background image

 

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

                           
 
 
                             

Tytuł oryginału: A Specialist's Opinion 

 

 
 

       LILIAN  DARCY 
 

  PRZYJEDŹ  NA  WYSPY 
            KORALOWE 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Summer  najpierw  dostrzegła  dużą,  porcelanową  filiżankę  w  kolorze 

błękitu,  a  potem  szczupłe,  opalone  palce,  które  się  nią  bawiły.  Filiżanka 
wisiała na palcu wskazującym i kołysała się rytmicznie, odwracając uwagę 
Summer od monotonnego głosu Angeli Keighley. 

- ...i omawiamy sprawy nagłych wypadków, długofalowego zarządzania i 

korzyści  oraz  obowiązków  wynikających  z  wprowadzenia  samorządu  - 
ciągnęła Angela. - Czy już mówiłam, że takie spotkania mamy co miesiąc? 

-  Myślę,  że  tak  -  odparła  przytomnie  Summer,  zmuszając  się,  aby 

oderwać wzrok od hipnotyzującej filiżanki. 

Chyba jednak jej wypowiedź nie wypadła przekonująco. 
- Przepraszam, zgubiłam się. - Angela uśmiechnęła się przepraszająco. - 

Jestem  zmęczona,  mam  na  głowie  wesele  -  dotknęła  dłonią  brzucha  -  i 
nakłada się na to osłabienie związane z ciążą. O czym to mówiłyśmy? 

-  Myślę,  że  już  wszystko  sobie  powiedziałyśmy  -  odparła  Summer, 

bezskutecznie  próbując  skupić  uwagę  na  broszurze,  którą  trzymała  na 
kolanach. 

Filiżanka  kołysała  się  coraz  szybciej  -  w  lewo,  w  prawo,  w  lewo,  w 

prawo,  niczym  batuta.  Summer  spojrzała  na  dyrygenta  tej  porcelanowej 
orkiestry. 

-  Oczywiście,  panie  Scott,  proszę  podać  zwykłą  dawkę  insuliny  i 

zmierzyć  poziom  cukru  za  godzinę.  Wiem,  że  to  nie  jest  najłatwiejsze 
zadanie, tak, słyszę ją... 

Człowiek  wymachujący  filiżanką  uważnie  słuchał  rozmówcy,  z  którym 

prowadził rozmowę telefoniczną. Siedział odwrócony  plecami do Summer, 
na rogu sąsiedniego biurka. Jedną nogę miał spuszczoną na podłogę, drugą 
położył na oparciu krzesła stojącego przed nim. Mężczyzna był barczysty i 
miał  czarne  włosy,  w  których  uważny  obserwator  mógł  zauważyć  kilka 
siwych pasemek. 

-  To  doktor  Macleay.  -  Angela  podążyła  wzrokiem  za  spojrzeniem 

Summer. - Za chwilę cię przedstawię. 

Summer  skinęła  głową.  Więc  to  jest  Randall  Macleay!  Rozmawiała  z 

nim, kiedy starała się o tę pracę. 

Bardzo zależało jej na tej posadzie, zwłaszcza od chwili, gdy stanowczo 

oznajmiła  Johnowi,  że  nie  przyjedzie  do  niego  na  Bermudy,  dopóki  nie 
dostanie  tam  pracy.  Odkąd  się  zaręczyli,  zawsze  podkreślała,  że  nie 
zamierza  rezygnować  z  pracy  tylko  dlatego,  że  jest  bogaty  -  po  czym 
spędziła dwa okropne, samotne miesiące na obgryzaniu paznokci (nawiasem 

1

RS

background image

 

 

mówiąc  - paskudny nawyk),  podczas  gdy  John  siedział  na wyspie i  niemal 
codziennie dzwonił, niecierpliwie domagając się jej przyjazdu. 

Kiedy  zobaczył  ogłoszenie,  w  którym  poszukiwano  jednej  pielęgniarki 

ha  oddziale  położniczym,  a  drugiej  na  psychiatrycznym,  złożył  w  jej 
imieniu  podanie.  Gdy  Summer  stwierdziła,  że  nie  ma  kwalifikacji,  by 
podjąć taką pracę, nie chciał jej wierzyć. 

- Przecież jesteś dyplomowaną pielęgniarką! - argumentował. 
-  Tak,  ale  przez  ostatnie  dwa  lata  zajmowałam  się  cukrzykami. 

Położnictwo znam tylko ze szkoły, a na oddziale psychiatrycznym nigdy nie 
byłam.  Mogę  pracować  jako  zwyczajna  pielęgniarka,  pielęgniarka 

środowiskowa albo zajmować się dziećmi. 

Dlatego też oboje wpadli w nastrój niemal euforyczny, gdy dwa tygodnie 

później  pojawiła  się  następna  oferta,  tym  razem  dokładnie  odpowiadająca 
kwalifikacjom  Summer.  Zwłaszcza  Summer  była  zadowolona,  ponieważ 
miała  już  ochotę  zrezygnować  ze  swego  warunku  i  polecieć  pierwszym 
samolotem na Bermudy. 

-  Pokażę  ci  teraz  wszystko  -  powiedziała  Angela,  przerywając 

rozmyślania Summer. 

Uświadomiła  sobie,  że  jej  wzrok  cały  czas  spoczywał  na  Randallu 

Macleayu,  który  nadal  rozmawiał  przez  telefon.  Starał  się  uspokoić 
zaniepokojonego  ojca  dziewczynki  chorej  na  cukrzycę.  Czynność  ta 
najwyraźniej pochłaniała go bez reszty. 

A filiżanka po kawie ciągle kołysała się na jego palcu... Zaczynało ją to 

irytować. 

- Jak myślisz, może mu dolać? - szepnęła Summer do Angeli, wskazując 

głową na puste naczynie. 

- Słucham? A, kawa! Tak, on pije co najmniej osiem filiżanek dziennie. 
- Przecież powinien wybuchnąć już przed lunchem! 
-  Po  drugiej  filiżance  pije  kawę  bezkofeinową  -  odparła  z  uśmiechem 

Angela.  -  Mam  nadzieję,  że  uda  mi  się  zabrać  mu  tę  filiżankę.  Doktorze 
Macleay? 

-  Och,  cudownie!  -  Błysnął  zębami  w  krótkim  uśmiechu,  wyciągając  w 

stronę  Angeli  pustą  filiżankę,  po  czym  natychmiast  powrócił  do  rozmowy 
telefonicznej. 

Angela  i  Summer  poszły  do  kuchni  dla  personelu  -  małego,  schludnego 

pomieszczenia,  które  łączyło  kompleks  biurowy  z drugą, znacznie  większą 
kuchnią, przeznaczoną na pokazy przyrządzania zdrowej żywności. 

2

RS

background image

 

 

-  Zacznijmy  poznawanie  ośrodka  od  kuchni  -  powiedziała  Angela, 

podchodząc  do  ekspresu  do  kawy.  Wzięła  dzbanek  i  napełniła  błękitną 
filiżankę gorącym płynem. 

Zapach był dla niej zbyt aromatyczny. Odwróciła się szybko i podniosła 

dłoń do ust. 

- Czy możesz mnie zastąpić, Summer? Ten zapach, wiesz... 
- Oczywiście. 
- Chyba wyjdę na świeże powietrze - oznajmiła Angela i już wybiegając, 

rzuciła: - Dużo mleka. 

Summer  zaniosła  przygotowaną  kawę  Randallowi,  który  właśnie 

skończył rozmowę. 

-  Dziękuję  -  powiedział,  odbierając  od  niej  pełną  filiżankę.  -  Jestem 

Randall, a ty pewnie Summer Westholm? 

- Tak. 
Uważnie się jej przyjrzał, po czym uśmiechając się nieznacznie, dodał: 
- Wyglądałaś inaczej, kiedy rozmawialiśmy przez telefon. 
-  Naprawdę?  -  spytała  automatycznie  i  dopiero potem dostrzegła  absurd 

w stwierdzeniu Randalla. 

Uśmiechnął się szerzej, rozkładając ręce w przepraszającym geście. 
- Mam nadzieję, że wiesz, co miałem na myśli? 
-  Chyba  tak.  -  Odwzajemniła  jego  uśmiech  i  nie  mogąc  powstrzymać 

ciekawości, spytała: - A jak wyglądałam przez telefon? 

- Hm, myślałem, że masz kręcone, jasne włosy, silnie zarysowaną brodę i 

jesteś odrobinę chłopięca, oczywiście w pozytywnym sensie tego słowa. 

- A teraz jak wyglądam? Oprócz tego, że nie jestem blondynką... 
- Jesteś szczupła, delikatna, masz twarz elfa i nic z chłopca. - Ciągle się 

uśmiechając, podniósł do ust filiżankę. 

-  Przyzwyczaisz  się  -  rzuciła  lekko,  nie  wiadomo  dlaczego  pragnąc,  by 

jeszcze raz na nią spojrzał. 

Randall popatrzył chwilę na nią i zrobił oficjalną minę. 
-  Na  pewno.  Dobrze  zaczynasz;  kawa  jest  znakomita,  dziękuję.  Angela 

jest na dworze? 

- Tak, biedactwo. 
-  Bardzo  się  cieszę,  że  tak  szybko  udało  nam  się  znaleźć  zastępstwo. 

Angela ma dużo spraw i chciała jak najszybciej wziąć urlop. 

- Dla mnie też to było... 
Rozległ  się  ostry  dźwięk  telefonu.  Randall  gestem  dłoni  powstrzymał 

szczupłą, elegancką blondynkę, która właśnie weszła i zamierzała podnieść 
słuchawkę. 

3

RS

background image

 

 

-  Odbiorę,  Lesley.  To  na  pewno  ze  szpitala;  mam  kilku  nowych 

pacjentów. 

To  rzeczywiście  był  telefon  ze  szpitala  i  Randall  natychmiast 

skoncentrował  się  na  rozmowie.  O  Summer  zupełnie  zapomniał.  Chciała 
właśnie  powiedzieć,  że  tak  szybkie  rozpoczęcie  pracy  jej  także  bardzo 
odpowiada,  bo  cały  czas  siedziała  na  walizkach,  czekając  na  możliwość 
dołączenia  do  swego  narzeczonego.  Oczywiście  dla  doktora  Macleaya  nie 
jest to najważniejsza informacja i może się o tym dowiedzieć kiedy indziej. 

Nie bardzo wiedziała, co z sobą zrobić przed powrotem Angeli. Wróciła 

więc  do  kuchni,  bez  powodzenia  próbując  znaleźć  herbatniki,  które 
mogłyby  uspokoić  podrażniony  żołądek  koleżanki.  Pomyślała  o  zrobieniu 
kawy  dla  siebie,  ale  jej  żołądek,  co  prawda  nie  tak  zdecydowanie  jak 
Angeli,  zaprotestował.  Najwyraźniej  nadal  odczuwał  męczącą  podróż 
samolotem. 

Uświadomiła  sobie,  że  jeszcze  trzy  dni  temu  była  w  Anglii...  Jej 

biologiczny  zegar  ciągle  chodził  według  czasu  europejskiego;  dziś  znowu 
obudziła się za wcześnie. Czuła się zmęczona, ale czy tylko? 

Tęskniła  za  Johnem,  tak  bardzo  chciała  się  z  nim  zobaczyć...  Ale  czy 

nawet bardziej nie pragnęła uciec z Anglii? 

Straciła  dom,  w  którym  się  wychowała.  Jej  rodzice,  po  dwudziestu 

siedmiu latach wydawało się szczęśliwego związku, rozeszli się. Cały świat 
Summer runął jak domek z kart. 

Wtedy  spotkała  Johna  i  już  po  sześciu  tygodniach  znajomości 

zdecydowali się na zaręczyny. Wydawało się, że odzyskiwała wiarę w sens 

życia i istnienie miłości. Przynajmniej tak to wyglądało tam, w Angin... 

Angela weszła do kuchni z kiścią winogron w ręku. 
- To jest jedyna rzecz, która mi pomaga - oznajmiła. -No, to zwiedzajmy 

dalej. 

Ośrodek nie był duży. Składał się z ogólnego pomieszczenia biurowego 

oraz  trzech  gabinetów,  w  których  urzędowali  Lesley  Harper,  Randall 
Macleay  oraz  endokrynolog ze Stanów  Zjednoczonych, Steven  Berg, który 
pracował w ośrodku w ramach programu wymiany. 

Szkolenia  oraz  spotkania  grup  samopomocy  odbywały  się  w  dwóch 

salach:  jednej  dużej,  drugiej  nieco  mniejszej.  Obok  znajdowały  się  dwa 
pomieszczenia  zabiegowe,  z  którymi  sąsiadowała  część  sanitarna  i 
magazynek. 

Ozdobiony  sztukaterią  budynek  ośrodka  był  bardzo  ładnie  usytuowany. 

Pomalowany  pomarańczową  farbą  o  pastelowym  odcieniu,  dobrze 
wkomponował  się  w  otaczającą  go  tropikalną  roślinność.  Wieńczył  go 

4

RS

background image

 

 

typowy  dla  Bermudów  dach  z  podłużnymi  rowkami  do  zbierania  wody 
deszczowej.  Ośrodek  sprawiał  bardzo  przyjazne  wrażenie  -  wydawał  się 
idealnym  punktem  konsultacyjnym  i  terapeutycznym  dla  cukrzyków 
opuszczających znajdujący się po przeciwnej stronie ulicy szpital. 

Summer  wiedziała,  że  ośrodek  dużo  zawdzięcza  zaangażowaniu 

Randalla Macleaya. 

Kiedy  wróciła  do  biura,  znowu  rozmawiał  przez  telefon,  tym  razem 

jednak najwyraźniej nie z pacjentem. 

-  Proszę  posłuchać,  nie  mówimy  o  pilotowaniu  odrzutowca.  On  jest 

kelnerem i nie jest ważne, czy pracuje w zwyczajnym barze, czy w pańskiej 
restauracji.  Cukrzyca  insulinoza-leżna  nie  stanowi  przeszkody  w 
wykonywaniu takiej pracy! Jeśli tylko zauważy pan objawy niedocukrzenia, 
bo chyba tego się pan obawia, wystarczy dać Alanowi kostkę cukru i za pięć 
minut problem zniknie. 

Randall  nie  krył  zdenerwowania.  Teraz  milczał,  słuchając  niecierpliwie 

odpowiedzi swego rozmówcy. 

-  Goście  pomyślą,  że  jest  pijany?  Na  Boga!...  -  zawołał  i  umilkł 

ponownie.  -  Dziękuję  panu  za  poświęcenie  mi  chwili  swojego  cennego 
czasu! - rzekł z sarkazmem i rzucił słuchawkę na widełki. - Co za cholerny 
idiota! 

- Kto? - spytała Angela. 
Lesley Harper wychyliła się ze swego gabinetu, zwabiona hałasem. 
- Randall, za chwilę zaczną się schodzić pacjenci do Steve'a. 
- Czyżbym za głośno mówił? 
- Można to tak ująć - odparła Lesley, znikając z powrotem w gabinecie. 
-  Cóż,  rozmawiałem  właśnie  z  kierownikiem  restauracji  Uroki  Oceanu. 

Alan  Gregory  od  czterech  miesięcy  pracował  tam  jako  kelner,  a  pan  Urok 
Oceanu, dowiedziawszy się, że Alan jest cukrzykiem, zwolnił go. Obłudnie 
twierdzi,  że  praca,  którą  wykonywał,  stanowi  zagrożenie dla  jego zdrowia. 
Moim  zdaniem  Pan  Urok  obawia  się,  że  chory  kelner  może  zniechęcić 
klientów.  To  niedopuszczalne!  Czy  ktoś  z  was  wie  cokolwiek  o  tej 
restauracji? 

- Znajduje się w Hotelu Elizejskim nad zatoką - wyjaśniła Angela. 
- To oznacza, że mogę się odwołać do dyrekcji hotelu. Nie zostawię tak 

tej sprawy. 

-  Przynajmniej  na  jakiś  czas  będziesz  musiał.  -  Lesley  ponownie 

wychyliła się z gabinetu. - Mam szpital na linii, potrzebują cię natychmiast. 
Brian Page chce się wypisać. 

5

RS

background image

 

 

- Do diabła! Lesley, chciałbym ci przedstawić Summer Westholm. Masz 

zapewne dla niej masę papierów. 

-  Niestety,  tak.  Miło  cię  poznać,  Summer.  Czy  chcesz  wypełnić  te 

papierzyska u mnie? 

- Chętnie. 
- Wobec tego zapraszam. 
- Zaraz, zaraz... 
Angela  jednym  okiem  spoglądała  w  swój  gruby  notes,  a  drugim  batlała 

ruch uliczny na ulicy, czekając na okazję przejścia na drugą stronę. Wesele 
miało  się  odbyć  w  przyszłą  sobotę  i  Angela  pracowała  tylko  do  końca 
tygodnia,  pomagając  Summer  w  przejęciu  nowych  obowiązków.  Teraz 
właśnie szły zobaczyć oddział endokrynologii - składający się z pięciu łóżek 
aneks na trzecim piętrze szpitala. 

Zobaczywszy lukę w strumieniu samochodów, Angela chwyciła Summer 

za rękę i szybko przeszły na drugą stronę ulicy. 

-  Jest,  Brian  Page.  -  Angela  podjęła  przerwany  wątek.  -  Słyszałaś  już  o 

nim.  Tak,  to  ten  pacjent,  który  chciał  się  wypisać.  Ma  szesnaście  lat  i 
przechodzi  przez  bardzo  buntowniczy  okres.  Wczoraj  został  przyjęty  do 
szpitala  w  stanie  ostrej  hipoglikemii.  Doktor  Macleay  osobiście  przywiąże 
Briana  do  łóżka,  jeśli  nie  zacznie  się  zachowywać  rozsądnie.  Brian  musi 
przestać myśleć, że wyzdrowieje, jeśli będzie ignorować swoją chorobę. 

- On wierzy w magiczną moc siły woli? 
-  Będziesz  musiała  mu  poświęcić  dużo  czasu,  żeby  zaczął  dobrowolnie 

przychodzić na wizyty. To trudny wiek dla cukrzyka. 

Summer  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  istnieje  wiek,  w  którym  cukrzyk 

godzi  się  łatwiej  ze  swą  chorobą.  Na  pewno  im  później  się  pojawia,  tym 
trudniej ją zaakceptować. Pomyślała o Johnie, swym narzeczonym... 

-  Czasem  zastanawiam  się,  czy  nie  warto  poddać  przymusowej 

hospitalizacji  wszystkich  nastoletnich  diabetyków  do  czasu  osiągnięcia 
przez  nich  pełnoletności  -  ciągnęła  Angela.  -  Przecież  lekceważenie 
cukrzycy może się skończyć na przykład utratą wzroku... 

-  Tak,  to  ciężka  choroba.  -  Summer  ciągle  miała  przed  oczami  obraz 

Johna. 

- Następna jest Janey Gordon, miła, dwudziestoczteroletnia dziewczyna. 

Cukrzyca  typu  pierwszego,  pierwsze  objawy  w  wieku  pięciu  lat.  Wczoraj 
przywieziono  ją  do  szpitala  z  kwasicą  ketonową.  Zdziwiłam  się,  bo  Janey 
zawsze stosowała się do naszych zaleceń. Niedawno wyszła za mąż i chciała 
zajść w ciążę. 

6

RS

background image

 

 

-  Na  pewno  jest  przygnębiona  tym,  że  będzie  musiała  odłożyć 

macierzyństwo. 

- Na szczęście jest młoda, ma jeszcze czas. Dla mnie to już była ostatnia 

chwila. 

Angela z uśmiechem dotknęła swego okrągłego brzucha, który na pewno 

był  jedną  z  przyczyn  pospiesznego  wesela.  O  tym,  że  nie  najważniejszą, 

świadczył pełen miłości sposób, w jaki Graham się do niej odnosił. Summer 
była rankiem świadkiem ich czułego pożegnania, kiedy odwoził Angelę do 
pracy. 

Spojrzała  na  zaręczynowy  pierścionek  koleżanki,  złoty  z  niewielkim, 

pojedynczym  diamentem  pośrodku.  Porównała  go  ze  swoim  pięknym 
szafirem  otoczonym  wianuszkiem  diamentów  i  nie  po  raz  pierwszy 
pomyślała,  że  na  jej  drobnej  ręce  duże  ozdoby  wyglądają  kuriozalnie.  Nie 
powinna była zgodzić się na taką ekstrawagancję. John nie pomyślał, że jest 
drobnej budowy i takie rzeczy po prostu źle wyglądają na jej dłoni. Przecież 
nie musi udowadniać, że go na to stać... 

Aby pozbyć się uczucia psychicznego dyskomfortu, Summer spróbowała 

przywołać wspomnienia szczęśliwych chwil ich krótkiego narzeczeństwa. 

John  Giangrande  został  przywieziony  na  jej  oddział  w  stanie  śpiączki. 

Diagnoza  była  oczywista  -  cukrzyca  insulinowa.  Opiekowała  się  nim  w 
czasie  jego  pobytu  w  szpitalu,  a  po  wyjściu,  na  pierwszych  zajęciach  na 
temat  tego,  jak  żyć  z  cukrzycą,  John  zaprosił  ją  na  kolację.  Już  wtedy 
wyznał Summer, że pokochał ją od pierwszego wejrzenia. 

- Kiedy obudziłem się, zobaczyłem nad sobą twoją cudowną twarz. Gdy 

uśmiechnęłaś się do mnie, zrozumiałem, że mam po co żyć. 

Potem wielokrotnie to powtarzał, a Summer lekko się wtedy uśmiechała, 

nie będąc pewna, czy taka miłość w ogóle jest możliwa. 

-  Dlaczego  się  śmiejesz?  -  pytał  wtedy  zirytowany.  Miał  dwadzieścia 

cztery  lata,  o  dwa  lata  mniej  niż  Summer,  i  czasami  ta  różnica  wieku 
stawała się widoczna. 

- Cóż... - Summer zawsze ociągała się z odpowiedzią, jedynie w myślach 

dodawała, że nigdy nawet nie marzyła o takiej miłości. 

John  właśnie  skończył  półroczną  pracę  w  jednym  z  londyńskich  hoteli 

należących  do  jego  rodziny  i  cały  czas  poświęcał  wymyślaniu 
niespodzianek  dla  Summer.  Dostawała  w  prezencie  kwiaty,  bombonierki, 
drogą biżuterię, była zaprąszana na koncerty i romantyczne kolacje. Jednak 
ilekroć  próbowała  nakłonić  go,  żeby  poważniej  traktował  swą  chorobę, 
wzruszał niechętnie ramionami. 

7

RS

background image

 

 

Minęło sześć tygodni,  zanim  zdecydował  się  wrócić na  Bermudy,  gdzie 

rodzina Giangrande miała sieć hoteli i ośrodków wypoczynkowych. 

-  Za  tydzień  wyjeżdżam  -  oznajmił  Summer  któregoś  dnia,  a  potem  jej 

się  oświadczył.  Summer  poczuła,  że  jej  życie  nabiera  nowego  sensu  i 
zaczęła marzyć o wspólnym, szczęśliwym domu. 

Szła  teraz  do  szpitala,  podziwiając  bujną  roślinność  ogrodu 

botanicznego,  położonego  po  prawej  stronie  ulicy.  Niebo  było  błękitne,  a 
liście  błyszczały,  odświeżone  lekkim,  nocnym  deszczem.  Był  majowy 
poranek i temperatura przekroczyła już dwadzieścia stopni. 

Angela właśnie mówiła, że o trzecim pacjencie, którego mają odwiedzić, 

wie bardzo niewiele, gdyż dopiero wczoraj został przyjęty. Zbliżały się już 
do  szpitala;  Czteropiętrowy,  nowoczesny  budynek  przylegał  do  piętrowej 
starej  budowli,  która  niegdyś  służyła  za  szpital,  a  teraz  stanowiła  miejsce 
spotkań grup terapeutycznych i szkoleń. 

Ściany,  kontrastując  z  zewnętrznymi  blado-pomarańczowymi  tynkami, 

pomalowane były na zimny, zielony kolor. Ustawione na ich tle białe meble 
i  wentylatory  obracające  się  miarowo  pod  sufitem  stwarzały  wrażenie 
chłodnej oazy, stanowiącej wytchnienie od tropikalnego żaru. 

Summer  z  Angelą  pojechały  windą  na  trzecie  piętro,  gdzie  Angela 

przywitała się z pracującymi tam osobami i przedstawiła Summer. 

-  Doktor  Macleay  jeszcze  tu  jest  -  oznajmiła  Angela,  gdy  przechodziły 

przez  oddział,  kierując  się  w  stronę  pięciołóżkowego  aneksu.  -  Bada 
pacjentkę. 

Przez  otwarte  drzwi  zobaczyły  szczupłą,  młodą  kobietę,  która  z 

wyraźnym wysiłkiem odpowiadała na pytania lekarza. 

-  Dziwne,  że  ją  wypuścili  z  intensywnej  terapii  -  zauważyła  cicho 

Angela. 

Randall podniósł się na ich widok i wskazał dłonią miejsce znajdujące się 

poza zasięgiem słuchu pacjentów. 

- Czy to Edwina Andrews? - spytała Angela, wskazując głową najbliższe 

łóżko. 

- Tak, właśnie przeniesiono ją tutaj z intensywnej terapii. Wolałbym, co 

prawda,  żeby  została  tam  trochę  dłużej,  ale  musieli  zwolnić  łóżko  dla 
pacjenta z zatrzymaną akcją serca... 

- Wyglądasz na zmęczonego, Randall. 
Summer także  to  zauważyła,  chociaż  znała  Randalla  znacznie  krócej  od 

Angeli.  Wokół  jego  oczu  pojawiły  się  zmarszczki,  podbródek  pokrywał 
ciemny zarost. Nie zauważyła tego w ośrodku. 

8

RS

background image

 

 

Randall Macleay uśmiechnął się w odpowiedzi, przeczesując ręką dobrze 

obcięte włosy. 

- Nie czuję się zmęczony, chociaż powinienem. Spędziłem tu pół nocy, a 

do domu dotarłem godzinę przed następnym wyjściem do pracy. W każdym 
razie zdążyłem zobaczyć, jak wygląda moje łóżko. 

- Coś się stało? - dopytywała się Angela. - Rzadko spędzasz tu noce. 
-  George  Stover  miał  dziś  rano  operację  prostaty.  Wczoraj  był  zbyt 

zdenerwowany,  żeby  jeść,  co  wpłynęło  na  poziom  insuliny.  Potem 
przywieziono  z  wypadku  turystkę  z  zaniedbaną  cukrzycą  drugiego  typu. 
Niemal  w  ostatniej  chwili  ktoś  zobaczył  bransoletkę  z  charakterystyką  jej 
choroby. 

- Mój Boże! 
- Przesunęła się w górę ręki i schowała pod szeroką, ozdobną bransoletą - 

ciągnął,  pocierając  zmęczonym  gestem  skronie.  -  Trzeba  przyznać,  że 
wkładanie  dwóch  bransolet  na  jedną  rękę  jest  trochę  ryzykowane.  Na 
szczęście  stan  pacjentki  ustabilizował  się,  chociaż  ciągle  potrzebuje 
szpitalnej opieki. Chyba zaraz zasnę - zmienił nagle temat. - Summer, kiedy 
zobaczysz po lunchu, że śpię w gabinecie, po prostu mnie obudź. 

Spojrzał  na  nią  z  uśmiechem,  ona  zaś  spostrzegła,  że  automatycznie 

odpowiada  mu  tym  samym.  Nagle  w  powietrzu  wyczuła  coś  trudno 
uchwytnego.  To  coś  wywołał  zapewne  jego  ciepły  uśmiech,  spojrzenie, 
którym  ją  obrzucił...  Instynktownie  cofnęła  się  o  krok.  Czy  nie  widzi 
zaręczynowego  pierścionka  na  jej  palcu?  Gdy  go  dotknęła,  zaczął  ją 
niespodziewanie uwierać. Poczuła, że wilgotnieją jej dłonie. 

Zdenerwowała  się  na  siebie  -  za  swój  uśmiech  przeznaczony  dla 

Randalla, za to, że zaczęło ją wypełniać dziwne ciepło. 

Kocham  Johna,  przypomniała  sobie  w  myślach.  Spotkam  się  z  nim 

wieczorem  i  znowu  będzie  dobrze.  To  wszystko  przez  ten  długi  lot  i 
dwumiesięczną rozłąkę. 

- A więc nad wszystkim panujemy, tak? - upewniła się Angela. 
- Tak - Randall skinął potakująco głową - chociaż wyniki badania moczu 

tej  nowej  pacjentki  nie  są  jeszcze  na  tyle  dobre,  żeby  zacząć  kurację 
potasową. Straciła wczoraj dużo płynów. 

- Coś jeszcze? 
- Pogadaj z Janey, jest bardzo zdenerwowana. 
- Tak, domyślam się. Co było przyczyną pogorszenia? 
-  Złożyło  się  na  to  kilka  czynników,  ale  przede  wszystkim  zaniedbała 

rotacji miejsc, w które wstrzykiwała insulinę. Zeszyt samokontroli skończył 
jej się w zeszłym miesiącu i nie przyszła po nowy. 

9

RS

background image

 

 

-  Jakiś  czas  temu  mówiła,  że  zastrzyki  robione  w  lewe  udo  są  najmniej 

bolesne - przypomniała sobie Angela. 

-  Tak,  ale  ciągłe  wstrzykiwanie  insuliny  w  to  samo  miejsce  zmniejsza 

stopień  jej  wchłaniania.  Nie  wypełniając  zeszytu,  Janey  zapewne 
nieświadomie robiła częściej zastrzyki w wybrane miejsca. 

-  Ale  to  na  pewno  nie  było  jedyną  przyczyną  kwasicy  ketonowej  - 

wtrąciła Summer. 

Dziwne uczucie, którego doświadczyła przed chwilą, zniknęło bez śladu. 
-  Oczywiście.—  Skinął  głową.  -  Janey  miała  ciężki  tydzień.  Z  powodu 

kłopotów  żołądkowych  zmniejszyła  codzienną  porcję  insuliny,  niestety,  za 
bardzo. Potem turniej tenisowy, który uwzględniła w swoich wyliczeniach, 
został  odwołany.  Po  drodze  do  domu  pokłóciła  się  z  mężem,  zapomniała 
sprawdzić poziom cukru, rano pobiegła na trening i... znalazła się tutaj. 

-  Biedactwo!  Tyle  się  jej  zwaliło  na  głowę.  -  Głos  Angeli  był  pełen 

współczucia. 

- Mogę ją winić tylko za to, że zapomniała o badaniu cukru. 
- A David? 
Summer domyśliła się, że to mąż Janey. 
- Czuje się winny zarówno dlatego, że się pokłócił z żoną, jak i dlatego, 

że nie zauważył w porę objawów. 

Gdy  Summer  spojrzała  na  Randalla,  bezwiednie  zauważyła,  że  ma 

ujmujący uśmiech, białe zęby i szaroniebieskie oczy. 

Czy  powinnam  zwracać  uwagę  na  takie  rzeczy  i  przyglądać  się  obcym 

mężczyznom? - spytała siebie w myślach. 

Wyraz  dezaprobaty,  który  pojawił  się  na  jej  twarzy,  nie  wzbudzał 

widocznie  wątpliwości,  gdyż  Randall  pochylił  się  do  jej  ucha  i  szepnął 
konspiracyjnie: 

- Oni nie zamierzają się rozwieść, po prostu lubią się kłócić. 
-  Powinni  się cieszyć,  kiedy  uda  im  się  pogodzić,  ale  ty nie powinieneś 

się z nich śmiać - rzekła poważnie. 

-  Przepraszam  -  powiedział.  -  Odtąd  przestaję  się  śmiać.  Jego  głowa 

nadal  była  niebezpiecznie  blisko  jej  ucha.  Takie  zachowanie  stwarzało 
poczucie  intymności,  a  Summer  ze  zdziwieniem  uświadomiła  sobie,  że 
sprawia jej to przyjemność. 

- Wiesz dobrze, o  co mi chodzi, ale nie wiem, dlaczego próbujesz mnie 

zawstydzić - odparła dosyć ostrym tonem. 

-  Posłuchaj,  Summer.  Janey  jest  jedną  z  najbardziej  obowiązkowych 

osób,  jakie  znam.  -  Teraz  Randall  patrzył  jej  prosto  w oczy.  -  Zaniedbanie 
rotacji  miejsc  to  pierwszy  błąd,  na  jaki  sobie  pozwoliła.  Nie  chcę,  żeby  to 

10

RS

background image

 

 

się  powtórzyło,  i  staram  się  zrobić  wszystko,  żeby  wiedziała,  że  ludzie 
chorzy  na  cukrzycę  mogą  prowadzić  normalne  życie.  Próbuję  ją  o  tym 
przekonać,  ale  jakoś  bez  powodzenia.  To,  że  regularnie  gra  w  tenisa,  nie 
sprawia  jej  przyjemności,  a  jest  sposobem  na  pokazanie  światu,  że  ona  też 
coś potrafi. Ostatnio żartuję z jej ciągłych sprzeczek z Davidem i wydawało 
mi się, że ją to bawi. Tak się do tego przyzwyczaiłem, że czasem robię to, 
nawet kiedy nie słyszy. 

- Rozumiem... 
- A więc - przekrzywił zabawnie głowę - czy wybaczysz mi? 
-  Oczywiście,  teraz  rozumiem  -  odparła  szybko,  po  czym  lekko 

zmieszana  dodała:  -  Przy  okazji  dowiedziałam  się  kilku  rzeczy  o  Janey. 
Ludzie bardzo różnie reagują na cukrzycę. 

- Wydaje mi się, że tego rodzaju informacje mogą być nawet tak ważne, 

jak to, w jakim wieku wystąpiły pierwsze objawy. 

- Oczywiście! 
- Doszliśmy wiec do porozumienia? Cieszę się. 
W głosie Randalla zabrzmiała nuta zadowolenia. Po chwili dołączyła do 

nich  Angela  i  jeszcze  przez  kilka  minut  rozmawiali,  głównie  na  tematy 
zawodowe.  Potem  Randall  wyszedł,  zostawiając  Angelę  i  Summer  sam  na 
sam z chorymi. 

Stan dziewiętnastoletniej Edwiny Andrews był ciągle zbyt poważny, aby 

Summer  mogła  ją  nauczyć  czegokolwiek  związanego  z  niedawno 
zdiagnozowaną  chorobą.  Za  to  Janey  Gordon  słuchała  uważnie  wszystkich 
informacji na temat miejsc iniekcji. 

Brian Page stanowił zupełnie oddzielny przypadek. 
- Brian, to jest Summer Westholm - oznajmiła chłopcu Angela. - Będzie 

się tobą zajmować podczas mojej nieobecności. 

Jeśli  Summer  oczekiwała  entuzjazmu,  to  się  przeliczyła.  Brian  mruknął 

coś  pod  nosem,  nie  odrywając  wzroku  od  wypożyczonego  telewizora,  w 
którym oglądał starą, czarno--białą komedię. 

- Miło mi cię poznać, Brian - zaczęła odważnie Summer. 
- Uhm... 
- Doktor Macleay mówi, że twój stan się ustabilizował. 
- Czyli mogę iść do domu? - Pytanie Briana zabrzmiało prowokacyjnie. 
-  Najpierw  musimy  trochę  popracować  nad  twoją  chorobą  -  wyjaśniła 

Angela. - Wydaje mi się, że ostatnio popełniłeś kilka błędów. 

- Błędów? 
- Może użyłam złego słowa - odparła spokojnie Angela. 

11

RS

background image

 

 

-  Skoro  pani  tak  mówi...  -  Brian  wzruszył  ramionami.  Summer 

zauważyła spojrzenie jednej z pielęgniarek, która 

właśnie  mierzyła  poziom  cukru  Edwiny.  Zdawało  się  mówić:  „Nie  ma 

sensu". 

-  Na  pewno  nie  będę  tęsknić  za  uporem  Briana  i  jego  niechęcią  do 

współpracy  -  rzekła  zrezygnowanym  tonem  Angela,  kiedy  opuszczały 
szpital. 

- A czego będzie ci brakować? - spytała zaciekawiona Summer. 
- Cudownego doktora Macleaya! - odparła Angela, zerkając z uśmiechem 

na Summer. - Jeszcze cię nie oczarował? 

- Oczarował? 
- Musisz przyznać, że jest w nim coś magicznego. Jakaś pozytywna siła, 

która pozwala mu dokonywać rzeczy z pozoru niemożliwych. Któregoś dnia 
Graham, który był wtedy tylko moim znajomym, wpadł, żeby odebrać mnie 
z  pracy,  i  spotkał Randalla.  Po  tej  pierwszej  rozmowie Randall  powiedział 
mi, że powinnam zakochać się w Grahamie. 

- Posłuchałaś go? 
- Tak, chociaż wcześniej wcale nie byłam do tego pomysłu przekonana. 
-  Dziękuję  za  ostrzeżenie  -  roześmiała  się  Summer.  -  Postaram  się  nie 

dopuścić  do  tego,  żeby  mi  doradzał.  Mam  nadzieję,  że  uda  mi  się  samej 
ułożyć sobie życie. 

-  Nie  chciałam  przez  to  powiedzieć,  że  Randall  wtrąca  się  w  czyjeś 

sprawy.  -  Zawstydzenie  w  głosie  Angeli  zabrzmiało  tak  wyraźnie,  że 
Summer czym prędzej zapewniła ją, że żartowała. 

- Poza tym Randall nie jest z nikim związany - dodała po chwili Angela. 
-  Ale  ja  jestem  -  odparła  szybko  Summer,  instynktownie  dotykając 

pierścionka. Diamenty błysnęły w słońcu. 

- O Boże! Jaki piękny! - zawołała Angela z niekłamanym podziwem. 
Weszły  do  ośrodka  drzwiami  dla  personelu.  Ujrzały  Randalla  w  biurze, 

pijącego  następną  filiżankę  kawy.  Stał  wśród  pacjentów  i  rozmawiał  z 
Lesley  Harper.  Steve  Berg  przysłuchiwał  się  rozmowie.  Angela  wyjaśniła 
Summer  półgłosem,  że  doktor  Berg  przebywa  tutaj  na  dwuletnim 
stypendium, które otrzymał po zakończeniu specjalizacji. 

Miał  jasne  włosy,  był  poważny  i  szczupły  -  jego  wygląd  i  zachowanie 

pasowały  do  tego,  co  o  nim  opowiadała  Angela,  gdy  przygotowywały  w 
kuchni  ziołową  herbatę.  Steve  Berg  był  ambitnym,  młodym  człowiekiem, 
który traktował  pobyt  na  Bermudach  jako  odpoczynek i okres  zbierania  sił 
przed  walką  o  dobrze  płatną  posadę  w  jakiejś  znanej,  prywatnej  klinice  w 
Stanach. 

12

RS

background image

 

 

- Ale insulinowa pompa infuzyjna nie jest dla każdego, Steve - Summer 

usłyszała spokojny głos Randalla. 

-  Oczywiście,  że  nie  -  zgodził  się  Steve.  -  Powinny  zostać  stworzone 

odpowiednie procedury jej udostępniania, wraz z precyzyjnym określeniem 
warunków, które muszą spełniać chorzy. 

-  Tak,  a  każdy  lekarz  powinien  jak  najczęściej  postępować  wbrew  tym 

procedurom. 

- Co? Żartujesz chyba! 
- Niezupełnie, drogi kolego... 
- Nie żartujesz? - powtórzył Steve z naciskiem. 
-  Nie  wierzę  w  to,  żeby  jakikolwiek  formalny  opis  choroby  mógł 

kiedykolwiek zastąpić szósty zmysł lekarza i znajomość pacjenta. 

-  A  jeśli  lekarze  nie  znają  swoich  pacjentów  wystarczająco  dobrze? 

Biorąc pod uwagę aktualny stan świadczeń medycznych... 

- A widzisz! - przerwał Randall. - To właśnie jest podstawowy problem. 

Zamiast  tego,  co  zaproponowałeś  przed  chwilą,  zajmij  się  może 
stworzeniem procedur określających, w jaki sposób lekarze mają poznawać 
swoich pacjentów. 

Wypowiedziawszy  swą  prowokującą  propozycję, Randall  upił łyk  kawy 

ze  swej  niebieskiej  filiżanki  i  zniknął  w  gabinecie,  pozostawiając 
zaskoczonego Stevena samego, 

- Pacjent na pana czeka, doktorze Berg - rozległ się głos  Imeldy Hayes, 

recepcjonistki, która podeszła do nich, opuszczając na chwilę swe biurko. - 
A  do  ciebie,  Angelo,  jest  telefon.  Maja  Giangrande  wyjeżdża  pojutrze  do 
Paryża  i  chciałaby  przełożyć  termin  konsultacji.  Chce  porozmawiać  o 
diecie, która zabezpieczyłaby ją przed zmianą czasu. Czy mogę umówić ją 
na popołudnie? 

-  Musisz  porozmawiać  z  Summer,  bo  ja  zaraz  wychodzę.  -  Angela 

odwróciła się w stronę Summer. - Czy jesteś skłonna poświęcić część swojej 
przerwy na lunch? 

- Oczywiście, nie ma problemu. 
- Dziękuję, Summer - rzekła Imelda i skierowała się z powrotem w stronę 

swego biurka. 

Maja Giangrande... 
Summer pomyślała, że chodzi pewnie o siostrę ojca Johna. Przypomniała 

sobie jego słowa: „Mojej ciotce od lat choroba sprawia dużo kłopotów. Tata 
mówi, że z tego powodu nie wyszła za mąż". 

Summer  dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  że  nie  tylko  Maja,  ale  i  John 

leczą się w tym ośrodku. Uznała, że musi zadbać o to, by każdy wiedział o 

13

RS

background image

 

 

jej zaręczynach z Johnem. Nie chciała stawiać się w dwuznacznej pozycji - 
pracownicy ośrodka romansującej z pacjentem. Postanowiła porozmawiać o 
tym z Johnem. 

Poczuła  się  niepewnie,  gdyż  wiedziała,  jak  trudno  rozmawia  się  z 

narzeczonym o czymkolwiek, co w jakiś sposób związane jest z cukrzycą i 
jej leczeniem. Uświadomiła sobie nagle, że nawet nie jest pewna, do którego 
z lekarzy chodzi John. Chyba do doktora Berga... 

Powróciła  myślami  do  sobotniego  poranka,  kiedy  wylądowała  na 

Bermudach. Lotnisko było wypełnione pstrym, hałaśliwym tłumem. Niemal 
jednocześnie  przyleciały  dwa  samoloty:  z  Bostonu  i  Nowego  Jorku.  Oba 
były  pełne  turystów  oczekujących  słońca  i  udanych  wakacji.  Summer 
wypatrywała jedynie Johna. 

Nagle go spostrzegła: opalona twarz, czarne włosy. On ujrzał ją moment 

wcześniej  i  zaczął  przepychać  się  w  jej  kierunku.  Uśmiechnęła  się 
szczęśliwa, że za chwilę znajdzie się w jego ramionach. 

- Wreszcie! - zawołała na powitanie. - Czy tu zawsze są takie tłumy? 
-  Nie,  wszystko  przez  opóźnienie  samolotu z  Bostonu,  który  wylądował 

niemal  jednocześnie  z  nowojorskim.  -  John  z  wyraźną  dezaprobatą 
spoglądał na otaczających ich ludzi. - Nienawidzę tłoku. Chodźmy stąd. To 
twój bagaż? - spytał, wskazując na niewielką walizkę. 

-  Tak,  reszta  przyleci  za  tydzień.  Nawet  nie  wiedziałam,  że  mam  tyle 

rzeczy... 

Chwycił  walizkę,  drugą  ręką  wziął  Summer  pod  ramię  i  zaczęli  się 

przepychać w stronę wyjścia. Patrząc na jego twarz, pomyślała, że wcale nie 
przesadzał,  mówiąc,  że  nienawidzi  tłoku.  Zdziwiła  się,  że  nie  przyniósł  jej 
kwiatów.  Nie  dlatego,  żeby  należała  do  kobiet,  które  zawsze  oczekują 
jakiegoś hołdu, a raczej z tego powodu, że w Londynie John nie przepuścił 

żadnej okazji, by obdarować ją wielkim bukietem. 

- Dobrze wyglądasz - powiedziała, kiedy znaleźli się już na dworze. 
-  Mój  poziom  cukru  utrzymuje  się  od  kilku  tygodni  na  właściwym 

poziomie.  Doktor  Berg  twierdzi,  że  trzustka  znowu  zaczęła  wytwarzać 
insulinę. 

Tak, wiec to na pewno Steve się nim opiekuje. 
-  To  się  czasami  zdarza,  chociaż  nie  trwa  długo.  Niektórzy  lekarze 

nazywają to miesiącem miodowym. 

- Miesiąc miodowy, a to dobre! - Śmiech Johna zabrzmiał gorzko, może 

dlatego, że wiedział o krótkotrwałości remisji. 

Doszli do jego samochodu - kremowego, sportowego kabrioletu. Szybko 

opuścili parking i pojechali drogą wzdłuż północnego, skalistego wybrzeża. 

14

RS

background image

 

 

Summer  jak  zauroczona  patrzyła  na  skrzącą  się  w  promieniach  słońca 
powierzchnię  wody,  czując,  że  wyspa  subtelnie  zaczyna  roztaczać  nad  nią 
swą magię. 

- Nie mogę uwierzyć, że tu jestem! - zawołała i oparła głowę na ramieniu 

Johna. - I to z tobą! 

Nawet  jeśli  odczytał  jej  słowa  jako  zachętę  do  rozmowy,  nie  podjął  jej. 

Powiedział tylko,  że  przygotował  dla  niej  domek  w  Rose  Beach, jednym  z 
największych  ośrodków  wypoczynkowych  należących  do  rodziny 
Giangrande. 

-  Ja  mam  dużo  pracy  w  weekend,  a  ty  na  pewno  jesteś  zmęczona. 

Rozgość  się,  zacznij  pracę,  i  przygotuj  się  do  poniedziałkowego  wieczoru, 
który spędzimy razem. 

Dziś  był  poniedziałek  i  Summer  nie  mogła  doczekać  się  wieczoru. 

Wierzyła, że kilka godzin spędzonych z Johnem rozwieje mgłę wątpliwości, 
która zaczęła ją otaczać. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

15

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
- Byłem prawie pewien, że to ty. 
W  głosie  Randalla  zabrzmiała  wyraźna  nuta  zadowolenia,  gdy  siadał 

obok Summer. 

Postanowiła spędzić przerwę na lunch w ogrodzie botanicznym. Wybrała 

to  miejsce  z  powodu  uroczego  stawu,  gdzie  z  mieszaniną  podziwu  i 
przerażenia  obserwowała  ogromne  i  bardzo  zielone  żaby.  Widok  Randalla 
jej  nie  ucieszył,  gdyż  chciała  w  samotności  pomyśleć  o  swej  przyszłości  z 
Johnem. 

Pamiętając  jednak,  z  jaką  łatwością  Randall  czytał  w  jej  myślach  dziś 

rano,  postanowiła  być  ostrożniejsza  i  ukryć  niezadowolenie  szerokim 
uśmiechem.  Miała  widocznie  mierne  zdolności  aktorskie,  bo  przejrzał  jej 
podstęp. 

-  Chcesz  być  sama?  -  spytał,  tak  genialnie  parodiując  twardy  akcent 

Grety Garbo, że Summer nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

- Owszem - przyznała widząc, że trudno go oszukać. 
- Dlaczego? 
-  Cóż...  -  Zdumiała  ją  bezpośredniość  tego  pytania.  -  Po  prostu... 

myślałam. 

- Więc... 
-  Nie!  Zostań,  proszę.  Nie  mogłam  nic  rozsądnego  wymyślić,  więc  w 

końcu zajęłam się żabami. 

- Żabami? 
- Tak, obserwuję je. 
- A nie całowałaś ich po kryjomu, marząc o księciu z bajki? 
- Nie, ponieważ mam już swojego księcia. 
Wyciągnęła  dłoń  z  pierścionkiem  w  stronę  Randalla.  Zapadła  chwila 

ciszy i Summer odniosła wrażenie, że Randall odsunął się od niej odrobinę. 
A może spojrzał na nią jakoś inaczej? 

-  No,  no!  -  powiedział  w  końcu.  -  Ogromny;  chciałem  powiedzieć, 

piękny. Piękny i ogromny. 

- Duży - przyznała, po czym się roześmiała. - Jesteś zupełnie pozbawiony 

taktu. 

- Zaskoczyłaś mnie. Proszę o wybaczenie. - Oparł rękę na poręczy ławki, 

nie spuszczając wzroku z pierścionka. - Już doszedłem do siebie i chciałbym 
powiedzieć,  że  twój  zaręczynowy  pierścionek  jest  najcudowniejszą  rzeczą, 
jaką widziałem w życiu. 

16

RS

background image

 

 

-  Nie  musisz  tego  mówić.  Sama  wiem,  że  jest  za  duży  i  za  drogi,  ale  z 

drugiej strony  wychodzę  za  mąż  za  przedstawiciela jednej z najbogatszych 
rodzin  na  Bermudach  i  stąd  ta  ostentacja.  Moim  narzeczonym  jest  John 
Giangrande,  który  notabene  niedawno  został  pacjentem  doktora  Berga. 
Pewno już go poznałeś. 

- Słyszałem o nim - sprostował. - Znam natomiast jego ciotkę, Maję. Nie 

miałem pojęcia, że między tobą a rodziną Giangrande istnieje jakiś związek. 

-  Nie  miałam  okazji  wcześniej  wam  o  tym  powiedzieć  -  wyjaśniła 

Summer.  -  Wydawało  się  to  bez  znaczenia  podczas  rozmowy 
kwalifikacyjnej,  ale  dzisiaj,  gdy  dowiedziałam  się,  że  Maja  jest  naszą 
pacjentką,  uznałam,  że  lepiej  będzie,  jak  ci  powiem.  Mam  nadzieję,  że  nie 
dostrzeżesz w tym konfliktu interesów. 

-  Nie,  jeśli  będziesz  się  troszczyć  o  Johna  tak  samo  jak  o  innych. 

Niemniej  dziękuję,  że  mnie  uprzedziłaś.  -  Po  chwili  ciszy  Randall 
uśmiechnął  się  ironicznie.  -  A  twój  pierścionek  bardzo  mi  się  podoba. 
Właściwie  nie  jest  za  duży;  masz  po  prostu  zbyt  drobną  rękę.  A  ten 
olśniewający  szafir  otoczony  diamentami  wygląda  wprost  cudownie.  Czy 
mogę już przestać? 

- Błagam! 
-  Podziwianie  pierścionków  nie  jest  zajęciem  dla  facetów  -  dodał 

poważniejąc. 

- Wiem - mruknęła - ale doceniam twoje wysiłki. 
- Dziękuję. Głupio mi, że nie dostrzegłem go wcześniej. 
- Tym bardziej że jest taki duży... 
- Nie, zupełnie nie o to chodzi, Summer. 
Pokręcił  głową,  po  czym  wstał  i  odszedł,  pozostawiając  zaintrygowaną 

Summer w samotności. 

- To typowe dla Yincenta, mojego brata +- wyjaśniała Maja Giangrande 

kilka  chwil  później.  -  Każe  mi  jechać  do  Paryża  i  zupełnie  nie  myśli  o 
kłopotach,  jakie  niespodziewana  podróż  może  stwarzać  dla  cukrzyka. 
Widziałaś już swojego przyszłego teścia? 

- Jeszcze nie, ale wydaje mi się, że John o tym myśli 
-  odparła  Summer,  mając  nadzieję,  że  narzeczony  wreszcie  pozna  ją  z 

rodzicami. 

Fakt, że nie  spieszył  się  z  przedstawieniem jej  swojej  rodzinie,  napawał 

Summer  lekkim  niepokojem.  Czyżby  rodzina  uznała,  że  jest  niegodną 
przyszłego właściciela hotelowego imperium? 

Odniosła  też  wrażenie,  że  Maja,  choć  zachowuje  się  przyjaźnie,  usiłuje 

utrzymać  dystans.  Była  to  bardzo  atrakcyjna,  zadbana  kobieta  po 

17

RS

background image

 

 

czterdziestce.  Ubrana  w  elegancki  i  na  pewno  bardzo  drogi,  brązowy 
kostium,  wyglądała  na  Europejkę.  Tylko  jej  akcent  zdradzał,  że  spędziła 
dużo czasu w Stanach Zjednoczonych. 

-  John  ma  szczęście  -  powiedziała  szczerze,  lekko  się  uśmiechając  i 

poprawiając  włosy.  -  Ożeni  się  z  pielęgniarką,  która  się  zna  na  cukrzycy. 
Boże, to był dla mnie cios, kiedy dowiedziałam się, że on też jest chory. 

-  Wydaje  mi  się,  że  jeszcze  nie  pogodził  się  ze  swoją  chorobą  -  rzekła 

Summer z rezerwą. 

-  A  czy  ktokolwiek  kiedykolwiek  się  pogodził?  -  spytała  Maja 

retorycznie. - Musisz naprawdę go kochać, jeśli decydujesz się na dzielenie 
z nim jego choroby. 

- Tak, kocham go. 
Dlaczego Maja tak na mnie patrzy? Czy podejrzewa, że nie jestem pewna 

swojego uczucia? 

- Ale skoncentrujmy się teraz na tobie - rzekła stanowczo Summer, chcąc 

odpędzić niechciane myśli. - Jak się teraz czujesz? Podobno jakiś czas temu 
miałaś pewne neuropatyczne objawy? 

-  Tak,  ale  ostatnie  dwa  lub  nawet  trzy  lata  były  już znacznie  łatwiejsze. 

Mam lepsze wyniki  badań.  Przez  kilka  miesięcy  czułam  w nocy  silne  bóle 
nóg, ale od mniej więcej roku jest spokój. 

- Czy jest coś, o czym  chciałabyś porozmawiać  przed wizytą u lekarza? 

Może miejsca wkłuć są podrażnione? 

-  Nie,  wszystko  jest  w  porządku.  Nabrałam  wprawy.  -Maja  nie  po  raz 

pierwszy  zaśmiała  się  z  goryczą.  -  Byłam  miesiąc  temu  u  okulisty,  ale 
gdybyś chciała sprawdzić siatkówki, byłabym wdzięczna. 

- Oczywiście. 
- Moim jedynym zmartwieniem jest to, że poziom cukru bardzo powoli, 

ale stale rośnie. Niestety, zapomniałam przynieść wyniki. Czy to może być 
spowodowane złym przyswajaniem insuliny? 

- To zupełnie prawdopodobne. Czasami w niektórych miejscach insulina 

może  gromadzić  się  pod  skórą,  nie  przenikając  do  krwi.  Chciałabym 
zobaczyć, jak robisz zastrzyki, ale teraz pokaż oczy. 

Summer  zauważyła  kilka  plamek  na  siatkówce  lewego  oka,  lecz  Maja 

powiedziała,  że  okulista  uznał  je  za  niegroźne.  Potem  zajęła  się  stopami 
pacjentki. 

- Nie ma zmian chorobowych - oznajmiła. - Ale musisz dalej o nie dbać i 

unikać butów na wysokich obcasach. 

18

RS

background image

 

 

- Popatrz na moje uda - rzekła Maja, spoglądając na nie z dezaprobatą. - 

Zobacz,  jaką  mam  szorstką  i  pobrużdżoną  skórę.  Niedługo  będę  musiała 
nosić kostium kąpielowy do kolan. 

-  Czy  rozmawiałaś  o  tym  z  doktorem  Macleayem?  To  zanik  tkanki 

tłuszczowej. 

Summer znowu usłyszała pełen goryczy śmiech. 
- Nie rozmawiam z mężczyznami na temat swoich ud. 
- A szkoda, bo on pewnie mógłby pomóc. Powiedz mi, czy używasz tego 

samego rodzaju insuliny co kiedyś? 

-  Tak.  Wiem,  że  są  nowsze,  wzbogacone  wersje,  ale  skoro  już  mój 

organizm  się  przyzwyczaił  i  wytworzył  odpowiednie  antyciała,  nie  widzę 
potrzeby, żeby cokolwiek zmieniać. 

-  Ale  jeśli  ci  zależy  na  wyglądzie  ud,  mogłabyś  się  zastanowić  nad 

zmianą przyzwyczajeń. 

- Mówisz, że ludzka insulina może wygładzić te góry i doły? Nie wierzę! 
-  Porozmawiaj  o  tym  z  doktorem  Macleayem  -  powtórzyła  Summer.  - 

Powinnaś  jednak  wiedzieć,  że  nie  każdy  organizm  toleruje zmiany  rodzaju 
insuliny. Z drugiej strony fakt, że musiałaś zwiększyć ostatnio jej dawkę, o 
czym powinnaś powiedzieć lekarzowi, sugeruje kłopoty z przyswajaniem. 

-  Zawsze  tak  jest.  -  Maja  wzruszyła  ramionami.  -  Kiedy  tylko 

przyzwyczaisz się do czegoś, co ci pomaga, musisz z tego rezygnować. Ale 
gdyby zmiana mogła mi pomóc w pozbyciu się tych rozstępów... 

- Jeśli zdecydujesz się na zmianę, pokażę ci, gdzie robić zastrzyki, żeby 

szybciej wygładzić skórę. 

-  Przyznam,  że  jestem  sceptyczna,  ale  teraz  zajmijmy  się  określeniem 

dawki  insuliny,  która  uchroniłaby  mnie  przed  skutkami  zmiany  czasu. 
Wyjeżdżam  do  Paryża  na  mniej  więcej  tydzień,  więc  jak  powinnam  się 
odżywiać?  He  ja  mam  kłopotów  przez  tego  Vincenta!  Zwykle  jeżdżę  po 
Stanach, ale w związku z zakupem tych hoteli w Paryżu... I na dodatek nie 
ma bezpośredniego samolotu, muszę się przesiadać w Nowym Jorku! 

Żeby opracować plan zastrzyków i dietę, Summer musiała zadzwonić do 

linii  lotniczych,  aby  dowiedzieć  się,  o  której  podawane  są  posiłki  w 
samolocie. 

- Wezmę jeszcze na wszelki wypadek jakieś przekąski. 
- Tak, herbatniki, żółty ser i może coś słodkiego... 
- Karton soku? 
- Tak, to będzie dobre w nagłych wypadkach. 
-  Ile  to  kłopotu!  Będę  musiała  porozmawiać  z  Vincentem,  żeby  więcej 

mnie tak nagle nigdzie nie wysyłał. Nie znoszę tej choroby! 

19

RS

background image

 

 

Summer  miała  pacjentów,  którzy  samodzielnie  przygotowywali  się  do 

znacznie  dłuższych  i  bardziej  męczących  podróży,  nie  powiedziała  tego 
jednak, czując, że Maja nie ma ochoty nabywać takich umiejętności. 

Sprawdziła wagę, temperaturę, ciśnienie krwi oraz puls pacjentki. 
- Wszystko w normie - oznajmiła z uśmiechem. 
- Mam nadzieję, że doktor Macleay nie będzie mnie zbyt długo trzymał, 

bo muszę być na ważnym spotkaniu za... 

- spojrzała na złoty zegarek - czterdzieści minut. 
- Myślę, że zdążysz. 
- Jeśli będę miała gdzie zaparkować. A ty w jaki sposób się poruszasz po 

wyspie? 

- Autobusem. 
- Żartujesz! - Maja wyglądała na autentycznie przerażoną. - John nie dał 

ci do dyspozycji samochodu? 

- Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym - odparła Summer, zastanawiając się, 

o czym właściwie z Johnem rozmawiała. 

-  Posłuchaj  -  rzekła  stanowczo  Maja.  -  Wracam  do  Rose  Beach  około 

piątej. Wpadnę tu i zabiorę cię. John chyba nigdy nie dorośnie! 

Spotkania i rozmowy telefoniczne z pacjentami wypełniły Summer resztę 

popołudnia. Mimo że Angela wyszła już w porze lunchu, poradziła sobie z 
pracą  bardzo  szybko.  Tuż  po  czwartej  ze  zdumieniem  stwierdziła,  że 
wszystko zostało zrobione. Lesley zauważyła to natychmiast i poprosiła ją o 
pomoc przy segregowaniu kwestionariuszy dla nowych pacjentów. 

Randall  wyszedł  z  gabinetu  ze  swą  nieodłączną,  niebieską  filiżanką,  i 

uniósł zdziwiony brwi, gdy ujrzał Summer wykonującą tego rodzaju pracę. 

- Imeldo, czy po to przyjęliśmy wykwalifikowaną pielęgniarkę, żeby się 

zajmowała papierkami? 

-  Muszę  iść  z  dziećmi  do  dentysty!  -  wyjaśniła  Imelda,  unosząc  ręce  w 

przepraszającym geście. 

- Lesley! - zwrócił się Randall do szefowej administracji. 
-  Chcesz,  żeby  obcięli  nam  budżet?  Mówiłem,  że  wszyscy  mają 

wyglądać  tak,  jakby  nie  starczało  im  czasu  na  wykonywanie  własnych 
obowiązków. Co będzie, kiedy wpadnie do nas Max Haddy z personalnego? 

-  Randall,  wiesz  dobrze,  że  tak  spokojnego  dnia  jak  dzisiejszy  nie 

mieliśmy od prawie miesiąca - odparła Lesley rzeczowo. - Czy uważasz, że 
Summer w pełni wykorzystuje swoje umiejętności, kiedy parzy ci kawę? 

- Cóż, jeśli ma chwilkę czasu... 
- Nie, dopóki nie skończę - zaprotestowała Summer. 

20

RS

background image

 

 

- Jeszcze jedno zwycięstwo biurokracji nad dobrem pacjentów - mruknął 

Randall. 

- Dobro pacjentów? - spytała zaczepnie Lesley. 
- Dobro pacjentów i dobro lekarza to ta sama rzecz. A co to właściwie za 

papiery? 

-  Kwestionariusze  dla  nowych  pacjentów,  które  pomagają  w 

przydzieleniu  ich  do  właściwych  grup  terapeutycznych  -  cierpliwie 
tłumaczyła Lesley. - Sam układałeś pytania, Randall. 

- Rzeczywiście, zapomniałem. Proszę, nie przerywaj sobie, Summer. 
- Nie miałam takiego zamiaru. 
- Czy w takim razie ja mógłbym ci przygotować filiżankę kawy? 
- Nie, dziękuję. 
- Randall, za dużo tej kawy - włączyła się Lesley. 
- Wiem - przyznał posępnie, kierując się w stronę kuchni. 
-  Zamierzam  ograniczyć  się  do  sześciu  filiżanek  dziennie.  Muszę 

przecież dawać dobry przykład pacjentom, prawda? 

- Nikt nie jest doskonały - mruknęła Lesley sentencjonalnie. 
-  Cukrzycy  niestety  muszą.  Ale  poważnie,  powinienem  pić  mniej  tej 

kawy. 

-  Może  kupisz  sobie  mniejszą  filiżankę?  W  tej  można  się  kąpać!  - 

Summer wskazała wymownie na ogromne naczynie Randalla. 

- Ale ja kocham swój kubeczek! - Wydawał się przerażony perspektywą 

rozstania i instynktownie przytulił do siebie filiżankę. 

- Wiemy - uśmiechnęła się Lesley. 
-  Nie  rozumiem,  dlaczego  zajmujecie  się  moją  filiżanką  -  odparł 

zaczepnie. 

- Wiesz, czasami z trudem powstrzymuję pokusę, żeby jej przypadkowo 

nie strącić ze stołu. 

- Przecież to jawny sabotaż! Już nigdy nie zostawię jej bez opieki! 
Zniknął  w  kuchni,  mamrocząc  coś  pod  nosem,  a  Summer  powróciła  do 

swego zajęcia, nie całkiem świadoma tego, że się uśmiecha. 

-  Kiedy  skończysz  -  dodał  Randall,  pijąc  już  parującą  kawę  -  i  kiedy  ja 

skończę,  pójdziemy  do  szpitala.  Muszę  odwiedzić  George'a  Stovera  i  przy 
okazji sprawdzę, czy coś tam nie wypadło. Maja powiedziała, że przyjedzie 
po  ciebie  o  piątej,  więc  mamy  trochę  czasu.  Jeśli  masz  jakieś  pytania 
dotyczące nowej pracy, nie bój się ich zadać. 

- Tak, chciałabym się dowiedzieć, czego mi nie wolno robić, bo to należy 

do  ciebie  i  do  Steve'a.  Czy  dziś  na  przykład,  sugerując  Mai  używanie 
ludzkiej insuliny, nie przekroczyłam swoich kompetencji? 

21

RS

background image

 

 

- Nie. Myślę, że postąpiłaś właściwie... 
Kiedy  wracali  ze  szpitala,  było  kilka  minut  po  piątej.  Oboje  mieli 

wrażenie, że spędzili czas bardzo ciekawie i produktywnie. 

- Mieszkasz na końcu? 
- Tak, domek numer dziewięć - powiedziała Summer, j kiedy skręciły w 

drogę  prowadzącą  do  Rose  Beach.  Przejechały  koło  basenu,  kortów 
tenisowych, minęły kilka malowniczo położonych domków pomalowanych 
na  pastelowe  kolory  i  zatrzymały  się  przed  otoczoną  zielenią  bramą 
ośrodka. 

- Podwiozę cię pod drzwi - zaproponowała Maja. 
- Nie, dziękuję - odparła Summer. - Chciałabym  się przejść, a poza tym 

tam stoi landrover, który blokuje przejazd. 

To  przekonało  Maję.  Zaparkowała  samochód  przed  głównym 

budynkiem,  na  zarezerwowanym  miejscu  tuż  obok  kabrioletu,  który  obie 
niemal jednocześnie poznały. 

-  John  jest  w  ośrodku  -  powiedziała  Maja.  -  Pewno  chce  cię  gdzieś 

zabrać. 

- Dopiero o siódmej. Teraz podobno ma ważne sprawy. 
-  Na  pewno  interesy.  Vincent  chce,  żeby  John  w  przeciągu  roku  został 

kierownikiem  tego  ośrodka.  Chodź,  poszukamy  go.  Muszę  przy  okazji 
porozmawiać z szefem kuchni i nakłonić go do pozostania, zanim uda mi się 
sprowadzić kogoś innego z Paryża. 

Maja  energicznie  wysiadła  z  samochodu  i  poszła  w  kierunku  wejścia. 

Summer  podążyła  za  nią,  zastanawiając  się,  dlaczego  ta  kobieta  nie 
wykorzystuje całej swej energii na walkę z chorobą. Przeszły przez hol, po 
czym  Maja  otworzyła  drzwi  z  tabliczką  „Tylko  dla  personelu".  Wewnątrz 
zobaczyły Johna. 

Stał  oparty  o  biurko  i  przeglądał  długi  wydruk  komputerowy,  a  obok, 

zaglądając  mu  przez  ramię,  stała  wprost  olśniewającej  urody  blondynka. 
Ujrzawszy Summer, John odsunął się od niej nieznacznie. 

- Coś się stało? - spytał, podchodząc do Summer i całując ją w policzek. - 

Mieliśmy się spotkać o siódmej. 

- Tak, ale Maja była na  tyle uprzejma, że przywiodą mnie tutaj, a kiedy 

zobaczyłyśmy  twój  samochód  na  parkingu,  postanowiłyśmy  cię  znaleźć.  - 
Summer  czuła  się  niezręcznie,  tłumacząc  się  w  taki  sposób.  Czy  jest  coś 
złego w tym, że chciała go zobaczyć? 

-  Pójdę  poszukać  kucharza.  Znowu  się  gdzieś  zaszył  -  mruknęła  Maja  i 

zniknęła za drzwiami. 

22

RS

background image

 

 

-  Cieszę  się,  że  przyszłaś  -  dodał  John.  Jego  słowa  powinny  były 

rozproszyć wątpliwości Summer, lecz nie uczyniły tego. - Zarezerwowałem 
dla  nas  stolik  na  ósmą  we  wspaniałej  restauracji.  Mam  prośbę  do  ciebie: 
chciałbym,  żebyś  zrobiła  mi  zastrzyk  z  insuliny,  bo  kiedy  robię  sam, 
strasznie mnie boli. 

- Może po prostu... 
-  A  wczoraj  ten  cholerny  glukometr  pokazał  dwieście  trzydzieści,  i  to 

jeszcze przed lunchem. To chyba za wysoko, prawda? 

- Tak, dużo powyżej normy! 
- A sto dziewięćdziesiąt? 
- Też za dużo. Masz chyba zapisane dopuszczalne odchylenia od normy? 
- Tak, ale gdzieś je posiałem. Może przejrzysz moje zapiski z ostatniego 

tygodnia? Nie wiem, czy cukier chociaż raz spadł poniżej stu pięćdziesięciu. 

- John! 
- Nie mów do mnie jak do niegrzecznego dziecka! 
- Przepraszam, ale... 
- Nie, to ja przepraszam. Chyba miesiąc miodowy się skończył. Nie nasz, 

oczywiście, ale ten, o którym mówił doktor Berg. Moja trzustka zasypia. 

Stojąca za nimi blondynka upuściła długopis. 
- Alex! - John odwrócił się w jej stronę. - Przepraszam, że mówimy przy 

tobie o takich rzeczach. Wiem, że nie lubisz igieł i zastrzyków. 

-  Ależ  skąd!  Myślę,  że  gdybym  musiała,  mogłabym  je  nawet  polubić.  - 

Alex  spojrzała  w  ich  stronę,  lecz  gdy  spotkała  wzrok  Summer,  odwróciła 
zmieszana głowę. John zaklął, uderzając dłonią w czoło. 

- Przepraszam, nie przedstawiłem was sobie. Alex, poznaj Summer. 
Alex postąpiła krok do przodu, uśmiechając się prawie niezauważalnie. 
-  John  dużo  mi  o  pani  opowiadał  -  powiedziała,  po  czym  z  wyraźnym 

wysiłkiem dodała: - Na pewno bardzo mu pani pomogła, kiedy zachorował. 

-  Mam  nadzieję  -  odrzekła  niepewnie  Summer. Blondynka najwyraźniej 

wiedziała  o  niej  wszystko,  a  ona  nic  o  niej.  Wytężając  wzrok,  przeczytała 
napis  widniejący  na  małym,  metalowym  identyfikatorze,  który  Alex  miała 
na  klapie  jasnoniebieskiego  żakietu.  Brzmiał:  Alex  Page,  Dyrektor  Działu 
Obsługi Gości. Było to wysokie stanowisko, biorąc pod uwagę, że Alex nie 
wyglądała na więcej niż dwadzieścia dwa lub trzy lata. 

-  John,  powinniśmy  skończyć  tę  sprawę  -  powiedziała  nienaturalnym 

tonem. - Ale jeśli musisz zrobić zastrzyk  albo ustalić dawkę insuliny, to ja 
poczekam. Nie należy się zaniedbywać. Prawda, Summer? 

23

RS

background image

 

 

- Skończmy najpierw z tym wydrukiem - odparł szybko. - Summer, pójdź 

odpocząć  do  siebie.  Przyjdę  o  siódmej,  zrobisz  mi  zastrzyk  i 
porozmawiamy, dobrze? 

-  Pora  na  zastrzyk  jest  odpowiednia,  ale  jeśli  chodzi  o  dawkę,  to 

powinieneś ją ustalić z doktorem Bergiem. 

- Nie mówmy już o tym, proszę. Zwłaszcza przy Alex. 
-  Nie  szkodzi,  John,  naprawdę  -  zaprotestowała  Alex  zmienionym 

głosem. 

-  Więc  spotykamy  się  o  siódmej?  -  powtórzył  John  z  naciskiem,  a 

Summer nie pozostało nic innego, jak skinąć głową i wyjść. 

Gdy  znalazła  się  z  powrotem  w  holu,  z  trudem  powstrzymała  Łzy  i 

skierowała  się  do  najbliższej  łazienki.  A  jeszcze  niedawno  była  taka 
szczęśliwa. 

Stanęła  przed  lustrem  i  spojrzała  na  siebie.  Nie  rozpłakała  się,  ale  jej 

oczy straciły zwykły blask. Spojrzała krytycznie na swoje odbicie - drobna, 
szczupła sylwetka, ładna twarz. Czy na pewno ładna? Gładka skóra, ciemne, 
puszyste włosy. 

Co widzi John, kiedy na mnie patrzy? - zastanawiała się w duchu. Co ja 

widzę, kiedy patrzę na niego? Czuję coś niedobrego... 

Wychodząc z łazienki, niemal wpadła na Maję. 
- Wszystko dobrze? - spytała, zdając sobie sprawę, że jej głos drży. - To 

znaczy, z szefem kuchni? 

-  Och!  Niestety  nie.  Myślałam,  że  mówisz  o  Johnie,  ale  widzę  teraz,  że 

macie kłopoty. Wiem, że mój bratanek jest trochę pozbawiony taktu. Może 
chcesz o tym porozmawiać? 

- Pozbawiony taktu? 
- Dobrze, można nazwać to mocniej. Alex chciała wyjechać do naszego 

ośrodka  na  wyspie  Bahama,  ale  John  nawet  nie  chciał  o  tym  słyszeć.  Jeśli 
cię to pocieszy, to wiedz, że mnie też jest jej żal. 

- Przepraszam, nie rozumiem... 
-  John  nic  ci  nie  mówił?  -  spytała  Maja,  przystając  tak  raptownie,  że 

Summer niemal na nią wpadła. 

- Czy mogłabyś mi wyjaśnić, o co tutaj chodzi? 
- Teraz to już nieważne, ale ci powiem. John i Alex przez ponad rok byli 

razem. Myślałam, że wiesz. - Podeszły do samochodu. - Wsiadaj, podwiozę 
cię. 

Tym razem Summer nie protestowała. 
-  Wszyscy  sądziliśmy,  że  po  powrocie  Johna  z  Londynu  pogodzą  się, 

przecież Alex dwukrotnie do niego pojechała. 

24

RS

background image

 

 

A  tu  nagle  John  wraca  i  dowiadujemy  się  o  cukrzycy  i  zaręczynach  z 

tobą. Dwa gromy z jasnego nieba. 

- Czy John pokłócił się z Alex? 
- Chyba tak, ale trzymali to w tajemnicy. - Maja wzruszyła ramionami. - 

Nie mogę uwierzyć, że John ci nic nie powiedział. A Alex... Wystarczy na 
nią spojrzeć... Jest nieszczęśliwa, ale uważaj na nią. Tylko czeka na okazję. 

- Nie miałam pojęcia, że niszczę związek... 
-  Wiem,  kochanie.  -  Maja  zdjęła  rękę  z  kierownicy  i  uspokajająco 

pogłaskała  Summer  w  kolano.  -  To  nie  twoja  wina.  A  jeśli  ty  i  John 
naprawdę się kochacie - w co nie wątpię - to Alex po prostu będzie musiała 
się wycofać. John powinien był pozwolić jej wyjechać. Jest naiwny, mając 
nadzieję, że kiedykolwiek zostaniecie przyjaciółkami. 

Maja stanęła przed domkiem Summer. 
-  A  teraz,  kochanie,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  opuszczę  cię. 

Muszę dojechać do domu na kolację. 

- Oczywiście, bardzo dziękuję za podwiezienie. 
- Zrób to dla mnie, Summer. 
-  Ale  John,  przecież  robiłeś  to  samodzielnie  od  dwóch  miesięcy.  Nie 

uważasz, że powinno być tak samo? 

-  Podczas  miesiąca  miodowego  lepiej  się  czułem  i  opuściłem  trochę 

zastrzyków. A poza tym nie mam wprawy. 

-  Więc  popracujmy  nad  techniką.  Gdzie  masz  tablicę  z  miejscami 

iniekcji? 

John wzruszył ramionami. 
- Nie wiem, ale to chyba nie jest zbyt ważne, prawda? Wydaje mi się, że 

teraz kolej na zastrzyk w ramię. A od dzisiaj ty mi pomożesz pamiętać. 

- John... 
- Przecież znasz się na tym. Gdybym ja chciał się na tym znać, zostałbym 

lekarzem! 

Summer zrezygnowała z dalszej kłótni i wzięła torebkę z zastrzykami. Po 

raz kolejny uświadomiła sobie, że John nie pogodził się z chorobą. 

Umyła ręce w zlewie kuchennym. Czuła się dziwnie w tym luksusowym 

ośrodku  wypoczynkowym,  ubrana  w  wieczorową  suknię  i  przygotowująca 
się do zrobienia zastrzyku. 

Fiolki  z  insuliną  były  jeszcze  zimne,  stąd  wniosek,  że  musiały  zostać 

wyjęte z lodówki przed chwilą. Wstrząsnęła je delikatnie, próbując ogrzać w 
dłoniach. 

John 

prawdopodobnie 

zapomniał 

przygotować 

insulinę 

odpowiednio wcześnie. Spojrzała na niego z wyrzutem. 

- To insulina Mai - wyjaśnił zmieszany. - Zapomniałem wziąć swoją. 

25

RS

background image

 

 

Obejrzała  uważnie  fiolkę  z  lekiem.  Była  to  ludzka  insulina,  jedna  z 

najnowszych. Uśmiechnęła się, widząc, że Maja jednak przygotowywała się 
do zmiany leku. 

Jedna z butelek zawierała zawiesistą insulinę o przedłużonym działaniu, 

druga przezroczystą, szybko się wchłaniającą. Zawartość obu fiolek musiała 
zostać wymieszana w odpowiednich proporcjach. Teraz John brał zastrzyki 
dwa  razy  dziennie,  ale  Summer  podejrzewała,  że  z  powodu  podwyższenia 
poziomu cukru we krwi doktor Berg zwiększy ich częstotliwość do czterech 
bądź pięciu, a także dla  każdego z zastrzyków ustali inne proporcje dwóch 
rodzajów  insuliny.  Summer  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  powinna  robić 
zastrzyki za Johna, czy raczej zmusić go do samodzielności. 

- Czy wiesz, gdzie powinnam się teraz wkłuć? 
- Nie wiem, ale nie zachowuj się jak pielęgniarka! -mruknął z irytacją. 
- Cóż, sam mnie o to prosiłeś - odparła urażona. 
- Przepraszam. 
- Dobrze, John. 
Wyswobodziła  się  z  jego  uścisku,  żeby  skończyć  przygotowywanie 

zastrzyku.  Nabrała  igłą  oba  rodzaje  insuliny  do  strzykawki  i  lekko 
wstrząsnęła,  pozwalając  im  się  wymieszać.  Kilkakrotnie  uderzyła 
paznokciem  w  cylinder,  aby  wszystkie  bąbelki  powietrza  wypłynęły  na 
powierzchnię. 

John  podwinął  rękaw  koszuli,  odsłaniając  ramię.  Summer  ustawiła  igłę 

pod  kątem  czterdziestu  pięciu  stopni  w  stosunku  do  ramienia  i 
zdecydowanym ruchem ją wbiła. Usłyszała stłumione przekleństwo. 

- Nie znoszę tego - wymamrotał, zaciskając zęby. 
- Wiem. 
Czuła się winna, jak wtedy,  gdy robiła zastrzyki małym dzieciom, które 

nie  rozumiały,  dlaczego  im  się  sprawia  ból.  Szybko  nacisnęła  tłok, 
wyciągnęła  igłę  i  przyłożyła  na  chwilę  wacik,  aby  powstrzymać 
krwawienie, po czym roztarła bolące miejsce. 

- To co, idziemy? - spytała, biorąc torebkę. 
- Tak. - Uśmiechnął się niepewnie w odpowiedzi. - Pomyśleć, że muszę 

coś zjeść niezależnie od tego, czy jestem głodny, czy nie. 

-  Ja  na  pewno  jestem.  Powiem  więcej,  umieram  z  głodu.  Wsiedli  do 

kabrioletu  i  ruszyli.  Summer  uniosła  głowę,  z  przyjemnością  wdychając 
podmuchy  wiatru.  Zamarła,  gdy  zauważyła  Alex  stojącą  przy  wejściu  do 
hotelu. Witała właśnie nowych gości, ale gdy zobaczyła kabriolet, podniosła 
pełen bólu wzrok na Johna. 

26

RS

background image

 

 

Summer  zrozumiała,  że  Alex  naprawdę  kocha  jej  narzeczonego,  i 

poczuła się jak złodziejka. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

27

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Czwartkowe popołudnia w ośrodku były spokojne. Lekarze mieli dyżury 

jedynie  między  siedemnastą  a  dziewiętnastą.  Steve  pojechał  do  miasta, 
Randall zaś udał się do szpitala, gdzie przyjmował pacjentów cierpiących na 
różne schorzenia endokrynologiczne. 

Ruth  Garnek,  dietetyczka  zatrudniona  w  ośrodku  na  część  etatu,  miała 

przyjść  o  szesnastej.  Umówiły  się  z  Summer,  że  opracują  cykl  wykładów 
dla cukrzyków, które miały zacząć się w przyszłym tygodniu. 

Po lunchu Summer wyszła z ośrodka, zamierzając wrócić tu o szesnastej 

na spotkanie z Ruth. 

Chciała  zrobić  zakupy  w  Hamilton.  Zwykle  chodzenie  po  sklepach 

sprawiało  jej  przyjemność,  dziś  jednak  było  inaczej.  Dopiero  gdy  kupiła 
prezenty  dla  rodziców,  zorientowała  się,  że  nie  zna  obecnego  adresu  ojca, 
który zapewne siedzi gdzieś w Azji Środkowej. Znajomość adresu matki nie 
była  przydatna,  gdyż  ta  naprawdę  rzadko  przebywała  w  swym  londyńskim 
mieszkaniu. 

Chciała  umówić  się  z  Johnem  na  lunch,  ale  odmówił,  tłumacząc  się 

nawałem  pracy.  Hotel  był  pełen  turystów,  ą  szef  kuchni,  ciągle  grożąc 
odejściem, nie ułatwiał życia właścicielom. 

Poniedziałkowy  wieczór  przypomniał  Summer  okres  ich  narzeczeństwa 

w  Londynie,  wypełniony  kolacjami  w  eleganckich  restauracjach, 
dansingami  i  prezentami.  Tym  razem  John  podarował  jej  kostium 
kąpielowy,  naszyjnik  z  pereł  i  wymyślny  kapelusz,  co  jakoś  utrudniło 
poważną rozmowę o przyszłości. 

Ale  czy  na  pewno  pragnęła  tej  rozmowy?  Przecież,  gdyby  jej  na  tym 

naprawdę  zależało,  doprowadziłaby  do  niej.  Zamiast  tego  mówiła  sobie  w 
myślach, że potrzebują trochę czasu, żeby się odnaleźć po długim rozstaniu. 
Poza tym John świetnie tańczył, a ona czuła się w jego ramionach cudownie 
odprężona. 

Kiedy wrócili do domu, pocałował ją, ale nie był to długi pocałunek. Nie 

spytał także, czy może wejść - a oczekiwała tego. Prawie pragnęła zbliżenia, 
mając  nadzieję,  że  pomoże  to  ich  związkowi.  Lecz  czy  naprawdę  pragnęła 
Johna?  Chociaż  był  bardzo  przystojny,  nie  wzbudzał  w  niej  pożądania, 
którego nie potrafiłaby opanować. 

Potrzebujemy  czasu,  powtarzała  sobie.  Ale  nie  mieli  go  -  ani  ona,  ani 

John. Od  poniedziałkowego  wieczoru  spotkali się tylko raz, w  środę  przed 
kolacją,  i  wypili  drinka.  Dwa  razy  krótko  rozmawiali  przez  telefon,  a  dziś 
Summer powtórnie usłyszała: 

28

RS

background image

 

 

- Mam dużo pracy, spotkajmy się może jutro wieczorem. 
Na  szczęście  ona  też  nie  narzekała  na  brak  zajęć  -  zaoferowała  swą 

pomoc przy popołudniowej sesji terapeutycznej. 

- Jesteś  pewna, że  chcesz?  -  pytała  Angela. - To  twój pierwszy  tydzień, 

na pewno czujesz się zmęczona. 

- Skądże! A ty zdaje się miałaś pójść do krawcowej przymierzyć suknię 

ślubną? 

Ruth  Garrick  była  miłą  osobą.  Mimo  przekroczonej  pięćdziesiątki 

stanowiła  żywy  dowód,  że  właściwe  odżywianie  i  gimnastyka  mogą 
przedłużyć  młodość.  Promieniował  z  niej  spokój,  może  dlatego,  że  była 
także instruktorką jogi. 

Nie  minęła  godzina,  a  już  podzieliły  między  siebie  program  kilku 

przyszłych sesji. 

-  Prowadziłam  podobne  zajęcia  wielokrotnie,  ale  te  mają  nieco  inny 

układ. Chciałabym przed rozpoczęciem przejrzeć swoje notatki. 

-  Więc  do  zobaczenia  w  przyszłym  tygodniu  -  rzekła  Ruth  i  pożegnały 

się. 

Do  piątej  pozostało  jeszcze  dziesięć  minut.  Lesley  wyszła  przed  chwilą 

do banku i Summer została sama. Przewidując potrzeby Randalla, nasypała 
do  ekspresu  mieloną  kawę  i  właśnie  go  włączała,  gdy  usłyszała 
zatrzymujący się na podjeździe samochód. 

Przez  okno  w  kuchni  zobaczyła  dwoje  ludzi.  Kobieta  była  chuda  i 

koścista, mężczyzna potężnej budowy. Summer szybko zorientowała się, że 
mężczyzna cierpi na cukrzycę drugiego typu. 

-  Myślę,  że  powinieneś  powiedzieć  o  tym  doktorowi  Macleayowi  - 

usłyszała zaniepokojony głos kobiety. 

- Skończmy wreszcie ten temat, Elaine! 
Nagle,  dostrzegając  Summer,  zamilkli.  Mężczyzna  usiadł  w  poczekalni, 

wziął ze stołu jakieś pismo i zaczął czytać, ostentacyjnie ignorując obecność 

żony.  Ta  niespokojnie  przycupnęła  na  krawędzi  krzesła  i  spoglądała  na 
męża z mieszaniną obawy i zdenerwowania. 

- Żadnego z lekarzy jeszcze nie ma - oznajmiła. Summer - ale za chwilę 

powinni być obaj. 

Wróciła  do  swych  obowiązków  i  zaczęła  przeglądać  listę  zapisanych 

pacjentów,  aby  przygotować  ich  karty.  Usłyszała  dwa  kolejne  samochody 
parkujące przed ośrodkiem. Elaine z mężem spojrzeli wyczekująco w stronę 
wejścia. 

-  Najpierw  proszę  ze  mną,  panie  Davidson  -  powiedziała  Summer  z 

uśmiechem. 

29

RS

background image

 

 

W  pokoju  zabiegowym  zrobiła  kilka  rutynowych  w  przypadku 

cukrzyków  czynności.  Pobrała  krew,  sprawdzając  poziom  cukru,  wzięła 
próbkę  moczu,  robiąc  test  na  obecność  białka  i  poprosiła  pana  Davidsona, 
aby  zademonstrował,  w  jaki  sposób  sprawdza  poziom  cukru  i  odczytuje 
wyniki. 

Zarówno  dzisiejszy  wynik,  jak  i  te  zapisane  w  dzienniczku  pana 

Davidsona pokazywały wyraźnie podwyższony poziom cukru. 

- Mówiłam ci! - powiedziała Elaine Davidson. 
Mąż  posłał  jej  piorunujące  spojrzenie,  więc  Summer  wkroczyła 

zdecydowanie do akcji, zażegnając groźbę małżeńskiej sprzeczki. 

-  Doktor  Macleay  jest  już  chyba  gotowy,  żeby  państwa  przyjąć. 

Porozmawia  z  panem  -  zwróciła  wzrok  w  stronę  mężczyzny  -  o  pana 
wynikach i na pewno poradzi, jak doprowadzić je do normy. 

-  Na  pewno...  -  zaczęła  pani  Davidson,  ale  zamilkła,  widząc  spojrzenie 

męża. 

- Czy wejdzie pani do gabinetu? - spytała Summer. 
-  Nie,  wchodzę  sam!  —  odparł  ze  złością  mężczyzna,  nie  dając  żonie 

szansy na udzielenie odpowiedzi. 

-  Jak  idzie,  panie  Davidson?  -  wesoło  spytał  Randall,  wchodząc  do 

pokoju zabiegowego. - Zapraszam! 

Pacjent  niezdarnie  podniósł  się  z  krzesła  i  niepewnie  podążył  za 

lekarzem. 

-  Zawsze  byliśmy  zgodnym  małżeństwem  -  rzekła  Elaine  Davidson  do 

Summer,  najwyraźniej  czując  potrzebę  zwierzeń.  -  Od  dwudziestu  siedmiu 
lat  jesteśmy  razem,  ale  ta  choroba  zaczyna  nas  niszczyć.  On  po  prostu  nie 
może  zrozumieć,  że  jeśli  zacznie  walczyć,  to  może  normalnie  żyć.  Nie 
potrafię mu wytłumaczyć, że jeśli się nie zmieni, to umrze, a ja nie chcę go 
stracić! 

-  Czy  myśleli  państwo  o  wizycie  u  psychologa?  -  spytała  Summer, 

czując,  że  kiedyś  powinna  porozmawiać  z  panią  Davidson,  teraz  jednak 
musi Się zająć pacjentami Steve'a. 

-  Zawsze  byłam  dumna  z  tego,  że  sami  rozwiązywaliśmy  nasze 

problemy,  ale  teraz  nie  mogę  z  nim  wytrzymać.  -  Pani  Davidson  miała 
niepewną minę. - Zaczynam nawet myśleć o rozwodzie, ale gdy mu o tym 
powiem, on pewnie się załamie. Mnie ta myśl też przeraża. 

- Więc jeśli państwu naprawdę zależy na małżeństwie, to może spróbuje 

mu pani powiedzieć właśnie to - zaproponowała Summer. 

- Ma pani rację, siostro. 

30

RS

background image

 

 

Elaine  Davidson  uspokoiła  się  trochę,  usiadła  na  krześle  i  czekała  na 

koniec  wizyty.  Kiedy  jednak  jej  mąż  wyszedł  z  gabinetu  Randalla,  był 
jeszcze bardziej zły niż przedtem. 

- Nie będę sam robił zastrzyków! - syknął do żony. Summer wyczuła, że 

gdy wyjdą, wybuchnie awantura. 

Następni  pacjenci  zachowywali  się  spokojnie  i  w  ośrodku  zapanowała 

pogodna  atmosfera.  Mimo  to  Summer  nie  mogła  przestać  myśleć  o 
Davidsonach  i  gdy  pod  koniec  dyżuru  zobaczyła  ich  ponownie,  wcale  nie 
była zdziwiona. 

-  Czy  mógłbym  jeszcze  raz  zobaczyć  się  z  doktorem  Macleayem?  - 

spytał pan Davidson. - Spróbuję nauczyć się robienia tych zastrzyków. 

- Proszę poczekać, zapytam - odparła Summer. Randall właśnie wyszedł 

z gabinetu, trzymając w ręce swą nieodłączną, niebieską filiżankę. 

- Oczywiście, panie Davidson - zawołał z uśmiechem. - Proszę wejść. 
Po  dziesięciu  minutach  pacjent  wyszedł  z  gabinetu  i  Summer  usłyszała 

jego rozmowę z żoną: 

- Dziękuję ci za wsparcie, kochanie. 
-  Wiem,  że  jestem  zrzędą,  ale  nie  mogę  spokojnie  patrzeć,  jak  sobie 

marnujesz zdrowie. 

- Zobaczysz, jak teraz będę o siebie dbał. Razem będziemy czytać książki 

o cukrzycy, a w przyszłym tygodniu przyjdziemy tu na zajęcia. Jeśli uda mi 
się  schudnąć,  to  może  będę  mógł  zrezygnować  z  zastrzyków  i  wystarczą 
tabletki. Bardzo się przestraszyłem, kiedy powiedziałaś, że odejdziesz. 

- Nigdy, Martinie, nigdy! 
Gdy zamknęły się za nimi drzwi, Summer poczuła, że do oczu napływają 

jej łzy. Dlaczego jej rodzicom nie zależało tak na sobie? 

- Jeszcze tu jesteś? - usłyszała radosny głos Randalla, który zmienił ton, 

gdy zobaczył jej łzy. - Co się stało? 

Wyjęła chusteczkę z pudełka stojącego na biurku i wytarła oczy. 
- Przepraszam, tak mi jakoś... - powiedziała. 
- Nie masz za co przepraszać. 
Wstała  i  spróbowała  przejść  koło  niego,  odwracając  głowę.  Randall 

chwycił ją jednak za ramiona i odwrócił twarzą do siebie. 

- Czy coś powiedziałem? - spytał łagodnie. 
- Oczywiście. Jesteś okropny - odparła, uśmiechając się mimo woli. 
- Staram się jak mogę. Muszę dbać o opinię. 
Nagle  Summer  poczuła  promieniujące  od  Randalla  ciepło  i  zapach  jego 

wody po goleniu. 

31

RS

background image

 

 

-  Za  chwilę  zapomnę,  dlaczego  płakałam  -  roześmiała  się.  -  O  to  ci 

chodzi? 

- Właśnie. 
- Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic złego. Ludzie nie powinni ukrywać 

swoich uczuć, prawda? 

-  Oczywiście,  że  nie.  Ale  z  drugiej  strony,  nie  powinni  zwierzać  się  ze 

swoich kłopotów sercowych osobom, które znają dopiero od czterech dni. 

- Nie ja mam kłopoty sercowe, ale moi rodzice. 
- Rodzice? 
Randall nie zdołał ukryć zaskoczenia. Summer, nie dbając o to, że znają 

się dopiero od czterech dni, zaczęła mu o nich opowiadać. 

- Najdziwniejsze jest to - rzekła na koniec - że wcale nie czują do siebie 

nienawiści ani nawet żalu, że się rozstają. 

- Myślę, że to przecież lepsze, niż gdyby postawili sprawę na ostrzu noża 

i nie mogli bez walki wytrzymać z sobą w jednym pokoju. 

-  Co?!  -  spytała  bliska  gniewu,  niejasno  świadoma  ironicznego  tonu 

Randalla.  -  Myślisz,  że  ja  bym  to  wolała?  Oczywiście,  że  nie.  Ale  wydaje 
mi się  dziwne,  że  tak łatwo  pogodzili  się  ze  stratą najlepszych  lat  swojego 

życia. 

Moim 

zdaniem 

małżeństwo 

powinno 

dawać 

poczucie 

bezpieczeństwa,  tworzyć  więź,  która  z  upływem  czasu  staje  się  coraz 
silniejsza.  Spójrz  na  Davidsonów  -  mają  coś  cudownego,  z  czego  moi 
rodzice  zrezygnowali.  Zastanawiam  się  czasem,  czy  wiedzą,  co  stracili, 
dążąc do wolności i niezależności. 

- Zawsze trudno jest pogodzić się z tym, że rodzice dorastają i opuszczają 

gniazdo  -  oznajmił  podejrzanie  poważnym  tonem.  -  To  naturalne,  że  się 
denerwujesz. 

- Wcale nie jest mi do śmiechu! - zawołała ze złością. 
- Przepraszam, Summer. - Randall położył jej dłoń na ramieniu. - Wiem, 

że  czujesz  się  samotna  i  opuszczona,  ale  najwyraźniej  tak  musiało  być. 
Wiem  także,  że  twoi  rodzice  to  szczęściarze,  bo  wychowali  wspaniałą 
córkę. A jeśli ich kiedykolwiek spotkam, powtórzę im to. Notabene chętnie 
poznałbym ludzi, którzy nazwali swoją córkę Summer. 

- Cóż, bardzo ci dziękuję za uznanie. A jeśli zastanawia cię moje imię, to 

wiedz,  że  moi  rodzice  byli  hippisami.  Ja  urodziłam  się  latem,  na  wsi,  w 
starej oborze, którą przerobili na domek. 

- To mi się podoba! 
- Dziękuję ponownie. 
Summer  uśmiechnęła  się,  nagle  zdając  sobie  sprawę,  że  Randall  ciągle 

trzyma  dłoń  na  jej  ramieniu.  Poczucie  bezpieczeństwa  ustąpiło  miejsca 

32

RS

background image

 

 

odkryciu,  że  bez  trudności  mogłaby  się  do  niego  przytulić.  Randall  musiał 
poczuć to samo, gdyż cofnął rękę i przecierając oczy, powiedział: 

- Jestem zmęczony, to był długi dzień. Muszę wreszcie iść do domu. 
-  Przepraszam,  że  cię  zatrzymałam.  -  Próbowała  ukryć  zmieszanie, 

udając, że szuka czegoś w torebce. 

- O to akurat nie mam pretensji. 
Zamykali  ośrodek  w  milczeniu.  Chociaż  Summer  starała  się  nie  patrzeć 

na Randalla, czuła jego obecność przy sobie. On zaś, nawet jeśli zastanawiał 
się,  jak  Summer  dojedzie  do  Rose  Beach,  nie  zaoferował  jej  pomocy. 
Pożegnali się w końcu i Randall skierował się do swego samochodu, ona zaś 
na przystanek. 

Jadąc autobusem, myślała o rozwodzie rodziców. Zaczęła dociekać, co to 

wydarzenie  zmieniło  w  jej  życiu.  Chyba  tylko  spowodowało  zaręczyny  z 
Johnem. 

Co? Skąd przyszło mi to do głowy? To nieprawda, skarciła się w duchu. 

Ale  ta  myśl  jej  nie  opuszczała.  Zaczęła  się  zastanawiać,  jak  rozwijały  się 
uczucia, które żywiła w stosunku do Johna. 

* Summer (ang.) - lato (przyp. red.) 

Przywołała  na  myśl  tamte  dni,  kiedy  nie  widziała  celu  w  życiu,  kiedy 

rozpaczliwie poszukiwała  jakiegoś  punktu  zaczepienia.  I wtedy  pojawił  się 
John... 

W  ostatniej  chwili  zauważyła  przystanek,  na  którym  powinna  wysiąść. 

Potem,  idąc  aleją  w  stronę  hotelu,  patrzyła  z  zachwytem  na  spokojną 
powierzchnię  morza  i  za  wszelką  cenę  usiłowała  znaleźć  odpowiedź  na 
nurtujące ją pytanie. 

Na  rozległym  parkingu  przed  hotelem  zobaczyła  samochód  Johna. 

Wiedziała  już,  że  musi  się  z  nim  zobaczyć.  Nie  było  go  w  biurze,  gdzie 
kilka dni temu zastała go z Alex. Nie mając pomysłu, gdzie jeszcze może go 
spotkać, powędrowała do swego domku okrężną drogą. Po jednej jej stronie 
kwitły oleandry, po drugiej widniały korty tenisowe. 

W  pierwszej  chwili  nie  zidentyfikowała  pary  młodych  ludzi  idących  w 

jej stronę. Dopiero po chwili, zobaczywszy jasne włosy, poznała Alex. Czy 
ten  swobodny  mężczyzna,  opowiadający  z  ożywieniem  swej  towarzyszce 
jakąś historię, to John? 

Mimo  że  się  nie  dotykali,  było  coś  charakterystycznego  w  sposobie,  w 

jaki  razem  szli,  patrzyli  na  siebie  i  rozmawiali.  Summer  natychmiast 
odgadła prawdę. 

John  kocha  Alex.  Bardzo  ją  kocha,  więc  dlaczego  chce  się  ożenić  ze 

mną? 

33

RS

background image

 

 

Gdy ją zauważyli, Alex zaczerwieniła się, a John podszedł do Summer i 

wziął  ją  za  rękę.  Już  wiedziała,  co  musi  zrobić.  Poczuła  nawet  ulgę,  że 
przestały dręczyć ją wątpliwości. 

- John, musimy porozmawiać - rzekła stanowczo. 
- Hmm... - mruknął niepewnie, spoglądając w stronę Alex. 
- Pójdę porozmawiać z obsługą, żeby zadbali o nawierzchnię na trzecim 

korcie.  Dziękuję  za  pomoc,  John.  Do  widzenia,  Summer.  Przepraszam,  że 
zajęłam Johnowi tyle czasu. 

- Nie szkodzi. 
Summer instynktownie dotknęła dłoni Alex. Ta wzdrygnęła się, próbując 

pokryć  zmieszanie  nienaturalnym  śmiechem.  Summer  pomyślała,  że  Alex 
robi  wszystko,  aby  jej  nie  znienawidzić,  ale  nie  zawsze  potrafi  zapanować 
nad uczuciami. Trzeba natychmiast wyjaśnić tę sytuację! 

John patrzył za odchodzącą szybko Alex, robiąc - zapewne nieświadomie 

- gest, jakby chciał ją przywołać. 

Summer  zdjęła  pierścionek,  ujęła  rękę  Johna,  położyła  na  niej  klejnot  i 

zacisnęła na nim palce. 

- Co ty robisz? 
- Popełniliśmy błąd i oboje o tym wiemy. Alex cię kocha, a ty kochasz ją. 

A  jeśli  chodzi  o  mnie,  to  wydaje  mi  się,  że  zaręczyłam  się  z  tobą,  bo 
pozwoliłeś  mi  zapomnieć  o  rozwodzie  moich  rodziców.  John,  musisz 
zrozumieć, że to była pomyłka! 

Podniosła  głos,  bo  z  przestrachem  zauważyła,  że  na  twarzy  jej 

narzeczonego  nie  pojawia  się  ulga,  której  oczekiwała.  Zamiast  niej  ujrzała 
zaskoczenie, gniew, a potem strach. 

- Summer, nie możesz mi tego zrobić! 
- John, przecież widzę, że mnie nie kochasz. 
-  Do  diabła,  niech  będzie.  Ale  szanuję  cię,  dbam  o  ciebie.  Nie  poradzę 

sobie! 

-  Uspokój  się,  proszę.  Nie  będziesz  przecież  sam,  masz  Alex.  Ona  cię 

kocha i możesz jej zaufać. Będziecie szczęśliwi. 

-  Nie  mogę  jej  tego  zrobić!  -  rzucił  szorstko.  -  Nie  mogę  od  niej 

wymagać, żeby żyła ze mną, bo jestem niewolnikiem zastrzyków i badania 
poziomu cukru! A jeśli za dwadzieścia lat stracę wzrok? Nie mogę jej tego 
zrobić! 

Summer poczuła się, jakby ktoś wylał jej na głowę kubeł zimnej wody. 
- A mnie możesz? 
-  Ty  jesteś  pielęgniarką.  -  Powiedział  to  zdanie  takim  tonem,  jakby 

mówił  o  rzeczy  najbardziej  oczywistej  na  świecie.  -  Ty  to  rozumiesz, 

34

RS

background image

 

 

widziałaś wielu cukrzyków. Wiesz, na co się decydujesz, a  gdyby się stało 
coś złego, potrafisz mi pomóc. 

- Chcesz całą odpowiedzialność za pilnowanie swojej choroby przerzucić 

na mnie? 

- To najrozsądniejsze wyjście. - John wzruszył ramionami. - To przecież 

twój zawód. 

- Czy dlatego chciałeś się ze mną ożenić? 
- Nie ujmowałbym tego w ten sposób. 
- A jak?! 
- Słuchaj, nie chciałem, żebyś... Cholera, zrozum! Cztery miesiące temu 

czułem  się,  jakby  przejechał  po  mnie  pociąg  towarowy,  i  wtedy  pojawiłaś 
się  ty.  Wydawałaś  mi  się  aniołem,  prawdopodobnie  uratowałaś  mi  życie. 
Wyciągnęłaś  do  mnie  rękę  i  pomogłaś  wydobyć  się  z  piekła.  -  Zamilkł  na 
chwilę, nerwowo chodząc w tę i z powrotem. - Masz rację, teraz jest jasne, 

że nie będziemy razem. Ale jeśli myślisz, że poproszę Alex, żeby spędziła 
ze mną życie, to się mylisz! 

-  Porozmawiaj  o  tym  z  Randallem  Macleayem!  -  poradziła.  -  Daj  sobie 

szansę, zanim zamkniesz przed sobą te drzwi! 

Dużo  później,  leżąc  już  w  łóżku,  Summer  zaczęła  się  zastanawiać, 

dlaczego  wysłała  Johna  do  Randalla.  Przecież  lekarzem  Johna  jest  Steve 
Berg. Co spowodowało jej pomyłkę? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

35

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Następnego dnia starannie ukrywała brak pierścionka. Zerwanie zaręczyn 

zaledwie cztery dni po ich ogłoszeniu nie należało do wiadomości, którymi 
pragnęła  się  dzielić  z  kolegami.  Ponadto,  jeśli  bliski  związek  z  pacjentem 
może  stanowić  przeszkodę  w  pełnieniu  obowiązków,  to  co  można 
powiedzieć o zakończonym związku? 

Summer  wiedziała,  że  prędzej  czy  później  będzie  musiała  stawić  temu 

czoło, ale odkładała ten moment... 

Starała  się  o  tę  pracę,  aby  być  blisko  Johna.  Teraz  już  jej  na  tym  nie 

zależy, więc może powinna wrócić do Anglii? 

To  pytanie  nurtowało  ją  najbardziej.  Odpowiedź  wydawała  się 

oczywista, ale nie miała do czego ani do kogo wracać. Rodzice? Nawet nie 
wiedziała, gdzie są. Przyjaciele? Wszyscy mają już swoje własne życie. Liz 
niedawno  urodziła  dziecko,  Diana  wybierała  się  do  Australii,  a  Emily 
pojechała do rodziców, gdzie miała napisać pracę magisterską. 

Zdała  sobie  sprawę,  że  chce  tu  zostać:  nowa,  ciekawa  praca,  wspaniała 

przyroda, ciepły  ocean.  Zaczęła się zastanawiać, gdzie zamieszka.  Nie stać 
jej na pobyt w luksusowym Rose Beach. Mimo iż John zapewnił ją, że może 
mieszkać  w  swym  domku  jak  długo  zechce,  czuła,  że  nie  jest  to 
najwłaściwsze rozwiązanie. 

W ośrodku tymczasem szykowano się do pożegnania An-geli. Dziś była 

ostatni  dzień  w  pracy  i  koledzy  przygotowali  jej  niespodziankę.  Angela 
pracowała  w  ośrodku  od  pięciu  lat,  dłużej  od  wszystkich  prócz  Lesley 
Harper.  Ceremonia  miała  odbyć  się  tuż  po  lunchu,  ale  atmosferę 
wyczekiwania dało się odczuć już od rana. 

Jedynie  Randall miał  zły  humor,  co  demonstrował marszczeniem brwi  i 

cichym, irytującym pogwizdywaniem. 

- Randall, nie wstyd ci? - spytała groźnie Summer, kiedy przyłapała go w 

kuchni  na  wyjadaniu  orzechów  z  ciasta  przygotowanego  na  pożegnanie 
Angeli. 

Może nie powinna się zwracać w ten sposób do swojego przełożonego, i 

to  już  w  ciągu  pierwszego  tygodnia  pracy,  lecz  Randall  najwyraźniej 
pochłonięty był innymi sprawami. 

- Co? A, o to chodzi. - Ponownie zaczął gwizdać jakąś melodię. - Jestem 

chyba trochę zły na siebie. 

- Nie tylko ty. 
-  Przeszkadza  wam  gwizdanie?  Przepraszam.  -  Sięgnął  po  filiżankę, 

napełnił ją kawą i wychodząc z kuchni, zaczął znowu pogwizdywać. 

36

RS

background image

 

 

Pożegnalne  przyjęcie  udało  się.  Angeli  bardzo  spodobały  się  dwa 

plecione,  ogrodowe  krzesła,  które  otrzymała  w  prezencie.  Pod  koniec 
spotkania niespodziewanie się rozpłakała. 

- To wszystko przez te hormony - mówiła przez łzy. -Wczoraj oglądałam 

w  telewizji  reklamę  hamburgerów  i  też  ryczałam.  Ale  wiem,  że  nie  mogę 
zostać.  Muszę  zająć  się  dzieckiem  i  pomóc  Grahamowi  w  prowadzeniu 
interesu. 

Po  kilku  minutach  uspokoiła  się  i  Summer  miała  tego  pożałować,  bo 

spojrzawszy na jej dłoń, zawołała: 

- Summer, gdzie masz pierścionek? Czy zdejmujesz go do pracy, czy...? 

Nie, Summer, tylko nie to! 

No,  mam  to  już za  sobą,  myślała  Summer,  gdy  w poniedziałek  w  porze 

lunchu  szła  do  ogrodu  botanicznego.  Kilka  minut  wcześniej  oznajmiła 
wszystkim,  że  chociaż  jej  zaręczony  zostały  zerwane,  w  najmniejszym 
stopniu nie wpłynie to na jej zaangażowanie w pracę. Czuła ulgę, że pozbyła 
się tajemnicy. 

- W piątek rozmawiałam z Angelą i chyba wprowadzę się do mieszkania, 

które  wynajmowała.  Dziś  wieczorem  pojadę  je  obejrzeć  -  obwieściła 
współpracownikom. 

Czuła  się  nadspodziewanie  dobrze  i  spokojnie.  Dziś  po  południu  miała 

prowadzić  pierwsze  w  nowej  pracy  zajęcia  dla  chorych.  Wykład  dla 
pierwszej grupy, do której należeli ci pacjenci, u których cukrzyca drugiego 
typu została wykryta stosunkowo niedawno, miał zacząć się o czternastej. 

Zajęcia dla drugiej grupy, znacznie mniejszej i bardziej zaawansowanej, 

zaplanowane  zostały  na  piętnastą  trzydzieści.  Summer  chciała  pokazać 
chorym  najnowsze  osiągnięcia  techniki,  takie  jak  automatyczne 
wstrzykiwacze  insuliny  w  kształcie  długopisu,  elektroniczne  glukometry  i 
insulinowe pompy infuzyjne. 

Tak  jak  przewidywała,  spotkanie  z  grupą  zaawansowaną  przeciągnęło 

się. Kiedy ostatni pacjent opuścił ośrodek, poszła do biura, które o tej porze 
było ciche i puste. 

-  Zostawili  mnie  samą.  Mam  nadzieję,  że  znajdę  klucze  -  mruknęła  do 

siebie,  przekonana,  że  już  nikogo  nie  ma.  Zamarła,  słysząc  za  sobą 
skrzypienie. 

To były drzwi prowadzące do gabinetu Randalla, a on sam z filiżanką w 

dłoni właśnie  szedł  do  kuchni.  Summer  spojrzała na zegarek: za piętnaście 
szósta. 

-  Oprócz  mnie  nikogo  już  nie  ma  -  oznajmił.  -  Ja  miałem  trochę 

zaległości, więc postanowiłem je nadrobić. Przy okazji pomogę ci zamknąć. 

37

RS

background image

 

 

-  Musisz  mi  pokazać,  jak  to  się  robi,  bo  chyba  wszystkiego  nie 

zapamiętałam. 

-  Musimy  zmienić  rozkład  zajęć.  Dwie  grupy  nie  powinny  przychodzić 

bezpośrednio  po  sobie.  Zajęcia  zwykle  się  przeciągają  i  widzę,  że  jesteś 
wykończona. 

-  Nic  mi  nie  jest  -  zaprotestowała,  chociaż  wiedziała,  że  Randall  ma 

rację.  Była  zmęczona  prowadzeniem  zajęć,  na  co  dodatkowo  nałożyły  się 
wydarzenia poprzedniego tygodnia. 

-  Druga  grupa  miała  dużo  pytań,  a  ja  czułam  się  w  obowiązku 

odpowiedzieć. 

- Jak wracasz do domu? 
- Och, jakoś... 
Przerwała, uświadomiwszy  sobie,  że  musi  się  jeszcze  przebrać  i  przejść 

prawie  kilometr  do  pani  Capshaw,  od  której  zamierza  wynająć  dawne 
mieszkanie  Angeli.  Potem  zamierzała  pojechać  do  tego  mieszkania, 
obejrzeć je i wrócić do gospodyni, wpłacić zaliczkę albo oddać klucz, gdyby 
mieszkanie się jej nie spodobało. Mało zachęcająca perspektywa. 

Właśnie  w  tym  momencie  pierwsze  krople  deszczu  uderzyły  o  szybę. 

Zaczęła  się  prawdziwa,  tropikalna  ulewa.  Summer  spojrzała  z  obawą  na 

ścianę deszczu za oknem. 

-  Nie  kupiłaś  jeszcze  parasola?  -  spytał  Randall,  patrząc  na  nią  z 

uśmiechem. 

-  Nie,  ale  i  tak  by  to  nie  pomogło.  Znacznie  lepszy  byłby  ogromny, 

plastikowy kosz. 

- A ja słyszałem, że w Anglii ciągle pada. 
- Ale nie aż tak. 
-  Tutejsze  ulewy  są  chyba  jednak  bardziej...  ekonomiczne  -  rzekł  z 

namysłem. - Leje jak z cebra przez godzinę, a potem przez wiele dni świeci 
słońce. Nie tak jak w starej Anglii, gdzie bez przerwy siąpi. 

- Ekonomiczne? - mruknęła z ironią. - Powtórzę twoje słowa, kiedy będę 

tonąć w tym ekonomicznym deszczu. 

-  Nie  martw  się,  podwiozę  cię  -  obiecał.  -  Ale  zanim  zaczniesz 

protestować... 

-  Nie  zacznę  -  przerwała  mu.  -  Byłoby  wspaniałe,  gdybyś  mógł  mnie 

podwieźć do właścicielki mieszkania Angeli. Muszę wziąć od niej klucz. 

Zgodnie z tym, co mówiła Angela, dom pani Capshaw dzielił od ośrodka 

niespełna  kilometr.  Summer  wyskoczyła  z  niebieskiego  samochodu 
Randalla  i  pobiegła  do  drzwi.  Mimo  że  mocno  pukała,  nikt  nie  otwierał. 
Prawdopodobnie wszystko zagłuszał szum ulewy. 

38

RS

background image

 

 

- Nikogo nie ma? - usłyszała za sobą głos Randalla. 
-  Myślałam,  że  już  pojechałeś  -  powiedziała,  w  duchu  zadowolona,  że 

tego nie zrobił. 

Strumienie wody lejące się z nieba przemoczyły białą koszulę, którą miał 

na  sobie,  czyniąc  ją  niemal  przezroczystą.  Zobaczywszy  to,  uświadomiła 
sobie,  że  jej  bawełniana  sukienka  jest  także  mokra,  i  szybko  skrzyżowała 
ręce na piersiach. 

-  Przecież  nie  mogłem  cię  tu  zostawić  -  odparł,  nie  patrząc  na  nią.  - 

Angela była ostatnio roztargniona, więc obawiałem się nieco o powodzenie 
tego  planu  z  kluczem.  Pojedźmy  prosto  do  tego  mieszkania  -  może  akurat 
gospodyni tam jest? 

- Nie chciałabym nadużywać twojej uprzejmości. 
- Dlaczego nie? 
- Bo nie... - odparła niepewnie. 
- Nie to nie - oświadczył z uśmiechem. - Wobec tego zawiozę cię tam w 

taki  sposób,  że  nawet  nie  zauważysz.  Myślałem,  że  ci  zależy  na  tym 
mieszkaniu. 

- Zależy - przyznała. - Nie znoszę miejsca, gdzie mieszkam. 
-  Nie  podoba  ci  się  jeden  z  najbardziej  luksusowych  ośrodków 

wypoczynkowych na Bermudach? Panienka jest bardzo wybredna. 

- Dlaczego tak mówisz? - spytała zrozpaczona. 
-  Ponieważ  jestem  okropny.  Przecież  niedawno  rozmawialiśmy  o  tym  - 

odparł  z  niewinną  miną  i  Summer  poczuła,  że  nie  znosi  tego  jego 
uśmieszku. 

- „Okropny" to łagodnie powiedziane! 
Nie  była  jednak  na  niego  zła.  Zachowywał  się  co  prawda  nieco 

obcesowo, lecz jego poczucie humoru stwarzało miłą atmosferę. A poza tym 
sporo chyba rozumiał. Najpierw zauważył, że pierścionek nie pasuje do jej 
ręki,  a  teraz  najwyraźniej  pojmował,  że  nie  chce  się  spotykać  z  Johnem.  I 
mimo wszystko potrafił ją rozbawić. 

-  To  jest  ten  adres.  -  Wręczyła  Randallowi  kartkę,  gdy  wsiedli  do 

samochodu. - Zresztą znasz drogę, na pewno odwiedzałeś Angelę. 

- Nie, ale urodziłem się na Bermudach i trochę znam te wyspy. 
Po  dziesięciu  minutach  dotarli  na  miejsce,  lecz  tu  także  spotkało  ich 

niepowodzenie. Drzwi były zamknięte na siedem spustów. 

-  Podrzuć  mnie  na  przystanek  -  poprosiła  zrezygnowana.  -  Później 

spróbuję zadzwonić do Angeli. 

- Zadzwoń ode mnie - zasugerował uprzejmie. 
- Od ciebie? 

39

RS

background image

 

 

- Tak. W głębi duszy jestem miłosiernym człowiekiem, a na myśl o tym, 

że  mogę  zostawić  cię  na  przystanku  w  taką  pogodę,  kiedy  wyglądasz  jak 
zmokła. 

- Dziękuję, nie musisz kończyć. 
-  No,  wyjątkowo  atrakcyjna  kura...  Summer,  przestań  robić  sceny! 

Zapraszam cię na kolację. 

W  ostatniej  chwili  ugryzła  się  w  język.  Tęskniła  za  czyimś 

towarzystwem,  chciała  spędzić  trochę  czasu  w  prawdziwym  domu  oraz 
zjeść prawdziwą kolację. 

Niebo  powoli  zaczęło  się  przejaśniać,  zza  chmur  błysnęły  pierwsze 

promienie  zachodzącego  już  słońca.  Na  ulicach  ruch  był  niewielki,  gdyż 
większość  turystów  z  przycumowanych  w  porcie  statków  wycieczkowych 
już  była  w  kabinach,  przygotowując  się  do  wieczornych  zabaw  na 
pokładzie. Zapowiadał się wspaniały, ciepły wieczór. 

Nie  rozmawiali  dużo  podczas  jazdy,  ale  po  męczącym  dniu  taka  cisza 

podziałała  na  nich  kojąco.  Summer  rozglądała  się  wokół,  podziwiając 
ukryte  w  tropikalnej  zieleni  domy.  Wszystkie  były  pomalowane  na  kolory 
pastelowe,  a  jednak  każdy  był  inny.  Zjechali  z  głównej  drogi  i 
malowniczymi serpentynami dotarli do osiedla o nazwie Spanish Point. 

-  Tu  mieszkasz?  -  spytała  zaciekawiona,  gdy  Randall  parkował.  Zanim 

zdążył wyłączyć światła, ujrzała jasne mury domu. 

- Niezupełnie - odparł. - To dom moich rodziców. Wyjechali pożeglować 

na Karaiby i zostawili mi dom pod opieką. 

- Na długo pojechali? Na tydzień? 
- Chyba rok. 
-  Rok?  Więc  naprawdę  żeglują?  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  potem 

wybiorą się w rejs naokoło Przylądka Horn? 

-  Zupełnie  możliwe  -  odparł  z  uśmiechem.  -  Zawsze  były  z  nich 

niespokojne  duchy,  a  odkąd  ojciec  przeszedł  na  emeryturę,  nie  pamiętam, 

żeby spędzili w tym domu więcej niż kilka tygodni. Na Bahamach mieszka 
także  moja  siostra,  więc  teraz  pewnie  jakiś  czas  posiedzą  u  niej.  Są  po 
prostu zakochani w swoim jachcie. 

Summer  dostrzegła  przy  drzwiach  małą,  metalową  tabliczkę  z  nazwą 

domu. 

- Panorama - przeczytała. - Czy ten dom zawsze tak się nazywał? 
- Nazwała go tak dopiero moja prababka. 
-  Dopiero?  -  roześmiała  się  Summer.  -  Od  kiedy  ten  dom  należy  do 

twojej rodziny? 

- Od pięciu pokoleń. 

40

RS

background image

 

 

Otworzył drzwi i wpuścił ją do środka. Summer dostrzegła wypisaną na 

jego  twarzy  dumę  i  miłość.  Uświadomiła  sobie,  że  Randall  kocha  to 
miejsce. 

Wkrótce  zrozumiała  dlaczego.  Z  dużych  okien  widać  było  ogród,  który 

biegł w dół zbocza w stronę lazurowych, lśniących wód zatoki. Sufit pokoju 
dziennego  pokryty  był  kasetonami,  zaś  w  jadalni  obok  poprzecinany 
ciemnymi,  drewnianymi  belkami.  W  obu  pokojach  zbudowano  duże 
kominki. 

Drewniane,  delikatne  żaluzje  były  podniesione,  wpuszczając  do  środka 

czerwonawy  blask  zachodzącego  słońca,  co  podkreślało  wyrazistą  barwę 
mebli  wykonanych  z  cedrowego  drewna.  Summer  wszędzie  dostrzegała 

ślady długiej przynależności domu do jednej rodziny. Tu stara maślnica, tam 
pod  oknem  wiktoriański  stolik  do  robótek  z  różanego  drewna,  a  w  kącie 
drewniana  beczułka  wzmocniona  mosiężnymi  okuciami.  Wszystko  było 
wspaniale zachowane. 

- Randall, to miejsce jest cudowne! - zawołała zachwycona. 
- Ja też tak myślę - odparł, starając się ukryć dumę. 
-  Biorąc  pod  uwagę  nieobecność  gospodyni,  muszę  powiedzieć,  że 

utrzymujesz niemal nienaganny porządek - rzekła z zaczepnym uśmiechem, 
patrząc mu w oczy. 

Zauważyła przy tym, że Randall wygląda jakoś niemal arystokratycznie. 

Jasna  cera  i  niebieskie  oczy  wskazywały  na  europejskie,  może  irlandzkie, 
pochodzenie. 

- Dwa razy w tygodniu przychodzi sprzątaczka. 
-  Bardzo  mi  się  spodobały  schody  przed  domem  -  szerokie  na  dole  i 

zwężające się ku górze... 

-  Są  tu  dość  popularne.  Nazywamy  je  schodami  „witających  ramion". 

Musisz przyznać, że to trafna nazwa. 

- A ta rzeźba w ogrodzie? Czy to może jakiś przyjazny duch? 
-  Nie  przypominam  sobie,  żebyśmy  kiedykolwiek  mieli  ducha  -  odparł 

poważnie,  po  czym  rozmarzonym  tonem  dodał:  -  Chociaż  podobno  w 
Tamarisk  Hall  w  Paget  uchował  się  jeden:  kobiety,  która  co  jakiś  czas 
chodzi po domu i szeleści sukniami. 

- Ale nie straszy? 
- Nie, nie straszy, do cholery! 
- Jesteś zazdrosny, prawda? 
-  Oczywiście!  Zawsze  chciałem  mieć  ducha  za  przyjaciela  i  nie  mogę 

wybaczyć swoim przodkom, że o tym nie pomyśleli. Wracając do rzeźby, to 

41

RS

background image

 

 

pochodzi z dziobu jakiegoś statku. Jeśli chcesz, to was przedstawię. Zapalę 
tylko światło. 

Podszedł  do  ściany  i  nacisnął  kontakt.  Ogród,  niczym  teatralna  scena, 

został  rozświetlony  dyskretnym,  żółtawym  światłem.  Z  oddali  dochodził 

łagodny szum morza. 

-  Nasz  ogród  nie  jest  duży,  kończy  się  tam,  na  wysokości  zbiornika  z 

wodą.  Widzisz?  Chodź,  pokażę  ci...  -  Przerwał,  spoglądając  na  Summer.  - 
Nie jest ci zimno w tej mokrej sukience? 

- Nie, już prawie wyschła. Chodźmy. 
Podążyła  za  nim  przez  jadalnię  do  oranżerii,  która  prowadziła  na  dwór. 

Zwiedzanie  ogrodu i  domu  -  kuchni  oraz  czterech  sypialni -  trwało  prawie 
godzinę, lecz Summer ani przez chwilę nie czuła się znudzona. 

-  Z  czego  te  domy  są  zbudowane?  -  spytała,  gdy  stali  w  ogrodzie  przy 

ogromnym zbiorniku na wodę. - Chyba nie z cementu? 

-  Nie,  to  wapień  koralowy.  Świeżo  po  wydobyciu  jest  miękki  i  łatwo 

poddaje się obróbce ale po jakimś czasie na powietrzu twardnieje i zmienia 
kolor z białego na szary. Jak pewno zauważyłaś, zwykle jest malowany... - 
Przerwał, spoglądając na zegarek. - Do diabła, już jest po ósmej, a ja jeszcze 
nie zacząłem przygotowywać kolacji. Musiałem cię solidnie wynudzić i na 
pewno umierasz z głodu. 

- Jestem głodna - przyznała - ale na pewno się nie nudziłam. 
- Jesteś po prostu dobrze wychowana - mruknął. 
-  Nie,  mówię  poważnie.  Proszę,  mów  dalej  o  domach...  Przerwał  jej 

gestem dłoni. 

-  Na  kolację  będzie  tylko  spaghetti  i  sałatka.  Nastawię  wodę,  a  potem 

napijemy się czegoś. 

Odwrócił  się  i  ruszył  w  stronę  kamiennych  schodów  prowadzących  do 

domu. Summer nie pozostało nic innego, jak podążyć za nim. 

- Gin z tonikiem, wino, czy coś lżejszego? 
- Gin z tonikiem - powiedziała. - Pomogę ci zrobić sał... 
-  Nie  ma  mowy.  -  Ujął  ją  mocno  za  ramiona  i  posadził  na  miękkiej, 

jasnozielonej kanapie. - Zostań tu - rozkazał, po czym poszedł do kuchni. 

Przez  kilkanaście  sekund  czuła  ciepło  pozostawione  przez  jego  dłonie. 

Miała  wrażenie,  że  dotknęły  nie  jej  sukienki,  a  nagiej  skóry.  Dobiegły  ją 
odgłosy krzątaniny w kuchni i poczuła niepokój, który kazał jej wstać. 

- Nie każ mi siedzieć tam samej - powiedziała, stając w drzwiach kuchni. 

- Chcę z tobą rozmawiać. Obiecuję, że nie dotknę sałatki. 

- Wolę gotować w samotności - mruknął. 

42

RS

background image

 

 

Jedną  ręką  mieszał  sos,  drugą  starał  się  wrzucić  makaron  do  garnka  z 

wrzącą  wodą.  Kiedy  skończył,  odkręcił  kran  i  pod  bieżącą  wodą  umył 
główkę sałaty. 

- A jeśli obiecam, że będę milczeć i patrzeć tylko w swoją szklankę? 
- Niech będzie. 
Gin  z  tonikiem  przestał  jednak  wyglądać  interesująco,  gdy  roztopił  się 

lód  i  uleciały  bąbelki.  Na  swoje  usprawiedliwienie  pomyślała,  że  przecież 
oko ludzkie jest stworzone do oglądania rzeczy będących w ruchu. Czyli po 
prostu musi patrzeć na Randalla. 

Układał  właśnie  liście  sałaty  w  dużej  misce.  Jak  na  tak  postawnego 

mężczyznę,  poruszał  się  bardzo  lekko.  Dzisiaj  mówił  jakoś  serdeczniej, 
słuchał jej uważniej... Wrażliwość odbijała się także w wyrazie jego twarzy. 
Patrzyła  na  jego  wyraziste  usta,  niebieskie  oczy,  które  potrafiły  być 
znacznie cieplejsze, niż wskazywał na to ich kolor... 

- Miałaś zająć się swoją szklanką! 
- Przepraszam. Nie umiem siedzieć bezczynnie, kiedy inni pracują. 
- Zdążyłem to zauważyć. 
- Naprawdę? 
-  Dawno  nie  widziałem  kogoś,  kto  by  z  takim  zapałem  stemplował 

kwestionariusze. 

-  Kiedy  się  nudzę,  zaczynam  ogryzać  paznokcie.  Nie  śmiej  się!  Co 

prawda udało mi się wreszcie wyrwać ze szponów nałogu, ale... 

- Będziesz mnie obwiniać za nawrót choroby? Skinęła potakująco głową. 
- Owszem, więc jeśli miałbyś jakieś srebro do wypolerowania... 
- Dopraw sałatę. Zadowolona? 
- Dzięki, Randall. 
W  małym  dzbanuszku  wymieszała  w  odpowiednich  proporcjach  ocet 

winny,  oliwę  i  przyprawy.  Nagle  znieruchomiała,  uświadamiając  sobie,  że 
Randall ją obserwuje. Spojrzała na niego pytająco. 

-  Przepraszam,  zaciekawiłaś  mnie.  Jak  długo  po  ślubie  z  Johnem 

zamierzałaś  pracować?  -  Widząc  wyraz  jej  twarzy,  wycofał  się  szybko.  - 
Przepraszam, chyba wkroczyłem na zakazany teren... 

-  Nie  -  odrzekła  ostrożnie.  -  Mówiłam,  że  nasza  decyzja  o  zerwaniu 

zaręczyn była wspólna. 

-  Żeby  być  wobec  ciebie  uczciwym,  powiem  ci,  że  sam  jestem  ofiarą 

młodzieńczego rozwodu. 

- Czyli i młodzieńczego małżeństwa? 
-  Gorzej,  małżeństwo  było  dziecinne.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Byliśmy 

oboje  zaharowanymi  studentami  medycyny,  szukającymi  w  związku 

43

RS

background image

 

 

wytchnienia  i  spokoju.  Rozwód  był  przyspieszonym  kursem  dorastania. 
Formalnie  dokonał  się,  kiedy  wróciłem  tutaj  z  Bostonu.  Emocjonalnie 
pozbierałem  się  dopiero  niedawno.  Czy  uczciwie  zapłaciłem  za  swoją 
ciekawość? 

-  Nawet  przepłaciłeś.  Wracając  do  mnie  i  Johna,  to  nigdy  nie  chciałam 

być bogatą żoną, spędzającą czas na plotkach i opalaniu. 

- Więc dlaczego...? Przepraszam, nie powinienem zadawać takich pytań. 

- Roześmiał się nerwowo. - Wyłażą ze mnie najgorsze cechy. 

- Chciałeś spytać, dlaczego ja i John się zaręczyliśmy? 
- Cóż, tak. Chociaż wiem, że to nie moja sprawa. 
-  Sama  chciałabym  wiedzieć  -  rzekła  Summer  z  namysłem.  -  Myślę,  że 

potrzebowaliśmy  się  nawzajem,  a  potem  uznaliśmy,  że  jednak  lepiej  nam 
będzie osobno. Inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć. 

- Albo nie chcesz. 
- Sam mi któregoś dnia poradziłeś, żeby nowych znajomych traktować z 

dystansem. 

-  Tak...  -  Zamilkł  na  chwilę.  -  Powinienem  zachować  takie  rady  dla 

siebie. Wydaje mi się, że znamy się już długo. 

-  Masz  rację  -  przyznała,  po  czym  szybko  dodała:  -  Tak  się  często 

wydaje, kiedy z kimś pracujesz. Trochę inaczej jest z osobami, które znasz 
prywatnie. 

Spojrzeli  na  siebie;  poczuła  przyspieszone  bicie  serca,  a  jednocześnie 

odniosła wrażenie, że otaczający ją świat zwolnił swój bieg. Coś czuła, coś 
się w niej rodziło, lecz ponieważ tego nie rozumiała, zaczynała się bać. 

Nie teraz, nie dzisiaj! - zdawał się krzyczeć jej umysł. 
Patrzyli  na  siebie  przez  długą  chwilę,  w  powietrzu  wyczuwalne  było 

napięcie.  Randall  odetchnął  w  końcu  głęboko,  po  czym  zdusił  pod  nosem 
przekleństwo,  gdy  usłyszeli  syczący  odgłos  wody,  która  wykipiała  na 
kuchenkę. Randall chwycił garnek i wstawił go do zlewu. 

-  Zapomniałem  o  makaronie,  nie  utarłem  sera,  nie  skończyłem  sałaty  i 

nie podgrzałem pieczywa. 

W  ciszy  skończyli  przygotowywanie  posiłku.  Summer  starła  ser, 

zadowolona,  że  ma  czym  się  zająć.  Nie  opuszczała  jej  świadomość,  że  są 
sami  w  domu,  który  musiał  w  swojej  historii  być  schronieniem  dla  wielu 
par. 

Stylowe  meble  zdawały  się  tworzyć  zmysłową  atmosferę.  Summer 

zapragnęła  pogładzić  palcami  gładką  powierzchnię  polerowanego  drewna, 
powąchać  suszone  płatki  kwiatów  znajdujące  się  w  ażurowej  miseczce  na 
stoliku  do  robótek,  chciała  usiąść  na  stopniach  schodów  prowadzących  do 

44

RS

background image

 

 

ogrodu  i  słuchać  łagodnego  szumu  morza.  Pragnęła  wreszcie  czuć  zapach 
skóry  mężczyzny,  dotykać  jego  ciała,  wsłuchiwać  się  w  rytm  jego 
oddechu... 

Przez  głowę przemknęła  jej  myśl, że  nie  powinna  była  tu  przychodzić  i 

że  nie  może  ulegać  swoim  fantazjom,  spowodowanym  zmęczeniem  i  zbyt 
dużą ilością wypitego ginu. 

- Hm, makaron nie jest tak rozgotowany, jak myślałem - rozległ się głos 

Randalla. 

Wydawało  się,  że  on  też  szuka  bezpiecznego  sposobu  wycofania  się  i 

celowo  zakłóca  ciszę.  Brzęknęła  pokrywka  garnka,  którą  zbyt  gwałtownie 
odłożył, trzasnęły drzwiczki piecyka, do którego zamaszyście wrzucił bułki, 
zadźwięczały stojące na lodówce słoiki, gdy otwierał ją, aby schować ser. 

-  Zadzwonię  do  Angeli  -  powiedziała,  gdy  skończyła  robić  sałatę.  - 

Pewno  wie,  dlaczego  pani  Capshaw  nie  było  w  domu.  Wezmę  jej  numer 
telefonu, żeby się umówić po odbiór kluczy. 

-  Telefon  jest  w  na  stoliku  w  holu  -  rzekł  Randall.  Niestety,  po  drugiej 

stronie odpowiedziało jej milczenie. 

- Kolacja podana! - oznajmił Randall, gdy wróciła do kuchni. 
Stół  był  już  nakryty.  Talerze  stały  na  plecionych,  okrągłych  matach,  a 

sztućce  leżały  na  błękitnych,  płóciennych  serwetkach.  Na  środku  stołu 
gospodarz  umieścił  ceramiczne  podstawki,  chroniące  błyszczące  drewno 
blatu  przed  gorącymi  garnkami.  Summer  z  lekką  obawą  spoglądała  na 
butelkę  czerwonego  wina  i  dwa  kieliszki.  Czy  gin,  który  wypiła,  nie 
spowodował już dość kłopotów? 

Podczas  kolacji  rozmawiali  o  pracy,  polityce i podróżach.  Nie  poruszali 

spraw  osobistych,  nie  wspominali  o  swych  przeszłych  związkach.  Po 
jedzeniu  pozmywali  naczynia,  a  potem  zrobili  kawę  i  poszli  do  salonu. 
Randall poczęstował ją czekoladkami z likierem, mówiąc: 

- Mam nadzieję, że nie są przeterminowane. Były znakomite. 
-  Nie  jesteś  śpiąca,  Summer?  -  spytał  w  końcu,  gdy  już  się  zdawało,  że 

stracili poczucie czasu. 

- Nie - odparła leniwie. - Ale trochę się rozmarzyłam. 
Miałam nadzieję, że kawa mnie sprowadzi na ziemię, ale jakoś... 
-  Nie  dziwię  się.  Zrobiłem  kawę  bezkofeinową.  Przepraszam, 

powinienem był cię spytać. 

- Kawa była wspaniała, ale powiedz mi, która godzina? 
- Nie mam pojęcia. A czy ma to jakieś znaczenie? 
-  Cóż,  jutro  idę  do  pracy,  a  czeka  mnie  jeszcze  wyjaśnienie  sprawy 

mieszkania. Myślę, że powinnam... 

45

RS

background image

 

 

- Masz rację. Pójdę do jadalni, tam jest zegar. 
-  Prawdę  powiedziawszy,  nie  spodziewałem  się,  że  już  jest  tak  późno  - 

oznajmił po powrocie. - Dziesięć po jedenastej. 

Summer zerwała się na równe nogi. 
- Boże, już za późno, żeby dzwonić do Angeli. Muszę odłożyć wszystko 

do jutra. - Znaczyło to, że będzie musiała spędzić jeszcze jedną noc w Rose 
Beach.  Napotkawszy  spojrzenie  Randalla,  wiedziała,  że  odgadł  jej  myśli. 
Wyciągnął z kieszeni kluczyki i zabrzęczał nimi. 

- Jedziemy. 
- Nie, wezmę taksówkę. 
- Chcesz czekać pół godziny, zanim tu dotrze? 
- Masz rację. Nie wiesz, gdzie położyłam torebkę? 
- Gdzieś ją widziałem... 
- Pomyślmy... 
Rozmawiali i szukali torebki w tym samym czasie na bardzo niewielkiej 

przestrzeni, i musieli w końcu na siebie wpaść. Summer otrzymała tak silny 
cios łokciem w skroń, że się zachwiała, a przed upadkiem uchroniła ją tylko 
ręka Randalla. 

- Przepraszam! - zawołał. - Nic ci nie jest? 
- Nie... 
- Jesteś pewna? - spytał, drugą ręką pocierając łokieć. 
Potem  położył  dłoń  na  szyi  Summer,  a  kiedy  ta  dłoń  zsunęła  się  na  jej 

plecy, żadne z nich nie myślało już o swych ranach. Bezwiednie przyciągnął 
ją  do  siebie  i  gorąco  pocałował.  Nie  broniła  się,  choć  przez  myśl 
przemknęło  jej  pytanie:  Czy  nie  za  szybko?  Jeszcze  trzy  dni  temu  była 
przecież narzeczoną innego mężczyzny i chociaż już wiedziała, że nie kocha 
Johna, poczuła, że nie jest jeszcze gotowa na nowy związek. Gdy odwróciła 
lekko głowę, wargi Randalla przesunęły się na jej policzek, a potem szyję. 

- Randall, proszę! - szepnęła, odsuwając się gwałtownie. 
- Masz rację - powiedział. - Przepraszam. 
- Widzisz, ja... 
-  Nic  nie  mów,  Summer.  Byliśmy  dziś  bardzo  szczerzy  wobec  siebie, 

więc  tak  samo  wprost  powiem  ci,  że  rozumiem  twoje  uczucia  i  nie 
zamierzam cię do niczego zmuszać. - Odsunął się o krok i ponownie wyjął z 
kieszeni kluczyki. - Na czym to skończyliśmy? Aha, twoja torebka! 

Summer  z  wysiłkiem  przypomniała  sobie,  że  położyła  ją  za  kanapą. 

Schyliła się, żeby ją podnieść. 

- Gotowa? - spytał Randall. 
- Gotowa - odparła, chociaż wiedziała, że to nieprawda. 

46

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
-  Summer,  chciałabym  się  nauczyć  samodzielnie  sprawdzać  poziom 

cukru we krwi i przejść  na jedno wstrzyknięcie  - oznajmiła młoda kobieta, 
która w poniedziałek rano przyszła do ośrodka. 

-  Zachęcamy  pacjentów  do  samodzielnego  monitoringu  -  odparła  z 

wahaniem  Summer  -  ale  częstsze  iniekcje  są  bezpieczniejsze.  Gorzej  się 
czujesz? 

Summer nie widziała jeszcze Penny Malley, lecz często udzielała jej rad 

przez  telefon  i  w  ten  sposób  się  zaprzyjaźniły.  Penny  miała  dwadzieścia 
jeden lat, a w wieku lat czterech wykryto u niej cukrzycę insulino-zależną. 

-  Nie.  -  Penny  wzruszyła  ramionami.  -  Co  jakiś  czas  mam  objawy 

niedocukrzenia  albo  przecukrzenia,  ale  to  normalne.  Chodzi  o  to,  że 
niedawno przeczytałam wyniki badań bostońskich. Wiesz, o czym mówię? 

-  Myślisz  zapewne  o  tym  raporcie  dotyczącym  możliwych  następstw 

cukrzycy? 

- Właśnie. Nie chcę oślepnąć, stracić nerek ani stóp! 
- Wiem. 
- Nieważne, jak często będę musiała kłuć się w palec... 
- Cóż, najpierw musisz porozmawiać z doktorem Macleayem. 
- A czy mogłabym teraz? Chciałabym zacząć jak najszybciej. 
-  Dzwonił  ze  szpitala,  że  się  spóźni.  -  Summer  odebrała  telefon  i 

wiedziała,  że  wczesnym  rankiem  do  szpitala  przywieziono  młodego, 
dwudziestoczteroletniego  mężczyznę  w  stanie  śpiączki  w  kwasicy 
ketonowej. Prawdopodobnie teraz Randall walczy o życie tego człowieka. - 
A  dlaczego  tak  nagle  zaczęło  ci  na  tym  zależeć?  Wyniki  badań,  o  których 
rozmawiałyśmy, są znane już od kilku lat, a jeśli je uważnie przeczytałaś, to 
wiesz,  że  stosowanie  metody  samokontroli  praktycznie  eliminuje  ryzyko 
powikłań. 

-  No  więc  postanowiłam  być  odpowiedzialna...  -  Ładna  twarz  Penny 

pokryła się rumieńcem. - Poznałam kogoś, kogo bardzo polubiłam i myślę, 

że nie byłoby uczciwe, gdyby musiał się kiedyś opiekować kaleką. Jeszcze 
mu nie powiedziałam, że mam cukrzycę. 

- Nie musisz się spieszyć - rzekła Summer. 
Ten  problem  często  się  pojawiał  w  jej  rozmowach  z  pacjentami:  kiedy 

należy powiedzieć drugiej osobie o swojej chorobie? 

-  Czuję,  że  powinnam.  -  Penny  zmarszczyła  brwi.  -  Oszukuję  go, 

wymykam się  ukradkiem, żeby  zrobić  zastrzyk.  Udaję, że jestem  na  diecie 
odchudzającej... 

47

RS

background image

 

 

- Boisz się jego reakcji? - spytała Summer. 
- Tak. 
- Wiem, że to trudne... 
- Tak - przytaknęła Penny smutno, lecz po chwili w jej głosie zabrzmiała 

nuta  nadziei.  -  Ale  jeśli  mu  powiem,  że  właściwie  kontrolowana  cukrzyca 
nie powoduje kłopotów... 

-  Może  zapiszę  cię  do  doktora  Macleaya  na  jutro?  -  zaproponowała 

Summer. - A potem weźmiemy się do nauki. 

- Och, to cudownie! A kiedy już wszystko opanuję, powiem Larry'emu. 
Po  wyjściu  dziewczyny  Summer  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  nie  może 

zrobić  dla  niej  czegoś  więcej.  Pomyślała,  że  pewno  Randall  wpadnie  na 
jakiś pomysł; kto jak kto, ale on umie pomagać pacjentom. Uśmiechnęła się, 
przypomniawszy  sobie,  jak  protestował  przeciwko  wyrzuceniu  z  pracy 
Alana,  kelnera  z  restauracji  w  Hotelu  Elizejskim.  Zagroził  właścicielowi 
procesem sądowym i bojkotem lokalu i właściwie cieszył się, że do tego nie 
doszło. 

-  Nie  wyobrażam  sobie  spędzania  weekendów  na  manifestacjach  - 

opowiadał później z uśmiechem. 

- Jakich manifestacjach? - spytał Steve z przerażeniem w oczach. 
-  Raz  czy  dwa  w  czasach  studenckich  brałem  udział  w  czymś  takim. 

Właściwie to nawet nie pamiętam, o co chodziło. Powinienem się wstydzić, 
prawda? 

- Nigdy nie wiem, kiedy żartujesz! - Steve pokręcił z naganą głową. 
- Ja też nie... 
Summer uśmiechnęła się ponownie. Poczucie humoru Randalla łagodziło 

stany  napięcia,  tak  jak  na  przykład  w  piątek  wieczorem.  Niemniej  oboje 
czuli, że coś się zaczęło... 

Randall wrócił ze szpitala po kwadransie. Zdawkowo przywitał Summer, 

skinął głową Lesley Harper i zniknął w kuchni. Pacjent spóźniał się, co nie 
było  dziwne,  biorąc  pod  uwagę,  że  był  nim  Brian  Page  -  zbuntowany 
nastolatek, którego Summer poznała pierwszego dnia pracy. 

-  Gdzie  jest  moja  filiżanka?  -  Randall  z  hałasem  otwierał  szafki.  -  A, 

tutaj! To pewnie nowa sprzątaczka ją schowała. 

-  Usiądź,  Randall  -  zaproponowała  Summer,  widząc,  że  stoi  nad 

ekspresem do kawy. - Dopiero go włączyłeś. 

- Co? A, rzeczywiście. 
- Miałeś ciężki ranek? 

48

RS

background image

 

 

-  Tak.  -  Usiadł  z  westchnieniem  na  krześle  i  patrzył  przed  siebie 

nieobecnym  wzrokiem.  -  Mało  brakowało...  Poziom  cukru  sięgnął  niemal 
tysiąca. 

- O Boże! 
- Zanim dojechałem do  szpitala, lekarz dyżurny wpadł w panikę i podał 

mu  zbyt  dużą  dawkę  insuliny,  co  spowodowało  wstrząs.  Jeszcze  nie 
odzyskał przytomności. 

- Uszkodzenie mózgu? - spytała, marszcząc czoło. 
- Nie, na pewno nie! 
Mimo  kategorycznego  zaprzeczenia,  w  głosie  Randalla  zabrzmiała 

niepewność. Summer podświadomie poczuła, że coś jest nie w porządku. 

Aby 

uniknąć 

niedocukrzenia, 

podałem 

mu 

dożylnie 

pięćdziesięcioprocentowy  roztwór  glukozy.  Kiedy  wychodziłem,  poziom 
cukru był jeszcze wysoki, ale bezpieczniej jest obniżać go stopniowo. 

- Oczywiście... 
- Nie można ryzykować następnego wstrząsu. Jeszcze trzeba zmniejszyć 

poziom  acetonu  w  moczu  i  przywrócić  równowagę  płynów.  Myślę,  że 
wkrótce odzyska przytomność. Summer... 

- Tak? 
- Problem w tym - wstał i ujął ją za ręce - że to John. 
- O Boże, nie! - Wyrwała dłonie i oparła się o blat. 
-  Nie  bardzo  wiedziałem,  jak  ci  to  powiedzieć.  W  każdym  razie 

niebezpieczeństwo minęło. 

- Dziękuję. 
- Ciągle ci na nim zależy, prawda? - spytał cicho. 
-  Oczywiście  -  odparła  automatycznie,  po  czym,  zrozumiawszy  intencje 

Randalla  i  zobaczywszy  jego  spojrzenie,  dodała:  -  Ale  nie  w  sposób,  o 
którym myślisz. 

- Nie? - Zdziwiła się, że jedno krótkie słowo może wyrazić tyle uczuć i 

nadziei. 

- Boję się o Johna jak o przyjaciela i pacjenta. Powiedz mi, w jaki sposób 

doprowadził się do tego stanu? 

- Miałem nadzieję, że ty mi powiesz. 
-  Nie  wiem,  nie  widziałam  go  ostatnio.  Dwa  dni  po...  kolacji  z  tobą 

przeprowadziłam  się  do  mieszkania  Angeli.  Z  Johnem  rozmawiałam  tylko 
przez telefon. 

- Nie widywaliście się... 
Zabrzmiało to jak stwierdzenie, nie pytanie. 

49

RS

background image

 

 

- Nie - przyznała. - Ale to chyba naturalne, prawda? Skinął z namysłem 

głową. 

-  Miałem nadzieję,  że  powiesz  mi  coś,  czego nie wiedziałem.  -  Dotknął 

delikatnie  jej  policzka  -  Przepraszam,  Summer.  Myślę,  że  powinienem 
raczej porozmawiać ze Steve'em. 

- Jestem pewna, że zrobiłeś wszystko... 
- Technicznie i medycznie - tak. Ale sama wiesz, że w leczeniu cukrzycy 

to nie wystarczy. Czy będziesz w stanie go odwiedzić? 

- Oczywiście. Pójdę dziś po pracy. 
-  Nie  byłem  pewny,  czy  nie  będzie  to  dla  ciebie  trudne.  No  dobrze,  a 

teraz powiedz mi, co się tu działo. 

Opowiedziała  mu  o  wizycie  Penny  i  jej  postanowieniu,  aby  rozpocząć 

badanie  poziomu  cukru  we  krwi  zamiast  łatwiejszego,  lecz  mniej 
dokładnego badania poziomu glukozy w moczu. 

-  Bardzo  dobrze!  -  rzekł  Randall.  -  A  pomyśleć,  że  jeszcze  niedawno 

uciekała na widok lekarza... 

-  Myślę,  że  jest  to  kwestia  dodatkowej  motywacji  -  uśmiechnęła  się 

Summer,  opowiadając  Randallowi  o  przyjacielu  Penny.  Nie  wspomniała 
jednak o jej obawach. 

- Hm, szczęściarz! Mam nadzieję, że jest jej wart. Summer wiedziała, że 

mówiąc to, Randall chciał wyrazić 

obawę,  czy  Penny  nie  zostanie  odrzucona  przez  swego  przyjaciela,  gdy 

ten dowie się o jej chorobie. 

-  Zachowujesz  się  jak  troskliwy  ojciec  -  roześmiała  się  Lesley, 

podchodząc do nich. Summer musiała przyznać jej ragę; Randall zawsze tak 
reagował,  kiedy  widział,  że  ktoś  w  jakikolwiek  sposób  dyskryminuje 
chorych  na  cukrzycę.  -  Dzwoniła  pani  Page  -  ciągnęła  Lesley.  -  Sama 
zamykała  za  Brianem  drzwi,  kiedy  wychodził  do  nas,  a  przed  chwilą 
znalazła  go  w  jego  pokoju,  oglądającego  film  na  wideo.  Kazała  cię 
przeprosić. 

-  To  nie  jej  wina.  Brian  jest  na  tyle  dorosły,  że  musi  odpowiadać  za 

siebie. 

-  Zadzwonię  do  nich  i  umówię  go  -  wtrąciła  Summer,  zadowolona  ze 

zmiany tematu. 

Oczy  Johna  były  zamknięte  i  nie  zauważył  wejścia  Summer.  Stała  w 

progu bez ruchu,  czując  napływające  do  oczu łzy.  Wyglądał jak  tego  dnia, 
gdy zobaczyła go po raz pierwszy w angielskim szpitalu. 

- John - szepnęła, lecz nie usłyszał. 

50

RS

background image

 

 

Wyglądał  bardzo  źle.  Powoli  otworzył  oczy,  a  gdy  dostrzegł  Summer, 

wyszeptał jej imię. 

- Tak, to ja - odpowiedziała, podchodząc do łóżka i biorąc go za rękę. 
- Dzięki. 
- Co się stało, John? 
- Pomyślałem,  że  jak  przestanę  brać  insulinę,  trzustka zacznie  działać.  - 

Wzruszył ramionami. - Przed twoim przyjazdem dawała sobie radę sama. 

- John! 
-  Dobrze,  to  nie  było  zbyt  mądre.  Ale  nie  mogę  sobie  poradzić  z  tymi 

ciągłymi  zastrzykami.  Alex  chciała  mi  pomagać,  ale  to...  -  Roześmiał  się  i 
nie skończył zdania. 

-  Myślę,  że  powinieneś  skorzystać  z  jej  oferty  -  zasugerowała  ostrożnie 

Summer. 

- Nie bądź głupia! 
Umilkł. Po chwili Summer spytała: 
- Chcesz, żebym poszła? 
- Cóż, nie masz po co zostawać. 
- W porządku, John. Zadzwoń, gdybyś mnie potrzebował. 
- Dziękuję. Wpadnij może za kilka dni, pewno jeszcze tu będę. 
- Dobrze. Czy Alex już cię odwiedziła? 
-  Nie,  i  nie  mów  jej  o  moim  stanie!  Myśli,  że  jestem  w  Nowym  Jorku, 

więc... 

-  W  porządku  -  przerwała  mu  szybko.  -  Jeśli  nie  chcesz,  to  nie.  Ale 

wydaje mi się, że powinieneś... 

- Daj spokój, Summer - poprosił słabym głosem. Najwyraźniej rozmowa 

go wyczerpała. 

Summer pożegnała się i wyszła. Miała wrażenie, że jej związek z Johnem 

istniał bardzo dawno i trwał kilka chwil. Po raz kolejny uznała, że decyzja o 
rozstaniu była słuszna. 

W  ośrodku  czekał  na  nią  Randall.  Prócz  niego  był  tylko  Steve,  który 

ślęczał  nad  papierkami  w  gabinecie.  Na  widok  Randalla  Summer 
przygotowała  się  do  odparcia  pytań,  które  jednak  nie  padły.  Spojrzała  na 
niego z wdzięcznością. 

- Chciałabyś pożeglować? - spytał wprost. 
- Teraz? 
- Czemu nie? Prognozy pogody są dobre. 
- Naprawdę? A jakie jeszcze czynniki powinniśmy wziąć pod uwagę? 
- Może ty mi powiesz? 
- Hmm... 

51

RS

background image

 

 

-  Więc  dobrze.  Kolację  zjemy  na  pokładzie  -  oznajmił  takim  tonem, 

jakby decyzja o wspólnej wyprawie została dawno podjęta. 

Cienie  wydłużały  się,  lecz  niebo  ciągle  zachowywało  błękitny  odcień. 

Lekki  wieczorny  wiatr  chłodził  twarz  Summer,  wchodzącej  na  drewniane 
molo,  przy  którym,  wśród  dziesiątków  innych,  zacumowany  był  jacht 
Randalla. 

Uśmiechnęła  się,  przypominając  sobie  scenę  sprzed  kilku  dni,  kiedy  to 

Randall wszedł do biura, pokazał pocztówki od rodziców i powiedział: 

- Chyba nie zamierzają zbyt szybko wrócić. 
Jakiś  czas  temu  udało  jej  się  nawiązać  kontakt  z  matką,  która  bardzo 

filozoficznie przyjęła wiadomość o zerwanych zaręczynach córki: 

-  Miałaś  rację,  że  zakończyłaś  ten  związek,  kochanie.  Zawsze  trzeba 

postępować  tak,  jak  podpowiada  ci  intuicja.  Jesteś  tylko  ziarenkiem  w 
młynku przeznaczenia. 

Niestety,  próba  skontaktowania  się  z  ojcem  spełzła  na  niczym.  Flower 

Westholm także to umiała wytłumaczyć: 

-  Myślę,  że  on  nie  chce,  żebyśmy  się  z  nim  kontaktowały.  Summer 

spodziewała  się  chłodnego  wieczoru,  więc  wzięła  z  domu  żakiet.  Oprócz 
tego  miała  na  sobie  beżowe  dżinsy  oraz  marynarską,  turkusowo-białą 
bluzkę. 

Zatrzymali się przed jedną z nowszych żaglówek. Randall lekko skoczył 

na  pokład  i  wyciągnął  rękę,  by  pomóc  Summer.  Jej  skok  nie  był  tak 
zgrabny; jacht zakołysał się pod jej ciężarem i upadłaby, gdyby Randall nie 
chwycił jej za rękę. 

- Poćwiczymy później skoki - oznajmił. 
- Dziękuję za prawdę! 
-  Przepraszam.  -  Jego  ton  mówił  coś  zupełnie  innego.  - Poczekaj,  pójdę 

się przebrać. 

Zniknął na chwilę pod pokładem, a gdy pojawił się z powrotem, ubrany 

był w stare dżinsowe szorty i białą koszulkę w niebieskie paski. 

- Trzeba zrobić kilka rzeczy - powiedział. - Pomożesz mi? 
-  No  tak  -  poskarżyła  się  Summer,  obierając  za  powiernika  aluminiowy 

maszt. - Kiedy gotował, nie chciał mojej pomocy, ale teraz, wiedząc, że nie 
mam pojęcia o żeglowaniu, zmienił zdanie. 

Na  szczęście  Randall  powstrzymywał  się  od  docinków,  których  się 

spodziewała,  dzięki  czemu  wkrótce  poczuła  się  pewniej  i  po  jakimś  czasie 
zaczęła się uważać za niemal doświadczonego członka załogi. 

Jacht  nazywał  się  ,Aquamarine"  i  Summer  musiała  przyznać,  że  ta 

wytworna nazwa do niego pasowała. 

52

RS

background image

 

 

-  Pięć  i  pół  metra  długości,  cztery  koje  -  wyjaśnił  Randall,  widząc  jej 

zaciekawione  spojrzenia.  -  Kupiłem  go  po  powrocie  z  Bostonu.  Długo 
oszczędzałem. Zawsze, kiedy udało mi się wpłacić na konto kilka dolarów, 
czułem  się  bliżej  domu.  A  kiedy  go  już  miałem,  zostałem  bez  grosza  i 
musiałem jeździć do pracy skuterem. Wiem, że moje priorytety mogą ci się 
wydać dziwne... 

-  Nie,  skądże  -  zaprotestowała  z  uśmiechem.  -  Myślę,  że  jazda  na 

skuterze jest lepsza niż pływanie po morzu łodzią wiosłową. 

- Cieszę się, że tak myślisz. Pływałaś już jachtem? 
- Nie, chociaż zawsze chciałam spróbować. Pewno każdy szczur lądowy 

tak mówi, prawda? 

-  Owszem  -  przyznał.  -  Mam  nadzieję,  że  należysz  do  tych,  którzy  nie 

tylko mówią, ale też tak myślą. 

Wskoczył na pomost, odcumował jacht i wrócił na pokład. Pociągnął za 

linkę, zapalając mały boczny silnik. Gdy wypłynęli z zatłoczonej przystani, 
zgasił go i wciągnął żagiel na maszt. 

-  Mam  jeszcze  spinakera  -  wyjaśnił  -  ale  myślę,  że  dzisiaj  go  nie 

wciągniemy. Spinakera używasz wtedy, kiedy chcesz, żeby wiatr potargał ci 
włosy. Chyba nadeszła pora, żebyś dowiedziała się czegoś o halsowaniu? 

Przez pierwsze dwadzieścia minut płynęli zygzakiem po zatoce i Randall 

próbował  uczyć  Summer  żeglarstwa.  Potem  przygotował  jej  zimny  napój 
cytrynowy, poprosił, by usiadła, a sam zajął się jachtem. Obserwowała, jak 
zręcznie się  poruszał  i  z  jaką  łatwością  zwijał  kołowrotkiem liny.  Wkrótce 
dopłynęli  do  zacisznej  wyspy,  której  mieszkańcy  wynajmowali  turystom 
domki. 

Zapadał  mrok,  na  niebie  co  chwila  pojawiała  się  nowa  gwiazda.  W 

oknach przybrzeżnych domków zaczęły zapalać się światła, rzucające żółty 
blask  na  ciemnogranatową  powierzchnię  wody.  Randall  spuścił  żagiel  i 
zacumował  jacht.  Jedynymi  dźwiękami,  które  zakłócały  ciszę,  był  łagodny 
szum  wody  uderzającej  o  burty  oraz  delikatny  świst  wiatru  poruszającego 
olinowanie. 

-  Co  mamy  na  kolację?  -  spytała  Summer.  -  I  jak  mogę  ci  pomóc? 

Jeszcze nigdy nie gotowałam w kambuzie, ale chętnie się nauczę. 

-  Dziś  nie  gotujemy  -  odparł  -  chociaż  poruszanie  się  w  dwójkę  w 

kambuzie mogłoby dostarczyć ciekawych wrażeń. 

- Cóż, w takim razie wysiadam - zaprotestowała Summer. 
-  Obrazisz  wtedy  śmiertelnie  jedną  z  najstarszych  firm  na  Bermudach, 

która  zajmuje  się  przygotowywaniem  jedzenia  na  pikniki.  Prowadzi  ją 
przyjaciółka  mojej  matki,  Helen  Burkett,  i  jestem  pewien,  iż  mimo  że  nie 

53

RS

background image

 

 

dałem  jej  dużo  czasu  na  przygotowanie,  to  jedzenie,  które  nam  dała,  jest 
znakomite. 

Zniknął pod pokładem, a kiedy po chwili się pojawił, niósł dwa ogromne 

kartony. Ilość specjałów, które z nich wyjął, wystarczyłaby dla całego stada 
wilków  morskich.  Chleb,  zimne  mięso  i  dwa  rodzaje  sosu,  sery,  owoce 
morza,  trzy  rodzaje  sałatek,  a  do  picia  owocowy  poncz.  Potem  Randall 
przystąpił  do  nakrywania  stołu:  wyjął  sztućce,  talerze,  serwetki  i  kieliszki. 
Po  głównym  posiłku  podał  na  deser  delikatne  ciasto  z  owocami.  Dopiero 
pod  koniec  zauważyli  przystawki:  kraby  i  malutkie  kanapki  z  grzybami. 
Randall nie wydawał się zmartwiony. 

- Zjem je jutro na śniadanie - oznajmił. 
- Śniadanie? 
- Może lunch. 
Otworzył  butelkę  szampana  i  rozlał  złotawy,  połyskujący  płyn  do 

kieliszków. 

-  Jakie  to  miłe  z  twojej  strony,  Randall  -  rzekła  Summer.  -  Myślę,  że 

powinniśmy wznieść toast. 

-  Właśnie  o  tym  myślałem  -  odparł  z  uśmiechem,  wznosząc  kieliszek. 

Musujący płyn błysnął w strumieniu światła z kabiny. - Za... za... 

Nie  udało  się,  natchnienie  gdzieś  uleciało.  Roześmiali  się  oboje  i 

kieliszki  brzęknęły  bez  toastu.  Szampan  miał  delikatny,  wytrawny  smak,  i 
po chwili oba kieliszki były puste. 

-  Nie  jestem  szczególnym  miłośnikiem  szampana  -  wyznał  -  ale  dziś 

mógłbym wypić całą butelkę. 

- Zupełnie jak ja. Musiał być chyba bardzo drogi. 
-  Chateau  Roignaix.  -  Wzruszył  ramionami,  gdy  odcy-frował  gotycki 

napis na etykiecie. - Nigdy o takim nie słyszałem. 

- Ja znam tylko Veuve Clicquot... 
- Czyżbyś też oglądała ten film z Bondem? 
- Bingo. 
- Dolać ci? 
- Nie, dziękuję - odrzekła, niespodziewanie poważniejąc. 
Umilkła  na  moment,  próbując  znaleźć  wytłumaczenie.  -  Pierwszy 

kieliszek był cudowny, ale nie wiem, jak bym się czuła po drugim. 

-  Hmm...  -  Wstał  i  wyjął  jej  z  ręki  pusty  kieliszek.  -  A  o  pocałunkach 

myślisz to samo? Że ten drugi będzie gorszy? Mam nadzieję, że już nie jest 
za wcześnie... 

54

RS

background image

 

 

Nie czekał na odpowiedź. Poczuła na ustach gorzkawy smak szampana i 

dotyk  dłoni  na  twarzy.  Po  chwili  jego  ręce  przesunęły  się  na  jej  ramiona  i 
zsunęły żakiet, który opadł na ziemię. Wtedy Summer mocno go objęła... 

-  No?  -  mruknął  po  chwili,  gdy  odsunął  od  niej  głowę,  by  zaczerpnąć 

powietrza. - Czy ten drugi raz był gorszy od pierwszego? 

- Nie, znacznie lepszy - przyznała drżącym głosem. 
- Obiecuję ci, że trzeci nie będzie ustępował drugiemu. Ale powinniśmy 

chyba odpocząć? - rzekł, patrząc na nią pytająco. 

- Odpocząć? 
- Do następnego razu. 
- Cóż, jestem rozczarowana. 
- Miałaś dziś ciężki dzień, John jest w szpitalu... 
- John jest... 
- Mężczyzną, z którym miesiąc temu byłaś zaręczona. Poza tym nie dam 

się  zaciągnąć  do  łóżka  na  pierwszej  randce.  Chciałbym  cię  oczarować 
intelektem, nie tylko wspaniałym wyglądem. 

- Randall! 
- Nie krzycz na mnie, przecież znam kobiety. 
- Jesteś niemożliwy. 
- Robię, co mogę, żebyś się dobrze bawiła. 
- A teraz poważnie... 
- A czy naprawdę musimy? 
- Dziękuję. 
- Za co? 
- Za to, że mnie rozśmieszasz. To pomaga. 
- Wliczone w cenę usługi, proszę pani. - Musnął palcem jej usta. - Robi 

się późno, musisz wracać do domu. 

- Dlaczego tylko ja? 
- Ja zostaję na jachcie - oznajmił i zaczaj sprzątać resztki kolacji. 
-  Nigdy  jeszcze  nie  spędziłam  nocy  na  wodzie  -  wyznała  cicho.  - 

Obiecuję, że rano nie przestanę cię szanować... 

Roześmiał się. 
- Nie, Summer... Jeśli nie zabrzmiało to zbyt przekonująco, to powtórzę: 

Nie! 

Wciągnął  żagiel  na  maszt  i  gdy  płótno  wypełniło  się  wiatrem,  Summer 

poczuła  pod  stopami  drżenie  pokładu.  ,Aquamarine"  zaczęła  nabierać 
szybkości. 

Summer podeszła do Randalla, kładąc dłoń na jego ramieniu. 

55

RS

background image

 

 

-  Dziękuję  za  odwiezienie  mnie  do  domu  -  powiedziała - chociaż wcale 

nie chcę wracać. Czy to, co mówię, ma sens? 

- Tak - odparł. - Muszę  przyznać, że wszystko, co do tej pory  od ciebie 

usłyszałem, ma sens. A to zapowiada kłopoty. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

56

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
-  To  bardzo  miło  nie  musieć  się  spieszyć  -  powiedział,  kierując 

,,Aquamarine" w stronę grupy malutkich wysepek. 

- Masz na myśli sterowanie, oczywiście? 
- Tak, oczywiście. 
Oboje wiedzieli, że mówił o czymś zupełnie innym. 
Minęło  pięć  tygodni  od  chwili,  kiedy  po  raz  pierwszy  zabrał  ją  na 

żaglówkę,  i  tych  wycieczek  zrobili  już  kilkanaście.  To  znakomita  okazja, 

żeby poznać człowieka,  myślała Summer. Odkrywała w Randallu coraz to 
inne cechy: raz  był  rozleniwiony,  po  czym  niespodziewanie  wstępowała  w 
niego  energia,  innym  razem  wykazywał  przesadną  pedanterię,  by  w  jakiś 
czas potem popaść w roztargnienie, a bywało, że działał automatycznie, by 
nagle  zacząć  analizować  sytuację  z  sumiennością  lekarza.  Zdumiewało  ją, 

że człowiek, który ciągle szukał swej wielkiej filiżanki w maleńkiej kuchni, 
natychmiast znajdował wszystkie rzeczy na pokładzie ,,Aquamarine". 

- Na której plaży zjemy śniadanie? - spytał, przerywając jej rozmyślania. 
- Obojętne... 
Wszystkie są piękne, i piękny jest ten poranek. 
- Dziś zacisznie będzie na Pebble. 
- Dobrze. 
- Będziemy musieli zmienić kurs. 
Wiedziała, jak to się robi. Dyskretnie, bez zbędnych słów, uczył ją sztuki 

żeglowania. Nie robił tego jak nudny instruktor, jedynie od czasu do czasu 
rzucał  pożyteczne  informacje.  To  jest  sztag,  a  to  fok.  Takielunek  spełnia 
funkcję skrzydła ptaka, a żagiel pióra... Widzisz, co się dzieje? Łopocze jak 
szalony. Damy go na wiatr. Uważaj na bom! 

Zastanawiała  się,  jak  by  zareagował,  gdyby  zamiast  mu  pomagać, 

wylegiwała  się  na  pokładzie  i  opalała  na  głęboki  brąz...  No  cóż,  wtedy  na 
pewno skończyłoby się na jednym zaproszeniu. 

Tymczasem  ona  naprawdę  uwielbiała  żeglowanie  i  on  to  najwyraźniej 

dostrzegał,  bo  albo  dawał  jej  do  potrzymania  linę  kliwra,  albo  prosił  o 
pomoc w opuszczeniu płetwy miecza. Powiedział, że nie lubi się spieszyć... 
Istotnie,  żeglowanie  wymaga  skupienia  i  pracy,  wyklucza  uleganie 
nastrojom uważanym za romantyczne. 

Zamiast więc czułych słówek, słyszała uwagi typu: „Szkwał po prawej!", 

i  zamiast  patrzeć  w  jego  niebieskie  oczy,  obserwowała  głównie 
ciemnogranatowe  wody  zatoki,  usiłując  nie  zapomnieć,  co  jej  mówił  o 
zielonych i czerwonych bojach. 

57

RS

background image

 

 

Robił  to  wszystko  w  sposób  tak  naturalny,  że  w  czasie  tych  wspólnych 

wypraw  zbliżyła  się  do  niego  znacznie  bardziej,  niż  byłoby  to  możliwe, 
gdyby  większość  czasu  spędzali  w  łóżku.  A  ponieważ  o  łóżku  w  ogóle 
mowy nie było, w chwilach rozterki i przygnębienia nachodziły ją myśli, że 
może Randall po prostu potrzebuje majtka na pokładzie i wybrał ją, by przy 
okazji poznała tę część świata. W takim razie jednak o czym świadczyłyby 
jego pocałunki, takie gorące i płynące, jak jej się wydawało, z głębi serca... 

Żaglówka powoli dobijała do brzegu, Randall zarzucił kotwicę. 
- To znaczy, że na śniadanie musimy płynąć. 
- To dla mnie coś nowego - odparła. 
- Tak mi się wydawało. Chyba dasz radę? 
- Jasne! Jest ze trzydzieści stopni, a pod spodem mam kostium... 
Zdejmowała  koszulkę  przez  głowę,  gdy  niespodziewanie  poczuła  na 

plecach jego dłonie, a po chwili jego usta odnalazły jej wargi. 

- Jesteś taka ciepła. I te usta... 
- Są popękane od soli i wiatru. 
- Nie, wcale nie... 
Wargi miał nieco słone, ale jej to nie przeszkadzało. To takie miłe; dłonie 

muskające włosy, dotyk gorącej skóry... 

- Za dwie godziny przyjdzie odpływ - szepnął. 
-  Och,  tak  szybko?  -  spytała  zawiedziona,  świadoma  gdzieś  w  głębi 

duszy, że na zjedzenie śniadania to przecież mnóstwo czasu. 

-  Tak  szybko  musimy  uciekać  z  tej  wyspy  -  odparł  pospiesznie  -  ale 

mamy cały dzień i możemy popłynąć, gdzie chcesz. 

Czy noc też mamy dla siebie? Pytanie to zawisło w powietrzu; spojrzeli 

sobie niespokojnie w oczy, lecz żadne nie ośmieliło się wypowiedzieć go na 
głos. 

- Jak dowieziemy śniadanie na plażę? - spytała, gdy wreszcie ją puścił. 
- Na tratwie ratunkowej. Jest szczelnie zapakowane. -Roześmiała się, gdy 

pokazał  jej  czerwone,  plastykowe  wiaderko.  -  Chyba  przyznasz,  że  jest 
wodoodporne - dodał lekko dotknięty. 

- Jeśli się nie przewróci... 
- Od lat nic mi się nie przewróciło! 
Jego  dobra  passa  najwyraźniej  trwała  i  już  po  chwili  znaleźli  się  na 

małej, bezludnej plaży.  Randall rozłożył ręczniki, Summer wyjęła krem  do 
opalania  i  zaczęła  wcierać  go  w  skórę  ramion.  Kątem  oka  dostrzegła,  że 
Randall patrzy na nią z aprobującym uśmiechem, i poczuła się nieswojo. 

58

RS

background image

 

 

Nie  zaproponował,  że  posmaruje  jej  plecy,  lecz  jego spojrzenie działało 

na  nią  niczym  fizyczny  dotyk.  Kiedy  zakręcała  tubkę,  usłyszała  jego 
poważny głos: 

-  Cieszę  się,  że  zdajesz  sobie  sprawę  z  niebezpieczeństwa  raka  skóry. 

Naprawdę się cieszę. 

- A nie cieszysz się, że się ładnie opalę? 
- Podoba mi się twoja błyszcząca skóra. 
- A nie wolałbyś, żeby była opalona na brąz? 
-  I  wyglądała  jak  wyprawiona?  Mamy  tutaj  amatorów  opalania,  pięknie 

zakonserwowanych 

masełkiem 

kakaowym. 

Przypominają 

reklamy 

pieczonych kurczaków. 

- No wiesz! 
- Może się odechcieć na całe życie! 
- Opalania? 
- Kurczaków. 
- Czy to właśnie mamy na śniadanie? 
- Niestety, mamy rzeczy mniej wyszukane. Owoce, bułki, masło, dżem i 

ser. No i kawę. 

Summer  poczuła  tak  przyjemne  rozleniwienie,  że  nie  próbowała 

rozmawiać. Po prostu jadła, spoglądała na rozbryzgujące się u brzegu fale i 
na... Randalla. Gdy ponownie podchwyciła jego wzrok, zauważyła, że jego 
twarz jest poważna,  jakby  głęboko  nad  czymś  myślał.  Zmarszczyła  czoło i 
spojrzała na niego pytająco. 

-  Tak  się  zastanawiam...  -  zaczął.  -  Czy  wiesz,  że  John  był  u  mnie  w 

zeszłym tygodniu? 

- O? 
Zawsze  czuła  się  nieswojo,  gdy  wspominał  o  jej  byłym  narzeczonym. 

Pięć tygodni temu spędził w szpitalu kilka dni i dwukrotnie go odwiedziła, 
za  każdym  razem  mając  nadzieję,  że  czegoś  się  dowie  o  Alex.  Alex 
tymczasem  nie  dawała  znaku  życia,  nie  przysłała  nawet  kartki.  Summer 
podejrzewała,  że  John  coś  przed  Alex  ukrywa.  A  może  ma  rację?  Może 
Alex nie poradzi sobie z jego chorobą? Bo jemu na niej wyraźnie zależy! 

Po  wyjściu  ze  szpitala  kilkakrotnie  umówił  się  ze  Steve'em,  ale  nie 

pojawił się na żadnych zajęciach ani terapii grupowej, co Steve mu zalecił. 
A teraz przyszedł do Randalla. 

- Nie wiedziałem, czy zechce ci o tym powiedzieć. 
-  Nic  mi  nie  mówił.  Widziałam  go  tylko  u  Steve'a,  ale  wiesz,  nie  jest 

łatwo rozmawiać, kiedy się ma pełno roboty. 

- Chce zostać moim pacjentem. 

59

RS

background image

 

 

- Och! Czy Steve się zdenerwował? Wzruszył ramionami. 
-  Pacjent  ma  prawo  wyboru  lekarza,  a  w  tym  przypadku...  John  ciągle 

szuka prostych odpowiedzi, a Steve takich nie miał. Teraz chce je znaleźć u 
mnie. 

- I znajdzie? 
- Skąd! Mogę mu zaproponować jedynie automatyczny wstrzykiwacz, bo 

ma duży problem z zastrzykami. 

-  Ma  go  od  samego  początku  -  potwierdziła,  przypominając  sobie 

ćwiczenia na pomarańczy, jakie John przeprowadzał kilka miesięcy temu w 
londyńskim  szpitalu.  W  końcu  każda  pomarańcza  była  podziurawiona  jak 
sito,  a  on  i  tak  całe  dziesięć  okropnych  minut  przygotowywał  się  do 
wstrzyknięcia  insuliny  we  własne  ciało  i  tak  przy  tym  napinał  mięśnie,  że 
musiało boleć. 

- Jestem w trudnej sytuacji, Summer. 
- Bo byłam z nim zaręczona? 
Skinął  głową  i  zapadła  niezręczna  cisza.  Pragnąc  ją  przerwać, 

zażartowała: 

- Co, jesteś zazdrosny? 
- Właściwie tak. 
Ze  zdumienia  wy  buchnęła  śmiechem,  lecz  gdy  stwierdziła,  że  mówił 

poważnie, zawołała: 

- Ależ to absurd, Randall! 
-  Prawda?  Bo  o  co  miałbym  być  zazdrosny?  -  zapytał  ironicznie.  -  Ja, 

biedny  lekarz,  który  zapewne  byłby  szczęśliwszy,  mieszkając  na  żaglówce 
niż w domu, jestem zazdrosny o kogoś, kto jest bogaty i ma dobre dziesięć 
lat mniej niż ja. 

- Mówisz poważnie? Nie wierzę! 
-  Nie.  Tak.  Nie...  Może  jestem  po  prostu  ciekaw,  dlaczego  wam  nie 

wyszło. I trochę się boję, że poznałem cię w niewłaściwym czasie. 

- Sądzisz, że dalej myślę o Johnie? 
- Może... Ale to jest chyba znacznie bardziej złożone, 
- Pewnie masz rację. A co do tego, dlaczego nam nie wyszło... Wiesz, nie 

miało co wychodzić. Od początku nie było dobrze. 

- Czyżby? 
-  Nie  byłabym  dla  niego  dobrą  żoną,  mimo  oczywistych  zalet  tego 

małżeństwa. 

Spojrzała na swoje palce i poczuła, że znowu ma ochotę gryźć paznokcie. 

Olivewood  House,  rezydencja  rodziny  Giangrande  na  Bermudach,  była 
naprawdę  piękna.  Co  prawda  widziała  tę  posiadłość  jedynie  na  zdjęciach, 

60

RS

background image

 

 

ale nietrudno było wyobrazić sobie te przyjęcia,  eleganckie stroje, znanych 
gości... 

-  Ludziom  się  zawsze  wydaje,  że  poradzą  sobie  z  czymś  takim  - 

powiedziała,  nie  patrząc  na  Randalla.  -  Wszyscy  tak  mówią,  ale  ilu 
naprawdę daje sobie radę? - Nagle dotarło do niej, że Randall nie rozumie, o 
czym ona mówi. - Przepraszam, to nie ma sensu, prawda? 

-  Nie  wiem  -  odparł  z  wahaniem  i  na  jego  twarzy  pojawił  się  dziwny 

grymas,  jak  gdyby  upił  łyk  kawy  i  stwierdził,  ze  zwarzyła  się  śmietanka, 
lecz on jest zbyt dobrze wychowany, żeby to wypluć. 

Rozmowa  zaczęła  się  rwać.  Summer  uznała,  że  nie  może  prowadzić 

miłej pogawędki z przyszłym kochankiem o byłym narzeczonym, zwłaszcza 
gdy ten pierwszy jest lekarzem tego drugiego. Nie będę się więcej nad tym 
rozwodzić, pomyślała. Wszystko się z czasem ułoży - albo nie... 

Lecz gdy chowała resztki śniadania do plastykowego wiaderka, czuła się 

bardzo  nieszczęśliwa.  Żeby  uratować  sytuację,  mruknęła,  że  zaraz  będzie 
odpływ,  toteż  poszli  popływać.  Okazało  się,  że  był  to  znakomity  pomysł. 
Woda, cudowna woda! Była na tyle chłodna, że odświeżała, i na tyle ciepła, 

że wytrzymali w niej dwie godziny - pływając, leniwie dryfując na plecach, 
nurkując w poszukiwaniu muszli. 

-  Mówisz,  że  nie  jesteś  bogaty,  Randall,  ale  nie  masz  racji  -  rzekła  w 

pewnej chwili. - Masz rzeczy, które są na wagę złota: pracę, którą kochasz, 
dom rodzinny, tyle piękna wokół. 

-  Wiesz,  że sam  czasami  tak  myślę?  Dziękuję  ci,  Summer.  Gdy  odpływ 

zaczął się na dobre, szybko podnieśli kotwicę 

i  postawili  żagle.  Pływali  jeszcze  przez  dwie  godziny,  zjedli  sałatkę, 

wypili sok i zawrócili do portu. I znowu było im z sobą dobrze. 

-  Znakomicie  się  spisałaś  -  pochwalił  ją,  gdy  wszystko  na  pokładzie 

zostało zabezpieczone i .Aquamarine" stała zacumowana przy kei. 

-  Lubię  uczyć  się  nowych  rzeczy  -  rzuciła  lekko. - Nigdy  nie wiadomo, 

co człowiekowi może się przydać. Jazda na rowerze czy umiejętność gry w 
brydża, czy na przykład... 

- Zmienianie pieluszki? 
- No właśnie... 
Uśmiechnął  się,  po  czym  nagle  zmarszczył  czoło.  W  ich  kierunku 

zmierzał starszy mężczyzna. 

- Cześć, Tom. 
- Tak myślałem, że to pan, doktorze. - Mężczyzna ciężko dyszał. - Mamy 

problem. Może pan przyjść? 

- Oczywiście. Ktoś zachorował? 

61

RS

background image

 

 

-  Tak.  Kilka  osób  wypożyczyło  jacht  motorowy  i  jeden  facet  zemdlał. 

Mówią, że nie oddycha. Wezwałem karetkę, ale... 

Randall wskoczył na pomost i wyciągnął do Summer rękę. 
- Chodź, możesz się przydać - powiedział. 
-  Mam  nadzieję,  że  to  nic  poważnego  -  mówił  Tom,  idąc  szybko  przed 

nimi.  -  Dopiero  wypłynęli.  Sami  starsi  panowie,  chcieli  złapać  trochę  ryb. 
Kiedy  wrócili,  myślałem,  że  mają  problem  z  jachtem.  Ed  Tucker  to  dobry 

żeglarz... 

- Czy jadł coś? 
- Ed? 
- Ten, który zemdlał. 
-  Nie  wiem.  Ed  nie  łączył  się  ze  mną  przez  radio,  po  prostu  wrócił. 

Krzyczeli do mnie już z daleka... 

Duży,  biały  jacht  stał  już  przy  nabrzeżu  i  grupka  starszych  panów  w 

wieku  około  siedemdziesięciu  lat  otaczała  mężczyznę  w  stroju  kapitana, 
który  pochylał  się  nad  leżącą  na  pokładzie  postacią  i  wykonywał  sztuczne 
oddychanie. 

- Ed, przyszedł doktor Macleay! - zawołał Tom. 
-  Dzięki  Bogu!  Doktorze,  myślę,  że  jest  za  późno.  Skończyłem  kurs 

pierwszej pomocy, ale kiedy przychodzi co do czego... 

- Zrobił pan, co pan mógł - przerwał mu Randall i przystąpił do działania. 

Sprawdził  drożność  dróg  oddechowych  pacjenta  i  natychmiast  podjął 
reanimację,  jednak  znacznie  mniej  delikatnie  niż  Ed  Tucker.  Naciskał  na 
klatkę  piersiową  tak  brutalnie,  że  koledzy  starszego  pana  zaczęli  syczeć 
ostrzegawczo. 

- Ostrożnie, połamie mu pan żebra! 
-  I  uratuję  życie  -  odparł  Randall.  -  Czy  ktoś  może  przynieść  moją 

walizkę z żaglówki? 

- Jest w kambuzie? 
- Tak, w schowku przy sterburcie. 
Randall  nie  spuszczał  .oczu  z  mężczyzny.  Summer  wiedziała,  co 

powinna  zrobić.  Uklękła  przy  głowie  pacjenta  i  rozpoczęła  sztuczne 
oddychanie metodą usta-usta, szukając palcem tętnicy szyjnej. 

- Czujesz puls? - spytał Randall. 
- Nie... Naciskaj dalej. 
Randall  wykonał  kilka  gwałtownych  ucisków.  Summer  usłyszała,  jak 

pęka  jedno  żebro,  potem  drugie.  Oczywiście,  pomyślała,  kruchość  kości 
typowa dla wieku. 

62

RS

background image

 

 

-  Czy  ktoś  wie,  na  co  chorował?  -  spytał  Randall,  przerywając  na 

moment akcję. 

Z odpowiedzią pospieszyło trzech mężczyzn równocześnie. 
- Po kolei! - przerwał Randall. - Pan. 
- Znam go od lat. Nigdy nie skarżył się na serce, chociaż miał za wysokie 

ciśnienie, kiedy palił. Cholera, nie wiem nic więcej! 

- W porządku, działamy na wyczucie. Summer, sprawdź puls. 
Usiadł prosto, ciężko dysząc z wysiłku. 
- Jest - oznajmiła po kilku sekundach. - Ale słabiutki... 
- Dobrze - odparł i podjął reanimację. 
Summer widziała, że traci siły. Na jego czole pojawiły się kropelki potu, 

koszulka zaczęła przyklejać się do ciała. 

- Zrób przerwę, Randall - poprosiła. - Niech teraz Ed spróbuje. 
-  Dam  sobie  radę!  -  Jego  naciski  stały  się  mocniejsze,  twarz  wykrzywił 

grymas. - Co z tym pulsem? - spytał po chwili, przysiadając na piętach. 

-  Doktorze,  niech  mi  pan  pozwoli...  -  poprosił  Ed  Tucker,  słysząc 

świszczący oddech Randalla. 

- Jest puls! - zawołała Summer. - Wyrównany. Randall, chyba się udało. 
Właśnie  wrócił  Tom  z  torbą  lekarską  i  Randall  wyjął  stetoskop,  by 

zbadać chorego. 

-  Masz  rację  -  powiedział.  -  Ale  oddech  jest  nadal  bardzo  płytki. 

Summer, zrób mi miejsce. 

Chciała  zaprotestować,  wiedząc,  że  jest  wyczerpany,  w  jego  twarzy 

dojrzała  jednak  taką  determinację,  że  postanowiła  się  odsunąć.  Randall 
podjął  sztuczne  oddychanie,  ona  zaś  patrzyła  na  jego  posklejane  na  szyi 
włosy,  na  napięte  z  wysiłku  mięśnie,  i  nagle  pomyślała,  że  go kocha.  Była 
tak  wstrząśnięta  tym  odkryciem,  że  syrenę  karetki  usłyszała  dopiero  w 
chwili, gdy ta zatrzymała się na nabrzeżu tuż przy jachcie. 

- Summer, zastąp mnie - poprosił Randall. - Podłączę mu kroplówkę. 
Przez  chwilę  kontynuowała  sztuczne  oddychanie,  po  czym  założyła 

leżącemu  podaną  przez  Randalla  maskę  tlenową.  Sanitariusze  przenieśli 
chorego na nosze i umieścili w karetce, słuchając wyjaśnień udzielanych im 
przez Randalla. Kilka minut później karetka ruszyła do szpitala. 

- No, no, panie doktorze - mruknął posępnie Tom. - Ten trzask łamanych 

żeber... 

-  Poszły  chyba  tylko  dwa  -  rzekł  szybko  Randall  -  ale  temu  nie  można 

zapobiec.  Widzieliście  przecież,  że  musiałem  działać  szybko.  Dzięki  temu 

żyje,  a  o  ile  się  znam  na  medycynie,  zaczęliśmy  go  ratować  w  momencie 
krytycznym. 

63

RS

background image

 

 

- Dobrze, że był pan tutaj. 
Na kei zapanowała cisza. Starsi panowie nie bardzo wiedzieli, co począć. 

Summer  dostrzegła,  że  Ed  rzuca  Tomowi  pytające  spojrzenie,  Tom  zaś 
odpowiada  wzruszeniem  ramion.  Czy  chcą  zrezygnować  z  wyprawy  na 
ryby? Pomyślała, że pewnie tak, czując radość z udanej akcji. 

- A skoro pan tu jest... - odezwał się opalony na ciemny brąz mężczyzna 

w bermudach. 

- Tak? - spytał Randall uprzejmie. 
- Skoro pan tu jest, to może pan obejrzy to coś na mojej skórze? To nie 

jest melonoma, prawda? 

- Słucham? 
- No, rak skóry. Melonoma. Mam na myśli tę brodawkę. 
- Nie jestem dermatologiem, panie... 
- Tony Gilroy. 
- Ani onkologiem, panie Gilroy. 
- Czym? 
- Specjalistą od nowotworów. 
-  Ale  ja  nie  proszę  o  darmowe  leczenie.  Niech  pan  po  prostu  na  to 

popatrzy,  a  ja  postawię  panu  piwo.  Dwa  piwa,  jeśli  pan  uzna,  że  to  jest 
niebezpieczne. - Zachichotał. - To chyba uczciwe, no nie? 

Miał  dziwny  akcent.  Summer  podejrzewała,  że  zarówno  Australijczycy, 

jak  i  Nowozelandczycy  oraz  mieszkańcy  RPA  mogliby  rozpoznać  w  nim 
rodaka  i  chętnie  się  tego  ziomkostwa  wyprzeć.  Randall  zachował 
niezmącony  spokój,  gdy  Tony  Gilroy  odwrócił  się,  uniósł  do  góry  żółtą 
koszulkę i zaczął niezdarnie szukać jakiegoś miejsca na plecach. 

- Gdzie to jest, do cholery? 
Randall  podszedł  do  niego  i  dotknął  niewinnie  wyglądającego,  nieco 

ciemniejszego miejsca koło kręgosłupa. 

- O to chodzi? - spytał. 
- Zaraz, zaraz, niech no pan położy tam mój palec. Bez wykręcania ręki, 

jeśli  pan  łaskaw.  -  Na  twarzy  Randalla  pojawił  się  grymas  zniechęcenia, 
lecz jeszcze nie protestował. - Tak, to tu. Trochę dziwne, no nie? 

- Ja nic złego w tym nie widzę, panie Gilroy. 
- Jest pan pewien? 
-  Oczywiście.  To  zwykła  brodawka  starcza,  na  dodatek  czysta,  bez 

odczynu zapalnego. 

-  Aha...  No  to  w  domu  obejrzę  ją  sobie  dokładniej,  skoro  nie  jest  pan 

anchiologiem.  Będę  wieczorem  w  barze  hotelu  Harbour  Links,  więc  niech 
pan wpadnie na to piwo. 

64

RS

background image

 

 

-  Dziękuję  za  zaproszenie  -  rzekł  Randall,  przeciągając  sylaby,  Tony 

Gilroy nie usłyszał jednak sarkazmu w jego głosie. 

-  Łatwy  sposób,  żeby  zarobić  drinka  -  zwrócił  się  ze  śmiechem  do 

kolegów. - No dobra, a gdzie jest nasz kapitan? Musimy się pospieszyć, jeśli 
chcemy złapać kilka marlinów. 

-  Ja  nie  płynę,  Tony  -  rzekł  siwowłosy  Amerykanin,  ten  sam,  któremu 

było przykro, że tak mało wie o koledze. - Jadę do szpitala, żeby zobaczyć, 
co z Dickiem. 

- Ja też - dodał drugi z mężczyzn. 
- A ja bym popłynął - dodał inny. - Wątpię, żeby nas tak od razu wpuścili 

do  Dicka,  a  poza  tym  my  się  tak  dobrze  nie  znamy.  Dick  nie  będzie  ode 
mnie wymagał, żebym mu poświęcił cały dzień. 

- Zgadzam się z Andym - oznajmił piąty z grupy. 
-  No  więc  załatwione  -  wycedził  przez  zęby  Amerykanin.  Tony  Gilroy 

nie był jednak zadowolony. 

- Ale poczekaj, Paul! To znaczy, że we trzech musimy dopłacić za jacht 

sto pięćdziesiąt dolarów na głowę. 

- Tony, w tych okolicznościach nie będziemy się domagali zwrotu naszej 

działki. Mogę zapłacić nawet wszystko, jeśli chcesz - rzekł Paul drżącym z 
irytacji głosem. 

- To bardzo ładnie z twojej strony, Paul! 
Grupa turystów podzieliła się na dwie, Randall i Summer zaś skorzystali 

z chwilowego zamieszania i wrócili na żaglówkę, by dokończyć pakowania 
i zabrać rzeczy. 

-  Chyba  chciałeś  mu  powiedzieć,  że  to  naprawdę  melanoma  -  zaśmiała 

się Summer, gdy odeszli wystarczająco daleko od grupy. 

- O nie, moja droga! Chciałem wymyślić dłuższe i okropniejsze słowo! 
W tej chwili dogonił ich Paul i zdali sobie sprawę, że musiał ich słyszeć. 
-  Przepraszam,  ale  z  tego  wszystkiego  nie  podziękowaliśmy  wam  jak 

należy. 

-  Nie  ma  sprawy  -  odparł  Randall.  -  Dick  żyje  i  ta  świadomość  nam 

wystarczy, choć on na pewno nie podziękuje mi za złamane żebra i siniaki! 

- Pewno nie, ale poważnie... - Wyjął książeczkę czekową. - Ile jesteśmy 

winni? 

- Za uruchomienie serca? 
-  Przepraszam.  Tony  Gilroy  zachował  się  skandalicznie  i  nie  chciałbym 

iść w jego ślady, ale wie pan... Jestem maklerem giełdowym i niejedno już 
widziałem. Uratował pan życie mojego przyjaciela, więc... 

- Nie zajęło mi to wiele czasu - rzekł Randall pogodnie. 

65

RS

background image

 

 

-  Dobrze,  nie  będę  panu  dłużej  zawracał  głowy.  Jeszcze  raz  bardzo 

dziękuję. - Uścisnął serdecznie dłoń Randalla. - Oto moja wizytówka. Jeśli 
będzie pan w Nowym Jorku, proszę zadzwonić. Koniecznie! 

- Dobrze. Ale proszę zrobić dla mnie jedną rzecz. 
- Oczywiście, słucham. 
- Proszę nie opuszczać przyjaciela. Przed nim jeszcze długa droga. 
-  Nie  musi  mi  pan  tego  mówić.  Mój  ojciec  przeszedł  coś  takiego 

dwadzieścia lat temu. 

Porozmawiali  jeszcze  kilka  minut,  po  czym  Paul  Bailey  pożegnał  się  i 

energicznym krokiem ruszył w stronę kolegów. 

- Ludzie są zabawni, prawda? - rzekła Summer w zadumie. 
- Wszyscy? Nawet tacy jak Gilroy? 
- Tak. 
-  A  czy  nie  byłoby  nudno,  gdyby  wszyscy  byli  tak  znakomicie 

wychowani jak ja? 

- Och, Randall, naprawdę jesteś... 
- Okropny - zgodził się. 
Po opuszczeniu „Aquamarine" pojechali do domu Randalla, kupiwszy po 

drodze  świeże  ryby.  Nie  mieli  żadnych  planów;  oboje  jedynie  czuli,  że 
pragną być razem. 

Summer zmyła z siebie sól, włożyła szorty i bluzkę, i wyszła do ogrodu. 

Randall posypał już ryby przyprawami, owinął je w folię i właśnie rozpalał 
pod rusztem. 

- Czy mam coś przynieść? - spytała. 
- Obawiam się, że to wszystko, co mamy - odparł z zabawnym grymasem 

na  twarzy.  -  Chleb,  masło,  cytryna...  No  i  znalazłem  jeszcze  awokado,  ale 
nie ma sałaty ani deseru. Jak widzisz, nie jest to kolacja dla smakoszy. 

- Ale ryba jest świeża, wino zimne, a wieczór wspaniały! 
- Dzięki za takt. 
-  No  wiesz!  A  czy  widzisz  sens  w  siedzeniu  w  jakiejś  dusznej  knajpie, 

gdzie jesz ciężki posiłek złożony z kilku dań, ale nie masz tego? - Wskazała 
zatokę, wokół której kwitły kolorowe hibiskusy. 

- Nie lubisz restauracji? 
-  Bo  ja  wiem...  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Ten  cały  ceremoniał...  I 

czasami trzeba siedzieć godzinami, a ja zazwyczaj mam co robić. 

A poza tym wolę być sama, tylko z tobą, ale jeszcze nie mam odwagi ci 

tego powiedzieć. 

- A więc to, że dotychczas nie zaprosiłem cię do restauracji... 

66

RS

background image

 

 

-  Wcale  mnie  nie  martwi!  -  dokończyła  i  spojrzeli  sobie  w  oczy.  W 

końcu Randall  oderwał  od  niej  wzrok,  umieścił rybę  na  grillu i położył  się 
na trawie. 

Dla  Summer  wyniósł  wcześniej  krzesło  ogrodowe  z  kutego  żelaza,  lecz 

uznała,  że  będzie  się  czuła  dziwnie,  siedząc  na  takim  samotnym  krześle, 
postanowiła  więc  zerwać  kilka  kwiatów  z  krzewów  oleandru,  które  rosły 
przy starym zbiorniku wodnym. 

- Uważaj, sok jest trujący - powiedział Randall. 
-  Naprawdę?  U  takich  pięknych  roślin?  Wyciągnęła  rękę,  lecz  nie 

dotknęła  różowych  kwiatów.  Po  namyśle  podeszła  do  rusztu  i  z 
przyjemnością  wciągnęła  w  nozdrza  przyjemny  aromat,  który  wydobywał 
się z wnętrza folii. A potem jakimś zrządzeniem losu znalazła się na trawie 
obok  Randalla.  Ułatwił  jej  sytuację,  bo  przetoczył  się  na  bok  i  jego  ręka 
jakby  niechcący  dotknęła  jej  włosów.  Wyszeptał  coś,  czego  nie  usłyszała, 
ale nie mogła wydobyć z siebie głosu, żeby go poprosić o powtórzenie. Jej 
zmysły  skoncentrowały  się  na  dotyku  jego  palców.  Zamknęła  oczy i  jakby 
przez szum wodospadu dotarł do niej głos: 

- Nie przysuniesz się, Summer? 
- Randall... - szepnęła i bezwiednie zbliżyła się do niego. Ich pocałunek 

miał  smak  wina,  którego  odrobinę  wypili.  Summer  uniosła  nieco  powieki, 
by zobaczyć Randalla, lecz dojrzała jedynie siwe pasemka włosów, które w 
promieniach słońca migotały niczym srebro. Gdy odniosła wrażenie, że ten 
pocałunek trwa już wiele godzin, odsunęła nieco głowę i szepnęła: 

- Randall, chyba jestem za ciężka... 
- Ty? Jesteś jak piórko. Zostań... 
Położyła głowę na jego piersi z uczuciem, jakby to była najwygodniejsza 

poduszka,  i  ze  wzruszeniem  usłyszała  bicie  jego  serca.  Jestem  tak  blisko 
niego,  pomyślała,  tak  mi  dobrze.  ..  Gdy  słońce  zaszło,  przepełniło  ją 
cudowne uczucie, że czas przestał się liczyć, i spytała leniwie: 

- Jak myślisz, czy ryba jest gotowa? 
- Jesteś głodna? 
-  Może...  Nie  chciałabym,  żeby  się  zmarnowała.  Świeże  ryby  to 

rzadkość. 

Ryba  była  gotowa,  lecz  tylko  z  jednej  strony,  ponieważ  nikt  jej  nie 

przewrócił.  Spód  był  złocisty  i  chrupiący,  góra wilgotna  i  tak delikatna,  że 
mięso miało niemal słodki smak. Z dodatkami było to pyszne. 

- Chcesz wejść do środka? - spytał, gdy zapadł zmrok. 
- Nie - odparła. 
- Ładnie tu, prawda? 

67

RS

background image

 

 

- Ładnie?! Tu jest jak w raju! Wy tutaj w ogóle nie doceniacie pogody. - 

Mówiąc, zlizywała z palców resztki soli, masła i cytryny. 

- Przestań! - powiedział nagle. 
- Co? 
- To lizanie. 
- Dlaczego? Przecież nie dotykałam oleandrów. 
- Nie o to chodzi... 
Zanim  zdała  sobie  z  czegokolwiek  sprawę,  znalazła  się  w  jego 

ramionach.  Ciemność  otoczyła  ich  miękkim  kokonem,  balsamiczne 
powietrze czule gładziło skórę, trawa stała się puszysta jak dywan. Wyrażali 
swe  uczucia  dotykiem,  pocałunkiem,  szeptem.  Gdy  już  pragnęli  się  aż  do 
bólu,  Summer  była  tak  oszołomiona,  że  z  trudem  zrozumiała  słowa 
Randalla: 

- Czy... coś bierzesz? 
- Słucham? - spytała cicho. 
- Wiesz, o czym mówię? 
- Nie, nie... 
- Dzieci, Summer. Z tego się biorą... 
-  Przepraszam,  Randall,  nie  pomyślałam.  -  Odsunęła  się  od  niego  nieco 

sztywna i otoczyła się ramionami. 

- Nie obrażaj się. - Położył rękę na jej ramieniu. - Po prostu pytam. 
- Nic nie biorę. Nie myślałam o tym. 
- Rozumiem. - Usiadł i objął rękami kolana. 
-  Randall?  -  zaczęła,  dotykając  delikatnie  jego  ramienia.  Gdy  drgnął, 

szybko cofnęła rękę. 

-  Przepraszam  -  rzekł  gwałtownie.  -  Nie  jestem  zły.  Po  prostu  musimy 

przestać i już. Nie jestem człowiekiem, który niczym się nie przejmuje. 

-  Tak,  wiem.  A  ja  nie  mam  aż  tyle  doświadczenia,  żeby  wszystko 

przewidzieć. 

- Ja chyba też, choć bardzo żałuję. - Spojrzał na nią z bólem. - Summer, 

czy możesz to zapiąć? 

-  Och...  -  szepnęła  zaczerwieniona  i  spojrzała  na  bluzkę.  Poczuła  się 

bardzo nieswojo. - Chyba pójdę... - dodała. -Jest późno. 

-  Nie  idź  -  szepnął.  -  Proszę.  Wypijemy  w  domu  kawę.  Boże,  nie  chcę, 

żebyś czuła się odrzucona! 

-  A  więc  nie  jestem  odrzucona?  -  spytała  i  wiedziona  wewnętrznym 

impulsem  wyciągnęła  rękę,  pragnąc  go  dotknąć  i  przytulić.  On  jednak 
uchylił się i wstał. 

68

RS

background image

 

 

-  Summer,  nie  oczekuj  cudów.  Jestem  odpowiedzialny,  ale  ]  jestem  też 

mężczyzną,  a  ten  cholerny  ogród  wytwarza  dziś  taki  nastrój...  Kanapa  w 

środku też jest wygodna, ale może masz rację, może lepiej nie kusić losu... 
Odwieźć cię do domu? 

- Uhm - mruknęła i sięgnęła po torbę. 
Randall  zebrał  resztki  po  kolacji  w  folię,  w  której  piekła  się  ryba,  i 

wrzucił do kosza. 

Pół  godziny  później  wysiadła  z  jego  samochodu.  Pocałunku,  jakim 

obdarzył  ją  na  pożegnanie,  żadne  nie  miało  ochoty  przedłużać.  Żadne  nie 
powiedziało  też  ani  słowa  o  miłości,  pomyślała  Summer,  słuchając 
zanikającego w oddali szumu samochodu. Ale może jeszcze nie nadeszła na 
to pora? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

69

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Maja Giangrande pojawiła się w ośrodku w środę następnego tygodnia - 

tygodnia, podczas którego Summer i Randall spotykali się jedynie w pracy. 
Summer nie widziała jej mniej więcej od miesiąca, kiedy to spotkały się na 
chwilę sobotniego poranka w Hamilton. Sposób bycia ciotki Johna zbijał ją 
nieco z tropu. 

- Powinnam była znaleźć na to czas dawno temu - rzekła na powitanie - 

ale wiesz, jak to jest. I oczywiście wyjazd Alex wcale nie poprawił sytuacji. 
Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, ile nam pomaga, dopóki nie wyjechała 
do naszego ośrodka na Bahamach. Mam nadzieję, że tam ją doceniają! 

- Alex wyjechała? - spytała Summer tępo. 
Wcale nie o tym miały rozmawiać. Maja przyszła do doktora Macleaya, 

by nauczyć się wstrzykiwać nową, oczyszczoną insulinę, tak by nierówności 
na jej udach zaczęły się wygładzać. 

- Nie wiedziałaś? - spytała Maja ze zdumieniem. 
- Nie... 
- Myślałam, że John ci powie. Bo wiesz, podejrzewałam, że to ty się za 

tym kryjesz. 

- Dlaczego? - Zaniepokoiła ją szczerość Mai. - Na pewno wiesz, że nasze 

zaręczyny zostały zerwane dwa miesiące temu. 

-  Owszem,  ale  czy  nie  dlatego  zostały  zerwane?  Z  powodu  Alex? 

Myślałam, że postawiłaś coś w rodzaju ultimatum... 

-  Nie,  nie...  To  było  zupełnie  inaczej.  -  Oczywiście,  Alex  spełniła  w  tej 

sprawie  rolę  katalizatora,  pomagając  Summer  uświadomić  sobie,  że  ona  i 
John  się  nie  kochają,  lecz  Maja  wcale  nie  to  obecnie  sugerowała.  Trzeba 
koniecznie  zmienić  temat,  pomyślała  Summer  i  głośno  powiedziała:  -  Ale 
przecież nie w tym celu tu przyjechałaś, prawda? Proszę, oto strzykawka, a 
robi się to tak... 

Pięć  minut  później  Maja  zniknęła  w  gabinecie  Randalla,  lecz  Summer 

nadal  czuła  się  nieswojo.  Ile  to  jeszcze  osób  próbuje  dociec,  co  naprawdę 
zaszło między nią a Johnem? I do jakich to błędnych wniosków dochodzą? 
Myślała,  że  już  po  wszystkim,  że  sprawa  jest  skończona,  a  tymczasem 
ciągle  ktoś  jej  o  tym  przypomina.  Zirytował  ją  również  wyjazd  Alex. 
Naprawdę kochała Johna, a on ją, dlaczego więc nie wykorzystali szansy? 

Teraz 

musiała 

się 

zająć 

następną 

pacjentką. 

Gdy 

badała 

sześćdziesięciodwuletnią  panią  Mathieson,  w  pewnej  chwili  uświadomiła 
sobie, że Maja już dość długo siedzi u Randalla. Wyszła z gabinetu dopiero, 
gdy Summer wybierała się do szpitala. 

70

RS

background image

 

 

-  Doktor  Macleay  zaraz  panią  przyjmie  -  zapewniła  starszą  panią,  po 

czym dobiegł ją głos Mai: 

- Jak już mówiłam, naprawdę martwi mnie jego przygnębienie. Ale teraz, 

skoro jest pana pacjentem... 

-  Dziękuję  -  odparł  Randall.  -  Zastanowię  się  nad  tym.  W  jego  głosie 

brzmiało dziwne napięcie i jakby rezerwa. 

Dla Summer było oczywiste, że rozmawiali o Johnie, chociaż nie wolno 

omawiać  przypadku  jednego  pacjenta  z  innym  pacjentem,  nawet  jeśli  ci 
pacjenci  są  krewnymi  i  cierpią  na  tę  samą  chorobę.  Czy  Randall  jest  taki 
sztywny i najeżony dlatego, że Maja powiedziała więcej, niż chciał usłyszeć 
i nie potrafił jej w tym przeszkodzić? 

Kiedy  dostrzegł  Summer,  jego  twarzy  nie  rozjaśnił  lekki  uśmiech 

tajemnego  porozumienia.  Uczyniła  nieśmiały  krok  w  jego  kierunku,  chcąc 
się  dowiedzieć,  co  wyprowadziło  go  z  równowagi,  lecz  zanim  zdążyła 
powiedzieć słowo, odwrócił się i ruszył w stronę poczekalni. 

- Proszę, pani Mathieson - rzekł do pacjentki i Summer nie pozostało nic 

innego, jak udać się w swoją drogę. 

Penny  Malley  przeglądała  w  poczekalni  broszury,  gdy  Summer  wróciła 

do ośrodka w porze lunchu. 

- Czy mogę wziąć kilka, Summer? 
-  Ależ  tak,  oczywiście.  Bierz  wszystko,  co  cię  interesuje. Chciała  wziąć 

kanapkę  i  pójść  do  ogrodu  botanicznego,  więc  nie  miała  ochoty  skracać 
sobie  przerwy.  Wiedziała,  że  Randall  jest  w  szpitalu,  i  intuicja 
podpowiadała jej, że lepiej się teraz z nim nie spotykać. 

Dziś  wieczorem  wybierali  się  na  kolację  i  oboje  wyczuwali,  że  coś 

wreszcie musi się między nimi wyjaśnić. Po ostatnim spotkaniu w ogrodzie, 
które dla obojga było w pewnym sensie udręką, Summer poszła w końcu do 
lekarza,  by  zdobyć  środki  antykoncepcyjne.  Poczekaj  do  wieczora, 
powtarzała sobie w myślach. Wyjaśnimy sobie wszystko wieczorem. 

Zawahała  się.  Więc  jeśli  teraz  tu  zostanie,  by  porozmawiać  z  Penny, 

ryzykuje spotkanie z Randallem, z którym będzie mogła zamienić najwyżej 
kilka słów... A jednak była ciekawa, w jakiej sprawie przyszła tu Penny. Ta 
młoda  kobieta  zmaga  się  z  cukrzycą  od  lat  i  na  pewno  z  tych  cienkich, 
lśniących broszurek niewiele się dowie nowego. 

- Czy interesuje cię coś szczególnego? - spytała. 
- Owszem - odparła Penny. - Co to jest cukrzyca typu pierwszego? No i 

te  o  diecie.  Ale  ciekawa  jestem,  czy  jest  coś  dla  przyjaciół  i  krewnych 
cukrzyków? 

71

RS

background image

 

 

- Ta zielona... i ta... - Summer podeszła do półki i zaczęła przeglądać jej 

zawartość. - Znajdziesz w nich sporo informacji dla ludzi, którzy nie wiedzą 
nic  o  tej  chorobie.  -  Nagle  domyśliła  się,  dlaczego  Penny  szuka  takich 
informacji. - Powiedziałaś Larry'emu? - spytała. 

- Nie - odparła Penny z lekkim grymasem na twarzy - ale chyba to zrobię 

dziś  wieczorem.  Dziś  rodzice  późno  wracają  i  chcę  ugotować  wspaniałą 
kolację, żeby mu pokazać, że mogę jeść prawie wszystko. A potem dam mu 
te  broszurki,  bo  one  wyjaśnią  mu  wszystko  lepiej  niż  ja.  A  potem,  jeśli 
zechce, pokażę mu, jak nakłuwam palec, żeby sprawdzić poziom cukru we 
krwi, i nawet jak robię zastrzyk. Jeśli on zechce... No, co o tym sądzisz? 

Summer poczuła ucisk serca, słysząc w głosie Penny bolesną mieszankę 

optymizmu i wątpliwości. 

- Nie wiem, Penny - odparła łagodnie. - Nie znam go, prawda? Ale może 

lepiej  jest  niczego  nie  planować,  a  poczekać  na  chwilę,  która  będzie 
rzeczywiście odpowiednia? 

-  Nie.  -  Penny  zacisnęła  usta.  -  W  ten  sposób  wszystko  może  trwać 

jeszcze  wiele  tygodni,  a  myślę,  że  on  powinien  coś  wiedzieć.  Ostatnio 
spędzamy  razem  tyle  czasu,  że  nie  mogę  ukrywać  wszystkiego  w 
nieskończoność. Z doktorem Macleayem ustaliliśmy, że na razie wstrzykuję 
insulinę cztery razy dziennie, i tyle samo razy badam poziom cukru. W ten 
sposób  dosyć  często  znikam  w  łazience,  co  może  się wydać podejrzane.  A 
nie mówię już o tym, że jeśli wystąpi niedocukrzenie, on powinien umieć je 
rozpoznać  i  wiedzieć,  co  robić.  Czasami  sama  nie  oceniam  prawidłowo 
symptomów... 

- Rozumiem - rzekła Summer z namysłem. 
-  Ja  lubię  planować  -  ciągnęła  Penny  -  a  cukrzyca  tę  cechę  tylko 

potęguje. Myślę, że naprawdę dobrze to wymyśliłam. Chyba wezmę jeszcze 
tę  broszurkę  o  podróżach,  bo  Larry  wspominał  o  wyjeździe  do  Nowego 
Jorku. - Roześmiała się i zaczerwieniła. - Tak to powiedział, jakby myślał o 
miesiącu miodowym! 

Wybiegła  z  poczekalni,  wymachując  nad  głową  kolorowymi 

broszurkami,  Summer  zaś  powędrowała  na  swą  krótką  przerwę do  ogrodu, 
rozmyślając o Penny, Randallu i trudnej rozmowie z Mają. 

Penny...  Tak  chce  udowodnić  Larry'emu,  że  cukrzyca  nie  komplikuje 

życia, jakby wiedziała, że Larry będzie miał trudny orzech do zgryzienia. Po 
czym  nagle  przed  oczami  stanęła  jej  Alex  Page.  Czy  dlatego  jest  teraz  na 
Bahamach?  Może  John  próbował  wskrzesić  ich  związek,  a  ona  nie  była  w 
stanie  pogodzić  się  z  perspektywą  życia,  którego  nieodłączną  częścią  jest 
badanie poziomu cukru? Skoro John jest przygnębiony, to kto wie... 

72

RS

background image

 

 

Te  rozmyślania  pozwoliły  jej  bardziej  się  skoncentrować  i  dzięki  temu 

popołudniowe zajęcia wypadły wyjątkowo dobrze. 

- To było świetne spotkanie, Summer - powiedziała Ruth Garrick. 
-  Pewnie  dlatego,  że  z  wyjątkiem  Sally  Clemson  mieliśmy  same 

małżeństwa. 

- Ona jest matką tej chorej dziewczynki? 
-  Tak.  Bonnie  ma  sześć  lat  i  matka,  oczywiście,  bardzo  jej  chorobę 

przeżywa.  Dzisiaj  chciałam  udowodnić  im  wszystkim,  że  cukrzyca  może 
wzmocnić  związek  małżeński  i  nie  muszą  bać  się  jego  rozpadu  pod 
wpływem napięcia. 

Ruth  kiwnęła  głową  i  spojrzała  na  nią  takim  wzrokiem,  jakby  chciała 

usłyszeć  na  ten  temat  coś  więcej.  Summer  nie  była  jednak  pewna,  czy  ta 
potrzeba jest autentyczna, oparła się więc pokusie i zamilkła. John i Alex to 
nie mój problem, uznała, chyba że John sam do mnie przyjdzie. 

Miała  jeszcze  godzinę  do  rozpoczęcia  zajęć  terapeutycznych  z  grupą 

chorych na cukrzycę typu drugiego oraz ich rodzin, dziś jednak nie znalazła 
czasu  na  odpoczynek.  Musiała  wypełnić  formularze,  opisać  kilka 
przypadków i zadzwonić do dwóch pacjentów, którzy czekali na poradę. 

Randall  gdzieś  tu  jest,  pomyślała,  gdy  na  suszarce  w  kuchni  zobaczyła 

brak  jego  filiżanki.  To  dziwne,  że  go  nie  zauważyła.  Steve  przejawiał 
skłonności  do  ukrywania  się,  chowania  nosa  w  książkę,  Randall  jednak 
demonstrował swą obecność ruchliwością i energią. 

Summer  była  z  nim  umówiona  na  siódmą  po  zajęciach  i  miała 

przeczucie, że ten wieczór będzie bardzo ważny. 

Spotkanie  z  drugą  grupą  nie  należało  do  najciekawszych.  Jeden  ze 

starszych  wiekiem  uczestników  z  uporem  rozwodził  się  nad  swoją  grą  w 
golfa i Summer długo musiała go przekonywać, że na spotkaniach pacjenci 
powinni  się  zająć  problemami  interesującymi  większość  -  toteż  zajęcia 
skończyła z uczuciem zmęczenia i lekkiej irytacji. 

Randall  czekał  na  nią,  tak  jak  się  umówili.  Najwyraźniej  znalazł  wolną 

chwilę,  by  pojechać  do  domu,  wziąć  prysznic  i  się  przebrać,  bo  miał  na 
sobie  beżowe  spodnie  i  białą  koszulkę  polo.  Summer  przebrała  się  jeszcze 
przed  zajęciami,  lecz  nie  z  powodu  spotkania  z  Randallem,  ale  dlatego,  że 
jej  zdaniem  każdy  inny  strój  niż  pielęgniarski  stwarzał  swobodniejszą 
atmosferę. Randall nie powiedział jednak, czy spodobało mu się połączenie 
jedwabnej koszulki w kolorze brzoskwini z granatową, lnianą spódnicą. 

- Cześć - powiedział z wymuszonym uśmiechem. 
- Jeśli coś się stało, nie masz czasu... 
- Nie, nie. Nic się nie stało. 

73

RS

background image

 

 

- Wobec tego dlaczego tak się zachowujesz? 
- Myślę, że czegoś nie rozumiem, ale porozmawiamy o tym przy kolacji. 

- Trochę się od niej odsunął, gdy pytał: - Możemy już zamknąć? 

- A czy wszyscy wyszli? Lesley, Steve? 
Czuła się coraz bardziej zdenerwowana. Zwilgotniały jej dłonie, policzki 

się zaczerwieniły. Nie tak wyobrażała sobie ten wieczór! 

- Godzinę temu - odparł drewnianym głosem. 
- Randall... 
- Chodźmy już stąd. 
Odsunął  się  jeszcze  bardziej  i  poczuła,  że  robi  jej  się  niedobrze.  W  tej 

samej  chwili  usłyszeli  odgłos  hamującego  przed  budynkiem  samochodu. 
Trzasnęły drzwiczki, pojazd odjechał, rozległ się tupot kroków na schodach, 
a potem łomotanie w drzwi. 

-  Czy  jest  tam  ktoś?  -  zawołał  ktoś  zdławionym  głosem.  Była  to  Penny 

Malley, kompletnie roztrzęsiona. 

-  Usiądź  -  powiedziała  Summer,  gdy  Penny  weszła  do  środka.  -  Zaraz 

podam ci wodę. A może wolisz herbatę? 

- Nie! - Penny potrząsnęła głową i zaniosła się płaczem. -Ja... nie... 
-  Co  się  stało?  Powiedz  -  poprosiła  Summer  łagodnie,  mimo  że  się 

wszystkiego domyśliła. 

Randall  przestawiał  coś  z  hałasem  w  lodówce  i  Summer  spojrzała  na 

niego ze złością. Przed chwilą właściwie warczał, zamiast mówić, a teraz... 
Czego on  tam  szuka?  Przecież  ta  jego  paskudna  filiżanka jest  na suszarce! 
Powinien raczej zająć się Penny! 

- Larry... - zaczęła Penny i przyłożyła rękę do czoła w geście rezygnacji, 

jakby wypowiedzenie tego słowa pozbawiło ją wszystkich sił. 

- Randall... - wtrąciła Summer ostrzegawczym tonem. 
-  Jest!  -  zawołał  i  zamknął  lodówkę,  pokazując  im  buteleczkę  soku 

pomarańczowego. - Penny, przestań na chwilę mówić i wypij to. 

Napełnił  szklankę  i  przyłożył  ją  do  ust  dziewczyny.  Penny  wypiła 

połowę i objawy hipoglikemii zaczęły szybko zanikać. Tymczasem Randall 
przygotował  kilka  herbatników  posmarowanych  masłem  orzechowym, 
ponieważ po szybko działającej glukozie w soku pomarańczowym należało 
podać wolno przyswajalne węglowodany, by utrzymać odpowiedni poziom 
glukozy w organizmie, odbudować poziom glikogenu w wątrobie i zapobiec 
wtórnej hipoglikemii. 

-  Zadziałałeś  szybciej  niż  ja  -  szepnęła  Summer,  czując  wyrzuty 

sumienia. 

74

RS

background image

 

 

-  Zobaczyłem  jej  rozszerzone  źrenice  i  zbielałe  usta  i  noś  -  wyjaśnił 

równie cicho. 

-  Skupiłam  się  na  jej  stanie  emocjonalnym,  zamiast  przyjrzeć  się 

objawom. Myślałam, że te jej mokre, trzęsące się ręce to wynik szoku, a nie 
fizjologia. 

- Widzę, że nie dziwi cię jej stan? 
- Dziś przy kolacji chciała opowiedzieć Larry'emu o swojej chorobie. 
- Aha... 
Spojrzeli  oboje  na  Penny,  która  posłusznie,  lecz  bez  wielkiego 

entuzjazmu, żuła herbatniki z masłem. Jak większość cukrzyków, nauczyła 
się jeść, gdy nie była głodna, tylko w tym celu, by utrzymać w organizmie 
równowagę między glukozą a insuliną. 

- Powiedziałaś mu? - spytała Summer retorycznie. 
-  On  nie  może  się  z  tym  pogodzić  -  odparła  Penny  martwym  głosem.  - 

Kiedy  się  dowiedział,  że  do  końca  życia  muszę  brać  zastrzyki,  był 
przerażony.  Miał  taką  minę,  jakbym  mu  powiedziała,  że  biorę  heroinę. 
Słyszał  już  wcześniej  o  komplikacjach  wynikających  z  cukrzycy, 
oczywiście  tych  najgorszych,  takich  jak  ślepota,  amputacja  kończyn... 
Tłumaczyłam  mu,  że  przy  zachowaniu  odpowiedniej  higieny  i  stylu  życia 
nic takiego  mi  nie zagraża.  Mogę  nawet  mieć  zdrowe dzieci, ale...  Wiecie, 
on właściwie prawie nic nie mówił, tylko ta jego twarz! A ja myślałam, że 
mnie obejmie i powie, że to wszystko nie ma znaczenia... 

Randall  stanął  za  fotelem,  w  którym  siedziała  Penny,  i  mruknął  pod 

nosem  jakieś  przekleństwo.  Summer  usiadła  obok  i  dotknęła  ramienia 
dziewczyny.  Lśniące  zazwyczaj  oczy  Penny  były  pozbawione  blasku,  a  jej 
twarz, na ogół promienną i uśmiechniętą, wykrzywiał grymas bólu. 

Ostatnie  słowa  Penny  poruszyły  jednak  w  Summer  jakąś  strunę.  Nie 

czuła gniewu, tak jak Randall, kiedy dowiadywał się, że jego pacjenci padali 
ofiarą uprzedzeń związanych z chorobą. 

-  Poczekaj  chwileczkę,  moja  droga  -  powiedziała,  gdy  Randall  poszedł 

umyć szklankę. - Czy spodziewałaś się, że on to powie tak od razu? Myślę, 

że  to  byłoby  nienaturalne.  Wiem,  że  chciałabyś  usłyszeć  takie  właśnie 
słowa, ale obawiam się, że one muszą być wynikiem przemyślenia. 

-  Nie  rozumiem.  -  Penny  patrzyła  na  nią  z  namysłem.  Summer  zbierała 

myśli. Gdy była gotowa mówić, wrócił 

Randall. 
-  Nie  ma  sensu  udawać  -  zaczęła  powoli  - że  cukrzyca niczego w życiu 

nie zmienia. Zmienia. Człowiek musi znaleźć w sobie dużo odwagi, żeby z 
nią  żyć,  i  nie  wszystkim  się  to  udaje.  Cukrzycy  nie  mogą  odciąć  się  od 

75

RS

background image

 

 

swojej  choroby,  choć  wielu  próbuje  -  dodała,  myśląc  o  Johnie,  a  także  o 
innych pacjentach, których znała. 

- Rzeczywiście - zgodziła się Penny. - Ja na początku nie chciałam się z 

tym pogodzić. 

-  Ale  jeśli  nie  jesteś  cukrzykiem,  lecz  tylko  jego  przyjacielem,  masz 

wybór  -  ciągnęła  Summer,  starannie  dobierając  słowa.  -  Możesz  odejść,  i 
niektórzy ludzie tylko tak potrafią się zachować. Inni, i być może Larry do 
nich należy, muszą to przemyśleć, ale tacy ludzie, kiedy już w końcu dojdą 
do wniosku, że mogą żyć z cukrzykiem, będą mu oddani do końca. To jest 
znacznie więcej warte niż spontaniczne zapewnienia pod wpływem chwili. 

- A więc myślisz... - Twarz Penny odzyskiwała blask. 
- Nie wiem, Penny. On może wszystko przemyśleć i uznać, że nie może z 

tobą  żyć,  i  że  nie  byłoby  fair  nawet  próbować.  Jeśli  ci  to  powie,  musisz 
uszanować jego szczerość, powiedzieć sobie, że wyznając prawdę, on chce 
dla ciebie dobrze. Daj mu trochę czasu. Tylko tyle mogę ci radzić. 

Nie była do końca przekonana, że ma rację. Intuicja podpowiadała jej, że 

ten związek da się uratować, jeśli Penny przestanie żywić do Larry'ego żal z 
powodu jego pierwszej reakcji, jeśli będzie w stanie mu ją wybaczyć. A co 
będzie,  jeśli  Larry  za  kilka  lat  dojdzie  do  innych  wniosków?  Czy  ona, 
Summer, nie pogłębia teraz bólu Penny, dając jej fałszywą nadzieję? 

Podchwyciła  spojrzenie  Randalla  i  zauważyła  w  jego  twarzy  wrogość, 

która  ją  zmroziła.  Najwyraźniej  nie  podobało  mu  się  to,  co  mówiła.  Jego 
twarz  wyrażała  coś  jeszcze,  ale  w  tej  chwili  nie  potrafiła  tego  nazwać. 
Zebrała  się  więc  na  odwagę,  uniosła  głowę  i  rzekła  w  miarę  obojętnym 
tonem: 

- Doktor Macleay chce coś powiedzieć. 
-  Penny,  twój  główny  posiłek  dzisiaj  miał  być  między  siódmą  a  ósmą, 

prawda? - spytał sztywno. 

Summer nie tego oczekiwała, lecz nie mogła winić Randalla za to, że w 

tej chwili zajmuje się stanem fizycznym Penny. 

-  Tak  -  odparła  dziewczyna  i  pociągnęła  nosem.  -  Przygotowałam 

kurczaka  i  zapiekankę  z  sałatką  z  awokado  i  karczochów,  a  na  deser 
niskokaloryczny  mus  czekoladowy.  Wszystko  jest  gotowe,  ale  Larry 
poszedł... 

- Więc wracaj do domu, bo zjesz za późno i znowu się źle poczujesz. Czy 

cię podwieźć? 

-  Przyjechałam  taksówką.  Mogę  zadzwonić  po  drugą  -  powiedziała 

Penny. - Ale nie będzie mi łatwo jeść. Nie jestem głodna. 

- Będziesz sama w domu? 

76

RS

background image

 

 

-  Nie,  mama  i  tata  już  pewnie  wrócili.  Chciałam  być  sama,  kiedy 

przyjdzie  Larry.  Przygotowałam  też  przystawkę,  ale  nic  nie  zjedliśmy. 
Pewnie dlatego miałam ten atak - skończyła, nerwowo wyłamując palce. 

- Odwiozę cię - powiedział Randall. 
- Dobrze, ale... czy mogłabym skorzystać z łazienki? 
- Oczywiście. 
Penny wyszła na korytarz, a Randall zwrócił się do Summer: 
-  Czy  pozamykasz  wszystko?  A  potem  możesz  chyba  też  pojechać  do 

domu. Robi się późno. 

- Do domu? - Starała się stłumić nutę zawodu w głosie. - Ale... 
Gdy spojrzał jej w oczy, zrobiło jej się zimno, a potem gorąco. 
- Obawiam się, że muszę odwołać naszą kolację. Przepraszam. 
-  Ależ  wcale  mi  nie  przeszkadza,  że  jest  trochę  później,  Randall  - 

odrzekła zrozpaczona. - Przecież musimy porozmawiać. 

Oboje  spojrzeli  w  stronę  korytarza.  Był  pusty.  Zresztą,  gdyby  nawet 

Penny  ich usłyszała,  na  pewno  nic  by  nie  zrozumiała, bo własne problemy 
zaprzątały ją bez reszty. 

- Posłuchaj - zaczął poważnie. - W tej chwili wydaje mi się, że nie mamy 

o czym rozmawiać. Jest mi naprawdę przykro. Chyba nie powinniśmy byli... 
myśleć  o  bliższym  związku.  Ja  powinienem  był  to  wiedzieć  od  samego 
początku, więc jeśli chcesz, mogę wziąć całą winę na siebie. 

- To nie jest kwestia winy, Randall - odparła gwałtownie i zniżyła głos, 

zauważywszy jego ostrzegawcze spojrzenie. 

- Czuję się taka, no, przybita. Nic nie rozumiem. I wyraźnie widzę, że nie 

zgadzasz się z tym, co powiedziałam Penny. 

- To nie ma nic wspólnego z Penny. 
- Wobec tego... 
-  Ale  czy  to  nie  jest  oczywiste?  Chodzi  mi  o  twój  stosunek  do  Johna. 

Chyba znasz mnie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie jestem w stanie ci 
współczuć z jego powodu? 

-  Znam  cię?!  -  zawołała  z  gorzkim  uśmiechem.  -  W  tej  chwili  mogę 

powiedzieć, że nie znam cię wcale. 

-  Cóż,  zapewniam  cię,  że  jest  to  uczucie  wzajemne  -  odparł  cicho  i 

zwrócił się do Penny, która pojawiła się w progu: 

- Możemy już jechać? Musisz koniecznie zjeść kolację. 

 
 
 
 

77

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
- O kim jeszcze powinniśmy porozmawiać? - spytał Randall, spoglądając 

na notatki. 

Był  poniedziałek  i  odbywali  właśnie  popołudniowe  spotkanie, 

poświęcone  omówieniu  najważniejszych  spraw  ośrodka.  W  zebraniu 
uczestniczyli  Summer,  Ruth  Garnek,  obaj  lekarze  oraz  zazwyczaj  dwie 
osoby  z personelu  szpitalnego.  Jeśli  Lesley  Harper chciała  omówić  sprawy 
administracyjne, mogła to zrobić pod koniec spotkania. 

-  Dzwoniła  matka  Briana  -  odezwała  się  Summer.-  Chce  się  z  tobą 

zobaczyć,  Randall.  -  Poczuła  ucisk  w  gardle,  gdy  wymawiała  jego  imię.  - 
Martwi  się  o  niego.  Zaproponowałam  jej,  żeby  przyszła  dziś  na  sesję 
terapeutyczną. 

- Czy chodzi o coś konkretnego? - spytał, patrząc na nią posępnie. 
Od  czasu  ich  nieszczęsnej  wymiany  zdań  prawie  cały  czas  robił 

wrażenie,  jakby  go  coś  gnębiło.  Summer  zastanawiała  się,  czy  wszyscy 
widzą,  że  są  skłóceni  i  zachowują  wobec  siebie  sztuczną  uprzejmość,  bo 
przyczyna ich sporu dotknęła oboje do żywego. 

- Nie sądzę. Chodzi zapewne o to, że jest dalej beztroski i zbuntowany. - 

Przejrzała  notatki.  -  Wydaje  się,  że  któregoś  weekendu  był  już  bliski 

śpiączki i gdyby pani Page nie wróciła wcześniej ze sklepu, mógł umrzeć. 

- Czy ona chce przyprowadzić Briana? 
- Nie. Chyba zależy jej na tym, żeby porozmawiać i się uspokoić. 
- Rozumiem. Bardzo bym chciał powiedzieć jej coś pozytywnego, ale to 

chyba  niemożliwe.  Zastanawiałem  się  nawet,  czy  nie  zaproponować  im 
pompy infuzyjnej... 

- Pompy?! - zawołał Steve. - W przypadku Briana zupełnie sobie tego nie 

wyobrażam! 

-  No  właśnie.  -  Randall  rozłożył  ręce.  -  Ale  przyznasz,  że  stawianie 

wysokich wymagań niektórym pacjentom nie jest pozbawione sensu. 

- Owszem, ale nie Brianowi. 
- Masz rację. Zrezygnowałem. 
- I słusznie - odparł młodszy lekarz. 
-  Janet  Gordon  będzie  korzystać  z  pompy  -  oznajmił Randall  i  te  słowa 

powitano z aprobatą. 

- To dobrze, bo ona rzeczywiście się do tego znakomicie nadaje. - Steve 

kiwnął głową. 

- Cieszę się, że tak mówisz - rzucił Randall. 

78

RS

background image

 

 

W jego głosie brzmiało jak zwykle trochę ironii, lecz tyleż samo ciepła, 

co  sprawiało,  że  Steve  słuchał  go  z  taką  samą  przyjemnością  jak  wszyscy. 
Summer  zastanawiała  się,  czy  ktokolwiek  już  dostrzegł,  że  łagodne 
poczucie humoru, które tak w Randallu lubiła, od kilku dni przerodziło siew 
sarkazm. 

-  No  bo  -  ciągnął  Steve  niepewnym  głosem  -  ona  chyba  chce  zajść  w 

ciążę. 

- Dobrze, ale jeśli zechce, może korzystać z pompy również potem. Janet 

może zacząć próbować zajść w ciążę za kilka tygodni, kiedy już nauczy się 
posługiwać  pompą.  Będę  współpracował  z  Adamem  Snow,  który  ma 
prowadzić tę ciążę. 

- Świetnie - wtrąciła Lesley. - Wszyscy mamy nadzieję, że jej się uda. A 

teraz  bardzo  przepraszam,  że  was  poganiam,  ale  musimy  omówić  sprawy 
finansowe związane z charytatywnym lunchem i przyjęciem w ogrodzie. No 
i pewnie spieszycie się do pracy. 

-  Właśnie.  -  Rudowłosa  pielęgniarka  ze  szpitala  skinęła  głową.  - 

Obiecałam,  że  wrócę  wcześniej.  Mamy  dziś  mnóstwo  pracy,  a  poza  tym 
muszę  pilnie  zadzwonić  w  kilka  miejsc  w  sprawie  dwóch  nowych 
pacjentów. 

Statecznym krokiem opuściła salę. Gdy jej miejsce zajęła Imelda, Lesley 

zabrała głos: 

- No więc rozmawiałam już z Vincentem Giangrande i powiedział mi, że 

jego rodzina chętnie udostępni nam Olivewood House. 

Randall  obrzucił  Summer  krótkim  spojrzeniem,  a  ona  spuściła  wzrok. 

Wiedziała,  że  Lesley  próbuje  znaleźć  nowe  miejsce  na  zorganizowanie 
przyjęcia  dobroczynnego,  nie  wiedziała  jednak,  że  interesuje  się  domem 
rodzinnym Johna. 

A  co  ma  znaczyć  to  spojrzenie  Randalla?  Zapragnęła  znowu  z  nim 

porozmawiać,  ale  nie  wiedziała,  czy  będzie  w  stanie  znieść  następne 
upokorzenie.  Być  może  po  prostu  zmienił  zdanie  i  żałował  tego,  co  się 
między nimi wydarzyło, a zamiast doszukiwać się winy w sobie, zrzucił ją 
na jej poprzedni związek. 

-  To  wspaniała  rezydencja  z  cudownym  ogrodem  -  zachwycała  się 

Lesley.  -  Arcydzieło  architektury.  Należała  kiedyś  do  bogatego  autora 
thrillerów. Wiele dzieł sztuki w stylu artdeco sprzedał razem z domem. 

- Podoba mi się, Lesley - oznajmił Steve. - Nie mogę się doczekać, kiedy 

zobaczę to cudo. A dlaczego są tacy hojni? 

79

RS

background image

 

 

- Maja Giangrande od dawna jest naszą pacjentką, a teraz doszedł jeszcze 

John. To bogata rodzina, a dom nie jest w tej chwili w pełni wykorzystany, 
bo mieszka tam tylko pan Giangrande z żoną. 

- Dobrze wybraliśmy moment. 
- Nieźle. 
Lesley zaczęła omawiać szczegóły związane z lunchem, lecz Summer nie 

mogła  się  skoncentrować.  Była  boleśnie  świadoma,  że  Randall  dyskretnie, 
lecz uważnie ją obserwuje. Czy uważa, że chcę wrócić do Johna? Że żałuję 
poniewczasie, że nie weszłam do tej bogatej rodziny czy coś takiego? 

John  w  piątek  odwiedził  Randalla  i  siedział  u  niego  dość  długo.  Gdy 

wyszedł,  przywitał  się  z  Summer  z  roztargnieniem.  Wyglądał  na 
przygnębionego i  gdyby  ją w jakikolwiek sposób zachęcił, spróbowałaby z 
nim porozmawiać. On jednak oznajmił krótko: 

- Mam spróbować z wtryskiwaczem. 
I choć poczuła ostry ból serca, gdy uzmysłowiła sobie, jaką walkę z sobą 

zapewne  John  teraz  toczy,  nabrała  również  przekonania,  że  jest  dla  niej 
człowiekiem obcym. Nigdy  go nie zrozumie, nigdy się do niego nie zbliży 
na tyle, by poczuć z nim jedność. 

Jeśli mam mu pomóc, uznała, to on musi wykonać pierwszy krok i mnie 

o tę pomoc poprosić. Nie będę mu się narzucać. 

-  A  więc  jeśli  ktoś  z  was  ośmieli  się  zaplanować  coś  innego  na  piątek 

czternastego  i  sobotę  piętnastego  sierpnia,  już  ja  postaram  się  uprzykrzyć 
mu życie - zakończyła Lesley. 

Groźnym  wzrokiem  potoczyła  po  obecnych,  zatrzymując  spojrzenie  na 

Summer,  której  zrobiło  się  gorąco.  Czy  Lesley  zauważyła,  że  się 
zamyśliłam? Na szczęście usłyszała obie daty i powtórzyła: 

- Tak, czternastego i piętnastego. 
Zapisała  je  w  notesie,  by  potwierdzić  swą  opinię  osoby  dobrze 

zorganizowanej. To problem Randalla, a nie mój! -uznała i postanowiła być 
na niego zła, ponieważ złość jest czasami łatwiej znieść niż ból. 

- Summer, czy w piątek czternastego masz terapię? 
- Zaraz... - szybko przerzuciła kartki notesu. - Nie. Do trzeciego września 

mam wolne. 

-  Wobec  tego  możemy  zamknąć  ośrodek  w  południe  i  spędzić  całe 

popołudnie w Olivewood. 

- Zaraz to sobie zapiszę - mruknął Steve. 
-  Proszę  to  sobie  wyryć  w  pamięci,  doktorze  Berg!  -  rzekła  groźnie 

Lesley. 

- Nie organizujecie czegoś takiego w Stanach? - spytała Summer. 

80

RS

background image

 

 

-  Owszem,  ale  u  nas  to  bardziej  przypomina  jakiś  zjazd  skautek. 

Wspaniałe  widowisko,  wszystkie  piszczą  z  radości,  składają  serwetki, 
ustawiają  szklanki,  puszczają  baloniki  -  zażartował,  naśladując  brytyjski 
akcent. 

Nawet Randall nie potrafił powstrzymać śmiechu. 
- A więc jesteśmy skautkami? Ciekawe... 
-  Obawiam  się,  Randall,  że  trudno  ci  będzie  dobrać  odpowiedni 

mundurek - zażartowała Lesley, lecz on tylko mruknął coś w odpowiedzi i z 
głębokim westchnieniem wcisnął się głębiej w fotel. 

Kilka minut później spotkanie dobiegło końca. 
- Zamknę wszystko - oznajmiła Summer. - Wrócę wieczorem na terapię. 
-  Racja  -  odparła  Lesley.  -  Zapomniałam,  że  to  dziś.  Czy  kupiłam  dość 

mleka i herbatników? 

- Chyba nie, ale uzupełnię zapasy przed kolacją - zapewniła ją Summer. - 

Mam sporo czasu. 

Weszła  do  sali  terapeutycznej,  by  sprawdzić,  czy  wszystko  jest 

przygotowane  na  wieczorną  sesję.  Jej  przezorność  okazała  się 
usprawiedliwiona.  Sprzątaczka  zostawiła  stos  krzeseł  pod  ścianą,  toteż 
Summer  ustawiła  je  w  okrąg.  Na  tę  terapię,  która  odbywała  się  co  dwa 
tygodnie, przychodziło zwykle około dwunastu osób. 

Spotkania  te  były  również  otwarte  dla  rodzin  cukrzyków  i  Summer 

uważała  je  za  bardzo  pożyteczne,  ponieważ  tutaj  można  było  poświęcić 
więcej  czasu  niż  w  gabinecie  lekarskim  na  omawianie  uczuć  i  innych 
problemów związanych z chorobą. 

Gdy sala była już gotowa na przyjęcie gości, Summer wyszła z ośrodka, 

by zjeść kolację i kupić herbatniki oraz mleko. Wróciła przed siódmą. Kiedy 
nastawiła wodę na herbatę i napełniła ekspres kawą, usłyszała kroki. 

Przybysz poruszał się bardzo niepewnie, jakby odwiedzał ośrodek po raz 

pierwszy.  Stali  bywalcy  otwierali  drzwi  pewnym  ruchem,  a  potem 
zdecydowanym  krokiem  szli  w  kierunku  sali.  Summer  włączyła  ekspres  i 
wyszła na korytarz powitać gościa. 

Ujrzała  szczupłego,  dosyć  przystojnego  chłopaka,  który  nerwowo 

rozglądał  się  wokół.  To  nie  jest  pacjent,  pomyślała;  jest  także  za  młody, 

żeby być ojcem chorego dziecka. Może po prostu się zgubił i chce spytać, 
jak dojechać na szpitalny parking? 

- W czym mogę panu pomóc? - spytała uprzejmie. 
- Podobno jest tu dzisiaj spotkanie dla cukrzyków i tych, którzy chcą się 

o tej chorobie czegoś dowiedzieć... 

- Owszem. Czy pan się z kimś umówił? 

81

RS

background image

 

 

- Nie, ale... chciałbym wziąć udział w tym spotkaniu. Nie jestem  chory, 

ale mam chorą przyjaciółkę. 

- Przyjaciółkę? 
- Nazywa się Penny Malley. Zna ją pani? 
- Owszem. I bardzo ją lubię. 
- Ja jestem Larry Bowden. 
Larry! Powstrzymując się, żeby nie wypowiedzieć słów, które cisnęły jej 

się na usta, lecz które winna zachować dla siebie, Summer odparła: 

-  Dzień  dobry.  Penny  wspominała  o  panu.  Zapraszam.  Zazwyczaj  na  te 

spotkania  przychodzą  sami  chorzy  lub  ich  współmałżonkowie,  czasem  ich 
dzieci  lub  rodzice,  ale  rozumiem,  że  jako  bliski  przyjaciel  ma  pan  też 
mnóstwo pytań. 

- No, może nie mnóstwo - rzekł z wahaniem. - Najpierw chciałbym tylko 

posłuchać. 

-  Proszę  bardzo,  ale  gdyby  pan  miał  jakiś  problem,  proszę  nie  bać  się 

pytać. Mamy jeszcze trochę czasu. Ludzie przychodzą około siódmej, biorą 
kawę lub herbatę,  a zaczynamy  dopiero piętnaście po siódmej, więc  gdyby 
pan chciał teraz ze mną porozmawiać... 

- Nie, dziękuję. Poczekam. 
- Może więc podam panu coś do picia? 
- Herbatę, jeśli pani jest tak miła. 
-  Proszę  wejść  i  zrobić  sobie  taką,  jaką  pan  lubi.  Herbatniki  są  też  dla 

nas. 

Skinął  głową  i  ruszył  za  nią  w  milczeniu.  Znowu  musiała  się 

powstrzymywać,  by  nie  zacząć  go  wypytywać  o  Penny  i  o  to,  czy  widział 
się z nią od czasu owej nieszczęsnej kolacji. Sekundy mijały bardzo powoli, 
gdy w krępującej ciszy czekali na pozostałych. Larry krążył po sali, sączył 
herbatę i studiował wiszące na ścianach plakaty na temat cukrzycy. 

Piętnaście  minut  później  rozpoczęły  się  zajęcia.  Tego  wieczoru  było 

niewiele  osób,  ponieważ  piękna  pogoda  skłoniła  większość  do  wyjścia  na 
spacer.  Przyszła  jednak  matka  Briana,  starsze  małżeństwo,  w  którym  żona 
cierpiała  na  cukrzycę  insulinozależną,  mąż  zaś  miał  cukrzycę  wieku 
starczego.  W  końcu  przyszły  jeszcze  dwie  pacjentki, z  których  jedna  tylko 
była mężatką. 

-  Nie  mam  pojęcia,  jak  postępować  z  Brianem  -  oznajmiła  pani  Page, 

zgodnie z oczekiwaniami Summer. 

Przez  pół  godziny  zebrani  próbowali  jej  udzielać  rad,  czasem 

żartobliwych.  Summer  usiłowała  nieco  kierować  rozmową,  rzadko  się 

82

RS

background image

 

 

jednak  wtrącała.  Larry  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Najcenniejszą  chyba 
uwagę uczyniła Caroline Sedgewick, samotna kobieta tuż po trzydziestce. 

-  Moim  zdaniem  problemem  nie  jest  tu  wcale  cukrzyca  -  oznajmiła.  - 

Większość młodzieży w jego wieku nie cierpi na cukrzycę, a problemy ma 
podobne.  Może  on  się  strasznie  nudzi,  może  martwi  się  o  swoją  przyszłą 
pracę,  może  jest  nieszczęśliwy  z  powodu  dziewczyny?  Jeśli  Brian 
rzeczywiście  ma  jakiś  problem,  to  kiedy  się  go  rozwiąże,  jego  nastawienie 
do choroby może się również zmienić. Pamiętam, że ze mną było podobnie. 

- Opowiedz nam o tym, Caroline - zachęciła ją Summer. 
- No cóż, rodzice zawsze mówili mi, żebym nie oddalała się zbytnio od 

domu i nie angażowała w czasochłonne sprawy. Myśleli, że zajmowanie się 
insuliną wystarczająco mnie absorbuje, co oczywiście nie było prawdą. 

- Co ci pomogło? 
-  Malarstwo.  Kiedy  zaczęłam  malować,  zaczęłam  jeździć  po  wyspach; 

dzięki temu znalazłam cel, który pomagał mi panować nad chorobą, zamiast 
obsesyjnie się nią zajmować. 

- Rozumiem - wtrąciła pani Page z rozjaśnioną twarzą. 
-  To  prawda,  że  Brian  nie  wie,  co  będzie  robić  w  życiu.  Ja  i  mój  mąż 

mówimy sobie i jemu, że ponieważ teraz jest bardzo zajęty chorobą, o jego 
przyszłości pomyślimy później. Ale może nie mamy racji... 

Później  pani  Page  mówiła  już  niewiele,  lecz  siedziała  wyraźnie 

zamyślona.  Nie  była  już  tak  spięta  jak  podczas  dwóch  ostatnich  spotkań  i 
czasami wręcz się uśmiechała. 

Rozmowa  tymczasem  schodziła  na  coraz  to  ogólniejsze  tory.  Summer 

próbowała  skierować  ją  na  konkretne  zagadnienia,  rozumiała  jednak,  że  w 
takiej  małej  grupie  ludzie  i  tak  będą  rozmawiali  na  tematy  istotnie  ich 
nurtujące.  Dzisiaj  więc  zebrani  wymieniali  zarówno  najnowsze  przepisy 
kulinarne, jak i porady, kiedy i komu można powiedzieć o chorobie. 

- Ja powiedziałam o niej mojemu kierownikowi, ale nie szefowi firmy - 

wyznała Carolitie. - To jest potwór i na pewno by mi nie pomógł, gdyby coś 
się stało. Ale kierownik jest bardzo miły i znajdzie w mojej torebce tabletki 
glukozy. 

- A ja mówię o tym wszystkim - oznajmiła pani Oakley. - Mike jest cały 

dzień  w  pracy  i  nie  czuję  się  bezpieczna,  zwłaszcza  że  należę  do  tych, 
którzy nie zauważają, że zbliża się niedocukrzenie. 

- Ale nie miałaś tego od kilku miesięcy - dodał pan Oakley. 
Summer  stwierdziła,  że  myślami  błądzi  gdzie  indziej.  W  takiej  małej 

grupie rola terapeuty jest ograniczona do minimum, ponieważ w rozmowie 
rzadko panuje chaos. Larry najwyraźniej nie miał ochoty zabierać głosu, ona 

83

RS

background image

 

 

zaś  nie  namawiała  go  do  niczego,  by  go  nie  zrazić.  Ciekawa  była,  jak 
Randall  oceniłby  sposób,  w  jaki  potraktowała  Larry'ego.  Chyba  będzie 
musiała mu o tym powiedzieć... 

Nagle  zauważyła  na  sobie  wyczekujące  spojrzenia  i  gdy  dyskretnie 

zerknęła  na  zegarek,  stwierdziła,  że  sesja  powinna  się  była  zakończyć 
piętnaście minut temu. 

-  A  więc  pora  na  nas,  prawda?  -  spytała,  z  lekkim  wstydem 

uświadamiając  sobie,  że  tego  wieczoru  nie  skoncentrowała  się  tak  jak 
powinna. 

-  Czy  można  już  kupić  bilety  na  dobroczynny  lunch?  -  dopytywała  się 

pani Oakland. 

- Jeszcze nie. Proszę się dowiedzieć w piątek. 
- A czy pani się wybiera na ten lunch, siostro? 
- Oczywiście, i na przyjęcie w ogrodzie też. Ale bardziej jako pomoc niż 

gość - odparła Summer. 

-  Więc do  zobaczenia,  jeśli  nie  spotkamy  się wcześniej. A  Angela?  Też 

się pojawi? 

Państwo Oakland przyjechali na Bermudy dwa lata temu i bardzo dobrze 

znali poprzedniczkę Summer. 

-  Chyba  tak,  ale  nie  jestem  pewna  -  odparła  Summer.  -  To  już  ostatnie 

dni ciąży. 

- A ty, Larry? - spytała nieśmiało Caroline. 
Wszyscy byli na pewno zaintrygowani obecnością Larry'ego, znakomicie 

jednak skrywali swą ciekawość. 

- A co to za lunch? 
Czuł się skrępowany, gdy zwrócono na niego uwagę. 
-  To  jest  dobroczynny  lunch  organizowany  co  roku  przez  ośrodek  - 

wyjaśniła szybko Summer. - Odbywa się piętnastego sierpnia. Najpierw jest 
oficjalny  lunch,  a  potem  przyjęcie  w  ogrodzie.  W  tym  roku  organizujemy 
lunch  w  Olivewood  House.  Jest  dosyć  drogi,  oczywiście,  dziesięć  dolarów 
od osoby, ale zabawa powinna być znakomita. 

-  Proszę  przyjść!  -  zachęcała  go  pani  Page  gorąco.  -  To  znakomita 

okazja, żeby poznać ludzi. 

Najwyraźniej  sądziła,  że  Larry  jest  nieśmiały,  ponieważ  niedawno 

przyjechał  na  Bermudy,  lecz  ani  Larry,  ani  Summer  nie  zamierzali 
wyprowadzać jej z błędu. 

-  Zobaczę,  może  znajdę  czas  -  wykrztusił,  po  czym  wyjął  kluczyki 

samochodowe  z  kieszeni  spodni,  podrzucił  nimi  nerwowo,  mruknął  pod 
nosem „dobranoc" i wymknął się tuż za państwem Oakley. 

84

RS

background image

 

 

Pod  wpływem  impulsu  Summer  chciała  go  zawołać,  lecz  powstrzymała 

się.  Cóż  mogłaby  mu  powiedzieć?  Nie  wiedziała,  czy  to  spotkanie  mu 
pomogło. Właściwie nie bardzo nawet wiedziała, jak mu pomóc. 

- Pewnie uznał, że może związać się z Penny - poinformowała Randalla 

następnego dnia rano. 

-  Równie  dobrze  może  chcieć  udowodnić,  że  podjął  wtedy  słuszną 

decyzję - mruknął ponuro Randall. - To znaczy, że cukrzyca jest dla niego 
chorobą nadto skomplikowaną. 

Jego szorstka odpowiedź wprawiła ją w takie przygnębienie, że po prostu 

odwróciła  się  i  odeszła.  Sztywnymi  ruchami  pozbierała  notatki, 
przygotowując  się  do  wizyty  w  szpitalu.  Nie  wiedziała,  że  Randall  ją 
obserwuje. 

- Summer? - usłyszała nagle. 
- Słucham - rzekła oficjalnym tonem. Wahał się kilka sekund. 
- Nic - mruknął wreszcie. - Miejmy nadzieję, że masz rację, jeśli chodzi o 

Larry'ego. 

Musiała  przyznać,  że  od  środy  były  to  najserdeczniejsze  słowa,  jakie 

wypowiedział, ale ponieważ nie na takiej serdeczności jej zależało, kiwnęła 
głową i poszła do szpitala. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

85

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
W ciągu następnych kilku dni Penny i Larry nie dawali znaku życia. Jeśli 

chodzi  o  Penny,  nikt  w  normalnej  sytuacji  nie  spodziewałby  się  jej  wizyt 
poza kontrolnymi, ponieważ znakomicie dawała sobie radę z monitoringiem 
i zastrzykami. 

Jeśli  zaś  chodzi  o  Larry'ego...  Podczas  spotkania  nie  powiedział  ani 

słowa, dlaczego więc Summer miałaby żywić nadzieję, że coś go skłoni do 
powtórnej  wizyty?  Kto  wie,  czy  Randall  nie  miał  racji,  sugerując,  że 
uczestnictwo  Larry'ego  w  spotkaniu  grupy  utwierdziło  go  jedynie  w 
przekonaniu, że choroba Penny go przerasta. 

Ponieważ jednak ośrodek musiał radzić sobie z licznymi pacjentami, nikt 

nie miał czasu zajmować się odosobnionymi przypadkami. Zbliżał się także 
lunch  w  Olivewood  House.  Lesley  to  piała  z  uniesienia,  że  przygotowania 
idą  wspaniale,  to  popadała  w  krańcową  rozpacz,  że  nie  zdąży  i  wszystko 
skończy się wielką kompromitacją. 

Jeśli  chodzi  o  Randalla  i  Summer,  zaczęli  się  wyraźnie  unikać,  a  gdy 

przypadkiem na siebie wpadali, przepraszali się w tak przesadny sposób, że 
wszyscy musieli to zauważyć. 

Zachowuje się, jakby mnie poparzył lub coś takiego, myślała Summer. I 

na  dodatek  tak  to  odbieram.  Przez  wiele  minut  jej  skóra  zachowywała 
pamięć jego dotyku, wokół niej długo utrzymywał się jego zapach. Gdy ich 
spojrzenia  niechcący  się  spotykały,  oboje  gwałtownie  odwracali  wzrok,  a 
gdy się razem przypadkiem roześmiali, śmiech ten natychmiast się urywał. 

Summer mogła czerpać pociechę jedynie z tego, że Randall nie zapraszał 

jej  już  na  wycieczki  żaglówką  i  nie  musiała  odpowiadać  na  krępujące 
pytania  koleżanek.  Czasami  Lesley  obrzucała  ją  pełnym  zadumy 
spojrzeniem, 

może 

czasem 

wzrok 

Imeldy 

wyrażał 

tłumione 

zainteresowanie postępowaniem ich obojga. 

Pewny  siebie,  obdarzony  poczuciem  humoru  mężczyzna,  którego 

Summer znała i kochała, gdzieś zniknął, i zastąpił go znakomity fachowiec, 
który wykonywał swą pracę z takim samym jak poprzednio oddaniem, lecz 
w sposób zupełnie pozbawiony wdzięku. I zauważyła to nie tylko Summer. 

- To zabawne - rzucił pewnego dnia Steve, drapiąc się z troską w głowę. 

- Rozumiem go teraz lepiej, ale mniej go lubię. 

Byli  właśnie  z  Summer  w  kuchni  i  nalewali  sobie  herbatę.  W  chwilę 

później  wszedł  Randall,  posępnym  wzrokiem  omiótł  suszarkę  i  blat,  po 
czym  zrezygnowanym  ruchem  sięgnął  do  szafki  nad  zlewem,  wyjął 
niebieską filiżankę, napełnił ją kawą i w progu wymruczał: 

86

RS

background image

 

 

- Tyle razy ją prosiłem, żeby mi jej nie chowała... 
- Błąd - dodał Steve. -  Rozumiem lepiej jego wywody, ale jego samego 

nie rozumiem wcale! 

Summer zaczerwieniła się i mruknęła coś pod nosem. Steve z pewnością 

nawet  się  nie  domyśla,  że  zachowanie  Randalla  ma  jakiś  związek  z  nią  A 
może odwrotnie? Może w życiu Randalla wydarzyło się coś, o czym ona nie 
ma pojęcia? Wszystko to stanowiło bolesną zagadkę, lecz Summer była zbyt 
dumna,  by  próbować  ją  rozwikłać  poprzez  pytania  wprost.  Gdyby  bowiem 
odkryła,  że  Randall  po  prostu  przestał  się  nią  interesować,  przeżyłaby 
wielkie upokorzenie. 

Pamiętała,  że  jest  rozwiedziony.  Jego  małżeństwo  było  niedojrzałą 

przygodą sprzed wielu lat, ale czy przypadkiem nie należy on do tych ludzi, 
którzy  tracą  zainteresowanie  daną  sprawą  w  momencie,  gdy  sytuacja 
przybiera niekorzystny dla nich obrót? 

Nie, na pewno nie! 
-  Trzymaj  się  od  Lesley  z  daleka  co  najmniej  godzinę  -  odezwała  się 

Imelda, wchodząc do kuchni. 

Steve  przed  chwilą  wyszedł,  Summer  zaś  stała  wpatrzona  w  ekspres, 

obserwując,  jak  do  dzbanka  spływają  ostatnie  krople  kawy.  Gdy  spojrzała 
pytająco na koleżankę, ta wyjaśniła: 

-  Jest  jakieś  zamieszanie  z  krzesłami  na  sobotę.  Nie  moja  wina,  dzięki 

Bogu! Czy idziesz dziś do szpitala? 

- Tak, za piętnaście minut. 
- Masz szczęście! 
Gdy  Summer  ujrzała  Lesley  dziesięć  minut  później,  ta  rzeczywiście 

rwała sobie włosy z głowy, lecz Summer znacznie łatwiej zniosła jej lament 
niż  uwagę  Randalla  dotyczącą  filiżanki.  Irytacja  Lesley  nie  wpłynęła  w 

żaden sposób na jej spotkanie z pacjentami szpitalnymi. 

Najpierw  poszła  zobaczyć  chorą  na  cukrzycę  typu  pierwszego  Anne 

Crossland,  która  była  w  drugiej  ciąży  i  leżała  w  szpitalu  z  powodu 
przedwczesnych bólów porodowych, niekoniecznie związanych z cukrzycą. 
Summer  odwiedzała  ją  co  tydzień,  by  pomóc  w  leczeniu  modzela  stopy  i 
doradzić  jej  oraz  personelowi  na  wydziale  położniczym  w  sprawach,  które 
nie  wchodziły  w  kompetencje  Randalla.  Gdy  skończyła  opatrywać 
zaczerwienione zgrubienie, pacjentka powiedziała: 

- Obiecała pani dać mi numer telefonu Janey Gordon. 
- Tak, tak, oczywiście. Dziękuję, że zgodziła się pani z nią porozmawiać. 
-  To  jest  moja  druga  ciąża,  a  w  pierwszej  też  używałam  pompy 

infuzyjnej,  więc  czuję  się  teraz  jak  ekspert.  Proszę  się  nie  obrazić,  ale  są 

87

RS

background image

 

 

rzeczy,  które  tylko  sam  cukrzyk  może  naprawdę  zrozumieć  i  na  pewno 
lepiej  radziłabym  sobie  w  pierwszej  ciąży,  gdyby  mi  pomógł  ktoś 
doświadczony. 

- Jestem pewna, że Janey doceni pani pomoc i że znakomicie będzie się 

wam rozmawiało. 

- Z pewnością! Spotkałyśmy się raz czy dwa w poczekalni i pogadałyśmy 

sobie  trochę,  ale  nie  zdążyłyśmy  przekazać  sobie  numerów  telefonu,  bo 
którąś poproszono do lekarza. 

- Opowie mi pani za tydzień, jak wam idzie? 
- Z przyjemnością. 
Następnym  pacjentem  był  Ray  Lewis.  Chorował  na  cukrzycę  typu 

drugiego i cierpiał na nie związane z tyra zaburzenia w pracy serca. Randall 
kierował jego terapią insulinową, Summer niewiele więc mogła tu zdziałać; 
mogła  jedynie  sprawdzić,  czy  pacjent  nie  ma  dodatkowych  problemów. 
Kiedy oglądała jego kartę, spytał: 

-  Czy tam wpisują  wagę? W  ciągu  miesiąca straciłem  cztery  kilogramy. 

Czy siostra nie jest zadowolona? 

Summer  istotnie  się  ucieszyła,  ponieważ  nadwaga  doprowadziła  do 

powstania  choroby  i  lekceważenie  diety  mogłoby  unicestwić  wszelkie 
leczenie. 

- I wcale nie głodowałem, ale jadłem z umiarem, tak jak mi pani radziła - 

dodał pacjent. 

- Jestem z pana naprawdę dumna! - oświadczyła radośnie Summer. 
Kiedy  wróciła  do  ośrodka,  Lesley  zapomniała  już  o  krzesłach,  bo 

przyszli  Penny  i  Larry.  Summer  szóstym  zmysłenj  wyczuła,  że  wszystko 
jest dobrze. 

-  Wzięliśmy  dziś  wolny  dzień  -  wyznała  Penny.  -  Miała  pani  rację, 

siostro, on po prostu potrzebował czasu. 

Kątem oka Summer widziała Lesley, która przysiadła na biurku, pozornie 

zajęta rozmową telefoniczną, Imelda zaś otwarcie podsłuchiwała. 

-  Ja  po  prostu  nigdy  się  nad  takimi  rzeczami  nie  zastanawiałem  - 

przyznał  Larry  nieśmiało,  lecz  najwyraźniej  był  szczęśliwy.  -  Penny  miała 
rację,  że  była  na  mnie  zła,  kiedy  uciekłem  z  jej  domu.  Dobrze,  że  jej  to 
przeszło! 

- Dobrze, że tobie przeszło, Larry. 
- Dalej mam wiele pytań - powiedział ze zmarszczonym czołem. - Czy na 

przykład  można  wywołać  u  Penny  niedocukrzenie  w  kontrolowanych 
warunkach, żebym wiedział, jak to wygląda, kiedy przydarzy się naprawdę? 

88

RS

background image

 

 

-  Och,  to  nie  jest  konieczne  -  odparła  Summer.  -  Jej  matka  widziała  to 

wiele  razy  i  umie  sobie  z  tym  radzić,  więc  może  doskonale  opisać  panu 
objawy. 

Larry skinął głową. 
- Jestem mechanikiem samochodowym - wyjaśnił poważnie. - Myślę, że 

potrafię  zrozumieć  tego  rodzaju  chorobę.  To  jak  ustawianie  zapłonu  w 
silniku.  Myślę,  że  jest  to  choroba,  którą  można pokonać, jeśli  się  człowiek 
postara. Wiele rzeczy można przewidzieć. Wypożyczyłem z biblioteki... 

- Czytał jak szalony - wtrąciła Penny. - A wczoraj wieczorem przyszedł 

do mnie i... 

- Ja muszę najpierw wszystko zrozumieć - bronił się trochę zakłopotany 

Larry. 

-  Czy  jest  doktor  Macleay?  Chcielibyśmy  z  nim  też  porozmawiać  - 

oświadczyła Penny. 

- I co mu powiedzieć? - spytał Randall, stając przy nich. 
- Że bierzemy ślub! - zawołała Penny z ożywieniem. 
- No to gratuluję! 
-  Jeszcze  nie  w  tym  roku,  ale  wszystkich  już  zapraszamy,  'lyle  dla  nas 

zrobiliście. Dzięki, Summer, za to, co mi powiedziałaś trzy tygodnie temu. 

- Och, nie ma za co - mruknęła Summer. 
Czuła na sobie wzrok Randalla, lecz nie miała ochoty spojrzeć na niego, 

by sprawdzić, jaką ma minę. Cieszyła się z przyjaźni Penny i Larry'ego i z 
satysfakcją  przyjęła  ostatnie  słowa  Penny,  ale  jeśli  Randall  ma  zamiar 
przepraszać... Tyle się między nimi popsuło, że żadne przeprosiny tego nie 
naprawią, i chyba zwyczajnie roześmieje mu się w twarz. 

A  może  się  rozpłacze?  Czasami  miała  na  to  ochotę,  lecz  dotychczas 

zawsze udawało jej się nad sobą zapanować. 

Penny i Larry wyszli kilka minut później na homary do jakiejś wytwornej 

restauracji, Randall zaś udał się do szpitala, by obejrzeć pacjenta po operacji 
tarczycy. Summer odetchnęła i swoim zwyczajem podczas krótkiej przerwy 
na  lunch  powędrowała  do  ogrodu  botanicznego,  wykorzystując  ostatnie 
chwile  przed  deszczem.  Na  horyzoncie  za  Hamilton  zbierały  się  ciężkie 
ciemne chmury. 

Nie  było  jej  jednak  dane  odpocząć  w  samotności.  Gdy  minęła  bramę  i 

znalazła się w bujnym świecie przyrody, usłyszała za plecami głos: 

- Summer! Summer, poczekaj! John. 
- Boże, przestraszyłeś mnie - powiedziała, odwracając się do niego. 
-  Przepraszam.  -  Spojrzał  na  jej  kanapkę,  owoce  i  butelkę  wody 

mineralnej. - Lunch? Nie boisz się, że zacznie padać? 

89

RS

background image

 

 

-  Chyba  masz  rację,  ale  bawię  się  w  wyścigi  z  tą  dużą,  czarną  chmurą. 

Jak się masz, John? 

- Dobrze, ale... Chodźmy na spacer. 
- Oczywiście. Umówiłeś się z kimś? 
-  Tak,  ale  przyjechałem  trochę  za  wcześnie.  Wiesz,  jestem,  dumny  ze 

swoich wyników. Od półtora tygodnia sprawdzam poziom glukozy we krwi 
cztery razy dziennie, tak jak Pan 

Bóg przykazał, i wyobraź sobie, że wszystkie odczyty są w normie! 
-  Naprawdę?  Ależ  to  cudownie!  Koniecznie  musisz  o  tym  powiedzieć 

doktorowi Macleayowi. 

- A jak myślisz? Właśnie się do niego wybieram. Dobrze też sobie radzę 

z wtryskiwaczem. 

Rozpakowała kanapkę i zaczęła ją jeść. Skierowali się w stronę wielkich 

drzew  figowych,  których  korzenie  wystawały  miejscami  nad  ziemię, 
tworząc  coś  w  rodzaju  pierwotnej,  naturalnej  rzeźby.  Szli,  rozmawiając  o 
tym,  co  zaszło  w  ostatnich  dniach.  Ojciec  Summer  pojawił  się  znowu  w 
Wielkiej Brytanii, najwyraźniej zdrowy i zadowolony. Matka Johna była w 
Bostonie  odwiedzić  siostrę,  ale  już  wróciła  i  zajmuje  się  przygotowaniem 
Olivewood House na sobotni lunch. 

Tak,  wszystko  jest  dobrze.  Summer  odniosła  wrażenie,  że  John  jakby 

dojrzał i zaczął godzić się ze swą chorobą. Wyniki codziennych badań były 
znakomite,  a  jego  nowy,  elektroniczny  glukometr  wyposażony  był  w 
pamięć, w której można przechowywać mnóstwo obserwacji, toteż Summer 
sama mogła obejrzeć wyniki. 

I  nagle  lunęło  jak  z  cebra.  Chmury  otworzyły  się  z  typową  w  tych 

szerokościach  gwałtownością  i  ściana  deszczu  ścigała  ich  niczym  pies 
gończy  do samego ośrodka.  W  drodze  spotkali  Randalla,  który spieszył  do 
pracy, trzymając gazetę nad głową. 

Summer  śmiała  się  na  cały  głos,  ponieważ  ulewy  na  Bermudach 

sprawiały  jej  wielką  radość.  Już  Się  do  nich  przyzwyczaiła,  a  poza  tym 
dzisiaj  zmokli  stosunkowo  mało.  John  ucierpiał  nieco  bardziej  niż  ona,  bo 
gdy  zaczęło  padać,  zamiast  od  razu  uciekać,  musiał  najpierw  schować  w 
bezpieczne miejsce swój cenny glukometr. 

-  Poczekaj!  -  wołał  teraz.  -  Trochę  przemokłem  i  nie  mam  w  co  się 

przebrać! 

Randall  pierwszy  wbiegł  na  werandę  i  czekał  tam  na  nich  z  chłodną 

miną.  Summer  czuła  się  jak  uczennica,  która  wpadła  spóźniona  na  lekcję. 
Randall spojrzał na zegarek. 

- Mogę przyjąć pana już zaraz - powiedział. 

90

RS

background image

 

 

-  Dziękuję.  Muszę  się  jeszcze  przygotować  do  spotkania  i  trochę 

wyschnąć. 

- Wobec tego zapraszam za chwilę. 
Summer  ruszyła  do  siebie,  lecz  po  chwili  zawołano  ją  do  gabinetu 

Randalla. Kiedy weszła do środka i zamknęła drzwi, uświadomiła sobie, że 
po  raz  pierwszy  spotkali  się  w  trójkę.  Stanowili  dziwną  grupę  ludzi,  z 
których  każde  pozostawało  z  pozostałymi  w  jakimś  związku,  osobistym  i 
zawodowym. 

-  Właśnie  uprzytomniłem  sobie, że  ani  razu  nie sprawdzaliśmy  krążenia 

w stopach Johna - rzekł Randall sztywno. -W szpitalu podobno również tego 
nie robiono. Chyba powinniśmy się tym zająć. 

- Dobrze, ale w Londynie uczono cię pielęgnacji stóp, John? 
- Chyba nie  wszystko wtedy  rozumiałem - przyznał szczerze. - Ostatnio 

jednak staram się dokładnie zapisywać wszystkie objawy i nie zauważyłem 

żadnego  problemu  ze  stopami.  Jeśli  cukier  utrzyma  się  w  normie,  nie 
powinienem mieć kłopotów, prawda, doktorze Macleay? 

Nie  było  wątpliwości,  że  czeka  na  odpowiedź  pozytywną  i  zupełnie  do 

niego  nie  dociera,  że  między  jego  lekarzem  a  byłą  narzeczoną  panuje 
napięcie. 

On myśli tylko o sobie i o swojej chorobie, skonstatowała Summer.  I w 

jego sytuacji jest to słuszne. W tej grupie to ja dziwnie reaguję. Boże, jakie 
to okropne! 

-  Owszem,  ale  mimo  wszystko  musimy  sprawdzić  -  odparł  Randall.  - 

Summer,  czy  mogłabyś  się  tym  zająć,  a  ja  w  tym  czasie  obejrzę  dane, 
zapisane w tej cudownej, małej maszynce Johna? 

Czyżby Randall znowu ironizował? 
Sprawdziła  tętno  w  stopach  Johna,  ciepłotę  i  barwę  skóry,  i  uznała,  że 

wszystko  jest  w  normie.  Potem  sprawdziła  odruchy,  a  także  reakcje  ńa 
dotyk ostrymi i tępymi przedmiotami. 

- Czujesz to pióro, John? Co ono robi? 
- Drapie mnie w środek stopy. 
- A teraz? -Wpięte... 
- A teraz? 
- W mały palec. 
-  Wszystko  w  porządku  -  poinformowała  Randalla.  Trzymał 

elektroniczny  glukometr  Johna  w  lewej  ręce,  a  prawą  wpisywał  dane  do 
historii choroby. Gdy usłyszał głos Summer, spojrzał na nią i kiwnął głową, 
po czym jego oczy nagle się zwęziły. Zauważyła, że przeniósł spojrzenie na 
jej  lewą  rękę,  która  nadal  leżała  na  wyciągniętej  nodze  Johna.  Nie  był  to 

91

RS

background image

 

 

żaden  erotyczny  gest,  a  poza  tym  John  właśnie  sięgał  po  skarpetki  i  buty, 
niemniej  spojrzenie  Randalla  było  tak  intensywne  i  wiele  mówiące,  że 
Summer poczuła irytację. 

- Wszystko jest w porządku - powtórzyła. - Tętno w normie, obie stopy 

wrażliwe i ciepłe. Czy jeszcze coś mam teraz zrobić? 

-  Nie,  dziękuję.  Właśnie  uświadomiłem  sobie,  że  jeszcze  nie  widziałem 

takiego  wspaniałego  glukometru  -  odparł  lekkim  tonem.  -  To  prawie 
komputer. Czy kupił pan ten gadżecik w Stanach? 

-  Tak,  dziesięć  dni  temu  byłem  w  Nowym  Jorku.  Nie  było  to  tanie, 

oczywiście. 

- Takie rzeczy nigdy nie są tanie, kiedy są nowe na rynku. 
John wzruszył ramionami. 
-  No  cóż,  płaci  się  w  końcu  za  nowość.  Mam  nadzieję,  że  będą  to 

udoskonalać. A wy nie śledzicie takich wynalazków? 

Summer  widziała  w  tych  pytaniach  raczej  przejaw  wrodzonej 

zarozumiałości Johna niż chęć upokorzenia Randalla, spostrzegła jednak, że 
Randall  zesztywniał,  choć  ukrył  to  tak  doskonale,  że  John  niczego  nie 
zauważył. 

-  Czytam  o  wszystkim,  co  się  ukazuje  na  rynku  -  odparł  obojętnym 

tonem  -  ale  gdybym  to  wszystko  zamawiał,  szybko  bym  zbankrutował. 
Ponieważ  są  to  rzeczy  kosztowne,  nie  znalazłbym  wielu  pacjentów,  którzy 
byliby  skłonni  kupować  każdy  wynalazek.  Pana  ciotka  Maja,  na  przykład, 
woli metody tradycyjne. 

- To prawda - zgodził się John. - Ale ja chętnie pokażę panu moją każdą 

nową zabawkę. 

- Dzięki, będę o tym pamiętał. A teraz, czy chciałby pan porozmawiać ze 

mną prywatnie? 

Summer z ulgą opuściła gabinet. Nie widziała już Johna po jego wizycie 

u  Randalla,  ponieważ  była  zajęta  w  gabinecie  zabiegowym  pacjentem 
Steve'a. Samego Randalla natomiast ujrzała dopiero pod koniec dnia pracy. 

W  ośrodku  powoli  zaczęła  zapadać  cisza.  Ruth,  która  po  południu 

przyszła  na  wizytę  w  sprawie  diety,  przed  chwilą  opuściła  przychodnię. 
Imelda robiła porządek na biurku, Lesley toczyła przez telefon ostatnie boje 
o krzesła, a Steve udał się do szpitala do swego pacjenta. 

Summer  weszła  do  kuchni,  i  zobaczywszy  bałagan,  wzięła  się  do 

zmywania naczyń. 

- Daj sobie spokój, za chwilę to zrobię! - zawołała Imelda, lecz Summer 

odparła, że bardzo lubi zmywać, po czym natychmiast zmieniła zdanie, gdy 
w progu pojawił się Randall. 

92

RS

background image

 

 

- Nie miałem okazji cię przeprosić - oznajmił bez żadnych wstępów. 
- Za co? - Boże, jaka ta kuchnia jest mała! To... niesprawiedliwe, że musi 

stać blisko niego, czuć jego zapach i ciepło. 

-  Podaj  mi  tę  filiżankę  -  zażądała,  mając  nadzieję,  że  owo  okropne 

uczucie słabości minie. 

- Nie, sam ją umyję. 
Zmierzyli  się  wzrokiem.  Summer  stała  przy  zlewie,  więc  Randall  nie 

mógł  dosięgnąć  kranu.  Odstąpiła  krok  na  bok,  on  odchrząknął  i  zajął  jej 
miejsce, po czym przełożył filiżankę z ręki do ręki i powiedział: 

-  Za  to,  że  trzy  tygodnie  temu  skrytykowałem  radę,  jakiej  udzieliłaś 

Penny. Ty miałaś rację, a nie ja. 

-  Jeśli  mówisz  to  takim  tonem,  brzmi  to  jak  oskarżenie  -  odparła 

zdenerwowana. 

- Naprawdę? 
- Tak! 
- Wobec tego przepraszam i za to. 
-  Przestań  już  -  rzekła  pospiesznie,  nie  mając  zamiaru  przedłużać  tej 

sceny. - A co do Penny i Larry'ego, to wiem, że się cieszysz. Wszyscy się z 
tego  cieszymy,  ale  to  nie  moja  zasługa.  Jeśli  między  ludźmi  istnieje 
naprawdę  silna  więź,  zawsze  w  końcu  zwycięża,  bez  względu  na  to,  czy 
ktoś udziela im dobrych rad, czy nie. 

- Naprawdę tak myślisz? 
- Owszem, a ty nie? 
- Hm, nie jestem pewien. I w tym tkwi drugi problem. 
Urwał i znowu odchrząknął, co sprawiło, że Summer przestała studiować 

swoje  paznokcie  i  przeniosła  na  niego  wzrok,  zaciskając  dłonie  w  pięści. 
Boże,  co  za  okropny  nawyk!  Znowu  miała  ochotę  obgryzać  paznokcie, 
postanowiła jednak, że Randall jej do tego nie skłoni! 

A  więc  przepraszał  za  Penny  tylko  na  przystawkę,  a  główne  danie 

właśnie nadchodzi... 

- Słucham, Randall - ponagliła go. 
- Jak wiesz, John przyszedł dzisiaj do mnie porozmawiać. 
- Tak...? 
Ta  niepewność  była  u  niego  czymś  niezwykłym,  bo  Randall  zazwyczaj 

wyrażał się płynnie. Ciszę przerwało lekkie trzaśniecie drzwiami - to Imelda 
skończyła pracę. 

-  Do  cholery!  -  wybuchnął  i  teraz  słowa  potoczyły  się  wartkim 

strumieniem. - On chce spróbować z pompą! Powiedziałem mu, że nie jest 
do  tego  przygotowany  i  spytałem,  dlaczego  mu  tak  na  tym  zależy. 

93

RS

background image

 

 

Oczywiście, pompa stwarza najlepszą możliwość samokontroli, ale wymaga 
wielkiego  zaangażowania,  wiedzy  i  dyscypliny.  Ty  wiesz  o  tym,  ja  o  tym 
wiem, ale czy masz pojęcie, co on na to? 

- Co? 
-  Cytuję,  Summer.  -  Zabrzmiało  to  jak  groźba.  -  „Tylko  w  ten  sposób 

mogę odzyskać kobietę, którą kocham". Czego ty, do diabła, chcesz od tego 
faceta? 

W  jego  oczach  zamigotał  niespokojny  płomień,  Summer  zaś 

zaniemówiła z przerażenia. 

-  Ty,  właśnie  ty!  -  ciągnął.  -  Kobieta,  która  ma  wszelkie  kwalifikacje, 

żeby być znakomitą żoną dla cukrzyka. Jako jego lekarz muszę cię prosić o 
to, żebyś spróbowała pokonać strach. Jako twój kolega przyznaję, że twoja 
wiedza  może  ci  utrudnić  zaangażowanie,  ale  jeśli  naprawdę  ci  zależy...  - 
Roześmiał  się  gorzko.  -  Ale  jako  mężczyzna,  który  kiedyś  chciał  zostać 
twoim  kochankiem  i  który  z  tego  powodu  cierpi,  zadaję  sobie  pytanie, 
dlaczego  usiłuję  cię  do  czegokolwiek  namówić?  Jego  strata  będzie  moim 
zyskiem. Powinienem cię po prostu zanieść do łóżka i zapomnieć o Johnie, 
ale  nie  mogę  tego  zrobić,  bo  nie  potrafię  kochać  kobiety,  która  odrzuciła 
mężczyznę tylko z powodu cukrzycy! 

-  Ja  odrzuciłam  Johna  z  powodu  cukrzycy?  -  wyjąkała  zdumiona,  gdy 

wreszcie dotarł do niej sens jego słów. 

- A co? - spytał, patrząc jej prosto w oczy. 
Jego twarz wyrażała pogardę, ale czy tylko? Summer odniosła wrażenie, 

że  dostrzega  w  niej  ból  i  rozdzierającą  tęsknotę...  Przytłoczona  biegiem 
wydarzeń i jego oskarżeniem, poczuła złość. 

-  Jego  cukrzyca  nigdy  nie  miała  znaczenia,  Randall  -  oświadczyła 

pewnym  już  głosem.  -  Ale  że  tobie  coś  takiego  przyszło  do  głowy...  Nie 
wierzę,  że  traktujesz  mnie  tak,  jak  traktujesz,  z  powodu  takiego 
bezsensownego podejrzenia! 

Poczuła, że do oczu napływają jej łzy i postanowiła wyjść z kuchni. Gdy 

postąpiła  krok  do  przodu,  zderzyła  się  z  Randallem,  który  chciał  ją 
zatrzymać. Na ułamek sekundy opanował ją ból pożądania, oszołomiła jego 
bliskość, po czym usłyszała zduszony okrzyk i dźwięk tłuczonej porcelany. 

Na podłodze leżała w kawałkach błękitna filiżanka. 
- Och, przepraszam, Randall. Ja... 
- Przecież mi na niej nie zależy! 
Próbował ją powstrzymać, lecz strząsnęła jego rękę, schyliła się i zaczęła 

zbierać  kawałki.  Ponieważ  pod  stopami  trzeszczały  jej  drobinki  porcelany, 
wzięła papierowy ręcznik i usiłowała zmieść wszystko w jedno miejsce. 

94

RS

background image

 

 

- Zostaw to! Pokaleczysz się. Proszę cię, zostaw, musimy porozmawiać! 
- Nie musimy! - Wyprostowała się i spojrzała mu groźnie w oczy. - Dość 

już powiedziałeś. Muszę iść. 

- Do Johna. 
- Nie, nie do Johna. John nie ma tu nic do rzeczy! 
-  Naprawdę?  Jako  jego  lekarz...  Boże,  dlaczego  ja  muszę  być  jego 

lekarzem! 

- Ja też żałuję, ale chyba nie można tego na razie zmienić. I chyba nigdy 

nie przejdziemy nad tym faktem do porządku dziennego, prawda? 

Kiwnął głową i przymknął oczy. 
Gdy  skierowała  się  do  wyjścia,  tym  razem  nie  uczynił  ruchu,  by  ją 

powstrzymać.  Zebrała  swoje  rzeczy  i  przy  drzwiach  wyjściowych 
przystanęła  na  chwilę  -  na  tyle  długą,  by  usłyszeć, że Randall  nadal  jest w 
kuchni i usuwa z podłogi resztki swej ukochanej filiżanki. 

Ta  myśl  dotarła  do  niej  dopiero  późnym  wieczorem.  W  tym  bezładnym 

pozornie potoku słów, w gniewnej przemowie Randalla kryło się w gruncie 
rzeczy wyznanie miłości... 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

95

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
-  Stłukł?  O  nie!  Ale  jak?  -  mówiła  Imelda  do  Lesley  następnego  ranka, 

gdy Summer wchodziła do ośrodka. 

-  Powiedział,  że  wypadła  mu  podczas  mycia,  tuż  po  twoim  wyjściu. 

Kiedy Steve wrócił ze szpitala, widział, jak Randall wrzuca ostatnie kawałki 
do kosza, Podobno tych kawałków były tysiące. 

-  No,  to  była  w  końcu  duża  filiżanka.  Teraz  Randall  będzie  chodził 

rozjuszony jak byk. 

-  Obawiam  się,  że  masz  rację  -  rzekła  Lesley  marszcząc  czoło.  -  Ta 

historia na pewno nie poprawiła mu humoru. 

- Summer, słyszałaś, co powiedziała Lesley? 
- Tak. To okropne. 
Ostrożnie  wepchnęła  głębiej  do  torby  nową  filiżankę  z  porcelany,  którą 

kupiła  poprzedniego  wieczoru.  Skoro  Randall  wziął  całą  winę  na  siebie  i 
powiedział,  że  w  owej  feralnej  chwili  był  w  kuchni  sam,  nie  wolno  jej 
zdradzić,  że  prawda  wygląda  inaczej.  Randall  najwyraźniej  nie  chciał,  by 
ktokolwiek podejrzewał jakąś scenę, i w tym w pełni się z nim zgadzała. 

A  poza  tym  ta  nowa  filiżanka  wcale  nie  jest  taka  piękna.  Summer  była 

poprzedniego  dnia  mocno  rozdrażniona  i  początkowo  wydało  jej  się 
szaleństwem wsiadać do autobusu i jechać do Hamilton na niecałą godzinę 
przed  zamknięciem  sklepów,  lecz  mimo  wszystko  to  zrobiła.  A  potem 
gorączkowo  biegała  po  sklepach  w  poszukiwaniu  w  miarę  wiernej  kopii 
słynnej niebieskiej filiżanki, i nie mogła nic podobnego znaleźć. 

Wyprawa  ta  jednak  dobrze  jej  zrobiła.  Wspomnienie  buszowania  po 

półkach pomogło jej również później, gdy uświadomiła sobie, co w gruncie 
rzeczy Randall jej wyznał. 

Powiedział, że mnie kocha... 
W  sklepie  mogła  przynajmniej  skupić  myśli  na  pólkach  pełnych 

towarów, na czymś konkretnym, albowiem zupełnie nie była w nastroju, by 
uwierzyć w coś tak ulotnego jak miłość. 

W  końcu  znalazła  coś  dosyć  podobnego  do  nie  istniejącego  oryginału. 

Była  to  duża,  gruba  filiżanka  w  kształcie  miseczki,  z  dużym  uchem,  które 
umożliwiało  swobodne  zawieszenie  jej  na  palcu,  kształtem  jednak  różniła 
się nieco od swej poprzedniczki i nie była błękitna. Summer mogła jedynie 

żywić nadzieję, że morski kolor nie będzie Randallowi przeszkadzał... 

Kupowanie  mu  prezentu  w  chwili,  gdy  czuła  się  zła,  zraniona  i 

zagubiona,  było  dziwnym  pomysłem,  który  jednak  miał  dobroczynny 
skutek.  Teraz  nie  była  już  taka  zła.  Nie  spała  dobrze  w  nocy  i  w  gruncie 

96

RS

background image

 

 

rzeczy czuła się wyczerpana, toteż nie miała pojęcia, jak zniesie pojawienie 
się  Randalla.  A  może  uda  się  uratować  coś  z  bliskości,  która  ich  niegdyś 

łączyła? Chyba jednak nie. Powiedział, że mnie kocha, ale... 

Dlaczego  tak  chętnie  uwierzył  w  niskie  pobudki  zerwania  zaręczyn  z 

Johnem?  To  jest  coś,  nad  czym  najtrudniej  jej  było  przejść  do  porządku 
dziennego.  Przecież  powinien  wierzyć  w  jej  uczciwość!  Dlaczego  ze 
sceptycyzmem  myślał  o  radach  udzielonych  przez  nią  Penny?  Jego 
podejrzliwość  zrodziła  się  chyba  wcześniej.  Kiedy?  Owego  ranka  na 
wyspie, gdy po śniadaniu spytał o Johna i ich zerwane zaręczyny? 

A  więc  filiżanka  bardzo  jej  pomogła,  teraz  ukryła  ją  jednak  głęboko  w 

torbie,  by  udać  później,  że  kupiła  ją  dopiero  podczas  lunchu.  Dopiero  po 
południu  pokaże  wszystkim  swój  zakup,  a  potem  wręczy  filiżankę 
Randallowi. 

Był  czwartek  i  ponieważ  tego  dnia  tuż  po  lunchu  nie  było  pacjentów, 

Summer  miała  dwie  godziny  wolnego.  Wykorzystała  je  nader  prozaicznie: 
zrobiła zakupy do domu. Gdy wróciła przed piątą do ośrodka na dyżur, była 
gotowa pokazać swe trofeum. 

Wszyscy  byli  na  miejscu  z  wyjątkiem  Randalla,  który  jeszcze 

przyjmował  pacjentów  w  przychodni  przyszpitalnej.  Imelda  i  Lesley 
zajmowały  się  ostatnimi  przygotowaniami  do  sobotniego  lunchu,  Ruth 
prowadziła  zajęcia  na  temat  gotowania,  a  Steve  właśnie  wrócił  z  pola 
golfowego. 

I gdy Summer wyciągnęła swą opakowaną jeszcze filiżankę, powiedział: 
- Nie do wiary! Ja też mu coś takiego kupiłem! 
- I ja! - zawołała Lesley, po czym Imelda i Ruth wybuchnęły śmiechem, 

pokazując małe paczuszki. 

Gdy wrócił Randall, w ośrodku rozbrzmiewały co chwila salwy śmiechu. 

Na biurku w środku recepcji powitał go widok pięciu filiżanek, usiłujących 
zastąpić tę jego błękitną z porcelany. 

- Co tu się... 
- Chyba wszyscy byliśmy jednakowo przerażeni myślą, że bez filiżanki i 

ty  się  rozlecisz  -  rzekła  odważnie  Lesley.  -  Zapewniam  cię,  Randall,  że  to 
nie spisek. No i ten widok wyjaśnia, dlaczego każdy z nas miał w ciągu dnia 
jakąś bardzo ważną sprawę. 

Każda  filiżanka  była  inna.  Zakup  Imeldy  najbardziej  przypominał  stare 

naczynie  kolorem,  ale  ucho  było  za  małe,  żeby  filiżanka  mogła  dyndać  na 
palcu.  Steve'a  była  duża,  lecz  trochę  zbyt  kanciasta,  a  poza  tym  miała 
zupełnie inny odcień błękitu i jakieś irytujące, geometryczne wzory. Lesley 
znakomicie  trafiła  z  barwą,  lecz  elegancki,  smukły  kształt  jej  nabytku  w 

97

RS

background image

 

 

niczym  nie  przypominał  utylitarnego  przeznaczenia  oryginału.  Ruth 
znalazła po prostu bardzo ładną filiżankę ozdobioną ptaszkami i kwiatkami. 

Nieco  z  boku  stała  filiżanka  kupiona  przez  Summer - z boku,  ponieważ 

nie była błękitna. 

Randall również zaczął się śmiać. 
-  Przykro  mi,  że  waszym  zdaniem  moje  zdrowie  jest  tak  kruche!  Czy 

mam przyjąć wszystkie i pić z każdej po kolei? 

-  To  są  bardzo  ładne  filiżanki  -  oświadczył  Steve.  -  Powinieneś  wybrać 

tę, która ci się najbardziej podoba, a  reszta zostanie dla nas. Mój kubek  na 
przykład jest wyszczerbiony od kilku miesięcy. 

-  Znakomity  pomysł.  A  kiedy  będę  wybierał,  wszyscy  będziecie  mi 

patrzeć na ręce, prawda? 

-  Oczywiście  -  przyznała  Lesley  -  choć  prawdę  mówiąc,  wiem,  którą 

wybierzesz. - Obrzuciła Summer przelotnym spojrzeniem. - Nikt chyba nie 
ma wątpliwości, kto cię najlepiej rozumie. 

Summer dużo by dała, by te słowa nie padły, ponieważ wszyscy zdawali 

się zgadzać, że chwila wyboru stanie się bardziej znacząca niż powinna. 

Randall nadal się uśmiechał. 
-  To  przecież  oczywiste,  prawda?  -  oznajmił,  wyciągając  rękę  po 

filiżankę Summer. 

Postawił ją na dłoni, zbadał ciężar i uważnie obejrzał: była to praktyczna, 

mocna,  duża  filiżanka,  którą  można  zabrać  z  sobą  na  żaglówkę,  o  barwie 
ciepłego, tropikalnego oceanu. 

- No więc kto rozumie mnie najlepiej? - spytał. 
- Summer, oczywiście! - zawołał chór głosów. 
- Summer... - powtórzył cicho i spojrzał w jej stronę. 
-  Po  prostu  zgadłam  -  wykrztusiła,  uśmiechnęła  się  lekko  i  odwróciła 

głowę, żeby nikt nie dostrzegł jej zaczerwienionych policzków. 

- Oj, chyba nie - zaprotestował Steve poważnie. - Ten wybór jest bardzo 

przemyślany. 

-  Ale  teraz  ty  jedna  nie  masz  nowej  filiżanki  -  powiedział  Randall  w 

chwilę później, gdy wszyscy się rozeszli, bo do ośrodka zaczęli przybywać 
pacjenci. 

-  Jakoś  sobie  poradzę  -  odparła,  udając  przesadne  zainteresowanie 

kartami chorobowymi. 

Wolałaby,  żeby  nie  stał  tak  blisko.  Jego  obecność  poruszała  w  niej 

wszystkie  zmysły  i  niepotrzebna  jej  była  żadna  zabawa  z  filiżankami,  by 
uświadomić sobie, jak dobrze go zna. 

- Kupię ci filiżankę - zaproponował. 

98

RS

background image

 

 

- Nie musisz. 
- Ale chcę. 
Najwyraźniej nie było to wszystko, czego pragnął, lecz pora na co innego 

nie  wydawała  się  stosowna.  Uznał  ten  fakt  z  nie  ukrywaną  niechęcią,  ona 
zaś  powitała  go  z  ulgą  i  dołożyła  wysiłków,  by  przebrać  się  i  wyjść  z 
ośrodka w chwili, gdy Randall przyjmował ostatniego pacjenta. 

Powiedział  wczoraj,  że  ją  kocha,  choć  równocześnie  nią  gardził.  I  jeśli 

nawet mu to przeszło, nie wiedziała, czy będzie w stanie mu wybaczyć. 

Nie dane jej jednak było uciec przed całym światem. Na parkingu czekał 

na nią John. Był niespokojny i podniecony. 

-  Jedź  ze  mną  do  Rose  Beach  -  poprosił.  -  Muszę  coś  załatwić,  ale  po 

drodze możemy porozmawiać. A potem pójść na kolację, jeśli zechcesz. 

- Porozmawiać? 
-  Musisz  przekonać  Macleaya,  że  poradzę  sobie  z  pompą!  Siedziała  już 

przy  nim  w  samochodzie,  nie  bardzo  wiedząc,  dlaczego  się  na  tę  podróż 
zgodziła, lecz gdy usłyszała jego ostatnie słowa, zrozumiała, że kryje się za 
nimi jakiś dramat. 

-  Dlaczego  jest  to  dla  ciebie  takie  ważne,  John?  -  zapytała.  -  Da  ci  to, 

oczywiście,  znakomitą  kontrolę,  ale  pompę  trudno  jest  obsługiwać,  bo 
wymaga olbrzymiej dyscypliny. 

-  Przecież  w ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni  wykazałem,  że  potrafię  być 

odpowiedzialny. 

- Myślę, że Randall chciałby zobaczyć zapis z kilku miesięcy, zanim się 

zgodzi na pompę. John, proszę, nie oczekuj po tym cudów! 

-  Nie  oczekuję.  -  Nacisnął  gaz  i  samochód  pomknął  nieco  szybciej, 

aczkolwiek  John  nie  miał  odwagi  szaleć  na  wąskich,  krętych  drogach 
wyspy.  -  Nie  rozumiesz,  Summer?  Muszę  coś  zaoferować  Alex.  Miałaś 
rację;  kocham  ją  tak,  że  nie  mogę  pozwolić  jej  odejść.  Strasznie  się  z  tym 
wszystkim  męczyłem,  aż  w  końcu  zdałem  sobie  sprawę,  że  muszę  podjąć 
jakieś działanie. Przepraszam, że cię wykorzystuję, ale... 

- W porządku, John. 
-  Chcę  pójść  do  Alex  z  czymś  konkretnym,  jako  dowód,  że  panuję  nad 

swoim życiem i mam jej coś do zaoferowania. Wiele rzeczy w życiu miałem 
za  darmo,  więc  chciałbym  zapracować  choć  na  to  jedno:  zyskać  kontrolę 
nad chorobą i zdobyć Alex. 

-  A  nie  sądzisz,  że  już  ją  zdobyłeś?  Przyjechałaby  do  ciebie,  gdybyś 

powiedział jedno słowo. 

- Nie - odparł z uporem. - Nie chcę być z nią na takich warunkach. 

99

RS

background image

 

 

Wiedziała,  że  go  nie  przekona,  i  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  John 

przypadkiem  nie  ma  racji.  Nigdy  nie  musiał  pracować  na  swój  udział  w 
Wave  Crest,  zaś  jego  pierwsza  reakcja  na  wiadomość  o  cukrzycy  była 
autodestrukcyjna  i  niedojrzała.  Dotychczas  sam  siebie  okłamywał,  może 
więc pojawiła się wreszcie szansa, by się wykazał? 

Samochód  skręcił  na  długi  podjazd  prowadzący  do  Rose  Beach,  hotelu 

należącego do sieci Wave Crest, kiedy podjęła decyzję. 

- Dobrze - odezwała się. - Porozmawiam z Randallem, jeśli chcesz. 
- Dzięki, Summer! Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Czy możemy za pół 

godziny zobaczyć się na kolacji? Muszę tylko wpaść na chwilę do biura. 

- Oczywiście, jeśli tylko uważasz, że jestem odpowiednio ubrana. 
Spojrzała  z  dezaprobatą  na  swą  prostą,  granatową  spódnicę  z  lnu  i 

kremową bluzkę. 

- Wyglądasz wspaniale, a poza tym jesteś ze mną. Musieli by cię wpuścić 

nawet w bikini, gdybym im kazał. 

Znowu  przemawiała  przez  niego  arogancja  właściciela,  lecz  szybko  mu 

wybaczyła.  Gdy  zniknął  w  rozległym  holu,  postanowiła  się  przejść  po 
pięknych  ogrodach  wokół  hotelu.  Zanim  jednak  zdążyła  wybrać  kierunek, 
na schodach pojawiła się Maja. 

- Wspaniale, że tu jesteś! - zawołała. 
- Aa... Przyjechałam na kolację z Johnem. 
Nagle  poczuła  się  nieco  zażenowana,  zwłaszcza  że  w  oczach  Mai 

dostrzegła aprobatę. 

-  Naprawdę?  -  spytała  i  jej  uśmiech  natychmiast  złagodniał.  -  A  więc 

zaczynacie od nowa? To cudownie! Tak mi się wydawało, że John ostatnio 
trochę  lepiej  wygląda.  Przedtem  był  strasznie  przygnębiony,  bo  pewnie 
myślał,  że  nie  chcesz  się  wiązać  z  cukrzykiem,  ale  skoro  uznałaś,  że  dasz 
radę... 

- Maja, to nie tak! - zawołała Summer z rozpaczą. - Nie chodziło wcale o 

jego  cukrzycę,  ale  o  to,  że  tak  naprawdę  on  nigdy  mnie  nie  kochał.  On 
zawsze chciał być z Alex i nie wierzył, że ona pogodzi się z jego chorobą. 

- Alex? - powtórzyła Maja bezbarwnym tonem. 
-  Czyżbyś  już  zapomniała?  Sama  mi  mówiłaś,  że  są  bardzo  blisko,  a 

potem  zaczęło  się  z  tą  cukrzycą  i  John  był  tak  przestraszony,  że  Alex  go 
odrzuci,  że  nawet  nie  dał  jej  szansy  zachować  się  inaczej.  Uważał,  że  nie 
może jej się narzucać. 

-  O  Boże,  a  ja  myślałam,  że  chodzi  o  ciebie.  Powiedziałam  nawet 

doktorowi  Macleayowi...  -  Urwała  i  zaśmiała  się  krótko.  -  Mnie  ktoś 
odrzucił z powodu cukrzycy, więc pewnie w każdym przypadku wyciągam 

100

RS

background image

 

 

pochopnie  taki  wniosek.  Ja  postanowiłam  żyć  bez  miłości,  nie  ryzykować. 
Zresztą,  nie  bardzo  się  nadaję  na  żonę.  Ale  John,  jeśli  chce  Alex,  na  co 
czeka? Ta dziewczyna rzuci dla niego wszystko. Byłam w zeszłym tygodniu 
w naszym hotelu na Bahamach i widziałam ją w strasznym stanie! 

-  On  chce  najpierw  udowodnić,  że  panuje  nad  chorobą  -  wyjaśniła 

Summer. 

Teraz  już  rozumiała,  dlaczego  Randall  łączył  ją  z  Johnem.  To 

przekonanie  wyrobiła  w  nim  Maja,  a  ponieważ  była  osobą  bardzo 
autorytatywną, uwierzył jej bez zastrzeżeń. Kto wie jednak, czy Summer nie 
za  późno  o  wszystkim  się  dowiedziała.  Bardzo  zniszczonych  mostów 
czasami nie warto naprawiać. 

-  To  jakiś  absurd!  -  ciągnęła  Maja.  -  Alex  wcale  o  tym  nie  marzy.  Ona 

przyjmie go natychmiast, bez żadnych warunków. Cóż za galimatias! 

- Tak - przyznała Summer. - Straszny galimatias! Tyle że wcale nie miała 

na myśli Alex i Johna. 

Olivewood  House  został  poddany  licznym  zabiegom  odświeżającym  i 

doprowadzony  do  kwitnącego  stanu.  Wspaniale  wyglądały  trawniki 
biegnące  aż  do  portu,  czystością  lśniła  zgromadzona  w  jadalni  kolekcja 
luster w stylu art deco. W tejże jadalni, jak również w trzech sąsiadujących 
z  nią  salach  połączonych  łukowymi  przejściami,  ustawiono  stoły  na  sto 
dwadzieścia  osób.  Lesley  poinformowała  obsługę,  że  na  popołudniowe 
przyjęcie w ogrodzie przybędzie pięć razy tyle gości. 

Lesley  była  ogromnie  zdenerwowana  przez  cały  piątek,  zupełnie  jakby 

miała na  głowie zorganizowanie własnego przyjęcia weselnego. Kwiaty  do 
ozdobienia  stołów,  karteczki  z  nazwiskami,  przemówienie,  markiza, 
koordynacja pracy ochotników, plan awaryjny na wypadek deszczu. 

W  sobotę  jednak  z  twarzy  Lesley  i  jej  sposobu  bycia  nie  dało  się 

wyczytać,  ile  wysiłku  kosztowało  ją  zorganizowanie  imprezy,  która  w  jej 
opinii miała być największym wydarzeniem dobroczynnym ośrodka. 

-  Dobrze,  Summer,  że  jesteś!  -  Odchyliła  do  tyłu  głowę  i  odgarnęła  z 

czoła kosmyki siwiejących, jasnych włosów. - Chcę, żebyś przy nakryciach 
rozłożyła  karteczki  z  nazwiskami.  Tutaj  masz  listę  i  błagam,  nie  pomyl 
niczego,  bo  mamy  co  najmniej  cztery  pary,  które  od  lat  nie  lubią  się  z 
innymi  czterema  parami  i  nie  dadzą  na  cele  dobroczynne  ani  centa,  jeśli 
posadzimy ich przy tym samym stole. Czy mnie rozumiesz? 

Uśmiechnęła  się,  poklepała  Summer  po  ramieniu  i  pospieszyła  w 

kierunku ekipy, która linami odgradzała część oficjalną od części prywatnej 
domu. 

101

RS

background image

 

 

Anna  i  Vincent  Giangrande  z  rozmysłem  wyjechali  na  weekend  do 

Nowego  Jorku,  zostawiając  reprezentowanie  rodziny  Johnowi.  Summer 
wzięła od Lesley listę i plan rozmieszczenia gości i rozpoczęła rozkładanie 
wizytówek. 

Po kilkunastu minutach natknęła się na swoje nazwisko. 
Każdy  z  pracowników  ośrodka  otrzymał  miejsce  przy  innym  stole,  a 

także polecenie, by zabawiać gości rozmową do czasu, gdy podczas deseru i 
kawy  zostanie  wygłoszone  przemówienie.  Nazwisko  Randalla  ujrzała  na 
diagramie  przy  sąsiednim  stole  i  właśnie  kładła  przy  jego  nakryciu  kartkę, 
gdy usłyszała głos Lesley: 

-  Randall,  spóźniłeś  się!  Ale  widzę  dlaczego:  wyglądasz  jak  z  żurnala! 

Myślę też, że jako mężczyzna znasz się na różnych elektrycznych rzeczach, 
więc proszę, sprawdź mikrofon i głośniki we wszystkich salach. 

Summer  nie  miała  odwagi  na  niego  spojrzeć,  toteż  dalej  nie  widzącym 

wzrokiem studiowała plan miejsc. Wczoraj w pracy była boleśnie świadoma 
jego obecności i nie potrafiła zdecydować, czy ma się cieszyć, czy martwić 
tym, że  tak  rzadko  się  spotykają.  Teraz  musi  z  nim  porozmawiać  na  temat 
Johna, ale lepiej poczekać na dogodny moment. 

Zaczęła  poza  tym  podejrzewać,  że  Randall  również  pragnie  z  nią 

porozmawiać,  że  nie  jest  już  zły,  wręcz  przeciwnie:  sprawia  wrażenie 
człowieka, który na coś czeka. Kilka razy przyłapała go na tym, że patrzy na 
nią  z  zamyśleniem,  lecz  gdy  tylko  zwracała  w  jego  kierunku  głowę, 
natychmiast umykał wzrokiem w bok. 

- A kto ma w końcu przemawiać? - spytał Randall. 
- Nie wiesz? Rick Blair. 
- Już wiem - odparł z kamienną twarzą. 
Wszedł  do  największej  z  sal  w  momencie,  gdy  Summer  kładła  przy 

nakryciu karteczkę z nazwiskiem Ricka. Tuż za nią stało podwyższenie, na 
którym  Rick  miał  przemawiać,  siedzieć  zaś  miał  nie  opodal,  przy  stole 
Randalla. 

Summer musiała oddać Lesley sprawiedliwość: Randall istotnie wyglądał 

wspaniale.  Miał  na  sobie  jasnoszary  garnitur  i  śnieżnobiałą  koszulę.  Jego 
ciemne, przetykane srebrnymi nitkami włosy były doskonałe przystrzyżone, 
głęboka  opalenizna  zaś  nieco  przybladła  i  nadawała  jego  rysom  szlachetny 
wygląd.  Gdy  powolnym  ruchem  okrążał  stoły,  zmierzając  najwyraźniej  w 
jej kierunku, Summer poczuła, że uginają się pod nią kolana. 

- Witaj - mruknął i musnął dłonią jej ramię. 

102

RS

background image

 

 

Poczuła,  że  materia  jedwabnej,  turkusowej  sukni  przykleja  się  do  jej 

skóry. Randall minął ją i poszedł dalej, zanim zdołała odpowiedzieć na jego 
pozdrowienie. 

Odpowiedzieć?  A  czy  zmysły  nie  zrobiły  tego  za  nią?  Czuła  niemal 

pieczenie w miejscu, gdzie spoczęła ręka Randalla, przez jej ciało przebiegł 
dreszcz. On zdawał się tego nie zauważać, ale tym lepiej. Właśnie włączył 
mikrofon i z podium dobiegły ją charakterystyczne trzaski. 

Wyczuła w nim jednak  coś innego - coś jakby cechę świadczącą o tym, 

że dawny Randall, nieobecny przez kilka tygodni, właśnie wrócił. Podobała 
jej  się  ta  zmiana,  nie  miała  jednak  odwagi  domyślać  się,  co  mogłaby 
znaczyć. 

Była  bardzo  ciekawa  przemówienia  Ricka  Blaira  i  miała  pewność,  że 

Randall  jest  również  bardzo  tym  wystąpieniem  zainteresowany. 
Amerykanin był z zamiłowania podróżnikiem i miał na swoim koncie kilka 
niesamowitych wyczynów - od lotu balonem nad Andami po nurkowanie w 
wodach  arktycznych.  Jego  dokonania  były  opisywane  w  prasie  i 
przedstawiane w telewizji, a niedawno skończył pisać trzecią książkę. Fakt, 

że od ósmego roku życia był chory i musiał przyjmować insulinę, stanowił 
po  prostu  jeszcze  jedno  wyzwanie  dla  człowieka,  który  z  najtrudniejszych 
rzeczy uczynił sobie w życiu cel. 

Przerwała  na  chwilę  swe  zajęcie  i  spojrzała  na  Randalla.  Zabezpieczał 

teraz przewód od mikrofonu, tak by nikt się o niego nie potknął. Z trzaskiem 
odklejał czarną taśmę z dużego bloku i odcinał kawałki ostrym nożem. Jakie 
to  do  niego  podobne!  -  pomyślała.  Scyzoryk  szwajcarski  w  kieszeni 
garnituru! 

- Pewnie chciałbyś siedzieć w pobliżu Ricka - rzekła nieśmiało. 
- Owszem, to bardzo interesujący człowiek - odparł z rezerwą. - Już kilka 

miesięcy temu zaproponowałem Lesley, żeby to on wygłosił przemówienie, 
i  długo  trwało,  zanim  go  wytropiliśmy.  Lesley  uważała,  że  jego  to  nie 
zainteresuje,  ale  kiedy  obiecałem  wziąć  go  na  pokład  .Aquamarine"  i 
zawieźć  na  porządne  nurkowanie,  nie  protestował.  Wyruszamy  jutro  o 

świcie i wrócimy chyba około północy. 

Mówi tak naturalnie, tak zwyczajnie... 
Nie  wiem,  co  się  z  nami  dzieje,  pomyślała  smętnie.  Nie  wygląda  na 

kogoś,  kto  jest  zły.  Mnie  chyba  też  cała  złość  przeszła...  A  jeśli  to  było 
jedynie  okropne  nieporozumienie,  wywołane  przez  Maję?  Czy  Randall 
uwierzył, kiedy mu powiedziałam, że cukrzyca Johna nie miała znaczenia? 

Miała  ochotę  podejść  do  niego  i  wszystko  wyjaśnić,  lecz  uznała,  że  nie 

jest na to najlepsza pora. Przez moment odniosła wrażenie, że są sami, lecz 

103

RS

background image

 

 

nie  była  to  prawda.  W  dużej  kuchni  hałasowali  pracownicy  firmy 
dostawczej, którzy rozpakowywali i układali na półmiskach olbrzymie ilości 
jedzenia. W progu stanął nagle Steve i spytał: 

- Jest tu gdzieś Lesley? 
W tej samej chwili Lesley stanęła za jego plecami i usłyszeli jej głos: 
- A teraz, Steve, pójdziesz... 
Kilka minut później do sali wszedł John i skierował się w stronę Lesley. 
-  Wszystkie  prywatne  pokoje  są  już  zamknięte.  Będę  pilnował  kluczy, 

jeśli nie macie nic przeciwko temu. 

-  Dzięki.  To  naprawdę  bardzo  miło  ze  strony  rodziców...  Przerwał  jej 

uprzejmym  uśmiechem  i  machnięciem  dłoni,  bo  zauważył  Summer. 
Podszedł do niej, władczym gestem zabrał jej karteczki i rzucił je na stół, po 
czym ujął jej ręce i spytał: 

- Rozmawiałaś z doktorem Macleay? 
-  Nie  miałam  okazji,  John.  Widzisz,  że  jesteśmy  bardzo  zajęci,  i 

podobnie było wczoraj. Musieliśmy oznakować teren, wynająć pomocników 
na przyjęcie w ogrodzie... 

- Czy nie widzisz, jak mnie to dręczy? 
- Widzę, ale... 
-  Dobrze,  rozłożę  za  ciebie  te  kartki.  Co  robi  doktor  Macleay?  Właśnie 

skończył  z  głośnikami.  Proszę,  Summer!  Znakomicie  się  do  tego nadajesz; 
jesteś  taktowna,  dużo  wiesz,  masz  wdzięk.  Na  litość  boską,  przecież 
udostępniliśmy wam ten dom! 

I  znowu  ta  mieszanina  czaru,  pochlebstwa  i  wyższości,  dzięki  której  ją 

zdobył i stracił kilka miesięcy temu. 

- Dobrze - odparła bezradnie. - Poszukam jakiegoś spokojnego miejsca. 
Rzucił jej pęk kluczy. 
- Ten zloty jest do oranżerii. 
- Dobrze, ale... 
- Potem po prostu zamknij. A teraz te wizytówki... 
Przekładał je z roztargnieniem z ręki do ręki i trochę mieszał, gdy do sali 

weszła Maja, jak zwykle elegancka i pewna siebie. 

-  Jest  tu  -  powiedziała  swym  dźwięcznym  głosem  i  w  przejściu  stanęła 

Alex Page. 

Miała  na  sobie  szkarłatny  kostium  z  jedwabiu,  lecz  była  tak 

zdenerwowana  i  wychudzona  na  twarzy,  że  nie  pokrył  tego  nawet 
profesjonalnie zrobiony makijaż. 

- Alex! - zawołał John. 

104

RS

background image

 

 

Wizytówki  rozsypały  się  po  podłodze  i  Lesley  zamarła,  wydając 

zduszony syk. Randall stał osłupiały, kręcąc na palcu rolkę taśmy, jakby to 
była  filiżanka,  lecz  Steve  -  niewidoczny  w  sali  obok  -  nucił  piosenkę 
Beatlesów, kompletnie nieświadomy, co się dzieje. 

- Alex...  Zbliżyli się do siebie. 
- Maja zadzwoniła do mnie w czwartek - odezwała się piękna blondynka. 

- Jak mogłeś myśleć, że twoja choroba w czymś mi przeszkadza, John? Jak 
mogłeś tak się zachować? 

- Nie chciałem cię do tego... zmuszać. Ale jeśli się nie boisz, jeśli mnie 

chcesz. 

- Ależ oczywiście, że chcę! Ja cię kocham! Mogłabym cię zabić za to, jak 

mnie potraktowałeś! 

John wziął Alex pod rękę i opuścili salę, nie zwracając uwagi na nikogo. 

Po krótkiej chwili ciszy rozległ się głos Mai: 

- No cóż, to było łatwe. Teraz mogę zrobić coś trudniejszego. Co? 
-  Ponieważ  nie  zanosi  się  na  to,  że  będziemy  dzisiaj  mieli  pożytek  z 

Johna... - zaczęła Lesley. 

Summer pochyliła się, by pozbierać wizytówki, i zdała sobie sprawę, że 

nadal  trzyma  pęk  kluczy  należących  do  Olivewood  House.  Wyprostowała 
się,  spojrzała  na  nie  zasępionym  wzrokiem  i  zauważyła,  że  Randall  na  nią 
patrzy. 

-  John  mi  je  dał  -  wyjaśniła.  -  Chciał,  żebym  cię  skłoniła  do  wyrażenia 

zgody na pompę, właśnie z powodu Alex, ale nie sądzę, żeby to teraz było 
jeszcze ważne. 

-  Chyba  nie  -  przyznał.  -  Możemy  nad  tym  popracować,  jeśli  mu  tak 

zależy. Ale co z tobą, Summer? 

Stał  blisko  niej,  tak  blisko,  że  była  go  świadoma  każdym  nerwem,  jak 

zresztą zawsze, i nie potrafiła tego ukryć. 

- Jak to, co ze mną? - wykrztusiła. 
- Pozbieraj te kartki, Summer, zanim ktoś je podepcze! - jęknęła Lesley. 

Przystanęła i spojrzała uważnie na Summer, potem na Randalla. - Coś mi się 
wydaje,  że  przeżywacie  nawrót  choroby,  która  się  wam  przydarzyła  kilka 
tygodni  temu.  Idźcie  i  zróbcie  coś  z  tym,  dobrze?  Sama  rozłożę  te 
nieszczęsne wizytówki, bo widzę, że od was się tego nie doczekam. Proszę 
cię tylko, Randall, żebyś wrócił w porę i przedstawił Ricka Blaira. 

-  Obiecuję,  Lesley  -  odparł,  patrząc  na  nią  błyszczącymi  oczami.  - 

Przepraszam za... 

- Za nic nie przepraszaj! Może wreszcie będziesz w lepszym nastroju. Idź 

i po prostu coś z tym zrób! 

105

RS

background image

 

 

- Boże, jak ja się czuję! Ciekawe, jak by to można opisać? - spytał tonem 

zdradzającym poczucie winy, gdy razem z Summer wyszli posłusznie z sali 
i ruszyli w stronę oranżerii. 

Summer czuła, że klucz parzy jej wilgotną dłoń. 
-  Jak  dziecko  -  odparła  -  które  przyłapano  na  tym,  że  podczas  kolacji 

położyło  na  stole  żywą  żabę  i  natychmiast  kazano  mu  odnieść  ją  z 
powrotem do ogrodu. 

- Skąd wiesz? 
- Bo czuję się tak samo. 
- Dobrze, a czy to zrobimy? 
- Co? 
-  No,  czy  zaniesiemy  tę  żabę...  Właściwie  można  by  to  zinterpretować 

przenośnie. Summer...? 

- Tak, Randall? 
Dotarli właśnie do dużej, pięknej oranżerii, i oboje jednocześnie odnieśli 

wrażenie, że nie pora na żarty. 

- Byłem na ciebie zły, ale już nie jestem. To takie przyjemne uczucie... - 

szepnął z ustami przy jej wargach. 

Gdy  zaczął  ją  całować,  jakaś  jej  cząstka  miała  jeszcze  ochotę  krzyczeć, 

protestować, lecz jej świadomość rzuciła wszystko na jedną szalę i dała się 
ponieść radości. 

- Nic nie rozumiałem i bardzo cię przepraszam - szepnął po chwili. - Jeśli 

mi wybaczysz, będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. 

-  Wybaczam  ci  -  szepnęła,  obejmując  go  mocno  i  przytulając  głowę  do 

jego piersi. - Nie będę robiła sobie na złość. Ja... cię kocham, Randall. Nie 
wiem, skąd ci przyszły do głowy te różne pomysły. Trochę była to pewnie 
wina Mai... 

- To była moja wina - zaprotestował. - Zamiast jej natychmiast uwierzyć, 

powinieniem był zrozumieć, że oceniała ciebie i Johna przez pryzmat swojej 
choroby. Wiesz, jak bardzo nie lubię uprzedzeń wobec pacjentów, ale żebyś 
wiedziała,  jak  bardzo  żałowałem,  że  John  jest  moim  pacjentem!  Nie 
mogłem  zapomnieć  tego,  co  powiedziałaś  wtedy  na  żaglówce:  że  nie 
byłabyś  dla  niego  dobrą  żoną.  Ludziom  się  najpierw  wydaje,  że  poradzą 
sobie  z  cukrzycą,  a  potem  zmieniają  zdanie.  Nie  pamiętam  dokładnie,  ale 
tak to mniej więcej zabrzmiało... 

- Miałam na myśli rolę żony bogatego człowieka - odparła, patrząc mu w 

oczy.  -  Randall,  przecież  ja  nie  lubię  nawet  chodzenia  do  restauracji!  Czy 
wiesz, jaki to byłby dla mnie wysiłek dostosować się do stylu życia Johna, 

106

RS

background image

 

 

zadawać  się  z  ważnymi  gośćmi  w  hotelu,  uczestniczyć  w  najważniejszych 
wydarzeniach życia na Bermudach? 

- A więc to, co mogę ci zaproponować, nie jest zbyt skromne? 
- A co mi proponujesz? Właściwie nic jeszcze nie powiedziałeś...  
Pocałował ją i szepnął:  
-  To  samo,  co  chciałem  ci  zaproponować  owej  nocy,  kiedy  j  tak 

bezsensownie pozwoliłem ci uciec. Moje serce, moją rękę, moją żaglówkę, 
mój dom... 

- W tej kolejności? 
- Mniej więcej. No i także pierścionek, chociaż obawiam się, że nie jest 

tak duży, do jakiego przywykłaś. 

- Myślę, że jakoś się z tym pogodzę - odparła z uśmiechem. 
-  A  skoro  już  o  tym  mowa,  to  jestem  ciekaw,  czy  Lesley  się  godzi  na 

naszą nieobecność. 

Oranżeria  była  na  drugim  końcu  domu  i  dobiegały  do  niej  stłumione 

odgłosy przyjęcia. 

- Och, myślę, że już zaprzęgła do roboty Maję - rzekła Summer. 
- Czy to znaczy, że możemy tu zostać jeszcze chwilę? 
- Tylko jeśli mnie pocałujesz - oznajmiła poważnie. 
-  Ależ  masz  wymagania!  -  mruknął.  -  Dobrze,  spróbuję  im 

sprostać.

 

 
 
 
 
                        
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

107

RS

background image

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
                                                                                                                            

108

RS


Document Outline