła jego książkę spod gazet, rzuciła na stolik, cicho podeszła 

do   drzwi   i   wyjrzała   przez   wizjer.   Stojący   na   ganku   mężczyzna   był 

przygarbiony, lecz i tak wyższy od Rudy'ego. Gdy otworzyła, przybyły 

odwrócił się i powoli wyprostował.

–   Dobry   wieczór.   Wiedziałem,   że   nie   śpisz,   bo   pali   się   światło.   – 

Matthew zerknął na łańcuch. – Nie wpuścisz mnie?

– Jestem nie ubrana.

Wsunął głowę w szparę i z uznaniem popatrzył na jej różową podomkę.

– Bardzo twarzowa... A tu jest trochę zimno.

Miał gołą głowę, lekki sweter i krótką, rozpiętą kurtkę. Ręce trzymał w 

kieszeni.

–   Trzeba   było   włożyć   coś   ciepłego.   Ci,   co   się   stąd   wyprowadzili, 

prędko zapominają, jaką mamy zimę. Gdybyś siedział w domu, byłoby ci 

ciepło.

Matthew zrobił minę, jakby zastanawiał się nad jej uwagami.

– No dobrze. Wpuszczę cię, ale weź nogę. Muszę przymknąć drzwi i 

zdjąć łańcuch.

Matthew uśmiechnął się i na ganku jakby pojaśniało. Anne otworzyła 

drzwi, chociaż uważała, że powinna zamknąć je na wszystkie spusty i nie 

wpuszczać pojawiających się bez zapowiedzi gości.

– O, widzę dobre rzeczy – rzekł, gdy weszli do pokoju. – Przez cały 

dzień byłem w szpitalu...

– Niedawno twierdziłeś, że nie zniżasz się do aluzji – wypomniała mu 

Anne, ale ruszyła do kuchni.

Poszedł za nią i prawie wpadła na niego, gdy się odwróciła. Starała się 

opanować irytację, lecz głos miała ostrzejszy niż zwykle.

background image

– Czy jest jakiś poważny powód wizyty o tej dość niezwykłej porze?

– Chciałem podziękować za kwiaty. Wzruszające, że pomyślałaś...

Speszyła   się,   ponieważ   wyłowiła   dziwną   nutę   w   tonie,   jakim   to 

powiedział.   Co   ona   oznacza?   Zawoalowaną   ironię?   Czy   Matthew 

podobnie jak Holly uważa, że Anne przymila się zwierzchnikowi?

– Naprawdę drobiazg.

– Sprawiły mi dużą przyjemność.

– Tobie?

– A komu? – Bez pośpiechu zlizał śmietanę z górnej – wargi. – Bilecik 

był zaadresowany do Matthew Jamesa Garretta, czyli właśnie do mnie.

– A jakie imiona ma twój ojciec?

– James Emerson.

– Żarty sobie stroisz! – Anne przełknęła ślinę. – Przecież masz numer 

II.

– Dano mi imiona po dziadku, który był pierwszym Matthew Jamesem 

w rodzinie. Nie jestem juniorem, jak lubisz mnie nazywać. Imiona niezbyt 

mi   się   podobają,   ale   nie   pytano   mnie   o   zdanie.   Starczy   ci   takie 

wyjaśnienie?

Anne pomyślała, że Holly idealnie się zemściła.

–   Dziennikarzom   nie   należy   w   niczym   wierzyć   –   burknęła.   – 

Szczególnie gdy chodzi o imiona.

– Racja.

– Wypij czekoladę i znikaj.

– Jak pani każe. Ale czy mogę wypić na siedząco? Cały dzień jestem na 

nogach, bo w szpitalu, a przynajmniej na tym oddziale, nie ma krzeseł.

– Pewnie nie chcą, żeby odwiedzający za długo tam przebywali.

background image

Weszli do pokoju.

– Może – rzekł Matthew bez przekonania. – Nie przejmuj się pomyłką, 

bo to najładniejszy bukiet, jaki w życiu dostałem. – Usiadł na kanapie i 

wskazał miejsce obok siebie. – Prawdę powiedziawszy, jedyny bukiet.

– Dobrze wiesz, dla kogo był przeznaczony i jeśli nie dasz go ojcu...

– Uspokój się, bo już dałem i ojcu też bardzo się podoba. Ale musisz 

przyznać,   że   trochę   skompromitowałaś   nasz   dziennik   pod   względem 

dbałości o szczegóły.

–   Anne   usiadła   w   fotelu   na   biegunach,   oparła   głowę   o   poduszkę   i 

przymknęła oczy.

– Wyobrażam sobie, z jaką przyjemnością zwróciłeś ojcu uwagę na mój 

brak kompetencji.

–   Nie   musiałem   –   spokojnie   oświadczył   Matthew.   –   Sama   już 

wcześniej się popisałaś.

Anne jęknęła w duchu i pomyślała, że chyba jest jedną z niewielu osób, 

które   życzliwy   gest   odbierają   jako   groźbę   utraty   pracy.   Nadal   miała 

zamknięte oczy, więc nie widziała, że po ustach Matthew przemknął cień 

uśmiechu.

– Sprawdzanie szczegółów należy do moich obowiązków. W ubiegłym 

miesiącu zwolniłam człowieka, który za często się mylił. Miarka przebrała 

się, gdy jedno i to samo nazwisko napisał inaczej aż sześć razy.

– Czyli z tobą jeszcze nie jest tak źle, bo do zwolnienia zostało ci pięć 

pomyłek.

Zadzwonił telefon.

– Słucham?

– Dobry wieczór, kochanie – odezwał się Rudy. – Zarezerwowałem 

background image

stolik na siódmą.

– Aha.

Kątem oka dostrzegła, że Matthew otworzył książkę i zaczął czytać. 

Ciekawe, czy telepatycznie wie, kto dzwoni, czy raczej chce uprzejmie 

udawać, że nie słucha rozmowy, a powieść leżała pod ręką.

– Aha? – Rudy poczuł się urażony. – Tylko tyle masz do powiedzenia?

– Przecież mówiłeś, dokąd pójdziemy.

– A, tak. Wiesz, musiałem usłyszeć twój głos, żeby – mieć pewność, że 

nasze   spotkanie   nie   było   snem.   Nadal   trudno   mi   uwierzyć,   że   się 

umówiliśmy.

Anne też wydawało się to nieprawdopodobne.

–  Zastanawiałem  się,  czy  wypada  dzwonić,   bo  może  akurat  czytasz 

moją powieść.

– Niestety, jeszcze nawet nie zaczęłam. Zostawiam sobie na sobotę, 

gdy będę miała wolny czas.

– Hm, nie wiem, jak to rozumieć. – Rudy zaśmiał się. – Pozwolić ci 

spokojnie czytać, czy zaplanować teraz nasze spotkanie?

– Pozwól czytać.

Gdy wreszcie odłożyła słuchawkę, Matthew rzekł:

– Trzymasz biedaka w napięciu. Czemu nie przeczytałaś arcydzieła?

– Nie miałam czasu.

– Nie warto się śpieszyć, bo nic nie tracisz.

Anne uznała, że lepiej zmienić temat.

– Wiesz, dużo myślałam o rozmowie w niedzielę. O co twojemu ojcu 

chodziło? Co znaczy jego zaskakująca propozycja? O jaką pracę chodzi?

– Skąd mam wiedzieć? – Wzruszył ramionami, zaznaczył, gdzie czytał 

background image

i zamknął książkę. – Mnie się nic nie mówi.

– Jak to? Twój ojciec wspomniał, że omawiał z tobą różne...

– Nie tę kwestię. Czemu się dopytujesz? Masz wyrzuty sumienia, że 

posłałaś zwierzchnika do wszystkich diabłów?

– Nic takiego  nie  powiedziałam!  – oburzyła się. – Nie słyszałam o 

żadnym wakacie, a mało prawdopodobne, żeby ktoś chciał pracować na 

innej zmianie. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to pisanie krótkich 

reportaży.

– Moim zdaniem to nie degradacja.

– A według mnie tak.

– Czemu? Od tego zaczynałaś?

– Owszem. – Skrzywiła się na wspomnienie początków pracy. – W 

podrzędnej   gazecie   w   Chicago   pisałam   o   klubach   brydżowych, 

rozgrywkach tenisowych, dobroczynnych akcjach na przedmieściach. To 

cud, że dostałam się do „Chronicie".

– Była duża konkurencja?

– Straszna. Zdobycie pracy w takim dzienniku było szczytem marzeń.

– A co teraz ci się marzy?

– To moja tajemnica. Nigdy nie zyskałam nic po znajomości, zawsze 

muszę na wszystko ciężko pracować.

– Wracamy do punktu wyjścia. To znowu aluzja.

– Przepraszam. Nie robiłam aluzji, tylko stwierdziłam fakt.

–   Myślałaś   o   tym,   żeby   przenieść   się   gdzie   indziej?   Marzysz   o 

stanowisku naczelnego na przykład w krajowym tygodniku?

Anne przeszył zimny dreszcz, ale opanowała się i spokojnie zapytała:

– Czy dajesz mi do zrozumienia, że powinnam zacząć rozglądać się za 

background image

nową pracą?

– Ludzie ambitni zawsze czegoś szukają.

– Często – poprawiła. – Ale ja wolę czekać i posuwać się ślimaczym 

tempem w doskonałej redakcji, niż – szybko awansować w podrzędnej. 

Chyba że... to, co mówisz... oznacza, że tutaj nie warto liczyć na awans. 

Matthew znowu wzruszył ramionami.

– Ja nie decyduję.

Anne miała inne zdanie na ten temat i posądzała go o to, że nie chce się 

przyznać.

Matthew powiódł palcem po okładce książki.

– Skoro do końca tygodnia nie będziesz miała czasu czytać, może mi 

pożyczysz?

Spojrzała na niego zdumiona.

– Wiesz, nie bardzo mam ochotę...

– Czemu? Na pewno nie zniszczę. Ale jeśli nie masz do mnie zaufania, 

mogę przeczytać na miejscu. Chyba zostało jeszcze trochę czekolady...

Anne raptownie wstała.

– Dobranoc. Życzę przyjemnego czytania. Nie musisz śpieszyć się z 

oddawaniem.

Matthew podrzucił książkę i zręcznie złapał.

– Oddam za dwa, trzy dni, żebyś mogła dotrzymać obietnicy.

Odprowadzając   go   do   drzwi,   zastanawiała   się,   czy   nastąpi   kolejna 

lekcja o pocałunkach pożegnalnych. Wbrew jej oczekiwaniom Matthew 

uśmiechnął się filuternie, musnął dłonią jej policzek i zbiegł ze schodów.

Była zła, że nie odpowiedział na pytania i każe domyślać się, co ją 

czeka. Lubił trzymać w napięciu! Dlatego ludzie czytali jego felietony, 

background image

nawet nie patrząc, co jest na pierwszej stronie. Głowiła się, co oznacza 

pozornie obojętne pytanie, czy zamierza przenieść się do innej gazety, w 

innym mieście. Czy to ostrzeżenie, że gdy on obejmie dziennik, dla niej 

nie będzie miejsca? Czy dlatego nie kontynuował flirtu, który bezmyślnie 

zaczął?

Dzień był wyjątkowo piękny jak na tę porę roku. Liście już opadły, lecz 

nagie sylwetki drzew na tle czystego błękitu wyglądały malowniczo.

Anne zaspała, więc przyjechała na zajęcia samochodem. Teraz miała 

wolny czas do wieczora i zamierzała rozkoszować się spokojem, bo nie 

przewidywała żadnych niezwykłych wydarzeń.

– Anne!

Odwróciła się niezbyt zachwycona, że słyszy Rudy'ego.

– Ty znowu tutaj?

– Sądząc z twojej miny – rzekł z pretensją – jeszcze nic nie wiesz.

– O czym?

– O tym. – Podał gazetę. – Widzę, że nie czytałaś.

– Nie zdążyłam.

Rzuciła okiem na pierwszą stronę, ale Rudy otworzył na innej.

– Tutaj. Ten twój Garrett... Pożyczyłaś mu moją książkę!

– Niezupełnie, bo sam sobie wziął.

– Ale od ciebie. Powinienem to przewidzieć.

Zerknęła na felieton i głośno przeczytała:

– „Aby zachować prawo do wolności słowa, wolne społeczeństwo musi 

od czasu do czasu znosić idiotyczną gadaninę. Nowa powieść Rudy'ego 

Balfoura jest niestety przykładem... ".

background image

Przemknęła jej myśl, że należało się tego spodziewać.

– Bardzo mi przykro.

– Tyle jadu – warknął Rudy. – Podam faceta do sądu.

– Daj spokój. Potraktuj to jak zwykłą krytykę.

– Obrazę nazywasz zwykłą krytyką? Po co dałaś mu książkę?

–   Już   ci   mówiłam,   że   sam   wziął.   Zresztą,   co   to   za   różnica?   Mógł 

kupić...

–   Wtedy   przynajmniej   miałbym   satysfakcję,   że   musiał   sięgnąć   do 

kieszeni.   A   tak,   co?   Jesteś   jego   wspólniczką...   Posłuchaj,   co   jeszcze 

napisał: „Książka nawet nie zasługuje na swój pewny los, czyli na to, że 

nie czytana będzie długo leżeć na stolikach i półkach w całym kraju... ".

– To komplement...

– Komplement? – krzyknął Rudy. – Słuchaj dalej: „Jest więcej warta, 

bo jako środek nasenny działa skuteczniej niż specyfiki zapisywane przez 

lekarzy".

Anne przygryzła wargę, lecz nie zdołała ukryć uśmiechu.

– Ciebie to bawi! – wrzasnął Rudy. – Niech to jasny piorun...

– Trzeba przyznać, że jest w tym cały Garrett.

Rudy cisnął gazetę na chodnik i podeptał, a Anne pomyślała o jego 

zapewnieniach, że nauczył się panować nad sobą i nigdy nie wpada we 

wściekłość.

– W takiej sytuacji dzisiejsza kolacja odpada! Odwrócił się i odszedł 

szybkim krokiem.

– Zegnam – zawołała za nim.

Była rada, że pozbyła się jednego kłopotu i żałowała, że przez kilka dni 

niepotrzebnie się dręczyła. Serce od razu mówiło jej, że to niemożliwe, by 

background image

Rudy się zmienił.

Nic   jednak   nie   usprawiedliwiało   postępowania   Matthew.   Jego 

bezwzględny atak zirytował ją. Postanowiła rozprawić się z nim, więc gdy 

znalazła się niedaleko Pemberton Place, skręciła w prawo, zamiast jechać 

prosto.

Zastała Matthew koło garażu, pochylonego nad silnikiem kabrioletu. 

Szła wolno, licząc na to, że go zaskoczy i może, prostując się, Matthew 

uderzy   o   coś   głową.   Gdy   odezwała   się,   nie   podskoczył,   ale   spokojnie 

wyjął śrubokręt z pudła i dopiero wtedy się odwrócił.

– O, dobrze, że cię widzę. Całe rano usiłowałem się dodzwonić.

– Żeby przed czymś ostrzec?

– Ostrzec? Po co? – Spojrzał na nią z niewinną miną. – Aha, felieton 

wywołał burzę?

–   Owszem.   Radzę   sprawdzać   przesyłki,   bo   możesz   dostać   truciznę. 

Jednak przeczytałeś książkę.

– Tak. Proszę cię, podaj mi tamten klucz.

–   Jesteś   podżegaczem   wojennym   i   celowo   napisałeś   taką   zjadliwą 

krytykę, żeby wywołać awanturę.

– Nieprawda. Nigdy nie piszę z premedytacją. Powiedziałem, co myślę, 

to wszystko.

– Nie musiałeś być taki wstrętny.

– Gdybyś przeczytała dzieło, wiedziałabyś, że pisałem powściągliwie. – 

Odłożył klucz i oparł brudne ręce na czystej karoserii. – Spodziewałem się 

bardziej obiektywnej reakcji z twojej strony. Nie sądziłem, że będziesz 

bronić czegoś, o czym nie masz pojęcia. Dla zasady bierzesz stronę byłego 

narzeczonego, tak?

background image

Anne ugryzła się w język, gdyż wcale nie zamierzała bronić Rudy'ego. , 

– Jedziesz do pracy?

– Nie, dziś mam wolne.

– Wobec tego oddam ci książkę, przeczytasz i potem podyskutujemy. 

Jeśli uznasz, że jestem uprzedzony, przeproszę Rudy'ego.

– Wydrukujesz przeprosiny w gazecie?

– Oczywiście.

– Niemożliwe, żeby książka była aż taka zła i żebyś ty był tak pewien 

swego.

– O ile się zakładamy?

– Przez ciebie straciłam kolację w „Grandzie", więc chyba wszystko 

jasne.

– O, wysoka stawka, ale niech ci będzie. Idź posłuchać, co ojciec ma ci 

do powiedzenia, a ja przyniosę książkę.

– Twój ojciec już jest w domu?

– Wrócił dziś rano.

– I chce ze mną rozmawiać?

– Tak. Widocznie jest coś ważnego. Chyba nie sądzisz, że dla zabawy 

straciłem pół dnia, żeby się do ciebie dodzwonić?

– Co twój ojciec chce ode mnie?

– Nie wiem. Wbrew temu, co myślisz, nie konsultuje się ze mną w 

sprawach dotyczących personelu. Ojciec jest w cieplarni na tyłach domu.

Wytarł ręce, wyłączył silnik i odszedł, beztrosko pogwizdując.

background image

Rozdział 5

Sprawa dotycząca personelu!

Czyli wyszło szydło z worka i Matthew się zdradził. Nawet jeśli nie 

omawiał   z   ojcem   każdej   decyzji,   teraz   wiedział,   że   nie   chodzi   o 

zaproszenie   na   herbatę,   lecz   o   sprawy   służbowe.   I   w   dodatku   bardzo 

ważne, skoro pan Garrett wzywa ją tuż po powrocie ze szpitala.

Pocieszała się, że pomyłka z imionami nie jest wykroczeniem, za które 

grozi zwolnienie. Znała jednak procedurę udzielania zwykłej nagany, więc 

ogarnęły ją złe przeczucia.

Nieśmiało   zastukała   do   szklanych   drzwi   cieplarni   przylegającej   do 

domu.   Wyobrażała   sobie,   że   rekonwalescent   odpoczywa   na   wózku 

inwalidzkim lub co najmniej w fotelu, a tymczasem siedział na wysokim 

stołku.   Był   w   ochronnym   fartuchu,   rękawy   swetra   podwinął   do   góry, 

łokcie oparł na stole i oglądał jakąś roślinę  w doniczce. Liście rośliny 

wyglądały,   jakby   przywiędły   po   ostrej   naganie.   Anne   rzadko   dawała 

ponosić   się   fantazji,   lecz   tym   razem   nie   panowała   nad   myślami.   Czy 

wydawca   na   roślinie   przećwiczył   przemowę,   którą   przygotował   dla 

pracownicy?

– Czy pani zna się na storczykach? – zapytał pan Garrett bez wstępu.

Pytanie ją zaskoczyło.

– Niestety, nic o nich nie wiem.

–   Szkoda.   Według   mnie   ten   miał   za   dużo   wody.   Inny   powód   nie 

przychodzi mi do głowy. No, teraz przez tydzień nie dostanie ani kropli. – 

Odstawił doniczkę na bok i odwrócił się. – Proszę zdjąć płaszcz, bo tu 

ciepło, a musimy porozmawiać.

background image

Na   końcu   języka   miała   uwagę,   że   w   wolnym   dniu   lubi   sama 

zagospodarowywać swój czas, ale zamiast tego powiedziała:

– Wcale nie wygląda pan jak po ciężkiej operacji. Nie sądziłam, że tak 

szybko wróci pan do domu.

– Teraz medycyna działa cuda. Dawniej taka operacja była poważna, 

cięcia   olbrzymie,   a   pobyt   w   szpitalu   trwał   tygodniami.   Teraz   lekarze 

twierdzą... i każą nam wierzyć... że to zabieg kosmetyczny. Oczywiście 

zalecili   mi   to   samo,   co   przedtem:   lekką   dietę,   dużo   gimnastyki,   mało 

zmartwień. Ostatnie zalecenie jest przyczyną naszego spotkania.

Anne uznała, że musi przeprosić i im prędzej to zrobi, tym lepiej.

– Bardzo przepraszam za moje zachowanie w niedzielę. Nie wiem, co 

mnie napadło, żeby zarzucić panu dyskryminowanie kobiet. Strzeliłam jak 

kulą w płot... I obiecuję, że odtąd zawsze będę trzy razy sprawdzać imiona 

i nazwiska. Takie niedopatrzenie...

– Och, to drobna pomyłka – przerwał pan Garrett. – I nie pierwsza. 

Najpierw przez pół życia byłem znany tylko jako syn Matthew Garretta, a 

teraz jestem tylko ojcem Matta Garretta. Chyba się przyzwyczaję.

– Jest mi naprawdę wstyd i nie zdziwię się, jeśli pan mi odpłaci i odtąd 

będę dla pana Jane albo Cassandrą.

Starszy   pan   wybuchnął   śmiechem,   twarz   rozjaśniła   mu   się   i   teraz 

wyglądał jak Matthew.

–   A   co   do   tej   drugiej   sprawy   –   brnęła   dalej.   –   Przepraszam,   że 

groziłam...

– Wina była moja – przerwał pan Garrett – a racja po pani stronie. Nie 

przemyślałem wszystkich aspektów wiążących się z taką zmianą.

Anne odetchnęła i pomyślała, że może niepotrzebnie się denerwowała.

background image

–   Moje   dziecko,   mam   nadzieję,   że   łaskawie   wybaczysz   staremu 

człowiekowi...

– Pan wcale nie jest stary – zaprzeczyła automatycznie, lecz szczerze.

–   Gdy   za   moich   młodych   lat   dama   znajdowała   się   w 

niebezpieczeństwie...

– Stawał pan w jej obronie. Teraz też pan tak postąpił. Nowi strażnicy 

są tacy gorliwi, że wszystkie kobiety odprowadzają do samochodu.

– Postępują według instrukcji. Ale, moja droga... – Starszy pan urwał 

jakby speszony. – Przepraszam, wyrwało mi się.

W pierwszej chwili nie zorientowała się, o co chodzi.

– Och, tym razem to moja wina. A raczej pańskiego syna, który uważa 

mnie za wojującą feministkę, gotową pobić każdego mężczyznę, który jest 

wobec niej uprzejmy.

Przy   drzwiach   rozległ   się   gromki   śmiech.   Wszedł   Matthew,   który 

zdążył przebrać się w brązowozielony sweter i brązowe spodnie.

–   Ty   wojującą   feministką?   To   tylko   pozory,   mości   panno.   Tak 

naprawdę jesteś beznadziejnie staroświecka.

– Ja?

– Świadczą o tym haftowane poduszki i czekolada na gorąco.

–   Poduszki   wyhaftowała   moja   babcia   –   zareplikowała   ostro.   –   A 

czekolada, jak chyba zauważyłeś, była z proszku.

– Ale bita śmietana prawdziwa.

Rzucił książkę, którą zręcznie złapała i włożyła do torebki.

– Synu, dobrze, że przyszedłeś – odezwał się pan Garrett. – Właśnie 

miałem poprosić naszego gościa o wyświadczenie mi przysługi.

Wyświadczenie przysługi? Czyli nie chodzi o surową naganę? Anne tak 

background image

ulżyło, że nie spostrzegła, iż pan Garrett mówi o obu sprawach, jakby nie 

przywiązywał do nich zbytniej wagi.

– Od lat nosiłem się z pewnym projektem – ciągnął starszy pan – a 

teraz,   gdy   nadszedł   odpowiedni   moment,   żeby   go   zrealizować,   lekarze 

zalecają duże ograniczenie obowiązków. Bałem się, że pomysł spali na 

panewce, bo sam nie mogę go opracować, a Matt – wymownie spojrzał na 

syna – nie ma czasu.

Anne zdziwiła się. Jak to? Mattowi brak czasu? Jest dopiero południe, 

większość ludzi solidnie pracuje, a on majstruje przy starym samochodzie. 

Wygląda, jakby miał mnóstwo wolnego czasu, ale skoro ojciec-wydawca...

– Sądzę, że to zajmie parę wieczorów – podjął pan Garrett. – Ale jak 

już przebrnie się przez pierwszy etap...

– Tato – wtrącił się Matthew. – Nie trzymaj biedaczki w napięciu, bo 

zżera ją ciekawość.

– Masz rację. Powinienem najpierw powiedzieć, o co chodzi. Otóż na 

cześć   mojego   ojca   postanowiłem   ustanowić   fundusz   stypendialny   dla 

studiujących dziennikarstwo. Ale jak wiadomo, najtrudniej ustalić zasady 

przyznawania   pieniędzy,   żeby   skorzystali   właściwi   ludzie.   W   tym 

wypadku   interesują   mnie   nie   tylko   studenci   potrzebujący   wsparcia 

finansowego, a znikąd nie mogący go otrzymać, ale tacy, którzy rokują 

nadzieję, że za kilka lat czymś się wyróżnią. Nie mam ochoty finansować 

wykształcenia   dzieci,   które   rzekomo   chcą   zostać   dziennikarzami,   ale 

kończą jako sprzedawcy...

– Zaraz ci podskoczy ciśnienie – ostrzegł Matthew.

Rekonwalescent puścił uwagę mimo uszu.

– Pan Lehmann twierdzi, że stawiam za dużo warunków, i to takich, 

background image

którym nikt nie sprosta. Jakoś nie mogę go przekonać, że wiem, czego 

chcę. – Przez chwilę przypatrywał się Anne. – Czy pani rozumie, o co mi 

chodzi?

– Chyba tak, ale...

–   No   właśnie.   Tylko   ktoś   z   praktycznym   doświadczeniem   mnie 

zrozumie.

Anne wymownie spojrzała na Matthew, który cicho mruknął:

– Gratuluję.

– Rozumie pani, dlaczego chcę ją zwerbować – rzekł pan Garrett. – 

Sam   niewiele   mogę   zdziałać,   więc   potrzebuję   kogoś,   kto   sformułuje 

zasady, powiadomi odpowiednie czynniki i oceni podania.

– Anne gorąco poparła projekt, ponieważ zawsze są zdolni uczniowie, 

których nie stać na studia. Takie stypendium umożliwiłoby im zdobycie 

wykształcenia.   Dziwiło   ją   jednak,   że   właśnie   ona   została   wybrana.   I 

znalazła się w dość kłopotliwej sytuacji, ponieważ nie lubiła narzucanych 

zadań, a nie wypadało odmówić przełożonemu.

– Syn podsunął mi myśl, żeby panią zapytać.

–   Dziękuję,   przyjacielu   –   bąknęła   niezbyt   uprzejmie.   Matthew 

wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu i rozłożył ręce.

– Widzę po twojej minie, że uważasz siebie za idealną kandydatkę.

– Pani ma osobiste doświadczenie, a poza tym od pani Dorie wiem, jak 

pani angażuje się w sprawy uczelni. Nie tylko uczy bezpłatnie, ale czasem 

sięga też pani do własnej kieszeni...

Anne nikomu o tym nie mówiła. Jak to się wydało? Ogarnął ją gniew, 

więc policzyła do dziesięciu i w miarę spokojnie odparła:

– Pana projekt jest bardzo piękny...

background image

– Mówmy sobie po imieniu.

–   I   chętnie   pomogłabym,   ale   uważam,   że   potrzebna   jest   osoba   z 

większym doświadczeniem.

– Duże doświadczenie nie jest konieczne. Starczy, jeśli wypunktujesz, 

jaka   procedura   oceny   podań   i  jakie   wymagania   zadowoliłyby   ciebie,   a 

mnie to wystarczy. Sama jesteś przykładem, jakiego szukam.

– Wątpię, czy pan Lehmann uzna moje argumenty.

Pan Garrett niecierpliwie machnął ręką.

– To nie problem, bo. Matt zgodził się pośredniczyć.

Ty opracujesz plan, a on przekona pana Lehmanna.

Anne zerknęła na Matthew, który nieznacznie wzruszył ramionami.

–   Mój   syn   teraz   nie   może   zająć   się   opracowywaniem   szczegółów. 

Oczywiście   nie   chcę,   żebyś   marnowała   na   to   wolne   chwile.   Drobne 

zmiany zapewnią ci czas w godzinach dyżuru redakcyjnego.

Anne rzuciła Matthew podejrzliwe spojrzenie. Czy wolne w godzinach 

pracy   to   jego   pomysł?   Co   jeszcze   wymyśli?   Czy   zwolni   ją,   jeśli   nie 

wywiąże się z obowiązków?

– Dziękuję, ale i bez tego sobie poradzę.

– Z niecierpliwością czekam na wynik twoich przemyśleń.

Pan Garrett uśmiechnął się, wstał i wyciągnął rękę.

Anne   czuła   się   pokonana   i   obawiała   się,   że   zasady   przyznawania 

stypendium   nie   ujrzą   światła   dziennego.   Intuicja   mówiła,   że   obecność 

Matthew nie ułatwi sytuacji.

Spotkali   się   o   umówionej   godzinie   i   ledwo   usiedli   przy   stoliku, 

powiedziała:

background image

– Przyznaj się, że podrzuciłeś stryczek, na którym mam się powiesić. 

Liczysz na to, że się skompromituję i twój ojciec będzie miał pretekst, 

żeby mnie zwolnić.

Matthew patrzył na nią z marsem na czole.

– Mów dalej, bo na razie nic nie rozumiem. Lepiej wymyślasz intrygi 

niż twój narzeczony. Czy zamierzasz pisać powieści?

– Przestań zmieniać temat.

– Jesteś niemożliwa. – Głośno westchnął. – Nie pojmuję, czemu wbiłaś 

sobie do głowy, że dążę do zwolnienia cię z pracy.

– To twoja wina, bo dopytujesz się, czy zamierzam przenieść się do 

innej gazety lub pisać książki.

– Aha. Stąd wnioskujesz, że chcę się ciebie pozbyć. Mylisz się, bo po 

prostu zadaję uprzejme pytania. Zapominasz, że masz nade mną przewagę.

– Jaką?

–  Dzięki  felietonom   sporo  o  mnie   wiesz.  Ja  zaś  muszę  pytać,  żeby 

dowiedzieć się czegoś o tobie.

Logiczne tłumaczenie nie przekonało jej i nadal trwała w podejrzeniach 

o ukryte motywy.

– Powiedzmy...

Rozejrzała się po sali, w której rzadko bywała. Chciała miło spędzić 

wieczór, niezależnie od towarzystwa.

Przed wielu laty w hotelu odbywały się bale, wesela, bankiety, ważne 

zjazdy. Potem moda zmieniła się, wystrój wnętrza przestał odpowiadać 

nowym   gustom   i   hotel   powoli   utracił   popularność.   Okazał   się 

nierentowny,   lecz   właśnie   to   go   uratowało.   Dobrze,   że   nie   przynosił 

dochodu, bo remont zniszczyłby styl typowy dla lat dwudziestych. A tak 

background image

pierwotne kolory i ornamenty zostały, tyle że przybrudzone, podniszczone, 

miejscami niepełne. W późnych latach siedemdziesiątych przystąpiono do 

renowacji; zachowano wszystko, co udało się odnowić. Teraz ponownie 

weszło w modę przychodzenie na koktajl do „Marble Court" i urządzanie 

wesel   w   wielkiej   sali   balowej.   Znowu   bawiono   się   tu   i   przy   różnych 

okazjach wznoszono toasty.

– Ładna sala, prawda? Wydaje mi się, że lada chwila orkiestra zagra 

charlestona i na parkiet wyjdą niemodnie ubrane pary.

– Wróciło tu życie, więc tym większa szkoda, że Rudy nie uchwycił 

specyficznej atmosfery.

Anne westchnęła.

– Usilnie się starał – ciągnął Matthew – ale mu nie wyszło. Zdaje mi 

się,   że   nawet   tu   nie   wstąpił,   chociaż   obrał   hotel   za   miejsce   akcji. 

Zauważyłaś jego słabe punkty, prawda?

– Musisz teraz o nim mówić?

Matthew, który akurat napełniał jej kieliszek, tak się zdziwił, że rozlał 

trochę wina. Odstawił butelkę i ujął dłoń Anne w swoją.

–   Wcale   nie   muszę,   bo   są   ciekawsze   tematy.   Przepraszam   za 

niestosowne zachowanie.

– Niestosowne? Ja nie...

Próbowała cofnąć rękę, lecz Matthew mocniej zacisnął palce, uniósł jej 

dłoń do ust i pocałował.

– O, teraz postępujesz nietaktownie – szepnęła. – Co ty sobie myślisz?

– Ze źle cię zrozumiałem. Nie zdawałem sobie sprawy, że to ma być 

randka. Sądziłem, że jedynym powodem spotkania jest książka Rudy'ego. 

–   Nie   wypuszczał   jej   dłoni   ze   swojej.   –   Nie   zorientowałem   się,   że   to 

background image

jedynie wykręt, by być ze mną. Wybacz.

Anne bezskutecznie usiłowała wyrwać rękę.

– Nasza pierwsza randka – ciągnął uwodzicielskim tonem. – Trochę mi 

głupio, że musiałaś mocno stuknąć mnie w głowę, żebym zrozumiał, o co 

ci chodzi. Gdybyś szczerze powiedziała...

– Dobrze. Szczerze ci mówię, że jednak wolę porozmawiać o książce.

– Za późno. Przed chwilą nie chciałaś, więc nie będę cię zmuszał.

Gdy kelner przyniósł zupę, Matthew z westchnieniem żalu puścił rękę 

Anne.

Anne uważała, że posunął się za daleko, chyba to celowy krok, aby 

wyprowadzić ją z równowagi. Im mocniej ona się zirytuje, tym bardziej on 

będzie z siebie zadowolony, a jeśli wpadnie w ten sam ton, zabawa prędko 

mu się sprzykrzy. Dlatego spuściła oczy i słodkim głosikiem powiedziała:

– To żenujące, że słynny felietonista okazał się tak mało bystry.

Usłyszała coś jak westchnienie, ale nie była pewna. Ujęła jego dłoń i, 

trzepocząc rzęsami, szepnęła:

– Od dawna darzę cię gorącym uczuciem. Zakochałam się w twojej 

wspaniałej   prozie.   –   Przelotnie   zerknęła   na   niego.   –   Już   jako   dziecko, 

ledwo nauczyłam się czytać, a to tak dawno...

Matthew   zamknął   jej   dłoń   w   mocnym   uścisku,   więc   szarpnęła   się, 

rzuciła mu gniewne spojrzenie i potrząsnęła obolałą ręką.

– Teraz rozumiem, co znaczy żelazny uścisk – syknęła. – Jeśli masz mi 

zmiażdżyć palce, wycofuję się z gry. Zastawiłeś na mnie pułapkę, ale sam 

w nią wpadłeś. Tak naprawdę nie chcesz przedyskutować książki, bo boisz 

się, że będziesz musiał przeprosić autora. No, przyznaj się.

–   Do   czego?   Lepiej   ty   się   przyznaj,   czemu   przedtem   nie   chciałaś 

background image

omówić arcydzieła narzeczonego.

– Anne pomyślała, że lepiej nic nie mówić, ale odparła:

– Powieść nie przypadła mi do gustu. Być może jest dobra, ale...

– Nie jest – przerwał Matthew. – Niedopracowana akcja, złe opisy, 

kiepsko naszkicowane postaci...

– Mimo to uważam, że powinieneś Rudy'ego przeprosić.

–   Za   co?   I   czemu?   Żebyś   ty   miała   spokój?   Oczywiście   rozumiem, 

dlaczego go bronisz. To reakcja typowa dla ciebie.

– Wcale go nie bronię – zawołała.

Zawstydziła   się,   gdy   zobaczyła,   że   ludzie   przy   sąsiednich   stolikach 

patrzą na nią. Spuściła głowę i wbiła wzrok w talerz.

Kilka minut później do ich stolika podeszła kobieta w średnim wieku.

– Panie Garrett, pański dzisiejszy felieton...

Matthew wstał.

– Niech pan nie wysila się i nie udaje znawcy współczesnej literatury. 

Jest jasne jak słońce, że pan nie wie, o czym mówi. Moim zdaniem to, co 

pan   wypocił,   jest   nudne   jak   flaki   z   olejem.   Nie   zna   się   pan   na   takiej 

literaturze.

Anne zdusiła niewczesny śmiech, a Matthew spojrzał na nią z gorzkim 

wyrzutem. Potem wyjął z kieszeni dwie monety i podał nieznajomej.

– Proszę. Nieznajoma spąsowiała.

– Co to ma znaczyć?

– Przepraszam, że panią znudziłem i oddaję pieniądze za gazetę.

– Co za gbur! Nikt mnie tak nie obraził – krzyknęła kobieta i prędko 

odeszła.

Matthew wzruszył ramionami i usiadł.

background image

– Nic nie  rozumiem.  Starałem się być grzeczny  i chciałem zwrócić 

pieniądze.

– Nie powinieneś...

– W dodatku za całą gazetę, a nie tylko za stronę z moim felietonem.

– Nie udawaj głupszego, niż jesteś. To skandal. Wydawca nie musi 

wszystkim   dogadzać,   ale   niedobrze,   jeśli   czytelnicy   pałają   do   gazety 

nienawiścią.

–   Tylko   jedna   czytelniczka...   Założę   się,   że   felieton   przeczytała   w 

całości, a książki na pewno nie. Gdyby poświęciła jej więcej uwagi, nie 

nazwałaby mnie nudziarzem. MNIE!

Długo kłócili się na temat książki i nie doszli do zgody nawet przy 

kawie. Gdy kelner przyniósł rachunek, Matthew wymownie spojrzał na 

Anne.

– Nie myśl, że zapłacę – uprzedziła pytanie. – Ty przegrałeś tę rundę. 

Właściwie nie przepadam za stylem Rudy'ego, ale...

– Powiedz mi z ręką na sercu, czy naprawdę nie uważasz, że to jedna z 

tych książek, bez których świat mógłby się obejść.

– Świat mógłby obejść się bez wielu rzeczy. Nie podpowiadaj mi, co 

mam   mówić.   Nieważne,   co   myślę   o   powieści,   bo   nadal   sądzę,   że   nie 

powinieneś   pisać   takiej   zjadliwej   recenzji.   I   ta   pani   widocznie   też   tak 

myśli.

– Nazwała mnie nudziarzem, a to zupełnie co innego.

– Tak czy owak jesteś mi winien kolację.

– Matthew uśmiechnął się i uregulował rachunek.

– A Rudy'emu jesteś winien przeprosiny.

– Nie chciej za dużo. Płacę za kolację, bo to nasza pierwsza randka, a 

background image

nie dlatego, że przegrałem. Chcę, żebyś wiedziała, jaki mam gest.

Odwiózł ją i nie tylko odprowadził do drzwi, lecz wszedł do domu.

– O, znowu się wpraszasz?

– Oczywiście. Jeśli kobieta wyznaje mężczyźnie wieloletnią miłość, nie 

wypada tego ignorować. Byłoby to bardzo niegrzeczne. – Pomógł jej zdjąć 

płaszcz.   –   Gdybyś   nie   uczyniła   wyznania   w   miejscu   publicznym,   nie 

czekałbym tak długo.

W   kuchni   Anne   stanęła   na   palcach,   żeby   wziąć   z   półki   dzbanek   z 

jabłecznikiem.   Matthew   zdjął   dzbanek,   podał   i   ją   pocałował.   Chętnie 

rozbiłaby dzbanek na głowie impertynenta, ale miała unieruchomione ręce. 

Była bezradna, gdy wyjmował spinki i wsunął palce w jej włosy. Obsypał 

pocałunkami jej twarz i szyję, lekko ugryzł w ucho. Znalazł najwrażliwsze 

miejsce   tuż   pod   brodą,   a   wtedy   pomyślała,   że   grozi   jej   wewnętrzny 

wybuch. Pocałunki były inne niż poprzednio; wkrótce zabrakło jej tchu i 

osłabła.

Dzbanek wyślizgnął się jej z rąk, lecz Matthew go złapał i odstawił na 

szafkę.

– Jesteś niebezpieczna. Bardzo.

–   A   ty   nie?   –   wykrztusiła,   opierając   się   o   jego   szeroką   pierś.   – 

Matthew...

– Czas, żebyś zwracała się do mnie zdrobniałym imieniem. W miłości 

przeszkadza...

– Ze strachu przestało jej bić serce.

–   Co   takiego?   Musimy   coś   wyjaśnić.   Parę   pocałunków   wcale   nie 

oznacza, że interesuje mnie coś więcej.

– Kłamiesz, bo bardzo cię interesuje.

background image

Anne odsunęła się, wlała do rondla sporą porcję jabłecznika i wrzuciła 

cynamon. Matthew pocałował ją w kark.

– Nie denerwuj się, bo wiem, jaka jesteś staroświecka.

Usłyszała w jego głosie źle skrywane rozbawienie. Na pewno chętnie 

zostałby   do   rana,   ale   potem   szybko   zapomniałby   o   tej   nocy.   Musi 

pamiętać, że dla niego byłaby to zabawa bez znaczenia.

– Poza tym – dodał poważnie – wciąż mam w uszach twój przeraźliwy 

wrzask na parkingu, a nie chcę, żebyś pobudziła sąsiadów. Zobaczymy się 

w sobotę.

– W sobotę? Z jakiej okazji?

– Z okazji spotkania z Lehmannami, żeby omówić szczegóły dotyczące 

stypendium. Pojedziemy do ich domku w Door County.

– Podobno nie masz czasu na zajmowanie się stypendiami – rzuciła z 

ironią.

– Wydaje mi się, że będzie rozsądniej, jeśli przedstawię ojcu wynik 

tego, co uzgodnimy między sobą. Lepiej nie męczyć go rozpatrywaniem 

wszystkich wariantów. – Włożył płaszcz. – Zgoda?

Anne nie pociągała perspektywa spędzenia z Matthew niedzieli na wsi. 

Gorączkowo szukała odpowiedniej wymówki, ale nic nie wymyśliła.

– W sobotę idę do pracy.

– Pamiętam, ale ja też muszę pracować.

– Ty? – zdziwiła się.

– Przyjadę, gdy wrócisz z redakcji, i w godzinę będziemy na miejscu.

– Nie mogę jechać, bo mam inne plany.

Matthew zawrócił ze schodów.

–  Kłamiesz.  Powiedziałaś  Rudy'emu,  że  przeczytasz  jego  książkę  w 

background image

sobotę, bo nie masz innych planów.

A skoro już przeczytałaś, jesteś wolna jak ptak.

Pocałował ją w czubek nosa i odjechał.

background image

Rozdział 6

Za późno pobiegła do kuchni. Jabłecznik zdążył wykipieć i prawie się 

wygotował.   Na   dnie   rondla   został   brązowawy   osad,   a   kuchenka   była 

pokryta   lepką   masą.   Napełniła   rondel   zimną   wodą   i   zaczęła   wycierać 

kuchenkę, myśląc o wyjeździe. Wiedziała, że w Door County jest pięknie 

o każdej porze roku, lecz jesienią pogoda bywa niepewna i nagle może 

zrobić   się   zima.   Wzdrygnęła   się,   gdy   wyobraziła   sobie   małą   chatę 

zasypaną śniegiem i odciętą od świata.

– Dopiero październik – powiedziała na głos. – Nie oszukuj się, bo to 

wcale nie strach przed zimą, lecz przed czymś innym.

Zrezygnowała   z   czyszczenia   kuchenki   i   nakryła   ją   mokrymi 

ręcznikami. Liczyła na to, że do rana klejowata masa sama się rozpuści.

Z   jednej   strony   miała   coraz   więcej   wątpliwości   związanych   z 

wyjazdem, a z drugiej uważała, że im prędzej wykona zadanie, którego się 

podjęła,   tym   lepiej.   W   wiejskiej   chacie   niewątpliwie   będzie   więcej 

spokoju potrzebnego do intensywnej pracy i być może ustalą zasadnicze 

punkty. Jeśli uda się przebrnąć przez najtrudniejszy etap, wszyscy będą 

zadowoleni i spokojnie wrócą do swych zajęć.

Przez   chwilę   rozważała,   czy   rano   zadzwonić   do   pana   Garretta   i 

powiadomić   go,   że   się   wycofuje.   Zawsze   można   odmówić,   nawet 

zwierzchnikowi. Kłopot polegał jednak na tym, że nie chciała odmawiać, 

bo była przekonana, że ustanowienie funduszu stypendialnego jest bardzo 

dobrą   inicjatywą.   Nie   miałaby   żadnych   zastrzeżeń   i   entuzjastycznie 

poparłaby   projekt,   gdyby   nie   została   wciągnięta   w   sprawę   niejako   bez 

uprzedzenia.

background image

Jakie będą konsekwencje ewentualnej odmowy? Matthew nic nie zrobi, 

gdyż jasno dał do zrozumienia, że sprawa interesuje go o tyle, o ile będzie 

mógł zadowolić ojca, nie wkładając w opracowanie zbyt wiele wysiłku. 

Czyli   albo   nikt   nic   nie   zrobi   i   projekt   upadnie,   albo   zajmie   się   nim 

człowiek   obojętny,   który   nie   zrozumie,   o   jakich   stypendystów   panu 

Garrettowi chodzi. Skończy się na tym, że będzie to fundusz jak wiele 

innych.   Pieniądze   będą   przyznawane   bez   dobrego   rozeznania   i   tylko 

przypadkowo   pomogą   tym,   którzy   rokują   nadzieję   na   to,   że   zostaną 

wybitnymi dziennikarzami.

Zgasiła   lampy   i   dopiero   wychodząc   z   pokoju,   zauważyła   czerwone 

światełko   automatycznej   sekretarki.   Wysłuchała   dwóch   nagrań.   W 

pierwszym   Rudy   przepraszał   i   zapewniał,   że   nikt   nie   ponosi   winy   za 

poglądy aroganckiego felietonisty i prosił, żeby się odezwała. W drugim 

zawiadamiał,   że   przyjechał,   aby   zabrać   ją   na   kolację,   lecz   dom   był 

zamknięty. Dziwił się, że Anne ma do niego żal, mimo iż ją przeprosił.

Anne zirytowała się. Dlaczego Rudy uważał, że po awanturze będzie 

grzecznie   siedzieć   w   domu   i   na   niego   czekać?   Czyżby   zapomniał,   że 

odwołał   spotkanie?   Poza   tym,   dlaczego   uważał,   że   wystarczą   nagrane 

przeprosiny?

Skasowała   nagrania   i   poszła   na   górę.   Zastanawiała   się,   jak   Rudy 

postąpiłby,   gdyby   ktoś   skrytykował   go   tak,   jak   przydarzyło   się   to 

Matthew. Na pewno nie zaproponowałby zwrotu pieniędzy. Przypomniała 

sobie wyraz twarzy tamtej kobiety i wybuchnęła śmiechem. Matthew nie 

cierpiał na kompleks niższości, miał dobre mniemanie o sobie, swej pracy 

i poglądach. Taka pewność siebie nie oznaczała, że zawsze miał rację.

– Uważa, że jest dżentelmenem – szepnęła, ziewając.

background image

 – To nawet ciekawe.

W sobotę rano przyznała Matthew rację, że zaoszczędzą trochę czasu, 

jeżeli pojadą na wieś prosto z redakcji. Dlatego zabrała do pracy podróżną 

torbę, którą wsunęła pod biurko. Miała jednak wyrzuty sumienia, że w 

pracy trzyma rzeczy na wyjazd.

Weszła   Holly.   Była   elegancko   ubrana,   ponieważ   wróciła   właśnie   z 

hotelu, gdzie odbyła się uroczystość wręczania nagród. Kładąc na biurku 

plik papierów, przymilnie spytała:

– Wybaczyłaś mi? Oto dowód, że odbyłam karę.

Anne rzuciła okiem na wydruk z powtarzającym się jednym jedynym 

zdaniem i przeczytała:

– „Zawsze będę mówić prawdę i tylko prawdę". – Przerzuciła kartki i 

gniewnie zmarszczyła brwi. – Nie liczy się. Miałaś napisać zdanie pięćset 

razy, a nie jeden i powielić.

–   Skąd   wiesz,   że   nie   ślęczałam   nad   tym   przez   dwa   dni?   –   Holly 

uśmiechnęła   się   znacząco.   –   Twój   przyjaciel   Garrett   junior   zrobił   dziś 

furorę. Oczarował całą salę.

Anne skrzywiła się. Czyli o to chodziło, gdy mówił, że w sobotę musi 

pracować.

–   Widocznie   wygłaszanie   mów   to   jego   specjalność.   Podobnie   jak 

zgrywanie się, komedianctwo, cyrkowe popisy.

– Myślałam, że go lubisz. Z tego, co mówi Dominique...

– O? – Anne rzuciła Holly podejrzliwe spojrzenie. – Od kiedy jesteś z 

nią na ty?

–   Nie   jestem,   ale   dowiedziałam   się   okrężną   drogą.   Niedawno   jadła 

kolację w „Grandzie" i widziała, kto cię całował. Była wściekła.

background image

Anne milczała.

–   Przyznaj   się,   całował   czy   nie?   To   przez   niego   wtedy   nie   mogłaś 

spotkać się ze mną?

– Wcale mnie nie całował – oświadczyła Anne sucho. – No, tylko w 

rękę.

Holly patrzyła na nią rozczarowana.

– Ach, te plotki! Ludzie zawsze wszystko przekręcą. Wielki felietonista 

pocałował cię tylko w rękę?

–   To   nic   zdrożnego.   Ale   powinnam   mieć   więcej   oleju   w   głowie   i 

zaproponować kolację gdzie indziej.

W zdenerwowaniu kopnęła kosz, który się przesunął, popychając torbę.

Holly   długo   wpatrywała   się   w   torbę,   po   czym   podniosła   wzrok   na 

Anne.

– Jedziesz odpoczywać u przyjaciółki?

– Nie. Jadę pracować u znajomych.

– Po co ci taka wypchana torba? Nowoczesna kobieta, planująca noc z 

ukochanym, zabiera tylko szczoteczkę do zębów.

– Myślisz, że takie plany obwieszczałabym ludziom – na prawo i lewo? 

– syknęła Anne. – Jeśli jesteś bezrobotna, zaraz coś dla ciebie znajdę. W 

tym momencie wszedł Matthew.

– Aha, rozumiem tę pracę – szepnęła Holly. – Przezorna nowoczesna 

dziewczyna na taką okazję wkłada dwustronny kostium i rano nie musi 

wstępować do domu, żeby się przebrać.

Matthew przysiadł na biurku i spojrzał na zegar ścienny.

– Oj, spóźniłem się. Przepraszam. Jesteś gotowa?

– Jeszcze nie – odparta Anne służbowym tonem. – Uprzedzam cię, że 

background image

pan Straw . wyraził się krytycznie o twoim poniedziałkowym felietonie. 

Chyba niezbyt mu się podobał.

Matthew obojętnie wzruszył ramionami, a ona pomyślała, że redaktora 

naczelnego boją się jedynie ci, którzy są od niego zależni.

– Ma pan jakiś swój ulubiony felieton? – zapytała Holly.

– Tak. Ten, który akurat skończyłem pisać.

– Aha. – Holly zrobiła niewinną minę. – To tak samo dyplomatyczna 

odpowiedź, jak stwierdzenie, że pańską ulubioną dziewczyną jest ta, którą 

pan ostatnio pocałował.

– To prawda – przyznał Matthew z uśmiechem.

– Holly, dzwoni twój telefon – rzekła Anne ostro.

– Mogę tu odebrać? – Nie czekając na pozwolenie, Holly wystukała 

swój kod. – „Chronicie", słucham.

– Spóźnienie jest najmniejszym przewinieniem, za które odpokutujesz 

– szepnęła Anne do Matthew.

– Och! – Holly zakryła słuchawkę ręką. – Pali się Sheboygan.

–   Był   to   najnowszy   i   najwyższy   budynek,   w   którym   mieściły   się 

sklepy, biura i ekskluzywne mieszkania. O tej porze na pewno większość 

ludzi   była   w   domu   i   szykowała   się   do   snu.   Strażacy   od   początku 

krytykowali budowę takiego   wieżowca.  Twierdzili,   że jest  za wysoki  i 

ugaszenie ewentualnego pożaru będzie prawie niemożliwe.

– Może to jakiś głupi dowcip?

W   oczach   Holly   pojawił   się   charakterystyczny   wyraz.   Było   to 

przerażenie   z   powodu   tragedii   zmieszane   z   podnieceniem,   że   będzie 

materiał na ciekawy reportaż.

Anne wyciągnęła rękę po telefon.

background image

– Zaraz tam jedź i weź ze sobą fotografa. Zadzwoń, gdy sprawdzisz, co 

się dzieje.

– Czy gazeta jest gotowa do druku? – zapytał Matthew i zmarszczył 

brwi.

– Prawie.

Anne szczegółowo wypytała dzwoniącego i odłożyła słuchawkę. Pożar 

wybuchł w jednym z biur. Możliwe, że palił się jedynie kosz z papierami, 

ale ogień mógł ogarnąć całe piętro.

– Co robić? – szepnęła.

Obmyśliła linię postępowania, wybrała numer wewnętrzny i spojrzała 

na zegarek. Dochodziła jedenasta, druk miał rozpocząć się za kwadrans, 

ale   należy   wstrzymać   się   do   telefonu   od   Holly.   Gdy   zgłosił   się   Peter 

Grafton, powiedziała:

– Pali się Sheboygan i dlatego wszyscy muszą dłużej zostać w pracy.

– Pewnie ktoś poczuł dym papierosowy tam, gdzie – nie wolno palić i 

zaalarmował straż pożarną – lekceważąco skomentował Peter. – Wielkie 

rzeczy! Z takiego  powodu mam kazać ludziom dłużej tu  siedzieć?  Już 

prawie niedziela...

– Dostaną za nadgodziny – sucho rzuciła Anne. – Ale jeśli nie chce pan 

ich zatrzymać, sama sobie poradzę i złożę pierwszą stronę.

– Nie może pani, bo na to nie pozwalają przepisy związkowe.

– Niech pan w poniedziałek złoży zażalenie na mnie w związku. Ja na 

pewno wyciągnę konsekwencje, jeśli ludzie pójdą do domu. Proszę czekać 

na wiadomość.

Matthew przyglądał się jej dziwnym wzrokiem.

–   Fatalnie,   że   to   stało   się   akurat   teraz   –   rzekła   przepraszająco.   – 

background image

Niestety, nie mogę wyjść z redakcji, póki sytuacja się nie wyjaśni.

–   Jeżeli   naprawdę   wybuchł   pożar,   współczuję   ludziom,   których 

spotkało nieszczęście – rzekł Matthew poważnie. – Czy mogę wam jakoś 

pomóc?

Zaskoczona wskazała regały koło okna.

– Podczas budowania wieżowca było sporo głosów krytycznych, ale 

pracowałam w Chicago i nie pamiętam szczegółów. Pewnie szkoda fatygi, 

ale tam są materiały.

Okazało   się,   że   warto   sprawdzić,   jak   było.   Holly   potwierdziła,   że 

wieżowiec się pali.

– Trudno opisać ten koszmarny widok. Jestem po drugiej stronie ulicy i 

widzę płomienie na dziesiątym piętrze. Gary już zrobił kilka zdjęć.

–   Zaraz   przyślę   kogoś   po   film,   a   ty   postaraj   się   jak   najprędzej 

dostarczyć tekst.

– Potem Anne długo siedziała zamyślona.

Niedzielne wydanie było obszerniejsze niż codzienne i rozsyłano je do 

prenumeratorów w całym stanie, a nie tylko w mieście. Część gazety już 

wydrukowano   i   gotowe   strony   zostaną   dołączone   do   ostatnich 

wiadomości, które dopiero zostaną opracowane. To zaś wymaga czasu, a 

wstrzymanie   druku   wydania   niedzielnego   niesie   większe   ryzyko   niż 

opóźnienie   wydania   codziennego.   Należało   dokładnie   obliczyć   czas 

potrzebny na zredagowanie wyważonego artykułu o pożarze oraz na druk i 

kolportaż. Jeżeli relacja o tragedii będzie niedokładna lub prenumeratorzy 

nie otrzymają gazety o szóstej rano, mogą wyniknąć nieprzyjemności.

– Zadzwonię do naczelnego – rzekła jakby do siebie.

Matthew,   który   siedział   przy   sąsiednim   biurku,   wymownie   na   nią 

background image

spojrzał.

– Po co?

–   Żeby   pozwolił   wstrzymać   druk   –   odparła   zniecierpliwiona.   – 

Myślałeś, że chcę umówić się na randkę?

– Nie musisz do nikogo dzwonić. Wstrzymaj druk na tak długo, jak 

trzeba.

Anne nie od razu pojęła wagę jego słów. Dopiero po chwili zrozumiała, 

że nie musi pytać redaktora naczelnego, skoro ma pozwolenie przyszłego 

wydawcy. To, że zadecydował Garrett junior, chyba nie jest istotne.

– Dziękuję.

Druk   podjęto   dopiero   po   północy.   Prawie   połowę   pierwszej   strony 

zajęło zdjęcie płonącego budynku, a resztę miejsca reportaż Holly i krótka 

notatka o budynku, przygotowana przez Matthew.

– Jesteś zadowolona, prawda? – spytał, gdy szli na parking.

–   Mam   powody...   Oczywiście   serdecznie   współczuję   tamtejszym 

mieszkańcom, ale pożar już opanowano i nie ma ofiar śmiertelnych. Więc 

nie jestem bezduszna, jednak odczuwam dumę, bo sprawnie i rzetelnie 

przygotowaliśmy artykuł.

– Wyprzedziliśmy radio i telewizję, a to duży wyczyn. Ale i trochę 

kosztów.   Holly   uprzedziła,   że   w   rozliczeniu   umieści   cenę   za   buty   z 

wężowej skórki, które ucierpiały od strażackiej wody.

–   Trzeba   będzie   zapłacić,   bo   wytrwała   do   końca,   aż   do   ugaszenia 

pożaru.

Rozległ się pisk opon gwałtownie hamującego samochodu i tuż przy 

bramie,  na  miejscu   zarezerwowanym dla  niepełnosprawnych,  zatrzymał 

się duży elegancki wóz. Wysiadło czworo ludzi, z których nikt nie był 

background image

kaleką. Anne poznała kobietę w futrzanej pelerynie i najchętniej uciekłaby 

do mysiej dziury.

Dominique   stanęła   jak   wryta   i   wymownie   popatrzyła   na   Matthew 

niosącego dużą torbę.

– Co ty tu robisz o tej porze? Uciekłeś z domu?

– Pomagam w pracy.

–   Aha.   Śpiwór   też   zabrałeś?   My   jedziemy   z   jednego   przyjęcia   na 

drugie, ale wstąpiliśmy po gazetę. Zamieściliście coś o pożarze?

– Tak.

Anne odezwała się tak cicho, że jedynie Matthew ją usłyszał. Ujął ją 

pod rękę i poszli dalej.

– Czemu Dominique nigdy nie kupuje gazety? – syknęła gniewnie. – 

Zawsze przyjeżdża po darmowy egzemplarz! Ma tupet!

–   Tym   razem   nie   mogła   kupić,   bo   wstrzymałaś   druk   –   spokojnie 

wyjaśnił Matthew.

Anne prychnęła, lecz nic nie powiedziała. Gdy zorientowała się, dokąd 

idą, rzekła z gryzącą ironią:

–  Widzę,  że teraz  ty  parkujesz  po kątach.  Nie  boisz  się  napaści?  – 

Dostrzegła Pierce Arrow, przystanęła i zawołała: – Tym pojedziemy tak 

daleko?

–   Obiecałem   ci   przejażdżkę   kabrioletem,   ale   nie   przewidziałem,   że 

wyruszymy w środku nocy.

– Dojedziemy?

–   Boisz   się,   że   utkniemy   po   drodze?   Samochód   jest   stary,   ale 

zapewniam cię, bardzo bezpieczny.

– Nie chodzi mi tylko o bezpieczeństwo jazdy. Dotrzemy tam wcześnie 

background image

rano i pani Lehmann nie będzie zachwycona, że wyciągamy ją z łóżka.

– Uprzedziłem, że się spóźnimy. Nie będziemy ich budzić.

Przytrzymał drzwi, więc Anne westchnęła zrezygnowana i wsiadła.

– Mam nadzieję, że naprawiłeś już ogrzewanie. No, James, ruszaj w 

drogę.

–   Na   imię   mi   Mart.   Zauważyłem,   że   starasz   się   tak   do   mnie   nie 

zwracać, jednak przynajmniej powinnaś pamiętać, jak mnie ochrzczono.

Anne spąsowiała, ale ciemności skryły rumieniec wstydu.

– O co ci chodzi? – spytała zadziornie. – O ile mi wiadomo, każdy 

szofer ma na imię James.

– Nie każdy.

–   W   samochodzie   było   dużo   miejsca,   wygodnie   i   cicho.   Na   widok 

starego modelu kierowcy zwalniali, pozdrawiali ich klaksonem, niektórzy 

machali ręką. Po pewnym czasie Anne też każdemu radośnie machała.

– Miło mi, że tak się cieszysz.

– To chyba jedyna okazja, żebym czuła się jak sławna osoba.

Im   dalej   na   północ,   tym   mniej   mijali   samochodów,   więc   usiadła 

wygodniej i zapatrzyła się w księżyc. Była pełnia i jasny krążek płynął po 

czarnym aksamicie wraz z mrugającymi gwiazdami. Od czasu do czasu 

przelatywał samolot odrzutowy.

Anne   ziewnęła,   przymknęła   oczy,   przytuliła   policzek   do   obicia   i 

zdrzemnęła się.

– Anne?

Nie zareagowała, bo głos dochodził z bardzo daleka.

– Ścierpła mi ręka. Wiem, że to drobiazg, ale trudno mi zmieniać biegi.

Otworzyła jedno oko i zorientowała się, że leży skulona, z głową na 

background image

ramieniu Matthew.

– Trochę przesuń głowę, ale poza tym możesz tak zostać.

Anne   speszyła   się,   gdy   się   zorientowała,   że   trzyma   rękę   na   nodze 

Matthew. Odsunęła się gwałtownie, a on wybuchnął śmiechem.

– Przepraszam, ale spałam – rzekła wyniośle. – Śpiący nie odpowiada 

za siebie.

– Więc czemu odsuwasz się, jakbyś popełniła zbrodnię? Przysięgam, że 

nie złożę skargi. Jeśli chcesz, sprawdzimy, za co odpowiadasz, gdy nie 

śpisz.

– Anne odwróciła głowę.

– Lepiej uważaj, jak prowadzisz.

– Chętnie zjadę na pobocze.

Zaczął wesoło pogwizdywać, a po kilku minutach zjechał na bok, na 

betonowy podjazd.

– Jesteśmy na miejscu.

Anne ze zdumieniem popatrzyła na duży dom.

– To ma być chata? Wygląda jak hotel.

Na parterze znajdował się jeden olbrzymi pokój, tonący w półmroku, 

więc sufit był ledwo widoczny. W kominku żarzyły się węgle, a na niskim 

stole zrobionym z grubego pnia stał termos, dwie filiżanki i talerz nakryty 

serwetką.

– Kochana gospodyni zostawiła dla nas kanapki, czekoladę i ogień – 

ucieszył się Matthew. – Wie, jak trafić do serca mężczyzny.

Rzucił trochę drew na węgle i wkrótce w kominku zapłonął ogień.

Anne usiadła przed kominkiem po turecku i wzięła kanapkę. Mocno 

zgłodniała, toteż chleb z sałatką drobiową bardzo jej smakował.

background image

–   Co   ciebie   tak   ciągnie   do   ognia?   –   spytała   z   pełnymi   ustami.   – 

Wszędzie go podsycasz.

– To jeden z prymitywnych instynktów odziedziczonych po naszych 

praprzodkach.

Usiadł obok i łagodnie przesunął ją tak, że oparła się o jego pierś. Miała 

obie ręce zajęte, więc nie mogła się odsunąć, bo straciłaby równowagę.

Matthew pocałował jej skroń, potem policzek, wreszcie usta. Położył 

rękę na jej piersi.

– To kolejny prymitywny instynkt? – spytała lekko drżącym głosem.

– Nie, chyba ten sam. Chęć igrania z niebezpieczeństwem... jak ogień... 

dynamit... ty.

Bezskutecznie próbowała się odsunąć.

– Mówiłeś, że jesteś głodny. Jeśli droga do serca mężczyzny wiedzie 

przez żołądek...

– Czasem przyjemnie jest zboczyć.

Wyszczerzył   zęby   w   łobuzerskim   uśmiechu,   ugryzł   kawałek   jej 

kanapki, a gdy przełknął,  przytulił Anne mocniej  i mocniej  pocałował. 

Potem   delikatnie   ułożył   ją   na   wznak   i   obrzucił   wiele   mówiącym 

spojrzeniem.

Anne pomyślała, że gospodarze są na górze, więc Matthew nie posunie 

się za daleko. Dlatego pozwoliła na pieszczoty. Powoli odprężyła się i 

oczy jej rozbłysły. Matthew dostrzegł to, westchnął, pocałował ją, wsunął 

rękę   pod   sweter   i   dotknął   jedwabistej   skóry.   Anne   zamknęła   oczy   i   z 

przyjemnością unosiła się na fali pieszczot, nie dbając o to, jak dopłynie 

do bezpiecznego brzegu.

Gdy Matthew nagle usiadł, poczuła się zagubiona, więc automatycznie 

background image

wyciągnęła do niego ręce.

– Nigdy tak się nie zabawiałaś... – szepnął.

– Nie zgadłeś.

– Nawet Rudy'emu pozwalałaś na trochę pieszczot, ale na nic więcej, 

prawda?

– Co to ma do rzeczy? – wykrztusiła. Matthew delikatnie pogładził ją 

po głowie.

– Może nic, a jednak ma znaczenie.

Powiedział   to   zmienionym,   spiętym   głosem   i   pocałował   ją   jakoś 

inaczej, jakby z obawą.

Anne usiadła i obciągnęła sweter.

– Pomyliłeś się. Dalej i tak byśmy się nie posunęli...

Jestem strasznie zmęczona. Wiesz, gdzie mamy pokoje?

– Twój jest pierwszy po prawej stronie schodów.

Spojrzała   na   kanapkę   rozgniecioną   na   podłodze   i   wystraszona 

pomyślała, że sama wygląda podobnie.

Matthew zauważył jej zmieszanie, ale zamiast zrobić kąśliwą uwagę, 

spokojnie powiedział:

– Nie przejmuj się, ja to sprzątnę.

– Wobec tego idę spać. Dobranoc. Wchodziła na schody, gdy zawołał:

– Anne!

Odwróciła się, a on cicho powiedział:

– Byłaś cudowna.

Przez moment zastanawiała się, o co mu chodzi. Dostrzegła, że zmienił 

się na twarzy, gdy zrozumiał podwójne znaczenie tych słów. Wyglądał, 

jakby go uderzono.

background image

– Wiesz, o co mi chodzi. Pożar... druk...

– A co innego mógłbyś mieć na myśli? – spytała, udając zdziwienie.

Szybkim krokiem weszła na piętro.

Długo nie mogła zasnąć. Patrzyła na sunącą po podłodze smugę światła 

i   rozpamiętywała   zmysłową   przyjemność,   jakiej   doznała   w   ramionach 

Matthew. Ogarnęły ją dziwne uczucia, jakby dopiero rozbudzone. Była jak 

wulkan, który lada chwila grozi wybuchem.

Dlaczego Matthew odsunął się tak nagle? Widocznie zorientował się, 

że ona nie zdaje sobie sprawy z tego, co się z nią dzieje. Sam doskonale 

wiedział, dokąd pieszczoty prowadzą i nie chciał stracić panowania nad 

sobą. Ze względu na gospodarzy, czy ze względu na jej niedoświadczenie? 

Wolał zachować ostrożność, bo nie wiedział, czego ona się spodziewa, 

jakich obietnic oczekuje? Na pewno nie zamierzał nic obiecywać. Trudno 

winić go za to, że myślał o sobie...

Leżała, nasłuchując dziwnych odgłosów nieznanego domu. Po trzeciej 

zachciało się jej pić, więc poszła do łazienki i na progu stanęła jak wryta. 

Przy urny walce stał Matthew, w granatowych szortach, i mył zęby.

Zobaczył ją w lustrze i krzywo się uśmiechnął.

– Pani Dorie jest bardzo dyskretna, więc nie pytała, czy będziemy spać 

razem, ale na wszelki wypadek dała nam sąsiednie pokoje.

– Przedzielone łazienką – sprostowała Anne. – Mogło być gorzej.

Poprzednio zauważyła drugie drzwi, lecz nie zastanawiała się, co jest za 

nimi.

– Będę zawsze pukał – obiecał Matthew. – I zachowam się cichutko.

– Ja też.

Wróciła do sypialni i starannie zamknęła drzwi. Ze strony Matthew nic 

background image

jej nie groziło, ale bała się, że sama rzuci mu się w ramiona.

W uszach dźwięczały słowa: „Byłaś cudowna".

– Ale jestem głupia – syknęła ze złością. – Jak mogłam przypuszczać, 

że on mówi o amorach przed kominkiem?

Wolałaby jednak, żeby właśnie tak było.

background image

Rozdział 7

Promienie   słońca   padły   na   łóżko   nakryte   kołdrą   w   gwiazdy.   Anne 

spojrzała   na   zegarek   i   niechętnie   wstała.   Długo   myła   się,   ubierała   i 

sprzątała po sobie. Najchętniej zostałaby w sypialni przez cały dzień.

Gdy wreszcie zdobyła się na odwagę i zeszła, w pokoju na dole nikogo 

nie   zastała.   Stanęła   przy   kominku,   teraz   z   przodu   grzały   ją   płomienie 

ognia, a z tyłu promienie słońca. Nagle zainteresowała się tym, co jest nad 

kominkiem. Myśliwi na ogół lubią, gdy patrzy na nich majestatyczny łoś. 

Pan Lehmann nie polował i chyba dlatego na ścianie było inne zwierzę – 

wielki pluszowy miś ze szklanymi oczami i czerwoną kokardą.

Zdziwiła się, że przedtem go nie zauważyła, ale zaraz uprzytomniła 

sobie, dlaczego. W nocy była tak zapatrzona w siebie, że nic nie widziała.

Z aneksu kuchennego wyszła pani domu.

–   Dzień   dobry.   Moje   dziecko,   trzeba   było   dłużej   pospać.   Matt 

opowiedział nam, jaką mieliście noc.

Anne w pierwszej chwili speszyła się, ale prędko się zorientowała, że 

pani Lehmann chodzi o pożar i związaną z tym dodatkową pracę.

– Nie wypada spać, gdy jest taka piękna pogoda.

Wzięła kubek kawy i przysiadła na stołku koło ścianki oddzielającej 

część kuchenną od pokoju.

– Matt mówił to samo. Panowie poszli popływać.

Anne wzdrygnęła się.

–   Nie   w   zatoce,   tylko   w   basenie.   –   Pani   Lehmann   posypała   ciasto 

kruszonką i wstawiła blachę do piekarnika. – Zabrałam się do pieczenia, 

ale mam nadzieję, że moja krzątanina nie będzie wam przeszkadzać.

background image

–   Mnie   na   pewno   nie.   –   Pociągnęła   nosem.   –   Bardzo   lubię   takie 

domowe zapachy.

–   Przyjadą   wszystkie   dzieci   i   wnuki,   więc   śpieszę   się,   żeby   jak 

najwięcej teraz zrobić. Kiedy zjawia się cała rodzina, mamy tu mały hotel.

–   Gdy   Matthew   powiedział,   że   jedziemy   do   wiejskiej   chaty, 

pomyślałam, że może będzie to chałupka z drewnianych bali.

Gospodyni wbiła kilka jaj do salaterki.

– Początkowo chcieliśmy mieć małą chatę, ale zbudowaliśmy dom, bo 

postanowiliśmy   zamieszkać   tu   po   przejściu   na   emeryturę.   Na   razie 

utrzymanie dwóch domów jest kłopotliwym obowiązkiem. Czy spało się 

pani wygodnie i ciepło?

Anne lekko się zarumieniła, ale nie miała powodu do zażenowania, bo 

spała sama. Pomyślała, że pani domu uprzejmie, bez podtekstu, pyta o 

wygodę gościa.

Panowie   wrócili,   gdy   nakrywała   do   stołu,   i   Matthew   zaczął   jej 

pomagać.   Przy  nim  zrobiła  się   tak nerwowa, że  niewiele  brakowało,  a 

zbiłaby ręcznie malowany talerz. W pewnej chwili Matthew nadepnął jej 

na piętę, więc gwałtownie podskoczyła.

Matthew   mruknął   coś,   co   zabrzmiało   jak   przekleństwo,   a   głośniej 

powiedział:

– Przepraszam za wczoraj. Popełniłem błąd.

–   Nawet   duży.   Zresztą   wszyscy   się   pomylili:   ty,   ja,   pani   Dorie. 

Ciekawe, czy te pokoje ze wspólną łazienką to jej pomysł. Może prosiłeś o 

sąsiadujące sypialnie, żeby łatwiej skruszyć mój staroświecki opór?

Matthew drgnął mięsień na policzku.

– Niech to wszyscy diabli!

background image

– Czemu wczoraj się rozmyśliłeś?  – ciągnęła na pozór spokojnie. – 

Ogarnęły cię wyrzuty sumienia, czy wystraszyłeś się, że coś ze mną nie w 

porządku i straciłeś zainteresowanie?

Matthew spojrzał na nią pociemniałymi oczami.

– Psiakrew! Przynajmniej się nie oszukuj. Dziś jeszcze mniej bym ci się 

podobał, gdybym wczoraj skorzystał z wyraźnego zaproszenia...

– Zaproszenia? Jak śmiesz mówić, że ja cię zapraszałam...

– Ale nie próbowałaś mnie powstrzymać, nie kazałaś się opamiętać. 

Możesz   być   albo   obrażona,   że   zacząłem   amory,   albo   obrażona,   że   się 

wycofałem, ale nie jedno i drugie.

Anne z wrażenia zaniemówiła.

–  Jak   się  zdecydujesz,  powiedz   mi,   co  wybrałaś –  rzucił  szorstko  i 

odszedł.

Niebawem pani Lehmann wniosła salaterkę z jajecznicą, a jej mąż tacę 

z parówkami.

Po   sutym   posiłku   Anne   przesiadła   się   na   kanapę   i   zaskoczona 

obserwowała pana domu, który postawił na stole olbrzymie pudło.

– Zapraszam w góry – zwrócił się do niej. – To będzie trudne zadanie, 

ale nie niemożliwe.

–   Myślałam,   że   od   razu   przystąpimy   do   omawiania   warunków 

przyznawania stypendium.

–  Chcesz  prędko   odwalić   robotę   i wrócić  do  domu?   –  domyślił   się 

Matthew.

– Nieprawda. W niedzielę mogę żyć bez pracy, ale przyjechaliśmy tu, 

żeby działać, prawda?

Matthew gniewnie zacisnął zęby.

background image

– Układanka, jak sama nazwa wskazuje, jest gimnastyką dla szarych 

komórek – wyjaśnił pan Lehmann. Układanie kartoników zajmuje część 

mózgu odpowiedzialną za logikę, a twórczej pozwala hulać do woli.

Anne nie bardzo mu wierzyła, ale prędko przekonała się, że ma rację. 

Chwilami słychać było jedynie szuranie kartonikami w pudełku. Gdy ktoś 

podsuwał jakiś pomysł, wszyscy go omawiali, sprawdzając, czy pasuje do 

całości, czy trzeba go odrzucić. Na stole z wolna pojawił się stok góry, a w 

głowach zarys projektu pana Garretta.

– Przede wszystkim trzeba wymagać dobrych wyników w nauce – rzekł 

pan   Lehmann.   –   Jim   szuka   inteligentnych   ludzi,   więc   średnich 

wyeliminujmy w przedbiegach.

Anne pokręciła głową i wsunęła ostatni fragment krzewu w prawym 

rogu układanki.

–   Wtedy   stypendium   będzie   jak   lukier   osładzający   życie   ludziom, 

którym i tak się wiedzie. A pan Garrett szuka takich, których życie nie 

pieści.

Matthew klasnął w ręce.

– Zycie nas nie pieści, pieśćmy się sami!

Anne chętnie dałaby . mu kuksańca.

– Według mnie twój ojciec szuka ludzi, którzy nie boją się innowacji.

–   Czemu   od   razu   tak   nie   powiedziałaś?   Pewnie   to   wpływ   książki 

Rudy'ego. Takie arcydzieła psują nawet bystre umysły.

–   Dziękuję   za   komplement.   Tak   się   dziwnie   składa,   że   wybitni 

dziennikarze nie byli najlepszymi studentami.

– To uogólnienie.

–  Które  jednak się   sprawdza. Nagradzani  i  wyróżniani studenci  bez 

background image

komentarza przyjmują to, co się im mówi, wkuwają materiał na pamięć i 

recytują   na   zamówienie.   Gdy   wychodzą   w   teren,   notują   wszystko   bez 

żadnej refleksji i selekcji.

– Przecież na początku tak się robi – zaczął Matthew.

– Pozwolisz mi skończyć? Przeciętnie uzdolnione dzieci są inne. One 

chcą dotrzeć do sedna sprawy i rozbierają na części to, co je interesuje. 

Wyrastają z nich dociekliwi ludzie, których intryguje, co politycy robią 

poza oficjalnymi wystąpieniami, i którzy są gotowi brnąć w błocie, by się 

dowiedzieć.

Pan Lehmann usiadł wygodniej.

– Hmm, ma pani trochę racji. Byle tylko nie posunąć się za daleko i 

całkiem nie wykluczyć najzdolniejszych studentów.

– Nie wykluczam ich, ale nie warto udzielać im pomocy, na którą nie 

zasługują.

Matthew bacznie się jej przyglądał, ale nic nie mówił.

– Więc co pani proponuje jako podstawę oceny?

– Najpierw pisemne podanie i esej...

– Na temat: „Dlaczego chcę zostać dziennikarzem"?

 – podsunął Matthew z przekąsem. – Pięćset słów.

Anne udała, że nie słyszy.

– Potem wstępne rozmowy...

– Kto je przeprowadzi? Ojciec teraz nie ma siły.

Anne przez chwilę namyślała się.

– Zrobię to w zastępstwie i dokonam pierwszego odsiewu.

– Równie dobrze można wyciągać nazwiska z kapelusza, szanse będą 

takie   same   –   ironizował   Matthew.   –   Założę   się,   że   tuż   po   rozdaniu 

background image

dyplomów   połowa   stypendystów,   i  większość   twoich   geniuszy,   przyśle 

podziękowania   za   bezpłatną   naukę   i   zajmie   się   czymś   niezgodnym   z 

kierunkiem studiów. Na przykład wstąpią do Legii Cudzoziemskiej lub 

otworzą   sklep   w   Upper   Sandusky.   Byle   tylko   nie   parać   się 

dziennikarstwem.

– Za to druga połowa...

– Nawet nie podziękuje.

Anne   spojrzała   na   niego   jadowitym   wzrokiem,   ale   on   tylko   się 

uśmiechnął   i   wsunął   odpowiedni   fragment   w   ośnieżone   drzewo   na 

szczycie góry. Zadzwonił telefon, więc pan Lehmann poszedł odebrać.

– Studia to nie wojsko – rzekł Matthew. – Nie zmusisz tych ludzi, żeby 

z wdzięczności za bezpłatne wykształcenie podarowali ci kilka lat życia.

Anne lekko się zarumieniła.

– Przyznaj się, że nie chcesz, żeby twój ojciec ustanowił ten fundusz. 

Dziwne, że jeszcze mu tego nie wyperswadowałeś.

– Czy twierdzę, że ojciec nie powinien tego robić?

–   Nie,   ale   z   twoich   wypowiedzi   wynika,   że   według   ciebie   to 

marnowanie   pieniędzy.   Dobrze   byłoby,   gdyby   twój   ojciec   zobowiązał 

jakąś instytucję, żeby pilnowała przydzielania stypendiów i ewentualnie 

realizowała inne dobroczynne projekty. Gdyby tej instytucji zapisał część 

swoich udziałów w „Chronicie", miałby pewność, że wszystko pójdzie po 

jego myśli, bo żaden pojedynczy człowiek nie cofnie jego decyzji.

– Ten człowiek to ja, tak?

– Mógłby też przekazać swoje udziały  jakiemuś trustowi – ciągnęła 

uparcie. – Wtedy, nie posiadając większości udziałów, nie miałbyś prawa 

odsprzedać „Chronicie". To proste.

background image

Wyraz twarzy Matthewa świadczył, że Anne przeciągnęła strunę, więc 

się zreflektowała i speszona zapytała:

– Tego byś nie zrobił, prawda?

– Zagalopowałaś się, moja panno. Trzymaj się kwestii przyznawania 

stypendium, bo tylko o to cię proszono. Jak skłonisz absolwentów, żeby 

nie zawiedli pokładanej w nich nadziei?

–   Jeszcze   nie   wiem.   Ale   mogę   zaoszczędzić   twojemu   ojcu 

rozczarowali, a raczej przyczynić się do tego, żeby ujrzał rezultaty tego, co 

zamierza.

Przyszedł pan Lehmann i, zacierając ręce, zwrócił się do Matthew:

–   Mój   chłopcze,   mam   propozycję   i   pytanie.   Czy   w   drugą   sobotę 

grudnia zechcesz przywdziać akademickie szaty i przekazać trochę swej 

mądrości studentom ostatniego roku?

– Oczywiście w zamian za honorowy tytuł – rzuciła – Anne półgłosem. 

– Szkoda, że nie ma tytułu doktora arogancji...

Zdawało się jej, że Matthew zazgrzytał zębami.

– Bardzo krótki termin...

–   Przyznaję.   Ale   otrzymałem   wiadomość,   że   człowiek,   z   którym 

wstępnie się umówiłem, został oskarżony o fałszerstwo.

– Mieć zastępstwo – mruknęła Anne pod nosem. – To okropność!

– Tak sądzisz? – Matthew znacząco spojrzał na pana domu. – Radzę 

zaprosić Anne. bo ona ma same genialne pomysły. Szczególnie dzisiaj. 

Jaki był ostatni?

Gospodarze   tak   serdecznie   ich   zapraszali,   że   zostali   do   kolacji. 

Najbardziej   smakowały   im   ciastka   i   placki,   których   zapach   przez   całe 

popołudnie rozchodził się po domu.

background image

Drogę powrotną odbyli we wrogim milczeniu. Anne zastanawiała się, 

jak to możliwe, że teraz kierowca, samochód i księżyc zdają się zupełnie 

inne   niż   kilkanaście   godzin   wcześniej.   Rozważania   na   ten   temat 

prowadziły donikąd...

–   Kiedy   z   panem   Lehmannem   przedstawicie   plan   twojemu   ojcu?   – 

zapytała.

– Zrobię to bez niego.

– Czemu?

– Bo nie chcę, żeby od nowa zaczęły się rozważania. Wystarczy, jeśli 

dwuosobowa delegacja przedstawi konkluzje komisji. Tak będzie prościej.

– Dwuosobowa?

– Tak. Ty i ja. Chyba chcesz być obecna, żeby mieć pewność, że nic nie 

przekręcę.

–   Zabrzmiało   to   sarkastycznie,   lecz   musiała   przyznać,   że   w   jego 

słowach jest sporo racji.

– Nie przypuszczałam...

– Poza tym to głównie twoje propozycje.

– Przesadzasz.

Czuła, że popatrzył na nią bardzo krytycznie.

–   Jeśli   ojciec   uzna,   że   plan   jest   kiepski,   wolę,   żeby   powiedział   ci 

osobiście, a nie za moim pośrednictwem.

– Aha.

– Możesz przyjść jutro na lunch?

– Nie bardzo, bo o drugiej muszę być w redakcji.

– Wobec tego lunch będzie o dwunastej. Po długim milczeniu cicho 

zapytała:

background image

– Naprawdę sądzisz, że plan się nie spodoba?

–   Tego   nie   powiedziałem,   ale   jak   znam   ojca,   zaproponuje   drobne 

poprawki, na przykład dwie wstępne rozmowy zamiast jednej.

– Boisz się, że i ciebie w to wciągnie?

–   Nie   muszę   się   bać,   bo   już   wciągnął   i   bez   skrupułów   przydziela 

zadania.

Anne pomyślała, że trochę konkretnych obowiązków dobrze mu zrobi.

– Ostrzegłem ojca, że projekt wymyka się spod jego kontroli i jak tak 

dalej pójdzie, niedługo będzie martwił się tylko o storczyki.

– I o zapracowanego syna... Na pewno przed tym też go ostrzegłeś.

– Oczywiście, ale mój rodzic bynajmniej się nie przejął. Czemu ludzie 

uważają, że pisanie felietonów to nie jest praca?

– Może dlatego, że nikt nie widzi cię, gdy pracujesz.

– Też argument! Mam postawić biurko w oknie największego sklepu i 

czekać z pisaniem, aż zgromadzi się tłum gapiów?

–   Niezły   pomysł,   ale   ja   na   twoim   miejscu   poszłabym   do   działu 

promocji. Może poradzą coś innego, na przykład dadzą ci balon, wsadzą 

cię do środka i...

Matthew parsknął gniewnie, ale nic nie powiedział, więc znowu przez 

pewien   czas   jechali   w   milczeniu.   Anne   była   zadowolona,   że   do   niej 

należało ostatnie słowo.

Odezwał się, dopiero gdy skręcił w stronę Sherwood Forest.

– Przepraszam cię za to, co powiedziałem.

– Co i kiedy? Wczoraj, gdy sugerowałeś, że ze mną jest cos' nie w 

porządku, czy dziś, gdy nazwałeś mnie idiotką?

– Przepraszam za jedno i drugie. Wcale nie uważam, że z tobą coś nie 

background image

w porządku...

– Bardzo się cieszę i zapewniam, że brak doświadczenia nie wynika z 

braku okazji.

– Nie wątpiłem ani przez sekundę. Szczerze mówiąc, właśnie dlatego... 

– Urwał na moment. – Czy możesz mi zdradzić, dlaczego nie ucięłaś sobie 

romansu z Rudym? Chyba miał ochotę?

Anne zawrzała. Aby się opanować, policzyła do dwudziestu, ale i tak 

głos miała opryskliwy.

–   To   szczyt   bezczelności   pytać,   czemu   nie   idę   do   łóżka   z   każdym 

chętnym facetem, z którym się umawiam. To nie twoja sprawa.

– Właśnie że moja. Wczoraj pozwoliłaś mi dojść prawie do punktu, 

skąd   nie.   ma   odwrotu,   więc   uważam,   że   mam   prawo   wiedzieć,   o   co 

chodzi.

Anne   nie   słuchała   go,   ponieważ   zajechali   przed   dom   i   zobaczyła 

samochód Rudy'ego.

– O Boże!

– Powieściopisarz nadal kręci się koło ciebie?

– Chyba za późno, żebyś odjechał nie zauważony. Wolałabym sama się 

z nim spotkać, ale pewno zobaczył tę twoją kolubrynę.

– Myślałem, że spodoba ci się taki klasyczny kabriolet.

Anne   wyskoczyła   z   samochodu.   Matthew   też   wysiadł   i   zasępiony 

ruszył za nią.

Rudy przebiegł przez jezdnię.

– Gdzie ty byłaś? Szukałem cię od rana. Samochód jest w garażu, więc 

dzwoniłem   i  pukałem   do   drzwi,   ale   nie   otwierałaś.   Zastanawiałem   się, 

kogo zawiadomić: policję czy twoich rodziców.

background image

– Ładnie, że pan się martwił – rzekł Matthew uprzejmie – ale nie było 

powodu do niepokoju.

– Teraz to widzę – warknął Rudy, nie patrząc na niego. – Skoro jesteś z 

tym błaznem i masz bagaż, pewnie wracasz z wesołej hulanki.

Anne wbiła paznokcie w dłonie, żeby nie wybuchnąć. Jakim prawem 

Rudy tak mówi?

Matthew zagwizdał, jak zwykle fałszując.

– Zostawić torbę tu czy zanieść do domu?

Odszedł, nie czekając na odpowiedź. Anne miała ochotę udusić go za 

to, że prowokuje choleryka.

– Co to wszystko znaczy? – warknął Rudy.

– Nie muszę tłumaczyć się przed tobą, bo już nie jesteśmy zaręczeni.

Kątem oka obserwowała Matthew. Wiedziała, że gdyby miał klucze, 

zaniósłby   torbę   do   sypialni   i   zapalił   tam   światło,   żeby   doprowadzić 

Rudy'ego do wściekłości. Matthew zostawił torbę przy schodach i wrócił.

–   Może   nie   musisz   –   wycedził   Rudy   –   ale   nasze   drobne 

nieporozumienie to nie powód, żebyś zabawiała się z tym facetem.

– Stary, uspokój się – mitygował go Matthew. – Daję ci słowo, że Anne 

pracowała.

–   Młody,   zjeżdżaj   stąd   i   pozwól   nam   spokojnie   wyjaśnić 

nieporozumienie.

Matthew spojrzał pytająco na Anne.

– Tak, idź już.

– Dobrze. – Przez kilka sekund patrzył na nią, a potem wbił wzrok w 

Rudy'ego. – Pójdę, ale najpierw coś powiem.

Anne przeszył zimny dreszcz. Spodziewała się czegoś nieprzyjemnego.

background image

–   Posądzam   pana   o   brak   rozsądku,   który   przeszkadza   wierzyć 

bliźniemu, ale jeszcze raz powtarzam, że pracowaliśmy. Anne nie spała ze 

mną. Z panem też nie, prawda?

Odwrócił się na pięcie i odszedł.

Zaskoczona patrzyła w ślad za nim. Dlaczego to powiedział? Spojrzała 

na Rudy'ego, w którego oczach wyczytała podejrzenie.

– Nie wierzysz mu?

–   Czemu   miałbym   wierzyć?   To,   że   w   czwartek   trochę   –   się 

zdenerwowałem, to jeszcze nie powód, żebyś tak mnie traktowała.

– Trochę się zdenerwowałeś? Wrzeszczałeś na mnie i zachowywałeś 

się  jak  nieznośne  dziecko.  Odwołałeś  kolację, a  mimo  to  uważałeś,  że 

powinnam na ciebie czekać.

– Przepraszam, ale ten facet doprowadza mnie do szewskiej pasji. Jeśli 

po   każdej   drobnej   sprzeczce   będziesz   robić   mi   sceny   jak   z   kiepskiego 

serialu...

– Nie będzie żadnych sprzeczek, żadnych dyskusji i przeprosin. Nie 

daję ci drugiej szansy i definitywnie z tobą zrywam.

Rudy   zrozumiał,   że  mówiła   poważnie,   zgarbił  się   i  powoli  odszedł. 

Anne wbiegła  do domu,  zatrzasnęła  drzwi i skuliła  się na fotelu.  Była 

wyczerpana   i   rozdygotana.   Czemu   ostateczne   pożegnanie   sprawia   tyle 

bólu?   Kiedyś  kochała   Rudy'ego,   lecz   miłość   już   dawno   się   skończyła. 

Zerwanie zaręczyn było przykre, ale nie tak bolesne. Dlaczego czuje się, 

jakby odcięła sobie rękę?

Matthew   nie   powiedział,   czy   przyjedzie   po   nią.   Nie   miała   ochoty 

siedzieć   i   czekać,   bo   gdyby   nie   przyjechał,   spaliłaby   się   ze   wstydu. 

Dwadzieścia   po   jedenastej   wsiadła   do   samochodu   i   punktualnie   o 

background image

dwunastej zadzwoniła do drzwi Tudor Revival.

Kamerdyner zaprowadził ją do niewielkiego słonecznego pokoju.

– Dzień dobry.

Matthew zerwał się na równe nogi.

Anne czuła się nieswojo, więc aby nie patrzeć na niego, rozejrzała się. 

Pokój był urządzony z wielkim smakiem, meble były stylowe, na podłodze 

leżał  perski  dywan w  pastelowych  kolorach.  Przez  duże  okna  wpadało 

słońce, które raziło w oczy, więc niezbyt wyraźnie widziała portret nad 

kominkiem. Pod obrazem, na marmurowym gzymsie, stała różowa róża. 

Pokój sprawiał wrażenie, jakby ktoś włożył w jego urządzenie dużo serca i 

starannie wszystko dobrał.

Uprzytomniła sobie, że nie przyszła podziwiać pokoju i spojrzała na 

Matthew. A ściślej mówiąc, na jego krawat. Pierwszy raz widziała go w 

koszuli i marynarce.

– Proszę, siądź tutaj. – Wziął karafkę stojącą na stoliku z marmurowym 

blatem. – Napijesz się sherry?

– Nie, dziękuję. Przecież jadę do pracy. Masz jakiś sok?

– Pomidorowy, dla rekonwalescentów. – Nalał soku do dwóch szklanek 

i usiadł. – Ojciec zaraz przyjdzie.

Anne nie wiedziała, co powiedzieć.

– Nie denerwuj się. Już raz mu się sprzeciwiłaś, chyba masz wprawę.

– Wcale nie chcę się sprzeciwiać. Wolałabym, żeby nasze ustalenia od 

razu przypadły twojemu ojcu do gustu.

– Więc pijmy za powodzenie.

Powiedział   to   bez   entuzjazmu.   Dlaczego?   Czyżby   przygotował 

sabotaż?

background image

Teraz słońce już nie oślepiało i mogła przyjrzeć się osobie na portrecie. 

Młoda   kobieta   miała   misternie   ułożone   jasne   włosy,   koronkową 

wieczorową suknię i naszyjnik z ametystów. Jej duże ciemne oczy lśniły 

ciepło i intrygująco zarazem.

Matthew miał podobne oczy.

– Na pewno przekonasz ojca. On lubi zdecydowane kobiety.

– Jak ta dama na portrecie?

–   Skąd   wiesz,   że   mama   wiedziała,   czego   chce?   Wyglądała   tak 

delikatnie...

– Bardzo piękna kobieta.

– Tak. Zawsze stawiała na swoim, chociaż nigdy nie słyszałem, żeby 

podniosła głos.

– Nie żyje?

Matthew przez chwilę milczał, jakby nie słyszał pytania.

– Umarła, gdy byłem na studiach. Niezwykła istota...

Nigdy nie spotkałem podobnej kobiety.

Anne ścisnęło coś za gardło.

– Dziękuję, że mi to powiedziałeś – szepnęła.

Spojrzał   na   nią,   lekko   marszcząc   brwi,   co   ją   speszyło,   więc   czym 

prędzej dodała:

– I dziękuję za to... że wczoraj... byłeś... taktowny.

– Taktowny? – Wypił sok do dna i odstawił szklankę.

  –   Bo   odszedłem   w   odpowiednim   momencie?   Udało   się   wyjaśnić 

nieporozumienie?

Anne zarumieniła się i skinęła potakująco. Nie chciała wdawać się w 

szczegóły, ponieważ uważała, że jej sprawy go nie interesują.

background image

Raptem   doznała   olśnienia   i   zrozumiała,   dlaczego   wieczorem   czuła 

dotkliwy   ból   serca.   Powodem   nie   było   rozstanie   z   Rudym,   ale   to,   że 

Matthew odszedł, jakby ona była mu zupełnie obojętna.

Pokochała go, nie wiedząc o tym!

background image

Rozdział 8

Odkrycie   uderzyło   ją   z   miażdżącą   siłą.   Nie   mogła   uwierzyć,   że 

pokochała   Matthew,   wydawało   się   to   zupełnie   nieprawdopodobne.   A 

jednak wyjaśniałoby parę niezrozumiałych reakcji.

Właśnie to było powodem, dla którego ogarnęło ją przygnębienie na 

myśl,   że   ma   obowiązek   dać   Rudy'emu   jeszcze   jedną   szansę.   Miała 

wrażenie, że znalazła się w potrzasku. Teraz zrozumiała, że nie wahała się 

ze   względu   na   Rudy'ego,   lecz   ponieważ   podświadomie   czuła,   iż   jego 

miejsce zajął ktoś inny.

Mieszane uczucia stały się jasne. Matthew miał rację, gdy zarzucił jej, 

że   zachowuje   się   niepoważnie.   Była   zła,   ponieważ   sądził,   że   chętnie 

pójdzie z nim do łóżka, a jednocześnie miała pretensję, że uznał ją za 

niewartą   grzechu.   To   naprawdę   śmieszne.   Słusznie   wytknął   jej   brak 

zdecydowania. Miotały nią sprzeczne uczucia, czuła się rozdarta.

Teraz   zrozumiała   również   swą   reakcję   w   związku   z   Dominique. 

Wstydziła się przyznać przed sobą. że jest zazdrosna, a było jej przykro, że 

Dominique   może   w   każdej   chwili   podejść   do   Matthew,   kazać   się 

pocałować, wziąć go pod rękę i odprowadzić na bok.

Już podczas pamiętnej kolacji, gdy zastanawiała się.

czy Dominique i Matthew coś łączy, w jej sercu kiełkowała zazdrość.

Jak to możliwe, że uczucia tak szybko i niepostrzeżenie się rozwinęły? 

A może nie tak prędko, skoro miała wrażenie, że od dawna zna Matthew? 

Czy   w   restauracji   nieświadomie   wyznała   prawdę?   Czy   rzeczywiście 

zakochała się w nim przed laty?

Matthew też ją trochę znał, bo w pewnym sensie przedstawiła się na 

background image

stronach dziennika. Znali swoje poglądy z wypowiedzi w gazecie.

Pierwszy   raz   spotkali   się   po   jego   powrocie   z   Waszyngtonu   i   tego 

samego wieczoru obronił ją przed niebezpieczeństwem, udzielił wsparcia 

fizycznego   i   psychicznego.   Był   łagodny,   prawie   czuły   i   dotrzymał 

towarzystwa   tak   długo,   aż   upewnił   się,   że   wróciła   do   równowagi. 

Uświadomiła sobie, jak bardzo chciałaby zawsze mieć go u swego boku.

Jej rozmyślania przerwało wejście pana Garretta. Z trudem opanowała 

się i skupiła na tym. co do niej mówi. Zdziwiła się, że chory wygląda 

młodziej i zdrowiej niż przed operacją. Widocznie służył mu odpoczynek i 

świadomość,   że   syn   przejmuje   obowiązki   i   bierze   na   swe   barki 

odpowiedzialność za dziennik.

Pan domu ujął ją pod rękę i zaprowadził na werandę, gdzie stał stół 

nakryty dla trzech osób. Anne zdawało się, że Matthew idzie niechętnie, 

jakby wolał być gdzie indziej.

Lokaj obsługiwał ich, a gospodarz z ożywieniem opowiadał o tym, jak 

uratował marniejące storczyki. Anne zastanawiała się, dlaczego przez tyle 

lat   bała   się   sympatycznego   zwierzchnika.   Wprawdzie   bywa   szorstki   i 

bezwzględnie wytyka błędy w rozumowaniu, ale jest bardzo inteligentny, 

dowcipny, nawet czarujący.

Odzywała się mało, ale z przyjemnością słuchała toczącej się rozmowy. 

Przemknęła   jej   myśl,   że   chętnie   poznałaby   swego   zwierzchnika   bliżej. 

Dyskretnie obserwowała Matthew i chwilami zastanawiała się, o czym on 

myśli. Wreszcie skarciła się za bezowocne rozważania. Wyglądał, jakby 

nie rozmyślał o niczym ważnym, jakby niczym się nie przejmował.

Nagle   poczuła   kopnięcie   w   kostkę   i   przez   kilka   sekund   gniewnie 

patrzyła   na   Matthew,   nim   uświadomiła   sobie,   że   przywołuje   ją   do 

background image

porządku. W ten sposób przypomniał, że wypada uważać, o czym toczy 

się rozmowa.

Lokaj sprzątnął talerzyki i podał gotowanego łososia oraz bukiet jarzyn.

– Co powiesz mi o funduszu? – zapytał pan Garrett.

Anne   zorientowała   się,   że   pyta   po   raz   drugi,   a   ponieważ   nie 

odpowiedziała,   Matthew   ją   kopnął.   Przelotnie   spojrzała   na   niego.   Nie 

zamierzał odzywać się, jakby chciał udowodnić, że pamięta, czyj to plan i 

kto   ponosi   odpowiedzialność.   Czy   wolał   nie   mieszać   się,   na   wypadek 

gdyby propozycje nie zyskały aprobaty jego ojca?

Mówiła,   machinalnie   jedząc.   Speszyła   się   i   głos   jej   zadrżał,   gdy 

spostrzegła,   że   pan   Garrett   zmarszczył   brwi.   Co   to   znaczy?   Słucha   z 

zainteresowaniem czy ogarnia go niezadowolenie?

– Bardzo ciekawe – rzekł, gdy skończyła.

Odniosła wrażenie, że jej sugestie nie spodobały się i dlatego z trudem 

zmusiła się, by kontynuować.

– Jeszcze nie wszystko panu powiedziałam.

– Proponowałem, żebyśmy przeszli na ty. Mów dalej. Mart twierdzi, że 

chcesz wprowadzić ciekawe innowacje.

Anne   zerknęła   na   Matthew.   Posądzała   go   o   obojętność,   więc 

zaskoczyło ją, że pochwalił jej pomysł. Z wdzięczności uśmiechnęła się 

ciepło, na co zareagował uniesieniem brwi. Pomyślała, że ojciec traktuje 

sprawę poważnie, a syn z przymrużeniem oka.

– Nie jestem pewna, czy to rzeczywiście innowacja – zaczęła ostrożnie. 

– Raczej rozwinięcie pomysłu, na który inni wpadli wcześniej. Przyszło mi 

to do głowy, gdy pan... gdy wspomniałeś, że stypendium ma pokrywać 

opłaty   za   naukę,   mieszkanie,   wyżywienie,   podręczniki.   A   studenci 

background image

powinni poświęcić się wyłącznie nauce.

– Czy ty też uważasz, że to zły pomysł? Bo mój syn go krytykuje.

– Wspomniał mi o tym. I... ma trochę racji.

– Jestem wzruszony, że przyznajesz mi rację – odezwał się Matthew. – 

Tato, Anne chce powiedzieć, że kandydat może ją oszukać, mimo podania, 

eseju, rozmowy i jej kobiecej intuicji. Skorzysta z możliwości zdobycia 

bezpłatnego wykształcenia, ale potem ucieknie.

–   Może   nie   tyle   ucieknie,   co   po   prostu   rozmyśli   się   lub   uzna,   że 

dziennikarstwo jednak mu nie odpowiada. To przecież się zdarza i nie 

każdy, kto zmienia zdanie, zaraz jest oszustem. A moja innowacja, jak 

Matthew   to   nazwał,   jest   taka:   rokrocznie   latem   kilku   stypendystów 

popracuje w naszej redakcji. Coś dla nich znajdziemy i jestem pewna, że 

podczas   praktyki   przekonamy   się,   czy   poważnie   myślą   o   zawodzie 

dziennikarza.

– Pan Garrett nie rozchmurzył się, lecz mimo to mówiła dalej.

– Studenci wielu wydziałów muszą odbyć praktykę, ale zwykle czeka 

się   z   tym,   aż   skończą   naukę   i   zrobią   dyplom.   Nie   rozumiem,   czemu. 

Dlaczego nie zacząć w trakcie studiów? Im wcześniej ktoś – my lub sam 

stypendysta   –   zorientuje   się,   że   zaszła   pomyłka,   tym   mniejsza   będzie 

strata.   Z   drugiej   zaś   strony   studenci   zdobędą   doświadczenie,   które 

procentuje   na   początku   pracy,   a   my   zyskamy   pracowników,   którzy   z 

każdym rokiem będą pożyteczniejsi.

– Trzeba takim płacić – zauważył pan Garrett.

– Tak, ale to dla nas nieduży koszt, a im pozwoli zarobić na czesne i 

podręczniki. Obdarowani często nie doceniają tego, co otrzymują.

– Ty doceniłaś bezpłatne studia.

background image

– Za samą naukę rzeczywiście nie płaciłam, ale po to, żeby opędzić 

inne potrzeby, pracowałam w cukierni.

–   No   proszę.   –   Pan   Garrett   uśmiechnął   się.   –   To   ci   chyba   nie 

zaszkodziło, ale pewnie wolałabyś pracować w jakiejś redakcji, prawda? 

Przekonałaś mnie.

Anne   odetchnęła   i   usiadła   wygodniej,   ale   zaraz   pożałowała,   bo 

Matthew uśmiechnął się ironicznie.  Gdy wyprostowała się, pan Garrett 

zapytał:

– Jeszcze coś?

– Nie, to chyba wszystko, co miałam do powiedzenia.

– Skoro omówiliśmy wszystkie szczegóły, możemy... – zaczął Matthew 

tonem, w którym pobrzmiewało znudzenie.

Sekundę za późno przypomniała sobie ostrą wymianę zdań o tym, jak 

zabezpieczyć   „Chronicie".   Czy   dlatego   Matthew   tak   się   śpieszył,   żeby 

zakończyć rozmowę o stypendium? Mimo wszystko nie podejrzewała go o 

to, że odsprzeda gazetę po ojcu.

– Nie ma za dużo czasu – rzekł pan Garrett. – Jeżeli chcemy przesiać 

kandydatów   przed   następnym   rokiem   akademickim,   trzeba   do   stycznia 

opracować formularze.

–  Obiecuję,  że niebawem zajmę  się   tym.  – Spojrzała  na  zegarek. – 

Teraz   jednak   muszę   pokazać   się   w   redakcji,   bo   gotowi   pomyśleć,   że 

zginęłam.

– Nie zjadłaś deseru – zmartwił się gospodarz. – A ja nie zdążyłem ci 

powiedzieć, że artykuł o pożarze był pierwszorzędny.

Anne zrobiło się ciepło koło serca, bo wreszcie zyskała uznanie jako 

dobry fachowiec.

background image

– Dziękuję. Z przyjemnością zostałabym dłużej, ale naprawdę muszę 

iść. Za pół godziny zacznie się konferencja, mam mało czasu.

Matthew   nie   podtrzymał   zaproszenia   ojca,   ale   odprowadził   ją   do 

samochodu.

– Kiedy planujesz następny etap pracy?

– Przedzwonię do ciebie po uzgodnieniu z panem Lehmannem – odparł 

obojętnie.

– Musimy zawracać mu głowę?

Zrobił zdziwioną minę, więc zorientowała się, że to zabrzmiało, jakby 

chciała pracować tylko z nim.

– Myślałam, że sami damy radę i zaoszczędzimy mu kłopotu.

– Raczej kłopot byłby podwójny, bo prędzej czy później i tak trzeba się 

z nim skonsultować.

– Oczywiście. Przepraszam.

– Nie ma za co. Bierzesz sobie moje słowa za bardzo do serca.

– Wcale nie biorę ich do serca. Rozumiem, że chcesz zadowolić ojca 

jak najmniejszym kosztem własnym.

Wsiadła do samochodu i zatrzasnęła drzwi. Gdy skręciła, obejrzała się, 

bo ciekawość zwyciężyła. Matthew nie wrócił do domu, lecz szedł przed 

siebie, z opuszczoną głową i rękoma w kieszeni. Intrygowało ją dokąd. 

Nie powiedział, czy przyjdzie na konferencję.

–   Albo   ma   coś   ważniejszego   do   zrobienia   –   szepnęła   –   albo   nowe 

zajęcie   już   go   nuży.   Ani   jedno,   ani   drugie   nie   rokuje   dobrze   dla 

„Chronicie".

Przez chwilę zastanawiała się, czy jest na to jakaś rada. Nie, nic nie 

można poradzić. Jedyne, co mogłaby zrobić, to podpowiedzieć coś jego 

background image

ojcu. Lecz czy wypada tak postąpić?

Ledwo   wysiadła   z   windy,   zobaczyła   Dominique   wychodzącą   od 

redaktora naczelnego. Ucieszyła się, że Matthew nie poszedł do rywalki, 

ale zaraz zreflektowała się i zawstydziła swych myśli.

– Masz zamiar wystąpić w telewizji, że się wystroiłaś na czerwono? – 

spytała Dominique.

Nie wiedziała, czy obrazić się za to, że Dominique skrytykowała jej 

najlepszy wełniany kostium, czy zmartwić, że i ona robi aluzję do zmiany 

pracy.   Nerwowym   ruchem   poprawiła   mankiety   czarnej   bluzki,   a 

Dominique uśmiechnęła się złośliwie i odeszła do swojego biurka.

Anne sprawdziła w kalendarzu, kto o tej porze jest w pracy. Nie mogła 

jednak skupić się na przygotowywaniu gazety, bo stale wracała myślami 

do   chwili,   gdy   uświadomiła   sobie,   że   kocha   Matthew.   Teraz   niektóre 

reakcje stały się zrozumiałe, a przedtem nie pojmowała, co się z nią dzieje.

Nie był to stan ducha, jakiego wypadałoby się spodziewać. Nie ogarnął 

jej ani zachwyt, ani pragnienie, by objąć cały świat lub wejść na najwyższą 

wieżę i głośno śpiewać. Prawdę powiedziawszy, chwilami miała przykre 

wrażenie,   jakby   spadła   z   wysokiego   drzewa.   Przytrafiło   się   jej   to   raz, 

dawno   temu,   ale   doskonale   pamiętała,   jakie   to   straszne   uczucie,   gdy 

brakuje powietrza.

– Pani Anne!

Przy   biurku   stał   redaktor   naczelny,   Jack   Straw,   i   patrzył   na   nią 

zniecierpliwiony.

– Słucham?

– Muszę porozmawiać z panią przed konferencją.

Anne   zdenerwowała   się.   Pośpiesznie   zabrała   kalendarz   i   notatki   i 

background image

poszła   za   zwierzchnikiem,   który   powiedział   sekretarce,   że   konferencja 

zacznie się kwadrans później. Anne odczuła niepokój.

–   Proszę   usiąść.   I   niech   mi   pani   wytłumaczy,   jakim   prawem,   nie 

uprzedzając mnie, w sobotę wstrzymała pani druk na dwie godziny.

Anne nie przewidziała takiego obrotu sprawy i speszona wbiła wzrok w 

kalendarz. Atak bezpośredniego zwierzchnika był tym bardziej przykry, że 

nastąpił tuż po pochwale, jaką usłyszała od wydawcy.

By zyskać na czasie, ośmieliła się sprostować:

– Niecałe dwie godziny.

Zastanawiała się, czy powiedzieć, że pan Garrett jest zadowolony, czy 

lepiej to przemilczeć, żeby nie pogorszyć sytuacji.

– Prawie całe. – Pan Straw przysiadł na biurku. – Co skłoniło panią do 

podjęcia samowolnej decyzji?

– Decyzja nie była samowolna, bo był tu pan Garrett.

– Pan Jim Garrett?

– Nie, jego syn.

Redaktor wybuchnął szyderczym śmiechem.

– Widocznie ma pani na niego duży wpływ. A przynajmniej tak pani 

sądzi, prawda?

Anne przeszył zimny dreszcz.

– Tu obowiązuje pewna hierarchia, o której należy pamiętać.

– Chciałam do pana zadzwonić, ale pan Garrett powiedział, że to nie 

jest konieczne. Skoro tu był, uznałam po prostu...

–   Pani   uznała?   Przypominam,   że   młody   Garrett   ma   niewiele   do 

powiedzenia w sprawach organizacyjnych. Jest felietonistą, i tylko tyle.

– Czyżby? Dlaczego nie zapyta pan pana Garretta, czy jego syn jest 

background image

tylko felietonistą?

Oburzony   zwierzchnik   długo   patrzył   na   nią   w   milczeniu,   a   potem 

wycedził przez zaciśnięte zęby:

–   Spokojna   głowa,   pomówię   z   nim.   Przede   wszystkim   o   pani 

zarozumialstwie. Taka wypowiedź świadczy o pani niesłychanym tupecie.

Anne ugryzła się w język, by nie wybuchnąć.

– To tyle. – Jack Straw wstał. – Niech pani się cieszy, jeśli skończy się 

na wymówieniu z powodu niesubordynacji. Mogło być jeszcze gorzej.

Anne nadal siedziała..

– Mam wylecieć za to, że dobrze się spisałam? – zapytała spokojnie. – 

Pan Garrett był bardzo ze mnie zadowolony.

– Czy wie, że pani podjęła samowolnie decyzję i nie raczyła do nikogo 

zadzwonić?

Nie   odpowiedziała,   ponieważ   nie   rozpatrywała   swego   postępowania 

pod   tym   kątem.   Dotąd   nie   było   ważne,   czy   wydawca,   chwaląc   ją,   o 

wszystkim wiedział. A jeśli wiedział tylko tyle, ile powiedział mu syn, 

który może nie wspomniał o swej ingerencji? Sądziła, że Matthew wie, co 

robi i ma prawo podjąć każdą decyzję. On widocznie też tak uważał. Kto 

się myli? Matthew, naczelny czy ona?

– Przecież dobrze się skończyło. Nie można poczytać tego na moją 

korzyść?

– Ma pani szczęście, że się udało. Mogło skończyć się katastrofą.

– Za to teraz będzie cyrk – rzekła z ironią.

–   Gdyby   to   ode   mnie   zależało,   na   pewno   byłaby   awantura.   Ale 

najpierw   sprawdzę,   co   pan   Garrett   powie   o   pani   zapędach,   by   się 

szarogęsić. Jeśli nie wyrzuci pani tym razem,  to ostrzegam,  że jeszcze 

background image

jedno takie posunięcie i ja sam panią zwolnię.

Otworzył drzwi, a Anne powoli wstała. Serce waliło jej jak młotem, w 

głowie się kręciło, nie była pewna, czy dojdzie do sali konferencyjnej. 

Musiała przejść koło Dominique, która spojrzała na nią z tak złośliwym 

uśmiechem, że Anne opanowała się i dumnie wyprostowała. Domyśliła 

się, że rywalka zasiała ziarno niezgody i już zbiera żniwo, ale pocieszyła 

się   myślą,   że   na   zmartwienia   przyjdzie   czas,   gdy   pozna   opinię   pana 

Garretta. Jeżeli on zna całą historię, może bawi go to, że pan Straw jeszcze 

nie rozumie, iż niebawem będą obowiązywać inne obyczaje. Nawet jeżeli 

nie przyznał synowi wszystkich praw, na pewno nie będzie miał jej za złe, 

że   działała   w   dobrej   wierze.   Była   przekonana,   że   Matthew   nie   musi 

zważać na obowiązujące zasady.

–   Ale   może   czeka   mnie   dymisja   –   szepnęła.   –   I   jeśli   to   sprawka 

Matthew...

We  wtorek   Holly   otrzymała   list   pochwalny   od   pana   Garretta,   który 

docenił   jej   zaangażowanie   i   wyniki   pracy   w   trudnych   warunkach. 

Rozpromieniona podeszła do Anne, wymachując listem.

–   Patrz,   co   dostałam!   Chyba   warto   było   zniszczyć   ulubione   buty. 

Oczywiście   pochwała   miałaby   większą   wartość,   gdyby   dołączono 

obietnicę o premii. Wiesz, powinnaś teraz upomnieć się o podwyżkę. Kuj 

żelazo,   póki   gorące.   Nie   ma   powodu,   żebyśmy   obie   nie   dostały   dużej 

premii.

Anne   poczuła   ukłucie   w   sercu.   Rozumiała,   że   Holly   zasługuje   na 

pochwałę, bo napisała doskonały reportaż, ale trochę jej zazdrościła. Ona 

też dobrze się spisała, a nie otrzymała oficjalnej pochwały. Fakt, że pan 

background image

Garrett   osobiście   ją   pochwalił,   jakoś   nie   wystarczał.   I   nie   pomagała 

świadomość, że rzadko dostrzega się zasługi redaktorów.

Jedynym pocieszeniem było to, że redaktor naczelny nie wezwał jej na 

następną rozmowę. To znaczyło, że albo jeszcze nie spotkał się z panem 

Garrettem,   albo   przypomniano   mu   o   zakresie   jego   praw.   Widać   nie 

zamierzał przeprosić Anne.

Nie przyszło jej do głowy, że istnieje trzecia możliwość. Los lubi płatać 

figle.

W środę, ledwo weszła do redakcji, zadzwonił Matthew, by przekazać 

nowinę.

– Dzień dobry. Pan Lehmann proponuje jeszcze jedną sesję u nich w 

domu.

Anne uznała to za złośliwość losu.

– Nie wystarczy spotkać się gdzieś tutaj na parę godzin? Jestem bardzo 

zajęta...

– Jak my wszyscy – sucho rzucił Matthew. – Powinniśmy prędko się z 

tym uporać, więc pojedziemy w niedzielę rano.

Z tego wynikało, że on też wolałby uniknąć niezręcznej sytuacji.

– Dobrze.

– Może być dziewiąta? Wiem, że w soboty pracujesz do późna.

– Nie zawsze.

– Co to znaczy?

– Nic. – Głośno westchnęła. – Tylko tyle, że mam kłopoty z naczelnym. 

Nie zachwycił się tym, że pozwoliłeś mi wstrzymać druk i jeśli to będzie 

od niego zależało, nie zleci mi niedzielnego wydania.

– Ja ci nie pozwoliłem – rzekł Matthew cicho.

background image

– Jak to? – Wystraszyła się, bo jego słowo znaczyło więcej, niż jej. – 

Dziękuję, tylko tego brakowało, żebyś uchylił się od odpowiedzialności.

Rzuciła   słuchawkę   i   ukryła   twarz   w   dłoniach.   Była   przekonana,   że 

Matthew postąpił z premedytacją, co oznacza duże kłopoty.

Nadal siedziała zgarbiona, gdy zadzwoniła sekretarka pana Garretta z 

prośbą,   aby   Anne   natychmiast   przyszła,   bo   wydawca   chce   z   nią 

rozmawiać. Anne przeraziła się nie na żarty. Sprawa jest bardzo poważna, 

skoro rekonwalescent przyjechał, żeby osobiście się nią zająć. W uszach 

brzmiały słowa redaktora naczelnego o zwolnieniu i Anne ze smutkiem 

pomyślała, że nawet nie będzie miała okazji jeszcze raz się pomylić.

background image

Rozdział 9

Przejrzała się w drzwiach windy, obciągnęła szarą spódnicę, poprawiła 

niebieską bluzkę i przygładziła włosy. Pomyślała, że zachowuje się jak 

przerażone dziecko, a nie jak pewna siebie kobieta, która według Matthew 

zaimponowała   jego   ojcu   walką   o   własne   zdanie.   Powtarzała   sobie,   że 

jeszcze nie ma powodu do paniki. Możliwe, że pan Garrett przyjechał w 

innej   sprawie,   a   z   nią   porozmawia   przy   okazji.   Być   może   chce 

zaproponować   coś   nowego   w   związku   z   funduszem   stypendialnym. 

Rozsądek jednak podpowiadał, że gdyby o to chodziło, załatwiłby sprawę 

przez telefon.

Gdy drzwi się otworzyły, westchnęła i wysiadła.

– Proszę wejść, bo szef czeka – rzekła sekretarka.

Anne   straciła   resztki   otuchy,   gdy   zobaczyła,   że   na   biurku   nie   ma 

żadnych kartek, a pan Garrett stoi przy oknie.

– Dzień dobry.

Usiedli przy niskim stoliku, Anne sztywno, na samym brzegu fotela. Jej 

zdenerwowanie nie uszło uwagi pana Garretta, który poczęstował ją kawą 

i zabawiał rozmową. Zamiast pić, Anne bezwiednie obracała filiżankę i 

gorączkowo   zastanawiała   się,   dlaczego   wstęp   jest   taki   długi.   Wreszcie 

nerwy ją zawiodły i cicho zapytała:

– Wezwał mnie pan z powodu mojej niesubordynacji, prawda?

Starszy pan ze zdziwienia wysoko uniósł brwi.

– Na pewno – brnęła dalej – pan Straw poskarżył się, że w sobotę nie 

zawiadomiłam go i samowolnie wstrzymałam druk.

–   Owszem.   Szczerze   mówiąc,   zaskoczyło   mnie,   że   podjęłaś   taką 

background image

decyzję i wzięłaś całą odpowiedzialność na siebie.

Po tych słowach zgasła ostatnia iskierka nadziei, że część winy spadnie 

na Matthew. Anne ogarnęła złość, bo wydawca nie obwiniał syna, więc 

zanim się odezwała, policzyła do dwudziestu.

– Przepraszam, ale myślałam...

Urwała, gdy zobaczyła, że starszy pan zasępił się. Jak to rozumieć? 

Widocznie   fakt,   że   była   przekonana   o   uprawnieniach   Matthew,   nie 

usprawiedliwiał jej postępowania i nie zwalniał z obowiązków służbowych 

wobec przełożonych. Powinna była podziękować Matthew za dobrą radę i 

zadzwonić do redaktora naczelnego. Gdyby to zrobiła, teraz uniknęłaby 

przykrości.

– Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – dodała ciszej. – Jeszcze 

raz pana przepraszam.

– Tyle razy prosiłem, żebyś mówiła mi po imieniu.

Popatrzyła, jakby nic nie rozumiała.

–   Moja   droga,   chyba   nie   sądzisz,   że   wezwałem   cię,   żeby   udzielić 

nagany? – Zauważył, że drgnęła. – Och, widzę, że tak myślałaś... Jack 

złościł się, bo do nikogo nie zadzwoniłaś, ale powiedziałem mu, że to nie 

ma znaczenia. Zrozumiał sugestię.

Anne poczuła łzy w oczach.

– Skontaktowanie się z kimkolwiek zajęłoby trochę czasu, a nie było 

chwili do stracenia. W sytuacji pełnej napięcia podjęłaś jedyną słuszną 

decyzję. Jestem bardzo zadowolony z ciebie i z Matta.

– Dziękuję... bardzo dziękuję.

– Ciebie chwalę za to, że wiedziałaś, jak należy postąpić, a jego za to, 

że powiedział ci, że potrafisz samodzielnie podejmować ważne decyzje.

background image

Anne zrobiła wielkie oczy. Czy to możliwe, by nie zrozumiała Matthew 

i   podjęła   decyzję   samowolnie?   Czy   błędnie   sądziła,   że   ma   jego 

pozwolenie? Jeśli tak, skrzywdziła go, oskarżając o celowe zastawienie 

pułapki. Aby opanować drżenie rąk, mocno splotła palce.

– A gdyby się nie powiodło? – spytała nieswoim głosem. – Gdybyśmy 

nie zdążyli z drukiem na czas albo...

– Decyzja nadal byłaby słuszna – odparł pan Garrett bez wahania. – 

Zamieszczona relacja była rzetelna, a to liczy się najbardziej.

– Ale pan Straw mówił...

– Wiem, bo mnie chyba powiedział to samo. – Starszy pan uśmiechnął 

się kwaśno. – Jack jest dobrym człowiekiem, ale trochę cierpi na manię 

wielkości i wydaje mu się, że jest niezastąpiony, że on musi o wszystkim 

decydować. A w „Chronicie" jest miejsce tylko dla jednego despoty... z 

którym akurat rozmawiasz.

Anne roześmiała się. Jaka to ulga, to straszne napięcie wreszcie minęło 

i nie musiała bać się o pracę.

– Jeśli nie zostałam wezwana karnie, to w jakiej sprawie? – spytała 

nieśmiało.

 – Najpierw dam ci świeżej kawy. – Pan Garrett wstał.

 – Ta już chyba wystygła.

Anne   nie   chciało   się   pić,   lecz   skoro   zwierzchnik   nie   zamierza 

natychmiast odpowiedzieć na pytanie, wypada cierpliwie czekać. Starszy 

pan bez pośpiechu wylał zimną kawę, nalał świeżej i znowu usiadł.

–   Nasze   spotkanie   trochę   wiąże   się   z   pożarem,   ale   bardziej   ze 

stypendium i twoim owocnym zaangażowaniem. Chciałbym wyrazić moją 

wdzięczność czymś, co będzie równie trwałe, jak twoja praca. – Wyjął z 

background image

szuflady ładnie opakowany prezent i położył koło Anne. – Trochę długo 

trwało, nim znalazłem to, o co mi chodziło.

Anne pomyślała, że w środku jest dowód uznania, który z dumą wiesza 

się na ścianie, ale o którym prędko się zapomina. Nie mogła rozerwać 

mocnego   srebrnozłotego   opakowania,   więc   przecięła   je   paznokciem   i 

wyjęła   czarne   skórzane   etui   ze   złotym   zameczkiem.   Przez   chwilę 

wpatrywała   się   w   nie   zaskoczona,   po   czym   podniosła   wzrok   na   pana 

Garretta.   Zdawało   się   jej,   że   starszy   pan   patrzy   na   nią   z   życzliwym 

zaciekawieniem.

Powoli   otworzyła   etui   i   wyrwał   się   jej   okrzyk   zachwytu.   Na 

granatowym   atłasie   leżał   podwójny   sznur   pięknych   pereł,   dużych   jak 

groch. Nie mogła oderwać od nich oczu.

– Jim... – szepnęła. – Powiedz, że są sztuczne.

– Nie są najprawdziwsze, bo wyhodowane.

–   Och,   to   i   tak   bardzo   krępujący   prezent.   Niedawno   zamieściliśmy 

obszerny artykuł na temat takich pereł. – Odłożyła etui na stół. – Nie mogę 

ich przyjąć.

Pan Garrett nie drgnął.

–   Myślę,   że   obraziłabyś   się,   gdybym   chciał   ci   zapłacić   za   to,   co 

zrobiłaś.

–   Oczywiście.   Gdybym   nie   popierała   inicjatywy   całym   sercem,   nie 

kiwnęłabym palcem.

– Podarowałaś mi swój cenny czas.

– A to – wskazała etui – ma być dowód wdzięczności?

– Jeżeli wolisz, mogę odstąpić ci trochę udziałów w dzienniku.

– Nie! – zawołała ostrzej, niż wypadało. – Ale gdybym otrzymała list 

background image

pochwalny, który odczytywałabym naczelnemu, gdy będzie miał do mnie 

pretensje...

– Ten problem chciałem rozwiązać inaczej.

Wziął etui, zamknął i odłożył na bok. Anne z odrobiną żalu patrzyła, 

jak perły znikają.

– Trochę to skomplikowane – rzekł pan Garrett. Jest oczywiste, że już 

nie mogę pracować tyle, co dawniej, więc nastąpią tu zmiany. Niedługo 

będzie rządzić kto inny... Ale na razie ważne jest to, że postanowiłem 

utworzyć nowe stanowisko. Asystent wydawcy to ładny tytuł, prawda?

Anne przytaknęła i pomyślała, że Matthew będzie niezbyt zadowolony, 

że   jest   jedynie   asystentem,   ale   przynajmniej   zdobędzie   praktykę,   która 

przyda się, gdy z czasem zajmie miejsce ojca.

Pan Garrett usiadł wygodniej.

– Czy ty chciałabyś objąć to stanowisko?

Anne   nawet   w   najśmielszych   marzeniach   nie   roiła   o   czymś   takim. 

Przez myśl jej nie przeszło, że podobną propozycję mógłby otrzymać ktoś 

oprócz Matthew.

– Będziesz  musiała  pracować w ciągu dnia – ciągnął pan Garrett z 

poważną   miną.   –   Ale   przyznasz,   że   to   nie   dyskryminacja,   lecz   dobra 

propozycja. Anne wybuchnęła nerwowym śmiechem.

– Tak... chyba tak.

– Chodzi mi o zastępcę z prawdziwego zdarzenia, który będzie miał 

wszystkie uprawnienia i występował w moim imieniu.

Anne zaczynała rozumieć, o co chodzi. Matthew zamierzał nadal pisać 

felietony, a pan Garrett pogodził się z tym, że jego syna nie zachwyca 

perspektywa   ponoszenia   odpowiedzialności   za   dziennik.   Matthew   na 

background image

pewno nie będzie pracował z takim poświęceniem, jak jego ojciec. Dlatego 

pan Garrett zabezpiecza się, żeby w przyszłości uniknąć kłopotów. Jego 

tok   rozumowania   zapewne   był   taki:   mój   syn   ma   nazwisko,   więc   on 

zostanie wydawcą, ale tak naprawdę niech pracuje zastępca. Czy wobec 

tego propozycja oznacza, że trzeba będzie naprawiać szkody wyrządzone 

przez Matthew?

Zreflektowała   się.   Chyba   jej   myśli   biegną   niewłaściwym   torem. 

Przecież pan Garrett twierdzi, że asystentka będzie występowała w imieniu 

wydawcy. To duże uprawnienia, chociaż na razie dokładnie nie wiadomo, 

co będą oznaczać w praktyce.

– Na pewno będzie ci trochę trudno się przestawić – podjął pan Garrett. 

– Masz doskonałe kwalifikacje potrzebne na obecnym stanowisku, lecz 

musisz  się dokształcić  w zakresie zarządzania, od opłat za reklamy  po 

negocjacje ze związkami zawodowymi. – Wypił łyk kawy.

–   Ale   ze   związkami   podobno   radzisz   sobie   całkiem   nieźle.   Tak 

słyszałem.

Anne nie bardzo rozumiała, do czego pan Garrett zmierza.

– Wiesz też, że wydawanie gazety jest bez sensu, jeśli nie przekona się 

ludzi, by ją kupowali.

– Czyli będzie mnóstwo różnych obowiązków.

– Niestety. Ale gdybym uważał, że im nie podołasz, nie poruszałbym 

tematu. – Powoli wypił resztę kawy, aby dać Anne chwilę do namysłu. – 

Musisz dobrze się zastanowić.

– Wydaje mi się, że mogłabym od razu dać odpowiedź, ale...

–   Nie   chcę   natychmiastowej   odpowiedzi.   Wolę,   żebyś   dokładnie 

rozważyła wszystkie za i przeciw. Chcę mieć absolutną pewność, że za rok 

background image

nie będziesz żałowała, gdy pojawią się kłopoty z budżetem albo burmistrz 

zagrozi sądem.

– Jesteś pewien, że się zgodzę, prawda?

– Tak.

– Ja chyba też. Czy można odrzucić taką szansę? Hmm, człowiek, który 

naprawdę   nadaje   się   na   kierownicze   stanowisko,   powinien   umieć 

błyskawicznie podejmować decyzje.

–   Dobry   szef   podejmuje   szybkie   decyzje   po   obejrzeniu   sprawy   ze 

wszystkich   stron.   Nie   śpiesz   się,   pomyśl.   –   W   oczach   starszego   pana 

mignęły wesołe błyski. – Potem daj mi znać, kiedy podejmiesz się nowych 

obowiązków. Zgoda?

– Dziękuję.

– A naszyjnik? Jesteś pewna, że go nie chcesz?

Przez   moment   walczyła   z   pokusą,   co   teraz   było   łatwiejsze,   bo   nie 

widziała pereł. Nowe stanowisko wydawało się jednak więcej warte niż 

sto sznurów pereł.

– Tak. Ale doceniam intencje i jeszcze raz bardzo dziękuję.

– I co ja teraz z nim zrobię? – zmartwił się pan Garrett, marszcząc brwi.

Anne jedynie się uśmiechnęła.

Wiedziano,   gdzie   była,   i   ledwo   weszła,   umilkły   rozmowy   i   stukot 

klawiatur. Ostentacyjnie spojrzała na zegarek, więc wszyscy pośpiesznie 

wrócili do pracy. Tylko Holly ośmieliła się podejść, aby zapytać o jakiś 

zupełnie nieistotny drobiazg.

– Czemu tak długo tam siedziałaś?

– Bo piliśmy kawę.

–   Myślałam,   że   interesuje   cię   syn,   a   nie   ojciec   –   rzekła   Holly 

background image

krytycznie.  –  Pijesz kawę  z ojcem,  całujesz  się  z  synem.   Czym to  się 

skończy?

Awansem,   którego   nie   przewidziałaś,   pomyślała   Anne,   lecz   nic   nie 

powiedziała.   Teraz   mogła   swobodnie   marzyć   o   kierowaniu   redakcją   i 

nawet przyznać się przed sobą, że śniła o podobnej możliwości. Dwa lata 

to za długi okres na jednym stanowisku. W skrytości ducha martwiła się, 

że tak zostanie do końca życia.

Zawsze   pociągały   ją   nowe   zadania,   a   teraz   rozwinął   się   przed   nią 

wachlarz wspaniałych, nieskończonych możliwości. No, no, bez przesady, 

zreflektowała się. Wszystko ma granice. Stanowisko asystentki oznacza, 

że trzeba będzie odpowiadać przed Matthew.

A może niekoniecznie i nie zawsze?

Jeżeli Matthew nie spodobają się obowiązki wydawcy'

– a gotowa była założyć się, że nie będzie zachwycony – może ona 

naprawdę go zastąpi. I wtedy cała odpowiedzialność, wszystkie problemy 

staną się jej udziałem. Oprócz zasług, które przypadną Matthew. Będzie to 

dość irytujące, lecz jeśli taka jest cena za wymarzone stanowisko, była 

gotowa ją zapłacić.

A odpowiedzialność, z której nie zdawała sobie sprawy, a której ciężar 

ostudzi   entuzjazm?   Zrobiła   listę   spraw,   którymi   będzie   musiała   się 

zajmować. O wielu nie miała pojęcia, lecz uważała, że to będą przyczyny, 

dla których Matthew obrzydnie praca. Jej zaś nie zniechęcą. To drobiazg 

w porównaniu z tym, iż ona będzie dbała o rozwój „Chronicie".

Pocieszała się, że w osobie pana Garretta zyska dobrego mentora, który 

na początku na pewno pomoże jej w razie poważniejszych kłopotów. Z 

całą pewnością przy nim bardzo dużo skorzysta. Może jednak nie należy 

background image

zbytnio   na   to   liczyć?   Zapowiedział   przecież,   że   niebawem   nastąpią 

zmiany. Jej bezpośrednim zwierzchnikiem zostanie Matthew i chyba nie 

będzie miała możliwości konsultować się z jego ojcem.

Czy najważniejsze pytanie, na jakie powinna sobie odpowiedzieć, nie 

dotyczy   Matthew?   Czy   na   pewno   jest   gotowa   z   nim   pracować?   On 

widocznie wyraził zgodę, bo ojciec nie działałby bez porozumienia z nim. 

Czyli Matthew uważał, że współpraca dobrze się ułoży.

Lecz jednego aspektu na pewno nie wziął pod uwagę, ponieważ nic o 

nim nie wiedział.

Była przekonana, że Matthew nie domyśla się, iż go kocha. Teraz tym 

bardziej   nie   mogła   się   zdradzić.   Czy   zdoła   zachować   tajemnicę   i 

jednocześnie cieszyć się, że jest blisko ukochanego? Czy miłość zwiędnie 

z   powodu   nieuniknionych   konfliktów   i   rozczarowań?   Kto   wie,   co 

przyniesie czas.

Nie   wierzyła   w   miłość   od   pierwszego   wejrzenia,   a   zakochała   się 

błyskawicznie. Pragnęła wzajemności i tego, by Matthew nie mógł bez 

niej  żyć.  Czy   to   kiedyś  nastąpi?   To   zmartwienie   zostawiła   na   później. 

Obecnie najważniejsza była decyzja, czy objąć nowe stanowisko.

Przez   cały   dzień   krążyła   wokół   jednego   tematu.   Zeszła   na   parking 

dziesięć  po jedenastej, nadal pogrążona w myślach.  Zdenerwowała się, 

gdy   sobie   uświadomiła,   że   nie   pamięta,   co   zamieszczono   na   pierwszej 

stronie.   Zdawała   sobie   sprawę   z   własnego   roztargnienia,   ale   miała 

nadzieję, że Holly nie wykorzystała jej nieuwagi i nie ujawniła chciwości 

burmistrza.   Raczej   mało   prawdopodobne,   by   pisała   na   podstawie 

domysłów   i   plotek.   Powinna   zaczekać,   aż   przyłapie   burmistrza   na 

gorącym uczynku.

background image

Była   bardzo   zaabsorbowana,   toteż   nie   zauważyła   nieobecności 

strażnika. Nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu i w mgnieniu oka ujrzała 

niedawny napad. Przeraźliwie krzyknęła, a jej głos odbił się echem od 

betonowych ścian.

– Nie wrzeszcz! Myślałem, że słyszałaś, jak cię wołałem.

Poznała głos Matthew, ale gdy się odwróciła, była śmiertelnie blada i 

rękoma   zasłaniała   twarz.   Wiedziała,   że   jest   bezpieczna,   ale   nie   mogła 

opanować przerażenia, bała się, że tym razem wpadnie w histerię.

– Najmocniej przepraszam. Uspokój się.

Wcisnęła pięść do ust i przestała krzyczeć, ale wybuchnęła płaczem. 

Łkanie wstrząsało jej ciałem, cała dygotała, lecz odepchnęła Matthew, gdy 

chciał ją objąć.

– Nie dotykaj mnie – wykrztusiła. – Raz wystarczy.

Odsunął się i stał bezradnie. Po chwili przybiegł ochroniarz.

– Co się stało? Napad?

– Nie, to ja panią przestraszyłem.

–   Serdecznie   współczuję.   Nie   było   mnie,   bo   odprowadziłem   inną 

panią...

–   Nic   mi   się   nie   stało   –   powiedziała   Anne   drżącym   głosem.   – 

Przepraszam, że krzyczałam. – Po odejściu strażnika syknęła: – Jak się 

pozbieram, dostaniesz za swoje.

Powoli opanowała się, ale nadal czuła się okropnie. Matthew objął ją i 

tym razem nie protestowała, ponieważ uginały się pod nią nogi.

– Chodź, dobrze zrobi ci łyk brandy – zaproponował łagodnie.

W   restauracji   bezsilnie   opadła   na   krzesło   i   tak   dygotała,   że   rozlała 

alkohol.

background image

– Lepiej? – spytał Matthew, gdy wypiła połowę.

–  Trochę. Teraz  było  gorzej  niż  przedtem.  Jakbym  oglądała  film  w 

zwolnionym tempie i czekała na straszne zakończenie.

–   Nad   czym   tak   intensywnie   rozmyślałaś?   Byłem   pewien,   że   mnie 

słyszysz.

– No proszę! Najlepiej zrzucić winę na mnie.

–   Sądziłem,   że...   Gdzie   podziała   się   dzielna   kobieta,   która   kopnęła 

złodzieja?

– Myślałam, że już jest dobrze, bo ostatnio nie śnił mi się napad.

– Twój krzyk będzie odbijał się echem do rana.

Anne lekko się uśmiechnęła.

– Gdybym miała czas się zastanowić, uznałabym, że zrobiłeś to celowo. 

Ja ci...

Nie dokończyła groźby.

– Przyjmę każdą karę, jaką wymyślisz.

– Lepiej przyznaj się, dlaczego byłeś na parkingu. Popsułam ci plany, 

co? Już mi lepiej, więc nie musisz mnie pilnować.

– Szedłem do ciebie, bo chciałem wyjaśnić dzisiejsze nieporozumienie.

–   Aha.   –   Speszona   spuściła   wzrok.   –   Przepraszam,   że   na   ciebie 

wsiadłam   i   rzuciłam   słuchawkę.   Niestety,   przez   chwilę   naprawdę 

myślałam, że postąpiłeś z premedytacją, żebym wyleciała z pracy. Dopiero 

podczas rozmowy z twoim ojcem uświadomiłam sobie moją głupotę.

Matthew tego nie skomentował i milczenie trwało tak długo, że Anne 

dostała gęsiej skórki.

– Wiesz, o czym rozmawialiśmy, prawda? – spytała niepewnie. – O 

awansie.

background image

Matthew spojrzał na nią, jakby nie rozumiał, co ona mówi.

– Słuchaj, co się z tobą dzieje?

Wlepiła w niego wzrok i nagle wszystko zaczęło układać się w logiczną 

całość.   Od   kilku   godzin   dręczyło   ją   pytanie,   dlaczego   pan   Gamett 

zaproponował stanowisko asystentki osobie drugoplanowej. Przecież byli 

inni   kandydaci,   starsi,   bardziej   doświadczeni.   Nareszcie   znalazła 

odpowiedź. Oto Matthew działał za kulisami i przyczynił się do tego, że 

dostała coś, na co nie zasłużyła. Dlaczego to zrobił? Co chce w zamian?

– Cholera, dlaczego? Powiedz mi, dlaczego.

Matthew szczerze się zdziwił.

– O co tak się pieklisz?  Nie naciągałem żadnych faktów, po prostu 

sprawiłem,   że   ojciec   zwrócił   na   ciebie   uwagę.   Bez   tego   nie   miałabyś 

szansy.

Czyli to prawda i podejrzenia są słuszne. Nie awansowała za zasługi, 

sama nie zdołałaby zajść tak wysoko. Jak mogła pomyśleć, że przeskoczy 

tyle szczebli? Otrzymała to stanowisko, ponieważ Matthew uważał, że to 

obojętne, kto je dostanie.

– To twoje dzieło, tak? – syknęła. – Według ciebie byle kto się nada. 

Stanowisko bez znaczenia, więc nieważne, kto je otrzyma. Ale lepiej ktoś, 

kto wobec ciebie będzie miał dług wdzięczności. O to chodzi?

Twarz Matthew zamieniła się w kamienną maskę.

– Dziękuję za brandy, ale za nic więcej.

– Zachowujesz się jak niespełna rozumu. Na złość mamusi odmrożę 

sobie uszy, tak? Co w tym złego, że ci pomogłem?

– Nie chcę mieć żadnego stanowiska po znajomości, rozumiesz?

Wstała i odeszła kilka kroków.

background image

– Umówiliśmy się na niedzielę! – zawołał Matthew.

Najchętniej   powiedziałaby   mu,   co   ma   zrobić   ze   stypendium   swego 

ojca, ale nie mogła porzucić sprawy, którą uważała za bardzo ważną.

– Będę gotowa o dziewiątej.

Przykre, że to będzie ostatnie spotkanie. Zrobi, co do niej należy, a 

potem serce jej pęknie, lecz nikt nie odgadnie, z jakiej przyczyny.

background image

Rozdział 10

Po przyjściu do domu,  zamiast położyć się spać, długo chodziła po 

pokoju jak lew w klatce. Co za ironia losu, że największe marzenie było 

tak bliskie spełnienia, a gdy wyciągnęła rękę, brutalnie je zabrano. Czy 

rzeczywiście   zabrano?   Przecież   nikt   propozycji   nie   cofnął.   W   każdej 

chwili mogła zadzwonić do pana Garretta – nawet zaraz – i powiedzieć, że 

się zgadza i jeśli trzeba, zacznie nową pracę w poniedziałek.

Zreflektowała   się.   Nie,   to   wcale   nie   będzie   takie   łatwe,   ponieważ 

Matthew na pewno zgłosi zastrzeżenia. Niemożliwe, żeby było inaczej.

A   jednak...   Mówił   o   odmrożonych   uszach...   Czy   to   znaczy,   że 

odrzucając tak atrakcyjną propozycję, sama sobie zrobiła na złość? Jemu 

chyba jest obojętne, jak ona postąpi. Odmowa będzie z krzywdą wyłącznie 

dla niej. Była pewna, że Matthew nie chce z nią pracować i uważała, że 

powinien powiedzieć to otwarcie.

Mimo wszystko mogłaby podjąć się tej pracy, ponieważ nie wątpiła, że 

sprosta   nowym   obowiązkom   i   dobrze   spełni   powierzone   zadanie.   I 

zaskoczy tym Matthew.

– Czy wtedy zakocha się we mnie? – szepnęła.

To pytanie ją otrzeźwiło. Powinna skończyć z nierealnymi marzeniami, 

dorosnąć, zobaczyć prawdziwe motywy. Jeżeli jej jedyną siłą napędową 

jest chęć, by zaimponować Matthew, lepiej zrezygnować z awansu.

Spotkali się dopiero w niedzielę rano. Przez te dni w redakcji panował 

spokój,   bo   nie   wydarzyły   się   żadne   wypadki   drogowe   ani   skandale,   o 

których pisze się na pierwszej stronie. Nikt nie pytał Anne o rozmowę z 

panem   Garrettem,   ale   wszyscy   jakoś   inaczej   na   nią   patrzyli,   nawet 

background image

redaktor naczelny. Żałowała, że odrzuca propozycję i nie będzie mogła 

wezwać pana Strawa na rozmowę. Chętnie przyczyniłaby się do zmiany 

niektórych obowiązujących zarządzeń.

Powzięła   ostateczną   decyzję,   że   dla   zachowania   równowagi 

psychicznej nie zostanie asystentką wydawcy. Nie znaczy to, by przestała 

marzyć o podobnej pozycji, lecz doszła do wniosku, że musi przenieść się 

do innej gazety lub nawet do innego miasta. Nie chciała pracować u boku 

Matthew. Aby odzyskać spokój ducha, musi zacząć rozglądać się za innym 

miejscem   pracy.   Oczywiście   po   zawiadomieniu   pana   Garretta   o   swej 

decyzji.

Na   razie   nie   miała   okazji,   ponieważ   wydawca   nie   pojawiał   się   w 

redakcji i nie dzwonił. Sama nie mogła zdobyć się na to, by zatelefonować 

i usłyszeć zaproszenie do domu. Wolała, żeby ostateczna rozmowa odbyła 

się w cztery oczy, bez Matthew. Chciała uniknąć jego krytycznego wzroku 

i sarkastycznych komentarzy. Postanowiła zaczekać do ukończenia pracy 

związanej ze stypendium pana Garretta.

Lecz   co   powiedzieć?   Na   razie   nie   wiedziała,   czy   wyzna   prawdę,   a 

przynajmniej część prawdy, czyli to, że ona i Matthew nigdy nie będą 

dobrymi współpracownikami. Może powie, że nie czuje się na siłach, by 

wziąć na barki tak dużą odpowiedzialność.

W niedzielę rano przyniosła „Chronicie" i jak zwykle najpierw zajrzała 

na stronę  z felietonem  Matthew. Nie chciała  wierzyć własnym oczom! 

Odkąd   sięgała   pamięcią,   nie   zdarzyło   się,   by   Matthew   kogokolwiek 

przeprosił. A tutaj przepraszał Rudy'ego.

Uważnie przeczytała felieton i doszła do wniosku, że nie ma w nim 

wyraźnego przyznania się do winy. Matthew napisał jedynie, że w krytyce 

background image

powieści Rudy'ego Balfoura posunął się trochę za daleko. To i tak było 

dużo.

Ledwo skończyła, rozległ się dzwonek. Prędko złożyła gazetę, wsunęła 

na półkę pod stolikiem i poszła otworzyć drzwi.

Tym razem Matthew przyjechał sportowym wozem, co oznaczało, iż 

szybciej  zajadą  i  wrócą.   Czy   zarzucił  pomysł  o  wycieczce   i  lunchu   w 

plenerze? Zrobiło się jej przykro, że ominie ją taka przyjemność, ale może 

lepiej,   bo   serce   bolałoby   jeszcze   bardziej.   Spojrzała   na   Matta.   Był 

zniecierpliwiony,   więc   zorientowała   się,   że   za   długo   patrzyła   na 

samochód.

– Już się ubieram.

– Wciąż masz muchy w nosie?

Zastygła z rękoma wyciągniętymi po płaszcz. Gdyby nie użył takiego 

określenia,   gdyby   nie   traktował   jej   jak   humorzastego   dziecka, 

przeprosiłaby go za wybuch. Jednak w tej sytuacji...

Matthew odebrał jej płaszcz i pomógł włożyć.

– Chyba jest ci to obojętne.

–   Niezupełnie,   bo   wolałbym   wiedzieć,   co   mnie   czeka.   Pominęła   tę 

uwagę milczeniem.

– Torba jest w kuchni. Zaraz wracam.

Wstąpiła też do pokoju i na wszelki wypadek wzięła „Chronicie". Jeśli 

Matthew   będzie   dokuczliwy,   odgrodzi   się   od   niego   gazetą   i   będzie 

udawała, że czyta.

Zadzwonił telefon.

Matthew mruknął coś pod nosem, więc na przekór jemu, postanowiła 

odebrać. Zawróciła do pokoju i podniosła słuchawkę.

background image

– Dzień dobry. Mówi Dorie Lehmann. Jak dobrze, że jeszcze panią 

zastałam.

Anne przez ramię zerknęła na Matthew.

– Czy to spojrzenie znaczy, że rozmowa potrwa dłużej? – spytał. – 

Mogę usiąść?

– Mamy kłopot – mówiła pani Lehmann zdyszanym głosem. – A raczej 

są kłopoty na uczelni. Mąż dostał telefon i wyszedł, nie mówiąc mi, o co 

chodzi. Nagle odbywa się zebranie zarządu.

– Czyli nasze spotkanie odwołane?

Matthew nadstawił uszu.

– Nie mam pojęcia, jak długo mąż tam będzie. Godzinę, cały dzień? 

Nie   wiem,   co   poradzić.   Dobrze,   że   się   dodzwoniłam.   Byłoby   fatalnie, 

gdybyście zastali dom zamknięty na głucho.

– Tak, to mało przyjemne.

– Przedzwonię za jakąś godzinę, bo mąż chyba da znać, kiedy będzie 

wolny.

– Anne odłożyła słuchawkę i ogarnął ją dziwny niepokój.

– Pana Lehmanna wezwano na uczelnię.

– Masz ci los! I co teraz?

– Musimy czekać. Ja też nie jestem zachwycona, ale dobrze, że jeszcze 

nie ruszyliśmy. Mamy godzinę...

– Nie warto mi jechać do domu, bo może zaraz musiałbym wracać.

Anne zrozumiała to jako oświadczenie, że Matt nie ma ochoty spędzić z 

nią nawet godziny.

–   Jestem   dość   inteligentna,   więc   nie   musisz   robić   aluzji   –   rzuciła 

gniewnie. – Napijesz się kawy, poczytasz prasę i czas zleci jak z bicza 

background image

strzelił. Nie musisz zabawiać mnie rozmową.

Położyła płaszcz na fotelu i wyszła, aby przygotować kawę. Matthew 

poszedł za nią.

– Nie miałem nic złego na myśli.

Anne   ugryzła   się   w   język.   Skoro   gość   stara   się   być   uprzejmy, 

gospodyni też powinna być miła.

– Zjesz coś?

– Nie, dziękuję. Ale chętnie napiję się kawy.

Usiadł na taborecie koło okna.

Anne   cieszyła   się,   że   wcześniej   nie   pozmywała   naczyń   i   teraz   ma 

zajęcie, nim kawa będzie gotowa. Potem obsłuży Matthew, wymyśli jakiś 

pretekst i umknie na górę.

– Czy spokojnie przemyślałaś propozycję ojca?

Zaskoczyło   ją,   że   poruszył   drażliwy   temat   i   dość   długo   nie 

odpowiadała.

– Nie przyjmę...

– Dlaczego?

–   Dlaczego?   –   powtórzyła,   nie   patrząc   na   niego.   –   Bo   doszłam   do 

wniosku, że nie mam odpowiednich kwalifikacji.

Milczenie Matthew odebrała jako przyznanie jej racji.

–   Wiem,   wiem   –   brnęła   dalej.   –   Nie   musisz   zaprzeczać,   żeby 

oszczędzać moje uczucia. Weźmy na przykład ostatnie spięcie. Marnie się 

zachowałam, prawda?

– Z powodu szoku.

– Być może, ale to mnie nie tłumaczy. Na kierowniczym stanowisku 

często zdarzają się wstrząsy. Pewno ulży ci, że nie będziesz musiał ze mną 

background image

pracować.

Zerknęła   na   niego   i   zdumiał   ją   wyraz   jego   oczu.   Spodziewała   się 

zobaczyć zadowolenie  lub  ulgę,  a  było w  nich niebotyczne  zdumienie. 

Dlaczego jest taki zaskoczony?

– Wcale byśmy razem nie pracowali.

– Jak to? Czy można uniknąć kontaktów, gdy ty będziesz wydawcą, a ja 

asystentką?

Urwała, ponieważ pokręcił głową.

– Ojciec nie mówił ci, że nie zajmę jego miejsca?

Anne na chwilę zaniemówiła.

– Powiedział, że niedługo nastąpi zmiana.

Matthew spuścił wzrok, ale zaraz znowu na nią spojrzał i uśmiechnął 

się.

– Miał ciebie na myśli. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie i się zgodzisz.

Anne kurczowo schwyciła się stolika, żeby nie spaść z krzesła.

– Ojciec pewnie o tym nie wspomniał, bo nie chce za wcześnie i za 

bardzo rozbudzać twoich nadziei. Woli mieć pewność, że wymyślił dobre 

rozwiązanie. Ale taki jest jego zamiar.

Anne patrzyła na niego bez słowa.

– Doceń mnie choć trochę – ciągnął Matthew. – Mnie taka pozycja 

niezbyt pociąga, ale ją cenię. I wiem, że nie każdy się nadaje. – Pokręcił 

głową.   –   Chyba   nie   posądzałaś   mnie   o   to,   że   podsunąłem   ojcu   twoją 

kandydaturę, żeby zaciągnąć cię do łóżka?

Nie, o to go nie posądzała.

– Myślałem, że gadałaś głupstwa, bo byłaś zdenerwowana i nie chciałaś 

mi nic zawdzięczać. Ale nie sądziłem, że mówisz poważnie.

background image

– Byłam niepewna siebie – przyznała. – I rzeczywiście nie chcę ci nic 

zawdzięczać. Nie jestem jedyną osobą w redakcji i to szaleństwo myśleć, 

że mogę wskoczyć od razu na sam szczyt. W życiu tak nie bywa.

–   Czasami   bywa.   Jednak   chyba   jeszcze   nie   jesteś   gotowa.   Sama 

mówiłaś,  że potrzebne  jest długie szkolenie  i okres próbny. Ojciec nie 

zamierza   tak   od   razu   iść   w   odstawkę.   Przez   tydzień   pobytu   w   domu 

stwierdził, że hodowanie storczyków to trochę za mało.

Anne myślami była już gdzie indziej.

–   Czemu   wtedy   powiedziałeś,   że   mogę   bez   pytania   naczelnego 

wstrzymać druk?

– Bo pomyślałem, że niedługo inni ciebie będą prosić o pozwolenie, 

więc lepiej nie tracić czasu. Szkoda, że nie ugryzłem się w język. – Wypił 

resztę kawy. – Czy odrzucasz propozycję, bo nie odpowiada ci praca ze 

mną?

– Anne nie odpowiedziała. Nie chciała przyznać się, że to jest główna 

przyczyna.

– Zgódź się – szepnął Matthew. – Bardzo tego pragnę ze względu na 

ciebie. A mną się nie przejmuj, bo nic mi nie zawdzięczasz.

Anne przebiegł zimny dreszcz.

–   Jedyne,   co   zrobiłem,   to   poradziłem   ojcu,   żeby   ciebie   wprzągł   w 

sprawę funduszu stypendialnego. Tylko tyle.

W końcu sam by cię zauważył, gdyby poważnie zaczął rozglądać się za 

następcą. A tak sprawy trochę szybciej przybrały właściwy obrót. Proszę 

cię, przyjmij to stanowisko. Daję słowo honoru, że nie wejdę ci w paradę.

Obietnica   ją   zmroziła,   serce   niemal   przestało   bić.   Aby   coś   zrobić, 

dolała sobie kawy.

background image

Matthew wyprostował się i mówił dalej:

– Teraz tym bardziej nie chcesz wyprowadzić się stąd, prawda? Obiło 

mi się o uszy, że w przyszłym roku zaproponują Rudy'emu długoletnią 

kadencję.

Anne drgnęła i rozlała kawę.

– To dla niego bardzo dobra wiadomość. Skąd o tym wiesz? Ogłoszono 

jakąś listę?

– Nie mówił ci? – zdumiał się Matthew.

– Ostatnio go nie widziałam.

– Ale... – Urwał, jakby nad czymś się zastanawiał. – W niedzielę czekał 

tu  na ciebie,   a ty  tak  wyraźnie  chciałaś się  mnie   pozbyć. Jego  też  się 

pozbyłaś?

– Tak.

–   Gdy   nazajutrz   zapytałem,   czy   się   pogodziliście,   milczałaś 

zarumieniona, więc uznałem, że wrócił do łask.

– Nie – wykrztusiła.

– To nie z jego powodu byłaś taka zajęta, że nie chciałaś jechać do 

Lehmannów?

– Nie.

– Anne... Mam lekkie pióro i nigdy nie brakowało mi słów, a teraz, gdy 

potrzebuję ich najbardziej, nie przychodzą. Może nie powinienem mówić, 

bo jest za wcześnie, ale jeśli nie kochasz Rudy'ego... Pozwól mi zacząć od 

nowa. Daj mi szansę.

Anne zamknęła oczy, żeby nie zobaczył świtającej w nich nadziei.

–   Od   początku   uważałem,   że   mamy   dużo   wspólnego,   ale   wszystko 

popsułem.   Byłem   niezdarny,   działałem   za   szybko,   a   najgorsze,   że   cię 

background image

obraziłem. Jak mogłaś pomyśleć, że mam ci za złe brak doświadczenia?

– Ale przestraszyłeś się.

–   Tak.   Wystraszyłem   się,   że   jeśli   stracę   panowanie   nad   sobą,   nie 

przeżyjesz tego tak, jak powinnaś. Zimna, umazana sałatką podłoga jest 

bardzo   nieodpowiednim   tłem   dla   miłości.   Potrzeba   romantycznej 

scenerii...   Nie   gniewaj   się,   ale   wciąż   mnie   intryguje,   czemu   tak   długo 

czekałaś.

Nie odpowiedziała, wiec wstał.

– Znowu wprawiłem cię w zakłopotanie. Przepraszam i już sobie idę. 

Zawiadom mnie, jeśli pani Lehmann zadzwoni.

Anne nie mogła ruszyć się z miejsca, a nie chciała pozwolić mu odejść.

– Matt!

– Obejmiesz to stanowisko?

– Tak. – Nie podniosła głowy. – Widzisz, dla mnie miłość to nie tylko 

fizyczny   akt.   Nie   spotkałam   człowieka,   z   którym   łączyłoby   mnie 

wszystko, z którym dzieliłabym serce, ciało... i duszę.

Matthew delikatnie musnął jej policzek.

– Czy pozwolisz mi spróbować być tym człowiekiem? Proszę.

Podniosła na niego wzrok.

– Będę cierpliwy, a przynajmniej się postaram.

Wystraszyła się, że nie zrozumiał, co chciała mu powiedzieć. Co robić?

– Wtedy u państwa Lehmannów... – zaczęła. – Rano zażądałeś, żebym 

ci powiedziała, dlaczego byłam na ciebie zła. Za to, że chciałeś się ze mną 

kochać, czy że tego nie zrobiłeś.

– Naprawdę? Nie pamiętam, co wygadywałem. Byłem taki wściekły na 

siebie...

background image

–   Przestań!   Dopiero   teraz   wiem,   co   mnie   zraniło   i   zabolało. 

Odrzucenie.

Matthew zbladł, podskoczył i objął ją tak mocno, że zabrakło jej tchu. 

Obsypał ją pocałunkami i szeptał słowa, o których marzyła. Po długim 

czasie opanował się i odsunął.

– Kocham cię nad życie – oświadczył z ręką na sercu.

– To najpiękniejsze zdanie, jakie wypowiedziałeś.

– Czyli udało mi się na samym początku, ale będę dalej ćwiczył. Teraz 

parę pytań i odpowiedzi. Najdroższa, czy zostaniesz moją żoną? I czy do 

śmierci będziesz się ze mną sprzeczać?

– Nie wiem... Tak nagle... A jeśli to nie jest prawdziwa miłość?

– Zaraz się przekonamy. – Znowu mocno ją objął i pocałował. – Czy 

czujesz coś nieprawdziwego?

– Nie.

– Ja nawet za sto lat się nie zmienię. A ty?

– Ja też nie.

– Więc po co tracić czas?

– Kilku rzeczy nie rozumiem.

– Na przykład?

–   Twierdziłeś,   że   będziesz   zbyt   zajęty,   żeby   uczyć   studentów   albo 

zajmować się stypendiami. Dlatego myślałam, że przejmiesz obowiązki 

ojca.

–   I   teraz   boisz   się,   że   w   domu   nie   kiwnę   palcem,   tylko   będę 

wykorzystywał biedną żonę?

– Niezupełnie, ale chcę wiedzieć, dlaczego tak mówiłeś.

– Jedni nadają się  na nauczycieli,  inni nie.  Ja należę do tej drugiej 

background image

kategorii. Zrozumiano?

– Chyba tak, ale...

–   A   w   kwestii   stypendium   trochę   rozminąłem   się   z   prawdą,   bo 

zamierzam trzymać rękę na pulsie. Mogę ci zdradzić, że będę prezesem 

Instytutu Garretta... gdy zostanie utworzony.

– Coo?

– Nie pusz się, bo to nie całkiem twój pomysł. Obaj z ojcem uważamy, 

że „Chronicie" musi pozostać niezależną gazetą, a w ten sposób najlepiej 

zabezpieczymy   ją   na   przyszłość.   Instytut   będzie   posiadał   lwią   część 

udziałów   w   gazecie,   ale   dochód   przeznaczy   na   cele   dobroczynne. 

Prezesura dostarczy mi aż nadto zajęć. – Uśmiechnął się szelmowsko. – 

Moja ukochana żona będzie robić pieniądze, a ja będę je wydawał.

– No proszę, masz kierownicze zapędy. Może jednak spróbujesz, jak 

smakuje pozycja wydawcy?

– Nie, nie nadaję się do takiej roli.

– Za skromna? Bo lubisz zwracać na siebie uwagę?

– Wcale nie.

Teraz zrozumiała, dlaczego mówił, że go nie zna. Zaczęła dostrzegać 

różnicę między Garrettem felietonistą i Matthew człowiekiem.

– Byłem pewien, że już dawno temu przekonałem ojca, iż nie nadaję się 

na jego następcę. Nie wiedziałem, że nadal żywi cichą nadzieję, aż ty mnie 

oświeciłaś. Czuję dozgonną wdzięczność za ostrzeżenie.

– Zaraz potem zacząłeś machinacje, żeby się wykręcić.

– Można  tak to ująć. A jeśli nadal się  martwisz,  jak zagospodaruję 

wolny   czas,   powiem   ci   w   sekrecie,   że   niedługo   wyjdzie   zbiór   moich 

felietonów. Może będą następne książki... A poza tym, skoro ty będziesz 

background image

zajęta sprawami całego świata, ja będę musiał pilnować czeredy małych 

Garrettów.

Anne lekko się zarumieniła.

– Ile chcesz mieć dzieci?

–   Może   być   czwórka.   Dzięki   temu   sprawdzimy,   czy   chęć   do 

wydawania   gazety   przekazuje   się   genetycznie...   O,   telefon!   Wiesz,   nie 

mam ochoty nigdzie jechać.

Podniósł słuchawkę i mrugnął porozumiewawczo.

– Tak, tato, zdążyła nas uprzedzić. A Anne zdecydowała się przyjąć i 

twoją propozycję, i moją. – Po chwili podał jej słuchawkę. – Ojciec chce z 

tobą mówić.

– Dzień dobry. Mam nadzieję...

– Moje dziecko, bardzo się cieszę – powiedział pan Garrett ciepło. – 

Dobrze, że zatrzymałem perły. Będą ładnie wyglądać przy ślubnej sukni.

Anne ogarnęły poprzednie wątpliwości.

– Nie robisz tego, bo wchodzę do rodziny, prawda?

– Skądże. Chyba zauważyłaś, że nie awansowałem syna.

– Bo nie chciał.

– To mnie tylko trochę zniechęciło. Ale mówiąc poważnie, podoba mi 

się twoja praca i sposób myślenia.

– Dziękuję.

–   Choćby   ten   fundusz   stypendialny.   Można   było   ustalić   sto   innych 

zasad,   ale   wybrałaś   takie,   że   mam   wrażenie,   jakbym  sam  to   zrobił.   A 

pomysł   z   Instytutem   Garretta   jest   genialny.   Na   pewno   będziesz 

podejmować decyzje po mojej myśli. I jeżeli kiedyś zechcesz...

Matthew odebrał jej słuchawkę.

background image

– Tato, Anne jeszcze nie jest twoją asystentką.

Pan Garrett wybuchnął gromkim śmiechem.

– Rozumiem, synu. Zawiadom mnie, kiedy moje storczyki mają być 

gotowe na wasz ślub.

–   Niech   się   śpieszą,   bo   jeśli   będą   się   ociągać,   nie   poczekam. 

Przepraszam cię, ale mamy tyle do omówienia...

– Więc do widzenia.

Gdy odłożył słuchawkę, Anne spojrzała na niego zalotnie.

– Nie musimy czekać do dnia ślubu.

– Cudownie. – Objął ją i pocałował. – Wiesz, dlaczego przeprosiłem 

Rudy'ego? Bo doszedłem do wniosku, że trochę przeholowałem i będziesz 

go bronić, a ja stracę twoją sympatię. Więc się pokajałem.

– Naucz się częściej to robić. Matthew odsunął ją na wyciągnięcie ręki.

– Nie wyobrażaj sobie, że będę słuchał rozkazów!

– Nie myślałam o rozkazach, tylko o perswazji.

– A, to co innego. Ja też potrafię namawiać...

– Udowodnij mi.

Udowodnił jej, jak bardzo ją kocha.