background image

       

 

 

 

ETHEL MARY DELL 
 

  

 

 

 POWIEW WIOSNY 

 
 
 
 
 
 
 
 

 

background image

Długa  zielona  fala  uniosła  się,  zamigotała  jak  szkło  i  uderzywszy  o  skałę, 

rozsypała  się  w  końcu  na  tysiąc  iskierek.  Głaz  nad  morzem  wyrastał  jak 
olbrzym; gdzieniegdzie pokrywał go zrudziały mech i kolczaste osty. Nawet u 
samego jeszcze szczytu poszyty był trawą i wyschłym na słońcu, zmarniałym 
zielskiem. 

— Kolumbie — odezwała się młoda kobieta — czy nie uważasz, że ten kąt 

jest  niezwykle  uroczy?  Popatrz,  jak  tu  pięknie!  Ten  zaułek  nad  morzem  jest 
jakby stworzony dla nas. 

Kolumb  wesoło  pomerdał  ogonkiem  i  zdawał  się  potwierdzać  opinię  swej 

pani. Ale jednocześnie zajęła go inna sprawa. Zmarszczywszy się komicznie, 
śledził  z  zajęciem  ruchy  raka,  który  pełzał  wśród  żwiru.  Nie  znal  jeszcze 
natury i charakteru tych stworzeń, wolał więc na razie zachować ostrożność. 

Kolumb  był  psem  rasy  szkockiej,  mądrym,  czujnym  i  dobrze  ułożonym. 

Jego  wrodzone  maniery  nie  przynosiły  mu  ujmy.  Żadne  niemal  słowo, 
wypowiedziane  przez  panią,  nawet  zupełnie  nieznaczne,  lub  rzucone 
przygodnie, nie uchodziło zazwyczaj jego bystrej uwagi. Gdy pani się śmiała 
lub  pozwoliła  sobie  na  żart,  choćby  nie  bardzo  przystojny,  Kolumb 
natychmiast  brał  udział  w  radości;  wykrzywiał  swą  mordkę  i  zdawało  się 
wówczas, że uśmiecha się również. 

Podzielając  w  tej  chwili  zapatrywania  swej  pani,  „uśmiechnął"  się 

wprawdzie,  nie  odwrócił  jednak  oczu  od  przedmiotu  swej  uwagi.  Ale  rak 
znienacka  wpełznął  w  szczelinę,  zaś  Kolumb  podskoczył  i  szczeknął 
donośnie.  Po  chwili  namysłu  rzucił  się  na  żwir  i  jął  go  roztrząsywać  w 
poszukiwaniu  za  rakiem;  nie  zważał  nawet  na  to,  że  obsypuje  swą  panią 
prochem, piaskiem i ułamkami kamieni. 

Pani oczywiście nie zgodziła się na to. Chwyciła go za ogon i pociągnęła ku 

sobie. 

Jednocześnie zawołała: 
—  Cóż  to,  Kolumbie,  chcesz  mnie  żywcem  pogrzebać?  Przestań  z  tą 

zabawą i usiądź spokojnie. Jeżeli będziesz niegrzeczny, nie wezmę cię więcej 
na daleką przechadzkę. 

Kolumb niechętnie posłuchał wezwania i z gniewnym pomrukiem wydobył 

się z jamki. Pani go puściła i wyjęła w tej chwili kosztowną papierośnicę. 

—  Nie  wiem,  co  będzie,  gdy  wypalę  te  papierosy  —  rzekła  do  siebie.  — 

Życie  umiarkowane  nie  pozwala  na  zbytek  w  postaci  przyjemności.  Tylko 
trzy  dni  zostały,  słyszysz,  Kolumbie?  Teraz  twoja  pani  chyba  umrze  z  ich 
braku. 

background image

Zapaliła  papierosa,  marszcząc  kłopotliwie  brwi  ze  zmartwienia.  Oczy  jej 

podążyły  ku  bezmiarom  morza  —  duże,  szare,  dobrotliwe  oczy,  dziwnie 
zrównoważone w rzucaniu spojrzenia, oczy głębokie i tym bardziej wyraziste, 
że osadzone pod ciemnymi brwiami o zdecydowanym rysunku. 

—  Szkoda,  że  nie  zaopatrzyłam  się  w  papierosy  u  Muffa  —  kończyła 

żałośnie ciąg swych refleksji — A mogłam to zrobić, wyjeżdżając z Londynu. 
Do  jutra  na  pewno  ani  jeden  mi  nie  zostanie.  Pomyśl  o  tym  Krzysztofku,  i 
podziękuj  Panu  Bogu,  że  jesteś  tylko  psem.  Bo  szczury  są  bezgatunkowe  i 
każdy smakuje zupełnie tak samo. 

Kolumb  odkichnął  na  znak  protestu.  Jakikolwiek  miał  pogląd  na 

smakowitość szczurów, jedno było pewne, że dymu nie znosił. A że jego pani 
go lubiła, spalając codziennie mnóstwo papierosów, uważał to po kryjomu za 
jej jedyną słabostkę. 

Podniosła  oczy  wysoko  ku  niebu  i  roztrząsała  jeszcze  dalej  treść  swych 

refleksji. 

—  To  będzie  niełatwa  sprawa  ograniczyć  się  w  wyborze  papierosów  i 

czekolady.  Jedno  jest  pewne,  że  na  machorkę  Ricketta  nie  zgodzę się  nigdy. 
Pragnęłabym wiedzieć, czy nie ma tu w pobliżu lombardu. 

Głos  jej  dobywał  się  cicho  i  łagodnie,  jej  słowa  rozbrzmiewały  z 

przedziwną rezygnacją. Oplotła ręce dookoła swych kolan, w zaciśniętych jej 
ustach dogasał papieros. 

—  Gdybym  była  lady  Farringmore  —  dorzuciła  niecierpliwie  — 

powiedziałabym w tej chwili pewne słówko francuskie; to ulżyłoby mi może, 
ukróciłoby  mą  pasję.  Ale  nie  umiemy  po  francusku,  prawda,  Kolumbie,  ani 
słówka  nie  umiemy?  I  skreśliliśmy  na  razie  czcigodną  lady  Yo  i  całą  masę 
innych z listy naszych przyjaciół i życzliwych znajomych. Nie przypuszczam 
w  tej  chwili,  że  się  tym  bardzo  trapią;  ty  również  zapewne  podzielasz  to 
zdanie.  Wiem  już,  co  myślisz,  nieprawda,  Kolumbku?  Oni  nigdy  nie 
zrozumieją, że ta rzecz nie ma sensu. 

Wyciągnęła  ramiona,  potem  odwróciła  się  nagle  i  położyła  na  żwirze,  tuż 

przy Kolumbie. 

— Ach, jak się cieszę, że rzuciliśmy to wszystko, wymykając się na oślep, 

bez celu po prostu! Ty również się cieszysz, no przyznaj się, Kolumbie. I choć 
brak mi papierosów, stanowczo mi tu lepiej, niż w tym strasznym Londynie. 

Kolumb jeszcze raz wyraził swą zgodę. Ucałował jej włosy, lecz ostrożnie i 

z  dystansu,  by  nie  zakrztusić  się  dymem,  w  chwilę  zaś  potem,  gdy 

background image

zmiarkował  ostatecznie,  że  już  po  pieszczotach,  zerwał  się  nagle,  otrząsnął 
gruntownie i popędził ku skale, by wybadać jej szczeliny. 

Tymczasem  jego  pani  wsparła  głowę  na  ramieniu  i  leżąc  na  żwirze, 

wsłuchiwała  się  w  pomruk,  który  dochodził  od  morza.  Wypaliła  papierosa  i 
zdawała  się  zasypiać.  Od  pobliskiego  wybrzeża  dął  rześki  wiatr,  lecz  zatoka 
miała  wał  i  była  chroniona.  Słońce  spływało  dziwnie  jasnymi,  ciepłymi 
strugami. Dzień był przecudny, typowo majowy. 

Ale  rozkoszne  wrażenia,  które  tak  hojnie  rozdzielał,  zmącił  znienacka 

niespodziewany  wypadek.  W  pewnej  bowiem  chwili,  właśnie  gdy  zasypiała, 
ugodził  ją  w  głowę  odłamek  kamienia.  Odczuwszy  ból,  zerwała  się  nagle  i 
spojrzała  dookoła.  Ale  wybrzeże  było  puste,  w  pobliżu  nie  dostrzegła  żywej 
duszy.  Tylko  Kolumb,  tak  jak  przedtem,  grzebał  wśród  żwiru  i  przebierał 
łapami. 

Spojrzała ku górze, ku szczytowi skały. Nie dojrzała nikogo. W powietrzu, 

nad  jej  głową,  przeciągnęło  wrzaskliwie  jakieś  stado  mew,  poza  tym  było 
pusto,  ani  cienia  człowieka  lub  żywej  istoty.  Zrezygnowała  z  poszukiwań  i 
ułożyła się z powrotem na przybrzeżnym żwirze. Może wiatr, rozważała, był 
przyczyną  wypadku.  Ale  to  przypuszczenie  nie  wydało  się  jej  zbyt 
przekonywujące. 

Zbliżał  się  przypływ  i  zdawała  sobie  sprawę,  że  wkrótce  i  tak  będzie 

zmuszona stąd odejść. Chciała jeszcze choćby tylko kilka minut rozkoszować 
się słońcem. Potem ruszy z tego miejsca i skieruje się do domu. Mieszkała na 
wsi  tuż  obok  kuźni.  Gospodyni  jej,  pani  Rickett,  na  pewno  już  czeka  z 
przygotowanym obiadem. 

Przeciągnęła  się  na  żwirze,  jeszcze  raz  napawając  się  pięknością  natury. 

Tak, to jest prawda; było jej tu lepiej, niż w szarym Londynie. Cisza, słońce. 
Ach, jak tu dobrze! Ach, jak to wszystko koiło jej duszę! 

Słodycz  jej  marzeń  zakłócił  ponownie  pocisk  kamienia.  Uderzył  ją  w 

policzek  i  stoczył  się  z  niego  wprost  na  jej  rękę.  Był  mały,  krągła  wy, 
czarnego  koloru,  rzucony  z  ukrycia  z  niezwykłą  celnością.  Zerwała  się  zła  i 
żądna zemsty. Jeśli miał to być żart, to był głupi i złośliwy. 

Kolumb jeszcze ciągle grzebał wśród żwiru. Był jednak daleko. Nie ulegało 

wątpliwości,  że  kamień,  który  ją  trafił,  nie  mógł  pochodzić  z  jego  niewinnej 
igraszki.  Spojrzała  przed  siebie  i  dostrzegła  w  oddali  małego  chłopca,  który 
skrył  się  za  cyplem.  Chwyciła  swą  laseczkę  i  zacisnęła  usta.  Nie  puści  tego 
płazem, da mu szkołę, jeśli go zdoła przychwycić. 

background image

Skierowała  się  twarzą  wprost  ku  skale  i  ku  krętemu  przesmykowi,  którym 

zeszła  na  wybrzeże.  Marzenia  jej  prysnęły,  nie  został  z  nich  żaden  ślad. 
Odczuwała  jeszcze  ból  w  policzku.  Opuściła  wybrzeże  zła  i  podniecona,  nie 
kierując  już  teraz  spojrzenia  na  morze.  Gwizdnęła  na  Kolumba  i  poczęła  się 
wspinać  po  ścieżce  z  kamieni.  Była  szczerze  przekonana,  że  właśnie  w  tym 
załomie ukrywał się napastnik. 

Przyśpieszyła  nieco  kroku,  spoglądając  surowo  na  lewo  i  na  prawo.  W 

jednym  z  tych  momentów,  gdy  zwróciła  się  ku  morzu,  dostrzegła  jakiś  ruch 
wśród nadbrzeżnych zarośli. Było to niedaleko, tylko kilka kroków od wijącej 
się ścieżki. Nie namyślając się wiele, zboczyła na stok, po czym spojrzała na 
zarośla i w kilku skokach znalazła się na dole. Jeśli nie ukarze go chłostą, to 
przynajmniej zwymyśla go i trochę przestraszy. 

Jednakże  w  chwili,  gdy  osiągnęła  już  poziom  nadbrzeżnych  zarośli, 

przystanęła znienacka, jak przykuta  do ziemi. Zdawało jej się teraz, że jakaś 
obca  ręka  zatrzymała  ją  w  biegu.  Ujrzała  przed  sobą  tak  wstrętną  postać,  że 
jak  przestraszone  dziecko  struchlała  na  chwilę.  Postać  wyskoczyła  z 
pobliskich zarośli i jak osaczone zwierzę zatrzymała się w miejscu. Spojrzała 
jej  w  oczy.  Dziwaczne  to  stworzenie  było  niskiego  wzrostu,  o  kształtach 
nieforemnych, przypominających potworka, o długich, cienkich, zwisających 
ramionach i groteskowym garbie, wyrastającym mu z pleców. Ni chłopiec, ni 
mężczyzna  —  jakiś  rodzaj  pawiana  o  niesymetrycznych  proporcjach.  Głowa 
opadała  mu  głęboko  w  ramiona.  Odrzucił  ją  w  tył  i  pokazał  swą  twarz. 
Właśnie  ta  twarz  zatrzymała  ją  w  biegu.  Nie  widziała  jeszcze  w  życiu 
podobnego  wyrazu.  Tylko  ból  mógłby  wyżłobić  takie  rysy  cierpienia,  tak 
jawne stygmaty przeżywanej udręki. Lęk, który wzbudziły, przeobraził się w 
litość.  Ale  oczy  nieszczęsnego,  który  na  pewno  już  przekroczył  dwudziesty 
rok  życia,  były  dziwnie  wyzywające,  wystraszone,  lecz  harde.  Bosy,  przy-
stanął na krawędzi cypla, zaciskając lub otwierając swe kościste pięści, blady, 
niepewny, z miną winowajcy, który oczekuje wyroku. 

Na chwilę zaległo kłopotliwe milczenie. Kobieta nie wiedziała, co począć z 

człowiekiem,  ale  czuła  mimo  wszystko,  że  nie  odstąpi  od  zamiaru 
pomszczenia  swej  zniewagi.  Była  silnie  zdecydowana  nie  puścić  mu  płazem 
winy. 

Po chwili przemówiła. Z jej surowego głosu przebijał wyraz niewzruszonej 

powagi. 

— Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego mnie obrzuciłeś odłamkami kamieni? 

background image

Cofnął  się  teraz,  usłyszawszy  jej  słowa,  ją  zaś  ogarnęło  niemałe 

przerażenie,  gdyż  wiedziała,  że  za  cyplem  znajduje  się  rów.  Ale  chłopiec 
widocznie pochwycił jej wzrok. Zatrzymał się bowiem u skraju wgłębienia i 
patrzył na nią dalej opryskliwym spojrzeniem. 

—  Nie  stój  w  tym  miejscu  —  ozwała  się  żywo.  —  Niepotrzebnie  się 

obawiasz. Nie mam zamiaru wyrządzić ci krzywdy. 

Opuścił głowę i spojrzał jej w twarz spod obwisłych powiek. 
—  Ma  pani  zamiar  —  mruknął  tchórzliwie.  —  Pani  chce  mnie  uderzyć. 

Inaczej by nie przyszła z tą trzciną w ręce. 

Bystrość  tej  uwagi  wprawiła  ją  w  lepszy  humor.  Uśmiechnęła  się  z  lekka, 

potem odwróciła się nagle i rzuciła swą laskę daleko za ścieżkę. 

— Czy jeszcze i teraz się boisz? — spytała pogodnie. 
Postąpił  nieco  naprzód  i  znowu  się  zatrzymał,  patrząc  jej  w  twarz.  Był 

dziwnie niepewny. Jeszcze ciągle się spodziewał, że zostanie w jakiś sposób 
skarcony za wybryk. 

Spojrzała  mu  w  oczy  i  resztka  jej  lęku  opuściła  ją  zupełnie.  Wprawdzie 

wyglądał jak potwór, jak nieznane zwierzę, osadzone niezgrabnie na tylnych 
odnóżach,  ale  wyraz  jego  twarzy,  jakkolwiek  dziki  i  niesamowity,  wzruszył 
jej serce i wywołał odruch litości. 

Ale  ukryła  to  przed  nim.  Nie  chciała  mu  okazać,  że  kieruje  się 

współczuciem. 

— Więc dlaczego to zrobiłeś? — powtórzyła pytanie. 
— Bo chciałem panią trafić — przyznał się szczerze. Jeszcze raz spojrzała 

mu bystro w oczy. 

Po chwili spytała: 
—  A  czy  uznajesz  przynajmniej,  że  postąpiłeś  niegrzecznie?  Czarne  jego 

oczy zapłonęły zawiścią. 

—  Nie,  nie  uznaję  —  rzekł  bez  ogródki.  —  Nie  chciałem  po  prostu,  aby 

pani tu była. Spodziewam się tu Dicka, ma nadejść za chwilę. A on tego nie 
lubi, gdy ktoś obcy tu siedzi. 

Odpowiedzi  —  pomyślała  —  było  brak  uprzejmości,  ale  nie  była  też 

rubaszna,  jak  to  zdarza  się  u  rybaków.  Świadomość  tego  faktu  zaogniła 
jeszcze bardziej jej zmysł ciekawości. 

— A któż to jest Dick? — spytała go żywo. 
— A pani? — zapytał, podnosząc na nią oczy. Zaśmiała się znowu. 

background image

—  Nie  grzeszysz  grzecznością  —  rzekła  ubawiona.  —  Ale  powiem  ci 

zresztą, jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć. Jestem Julia Moore. Teraz powiedz 
z kolei, jak ty się nazywasz. 

Spojrzał jej w twarz z wyrazem nieufności. Po chwili odrzekł: 
— Julia to jest imię, które zdarza się w książkach. 
Wywołał  tymi  słowy  jeszcze  jeden  jej  uśmiech.  Wpłynęło  to  teraz  i  na 

niego bezpośrednio. Ponura jego twarz rozjaśniała się nieco. 

— Jesteś mądry, jak widzę, skoro wiesz o tych rzeczach. Chłopiec po tych 

słowach stropił się nieco. 

—  Nie,  proszę  pani,  ja  nie  mogę  być  mądry  —  rzekł  to  stanowczo,  z 

wyrazem  protestu.  —  Swang  z  gospody  „Pod  Trzema  Beczkami"  powiada 
nawet o mnie, że jestem półgłówkiem. 

—  Niegodziwiec!  —  krzyknęła,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  wyrzekła  to 

słowo zupełnie odruchowo. 

Chłopiec ociężale potrząsnął głową. 
— Tak, proszę pani. Ale kopnąłem go za to i przewróciłem na ziemię. Gdy 

ta rzecz się rozniosła, Dick bez pardonu wygarbował mi skórę. Nie wrócę już 
teraz  do  gospody  „Pod  Beczkami".  Ale  cieszę  się  przynajmniej,  że  Swang 
mnie popamięta i że dałem mu szkołę. 

—  Któż  jest  ów  Dick?  —  spytała  ponownie.  Jej  zainteresowanie  dla 

chłopca zdawało się wzrastać. 

Spojrzał jej w oczy podejrzliwie i niechętnie.  
- Dlaczego pani o to pyta? 
—  Bo  wydaje  mi  się  ciągle,  że  jest  dzielnym  człowiekiem.  Wyraz 

nieufności znikł mu z twarzy. Jego małe oczy zalśniły radością. 

—  O  tak,  proszę  pani,  Dick  jest  odważny  —  odezwał  się  dumnie.  —  To 

mój  rodzony  brat.  A  co  on  rozumie,  jak  zna  się  na  wszystkim!  Gdy  myślę 
czasem o nim, przychodzi mi do głowy, że tylko taki zasługuje, by go nazwać 
człowiekiem. 

Na twarzy Julii pojawił się uśmiech. 
— Lubisz go, jak widzę — odrzekła przyjaźnie. 
Oczy nieszczęśliwca jeszcze raz rozjaśniły się pod wpływem jej słów. 
—  Tylko  jego  —  zawołał  z  nieukrytym  entuzjazmem.  —  Tylko  jego 

jedynego. A poza tym lubię jeszcze dziecko Rickettów. 

— Dziecko Rickettów? — zdumiała się Julia. Chciała się zaśmiać, lecz siłą 

swej woli stłumiła tę chętkę. — A więc lubisz i dzieci? — rzuciła po chwili. 

background image

—  Nie  —  zaprotestował  —  lubię  tylko  psy.  Dziecko  Rickettów,  ten  miły, 

sympatyczny, pucołowaty pędraczek, jest jedynym wyjątkiem spośród dzieci 
na świecie. 

Uśmiechnął się szczerze, zaś Julia jeszcze raz poczuła dlań litość. Wydało 

jej się nawet, że jego twarz jest smutniejsza, gdy pokrywa ją uśmiech. 

—  Mieszkam  u  Rickettów  —  rzekła  przyjaźnie.  —  Ale  przyjechałam 

dopiero  wczoraj  i  nie  miałam  jeszcze  sposobności  zaznajomić  się  z 
dzieckiem. Muszę je poznać. Teraz powiedz mi na koniec, jak się nazywasz. 
Ja ci podałam moje imię i nazwisko. 

Spojrzał jej w oczy, jakby ponownie opanowany uczuciem nieufności. 
— Czy nikt do tej pory nie mówił pani o mnie? 
—  Oczywiście,  że  nie.  Przecież  nikogo  tu  nie  znam,  oprócz  państwa 

Rickettów. Uważam poza tym, że będzie milej i wygodniej dowiedzieć się tej 
rzeczy bezpośrednio od ciebie. 

— Doprawdy? — zapytał. 
Jeszcze chwilę się wahał, ale w końcu rozbroił go jej życzliwy) uśmiech. 
— Na imię mi Robin — wykrztusił ostatecznie. 
— Ładnie się nazywasz — odrzekła uprzejmie. — A co ty tu robisz, czym 

się zajmujesz? 

—  Sam  nawet  nie  wiem  —  rzekł  z  zakłopotaniem.  Gdy  nadarzy  siej 

sposobność,  odnawiam  i  naprawiam  sieci  rybackie,  czasem  też  pomagam 
Dickowi  w  ogrodzie.  Nieraz,  gdy  pani  Rickett  ma  interes  poza  domem, 
wzywa  mnie do siebie i powierza opiekę nad dzieckiem.  I tak się jakoś łata. 
Raz tu, raz tam, byle zabić czas i nie umrzeć z bezczynności. Co jednak pani 
zamierza tu robić? 

Gdy  zadawał  to  pytanie,  owładnęła  nim  na  nowo  wrodzona  mu 

podejrzliwość. 

Julia kłopotliwie machnęła rękami. 
— Nic poważnego — rzuciła z uśmiechem.  — Sieci nie naprawiam, gdyż 

się  nie  znam  na  sieciach.  Nie  potrafiłabym  też  pomóc  nikomu  w  ogrodzie. 
Jeśli  zaś  chodzi  o  dzieci,  to  źle  by  było  z  dzieckiem,  powierzonym  mej 
opiece. Nie miałam jeszcze sposobności, by opanować tę sztukę. 

Spojrzał jej w oczy z wyrazem zdumienia. 
— Skąd pani przybyła? — zapytał ciekawie. 
—  Z  Londynu  —  odrzekła.  —  Zaspakajała  jego  ciekawość  z  absolutną 

szczerością.  —  Uprzykrzyło  mi  się  miasto.  Okropnie  mi  się  uprzykrzyło, 

background image

ponad wszelkie pojęcie. Wyjechałam więc na wieś dla zmiany swych wrażeń. 
I zdaje się nawet, że czuję się tu dobrze. 

— Lepiej niż w Londynie? — zapytał zdumiony. 
—  Lepiej  niż  w  Londynie.  —  Wypowiedziała  te  słowa  z  głębokim 

przekonaniem.  —  Ale  oto  jest  Kolumb.  On  również  woli  wieś,  niż  hałas  i 
miasto. 

Zwróciła  się  do  psa,  który  przypędził  skwapliwie  i  ujrzawszy  obcego, 

począł go od razu natrętnie okrążać. 

Obwąchał  go  dokładnie,  on  zaś  pochylił  się  i  niezgrabnym  ruchem 

pogładził mu sierść. 

— Podoba mi się ten piesek — zauważył z uśmiechem. 
—  To  mnie  cieszy  —  odparła,  szykując  się  do  odejścia.  —  Mieszkamy  u 

Rickettów,  ja  i  mój  piesek.  Więc  gdy  odwiedzisz  kiedy  dziecko,  możesz 
zajrzeć i do nas. A teraz muszę iść. I tak już zapewne spóźnię się na obiad. Do 
widzenia na razie, bądź zdrów, napastniku! 

Chłopiec  się  dźwignął,  jakby  chciał  się  wyprostować  i  zataczając  się  na 

nogach, sięgnął niezgrabnie w kierunku swej czapki. 

Julia się zaśmiała i obróciła się rychło, ale chłopiec coś mruknął i zatrzymał 

ją nagle. 

—  Chciałem  coś  powiedzieć  —  wybąkał  nieskładnie.  Julia  w  tej  chwili 

obejrzała się na niego. 

— A więc mów, ale szybko. 
Przesunął  niezgrabnie  stopami  po  trawie  i  mamrotał  jakieś  słowa,  ale  ani 

jednego z tych słów nie zdołała pochwycić. 

— A więc  mów — nagliła, spoglądając pobłażliwie, jakby przemawiała w 

tej chwili do małego dziecka. 

Podniósł na nią oczy, a wyraz jego twarzy wydawał jej się teraz uderzająco 

pokorny. 

— Chciałem panią prosić — wydobył z wysiłkiem — aby, aby, gdy spotka 

kiedy  Dicka,  nie  wspomniała  mu  przypadkiem,  nie  wspomniała  mu 
przypadkiem. 

Zrozumiała, o co chodzi i uśmierzyła jego lęk poruszeniem swej ręki. 
—  Ależ  oczywiście,  że  nie  wspomnę  —  wtrąciła  pobłażliwie.  —  Nie 

zaliczam  się  do  osób,  które  roznoszą  byle  drobiazg.  Ale  gdy  wydarzy  ci  się 
kiedyś,  że  się  zechcesz  mnie  pozbyć,  to  tylko  przyjdź  i  mi  powiedz.  Odejdę 
dobrowolnie, choć ani jeden kamyczek nie dosięgnie mojej głowy. 

background image

Brzmienie tych słów wywołało na ich słuchaczu niespodziewane wrażenie. 

Ku zdumieniu Julii błędne jego oczy napełniły się nagle lśniącymi łzami. 

Po chwili zawołał. 
— Ja nie chcę, by pani poszła, już nigdy nie zechcę. Nie wiedziałem o tym 

wcześniej, że pani taka dobra. Ale teraz panią lubię, bardzo panią lubię. 

— Dziękuję ci — rzekła, nie ukrywając wzruszenia. — A skoro zawarliśmy 

przyjaźń i już jesteśmy przyjaciółmi, to pamiętaj o tym, chłopcze, i odwiedź 
mnie wkrótce. Jeszcze raz do widzenia, bądź zdrów, przyjacielu. 

Odeszła z uśmiechem, potem podniosła swoją laskę i skinęła nań ręką, gdy 

znalazła się na stoku. 

Gdy  podeszła  jeszcze  wyżej,  już  blisko  prawie  szczytu,  przystanęła  na 

chwilę  i  spojrzała  na  niego.  Stał  jeszcze  ciągle  w  tym  samym  miejscu, 
przysadzista, fantastyczna figura, podobna do karzełka z bajkowej opowieści, 
lub do dziwacznej jakiejś plamy, rzuconej na błękit. 

Skinęła  nań  ręką,  zaś  chłopiec  zasalutował,  czyniąc  to  niezgrabnie  i  z 

widocznym  wysiłkiem  i  pozostał  w  tej  pozycji,  aż  znikła  za  pobliskim 
zakrętem. 

—  Biedny  chłopiec!  —  szepnęła  współczująco.  —  Żal  mi  nieszczęśliwca. 

Słuchaj no Kolumbie, musimy mu okazać odrobinę życzliwości. 

Pies  spojrzał  na  nią  mądrymi  oczami  i  na  znak  swojej  zgody  pomerdał 

ogonkiem. Wszystko wskazywało, że i on już polubił nieszczęsnego Robina. 

* * * 
—  W  błędzie  są  ludzie  —  wywodziła  pani  Rickett  —  którzy  rozsiewają 

jakieś brednie, że Robin jest plagą naszej wsi i sąsiedztwa. Niech zostawią go 
w  spokoju,  a  na  pewno  nikomu  nie  wyrządzi  przykrości.  Trudno  przecież 
żądać, by zachował się jak kamień, gdy dopadną go ulicznicy i docinkami czy 
przezwiskami  zatruwają  mu  życie.  Gdy  wpadnie  wtedy  w  złość,  to 
oczywiście,  że  czasami  może  być  niebezpieczny.  Ale  gdy  nikt  go  nie 
podrażni,  jest  łagodny  jak  baranek.  Znajdują  się  i  dorośli  niegodziwi  i 
półgłówki, którzy spotkawszy go na wybrzeżu, wysyłają go do gospody „Pod 
Trzema  Beczkami"  lub  w  jakiś  inny  sposób  pastwią  się  nad  nieszczęsnym; 
łatwo  to  zrozumieć,  że  wobec  nich  nie  zachowuje  się  przyzwoicie  i  z 
respektem.  Ale  gdy  zostawić  go  w  spokoju,  to  jak  już  wspomniałam,  na 
pewno  będzie  cichy  i  nikogo  nie  zaczepi.  Sama  to  widziałam,  jak  uciekał 
nieraz w kąt i płakał jak dziecko, gdy za jakieś drobne przewinienie złajał go 
Dick,  jego  rodzony  brat.  Brata  bowiem  kocha  i  do  wszystkiego,  co  mu  ten 
powie, przykłada się bez szemrania. 

background image

—  Zauważyłam,  że  go  kocha  —  odezwała  się  Julia.  —  Sam  mi  to 

powiedział,  że  Dick  i  pani  dziecko  są  jedynymi  istotami,  którym  poświęcił 
swoje serce. 

Twarz pani Rickett rozjaśniła się nagle. 
— O tak, proszę pani, on od pierwszej niemal chwili polubił mego Freda. A 

Fred się odpłaca. Gdy tylko ujrzy Robina, aż trzęsie się z radości, że będzie z 
nim razem. Mr Fielding ze dworu, który był tu niedawno, akuratnie przyszedł 
w  dzień,  gdy  bawili  się  ze  sobą.  „Pani  synek  nie  ma  gustu"  —  zaśmiał  się 
drwiąco. A ja w odpowiedzi: „Znam gorszych, sir, daleko nawet gorszych od 
biednego  Robina.  Nasza  wieś  jest  ich  pełna,  tych  nicponiów  i  drabów".  Mr 
Fielding jest dziwny. Jest jednym z tych ludzi, którzy zawsze się mieszają do 
spraw  swych  znajomych,  a  nie  zdają  sobie  sprawy,  że  nikt  ich  nie  prosi,  by 
udzielali im porad. To samo jest z Dickiem. Od dłuższego już czasu Fielding 
ciągle  go  nachodzi,  aby  usunąć  gdzieś  Robina,  ale  Dick  oczywiście,  ani  sły-
szeć o tym nie chce, co poczytuję mu za cnotę i jedną z jego zalet. Bo Robin, 
jak powiadam, dla nikogo nie jest groźny, kto traktuje go po ludzku, a chyba 
umarłby  z  żalu,  gdyby  odesłano  go  do  obcych.  Jego  miłość  do  brata  jest 
czymś  tak  wzruszającym,  że  wybucham  nieraz  płaczem,  gdy  widzę  jej 
dowody. Potrafi nieraz usiąść i czekać całe godziny, nim ujrzy gdzieś Dicka. 
Zupełnie jak pies oddany jest swemu panu. 

Urwała po tych słowach, by zaczerpnąć tchu, zaś Julia w tej chwili rzuciła 

pytanie: 

—  Czy  od  samego  urodzenia  jest  takim  kaleką?  Pani  Rickett  znacząco 

zwinęła usta. 

— Był bliźniakiem, proszę pani, i  od pierwszej niemal chwili nie rozwijał 

się  dobrze.  Garbuskiem  jednak  nie  był,  tak  jak  jest  nim  obecnie.  Matka 
bliźniaków  umarła  przy  porodzie.  Lepiej,  że  tak  się  stało,  nie  przetrwałaby 
nieszczęścia,  które  spadło  na  jej  syna.  Z  domu  była  damą  niezwykle 
wykształconą,  ale  popełniła  mezalians.  Wyszła  za  człowieka,  który  nie 
dorównywał  jej  duchowo  i  złamał  jej  życie.  Był  kapitanem  okrętu,  ale 
człowiekiem  bez  czci,  zawadiaką  i  pijakiem.  Wyglądał  na  Francuza.  Od 
urodzin  Dicka  przez  dwanaście  lat  nie  było  go  w  domu.  Aby  móc  się 
utrzymać, przyjęła posadę nauczycielki na wsi i pędziła swój żywot skromnie, 
lecz uczciwie. Była miła, uczynna i zjednała sobie wkrótce ogólną sympatię. 

Niektórzy  tu  twierdzą,  że  Fielding  w  owym  czasie  zaofiarował  jej  serce. 

Podobno  się  zakochał.  Nie  wiem,  czy  to  prawda,  tylko  tyle  mi  wiadomo,  że 
ożenił  się  z  kim  innym  i  to  w  długi  czas  później.  Inna  jednak  rzecz,  że  była 

background image

warta  kochania.  Miała  piękny  głos  i  śpiewała  jak  anioł.  Gdy  byłam  jeszcze 
dzieckiem,  wydawała  mi  się  i  z  twarzy  podobna  do  anioła.  W  każdym  bądź 
razie  była  anielsko  dobra.  Czy  wyszłaby  za  Fieldinga,  trudno  mi  osądzić; 
twierdzono  jednak  wówczas,  że  chyba  tak.  Byli  szczerze  zaprzyjaźnieni  i 
często  się  spotykali.  Właśnie  w  tym  okresie,  gdy  już  wszyscy  uznali,  że  jej 
mąż nie wróci, że pewnie gdzieś zginął na morzu — on nagle wrócił. 

Do końca życia nie zapomnę tej sceny. Byłam jeszcze wówczas młodziutką 

dziewczynką. Rzecz rozgrywała się dwadzieścia lat temu. Sprzątałam właśnie 
w  klasie,  bezpośrednio  po  nauce,  a  ona  przeglądała  jakieś  zeszyty  szkolne, 
gdy nagle się  zjawił na progu pokoju i powitał ją okrzykiem: „Jak się  masz, 
Alicjo!"  Zerwała  się  z  krzesła,  blada  jak  płótno.  Nie  wyrzekła  ani  słowa. 
Podszedł do niej żywo, objął ją ramieniem  i zaczął całować. Jego widok był 
okropny, aż drgnęłam z przestrachu. Nie zapomnę też tej twarzy, gdy poszedł 
z nią potem. Wyglądała w tej chwili jak śmiertelnie raniona. I rzeczywiście, to 
spotkanie  było  wróżbą  jej  śmierci.  Już  nigdy  od  tej  pory  nie  zdołała  się 
dźwignąć. 

Jej mąż był potworem, o tym wiedział już każdy, ale i lata nieobecności nie 

zdołały  go  zmienić.  Pozostał  dalej  tym  samym  pijakiem  i  zmuszał  nawet 
żonę,  by  piła  z  nim  razem.  Gdy  czasem  wpadał  w  złość,  znęcał  się  nad 
Dickiem,  albo  bił  go  i  katował.  Dick  miał  podówczas  lat  dwanaście,  ale 
przybiegł raz do  mnie i począł się  odgrażać: „Zabiję  mego ojca,  zobaczycie, 
że to zrobię". Pan Fielding usunął się po powrocie jej męża i nawet nie miał 
pojęcia o tych wszystkich okropnościach. Opowiadano sobie wówczas, że ona 
sama go skłoniła do wycofania się z widowni, ale nie dziwiłabym się wcale, 
gdyby  istotnie  w  owych  czasach  miała  powód  ku  temu.  Była  po  prostu 
męczennicą, ofiarą swego życia. 

Wraz  z  powrotem  jej  męża  rozpoczął  się  okres  jej  ruiny  i  upadku.  Przez 

długi  jeszcze  czas  walczyła,  jak  mogła,  lecz  wyglądała  okropnie.  Z  biegiem 
miesięcy,  gdy  coraz  bardziej  się  zbliżał  termin  rozwiązania,  załamała  się 
nagle i całe niemal dnie spędzała na płaczu. Litowano się nad nią, pocieszano, 
jak kto mógł, ale nikt w to nie wierzył, że przeżyje. Biadała, wyrzekała, a gdy 
urodziła wreszcie dzieci, jej stan był beznadziejny. Stało się to nagle, prawie 
zgoła  niespodziewanie,  a  gdy  posłano  po  męża,  który  przebywał,  jak 
zazwyczaj w gospodzie „Pod Beczkami", zaśmiał się tylko i zapijał się dalej. 
Czy słyszała pani kiedy o straszniejszej tragedii? 

Zamilkła na chwilę i otarła łzę. 

background image

— Nie pragnęła go zresztą — ciągnęła, ochłonąwszy — ani jednym nawet 

słówkiem  nie  wspomniała  o  mężu.  Przywołała  tylko  Dicka  i  Dick  z  nią 
pozostał  do  ostatniego  jej  tchu.  Był  jeszcze  dzieckiem,  nie  przekroczył 
wówczas nawet trzynastego roku, ale od owej pamiętnej nocy przedzierzgnął 
się  w  mężczyznę.  Błagała  go  ze  łzami,  by  pamiętał  o  dzieciach,  on  zaś  jej 
przyrzekł,  że  spełni  jej  prośbę.  Potem  legła  bez  słowa  i  tak  długo  trzymała 
jego  rękę  w  dłoni,  aż  śmierć  przecięła  nić  jej  żywota.  Gdy  przekonał  się 
wreszcie,  że  matka  umarła,  pobladł  śmiertelnie,  lecz  odszedł  od  łóżka  bez 
słowa  biadania.  Nikt  od  tej  pory  nie  widział  go  płaczącego.  Zahartował  swą 
wolę jak dojrzały mężczyzna. 

— A co się stało z mężem? — przerwała jej Julia. Jej zainteresowanie dla 

tragedii wzrastało do szczytu. 

—  Zaraz  pani  powiem  —  odrzekła  pani  Rickett.  —  Otóż  został  w 

gospodzie  aż  do  godziny  zamknięcia,  a  gdy  opuścił  ją  wreszcie,  chcąc  się 
udać  do  domu,  był  już  tak  nieprzytomny,  że  wybrał  przez  pomyłkę  drogę 
poprzez skały i utonął wskutek przypływu. Szkoda, powiadam,  że nie zginął 
trochę wcześniej. Wart był bowiem tego, ten brutal i nikczemnik. Inna jednak 
rzecz, że nie hulałby tak strasznie, gdyby mnie miał za żonę. 

Jeszcze raz otarła staczającą się łzę. 
— Ach, proszę pani — dodała po chwili — wiele już widziałam i słyszałam 

na  świecie,  ale  najgorsze  ze  wszystkiego,  co  może  spotkać  kobietę,  to 
niedobrane małżeństwo, to życie z niegodziwcem. 

— Tak, to prawda — przyznała jej Julia. — Ale co się stało potem, co się 

stało z dziećmi? 

—  Zabrała  je  Grossowa,  która  mieszkała  w  gajówce.  Pan  Fielding  za  nie 

płacił,  ale  wspierał  też  wydatnie  młodego  Dicka.  Okazał  im  w  tych  czasach 
ogromną życzliwość. Jeden z bliźniaków, Jack mu na imię, został szoferem i 
objął  niedawno  korzystną  posadę.  Człowiek  to  jednakże  dziwnie  niestały, 
charakter  widocznie  odziedziczył  po  ojcu.  Ugania  się  za  dziewczętami. 
Czasem  i  trzem  jednocześnie  zawraca  głowę.  Dzikus  po  prostu,  ale  zresztą 
nieszkodliwy.  Z  Dickiem  żyje  w  zgodzie,  nawet  często  go  odwiedza.  Ale 
Robin go nie znosi. Jest to o tyle zrozumiałe,, że on jemu przypisuje, że został 
kaleką. Jak wspomniałam już pani, Robin od dziecka marudził i chorował. To 
często  się  zdarza  u  jednego  z  bliźniaków.  Siła  i  zdrowie  koncentruje  się  w 
drugim.  Otóż  zdarzyło  się  raz,  że  Jack  zaprosił  go  na  połów  ptaków, 
gnieżdżących się w skałach. Jeśli nie myli mnie pamięć, wyruszyli podówczas 

background image

na High Shale Point. Przez calutki dzień czekano ich w domu, a gdy zapadła 
już noc, Jack wrócił sam. Robin, jak oświadczył, przepadł gdzieś w skałach. 

Dick  zebrał  wtedy  wyrostków  z  wybrzeża  i  ruszył  na  odsiecz.  Noc  była 

wietrzna, dżdżysta, ogólnie mówiono, że wyprawa jest daremna, ale Dick się 
upierał  i  postawił  na  swoim.  Gdy  przybyli  na  miejsce,  spuścił  się 
bezzwłocznie  na  linie  w  przepaść  i  na  głębokości  stu  stóp  odnalazł  Robina, 
leżącego na cyplu. Rany miał ciężkie, Dick nawet sądził, że złamał kręgosłup. 
Zabrakło  mu  odwagi,  by  ruszyć  go  z  miejsca,  przenocował  więc  na  cyplu, 
czekając do rana. Nietrudno zrozumieć, co wtedy przecierpiał. 

Pani  Rickett  zapłakała.  Jedna  z  jej  łez,  nie  zatrzymana  w  swym  biegu, 

stoczyła się na fartuch. 

—  Przeklęta  rodzina,  powie  pani  zapewne.  Nad  ranem,  oczywiście, 

wydobyto  go  z  przepaści,  ale  obrażenia,  które  odniósł,  były  ciężkie  i 
niebezpieczne. Cały prawie rok przeleżał wtedy w łóżku, a gdy dźwignął się 
wreszcie,  miał  garb  na  plecach  i  skrzywiony  kręgosłup.  Mr  Fielding  w  tych 
latach był daleko za granicą, podobno polował w pustyniach afrykańskich. A 
gdy  ostatecznie  wrócił,  był  głęboko  wstrząśnięty  widokiem  nieszczęśliwca. 
Sprowadził  doktorów,  najlepszych  specjalistów,  nie  szczędził  zabiegów,  by 
ratować Robina, ale lekarze orzekli, że już nic nie pomogą. Stwierdzili tylko 
tyle,  że  ma  skrzywiony  kręgosłup  i  naruszony  mózg.  Na  to  ostatnie 
przypuszczenie  naprowadziły  ich  wówczas  ataki,  którym  zaczął  ulegać,  ale 
pomylili  się  w  tym  względzie,  gdyż  umysł  ma  zdrowy,  choć  inteligencję 
trochę  słabszą,  cokolwiek  przytępioną.  Orzekli  jeszcze  wtedy,  że  długo  nie 
pożyje,  że  na  podstawie  jego  czaszki  może  wytworzyć  się  guz,  że  ów  guz 
może naruszyć tkankę mózgową, że popadnie wreszcie w obłęd i ostatecznie 
zginie  wśród  strasznych  męczarni.  Gdy  pan  Fielding  usłyszał  o  tym 
wszystkim, począł czynić starania, by usunąć go z domu. Ale Dick, który tak 
wiele  poświęcił  dla  brata,  oburzył  się  na  to  i  nie  chciał  o  tym  słyszeć. 
„Chłopiec  jest  mój  —  oświadczył  stanowczo  —ja  sam  się  postaram,  by 
zapewnić  mu  opiekę".  —  Wywołało  to  niezgodę  między  nim  a  Fieldingiem, 
ale  nikt  ostatecznie  nie  poniósł  szkody.  Dick  jeszcze  bardziej  pokochał 
Robina,  a  Robin  po  prostu  ubóstwia  Dicka.  Ale  Dick,  oczywiście,  musiał 
ponieść  ofiarę.  Przerwał  swe  studia,  był  słuchaczem  prawa,  i  aby  móc  tu 
zostać i opiekować się Robinem, postarał się o posadę nauczyciela ludowego. 

—  O  posadę  nauczyciela?  —  zdumiała  się  Julia.  —  A  więc  musi  być 

uczonym, filozofem zapewne? 

background image

—  No  nie,  proszę  pani,  a  na  cóż  nam  tu  takich  do  szkółki  wiejskiej?  Pan 

Fielding  wyrobił  mu  tę  skromną  posadę.  Chłopcy  tu  są  dzicy,  prawdziwe 
łobuzy,  ale  wziął  się  do  nich  ostro,  trzyma  ich  w  ryzach.  Jest  mądry, 
wykształcony i nie trzeba mu filozofii, gdy uczyć ma na wsi. Zaznajamia ich 
ze sportem, z piłką, z tenisem.  Trudna to praca, gdyż  te chłopaki to straszna 
hołota, są wyjątkowo dzicy, nieokrzesani i w dodatku brudni. Więc i kąpiel tu 
wprowadził, przymusową dla uczniów, i robi, co może, aby podnieść kulturę. 
A chłopcy przywykli już do niego i słuchają go nawet. Stworzył dla nich klub 
w  posiadłości  Fieldinga  i  urządza  w  nim  stale  muzyczne  wieczornice.  A 
chłopcy się godzą i nie myślą nawet o tym, aby stawić mu opór. Widać że go 
lubią i szanują. 

— Zawsze byłam zdania, że wychowanie pozaszkolne należy do pastorów 

— odezwała się Julia. 

Pani Rickett po tych słowach chrząknęła znacząco. 
— Nasz proboszcz już za stary — odezwała się wreszcie. — Tylko kościół 

ma  z  niego  jaki  taki  pożytek.  A  chłopców  nie  rozumie.  Boi  się  ich  nawet. 
Zwłaszcza zaś tych, których ojcowie pracują w kopalniach w High Shale. Bo 
wszystkiego tu mamy w tej parafii pod dostatkiem. Ci chłopcy są straszni. To 
jeszcze gorsza zgraja od urwipołciów rybackich. Ale Dickowi to obojętne. On 
i ich już poskromił; uczy ich grać na banjo, podśpiewuje im do tego i pobudza 
ich do śmiechu. Kopalnie należą do rodziny Farringmore'ów, lord Wilchester 
jest  również  częściowym  właścicielem.  Ale  nie  zjawia  się  tutaj.  Nawet  nie 
chce  się  zetknąć  z  tą  bandą  górników.  Ma  rację  zresztą;  nie  tylko  zuchwali, 
ale  i  pijacy  w  dodatku.  Jego  plenipotent,  pan  Ashcott,  ma  ciągle  z  nimi 
kłopoty. Ale Dick, proszę pani, Dick już i do nich utorował sobie drogę. Wie, 
jak ich podejść i jak ich pozyskać. Ma rozum, spryt. Szkoda go doprawdy, że 
siedzi w tej dziurze. Gdyby nie poświęcił się dla brata, na pewno by już został 
wielkim człowiekiem. On stworzony jest do tego, by kierować i przewodzić, 
ale  nigdy  do  tej  pory  nie  miał  okazji,  a  teraz  już  tym  bardziej  jej  nigdy  nie 
znajdzie. 

Pani Rickett skończyła i sięgnęła po talerz, stojący przed Julią. 
— Ile on ma lat? — spytała ją Julia. 
— Minęło mu trzydzieści — rzekła pani Rickett. — Za stary już nawet, aby 

rozpocząć  co  nowego.  Wprawdzie  Fielding  nalega,  nakłania  go  do  tego,  ale 
on jest jak głaz, nawet nie chce z nim mówić. Nie zmieni zawodu, póki żyje 
jego brat. A Robin jest tymczasem coraz zdrowszy i silniejszy, a wszystko to 

background image

zawdzięcza opiece Dicka. Dick się po prostu poświęcił dla niego. Nie wiem, 
czy to słuszne, doprawdy, że nie wiem. 

—  Trudno  to  osądzić  —  powiedziała  Julia  —  Ale  zdarzają  się  wypadki, 

które istotnie są warte poświęcenia. 

Panią Rickett zmieszała ta rezolutna odpowiedź. Jej młoda lokatorka miała 

coś  dziwnie  zagadkowego  w  niektórych  poglądach,  ale  że  ją  lubiła,  a 
zwłaszcza  jej  śmiałe,  otwarte  spojrzenie,  nie  uważała  tego  faktu  za  godny 
roztrząsania. 

— Z ludźmi jest tak zawsze — odezwała się w końcu. — Jedni sądzą tak, 

inni  znów  inaczej.  Mój  mąż  na  przykład,  był  zawsze  zdania,  że  Robin  ma 
zalety, jak mało kto, gdy się go traktuje oględnie. On często tu przychodzi, do 
kuźni  w  pobliżu.  Stąd  ta  znajomość,  którą  zawarł  z  mym  Fredem.  Pani  nie 
widziała  jeszcze  Freda,  mego  małego  synka.  Jest  trochę  nieśmiały,  boi  się 
obcych, ale to mu przechodzi, zaraz się przyzwyczaja. 

— Niech go pani pokaże — poprosiła Julia. 
Pani Rickett rozpromieniła się. 
—  Zaraz  go  tu  przyprowadzę,  przyprowadzę  go  pani.  Dam  mu  nawet 

pudding, aby prędzej chciał przyjść. Albo niech pani mu go da, to nie będzie 
się tak bał. On przepada za puddingiem i piernikiem z cynamonem. 

Gdyby  i  mnie  to  pociągało!  —  pomyślała  sobie  Julia,  gdy  drzwi  się 

zamknęły.  —  A  tymczasem  mam  pociąg  do  drogich  papierosów.  Za  chwilę 
wyciągnę ten drugi z kasetki, a potem zostanie jeszcze jeden i... ostatni. Co ja 
potem zrobię, jak ja to przetrwam? 

Zaśmiała  się  lekko,  potem  nagle  się  uniosła  i  podeszła  do  okna.  Ktoś 

przechodził  właśnie  drogą  za  prywatnym  żywopłotem.  Z  wiatrem,  który 
powiał,  doleciał  ją  aromat  palącego  się  tytoniu.  Przechyliła  się  głębiej  i 
dostrzegła  obok  furtki  smukłego  mężczyznę  w  słomkowym  kapeluszu.  Nie 
widziała  jego  twarzy.  Przed  jej  oczami  mignął  tylko  biały  papieros,  który 
tkwił w jego ustach. 

Ciekawam, skąd je bierze — pomyślała zachłannie. — Aromat mają niezły, 

mogłabym je palić, a z pewnością są tańsze od moich, luksusowych. 

Drzwi  jej  pokoju  otwarły  się  teraz,  a  gdy  spojrzała,  dostrzegła  na  progu 

Freda z puddingiem. 

* * * 
Zapach róż, tulących się w rosie, był jak woń kadzidła, które poświęciło się 

gwiazdom.  Julia,  która  o  zmierzchu  wyruszyła  z  Kolumbem,  wchłaniała  tę 
woń  z  nieopisanym  zachwytem;  przymknęła  oczy  i  pozwalała  się  odurzać 

background image

rozkosznym  zapachem.  Posuwała  się  ścieżyną,  która  wiodła  ku  skałom, 
broniąc  się  przed  myślą,  że  kroczy  na  jawie.  Wolała  w  to  wierzyć,  że 
wszystko, co przeżywa, jest cudowną wizją. 

Nawet morze połyskiwało jak w sennym marzeniu. Wyglądało w tej chwili 

jak  tafla  srebra,  rozpostarta  pod  niebem,  bezbrzeżnie  szeroka,  nieskończenie 
tajemnicza. Podążała przed siebie, nie czując nawet ziemi, której dotykały jej 
stopy, poddając się wrażeniu, że unosi się raczej niż stąpa i kroczy; zupełnie 
jak  w  krainie  marzenia  o  szczęściu.  Od  sennych  krzewów,  majaczących  w 
pobliżu, doleciał ją cudowny śpiew słowika. Przystanęła bezwładnie i wydało 
jej  się  teraz,  że  świat  z  nią  razem  znieruchomiał  na  chwilę  —  i  on  chciał 
posłuchać  śpiewu  słowika.  Jakieś  czarowne  moce  zawładnęły,  ziemią.  Stała 
tak  chwilę,  nasłuchując  uważnie.  Śpiew  zaś  potężniał,  urastał  przedziwnie, 
wznosił się, opadał, potem znowu wybuchał jak w dzikiej ekstazie, aż zaciął 
się  wreszcie,  przechodząc  stopniowo  w  żałosną  skargę,  w  coraz  bardziej 
cichnące  pianie  ligawki.  W  piersi  Julii  zabrakło  tchu.  Spojrzała  na  morze 
iskrzące się w ciszy, nie zdając sobie sprawy ze stanu swej duszy. Zdawało jej 
się teraz, że jakieś duchy opętały jej zmysły. 

Właśnie  w  tej  chwili  Kolumb  wpadł  na  ścieżkę,  zaś  śpiewy  nie-

spodziewanie,  jak  mgnienie  powieki,  urwały  się  i  ścichły,  ustępując  teraz 
miejsca głębokiemu milczeniu. 

—  Nieznośny  Kolumbie  —  złajała  go  pani.  —  Przerwałeś  swym  biegiem 

najsłodszą symfonię. 

Kolumb  w  odpowiedzi  wsparł  się  na  jej  sukni  mokrymi  łapami.  Tym 

zachowaniem zdradził, że nie posiada zmysłu do nastrojów i poezji. Główną 
jego  cechą  była  pasja  węszenia  i  odkrywania  zaułków  (temu  też  zapewne 
zawdzięczał  swe  imię).  Poszła  teraz  za  nim,  jakby  ulegając  jego  woli  i 
podążyła  ścieżką  prowadzącą  ku  morzu.  Z  nieznanych  jej  powodów  była 
dziwnie  szczęśliwa,  tak  bardzo  szczęśliwa,  jakby  napiła  się  wina,  podanego 
przez  bogów.  Gwiazdy,  morze,  słowiki,  róże  —  wszystko  to  razem  w 
nieopisany sposób odurzyło jej zmysły. 

Na  dworze  było  ciepło;  nie  miała  kapelusza,  ani  żadnej  narzutki.  Gdyby 

teraz  wyszła  w  kostiumie  kąpielowym  —  rozważała  po  cichu  —  nikt  by  jej 
nie  widział,  nikt  by  nie  wiedział.  Pomyliła  się  jednakże,  gdyż  właśnie  w  tej 
chwili, gdy tak myślała, doleciał ją zapach odmienny od róż, ale pozwalający 
jej przypuszczać, że jakaś ludzka istota znajduje się w pobliżu. 

Spojrzała  przed  siebie,  ale  ścieżka  była  pusta,  a  na  stokach  skalistych, 

wiodących  do  High  Shale  Point,  tak  samo  było  cicho  i  zupełnie  głucho. 

background image

Kolumb biegł naprzód, pragnąc koniecznie dostać się na szczyt, ale Julia nie 
zamierzała go zdobywać nocą. Pragnęła teraz raczej wytropić ową woń, ale i 
ona w tej chwili zdawała się nieuchwytna. Przystanęła więc nagle i gwizdnęła 
na Kolumba, który wyraźnie ją wyprzedził. 

Niemal  równocześnie  pochwyciła  jakieś  głosy,  które  jakby  jednym 

zamachem  zniweczyły  to  wszystko,  co  przeżyła  uprzednio.  Obróciła  się 
rychło  i  jeszcze  raz  usłyszała  owe  śmiechy  i  wołania.  Nie  ulegało 
wątpliwości, że pochodziły od pijanych. 

Niebawem dostrzegła sylwetki  mężczyzn. Znajdowali  się za nią, ale droga 

ich wiodła tą samą ścieżką. Nie widziała ich twarzy wśród cieni wieczoru, ale 
zrozumiała  w  tej  chwili,  że  drogę  powrotną  ma  teraz  zamkniętą.  Szybko 
rozważyła  niebezpieczeństwo  sytuacji,  nie  było  bowiem  czasu  do  długich 
namysłów.  Iść  dalej  naprzód  znaczyło  teraz  tyle,  co  oddalić  się  od  wioski  i 
śladów cywilizacji, ale uznała po namyśle, że to jest jedno jedyne wyjście. Z 
jednej strony krzewy i zarośla tworzyły jeden olbrzymi, nieprzenikniony wał, 
z  drugiej  zaś  skała  stromo  opadała  ku  wybrzeżu,  wytwarzając  tam  przepaść, 
głęboką na dwieście stóp. W miejscu, w którym stała, nie było nawet mowy o 
możliwości  ucieczki,  obróciła  się  zatem  i  podążyła  na  oślep  drogą  przed 
siebie.  Ale  zaledwie  się  ruszyła,  usłyszała  ponownie  za  sobą  okrzyki,  co 
wzbudziło  w  niej  przypuszczenie,  że  jej  jasna  suknia  musiała  ją  zdradzić. 
Napastnicy ją dostrzegli i teraz ścigali. Słyszała ich kroki, stukot ich butów i 
jakaś paniczna trwoga ogarnęła ją nagle. Serce się jej tłukło, ulegała panice, a 
impuls ucieczki, który się w niej odezwał, był zanadto naglący, by mogła mu 
się  oprzeć.  A  jednak  się  oparła.  Nie  skoczyła  ze  skały,  została  na  miejscu. 
Skupiła swe siły, jeszcze raz się odwróciła i postanowiła zaczekać. 

Mężczyźni  tymczasem  szli  dalej  ścieżką,  wyjąc  jak  psy  i  pogwizdując 

przeraźliwie.  Przystanęła,  zwrócona  w  ich  stronę.  Było  ich  pięciu.  Wszyscy 
byli młodzi i porządnie zawiani, jeśli nie całkiem upici. Hałasowali, gwizdali, 
śmiali  się  głupio  i  pletli  bez  sensu.  Widocznie  wzięli  ją  za  wiejską 
dziewczynę.  

Oparła się na cyplu, nie ustępując ani o cal, pełna pogardy i potępienia dla 

zbirów. 

Po chwili wybuchnęła: 
— Czy zechcecie iść naprzód i zostawić mnie w spokoju? 
Odpowiedzieli  wspólnie  okrzykiem  szyderstwa,  jeden  zaś  z  młodzików, 

rozzuchwalony  widocznie  drwinami  drugiego,  podszedł  do  niej  bliżej  i 
spojrzał jej w twarz. 

background image

— Ale naprzód daj całusa! — krzyknął nachalnie, po czym rzucił się na nią 

i przygarnął do siebie. 

Julia podskoczyła jak zwierzę w pułapce. Niepohamowana furia dodała jej 

sił. Odtrąciła go od siebie i zręcznym ruchem wywinęła mu! się z ramion. 

— Bydlę! — wykrzyknęła. 
Ale nie dokończyła jeszcze słowa, gdy okrzyk jej przeszedł w rozpaczliwe 

wołanie. Ziemia w tej chwili osunęła się pod nią, ona zaś tyłem stoczyła się w 
głąb.  Przez  okruch  sekundy  widziała  jeszcze  gwiazdy  na  granitowym 
firmamencie,  widziała  jeszcze  cienie,  zarysy  jakichś  linii.  Ale  już  w  chwilę 
potem  ogarnęła  ją  noc.  Jakieś  straszne,  potworne,  niezgłębione  ciemności 
rozlewały się przed nią jak morze bez dna. Znikąd nie zdołała do niej dotrzeć 
ani  smuga  światła.  Tylko  dziwny  jakiś  stukot,  może  echo  jakichś  kroków. 
Leżała  tak  chwilę,  gdy  nagle,  nie  miała  nawet  pojęcia,  jak  to  mogło  się 
zdarzyć,  uczula  czyjeś  ramię,  które  starało  sieją  dźwignąć.  Równocześnie 
owionął ją zapach tytoniu. Nie zdawała sobie sprawy, co się z nią działo, nie 
śmiała  nawet  spojrzeć,  zamknęła  oczy.  Wolała  w  tej  chwili  dać  wodze 
fantazji. 

Usłyszała czyjś głos: — Po co pani zamyka te śliczne oczy? Przecież żyje 

pani  jeszcze  ani  trochę  nie  umarła.  Stoczyła  się  lekko  i  skończyło  się  na 
strachu. 

Głos  wywarł  na  niej  przedziwne  wrażenie.  Trochę  prosił,  trochę  wzywał, 

pobudził  do  żywego  jej  zmysł  ciekawości.  Otworzyła  oczy  i  spojrzała  na 
obcego. 

— Kto to? — spytała, udając przerażoną. 
Uklęknął  teraz  przy  niej  i  popatrzył  jej  w  twarz.  Oczy  miał  ciemne. 

Błyszczały  w  ciemności  jak  czarne  onyksy.  Po  chwili  odpowiedział.  Głos 
miał niski i mówił dość szybko. 

— A więc wszystko w porządku. Pani nie ma powodu do niepokoju. Cieszę 

się tylko, że zjawiłem się w porę. Jest tu lepsza droga, którą można by przejść, 
ale  nie  zobaczy  jej  pani  w  tym  strasznym  oświetleniu.  Jakże  się  pani  czuje? 
Czy już trochę lepiej? Może zechce pani usiąść? 

Spostrzegła  w  tej  chwili,  że  cała  jest  oparta  na  jego  kolanie.  Uniosła  się 

lekko, aby spróbować gdzieś usiąść, ale drgnęła z przestrachu, gdy spojrzała 
na  cypel,  na  którym  spoczęła.  Był  wąski,  niedrożny  i  przechylał  się  cały  ku 
głębiom przepaści. 

Wyciągnął ramiona, jakby pragnął jej okazać, że jest gotów do usług. 

background image

— Proszę się nie lękać. Jeszcze raz pani mówię, że jej nic nie zagraża. Po 

co  się  tak  trząść  i  niepotrzebnie  denerwować?  Inna  jednak  rzecz,  że  nie 
zdołałaby  pani  pokonać  tych  przeszkód.  Proszę  patrzeć  teraz  wprost,  nie 
spoglądać pod siebie. To przyprawić może łatwo o brak równowagi. 

Spojrzała  mu  w  twarz.  Blask  jego  oczu  jeszcze  ciągle  ją  wprawiał  w 

przedziwny niepokój. 

— Jak się pan tu dostał? — spytała po chwili. 
— To wcale nie tak trudne dla znawcy tych skał. Pośpieszyłem tu w chwili, 

gdy  dostrzegłem,  co  zaszło.  Zawołałem  nawet  głośno.  Czy  nie  słyszała  pani 
tego? 

— Nie, nie słyszałam. Trudno było słyszeć wśród wrzasków tych ludzi. 
Po jej ciele przemknął dreszcz przerażenia. 
— Czy poszli już stamtąd? 
—  Zbiegli,  gdy  przyszedłem,  stchórzyli  przede  mną.  Mam  jednak  zamiar 

jeszcze ich dopędzić. 

— O nie! — zawołała — proszę nie odchodzić. Nie puszczę pana teraz. Za 

skarby świata nie  zostanę tu sama.  Miałam dosyć dzisiaj, nie przetrwałabym 
więcej. 

Chciała się uśmiechnąć, ale skończyło się tylko na daremnym wysiłku. On 

zaś natychmiast zrezygnował ze swojego zamiaru. 

— No dobrze — rzekł — zostanę przy pani. Ale szkoda teraz czasu. Może 

pomogę  pani  wstać  i  podejść  na  górę?  Tam  będzie  lepiej.  Pani  ocknie  się 
łatwiej i przyjdzie do siebie. 

— Wolałabym zostać tu jeszcze kilka minut. Spojrzała mu w oczy. — Nie 

czuję się pewna. Obawiam się bardzo, że nie dam rady. 

— Proszę się nie lękać, poradzimy sobie jakoś. 
Objął  ją  ramieniem  i  przygarnął  do  siebie.  Uczuła  się  jak  w  kleszczach  w 

jego silnym objęciu. 

—  Proszę  oprzeć  się  na  mnie  —  rzucił  stanowczo.  —  I  niczego  się  nie 

lękać. Nie zagraża pani teraz najmniejsze niebezpieczeństwo. 

Uległa  jego  woli,  dziękując  mu  szeptem.  Uczuła  się  pewniejsza,  gdy  ją 

przytulił do siebie. Siedziała jeszcze chwilę, zupełnie nieruchoma. Zamknęła 
nawet oczy. Stopniowo powracało jej panowanie nad sobą. 

Od  góry  doleciało  ją  szczekanie  psa.  Dźwignęła  się  szybko  z  uczuciem 

niepokoju. 

—  Ach,  to  jest  Kolumb!  —  krzyknęła  nerwowo.  —  Proszę  coś  zrobić,  by 

nie stoczył się na dół. 

background image

Obcy po tych słowach zaśmiał się lekko. 
— Chodźmy więc do niego — poradził jej szczerze. — Nie patrzeć tylko w 

dół! Proszę zwrócić się twarzą do ściany tej skały. I ciągle o tym myśleć, że 
trzymam panią. Pani nie może teraz upaść, to zupełnie wykluczone. 

Dźwignęła  się  z  trudem,  czując  jego  ramię,  którym  objął  jej  barki.  Ale 

jakkolwiek  unikała  spojrzenia  ku  dołowi,  uległa  momentalnie  zawrotowi 
głowy; zatoczyła się nagle i przechyliła ku niemu. 

— To okropne — jęknęła niemal bliska płaczu. — Nie potrafię tego zrobić, 

nie dam temu rady. 

Podtrzymywał ją silnie, nie tracąc cierpliwości. 
—  Musimy  się  przemóc  —  dodał  jej  otuchy.  —  Nie  tracić  tylko  głowy! 

Proszę spokojnie i powoli poruszać się za mą. I patrzeć na skałę. Wtedy krok 
będzie  łatwy,  pewniejszy,  niż  teraz.  Tędy,  proszę  pani.  Musimy  w  tym 
miejscu  okrążyć  cypel.  Nic  nam  nie  grozi,  proszę  podnieść  głowę.  Gdy  go 
tylko okrążymy, droga będzie zaraz o wiele łatwiejsza. 

Może  istotnie  dla  turysty,  wprawionego  w  tych  rzeczach,  sprawa  nie 

przedstawiała tak wielkich trudności, ale Julia, która nigdy nie wspinała się po 
skałach,  znalazłszy  się  w  miejscu,  w  którym  cypel  się  zwężał  do  kilkunastu 
cali,  skała  zaś  sterczała  pionowo,  nie  potrafiła  opanować  swych  nerwów. 
Uczuła po prostu, że dławi ją paniczny strach. 

Przystanęła bezradnie, czepiając się ręką wyłomu skalnego. 
— Nie mogę iść dalej — wyjąkała z rozpaczą. 
—  To  kaprys,  grymasy!  —  obruszył  się  towarzysz.  —  Więcej  silnej  woli, 

panowania nad sobą! Pani zobaczy, że potrafi, gdy pomyśli, że musi. 

Energiczne jego słowa dodały jej bodźca. Po chwili dorzucił: 
—  Pani  dziwna,  doprawdy.  Postępuje  w  tej  chwili,  tak  jakby  nie  miała 

rozumu. A więc naprzód, proszę pani, szkoda nam czasu. Nawet małe dziecko 
zrobiłoby to łatwo. 

Ujął  jej  rękę,  którą  uczepiła  się  skały  i  ciągnął  ją  naprzód.  Poszła  teraz 

wprawdzie, ale pędzona jego siłą; nieświadoma tego faktu, że ma ręce i nogi i 
że własne jej mięśnie kierują jej ruchami. 

Z  oddali  dochodził  ją  poszum  morza,  słyszała  też  wyraźnie,  jak  uderza  jej 

serce,  gdy  znalazła  się  z  obcym  u  skraju  zakrętu.  Gdzieś  w  górze,  pośród 
krzewów, ze zdumiewającą wyrazistością roznosił się po nocy śpiew słowika. 
Tuż u jej ucha, które w nieokreślony dla niej sposób znalazło się obecnie na 
piersi obcego, cykał donośnie kieszonkowy zegarek. Czuła się jak dziecko, w 
jego dziwnie mocnych, herkulesowych ramionach, czuła, że nie idzie, lecz że 

background image

jest popychana. Nie myślała nawet o tym, by się teraz opierać. Stawiała kroki 
zupełnie mechanicznie, zgoła nieświadomie. Gdy minęli ostatecznie grozę za-
krętu,  myślała,  że  zemdleje  i  zapragnęła  wytchnienia.  Ale  jej  towarzysz  był 
dziwnie surowy; popychał ją dalej, nie myślał nawet o tym, by pozwolić jej na 
odpoczynek. 

Szedł  tuż  za  nią,  przywarty  do  niej  piersią,  dziwnie  niewzruszony, 

stanowczy,  niezłomny.  Dotknięcie  jego  palców,  gdy  się  czasem  zdarzało, 
wywoływało  w  niej  dreszcz,  jakby  znienacka  przebiegł  ją  prąd  elektryczny. 
Świadoma była teraz, że jej życie jest w nim, że on jest jej siłą, a ona tylko 
ciałem. 

—  Naprzód,  naprzód!  —  popędzał  ją  żywo.  —  Kolumb  tam  czeka, 

niecierpliwi  się  biedak.  Czy  widzi  pani  stopnie?  Powinny  tam  być. 
Niezgrabne,  co  prawda,  ale  lepsze,  niż  żadne.  Sam  je  żłobiłem  w  tej  skalnej 
ścianie, przydadzą się teraz. Pani znajdzie je zaraz, proszę uważać. 

Dotarła  po  chwili  do  pierwszego  ze  stopni.  Krawędź  w  tym  miejscu 

rozszerzała się znacznie, co osłabiało poczucie niebezpieczeństwa i głębi. Ale 
droga, mimo wszystko, przedstawiała się niepewnie, nawet dość prymitywnie. 
Stopnie  były  drobnymi  wgłębieniami,  wyrytymi  w  kamieniu.  Ale  skała  za 
zakrętem była bardziej pochyła; wdrapywanie się na nią nie napełniało w tym 
miejscu tak straszną niepewnością. 

Przewodnik  Julii  nie  spuszczał  z  niej  oka.  Czuła  jego  dłoń  za  każdym 

prawie  krokiem,  który  posuwał  ją  naprzód.  Pod  sam  niemal  koniec,  gdy  już 
zdawała  sobie  sprawę  z  bliskości  szczytu  i  względnego  bezpieczeństwa, 
przyśpieszyła nieco kroku i poślizgnęła się nagle. Momentalnie ją pochwycił, 
ale mimo wściekłych wysiłków nie potrafiła już znaleźć oparcia pod nogami. 
Uczepiła się skały, chwytając się rozpaczliwie zielska i chwastów, zaś on, tuż 
pod  nią,  podtrzymywał  ją  silnie,  nie  dopuszczając  do  tego,  by  straciła 
równowagę. 

—  Spokojnie,  spokojnie!  —  zachęcał  ją  żywo.  —  Tylko  się  nie  lękać,  nic 

nam nie grozi. I nie czepiać się traw, lecz pochylić się ku mnie. 

— Nie mogę! — wołała — nie mogę, nie mogę! 
— Pochylić się ku  mnie, zostawić te trawy! Jego słowa były ostre, padały 

jak pociski. 

— Lewa ręka naprzód! — zagrzmiał po chwili. — Proszę objąć moją szyję, 

obrócić się lekko i przechylić się. Odległość niedaleka, parę tylko stóp. Damy 
sobie radę, najgorsze już za nami! 

background image

Nie  słyszała  jeszcze  w  życiu  tak  energicznych  instrukcji;  rozkazy  były 

ostre,  jakże  jednak  twarde,  jak  trudne  do  spełnienia.  Wisiała  w  tej  chwili 
oburącz  uczepiona  twardej  skały,  ciągle  nadaremnie  szukając  oparcia, 
śmiertelnie  przestraszona,  by  nie  stracić  równowagi,  zdana  tylko  na  to,  by 
cały swój ciężar powierzyć jego sile. Czekał jednak na nią, nie miała wyboru. 
Z  jękiem  uwolniła  jedną  ze  swych  rąk,  obróciła  się  żywo  i  zawisnęła  mu  na 
szyi swym wolnym ramieniem. 

— Drugą jeszcze rękę! — oderwał się gromko. 
Nie  zdawała  sobie  sprawy,  jak  to  zrobiła.  Zdawało  jej  się  zrazu,  że 

spełniając  jego  rozkaz,  odrywa  się  po  prostu  od  nici  swego  życia.  Ale 
przemogła się wreszcie po momencie wahania. Odczepiła się od punktu, który 
był jej oparciem, i całym swym ciężarem zawisnęła na mężczyźnie. 

Wyprężył  swoje  mięśnie  tak,  że  zamieniły  się  w  żelazo.  Odczuwała  je  jak 

sztaby,  gdy  ją  zamknął  w  ramionach.  Drugim  swym  ramieniem  uczepił  się 
cypla.  Ale  poruszał  się  pewnie.  Nie  zdawał  sobie  sprawy  z  grożącego 
niebezpieczeństwa.  Odetchnął  głęboko,  jakby  na  dłuższy  teraz  czas  chciał 
wchłonąć powietrze, i począł się wspinać. 

Tylko kilka stóp dzieliło go od szczytu — sam tak ocenił — ale gdy począł 

się wspinać, odległość zaczęła się wydłużać i szedł już ostatkiem sił. Zdawała 
sobie  sprawę,  że  jego  wytrzymałość  dobiega  już  granic  i  że  całkowita  tylko 
bierność podtrzyma go skutecznie w wytrwaniu do końca. 

Ani raz się nie potknął, ani raz nie przystanął. Nie orientowała się już teraz, 

jak długo się wspinał; każdy niemal moment był dla niej wiecznością. Ale w 
chwili,  gdy  pomyślała,  że  ta  straszna  przeprawa  może  nie  mieć  już  końca, 
odczuła niespodzianie grunt pod nogami. Nie było wątpliwości, że oboje w tej 
chwili już byli na szczycie. 

Trawa  i  zioła  były  mokre  od  rosy,  dokoła  roznosił  się  zapach  róż,  w 

krzewach  w  oddali  zawodziły  słowiki.  Zrozumiała  nareszcie,  że  najgorsze 
minęło; że znalazła się znowu wśród sfery czarów, w owym cichym zakątku 
marzenia  i  snów,  który  tylko  letnia  noc  może  poddać  wyobraźni,  a  skąd 
jeszcze tak niedawno jakaś ludzka brutalność gwałtownie ją wytrąciła. Morze 
polśniewało tak samo jak przedtem, wysoko na niebie paliły się gwiazdy. 

Zniecierpliwiony  Kolumb  nie  wiedział,  co  począć  z  nadmiaru  uciechy. 

Przesadzał  po  prostu  w  dowodach  radości.  Nie  zdawała  sobie  sprawy, 
dlaczego to robi, ale nagle go schwyciła, przygarnęła do piersi i wy buchnęła 
niespodziewanie gwałtownym płaczem. 

Najgorsze minęło. 

background image

I po raz pierwszy w życiu Julia odczuła, że życie ma urok. 
* * * 
Z  nadludzkim  wysiłkiem  pokryła  wzruszenie.  Udawała  wesołą,  próbowała 

żartować.  Wyśmiała  Kolumba  za  przesadną  troskliwość  i  zwracając  się  do 
niego,  zarzuciła  mu  w  oczy,  że  jest  śmieszny  i  głupi,  skoro  wszczyna  taki 
hałas, nie mając powodu. 

Przemogła  się  w  końcu  i  przyszła  do  siebie.  Obcy  jej  człowiek  przystanął 

opodal, ocierając czoło. Rzuciła ukradkiem na niego spojrzenie. Był średniego 
wzrostu, ale smukły, silny, atletycznej budowy. Gdy zauważył jej spojrzenie, 
odrzucił  chusteczkę  i  zwrócił  się  do  niej.  Jego  oczy  błyszczały,  brwi  miał 
czarne i bardzo ruchliwe. Takie brwi znamionują ludzi wesołych. Twarz miał 
również bardzo ruchliwą. Ale wąskie jego usta, ostro skrojone i zaciśnięte w 
dodatku,  nadawały  mu  wyraz  cokolwiek  ascetyczny.  Julii  się  wydało,  że 
człowiek o takich rysach jest silny, energiczny, niezwykle opanowany, gotów 
do  ofiar  i  wielkich  poświęceń.  Wyraz  jego  twarzy  zdradzał  jednocześnie 
wrodzoną  mu  dumę.  Wyglądał  na  człowieka,  który  o  nic  by  nie  prosił  i  nie 
odbierał też nigdy okazanej mu łaski. 

W chwili, gdy przemówił, przestała osądzać go krytycznie. 
—  Teraz  pora  się  przedstawić  —  odezwał  się  z  wdziękiem.  —  Uzna  pani 

może, że jej ratunek był ważniejszy, niż myśl o konwenansach. Nazywam się 
Green. 

Green,  Green!  —  pomyślała  ze  wstrętem.  Co  za  straszne  nazwisko. 

Zdawało  jej  się  teraz,  że  jakiś  złośliwy  chochlik  wypłatał  jej  figla. 
Romantyczność  wieczoru  przeobraziła  się  nagle  w  szarą  prozę.  Chciała  się 
zaśmiać,  nawet  głośno  się  zaśmiać,  nie  mogła  tego  pojąć,  że  spotkała  się  z 
Greenem. 

Poskromiła  swój  śmiech,  ale  mimo  wszystko  zaśmiała  się,  nie  mogła  tego 

ukryć, gdy podszedłszy do niego, skłoniła się nisko i podała mu ramię. 

—  Dobry  wieczór,  panie  Green,  jak  się  pan  miewa?  Nazywam  się  Moore, 

Julia Moore. — Czy mogę się odwdzięczyć za uratowanie mi życia? 

Głos  jej  drżał,  był  dziwnie  podniecony.  Nie  mogła  się  otrząsnąć  z 

doznanego  zawodu.  Nie  wiedziała,  czy  płakać,  czy  śmiać  się  ze  złości.  Nie 
mogła mu darować, że popsuł jej nastrój. 

Ale gdy ujął jej rękę, rozszalały bunt uciszył się w niej nieco. 
—  Proszę  nie  dziękować  —  wtrącił  z  godnością  —  Jestem  bardzo  z  tego 

rad,  że  się  mogłem  przysłużyć.  I  podziwiam,  mimo  wszystko,  pani  wielką 
odwagę. Dotrzymała bowiem placu w utarczce z hultajami. 

background image

—  A  właśnie  nie  dotrzymałam  —  odcięła  się  żywo.  —  Skoczyłam  do 

przepaści. Czy może pan to uznać za dowód bohaterstwa? 

—  W  każdym  bądź  razie  za  dowód  odwagi.  Nie  każdy  by  się  zgodził 

zaryzykować swe życie. Żałuję tylko teraz, że nie zjawiłem się wcześniej. Nie 
mogłem jednak przeczuć, że okażę się potrzebny. 

— Pan gdzie indziej zapewne był wówczas potrzebny. Ale dziękuję, mimo 

wszystko, serdecznie dziękuję. Gdyby nie pańska pomoc, leżałabym już teraz 
na spodzie przepaści. I pewnie bym nie żyła. 

Drgnęła  na  wspomnienie,  w  tej  samej  jednak  chwili  zacisnął  swą  dłoń,  w 

której trzymał jej rękę, i pociągnął ją bliżej. 

— Jak się pani czuje? — zapytał po chwili. — Nie boli głowa, nie ma pani 

zawrotów? 

— Nie — odrzekła. — Nic mnie nie boli. 
Było  jej  miło,  że  trzymał  jej  rękę.  Zauważył  to  widać,  gdyż  ścisnął  ją 

mocno i nie puszczał ze swej dłoni. 

—  Odprowadzę  panią  zaraz  —  odezwał  się  nagle.  —  Nie  puszczę  pani 

samej. Daleko pani mieszka? 

—  W  domku  Rickettów  —  odrzekła  z  prostotą.  —  Pan  go  zapewne  zna. 

Tuż obok kuźni. 

—  W  domku  Rickettów?  Tak,  znam  go,  to  przy  głównym  gościńcu.  Czy 

wyszła pani z domu, by zażyć przechadzki? 

— Tak — odrzekła. — Noc taka piękna, a Kolumb po prostu wyrywał się z 

domu. Poszliśmy razem. Nie miałam pojęcia, co spotka mnie w drodze. 

—  Ta  droga  prowadzi  przez  skałę  do  High  Shale.  Bezpieczniej  było  iść 

przez plażę i piaski. Tu zawsze się spotyka podobnych nicponiów. 

—  Wolę  jednak  bzy  i  ciszę  natury.  Czy  pan  słyszał,  jak  cudnie  śpiewały 

słowiki? Na drodze przez plażę ani śladu tego nie ma. 

Zaśmiał się cicho. 
—  Ale  za  to  jest  bezpieczna.  Rano  i  tu  jest  zupełnie  spokojnie.  Ale  gdy 

idzie pani wieczorem, proszę zawsze wybierać drogę przez plażę. 

Obrócił się teraz i począł ją prowadzić drogą przez ścieżkę. Szła bez oporu, 

jak ktoś, kto ulega bezwzględnej przemocy. Poddała się znowu czarowi nocy. 
W oddali, w zaroślach, dzwoniły słowiki. 

—  To  miejsce  jest  cudne  —  szepnęła  z  zachwytem.  —  Nie  widziałam 

jeszcze w życiu piękniejszego zakątka. 

— Doprawdy? — zapytał. 
Uderzyło ją niemile, że nie dzielił jej zachwytu. 

background image

—  Nie  przyznaje  pan  tego?  —  spytała  po  chwili.  —  Nie  uważa  pan 

również, że ten kąt jest cudowny? 

Spojrzał na chwilę na morze w oddali. 
—  Przywykłem  już  do  tego,  mieszkam  tu  stale.  Oczywiście,  że  to  miejsce 

ma  pewne  zalety.  Ale  nie  zawsze  jest  tak  piękne,  jest  zanadto  prymitywne. 
Czasem jest dzikie. Uprzykrzyłoby się pani, gdyby dłużej tu przebywała. 

— A jednak zamierzam się tutaj osiedlić. Przystanął nagle, jak przykuty do 

ziemi. 

— Doprawdy? — zapytał. 
—  Pan  się  temu  dziwi?  Dlaczego?  Chcę  wiedzieć.  Czy  brak  tu  może 

miejsca dla jeszcze jednej osoby? 

— Miejsca jest za wiele — odezwał się żywo. — I ruszył znienacka, tak jak 

przedtem przystanął. 

Ścieżka w tym  miejscu rozszerzyła  się znacznie, więc zwolnił na razie jej 

rękę z dłoni. 

— Pani nie wytrwa tu długo — rzekł z przekonaniem. 
— Dlaczego? — spytała. 
— Przekona się pani. 
Rzekł to nerwowo, cokolwiek gwałtownie. Po chwili dodał: 
—  Gdy  róże  przekwitną,  a  słowiki  zamilkną,  nie  będzie  takiej  siły,  która 

zatrzyma tu panią. 

— Jest pan tego pewny? 
— Tak, jestem pewny. 
Zdawało  jej  się  teraz,  że  wyrzekł  to  uparcie,  jakby  z  góry  już  wykluczał 

możliwość kompromisu. 

— Pan nie przebywa tu widocznie z zamiłowania do miejsca? 
— Mam pracę w tej wiosce. Odpowiedź jego brzmiała trochę nieufnie. 
Zdumiała  się  trochę,  nie  roztrząsając  na  razie  poruszonego  tematu.  Szli 

jakiś czas w zupełnym milczeniu. Wreszcie po chwili odezwała się pierwsza: 

—  Cieszyłabym  się  z  tego,  gdybym  miała  tu  pracę.  Ta  praca,  jak  sądzę, 

zrobiłaby mi dobrze. 

— Doprawdy? — zapytał. Po chwili dorzucił: 
—  Czy  przyjechała  pani  po  to,  aby  znaleźć  tu  pracę?  To  nie  był  chyba 

powód, który skierował ją tutaj? 

— No nie, jak na razie. 
Wyrzekła te słowa, jakby z dziwną chwiejnością. 

background image

—  Ale  każdy  —  dodała  —  powinien  o  to  dbać,  by  zarabiać  na  życie.  Nie 

przyznaje pan tego? 

—  Oczywiście,  że  powinien,  to  daleko  bezpieczniejsze.  Ale  nie  każdy  ma 

ku temu odpowiednie kwalifikacje. 

— Nie? — spytała. 
Głos jej zabrzmiał kapryśnie. 
— Sądzi pan zatem, że na darmo tu szukałam przytułku u Rickettów? 
— Nie wiem, proszę pani. To zależy od tego, do czego pani ma zdolności. 
— Do czego mam zdolności? Zaśmiała się lekko, lecz dziwnie złośliwie. 
— Kolumbie! — krzyknęła — do czego mam zdolności? Dotarli do płotu, 

który wiódł poprzez furtkę ku ścieżce do wioski. 

Kolumb się zatrzymał, kręcąc się bezradnie i dowodząc tym samym, że nie 

da  sobie  rady  bez  pomocy,  zaś  Julia  przystanęła  i  oparłszy  się  na  płocie, 
zwróciła się twarzą w kierunku zachodu. 

—  Do  czego  mam  zdolności?  — powtórzyła  bezgłośnie.  —  To  tak  trudno 

powiedzieć... 

Zaśmiała się lekko i spojrzała mu w oczy. Niebawem dodała: 
—  Może  opowie  panu  o  tym  lady  Joanna  Farringmore?  Odeślę  pana  do 

niej. Ona na pewno będzie znała wszystkie moje zdolności. 

Wykonał jakiś gest, wyrażając nim zdumienie. 
— Pani zna Farringmore'ów? Uniosła nieco brwi. 
— Tak, znam ich. Pan ich także zna? 
—  Ze  słyszenia  zaledwie.  Lord  Wilchester  jest  właścicielem  kopalni  w 

High Shale. Ale nigdy do tej pory nie spotkałem ich tutaj. 

Wyrzekł te słowa zupełnie obojętnie. 
— I nie pragnął pan tego? — podsunęła mu myśl. — To łatwo zrozumiałe. 

Uprzykrzyli mi się wszyscy, nie znoszę ich teraz. Zwłaszcza zaś do niej mam 
dziwną  antypatię:  do  lady  Joanny.  Może  popełniam  przez  to  nietakt,  ale 
powiem panu jeszcze, że od małych dzieci chowałyśmy się razem. 

— A teraz, po latach, porzuciła ją pani? 
— Tak jest, porzuciłam. Od dłuższego już czasu nie możemy się zgodzić. 
Po chwili dodała: 
—  Ona  zanadto  jest  swobodna,  zanadto  wolnomyślna,  a  ja,  no  cóż  panu 

powiem?  Może  za  skromna,  jak  dla  niej,  za  głupia  po  prostu.  Gdy 
dostrzegłam ten rozdźwięk, zaczęłam jej unikać. Coraz jawniej, wyraźniej, aż 
rzuciłam ją w końcu i wyjechałam nad morze. 

— To był gest bohaterski — skomentował jej słowa. 

background image

— Ale nie był też poświęceniem — wtrąciła bezpośrednio. — Mam trochę 

pieniędzy, wystarczy mi na razie, aby nie żyć jak głodomór. Nie wystarczy mi 
tylko na tytoń i papierosy, a zwłaszcza na te, do których przywykłam. 

Jej uśmiech miał wyraz serdecznie poufały. 
—  To  jedyny  mój  nałóg  —  dodała  po  chwili.  —  I  nie  przywykłam  do 

podlejszego gatunku. Czy powie mi pan może, gdzie pan kupuje papierosy? 

Odpowiedział uśmiechem i sięgnął do kieszeni, szukając papierośnicy. 
—  Proszę  naprzód  spróbować,  czy  przypadną  pani  do  smaku.  Nie  kupuje 

się kota, jak długo jest w worku. 

—  O  nie,  proszę  pana,  z  góry  już  wiem,  że  mi  będą  smakować.  Dziękuję 

uprzejmie, nie wezmę papierosa. Wyglądałoby to jeszcze, że wyżebrałam go 
sobie.  Chcę  tylko  wiedzieć,  gdzie  je  pan  kupuje.  Jeżeli  nie  będą  za  drogie, 
kupię i spróbuję. 

Otworzył papierośnicę i podtrzymał ją przed nią. 
— Proszę — zawołał. — Za błaha to rzecz, by odmawiać mojej prośbie. 
Zawahała się nieco i ostatecznie uległa. 
—  Dziękuję,  panie  Green.  Za  wiele  już  dzisiaj  otrzymałam  od  pana. 

Dziękuję serdecznie. 

Pochylił się przed nią. 
— To widocznie mój przywilej, że mogę pani służyć. Bardzo byłbym rad, 

gdybym  i  w  dalszej  przyszłości  mógł  przydać  się  na  co.  Papierosy  mogę 
kupić, kiedy pani zechce. Ale nie można ich dostać bezpośrednio na miejscu. 

— Nie można? — spytała. — Pobladła cokolwiek. — Ach, jaka szkoda. 
—  Bagatela  —  zawołał.  —  Ta  rzecz  nie  robi  mi  żadnych  trudności.  Gdy 

pozwoli mi pani, postaram się o nie. 

Potarł zapałkę i podał jej ogień. Jednocześnie i sam zapalił papierosa. Julia 

zaciągnęła się dymem tytoniowym. 

— Doskonałe — rzekła. — Wiedziałem to już wtedy, gdy przechodził pan 

niedawno obok domu Rickettów. Pan palił wówczas te właśnie papierosy. 

Spojrzał jej w oczy i zaśmiał się lekko. 
— Kiedy to było? 
—  Gdy  czekałam  na  pudding.  Ten  pudding  był  okropny,  aż  zepsuł  mi 

humor. 

Urwała na chwilę. 
—  Nie,  to  jest  straszne  —  dodała  niebawem.  —  Powie  pan  jeszcze,  że 

jestem  plotkarką.  Cofam  moje  słowa.  Niech  pan  zapomni,  że  padły  z  moich 
ust. 

background image

— Czy nie wolno pani mówić o tym, co myśli? 
—  To  niegrzeczne,  proszę  pana.  Wynikałoby  z  tego,  że  obmawiam  panią 

Rickett. A ona jest zacna, poczciwa kobieta. I przywyknę może z czasem do 
jej puddingów, dumpingów i innych specjalności. 

—  To  bohaterstwo,  doprawdy.  Ciekaw  jestem  tylko,  czy  odniesie  pani 

sukces. 

— Oczywiście, że nie odniosę 
Obróciła się teraz  i podeszła do furtki. Mówiąc z nim  dalej, nadała swoim 

słowom charakter poufny. 

— Mam dziwne wrażenie, że pobyt w tym miejscu przyniesie mi korzyści. 

Postaram  się  o  to,  by  uspokoić  mój  umysł.  A  gdy  spotkam  kiedy  znowu 
czcigodną lady Jo, jeśli w ogóle ją spotkam, to już będę zabezpieczona od jej 
wszystkich wybryków. 

Wyprzedził ją teraz i otworzył furtkę. 
— A ja mam wrażenie, że ucieknie pani od nas na długo jeszcze przedtem, 

nim „uspokojony jej umysł" zapuści tu swoje korzenie. 

Na  ustach  Julii  pojawił  się  uśmiech.  Skierowali  się  teraz  na  ścieżkę  za 

płotem. 

—  On  już  teraz  je  zapuszcza  —  odrzekła  przekornie.  —  Już  dawno  nie 

czułam się tak spokojna i szczęśliwa. 

— To zapewne złudzenie — wywodził uczenie. — Bardzo w to wątpię, czy 

to  szczęście  jest  realne.  To  nowość  tak  nastraja,  zmiana  otoczenia. 
Poczekajmy  jednak  miesiąc,  aż  to  wszystko  spowszechnieje,  a  ręczę  pani  za 
to, że poczuje się znudzona. 

— Analiza, mój panie, za wiele analizy. Nie myślę nawet o tym, że poczuję 

się  znudzona.  A  nowości  nie  nęcą.  Pan  myśli,  że  się  cieszę  z  tego,  że  nie 
spadłam na samo dno przepaści? Może tak byłoby lepiej? 

Życie  jest  okropne.  Lubię  tylko  spokój  i  cuda  przyrody.  Od  dziecka  to 

lubię, to moja natura. Zaśmiała się lekko. 

—  Zauważył  pan  zapewne,  że  nie  bardzo  byłam  dzielna  w  obliczu 

niebezpieczeństwa.  Pan  sam  to  nawet  orzekł,  że  postępuję  jak  osoba 
„pozbawiona rozumu". 

—  Byłem  szczerze  przekonany,  że  wybaczyła  mi  to  pani  i  puściła  w 

niepamięć. 

—  Ani  jedno,  ani  drugie  —  odrzekła  stropiona.  —  W  okolicznościach, 

które zaszły, nawet mocniejsze słowa uważałabym za słuszne. Gdyby nie był 
pan stanowczy, nie uratowałby mnie od niechybnej śmierci. 

background image

— Gdybym nie był brutalem, to ma pani na myśli. Ale nie będę nim więcej. 

W przyszłości okażę się układniejszym człowiekiem. 

Zaśmiał się wprawdzie, ale słowa jego brzmiały stanowczo i poważnie. 
— Kiedyż to będzie? — spytała go Julia. 
—  Jeszcze  na  razie  nie  wiem.  Mogę  jednak  łatwo  udostępnić  tę  skałę 

wędrowcom. Myślałem już o tym. Stopnie są kiepskie, nie prowadzą do celu. 
Ale  gdyby  podminować  skałę  i  jeden  z  jej  wyłomów  wysadzić  w  powietrze, 
przysłużyłoby  się  to  może  podróżnym  nie  znającym  terenu.  Dawno  bym  to 
zrobił,  gdybym  nie  zamierzał  tego  kąta  zachować  dla  siebie.  Nie  ulega 
bowiem  wątpliwości,  że  wspinanie  się  po  skale  w  jej  obecnym  stanie 
przedstawia istotnie poważne niebezpieczeństwo. 

Julia zatrzymała się nagle. 
—  Pan  jest  zatem  inżynierem!  —  krzyknęła  z  uśmiechem.  —  Ale  nie 

zniszczy pan chyba swej ulubionej kryjówki jedynie dlatego, bym nie spadła 
ponownie.  Prawdopodobieństwo  jest  małe,  o  tym  z  góry  mówię.  Teraz 
zechciej pan łaskawie zostawić mnie samą. Przed chwilą dopiero przyszło mi 
na myśl, że mieszka pan zapewne w pobliżu kopalni. Nie pozwoliłabym na to, 
by pan tracił dla  mnie czas, gdybym pomyślała o tej sprawie choć kwadrans 
wcześniej. 

Spojrzał jej w oczy z wyrazem zdumienia. 
—  Ależ  nie  —  zaprotestował  —  kierunek  naszych  dróg  jest  zupełnie  ten 

sam.  Bez  względu  jednak  na  to  mam  miłą  nadzieję,  że  nie  wzbudzę  pani 
gniewu, jeśli cało i bezpiecznie odprowadzę ją do domu. 

—  Pan  krępuje  się  zapewne,  a  istotnie  bez  potrzeby.  Musimy  tu  na  wsi 

postępować ostrożnie. Czy naprawdę pan idzie w tym samym kierunku? 

— Zaręczam to pani, tuż obok domu czcigodnej pani Rickett. I nie jestem 

inżynierem. Jestem wiejskim nauczycielem w szkole ludowej. 

Oświadczył to prosto, bez żadnych ogródek. Teraz Julię na zmianę ogarnęło 

zdumienie. Przystanęła na chwilę, gdyż zabrakło jej tchu. 

— Pan? — zawołała — pan? 
— Tak, ja. Dlaczego to panią tak dziwi? 
Zaśmiał się dziwnie. Nie mógł zrozumieć, dlaczego nie wierzy. 
— Czy sprawiłem pani przykrość? 
Zaśmiała  się  również.  Po  chwili  z  powrotem  przybrała  poważny  wyraz 

twarzy. 

—  Ależ  nie,  przeciwnie.  Mogłam  się  domyślić.  Dziwię  się  nawet,  że  nie 

zgadłam od razu. 

background image

—  Nie  rozumiem  —  odparł.  —  Jak  to:  „domyślić"?  Czy  wyglądam 

naprawdę jak wiejski bakałarz? 

—  No  nie  —  odrzekła  —  stanowczo  nie.  Ale  słyszałam  dziś  rano,  jak 

mówiono  o  panu.  Nie  mówiono  o  pedagogu,  mówiono  o  bracie.  O  bracie 
Dicku. 

— A! — zawołał. 
Zmieszał  się  lekko.  Wydało  się  jej  nawet,  że  wpadł  w  zakłopotanie.  Ale 

ocknął się rychło i znowu odzyskał pierwotny kontenans. 

— A więc brat z panią mówił? Mój brat, Robin? 
— Tak — odrzekła. — Spotkałam go dzisiaj, przechodząc wybrzeżem. 
—  Czy  dobrze  się  zachował?  —  spytał  stropiony.  —  Nie  przelękła  się  go 

pani, nie uciekła od niego? 

— Dlaczego miałam uciec? Bardzo mi go żal. 
Mówiła to szczerze, z widocznym współczuciem. Po chwili dodała: 
— Mam szczere przekonanie, że będziemy przyjaciółmi. 
—  Pani  ma  dobre  serce  —  rzekł  cichym  głosem.  —  On  ma  niewielu 

przyjaciół,  nieszczęsne  biedaczysko.  Ale  dla  tych,  których  zyskał,  nawet  w 
ogień  by  poszedł.  Większość  znajomych  odstrasza  jego  widok,  nie  garną  się 
do niego, unikają go nawet. Poza tym jest nieśmiały, czasami nawet dziki. Ale 
cóż  w  tym  dziwnego?  To  rzecz  naturalna.  W  jaki  jednak  sposób  poznała  go 
pani? Zawahała się nagle. 

— Zaczepiłam go pierwsza — rzekła po chwili. 
— Doprawdy? — zapytał — Z jakiego powodu? Zawahała się znowu. 
Zachmurzył się nagle i bystrym wzrokiem spojrzał jej w oczy. 
—  Zapewne  coś  zrobił  —  ozwał  się  ostro.  —  Proszę  mi  powiedzieć,  nie 

osłaniać go przede mną. 

— Czy nie będzie się pan gniewał, gdy odmówię odpowiedzi? 
—  Więc  on  mi  odpowie,  gdy  pani  się  wzbrania.  Jego  głos  był  stanowczy, 

niemal rozkazujący. 

— To nie byłoby godziwe — odrzekła łagodnie — gdyż sama tego pragnę, 

aby pan się nie dowiedział. 

Pani nie chce, abym wiedział? — zapytał badawczo. 
—  Gdybym  chciała  —  odparła  —  powiedziałabym  sama.  Zamyślił  się 

chwilę. 

— Czy przyrzeka mi pani że powie mi w przyszłości, gdyby zachował się 

niegodnie? 

Julia się zaśmiała. 

background image

— Przyrzekam to panu. Jestem jednak pewna, że to nie zdarzy się więcej. 
— A więc sprawa załatwiona. 
— Dziękuję — odrzekła. 
Zeszli na gościniec i dostrzegli światła w budynku na wzgórzu. 
—  Tu  mieszka  Fielding  —  ozwał  się  Green.  —  Słyszała  pani  pewnie  o 

nim? Nazywają go tu we wsi wielkim  człowiekiem. Nie  mylą się  może.  Jest 
bardzo bogaty. Cała ta wieś należy do niego. 

—  Słyszałam  już  o  nim  —  odrzekła  po  chwili.  —  A  jaki  ma  charakter? 

Uprzejmy dla ludzi? 

Green znacząco podniósł ramiona. 
— Ja osobiście zawdzięczam mu wiele. 
— Wiem o tym — rzekła. 
Dotarli w tej chwili do domku kowala. Z otwartych okien roznosił się odór 

taniego tytoniu. Wskazywało na to, że stary gdzieś w pobliżu palił fajkę. 

— Dobranoc! — rzekła. 
Ujął jej dłoń i ścisnął ją mocno. 
— Dobranoc! — odrzekł. — Miejmy nadzieję, że żadne z pani życzeń nie 

zostanie nie spełnione. 

Pogłaskał Kolumba i otworzył jej furtkę. 
Od strony werandy stuknęło coś głośno, jakby nagle jakiś zwierz przebudził 

się ze snu. 

— Czy to pan, panie Green? — zawołał jakiś bas. — Chodź pan bliżej. 
Green jednakże nie ruszył się z miejsca. 
—  Dziś  nie  mam  czasu  —  zawołał  w  odpowiedzi.  —  Mam  wiele  roboty. 

Dobranoc, panie Rickett, dobranoc panu! 

Furtka się zamknęła, zaś Julia z Kolumbem ruszyła ku domowi. Green już 

odszedł,  słyszała  jego  kroki.  Trapiła  ją  myśl,  kiedy  się  odbędzie  następne 
spotkanie. 

* * * 
Kościółek  w  Little  Shale  miał  wygląd  staroświecki,  lecz  bardzo 

malowniczy.  Stał  na  wzgórzu,  naprzeciw  niemal  bramy  do  dworu,  (majątek 
był własnością wielkiego Fieldinga) a pęknięte dzwony, od lat zawieszone w 
zmurszałej od wieku, pochylonej dzwonnicy, tylko raz w tygodniu płoszyły ze 
snu drzemiące w niej kawki. — Tylko raz w tygodniu, od niepamiętnych lat 
— rozważała Julia — gdy spełniając obowiązek, uległa nazajutrz ich dziwnie 
jękliwemu, żałosnemu wezwaniu. Nie wyobrażała sobie tego, jak brzmiałyby 

background image

w  powietrzu,  gdyby  w  głębi,  pod  nimi,  szedł  orszak  weselny;  nadawały  się 
raczej do składania podzwonnego ku czci nieboszczyków. 

Dwa  olbrzymie,  sędziwe  platany  stały  na  straży  u  boków  kościoła,  trzeci 

najgrubszy,  wznosił  się  dumnie  na  wprost  przedsionka.  Drogę  do  niego, 
wiodącą  bezpośrednio  od  bramy  wejściowej,  po  obu  jej  stronach  znaczyły 
krzyże i ruiny nagrobków. 

Gdy  Julia  ją  mijała,  wyprzedził  ją  szybko  staruszek  ksiądz  w  zrudziałej 

sutannie.  Zniknął  po  chwili  za  murem  kościoła,  ona  zaś  pomyślała,  jak 
dziwnie  pasował  do  otoczenia.  Ciężkie  jej  myśli  przerwał  znienacka  ryk 
klaksonu.  Niemal  jednocześnie  śmignęła  drogą  błyszcząca  limuzyna  i 
zboczyła  po  chwili  przed  portal  kościoła.  Choć  paliła  ją  ciekawość,  kto 
siedział w jej wnętrzu, nie odwróciła głowy, gdy auto ją mijało, (to ubliżyłoby 
powadze) lecz równomiernym krokiem szła dalej przed siebie i zatrzymała się 
dopiero,  gdy  weszła  do  środka.  Przystanęła  pod  ścianą,  graniczącą  z 
przedsionkiem. Uderzył ją zapach stęchlizny i pleśni. 

Kościółek był mały, ściany miał białe, okna wysokie, o szybach zielonych, 

ław  miał  niewiele,  a  jedną  osobną,  przeznaczoną  dla  państwa.  Ławy  zajęli 
okoliczni wieśniacy. Nie było ich wielu. Ale wszyscy w tej chwili wyciągnęli 
szyje i spoglądali ku drzwiom. 

Nie zwrócono uwagi na obecność Julii. Gdy upewniła się o tym, usiadła po 

namyśle w pobliżu przedsionka. Pojawienie się dworu uważano widocznie za 
rodzaj wydarzenia, zaś Julia w swym miejscu miała dobre warunki do cichych 
obserwacji. 

Odezwały się kroki i tuż obok wejścia rozległ się nagle dziwnie jaskrawy, 

szarpiący głos. Pochodził od kobiety. 

—  To  dziwne,  Edwardzie.  Czy  ten  wiejski  dławiduda  jest  towarzystwem 

dla ciebie, że akuratnie co niedzielę prosisz go na obiad? Cóż tam charakter i 
inne zalety? Nie nadaje się dla mnie i sprzeciwiam się temu. 

Wyrzekła  te  słowa,  bezpośrednio  zaś  po  nich  zabrzmiały  w  kościele 

dźwięki  organów.  Julia  odruchowo  spojrzała  na  organy  i  dostrzegła 
człowieka,  o  którym  mówiono.  Instrument  zajmował  miejsce  na  chórze,  tuż 
obok  niego  zgromadziły  się  dzieci.  Siedziały  na  ławkach,  a  czujny  organista 
nie  spuszczał  z  nich  oka.  Julii  krew  uderzyła  do  głowy.  Była  tego  zupełnie 
pewna,  że  uwagę  usłyszano  w  całym  kościele  i  odczuła  ją  przykro,  niemal 
boleśnie. 

Zaszumiały  jedwabie  i  jednocześnie  kobieta  wkroczyła  do  środka.  Julia  w 

tej chwili spojrzała jej w twarz. Była  młoda, przystojna, o twarzy delikatnej, 

background image

lecz dziwnie wyniosłej, o spojrzeniu zuchwałym, nie licującym z szacunkiem, 
należnym świątyni. Tuż za kobietą kroczył mężczyzna. 

Był  wysokiego  wzrostu,  lat  średnich,  dosyć  przystojny,  choć  o  rysach 

pospolitych  i  twarzy  szorstkiej,  dziwnie  niemiłej.  Fałdy  u  ust  nadawały  jej 
wyraz  szyderczy  i  drwiący,  brwi  miał  zmarszczone,  czoło  przecięte 
poprzeczną  bruzdą.  Kroczył  zamaszyście  z  niezwykłą  pewnością,  jakby 
gotów  do  walki,  gdyby  ktokolwiek  z  obecnych  zakwestionował  jego  prawo 
panoszenia się w kościele. 

Kobieta  podążyła  ku  ławie  pod  amboną,  on  zaś  skierował  się  najpierw  na 

chór, poklepał organistę poufale po ramieniu i wdał się z nim zaraz w głośną 
dyskusję. 

Julia  czekała  na  rezultat  rozmowy.  Green  odwrócił  się,  ujrzała  jego  profil 

na tle instrumentu, potem odrzekł coś krótko, lecz bardzo dobitnie i skierował 
z  powrotem  twarz  do  organów.  Schmurzony  pan  podążył  ku  ławie,  solo 
organowe zabrzmiało ponownie wśród ciszy kościoła. Green grał biegle, lecz 
dziwnie  mechanicznie,  skupiając  uwagę  na  dzieciach.  Nabożeństwo  było 
długie, nie mogły się obejść bez jego nadzoru. Już teraz niektóre zaczynały się 
nudzić,  poruszały  się  ciągle,  chrząkały  nerwowo.  Jakaś  młoda  pani  (Julia 
sądziła,  że  to  córka  pastora)  siedziała  opodal,  ale  było  jawną  rzeczą,  że  jej 
władza  nad  dziećmi  była  zgoła  znikoma.  Kazanie  było  nudne  i  strasznie 
rozwlekłe. Green opuścił swe miejsce przy organach i usiadł między dziećmi. 

W  chwili,  gdy  to  zrobił,  dzieci  momentalnie  zaczęły  się  skupiać.  Julia  po 

chwili zapadła w drzemkę i wysilała się, jak mogła, by nie zasnąć całkowicie. 
Inni parafianie spali już dawno. Ranek był upalny, a całe nabożeństwo nudne i 
męczące. 

Gdy się skończyło, Julia czym prędzej wybiegła pod drzewa, dziwiąc się w 

duchu, dlaczego jeszcze przedtem nie uciekła z kościoła. Po chwili podążyła 
ścieżką  przed  siebie  i  ujrzała  limuzynę,  stojącą  przed  bramą.  Kierujący  nią 
szofer  czekał  u  wejścia.  Spojrzała  na  niego,  przechodząc  przez  bramę  i 
zdziwiła  się  bardzo,  że  wtopił  w  nią  wzrok,  jakby  wiedział  coś  o  niej  lub 
chciał  coś  powiedzieć.  Gdy  spojrzała  mu  w  oczy,  opuścił  powieki.  Julia 
przeszła, nie mogąc rozwiązać tej dziwnej zagadki. 

Kolumb  cierpliwie  czekał  opodal  i  pragnął  widocznie  dłuższego  spaceru. 

Nie  miała  serca  sprawić  mu  zawodu.  Panował  jednak  upał,  słońce  na 
wybrzeżu  oślepiało  swym  blaskiem,  więc  cofnęła  się  z  powrotem  ku  alei 
przed  kościołem,  pamiętając,  że  u  wejścia  widziała  gdzieś  furtkę, 
bezpośrednio zaś za nią duży, prywatny, cienisty ogród. 

background image

Parafianie tymczasem opuścili kościół, ale przed wejściem do szkoły, która 

stała  opodal,  dostrzegła  grupę  czekających  chłopców,  a  w  chwili,  gdy 
wreszcie znalazła furtkę, ujrzała i Greena, który skierował się do nich. Ubrany 
był teraz w płócienne ubranie, na szyi miał narzucony duży ręcznik. Chłopcy 
jak szczeniaki okrążyli go dokoła, zaś Julia zaśmiała się i weszła do ogrodu. 
Odrzucił  jak  widać  zaproszenie  wielmoży.  Odczuła  radość,  że  okazał  się 
twardy. 

Cisza  ogrodu  jeszcze  bardziej  wpłynęła  na  jej  nastrój.  Pomyślała  o 

Londynie,  o  jego  skwarze  i  mgłach,  o  wyziewach  benzyny,  o  tulących  się 
parkach  pod  wyschłymi  drzewami,  o  ciżbie,  natłoku,  hałasie,  gorączce  i  z 
radością  spojrzała  ku  cienistym  gałęziom,  nie  mogąc  się  nasycić  urokiem 
samotności.  Tydzień  temu  była  sama  jakąś  cząstką  tego  wiru  bez  końca,  tej 
wiecznie  kotłującej  się  niewzruszonej  maszyny  —  bezradną  jej  cząstką, 
rzucaną na oślep, gdzie porwał ją prąd,  miotaną jak liść bez celu i kierunku, 
nieświadomą  swej  drogi,  pozbawioną  swej  woli.  Jeszcze  tydzień  temu, 
tydzień  zaledwie!  A  dziś  była  wolna,  była  już  sobą.  W  samą  jeszcze  porę 
dostrzegła  niebezpieczeństwo,  w  samą  porę  zdołała  się  wymknąć.  O,  jakże 
powinna  dziękować  dziś  Bogu!  I  jak  Go  za  to  czcić,  że  spełnił  jej  jedyne, 
gorące życzenie! 

Zrobiło  jej  się  żal,  że  nie  podziękowała  już  Bogu,  będąc  w  kościele.  To 

byłoby mądrzejsze, niż się nudzić i spać. Ale czy i w cieniu drzew nie potrafi 
się  skupić,  by  w  głębi  swego  serca  pomyśleć  o  Bogu?  Owszem,  potrafi. 
Nawet  szczerzej  i  goręcej,  niż  w  murach  kościoła.  Siedziała  w  tej  chwili  na 
omszałym  pniu,  rozkoszując  się  słońcem  i  cudami  natury,  chłonąc  je  z 
rozkoszą, oddając im duszę z prawdziwym nabożeństwem.  Kolumb był koło 
niej  i  odkopywał  chrabąszcza,  który  zagrzebał  się  w  trawie.  Śledziła  jego 
ruchy, jakby zupełnie oderwana od świata i ludzi. 

Uganiał  się  za  owadem  cierpliwie  i  zawzięcie,  przydeptywał  trawę, 

roztrącał  ziemię,  w  końcu  jednak  uznał,  że  szuka  na  próżno,  zaniechał  więc 
trudów, westchnął głęboko i z wyrazem rezygnacji położył się na ziemi. 

Pogładziła go ręką, potem nagle schwyciła garść jego włosów. 
— Byłoby mi smutno, gdybym nie miała tu ciebie. 
Kolumb się skrzywił, jakby grymasem uśmiechu dziękował za komplement, 

po czym zgoła nieprzystojnie obrócił się nagle i złapał pchłę. 

—  Szkoda,  że  nie  przyniosłam  ze  sobą  jedzenia  —  odezwała  się  pani.  — 

Nie  musielibyśmy  teraz  wracać  do  domu.  Co  o  tym  myślisz,  kochany 
Kolumbie? 

background image

Kolumb nie umiał odpowiedzieć słowami, wcisnął jednak nos do dłoni swej 

pani,  jakby  wyrażając  jej  przez  to,  że  nie  zależy  mu  obecnie  na  sprawie 
jedzenia.  Ale  zaledwie  to  „wyrzekł",  odwracając  się  od  niej,  nastawił  uszu  i 
mruknął złowrogo, jak lew na pustyni. 

Julia  nerwowo  podniosła  oczy.  Poznała  po  krokach,  że  od  ścieżki  za 

drzewami ktoś zbliża się do nich. Chwyciła Kolumba za rzemyk obroży, gdyż 
poszczekując za obcym, lubił ją ścigać i okrążać dokoła.  W tej samej chwili 
wyłoniła się postać, w której zaraz poznała miejscowego możnowładcę. 

Szedł  teraz  szybko,  niecierpliwie  wywijając  spacerową  laseczką.  Na  czole 

jeszcze  ciągle  wisiała  mu  chmura,  Julia  poznała,  że  nie  znajdował  się  w 
życzliwym nastroju. 

Nie  dostrzegł  jej  zrazu;  zauważył  ją  później,  gdy  zbliżył  się  do  niej. 

Kolumb  jeszcze  raz  zawarknął  donośnie,  on  zaś  przystanął  i,  zdumiony 
widocznie, spojrzał jej w twarz. 

Jego  oczy  patrzyły  pytająco.  Nie  namyślając  się  zatem,  przemówiła  doń 

pierwsza, jakby chcąc się oczyścić z zarzuconej jej winy. 

—  Jesteśmy  intruzami  —  powiedziała.  —  Nie  spodziewam  się  jednak,  że 

nas pan wyrzuci. 

—  Może  pani  zostać  —  rzekł  obojętnie,  uchylając  kapelusza.  —  Ale  nie 

podoba mi się pies, nie jestem go pewny. 

Głos  miał  miły,  ale  krótkim  jego  słowom  nie  towarzyszył  na  twarzy 

pogodny wyraz. Nie skrzywił jej nawet do lekkiego uśmiechu. Wydał jej się 
starszy,  niż  wyglądał  w  kościele.  Na  pewno  już  dawno  przekroczył 
pięćdziesiątkę. 

Pociągnęła Kolumba bliżej do siebie. 
—  Gdyby  próbował  mnie  atakować,  padłby  od kuli. Wyrzekłszy  te  słowa, 

skierował się dalej bez żadnej ceremonii. 

— Nie puszczę go do pana, proszę się nie bać! 
Julia przygarnęła psa do piersi i szybkim ruchem ucałowała jego łeb. 
— Niegrzeczny ten pan, nieprawda, Kolumbie? Musimy go nauczyć nieco 

lepszej ogłady. 

Dziwiła się skrycie, czemu o tej porze jeszcze  raz się  skierował na dróżkę 

kościelną.  Minęła  pierwsza,  więc  i  dla  niej  był  czas  pomyśleć  o  powrocie. 
Dobrze  się  stało  —  pomyślała  po  chwili.  Nie  cofnęła  się  przed  nim, 
podrażniła go trochę, popsuła mu nerwy. Na drugi raz jednak ona i Kolumbek 
będą bardziej dyskretni. 

background image

Obiad  u  pani  Rickett  zamówiony  był  dzisiaj  na  pół  do  pierwszej.  Nie 

zachwycała się myślą, że zapewne już czeka. Przeczuwała proroczo, że dania 
będą  znowu  niemożliwe  do  spożycia,  ale  za  nic  w  świecie  nie  zwróciłaby 
uwagi dobrodusznej pani Rickett. Poza tym pozostał jej w zapasie tylko jeden 
papieros. 

Powstała  po  chwili  i  ruszyła  ku  furtce.  W  połowie  drogi  doleciał  ją  gwar 

prowadzonej rozmowy. Przystanęła nagle, nie wiedząc, co począć. Jacyś dwaj 
mężczyźni  rozprawiali  przy  furtce  (nie  mogła  ich  dostrzec  z  cienistej  alei)  i 
domyśliła  się  z  lękiem,  że  zagradzają  jej  drogę.  Czekała  jeszcze  chwilę,  ale 
wreszcie  pokonała  chwilowy  niepokój  i  zdecydowanym  krokiem  ruszyła 
przed siebie. Obiad pani Rickett nie poprawi się zapewne z długiego czekania. 

Gdy podeszła bliżej, poznała po głosie, że jednym z mężczyzn był sam pan 

Fielding. Mówił teraz głośno, był zły, podniecony. 

Odpowiedź,  którą  dostał,  była  krótka,  dobitna,  lecz  dziwnie  pogodna.  Nie 

brakło jej nawet śladów humoru. 

—  Dziękuję  uprzejmie.  Ale  zechce  pan  zrozumieć,  że  nie  odmówiłbym 

przecież, gdybym życzył sobie przyjść. 

Umilkli na razie, lecz Fielding ponownie wybuchnął po chwili: 
—  Więc  zostań  pan,  u  licha!  I  zajmij  się  czym  innym,  gdy  to  drugie  jest 

milsze! 

Julia w tej chwili obeszła zakręt i stanęła na ścieżce tuż obok furtki. 
Green  skierowany  był  twarzą  do  niej;  odczytała  mu  z  oczu,  że  zaraz  ją 

poznał. Fielding natomiast obrócony był tyłem. Młodzieniec wobec tego ujął 
jego ramię i odsunął go na bok. 

Fielding  natychmiast  obrócił  się  żywo  i  spojrzał  na  Julię  z  wyrazem 

wyrzutu. Stanęła przy furtce. Na przekór swej postawie, dumnej i stanowczej, 
uczuła w tej chwili gorąco w policzkach. 

Green podszedł do niej i podał jej rękę. 
—  Dzień  dobry,  panno  Moore!  —  powitał  ją  żywo.  Pani  zwiedziła  dziś 

wioskę w przeciwnym kierunku. 

Ujęła  jego  dłoń,  dziwnie  zmieszana  obecnością  Fieldinga.  Green  w  tej 

chwili  miał  głowę  odkrytą,  jego  włosy  błyszczały  na  wietrze  i  słońcu.  Był 
bardzo uprzejmy i miły w obejściu. Odpowiedziała mu na uśmiech wyrazem 
wdzięczności, jakby przeczuwając dyskretnie, że i w przyszłości zapewne nie 
odmówi jej usług. 

—  Ale  obawiam  się  —  rzekła  —  że  i  dzisiejszy  mój  wybór  był  dość 

niefortunny. 

background image

Mówiła te słowa, jakby z lekką wymówką. Green się zaśmiał. 
—  Tu  wszyscy  kłusują  w  ogrodach  i  lasach.  To  weszło  już  w  zwyczaj, 

nieprawda panie Fielding? Nawet bażanty przywykły już do amatorów. 

Julia  unikała  spojrzenia  Fieldnga.  Powiedziała,  co  się  dało,  by  zaznaczyć, 

co  myśli,  obawia  się  jednak,  że  jakakolwiek  jej  dalsza  uszczypliwa  uwaga 
mogłaby się spotkać z nieuprzejmą odpowiedzią. 

Ku jej wielkiemu zdumieniu Fielding jednak sam nawiązał do jej uwag. 
—  Zawiniłem  —  zawołał  —  nie  okazałem  się  dzisiaj  odpowiednio 

gościnny. Ale winien jest on — dorzucił bezpośrednio, wskazując na Greena. 
—  Więc  obroń  mnie  pan  teraz,  przeproś  pan  tę  panią  za  mój  mimowolny 
nietakt. 

Julia  w  tej  chwili  spojrzała  na  niego.  Uśmiech  jego  twarzy  złagodził 

uprzedni twardy jej wyraz. Nawet oczy się zmieniły. Spoglądały przed siebie, 
jakby same się dziwiły swej nagłej przemianie. 

— Panna Moore jest uprzejma — ozwał się Green. — Pozwoli mi zapewne, 

że przedstawię jej pana. Mr Fielding — panna Moore. Teraz przyjmij pan sam 
jej łaskawe wyzwanie. I sam ją pan przeproś, gdy to się panu uda. 

—  Pedagog!  —  zawołał  zmieszany  pan  Fielding.  Julia  po  raz  pierwszy 

zaśmiała się głośno. 

—  Jeśli  ktokolwiek  zawinił,  to  ja  przede  wszystkim.  Ale  nie  bacząc  na 

powód, którą kierował mnie wtedy... 

Green był rad, że ją złapał na błędzie. 
—  Mną  —  poprawił.  —  Mną,  proszę  pani.  Fielding  ze  złością  skierował 

doń twarz. 

—  A  idź  pan  do  licha,  niepoprawny  pedancie!  Do  czego  pani  zdaniem 

nadaje  się  ten  człowiek?  Czy  do  służby  w  kościele,  czy  do  stawania  na 
głowie, jak komediant cyrkowy? 

Julię  zmieszało  to  nagłe  jego  przejście  do  dzikiej  swobody.  Spojrzała  na 

Greena,  który  uśmiechał  się  do  niej  czarnymi  oczyma  i  nie  wiedziała 
właściwie, jak się zachować. 

—  Nie  wiem,  doprawdy  —  rzekła  z  uśmiechem.  —  Nie  miałam  jeszcze 

czasu  poznać  go  bliżej.  A  trudność  jest  dla  mnie  tym  bardziej  wielka,  że 
niełatwo  być  bezstronną,  jeśli  chodzi  o  osobę,  której  zawdzięcza  się  całość. 
Pan Green tej nocy uratował mi życie. 

Na chwilę zaległo wymowne milczenie. 
Mężczyźni  i  kobieta  spojrzeli  po  sobie,  wszyscy  się  śmiali;  Fielding  nie 

wiedział, czy nie mylą go uszy. 

background image

— Co? — zawołał i cofnął się wstecz. Julia jeszcze raz zaśmiała się głośno. 
Co? — powtórzył, nie spuszczając z niej oczu. 
—  Powiedziałam  już  panu  —  odezwała  się  Julia.  —  Czy  koniecznie  pan 

pragnie jeszcze raz to usłyszeć? 

Green, zmieszany, opuścił głowę. 
—  Kpiny  —  rzekł  Fielding  —  śmiejecie  się  ze  mnie.  To  wszystko  co 

słyszałem, brzmi nazbyt romantycznie. A jakiż, u licha, miał powód do tego? 

Julia  w  tej  chwili  chciała  coś  odrzec,  ale  Green  się  ocknął  i  wyprzedził  ją 

żywo. 

—  Przepraszam  —  wtrącił,  ściągając  ręcznik  i  zawiązując  go  nerwowo  w 

niezgrabny  węzeł.  —  Pozwoli  pani  teraz,  że  sam  tę  sprawę  pokrótce 
przedstawię. 

Spojrzał  na  Fieldinga  i  pewny  zaciekawienia,  które  wywołał  w  nim  teraz, 

ciągnął  ze  swadą,  wyrażając  się  krótko  i  każde  ze  swych  słów  objaśniając 
gestami. 

—  Otóż  rzecz  się  zdarzyła  wczoraj  wieczorem.  Znalazłem  się  właśnie  w 

ulubionym  zakątku,  na  przełęczy  skalnej,  dwadzieścia  może  stóp  pod 
szczytem High Shale Cliff, właśnie w tym miejscu, gdzie ściana skalna opada 
już  stromo,  gdy  przechodząca  panna  Moore  (przechodziła  oczywiście 
wierzchołkiem  skały)  —  zwabiona  papierosem,  który  paliłem  na  dole  —  to 
tak przecież było, nieprawda, panno Moore? — (uniósł teraz brwi, jakby dając 
jej  znak,  by  milczała),  gdy  przechodząca  panna  Moore,  zwabiona,  jak 
powiadam,  aromatem  papierosa,  przechyliła  się  nagle  i  straciwszy 
równowagę, stoczyła się w przepaść. Cała moja grzeczność polegała tylko na 
tym, ie chwyciłem ją w ramiona i zawarłszy z nią znajomość, niecodzienną co 
prawda,  jak  na  zwykłych  śmiertelników,  zatrzymałem  przy  sobie,  nie 
szczędząc  jej  otuchy  i  słów  pocieszenia.  Ale  potem,  niestety,  musiałem  ją 
złajać.  W  żaden  bowiem  sposób  nie  chciała  się  ruszyć  i  tylko  z  trudem 
dokazałem,  że  dźwignęła  się  w  końcu  i  przy  marnej  pomocy  śmiało  i 
odważnie wydobyła się na szczyt. Byłem strasznym brutalem i niezmiernie mi 
przykro,  gdy  wspominam  teraz  o  tym.  Z  pani  zaś  strony  —  ciągnął 
nieprzerwanie,  zwracając  się  do  niej  —  uważam  to  tylko  za  akt  niezwykłej 
łaski,  jeśli  mimo  wszystko,  co  zaszło,  przemówiła  dziś  do  mnie,  nie 
zdradzając ani słowem słusznego oburzenia, w które mogłem ją wprowadzić. 

— Ja również tak myślę — ozwał się Fielding. — Ale przypisuję to temu, 

że  ta  pani  ma  węch  i  nie  traktuje  bufonów  tak  poważnie  jak  innych. 

background image

Spodziewam się zresztą, że niemiły ten wypadek nie zaszkodził pani bardzo, 
łaskawa panno Moore. 

—  Pan  się  nie  myli  —  rzekła.  —  Nie  odniosłam  nawet  drobnych, 

zewnętrznych  obrażeń.  Ale  wdzięczność  zachowam  na  zawsze  dla  mego 
wybawcy. 

Rzekłszy te słowa, zaśmiała się lekko. Po chwili dodała: 
—  Żegnajcie,  panowie.  Miss  Rickett  od  godziny  czeka  już  na  mnie.  I 

naleśniki zapewne oziębły zupełnie. 

Gwizdnęła na Kolumba i szybko odeszła. Dziwiła się zmianie, która zaszła 

w  Fieldingu,  przypisując  ją  słusznie  wpływowi  Greena.  Nie  spodziewała  się 
tego,  że  Filding,  gdy  zechce,  potrafi  być  miły.  I  radowała  się  w  duchu,  że 
Green był stanowczy i odrzucił zaproszenie na obiad.         

* * * 
— Czy wolno mi wejść? — spytał Robin. 
Julia siedziała pod drzewem jabłoni, w kwitnącym sadzie, który ciągnął się 

wzdłuż  drogi;  właśnie  w  tej  chwili  czytała  książkę.  Usłyszawszy  jego  głos, 
podniosła się żywo i spojrzała przez płot. Gdy poznała go wreszcie, przesłała 
mu uśmiech spod kwietnej gałęzi. 

— Oczywiście, że wolno — krzyknęła życzliwie. — Chodź tu prędzej. 
Myślała,  że  chłopiec  podejdzie  do  furtki,  on  jednak  wybrał  bliższą  drogę. 

Przykucnął  niespodzianie  i  padłszy  na  czworaki,  przecisnął  się  jak  kot przez 
szczelinę  do  sadu.  Wyglądał  w  tej  chwili  szkaradnie,  jak  pawian.  Gdy 
niebawem  wstał,  włosy  pasmami  pokryły  mu  czoło.  Spojrzał  jej  w  twarz. 
Oczy mu błyszczały jak światła lamp, zapalonych w ciemności. 

Podszedł nieco, zatrzymał się nagle. 
— Naprawdę nie przeszkadzam? — zapytał niepewnie. 
—  Wcale  nie  przeszkadzasz  —  ozwała  się  szczerze.  Bardzo  się  cieszę,  że 

cię znowu widzę. Zaczekaj chwileczkę. Przyniosę ci krzesło. 

Chciała  się  podnieść.  Ale  chłopiec  w  tej  chwili  zatrzymał  ją  nagle,  ruch 

jego ręki był niemal gwałtowny. Po chwili dodał: 

—  Proszę  się  nie  trudzić,  proszę  nie  wstawać.  Nie  usiądę  na  krześle,  nie 

potrzeba mi krzesła. 

Julia z powrotem opadła na krzesło. 
—  Jeśli  stanowczo  tego  nie  chcesz  —  rzekła  z  uśmiechem.  —  Ale  trawa 

jest mokra. Jak tu usiądziesz? 

—  To  mi  wcale  nie  zaszkodzi  —  ozwał  się  żywo.  —  nie  znoszę  krzeseł, 

dam sobie radę. 

background image

Nie  zważał  widocznie  na  ton  jej  przestrogi.  Stał  jednak  dalej,  spoglądając 

niepewnie. Jakoś brakło mu odwagi, by zbliżyć się do niej. 

— Chodźże tu bliżej — rzekła uprzejmie. — Dlaczego tam stoisz? Przybliż 

się do mnie i usiądź, gdzie chcesz. 

Podszedł  z  wolna  i  niezdarnym  ruchem,  ociężale  i  niezgrabnie  przykucnął 

na ziemi. Wyraz jego twarzy był dziwnie ponury. 

— Nic w tym strasznego — mruknął pod nosem. — Jeśli przyszedłem tylko 

w porę, jeśli w niczym nie przeszkadzam. 

—  Nie  przeszkadzasz  —  odrzekła,  uśmiechając  się  szczerze.  —  Nawet 

bardzo się cieszę. Przecież widzisz, że poza tobą nie mam tu gości. 

Podniósł ociężale powieki do góry. 
— Ale wyrzuciłaby mnie pani, gdyby ktoś tu jeszcze był. 
—  Pleciesz  —  odrzekła  —  bądź  rozsądniejszy.  Na  jej  twarzy  znowu 

pojawił  się  uśmiech.  —  Zostaniesz  tu  ze  mną  i  napijemy  się  potem  gorącej 
herbaty. 

Uśmiechnął się również. 
— Bardzo bym chciał, ale nie wiem, czy zdążę. 
— Dlaczego? — spytała. 
Ogarnął  kolana  długimi  ramionami  i  wymamrotał  jakieś  słowo, 

nieuchwytne dla ucha. 

Julia spojrzała na ręczny zegarek. 
—  Za  kwadrans  pani  Rickett  przyniesie  herbatę.  Poprosimy  ją  wtedy,  by 

przyniosła tu Freda. Ty go lubisz, słyszałam, pobawicie się trochę. 

Na  twarzy  chłopaka  pojawił  się  uśmiech.  Zamilkł  na  chwilę.  Ale  nagle 

wyciągnął  swą  długą  rękę  i  skrzywionymi  palcami  dotknął  jej  sukni. 
Wyglądały w tym ruchu jak szpony jastrzębia. 

— Nie potrzeba mi Freda, gdy pani jest ze mną. 
—  Wystarczam  ci  zatem?...  To  bardzo  uprzejmie.  Ponownie  podniósł  swe 

grube powieki. 

—  To  pani  uprzejma  —  odrzekł  po  chwili.  —  Nie  widziałem  jeszcze 

drugiej, podobnej do pani. 

Zmarszczył się dziwnie, gdy spojrzał jej w oczy. 
— Pani, dama — dorzucił. — Zupełnie taka sama jak żona Fieldinga. Ale 

nie nazwałaby mnie pani „ohydnym potworem". 

Straszne  —  pomyślała,  nie  wiedząc,  co  odrzec.  Pragnęła  go  pocieszyć. 

Poklepała go lekko po garbatym ramieniu. 

background image

— Nie słuchaj takich słów — rzuciła zmieszana. — Odpędzaj je od siebie, 

nie  zaprzątaj  sobie  nimi  głowy.  To  wszystko  jest  nieprawda,  to  ludzka 
złośliwość. 

Oparł  brodę  na  krawędzi  jej  dłoni.  Wyglądał  okropnie.  W  sercu  Julii 

odezwała  się  litość.  W  wyrazie  jego  oczu  skupił  się  krzyk  —  wszystko,  co 
tworzyło  zew  jego  strasznej,  nieszczęsnej  tragedii.  Jakiś  niemy  jego  bunt, 
wołanie zwierzęcia w obliczu ciemiężcy. Musiała go pocieszyć. 

—  Nie  warto  takich  rzeczy  brać  nazbyt  poważnie  —  rzuciła  po  chwili.  — 

Ludzie są źli. Pełno jest takich, którzy żyją tylko po to, by obmawiać swych 
bliźnich. A czynią to dlatego, że brak im rozsądku. Nie opłaca się ich słuchać 
i obdarzać uwagą. 

— Ale pani na pewno jeszcze nikt nie obmówił — Julia zaśmiała się. 
— Tak myślisz, Robinie? A ja ci powiadam, że i takich jest moc, i na mnie 

rzucają  ohydne  potwarze.  Nawet  teraz,  w  tej  chwili.  To  znaczy,  oczywiście, 
jeśli w ogóle w tej chwili ktoś o mnie myśli. 

Jakiś dziki wyraz zabłysnął mu w oczach. 
—  Gdzie?  —  zawołał.  —  Chciałbym  ich  słyszeć.  Zabiłbym  ich  za  to,  na 

miejscu bym zabił. 

Julia się wzdrygnęła. 
—  No,  nie!  —  krzyknęła  —  przecież  nie  ma  ich  tutaj.  Ale  musisz  to 

zrozumieć,  że  nie  warto  się  przejmować  tym  wszystkim,  co  mówią.  Mówią, 
bo mówią, bo taka ich natura. Każdy prawie człowiek oczernia drugiego. Taki 
już ich zwyczaj i dopóty będą ludzie, zostanie ich zwyczajem. 

Ale Robin nadal się nie dał przekonać. 
—  Wszystko  mi  jedno  —  rzucił  po  chwili.  —  Zabiłbym  takiego,  kto  by 

panią oczernił. 

—  To  niesłuszne,  Robinie,  nie  powinieneś  tak  mówić.  Jej  głos  brzmiał 

cicho, spokojnie jak zawsze. 

— Dlaczego? — zapytał. 
W jego małych oczach pojawiły się błyski; ale Julia i teraz zachowała swój 

spokój. 

—  Dlatego  po  prostu,  że  gdy  myślisz  o  tym  serio,  to  popełniasz  przez  to 

grzech, a gdy nie myślisz, jak mówisz, to popełniasz — głupotę. 

Robin westchnął. Po chwili jeszcze bliżej przygarnął się do niej. 
—  Bardzo  panią  lubię  —  przyznał  się  szczerze.  —  Proszę  jeszcze  mówić. 

Jakoś dziwnie mi dobrze, gdy pani coś mówi. 

— A o czym ci mam mówić? — spytała ze śmiechem. 

background image

— O Londynie, na przykład, — o czym pani chce. 
—  Och,  o  Londynie?  —  spytała  zdumiona.  —  Znienawidziłbyś  go, 

chłopcze, gdybyś poznał go bliżej. I miałbyś rację. Bo któż by to mógł lubić 
taki  zgiełk  i  wrzawę,  łomot  i  hałas?  Gdziekolwiek  tylko  spojrzysz,  ludzie, 
pojazdy,  tramwaje,  auta  —  praca  jak  w  ulu,  nawet  w  nocy  nie  cichnąca  na 
godzinę  spokoju.  Wszystko  to  wygląda,  jakby  ruch  jakiegoś  koła,  które  nie 
ustaje w swym biegu. 

— A cóż oni robią? — zdumiał się Robin. 
— Ścierają się po prostu od rana do nocy. A często i na odwrót: od nocy do 

rana.  Każdy  usiłuje  być  zawsze  pierwszy  i  jeden  drugiego  prześciga  w 
wysiłku. I wydaje się nawet, że to sprawia im radość. 

Urwała nagle, gdyż zabrakło jej tchu. 
— Ale w istocie tak nie jest — dodała po chwili. — Nie mogą się radować, 

bo nie mają powodu. To nie fraszka żyć w takim wiecznym pędzie, w takim 
piekle po prostu i wirować jak liść,  popędzony przez  wichry. To zupełnie to 
samo,  jakby  uczestniczyć  świadomie  w  szalonym  wyścigu,  pędzić  w  nim 
zawsze  z  największą  chyżością,  a  z  góry  o  tym  wiedzieć,  że  nigdy  się  nie 
dotrze  do  końcowej  mety.  Czy  wyobrażasz  to  sobie?  Czy  wyobrażasz  sobie 
wyścig  z  szalonymi  przeszkodami,  wyścig,  gdzie  co  krok  się  piętrzy  zapora, 
coraz wyższa i wyższa, coraz bardziej niebezpieczna? 

Znowu urwała, by zaczerpnąć powietrza. 
— A wszystko to przeżyłam — rzuciła z emfazą. — Ale dość mi już tego, 

nie pragnę już więcej ścierania się z życiem. Moje siły zawiodły, wyczerpały 
się  całkiem.  Mogę  obecnie  zmarnieć,  zestarzeć  się,  posiwieć,  ale  wystarczy 
mi świadomość, że żyję w spokoju. 

Robin słuchał jej z rosnącą uwagą. 
—  Rozumiem  —  zawołał.  —  Obmierzło  pani  życie  i  dlatego  właśnie 

przybyła pani do nas. 

— Tak — potwierdziła — dlatego przybyłam. Zmęczyło mnie to wszystko, 

napełniło mnie strachem. Ale w porę jeszcze zbiegłam, akuratnie na czas. 

Robin  jeszcze  bliżej  przysunął  się  do  niej.  Zdawało  mu  się  nawet,  że 

zaznacza w ten sposób gotowość jej bronienia, gdyby zaszła potrzeba. 

— Czy pani się ukrywa, chowa się przed kimś? 
— Niekoniecznie — odrzekła, zarzucając ten temat. Poklepała go ponownie 

życzliwie  po  ramieniu.  —  Przecież  nikt  by  mi  nie  pomógł,  gdybym  była  w 
potrzebie. Każdy jest zajęty własnymi sprawami. 

Robin życzliwie spojrzał jej w oczy. 

background image

—  Czy  nie  obawia  się  pani?  Czy  nie  wydaje  się  jej  czasem,  że  lęka  się 

czegoś? 

Zaśmiała się teraz. 
— Nie, Robinie, niczego się nie boję. To wszystko przeminęło. A teraz już 

zaczynam cieszyć się życiem. 

— Czy pani tu zostanie? — zapytał ciekawie. 
—  Jeszcze  na  razie  nie  wiem.  Nie  lubię  przedwczesnych  planów  na 

przyszłość. Chwilowo droga mi jest radosna teraźniejszość. 

—  Ja  jednak  wiem,  co  czeka  mnie  wkrótce:  niemiła  przeprawa  z  mym 

bratem, Dickiem. 

— Naprawdę? — spytała. — Słyszałam coś o tym, że mieliście sprzeczkę. 
Kiwnął głową. Dolna jego szczęka drgnęła nerwowo. 
— Ach, jak to przykro spierać się z Dickiem! 
Jego  ból  był  widoczny.  Głos  jego  brzmiał  jak  żałosna  skarga.  W  Julii 

ponownie wezbrało współczucie. Po chwili spytała: 

— Dlaczego nie starasz się przeprosić go zatem? 
— Nie będę go przepraszał — żachnął się Robin. — Dyszał, gdy to mówił, 

żarła go złość. 

Sprawa niewątpliwie przedstawiała się trudno. Julia się starała zmitygować 

go nieco. 

— A cóż mu zrobiłeś? — spytała po chwili. 
— Nic mu nie zrobiłem. Kłóciłem się tylko. 
— Co? — wykrzyknęła. — Kłóciłeś się z Dickiem? 
— Nie! — zawołał. 
Podniósł rękę i przetarł nią oczy. 
—  Z  Dickiem?  —  powtórzył.  Spytał  to  szydząco,  jakby  nie  mógł  się 

nadziwić, że Julia tak sądzi. 

—  A  więc  z  kim  w  takim  razie?  —  spytała  go  żywo.  —  Możesz  mi  nie 

mówić, gdy ci sprawia to przykrość. 

—  Nic  mi  to  nie  szkodzi  —  ozwał  się  Robin.  —  Powiem  pani  wszystko. 

Kłóciłem się z Jackiem. 

Obrócił się żywo i spojrzał jej w oczy. 
— Nienawidzę go — dodał. — Nienawidzę Jacka — powtórzył ze złością. 
— A cóż to za jeden, kto to jest Jacek?.. Och, już wiem, przypominam go 

sobie. 

Przypomniał jej się szofer, spotkany w niedzielę. 

background image

—  To  twój  brat,  jak  słyszałam,  mówiono  mi  o  nim.  Nie  mogłam  w  tej 

chwili przypomnieć go sobie. 

— Brutal! — rzekł Robin. — Nienawidzę go za to, nie cierpię, nie znoszę! 
Zasługiwał  na  naganę  za  wybuch  swej  złości.  Ale  Julia  roztropnie 

przepuściła to płazem. 

— Czy wyrządził ci krzywdę? — spytała po chwili. 
— To nie o to — wybuchnął. — On coś tylko powiedział, powiedział mi o 

czymś, ale nie powiem pani o czym, nie powiem pani tego. 

Urwał znienacka i zagryzł wargi. 
—  O  czym?  —  spytała,  niemile  zmieszana.  Robin  nadal  zachował 

milczenie. 

— Nie martw się — rzekła. — Zapomniałabym o tym, gdybym mogła być 

tobą. Ludzie nieraz plotą, ale sami nie wierzą w to wszystko, co mówią. Któż 
by się tym martwił i brał to do serca? Najlepiej jest zapomnieć, nie myśleć o 
tych bredniach. 

—  Nie  mogę  —  rzekł  Robin.  —  A  Dick  jest  wściekły,  pogniewał  się  na 

mnie. 

Urwał znienacka i podjął na nowo z widocznym wysiłkiem: 
—  Zabronił  mi  tu  chodzić.  Powiedział,  że  mnie  zabije,  gdy  postawię  na 

swoim.  Nawet  chciał  mnie  zawrócić,  gdy  widział,  że  wychodzę.  Ale  ja  się 
oparłem: poszedłem, mimo wszystko. Taki był zły. 

Nie dokończył zdania i jak strwożony pies podpełzał ku krzesłu. 
— Idzie! — szepnął i opuścił głowę. 
Furtka skrzypnęła, zaś Kolumb, który chłopca przyjął z biernością, podbiegł 

pod płot, by spojrzeć, kto idzie. 

Po  chwili  zawrócił  i  usiadł  na  powrót  u  boku  Julii.  Green  tymczasem 

kroczył już ścieżką w kierunku jabłoni. 

Julia krzyknęła. 
— Czy pan do mnie przychodzi, czy w sprawie Robina? Rzucił spojrzenie, 

cokolwiek zagadkowe. Ale ogarnął nim oboje: i jego i ją. Nie zdawała sobie 
sprawy,  czy  w  tej  chwili  był  zły.  Jeśli  nim  był  w  istocie,  to  zapanował 
widocznie nad swoim wzburzeniem. Uśmiechnął się do niej. 

— Przynoszę papierosy — odezwał się grzecznie. — Większy nawet zapas, 

bo całe pudełko. 

I mówiąc te słowa, podał jej pakiet. 
—  Ach,  jak  to  dobrze!  —  zaśmiała  się  Julia.  —  Dziękuję  serdecznie. 

Uniosła się z krzesła, dziwnie zmieszana. 

background image

—  Jak  pan  to  zrobił,  że  je  nabył  tak  wcześnie?  Zapewne  są  pańskie,  z 

własnego zapasu? 

—  Miałem  je  w  domu  —  ozwał  się  Green.  —  Ale  z  najmilszą  chęcią 

odstępuję je pani. Rozumiem, co to znaczy, gdy zabraknie tytoniu. 

Julia zaśmiała się. 
—  Wystarczą  na  wiek  —  odrzekła  spłoniona.  —  Nauczyłam  się 

oszczędzać,  ekonomia  przede  wszystkim.  Teraz  zechce  pan  powiedzieć,  ile 
mu jestem winna? 

— Pół korony. 
— Niemożliwe — rzekła. — Bądźmy sumienni. 
— Doprawdy tyle. Tyle  mnie kosztują. Otrzymuję je zawsze od jednego z 

przyjaciół. 

— Ale przyjaciel w tej cenie nie dawałby ich dla mnie. 
— Na pewno by je dawał, szkoda o tym mówić. 
Rzekł to stanowczo, lecz z dziwnym uśmiechem, jakby pragnął już w końcu 

zarzucić ten temat. 

—  Z  zapłatą  się  nie  śpieszy  —  dorzucił  ostatecznie.  —  Wolałbym  nawet 

pieniądze mieć później. Wstawaj, Robinie! 

Zwrócił się do brata tak szorstko i stanowczo, że Julię zaskoczyło to nagłe 

wezwanie. Ale nie straciła głowy. Po chwili wystąpiła z życzliwą interwencją. 

— Mam prośbę do pana. Niech pan nie ma żalu do biednego Robina. 
Spojrzał  jej  w  oczy,  uśmiechnął  się  jeszcze,  ale  wyraz  jego  twarzy  był 

dziwnie  stanowczy.  Po  chwili  pochylił  się,  odciągnął  jej  rękę  od  Robina  i 
skierował ją lekko na poręcz krzesła. 

— Wstawaj! — powtórzył. — Nie mam teraz czasu rozprawiać się z tobą. 
Mówił  to  szorstko,  niemal  z  pasją.  Robin  dźwignął  się,  podniósł  głowę  i 

obróciwszy korpusem, nieskładnie jak zawsze, powstał na nogi. Teraz już stał. 
Spojrzał tępo i czekał widocznie na dalszy rozkaz. 

—  Zostanie  tu  jeszcze  —  wtrąciła  Julia.  —  Zaprosiłam  go  przedtem  na 

szklankę herbaty. 

—  Dziś  nie  zostanie  —  ozwał  się  Green.  —  Odłóżmy  to  na  później,  gdy 

pani tak uprzejma. Dziś niemożliwe. 

Ton  jego  głosu  był  bardzo  stanowczy.  Robin  tymczasem  poszedł  dalej  i 

zwiesiwszy głowę, czekał przy furtce. 

Green niebawm skierował się za nim. Wykonał jakiś gest, jakby chciał się 

pożegnać, ale Julia w tej chwili zatrzymała go nagle. 

— Niech pan zaczeka, chcę coś powiedzieć. 

background image

Green przystanął. Julii się wydało, że jego czarne oczy lekko lecz wyraźnie 

zaśmiały się do niej. 

— Pan wybaczy, że się wtrącam — rzuciła po chwili. — Ale nie mogę się 

powstrzymać, muszę, to powiedzieć. 

— Słucham pokornie — ozwał się Green. 
Ale rozpoczęcie dyskusji sprawiało jej trudność. Krępowała ją jego drwiąca 

pobłażliwość. Przemknęło jej przez  głowę, że wystąpiłaby odważniej, gdyby 
okazał się szorstki. 

Spojrzała mu w oczy. Po chwili wahania przemogła się wreszcie. 
— Niech pan go nie karze za to, że przyszedł do mnie. 
Green był zdumiony jej dziwną prośbą, widziała wyraźnie, jak uniósł brwi. 

Zamierzał coś odrzec, ale Julia ubiegła go rychło. 

— To jest zapewne nietakt — rzuciła bezpośrednio — zdaję sobie sprawę, 

że  popełniam  niewłaściwość,  ale  sądzę,  mimo  wszystko,  że  umiałabym  mu 
pomóc, gdyby dano  mi  możność. Pragnęłabym spróbować, postarać się o to. 
Więc proszę mu nie bronić, by odwiedzał mnie czasem. 

— Dziwne! — zawołał, patrząc w jej oczy. Wyraz jego twarzy spoważniał 

w tej chwili. — Trudno mi coś odrzec — dodał z wahaniem — ale pani jest 
naprawdę niezwykle życzliwa. 

—  Nie  ma  w  tym  wszystkim  nic  niezwykłego.  —  Mówiła  te  słowa  z 

bolesnym  uśmiechem.  —  Pan  przecenia  mnie  tylko,  za  dobrze  mnie  sądzi.  I 
nie uwierzy mi pan pewnie, że jestem egoistką. Ale los Robina przemówił mi 
do  serca.  Chciałabym  mu  pomóc,  abym  sama  miała  radość  z  tej  próby 
pomocy. Więc proszę to zrozumieć. I nie zabierać go ode mnie, nie zagradzać 
mu drogi. 

Nie ulegało wątpliwości, że mówiła to z serca, Green zrozumiał jej szczerą 

intencję. 

—  To  mnie  zdumiewa  —  odrzekł  po  chwili.  —  Nie  spotkałem  jeszcze  w 

życiu podobnej ofiarności. 

—  Superlatywy!  —  odrzekła,  broniąc  się  ręką,  niech  pan  zawoła  raczej 

Robina i zostańcie obaj na herbacie. 

—  Dziś  niemożliwe  —  odrzekł  stanowczo.  —  Był  dziś  niesforny,  nie 

zasłużył na względy. Nie mogę takich rzeczy puszczać mu płazem. 

Przechyliła  się  nagle,  siedząc  na  krześle.  Jej  oczy  błyszczały,  zdawały  się 

wołać. 

—  Ten  jeden  tylko  raz!  —  prosiła  o  łaskę.  Green  zesztywniał,  oblicze  mu 

się zachmurzyło. 

background image

— Nie! — oświadczył. 
— Nie chce pan zatem? 
— Nie mogę — odrzekł. 
Tymczasem  Robin,  niepocieszony  w  swym  żalu,  przystanął  samotnie  pod 

jednym  z  drzew.  Julia  przesłała  mu  smutne  spojrzenie;  Green  stał  nadal 
niewzruszony i sztywny. 

— Biedny chłopiec! — westchnęła z litością. — Czy jest pan tego pewny, 

że go dobrze rozumie? 

— Najzupełniej — odrzekł. 
— A nie jest pan surowy? — spytała po chwili. — Nie okzuje mu pan może 

za mało przywiązania? 

— Robię co mogę, by utrzymać go w karbach. 
—  Przekonałam  się  o  tym  —  odrzekła  z  wyrzutem.  —  Pan  mówi  jak 

mężczyzna. 

Na jej bladej twarzy pojawił się smutek. 
— Jemu trzeba więcej swobody — dodała po chwili. — To mu przecież nie 

zaszkodzi, podniesie go na duchu. 

Green znienacka zaśmiał się głośno. 
— Pani mówi jak kobieta — skrytykował jej słowa. Zaśmiała się lekko. 
— Kobieta  mówi  mądrzej  — odezwała się żywo. — Pan jest zbyt surowy 

— ponowiła swą prośbę. — On przedtem tu płakał z goryczy i żalu. 

— Zjawił się u pani, choć miał wyraźny zakaz. 
—  Mówił  mi  o  tym.  Ale  niech  mu  pan  nie  wydaje  więcej  tak  twardych 

zakazów. 

—  Pani  nader  uprzejma  —  odezwał  się  Green.  —  Ale  miałem  pewien 

powód,  wydając  ten  zakaz.  Są  tu  pewni  ludzie,  nawet  większość  zapewne, 
którzy woleliby raczej, by się trzymał z daleka. 

— Nie zaliczam się do nich — obruszyła się Julia. 
—  Nie  wątpię  w  to,  że  pani  jest  inna.  Ale  ryzykować  mi  nie  wolno.  Poza 

tym  był  wściekły,  gdy  wychodził  dziś  z  domu.  W  takim  stanie  podrażnienia 
nie  powinien,  moim  zdaniem,  narzucać  się  ludziom.  Nawet  tak  bardzo 
uprzejmym jak pani, miss Moore. 

—  Proszę  się  nie  lękać  —  odezwała  się  Julia.  —  Nawet  w  stanie 

podrażnienia był miłym gościem. Dowiedziałam się już zresztą, dlaczego się 
uniósł.  Ktoś  sobie  pozwolił  na  przykrą  uwagę,  wyszydził  go  zapewne,  ktoś 
drugi złośliwie powtórzył ją przed nim i powodu chyba dosyć, by wprawić go 
we  wściekłość.  Ubolewał  dziś  nad  tym.  Z  trudem  tylko  walczy,  by  panować 

background image

nad  sobą,  a  domyślam  się  zresztą,  że  o  niejednej  z  tych  rzeczy  nawet 
wspomnieć  mi  nie  chciał.  Gdy  przyszedł  tu  do  mnie,  był  cichy  i  skruszony. 
Kilkakrotnie  nawet  pytał,  czy  nie  przeszkadza  mi  w  niczym  i  czy  naprawdę 
się godzę, by przez chwilę pozostał. 

Oczy jej nagle zalśniły wilgocią, Green spoważniał, był silnie wstrząśnięty. 
—  Wiem  o  tym  wszystkim  —  odrzekł  półgłosem.  —  Ciężki  ma  żywot, 

piekielnie  przeklęty.  Ale  nie  można  mu  okazać,  że  się  coś  wie  o  tym.  Do 
końca swego życia skazany jest na to, by dźwigać swój krzyż. 

— Ale to nie powód, by obciążać mu jeszcze jego ciężki los. 
—  Tak,  to  jest  prawda  —  ozwał  się  Green.  —  Ale  nie  każdy  to  osądza  z 

podobnym  zrozumieniem.  Cieszy  mnie  więc  myśl,  że  pani  jest  wyjątkiem.  I 
dziękuję jej serdecznie w imieniu Robina. Goodbye, miss Moore! Jeszcze raz 
dziękuję. 

Skłonił się nisko i podszedł do furtki. 
Gdy mijał Robina, ujął go za ramię i poprowadził ku wyjściu. Kilka chwil 

potem  przechodzili  już  drogą,  ciągnącą  się  za  płotem.  Skierowali  się 
widocznie ku skałom wybrzeża. 

Julia ze swego  miejsca śledziła ich wzrokiem. Słyszała nawet dobrze treść 

ich rozmowy. Robin za płotem odezwał się pierwszy: 

—  Przepraszam  cię,  Dicku  —  przemówił  do  brata.  Nadstawiła  uszu,  by 

chwycić odpowiedź. Ale Green się nie kwapił, nie odrzekł od razu. 

Gdy odeszli cokolwiek, odezwał się wreszcie. 
— Dlaczego mnie przepraszasz? — spytał zdumiony. 
— Bo ona mi kazała — przyznał się Robin. 
Green się zaśmiał, lecz Julia myślała, że spłonie ze wstydu. Byli już daleko. 

Ale następne jego słowa doleciały ją jeszcze. 

—  No  dobrze  —  dodał  —  tym  razem  przebaczam.  Ale  niech  mi  to  w 

przyszłości nie powtórzy więcej. 

Julia ponownie podjęła książkę. Dłuższy jednak czas nie  mogła jej czytać. 

Była dziwnie spokojna, niezwykle szczęśliwa. Radowała ją myśl, że Dick tym 
razem okazał się względnie tolerancyjny. 

* * * 
—  Czy  widziałeś  coś  takiego?  —  rzekła  pani  Rickett. —  Ani  mnie  nic  do 

tego, ani tobie, Grzegorzu. Ale czy widziałeś kiedy kogo, kto nosił taką rzecz? 

Rozpostarła przed mężem jakiś rodzaj odzienia, podobnego do sukienki dla 

większej dziewczynki. Zamierzała je właśnie podłożyć pod żelazko. 

— Oj! A cóż to takiego, do czego to służy? 

background image

— Do czego to służy? — spytała z przekąsem. — Do spania, ty durniu, to 

nocna koszulka. Co o niej myślisz? 

Ignorancja męża speszyła ją trochę. 
— A co to za materiał! Pajęczyna po prostu, aż boję się ruszyć. Nie ma co 

gadać, gatunek jak cudo. 

— Oj! — powtórzył zdumiony Rickett. 
Jego żona tymczasem zwilżyła palec i dotknęła nim dna gorącego żelazka. 
— Ale i osoby trzeba na to, żeby nosić taką rzecz. Panna Moore na pewno 

to  sprowadziła  z  Paryża.  Musiało  ją  kosztować.  Takie  rzeczy  są  drogie,  nie 
dostaniesz ich tutaj. 

— Oj! — ozwało się z kąta pod oknem. 
—  Nie  widziałem  jeszcze  panny  tak  miłej,  jak  ona.  Skromna,  uprzejma, 

ogromnie  prostoduszna,  nad  wyraz  życzliwa.  Da  się  z  nią  mówić.  Nie 
wygląda na kobietę, której przewróciło się w głowie. I dlatego ją lubię. Nawet 
bardzo  ją  lubię.  I  dobrze  jej  życzę.  Ciekawam,  Grzegorzu,  czy  ma  już 
chłopca.  I  ciekawam  go  widzieć.  Do  takiej  jak  ona,  nie  pierwszy  spod  płota 
odważy się zbliżyć. 

Rickett  tymczasem  zapalił  fajkę.  Odchrząknął  głośno,  przysłuchując  się 

dalej wywodom żony. Czynił tak zawsze, gdy spoczywając po pracy, zasiadał 
w kuchni na krześle pod oknem. 

—  W  klasztorze  nie  podrosła  —  ciągnęła  pani  Rickett.  —  To  poznać  od 

razu. Ale umie się zachować, ma dobre maniery i nie da byle komu zawrócić 
sobie  w  głowie.  Ale  zawraca  ją  innym.  Taki  Robin,  na  przykład,  dostał  już 
bzika,  zwariował  do  reszty.  Nic  w  tym  dziwnego.  Ale  czego  znowu  Dick  tu 
szukał  przedwczoraj  —  zniżyła  swój  głos  do  cichego  szeptu  —  to  diabeł 
chyba wie, to dla mnie zagadka. 

— Oj! — przeciągle jęknął kowal. 
— Pociąga mężczyzn, ma dużo powabu — podjęła na nowo. Pragnęła w ten 

sposób  złagodzić  wrażenie  swych  słów.  —  A  Dick  jest  wybredny.  Jakoś  z 
żadną  z  tutejszych  nie  zadał  się  dotąd.  Nie  pasują  do  niego,  ani  jedna  nie 
przypadła  mu  do  gustu.  Panna  Jarvis,  na  przykład,  nauczycielka  szaleje  za 
nim  po  prostu,  Bóg  wie,  co  by  dała,  żeby  zdobyć  jego  względy.  Ale  on  się 
odwraca, nie chce o niej słyszeć. Jack, jego brat, ma inną naturę. Gdzie strona, 
tam  żona.  Trudno  w  to  wierzyć,  by  kiedyś  spoważniał.  Ot,  jak  mężczyzna. 
Dziwne,  doprawdy.  Ale  Dicka  mi  szkoda.  Ten  człowiek,  gdyby  chciał...  Ale 
cóż to u licha, czy nie mylą mnie oczy? Czy to nie sam pan Fielding zajeżdża 

background image

tu  konno?  A  czegóż  by  tu  szukał  tak  późną  godziną?  Wyjdźże,  Grzegorzu, 
może ma jakąś sprawę. 

Grzegorz posłusznie ruszył się z krzesła. 
— Możliwe, że składa wizytę panience — rzucił pośpiesznie. — Dowiemy 

się zaraz, wybiegnę naprzeciw. 

—  Ale  nie  prowadź  go  do  kuchni —  ostrzegła  go  żona.  —  Niech  wejdzie 

do pokoju. Tymczasem się ogarnę i narzucę fartuch. 

Pośpieszyła ku drzwiom, by je zamknąć za mężem, ale Fielding w tej chwili 

już pukał do drzwi pokoju. 

— A więc wybrał się do niej — mruknęła pani Rickett. 
Tak,  na  pewno.  Po  chwili  doleciał  ją  ostry,  lecz  miły  dźwięczący  głos 

Fieldinga: 

— Dobry wieczór, panie Rickett. Panna Moore, jak słyszałem, mieszkała u 

pana. Czy jest teraz w domu? 

—  Dobry  wieczór,  sir  —  powitał  go  Rickett.  Zamilkł  na  chwilę,  jakby 

myśląc,  co  odrzec.  —  Przed  chwilą  tu  była.  Ale  możliwe,  że  obecnie  gdzieś 
wyszła z pieskiem. 

— Bądź pan tak dobry i odszukaj ją zaraz. Zaczekaj pan chwilę. Oto moja 

karta. Niech ją pan odda. 

Pani Rickett z powrotem chwyciła żelazko. 
— Po co on jej szuka? — mruknęła do siebie. 
Koń  Fieldinga  uderzył  gwałtownie  kopytem  o  ziemię.  Była  już  ósma  i 

pragnął  widocznie  znaleźć  się  stajni.  Fielding  go  poskromił  karcącym 
okrzykiem i na chwilę zaległa w podwórzu cisza. 

Wierzchołki  jabłoni  rumieniły  się  w  łunie  blasków  zachodu.  Wśród 

warstwy ich kwiecia błądziła w zadumie postać kobiety. Posłyszał po chwili 
brzmienie jej głosu. Nie namyślając się wiele, wspiął się na konia i ruszył ku 
drzewom. 

Głos  w  tej  chwili  zamilkł  nagle.  Fielding  zeskoczył,  uwiązał  konia  i 

podszedł  ku  ścieżce.  Jednocześnie  z  zarośli  wydobył  się  Kolumb.  Podbiegł 
pod płot, który oddzielał ich teraz, i powitał obcego donośnym szczekaniem. 

—  Cicho,  Kolumbie!  —  zgromiła  go  Julia.  —  Wrócić  tu  zaraz,  czy 

słyszysz, co mówię? 

— Wolno? — w tej chwili ozwał się Fielding. 
Julia bezzwłocznie ruszyła ku furtce. Twarz jej pokryły lekkie rumieńce. 
—  Ależ  proszę!  —  skinęła.  —  I  niech  się  pan  nie  gniewa,  że  pies  był 

niegrzeczny. On zawsze się odzywa, gdy nikt go nie prosi. 

background image

Otworzyła  po  chwili  furtkę  od  sadu  i  wyciągnęła  przyjaźnie  rękę  przed 

siebie. 

Fielding ujął ją i spojrzał jej w oczy. 
— Nie przeszkadzam? — zapytał. — Popełniam nietakt, że się zjawiam tak 

późno. 

Zaśmiała się żywo. 
—  Ależ  nie  —  odrzekła  —  i  tak  jestem  wolna.  Niechże  pan  wejdzie! 

Usiądziemy na chwilę. 

Poszła  teraz  naprzód,  prowadząc  go  ku  ławce,  on  zaś  szedł  za  nią  i  stąpał 

jak ułan. Za każdym jego krokiem dźwięczały ostrogi. 

— Obawiam się — rzekł, gdy stanęła przed ławką — że posądzi mnie pani 

o  brak  wychowania.  I  nie  zdziwię  się  temu.  Wykraczam  przeciw  formie  i 
istotnie okazałem za dużo swobody. 

Mówił to sztucznie, jakby nie mogąc pokonać wrodzonej mu dumy. 
— Tym lepiej — odrzekła. — Nie znoszę ludzi, krępujących się formą. 
— Doprawdy? — zapytał, siadając na ławce. — Nie spróbuję w takim razie 

usprawiedliwiać się dłużej i przystąpię od razu do właściwej rzeczy. Jeśli nie 
mylą mnie słuchy, to pani od tygodnia już tutaj przebywa. 

— Tak — odparła — od tygodnia. Wzrok jej spoczął na fałdach sukni. 
— I przybyła z Londynu? 
— Tak, z Londynu. 
Pociągnął nerwowo za rzemień szpicruty. 
— Czy popełniam niegrzeczność, zadając te pytania? 
— Nie uważam — odrzekła. Zaśmiał się krótko. 
—  Pani  bardzo  ostrożna  —  przyznał  jej  szczerze.  —  Otóż  proszę  mnie 

posłuchać.  Zamierzałem  dowiedzieć  się,  skąd  pani  przyszła  i  z  jakiego 
powodu.  Przychodzę  zaś  dlatego,  by  spytać,  czy  pani  nie  chciałaby  podjąć 
pracy? 

Julię zmieszało to dziwne pytanie. 
— Jakiej pracy? — spytała po chwili. 
Szarpnął  jeszcze  mocniej  rzemień  szpicruty.  Mina  mu  zrzedła,  wyraz  jego 

twarzy  był  dziwnie  zmieszany.  Julii  to  pomogło.  Po  chwili  odzyskała 
pierwotną równowagę. 

—  Czy  przyszedł  pan  tu  po  to,  by  zaofiarować  mi  pracę?  Bardzo  to 

uprzejmie, że pamięta pan o mnie. 

— Pani nie wie, o co chodzi — ozwał się Fielding. Gryzł nerwowo koniec 

wąsika. — Ta praca, być może, nie będzie pani odpowiadała. Na pewno nie. 

background image

Ale  słyszałem  od  Greena,  że  pełniła  pani  dawniej  obowiązki  damy  do 
towarzystwa. 

Julia kiwnęła głową. 
— Czy to Green panu mówił, że szukam zajęcia? 
— Nie, nie mówił mi. On zanadto jest zajęty własnymi sprawami. 
Machnął  szpicrutą,  przecinając  bezmyślnie  kępek  trawy.  Kolumb  się 

dźwignął i warknął złowrogo. 

— Gdy pozwoli mi pani, powiem jej zaraz, jak to się stało. 
— Proszę — odrzekła. 
Przechyliła się naprzód i objąwszy Kolumba, gładziła mu uszy. 
— Było to w niedzielę — rzekł Fielding. — Otóż w chwili, gdy w kościele 

zaczynało  się  nabożeństwo,  moja  żona  zwróciła  na  panią  uwagę.  Spodobała 
się jej pani, przypadła jej do gustu. Czy nie czuje się pani dotknięta? 

— Ależ nie — odrzekła — z jakiego powodu? 
— Zupełnie słusznie. Z jakiego powodu? Później, jak wiadomo, zetknąłem 

się z panią. Dick nas przedstawił, a gdy pani odeszła, spytałem go zaraz, czy 
zna  panią  bliżej.  Odpowiedział  mi  na  to,  że  zawarł  z  nią  znajomość  jeden 
dzień  przedtem  i  że  słyszał  od  pani,  iż  zajmowała  się  uprzednio  funkcjami 
towarzyszki.  U  kogo,  nie  wspomniał.  Pomyślałem  sobie  wówczas,  iż  bardzo 
jest  możliwe,  że  zechciałaby  pani  w  tym  samym  charakterze  zająć  się  osobą 
mej  znudzonej  żony.  W  obejściu  jest  miła.  I  koniecznie  się  domaga 
odpowiedniej towarzyszki. 

Julia  patrzyła  zdziwiona.  Światło  wieczoru  objęło  jej  głowę,  igrając 

kapryśnie  na  pasmach  jej  włosów.  Zdawała  się  skupiona  i  całą  swą  uwagą 
wsłuchana w Fieldinga. 

Ale  teraz,  gdy  skończył,  cofnęła  się  żywo.  Gładziła  tak  jak  przedtem  uszy 

Kolumba. 

— Czy nie lepiej by było — odezwała się w końcu — gdyby pani Fielding 

mnie poznała, nim powierzy mi pracę? 

Fielding zaśmiał się. 
— Nie, nie sądzę. To raczej by popsuło nasz cały interes. Musiałbym mieć 

pewność, że pani już nie podda tej sprawy rozwadze. 

— Czy to sąd pańskiej żony? — ozwała się Julia. 
— Nie, miss Moore; to moje zapatrywanie. Bo gdyby doszło do poznania i 

żona uznałaby, że tylko pani się nadaje do objęcia posady, pani zaś odmówiła 
i zrobiła jej zawód, to wina spadłaby na mnie. 

background image

Świsnął  szpicrutą  i  przeciął  ponownie  pasemko  trawy.  Z  kolei  Julia 

zaśmiała się żywo. 

—  Ale  uzna  pan  przecież,  że  trudno  mi  powziąć  decyzję,  jak  długo  nie 

znam pańskiej żony i nie wiem, czy podołam obowiązkom. 

— Czy oznacza to tyle, że podda pani rzecz jeszcze dalszej rozwadze? 
—  Muszę  ją  rozpatrzyć  —  powiedziała  Julia.  —  Proszę  o  czas.  Przecież 

właśnie zaczęłam zastanawiać się nad pańską propozycją. 

— To bardzo uprzejmie — zaśmiał się Fielding. — Jak długo to potrwa? 
Zaśmiała  się  również.  Uderzyła  ją  teraz  naiwna  na  poły  kapryśność 

Fieldinga. Mimo całej powagi, zachowywał się ciągle jak figlarny chłopiec. 

Po chwili rzekła: 
— Nie wspomniał mi pan jeszcze o żadnych szczegółach. 
— Ach, tak — zawołał — o sprawie pieniężnej. Pozostawiam to pani. Pani 

sama musi mi podać warunki. 

— Dziękuję — rzekła. — To oczywiście byłaby poważna sprawa. Faktem 

jest  jednak,  że  wspominając  o  warunkach,  nie  odnosiłam  mych  słów  do 
kwestii pieniężnej. 

Fielding bystro spojrzał jej w oczy. 
—  Nie  chciałem  pani  dotknąć  —  odrzekł  poważnie.  —  Czy  obraziła  się 

pani? 

Spojrzała na niego, nie wiedząc, co odrzec. Po chwili rzekła: 
— Po głębszym namyśle, sądzę, że nie. 
—  Dlaczego  po  głębszym?  —  spytał  ciekawie.  Policzki  jej  pokrył  lekki 

rumieniec. 

—  Bo  głębszy  jest  zawsze  mądrzejszy  niż  płytki.  Fielding  tak  samo 

poczerwieniał ze złości. 

Spojrzała mu w oczy bez śladu zmieszania. W kącikach jej ust pojawił się 

uśmiech. 

—  Pan  za  poważnie  to  bierze  —  odrzekła  po  chwili.  —  Ale  sądu  nie 

wydaję. Za mało pana znam, abym mogła go sądzić. 

Fielding  spochmurniał.  Przez  chwilę  miał  zamiar  zerwać  się  z  ławki  i  nie 

bacząc  na  formę,  zostawić  ją  samą.  Ale  raptem  wybuchnął  śmiechem.  Pasja 
minęła. Jego wzburzone nerwy odprężyły się nagle. 

— Na Jowisza! — zawołał — lubię panią za to. Ten moment miał urok, był 

dziwnie  swoisty.  Przepadam  za  odwagą,  a  pani  ją  ma  i  potrafi  ją  utrzymać. 
Więc proszę mi wybaczyć, łaskawa panno Moore. Mam dziwne wrażenie, że 
po tym wszystkim, co zaszło, zostaniemy na zawsze dobrymi przyjaciółmi. 

background image

Mówił to szczerze, jakby z głębi swego serca, ale Julia nie pojęła istoty jego 

myśli.  Nie  trafiały  jej  jakoś  do  przekonania.  Ale  potrafiła  zapanować,  nie 
okazała mu tego. Nie chciała, aby sądził, że przeważa w niej upór. 

Uśmiechnęła się tylko, nie mówiąc słowa. 
— Czy jest pani pewna, że nie gniewa się na mnie? — zapytał po chwili. 
Skinęła głową. 
—  Zupełnie  pewna.  Ale  utknęliśmy  pośrodku.  Czy  nie  byłoby  sensowne 

podjąć nasz temat? 

—  A  gdzież  to  utknęliśmy?  —  Skrzywił  się  lekko.  —  Ach,  prawda, 

pamiętam:  chodziło  o  szczegóły.  Czy  mam  je  pani  podać?  Otóż  śniadanie 
mojej  żony  odbywa  się  w  łóżku.  Nie  zażąda  towarzystwa  przed  godziną 
dziesiątą.  Ale  zamieszka  pani  u nas. Będę  czuwał  osobiście,  by  nie  zabrakło 
jej wygód. 

— Jeśli nie rozpocznę swej pracy przed godziną dziesiątą, to uważamy ten 

punkt za zupełnie zbyteczny. 

Spojrzał jej w oczy z wyrazem zdumienia. 
— Pani musi z nami mieszkać — oświadczył stanowczo. — Nie może pani 

zostać tu nadal. 

—  Dlaczego?  —  spytała.  —  Rickettowie  są  dla  mnie  bardzo  uprzejmi. 

Czuję się tu dobrze, zupełnie bez troski. 

—  Nonsens,  proszę  pani,  to  zgoła  niemożliwe.  Pani  lęka  się  zapewne,  że 

zamierzam z niej zrobić zwyczajną niewolnicę. 

— Nie lękam się tego — ozwała się Julia. — Ale co się dzieje dalej? Jakie 

mam zadanie od godziny dziesiątej? 

— O dziesiątej przeważnie załatwia się pocztę. Odczyta przede wszystkim 

listy  i  powie  pani  potem,  jak  i  komu  odwrotnie  odpowiedzieć.  Czasem,  nim 
żona  wstanie,  poprosi  może  panią,  by  odczytać  jej  felieton  z  któregoś  z 
dzienników. I tak dalej i tak dalej. Przecież nie mogę mieć w głowie każdego 
z jej życzeń. 

— Czy wszystko to zajmuje aż całe przedpołudnie? 
— Nie, proszę pani. O dwunastej żona wychodzi. Gdy się czuje na siłach, 

wybiera się chętnie na konną przejażdżkę. Czasem znów wyjeżdżą powozem. 
Bardzo  lubi  konie,  przepada  za  nimi.  W  godzinie  obiadowej  albo  bywa  u 
kogoś,  albo  ktoś  bywa  u  nas.  Po  obiedzie  po  raz  drugi  wyjeżdża  na  spacer. 
Ten  spacer  jest  dłuższy.  Pięćdziesiąt  kilometrów,  lub  sto,  gdy  ma  humor. 
Przyznać  jej  trzeba,  że  zawsze  jest  w  ruchu,  z  wyjątkiem,  oczywiście,  gdy 

background image

znajduje się w łóżku. I z tego też powodu tak nalegam na panią. Bo pani się to 
uda, by utrzymać ją w karbach. 

— O? — zawołała. 
To  rzucało  nowe  światło  na  sprawę.  Spojrzała  mu  w  oczy,  lecz  dziwnie 

nieufnie. 

— Pani musi się to udać — ciągnął po chwili. — Pani przeszła już raz przez 

to  koło  piekielne,  poznała  to  wszystko,  poznała  to  źródło  podnieceń  i  szału, 
ten głód rozpasania, ten żer za sensacją. Ale miała w sobie siłę, by się zaprzeć 
tych pokus, by ze wstrętem i pogardą odwrócić się od nich. Pragnąłbym teraz, 
by  i  w  nią  zaszczepiła  pani  tę  samą  pogardę.  Pani  znajdzie  tę  możność, 
wykorzysta  swój  wpływ.  Przeczułem  to  prawie,  gdy  panią  poznałem.  Tylko 
pani  się  to  uda,  by  poskromić  w  niej  żądzę  folgowania  instynktom.  By 
odwieść ją od kart, od wyścigów, dancingów, libacji, pijatyk. Gdy ktoś drugi 
będzie przy niej, ktoś taki jak pani, może wstyd jej nie pozwoli, by tak marnie 
i niegodnie poświęcała swój honor. 

— A jeśli się nie podda? — odezwała się Julia. — Któż to może wiedzieć? 

I dlaczego mi pan ufa? Skąd pan o tym wie, że dla wszystkich owych rzeczy, 
które pan wymienił, mam wstręt i pogardę? 

— Pani twarz mi to mówi, wystarczy na nią spojrzeć. Kobieta z taką twarzą 

jest  właśnie  —  kobietą.  To  nie  jest  marionetka,  tańcująca  laleczka.  Nie 
pogardziłaby  czcią  gospodyni  i  żony,  by  ucieszyć  się  zdobyciem  jakiejś 
mętnej uciechy. Pani jest inna. To jest jasne, widoczne, to rzuca się w oczy. 

— Nie mam pretensji, by uchodzić za wyjątek — zaśmiała się Julia. — Ale 

szczerze się przyznam, że nie rozumiem pociągu do dancingów i kart. 

—  Wierzę,  panno  Moore.  Zabrakło  pani  zmysłu  do  podobnych  rozrywek. 

Ale  cóż  z  naszą  sprawą?  Czy  godzi  się  pani?  Proszę  spróbować.  Nie 
przepracuje  się  pani.  Zapewniam  pani  z  góry  najlepsze  traktowanie. 
Sposobność  jest  świetna.  Pani  istotnie  przypadła  mojej  żonie  do  gustu.  A 
żona,  jeśli  chce,  potrafi  być  miła.  Pies  będzie  z  panią,  zabierze  go  pani. 
Oddani  pani  pokój  i  osobną  służącą.  Zabezpieczę  pani  wolność  i  zupełną 
swobodę.  A  jedyne,  czego  żądam,  to  użycie  pewnych  wpływów  na  umysł 
mojej żony. Może odzyska w ten sposób zamiłowanie dla domu. Może stanie 
się lepsza, poważniejsza, uczciwsza. Jedyną jej wadą jest jej pociąg do uciech. 
Całymi  niemal  dniami  nie  ma  jej  w  domu.  Często  się  zdarza,  że  zapada  na 
zdrowiu. Wtedy wzywam lekarza i przemocą nieomal zatrzymuję ją w łóżku. 
W  warunkach  normalnych  nie  wraca  do  domu  przed  drugą  nad  ranem.  Jakiś 

background image

szał ją opętał, jakiś demon rozwydrzenia. Ale nie mogę skutecznie oprzeć się 
temu. Za wiele mam zajęć, do późnej niemal nocy pracuję przy biurku. 

Zerwał się z ławki i oczy jego nagle zasnuły się mgłą. 
—  Za  wiele  mam  zajęć  —  powtórzył  po  chwili.  —  Ale  mam  też  ambicję, 

poczucie  honoru.  I  dla  nich  pracuję,  ciężko  pracuję.  Ale  cóż  po  tym 
wszystkim, skoro najdroższe z mych marzeń zawiodło? Pragnąłem mieć syna, 
spadkobiercę nazwiska. Nawet tego, niestety, los mi odmówił. 

Mówił  to  z  pasją  i  uderzał  bez  przerwy  szpicrutą  o  obcas.  Julia, 

wstrząśnięta,  siedziała  bez  słowa.  Wśród  traw  i  gałęzi  rozsnuwały  się  cicho 
cienie wieczoru. 

Po chwili milczenia podjął na nowo: 
—  Nawet  tego  dziś  nie  mam,  co  najprostszy  robotnik  uzyskał  bez  trudu. 

Dziwię  się  czasem  tej  klątwie  przeznaczenia.  Czy  popełniłem  co  złego,  że 
spotyka mnie kara? Może w pierwszej swej młodości nie byłem bez grzechu. 
Ale nie spotkałem mężczyzny, z wyjątkiem może Dicka, który śmiało mógłby 
przyznać,  że  nie  uległ  w  tym  wieku  nęcącym  go  pokusom.  To  jest  prawo 
młodości, to jedyny jej przywilej. Jeśli jest jaki demon, który mści się za złe, 
to pomścił się na mnie za grzechy tysięcy. Zostałem bez syna i nie myślę już o 
tym,  abym  mógł  stać  się  ojcem.  Moja  żona  powiada,  że  zwariowałem  na 
punkcie oczekiwania dziedzica. Ale czy nie dlatego się ożeniłem, aby myśleć 
o potomku? Dlaczego mnie los miał pozbawić dziedzica, skoro potomstwo w 
małżeństwie jest zjawiskiem tak oczywistym i normalnym? 

Julia, zmieszana, spojrzała mu w oczy. 
— Przykro mi wyznać — odrzekła po chwili — ale nie współczuję panu w 

tym jednym wypadku. 

— Nie współczuje mi pani? 
—  Nie  —  odrzekła.  —  Kobieta  o  tej  sprawie  ma  inne  pojęcie.  Jeśli 

wychodzi zatem za mąż, to nie poślubia swego męża jedynie „dla tego". 

—  A  dlaczego  za  mnie  wyszła?  —  spytał  wzburzony.  —  Jak  pani  sądzi? 

Czy przypuszcza pani może, że wyszła z miłości? Nie zakochała się we mnie, 
ręczę  pani  za  to.  Mam  lat  pięćdziesiąt,  a  ona  dwadzieścia.  Nie  łudziłem  się 
zresztą. Od początku wiedziałem, że kieruje nią interes. Poleciała na majątek i 
to był jej powód. 

Julia drgnęła. Fielding po chwili poskromił swój gniew. 
— Przepraszam — zawołał. — Ale widzi pani przecież, jak trudno niekiedy 

zapanować nad sobą. Przepraszam serdecznie, proszę się nie gniewać, ja sam 
właściwie  zawiniłem  wszystkiemu.  Nie  należało  mi  wszczynać  tej  przykrej 

background image

rozmowy.  Ale  pani  taka  dobra,  jej  oczy  spoglądają  tak  cicho  i  łagodnie,  nie 
mogłem o tym wątpić, że mnie pani zrozumie. 

Jego słowa wzruszyły ją. Powstała szybko i spojrzała mu w oczy. 
—  Dziwię  się  —  rzekła  —  że  to  wszystko  jest  prawdą.  Ludzie  handlują 

honorem  i  ambicją,  zaprzedają  swą  godność,  frymarczą  uczuciami,  a 
wszystko  dla  zdobycia  jakiejś  garści  złota,  dla  kilku  wygód,  spokoju, 
beztroski; nie zdają sobie sprawy, że gorszym od fizycznego jest niedostatek 
moralny. Takie rzeczy od wieków powtarzają się ciągle. W walce o zdobycz 
chciwi  łowcy  nie  przebierają  nawet  zbytnio  w  swych  drogach  i  środkach. 
Nawet  w  bagnach  żerują,  nawet  w  mule  i  błocie,  by  nasycić  swą  żądzę.  Ale 
wynik tych wypraw jest zawsze jednaki. Jedni odeszli, nie znalazłszy niczego, 
inni zostali, lecz za cenę swych dusz. 

Fielding, zdumiony, spojrzał jej w oczy. 
— Pani mówi jak człowiek, który ma doświadczenie. 
—  Mam  doświadczenie  —  przyznała  stanowczo.  —  I  mam  także  czas,  by 

wysnuwać  pewne  wnioski  z  mych  przeżyć  i  doświadczeń.  Ustaliłam  wśród 
tego,  że  walka  o  byt,  w  jej  znaczeniu  dzisiejszym,  nie  jest  czym  innym  jak 
walką  o  pierwszeństwo,  o  korzyść  osobistą,  jeszcze  jednym  dowodem,  że 
świat podupada i że jedyną jego wiarą jest wiara w materializm. 

— Przecież i ja już poprzednio poruszyłem ten temat. Spojrzała mu w oczy.   
—  Ale  za  mało  ma  pan  siły,  by  zerwać  z  tym  wszystkim,  co  pan  w  teorii 

potępia.  Niech  pan  odrzuci  grę,  w  której  traci  się  stawki.  A  tracić  się  musi, 
bez  strat  nie  ma  gry.  Czy  nie  lepiej  więc  nie  grać,  niż  grać,  przegrywając? 
Życie  jest  hazardem,  ale  nie  można  go  przegrać,  nie  spekulując  na  zyskach. 
Zaśmiała się lekko. — Niech się pan nie gniewa, że mu mówię to w oczy. Ale 
od  dawna  noszę  się  z  ciężarem  tej  prawdy  i  musiałam  ją  w  końcu  zdjąć  ze 
swych ramion. 

—  Pani  jest  bajeczna  —  odezwał  się  Fielding.  Julia  przecząco  ruszyła 

głową. 

—  Zdaje  się  panu  —  rzekła  z  prostotą.  —  Zaczynam  tylko  myśleć  i 

wypowiadać  swe  myśli.  A  myśli  mam  świeże,  nie  zatrute  wyziewami 
przesądów i uprzedzeń. 

Fielding się zaśmiał. 
— Odczułem to właśnie — odrzekł życzliwie. — Czy ma pani dom, jakich 

krewnych, lub bliskich? 

— Nikogo, niestety, kto by wchodził w rachubę. 
— I samodzielnie dokonuje pani swych spostrzeżeń. 

background image

— Mniej więcej — odrzekła. Wyciągnął znienacka ku niej rękę. 
— Więc przyjdzie pani do nas, prawda, że przyjdzie? 
— Nie wiem — rzekła. 
— Odwagi! — poprosił. — Proszę się przemóc. Ujął jej rękę i trzymał ją w 

dłoni. 

—  Jaki  jest  powód  tej  trudności  w  decyzji?  Proszę  go  wyjawić,  muszę  to 

wiedzieć. 

Lekkim ruchem zwolniła swą rękę. 
—  Nie  mogę  od  razu  powiedzieć  wszystkiego.  Muszę  to  przemyśleć, 

zastanowić  się  nad  tym.  Przede  wszystkim  pragnęłabym  więcej  swobody. 
Możności poruszania się. Przychodzić i odchodzić odpowiednio do woli. Nie 
korzystałam  dotychczas  z  tych  praw  wolności.  Zaczęłam  się  nimi  dopiero 
radować. 

— To egoistyczne względy — odezwał się Fielding. Uśmiechnął się lekko, 

gdy mówił te słowa. 

—  Nie  —  odrzekła,  rumieniąc  się  nagle.  —  To  nie  jest  egoizm,  A  jeśli 

nawet jest, to częściowo zaledwie. 

—  A  więc  nie  jest  —  postanowił.  —  Odwołuję  to  słowo.  Ale  swoboda 

mimo  wszystko  zostanie  pani  przyznana.  I  możność  poruszania  się 
odpowiednio  do  woli.  Przyrzekam  to  z  góry,  że  nikt  się  nie  wtrąci  do 
przyznanych pani praw. 

— Pan bardzo łaskawy — odezwała się Julia. Skłonił się nisko. 
—  To  pierwszy  komplement,  który  słyszałem  od  pani.  Zapamiętam  to 

sobie. Czy pozwoliłaby pani, aby żona już jutro odwiedziła ją w domu? Jeśli 
tak, to ją przyślę punktualnie o dwunastej. 

— Jeśli zechce się potrudzić — rzekła Julia. 
—  Na  pewno  zechce.  A  więc  przyślę  ją  jutro.  Rozmówicie  się  ze  sobą  i 

sprawa ostatecznie zostanie załatwiona. Dziękuję na razie, do widzenia, panno 
Moore. 

Oddalił się rychło, a gdy doszedł do furtki, zatrzymał się jeszcze i przesłał 

jej  uśmiech.  Nie  wyobrażała  sobie  przedtem,  że  ten  dziwnie  poważny, 
pochmurny mężczyzna potrafi się zdobyć na wyraz uprzejmości. 

Przywołała Kolumba. 
—  I  cóż,  mój  piesku,  co  o  nim  myślisz?  Trudno  go  osądzić,  jest  dziwnie 

zagadkowy. Ale im dłużej z nim mówię, tym wyraźniej mi się zdaje, że go już 
niegdyś spotkałam. Chciałbyś stąd iść i zamieszkać we dworze. 

background image

Kolumb się oparł na kolanie swej pani. Był dziwnie zadumany, ogarnął go 

lekki niepokój. Ucałowała go w czoło. 

—  No  cóż  Kolumbku,  nic  mi  nie  powiesz?  A  może  naprawdę  tutaj  jest 

lepiej? 

* * * 
Gdy  nazajutrz  przed  domkiem  kowala  pojawiła  się  w  południe  dworska 

limuzyna,  pani  Rickett,  która  właśnie  karmiła  kurczęta  w  ogródku,  doznała 
ataku  niebywałej  konsternacji.  W  wiosce  Little  Shale  nie  było  człowieka, 
który nie padał czołobitnie przed żoną dziedzica. 

Podbiegła nerwowo do furtki i spotkała szofera, który stanął u wejścia. 
— Nic poważnego — odezwał się do niej. — Pani Fielding chce zobaczyć 

mieszkającą tu panią. Proszę do niej iść i powiedzieć jej o tym. 

Zmierzyła szofera surowym spojrzeniem. 
— Nie sądzi pan chyba, że pozwoli się wywołać. Szofer się uśmiechnął. 
—  Właśnie,  że  sądzę.  Pani  Fielding  nie  zamierza  wysiąść  z  auta.  Gdzież 

ona jest? 

Pani Rickett wstrzymała oddech ze złości. 
— Panna Moore to nie dziewka, by wyciągać ją z domu. Można do niej iść. 

Daj pan kartę, zaniosę ją do niej. 

Pani Rickett za młodu chowała się w mieście, miała zatem wstręt do szofera 

Jacka.  Młody  ten  człowiek,  nie  cieszący  się  we  wsi  szczególną  reputacją, 
uchodził w jej oczach za typ lekkoducha, który nie zasługiwał na szacunek, z 
jakim zawsze się odnosiła do jego brata, Dicka. 

Ale  Jack  się  nie  dawał  się  zbić  z  tropu.  Uśmiechał  się  dalej  z  tą  samą 

swobodą. 

—  Lepiej  może  będzie,  gdy  sam  to  załatwię.  Madame  gotowa  się 

zniecierpliwić czekaniem. 

W  chwili,  gdy  to  mówił,  pojawiła  się  Julia.  Szła  od  wybrzeża,  z  włosem 

rozwianym,  pogodnie  uśmiechnięta,  nieświadoma  widocznie,  że  ktoś  na  nią 
czeka.  W  ręce  trzymała  okrągły  pakiet:  duży  ręcznik  i  strój  kąpielowy. 
Kolumb  biegł  naprzód,  był  już  niedaleko  furtki.  Ujrzawszy  limuzynę, 
przyśpieszyła kroku, a gdy stanęła u  wozu, z wygodnej jego głębi wychyliła 
się postać. 

—  Panna  Moore  zapewne?  —  ozwała  się  dama.  Głos  miała  szorstki, 

dziwnie wyniosły. 

Julia żywo podbiegła naprzód. Słońce prażyło, smagało jej twarz. Zaśmiała 

się żywo i wszczęła rozmowę. 

background image

— Tak, to ja — powiedziała — Jak to uprzejmie, że pani się trudzi. Proszę 

mi wybaczyć to małe spóźnienie. Ale dzień taki piękny, poszłam się kąpać. I 
musiałam  się  zatrzymać,  żeby  wyschły  mi  włosy.  Ale  może  pani  wejdzie  na 
chwilę do domu? 

—  Och,  nie  mogę,  naprawdę,  nie  mogę.  Udusiłabym  się  zaraz  z  braku 

powietrza.  Chciałam  panią  prosić  na  małą  przejażdżkę.  Ale  teraz  już  nie 
wiem, czy to będzie możliwe.  

— Moje włosy już wyschły — odezwała się Julia. — Za chwilę je uczeszę i 

przywrócę do ładu. Bardzo chętnie przejadę się z panią. 

—  Nie  mogę  jednak  czekać  —  rzekła  pani  Fielding.  —  Ten  upał  mnie 

zabija  a  słońce  oślepia.  Przejadę  się  trochę  i  wrócę  tu  jeszcze,  gdy  pani 
pozwoli. 

—  Bardzo  dziękuję  —  ozwała  się  Julia.  —  Za  mały  kwadransik  będę 

gotowa. 

— Za kwadrans powrócę — rzekła pani Fielding. 
Krzyknęła  do  Jacka,  by  ją  zwiózł  na  stację,  a  stamtąd  na  drogę,  wiodącą 

pod kościół. 

— Uważać na dzieci — ostrzegła ją Julia. — Pełno ich wszędzie i bardzo 

niesforne. 

—  O  tak,  oczywiście  —  krzyknęła  pani  Fielding.  Wtuliła  się  głębiej  w 

miękkie poduszki i auto ruszyło. 

Pani Rickett i Julia spojrzały sobie w oczy. 
—  Nie  znoszę  tego  Jacka  —  odezwała  się  pierwsza.  —  On  działa  mi  na 

nerwy. To dziwne, doprawdy, gdy porównać go z Dickiem. On i Dick! Nawet 
trudno to pojąć, że obaj są braćmi. Dick wytworny, układny, jak dżentelmen, 
a tamten cham, nawet nie wart mu usłużyć. 

W  głowie  Julii  krążyła  pani  Fielding.  Nie  zdradzała  się  jednak  z  swymi 

myślami. Skierowała się do domu i rzekła wśród drogi: 

—  Możliwe,  że  się  spóźnię,  wracając  z  przejażdżki.  Proszę  mi  mój  obiad 

zostawić na zimno. 

Poczęła  się  przygotowywać  do  drogi.  Uczesała  się  gładko,  zmieniła 

sukienkę  i  w  kilka  minut  później  była  już  gotowa.  Wróciła  do  ogrodu.  Auto 
pani Fielding zajechało z opóźnieniem. 

— Zatrzymywały nas dzieci — zawołała do Julii, gdy auto przystanęło. — 

To  wina  pana  Greena.  Mógłby  je  pouczyć,  jak  chodzić  gościńcem.  A  więc 
jedziemy, panno Moore. Proszę usiąść koło mnie. I psa pani bierze? — dodała 
niechętnie. 

background image

— On przywykł do jazdy — odezwała się Julia. — Czy pozwoli pani, aby 

usiadł na przodzie? 

Pani Fielding bez słowa wstrząsnęła ramieniem i Kolumb po chwili znalazł 

się w środku. Jednocześnie i Julia zajęła miejsce. Auto ruszyło. 

— W skwarne południa — rzekła pani Fielding — taka przejażdżka autem 

uspokaja mi nerwy. 

Julia  milczała.  Spojrzała  na  dzieci,  biegnące  gościńcem.  Przed  budynkiem 

szkolnym  ujrzała  Robina,  stojącego  w  ogrodzie.  Skinęła  nań  ręką,  gdy  ją 
dostrzegł z oddali. 

Pani Fielding w tej chwili spojrzała jej w twarz. 
— Pani go zna? — spytała. — Kaleka na ciele i kaleka na umyśle. Idiota, 

półgłówek.  Jego  brat  —  dodała,  wskazując  na  szofera. —  Daje  się  we  znaki 
biednemu  Jackowi.  Mój  mąż  proponował,  by  umieścić  go  w  zakładzie.  Ale 
drugi  jego  brat,  tutejszy  nauczyciel,  sprzeciwił  się  temu  i  nie  chce  o  tym 
słyszeć, by się rozstać z potworem. 

—  Biedny  Robin!  —  westchnęła  Julia.  —  Tak,  ja  go  znam.  Przyznaję  to 

sama,  że  nie  jest  normalny,  ale  idiotą  chyba  nie  jest,  z  tym  się  nigdy  nie 
zgodzę. 

Pani Fielding jeszcze raz spojrzała jej w oczy. 
— Idiota — powiedziała. — Idiota i półgłówek. Julia tak samo spojrzała jej 

w twarz. 

—  Nie  przyznam  pani  tego,  absolutnie  nie  przyznam.  Pani  Fielding  w  tej 

chwili zaśmiała się głośno. 

— Czy powiedziała tak już pani mojemu mężowi? 
— Nie miałam sposobności — rzekła Julia. 
—  Gdy  więc  nadarzy  się  sposobność  —  odezwała  się  pani  Fielding  — 

chciałabym  koniecznie  być  przy  tym  obecna.  On  wścieka  się  jak  pies,  gdy 
ktoś mu się sprzeciwi. Mówił mi, że odwiedził panią wczoraj. 

— Tak, odwiedził mnie. Wspomniał tylko tyle, że brak pani zdrowia. 
— I że potrzeba mi opieki, osoby do pomocy. Czy tak mówił? 
— Pani dobrze go zna, skoro wie, o czym  mówił. Pani Fielding ponownie 

zaśmiała się głośno. 

—  O  tak,  ja  go  znam  —  przyznała  z  przekąsem.  —  Czy  myśli  pani  serio 

zamieszkać w naszym domu? 

— Nie słyszałam jeszcze dotąd, że pani tego żąda. 

background image

— Och, to drobnostka. Chodzi tylko o to, czy ma pani zamiar. Bo gdy nie 

ma pani ochoty, to przecież nikt jej gwałtem do tego nie zmusi. Ale wyznam 
pani szczerze, że mój mąż by się wściekał, gdyby pani zawiodła. 

— Och, czy naprawdę? 
Tak, proszę pani, pani go jeszcze nie zna. Gdy jakaś rzecz, której pragnie, 

nie  wypadnie  mu  po  myśli,  to  zawsze  ktoś  drugi  winien  jest  temu  — 
najczęściej ja. Uprzedzam panią z góry, że często z tych powodów dochodzi 
do utarczek. Od niedzieli do dziś ani słowem się do mnie nie raczył odezwać. 
Ostatnia  nasza  sprzeczka  wynikła  przez  Greena.  Pani  go  zna  zapewne?  To 
tutejszy nauczyciel. 

—  Oczywiście,  że  go  znam,  to  nawet  mój  przyjaciel.  Uśmiechnęła  się 

lekko, mówiąc te słowa. 

— Tak? Doprawdy? Nic nie wiedziałam. — Ton jej głosu opadł nieco. — 

Stąd też zapewne znajomość z Robinem? 

—  Nie,  proszę  pani.  Z  Robinem  osobno  zawarliśmy  przyjaźń.  Wybieramy 

się  dzisiaj  na  wspólną  herbatkę.  Zabierzemy  ją  z  domu  i  idziemy  na  plażę. 
Ogromnie lubię plażę wieczorem. 

—  Dziwię  się  pani,  że  zadaje  się  z  nimi.  Takich  ludzi  jak  oni  nie  sposób 

dźwignąć z ich szarych środowisk. Green, ten nauczyciel, jest częstym u nas 
gościem, ale zawsze mam o niego sprzeczki z  mężem. Nie  mogę zrozumieć, 
po co go zaprasza. 

— Green to dżentelmen — odezwała się Julia. 
— Kto? Green? — zaśmiała się pani Fielding. — Dżentelmen swej klasy, to 

już  możliwe.  Ale  jego  brat  nie  ma  tak  wielkich  aspiracji.  Spojrzała  w  tej 
chwili w kierunku szofera. — A jeśli je ma, to nigdy, jak dotąd, nie okazał mi 
tego. Najgorzej z Robinem, już sam jego widok przyprawia mnie o dreszcze. 

— Biedny Robin — westchnęła Julia. — On  musi odczuwać swe straszne 

kalectwo. 

—  Na  pewno  je  odczuwa  —  odezwała  się  pani  Fielding.  —  I  dlatego  też, 

jak mówię, powinien być w zakładzie. To by było korzystne dla wszystkich. 
Ta rodzina Greenów i  mnie się już dała porządnie we znaki. Tylko Jack jest 
wyjątkiem.  Jest  skromny,  posłuszny  i  pędzi  jak  diabeł,  gdy  zasiądzie  do 
motoru. Ale tamtych nie znoszę, nie przywyknę już do nich. Green jest poza 
tym dziwnie niewyraźny. Czy on również dziś będzie na pikniku na plaży? 

—Nikt go nie prosił — odezwała się Julia. 
—  Gdy  się  go  prosi  jednak,  to  nie  sprawia  to  podobno  zbyt  wielkich 

trudności.  Strange  gdzieś  mówi,  że  tacy  ludzie  jak  on  stoją  na  krawędzi 

background image

naszych  kół  towarzyskich,  a  stoją  tam  dlatego,  by  się  wślizgnąć  do  środka, 
gdy nadarzy się okazja. 

— Jednak moje kółko jest bardzo skromne, by się miał tak wysilać. Strange 

jest poza tym dziwnie złośliwy. Nie lubię ludzi, którzy żyją swym jadem. 

— Ja go jednak lubię — rzekła pani Fielding. — Jest bardzo dowcipny. Czy 

pani go poznała? 

Julia przecząco ruszyła głową. 
—  Pod  tym  nazwiskiem  na  pewno  go  nie  znam.  Mówiono  mi  onim,  że 

podobno  jest  sędzią.  Ale  i  dlatego  go  nie  lubię,  że  używa  pseudonimu.  To 
dowód tchórzostwa. Zabrakło mu odwagi, by bronić owych opinii. 

— Ależ Dene Strange jest znany z odwagi. Ma grono wielbicieli i żaden mu 

dotąd nie zarzucił tchórzostwa. Ja również czytałam wszystko, co napisał. Ma 
świetny styl i zręczność w pisaniu. 

— Niektórzy przypuszczają, że to pseudonim kobiety. 
—  Nie  wierzę  w  takie  brednie,  ani  pani  nie  powinna.  Kobieta  nie  posiada 

takiej głębi umysłu. Jego siła zdumiewa, po prostu porywa. Drugi Napoleon. 
Wiele bym dała, gdybym mogła go poznać. 

— Rozczarowałaby się pani — odrzekła Julia. 
— Nie pojmuję, dlaczego? 
—  Bo  lwy  rozczarowują,  gdy  się  znajdą  w  niewoli.  Jedne  wtedy  ryczą, 

drugie się zachowują jak głupie cielęta. 

Pani Fielding po raz pierwszy objawiła zdumienie. 
—  Doskonała  uwaga  —  musiała  jej  przyznać.  —  Ale  skądże  u  pani  tak 

wielkie doświadczenie? 

— Wystarczy obserwacja — rzekła Julia. — Wtedy łatwo się spostrzega, że 

płomień  geniuszu  najsilniej  jaśnieje  wśród  mroków  i  cieni.  Może  Strange 
ostatecznie  ma  rację  w  swych  dziełach?  Ale  polowanie  na  lwy  jest  dziwnie 
ryzykowne, nie leży w zakresie mych upodobań. 

— Pani mówi jak ktoś, kto zna się na rzeczy. 
Julia  zaśmiała  się.  W  rozmowie  z  Fieldingiem  usłyszała  już  raz  tę  dziwną 

uwagę. 

—  Ja  również  obserwuję  z  obwodu  koła,  jak  nazywa  to  Strange.  Pani 

słyszała zapewne o rodzinie Farringmore'ów. Otóż jestem z tą rodziną daleko 
spokrewniona.  Obcowałam  z  nią  dawniej,  a  z  Lady  Joanną  Farringmore  od 
pierwszej młodości chowałam się razem. 

Miałam więc możność zetknąć się z tym, co w miastach, takich jak Londyn, 

nazywa się życiem. 

background image

— Łatwo to poznać — rzekła pani Fielding, nie mogąc w tej chwili ukryć 

zazdrości. 

— Przez sześć sezonów stykałam się z „życiem". Ale to mi wystarcza, nie 

chciałabym już teraz oglądać siódmego. — Julia to mówiła z emfazą. — I to 
jest właśnie powód, który skłonił mnie w końcu do ucieczki z Londynu. 

— Dziwi mnie bardzo, że nie wyszła pani za mąż. 
—  Dziwi  to  panią?  —  zaśmiała  się  Julia.  —  Pędzili  teraz  szybko,  po 

stromej drodze, wiodącej bezpośrednio ku kopalniom Shale Point. — Joanna 
tak  samo  dziwiła  się  zawsze.  Ale  nigdy  nie  spotkałam  mężczyzny 
cierpliwego,  nie  chcieli  na  mnie  czekać,  a  ja  znów  nie  mogłam  postanawiać 
pośpiesznie. 

— Mogłaby pani, gdyby chciała prawdziwie — rzekła pani Fielding. 
— Ma pani rację — rzekła Julia. — Ale żadna z mych miłości nie była zbyt 

wielka, nie kwapiła się nadto. — Uśmiechnęła się lekko, jej oczy spoczęły na 
szczycie  wzniesienia.  —  Joanna  nie  mogła  długo  się  dziwić.  Skokietowała 
podstępnie Ivora Yardley'a, ustalono już wszystko, nawet datę ich ślubu, gdy 
nagle przed ślubem zniknęła z Londynu i uciekła do Francji. 

—  Wielki  Boże!  —  krzyknęła  pani  Fielding.  —  Przecież  kilka  dni  temu 

czytałam  w  gazetach  dokładny  opis  jej  ślubnego  stroju,  musiał  być  cenny  i 
niezwykle piękny. 

—  Wspaniały  —  pochmurnie  rzuciła  Julia.  —  Dziś,  jak  słyszałam,  miał 

odbyć się ślub. 

— I uciekła przed ślubem? — zdumiała się pani Fielding. — To istotnie był 

dowód niezwykłej odwagi. 

—  Niekoniecznie  —  z  pogardą  rzuciła  Julia.  —  Powinna  była  zostać  i  z 

otwartą przyłbicą wyjawić swój zamiar. To, że uciekła, napełniło mnie do niej 
tak straszną odrazą. 

— Czy obawiała się... jego? — spytała pani Fielding. 
— Czy obawiała się jego? — zakpiła Julia. — Ona każdego innego będzie 

się teraz bała, ma powód ku temu. Wiem o tym dobrze, choć trudno w istocie 
uwierzyć wszystkiemu. Ogarnął ją strach, wolała więc ucieczkę, niż zatarg ze 
swym mężem. 

— I rzuciła ją pani. Nie chciała już więcej jej towarzyszyć? Julia niechętnie 

machnęła ręką. 

—  Oczywiście,  że  nie.  Od  dawna  ją  potępiałam  za  jej  złe  zachowanie,  a 

ostatnio  zupełnie  zerwałyśmy  ze  sobą.  Nie  chcę  jej  widzieć,  ani  jej,  ani 
nikogo z jej bliskich i znajomych. 

background image

Pani  Fielding,  zmieszana,  zamilkła  na  chwilę,  nie  spodziewała  się  po  Julii 

tak żywej reakcji. 

— To niepodobne do pani — odezwała się w końcu. Wyrzekła te słowa na 

pół odruchowo. 

—  A  skąd  pani  wie,  co  o  mnie  podobne?  —  rzekła  Julia.  —  Przecież  w 

gruncie  rzeczy  nie  znamy  się  jeszcze,  Ale  oto  już  morze  i  cudne  sklepienie 
nieba  nad  wodą.  Czy  zatrzymamy  się  tutaj?  Czy  też  dalej  pomkniemy  nad 
skrajem przepaści? 

Zaśmiała  się  głośno,  patrząc  przed  siebie.  Dotarli  tymczasem  do  szczytu 

wzniesienia  i  zdawało  się  teraz,  że  wóz  za  chwilę  stoczy  się  w  przepaść,  ku 
mętnym  wodom,  płynącym  na  dole.  Ale  szofer  znienacka  zatrzymał  motor. 
Wóz  przystanął  wśród  pasem  trawy,  a  jego  odległość  od  cypla  nie 
przekraczała w tej chwili dwudziestu stóp. 

Od  zatoki  powiewał  łagodny  wietrzyk,  wzgórze  skrzyło  się  od  słońca  i 

barw.  Julia  głęboko  wciągnęła  powietrze,  spojrzała  z  zachwytem  ku  tafli 
morza. 

— Przestrzeń i słońce! — krzyknęła  radośnie. — Czy jest coś świętszego, 

niż czar ich potęgi? 

Pani Fieldng spojrzała, nie mówiąc słowa. 
— Dziękuję z serca — ciągnęła Julia. — Ten widok mnie olśnił, oczarował 

mi  duszę.  Gdybym  nie  musiała  powrócić,  zostałabym  tu  chętnie  do  końca 
wieczora. 

Oczy jej pomknęły ku krawędzi cypla, który przed tygodniem zaledwie był 

mimowolną  widownią  jej  nocnej  przygody,  po  chwili  wróciły,  by  utkwić  w 
wyłomie, który wiódł poprzez skałę. 

—  To  droga  do  kopalni  —  rzekła  pani  Fielding.  A  tam  dalej  osiedle 

górnicze,  zamieszkałe  przez  ludzi,  którzy  tak  bardzo  uwielbiają  pani 
przyjaciela, Greena. Broni ich. 

—  Bardzo  to  szlachetne,  że  bierze  ich  w  obronę.  A  gdzież  oni  żyją?  Czy 

mieszkają w pobliżu? 

—  Nie  widać  z  tego  miejsca  ich  nędznej  osady.  Znajduje  się  opodal,  po 

przeciwnej  stronie  tej  skalnej  góry.  Osiedle  zapadłe,  odrażające  po  prostu 
swym  strasznym  brudem.  Nigdy  nie  podjeżdżam  zbyt  blisko  do  niego. 
Nazywają je High Shale, ale w istocie niesłusznie, gdyż leży w kotlinie. Jest 
bardzo  niezdrowe.  Już  teraz  widzi  pani  mgły  i  wyziewy,  unoszące  się  nad 
nim. Chatki są nędzne, a mieszkający w nich ludzie to zbieranina wyrzutków 
o  zbrodniczych  instynktach.  Niejaki  pan  Ashcott,  zastępca  Farringmore'ów  i 

background image

dyrektor kopalni, ma wiele kłopotów, by utrzymać ich w karbach. Jesi często 
bezradny,  nie  wie  co  począć.  Słusznie  ich  nazywa  stadem  świń,  pędzonych 
kijami. 

— Biedni ludzie! — westchnęła Julia. 
—  Banda!  —  rzuciła  rozjuszona  pani  Fielding  —  pijacka  hołota.  Nie 

śmiałabym  się  do  nich  zbliżyć.  Zdarzyło  się  raz,  że  obrzucili  nasz  wóz 
odłamkami  kamieni,  gdy  wjechaliśmy  do  High  Shale.  Niech  pan  skręci  — 
rzuciła  do  Jacka.  —  Przez  gościniec!  Tam  również  jest  pięknie.  Nasyci  się 
pani malowniczym widokiem. 

—  Dziękuję  —  zaśmiała  się  szczerze  Julia.  —  Jestem  bardzo  pani 

wdzięczna za jej wielką uprzejmość. 

Gdy po upływie godziny auto z powrotem zajechało do Little Shale, dzieci 

grupkami podążały do szkoły. Tuż obok dworu Julia powiedziała: 

— Proszę się zatrzymać, w tym miejscu wysiądę. Przejdę już pieszo drogę 

przez pagórek. Szkoda przecież trudu, aby dla tych kilku kroków wóz jeszcze 
musiał zawracać. 

—  Chciałam  panią  prosić,  by  zjadła  z  nami  obiad  —  przerwała  jej  pani 

Fielding. 

—  Serdecznie  dziękuję,  ale  dziś  już  niestety  nie  mogę  skorzystać.  Może 

innym  razem.  Muszę  istotnie  powrócić  do  domu.  I  kupię  jeszcze  keksów  do 
herbatki na plaży. 

Pani Fielding wobec tego kazała przystanąć. 
—  Nie  chcę  pani  zmuszać  —  odezwała  się  do  niej  —  ale  cóż  pani  sądzi? 

Czy  będzie  pani  miło  przebywać  wraz  ze  mną?  Albo  czy  musi  pani  jeszcze 
sprawę gruntownie przemyśleć? 

Julię  zmieszało  o  nagłe  pytanie.  Zastanowiła  się  nieco,  a  po  chwili 

odrzekła: 

— Zostawmy sobie tydzień dla małej próby. Ten okres oczywiście, będzie 

bezpłatny.  W  obrębie  tego  czasu  może  łatwiej  się  rozstrzygnie,  co  zrobić  ze 
sprawą. 

— Więc kiedyż pani przyjdzie? — spytała pani Fielding. 
— Kiedy pani zechce. 
— Może już jutro? 
— Może być jutro, gdy pani to odpowiada. 
—  A  gdy  tydzień  przeminie  i  nie  zrazimy  się  do  siebie  w  tym  krótkim 

okresie, to czy przyrzeka mi pani, że zostanie na zawsze? 

background image

—  Tego  nie  przyrzekam  —  zaśmiała  się  Julia.  —  Dam  pani  również  czas 

do namysłu. Zobaczymy jeszcze zresztą, jak się rzecz ułoży. 

Pani Fielding wyciągnęła rękę do Julii. 
— Do widzenia — rzekła. — Przy najbliższej okazji i ja się zapraszam na 

herbatkę na plaży. 

— Będzie mi bardzo miło — rzekła Julia. 
* * * 
— Gusta i guściki — odezwał się Green. — Ale gdyby o mnie chodziło, nie 

zgodziłbym się na to, by zająć jakieś miejsce na żołdzie pani Fielding. 

Spojrzał  na  Julię,  a  powaga  jego  tonu  pozwalała  przypuszczać,  że  mówił 

prawdę.  Siedział  zwrócony  plecami  do  skały  i  palił  papierosa.  Poza,  którą 
przybrał, była pozą spoczynku, ale wyraz jego twarzy, niespokojny i napięty, 
nie zdawał się przemawiać za spokojem wewnętrznym. 

— Czy naprawdę pani sądzi, że podoła tej rzeczy? — spytał znienacka, gdy 

Julia milczała. 

Julia tak samo w tej chwili paliła. Leżała na piasku, rozkosznie wyciągnięta, 

z upodobaniem oddana uczuciu bezsiły. Jakieś błogie rozleniwienie ogarnęło 
wszechwładnie jej umysł i ciało. 

—  Nie  wiem  w  istocie  —  odrzekła  półsennie.  —  Muszę  się  dopiero  o 

wszystkim przekonać. 

— Dokuczą pani pewnie, będą się znęcać. Zaśmiała się lekko. 
— Tego nie zrobią. Ufają mi, widać, i dali tego dowód, oferując mi posadę 

bez żadnych poleceń. Nie uznaje pan tego? 

— Nie — rzekł Green. 
Spojrzała ku niemu. Twarz jej ożywił życzliwy uśmieszek. 
—  Czemu  pan  zły?  —  spytała  po  chwili.  —  Coś  panu  dzisiaj  popsuło 

humor. 

Popatrzył  jej  w  twarz,  nie  wiedząc,  co  odrzec.  Po  chwili  się  zaśmiał.  Tak, 

jestem zły — powiedział ochoczo. 

— Ciekawe dlaczego? Znowu się zaśmiał. 
— Ciekawa pani zatem, naprawdę ciekawa? To impertynencja zapewne, że 

śmiem o to pytać. Ale grzecznie z pani strony, że pani udaje zainteresowanie. 

— Impertynencja, pan mówi? — zaśmiała się Julia. — Nie, panie Green, to 

zaledwie naiwność. 

— Dziękuję uprzejmie, pani coraz grzeczniejsza. Naiwność dlatego, że to z 

pani  powodu  od  godziny  się  wściekam,  czy  tak,  panno  Julio?  To  naprawdę 
wygląda cokolwiek głupawo. 

background image

Zaśmiała się głośno. 
— Nie, proszę pana, naiwność dlatego, że nie może pan zrozumieć, że dam 

sobie radę. 

— Tak? — zawołał — jednak mam powód, by podtrzymać swój 
lęk. 
— Pan nie ma powodu. 
— A więc dobrze — zawołał. — Nie mam powodu. 
— Pan jest zły, panie Green — zaśmiała się żywo. — Sprawiało jej radość, 

że wprawia go w kłopot. 

Green się zaciągnął, jego oczy bezwładnie spoczęły na morzu. Parę kroków 

dalej Robin okrążał boso wybrzeże. Kolumb radośnie posuwał się za nim. 

—  Nie  zazdroszczę  pani  tego  —  ozwał  się  Green.  —  Takiej  wstrętnej 

niewoli pod władztwem pani Fielding. I dlatego tu przyszedłem. Dlatego jak 
intruz  wtargnąłem  tu  do  was,  psując  wam  zabawę,  ułożoną  z  Robinem.  Ale 
nie dawało mi spokoju, pragnąłem panią ostrzec. 

— Pan mnie już przecież ostrzegł — odezwała się Julia. 
— Ale bez rezultatu. 
—  Owszem,  z  rezultatem.  Bardzo  jestem  wdzięczna  i  nie  zapomnę  panu 

tego, że przyszedł mnie ostrzec. 

— Ale skorzystać pani nie chce — oburzył się Green. 
— Możliwe, że skorzystam — zaśmiała się Julia. — Na razie rozpoczynam 

tylko tydzień próby. To nie zaszkodzi, przypuszczam, i nikogo nie skrzywdzi. 

Nie spojrzał w jej stronę. 
—  Zmieniła  się  pani,  jest  dziwnie  niedobra.  —  Pobladł  wyraźnie,  gdy 

mówił te słowa. — Ale mimo wszystko, co słyszę, mimo oporu i odmiennych 
przekonań, nie zrobi pani tego, czego chce od godziny. 

— Och — zawołała. — Czy nie przyzna pan sam, że marudzi jak dziecko? 

Nie zaliczam się do osób, nie wiedzących, czego pragną. 

— Zalicza się pani — przeciwstawił się Green. Zaśmiała się znowu. 
—  Wspomniano  mi  niedawno,  że  pan  jest  częstym  gościem  w  folwarku 

Fieldingów. Dlaczego pan tam bywa, choć nie znosi tych ludzi? 

— To zupełnie co innego — odezwał się żywo. — Jeśli chodzi o Fieldinga, 

to nic nam nie przeszkadza w utrzymywaniu stosunków. 

Uniosła brwi. 
— A skąd pan taki pewny, że nam coś przeszkodzi? 
— Przeczucie mi to mówi. Nie zniesie pani życia, narzuconego jej gwałtem. 
— Przeczuwam inaczej; zapewniłam sobie zresztą zupełną swobodę. 

background image

— Ale nie wytrwa w niej pani — rzekł Green z przekonaniem. 
— Gdy zobaczę, że nie wytrwam — odrzekła spokojnie — to wycofam się 

rychło i wrócę do domu. 

— Wtedy będzie za późno — odezwał się Gren. 
— Jak to za późno? — spytała zdumiona. — Co pan rozumie przez słówko 

„za późno?" 

Machnął gwałtownie, choć zmitygował ruch swojej ręki. 
—  Wystarczy  tylko  wejść  w  tę  sferę  zepsucia.  Pani  Fielding  jest  znana  z 

niezdrowej egzaltacji, to działa jak jad, zatruje pani duszę i wszczepi w panią 
również zasady snobizmu. 

Julia obecnie zaczęła pojmować. Dźwignęła się z piasku i nagle usiadła. 
—  Ten  rodzaj  trucizny  nie  działa  już  na  mnie  —  odrzekła  z  prostotą.  — 

Jestem  dziwnie  odporna  na  objawy  snobizmu.  Nie  dotknie  mnie  również 
zniewaga szyderstwa. 

— Jeśli będą z kogo drwić, to na pewno nie z pani — odezwał się Green. 
Jeszcze raz się zaśmiała, spoglądając mu w oczy. 
— Rozumiem —  odrzekła — już wiem, o co chodzi. Ale nie zaliczam się 

do osób, które przysłuchują się biernie, gdy się drwi z ich przyjaciół. Może to 
panu wystarczy i uspokoi go wreszcie? 

Zaśmiał się również, choć dziwnie powściągliwie. 
—  Tak  —  odpowiedział  —  już  jestem  spokojny.  Przecież  mogłem  się 

spodziewać, że zachowa się pani z prawdziwą godnością. 

—  Przede  wszystkim  lojalnie  —  przerwała  mu  Julia.  —  Moim  bowiem 

zadaniem,  płatna  towarzyszka,  zajęta  w  folwarku,  nie  może  aspirować  do 
wyższych uprawnień —  mowa tu, oczywiście, o hierarchii społecznej — niż 
stale  pracujący  nauczyciel  ludowy.  Czy  przypuszcza  pan  może,  że  i  rodzaj 
zajęcia stanowi o różnicy? 

— Teoretycznie nie stanowi — odezwał się Green. 
—  A  praktycznie  jeszcze  mniej  —  oburzyła  się  Julia.  —  Nienawidzę 

snobizmu,  więc  i  pan  nim  powinien  tak  samo  pogardzać.  Gdyby  przyszedł 
pan  do  dworu  z  miotełką  pod  pachą,  jako  prosty  kominiarz,  czyszczący 
kominy,  powitałabym  pana  tak  samo  życzliwie,  jak  witam  go  dziś  i  witałam 
go  wczoraj.  Praca  nie  hańbi,  powtarzam  stanowczo.  I  nie  może  stanowić  o 
różnicy godności. 

— Dla pani, panno Moore — odezwał się Green. 
— A dla pana stanowi? — spytała go Julia. 
Zaśmiał się teraz, komicznie zmieniając rysunek swych brwi. 

background image

— Przekonała  mnie pani — rzekł w końcu. — Gdyby pani była rybaczką, 

dziewczyną z ludu, uwielbiałbym ją nadal z tą samą szczerością. I przyznaję 
pani teraz, że wszystko, co robi, jest słuszne i dobre. 

—  Nareszcie!  —  z  triumfem  krzyknęła  Julia.  Zarumieniła  się  lekko,  na 

przekór  swej  woli.  —  Co  za  mile  brzmiący,  romantyczny  komplement. 
Brakuje  tylko  stroju:  kapelusza  z  piórami.  Takie  strusie  pióro  na  pewno 
dodałoby powabu tym słowom. 

— Przypuszczam — głośno zaśmiał się Green. — Ale pióra, jak sądzę, nie 

pociągnęłyby pani. Słyszałem przed chwilą, że jest dziwnie nieczuła na szyk 
wielkomiejski. Faktem zaś zostanie, że tylko królewskie głowy stać jeszcze na 
to, by pogardzały piórami. 

— Moja głowa niestety nie posiada korony — zaśmiała się Julia. 
Spojrzał jej w oczy, chcąc je przeniknąć. Po chwili zapytał: 
—  Czy  przebywała  już  pani  w  swym  życiu  na  dworach?  Julia  nerwowo 

splotła dłonie. 

— Oczywiście — odrzekła. — Dziesiątki razy. Ludzie bez środków zawsze 

szukają schronienia na dworach. Pan często zachodzi do domu Fieldingów? 

— Jeśli będę tam jeszcze, to tylko dlatego, aby spojrzeć pani w twarz. 
Dotknęła delikatnie jego dłoni. 
—  To  jeszcze  lepszy  komplement,  niż  tamten  o  rybaczce.  Nie  rozumiem, 

doprawdy. Co się z panem dzieje, kochany panie Green? 

— Nie śmiem powiedzieć — odezwał się krótko. 
Zamilkł  na  chwilę.  Julia  puściła  kłąb  dymu  i  ścigała  go  teraz  wesołymi 

oczami. 

— Niech go pan nie zniszczy! — krzyknęła do Greena. 
Green  nabrał  trochę  żwiru  i  począł  go  z  pasją  rozcierać  w  dłoni.  Przez 

chwilę nie mówił, wreszcie się odezwał: 

— Nie, panno Julio, proszę się nie bać. 
Otrzepał się w końcu z piachu i kurzu i powstał znienacka ze zrębu skały. 
— Już pan odchodzi — spytała go Julia. 
—  Tak  —  odpowiedział  —  mam  wiele  roboty.  —  Czy  mam  i  Robina 

zabrać do domu? 

Unikał jej wzroku. Ton jego głosu był dziwnie szorstki. Julia też wstała po 

chwili. 

—  Niech  go  pan  zostawi  —  rzekła  z  uśmiechem.  —  A  do  domu  jeszcze 

czas, przejdziemy się trochę. 

— Owszem — odrzekł nerwowo. 

background image

— Więc chodźmy, panie Green, szkoda nam czasu. 
Poszedł  jej  śladem,  nie  mówiąc  słowa.  Zwrócili  się  zaraz  w  kierunku 

wybrzeża. 

Zrazu  oboje  zawzięcie  milczeli.  Julia  spojrzała  na  szczyty  Shale  Point; 

odcinały  się  szorstko  od  barw  otoczenia  i  wyglądały  w  tej  chwili  jak  groźna 
forteca. Green przerzucił ręce na plecy, papieros nerwowo cisnął na ziemię. 

Po  dłuższej  chwili  milczenia  Julia  odezwała  się  pierwsza,  siląc  się  na 

swobodny  ton:  —  Chciałam  panu  coś  powiedzieć  o  sobie.  Wydobyła  jednak 
te słowa z widocznym wysiłkiem. 

—  Coś  nowego?  —  zapytał,  uśmiechając  się  lekko.  Julia  pobladła.  Wyraz 

jej twarzy był dziwnie poważny. 

— Tak, coś nowego. — Odparła z prostotą. — Pan nie wie jeszcze o tym, 

nie domyśla się nawet. Chodzi tylko o mnie. Otóż pragnę, by pan wiedział, że 
ja  i  pani  Fielding  nie  różnimy  się  właściwie  pod  względem  usposobień, 
stanowczo  zaś  mniej,  niż  wydaje  się  z  pozoru.  Mnie  również  do  niedawna 
nęciły  uciechy,  tak  samo  jak  ją  i  tysiące  podobnych.  Przez  całą  prawie 
młodość  zmagałam  się  z  życiem,  myśląc  tylko  o  tym,  by  wywalczyć  sobie 
szczęście,  ale  w  końcu  uznałam,  że  walczyłam  daremnie.  Zrozumiałam  też 
wkrótce,  z  jakiego  powodu.  Było  to  niedawno.  W  ręce  wpadła  mi  ciekawa 
książka. Jej tytuł był również niezwykle ciekawy: „Próchno". Czy zna pan tę 
książkę? Pan ją zapewne zna. Jej autor nazywa się Dene Strange. Nienawidzę 
Strange'a,  nie  spotkałam  w  mym  życiu  podobnego  cynika.  Tematy  swe 
czerpie z odmętów i bagnisk i odsłania je potem z bezwzględną szczerością. 
Jaką  w  tym  względzie  kieruje  się  myślą,  jeśli  w  ogóle  uznaje  jakiś  ważki 
ideał,  trudno  to  osądzić,  to  się  nie  da  określić.  Po  prostu  bezbożnik  i 
szerzyciel  rozpusty.  Ale  ma  dużo  sprytu  i  błyskotliwy  styl.  Spaliłam  jego 
książkę, napełniła mnie wstrętem. Żałowałam nawet później, że ją wzięłam do 
ręki, palił mnie wstyd, poczucie zgnębienia. A wie pan, dlaczego? Bo Strange 
się nie myli. Nie odbiegł od prawdy, ujmując swe tematy z surową ścisłością. 
Życie jest istotnie tak strasznie bezwstydne. A uprzednie me dążenia, dążenia 
młodości może również wpłynęły na to, by mu nadać taki charakter. 

Urwała nagle. Green uważnie spojrzał jej w twarz. 
— Czytałem tę książkę — odparł sucho. — Ale przedstawione w niej fakty 

uderzają przesadą. Autor, być  może,  miał taką intencję.  W każdym  razie  nie 
napisał swej książki dla dusz przeczulonych. 

—  Jeszcze  teraz  ją  przeżywam  —  wzdrygnęła  się  Julia.  —  Była  czym 

stokroć gorszym, niż spotkanie się z duchem. 

background image

—  To  ciekawe  —  rzekł  Green.  —  Nie  uwierzyłbym  temu,  że  mogła  tak 

ujemnie na panią podziałać. 

—  Bo  pan  mnie  jeszcze  nie  zna  —  przerwała  mu  żywo.  —  Pański  sąd  o 

mojej osobie jest zgoła fałszywy. Muszę go poprawić, uzgodnić go z prawdą. 
Otóż zaliczam się do osób, które żywo się poddają doznawanym wrażeniom, 
nic  więc  dziwnego,  że  i  przeczytanie  tej  książki  nie  zostało  bez  śladu. 
Pobudziło mnie po prostu do konfliktu ze sobą. Tylko panu to mówię, nikt o 
tym  nie  wie.  Ale  odczuwam  wewnętrznie,  że  nie  powinnam  tego  ukrywać 
przed panem. 

—  Bardzo  dziękuję  —  odezwał  się  Green.  —  Chcę  jednak  wiedzieć,  z 

jakiego powodu? 

Spojrzała mu w oczy. 
— Po prostu dlatego, że pragnę mu oszczędzić przykrości złudzenia. 
—  I  przydomka  człowieka,  który  postradał  swe  zmysły.  Czy  o  to  pani 

chodzi? 

Zapłoniła  się  lekko,  nie  okazując  jednakże  objawów  zmieszania,  patrzyła 

mu w oczy. 

— Nie obawiam się o to — odrzekła stanowczo. — Bezpieczeństwo w tym 

względzie jest nazbyt wyraźnie. 

Spojrzał jej w twarz. Oczy mu błyszczały jak światła pochodni. 
—  Nie  wiadomo  —  dorzucił,  akcentując  to  słowo.  —  Wszystko  to  zależy 

od  punktu  widzenia.  Ale  powiem  pani  jedno;  oddałbym  wszystko,  wszystko 
co posiadam, lub mogę kiedyś posiąść, gdyby udało mi się tylko wstrzymać ją 
jeszcze od zetknięcia się z dworem. 

— Czy to nie jest bezsensowne? — zaśmiała się Julia. 
—  Nie!  —  zawołał  jakby  tonem  nagany.  —  Zuchwałe,  być  może,  ale  nie 

bezsensowne.  Za  dobrze  wiem,  co  się  dzieje  u  Fieldingów.  Proszę  mnie 
wysłuchać,  namyślić  się  jeszcze!  Nie  powinna  mnie  pani  przedwcześnie 
odtrącać. Pragnę pani pomóc, uchronić ją w porę. 

Spojrzała na niego z wyrazem zmieszania. 
— Jakby to wyglądało? — zarzuciła mu ostro. — To nie byłoby taktownie 

wycofać się teraz. A poza tym... 

—  A  poza  tym  —  wtrącił  —  myśli  pani  o  tym,  by  jak  każdy  z  żyjących, 

ułatwić  sobie  życie.  Tak,  madame,  już  wiem  o  co  chodzi.  Pani  uważa  tę 
posadę  za  zesłaną  z  niebios.  Ale  w  istocie  tak  nie  jest.  To  jest  zgoła  coś 
innego  —  po  prostu  odwrotnie.  Jeśli  Londyn  panią  zawiódł  i  nie  dał,  co 
przyrzekał,  to  życie  u  Fieldingów  tym  bardziej  jej  sprawi  niemiłe 

background image

rozczarowanie. A gdy zamieszka pani u nich, nie będę już w stanie pośpieszyć 
z pomocą. Nawet trudne będzie zobaczenie się z panią. 

— Pan bardzo uprzejmy — zaczęła Julia. 
— To zaledwie życzliwość — wtrącił z zapałem. — Nie spotkałem kobiety 

pani  stanu  i  godności,  która  by,  podobnie  jak  pani,  nie  zasklepiała  się  w 
ciemni  starego  konwenansu,  lecz  traktowała  mnie  szczerze,  prawdziwie  po 
ludzku, jak równego sobie duchem drugiego człowieka. Czy nie myśli pani o 
tym, że ten akt życzliwości był trochę... przedwczesny? 

Zaśmiała się żywo. 
—  Korzystam  z  tych  względów  —  ciągnął  po  chwili.  —  Ale  wierzę 

jednocześnie,  że  nie  spotkam  się  za  to  z  małodusznym  zarzutem.  Muszę  to 
zrobić,  nie  mogę  się  przemóc.  Otóż  pytam  panią  teraz:  czy  istotnie  jest 
powód,  który  zmusza  ją  do  tego,  by  pracowała  na  życie?  Czy  nie  mogłaby 
pani jeszcze trochę poczekać? 

Nie zdołała obecnie zataić zdumienia. Gwałtowność jego słów wprawiła ją 

w kłopot. 

—  Nie  zdaję  sobie  sprawy  —  rzekła  z  wahaniem.  —  Ale  pragnę,  mimo 

wszystko, zacząć pracować. 

—  Domyślam  się  tego  —  odrzekł  spokojnie.  —  Główna  jednak  rzecz  w 

tym,  że  nie  ma  przymusu.  Mam  dziwne  wrażenie,  że  wkrótce  zmienią  się 
obecne warunki. A jeśli się nie zmienią, jeśli się nie zmienią... 

Wetknął obcas głęboko w piasek i krzyknął po chwili ochrypłym głosem. 
— Wielki Boże! Co bym dał za to, gdybym miał możność pracowania dla 

pani! 

Spojrzał jej w twarz, gdy  mówił te słowa, lecz nagle się obrócił i powiódł 

oczami  po  tafli  morza.  Wszędzie  panowało  głębokie  milczenie.  Zdawało  się 
teraz, że świat znieruchomiał wśród ciszy wieczoru. 

Julia  tak  samo  stanęła  bez  słowa,  czekała  chwili,  aż  Green  się  ocknie. 

Spojrzała w zadumie na siny horyzont, a smutne jej oczy zasnuły się mgłą. 

Po chwili przerwał nieznośną ciszę. 
— Gniewa się pani? — spytał nieśmiało. 
— Nie mam powodu. 
Obrócił się do niej i spojrzał jej w oczy.  
— Nie gniewa się pani? 
— Nie — odrzekła. 
Nie mógł ochłonąć z pierwszego wrażenia. 
— Pragnąłbym raczej, by było odwrotnie. 

background image

— Dlaczego? — spytała. 
— Bo wiedziałbym wtedy, że się pani ze mną liczy. Teraz zaś wiem, że nie 

mam szans. Jak każdy człowiek, nieznaczny i szary. Jak jeden z wielu. A cóż 
wtedy znaczy, gdy jednego ubędzie? 

Zaśmiał się dziwnie. 
—  To  się  więcej  nie  powtórzy  —  rzucił  na  koniec.  —  Nawet  pani 

cierpliwość ma pewne granice. I cóż, pani Julio? Wróćmy do domu? 

Julię wzruszyły te słowa pokory. Obróciła się nagle i podała mu rękę. 
—  Nie  gniewam  się  —  rzekła,  cokolwiek  zmieszana.  —  Pańskie  słowa 

mnie  wzruszyły,  przemówiły  mi  do  serca.  Ale  nie  moja  w  tym  wina,  że  pan 
mnie nie rozumie. 

Uścisnął jej dłoń i spojrzał jej w oczy. 
—  Nie  zasłużyłem  w  istocie  na  tyle  łaski.  Wyrzekł  te  słowa  niemal 

szeptem. 

Po chwili dodał: 
— Ale przyjdzie jeszcze dzień, kiedy zrozumiemy się lepiej. Czy przyrzeka 

mi pani, że i wówczas zachowa tę samą życzliwość? 

Nie  zdobyła  się  na  to,  by  mu  dać  odpowiedź.  Westchnęła  cicho  i  lekkim 

ruchem zwolniła swą dłoń. 

— Zapomnieliśmy zupełnie o biednym Robinie — rzekła z wysiłkiem. 
Obrócił się żywo. 
—  Zapomnieliśmy  o  nim  —  powtórzył  z  żalem.  Podążyli  pośpiesznie  w 

kierunku plaży. 

* * * 
Robin  odczuł,  że  wpadł  w  niełaskę.  Przykucnął  w  kącie  i  poprzez  ławki  i 

pulpity,  puste  obecnie,  spoglądał  trwożnie  na  brata.  Dick  przy  katedrze 
poprawiał  zadania.  Na  stole  był  nieład:  mnóstwo  brudnych,  poplamionych 
zeszytów,  książki,  papiery,  pióra,  ołówki.  Na  skraju  stołu  widniała  trzcina. 
Dick  przeglądał  zeszyt  za  zeszytem.  Przybrał  wyraz  dostojnie  cierpliwy,  nie 
pozbawiony jednakże śladu znużenia. 

Przez  okno  wpadały  promienie  słońca.  Otwarto  je  szeroko,  na  oścież,  lecz 

powietrze w izbie było gęste i duszne. Dzień był parny, niezwykle  męczący. 
Zanosiło się na burzę. Green na chwilę zaprzestał pracy. Uniósł głowę i rzucił 
spojrzenie ku ścianie naprzeciw. 

— Robinie! — zawołał. 
Robin wykonał niezgrabny ruch. Szurgnął nogami, po chwili się dźwignął i 

nagle przystanął. 

background image

— Przyjdź tu do mnie! — odezwał się Dick. 
Chłopiec powstał, potoczył się naprzód i znowu przystanął, zdjęty obawą. 
— Po co? — zapytał mrukliwym tonem. 
— Przyjdź tu do mnie! — powtórzył brat. 
Słowa  te  brzmiały  jak  ostry  rozkaz.  Dick  nalegał,  nie  miał  widocznie 

zamiaru ustąpić. 

Robin  ruszył.  Chwycił  się  ręką  jednej  z  ławek,  pochylił  się  nieco  i  znowu 

się  dźwignął,  nie  śmiejąc  podejść.  Brwi  mu  obwisły,  w  oczach  pod  nimi 
malował  się  strach.  Spojrzał  na  Greena  tak  strasznie  nieufnie,  że  obudził  w 
nim nagle uczucie litości. 

Ale Green uparcie czekał jak przedtem. Twarz miał dziwnie surową. Słońce 

już  zaszło  i  w  izbie  szkolnej  zaczęło  się  ściemniać.  Robin  po  chwili  ruszył 
dalej.  Ciągnął  niezgrabnie  wśród  pustych  ławek,  a  gdy  dotarł  do  pierwszej, 
nagle  przystanął.  Przenosił  swój  wzrok  od  twarzy  brata  do  trzciny  na  stole  i 
znowu na odwrót. Drżał na całym ciele. 

— Chodź! — surowo powtórzył Green. 
Powlókł  się  dalej, jak  trwożny  pies,  czekając  kary.  Jego  garb  wydawał  się 

jeszcze wyższy. Oczy z obawy nabiegły mu krwią. Green surowo zmierzył go 
wzrokiem. Po chwili zapytał: 

—  Czemu  to  zrobiłeś?  Pani  Fielding  się  żali,  że  obrzuciłeś  jej  wóz 

odłamkami kamieni. 

Robin nerwowo zaplótł ręce. Green czekał. 
— Ale, ale mój kamień jej nie trafił — bronił się Robin. 
—  To  nie  jest  odpowiedź  —  zgromił  go  Green  —  pytałem  tylko  o  to, 

dlaczego to zrobiłeś. 

Robin się cofnął. Nieufność do brata wzrosła znienacka. 
—  Nie,  nie  miałem  też  zamiaru  uderzyć  o  szybę.  Wybełkotał  te  słowa, 

przebierając ruchliwie grubymi palcami. 

— Co więc zamierzałeś? — spytał go Green. Robin zamilkł. 
— Czy odpowiesz na pytanie? — obruszył się brat. 
Robin przechodził straszliwą walkę. Rozplótł dłonie i oparł się ręką na stole 

Greena. Nie spuszczał oka z oblicza brata. Spoglądał trwożnie, jeszcze ciągle 
nieufnie. 

— Powiem ci coś, Dicku — rzekł wreszcie. — Ale musisz mi przyrzec, że 

mnie za to nie zbijesz. 

Green  się  zdziwił,  ale  siedział  spokojnie,  jak  przykuty  do  miejsca,  ciągle 

wpatrzony w twarz Robina. Na chwilę zaległo głębokie milczenie. 

background image

— Niczego nie przyrzekam — odezwał się w końcu. — Jeśli udowodnię ci 

winę, to bądź tego pewny, że cię kara nie minie. Teraz zaś siadaj! — Wskazał 
mu ławkę w pobliżu katedry. — Rozprawię się z tobą. 

Robin  znieruchomiał.  Oczy  mu  lśniły  jak  ślepia  zwierzęcia.  Green  surowo 

zacisnął  wargi  i  patrzył,  jak  przedtem,  nieubłaganie  i  twardo.  Przez  chwilę 
milczeli, spozierając bez przerwy jeden na drugiego. 

— Za wybryki, jak twoje, tylko jedna jest kara. To zupełnie jest jasne. Ale 

rodzaj  tej  kary  dla  żadnego  z  nas  obu  nie  wygląda  ponętnie.  Nie 
doprowadzałbym do tego, gdybym był na twoim miejscu. 

Robin  ponownie  zadrżał.  Te  ostre  słowa  pozbawiły  go  do  reszty  ostatków 

odporności.  Spojrzał  na  brata  i  spojrzenia  ich  nagle  zetknęły  się  ze  sobą. 
Obrócił  się  rychło  i  usiadł  na  ławce.  Długie  jego  ręce  zawisły  wśród  kolan. 
Odczuwał zgnębienie i straszną bezradność. 

Green  się  zachmurzył,  wrócił  ponownie  do  zadań  szkolnych.  Zajął  się 

korektą i znowu zaległo głębokie milczenie. 

Mijały minuty. Mrok zapadał coraz wyraźniej, powietrze stawało się coraz 

cięższe. Green przeglądał zeszyt za zeszytem i układał je potem starannie na 
bok.  Spojrzał  wśród  tego  na  postać  brata.  Siedział  na  ławce,  zgrabiony, 
przybity, z oczu ściekały mu grube łzy. Nic nie mąciło ciszy w pokoju. Green 
się  poruszył,  przez  oczy  przemknął  mu  cień  współczucia.  Odchrząknął 
głośno,  pragnął  przemówić,  ale  nagle  wstrzymał  go  szmer  za  drzwiami. 
Spojrzał ku sieni, gdyż drzwi do połowy były otwarte, i dostrzegł po chwili na 
progu Jacka. 

—  Jak  się  masz,  Dick!  —  pozdrowił  go  brat.  —  Ty  tu  wysiadujesz? 

Straszliwy upał, będziemy mieć burzę. Co jest z Robinem? 

Chłopiec  drgnął,  ryknął  ochryple,  jak  wściekłe  zwierzę.  Green  znienacka 

uniósł się z krzesła. 

— Wyjdźmy na chwilę — przemówił do brata. 
— Wolę tę sprawę załatwić bez świadków. 
Puścił  go  naprzód.  Poklepał  go  lekko  i  skierował  z  powrotem  na  ciemny 

korytarz. 

Jack bez słowa usłuchał wezwania. Był wyższy i tęższy, niż starszy brat, ale 

brakowało mu dystynkcji, owej lekkiej ogłady, którą odznaczał się Dick. 

—  Cóż  mi  więc  powiesz?  —  zagadnął  go  w  sieni.  —  To  niesłychane  po 

prostu,  oszaleję  ze  złości.  Wygarbuj  mu  przynajmniej  porządnie  skórę.  Bo 
jeśli zawahasz się przy tym, to ja cię wyręczę. 

background image

—  Nie  wyręczysz  mnie,  Jacku  —  ozwał  się  Dick.  —  Nie  dotkniesz  go 

nawet. Ja sam już załatwię, co będzie potrzebne. 

— Ty zawsze tak mówisz — żachnął się Jack. — Dlaczego go nareszcie nie 

odeślesz do zakładu? On nadaje się do tego, taki furiat i kaleka. 

—  Cicho!  —  zgromił  go  ostro  Dick.  —  Zrobię  tylko  to,  co  uważam  za 

stosowne.  Ale  muszę  uprzednio  dowiedzieć  się  prawdy.  Jaki  był  powód,  że 
rzucił kamieniem? Podrażniłeś go znowu, wyrządziłeś mu krzywdę? 

—  Ja?  —  odezwał  się  zdumiony  Jack.  Wstrząsnął  ramieniem.  Wyraz 

szyderstwa przysłonił mu twarz. — Powiesz jeszcze w końcu, że to ja byłem 
tym, który rzucił kamieniem. 

— Nie pleć jak głupiec! — odezwał się Dick. — Nie myślę cię skrzywdzić. 

Ale muszę przecież rzecz załagodzić sumiennie. 

Mówił to gwałtownie, uczepił się ręką ramienia Jacka. Jack zaśmiał się. 
—  Pomogę  ci  zatem  przetrzepać  mu  skórę.  Tego  właśnie  pragnę,  dlatego 

przyszedłem.  A  więc  słuchaj,  co  ci  powiem,  jeśli  rzecz  cię  zajmuje.  Otóż 
rzucił  ten  kamień,  by  mi  zrobić  na  złość.  Myślał  zapewne,  że  rozbije  mi 
głowę. Ale rozbił tylko szybę, nie trafiwszy do celu, a madame z przerażenia 
dostała  aż  spazmów.  I  to  w  jej  własnym  parku!  Tego  już  za  wiele,  to 
przekracza już miarę. Nie dziwię się wcale, że przyszła tu do ciebie i zrobiła 
awanturę.  Możesz  się  spodziewać  i  dalszych  odwiedzin,  starego  Fieldina  i 
pięknej  miss  Moore.  To  nie  są  już  żarty,  mój  kochany.  Będziesz  musiał  go 
zamknąć,  odgrodzić  od  ludzi.  Nie  można  go  tu  trzymać,  gdy  zagraża 
bezpieczeństwu. 

—  Cicho!  —  gwałtownie  powtórzył  Dick.  Jego  twarz  pociemniała, 

wyglądała  złowrogo.  —  Chciałbym  wiedzieć,  dlaczego  to  zrobił,  z  jakiego 
powodu. 

— I o tym ci powiem — rzekł Jack — Wybrał sobie miejsce bezpośrednio 

przed  dworem  i  czekał  tam  zawsze,  by  zobaczyć  się  z  Julią.  Zepsuła  go 
zresztą  swą  zbytnią  uprzejmością  i  oto  jest  skutek  —  nie  daje  jej  spokoju. 
Włóczy się za nią jak bezpański pies. Onegdaj po południu przyłapałem go na 
tym,  siedział  przed  dworem.  Przepędziłem  go  stamtąd,  gdyż  na  Fieldinga  i 
madame  już  sam  jego  widok  działa  okropnie.  Nie  dziwię  się  temu,  ja  go 
również  nie  znoszę.  Powiedziałem  mu  zatem,  za  co  go  uważam  i  gdzie  jego 
miejsce,  on  zaś  odkrzyknął,  że  mnie  nienawidzi.  I  oto  jest  wszystko, 
przyczyna i skutek. 

— Dziękuję — rzekł Dick. 
Urwał na chwilę i spojrzał mu w oczy. Po chwili dodał: 

background image

—  A  więc  sprawa  się  wyjaśnia.  Gdybyś  go  nie  zaczepił,  nie  doszłoby  do 

zajścia.  Sam  jesteś  winien,  to  rzecz  niewątpliwa.  Jeśli  masz  zatem  honor  i 
odrobinę godności, to idź do Fieldinga i powiedz mu o tym. 

Mówił  to  szybko,  stanowczo,  bez  śladu  podniecenia.  Jack  podskoczył  i 

odrzucił  głowę,  jakby  dostał  po  twarzy.  Oczy  mu  jaśniały  niezwykłym 
wzburzeniem. 

— Jak to, do licha? — wybuchnął gwałtownie. — Jak to rozumiesz? 
— Że powinieneś to zrobić, co właśnie poleciłem. A może nawet więcej. 
—  Zwariowałeś,  Dicku?  —  żachnął  się  Jack.  —  I  myślisz  naprawdę,  że 

pójdę do niego i oświadczę pokornie, że sam zawiniłem? 

—  Nie  spodziewam  się  tego  —  zaśmiał  się  Dick.  —  Ale  nic  ostatecznie 

mnie  nie  zdziwi.  Dziękuję  ci  na  razie,  że  powiedziałeś  mi  prawdę.  A  teraz 
odejdź. Nie mamy sobie już nic do powiedzenia. 

Dobitne  jego  słowa  podziałały  jak  lód  na  rozpalone  płomienie.  Jack  się 

obrócił,  zaklął  siarczyście  i  zaraz  odszedł.  Dick  miał  istotnie  władzę  nad 
bratem. Trzymał go w karbach, potrafił go poskromić, a choć wywołał nieraz 
protest,  lub  lekką utarczkę,  potrafił  zapanować  nad  bratem.  Ale  na  szczęście 
nie  dochodziło  zbyt  często  do  jawnych  zatargów,  unikano  ich  zawsze,  choć 
bracia nie darzyli się wzajemną sympatią. 

Los  Robina  był  najczęstszym  przedmiotem  obopólnych  nieporozumień.  Z 

tych  sporów  Jack  nie  wychodził  dotychczas  zwycięsko.  Dick  był  uparty  i 
umiał  się  obronić  przed  każdym  z  ataków.  Uważał,  że  Robin  to  powierzona 
mu własność i nie dopuszczał w tej sprawie do żadnej ingerencji. 

Po  chwili  powrócił  do  izby  szkolnej.  Brwi  miał  ściągnięte,  jego  wyraz  i 

ruchy  zdradzały  wymownie,  że  walczy  z  myślami.  Skurczony  Robin 
oczekiwał go w ławce. Trwał jeszcze ciągle w tej samej pozycji. 

Na  widok  Dicka,  który  wszedł  do  pokoju,  cofnął  się  nagle  i  zaczął  drżeć, 

uległ ponownie silnemu wstrząsowi. 

Dick się zatrzymał tuż przed ławką. 
— Nie będę cię bić — oświadczył znienacka. 
Robin w tej chwili odczuł ulgę. Opuścił powieki, pobladł gwałtownie, lecz 

nie  mógł  się  przemóc,  by  dać  mu  odpowiedź.  Palce  jego  rąk,  opuszczonych 
ku kolanom, poczęły się znowu gwałtownie zaciskać. 

Dick jeszcze czekał przez kilka sekund. 
—  Czy  planujesz  coś  nowego?  —  zapytał  po  chwili.  Robin  niezgrabnie 

potrząsnął głową. 

— Co to ma znaczyć? — ozwał się Dick. 

background image

Robin  zamilkł.  Przebierał  palcami  tak  żywo  i  nerwowo,  że  trzeszczały 

donośnie, wyskakując ze stawów. 

Dick się pochylił i oparł swą rękę na jego ramieniu. 
—  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  wprawiłeś  mnie  w  kłopot?  Robin  w  tej 

chwili podskoczył z ławki. Nie patrząc na brata, 

potoczył się naprzód i stanął przy stole. Znalazłszy się tutaj, wyciągnął rękę 

i niezgrabnym ruchem pochwycił trzcinę. Książki i zeszyty upadły na ziemię. 
Obrócił się teraz i wywijając prętem, podszedł do Dicka. 

— Masz mnie! — zawołał, oddychając ciężko i drżąc ze wzruszenia. 
Dick bez namysłu wydarł mu trzcinę. Wyraz jego twarzy był teraz łagodny. 

Stał  jeszcze  chwilę,  patrząc  na  chłopca,  potem  podszedł  ku  ścianie  i  nagłym 
ruchem przerzucił pręt daleko za okno. 

— Przepadło! — krzyknął. — Ale naprawdę zalewasz mi sadła za skórę. 
Pochylił się szybko i począł podnosić zeszyty z podłogi. Robin przykucnął, 

usiłując mu pomóc. 

— Nie gniewasz się na mnie? — mruknął jękliwie. 
—  Powinienem  się  gniewać  —  odparł  Dick.  Porządkował  w  tej  chwili 

nieład na stole. 

Robin podszedł i ukląkł opodal. 
—  Nie  gniewaj  się,  Dicku  —  wyjąkał  z  trudem.  —  Nie  zrobię  już  tego, 

naprawdę nie zrobię. 

Dick zaśmiał się. 
—  Ale  zrobisz  coś  gorszego,  już  ja  znam  twoje  sprawki.  Otoczył  go 

ramieniem i spojrzał mu w oczy. 

—  Zapomnisz  niebawem,  ty  zawsze  zapominasz.  I  nie  zdajesz  sobie 

sprawy, że to ja potem płacę za twoje wybryki. 

— Będzie dużo kosztować? — zapytał go Robin. 
—  Ta  szyba,  myślisz?  Nie  tyle,  być  może,  co  głowa  Jacka,  gdybyś  ją 

rozłupał. A o to ci chodziło, taki miałeś zamiar. 

Wyrzekł  te  słowa,  jakby  lekko  wzburzony.  Robin  przygarnął  głowę  do 

niego. 

Dick zignorował ten objaw czułości. 
— Musisz z tym zerwać — ciągnął poważnie. — Jeśli nie opanujesz się w 

porę, będzie jeszcze większy kłopot, daleko może większy, niż wszystkie do 
tej pory. A nie chciałbyś, sądzę, opuścić mnie na zawsze? 

—  Opuścić  cię,  Dicku?  —  wybełkotał  Robin.  Zerwał  się  nagle  na  równe 

nogi. — Opuścić cię, Dicku? — powtórzył z rozpaczą. — Iść do więzienia? 

background image

Dick przytaknął. Coś w tym rodzaju. Robin spojrzał w nagłym obłędzie. 
— Dicku! — zawołał. — Ale ty, ty nie pozwoliłbyś na to, by zabrano mnie 

od ciebie? 

— Gdybyś wyrządził komu szkodę, lub dotkliwie go ranił, nie mógłbym już 

wówczas temu zapobiec. Nie próbowałbym nawet. 

—  Zabiłbym  się  wtedy.  Nie  przetrwałbym  tego,  gdybym  musiał  cię 

opuścić. 

Spojrzał przed siebie, jakby dostrzegł jakąś wizję wśród cieni wieczoru. — 

Nie  pozwala  się  w  więzieniu  popełniać  samobójstw.  Kto  próbuje  to  zrobić, 
zostaje  odgrodzony  i  skuty  łańcuchami.  Trwa  to  tak  długo,  aż  powróci  do 
zmysłów.  Dla  upornych  i  dzikich  są  gorsze  kary.  Traktowani  jak  zwierzęta, 
stają  się  istotnie  czymś  zgoła  podobnym.  Dla  tych  już  nie  ma  ratunku  na 
ziemi. Może im tylko pomóc Bóg. 

Wzdrygnął się nagle i przygarnął swego brata jeszcze bliżej do siebie. 
Po chwili dodał: 
—  Taki  to  jest  koniec  nieokiełznanych  i  niesfornych,  nie  mogących  się 

poskromić w swej żądzy niszczenia. Ratuj się, chłopcze, póki jeszcze nie jest 
za późno. Ja ci już nie mogę w tym względzie dopomóc. 

Robin z rozpaczą zawisnął mu na szyi. 
— Ale nie chciałbyś, bym odszedł, prawda, że byś nie chciał? 
— Wielki Boże! — wykrzyknął Dick. — Wolałbym raczej oglądać twojego 

trupa! 

Zaległo milczenie. 
Robin pochwycił rękę brata i przygarnął ją mocno do obrzmiałych powiek. 
* * * 
Gdy pół godziny później Dick podążył drogą ku dworowi, niebo się pokryło 

czarnymi  chmurami.  Burza  wisiała  nieomal  w  powietrzu.  Dick  wprawdzie 
sądził,  że  dotrze  do  celu  bez  żadnej  przeszkody,  ale  zaledwie  się  znalazł  w 
połowie  drogi,  doleciały  go  z  oddali  pierwsze  pomruki.  Zaczęło  grzmieć. 
Dźwignął ramiona i pośpieszył dalej. Nie było teraz sensu zawracać do domu. 
Sprawa,  z  którą  ruszył,  była  pilna  i  nagląca,  a  rysy  jego  twarzy,  cokolwiek 
zaostrzone,  ujawniały  niezbicie,  że  decyzja,  którą  powziął,  jest  silna  i 
stanowcza. 

Powłokę  nieba  przeszyła  po  chwili  pierwsza  błyskawica.  Nastąpił  grzmot, 

tym  razem  silniejszy,  zaś  Dick  zrozumiał,  że  należało  jeszcze  bardziej 
przyśpieszyć  kroku,  jeśli  nie  chciał  się  spotkać  z  grożącą  ulewą.  Nie 
namyślając  się  wiele,  począł  więc  biec,  przemierzał  swą  drogę  lekko  i 

background image

miarowo,  z  głową  wzniesioną,  z  odrzuconymi  łokciami,  zdradzając  swym 
krokiem,  umiejętnym  i  celowym,  doświadczonego  praktycznie  i  biegłego 
sportowca.  Znalazł  się  właśnie  na  linii  zakrętu,  widział  już  nawet  w  oddali 
mury  dworu,  gdy  nagle  usłyszał  szelest  gałęzi  i  ujrzał  jakąś  postać 
wyłaniającą  się  z  lasu.  Zawrócił  niezwłocznie  i  podbiegł  na  spotkanie 
zbliżającej się osoby. 

— Dziękuję za uprzejmość — odezwała się Julia. — Na domiar za chwilę 

jeszcze grozi nam deszcz. 

—  Cóż  się  pani  stało?  —  zdumiał  się  Dick.  Ujął  jej  rękę.  Zaśmiała  się 

wprawdzie, ale z widocznym trudem. 

—  Nic  niezwykłego  —  odparła  z  prostotą.  —  I  nic  też  takiego,  co 

uzasadniłoby  mą  śmiałość,  że  zawołałam  na  pana.  Nastąpiłam  niezręcznie  i 
nadwyrężyłam nogę. Boli mnie teraz i utrudnia chodzenie. 

— Proszę oprzeć się na mnie — rzekł Green. 
Ujęła jego ramię, blada na twarzy, lecz dzielnie uśmiechnięta. 
— Silniej! — zawołał. 
Usłuchała  wezwania  i  wsparta  na  Dicku,  ruszyła  z  trudem  w  kierunku 

gościńca. Kolumb, jak zawsze, uwijał się za nią. 

—  Boję  się  —  rzekł.  —  Gdy  złapie  nas  ulewa,  zmokniemy  do  nitki. 

Spojrzał na niebo. 

— Wytrzyma jeszcze chwilę. Ale dokąd pani szła, że znalazła się w lesie? 
— Do pana — rzekła. 
— Do mnie? — zawołał. Spojrzał jej w twarz. — A w jakiej sprawie? 
—  W  sprawie  Robina.  Nie  znajdowałam  się  w  wozie,  gdy  się  zdarzył 

wypadek, ale dowiedziałam się o wszystkim z ust pani Fielding. Czy surowo 
potraktował pan biednego chłopaka? 

— Pani śpieszyła z odsieczą? — zaśmiał się Green. 
—  On  nie  wiedział,  co  robi  —  poczęła  go  bronić.  —  Nie  powinno  się  go 

sądzić  wedle  pospolitych  norm,  to  nie  byłoby  słuszne.  Na  tle  wydarzenia  na 
pewno spoczywa jakiś powód łagodzący — nie wiadomo tylko, jaki. Ale nie 
postąpił pan chyba zanadto surowo? Za dobrze pana znam, abym mogła w to 
wątpić. Green się uśmiechnął. 

— Dziwne! — zawołał. — Czy wyobraża sobie pani, że jestem ludożercą? 

Proszę  być  spokojną,  nie  ukarałem  go  wcale.  Ja  również  uważam,  że  należy 
być  sprawiedliwym.  I  doszedłem  do  wniosku,  że  Robin  w  tym  wypadku  nie 
ponosił właściwie największej winy. A czy domyśla się pani, kto ją ponosił? 

— Nie — odrzekła. 

background image

— Nie sądziłem — rzucił. — Otóż badając skrupulatnie po nitce do kłębka, 

doszedłem  ostatecznie  do  źródła  zdarzenia.  Odkryłem  je  niestety  u  ...  okien 
pani. 

— Co? — wykrzyknęła, nie kryjąc zdumienia. 
—  U  okien  pani  —  powtórzył  Dick.  —  Za  wiele  mu  pani  okazała 

grzeczności.  Ale  to  wrodzona  pani  cecha,  pani  psuje  po  prostu  swych 
wszystkich  znajomków.  —  Obrócił  się  do  niej  i  spojrzał  jej  w  twarz.  —  A 
rezultat jest taki, że Robin, nie krępowany żadnymi względami, nie liczący się 
z zasadami, jak człowiek normalny, wyleguje się godzinami na zabronionym 
mu miejscu, myśląc tylko o tym, by ujrzeć choć cień swej uroczej bogdanki. 
Przychwycony na tym wszystkim i złajany przez Jacka, rzucił się do obrony i 
stąd też wynikło następne zdarzenie. Jego tajemnica i tło są zupełnie jasne. 

—  Biedny  chłopiec!  —  krzyknęła  Julia.  —  Ale  Jack,  moim  zdaniem, 

popełnił niedorzeczność. Przecież mógł mu okazać trochę względów. 

— Mój brat słynie z tego, że popełnia głupstewka. A o ile jest wyrozumiały, 

to tylko dla siebie. 

— Pan zaś za wszystkich ponosi konsekwencje? To naprawdę jest przykre 

— odrzekła współczująco. 

— Przywykłem do tego — zaśmiał się Green. — Ale jak się pani wiedzie? 

Czy zadowolona z posady i pobytu na dworze? 

Zaśmiała się również. 
— Nie mogę się użalać. Na razie są dla mnie ogromnie uprzejmi. 
— Doprawdy, to zupełnie nie w ich stylu. Czy to jeszcze okres próbny? 
— Jutro się kończy — odrzekła krótko. 
— I zamierza pani zostać, rzecz naturalna? 
Spojrzała mu w oczy. 
— Pan by tego nie chciał? 
— Powiedziałem już pani, co myślę o sprawie. 
Błyskawica ponownie rozdarła chmury, zaś Julia z przestrachu wstrzymała 

oddech.  Momentalnie  wystrzelił  gwałtowny  grzmot,  tak  bliski  i  donośny,  że 
odczuli jego huk, jakby dobył się z ziemi. 

Usiłowała na oślep rzucić się naprzód, ale Dick ją zatrzymał w jej nagłym 

rozpędzie. 

— Lepiej nie próbować — powiedział spokojnie — Zaszkodzi pani nodze. 

Deszczu jeszcze nie ma, a nie sądzę, żeby pani bała się piorunów. 

Zaśmiała się sztucznie. 

background image

— Nie powiedziałabym tego — wtrąciła nerwowo. — Boję się błyskawic. 

Och, na Boga! — Widział pan teraz? 

Przez  niebo  przeleciał  ognisty  zygzak,  zaś  Julia  drgnęła  i  na  przekór  swej 

woli ponownie przystanęła pośrodku drogi. 

—  Chciała  nas  połknąć  —  zaśmiał  się  Dick,  ale  słowa  pochłonął  jeszcze 

gwałtowniejszy  niż  poprzedni  wybuch  piorunu.  Julia  odruchowo  wyciągnęła 
ręce, zaś on bez namysłu pochwycił je silnie i zamknął w dłoni. 

Huk  się  potoczył,  ogłuchł  w  oddali,  ale  niebo  pokryło  się  jeszcze  głębszą 

czernią. O ziemię i trawę uderzyły z rozmachem olbrzymie krople. 

— Szybko! — gwałtownie nagliła Julia. —  Nie dostaniemy się do dworu, 

to już teraz niemożliwe. Schrońmy się na razie w altanie przy bramie! 

Skręcili  na  drogę,  która  wiodła  przez  gąszcza.  Powietrze  napełniło  się 

chrzęstem  deszczu,  od  morza  potoczył  się  ostry  wiatr.  Julia  z  uporem  parła 
naprzód.  Wśród  błysków  i  gromów,  które  nie  ustawały  już  teraz,  stwarzając 
jakby serię przenikających się wstrząsów, dotarli po chwili do stopni altany. 

— Nareszcie! — bez tchu wyjąkała Julia. 
Potknęła się lekko na progu altany, ale Dick bez namysłu otworzył ramiona. 

Zaniósł  ją  prawie  do  wnętrza.  W  głębi  zalegały  zupełne  ciemności.  Julia 
stanęła bez tchu, jeszcze ciągle wstrząśnięta i pełna niepokoju. 

— Boli panią noga? — zapytał troskliwie. 
— Nie — odparła. — Ale boję się strasznie, umieram ze strachu. — Mogło 

się wydawać, że za chwilę zapłacze. 

Trzymał  ją  nadal  w  objęciach.  Zacisnął  je  nawet,  by  jej  dodać  pewności, 

przygarnął  ją  bliżej,  prawie  tuż  koło  piersi,  ale  siedział  milczący,  nie  mówił 
słowa. 

Ulewa  szalała,  jakby  rozwarło  się  niebo.  Nawet  zaczął  padać  grad.  Łomot 

deszczu,  który  zatracił  swe  wodze,  przerażał  jeszcze  silniej,  niż  odgłos 
piorunów. 

Julia  drżała,  przymknęła  oczy.  Obie  jej  ręce  spoczęły  kurczowo  na  piersi 

Dicka.  Słyszała  wyraźnie,  jak  uderza  mu  serce.  Zdawało  im  się  teraz,  że 
stanowią jakby jądro tych dziwnie rozhukanych nieposkromionych żywiołów, 
które  w  głębi  swego  wnętrza,  nieprawdopodobnie  odległego  od  ich  warstwy 
zewnętrznej, skupiły i ukryły. Siedzieli bez ruchu, nie mogąc się przemóc, by 
wydobyć z siebie głos. 

W  tym  dziwnie  niepojętym,  nadzmysłowym  zapamiętaniu,  nie  spostrzegli 

nawet,  że  burza  tymczasem  osłabła  i  minęła.  Julia  to  odczuła,  jakby  cud 

background image

wyzwolenia. Gdy ocknęła się nagle, pierwsza podbiegła ku drzwiom altany i 
wybuchnęła radośnie: 

—  Minęło,  panie  Dicku,  nawet  deszcz  już  nie  pada.  Ale  zmęczyłam  pana 

pewnie,  nieznośna  osoba.  Proszę  mi  wybaczyć!  Jeszcze  nigdy  tak  strasznie 
nie obawiałam się burzy. 

Ujął jej rękę i pochyliwszy się nad nią, przygarnął ją do ust. Julię zakłopotał 

ten dowód uwielbienia. Zmieszała się nagle, po chwili rzekła: 

—  Pan  zanadto  poważnie  traktuje  tę  sprawę.  Czy  to  nie  jest  za  wcześnie? 

Przestrzegałam już pana. Za krótko mnie pan zna, by ulegał łatwo chwilowym 
podszeptom. 

Spojrzał jej w oczy, nie puszczając jej ręki. 
—  Tak,  pamiętam,  przestrzegła  mnie  pani.  Ale  niech  się  pani  zdaje,  że 

urządzam  sobie  pogrzeb.  Pogrzeb  dla  siebie,  nie  zaś  dla  pani.  Nie  zaproszę 
pani  nawet  do  orszaku  stroskanych.  Czy  powiedzieć,  dlaczego?  Bo  zdaję 
sobie  sprawę,  że  gdy  mężczyzna  oszalał  dla  kobiety,  to  ponosi  potem  sam 
konsekwencje szaleństwa, kobieta w epilogu już nie bierze udziału. 

— Nie mówmy o pogrzebach — odezwała się Julia. 
— Dlaczego nie mówmy? — zdziwił się Dick. Uścisnął w tej chwili jeszcze 

mocniej  jej  dłoń.  —  Myślałem,  że  ta  nazwa  jest  dobrze  dobrana.  Bo  i  jakże 
inaczej można o nazwać? Julia zaśmiała się. 

—  Przypuszczam,  że  jest  dosyć  trafniejszych  określeń.  Dla  źródła 

wszystkiego znalazłam już nazwę. Utartą, lecz dobrą: „Sen nocy letniej". 

Zaprotestował gestem. 
— Tak pani sądzi? Ja mam jednakże dosadniejsze określenie. Nie wyjawię 

go  pani,  proszę  być  spokojną.  Pani  boi  się  teraz,  czuje  przede  mną  lęk. 
Dziwne, nieprawda? Ale nic na to nie poradzę. 

Wstrząsnęła  dłonią,  ale  nie  w  ten  sposób,  jakby  chciała  ją  uwolnić  z  jego 

uścisku. 

— Pan się myli — odrzekła. Głos jej drżał, jakby śmiech i łzy walczyły ze 

sobą.  —  Staram  się  tylko  być  zawsze  ostrożna.  Najgorzej  jest  bowiem 
wyruszać na oślep, wtedy łatwo jest zbłądzić, lub zajść za daleko. A czy jest 
co  trudniejszego,  niż  zorientować  się  wówczas  i  znaleźć  w  tych  warunkach 
drogę odwrotną? 

— Wielkie nieba! — zawołał z emfazą. — Czy nie widzi pani nawet, że już 

dawno minąłem tę krytyczną granicę? 

— Nie, nie widzę — odrzekła z uśmiechem. — A przyznam się szczerze, że 

wzrok mam dobry. 

background image

—  Zatem  czeka  panią  jeszcze  pewne  małe  rozczarowanie.  —  Wyrzekł  te 

słowa z odcieniem sarkazmu. — Nawiasem jednak dodam — rzucił po chwili 
— że uważam panią teraz za nadto trzeźwą, ostrożną być  może, by potrafiła 
przejąć  się  zbytnio  takim  głupstwem.  Nie  życzę  pani  zresztą  jakichkolwiek 
przykrości.  Zwłaszcza  zaś  teraz,  gdy  tak  mile  spędza  czas  i  tak  dobrze  jest 
widziana u obojga Fieldingów. 

— Pan potrafi być cyniczny — odezwała się Julia. Dick się zaśmiał. 
— To nie ja, proszę pani, to ta sztuczna powłoka, którą musiałem się okryć. 

Czy  to  panią  razi?  Mogę  ją  odsłonić.  Ale  obawiam  się  teraz,  że 
przysporzyłoby to pani jeszcze większych przykrości. 

Po chwili spytała: 
— Czy sądzi pan może, że za mało mu sprzyjam? 
—  Nie,  nie  sądzę  —  odezwał  się  oschle.  —  Ale  deszcz  już  ustał.  Czy  nie 

powinniśmy pomyśleć, że pora nam ruszyć? 

Wyszła z altany i spojrzała ku niebu. Od strony zachodu rumieniła się łuna. 

Burza  przeminęła.  Na  trawie  i  liściach  iskrzyły  się  krople.  Powietrze 
pachniało wiosenną świeżością. 

— Chodźmy — rzekła, ruszając ku ścieżce. Dick bez słowa skierował się za 

nią. 

Julia  po  chwili  zaczęła  rozmyślać.  Niepokoiła  ją  myśl,  że  Dick  swój  afekt 

objawiał poważnie i że uległ, być może, czarowi nocy. W każdym bądź razie 
miała  prawo  przypuszczać,  że  jeśli  nawet  ją  kochał,  to  na  pewno  swą 
pierwszą, wielką, niezepsutą miłością. Ta myśl w jeszcze większy wprawiła ją 
niepokój. Zdawało jej się teraz, że z jednego niebezpieczeństwa przetacza się 
w drugie. A niczego tak nie pragnęła jak ciszy i spokoju. 

Ale pocieszyła się myślą, że gdy trzymał ją w ramionach, tak blisko swego 

serca,  potrafił  się  poskromić  i  okazać  powagę.  W  niej  zaś  wzbudziło  to 
zaufanie  i  pewność.  Przestrzegła  go  zresztą.  A  on  na  pewno  zrozumiał  jej 
słowa. 

* * * 
Szli  przez  chwilę  w  zupełnym  milczeniu;  Kolumb,  zmoknięty,  podążał  za 

nimi. Julia jeszcze ciągle utykała, ale nie chciała korzystać z pomocy Dicka. 
Wolała obecnie zdać się na siebie. 

—  Zamierza  pan  zatem  rozprawić  się  z  lwem?  —  odezwała  się  w  końcu, 

gdy podeszli bliżej. 

background image

—  Tak,  proszę  pani  —  zaśmiał  się  Dick.  —  Odszukam  go  zaraz  i  to  we 

własnej kryjówce. Gdy doleci panią odgłos tej srogiej potyczki, proszę długo 
się nie wahać i pośpieszyć z pomocą. 

—  Panu  to  zbyteczne  —  odcięła  się  Julia.  —  Pan  należy  do  ludzi,  którzy 

mogą się obejść bez cudzej pomocy. 

Spojrzał jej w oczy. 
— Tak pani sądzi? — zapytał z prostotą. — Zapewniam panią jednak, że w 

murach tego domu nie spotkałem się dotąd z korzystną oceną. 

— Tym lepiej dla pana. 
Weszli  na  taras,  wychodzący  na  południe,  i  dotarli  do  drzwi,  które  wiodły 

naprzeciw.  Julia  w  tym  miejscu  zatrzymała  się  nagle.  Spojrzała  na  Dicka  z 
przyjaznym uśmiechem. 

—  Zostawiam  tu  pana  —  rzekła,  odchodząc.  —  Pan  Fielding  zapewne 

przebywa u siebie. 

— Proszę się nie trudzić — rzekł z kurtuazją. — Dam sobie radę, odszukam 

go zaraz. 

Skinęła  głową,  chłodno,  lecz  uprzejmie  i  skierowała  się  szybko  ku 

przeciwległym drzwiom. 

Dick  jeszcze  chwilę  spoglądał  na  nią.  Gdy  znikła  za  drzwiami,  podniósł 

odruchowo  obie  dłonie,  przycisnął  do  silnie  tętniących,  rozpalonych  skroni  i 
stał  bez  ruchu,  pogrążając  się  w  myślach.  Nie  spotkał  jeszcze  w  życiu 
podobnej  kobiety.  Olśniewała  go  swym  czarem,  opętała  mu  zmysły.  Jak  się 
mógł  odważyć,  dlaczego  to  zrobił?  Czyżby  naprawdę  działał  tu  „sen  nocy 
letniej"? Nie żachnęła się jednak, okazała mu względy. 

Spojrzał  przez  okno.  Na  zachodnim  niebie  rumieniła  się  łuna.  Obrócił  się 

żywo  i  serce  mu  nagle  zabiło  radością.  Miał  dziwne  uczucie,  że  całą  swą 
istotą zanurzył się w łunie. Czuł jej płomień, jak przenikał mu duszę. Z głębin 
świadomości dobyła się na usta modlitwa do Boga. 

—  Pomóż  mi,  Boże!  —  wyjąkał  półszeptem.  —  Uczyń  mnie  lepszym, 

godnym jej łaski! 

Ocknął się wreszcie i skierował swe kroki na długi korytarz. 
Nie  był  tu  obcy.  Znał  ten  dom  od  wieku  dzieciństwa.  Stosunki  jednakże 

zmieniły się teraz zasadniczo. Od chwili, gdy Fielding się ożenił, nie mógł tu 
wchodzić,  nie  zgłosiwszy  się  przedtem.  Zanim  mu  powierzono  posadę  w 
szkole,  spełniał  tu  funkcje  sekretarza  Fieldinga.  Wydalono  go  potem,  gdyż 
żona Fieldinga od pierwszej chwili objawiała mu swą niechęć. Nie mogła go 
znieść. Wiodła ze swym mężem spory o niego, a każda jego wizyta, złożona 

background image

Fieldingowi,  wywoływała  awantury.  Dick  przyjmował  to  z  uśmiechem 
pogardy.  Nie  zarzucił    wprawdzie  wizyt,  aby  uczynić  jej  zadość,  ale  zjawiał 
się  rzadziej,  coraz  bardziej  formalnie  i  przeważnie  nie  widywał  jej  poddfeas 
krótkich odwiedzin. 

Korytarz był pusty. Minął go szybko, skierował się do hallu i przystanął po 

chwili  przed  drzwiami  Fieldinga.  Zapukał  krótko  i  otworzył  je  zaraz,  nie 
czekając wezwania. 

—  O,  to  pan?  —  powitał  go  Fielding.  —  Jak  się  pan  tu  dostał?  Ach,  już 

rozumiem. Złapała pana burza. 

—  Zdołałem  się  schronić  —  odrzekł  Green  i  postąpił  naprzód.  Fielding 

rozparł się w skórzanym fotelu i czytał gazetę. Spojrzał na 

Dicka trochę niechętnie. 
— Iz czym pan przychodzi? — ciągnął po chwili. Green przystanął. 
Przede  wszystkim  przepraszam  za  przykry  wypadek,  który  spowodował 

mój brat. 

—  Jak  to?  —  przerwał  mu  ostro  Fielding.  Siedział  bez  ruchu,  spoglądając 

na  Greena  z  nie  ukrywaną  złością.  —  Myśli  pan  może,  że  to  mi  wystarczy, 
gdy pan mnie przeprosi? 

—  Czy  wolno  mi  usiąść?  —  ozwał  się  Green.  Chwycił  za  krzesło  i 

przysunął je bliżej. 

—  Proszę,  usiądź  pan  —  ozwał  się  Fielding.  —  I  wytaczaj  pan  dalej  swe 

marne  argumenty.  Pan  zawsze  jest  gotów  do  bronienia  tego  draba.  Ale  za 
dużo  mi  już  tego,  to  musi  się  skończyć.  Jeśli  nie  zrobi  pan  porządku  i  nie 
odeśle  go  do  diabła,  to  zapowiadam  panu  z  góry,  że  dojdzie  do  zatargu. Nie 
ścierpię  tego  dłużej,  słyszy  pan  co  mówię?  I  znajdę  już  wyjście,  gdy  pan 
będzie się upierał. Pański brat jest niebezpieczny i musi stąd zniknąć. 

Green się przechylił i spojrzał mu w oczy. 
— Czy pan słyszy, co mówię? — wściekał się Fielding. Green przytknął. 
— Słyszę, sir. 
— I cóż? — niecierpliwie nalegał Fielding. 
Dick  ponownie  spojrzał  mu  w  oczy.  Miał  minę  twardą,  niestropioną 

zupełnie niemiłym przyjęciem. 

—  Jeszcze  raz  przepraszam  —  ozwał  się  krótko.  —  Ale  odpowiedź  na 

pytanie zostaje ta sama: nie mogę, sir. 

—  Zobaczymy!  —  zagrzmiał  złowrogo  Fielding.  Ryczał  jak  zwierz, 

pobudzony do złości. 

Dick się nie ruszał. 

background image

— On należy do mnie — odezwał się w końcu. — I biorę odpowiedzialność 

za wszystko, co robi. 

— Idź pan do licha! — żachnął się Fielding — Jak pan to rozumie? 
Czy odpowiadając za psa, który wścieka się i gryzie, potrafi pan zapobiec, 

by kogoś nie ugryzł? Taki pies jest niebezpieczny, zagraża otoczeniu. I nie ma 
pan prawa ukrywać go w domu. 

—  Za  pozwoleniem,  sir  —  przerwał  mu  Dick.  —  To  porównanie  jest 

kiepskie,  nie  może  się  utrzymać.  Robin  jest  spokojny  i  zupełnie  niegroźny, 
gdy go nikt nie podrażni. A tymczasem dowiaduję się, i to z ust miarodajnych, 
zasługujących  na  wiarę,  że  miał  pewien  powód,  gdy  popełniał  ten  wybryk. 
Nie  wchodzę  w  szczegóły,  konstatuję  tylko  fakt.  I  daleko  mi  do  tego,  bym 
pochwalał, co zrobił. Zapewniam jednak pana, że został przez kogoś złośliwie 
sprowokowany. 

—  Sprowokowany?  —  zdumiał  się  nagle  Fielding.  —  A  któż  go 

sprowokował? Nie Jack, przypadkiem? 

Dick się zawahał. 
— Tak, to on — odrzekł w końcu. — Miał pewien powód, ale postąpił jak 

głupiec.  On  znęca  się  nad  nim,  lubi  go  drażnić.  Ale  takich  jest  więcej, 
wszyscy to robią. 

— Z wyjątkiem pana — odezwał się Fielding. — Iz wyjątkiem miss Moore, 

która również go zawsze bierze w obronę. 

— Zupełnie słusznie — odezwał się Dick. 
—  Nie  rozumiem,  dlaczego  —  obruszył  się  Fielding.  Pochwycił  w  tej 

chwili  ramię  Dicka.  —  Ale  rozprawmy  się  szczerze.  Czy  dąży  pan  do  tego, 
abym zerwał z nim przyjaźń? A zanosi się na to, tym razem jeszcze bardziej, 
niż  kiedykolwiek  uprzednio.  Pan  słyszy,  co  mówię?  Nasza  przyjaźń  i 
znajomość wiszą już na włosku. 

Dick  się  wzburzył,  w  oczach  zalśnił  mu  złowrogi  błysk,  ale  skupił  się 

rychło i pokonał swą złość. 

—  Powiedz  pan  raczej,  że  pan  chce  mnie  wyrzucić  —  ozwał  się  chłodno. 

—  Pan  może  to  zrobić,  wiem,  że  pan  może.  Pan  ma  tu  władzę,  jest  alfą  i 
omegą  w  tej  małej  wioszczynie,  i  każde  z  pańskich  życzeń  jest  tutaj 
rozkazem. 

—  A  tak!  —  rzekł  Fielding,  patrząc  mu  w  oczy.  —  I  nie  będę  się  wahał, 

gdy  pan  wprawi  mnie  we  wściekłość.  Pan  zna  mój  charakter,  pan  wie,  co 
potrafię. 

background image

— Wiem — rzekł Dick, uśmiechając się z lekka. — A więc zerwij pan ze 

mną,  gdy  pan  widzi  w  tym  wyjście!  Nie  zginę  jeszcze  przez  to,  dam  sobie 
radę. 

— Do kroćset piorunów! — żachnął się Fielding. — Czy myśli pan może, 

że potrafi mi się oprzeć? 

— Jestem tego pewny — ozwał się Dick. — Gdy uznam to za słuszne, to i 

całemu  światu  potrafię  się  oprzeć.  Są  bowiem  ludzie,  który  nie  dadzą  się 
pokonać  i  przydeptać  jak  glisty.  Są  zupełnie  nieczuli  na  grożące  im  bicze.  I 
przyznaję to szczerze, że walka z tymi ludźmi jest zgoła bezcelowa. 

— Do kroćset — powtórzył wzburzony Fielding. Zerwał się z  miejsca. — 

Nie prowokuj mnie pan, Dicku, ostrzegam pana przed tym! To za wielka już 
śmiałość, pan zawsze był taki. Pan zawsze się zachowywał, jakby ... 

—  Jakbym  był  swoim  panem  —  przerwał  mu  Dick.  —  I  jestem  nim 

naprawdę. 

Fielding, wzburzony, pośpieszył ku oknu. 
Dick tak samo zerwał się z krzesła. Przystanął pośrodku i czekał cierpliwie, 

aż Fielding powróci. 

Po  chwili  powrócił.  Twarz  miał  wzburzoną,  pomiętą  fałdami,  ale  gdy 

spojrzał  na  Dicka,  który  godnie  i  wyniośle  patrzył  mu  w  oczy,  srogi  jego 
wyraz nagle złagodniał. Jakaś dziwna jasność pokryła mu czoło. 

Podszedł i ujął go za ramię. 
—  Do  kroćset!  —  powtórzył  już  dzisiaj  po  raz  trzeci.  —  Pan  zupełnie  w 

tym względzie podobny do matki. Uparty, jak muł, zawzięty, jak ... 

— Czy muł jest uparty? — zaśmiał się Dick. Fielding, bezrady, potrząsnął 

nim żywo. 

—  Spokojnie!  — zawołał  —  teraz  ja  chcę  przemówić.  —  Głos  jego  nagle 

dziwnie  złagodniał.  —  Otóż  słuchaj  pan  tylko,  skup  się  na  chwilę.  Ten 
chłopiec  jest  panu  kulą  u  nogi,  jest  młyńskim  kamieniem,  zawieszonym  u 
szyi.  Nie  rozkazuję  zupełnie,  zwracam  się  do  pana,  jak  człowiek  życzliwy. 
Pozwól mu pan odejść. Niech się pan nie lęka, będzie mu dobrze. Ja sam się 
postaram,  by  nie  doznał  niedostatku.  Zapomnij  pan  o  nim,  niech  się  panu 
zdaje, że przepadł lub zginął. Poczuje się pan wolny. 

Dick się ruszył, lecz nie próbował w tej chwili wtrącić uwagi. — O żadnej z 

tych  rzeczy  —  ciągnął  Fielding  —  nie  może  pan  marzyć  w  obecnych 
warunkach.  Nie  godziłoby  się  żądać  od  którejkolwiek  kobiety,  by  dzieliła  z 
panem  życie  w  takiej  formie,  jak  teraz.  To  byłoby  potworne,  nieludzkie  po 
prostu, z tym strasznym ciężarem, zawieszonym na szyi. Czy nie rozumie pan 

background image

tego,  że  życzę  panu  dobrze?  Czy  nie  potrafi  się  pan  przemóc  i  skończyć 
nareszcie  z  tym  dzikim  uporem?  Nie  pożałuje  pan  tego.  Pan  sam 
własnowolnie  stacza  się  w  przepaść.  Sposobność  za  sposobnością  przemija 
bez  śladu,  a  pan  jak  tkwił,  tak  tkwi  na  mieliźnie.  Jest  pan  jeszcze  młody,  w 
rozkwicie swego wieku, ale nie zapominaj pan o fakcie, że młodość przemija, 
że  nie  trwa  wiecznie.  Przyjdzie  jeszcze  czas,  kiedy  pan  sam  zrozumie,  ale 
wtedy będzie za późno. 

Urwał  nagle.  Dick  spoglądał  prosto  przed  siebie,  wyraz  jego  twarzy,  nie 

zdradzający  na  zewnątrz  jakiejkolwiek  emocji,  nie  pozwalał  dotrzeć  w  głąb 
jego duszy. 

Fielding jeszcze raz potrząsnął nim silnie. Po chwili ciągnął. 
— Chcę panu pomóc, pójść mu na rękę. Czy nie widzi pan tego, nie uznaje 

mych dążeń? Robię to dla matki, a przede wszystkim dla pana. W tej chwili 
nadarza  się  sposobność.  Byłoby  szaleństwem  nie  skorzystać  z  niej.  Miss 
Moore  niebiosa  zesłały  na  ziemię,  jest  piękna,  młoda,  starannie  wychowana, 
stworzona  na  żonę  dla  pana.  No  i  cóż,  panie  Dicku,  nie  sądzi  pan?  Podobna 
sposobność nie nadarzy się więcej. Ale nie może pan skorzystać, nie może się 
odważyć poprosić ją o rękę, jak długo ten potwór włóczy się za panem. To nie 
byłoby rycerskie, to byłoby okropne. Nawet w takim wypadku, gdyby godziła 
się  na  to.  Zastanów  się  pan  tylko,  a  sam  niewątpliwie  przyzna  mi  pan  rację. 
Pański  brat  jest  przeszkodą,  przeszkodą  dla  małżeństwa,  przeszkodą  dla 
szczęścia. Nie próbuj mi pan mówić, że nie widzi pan tego, pan doskonale to 
uznaje,  pan  sam  to  dostrzega.  Nie  ma  pan  po  prostu  prawa  do  kobiety,  nie 
może  żądać,  by  dzieliła  wraz  z  panem  taki  ciężar  za  życia.  To  nie  byłoby 
słuszne,  to  sprzeciwiałoby  się  nawet  poczuciu  honoru.  I  oto  jest  wszystko, 
powiedziałem, co mogłem. 

Skończył orację, zaś Dick tak jak przedtem trwał nieruchomo. Zacisnął usta 

i tępym wzrokiem wodził po ścianach. 

Ale  w  końcu  się  dźwignął.  Ożywił  się  nagle,  odrzucił  głowę  i  spojrzał  w 

oczy śmiałemu rozmówcy. 

— Pan zakrzyczał mnie, sir — przemówił z uśmiechem — nawet nie dał mi 

dojść do słowa. A chciałem przecież zapytać o coś ważnego. Ile jestem winien 
za szybę? 

Fielding  znienacka  odskoczył  od  niego.  Pobiegł  ku  oknu  i  w  przystępie 

wzburzenia zaklął siarczyście. 

Dick  komicznie  wykrzywił  brwi.  Zwinął  usta,  ale  nie  zdobył  się  na  to,  by 

lekko zagwizdać. 

background image

— Czy zastanowił się pan nad tym — natarł nań Fielding — że pański brat 

mógł zabić moją żonę? 

—  O,  tak  —  rzekł  Dick.  —  I  bardzo  się  cieszę,  że  nie  zdołał  tego  zrobić. 

Czy mam jej powinszować? 

—  Nie  żartuj  pan  głupio!  —  żachnął  się  Fielding.  —  Pan  nie  śmiałby  się 

teraz, gdybym pana wyrzucił. 

—  Może  bym  się  śmiał  —  oświadczył  mu  Dick.  Fielding  ponownie  się 

rzucił ku niemu. 

—  Nie  zależy  panu  na  mnie!  —  ryknął  wzburzony.  —  A  może  pan 

przypuszcza, że nie chcę, lub nie mogę wykonać swojej woli? 

Przeciwnie, sir — zaśmiał się Dick. — Wiem, że pan może i wiem, że pan 

nie  chce.  Najlepiej  jednak  wiem,  że  nie  bardzo  bym  się  martwił,  gdyby 
wykonał pan groźbę. 

—  Pan  nie  martwiłby  się  nawet?  —  zaatakował  go  Fielding.  Pienił  się  ze 

złości, ogarnęła go pasja. — Zobaczymy, panie Green, przekonamy się o tym. 
Ale  zmykaj  pan  teraz,  zniknij  mi  z  oczu!  Zrób  to  pan  sam,  nim  go  każę 
wyrzucić! 

Dick  wymownie  potrząsnął  ramieniem  i  patrzył  nań  dalej  z  szyderczym 

uśmiechem. Po chwili zawołał: 

— A założę się z panem, że gdyby doszło do tego, to pan sam osobiście by 

musiał to zrobić. 

— Jestem zdolny do tego — oburzył się Fielding. — Nie doprowadzaj mnie 

pan tylko do krańcowej wściekłości. 

— Zrobię to dla pana — zaśmiał się Dick.  Podszedł ku niemu i podał  mu 

rękę. — Do widzenia, panie Fielding, czas mi już odejść. 

Fielding spojrzał, zawahał się nieco i ujął ostatecznie podaną mu rękę. 
— Więc nie chce pan zatargu? — zapytał z ironią Dick. Fielding popatrzył 

mu bystro w oczy. 

—  Pan  dziwnie  kapryśny  —  rzekł  nagle.  —  Żal  mi,  że  nie  mogłem  pana 

wychować. 

Dick się zaśmiał. 
—  A  czy  nie  czuwał  pan  nade  mną  od  pierwszej  młodości?  Nikt,  oprócz 

pana, nie mieszał się tak ciągle do wszystkich moich spraw. 

—  Ale  satysfakcję  mam  marną  —  pożalił  się  Fielding.  —  Pod  wielu 

względami pozostał pan ten sam. 

Nie dokończył zdania, gdyż nagle ktoś głośno zapukał do drzwi. Cofnął się 

nieco i spojrzał ku drzwiom. 

background image

— Proszę! — zawołał. 
Drzwi  się  otworzyły  i  na  progu  stanęła  Julia.  Była  lekko  spłoniona  i 

pogodna jak zawsze. 

— Pani Fielding zapytuje, czy nie zapomniał pan przypadkiem, że podano 

kolację? 

Fielding się zaśmiał. 
— Proszę wejść, panno Moore! — zawołał ochoczo. Czyż ten pedagog już 

od dawna zawraca pani głowę? 

— Nie znamy się długo — zaśmiała się Julia. 
— Az nóżką lepiej? — ozwał się Green. 
—  Dziękuję  —  rzekła  —  przestała  już  boleć.  Obawiałam  się  zrazu,  że 

będzie zwichnięcie. 

— Uraziła się pani? — zapytał Fielding. 
—  Potknęłam  się  tylko.  Ale  skończyło  się  na  strachu,  ból  już  przeminął. 

Zawdzięczam  to  pewnie  pomocy  pana  Greena.  Spotkał  mnie  w  lesie  i 
poprowadził troskliwie zaraz do altany. Wypoczęłam tam trochę i ból od razu 
ustał. 

—  Naprawdę  pani  pomógł?  —  odezwał  się  Fielding.  Mówiąc  te  słowa, 

spojrzał  mu  w  oczy.  —  To  nie  ujdzie  panu  teraz,  kochany  panie  Green. 
Zostanie pan u nas i spożyje kolację. 

Dick się zmieszał. 
—  Bardzo  to  uprzejmie  i  dziękuję  serdecznie.  Ale  nie  wiem,  czy 

skorzystam, gdyż nie jestem ubrany. 

—  Głupstwo  —  rzekł  Fielding.  —  Odśwież  się  pan  tylko,  ubranie  to 

fraszka.  Pod  warunkiem,  oczywiście,  że  panna  Moore  w  tej  kwestii  nie 
wniesie sprzeciwu. 

—  Nie  wniosę  sprzeciwu  —  zaśmiała  się  Julia.  Przeniosła  spojrzenie  z 

Fieldinga na Greena. 

— O cóż jeszcze chodzi? — odezwał się Fielding. Julia się zaśmiała. 
— Czy nie będę przypadkiem po raz drugi, intruzem? 
—  Nie!  —jednocześnie  powiedzieli  obaj.  Skłoniła  się  nisko  dworskim 

ukłonem. 

—  Dziękuję  serdecznie.  Teraz  mam  pewność,  że  mogę  pozostać.  Fielding 

niezwłocznie  pośpieszył  ku  drzwiom.  Przepuścił  ją  przez  nie  z  szarmanckim 
ukłonem  i  patrzył  jeszcze  za  nią,  gdy  weszła  do  hallu.  Green  tak  samo 
spoglądał  ukradkiem.  Gdy  cofnęli  się  potem,  spojrzenia  ich  nagle 
skrzyżowały się z sobą. 

background image

Fielding śmiał się. Rzucił się na Dicka i popchnął go naprzód. Zrównali się 

potem i idąc obok siebie, wstąpili na schody. 

Gdy znaleźli się na górze, Fielding znienacka przemówił szeptem: 
—  Tylko  bądź  pan  ostrożny,  błagam  pana  o  to.  Jeszcze  raz  powtarzam, 

bądź pan ostrożny. 

Dick się zaśmiał, ale śmiech jego nie był szczerze wesoły. 
— Pamiętam, sir, zrobię, co mogę. 
Ich wzajemny konflikt nie został rozstrzygnięty, wiedzieli o tym obaj. Ale 

porozumieli się teraz, by nie poruszać tej kwestii przy wspólnej kolacji. 

* * * 
—  A  więc  znowu  go  zaprosił!  —  rzekła  pani  Fielding,  zwracając  się 

nerwowo  od  okna  ku  stołowi.  Na  jej  pięknej  twarzy  był  gniewny  wyraz.  — 
Czemu  jednak  pani  nie  przeszkodziła  temu?  Można  było  powiedzieć,  że 
uległam wypadkowi podczas burzy wieczornej i że nie nadaję się obecnie do 
przyjmowania wizyty. 

Urwała znienacka i stanęła przed lustrem obok kominka. Po chwili dodała: 
— Jestem istotnie okropnie zmęczona. Powinnam się właściwie położyć do 

łóżka. Ale z góry o tym wiem, że gdybym to zrobiła — skierowała się do Julii 
i  spojrzała  jej  w  twarz  —  to  mój  mąż  urządziłby  piekielną  awanturę. 
Musiałaby  mnie  pani  odpowiednio  obronić.  Powiedzieć  mu  na  przykład,  że 
mnie sama po prostu do tego skłoniła. 

Julia  w  tej  chwili  czytała  książkę.  Podniosła  oczy,  a  w  kącikach  jej  ust 

pojawił się uśmiech. 

—  Ależ  ja  wcale  nie  nakłaniam  —  odezwała  się  żywo.  Pani  Fielding 

niecierpliwie wzruszyła ramionami. 

— Oczywiście, że nie. Pani tylko wtedy  ma zwyczaj przekonywać  mnie o 

czymś, gdy z góry o ty wie, że wolałbym umrzeć, niż pozwolić się nakłonić. 

— Czy jestem taka zła? — przerwała jej Julia. 
— Tak czasami wygląda — rzekła pani Fielding. — Zawsze pani staje po 

stronie mego męża, a on o tym wie i cieszy się z tego. Inna jednak rzecz, że 
nie ścierpiałby pani, gdyby wiedział, że tak nie jest. 

— Co za straszne oskarżenie! — zaśmiała się Julia. 
— Prawda jest zawsze cokolwiek straszna — rzekła pani Fielding. — Czy 

cieszyłaby się pani, wiedząc, że zewsząd ma moc przeciwników? 

— Nie wiem — z wahaniem odrzekła Julia. — Ale znalazłabym sposób, by 

stawić  im  czoło.  Nie  szukałabym  sprzeczek.  A  zwłaszcza,  gdybym  miała 
przewagę, jak pani. 

background image

—  Pani  bardzo  ostrożna  —  rzekła  pani  Fielding.  Ton  jej  słów  był  trochę 

uszczypliwy. 

— To jedna z moich zasad — zaśmiała się Julia. 
— I bardzo rozsądna — odezwał się Green, przystając na progu. — Witam 

panią  kornie,  łaskawa  pani  Fielding!  I  przepraszam  najmocniej,  że  się 
zjawiam  w  tużurku,  ale  nie  mogłem  się  spodziewać,  że  będę  tu  dzisiaj,  a 
przysłano  mnie  do  pani,  abym  wyjednał  sobie  łaskę  za  wszystko,  co  zaszło. 
Dostatecznie już za to natarto mi uszu, więc myślę wobec tego, że nie okaże 
się pani zanadto surowa. 

Postąpił  naprzód  mówiąc  te  słowa.  Obejście  miał  śmiałe,  zupełnie 

nieskrępowane, ale ani on, ani ona nie myśleli nawet o tym, aby podać sobie 
dłonie. 

Skrzywiła się dziwnie i spojrzała mu oczy. 
—  Wierzę  —  odrzekła  —  że  pomówiono  z  panem  wreszcie,  jak  na  to 

zasłużył, inaczej taka rzecz nie zrobiłaby zapewne na panu wrażenia. 

Green w tej chwili spojrzał na Julię. Po chwili odrzekł: 
—  Jestem  bardziej  bezbronny,  niż  pani  przypuszcza.  Nie  potrafiłbym  się 

poddać ponownie tej próbie i pani też zapewne nie zechce jej powtórzyć. Ale 
oczyściłem  się,  jak  sądzę,  z  przypisywanej  mi  winy  i  jeszcze  raz  wyrażam 
swe szczere ubolewanie. 

—  Nie  poruszajmy  tego  raczej  —  odrzekła  pani  Fielding.  —  Od  dawna 

uważam,  że  pański  brat  jest  zmorą  znajomych  i  sąsiadów,  a  skrucha  i 
ubolewanie na pewno nie złagodzą mej opinii w tym względzie. 

— Ach, jaka szkoda! — odezwał się Green. 
Spojrzał ponownie w kierunku Julii. Julia tymczasem podniosła oczy. 
—  Przykro  mi  —  rzekła  —  że  oszczędzono  mnie  dziwnie  w  tym  całym 

wypadku. Bardzo mi jest żal biednego Robina. 

— Pani jest zawsze pełna dobroci i łaski — odezwał się Green. 
— Czy i pani zasłużyła na pewną naganę? — spytała pani Fielding. Julia w 

tej chwili zwróciła się do niej. 

— Dlatego — odrzekła — że ja i Robin jesteśmy przyjaciółmi. Przyszedł tu 

raz, aby widzieć się ze  mną, a Jack  go przepędził i złajał w dodatku. To był 
powód  całego  zdarzenia,  pan  Green  zaś  sądzi,  że  i  ja  wobec  tego  ponoszę 
odpowiedzialność. 

— Aby odciążyć swego brata — rzekła pani Fielding. Zwróciła się teraz do 

przeciwległego  okna  obszernego  pokoju,  jakby  nie  chcąc  przebywać  w 
sąsiedztwie Greena. 

background image

Tymczasem Julia  przywołała Kolumba i pochyliwszy  się nad nim, zaczęła 

go  głaskać.  Książka  mimo  woli  wypadła  jej  z  rąk,  zaś  Green  podskoczył  i 
podjął ją z ziemi. 

—  Co  to  za  książka?  Czy  ją  wolno  obejrzeć?  Wyciągnęła  rychło  rękę  po 

książkę. 

—  „Marionetki"  —  rzekła.  —  Ostatnie  dzieło  Dene  Strange'a.  Pani' 

Fielding właśnie mi pożyczyła. 

Zatrzymał książkę. 
— Ale oświadczyła mi pani, że nie będzie już czytać książek Strange'a. 
Uniosła brwi. 
— Naprawdę powiedziałam? — spytała z uśmiechem. — Nie przypominam 

już sobie. 

— I dodała pani nawet, że ma wstręt i pogardę dla tego autora. 
Zaśmiała się znowu. 
—  Do  pewnych  granic.  Ale  czytam  go  dlatego,  że  muszę  go  czytać.  Jest 

obecnie modny. 

— Sugestia zatem? Masowa psychoza? Zaśmiała się głośno. 
— Trudno się uwolnić, gdy się jest częścią masy. 
—  Ale  pani  jej  nie  tworzy  —  wtrącił  stanowczo.  —  Czy  nie  lepiej  się 

przemóc i odrzucić tę książkę? Wywoła tylko niesmak, obudzi w pani złość. 
Pożałuje pani potem, że ją wzięła do ręki. 

— Nie przypuszczam — odrzekła jakby z lekką przekorą. — Nie zapominaj 

pan o tym, że nie jestem już pospolitą marionetką. Coraz jawniej i wyraźniej 
stykam się z życiem. 

Wyciągnęła  ponownie  rękę  po  książkę.  Zwrócił  ją  teraz  z  wyraźną 

niechęcią. 

— Proszę jej nie czytać — dodał na koniec. Potrząsnęła głową. 
—  Nie,  panie  Green.  Pan  nie  będzie  cenzorem  dostarczonych  mi  książek. 

Ale powiem panu potem o doznanych wrażeniach. 

—  Nie  będę  ich  słuchał  —  odrzekł  dotknięty.  Julia  jeszcze  raz  pogłaskała 

Kolumba. 

Green stał obok, spoglądając przed siebie z wyrazem wzburzenia. Oczy, jak 

zawsze, płonęły mu żywo. 

—  Pogniewał  się  na  nas  —  szepnęła  do  pieska.  —  Ale  przecierpimy  to 

jakoś, nie będziemy się martwić. Najczęściej tak bywa, że ten, kto się gniewa, 
tylko  sobie  tym  szkodzi.  A  my  się  nie  gniewamy,  prawda,  Kolumbie?  My 
zawsze się lubimy i podobamy się sobie. 

background image

Kolumb mruknął i przywarł się do niej, zaś Green w tej chwili pogłaskał go 

również. 

— Szczęśliwyś przyjacielu — odezwał się szczerze. — Zamieniłbym się z 

tobą, gdyby to było możliwe. 

Kolumb zmarszczył się i przygarnął swój nosek do kolan pani. 
—  Nie  wierz,  Krzysztofku  —  rzekła  Julia.  —  Ten  pan  by  nie  wytrwał, 

gdyby musiał być tobą. Gdybym sprzeciwiła się kiedyś, rzuciłby się na mnie i 
rozdarł mi sukienkę. 

—  Nie  słuchaj,  Kolumbku  —  odezwał  się  Green.  —  Może  z  inną  by  tak 

zrobił, ale dla pani ma zbyt wiele szacunku. 

Kolumb  ziewnął.  Nie  interesował  go  zbytnio  temat  dyskursu,  zaś  Julia 

ponownie zaśmiała się głośno. 

— Czy to zwykła obietnica? — spytała zalotnie. 
— Słowo honoru — oświadczył Dick. 
— Niezwykle łaskawe — zaśmiała się Julia. — A jak dziwnie pochopna. 
Pani Fielding odezwała się nagle spod okna: 
— Powietrze jeszcze ciągle jest parne i duszne. Mam dziwne wrażenie, że 

burza powróci. 

— Myślę, że nie — przeciwstawił się Green. 
Julia  powstała,  by  podejść  do  okna.  Wyglądała  w  tej  chwili,  jak  młoda 

księżniczka. 

—  Pan  się  zna  na  tych  rzeczach  —  rzuciła,  przechodząc.  —  Proszę  pójść 

zatem ze mną i wywróżyć pogodę. 

Dick  bezzwłocznie  skierował  się  za  nią.  Przystanęli  po  chwili  tuż  obok 

okna i spojrzeli na słońce; niebo na zachodzie było pełne obłoków. 

— Burza nie powróci — zawyrokował stanowczo. 
Pani Fielding jak zawsze spojrzała wyniośle. Jakoś dziwnie nie wierzyła w 

tę pewną prognozę. 

— Czy jest pan tego pewny? — uprzedziła jej pytanie Julia. 
—  Najzupełniej  —  odrzekł  i  skłonił  się  nisko.  —  Pogoda  będzie  sprzyjać 

jutrzejszym wyścigom. 

— Pan lubi wyścigi? — spytała go znowu. 
— Z mało mam czasu na podobne błazeństwa. 
—  Ale  pan  mógłby  mieć  czas  —  wtrąciła  pani  Fielding.  —  Sobotnie 

popołudnia są wolne od zajęć. 

— Nie dla mnie niestety — odezwał się żywo. 
— Cóż więc pan robi, gdy nie ma nauki? 

background image

—  Zaraz  pani  powiem,  gdy  to  panią  ciekawi.  Naprzód  mam  kurs  nauki 

pływania, kurs dobrowolny, jedynie dla chętnych. O szóstej wieczorem mecz 
krykietowy.  Jeszcze  zaś  później,  bo  mniej  więcej  o  ósmej,  współudział  w 
koncercie dla górników w High Shale. Ashcott tak samo się zajął tą sprawą. 

— Dla tej wstrętnej bandy? — krzyknęła pani Fielding. Dick przytaknął. 
—  Dla  ich  żon  i  dzieci.  Nasze  widowiska  i  koncerty  cieszą  się,  jak  dotąd, 

niezwykłym  powodzeniem.  Myślę,  że  to  by  panią  zainteresowało  —  zwrócił 
się do Julii. 

— Jestem tego zupełnie pewna — odezwała się Julia. — Czy mogę kiedyś 

przyjść? 

Spojrzał jej w oczy. 
— Może i pani nam przyrzeknie łaskawy współudział? 
— No pewnie, naturalnie! — wtrąciła pani Fielding. — Jeszcze tego wam 

brakło! Przede wszystkim mój mąż nie pozwoliłby na to. 

— Nie rozumiem dlaczego — rzekła Julia. — Ale co bym tam robiła? Nie 

mogłabym się przydać. 

— Pani śpiewa — rzekł Green — i o zdaje się całkiem nieźle. Zaśmiała się 

żywo. 

— Kto to panu mówił? Ruszył figlarnie żywymi brwiami. 
—  Nikt  mi  nie  mówił,  ale  wiem,  mimo  wszystko.  No  i  cóż,  panno  Julio? 

Czy odważyłaby się pani pod moją opieką? 

— Oczywiście, że tak — zaśmiała się Julia. 
— Dziękuję — odparł. — Iz góry już przyrzekam najmilsze przyjęcie. 
— Mój mąż się nie zgodzi — powtórzyła pani Fielding. — On nie puściłby 

miss Moore do tej hordy pijaków. 

—  Poprawią  się  jeszcze  —  odezwał  się  Green.  Pani  Fielding  pogardliwie 

wzruszyła ramionami. 

—  Za  mało  mamy  czasu,  by  zajmować  się  nimi.  A  odpowiedzialność  za 

nich wszystkich spoczywa przede wszystkim w ręku Wilchestera. Pan nie ma 
obowiązku... 

— Może by tak było — odezwał się Green, gdyby Wilchester pracował, a 

nie  był  nicponiem.  Jego  ludzie  wskutek  tego  chętnie  się  poddają  złym 
wpływom. 

— Nie nasza to sprawa — wtrąciła pani Fielding. — Niech zajmą się nią ci, 

którym sprawia to przyjemność. 

—  Co  za  wspaniały  pomysł!  —  odezwał  się  Green.  Szkoda  doprawdy,  że 

mi nie wpadł do głowy. 

background image

— Powiedz pan coś raczej o meczu krykietowym — wmieszała się Julia. — 

Kto to rozgrywa? 

Green w tej chwili mrugnął znacząco. 
—  To  również  jest  sprawa  czysto  lokalna.  Drużyna  „Little  Shale" 

przeciwko  „Fairharbour".  Większość  zawodników,  to  sami  rybacy,  wszyscy 
bez  wyjątku  doskonali  sportowcy.  Dodam  jeszcze  w  końcu,  że  jestem 
kapitanem drużyny „Little Shale". 

— Pan zdaje się być wszystkim — zaśmiała się Julia. 
—  Dziewczyną  do  wszystkiego  —  zadrwiła  pani  Fielding.  Green  zaśmiał 

się. 

— Właśnie to samo zamierzałem powiedzieć. 
— Pan zapewne wygra — powiedziała Julia. 
—  On  zawsze  wygrywa  —  wmieszał  się  Fielding,  zjawiając  się  w 

drzwiach.  —  Pani  nie  widziała  go  jeszcze  grającego  w  krykieta.  To 
prawdziwy  Tornado  na  gruncie  krykietowym.  Jutro  jest  sobota,  nieprawda, 
proszę państwa? Gdzie pan jutro gra, kochany panie Dicku? 

Poklepał  go  życzliwie  i  spojrzał  mu  w  oczy.  Pani  Fielding  z  niechęcią 

odwróciła głowę. 

—  Mamy  mecz  z  „Fairharbourem"  —  zaśmiał  się  Green.  Rozegra  się  jak 

zawsze w parku Burchestra. Ten grunt należy do lorda Saltasha. 

— Szkoda, że nie dostał się w lepsze ręce — rzekł Fielding. 
— Na miłość Boską! — zakpiła pani Fielding — sami lordowie. Fielding w 

tej chwili spochmurniał nieco. 

— Nie potrzeba dodawać, że Saltash to hultaj. Podobno obecnie przebywa 

w  Paryżu.  Wszyscy  tak  twierdzą.  Poszukuje  zapewne  swej  niewiernej 
zalotnicy: lady Joanny Farringmore. 

Julia momentalnie drgnęła. Poczerwieniała i nagle zaraz pobladła. Zdawało 

się chwilę, że ulegnie omdleniu. 

— Mogą tak twierdzić — wtrąciła wzburzona. — Ale ja jestem pewna, że 

to wszystko nieprawda. 

—  Przepraszam  najmocniej  —  ozwał  się  Fielding.  —  Zapomniałem 

zupełnie, że to pani znajoma. 

— Była nią niegdyś — przerwała mu Julia. — Nie pochwalam jej zupełnie, 

była zanadto swobodna, sama o tym wiem, ale nie była też tym, czym pan ją 
nazywa. 

— Pani nie poznała jej widocznie — wtrąciła pani Fielding. Nie uznawała 

obowiązku bronienia niegodnych. — Przecież sama pani twierdzi, że zerwała 

background image

z  nią  niedawno  przez  wzgląd  na  opinię.  Jakim  więc  prawem  pani  broni  jej 
jeszcze? 

—  Tak,  to  jest  prawda  —  zmieszała  się  Julia.  —  Mówiła  nerwowo,  z 

widoczną trudnością. — Ale bronienie swych przyjaciół, choćby niegodnych i 
porzuconych, uważam mimo wszystko, za kwestię honoru. 

Unikała w tej chwili spojrzenia Dicka, ale Dick niespodziewanie wmieszał 

się w rozmowę. 

—  Zupełnie  słusznie  —  odezwał  się  żywo.  —  Możemy  osobiście  nie 

uznawać przyjaciół, nawet okazywać im pogardę, ale nie możemy być bierni, 
gdy w nieobecności tych ludzi ktoś trzeci bezprawnie zniesławia ich pamięć. 
Pochylam czoło przed zasadą miss Moore. Przede wszystkim lojalność! 

Spojrzała na niego, nie mówiąc słowa. 
W  drzwiach  w  tej  chwili  zjawił  się  lokaj.  Zaanonsował  obiad  i  wszyscy 

obecni skierowali się naprzód. 

— Pani wybaczy, panno Moore — odezwał się Fielding i zbliżywszy się do 

niej, podał jej ramię. 

Ujęła je zaraz, choć dziwnie niepewnie. 
— Puśćmy to w niepamięć — odezwała się. 
Uśmiechnął się do niej i wyprowadzając ją z pokoju, zmienił bezzwłocznie 

temat rozmowy. 

Green, jak niepyszny, dreptał za nimi. Podał swe ramię małżonce Fieldinga, 

ale nie myślał nawet o tym, by rozpocząć rozmowę. 

* * * 
Gdy następnego dnia rano Julia zjawiła się w pokoju pani Fielding, zastała 

ją  w  łóżku  bladą,  wyczerpaną,  zalewającą  się  łzami,  odmawiającą 
kategorycznie przyjęcia śniadania. 

Julia  przeważnie  jadała  sama,  gdyż  Fielding  miał  zwyczaj  na  czczo 

wyjeżdżać  na  konną  przejażdżkę,  a  śniadanie  spożywał  w  godzinach 
późniejszych,  gdy  żona  natomiast  budziła  się  zwykle  o  godzinie  dziesiątej. 
Mniej więcej o tej porze Julia przychodziła z poranną gazetą i odczytywała jej 
zawsze  ostatnie  nowości.  Tego  jednak  dnia  zrozumiała  u  wejścia,  że 
odczytywanie  gazety  nie  odpowie  życzeniu  strapionej  pani  Fielding.  Nawet 
listy,  które  codziennie  przynoszono  ze  śniadaniem,  leżały  nietknięte  i 
rozrzucone na ziemi. Julia się zdumiała. 

— Co się pani stało? — spytała ją wreszcie. 
— Miałam straszną noc — odrzekła pani Fielding. 

background image

Ze  szlochem  i  jękiem  wtuliła  swą  twarz  głęboko  w  poduszkę.  Służąca 

spojrzała zdumiona na Julię i z miną bezradną wzruszyła ramieniem. 

Julia ostrożnie podeszła do łóżka. 
—  Co  się  pani  stało?  —  powtórzyła  pytanie.  —  Czy  panią  coś  boli,  albo 

czuje się chora? 

—  Jestem  strasznie  nieszczęśliwa!  —  załkała  pani  Fielding.  Julia 

przystanęła. 

— Możesz odejść, Cox — rzekła do służącej. — Zadzwonię do ciebie, gdy 

będziesz potrzebna. 

Cox  odeszła,  zostawiając  na  stole  nietknięte  śniadanie,  zaś  Julia  ponownie 

podeszła do łóżka. 

Pani  Fielding  jeszcze  ciągle  zalewała  się  łzami.  Pochyliła  się  nad  nią,  nie 

zważając przez chwilę na przepisy etykiety. 

— No proszę się przemóc — jęła ją prosić. — Co się pani stało, czemu pani 

płacze?  Odwagi,  pani  Fielding,  odrobiny  skupienia!  Pani  zginie  z  tych 
cierpień, gdy się będzie im poddawać. 

—  Nie  podołam  już  temu  —  łkała  pani  Fielding.  —  Absolutnie  nie 

podołam. A on o tym  wie. On dobrze o tym wie, że po każdej z takich scen 
nieraz dnie i tygodnie upływają daremnie, nim zdołam się dźwignąć. 

— Jak mi pani żal! — odezwała się Julia. — Czy miał z panią zatarg!, jaką 

sprzeczkę domową? 

Pani  Fielding  odsłoniła  jedno  z  swych  ramion,  pokazała  jej  sińce  i  ślady 

uszczypnięć. 

— Oto jak wygląda taka sprzeczka domowa — rzekła z goryczą. 
Julia czym prędzej przysłoniła jej ramię. 
— Niech nikt ich nie widzi — rzekła troskliwie. — O resztę nie pytam. Nie 

jestem ciekawa, jeśli nie pragnie pani tego, bym wiedziała coś więcej. 

—  Właśnie,  że  pragnę  —  zapłakała  pani  Fielding.  —  I  wyznam  pani 

szczerze,  że  to  pani  właściwie  jest  winna  wszystkiemu.  Gdyby  pani  tu  nie 
było, a Green nie odważył się odwiedzić nas wczoraj, nie doszłoby może do 
tej nocnej utarczki. 

— Proszę tak nie sądzić — przerwała jej Julia. — Nie sztuka jest potępiać, 

gdy się nie  ma pewności, że potępia się słusznie. I proszę już nie płakać. Ta 
rzecz nie jest warta, by ją później odchorować. 

—  Nie  zależy  mi  na  życiu!  —  wybuchnęła  pani  Fielding.  —  Och,  ja 

nieszczęśliwa, ja biedna, nieszczęśliwa! I nikogo nawet nie mam, by troszczył 
się o mnie! 

background image

Uległa  ponownie  atakowi  płaczu.  Wtuliła  się  w  poduszki,  zawodząc 

donośnie, zaś Julia, świadoma, że jej w niczym nie pomoże, zerwała się nagle, 
nie  wiedząc,  co  począć.  Pozostało  jej  jedno;  czekać  cierpliwie,  aż  atak 
przeminie. 

Ale atak nie przemijał, nie tylko nie ustawał, ale jeszcze się wzmagał. Julia 

już  myślała,  czy  nie  zadzwonić  na  Cox,  aby  przyszła  z  pomocą,  gdy  drzwi 
niespodzianie się otworzyły, a na progu pokoju pojawił się Fielding. 

Cofnęła  się  żywo,  gdyż  wzrok  miał  straszny  i  dziwnie  złowrogi,  ale 

jednocześnie  zrozumiała,  że  sprawa  się  usuwa  spod  jej  dalszej  opieki. 
Podszedł bowiem naprzód, tak pewnie i energicznie, że nie zniósłby zapewne 
jakiejkolwiek interwencji. 

—  Pani  mnie  ją  zostawi!  —  odezwał  się  szorstko,  gdy  zbliżywszy  się  do 

łóżka, zetknął się z Julią. 

Pani Fielding w tej chwili wykrzyknęła donośnie, tak strasznie i błagalnie, 

że Julia instynktownie zatrzymała się jeszcze. Chora bez namysłu uczepiła się 
jej ramion, wijąc się ze strachu i płacząc jak dziecko. 

—  Niech  pani  nie  odchodzi  —  zawodziła  okropnie  —  nie  zostawiaj  mnie 

samej! Błagam panią o to, błagam panią, Julio! 

Julia  nie  zdołała  odmówić  jej  prośbie.  Zanado  ją  dotknęła,  poruszyła  jej 

serce.  Przygarnęła  do siebie  wijącą  się  postać  i  zamknęła  ją  silnie  w  objęciu 
swych ramion. 

— Nie mogę stąd odejść — zawołała do Fieldinga. 
—  Może  pani  zostać  —  rzucił  spokojniej.  Pochylił  się  nagle  nad  drżącą 

kobietą. 

—  Wero!  —  zawołał  —  przestań  natychmiast!  Czy  słyszysz,  co  mówię? 

Przestań natychmiast! 

Nie  podniósł  swego  głosu,  ale  stanowczość  jego  brzmienia  była  stokroć 

silniejsza,  niż  gdyby  krzyczał.  Pani  Fielding  jeszcze mocniej  przygarnęła  się 
do Julii. 

—  Nie  zostawiaj  mnie!  —  jęczała  histerycznie.  Szloch  jeszcze  dalej 

potrząsał jej ciałem. 

Fielding odezwał się szorstko: 
—  Zostawię  ją  tutaj,  gdy  się  zaraz  uspokoisz.  Ale  nie  wzruszy  mnie  twój 

krzyk,  gdy  się  będziesz  upierać.  Odeślę  ją  natychmiast  i  sam  się  już  z  tobą 
odpowiednio rozprawię. 

— Co za brutalność! — żachnęła się Julia. 

background image

Rzucił na nią szybkie, przenikliwe spojrzenie i chwycił po chwili rękę swej 

żony. 

— Usłuchasz mnie wreszcie? — zawołał stanowczo. — Nie zamierzam być 

szorstki,  ale  nie  mogę  i  nie  chcę  być  świadkiem  brewerii.  Tego  nikt  na 
świecie nie potrafiłby ścierpieć. A więc skup się, póki czas, jeszcze raz o to 
proszę. 

Próbowała mu się wydrzeć, wyrwać swą dłoń. 
— Nienawidzę cię! — krzyknęła, zmagając się z pasją. — Nienawidzę cię 

na zawsze, do ostatniego mego tchu! 

Skrzywił się groźnie i spojrzał jej w oczy.  
— Słyszałem już o tym, już znam to na pamięć. Ale nie urządzaj mi scen w 

obecności  miss  Moore. Jeśli nie potrafisz się przemóc, o ją zaraz odprawię i 
— Nie puszczę jej od siebie! — krzyknęła pani Fielding. — Ona wie, jak ja 
cierpię,  przyznała  mi  rację.  Zapytaj  ją  o  to.  Nie  opuściłaby  mnie  teraz,  aby 
uzyskać  za  tę  grzeczność  twoje  względy  i  czułości.  Nie  potrzebuje  tych 
czułości, ona zna się już na tym! 

— Pst! — bezradnie wtrąciła Julia. — Niech pani nie drażni męża. Takich 

słów by nie ścierpiał ani jeden mężczyzna. Czy nie wie pani i o tym? Uspokój 
się pani, na miłość Boską! Pani każdym swoim słowem zatruwa sobie życie, i 
Fielding ponownie przeszył ją wzrokiem. 

— Ma pani rację — odezwał się krótko. — Nie zniosę tego dłużej, już dość 

wycierpiałem. Teraz zwracam się do ciebie — skierował się do żony. — Czy 
uspokoisz się wreszcie i to zaraz, natychmiast? 

Głos jego stłumił nurtującą ją pasję. Przytuliła się do Julii, ale zdawała się 

poddawać  przewadze  jego  siły.  Fielding,  zziajany,  usiadł  na  łóżku.  Nie 
puszczał jej ręki, wyraz jego twarzy był twardy i stanowczy. 

Po chwili zapytał: 
— Czy już jadła śniadanie? 
— Nie tknęła go nawet — rzekła Julia. 
— Proszę się nie trudzić — jęknęła pani Fielding. 
Ale  Fielding  tymczasem  podbiegł  do  tacy.  Chwycił  za  imbryk  i  nalał 

herbaty,  zaś  Julia  jednocześnie  zajęła  się  Werą.  Przytuliła  ją  do  siebie  i 
odgarnęła jej włosy, spadające na czoło. 

Fielding powrócił z kubkiem w ręce. 
—  Teraz  musisz  to  wypić  —  odezwał  się  ostro.  Pani  Fielding  z  lękiem 

spojrzała mu w oczy. 

— Edwardzie! — szepnęła — nie patrz tak na mnie, nie patrz tak na mnie! 

background image

Pochylił  się  nad  nią  i  podał  jej  kubek  prosto  do  ust.  Nadpiła  nieco,  nie 

śmiejąc  odmówić.  Ale  Fielding  nalegał.  Musiała  opróżnić  kubek  do  dna. 
Potem  przyniósł  jej  chleb,  posmarował  go  masłem  i  karmił  ją  jak  dziecko, 
kąsek za kąskiem. Wera pośród tego zalewała się łzami. 

Po chwili przemówił. 
Panno  Moore  —  zawołał.  —  Moja  żona  już  teraz  nie  sprzeciwi  się  temu, 

gdy zostawi nas pani samych na chwilę. 

Brzmiało to jak rozkaz, rzucony uprzejmie, ale Julia mimo wszystko wahała 

się  jeszcze.  Wera  milczała,  podniosła  się  lekko  i  rzuciła  na  Julię  żałosne 
spojrzenie. Fielding się zachmurzył. 

—  Czy  nie  lepiej  by  było,  aby  teraz  odpoczęła  —  odezwała  się  Julia. 

Przyznał  jej  rację.  Po  chwili  bez  słowa  postąpił  ku  drzwiom.  Na  progu 
przystanął. 

—  Idę  do  biblioteki  —  skierował  się  do  Julii  —  proszę  do  mnie  przyjść, 

chcę z panią pomówić. Ale możliwie najszybciej. 

Mówiąc to, odszedł. 
Wera przygarnęła Julię do piersi. Jeszcze raz załkała, patrząc jej w oczy. 
— Zwolni panią pewnie — wyjąkała wśród płaczu. - Co ja teraz pocznę, co 

ja teraz pocznę. 

—  Proszę  się  położyć  —  powiedziała  Julia.  Poprawiła  jej  poduszkę  i 

zburzoną pościel. — I nie płakać już więcej! Zamknąć oczy i leżeć spokojnie! 

Ułożyła  ją  na  łóżku,  jak  układa  się  dziecko,  jeszcze  raz  odgarnęła 

rozwichrzone włosy, potem pochyliła się lekko i ucałowała ją w czoło. 

—  Dziękuję  —  z  wdzięcznością  szepnęła  Wera  —  Och,  jak  mi  źle,  jak 

dziwnie i smutno! Co ja teraz pocznę, gdy już pani nie będzie? 

—  Proszę  teraz  spać  —  zaśmiała  się  Julia.  —  Wkrótce  tu  przyjdę.  I  nie 

ruszać się z miejsca, zanim powrócę. 

Była  zupełnie  tego  pewna,  że  wyczerpanie  pani  Fielding  dokona  reszty. 

Ściągnęła rolety i po chwili ruszyła. 

— Proszę zaraz powrócić — przypomniała jej Wera. 
— Za chwilę — odrzekła i zamknęła drzwi. 
Gdy znalazła się na schodach, ogarnął ją niepokój. Szła jednak naprzód, nie 

zatrzymała się w drodze. Zależało jej na tym, by nie okazać po sobie słabości 
charakteru. 

Uniosła  głowę,  gdy  zapukała  do  drzwi,  wiedziała  jednak  w  duchu,  że  to 

raczej  jest  poza,  niż  oznaka  odwagi.  Gdy  obrócił  się  do  niej  i  podbiegł 
naprzeciw, uczuła wyraźnie, że zabiło jej serce. 

background image

Nie  zdawała  sobie  sprawy,  czy  twarz  jej  nie  zdradza,  ale  dostrzegła 

momentalnie,  że  humor  Fieldinga  już  uległ  poprawie.  Wyraźnie  spokorniał. 
Ujął jej dłoń i trzymając ją w ręce, zaśmiał się nagle i spojrzał jej w oczy. 

—  I  cóż,  panno  Julio  —  odezwał  się  surowo.  —  Czy  widziała  pani  kiedy 

podobnego brutala? Przykro mi teraz. Pani na pewno już nie zechce spojrzeć 
mi w oczy? 

Niespodziane  te  słowa  przywróciły  jej  nagle  poczucie  pewności. 

Potrząsnęła głową. 

— Nie — odrzekła. — Nie jestem tego godna, by wydawać o kimś sąd i nie 

pragnęłabym nawet, by to było  możliwe. Najważniejsza jednak rzecz,  że nie 
lubię się mieszać do nie swoich spraw. 

—  Bardzo  to  pochwalam  —  ozwał  się  Fielding.  —  Ale  chciałem  panią 

przede  wszystkim  zapytać,  czy  nie  czuje  się  dotknięta  i  czy  pozostanie  w 
naszym domu. 

— To zależy od pana. 
— Szczerze tego pragnę — powiedział życzliwie. Jestem pełen uznania dla 

pani  zalet  i  uważam  ją  w  naszym  domu  za  niezwykle  potrzebną.  Ale 
przepraszam, panno Moore. Czy odpowie mi pani na pewne pytanie? 

— Jeśli tylko potrafię — zaśmiała się Julia. 
— Pani świetnie się orientuje w naturze  mężczyzny.  Skąd to się wzięło? I 

jak to możliwe w tak młodym wieku? 

Zaczerwieniła się lekko. Po chwili odrzekła: 
— Nie wędrowałam po świecie z zamkniętymi oczami. 
—  To  zupełnie  jasne  —  przyznał  ochoczo.  —  Jednak  większość  kobiet 

wobec  widma  „ciemiężcy"  stanęłoby  po  stronie  płci  „uciśnionej".  Czemu  to 
przypisać, że pani w tym względzie jest mniej solidarna? 

— Nie jestem tego pewna, czy złamałam solidarność. Uścisnął jej rękę i po 

chwili dodał: 

—  Pani  zanadto  jest  rozsądna,  by  nie  bronić  słuszności.  I  zrozumiała  pani 

pewnie,  że  moja  żona  zasłużyła  na  wymierzoną  jej  karę.  Założyłbym  się 
nawet, że i pani jest trudno dotrzymać jej kroku. 

— Czy sądzi pan może, że mężczyźni są lepsi? Fielding przytaknął. 
— Wiem tylko tyle, że życie  miałem  straszne i że nie jestem już teraz  tak 

wytrzymały jak dawniej. 

Spojrzał  przed  siebie,  jakby  zastanowiła  go  myśl,  czy  nie  powie  za  wiele, 

gdy już zaczął się zwierzać. Po chwili ciągnął: 

background image

—  Od  zarania  mego  życia  borykałem  się  z  losem.  Zdarzały  się  chwile,  w 

których  zdawało  mi  się  nawet,  że  los  się  zaprzysiągł,  aby  mnie  zdeptać  i 
zgnębić. Ale wolę miałem silną, walczyłem, jak mogłem, nie pozwoliłem się 
przemóc. — Począł nerwowo przemierzać pokój. Ręce skrzyżował w tyle, na 
plecach, spojrzenie utkwił w podłodze. — Tak, proszę pani, życie jest trudne, 
nie każdemu ściele się droga do szczęścia. I nie każdy ma szanse wygrania w 
tej  grze.  Ja  ich  nie  miałem.  Klęska  za  klęską  ścigały  mnie  wszędzie,  na 
każdym niemal kroku spotykał mnie zawód. Czy pani wie, co to znaczy, czy 
domyśla się tego? 

— Spodziewam się, że wiem — zawahała się Julia. — Za wiele patrzyłam, 

idąc przez życie. A zdarza się czasami, że już z samej obserwacji nabywa się 
doświadczeń. 

— Z obserwacji, jak ostatnia? — zaśmiał się Fielding. — Nieprawda, panno 

Moore? Ale i ona się przyda i z niej będzie można w przyszłości skorzystać. 
Pouczy  panią  bowiem,  że  miłość  jest  skarbem  i  że  nie  należy  go  porzucać, 
skoro  trafi  się  w  drodze.  Porzucony  lekkomyślnie,  z  kaprysu  po  prostu,  na 
pewno już więcej nie przydarzy się w życiu. 

—  I  o  tym  już  wiem  —  odezwała  się  Julia.  Oparła  swą  dłoń  na  krawędzi 

kominka  i  spojrzała  mu  w  oczy.  —  Wiem  —  powtórzyła,  uśmiechając  się  z 
lekka. 

—  Pani  wie?  —  zapytał,  zatrzymując  się  nagle.  —  Ale  nie  kochała  pani 

dotąd, to zupełnie jest pewne, a w każdym bądź razie nie kochała poważnie. 

—  Poważnie  nie  kochałam  —  przyznała  się  szczerze.  Podszedł  ku  oknu  i 

znowu przystanął. 

—  Ale  mnie  się  to  zdarzyło  —  zawołał  znienacka.  Głos  jego  drżał,  był 

dziwnie  wzruszony.  —  Nie  wymienię  szczegółów,  są  zgoła  zbyteczne.  Ale 
kochałem  raz  kobietę  do  utraty  przytomności,  szalałem  po  prostu.  Ona  tak 
samo kochała mnie szczerze. Los niestety unicestwił nasze szczęście. Nie żyje 
już  dzisiaj.  Gdy  myślę  o  niej  czasem,  mam  dziwne  wrażenie,  że  byłbym 
szczęśliwszy, gdybym ją poślubił. I byłbym może lepszy, niż jestem dzisiaj. I 
jedno  i  drugie  zawdzięczałbym  jej.  —  Ruszył  się  nagle  i  znowu  po  chwili 
zbliżył  się  do  niej.  —  Faktem  zostanie,  że  nie  przyniosłem  sobie  chluby, 
żeniąc się po tych doświadczeniach. 

— To zależy przede wszystkim od punktu widzenia. 
— A jakie w tym względzie jest pani zapatrywanie? Zawahała się nieco. 
— Kobieta umarła, pozostał pan sam. 
— Przeraźliwie sam — dorzucił skwapliwie. 

background image

— ... więc nie widzę w tym ujmy, że pan się ożenił. Inna jednak rzecz, że 

powinien pan kochać poślubioną kobietę. 

— O! — zawołał. — A czy nie zechce pani przyznać, że tylko raz  można 

kochać prawdziwie i gorąco? 

Potrząsnęła głową. 
— Niekoniecznie — odrzekła. — A poza tym jest tyle rodzajów miłości. — 

Spojrzała  mu  w  oczy.  —  Powiedziałabym  coś  panu,  gdybym  mogła  się 
ośmielić. Wyglądałoby to jednak na nadużycie zaufania. 

— Cóż to takiego? — zapytał zdumiony. 
— A więc powiem — rzekła, pokonując wahanie. — Gdyby potroszczył się 

pan o to i był skłonny do poświęceń, mógłby pan przynajmniej w swej żonie 
to wzbudzić. 

— Co? — zapytał. 
— Uczucie miłości — zaśmiała się lekko. — Ale czy nie jest to śmieszne, 

że się mieszam do tego? Przecież jestem tu obca, a państwo już od lat żyjecie 
w swym związku. Powiedziałam jednak prawdę. Ona również jest samotna i 
nie czuje się szczęśliwa. Pan mógłby to zmienić, gdyby okazał jej życzliwość. 

— Nie rozumiem — zawołał. — Mam więc ustąpić i patrzeć przez palce na 

wszystko, co robi? Pani mi to zaleca? 

— Nie — odrzekła. — Nie zalecam niczego. Mówię tylko prawdę i jeszcze 

raz powtarzam, że pańska żona by uległa, gdyby pan starał się o to. 

Spojrzał jej w twarz, jakby starając się rozwiązać znaczenie tych słów. 
—  Pani  jest  dziwna  —  zawołał,  usiłując  się  zaśmiać.  —  Więc  myśli  pani 

serio, że potrafiłbym to zrobić? 

— Jestem zupełnie tego pewna. 
— Pozostaje tylko kwestia, czy byłbym zadowolony. Julia się zaśmiała. 
—  Oczywiście,  że  tak.  Pan  by  się  na  pewno  cieszył.  To  jest  największa 

przeszkoda między panem a szczęściem. Gdyby usunął ją pan teraz... 

— Między mną a szczęściem? — wtrącił znienacka. 
—  Między  panem  a  szczęściem  —  zapewniła  go  żywo.  —  Gdyby  pan  ją 

teraz usunął, nie napotkałby już potem na trudności. Jakiś nowy świat by się 
rozwarł przed panem. 

Spojrzała mu w oczy. 
— I co? — nalegał. — Proszę mówić, miss Moore. Zaczerwieniła się lekko. 
—  Straciłam  już  wątek  —  rzekła  z  uśmiechem.  Wie  pan  pewnie,  że 

szczęście  nie  polega  na  samolubnych  uczuciach.  Egoiści,  na  przykład,  nie 

background image

mogą  go  doznać  w  znaczeniu  idealnym.  Droga  do  szczęścia  jest  dla  nich 
zamknięta. Fielding się skłonił. 

— Dziękuję — odrzekł z wyrazem uznania. — Ma pani rację. I to jest może 

powód,  że  szczęście  jest  płoche,  tak  płoche  jak  ptak.  Za  szeroko  i  otwarcie 
nastawiamy swe sieci. Ale żyjemy przecież po to, by się uczyć i doświadczać. 
—  Skierował  się  do  stołu  i  chwycił  szpicrutę.  —  Mam  dziwne  wrażenie,  że 
moja  żona  będzie  leżeć  i  dąsać  się  przez  miesiąc.  A  wie  pani,  za  co?  Bo 
sprzeciwiłem się wyprawie na wyścigi w Graydown. 

— Więc o to jej chodziło? — zdumiała się Julia. Skinął ponuro. 
—  Nienawidzę  tej  bandy,  która  zwykle  jej  towarzyszy.  Są  to  ludzie  z 

Fairharbour,  głupi,  zarozumiali,  niemożliwi  w  obejściu.  Przechwalają  się 
znajomością  z  takim  łotrem,  jak  Saltash,  a  ten  człowiek,  jak  wiadomo,  ma 
wpływy  w  tych  stronach.  I  to  już  wystarcza.  Dlatego  wszystko  im  uchodzi 
bezkarnie. 

—  Znam  Saltasha  —  odezwała  się  Julia.  —  Żyłam  jakiś  czas  z  rodziną 

Farringmore'ów  i  stamtąd  się  właśnie  datuje  znajomość.  Jest  dobrym 
przyjacielem lorda Wilchestera. 

Fielding się obrócił. 
—  Ale  poświadczy  pani  chyba,  że  ten  człowiek  jest  łotrem?  Potrząsnęła 

głową. 

—  Nigdy  w  ten  sposób  nie  wyrażam  się  o  nikim.  To  jest  wbrew  mej 

zasadzie.  Życie  jest  dziwne,  ma  moc  niespodzianek.  Nigdy  się  nie  wie,  czy 
człowiek, którym dziś się pogardza, nie okaże się jutro obrońcą w potrzebie. 

—  Nie  życzyłbym  pani  podobnego  obrońcy.  Ale  po  co  o  tym  mówić?  W 

takich  czasach  jak  obecnie,  cichych  i  bezpiecznych,  nie  potrzebuje  pani 
zresztą opieki — „obrońców". 

—  Któż  to  może  wiedzieć?  —  zaśmiała  się  Julia.  —  Jutro  mogę  dostać 

zwolnienie z posady. 

—  Co?  —  zawołał.  —  Pani  pozycja  w  moim  domu  jest  najpewniejsza  w 

świecie. 

— Naprawdę? — wtrąciła. 
— Szkoda o tym mówić, mówmy o czym innym. Czy wyjechałaby pani na 

mecz krykietowy? 

Zaśmiała się żywo. 
— Ładna alternatywa! Nie wyścigi, to krykiet. Fielding się zmarszczył. 
— Wyścigi przecież w ogóle nie wchodzą w rachubę. 

background image

—  Mam  wrażenie,  że  i  krykiet  —  odrzekła  pogodnie.  —  Chyba  że  pani 

Fielding rozmyśli się jeszcze. 

— Może ją nakłonię. 
—  Lepiej  nie  próbować  —  poprosiła  go  szczerze.  —  To  byłoby  błędem, 

fatalną  omyłką.  Co  do  mnie  natomiast,  to  jeśli  szczerze  mam  powiedzieć, 
wolałabym koncert, który odbędzie się w High Shale. 

— Z tą hołotą górników? — wzdrygnął się Fielding.  — Green się zapalił, 

by oświecić im ducha. Straszny fantasta. On cały świat by przewrócił na opak. 

— Podziwiam go za to — odezwała się Julia. 
— Ja również go cenię — przytaknął jej Filding. Tylko mam kłopot z żoną, 

jeśli  chodzi  o  niego.  Pogardza  nim  jawnie  i  nie  może  go  znieść,  a  wszystko 
dlatego,  że  kieruje  się  przesądem;  nauczyciel,  jej  zdaniem,  i  to  wiejski,  jest 
stanowiskiem  podrzędnym,  nie  mogącym  dorównać  jej  socjalnie.  Na  domiar 
wszystkiego pomieszała ich ze sobą, to jest jego z braćmi, choć każdy chyba 
uzna,  że  Dick  stoi  wyżej,  niż  Jack  albo  Robin.  Ten  fakt  jest  widoczny,  nie 
potrzeba go roztrząsać. 

— Oczywiście — z zapałem dodała Julia. 
—  Ale  sam  sobie  winien  —  ciągnął  po  chwili.  —  Starałem  się  o  to,  by 

poruczyć  mu  pozycję  właściwszą  mu  duchowo.  On  jednak  nie  chciał.  I  nie 
chce  dotychczas.  Wynikają  stąd  częste  zatargi  między  nami.  Ten  Robin,  to 
jest  kamień,  zawieszony  mu  u  szyi.  Panno  Julio  —  zawołał  —  pani  ma 
dziwną zdolność przemawiania do ludzi. Może pani go przekona, że powinien 
raz skończyć ze sprawą swego brata. 

— O nie — odrzekła — nie zrobiłabym tego. I z góry jestem pewna, że nie 

rzuci  Robina.  Pan  sam,  jak  przypuszczam,  nie  ceniłby  tak  Dicka,  gdyby 
zgodził się na to. 

— A teraz go uważam za zwykłego szaleńca. Nie spierajmy się jednak, ta 

sprawa  i  tak  nie  doprowadzi  do  celu.  Wracając  zaś  do  rzeczy,  to  zawiozę 
panią  dzisiaj  na  koncert  w  High  Shale,  ale  inicjatywa,  oczywiście,  nie 
wychodzi ode mnie. 

— Ach, jak się cieszę! — zawołała Julia. Skierowała się ku wyjściu. — Czy 

pozwoli mi pan jednak zawiadomić panią Fielding? Ja muszę to zrobić. 

Otworzył jej drzwi. 
—  To  jej  nie  zmartwi  zbytnio,  po  tym  wszystkim,  co  zaszło.  Nikt  jej  już 

teraz niczym nie zmartwi. 

— Chyba pan jedynie — zaśmiała się Julia. Mówiąc to wyszła. 

background image

—  Ciekawa  kobieta  —  pomyślał  Fielding.  —  Tak,  mój  Dicku,  mam  żonę 

dla ciebie. Nie przeczuwasz zapewne, że  myślę o tobie. Ja jednak myślę.  I z 
serca bym pragnął przychylić ci nieba. 

* * * 
Gong donośnie wzywał na obiad, zaś Wera Fielding, wygodnie rozparta w 

fotelu  przy  oknie,  zamknęła  oczy,  jak  gdyby  stargane  jej  nerwy  nie  zdołały 
przetrzymać  dudnienia  metalu.  Poranna  burza  istotnie  wyczerpała  zasób  jej 
sił, a świadomość krzywdy, dziwnie zmieszana z poczuciem wstydu, jeszcze 
ciągle  ciążyła  nad  stanem  jej  duszy.  Znalazła  się  obecnie  w  drugim  okresie 
przeżytego  konfliktu,  w  stadium,  które  zwykle  trwało  już  dłużej,  nawet 
tydzień, lub mie siąc — i w obrębie którego tylko głuche milczenie zalegało 
między  małżonkami,  jakiś  powiew  pustki,  lub  bezwład  apatii.  Mąż  w  tym 
okresie  wyjeżdżał  niekiedy  znienacka  do  miasta,  albo  ulegając  swym 
nerwom,  wybuchał  na  nowo  niespodziewanym  atakiem.  Te  nawroty 
wściekłości napełniały ich serca jeszcze większą goryczą. 

Dźwięki ucichły i Wera ponownie spojrzała przed siebie. Jej oczy spoczęły 

na  części  ogrodu,  który  tuż  pod  jej  oknem  błyszczał  kwiatami.  Dzień  był 
czerwcowy,  pogodny  i  słoneczny,  ale  siłą  kontrastu  jeszcze  bardziej 
wzmacniał w niej poczucie zgnębienia. Upał ją gnębił i zwalił z nóg. Życie ją 
męczyło, odczuwała je obecnie, jakby nie dający się pokonać ból ujarzmienia. 
Była strasznie znużona. Duszę jej napełniła rezygnacja. 

Julia odeszła, by porozumieć się z Cox, chodziło o potrawy. Ale Wera w tej 

chwili  nie  myślała  o  jedzeniu.  Któż  by  to  potrafił  w  takim  stanie 
zniechęcenia? Miała wielką chęć odmówić przyjęcia posiłku. Bolała ją głowa. 
Nasłuchiwała uważnie, czy nie usłyszy kroków w sąsiednim pokoju. Żałowała 
nawet teraz, że nie poleciła Julii, by zamknęła drzwi, które wiodły do pokoju 
męża. Nie spodziewała się jednak, że mąż odwiedzi ją po raz drugi. Jego pasja 
i wściekłość  miały również granice.  Tylko rzadko się  zdarzało,  że wzbierały 
w nim dwukrotnie w ciągu jednego dnia. 

Pocieszona  tą  myślą,  nie  myślała  już  o  tym,  gdy  nagle  doleciał  ją  odgłos 

kroków.  Fielding  wszedł  w  tej  chwili  do  swego  pokoju.  Świadomość,  że 
przyszedł,  napełniła  ją  znienacka  tak  wielkim  lękiem,  że  zabrakło  jej  tchu. 
Wierzyła  jednak  ciągle,  że  do  niej  nie  wejdzie.  Nie  lubił  jej  odwiedzać 
bezpośrednio  po  zatargach,  unikał  jej  wtedy.  To  niemożliwe,  aby  przyszedł, 
on na pewno nie przyjdzie. Nie zdołała jeszcze skupić fragmentów tych myśli, 
gdy drzwi otworzyły się nagle. Opadła na fotel, walcząc rozpaczliwie, by nie 
okazać na zewnątrz swej wielkiej emocji. 

background image

Nie  spojrzała  na  niego,  gdy  wszedł  do  pokoju.  Odwróciła  głowę. 

Spoglądała  bezmyślnie  na  plamy  słońca  i  tylko  ruchy  jej  piersi,  falującej 
gwałtownie,  zdawały  się  stwierdzić,  że  zdaje  sobie  sprawę  z  obecności 
małżonka. 

Fielding  podszedł  i  stanął  koło  niej.  Zapachniało  cudowną,  rozkoszną 

wonią. Odrzuciła głowę, niemal zgoła mimowiednie, i odczuła przy policzku 
wiązankę konwalii. Podniosła w tej chwili zdumione oczy. 

— Edwardzie! — szepnęła. 
Jego  twarz  płonęła.  Był  dziwnie  niespokojny.  Podsunął  jeszcze  bliżej 

wiązankę konwalii. 

— Weź je ode mnie — rzekł podniecony. — Nie cierpię tych kwiatów i ich 

duszącego zapachu. 

Odebrała  je  rychło,  zanadto  zdumiona,  by  się  zdobyć  na  słowo.  Zanurzyła 

w nich zaraz znękaną twarz. 

Na  razie  zaległo  niemiłe  milczenie.  Wera  bez  słowa  odłożyła  kwiaty,  jej 

przykre  podniecenie  zaczęło  ustępować.  Siedziała  bez  ruchu,  czekając 
cierpliwie,  co  będzie  za  chwilę.  Rozważała  po  cichu,  że  nawet  w  dniach 
narzeczeństwa  Fielding  z  zasady  nie  przynosił  jej  kwiatów  i  że  nie  zdarzało 
się  również,  by  bezpośrednio  po  sprzeczce  pierwszy  okazał  jej  gotowość  do 
zgody. 

Nie patrzyła na niego, oczy jej wędrowały po trawnikach ogrodu. Po kilku 

chwilach Fielding ponownie odezwał się pierwszy. 

—  Sądzę  —  przemówił  —  że  nie  powinniśmy  trwać  w  tym  smutku 

niezgody. To nie tylko niemiłe, ale i bezsensowne. Jestem gotów wobec tego 
zapomnieć o wszystkim, ale pod warunkiem, oczywiście, że i ty mi okażesz tę 
samą gotowość. 

Werę  ogarniało  coraz  większe  zdumienie.  On  tymczasem  nalegał,  zdawał 

się  prosić.  Nie  ulegało  kwestii,  że  Fielding  uznał,  iż  wyrządził  jej  krzywdę, 
zaś  Wera  odczuła,  że  odpowiedź  ma  gotową,  leżącą  na  ustach.  Ale  trudno 
było jakoś okazać mu od razu tę chętną gotowość, to uchybiłoby jej godności. 

—  Nie  o  wszystkim  tak  łatwo  zapomnieć,  jak  sądzisz  —  odezwała  się 

oschle. 

Zmarszczył się nagle. 
— A więc dobrze — odrzekł. — Jeśli wolisz się dąsać. 
Obrócił się rychło i skierował ku drzwiom. Ale impuls Wery przytłumił w 

tej chwili surowość rozwagi. Uległa mu bezwiednie i wyciągnęła rękę, jakby 
zatrzymując tym ruchem jego kroki ku wyjściu. 

background image

— Wcale się nie dąsam — odezwała się żywo. — Ja nigdy się nie dąsam. 

Ale nie możesz żądać, tak rychło po wypadku, abym zachowała się tak, jakby 
się nic nie zdarzyło i nic mnie nie dotknęło. 

Fielding wahał się. Jeszcze ciągle udawał, że chce ją pożegnać. 
— Edwardzie! — krzyknęła, patrząc boleśnie. Fielding przystanął. 
— Słucham! — odmruknął. 
Ale  Wera  milczała. Obrócił się rychło i spojrzał jej  w twarz. Pochyliła się 

teraz.  Zmagała  się  z  sobą,  toczyła  walkę.  Jej  widok  w  tej  chwili  budził 
współczucie.  Jakoś  dziwnie  go  wzruszyła  ta  walka  z  godnością.  Fielding 
znienacka przełamał swój upór. 

—  No,  wybacz  mi,  dziecko  —  zawołał.  —  Pochylił  się  nad  nią  i  objął  ją 

ręką. — Chodź, moja mała, nie gniewaj się na mnie. 

Zawiesiła  się  na  nim,  wzruszona,  wstrząśnięta,  walcząc  ze  łzami,  których 

dziwnie nie znosił. 

Ucałował  ją  w  czoło,  pogładził  jej  twarz.  Jeszcze  nigdy  do  tej  pory  nie 

okazał takiej skruchy po wyrządzeniu jej krzywdy. 

—  Uspokój  się,  dziecko,  już  wszystko  w  porządku.  Za  chwilę  zapewne 

przyjdzie panna Moore. Gdzie masz chusteczkę? 

Znalazł chusteczkę i otarł jej oczy. Wera nieśmiało podniosła głowę. 
—  Nie  gniewaj  się  —  rzekła.  —  Mnie  również  jest  przykro,  przepraszam 

cię bardzo. 

Fielding  ponownie  ucałował  jej  twarz.  Dziwił  się  temu,  że  tak  nagle 

spokorniała. 

—  Zapomnijmy  o  wszystkim,  nie  myślmy  już  o  tym.  Zjesz  teraz  obiad  i 

posilisz się trochę. Co ci dziś podadzą? Może napijesz się wina? 

— Ach nie, dziękuję. 
— Dlaczego? — zapytał. — To dobrze ci zrobi. Posiedź tu chwilę, ja sam 

coś przyniosę. 

Usadowił  ją  wygodniej,  poprawił  poduszkę,  ale  Wera  jednocześnie 

chwyciła go za rękę. 

—  Zostań  jeszcze  chwilę,  nie  odchodź  —  rzekła.  —  Tak  mało  cię  widzę, 

gdy masz trochę serca. 

Zaśmiał się żywo. 
— Taki ze mnie brutal? 
Podwinęła  rękaw,  wskazując  na  ślady,  widoczne  na  ramieniu.  Obrzucił  je 

wzrokiem i ściągnął brwi. 

— Ja to zrobiłem? Skinęła głową. 

background image

— Ostatniej nocy. Wtedy, gdy rzuciłam uwagę o Greenie. 
Stal jeszcze chwilę, potem nagle się pochylił i ucałował jej ramię. 
—  Wyrządzasz  mu  krzywdę  —  dodał  wzruszony.  —  Ten  człowiek  nie 

zasłużył, byś nim wiecznie gardziła. Staraj się być teraz dla niego uprzejma. 

Pocałunek  zatarł  jej  dziwne  zmieszanie.  Wpływ  jego  sprawił,  że  odstąpiła 

na  razie  od  dalszych  argumentów.  Uznała  zresztą  sama,  że  i  tak  już  objawił 
skłonność do ustępstw. 

—  Spróbuję  —  odrzekła,  uśmiechając  się  z  lekka.  —  Ale  musisz  mi 

przyrzec, że i ty wobec mnie okażesz się uprzejmy. 

— Przyrzekam — zawołał, gładząc jej rękę. 
—  Teraz  otrzyj  swe  łezki  i  bądź  rozsądniejsza.  Panna  Moore  mnie 

przeklnie, gdy się zjawi za chwilę i zastanie cię płaczącą. Jeśli nie postaramy 
się  o  to,  aby  żyć  jak  gołąbki,  to  jeszcze  dojdzie  do  tego,  że  nie  zechcemy  z 
sobą  mówić  w  obecności  miss  Moore.  Co  o  tym  sądzisz?  Czy  to  będzie 
wygodne? 

—  Rezygnuję  z  wygody  —  odrzekła  z  uśmiechem.  —  Ale  powiedz  mi 

prawdę  —  dodała  po  chwili.  —  Czy  to  nie  ona  ci  poddała  myśl,  abyś 
przyniósł mi kwiaty? 

—  Nie  —  odpowiedział,  patrząc  jej  w  oczy.  —  To  zasługa  Kolumba. 

Zastałem  go  przedtem  wśród  grządek  konwalii,  żywo  węszącego  za  tropem 
ślimaków.  Był  tak  zajęty  swym  pilnym  zadaniem,  że  nie  zauważył  mnie 
nawet,  mnie  zaś  strzeliła  do  głowy  myśl.  Ukląkłem  szybko  tuż  obok  niego, 
narwałem  kwiatów,  pomyślałem  o  tobie  i  zaraz  z  kwiatami  wróciłem  do 
domu.  A  teraz  cię  zostawiam  i  idę  po  wino.  Musisz  je  wypić,  to  poprawi  ci 
humor. 

Wybiegł  po  tych  słowach,  nie  czekając  odpowiedzi,  zaś  Wera  zrozumiała, 

że  ten  człowiek  istotnie  potrafi  być  dobry.  Dostrzegła  go  teraz  jakby  w 
nowym świetle i jakaś dziwna niepewność ogarnęła jej duszę. Zawładnęła nią 
myśl,  że  niejednej  ze  swych  trosk  mogła  łatwo  uniknąć  i  że  daremnie  przez 
lata robiła z nich tragedię. 

Westchnęła głęboko i zanurzyła swą twarz w wiązance konwalii. 
* * * 
Wieczór tego dnia był cichy i pogodny. Słońce zachodziło, oblewając High 

Shale purpurą łuny, od morza powiewał łagodny wietrzyk. 

Na  stoku  wzgórza,  tuż  za  latarnią,  a  wysoko  nad  osiedlem  miejscowych 

górników,  stała  pochylona  od  wieku,  pokryta  strzechą  obszerna  szopa.  Dziś 
obok  szopy  zgromadzili  się  ludzie.  Mężczyźni  i  młodzieńcy  palili,  kobiety 

background image

terkotały,  obmawiając  sąsiadki,  dzieci  wśród  pisków  urządzały  gonitwy,  nie 
brakło  wśród  tego  i  kwileń  niemowląt.  Wszystko  dowodziło,  że  prawie  cała 
wieś podążyła na górę. Za kilka minut miał zacząć się koncert. 

Pomysł koncertów pochodził od Greena. Zapoczątkował je niedawno, przed 

dwoma  laty,  najpierw  w  Little  Shale,  urządzając  je  zrazu  wyłącznie  dla 
mężczyzn,  ale  gdy  kobiety  się  uparły,  żądając  i  dla  siebie  wolnego  wstępu, 
uległ  ich  prośbie  i  udzielił  im  również  przywileju  słuchania.  Zyskał  w  nich 
potem wierne sojuszniczki. Na koncerty zimowe, które stale odbywały się w 
klubie  w  Little  Shale,  wypędzały  po  prostu  swych  mężów  z  domu,  a  same 
zjawiały się chętnie i licznie. Koncerty urządzano raz w miesiącu, w pierwszą 
sobotę każdego miesiąca. W zimie w Little Shale, w lecie na High Shale. Aby 
żadnej z osad nie działa się krzywda. W ten to więc sposób Little Shale i High 
Shale  miały  stałą  możność  stykania  się  ze  sobą.  Green  miał  w  tym  cel. 
Zależało mu na tym, by obie te wioski utrzymać w kontakcie. 

Mieszkańcy  tych  wiosek  nie  darzyli  się  wzajemnie  szczególną  sympatią. 

Rybacy  z  Little  Shale  i  górnicy  z  High  Shale  nie  mieli  przede  wszystkim 
wspólnoty  interesów.  Pod  jednym  tylko  względem  łączyła  ich  jedność:  w 
schodzeniu się w szynku pod „Trzema Beczkami". Ale Green był czujny, nie 
dopuszczał  do  sprzeczek  i  jawnych  zatargów.  I  tak  też  się  stało,  że  wioski 
zachowały  wobec  siebie  neutralność.  Wprawdzie  tarcia  się  zdarzały, 
szczególnie  przy  kieliszku,  wprawdzie  i  ogólny  nastrój  nie  przemawiał  za 
przyjaźnią,  ale  nieporozumienia  i  waśnie  likwidowały  się  szybko,  a 
ostateczny ich wynik nie stwarzał podstawy do otwartej nienawiści. 

Ich  zebrania  odbywały  się  w  spokoju.  Green  w  tym  względzie  był  nader 

surowy.  Trzymał  ich  w  karbach  i  zmuszał  do  respektu.  Nie  zdarzyło  się 
prawie, by którykolwiek z uczestników okazał niesforność. Nie ośmieliłby się 
na to. Nikt też nie zaprzeczał mu prawa do władzy. Rządził nimi, miał ich w 
swej  mocy,  ale  nikt  z  nich  nie  pytał,  z  jakiego  powodu.  Ashcott,  kierownik 
kopalni,  który  na  darmo  walczył  z  instynktem  tej  masy,  z  instynktem 
bezprawia  i  skłonnością  do  buntu,  przypisywał  jego  wpływ  jakiejś 
czarodziejskiej  mocy.  Jakkolwiek  jednak  było  prawdziwe  źródło,  faktem 
zostawało,  że  ten  wpływ  był  istotnie  czymś  zgoła  osobliwym.  Nikt  oprócz 
Greena  nie  odważyłby  się  na  to,  by  przypaść  do  śmiałka,  zakłócającego  mu 
spokój,  i  chwyciwszy  go  za  kołnierz,  wyrzucić  bez  oporu  za  drzwi 
zgromadzenia.  Nie  odmawiano  mu  tych  praw,  szanowano  jego  wolę.  Nawet 
twardy jego język nie pobudzał do reakcji. Uznano w nim siłę, której trudno 

background image

było  sprostać,  lub  stawić  opór.  Mógł  żądać  i  rozkazywać,  z  założonymi 
spokojnie na plecach rękami. 

Ta  niezwykła  jego  władza,  ta  dynamika  woli,  utajona  z  pozoru,  a  zawsze 

jednak czynna, była jednym z przymiotów, który od pierwszej niemal chwili 
pociągnął Julię. I ona nie wiedziała, podobnie jak tamci, na czym polegał ten 
fenomen przyciągania, nie zdawała sobie sprawy z jego źródeł i tajemnic, ale 
uznała  w  nim  moc,  podobną  geniuszowi  i  uległa  jej  od  razu,  bez  oporu  i 
wahania.  Ten  człowiek,  jej  zdaniem,  był  stworzony  do  rządzenia.  Miał  siłę, 
temperament,  rozmach,  odwagę,  miał  wszystko,  czego  trzeba,  by  obalać  i 
zwyciężać.  Nawet  siłom  natury  mógł  się  dzielnie  oprzeć.  Czemże  więc  był, 
jeśli nie pewnym swej mocy, niezawodnym zdobywcą? 

Wskrzesił  w  niej  wiarę,  poruszył  tęsknotę.  Otworzył  przed  nią  świat, 

którego cuda i zjawy już dawniej pociągnęły jej ducha i zmysły. Ale jej duch 
się wzbraniał, nie zamierzał im ulec. Julia jeszcze dziś odczuwała to w sobie. 
Pragnęła się oddalić, uciec od świata. Czyż nie po to tu przybyła, czyż nie w 
pogodni za spokojem wybrała ten ustronny, zaciszny zakątek? Znużyły ją już 
teraz problemy życia, nie chciała uczestniczyć w jego biegach o zwycięstwo, 
w  jego  aspiracjach,  ambicjach  i  karkołomnych  zawodach  o  palmę 
zwycięstwa. Pragnęła odpocząć. 

W takim to nastroju wyruszyła w ten wieczór z Fieldingiem do High Shale. 

Pani  Fielding  została.  Była  nadto  znużona  po  przejściach  tego  dnia,  ale 
pozostawiono  ją  w  domu  w  spokojnym  usposobieniu.  Fielding  miał  humor, 
był  bardzo  wesoły.  Wprawdzie  nie  znosił  High  Shale  i  mieszkających  tam 
ludzi, ale sprawiało mu radość, że Julię zajmuje impreza Greena i że może jej 
ułatwić uczestnictwo w koncercie. Poza tym — rozważał w zasłużyła dziś na 
to, po jej zręcznej interwencji w porannych wypadkach. 

—  Chciałabym  zabrać  Robina  —  rzekła  Julia,  gdy  auto  podjechało  do 

budynku szkolnego. — Pewnie jest w domu. Jack może zejść i poprosić go do 
nas. 

Auto  po  chwili  istotnie  przystanęło.  Przy  szkolnej  bramie  stał  Robin,  zaś 

Jack, nie schodząc, rzucił mu szorstko brzmiące, krótkie pytanie. 

Fielding ze złości nagle posiniał. 
— Oto jest pawian! — szepnął do Julii. 
Robin nie zwrócił uwagi na brata. Ciemne jego oczy, wyzierając spod masy 

zwichrzonych włosów, spoczęły ciekawie na twarzy Julii. 

background image

Jack coś zaklął i nagłym ruchem zeskoczył z wozu. Pośpieszył ku bramie, 

potrącił  ją  silnie,  tak  że  oparty  na  niej  Robin  przechylił  się  w  tył  i  upadł 
bezwładnie. 

Julia pobladła. 
— Niesłychane! — krzyknęła, nie mogąc pokonać nagłego wzburzenia. 
Przechyliła  się  naprzód,  by  otworzyć  drzwi  i  zeskoczyć  z  siedzenia,  ale 

Fielding w tej chwili zatrzymał jej rękę. 

—  Proszę  go  zostawić  —  rzucił  stanowczo  —  nic  mu  nie  będzie.  On  sam 

się  za  chwilę  podniesie  na  nogi.  Ale  oto  idzie  Dick.  Najlepiej  niech  on  już 
załatwi tę sprawę. 

Robin  tymczasem  powstał  niezgrabnie,  wydając  ze  swej  piersi  nieludzkie 

ryki.  Dick,  gdy  go  ujrzał,  pośpieszył  naprzód.  Julii  się  zdawało,  że  jednymi 
skokiem znalazł się przy nim. Pochwycił go w ramiona i przygarnął do piersi. 
Przemówił  coś  do  niego  szybko,  stanowczo,  ale  Robin  zawył  jak  ranione 
zwierzę.  Dick,  nie  puszczając  Robina  ze  swych  ramion,  zwrócił  się  teraz  do 
wozu pod bramą. Był strasznie blady i drżał ze złości. W oczach błyskały mu 
iskry gniewu. 

Gdy zaczął mówić, dygotały mu wargi. 
— Dziękuję —  rzekł — nie skorzystam z grzeczności. Za chwilę  wyruszę 

pieszo do High Shale. Odległość niedaleka, za kwadrans tam będę. 

Usunął się nieco, usłyszawszy za sobą, że Jack powraca, ale przemógł swą 

złość i nie spojrzał mu w twarz. Robin w tej chwili zamilkł znienacka. Trząsł 
się cały i łzy napłynęły mu do oczu. Jack rzucił mu złe spojrzenie i szybko z 
powrotem wskoczył do wozu. Julia drżała. 

Auto  po  chwili  pomknęło  dalej.  Postacie  zniknęły  sprzed  oczu  Julii,  ale 

wyraz ich twarzy towarzyszył jej nadal z przedziwnym uporem. Nie widziała 
jeszcze dotąd tak strasznej pasji na twarzy Greena. 

Zatopiła  się  w  myślach.  Nie  słuchała  nawet  uwag,  rzucanych  przez 

Fieldinga.  Zastanawiała  się  nad  tym,  czy  człowiek  przed  nimi,  kierujący  ich 
autem, zdawał sobie sprawę ze skutków swego czynu. Musiał o nich myśleć. 
Musiał  być  pewny,  że  Dick  nie  popuści.  Odzywała  się  rzadko,  krótkimi 
słowami.  Często  nie  słyszała,  o  co  ją  Fielding  pytał.  Ale  Fielding  się  nie 
niecierpliwił.  Rozumiał  jej  wzburzenie  i  mając  na  nie  wzgląd,  nie  powtarzał 
swych pytań.  

Zbliżyli  się  w  końcu  do  celu  swej  jazdy.  Przystanęli  znienacka  na  skraju 

przepaści. 

background image

Julia  głęboko  wciągnęła  oddech  i  spojrzała  z  zachwytem  na  cudny 

krajobraz. 

— Nie musimy się śpieszyć — odezwał się Fielding. — Jeszcze jest sporo 

czasu do zaczęcia koncertu. 

Trwali  tak  chwilę,  poddając  się  wrażeniu,  że  wiszą  po  prostu  między 

niebem a ziemią. 

— Czy pan często tu przyjeżdża? — spytała go Julia. 
— Obecnie rzadko — powiedział znużonym tonem. Spojrzała mu w oczy. 
— Ale za dni mej młodości — ciągnął po chwili — spędziłem tu niejedną 

uroczą godzinę. 

Poznała  po  tych  słowach,  po  ich  ciepłej  intonacji,  że  nie  przebywał  tu 

zapewne zupełnie samotny. 

Nie  pytała  jednak  więcej,  gdyż  z  oddali  doleciał  ich  odgłos  muzyki. 

Świadczyło to niezbicie, że koncert się rozpoczął. 

Wysiedli  więc  z  wozu  i  podeszli  pieszo  ku  szopie  na  wzgórzu.  Ludzi 

wokoło  zebrało  się  mnóstwo.  Koncert  odbywał  się  na  wolnym  powietrzu. 
Sceny nie było. Zastępował ją stół i naftowa lampa, wisząca na drzewie. Ale 
Julii  przypomniały  się  własne  jej  słowa.  Powiedziała  raz  komuś,  że  geniusz 
najjaśniej rozświeca się tam, gdzie dokoła zalegają głębokie ciemności. 

Dick swobodnie usiadł na stole, skrzyżował nogi i patrząc przed siebie, grał 

na  banjo.  Ciemna  jego  twarz  jaśniała  zapałem.  W  tłumie  było  cicho.  Ani 
jeden  szmer  nie  przerwał  koncertu.  Julii  się  zdawało,  że  instrument,  który 
trzymał, rozbrzmiewał jak harfa. Może poddał jej tę myśl przedziwny nastrój, 
wywołany  nocą.  Tony  były  ciche,  lecz  miękkie  i  subtelne,  przemawiały  do 
duszy. Słuchacze chłonęli je z zapartym oddechem. 

Gdy skończył, odezwały się okrzyki i donośne brawa. Żądano powtórzenia. 

Ale  Green  się  uśmiechnął  i  okrzykiem  „dalej!"  przywołał  do  stołu  młodego 
górnika.  Numer  był  śpiewany.  Górnik  śpiewał,  zaś  Dick  towarzyszył  mu, 
grając  na  banjo.  Julia  podziwiała,  jak  biegle  i  umiejętnie  dostosowywał 
akompaniament.  Głos  śpiewaka  był  szorstki,  chropawy,  ale  wyczuwało  się 
intuicję,  jakieś  zrozumienie  dla  pieśni,  objawione  we  frazach.  Znowu 
niewątpliwie  zasługa  Dicka.  Jego  wpływ  zdziałał  cuda.  Gdy  numer  się 
skończył, znowu ozwały się huczne oklaski, śpiewak ustąpił, a na „estradzie" 
pojawił  się  młody  rybak.  Skoczył  na  stół  i  od  razu  rozpoczął  szybki  taniec. 
Taniec  żeglarski.  Dick  oczywiście  przygrywał  melodię.  Właśnie  wśród  tego, 
gdy uwaga obecnych skierowała się na „scenę", jakiś przysadzisty mężczyzna 
podszedł do Fieldinga i poklepał go w ramię. 

background image

— Dobry wieczór! — zawołał. — Nie spodziewałem się pana. Pan istotnie 

w tym miejscu jest rzadkim gościem. 

Fielding obrócił się. 
—  Dobry  wieczór,  panie  Ashcott.  Pańska  trzoda,  jak  widzę,  ma  dzisiaj 

zabawę. Jakże się sprawują, co u nich słychać? 

Ashcott się zmarszczył. 
— Kiepsko — odrzekł. — Znowu się zanosi na nowe kłopoty. Buntują się 

draby, grożą nam strajkiem. Wątpię, czy potrafię utrzymać ich w karbach. Nie 
odpowiadałbym  dzisiaj  za  całość  właścicieli,  gdyby  Farringmoore  lub  kto 
inny  chciał  zjawić  się  tutaj.  Wilchester  chciał  przyjechać  z  jakąś  grupką 
przyjaciół  i  pokazać  im  kopalnie.  Ostrzegłem  go  przed  tym.  Naraża  się  na 
szwank,  powiedziałem  otwarcie.  „Dlaczego?  —  spytał  —  o  co  im  chodzi?" 
Dobre pytanie: „O co im chodzi?" „Mają dosyć tych chlewów — odrzekł po 
prostu — Chcą mieszkać jak ludzie". — Zaśmiał się na to. — „Niech idą do 
diabła!"  —  krzyknął  ze  złością.  Ale  ja,  mimo  wszystko,  przyznaję  im  rację. 
Popatrz  pan  tylko,  jak  oni  żyją.  Po  prostu  jak  świnie.  Farringmore  i 
Wilchester nie mają pieniędzy. Milionów by trzeba, by poprawić im dolę. 

Mówił  to  szorstko,  niemal  brutalnie.  Julia  z  niesmakiem  odsunęła  się  na 

bok.  Było  jasne  i  widoczne,  po  czyjej  stał  stronie.  Posługiwał  się  językiem, 
spotykanym na ulicy. Cieszyła się w duchu, że nie został jej przedstawiony. 

Pragnęła z powrotem zająć się koncertem, ale szorstkie jego słowa zawisły 

jak  chmura  w  zakamarkach  jej  myśli.  Przywiodły  jej  na  pamięć  enuncjacje 
Greena.  On  również  sądził  podobnie.  Od  dawna  już  gardził  systemem 
socjalnym.  Fielding  miał  rację,  wyrażając  się  o  nim,  iż  pragnąłby  świat 
przewrócić na opak. 

Koncert  tymczasem  odbywał  się  dalej,  a  każdy  jego  numer  był  wielkim 

sukcesem. Green potrafił podtrzymać skupienie. Jego banjo tej nocy święciło 
triumfy. Ale w końcu je odłożył i wydobył z futerału jakiś inny instrument. 

Julia  w  ciemności  nie  odróżniła  go  zrazu,  ale  gdy  przytknął  go  do  ust, 

poznała w nim flet. 

Zdawało  jej  się  teraz,  że  to  śpiew  słowika  rozległ  się  wśród  nocy.  Nie 

słyszała  jeszcze  w  życiu  podobnej  muzyki.  Pierś  jej  wezbrała  tęsknotą 
marzenia,  jakieś  cudne  wizje  pociągnęły  jej  duszę.  A  tony  się  wznosiły  i 
opadały z powrotem, szeleściły jak liście, szemrały jak krople, radowały się, 
śmiały,  wystrzelały  ku  niebu,  wołały  ją  nawet,  jaśniały  jak  słońce.  Gdzież 
teraz  była,  co  z  nią  zrobiono?  Jakież  to  moce  uniosły  ją  ze  świata?  Daleko, 
daleko,  ku  szczęściu  i  ciszy,  ku  cudnie  rozmarzonym,  błękitnym  zatokom? 

background image

Był  cudny,  promienny,  uśmiechał  się  do  niej,  wyglądał  jak  bóg.  Jak  to  się 
stało, skąd on tu przybył? I zanim się spostrzegła, zanim go spytała, pochylił 
się  nagle  i  jak  motyl  do  kwiatu,  przylgnął  do  jej  ust  najsłodszym  z 
pocałunków... 

Melodia  przebrzmiała  i  głuche  milczenie  zaległo  na  stoku.  Ocknęła  się 

nagle jak z sennej wizji, ale oczy jej zasnuła mgła melancholii, serce jej biło, 
pierś miała pełną tęsknoty i bólu. Zerwały się oklaski, burza wywoływań, lecz 
ona powstała i ująwszy Fieldinga, powiodła go lekko w kierunku wyjścia. 

— Wystarczy? — zapytał. 
Skinęła głową. 
Nie mogła się przemóc, by dać mu odpowiedź. Dławiły ją łzy. Nie zdawała 

sobie sprawy, co się z nią stało. 

Skierowali się na stok, aby podejść do auta. Julia jeszcze ciągle nie zdołała 

się  skupić.  Odpowiadała  mu  czasem,  gdy  jej  zadał  pytanie,  ale  rozmowa  się 
rwała, nie kleiła się jakoś, Fielding znów okazał się wyrozumiały. Uśmiechał 
się tylko i unikał następnie zadawania jej pytań. 

Odczuła  ulgę,  gdy  dotarli  do  auta.  Chciała  czym  prędzej  znaleźć  się  w 

domu.  I  zamknąć  się  potem,  być  samą.  Całą  swą  jaźnią  pragnęła  samotni. 
Wczoraj? Wczoraj jeszcze czuła, że nic jej nie grozi. Była bezpieczna. A dziś, 
ach dziś... 

Gdy  znalazła  się  w  domu,  podeszła  do  okna.  Oparła  swą  dłoń  na  wąskim 

parapecie,  starając  się  odzyskać  równowagę  i  spokój.  Jak  je  straciła?  Nie 
zdawała  sobie  sprawy.  Czy  sprawił  to  koncert,  muzyka  fletu?  Pragnęła  się 
zaśmiać, lecz czuła, że nie może. Ale brzmienie melodii utkwiło jej w sercu. 
Słyszała  w  nim  teraz  wołanie  mężczyzny.  Jego  cichą,  wielką,  bezbrzeżną 
tęsknotę.  Czy  wołał  na  darmo?  Wiedziała,  że  nie.  To  dziwnie  pewne, 
nieodparte poczucie przeszywało jej serce jak ognista strzała. Nie chciała mu 
się  poddać  wbrew  swojej  woli,  nie  chciała  mu  się  poddać,  wywalczywszy 
sobie wolność. 

Westchnęła  ciężko.  Zobaczyła  go  teraz  w  wyobraźni.  Jego  oczy,  uśmiech, 

dotyk jego rąk. O, nocy letnia i szalona, czy pójdzie za głosem, który wiódł ją 
ku  sobie?  Tak,  ucieknie,  po  raz  drugi  ucieknie.  Nie  pozwoli  się  uwięzić,  nie 
pozwoli się schwytać. Pójdzie, pójdzie. 

Ponownie westchnęła i bolesny skurcz ogarnął jej serce. Stała przez chwilę, 

nie mogąc się przemóc. Ale nagle się zachwiała, upadła na kolana i wzniosła 
wysoko ręce ku górze. 

background image

—  Ratuj  mnie,  Boże!  —  krzyknęła  wśród  łez.  —  Wybaw  mnie  od  tego, 

dodaj mi siły! 

* * * 
Nazajutrz  wczesnym  rankiem,  Julia  z  Kolumbem  wyruszyła  na  wybrzeże. 

Nie  spała  tej  nocy,  była  strasznie  znużona.  Znalazła  miejsce,  w  którym 
nazajutrz  po  przyjeździe  spotkała  Robina,  i  ułożyła  się  w  piasku.  Bolała  ją 
głowa, chciała odpocząć. 

Fale wzbierały, wszystko wskazywało, że zbliża się przypływ. Zatopiła się 

w  myślach.  Możliwe,  że  zasnęła,  możliwe,  że  zanadto  pochłonęły  ją  myśli. 
Nie zdawała sobie sprawy, jak długo to trwało, ale nagle z zadumy obudził ją 
wstrząs. Jednocześnie usłyszała głos za sobą: 

— Czy czeka pani może, aż porwie ją fala? Już niedługo, panno Julio, fala 

już idzie. 

Zerwała się rychło i nagle usiadła. W poszumie fal, który grzmiał od morza, 

nie  usłyszała  odgłosu  zbliżających  się  kroków.  Podniosła  oczy,  trochę 
bezradnie i ujrzała Dicka. 

— To pan? — spytała. 
Przystanął na żwirze, wyprostowany, piękny, promienny młodością. Śniada 

jego twarz pławiła się w słońcu. Ubranie  miał z płótna', z ramion zwisał  mu 
długi ręcznik. 

—  Pan  się  zapewne  kąpał  —  rzekła  po  chwili.  Zaśmiał  się  do  niej.  Z  ust 

błysnęły mu białe zęby. 

— Pani bardzo domyślna — rzekł z przekąsem. — Ale czemu pani patrzy z 

tak dziwnym lękiem? Czy to niedobrze kąpać się w niedzielę i święta? 

Podał jej rękę i pomógł jej zgrabnie dźwignąć się z piasku. 
—  Obserwuję  już  panią  od  dobrej  chwili  —  rzucił  wesoło.  —  Ale 

wyglądałem  jak  ziarnko  w  przestworzach  oceanu,  nic  w  tym  dziwnego,  że 
mnie pani nie dostrzegła. Cóż się z panią dzieje, czemu pani smutna? 

Zaskoczył ją pytaniem. Spojrzała mu w oczy. 
—  Nie  spałam  tej  nocy  —  odrzekła  przyjaźnie  —  bolała  mnie  głowa. 

Wyszłam  więc rano, by zaczerpnąć  powietrza. Dzień taki piękny, słoneczny, 
pogodny. 

— I myślała pani pewnie, że nikogo nie zastanie. Samotność czasami koi i 

pociesza.  Więc  proszę  się  nie  gniewać,  że  przeszkodziłem  w  zadumie.  Ale 
zacząłem  się  obawiać,  że  pani  się  utopi.  Zrobiło  mi  się  przykro.  Wszystko, 
pani wie, ma swoje granice. 

Zaśmiała się lekko. 

background image

— Nie, panie Dicku, nie zamierzałam się utopić. Nie ogarnęła mnie jeszcze 

tak straszna rozpacz. 

Spojrzał jej w oczy. 
—  Czasami  się  to  zdarza  zupełnie  wbrew  woli.  Ale  podejdźmy  trochę 

wyżej, usiądźmy na skale. 

Trzymał jeszcze ciągle jej rękę w dłoni. Julia skinęła głową. Podbiegł nieco 

naprzód i pociągnął ją za sobą przez żwir i kamienie. Wreszcie przystanęli. 

—  Wystarczy  —  zawołał.  —  Czy  mogę  z  panią  zostać?  Przyrzekam 

solennie, że będę grzeczny. 

Pan zawsze jest grzeczny — odparła Julia. Usiadła teraz. 
—  Zawsze?  —  zapytał,  uśmiechając  się  żywo.  —  To  nieszczere,  panno 

Julio, pani nie wierzy w to, co mówi. 

Usiadł koło niej i podał papierosy. 
— Mogę być czasem, byłem już raz, jak diabeł rogaty. 
— Wiem — odrzekła, sięgając po papierosa. 
— Doprawdy? — zapytał. — A skąd pani wie? Julia się zmieszała. 
—  Proszę  mi  nie  mówić  —  rzucił  z  uśmiechem  —  nie  chcę  już  wiedzieć. 

Podam pani ogień. 

Potarł  zapałkę  i  podtrzymał  ją  przed  nią.  Potem  sam  zapalił.  Spojrzał  z 

rozkoszą na daleki horyzont. 

— Dziękuję pani bardzo, że przyszła na koncert — dodał po chwili. — Nie 

nudziła się pani? 

— Bardzo mnie zajął — odrzekła Julia. — Pańska gra była śliczna. Pewnie 

pana zmęczyła. 

—  Takie  rzeczy  mnie  nie  męczą  —  odrzekł  z  zapałem.  —  Pani  również 

nam zaśpiewa na przyszłym koncercie. 

Potrząsnęła głową. 
— Obawiam się, że nie. 
— Dlaczego? — zapytał. 
Spojrzał jej w twarz, przysłaniając oczy dłonią. Julia milczała. 
— Nie powie mi pani? Przecież musi być powód. 
— Tak — odrzekła. 
Zaciągnęła się dymem, nie dodając nic więcej. 
— Czy znudziłem się pani? — zapytał po chwili. 
Siedział bez ruchu, jeszcze ciągle przysłaniając oczy przed słońcem. 
Po chwili dodał: 

background image

—  Bardzo  mi  zależy  na  poziomie  koncertów.  Wczoraj  niestety  miałem 

niefortunny dzień. Wpadłem naprzód w złość, pani pamięta epizod pod bramą 
szkolną,  a  potem  już  nie  mogłem  odpowiednio  się  skupić.  Uratowało  mnie 
dopiero zjawienie się pani. Przyznam się otwarcie, że dodało mi bodźca. Nie 
mogłem się już oprzeć tak wielkiej pokusie. Czy rozumie mnie pani, domyśla 
się reszty? 

Skinęła głową. 
— I wybaczy mi pani? 
Julia  milczała.  Czy  mogła  mu  wyjawić,  jak  odurzył  jej  zmysły?  Po  chwili 

ciągnął: 

—  Domyślam  się  sam,  że  mi  pani  wybaczy.  Nie  miałem  zamiaru  jej 

dotknąć.  Ale  czułem  wyraźnie,  że  opętał  mnie  szał.  Gdybym  nie  uległ 
nastrojowi,  koncert  skończyłby  się  fiaskiem.  Ale  to  było  możliwe  tylko 
dlatego,  że  kocham  panią.  Jestem  pewien  tej  miłości.  Nie  wiem,  co  pani 
myśli, pewnie mną gardzi, ale mniejsza o to. Kocham panią i pewnie do końca 
życia będę marzyć o pani. 

Julię  wzruszyły  te  szczere  słowa.  Objawił  jej  miłość,  nie  żądając 

wzajemności  i  przyznał  się  otwarcie,  że  nie  rości  pretensji.  A  potem  ją 
przeprosił. Przeprosił ją za to, że jej śmiał to wyjawić. 

Odczuła  łzy,  podchodzące  do  oczu.  Zdławiły  jej  słowa.  Wyciągnęła 

bezgłośnie ku niemu dłoń. 

Pochwycił ją żywo. 
—  Proszę  nie  płakać  —  rzekł  wzruszony.  —  Nie  jestem  tego  wart,  nie 

jestem  ich  godny,  tych  ciepłych  łez.  Popełniłem  szaleństwo.  Mogłem  się 
poskromić,  zasklepić  w  sobie.  Nie  musiałem  przed  panią  wyjawić  tych 
rzeczy.  Ale  teraz  to  już  przeszło.  Niech  się  pani  zdaje,  że  nie  wyznałem  ich 
wcale.  I  przyrzekłem  poprawę.  Nigdy  już  więcej  nie  poruszę  tej  sprawy. 
Dobrze, panno Julio? Ale w zamian i od pani wymagam ustępstwa. Proszę mi 
przyrzec,  że  zostanie  pani  w  Little  Shale,  że  nie  ucieknie  przypadkiem  z 
mojego powodu. 

Jej palce mimo więdnie oplotły mu rękę. 
— Nie wiem — szepnęła — czy powinnam tu zostać. 
—  Wiedziałem,  że  tak  będzie  —  krzyknął  z  rozpaczą.  —  Pochylił  się  ku 

niej.  —  Ale  gdy  koniecznie  to  potrzebne,  to  ja  wolę  uciec.  Pani  niech 
zostanie.  Dlaczego  mamy  jednak  uciekać  przed  sobą?  Przemogę  się  teraz, 
będę  trzymał  się  w  ryzach.  Nawet  nie  zbliżę  się  do  pani,  gdy  postawi  ten 
warunek. 

background image

— Popełniłby pan głupstwo — wyrzekła bezwiednie. 
— Co? — zapytał. 
— Nic — odrzekła. — Wypadł mi papieros. 
—  Julio!  —  zawołał,  pochylając  się  ku  niej.  —  Co  to  wszystko  znaczy? 

Czy ja śnię, czy oszalałem? Głupstwo, pani mówi? Nie rozumiem, dlaczego. 
Dlaczego głupstwo? 

Nie spojrzała na niego. 
—  Papieros  —  rzekła.  —  Nie  można  go  zostawić,  on  się  jeszcze  pali.  — 

Zaśmiała się lekko. — Nie igrać z ogniem, powiada przysłowie. 

Pochylił się niżej. 
—  Nie  obawiam  się  ognia!  —  krzyknął  zmieszany.  Ujął  jej  twarz, 

przycisnął ją do swojej i nagłym ruchem wpił się w jej usta. 

Gdy po chwili ją puścił, płonęła i drżała. Ale przegroda między nimi runęła 

na  zawsze.  Julia  teraz  sama  objęła  go  ręką.  Po  chwili  ponownie  pochylił  się 
ku niej. 

— Nie — szepnęła — nie, panie Dicku. Dick się zaśmiał. 
— Ale mów coś do mnie i nie mów mi „pan". Czy lękasz się czegoś? 
— Tak — przyznała. 
— Mnie się lękasz? 
— Tak — powtórzyła. 
— Dlaczego? — spytał. 
— Bo nie wiem, czy okażesz się dosyć cierpiiwy. Będziesz Dicku? 
Czy możesz mi to przyrzec? Dick się zaśmiał. 
—  Nie  zamierzam  cię  dotknąć  —  rzekła  po  chwili.  —  Ale  chcę  ci  jakoś 

powiedzieć, co nie będzie zbyt miłe. 

— Cóż takiego? 
— Otóż chcę cię prosić — urwała nagle i spojrzała mu w twarz — chcę cię 

prosić, aby nic nas nie łączyło, prócz uczucia przyjaźni. 

Patrzył jej w oczy. 
— Wobec drugich, myślisz? 
— Wobec nas tak samo. 
— Na długo? — spytał, nie spuszczając z niej oczu. Ruszyła ręką, jakby w 

geście obrony. 

—  Aż  mnie  lepiej  poznasz  —  odrzekła  szczerze,  Dick  mimo  woli  uniósł 

brwi. 

— Kiepski interes — odrzekł. — Nie myślisz chyba serio, że się zgodzę. 

background image

— Ale musisz to zrozumieć — wtrąciła prosząco. — Nie jestem tą kobietą, 

którą we mnie przeczuwasz. Naprawdę, Dicku. Nie jestem tak dobra, jak mnie 
sądzisz z pozoru. 

Mówiła  to  żywo,  z  niesłychanym  wysiłkiem,  ciągle  przenikliwie 

spoglądając mu w oczy. 

— Nie mów mi tego — odezwał się Dick — nie chcę tego słuchać. Widzę, 

jaką  jesteś  i  to  mi  wystarcza.  Nie  potrzeba  mi  do  tego  twej  własnej  oceny. 
Ona na nic się nie przyda. Kocham cię taką, jaką właśnie jesteś, i nie chcę o 
tym  myśleć,  abyś  mogła  być  inna.  Gdyby  choć  jeden  włosek  zmienił  się  na 
tobie, przestałabyś być sobą i przestałbym cię kochać. Julia westchnęła. 

— I oszczędziłbyś sobie niejednego kłopotu. 
—  Głupstwa  pleciesz  —  żachnął  się  Dick.  —  Czy  pozostaje  coś  jeszcze, 

jakaś przeszkoda? 

Julia milczała i spuściła powieki. Przysunął się do niej i ujął jej ramię. 
—  Czy  zostaje  coś  jeszcze,  co  sprawia  ci  kłopot?  Przyznaj  się,  Julio,  ja 

muszę to wiedzieć. Czy chodzi ci o Robina? 

Ruszyła się nagle. Nie spodziewała się widać, podobnego pytania. 
— Na pewno nie — odrzekła stanowczo. 
— Dziękuję — rzucił. — Spodziewałem się z góry, że nie powiesz inaczej. 
Ujęła jego rękę. 
—  To  jemu  zawdzięczasz,  że  cię  polubiłam,  Dicku  —  przyznała  się 

szczerze. — Ujęła mnie miłość, którą okazałeś Robinowi. 

— Najdroższa — szepnął — to nie jest przecież cnota. Opuściła powieki. 
—  Sądzę,  że  jest.  W  każdym  bądź  razie  coś  bardzo  wzniosłego.  Nawet 

życie byś poświęcił, gdyby chodziło o niego. 

—  Bez  wahania  —  odrzekł.  —  I  schlebiam  sobie  nawet,  że  jestem  mu 

potrzebny. Co innego jest z Jackiem. Wygrzmociłem go wczoraj. 

— Dicku! — krzyknęła. 
Spojrzała mu w oczy, nie mogąc wierzyć. Dick się zaśmiał. 
—  To  musiało  się  stać.  I  tak  już  za  wiele  okazałem  cierpliwości. 

Powiedziałem mu to w oczy. 

— Sprzeczaliście się ze sobą? 
— Obeszło się bez tego. Wskazałem mu drzwi. 
— Był zły na ciebie? 
—  Phi!  —  zawołał.  —  I  cóż  strasznego?  Uśmiechnął  się  wprawdzie,  lecz 

dziwnie surowo. 

— Czy zawsze jesteś taki, gdy ktoś się podrażni? 

background image

— Jaki? — zapytał. 
— Że wyrzucasz za drzwi? 
W jej słowach przebijało wyraźne powątpiewanie. Ujął jej rękę. 
—  Nie  mogłem  tolerować  jego  znęcania  się  nad  Robinem.  Ale  nic  mu  się 

nie stanie, da sobie radę. 

— Czy myślisz, że Robin gotów się zemścić? 
—  Nie  mówmy  już  o  tym.  Na  razie  się  cieszę,  że  Robin  nie  stanowi  dla 

ciebie przeszkody. Ale jakaż jest inna? Czy może mój zawód? 

—  Przeciwnie  —  odrzekła  —  szanuję  twój  zawód.  Bardzo  mnie  to  cieszy 

— zaśmiał się żywo. 

Serdecznie dziękuję. Przewidziałem to z góry, że mój zawód ci odpowiada. 

I  byłbym  się  założył,  że  na  przekór  mej  pozycji,  prędzej  czy  później 
pozyskam twe względy.' 

Zaczerwieniła się lekko. 
—  Takie  rzeczy  nie  wchodzą  w  moich  sądach  w  rachubę.  Podobnie  jak  u 

ciebie, gdy wspomniałeś o rybaczce. Pamiętam jeszcze, widzisz, twój piękny 
komplement. Ale... 

— Ale co? — zapytał,  marszcząc się brzydko. — Dokończ to zdanie. Cóż 

to za „ale"? 

Julia milczała. 
— No powiedz! — poprosił. 
— Nie męcz mnie, Dicku, nie bądź tyranem. 
— No powiedz, księżniczko, powiedz, kochanie. 
— A jeśli nie mogę? — odrzekła przekornie. — Jeśli instynkt mi wzbrania i 

zaleca przezorność? Nie bądź uparty, pozwól mi wytchnąć. 

Dick zaśmiał się. 
—  Nie  nalegam  —  odrzekł.  —  Ale  gnębi  mnie  ciekawość.  Chciałbym  się 

dowiedzieć, o co ci chodzi. 

— Chodzi mi o to, byśmy byli przyjaciółmi. 
— Zgadzam się, Julio, mnie również o to chodzi. Spojrzał jej w oczy. 
—  Ale  czego  jesteś  taka  smutna?  Czy  cię  jeszcze  coś  gnębi?  Spojrzała  na 

ziemię. 

— Dicku — rzekła. Dick spoważniał. 
— No cóż, kochanie? Boisz się Dicka? 
— Pragnę jakiś czas być zupełnie wolna. 
—  Ale  nie  jesteś  przecież  wolna  —  rzekł  uszczypliwie.  —  A  posada  u 

Fieldinga? 

background image

—  Nie  myślę  w  tym  sensie  —  odparła  zmieszana.  —  Chcę,  byś  nie  żądał 

ode  mnie  obietnicy,  byś  nie  nalegał  uparcie,  abym  ci  dała  słowo  i  nie 
spodziewał się po mnie jakichkolwiek zobowiązań, aż... 

— Aż uznasz, że jest pora, by wyjść za mnie za mąż. Julia drgnęła. 
— To nie potrwa długo — zaśmiała się lekko. 
— Na przykład, mniej więcej? 
— Nie wiem, Dicku, nawet nie mam pojęcia. Musisz bowiem wiedzieć, że 

postanowiłam już raz zrezygnować z tej myśli, że kogoś poślubię. 

— Naprawdę? — spytał. Ja również swego czasu to sobie przyrzekłem. Ale 

zmieniłem  potem  plan,  gdy  zetknąłem  się  z  tobą.  Ciekawy  jestem,  kiedy  ty 
zmieniłaś zdanie. 

Zaśmiała się smutno. 
— Nie zdaję sobie sprawy — rzekła zmieszana. 
—  Nie  wierzę  —  przerwał,  patrząc  jej  w  oczy.  —  Wiesz  o  tym  dobrze, 

tylko nie chcesz powiedzieć. No przyznaj się, Julio, prawda, że tak? 

— Tak — odrzekła. — Ale nie mogę o tym myśleć, by związać się słowem. 
— No dobrze — odrzekł — nie myślmy więc o tym. Ale fakty są faktami i 

uznasz chyba sama, że nie dadzą się zaprzeczyć. Nie musimy się wiązać, ale 
formalnie  mimo  wszystko  należymy  do  siebie.  Ten  stan  mi  wystarczy  aż  do 
twojej decyzji. 

— Ależ Dicku — zaczęła. 
—  Ależ  Julio  —  powtórzył  —  nie  słucham  już  więcej.  Należysz  teraz  do 

mnie, a ja do ciebie. To jest rzecz nieodwołalna, niezależna już od nas. Jakieś 
wyższe moce wydały ten wyrok. Musimy mu się poddać i trwać bez protestu. 

—  Ależ  Dicku  —  rzekła  —  a  gdybyś  w  przyszłości...  gdybyś  kiedyś  w 

przyszłości miał uznać, że pobłądziłeś? 

—  Gdybym  co  miał  zrobić?  —  zapytał  złośliwie.  —  Czy  zamierzasz 

powtórzyć to brzydkie słowo? 

Potrząsnęła głową. 
— Nie śmieję się, Dicku, mówię poważnie. 
— Wolę, byś się śmiała — odrzekł figlarnie. — No, śmiej się, kochanie. 
— I będziesz cierpliwy? — rzekła po chwili. 
— Nawet więcej, niż pragniesz. Nikomu nie powiem. 
— Nikomu! — poleciła. 
— Chyba z twoim przyzwoleniem. Ale gdy znajdziemy się sami, pamiętaj o 

tym,  Julio,  gdy  znajdziemy  się  sami,  wtedy  pozwolisz  mi  chyba,  bym 
przytulił cię do piersi i ucałował twe usta? 

background image

Spojrzała ku ziemi. 
— Ale tylko z przyzwoleniem. 
—  No  pewnie,  Julio.  Tylko  z  przyzwoleniem.  Zamilkła  teraz.  Przyciągnął 

jej ręce, lecz stawiła mu opór. Po chwili dodał: 

— A gdy już znużysz się pracą i zapragniesz odpocząć, wtedy powiesz mi o 

tym, prawda, że powiesz? 

Opuściła głowę. 
— Może — odrzekła. 
— Może? — zapytał. 
Głos mu zadrżał. Pochylił się nieco, by spojrzeć jej w oczy. 
— Może? — powtórzył. 
Wykonała jakiś ruch, jakby chciała się uwolnić od niego, ale zatrzymała go 

nagle  pod  wpływem  impulsu.  Wolnym  ruchem  podniosła  głowę,  unikając 
spojrzenia mu w twarz. Zamknęła oczy. 

— Przyjdę kiedyś, przyjdę do ciebie. 
Objął jej twarz obiema rękami i patrzył w nią długo, nie mówiąc słowa. 
W końcu szepnął: 
— Przyjdziesz kiedyś, wybranko serca. 
I ucałował te oczy, które nie chciały nań spojrzeć. 
 
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ