background image

ALFRED HITCHCOCK

TAJEMNICA 

KURCZĄCEGO SIĘ DOMU

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

(Przełożyła: ANNA IWAŃSKA)

background image

Kilka słów od Alfreda Hitchcocka

Kiedy po raz pierwszy spotkałem trzech chłopców, którzy nazwali się Trzema Detektywami, 

nierozważnie im przyrzekłem, że będę przedstawiał najciekawsze spośród zagadkowych spraw, 
którymi się zajmują. Ani przez chwilę nie przypuszczałem, ze okażą się tak aktywni!

Jak   się   sami   przekonacie,   broniłem   się,   jak   mogłem,   przed   opisaniem   ich   ostatniego 

tajemniczego przypadku. Niestety, zostałem pokonany. Spełniam więc swój obowiązek.

Trzej Detektywi to: Jupiter Jones, Pete Crenshaw i Bob Andrews. Mieszkają Kalifornii, 

Rocky Beach, niewielkim mieście w pobliżu Hollywoodu. Mózgiem zespołu jest Jupiter. Pete 
wspiera go siłą swoich mięśni. Bob, najsumienniejszy z nich, prowadzi dokumentację.

W   trójkę   stanowią   wspaniały   zespół   detektywów.   Wywodzą   w   pole   najsprytniejszych 

oszustów   i   wychodzą   obronną   ręką   z   najbardziej   przerażających   sytuacji.   Ich   najnowszym 
zadaniem jest wytropienie zaginionej własności zmarłego artysty.  Ta pozornie prosta sprawa 
zawiedzie ich w świat pełen zagadek i tajemnic.

Teraz już wiecie dość, by przystąpić do czytania tej opowieści... jeśli starczy wam odwagi!

Alfred Hitchcock

background image

ROZDZIAŁ 1

Postać w czerni

— Wujku! — zawołał Jupiter Jones. — Patrz!
Ciężarówka ze składu złomu Jonesa zatrzymała się właśnie na podjeździe starego domu. Był 

to duży drewniany budynek, położony w Kanionie Remuda, na przedmieściach Rocky Beach. 
Jupiter i jego przyjaciel, Pete Crenshaw, siedzieli w szoferce ciężarówki, obok wuja Jupitera, 
Tytusa Jonesa.

— Co takiego? — zapytał wuj Tytus. — Gdzie?
— Tam, z boku domu!
Jupiter wskazał na tonącą w zapadającym zmierzchu boczną ścianę budynku. W połowie jej 

wysokości zdawała się wisieć jakaś czarna sylwetka.

— Nic nie widzę — powiedział wuj Tytus.
— Ja też nie — odezwał się Pete.
Jupiter spojrzał ponownie. Czarna postać znikła. Dopiero co ją widział, a w minutę później po 

prostu rozpłynęła się. Może mu się zdawało? Może w ogóle nic tam nie było?

— Jestem pewien, że kogoś widziałem — powtórzył z przekonaniem. — Ktoś ubrany na 

czarno wspinał się po ścianie!

Wuj Tytus spoglądał z powątpiewaniem na stary dom. Zbocza kanionu rzucały dziwaczne 

cienie na duży, drewniany budynek na stojący w pobliżu mały domek. Wokół panowała cisza i 
bezruch.

— Pewnie to był jakiś cień — powiedział wuj Tytus.
— Cienie w kanionie mogą płatać śmieszne figle — uśmiechnął się Pete.
— Nie — upierał się Jupiter. — To nie był cień, to był człowiek w czarnym stroju. Myślę, że 

wszedł do domu przez okno na piętrze.

Tytus   Jones   zawahał   się.   Wiedział,   że   jego   pulchny   bratanek   ma   bujną   wyobraźnię.   Nie 

uśmiechało mu się wszczynanie fałszywego alarmu. Z drugiej jednak strony Jupiter rzadko się 
mylił.

—   Dobrze   —   zdecydował   wreszcie   —   powiedzmy   lepiej   profesorowi   Carswellowi,   co 

widziałeś.

Wysiedli   z   ciężarówki   i   zarośniętą   ścieżką   skierowali   się   ku   frontowym   drzwiom   domu 

profesora. To obszerne domostwo zbudowano w ubiegłym stuleciu. Zwieńczone drewnianymi 
wieżyczkami,   miało   spadzisty   dach,   o   licznych   załamaniach.   Kolumny   wspierały   sklepienie 
ganku, w głębi widać było masywne drzwi.

Zapukali.   Otworzył   im   wysoki,   szczupły   mężczyzna   o   podkrążonych   oczach.   Mimo 

lipcowego upału nosił wymiętoszoną, wełnianą marynarkę. W ręce trzymał grubą książkę, w 
jakimś obcym języku.

— Profesor Carswell? — zapytał wuj Tytus.
Profesor uśmiechnął się.
— Zapewne pan Jones ze składu złomu. Proszę wejść. Mam do sprzedania...
— Przepraszam — przerwał mu wuj Tytus — nie chciałbym pana niepokoić, ale mój bratanek 

twierdzi,   że   widział   przed   chwilą   jakiegoś   osobnika   w   czarnym   stroju   wspinającego   się   po 
bocznej ścianie pańskiego domu.

—   Ktoś   miałby   się   wspinać   po   ścianie?   —   dziwił   się   profesor.   —   Musiało   się   wam 

background image

przewidzieć.

—   Nie,   proszę   pana   —   odezwał   się   Jupiter.   —   Jestem   absolutnie   pewien,   że   dobrze 

widziałem. Czy ma pan w domu coś wartościowego, co mogłoby zwabić włamywacza?

— Niestety nie, młody człowieku. Absolutnie nic. Jeśli jednak twierdzisz, że widziałeś kogoś, 

to ci wierzę. Tylko nie bardzo mogę sobie wyobrazić... ach! Oczywiście! Musiałeś zobaczyć 
mojego syna bawiącego się w jedną ze swoich gier. Hal ma czarny kowbojski strój i w żaden 
sposób nie mogę go przekonać, że drzwi są wygodniejszym wejściem do domu niż okna.

Profesor Carswell roześmiał się. Wuj Tytus pokiwał głową ze zrozumieniem.
— Wiem, jacy bywają chłopcy, proszę pana.
— W jakim wieku jest pański syn? — spytał Jupiter.
— Przypuszczam, że trochę młodszy od ciebie, ale wyższy. Wzrostu twojego przyjaciela — 

odparł profesor, skinąwszy głową w stronę Pete’a.

— Osoba, którą widziałem, była znacznie większa — stwierdził Jupiter stanowczo.
— Jesteś pewien? — profesor spojrzał sceptycznie na Jupitera. — No dobrze, młodzieńcze, 

sprawdźmy, czy twój włamywacz wdarł się do domu.

Profesor poprowadził ich przez pokoje na parterze. Większość z nich była pusta, wyraźnie nie 

użytkowana.

—   Profesor   językoznawca   nie   bardzo   może,   w   dzisiejszych   czasach,   pozwolić   sobie   na 

utrzymanie  tak dużego domu. Moi przodkowie byli zamożnymi  ludźmi. Dowodzili statkami, 
sprowadzali towary ze Wschodu. Wznieśli ten dom dla swej licznej rodziny. Teraz zostałem w 
nim   tylko   ja   z   synem.   Dostałem   ten   dom   rok   temu   od   mego   kuzyna.   Musiałem   zamknąć 
większość  pokoi  i   by  związać   koniec   z  końcem   wynajmuję   mały   domek,  w  którym   kiedyś 
mieszkał dozorca posiadłości.

Przeszli na piętro, ale tu również nie było śladu żadnego intruza. Jupiter bacznie przeglądał 

wszystkie pokoje, przeważnie, podobnie jak na parterze, zupełnie puste.

— Rzeczywiście niewiele tu można ukraść — przyznał niechętnie.
— Wydajesz się rozczarowany — uśmiechnął się profesor.
—   Jupe   lubi   tajemnice   —   powiedział   Pete.   —   Niestety,   z   całą   pewnością   nie   ma   tu 

tajemniczego włamywacza.

— Ani też syna pana profesora — zauważył Jupiter. — Jestem pewien, że widziałem kogoś 

wspinającego się po ścianie. Pan telefonował do wuja w sprawie sprzedaży jakichś rzeczy. Może 
wśród nich jest coś wartościowego?

— Chciałbym, żeby tak było — odparł profesor — ale są to tylko rupiecie biednego starego 

pana Camerona.  Wynajmowałem mu domek  dozorcy.  Zmarł  miesiąc  temu.  To, co zostawił, 
mieści się w dwóch walizkach. Jest też trochę jego amatorskich malowideł. Stary Cameron był 
samotnikiem. Niewiele posiadał, a przez ostatnie miesiące życia nie był nawet w stanie opłacać 
czynszu.   Miałem   nadzieję   odzyskać   parę   dolarów,   sprzedając   twemu   wujowi   jego   ubogi 
dobytek.

— Samotni starzy ludzie często ukrywają cenne rzeczy — powiedział Jupiter.
— Mówisz jak detektyw — profesor uśmiechnął się.
— Bo my jesteśmy detektywami! — wykrzyknął Pete. — Jupe, pokaż panu naszą wizytówkę.
Jupiter wręczył profesorowi kartę o następującej treści:

background image

TRZEJ DETEKTYWI

Badamy wszystko 

???

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw 

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews

— Ho-ho! Wielce imponujące. Przykro mi, chłopcy, że nie ma tu dla was żadnego przypadku 

do rozpracowania. Wasz tajemniczy włamywacz był zapewne tylko cieniem rzucanym przez 
kanion.

Zaledwie profesor skończył zdanie, rozległ się krzyk:
— Na pomoc! Na pomoc!
Zastygli nasłuchując. Wołanie nie ustawało.
— Na pomoc! Tato!
Profesor nagle pobladł.
— To mój syn Hal! Chodźmy!
Zbiegł ze schodów i wypadł na dwór przez drzwi frontowe. Pan Jones z chłopcami tuż za 

nim. Krzyk dobiegał z małego domku.

— Pomocy!

background image

ROZDZIAŁ 2

Jupiter miał rację — i mylił się

Profesor Carswell pędził przez trawnik dzielący główny budynek od domku dozorcy. Pan 

Jones i Pete biegli równo z nim, a grubszy Jupiter, dysząc i sapiąc, został nieco w tyle.

Cwałująca przodem trójka dopadła już domku. Minęli osłonięty połataną markizą ganek i 

wpadli do niewielkiego pokoju. Stało w nim kilka sprzętów, lecz nie było żywego ducha.

— Harold! — głos profesora drżał ze zdenerwowania.
— Tato! Na pomoc! — wołanie dochodziło z sąsiedniego pokoju. Była to malutka sypialnia z 

wąskim łóżkiem. Resztę umeblowania stanowiło krzesło i wielka komoda, teraz przewrócona. 
Do połowy przygnieciony jej ciężarem, rozciągnięty na podłodze leżał szczupły chłopiec.

— Nic mi się nie stało, tato — powiedział, gdy profesor Carswell podbiegł do niego. — 

Tylko nie mogę się wydostać.

W trójkę unieśli ciężką komodę. Chłopiec pozbierał się szybko z podłogi.
— Usłyszałem jakieś hałasy — wyjaśniał otrzepując ubranie — więc zajrzałem do środka. Tu 

ktoś był. W czarnym stroju i masce na twarzy. Gdy mnie zobaczył, pchnął na mnie komodę i 
uciekł tylnymi drzwiami.

— Jupe miał rację! — wykrzyknął Pete. — Rzeczywiście widział człowieka ubranego na 

czarno. Mylił się tylko co do jednego: ten człowiek musiał wychodzić przez okno z pańskiego 
domu, a nie wchodzić! Jupe...

Pete rozejrzał się po sypialni i zajrzał do sąsiedniego pokoju. Jupitera nie było.
— Jupiterze! — zawołał wuj Tytus.
— Coś takiego! — zdumiał się Pete. — Był tuż za nami, jak wybiegliśmy z domu. Gdzie on 

się podział?

Profesor Carswell zwrócił się do syna:
— Czy ten włamywacz miał broń?
— Nie widziałem...
— Aaaach! — przeciągły krzyk zagłuszył dalsze słowa Hala.
Profesor Carswell odwrócił głowę.
— Zdaje się dochodzić z jaru na tyłach tego domu. Może ktoś tam wpadł!?
— Głęboki ten jar? — zaniepokoił się wuj Tytus.
— Nie bardzo, ale dostatecznie, żeby się potłuc — odparł profesor. — Proszę iść za mną.
Poprowadził   ich   za   mały   domek.   Przedzierali   się   przez   gęste   zarośla   porastające   kanion. 

Stanęli wreszcie na skraju wąskiego parowu o spadzistych  ścianach. Miał mniej więcej trzy 
metry głębokości i biegł w poprzek kanionu, po czym zakręcał i znikał z pola widzenia. Dno jaru 
zawalone było głazami i gałęziami.

Nigdzie nie było widać Jupitera, ani nikogo innego.
— Patrzcie! — zawołał Pete i wskazał na ciemną plamę na głazie na dnie jaru.
Ostrożnie zsunęli się po stromym zboczu. Pete dotknął plamy. Była mokra.
— Krew — szepnął ze ściśniętym gardłem.

Kiedy Pete, wuj Tytus i profesor wbiegali już do małego domku, Jupiter został daleko w tyle. 

Dzięki temu zobaczył  wypadającego zza domku i znikającego w zaroślach czarno ubranego 
człowieka. Jupe wiedział, że jeśli będzie tracił czas na zawiadomienie wuja i Pete’a, intruz zdąży 

background image

umknąć. Zdecydował, że pobiegnie za nieznajomym i przyjrzy mu się lepiej, by ewentualnie 
móc go potem poznać. Dysząc ciężko dopadł zarośli w chwili, gdy rozległ się krzyk. Poprzedził 
go trzask, odgłos osuwania się i wreszcie głuchy łomot.

Jupiter   prześliznął   się   przez   gęste   krzewy   na   skraj   wąskiego   jaru.   W   mrocznym   cieniu 

zobaczył czarną postać kuśtykającą wzdłuż dna. Ciągnąc za sobą lewą nogę zniknęła po chwili 
za krzywizną jaru.

Jupe zsunął się i na zalegających dno jaru kamieniach znalazł ślady krwi. Znaczyły trop. 

Poszedł nim ostrożnie. Jar stanowił idealne miejsce na zasadzkę. Jeśli nieznajomy wiedział, że 
jest śledzony, mógł się zaczaić za którymś z głazów. Jupe musiał więc mieć się na baczności.

Nagle   dobiegł   go   odgłos   zatrzaskiwanych   drzwi   i   zaraz   potem   warkot   silnika 

samochodowego. Jupiter zaczął biec. Niewiele dalej jar kończył  się, przecięty główną drogą 
kanionu. Zataczała ona łuk wokół posiadłości Carswella, po czym skręcała do miasta. Kiedy 
Jupe wgramolił się na nią, tylne światła samochodu znikały za zakrętem.

Pete wpatrywał się wciąż w plamę krwi, gdy dobiegł ich odgłos kroków.
— Kryj się, Pete! — zawołał wuj Tytus ściszonym głosem. — Kryjcie się wszyscy!
Przykucnęli w głębokim cieniu zbocza jaru, gotowi skoczyć na nadchodzącego.
Zza krzywizny parowu wyszedł Jupiter.
— Jupe! — krzyknął Pete. — Gdzieś ty był?!
— Tropiłem intruza, ale mi uciekł.
—   Jupiterze!   —   wybuchnął   wuj   Tytus.   —   Myślałem,   że   masz   więcej   oleju   w   głowie! 

Samemu usiłować złapać bandytę!

— Nie starałem się go złapać, wujku. Chciałem tylko zobaczyć jego twarz. Niestety, nie udało 

mi się. Odjechał samochodem, nim zdążyłem się do niego zbliżyć.

— Nie mogę zrozumieć, czego on tu chciał — powiedział profesor, kręcąc głową. — Chyba 

się pomylił. To jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy. W tych wielkich domach w 
kanionie istotnie  mieszkają bogaci ludzie. Po prostu wybrał niewłaściwy dom. Na szczęście 
nikomu   nic   się   nie   stało   i   nie   będziemy   sobie   tym   zaprzątać   głowy.   Zajmijmy   się   naszym 
interesem, panie Jones.

Wrócili razem do małego domku. Profesor Carswell wydobył z szafy ściennej w sypialni 

dwie zniszczone skórzane walizki.

W jednej były ubrania — staromodna marynarka, szary, flanelowy garnitur, kilka koszul, 

krawaty i skarpetki. W drugiej znaleźli farby, wypchaną sowę, mały posążek Wenus, lornetkę i 
pudło srebrnych sztućców.

— Jonasz nie dbał o strój. Nosił zawsze stare, zniszczone spodnie i stare bluzy — mówił 

profesor. — Robił jednak wrażenie człowieka kulturalnego. W ciągu siedmiu miesięcy, które tu 
spędził,   przesiadywał   całymi   dniami   na   leżaku   przed   domem   i   szkicował.   A   wieczorami 
malował. Zobaczcie.

Profesor podszedł do okrytej płachtą sterty w kącie pokoju. Zdjął płachtę ukazując obrazy; 

naliczyli ich dwadzieścia. Wszystkie przedstawiały domek i jego otoczenie. Na jednym z nich 
domek  był  na pierwszym  planie,  w olbrzymim  zbliżeniu.  Na innych  widoczny był  w  coraz 
większym   oddaleniu,  w  końcu rozpoznawalny jedynie   po spadzistej,  połatanej  markizie  nad 
wejściem.

— Nie są złe — powiedział wuj Tytus.
Z błyszczącymi oczami przeglądał zawartość dwu walizek. Przepadał za robieniem zakupów 

dla swego składu. Jego żona, Matylda, narzekała często, że kupuje bezużyteczne rzeczy,  ale 

background image

Tytus wierzył, że na wszystko znajdzie się nabywca. Zazwyczaj nie mylił się.

— Czy chce pan sprzedać wszystko? — zapytał.
— Tak — odparł profesor. — Nieboszczyk  zalegał z czynszem. Czasami przysyłano mu 

pieniądze z Europy.  Napisałem pod ten adres, ale nie otrzymałem  odpowiedzi. Nikt też nie 
zgłosił się po rzeczy, a ja potrzebuję pieniędzy.

Podczas gdy profesor Carswell z wujem ustalali cenę, Jupiter przeglądał skromny dobytek 

Jonasza Camerona z uczuciem rozczarowania. Nie było tu absolutnie nic wartościowego.

— Na co umarł pan Cameron, Hal? — zapytał.
— Po prostu był bardzo stary. Zachorował i umarł — odpowiedział Hal Carswell. — Byłem 

przy nim, chciałem mu pomóc, ale on był półprzytomny w gorączce. Mamrotał coś o pionach, 
poziomach i płótnach. Lekarz powiedział, że trzeba go umieścić w  szpitalu. Ale było już za 
późno. Umarł, nim przyjechał ambulans.

— W jego rzeczach nie ma nic, co mogłoby stanowić łup dla złodzieja — powiedział Pete. — 

Pomyłka, Jupe, to wszystko.

Jupiter przytaknął ze smutkiem. Załadowali wszystko na ciężarówkę i ruszyli z powrotem 

krętą drogą w kanionie. Kiedy mijali miejsce, gdzie droga przecinała jar, Jupiter zmarszczył 
czoło w zamyśleniu.

— Złodzieje zazwyczaj nie włamują się do kogoś przez pomyłkę — powiedział.
— Chyba nigdy się nie dowiemy, o co chodziło temu intruzowi — odezwał się Pete.
— Chyba nie — westchnął Jupiter.
Ale obaj się mylili.

background image

ROZDZIAŁ 3

Zjawia się klient

Minął   tydzień.   Pewnego   popołudnia   Jupiter   i   Bob   Andrews,   trzeci   członek   zespołu 

detektywów,   pracowali   na   podwórzu   składu.   Bob   pierwszy   zauważył   długiego,   żółtego 
mercedesa, który wjechał na podwórze i zatrzymał się przed wejściem do biura.

Z samochodu wysiadł niski, elegancki mężczyzna, którego siwiejące włosy srebrzyły się w 

słońcu późnego popołudnia. Nosił białe letnie ubranie z błękitną jedwabną kamizelką. Trzymał 
cienką czarną laskę, i coś lśniło w jego ręce. Zatrzymał  się na moment i spojrzał w stronę 
chłopców. Następnie zdecydowanym krokiem wszedł do biura.

Chłopcy gapili się na niego bezmyślnie, kiedy znikał w drzwiach. Nagle Jupiter oprzytomniał.
— Zapomniałem zupełnie! Przyrzekliśmy wujowi pilnować biura! Chodź, Bob!
Kiedy   biegiem   mijali   żółtego   mercedesa,   tylne   drzwi   otworzyły   się   i   wysiadła   wysoka 

kobieta. Jej błękitnosiwe włosy były wysoko upięte. Ubrana była w białą, jedwabną suknię, 
ozdobioną brylantową broszką. Miała coś wyniosłego w postawie. Spojrzała na chłopców z góry.

— Czy zastałam pana Tytusa Jonesa? Chcę z nim rozmawiać.
— Wuja nie ma, proszę pani. Ja zajmuję się składem pod jego nieobecność — odparł Jupiter.
— Doprawdy? Wydajesz mi się na to trochę za młody.
— Jestem dostatecznie dorosły i odpowiedzialny — powiedział Jupiter z przekonaniem.
— Brawo, młody człowieku! — uśmiechnęła się nieznajoma. — Cenię pewność siebie.
— Po piątej rzadko przychodzą klienci — wtrącił Bob.
Elegancka pani roześmiała się.
— Cenię także szczerość. Właśnie macie klienta. Pan Marechal, mój intendent, jest już w 

waszym biurze. Proponuję, żebyśmy się przyłączyli do niego.

Kiedy weszli do biura, niski mężczyzna odsunął się szybko od biurka. Jupiter zauważył, że 

leżąca na nim księga zakupów była ruszana.

— Armandzie — powiedziała wyniosła pani — podobno ci chłopcy zajmują się składem.
— Ach tak? — mężczyzna skłonił się chłopcom lekko. Zobaczyli, co tak błyszczało w jego 

ręce. Laska zakończona była dużą srebrną gałką. — Możemy więc przystąpić do sprawy, która 
nas sprowadza. Pani hrabina pragnie odzyskać własność zmarłego Jonasza Camerona, sprzedaną 
wam przez profesora Carswella. Zapłacimy oczywiście sumę rekompensującą kłopoty, na jakie 
byliście narażeni.

— Czy jest coś wartościowego wśród tych rzeczy? — zapytał Jupiter z ożywieniem.
— Nie, ale dla mnie przedstawiają pewną wartość sentymentalną — odparła wysoka pani.
— Pani hrabina jest siostrą Jonasza Camerona — wyjaśnił mężczyzna.
— Pani jest rzeczywiście hrabiną? — wyrwało się Bobowi.
— Mój nie żyjący już mąż był hrabią — odparła z uśmiechem. — Jestem młodszą siostrą 

biednego Jonasza Camerona. Dzieliła nas różnica dwudziestu lat. Jonasz był ekscentrykiem i 
odludkiem, nie łączyły więc nas bliskie stosunki. Odczuwam jednak głęboki żal po jego stracie. 
Zmarł samotnie w tym dziwnym miejscu.

— Widzicie, chłopcy — tłumaczył pan Marechal — byliśmy w podróży, w Afryce i dopiero 

kilka dni temu otrzymaliśmy tę smutną wiadomość w liście od profesora Carswella. Przybyliśmy 
tu   pierwszym   samolotem.   Niestety,   profesor   zdążył   już   sprzedać   dobytek   Jonasza.   Z 
przyjemnością podwoimy tę nędzną kwotę za którą został kupiony, byle odzyskać pamiątki po 

background image

zmarłym bracie pani hrabiny.

—   Proszę   się   nie   martwić,   pani   hrabino   —   powiedział   Bob.   —   Zaraz   tu   wszystko 

przyniesiemy.

Wzięli księgę zakupów i wyszli na podwórze. Jupiter szukał walizek, ubrań i srebra. Bob 

próbował znaleźć wypchaną sowę, posążek Wenus i lornetkę. Poprosili Hansa i Konrada, braci z 
Bawarii, którzy pracowali u pana Jonesa, o odnalezienie dwudziestu obrazów.

Po piętnastu minutach wrócili zgnębieni.
— Bardzo mi przykro — powiedział Jupiter. — Chyba sprzedaliśmy już wszystko oprócz 

ubrań.

— Ubrania możecie zatrzymać — powiedział pan Marechal. — Nie znaleźliście nic poza 

tym? Nawet obrazów?

— To doprawdy osobliwe — przyznał Jupiter. — Rzadko sprzedajemy obrazy, a te wszystkie 

poszły.

— Komu zostały sprzedane?
Jupiter kręcił bezradnie głową.
— Zapisujemy, co kupujemy i od kogo, ale nie prowadzimy rejestru naszych klientów. Tak 

wielu ludzi tu przychodzi i kupuje najróżniejsze rzeczy. Konradowi, naszemu pracownikowi, 
wydaje się, że sprzedał wszystkie obrazy jednej osobie, ale nie pamięta komu. Nikt z nas nie 
pamięta klientów.

— Co za pech — westchnęła hrabina.
— Czy moglibyście jakoś odnaleźć te rzeczy? — zapytał pan Marechal.
Jupiterowi zapaliły się oczy.
— Być może moglibyśmy je dla państwa wytropić, gdyby... —zawahał się.
— Gdyby co, młody człowieku? — zapytała hrabina. —Mówże!
Jupiter przybrał możliwie najbardziej dostojną postawę.
—   Gdyby   zechciała   pani   nas   wynająć.   Tak   się   składa,   że   Bob,   ja   i   jeszcze   jeden   nasz 

przyjaciel   jesteśmy   detektywami.   Oto   nasza   wizytówka   —   powiedział   z   powagą   po   czym 
wręczył także drugą, zieloną kartę, która głosiła: 

Zaświadcza   się,   że   posiadacz   tej   karty   jest   ochotniczym   młodszym   pomocnikiem,  

współpracującym z policją w Rocky Beach. Będziemy wdzięczni za wszelką udzieloną mu pomoc.

Samuel Reynolds

Komendant Policji

Hrabina odczytała karty i uśmiechnęła się.
— Wielce przekonujące, ale...
— Przepraszam, pani hrabino — wtrącił pan Marechal. — Chłopcy znają okolicę i miejscową 

ludność.   Widzieli   rzeczy,   których   poszukujemy.   Myślę,   że   łatwiej   będzie   im   przekonać 
nabywców do zwrócenia zakupu niż nam, zupełnie tu obcym. Robią przy tym wrażenie bystrych 
i inteligentnych. Dlaczego nie dać im szansy?

— Zgoda, Armandzie, przekonałeś mnie. Tak bardzo chciałabym odzyskać nasze rodzinne 

pamiątki i ostatnie obrazy biednego Jonasza.

— Znajdziemy je na pewno, proszę pani — powiedzieli zgodnie chłopcy.
— Doskonale — odrzekł pan Marechal. — Możecie kontaktować się z nami w motelu „Nad 

skarpą”.   Pozostaniemy   tam   przez   tydzień.   Później   pani   hrabina   musi   wracać   do   Europy. 
Powodzenia, chłopcy!

Pożegnali się i odjechali swym mercedesem. Bob tylko na to czekał, by zadać dręczące go 

pytanie.

background image

— Jupe, jak my, na litość Boską...
Urwał, widząc, że przyjaciel w ogóle go nie słucha. Jupiter wpatrywał się z całą uwagą w 

mały, niebieski kabriolet, który minął otwartą bramę składu i znikł w ulicy, w którą przed chwilą 
wjechał żółty mercedes.

— Dziwne... Ten niebieski samochód ruszył, jak tylko wyjechał stąd mercedes. Musiał stać 

cały czas na ulicy.

— Co w tym dziwnego?
— Rzadko kiedy tu ktoś parkuje, chyba że ma do nas jakiś interes. Poza hrabiną i panem 

Marechalem nie mieliśmy w ciągu ostatniej pół godziny żadnych klientów.

— Myślisz, że ktoś śledzi...
W tym momencie przez bramę wjechał chłopiec na rowerze. Był to szczupły, ciemnowłosy 

syn profesora Carswella.

— Cześć, koledzy! — zawołał. — Czy była tu hrabina?
— Właśnie odjechała — odpowiedział Bob.
— Oddaliście jej rzeczy pana Camerona?
—   Sprzedaliśmy   już   wcześniej   prawie   wszystko   —   powiedział   Jupiter   —   ale   myślę,   że 

zdołamy to odzyskać.

— Uff! Co za ulga! — ucieszył się Hal. — Hrabina z panem Marechalem byli u  nas dziś 

wczesnym popołudniem. Kiedy tata powiedział, że sprzedaliśmy wam rzeczy pana Camerona, 
hrabina wpadła niemal w furię. Krzyczała, że skoro pisze się list, to należy czekać na odpowiedź. 
Pan Marechal uspokajał ją. Mówił, że nie mogliśmy wiedzieć, że Jonasz ma siostrę. Tato bardzo 
się martwi. Może nie mieliśmy prawa sprzedać tych rzeczy.  Jeśli hrabina nie dostanie ich z 
powrotem, może narobić nam kłopotów.

— Powiedz mi, Hal — odezwał się Jupiter z namysłem — kiedy pani hrabina i pan Marechal 

byli u was, czy widziałeś może gdzieś w pobliżu niebieski kabriolet?

— Niebieski kabriolet... — Hal zastanawiał się przez chwilę. — Tak! Był taki! Niebieski 

samochód przejechał szosą w kanionie natychmiast po wyjściu hrabiny. Zwróciłem na niego 
uwagę, bo to był obcy samochód. Ta droga jest ślepa, prowadzi tylko do domów w kanionie i 
rzadko widuje się na niej inne samochody, poza należącymi do sąsiadów. Ale dlaczego pytasz?

— Właśnie widzieliśmy, jak niebieski samochód pojechał stąd za hrabiną — powiedział Bob.
— Myślicie, że ktoś ją śledzi?
— Najwyraźniej — odparł Jupiter. — Najpierw ktoś włamał się do waszego domku. Teraz 

ktoś obserwuje hrabinę i pana Marechala.  W obu przypadkach  ma  to związek  z dobytkiem 
Jonasza Camerona. Mówię wam, czuję jakąś tajemnicę.

— Przypuszczasz, że pan Cameron posiadał jednak coś wartościowego? — zapytał Bob.
— Jeszcze nie wiem, co o tym sądzić. Przede wszystkim trzeba pomyśleć, jak odzyskać jego 

rzeczy od tego, kto je kupił.

— Jak to? — zdziwił się Hal. — Nie wiecie, komu je sprzedaliście?
— Nie mamy zielonego pojęcia — oświadczył Jupe.
— Jak więc możecie je kiedykolwiek znaleźć? — zmartwił się Hal.
— Myślę, że wiem jak — powiedział Bob.
— Tak — Jupiter skinął głową. — Posłużymy się systemem połączeń duch z duchem.

background image

ROZDZIAŁ 4

Pomyłka Jupitera

— O czym wy mówicie?! — wykrzyknął Hal. — Przecież nie ma duchów!
— Niektórzy naukowcy wcale nie są tego pewni — powiedział Jupiter. — Ale z naszym 

systemem duchy nie mają nic wspólnego.

— Tylko dorośli myślą, że bawimy się w wywoływanie duchów — roześmiał się Bob.
Kilka   minut   później   wrócił   wuj   Tytus   i   zwolnił   obu   chłopców   na   resztę   popołudnia. 

Tajemnym   przejściem   udali   się   wraz   z   Halem   do   sekretnej   Kwatery   Głównej   Trzech 
Detektywów.   Była   to   stara,   zdezelowana   przyczepa   kempingowa.   Stała   w   głębi   podwórza, 
ukryta wśród stert różnego rodzaju złomu i odpadów. Główne wejście do niej prowadziło przez 
wielką   karbowaną   rurę,   biegnącą   pod   wysypiskiem,   zwaną   Tunelem   Drugim.   Przeszli   na 
czworakach i dotarli pod przyczepę w miejscu, gdzie w jej podłodze znajdowała się ruchoma 
klapa. Podnieśli ją i wdrapali się do małego pokoju. Znajdowało się tu biurko, krzesła, szafka na 
akta, a także telefon i różne urządzenia, pomocne w pracy detektywów, zmajstrowane przez 
Jupitera   ze   złomu.   Poza   pokojem   biurowym   przyczepa   mieściła   także   maleńką   ciemnię   i 
laboratorium.

Hal z podziwem obejrzał siedzibę detektywów, po czym zasiedli, żeby omówić interesujący 

ich problem.

— Wytłumaczcie mi wreszcie — powiedział Hal — jak możecie znaleźć rzeczy Jonasza, jeśli 

nie wiecie, komu zostały sprzedane?

— Ilu masz przyjaciół, Hal? — zapytał Jupiter.
— Co? Och, może pięciu naprawdę dobrych. Dlaczego?
Jupiter   wyjaśnił   mu,   na   czym   rzecz   polega.   Powinien   zatelefonować   do   swoich   pięciu 

przyjaciół,   podać   im   listę   poszukiwanych   rzeczy,   poprosić,   żeby   rozpytywali   się   o   nie   w 
sąsiedztwie, i żeby przekazali zadanie dalej. Każdy z tej piątki musi zadzwonić do kolejnych 
pięciu najbliższych przyjaciół, a ci do następnych, i tak dalej. Jupiter, Bob i Pete zrobią to samo.

— W kilka godzin później każdy dzieciak w Rocky Beach będzie szukał tych rzeczy — 

kończył Jupiter. — Może nawet ci, którzy mieszkają w Oxnard albo w Los Angeles.

— Niebywałe! — wykrzyknął Hal oszołomiony, obliczając w myślach, jakie to tysiące osób 

włączą się w poszukiwania. — Możecie się w ten sposób skontaktować z całym światem!

— No, tego jeszcze nie próbowaliśmy — roześmiał się Jupiter — ale gdyby pokonać bariery 

językowe, pewnie by się udało.

— Jak długo trzeba czekać na rezultat? — zapytał Hal. — Muszę być wcześniej na kolacji. 

Jedziemy potem z tatą do Los Angeles.

— Co najmniej do jutra rana — powiedział Jupiter. — Dzieci, z którymi się skontaktujemy, 

mogą zabrać się do poszukiwań dopiero wieczorem, kiedy wszyscy są w domu. Musimy podać 
listę poszukiwanych rzeczy i powiedzieć, ile za nie zapłacimy i gdzie mają być dostarczone. I 
musimy dodać, że jeśli ktoś coś znajdzie, powinien najpierw zatelefonować do nas i opisać 
przedmiot. W ten sposób od razu wyeliminujemy rzeczy, które nie należały do pana Camerona, i 
unikniemy najazdu dzieciaków.

— Musimy zaofiarować nagrodę — przypomniał Bob.
—   Hmm...   —   zamyślił   się   Jupiter.   —   Powiedzmy,   że   każdy,   kto   przyniesie   właściwy 

przedmiot, będzie mógł wybrać sobie coś w składzie, o wartości nie przekraczającej dolara. I 

background image

oczywiście zwrócimy pieniądze zapłacone za wykupione rzeczy Jonasza.

Przygotowali listę poszukiwanych przedmiotów, po czym Jupiter zawiadomił telefonicznie 

Pete’a o ostatnich  wydarzeniach  i podjętej akcji, i poszli do swych  domów na kolację. Nie 
minęła   ósma   wieczór,   a   wszyscy   chłopcy   i   dziewczynki   w   Rocky   Beach   byli   zajęci 
poszukiwaniem mienia zmarłego Jonasza Camerona.

Następnego rana Trzej Detektywi spotkali się o dziewiątej w Kwaterze Głównej. Siedzieli 

wokół biurka, zerkając niecierpliwie na telefon.

— Pewnie będzie dużo fałszywych alarmów — powiedział Jupiter — lepiej jednak uzgodnić 

rzecz przez telefon i zaoszczędzić dzieciakom zbędnej drogi do składu.

Był bardzo dumny ze swego planu. Jednak koło dziesiątej spuścił nieco z tonu. Telefon nie 

zadzwonił ani razu! Zaczął zagryzać nerwowo wargi, a Pete kręcił się niespokojnie.

— Ktoś już powinien zatelefonować!
Nagle rozległo się dudnienie w Tunelu Drugim. Pete podniósł klapę w podłodze i do biura 

wspiął się Hal.

— Do licha! — zawołał. — Dlaczego siedzicie tutaj? Pełno dzieciaków szuka was po całym 

placu.

— Tu, w składzie? — zdziwił się Jupiter. — Przecież powiedzieliśmy, żeby...
—   Hm,   Jupe   —   przerwał   mu   cicho   Pete   —   właśnie   usiłowałem   sobie   przypomnieć. 

Pamiętam,  że powiedziałem  każdemu,  żeby tu telefonował,  ale  nie  pamiętam,  żebym  dawał 
numer telefonu.

— Rany, ja też nie, Jupe — powiedział Bob.
— Ani ja — zawtórował mu Hal.
Jupiter złapał kartkę, na której napisał komunikat i poczerwieniał.
— My...  myślę,  że  zapomniałem  wpisać numer  telefonu  — wyjąkał.  — Chodźmy lepiej 

szybko na dwór.

— Widziałeś tam wuja Tytusa? — zapytał Pete Hala.
— Widziałem tylko tych waszych dwóch wielkich pracowników — odpowiedział Hal. — Są 

oblężeni przez dzieci.

— Myślę, że nie mam ochoty stąd wychodzić — mruknął Pete.
Jupiter wziął głęboki oddech.
— Obawiam się, że musimy.
Scena,   która   ukazała   się   ich   oczom,   gdy   wynurzyli   się   z   Tunelu   Drugiego,   była   dość 

przerażająca.

— Patrzcie! — wykrzyknął Hal. — Wciąż przybywają nowi!
— Och, nie — jęknął Pete.
Jupiter   patrzył   w   milczeniu.   Chłopcy   i   dziewczynki   buszowali   po   całym   terenie   składu. 

Biegali i krzyczeli, niektórzy wspinali się wysoko na sterty złomu. Było ich setki. Rozbiegli się 
wszędzie  jak mrówki.  Tłoczyli  się  wokół  Hansa i  Konrada  pokazując im  przedmioty,  które 
znaleźli   dla   systemu   połączeń   duch   z  duchem.   Coraz   więcej   dzieci   nadjeżdżało   rowerami   i 
skuterami,   przychodziło   na   piechotę.   Były   nawet   nastolatki   na   motorach   i   w   dziwacznie 
pomalowanych samochodach.

— Nie wiem, czego chcecie! — krzyczał Hans.
— Nikt was nie prosił, żebyście tu przychodzili — protestował Konrad.
Nagle któryś dzieciak zobaczył stojących bezradnie czterech chłopców.
— Tam! To muszą być oni! — wydzierał się.

background image

W sekundę horda dzieci rzuciła się na Trzech Detektywów i Hala. Jupiter zbladł. Miał za sobą 

krótką   karierę   filmową.   Kiedy   był   zupełnie   mały,   występował   w   filmach   jako   „Mały 
Tłuścioszek” I stał się dziecięcą gwiazdą filmową, fetowaną przez rzesze wielbicieli. Od tego 
czasu tłum go przerażał.

— Co robić, Jupe?! — krzyczał Bob.
— Ja... ja... — jąkał się Jupiter.
— Tośmy się dorobili! — wrzeszczał Pete.
Hal   Carswell   wdrapał   się   na   starą   cysternę.   Górując   nad   napierającym   tłumem   dzieci, 

wykrzyczał   szereg   słów   w   jakimś   obcym   języku   i   poparł   je   rozkazującymi   gestami. 
Rozwrzeszczana hałastra, zaskoczona, uciszyła się i wpatrywała w niego pytająco.

— Szybko, Jupe! — syknął Pete. — Co możemy dać im wszystkim jako małą nagrodę? 

Prędzej!

— Dać... no... — Jupiter był jak sparaliżowany. — Może... Jest beczka plakietek... ze starej 

kampanii wyborczej.

— Wspaniale! Trzymaj się! — powiedział Pete.
Ruszył w stronę uciszonej nieco chmary dzieci.
— Słuchajcie! — krzyknął. — Cenne, stare odznaki polityczne dla każdego! Nikt nie ma 

takich! Jeśli chcecie je dostać, ustawcie się w pięciu rzędach naprzeciw nas! Pierwszy rząd z 
walizkami!   Następny   z   wypchanymi   sowami   i   posążkami!   Trzeci   z   lornetkami!   Czwarty   z 
nożami i widelcami! Ostatni z obrazami! Bez przepychania się, każdy po kolei. Jeden z nas 
będzie   stał   na   wprost  każdego   rzędu   i  sprawdzał,   co   przynieśliście.   Okay,   teraz   uformujcie 
rzędy!

Dzieci, nawet nastolatki, zaczęły pospiesznie ustawiać się w kolejkach. Zrozumiały, że jest to 

najprostszy sposób zlikwidowania panującego chaosu.

— Dobra robota, Drugi — powiedział Jupiter z wdzięcznością.
— Podziękuj Halowi, że ich uciszył — odparł Pete. — Jeden z nas musi sprawdzać dwie 

kolejki. Hans niech lepiej od razu przygotuje plakietki.

Zabrali   się   do   roboty.   Szybko   sprawdzali   przyniesione   rzeczy   i   każde   dziecko   z 

niewłaściwym przedmiotem było odsyłane do Hansa po plakietkę, jako nagrodę pocieszenia. Po 
godzinie teren składu  niemal  opustoszał,  a chłopcy odzyskali  obie walizki, wypchaną  sowę, 
lornetkę i srebrne sztućce.

—   Od   jednej   dziewczynki   dostałem   adres   pani,   która   ma   figurkę   Wenus   i   nie   chce   jej 

odsprzedać — powiedział Bob. — W każdym razie dałem tej dziewczynce pełną nagrodę.

— Dobrze — skinął głową Jupiter. — Idź tam, Bob, może uda ci się przekonać tę panią. Pete, 

zatelefonuj do motelu „Nad skarpą” i powiedz hrabinie, co mamy.

Bob i Pete poszli wykonać swe zadania. Hal zwrócił się do Jupitera:
— To świetnie zadziałało, Jupe! Tylko nie odzyskaliśmy żadnego obrazu.
— Obawiam się, że kupił je ktoś spoza...
Jupiter  urwał na widok wjeżdżającego do składu, lśniącego  samochodu.  Wysiadł  z niego 

wysoki,   chudy   młokos,   niewiele   starszy   od   trójki   detektywów.   Rzucił   Jupiterowi   krzywe 
spojrzenie. W ręce miał obraz!

background image

ROZDZIAŁ 5

Stary wróg i kłopoty

— Czyżbyś szukał tego obrazu, Jones? — zapytał chudzielec.
— Czego tu chcesz, Chudy? — odpowiedział pytaniem Jupiter.
E.   Skinner   Norris   patrzył   na   Jupitera   spode   łba.   Był   to   wredny   typ.   Nienawidził   trójki 

detektywów i zawsze usiłował pokrzyżować ich plany. Był od nich niewiele starszy, ale miał 
prawo jazdy, ponieważ pochodził ze stanu, gdzie otrzymanie takiego prawa było w jego wieku 
możliwe. To dawało mu poczucie wyższości nad Trzema Detektywami.

— Nieważne, powiedz mi tylko, czy to jeden z obrazów, których szukasz? — powiedział.
Zarówno Jupiter, jak i Hal rozpoznali malowidło Jonasza Camerona. Hal otworzył już usta, 

ale Jupe powiedział szybko:

— Nie jestem pewien, Chudy. Skąd to wziąłeś?
— To moja sprawa — mruknął Norris.
— Musimy wiedzieć, czy możesz to sprzedać — odezwał się Hal.
Chudy zbladł.
— Co przez to rozumiesz?
— Wiem, że nie kupiłeś tego u nas — powiedział Jupiter.
— Może ukradłeś! — zaryzykował Hal.
— Jak śmiesz! — powiedział ostro Skinner. Oczy mu się zwęziły. — A więc to jest ten obraz! 

Tak też myślałem.

— Tak — skinął głową Jupiter. — Kupimy go.
— O nie, nie mam zamiaru go sprzedawać. — Chudy wsiadł szybko do swego samochodu i 

odjechał, nim zdążyli się odezwać.

Z biura wybiegł Pete.
— Czego Chudy tu chciał?
— Ma jeden z obrazów Jonasza — wyjaśnił Hal.
— Ale nagle odechciało mu się go sprzedać — dodał Jupiter.
— Fatalnie — skrzywił się Pete — pan Marechal zaraz tu będzie.
Wkrótce wrócił Bob z wyprawy po posążek Wenus.
— Ta pani nadal nie chce go odsprzedać — oznajmił.
Kolejna   porażka   ostudziła   mocno   ich   entuzjazm   po   sukcesie   systemu   połączeń.   Ale   pan 

Marechal promieniał zadowoleniem, kiedy przybył do składu.

— Jesteście wybornymi detektywami, chłopcy! Gratuluję!
— Nie odzyskaliśmy statuetki — wyznał Bob. — Ma ją pani Leary z ulicy Rojas 22 i nie chce 

jej odsprzedać.

Jupiter opowiedział historię jedynego odnalezionego obrazu.
—   No   cóż,   w   każdym   razie   mam   adres   —   powiedział   pan   Marechal.   —   Postaram   się 

porozmawiać z panią Leary osobiście. Co do tego chłopca, Norrisa, mieszka tu, w Rocky Beach, 
prawda? Mówicie, że to zamożna rodzina?

— Tak, proszę pana — odparł Pete. — Mają duży dom nad plażą.
— Jestem więc pewien, że znajdziecie sposób na odzyskanie tego obrazu. Nawet tylko jedna 

z ostatnich prac Jonasza ucieszy panią hrabinę. Teraz dam wam trzy dolary za każdą odzyskaną 
rzecz, jako nagrodę, i oczywiście zwracam pieniądze, które musieliście za wszystko zapłacić. 

background image

Czy jesteście zadowoleni?

— O tak, proszę pana! — wykrzyknęli chórem Trzej Detektywi.
— Doskonale — pan Marechal uśmiechnął się. — Myślę, że poszczęści się wam także z 

obrazami.

Jupiter wypisał  pokwitowanie, a pozostali chłopcy odnalezione mienie  Jonasza Camerona 

załadowali do bagażnika mercedesa. Pan Marechal pożegnał się i odjechał. Hal także udał się do 
domu, by podzielić się z ojcem dobrymi nowinami.

Po obiedzie Trzej Detektywi zebrali się ponownie w Kwaterze Głównej. Jupiter siedział za 

biurkiem zamyślony.

— Chłopaki — powiedział w końcu — myślę, że Chudy w ogóle nie miał zamiaru sprzedać 

nam   tego   obrazu.   W   każdym   razie   nie   teraz.   Myślę,   że   on   tylko   chciał,   żebyśmy   go 
zidentyfikowali.

— Ale po co? — spytał Bob.
— Nie jestem pewien. Może wie, gdzie jest reszta obrazów i chciał się upewnić, że to te, 

których szukamy, nim je przyniesie do sprzedania. Możliwe też, że działa dla kogoś, kto nie wie, 
jak wyglądają obrazy Jonasza. Być może jest to człowiek jeżdżący tym niebieskim kabrioletem.

— Kto to może być? — zastanawiał się Pete.
—   Nie   wiem   —   wzruszył   ramionami   Jupe.   —   W   każdym   razie   musimy   znaleźć   te 

dwadzieścia obrazów dla pana Marechala i jedyna do nich droga wiedzie przez Chudego.

— Może chce tylko podbić cenę? — powiedział Bob.
— Podobne do Chudego — przytaknął Pete. — Spróbujmy do niego zatelefonować.
Jupiter   wykręcił   numer   Norrisów   i   włączył   zmajstrowane   przez   siebie   urządzenie,   które 

pozwalało wszystkim uczestniczyć w rozmowie. Po chwili głos Chudego rozbrzmiał w pokoju:

— Przestań mi zawracać głowę, Tłuścioszku. Spieszę się do mojej nowej pracy.
— Chudy, zapłacimy ci podwójną cenę za obraz — powiedział Jupiter.
— Jaki obraz? — zapytał Chudy opryskliwie.
— Dobrze wiesz jaki! — wybuchnął Pete.
— Coś wam się przyśniło, przygłupy — parsknął Chudy, po czym usłyszeli stuknięcie i w 

telefonie zaległa cisza. Trzej Detektywi patrzyli po sobie.

— Możemy go obserwować, Pierwszy — powiedział Pete. — Śledzić go.
Jupiter westchnął.
— On ma samochód. My mamy tylko rowery.  Wuj Tytus zgodziłby się, żeby Hans albo 

Konrad   nas   gdzieś   zawiózł   mniejszą   ciężarówką,   ale   nie   wiemy,   dokąd   jechać.   Nie   mamy 
pojęcia, skąd Chudy wziął ten obraz.

— Możemy użyć naszego przyrządu naprowadzającego! — zawołał Bob. — Przyczepić mu 

do samochodu. Powiedział, że pracuje. Może stamtąd ma obraz. Jego rodzice nie pozwoliliby mu 
pracować gdzieś daleko poza Rocky Beach. Moglibyśmy rozstawić się na rowerach koło jego 
domu.   Może   jednemu   z   nas   uda   się   jechać   za   nim   dość   blisko,   żeby   odbierać   sygnał 
naprowadzający.

— To pomysł wart sprawdzenia — przyznał Jupiter. —Postaramy się porozmawiać z nim 

jeszcze raz osobiście i jak to nie da rezultatu...

Przerwało   mu   dobiegające   z   zewnątrz   nawoływanie.   Ktoś   wykrzykiwał   jego   imię.   Pete 

podszedł   do Wszystkowidzącego.   Był   to  prymitywny,   ale  skuteczny peryskop,   który  Jupiter 
zbudował   z   walających   się   po   składzie   odpadów.   Dawał   im   możność   obserwowania   terenu 
ponad skrywającymi przyczepę stertami złomu. Pete przyłożył oko do wziernika.

— To twoja ciotka Matylda — stwierdził. — Wygląda na mocno rozzłoszczoną. Jest z nią 

background image

jakiś pan.

— Co za pan? — zapytał Jupiter.
—   Nigdy  go   przedtem   nie   widziałem.   Taki   mały,   przysadzisty   typ   w   ciemnym   ubraniu, 

kapeluszu i… Jupe! Ma w ręce dużą, płaską tekę!

Jupiter doskoczył do Wszystkowidzącego.
— W takiej tece nosi się obrazy! Chodźcie, chłopaki!
Szybko wybiegli przez Tunel Drugi.

background image

ROZDZIAŁ 6

Kulejący nieznajomy

— No, jesteście wreszcie! — zawołała ciotka Matylda, gdy wyjrzeli zza stert złomu. — Gdzie 

wy łazicie, łobuzy? Nigdy nie można się was doszukać!

— Przepraszam, ciociu — powiedział Jupiter słodziutko.
— Nie przymilaj mi się — odparła energicznie. — To jest pan De Groot. Mówi, że jest 

handlarzem   dzieł   sztuki   z   Holandii.   Przyszedł   w   sprawie   tych   dwudziestu   obrazów,   które 
kupiliśmy   w   zeszłym   tygodniu   w   Kanionie   Remuda.   Kto   może   potrzebować   dwudziestu 
obrazów? Nie mogę tego zrozumieć.

— To nie obiekt się liczy, proszę pani, lecz talent — odezwał się nieznajomy.
— Nie znam się na tym — wzruszyła ramionami ciotka Matylda. — Wiem tylko, czy mi się 

coś podoba, czy nie. A te obrazy mi się nie podobały. Każdy namalowany inaczej, a żaden nie 
wyglądał jak obraz domu. — Odeszła majestatycznie w stronę biura, zostawiając chłopców z 
panem De Grootem. Ten zwrócił się do nich pospiesznie.

— Przybyłem z Amsterdamu, by zobaczyć się z Jonaszem Cameronem. Dowiedziałem się, że 

zmarł.   Następnie   usłyszałem   od   chłopców   w   motelu,   że   Trzej   Detektywi   chcą   odnaleźć 
dwadzieścia   namalowanych   przez   Camerona   obrazów.   I   dowiedziałem   się,   że   Trzech 
Detektywów mogę zastać w składzie Jonesa. Tak więc jestem i pragnę kupić te dwadzieścia 
obrazów. Macie je?

Pete potrząsnął głową.
— Żaden z nich nie został odniesiony, proszę pana.
— Żaden? — De Groot przeszedł gniewnie kilka kroków po podwórzu. Stanął przed nimi i 

ogarnął ich badawczym spojrzeniem swych czarnych, świdrujących oczu.

— Dobrze za nie zapłacę.
Jupiter   przyglądał   się   uważnie   krępemu   Holendrowi,   następnie   przeniósł   wzrok   w  stronę 

bramy wjazdowej.

— Jeden obraz przyniósł Skinner Norris, ale... — zaczął Bob, Jupiter szybko wpadł mu w 

słowa.

— Ale to nie był jeden z obrazów Camerona, proszę pana.
— To nie był jego obraz? — zapytał De Groot.
— Niestety, nie — Jupiter westchnął ze smutkiem.
Bob   i   Pete   zerknęli   na   Jupe’a,   nie   odezwali   się   jednak   ani   słowem.   Nauczyli   się   nie 

kwestionować słów Pierwszego, jakkolwiek byłyby dziwne i nieoczekiwane. De Groot patrzył 
na nich przenikliwie.

— Mam nadzieję, że mnie nie okłamujesz — powiedział gniewnie do Jupitera.
— Kiedy nie kłamię — odparł Jupiter hardo.
— Powiedz mi więc, ten Norris, którego wspomnieliście, to taki wysoki, szczupły chłopiec?
— Skąd pan wie? — wyrwało się Pete’owi.
— Mam swoje źródła — uśmiechnął się krzywo De Groot. — Czy jego rodzice to bogaci 

ludzie? Mają może kolekcję obrazów? Czy kupują dzieła sztuki?

— Wydaje mi się, że mają małą kolekcję — powiedział Bob.
— Doprawdy nie znamy dobrze Skinnera Norrisa — odezwał się Jupiter. — Niestety, nie 

wiemy nawet, gdzie mieszka.

background image

— Nie możecie mi więc pomóc? — zapytał De Groot ze złością.
— Bardzo bym pragnął, ale niestety nic nie wiemy — odparł Jupiter.
— Trudno, o jedno tylko proszę, gdyby obrazy zostały tutaj zwrócone, zawiadomcie mnie. 

Będę w motelu „Pod skarpą”. Pamiętajcie, dobrze zapłacę!

Chłopcy skinęli głowami z powagą. De Groot odwrócił się i poszedł w stronę bramy. Bob i 

Pete patrzyli za nim zaskoczeni. De Groot lekko kulał!

— Jupe! — wykrzyknął Bob. — On...
—   Tak,   Bob,   kuleje.   Zauważyłem   to   już   wcześniej,   gdy   zaczął   się   przechadzać.   Jakby 

niedawno coś mu się stało w nogę. Na przykład, kiedy wpadł do jaru.

— Więc to może być intruz, którego ścigałeś tydzień temu! — wykrzyknął Bob.
Pete pokiwał głową ze zrozumieniem.
— Dlatego nie chciałeś mu powiedzieć, że Chudy miał jeden z obrazów Camerona.
—   Tak   jest   —   przytaknął   Jupiter.   —   Jego   utykanie   było   jednym   z   powodów   mojej 

podejrzliwości.

— Jakie są inne? — zapytał Bob.
— Zobaczyłem jego samochód pod bramą. Patrz!
De Groot przeszedł już bramę i wsiadał do małego, niebieskiego kabrioletu!
— Przecież to samochód, który jechał za mercedesem hrabiny! — powiedział Pete.
— A ja powiedziałem temu człowiekowi o Chudym i o obrazie — jęknął Bob.
—  Nie  powiedziałeś  mu   wiele   —  pocieszył   go  Jupe.   —  Myślę  zresztą,  że   to  nie   miało 

znaczenia. De Groot zdawał się być dobrze poinformowany co do Skinnera Norrisa, nim tu 
przyszedł. Jeszcze jeden powód, dla którego musimy się czym prędzej zobaczyć z Chudym.

— Więc na co czekamy? Chodźmy! — powiedział Pete.
— Och! Miałem coś załatwić mamie — przypomniał sobie Bob. — Nie mogę iść z wami.
—   W   porządku,   Bob   —   zdecydował   Jupiter   po   zastanowieniu.   —   Pójdziemy   pierwsi   z 

Pete’em   i   postaramy   się   przyczepić   Chudemu   do   samochodu   nadajnik   sygnału 
naprowadzającego. Tymczasem załatw, co masz do załatwienia, i przyjedź pod dom Chudego z 
odbiornikiem. Dasz radę uwinąć się w godzinę?

— Tak, na pewno!
— Dobra, spotykamy się więc pod domem Chudego.

Norrisowie mieszkali przy małej, nadbrzeżnej ulicy, w dużym domu zbudowanym z drewna 

sekwoi. Wszystkie stojące tu domy miały na tyłach zejścia na plażę. Między nimi biegły alejki, 
opadające również ku morzu. Cała ulica była gęsto obsadzona palmami i krzewami hibiskusa.

Pete i Jupiter zatrzymali swe rowery nieco poniżej domu Norrisów, po przeciwnej stronie 

ulicy.   Ukryci   za   wielkim   krzakiem   hibiskusa   mogli   dobrze   obserwować   frontowe   i   boczne 
wejście do budynku, jak również wjazd do garażu. Stał tam sportowy samochód Chudego.

— Najpierw z nim pogadamy — zdecydował Jupiter.
Przeszli ulicę, prowadząc rowery, i skierowali się na ścieżkę, ku frontowym drzwiom. W tym 

momencie otworzyło się okno na piętrze i przez nie wychylił się Chudy.

— Czego sobie tym razem życzą, tak zwani detektywi?
— Chcemy kupić ten obraz od ciebie — zawołał Pete.
Chudy roześmiał się.
— Idź się lepiej pobawić klockami, Crenshaw!
— Wiemy, że masz ten obraz, Chudy — odezwał się Jupiter.
— Ha-ha! Nic nie wiecie! Wynoście  się stąd, nim wezwę policję, żeby was wyrzuciła z 

background image

cudzej posiadłości!

Pete i Jupiter zgnębieni wsiedli na rowery i odjechali. Zatrzymali się poza zasięgiem wzroku 

Chudego, następnie wrócili za krzak hibiskusa, odstawili rowery i usiedli.

— Podkradnę się do samochodu Chudego od strony plaży i zaczepię nadajnik — powiedział 

Jupiter. — Ty obserwuj oboje drzwi i garaż. Gdyby wyszedł Chudy, gwizdnij.

— Dobra — skinął głową Pete. — Będę też uważał, czy nie nadjeżdża Bob.
Jupiter podniósł się, ale zaraz usiadł z powrotem.
— Ktoś się zbliża do domu Chudego! — szepnął alarmująco.
Pete rozgarnął gałęzie krzewu i spojrzał przez szczelinę. W alejkę, w drugą stronę domu 

Norrisów skręcał właśnie mężczyzna w uniformie. Na głowie miał czapkę z nisko nasuniętym na 
oczy daszkiem. Szedł przechylając się na jedną stronę pod ciężarem skrzynki na narzędzia, którą 
niósł w ręce.

— To tylko monter z centrali telefonicznej — powiedział Pete.
Jupiter ze zmarszczonym czołem patrzył za znikającym w alejce monterem.
— Tak, chyba tak, tylko...
— Co tylko?
— Nie wiem — Jupiter spoglądał w głąb pustej, cichej ulicy. — Coś tu jest nie tak, ale nie 

mogę uchwycić, co.

— Nie bój się, będę czuwał — przyrzekł Pete.
Jupiter skinął głową i przemknął się do najbliższego zejścia na plażę.

Między   domem   Norrisów   a   jego   sąsiadami   spływał   ku   plaży   mały   strumyk.   W   lecie 

wysychał,   a   jego   koryto   było   dostatecznie   głębokie,   by   Jupiter   mógł   się   nim   przekraść 
niezauważony w pobliże garażu.

Jupiter  sprawdził maleńki  nadajnik. Zmajstrował  go sam,  w swojej  pracowni w składzie. 

Przymocował do niego magnes tak, że można go było z łatwością umieścić na samochodzie w 
jakimś   niewidocznym   miejscu.   Transmitował   delikatny   sygnał,   który   nasilał   się   i   zwiększał 
częstotliwość, gdy osoba zaopatrzona w odbiornik zbliżała się do niego. Urządzenie odbierające 
wyposażone było także w maleńką strzałkę, która wskazywała kierunek, skąd dochodził sygnał.

Jupiter zaczął się skradać wyschniętym korytem strumienia, ale nagle się zatrzymał. Monter 

tymczasem okrążył dom i był po stronie garażu. Stał tyłem do strumienia i majstrował coś w 
skrzynce   na   ścianie   domu,   gdzie   znajdowało   się   podłączenie   przewodów.   Nagle   Jupiter 
uświadomił sobie, co wydawało mu się dziwne, gdy zobaczył montera po raz pierwszy — na 
ulicy nie było samochodu centrali telefonicznej!

Kto kiedykolwiek słyszał o monterze chodzącym na piechotę? To oszust! I majstruje coś przy 

drutach telefonicznych! Może zakłada podsłuch?

Jupiter   opuścił   się   na   dno   i   zaczął   się   czołgać.   Chciał   dotrzeć   możliwie   najbliżej   do 

rzekomego montera, by przyjrzeć się, co właściwie robi i jak wygląda. Nie było to łatwe zadanie  
dla otyłego chłopca. Sapał mocno, gdy osiągnął miejsce dokładnie za rzekomym pracownikiem 
centrali   telefonicznej.   Odczekał,   aż   oddech   mu   się   wyrówna,   i   uniósł   ostrożnie   głowę   nad 
krawędź koryta.

— Och!
Znalazł się twarzą w twarz z fałszywym monterem. Z odległości zaledwie kilku centymetrów 

wpatrywały się w niego ciemne, przenikliwe oczy. De Groot! Twarz miał wykrzywioną złością. 
W ręce trzymał groźnie wyglądający nóż.

background image

Pete siedział na czatach, obserwując pilnie dom Norrisów. Chudy nie wyszedł, wciąż nie było 

też widać Jupe’a. Spojrzał za siebie, na ulicę. Bob nie nadjeżdżał. Nagle usłyszał wołanie:

— Pete!
Dochodziło   gdzieś   spoza   domu,   po   drugiej   stronie   ulicy,   dokładnie   naprzeciw   kryjówki 

Pete’a.

— Pete! Na pomoc!
Pete przeciął pędem ulicę i wbiegł za dom. Czyjaś ręka zacisnęła mu się na ustach, druga 

wykręciła ramię obezwładniając go.

background image

ROZDZIAŁ 7

Uwięzieni

Bob zbliżał się do domu Chudego, gdy dostrzegł za krzakiem hibiskusa dwa rowery. Bez 

wątpienia należały do Jupe’a i Pete’a, ale co stało się z ich właścicielami? Bob rozglądał się 
bezradnie po pustej ulicy. Wahał się, czy jechać dalej, czy poczekać przy rowerach, gdy usłyszał 
odgłos uruchamianego silnika samochodowego. Po chwili z alei za domem wyskoczył niebieski 
kabriolet,   skręcił   z   piskiem   opon   w   ulicę   i   pognał   dalej.   Bob   patrzył   za   nim   zdumiony. 
Samochód handlarza obrazów! Co tu robił De Groot?!

Pip-pip-pip-pip! — dobiegło z kieszeni Boba. Odbiornik! Wyjął go i spojrzał na małą tarczę. 

Strzałka wskazywała dokładnie na wprost, sygnał był głośny i szybki, cichł jednak powoli i 
zwalniał.   Bob   zorientował   się   od   razu,   co   zaszło.   Jupe   i   Pete   nie   umieścili   nadajnika   na 
samochodzie Chudego. Mieli go ze sobą! I znajdowali się w niebieskim kabriolecie De Groota!

Bob jechał  jak szalony w kierunku,   w  którym   zniknął   niebieski  samochód.  Kierował  się 

sygnałem przekaźnika. Dotarł w ten sposób do głównej szosy wzdłuż wybrzeża. Skręcił nią w 
lewo ku centrum Rocky Beach. Dwukrotnie stracił sygnał, gdy niebieski samochód zwiększył 
zbytnio  dzielącą  ich odległość, i dwukrotnie uchwycił  go ponownie, zapewne kiedy ścigany 
samochód   przystawał   na   skrzyżowaniach.   Bob   pędził   bez   zatrzymywania,   ignorował   nawet 
światła. Niestety, za trzecim razem stracił sygnał bezpowrotnie.

Zdesperowany   jechał   dalej   główną   drogą   nadbrzeżną,   przeszukując   wzrokiem   wszystkie 

przecznice. Minął Centrum Rocky Beach, domy zaczynały się przerzedzać i wreszcie wjechał 
między otwarte pola.

Pete i Jupiter leżeli związani kablem telefonicznym, zakneblowani i wciśnięci do bagażnika 

niebieskiego   kabrioletu.   Kiedy   samochód   opuszczał   aleję   w   sąsiedztwie   domu   Norrisów, 
Jupiterowi   udało   się   włączyć   sygnał   nadajnika.   Minęło   już   dziesięć   minut   szybkiej   jazdy. 
Zatrzymali się tylko raz, może dwa razy, i to na krótko. Wiedzieli, że jeśli nawet Bob nadjechał, 
usłyszał sygnał i domyślił się, że De Groot ich porwał, nie mogło być mowy‚ by nadążył za 
samochodem.

Jupiter  miał  ochotę kopnąć się w kostkę, że tak się zagapił  i nie rozpoznał utykania  De 

Groota. Myślał, że monter ugina się pod ciężarem skrzynki na narzędzia i dlatego idzie tak 
niezręcznie.

Po następnych dziesięciu minutach samochód zjechał z szosy i zatrzymał się. Bagażnik został 

otworzony i De Groot wyciągnął chłopców, jednego po drugim. Poprowadził ich szybko do 
ostatniego pawilonu małego motelu. Nie odezwał się dotąd ani słowem.

W pokoju motelowym posadził ich obok siebie na kanapie, usunął kneble i ująwszy swój 

groźnie wyglądający nóż, usiadł naprzeciwko nich. Jego ciemne oczy płonęły złością.

—   Więc   to   tak!   Skinner   Norris   nie   przyniósł   wam   właściwego   obrazu.   Nie   byliście 

zainteresowani jego kupnem. Nie mieliście pojęcia, gdzie Norris mieszka. Wszystko kłamstwa! 
Chcieliście ukraść obrazy Camerona.

— Nieprawda! — wybuchnął Pete. — Szukaliśmy obrazów dla hrabiny! One do niej należą!
— Ach, doprawdy?  Działacie  dla hrabiny i Armanda  Marechala? Co takiego powiedzieli 

wam, że zgodziliście się na współpracę?

— Tylko tyle, że chcą odzyskać schedę hrabiny po bracie — odparł Jupiter. — Odszukaliśmy 

background image

wszystko oprócz obrazów.

— Znowu kłamiesz. Musicie wiedzieć więcej. Jakie plany ma Marechal? Czego naprawdę 

szukają? Jaką wiadomość zostawił im Jonasz Cameron?

— Wiemy tylko tyle — powiedział Pete — że jeździ pan wszędzie za hrabiną i że był pan w 

domu profesora Carswella przed tygodniem, usiłując...

Jupiter przerwał mu szybko:
— Dlaczego pan myśli, że Jonasz Cameron zostawił hrabinie jakąś wiadomość? Ona nie była 

z nim blisko...

— Nie próbuj mnie zagadywać, chłopcze! — huknął De Groot i przeniósł wzrok na Pete’a. — 

Mówiłeś coś o mojej bytności w domu profesora Carswella?

Pete   przełknął   ślinę.   Zorientował   się,   że   Jupe   nie   chciał,   by   De   Groot   wiedział,   że 

podejrzewają go o włamanie do domu profesora.

— No, właściwie  to  wiemy tylko,  że był  pan w Kanionie  Remuda,  kiedy hrabina  i pan 

Marechal odwiedzili profesora — powiedział niepewnie.

De Groot obserwował ich przez chwilę.
— Nie, to nie o to chodzi.  Ktoś był  przedtem u Carswella.  Ktoś tajemniczy,  co? I obaj 

uważacie, że to byłem ja. Dlaczego?

Chłopcy milczeli.
—   No?   Nie   chcecie   wyjawić,   dlaczego   mnie   podejrzewacie?   Nie   wiecie   także   o   żadnej 

wiadomości   przesłanej   hrabinie   przez   starego   Jonasza?   Rozmawialiście   z   profesorem 
Carswellem i jego synem. Może im przekazał jakąś wiadomość? Jakieś ostatnie słowa?

— Nic o tym nie wiemy, proszę pana — powiedział Jupiter.
Handlarz obrazów patrzył na nich uważnie.
— Ech! Myślę, że jesteście po prostu głupimi chłopakami, którzy nie wiedzą, w co się pakują. 

— Rzucił im znowu bystre spojrzenie i wstał. — Lub może wiecie zbyt dużo, co?

Stał trzymając nóż i patrząc na nich z wściekłością.

Bob pedałował  po nadbrzeżnej  drodze nie  mogąc  podjąć żadnej  decyzji.  Jaką ma  szansę 

odnalezienia   niebieskiego   samochodu?   Może   powinien   poprosić   o   pomoc   komendanta 
Reynoldsa? Jeśli jednak zawróci, straci trop, który być może jego przyjaciele starają się mu 
zostawić.   Jechał   więc   naprzód,   jak   mógł   najszybciej,   nasłuchując   sygnału   i   wypatrując 
niebieskiego kabrioletu. Wzdłuż drogi ciągnął się szereg moteli.

Przez jakieś dziesięć minut De Groot z nożem kuśtykał po pokoju. Wyglądało na to, że nie 

bardzo wie, co pacząc.

— Co mam z wami zrobić, hę? — powiedział gniewnie. — Jesteście nieznośni! Włazicie mi 

w drogę! Niech to wszyscy diabli!

Jupiter wziął głęboki oddech.
— Czy jest coś wartościowego w rzeczach Jonasza Camerona...?
— Nie zawracaj mi głowy! — przerwał mu De Groot, po czym dodał spokojniej: — A co byś  

powiedział na taką propozycję: pracuj dla mnie zamiast dla hrabiny.

— Mamy już klienta — odparł Jupiter twardo.
— Głupiec! Nie mogę wam przecież pozwolić...
Urwał i wzdrygnął się nerwowo na dźwięk dzwonka telefonu. Popatrzył na aparat, jakby to 

był wąż. Podszedł do niego tyłem, nie spuszczając wzroku z chłopców, i podniósł słuchawkę.

— Tak? — powiedział i nagle oczy mu pojaśniały. — Co? Chłopiec?... Norris?... Tak, znam 

background image

go... Nie, proszę go tu nie przysyłać, przyjdę do recepcji. Niech tam zaczeka.

Odłożył słuchawkę uśmiechając się z zadowoleniem.
— Muszę odłożyć na później naszą rozmowę. Młodzieniec, którego ledwie znacie, niejaki 

Skinner Norris, pragnie się ze mną zobaczyć.

— Czułem, że Chudy coś kombinuje — mruknął Pete.
— Nie można mu ufać, proszę pana — odezwał się Jupiter.
— Ja nie ufam nikomu — burknął De Groot. Zakneblował ich ponownie i opuścił pawilon 

tylnym  wyjściem. Pete i Jupiter zaczęli  się zmagać ze swoimi  więzami,  lecz bezskutecznie. 
Zmęczeni opadli na oparcie kanapy. Usłyszeli, że tylne drzwi otwierają się ponownie. Obrócili 
głowy, spoglądając ku nim bezradnie.

W drzwiach stał Bob z szerokim uśmiechem na twarzy. Podbiegł do nich i uwolnił ich z 

więzów i knebli.

— Chłopie! — wykrzyknął Pete. — Co za radość cię widzieć! Jak nas...
—   Jechałem   za   sygnałem.   Potem   straciłem   go,   ale   postanowiłem   jechać   dalej   szosą 

nadmorską. Już prawie nie miałem nadziei, że was odnajdę, gdy sygnał odezwał się znowu. 
Wciąż nie wiedziałem,  gdzie was szukać, ale nagle przypomniałem sobie nazwę motelu De 
Groota: „Pod skarpą”.

— Dobra robota, Bob — powiedział Jupiter. — Zmykajmy stąd lepiej czym prędzej.
— A co z Chudym? — zapytał Pete. — Właśnie siedzi w recepcji i pewnie sprzedaje obraz 

De Grootowi.

Bob roześmiał się.
— Chudy niczego nie sprzedaje. Nawet go tu nie ma. To ja telefonowałem! De Groot był tak 

podekscytowany, że nawet się nie zorientował, że to nie był głos recepcjonisty.

— Ale teraz już wie! — zawołał Jupiter. — Szybko! Frontowymi drzwiami!
Wybiegli na dwór. De Groota nie było nigdzie widać. Puścili się pędem do roweru Boba.
— Pete będzie pedałował — zadecydował Jupiter. — Jest najsilniejszy. Ja na bagażniku, Bob 

na ramie. Szybko!

Nie ujechali więcej niż dwadzieścia metrów, gdy usłyszeli za sobą okrzyk wściekłości. De 

Groot stał przed pawilonem, który właśnie opuścili. Zaczął biec za nimi, ale kulejąc nie był zbyt 
szybki.   Nawet  na  przeciążonym  rowerze  zdołali  zwiększyć  dzielący ich  dystans.   Zawrócił  i 
pobiegł w stronę parkingu.

— Weźmie samochód! — krzyknął Jupiter. — Musimy się gdzieś ukryć.
— Nie musimy — powiedział Bob i wyciągnął z kieszeni pęk kolorowych drutów. — Bez 

tego nie uruchomi samochodu. Wyrwałem je z aparatu zapłonowego jego auta.

— Dobrze pomyślane, Bob — Jupiter był pełen uznania dla kolegi. — Tym niemniej, może 

wziąć inny samochód. Jedźmy szybciej.

— Dobrze ci gadać — wysapał Pete.
Kilka minut później litościwy kierowca ciężarówki zatrzymał się przy nich. Zabrał ich wraz z 

rowerem i podrzucił do Centrum Rocky Beach. Poszli pod dom Norrisów po pozostawione tam 
dwa rowery i dotarli do swych domów akurat na kolację.

Tegoż wieczoru spotkali się ponownie w Kwaterze Głównej. Jupiter od razu przystąpił do 

rzeczy.

—  Słuchajcie,   ta   sprawa   przybiera   dziwny  obrót.   De   Groot   zdaje   się  uważać,   że   Jonasz 

Cameron zostawił jakąś wiadomość. To może być coś bardzo ważnego. Musimy porozmawiać z 
hrabiną i panem Marechalem.

Połączył się z motelem „Nad skarpą”, ale nikt nie odebrał telefonu w pokoju hrabiny.

background image

— Zatelefonujemy rano — zadecydował Jupiter. — Tymczasem warto by się dowiedzieć 

czegoś więcej o starym Cameronie. Może był znanym malarzem? Bob, z samego rana spróbuj 
znaleźć coś o nim w bibliotece.

background image

ROZDZIAŁ 8

Więcej podejrzeń

Następnego rana w bibliotece  Bob udał się wprost do działu  publikacji naukowych.  Aby 

korzystać z tego działu potrzebne było specjalne pozwolenie, ale Bob nie miał z tym problemu, 
ponieważ pracował tutaj dorywczo, pomagając bibliotekarce, pannie Bennett. Odszukał półkę 
zawierającą   wydawnictwa   traktujące   o   sztuce   i   stanął   jak   wryty.   Półka   była   pusta!   Niemal 
wszystkie grube, ciężkie księgi znikły jak kamfora.

Panna Bennett uniosła głowę, gdy wyszedł zza regałów.
— Nie możesz czegoś znaleźć, Robercie?
— Gdzie są książki o sztuce?
— Jakiś pan wziął je do małej czytelni. Był tu wczoraj i dziś przyszedł tuż po otwarciu 

biblioteki.   Czy  interesuje   cię   specjalnie   któraś   książka?   Mogę   zapytać,   czy   skończył   ją   już 
przeglądać.

— Nie, nie, dziękuję — powiedział Bob szybko. — Przejrzę na razie coś innego.
Gdy tylko znalazł się poza zasięgiem wzroku panny Bennett, podszedł szybko do drzwi małej 

czytelni. Uchylił je i zajrzał ostrożnie. Ktoś siedział ukryty za stertą książek. Kiedy Bob wahał 
się, czy wejść do środka, kolejna książka została zdjęta ze sterty i zobaczył twarz siedzącej za nią 
osoby — profesora Carswella!

Bob wycofał się szybko i usiadł w miejscu, z którego mógł obserwować drzwi małej czytelni. 

Profesor   Carswell   studiował   cały   dział   sztuki!   Bob   zastanawiał   się,   czy   go   śledzić.   Ale 
tymczasem profesor wyszedł z czytelni i Bob doszedł do wniosku, że Jupiter wolałby,  żeby 
najpierw   zdobyć   potrzebne   informacje   o   Cameronie.   W   razie   czego   profesora   łatwo   będzie 
znaleźć.

Zamówił więc wszystkie książki zwrócone przez profesora i już po chwili wertował grube 

tomiska.

Jupiter uniósł brwi.
— Profesor Carswell studiował książki o sztuce?
— Bez wątpienia, Jupe. Widziałem go.
— Dlaczego nagle zainteresował się sztuką? — dziwił się Pete.
Siedzieli w trójkę w Kwaterze Głównej. Było już dobrze po południu. Bob złożył właśnie 

sprawozdanie ze swej wyprawy do biblioteki. Jupiter zamyślił się głęboko.

— Nie znalazłeś więc nic o Jonaszu Cameronie? — zapytał wreszcie.
— Ani słowa — odparł Bob. — W dwu książkach znalazłem listę wszystkich malarzy na 

świecie. Tak w każdym razie było napisane. Camerona na niej nie było.

—   Lista   mogła   być   niepełna   —   powiedział   Jupe   —   ale   nie   wygląda,   żeby   był   znanym 

malarzem.

— Dlaczego więc De Grootowi lak zależy na jego obrazach? — zapytał Pete.
— Może wcale nie chodzi o obrazy? — zastanawiał się Bob. — Może Jonasz miał coś innego 

wartościowego, o czym nawet nie wiedzą hrabina i pan Marechal?

Jupiter skinął głową.
— To by wyjaśniało obecność tajemniczego intruza w domu profesora. Być  może chciał 

wziąć tę wartościową rzecz, nim zjawią się spadkobiercy Jonasza. Wuj Tytus kupił cały jego 

background image

dobytek, więc intruz myszkuje tutaj i śledzi hrabinę.

— Mówisz o De Grootcie? — odezwał się Pete.
— Ale skąd nagłe zainteresowanie sztuką u profesora Carswella? — zapytał Bob.
Jupiter potarł nos w zadumie.
— Pamiętasz, jak De Groot dopytywał się o jakąś wiadomość, jakieś ostatnie słowa Jonasza? 

Może zawarł w nich ważną informację. Hal mówił, że stary pan był nieprzytomny i mamrotał 
coś bez sensu. Może profesor wyłowił z tych majaków jakiś sens i wie coś, czego my nie wiemy.

— I czego nie wie hrabina — dodał Bob.
— Myślę, że trzeba przejechać się do Kanionu Remuda — zadecydował Jupiter.

— Naprawdę, chłopaki — mówił Hal Carswell — nie mam pojęcia, dlaczego tato studiował 

książki o sztuce.

Stali w czwórkę na trawniku przed domem profesora.
— Czy stary Jonasz mówił dużo o swoich obrazach? —zapytał Jupiter.
—   Prawie   wcale   —   odparł   Hal.   —   Starał   się   mnie   uczyć   malować,   ale   ja   nie   potrafię 

narysować nawet prostej kreski. Pamiętam tylko, że raz powiedział coś dziwnego. Mianowicie, 
że jest najdroższym malarzem na świecie, ale nikt o tym nie wie. Bardzo się śmiał, kiedy to 
mówił. Nie mogłem zrozumieć dlaczego.

— Nie widzę w tym nic śmiesznego, ani w ogóle żadnego sensu — powiedział Pete.
— Ani ja — przytaknął Jupiter.
—   Jakie   to   dziwne   —   mówił   Hal.   —   Jonasz   żył   tu   sam   i   nikt   nawet   nie   przyszedł   go 

odwiedzić.   Teraz,   kiedy   nie   żyje,   wszyscy   się   nagle   nim   interesują.   Hrabina   z   panem 
Marechalem są właśnie u nas. Rozmawiają z tatą w domu.

— O! — wykrzyknął Pete. — Może coś odkryli!
— Chodźmy się dowiedzieć — powiedział Jupiter.
W salonie profesor Carswell stał oparty o kominek, rozmawiając ze swymi gośćmi. Hrabina 

uśmiechnęła się na widok chłopców.

—   Ach,   nasi   młodzi   detektywi!   Wciąż   przy   pracy?   Doprawdy,   jak   dotąd   spisaliście   się 

wspaniale.

— Dotąd nie znaleźliśmy obrazów, proszę pani — powiedział Jupiter. — Czy pan Cameron 

wystawiał kiedyś lub sprzedawał swoje obrazy?

— Nie. Był  tylko  amatorem.  Tym  niemniej  pragnęłabym  mieć  jego ostatnie  prace. Mam 

nadzieję, że nie ustaniecie w poszukiwaniach i odnajdziecie obrazy.

— O, z pewnością, proszę pani — odparł Jupiter i dodał: — Jeśli ktoś inny nie dobierze się do 

nich przed nami.

— Ktoś inny? — zapytał pan Marechal zdziwiony.
— Człowiek o nazwisku De Groot, który nazywa siebie handlarzem obrazów. Śledzi was i 

bardzo chce zdobyć obrazy Jonasza Camerona.

Jupiter   opowiedział   następnie   o   wizycie   De   Groota   w   składzie,   spotkaniu   pod   domem 

Norrisa, porwaniu i ucieczce. Hrabina była wstrząśnięta.

— Ależ to okropne! Musicie być niezwykle ostrożni w przyszłości. Nie mogę zrozumieć, 

dlaczego ktoś nagle interesuje się osobą mojego brata. Czego ten człowiek może chcieć?

—   Jeszcze   nie   wiem   —   powiedział   Jupiter.   —   Ale   De   Groot   nie   jest   jedyną   osobą 

zainteresowaną obrazami. Profesor Carswell ostatnio pilnie studiuje malarstwo.

Wszyscy spojrzeli na profesora. Hal patrzył na ojca niespokojnie.
— Czy wie pan coś, czego my nie wiemy, profesorze? —zapytał pan Marechal.

background image

—   Ależ   nie   —   odparł   Carswell.   —   Byłem   po   prostu,   podobnie   jak   pani   hrabina, 

zaintrygowany nagłym zainteresowaniem osobą Camerona. Poszedłem więc do biblioteki, by 
sprawdzić,   czy   byt   może   znanym   malarzem.   Niczego   jednak   nie   znalazłem   i   nie   potrafię 
zrozumieć ani zainteresowania jego obrazami owego De Groota, ani obecności tajemniczego 
włamywacza.

— Był tu jakiś włamywacz, profesorze? — zapytała hrabina zaskoczona. — Czy to było 

przed naszym przybyciem? Czy ktoś starał się ukraść coś z rzeczy Jonasza?

— To było na tydzień przed pani przybyciem — wyjaśnił Bob. — Nie wiemy jednak, czego 

ten człowiek szukał.

— Rozumiem — powiedziała hrabina rzucając szybkie spojrzenie panu Marechalowi.
— To pewnie był  ten De Groot — powiedział  Marechal. — Jonasz wyraźnie bardzo go 

interesuje.

— Jeszcze jak! — wtrącił Pete.
— De Groot zdaje się uważać, że pan Cameron zostawił dla kogoś jakąś wiadomość — 

powiedział Jupiter. — Mówił pan, panie profesorze, że Jonasz mamrotał jakieś słowa przed 
śmiercią. Może starał się wam coś powiedzieć? Zostawić jakąś wiadomość dla kogoś.

— To zupełnie  możliwe, wziąwszy pod uwagę uporczywość,  z jaką starał się mówić  — 

odparł profesor. — Nie mam jednak pojęcia, o co mu chodziło. Słowa, które bełkotał, nie miały 
dla mnie żadnego sensu. Powtarzał coś jak „pion”, „poziom”, „źle” i „obrazy”, i „płótna” i coś o 
„mistrzach”. Hal przebywał z nim częściej w czasie jego agonii. Może pamiętasz dokładnie jego 
słowa, Hal?

— Mówił bardzo niewyraźnie — powiedział Hal — ale pamiętam, że mamrotał nieustannie 

„powiedz im”, „powiedz im pion”, „poziom, gdzie pion”, „zła strona”, „mistrz”, „moje obrazy”, 
„moje płótna”, „płótno”, „źle do pionu”, „powiedzem”, „źle”. Tak to mniej więcej, brzmiało. W 
kółko te same słowa.

Spoglądali  po sobie, jakby oczekując, że któreś z nich  doszuka się sensu w oderwanych 

słowach Jonasza. Nikt jednak nie znalazł wyjaśnienia. Nawet Jupiterowi nie przychodził żaden 
pomysł do głowy.

— Nie sądzę, doprawdy, by te słowa można było złożyć w jakąś sensowną wiadomość — 

odezwał się w końcu pan Marechal.

— Nie — westchnęła hrabina — myślę, że biedak majaczył.
— Panie profesorze, czy Jonasz trzymał cały swój dobytek w małym domu? — spytał Jupiter.
— Tak sądzę. Nigdy nigdzie nie wychodził.
Pierwszy detektyw skinął głową z powagą.
— Myślę, że musimy już iść. W dalszym ciągu odnoszę wrażenie, że Skinner Norris wie, 

gdzie są wszystkie obrazy.

— Bądźcie ostrożni, chłopcy — powiedziała hrabina. — Doprawdy, niepokoję się o was. 

Proszę, telefonujcie do nas gdybyście mieli jakiekolwiek kłopoty.

Chłopcy przyrzekli ostrożność i opuścili dom profesora. Wsiedli na rowery i wyjechali na 

drogę do miasta. Kiedy mijali jar, Jupiter nagle się zatrzymał.

— Co jest, Jupe? — zapytał Bob hamując.
— Jestem pewien, że ostatnie słowa Jonasza zawierają jakąś wiadomość — odparł Jupiter. — 

Nie znam jej jeszcze, ale na pewno dotyczy czegoś wartościowego. Jeśli stary pan nie opuszczał 
nigdy swego domu, musiał coś w nim ukryć. Chodźcie!

Zostawili rowery w pobliżu drogi, zsunęli się do jaru i jego dnem doszli do tylnych drzwi 

małego domu. Weszli do środka i stanęli niezdecydowani, od czego zacząć poszukiwania. Nagle 

background image

usłyszeli czyjeś kroki za drzwiami.

— Szybko! — szepnął Jupiter. — Ukryjmy się.
Pobiegli na palcach  do sypialni.  Przywarli  do ściany i przez szczelinę  uchylonych  drzwi 

obserwowali duży pokój. W polu ich widzenia pojawił się Hal. Podszedł szybko w róg pokoju, 
pochylił się i podniósł obluzowaną deskę w podłodze. Gdy sięgał do odsłoniętego zagłębienia, 
Trzej Detektywi wyszli z ukrycia.

— A więc to tak, Hal! — powiedział Jupiter oskarżająco. — Wiesz, co Jonasz ukrył i gdzie.
Hal odskoczył wystraszony, zaciskając coś w ręce.

background image

ROZDZIAŁ 9

Czarna dziura

— Och! — powstrzymywał krzyk Hal. — Aleście mnie wystraszyli.
— Co wyjąłeś spod podłogi?! — natarł na niego Pete.
—   Co?   Ach,   tylko   to   —   otworzył   dłoń,   na   której   leżał   duży,   staroświecki   klucz.   — 

Wróciliście przeszukać ten dom? Myślicie, że Jonasz coś tu schował?

— Rozważaliśmy taką możliwość — odparł Jupiter.
— Ja też! — powiedział Hal z ożywieniem. — Kiedy wyszliście, coś sobie przypomniałem. 

Tato wciąż rozmawia z hrabiną i panem Marechalem, więc wybrałem się na poszukiwania.

— Co sobie przypomniałeś, Hal? — spytał Bob.
— Że Jonasz zwykł składać swoje obrazy w ceglanym domku na tyłach posiadłości. Domek 

jest pusty, ale tato zamyka go na klucz. Mówi, że to historyczny zabytek, i nie chce, żeby ktoś do 
niego wchodził i go niszczył. Kiedy Jonasz tu zamieszkał, dałem mu klucz do domku.

— I to jest ten klucz? — zapytał Jupiter.
Hal skinął głową.
— Pomyślałem sobie, że warto by przeszukać ceglany domek.
— Chodźmy więc tam wszyscy — powiedział Jupiter. Hal poprowadził ich skrajem jaru w 

przeciwnym do drogi kierunku. Jar biegł równolegle do domu Carswella, po czym skręcał ostro. 
W tym miejscu Hal odbił od niego w lewo i wszedł między zarośla. Trzej Detektywi przedzierali 
się tuż za nim. W końcu wyszli na niewielki placyk pokryty utwardzaną gliną. Pośrodku stał 
niski domek z drewnianym dachem. Ściany zbudowane były z ręcznie robionej i suszonej na 
słońcu cegły. Nieliczne okna ukryte były za szczelnie zamkniętymi, drewnianymi okiennicami. 
Wokół panowała cisza i spokój.

— Ten dom zbudowali Hiszpanie, minimum sto pięćdziesiąt lat temu — wyjaśniał Hal. — 

Kiedyś należał do nich cały kanion. Jedyne ogrzewanie to kominek, i nie ma łazienki.

Otworzył  masywne  drzwi z oheblowanych  desek, o zawiasach i klamce  z kutego  żelaza. 

Wnętrze   było   puste.   Drewnianą   podłogę   zalegała   gruba   warstwa   kurzu.   Poza   niewielkim 
głównym   pokojem   domek   zawierał   małą   sypialnię   i   kuchnię.   Było   tu   chłodno   i   mroczno. 
Przyćmione światło przesączało się jedynie przez szpary w okiennicach. Pete podszedł do okna 
osadzonego w szerokiej framudze.

— O rany, ale te ściany są grube! Chyba z metr!
—   Tak   budowano   z   suszonej   cegły   —   powiedział   Jupiter.   —   Taka   cegła   nie   ma 

wytrzymałości normalnej, palonej. Pete, sprawdź kuchnię, Bob, ty idź do sypialni, a ja z Halem 
przeszukam ten pokój.

Jupiter i Hal znaleźli tylko puszki z farbą olejną i rozpuszczalnikiem, a także nie zamalowane 

płótna. Za nimi stała ozdobna, pozłacana rama. Jupiter oglądał ją w zamyśleniu.

— Zastanawiam się, dlaczego Jonasz nie oprawił w nią żadnego obrazu.
—   Kiedy   się   wprowadził,   miał   w   niej   jakiś   obraz,   ale   nie   przez   niego   namalowany   — 

powiedział   Hal.   —   Taka   imitacja,   wiesz?   Oleodruk,   jak   to   nazwał.   Mówił,   że   nie   lubi 
oleodruków i pozbył się go.

— Ale zostawił ramę — zauważył Jupiter. — Popatrz na jej ozdoby.
— Same esy-floresy, pionowo i poziomo. Myślisz, że chodziło mu o tę ramę, kiedy mamrotał 

o pionach i poziomach?

background image

— Jest dość gruba, by coś w niej ukryć.
Chłopcy   dokładnie   obejrzeli   ramę,   badając   wszystkie   spojenia   i   naciskając   wypukłe   esy-

floresy.

Jupiter pokiwał głową.
— Nie widzę, gdzie można by tu cokolwiek schować.
Pete wszedł do pokoju.
— Jeśli coś ukryto w kuchni, to chyba w ścianach.
— My też wiele nie znaleźliśmy — powiedział Hal.
— Chłopaki! — zawołał Bob z sypialni. — Chodźcie tu szybko!
W   maleńkim   pomieszczeniu   Bob   stał   nad   leżącym   pod   ścianą   starym,   sponiewieranym 

materacem w pasiastym pokryciu.

— Coś w nim jest! O, tu!
Pete obmacał materac we wskazanym miejscu.
— O rany! Rzeczywiście! Jakby torba pełna kamieni. A może klejnotów.
— Rozetnij to, Pete — powiedział Jupiter podnieconym głosem.
Pete   wyjął   z   kieszeni   scyzoryk   i   rozciął   pokrycie   materaca.   Chłopcy   stłoczyli   się   nad 

otworem. Zobaczyli małe, krągłe brązowawe przedmioty.

— Co to jest? — zapytał Hal zdumiony.
—   Żołędzie   i   orzeszki   sosny   —   powiedział   Jupiter   z   westchnieniem   rozczarowania   — 

Znaleźliśmy spiżarnię wiewiórki albo polnej myszy.

Chłopcy zaniemówili na moment, po czym wybuchnęli śmiechem.
Pokładając   się   ze   śmiechu,   nie   zauważyli,   że   drzwi   sypialni   zamykają   się   wolno. 

Oprzytomnieli, gdy zatrzasnęły się z łoskotem. Pete zerwał się z miejsca.

— Co...?
W tym momencie rozległ się szczęk zapadającej zasuwy.
— Jesteśmy zamknięci! Hej! Hej, jest tam ktoś?! — krzyczał Hal.
— Proszę otworzyć drzwi! Jesteśmy tu, w środku! — wydzierał się Bob.
Pete zaczął walić pięściami w masywne drzwi.
— Przestańcie!! — Wrzasnął Jupiter.
Ucichli. Usłyszeli czyjeś kroki w sąsiednim pomieszczeniu.  Ktoś obchodził wolno pokój, 

opukując ściany i podłogę. Dobiegł ich odgłos darcia płócien, łamania ramy, brzęk puszek.

— Przeszukuje — szepnął Jupiter.
Hałasy   trwały   jeszcze   parę   minut,   po   czym   zaległa   cisza.   Po   chwili   drzwi   wejściowe 

zamknęły się i usłyszeli zgrzyt zamka.

— Och nie — jęknął Hal — zostawiłem klucz w zamku.
Zaczęli znowu krzyczeć i walić w ściany.

Mijały godziny. Na dworze było już ciemno. Światło księżyca przesączało się przez szparę w 

okiennicach, kładąc się smugami na podłodze pokoju. Chłopcy ochrypli od krzyku. Ceglany 
domek był położony zbyt daleko od głównego budynku, by ktoś ich tam usłyszał. Drzwi były 
szczelnie zamknięte, masywne okiennice zabite gwoździami, a ściany zbyt grube, by wybić w 
nich dziurę scyzorykiem Pete’a. Pod podłogą znaleźli zagłębienie, ale nie było sposobu żeby 
dostać się tędy do piwnicy. Usiedli zgnębieni na starym materacu.

— Już jesteśmy spóźnieni na kolację — mruknął Pete.
— Stracimy więcej niż kolację — powiedział Bob. — Jesteśmy tu uwięzieni na amen.
— Będą kłopoty w domu — westchnął Jupiter.

background image

— Tato zorientuje się niedługo, że przepadłem — odezwał się Hal. — Znajdzie nas.
— Często tu przychodzisz? — zapytał Pete.
—   Nie,   nie   za   bardzo   —   powiedział   Hal   niepewnie.   —   Jest   dużo   innych   miejsc,   gdzie 

zwykłem chodzić.

— No to sobie nieźle poczekamy na twego tatę — stwierdził Bob.
Zapadło milczenie. Pete wstał i zaczął chodzić po pokoju, tupiąc w podłogę. Koło szaty w 

rogu pokoju usłyszał jakiś głuchy odgłos. Słuchał przez chwilę, po czym potrząsnął głową.

— Gdybyśmy tylko mogli dostać się do piwnicy. Na pewno znalazłaby się stamtąd droga na 

zewnątrz. Ale co możemy zrobić moim scyzorykiem?

Hal wstał i tupnął w podłogę koło nogi Pete’a. Wsłuchał się w głuchy dźwięk.
— Nie wiedziałem, że pod tym domkiem jest piwnica — Powiedział. — Ciekawym, po co ją 

zbudowali. Niewiele starych domów w Kalifornii ma piwnice.

— To fakt — przytaknął Jupiter. — Po co komu piwnica pod takim małym domkiem?
Zamyślił się i nagie zerwał się podniecony.
—   Ależ   oczywiście!   Hiszpanie   nie   budowali   piwnic   pod   swymi   domami.   Kiedy   jednak 

przyszli  tu Amerykanie  i Hiszpanie  z nimi  walczyli,  często wykopywali  tunele, przez  które 
można było uciec z domu! Myślę, że pod tym pokojem jest taki tunel.

Rozejrzał się badawczo dokoła.
— Przypuszczam, że wejście do tunelu powinno być w każdym pokoju, ale... — jego wzrok 

zatrzymał się na drzwiach szaty. — Chłopaki! Myśmy nie przeszukali tej szafy.

Pete pierwszy otworzył drzwi. Była to wąska, obudowana drewnem wnęka. Podłogę zalegała 

warstwa   śmieci.   Zgarnęli   je   i   Pete   otworzył   swój   scyzoryk.   Wsadzał   ostrze   między   deski   i 
próbował je podważać.

— Ta się rusza! — zawołał.
Razem z Bobem usunęli jedną po drugiej wszystkie deski podłogi szaty. Pod spodem była 

ziemia.   Zgarnęli   ją   i   ukazała   się   drewniana   klapa   z   zardzewiałym,   żelaznym   uchwytem   w 
kształcie pierścienia. Bob i Pete razem ciągnęli uchwyt, aż klapa uniosła się, odsłaniając wąską, 
czarną dziurę.

— Czy któryś z was widzi dno? — zapytał Bob.
Wszyscy pochylili się nad dziurą i pokręcili przecząco głowami.
— Jeśli wam się wydaje, że będę skakał do dziury, której dna nie widzę, to chyba upadliście  

na głowy — oświadczył Pete. — Ja tu zostaję.

— Ten, co nas zamknął, może przyjść z powrotem — powiedział Jupiter od niechcenia.
— Tak myślisz? — Pete’owi zadrżał głos. — No dobra, ale niech ktoś zejdzie pierwszy.
— Gdybyśmy tylko mieli latarki — powiedział Jupiter.
Stali   nad   czarnym   otworem,   wpatrując   się   w  jego  nieprzeniknioną   głębię.   Wreszcie   Bob 

zebrał się na odwagę.

— Raz kozie śmierć — opuścił się w głąb dziury, przez chwilę trzymał się jej krawędzi, po 

czym zwolnił uchwyt i znikł w ciemności.

background image

ROZDZIAŁ 10

Nocny pościg

Jupiter, Pete i Hal wpatrywali się w czerń dziury.
— Bob? — zawołał Pete.
Odetchnęli z ulgą, gdy usłyszeli głos Boba.
— W porządku, chłopaki. Tu jest ten plugawy tunel. Nic nie widzę, ale obmacałem jego 

ściany. Poczekajcie chwilę.

Trzej   chłopcy,   nad   otworem,   słuchali   z   zapartym   tchem   szmerów   dochodzących   z   dołu. 

Mijały minuty, które zdawały się rozciągać w godziny. Wreszcie Bob odezwał się znowu.

— Tunel biegnie stąd w dwie strony. W jedną pod główny pokój i tam jest druga klapa, ale 

nie mogę jej ruszyć. Zresztą nasz przyjaciel zamknął także drzwi frontowe. W drugą stronę idzie 
poza dom i zdaje się być nie zablokowany.

— Jak możemy wiedzieć, dokąd prowadzi, Jupe? — zapytał Pete.
— Możemy się zgubić — powiedział Hal.
Jupiter zagryzł wargi.
— Bob! — zawołał. — Jakie tam jest powietrze? Czy czujesz jakiś podmuch?
— Nie — odparł Bob — ale nie jest duszno. Jupiter zawahał się. Spojrzał w czarną dziurę. 

Dokąd to prowadzi?

— Ten tunel może okazać się niebezpieczny — powiedział wreszcie. — Jeśli się zawali, to 

koniec   z   nami.   Ale   niczego   tu   nie   wysiedzimy.   Nie   sądzę   także,   byśmy   mogli   ryzykować 
czekanie na powrót osoby, która nas zamknęła. Nie wiadomo, co może...

— Dobrze, przekonałeś mnie — przerwał mu Pete spiesznie. Drugi Detektyw opuścił się do 

dziury i znikł. Hal za nim, na końcu Jupiter. Na dole panowały kompletne ciemności i było 
zimno. Stali stłoczeni pod otworem, czując wzajemne drżenie.

— Lepiej się ruszmy — objął przewodnictwo Pete. — Pójdę pierwszy, za mną Jupe, potem 

Hal, Bob na końcu. Jeden niech trzyma drugiego za pasek, żebyśmy się nie rozłączyli. Dobra, 
idziemy?

Posuwali   się   wolno   naprzód   w   czarnym   jak   smoła   tunelu.   Pete   przy   każdym   kroku 

obmacywał stopą podłoże. Tunel był tak niski, że musieli iść ze zgiętymi kolanami.

— Zdaje się biec na wprost — powiedział Pete po paru krokach. — Ale nie jestem pewien. 

Straciłem poczucie kierunku.

Szli krok za krokiem w kompletnych ciemnościach. Pete’owi było coraz trudniej postawić z 

powrotem na ziemi uniesioną do kroku naprzód nogę. Odzywali się do siebie coraz mniej i 
mniej. Ciemności i cisza podziemia ciążyły im bardzo.

—  Pete  —  odezwał  się  Jupiter   po  pewnym  czasie  —  czy  zdaje  mi  się,   czy  czuję  lekki 

powiew?

Stanęli.
— Powietrze — powiedział Bob. — Czujecie prąd powietrza?!
Pete ruszył szybciej naprzód. Przed nimi był lekki zakręt tunelu i wszyscy go zobaczyli! Mrok 

się przerzedzał!

— Wyjście! — krzyknął Pete.
Jeszcze dwadzieścia kroków i stanęli pod nocnym niebem. Przez pierwsze chwile po prostu 

cieszyli   się   odzyskaną   wolnością.   Byli   bezpieczni,   poza   zamknięciem,   poza   ciemnościami 

background image

podziemnego tunelu. Światło księżyca wydawało im się promienne jak słońce.

Hal rozejrzał się dokoła.
— Jesteśmy w jarze — powiedział.
Po   obu   stronach   wznosiły   się   strome   ściany   jaru.   Zwrócili   się   ku   wylotowi   tunelu.   Był 

zupełnie ukryty pod nawisem stoku i zasłonięty przez gęste zarośla.

— Teraz — oświadczył nieposkromiony Jupiter — wrócimy i...
— Aaaach! — krzyk rozniósł się echem wśród nocy. Po nim rozległ się trzask i głuchy łomot.
— Co, na litość... — zaczął Pete drżącym głosem.
Jakiś kształt zamajaczył przed nimi.
— Kto to? — dobiegł ich szorstki głos. — Ach, to znowu wy, smarkacze!
W świetle księżyca zobaczyli wściekłą, pobladłą twarz De Groota. Pokuśtykał w ich stronę. 

Ubranie miał pokryte ziemią i pyłem skalnym, zapewne wskutek upadku do jaru.

Chłopcy rzucili się do ucieczki.
— Stójcie, stójcie, do diaska!
Biegli jarem ku drodze, przy której zostawili rowery. De Groot gonił ich, potykając się o 

kamienie. Pędzili co sił w nogach.

— Widzę już rowery! — krzyknął Pete i zwiększył szybkość.
Z   całym   impetem   wpadł   na   kogoś,   kogo   nie   zauważył   w   ciemnościach.   Czyjeś   ręce   go 

uchwyciły. Pete wyrwał się i skoczył w bok.

— Uwaga! — wrzasnął za siebie. — Uciekajcie, chłopaki! — Biegnąca za Pete’em trójka 

starała się wyminąć ciemną sylwetkę stojącego na ich drodze człowieka.

— Hal! To ja!
— Tato!
Zatrzymali się, rozpoznając profesora Carswella.
— De Groot — wydyszał Pete. — Goni nas.
Zaczęli teraz mówić jeden przez drugiego.
— Zamknął nas w ceglanym domku!
— Znaleźliśmy podziemny tunel!
— Jak zobaczył, że udało nam się wyjść, zaczął nas gonić!
Profesor spojrzał w głąb jaru.
— Nikogo tam nie widzę, chłopcy.
Odwrócili głowy. W jarze nie było żywego ducha.
— On tam był, proszę pana. Nie przewidziało nam się — Jupiter opowiedział ich przygody w 

ceglanym domku i zakończył: — Kiedy nas zamknął, słyszeliśmy, jak przeszukiwał drugi pokój. 
Pewnie wpadł na ten sam pomysł co my.

—   Ktoś   także   przeszukał   mały   dom   —   powiedział   profesor.   —   Prawdopodobnie   był   to 

również De Groot.

— Na pewno, tato — powiedział Hal. — Potem pewnie wrócił po nas do ceglanego domku, 

zobaczył, że nas nie ma, i starał się nas znowu złapać. Na szczęście, wpadł do jaru i usłyszeliśmy 
go w porę, żeby mu uciec.

Profesor Carswell słuchał z rosnącym niepokojem.
— Co za szczęście, że natknąłem się na wasze rowery, szukając Hala. Postanowiłem zaczekać 

przy   nich   na   was.   Gdyby   mnie   tu   nie   było,   mogliście   się   znaleźć   w   poważnym 
niebezpieczeństwie.   Przyznaję,   że   nie   próbowaliście   robić   nic   ryzykownego,   ale   z   tym   De 
Grootem kręcącym się koło domu musicie być naprawdę ostrożni. Ta sprawa przybiera zbyt 
poważny obrót. Zaniechajcie poszukiwań, chłopcy!

background image

ROZDZIAŁ 11

Dedukcje Jupitera

Było  już bardzo późno, gdy Trzej  Detektywi  dotarli  do domów. Nie uniknęli oczywiście 

porządnej bury. Ciotka Matylda mruczała coś o leniach i obibokach. Na szczęście zaczął się jej 
ulubiony   program   telewizyjny,   nim   zdążyła   wymyślić   dodatkowe   zajęcia   dla   Jupitera   na 
następny dzień. Pete’owi ojciec oświadczył, że strzyżenie trawnika go nie ominie i ma się zabrać 
do tego od samego rana.

Nazajutrz, Pete przybył ostatni do Kwatery Głównej.
— Musiałem strzyc trawnik — zaczął tłumaczyć. Ale zaraz urwał. Jupiter i Bob siedzieli przy 

biurku kompletnie załamani.

— Wyglądacie, jakby ktoś umarł! Co się stało?
— Pan Marechal właśnie nas zwolnił — powiedział Bob zgnębiony.
Jupiter westchnął głęboko.
—   Telefonował   parę   minut   temu.   Profesor   Carswell   opowiedział   mu   o   wczorajszych 

zajściach. Pan Marechal uważa, że sytuacja dojrzała do tego, żeby wezwać policję. Uważa, że 
sami sobie nie poradzimy. Przyśle nam małą premię.

— Niech to diabli! — Pete opadł ciężko na krzesło. — Nasze pierwsze niepowodzenie.
— Tyle rzeczy jest niejasnych — wzdychał Jupiter.
— Trudno, pozostaną już dla nas niejasne — powiedział Bob ponuro.
Jupiter nie odezwał się. Miał nieobecny wyraz twarzy, jego wzrok utkwiony był w czymś 

bardzo odległym. Pete obserwował go uważnie.

— Nie zwijaj jeszcze kramu, Bob — powiedział. — Coś mi mówi, ze Jupe nie ma zamiaru 

wycofać się z przypadku, bez znalezienia wyjaśnień.  Pamiętaj  tylko, Jupe, że pan Marechal 
może się wściec, jak zobaczy, że dalej węszymy.

— Więc musimy go przekonać, żeby nas nie zwalniał — odparł Jupiter. — Trzej Detektywi 

nie porzucają sprawy, dopóki nie zostanie rozwikłana.

— Jak chcesz przekonać pana Marechala? — zapytał Bob.
— Wykażemy mu, że w tej sprawie tkwi coś, z czego on nie zdaje sobie sprawy. Mianowicie, 

tajemnica! Udowodnimy mu, że jesteśmy jedynymi, którzy mogą ją wyjaśnić.

— Czy ja wiem, Jupe? — powiedział Pete z powątpiewaniem. — Może pan Marechal ma 

rację. Może niewiele możemy już zrobić. Nie mamy się na czym oprzeć.

— Ależ tak! Mamy ostatnie słowa Jonasza Camerona i naszą dedukcję!
— Dedukcję? — Pete spojrzał pytająco na Jupe’a.
Jupiter pochylił się do przodu i oparł rękami o biurko.
— Po pierwsze, nie ulega wątpliwości, że Jonasz miał coś wartościowego lub co najmniej o 

dużym znaczeniu, poza starymi rupieciami, które zostawił. Po drugie, ktoś o tym wiedział. Po 
trzecie, dwadzieścia obrazów, których szukamy, ma z tym jakiś związek. Wreszcie po czwarte, 
w swych  ostatnich niejasnych słowach Jonasz chciał  przekazać jakąś istotną wiadomość. —
Jupiter   odchylił   się   z   powrotem   na   oparcie   krzesła.   —   Pozostaje   nam   do   zrobienia   jedno: 
rozwiązać zawartą w słowach starego pana informację. Zakładając oczywiście, że powtórzono 
nam słowa, które istotnie wymamrotał.

— Dopuszczasz myśl, że Hal i jego ojciec kłamią? — zdziwił się Bob.
— Wiemy, że profesor Carswell potrzebuje pieniędzy — powiedział Jupiter. — Jonasz nie 

background image

płacił mu czynszu przez ostatnie miesiące i profesor go nie naglił. Mógł wiedzieć, że wśród 
rzeczy starego człowieka jest coś wartościowego. Jest też możliwe, że przyszło mu to do głowy 
po wtargnięciu włamywacza.

— Możliwe, ale nie sądzę, żeby Hal kłamał — powiedział Pete.
—   Może   nie   —   zgodził   się   Jupiter.   —   Dlatego   przyjmuję,   że   ostatnie   słowa   Jonasza 

powtórzył nam rzetelnie. Zapisałem je w momencie, kiedy Hal i profesor je przytaczali.

Jupiter   wyjął   kawałek   papieru   i  położył   go  na   stole.   Wedle   profesora  Jonasz   użył   słów: 

„obrazy”,   „pion”,   „poziom”,   „źle”,  „płótna”   i  „mistrzowie”.   Hal,  który  dłużej  przebywał  ze 
starym Jonaszem, pamięta więcej. Powiedział, że te wymamrotane przez Jonasza słowa brzmiały 
jak „powiedz im”, „powiedz im, poziom, gdzie pion”, „zła strona”, „mistrz”, „moje obrazy”, 
„moje płótna”, „źle do pionu”, „poziom”, „powiedzem”, „źle”. I ciągle to samo, mniej więcej.

Pete podrapał się w głowę.
— „Powiedz im” brzmi jak początek jakiejś informacji. „Poziom, gdzie pion” i „zła strona” to 

tak, jakby Jonasz podawał kierunki. Jakaś strona jest zła. Ale która jest dobra?

— Tak — zgodził się Jupiter. — Wydaje się, że tej części brak. Ale ty zanotowałeś, że za 

drugim razem Hal podał słowo „zła” bez słowa „strona”.

— Co to ma znaczyć, Jupe? — zapytał Bob.
— Nie wiem — powiedział Jupiter niepewnie. Jest jeszcze inna różnica. Hal powiedział dwa 

razy „powiedz im”, a za trzecim razem „powiedzem”.

— Hal mógł coś źle usłyszeć — powiedział Pete.
— Tak, pewnie to tylko to.
Bob zastanawiał się nad zanotowanymi na kartce słowami.
— „Mistrz” i „moje obrazy”... Jonasz myślał, że jego prace są arcydziełami, chociaż był tylko 

amatorem.   „Moje   płótna”   i  „płótno”   —   pewnie   malarze   zazwyczaj   tak   mówią   o   swoich 
obrazach.

— De Groot chyba uważa, że obrazy Jonasza są dobre — wtrącił Pete.
—   Właśnie!   —   podjął   Bob.   —   Może   Jonasz   Cameron   był   dobrym   malarzem?   Świetny 

malarz, ale ekscentryczny.  Nie wystawiał i nie sprzedawał swoich obrazów. Może De Groot 
myśli, że mógłby je sprzedać za ciężkie pieniądze!

— To możliwe, ale w takim razie, ostatnie słowa Jonasza nie zawierałyby żadnej informacji 

— powiedział Jupiter. — A jestem przekonany, że zawierają. Jedno mnie tylko męczy, dlaczego 
powiedział „powiedz im”? Kto to są „oni”?

— Hrabina i pan Marechal — zasugerował Pete.
— Pan Marechal tylko pracuje u hrabiny — zastanawiał się Jupiter. — Czy Jonasz łączyłby 

ich jako „oni”? Czy raczej przekazywałby wiadomość tylko dla swej siostry,  a więc byłoby 
„powiedz jej”? Albo, jeśliby miał kogoś innego na myśli, „powiedz mu”?  Chyba,  że chciał 
zostawić wiadomość dla paru osób. Może dla jakiegoś gangu?

— Gangu?! — zdumiał się Pete.
— Jakiś gang oszustów, może szmuglerów. Jonasz trzymał się z dala od wszystkich, nigdy 

nie opuszczał domu, w którym mieszkał. Jakby się czegoś bał. Może się po prostu ukrywał!

— A De Groot jest członkiem  gangu — podjął domysły Pete. — Szuka teraz łupu albo 

czegoś, co Jonasz tu przeszmuglował.

—   Tak,   weźcie   pod   uwagę   sposób,   w   jaki   przeszukiwał   ceglany   domek,   kiedy   nas   tam 

zamknął. Gdyby, jak sądzi Bob, chodziło o obrazy Jonasza, nie niszczyłby tam wszystkiego —
Jupiter zamilkł nagle i zamyślił się.

— O co chodzi, Jupe? — zapytał Bob.

background image

—   Nie   jestem   pewien   —   odparł   wolno   Pierwszy   Detektyw   —   ale   kiedy   pomyślałem   o 

wczorajszym   wieczorze,   coś   nagle   wydało   mi   się   nie   tak.   Czuję,   że   coś   przeoczyłem,   coś 
istotnego, i nie mogę sobie uzmysłowić co.

— Mnie nic nie przychodzi do głowy — powiedział Pete.
— Mniejsza, może się mylę — Jupiter machnął ręką. — Myślę, że musimy teraz pójść do 

pana   Marechala   i   przekonać   go,   że   powinniśmy   dalej   prowadzić   tę   sprawę.   Pójdziemy   we 
dwójkę, z Pete’em.

— A co ja mam robić? — zapytał Bob.
—   Trzeba   jednak   odnaleźć   te   dwadzieścia   obrazów.   Nie   odrzucam   zupełnie   twego 

przypuszczenia,   że   są  wartościowe   i   De  Groot   właśnie   ich   szuka.   Idź,  proszę,   do   Chudego 
Norrisa i jeszcze raz postaraj się z nim pogadać. Może uda ci się dowiedzieć, skąd wziął obraz, 
który tu przyniósł.

background image

ROZDZIAŁ 12

Fiasko

Motel „Nad skarpą” znajdował się parę kilometrów na południe od Rocky Beach. Była to 

dzielnica eleganckich nadmorskich rezydencji i hoteli.

Pete   i   Jupiter   zaparkowali   rowery   i   weszli   do   lśniącego   holu.   Recepcjonista,   wysoki 

mężczyzna o dostojnej postawie, spojrzał na nich podejrzliwie.

— Można wiedzieć, w jakiej sprawie tu jesteście, chłopcy? —zapytał.
Pete poczuł się nieswojo, ale Jupiter nie dawał się łatwo speszyć. Wyprostował się na całą 

swą krągłą wysokość i przemówił z czysto angielskim akcentem:

— Proszę nas zaanonsować pani hrabinie. Jupiter Jones Czwarty i pan Pete Crenshaw. Zechce 

pan również poinformować o naszej obecności monsieur Marechala.

Pete z trudem zdusił śmiech. Widywał już przedtem aktorskie zagrania Jupe’a, ale urzędnik 

recepcji nie miał jeszcze takiej okazji. Patrzył na nich z wahaniem. Ten chłopiec zachowuje się 
jak angielski lord...

— Nie, zmieniłem zdanie — oświadczył Jupiter. — Jeśli zechce pan poinformować mnie, jaki 

jest numer pawilonu Armanda, udamy się do niego osobiście.

— Eeee... pan Marechal jest w pawilonie dziesiątym. Zaraz zawołam chłopca...
— Proszę się nie fatygować — przerwał Jupiter. — Sądzę, że zdołamy odnaleźć pawilon 

numer   dziesięć   bez   pomocy.   Chodź,   Pete.   Jupiter   przemaszerował   wyniośle   przez   hol   ku 
bocznym drzwiom i przez nie wyszedł na pięknie utrzymany te ren luksusowego motelu.

Poza zasięgiem wzroku recepcjonisty Jupiter wrócił do swe normalnej postawy i wybuchnął 

śmiechem.

— Tam jest znak, Pete, pawilon dziesięć na lewo.
— Twoje zagrywki wpędzą nas któregoś dnia w kłopoty — powiedział Pete. — Oberwiemy 

w końcu tak, że się nie pozbieramy.

—   Och,   nie   przesadzaj.   Pracowników   eleganckich   moteli   łatwo   onieśmielić.   Muszą   być 

ostrożni, bo nigdy nie wiadomo, czy się nie narażą jakiemuś ważnemu gościowi.

Szli wąską ścieżką, między krzewami hibiskusa i kamelii. Z basenu kąpielowego dobiegały 

śmiechy i plusk wody. Minęli taras koktajlowy. Wśród starannie utrzymanej zieleni rozrzucone 
były małe pawilony i większe zespoły tańszych pokoi.

— Tu jest numer dziewięć — zauważył Jupiter — pawilon dziesięć będzie następny, za tą 

dużą palmą.

Obeszli gruby pień palmy i zaraz cofnęli się za jego osłonę. Ktoś stał pod oknem pawilonu 

dziesięć i zaglądał przez nie do środka. Stali cicho, obserwując go. Odszedł od okna, podszedł do 
drzwi i zaczął szarpać klamkę.

— Jupe! — wykrzyknął Pete. — To jest...
Urwał, ale było już za późno. Jego okrzyk wystraszył tamtego. Obrócił się szybko i spojrzał w 

stronę palmy.

— Chudy Norris! — dokończył Jupiter, wychodząc zza pnia.
Chudemu opadła szczęka ze zdumienia. Kiedy ruszyli ku niemu wykręcił się na pięcie i dał 

nura w gęste krzaki wokół pawilonu. — Za nim, Drugi! — krzyknął Jupiter.

Pete rzucił się za Skinnerem, klucząc między palmami i krzewami hibiskusa. Jupiter ocenił, 

że nie ma teraz szans dogonić Chudego. Przeanalizował błyskawicznie sytuację i stwierdził, że 

background image

Chudy   musi   okrążyć   dużym   łukiem   basen   kąpielowy,   by   dostać   się   do   głównego   wyjścia, 
jedynej drogi ucieczki z terenu motelu. Pete blokuje tyły, Jupe musi więc postarać się zabiec mu 
drogę. Ruszył biegiem prosto na basen.

Dopadł tarasu koktajlowego i sapiąc skierował się na zielony beton otaczający basen. Biegł, 

wpatrując się w krzaki po drugiej stronie wody i nie zobaczył stojącego na wprost niego pana 
Marechala.

— Och! — krzyknął wpadając na niego.
— Jupiter! Co ty wyczyniasz, na Boga! Czy to są twoje metody detektywistyczne? Chcesz 

mnie stratować?

— Przepraszam — dyszał Jupiter — ale właśnie złapaliśmy Skinnera Norrisa na włamywaniu 

się do pana pawilonu! Pete go ściga, a ja usiłowałem przeciąć mu drogę.

— To ten chłopiec, który ma jeden z obrazów Jonasza Camerona?
— Tak, proszę pana. Jeśli Pete...
W tym momencie ukazał się Pete. Szedł ze zwieszoną głową, od strony głównego wejścia.
— Uciekł — powiedział. — Co za pech!
Pan Marechal zmarszczył czoło.
— Czego on mógł szukać w moim pawilonie?
—   Czy   są   tam   rzeczy,   które   odzyskaliśmy?   ——   zapytał   Jupiter.   —   Rzeczy   Jonasza 

Camerona?

—   Tak,   ale   która   z   nich   mogłaby   zachęcić   młodego   Norrisa?   Wypchana   sowa?   Noże   i 

widelce? Lornetka? — pan Marechal spojrzał w stronę tarasu. — Zdaje się, że pani hrabina chce, 
żebyśmy podeszli. Bardzo ją martwią te dziwne komplikacje.

Hrabina siedziała przy stoliku na tarasie koktajlowym. Kiedy podeszli, pan Marechal zdał jej 

krótką relację z nieudanego pościgu za Norrisem i poprosił chłopców, żeby usiedli przy stoliku.

— Ale nie przyszliście tu chyba, by uganiać się za tym chudzielcem. Co was sprowadza?
— Proszę nam pozwolić pracować dalej nad tym przypadkiem — wyrwał się Pete.
— Bardzo bym chciał, chłopcy, ale...
— Przeprowadziliśmy pewne rozumowanie — powiedział Jupiter spiesznie.
Wyjaśnił następnie, jak doszli do wniosku, że Jonasz musiał mieć coś cennego. Ktoś wiedział 

o tym, że obrazy, które przepadły, mają jakieś istotne znaczenie i że ostatnie słowa zmarłego 
zawierały jakąś ważną wiadomość.

— Jest także możliwe — mówił Jupiter — że Jonasz Cameron był bardzo dobrym malarzem, 

jego obrazy mają dużą wartość i De Groot wie o tym. Fakt, że pozostawił dla kogoś wiadomość, 
skłania   jednak   do   koncepcji,   że   Jonasz   był   w   jakimś   gangu   i   ukrył   cenny   łup   lub   jakiś 
przemycony skarb.

—   Gangu?   —   zapytał   Marechal.   —   Masz   na   myśli   przestępców?   Brat   pani   hrabiny? 

Niedorzeczność!

— A jednak — powiedziała hrabina z namysłem — ten De Groot szuka czegoś. Wydaje się 

być niebezpiecznym osobnikiem.

— Jonasz mógł być nieświadomą ofiarą oszustów — zasugerował Jupiter.
— Hmm — zadumał się pan Marechal — Jonasz był bardzo ekscentrycznym człowiekiem. 

Być   może   dogrzebaliście   się   istotnie   jakiejś   ciemnej   sprawy.   Jeśli   tak,   jest   to   tym   bardziej 
niebezpieczne i stanowi zadanie dla policji.

— Ale proszę pana — zaprotestował Jupiter — my możemy pomóc.
—   Nie   ma   mowy.   Przykro   mi,   chłopcy.   Nie   pozwolę,   żebyście   się   dłużej   narażali.   Do 

widzenia.

background image

Pete i Jupiter podnieśli się wolno i opuścili taras. Tym razem naprawdę ponieśli fiasko!

background image

ROZDZIAŁ 13

Nieoczekiwany atak

Jupiter i Pete przeszli wolno przez wytworny hol motelu i skierowali się do swych rowerów. 

Zgnębieni nie zauważyli, że stojący w drzwiach wejściowych portier opuścił swe stanowisko i 
idzie za nimi. Kiedy Jupiter wsiadł na rower, poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Drgnął i obrócił się 
szybko. Zobaczył portiera.

— Wy dwaj jesteście detektywami? — zapytał tamten.
Pete zrzucił pychę z serca:
— Nooo...
— Mówcie, chłopcy! Tak czy nie?
— T-tak, proszę pana — wyjąkał Jupe.
— Więc chodźcie ze mną. Pospieszcie się.
Spojrzeli na siebie bezradnie i potulnie wrócili z portierem do holu. Wysoki recepcjonista 

obserwował ich z nieprzeniknionym  wyrazem twarzy,  a chłopcy hotelowi patrzyli  na nich z 
każdego wyjścia. O co chodzi? Portier wprowadził ich do małego saloniku i zamknął za nimi 
drzwi.

W saloniku siedziała hrabina. Była sama.
— Musiałam  zobaczyć  się z wami  — powiedziała  z uśmiechem.  — Nie mogłam  znieść 

waszego rozczarowania. Pracowaliście dla nas z takim oddaniem.

— Więc możemy prowadzić dalej dochodzenie?! — ucieszył się Pete.
— Czy pan Marechal zmienił zdanie, proszę pani? — zapytał Jupiter.
— Nie, i prawdopodobnie ma rację — odparła. — Ale udowodniliście mi, że jesteście sprytni 

i   rozsądni.   Uważam   także,   że   jesteście   bardziej   odpowiedzialni,   niż   to   się   zdaje   panu 
Marechalowi.

— Słusznie! — wykrzyknęli zgodnie.
— Pamiętam, że pokazaliście mi kartę z oświadczeniem komendanta policji. Jeśli pozwolę 

wam na dalszą pracę dla mnie, czy obiecacie być niezwykle ostrożni?

— Przyrzekamy! — wykrzyknął Pete.
Hrabina uśmiechnęła się, ale w jej oczach pojawił się smutek.
—   Muszę   się   dowiedzieć,   czy   wasze   przypuszczenia   są   słuszne.   Jak   wiecie,   nie   znałam 

dobrze mego brata. Był dziwnym, zamkniętym w sobie człowiekiem. Nie wiem nawet, czym się 
naprawdę   zajmował   przez   ostatnie   lata.   Zdawał   się   nie   mieć   jakiegoś   stałego   miejsca 
zamieszkania i miewał dziwnych przyjaciół.

— Może przestępcy tylko się nim posługiwali — wtrącił Jupiter.
—   Dziękuję   ci,   lepsze   to,   niż   być   samemu   kryminalistą   —   westchnęła   hrabina.   — 

Dokonaliście już naprawdę wiele i wierzę, że odkryjecie prawdę. Chcę ją wreszcie poznać do 
końca.

—   Proszę   pani   —   powiedział   Jupiter   —   czy   znalazła   pani   może   coś   w   rzeczach   pana 

Camerona, które już odzyskaliśmy?

— Nie, absolutnie nic. Jak sądzisz, co to może być ta cenna rzecz? Jeśli w ogóle istnieje...
— Jeszcze tego nie wiemy — odparł Jupiter.
— Ale przypuszczasz, że Jonasz coś gdzieś ukrył i że jego ostatnie słowa dotyczyły tego? 

Mówiły, gdzie to znaleźć?

background image

— Jestem tego pewien — odparł Jupiter bez wahania.
—   Doskonale,   prowadźcie   dalej   dochodzenie,   ale   bądźcie   ostrożni.   Zwłaszcza   z   tym   De 

Grootem.   Działajcie   tak,   bym   nie   musiała   żałować   tej   decyzji.   Nie   narażajcie   się  na   żadne 
niebezpieczeństwa. Jeśli odkryjecie coś więcej, wróćcie tu i opowiedzcie mi o wszystkim.

Pożegnała ich z uśmiechem. Wracali do swych rowerów pełni radosnego podekscytowania.

Kiedy Pete i Jupiter wygramolili się z Tunelu Drugiego, w Kwaterze Głównej czekał już na 

nich Bob.

— Mam nowiny! — zawołał na ich widok.
— My też! — powiedział Pete.
— Prowadzimy z powrotem dochodzenie! — zaanonsował Jupiter i opowiedział wszystko, co 

zaszło w motelu „Nad skarpą”.

— Pewnie stamtąd Chudy wrócił z tak szaloną szybkością — powiedział Bob. — Wyglądał 

na porządnie wystraszonego.

— Widziałeś się z nim, Bob? — spytał Jupiter. — To o nim masz wiadomości?
— Tak — skinął głową Bob. — Ale z nim nie rozmawiałem. Kiedy wrócił, zamknął się w 

domu i nie ruszył się już stamtąd. Udało mi się natomiast pogadać z ogrodnikiem Norrisów. 
Dowiedziałem się od niego, gdzie Chudy pracuje.

— Gdzie?! — Co robi?! — pytali Pete i Jupiter jeden przez drugiego.
— Pracuje u pana Maxwella Jamesa!
Pete nie od razu się połapał.
— Maxwell James? To może ten...
— Sławny malarz! — wykrzyknął Jupiter. — Jego obrazy są znane na całym świecie! W 

dodatku mieszka właśnie tu, w Rocky Beach!

— W tej dużej rezydencji z oddzielnym atelier w ogrodzie — powiedział Bob. — Czy to nie 

dziwny zbieg okoliczności, że szukamy obrazów, a Chudy pracuje dla znanego malarza?

— Tak dziwny, że wygląda na więcej niż zbieg okoliczności — odparł Jupiter. — Myślę, że 

po obiedzie złożymy wizytę panu Maxwellowi Jamesowi.

Zaparkowali rowery koło wysokiej, żelaznej bramy. Była otwarta. Weszli do ogrodu. Między 

koronami   drzew   przeświecały   kamienne   wieże   ogromnego,   przypominającego   stary   zamek 
domu.

Wokół nie było widać żywego ducha. Ruszyli ku domowi krętą ścieżką, biegnącą przez ogród 

zarośnięty niczym dżungla.

Nagle przejmujący krzyk rozdarł ciszę słonecznego popołudnia. Krzyk kobiety lub dziecka. 

Krzyk bólu.

— Co to? — szepnął Bob.
— Nie chcę wiedzieć — mruknął Pete. — Zabierajmy się stąd!
Rozpaczliwy krzyk rozległ się znowu. Dochodził z zarośli na lewo od ścieżki.
— Ktoś potrzebuje pomocy! — krzyknął Bob.
— Chodźmy, ale ostrożnie — powiedział Jupiter.
Weszli między splątane krzaki. Przedzierali się przez nie pochyleni, starając się robić jak 

najmniej hałasu. Krzyk dobiegł ich ponownie, już z bardzo bliska. Jupiter rozgarniał gałęzie 
wysokiego krzaka. Ich oczom ukazała się mała polanka, na środku której siedział olbrzymi, 
cętkowany kot.

Oniemieli patrzyli w utkwione w nich, dzikie, zielone oczy. Kot otworzył pysk, ukazując 

background image

ostre kły i wydał wysoki, rozpaczliwy krzyk.

— Lampart — jęknął Jupiter. — Uciekajmy!
— Nie!! — wrzasnął Pete. — Nie ruszajcie się. Stójcie spokojnie.
Nagle za nimi rozległ się szelest.
— Aha! Przyłapałem was! Tylko nie próbujcie uciekać!
Obrócili się gwałtownie. Przed nimi stał potężny, niedźwiedziowaty mężczyzna, o gęstych, 

rudych włosach. Czerwoną ze złości twarz okalała zmierzwiona ruda broda. W ręku dzierżył 
włócznię, zakończoną przynajmniej metrowej długości ostrzem.

Szukając drogi ucieczki, zwrócili się z powrotem twarzą do lamparta. Ten sprężył się i z 

głuchym warknięciem skoczył wprost na nich.

background image

ROZDZIAŁ 14

Nawiedzone obrazy

Nagle lampart opadł na ziemię, jakby w powietrzu odbił się od niewidzialnej ściany. Podniósł 

się i odszedł wolno na środek polanki. Przysiadł tam i patrzył na nich swymi zielonymi oczami.

— Jak?... — głos Boba drżał tak silnie, że nie dokończył pytania.
Pete wyciągnął dłoń. Natrafiła na niewidzialną ścianę.
— Szkło! — zdumiał się. — Lampart jest w wielkiej szklanej klatce. Jesteśmy tak blisko i w 

ogóle jej nie widać. Ta cała polana jest wewnątrz szklanej klatki!

— Oczywiście — odezwał się rudobrody mężczyzna. — Nie przypuszczaliście chyba, że 

trzymam w Rocky Beach afrykańskiego lamparta biegającego sobie luzem.

— My... myślę, że nie zastanawialiśmy się nad tym — wyjąkał Jupiter.
— Dlaczego trzyma go pan w szklanej klatce? — zapytał Bob.
— A jakże inaczej mógłbym studiować ruchy zwierzęcia, grę jego muskułów, sposób, w jaki 

chodzi, skacze, siada, krzyczy?

— Pan jest malarzem! — oprzytomniał wreszcie Jupiter. — Pan Maxwell James!
— I maluje pan teraz lamparta — dodał Bob.
— Maluję liczne tematy afrykańskie. Spójrzcie na tę włócznię. Rzadki okaz, o bardzo długim 

ostrzu. Służy do polowania na lwy. Może być jednak użyta na mniejsze stworzenia — Z tymi 
słowami   pan   Maxwell   wycelował   włócznię  w  chłopców.   —   A   teraz   gadajcie,   łobuzy,   co 
robiliście w mojej pracowni?!

— Nie byliśmy w pańskiej pracowni — obruszył się Pete — i nie jesteśmy łobuzami.
— Dlaczego więc zakradliście się do mojego ogrodu?
Jupiter zebrał się w sobie.
—   Jesteśmy   detektywami,   proszę   pana.   Usłyszeliśmy   krzyk,   jak   się   okazało,   lamparta. 

Myśleliśmy,   że   ktoś   jest   w   niebezpieczeństwie.   Ale   przyszliśmy   porozmawiać   z   pańskim 
pomocnikiem Skinnerem Norrisem.

—   Norrisem?   Tym   łajdakiem   —   wybuchnął   malarz.   —   Teraz   jestem   pewien,   że   nie 

przyszliście tu z dobrymi zamiarami! Marsz do mojego domu! Policja zajmie się wami.

Chłopcy podreptali ze smętnymi minami do wielkiego domu. Pan James zaprowadził ich do 

gabinetu. Wzdłuż ścian biegły półki zastawione książkami.

—   Jeśli   telefonuje   pan   na   policję   —   odezwał   się   Jupiter   —   proszę   porozmawiać   z 

komendantem Reynoldsem. On nas zna.

— Komendant was zna? — pan James zawahał się, co Jupiter szybko wykorzystał.
— Zechciałby pan może przejrzeć nasze karty? Wszystko wyjaśniają. — Podał malarzowi ich 

wizytówkę i zaświadczenie od komendanta Reynoldsa.

Pan James przeczytał je z nachmurzoną miną.
— To wydaje się być podpisem komendanta — powiedział niechętnie.
— Jeśli pan nam dalej nie wierzy, może pan zatelefonować do reżysera filmowego, Alfreda 

Hitchcocka! Potwierdzi, że mówimy prawdę! — wybuchnął Pete.

Pan James spojrzał na niego mrużąc oczy.
— Przeszarżowałeś, chłopcze! Istotnie zatelefonuję do mego przyjaciela Alfreda.
Podniósł słuchawkę i wykręcił numer. Poprosił o połączenie z panem Hitchcockiem.
— Alfred? Mówi Max James. Mam tu trójkę intruzów. Mówią... Co? Tak, tak się nazywają. 

background image

Mam tu coś w rodzaju ich wizytówki. Skąd wiedziałeś?... Rozumiem, że tak... Ach, są?... Dobrze 
Alfredzie, dziękuję. Do zobaczenia.

Odłożył słuchawkę i przyglądał im się przez chwilę.
— A więc jesteście rzeczywiście detektywami. Alfred powiedział też, że jesteście miłymi i 

rozsądnymi chłopcami. Chyba nie będę już tego potrzebował — odstawił w kąt włócznię.

— Pan Hitchcock zawsze bardzo nam pomaga — oświadczył Jupiter.
— Tak mi mówił — stwierdził pan James. — Powiedział także, że jeśli cenię swój spokój, 

powinienem   za   wszelką   cenę   was   unikać.   Macie   ponoć   niebezpiecznie   bujną   wyobraźnię. 
Hmm... może właśnie tego mi potrzeba.

— By rozwiązać tajemnicę pańskiego atelier? — zapytał Jupiter.
— Co? Skąd wiesz, że tam się dzieje coś tajemniczego?
— Oskarżył nas pan o buszowanie w pańskiej pracowni — odparł Pierwszy Detektyw. — A 

więc coś tam zaszło. Powiedział pan, że może pan potrzebować wyobraźni. Cokolwiek więc 
wydarzyło się w pańskiej pracowni, jest to tajemnicze.

— Inteligentna dedukcja, muszę przyznać.
— Czy sprawa ma związek ze skradzionym obrazem?
— Skąd, u diaska, wiesz o tym?! Nie skradzionym, lecz wziętym bez mojego zezwolenia i 

zwróconym. Zwolniłem winowajcę. Ale nie to stanowi zagadkę mojej pracowni. Nie owijając 
sprawy w bawełnę, wygląda na to, że nabyłem nawiedzone obrazy.

— Nawiedzone obrazy? — powtórzyli Bob i Pete z niedowierzaniem.
— Nie widzę żadnego innego wyjaśnienia — odparł pan James. — Moje atelier jest położone 

w pewnej odległości od domu. Przez ostatnie dwa dni, kiedy rano wchodziłem do niego, by 
zabrać się do malowania, stwierdzałem, że obrazy przemieściły się w ciągu nocy. Także inne 
przedmioty leżały nie na swoim miejscu. Nic nie brakuje, nie ma bałaganu, po prostu parę rzeczy 
leży nie tam, gdzie je zostawiłem poprzedniego wieczoru.

— Czy obraz, który został zabrany i oddany, jest jednym z tych nawiedzonych obrazów? — 

zapytał Jupiter.

— Ależ tak! Wszystkie dwadzieścia obrazów kupiłem któregoś dnia w składzie rupieci.
— Wobec tego myślę, że mogę wyjaśnić, co zaszło przez te dwie noce — oznajmił Jupiter.
I opowiedział panu Jamesowi o Jonaszu Cameronie, hrabinie, panu Marechalu i De Grootcie.
—   Myślę   więc,   że   ktoś   po   nocach   wkradał   się   do   pańskiego   atelier   i   badał   obrazy   — 

zakończył.

— Więc to tak — pokiwał głową pan James. — Jest tylko jeden problem. Nie ma żadnej 

możliwości, by ktoś mógł wejść w nocy do mojego atelier. Jest dokładnie zamknięte.

background image

ROZDZIAŁ 15

Chłopcy zastawiają pułapkę

— Dokładnie zamknięte?! — wykrzyknął Bob.
— Absolutnie. Nie da się tam wejść; ani wyjść, gdyby ktoś dostał się do środka w ciągu dnia 

— powiedział pan James. — Chcecie, chłopcy, zobaczyć moją pracownię?

— Oczywiście! — przytaknęli zgodnie.
Wyszli z domu i podążyli  za panem Jamesem przez bujną zieleń ogrodu. Minęli szklaną 

klatkę lamparta. Dalej stało atelier, parterowy budynek zbudowany z kamienia. W oknach gęsto 
osadzono grube żelazne pręty. Masywne drzwi również były żelazne. Pan James otworzył je i 
Jupiter uważnie zbadał skomplikowany, niemożliwy do wyłamania zamek.

— Ten zamek ma gwarancję, mój chłopcze — powiedział pan James. — Ekspertowi zajęłoby 

godzinę, żeby się do niego dobrać. Nie ma zresztą śladów, by ktoś usiłował go wyłamać. I są to 
jedyne drzwi wejściowe.

Jupiter dokładnie obejrzał zawiasy. Były umocowane od wewnątrz i nie naruszone.
Pracownia była duża. Światło docierało do niej przez dwa podzielone na segmenty okna i 

duży świetlik w suficie. Okna otwierały się do wewnątrz, chronione od zewnątrz kratą. Świetlik 
w ogóle się nie otwierał. Nie było tu pieca ani kominka, żaden komin nie wychodził więc na 
dach. W tylną ścianę, wysoko pod sufitem, wbudowano nieduży wentylator. Zwisał z niego 
sznur   elektryczny,   prowadzący   do   gniazdka   nad   podłogą.   Sama   podłoga   była   kamienna   i 
budynek  nie   miał   podpiwniczenia.   Nie  zauważyli  żadnych   zagłębień  ani  w  ścianach,   ani  w 
podłodze. Prosty, solidny jak forteca pokój, do którego można się było dostać tylko przez drzwi.

— Zamykam drzwi na klucz każdego wieczoru — powiedział malarz.
— Może trzęsienie ziemi przesuwa rzeczy? — zastanawiał się Pete. — Wciąż mamy małe 

wstrząsy.

—   Nie,   Pete   —   pan   James   potrząsnął   głową.   —   Obrazy   nie   są   przesunięte   lecz 

poprzestawiane na stelażach.

— Tutaj? — zapytał Jupiter, wskazując duży stelaż, na którym ustawione były skończone 

obrazy.

— Nie, to jest moja praca. Płótna, które kupiłem w składzie, są tam.
Wskazał mniejszy stelaż, na którym stały głównie nie zamalowane płótna. Jupiter dostrzegł 

wystające spomiędzy nich dwa obrazy Jonasza Camerona.

— Czy możemy obejrzeć wszystkie obrazy? — zapytał.
— Oczywiście. Pomóżcie mi, chłopcy.
Wyciągnęli dwadzieścia obrazów Jonasza spomiędzy płócien i rozstawili wokół pracowni.
— Dlaczego trzyma je pan z czystymi płótnami? — zapytał Jupiter.
— Ponieważ będę na nich malował. Po to je kupiłem. Wielu malarzy to robi. Zawsze szukam 

zużytych płócien. W zeszłym tygodniu trafiłem do składu twego wuja i znalazłem te dwadzieścia 
obrazów.

— Pan je zamaluje? — zapytał Bob.
Pan James skinął głową.
— A więc nie uważa ich pan za dobre — stwierdził Jupiter. — Nie są nic warte?
— Dla mnie nie. I nigdy nie słyszałem o Jonaszu Cameronie. Muszę jednak powiedzieć, że 

miał bardzo dobrą technikę. Musiał być doświadczonym malarzem. Dziwne doprawdy, że nie 

background image

był znany.

— On nigdy nie wystawiał ani nie sprzedawał swych prac — wtrącił Pete.
— Ekscentryk, tak jak mówiliście. Być może świat stracił dobrego malarza.
— Więc jego obrazy są być może bardzo dobre? — zapytał Jupiter. — Chodzi oto, czy ktoś 

mógłby je uważać za wartościowe i chciałby je kupić?

Pan James spojrzał w zamyśleniu na obrazy.
__ Być może. Ale raczej wątpię. Żeby być wielkim artystą, nie wystarczy posiadać sprawną 

technikę.   Trzeba   czuć   i   mieć   swój   styl.   Coś,   co   odróżnia   od   siebie   malarzy,   stanowi   o 
wyjątkowości   ich  dzieł.   Zauważcie,   jak  różnią  się  między  sobą  te  obrazy.   Jakby każdy był 
malowany przez kogoś innego. Jonasz Cameron nie miał własnego stylu.

— Pan uważa, że artyści zawsze malują w ten sam sposób? — dopytywał się Bob.
— Nie. Ale istota stylu pozostaje nie zmieniona. Te obrazy zostały wykonane na dwadzieścia 

różnych sposobów, żaden niezbyt oryginalny. Pan Cameron naśladował innych malarzy, zamiast 
znaleźć własny styl. Znawca nie uznałby tych obrazów za wartościowe.

— Czy możemy je dokładnie obejrzeć? — poprosił Jupiter.
— Oczywiście.
Obrazy   nie   miały   ram.   Były   to   tylko   płótna   napięte   na   drewno.   Oglądali   je   uważnie   ze 

wszystkich stron.

— Z całą pewnością nic w nich nie schowano — powiedział Pete. — I nie widzę też, żeby 

była tu zaszyfrowana jakaś wiadomość.

Jupiter przypatrywał się obrazom w zadumie. Odnosił wrażenie, że mały dom w Kanionie 

Remuda spogląda na niego za każdym razem z innej odległości. Podszedł bliżej i pochylił się.

— Chłopaki! — wykrzyknął. — One są chyba ponumerowane! Ten tu ma jedynkę w rogu.
Nie zajęło im wiele czasu, by w rogu każdego płótna znaleźć maleńką cyfrę. Poustawiali je po 

kolei w jednym rzędzie. Odsunęli się, by objąć je wszystkie wzrokiem. Pan James przyłączył się 
do nich.

Na pierwszym obrazie dom był na pierwszym planie. Na każdym następnym — w coraz 

większym oddaleniu.

— Dalej nic mi nie mówią — powiedział Pete.
— Mnie też nie — potrząsnął głową Bob.
— Wiecie — odezwał się wolno Jupiter — to jest tak namalowane, jakby dom się kurczył. 

Drzewa,   skały,   leżaki,   wszystko   jest   na   każdym   obrazie   takie   same.   Tylko   dom   jest   coraz 
mniejszy. Na ostatnim widać zaledwie markizę nad gankiem.

— Masz rację! — wykrzyknął  Bob. — Rzeczywiście,  tak, jakby dom się kurczył,  a nie 

oddalał. Co to może znaczyć?

— Macie więc teraz, oprócz moich nawiedzonych obrazów drugą tajemnicę — pan James 

uśmiechnął się. — Tajemnicę kurczącego się domu.

— Te obrazy zawierają coś bardzo ważnego. Ja to wiem! — powiedział Jupiter. — Dlatego 

ktoś tu przychodził w nocy i je badał.

— Nikt tu nie mógł wejść — powtórzył pan James.
Jupiter zdecydowanie potrząsnął głową.
—   Nie   ma   czegoś   takiego   jak   zamknięty   pokój,   w   którym   przedmioty   same   się 

przemieszczają. Wszystko musi mieć logiczne wyjaśnienie. Jeśli uda nam się złapać osobę, która 
się tu włamuje, możemy się dowiedzieć, z jakiego powodu te obrazy są ważne. — Jupiter usiadł 
na długiej ławie okrytej narzutą.

— Jak chcesz to zrobić? — zapytał Pete.

background image

Jupiter rozejrzał się po pracowni, po czym wstał i podszedł do szafy ściennej. Otworzył ją. 

Miała   masywne   kamienne   ściany,   a   na   półkach   ustawione   były   pędzle,   puszki   z   farbami   i 
rozpuszczalnikiem i inny sprzęt malarski.

— Jest  tylko  jeden sposób — powiedział  — któryś  z nas musi  się  ukryć  w tej  szafie  i  

czatować na intruza.

— Zgoda. Ja się schowam w szafie — zdecydował pan James.
— Nie, proszę pana. Pan jak zwykle musi zamknąć drzwi i pójść do domu. Jestem pewien, że 

jest pan obserwowany.

— Och, dzisiaj wieczorem — mam coś pilnego do zrobienia dla taty przypomniał sobie Bob.
— Ja nie mogę siedzieć w szafie, muszę obserwować atelier z zewnątrz — oznajmił Jupiter.
Pete poczuł nagle dziwną słabość.
— Chwileczkę — powiedział niepewnie. — Myślę, że mam dziś jakieś inne zajęcia.
— Weź się w garść, Pete — upomniał go Jupiter. — Musimy się dowiedzieć, co się tu dzieje 

po nocach.

— Pewnie, też bym chciał wiedzieć, w jaki sposób obrazy się same przemieszczają. Ale 

dlaczego ja mam być tym, który to odkryje?

— Będziemy w pobliżu, Pete, wystarczy, że zawołasz — starał się dodać mu odwagi pan 

James.

Jupiter nakreślił plan zastawienia pułapki na nocnego intruza, po czym Trzej Detektywi udali 

się do swych domów. Jupiter i Pete wymyślili wiarygodną historię, by uzyskać zezwolenie na 
spędzenie nocy poza domem. Po kolacji przemknęli się chyłkiem do posiadłości pana Jamesa. 
Stąpając   ostrożnie   wśród   zarośli   ogrodu,   dostali   się   w   pobliże   atelier.   Ukryli   się   w   kępie 
krzewów   i   przez   dłuższą   chwilę   obserwowali   otoczenie.   Panowała   zupełna   cisza,   nie   było 
absolutnie nikogo.

Pete wśliznął  się do pracowni. Zajął swe stanowisko obserwacyjne  w szafie, zostawiając 

lekko uchylone drzwi. Patrząc przez kilkucentymetrową szparę obejmował wzrokiem pół pokoju 
i oba okna.

Ze swej kryjówki na zewnątrz Jupiter mógł obserwować drzwi wejściowe.
Tuż   przed   zachodem   słońca   nadszedł   ścieżką   od   strony   domu   pan   James.   Wszedł   do 

pracowni, pokręcił się po niej trochę, sprawdził, czy Pete siedzi już w szafie, i zamknął okna. 
Wychodząc zatrzasnął żelazne drzwi i zamknął je na klucz. Nucąc pod nosem i starając się robić 
jak najwięcej hałasu wrócił do domu. Zgodnie z planem, dopiero po zapadnięciu nocy miał 
przyłączyć się cicho do Jupitera.

background image

ROZDZIAŁ 16

Zamknięty pokój

Czas dłużył się Pete’owi niemiłosiernie. Za zakratowanymi oknami powoli zapadał zmrok. 

Pete marzył o rozprostowaniu się, ale powstrzymywał go strach przed narobieniem hałasu.

Minęła   godzina.   Pete’owi   było   duszno   i   gorąco.   Co   gorsza,   zupełnie   mu   zdrętwiały 

podkurczone   nogi.   To   go   niepokoiło.   W   razie   czego,   nie   będzie   sprawny,   jak   zazwyczaj. 
Zastanawiał się, czy Jupiter i pan James są w pogotowiu na zewnątrz. Potem poczuł, że jest 
bardzo głodny. Ostrożnie rozwinął przyniesione kanapki i jadł je powoli i bezgłośnie.

Minęła następna godzina.

Na zewnątrz Jupiter i pan James, ukryci w kępie krzewów, obserwowali zamknięte drzwi. 

Lampart kręcił się i pomrukiwał w szklanej klatce. Cykały owady, małe stworzonka buszowały 
w poszyciu ogrodu.

Minęła dziesiąta i atelier pozostawało wciąż ciche i ciemne. Nie dobiegł ich też żaden szmer, 

który by świadczył o ludzkiej obecności w gęstych zaroślach wokół budynku.

Jupiter zaczął się kręcić niespokojnie. Nic się nie działo.

Pete walczył z sennością. Skurczony w ciepłym wnętrzu szafy, czuł, jak powieki robią mu się 

coraz cięższe. Coraz trudniej było mu zmusić się do otworzenia oczu. Myśli się mąciły. Otulała 
go fala snu. Gdy za trzecim razem wyrwał się z chwilowej drzemki, zrozumiał wreszcie, co go 
tak oszołamia.

Szafa   była   pełna   puszek   z   farbami   i   z   rozpuszczalnikiem.   Ich   opary   wypełniały   ciasne 

wnętrze. W połączeniu z gorącem i ciszą sprowadzały na Pete’a senność nie do opanowania.

Poddał się i zapadł w sen. Nie wiedział, jak długo spał, kiedy powoli zaczął się budzić. Przez 

półprzymknięte  powieki widział,  że coś porusza się po pracowni. Jawa czy sen? Potrząsnął 
głową, starając się wydobyć swój umysł z gęstej mgły, która zdawała się go osnuwać.

Bezsprzecznie coś było w pracowni. Cienki kształt unosił się jakby w poświacie księżyca. 

Sięgnął po obraz, popłynął z nim w stronę okratowanego okna, trwał tam przez chwilę, po czym 
obraz znikł, a niesamowita, wiotka postać unosiła się w powietrzu w pobliżu okna. Pete’owi 
zdawało się, że patrzy na to zadziwiające zjawisko już przez godziny. Był jak sparaliżowany i na 
próżno usiłował wyrwać się z odrętwienia.

Obraz pojawił się znowu, migocąc i obracając się. Zjawa ujęta go, podpłynęła  z nim do 

stelaża, opuściła obraz i podniosła następny. Pete zebrał wszystkie siły i usiłował wstać, lecz 
nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

Mglista postać płynęła teraz ku niemu. Pete otworzył usta do krzyku.

Jupiter i pan James usłyszeli zduszony, słaby krzyk:
— Na pomoc!
— Szybko! — pan James zerwał się i w kilku susach dopadł drzwi pracowni.
W zdenerwowaniu nie mógł trafić kluczem do zamka. Wreszcie otworzył drzwi, pchnął je na 

oścież i obaj wbiegli do środka.

— Światło, Jupe! Przy drzwiach!
Jupiter znalazł kontakt i włączył światło. Pracownia była pusta.

background image

Obaj   rzucili   się   do   szafy.   Pete   siedział   w   środku   z   otwartymi   oczami,   ale   wydawał   się 

nieprzytomny.

— Niech to diabli! — zaklął pan James. — Opary rozpuszczalnika! Trzeba go stąd wynieść.
Razem wytaszczyli Pete’a z szafy i postawili na nogi. Ugięły się pod nim, zdrętwiałe od 

długotrwałego siedzenia w niewygodnej pozycji. Ujęli go z dwu stron pod ramiona i prowadzili 
tam i z powrotem po pracowni, póki krew nie zaczęła krążyć normalnie. Pete wracał powoli do 
przytomności.

— Rany — powiedział — nie mogłem się oprzeć senności. Ale widziałem! Coś nie z tej 

ziemi, jak duch.

— Patrzcie! — wykrzyknął Jupiter.
Na podłodze, pod jednym z okien, leżał obraz Jonasza Camerona. Okno było otwarte.
— To robota ducha — Pete zadrżał i opadł na ławę.
Opowiedział im, co widział. Opisał niesamowitą, cienką zjawę, która zdawała się płynąć w 

powietrzu, między oknem a stelażem, unosząc ze sobą obrazy.

— Bez wątpienia ktoś tu był — powiedział Jupiter — ale to nie była zjawa ani duch. Nikt 

mnie nie przekona, że istnieje duch, który interesuje się akurat obrazami Jonasza Camerona.

— To, co widziałem, to był duch! — upierał się Pete.
—  Daj   spokój.   Bądźmy   logiczni.   Byłeś   oszołomiony   oparami   rozpuszczalnika   i   na   wpół 

uśpiony. Widziałeś tu kogoś i wziąłeś go za ducha.

— Jak więc tu wszedł? — odezwał się pan James. — Nikt, poza duchem, nie przedostałby się 

przez kraty w oknach. Zresztą, nie widzieliśmy, by ktoś się zbliżył do drzwi.

— Wszedł więc inną drogą — powiedział Jupiter. Zaczął się rozglądać uważnie po pracowni. 

Nagle oczy mu zabłysły. — Tam! U góry!

Pete i pan James poszli za wzrokiem Jupe’a. Wysoko, na ścianie, w miejscu, gdzie powinien 

znajdować się wentylator zobaczyli małą kwadratową dziurę. Zwisający przedtem luźno sznur 
elektryczny był napięty między gniazdkiem a otworem. Jupiter podszedł do niego i pociągnął 
delikatnie. Coś zachrobotało o ścianę od zewnątrz.

— Pański wentylator nie był zbyt mocno osadzony — powiedział Jupe tryumfalnie. — Nasz 

duch po prostu wyciągnął go, i zawiesił na zewnątrz na przewodzie, a sam wszedł przez otwór.

—   Ależ,   Jupe!   —   zaprotestował   Pete.   —   Ta   dziura   nie   ma   więcej   jak   trzydzieści   na 

trzydzieści centymetrów. Kto mógł by się przez nią przecisnąć.

— Naturalnie ktoś bardzo szczupły — odparł Jupiter.
Pan James kręcił głową rozbawiony.
— Powinienem wiedzieć, że tajemnicze zjawiska w mojej pracowni muszą mieć logiczne 

wyjaśnienie. Nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić oprawę wentylatora.

— Mnie też nie — powiedział Jupiter niechętnie.
Nie cierpiał popełniać pomyłek i był wściekły na siebie, że nie sprawdził pracowni dokładniej 

w ciągu dnia. Patrzył nachmurzony na otwór w ścianie. Powoli na jego twarzy pojawiało się 
zakłopotanie.

— Jest tylko jeden problem — mówił. — Zareagowaliśmy błyskawicznie na wołanie Pete’a. 

Jak ktoś mógł w ciągu paru sekund wspiąć się do otworu i umknąć nie zauważony?

Pan James rozejrzał się po pracowni.
— Tu na pewno nie ma intruza.
— No właśnie, Jupe — kiwał głową Pete.
Jupiter spojrzał na niego i nagle otworzył szeroko oczy.
— Co jest, Jupe? — zapytał Pete nerwowo.

background image

Jupiter uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Myślę, że wiem, gdzie jest nasz duch.
— Gdzie?!
— Siedzisz na nim.
Pete zerwał się jak użądlony. Patrzył przerażony na długą, ciężką ławę, na której siedział 

przed chwilą.

— W porządku, możesz już wyleźć z tej skrzyni — powiedział Jupiter głośno.
Zaległa cisza. Wreszcie okrywająca ławę narzuta uniosła się i zaraz opadła na podłogę. Ława 

okazała się być długą skrzynią z podnoszonym wiekiem. Powoli wydobyła się z niej drżąca ze 
strachu postać.

— Chudy Norris! — wykrzyknął Pete.

background image

ROZDZIAŁ 17

Zaginione arcydzieło

Chudy Norris siedział w kącie pracowni pod strażą Pete’a. Był blady i przygnębiony.
— Jak wpadłeś na to, że jest w skrzyni? — zapytał pan James.
— Wchodząc do środka trochę zsunął narzutę. Odsłonił się jeden róg i zobaczyłem, że to jest 

skrzynia. Ponieważ nie ma tu żadnego innego miejsca, gdzie można by się ukryć, wiedziałem, że 
intruz musi być w skrzyni.

— Logiczna dedukcja — rzekł pan James i zwrócił się do Norrisa: — A więc nie dość ci było, 

że cię zwolniłem za zabranie bez zezwolenia obrazu z mojej pracowni. Włamujesz się tu po 
nocach! Chcę wiedzieć dlaczego?

—   Pan   nie   powinien   mnie   wyrzucać   —   powiedział   Norris   wyzywająco.   —   Odniosłem 

przecież ten obraz.

— To nie jest istotne — pan James podniósł głos. — Nie ufam komuś, kto nie pytając o 

zgodę zabiera rzecz, która do niego nie należy. Co robiłeś w mojej pracowni przez ostatnie noce? 
Dlaczego interesują cię obrazy Jonasza Camerona? Odpowiadaj!

— Chcielibyście wiedzieć, co? — prychnął Chudy.
— Podawałeś komuś obrazy przez okno — odezwał się Jupiter. — Komu i po co?
— Nic wam nie powiem!
— Czy robiłeś to dla handlarza obrazów, De Groota? —zapytał Pete.
— Nie znam nikogo o nazwisku De Groot — odparł Norris.
— Nie wykazujesz dobrych chęci, młody człowieku — powiedział gniewnie pan James. — 

Ano   zobaczymy.   To   już   nie   jest   „pożyczenie”   sobie   obrazu.   To   jest   włamanie,   poważne 
przestępstwo. Zobaczymy, co powie o tym policja.

— P-p-policja? — zająknął się Chudy. — Och nie! Proszę, mój tato by mnie zabił. Ja nie 

chciałem...

W tym momencie Pete wydał okrzyk przerażenia. W jednym z okien mignęła czyjaś twarz.
— Nie ruszać się! Mam rewolwer! Norris, szybko! — wychrypiał jakiś przytłumiony głos.
— Nie ryzykujcie, chłopcy! On może strzelić! — zawołał pan James.
Chudy dał nura do drzwi i zatrzasnął je z hukiem za sobą. Dobiegł ich tupot biegnących przez 

ogród stóp, po czym zaległa cisza.

— Uciekli! — Pete był pełen rozżalenia. Wszystkie jego przejścia w szafie na nic!
— Właśnie kiedy przycisnęliśmy Chudego do muru — mruczał Jupiter.
— Nie martwcie się, chłopcy — powiedział pan James. —Wiemy, gdzie szukać Norrisa. Albo 

wszystko powie, albo oddam sprawę na policję.

— Tak — skinął głową Jupiter — czegoś dowiedzieliśmy się tego wieczoru. Wiemy, że to 

Chudy wkradał się do pańskiej pracowni, i wiemy, że dla kogoś pracuje. Ale nie wiemy, dla 
kogo i dlaczego. Niestety, nie udało mi się rozpoznać głosu tego człowieka ani dostrzec jego 
twarzy. Musimy się też dowiedzieć, po co mu obrazy Jonasza Camerona.

— Chudy podawał je po kolei przez okno i odbierał z powrotem — powiedział Pete. — Może 

więc ten człowiek sprawdzał tylko, czy coś w nich jest ukryte. Chyba że je wymieniał! Kradł 
prawdziwe i zwracał fałszywe!

— Nie — powiedział pan James — ten obraz na podłodze jest autentyczny. To nie ulega 

wątpliwości.

background image

Jupiter pochylił się nad leżącym pod oknem obrazem. Potrząsnął bezradnie głową.
— Jeśli obrazy mają dostarczyć jakiejś zaszyfrowanej informacji, której nie mogę... proszę 

pana!

Pan James podszedł do niego i pochylił się także.
— Co takiego?
— Ten róg obrazu jest wilgotny.
Pan James dotknął płótna.
— Ależ tak! Rzeczywiście farba jest wilgotna! Ktoś manipulował przy tym obrazie.
— Po co? — zdziwił się Pete.
— Hm, może ktoś chciał sprawdzić, czy pod spodem nie ma innego malowidła. Usunął w 

rogu warstwę farby, po czym nałożył ją z powrotem.

— Coś ukrytego pod obrazami Jonasza Camerona? — Jupiter jakby doznał nagle objawienia. 

— Proszę pana, czy mogę  skorzystać  z telefonu?  Muszę natychmiast  gdzieś zatelefonować! 
Jeszcze nie jest za późno.

W pół godziny później Jupiter, Pete i pan James stali przed głównym domem. Niebawem 

zajechał samochód i wysiedli z niego profesor Carswell i Hal. Jupiter przedstawił pana Jamesa 
Carswellom.

— O co chodzi, Jupe? — dopytywał się Hal.
— Zaraz się dowiesz. Chodźmy do pracowni pana Jamesa.

Pete i Jupiter zdjęli wcześniej wszystkie obrazy Jonasza Camerona ze stelaża i rozstawili 

wokół pracowni.

— Znaleźliście je wszystkie! — wykrzyknął Hal.
— Brawo, chłopcy! — powiedział profesor Carswell. — Czy zawiadomiliście już hrabinę? 

Ucieszy ją to niezmiernie.

— Jeszcze nie — odparł Jupiter — zatelefonowaliśmy przede wszystkim do pana, ponieważ 

zaczynamy się domyślać, o co tu w ogóle chodzi i potrzebujemy pewnej informacji od Hala. 
Chyba już wiemy, co stanowi tę wartościową rzecz, o którą tak się wszyscy rozbijają.

— Już wiemy? — zdziwił się Pete.
—   Tak   jest   —   potwierdził   Jupiter.   —   Hal,   czy   pamiętasz   tę   pozłacaną   ramę,   którą 

znaleźliśmy w ceglanym domku? Mówiłeś, że był w niej kiedyś obraz.

— Pozłacana rama? — zapytał profesor Carswell. — Nie przypominam sobie, Hal, żebym 

widział jakiś obraz w złoconej ramie.

— To było, kiedy pan Cameron wprowadził się do małego domu, tato — wyjaśnił Hal. — 

Pewnego dnia przypadkowo zobaczyłem obraz. Jonasz powiedział, że to jest imitacja, oleodruk i 
ma   zamiar   się   tego   pozbyć.   Nigdy   już   później   nie   widziałem   obrazu.   Dopiero   wczoraj 
znaleźliśmy w ceglanym domku pustą ramę.

— Czy możesz opisać ten obraz, Hal? — zapytał Jupiter.
Hal podrapał się w głowę.
— No, tam była góra, kilka koni, drzewa, chyba palmy, i prawie nadzy ludzie przed trzcinową 

chata. Tylko że góra była fioletowa, konie niebieskie, palmy żółte, a ludzie czerwoni.

— Co?! — wykrzyknął pan James i oczy mu zabłysły. — Jesteś pewien, że tak wyglądał 

obraz?

— Absolutnie. Pamiętam te zwariowane kolory.
— Chwileczkę! — pan James podszedł szybko do półki zaczął szperać w stojących na niej 

background image

książkach. Wziął jedną z nich i przerzucił kilka kartek. — Tu! Czy to jest obraz, który widziałeś?

Wszyscy skupili się wokół niego i pochylili nad ilustracją.
— Na pewno! — powiedział Hal. — To ten sam obraz.
—   Widziałeś   więc   reprodukcję   bardzo   znanego   obrazu   Francois   Fortunarda,   wielkiego 

malarza   francuskiego.   Arcydzieło,   które   już   niestety   nie   istnieje.   Zostało   zniszczone   przez 
hitlerowców w czasie okupacji Francji, podczas Drugiej Wojny Światowej. Nie znosili dzieł 
Fortunarda i niszczyli je. To wielka strata dla sztuki — pan James zamyślił się. — Jedno mnie 
tylko dziwi. Ten obraz był w prywatnej kolekcji i nie sądziłem, że robiono jego kopie.

— Zapewne nie zrobiono — powiedział Jupiter. — Myślę też, że obraz nie został zniszczony 

i dostał się w posiadanie Jonasza Camerona.

— O rany! — wykrzyknął Pete. — Ile to może być warte?
— Każdy Fortunard jest wart fortunę — odparł pan James. — A obraz, który uznano za 

zniszczony,   jest   zupełnie   bezcenny.   Co   najmniej   pół   miliona   dolarów!   Czy   naprawdę 
przypuszczasz, Jupe...

— Jestem absolutnie pewien, że Jonasz Cameron miał coś bardzo cennego i ukrył  to — 

powiedział   szybko   Jupiter.   —   wśród   słów,   które   wypowiedział   przed   śmiercią,   jest   słowo 
„mistrz”. Myślę, że odnosi się ono do Fortunarda. Tylko to może tłumaczyć fakt, że ktoś za 
wszelką cenę stara się zdobyć obrazy Jonasza. Zapewne sądzi, że Fortunard jest ukryty pod 
jednym z nich.

Pan James płonącymi oczami patrzył na dwadzieścia obrazów domu w Kanionie Remuda.
— Fortunard pod jednym z nich... Na co czekamy! Sprawdźmy!
— Jak można to zrobić? — zapytał profesor Carswell. — Czy nie ma obawy, że uszkodzi się 

malowidło pod spodem?

—   Tak,   to   nie   jest   proste   —   przyznał   pan   James.   —   Studiowałem   jednak   technikę 

restaurowania obrazów i wiem, jak należy to robić.

Przyniósł rozmaite przybory, rozpuszczalnik i miękką szmatę. Ostrożnie zaczął pocierać mały 

fragment   jednego   z   obrazów.   Nie   znalazłszy   niczego   pod   spodem,   poza   czystym   płótnem, 
ponownie pokrył  miejsce farbą. Przechodził od obrazu do obrazu, powtarzając te czynności. 
Wreszcie wyprostował się z westchnieniem.

— Nie ma nic pod żadnym z tych malowideł. Chyba nie miałeś racji, Jupiterze. Fortunard 

został zniszczony dawno temu.

Jupiter gryzł nerwowo wargi.
— Byłem taki pewien! Coś musi tkwić w tych obrazach. Muszą być  kluczem do czegoś 

cennego!

— Być może — zgodził się pan James — ale odpowiedź leży w czymś innym. Te płótna są 

po prostu tym, czym są. Obrazami małego domu.

— Czy mogę je wobec tego zabrać? — zapytał profesor. — Jutro oddam je hrabinie, a ona 

zwróci panu poniesione koszty.

Chłopcy pomogli załadować obrazy do samochodu profesora i Carswellowie odjechali.
— Możecie się, chłopcy, przespać u mnie — powiedział pan James. — Jest za późno na 

powrót do domu. Nie przejmujcie się tak tym niepowodzeniem. Być może znajdziecie jakieś 
inne wyjaśnienie, dlaczego  te obrazy wydają się wartościowe. A może  jutro Skinner Norris 
powie nam coś więcej. Już ja się o to postaram!

background image

ROZDZIAŁ 18

Zniknięcie

Następnego rana Jupiter musiał wrócić do domu. Wuj Tytus wybrał się z Hansem i Konradem 

po jakiś pilny zakup i Jupiter zastąpił go w składzie. Tak więc tylko Pete towarzyszył  panu 
Jamesowi do domu Norrisów.

— Skinnera chyba nie ma w domu — powiedział Pete. — Nie widzę jego samochodu.
— Zapytamy więc rodziców, gdzie go znaleźć — pan James nacisnął dzwonek u drzwi.
Otworzyła im pani Norris.
— Myślałam...  — zaczęła  i nagle wybuchnęła  ze złością:  —Pete Crenshaw! Co zrobiłeś 

Skinnerowi? Ilekroć zadaje się z tobą i tym, śmiechu wartym, twoim przyjacielem Jupiterem 
Jonesem, coś mu się przytrafia. Co zrobiliście mu tym razem?

— Chłopcy nic nie zrobili Skinnerowi — powiedział pan James. — Raczej na odwrót. — 

Mogę panią  zapewnić, że jeśli coś niefortunnego  przytrafia  się pani synowi,  sam sobie jest 
winien!

— Kim pan jest? — zapytała burkliwie pani Norris.
— Jestem Maxwell James.
— Artysta, dla którego mój syn pracował? Dlaczego wyrzucił go pan bez powodu?
— Tak pani to przedstawił? Widać okłamuje wszystkich, łącznie z własnymi rodzicami.
I   pan   James   opowiedział   pani   Norris,   jak   wyrzucił   jej   syna   za   wyniesienie   obrazu   bez 

pozwolenia.

— Skinner nie powiedział mi tego — pani Norris zmieniła ton. — Bardzo pana przepraszam. 

On czasami nie rozumie, co można, a czego nie można. Nie wiem, co o tym sądzić, ale Pete i 
Jupiter doprowadzają go do szału.

— Myślę że pani syn jest po prostu zazdrosny — odparł pan James. — A teraz chciałbym z 

nim porozmawiać.

— Ale jego tu nie ma.
— A gdzie jest? To doprawdy ważna sprawa.
Pani Norris straciła nagle całe opanowanie. Była bliska płaczu
— Nie.., nie wiem, gdzie jest. Wcale.., nie wrócił na noc dc domu.
— Całą noc nie było go w domu? — zdziwił się Pete.
— Nie. Kiedy usłyszałam dzwonek, myślałam, że to może on. Albo ktoś z wiadomością o 

nim. Mąż poszedł już na policję zameldować o zaginięciu syna.

— Proszę pani — powiedział Pete miękko — czy Skinner mówił pani, co robił po utracie 

pracy u pana Jamesa?

— Zastanawiałam się już nad tym. Niestety, wszystko, co mówił to, że pracuje dla jakiegoś 

pana. Nie wiem, gdzie i dla kogo. Napomknął też coś o kluczu do fortuny. Nie mam pojęcia, co 
to miało znaczyć, i bardzo mnie to teraz niepokoi. Jeśli chodziło o jakieś duże pieniądze, Bóg 
wie, co mu się mogło zdarzyć.

— Proszę się nie martwić — odezwał się pan James pocieszająco. — Skinner popadł wczoraj 

wieczorem w konflikt ze mną. Postraszyłem go policją. Prawdopodobnie gdzieś się ukrywa.

— Miejmy nadzieję, że ma pan rację. Nie mogę jednak wyzbyć się obaw. Koło naszego domu 

kręcił   się   mężczyzna   w   niebieskim   samochodzie   i   widziano,   jak   syn   z   nim   rozmawiał. 
Odkryliśmy w dodatku, że do naszego telefonu podłączono podsłuch. Och, boję się, że mój syn 

background image

został porwany!

Bob zjawił się w składzie właśnie w chwili, kiedy wuj Tytus powrócił z zakupów. Jupiter był 

więc wolny i obaj chłopcy udali się do Kwatery Głównej.

Jupiter pokrótce opowiedział Bobowi, co zaszło w pracowni pana Jamesa. Bob wysłuchał 

relacji z przejęciem. Był tak samo, jak jego przyjaciele, zawiedziony, że nic nie znaleziono pod 
obrazami.

— A więc Jonasz Cameron nie miał jednak cennego Fortunarda — powiedział. — Obraz 

został zniszczony przez hitlerowców, a Jonasz miał tylko kopię.

— Nie — zaprzeczył  Jupiter. — Myślę, że miał oryginał i gdzieś go ukrył. Kiedy przed 

śmiercią wymamrotał słowo „mistrz”, chodziło mu o Fortunarda. Hal natknął się na obraz i 
Jonasz udawał, że to kopia. Potem schował go. Kiedy był umierający starał się wskazać miejsce 
ukrycia. W zaszyfrowany sposób, żeby Hal i jego ojciec nie domyślili się, o czym mówi.

Jupiter rozłożył na biurku kartkę, na której zapisał ostatnie słowa Jonasza.
—  „Pion gdzie poziom” i „zła strona” mogą wskazywać jakieś miejsce. Jednakże za drugim 

razem Jonasz powiedział tylko „źle” Może to nie chodzi o miejsce. Może mówi to nam, żeby 
szukać czegoś błędnego. Czegoś, co powinno być inne, niż jest.

— Masz na myśli coś, co jest źle zrobione? — zapytał Bob. — Na przykład jest pionowe, a 

powinno być poziome?

— Dokładnie tak, Bob. Jestem pewien, że słowo „mistrz” oznacza arcydzieło, obraz mistrza. 

A to, że Jonasz ciągle powtarzał „moje obrazy”,  „moje płótna”, oznacza, że jego obrazy są 
kluczem do wiadomości, którą zostawiał. Jest coś w jego obrazach, co powinno powiedzieć nam, 
gdzie szukać arcydzieła.

— Ale co, Jupe? Oglądaliście z Pete’em bardzo dokładnie te obrazy.
Jupiter zamyślił się gryząc wargi.
— Muszę przyznać, że jestem zapędzony w kozi róg. Musimy się dobrze zastanowić nad 

jedną wskazówką. Mianowicie, ten dom na obrazach, który zdaje się kurczyć. Dlaczego Jonasz 
pomniejszał go coraz bardziej, podczas gdy wszystko inne pozostaje tej samej wielkości? Musiał 
mieć w tym jakiś cel.

Bob podparł brodę i zastanawiał się przez dłuższą chwilę.
— Może chciał nam powiedzieć, żeby w ogóle usunąć dom z obrazu. Może to jest ukryte pod 

domem.

—   Może...   —   powiedział   Jupiter   wolno.   —   Ale   czy   nie   namalowałby   wtedy   ostatniego 

obrazu w ogóle bez domu?

— Więc może ukrył  to w którymś drzewie albo jeszcze w czymś  innym,  co zawsze jest 

identyczne na wszystkich obrazach. Może powinniśmy jeszcze raz obejrzeć obrazy?

— Tak, miałem zamiar to zrobić. Poczekamy z tym jednak aż wróci Pete. Może udało im się 

z panem Jamesem wyciągnąć coś z Chudego.

— Tak myślisz?
— Prawdę mówiąc nie mam wielkich nadziei. Wątpię, by człowiek, który najął Chudego, 

powiedział mu wiele.

— Tak, nie ma co liczyć na rewelacje — przyznał Bob.
— Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie mocno zastanawia — powiedział Jupiter.
— Co takiego?
— Pamiętasz, jak Hal opowiadał nam, że Jonasz powiedział mu kiedyś, że jest najdroższym 

malarzem na świecie, tylko nikt o tym nie wie? Hal mówił, że Jonasz śmiał się mówiąc to. 

background image

Dlaczego? Co w ogóle miał na myśli?

— Może powiedział tak, bo jego obrazy są kluczem do arcydzieła Fortunarda?
— Myślałem o tym — odparł Jupiter — ale nie wydaje mi się, by o to chodziło. To brzmi 

raczej, jakby uważał, że jego obrazy są cenne, lecz nieznane.

— No, pan James przyznał, że Jonasz miał dobrą technikę i że De Groot mógł myśleć, że są 

wartościowe.

— Ale powiedział również, że Jonasz nie miał własnego stylu i żaden handlarz obrazów nie 

mógłby uznać jego płócien za dobre. Myślę, że De Groot nas okłamał. Wcale nie jest handlarzem 
obrazów.

— A kim? Jednym z gangu?
—   Czy   ja   wiem?   W   każdym   razie   jestem   pewien,   że   De   Groot   wie,   że   Jonasz   miał 

Fortunarda, i tego właśnie obrazu szuka.

— Może to jemu Jonasz starał się przekazać wiadomość?
— To możliwe, Bob. Myślę...
Urwał na odgłos dudnienia w Tunelu Drugim. Klapa w podłodze otworzyła się i Pete wdrapał 

się do biura. Wyglądał na mocno poruszonego.

— Chudy znikł! Jego mama myśli, że został porwany!
— Porwany?! — wykrzyknął Bob.
— Przez kogo, Pete? — zapytał Jupiter.
— Nie wiadomo.  Matka Chudego widziała  niebieski  samochód kręcący się koło  domu  i 

podobno Chudy rozmawiał z facetem, który nim jeździ.

— De Groot!
— Pani Norris mówiła, że ich telefon jest na podsłuchu. Pewnie De Groot założył go tego 

dnia, kiedy nas złapał, Jupe.

— Tak myślałem — przytaknął Jupiter. — Czy pani Norris wie, co Chudy robił ostatnio i dla 

kogo?

— Nie, powiedział jej tylko, że pracuje dla jakiegoś pana i że coś jest kluczem do fortuny.
Jupiter zamyślił się głęboko.
— Chłopaki — odezwał się wreszcie. — Zajęciem Chudego było wkradanie się do pracowni 

pana Jamesa i podawanie komuś obrazów Jonasza przez okno. To dowodzi, że te obrazy są 
kluczem do całej zagadki. Porwanie może znaczyć tylko jedno: Chudy wie za dużo. Ktoś chce 
mu zamknąć usta. Ktoś, czyli De Groot. O to mogę się założyć!

— Biedny Chudy — powiedział Bob. — Jaki jest, taki jest, ale mógł się znaleźć w poważnym 

niebezpieczeństwie.

—   Tak   —   skinął   głową   Jupiter   —   jeśli   więc   chcemy   mu   pomóc,   musimy   zrozumieć 

wiadomość zawartą w ostatnich słowach Jonasza. I to szybko! Jedźmy do Kanionu Remuda!

background image

ROZDZIAŁ 19

W pułapce

— Pan James poszedł na policję zameldować o włamaniu do swojej pracowni — mówił Pete, 

gdy jechali  w trójkę cienistą  drogą w kanionie.  — Pan Norris też był  na policji w sprawie 
zaginięcia Chudego.

— Będą szukali niebieskiego kabrioletu De Groota — powiedział Jupiter. — Jeśli uda nam 

się dowiedzieć co znaczyły ostatnie słowa Jonasza, znajdziemy De Groota szybciej niż policja.

— Myślisz, że De Groot rozwiązał już zagadkę? — zapytał Bob.
— W każdym razie jest tego bliski. Dlatego prawdopodobnie trzyma Chudego. Chce być 

pewien, że ten nie będzie gadał, póki de Groot nie znajdzie obrazu.

Gdy podjeżdżali pod siedzibę profesora, Hal stał na ganku małego domu. Puścił się pędem na 

ich spotkanie.

— Ktoś był tu znowu dziś rano! — wołał z wypiekami na twarzy. — Przewrócił do góry 

nogami mały dom!

— Czy tam były te obrazy? — zapytał Jupiter z niepokojem.
— Nie, u nas w domu. Przez całe rano staraliśmy się dodzwonić do hrabiny i pana Marechala, 

ale nie było ich w motelu. Teraz tato pojechał do nich.

— Czy widzieliście kogoś w pobliżu tego ranka? — dopytywał się Jupiter.
— Mignął nam ktoś, koło garażu. Uciekał w stronę jaru. Wtedy poszliśmy do małego domu i 

odkryliśmy, co tam narobił.

— Rozejrzyjmy się koło garażu — powiedział Pete.
— Może zgubił coś, co da nam jakąś wskazówkę — dodał Bob.
Garaż znajdował się na tyłach głównego budynku. Rozproszyli się wokół niego, przeszukując 

uważnie trawę i zarośla. Spotkali się pod garażem z pustymi rękami.

— Ani śladu po nim — powiedział Bob.
— Nie zostawił nawet odcisków stóp — westchnął Jupiter.
— Chodźmy do małego domu. Chcę zobaczyć... — urwał, nasłuchując pilnie.
Nie   mogli   się   zorientować,   skąd   dochodzi   dziwny   dźwięk.   Trochę   jak   pisk   jakiegoś 

zwierzątka, trochę jak zduszony jęk.

— Co to może być? — odezwał się Hal.
— Ciii — uciszył go Jupiter.
Dźwięk zmienił się. Brzmiał teraz, jakby ktoś starał się mówić z przyciśniętymi do ziemi 

ustami. Niezrozumiały bełkot dochodzący skądś bardzo blisko. Nagle rozległ się głośny brzęk.

— To z garażu! — wykrzyknął Pete.
— Ktoś tam jest! — zawołał  Bob i podbiegł wraz z Pete’em do bramy garażowej. Pete 

szarpnął ją, ale nawet nie drgnęła.

— Ta brama jest zamknięta na stałe! — powiedział Hal.
— Chodźcie! Dostaniemy się do środka bocznymi drzwiami!
Pobiegł do małych drzwi w bocznej ścianie garażu i stanął zaskoczony.
— Co jest, Hal? — zapytał Bob.
— Drzwi są zamknięte na kłódkę! Nigdy jej nie zamykamy, tylko jak wyjeżdżamy na dłużej. 

To dziwne.

Hal   wyciągnął   z   kieszeni   pęk   kluczy.   Odszukał   właściwy  i   otworzył   kłódkę.   Wpadli   do 

background image

środka. Garaż zdawał się pusty, tylko jakieś narzędzia walały się po podłodze.

Z kąta dobiegł ich zduszony bełkot i coś się poruszyło. Podeszli ostrożnie. Na podłodze leżał 

ktoś związany, z kneblem w ustach. Bob pochylił się nad leżącym.

— To Chudy!
Rozwiązali go szybko i usunęli knebel. Usiadł i zaczął rozcierać zaczerwienione od więzów 

nadgarstki. Był blady i drżał jak w febrze.

— Nigdy nie przypuszczałem, że ucieszę się na wasz widok — powiedział łamiącym się 

głosem. — A niech to, przykro mi, że chciałem wam narobić kłopotów.

— Akurat — mruknął Pete.
Wiedział,   że   Chudy   jest   teraz   wystraszony   i   roztrzęsiony.   Nie   bardzo   wierzył   w   jego 

wdzięczność. Wiedział, że jak otrząśnie się z tego, co go spotkało, będzie znów arogancki i 
przykry.

— Chudy, mów wreszcie, co ci się przytrafiło! — niecierpliwił się Jupiter.
— Gdzie byłeś przez całą noc? — pytał Bob.
— No więc — zaczął Skinner niepewnie — kiedy wam uciekłem, pojechaliśmy tutaj. Jak 

tylko wysiedliśmy z samochodu, on mnie związał. Mało nie wpadłem do jaru. Po ciemku w 
ogóle go nie zauważyłem. Śmiał się ze mnie. Powiedział, że każdy musi raz wpaść do tego jaru, 
to potem już o nim wie.

— Każdy musi wpaść do tego jaru... — powtórzył wolno Jupiter.
— Wcześnie rano zamknął mnie w tym garażu — mówił dalej Chudy. — Leżałem tu bez 

ruchu. Bałem się narobić hałasu, mógł wciąż być gdzieś w pobliżu. Dopiero, kiedy usłyszałem 
wasze głosy, starałem się was zawołać.

— Miałeś szczęście, że tu przyszliśmy — mruknął Pete,
Bob przyglądał się Jupiterowi.
— Jupe? O czym myślisz?
Pierwszy Detektyw wpatrywał się w Chudego, jakby zobaczył coś zadziwiającego w jego 

twarzy. Jego głos drżał z podekscytowania, gdy się wreszcie odezwał:

— Chudy, czy to był...
W tym momencie drzwi, przez które weszli, zamknęły się z trzaskiem. Usłyszeli szczęknięcie 

kłódki. Byli zamknięci w ciemnym, pozbawionym okien garażu!

— Hej! — zawołał Hal. — Jesteśmy w środku!
Nie było odpowiedzi.
— Szybko — szepnął Jupiter — zobaczmy przez szpary, kto to.
Pete i Bob skoczyli do głównej bramy. Między nią, a framugą była wąska szpara. Jupiter 

znalazł dziurę po sęku w tylnej ścianie garażu. Hal zajął pozycję obserwacyjną przy bocznych 
drzwiach.

— Widzę kogoś — syknął.
Trzej Detektywi przyłączyli się do niego.
— To De Groot — szepnął Pete.
Mały, gruby Holender stał, spoglądając na garaż, z nachmurzoną twarzą. Po chwili zaczął się 

rozglądać wokół, jakby czegoś lub kogoś szukał.

— Wypuść nas, De Groot! — wrzasnął Hal.
— Wiemy już, czego chcesz! — zawołał Bob.
— Jesteście tam bezpieczni! — warknął De Groot. —Siedźcie tam cicho, bo...
Obrócił się gwałtownie, spojrzał w stronę dużego domu, po czym pobiegł truchtem w gęste 

zarośla za garażem.

background image

Przez długą minutę panowała cisza, następnie usłyszeli czyjeś kroki i w polu ich widzenia 

ukazał się pan Marechal.

— Panie Marechal! — krzyknął Pete. — Proszę uważać! De Groot jest tutaj!
Dystyngowany intendent hrabiny zatrzymał się i spojrzał zdziwiony w stronę garażu.
— Wszedł w krzaki za garażem! — krzyknął Bob.
— On nas tu zamknął! Proszę nas wypuścić! — zawołał Hal.
Pan Marechal rozejrzał się wokół uważnie, po czym podszedł do drzwi garażu.
— Czy De Groot jest sam, chłopcy? — zapytał.
— Tak, proszę pana — odpowiedział Pete. — Chudy Norris jest tutaj z nami.
— Norris? — pan Marechal zdawał się zaniepokojony. — Pilnujcie go dobrze, bądźcie z nim 

bardzo ostrożni, chłopcy. Nie wierzę mu. On was wykiwa, jak tylko będzie mógł. Tu jest kłódka. 
Może uda mi się otworzyć główną bramę.

— Nie, jest zabita deskami — powiedział Hal. — Ja mam klucz od tej kłódki. Przecisnę go 

przez szparę pod drzwiami.

— Hej, Jupe — zawołał Skinner ze swego kąta.
— Zamknij się — syknął Jupe.
Hal zdjął z kółka klucz od kłódki. Pochylił się, żeby przesunąć go pod drzwiami i wyrżnął 

głową w Jupitera. Zachwiał się, upadł do tyłu i wypuścił klucz z ręki. Usłyszeli brzęk.

— Klucz! — krzyknął Hal. — Jest tu gdzieś. Szukajcie.
— Co się stało, chłopcy? — zaniepokoił się pan Marechal.
— Upuściłem klucz! — Szukamy go, ale tu jest tak ciemno.
— Pospieszcie się — ponaglał pan Marechal.
Pete, Bob i Hal obmacywali na czworakach podłogę wokół drzwi. Chudy siedział nadal w 

kącie garażu, a Jupiter stał nieruchomo przy drzwiach.

— Nie mogę go znaleźć — mruczał Pete.
— Ani ja.
— Gdzie on może być?
— Nadjeżdża samochód — odezwał się nagle Jupiter.
Pete,   Bob   i   Hal   rzucili   się   do   szpary   przy   drzwiach.   Usłyszeli   zgrzyt   hamulców 

zatrzymującego się na podjeździe samochodu. W tym momencie stojący dotąd spokojnie pan 
Marechal, zaczął biec w stronę zarośli. Zniknął w krzakach okalających jar.

— Musiał zobaczyć De Groota — powiedział Hal.
— O rany, patrzcie! — wykrzyknął Pete.
De Groot pojawił się nagle na skraju zarośli. Biegł szybko w stronę krzaków, za którymi 

przed chwilą znikł pan Marechal. W ręce trzymał rewolwer! Chłopcy patrzyli za nim przerażeni.

background image

ROZDZIAŁ 20

Zdemaskowanie przestępcy

Profesor Carswell i hrabina wysiedli z samochodu i szli w stronę domu profesora, gdy dobiegł 

ich krzyk:

— Tato!!
Profesor Carswell zatrzymał się.
— Hal?! Gdzie jesteś?!
— W garażu! Jesteśmy tu zamknięci!
Profesor Carswell wraz z hrabiną  podszedł szybko  do bocznych  drzwi garażu i otworzył 

kłódkę własnym kluczem. Chłopcy otoczyli go, gdy wszedł do środka.

— Jak to się stało, na Boga, że zostaliście tu zamknięci?
— De Groot nas zamknął — powiedział Pete. — Pan Marechal by nas uwolnił, ale Hal 

upuścił klucz i nie mogliśmy go znaleźć. A przed chwilą widzieliśmy, jak De Groot ścigał pana 
Marechala z pistoletem!

— Armand był tutaj? I ten De Groot? — zdumiała się hrabina.
— To panią dziwi? — zapytał Jupiter zmienionym głosem. — Nie spodziewała się pani, że 

pan Marechal tu będzie?

— Tak, jestem zaskoczona. Jak właśnie mówiłam panu Carswellowi, Armanda nie było w 

motelu od wczorajszego wieczoru. Nie mam pojęcia, gdzie przepadł na całą noc. Nie mówił mi, 
że gdzieś się wybiera.

—   Pani   hrabina   powiedziała   —   odezwał   się   profesor   Carswell   —   że   widziała   niebieski 

kabriolet De Groota na terenie jej motelu wczoraj wczesnym wieczorem.

— A teraz De Groot ściga pana Marechala z pistoletem! —krzyczał Pete.
— Gdybym nie zgubił klucza i pan Marechal by nas wypuścił — powiedział Hal — może De 

Groot nie odważyłby się wyjść z ukrycia. Musimy pomóc panu Marechalowi!

— Nie, nie musimy — oświadczył Jupiter spokojnie. I nie zgubiliśmy klucza.
Przesunął jedną stopę, pochylił się i podniósł klucz. Wszyscy patrzyli na niego zaskoczeni.
— Jupe! Stałeś na kluczu cały czas?!
— Dlaczego to zrobiłeś?! — pytali Bob i Pete, jeden przez drugiego.
Jupiter zwrócił się do siedzącego wciąż w kacie Norrisa.
— Nie musisz się już bać. Chudy. Możesz nam powiedzieć, dla kogo pracowałeś i kto cię tu 

zamknął.

— Oczywiście De Groot — wtrącił Hal.
— Nie, to nie on — powiedział Jupiter,
Skinner nerwowo oblizał wargi.
— Masz rację. Jupe. To był pan Marechal. Tego popołudnia, kiedy byłem w składzie twego 

wuja   z   obrazem   Camerona   przyszedł   do   mnie.   Powiedziałem   mu   kto   ma   te   dwadzieścia 
obrazów.   Zaproponował   mi   dobrą   zapłatę   za   podawanie   mu   obrazów   przez   okno   pracowni 
późnymi wieczorami. Chciał sprawdzić czy nie zostały na czymś namalowane, Byłem wściekły 
na pana Jamesa, bo kiedy wróciłem do niego z obrazem, wyrzucił mnie z pracy. Zgodziłem się 
więc na propozycję Marechala.

— Przez cały czas dla niego pracowałeś? — zdziwił się Bob.
— Już wczoraj mówiłem, że żaden z was nie ma pojęcia, co się tu święci — powiedział 

background image

Chudy z dawnym sarkazmem. Najwyraźniej czuł się bezpieczny,

— Tak — przyznał  Jupiter  — powinno mi  to było  dać do myślenia.  Marechal  nie miał 

zamiaru   wypuszczać   nas   z   garażu.   Prawdopodobnie   planował   związanie   nas   wszystkich   i 
zakneblowanie, albo jeszcze gorzej! Dlatego zablokowałem drogę Halowi, kiedy chciał podać 
klucz panu Marechalowi, a potem stanąłem na kluczu, żebyście go nie znaleźli. Byliśmy tu 
bezpieczni za zamkniętymi drzwiami.

Pete wzdrygnął się.
— O rany! Ten Marechal wystrychnął mnie na dudka!
— Mnie także — odezwała się hrabina. — Jesteś pewien tego co mówisz, Jupiterze?
— Absolutnie. Historia Chudego dowodzi, że Marechal jest niebezpiecznym człowiekiem. 

Teraz mnóstwo zagadkowych szczegółów zaczyna mieć sens. Na przykład, jak dotąd policja nie 
zaczęła pracować nad tą sprawa. Kiedy Marechal nas zwalniał, powiedział, że oddaje sprawę w 
ręce policji. Nie zrobił tego prawda?

Hrabina potrząsnęła głową przecząco.
— Oczywiście że nie — mówił dalej Jupiter. —- Policja pokrzyżowałaby mu plany. Zwolnił 

nas nie ze względu na nasze bezpieczeństwo. Zaczęliśmy mu przeszkadzać. Miał Skinnera, nie 
potrzebował nas więcej. Wiemy teraz także, co Chudy robił wczoraj rano w pani motelu. Po 
prostu szukał pana Marechala. Uciekł na nasz widok, bo chciał uniknąć rozmowy z nami. Mylnie 
interpretowaliśmy ten incydent.

— Jak widać, wcale nie jesteś taki mądry — wtrącił Chudy ironicznie.
Jupiter zignorował go i ciągnął swe rozważania:
— Sądzę także, że pan Marechal nigdy nie poszedł do kobiety, która kupiła statuetkę Wenus.
— O ile wiem, nie — przyznała hrabina.
— Właśnie. Od początku bardziej interesowały go obrazy Jonasza niż pani pamiątki rodzinne. 

Od chwili, gdy usłyszał Hala powtarzającego ostatnie słowa Jonasza, wiedział, że to obrazy są 
kluczem.

— Kluczem? — hrabina uniosła brwi zdziwiona. — Kluczem do czego?
—   Do   miejsca,   w   którym   Jonasz   ukrył   zaginione   arcydzieło   Francois   Fortunarda.   Obraz 

uznany za zniszczony, który, według słów pana Jamesa, jest wart fortunę.

— Ależ, Jupe — odezwał się profesor Carswell — skąd pan Marechal mógł wiedzieć, że stary 

Jonasz miał ten obraz? Pani hrabina nie wiedziała. Doprawdy, wie chyba więcej o własnym 
bracie od swego intendenta.

— Nie, proszę pana — odparł Jupiter z przekonaniem. — Obawiam się, że Marechal oszukał 

panią hrabinę. Gdy siedzieliśmy tu zamknięci, przemyślałem wszystko. Jestem teraz zupełnie 
pewien, że to nie De Groot zamknął nas przedwczoraj w ceglanym domku, i to nie on przetrząsał 
domek tak zapamiętale. De Groot nie był także tajemniczym rabusiem, który pojawił się tu w 
dniu, w którym wuj Tytus kupił od pana rzeczy Jonasza. Był to Marechal! Wiedział o arcydziele 
od dawna. Przyszedł tu po kryjomu, nim zjawił się oficjalnie z panią hrabiną. Starał się znaleźć 
obraz, nim ktokolwiek go odkryje.

— Skąd mógł wiedzieć o obrazie? — spytała hrabina.
— Czy przypomina pani sobie ostatnie słowa Jonasza? — powiedział Jupiter. — Hal mówił 

nam, że powtarzał kilkakrotnie „powiedz im” i brzmiało to raczej jak „powiedzem”. Otóż jestem 
przekonany, że Jonasz mówił „powiedz M”. „M”, czyli Marechal. Myślę, że byli partnerami i 
Marechal wiedział o Jonaszu wszystko.

— Partnerami? — powtórzyła hrabina z niedowierzaniem.
— Partnerami w czym? Masz na myśli jakąś działalność kryminalną?

background image

— Tak, proszę pani. Jakieś przestępstwo związane z obrazem Fortunarda. Nie wiem jeszcze, 

jak dostał się w ręce pani brata, ale jestem pewien, że kryje się w tym coś niegodziwego.

— Ależ to szokujące! — wykrzyknęła hrabina. — Musimy czym prędzej zawiadomić policję. 

Armand musi zostać natychmiast aresztowany!

— Nie zapominajmy, że De Groot jest też w to wmieszany — odezwał się Bob.
— Idę zatelefonować na policję — powiedział profesor. — Skinner, chodź ze mną.
— My także pójdziemy z panem — powiedział Jupiter. — Chcę jeszcze raz zobaczyć obrazy 

Jonasza Camerona. Wciąż nie wiemy, gdzie jest ukryte arcydzieło Fortunarda. Jeśli Marechal i 
De Groot znajdą je przed nami, policja może przybyć za późno.

background image

ROZDZIAŁ 21

Pion do poziomu

Wszyscy podążyli do dużego domu. Profesor Carswell ze Skinnerem udali się do gabinetu 

profesora   zawiadomić   policję.   Pozostali   przeszli   do   salonu.   Obrazy   Jonasza   Camerona   były 
rozstawione wzdłuż ściany.

— Ustawiłem je według kolejności, Jupe — powiedział Hal. — Pierwszy jest po lewej.
Wpatrzyli się w obrazy. Każdy namalowano innym stylem i na każdym wszystkie obiekty 

były   jednakowej   wielkości,   oprócz   domu.   Hrabina,   która   widziała   obrazy   po   raz   pierwszy, 
przyglądała im się z zainteresowaniem.

— Ależ to wygląda, jakby dom się kurczył! — powiedziała. — Niezwykły efekt. Doprawdy 

zadziwiające!

— Tak — odezwał się Jupiter w zadumie — wydaje mi się, że pani brat był bardzo sprawnym 

malarzem.

— Ale co nam to mówi, Jupe? — zapytał Pete. — Bob myślał, że może jakiś element na 

wszystkich obrazach jest identyczny. Na przykład drzewo. Czy ktoś z was może coś takiego 
znaleźć?

Wodzili wzrokiem od jednego obrazu do drugiego. Wszystko, oprócz małego domu z jego 

połataną, pasiastą markizą, ukazane było w tej samej skali, ale nic nie zachowywało dawnego 
kształtu, barwy ani położenia.

Hal powiedział:
—   Wiecie,   to   wygląda,   jakby   się   patrzyło   przez   mikroskop   albo   teleskop   z   ogniskową 

nacelowaną na dom.

— Ogniskowa nacelowana na dom — powtórzył wolno Jupiter.
— Tak, rozumiem, co Hal ma na myśli! — zawołał Bob. — Jakby patrzeć przez instrument, 

który koncentruje naszą uwagę na domu. Jakby on stanowił istotną część obrazu!

Jupiter nagle otworzył  szeroko oczy.  Zerknął  szybko  na rząd obrazów i wyjął z kieszeni 

kartkę   z   ostatnimi   słowami   Jonasza   Camerona.   Przebiegł   jej   treść   oczami   błyszczącymi   z 
podekscytowania.

—   „Powiedz   M”   —   czytał   —   czyli   powiedz   Marechalowi.   Tego   jestem   pewien.   „Moje 

obrazy” i „mistrz” znaczy, że trop wiodący do miejsca ukrycia Fortunarda, zawarty jest w tych 
dwudziestu obrazach. „Poziom gdzie pion” i „zła strona”. Myślę, że chodzi o to, że musimy 
znaleźć coś, co jest w złą stronę, coś, co powinno być pionowo, a nie poziomo.

Jupiter odłożył kartkę i ciągnął dalej:
—   Jak   dotąd,   wiadomość   zostawioną   przez   Jonasza   przetłumaczyłbym   tak:   „powiedz 

Marechalowi, że klucz do Fortunarda jest w moich obrazach. Szukaj tam, gdzie powinno być 
pionowo, a jest poziomo”! — spojrzał na wszystkich z tryumfem. — Pozostaje jeszcze tylko 
jedno słowo Jonasza, którego nie wziąłem pod uwagę!

Wszyscy milczeli wyczekująco. Wreszcie Pete pochylił się nad kartką i przeczytał:
—  „Moje płótna” lub „płótno”. Hal chyba nie był pewien. Ale co to znaczy, Jupe?
— Popatrz na dwadzieścia obrazów! — odparł Jupiter.
Wszyscy utkwili wzrok w obrazach.
— Na dom! Na kurczący się dom! — niecierpliwił się Jupiter. — Na ostatnim obrazie jest tak 

mały, że możemy dostrzec zaledwie...

background image

— Markizę nad gankiem! — wykrzyknął Pete.
— Pasiastą markizę! — zawtórował mu Hal.
— Płócienną markizę! — zreflektował się Bob.
— Z łatami! — zakończył Jupiter. — A jedna z łat ma pasy idące w złą stronę! .
— Pasy, które powinny być pionowe — powiedział Bob oszołomiony — a są poziome.
— Biegiem! Do małego domu! — zawołał Jupiter.
Wybiegli,  przepychając  się, jeden przez  drugiego,  i pędem  przemierzyli  trawnik  dzielący 

mały dom od głównego budynku. Hrabina podążała tuż za nimi. Jupiter zatrzymał się przed 
gankiem, zadarł głowę i patrzył na dużą, wielkości obrazów Jonasza, łatę, której pasy biegły w 
przeciwnym do pasów markizy kierunku.

Pete i Hal przytaszczyli z garażu drabinę. Pete wszedł na nią, wyjął z kieszeni scyzoryk i 

zaczął ostrożnie przecinać grubą nić, którą przyszyta była łata. Gdy skończył, łata zsunęła się 
Pete   rzucił   ją   do   stojącego   pad   drabiną   Jupitera.   Nie   odrywając   wzroku   od   Pete’a,   Jupe 
machinalnie zwinął kawał pasiastego płótna w rulon.

Pod łatą nie było oczekiwanej dziury czy przetarcia w markizie. Kawał gładkiego płótna był 

przymocowany   do   markizy   czterema   ściegami.   Pete   przeciął   je   ostrożnie.   Płótno   odeszło   z 
łatwością ukazując nienaruszony materiał markizy.

— Wcale nie była potrzebna łata w tym miejscu! — zawołał Pete.
— Przynieś to tu — powiedział Jupiter.
Pete  zszedł  z  drabiny  i  odwrócił   płótno.  Patrzącym   zaparła   dech  w  piersiach.   Wspaniałe 

kolory zdawały się płonąć w słonecznym blasku. Nie mogli oderwać oczu od purpurowych gór, 
niebieskich koni, żółtych palm i czerwonych ludzi. Zaginione dzieło Francois Fortunarda!

— Weźmy to do środka — powiedział Jupiter.
Pete wniósł płótno do małego domu i położył na stole. Hrabina dotknęła malowidła prawie z 

nabożeństwem.

— To musi być warte bajońskie sumy — powiedziała. —Jak, na boga, mój biedny brat to 

zdobył?

Jupiter właśnie zamierzał coś powiedzieć gdy wszedł profesor Carswell z Chudym.
— Policja zaraz tu będzie. Rozmawiałem z komendantem Reynoldsem i... Znaleźliście obraz! 

Gdzie był?!

Chłopcy opowiedzieli mu o pomyśle Jupitera.
— Brawo, Jupe! — wykrzyknął profesor. — Komu jeszcze by to przyszło do głowy! Co za 

pomysłowe miejsce ukrycia, wodoszczelne, bezpieczne i tuż pod ręką. Radziłbym to zwinąć i 
obchodzić się z tym delikatnie. Wyniesione na powietrze może łatwo ulec uszkodzeniu.

Bob i Pete zrolowali ostrożnie płótno i wręczyli Jupiterowi. Chudy obserwował ich z kwaśną 

miną.

— A więc, pani hrabino — powiedział profesor z uśmiechem — jeśli nie okaże się, że obraz 

był skradziony, należy do pani.

— Skradziony? Pan myśli, że Jonasz go ukradł?
— Ja nie sądzę by był skradziony — odezwał się Jupiter. —Myślę, że...
Urwał na widok postaci, która nagle ukazała się w drzwiach.
— Myślisz, że dopiero zostanie skradziony. Tak, zaraz to zrobię! — Pan Marechal wszedł do 

pokoju z pistoletem w ręce. Hrabina spojrzała na niego z pogardą.

— Nikczemny złodzieju! Nie sądź, że ujdzie ci to bezkarnie.
—   Czyżby?   —   odparł   Marechal   z   krzywym   uśmiechem.   —   Proszę   nie   usiłować   mnie 

powstrzymać, droga hrabino. Nie zawaham się użyć broni!

background image

Patrzył łakomie na zrolowane płótno w ręce Jupitera.
— Gratuluję, Jupiterze. Prześcignąłeś mnie w rozwiązaniu szarady zgotowanej nam przez 

Jonasza. Na szczęście obserwowałem cię bacznie. — Marechal zamilkł, nasłuchując. Wszyscy 
uchwycili daleki odgłos syreny policyjnej.

— Dość gadania! Dawaj mi to! Szybko!
Jupiter zawahał się, zaciskając rękę na rulonie.
— Ostrzegam cię! — krzyknął histerycznie Marechal.
— Daj mu to, Jupe — odezwał się profesor Carswell.
Jupiter westchnął i wyciągnął w stronę Marechala rękę ze zwiniętym płótnem. Ten chwycił 

rulon, powiódł ostrzegawczo pistoletem po zgromadzonych i wybiegł z pokoju. Wszyscy rzucili 
się do okna.

— Zatrzymajcie go! — krzyczała hrabina.
— Nie, to zbyt niebezpieczne — powiedział profesor.
Zgnębieni patrzyli, jak Marechal biegł przez trawnik, po czym znikł za krzakami na obrzeżu 

drogi. W chwilę później mignął im pędzący w stronę miasta żółty mercedes. Policyjne syreny 
słychać było coraz wyraźniej.

— Policja go zatrzyma — powiedział profesor.
—   Nie   —   potrząsnął   głową   Jupiter.   —   Szukają   niebieskiego   kabrioletu,   nie   żółtego 

mercedesa.

Jak zwykle, Jupiter miał rację. W minutę później na teren posiadłości profesora wjechały 

samochody   policyjne.   Policjantom   nawet   nie   przyszło   do   głowy,   by   zatrzymać   żółtego 
mercedesa który minął ich na drodze.

background image

ROZDZIAŁ 22

Jupiter odkrywa prawdę

Wyszli spiesznie z małego domu i udali się na spotkanie komendanta Reynoldsa i jego ludzi. 

Profesor Carswell szybko opowiedział, co się wydarzyło.

— Minęliśmy tego żółtego mercedesa! — komendant był zirytowany.
— Musicie natychmiast udać się za nim w pościg! — powiedziała hrabina. — To przestępca! 

Uciekł z bezcennym dziełem sztuki!

— Nic podobnego! — roześmiał się Jupiter. — Co za szczęście, że jechaliście na syrenie, 

panie komendancie. Wystraszyło to tak Marechala, że nawet nie obejrzał płótna, które wyrwał 
mi z ręki. To jest Fortunard! — z tryumfalnym śmiechem wyciągnął rękę, którą trzymał za sobą. 
— Marechal ucieka z łatą z markizy. Wymieniłem rulony — rozwinął trzymany w ręce rulon, 
ukazując wspaniały obraz.

Przez   chwilę   wszyscy   patrzyli   na   niego   zaskoczeni,   po   czym   wybuchnęli   śmiechem. 

Komendant Reynolds poklepał Jupitera po ramieniu.

— Świetnie, Jupiterze! Marechal powinien być ostrożniejszy, mając w tobie przeciwnika — 

roześmiał się.

Na polecenie Reynoldsa jeden z policjantów nadał komunikat radiowy do wszystkich wozów 

patrolowych, żeby zatrzymać żółtego mercedesa.

— Pobiliśmy go! — Pete i Bob nie posiadali się z radości.
— Jeszcze nie — powiedział Jupe. — Ocaliliśmy przed nim Fortunarda, ale nie został jeszcze 

aresztowany.

— Możesz się o to nie martwić — zapewnił go komendant. — Mogłyby być komplikacje, 

gdyby miał przy sobie obraz. Mógłby szantażować policję, że go zniszczy, lub obraz mógłby 
zostać uszkodzony w razie szamotaniny. Z kawałkiem pasiastego płótna daleko nie zajedzie!

—   Jest   jeszcze   ten   De   Groot   —   przypomniał   profesor   Carswell.   —   Prawdopodobnie   są 

wspólnikami w tej całej sprawie.

— Na pewno! — przytaknął Pete. — Pilnujmy lepiej tego obrazu!
— Doprawdy, młodzi przyjaciele — odezwała się hrabina z uśmiechem — zrobiliście dla 

mnie   tak   wiele.   Nie   powinniście   się   więcej   kłopotać.   Nie   sądzę,   by  De   Groot   odważył   się 
odebrać mi obraz. A co do was, zapewniam, że zostaniecie sowicie wynagrodzeni.

Bob   i   Pete   zaczerwienili   się   z   zadowolenia,   jednak   Jupiter   zdawał   się   nie   słyszeć   słów 

hrabiny. Oglądał obraz w głębokim zamyśleniu.

— Panie komendancie — zwrócił się profesor do Reynoldsa — do kogo właściwie należy 

teraz obraz? Wydaje się, że powinien należeć do pani hrabiny, o ile stary Jonasz go nie ukradł. 
Ukrywał obraz tak, jakby był ukradziony.

— Jestem pewna, że mój brat go nie ukradł — powiedziała hrabina z urazą. — Biedny Jonasz 

był ekscentrykiem, ale nie złodziejem.

—   Słusznie   —   odezwał   się   nagle   Jupiter.   —   Nie   przypuszczam,   aby   obraz   był   komuś 

ukradziony.

— A więc, jak zamierzałam, ofiaruję obraz muzeum. Takie dzieło należy do wszystkich.
— Musimy oczywiście przeprowadzić dochodzenie — powiedział komendant Reynolds. — 

Jeśli  okaże się, że Jupiter  ma  rację i obraz nie jest skradziony,  każde  muzeum  będzie  pani 
niezwykle wdzięczne. Na razie muszę zatrzymać obraz do czasu...

background image

— Patrzcie! — przerwała mu hrabina. — Tam, koło garażu! To De Groot!
Wszyscy spojrzeli we wskazanym kierunku. Koło garażu nie było nikogo.
— Widziałam go! — powtarzała z uporem hrabina. — Stał koło garażu, z pistoletem w ręce. 

To był na pewno De Groot. Musiał uciec za garaż, kiedy nas zobaczył.

—   Otoczymy   go   —   powiedział   komendant.   —   Pójdę   z   moimi   ludźmi   w   lewo,   pan, 

profesorze, z chłopcami zabiegnie mu drogę od prawej strony. Weźcie z sobą młodego Norrisa. 
Pani niech lepiej tu zostanie i zaopiekuje się obrazem.

Rozbiegli się zgodnie z planem, Chudy Norris z pewnym ociąganiem. Zarówno policja jak i 

profesor z chłopcami zrobili duży łuk z dwu stron wokół garażu i spotkali się ponownie na jego 
tyłach.

— Ani śladu po nim — powiedział komendant.
—   Nie   rozumiem,   dlaczego   on   się   tu   w   ogóle   pokazał   —   mówił   profesor   Carswell.   — 

Przecież musiał widzieć, że wokół domu jest pełno policji.

— Mnie to też dziwi — przyznał komendant. — Z drugiej strony, niezwykle łatwo się tu 

ukryć. Może...

— Panie komendancie! — krzyknął Jupiter. — Biegnijmy do domu! Szybko!
— Dlaczego? Co się stało?
— Prędko! Nie czas na wyjaśnienia! — Jupiter ruszył pędem ku podjazdowi przed frontonem 

głównego budynku.

Wszyscy pobiegli za nim. Bob pierwszy zobaczył biegnące postacie.
— To De Groot!
— I hrabina! — krzyknął Hal. — De Groot ją goni!
— Obraz!! — wrzasnął Pete.
—   De   Groot   nas   przechytrzył   —   mówił   profesor   zdyszany.   —   Okrążył   dom,   kiedy 

rozbiegliśmy się. Teraz hrabina ucieka przed nim z obrazem. O, stara się dobiec do mojego 
samochodu.

Policjanci wyjęli pistolety z kabur. Hrabina była już niemal przy samochodzie, De Groot tuż 

za nią. Komendant wystrzelił ostrzegawczo w powietrze. Oboje biegnący zatrzymali się. Policja, 
profesor i chłopcy otoczyli ich błyskawicznie.

— Dzięki  Bogu! — hrabina dyszała  ciężko.  — Chciał  mi  odebrać  obraz! Niech  go pan 

aresztuje, komendancie!

Komendant ujął De Groota za ramię.
— Jest pan aresztowany. Ma pan prawo...
— Nie jego! — przerwał Jupiter. — Ją!
Na chwilę zapadło milczenie. Wszyscy patrzyli na Jupitera zaskoczeni.
— To głupi żart, Jupiterze — powiedziała wreszcie hrabina.
— Ja nie żartuję i pani dobrze o tym wie. Próbowała pani uciec z obrazem. De Groot starał się 

panią zatrzymać. Zdaje sobie pani sprawę, że po wszczęciu dochodzenia nie dostanie go pani 
nigdy. Co więcej, grozi pani więzienie.

— Co za nonsens! — obruszyła się hrabina. — Przecież obraz należy do mnie.
— O, tak.  Należał  do Jonasza, a  więc teraz  jest własnością  jego wspólników.  Nie tylko 

Marechal był wspólnikiem Jonasza, pani również.

— A więc ty wiesz? — odezwał się De Groot. — Widzę, że popełniłem błąd. Powinienem był 

współpracować z wami, chłopcy,  a nie usiłować odsunąć was od tej sprawy. Nie doceniłem 
waszych umiejętności.

— Czy mogę się wreszcie dowiedzieć, o czym mówicie? —zapytał komendant Reynolds. — 

background image

Kim jest pan De Groot?

— Domyślam się, że kimś w rodzaju holenderskiego policjanta — odparł Jupiter. — Tropił 

hrabinę i Marechala, a teraz usiłował zapobiec ucieczce hrabiny z obrazem.

— Słusznie, komendancie — skinął głową De Groot. —Jestem prywatnym detektywem z 

Amsterdamu. Tropiłem Jonasza Camerona i jego kamratów od wielu lat. Wiedziałem o cennym 
obrazie. Kiedy usłyszałem o śmierci Camerona tutaj w Rocky Beach, przybyłem by zapobiec 
przejęciu obrazu przez jego wspólników.

— Zarówno Marechal jak i hrabina byli wspólnikami Jonasza w działalności przestępczej — 

wtrącił   Jupiter.   —   Marechal   próbował   oszukać   hrabinę   i   zagarnąć   obraz   sam. 
Wymanewrowaliśmy   go.   Hrabina   poczuła   się   już   właścicielką   obrazu,   gdy   pan   komendant 
powiedział, że należy jeszcze przeprowadzić dochodzenie. Tego nie mogła ryzykować. Pozbyła 
się nas, udając, że widzi pana De Groota. Usiłowała zbiec z obrazem, ale na szczęście pan De 
Groot ją obserwował i starał się udaremnić ucieczkę.

— Zgadza się — przytaknął pan De Groot. — I teraz pójdzie wreszcie do więzienia.
— A więc Fortunard został skradziony? — zapytał komendant.
— Nie, proszę pana — odparł Jupiter. — Obraz nie istnieje. Tak, jak powiedział pan James, 

został zniszczony przez hitlerowców.

— Jupe! — wykrzyknął Bob. — Co ty wygadujesz? Przecież wszyscy widzimy obraz!
Jupiter uśmiechnął się.
— Jeszcze raz ci przypominam to, co kiedyś Jonasz powiedział Halowi. Mianowicie, że jest 

najdroższym malarzem na świecie, ale nikt o tym nie wie. Otóż był nim!

— Ach, więc wiesz wszystko, młody człowieku? — powiedział z podziwem De Groot. — 

Gratuluję. Jesteś niezwykle zdolnym detektywem.

— Co, co wiesz, Jupe? — Pete był zupełnie zagubiony.
— Ze Jonasz Cameron był istotnie wielkim malarzem. Był mistrzem... fałszerstwa! Cenny 

Fortunard jest podrobiony, jest falsyfikatem. Hrabina i pan Marechal usiłowali go zdobyć, gdyż 
trudnią się sprzedażą falsyfikatów.

— Ale przecież pan De Groot właśnie powiedział — komendant miał wciąż wątpliwości — 

że przybył tu, ponieważ wiedział, że Jonasz Cameron miał cenne dzieło.

—   Miał,   komendancie   —   roześmiał   się   Jupe.   —   Swoje   ostatnie   arcydzieło.   Arcydzieło 

fałszerstwa!

background image

ROZDZIAŁ 23

Poszlaka, którą przeoczył Alfred Hitchcock

— Do wszystkich diabłów! — ryknął pan Hitchcock do słuchawki. — Czy mam spędzić 

życie na pisaniu o młodocianych detektywach?

Na drugim końcu linii Bob mówił błagalnym tonem:
—   Zaklinam   pana,   proszę   tylko   przeczytać   nasz   raport.   To   jest   jeden   z   najgenialniej 

rozwiązanych przez Jupe’a przypadków. Pan się może z tego wiele nauczyć.

Znany reżyser zaniemówił na chwilę ze złości.
— Czy chcesz przez to powiedzieć, że Jupiter jest inteligentniejszy ode mnie?
—   Ależ   nie,   proszę   pana   —   powiedział   spiesznie   Bob.   —   Pan   byłby   wspaniałym 

detektywem. Z pewnością, gdyby... hm... to znaczy...

— Do stu piorunów! — przerwał mu gromki okrzyk, po czym nastąpiła lodowata cisza. Bob 

nie miał odwagi się odezwać.

— Dobrze, Bob — usłyszał  wreszcie.  — Przynieś  ten raport. Przeczytam  go i opiszę tę 

sprawę pod jednym warunkiem.

— Jakim, proszę pana? — zapytał Bob niespokojnie.
— Jeśli znajdę w twoim raporcie chociaż jedną dedukcję, do której sam bym nie doszedł na 

podstawie tych samych poszlak, na których oparł się twój niedościgniony Jupiter.

Bob zawahał się.
— Dobrze, doskonale. Zgoda.
— Stawcie się więc jutro w moim biurze.

Bob,   Pete   i   Jupiter   siedzieli   przed   wielkim   biurkiem   reżysera   w   pełnym   oczekiwania 

milczeniu. Wreszcie pan Hitchcock podniósł głowę znad raportu Boba i uśmiechnął się do nich 
ironicznie.

—   Tak   więc   gburowaty   De   Groot   okazuje   się   detektywem,   podczas   gdy   wytworny   pan 

Marechal i dystyngowana hrabina są kryminalistami! Ach, jakże życie byłoby proste, gdybyśmy 
mogli spojrzeć tylko na człowieka i od razu wiedzieć, kim jest. Czy ujęto już Marechala?

— Tak, oboje z hrabiną są w więzieniu i obciążają się nawzajem w zeznaniach — odparł Pete. 

— Zrobili w Europie fortunę, sprzedając od lat fałszowane przez Jonasza obrazy. Rok temu 
wsadzono ich na krótko do więzienia. Jonasz umknął policji i zbiegł do Ameryki  ze swoim 
ostatnim arcydziełem. Tak więc...

— Ani słowa więcej! — przerwał pan Hitchcock. — Resztę sam wydedukuję. A więc, będąc 

w więzieniu nie mogli zareagować na list profesora Carswella, donoszący o śmierci Jonasza. 
Marechal został zwolniony z więzienia wcześniej niż hrabina i natychmiast udał się do Rocky 
Beach. Zamierzał zabrać obraz i zagarnąć cały zysk z jego sprzedaży, bez dzielenia się z hrabiną. 
Nie znalazł go jednak. W czasie ucieczki z posiadłości profesora Carswella wpadł do jaru i 
odniósł obrażenia nogi. Wrócił do Europy i wykurował kontuzję. Tymczasem hrabina zostaje 
zwolniona z więzienia, Marechal kontaktuje się z nią, przygotowują razem wiarygodną wersję 
ich powiązań z Cameronem i przybywają do Rocky Beach.

— Tak jest — przytaknął Jupiter. — Tak samo zrekonstruowałem wypadki.
—   De   Groot   dowiaduje   się   o   śmierci   Jonasza   Camerona   i   podróży   przestępczej   pary   i 

przybywa tu za nimi. Widzi, że Marechal zainteresował się osobą Skinnera Norrisa. Norrisowie 

background image

są   bardzo   zamożną   rodziną.   De   Groot   dochodzi   do   wniosku,   że   Marechal   będzie   usiłował 
sprzedać   im   falsyfikat.   Zakłada   podsłuch   w   telefonie   Norrisów,   by   śledzić   poczynania 
Marechala. Ma nadzieję przyłapać go na gorącym uczynku.

Jupiter kiwał głową potakująco. Pan Hitchcock promieniał zadowoleniem.
— Jonasz ukrył swoje arcydzieło fałszerstwa, by nie zwróciło uwagi niepożądanych osób, tak 

jak stało się to z Halem. Następnie musiał wymyślić, w jaki sposób wskazać partnerom, gdzie 
znajduje się obraz na wypadek gdyby mu się coś przytrafiło. Przypuszczam, że nie miał odwagi 
po prostu napisać o tym do nich. Maluje więc dwadzieścia obrazów kurczącego się domu. Przed 
śmiercią sam zdradza swój sekret, mamrocząc urwane słowa w obecności Hala i jego ojca.

Gdy Marechal dowiaduje się o istnieniu dwudziestu obrazów, domyśla się natychmiast, że 

wiodą one do mistrzowskiego  falsyfikatu Fortunarda. Słowa umierającego  potwierdzają jego 
przypuszczenia, mimo że Marechal nie potrafi powiązać ich w sensowną całość.

Chudy Norris pojawia się w składzie Jonesa z jednym z obrazów. Marechal kontaktuje się z 

nim i z łatwością nakłania do współpracy. Skinner jest rozżalony na pana Jamesa za wyrzucenie 
z pracy, godzi się więc chętnie na wkradanie się do pracowni i podawanie obrazów Camerona 
przez okno panu Marechalowi, który chce je przebadać.

— Marechal przypuszczał, że falsyfikat może być pod jednym z malowideł — wtrącił Jupiter. 

— Ja zresztą też uległem tej sugestii.

— Nasuwa się takie przypuszczenie, jakkolwiek jest mylne w tym wypadku — powiedział 

pan   Hitchcock.   —   Równocześnie   Marechal   dalej   usiłuje   znaleźć   obraz.   Pewnego   dnia 
wchodzicie mu w drogę i zamyka was w ceglanym domku. Następnie Chudy zostaje przyłapany 
w atelier Maxwella Jamesa i Marechal jest zmuszony go uprowadzić, by uchronić się przed jego 
zeznaniami.

Szczęśliwie   Jupiter   orientuje   się   w   porę,   że   Marechal   jest   przestępcą,   i   kiedy   jesteście 

zamknięci   w   garażu,   uniemożliwia   podanie   mu   klucza.   To   ocala   was   od   Bóg   wie   jakiego 
niebezpieczeństwa. De Groot zdawał sobie z tego sprawę dlatego zamknął was w garażu. Na 
marginesie, utykanie De Groota, które zwiodło was na mylny trop, było zapewne spowodowane 
jakąś dawną kontuzją?

— Tak, pan De Groot kuleje od lat — odpowiedział Bob.
— Odnalezienie falsyfikatu było wynikiem wspaniałego rozumowania — kontynuował pan 

Hitchcock.   —   Cały   wywód   jest   zawarty   w   raporcie,   nie   będę   go   więc   powtarzał. 
Wydedukowałeś, Jupe, że Jonasz Cameron i Marechal byli wspólnikami w produkcji i sprzedaży 
sfałszowanych   dzieł   sztuki.   Czego   nie   wiedziałeś   w   tym   momencie,   to   kim   naprawdę   jest 
hrabina.   Zacząłeś   ją   podejrzewać,   gdy   twierdziła,   że   widzi   De   Groota   koło   garażu.   O   ile 
wiedziałeś,   nie  spotkała  go  nigdy w  czasie  swej  bytności   w  Rocky Beach,   nie  mogła  więc 
wiedzieć z pewnością, że to on. Chyba że znała go już przedtem. Co do De Groota, nie robił 
przecież nic złego. Zbierał jedynie informacje, a jego postępowanie w stosunku do was miało na 
celu odsunięcie was od niebezpiecznej gry. Wniosek był prosty: musiał być kimś w rodzaju 
policjanta. Kiedy na końcu gonił hrabinę, stało się już jasne, że jest ona wspólniczką Jonasza i że 
usiłuje porwać fałszywego Fortunarda.

— Tak rozumowałem, zgadza się — westchnął Jupiter.
— Dobrze, proszę pana — odezwał się Pete — ale jak Jupiter wpadł na to, że Jonasz był 

fałszerzem obrazów?

— Ach, to jest zupełnie oczywiste, Pete. Miał poszlaki. Pierwsza, to własne słowa Jonasza, 

które powtórzył mu Hal. Najdroższym malarzem na świecie, o którym nikt nie wie, może być 
tylko   fałszerz   a   nie   nieznany   artysta,   który   nie   sprzedaje   swoich   dzieł.   Drugiej   poszlaki 

background image

dostarczył   pan   James,   określając   Jonasza   jako   wprawnego   malarza,   imitującego   cudzy   styl. 
Wreszcie dwadzieścia obrazów, namalowanych każdy inną manierą.

Jupiter skinął głową.
— To pokrywa się z moim rozumowaniem.
— Przypadek zakończony! — oświadczył z zadowoleniem pan Hitchcock. — Nie ma w nim 

ani   jednego   faktu,   którego   bym   nie   wyjaśnił   na   podstawie   własnej   dedukcji.   Jestem   więc 
zwolniony od opisywania.

— Chyba tak — przyznał ponuro Bob.
— Świetnie. Chciałbym się tylko dowiedzieć, co się dzieje obecnie z osobami wmieszanymi 

w tę sprawę?

—   A   więc   —   odpowiedział   Jupiter   —   Marechal   został   aresztowany   pod   zarzutem 

uprowadzenia   Skinnera   i   na   pewno   pójdzie   do   więzienia.   Hrabina   nie   jest   bezpośrednio 
wmieszana w tę sprawę. Policja zatrzymała ją jednak do chwili wyjaśnienia jej sytuacji przez 
władze europejskie. Biorąc pod uwagę jej poprzednią działalność przestępczą, przypuszczalnie 
znów zostanie uwięziona. De Groot wrócił do Amsterdamu. Człowiek, który go wynajął, był 
jedną  z  ofiar  gangu  fałszerzy.  Zdecydował   położyć  kres  ich  działalności.  Kiedy Marechal   i 
hrabina   zostali   skazani   tylko   na   rok   więzienia,   a   Jonasz   Cameron  w  ogóle   umknął 
sprawiedliwości,   najął   prywatnego   detektywa.   Myślę,   że   teraz   wreszcie   będzie 
usatysfakcjonowany.

— Niewątpliwie — skinął głową pan Hitchcock. — A co się stało z falsyfikatem?
— Formalnie obraz należy do hrabiny i Marechala. Jonasz wykonał go i zostawił dla nich. 

Obraz stracił jednak dla nich wartość. Po całej aferze nie mogą go sprzedać. Hrabina podarowała 
go więc profesorowi Carswellowi, jako rekompensatę za zaległy czynsz Jonasza. Okazało się, że 
obraz   przyniesie   profesorowi   znacznie   więcej,   niż   wynosił   dług   zmarłego.   Kolekcjoner 
falsyfikatów zaproponował pokaźną sumę. Profesor zamierza odremontować swój piękny, stary 
dom i ceglany domek.

— Obrazy Jonasza wziął z powrotem pan James i są już na nie amatorzy — dodał Bob.
— A co ze Skinnerem Norrisem?
— Chudy wpakował się w to jak zwykle z głupoty — powiedział Jupiter. — Policja nic do 

niego nie ma, ale rodzice odesłali go na jakieś wakacyjne kursy.

— No, chłopcy, to już chyba wszystko — pan Hitchcock wręczył raport Bobowi. — Teraz 

wybaczcie, ale jestem bardzo zajęty.

Pete odchrząknął i odezwał się nieśmiało.
— Wydaje mi się, że pan jednak coś przeoczył. Nie wyjaśnił pan, jak Jupe, kiedy byliśmy 

zamknięci w garażu, odgadł, że przestępcą jest Marechal, a nie Da Groot. Przecież to De Groot 
nas zamknął i wszystko wskazywało, że zrobił to również w ceglanym domku, i że to on wynajął 
Chudego. To bardzo ważna poszlaka. To był punkt zwrotny w całej sprawie.

— Chudy był wtedy jeszcze zbyt zastraszony, żeby nam powiedzieć, kto go uprowadził — 

dodał Bob. — Być może nigdy nie wyznałby prawdy, gdyby Jupe się nie domyślił.

Pan Hitchcock otworzył ponownie raport i zaczął go wertować.
—   Aha!   Jupiter   domyślił   się,   kim   jest   naprawdę   Marechal,   kiedy   zrozumiał,   że   Jonasz 

wymamrotał nie „powiedz im”, lecz „powiedz M”.

— Nie! — wykrzyknął Jupiter ze śmiechem. — To było później, kiedy już wiedziałem, że za 

wszystkim kryje się Marechal. W garażu Chudy powiedział coś, co otworzyło mi oczy.

—   Chudy   powiedział...   powiedział...   —   pan   Hitchcock   odczytał   opis   sceny   w   garażu   i 

wzruszył   ramionami.   —   A,   do   diaska,   poddaję   się.   Co   takiego   powiedział,   że   oczyściłeś   z 

background image

zarzutów De Groota i obarczyłeś nimi Marechala?

Jupiter uśmiechnął się.
— Chudy powiedział, że człowiek, który go związał i zamknął w garażu, zażartował, że 

każdy musi raz wpaść do jaru, żeby potem już o nim wiedzieć.

— Tak, przeczytałem to! I co z tego? Mówże!
—   De   Groot   wpadł   do   jaru   tego   wieczoru,   kiedy   udało   nam   się   wyjść   z   zamknięcia   z 

ceglanego domku — odparł Jupiter.

Pan Hitchcock uśmiechnął się ze zrozumieniem.
— Oczywiście! De Groot nie wpadłby do jaru, gdyby wiedział, że jar jest w tym miejscu. To 

oznaczało, że to nie on zamknął was uprzednio w ceglanym domku. Dochodziło się do niego 
jarem.   De   Groot   nie   był   też   tajemniczym   intruzem,   którego   zobaczyłeś   pierwszego   dnia   w 
Kanionie Remuda, mimo że utykał. Kiedy sobie to wszystko uświadomiłeś, musiało być dla 
ciebie jasne, że włamywaczem jest pan Marechal. Niech to diabli, dobry jesteś!

— Przez cały czas czułem, że coś mi się nie zgadza tego wieczoru w ceglanym domku — 

powiedział Jupiter.

— Okropność, przegrałem! Nie dostrzegłem poszlaki i będę musiał opisać tę sprawę.
— Świetnie! Dziękujemy stokrotnie! — wykrzyknął Bob.
— Jesteśmy naprawdę wdzięczni! — zawtórował mu Pete.
— A na pocieszenie — Jupiter sięgnął po leżącą na podłodze płaską paczkę — mamy dla 

pana jeden z obrazów kurczącego się domu. Uprosiliśmy o niego pana Jamesa.

—   Czasami   —   uśmiechnął   się   pan   Hitchcock   —   jesteście   równie   przebiegli   jak   czarne 

charaktery w waszych tajemniczych historiach. Zmykajcie stąd!

Po wyjściu  chłopców rozparł  się wygodnie  w fotelu  i  śmiejąc  się oglądał  obraz  Jonasza 

Camerona — mistrzowskiego fałszerza.