background image

Halina Suwała

EMIL ZOLA

background image
background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

O jedenastej urodził się mały Emil Edwasrd Karol Antoni, nasz syn", zapisał w swoim notatniku pod datą 2 

kwietnia 1840 r. inżynier Francesco Zola. W dwa dni później dodał: „Zarejestrowałem dziś małego Edwarda w 
merostwie". I wreszcie, 30 kwietnia: 

v

O czwartej chrzest Emila."

1

Francesco Zolla —. wedle ortografii ówczesnych archiwów włoskich — urodził się w 1795 r. w Wenecji, w 

starej rodzinlie oficerskiej. Zgodnie z tradycją rodzinną ukońozył szkołę wojskową i po upadku Napoleona I 
pozostał w armii, studiując jednocześnie na uniwersytecie padewskim, gdzie uzyskał tytuł doktora nauk 
matematycznych. W dwudziestym piątym roku życia porzucił służbę, aby rozpocząć karierę cywilnego inży-
niera. Przez kilka lat pracował przy budowie pierwszych kolei żelaznych w Austrii, skąd wyjechał dopiero w 
1830 r., z zamiarem osiedlenia się we Francji, skompromitowany być może udziałem w ruchach politycznych, 
które w następstwie francuskiej rewolucji lipcowej ożywiły się również wśród Włochów zamieszkałych na 
terenie cesarstwa austriackiego. W kwietniu 1831 r. zgłosił się w Paryżu do nowo powstałej Legii 
Cudzoziemskiej, do której przyjęto go parę miesięcy później w randze porucznika. Po półtorarocznej służbie na 
terenie Algierii podał się do dymisji i pod koniec 1832 r. osiadł w Marsylii jako „inżynier, architekt, topograf". 
Ciekawa i jakżeż typowa dla swojej epoki postać ów Francesco Zola, współtwórca rewolucji przemysłowej 
stulecia, bujna umysłowość spokrewniona z saintsimonistami, autor wielu śmiałych projektów, między innymi 
odrzuconego w 1840 r. planu nowych fortyfikacji Paryża, planu, którego słuszności w tak tragiczny sposób 
dowiodły doświadczenia 1870 r.

W 1836 r. spotykamy go znowu w Paryżu, dokąd przyjechał, aby zabiegać o koncesję na rozbudowę portu 

marsylskiego oraz na budowę zapory wodnej i kainału w dawnej stolicy Prowansji, Aix, mieście od wieków 
cierpiącym na brak wody. Starania najeżone |były tak poważnymi trudnościami i ciągnęły się tak | długo, że 
starszy brat inżyniera, Marco, radził mu wycofać się z całej historii. Ale Francesco Zola niełatwo się zrażał: upór 
stanowił jedną, z istotnych cech jego charakteru, którą miał przekazać synowi. W 1839 r. jest znowu w Paryżu i 
walczy wytrwale z przeszkodami, które Marco przypisywał „narodowej zawiści" Francuzów.

2

W 1839 r. mój ojciec poślubił w Paryżu moją matkę: małżeństwo z miłości, spotkanie przy wyjściu z 

kościoła, uboga dziewczyna poślubiona dla swej urody i wdzięku. |

Franciszka Emilia Aurelia Aubert, czternaście lat młodsza od swego męża, była córką drobnych rzemie-

ślników z Dourdan, Ludwika i Felicji, którzy około 1838 r. osiedlili się w stolicy. Cała rodzina Aubertów to 
ludzie prości, niezamożni, należący do tej warstwy pośredniej między proletariatem a mieszczaństwem, której 
Emil Zola miał poświęcić jedno ze swoich arcy-

background image

karierą dla ubogiej, pozbawionej posagu dziewczyny.

Po ślubie, który odbył się 16 marca, państwo Zola zamieszkali w Paryżu przy ulicy Saint-Joseph 10, gdzie w 

rok później przyszedł na świat Emil. Gdy miał trzy lata, starania ojca odniosły pierwszy sukces, między innymi 
dzięki poparciu Thiersa: miasto Aix podpisało z inżynierem kontrakt na budowę zapory wodnej i kanału. 
Rodzice razem z Emilem opuścili Paryż, a w ślad za nimi również i dziadkowie Aubert przenieśli się do Aix, aby 
zamieszkać u zięcia. Z podpisaniem umowy kłopoty nie skończyły się jednak i dopiero w styczniu 1847 r. 
nastąpił uroczysty moment rozpoczęcia prac nad zaporą. Fortuna rodziny wydawała się wreszcie zapewniona. 
Niestety! W trzy miesiące później inżynier, który przeziębił się, nadzorując roboty w lodowatych porywach 
marcowego mistralu, umierał w Marsylii na zapalenie płuc, pielęgnowany przez wezwaną z Aix żonę. Przez 
długi tydzień walczyła daremnie o jego życie, samotna, w pokoju hotelowym, wśród obcych, obojętnych ludzi. 
Niejednokrotnie wspominała później te tragiczne dni, których nastrój syn jej miał utrwalić w Kartce miłości, 
wkładając w usta bohaterki opowieść tyle razy słyszaną od matki.

Po śmierci inżyniera rodzina znalazła się w opłakanej sytuacji. Doprowadziwszy Spółkę Akcyjną Kanału do 

bankructwa, główny komandytariusz za bezcen odkupił na licytacji jej mienie i w 1854 r. ukończył budowę 
zapory i kanału wedle planów Francesca Zoli, stanowiących jedyny po mdm spadek. Wdowa podjęła wprawdzie 
walkę o odszkodowanie, ale, niedoświadczona, wplątała się w długoletnie procesy, które pochłonęły resztki 
skromnej fortuny. W tej walce z ludzką

background image

zachłannością była zupełnie osamotniona, oparcie miała jedynie w rodzicach, zwłaszcza w matce, energicznej 
kobiecie, która „zakasała rękawy i pracowała za czterech, bynajmniej nie załamana przeciwnościami, od-1 
wrotnie, odmłodzona jakby i pełna nowej energii".

3

Mimo biedy dzieciństwo Emila, rozpieszczanego przez obie niewiasty i dziadka, upływało beztrosko, 

nieświadome zrazu trudnych spraw, z którymi borykali się jego najbliżsi. Po pięcioletniej nauce w „prywatnym 
pensjonacie pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny", gdzie znalazł dwóch towarzyszy do wagarów nad krę-
tym strumykiem La Torse, Filipa Solairiego i Mariusza Roux, w dwunastym roku życia wstąpił do ósmej klasy 
miejskiego gimnazjum, College Bourfoon. W dwadzieścia lat później będzie je wspominał z rozrzewnieniem, 
jak zwykło się wspominać utraconą młodość, ale na razie pierwsze wrażenia nie były miłe. Żle przygotowany, 
nawykły do dużej swobody, starszy nieco od kolegów, ciągnął się początkowo w ogonie klasy. Jednakże 
wtajemniczony już w trudną sytuację rodziny, wziął się ostro do pracy, przeskoczył jedną klasę i rychło znalazł 
się w grupie dobrych uczniów. Początki były ciężkie z innego jeszcze powodu: „nowd" musieli wkupywać się 
bójkami, a niektórzy do końca pozostawali kozłami ofiarnymi kolegów. Niewiele brakowało, żeby i jego spotkał 
ten los. Był nieśmiały, małomówny, z drobną wadą wymowy, trudny w nawiązywaniu kontaktów, a braków 
wiedzy nie rekompensowała mu siła pięści, jedyny uznawany w szkole autorytet. Gdy na przerwach stawiał 
nieporadnie czoła bandzie urwiipołciów, przyszedł mu któregoś dnia z niespodziewaną pomocą kolega z 
wyższej klasy, Paweł Cśzamnie, i przyjaźń przypieczętowana paroma wspólnie rozdanymi kułakami miała 
przetrwać długie lata. Wkrótce przyłączył się do nich kolega Pawła, Baptistin Baille.

„Trójkę nierozłącznych", jak ich niebawem nazwano, związała wspólna pasja natury i książek. Czytali 

wszystko, co wpadło im w ręce. Najpierw oczywiście powieści awanturnicze, tasiemcowe historie pełne prze-
różnych niezwykłości:

Miałem wówczas czternaście lat, było to podczas epidemii cholery w 1854 r., w zapadłym dworku 

prowansalskim, dokąd schroniła się moja rodzina. Tam przez trzy miesiące przymusowych wakacji pochłonąłem 
całą bibliotekę publiczną; babka, odważna kobieta, przynosiła ml z miasta książki paczkami po kilkanaście 
tomów naraz. Połknąłem wtedy wszystkich wielkich bajarzy, Dumasa, Eugeniusza Suego, Fevala, Eliasza 
Bertheta, Gonzalesa. *

Z czasem gusty uległy zmianie. Przyjaciele odkryli poezję romantyków:
Było to około 1856 r., miałem szesnaście lat [...] W dni wolne od zajęć robiliśmy dalekie, szaleńcze 

wyprawy [...] Potrzeba nam było powietrza, słońca, ścieżek gubiących się w głębi wąwozów. Och! te nie 
kończące się wędrówki po wzgórzach, długie odpoczynki w kępach zieleni nad potokiem, wieczorne powroty w 
gęstym kurzu gościńców, który chrzęścił pod stopami jak świeży śnieg! [...] Jesienią przeobrażaliśmy się w 
myśliwych. Och! bardzo nieszkodliwych! Bo trzeba wyznać, że w okolicach brak wszelkiej zwierzyny [...] ani 
zajęcy, ani kuropatw. Dziesięciu myśliwych na jednego królika. Ale co to miało za znaczenie! [...] Polowania 
kończyły się nieodmiennie w cieniu jakiegoś drzewa, gdzie wyciągnięci pa plecach rozprawialiśmy o naszych 
miłościach. A przedmiotem naszej miłości byli wtedy przede wszystkim poeci [...] Przez rok panował nad nami 
niczym absolutny monarcha Wiktor Hugo. Podbił nas swoimi pozami olbrzyma, porwał swoją potężną retoryką 
[...] Umieliśmy na pamięć całe poematy i wracając o zmierzchu do domu dostosowywaliśmy krok do rytmu jego 
poezji, dźwięcznej jak głos trąby. Potem, pewnego ranka, któryś z nas przyniósł tomik Musseta. W naszej 
zapadłej dziurze byliśmy ignoran

background image

tami, nasi profesorowie wystrzegali się starannie wszelkiej wzmianki o współczesnych poetach. Lektura Musseta 
była wstrząsem, który obudził nasze serca. Przejęła nas dreszczem i miłością [...] Naszemu kultowi dla Wiktora 
Hugo zadała straszliwy cios [...] Ballada do księżyca wprawiła nas w zachwyt, widzieliśmy w niej wyzwanie 
rzucone przez rasowego poetę zarówno romantykom, jak klasykom, swobodny wybuch śmiechu niezależnego 
umysłu, w którym całe nasze pokolenie rozpoznawało brata [...] Podboju dokończył głęboko ludzki charakter 
jego twórczości. *

Młodzieńczy kult romantyków, pierwsze wtajemniczenie w świat literatury, pozostawił trwałe ślady. Jak 

całe jego pokolenie, Zolai nigdy nie zdołał wyzwolić się spod władzy Wiktora Hugo, przezwyciężyć tego „ob-
ciążenia romantycznego", kitóre miało przekształcać jego powieści w wielkie poematy.

Tymczasem bieda w domu rodzinnym zaczęła graniczyć niemal z nędzą. Trzeba było przenieść się do je-

szcze tańszego, czwartego już z rzędu mieszkania; sprzedano wszystko, co było do sprzedania; długi rosły; z 
braku pieniędzy przerwano procesy spadkowe. W listopadzie 1857 r. umarła baibka Aubert, podpora domu. Po 
jej śmierci matka wyjechała do Paryża, aby po raz ostatni spróbować szczęścia, szukając pomocy u dawnych 
protektorów męża. W lutym 1858 r. wezwała do siebie syna:

Życie w Aix stało się niemożliwe. Sprzedaj resztkę mebli. Za te pieniądze zdołasz chyba kupić bilet trzeciej 

klasy dla siebie i dziadka. Śpiesz się. Czekam.

Dobiegł końca prowansalski okres życia Zoli. Ale Prowansja, którą pokochał pierwszym młodzieńczym 

uczuciem, miała odżyć w jego dziele ze wszystkimi swoimi urokami i z całym okrucieństwem, zaś Aix-Plas-
sans stać się miało kolebką całego rodu Rougon-Mac- ąuartów.

Biedna wyschnięta ziemia, płonąca w słońcu, szara i naga, między żyznymi łąkami Durance i 

pomarańczowymi gajami wybrzeża. Kocham ją dla jej cierpkiego piękna, jej gołych skał, jej tymianków i 
lawendy. Jest w tej jałowej dolinie jakaś piekąca, nieokreślona rozpacz [...]. Dzisiaj wśród lasów mojej północy, 
gdy myślę o tym pyle i kamieniach, czuję głęboką miłość do owej okrutnej ojczyzny, która nie jest moją 
ojczyzną. Kiedyś w przeszłości roześmiane dziecko i stare smutne skały poczuły zapewne do siebie serdeczną 
sympatię; i teraz, gdy dziecko stało się mężczyzną, gardzi wilgotnymi łąkami, soczystą zielenią, zakochane w 
białych gościńcach i spalonych górach, gdzie jego piętnastoletnia dusza snuła swoje pierwsze marzenia .*

Życie w Paryżu nie zapowiadało się łatwe. Udało się wprawdzie uzyskać dla Emila stypendium w liceum 

Saint-Louis, ale nieśmiały i ubogi prowincjusz czuł się źle i obco wśród nowych kolegów, tym bardziej że po-
ziom nauczania był w stolicy wyższy niż w Aix. Tęsknił za przyjaciółmi i za Prowansją:

Paryż jest wielki, pełen rozrywek, zabytków, uroczych kobiet — pisał 14 czerwca 1858 r. do Cćzanne'a — 

Aix jest małe, nudne, małostkowe, pełne kobiet., (uchowaj Boże, nie chcę powiedzieć o nich nic złego!) A mimo 
to wolę Aix od Paryża [...] Wolę stromą skałę od nowo otynkowanego domu, szum fal od szumu wielkiego 
miasta, dziewiczą naturę od natury wymuszonej i wystrojonej."

Nie odkrył jeszcze nowoczesnej poezji wielkiego miasta, tkwiił głęboko w romantycznym kulcie dzikiej 

przy

background image

rody. Zniechęcony, nie przykładał się do nauki, marzył, pisał długie listy do przyjaciół i z niecierpliwością cze-
kał wakacji, które miał spędzić w Aix.

Po beztrosce letnich miesięcy pełnych prowansalskie- • go słońca powitała go znowu szara jesień Paryża, w 

któ- j rym nie może się zaaklimatyzować. W listopadzie ciężko zachorował, parę dni leżał w malignie i 
obawiano się nawet o jego życie.

Wydawało mi się, że jestem gdzieś głęboko w ziemi, w jakimś wąskim i niskim korytarzu, po którym muszę 

się czołgać [...] Zgięty we dwoje, uderzając głową o kamienie, zapadając kolanami w miękki, oślizgły grunt, 
posuwałem się naprzód z nieopisanym wysiłkiem i trwogą
— notował podczas długiej rekonwalescencji w swoim Dzienniku ozdrowieńca I, który wykorzystał później w 
Grzechu księdza Mouret i w noweli Śmierć Oliuńera Becaille. Osłabiony chorobą z trudem wraca do normalnej 
nauki. Przez chwilę chce nawet zrezygnować z ambitnych planów i, żeby nie być ciężarem matce, przyjąć 
posadę urzędnika. Ale opamiętuje się: „To była decyzja absurdalna, podyktowana rozpaczą", pisze 23 stycznia 
1859 r. do Baille'a. Postanawia zdać maturę, zapisać się na prawo i zostać adwokatem, nie rezygnując 
jednocześnie z tego, co już wtedy uważa za swoje prawdziwe i jedyne powołanie, z literatury.

Mimo to zaniedbuje pracę; pisze wiersze, czyta poetów i błądzi po Paryżu, który powoli zaczyna go wcią-

gać. Tym bardziej że tej wiosny 1859 r. ulica paryska przedstawiała niecodzienny wddok: w maju wybuchnęła 
wojna włoska i tłumy przelewające się bulwarami witały radośnie każdą wieść o zwycięstwie, „od zmierzchu już 
iluminowano sklepy, urwisy strzelały z groszowych
petard [...], przed kawiarniami panowie rozprawiali przy kuflu piwa o polityce". Była to już druga wojna w życiu 
Zoli; pierwsza, wyprawa krymska z 1854 r., pozostawiła mu jedynie dziecięce wspomnienie wagarów, gdy z 
bandą uczniaków odprowadzał przeciągające przez Aix oddziały wojska. Jej groza nie docierała do wyobraźni 
czternastolatków, zafascynowanych widokiem kirasjerów, „których zbroje płonęły w słońcu niczym armia 
gwiazd na koniach". Teraz po raz pierwszy

[...] wśród śmiechu i radosnych okrzyków usłyszałem szloch — pisze po latach. — To płakał stary szewc w 

głębi swojego warsztatu. Biedaczysko miał we Włoszech dwóch synów. Od tej chwili często słyszałem w 
pamięci ten szloch. I przy każdej pogłosce o wojnie wydaje mi się, że stary szewc, siwowłosy lud, płacze gdzieś 
daleko wśród rozgorączkowania tłumów. *

W młodym człowieku rodził się antymilitarysta.
Rok szkolny zakończył się klęską. Po udanym pisemnym egzaminie maturalnym Zola obciął się na ustnym i 

to, jak głosi legenda, z historii i ... literatury. Po wakacjach spędzonych w Aix ponownie próbuje szczęścia, tym 
razem w Marsylii i z jeszcze gorszym rezultatem: nie powiodło mu się już na egzaminie pisemnym. Po 
maturalnych porażkach zaczął się dwuletni przeszło okres bezrobocia. Początkowo, do połowy 1860 r., Zola jest 
jeszcze pełen złudzeń i nadziei. W jego listach dominuje ton optymizmu. Miewa oczywiście chwile troski
0 przyszłość, ale szybko stara się o nich zapomnieć,
1 z pogodą znosi kłopoty materialne. Jest na utrzymaniu matki, której pomaga rodzina; chcąc się usamodzielnić, 
przyjmuje wiosną 1860 r. posadę w administracji doków: sześćdziesiąt franków miesięcznie, śmiesznie mało, 
mniej nawet niż potrzeba na bardzo skromne

background image

utrzymanie. Do tego praca ogłupiająca, bez żadnych 1 perspektyw: od dziewiątej do czwartej rejestruje de- 3 
klaracje celne, przepisuje korespondencję, czyta gaze- 1 ty i ziewa z nudów. „Rzucę chyba w diabły tę obskur- w 
ną budę — pisze 5 maja do Cśzanne'a. — Powstrzymuje | mnie tylko myśl, że znowu znalazłbym się na utrzy- S 
maniu rodziny." Wstręt jednak przeważył i już w lip- cu Zola donosi przyjacielowi: „Rzuciłem doki [...] Nie & 
mogłem dłużej wytrzymać." Lato zresztą nie było X najgorsze: spotkania z paryskimi przyjaciółmi, długie 
dyskusje przy winie i fajce, włóczęgi po Paryżu, wyprą- $ wy za miasto rekompensowały niedostatek 
materialny, ź Miał też nadzieję na pobyt w Aix, na spotkanie z Cśzan- 

ne'em i Baalle'em. Niestety, nadzieje 

zawiodły z braku pieniędzy, który pierwszy raz tak dotkliwie odczuł: „To , nowa, czarna karta w moim życiu", 
pisał do obu przyjaciół 24 października 1860 r.

Zaczyna się okres prawdziwej nędzy i gorzkich doświadczeń, które burzą dotychczasową pogodę. Ton li-

stów staje się coraz bardziej pesymistyczny. Zola musi rozstać się tz matką, bo nowe, tańsze mieszkanie jest zbyt 
ciasne. Nierzadko kładzie się spać o głodzie, a rano w lodowatym pokoju nie ma odwagi wyjść z łóżka. Bywa 
też klientem lombardu, tego ratunku biedaków. To już cyganeria, ta prawdziwa, nędzna i bezbarwna, wypełniona 
całkiem prozaicznymi kłopotami. Wszystko okazuje się dnme niż w literackiej idealizacji Murgera, a kiedy 
platoniczne marzenia o miłości domagają się spełnienia, zamiast romantycznej Mimi pojawia się wulgarna 
ulicznica Berta. Pierwsza konfrontacja marzeń z rzeczywistością burzy złudzenia wy karmione na lekturze 
romantyków.

Przeszedłem twardą szkolę realne] miłości — pisze do Cćzanne'a 5 lutego 1861 r. — [...] W rezultacie 

zdobyłem
nowe poglądy na miłość i przydadzą mi się one wydatnie do utworu, który zamierzam napisać.

Wkrótce spotyka go nowy zawód. W najtrudniejszych chwilach dodawała mu dotąd otuchy myśl o przy-

jeździe Cćzanne'a do Paryża. Gdy jednak w kwietniu 1861 r. Paweł wreszcie przyjechał, rzeczywistość znowu 
okazała się odmienna od marzeń.

Niestety! to już nie to samo co w Aiz — żali się w liście do Baille'a — kiedy mieliśmy osiemnaście lat, 

byliśmy wolni i żyliśmy bez troski o przyszłość. Teraz konieczności życiowe, inna praca, oddalają nas od siebie. 
*
Cśzanne w wieku lat dwudziestu. Fotografia

background image

Zwierza mu się również ze swoich kłopotów materialnych:

:

 ^^fl

Daremnie uganiam się za jakąś pracą [...] Nie możesz sobie wyobrazić, jak trudno mnie gdzieś ulokować. 

Nie dlatego, żebym stawiał jakieś warunki, chciał robić to a nie tamto; na początku miałem jeszcze takie 
ambicje, dziś nic z nich nie zostało. Ale dlatego, że wiem mnóstwo rzeczy niepotrzebnych, a nie umiem tego 
właśnie, co należałoby umieć. Nic trudniejszego, jak znaleźć zajęcie dla nas, którzy wychodzimy z liceów. *

Własna bieda uwrażliwia go na cudzą nędzę i cierpienia, pobudza do refleksji, wywołuje pierwsze odruchy 

buntu. Żyje życiem biedaków, mieszka wśród nich, w obskurnych „umeblowanych pokojach" czy tanich 
kamienicach czynszowych, ma podobne kłopoty, jest po prostu jednym z nich. Zdobywa w ten sposób znajo-
mość środowisk, z którymi w innych warunkach zapewne by się nie zetknął. I pierwsza konfrontacja dwóch 
światów nie wypada korzystnie dla tak zwanych „lepszych sfer":

Człowiek comme il faut nosi czarny frak, biały krawat, złotą szpilkę i sygnet; wyraża się poprawnie po 

francusku, zażywa tabaki, cieszy się powszechnym szacunkiem i nadyma do rozpuku, ilekroć mówi o swoich 
pieniądzach. Poza tym może być skończonym łajdakiem, najbezwstydniejszym szubrawcem; ale cóż do diabła! 
chylcie czoła! To człowiek comme il faut.

Człowiek nie comme il faut to robotnik, który mieszka w tej norze; jego bluza jest czarna od pracy, krawat 

zwisa postrzępiony; nie umie nic, nieszczęsny, nawet czytać; przemyka się jak coś brudnego w błocie ulic i jak 
Bias całą swoją fortunę nosi przy sobie. To prawda, że jest uczciwym człowiekiem, że nędza nie doprowadziła 
go jeszcze do kradzieży> że umie cierpieć w milczeniu; ale fe! odsuńcie się. To nie jest

człowiek comme il faut. Czy to nie zgroza! Czy to nie woła o pomstę! *

Przyszły autor Germinala zaczyna dostrzegać istnienie problemu społecznego. Zdaje sobie zresztą sprawę z 

ceny zdobywanych doświadczeń:

Widzę i słyszę lepiej — pisze 20 stycznia 1862 r. do Cćzan- ne'a. — Pozyskałem nowe zmysły, których mi 

brakowało, aby rozumieć pewne sprawy. Będę umiał lepiej, sądzę, niż przed rokiem odtwarzać pewne szczegóły 
żyda. Słowem, mój horyzont rozszerza się i jeżeli kiedyś będę mógł pisać, moje pióro będzie pewniejsze, bo 
będę pisał o tym, co sam przeżywałem.

Ani przez chwilę bowiem nie rezygnuje z myśli o karierze pisarskiej.
Oto moje obecne położenie — zwierza się Baille'owi w lutym 1861 r. — zarabiać jakkolwiek bądź na życie 

i jeżeli nie chcę pożegnać się z marzeniami, nocą pracować nad swoją przyszłością. Walka będzie długa, ale nie 
przeraża mnie, czuję, że mam w sobie coś i jeżeli to coś naprawdę istnieje, wcześniej czy później musi się 
objawić. **

Te lata pierwszych doświadczeń życiowych są jednocześnie latami ciekawej obserwacji świata zewnętrz-

nego, która wspólnie z zachłannymi lekturami stanowi punkt wyjścia do przemyśleń poddających rewizji do-
tychczasowe poglądy.

Przybywszy do Paryża z zapadłej prowincji, ze „starożytnego martwego miasta, gdzie trawa porasta bruk 

ulic", a czas zatrzymał się przed wieloma dziesiątkami lat, Zola znalazł się nagle we współczesności, w świe-

background image

cie postępu naukowego i technicznego, rozwoju ekonomicznego, wrzenia idei, gorączkowych poszukiwań we 
wszystkich dziedzinach. Gdy tylko minął pierwszy wstrząs, przyjął postawę aprobującą, opowiadając się za 
nowym przeciwko staremu, jak człowiek który nie chce „negować daty swojego urodzenia":

Nasze stulecie jest epoką przejściową, wychodząc ze znienawidzonej przeszłości idziemy ku nie znanej 

przyszłości [...] Toteż cechą charakterystyczną naszych czasów jest potężny rozmach, gorączkowa działalność w 
nauce, handlu, sztuce, wszędzie [...] Ale umysły zaskorupiałe w ogłupiającej rutynie mruczą jak rozwścieczone 
niedźwiedzie, ga- niąc wszystko i wzdychając: „Ach! dawniej!" Głupcy, którzy gardzą naszą epoką tak piękną, 
tak wielką! Kiedy matka nosi dziecko w łonie, wszyscy chylą przed nią głowy; chylcie więc głowy, głupcy, 
przed naszym stuleciem brzemiennym nadzieją dla naszych wnuków! *

Niie bez wpływu na przyjęcie takiej postawy była jedna z pierwszych lektur paryskich Zoli, książka Mi- 

cheleta UAmour (Miłość), opublikowana w listopadzie 1858 r. Wziął ją do ręki w chwili, gdy poszukiwał jakie-
goś przewodnika po labiryncie skomplikowanych zjawisk współczesności i stała się dla niego objawieniem. 
Demokratyczna ideologia jednego z trzech „apostołów College de France", wielkiego historyka, obrońcy i apo-
logety ludu tworzącego historię, jego optymistyczna wiara w postęp i mistyka miłości powołanej do stworzenia 
szczęśliwego jutra sprawiedliwości społecznej i braterstwa, jego program reformy moralnej, pierwszego 
warunku reform społecznych, wszystko to musiało znaleźć wdzięcznego odbiorcę w tym dziewiętnastoletnim 
chłopcu, który tak oto charakteryzował samego siebie:

Kocham wszystko, co słabe i małe, wszystko, co cierpi; kocham zwierzęta, bo nie mają głosu, aby wyrazić 

swoje cierpienia i potrzeby. Kocham człowieka, tę biedną zranioną istotę, i jeżeli unoszę się gniewem, widząc, 
że sam jest sprawcą swoich ran, to nie brak mi łez, aby nad nim płakać [...] Pożądam dobra, szukam prawdy.*

I nie byłoby może hipotezą zbyt ryzykowną dopatrywać się w tej lekturze Micheleta najodleglejszej genezy 

filozoficznego i społecznego światopoglądu Zoli. W każdym razie przygotowała ona grunt pod ewolucję, którai 
miała doprowadzić go do naturalizmu. Znalazł w tej książce wiele idei, które później — wzbogacone nowymi 
wpływami, usystematyzowane, niekiedy zmodyfikowane —■ powracać będą w całej jego twórczości: 
paruteistyczny kult natury, przewodniczki ludzi; idea pokrewieństwa i braterstwa wszystkich bytów; apoteoza 
płodnej miłości gwarantującej życiu zwycięstwo nad śmiercią; idea nierozerwalnego związku miłości i śmierci, 
tych „dwóch potęg, które pozornie wrogie, zawsze idą w parze" i „tłumaczą jedna drugą"

4

; podziw dla własnej 

epoki i pochwała współczesnego człowieka, „potężnego robotnika, twórcy wspaniałego świata nauki, przemysłu, 
bogactwa, świata, który powstał wczoraj z jego gorączkowej działalności, [...] pełnego chwały Prometeusza"

5

kult nauki, „władczyni, która, aby rządzić, nie potrzebuje nawet rozkazywać", zwłaszcza nauk przyrodniczych, 
fizjologii i medycyny, odkrywających prawdę o życiu i człowieku; konieczność uwzględniania zjawisk 
fizjologicznych dla wytłumaczenia zjawisk psychologicznych; sugestia wpływu dziedziczności w związku z 
teorią tzw. impregnacji, zaczerpniętą przez Micheleta z Traktatu doktora Lucasa, który kilka lat później miał 
dostarczyć Zoli naukowego rusztowania cyklu Rougon-Macąuartów, idea uwarunko-

background image

wania jednostki przez środowisko: „Jakie gniazdo, taki ptak; środowiska, okoliczności, przyzwyczajenia kształ-
tują nas"

6

; program przywrócenia mężczyzny kobiecie" i postulat reformy wychowania kobiety, tak aby mogła 

stać się towarzyszką współczesnego mężczyzny, itd. Niejeden raz, czytając książkę Micheleta, ma się ochotę 
notować na marginesie stron tytuły utworów Zoli, w których pojawiają się wyłożone tu idee.

Oczywiście, Miłość i opublikowana w rok późniiej La Femme (Kobieta) Micheleta nie były jedynymi 

lekturami Zoli w czasie, gdy przygotowując się do kariery pisarza wykorzystywał okres przymusowego 
bezrobocia na to, aby uzupełnić swoją znajomość literatury i znaleźć w niej własne, odrębne miejsce.

Czytając jakiegokolwiek bądź autora — pisze do Baille'ą 22 kwietnia 1861 r. — zawsze zestawiam jego 

metodę z moją, jego ideał ż moim, porównuję i zastanawiam się, czy idę właściwą drogą.

Wiemy pierwszej miłości, nie zaniedbuje romantyków, chociaż stopniowo oddala się od nich. Przyjąw- szy 

za pewnik teorię ścisłego związku między sztuką a epoką, uznaje za niezbędny warunek wielkości dzieła jego 
zgodność z tendencjami rozwojowymi współczesności; a że obecne społeczeństwo „nie jest społeczeństwem 
1830 roku", przeto i szkoła 1830 roku musi ustąpić czemuś innemu: nowe treści domagają się nowej formy.

Szkoła romantyczna jest martwa i konieczna jest reakcja przeciwko niej [...] Należy zaprotestować 

przeciwko tym namiętnym uniesieniom, które są śmieszne, kiedy nie są wzniosłe; należy porzucić owe Muzy 
rynsztoka, te gwałtowne efekty, krzyczące barwy, owych bohaterów, których całą oryginalnością jest 
fizjologiczna osobliwość. *

Romantyzm odegrał zaszczytną rolę: wyzwolił sztukę. Ale forma romantyczna zrodzona z buntu przeciwko 

klasycyzmowi przeżyła się;

[...] niezręcznością byłoby chcieć ją wskrzesić [...] To, co toleruje się u pisarzy 1830 roku [...], potępiono by 

u współczesnego poety [...] Usprawiedliwieniem wiersza romantycznego jest jego metryka urodzenia. *

Ta surowa ocena poetyki romantycznej, zwłaszcza w wydaniu epigonów, zawiera pośrednią krytykę 

własnych prób poetyckich, bladego naśladownictwa szkoły roku. 1830. Lektury i przemyślenia przynoszą 
owoce; kandydat na poetę zaczyna dostrzegać niedostatki własnej formy:

Zawodzą mnie materialne środki wyrazu [...], jeżeli drę swoje wiersze, to dlatego, że mnie nie zadowalają, 

że powinienem, że mogę — wiem o tym — pisać lepiej. **

I chociaż nie rezygnuje jeszcze z poezji, coraz krytyczniej odnosi się do swoich poazynań: „Wszystko, co 

dotąd zrobiłem, jest niczym; sam pierwszy uśmiecham się i politowaniem na widok własnych utworów." *** W 
dwadzieścia lat później, już jaiko dojrzały artysta, oświadczy, wspominając ten okres:

Szczycę się tym, że zdałem sobie sprawę z własnej miernoty poetyckiej i że odważnie włączyłem się w 

dzieło stulecia biorąc do ręki twarde narzędzie prozy. Powzięcie takiej decyzji w dwudziestym roku życia jest 
rzeczą piękną. •***

background image

Błędem byłoby wyobrażać sobie, że edukacja literacka młodego Zoli była wyłącznie lub przede wszystkim 

romantyczna. Doniosłą rolę odegrało w niej obcowanie z klasykami, a drogą, która miała doprowadzić go do 
tego, co dzisiaj określamy mianem realizmu, była właśnie reakcja przeciwko romantyzmowi, nawiązująca mię-
dzy innymi do tradycji klasycznej i prtzedklasycznej. W laitach 1860—61 często sięga do mistrzów przeszłości, 
francuskich i obcych, podpatruje ich metodę, analizuje formę, wyławia wszystko, co stanowi o ich mdeśmier- 
telnośoi. Trzej zwłaszcza wywarli na niego głęboki wpływ: czytany latem 1860 r. Szekspir, który niasuwa mu 
pierwsze refleksje nad istotnym dla estetyki realistycznej problemem związku między prawdą ogólną a obrazem 
współczesnej rzeczywistości w dziele sztuki; Montaigne odkryty w przełomowym okresie, zimą 1860—61 r.:

To człowiek, którego potrzebowałem; nie masz w nim ani pedantyzmu, ani owych wielkich słów, które 

mnie odstraszają; zdrowy rozsądek [...), poczciwy, stary styl francuski [...], swoiste, ale trafne zwroty, zdania 
chropawe, ale dobitne i zawsze prawdziwe. *

I wreszcie Molier, prawdziwa szkoła realizmu:
Im dalej posuwam się, tym bardziej Molier staje się moim mistrzem: słońce, księżyc, kwiaty Itp., to bardzo 

piękne, ale prawdziwa, wyrażona bez emfazy myśl ma także swoje zalety.

Lektura Moliera zraża go ostatecznie do „owych zbytecznych epitetów, tyrad obliczanych na efekt, krzy-

czących, jaskrawych antytez".

Przymiotniki „prawdziwy", „rzeczywisty", „żywy", „jasny", „zwięzły" zaczynają nabierać w ocenach Zoli 

waloru pochwały przede wszystkim pod wpływem klasyków. Brak bowiem y/ zachowanej korespondencji W?
£midnek; kf6re

:

 świadczyłyby,o tym, że zna już przedstawicieli ówczesnej awangardy literackiej określanej 

przez krytykę, nie zdecydowaną jeszcze co do terminu, mianem „realizmu", „materializmu", „sensualizmu" czy 
też po prostu i najczęściej „nowej szkoły". Jedyna aluzja do realistów (w liście do Cśzanne'a z 25 marca 1860 r., 
gdzie dotyczy malarstwa, nie literatury) dowodzi, że termin ten nie ma jeszcze dla Zoli bliżej określonej treści i 
że opiera on swoje wyobrażenia na obiegowych sądach tradycjonalistycznej krytyki:

Co właściwie rozumiecie przez to słowo „realista"? Szczycicie się tym, że przedstawiacie jedynie 

przedmioty pozbawione poezji! Ale przecież każda rzecz ma swoją poezję, zarówno gnojówka, jak kwiaty. 
Czyżbyście chcieli powiedzieć przez to, że pragniecie naśladować niewolniczo naturę? Ale wtedy, skoro tak 
napadacie na poezję, znaczyłoby to, że natura jest prozaiczna. A w takim razie kłamiecie!

Wypowiedź ta mogłaby ewentualnie przywodzić na myśl krótkotrwałą, ale głośną kampanię pisma „Le Rśa- 

lisme" z 1857 r., którego żywot trwał zaledwie sześć numerów i które między innymi głosiło wierne na-
śladowanie natury, a w swojej reakcji przeciwko romantyzmowi atakowało poezję. Wątpliwe jednak, czy Zola 
znał z pierwszej ręki i w całej rozciągłości program estetyczny grupy skupionej wokół „Le Rćalisme". Z dużą 
dozą prawdopodobieństwa można też twierdzić, że nie znał jeszcze ani Flauberta, ani Gonoourtów, ani nawet 
Balzaka i Stendhala.

Z powieściopdsarzy dziewiętnastego wieku Zola wymienna jedynie w swoich ówczesnych listach George

background image

Sand; ją jednak trudno uznać za reprezentantkę „nowej szkoły". Zapoznaje się z jej twórczością w 1860 r., kiedy 
po kilkuletniej niełasce przeżywa ona okres prawdziwego renesansu. Utwory George Sand nasuwają mu oprócz 
uwag natury formalnej przede wszystkim refleksje nad wzajemnym stosunkiem sztuki i moralności. Wpływ 
Micheleta utwierdził w Zoli romantyczną koncepcję poety „odrodziciela" i przewodnika ludzkości na drodze 
postępu. Moralne posłannictwo sztuki jest dla niego rzeczą bezsporną. Sprawą dyskusyjną natomiast jest wybór 
środków prowadzących do tego celu. I tutaj, znowu zgodnie z Micheletem, który ubolewa nad powieściami 
„sondującymi i jątrzącymi nasze rany" 

7

, uważa Zola, iż:

[...] nie uzdrawia się człowieka, ukazując mu brutalnie jego chorobę, ale przeciwnie, stawiając mu przed 

oczami obraz szczęścia, jakiego zaznałby, gdyby obrał właściwą drogę.*

Sama prawda nie wystarcza:
Kiedy wskazuje się chorobę, należy jednocześnie dać lekarstwo, zwłaszcza jeżeli chce się stworzyć dzieło 

dobre i pożyteczne. Tego zaś George Sand nie robi [...] Tym samym jej powieść może być prawdziwa, ale 
prawdą prowadzącą do rozpaczy. To zły uczynek, niepotrzebna tortura. **

Dziwnie znajomy wydaje się .ten zarzut, tyle tylko, że zwykliśmy spotykać go nie pod piórem Zoli, ale wy-

mierzony właśnie przeciwko niemu. Na razie jednak przyszły autor U Assommoir woli ideał od rzeczywistości. I 
chociaż uznaje z żalem konieczność liczenia się z tą ostatnią, pragnie, gdy tylko to możliwe, „przesła
niać jej szpetotę kwiatami", „ukazywać gwiazdę w każdej kałuży":

Odwracam wzrok od gnojówki, aby patrzeć na róże; nie abym negował użyteczność gnojówki, dzięki której 

rozkwitają moje piękne kwiaty, ale dlatego, że wolę róże, choć tak mało użyteczne. *

Nie stawia jeszcze znaku równania między moralnością a „brutalną prawdą". Nie głosi też jeszcze po-

znawczej funkcji sztuki, ani nie upatruje jedynej dirogii jej odrodzenia w nauce, choć kilkakrotnie porusza w 
listach do Baille'a szeroko wówczas dyskutowany problem stosunku między nauką a poezją. 18 lipca 1861 r. 
przedstawia przyjacielowi swój projekt nowej poetyki zawierającej rozdział, „który można by zatytułować O 
stosunku między nauką i cywilizacją a poezją". Jego stanowisko jest tu jeszcze niezdecydowane i nieśmiałe:

Powiedziałem, że nie bardzo liczę na to, aby postęp naukowy i społeczny prowadził do postępu w poezji; że 

poezja może być wielka i potężna niezależnie od stopnia rozwoju nauki i cywilizacji; że są to jednak dwa 
elementy, które poeta ma do dyspozycji i z których może wydobyć rzeczy wzniosłe.

Projektowanej poetyki nie napisał, ale rozdział

0

postępie w nauce i poezji opracował po upływie trzech lat w formie artykułu, który ogłosił 16 kwietnia 1864 

r. w „Le Journal Populaire de Lille"; zajmuje w nim już stanowisko wyraźne i zdecydowane, wzywając poetów, 
aby kopiowali „niebiosa Laplace'a, rozleg- lejsze i wspanialsze od niebios Dantego, które przestały istnieć", i 
stworzyli w ten sposób „poezję najpiękniejszą
1 największą ze wszystkich, poezję prawdy". Ale to. już następne stadium ewolucji.

background image

Oryginalność, zgodność z epoką, prawda ogólna — oto trzy imperatywy, wokół których od samego począt-

ku krystalizują się poglądy estetyczne Zoli. Dzieło, aby być wielkie, musi nosić silnie piętno osobowości twórcy, 
która może psiągnąć pełnię rozwoju jedynie w zgodności iz własną epoką — każda epoka bowiem domaga się 
odrębnej formy wyrazu artystycznego — i która niezbędna jest po to, aby przez obserwację i analizę 
współczesnej rzeozywdstoścli dotrzeć do ogólnej, wiecznej prawdy o człowieku i życiu, uchwytnej jedynie dla 
tego, kto potrafi i ma odwagę być samym sobą. Żeby jednak te trzy abstrakcyjne jeszcze imperatywy mogły 
nabrać konkretnej, nowatorskiej w stosunku do poprzedników treści jakiiż prąd bowiem nie wychodził z tych 
samych założeń! — konieczne było nawiązanie kontaktu z awangardą literacką i umysłową lat sześćdziesiątych, 
co umożliwiła Zoli dopiero praca w wydawnictwie Hachette'a.

Pod koniec 1861 r. jego sytuacja, do niedawna tak jeszcze ponura, że 10 czerwca pisał do Baille'a: „Gdybym 

nie miał matki, zaciągnąłbym się do wojska", zaczyna się stopniowo poprawiać. Korzystając z-prawa 
przysługującego synom cudzoziemców urodzonym we Francji, wystąpił 7 grudnia o przyznanie mu obywatel-
stwa i narodowości francuskiej. Już jako obywatel francuski, podlegający obowiązkowi wojskowemu, wyciąga 
w losowaniu „dobry numer", 495, dzięki czemu zostaje definitywnie zwolniony od służby wojskowej. To 
pierwszy uśmiech losu, i nie do pogardzenia, bo trzeba pamiętać, że służba w owej epoce trwała siedem lat, a na 
„kupienie" zastępcy nie mógłby sobie Zola pozwolić.
Przede wszystkim jednak zarysowuje się wreszcie realna perspektywa jakiejś pracy. A był to już najwyższy 
czas:

Moim najgorętszym pragnieniem, codzienną myślą, jest znalezienie jakiegoś zajęcia — pisał 20 stycznia 

1862 r. do Cćzanne'a. — [...] Jeżeli jestem chory, jeżeli staję się coraz słabszy, to dlatego, że widzę, jak ja, 
dwudziestodwuletni chłopak, zaprzepaszczam nie tylko swoją teraźniejszość, ale i przyszłość [...] Wolałbym 
zostać murarzem niż tkwić dalej . w bezczynności,

Pragnienie zostaje spełnione. 1 lutego (zdaniem innych badaczy 1 marca) 1862 r. Zola wchodzi do wy-

dawnictwa Hachette'«a jako pracownik biura ekspedycyjnego z pensją stu franków miesięcznie.
,W roku 1862 było to już bardzo poważne wydawnictwo, kierowane przez założyciela, Ludwiika Hachette'a, 
jego dwóch synów oraz dwóch zięciów, Brefcona i Tem- pliera. Mieli oni opinię wydawców o liberalnych 
przekonaniach politycznych, pozytywistów, propagatorów postępowych idei w zakresie upowszechniania nauki i 
oświaty (sam „pryncypał" był autorem anonimowej broszury zatytułowanej Oświata publiczna a powszechne 
głosowanie). Wyczuwając dobrze zainteresowania publiczności, nie mniej niż dzisiejszy czytelnik zafascy-
nowanej oszałamiającym rozwójem nauki, specjalizują się w „rodzaju poważnym", tworzą wiele serii popular-
nonaukowych, będących wówczas nowością, wydają rozmaite „rocznika", które są przeglądem publikacji z 
poszczególnych dziedzin życia umysłowego, m. in.: Bocznik literacki Vapereau, Rocznik naukowy Figuiera, 
Rocznik geograficzny de Saint-Martina. Dziełem Ha- chette'a jesJt też pierwsze tamie zbiorowe wydanie 
klasyków w serii Les Grands Ecrivains de la France. Słowem, ambitna, poważna firma wydawnicza, idąca z 
duchem epoki i zaspokajająca potrzeby postępowego mieszczaństwa, którego ideologię reprezentuje, wy

background image

dając takich pisarzy jak Comte, Michelet, Littrś (je- , go Słownik języka francuskiego ukazuje się w latach 1863
—1869), Taine, Prćvost-Paradól, Jules Simon i in.

Posada w tego rodzaju wydawnictwie mogła kryć 1 w sobie duże możliwości dla młodego człowieka o 

śmiałych pomysłach, dostatecznie przedsiębiorczego, aby ja ściągnąć na siebie uwagę zwierzchników. Podczas 
pierwszych miesięcy, pakując książki w biurze ekspedycyjnym, Zola rozgląda się uważnie po nowym środo-
wisku, obserwuje wewnętrzny mechanizm przedsiębiorstwa i rozważa szanse wybicia się. Już 20 maja, w 
niespełna cztery miesliąoe po objęciu pracy, przedstawia pryncypałowi projekt stworzenia nowej serii, 1 
„Biblioteki debiutantów", która, zarezerwowana wyM łącznie dla początkujących aiutorów, otwierałaby im 
drzwi do literatury:

Czyż nie jest to projekt zdolny skusić potężnego wydawcę* dysponującego znacznym majątkiem i dużym 

kredytem? Stanąłby on w ten sposób niejako na czele ruchu literackiego młodej generacji. Dokonałby przewrotu 
w utartych poglądach.*

Projekt nie „skusił" wprawdzie Hachette'a, dalekiego od chęci „dokonania przewrotu w utartych poglądach", 

ale jego autor wydał mu się młodzieńcem godnym uwagi, który marnuje się w biurze wysyłkowym, gdy mógłby 
zapewne oddać znaczne usługi w dziale reklamy, cierpiącym na brak człowieka o nowatorskich pomysłach i z 
inicjatywą.

Przeniesienie do diziału reklamy spełniało najskrytsze pragnienia Zoli, który zawsze marzył o pracy zdolnej 

zapewnić mu utrzymanie i pomóc jednocześnie w karie-

... BHP wPł ~^Bi^HBiłłirTKT^S^ffl

rze literackiej. Od początku — jeszcze jako zwykły urzędnik. —a zwłaszcza później — jako ceniony przez 
dyrekcję kierownik działu, wyposażony w rozległe kompetencje pośrednik między autorami a wydawcą — na-
wiązuje liczne stosunki, które ułatwią mu pierwsze kroki w literaturze. Liczba egzemplarzy autorskich i 
recenżyjnych, ogłoszenia prasowe, rodzaj i rozmiary reklamy, prezenty wydawnictwa w postaci kosztowniej-
szych publikacji —| wszystko to zależy w głównej mierze cd szefa działu reklamy. Jest więc czym zaskarbiać 
sobie sympatię autorów, którzy znając ambicje literackie młodego urzędnika tytułują go „drogim kolegą" i 
obiecują w razie potrzeby służyć radami i poparciem. Dzięki sprawowanym funkcjom poznaje Littrćgo, Saihte-
Beuve'a, Taine'a, Deschanela, Vapereau, Abou- ta, Adolfa Belota, Claretiego i wielu innych pisarzy czy 
wpływowych krytyków.

Do jego obowiązków należą także stosunki z prasą. Firma stale powiększa budżet przeznaczony na reklamę 

prasową, która, choć kosztowna, zwraca się z nawiązką. Transakcje te korzystne są i dla drugiej strony: gazety 
coraz więcej miejsca poświęcają na ogłoszenia reklamowe, które powoli stają się głównym źródłem ich 
utrzymania.. A pozyskanie klienta w potężnej firmie Hachette'a jest tym bardziej nęcące, im słabsza jest pozycja 
gazety. Toteż szef reklamy, od którego wiele zależy,-może 'liczyć w razie potrzeby na życzliwość — cóż z tego, 
że niezupełnie bezinteresowną — czasopism zabiegających o względy Hachette'a.

W krótkim czasie poznaje Zola kulisy światka literackiego, kręte ścieżki,. jakimi chadza sława, i traci 

niejedno złudzenie:

Gdybyś wiedział, mój drogi — pisze 24 września 1865 r. do młodego poety z Aix, Valabr£gue'a — jak mały 

jest w sukcesie udział talentu, rzuciłbyś pióro i papier, a zaczął

background image

studiować życie literackie, tysięczne świństewka, które otwierają drzwi, sztukę wyzyskiwania cudzego kredytu, 
okrucieństwo konieczne, aby iść naprzód po trupach drogich kolegów.

Zdobywa w tej szkole dobrą znajomość środowiska i doświadczenie, które w przyszłości okaże się przy-

datne. Nie te jednak praktyczne korzyści stanowią najcenniejszy dorobek lat spędzonych u Hachette'a. Po 
przeniesieniu do działu reklamy Zola znalazł się w samym centrum życia umysłowego epoki. Trudno o lepszą 
.okazję do zaznajomienia się z wszelkimi jego przejawami, i to w ramach obowiązków biurowych. Już od 1863 
r., jeżeli nie wcześniej, ma za zadanie opracowywać „reklamówki" prasowe i redagować „coś w rodzaju 
biuletynu bibliograficznego" w wydawanym przez firmę „Bulletin du Libraire".

Są to niestety — pisze 31 października 1863 r. do Gśry-Le- granda, założyciela „Revue du Mois" — raczej 

reklamy niż artykuły i nie chciałbym firmować swoim nazwiskiem [...] tych pisanych bez przekonania, 
bezkrytycznych tekści- ków. *

Ale nawet ta rzemieślnicza robota dawała pewne korzyści: przede wszystkim zmusza Zolę do czytania 

większości publikacji Hachette'a, a są wśród nich takie jak Historia literatury angielskiej Taine'a (1864), Fizjo-
logia pisarzy i artystów czyli zarys krytyki naturalnej Deschanela (1864), Szkice polityczno-literackie i Studia o 
moralistach francuskich Prśvost-Paradola (1864), wspomniane wyżej Roczniki itd., wszystko dzieła „owej 
falangi, która przed dziesięciu blisko laty opuściła 1'Ecole Normale" i której celem jest unaukowienie historii, 
krytyki i literatury. A że do jego obowiązków
należy też śledzenie recenzji prasowych z publikacji Hachette-a, przeto bardzo dokładnie poznaje całą tzw. 
bieżącą krytykę, we wszystkich jej odcieniach i jest — jak pisze do niego Deschanel — „au courant wszystkie-
go, co się drukuje".

8

Wiosną 1864 r. chodzi na odczyty przy ulicy de la Paix, będące wydarzeniem życia kulturalnego stolicy lat 

sześćdziesiątych. Odległą ich genezę stanowiły w 1848 r. publiczne wykłady „na użytek ludu", zlikwidowane 
rychło przez dochodzącą do głosu antyrepubli- kańską reakcję. Ich duszą był właśnie Emil Dgschamel, 
wykładowca w Ecole Normale, republikanin skazany po zamachu stanu Ludwika Bonaparte w 1851 r. na wy-
gnanie, skąd wrócił do Paryża dopiero po ośmiu latach. Pod koniec 1860 r. przy wydatnym udziale Deschanela 
zorganizowano w sali przy ulicy de la Paix regularne odczyty publiczne. Same nazwiska prelegentów zdradzają 
ideologiczny charakter przedsięwzięcia: Deschanel, Lissagaray, Elysśe Reclus, Floąuet, Hśbrard, Pel- letan, 
Laurent-Pichat, Castagnary itp. — wszystko reprezentanci liberalnej i radykalnej opozycji, wyznawcy ideałów 
1848 r., propagatorzy świeckiego nauczania, wolności myśli i słowa, popularyzatorzy nauki, głosiciele postępu 
w pozytywistycznym rozumieniu tego terminu. Pelletan poświęca „sprawie postępu, drogiej wszystkim 
miłośnikom wolności", aały cykl odczytów. Ożywia ich wszystkich „racjonalny, historyczny i naukowy duch 
nowoczesności, duch autentycznej prawdy".

9

 W odczytach o charakterze literackim dominują tendencje „nowej 

szkoły", reprezentowane przede wszystkim przez wulgaryzatora teorii Taine'a, Deschanela, oraz „humanitarne", 
społeczne tendencje szkoły Proudhona, reprezentowane przez Lissagaraya i przez krytyka sztuki Castagnary'ego. 
Zakazane w 1861 r. przez czynniki oficjalne, przerażone powodze

background image

niem tej wolnej trybuny, odczyty zostają wznowione w 1863 r., a ich sukces jeszcze wzrasta. Użycza im po-
parcia prasa: codzienne gazety publikują programy wykładów a nazwiska prelegentów, w przeglądach lite-
rackich odczyty stają się przedmiotem licznych analiz i recenzji;

Odczyty przy ulicy de la Paix pochłaniają mi tyle czasu- że dysponuję zaledwie jednym wolnym wieczorem 

na tydzień— donosi Zola 21 kwietnia 1864 r. Valabrćgue'owi.—' Musiałem robić kolejno sprawozdania z 
najrozmaitszych wykładów: Chopin, „Gil Bląs" Lesage'a, Lud u Szekspira i Ary- stofanesa, „Charaktery" La 
Bruyere'a, „Miłość" Micheleta

Molier-filozof itd. Tego rodzaju różnorodność zmusza mnie. do lektur, które 

zabierają mi cały wolny czas. Na szczęście' wykłady wkrótce się skończą.

Udało się nam odnaleźć te sprawozdania, interesujące jako jedne z nielicznych pisanych świadectw ewolucji 

estetycznej Zoli w owym okresie. Ukazały się w kilku kolejnych numerach wydawanej przez firmę Hachette'a 
„La Revue de rinstruction Pu>blique, de la littśratuire. et des sciences en France et dans les pays śtrangers", 
poważnego i na poły oficjalnego tygodnika, który zamieszczał materiały z zakresu nauczania, sprawozdania z 
wykładów uniwersyteckich i odczytów publicznych, obszerne recenzje z ważniejszych publikacji naukowych i 
krytycznoliterackich, rozprawy krytyczne itp. Między innymi Taine publikował tutaj fragmenty swojej Histoni 
literatury angielskiej, E. Vśron ogłosił długie studium Krytyka literacka w szkole, gdzie, głosząc pochwałę 
metody historycznej i fizjologicznej, poddawał surowej ocenie wszelkie odmiany krytyki uniwersyteckiej, 
„sprzecznej z aspiracjami epoki", a Rousselot prezentował dwie . teorie sztuki: Taine'a i Proudhona, przeciwne w 
założeniu, ale prowadzące do podobnego efektu — negacji indywidualności twórcy.

Sprawozdania Zoli mieszczą się w rubryce firmowanej przez Ch.' Defodona, krytyka, autora książek szkol-

nych, od 1863 r. współpracującego w sposób regularny i-stały z firmą Hachette'a. Na podstawie zachowanej 
korespondencji można przypisać Zoli sprawozdania z następujących odczytów: Bataiłle'a o Chopinie* (24 marca 
1864), Deschanela o Gil Blasie (31 marca 1864), Bayeux o Miłości Micheleta (7 kwietnia 1864), Monina o 
Molierze-filozofie i Deschanela o Charakterach La Bruyere^a (21 kwietnia 1864), o Saint-Simonie (28 kwietnia 
'1864 i 5 maja 1864) oraz o powieściach Wóltera (18 maja 1864). Co do pozostałych sprawozdani figurujących 
w

1

 tej rubryce wiosną 1864 r. brak dowor dów, które z całą pewnością pozwoliłyby przypisać ich autorstwo" 

Zoli. A w programie były jeszcze takie pozycje jak wykład Deschanela O „Fizjologii małżeństwa" Balzaka, 
odczyt Fabvre'a Rzeczywistość w sztuce, oceiia Salonu 1864 r. przez Castagnary*ego, oficjalnego krytyka 
szkoły realistycznej w malarstwie i-entuzjasty Courbeta, którego określa mianem „natu- ralisty".

Wszystko, co słysizał w Sali przy -ulicy de la Paix, utwierdzało Zolę w przekonaniu, że dominującym 

zjawiskiem epoki jest rozwój nauki oraz demokratyzacja stosunków społecznych, i że, co za tym idzie, tendencją 
współczesnej sztuki, jeżeli chce być zgodna z epoką, musi być ścisły związek z nauką, wyrażający się w 
historyzmie i fizjologizmie, w dążeniu do prawdy, do odtwarzania rzeczywistości, do udziału w „badaniach nad 
człowiekiem", oraz dążność do zdemokratyzowania tematyki i bohatera utworów. Te same tendencje odkrywał 
też we współczesnym malarstwie awangardowym, gdy poprzedniego roku zwiedzał w towarzystwie Cezairme'a 
Salon Odrzuconych, w powieściach „nowej szkoły" powołującej się na ojcostwo Balzaka

background image

i Stendhala *, a przede wszystkim w dziełach Taane'a, w całej młodej krytyce, fizjologicznej i historycznej, a 
nawet w artykułach Sainte-Beuve'a, tego — jak go nazywają bracia de Goncourt — „literackiego hydrometru, 
pokazującego idee w literaturze, tak jak zakonnik pokazuje pogodę na barometrze" 

10

; po swoim artykule z 5 

maja 1857 r. o Pani Bovary Flauberta, zakończonym słynnym: „Anatomowie i fizjolodzy, spotykam was 
wszędzie!", Saiinte-Beuve przechodzi powoli pod sztandary „nowej szkoły", za wartościowe uznając „tylko 
dzieła zrodzone z prawdy, z badania natury" 

u

, a w 1864 r. składa publicznie „ateistyczne wyznanie wiary [...], 

gdyż jego umysł, podobny chorągiewce na dachu, [...] przystał dziś całkowicie do nauki".

12

Tę dążność do unaukowienia literatury Zola akceptuje bez oporów, zwłaszcza spotkany już u Micheleta 

fizjo- logizm, który nie neguje osobowości artysty, zastępując tylko pojęcie „duszy" pojęciem „temperamentu" i 
traktując dzieło sztuki jako przejaw tego temperamentu. Nie oponuje też przeciwko tendencjom demokratycz-
nym, zgodny i w tym względzie ze swoim pierwszym mistrzem, który zarzucał współczesnym sobie powieścio- 
pkarzom, że wybierają swoich bohaterów spośród warstw uprzywilejowanych, „wskutek słabości, jaką czują, 
wbrew swoim demokratycznym tyradom, do świata comme il faut, .do gatunku szlachcica".

18

 Nie broni się już 

także przed postulatem odtwarzania

rzeczywistości, choćby nawet szpetnej i banalnej, co — jak dowiódł Flaubert — nie musi równać się ani prze-
kreśleniu osobowości, ani rezygnacji z artyzmu i poezji.

Protestuje za to natychmiast, gdy tylko wydaje mu się zagrożony pierwszy artykuł jego wiary estetycznej — 

oryginalność, osobowość twórcy. Dlatego właśnie oponuje przeciwko tendencjom, które zmierzają do oddania 
sztuki w służbę jakichkolwiek, najszlachetniejszych nawet, ideałów społecznych czy politycznych, i ograniczają 
tym samym swobodę, a więc osobowość artysty. Występuje gwałtownie w jej obronie w sprawozdaniu z odczytu 
Bayeux o Miłości, robiąc to z tym większą pasją, że zaatakowanymi pisarzami byli Miche- let i Mus set:

Niedawno przy ulicy de la Paix poddano analizie społeczną stronę geniuszu; negowano go, jeżeli nie chciał 

być poU- tyczny lub humanitarny; A. de Musset, sądzony jako obywatel wielkiego narodu przyszłości, został 
bezlitośnie wykreślony ze złotej księgi naszych postów. Tym sposobem trzeba nam przyrównać to idealne 
społeczeństwo jutra do jakiejś ogromnej machiny, w której każdy człowiek będzie tylko kółkiem obracającym 
się w raz nadanym sobie kierunku, gdzie geniusz będzie musiał słuchać narzuconych sobie prawideł [...] pod 
groźbą unicestwienia! U licha! zostawcie człowiekowi jego osobowość, dobrą czy złą, zostawcie mu nawet jego 
egoizm, jeżeli nie chcecie za jednym zamachem przekreślić wspaniałych dzieł i pięknych czynów, które 
uświetniły przeszłość!*

Wstępną próbę uporządkowania własnych pcglądów na stosunek sztuki do rzeczywistości stanowi „teoria 

ekranów", pierwszy realistyczny manifest Zoli zawarty w liście do Valabrdgue'a z sierpnia 1864 r.:
Wszelkie dzieło sztuki jest jak okno otwarte na naturę, we framudze okna znajduje się coś w rodzaju przezroczy-

background image

stego ekranu, przez który widzimy przedmioty bardziej lub mniej zdeformowane, bardziej lub mniej zmienione 
w swoich liniach i barwie. Te deformacje zależne są od rodzaju ekranu [..."] Naturę oglądamy w dziele sztuki za-
wsze poprzez człowieka, temperament, osobowość [...] Do- . kłądny obraz rzeczywistości nie jest w dziele sztuki 
możliwy [...] Obrazy muszą z konieczności przechodzić przez ekran, a ten musi je z konieczności modyfikować, 
jakkolwiek byłby czysty i przezroczysty.

Pierwszym, niezmiennym imperatywem estetycznym pozostaje więc dla Zoli nadal osobowość twórcy, 

wszystko inne jest środkiem, nie celem:

Zawsze wolno będzie genialnemu artyście 

:

 pokazywać nam naturę na zielono, niebiesko, żółto czy w 

jakimkolwiek Innym, dowolnym kolorze; wolno mu będzie oddawać koła za pomocą kwadratów, linie proste za 
pomocą łamanych [...], wystarczy, żeby dzieła miały harmonię i wspaniałość piękna.

Należy akceptować wszystkie „wielkie ekrany", wszystkie dzieła prawdziwych twórców, noszące silne 

piętno ich osobowości, i to niezależnie od upodobań naszego własnego temperamentu, który mam osobiście każe 
przedkładać jeden rodzaj ekranu niad drugi. , W dalszym ciągu Zola charakteryzuje trzy ekrany:: klasyczny, 
romantyczny i realistyczny, oraz rodzaj deformacji, jakiej w każdym z nich ulega obraz rzeczywistości. I tutaj 
dochodzi do głosu jego własna koncepcja realizmu, odmienna od obiegowej:

Ekran realistyczny — pisze — chce przeczyć swojemu własnemu istnieniu. To zbyt wielka pycha. 

Cokolwiek by - mówiono, istnieje i tym samym nie może chełpić się, że oddaje nam naturę w całej wspaniałości 
i pięknie prawdy [...) Ekran realistyczny, ostatni z ekranów sztuki współczesnej, jest jednolitą, bardzo 
przejrzystą, ale nie absolutnie przeźroczystą szybą, dającą obrazy tak wierne, jak tylko jest to dla ekranu 
możliwe [...] Wszystkie moje.sympatie są po stronie ekranu realistycznego; zadowala on mój
40
rozum, wyczuwam w nim ogromne piękno siły i prawdy. Ale powtarzam, nie mogę akceptować go takim, za jaki 
chce uchodzić; nie mogę zgodzić się, że daje nam obrazy absolutnie prawdziwe; twierdzę, że musi mieć 
indywidualne właściwości, które deformują obrazy i, co za tym idzie, robią z nich dzieła sztuki.

Jest to jednak ekran . najbliższy rzeczywistości, który „zadowala się takim tylko kłamstwem, jakie ko-

nieczne jest, [aby można] w obrazie natury dostrzec człowieka".

W tym samym czasie, kiedy opowiada Się za „e kranem realistycznym", Zola podejmuje inną jeszcze, 

ważką decyzję: zrywa z poezją. Uświadamia sobie wreszcie, że jako poeta nigdy nie stałby się „wielkim 
ekranem", ale na zawsze pozostałby „małym, matowym ekranikiem", uczniem naśladującym mistrzów. 
Utwierdza w nim to przekonanie sąd Hachet- te'a, który po przeczytaniu przedstawionych sobie do oceny 
poematów oraz opowiadań prozą radzi Zoli, aby kontynuował swoje wysiłki raczej w dziedzinie" prozy. Zachęca 
do tego zresztą ogólna atmosfera. Od niejakiego już czasu pulbliczność coraz obojętniej odnosi się do poezji, 
znużona zalewem słabych naśladowńictw szkoły romantycznej, a krytycy jednogłośnie witają w prozie, ściślej 
mówiąc w powieści, formę literacką najodpowiedniejszą dla epoki, która „należy do nauki". Uważana do 
niedawna jeszcze za gatunek podrzędny, za rozrywkę, powieść awansuje w zawrotnym tempie. Już w 1858 r., w 
pierwszym tomie swojego Rocznika literackiego, Vapereau, uroniwszy kilka łez

1

 nad grobem poezji, oświadcza:

. Istnieje gatunek, który sam w sobie zajmuje więcej miejsca w zainteresowaniach pisarzy i przyzwyczajeniach 
całego społeczeństwa niż poezja i teatr razem wzięte: to powieść [...] Przybiera ona wszelkie formy [...], ma 
wszelkie tony | barwy;
41

background image

należą do niej wszelkie przedmioty myśli; wszystkie bierny wchodzą w jej domenę.

14

A Vaperea.u jest tylko wyrazicielem powszechnie panującego przekonania. Nie dziw więc, że Zola-, który 

jeszcze w 1860 r., w samotni swojego poddasza, wołał: „Nie masz zbawienia poza poezją!" *, cztery lata później 
oświadcza: „Nie masz zbawienia poza prozą!" i radzi Valabregue'owi, aby, przyjeżdżając do Paryża, miał „w 
lewej ręce poemat, w prawej powieść; poemat, wszędzie odrzucany, schowasz jak relikwię w głębi swojej 
sekretery; powieść zostanie przyjęta".** Pisze to,
nauczany własnym doświadczeniem: przez ostatnie dwa lata daremnie usiłował opublikować gdziekolwiek swo-
je utwory poetyckie; udało mu się natomiast zamieścić w prowincjonalnej „La Revue du Mois" i w trzech 
pismach stołecznych parę opowiadań prozą, a w „Le Journal Populaire de Lille" i w „L'Echo du Nord" kilka 
artykułów krytycznych, w których po raz pierwszy dawał publicznie wyraz swoim nowym przekonaniom 
estetycznym, głosząc między innymi ścisły związek między nauką a sztuką.

Jesienią 1864 r. zatem, gdy ukazuje się jego debiut książkowy), Powiastki dla Ninon, stanowisko Zoli jest 

już mniej więcej sprecyzowane, przynajmniej jeżeli chodzi o zasadnicze wytyczne: „ekran realistyczny" i proza.

Moim marzeniem — zwierzał się Zola przyjacielowi we wrześniu 1860 r. — jest opublikować przed 

upływem dwóch lat dwa tomy: tom prozy i tom wierszy.*

Minęły cztery lata. Tom wierszy, schowany „jak relikwia w głębi sekretery", nigdy nie ujrzał druku. Tom 

prozy był za to gotowy i wiosną 1864 r. Zola zaczął szukać wydawcy. Przydały się stosunki nawiązane u 
Hachette'a: Deschanel polecił początkującego autora Hetzelowi i już 6 lipca Zola pisze z triumfem do Vala- 
bregue'a:

Odniosłem pierwsze zwycięstwo. Hetzel przyjął mój tom opowiadań [...] Walka była nad podziw krótka [...] 

Jestem na progu, przede mną rozległa równina, na której łatwo mogę jeszcze skręcić kark. Ale to nieważne; 
skoro chodzi już o to tylko, aby iść naprzód, będę szedł.

background image

Na ten debiut wydawniczy złożyło się osiem opowiadań powstałych w ciągu czterech lat. Jeżeli przyjąć 
chronologię ustaloną przez Alexdsa na podstawie zwierzeń samego Zoli, najstarsze, Wróżka zakochanych, 
drukowane w grudniu 1859 r. w „La Provence", napisane zostało jeszcze w liceum Saint-Louis; następne, 
Karnecik balowy -r- latem 1860 r.; trzy dalsze: Krewf Simplice, Złodzieje i osioł — w 1862 r., a Siostrzyczką 
biednych i Ta, co mnie kocha — 1863. Brak jakichkolwiek wskazówek, które pozwoliłyby ustalić datę po-
wstania ostatniego i najdłuższego ze wszystkich, Przygód wielkiego Sydoniusza i małego Mederyka.*
Ta opowieść o wędrówce dwóch przyjaciół, olbrzyma i karła, naokoło ziemi w poszukiwaniu „królestwa 
szczęśliwych", rodzaj powiastki filozoficznej wzorowanej na wolterowskim Mikromegasie, ale o widocznych 
reminisoencjach Rabelais'go i Swifta, pełna rysów satyrycznych, aluzji politycznych, refleksji społecznych i 
obyczajowych, zawiera pewne elementy przejętej od Micheleta filozofii naturalistycznej, które na stałe wejdą do 
światopoglądu Zoli: kult natury, jedność życia i śmierci, pokrewieństwo wszystkich istot podległych wspólnemu 
prawu cierpienia, koncepcja życia, wedle której mądrością jest praca, forma współdziałania człowieka z naturą, a 
szczęściem poświęcenie dla innych i miłość kojąca cierpienie.
. Oddając do rąk czytelnika ten zbiór opowiadań, często zdradzających niewprawne pióro debiutanta i aż nazbyt 
widoczne ślady lektur, Zola opatrzył niektóre powiastki wstępnymi rozdzialikami, a całość poprzedził 
przedmową datowaną 1 października 1864 r., apostrofą do Ninon; wyimaginowanej kochanki, symbolizu
jącej jego młodzieńcze iluzje i marzenia. I w tej właśnie ostatecznej postaci Powiastki są pierwszym literackim 
świadectwem walki między rodzącymi się ter.dencjami realistycznymi a skłonnością do idealizacji, chęcią 
ucieczki w marzenie, które upiększa rzeczywistość, „ukazuje w każdej kałuży gwiazdę".

Na szczególną uwagę zasługują pod tym względem dwie powiastki: Złodzieje i osioł, współczesna ilustracja 

morału bajki La Fontaine'a pod tymże tytułem, utwór napisany w 1862 r. i opatrzony wstępnym rozdziałem w 
roku 1864, oraz Ta, co mnie kocha, nowelka z 1863 r. będącą jakby zapowiedzią „teorii e k r a n ó w". Osadzona 
w realistycznej scenerii święta ludowego na przedmieściu, gdzie w budzie jarmarcznej można za marne dwa 
soldy obejrzeć przez okrągłą szybę „zwierciadła miłości" obraz „tej, co nas kocha", powiastka stanowi 
konfrontację iluzji, którą symbolizuje oglądana w zwierciadle „nieziemska wizja spowita obłokiem muślinu", z 
rzeczywistością: „wizja", spotkana na ulicy, okazuje się „ubogą dziewczyną z krwi i kości, odzianą W spłowiały 
kretem", która „robi, co może, aby jeść" i za jedne trzy franki przedzierzga się co wieczór w „tę, co nas kocha", 
spragnionym dostarczając iluzji.

Wstępna część powiastki Złodzieje i osioł stawia już wprost pytanie: prawda czy kłamstwo? rzeczywistość 

czy jej idealizacja? Po raz pierwszy umieszcza tu Zola obok Siebie dwa nazwiska, reprezentujące dwie postawy, 
między którymi należy dokonać wyboru: Balzak i George Sand. Bohater opowiadania „żyje w samym sercu 
Dzielnicy Łacińskiej", w świecie, który „byłby rajem, gdyby nie był piekłem". „Otwórzmy książkę poety", mówi 
Zola, i nakreśliwszy murgerowskd obrazek zalanej słońcem mansardy, gdzie kwitnie idylla dwojga kochanków, 
którzy żyją „z pocałunków i uśmiechów", konkluduje:

background image

Istotnie, powiastka, której wstępna część zapowiada przygotowywaną już Spowiedź Klaudiusza, nie dema-

skuje „kłamstwa poety", ale sam fakt, że Zola odczuwa potrzebę usprawiedliwienia swojego „braku odwagi", 
świadczy o dokonanym już wyborze. Zresztą kropkę nad „i" stawia Przedmowa, pożegnanie z Ninon, prezen-
tująca Powiastki jako dług spłacony przeszłości:
Pewnego dnia musiałem porzucić was, ciebie, Ninon, i pola Prowansji [...] W moim życiu jak na jesiennym 
niebie, zachodziła gwiazda młodości, wstawała noc dojrzałego wieku, kryjąca niewiadomą przyszłość. 
Odczuwałem w sobie palącą potrzebę rzeczywistości, znużony byłem marzeniem, znużony wiosną, znużony 
tobą, moja droga duszo, która wymykałaś się moim uściskom, a na moje łzy umiałaś odpowiadać jedynie 
smutnym uśmiechem [...] Od chwili rozstania często wśród radości i smutków słyszałem twój głos, pie-
szczotliwy głos wspomnień [...] Zaspokoiłem twoje życzenie, Ninon. Daję ci moje opowiadania [...] I nie 
przychodź już więcej zasmucać mnie w dniach walki przypomnieniem naszych leniwych nocy. Jeżeli chcesz 
obietnicy, przyrzekam kochać cię jeszcze później, gdy po daremnym poszukiwaniu innych kochanek w tym 
świecie wrócę do swoich pierwszych miłości [...] Czekaj na ronie, moja droga duszo, wierna wizjo, kochanko 
dziecka i starca. **

Jak ten poeta kłamie i jak bardzo kłamstwo jego jest urzekające! [...] Czyż i ja również mam ci kłamać, o 

Ninon? [...] Gdyby zamiast ciebie w fotelu przy kominku siedział mój przyjaciel, z jaką odwagą zerwałbym złotą 
zasłonę, którą poeta narzucił na niegodne ramiona. Ale ty zamknęłabyś mi usta swoją małą rączką, krzycząc, że 
kłamię, zagniewana zbytkiem prawdy. Bo czyż mogłabyś uwierzyć w istnienie kochanków, którzy w naszym 
wieku piją z rynsztoka, gdy pragnienie chwyci ich na ulicy? [...J Nie znasz świata. A ja nie będę miał odwagi 
powiedzieć cl, że jego kwiaty są zatrute [...] Nie zatykaj uszu, najdroższa, nie będziesz miała powodu rumienić 
się. *

Starzec obietnicy dotrzymał: wrócił do „pierwszych miłości", do marzeń, w ostatnim cyklu powieściowym, 

Czterech Ewangeliach, a usprawiedliwiając ach utopij- ność pisał: „Od czterdziestu lat przeprowadzam sekcje, 
na stare lata pozwólcie mi pomarzyć nieco." *

Pracuję obecnie nad tym, aby zapewnić książce możliwie najlepszą reklamę — donosi autor Powiastek 

Valabrdgue'owi w październiku 1864 r. — Mam nadzieję osiągnąć wspaniałe rezultaty.

Nie na darmo jest się szefem działu reklamy: rezultaty przerosły wszelkie oczekiwania. Oto, co mówi jeden 

z recenzentów, Claveau:

Niewiele książek spotkało się z tyloma pochwałami, co żółty tomik pana Emila Zoli, Powiastki dla Ninon 

— pisze w „La Revue Contemporaine Mensuelle". — Krytycy zadęli w najgłośniejsze trąby i zagrali swe 
najpiękniejsze fanfary, tak że w końcu sam pan Zola, jak słyszałem, poczuł się nieco zmęczony tą muzyką [...] 
W swojej nadmiernej niewątpliwie skromności wyobraził sobie, że z niego żartowano. Nie były to bynajmniej 
żarty, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że większość krytyków nie otwarła nawet jego książki [.J Przepowiadali 
autorowi najpiękniejszą przyszłość, chwalili na wypnzódki wszelkie skarby umysłu i stylu, przyrównywali go do 
największych geniuszów przeszłych i teraźniejszych [...] Kiedy zapytałem naszych przyjaciół, co za giez ich 
ukąsił [...], odpowiedzieli mi z całą naiwnością, że żadne pochwały nie są nadmierne, gdy chodzi o pana Zolę, do 
jego funkcji bowiem należy przesyłanie krytykom książek publikowanych u Hachette'a... Tak oto sprawdziły się 
słowa proroka: „Gdy zapalasz dla imiych słońce sławy, jakiś jego promień padnie i na ciebie!" Sympatyczni 
zaiste d nasi przyjaciele.

15

Chwalono powszechnie „wdzięk i lekkość fantazji", „elegancję i żywość stylu", „delikatność, a nawet afek- 

tację i zbytnią wykwintność", jeżeli zaś zwracano uwa

background image

gę na pewne „realistyczne rysy", to o nich właśnie wyrażano się z najbardziej umiarkowanym entuzjazmem.- 
Przyrównywano też autora do wszelkich możliwych, mistrzów: Woltera, Mśrimśego, Musseta, Nodiera, Mur- 
gera, Hoffmanna, Heinego, Swifta, Rabelads'go i paru innych jeszcze, odmawiając mu w ten sposób innej 
oryginalności „poza oryginalnością łatwego odtwarzania rozmaitych manier w sposób naturalny i bez chęci 
naśladownictwa".

Nie tak może „nadmiernie skromny", Zola był jednak „dostatecznie rozsądny, aby nie stracić głowy i z re-

zerwą przyjmować tę drobną uroczystość, zaimprowizowaną na jego cześć".

16

 Zdawał sobie sprawę z tego, że 

Powiastkom daleko do rangi arcydzieła. Zresztą reprezentują one dla niego nie przyszłość, ale ukończenie 
obrachunków z przeszłością. I choć charakter pochwał budzi w nim pewne zastrzeżenia, z sukcesu jest przecież 
zadowolony:

Ukazało się już około stu artykułów [...] W sumie prasa była życzliwa; koncert pochwał z wyjątkiem paru 

tylko nieprzyjemnych tonów — pisze 0 lutego do Valabregue'a — I zauważ, że tymi, którzy mnie lekko zranili, 
byli ci właśnie, którzy wyobrażali sobie, że najprzyjemniej ml pochlebią: nie przeczytali nawet moich 
opowiadań i wyrażali się o nich w sposób, tyleż uprzejmy co fałszywy, taft że czytelnicy musieli uzhać mnie za 
Istotę najbardziej mdłą i ckliwą pod słońcem [...] Wolałbym już nawet, żeby mnie solidnie zjechano.

Sukces był jednak sukcesem i jego owoce nie dały na siebie czekać.

W [początkach 1865 r. przyszłość rysuje się przed Zolą w różowych barwach: zarobki rosną, pracy nie brak — 
sukces Powiastek otworzył mu szerzej dostęp do
prasy — zaczyna „stopniowo wydobywać się z tłu- mu .

Pomyślnie też układają się sprawy sercowe:
Powiedz Gabrieli..., przepraszam pani Zola (niech mi wybaczy tę poufałość w imię sympatii, jaką mam dla 

niej za to, że daje Ci szczęście [...], a więc powiedz jej, z jaką przyjemnością obejrzałem jej fotografię 
zaprezentowaną dwustu tysiącom czytelników

17

— pisze 15 marca dawny kolega Zoli z liceum Saint- -Louis, Pajot, robiąc aluzję do artykułu Portret gryzet- ki, 
opublikowanego 13 marca w „Le Petit Journal":

Gabriela ma dwadzieścia lat. Pewnego dnia została sama w życiu. Była dzieckiem wielkiego miasta, które 

ofiarowuje swoim córkom naparstek do szycia lub klejnoty. Wybrała naparstek i zrobiła się gryzetką [...] Przed 
dwoma miesiącami jej serce przemówiło [...], nie jest już sama na świecie; spotkała poczciwego chłopca, a że i 
ona jest poczciwą dziewczyną, pozwoliła się pokochać i sama pokochała [...] Któż ośmieliłby się zgromić to 
dziecko? Daje więcej, niż otrzymuje. Życie jej odznacza się czystością prawdziwego uczucia i moralnością 
nieustannej pracy.*

Do portretu pozowała Gabriela-Aleksamdryna Meley, która w kilka lat później, 31 maja 1S70 r., miała stać 

się panią Zola już nie tylko dla przyjaciół, ale i oficjalnie.

Na nowo zaczyna dźwięczeć w listach Zoli nuta optymizmu, wiary we własne siły i zapału:
Nie masz pojęcia, jak jestem zapracowany — pisze 6 lutego do Valabregue'a. [...] Dziesięć godzin dziennie 

w wydawnictwie, następnie co tydzień stu-, stupięćdziesięciowier- szowy artykuł w „Le Petit Journal", a co dwa 
tygodnie pięćset-, sześćsetwierszowy artykuł w „Le Salut Public de Lyon", wreszcie powieść, nad którą 
powinienem pracować,

background image

a która dotąd spoczywała w głębi szuflady [...] Płacą mi dwadzieścia franków za artykuł w „Le Petit Journal", a 
pięćdziesiąt — sześćdziesiąt franków w „Le Salut Public", tak że wyrabiam piórem około dwustu franków 
miesięcznie. Te sprawy pieniężne były oczywiście pewnym bodźcem; zarazem jednak uważam dziennikarstwo 
za tak potężną dźwignię, że wcale nie jestem niezadowolony, mogąc w określonym dniu występować przed 
znaczną liczbą czytelników [...] „Le Salut public" jest jednym z najlepszych pism prowincjonalnych; dają mi 
dużo swobody i wiele miejsca; poruszam w nim poważne problemy literackie [...] Pilno mi opublikować 
następną książkę. Mam wszelkie podstawy, aby przypuszczać że zadecyduje ona o mojej reputacji.

Tą książką, której poświęca każdą wolną od zajęć zarobkowych chwilę, jest pierwsza powieść Zoli, Spo-

wiedź Klaudiusza. Jej geneza sięga daleko w przeszłość. Pierwotny pomysł jednak, zrodzony pod bezpośrednim 
wrażeniem Miłości Micheleta, różni się zasadniczo od końcowej postaci, na (którą złożyły się kilkuletnie do-
świadczenia i refleksje. 30 grudnia 1859 r. Zola zwierzał się Cśzanne'owi z chęci napisania powieści, która — 
jako pendant do książki Micheleta- opowiadającej „jedynie o małżonkach, a nie o kochankach" — opisywałaby 
„miłość rodzącą się" i doprowadzała ją do momentu małżeństwa:

Trzysta stron prawie bez intrygi, coś w rodzaju poematu, w którym wszystko muszę sam wymyślić [...] 

Kochałem dotąd jedynie w marzeniach, a kochany nie byłem nigdy, nawet w marzeniach. Ale to nieważne. 
Ponieważ czuję się zdolny do wielkiej miłości, stworzę sobie jakiś piękny ideał i być może urzeczywistnię swój 
projekt.

W kilkanaście miesięcy później projekt powraca w zmienionej już postaci: Zola przeżył pierwszą bolesną 

konfrontację marzenia z rzeczywistością, przeszedł, jak pisze, „twardą szkołę realnej miłości" i zdobyte w mej 
„nowe poglądy na miłość" mają posłużyć mu do
4*

background image

utworu, który zamierza napisać, a który, „epizod po epizodzie, rozdział po rozdziale, ułożony jest już w [jego] 
głowie". *

List, w którym opowiada Baille'owi o tym pierwszym „rozczarowamiiu miłosnym", stanowi jakby szkic 

projektowanej powieści. Obiektywizuje w nim niejako własne przeżycia, uogólnia je, przedstawia jako przy-
padek typowy: tak dzieje się zawsze, ilekroć młody człowiek, który — jak on sam — chciałby zrealizować 
Micheletowski program prawdziwej miłości, spotka na swojej drodze jedną z owych „nieszczęśnic" i uwie-
rzywszy w romantyczny mit kurtyzany oczyszczonej przez miłość, zapragnie wypełnić „świętą misję odku-
pienia":

Spotkał ją na jakimś balu publicznym, pijaną, należącą do wszystkich. Kilka słów wymówionych bez 

związku wzruszyło go; bierze ją do siebie i natychmiast zaczyna kurację. Otacza ją czułością, tłumaczy łagodnie, 
jak bardzo życie, które prowadzi, jest haniebne, po czym, przechodząc od teorii do praktyki, chce, aby zmieniła 
wyzywające stroje na ubranie prostsze i przyzwoitsze, a zwłaszcza aby go pokochała, przywiązała się do niego i 
zapomniała powoli o swoich przyzwyczajeniach [...] Ale jakkolwiek silne byłoby jego uczucie, jakkolwiek 
umiejętnie by postępował, mogę Ci przysiąc

że zdoła wzbudzić jedynie nienawiść do siebie! Nazywać się go 

będzie tyranem, ranić na tysięczne sposoby, opowiadając o poprzednich kochankach, piękniejszych i 
hojniejszych od niego |H Tak że w końcu, zniechęcony [...], pozwoli swemu uczuciu ostygnąć i będzie żądał od 
tej kobiety już tylko pięknego ciała i pięknych oczu. W ten sposób kończą się nasze marzenia o nawróceniu 
upadłych dziewcząt. Te zawiedzione miłości mają dla nas jeden tylko szczęśliwy skutek: nabieramy głębokiej 
odrazy do rozpusty. **

Cztery lata później, biorąc na warsztat swoją pierw

szą realistyczną w zamierzeniu powieść, Zola sięga do jedynego magazynu dokumentów, jaki ma wówczas do 
dyspozycji, osobistych przeżyć i refleksji, które przenosi do niej w sposób niemal dosłowny:

Dostałem w tych dniach Twoją książkę — pisze do niego 19 listopada 1865 r. towarzysz jego cygańskich 

lat, Pa jot. — [...] Pochłaniałem te strony, które opowiadały mi [...] o tych wydarzeniach quae ipse miserrima 
vidi et ąuorum pars magna fui [...] Nie czytałem Twojej książki, [...] ale przez parę godzin przeżywałem ją. 
Stałem znowu przed wielkim murem na ulicy Soufflot, miałem przy sobie Bertę i jej złachmanioną suknię [...] 
Odnajdywałem na nowo Twoje cierpienia i Twoją biedę [...] Miałem Ci niemal za złe, widząc, że je tak 
opisujesz [...} Wstydziłem się tej nędzy, tak bliskiej hańby.

18

Ten autobiograficzny charakter powieści, który Zola przy wielu okazjach podkreśla, kładąc zarazem nacisk 

na typowość przypadku („na dziesięciu młodych ludzi — mówi Klaudiusz — ośmiu ma takie samo życie jak ja, 
taką samą młodość"), ma być gwarancją zarówno „realizmu", jak i moralnych tendencji utworu. Zola 
urzeczywistnia zamiar, który wyraził we wstępnej części powiastki Złodzieje i osioł: adresując swoją powieść 
już nie do Ninon, którą „zagniewałby zbytek prawdy", ale do przyjaciół, Cśzanne'a i Baille'a — im bowiem de-
dykowana jest Spowiedź — demaskuje „urzekające kłamstwo poety", zrywa odważnie „złotą zasłonę, którą 
narzucił on na niegodne ramiona". Utwór staje się swojego rodzaju „Antycyganerią", protestem przeciwko 
kłamstwom literatury, które przeobrażając szpetną rzeczywistość w piękną iluzję, gotują nieuchronną klęskę 
każdemu, kto w nie uwierzy.

Klaudiusz ma dwadzieścia lat, jest poetą i żyje ze swej pracy; wrodzona duma ustrzegła jego młodość od 

wszelkiego brudu. Ale pewnego wieczora nie wiem jaki przypadek rzur

background image

Autorem przytoczonego streszczenia jest ni mniej ni więcej tylko sam prokurator generalny; sporządził je na 
żądanie ministra sprawiedliwości, któremu prefekt policji zasygnalizował książkę jako sprzeczną z moralnością 
publiczną. Niewiele brakowało, aby Zola doczekał się reklamy najlepszej z możliwych: procesu o obrazę 
moralności, jak .przed ośmiu laty Flaubert. Niestety! wszystko rozbiło się o zdrowy rozsądek pana prokuratora, 
który miał wprawdzie zastrzeżenia co do „brutalności i cynizmu szczegółów" oraz „zbytniego upodobania, z 
jakim autor analizuje haniebne namiętności", ale przyznawał zarazem, że „założenie książki nie jest niemoralne", 
że „celem autora było zohydzić młodzieży te haniebne związki, w jakie daje się wciągać, wierząc poetom 
idealizującym miłostki Cyganerii". I chociaż uważał, podobnie jaik przed paru zaledwie laty sam Zola, „że nie 
uzdrawia się serca młodych ludzi kalając ich wyobraźnię", to jednaik w zakończeniu
ca go w objęcia Laurence, dziewczyny ulicznej, zniszczonej rozpustą i przedwcześnie postarzałej. Nazajutrz 
wstyd mu tego chwilowego wybryku; chce ją odprawić, ale Laurence jest bez środków do życia i bez dachu nad 
głową; litość bierze górę nad wstrętem; powodowany ludzkim współczuciem postanawia ją zatrzymać. Pragnie 
przynajmniej wyrwać tę dziewczynę hańbie; chce nauczyć ją wstydliwości, pracy. Daremne wysiłki. Jej serce i 
umysł są martwe, i wskutek osobliwego zjawiska moralnego to ona właśnie wciąga stopniowo kochanka na 
drogę upadku, z której nie potrafił jej podżwignąć. Klaudiusz spostrzega niebawem, że kocha Laurence, że 
kocha ją taką, jaka jest. Przyjaciele odsuwają się od niego; nędza go przygniata; ciało jego opada z sił, dusza 
słabnie. Jaki gwałtowny wstrząs zdoła wyrwać go z tej hańby? Widzi, jak Laurence na jego oczach prawie 
prostytuuje się z jednym z jego przyjaciół. Duma Klaudiusza budzi się wreszcie i buntuje. Ucieka z Paryża, 
jedzie w strony rodzinne [...], aby uzdrowić swoje zranione serce

)

 z którego wy- tryśnie na nowo źródło miłości i 

czystości.

19

opinii zawyrokował: „Nie uważam, Panie Ministrze Sprawiedliwości, aby utwór zatytułowany Spowiedź 
Klaudiusza należało ścigać jako sprzeczny z moralnością publiczną." 

20

Surowszy od prokuratorskiego był wyrok krytyki.
Moja książka — pisze Zola 8 stycznia 1866 r. do Valabre- gue'a — została przyjęta równie źle, jak dobrze 

były przyjęte Powiastki. Dostało mi się cięgów i pouczeń ze wszystkich stron i zgubiony jestem w opinii 
przyzwoitych ludzi [...] Za to jestem dziś znany, boją się mnie i znieważają; zaliczony zostałem do pisarzy, 
których dzieła fjuż wtedy! — H. S.] czyta się ze zgrozą.

„Najohydniejsze d najbardziej odrażające szczegóły, jakie wyszły kiedykolwiek spod pióra realisty" — to 

Barbey d'Aiurevilly, który w „Le Nain Jaune" z 30 grudnia 1865 r. pieni się, odmawia Zoli wszelkiego talentu, 
biorąc pomstę za jego recenzję z Żonatego księdza opublikowaną parę miesięcy przedtem w „Le Salut Public". 
„Pan Zola [...] próbuje dziś sił w najohyd- niejszym realizmie. Z rozkoszą grzebie się w brudzie i hańbie" — to 
Vapereau w swoim Roczniku literackim 1865. Lefevre zaś w życzliwej Zoli „LTllustration" ubolewa 27 stycznia 
1866 r. nad zgubnym użytkiem, jaki autor robi ze swego bezspornego talentu i poucza go, że „sztuka polega nie 
na fotografowaniu szpetoty, ale na wybieraniu piękna, nie na odtwarzaniu samej tylko rzeczywistości, ale na 
stapianiu w harmonijną całość tego, co malarz widzi, z tym, co pragnąłby widzieć". A w poważnej „La Revue 
Contemporaine" z listopada- -grudnia 1865 r. Claveau, po melancholijnym westchnieniu: , .Realizm gubi nas i 
wszystkich nas bez wyjątku zaraża", przyznaje wprawdzie, że „w nowej książce pana Zold jest dziesięć razy 
więcej talentu niż w poprzedniej", ale radzi mu, aby zużytkował ten ta

background image

lent na malowanie piękna, a- nie na lubowanie się w „chorobliwej szpetocie, która zresztą wyszła już z mody".

Słowem, w sporze między Zolą a krytyką chodzi o to właśnie, co stanowi istotny problem samej książki: o 

stosunek sztuki do rzeczywistości, „o zasadniczy spór [

v

.] między krzepiącą brutalnością. prawdy a ckliwymi 

frazesami kłamstwa". 8 Spowiedź Klaudiusza nie jest bowiem niczym innym; jak opowieścią autora, będącego 
bohaterem i narratorem zarazem, o watce między „marzeniem", które symbolizuje Klaudiusz, a „rze-
czywistością", której symbolem jest Ląurence; jest wykładem racji, moralnych i estetycznych, które skłoniły go 
do wyboru „ekranu realistycznego". ;

Skoro wszelka próba uzdrowienia rzeczywistości przez marzenie skazana jest na klęskę, skoro aby uleczyć 

chorobę, trzeba ją poznać, przeto jeżeli uznaje się moralne -posłannictwo sztuiki, należy wybrać „krzepiącą 
brutalność prawdy":

Ja, który nie znam życia, jak mam uczyć wiedzy o nim? [.,] Gdy staję w obliczu rzeczywistości, widzę, jak 

bardzo jestem bezsilny w walce, którą mi narzuca [...] Rusztowanie moicb marzeń, pozbawione podstawy, wali 
się w gruzy [...] Jestem już tylko bezużytecznym marzycielem, którego siła rozpada się, gdy dotknie ziemi [...] 
Gdybym zdobył znajomość rzeczywistości, tę wielką sztukę, [...] gdybym umiał rozróżnić chimerę od tego, co 
możliwe, przemówiłbym, a Laurence usłyr szałaby mnie. Wiedziałbym, co w niej naprawić i co stawiać jej za 
przykład. Ta subtelna wiedza pozwoliłaby mi odkryć przyczyny jej upadku i znaleźć lekarstwo na ranę jej serca. 
Ale moja ignorancja wznosi między nami mur. Ja jestem . marzeniem, ona jest rzeczywistością {...] Dosyć 
kłamstwl Brutalna prawda mą. dziwną słodycz dla tych, których dręczy problem życia. **

Ale zagadnienie prawdy to także problem estetyczny. Sztuka oderwana od rzeczywistości nie może być 

sztuką żywą, a tym samym sztuką.wielką:

Bracia, obawiam się, że nasze, marzenia nie tylko są kłamstwem?, wydają rti się one małe i dziecinne w 

obliczu rzeczywistości, którą niewyraźnie sobie uświadamiam. Są . dni, kiedy [.«] odgaduję w oddali śmiałe 
kontury tego, co istnieje.. I pojmuję, ,że tam właśnie jest życie, działanie, prawda, gdy w świecie, który sobie 
tworzę, porusza się tłum obcy człowiekowi; puste cienie, których oczy nie widzą mnie, których usta nie potrafią 
do mnie przemówić. Dziecko może czuć się dobrze w towarzystwie-tych zimnych i nier mych przyjaciół; bojąc 
się życia, ucieka do'tergo, co nie żyje.
' Aleśmy,

-

 mężczyźni, -nie możemy zadowalać się tą wieczną nicością. Ńaśzę ramiona stworzone są'do tego aby 

obejmować. *
Spowiedź Klaudiusza jednak, mimo ambicji autora, nie jest powieścią realistyczną. Jest raczej zbeletryzo-

wanym wykładem jego świeża ugruntowanej realistycznej wiary. Zola nie opanował jeszcze, bo i kiedy, techniki 
powieści; zmaga się z poważnymi trudnościami przy próbie przekształcania dokumentu w fikcję; nie potrafi 
zobiektywizować narracji, wyrażać idei inaczej jak w rozwlekłym mcnologu. Postaci, zbyt silnie i przejrzyście 
obarczone funkcją symboli, nie mają samodzielnego istnienia, zwłaszcza bohater tytułowy, skrzyżowanie 
symbolu z autoportretem. Resztkę złudzenia odbiera ton kaznodziejskiej retoryki, wynikający z pretensji 
dydaktycznych, ów — jak złośliwie określa go w swojej recenzji Yapsreau — „ton mistycznego namaszczenia, 
religijnej skruchy", który osobliwie kontrastuje z programową brutalnością scen czy opisów, a za który w 
pewnej mierze odpowiedzialność ponosi autor Miłości.

background image

Nie mogę zgodzić się ze zbyt pochlebną opinią, jaką masz
0

mojej książce. Jest ona miejscami bardzo słaba i pełna naiwności. Chwilami brak rozmachu; obserwator 

zanika, a pojawia się na powrót poeta, poeta, który opił się mlekiem
1

objadł cukrem. Utwór nie jest męski, jest płaczem zbuntowanego dziecka.

Zola jest już dojrzałym krytykiem, o czym świadczą jego artykuły w „Le Salut Public de Lyon", ale stawia 

dopiero pierwsze kroki jako powieściopisarz, a jak sam pouczał Valabregue'a, „kilka miesięcy praktyki tyleż 
znaczy, co całe lata teorii". *
W 1866 r. Zola poczuł się dostatecznie silny, aby zrezygnować z pracy w wydawnictwie i poświęcić się 
całkowicie literaturze. Jest już autorem dwóch książek, które finansowo niewiele wprawdzie sobą reprezento-
wały, za to wyrobiły mu nazwisko i wprowadziły na rynek dziennikarski. Ma za sobą rok dorywczej współpracy 
z paroma gazetami stołecznymi, gdzie dał się poznać jako zdolny kronikarz życia paryskiego, o bardzo 
osobistym stylu, nieco lirycznym i sentymentalnym, ale nie pozbawionym werwy i humoru, oraz z „Le Salut 
Puiblic de Lyon", gdzie opublikował kilkanaście poważnych artykułów, które zdobyły mu opinię awangardo-
wego krytyka, śmiałego obrońcy nowej literatury:

Sam Zola zresztą surowo ocenia tę pierwszą próbę, gdy w trzy miesiące po jej ukończeniu, 8 stycznia 1866 

r., pisze do Valabregue'a:

Pan jeden zrozumiał, co chcieliśmy powiedzieć [...] — piszą do niego bracia de Goncourt wzruszeni 

entuzjastyczną po
chwałą Herminii Lacerteux. — Ośmiela się Pan kłaść podwaliny krytyki, która nie będzie już sprowadzała 
wszystkich ludzi do jednego miernika, dopuszcza Pan w dziele sztuki temperament i oryginalność [...] Jesteśmy 
Pańskimi przyjaciółmi. 

21

Zanim zdecydował się na porzucenie wydawnictwa,- o czym marzył już co najmniej od roku, Zola zapewnił 

sobie regularną współpracę z założoną niedawno przez Villemessanta gazetą „L'Evśnement", w której powie-
rzono mu kronikę bibliograficzną. W rubryce zatytułowanej Książki dnia dzisiejszego i jutrzejszego ma 
omawiać pokrótce wszelkie nowości wydawnicze. 31 stycznia 1866 r. Villemessant prezentuje czytelnikom 
nowego redaktora:

Jeżeli mój nowy tenor spodoba się, tym lepiej. Jeżeli nie, nic prostszego. Sam zobowiązał się- w takim 

wypadku odstąpić od umowy i wykreślę go po prostu z mojego repertuaru. Rzekłem.

1 lutego Zola opuszcza biura Hachette'a. Tego samego dnia ukazuje się w „L'Evśnement" pierwsza z jego 

stu przeszło kronik bibliograficznych; 7 marca zaś pierwsza z trzydziestu ośmiu Korespondencji literackich w 
„Le Salut Public de Lyon"; redaktor naczelny tej gazety, Max Grassis, również woli cotygodniowe artykuły w 
rodzaju tych, które robi Zola dla „L'Evć- nement" od „zbyt obszernych artykułów przesyłanych [...] dotychczas". 

22

 Prawie do końca 1866 r. Zola będzie w obu pismach oceniał na gorąco, w kilkunastu- wierszowych, często 

banalnych sprawozdaniach, podobnych do „reklamówek" sporządzanych u Hachette'a, całą bieżącą produkcję 
literacką i nie tylko literacką. „Nie masz pojęcia — pisze 26 lipca do jednego z przyjaciół — jak nużący jest 
chwilami zawód, który wykonuję. Prawie codziennie jeden artykuł do napisania.

background image

Muszę czytać lu;b przynajmniej przerzucać dzieła wszystkich współczesnych głupców." *

Nawet jednak w tych krótkich notatkach raczej niż reoemzj&ch nie pomija żadnej okazji, aby zadokumen-

tować swoje przekonania estetyczne; ocenia omawiane utwory z punktu widzenia idei wyłożonych poprzedniego 
roku w artykułach z „Le Salut Public", które bardzo często wykraczały poza raimy izwykłych recenzji a nosiły 
wyraźnie cechy manifestów literackich. Najważniejsze z nich, razem z.ogłoszonym w lutowym numerze „La 
Revue Contemporaine" studium o Tainie, wydaje w czerwcu 1866 r.. w tomie pod prowokacyjnym tytułem Moje 
nienawiści.

Nową sposobność do głośnego zamanifestowania swoich poglądów Zola zdobył wiosną 1866 r., gdy 

Vijiemeś- sant zgodiził się powierzyć mu sprawozdanie z. Salonu. Siedem artykułów opublikowanych w 
„L'Evśnement" od 27 kwietnia do 20 maja pod przejrzystym pseudonimem „Claude" (Klaudiusz) i wydanych 
następnie w broszurze pt. Mój salon — to pierwsza wielka kampania prasowa podjęta przez Zolę w obronie 
nowej sztuki. **

Z awangardą artystyczną Paryża, grupą batignolską zbierającą się co piątek i- niedzielę w kawiarni Guer- 

bois, łączyły Zolę bliskie stosunki osobistych przyjaźni i wspólnych ideałów. Toczone tam burzliwe dyskusje 
uzupełniały jego edukację artystyczną, którą zapoczątkowała przyjaźń z Cśzanne'em. Jemu to zadedykował Mój 
salon:
Wiosną 1866 r. atmosfera w kawiarni Guerbois naładowana była dynamitem. Jury Salonu okazało się 
wyjątkowo surowe wobec reprezentantów nowego malarstwa: odrzucono między innymi płótna Maneta, Re- i 
nodra, Brigota, nie mówiąc oczywiście o Cćzannie. Mło-

Od dziesięciu lat rozmawiamy o sztuce i literaturze. Często mieszkaliśmy razem — pamiętasz? — i często 

świt zastawał nas dyskutujących jeszcze [,..]• Poruszaliśmy przerażające mnóstwo problemów, badaliśmy i 
odrzucaliśmy wszystkie systemy i po tej ciężkiej pracy mówiliśmy sobie, że poza potężnym i indywidualnym 
obrazem życia wszystko inne jest kłamstwem i głupotą.*

background image

dzi domagali się hałaśliwie zniesienia jury lub przywrócenia Salonu Odrzucanych. Sztandarem zbuntowanych 
stało się nazwisko Maneta, jedyne znane publiczności (w 1865 r. przyjęto dwa jego obrazy, a w 1863 r. 
Śniadanie na trawie było ewenementem Salonu Odrzuconych, pośmiewiskiem publiczności i prasy). En-
tuzjastycznego obrońcę zaś, czyhającego tylko na okazję do walki, znaleźli w osobie Zoli.

Już dwa pierwsze artyikuły, brutalny atak na jury, tę „rogatkę ideału", czuwającą, aby rde 'przemycono do 

Salonu żadnej „kontrabandy silnych indywidualności", rozpętały burzę. Następne, zwłaszcza entuzjastyczna 
pochwała malarza odrzuconego, Maneta, któremu krytyk ośmielił się poświęcić cały artykuł, gdzie nazywał go 
„największym" i przepowiadał, że dzieła jego znajdą się w Luwrze, wywołały istną lawinę protestów:

Na miłość boską, niechże Pan oszczędzi, Panie Redaktorze, swoim licznym czytelnikom dalszej tortury 

moralnej zadawanej im przez Pańskiego Klaudiusza.

23

Przerażony widmem utraty abonentów Villemessant powierza dalsze sprawozdania z Salonu grzecznemu 

Teodorowi Pelloąuet, W ostatnim artykule, Pożegnanie krytyka, Zola podsumowuje przerwaną w połowie 
kampanię i składa przyrzeczenie, któremu nigdy się nie sprzeniewierzył:

Broniłem pana Maneta, jak całe życie bronić będę każdej szczerej indywidualności, .która zostanie 

zaatakowana. Zawsze będę po stronie zwyciężonych. *

Moje nienawiści i Mój salon to już narodziny dojrzałego „naturalizmu", to wykład zasad, które rządzą kry

tyką Zoli i które będzie starał się coraz pełniej realizować w swojej twórczości powieściopisarskiej.
Centralnym zagadnieniem większości artykułów wchodzących w skład obu zbiorów jest problem stosunku 
sztuki do rzeczywistości, sformułowany zwięźle

background image

w definicji, która naszkicowana w liście o „ekranach", do końca już nie ulegnie zmianie: „Dzieło sztuki to 
skrawek natury widziany przez pryzmat temperamentu". Definicja ta daje klucz do „naturalizmu" Zoli, Zarówno 
jego teorii, jak i praktyki powieścio- pisarskiej. W równym stopniu uznaje on konieczność obu elementów: 
rzeczywistości, która jest niezbędnym, wspólnym dla wszystkich punktem wyjścia, i osobowości artysty, 
„temperamentu", który rzeczywistość tę interpretuje, bo „gdyby nie było temperamentu", wszystkie dzieła 
„musiałyby być zwykłymi fotografiami"/*
Między przedmiotami a naszymi oczami istnieje zawsze

jakaś zasłona i choćby była nie wiem jak cienka, zawsze . -odtwarzamy przedmioty widziane przez tę 

zasłonę. I na tym
• właśnie polega osobowość, to jest istotą całej sztuki. **

Słowa te równają się kategorycznemu odrzuceniu teorii podporządkowujących twórcę rzeczywistości, 

postulujących bezosobową, niewolniczą kopię świata zewnętrznego. A że w latach sześćdziesiątych taką 
głównie treść podkładano pod termin „realizm", Zola używa go w odniesieniu do własnej estetyki z dużymi 
zastrzeżeniami i niebawem już zastąpi go terminem „naturalizm". W przeciągu kilkudziesięciu lat terminy 
wymieniły wzajemnie swoje treści: obiegowe znaczenie słowa „realizm" wyrażało wówczas to mniej więcej, co 
dzisiaj wyraża równie obiegowe znaczenie słowa „naturalizm"; to natomiast, co dziś rozumiemy przez „rea-
lizm", dla Zoli miało stanowić treść jego „naturalizmu".
Dla mnie, który podporządkowuję rzeczywistość tempęrar

mentowi, słowo „realista" nic nie znaczy [...] Jeżeli rozu

miecie przez „realizm" konieczność badania i odtwarzania prawdziwej natury, nie ulega wątpliwości, że 
wszyscy artyści powinni być realistami. Malowanie marzeń to zabawka dobra dla dziecka i kobiety; mężczyźni 
mają za zadanie malować rzeczywistość. *

To samo mówił w Spowiedzi Klaudiusz. I słowa te są równie kategorycznym odrzuceniem teorii negujących 

rzeczywistość jako źródło dzieła sztuki, głoszących ucieczkę w świat marzeń, widm wysnutych z wyobraźni: 
„Nie można bezkarnie zamykać się w marzeniu; przychodzi dzień, kiedy nie staje sił, aby dalej bawić się w 
twórcę", jedynym bowiem miewyczerpalnym tworzywem sztuki jest rzeczywistość, „troskliwa matka, która 
dostarcza swoim dzieciom stale nowego pokarmu, odsłania przed nimi swoje coraz to nowe, odmienne oblicza, 
jest głęboka, nieskończona, pełna odradzającej się nieustannie żywotności".**

Tą rzeczywistością jest dla artysty jego własna epoka i tylko w zgodności z jej zasadniczymi tendencjami 

może on w pełni rozwinąć swój temperament twórczy. Ten drugi obok osobowości imperatyw estetyki Zoli, 
zgodność z epoką, zaczyna nabierać teraz konkretnej treści, której brakowało mu przed 1862 r.:

Spójrzcie, co się dzieje w naszych czasach analizy psychologicznej i fizjologicznej. Wieje wiatr nauki; 

popycha nas, niezależnie od naszej woli, w kierunku dokładnego badania faktów i rzeczy. Toteż wszystkie silne 
indywidualności, które się objawiają, znajdują pełną afirmację w dążeniu do prawdy. Tendencja rozwojowa 
epoki jest niewątpliwie realistyczna lub raczej pozywistyczna. ***

Pociąga to za sobą zachwianie równowagi między

background image

Pojawienie się siły nerwowej, upadek siły krwi, stał się w naszych czasach faktem [...] Zasadnicza to 

zmiana. Czy na gorsze? czy na lepsze? Sprawa do dyskusji. Jedno jest pewne: mężczyzna wysubtelniał i stal się 
umysłem. Ostatnie trzydzieści lat wyróżniło się chlubnie nieprzerwaną erupcją wielkich dzieł i odkryć.

14

Zgodny w tej ocenie własnej epoki ze swoim pierwszym mistrzem, Zola oświadcza:

Obserwujemy hipertrofię mózgu, nerwy rozwijają się kosztem mięśni [...] To zwycięstwo nerwów nad 

krwią zadecydowało o naszych obyczajach, o naszej literaturze, o całej naszej epoce [...] Gdybym śmiał 
zaryzykować pewne porównanie, powiedziałbym, że nasze społeczeństwa są jak sfora, ścigająca dzikie zwierzę. 
Czujemy prawdę, która przed nami ucieka, i biegniemy za nią. *

To właśnie zachwianie równowagi, ten „eretyzm nerwowy"** wynikający z pogoni za prawdą, stanowi w 

oczach Zoli jedną z najistotniejszych cech epoki.

Nową treścią wypełnia się również trzeci imperatyw: prawda ogólna. Celem sztuki jest odkrycie prawdy o 

człowieku w ogóle, ale drogą wiodącą do tego może być tylko badanie współczesnego człowieka za pomocą 
środków, które daje artyście naiuka. Coraz silniej narzuca się Zoli banalne już w latach sześćdziesiątych, po 
artykułach Sainte-Beuve'a i Taine'a, powieściach Flauberta i braci de Goncourt, porównanie metody uczonego, 
fizjologa i anatoma z metodą powieściopisarza. W artykule o Herminii Lacerteux z lutego 1865 r. po raz 
pierwszy zwraca uwagę na zastosowanie analizy
ciałem a umysłem, na co pierwszy zwrócił uwagę Zoli Michelet, który pisał w 1858 r.;
fizjologicznej nie tylko do krytyki literackiej, ale także do postaci powieściowych:

Jesteśmy świadkami wstrząsającego widowiska upadku natury ludzkiej; mamy przed oczami pewien 

temperament bogaty w wady i zalety, i badamy zjawiska, które w nim zachodzą w zetknięciu z pewnymi 
faktami, z pewnymi istotami.*

Rodzi się powoli naukowa nadbudowa naturalizmu. W grudniu 1866 r., w rozprawce Dwie definicje po-

wieści przesłanej na kongres w Aix, Zola formułuje swoją pierwszą koncepcję powieści naukowej, którą określa 
mianem „analitycznej". Koncepcja oparta jest prawie wyłącznie na fizjologizmie, socjologiczny element analizy 
środowisk odgrywa w niej bardzo jeszcze podrzędną rolę. Stanowi ona jakby teoretyczny wstęp do dwóch 
fizjologicznych czy, aby użyć jego własnego terminu, „analitycznych" powieści Zoli: Teresy Raąuin i 
Magdaleny Fęrąp

IPowieściopisarz analityk] jest przede wszystkim uczonym, uczonym badającym zjawiska moralne. 

Wyobrażam go sobie chętnie jako anatoma duszy i ciała. Przeprowadza sekcję człowieka, studiuje grę 
namiętności, bada każde włókno, poddaje analizie cały organizm. Sondując rany ludzkie, nie odczuwa, podobnie 
jak chirurg, ani wstydu, ani wstrętu. Chodzi mu jedynie o prawdę [...] Współczesna nauka wyposażyła go w 
narzędzie analizy i metody eksperymentalnej. ** Postępuje jak nasi chemicy i matematycy; rozkłada działania na 
części pierwsze, określa ich przyczyny, wyjaśnia rezultaty [«.] fakty sprowadza do badania wpływu środowisk 
na jednostki. Nazwą najodpowiedniejszą dla niego jest tytuł doktora nauk moralnych.

Zmieniły się też ramy powieści. Nie chodzi już o wymy-

background image

ślanie jakiejś skomplikowanej historii, pełnej dramatycznych nieprawdopodobieństw, która by zadziwiła 
czytelnika; chodzi wyłącznie o rejestrowanie faktów ludzkich, obnażanie mechanizmu ciała i duszy. Fabuła 
upraszcza się, bohaterem może być pierwszy lepszy przechodzień [...] ile ludzi, tyle tematów, bo pod wpływem 
tego samego bodźca każdy organizm zachowuje się inaczej. Wystarczy zgromadzić kilka istot, przeciwstawić je 
sobie i badać wstrząsy, które nastąpią [...] W ten sposób wyobraźnia kierowana jest przez prawdę [...]

Gdybym poprosił Balzaka o zdefiniowanie powieści, odpowiedziałby z pewnością: Powieść jest traktatem 

anatomii moralnej, kompilacją faktów ludzkich, eksperymentalną filozofią namiętności. Jej celem jest za 
pomocą prawdopodobnej akcji przedstawiać ludzi i naturę w całej ich prawdzie.*
Prawie cały rok 1866 upłynął Zoli pod znakiem refleksji nad powieścią i opracowywania teorii estetycznej, 
czemu sprzyjały niewątpliwie funkcje recenzenta. Zaczął nawet rozprawkę pod tytułem Dzieło sztuki wobec 
krytyki, ale chyba jej nie dokończył, a rękopis iiie został dotąd odnaleziony. Był w doskonałej formie, pełen 
optymizmu i zapału do pracy. Sytuacja materialna układała się nadzwyczaj pomyślnie: współpraca z 
„L'Evćnement" i z „Le Salut Public" dawała mu stały dochód w wysokości dziewięciuset franków miesięcznie, 
suma ogromna, wystarczająca na bardzo przyzwoite utrzymanie dla niego samego, matki, a także Gabrieli, z 
którą od pewnego czasu wspólnie już mieszka. „Ogólnie biorąc, zadowolony jestem z przebytej drogi. Ale 
jestem człowiekiem niecierpliwym i chciałbym iść naprzód jeszcze szybciej" **, zwierzał się jednemu z 
przyjaciół, któremu donosił jednocześnie, że
ma nadzieję ukończyć za parę miesięcy nową powieść, pisaną dla „L'Evśnement".

Powieść ta, Życzenie zmarłej, drukowana w „L'Evć- nement" od 11 do 26 września 1866 r., a w listopadzie 

wydana nakładem A. Faure'a, jest bezsprzecznie najsłabszym z młodzieńczych utworów Zoli, interesującym 
jedynie jako najwcześniejsza próba zobiektywizowania narracji, wyzwolenia się od pierwszej osoby d wprowa-
dzenia dialogu. To wzruszające „studium psychologiczne" poświęcenia i samozaparcia, utrzymane w konwencji 
umaralniającej powieści odcinkowej, nie odpowiada w niczym nowym koncepcjom teoretycznym Zoli.

Młoda arystokratka, unieszczęśliwionai przez męża rozpustnika, prosi na łożu śmierci swojego wychowan-

ka, piętnastoletnie dziecię ludu, Daniela Raimbauda, o pieczę nad swoją małą córeczką, Jeanne, którą z rozpaczą 
w sercu osieroca, wiedząc, że ojciec nie zapewni jej właściwego wychowania. Całe życie Daniela jest jednym 
pasmem poświęceń w celu wypełnienia tego „życzenia zmarłej". Gdy Jeanne opuszcza pensję klasztorną, Daniel, 
aby móc nad nią z bliska czuwać, dostaje się w charakterze sekretarza do domu jej wujostwa, którym ojciec 
młodej dziewczyny powierzył jej wychowanie. Oczywiście zdarza się, co zdarzyć się musiało: nieśmiały, czarno 
odziany plebejusz, o wybitnej inteligencji, ale pozbawiony światowej ogłady, próbując naprawić skutki 
klasztornej edukacji (pierwszy z licznych w powieściowym dziele Zoli ataków, z pozycji programu 
mdcheletowskiego, przeciwko systemowi wychowania współczesnej kobiety), zakochuje się w płochym 
dziewczęciu, naturalnie bez wzajemności. Cierpi okrutnie, widząc, jak Jeanne poślubia niegodnego człowieka, 
spekulanta i arywistę, z którym jest nieszczęśliwa.

Niedole pożycia małżeńskiego dokonują tego, czego nie zdołały osiągnąć moralne nauki posępnego 

Daniela:

background image

serce i, umysł Jeanne budzą się. I przychodzi chwila, kiedy Daniel odzyskuje nadzieję: mąż Jeanne umiera, -a 
młoda kobieta zdaje się darzyć miłością swego wiernego anioła stróża. Okrutna pomyłka. Jeanńe kocha 
najserdeczniejszego przyjaciela Daniela, który — jakżeż by było inaczej |j§ ostatecznym poświęceniem wieńczy 
swe dzieło: usuwa się bez słowa i umiera z rozpaczy, łącząc jeszcze tna łożu śmierci ręce dwojga najbliższych 
sobie istot.

„Ta młodzieńcza powieść [...] była jedyną z moich książek, na której wznowienie nie chciałem się zgodzić" 

—-oświadcza Zola-w przedmowie z 1889 r., gdy wreszcie, mimo oporów, pozwolił Charpentierowi na wydanie 
tego utworu, którego ocenę zawarł w liście do wydawcy:

Co za miernota! Dzisiaj osiemnastoletni młodzieńcy fabrykują rzeczy tysiąckroć lepsze pod względem 

rzemiosła od książek, które my robiliśmy w wieku dwudziestu pięciu - • -łat:*-

; v

To nieudolne skrzyżowanie powieści George Sand Jacąues, której bohater swoim poświęceniem i szlachet-

nością wyciskał łzy z oczu dwudziestoletniego Zoli, z Czerwonym i czarnym — Damiel zawdzięcza niejeden rys 
bohaterowi Stendhala, a w krytyce wielkiego świata pobrzmiewają dalekie reminiscencje salon/u markiza de la 
Mole'a — aż wzrusza swoją naiwnością i nieporadnością. W porównaniu z nim Teresa Raąuin, napisana w kilka 
zaledwie miesięcy później, wydaje się zadziwiająco dojrzała. Zola wziął sobie być może do serca uwagi 
Henryka Houssaye'a którego recenzję z Życzenia zmarłej uważał za jedną z najbardziej godnych uwagi.

Nadpifórny rozwój; zdolności analitycznych —' pisze Houssaye. pociąga za sobą u pana Zoli utratę dwóch 

innych zalet niezbędnych powieściopisarzowi: koncepcji i kompozycji. Jego książki są studiami, a nie 
powieściami; postaci centralnej poświęca wszystkie inne; nie dąży do opowiedzenia jakiejś akcji, ale do 
zanalizowania i odmalowania charakteru -[..,]. Wśkutęk tego fabuła nie jest interesu* jąęa,, a kompozycji brak 
harmonii. W dniu, w którym , pan Zola znajdzie prawdziwy temat i zmusi się do skomponowa- nia gb, w tym 
dniu napisze piękną powieść, bo stendhalow- ską psychologię wzbogaci balzakowską metodą i sugestyw- 
nośćią.

25

Dziennikarstwo traktuje mnie wyjątkowo paskudnie — donosił Zola Valabrćgue'owi w grudniu 1866 r. — 

Sprawy układają się źle,, zadaję sobie mnóstwo trudu, a rezultat jest wątły [...] Ostatnie lato wspominam jak 
prawdziwie złoty wiek. Piękna wiara w siebie, piękne projekty. Dziś wieczorem uważam się za kretyna, a 
zapach atramentu, gdy piszę ten list, przyprawia mnie' o mdłości [..J Nier .umiem
• powiedzieć Ci nic dokładniejszego o mojej pozycji literackiej, która zmienia się z każdym dniem. Mam 

pisywać w paru gazetach, ale najsolidniejsza i jest jeszcze ta buda „Figaro", której podłoga co rano 
trzeszczy pod moimi nogami i grozi zawaleniem-' [—3 Muszę zarabiać .pieniądze, "do-.czego jestem 
wyjątkowo tępy. Nie wiem, jak wydostać się z tej'katorgi. To znaczy z kłopotów, bo nie zamierzam nigdy 
porzucić całkowicie dziennikarstwa, które jest najpotężniejszym środ-

• kiem oddziaływania, jaki znam.

Niemal jednocześnie zawiodły Zolę dwa główne źródła utrzymania:' 15 listopada przestał wychodzić 

„L'£lvónement", a, nazajutrz pisarz otrzymał od Gras- sisa list z zawiadomieniem, że „Le Salut Public" musi ze 
względów oszczędnościowych zrezygnować z jego współpracy „począwszy od 1 stycznia przyszłego roku". 

26

 

Daremnie usiłował zaczepić się na stałe przy jakiejś gazecie. W grudniu udało mu się jeszcze zamieścić parę 
artykułów w „Le Figaro". Ale potem, przez cały

background image

rok 1867, tyle co nic: raptem osiem artykułów w „Le Figaro", jeden w nowo powstałej „La Rue" Vallesa, 
studium o Manecie w „Revue du XIX-e Siecle", krótkie sprawozdanie z wystawy malarstwa zamieszczone w 
„La Situaticai" (nowy atak na uświęcone sławy) i nowela Cztery dni Jana Gourdon, ciągnącasię przez parę 
numerów „L'Illustration". A przecież nie jest już sam, musi utrzymać trzyosobowy dom. W przyszłości będzie 
wspominał ten rok jako jeden z najcięższych. Chwyta się rozpaczliwie każdej możliwości zarobienia paru 
groszy. Z radością wita więc propozycję napisania powieści odcinkowej dla „Messager de Provence".
Powieść ta ma historię, którą warto nioże opowiedzieć — wspomina w 1884 r., w przedmowie do drugiego 
wydania Tajemnic Marsylii.— Było to w 1867 r., w trudnym okresie początków mojej kariery. Nie co dzień 
miałem na chlelb. Otóż w jednym z tych momentów czarnej nędzy założyciel małego pisemka marsylskiego, 
„Le Messager' de Provence", zaproponował mi pewien interes, pomysł, na który liczył, że pomoże mu 
wylansować gazetę. Chodziło o napisanie powieści pod tytułem Tajemnice Marsylii; sam miał dostarczyć do niej 
elementów historycznych, wyszukać w archiwach sądowych Marsylii i Aix akta wielkich procesów, którymi te 
miasta pasjonowały się przez ostatnie pięćdziesiąt lat [...1 Przyjąłem propozycję, choć nie czułem w sobie ani 
specjalnego pociągu, ani uzdolnień do tego rodzaju pracy [.-] Miałem jednak dostawać dwa soldy od wiersza i 
obliczyłem, że da mi to dwieście franków miesięcznie przez dziewięć miesięcy: w gruncie rzeczy 
niespodziewana gratka. Gdy tylko dostałem dokumenty, zabrałem się do roboty; za centralny wątek posłużył mi 
jeden z najgłośniejszych procesów, wokół którego starałem się skupić inne i powiązać je w jednolitą historię. 
Proceder oczywiście prostacki; ale kiedy w tych dniach przeglądałem korekty, uderzył mnie przypadek, który w 
okresie poszukiwań samego siebie kazał mi napisać ten czysto rzemieślniczy utwór — i to zdradzający złe 
rzemiosło — już na podstawie całego mnóstwa autentycznych dokumentów. Nigdy później, w moich dziełach 
literackich, nie odstąpiłem od tej metody.

Tak więc przez dziewięć miesięcy dwa razy na tydzień fabrykowałem swój odcinek. Jednocześnie pisałem 

Teresę Raąuin, za którą miałem dostać pięćset franków w „L'Artis- tś", i o ile rano zużywałem niekiedy cztery 
godziny na napisanie dwóch stron tej powieści, o tyle po południu w godzinę odwalałem siedem lub osiem stron 
Tajemnic Marsylii. Zarobiłem na swój dzień, wieczorem miałem co jeść [...] Nie wchodziłem do literatury 
posażny w renty. Jeżeli imałem się wszystkiego w tych trudnych dniach, nie wstydzę się tej pracy, przyznam 
nawet, że jestem z niej dosyć dumny. Tajemnice Marsylii należą do tej bieżącej, zarobkowej roboty, na którą 
byłem skazany. Dlaczego miałbym się za nie rumienić? Dały mi chleb w najbardziej rozpaczliwym okresie. I 
mimo ich nieuleczalnej miernoty, mam dla nich wdzięczność.*

Centralnym wątkiem powieści jest uwiedzenie i porwanie młodej arystokratki,* Blanche de Cazalis, przez 

Filipa Cayol, pięknego plebejusza, przywódcę partii liberalnej, dla którego miłość Blanche ma posmak klasowej 
zemsty syna ludu na jegp gnębicielach. Filip i Blanche to jednak postaci drugorzędne, służące jedynie do 
zawiązania akcji. Właściwym bohaterem jest brat uwodziciela, Mariusz, młodzian tyleż szlachetny, co brzydki, 
który, kiedy Filip zostaje za swój czyn aresztowany, robi wszelkie wysiłki, aby go ocalić i aby wyrwać z rąk 
prześladowców dziecko jego i Blanche. Starania Mariusza służą autorowi za pretekst do wprowadzenia mnóstwa 
ubocznych wątków i perypetii zaczerpniętych z dokumentów: malwersacje, polityka, domy gry, prostytucja, 
spekulacje, walki uliczne, epidemia itp., itp. Powieść kończy się powstaniem robotników marsylskich w 1848 r., 
co daje Zoli okazję do naszkicowania pierwszych w jego dziele opisów tłumu w akcji, oraz epidemią cholery, 
która pozwala mu rozwiązać wszystkie wątki, gdyż uśmierca paru bohaterów i wy-

background image

■mierzą sprawiedliwość. Winni zostają ukarani, szlachetni nagrodzeni i Wszystko kończy się dobrze, jak przy-
stało na szanującą reguły gatunku powieść odcinkową.

Tajemnice Marąyli „mimo ich nieuleczalnej miernoty", zajmują ważne miejsce w. .edukacji powieściiopi- 

sarskiej Zoli. W porównaniu z poprzednimi, utwór ten oznacza duży krok naprzód w opanowaniu techniki rea-
listycznej, na có" złożył się zarówno jego ^ .dokument a- cyjny" charakter, jak współczesna mu, powtórna lek-
tura Komedii ludzkiej:

•Gzy czytałeś całego Balzaka?'—v pyta Zola 29 maja 1867 r. Valabregue'a. — Co za człowiek! Czytam go 

w tej cli wili ha nowo. Przytłacza sobą całe stulecie. Przy nim bledną dla . mnie Wiktor Hugo i-inni.

Ta powieść jest jedynym przed RougorirMacąuar- lami utworean o tak szeroko zakrojonym tle społecznym, 

pierwszą,, narzuconą przez rodzaj materiałów dokumentacyjnych, próbą pokazania w przekroju całego 
społeczeństwa, przedstawienia konfliktów klasowych, stworzenia postaci będących ucieleśnieniem całych grup 
społecznych. Bardzo wiele z tych postaci, pozornie konwencjpnaLnych i należących do stałego repertuaru 
powieści odcinkowej, ma już pewne rysy i motywy działania, które w przyszłości służyć będą dio charak-
terystyki postaci Rougon-Macąuartów. I zdumiewająca jest liczba tematów, wątków, epizodów, które zaczerp-
nięte tutaj z autentycznych dokumentów i nieudolnie przetworzone, przetrwają w podświadomości pisarza, aby 
powrócić w jego wielkim cyklu powieściowym. Jak na debiutanta Zola wyszedł z tej próby obronną dosyć ręką. 
I na tle przeciętnej produkcji fabrykantów powieści odcinkowych Tajemnice Marsylii musiały być nie najgorsze, 
skoro autor sprzedał je dwukrotnie jeszcze, i to gazetom stołecznym. Po publikacji w „Le
Messager de Provence" (marzec-październik 1867) i po wydaniu książkowym powieść ukazała się na przełomie 
1868—1869 r. w „l/Eyśnement IlluStrś" pod tytułem Rodziha Cayolów, a w latach 1872 i 1873 w „Le Cofsai- 
re", gdzie nosiła tytuł Pojedynek społeczny i podpisana była pseudonimem „Agrippa".

Jako pierwszy w jego'karierze utwór oparty na bogatym materiale faktów, Tajemnice Marsylii postawiły 

przed Zolą w całej ostrości problem przetworzenia dokumentu w fikcję i mnóstwo związanych Z tym zagadnień 
warsztatowo-technicznych. Nie zachowały się akta tej pierwszej powieści „dokumentacyjnej", brak więc 
materialnych dowodów na poparcie hipotezy, która wydaje się jednak dosyć prawdopodobna: być może wtedy 
właśnie, zmagając się z ogromem materiałów, Zola wypracował w ogólnych zarysach swoją metodę, którą 
później rozwinął i stosował do wszystkich swoich dojrzałych powieści. Akta Rougon-Macąuartów, Trzech miast 
i Czterech Ewangelii, zachowane w bibliotekach francuskich, pozwoliły badaczom odtworzyć tę metodę pracy, 
która miała w przybliżeniu następujący przebieg: zebrawszy kilka ogólnych informacji, lub opierając się na 
własnych obserwacjach czy bardzo wczesnychi pozornie zapomnianych lekturach, Zola sporządza tzw. Ebauche 
(Szkic), gdzie szybko formułuje naczelną tezę utworu; fabuła wytwarza się tutaj w toku licznych modyfikacji, 
rodzą się postaci, powstaje pierwszy szkielet kompozycyjny. Fabuła zostaje następnie uporządkowana w krótkim 
planie sumarycznym, ustalającym chronologię akcji, oraz w pierwszych planach szczegółowych. Jednocześnie 
opracowywane są Personnages (Postaci), rodzaj akt personalnych każdej postaci ustalających jej portret fizyczny 
i psychiczny, wiek, zawód, rolę w akcji itp. Wreszcie, bezpośrednio przed przystąpieniem do pisania 
poszczególnych rozdziałów, pisarz

background image

[sporządza dla każdego z nich drugi plan szczegółowy, Iw którym materiał fabularny i dokumentacyjny zostanę 
ponownie uporządkowany i skomponowany. [ Równolegle do tej pracy o charakterze twórczym przebiega praca 
dokumentacyjna, obie ściśle z sobą [związane. Dokumentacja (lektury, zwiedzanie miejsc akcji, rozmowy z 
kompetentnymi ludźmi) nigdy prawie nie jest punktem wyjściowym, ale kierowana jest zawsze przez naczelną 
tezę utworu i przez potrzeby rodzącej się fabuły. Zaczyna się przeważnie w trakcie pracy nad szkicem luib tuż 
po zakończeniu go i trwa przez cały czas prac przygotowawczych. Rzadko modyfikuje ogólną koncepcję 
powieści, za to wżbogaca fa- bułę, uprawdopodobnia ją, a przede wszystkim ukon- kretnia: dostarcza nowych 
wątków, epizodów czy postaci, uplastycznia ramy powieści, pomaga stworzyć „środowisko". Jej roli nie należy 
ani wyolbrzymiać, ani zbytnio bagatelizować. Proces twórczy autora Rou- gon-Macquartów zdradza bowiem 
dwie równie silne tendencje: z jednej strony dążność do poznania realiów odtwarzanego środowiska i do 
respektowania danych dokumentacji tam, gdzie to niezbędne do zagwarantowania prawdopodobieństwa; z 
drugiej zaś — dążenie do zachowania swobody, do podporządkowania dokumentu wymaganiom artystycznym 
lub ideowym, gdy tylko możliwe to bez uszczerbku dla prawdopodobieństwa. Dzięki temu dzieło Zoli nie jest 
ani fotograficzną odbitką rzeczywistości, ani oderwaną od niej fantazją; jest jej artystycznym przetworzeniem i 
uogólnieniem noszącym silne piętno osobowości, „skrawkiem natury widzianym przez pryzmat temperamentu".

18 grudnia 1866 r., recenzując w „Le Figaro" powieść Hektora Malota Ofiary miłości, Zola formułuje

jeszcze raz swoją koncepcję powieści analitycznej, bliską już koncepcji powieści eksperymentalnej.

Powieściopisarz-analityk [...], niezależny potomek Balzaka, wkłada biały fartuch anatoma i poddaje sekcji 

zwierze ludzkie [...] Na stole prosektoryjnym zamiast pokrojonego skalpelem trupa leży żywy i drgający 
namiętnością człowiek, który każdym słowem 1 każdym ruchem zdradza tajemnicę swojej istoty. 
Powieściopisarz-analityk przygląda się uważnie i notuje najdrobniejsze szczegóły. Na jego oczach zachodzi 
szereg faktów, które starannie rejestruje [.„] Stopniowo obserwator gromadzi znaczną sumę uwag [...] która 
stanowi protokół z życia, zawiera cały traktat psychologii i fizjologii eksperymentalnej. Dla kogoś, kto pokusił 
się o tę cierpliwą analizę duszy i ciała, nauka o człowieku upraszcza się niebawem [.i.], staje się analizą 
pewnego organizmu, osobowości umieszczonej w pewnych okolicznościach. Ma do dyspozycji metodę 
obserwacji opartą na doświadczeniu. Bierze pierwsze lepsze zwierzę ludzkie, bada je i jego instynkty w 
granicach swobody, jaką pozostawia mu środowisko; umieszcza na przykład [„.] słabą i pełną namiętności istotę, 
tchórzliwą i kochającą, w samym środku współczesnego społeczeństwa i z całą sumiennością sporządza 
dokładny protokół zjawisk, które zachodzą w tej istocie i wokół niej [...] W naszym stuleciu nauki potrzeba nam 
dzieł opartych na prawdzie; analitycy będą z pewnością powieściopisarzami jutra.

W tydzień później, 24 grudnia, Zola publikuje opowiadanie Małżeństwo z miłości, oparte rzekomo na au-

tentycznej historii, którą — jak pisze na wstępie — przypomniała mu drukowana właśnie w tymże „Figaro" 
powieść Belota i Ernesta Daudeta Wenus z Gordes. Jest ono pierwszą, nieśmiałą próbą częściowej realizacji 
postulatów „powieści analitycznej", psychologiczno- -fizjologiczną analizą „zwierzęcia ludzkiego", pozbawioną 
jeszcze całkowicie kontekstu środowiskowego.

Jest to opowieść o zbrodni i wyrzutach sumienia czyli „.buncie systemu nerwowego". Zuzanna zdradza 

swo

background image

jego męża, Michała, z jego przyjacielem, Jakubem. Kochankowie postanawiają pozbyć się męża, a wiedząc,: że 
nie umie pływać, realizują swój projekt podczas przejażdżki łódką. Po krótkiej walce, w trakcie której Michał, 
broniąc się „instynktem zaatakowanego zwierzęcia, ugryzł przeciwnika w policzek", Jakub wrzuca go do wody. 
Następnego dniai gazety donoszą o nieszczęśliwym wypadku i nikomu nie przychodni do głowy, że mogła to 
'być zbrodnia. Po tygodniu codziennych wizyt w kostnicy morderca rozpoznaje wydobyte z rzeki, potwornie 
zniekształcone zwłoki swojej ofiary. Od tej chwili stale ma przed oczami tę przerażającą wizję. Koszmarne 
halucynacje dręczą też Zuzannę. Po osiemnastu miesiącach kochankowie pobierają się, mając nadzieję, że 
wspólnie zdołają obronić się przed topielcem. Daremne złudzenie. Ich życie staje się jednym pasmem udręki.

Trup Michała wszedł między Jakuba a Zuzannę [...] Nieustanna groza, nagłe napady przerażenia rozdzielały 

ich, halucynacje ukazywały im ich ofiarę wszędzie i stale [...] Nie mogli się już kochać.

Potem przychodzi nienawiść, oskarżają się wzajemnie, że zmarnowali sobie życie, zrzucają jedno na drugie 

odpowiedzialność za zbrodnię i szamocą się, „jak dzikie zwierzęta, w życiu pełnym udręki". Blizna na policzku 
pali mordercę, a Zuzanna, patrząc na nią, odczuwa wstręt i grozę. Następnym etapem jest podejrzliwość. 
Zrozumiawszy, „że nie mogą dłużej żyć w gorączce wyrzutów sumienia, zbrodniarze [...] drżą na myśl, że 
któregoś dnia jedno z nich zdradzi tajemnicę". Wreszcie przychodzi ostatni akt dramatu. Każde ze swej strony 
wpada na myśl pozbycia się wspólnika:

Zuzanna miała nadzieję żyć spokojnie, gdy nie będzie już widziała zniekształconego policzka Jakuba, a 

Jakub myślał,
. że zdoła- zabić swoją zbrodnię, zabijając Zuzannę. Pewnego dnia przyłapali się na tym, jak wzajemnie wlewali 

sobie do szklanek truciznę. Wybuchnęli szlochem, ich gorączka opadła i rzucili się sobie w ramiona. Płakali 
długo [...], mówiąc sobie, że przyszedł czas, aby umrzeć [...] Wypili truciznę [...] i wyzionęli ducha w tej 
samej godzinie, połączeni w śmierci, tak jak połączeni byli w zbrodni.
Temat noweli wydaje się Zoli doskonałym materiałem na „powieść analityczną". 12 lutego proponuje Ar-

senowi Houssaye'owi „powieść w sześciu częściach", której treścią byłaby historia opowiedziana w „Le Figaro"; 
„Czuję — pisze — że będzie to wielkie dzieło mojej młodości" Propozycję przyjęto i nowela stała się w ten 
sposób szkicem powieści, która ukazała się w trzech zeszytach przeglądu „L'Artiste" pod pierwotnym tytułem 
Małżeństwo z miłości, zmienionym dopiero w wydaniu książkowym, w grudniu 1867 r., na Teresą Raquin.

Bohaterowie dostają w powieści nowe imiona: Zuzanna staje się Teresą, Michał — Kamilem, Jakub nosi 

imię Lament. Sama fabuła nie ulega żadnym prawie modyfikacjom. Zostaje natomiast osadzona w kontekście 
środowiska pojętego, zgodnie z tradycją balzakowską, jako konkretna sytuacja ekonomiczno-społeczna boha-
terów oraz jako ich najbliższe otoczenie zewnętrzne: przedmioty materialne, dom, ulica. Każde z trojga bo-
haterów, staje się odrębnym, dokładnie scharakteryzowanym „temperamentem". Przy czym, aby demonstracja. 
tezy zyskała na wyrazistości, autor wybiera temperamenty skrajne, wyjaskrawione: Kamil od urodzenia jest 
słaby i chorowity; Teresa ma w swoich żyłach domieszkę gorącej krwi algierskiej, wskutek czego jej 
temperament odznacza się bujnośoią i nerwowością; Laurent, temperament sangwiniczny, jest silnym, zdrowym 
mężczyzną, o nieskomplikowanym systemie ner-

background image

wowym, który ulega rozstrojowi dopiero w kontakcie z Teresą i pod wpływem zbrodni. Powstaje też kilka 

nowych postaci. Najważniejszą jest matka Kamila, a ciotka Teresy, stara pani Raąuin, której przypada w udziale 
rola żywego wyrzutu sumienia d niemego świadka udręki zbrodniarzy, kiedy tknięta paraliżem, dowiaduje się 
całej prawdy o śmierci syna, ale nie może już wyjawić jej innym; postać będąca reliktem melodramatycznej 
tradycji romantyzmu, od której zresztą Zola.nigdy nie zdoła się całkowicie wyzwolić.

W tej „analitycznej" powieści zadziwiająco liczne są elementy wywodzące się po części z tradycji powieści 

gotyckiej, a przede wszystkim zaczerpnięte od Poego, który dzięki przekładom Baudelaire'a stał się klasykiem 
francuskiej powieści fantastycznej, jednym z prekursorów symbolizmu. „Naukowa" fantastyka Poego, która za 
wszelką cenę chce być wytłumaczalna racjonalnie, znajdowała licznych wielbicieli wśród pisarzy epoki 
pozytywizmu, pasjonujących się psychopatologicznymi zjawiskami neurozy, halucynacji, obłędu, które stano-
wiły przedmiot badań najmłodszej z nauk medycznych; dostarczała im, żeby użyć wyrażenia Goncourtów, „na-
ukowej cudowności", zdolnej zastąpić cudowność nadnaturalną. Temu właśnie mistrzowi noweli fantastycznej, 
odznaczającej się beżbłędną, matematyczną konstrukcją, zawdzięcza Zola przede wszystkim kompozycję swojej 
powieści, w której precyzyjnie stopniowane elementy grozy i napięcia wytwarzają atmosferę niesamowitości i 
prowadzą konsekwentnie do końcowego paroksyzmu, samobójstwa.

Utwór został przyjęty przez krytykę gwałtownymi protestami. Najostrzejszy w tonie był podpisany pseu-

donimem „Ferragus" artykuł Ulbacha, który w „Le Figaro" z 23 stycznia 1868 r. potępia na przykładzie Teresy 
Raąuin i Hermfnii Lacerteux pieniącą się coraz
bujniej „zgniłą literaturę" (termin przyjął się i zrobił karierę w krytyce antynaituralistycznej). Powieść zyskała 
sobie za to pochlebną ocenę Flauberta, który w marcu 1868 r. pisze do swojej siostrzenicy, robiąc zresztą aluzję 
do artykułu „Ferragusa": „Gzy czytałaś Teresą Raąuin? Cokolwiek by mówiono, uważam, że jest to książka 
bardzo godna uwagi." 

27

 Zola witał ataki prasy z niemałym zadowoleniem, choć publicznie oburzał się, że 

wspomnimy tylko odpowiedź „Ferragu- sowi" w tymże „Figaro" z 31 stycznia. Były one doskonałą reklamą i 
dawały okazję do nowych manifestów literackich. NajdOtoitniejszy z nich to przedmowa do drugiego wydania 
powieści, napisana w maju 1868 r. Autor raz jeszcze formułuje w niej tezy naturalizmu fizjologicznego, przy 
czym używa już terminów „na- turaliści", „naturalistyczny":

Jest w naszej epoce paru zaledwie ludzi, którzy potrafią przeczytać, zrozumieć -i osądzić jakąś książkę. Od 

nich gotów jestem przyjąć wszelkie nauki, przekonany, że zanim wydadzą wyrok, wnikną w moje intencje i 
ocenią rezultaty moich wysiłków [...] Analiza naukowa, którą podjąłem w Teresie Raąuin, z pewnością by ich 
nie zdziwiła; odnaleźliby w niej nowoczesną metodę, to narzędzie powszechnych badań naukowych, którym 
nasze stulecie tak gorączkowo się posługuje, aby odkryć przyszłość. Jakikolwiek byłby ich wyrok, dopuściliby 
mój punkt wyjścia: badanie temperamentów i głębokich modyfikacji organizmu pod wpływem środowiska i 
okoliczności. Znalazłbym się w obliczu prawdziwych sędziów, ludzi szczerze poszukujących prawdy [...] 
Oczywiście, przed takim trybunałem, o jakim w tej chwili marzę, moje dzieło byłoby bardzo pokorne; prosiłbym 
dla niego o najsurowszy wyrok; chciałbym, aby wyszło czarne od poprawek. Ale miałbym przynajmniej tę 
satysfakcję, że krytykowano by to, co próbowałem zrobić, a nie to, czego nie zrobiłem. *

background image

Najwyższym sędzią tego wymarzonego trybunału jest oczywiście Taine, któremu Zola posłał Teresą z prośbą o 
recenzję. Krytyk prośbie tej.wprawdzie odmówił,'ale nie uchylił się od kilku uwag i. rad udzielonych autorowi w 
prywatnym liście:

Trzeba być zawodowym fizjologiem. i psychologiem, aby nie dostać rozstroju nerwowego przy lekturze 

Pańskiej książki; im bardziej jest silna i prawdziwa, tym większe wywiera wrażenie [...] "Podobnie jak lektura 
Hermiiili Lti- certeux; cóż z tego, że dzieło jest doskonale wierne i głęboko pouczające;, budzi sprzeciw, 
odpycha; woli się już raczej traktat medycyny sądowej f...] Kiedy Balzak w Kuzynie Pon- sie poruszał te 
głębiny, tuż obok umieścił kontrastujące i łagodzące tła, intrygę pieniężną, jeden z owych skomplikowanych 
dramatów, w których jest mistrzem. Trzeba zachowy- . wać umiar [...], dlatego zapewne,-że umiar istnieje w 
życiu. Oczywiście, Herminia Lacerteiup-i Teresa Raąuin są historiami prawdziwymi, ale książka powinna 
zawsze, w mniejszym lub większym stopniu, być portretem całości, zwierciadłem całego-społeczeństwa. 
Potrzeba w niej, na prawo i na lewo, biografii, postaci, wskaźników sugerujących wielkie dopełnienie, antytez 
wszelkiego rodzaju, kompensacji, Słowem świata zewnętrznego w stosunku do naszego tematu'[...] Gdybym 
ośmielił się wyrazić swój pogląd, powiedziałbym, że powinien Pań teraz rozszerzyć ramy i zrównoważyć efekty. 
Pod tym względem Balzak i Szekspir są: wielkimi mistrża- mi. W dojrzałym artyście kryje się swego rodzaju 
filozof-en- cyklopedysta o szerokim, wszechstronnym spojrzeniu. Dzisiaj nazbyt jesteśmy specjalistami, za 
bardzo pochylamy się z mikroskopem w dłoni nad cząstką. całości. Napisał Pan dzieło potężne, pełne 
wyobraźni, logiki i bardzo moralne. Pozostaje teraz Panu stworzyć inne, które obejmowałoby więcej 
przedmiotów i otwierało szersze horyzonty. Epizodu nie należy przekształcać w poemat, a postać drugoplanowa 
nie powinna być wydobywana na plan pierwszy i wypełniać sobą całego obrazu.?

Zola odpowiada Taine'owi w końcowej części przedmowy. gdzie, nie wymieniając krytyka po naizwisku, 

przyznaje słuszność jego zarzutom:

Wydaje mi się, że.słyszę już teraz wyrok wielkiej krytyki, krytyki metodycznej i naturalistyoznej, która 

odrodziła naukę, historię i literaturę: Teresa Raąuin jest studium przypadku zbyt wyjątkowego; dramat 
współczesnego życia jest bardziej złożony, mniej zamknięty w granicach grozy i obłędu. Podobne przypadki 
należy odsuwać na drugi plan dzieła [...] Słowem, chcąc napisać teraz dobrą powieść, autor powinien ogarnąć 
społeczeństwo szerszym spojrzeniem, pokazać je w jego rozlicznych i różnorodnych aspektach." ♦

Przedmowa do Teresy Raąuin oznacza pewien punkt dojścia, zakończenie i podsumowanie pierwszego 

etapu, „naturalizmu fizjologicznego", a zawarta w końcowej części odpowiedź na uwagi Taine'a zapowiada już 
nieśmiało etap następny, wyjście poza granice czystego fizjologizmu. Pierwszym krokiem na tej drodze będzie 
już najbliższy utwór, Magdalena Ferat, gdzie Zola, nie zrywając wprawdzie z formułą fizjologiczną — powieść 
jest bowiem „studium przypadku" równie, jeżeli nie bardziej nawet, „wyjątkowego" — próbuje jednak „roz-
szerzyć ramy i zrównoważyć efekty".

Pierwszą wersją Magdaleny Ferat był dramat Magdalena odrzucony przez dyrektora teatru Gymnase w 1866 

r. ze słowami: „To niemożliwe, całkowicie niemożliwe, przynajmniej w Gymnase. Nasza publiczność nie 
dosłuchałaby pierwszego aktu do końca, a co dopiero dwóch następnych! Pańskie założenie jest wstrząsające i 
niedopuszczalnie drastyczne." 

29

 W dwa lata później Zola wydobył z szuflady rękopis sztuki, aby przerobić ją na 

powieść opartą na tym samym „wstrząsającym" założeniu: teorii „impregnacji". Znalazł ją u Micheleta: była to 
hipoteza wysuwana przez paru uczo
* JhMom o' SW

background image

nych, między innymi przez Lucasa, na podstawie pierwszych badań nad fizjologią kobiety.

Romantycy w swojej walce przeciwko burżuazyjnej instytucji małżeństwa, którą nazywali „zalegalizowa-

nym gwałtem", przeciwstawiali jej pozamałżeńską, „wolną" miłość. Michelet natomiast, uważając rodzinę za 
podstawową komórkę społeczną, od której należy zaczynać wszelkie próby reform społecznych, zwalcza za-
równo wolną miłość, jak i małżeństwo burżuazyjne oparte na podstawach majątkowych, i chce zastąpić je 
rzeczywistym i nierozerwalnym związkiem dwojga ludzi opartym na zaufaniu i miłości: „Małżeństwo spro-
wadzone zostaje do zaufania, związku dwóch serc. Jednocześnie otrzymuje konsekrację samej natury." 

30

 Tą 

„konsekracją natury" jest właśnie „impregnacja".

Pewne fakty [...] pozwalają twierdzić, że związek miłosny, tak lekko traktowany przez mężczyznę, dla 

kobiety jest dużo silniejszy i bardziej nieodwracalny, niż można to było kiedykolwiek przypuszczać. Oddaje się 
ona cała i bezpowrotnie [...] Zapłodnienie przeobraża ją w sposób trwały [...] Widzieliśmy wdowy płodne w 
pierwszym małżeństwie, które dawały drugiemu mężowi dzieci podobne do pierwszego [.*.] Był to fizyczny 
skutek przeobrażenia organizmu. Skutki pierwszego zapłodnienia rozciągały się na wiele lat, a może na całe 
życie [...] To przeobrażenie ujawnia się nie tylko w rezultatach zapłodnienia, ale we wszystkim [...] Bezwiedne 
naśladownictwo tego, którego ma w sobie, objawia się nieświadomie w postawie i ruchach [zapłodnionej 
kobiety].

81

Niezbędnym warunkiem tych wszystkich zjawisk jest „impregnacja", co znaczy wedle ówczesnej 

terminologii fizjologicznej „zapłodnienie", bo tylko ono wyciska na kobiecie „niezatarte piętno", czyni ją na 
zawsze „własnością" ojca jej pierwszego dziecka. Sama utrata dziewictwa nie pociąga za sobą tych skutków. I 
Michelet wyraźnie nawet oświadcza, że mąż powinien mieć zaufanie
do żony, nie wypytywać jej o przedmałżeńską przeszłość, bo

[...] nawet gdyby przydarzyło się jej kiedyś nieszczęście, nawet gdyby uległa słabości [.„], zawsze bardziej 

będzie kochała tego, kto weźmie ją za żonę, niż okrutnika lub
niewdzięoznika, którego miłość była dla niej jedynie zniewagą."

Czy Zola źle zrozumiał teorię „impregnacji", czy też świadomie raczej nadał jej inną treść, nie wiadomo. 

Dosyć, że za ten decydujący, nieodwracalny w skutkach akt uważa nie zapłodnienie, ale deflorację, i tym, który 
naznacza kobietę wieczystym piętnem, jest wedle niego nie ojciec pierwszego dziecka, ale pierwszy kochanek. I 
na tym ostatecznym uabsurdalnieniu teorii bez tego już dostatecznie karkołomnej wznosi konstrukcję fabularną 
swojej powieści.

Bohaterka, niewinna dziewiętnastoletnia dziewczyna, ucieka od starego opiekuna, który dybie na jej cnotę; 

błądząc nocą ulicami Dzielnicy Łacińskiej, spotyka młodego medyka, Jakuba, i z całą nieświadomością skutków 
tego aktu zostaje jego kochanką. Po roku Jakub porzuca Magdalenę. Mianowany chirurgiem wojskowym w 
Kochinchinie, wyjeżdża z Francji i wkrótce potem Magdalena dowiaduje się, że zginął w katastrofie morskiej. 
Tymczasem młoda kobieta spotyka Wilhelma -de Viargue, nieślubnego syna zdziwaczałego arystokraty, który 
całe życie strawił na tajemniczych badaniach chemicznych i zakończył je samobójstwem. Wychowany w 
posępnym zamku de Viargue przez starą sługę rodu, sfanatyzowaną protestantkę Genowefę, Wilhelm, wyjąt-
kowo wrażliwy i nerwowy, zawsze łaknął uczucia. Jedynym promieniem jego smutnej egzystencji była przyjaźń 
ze starszym kolegą szkolnym, Jakubem, z którym jednak musiał rozstać się po ukończeniu prowincjonal-

background image

Inego liceum. Kiedy po paru latach przyjeżdża do Pa- Iryża, Jakuba już tu nie zastaje. Znowu samotny, zako-
chuje sie w Magdalenie, która nie kryje, że miała przed nim innego kochanka; nie chce słuchać jej zwierzeń i 
przekonany, że miłość przekreśla wszelkie winy (a więc zgodnie z radami Micheleta!), proponuje jej 
małżeństwo. Dla obojga zaczyna się okres prawdziwego szczęścia, którego ukoronowaniem są narodziny 
dziecka. Jedynym zgrzytem w tej rodzinnej sielance jest postawa Genowefy: sługa, wiedziona tajemniczą 
intuicją, nienawidzi młodej kobiety i prześladuje ją opowieściami
0 Bogu Ojcu, który nigdy niczego nie wybacza.

I rzeczywiście. Pewnego dnia wszystko wali się w gruzy: Jakub nie zginął, ale żyje i wraca do Francji; nie 

dość na tym, pierwszy kochanek Magdaleny i przyjaciel Wilhelma to jedna i ta sama osoba. Magdalena wyznaje 
tę straszną prawdę mężowi, chcąc za wszelką cenę uniknąć spotkania z Jakubem, który lada moment ma przybyć 
do ich domu. Ciemną nocą, w deszcz
1 burzę opuszczają oboje zamek, aby uciec przed przeszłością. I tutaj zaczyna się istny obłęd. Nie masz ucieczki 
przed fatalizmem natury: cień Jakuba nie opuszcza Magdaleny, która nagle uświadamia sobie, że nigdy nie 
przestała do niego należeć. Wilhelm z przerażeniem dostrzega, że jego córeczka- ma rysy Jakuba; mało tego, 
Magdalena też jest do niego podobna; niebawem i u siebie odkryje podobieństwo do przyjaciela. Powieść, w 
której od początku nie brakowało najbardziej karkołomnych przypadków i zbiegów okoliczności, staje się odtąd 
jednym ich ciągiem, a życie nieszczęsnych ofiar źle zrozumianej „impregnacji" — jednym koszmarem. 
Wreszcie po miesiącach daremnej szarpaniny Magdalena decyduje się pójść do Jakuba, powiedzieć mu, że jest 
żoną Wilhelma i'prosić go, aby na zawsze usunął się z ich drogi. Ledwo jednak przekro-
ożyła próg jego pokoju, „tajemniczy fatalizm ciała" robi swoje: Magdalena pada w objęcia byłego kochanka. W. 
tej samej godzinie, o dziesiątki kilometrów dalej, umiera jej córeczka. Zhańbiona do reszty we własnych oczach, 
bohaterka wraca do zamku de Viargue i w laboratorium teścia, jak niegdyś on sam, wypija fiolkę wynalezionej 
przez niego trucizny. Wilhelm, któremu udowodniła, że samobójstwb jest dla niej jedynym sposobem: 
wyzwolenia się od Jakuba, patrzy na jej śmierć sparaliżowany przerażeniem i w chwilę potem... wariuje. !Wtedy 
na progu pojawia się „nieruchoma, bezlitosna, podobna przeznaczeniu" Genowefa, która na widok trupa 
Magdaleny i tańczącego na nim szaleńca „wyprostowuje swą wysoką postać" i wygłasza ostatnie zdanie 
powieści: „Bóg Ojciec nie wybaczył!"

Zgodnie z radami Taine'a Zola rzutuje swój dramat na rozleglejsze tło, wprowadza owe „wskaźniki", które 

sugerować mają istnienie „świata zewnętrzego w stosunku do intrygi". Tym samym konstrukcja fabularna staje 
się dużo bardziej złożona i nie wystarcza już, jak w Teresie Raąuin, model Poego. Ślady literatury fantastycznej 
widoczne są jeszcze w licznych elementach niesamowitości, zwłaszcza w opisie zamku de Viargue, którego nie 
powstydziłaby się żadna powieść gotycka i który przywodzi na myśl Zagładę domu Usherów; narastająca w 
drugiej części utworu atmosfera grozy, która, jak w Teresie Raąuin, prowadzi do obłędu i końcowego 
samobójstwa, również świadczy o pewnych reminiscencjach Poego, dużo jednak słabszych niż w poprzedniej 
powieści. Szukając nowych wzorów u pisa- rzy-realistów, Zola sięga , przede wszystkim do Flauberta. 
Realistyczne obrazy środowiska, które mają dostarczać „kontrastującego i łagodzącego tła", wydają się niekiedy 
żywcem przeniesione z Pani Bovary: młodość i edukacja Magdaleny, romans pana de Yiargue z matką

background image

I Wilhelma, piękną rejentową z pobliskiego miasteczka Vśteuil, epizody szkolne, szkice obyczajowe i wiele 
innych, nie mówiąc już nawet o postaci Vert-de-Gris, dawnej przyjaciółki Magdaleny, zidiociałej, rozpitej 
prostytutki, .postaci dosłownie niemal, łącznie z symboliczną piosenką, skopiowanej z flaubertowskiego ślepca 
pojawiającego się na drodze cudzołóstwa Emmy.

W przeciwieństwie do Tajemnic Marsylii, przedsięwzięcia przypadkowego, rzemieślniczej roboty zarob-

kowej, której słabość mogła szukać usprawiedliwienia między innymi w pośpiechu i braku ambicji literackich, 
Magdalena Ferat jest zamierzoną próbą stworzenia powieści realistycznej, ogarniającej „społeczeństwo szerszym 
spojrzeniem", ukazującej je „w jego różnorodnych i rozlicznych aspektach". I tutaj dopiero wychodzi na jaw, 
jaik bardzo niedojrzałym powieściopisarzem jest jeszcze Zola. Z punktu widzenia kompozycji utwór jest 
ogromnym krokiem wstecz w porównaniu z Teresą Raąuin. Skomplikowana konstrukcja narracyjna niejedno-
krotnie się wali; opisy środowisk są obcym, nie wynikającym często z potrzeb fabuły dodatkiem; podobnie, licz-
ne z postaci drugorzędnych nie odgrywają w niej żadnej roli. Widać, że Zola nie potrafi jeszcze stworzyć rozbu-
dowanej powieści realistycznej, że brak mu techniki, zespołu chwytów. A gotowe wzory Balzaka, Stendhala, 
Flauberta czy Goncourtów są nie tylko pomocą, ale także i jedną trudnością więcej, ibo przecież, chcąc stworzyć 
oryginalne, „osobiste" dzieło, nie może niewolniczo ich naśladować. Ta ostatnia już przed Rougon-Macąuar- 
tami wprawka uświadamia mu całą masę problemów, które musi jeszcze rozważyć i po swojemu rozwiązać.

Z pomocą przychodzi mu znowu Taine i we wstępnych rozważaniach nad cyklem Rougon-Macąuartów 

odnajdziemy wyraźne ślady listu, w którym ocenia przesłaną sobie Magdaleną Fćrat:

Jeżeli przyjmiemy, że powieść ma dawać obraz współczesnych obyczajów, to trzeba przyznać, że te 

choroby mo- ralne, te uporczywe koszmary, władztwo instynktu płciowego i manii są zjawiskiem rzadkim. 
Rysem dominującym — od 1789 r. — jest to, co pokazał Balzak: wola, która dzięki wytrwałości i inteligencji 
dochodzi do stworzenia czegoś. Ple- bejusz wybija się wszelkimi sposobami, dobrymi i złymi, niekiedy rujnując 
sobie ciało, rozstrajając nerwy i nie osiągając prawdziwego zadowolenia. Ale ważne jest to, że działa i tworzy. 
Moim zdaniem przyszłość powieści to historia woli walczącej i zwyciężającej pośród zamętu społecznego i 
upadków przemęczonego zwierzęcia.

n

Coraz wyraźniej te zjawiska społeczne zaczynają ukazywać się Zoli jako druga, obok psychofizjologicznych 

zjawisk „eretyzmu nerwowego", dominująca cecha epoki. I niebawem już nauki Taine'a, wzbogacone 
doświadczeniami płynącymi z nowej w swoim charakterze praktyki dziennikarskiej z lat 1868—1870, wydadzą 
dojrzałe owoce w postaci projektu Rougon-Mac- ąuartów, dzieła, które „ma dawać obraz współczesnych 
obyczajów".

Druk Magdaleny Ferat rozpoczęty 2 września w „L'Evśnement Illustrś", gdzie powieść ukazała się pod 

tytułem Hańba, wywołał interwencję prokuratora. Przerażony tym wydawca Lacroix zażądał od Zoli skreślenia 
w wydaniu książkowym urywków, które nie spodobały się panu prokuratorowi, a które były istotne dla 
fizjologicznej tezy utworu. Pisarz oczywiście nie zgodził się i 29 listopada zaprotestował głośno w opozycyjnej 
„La Tribune" przeciwko „cenzurze prewencyjnej". Cała historia była doskonałą reklamą:

Wszystkie gazety zajmują się Magdaleną Ferat która chwilowo żyje ukryta w jednej z piwnic bulwaru 

Montmar- tre — donosi Zola 4 grudnia Mariuszowi Roux. — Czuje się. doskonale [...] Mam nadzieję, że w 
poniedziałek rano wyjdzie już z więzienia [...] Słowem, wszystko idzie dobrze, zbyt

background image

dobrze nawet. Uchodzę ża męczennika, Demokraci ronią łzy
nad moim przypadkiem.
Wreszcie 7 grudnia, bez dalszych już perypetii, powieść ukazuje się w sprzedaży.
Magdalena F&rat dedykowania jest Edwardowi Manet jako publiczne świadectwo „niewzruszonej i trwałej 

przyjaźni". Ta przyjaźń, zapoczątkowana obraną malarza w 1866 r., w ciągu ostatnich dwóch lat bardzo się 
zacieśniła. Zimą 1867—1868 r. Manet namalował słynny portret pisarza, wystawiony w Salonie 1868 r., a dziś 
znajdujący się w muzeum Jeu de Paume. Wierny swoim sympatiom dla szkoły batignolskiej, Zola przyjmuje w 
maju 1868 r. ofertę nowo założonego „L'Evene-. ment IlluStrś", gdzie proponują mu sprawozdanie z Salonu. Po 
pierwszym artykule, nowym ataku na tradycyjne malarstwo, następne sześć jest pochwałą przedstawicieli nowej 
szkoły, Pissarra, Moneta, Bazil- le'a, Renoira, Degasa, a przede 'wszystkim Maneta, po raz pierwszy określonego 
tu mianem „naturalisty". Dobiegł w ten sposób końca pierwszy etap zaczętej przed dwoma laty kampanii; miała 
ona tak wielkie znaczenie dla początków impresjonizmu, że naizwisko Zoli na zawsze pozostanie związane z 
historią pierwszych walk tego ruchu, który miał zrewolucjonizować sztukę.

„Dużo nowych pism wisi w powietrzu i robię wszelkie starania, aby zaczepić się w którejś z nowych gazet"; 

pisał Zola do Valabregue'a 29 maja 1867 r. Starania te nieprędko miały dać efekt. 'Wprawdzie po manifeście 
cesarza z 19 stycznia 1867 r., zapowiadającym pewną liberalizację ustroju, pojawiło się trochę nowych czaso-
pism, ale w żadnym z nich nie udało się Zoli znaleźć
trwałego oparcia. Nowa nadzieja zaświtała w styczniu 1868 r., kiedy Mille-Noó założył „Le Globe", gazetę, 
która, jak głosił jej program, miała być „organem demokracji i obrońcą wszelkich swobód". Do jej zespołu 
weszli między innymi dziennikarze znani z liberalnych poglądów. Znalazł się wśród nich i Zola. Cóż z tego, 
skoro po miesiącu pismo przestało istnieć; zdążył opublikować w nim zaledwie jedenaście artykułów z zakresu 
krytyki literackiej i dramatycznej. Ta krótkotrwała współpraca nie była jednak pozbawiona korzyści: w redakcji 
„Le Globe" Zola nawiązał lub zacieśnił stosunki z ludźmi, którzy niebawem już mieli nadać potężny irozmach 
prasie opozycyjnej.

11 maja 1868 r. wprowadzona została w życie niecierpliwie oczekiwana nowa ustawa prasowa, która łago-

dziła surowe ograniczenia i rozluźniała nieco ścisły nadzór nad prasą. W ciągu niesjpełna roku w samym tylko 
Paryżu powstało przeszło sto nowych gazet, w znakomitej większości opozycyjnych.

Założenie gazety należy dziś do dobrego tonu — żartuje 

t

 w lipcu jeden z kronikarzy „L'Evśnement Illustre" 

— i trzeba doprawdy nie mieć grosza przy duszy, aby odmówić sobie tej drobnej przyjemności.

34

Zola wprawdzie grosza przy duszy nie miał, ale liczył, że dzięki swoim przekonaniom politycznym i 

przyjaciołom dostanie się do którejś z nowo powstałych gazet. Istotnie, znając nie tajoną wrogość młodego 
pisarza do Cesarstwa, przymknięto oczy na jego „zgniłą literaturę", na jego teorie estetyczne, i w imię walki o 
wspólne cele polityczne wybaczono mu grzech realizmu, który w środowiskach liberalno-republikańskich nie 
cieszył się dobrą sławą.

1 czerwca wszedł do „La Tribune", której założycielami byli między innymi dwaj deputowani opozycyjni,

background image

Pelletan i Glais-Bizoin, onaz Teodor Duret, bywalec kawiarni Guerbois i przyjaciel Maneta. Z krytyka lite-
rackiego Zola przedizierzga się w pełnego werwy publicystę, autora zjadliwych pamfletów, o którym obrońca 
Cesarstwa w „L'Evśnement Illustrś", Albert Rogat, mówi z zaprawioną żalem ironią:

Pan Zola ma nieszczęście pisywać w „La Tribune" i wobec nietolerancji tych nieokiełznanych miłośników 

wolności musi dostrajać swoje artykuły do diapazonu obowiązującej tam demagogii. Zamiast kontynuować 
swoje ciekawe studia o histerycznych damach, bawi się w Juwenala i chłoszcze.

w

Do chwili zlikwidowania gazety w styczniu 1870 r. Zola opublikowiaił w niej sześćdziesiąt dwa artykuły, 

które wprowadziły go ostatecznie do ekipy owych dziennikarzy-demokratów walczących odważnie z ustrojem 
cesarskim.

W połowie 1869 r. nawiązał kontakt z jednym z najbardziej radykalnych pism, „Le Rappel", założonym 

właśnie przez rodzinę i przyjaciół Wiktora Hugo, który patronował mu z oddali. Ale współpraca z tą gazetą od-
daną kultowi „Wielkiego Wygnańca" ograniczyła się do siedmiu artykułów i zakończona została definitywnym 
zerwaniem po entuzjastycznym artykule o Balzaku z 13 maja 1870 r. W kapliczce Wiktora Hugo Zola ośmielił 
się oddać cześć innemu Bogu! Na dziewiętnaście lat przed znanym listem Engelsa sformułował tezę
0 realizmie krytycznym Komedii ludzkiej, której obiektywna wymowa, wbrew sympatiom klasowym i prze-
sądom politycznym autora, potępia stare społeczeństwo
1 zapowiada nieuchronne nadejście nowego:

Satyra na arystokrację i burżuazję, widowisko współczesnego zamętu, dramatyczny obraz obecnej sytuacji, 

między zamkniętą na zawsze przeszłością a otwierającą się przyszłością — oto czym jest Komedia ludzka. 
Kiedy zastanowimy
się, w jakiej klasie społecznej widział Balzak żywe siły narodu, odkryjemy, że umieścił je w wielkim 
nieobecnym, w ludzie [...] Jego dzieło jest jakby usianym ruinami szerokim gościńcem prowadzącym do ludu. 
Idzie prosto do niego, obalając po drodze trony i ołtarze [...] Często słyszałem, jak ludzie zainteresowani w 
obronie starych przywilejów powoływali się na Balzaka. W partii demokratycznej natomiast nie ufa mu się i 
przemilcza jego nazwisko. Co do mnie, jestem przekonany, że to my właśnie winniśmy upominać się o Balzaka 
jako o jednego z naszych.

W lutym 1870 r. Zola związał się z radykalną gazetą „La Cloche" Ludwika Ulbacha, owego „Ferragusa", 

autora artykułu o „zgniłej literaturze". Miał z nią współpracować aż do końca 1872 r., z paromiesięczną przerwą 
od końca sierpnia 1870 r. do marca 1871 r.

W sumie od połowy 1868 r. do upadku Drugiego Cesarstwa Zola opublikował w tych trzech gazetach, „La 

Tribune", „Le Rappel" i „La Cloche", około setki artykułów: pamflety polityczne, satyryczne wypady przeciwko 
ustrojowi, refleksje o charakterze społecznym, obrazki obyczajowe nierzadko zabarwiane złośliwą ironią, 
opowiadania, scenki paryskie, wspomnienia, krytyki literackie i artystyczne. Kryje się tutaj w stanie 
embrionalnym większość tematów cyklu Rougon-Mac- ąuartów i niejednokrotnie, omawiając genezę poszcze-
gólnych tomów, przyjdzie nam sięgać do tych tekstów. Dwuletnia współpraca z prasą opozycyjną pogłębiła 
radykalizm społeczny Zoli, a jednocześnie zapoczątkowała bolesny proces utraty złudzeń, odsłaniając przed nim 
kulisy rozgrywek politycznych; pozwoliła mu zedrzeć pewne maski i dostrzec ukryte za nimi prawdziwe oblicze 
wielu ideologów republikańskich, którzy dążąc do przeobrażenia struktury politycznej mieli na widoku jedynie 
własną karierę i nie pragnęli bynajmniej zmiany struktur ekonomiczno-sipołecznych, Z drugiej strony jednak 
rozszerzyła oma krąg zaintere-

background image

sawań pisarza, wzbogaciła jego znajomość współczesnego społeczeństwa i w niemałym stopniu przyśpieszyła 
proces przejścia od naturalizmu fizjologicznego do powieści o ambicjach społecznych.

31 maja 1870 r. odbył się w obecności czterech świadków, Cezanne'a, Alexisa, Mariusza Roux i Filipa Sola- 

riego, ślub Zoli z Gabrielą Aleksandryną Mśley, który zalegalizował trwający od kilku lat związek.

Tymczasem na horyzoncie gromadziły się chmury, nadciągała burza. Artykuł, którym 6 lipca Zola żegnał w 

„La Cloche" zmarłego 20 czerwca Juliusza de Gon- court, był ostatnim z jego tekstów literackich opubliko-
wanych przed wybuchem wojny. Wszystkie następne były już tylko protestem przeciwko rozpętanej 19 lipca 
awanturze, która położyła kres Drugiemu Cesarstwu. Przedostatni z tych artykułów, Niech żyje Francja!, 
opublikowany 5 sierpnia, stał się przedmiotem dochodzenia sądowego i tylko tragiczny bieg wydarzeń 
wojennych oszczędził autorowi wyroku skazującego.

W dali grzznią armaty. Francja walczy. Wszyscy na kolana! Dosyć fanfaronad' Dosyć patriotycznych 

żartów! Wielkimi patriotami są w tej uroczystej godzinie ci, którzy, topiąc wzrok w dymie pożarów, z trwogą 
patrzą w dal, bladzi i niemi ze wzruszenia [...] Przestańcie opowiadać, źe jesteśmy Prusakami, dlatego źe 
opłakujemy krew Francji! I przestańcie krzyczeć: „Niech żyje Cesarz!" Bo Cesarz nic dla nas nie może. Jeżeli 
zły los zechce, abyśmy ponieśli klęskę, przekleństwa niech spadną na Cesarstwo. A jeżeli będziemy 
zwycięzcami, za zwycięstwo trzeba będzie dziękować jedynie Francji, bo to nie ona rozpętała wojnę, ale ona 
odniesie triumf. Padnijmy na kolana i wołajmy: Niech żyje Francja! *
.Z

Tymczasem 18 sierpnia przestała wychodzić „La Cloche". Pisarz znalazł się bez środków do życia. 

Zwolniony od służby wojskowej, zgłosił się jako ochotnik do gwardii narodowej, ale nie został przyjęty z po-
wodu wady wzroku.

2 września — klęska pod Sedanem i kapitulacja Napoleona III. 4 września — proklamowanie Republiki, 

koniec Drugiego Cesarstwa, ale nie wojny: rząd Obrony Narodowej podejmuje decyzję dalszej walki.

7 września Zola opuścił Paryż, aby odwieźć matkę i żonę na południe. Oblężenie stolicy odcięło mu powrót. 

Zatrzymał się w Marsylii, gdzie z Mariuszem Roux założył radykalną gazetę „La Marseillaise", po której 
wszelki ślad zaginął; w połowie grudnia 1870 r. zmarła śmiercią naturalną. Zola zabiegał wówczas o stanowisko 
podprefekta Aix-en-Provence, a kiedy starania na miejscu nie dawały rezultatów, wyjechał w początku grudnia 
do Bordeaux, siedziby delegatury rządu. Podprefektury nie dostał, objął za to posadę sekretarza Glais-Bizoina, 
członka rządu, jednego z założycieli i redaktorów opozycyjnej „La Tribune", którego przed 1870 r. często 
spotykał w biurach redakcji. Nowe funkcje pozwoliły pisarzowi rozszerzyć krąg doświadczeń i poznać, jak 
pisze, tajniki komedii polityczno- -administracyjnej.

W lutym rząd Obrony Narodowej złożył władzę. Nowo wybrane Zgromadzenie Narodowe zebrało się w 

Bordeaux na pierwszą sesję. „Stałem się znowu zwykłym dziennikarzem — donosi Zola 17 lutego Alexisowi. — 
[...] Pisuję korespondencje dla «La Cloche*." Przesyła je również do „Le Sśmaphore de Mar- seilie", gazety, z 
którą współpracować będzie nieprzerwanie aż do połowy 1877 r. Te kroniki parlamentarne, świetnie 
skomponowane, odbiegające od mdłych sprawozdań innych korespondentów, dramatyczne, barwne

background image

i cięte, zyskują uznanie obu pism, ale jednocześnie niepokoją swoim niezmiernie krytycznym stosunkiem do 
owego Zgromadzenia, w którym spotkał się sam kwiat reakcji wszelkich odcieni. Ich autor trafnie rozszyfrowuje 
grę polityczną, której stawką jest dopiero co narodzona republika: prawica, przytłaczająca większością, jednoczy 
wysiłki, aby zadusić tego noworodka w powijakach; lewica, skłócona i drżąca przed „czerwonym widmem", 
idzie na wszelkie ustępstwa; do tego paru odosobnionych przedstawicieli ludu paryskiego, bezsilnych i 
publicznie znieważanych. Szef władzy wykonawczej, „zręczny" Thiers, oświadcza wprawdzie, „że jest za 
republiką, ale za republiką rozsądną i uczciwą". Zresztą na razie Zola chce jeszcze wierzyć w Thiersa, w jego 
zdrowy rozsądek, dobrą wolę, w jego misję opatrznościową dla Francji: „Jeżeli nas oszukuje — pisze 20 lutego 
w «La Cloche» — buduje na piasku i zawsze będziemy mieli prawo odebrać mu nasze poparcie."* Od początku 
marca toczą się debaty nad powrotem Zgromadzenia do stolicy. Wreszcie zapada dycyzja powrotu do... Wersalu.

Dlaczego nie do Pontoise? — pyta sarkastycznie Zola 10 raarca. — Drobna nieprzyjemność, jaką byłoby 

znalezienie w hotelowych szafach rannych pantofli po pruskich oficerach, będzie okupiona słodką 
świadomością, że Zgromadzenie obraduje w mieście ufortyfikowanym przez pana von Moltke, najlepszego 
generała świata [...] Niemcy dadzą naszym deputowanym ochronę przed BeJleville i la Villette. Śmieję się, a to 
ponure. Co zrobi Paryż pozostawiony sam sobie, z etykietką nieprawomyślności, traktowany nieufnie, jak 
najgorszy wróg Francji? *•
Odpowiedź nie dała na siebie czekać. 18 marca,
w cztery dni po powrocie Zoli do Paryża, wybuchło powstanie, początek Komuny 1871 r.

20 marca Zola wybierał się do Wersalu na pierwszą sesję Zgromadzenia., ale nie dojechał zatrzymany przez 

powstańców. W dwa dni później podobna przygoda, tym razem w Wersalu, gdzie dla odmiany zatrzymał go 
funkcjonariusz policji rządowej:

Niepokojony wczoraj przez Komitet Centralny, dzisiaj podejrzany dla władzy wykonawczej, badam się, 

robię trwożliwie rachunek sumienia i zastanawiam się, czy nie mądrzej byłoby zwinąć manatki. Pociesza mnie 
jedynie myśl, że nie ma trzeciego rządu, który mógłby mnie aresztować jutro. *

Oczywiście, zwykły przypadek: Ale w gruncie rzeczy obie strony miałyby niejakie podstawy, żeby nie 

dowierzać temu dziennikarzowi, który zazdrośnie strzegąc niezależności własnego sądu nie daje się wciągnąć do 
żadnej partii. Nie znalazł się, jak na przykład Valles czy Courbet, wśród komunardów i daleki był od apro-
bowania ludzi z ratusza paryskiego. Zarazem jednak równie daleki był od bezwarunkowego potępiania Komuny 
Paryskiej i „płaszczenia się" — jak pisał — przed Wersalem:

Nie moją jest rzeczą mówić o Komunie. Ale uważam, że wolno mi nawet w gazecie, która jest jej wroga, 

zachować całkowitą niezależność. **

Uchyla się od sądu, ale nie kryje swoich sympatii i antypatii:
Mając do wyboru między Wersalem, który nędznie dyskutuje, a Paryżem, który idzie zgodnie do urn 

wyborczych,

background image

przyznaję, że instynktownie jestem po stronie tego wielkiego i szlachetnego miasta. *

Nie dowierza przywódcom ruchu, których uważa za groźnych marzycieli, szaleńców opętanych utopijną 

ideą, nie pochwala gwałtownych środków działania, stara się jednak zrozumieć pobudki szeregowych bo-
jowników:

Dla prawdziwych robotników — pisze — dla tych, których pcha pod kule potrzeba lub przekonanie, moje 

współczucie jest wielkie i nie boję się tego powtarzać.

M

Ton odosobniony w ówczesnej prasie. Solidaryzując się, jeżeli nie z Komuną, to z Paryżem przeciwko 

Wersalowi, podziwia bohaterstwo komunardów, nie bez pewnej dumy paryżanina i radości z naiuczki danej 
„czcigodnym" deputowanym.

Ci panowie ze skrajnej prawicy myśleli zapewne, że kule paryżan są z waty. Przypominam sobie pogardliwe 

słowa pana Carayon-Latour [...], że jeden wystrzał armatni wystarczy, aby rozpędzić cały ten motłoch paryski. A 
tymczasem motłoch od czterech dni broni przed regularną armią alei w Neuilly i armia, dziesiątkowana, posuwa 
się naprzód krok za krokiem, kosztem największych wysiłków.***

Całą pogardę i niemawiść zachowuje dla prawicowej większości Zgromadzenia, którą obarcza winą za 

wybuch powstania i za wojnę domową:
Jeżeli historia powie kiedyś, że powstanie pchnęło kraj do przepaści, to doda przy tym, że legalna i prawowita

• władza zrobiła wszystko, aby upadek ten stał się śmier-
• teiny. *
Początkowo ma jeszcze nadzieję, że Thiers nie dopuści do interwencji zbrojnej. Ale gdy wojna domowa 

stała się faktem, z przerażeniem i odrazą patrzy na poczynania rządu i parlamentu: „Jeżeli pan Thiers nie 
pohamuje entuzjazmu prawicy [...], za tydzień na miejsce czerwonego będziemy mieli biały terror." ** I w dwa 
dni później, 8 kwietnia:

Pan Thiers znajduje się na straszliwej pochylni [...], wbrew sobie dojdzie do rozwiązania, które stanie się 

hańbą dla jego starości [...] Czyż nie widzicie, jak z każdą godziną morze krwi dzielące was od stolicy rozszerza 
się pod przerażonym niebem! [...] Jeżeli nie znajdzie się w rządzie mądry człowiek, który [...] zacznie działać 
przeciwko prawicy równie energicznie, jak działa się w tej chwili przeciwko Paryżowi, wersalczycy wejdą tutaj 
unurzani po kolana we krwi i długo jeszcze będą mieć na obcasach krwawe błoto dróg! ***

Pod koniec kwietnia zerwała się ostatecznie łączność między stolicą a Wersalem. „La Cloche" przestała wy-

chodzić, zawieszona razem z kilkoma innymi gazetami przez władze Komuny. Zola przesyła z Paryża kore-
spondencje do „Le Sśmaphore de Marseille"; te anonimowe artykuły są jedynym świadectwem jego ówczesnej 
postawy, w której coraz silniej dochodzi do głosu protest przeciwko wojnie domowej i terrorowi. Ostatnie, 
najtragiczniejsze tygodnie udało mu się spędzić na wsi. Wrócił do stolicy dopiero pod koniec maja, dosyć jednak 
wcześnie, aiby być świadkiem białego terroru i represji, które miały trwać przez wiele jeszcze miesięcy. Masowe 
egzekucje, deportacje, działalność sądów

background image

wojennych i parlamentarnej komisji ułaskawień, która nie ułaskawia — wszystko to przejmuje go oburzeniem i 
zgrozą, jak do dzisiaj przejmują zgrozą sugestywne opisy zawarte w jego kronikach. Jest jednym z pierwszych, 
którzy już w* 1871 r. domagają się publicznie amnestii dla komunardów.

Dotrzymuje obietnicy złożonej w 1866 r.: „Zawsze będę po stronie zwyciężonych!" — tym słowom nie 

sprzeniewierzył się ani teraz, ani nigdy później.
ROZDZIAŁ DRUGI
JVlieIiśmy na obiedzie naszego wielbiciela i ucznia, Zolę — notują w swoim Dzienniku bracia <ie Goncourt pod 
datą 14 grudnia 1868 r. — Widzieliśmy go po raz pierwszy [...] Dominuje w nim jakiś chorobliwy rys cierpienia, 
nadmiernej nerwowości, chwilami sprawia przejmujące wrażenie delikatnej ofiary jakiejś choroby sercowej. 
Istota nieuchwytna, głęboka, skomplikowana; bolesna, pełna niepokoju, nieokreślona, nieufna. Opowiada nam o 
swoim trudnym życiu, o pragnieniu i potrzebie znalezienia wydawcy, który by go kupił na sześć lat za trzysta 
tysięcy franków, zapewniając mu rocznie sześć tysięcy: chleb dla niego i matki oraz możność napisania Historii 
pewnej rodziny, powieści w dziesięciu tomach [...] I od czasu do czasu w tonie gorzkiej urazy, z jaką powtarza 
nam i sobie, że ma tylko dwadzieścia osiem lat, wybucha —- wibrująca — nuta cierpkiej woli i zajadłej energii.

1

Tej zimy Zola przystąpił wreszcie do realizacji swojego wielkiego projektu. Dysponował już podstawowymi 

elementami, które razem miały dać pierwszą koncepcję cyklu: wielki wzór Komedii ludzkiej; osobiste 
doświadczenia społeczne, owoc współpracy z prasą opozycyjną; fizjologia, której naukową suchość w ujęciu 
Lucasa łagodził poetycki naturalizm Micheleta; Taine'owska teoria środowisk. Połączenie Lucasa z Tad- ne'em 
dało mu teorię dziedziczności modyfikowanej przez wpływ środowiska, hipotezę, pod którą nie podpisałby się 
bez zastrzeżeń zapewne ani jeden, ani drugi. Ale Zola nie przejmował się tym, czy jego teoria będzie miała 
walor absolutnej prawdy naukowej:

background image

Stosować przede wszystkim logikę dedukcji — pisze w notatkach wstępnych do cyklu. — Obojętne, czy 

podstawowy fakt, z którego wypływają inne, jest uznany za absolutnie prawdziwy; faktem tym będzie jakaś 
hipoteza wzięta z traktatów medycznych. Ale gdy raz [...] zostanie przyjęta za pewnik, wyprowadzać z niej 
matematycznie cały tom i być wtedy w absolutnej zgodzie z prawdą. *

Rodzi się pierwsza, bezkształtna jeszcze koncepcja: zmierzyć się z Balzakiem, dać swojej epoce rozległy 

fresk, w którym mogłaby się rozpoznać, jak poprzednia w Komedii ludzkiej. Ale stworzyć dzieło bardziej na-
ukowe niż Balzak, oparte na fizjologii; odmalować epokę tnie jak on, za pomocą kilku tysięcy postaci, ale za 
pośrednictwem jednej rodziny, badając na jej przykła
dzie działanie dwóch zasadniczych czynników, które determinują człowieka: dziedziczności i środowiska. Jej 
historia) ma streszczać w sobie całą epokę.

Cechą charakterystyczną współczesności pisze w notatkach, w których wyraźne są ślady listu Taine'a o 

Magdalenie Fśrat — jest wrzenie ambicji, demokratyczny pęd, wznoszenie się wszystkich klas [...] Moja 
powieść byłaby niemożliwa przed 1789 r. [...] Badam ambicje i apetyty jednej rodziny, która, rzucona w 
nowoczesny świat, czyni nadludzkie wysiłki, nie osiąga celu wskutek własnej natury i zewnętrznych wpływów, 
sięga prawie sukcesu, aby upaść na nowo, i wytwarza w końcu istne potworności moralne... *

Wiele uwagi Zola poświęca w tym wstępnym stadium określeniu własnej odrębności nie tylko w stosunku 

do Balzaka, ale i w stosunku do bezpośrednich poprzedników, zwłaszcza braci de Goncourt. W obszernym arty-
kule opublikowanym 22 września 1868 r. w „Le Gau- lois" wyraźnie pod tym już kątem widzenia charakteryzuje 
ich sztukę, wyrosłą w cieplarnianej atmosferze beztroski materialnej:

Ich dzieła pozwalają się domyślać luksusu i swobody. Stałyby się gorzkie 1 brutalne w rękach jakiegoś 

biedaka; w ich rękach pozostały eleganckie, wyrafinowane, pełne arystokratycznych subtelności. Na Uff? 
właśnie polega odrębność ich talentu [...] Jeżeli lubią bagno, to dlatego, że nikt tam nie wsadza nosa. Świadczy o 
tym ich styl, który zdradza ciągłą pogoń za tym, co nieoczekiwane i nieznane, czego nikt nie wie i nie mówi [...] 
Wiem, że analiza człowieka winna być jedynym zadaniem prawdziwych powieściopisarzy [...] Wiem także, Iż 
panowie de Goncourt są przede wszystkim stylistami i źe analiza jest dla nich tylko pretekstem do cyzelowania 
zdań [...] Końcem pióra malują małe rozdzialiki, z których każdy jest obrazem, są prawdziwi aż do drastycz-
ności, misterni aż do pretensjonalności.

background image

Tyle publicznie. A na własny użytek:

Goncourtowie zostaną tak dokładnie przygnieceni masą (długością rozdziałów, tchnieniem pasji i logiką), że 

nikt nie ośmieli się zarzucić mi naśladownictwa. *

Zamierzony styl przyszłego dzieła — prosty i przejrzysty, wolny od epitetów, przesycony pasją, podobny do 

„grzmiącego, ale szerokiego potoku o majestatycznym biegu" ** — ma być przeciwieństwem stylu braci, którzy 
„zamiast posługiwać się formą jak prostym, przejrzystym muślinem, okrywającym myśl, ale nie przytłaczającym 
jej, odziewają najdrobniejszy skrawek idei w ubrania wymyślne i wspaniałe". ***

Nazwiska Flauberta i Stendhala pojawiają się w notatkach wstępnych w związku z rozważaniami nad ro-

dzajem postaci przyszłego cyklu. Tym razem — rzecz godna uwagi', jeżeli zważyć wypowiedzi z 1880 r. — 
Zola opowiada się za postaciami Stendhala jako prawdziwszymi z punktu widzenia ogólnoludzkiej prawdy, choć 
mniej prawdziwymi w rozumieniu przeciętnej rzeczywistości; są wyjątkowe, wyrastają ponad przeciętność, ale 
streszczają w sobie całą epokę lub kraj. I sam postanawia tworzyć, jak Stendhal, postaci wyjątkowe, unikając 
wszakże — zgodnie z radami Taine^ |— zbytnich potworności.

Po ustaleniu najogólniejszych założeń cyklu Zola zagłębił się w lekturze dzieł fizjologicznych. Przede 

wszystkim otworzył Traktat o dziedziczności naturalnej doktora Prospera Lucasa (Paryż, 1847—1850), na który 
niejednokrotnie powoływał się w swojej Miłości
Michelet. * Od razu z mgławicy ogólnikowych założeń zaczynia się wyłaniać konkretny kształt dzieła.

Książka Lucasa — czytamy w. notatkach wstępnych — wykazuje, że życie, tworząc, posłuszne jest prawom 

inwencji i naśladownictwa, które w prokreacji stają się prawami wro- dzonoścl i dziedziczności.**

Oto hipoteza, którą Zola przyjmuje za pewnik i z której w drodze dedukcji zamierza wyprowadzić całe 

dzieło. Pod tym względem Traktat ma dla genezy Rougon-Macąuartów znaczenie zasadnicze: nie tylko jest 
źródłem wielu postaci i epizodów przyszłego cyklu, ale tłumaczy też pierwsze decyzje pisarza, które w taki a nie 
inny sposób kazały rozrosnąć się drzewu genealogicznemu rodu. Zola czyta książkę z ołówkiem w ręce: 
streszcza wywody teoretyczne, skrupulatnie przepisuje klasyfikacje rodzajów dziedziczności i poszczególnych 
form jej ogólnego prawa, aby rozdzielić je następnie między członków rodziny. Lucas dostarcza mu schematu, z 
którego powstaje drzewo genealogiczne, szkielet przez wiele liat z każdą nową powieścią obrastający w ciało.

Ratunek przed fatalizmem znajduje w twierdzeniu, że dziedziczność cech moralnych nie obala wolnej woli, 

gdyż nie ma dziedziczenia czynów, jest tylko dziedziczenie skłonności lub popędów: „Nie dziedziczy się po 
rodzicach ani występku, ani cnoty, ale skłonności do

background image

występku lub cnoty." * I tutaj wchodzi w grę drugi czynnik, przez Lucasa lekceważony, u Zoli zaś powołany do 
odgrywania coraz donioślejszej roli: wpływ środowiska, które decyduje o rozwoju lub zaniku dyspozycji 
dziedzicznych. Pisarz dokonuje zatem pierwszego wyboru „światów", czyli środowisk, oraz postaci, na lćtóre 
mają one oddziaływać, i sporządza pierwszą chronologicznie listę dziesięciu tomów cyklu:

Są cztery światy (powieść początkowa). Lud: robotnik, żołnierz. Kupcy: intrygantka, spekulant robiący 

interesy na przebudowie, wielki handel, przemysŁ Burźuazja: syn par- weniuszów. Wielki świat: wysoki 
urzędnik państwowy z postacią z wielkiego świata (polityka). I świat osobny: ladacznica, morderca, ksiądz 
(religia), artysta (sztuka). Nauka musi być gdzieś reprezentowana — często jako ogólny głos dzieła. — 
Początkowa powieść mogłaby streszczać symptomy gorączki apetytów. Kształcenie dzieci w gimnazjum. Będzie 
ono poprzedzać zamach stanu, akcja zaś zacznie się dopiero wtedy. **
Następna kartka zawiera pierwszą listę powieści:

Powieść o księżach (prowincja). Powieść wojskowa (Włochy). Powieść o sztuce (Paryż). Powieść o wielkiej 

przebudowie Paryża. Powieść sądownicza (prowincja). Powieść robotnicza (Paryż). Powieść o wielkim świecie 
(Paryż). Powieść o intrygantce (Paryż). Powieść o rodzinie parweniusza (wpływ nagłej fortuny ojca na synów i 
córki) Paryż. Powieść początkowa, prowincja. ***
Obie te kartki, wyliczenie „czterech światów" i lista powieści, stanowią jeden tekst, pierwszy plan dziesię-
ciotomowego cyklu. I nie wolno jednej odczytywać w oderwaniu od drugiej, gdyż — jak dowiódł tego błąd 
większości krytyków — grozi to przypisywaniem Zoli przedziwnych ambicji socjologicznych: „teorii czterech 
światów" (Eichenholc), „socjologii zbliżonej w swej poetyckiej naiwności do socjologii Walta Whitmana" 
(Lanoux). Pisarz zdumiałby się niepomiernie, gdyby dowiedział się, że urośnie kiedyś do godności „socjologicz-
nej teorii" ów pierwotny wybór postaci, które mają być bohaterami jego dziesięciu powieści, oraz środowisk, w 
których zamierza je osadzić. Wystarczy zestawić poszczególne punkty obu części tekstu, aby zobaczyć, że 
pasują do siebie jak klccki układanki:
Powieść o księżach
Powieść wojskowa Powieść o sztuce
Powieść o przebudowie Paryża
Powieść sądownicza Powieść robotnicza
Powieść z wielkiego świata
Powieść o intrygantce
w handlu Powieść o rodzime parweniusza
Powieść początkowa
— Osobny świat: ksiądz (religa)
— Lud: żołnierz
— Osobny świat: artysta (sztuka)
— Kupcy: spekulant robiący interesy na przebudowie
— Osobny świat: morderca
— Lud: robotnik (i na razie także świat osobny: ladacznica)
— Wielki świat: wysoki urzędnik państwowy z postacią z wielkiego świata
Jg Kupcy: intrygantka
— Burźuazja: -syn parwe- niuszów
— Wszystkie cztery światy

O wyborze takich a nie innych środowisk, postaci i tematów zadecydowało kilka różnych czynników: osobi-

sta znajomość danego środowiska (artysta), aktualność tematu lub typu (przebudowa Paryża, syn parweniusza,

background image

spekulant, ksiądz, ladacznica), egzotyka (robotnik), wreszcie lektura Lucasa, skąd wzięło się kilka postaci, 
między innymi morderca (cytowane przez Lucasa przykłady dziedzicznej skłonności do zbrodni dyktują Zoli 
słowa: „Napisać na ten temat powieść"), prostytutka (wynotowawszy cytowany przez Lucasa wywód Sini- 
baldiego o tym, że w Rzymie najpiękniejsze kurtyzany

rodzą się w środowisku ludowym, z rodziców odrażających często szpetotą, Zola pisze: „W powieści robotniczej 
dać postać pięknej kurtyzany") itd.

Mając już pierwszy plan cyklu, pisarz przystępuje do sporządzenia drzewa genealogicznego rodu, którego 

nazwiska, zanim otrzymają definitywne brzmienie (Rougon, Macąuart, Mouret), ulegają (kilkakrotnym mody-
fikacjom. Praca ta splata się już ściśle z pracą nad pierwszym tomem, który ma prezentować początki rodu. 
Między drzewem a kolejnymi planami cyklu zachodzi ścisła współzależność: z każdym wzbogaceniem cyklu 
pojawiają się na drzewie —- ex post — nowe liście. I kiedy w 1872 o*, liczba projektowanych tomów wzrasta 
do siedemnastu, Zola wprowadza do trzeciego wydania Początków fortuny Rougonów czterech nowych 
członków rodziny, bohaterów nie przewidywanych przedtem powieści. Pomijając chwilowo późniejsze zmiany, 
prezentujemy poniżej drzewo genealogiczne w takiej postaci, jaką otrzymuje w 1872 r.

Wspólnym pniem trzech gałęzi rodu nie jest mężczyzna, ale kobieta, co podyktowane zostało dwoma 

względami: po pierwsze Zola przyjął za pewnik twierdzenie Luoasa, że anomalie nerwowe przekazuje wyłącznie 
kobieta; po drugie dwóch ojców daje dwa różne nazwiska, rzeoz nie do pogardzenia przy pokaźnej liczbie 
bohaterów należących do tej samej rodziny. A zatem protoplastika, Adelajda Fouąue, córka zamożnego 
ogrodnika, sama już obciążona dziedzicznie (jej ojciec zmarł obłąkany), cierpiąca na epilepsję histeryczka, która 
tę pierwotną skazę przekazuje potomstwu. Zola chce w ten sposób wytłumaczyć anomalie rodu, który ma być 
obrazem współczesnego społeczeństwa. A ponieważ uważa to społeczeństwo za chore, ponieważ jedną i jego 
dominujących cech widzi w „eretyzmie nerwowym", w szaleńczym pędzie do zaspokajania nienasyconych

background image

apetytów materialnych i intelektualnych, przeto i ród, który ma je reprezentować, musi być jak ono chory 
nerwowo i nękany takimi samymi nienasyconymi żądzami.

Z Adelajdy wywodzą się trzy linie: ślubna i dwie nieślubne. Temu podziałowi i jego konsekwencjom znowu 

patronuje Lucas, który zapewne nie rozpoznałby w tym ilustracji swoich wywodów. Chąc ustalić fakt 
[dziedziczenia natury moralnej, Lucas powołuje się między innymi' na istniejący w prawodawstwie hinduskim 
zakaz „metyzacji", czyli krzyżowania się różnych kast, uzasadniany argumentem degradacji natury moralnej 
potomka w wyniku „metyzacji". Z długiego wywodu Lucasa Zola wyciąga lapidarną konkluzję: „Metyzacja daje 
złe efekty" i postanawia „pokazać w cudzołóstwie metyzację" *, tworząc bękarcią linię rodu, „trudniejszą do 
ucywilizowania", której potomkowie, w przeciwieństwie do potomków linii prawej, pozostaną „w stanie 
surowym". Z mężem, prostym wieśniakiem, tępawym, ale zdrowym .psychicznie brutalem, Adelajda ma jednego 
syna, Piotra, który daje początek ślubnej linii, Rou- gonom. Po śmierci męża bierze za kochanka włóczęgę, 
przemytnika Macquarta (a więc „metyzacja'', skrzyżowanie klas); ma z nim dwoje dzieci: syna Antoniego, z 
którego wywodzi się pierwsza nieślubna linia, Mac- ąuartów, i córkę Urszulę, która wyszedłszy za mąż (nowe 
powiększenie liczby nazwisk), daje początek drugiej linii bękarciej, Mouretom. Każde z trojga dzieoi Adelajdy 
ilustruje inną formułę dziedziczności: Piotr — równomierne przemieszanie cech moralnych i fizycznych obojga 
rodziców; Antoni — zlanie się cech obojga rodziców, z moralną i fizyczną przewagą ojca; Urszula — zespolenie 
cech, z fizyczną i moralną przewagą matki.
^HHHHBHH

Piotr żeni się z Felicją Puech, która — owoc romansu swojej matki z markizem de Carnavant — wnosi do 

prostackiej linii Rougonów kroplę krwi szlacheckiej, większą subtelność i ambicje mniej prymitywne (1 ten fakt 
ma swoją „naukową" legitymację u Lucasa, gdzie Zola wyczytał, że „mezalians ze strony ojca nie ma tak złych

background image

skutków jak mezalians ze strony matki"; Felicja więc, choć także owoc „metyzacji", nie ponosi złych jej skut-
ków). Rougonowie mają pięcioro dzieci, trzech synów: Eugeniusza (przewaga moralna matki, fizyczne podo-
bieństwo do ojca), Paskala (wrodzoność, czyli brak jakichkolwiek cech dziedzicznych) i Arystydesa (przewaga 
moralna ojca, fizyczne podobieństwo do matki), oraz dwie córki: Martę (dziedziczność wsteczna, przeskakująca 
jedno pokolenie, fizyczne i moralne podobieństwo do babki Adelajdy) i Sydonię (elekcja * ojca, podobieństwo 
fizyczne do matki). Arystydes ma synai Maksyma i córkę Klotyldę, która pojawia się dopiero w drugim tomie 
cyklu.
Antoni, obciążony po ojcu alkoholizmem i nieuleczalnym nieróbstwem bierze za żonę Józefinę Gćvaudan, 
handlarkę z hal, silną fizycznie i pracowitą, ale mającą, jak mąż, pociąg do alkoholu. Mają troje dzieci: Gerwa- 
zynę (poczęta w stanie zamroczenia alkoholowego kaleka ze skłonnością do pijaństwa; „kaleki Wulkan poczęty 
przez pijanego Jowisza", wynotowuje z Lucasa Zola i w osobie Gerwazyny daje przykład zaburzeń wynika-
jących ze stanu rodziców w chwili poczęcia), Jana (wrodzoność) i pojawiającą się w trzecim wydaniu Począt-
ków fortuny Rougonów Lizę (elekcja matki, fizyczne podobieństwo do matki). Gerwazyna ma troje dzieci: 
dwóch synów i córkę.

Ze związku Urszuli z kapelusznikiem Mouretem rodzi się troje dzieci: Franciszek (elekcja ojca, fizyczne 

podobieństwo do matki), Sylweriusz (elekcja matki, brak fizycznego podobieństwa do rodziców) i pojawiająca 
się w trzecim wydaniu pierwszego tomu Helena (wrodzoność). Franciszek, poślubiwszy córkę Piotra
i
i
i

i

background image

Rougona, Martę, daje początek gałęzi rodu, w której llinia prawa łączy się z bękarcią. W pierwszym wydaniu 
Fortuny Rougonów mają jednego syna, Sergiusza (mo- ■ralne i fizyczne podobieństwo do matki); w trzecim 
wy- Idaniu pojawia się jeszcze córka Desirśe (elekcja matki, | fizyczne podobieństwo do matki, imbecylka) i syn 
I Oktawiusz (elekcja ojca; fizyczne podobieństwo do j wuja, Eugeniusza Rougona, czyli dziedziczność po- I 
średnia).

Gdy pierwotny szkic drzewa i plan pierwszego tomu zostały opracowane, Zola, jeszcze przed ustaleniem de-

finitywnych nazwisk rodu, sporządził ogólną charakterystykę cyklu, aby przedstawić ją wydawcy Lacroix razem 
z listą dziesięciu powieści, z których każda omówiona jest w kilkunastu wierszach, charakteryzujących I jej. 
„ramy i postaci". Ta druga chronologicznie lista zawiera następujące projekty (w nawiasach podajemy 
ostateczne nazwiska postaci): 1. powieść początkowa; 2. powieść o życiu złotej młodzieży, bohater — syn 
Augusta Goiraud (Arystydesa Rougona); 3. powieść o spekulacjach, bohater — August Goiraud; 4. powieść o 
świecie oficjalnym, bohater — Alfred Goiraud (Eugeniusz Rougon); 5. powieść o religijnych gorączkach epoki, 
bohater — Lucjan Camoins (Sergiusz Mouret); 6. powieść wojskowa, bohater — Paweł Bergasse (Jan 
Macąuart); 7. powieść o świecie robotniczym, bohaterka — Laura Bergasse (Gerwazyna Macąuart); 8. powieść 
o półświatku, bohaterka — córka małżeństwa robotniczego z poprzedniej powieści; 9. powieść o świecie 
artystów, bohater — Klaudiusz, syn małżeństwa robotniczego; 10. powieść sądownicza, bohater — Stefan, 
trzecie dziecko małżeństwa robotniczego. W porównaniu z pierwszą listą można zauważyć pewne zmiany: znika 
projekt powieści o intrygant- ce, a z pierwotnego projektu powieści robotniczej wy-

background image

odrębniona zostaje jako osobna pozycja powieść o półświatku.

Przedstawiając wydawcy ten, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, „konspekt" cyklu, Zola proponuje mu jedno-

cześnie zawarcie umowy na pięć lat: w zamian za pieć- set franków miesięcznie zobowiązuje się dostarczać 
dwie powieści na rok. Propozycja została przyjęta i pisarz z zapałem przystąpił do pracy nad pierwszym tomem, 
który miał nadzieję ukończyć jeszcze w 1869 r.

„Ta powieść, pierwsza w cyklu, stanowi niejako wstęp do całego dzieła. Pokazuje pewnych członków 

rodziny, której historię chcę napisać, u zarania ich kariery" — pisza Zola. Niełatwą sprawą była kompozycja 
tego „wstępu", którego właściwa akcja trwa zaledwie cztery dni, od 7 do 11 grudnia 1851 r., ale którego 
prehistoria rozciąga się na przeszło półwiecze, gdyż prezentuje całą genealogię rodu. Mimo pewnych niezręcz-
ności autor wyszedł z próby obronną ręką, dowodząc wielkiego postępu w opanowaniu techniki powieściowej. 
Trzy centralne postaci, Piotr Rougon, Antoni Mac- quart i Sylweriusz Mouret, należą do trzech gałęzi rodu. 
Zasadniczy konflikt rodzinny rozgrywa się między dwiema pierwszymi, reprezentującymi dwie pozornie różne 
postawy polityczne: Piotr jest „konserwatystą, który [...] nie cofa się przed niczym, aby zbudować na nowym 
Cesarstwie fortunę swoją i dzieci"; Antoni, postać zrodzona z utraconych złudzeń autora, „jest zawistnym 
nierobem, którego zazdrosne, bezsilne lenistwo rzuca w objęcia fałszywej i haniebnej demokracji." Ofiarą 
konfliktu pada Sylweriusz, „piękne i żarliwe uosobnienie wszystkich zapałów młodzieńczych, dusza republiki, 
dusza miłości i wolności". I

Piotr bardzo wcześnie podporządkowuje sobie matkę: i pozbywa się z domu nieślubnego rodzeństwa 

(siostrę bez grosza posagu wydaje za mąż, brata nie wykupuje od służby wojskowej), aby w drodze legalnej 
kradzieży zagarnąć wspólny majątek. Żeni się następnie z kupiecką córką, a wedle legendy nieślubnym dzieckim 
markiza de Carnavant, Felicją Puech, która silną ręką ujmuje losy rodziny, zdecydowana za wszelką cenę wybić 
się.. Wbrew oporom męża i mimo nieświetnej sytuacji materialnej kształci synów, przenosząc na nićh wszystkie 
nadzieje, które chwilowo jednak nie spełniają się. Synowie wracają po studiach do rodzinnego Plassans i we-
getują bez widoków na karierę. Eugeniusz, marny adwokat bez spraw, w którym ambicje matki przerodziły się w 
żądzę władzy, wyjeżdża w przeddzień rewolucji lutowej 1848 r. do Paryża, gdzie zostaje jednym z 
najaktywniejszych agentów przygotowujących zamach stanu Ludwika Bonaparte. Arystydes, który po ojcu 
przejął żądzę łatwego bogactwa, nie kończy stu-' diów, żeni się z Anielą Sicardot, przyjmuje skromną posadkę w 
podprefekturze i rozpaczliwie czyha na okazję poprawy bytu; po wybuchu rewolucji 1848 r. stawia na 
republikanów i zostaje redaktorem miejscowej gazety liberalnej. Średni syn, Paskal, zdaje się nie należeć do 
rodziny, bezinteresowny, wolny od właściwych jej ambicji i apetytów; po świetnych studiach medycznych 
osiada w Plassans, rezygnuje z bogatej klienteli i oddaje się badaniom nad zjawiskiem dziedziczności, do czego 
punktem wyjścia są obserwacje własnej rodziny. To pozytywna postać Cyklu, rzecznik fizjologicznych teorii 
autora, reprezentujący w jego świecie powieściowym naukę. W przeddzień zamachu grudniowego Rougonowie, 
zawiedzeni na handlu i dzieciach, należą do najbardziej drapieżnej grupy społecznej. Wiążą się z 
antyrepublikańskimi kręgami Plassans. „Żółty salon"
8*
115

background image

Felicji staje się centrum reakcji najpierw legitymistycz- nej, potem bonapartystowskiej, zgodnie z przesyłanymi 
z Paryża instrukcjami Eugeniusza. I Tymczasem Antoni wraca do Plassans po siedmiu la- Itach służby 
wojskowej, która rozwinęła w nim dziedziczne skłonności do pijaństwa i nieróbstwa. Daremnie domaga się od 
brata należnej sobie części majątku. Zawiść, chęć zemsty nad Rougonami, robią z niego demagoga fałszywej 
demokracji, który w republice widzi to samo, co Rougon w cesarstwie: zaspokojenie apetytów, syte życie w 
nieróbstwie.

Szukając w rodzinie sprzymierzeńców do walki z Rcugonami, przyciąga do siebie Sylweriusza, którego 

entuzjazm karmiony lekturą „humanitarnych utopii" stanowi grunt podatny na demagogiczne wywody fał-
szywego republikanina. Daremnie jednak Macąuart usiłuje wyzyskać go do rozgrywek osobistych: Sylweriusz 
zdolny jest wyłącznie do uczuć szlachetnych. Neuroza babki obróciła się u niego w swoisty „mistycyzm 
społeczny", w pęd do: wszystkiego „co wzniosłe i niemożliwe". Przygarnięty po śmierci rodziców przez 
Adelajdę, wcześnie opuszcza szkołę, by pójść do rzemiosła, ale z uporem samouka dąży do izdobyoia wiedzy; 
czyta nocami traktaty filozoficzne i utopie społeczne, które budzą w nim marzenia o wolności i sprawiedliwości. 
W tych marzeniach coraz częściej jawi się postać Mietty, trzynastoletniego dziewczęcia, jak on wyrzuconego za 
nawias społeczny, córki kłusownika Chantegrei- la, za zabicie żandarma skazanego na galery. Między dwojgiem 
dzieci nawiązuje się przyjaźń, która nieświadomie przeobraża się w czystą miłość, sielankową i naiwną, „jak ze 
starych baśni greckich". Wciągnięty przez Macąuarta do tajnego spisku, Sylweriusz idzie w dna zamachu 
grudniowego walczyć w obronie republiki razem z powstańcami departamentu Vair. Czerwo-

background image

ny sztandar powstańców niesie Mietta, która padnie w pierwszej i jedynej bitwie:

Tchnienie epopei [...] wdzierało się w plugawą komedię Macąuartów i Rougonów.. Mocny głos ludu 

rozbrzmiewaj chwilami jak pomruk grzmotu między gadaniną żółtego salonu a perorami wuja Antoniego. I 
wulgarna farsa, hanieb-. na farsa przeobrażała się w wielki dramat historii. *

Tymczasem farsa rozgrywa się w żółtym salonie pełnym przerażonych, spiskujących mieszczan, odmalowa-

i nych z właściwą publicystyce Zoli satyryczną werwą, i poczuciem karykatury. W pewnej chwili jednak farsa 
staje się ponura, a jej groteskowi bohaterzy nie śmieszą już, lecz budzą wstręt i zgrozę, kiedy Piotr i Felicja, 
którzy pojęli nauki markiza de Carnavant, że „każda nowa dynastia, musi wyrastać z krwi", organizują wspólnie 
z przekupionym Macąuartem zasadzkę na republikanów. Za tysiąc franków Antoni prowadzi pozostałych w 
mieście robotników do ataku na ratusz, gdzie czekają na nich kule gwardzistów Rougona. Cztery trupy 
wymownie świadczą o tym, „jak żelaznej ręki trzeba było, aby zgnieść powstanie" i ocalić Plassans od anarchii. 
I przestaje być*;komiczny Arystydes, który dotąd spacerował z ręką na temblaku, nie chcąc zaangażować się 
pochopnie piórem po niewłaściwej stronie, kiedy w chwili zwycięstwa bonapartystów, aby naprawić błąd 
wahania i uwolnić jednocześnie rodzinę od kompromitującego członka, bez słowa protestu pozwala żandarmom 
zamordować Sylweriusza.

Żółty salon Felicji, żółte luidory, cena zdrady Macąuarta, żółte niebo nad cmentarzem świętego Mitry, 

sceneria egzekucji . Sylweriusza; czerwona peleryna
Mietty i czerwony sztandar powstańców, szkarłatna plama krwi Sylweriusza, zrudziały od krwi bu/t Piotra i 
czerwona wstążeczka Legii Honorowej w jego butonierce. Żółć i czerwień stanowią dominujący koloryt 
powieści: barwa złota i krwi.

„Ramami historycznymi pierwszego epizodu jest zamach stanu" — decyzja zrozumiała, skoro historia Rou- 

gon-Macquartów ma być wpisana w historię Drugiego Cesarstwa. Trudniej natomiast uświadomić sobie dzisiaj 
całą aktualność tego tematu pod koniec lat sześćdziesiątych, kiedy opozycja przeciwko Napoleonowi III sięga 
szczytu. Już w 1865 r. padają na posiedzeniu Ciała Ustawodawczego zuchwałe słowa: „Drugi grudnia był 
zbrodnią!", a w latach 1865—1870 pojawia się mnóstwo publikacji poświęconych zamachowi stanu: zasadnicze 
źródło historyczne Zoli, La Province en decembre 1851 (Prowincja w grudniu 1851) Eugeniusza Tenota, Hi- 
stoire du Second Empire. Le Coup d'£tat (Historia Drugiego Cesarstwa. Zamach stanu) Taxila Delorda, Hi- 
stoire de 1'insurrection du Var en decembre 1851 (Historia powstania w departamencie Var w grudniu 1851) 
Noel Blanche'a, długotrwała polemika w „La Tribu- ne" między republikańskimi dziennikarzami a byłym 
prefektem departamentu Var, odpowiedzialnym za represje w 1851 r. Nie brakowało Zoli dokumentów 
historycznych. Protestom opozycji przypominającej krwawe początki Cesarstwa towarzyszyły antyrządowe 
zamieszki, które latem 1869 r. wybuchały w Paryżu i na prowincji.

Fortuna Rougonów mimo pozorów powieści historycznej stanowiła odpowiedź na bardzo aktualne zamó-

wienie społeczne.
Nagnę ramy historyczne do własnej fantazji [...] Z niezwykle ciekawego powstania w departamencie Var wezmę

background image

szczegóły najbardziej charakterystyczne 1 posłużą się nimi zgodnlo z potrzebami fabuły. *

Decyzja pokazania zamachu stanu nie w Paryżu, ale na prowincji dowodzi dojrzałej refleksji artystycznej, 

której nieobce zapewne były nauki Balzaka. Przeniesienie autentycznych wydarzeń ze stolicy do wyimagino-
wanego Plassans, ukrycie bohaterów historycznych pod maskami postaci fikcyjnych, daje autorowi dużo więk-
szą swobodę i możność operowania symbolami artystycznie bogatszymi od historycznych autentyków. Plassans 
z pierwszego tomu to nie tylko Aix-en-Pro- vencc wzbogacane rysami kilku innych miast południa, ale także 
Paryż z dni zamachu grudniowego, Paryż, którego barykady wznoszone rękami policji znajdują odpowiednik w 
zasadzce Rougonów:

Gdyby nie było powstania, co mogłoby usprawiedliwić zamach stanu? — czytamy w notatkach Zoli z 

książki Delor- da. — Napoleonowi zostało ostatnie 50 tysięcy, które rozdzielił między żołnierzy, aby mieli za co 
pić. 4 grudnia dużo barykad, [...] większość wzniesiona przez policję. W tłumie kpiny; obawa, żo zamach stanu 
skończy się szyderstwami. Około drugiej wybucha strzelanina [...] Paryż uwierzył w powstanie. Mieszkańcy, 
przekonani strzelaniną, uwierzyli, że ocalono Ich od anarchii. Zamach stanu udaje się. ••

Tak samo udaje się zamach stanu Piotra Rougona, który — jak Napoleon — oddaje Antoniemu ostatnie 

tysiąc franków i ocala Plassans przed anarchią. I tak samo jak Ludwik Bonaparte i jego banda* Rougonowie 
„dorwali się wreszcie do uciech bogaczów [...] Zamach stanu, który podżwignął fortunę Bonapartych, kładł 
podwaliny fortuny Rougonów". ***

Nasza znajomość zaczęła się w epoce, kiedy Zola pisał pierwszy tom Rougon-Macąuartów — wspomina w 

swoich Zapiskach przyjaciela Paweł Alexis. — [...] W połowie września 1869 r. [...] wdrapałem się ze swoim 
przyjacielem 1 rodakiem z A lx, poetą Antonim Valabrćgue'lem na Imperial omnibusu Odeon-Batignolles-
Clichy. Bardzo jeszcze młody, przybyłem prżed paru dniami do Paryża, aby „uprawiać literaturę" [...] 1 miałem 
być przedstawiony temu Zoli, którego nigdy dotąd nie widziałem, [...] ale którego dzieła znałem na pamięć [...] 
W alei Cllchy [...] zleżllśmy z naszego Imperialu. Kilka kroków pierwszą ulicą w lewo i dzwonimy do domu pod 
numerem 14 przy ulicy La Condamlne. Biło ml serce. Od pierwszych słów Zoli: „01 Alexls! oczekiwałem 
pana", od pierwszego uścisku dłoni poczułem, że raz na zawsze oddałem mu wszystkie swoje uczucia [...] Gdy 
podano herbatę, Zola poszedł na moją prośbę po rękopis i przeczytał nam pierwsze strony Fortuny Rougonów, 
opis cmentarza świętego Mitry w Plassans, w tym Plassans, które od razu rozpoznałem, bo przecież 
przyjeżdżałem właśnie z AIx-en- -Provence.

2

Rękopis -zaczęty w połowie 1869 r. był już wtedy na ukończeniu i lada moment powieść miała ukazać się w 

odcinku w gazecie „Le Siecle". Ale termin, ustalony na październik, ciągle przesuwano i pisarz, nie czekając na 
publikację, zabrał się do pracy nad drugim tomem. Druk rozpoczęto wreszcie 28 czerwca 1870 r., na trzy 
tygodnie przed wybuchem wojny; 11 sierpnia, „wobec powagi sytuacji", zawieszono „na kilka dni" publikację. 
Te kilka dni miały trwać siedem długich miesięcy i gazeta wznowiła druk powieści, ukończony w czterech 
kolejnych odcinkach, 18 marca 1871 r., pierwszego dnia Komuny. Wydanie książkowe ukazało się w 
październiku. Skwitowana przez krytykę paru zdawkowymi wzmiankami, Fortuna Rougonów zyskała sobie za 
to pochwałę „mistrzów": Gautiera, Edmunda de Goncourt i — co dla Zoli najcenniejsze — Flauberta, który 
pisze do niego 1 grudnia 1871 r.:

background image

Właśnie skończyłem Pańską okrutną i piękną książkę* Jeszcze jestem oszołomiony. To mocne! Bardzo 

mocne! Nie pochwalam jedynie przedmowy. Moim zdaniem psuje ona dzieło, które jest bezstronne i wielkie [...] 
Ale ma Pan wielki talent i jest Pan porządnym człowiekiem!

1

Ta przedmowa tak skrytylcowana przez Flauberta, wroga wszelkich manifestów literackich, stanowi jeden z 

zasadniczych tekstów teoretycznych Zoli. Dużo dobitniej niż wstępne notatki do cyklu koryguje ona fizjolo-
giczną koncepcję człowieka i społeczeństwa. Jest nie tylko zakończeniem jednego etapu w rozwoju teorii, jest 
przede wszystkim początkiem następnego:

Chcę wytłumaczyć, jak rodzina, mała grupa żywych istot, zachowuje się w społeczeństwie, rosnąc i wydając 

na świat dziesięć do dwudziestu jednostek, które z początku wyglądają, jakby były całkiem różne jedna od 
drugiej, przy bliższej wszakże obserwacji zdradzają bardzo ścisłe związki między sobą. Dziedziczność ma swoje 
prawa jak ciążenie.

Będę usiłował, rozwiązując podwójne zagadnienie temperamentów i środowisk, odnaleźć i zbadać nić, która 

z matematyczną niezawodnością prowadzi od człowieka do człowieka. Kiedy już uchwycę wszystkie takie nici, 
kiedy będę miał w ręku całą grupę społeczną, ukażę tę grupę odgrywającą swoją rolę na tle epoki historycznej, 
odtworzę ją działającą w całej złożoności jej wysiłków, zanalizuję jednocześnie sumę woli każdego z jej 
członków oraz siłę parcia, wspólną dla całości.

Charakterystyczną cechą Rougon-Macąuartów, grupy, rodziny, którą zamierzam badać, jest erupcja 

namiętności, potężny pęd naszej epoki opanowanej żądzą użycia. Pod względem fizjologicznym są oni długą 
serią procesów, które zachodzą w sferze nerwów i krwi u całego rodu jako następstwo naruszenia jednego 
organizmu, i stosownie do środowisk determinują u poszczególnych jednostek tego rodu uczucia, pragnienia, 
namiętności, wszystkie reakcje ludzkie wypływające z natury oraz instynktów i dające rezultaty, które przyjęto 
nazywać cnotami i występkami. Historycznie wywodzą się oni z ludu, przenikają w całe społeczeństwo naszych 
czasów, wspinają się na wszystkie szczeble dzięki spe
cyficznie nowoczesnemu impulsowi, działającemu na niższe klasy w ich wędrówce przez dało społeczne, i w ten 
sposób swoimi osobistymi dramatami opowiadają dzieje Drugiego Cesarstwa, od podstępnego zamachu stanu do 
zdrady pod Se- danera.

Trzy lata zbierałem dokumenty tego ogromnego dzieła 1 niniejszy tom był już nawet napisany, kiedy 

upadek Bo- napartych, którego potrzebowałem jako artysta i który przez cały czas nieubłaganie mi się ukazywał 
u kresu dramatu, chociaż nie śmiałem oczekiwać go tak szybko, przyniósł mi straszliwe i konieczne rozwiązanie 
mojego dzieła. Dzisiaj jest już ono kompletne, porusza się w zamkniętym kole, 6taje się obrazem martwego 
okresu, niesamowitej epoki szaleństwa 1 hańby.

To dzieło, które składać się będzie z szeregu epizodów, jest więc, w moim pojęciu, historią naturalną i 

społeczną pewnej rodziny za Drugiego Cesarstwa. I ten pierwszy epizod, Fortuna Rougonów, powinien nosić 
tytuł naukowy: Pochodzenie. *

Gdy pierwszy tom cyklu ukazywał się na półkach księgarskich, „La Cloche" od paru tygodni drukowała już 

w odcinkach drugi, Zdoibycz.

Dwa tematy stanowiły żelazny repertuar kroniki skandalicznej Drugiego Cesarstwa: pełne uciech życie 

wielkiego świata i półświatka oraz przebudowa Paryża podjęta z rozmachem przez Napoleona III, który chciał 
pozostawić przyszłym pokoleniom świadectwo świetności swojego panowania, monumentalny Paryż przy-
stosowany do funkcji nowoczesnej stolicy, a przy okazji przeobrazić zgodnie z wymaganiami strategii plątaninę 
ciasnych zaułków, sprzyjającą walkom ulicznym,

background image

w regularną sieć szerokich arterii. Z pojawieniem się prasy opozycyjnej oba tematy stały się wdzięcznym polem 
do wypadów przeciwko Cesarstwu: pustota, luksus, rozprzężenie obyczajów upodobniające wielki świat do 
półświatka, a królowe cesarskich balów do modnych kurtyzan, oraz związane z przebudową bezwstydne, jawnie 
złodziejskie spekulacje na nieruchomościach* źródło błyskawicznych i zawrotnych, choć często efemerycznych 
fortun. Głównym celem ataków, symbolem zbytku i korupcji, stał się realizator przebudowy, baron Haussmann, 
faworyt cesarski, prefekt departamentu Sekwany. Kampania rozpoczęta w grudniu 1867 r. serią artykułów 
Juliusza Ferry'ego przeniosła się w początku 1869 r. do Ciała Ustawodawczego, gdzie młoda opozycja ostro 
krytykowała finansową d urbanistyczną politykę prefekta i ostatecznie doprowadziła do jego upadku w 1870 r.

Zola nie pozostawał obojętny na te zjawiska i już pierwszy plan cyklu zawiera projekty „powieści o rodzinie 

parweniusza" i „powieści o wielkiej przebudowie Paryża", rozwinięte szerzej w konspekcie przedstawionym 
wydawcy Lacroix:

Powieść, której ramami będzie głupie i elegancko hulaszcze życie złotej młodzieży, a bohaterem syn 

Augusta Goi- raud [czyt. Arystydesa Rougona], Filip [czyt. Maksym], jeden z tych poronionych płodów, 
ochrzczonych trafnym mianem „gogusiów". Te nędzne marionetki są typowe dla naszej epoki [...] Środowisko, 
które należy odmalować i napiętnować rozpalonym żelazem. *
I dalej:

Powieść, której ramami będą złodziejskie i nieokiełznane spekulacje drugiego cesarstwa, a bohaterem 

August Goiraud, ów typ z Plassans, co węszył za fortuną i pozwolił zamordo
wać Sylweriusza, aby uwolnić rodzinę od kompromitującego chłopca [...] Dzieło będzie poematem lub raczej 
straszliwą komedią o współczesnych kradzieżach. August w parę lat robi ogromny majątek. Ożeniony po raz 
drugi z lalką paryską, cierpi przez swoją żonę. Obraz małżeństwa w wysokiej sferze parweniuszów- *

Oba projekty dały wspólnie drugi tom cyklu, Zdobycz. Jego tematy a problemy dojrzewały stopniowo, 

rozwijane najpierw w artykułach, które od czerwca 1868 r. Zola publikował w prasie opozycyjnej. Wyśmiewa w 
nich „rusztowania barona Haussmanna" i jego gusta artystyczne; demaskuje spekulacje i oszustwa.; ubolewa nad 
losem robotników, „którzy duszą się w ciasnych i brudnych dzielnicach", gdyż „nie dla nich uzdrawia się 
miasto", a „każdy nowo przebity bulwar wyrzuca ich coraz >gromadniej do starych ruder przad- miejskich". 
Szkicuje satyryczne obrazki z życia wielkiego świata: wyszydza jego intelektualno-artystyczne rozrywki, 
kafeszantan^ i operetki Offenbacha, którego twórczości, „muzyczki dziewek i gogusiów", nienawidzi „całą siłą 
swoich literackich nienawiści"; oburza się na nieróbstwo, kokieterię, rozwiązłość kobiet, które „panują w wielu 
sercach naraz", dni trawią u modnych krawców, a nocami demonstrują na balach dworskich swoje krociowe 
toalety. Krytykuje wychowanie współczesnej światowej kobiety, która z eleganckiego pensjonatu

background image

klasztornego wynosi „duszę zbrukaną, serce odarte z dziewictwa", niezdrowo podnieconą wyobraźnię, a nawet 
początki zboczeń seksualnych. Demaskuje fizyczną i moralną zgniliznę złotej młodzieży, „zniewie- ściałych 
mężczyzn wyrosłych wśród damskich halek", zblazowanych i „zbydlęconych trzydziestoletnich starców", którzy 
przejadają z kokotami ojcowskie fortuny. Jego ironia coraz mocniej zaprawiana goryczą przechodzi w krzyk 
protestu:

jeżeli człowiek jest melancholijnego usposobienia, śmiech często przemienia się w szloch [...] Komedia 

staje się dramatem [...] Kiedy oburzenie i niesmak chwytają za gardło [...], jedno słowo ciśnie się na usta, słowo, 
którego nie mogę tutaj napisać, które piecze jak rozpalone żelazo i którego ordynarna brutalność jedynie zdolna 
jest rozprawić się z tak wielką sromotą. *

Systematyczną pracę nad drugim tomem cyklu rozpoczął Zola zimą 1870 r. Kompletował dokumentację 

dotyczącą historii i technicznych szczegółów przebudowy Paryża oraz mechanizmu spekulacji, sporządzając 
jednocześnie szkic i plany powieści oraz charakterystyki postaci. 1 już 27 maja proponował utwór redaktorowi 
„La Cloche", Ulbachowi:

Liczę na sukces — pisał — gdyż cyzeluję dzieło z miłością i staram się, aby było możliwie najprawdziwsze 

i wstrząsające w swojej wyrazistości. Tytuł Zdobycz narzucił mi się nieodparcie po Początkach fortuny 
Rougonów, był jego konsekwencją. Przez chwilę wahałem się jednak ze względu na słynny wiersz Barbiera.**

Powieść była w trzech czwartych gotowa, kiedy wybuch wojny zmusił Zolę do przerwania pracy, którą 

mógł podjąć na nowo dopiero latem 1871 r.

W swojej definitywnej postaci Zdobycz realizuje zamierzenia z 1869 r. Bohaterem jest Arystydes Rougon, 

który nazajutrz po zamachu staniu przenosi się z Plassans do stolicy, gdzie pierwsze krotki ułatwia mu brat. 
Eugeniusz, który pnie się szybko po szczeblach kariery politycznej, aby w krótkim czasie zostać potężnym 
ministrem, żąda od Arystydesa zmiany nazwiska, na co ten bez oporów przystaje i wybiera „przypominające 
suchy brzęk złota" nazwisko Saccard, „dobre, aby dostać się na galery lub zrobić miliardy". W magistracie, 
gdzie dostał posadę dzięki protekcji Eugeniusza, Saccard odkrywa plany przebudowy Paryża, poznaje 
mechanizm wywłaszczeń i odszkodowań, uczy się, „jak nabyć prawo do otwierania wytrychem kas państwa". 
Śmierć żony umożliwia mu zdobycie koniecznego kapitału zakładowego: za pośrednictwem siostry, Sydonii 
Touche, parającej się w Paryżu podejrzanym procederem stręczycielki, sprzedaje za dwieście tysięcy swoje 
nowe nazwisko skompromitowanej, ale poeażnej pannie z dobrego domu, po czym rzuca się w wir spekulacji. 
Szybko robi fortunę, która, choć płynna i stale niepewna, imponuje, jak nowy Paryż, wspaniałością fasady. 
Prototypem Saccarda jest w tym względzie baron Hausemann, (który użyczył mu pewnych rysów, dzięki czemu 
mały karierowicz z Plassans urasta do

background image

symbolu epoki, nie pozbawionego cech swoistej wielkości. To „poeta spekulacji", w którego rękach „najprostszy 
interes staje się melodramatem finansowym", dziełem sztuki.

Drugim symbolem epoki jest nowa żona Saccarda, Renata Beraud du Chatel, pochodząca ze starej miesz-

czańskiej rodziny, która hołduje dawnym tradycjom rozsądku, uczciwości i przyzwoitości, wierząc jeszcze w 
dobro i zło. Ale wychowanie w modnym klasztorze wizytek rozwija w Renacie ciekawość zakazanego owocu, 
rozpala wyobraźnię i osłabia wpływ dziedziczności. Brutalny gwałt, przyczyna małżeństwa z Saćcar- dem, staje 
się zwrotnym punktem w jej życiu i nabiera pogardy dla samej siebie, rezygnuje z walki, przekonana o jej 
daremności, i poddaje się wpływom nowego środowiska, ludzi, którzy „zrobili z Paryża lupanar Europy", W 
wieku dwudziestu ośmiu lat jest już zblazowaną kobietą, doskonale znudzoną wszystkimi rozkoszami, których 
zdążyła zakosztować.

Po śmierci pierwszej żony, z którą miał dwoje dzieci, Saccard oddał siedmioletnią córkę Klotyldę na 

wychowanie swojemu bratu Paskalowi; sprowadził za to do domu, wkrótce po ślubie z Renatą, trzynastoletniego 
syna, który dotąd przebywał w Plassans. Maksym, „osobliwa mieszanina nienasyconych apetytów ojca i 
indolencji matki, zrobaczywiały owoc, w którym wady rodziców uzupełniły się i pogłębiły", wyrasta wśród 
przyjaciółek młodej macochy, między damskimi halkami i fatałaszkami, na zniewieściałego „gogusia", „dziw-
nego hermafrodytę", zjadacza gotowych fortun. Niebawem role odwracają się i on z kolei dopełnia moralnej 
edukacji Renaty, służąc jej za przewodnika w świecie złotej młodzieży i kokot. Stosunek koleżeńskiej zażyłości, 
szeptane na ucho zwierzenia o przygodach miłosnych, w połączeniu ze zblazowaniem i chęcią nie

background image

zwykłych doznań doprowadzają w sposób naturalny do kazirodztwa: pewnego wieczora, na pluszowej kanapie 
w modnej paryskiej restauracji, Rena/ba oddaje się Maksymowi,

Ten, jak go nazywa Zola, „dramat współczesnej Fedry", odarty z tragizmu wielkich uczuć, kończy się w 

sposób zgodny z charakterem bohaterów. Gniew Saccarda, gdy odkrywa on stosunki łączące Renatę z synem, 
wygasa na widok podpisanego przez nią aktu cesji terenów, która ratuje go przed ruiną. Maksym, 
dziewiętnastowieczny Hipolit, nie ma ani świadomości, ani odwagi własnej zbrodni: zrzuca całą winę na ma-
cochę i pozwala ożenić się z kaleką, ale bogatą panną, która wkrótce umiera, pozostawiając mu w spadku 
milionową fortunę. I nie byłoby dramatu, gdyby nie Renata i tocząca się w niej walka między dziedzicznością a 
środowisfciem; klasyczna tragedia przybiera postać fizjologicznego dramatu wyrzutów sumienia. Okradziona 
przez Saccarda, porzucona przez Maksyma, daremnie szuka zapomnienia w alkoholu, hazardzie, miłostkach; 
zawodzi ją nawet ostatnia próba zemsty, poróżnienia ojca z synem. Coraz silniej dochodzi do głosu przytłumiona 
dotąd dziedziczność, wzmaga wyrzuty sumienia i doprowadza ich ofiarę do granic obłędu. Wreszcie struna pęka: 
Renata umiera na ostre zapalenie mózgu. „Jej długi spłacił ojciec. Rachunek u krawca wynosił 257 tysięcy 
franków."

29 września 1871 r. pierwszy odcinek Zdobyczy ukazał się w „La Cloche", a już 5 listopada publikacja 

została przerwana:

Pan prokurator republiki wezwał mnie do siebie i bardzo uprzejmie zakomunikował, że dostał mnóstwo 

donosów przeciwko Zdobyczy — pisał Zola w liście otwartym do Ulbacha zamieszczonym 8 listopada na 
miejscu kolejnego odcinka powieści. — [...] Dał mi do zrozumienia, że jeżeli nie chcemy

background image

procesu, ostrożność nakazywałaby przerwać druk [...] Gdybym był sam, z pewnością podjąłbym ryzyko, aby 
poznać całą swoją zbrodnię i przekonać się, jaka kara czeka uczciwego pisarza, który tworzy naukowe dzieło 
sztuki. Ze względu na Pana jednak odmawiam sobie tej satysfakcji [...] Chcę przy tym nadmienić, że pierwszy 
epizod [cyklu] ukazał się [...] jeszcze za Cesarstwa i że nie podejrzewałem wtedy, iż nadejdzie kiedyś dzień, w 
którym przeszkodzi mi w kontynuowaniu dzieła prokurator republiki. Przez trzy lata zbierałem dokumenty [...] 
Nuta złota i zmysłów, szmer milionów i potężniejący wrzask orgii brzmiały tak silnie, że postanowiłem je oddać. 
Napisałem Zdobycz [...] Nie można oskarżyć mnie o przejaskrawienie barw. Odwrotnie, nie ośmieliłem się 
nawet pokazać wszystkiego. Zarzucana mi zuchwałość w mówieniu o sprawach drastycznych cofała się 
niejednokrotnie przed dokumentami, które posiadam. *

Poddawał się, ale nie bez protestu przeciwko temu ograniczeniu swobody pisarskiej, którym był oburzony, 

choć nie zaskoczony. Jako korespondent parlamentarny tracił bowiem jedno po drugim złudzenia i nadzieje, 
które wiązał kiedyś z ustrojem republikańskim. W gruncie rzeczy nic nie uległo we Francji zmianie. W 
sprawozdaniu z lipcowych debat nad wolnością prasy, zakończonych ustawą, która ograniczała ją jak za naj-
piękniejszych dni Cesarstwa, pisał: „Cały ten rwetes wydawałby mi się mocno ucieszny, gdyby nie fakt, że w 
ostatecznym rozrachunku to my będziemy płacić za potłuczone garnki."* Proroctwo okazało się trafne: miał 
płacić jako jeden z pierwszych.

Książkowe wydanie powieści w końcu 1871 r. minęło bez echa, przyjęte przez krytykę milczeniem lub 

zdawkowymi parowierszowymi wzmiankami. *W rok później, z okazji drugiego wydania, ukazał się w „La 
Cloche" 24 października 1872 r. entuzjastyczny artylaił Alexisa, gdzie ten pierwszy uczeń Zoli przyrównywał 
swojego mistrza do największych i zaliczał go w poczet twórców owej wielkiej historii ludzkości, historii która 
nie opisuje a wskrzesza epokę, wydobywając z faktów ich absolutny sens i oitajoną w nich rzeczywistość.
Tymczasem dalsze losy cyklu znalazły się pod znakiem zapytania. Bankructwo Lacroix przekreśliło kontrakt z 
1869 r. Daremnie pukał Zola do drzwi różnych wydawców. Dopiero młody Georges Charpentier, który właśnie 
przejął po ojcu wydawnictwo, zainteresował się losem początkującego pisarza: zaoferował mu pięćset franków 
miesięcznie za dwie powieści na rok i odkupił od Lacroix dwa pierwsze tomy. Umowa była dla wydawcy 
niekorzystna, jak twierdzi w swoich pamiętnikach jego ówczesny wspólnik, Maurycy Drey-

background image

fous; podpisując ją kierował się wyłącznie sympatią dla talentu Zoli. Przypadkowo zrobił doskonały interes.

3 czerwca 1872 r. Edmund de Goncourt notuje w swoim Dzienniku:
Dzisiaj jest u mnie na obiedzie Zola. Ujmuje oburącz szklankę bordeaux i mówi: „Widzi pan, jak mi drżą 

palce!" I opowiada o zalążku choroby sercowej, o groźbie choroby pęcherza, o groźbie reumatyzmu stawowego 
[...] Chociaż tak cherlawy i zneurastenizowany, pracuje codziennie od dziewiątej do wpół do pierwszej i od 
trzeciej do ósmej. Tyle trzeba obecnie, żeby przy talencie i prawie już nazwisku zarobić na życie. „To konieczne, 
powiada, i niech pan nie sądzi, że mam silną wolę, jestem z natury istotą najsłabszą pod słońcem, najmniej 
zdolną do systematycznego wysiłku.' Wolę zastępuje mi Idóe fixe, która przyprawiłaby mnie o chorobę, gdybym 
jej nie słuchał." Wykrawając sztukę z Teresy Raąuin, projektuje jednocześnie powieść o halach, pociągnięty 
bujnośclą tego świata. Długo gawędzę z tym sympatycznym chorym, który w rozmowie w sposób niemal 
dziecinny przeskakuje od nadziei do beznadziejności. Dziennikarstwu, powiada, wiele w gruncie rzeczy 
zawdzięcza. Dało mu łatwość pisania, które dawniej było dla niego bardzo trudne.

4

Portret, zważywszy autora, nad podziw pochlebny. Ale Zoli daleko jeszcze, aby stać się groźnym rywalem.
Mniej więcej od początku roku pracuje nad powieścią o halach. W czerwcu, gdy rozmawia z Goncourtem, 

zasadnicze dokumenty są już zebrane oraz sporządzony został szkic, w którym pierwotny pomysł „gigantycznej 
martwej natury" szybko nabrał ostrych akcentów satyry społecznej. Trzeci tom Rougon-Macąuartów, popis 
stylistycznej wirtuozerii gwoli olśnienia mistrzów pokroju Goncourta, jest realizacją od dawna piastowanego 
marzenia o dorównaniu piórem pędzlowi malarzy
z grupy batignolskiej, pokazem impresjonistycznej techniki, rozwiązującej trudny problem udramatycznie- nia i 
zdynamizowania statycznego opisu. Zwłaszcza słynna „symfonia serów", obraz stoiska nabiałowego w halach, 
dowodzi dużej sztuki operowania środkami językowymi, słownictwem i składnią, efektami barwy, kształtu, 
metafory, aż do symbolistycznej synesrtezji włącznie. Liczne tematy tej „martwej natury" naszkicowane już były 
w artykułach z lat 1868—1870, zanim jeszcze narodził się projekt powieści, którego brak w pierwszych planach 
cyklu.

Ale Brzuch Paryża jest nie tylko wielką „martwą naturą". Jest również rozprawą z pewną moralnością i 

uczciwością oraz z klasą, która je reprezentuje, z „uczciwymi ludźmi", dla których „życie jest nieprzyzwoite, 
talent sprośny, a prawda prowadzi do rynsztoka". *

Założenie ogólne — czytamy na wstępie szkicu — to brzuch — brzuch Paryża, hale [...]; brzuch ludzkości i, 

rozszerzając pojęcie, mieszczaństwo, które trawi, przeżuwa, kisi w spokoju swoje radości i swoją przeciętną 
uczciwość. **

Konkretny projekt powieści powstał zapewne w końcowym stadium pracy nad Zdobyczą, do której ma ona 

stanowić pendant:

Wreszcie brzuch za Cesarstwa, nie szalony eretyzm Saccarda w pogoni za milionami, dojmujące rozkosze 

ażiotażu, zawrotny taniec talarów, ale obfite i solidne zaspokajanie głodu, zwierzę przeżuwające siano w żłobie, 
mieszczaństwo, które popiera Cesarstwo, bo Cesarstwo karmi je rano i wieczór; pełny 1 szczęśliwy kałdun, 
który wzdyma się w słońcu 1 toczy ku trupiarni Sedanu. ***
/

background image

Zgodnie z formułą nowoczesnej powieści wedle modelu Flaubertowskiego, Zola ograniczył intrygę do ko-

niecznego minimum, tak jak to radził niedawno Alexisowi:

Przypomnij sobie Salammbó i jeszcze bardziej zredukuj fabułę. Sporządź szereg obrazów, które połączysz 

za pomocą swoich dwóch postaci.*

1

Tutaj postaciami łączącymi są: Liza Macąuart, powołana do istnienia dopiero w 1872 r., właśnie na intencję 

trzeciego tomu, gdzie potrzebna jest bohaterka z bękarciej linii rodu, oraz Florent, przyrodni brat jej męża, 
idealista o gołębim sercu, który w dzień zamachu grud-? niowego przypadkiem został schwytany na ulicy z 
ręka* mi zbryzganymi krwią jakiejś dziewczyny zabitej obok niego w tłumie spokojnych przechodniów.

Gdy zjawił się przed sędzią śledczym, bez żadnych świadków, beż obrońcy, oskarżono go o udział w tajnym 

stowarzyszeniu, a kiedy przysięgał, że to nie prawda, sędzia wyciągnął z akt strzępek papieru: „Wzięty z rękami 
umazanymi krwią. Bardzo niebezpieczny." To wystarczyło. Skazano go na zesłanie. **

W czasie kiedy Florent cierpiał głód i straszliwe warunki bytowania na Diabelskiej Wyspie, jego młodszy 

brat, Quenu, którego z miłością i samozaparciem wychowywał po śmierci wspólnej matki, odziedziczył po wuju 
masarnię i ożenił się z Lizą, kobietą pracowitą i uczciwą:

Ale umówmy się. Chcę wyposażyć ją w uczciwość jej klasy i pokazać, jakie pokłady podłości i 

okrucieństwa kryją się w spokojnym ciele mieszczki [...] Przestaną wreszcie
wyrzucać mi moje histeryczki, stworzę postać uczciwej kobiety, cnotliwej, oszczędnej, kochającej męża 1 
dzieci, oddanej ognisku domowemu, a która społecznie i moralnie będzie złym duchem, upodlającym i 
rozkładającym wszystko, czego dotknie.*

Szybko dorabiają się majątku. Liza, sprytna i inteligentna (często u Zoli kobieta góruje nad mężczyzną 

finezją i inteligencją, wystarczy przypomnieć Felicję i Piotra Rougonów), rozumie luksusowe wymagania 
nowoczesnego handlu (nie darmo jest kuzynką Okta- wiusza Moureta, właściciela magazynu „Wszystko dla 
Pań"!) i skłania męża, aby za znalezione oszczędności wuja nabył wspaniały sklep naprzeciwko nowo otwartych 
hal centralnych. Tutaj właśnie odnajduje ich Florent, gdy po kilku latach ucieka z zesłania i wraca po kryjomu 
do Paryża.

Powrót Florenta zawiązuje dramat, będący jednym z epizodów odwiecznej walki Tłustych z Chudymi (te-

mat naszkicowany przez Zolę już w artykule z 3 października 1868 r.). Obecność tego Chudego wprowadza 
ferment do całej dzielnicy i zakłóca błogi proces trawienia małżonkom Quenu i ich jedynaczce, kilkuletniej 
Paulinie, przyszłej bohaterce Radości życia. Opowiadania o przeżyciach w Gujanie wywołują u Lizy nie litość, 
ale pełne niesmaku niedowierzanie:

Nie jeść trzy dni! Trzeba być na to skończoną kanalią [...] Człowiek zdolny przeżyć trzy dni bez jedzenia 

był dla niej istotą bezwzględnie niebezpieczną. No, bo ostatecznie uczciwi ludzie nigdy nie doprowadzają się do 
podobnej sytuacji!**

Republikanizm Florenta przerodził się na zesłaniu w marzenia o idealnym społeczeństwie sprawiedliwości

background image

i prawdy, które można i należy stworzyć, obalając Cesarstwo. Z naiwnością ufnego dziecka daje się wciągnąć 
prowokatorom w zmontowany przez policję śmieszny spisek, który zostanie „wykryty" w odpowiednim 
momencie, gdy trzeba odwrócić uwagę ludności od niepopularnych zarządzeń. Ale zanim jeszcze policji 
potrzebne będzie „wykrycie" spisku, z całej dzielnicy napływają do niej anonimowe listy denuncju- jące 
Florenta. Liza zaś, która „dla rządu żywi wdzięczność za wszystkie zjedzone i sprzedane kawałki wołowiny", 
chcąc pozbyć się żenującego intruza, sama osobiście, po zasięgnięciu rady u proboszcza (trzeba być w porządku 
z sumieniem!), udaje się na prefekturę i składa donos na szwagra. Dopiero po aresztowaniu i ponownym 
zesłaniu Florenta wszystko w dzielnicy i w masarni małżonków Quenu wraca do normy. Walka raz jeszcze 
kończy się zwycięstwem Tłustych.

Wydaje się, że pomysł wprowadzenia do powieści o halach dramatu polityczno-społecznego nie narodził się 

wcześniej niż w 1871 r. Wprawdzie postać zesłańca politycznego stała się już pod koniec Cesarstwa przed-
miotem licznych publikacji, ale nabrała nowej, dużo boleśniejszej aktualności po stłumieniu Komuny, kiedy to 
sądy wojenne rozpatrywały po kilka tysięcy spraw miesięcznie, urządzając parodię procesów d skazując na 
śmierć lub zesłanie na podstawie doskonale błahych dowodów. Ileż razy Zola protestował rozpaczliwie, jak 
często wołał o litość i domagał się częściowej choćby amnestii.

„La Cloche" — pisał 13 lipca 1871 r. — zajęła się ostatnio ponurą historią tysiąca pięciuset kobiet 

zesłanych do Cayenne bez sądu. Co gorsza, pewne gazety [...] przyjęły bez protestu wiadomość o tej samowolnej 
zsyłce, a nawet jej przy- klasnęły. Prasa francuska swoimi makabrycznymi 

ba

J

ka

™| i reakcyjnymi fanfaronadami 

wykluczyła nas ze społecznos

background image

narodów cywilizowanych. Minister marynarki zdementował energicznie pogłoskę o zesłaniu kobiet i 
oświadczył, że ani jeden powstaniec nie zostanie zesłany bez wyroku. Zdziwi tó zapewne wielu ludzi. Jak to! 
więc powstaniec nie jest dziką bestią, którą zabija się lub wygania jak psa!*

Właśnie przeciwko tym ludziom wymierzona jest konkluzja zawarta w ostatnim zdaniu powieści i sfor-

mułowana przez drugiego przedstawiciela Chudych, malarza Klaudiusza Lantiera, syna Gerwazyny: „Co to za 
szubrawcy ci uczciwi ludzie!"

Bardzo ważną, choć drugoplanową postacią jest ten malarz, głosiciel nowej naturalistycznej sztuki, który za 

parę lat powróci w Dziele, powieśoi o świecie artystów. Ważną nie tylko jako chwyt formalny, pozwalający 
autorowi zobiektywizować opisy hal, i jako wyraziciel jego doktryny estetycznej, ale i dlatego, że stanowi jeden 
z licznych w twórczości Zoli autoportretów. Podobnie jak w Początkach fortuny Rougonów między Sylweriusza 
a doktora Paskala, tak tutaj autor rozdzielił swoją osobowość między Florenta a Klaudiusza. Florent to 
pożegnanie z własnym idealistycznym, określanym później mianem „romantycznego" republikani- zmem, z 
oderwaną od rzeczywistości wiarą w idealny świat sprawiedliwości i prawdy, osądzoną jako utopia. Klaudiusz to 
Zola rozczarowany do wszelkiej innej niż artystyczna działalności, który z sceptycznym uśmiechem przyjmuje 
wzniosłe tyrady pierwszego jako sympatyczne, lecz nierealne mrzonki. Ta para, „idealista i „realista", projekcja 
dwóch natur pisarza, niejednokrotnie powracać będzie w jego twórczości.

Zanim jeszcze ukazał się Brzuch Paryża, zaczęła się na Zolę nagonka w „dobrze myślącej" prasie. Bezpo-

średnią przyczyną był opublikowany 8 września

background image

w „La Cloche" artykuł o aferze księdza Dufour, jezuity, którego przyłapano z penitentką w niedwuznacznej 
sytuacji, co dostarczyło Zoli okazji do rozważań o Zgubnym wpływie religii na kobietę, zapowiadających bliski 
już Podbój miasta Plassans. Gazeta „Le Pays" zażądała wręcz interwencji policji, a przerażony Ulbach w liście 
do sekretarza redakcji „La Cloche", Guerina, domaga się specjalnego cenzora, który miałby za wyłączne zadanie 
„czytać sprośne artykuły Zoli". List dotarł do rąk winowajcy, który odpowiedział odwrotną pocztą:

Ze wszystkich sił powstrzymuję się, aby z całym oburzeniem artysty nie odpowiedzieć na Pański list do 

Guśrina [—] „Sprośny!" A więc zawsze to samo słowo! [...] Wiadomo, że tarzam się w rozpuście, że moje 
rozwiązłe życie jest przedmiotem zgorszenia dla współczesnych, że spotkać mnie można we wszystkich 
spelunkach. Doprawdy, Pańskie „sprośny" leży mi na sercu. Nie powinien Pan był użyć tego słowa, znając mnie 
i wiedząc, że jestem dużo bardziej moralny niż cała ta banda głupców i łajdaków. *

Nie upłynęły cztery miesiące, jak wybuchnął nowy skandal. Francja wyszła właśnie z kolejnego kryzysu 

rządowego. 23 grudnia w „Le Corsaire" ukazał się pod tytułem Nazajutrz po kryzysie czwarty i ostatni w tej 
gazecie artykuł Zoli, który opisywał rozpaczliwą nędzę bezrobotnych, przeciwstawiając jej na zasadzie syste-
matycznie przeprowadzonego kontrastu zbytkowne życie deputowanych, członków prawicy.

Tymczasem ci panowie — kończy swój artykuł Zola — kładą się spać [...] I wszyscy śnią ten sam sen: 

kryzys jest skończony, wygłodzona Francja poddała się, a oni na ciele umierającej dzielą między siebie teki. Pan 
de Lorgeril jest miniśtrem wyznań religijnych, pan Batbie — oświaty, pan de Broglie — spraw zagranicznych, 
pan d'Audiffret-Pas- ąuier — spraw wewnętrznych.

Ten proroczy sen miał się spełnić już za parę miesięcy, kiedy po przewrocie majowym 1873 r. książę de 

Broglie uformował swój pierwszy gabinet, w którym tekę ministra oświaty dostał nie kto inny, jak pan Batbie. 
Artykuł trafiał celnie i boleśnie. Na żądanie obrażonej prawicy gazeta została 'zawieszona, a Zolę 
zaklasyfikowano ostatecznie jako osobnika wysoce niebezpiecznego dla „porządku moralnego". On sam w liście 
do Rouxa komentował to wydarzenie raczej optymistycznie: „Zawieszenie «Le Corsaire» narobiło mnóstwo 
hałasu [...] Tracę na tym nieco grosza, ale zyskuję potężną reklamę." *

Nic nie wyszło z cotygodniowej kroniki obiecanej w „L'Etat", spadkobiercy „La Cloche", która przestała 

istnieć w końcu grudnia; założyciele nowej gazety bali się tego zbyt wojowniczego współpracownika. Zapropo-
nowano mu za to publikację w odcinku ukończonej właśnie powieści, co Zola skwapliwie przyjął. Pierwszy 
odcinek Brzucha Paryża wydrukowano w „L'Etat" 12 stycznia, ostatni 17 marca 1873 r.gi- w drugiej połowie 
kwietnia ukazało się wydanie książkowe, które już w miesiąc później doczekało się drugiego nakładu.

Zbyt wiele szumu narobiło się wokół Zoli, aby krytyka mogła kontynuować dotychczasową taktykę milcze-

nia. Wyruszyli zatem do ataku w konserwatywnym „Le Constitutionnel" 14 lipca Barbey d'Aurevilly, a w 
eleganckiej „La Revue des Deux Mondes" 15 lipoa Paweł Bourget i zapoczątkowali nową taktykę, podając do 
wierzenia kilka dogmatów, które miały zdyskredytować niewygodnego pisarza: Zola to ignorant, który czerpie 
całą wiedzę z komicznej pseudodokumentacji i daje powierzchowny, fałszywy obraz rzeczywistośoi;

background image

to prostak, któremu obce są psychologiczne subtelnosci, który maluje temperamenty zamiast charakterów i po-
kazując postaci jedynie od zewnątrz, tworzy martwe i uproszczone marionetki, pozbawione żyoia wewnętrz-
nego; to fotograf, który nie umie wybierać, gubi się w szczegółach i zatraca istotę rzeczy; to pisarz, który nie ma 
stylu i nie potrafi pisać; i wreszcie, ukoronowanie, to pornograf, którego nazwisko samo winno wystarczać, aby 
spłonęła rumieńcem wstydu każda szanująca się kobieta. Te dogmaty miały wyjątkowo twarde życie i niektóre z 
nich do dzisiaj pokutują w podręcznikach literatury.

Do przerwania zmowy milczenia przyczyniła się w niemałym stopniu premiera Teresy Raąuin wystawionej 

w Theatre de la Renaissamce 11 lipca 1873 r., u samego schyłku sezonu, co miało nie tylko złe strony. Jeżeli 
bowiem sztuka zeszła z afisza ipo dziewięciu za-; ledwie przedstawieniach, to wobec „ogórkowej" pustki stała 
się wydarzeniem kroniki .paryskiej, doczekała się licznych recenzji i dała niejako początek kampanii o 
naturalizm w teatrze. Dlatego też Teresy Raąuin, choć jej przyjęcie dalekie było od entuzjazmu, nie można 
nazwać całkowitą porażką. Wywołała skandal. Szokowała i zdumiewała, a jednocześnie pobudzała do refleksji i 
polemik o charakterze ogólniejszym, które wykraczały poza zwykłe ramy recenzji. Zapoczątkowała w ten 
sposób wieloletni dialog między poszukiwaczem nowej formy scenicznej a obrońcami starego teatru, dialog 
przygotowany serią Gawęd dramatycznych Zoli w „L'Avenir National" od 25 lutego do 10 czerwca 1873 r. i 
podjęty trzy lata później w „Le Bien Public" z całą gwałtownością, jaką odznaczała się kampania teoretyka 
naturalizmu w latach 1876—1881. | Przede wszystkim jednak sztuka wyżłobiła pierwszą szczelinę w murze 
obojętności oficjalnej
krytyki, którą zmusiła do zajęcia stanowiska również i wobec powieściopisarskiej twórczości Zoli.

W zastraszający sposób mnożą się cuda — pisał Zola we wrześniu 1872 r. wobec ogromnego istotnie 

urodzaju na rozmaite nadprzyrodzone zjawiska — [...] Za Cesarstwa niebo odpoczywało £...] Święci pańscy 
tolerowali Bonapartego, choć nie darzyli go nadmierną miłością [...] Przychodzi republika i niebo się budzi. 
Trzepie się i przywraca do stanu używalności niebiańskie worki z cudami [,..] Niebo nie chce republiki i dlatego 
rozwija tak gorączkową działalność; uzdrawia konające sługi, po to zapewne, aby pokazać, jak wspaniałe 
rezultaty osiągnęłoby w dniu, w którym zostałaby mu powierzona kuracja Francji.*

Nazajutrz po upadku Napoleona III Kościół opowiedział się we Francji po stronie ugrupowań konserwa-

tywnych, dążących do restauracji monarchii. Zaostrzyło to gwałtownie konflikt między republikanami a partią 
klerykalną, który narastał już za czasów Drugiego Cesarstwa, kiedy to udzielała ona Napoleonowi wydatnej 
pomocy w walce z opozycją. Postanowienia soboru z lipca 1870 r., które oznaczały początek wielkiej krucjaty 
Kościoła przeciwko „duchowi współczesności", nie mogły oczywiście tego konfliktu załagodzić. Wręcz 
przeciwnie. Brutalność ofensywy wywołała równie brutalną obronę — republikański ruch antykleryfcalny. 
Szczególne nasilenie walki przypadło po raz pierwszy na rok 1873, upamiętniony majowym zwycięstwem 
skrajnej reakcji: upadkiem Thiersa. Jego następca, monarchista i klerykał, generał Mac-Mahon, ten sam,
który pokonał Komunę i przez lud paryski nazwany ■
/ /

background image

został „zwycięzcą z cmentarza P&re-Lachaise", powierzył misję utworzenia nowego gabinetu przedstawicielom 
prawicy. Do władzy doszli książę de Broglie i spółka, inaugurując ochrzczoną mianem „porządku moralnego" 
erę reakcji politycznej, społecznej i religijnej. Francja znalazła się znowu pod rządami ludzi reprezentujących 
idee, które Zola zwalczał od samego początku swojej kariery.

Nic więc dziwnego, że — czuły, jak zawsze, na palące problemy chwili — postanowił teraz właśnie napisać 

swoją „powieść o księżach", która wedle projektu z 1869 r. miała na przykładzie „zakochanego księdza" 
ilustrować walkę między religią a naturą. Na czwartym miejscu rozbudowanej listy projektów z 1872 r. widnieje 
tytuł Grzech księdza Mouret. Początkowo Zola zamierzał po prostu rozszerzyć ramy tej powieści w taki sposób, 
aby rozprawić się w niej jednocześnie ze środowiskiem klerykalnym, o czym świadczy pierwotny szkic rzucony 
na papier wiosną 1873 r., zanim jeszcze narodził się pomysł drugiej powieści
0 księżach. Widocznie jednak doszedł do wniosku — być może pod wpływem narastającego konfliktu poli-
tycznego — że filozoficzna rozprawa z katolicyzmem
1 polityczna rozprawa z klerykalizmem nie zmieszczą się w ramach jednego utworu. Dosyć, że odkłada akta 
Grzechu, aby napisać najpierw powieść o „politycznej roli kleru", a na końcu listy z 1872 r. pojawia się, dopi-
sany później, tytuł Podbój miasta Plassans.

Ta trzecia chronologicznie lista, sporządzona około 1872 r. i uzupełniana w liatach następnych, zawiera już 

siedemnaście pozycji; cykl jednak miał wzbogacić się nie o siedem, lecz o osdem tomów, gdyż dwa z przewi-
dywanych w 1869 r. dziesięciu projektów dały wspólnie jedną powieść, Zdobycz. Te siedemnaście powieści to 
napisane już Początki fortuny Rougonów i Zdobycz,
przygotowywany właśnie Brzuch Paryża oraz projekty czternastu dalszych tomów:
Grzech księdza Mouret — Sergiusz 1 Denlse Mouret Powieść polityczna (gazety) — Eugeniusz Rougon 
Powieść o sztuce — Klaudiusz Lantier Powieść o rencie dożywotniej — Agata Mouret Powieść ludowa — 
Gerwazyna Ledoux i jej dzieci Powieść o wojnie włoskiej — Jan Macąuart Powieść o wielkim handlu (sklep 
bławatny) — Oktawiusz Mouret: powracają Mouretowie, Sergiusz i Denlse [ten projekt, zapewne późniejszy, 
dopisany został na Interlinii] Powieść o półświatku — Anna Ledoux Powieść sądownicza — Stefan Lantier [na 
interlinii dopisane: koleje]
Powieść o klęsce (studium gazet pod koniec Cesarstwa) — powracają Arystydes, Eugeniusz i inni Powieść o 
wojnie, oblężeniu i Komunie —- powracają Maksym i dzieci
Powieść naukowa — Paskal, Klotylda, powracają Piotr Rougon, Felicja, Macquart itd. Paskal a synowie 
Maksyma Jakaś powieść zapewne z Franciszkiem Mouretem i Martą Rougon [na marginesie tytuł: Podbój 
miasta Plassans] Druga powieść robotnicza — szczególnie polityczna. Robotnik jako rewolucyjne narzędzie 
powstań, Komuny. Fotografia powstańca zabitego w 48 r. Doprowadza do maja 71 r.•

Dwa z powyższych projektów (powieść o rencie dożywotniej i powieść o wojnie włoskiej) nie zostaną 

zrealizowane. Pozostałe dadzą, po większych lub mniejszych modyfikacjach: Grzech księdza Mouret, Jego 
Ekscelencję Eugeniusza Rougon, Dzieło, UAssommoir, Wszystko dla pań, Nanę, Bestię ludzką, Pieniądz, 
Klęskę, Doktora Paskala i Germinal. Nic natomiast nie zapowiada jeszcze Kartki miłości, Kuchennych schodów, 
Radości życia, Ziemi i Marzenia.
W ogólnym rozwoju dzieła czas wródć do Plassans, gdzie nieprędko będę mógł znowu postawić nogę. Dopiero 
pod ko-
» « 

A

 r>. i nnje j łi»n

background image

niec — czytamy iv szkicu czwartego tomu. — A więc w moim cyklu ta powieść to prowincja za Cesarstwa, 
triumf Piotra Rougona i Felicji, których chcę na nowo pokazać.*

Na tę decyzją powrotu do Plassans wpłynęły wymagania wewnętrznej struktury cyklu, w którym każdy tom 

ma być dopełnieniem lub antytezą poprzedniego, a jednocześnie zapowiadać swoje własne dopełnienie lub 
antytezę. W ten sposób po pierwszym epizodzie, opisującym zamach stanu na prowincji, dwa następne poka-
zywały jego skutki w Paryżu; teraz, z kolei potrzebny był obraz prowincji po zamachu grudniowym i spotkanie z 
członkami rodu pozostawionymi w Plassans.

Powieść ma być historią „podboju legitymistycznego miasta przez księdza bonapartystę", obrazem 

prowincjonalnego kleru oraz podwójnym studium fizjologicznym: - obłędu Franciszka Mouret i dewocji jego 
żony Marty, córki Piotra i Felicji Rouigonów. Wątek polityczny,
0 bardzo silnych akcentach antyklerykalnych, zrodził się z wydarzeń współczesnych powstawaniu powieści. 
Dwa pozostałe wypływały w sposób naturalny z fizjologicznych założeń cyklu.

Sam Zola za najbardziej oryginalną część powieści uważał studium obłędu, historię człowieka normalnego, 

który zaczyna w oczach otoczenia uchodzić za szaleńca
1 w końcu istotnie wariuje. Pierwszą wersję tej historii znajdujemy już w opowiadaniu Historia szaleńca, 
ogłoszonym 8 czerwca 1868 r. w „L'Evśnement Illustrś" i później dwukrotnie jeszcze publikowanym w prasie z 
pewnymi modyfikacjami, w 1869 i w 1872 r. Bohaterem opowiadania jest czterdziestoletni poczciwy 
mieszczuch, Maurin, który żeni się z osiemnastoletnią dziewczyną. W rok po ślubie Henryka zdradza go z mło-
dym lekarzem. Ponieważ obecność męża krępuje swo
bodę kochanków, postanawiają się go pozbyć; lekarz znajduje niezawodny a bezkarny sposób. Pouczona przez 
niego Henryka zaczyna odgrywać komedię: pewnej nocy rzuca się w konwulsjach na podłogę, drze na Sobie 
koszulę, bije się i krzyczy w niebogłosy. Zwabieni .hałasem sąsiedzi wyważają drzwi sypialni i zastają Maurina 
drżącego z przerażenia (podejrzewa żonę o utratę zmysłów), a Henrykę zbitą i wpatrującą się z niemym 
strachem w męża. Po paru takich scenach w dzielnicy rozchodzi się pogłoska, że Maurin zwariował i w atakach 
szału maltretuje żonę; odtąd każdy najniewinniejszy krok nieszczęśnika interpretowany jest jako jeden więcej 
dowód obłędu. Wreszcie po którejś kolejnej scenie, z maestrią odegranej przez Henrykę, Maurin zostaje 
odstawiony do domu wariatów. Po dwóch miesiącach żona ma dosyć kochanka. Opanowana wyrzutami 
sumienia udaje się do szpitala, aby wyznać prawdę i uwolnić męża. Ale Maurin nie poznaje jej: rzeczywiście 
zwariował. W historii Moureta łatwo rozpoznać tę nowelę przystosowaną do wymagań fabuły. Najważniejszą 
modyfikacją jest ta, że bohaterka nie zdradza męża ani nie symuluje: jej nocne ataki kataleptyczne są objawem 
rzeczywistych zaburzeń nerwowych powstałych w wyniku dewocji.
Studium dewocji, będącej w oczach Zoli i jego współczesnych typowo kobiecym przypadkiem neurozy, 
pociągało pisarza od dawna, zasugerowane mu, być może, przez Panią Gervaisais braoi de Goncourt, której 
poświęcił dwa entuzjastyczne artykuły w styczniu i marcu 1869 r. W tym samym roku pisał w opublikowanej 9 
stycznia w „La Tribune" recenzji ze sztuki Sardou Seraphine: „Liczne są odmiany dewotki: hi- pokrytka [...], 
kobieta wierząca, której rozprzężony umysł cierpi na halucynacje religijne, światowa lalka", i przepowiadając, 
że kiedyś napisany zostanie zapewne

background image

[utwór o tym, „jak ręka nowoczesnego Świętoszka po- trafi zniszczyć umysł pewnego typu kobiet", proponował 
ten temat pisarzowi, „który ośmieli się go podjąć". Sam naszkicował dwa ■portreciki „światowych dewotek" w 
nowelkach Post i Kapliczka, opublikowanych w 1870 r. w „La Cloche". Przystępując zatem w 1873 r. do 
konstruowania fabuły Podboju miasta Plassans, dysponował już pewnymi gotowymi elementami, które trzeba 
było stopić w jedną całość i powiązać z historią Rougon-Macąuartów.

Plassans, podbite w grudniu 1851 r. przez bortąpar- tystów Rougonów, popadło na nowo w grzech monar- 

chizmu i w 1857 r., zamiast na kandydata rządowego, głosowało w wyborach na legitymistę. Zaniepokojony tym 
Eugeniusz Rougon przysyła do Plassans księdza Faujiasa, arywistę i brutalnego intryganta, który skom-
promitowany w Besanęon, zaoferował mu swoje usługi w chwili, gdy minister szukał kogoś, komu mógłby po-
wierzyć misję nawrócenia miasta na bonapartyzm. Jednocześnie uprzedza o tej sekretnej misji matkę, polecając, 
by ułatwiła Faujasowi pierwsze kroki. W Plassans ksiądz wynajmuje mieszkanie u Mouretów. Franciszek 
Mouret, syn Urszuli Macąuart, ożeniony z własną kuzynką, Martą Rougon, jest zamożnym kupcem marsyl- 
skim, który, dorobiwszy się majątku, osiadł w Plassans: „Typ ojca C. — pisze Zola w notatkach wstępnych, ma-
jąc zapewne na myśli ojca Cezanne'a — kpiarz, republikanin, filister, chłodny, małostkowy, skąpy"; silną ręką 
trzyma sakiewkę i dom, gdzie wszystko posłuszne jest jego woli. Marta, podporządkowana całkowicie de-
spotycznemu mężowi, wiedzie monotonny, prowincjonalny żywot, którego bezbarwną regularność wypełnia 
troska o dzieci: dwóch dorastających synów i czternastoletnią córkę Dćsirśe, imbecylkę o poziomie umysłowym 
małego dziecka. Po babce Adelajdzie Marta obcią
żona jest dziedziczną skłonnością do histerii, która jednak nigdy by się nie rozwinęła, gdyby nie sprzyjające 
warunki stworzone przez przyjazd księdza Faujasa.

Zgodnie z radami Felicji, Faujas zaczyna podbój miasta od kobiet, do czego potrzebne mu jest pośrednictwo 

Marty. Bez trudu opanowuje jej słaby umysł i wtrąca ją w dewocję, która prowadzi stopniowo od nieokreślonej 
ekstazy i rozkoszy uniesień mistycznych do gruźlicy i choroby umysłowej. Jej zobojętnienie na wszystko, oo nie 
jest religią, powoduje rozkład rodziny; dzieci, o które przestała dbać, opuszczają dom: Okta- wiusz jedzie na 
praktykę handlową do Marsylii, Sergiusz wstępuje do seminarium duchownego, a Desirśe Zostaje wysłana do 
swojej dawnej mamki. Mouret, osamotniony, intruz we własnym domu, w którym rządzi niepodzielnie ksiądz 
Faujas z rodziną, patrzy z bezsilną rozpaczą na ruinę całego swojego życia; nie skarży się jednak, kryjąc 
wstydliwie przed obcymi rzeczywistą sytuację. Rozwijająca się na tle dewocji choroba nerwowa powoduje u 
Marty nocne ataki kataleptyczne, w wyniku których Moureta oskarżają o maltretowanie żony; uznany, podobnie 
jak bohater noweli z 1868 r., za szaleńca, zostaje osadzony w zakładzie dla obłąkanych w Les Tulettes, gdzie 
przebywa już od paru lat Adelajda Fouąue. Mieszkający w sąsiedztwie zakładu Antoni Macąuart przepowiada w 
chwilach pijackiego humoru, że prędzej czy później trafi tam cała rodzina.

Tymczasem Faujas podporządkowuje sobie całe Plassans: kler, mieszczaństwo, arystokrację, a nawet robot-

ników. I w chwili wyborów podbite miasto głosuje posłusznie na bonapartystę. Faujas, u szczytu potęgi, z całą 
brutalnością pokazuje wreszcie swoje prawdziwe oblicze bezwzględnego despoty. Rougonowie nawet, czując, 
jak maleją ich wpływy, żałują udzielonego mu poparcia. Jedyną przeszkodą jest już tylko Marta, która łą

background image

cząc we wspólnym uwielbieniu religię i kapłana coraz gwałtowniej prześladuje go swoją miłością. I gdy Fau- jas 
brutalnie ją odpycha, nieszczęsna, trawiona gruźlicą histeryczka budzi się z długotrwałego otępienia. W ataku 
silnej gorączki jedzie do Les Tulettes, aby uwolnić męża i z jego pomocą wypędzić Faujasów. Tu jednak spotyka 
ją ostatnia klęska: Mouret naprawdę zwariował. Macąuart, u którego się zatrzymała, przekonany, że uderzając w 
Faujasa, zrobi na złość Rougonom, namawia zaprzyjaźnionego strażnika, aby otworzył drzwi od celi szaleńca, a 
sam odwozi Martę do rodziców. Wypuszczony na wolność Mouret wraca do własnego mieszkania, gdzie 
daremnie poszukuje Marty i dzieci. Widok zdewastowanego domu pełnego obcych' ludzi wraca mu pamięć 
wszystkiego, co przecierpiał. W ataku furii podpala dom i razem z całą rodziną Faujasów ginie w płomieniach. 
W tym samym czasie Marta umiera u rodziców: ostatnim widokiem, który uderza jej oczy, jest czarna sylwetka 
syna w sutannie kleryka na tle czerwonej łuny pożaru. *

W Podboju miasta Plassans Zola po raz pierwszy wprowadził inną niż dotąd strukturę powieści: krótkie, 

„przeciętnie piętnastostronicowe rozdziały; bez portretów; fakty i dialog". ** W trzech pierwszych tomach 
trzymał się struktury, którą ustalił w notatkach wstępnych i w której widział gwarancję własnej odrębności w 
stosunku do Goncourtów: „solidnie skonstruowane masy, wielkie rozdziały zazębiające się i nakładające na 
siebie jak potężne bloki". *** Podbój miasta Plassans

jest jakby próbą własnych sił: Zola nie tylko podejmuje temat zbliżony do Pani Geruaisais, aby potraktować 

go po swojemu, ale nie obawia się nawet zewnętrznych podobieństw formalnych, czując, że nie naruszą już one 
w niczym oryginalności jego sztuki, że nie grozi mu już niebezpieczeństwo naśladownictwa. Istotnie,
[...] w przeciwieństwie do Goncourtów, Zola ukazuje się tutaj jako artysta jedności w złożoności, licznych, lecz 
wyraźnych, silnych i zmierzających do jednego celu efektów I...] Ukazuje się jako mistrz konkretu i działania, 
dramatycz- noścl i patosu, elementów par etcellence powieściowych, które Goncourtowie, mogący oczywiście 
poszczycić się innymi zaletami, zdecydowanie lekceważyli*

Powieść, publikowana od 24 lutego do 25 kwietnia 1874 r. w „Le Sićcle", ukazała się w wydaniu książko-

wym pod koniec maja, pominięta przez krytykę całkowitym prawie milczeniem.

Umysł publiczności wydaje się coraz bardziej chory pisał Flaubert 26 września do George Sand. — W dwa 

tygodnie rozprzedano 8 000 egzemplarzy ostatniej książki Be- lota, gdy w pół roku — zaledwie 1700 
egzemplarzy Podboju miasta Plassans Zoll, i nie miał ani jednego artykułu! [.„] Francja jest chora, bardzo 
chora.

7

Flaubert oceniał bowiem powieść wyjątkowo entuzjastycznie:
Zachwycony jestem Podbojem miasta Plassans — pisał do Charpentiera — i nie powiedziałem Zoli nawet 

setnej części tego, co o nim myślę.•

A przecież liist, w którym dziękował mu za przesłanie książki, jest najbardziej pochlebną (i szczegółową!) 

recenzją, o jakiej mógłby marzyć autor:

background image

Przeczytałem Podbój miasta Plassans jednym haustem, tak jak wypija się szklankę dobrego wina [...] Co za 

wspaniały typ bourgeois ten Mouret, ze swoją ciekawością, skąpstwem, rezygnacją i płaskością! Ksiądz Faujas 
jest groźny i wielki, prawdziwy spowiednik! Jak doskonale włada k o- bietą, jak zręcznie opanowuje tę tutaj, 
biorąc ją najpierw miłosierdziem, a potem brutalizując! Co do niej, Marty, nie potrafię nawet Panu wyrazić jak 
bardzo wydaje mi się udana, z jaką sztuką pokazany jest rozwój jej charakteru, a raczej choroby! Rozkład 
małżeństwa, doskonały! [...] Ale wszystko zaćmiewa koniec, który jest ukoronowaniem dzieła. Nie znam nic 
bardziej wstrząsającego niż to rozwiązanie. Wizyta Marty u wuja, powrót Moureta, inspekcja, której poddaje 
swój dom. Ogarnia człowieka strach, jak przy lekturze fantastycznego opowiadania, a osiąga Pan ten efekt przez 
nadmiar realności, przez intensyfikację prawdziwości! 

9

Również Mallarmó lubi tę książkę: „Pragnę powiedzieć Panu, jak bardzo, ale naprawdę bardzo podziwiam 

to mistrzowskie dzieło" — pisze do autora 6 listopada 1874 r.

10

 Goncourtowi natomiast powieść wyrywa jedynie 

bolesny okrzyk żalu:

Rzuciłem w kąt Podbój miasta Plassans — notuje 31 maja w swoim Dzienniku — cierpiałem, widząc na 

swoim stole ten ładny, żółty tom, w nowiutkiej okładce, o świeżym druku, gdyż zdawał mi się mówić: „A więc 
ty jesteś już całkiem skończony?"

11

Sam Zola, jeżeli wierzyć wspomnieniom Alexisa, pisał Podbój „bez specjalnego zadowolenia artystyczne-

go". I dopiero „przy Grzechu księdza Mouret pozwolił sobie znowu na wielką rozpustę artystyczną".

12

Temat „zakochanego księdza" nie odznaczał się w latach sześćdziesiątych szczególną oryginalnością. Już od 

Lamartinowskiego Jocelyna (1836), a zwłaszcza od tri-

umfu fizjologizmu w literaturze, pisarze chętnie przedstawiali ten dramatyczny konflikt między religijnym 

nakazem celibatu a namiętnością, rozwiązując go różnie, w zależności od własnych przekonań. Wystarczy 
zacytować choćby utwory recenzowane przez Zolę, a więc te, które z pewnością miał w ręce: Żonaty ksiądz 
Barbeya d'Aurevilly, „histerycznego katolika", fanatycznego obrońcy celibatu; powieści księdza Michoń, 
przyjaciela słynnego Hiacynta Loysona, kapłana, którego małżeństwo i zerwanie z Kościołem wywołało taki 
skandal; Spowiedź księdza Passereau Assolanta; Misjonarz Ernesta Daudeta. Żaden z nich nie znajdował peł-
nego uznania recenzenta, nawet jeżeli bronił tezy zgodnej z jego przekonaniami. Wszystkie, z wyjątkiem po-
wieści Barbeya d'Aurevilly, której lojalnie, choć z pewnym żalem Zola przyznawał walory literackie*, były 
artystycznie nędzne, konwencjonalne, często pachnące tanim melodramatem.

Problem zakochanego księdza nigdy nie był, moim zdaniem, przestudiowany z ludzkiego punktu widzenia. 

A tkwi w nim piękny dramatyczny temat, zwłaszcza jeżeli umieścić księdza pod wpływami dziedziczności — 
pisał Zola w 1869 r., przedstawiając wydawcy projekt powieści — [...] której ramami będą religijne gorączki 
epoki, a bohaterem Lucjan [czyt. Sergiusz], syn Oktawa Camoinsa [czyt. Franciszka Moureta], W osobie 
Lucjana łączą się obie gałęzie rodu. Owocem jest ksiądz. Przestudiuję w nim wielką walkę między naturą a 
religią. **
Natychmiast po skończeniu Podboju miasta Plassans

background image

I Zola otworzył na nowo akta Grzechu księdza Mouret, modyfikując opracowane przed rokiem elementy w taki 
sposób, aby powieść logicznie i chronologicznie stałą się dalszym ciągiem poprzedniej. Jej akcja rozgrywa się w 
1866 r., w dwa lata po opowiedzianych tam tragicznych wydarzeniach. Bohaterem jest syn Marty, Sergiusz, w 
którym „dziedziczna neuroza obróciła się w mi-? stycyzm religijny", młody ksiądz-asceta proboszczujący Iw 
ubogiej wiosce Les Artaud pod Plassans. Po ciężkiej chorobie, po której stracił pamięć, dochodzi do zdrowia 
fizycznego i psychicznego pod zbawczym wpływem |przyrody w dzikim parku Paradou, gdzie umieścił go wuj, 
doktor Paskal, oddając pod opiekę szesnastoletniej mieszkanki parku, Albiny, „dziecka natury" nie skażonego 
przesądem religijnym;

Wśród zdziczałej, potężnej natury, wśród morza kwiatów, wśród zapomnienia o całym świecie, snuje się 

poemat miłosny podobny do zaczarowanego snu, z którego Moureta budzi dopiero dzwon kościelny.

13

Sergiusz odzyskuje pamięć, ucieka z Paradou, aby dostać się na nowo we władzę antyńatury, religii negu-

jącej życie. Po daremnej próbie odzyskania ukochanego, Albina popełnia samobójstwo, razem z sobą zabijając 
nowo poczęte życie.

Religię w tej walce o Sergiusza symbolizuje brat Ar- changiasz, katecheta wiejski, postać .„ohydna i wul-

garna", z całym rozmysłem odarta z wszelkiej wzniosłości, wyraz antyklerylkaŁnych nienawiści autora; naturę 
zaś Albina oraz nienormalna siostra Sergiusza, Dć- siree; pierwsza jest symbolem natury ożywionej przez myśl; 
druga, „piękne, spokojne zwierzątko" —

1

 symbolem „materii, która nie budzi się, [...] ziemi". I do niej właśnie 

należy ostatnie słowo, radosny okrzyk: „Krowa się ocieliła!", rozbrzmiewający w chwili, gdy
Sergiusz, „ręką oficjanta rzuca garść ziemi na ciało zmarłej Albiny"; konkluzja, która ma wyrażać wieczny 
triumf ślepego instynktu płodności i życia nad śmiercią.

Ta pierwsza w serii powieść o ambicjach czysto filozoficznych; wolna od elementów politycznych ilustracja 

naturalistycznej filozofii życia, miała być potężnym hymnem do natury, najdoskonalszej przewodniczki ludzi. 
Pojawiają się tu lub nasilają wielkie tematy cyklu, w pełni rozwinięte po roku 1880, a mające swoje pierwotne 
źródło w naturalizmie Micheleta: naszkicowany już w noweli z 1866 r. Cztery dni Jana Gourdon oraz w 
Początkach fortuny Rougonów temat wiecznego powracania, dialektycznej jedności życia i śmierci, w pełni 
rozwinięty w Ziemi; temat natury prowokującej do rozkoszy zmysłowej, pierwszy raz wprowadzony w 
odrealnionej, sielankowej powiastce Simplice z 1863 r., sprecyzowany i rozwinięty w Zdobyczy, gdzie 
egzotyczna roślinność cieplarni jest, jak Paradou, wspólniczką miłości Renaty i Maksyma, a osiągający znowu 
najpełniejszy wyraz w Ziemi; temat akceptacji życia i ściśle z nim związany temat płodności, który coraz 
Większą rolę odgrywać będzie w światopoglądzie Zoli, aby wreszcie stać się jedną z jego czterech Ewangelii. W 
nim właśnie zawiera, się istota naturalistyczne- go optymizmu pisarza: natura obdarza człowieka silną, zdrową 
wolą życia i rozmnażania się, posłuszeństwo jej nakazom zapewnia mu jedyne dostępne kondycji ludzkiej 
szczęście, płynące z akceptacji życia.

Tę jednak wymowę powieści autor sam zagmatwał, ulegając pokusie wzięcia Biblii za wzór swojej natura-

listycznej genesis:

Natura odgrywa rolę biblijnego szatana — pisze w notatkach wstępnych. — To ona kusi Sergiusza i 

Blanche

background image

[pierwotne imię Albiny] i kładzie ich pod drzewem zła [...] Kopiuję dramat biblijny i na końcu pokazuję [...]•; 
brata Archangiasza, który pojawia się jak Bóg w Biblii i wyrzuca oboje kochanków z raju. *

Ta sztucznie nałożona z zewnątrz kalka legendy biblijnej, jej symboliki, metaforyki i słownictwa, zamąciła 

czystość naturalistycznej tezy, sugerując nieoczekiwanie, że posłuszeństwo naturze, miłość tworząca życie, jest 
„grzechem", co poniektórym krytykom ze szkoły psychoanalitycznej dostarczyło pola do wielu dociekliwych 
rozważań.

W chwili gdy Zola zaczynał pracę nad Grzechem, ukazał się utwór, który nie pozostał bez wpływu na tę po-

wieść, Kuszenie świętego Antoniego, powitane przez Zolę entuzjastyczną recenzją w „Le Sómaphore de Mar- 
seille" z 6 kwietnia 1874 r. jako „najdziwniejsze i najbardziej olśniewające" z dzieł Flauberta. Protestując 
przeciwko zbyt pesymistycznej koncepcji filozoficznej, Zola podziwia „koncepcję i realizację artystyczną", 
niezwykłe nowatorstwo tego „poematu prozą", gdzie w skrócie „przyprawiającym o zawrót głowy" autor 
rozprawił się z całą historią ludzkości. Wpływ tego wielkiego monologu wewnętrznego, służącego problematyce 
filozoficznej i historycznej, widoczny jest zwłaszcza w dziewiątym rozdziale trzeciej księgi Grzechu, w scenie 
kuszenia księdza Moureta, w jego wizji ostatecznego triumfu natury nad Kościołem.

Grzech księdza Mouret — wspomina Alexis — powstał latem 1874 r. w małym domku przy ulicy Saint-

Georges na Batignolles. Lato było upalne, ale powieściapisarza, dla któ
rego nie skończyły się jeszcze kłopoty materialne, nie stać było na koszty wilegiatury.

11

Istotnie, „ani Cobourg, ani Villerville, ale odwieczne Batignoless".

Jak chcę wziąć kąpiel — pisze Zola — wyciągam kubeł wody ze studni [...] Od blisko dziesięciu lat 

obiecujemy sobie co roku spędzić następne lato nad morzem.*

Pracował z zapałem, ale, jak zawsze w trakcie pisania, nie był z siebie zadowolony:
Powieść [...] sprawia mi piekielny trud. Wydaje mi się, że za dużo chcę w nią wsadzić — pisał w czerwcu 

do Turgieniewa. — Czy nie zauważył Pan, do jakiej rozpaczy doprowadzają nas zbyt kochane kobiety i zbyt 
wypieszczone dzieła?**

Niemało kłopotu przysparzała mu tym razem dokumentacja.
Musiał zebrać stosy notatek — ciągnie swoje wspomnienia Alexis. — Od długich miesięcy jego stół 

zawalony był wyłącznie dziełami religijnymi [...] Przez kilka dni z rzędu nieliczne kobieciny obecne na prymarii 
w kościółku Sainte- -Marie-des-Batignolles musiały być zbudowane widokiem mężczyzny, który siedział na 
uboczu z mszałem w ręce i śledził najdrobniejsze ruchy kapłana z uwagą tak głęboką, że mogła uchodzić za 
nabożne skupienie [...] Również i ten poemat prozą, jakim jest druga część powieści, Paradou, wymagał wiele 
pracowitych studiów [...] Długie opisy roślin i kwiatów nie były wzięte, jak twierdzono, wyłącznie z katalogów: 
powieściopisarz posunął sumienność tak daleko, że chodził na wystawy ogrodnicze, aby móc opisać każdą rośli-
nę z natury.

15

Ta dokumentacja jednak była w gruncie rzeczy ele-

background image

mentem drugorzędnym, czysto zewnętrznym, nałożonym na bogaty materiał osobistych wspomnień. Siady ich 
spotkać można na wielu stronach powieści, począwszy od opisu rekonwalescencji Sergiusza — przetworzenia 
utrwalonych w młodzieńczym Dzienniku ozdrowieńca doznań autora z okresu rekonwalescencji po chorobie, 
którą przebył w 1858 r. Paradou to opisywany kilkakrotnie w drobnych utworach park otaczający zamek Gallice 
na drodze z Aix do Roquefavour. Les Artaud to wioska Tholonet położona w sąsiedztwie zapory wodnej, 
miejsca częstych wypraw „trzech nierozłącznych". Viorna to rzeczka L'Arc, ta sama, którą młodzi Zola i 
Cśzanne wspominają z rozrzewnieniem mową wiązaną o dosyć częstochowskich rymach w swojej 
korespondencji.

Widownią, na której rozgrywa się akcja powieści — pisze Zola, anonsując 7 kwietnia 1875 r. swój utwór 

czytelnikom „Le Sśmaphore de Marseille" — jest jeden z zakątków waszej pięknej Prowansji [...] To dzieło 
zrodzone z waszego słońca.

Wspomnienia odżywają również w przemowie do Nowych powiastek dla Ninon, tomu kilkunastu opowia-

dań Ogłaszanych w różnych czasopismach w latach 1866—73. Adresowana do Ninon, jak przed dziesięciu laty 
przedmowa do pierwszego tomu Powiastek, jest ona ostatecznym pożegnaniem z własną młodością, jest 
bilansem utraconych złudzeń, przesyconym melancholią, zdradzającym chwilowe załamanie, moment słabości:

Dokładnie dziesięć lat temu opowiadałem cl, moja droga duszo, pierwsze powiastki [...] Ile burz 

przegrzmiało od tego czasu, ile czarnej wody, Ile klęsk przepłynęło pod walącymi się mostami moich marzeń I 
Dziesięć lat ciężkich robót, dziesięć lat goryczy, ciosów zadawanych i odbieranych, nieustannych walk! [...] 
Przez dziesięć lat, jak tylu innych, spa
lałem najlepszą cząstkę samego siebie w tyglu dziennikarstwa. Z całej tej kolosalnej pracy została jedynie 
garstka popiołu [...] Niczego jeszcze nie dokonałem. Płaczę nad tą stertą zasmarowanego papieru, do rozpaczy 
przywodzi mnie myśl, że nie zdołałem zaspokoić głodu prawdy, źe wielka natura wymyka się z moich nazbyt 
krótkich ramion. Cierpkie to pragnienie: objąć ziemię, posiąść ją w uścisku, wszystko widzieć, wszystko poznać, 
wszystko powiedzieć. Chciałbym ludzkość całą położyć na białej kartce papieru, wszystkie istoty, wszystkie 
rzeczy; stworzyć dzieło, które byłoby ogromną arką.

Pod koniec jednak zwątpienie, wywołane być może tą właśnie rocznicą dziesięciu lat, które minęły od 

pierwszego drukowanego tomu, a w czasie których przebył krótszą, niżby pragnął, drogę, ustępuje przed wolą 
walki:
Nieprędko stawię się na spotkanie, które ci wyznaczyłem w Prowansji po ukończeniu dzieła. Za dużo jest do 
zrobienia. Pragnę powieści, pragnę teatru, pragnę prawdy wszędzie. I niech twoje drogie wspomnienie nawiedza 
mnie tylko nocą, [,..] w godzinie, gdy będę mógł razem z tobą płakać, nie będąc widziany. Potrzeba mi całej 
męskiej siły. Później, o później! ja sam cię odszukam [...] Będziemy już bardzo starzy, ale ciągle będziemy się 
jeszcze kochali! *

Tymczasem czeka go nowa porażka: klapa Spadkobierców pana Rabourdin, komedii wystawionej w teatrze 

Cluny 2 listopada 1874 r. i po paru dniach zdjętej z afisza. Ten pastisz Ben Jonsona i Moliera miał być próbą 
odrodzenia „starej farsy literackiej". Próba okazała się chybiona. Sztuka, której brak było nowatorstwa Teresy 
Raąuin, została bezlitośnie pogrzebana przez krytykę, do czego przyczyniło się również bardzo nędzne 
wystawienie. Ta konkretna porażka jednak umacnia tylko wolę walki. I w przedmowie do książko-

background image

wego wydania sztuki, gdzie Zola wykłada teorię komedii naturalistycznej — dużo ciekawszą, trzeba przyznać, 
od próby realizacji — nad tonem goryczy bierze górę wiara w końcowe zwycięstwo:

Przyzwyczaiłem się już nie oczekiwać natychmiastowej nagrody za pracę. Od dziesięciu lat publikuję 

powieści, które rzucam za siebie, i nie nadsłuchuję, czy robią hałas, padając w tłum. Gdy będzie ich cały stos, 
przechodnie będą musieli zatrzymać się [...] Rygluję więc na nowo drzwi i zamykam się w pracy. *

Te dwa oblicza Zoli z 1874 r., człowieka znużonego; rozgoryczonego, który traci chwilami wiarę w skutecz-

ność walki i we własną przyszłość, oraz człowieka dręczonego wewnętrzną potrzebą stworzenia wielkiego 
dzieła, narzucenia swojej duchowej władzy współczesnym, utrwalił w styczniu 1875 r. Edmund de Goncourt 
niczym w krzywym zwierciadle, w portrecie po raz pierwszy wyraźnie złośliwym:

Co za beksa z tego opasłego brzuchacza, jak łatwo jego uniesienia przechodzą w melancholijne biadolenia. 

Kreśli przed nami czarny obraz swojej młodości, goryczy swojego codziennego życia, obelg, którymi jest 
obrzucany, otaczającej go nieufności, kwarantanny, na którą skazuje się jego dzieła [...] A kiedy mówimy mu, że 
nie ma powodu się skarżyć, że przebył ładny kawałek drogi, jak na człowieka, który nie ma jeszcze trzydziestu 
pięciu lat, woła: „[...] Nigdy nie zostanę odznaczony, nigdy nie dostanę się do Akademii, nigdy nie zdobędę 
żadnego z tych wyróżnień, które byłyby konsekracją mojego talentu. W oczach publiczności na zawsze 
pozostanę pariasem, tak pariasem!..." Ten grubas naiwny jak dzieciak, jak rozkapryszona dziewka wymagający, 
o lekko socjalistycznej zawiści, opowiada nam dalej o swojej pracy, [...] cenobityzmie, życiu rodzinnym [...] 
Wymyka mu się przy tym wyznanie, że w gruncie rzeczy ogromną sa
tysfakcję, ogromną radość daje mu świadomoś' wpływu, jaki swoją prozą wywiera ze swego skromnego kąta na 
cały Paryż. I mówi to z akcentem złości, akcentem odwetu biedaka, który długo kisł w nędzy.

16

Ooraz wyraźniej zarysowuje się szczelina dzieląca obu pisarzy: różnica przekonań społecznych, środowisk, 

usposobień; naiwny, „prostacki" entuzjazm Zoli, który nie potrafi nie angażować się całkowicie we wszystka, co 
robi, śmieszy i drażni Goncourta, pozującego na arystokratyczne zblazowanie; drażni go też fakt, że ten do 
niedawna uczeń i wielbiciel zdobywa powoli coraz wybitniejszą pozycję w świecie literackim, że niebawem 
doścignie, a być może zaćmi nawet dotychczasowego mistrza.

Tymczasem pierwsze objawy entuzjazmu, początek sławy, przyszły do Zoli z zagranicy. „W Rosji czytają 

tylko Pana" — pisał do niego we wrześniu 1874 r. Turgieniew, ambasador jego talentu i pośrednik w pertrak-
tacjach z redaktorem petersburskiego „Wiestnika Jew- ropy", Stasiulewiczem, który zachęcony powodzeniem 
rosyjskich przekładów Zdobyczy i Podboju miasta Plassans zaproponował Zoli publikację Grzechu księdza 
Mouret przed ukazaniem się książki we Francji. Propozycja, entuzjastycznie przyjęta, zapoczątkowała stałą 
współpracę, która miała trwać sześć lat. Do końca życia Zola zachował wdzięczność dla „wielkiego narodu, 
który zechciał przyjąć [go] i przygarnąć w chwili, gdy żadna gazeta paryska nie godziła się na [niego] i nie 
tolerowała [jego] batalii literackiej". * Grzech księdza Mouret ukazał się w przekładzie rosyjskim w trzech 
kolejnych numerach „Wiestnika", od stycznia do marca 1875 r., wkrótce potem zaś we Francji w wydaniu 
książkowym, jedyny raz w dziejach Rougon-Mac-

background image

ąuartów nie poprzedzonym publikacją w prasie paryskiej.

„Z głębokim zadowoleniem zobaczyłem, że gazety dotąd Panu wrogie musiały poddać się i podziwiać" 

17

 — 

pisał do Zoli Maupassant. Z tym podziwem to może przesada, ale 'książka jest bezspornie pierwszą, którą można 
uznać za względny sukces: doczekała się aż czterech nakładów w ciągu roku i kilku obszernych recenzji. 
Brunetiere w „La Revue des Deux Mondes" z 1 kwietnia 1875 r. krytykuje oczywiście, ale z umiarem; Barbey 
d'Aurevilly w „Le Constitutionriel" z 19 kwietnia pieni się: „Nie sądzę, aby w naszej epoce wulgarności 
napisano coś bardziej wulgarnego". Niewiele łagodniejszy ton w „La Revue Bleue" i w „La Revue de France"; 
nieco pochlebniejsze recenzje w kilku gazetach codziennych. Bądź co bądź o książce mówi się.

A stanowisko przyjaciół? Flaubert nie jest zachwycony: opisy Paradou uważa za chybione, ale przynaje, że 

„są w tej książce partie genialne, przede wszystkim cała postać Archangiasza i zakończenie, powrót do 
Paradou".

18

 Mallarmś i Maupassant są pełni entuzjazmu.

Na uwagę zasługuje list Taine'a z 20 kwietnia 1875 r.; krytyk ocenia w nim nie tylko ostatnią powieść, ale 

wszystkie dotychczasowe tomy cyklu. Na początku chwali; z uznaniem podkreśla szczególną formę Grzechu 
księdza Mouret, który „w tonie i proporcjach wykracza poza zwykłe ramy powieści", przyrównuje go do 
„poematów perskich", poetyckich wizji Heinego, do symfonii. Bardziej interesujące są zastrzeżenia, gdyż miały, 
być może, pewien wpływ na dalsze tomy cyklu: Zola zbytnio daje się ponosić swoim „doznaniom zmysłowym", 
wpada w upojenie, nie panuje nad sobą, co jest obowiązkiem każdego twórcy;

[...] pięć tomów o szaleńcach i półszaleńcach to dużo. — Szekspir na trzydzieści dramatów napisał tylko 

jednego Króla Leara [...] Zdrowie jest piękniejsze od choroby [...] Z wyjątkiem jednego doktora Paskala 1 ojca 
Renaty prawie wszystkie postaci to stonogi, pająki, prusaki i skorpiony. Pańskie sympatie nie wydają mi się 
dostatecznie rozległe; w ludzkości spotkać też można szczęście, dobrobyt, dobroć, a nawet szlachetność [...] Nie 
należy całego talentu zużywać na to, aby ze wstrętem, nienawiścią i obrzydzeniem deptać stonogi i skorpiony 
[...] Trochę litości dla biednego rodzaju ludzkiego, do którego i my się zaliczamy.

19

Jest to ostatni z zachowanych listów Taine'a do Zoli. Odpowiedzi nie znamy. Czy pisarz uznał słuszność za-

rzutów? W każdym razie mniej odtąd szaleńców wśród centralnych postaci Rougon-Macquartów, więcej boha-
terów silnych i zdrowych, począwszy od najbliższego, Eugeniusza Rougona. Aby jednak tego wprowadzić na 
scenę, Zola nie czekał rady Taine'a: wiosną 1875 r. następny, szósty tom cyklu — powieść Jego Ekscelencja 
Eugeniusz Rougon — od paru miesięcy był już na warsztacie.

„Sceny z życia politycznego" stanowiły bogatą odmianę powieści francuskiej w wieku dziewiętnastym, 

kiedy to narodziny parlamentaryzmu, postępująca demokratyzacja ustroju, przeobrażenie „poddanego" w 
„obywatela" zrobiły z problemu władzy, jej mechanizmu, walk o jej zdobycie lub utrzymanie sprawę 
interesującą coraz to szersze kręgi społeczeństwa. Było rzeczą nieuniknioną, aby tego typu powieść weszła w 
skład cyklu zamierzonego jako studium „wyścigu ambicji, demokratycznego zrywu, awansu wszystkich klas" w 
historycznych granicach Drugiego Cesarstwa. Toteż plan pochodzący z roku 1869 zawiera projekt powieści,

background image

[...] której ramami będzie świat oficjalny a bohaterem Alfred Goiraud [czyt. Eugenisz Rougon], człowiek, 

który dopomógł do zamachu stanu. [Można] zrobić z niego albo ministra, albo wysokiego urzędnika. Ambicja 
Alfreda wyższa jest od ambicji innych członków rodziny. Pożąda raczej potęgi niż pieniędzy. Ale brak mu 
zmysłu sprawiedliwości, jest godną podporą cesarstwa. Zresztą to człowiek utalentowany, mały Morny. •

Pierwotny projekt dojrzewa powoli wzbogacany doświadczeniami pisarza, który — najpierw jako współ-

pracownik prasy opozycyjnej, następnie jako sekretarz Glais-Bizoina i wreszcie jako sprawozdawca parlamen-
tarny i kronikarz polityczny — miał okazję zetknąć się z tym „oficjalnym światem" i przyjrzeć jego ludziom: 
wyższym i niższym urzędnikom, deputowanym, członkom rządu, a przede wszystkim owej „chmarze osobników 
grawitujących niezmiennie wokół każdej władzy". I być może już wtedy zrodziła się sformułowana później w 
notatkach wstępnych do powieści koncepcja władzy jako kliki popierającej panującego:

To historia wszystkich rządów. Rząd to nie król, ale kreatury, które go otaczają i zainteresowane są w tym, 

aby zachował tron. Stąd poparcie partii, akty heroizmu i podłości.**

Dokumenty magazynowały się w podświadomości, pamięć rejestrowała atmosferę, strzępki rozmów i dy-

skusji, utrwalała twarze i sylwetki, gesty i ton głosu, gdy z dziennikarskiego obowiązku pisarz tkwił w loży 
prasowej na spektaklach parlamentarnych i na użytek czytelników swojej gazety podsumowywał debaty, 
szkicował portrety, próbował rozwikłać kłębki intryg politycznych.

To bardzo cenny etap, podczas którego zbierze Pan wiele informacji — pisał do Zoli w styczniu 1872 r. 

Champfleury, entuzjastycznie oceniając jego kroniki parlamentarne. — Często żałowałem, że nie było mi dane 
przyjrzeć się z bliska wielkim rozgrywkom politycznym 1 zazdrosny jestem o poważne dzieła, które pewnego 
dnia będzie Pan mógł napisać.

Doświadczenia osobiste zostały, zgodnie z metodą pisarza, uzupełnione we wstępnym stadium pracy nad 

powieścią przez to, co nazywał „dokumentacją": lektury, rozmowy z ludźmi, oględziny miejsc akcji. Historia 
Drugiego Cesarstwa Taxile'a Delorda i Ilustrowana historia Drugiego Cesarstwa Ernesta Hamela dostarczyły 
szczegółów potrzebnych do zmontowania tła historycznego. Z książki La Cour a Compi&gne. Confi- dences 
d'un valet de chambre (Dwór w Compiegne. Konfidencje pokojowca) Pawła Dhormoys (1866), dziennikarza, 
który w przebraniu lokaja dostał się ną dwór cesarski, zaczerpnął Zola informacje o tym nie znanym sobie 
świecie. Uzupełniły je opowiadania Flauberta, który kiedyś spędził dwa tygodnie w Compićgne jako gość 
cesarza. W aktach powieści znajdują się nadto notatki z paru innych jeszcze książek, wycinki z gazet, szkice 
Pałacu Burbońskiego itd. Cała ta dokumentacja nie wystarczyłaby jednak do tak sugestywnego oddania 
atmosfery kulis politycznych i posiedzeń Ciała Ustawodawczego, gdyby nie nakładała się na wspomnienia 
naocznego świadka rozgrywek parlamentarnych, który zresztą aż do roku 1877, jako korespondent „Le Sćma- 
phore de Marseille", nie tracił stałego kontaktu z bieżącym życiem politycznym.

Stopniowo też dojrzewała i nabierała wyrazistości postać bohatera, jedna z najczęściej i najsilniej doku-

mentujących swoją obecność w cyklu. Jak większość członków rodu, Eugeniusz Rougon został zaprezen

background image

towany już w pierwszym tomie: najstarszy syn Piotra i Felicji podobny fizycznie do ojca, ale o przewadze cech 
moralnych matki, dzięki czemu właściwe Rougo- nom nienasycone apetyty u niego przybierają wysublimowaną 
postać żądzy władzy dla władzy, a nie dla korzyści materialnych. Jako agent Ludwika Bonapar- tego przyczynia 
się do sukcesu zamachu grudniowego w Paryżu, skąd też kieruje poczynaniami rodziców w Plassans. W drugim 
tomie, w cieniu centralnej postaci Saccarda, którego popiera, przesuwa się znowu, najpierw jako początkujący 
polityk, potem jako groźny i potężny minister, otoczony chmarą dworaków.- W tomie czwartym, jego 
zakulisową obecność zdradza działalność księdza Faujasa i Felicji. We wszystkich tych powieściach, choć 
wywiera decydujący często wpływ na losy centralnych bohaterów, sam pozostaje postacią epizodyczną, czasem 
nawet niewidzialną. Musiał jednak nadejść moment, w którym autor wyprowadzi go na sam środek sceny, 
ustawi w pełnym świetle reflektorów, zbyt silnie bowiem ciąży on nad światem Rougonów, aby mógł kryć się 
dłużej w półcieniu drugiego planu czy kulis, tym bardziej że niebawem wkroczyć miał na tę scenę 
konkurencyjny świat Macąuartów.

Mój minister — czytamy w notatkach wstępnych — jest zdecydowanie przeciwny cesarstwu liberalnemu, 

pojmuje jedynie władzę absolutną; [..,] a przecież to umysł otwarty, który rozumie czasy nowożytne, czuje 
bardzo dobrze ewolucję demokratyczną; ale jego cechą dominującą jest wybujały indywidualizm. Chce być sam, 
rządzić sam. Gardzi cesarstwem, zwłaszcza cesarzem, tym marzycielem, który daje się powodować swojej klice.

I choć inteligentny, choć dostrzega liberalne tendencje epoki, to marzy jednak o „nałożeniu jej kagańca",

twierdząc, „że jeden człowiek może zahamować rozwój ludzkości, pokierować nią wedle swego widzi mi się" i 
chce „być tym człowiekiem". *

Pierwszy Alexis, a po nim wielu innych krytyków, dopatrywało się w tej postaci cech samego Zoli: „Euge-

niusz Rougon to wedle mnie Emil Zola minister, to znaczy marzenie o tym, czym byłby, gdyby umieścił swoją 
ambicję w polityce." 

21

 Charakterystyka Rougona w notatkach wstępnych tylko częściowo potwierdza tę 

hipotezę, zdradza wprawdzie pewne podobieństwa między twórcą a postacią, ale jednocześnie podkreśla 
wyraźne różnice. Rougon dręczony pragnieniem władzy, chęoią oddziaływania na swoją epokę, świadomy 
własnej siły i rozumiejący czasy nowożytne •— to istotnie Zola; w przeciwieństwie jednak do swojego twórcy, 
który za warunek pełnego rozwoju osobowości uważał zawsze współdziałanie z rozwojowymi tendencjami 
epoki, Eugeniusz chce się im przeciwstawić, chce iść pod prąd. Nie należy bowiem zapominać, że Rougon jest w 
pierwszym rzędzie symbolem znienawidzonego reżimu ocenianego przez Zolę jako katastrofalna próba 
powstrzymania ewolucji społecznej, sprzeczna ze wszystkim, co stanowi wielkość dziewiętnastego wieku, i tym 
samym skazana na klęskę. I jeżeli w osobowości bohatera kryją się pewne cechy autora, to jest on jednocześnie 
postacią o licznych autentycznych prototypach, z których każdy użyczył mu jakiegoś rysu: jest „Rouherem 
wyolbrzymionym" (prawdziwego Rouhera, wszechwładnego ministra Napoleona III, „ignoranta, miernotę", Zola 
przedstawia w postaci Delestanga, protegowanego i rywala Eugeniusza) i Espinasse'em, ale również pod 
pewnymi względami Guizotem, Persig- ny'm, Baroche'em, Billaultem, a nawet Favre'em; jest

background image

syn/tezą wszystkich /polityków Drugiego Cesarstwa, nie przestając być Eugeniuszem Rougonem, „wielkim czło-
wiekiem" rodu.

Chronologiczne ramy utworu zostały wybrane tak, aby pozwoliły możliwie najpełniej zrealizować jego 

założenia psychologiczne: studium ambicji człowieka żądnego władzy za wszelką cenę. Powieść zaczyna się w 
maju 1856 r. upadkiem Rougona, reprezentanta rządów silnej ręki i przemocy, gdy wobec pierwszych 
nieśmiałych oznak przebudzenia liberalnego do głosu w najbliższym otoczeniu cesarza dochodzą zwolennicy 
łagodniejszego kursu. W półtora roku później, po nieudanym zamachu, przerażony cesarz znowu powołuje 
Rougona. do władzy jako ministra spraw wewnętrz^ nych. * Wyposażony w nieograniczone kompetencje, 
Rougon wprowadza rządy silnej ręki, terroru i przemocy. Zbytnio jednak „daje się ponieść własnemu 
temperamentowi" i przebiera miarę, popychany w tym kierunku przez swoją klikę, ludzi, którzy go popierają, 
aby na. nim żerować. Owa klika to jedyna słabość Eugeniusza, człowieka silnego, któremu ci ludzie potrzebni są 
jednak psychicznie, bo możność obsypywania ich niezasłużonymi łaskami daje mu upajające poczucie własnej 
potęgi. I kiedy popełnianymi w ich interesie aktami samowoli osłabia swoją pozycję, z całym spokojem 
przechodzą do obozu rywala, męża pięknej Kloryn- dy, której intrygi są bezpośrednim powodem następnego 
upadku „wielkiego człowieka". Ta wysokiej klasy awanturnica (jej prototypem była podobno księżna de 
Castiglion^), która nie zdołała złapać Rougona na
męża, choć przez chwilę stracił dla niej głowę, i którą sam wydał za swojego protegowanego, Delestanga, 
dziedzica dużej fortuny, ale absolutną miernotę intelektualną i polityczną, mści się urażona w swojej kobiecej 
ambicji: za cenę nocy spędzonej z cesarzem kupuje nominację męża na stanowisko zajmowane przez Rougona. 
Dopóki jednak istnieje cesarstwo, ustrój oparty na cynizmie i samowoli, tacy ludzie jak Rougon nigdy nie padają 
definitywnie. Żądza władzy jest w nim silniejsza od wszelkich przekonań. Po trzech latach wypływa znowu jako 
potężny minister bez teki, realizujący liberalną politykę cesarza. I powieść kończy się jego triumfem 
osiągniętym kosztem negacji całej swojej przeszłości:

Zakończę akcentem absolutnego cynizmu politycznego — pisze Zola — tak jak Zdobycz zakończyłem 

akcentem absolutnego cynizmu moralnego. Rougon, który był reprezentantem skrajnego ucisku, sławi wielkość 
cesarstwa liberalnego. Moja awanturnica, pokłócona z Rougonem, gratuluje mu zwycięstwa. *

W Jego Ekscelencji Zola pragnął pełniej jeszcze niż w dotychczasowych tomach zrealizować swój postulat 

powieści jako „wycinka życia".

Książka nie będzie kończyła się jakimś dramatem — pisze w notatkach. — Zatrzyma się, kiedy skończę, ale 

mogłaby ciągnąć się dalej. Wprowadzę do niej jeszcze więcej lużności niż do innych. Mniej niż kiedykolwiek 
będę dążyć do opowiedzenia jakiejś historii. Zwykła analiza faktów i charakterów. **

Wpłynęło to oczywiście na strukturę utworu: jest on serią wielkich obrazów luźno powiązanych nikłą fabu-

background image

&
łą, która tym razem układa się nie w krzywą łuku, jak w pierwszych trzech tomach, ale „w linię zębatą, symbol 
wzlotów i upadków właściwych karierze politycznej". 

22

 Akcja rozpoczęta w maju 1856 urywa się w marcu 

1861; aby tym silniej narzucić wrażenie, że to tylko „wycinek życia", Zola postanawia porzucić swego bohatera 
pierwszego dnia jego nowych triumfów a historię dalszej jego kariery odłożyć do „jakiegoś innego tomu", do 
„drugiej powieści politycznej",, której pomysł rodzi się w trakcie pracy nad pierwszą. Pojawia się w ten sposób 
nowy element genezy przyszłego Pieniądza jako powieści osadzonej w ramach cesarstwa liberalnego.

Skończyłem właśnie Jego Ekscelencją Eugeniusza Rougo* na — pisał Zola 8 września 1875 do 

Stasiulewicza. — [...] Wydaje mi się, że jest to jedna z najciekawszych książek, jakie napisałem, ze względu na 
zasadniczo nowoczesny, natu- ralistyczny charakter obrazów i ponieważ otwiera przed powieścią całkiem nowy 
świat. Spodziewam się, źe jej publikacja nie minie bez echa.

Nadzieje te nie zostały spełnione. Jeden tylko Mal- larmć docenił w pełni nowatorski charakter utworu:
Gdy dostałem tę powieść, przeczytałem ją jednym tchem; potem, zamknąwszy, otwierałem, żeby studiować 

ją, fragment po fragmencie, przez kilka dni. Te dwa sposoby smakowania dzieła, jeden dawny, z okresu 
powieści pisanych jak sztuki teatralne, i drugi, nowoczesny, gdy same warunki życia każą brać książkę do ręki, 
odkładać ją itd., te dwa sposoby można z jednakowym powodzeniem zastosować do Jego Ekscelencji 
Eugeniusza Rougona: istotne znaczenie jest tam ukryte wspaniale pod przypadkiem pełnym fałd i załamań, 
którymi współczesny narrator musi wypełniać swoją koncepcję. Kiedy specjalna estetyka książki tworzy 
absolutną zgodę między nią i sposobem, w jaki czytelnicy mogą z niej korzystać, jest to arcydzieło; i dlatego, 
choć osobiście, jako poeta, wolę może (i niesłusznie) pewne wspa
niałości bardziej dotykalne Zdobyczy i Księdza Mouret, uważam Pański ostatni utwór za najdoskonalszy wyraz 
tego punktu widzenia, który przypadło Panu w zaszczytnym udziale zrozumieć 1 pokazać w sztuce naszego 
czasu [...] W interesującej ewolucji, jaką przechodzi powieść, to dziecię stulecia, Jego Ekscelencja stanowi 
jeszcze jeden etap, wspaniały: tam gdzie powieść graniczy z historią, całkowicie nakłada się na nią i zachowuje 
dla siebie całą jej stronę anegdotyczną i chwilową, przypadkową; podczas gdy przyszłemu historykowi 
wypadnie już tylko streścić pewne starcia idei, a wzniosłe figurynki, które uważały się za coś więcej niż nosicieli 
zasad, staną się nagle domeną powieścio- pisarza. Co za nagła i nieoczekiwana zdobycz dla tej literatury, którą 
Anglicy nazywają fikcją! [...] Mój Boże! jak bardzo powieść angielska ze swoimi kilkoma tikami i prze-
widzianymi perypetiami daleka jest jeszcze od zrozumienia tego, do czego dąży Pan i współczesna generacja 
francuska. 

23

Rękopis Jego Ekscelencji, ukończony w lipcu 1875 r., prawie sześć miesięcy przeleżał w redakcji „Le 

Siecle" zanim gazeta rozpoczęła 25 stycznia jego druk, ukończony 11 marca 1876 r., co opóźniło wydanie 
książkowe, które ukazało się dopiero w końcu lutego. Zwłoka miała fatalne skutki: powieść, zaćmiona niemal 
natychmiast przez pierwsze odcinki UAssommoir, nie wywołała spodziewanego echa. Do dzisiaj zresztą nie 
udało się jej odzyskać należnego miejsca; zalicza się ona nadal do najmniej poczytnych, choć stanowi istotny 
element architektury cyklu, konieczny do zrozumienia jego wewnętrznej struktury. Przyjaciele Zoli, z wyjątkiem 
Turgieniewa, przyjęli powieść dosyć chłodno. Oficjalna krytyka skwitowała ją paroma grzecznymi recenzjami, 
bez entuzjazmu, ale i bez gromów; sądząc, że Zola ustatkował się wreszcie, użyczyła mu nawet paru za-
chęcających pochwał. Już za parę miesięcy miała zrozumieć swoją pomyłkę. Nadchodził dzień, w którym mieli 
wkroczyć na scenę

background image

[...] współcześni potępieńcy wydobyci z czeluści piekieł społecznych, straszni Lantierowie, przerażający 

Macąuarto- wie [...] Ich nagłe wtargnięcie było tak groźne, ich napór tak potężny, tupot ich nóg tak donośny, że 
cała literatura zatrzęsła się w posadach. Starzy bogowie powieści, Balzak i Flaubert, zachwiali się na 
piedestałach. Od tej chwili Emil Zola stawał się kimś, kogo nie można już było zbywać paroma lekceważącymi 
zdaniami lub zdawkowymi pochwałami. Miał odtąd wzniecać już nie krytyki, ale burze, szał nienawiści 
sprzymierzonej z zawiścią.

24

U Assommoir, powieść o ludzie przedmieść paryskich, warstwie pośredniej między proletariatem a drobną 
burżuazją, stanowi pierwsze i największe arcydzieło Zoli. Wyraźnie sformułowany projekt „powieści robot-
niczej" pojawił się w jego notatkach dopiero na przełomie lat 1868 i 1869, ale zapowiadały ją na długo przedtem 
liczne teksty i wydaje się, że pierwotny pomysł narodził się wcześniej. Wszystko — powiązania rodzinne, 
kontakty osobiste, rzeczywista znajomość środowiska, przekonania społeczne, temperament pisarski wreszcie — 
predestynowało go niejako do podjęcia tego tematu.

Rodzina Zoli ze strony matki należała do tej właśnie warstwy pośredniej i w pierwszych latach pobytu w 

Paryżu utrzymywał on dość bliskie stosunki z jednym z wujów, Adolfem Aubertem, malarzem pokojowym i 
dozorcą, o którym będzie pamiętał, przygotowując swoją powieść: „Nie zapominać o wuju, który w dni wielkiej 
fety zasłaniał okna kocem, żeby z ulicy nie było widać światła"», czytamy w notatkach wstępnych. Córka 
Aubertów, Anna, przysparzała niemało trosk rodzicom, często znikając z domu, i kto wie, czy nie istnieje coś 
więcej niż przypadkowa zbieżność
imion między kuzynką Aubert a Anną Coupeau, Naną? 

25

 Kontakty ze środowiskiem ludowym rozszerzyły się w 

latach 1860—1861, kiedy Zola, daremnie szukając jakiejś pracy, żył w ubogich dzielnicach Paryża, w 
podrzędnych hotelikach lub wielkich kamienicach czynszowych, zamieszkałych przez rodziny robotników, 
sklepikarzy, rzemieślników, przyszły światek z ulicy Goutte d'Or.

Osobiste obserwacje znajdowały w latach sześćdziesiątych atmosferę zachęcającą do ich wykorzystania. 

Ruch robotniczy, sparaliżowany po klęsce czerwcowej 1848 r. do tego stopnia, że duża część ludu Paryża z 
obojętnością patrzyła na zamach stanu, zaczął odżywać w drugim dziesięcioleciu Cesarstwa, ściągając na nowo 
uwagę polityków i pisarzy na ten nieznany, wrogi, a zarazem egzotyczny świat. Sytuacja analogiczna do sytuacji 
w następnym dwudziestoleciu, gdy po klęsce Komuny ruch robotniczy zamarł początkowo, aby odrodzić się w 
formie zorganizowanej dopiero w początku lat osiemdziesiątych, co między innymi tłumaczy różnice między U 
Assommoir a Germinalem.

1862 — ogromny sukces Nędzników Wiktora Hugo; ostatnie arcydzieło społecznej literatury romantyzmu, 

najpełniejszy wyraz romantycznej mistyki ludu. Styczeń 1865 — Herminia Lacerteiuc braci de Goncourt, 
pierwszy utwór nowej szkoły, wprowadzający na scenę bohatera ludowego, poprzedzony przedmową-manifes- 
tem, w której autorzy domagają się dla „klas niższych prawa obywatelstwa w powieści", a dla pisarza prawa 
mówienia prawdy i obnażania wszelkich ran. Dwa dzieła sztuki reprezentujące dwie odmienne postawy i dwie 
odmienne formy artyzmu. A wokół nich mnóstwo utworów mniej niż drugorzędnych, utrzymanych przeważnie 
w tonie łzawo-sentymentalnym i moralizatorskim, jak na przykład wystawiony

background image

w 1870 r. dramat Robotnicy Eugeniusza Manuela, który jest dla Zoli symbolem tej zakłamanej literatury, dającej 
z gruntu fałszywy obraz ludu i którego ma na myśli, gdy pisze w swoich notatkach wstępnych: „Nie popadać w 
Manuela!"

Dziennikarska twórczość Zoli świadczy od samego początku o jego zainteresowaniu ludem, owymi ludźmi 

„nie comme il faut", których charakteryzował w 1860 r. w liście do Baille'a. Wyrosła w sposób bardziej 
bezpośredni z osobistych wspomnień i natychmiastowej reakcji na rzeczywistość niż przetworzone artystycznie 
dzieło powieściowe, odsłania jego podtekst i dostarcza komentarza. Już przed narodzinami pierwszej koncepcji 
cyklu kilka spośród licznych artykułów
0 tematyce ludowej zapowiada wyraźnie pewne postaci
1 tezy przyszłego L'Assommoir, że wspomnimy choćby portret sąsiada-karawaniarza („L'Evśnement" z 3 grud-
nia 1866), opis kowala przy pracy („L'Evśnement Illu- strś" z 17 czerwca 1868), artykuł z października 1868,

background image

gdzie autor twierdzi, że środowisko i nędza popychają robotników do alkoholizmu („La Tribune" z 18 paź-
dziernika 1868) oraz artykuł z września tegoż roku poświęcony braciom de Goncourt, gdzie uwagi o Hermi- nii 
Lacerteux zdradzają niedwuznacznie refleksje Zoli nad ewentualnym charakterem jego własnej powieści o 
ludzie:

Dajcie jakiemuś biedakowi temat Her minii Lacerteiuc, a zobaczycie jaki pamflet napisze. Usłyszycie w nim 

krzyk jego głodu, szloch jego walk. Niepodobnego u panów de Goncourt. Można wyczuć, że nie buntują się 
zbytnio przeciwko społeczeństwu, że akceptują jego otwarte rany z upodobaniem artysty i badają je ciekawie, 
jak kawałek starej porcelany nabyty u antykwariusza. *

Wszystko to dowodzi, że pod koniec 1868 r. koncepcja „powieści robotniczej" zarysowuje się już w umyśle 

j Zoli. Nic dziwnego zatem, że od razu w pierwszym j planie cyklu pojawia się, scharakteryzowany dokładniej w 
konspekcie przeznaczonym dla wydawcy, projekt powieści,

[...] której ramami będzie świat robotniczy, a bohaterem Ludwik Duval [czyt. Coupeau], ożeniony z Laurą 

[czyt. Ger- wazyną], córką Bergasse'a [czyt. Macąuarta]. Obraz rodziny robotniczej w naszej epoce. Intymny i 
głęboki dramat upadku rodziny robotnika paryskiego pod zgubnym wpływem środowiska rogatek i szynków. 
Tylko prawdziwość obrazu będzie mogła nadać powieści wielkość. Dotąd pokazywano nam robotników, 
podobnie jak i żołnierzy, w absolutnie fałszywym świetle. Aktem odwagi będzie powiedzieć prawdę i przez 
szczere pokazanie faktów domagać się dla niższych klas powietrza, światła i wykształcenia.**

Pod wpływem Komuny rodzi się projekt drugiej powieści robotniczej, o charakterze politycznym, która

wedle listy z 1872 r. ma pokazywać robotnika „jako rewolucyjne narzędzie powstań", w związku z czym 
pierwsza ma stać się przede wszystkim obrazem obyczajów robotnika paryskiego. W artykule opublikowanym w 
tym właśnie okresie w ,,Le Corsaire" Zola formułuje dobitniej niż kiedykolwiek dotąd tezę, która w 
L'Assommoir ma wynikać z samej tylko obiektywnej wymowy faktów, a która tutaj występuje w postaci aktu 
oskarżenia:

To nadmierna praca i nędza są przyczynami, które pchają robotnika do szukania sztucznej podniety w winie 

[...] Gdyby płace były wyższe, a dzień pracy nie trwał dwanaście godzin, mniej litrów wypijano by na 
przedmieściach [...] Jeżeli robotnik stacza się w pijaństwo, to wasza wina. Czyż nie chcecie, żeby był głupi, 
pijany ignorancją, podobny do bydlęcia! Wtedy wchodzi do szynku, sięga po jedyną radość, jaką ma pod ręką, i 
nadużywa jej, ponieważ zamykacie przed nim horyzont i ponieważ potrzebuje jakiegoś marzenia, choćby 
pijackiego. *

Cennych materiałów dostarcza Zoli działalność dziennikarska w latach 1871—'1877. Zwłaszcza codzienne 

prawie korespondencje przesłane do „Le Sśmaphore de Marseille" stanowią prawdziwą kopalnię obrazków i 
szkiców do przyszłej powieści. Opowiada w nich często swoim czytelnikom z prowincji o ludzie paryskim, jego 
trudnej egzystencji, grożącym bezrobociu, drożyź- nie, o jego zniechęceniu i apatii politycznej, o jego roz-
rywkach i zabawach. Chętnie przechadza się po dzielnicach ludowych, miesza z tłumem, przysłuchuje roz-
mowom, przygląda typom, nasiąkając podczas tych spacerów, które nie mają charakteru wypraw po „dokument 
ludzki", atmosferą przedmieścia robotniczego. Zresztą Batignolles, gdzie mieszka, to już dzielnica

background image

I peryferyjna, położona na pograniczu zewnętrznych bul- warów, i początkowo nawet, w 1871 r., tutaj zamierzał 
osadzić akcję swojej powieści robotniczej.

Latem 1875 r., podczas dwumiesięcznego pobytu Iw Saint-Aubin, pierwszych wakacji nad morzem, Zola 

opracował, przed wszelką dokumentacją książkową, szkic i pierwszy plan sumaryczny powieści, która pier-
wotnie miała nosić tytuł Zwykłe życie Gerwazyny. Po powrocie do Paryża, w początku października, sięgnął |po 
książki, aby uzupełnić swoją znajomość środowiska i problematyki utworu. Najpierw przeczytał Question 
sociale — Le Sublime ou le Travailleur comme il est en 1870 et ce qu'il peut etre (Kwestia społeczna — Le Sub-
lime czyli robotnik w 1870 r., taki jaki jest i jaki może być) Denisa Poulota (1870), byłego robotnika, który zo-
stał przemysłowcem. Zainteresowała go głównie pierwsza część książki, rodzaj „fizjologii" robotnika parys-
kiego, gdzie autor dzieli robotników na osiem grup, zależnie od ich stosunku do pracy, od trybu życia, poglą-
dów, języka itp. Zola wynotował tę klasyfikację, postanawiając każdą z grup ucieleśnić w jednej z postaci po-
wieściowych; wziął też z Poulota pewne rysy charakterystyczne, kilka scen, trochę anegdot, przydomków, 
wyrażeń argotycznych. Książka, bogata w materiał oby- czajowo-anegdotyczny, okazała się cennym źródłem, 
które wyzyskał tak skrupulatnie, że oskarżono go nawet o plagiat. Odpowiadając na ten łatwy do obalenia zarzut, 
Zola wymienił kilka innych jeszcze źródeł, którymi się posłużył, między innymi pracę doktora V. Mag- nana De 
VAlcoolisme (O alkoholizmie, 1874), zawierającą szereg obserwacji nad alkoholikami, przeprowadzonych w 
szpitalu Sainte-Anne; wykorzystał je w scenie delirium tremens w ostatnim rozdziale. Tło polityczne powieści, 
zredukowane zresztą do minimum, oparł na analizach historyków republikań
skich, do których nie pierwszy raz sięga, Delorda i Hamela:

Lud dopuścił do zamachu stanu i prawie go aprobował — pisze Zola w notatkach — roszczenia przyszły 

dopiero później; przebudzenie nastąpiło dopiero w 63 r. Nie potrzebuję więc kłaść specjalnego nacisku [...] 
[zresztą] powieść o Ger- wazynie nie jest powieścią polityczną, ale powieścią o obyczajach ludu; polityka 
znajdzie się tu z konieczności, ale na dalszym planie, w ograniczonym wymiarze.*

„Chcąc odświeżyć sobie pamięć i nie pominąć żadnego z terminów, które najczęściej słyszał w ustach ro-

botników" 

26

, Zola sięga do słownika Alfreda Delvau z 1866 r., skąd wypisuje około 650 wyrażeń z gwary 

paryskiej. Zna jednak język ludu nie z książek i używa w powieści mnóstwa słów nie notowanych ani przez 
Delvau, ani przez Poulota. Oni natomiast podsunęli mu definitywny tytuł powieści, który w następujący sposób 
tłumaczy czytelnikom rosyjskim, publikując w maju 1876 r. w „Wiestniku Jewropy" urywek siódmego 
rozdziału:

Lud nazywa „assommoir" wyszynki trunków, gdzie alkohol produkowany jest na miejscu [...] Ta wódka jest 

bardzo mocna i „assomme" [ogłusza] klientelę. Ale ja rozciągnąłem znaczenie tego terminu na całe środowisko, 
w jakim żyje robotnik, na warunki ignorancji, nędzy i nałogu, które w naszych dzielnicach ludowych 
przeobrażają stopniowo robotników w stado obszarpanych pijaków. To zwierzęta ludzkie „assommćs" 
[ogłuszane] i prowadzone do naszej rzeźni społecznej z winy innych i własnej.

background image

Całkiem czarna, naga, bez ozdób; okna z czarnymi, przeżartymi żaluzjami, w których brakuje deseczek [...] 

Brama pośrodku, ogromna [...] Środkiem bramy płynie rynsztok [...] Wewnętrzne, kwadratowe, duże podwórko 
[...] otoczone warsztatami: stolarze, ślusarz, farbiarnia, z której wylewa się kolorowa woda. *

Zobaczymy dalej, jak pomysłowo Zola wykorzystał w powieści ten rynsztok i farbiarnię. „Nic mniej ba-

nalnie fotograficznego od tych pośpiesznych szkiców. Rzeczywistość jest już w nich zinterpretowana i prze-
tworzona." 

27

Wstępne prace nad UAssommoir trwały stosunkowo krótko, zaledwie około trzech miesięcy. Pochłonięty 

przez temat, Zola pracował szybko, z większym niż kiedykolwiek 'zapałem, tak że już w kwietniu 1876 r. 
powieść była w połowie napisana. Gdy wskutek kontrofensywy republikańskiej zachwiał się w początku 1876 r. 
„porządek moralny", dzięki czemu prasa zyskała nieco większą swobodę, Yves Guyot, redaktor naczelny 
republikańskiej gazety „Le Bien Public", zaproponował Zoli współpracę z nią w charakterze krytyka 
dramatycznego oraz publikację jego nowej powieści. 10 kwietnia ukazał się pierwszy Przegląd dramatyczny 
Zoli, początek głośnej, pięcioletniej kampanii o zwycięstwo naturalizmu, 13 kwietnia zaś — pierwszy odcinek 
L'Assommoir. Powieść zdumiała oczywiście czy

Ustaliwszy miejsce akcji: okolice bulwaru de la Cha- pelle, ulica de la Goutte d'Or, Zola odbywa tam kilka 

wypraw z notatnikiem w ręce; robi szkice topograficzr- ne, opisuje wygląd ulic o różnych porach dnia, sklepów, 
hoteli i szynków, najwięcej uwagi poświęcając wielkiej, sześcióipiętrowej kamienicy, w której ma mieszkać 
większość bohaterów:

background image

telników gazety, ale jak świadczą o tym listy Guyota i wbrew temu, co później twierdzono, nie wpłynęła na 
zmniejszenie liczby abonentów. Mimo to 7 czerwca wstrzymano w połowie jej druk.

L'Assommoir okazał się nie dość radykalny i został przer- wany w „Le Bien Public" — pisał Zola 1 lipca do 

Alexisa. — Zapłacono mi zresztą za całość (8000 franków), co położyło kres mojemu rozgoryczeniu [...] 
Mendes ofiarowuje mi tysiąc franków za dokończenie UAssommoir w swoim piśmie, zgodziłem się, to tysiąc 
franków znalezione na ulicy. Co więcej, Paryż na nowo pokrył się afiszami. Jestem bardzo zadowolony.

Druk drugiej połowy w „La Republiąue des Lettres" Catulle'a Mendesa, piśmie, w którym obok parna- 

śistów i symbolistów pisywali też młodzi naturaliści, trwał od 9 lipca do 7 stycznia 1877. W końcu stycznia zaś 
ukazało się wydanie książkowe.

Fabuła powieści jest niezwykle prosta — pisze Zola, streszczając pierwszą połowę utworu czytelnikom 

„Wiestni- ka Jewropy" w maju 1876 r. — Opowiadam historię pewnej rodziny robotniczej, powolny jej upadek 
pod wpływem środowiska, w którym żyje. Gerwazyna Macąuart, praczka, przyjeżdża do Paryża ze swoim 
kochankiem, kapeluszni- kiem Lantierem, i dwoma synami, Klaudiuszem i Stefanem. Przejadają tu skromne 
fundusze przywiezione z prowincji; po czym Lantier porzuca Gerwazynę i dzieci. Wtedy blacharz Coupeau, 
zakochany w młodej praczce, poślubia ją, nie mogąc zdobyć jej Inaczej. Małżonkowie Coupeau są w tym 
okresie swego życia prawdziwymi robotnikami. Ich sprawy układają się pomyślnie, gromadzą oszczędności i 
cieszą się szacunkiem całej dzielnicy Goutte d'Or. *

Coupeau jest kochającym ojcem córki Anny, zwanej Naną, którą żona urodziła mu w rok po ślubie, i 

dobrym
ojczymem dla Stefana (Klaudiusza, którego czytelnicy cyklu spotkali już w Brzuchu Paryża i którego spotykają 
znowu w Dziele, bierze na wychowanie pewien starszy pan z Plassans, zainteresowany malarskim talentem 
chłopca).

Blacharza spotyka jednak nieszczęście: spada z dachu i w okresie rekonwalescencji przywyka do nieróbstwa 

i pijaństwa. W tym czasie sąsiad małżonków Coupeau, kowal Goujet, pożycza Gerwazynie pieniądze na 
założenie pralni przy ulicy Goutte d'Or, o czym od dawna marzyła [...] Goujet kocha Gerwazynę miłością 
nieśmiałą i naiwną, to idylla olbrzyma, który boi się tknąć kobiety swoimi potężnymi rękami [...] Rodzina 
Coupeau osiąga szczytowy punkt swojego dobrobytu. Ale mąż stacza się coraz bardziej w nieróbstwo 1 
pijaństwo [...] Jednocześnie Lantier, odnalazłszy Gerwazynę w dobrobycie, zaczyna znowu kręcić się koło niej. 
*

Coupeau, u którego pod wpływem alkoholu przestają działać wszelkie hamulce moralne, sam wprowadza 

byłego kochanka żony do domu jako sublokatora i wspólnie z nim przejada zarabiane przez nią pieniądze.

Początkowo Gerwazyna próbuje walczyć. Siły i oparcia szuka w platonicznym uczuciu Goujeta, który w jej 

otoczeniu reprezentuje wszystko, co szlachetne i nieskażone. Ale ta jedyna ostoja jest zbyt słaba w nierównej 
walce z całym środowiskiem, które pcha bohaterkę do przepaści połączonym wysiłkiem ludzi i rzeczy. 
Stopniowo i ona poddaje się fali; skłonności odziedziczone po ojcu alkoholiku, Antonim Macquart, biorą górę 
nad dziedzictwem matki, pracowitej Finy. Traci poczucie obowiązku, zaniedbuje się w pracy, przestaje 
reagować na otaczający ją brud, fizyczny i moralny. Wreszcie pewnej nocy, gdy Coupeau wraca w stanie 
wyjątkowo odrażającym, robi ostatni krok na drodze

background image

upadku: ulega namowom Lantiera, do którego w podświadomości nigdy nie przestała należeć (Zola pozostaje 
wierny teorii „impregnacji"!). Scenie przypatruje się dziesięcioletnia Nana z niezdrową ciekawością dziecka 
przedwcześnie dojrzałego i zepsutego już wpływem środowiska, które codziennie zasila szeregi prostytucji.

Odtąd proces upadku toczy się coraz szybciej. Małżonkowie Coupeau. zrujnowani, muszą opuścić pralnię. 

Nana znika z domu, aby zacząć karierę, której zawrotnych szczytów zaledwie pozwala domyślać się jej skromny 
debiut. Gerwazyna przekracza próg knajpy ojca Colombe: jeszcze jedna ofiara alembika, co jak zły potwór 
dominuje nad całą dzielnicą i losami jej mieszkańców. W ślad za pijaństwem przychodzi skrajna nędza. 
Któregoś wieczora, wygnana głodem, Gerwazyna idzie na ulicę. Coupeau kończy w szpitalu po trzydniowym 
ataku delirium tremens. W kilka miesięcy po nim Gerwazyna, zidiociała, niezdolna nawet do samobójstwa, 
umiera z głodu w komórce pod schodami, gdzie po paru dniach sąsiedzi znajdują jej zzieleniałego trupa. Tak 
kończy się powracające jako leitmotiv całej powieści marzenie bohaterki: „Pracować, jeść codziennie chleb, 
mieć własny kąt, wychować dzieci, umrzeć we własnym łóżku."

Oto dzieło prawdziwie wielkie i godne epoki, w której prawda staje się ludową formą piękna! — pisał do 

Zoli 3 lutego 1877 r. Mallarme— Ci, co zarzucają, że nie pisał Pan dla ludu, mylą się w pewnym sensie tyleż co 
ci, którzy opłakują dawny ideał; stworzył Pan ideał, który jest nowoczesny, to wszystko. Posępny koniec książki 
i Pańska wspaniała próba językowa, dzięki której tyle wyrażeń, często nieudolnych, ukutych przez nieboraków, 
nabiera waloru najpiękniejszych sformułowań literackich, skoro udaje im się doprowadzić nas do uśmiechu lub 
prawie łez, nas, ludzi wy~ kształconych! wzrusza mnie to w najwyższym stopniu; czy jest to u mnie wrodzona 
dyspozycja, czy też jeszcze trudniej

-

A /

background image

UAssommoir jest arcydziełem, jednym ze szczytów francuskiej powieści dziewiętnastowiecznej. Jest kulmi-
nacyjnym punktem tego, co można określić mianem „pierwszej maniery" Zoli. Metoda malarzy impresjonistów, 
wzbogacona efektami symbolistycznymi i zespolona z naturalistyczną koncepcją brutalnej żywiołowości, idzie 
tu w parze z pewnymi chwytami kompozycyjnymi po raz pierwszy stosowanymi przez Zolę tak systematycznie, 
zwłaszcza zaś z wagnerowskim leitmoti- vem, który służy autorowi do stopniowania napięcia i wytworzenia 
atmosfery coraz to bardziej dusznej i przytłaczającej. Jednym z nich, obciążonym jeszcze silnie dziedzictwem 
romantycznym, jest postać kara- waniarza, ojca Bazouge, przeniesiona jakby z fantastycznego świata makabry w 
realistyczny świat Gerwa- zyny; pojawia się co jakiś czas, najpierw jako złowieszczy dysonans budzący 
przerażenie, później jako odsuwana jeszcze możliwość ucieczki, wreszcie jako upragniony wybawiciel. 
Subtelniejszy i nowocześniejszy jest leilmotiv rynsztoka, ilustrujący zarazem świetne rozwiązanie trudnego 
zastosowania impresjonizmu do brudnoszarego, bezbarwnego pejzażu przedmieścia. Dzięki pomysłowemu 
wyzyskaniu farbiarni rynsztok gra rozmaitymi kolorami wody, wyrażając stany psychiczne bohaterki lub 
sugerując jej przyszłe losy.

Szczególnego rodzaju leitmotivem jest alembik, który należy do innej kategorii rzeczy niż rynsztok, do ka-

tegorii przedmiotów ożywionych. Jako symbol środowi
sźe może osiągnięcie z Pańskiej strony, nie wiem, ale początek powieści do teraz pozostaje częścią, którą wolę. 
Tak cudownie szczera prostota opisów Coupeau przy pracy cży pralni żony mają dla mnie trwały urok, którego 
nie potrafi zatrzeć smutek zakończenia; to coś absolutnie nowego, czym obdarzył Pan literaturę, te kartki tak 
spokojne, które odwracają się jak dni życia.

za

ska i jego wpływu na człowieka nie tylko żyje on intensywnym, niezależnym od ludzi życiem, lecz panuje nad 
nimi i kształtuje ich losy. W żadnej z dotychczasowych powieści, nawet w Brzuchu Paryża, to zjawisko per-
sonifikacji rzeczy nie wystąpiło z taką siłą. Alembik, żywy potwór „przykucnięty" w głębi szynku ojca Co- 
lombe, „jak wiedźma, która wypluwa kropla po kropli ogień ze swoich wnętrzności", sączy śmiertelną truciznę, 
zalewa nią całą dzielnicę, a jego „miedziane łapy" chwytają coraz to nowe ofiary, aby więcej ich nie wypuścić. 
Jego obecność ciąży nad światem bohaterów od pierwszego do ostatniego rozdziału i stanowi nie milknącą ani 
na chwilę, dominującą nutę całej powieści.

Po mistrzowsku wyzyskuje Zola możliwości, które daje — zwłaszcza w zakresie charakterystyki środowi-

ska — użycie argót, gwary paryskich robotników, nie tylko w dialogach, lecz także w narracji, co stanowi 
wówczas absolutną nowość. Pisarzowi udaje się w ten sposób, przy jednoczesnym systematycznym stosowaniu 
techniki punktu widzenia *, w danym wypadku punktu widzenia człowieka z ludu, stworzyć wrażenie, jakoby 
cała historia opowiadana była przez samych bohaterów bez pośrednictwa autora, który usuwa się, rezygnując 
nawet z roli protokolanta, i stawia czytelnika twarzą w twarz z postacią. Artystycznie było to możliwe dzięki 
wprowadzeniu na wielką skalę mowy pozornie zależnej, która, będąc przytoczeniem, ale nie dosłownym, 
zostawia autorowi szeroki margines swobody i pozwala na retusze artystyczne przy zachowaniu realistycznej 
wierności. Dzięki uzyskanej w ten sposób swobodzie wyboru, modyfikacji, a tym samym kondensacji, pisarz 
zdołał osiągnąć ogromną sugestywność. W tych warunkach użycie argot, z którego mógł wybrać ele-

background image

menty najbardziej obrazowe i sugestywne, przyczyniło się do stworzenia doskonałej artystycznie, swobodnej, a 
zarazem mającej posmak autentyzmu charakterystyki środowiska. Opis zarówno świata zewnętrznego, jak i 
przeżyć bohaterów stawał się wspólnym dziełem postaci i narratora, zespoleniem subiektywnego monologu z 
obiektywną relacją. Modelem była dla Zoli Pani Bovary, ale autor UAssommoir, doprowadziwszy do 
ostatecznych konsekwencji Flaubertowską zasadę obiektywizmu powieściopisarza, który winien być w swoim 
dziele „jak Bóg we Wszechświecie, wszędzie obecny i nigdzie niewidzialny" 

29

, poszedł jeszcze dalej: zrezyg-

nował •z roli stojącego na zewnątrz reżysera i wtopił się w tłum postaci. Nie docenił tego przekroczenia zakreś-
lonych przez siebie granic stary mistrz nowej powieści i początkowo wydał o utworze sąd wręcz negatywny:

Zola pogrąża się swoim UAssommoir [...] Rozumiem, że autor każe hołocie przemawiać językiem hołoty, 

ale po co sam przejmuje ten język? I wyobraża sobie, że to mocne, nie dostrzegając, że sam osłabia w ten sposób 
efekt, który chce osiągnąć
-— pisał do Turgieniewa, czytając powieść w odcinku. Złagodził nieco swoją opinię po przeczytaniu jej w wy-
daniu książkowym, co dowodzi, jak bardzo Zola miał rację, pisząc do Halśvy'ego 24 maja 1876 r.:

Nie może Pan sobie wyobrazić, jak moja powieść nie podoba mi się w tej postaci [...] Gdybym śmiał, 

poprzedziłbym publikację w odcinku następującym anonsem: „Moi przyjaciele literaccy proszeni są o 
wstrzymanie się z lekturą utworu do wydania książkowego".

Chłodno przyjął też nową powieść Zoli Turgieniew, a Edmund de Goncourt uznał wręcz jej sukces za „ob-

background image

mm
jaw powszechnej nienawiści do stylu".

31

 Za to młodzi — Huysmans, Maupassant, Henniąue, nie mówiąc oczy-

wiście o zawsze wiernym Alexisie — wpadli w entuzjazm. Nawet Bourget uznał L'Assommoir za najlepszą 
powieść Zoli:

Jest Pan tutaj na absolutnie własnym terenie. Nic z Flauberta, nic z Goncourtów, nic z Balzaka czy 

Dickensa. Wynalazł Pan nową manierę. Jest ona niepokojąca, jak wszystkie odkrycia, obala tyle utartych pojęć, 
że trzeba mieć odwagę, żeby Pana podziwiać, jak Pan miał odwagę, żeby ją napisać [...] Jest Pan strasznym 
człowiekiem! Młodzi ludzie, których widuję, my wszyscy, stawiamy Pana w pierwszym szeregu. 

82

Co za różnica w porównaniu z artykułem opublikowanym po Brzuchu Paryża!
Reakcja krytyki oficjalnej nie zawiodła. Burza wy- buchnęła już podczas publikacji w odcinku, zwłaszcza 

drugiej części powieści, ale rozszalała się na dobre po ukazaniu się wydania książkowego. Prasa zaroiła się od 
polemik, choć ubolewano zarazem, że ten spór stanowi doskonałą reklamę dla autora.

Można bez przesady przyrównać bitwę o L'Assommoir do bitwy o Hernaniego. Znalazła ona dalsze odbicie 

w niezliczonych broszurach, pamfletach, parodiach, piosenkach i karykaturach. 

85

Jedni atakowali powieść w imię znieważonej moralności i dobrego smaku. Na te zarzuty autor, który de-

dykował ją Flaubertowi „w dowód nienawiści do dobrego smaku", reagował z zimną krwią, rzadko wtrącając się 
do polemiki. Raz tylko stracił cierpliwość, gdy Fourcauld w „Le Gaulois" z 21 września 1876- r. przeciwstawił 
„okropnemu" UAssommoir „te małe arcydziełka, Pouńastki dla Ninon"; w otwartym liście do krytyka 
zaproponował mu:

[...] dzieła o wiele znakomitsze jeszcze, swoje stare wypracowania szkolne [...], a nawet [...] pierwszy zeszyt 

od kaligrafii, gdzie pałki mają już wartość literacką dużo wyższą niż [jego] ostatnie powieści.*

Inni podjęli krytykę z pozycji ideologicznych, oskarżając autora o szkalowanie ludu. I ten właśnie zarzut 

wysuwany przez republikanów z grupy Gambetty najsilniej zabolał Zolę, szczerze przekonanego, że jego 
książka walczy o sprawę ludu jedynymi sposobami, które uważał za skuteczne. Tak sprzeczna z jego intencjami 
interpretacja utworu ujawniała niebezpieczeństwo tkwiące w konsekwentnym stosowaniu pewnych 
teoretycznych założeń nowoczesnej powieści, zwłaszcza zasady nieinterwencji autora: gdy powieściopisarz za-
kazuje sobie wszelkiej subiektywnej interpretacji, gdy rezygnuje z formułowania postulatów, z komentarza 
łagodzącego brutalność faktu, gdy pokazuje bez osłony zło, czyli skutek, ale domyślności czytelnika pozostawia 
odkrycie jego przyczyn, zaś prawodawcy troskę o znalezienie lekarstwa, utwór musi być brutalny i mógł w 
epoce tkwiącej jeszcze głęboko w moralizatorskim humanitaryzmie romantycznym sprawiać, wbrew autorowi, 
wrażenie pogardy. Inaczej odczytać go zdolny jest dopiero współczesny czytelnik, który, oswojony z metodą 
nagiego faktu, .potrafi dostrzec ukrytą za nim postawę autora. Reakcja ówczesnej lewicy była więc w pewnej 
mierze wytłumaczalna, choć, jak dowiodła tego późniejsza ewolucja atakowanego i atakujących (Ranca, 
Floąueta, Gambetty), o pogardę dla ludu oskarżyć można nie Zolę.
Syntezą niejako tych ataków jest wypowiedź Wiktora Hugo cytowana przez Alfreda Barbou. Opinia ta jest
/ /

background image

interesująca jako konfrontacja dwóch przeciwnych metod:

To zła książka — miał się wyrazić Hugo. — [...] Są obrazy, których nie wolno pokazywać. I niechaj nie 

mówią mi, że to wszystko prawda, że tak właśnie się dzieje. Wiem o tym, sam zstąpiłem do otchłani tych 
wszystkich nieszczęść, ale nie chcę, aby wystawiano je na widowisko [...] Ja rozpatrywałem je jako moralista, 
lekarz, ale nie chcę, aby ktokolwiek wchodził w nie jako obojętny lub ciekawy widz: nikt nie ma do tego 
prawa.

34

A zatem oskarżenie o intencje, gdy w gruncie rzeczy w grę wchodziła Jedynie metoda; cele moralne i 

społeczne obu pisarzy były jednakowe, różnili się tylko sposobami, które uważali za skuteczne, aby je osiągnąć.
Karykatura Zoli

O ile zarzuty natury artystycznej Zola pomijał milczeniem, o tyle na krytyki ideologiczne uznał za stosowne 

odpowiedzieć. 13 lutego 1877 r. ukazał się w „Le Bien Public" długi list do redaktora naczelnego gazety, 
zawierający polityczne wyznanie wiary autora i jego komentarz do powieści, jeden z najobszerniejszych, jakie 
kiedykolwiek poświęcił swoim książkom Przede wszystkim Zola broni własnej metody. „Idealistycznej" 
polityce epigonów romantyzmu, „fałszywej i zakłamanej", flctSóra, odżegnując się od poznania prawdy i kar-
miąc utopią, prowadzi do najgorszych katastrof, przeciwstawia politykę „naturalistyczną", opartą na analizie 
faktów i poznaniu prawdy. Nie wstydliwe ukrywanie zła, ale ukazanie go w całej ohydzie pozwoli postawić 
właściwą diagnozę i znaleźć skuteczne lekarstwo.

Twierdzę, że analizując w L'Assommoir pewien wycinek ludu, dokonałem pożytecznego dzieła [...] 

Ukazałem rany, rzuciłem jaskrawe światło na cierpienia i występek, które można uleczyć Ł...J Owszem, lud jest 
taki, ale chce tego społeczeństwo.

To ostatnie zdanie zapowiada już Germinal. Niejaką pociechą w tym sporze ideologicznym były dla Zoli 

opinie czytelników ze środowiska ludowego. Huysmans przytacza mu w liście z lipca 1877 r. pogląd jednej ze 
swoich robotnic, która, zapytana o zdanie, oświadczyła, „że to absolutnie prawdziwe i że płakała jak bóbr przy 
śmierci małej Lalie". 

85

 Podobnie ocenił powieść Aleksander Boutiąue, były rzemieślnik próbujący sił w 

literaturze.

Pański Ust sprawił mi ogromną przyjemność — pisze do niego Zola 14 maja 1878 r. — Jest Pan osobą 

kompetentą i bardziej cenię sobie Pańską aprobatę ni i pochwały krytyków, którzy mogą ocenić we mnie tylko 
artystę. Zgadł Pan, istotnie długo żyłem wśród ludu [...] i mogłem przyjrzeć mu

background image

się z bliska. To właśnie pozwoliło mi mówić o nim bez kłamstw.

Jest bowiem — jak pisze w liście z 4 lutego 1877 r. do redaktora „Le Petit Journal", dziękując mu za 

życzliwą obronę — „przyjacielem ludu, przyjacielem być może surowym, ale z pewnością ożywionym naj-
lepszymi intencjami". * Godna uwagi jest także opinia Guesde'a, organizatora i wychowawcy francuskiej klasy 
robotniczej, zanotowana przez Zevaćsa:

Podozas gdy Ranc, Floquet i niektórzy inni republikanie nazajutrz po publikacji L'Assommoir oskarżali 

hałaśliwie autora o znieważanie proletariatu, Guesde wdzięczny był Zoli za to, że pokazał on robotników takimi, 
jacy byli pod koniec Cesarstwa i w pierwszych latach Republiki: przygnie- ceni ciężkim jarzmem atawizmu, 
otępiali wskutek nadmiernego trudu i przepracowania, które wtrącało ich w alkoholizm.

38

LSAssommoir oznaczał zdobytą wreszcie sławę! Sukces, którego autor nie przewidywał w najbardziej opty-

mistycznych marzeniach. To prawda, że sukces o ostrym smaku skandalu, sukces, do którego o wiele bardziej 
niż pochwały wielbicieli przyczyniły się, budząc ciekawość publiczności, hałaśliwe ataki wrogów. Ale sukces 
niewątpliwy. W ciągu paru miesięcy Zola stał się najpopularniejszą postacią kroniki paryskiej. Odtąd prasa nie 
przestanie już o nim mówić i każda następna powieść będzie ewenementem na długo wypełniającym kolumny 
gazet. Ze sławą przyszło bogactwo. Charpen- tier, powodowany rzadką uczciwością, zniszczył pierwotną 
umowę, która kiedyś bardzo dla. autora korzystna, teraz stawała sdę krzywdząca, i zawarł nową, ustalającą 
wynagrodzenie na czterdzieści, a następnie pięćdziesiąt centymów od egzemplarza. A w samym tylko
VHNHnr0BI
1877 r. rozeszło się 38 nakładów to znaczy 38 tysięcy egzemplarzy, do końca zaś 1881 r. — Dl tysięcy!

Już na parę lat przed tym sukcesem pozycja Zoli w środowisku literackim była ugruntowana. Z ucznia 

Flauberta i Goncourta, dwadzieścia prawie lat od nich młodszy, szybko wyrósł na równorzędnego partnera, a w 
ostatnim roku zaczął wysuwać się na czoło awangardy literackiej, skupiając z kolei wokół siebie młodych 
uczniów. W kwietniu 1876 r. pojawili się u niego Ceard i Huysmans; w styczniu 1877 r. Alexis przyprowadził 
Hennique'a. I narodziła się w ten sposób „banda Zoli", która wspólnie z Maupassantem, wychowankiem 
literackim Flauberta, miała wejść niebawem do historii literatury pod nazwą „grupy medańskiej".

16 kwietnia 1877 r., w rocznicę pierwszego odcinka UAssommoir i rozpoczęcia przez Zolę kampanii o na-

turalizm, tych pięciu razem z Oktawiuszem Mirbeau podejmuje kolacją w restauracji Trappa swoich mistrzów: 
Flauberta, Edmunda de Goncourt i Zolę. Prasa, w której nie przycichły jeszcze burze wywołane przez 
L'Assommoir, nadaje rozgłos temu przyjęciu, przedstawiając je jako „narodziny szkoły naturali- stycznej" i 
kreując na jej przywódcę Zolę, ku dotkliwemu rozgoryczeniu zazdrosnego o ten honor Goncourta i ku irytacji 
Flauberta, wroga wszelkich szkół i doktryn.

Rozpoczyna się bohaterski okres naturalizmu, epoka walk i zwycięstw, która miała trwać przez najbliższy 

dziesiątek lat.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
Nigdy nie widziałem osobnika bardziej wymagającego, mniej zadowolonego z ogromu swojej fortuny niż Zola 
— notuje w swoim Dzienniku 30 marca 1878 r. Edmund de Gon- court. — Charpentier opowiadał mi, że przy 
kolacji przez cały czas ubolewał, jęczał, marudził, dowiedziawszy się, że jego Kartka miłości wyszła w 15 000 
egzemplarzy. W tym czasie przynoszą drzewo genealogiczne Rougonów narysowane przez Rśgameya. 
Sprządzenie tego drzewa to było podobno coś strasznego, nic nie mogło zadowolić Zoli, który skarżył się, że 
jedna gałąź jest nieco wyżej od drugiej i mówił płaczliwym niemal tonem, że nigdy nie robi się tego, co on 
chce.

1

6 stycznia 1878 r., czyniąc zadość prośbie Yves Guyo- ta, Zola opublikował w „Le Bien Public", między 

dwoma kolejnymi odcinkami Kartki miłości, drzewo genealogiczne rodu Rougon-Macąuartów, które zamieścił 
następnie w książkowym wydaniu powieści razem z przedmową, tłumaczącą tę decyzję:

Żałuję, że nie opublikowałem drzewa w pierwszym tomie cyklu, aby od samego początku przedstawić 

całość mojego planu. Gdybym dłużej jeszcze zwlekał, oskarżono by mnie ostatecznie, że sfabrykowałem je ex 
post. Najwyższy czas wykazać, że zostało sporządzone w obecnej postaci już w roku 1868, nim napisałem 
choćby jedną linijkę; wynika to jasno z lektury pierwszego epizodu, Początków fortuny Rou- gonów [...] 
Publikacja tego dokumentu będzie moją odpowiedzią tym, którzy zarzucają mi pogoń za aktualnością i skan-
dalem. Od 1868 roku wypełniam ramy, które sobie nakreśliłem I drzewo genealogiczne wytycza mi zasadnicze 
linie, nie pozwalając zboczyć na prawo ani na lewo (-.1 Powieści pu

blikowane przez mnie od blisko dziewięciu lat wchodzą w skład obszernej całości, której plan został ustalony od 
razu i z góry; co za tym idzie, oceniając każdą powieść z osobna należy jednocześnie brać pod uwagę 
harmonijne miejsce, jakie zajmuje ona w całości. •

Deklaracja nie we wszystkim zgodna z prawdą. Oba pierwsze plany cyklu, jak wiemy, przewidywały za-

ledwie dziesięć tomów; w 1872 r. liczba ich wzrosła do siedemnastu, a wedle przedmowy do UAssommoir z 1 
stycznia 1877 r. miało ich być „około dwudziestu". I jakby na ironię pierwsza publikacja drzewa genealo-
gicznego towarzyszyła utworowi, którego pomysł narodził się właśnie w ostatniej chwili. Nie przewidywał go 
żaden <z dotychczasowych planów, a postać córki Urszuli Macąuart i kapelusznika Moureta, która miała stać się 
jego bohaterką, pojawiła się wśród członków rodu dopiero w trzecim wydaniu Początków fortuny Rougonów, po 
1870 r.; lista projektów z 1872 r. przeznaczała ją na bohaterkę „powieści o rencie dożywotnej".

Zmęczony wielkim studium socjologicznym UAssom- moir, jego okrutnym realizmem, duszną atmosferą 

nędzy i beznadziei, pisarz odczuwał potrzebę wytchnienia, „sentymentalnego antraktu", jak to wyznał wiele lat 
później w liście do Van Santen Kolffa z 8 czerwca 1892 r.; postanowił zatem napisać psychologiczne studium 
miłości utrzymane w bladym tonie intymności mieszczańskiej, kontrastującym z ostrym ludowym kolorytem 
UAssommoir.

Nie bez wpływu na pomysł tego „studium namiętności" były zapewne pełnione od roku w „Le Bien Public" 

funkcje recenzenta teatralnego, które Zola wykorzystywał do walki o zwycięstwo naturalizmu w teatrze. 
Odczytał wówczas na nowo wielkie pozycje klasyczne-

background image

go repertuaru, aby zastanowić się, co z tych wzorów mogłaby przejąć nowa sztuka. Uderzony żywotnością dzieł 
Moliera, Racine'a, Corneille'a w porównaniu z martwym już, choć tyle młodszym dramatem romantycznym, 
dopatrywał się przyczyn tego zjawiska w powszechnym, ogólnoludzkim charakterze sztuki klasycznej, której 
przedmiotem jest „człowiek działający pod biczem namiętności". Prostota intrygi podporządkowanej analizie 
charakterów, rozwijająca się samodzielnie akcja, której jedynym motorem jest logika uczuć, rola faktu służebna 
w stosunku do analizy psychologicznej — oto nauki płynące z obcowania z klasykami. Należy, twierdzi Zola, 
uzupełnić je zdobyczami romantyków, których główną zasługą było wyzwolenie formy, oraz realistów, którzy 
wprowadzili do sztuki wierny obraz współczesnego życia, a powstanie nowa natura- listyczna formuła sztuki: 
twórcze zespolenie żywych elementów dawnych formuł wzbogacone o dodatkowy element naukowości, który 
nazbyt abstrakcyjną psychologiczną analizę charakterów uzupełni fizjologiczną analizą temperamentów i 
socjologiczną analizą środowisk.

Wstępne notatki do ósmego tomu Rougon-Macquar- tóiu noszą wyraźne ślady tych teoretycznych przemyś-

leń. Zola postanawia napisać „ogólną historię miłości w naszej epoce, bez kłamstw poety, bez parti pris realisty". 
Utwór, osnuty na odwiecznym temacie walki między namiętnością a obowiązkiem, ma nosić „ogólny charakter", 
tak „aby wszyscy mogli się w nim rozpoznać". Fabuła, maksymalnie prosta, podporządkowana analizie uczuć, 
ma się rozwijać zgodnie z wewnętrzną logiką charakterów. Jednocześnie pisarz pragnie „przeprowadzić sekcję 
namiętności, ile w niej egoizmu, pożądania, tkliwego uczucia?" Fizjologiczna terminologia lat sześćdziesiątych 
nakłada się na siedemnasto-
wieczną „geometrię uczuć". „Taine podaje rękę Karte- zjuszowi." 

2

Na bohaterkę utworu autor przeznacza Agatę Mouret, która, gdy zrezygnował z powieści o rencie doży-

wotniej, znalazła się bez przydziału. Przez długi czas zachowuje jej pierwotne imię i dopiero w drugim planie 
szczegółowym nazywa ją Heleną.

W końcu maja 1877 r. Zola wyjechał z żoną do L'Es- taąue, małej wioski rybackiej, obecnego przedmieścia 

Marsylii. Z ulgą opuszczał Paryż rożnamiętniony walkami politycznymi, które nie sprzyjały spokojnej pracy. 16 
maja Mac-Mahon dokonał czegoś w rodzaju an- tyrepublikańskiego zamachu stanu i powołał do władzy 
reakcyjny gabinet księcia de Broglie, nazwany niebawem „rządem proboszczów"; w miesiąc później rozwiązał 
Izbę Deputowanych, której republikańska większość nie chciała uznać gabinetu, i zarządził nowe wybory. 
Zaczął się czteromiesięczny okres panowania naj- skrajniejszej reakcji, który do złudzenia przypominał opisaną 
w Jego Ekscelencji epokę represji po zamachu Orsiniego. Te wydarzenia polityczne były zapewne, niezależnie 
od lepszej sytuacji materialnej pisarza, jedną z przyczyn, które położyły kres siedmioletniej współpracy z „Le 
Semąphore de Marseille". Jego ostatnia korespondencja' z Paryża ukazała się 22 maja 1877 r.

W L'Estaque Zola odizolował się w miarę możności od „wrzawy politycznej". Odkrywał na nowo uroki 

dawno nie widzianego południa:

To wspaniała kraina — pisał do Hennique'a. gg Panu wydawałaby się może jałowa i ogołocona; ale ja 

wychowałem się wśród tych nagich skał i wyłysiałych landów, tak że ich widok wzrusza mnie do łez. Sam 
zapach pinii przypomina rai całą młodość. Jestem szczęśliwy.*

background image

Nie stroni też od kulinarnych rozkoszy Prowansji, przypłacając je poważną niedyspozycją, która na jakiś 

czas zakłóciła rytm pracy. A pracuje dużo. W ciągu czteromiesięcznego pobytu zdołał zrobić dla Busnacha 
scenariusz teatralnej przeróbki UAssommoir, napisać cztery obszerne korespondencje dla „Wiestnika Jewro- py" 
(dwie nowele: Atak na młyn i Nals Micoulin, studium o prasie francuskiej i artykuł poświęcony pamięci 
zmarłego 3 września Thiersa, „twórcy Trzeciej Republiki") oraz przeszło dwadzieścia artykułów do „Le Bien 
public"; ułatwia sobie zresztą zadanie o tyle, że przesyła gazecie paryskiej, po dokonaniu drobnych retuszów, 
teksty publikowane już w „Wiestniku", między innymi serię artykułów o Balzaku i pięć „krótkich scenek", które 
mają obrazować „wpływ księży we Francji", a którym ostatnie wydarzenia nadały nową aktualność.

Najwięcej czasu poświęca oczywiście powieści. Tutaj dopiero ustalił jej tytuł, Kartka miłości: „Rzekłbyś 

szklanka syropu — ocenia go w liście do Hennique'a —\ i to właśnie zadecydowało o moim wyborze". Pod każ-
dym więc względem przeciwieństwo UAssommoir: tytuł, środowisko, atmosfera, ton, styl. „Będzie to coś abso-
lutnie nowego [...] Chcę, żeby mój cykl miał wszystkie możliwe tony."*

W miarę postępowania pracy początkowe zadowolenie zaczyna ustępować coraz większym wątpliwościom: 

„Chwilami wpadam w rozpacz -— zwierza się Flaubertowi — tak bardzo książka wydaje mi się szara i bez-
barwna." ** Boi się, że będzie „nudna i płaska", nie poznaje własnego stylu. Raduje się tylko, wyobrażając sobie 
minę czytelników „na widok tylu słodkości", gdyż jak pisze, „kocha zbijać ludzi z tropu". Marząc już o Nanie, 
która będzie „powrotem do literatury brutal
nej", ze złośliwą uciechą przepowiada, że Kartka miłości zakwalifikuje go „do rzędu uczciwych pisarzy", a 
trzeba wiedzieć, ile pogardy kryje się dla niego w tym epitecie: symbolem „uczciwych pisarzy" jest przecież 
Oktawiusz Feuillet, ten od Romansu ubogiego młodzieńca! Przewidywania potwierdza anons powieści w „Le 
Bien Public", gdzie Zola z zachwytem wyczytuje, że jego „książkę będzie można bez obawy zostawić na stole 
rodzinnym". Zdaje sobie jednak sprawę, że Kartka miłości nie osiągnie sukcesu takiego jak UAssommoir: „Nie 
mamy co się łudzić — pisze do pani Charpentier. — Powetujemy sobie za to przy Nanie." * Łatwo już teraz 
wyobrazić sobie; czym będzie Nana, szklanka mocnego wina po tej „szklance syropu"/którą dopija z coraz 
większym niesmakiem.

Czekam końca tych okropnych wyborów, żeby wrócić do Paryża — pisze 12 października do'Flauberta. — 

Czy będziemy mieć choć trochę spokoju? Boję się, że nie. A tak by się przyda! naszym książkom.

Wybory skończyły się porażką Mac Mahona, który po przeszło roku, 31 stycznia 1879 r., gdy republikanie 

zdobyli większość również i w senacie, złożył dymisję. Ustrój republikański, we Francji został wreszcie ugrun-
towany, przynajmniej na najbliższe kilka lat.

Zola wrócił do Paryża 27 października. Pierwszy odcinek Kartki miłości ukazał się w „Le Bien Public" 11 

grudnia, ostatni — 4 kwietnia 1878 r., a pod koniec miesiąca wydanie książkowe.

Węzłem powieści jest klasyczny konflikt między namiętnością a obowiązkiem, osadzony w ramach miesz-

czańskiego dramatu, tradycyjnego „trójkąta", w którym rolę trzeciej postaci odgrywa dziecko zazdrosne o uczu-

background image

I cie matki, co ratuje fabułę przed banalnością konwen- cjonalnej sytuacji. „Ona" to Helena Grandjean z domu 
Mouret, młoda wdowa, piękna i uczciwa, której obca była dotąd namiętność — za mąż wyszła z rozsądku — i 
która nie znała innego uczucia poza miłością macierzyńską. „On" — Henryk Deberle, wzięty w eleganckim 
świecie lekarz, mąż bogatej lalki paryskiej, bezmyślnej i pustej, która zdradza go powodowana zwykłą 
ciekawością przygody: „paryskie wiarołomstwo bez cienia dramatu, ukwiecone i płaskie", przygrywka do 
bliskich już Kuchennych schodów, mieszczańskiego odpowiednika UAssommoir. I wreszcie dwunastoletnia 
córeczka Heleny, Jeanne, patologicznie zazdrosna o matkę, którą kocha egoistyczną, zachłanną miłością chorego 
dziecka, cierpiącego na anemię wieku dojrzewania, skomplikowaną epilepsją, smutnym spadkiem po neurozie 
prababki, Adelajdy Fouąue.
Pięć części powieści, niczym pięć aktów tragedii, stanowi subtelną, pełną liryzmu analizę kolejnych faz 
namiętności: najpierw zwalczana, pokonuje powoli wszelkie opory, bierze na krótko górę nad uczuciem 
macierzyńskim, aby dopełniona, umrzeć w obliczu nieszczęścia, którego staje się mimowolną przyczyną. W 
dniu, kiedy Helena oddaje się Henrykowi, mała Jeanne, wyczuwając instynktownie „zdradę" matki, czeka na nią 
do późnej nocy w otwartym oknie, pod strugami. ulewnego deszczu, po raz pierwszy samotna, zostawiona przez 
matkę, zapomniana w ciemnym pokoju przez służącą, która przyjmuje w kuchni narzeczonego. Słaby organizm 
dziecka załamuje się i Jeanne po krótkiej chorobie umiera na galopujące suchoty. Jej śmierć na zawsze rozdziela 
kochanków. W dwa lata później Helena poślubia starego przyjaciela, który od lat darzył ją nieśmiałym wiernym 
uczuciem. „Stany duchowe lekarza zaznaczę jedynie przez ich
zewnętrzne skutki, Agatę za to wysonduję i przeanalizuję aż do ostatniej tkanki", pisze Zola w szkicu. * Istotnie, 
całą uwagę przykuwa postać bohaterki; Henryk, narysowany bardzo mgliście, jest po prostu przedmiotem jej 
uczucia, niczym więcej. I po zamknięciu książki czytelnik robi to samo nieoczekiwane odkrycie, co Helena, 
kiedy po dwóch latach sięga pamięcią wstecz:

Nie znała go. Przez rok widywała go codziennie [...] Pewnego wieazora oddała mu się i wziął ją. I nie znała 

go I...] Ostatniego dnia był jej równie obcy jak pierwszego [..] Kochał swoją żonę i dziecko, uśmiechał się 
subtelnie, miał poprawny sposób bycia dobrze wychowanego mężczyzny [...] Przeminął, jego cień odszedł 
razem z nim. I historia ich nie miała innego rozwiązania. Nie znała go.**

Każda z pięciu części utworu kończy się opisem Paryża oglądanego z okien pokoju Heleny o różnych 

porach roku i dnia. W artykule opublikowanym 8 czerwca 1880 r. w „Le Voltaire" Zola broni tych opisów, które 
spotkały się z ogólną prawie dezaprobatą:

Myliłem się zapewne, skoro nikt mnie nie zrozumiał. Ale miałem doprawdy wiele pięknych intencji, gdy 

upierałem się przy moich pięciu obrazach [...] Od dwudziestego roku życia marzyłem o napisaniu powieści, w 
której Paryż byłby jedną z postaci, czymś w rodzaju antycznego chóru gj I ten właśnie stary pomysł próbowałem 
urzeczywistnić w Kartce miłości. ***

Przyjaciołom Zoli opisy nie spodobały się. Zyskały uznanie jedynie Cćzanne'a i Mallarmego, który pisał w 

liście z 26 kwietnia 1878 r.:

background image

Flaubert, formułując swoje zastrzeżenia, oświadcza przede wszystkim: „za dużo opisów". Poza tym ocenia 

powieść raczej przychylnie:

Krytycy mogą sobie pisać o Zoli, co im się żywnie podoba; nie przeszkadza, że to my, mój brat i ja, 

jesteśmy świętym Janem Chrzcicielem nowoczesnej nerwowości.

5

Podziwiam bardzo Pańskie tła, Paryż i jego niebo, które zmieniają się razem z samą historią [...] Nie 

pozwalają one czytelnikowi ani na chwilę opuścić Pana; i w momentach, gdy zwykle podnosi się oczy po jakimś 
epizodzie opowiadania, aby podumać i odpocząć, pojawia się Pan ze swoją wspaniałą tyranią i dostarcza Pan 
dekoracji temu marzeniu. To wielkie osiągnięcie [...] Wydaje ml się, że po raz pierwszy udało się Panu, nie 
powiem, napisać rzecz wspaniałą — to nie jest dla Pana nowością — ale stworzyć to, co uważa Pan za typ 
nowoczesnego dzieła literackiego: poemat, bo to jest poemat, nieprzerwany i zarazem powieść dla tego, kto 
chciałby widzieć w nim tylko wierny obraz współczesnego życia.

3

Nie rozumiem Pańskich obaw co do wartości tego tomu. Ale gdybym był matką, nie dałbym go przeczytać 

swojej córce!!! Mimo podeszłego wieku, powieść podnieciła mnie i podekscytowała. Pożąda się Heleny w 
sposób niezwykle silny i bardzo dobrze rozumie się Pańskiego doktora [...] Dziwiłbym' się, gdyby nie zdobył 
Pan wielkiego sukcesu u kobiet.

4

Młodzi — Cśard, Maupassant, Ale*is, „banda natura- listów" — są pełni zachwytu. Goncourt natomiast, 

coraz bardziej zawistny, pociesza się jednym:

Oficjalna krytyka, mile zdziwiona po „okropnościach UAssommoir", przyjęła powieść raczej życzliwie. 

Ganiono tylko nadmiar opisów i wyśmiewano złośliwie drzewo genealogiczne. Sukces u publiczości był istotnie 
mniejszy od sukcesu L'Assommoir, ale
cr^t^--........... - .
większy niż przewidywał autor, który liczył co najwyżej na dziesięć tysięcy egzemplarzy nakładu, gdy w samym 
tylko 1878 r. rozeszło się ich dwadzieścia osiem.

Rok zaczynał się więc nieźle. Sytuacja materialna pisarza była coraz lepsza. Mógł pozwolić sobie na wyna-

jęcie bardziej luksusowego mieszkania przy ulicy de Boulogne (dziś ulica Ballu), w sąsiedztwie placu Clichy. 
Ulegając wątpliwym gustom epoki, umeblował je, jak pisze złośliwie Goncourt, „kościelnymi starociami, które 
stanowią osobliwe nieco otoczenie dla autora UAssommoir".

6

 Mógł też zaspokoić wreszcie swoją tęsknotę za 

wsią i pod koniec maja nabył w Mód anie za cenę dziewięciu tysięcy franków niewielki dom z ogrodem, 
położny malowniczo nad brzegiem Sekwany, niedaleko Paryża, między Triel a Poissy. Spędzał tu odtąd większą 
część roku, do stolicy wracając jedynie na parę zimowych miesięcy.

Ale „za sukcesy trzeba płacić — pisze Zola. — 6 maja musiałem odpokutować czterdzieści dwa nakłady 

UAssommoir i dwadzieścia nakładów Kartki miłości". * Tego wieczora wygwizdano bezlitośnie premierę 
Pączka róży, farsy opartej na noweli Balzaka Le Frere d'armes (Towarzysz broni). Sztuka, banalna i bez 
pretensji, „zwykłe wytchnienie między dwiema poważnymi pracami", ani lepsza, ani gorsza od przeciętnej 
produkcji dostawców rozrywkowego repertuaru Palais-Royal, dożyłaby zapewne bez większych perypetii 
zwykłej licżby przedstawień, gdyby podpisana była czyimkolwiek innym nazwiskiem. Od autora UAssommoir 
publiczność oczekiwała czegoś innego, krytycy zaś i dramaturdzy, z którymi od dwóch lat wojował w „Le Bien 
Public", z radością chwycili okazję do pognębienia autora poniedziałkowych Prze-

background image

glądów dramatyczno-literackich, w nadziei, że położy to kres jego atakom. Przeliczyli się. 13 maja Zola kończy 
swój pierwszy po premierze Przegląd zapowiedzią dalszej kampanii:
Przeciwnie, niepowodzenie dostarczyło tylko nowego bodźca:

To mnie odmładza... Przywraca mi moje dwadzieścia lat — oświadcza 17 maja na przyjęciu u Charpentiera. 

— Sukces LSAssommoir sprawił, że straciłem formę. Doprawdy, kiedy myślę o tym ciągu powieści, które mam 
jeszcze zrobić, czuję, że jedynie atmosfera walki i gniewu pozwoli mi je napisać.

7

Na jej brak nie może narzekać, obdarzony nieprzeciętnym talentem zakłócania spokoju. W „Le Voltaire", 

który od lipca 1878 r. zajął miejsce „Le Bien Public", kontynuuje swoją kampanię z jeszcze większą swobodą i 
bezkompromisowością. I pod koniec roku wybuchnął skandal. We wrześniu ukazało się w „Wiestniku Jewro- 
py" obszerne studium Współcześni powieściopisarze francuscy, w którym Zola głosi pochwałę mistrzów 
powieści: Flauberta, Edmunda de Goncourt i Alfonsa Daudeta; z sympatią ocenia „potomków Balzaka": 
Duranty*ego, Champfleury^go, Fabre'a, Malota; ale bez litości osądza wszystkich innych, „mdłych epigonów 
romantyzmu": Juliusza Sandeau, Feuilleta, Cherbu- lieza, Ulbacha, Enaulta; fabrykantów tasiemcowych 
powieści odcinkowych: F6vala, Eliasza Bertheta, Bóis- gobeya, Ksawerego de Montśpin; „trudnych do zakla-

Nie widzę, w czym ta całkowicie osobista porażka mogłaby zmodyfikować idee, których bronię [...] Nie 

przegrywa się bitwy dlatego tylko, że jeden żołnierz. został ranny. *
syfikowania": Edmunda Abouta, Erckmanna i Chat- riana, Droza, Claretiego i innych. W sumie panorama 
współczesnej powieści, trafnie nakreślona i potwierdzona w całej prawie rozciągłości przez sąd potomnych. Ale 
co za masakra uświęconych wielkości! 15 grudnia bomba wybuchła: „w „Le Figaro" anonimowy autor artykułu 
Pan Zola — krytyk oskarżył pisarza o tchórzliwe — bo w czasopiśmie rosyjskim — i kłamliwe mieszanie z 
błotem „najwybitniejszych i najbardziej lubianych" autorów francuskich; protest swój zakończył rozpaczliwym 
apelem: „Bracia powieściopisarze, brońmy się, bo inaczej blacharz nas pożre!"

Odpowiedź Zoli na zarzut tchórzostwa nie dała na siebie czekać. 22 grudnia opublikował w dodatku lite-

rackim do tegoż „Figaro" pełny tekst swojego studium. Skandal sięgnął szczytu. Padł nawet groteskowy zarzut 
płatnej reklamy, która pod pozorami krytyki propaguje autorów wydawanych przez Charpentiera kosztem 
autorów wydawcy Dentu! Przerażony minister oświaty, Bardoux, skreślił Zolę z listy osób mających otrzymać 
Legię Honorową. Ale oprócz protestów również d głosy uznania. Flaubert, który zawsze z dużą niechęcią odno-
sił się do teoretycznych wystąpień przyjaciela, oświadcza w liście do pani Charpentier: „Całkowicie aprobuję 
postępowanie Zoli. Nie podzielam jego doktryn, ale jego krytyki wydają mi się absolutnie słuszne, a nawet 
łagodne".

8

 Wziął go też w obronę Valles, skazany zaoranie za udział w Komunie na karę śmierci i przebywający 

w Londynie. 22 i 26 grudnia opublikował w „Le Voltaire" pod pseudonimem „Un rśfractaire" dwa artykuły, 
gdzie nazwał studium Zoli „arcydziełem jasności i zdrowego rozsądku" i gdzie wyśmiewał ofiary tego 
„komunarda literatury", który ośmielił się wystąpić z teoriami „mającymi smak ludu i zdolnymi porwać 
przedmieścia".

background image

Tymczasem sprawca całego zamieszania siedział spokojnie w Mćdanie, dokąd Cśard i inne przesyłali mu 

komunikaty z paryskiego pola walki. Ani na chwilę nie zdołały one zakłóoić jego pracy nad kolejnym, 
.dziewiątym tomem cyklu, Naną.

Postać „kobiety upadłej" od dawna interesowała pisarzy i w różnych pokoleniach literackich przybierała 

różne formy. Romantycy pozostawili w spadku -upadłą, ale szlachetną istotę, którą czysta miłość zdolna jest 
odkupić, sentymentalną, suchotniczą gryzetkę, -wierną towarzyszkę głodującej cyganerii, lub wydobytą -z dołów 
społecznych, heroiczną w swoim poświęceniu Fantynę, godny odpowiednik szlachetnego galernika Jana 
Valjean. Marian Delorme, Mimi, Dama Ka- -meliowa — oto szablony epoki, poprzedzającej Drugie Cesarstwo, 
z którymi młody Zola, zrywają ze swoją romantyczną edukacją, usiłował się rozprawić w Spowiedzi Klaudiusza 
i w dramacie Magdalena, gdzie dowodził daremności wszelkich prób „odkupienia przez miłość" i 
Murgerowskiemu mitowi Cyganerii przeciwstawiał rozpaczliwy obraz Dzielnicy Łacińskiej znany ■z własnego 
doświadczenia.

W okresie Drugiego Cesarstwa narodziło się nowe zjawisko społeczne, ochrzczone przez Dumasa-syna 

-mianem „półświatka", uboczny produkt mieszczańskiej moralności epoki, a miejsce gryzetki zajęła „demi-mon- 
dena", pół-dziewka pół-dama, posiadająca własny pałacyk, służbę, powozy, klejnoty, rywalizująca z damami z 
towarzystwa. Różne jej odmiany, od wielkiej kurtyzany „wysokiego lotu" do awanturnicy i wulgarnej „kokoty", 
miały licznych historiografów, a w latach sześćdziesiątych zawładnęły powieścią. Wystarczy przejrzeć roczniki 
L'Annśe litteraire Vapereau, aby

przekonać się, jak doniosłe zajmowały w niej miejsce. „Jeszcze jedna powieść o kurtyzanie!" — jakże często 
zaczyna Vapereau tym westchnieniem swoje recenzje z licznych książek, w których widzi „smutny symptom" 
obyczajów i gustów literackich epoki. W witrynach księgarskich ponętne tytuły: Wielki i mały trotuar, 
Przemytnicze miłości, Romans Leonidy, Amazonki paryskie, Piękne grzesznice, Kokoty, Pożeraczki mężczyzn

Pamiętniki rosyjskiej kokoty, Pamiętniki angielskiej> kokoty, Podróż dokoła półświatka itp.

Od 1866 Zola z dziennikarskiego obowiązku kronikarza życia paryskiego zaczął bywać na wielkich bulwa-

rach, w teatrach i teatrzykach, na wyścigach i wystawach, rozszerzył krąg znajomości i obserwacji, a modna 
„kokota", „królowa półświatka", o 'kfórą ocierał się na każdym kroku, zatarła mu obraz swojej ubogiej krewnej z 
Dzielnicy Łacińskiej. Jednocześnie, prowadząc w kilku czasopismach przegląd bibliograficzny, czytał lub 
przynajmniej przerzucał poświęcone jej liczne utwory, ubolewał nad ich skandalicznym poziomem literackim i 
demaskował ich zakłamany, pseudomora- lizatorski charakter. Nie sam temat budził w nim odrazę, ale sposób, w 
jaki był traktowany. Chce bowiem, „aby zdarto zasłonę i pokazano prawdę", gdyż „rozpalone żelazo jest 
najlepszym lekarstwem na zgangrenowaną ranę". * Zamiast tego autorzy „bezwstydnie kłamią i na tym właśnie 
polega niebezpieczeństwo tych marnych i głupich książek". " Żaden z tych utworów nie pokazuje 
„rzeczywistych obyczajów epoki". „Czekam 

1

 oświadcza — na prawdziwą historię półświatka, jeżeli 

kiedykolwiek ktoś odważy się historię taką napisać." *** Z tej konfrontacji obser-

background image

wowanej rzeczywistości z jej powieściowym odbiciem zrodził się zapewne już wtedy pomysł podjęcia modnego 
tematu i potraktowania go z pozycji „anatoma obyczajów", 'który ukaże całą przerażającą prawdę i zanalizuje w 
pełni zjawisko, jego przyczyny i skutki. Tym bardziej że temat ten mógł dostarczyć materiałów do zjadliwej 
satyry na ludzi Drugiego Cesarstwa, co musiało pociągać młodego opozycjonistę.

Pierwsza lista dziesięciu tomów cyklu nie przewiduje osobnej pozycji dla „ladacznicy", a tylko rezerwuje 

dla niej miejsce w „powieści robotniczej". Już jednak konspekt przedstawiony wydawcy zawiera projekt
powieści, której ramami będzie świat kurtyzan, a bohaterką Luiza Duval (czyt. Anna Coupeau], córka 
małżeństwa robotniczego. Tak jak produkt Goiraudów (czyt. Rougonów), ludzi grzęznących w uciechach, jest 
poronionym płodem społecznym, tak samo produkt Bergasse'ów [czyt. Macquar- tów], ludzi zgangrenowanych 
przez nałogi zrodzone z nędzy, jest istotą zgniłą i społecznie szkodliwą. Poza skutkami dziedziczności w obu 
wypadkach odgrywa rolę fatalny wpływ współczesnego środowiska. Luiza jest tym, co nazywa się „kokotą 
wysokich lotów". Obraz świata, w którym żyją te istoty. Wstrząsający dramat egzystencji kobiety zgubionej 
przez żądzę luksusu i łatwych uciech. *

W tym zakresie, w jakim powieść o kurtyzanie miała demaskować zepsucie wyższych sfer, jej geneza po-

krywa się z genezą Zdobyczy, gdzie wielki świat charakteryzowany jest przez analogię z półświatkiem, a da- jny 
z towarzystwa — przez analogię z kokotami. Późniejsza działalność dziennikarska w latach 1872—1877 
podsunęła Zoli pewne nowe wątki tematyczne, sceny, epizody i postaci, a doświadczenia autora i recenzenta 
dramatycznego pozwoliły mu zetknąć się bliżej ze swoistym środowiskiem teatralnym nie tylko od strony
widowni, ale i kulis. Zawsze jednak znikoma i bardzo pośrednia była jego znajomość eleganckiego półświatka: 
w młodości był, jak pisze, „zbytnim chudopachołkiem, aby przekroczyć kiedykolwiek próg modnego buduaru" * 
a i później również stronił od tego świata rozpusty, który z taką pasją piętnował w swojej twórczości.

Przystępując zatem w początku 1878 r. do pracy nad nową powieścią, zaczął od zbierania dokumentacji, 

która by tę lukę wypełniła. Na przewodnikach mu nie zbywało: Alexis, Maupassant, Cśard, Ludwik Halśvy, 
autor libretta Pięknej Heleny, Edmund Laporte, stary przyjaciel Flauberta, i wielu innych, przygodnych •często 
informatorów. W aktach powieści znajduje się kilkadziesiąt stron notatek przesłanych Zoli przez Cćarda, IL 
aportera i Halśvy'ego, które dostarczyły mu niejednej sceny i prototypów wielu postaci, łatwych do 
rozszyfrowania dla współczesnych. Sama bohaterka natomiast nie ma jakiegoś jednego, autentycznego wzoru; 
rysów dostarczyły jej liczne kurtyzany epoki, ale nie jest żadną z nich, jest uogólnieniem, symbolem i mitem.

Aby stworzyć kurtyzanę swoich marzeń — pisał Paul Arene — jasnowłosego potwora, Istną bestię 

apokaliptyczną, pożerającą złoto i siejącą śmierć, pan Zola, bardziej poeta, niż się przypuszcza, bardziej 
romantyk, niż chce się do tego przyznać,[...], uciekł się, być może nieświadomie, do bardzo starego chwytu. I 
podobnie jak Grecy przypisywali jednemu Herkulesowi wszystkie wyczyny pięćdziesięciu Tóżnych herkulesów, 
podobnie on kładzie na karb swojej ■ Nany cały szereg, prac i zbrodni, do których popełnienia nie starczyłoby 
całej armii kurtyzan paryskich, nawet gdyby
zasiliły ją Leśbos i Korynt.

9

•' '

background image

Zebrawszy niezbędne informacje, Zola zamknął się w Mćdanie, aby z dala od wszystkiego, co mogłoby go 
rozpraszać, przystąpić do następnego etapu pracy. Dziewiątego sierpnia donosi Flaubertowi:

Skończyłem właśnie plan Nany, który kosztował mnie wiele trudu [...] Jestem z niego bardzo zadowolony 

Czuję w tej chwili owo drżenie w piórze, które zawsze ' zwiastowało mi udany poród dobrej książki. *

Nana, która w jedenastym rozdziale UAssommoir opuściła definitywnie robotnicze przedmieście, zostaje 

wy lansowana przez dyrektora jednego z teatrzyków bulwarowych. Po premierze Jasnowłosej Wenus (przej-
rzysta parodia Pięknej Heleny), która objawiła eleganckiemu Paryżowi jej obnażone wdzięki, z dnia na dzień 
staje się najmodniejszą postacią półświatka stolicy. U jej drzwi tłoczą się arystokraci i bankierzy, gołowąsy i 
starzy weterani rozpusty. Hrabia Muffat, szambelan cesarski, składa jej w ofierze majątek, i dwadzieścia,lat 
nienagannej wierności małżeńskiej, byle ją utrzymać godzi się na wszelkie upokorzenia; złapany w jej alkowie 
bakcyl zgnilizny powoduje „tragicznie płaski koniec" domu Muffatów; hrabina, „drugie oblicze występku, 
występek chroniony przez sytuację prawną, dużo bardziej destruktywny", zdradza męża z subiektem z jakiegoś 
domu towarowego, i gdy wraca po tej eskapadzie, mąż złamany utratą Nany, przyjmuje ją bez protestu; 
zrujnowany doszczętnie, wyrzucony przez kochankę, wpada na nowo w dewocję, w której odnajduje namiastkę 
utraconych rozkoszy zmysłowych. Hrabia Vandeuvres poświęca Nanie majątek, honor i życie. Siedemnastoletni 
Georges Hugon zabija się, gdy Nana nie chce go poślubić, a jego starszy brat, kapitan,

kradnie dla niej pieniądze z kasy pułkowej i dostaje się do więzienia. Bankier Steiner, którego „czarni od węgla, 
zlani potem robotnicy, w dalekiej prowincji, dzień i noc napinali muskuły i wytężali wszystkie siły, aby 
ńastarczyć na potrzeby Nany", doprowadzony do bankructwa i nędzy, płacząc, pożycza od niej sto franków, on, 
który operował milionami i trząsł giełdą

background image

paryską. Wśród tych wszystkich ruin Nana, u szczytu potęgi, znika nagle, sprzedawszy wszystko: pałacyk, 
powozy, meble, klejnoty. Po paru miesiącach wraca równie nagle, jak zniknęła; zaraża się od swojego synka 
czarną ospą i w dniu wybuchu wojny prusko-francu- skiej, przy akompaniamencie okrzyków przeciągającego- 
ulicami tłumu: „Na Berlin!", umiera potwornie zniekształcona:

Wenus rozkładała się. Rzekłbyś, że wirus złapany w rynsztokach, na tolerowanych gnojowiskach, ów 

ferment, którym zatruła cały naród, wyszedł jej na twarz i pokrył zgnilizną. *

Symbolika Nany jest jakby wielowarstwowa- Z jednej strony, w tej mierze, w jakiej należy do warstwy 

uprzywilejowanej i dzieli poglądy polityczno- -społeczne swoich protektorów, nienawidząc i bojąc się- ludu, z 
którego wyszła, błagając „Boga, aby jak najdłużej zachował Cesarza", Nana symbolizuje Drugie Cesarstwo. Jest 
personifikacją epoki, w której „występek nabrał szczególnego charakteru", stał się tytułem, do chwały i 
szczeblem do kariery, kiedy „prefektury zdobywało się w alkowach tych pań", 'kiedy „dziewka wybiła się, dama 
upadła [...], a mężczyzna, budząc się- rano, nie wiedział, czy jest u żony, czy u kochanki", kiedy „wszyscy byli 
comme il faut i wszyscy dotknięci byli zgnilizną". ** I odrażająca śmierć Nany symbolizuje odrażającą śmierć 
Drugiego Cesarstwa,, którego wewnętrzną zgniliznę wojna, niczym czarna ospa, wydobyła na jaw, 
doprowadzając je w przeciągu kilku dni do zupełnego rozkładu. W Nanie silniej niż w dotychczasowych tomach 
dochodzi do głosu wielki mit
katastrofy, mścicielskiej i oczyszczającej, który coraz donośniej rozbrzmiewać będzie w cyklu, aż do ostatniego 
aktu, Klęski. Końcowe strony powieści zapowiadają już ową „odmładzającą kąpiel krwi", z której zgrzybiała 
Francja Drugiego Cesarstwa, „zezowata, bezzębna megiera, pijaczka i rajfurka •[...], nabrzmiała 
nieczystościami, rzężąca w luksusie", wyjść miała „oczyszczona i odrodzona".*

Ale Nana pożerająca kapitały, fabryki, majątki i życie swoich wielbicieli to również „zgnilizna dołów, 

1/Assommoir, do której powstania przyczyniły się klasy rządzące, i która wznosi się następnie, rozkłada je i 
dezorganizuje". ** Kurtyzana pojmowana jako sui generis zemsta ludu nad bogaczami nie jest ideą nową; 
znajduje się już u Balzaka, u braci de Goncourt, w artykułach prasowych lat sześćdziesiątych. U Zoli na tej 
właśnie idei ma „polegać głęboka moralność książki". Nana to „złota mucha, która uleciała z gnojówki 
przedmieść i przynosząc z sobą ferment zgnilizny społecznej, zatruła nim wszystkich tych mężczyzn [...] To 
było słuszne, to było sprawiedliwe, pomściła swój świat, nędzarzy i wydziedziczonych" i robiła to z całą 
nieświadomością „pięknego zwierzęcia, nie wiedząc, co czyni". ***

I jest jeszcze trzeci symbol, najbardziej ogólny, wyłożony już na pierwszej kartce szkicu. Powieść ma być 

„poematem pożądań samczych", a jej bohaterka „bóstwem, u którego stóp tarzają się mężczyźni". Jako 
uosobienie bezpłodnej rozpusty reprezentuje ona w odwiecznej walce życia ze śmiercią siły rozkładu i śmierci. 
W ten sposób utwór zamierzony pierwotnie jako powieść o kurtyzanie i epoce, w której kurtyzana była

background image

królową, stał się powieścią o rodzaju ludzkim podporządkowanym potędze płci,

Zola skończył rękopis Nany 7 stycznia 1880 r., ale już trzy miesiące wcześniej rozpoczął się druk powieści 

w „Le Voltaire", poprzedzony oszałamiającą reklamą, zorganizowaną przez Laffitte'a, który w maju 1879 r. 
objął funkcje redaktora naczelnego gazety. Pierwsze odcinki od razu rozpętały reakcję krytyki gwałtowniejszą 
jeszcze niż po UAssommoir, do czego przyczynił się nie tylko charakter samej powieści. Nie dośó bowiem, że 
przez cały rok Zola drażnił krytykę swoimi artykułami w „Le Voltaire", nie pozwalając, by poszedł w 
zapomnienie grudniowy skandal wywołany oceną współczesnych powieściopisarzy, ale na domiar wszystkiego, 
jak gdyby chciał rzucić wyzwanie, rozpoczął 16 października 1879 r., w tym samym numerze gazety, w którym 
ukazał się pierwszy odcinek Nany, druk swojego najbardziej dogmatycznego manifestu literackiego, Powieści 
eksperymentalnej, ukończony 20 października-

Fałsz i pornografia — oto dwa grzechy, które wytykano tej powieści „paryskiej dla prowincj uszów, ale 

prowincjonalnej dla paryżan". Gwałtowność ataków, w których doszła do głosu cała narastająca od lat wrogość i 
zawiść, była tak wielka, że zdumiała nawet Zolę, a przecież oficjalna krytyka nie psuła go nigdy nadmiarem 
pochwał. Ponieważ w grę wchodziła nie tylko Nana, ale sama zasada powieści dokumentacyjnej, postanowił 
odpowiedzieć, i już 28 października ukazał się w „Le Voltaire" długi artykuł poruszający jeden z zasadniczych 
problemów realizmu:

We wszystkich prawie gazetach powraca ten sam zarzut: nie żyłem w świecie dziewek, więc nie mogę znąć 

jego obyczajów, historyjek, języka, więc mój utwór musi być fałszywy, sprzeczny z moją zasadą respektowania 
dokumen-
$6w. Zagadnienie rozszerza się w tym miejscu i przestaje dotyczyć wyłącznie mnie: wytacza się proces 
wszystkim powieściopisarzom, przyjmując za zasadę, że nie można napisać powieści o jakimś środowisku, jeżeli 
nie żyło się przez długi czas jego życiem [...] W przypadku Nany oskarżenia przechodzą wszelkie granice 
wyobraźni [...] Powiedziano tym panom, że spędzam parę miesięcy w roku na wsi. A więc jestem wieśniakiem, 
który nie ma pojęcia o Paryżu. Opowiedziano im anegdotkę o wizycie, jaką miałem złożyć w pałacyku pewnej 
damy w czasie, gdy była ona w Lasku. Oto cała moja dokumentacja, byłem przez godzinę, potajemnie, w jej 
buduarze i napisałem Nanęl [...] Być może, iż popełniłem parę drobnych błędów [...], ale moim marzeniem było 
nadać dziełu ogólniejszy sens społeczny, przy jednoczesnym respektowaniu faktów i środowisk. Co się zaś tyczy 
źródeł moich informacji, są one całkiem naturalne: patrzyłem, słuchałem. Po raz pierwszy sadza się pisarza na 
ławie oskarżonych, aby wypytywać go surowo, gdzie był, a gdzie nie był, co robił, a czego nie robił. Winien 
jestem publiczności jedynie moje książki, nie moje życie. Chcę po prostu oświadczyć, że wszystkie krążące 
anegdoty są fałszywe.

Przechodzę teraz do osobliwego poglądu, zgodnie z którym powieściopisarz powinien żyć życiem swoich 

postaci, zanim przedstawi je publiczności [...] Nie możemy przecież prowadzić wszelkich możliwych 
egzystencji, my, którzy dzisiaj z konieczności badamy wszystkie środowiska. Trzeba pozwolić nam być 
najczęściej obserwatorami, nie aktorami [...] Nie będę wysuwał jako zasady, że przyzwyczajenie stępia 
wrażliwość i że człowiek obcy w danym środowisku, jeżeli zacznie je badać, widzi je lepiej niż człowiek, który 
żyje w nim od dawna; ale fakty mówią za mnie: aktorzy rzadko pozostawiają dzieła silne i definitywne, trzeba, 
aby przyszedł Balzak i streścił wszystkie istnienia w swojej nieśmiertelnej Komedii ludzkiej.

Zgodnie z przewidywaniami autora artykuł „nie rozbroił ignorancji i złej Wiary". I kiedy 15 lutego 1880, W 

dziesięć dni po zakończeniu druku w „Le Voltaire", ukazało się wydanie książkowe, krytyka, wobec ogromnego 
sukcesu Nany u publiczności, podjęła ofensywę

background image

ze zdwojoną siłą. Przyrównywano Zolę do markiza de Sade, wróżono mu tę samą przyszłość: dom obłąkanych. I 
w Charenton. Odmawiano książce wszelkich wartości ideowych i artystycznych: „To głupie, nieprzyzwoite i 
długie". Wedle de Pontmartina, recenzenta w legity- mistycznej „Gazette de France", panuje całkowita harmonia 
między „tą orgią literacką a saturnaliami radykalnymi . Nana jest ostatnim słowem demagogii w powieści". 
Utwór znalazł wśród oficjalnej krytyki jeszcze mniej obrońców niż UAssommoir.

Doszło do tego — pisze Zola — te muszę dziś uwalać za przyjaciół pełnych odwagi tych krytyków, którzy 

godzą się łaskawie uważać mnie za przyzwoitego człowieka. *

„Mieszczaństwo burzy się — donosi Zoli 20 stycznia Huysmans. — Mam w rodzinie paru szacownych 

cymbałów, którzy płaczą nad Francją!!! z powodu NanyW" 

W „dobrze myślących" środowiskach 

mieszczańskich nazwisko Zoli raz na zawsze skojarzone z Naną, staje się definitywnie synonimem pornografii, 
wyuzdania i moralnego brudu.

Za to przyjaciele pisarza, z wyjątkiem Edmunda de Goncourt, przyjęli powieść entuzjastycznie. Zwłaszcza 

Flaubert, którego Nana ostatecznie podbiła: „Co za książka! Jaka siła! Poczciwy Zola jest człowiekiem 
genialnym, powiedzmy to sobie!!!"

11

 — pisze do Charpentiera. I tego samego dnia do Zoli:

Wczoraj cały dzień, do wpół do dwunastej w nocy, spędziłem nad Naną [...] Postaci gą cudownie prawdziwe. 
Roi alt od powiedzeń wziętych z natury; śmierć Nany na końcu jest godna Michała Anlołal Wspaniała książka, 
mój drogit Nana urasta do mitu, nie tracąc nic z realności [...] Młody
Charpentler musi być zadowolony. Niezgorszy sukces, wydaje mi, się prawda? "

Istotnie, sukces był ogromny. Pierwsze pięćdziesiąt pięć tysięcy egzemplarzy rozeszło się natychmiast, do 

końca roku zaś dziewięćdziesiąt tysięcy!

W historii naturalizmu rok 1860 jest datą bardzo ważną: sukces Nany, Wieczory medańakie, początek 

kampanii Zoli w „Le Figaro", publikacja pierwszego tomu pism teoretycznych, Powieści eksperymentalnej, 
zawierającej trzon doktryny.

17 kwietnia ukazał się w „Le Gaulois" artykuł Mau- passanta zatytułowany: W jaki sposób powstały „Wie-

czory medańskle"?:

Zbieraliśmy się latem u Zoll w jego posiadłości, w Mćda- nie [...] Pewnej nocy, gdy księżyc był w pełni [...] 

zaczęliśmy przypominać wszystkich sławnych gawędziarzy [.,.] Sceptyk Cćard wymamrotał, spoglądając na 
księżyc; Oto piękne romantyczne tło, należałoby je wykorzystać... Opowiadając sentymentalne historyjki, 
dorzucił Huysmans. Lecz Zola uznał, że to dobra myśl, będziemy sobie opowiadać historie. Ubawił nas ten 
pomysł i ustaliliśmy, aby rzecz utrudnić, że tło obrane przez pierwszego obowiązywać będzie pozostałych [...]

Usiedliśmy 1 wśród głębokiego spokoju uśpionych pól, w jasnym blasku księżyca, Zola opowiedział nam tę 

straszliwą kartę z historii katastrof wojennych, zatytułowaną Atak na młyn [...]

Nazajutrz kolej była na mnie. Następnego dnia Huysmans ubawił nas serdecznie opowiadaniem o niedolach 

niezbyt gorliwego mobila.

Cćard, wnosząc nowe elementy, przypomniał oblężenie Paryża historią z nutką filozofii, bardzo 

prawdopodobną, jeżeli nie autentyczną [...] Hennlque wykazał nam raz jeszcze, że ludzie, nawet Inteligentni 1 
rozsądni jako jednostki, w zbiorowisku nieuchronnie przeobrażają się w bestie (...)

background image

Zbiór tych sześciu nowel (Atak na młyn Zoli, Bary- leczka Maupassanta, niewątpliwie ze wszystkich naj-

lepsza, Z tornistrem na plecach Huysmansa, Upust krwi Cśarda, Burdel pod Siódemką Hennique'a i Na pobo-
jowisku Alexisa) ukazał się tego samego dnia, co artykuł Maupassanta, będący zręczną legendą na użytek 
czytelników. Rzeczywitość nie była aż tak romantyczna. Prawdą jest tylko, że piątka młodych pisarzy spotykała 
się często u Zoli w Medanie d w Paryżu, i że postanowiono wydać wspólnie tom nowel, który miał być pewnego 
rodzaju manifestem, dokumentującym istnienie „szkoły naturalistycznej". Krótka przedmowa stanowiła 
wyzwanie rzucone krytyce:

Jesteśmy przygotowani na wszelkie ataki, na przejawy złej wiary i ignorancji, których dowody krytyka 

dzisiejsza dała nam już wielokrotnie. Mieliśmy jeden cel: publicznie potwierdzić naszą prawdziwą przyjaźń a 
jednocześnie nasze tendencje literackie.

14

Krytyka wyzwanie przyjęła d zareagowała tak, jak się tego spodziewano: pornografia, brak poczucia mo-

ralności i patriotyzmu, szarganie świętości itp. Przyczyniła się w ten sposób do rozgłosu i Alexis mógł napisać w 
rok później:

Pożytecznym wrogom niech będą dzięki. Oni to objawili tłumowi nasze istnienie, ściągnęli uwagę na nasze 

dzieła, przygotowali nasz sukces.

18

Nie znam nic równie komicznego i straszliwego zarazem, jak owo oblężenie domu publicznego i rzeż jego 
biednych pensjonariuszek. Paweł Alexis [...] wymyślił zabawną historyjkę o wielkiej damie, która, udawszy się 
na pole bitwy po zwłoki małżonka, ulega rannemu żołnierzowi. A ten biedny żołnierz jest w dodatku 
księdzem!!!

Zola uznał, że opowiadania są interesujące i zaproponował, abyśmy wydali je w książce.

13

background image

Tak udany początek zachęcił do dalszych wspólnych wysiłków. Kiedy spaliła'na panewce próba przeobrażenia 
„Le Voltaire" w organ naturalizmu, grupa medań- czyków postanowiła założyć własne pismo pod znamiennym 
tytułem „La Comśdie Humaine" („Komedia Ludzka"). Pierwszy numer był już prawie gotowy i miał ukazać się 
6 listopada 1880 r., z listem-manife- stem Zoli na pierwszej stronie; nigdy jednak nie ujrzał światła, dziennego 
wskutek trudności finansowych, zatargów z wydawcą, a zwłaszcza nieporozumień między samymi redaktorami.
Tymczasem stosunki Zoli z „Le Voltaire" coraz bardziej się psuły. 4 września 1880 r. nastąpiło definitywne 
zerwanie, gdy Laffitte, biorąc w obronę „znieważonych polityków" i „zagrożoną moralność", zaprotestował 
publicznie przeciwko artykułom Zoli z 17 i 31 sierpnia, w których ten, raz jeszcze, dawał wyraz swojej po-
gardzie dla polityki i polityków oraz występował przeciwko zakłamaniu i pruderii w literaturze i prasie. Po 
zerwaniu z „Le Voltaire" Zola przyjął ofertę Magnarda i zgodził się kontynuować w „Le Figaro" swoją kampa-
nię. Zdawał sobie zresztą sprawę z drażliwości sytuacji: „Mam do rozegrania niebezpieczną grę — pisał 12 
września do Cśarda — [...] ale wstyd byłoby mi cofnąć się." * W ten sposób zaczęła się roczna współpraca jed-
nego z najbardziej radykalnych powieściopisarzy z konserwatywnym „Le Figaro".
Mimo sukcesów rok 1880 był w życiu osobistym Zoli okresem silnej depresji, którą pogłębiły jeszcze bolesne 
straty: w kwietniu śmierć starego przyjaciela, Duran- ty'ego, w maju śmierć Flauberta, uczucie przeraźliwej
■HHHPHjRP
pustki; w październiku wreszcie najdotkliwszy cios, nagła śmierć matki.

5 lutego, gdy w „Le Voltaire" ukazał się ostatni odcinek Nany, Laffitte, zapowiadając czytelnikom pu-

blikację najbliższej powieści Zoli w swej gazecie, pisał:

„Tym razem pan Zola poświęci się wnikliwej analizie obyczajów wielkiego handlu paryskiego; da nam 

przejmujący i nowy obraz tych wielkich nowoczesnych bazarów, które od paru lat przeobraziły obyczaje pary-
skie". Wbrew zapowiedzi jednak Zola postanowił napisać na jpierw kameralną powieść psychologiczną, która w 
wenętrznej architekturze cyklu miała — podobnie jak Kartka miłości po L'Assommoir — stanowić epizod 
kontrastujący z Naną. Jej szkic był już częściowo opracowany, kiedy śmierć matki odebrała pisarzowi odwagę 
do dalszej pracy nad tym utworem o silnych akcentach autobiograficznych, w którym miała „dominować idea 
bólu" i który miał być analizą „paraliżującego wszystko strachu przed śmiercią".

Odłożył go więc, a nie czując się też na siłach, by podjąć rozległą i żmudną dokumentację, jakiej wyma-

gałaby powieść o wielkim handlu, zwrócił się ku tematowi od dawna Stanowiącemu .przedmiot jego refleksji, 
choć nie przewidywał go żaden z dotychczasowych planów cyklu. Konkretny projekt nowego utworu narodził 
się zapewne pod wpływem prowadzonej od paru miesięcy dyskusji o moralności w literaturze, a dokładniej 
sprecyzowały go artykuły, w których z okazji premiery Nany w styczniu 1881 r. Zola analizował społeczne 
źródła różnych form rozpusty. Ostatni z nich, Cudzołóstwo wśród mieszczaństwa („Le Figaro", 28 lutego 1881 
r.), zawiera sformułowany już definitywnie temat nowej powieśoi i prototypy trzech z jej postaci kobiecych.

background image

O ile w ludzie środowisko i wychowanie popychają tmeófer częta do prostytucji, o tyle w mieszczaństwie 

środowisko 1 wychowanie popychają do cudzołóstwa [...] Zatrutej roślinie pieniącej się na gnojowisku naszych 
przedmieść należy przeciwstawić niezdrową roślinę wyrosłą w anemicznej duchocie i głupiej próżności ciasnych 
wnętrz mieszczańskich [...] Logika nakazuje, aby te dwa obrazy szły z sobą w parze.

W dalszym ciągu autor charakteryzuje trzy typy kobiet, reprezentujące trzy formy cudzołóstwa. Pierwszy 

przypadek to „cudzołóstwo fizjologiczne", wynik dziedzicznej neurozy i anemii wieku dojrzewania, prowa-
dzących do histerii, która każe kobiecie z natury zimnej zdradzać męża z pierwszym lepszym głupcem. Drugi — 
to cudzołóstwo będące rezultatem wychowania w ro-
. dżinie, która kosztem największych poświęceń stwarza pozory dobrobytu, hołdując zasadzie „lepiej budzić za-
zdrość niż litość"; dziewczyna „wychowana przez matkę w pojęciu, że mężczyźni są na świecie po to, aby 
dostarczać kobietom sukien", wnosi do małżeństwa nabyty w domu głód luksusu, a kiedy mąż nie może go 
zaspokoić, sprzedaje się bez skrupułów kochankowi. Wreszcie „cudzołóstwo z głupoty", przypadek w 
mieszczaństwie najczęstszy: dziewczyna wychowana przez rodziców w absolutnej ignorancji i bezczynności, 
karmiąca się lekturą sentymentalnych romansów, które rozpalają jej wyobraźnię obrazami idealnej miłości, w 
zetknięciu z rzeczywistością małżeństwa przeżywa szok, ale „godzi się na wszystko, bo jest posłuszna"; 
uciekając od szarzyzny skromnego bytowania, snuje dalej marzenia o romantycznym kochanku i, głupia gąska, 
staje się łatwym łupem dla pierwszego mężczyzny, który zada sobie trud, aby po nią sięgnąć.

Ten artykuł o cudzołóstwie, które „jest plagą mieszczaństwa, tak jak prostytucja jest plagą ludu", stał się 

punktem wyjścia do szkicu Kuchennych schodów, powieści o obyczajach średniej burżuazji. „Mówić
0 mieszczaństwie to sporządzać najokrutniejszy akt oskarżenia przeciwko społeczeństwu francuskiemu." Ta 
generalna rozprawa z iporalnością i obyczajami mieszczaństwa szybko rysuje się jako drugie skrzydło dyptyku, 
pendant do UAssommoir; „Pokazawszy lud, obnażyć mieszczaństwo i pokazać je ohydniejszym, to 
mieszczaństwo, które nazywa siebie porządkiem
1 uczciwością". * Chcąc uwypuklić jeszcze anlalogię, Zola stosuje ten sam chwyt kompozycyjny:

Trzeba, żebym wziął jako ramy akcji nowoczesną kamienicę, w której umieszczę wszystkie moje postaci 

(sami mie-

background image

szczanie, ani jednego robotnika, przeciwieństwo mojego domu przy ulicy Goutte d'Or), i pokazał ją jeszcze 
ohydniej- szą, ze wszystkimi jej intryżkami [...] Brak mi wielkiej linii filozoficznej. Należałoby może 
wprowadzić w tym celu dla porównania jakiegoś robotnika. Ale nie, wystarczy pokazać zgniliznę domu 
mieszczańskiego, od piwnic do strychu! *
" Dom staje się znowu symbolem całej klasy. " Konstrukcja ta pozwala-mu zarazem pójść dalej niż 
kiedykolwiek dotąd w kierunku zlikwidowania intrygi, rozbicia fabuły na drobne migawki połączone jedynie 
miejscem akcji i osobą bohatera. Decydujący był tu znowu wpływ Flauberta. Gdy w 1879 r. wznowiono Szkołę 
uczuć, Zola poświęcił jej w „Le Voltaire" z 9 grudnia entuzjastyczny artykuł, w którym uznał ją 
za ,'najdoskonalszy wzór powieści naturalistycznej".

Wszystkie nasze książki — pisze —■ które wydają się nam prawdziwe, są w porównaniu z nią dziełami 

romantyczny- I mi, Operami układanymi z myślą o spektaklu i muzyce [...] Nigdy nie odważylibyśmy się rozbić 
w ten sposób analizy na drobne kawałki, zniszczyć wielkich całości, przez ciągły powrót epizodów, roztopić 
książki w monotonnej szarzyż- nie jakichś trzydziestu postaci, jednakowo płaskich, które po każdej próbie 
męskiej energii opadają na powrót w absolutną miernotę.

W Kuchennych schodach, które nazywa swoją Szkołą uczuć w liście do Cćarda z 21 sierpnia 1881 r., Zola 

usiłuje zrealizować ten właśnie ideał powieści naturalistycznej.

Mając już na uwadze przyszłą powieść o wielkim handlu, Zola postanawia uczynić Oktawiusza Moureta, 

przewidzianego od 1872 r. na jej bohatera, centralną postacią Kuchennych schodów, które stają się w ten spo
sób „jej pierwszym epizodem", szkicującym prehistorię magazynu „Wszystko dla Pań". Oktawiusz, zaprezento-
wany już w Podboju miasta Plassans, przenosi się z Marsylii do Paryża i zamieszkuje w nowym, eleganckim 
domu przy ulicy de Choiseul, gdzie rychło zostaje miejscowym donżuanem, z łatwością zdobywającym względy 
licznych mieszkanek kamienicy, z których każda reprezentuje odmienną formę cudzołóstwa.

Ten przybysz z zewnątrz wchodzący w nowe dla siebie środowisko jest wygodnym chwytem kompozycyj-

nym techniki punktu widzenia. Czytelnik poznaje dom i loka torów, za jego pośrednictwem, przechodząc, jak 
on, od pierwszych powierzchownych wrażeń, od imponujących pozorów fasady, frontowej klatki schodowej i 
salonów, do rzeczywistości ukrytej za zamkniętymi drzwiami sypialń i kuchni. Autor osiąga w ten sposób cel, 
którym jest zohydzenie mieszczaństwa przez bez- komentarzową konfrontację zewnętrznych pozorów z 
prawdziwym stanem rzeczy. Przede wszystkim rozprawia się z tą moralnością, którą od przeszło dziesięciu lat 
przeciwstawia się jego książkom, a która żvje „kłamstwem konwenansów, uśmiecha się spoza cudzołóstwa, 
zezwala na podłości, byle były przyjemne i umiejętnie robione, a oburza się jedynie [...] na brutali aż tak źle 
wychowanych, źe nazywają rzeczy po imieniu". *

Tę samą funkcję parawanu pełni religia reprezentowana w powieści przez sympatyczną zresztą postać 

księdza Mauduit, który, choć nie ma żadnych złudzeń co do swoich wiernych, pomaga ratować pozory i „okrywa 
mieszczaństwo płaszczem religii rozumiejąc, że wszystko runie, jeżeli rany wyjdą na jaw". Równie zakłamany 
jest republikanizm tej klasy, za którym kryje

background image

im
się strach przed ludem i który służy ugruntowaniu jej władzy:

Rewolucja 89 roku dokonała się w interesie burżuazji. Strach przed tym, co może przyjść po niej. Idee ją 

przerastają, więc boi się idei [...] Idzie zawsze ku silniejszemu, ku Napoleonowi III, ku Gambetcie, ze strachu 
przed utratą swoich pieniędzy, pozycji. Thiers, typ bourgeois. *

W tej krytyce wyraźne są echa polemik Zoli z republikanami z obozu Gambetty, bardziej — o ile to możli-

we — konserwatywnymi niż jawna prawica. I*

Licznym mieszkankom domu przy ulicy de Choiseul, głupim, chorym, bezczynnym lub zepsutym, Zola 

przeciwstawia jedną tylko pozytywną postać kobiecą, której prototyp naszkicował 18 czerwca 1880 r. w „Le Fi-
garo" w artykule pod tytułem Uczciwe kobiety. To właścicielka magazynu „Wszystko dla Pań", pani Hś- douin, 
która po śmierci męża. poślubia Moureta, porwana jego energią i śmiałymi ideami na temat nowoczesnego 
handlu. Jest ona jednym z pierwszych w Rougon- \-Macquartach ucieleśnieniem kobiecego ideału Zoli: zdrowa 
fizycznie i nerwowo, nie zepsuta wychowaniem, aktywna, energiczna, obdarzona zdrowym rozsądkiem, 
pracowita, jest inteligentną towarzyszką mężczyzny, która nigdy go nie zdradzi, taką właśnie, o jakiej marzył 
autor Miłości i Kobiety, Michelet. Jako postać epizodyczna nie wystarcza jednak, aby wyrównać szalę wagi, na 
której nagromadzone zostało tyle oskarżeń. I można sądzić, że — podobnie jak w Brzuchu Paryża z okrzykiem 
Klaudiusza: „Co to za kanalie ci uczciwi ludzie!" — i tutaj autor solidaryzuje się z uwagą kucharki jednego z 
lokatorów, która w końcowym zdaniu książki ocenia całą klasę swoich chlebodawców: „Mój Boże! ta czy tamta, 
wszystkie te budy są siebie warte. Dzisiaj, kto był w jednej, zna wszystkie. To świństwo i spółka!"

Pierwszy odcinek Kuchennych schodów ukazał się 23 stycznia 1882 r. w gazecie „Le Gaulois", kierowanej 

przez Juliusza Simona i de Cyona. Nieoczekiwanej reklamy przysporzył powieści incydent, który zaszedł w 
niespełna tydzień jpo rozpoczęciu druku. Zaledwie w tekście pojawiło się nazwisko Duverdy, zanim jeszcze 
wiadome były rola i charakter tej postaci, autentyczny Duverdy, redaktor „Gazette des Tribunaux", adwokat 
zamieszkały w pobliżu ulicy de Choiseul, zagroził Zoli procesem,' jeżeli nie usunie z powieści jego nazwiska.

background image

Ponieważ żądanie nie było pierwszym tego rodzaju w jego karierze literackiej, Zola odmówił, chcąc, aby wyrok 
sądowy raz na zawsze rozstrzygnął kwestie prawa powieściopisarzy do swobodnego wyboru nazwisk postaci. 
Było to początkiem burzliwej polemiki w prasie paryskiej, która jednogłośnie prawie opowiedziała się po stronie 
Zoli. On sam kilkakrotnie zabierał głos w „Le Gaulois" w serii listów do de Cyona, poruszając ten istotny dla 
współczesnej literatury problem.
Naszymi postaciami są żywi ludzie z krwi i kości, których codziennie spotykamy na ulicy — pisze w pierwszym 
liście z 29 stycznia. — Mają nasze namiętności, noszą nasze ubrania, trzeba więc, aby miały też nasze nazwiska 
[...] Jeżeli znajdzie się sąd, który każe mi wymazać nazwisko Du- verdy ż mojej powieści [...], tó wyrok ugodzi 
nie tylko we mnie, ale we wszystkich moich kolegów [...] Razem ze mną skaże się wszystkich współczesnych 
powieściopisarzy i unir cestwi naszą nowoczesną powieść opartą na obserwacji i analizie.

8 lutego odbyła się pierwsza rozprawa sądowa. Przedstawiciel powoda, adwokat Rousse, członek Akademii 

Francuskiej, przekształcił swoją mowę w akt oskarżenia przeciwko twórczości Zoli, oświadczając między 
innymi:

Wiele osób zgodziłoby się może użyczyć bez obawy swego nazwiska panom Sandeau, Feuilletowi a nawet 

Dumasowi [...], ale za żadną cenę nie zgodzą się na to, aby wziął je pan Zola i yj umieścił je w tym podłym 
świecie, z którego wszelki ideał musi, zgodnie z samą zasadą jego szkoły, zniknąć, ustępując miejsca najbardziej 
odrażającej i ohydnej rzeczywistości.

,s

Następnego dnia Zola zaprotestował gwałtownie przeciwko temu „nieuczciwemu wybiegowi" adwokata, 

który „zorientowawszy się, że grunt usuwa mu się spod

nóg, porzucił kwestię ogólną i zaatakował [go] osobiście". Nic jednak nie pomogły argumenty Zoli i jego 
obrońcy. 15 lutego sąd wydał wyrok skazujący, starając się przy tym uniknąć rozstrzygnięcia kwestii ogólnej, co 
dawało na przyszłość pole do wszelkich interpretacji. Wyrok równał się postawieniu poza prawem autora 
Rougon-Macąuartów, który odpowiedział nowym listem:

Sprawa jest więc osądzona. Szanowny pan Duverdy zniknie z mojej powieści i zastąpimy go panem Trzy 

Gwiazdki. Wybieram to nazwisko w nadziei, źe nie jest zbytnio popularne.

Sprawa nie skończyła się jednak na tym. Zolę zasypano żądaniami zmiany nazwisk wielu postaci. Pierwsze 

uwzględnił i nazwisko Vabre zastąpił nazwiskiem Bezimienny, aby wykazać, „do jakich absurdów prowadzą 
powieściopisarzy następstwa wyroku". Gdy jednak trzech Josserandów i jeden Mouret zażądali tego samego, 
stracił cierpliwość: ■

„Uprzedzam wszystkich imienników moich postaci, że usunę ich nazwiska ze swojej powieści jedynie zmu-

szony do tego wyrokiem sądu. Mogą przysyłać mi pozwy. Ile reklamacji, tyle procesów."

Nikt nie odważył się wystąpić do sądu i narazić na wątpliwą sławę pana Duverdy'ego, który stał się przed-

miotem kpin całej prasy stołecznej. Przegrawszy proces przed sądem, Zola wygrał go, i to raz na zawsze, przed 
opinią publiczną. W wydaniu książkowym powieści, w kwietniu 1882 r., wszystkie postaci zachowują swoje 
pierwotne nazwiska z wyjątkiem Duverdy, które zmienione zostało na Duveyrier.

O ile jednak prasa poparła Zolę w sporze z Duver- dy'm, o tyle samą powieść przyjęła w sposób niezwykle 

wrogi. Pornografia, sadyzm, brudy, nieprzyzwoitości,

background image

ignorancja i fałsz — słowo w słowo te same zarzuty, co po Nanle, ale formułowane z jeszcze większą pasją i 
silniejszym zaangażowaniem osobistym. Brunetićre triumfował, przypominając w „La Revue des deux Mondes" 
z 15 maja, że on od dziesięciu lat już ostrzegał przed Zolą, ale zlekceważono jego przestrogi: „Wspólnikami 
pana Zoli są wszyscy nierozważni sprawcy jego sławy", krytycy, którzy głosili Jego talent i uczynili go tym, 
czym jest dzisiaj — potęgą; uczciwi ludzie, których teraz szkaluje, płacą za swoją lekkomyślność.

Wśród medańczyków, z wyjątkiem wiernego zawsze Alexisa, powieść nie wzbudziła takiego zachwytu jak po-
przednie. Ceard krytykował zbyt sztywną i mechaniczną strukturę książki oraz brak atmosfery, choć przyznawał, 
że „filozoficznie" powieść jest prawdziwa, że Zoli udało się „instynktownie" odgadnąć i ukazać wiele rzeczy 
niezwykle trafnie. „Niektóre powiedzenia Pańskich postaci — pisze do Zoli — ujawniają całe ukryte głębiny 
duszy mieszczańskiej."

17

 Huysmans był bardziej szczodry w pochwałach: podziwia strukturę, oszczędność 

opisów, surowość stylu, prostotę fabuły. Krytykuje jednak język postaci:

Oczywiście, mieszczanie myślą to wszystko, co wkłada Im Pan w usta, myślą rzeczy gorsze jeszcze 

zapewne, ale hołdują obłudzie językowej; to, co każe im Pan mówić, jest trafne i prawdziwe, ale sposób 
wyrażania budzi we mnie niejakie zastrzeżenia; w rzczywistości jest on o wiele bardziej jezuicki [...] To zresztą 
jedyny zarzut, jaki mogę zrobić tej książce pełnej bardzo pięknych rozdziałów [.,.] W sumie, to bardzo nowa i 
bardzo ciekawa książka [...], to także cios wymierzony bardzo celnie w głowę mieszczaństwa. — I pomyśleć, że 
cała prasa skorzysta z tej okazji, aby głosić pochwałę tej podłej klasy i twierdzić, że się ją szkaluje! w
Nie mylił się, przewidywania spełniły się co do joty.

„Opuściłem prasę i mam nadzieję więcej do niej nie wracać. Dosyć się biłem, niech teraz zastąpią mnie inni. 

Ja będę próbował tworzyć." * 22 września 1881 opublikował Zola ostatni ze swoich pięćdziesięciu dwóch ar-
tykułów w „Le Figaro", podsumowanie całorocznej kampanii a jednocześnie pożegnanie z dziennikarstwem po 
dwudziestu prawie latach regularnej współpracy z prasą:

W polityce zawsze dawałem wyraz swojej nienawiści do hałaśliwej miernoty, do zawiedzionych ambicji, 

które zaspokajają się kosztem spokoju narodu [...] Nigdy nie kwestionowałem Republiki. Uważam ją za jedyny 
słuszny i możliwy ustrój. Ale zawsze oburzała mnie głupota 1 podłość ludzi (...) Jeżeli oskarżą mnie, że 
uderzałem w Republikę, uderzając w ludzi, którzy ją brukają 1 pożerają, odpowiem, że [...] dążyć do usunięcia 
tych ludzi to pracować dla zdrowia kraju. Oczywiście, demokratyczna ewolucja stulecia jest nieodwracalna i 
szaleństwem byłoby chcieć powstrzymać bieg historii.

[..,] W literaturze broniłem tej wielkiej ewolucji naturall- stycznej, która, zrodzona z nauki w ubiegłym 

stuleciu, przekształciła w naszym historię, krytykę, powieść, teatr. Każde nowe społeczeństwo przynosi nową 
literaturę i nasze demokratyczne społeczeństwo nadało kierunek tej ewolucji, która zaczyna się od Rousseau, aby 
przez Balzaka doprowadzić do naszych dzisiejszych dzieł, pozytywistycznych i eksperymentalnych.

W dalszym ciągu, żegnając się — jak sądzi — na zawsze z dziennikarstwem, wygłasza pochwałę prasy, 

szkoły rzemiosła literackiego i wielkiej trybuny w walce o idee:

Każdemu młodemu pisarzowi, który zapyta mnie o radę, powiem: Rzuć się w wir prasy, tak jak skacze tlę 

do wody.

background image

aby nauczyć się pływać [...] Wszyscy jesteśmy dzisiaj dziećmi prasy. To ona wykuła nasz styl i dostarczyła nam 
większości naszych dokumentów [...] Często ją przeklinałem, tak bardzo zadawane przez nią rany są piekące [...] 
Ale gnieW i wstręt mijają, a prasa pozostaje wszechmocna. Wraca się do niej, jak do starej miłości [.-] I kiedy 
się ją porzuca, nie można przysiąc, że to na zawsze,'jest bowiem siłą, której potrzebę odczuwa się ciągle, jeżeli, 
raz zmierzyło się jej potęgę. *

Sam miał wrócić do niej w piętnaście lat później, aby zakończyć, tym razem już definitywnie, swoją karierę 

dziennikarską najświetniejszą kampanią w historii prasy francuskiej: obroną Dreyfusa.

Artykuły opublikowane w „Le Figaro" Zola zebrał w tomie zatytułowanym Kampania, który ukazał się w 

1882 r. Był to ostatni z sześciu tomów stanowiących wybór najważniejszych teoretyczno-krytycznych tekstów 
Zoli publikowanych od 1875 w „Wiestniku Jewro- py" i w prasie paryskiej. Pierwszy, Powieść eksperymentalna, 
ukazał się w grudniu 1880, cztery następne w roku 1881: Powieściopisarze naturaliści, Dokumenty literackie, 
Naturalizm w teatrze i Nasi dramatopisarze. W ten sposób dobiegła końca wieloletnia kampania Zoli o 
zwycięstwo i ugruntowanie naturalizmu. Odtąd, przez najbliższe piętnaście lat, miał być przede wszystkim 
powieściopisarzem, co nie znaczy, aby rezygnował z walki. Po prostu uważał, że wystarczy mu broń powieści.

W Kuchennych schedach, tej — jak mówi Goncourt' — „pantomimie bez dekoracji", w zamierzonej sztyw-

ności konstrukcyjnej i w stylistycznej suchości" tego obrazu obłudy i szpetoty życia mieszczańskiego, doszła
do głosu narastająca od paru lat hipochondria i mizaiP* tropią, pisarza. „W .1882 r. kryzys jeszcze trwał, ale 
coraz częściej już .w dyskusjach z Cćardem i Huysmansem, żarliwymi neofitami Schopenhauera, zdarza się Zoli 
bronić odmiennego, stanowiska, przeciwstawiać filozofii pesymizmu i rezygnacji wartość twórczego działania.

Wyrzucał mi zawsze mój naukowy sceptycyzm, wierzył w-postęp — wspomina w swoich nie wydanych 

notatkach Cśard. — Doktryna rezygnacji, którą wyznawaliśmy, Huys- • mans i ja, wyprowadzała go z 
równowagi;

19

 - "

Bronił swojego stanowiska z tym większym zacietrzewieniem, • że usiłował przekonać nie .tyle 

swoich.dyskutantów, ile samego siebie, przezwyciężyć własne wątpliwości. Nie poprzestając na dyskusjach, 
postanowił podjąć próbę pokonania pesymizmu w:praktyce, choćby

background image

nawet na siłę. Próbą tą jest drugi epizod Kuchennych schodów, powieść o wielkim handlu.

Chcę, aby Wszystko dla pań było poematem nowoczesnej aktywności. Zatem całkowita zmiana filozofii: 

przede wszystkim odrzucić pesymizm, nie kończyć wnioskiem o bezsensie i melancholii życia, a przeciwnie, 
ukazać jego nieustanną pracę, potęgę i radość tworzenia. Słowem, iść ze stuleciem, wyrażać stulecie, które jest 
stuleciem działania i podboju, wysiłków we wszystkich kierunkach. — Następnie, jako konsekwencję, pokazać 
radość działania i rozkosz istnienia; są z pewnością ludzie szczęśliwi, że żyją, których uciechy nie spalają na 
panewce, którzy upajają się szczęściem i sukcesem: tych właśnie ludzi pragnę odmalować, aby mieć drugie 
oblicze prawdy i dać w ten sposób pełny obraz; Kuchenne schody i inne powieści wystarczająco pokazują 
marności i porażki istnienia. *

Odpowiedzi na pytanie, gdzie znaleźć takich ludzi, udzielają mu wspólnie Darwin i Comte, Sakit-Simon i 

Fourier: wśród tych, co najlepiej potrafią przystosować się do swej epoki i współdziałać z jej twórczymi siłami, 
zwyciężają w walce o byt, burzą stare formy życia i na ich gruzach wznoszą nowe; a zatem wśród twórców 
kapitalistycznego postępu, którzy przez koncentrację kapitału tworzą podstawy pod przyszły system społeczny 
oparty na zrzeszeniu i stają się w ten sposób nieświadomymi czynnikami ewolucji społecznej.

Ten proces koncentracji przybierał najbardziej olśniewające formy w handlu, gdzie widoczny był nawet dla 

laika. Przeobrażenia tej dziedziny życia gospodarczego zaczęły się już za czasów Balzaka, który przedstawił je 
w swoim Cezarze Birotteau. Ale magazyny, które wówczas powstawały ku przerażeniu drobnych kupców, nie 
przeżyły roku 1848: pojawiły się zbyt wcześnie, w Paryżu i w społeczeństwie nie przygotowanym na ich
przyjęcie. Te, co zwyciężyły, są tworami Drugiego Cesarstwa: „Le- Bon Marche" (1852), „Le Louvre" (1858), 
„Au Printemps" (1865), żeby wymienić tylko najważniejsze. Rozwój umożliwiły im przebudowa Paryża, po-
parcie wielkich banków, zrodzonych z koncentracji kapitału finansowego, oraz współpraca z rozwijającym się 
gwałtownie przemysłem, zainteresowanym w jak najszybszym i jak najszerszym zbycie swojej produkcji. W 
tych warunkach mogły podjąć zwycięską walkę z drobnym handlem,' stosując na wielką skalę nowoczesne 
metody: szybki obrót znacznymi kapitałami, pozwalający na. obniżenie cen, nowoczesną organizację, zawrotną 
reklamę budzącą nowe potrzeby i przyciągającą coraz liczniejszą klientelę itd. Wspaniałe budowle, pełne światła 
i powietrza, przykuwające wzrok pomysłowością wystaw, zmieniały wygląd ulicy paryskiej, stawały się 
widomym symbolem postępu i nowoczesności. Nic dziwnego, że w pierwszych planach cyklu znalazł się projekt 
powieści o wielkim handlu i że Zola przystąpił do jego realizacji w chwili, gdy postanowił napisać „poemat 
nowoczesnej aktywności".

Właściwą dokumentację, tym razem wyjątkowo rozległą i szczegółową, rozpoczął zimą 1882 r. Przez cały 

miesiąc spędzał ipo kilka godzin dziennie w wielkich domach towarowych, głównie w „Bon Marche" i w „Luw-
rze", oswajając się z ich atmosferą, przyglądając się pracy personelu, zapoznając się z organizacją i wypo-
sażeniem przedsiębiorstw. Przy żadnej z dotychczasowych powieści nie korzystał z pomocy tylu ludzi, tak 
kompetentnych i tak chętnych, z których każdy poczytywał sobie za zaszczyt oddanie mu przysługi. Jeden z 
dyrektorów „Luwru" i sekretarz generalny „Bon Marchś", udostępniają mu księgi handlowe obu przed-
siębiorstw, dostarczają informacji o metodach organizacyjnych i administracji, o składzie i liczebności per

background image

■ ;

sonelu, o systemie handlowym, stosunkach z" fabrykantami itd. O warunkach życia i pracy personelu opowia-
dają mu szczegółowo dwaj kierownicy działów w „Luwrze" i w „Bon Marchś" oraz ekspedientka z magazynu 
„Saint Joseph", panna Dulit, która kreśli niezwykle ciemny obraz losu sprzedawczyń w wielkich domach 
towarowych; bohaterka powieści, Denise Baudu, zawdzięcza jej pewne ze swoich rysów. Wieloletni wielbiciel 
talentu Zoli, młody architekt Frantz Jourdain, przesyła mu obszerny projekt konstrukcji magazynu, gdzie 
wyraźne śą tendencje estetyczne architektury fin-de-siecle'u.
- Pod koniec maja 1882 r. Zola dysponował już dostatecznie bogatym materiałem, aby przystąpić do pisania 
powieści. Ten etap trwał osiem miesięcy, osiem miesięcy samotności w Mśdanie, w ciągu których pisarz zmagał 
się nię tylko z trudnym tworzywem powieści, lecz także z nawracającymi jeszcze kryzysami przygnębienia i 
neurastenii; Systematyczny wysiłek i silna wola pozwoliły mu jednak opanować je do tego stopnia, że powieść 
może na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie pogodnej, chociaż wiele w niej elementów, które zdradzają 
wymuszony charakter jej programowego optymizmu.

Początkowo praca, choć idzie dosyć opornie, daje mu satysfakcję:
Pierwszy rozdział jest skończony — pisze 16 czerwca do G&arda — siedzę w drugim. Jeszcze jedna 

książka-wyczyn, która obrzydzi mi do reszty naszą skomplikowaną literaturę. Chwilowo jestem zadowolony. *

Ale już .6 lipca Edmund de Goncourt notuje w swoim Dzienniku:
Zola sprawia wrażenie zmęczonego [...] Zdradza objawy tego niespokojnego podniecenia, które jest 

szczególną cechą jego nerwowości; nie jest zadowolony z książki, którą pisze: „Za dużo w tym handlu płótnem i 
bawełną"... Z perspektywy, nim zaczął pisać, wyobrażał sobie, że to będzie o wiele bardziej interesujące.

Końcowe zdanie notatki zaś świadczy o intuicji autora, który wyczuł to, z czego sam Zola, być może, nie 

zdawał sobie jeszcze sprawy:

Wracając z Medanu dochodzę do wniosku, że małżeństwo może obyć się bez dzieci w mieszkaniu 

paryskim, ale nie na wsi. Natura domaga się małych.

50

Mimo momentów zniechęcenia praca posuwa się jednak systematycznie naprzód aż do początku paździer-

nika, kiedy nagła niedyspozycja Zoli — wynik przemęczenia — przerywa ją na parę tygodni:

Czuję się nieco lepiej — donosi 25 października Cśardowi. — [...] Ale nadal nie jestem zbyt silny. Sądzę, że 

otarłem się

0

coś bardzo groźnego, co tym razem mnie oszczędziło. *

1

w tydzień później, 2 listopada: „Nadal jestem rozklekotany, co odbija się na pracy. Co z tego, że 

kocham życie, znowu wpadam w pesymizm."** Ale już 15 listopada oświadcza pogodnie: „Wziąłem się z 
odwagą do pracy i zdrowie intelektualne dopisuje". ***

W tym czasie właśnie snuje utopijną idyllę końcowych rozdziałów, wyczuwając zresztą instynktem ra-

sowego powieśoiopisarza jej słabości, jak świadczy o tym uwaga w Dzienniku Goncourta, który 23 listopada 
pisze ze złośliwą satysfakcją: „Zola, mimo prote

background image

stów żony, oświadcza, że jego nowa powieść to kubły nudy."

21

W początkach marca 1883 r. Wszystko dla pań, drukowane najpierw w „Gil Blasie", ukazało się na półkach 

księgarskich.

Fabuła tego dalszego ciągu Kuchennych schodów, opowiadająca o dramatycznej walce magazynu „Wszy-

stko dla Pań" z drobnym handlem dzielnicy, pokazuje w ogromnym skrócie — akcja trwa od 1864 do 1869 r. — 
proces koncentracji kapitalistycznej oraz towarzyszące mu zjawiska pauperyzacji klasy średniej i wyzysku 
pracowników nowoczesnego handlu.

Po śmierci pani Hśdouin Mouret zostaje jedynym właścicielem magazynu i z większym jeszcze niż za życia 

żony rozmachem przystępuje do jego rozbudowy, rujnując wszystkich okolicznych kupców. Siostrzenica 
jednego z nich, Denise Baudu, przyjmuje posadę ekspedientki w magazynie Moureta. Młody wdowiec, kobie-
ciarz łatwo zdobywający serca niewieście, zwraca uwagę na tę niepozorną sprzedawczynię, pociągnięty jej 
oryginalną urodą i wdziękiem. Denise, od początku zafascynowana osobą tego „potwora", o którym tyle słyszała 
w domu wuja, nie godzi się jednak zostać jego kochanką, choć darzy go miłością, pełna podziwu dla jego energii 
i twórczego rozmachu. Jej opór, pierwszy, z jakim spotkał się w życiu, podnieca Moureta, którego pożądanie 
zmienia się powoli w miłość. Wreszcie, nie mogąc zdobyć Denise inaczej, proponuje jej małżeństwo. I powieść 
kończy się mieszczańskim happy endem: w dniu wielkiej wyprzedaży, kiedy Mouret po raz pierwszy osiąga 
milionowy utrag dzienny, Denise od- oddaje mu swoją rękę. Tej sielance miłosnej towarzyszy sielanka 
społeczna: Denise, która na własnej skórze odczuła okrucieństwo wyzysku, skłania Moureta do wprowadzenia 
licznych reform, przeobrażających stop
niowo przedsiębiorstwo w pewnego rodzaju falanster zorganizowany wedle wskazań Fouriera.

Bezsens świata i marność życia, absurdalność wysiłku i uniwersalna rozpacz, „nuda niezmiennie pustych 

dni" i kłamstwo wszelkich uciech — oto postawa, przeciwko której napisane zostało Wszystko dla pań. Jej 
reprezentant, Vallagnosc, zapowiadający już bohatera następnego tomu, Łazarza, niejeden rys zawdzięcza 
Cćardowi i Huysmansowi, a jego rozmowy z Mouretem są wiernym echem dyskusji, podczas których Zola 
przeciwstawiał pesymizmowi przyjaciół swoją miłość życia i wiarę w sens działania. W podobny sposób reaguje 
na wywody Vallagnosca Mouret, z którym Zola całkowicie się wtedy utożsamia. To twórca Rougon-
Macąuartów i obrońca naturalizmu charakteryzuje siebie samego słowami bohatera:
Jestem człowiekiem pełnym pasji, nie umiem brać życia na spokojnie [...] Masz jakąś ideę, walczysz o nią, 
wbijasz ją ludziom do głowy, patrzysz, jak rośnie i odnosi zwycięstwo. Oto, co mnie bawi.*
To również Zola, który ma jeszcze żywo w pamięci niedawne bolesne przeżycia, Zola, który szuka w pracy 
oszołomienia i ratunku przed pesymizmem, odpowiada Vallagnoscowi:

Godzinami najkrótszymi są te, kiedy umiera się z cierpienia... Jestem złamany, u kresu, i co z tego; nie 

wyobrażasz sobie, jak bardzo kocham życie [...] Działanie jest samo w sobie własną rekompensatą. Działać, 
tworzyć, walczyć z faktami, zwyciężać je lub być przez nie zwyciężonym, oto cała radość i zdrowie człowieka 
[—] Wolę oszałamiać się... jeżeli mam zdechnąć, wolę zdechnąć z pasji niż z nudów.**

background image

^Ale na tym tożsamość się nie kończy. Mouret, cynicz- |ny arry wista, brutalny zwycięzca, bez litości dla 

słabych, to już nie Zola. Jeżeli, szukając argumentów przeciwko pesymizmowi, pisarz zwraca się do 
darwinowskiej teorii walki o byt, to jego optymistyczne wywody brzmią chwilami dosyć fałszywie. Chce 
widzieć w niej jedną z odpowiedzi na

t

problem życia i śmierci: dobór natural- Iny, zwycięstwo lepiej 

przystosowanego ma być gwarancją postępu, a eliminacja słabszego — bolesną, ale konieczną ceną, którą trzeba 
płacić. Ta wola życia, zakładająca brutalne pożeranie słabszych, wymaga jednak pewnej korektury w postaci 
aktywnego współczucia. I tutaj wkracza nat widownię ideologiczną Denise, która przejmuje rolę autorskiego 
porte-parole i zapowiada bohaterkę następnej powieści, Paulinę. Widzi całe okru-

cieństwo walki i choć 

akceptuje prawo silniejszego, to jednak usiłuje skorygować je litością. Jej próby ratunku zawodzą w odniesieniu 
do tych, którzy wbrew logice faktów — wzruszający Don Kichoci przegranej sprawy — pragną uwiecznić 
przeszłość. Ale przynoszą owoce dla tych, którzy wiążą swój los z reprezentantem przyszłości, Mouretem. 
Reformy wprowadzone za jej sugestią, choć można by je sprowadzić do cynicznej za-, sady: wyzysk, aby być 
opłacalny, musi być inteligentny, przedstawiane są jako pierwszy krok w kierunku złagodzenia 
niesprawiedliwości społecznej i przygotowania ustroju opartego na zrzeszeniu wedle modelu Fouriera 
skrzyżowanego z Darwinem. Mimo tego programowego optymizmu jednak, ileż sugestywniejsze od sielankowej 
utopii, od owych „kubłów nudy'\ są obrazy ukazujące los pokonanych (choć w notatkach wstępnych Zola 
zapewniał sam siebie: „Nie będę nad nimi płakał") i los wyzyskiwanych pracowników, którzy muszą we 
wzajemnych stosunkach respektować prawo walki o byt będące prawem całego systemu.

Gdybyż jeszcze ta ofiara z wszelkiego prawdopodobieństwa na ostatnich stronach książki miała jako 

wytłumaczenie jakiś entuzjazm, wiarę w jakiś system społeczny, choćby nawet utopijny i oparty na iluzji, ale 
naprawdę rewolucyjny 1 Niestety 1 Konkluzja powieści to ukoronowanie handlu w jego najbardziej 
elementarnej, najbardziej płaskiej formie: Zyskul To stos złota na stole Moureta, to zwycięstwo nieprzeciętnie 
zręcznej taktyki przyciągania klientów, oddanej na usługi wściekłej, nienasyconej żądzy pieniądza; uczciwa, 
biedna dziewczyna staje się nagle żoną pryncypa- ła — nagroda za cnotę; jej piękna duszyczka, przejęta do-
broczynnością, dokończy dekoracji, pokrywając tynkiem paternalizmu triumfujący kapitalizm.

21

Ta zbyt upraszczająca pewne sprzeczności i problemy ocena Henryka Guillemin nie jest jednak całkowicie 

pozbawiona racji, a o tym, że tak właśnie, jako apoteozę kapitalizmu, można było pojmować Wszystko dla pań, 
świadczy entuzjastyczne przyjęcie powieści przez całą oficjalną krytykę.

Przyjemnie zaskoczona po okrucieństwach Nany i Kuchennych schodów, nadzwyczaj pozytywnie oceniła tę 

książkę, w której sielankowość fabuły i reformi- styczna utopijność łagodziły oskarżenie istniejącego systemu 
społecznego i ekonomicznego. Zachwycano się „przyzwoitością", „wzruszającą prawdziwością i prostotą 
rozwiązania", „uroczymi opisami". Krytycy prawicowi zgodni byli z radykałami, którzy tym razem dalecy od 
oburzenia wywołanego niegdyś przez UAssommoir, chwalili Zolę za to, że pokazał dziewczynę z ludu taką, jak 
być powinna — skromną, uczciwą, dzielną — oraz podnosili umoralniające zakończenie: cnota nagrodzona 
zasłużonym małżeństwem z pryncypałem. Yves Guyot wykrzykuje z zachwytem: „Excelsior! Nie mam żadnego 
zastrzeżenia co do Pańskiej ostatniej książki!" 

23

 Nieliczni tylko, a wśród nich przyszły wróg Zoli, antysemita 

Edward Drumont, dostrzegali „nę

background image

dzę i cierpienia kryjące się za tym hałaśliwym luksusem".

Najbardziej interesującą z ocen współczesnych jest analiza powieści przeprowadzona przez dwudziestolet-

niego Ludwika Desprez, ciekawie zapowiadającego się krytyka i powieściopisarza. W liście do Zoli krytykuje 
on najpierw postać Denise, „zbyt idealną, zbyt świetlaną", która „zdaje się być zrodzona raczej z logiki niż z 
obserwacji [...] Nie dostrzega się wyraźnie jej rysów [...] i pociąg fizyczny, który budzi w Mourecie, niezupełnie 
jest zrozumiały". Podziwia natomiast opisy magazynu i dramat ekonomiczny, „tę wspaniałą walkę finansową, 
bardziej morderczą niż pole bitwy". Przede wszystkim jednak dostrzega — jeden z nielicznych — 
powierzchowność optymizmu, pozornie przezwyciężającego pesymistyczną wizję życia.
Czy jest Pan pewien, że napisał Pan poemat życia? Tkwi w Panu i Mouret, i Vallagnosc [...] Wyczuwa się 
sztuczność tego podniecienia. W głębi kryje się smutek. Wypędzany pesymizm pojawia się na nowo i panoszy 
[...] Chciał Pan być optymistą w swojej ostatniej powieści, [...] a w gruncie rzeczy nie jest Pan ani wesoły, ani 
pokrzepiający.

24

Godna jest podziwu intuicja i przenikliwość tego młodego krytyka, który dostrzegł w powieści, ocenianej 

ogólnie jako niezwykle optymistyczna, głębokie jeszcze warstwy pesymizmu, i który w rok później, znowu 
wbrew powszechnej prawie opinii, dostrzeże pod zewnętrznym pesymizmem Radości życia rzeczywisty sens i 
istotę optymizmu autora.

Przez całe życie z równą siłą odczuwał Zola „ból życia" i „radość istnienia", jak wyrazi to w 1894 r. 

słowami bohatera swojego dramatu operowego, Łazarza. Z równą siłą narzucał mu się zawsze pesymistyczny
246
obraz rzeczywistości, w której -panuje chaos, rozpacz, bezsens cierpienia, oraz optymistyczna wizja świata, w 
którym twórczy wysiłek i płodność człowieka pokonują z każdym dniem siły rozkładu i śmierci.

25

 Przez cały 

cykl przepływa podwójny nurt: apoteoza sił życia i natury, wiecznie płodnych, oraz obsesja unicestwienia, 
świadomość nieuchronnej śmierci.

Około 1880 r., ze zbliżającą się czterdziestką, neurastenia pisarza, jego skłonność do hipochondrii, chorob-

liwych niepokojów, nagłego przechodzenia od entuzjazmu do depresji, na co zwrócili już uwagę bracia de 
Goncourt w 1868 r., znacznie się pogłębiły. Świadectwa ludzi stykających się wówczas z Zolą ukazują nam 
„człowieka nadmiernie nerwowego, który łatwo ulega wzruszeniom", blednie na widok cierpienia, boi się 
choroby i śmierci (Ceard); człowieka wiecznie niezadowolonego z siebie, dręczonego ciągłymi wątpliwościami, 
„nieuleczalnie smutnego", który wyobraża sobie, „że jest najnieszczęśliwszym z ludzi" i wpada w pesymizm, 
gdy tylko przerwie pracę (Alexis); człowieka, którego nazwisko wypełnia kolumny gazet, który zarabia 
mnóstwo pieniędzy, a mimo to nie jest ani wesoły, ani szczęśliwy, z którego twarzy nie schodzi „pogrzebowa 
mina" i którego nie opuszcza- obsesja śmierci (Goncourt); pisarza dręczonego obawą niemocy twórczej, który 
skarży się, że nie jest w stanie pracować równie wydajnie jak dawniej, który traci wiarę w życie i sens wysiłku 
(de Amicis).

Zola dzieli wówczas pesymistyczne przekonania Huysmansa i Ceard a, do którego pisze 8 maja 1880 r., 

nazajutrz po śmierci Flauberta:
Lepiej byłoby, żebyśmy wszyscy odeszli. Szybciej by się skończyło. Stanowczo nie ma nic poza smutkiem i dla 
niczego nie warto żyć.
247

background image

18 września zwierza się obu przyjaciołom z pomysłu, który nurtuje go od pewnego czasu.
Chciałby napisać powieść, w której ucieleśniłby ideę bólu i niebytu. Nie wie jeszcze dokładnie, jak to 

zrobić, nie chciałby, aby była nudna, a jednocześnie będzie prawie bez akcji. Nie wierzy w możliwość 
kontynuowania systemu Szkoli/ uczuć [.„] Jest pełen wątpliwości, niepewny, i stale wraca do twojej idei 
niebytu.

M

Do października 1880 r. Zola opracował trzy zarysy szkicu tej powieści, zamierzonej jako „dramat bólu i 

dobroci". Jej bohaterką z rodu Macąuartów ma być Paulina Quenu, córka Lizy z trzeciego tomu, a centralną 
postacią młody człowiek owładnięty „paraliżującym wszystko strachem przed śmiercią". Ideę bólu obrazować 
miało nagromadzenie wszelkiego rodzaju cierpień fizycznych i moralnych. 17 października, po dziesięciu dniach 
agonii, zmarła na serce matka pisarza, którą podczas choroby pielęgnowała jego żona z poświęceniem tym 
bardziej godnym podziwu, że umierająca znienawidziła synową i przy każdym podawanym lekarstwie oskarżała 
ją o trucicielskie zamiary. Wspomnienie tych dni było dla Zoii torturą; jednocześnie szczytowy punkt osiągnęła 
dręcząca go od wielu miesięcy obsesja śmierci, obsesja, która opanowała również żonę. W czwartym zarysie 
szkicu, sporządzonym w ostatnich miesiącach 1880 r„ pojawił się nowy epizod, który pogłębił znacznie 
autobiograficzny charakter utworu: choroba i śmierć matki bohatera. O ile jednak Zola zdołał doprowadzić do 
końca pierwszy szkic powieści, zwany później „starym planem", o tyle zabrakło mu odwagi do dalszej pracy. 
Odłożył akta powieści, aby otworzyć je ponownie dopiero po upływie trzech lat.

27

Lata 1881—1883 były krytycznym okresem w dzie

jach szkoły naturalistycznej i ewolucji ideologicznej jej przedstawicieli. Ujawniła się wtedy w całej pełni 
rozbieżność między naturalizmem Zoli — teorią
0 szerokich aspiracjach społecznych, głoszącą poznawczą funkcję sztuki i wiarę w działanie człowieka zdolne 
przeobrazić rzeczywistość — a tym, co przejęli z jego doktryny pisarze skupieni wokół niego w latach kampanii 
1876—1881. „Nowy pesymizm", oparty na ówczesnej recepcji Schopenhauera we Francji, zawierał pewne 
elementy zgodne z ideami tego właśnie ciasnego naturalizmu, który znajdował wyraz w twórczości Cearda
1 Huysmanasa, Hennique'a i Roda z początku lat osiemdziesiątych. „Psychologiczny teoremat Schopenhauera: 
Ludzkość jest jedną wielką chorobą, a każda jednostka jej patologicznym przejawem"

28

 stanowił ich zdaniem 

filozoficzną podstawę naturalizmu w literaturze. Bezsens istnienia, mizantropia podkreślająca małostkowość i 
śmieszność aspiracji ludzkich, absurdalność wszelkiego działania, nieuniknioność cierpienia, oszustwo miłości, 
człowiek-igraszka instynktu — oto, co znajdowali oni w tej adaptacji Schopenhauera, sprowadzającej wielkie 
metafizyczne spekulacje niemieckiego filozofa do jakiejś ogólnej wizji, w której dostrzegali pokrewieństwo z 
własnymi tezami. Młode pokolenie intelektualistów, rozczarowane ponadto do nauki, która tyle obiecywała, a 
tak niewiele dotrzymała, wyrzucało ją za burtę, negowało sens działania, możliwość postępu, głosząc rozkosze 
nirwany, absolutną bierność, obojętność moralną i społeczną.

Ta teoria kapitulacji zawierała zbyt wiele elementów wypływających w prostej linii z tego, co zawsze zwal-

czał tkwiący w Zoli pozytywista, entuzjasta nauki i wyznawca religii postępu, aby nie podjął dyskusji z jej 
tezami. Pierwszy raz zrobił to w powieści Wszystko dla pań, ale zdawał sobie sprawę, że ten „poemat

background image

nowoczesnej aktywności" nie dawał zadowalającej odpowiedzi na zagadnienie cierpienia i Szczęścia, znajdujące 
się w centrum problematyki „iłowego pesymizmu", w którym widział współczesną odmianę starego 
romantyzmu i jego „choroby wieku". Toteż, otwierając w 1883 r. akta zaczętej przed trzema laty powieści, po-
stanawia udzielić w niej pełniejszej repliki „nowemu pesymizmowi" i jego koncepcji życia. W ten sposób utwór, 
pomyślany pierwotnie jako powieść czysto psychologiczna, staje się „powieścią z tezą", jego postaci — 
argumentami w światopoglądowej rozprawie, a fabuła — pretekstem do przedstawienia tez filozoficznych, 
których są one nosicielami.

Po śmierci rodziców dziewięcioletnia Paulina Quenu; spadkobierczyni znacznego majątku, zostaje oddana 

pod opiekę krewnych ojca, małżonków Chanteau, zamieszkałych na wybrzeżu normandzkim. Ich syn, Łazarz, 
starszy od niej o dziesięć lat, jest oczkiem w głowie matki, która wiąże z nim nadzieje na podniesienie bardzo 
skromnej sytuacji materialnej rcdziny. Między Pauliną a kuzynem nawiązuje się przyjaźń, która z biegiem czasu 
przeradza się w miłość. Ciotka patrzy na to przychylnym okiem i snuje projekty małżeństwa. Gdy jednak spadek 
Pauliny, która finansuje katastrofalne przedsięwzięcia przemysłowe młodego człowieka, zostaje poważnie 
nadszarpnięty, a na horyzoncie pojawia się Luiza, partia znacznie korzystniejsza, pani Chanteau robi wszystko, 
aby udaremnić planowane początkowo małżeństwo. Jej dotychczasowa sympatia do wychowanki zmienia się 
pod wpływem wyrzutów sumienia w nienawiść tak silną, że podczas swej ostatniej choroby oskarża pielęgnującą 
ją dziewczynę o truciciel- skie zamiary. Po śmierci ciotki Paulina, widząc opłakany stan psychiczny Łazarza, 
sama doprowadza do jego małżeństwa z Luizą, w nadziei, że da mu ono
szczęście. Nadzieje zawodzą, Łazarz i Luiza stanowią całkowicie niedobraną parę, a ich współżycie jest jednym 
ciągiem kłótni, żalów i kwasów. Gdy po bardzo ciężkim i skomplikowanym porodzie Luiza wydaje na świat 
uduszone niemal dziecko, jego prawdziwą matką, która przywraca je życiu i wychowuje, staje się Paulina. 
Powieść kończy się samobójstwem starej służącej, Weroniki, która wiesza się bez żadnego innego zdawałoby się 
powodu jak ten, że przepłaciła kupione na obiad kaczki. Na wiadomość o tym zdarzeniu wuj Chanteau, od lat 
cierpiący tortury podagry, „żałosny strzęp człowieka, którego życie było już tylko jednym jękiem bólu", 
wykrzykuje z oburzeniem: „Co za głupota zabijać się!"

Notatki wstępne z 1883 r. dowodzą, że Zola chciał wyznawcom „uniwersalnej rozpaczy" przeciwstawić 

Tadość istnienia pomimo i wśród cierpień. Jednakże w miarę postępowania pracy szala przechyla się znowu na 
stronę katastrof i okropności. I bohaterce, która ma tę radość wyrażać, autor nie ułatwia bynajmniej zadania. 
Otacza ją takim tłumem cierpiących, zrezygnowanych lub zrozpaczonych, osadza wśród tylu nieszczęść, 
podłości i porażek, zmusza do takich wyrzeczeń i samozaparcia, że to uosobienie bezinteresownej radości życia 
graniczy w sposób bardzo dla powieści niebezpieczny ze świętością.

Z pierwotnego szkicu przeszły do ostatecznej wersji wszystkie obrazy cierpień człowieka we wrogim mu 

wszechświecie: nieprzyjazna natura kpi z jego wysiłków, morze pochłania po kawałku uczepioną u stóp skały 
nadbrzeżnej wioskę rybacką, której mieszkańcy żyją w nędzy rodzącej wszelkiego rodzaju występki; w 
mieszczańskim domu, oszczędzonym przez morze i nędzę, stary Chanteau, chory na podagrę, wyje z bólu i 
obojętny na wszystko, co go otacza, chce żyć; pani

background image

Chainteau krzywdzi Paulinę, za co sama cierpi, gnębiona wyrzutami sumienia i nienawiścią, i w końcu umiera w 
potwornych mękach; depresje psychiczne przekształcają w „powolną, codzienną śmierć" istnienie Łazarza, który 
łamie życie Paulinie i unieszczęśliwia Luizę: ich małżeństwo jest piekłem zgorzkniałej nudy, kłótni i strachu 
przed śmiercią; Luiza rodzi w przeraźliwych bólach; Weronika wiesza się u kresu jakiegoś długiego cierpienia, 
którego nikt nie odgadł; nawet stary, wierny pies cierpi i w końcu umiera równie nieszczęśliwy jak ludzie.

Dwie różne postawy wobec takiej rzeczywistości ucieleśniają Łazarz, czyli „nowy pesymizm", i Paulina, 

czyli „radość życia", dwie postaci, między które Zola rozdzielił swoją własną osobowość i swój stosunek do 
życia.

Łazarz jest najpierw młodzieńcem pełnym marzeń i projektów; entuzjazmuje się nauką, wierzy, że rychło 

wyzwoli ona ludzkość od cierpień; chce być kolejno wielkim muzykiem, wielkim lekarzem, chemikiem, bu-
downiczym, przemysłowcem, politykiem; niczego jednak nie doprowadza do końca; jego młodzieńczy 
entuzjazm kryje w sobie chorobliwy brak stałości, zarodek przyszłych niepokojów i obsesji, neurozy, której 
dominującą cechą jest strach przed śmiercią, ukrywany jak wstydliwa choroba, narastający z wiekiem i parali-
żujący wszelkie poczynania: po co, skoro i tak trzeba umrzeć! Ten portret Łazarza, naszkicowany już w starym 
planie, stanowi swego rodzaju autoportret, niezwykle surowy w ocenie, karykaturalnie wyolbrzymiający to 
wszystko, co Zola uważa u siebie za zgubne i co chce zwalczyć. W 1883 r. zachodzi istotna modyfikacja: Łazarz 
przestaje być jednostkowym przypadkiem psychologicznym, a staje się typem, dekadentem legitymującym się 
filozofią Schopenhauera (zdaniem Zoli
„źle przetrawioną"), „nowym Wertherem", reprezentantem całego pokolenia „dzisiejszych młodych ludzi, którzy 
ugryźli tróchę nauki i rozchorowali się od tego, bo nie znaleźli w niej zaspokojenia swoich starych idei 
absolutu", bo chcieli odkryć od razu całą prawdę, i którzy, zawiedzeni, negują jej wartość, wracają do religii, a 
gdy i w niej nie znajdują szukanej pociechy, wpadają w pesymizm. Łazarz Staje się symbolem filozoficznym, a 
wszystkie przejawy jego neurozy przedstawiane są jako symptomy „nowego pesymizmu", nowej „choroby 
wieku".

Paulina to następne po Denise Baudu ucieleśnienie proponowanej przez Zolę akceptacji życia mimo 

wszystko. Wychowana w „szkole prawdy", wyrasta na Uczciwą, zdrową fizycznie i psychicznie dziewczynę, 
pogodną, dzielną i dobrą, która wszystkim stara się pomagać i przynosić ulgę w cierpieniu: Łazarzowi, 
schorowanemu Chanteau, nędzarzom z wioski, dziecku Luizy. Kocha „wszystko, co żyje i cierpi", wypełnia 
obowiązek aktywnej miłości bliźniego, nawet kosztem ofiary z samej siebie, i osiąga w ten sposób jedyne 
szczęście dostępne człowiekowi: świadomość, że choć trochę przyczynia się do zmniejszenia sumy cierpień w 
życiu, które samo w sobie jest najwyższym dobrem. W postaci Pauliny dochodzą na nowo do głosu nauki 
wyniesione przez autora z młodzieńczej lektury dzieł Micheleta.

To nie tylko powieść — pisał do Zoli 19 lutego 1884 r. Desprez — to prawdziwy traktat praktycznej 

filozofii, owoc długiego doświadczenia ludzkiego, życie rozpatrywane nie z głębin katolicyzmu, które 
znajdujemy we wszystkich dziełach spirytualistycznych, ale oglądane z pogodnym stoi- cyzmem nauki. I 
wszystko streszcza się w tych dwóch tak prostych formułach: Radość życia tkwi w działaniu. Szczęście nie 
zależy ani od ludzi, ani od rzeczy, ale od rozumnego przystosowania się do rzeczy i do ludzi [...] Gdy czytałem

background image

Ikl
/
w „Gil Blasie" na chybił trafił parę stron, sądziłem, że tytuł będzie w sprzeczności z ogólnym wrażeniem 
książki. Otóż nie: chociaż przez cały czas jest mowa o chorobach, o nędzy fizycznej i moralnej, jest w tym jakiś 
szeroki oddech zdrowia, który wymiata wszystko, tak jak wiatr morski rozpędza mgły.

29

Sąd Despreza był raczej odosobniony. Powieść drukowana najpierw w „Gil Blasie" (od 29 listopada 1883 r. 

do 3 lutego 1884 r.), ukazała się w lutym 1884 r., powitana przez większość krytyków nie jako protest przeciwko 
pesymizmowi, ale jako jeden więcej jego przejaw w literaturze. Tytuł interpretowano na ogół jako wyraz 
gorzkiej ironii, co nie leżało w intencjach autora, jak o tym świadczą, wbrew jego późniejszym oświadczeniom z 
1889 r.

30

, notatki wstępne. Znamienny jest fakt, że z dziewięciu projektowanych tytułów, będących cytatami z 

francuskiego przekładu Schopenhauera, wybrał jedyny, który nie miał wymowy pesymistycznej, odrzucając 
pozostałe: Padół łez, Nadzieja niebytu, Stary cynik, Posępna śmierć, Udręka istnienia, Nędza świata, Święty 
wypoczynek w niebycie, Smutny świat. Optymistyczną interpretację książki i jej zakończenia daje też recenzja 
Alexisa, która wyraża pogląd uzgodniony z samym Zolą i może być dzięki temu uznana za interpretację 
autorską:

W książkach tego wielkiego konstruktora, komponowanych jak symfonie, z zadziwiającą symetrią i 

umiejętnością, wszystko zmierza do końcowego efektu, i końcowe słowo streszcza przeważnie całość, po raz 
ostatni wbijając w umysły ideę przewodnią utworu [...] Otóż, okrzyk Chanteau jest kluczem do zrozumienia 
książki Powieściopisarz chciał wykazać, że mimo opłakanej szarzyzny, mimo ciągłych porażek, życie samo w 
sobie jest rzeczą dobrą, jedyną naprawdę dobrą rzeczą, jaka istnieje. I Radość życia jest faktyczną refutacją i 
potępieniem pesymizmu oraz jego wyjaławiających maksym.

31

254

Powieść pogłębiła szczelinę zarysowującą się od pewnego czasu między Zolą a tymi z jego dotychcza-

sowych towarzyszy walki, których naturalizm prowadził w kierunku pesymizmu i którzy dopatrywali się w 
Łazarzu swojej własnej karykatury. Zarzucali oni Zoli fałszywą interpretację schopenhaueryzmu. • Od-
powiedział na ten zarzut w liście do Roda, 16 marca 1884 r.;

Nigdy w życiu nie zamierzałem zrobić z Łazarza metafizyka, doskonałego ucznia Schopenhauera, bo ten 

gatunek we Francji nie istnieje. Przeciwnie, mówię, że Łazarz „źle przetrawił" doktrynę, że jest wytworem tych 
idei pesymistycznych, które są w obiegu u nas. Wziąłem typ najpospolitszy. ;

Ale właśnie potępiając w osobie Łazarza ten „najpospolitszy typ" i skazując go na klęskę, Zola rzucał 

wyzwanie tym wszystkim, dla których — jak słusznie przewidywał — „nowy pesymizm" był pierwszym 
krokiem do zerwania z naturalizmem i odejścia w kierunku jakiejś nowej formy idealizmu.

Pojął to dobrze Huysmans, który zresztą szczerze podziwiał Radość życia. W liście z marca 1884 r., wy-

czuwając bliskie już rozstanie ideologiczne z Zolą, pisze do niego z pewną jakby melancholią:

Wiem, że nie wierzy Pan w pesymizm [...], ale dzisiaj, gdy ludzie inteligentni nie są w stanie uwierzyć w 

katolicyzm, idee te są z pewnością najbardziej pocieszające, logiczne i oczywiste ze wszystkich. W gruncie 
rzeczy, jeżeli nie jest się pesymistą, nie pozostaje nic innego, jak być chrześcijaninem lub anarchistą.

32

Z pesymizmu, który był tylko etapem, rozchodziły się dwie różne drogi. Huysmans wybrał tę, która do-

prowadziła go w końcu do religii; Zola ■— przeciwną, na której, jak napisze w 1886 r., „natknął się na socja-
255

background image

lizm". * I ta właśnie dalsza ewolucja, rzucając dodatkowe światło na podtekst Radości życia trudno dostrzegalny 
dla współczesnych, pozwoliła dziesiejszym badaczom Zoli przywrócić tytułowi powieści jej dosłowne 
znaczenie.

Po klęsce Mac-Mahona, którego majowy zamach stanu został w 1877 r. udaremniony połączonym wysił-

kiem republikanów i socjalistów, a zwłaszcza po jego rezygnacji ze stanowiska prezydenta w styczniu 1879 r. i 
ostatecznym ugruntowaniu republiki we Francji, antagonizm między proletariatem a burżuazją, maskowany 
dotąd wspólną walką w obronie ustroju republikańskiego, zaczyna występować w czystej postaci, przenosząc się 
z terenu ekonomicznego również i na teren polityczny. Dobiega końca flirt republikanów z ludem, któremu nie 
wystarczają już wyborcze frazesy Gam- betty, i który wysuwa własne żądania, godzące w podstawy 
reprezentowanego przez nich porządku. Jednocześnie stopniowa liberalizacja ustawodawstwa i rozszerzanie 
swobód demokratycznych sprzyjają odrodzeniu ruchu robotniczego, sparaliżowanego po upadku Komuny. W 
listopadzie 1880 r., parę miesięcy po uchwaleniu amnestii dla komunardów, ukonstytuowana zostaje na 
kongresie w Le Havre partia socjalistyczna, która przyjmuje kolektywistyczny program minimum, opracowany 
przez Julesa Guesde'a z pomocą Marksa i Engelsa. Od początku jednak ujawniają się w niej rozbieżności. 
Najpoważniejszą z nich, która już w 1882 r. miała doprowadzić do rozłamu, jest konflikt między grupą 
Guesde'a, kolektywistami przyjmującymi naukowy socjalizm Marksa, a zwolennikami Brousse'a, tak
zwanymi „posybilistami", wyznawcami ewolucjomzmu, wierzącymi, że sama tylko parlamentarna walka o re-
formy wystarczy, aby doprowadzić do przeobrażenia porządku społecznego. Nabiera też nowej ostrości konflikt 
między socjalistami a anarchistami, którzy uważają udział w politycznym życiu republiki burżuazyjnej za zdradę 
rewolucji, potępiają „religię biuletynu wyborczego", a za najskuteczniejszą formę walki poczytują „akty gwałtu 
budzące świadomość mas".

Wszystkie te spory i kontrowersje, łącznie z mnożącymi się zamachami anarchistycznymi oraz aktywizacją 

ruchu strajkowego, wywołują niepokój mieszczańskiej opinii publicznej, która zaczyna widzieć w socjalizmie 
jedno z najdonioślejszych zjawisk współczesności. W roku akademickim 1882/83 Paweł Leroy-Beaulieu, 
ekonomista burżuazyjny i członek Akademii, poświęca mu w College de France cykl wykładów, opublikowa-
nych następnego roku w książce Kolektywizm. Krytyczna analiza nowego socjalizmu.
Od ćwierćwiecza [...] — oświadcza we wstępie — socjalizm romantyczny ustąpił miejsca socjalizmowi rzekomo 
naukowemu, który nadał sobie dziwaczne miano kolektywizmu. Dotychczas we Francji nie zajmowano się 
poważnie tym nowym przeciwnikiem. A ma on u nas licznych adeptów, którym nie brak ani inteligencji, ani 
gorliwości i zapału (...] Wielu ludzi [...] wyobrażało sobie ostatnimi czasy, że socjalizm umarł bądź to jako 
doktryna, bądź to jako partia polityczna. Nigdy nie podzielaliśmy tego złudzenia. A w naszym pierwszym dziele 
z 1868 r. [...] wyrażaliśmy pogląd, że socjalizm jest bardziej żywotny niż kiedykolwiek przedtem i stale odtąd 
twierdziliśmy, że robi on w umysłach coraz większe postępy."

Tak więc w dziesięć zaledwie lat po stłumieniu Komuny, kiedy to Thiers i Taine oświadczali z triumfem, że 

socjalizm został co najmniej na półwiecze pogrze

background image

bany pod murem cmentarza Pere-Lachaise, „czerwone. widmo" zmartwychwstaje, jeszcze groźniejsze. Anar-
chistyczny terroryzm, socjalizm, ruch strajkowy, syn- dykalizm, określane wspólnym mianem „anarchii", tworzą 
w umysłach wielu ideologów mieszczańskich przedziwną gmatwaninę, gdzie fantastyczne wyobrażenia o walce 
klas przybierają postać nowej Apokalipsy, , przerażającej katastrofy, która będzie kresem starego świata, 
pochłoniętego przez zalew „barbarzyńców".' i Anarchista-zamachowiec, którego Taine w prostej niemal linii 
wywodzi od Jakobina, i strajkujący robotnik, zwiastunowie nadciągającej katastrofy, widziani przez pryzmat 
wspomnień Komuny, straszą na łamach konserwatywnych czasopism. Liczne utwory noszą ślady tego 
zbiorowego niepokoju i dezorientacji. „Nasze stulecie starzeje się smutnie, przed jaką tragedią społeczną? Kto 
zdoła na to odpowiedzić?" 

34

 — pyta Paweł Bourget, wyrażając niepokoje pokolenia, nad którego młodością 

zaciążyła wojna i Komuna, którego umysło- wość dojrzewała w epoce „porządku moralnego", które 
rozczarowało się do republiki i straciło wiarę w naukę. Jedni poddają się pesymizmowi i z rezygnacją oczekują 
nieuchronnej katastrofy. Inni, liczniejsi, usiłują jej zapobiec i zwracają się do religii i Kościoła, jako siły zdolnej 
ocalić stary świat. Jeszcze inni szukają nowej wiary w anarchizmie, w którym widzą szlachetny bunt jednostki 
przeciwko społeczeństwu i jego niesprawiedliwościom.

Również i Zola nie jest wojny od niepokoju, który dręczy jego współczesnych. Siedząc od lat narastający 

konflikt społeczny, zdaje sobie sprawę z jego rozmiarów i powagi. Nie wpada jednak w rozpacz ani w panikę, bo 
chociaż zawiódł się na republice, nie stracił zaufania do nauki i równie silnie jak dawniej wierzy, że pozwoli ona 
w końcu rozwiązać kwestię społeczną
i stworzyć „nowy porządek oparty na naturalnych prawdach". Nie opłakuje starego świata, gdyż jak zawsze 
opowiada się za przyszłością przeciwko przeszłości:

Nie rria powodu wierzyć "w końcowe zło; przeciwnie, suma wysiłków była zawsze w historii jednym 

więcej krokiem naprzód, mimo błędów popełnianych po drodze. Idźmy więc naprzód, pokładajmy ufność w 
przyszłości. Mimo wszystko jutro będzie miało rację.*

Nie pragnie też ratować istniejącego porządku, chce tylko, aby ustąpił nowemu bez konieczności rewolucji 

której wizja przeraża go zarówno w wydaniu anarchistów, jak i socjalistów- Akceptuje natomiast w pełni proces 
demokratyzacji, widząc w nim, jak dawniej, istotną cechę epoki:

Całe nasze stulecie zawiera się w tej ewolucji społecznej. Demokracja odradza naszą politykę, literaturę, 

obyczaje, idee [...] I ktokolwiek chciałby powstrzymać ten ruch, zostanie pokonany [...] To, co wszyscy słyszą, 
to pomruk demokracji, której fala nieprzerwanie wzbiera. Jest ona przyszłością. Trzeba ją zatem akceptować, 
trzeba w nią wierzyć [...] A przed wszystkim nie należy obawiać się jej nadejścia.**

Odcina się pod tym względem nie tylko od swoich „wielkich poprzedników", którym demokracja wydaje 

się „wrogiem literatury", panowaniem barbarzyńców pragnących sprowadzić wszystkie inteligencje „do po-
ziomu powszechnej miernoty"; odcina się też od swoich rówieśników, „dandysów literatury", którzy „ze scep-
tycyzmem i pogardą odnoszą się do ruchu demokratycznego", chcą „trzymać się na uboczu", „gardzą tłumem", 
„pragną pisać dla jednego tylko czytelnika, jakiegoś

background image

wybitnego kolegi, gdyż, jak twierdzą, nie obchodzi ich opinia reszty świata". I formułuje swój własny ideał li-
teratury nowych czasów:

Prawdziwa demokracja w literaturze to mówić o wszystkich i mówić do wszystkich, dawać prawo 

obywatelstwa w literaturze wszystkim klasom i zwracać się w ten sposób do wszystkich obywateli. Jeżeli nasza 
publiczność rośnie, naszą sprawą jest mleć głos dostatecznie silny, aby docierał do wszystkich krańców kraju.*

Najświetniejszą realizacją tego ideału jest Germinal, pierwsza nowoczesna powieść proletariacka, drugie po 

UAssommoir arcydzieło Zoli.

Plan cyklu przedstawiony w 1869 r. wydawcy La- croix zawierał projekt jednej tylko powieści robotniczej. 

Pomysł następnej narodził się później, pod bezpośrednim wpływem wydarzeń 1871 r. Najwcześniejszą 
wzmiankę o niej znajdujemy około 1872—1873 r.

Druga powieść robotnicza. Szczególnie polityczna. Robotnik jako rewolucyjne narzędzie powstań, Komuny. 

Fotografia powstańca zabitego w 48 roku. — Doprowadza do maja 71 r. ••

W miarę jednak jak oddalają się wspomnienia Komuny, a walka proletariatu przybiera inne formy, ten 

pierwotny projekt ulega zasadniczym modyfikacjom. Nowa koncepcja utworu precyzuje się w okresie, kiedy 
Zola zaczyna „zdawać sobie sprawę z rozległego ruchu socjalistycznego w tak groźny sposób nurtującego starą 
Europę". ••• W wypowiedziach z lat 1880—1883 nie ma już mowy o Komunie, a powstaniec ustępuje miejsca
uczestnikowi zebrań publicznych i bywalcowi klubów robotniczych; powieść ma przedstawiać „aspiracje i uto-
pie proletariatu", stanowić obraz politycznej działalności robotnika paryskiego, uzupełniający obyczajowe 
studium UAssommoir. Ale i ten projekt ulega zmianie w połowie roku 1883:

Ramy strajku — wspomina Zola w 1889 r. — narzuciły ml się w sposób naturalny jako jedyne dramatyczne, 

jedyne zdolne nadać faktom niezbędńą wyrazistość. *

Istotnie, strajk stał się znowu najbardziej typową i najbardziej dramatyczną niewątpliwie formą walk 

robotniczych, w której z całą ostrością ujawnia się zasadniczy konflikt epoki, antagonizm między kapitałem a 
pracą.

Wybór środowiska górniczego wydaje się, zważywszy moment dojrzewania projektu, decyzją równie na-

turalną. W początkach lat osiemdziesiątych górnicy, którzy należeli do najgorzej płatnej i najciężej pracującej 
grupy ludności robotniczej, rozwijali szczególną aktywność. Walcząc o poprawę warunków pracy i bytu, nie 
zaniedbywali żadnych środków, aby zainteresować swoim losem opinię publiczną. fW 1882 r. Michel Rondet, 
uczestnik licznych strajków, jeden z pierwszych organizatorów górniczych związków zawodowych, przyjechał 
do Paryża, aby w Pałacu Burbońskim przedstawić deputowanym roszczenia swoich towarzyszy. W tym samym 
roku na wielkim wiecu górników w Saint-Etienne obecni byli wszyscy republikańscy deputowani górniczych 
okręgów wyborczych. A w rok później w tymże Saint-Etienne odbył się pierwszy Ogólnokrajowy Kongres 
Górników Francji, który znalazł głośny oddźwięk w całej prasie. W tej sytuacji

background image

środowisko górnicze budzi zainteresowanie nie tylko polityków i dziennikarzy, lecz także pisarzy i artystów, 
których świat kopalni pociąga swoją posępną egzotyką. Toteż na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdzie-
siątych ukazuje się szereg publikacji, wśród nich kilka powieści i nowel

35

, poświęconych w całości lub częścio-

wo życiu, pracy i walce górników. Wszystko razem zdaje się składać na to, aby w projektowanej powieści Zoli 
rozpolitykowany robotnik paryski ustąpił miejsca strajkującemu górnikowi. Ostatnim bodźcem były zapewne 
rozmowy z poznanym latem 1883 Alfredem Giardem, republikańskim deputowanym z okręgu wyborczego 
Valenciennes, do którego należała też gmina Anzin, widownia częstych strajków górniczych. W połowie 
stycznia 1884 Edmund de Goncourt notuje:

[Zola] najchętniej napisałby coś o strajku w jakimś okręgu górniczym, utwór, który zaczynałby się 

zamordowaniem jakiegoś przedstawiciela burżuazji na pierwszej stronie. Potem wyrok..., ludzie skazani na 
śmierć, inni na więzienie... I wprowadzona do rozprawy sądowej poważna i głęboka analiza kwestii społecznej.

36

I już w kilka dni później Zola przystępuje do pracy nad nową powieścią, „jedną z tych książek, które pisze 

się dla samego siebie, z nakazu własnego sumienia."* Zaczyna od ustalenia podstawowej problematyki ideo-
logicznej:

Powieść jest buntem najemników, ciosem zadanym społeczeństwu, które przez chwilę trzeszczy: krótko 

mówiąc, walką kapitału i pracy. Na tym polega znaczenie książki, chcę, żeby przepowiadała przyszłość, stawiała 
najważniejszy problem dwudziestego wieku.**

Następnie przechodzi do zagadnień formalnych: jak w sposób najbardziej oszczędny przedstawić tę rozległą 

i zawiłą problematykę. I od razu uświadamia sobie konieczność posłużenia się w tym celu symbolem 
pozwalającym na zasadzie skrótu artystycznego wyrazić skomplikowany mechanizm nowoczesnego kapi-
talizmu:
Aby więc przedstawić tę walkę, która jest moim węzłem, muszę pokazać z jednej strony pracę górników w 
kopalni, a z drugiej kapitał [...], spółkę akcyjną, akcjonariuszy, świat wielkiego przemysłu, kopalnię zarządzaną 
przez płatnego dyrektora [...], mającego za sobą bezczynnego akcjonariusza, prawdziwy kapitał [...] Miałbym 
więc z jednej strony robotników, z drugiej zaś dyrekcję, a w tle akcjonariuszy, zarządy itd. (cały mechanizm do 
zanalizowania). Sądzę jednak, że wspomniawszy dyskretnie o tym mechanizmie, pozostawię na uboczu 
akcjonariuszy, komitety itp., robiąc z nich coś w rodzaju odległego tabernakulum, boga żyjącego w ukryciu i 
pożerającego robotników: efekt będzie większy i nie będę musiał obciążać książki mało interesującymi szczegó-
łami administracyjnymi. Wystarczy pokazać decyzję, która powoduje strajk, i wspomnieć o następnych, które 
mogą okazać się konieczne: „Zarząd zadecydował, — zarząd domaga się...", tak jakby przemawiała wyrocznia, 
jakaś nieznana i straszna siła, która niczym drapieżca unosi się nad światem górników i miażdży ich! *

Przy całej sympatii pisarza dla proletariatu widoczna jest od samego początku jednoczesna troska o 

obiektywizm w przedstawieniu burżuazji, wynikająca z przeświadczenia, że winni są nie poszczególni 
kapitaliści, ale system. Walka, mordercza dla obu stron, jest nieuchronnym wynikiem prawidłowości 
kapitalizmu, który sam sobie szkodzi doprowadzając do strajków. Chcąc unaocznić jego straty w sposób

background image

sugestywny, Zola postanawia obok potężnej spółki akcyjnej, reprezentującej wielki anonimowy kapitał, pokazać 
również drobnego kapitalistę, właściciela małej kopalni, którego strajk ostatecznie rujnuje, i zobrazować w ten 
sposób krach liberalizmu ekonomicznego, proces koncentracji kapitału eliminujący słabszych konkurentów.

Doszedłszy do końca wstępnych rozważań pisarz szkicuje w ogólnym zarysie przebieg akcji, którą już teraz 

widzi w postaci scen.

Scćna w kopalni, scena w domu robotniczym. Scena u dyrektora, scena u właściciela. Strajk wybucha w 

wielkiej kopalni, scena. Strach właściciela, aby strajk nie objął i jego kopalni, nowa scena w kopalni, szczegóły 
dotyczące pracy. Strajk wybucha i tam. Nowa scena u właściciela, nowa scena u robotnika. Wzajemny upór, kto 
kogo przetrzyma. Represje, sprowadzenie wojska, bitwa. Klęska robotników, praca podjęta w obu kopalniach, z 
których wielka wchłania małą, groźby na przyszłość. *

Powstaje w ten sposób „zasadniczy szkielet" dzieła, i pisarz przechodzi do następnego etapu: konstruowania 

intrygi i tworzenia postaci. W tym też mniej więcej czasie ustala ostateczny tytuł powieści. Początkowo myślał o 
innych: Czwarty stan, Likwidacja, Legion, Podziemny ogień, Paląca ziemia, Czerwone żniwa, Trzeszczący dom, 
Szczelina, Nadciągająca burza, Kiełkujące ziarno, Kiełkująca krew itp. Żaden z nich nie zadowalał go jednak:

Szukałem tytułu, który wyrażałby rośnięcie nowych ludzi, wysiłek robotników, nieświadomy nawet, aby 

wyzwolić się z ciemności — wspomina w 1889, odtwarzając genezę powieści. — [„.] I pewnego dnia słowo 
„germinal" przypadkiem przyszło mi na usta. Nie chciałem go zrazu, uważając

je za nazbyt mistyczne, zbyt symboliczne, ale wyrażało to właśnie, czego szukałem [...] Stało się dla mnie jakby 
snopem światła, wyjaśniającym całe dzieło. *

W notatkach Zoli z Wielkiej Encyklopedii Larous- se'a czytamy:
Germinal, siódmy miesiąc zaczynający się 21 lub 22 marca i kończący 18 lub 19 kwietnia. Dzień 12 

germinala roku III (1 kwietnia 1795): wygłodniały lud oblega Konwent, krzycząc: „Chleba i konstytucji 93 
roku!..." Gwardia narodowa odpiera atak. W trzy tygodnie później wybuchają wielkie zamieszki preriala. **

Historycznie zatem słowo „germinal" sugeruje obraz wiosny, głodu i buntu; etymologicznie zawiera pojęcie 

kiełkowania, płodności, odradzającego się życia, tak istotne dla naturalistycznej filozofii autora Rougon-
Macąuartów. I jeżeli można mówić o optymistycznej wymowie powieści, to jest nią zawarta właśnie w tym 
drugim, etymologicznym sensie słowa „germinal" wiara w życie mimo wszystko, w jego stałe zwycięstwo nad 
śmiercią, ta sama, którą w Radości życia przeciwstawiał Łazarzowi, a którą tutaj chce przeciwstawić 
katastroficznej wizji świata skazanego na zagładę, dręczącej jego współczesnych w obliczu konfliktów 
społecznych.

„Germinal nie narodził się ze strajku w Anzin. Ale bez tego strajku i bez nauk, jakie Zola z niego wyciągnął, 

dzieło byłoby z pewnością mniej prawdziwe i mniej piękne".

37

 Żeby się o tym przekonać, wystarczy porównać 

pierwszy szkic sporządzony przed pobytem w Anzin z drugim, opracowanym po powrocie. Jakkolwiek 
zainteresowania pisarza kwestią spo

background image

łeczną i jego sympatie dla „wydziedziczonych" datują się od dawna, to jednak w początkowym stadium pracy 
nad powieścią niewiele wiedział o strukturze i taktyce organizacji robotniczych, jeszcze mniej o zachowaniu się 
robotników podczas strajku, a prawie nic o świecie kopalni i środowisku górników. Zdradzają to wyraźnie 
pierwsze próby konstruowania fabuły. Zgodnie z apokaliptyczną wizją końca świata, nękającą wyobraźnię 
ideologów mieszczańskich, przedstawia strajk jako żywiołowy wybuch nieokiełznanej, zwierzęcej dzikości, a 
projektowana fabuła obfituje w melo- dramatyczne epizody, wśród których błądzą dwie przerażające postaci: 
„mały kaleka" (przyszły Jean- lin), zwyrodniały dzieciak, tutaj dużo bardziej potworny i niesamowity niż w 
wersji ostatecznej, oraz bohater z rodu Macąuartów, ofiara alkohoMzmu przodków, Stefan Lantier. Ten syn 
Gerwazyny, obciążony dziedzicznie skłonnością do zbrodni i w pierwotnym planie cyklu przewidziany jako 
centralna postać „powieści sądowniczej" (przyszłej Bestii ludzkiej), chwilowo mieści się doskonale w tym 
zbiorowisku wszelkiego rodzaju okropności i gwałtów. Większość postaci i epizodów, a nawet schemat 
kompozycyjny tego pierwszego szkicu kształtuje się pod wyraźnym wpływem lektur, z których Zola czerpie 
swoją ówczesną wiedzę o świecie górniczym (zwłaszcza powieści Guyo- ta UEnfer social — Piekło społeczne). 
I dopiero pobyt w zagłębiu węglowym uwolni go od książkowej wizji tego świata, dostarczając jego wyobraźni 
konkretnego tworzywa rzeczywistości.

19 lutego wybuchnął w Anzin potężny strajk dwunastu tysięcy górników, który trwał pięćdziesiąt sześć dni i 

zaalarmował całą opinię publiczną. Jakżeż dramatyczne potwierdzenie aktualności obranego przez Zolę tematu! 
Pisarz rzuca wszystko i wyrusza do Va-
lenciennes w nadziei, że Giard ułatwi mu nawiązanie kontaktu ze strajkującymi. Istotnie, przez tydzień przeszło 
towarzyszy deputowanemu w objeździe osiedli górniczych, uchodząc za jego sekretarza: bierze udział w 
zebraniach związkowych, obserwuje przebieg walki, której spokój i zdyscyplinowanie budzą w nim pełen 
zdumienia podziw, wchodzi do szynków, do domów mieszkalnych, rozmawia z górnikami i ich żonami, usiłuje 
nasiąknąć atmosferą tego środowiska tak odmiennego od innych. Uzyskawszy zezwolenie dyrekcji, zwiedza pod 
kierunkiem jednego i inżynierów kopalnię w Denain, gdzie zapoznaje się z urządzeniami technicznymi, z 
warunkami i organizacją pracy, zjeżdża do najniżej położonych galerii, wypytuje o masę szczegółów i wszystko 
skrzętnie notuje. W ciągu niespełna dwóch tygodni udaje mu się zebrać zadziwiające wprost bogactwo 
bezcennych materiałów.

Z początkiem marca wraca do Paryża, gdzie intensywnie uzupełnia swoją dokumentację. Bierze udział w 

dwóch zebraniach publicznych, zorganizowanych przez Partię Robotniczą, na których Guesde i Lafar- gue 
rozwijają idee maksistowskie. Czyta dzieła traktujące o kwestii społecznej, ruchu robotniczym i socjalizmie, o 
sytuacji ekonomicznej i kryzysach, o kopalniach, przemyśle węglowym i położeniu górników. Z gazet, zarówno 
konserwatywnych jak lewicowych, wycina artykuły omawiające wydarzenia w Anzin, które przybierają 
tymczasem coraz to dramatyczniej- szy obrót. Nie zaniedbuje też dokumentacji historycznej, którą czerpie 
między innymi ze starych roczników „La Gazette des Tribunaux"

r

 skąd wynofcowuje informacje o przebiegu 

strajków pod koniec Drugie^ go Cesarstwa, zwłaszcza zaś o wydarzeniach w La Ri- camarie i Aubin w 1869 r. 
Chce bowiem dąć w Ger-

background image

minalu „syntezę wszystkich strajków, które oblały krwią ostatnie lata Cesarstwa". *

Chociaż udało mu się na ogół, dzięki zastosowaniu niezbędnych środków ostrożności, zharmonizować dane 

dokumentacji historycznej z własnymi obserwacjami o dwadzieścia lat późniejszymi od daty akcji i dać w sumie 
obraz historycznie prawdopodobny, nie uchronił się jednak przed zarzutami anachronizmu. Germinal nie jest 
istotnie wolny od pewnych niekonsekwencji właściwych całemu prawie cyklowi i powieści historycznej w 
ogóle. W miarę bowiem jak Drugie Cesarstwo oddalało się w przeszłość, położenie Zoli, który nieza- mierzenie 
znalazł się w sytuacji autora powieści historycznej, stawało się coraz bardziej kłopotliwe. Z jednej strony nie 
chce pozostawić niedokończonym dzieła, które rozpoczął jako cykl powieści współczesnych; z drugiej zaś 
zamknięcie się w martwej epoce, oparcie wyłącznie na dokumencie historycznym jest sprzeczne z całym 
temperamentem twórczym tego pisarza tak silnie związanego ze współczesnością. Wybiera zatem wyjście 
pośrednie: pozostaje w swojej epoce, ale formalnie transponuje jej problemy w przeszłość, co musi niekiedy 
pociągać za sobą pewne, świadome zresztą, odstępstwa od ścisłej prawdy historycznej. W Germinalu 
najwyraźniejsze są one w obrazie socjalizmu: robiąc z bohatera „rewolucyjnego kolektywistę" i 
przeciwstawiając mu reprezentanta „posybilizmu", im obu zaś — wyznawcę anarchizmu, ukazuje wewnętrzne 
rozbieżności francuskiego ruchu robotniczego w takiej postaci, w jakiej występowały one na początku lat 
osiemdziesiątych, a nie w epoce Cesarstwa. Ta podwójna perspektywa historyczna, sprawiająca, że społeczna 
wymowa utworu nie

traciła dla współczesnych nic ze swojej aktualności, jest zjawiskiem bardzo interesującym i w niczym nie 
szkodzi powieści, od której nikt przecież nie może wymagać, aby była podręcznikiem historii.

Pod koniec marca wstępne prace nad Germinalem dobiegają końca. Przywieziony z Anzin bogaty plon 

obserwacji i wrażeń ożywił martwą dokumentację książkową i nadał konkretny kształt abstrakcyjnym ideom 
rządzącym dotąd konstruowaniem fabuły. Kontakt z górnikami, awangardą proletariatu przemysłowego, 
wyjaśnił Zoli niektóre problemy i kazał mu zrewidować pewne koncepcje. Nie ulega wprawdzie zmianie ani 
naczelne założenie ideologiczne, ani wypływająca z niego ogólna struktura, ale sama fabuła nabiera większego 
prawdopodobieństwa i wyrazistości, wzbogacona o zaobserwowane szczegóły, a przede wszystkim uwolniona 
od nazbyt melodramatycznych przejaskrawień. Równolegle do jej modyfikacji ewoluuje postać Stefana Lantiera, 
który wysuwa się powoli na plan pierwszy, aby stać się bohaterem nie tylko wątku miłosnego, jak to początkowo 
było projektowane, ale i konfliktu społecznego, dzięki czemu kompozycja zdobywa wreszcie wewnętrzną 
jedność. Pociąga to za sobą zmianę samej koncepcji postaci: maleje rola determinacji fizjologicznej, a wzrasta 
rola uwarunkowania społecznego i charakter Stefana kształtuje się przede wszystkim pod wpływem środowiska i 
walki, którą prowadzi. Zola niechętnie jednak rozstaje się z pierwotnymi pomysłami. Toteż nawet w ostatecznej 
wersji Germinala, wspomina kilkakrotnie o dziedzicznym obciążeniu Stefana, którego nadal przeznacza na bo-
hatera „powieści o zbrodni". I dopiero w trakcie pracy nad Bestią ludzką uświadomi sobie wreszcie, że musi tę 
funkcję powierzyć innej postaci, wobec roli, jaką kazał Stefanowi odegrać w Germinalu, oraz oso

background image

bowości, w jaką go tam wyposażył. Zdobywszy raz autonomiczne istnienie, postać uniezależniła się od woli 
swojego twórcy, który nie może już arbitralnie kształtować jej losów.

Na początku kwietnia, zaniknąwszy się w Mśdanie, Zola .przystępuje do pisania powieści, ostatniego, naj-

cięższego etapu pracy, wymagającego największej mobilizacji twórczej. Pierwsza kartka rękopisu nosi datę 2 
kwietnia 1884 r. Ale daleko jeszcze do końca, kiedy 20 września ukazuje się w „Gil Blasie" następujący anons:

W ostatnich dniach listopada rozpoczniemy druk wielkiej powieści naszego współpracownika, E. Zoli, 

zatytułowanej Germinal. Autor da w tym dziele pendant do L'Assommoir. Jest to nowe studium ludu, już nie 
ludu przedmieść paryskich, ale wielkiego prowincjonalnego ośrodka robotniczego. Tym razem kwestia 
społeczna poruszona jest bezpośrednio, ta wielka kwestia kapitału i pracy, która stanowi straszliwą groźbę końca 
naszego stulecia. Dramatycznymi ramami powieści jest strajk w kopalni węgla; około osiemdziesięciu postaci, z 
których każda obdarzona jest odrębną, wyrazistą fizjonomią; akcja rozgrywa się we wnętrzu ziemi i na 
powierzchni. Obyczaje górników, praca i walka, zbuntowane twarze ojców i cierpiące profile córek, wszystko to 
przesuwa się, niesione rwącym prądem nieuchronnej katastrofy. [Wiadomo, że autor nigdy nie zajmuje 
stanowiska: zadowala się wyłożeniem rezultatu swoich badań, sądzi tylko, że nasze społeczeństwo rozpadnie się 
w końcu, jeżeli burżuazja będzie tkwiła nadal w swoim zaślepieniu, tak jak w 89 roku szlachta.]

To ostatnie, ujęte w nawias zdanie, zostaje — rzecz znamienna —- usunięte z następnych anonsów. 26 li-

stopada ukazuje się pierwszy odcinek powieści, ale jeszcze 18 stycznia 1885 r. Zola donosi Ceardowi:

Nie, Germinal nie jest skończony [...] Ta piekielna powieść sprawiła mi masę trudu. Najważniejsze jednak, 

że

jestem zadowolony, zwłaszcza z drugiej połowy. Szkoda, że
czyta Pan to w „Gil Blasie", odcinek zniekształca wszystko.
Dopiero w pięć dni później, z głębokim westchnieniem ulgi notuje na ostatniej kartce rękopisu: „Skończone 

25 stycznia 1885 r."

Dziesięć miesięcy intensywnego wysiłku, ciągłego napięcia wyobraźni — „piekielna orka, jakiej nie miałem 

jeszcze przy żadnej powieści". Bo też nigdy dotąd nie. stawiał sobie zadania równie trudnego: przedstawić z całą 
bezstronnością, w sposób obiektywny i maksymalnie ekonomiczny, skomplikowaną problematykę konfliktu 
społecznego, nie przekształcając dzieła sztuki w traktat ideologiczny, i dać interesujący artystycznie, żywy obraz 
mało znanego a monotonnego w barwie środowiska, unikając szczegółowych, statycznych opisów. Aby pokonać 
te trudności, ucieka się przede wszystkim do stosowanej już wielokrotnie, zwłaszcza w UAssommoir, techniki 
punktu widzenia, która stanowi rezultat trwającego od lat procesu likwidacji wszechwiedzy i wszechobecności 
autora, triumf obiektywizmu nad subiektywizmem w powieści. Tę technikę, polegającą na pokazywaniu 
rzeczywistości widzianej oczami postaci, na opowiadaniu przez nie same historii powieściowej, Zola stosuje w 
Germinalu z ogromną konsekwencją, wyzyskując i rozwijając zawarte w niej możliwości zobiektywizowania 
obrazu oraz zdynamizowania i udrama- tycznienia opisu. Po mistrzowsku rozwiązuje niełatwe zadanie tworzenia 
takich sytuacji powieściowych, w których między obserwatorem a obserwowanym światem zachodzi stosunek 
subiektywnego zaangażowania, stwarzający dramatyczne napięcie, i tak rozmieszcza liczne poszczególne punkty 
widzenia, aby suma tych konkretnych subiektywizmów dała wielostronny,

background image

I PI
I
II
obiektywny obraz. Pokazując rzeczywistość w chwili gdy przeżywa ją jakaś z postaci, rozbija statyczny, nużący 
opis balzakowski na szereg drobnych, ułamkowych, bardziej dynamicznych opisów, które dzięki 
zainteresowaniu obserwatora zyskują na dramatycz- ności.

Jednym z głównych punktów widzenia, pierwszym i najważniejszym obserwatorem, jest bohater, Stefan 

Lantier, bezrobotny mechanik kolejowy, który w poszukiwaniu pracy przybywa do górniczej osady Mont- sou i 
zostaje zatrudniony w kopalni Le Voreux. Ten przybysz z zewnątrz, zainteresowany wszystkim, co ogląda, 
odkrywa stopniowo egzotyczny dla siebie świat kopalni i obce środowisko górnicze, toteż za jego po-
średnictwem autor może najzręczniej przekazać czytelnikowi swoje własne obserwacje i wrażenia wyniesione z 
pobytu w Anzin. Punkt widzenia Stefana zostaje uzupełniony całym szeregiem innych. Poznawane przez niego 
środowisko górnicze pokazane jest też zarówno od wewnątrz, tak jak widzą je sami górnicy, jak i z zewnątrz, 
widziane oczami mieszczan, dla których stanowi odpychającą, pełną grozy egzotykę. Podobnie środowisko 
mieszczańskie oglądane jest zarówno od wewnątrz przez poszczególnych swoich członków, jak z zewnątrz przez 
górników, którzy, zależnie od sytuacji, obserwują je bądź to ze zwykłą ciekawością, bądź to z wrogością i 
zawiścią płynącą z poczucia własnej krzywdy.: Technice punktu widze- |nia towarzyszy w obrazie środowiska 
metoda kontraktów i paralelizmów, stosowana konsekwentnie w całej gbowieści, niekiedy w sposób aż 
niebezpiecznie prosty. Uzupełnia ona charakterystykę obu środowisk przez lich bezkomentarzową, ale 
wymowną konfrontację, a jednocześnie w obrębie tego samego środowiska Łłatwia charakterystykę 
poszczególnych jego grup

background image

czy członków; i tak na przykład w środowisku górniczym pozytywnej rodzinie Maheu przeciwstawiona jest 
rodzina Levaque, a w środowisku mieszczańskim udziałowcom towarzystwa akcyjnego, do którego należy Le 
Voreux, Grógoire'om — z jednej strony dyrektor kopalni (Hennebeau) z żoną, z drugiej zaś właściciel małej 
kopalni Jean-Bart (Deneulin) i jego córki.
Prezentując problematykę ideologiczną, tak niewdzięczną jako tworzywo opisu, pisarz ucieka się również do 
techniki punktu widzenia, do metody dialogu, przy jednoczesnym stosowaniu mowy pozornie zależnej, która nie 
tylko jest zabiegiem oszczędnościowym, ale pozwala też autorowi bądź to uchylać się od wyraźnego zajęcia 
stanowiska, bądź to przeciwnie, dawać własne naświetlenie, gdy jako drugi głos występuje w jej duecie. Punkt 
widzenia robotników, w różnych jego wariantach, reprezentują: Stefan, którego „socjalistyczna edukacja" 
przechodzi kolejne etapy, aby doprowadzić go wreszcie do „rewolucyjnego kolektywizmu"; właściciel szynku, 
„posybilista" Ras- seneur; funkcjonariusz Międzynarodówki, Pluchart, zawodowy działacz robotniczy, który 
oderwał się od własnej klasy, i wreszcie anarchista Suwarin, emigrant rosyjski, uczestnik nieudanego zamachu 
na cara, inteligent arystokratycznego pochodzenia, który „zstąpił w lud" i zrobił się robotnikiem; przeciwsta-
wiając go nie tylko reformiście Rasseneurowi, ale i rewolucjoniście Stefanowi, którego „rasa buntuje się 
przeciwko temu posępnemu marzeniu o powszechnej zagładzie", Zola daje wyraz powszechnemu wówczas 
przekonaniu, że anarchizm jest tworem „słowiańskiego mistycyzmu", obcym mentalności zachodnioeuro-
pejskiej, i że źródła rozbieżności między Bakuninem a Marksem należy doszukiwać się w różnicach „rasowych".

Uzupełnia ten obraz ideologii punkt widzenia reprezentantów burżuazji: pasożytów społecznych, Gre- 

goire'ów, groteskowych i okrutnych w swoim spokojnym egoizmie, „czystym sumieniu", bezużytecznej 
dobroczynności, tępych i naiwnych, którzy nic nie rozumieją z rozgrywającego się konfliktu społecznego; 
drobnego kapitalisty, Deneulina, skazanego mimo swoje liczne zalety na zagładę w procesie koncentracji 
kapitału, „dobrego pracodawcy", który osobiście zagrożony i uwikłany w sprzeczności kapitalizmu musi 
wyzyskiwać swoich robotników i który najjaśniej pojmuje prawidłowości systemu, prowadzące nieuchronnie do 
konfliktu między kapitałem a pracą; i wreszcie „funkcjonariusza" wielkiego kapitału, dyrektora Hennebeau, 
który w oczach górników ucieleśnia mityczne Towarzystwo Akcyjne; jego małżeński dramat, przeciwstawiony 
krzywdzie społecznej robotników, miał wedle intencji autora wyrażać „wieczny ból namiętności" stojący „ponad 
wieczną niesprawiedliwością klas"; chyba jednak Zola, jak sam przyznaje, „źle [wyraził] swoją myśl", * skoro 
ten utrzymany w konwencji naturalistycznej epizod nabiera całkiem innej wymowy.
Wszystkie te subiektywne punkty widzenia reprezentantów obu wrogich klas dają w sumie wielostronnie 
naświetlony obraz, z którego wynika bezsporne potępienie istniejącego stanu rzeczy, świata opartego na 
niesprawiedliwości i krzywdzie oraz uznanie za słuszne roszczeń nędzarzy, ale który traci swoją 
jednoznaczność, kiedy autor od obrazu teraźniejszości przechodzi do perspektyw przyszłości Stąd trwające do 
dziś spory między krytykami, z których jedni widzą w Germinalu przede wszystkim katastroficzną wi

background image

zję świata zagrożonego nieodwracalną zagładą, inni zaś rewolucyjny optymizm. *

Powieść, której akcja trwa rok, od marca 1866 do kwietnia 1867, składa się z siedmiu części podzielonych 

na pięć do siedmiu rozdziałów każda. Dwie pierwsze, spięte klamrą powracającego dwukrotnie obrazu widzianej 
nocą kopalni Le Voreux, obejmują niespełna dobę, od chwili przybycia Stefana do końca pierwszego dnia 
jego .pracy pod ziemią. Wprowadzają one w świat kopalni i prezentują wstępnie oba środowiska: robotnicze i 
mieszczańskie. Dominują ujęcia sceniczne.

W trzeciej części powolne tempo ujęć scenicznych ustępuje innej perspektywie czasowej. Mija dziewięć 

miesięcy, w ciągu których dokonuje się proces „socjalistycznej edukacji" Stefana, wrastającego coraz silniej w 
środowisko górnicze: z nieuświadomionego robotnika przeobraża się w działacza, który zdobywa sobie coraz 
większy prestiż wśród górników, zakłada kasę samozapomogową i „rewolucjonizuje powoli całe osiedle". Temu 
procesowi towarzyszy narastający wśród górników ferment, mnożą się zapowiedzi konfliktu i wreszcie, pod 
koniec listopada, wobec nowej obniżki płac, zapada decyzja strajku. Część tę kończy

dramatyczna scena pierwszej katastrofy w kopalni Le Voreux.
Następne trzy części, w których znowu dominują ujęcia sceniczne, stanowią właściwą historię konfliktu. 

Czwarta opisuje wybuch i pierwsze tygodnie strajku: po nieudanej próbie pertraktacji z dyrektorem Hennebeau 
górnicy przystępują jednomyślnie do Międzynarodówki; ostro zarysowują się rozbieżności między przywódcą 
strajku, Stefanem, a Rasseneurem, przeciwnikiem walki skazanej jego zdaniem na niepowodzenie; zamyka tę 
część nocne zebranie górników w lesie, gdzie Stefan odnosi triumf nad Rasseneurem: po jego przemówieniu 
górnicy, porwani entuzjazmem, postanawiają rozszerzyć strajk na kopalnię Deneulina.

W części piątej strajk, przebiegający dotąd w spokoju, przeradza się w żywiołowy bunt. Narasta dynamizm 

walki zbliżającej się do kulminacji. Stefan, który pragnął powstrzymać towarzyszy od aktów gwałtu, przestaje 
panować nad wydarzeniami. Wielki pochód trzechtysięcznego tłumu strajkujących, którzy demolują maszyny w 
kopalni Jean-Bart, oblegają dom dyrektora Hennebeau, linczują niemal Cecylię Grćgoire i masakrują trupa 
sklepikarza, staje się w oczach przerażonych mieszczan zapowiedzią powszechnej zagłady:

Była to szkarłatna wizja rewolucji, która niechybnie zmiecie ich wszystkich w któryś z krwawych 

wieczorów tego końca stulecia. Tak, pewnego wieczora lud, zrzuciwszy jarzmo, galopować będzie w taki sam 
sposób po drogach, ociekając krwią burżujów, niosąc ich głowy, siejąc złoto z rozbitych skrzyń. Kobiety będą 
wyły, mężczyźni będą mieli wiloze paszczęki, otwarte, aby kąsać. Tak, to będą te same łachmany, ten sam łoskot 
sabotów, ta sama przerażająca ciżba, o brudnych ciałach, cuchnących oddechach, niepowstrzymany zalew 
barbarzyńców, który zmiecie stary

background image

F
świąt. Zapłoną pożary, miasta obrócą się w perzynę, ludzię zamieszkają w lasach jak dzicy [...]; wszystko 
zniknie [,„], aż do dnia, kiedy wyrośnie może nowa jakaś ziemia. *

Szósta część przynosi kulminacyjny punkt akcji, tragiczne rozwiązanie konfliktu. Na żądanie Hennebeau 

przybywa do Montsou oddział wojska, aby bronić kopalni i mieszczan przed dalszymi aktami gwałtu ze strony 
strajkujących. Nędza górników sięga ostatecznych granic. Mimo to trwają w głuchym oporze. Towarzystwo, 
narażone wskutek przeciągającego się strajku na ogromne straty, sprowadza z Belgii robotników, którzy mają 
pod ochroną wojska zjechać' do kopalni. Między żołnierzami a rozwścieczonym tłumem strajkujących dochodzi 
do krwawego starcia; „Dwudziestu pięciu rannych, czternastu zabitych, w czym dwoje dzieci i trzy kobiety." 
Górnicy ponoszą klęskę.

W ostatniej części napięcie dramatyczne zrazu opada, aby pod koniec raz jeszcze wznieść się w rozdziałach 

poświęconych katastrofie. Do Montsou zjeżdżają przedstawiciele Towarzystwa z Paryża, którzy starają się 
załagodzić sytuację. Wzywają robotników do podjęcia pracy, obiecują rozpatrzyć później ich żądania. Przy 
okazji ubijają doskonały interes: kupują kopalnię Jean-Bart, na którą od dawną czyhali; Deneu- lin, zrujnowany 
strajkiem, godzi się na ich warunki i jako łaskę przyjmuje posadę urzędnika we własnej kopalni:

Było to podzwonne małych przedsiębiorstw, bliski zanik indywidualnych właścicieli, pożeranych jeden po 

drugim przez nienasyconego potwora — kapitał, zatapianych wzbierającą falą wielkich Towarzystw. **

Górnicy tymczasem wahają się, pełni zapiekłej urazy, pomni na krew zabitych, a jednocześnie pokonani 

głodem i bezsilni. Ich nienawiść zwraca się przeciwko Stefanowi, którego uważają za jedynego sprawcę nie-
szczęść; prestiż jego gaśnie, a górnicy wracają do Ras- seneura, który odzyskuje .popularność i autorytet, 
utracone w dniach walki. Wśród goryczy porażki jego reformistyczne idee znowu triumfują. I konflikt za-
kończyłby się pełnym zwycięstwem Towarzystwa, silniejszego niż przedtem, gdyby nie anarchista Suwa- rin, 
który w noc poprzedzającą powrót górników do pracy podpiłowuje oszalowania szybu, wskutek czego 
podziemne wody zalewają nazajutrz pełną górników kopalnię: Le Voreux przestaje istnieć. Dokonawszy tego 
dzieła zniszczenia Suwarin odchodzi w nieznane, siać dalej zagładę, „wysadzać w powietrze miasta i ludzi", aż 
świat cały, jak Le Voreux, zapadnie się W przepaść.

Ale odejściu Suwarina i katastroficznej wizji przyszłości przeciwstawione zostaje w ostatnim rozdziale 

odejście Stefana, pogodne wiarą w zwycięstwo sprawiedliwości. Ocalony po dwóch tygodniach uwięzienia w 
zatopionej kopalni, Stefan opuszcza Montsou, żegnany przez górników mocnym uściskiem dłoni, „drżącym 
zapowiedzią przyszłych buntów". Odchodzi do Paryża, aby kontynuować walkę na nowym terenie, silny 
odzyskanym zaufaniem towarzyszy i wiarą w zwycięstwo rewolucji robotniczej, „której pożoga rozjarzy koniec 
stulecia purpurą wschodzącego słońca". Wprawdzie pokonani głodem i przemocą górnicy ustąpili, ale „w ich 
wiekowej uległości [...] dokonała się przemiana^ powstała pewność, że niesprawiedliwość nie może trwać 
dłużej". I Stefanowi wydaje się, że słyszy coraz wyraźniejszy, coraz bliższy powierzchni odgłos kilofów 
docierający spod ziemi, która bu-

background image

dzi się do życia w ciepłych promieniach kwietniowego słońca:

To rośli ludzie, czarna armia mścicieli, która kiełkując powoli w bruzdach, dojrzewała, aby wydać plon w 

przyszłym stuleciu 1 której pędy rozsadzą niebawem skorupę ziemi. *

Tym obrazem, powracającym kilkakrotnie jako jeden z leitmotiuów Germinala i nawiązującym do tytułu, 

kończy się powieść. Jednakże przed uznaniem go w pełni za wyraz subiektywnego przekonania autora, dowód 
jego rewolucyjnego optymizmu, ostrzega czytelnika użycie mowy pozornie zależnej, przypisujące wizję 
zwycięskiej rewolucji Stefanowi, podobnie jak w piątej części ten sam chwyt stylistyczny mieszczanom 
przypisywał wizję rewolucji-zagłady, ostrzegając przed uznaniem jej za wyraz katastrofizmu autora. W 
bezpośredniej narracji autorskiej dany jest w zakończeniu tylko obraz ziemi budzącej się do życia z każdą 
wiosną, wyraz naturalistycz- n e g o optymizmu pisarza, jego wiary w życie, które w swojej nieustannej walce ze 
śmiercią stale odnosi zwycięstwo.

Swoje subiektywne stanowisko wyraził Zola nie w powieści, ale w paru tekstach, w których ex post 

tłumaczył swoje intencje:

Pragnąłem jednego tylko — pisze 4 kwietnia 1885 r., odpowiadając na recenzję zamieszczoną w „Le 

Figaro" — pokazać tych nędzarzy takimi, jakimi zrobiło ich nasze społeczeństwo, i obudzić taką litość, podnieść 
taki krzyk o sprawiedliwość, żeby Francja przestała wreszcie dać się pożerać ambicjom garstki polityków i 
zajęła się zdrowiem i dobrobytem swoich dzieci. *

I w parę miesięcy później, w grudniu 1885 r., w liście do redaktora innej gazety:
Germinal nie jest dziełem rewolucyjnym, ale dziełem litości. Chciałem zawołać do szczęśliwych tego 

świata, do tych, którzy są panami: „miejcie się na baczności, spójrzcie pod ziemię, zobaczcie tych nędzarzy, 
którzy pracują i którzy cierpią. Jest może jeszcze czas, aby uniknąć ostatecznych katastrof. Ale nie zwlekajcie ze 
sprawiedliwością, spieszcie się, bo inaczej, patrzcie, oto niebezpieczeństwo: ziemia otworzy się i pochłonie 
narody w jednym z najstraszliwszych kataklizmów historii."

Druk powieści w „Gil Blasie" dobiegł końca 25 lutego 1885 r., a w parę dni później ukazała się w wydaniu 

książkowym, entuzjastycznie powitana przez przyjaciół pisarza: Alexisa, Maupassanta, Huysmansa, Cćarda; 
„najdojrzalsza z Twoich książek" pisze Ale- xis

a8

; „nigdy żadna książka nie zawierała tyle życia i ruchu, takiego 

ogromu ludzkości", oświadcza Maupassant 

39

; Huysmans zaś, pamiętny niedawnych sporów z Zolą o pesymizm, 

z satysfakcją odkrywa w Germinalu ^przeraźliwy smutek", wbrew programowym wezwaniom pisarza do 
„radości życia": „nawet nieszczęsne konie, grzęznące w mroku i wodzie, przyprawiają Pana o cierpienia; to 
lamentacja ciemności, lam ma sabactani głodu".

40

 Wymowne jest milczenie Goncourta: poza zdawkowo 

uprzejmym listem do autora w parę dni po ukazaniu się pierwszego od

background image

cinka w „Gil Blasie", nie poświęca GerminaloWt ani słowa, ani jednej wzmianki w swoim Dzienniku, gdzie od 
pewnego czasu, coraz bardziej zgorzkniały i zawistny, wspomina o Zoli niemal tylko wtedy, gdy może 
zanotować coś przykrego lub złośliwego.

Wśród krytyków Germinal wywołał niejaką konsternację: ze zdumieniem odkrywają to, co dla wielbicieli 

talentu Zoli od dawna nie było tajemnicą — poetycki walor jego dzieła.

Pan nie był, jak inni, zaskoczony, znajdując we innie poetę — pisze Zola 22 marca 1885 r. do Cćarda, 

dziękując mu za pochlebną ocenę powieści i charakteryzując przy tej okazji „mechanizm" własnej wyobraźni. — 
[...] Wyolbrzymiam, to nie ulega wątpliwości; ale nie wyolbrzymiam tak samo jak Bal
zak, podobnie jak Balzak nie wyolbrzymia tak samo jak Hugo. W tym mieści się wszystko, istota dzieła kryje się 
w sposobie przeprowadzenia operacji. Wszyscy bardziej lub mniej kłamiemy, ale jaki jest mechanizm i kierunek 
naszego kłamstwa? Otóż co do mnie — być może mylę się tutaj — wydaje mi się, że ja osobiście kłamię w 
kierunku prawdy. Mam hipertrofię prawdziwego szczegółu, to skok w gwiazdy z trampoliny dokładnej 
obserwacji. Prawda jednym uderzeniem skrzydła wznosi się na wyżyny symbolu.

Tę właśnie specyficzność wyobraźni Zoli, który przeobrażając rzeczywistość, w fikcję powieściową 

upoetycznia ją, wyolbrzymia i uogólnia, krytykom ujawnił w całej pełni dopiero Germinal. Słowa „liryzm", 
„symbolizm", „epickość'', „potęga wyobraźni", „gigantyczna wizją", powracają pod piórem licznych 
recenzentów. Mnożą się porównania z Dantem, Szekspirem, Wiktorem Hugo, a nawet Homerem.

Nie znaczy to oczywiście, aby cała krytyka była jednomyślnie życzliwa. Przeciwnie, powieść nie tylko nie 

rozbroiła zadawnionych nienawiści, ale stworzyła jeszcze nowe, co nie może dziwić, zważywszy jej 
problematykę ideologiczną. Niektóre recenzje, często anonimowe, odmawiają Germinalowi wszelkiej wartości 
artystycznej; krytyk z „La Liberte" stawia go na przykład dużo niżej od powieści Talmeyra Le Gri- sou, o której 
dzisiaj wiedzą jedynie historycy literatury i to głównie dzięki temu, że Zola miał ją w ręce, przygotowując 
Germinal. Nie obeszło się też oczywiście bez klasycznych zarzutów niąprzyzwoitości: „bezwstydne | drastyczne 
sceny", „bestialska zmysłowość", „obsesja erotyzmu" itp. Wytykano anachronizmy i niedokładności, a recenzent 
z „La Republiąue Fran- ęaise" oskarża wręcz Zolę o to, że dał z gruntu fałszywy obraz obu klas przedstawionych 
w powieści, którą nazywa „jedną wielką potwarzą rzuconą społeczeń

background image

stwu francuskiemu". Jakkolwiek większość krytyków burżuazyjnych pomijała milczeniem lub zbywała paroma 
ogólnikami ideologiczną problematykę książki, to znaleźli się i tacy, którzy uznali za stosowne wystąpić w 
obronie „szkalowanych" przez Zolę robotników, tej „górniczej ludności Nordu, tak łagodnej, tak spokojnej, tak 
uczciwej, tak przywiązanej do swojej pracy zawsze ciężkiej, a często niebezpiecznej". 

41

Tym razem jednak wśród tych obrońców ludu nie było socjalistów, którzy powitali Germinal z uznaniem i 

sympatią, przede wszystkim dlatego, że — jak oświadcza w ich imieniu Clovis Hugues — „pan Zola, poruszając 
ponownie kwestię społeczną, kończy nie jak Wiktor Hugo w Nędznikach wołaniem o miłosierdzie, ale żądaniem 
sprawiedliwości."

42

 Wiele czasopism socjalistycznych zwracało się do pisarza z prośbą o pozwolenie na 

przedruk Germinala w odcinku. I żadne, najbardziej nawet entuzjastyczne opinie krytyki nie były mu milsze od 
takich listów, jak na przykład ten, który 29 września 1886 r. otrzymał za pośrednictwem Alexisa od socjalistów z 
Vierzon:

Drogi obywatelu Zola! Prosiliśmy obywatela Trublot [pseudonim Alexisa w „Le Cri du Peuple"], aby 

poprosił Pana w imieniu socjalistów z Vierzon, żeby pozwolił Pan przedrukować Germinal w naszej gazecie „La 
Rśpublique sociale", której pierwszy numer ma się ukazać w tę sobotę. Nie znamy żadnego innego dzieła, w 
którym propaganda socjalistyczna i naturalistyczna mogłaby się porównać i Ger- minalem, i dlatego żadne inne 
nie mogłoby go nam zastąpić. Jesteśmy pewni, że jeżeli tylko będzie to dla Pana możliwe, to da nam Pan to 
pozwolenie, do którego przywiązujemy największą wagę, bo wiemy, jak bardzo pomoże nam w robotniczej i 
socjalistycznej organizacji ośrodka, która z każdym dniem robi takie postępy 1 da wkrótce Partii socjalistycznej 
niezwyciężoną siłę. Jaka by była Pańska odpowiedź i decyzja, nie wątpimy w Pańską dobrą wolę i chcemy za
pewnić Pana o naszej serdecznej przyjaźni i szczerej sympatii.

43

Następuje pięć podpisów: przedstawicieli Komitetu repuiblikańsko-socjalistycznego, Komitetu strajkowego 

i trzech robotniczych związków zawodowych.

Zarówno na ten list, tak wzruszający szczerością, która wyziera z nieporadności językowej i roju błędów 

ortograficznych, jak i na wiele innych, podobnych w treści, Zola odpowiadał w identyczny zawsze sposób: 
„Bierzcie Germinal i drukujcie go. Nie chcę od Was nic, ponieważ wasza gazeta jest uboga i ponieważ bronicie 
nędzarzy." *

Głos pisarza okazał się „dostatecznie silny, aby dotrzeć do wszystkich krańców kraju": jego dzieło uto-

rowało sobie drogę do tych, dla których domagał się sprawiedliwości i którzy nieomylnie rozpoznali w nim 
swojego przyjaciela i obrońcę. Ich uczuciom po raz ostatni dali wyraz delegaci górników z Denain, gdy 5 
października 1902 r., idąc za trumną Zoli, skandowali jedno tylko słowo, którym składali najwyższy hołd 
pisarzowi i człowiekowi: „Germinal!"

Dobiegał końca, po upływie niespełna dziesięciu lat, bohaterski okres naturalizmu, epoka wspólnych walk, 

które maskowały wewnętrzne rozbieżności i nieporozumienia.

Z czterech „mistrzów", goszczonych w 1877 r. w restauracji Trappa, pozostało przy życiu trzech, ale od 

śmierci Flauberta więzy koleżeńskiej solidarności co-, raz bardziej się rozluźniały. Sukcesy Zoli, uznanego

background image

przez opinię publiczną za przywódcę szkoły, zniweczyły resztki przyjaźni, powodując u Daudeta i Edmunda de 
Goncourt zawiść, która rychło przerodziła się w nie tajoną wrogość. Otwarty uroczyście 1 lutego 1885 r. 
"Strych" Goncourta w Auteuil, miejsce coniedzielnych spotkań światka literackiego stolicy, stał się od pierw-
szego niemal dnia „szkołą obmowy", której ostrze najczęściej, jak świadczy o tym Dziennik gospodarza, 
wymierzone było przeciwko Zoli. Echa wypowiadanych tam sądów szybko miały przeniknąć dó prasy i zdradzić 
publiczności rozkład naturalistycznego „trio".
Zaczyna także rozpadać się grupa medańska. Jako jeden z pierwszych oddala się Huysmans: w 1884 r. publikuje 
A Rebcmrs (Na opak), powieść, która, jak miał się wyrazić w rozmowie z autorem Zola, „zadaje straszliwy cios 
naturalizmowi". Odchodzi też Maupas- sant, zwracając się ku powieści psychologicznej typu Bourgeta. I chociaż 
formuła naturalistyczna jest nadal żywa, bogata w odcienie, reprezentowana przez licznych powieściopisarzy, i 
chociaż jeszcze po 1887 r. miała dzięki Antoine'owi, twórcy Thśatre Librę, zrobić karierę na scenie, to jednak 
coraz bardziej nasilają się objawy znużenia i wewnętrzne rozbieżności. W chwili publikacji Germinala 
zamierzchłą przeszłością wydaje się jedność ekipy naturalistycznej, wspólny manifest Wieczorów medańskich, 
kampanie Zoli, próby zorganizowania jednolitego frontu.

Bliski jest już moment, kiedy najpierw Brunetićre, w 1887 r., obwieści „bankructwo naturalizmu", a po nim, 

w cztery lata później, w odpowiedzi na ankietę o ewolucji literackiej, większość indagowanych pisarzy wyda na 
niego bezapelacyjny wyrok śmierci.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Wszystko widzieć i wszystko malować'. [...] Życie takie, jakie toczy się na ulicach, życie biedaków i bogaczy, na 
targowiskach, na wyścigach, na bulwarach, w głębi ludnych uliczek; wszystkie warsztaty w ruchu; wszystkie 
namiętności ukazane w pełnym świetle; i chłopi, i zwierzęta, i wsie! [...] Tak! całe współczesne życie! *

Praca zabrała mi całe życie. Powoli ukradła mi matkę, żonę, wszystko, co kocham f...] Kiedy byłem w 

nędzy, marzyłem o wypoczynku na wsi, o dalekich podróżach, dzisiaj, gdy mógłbym spełnić te marzenia, 
zaczęte dzieło trzyma mnie na uwięzi [...] I gdybyż jeszcze to piekielne życie dawało jakieś zadowolenie, jakąś 
radość! [...] Są podobno tacy, dla których tworzenie jest łatwą przyjemnością [...] Są pełni podziwu i zachwytu 
dla samych siebie, wszystko, co napiszą, jest niezwykłe, wytworne, nieporównane... Ja rodzę za pomocą 
kleszczy i dziecko zawsze wydaje mi się ohydne. Czyż podobna do tego stopnia być wolnym od wątpliwości, 
żeby wierzyć w siebie! [...] Książka to zawsze coś bardzo brzydkiego! Tylko temu może się podobać, kto nie zna 
tej roboty od strony brudnej kuchni... Nie mówię o kubłach pomyj, którymi mnie oblewają [...] Obelga jest 
rzeczą zdrową, to męska szkoła niepopularności, nic nie utrzymuje tak doskonale w formie, nie dodaje tyle siły, 
co wrzaski głupców [...] Nie! To ja dręczę sam siebie [...] Ileż straszliwych godzin od chwili, gdy zaczynam 
powieść. Pierwsze rozdziały jeszcze jakoś idą, mam przed sobą czas na wykazanie talentu; ale potem ogarnia 
mnie przerażenie, nigdy nie jestem zadowolony z tego, co zrobiłem w ciągu dnia [...I Książka, którą właśnie 
piszę, wydaje mi się zawsze gorsza od poprzednich [...] A kiedy skończę, co za ulga! Nie radość wytwornego

background image

jegomościa, który rozpływa się w zachwycie nad swoim dziełem, ale przekleństwo tragarza, który zrzuca ciężar 
miażdżący mu barki... Potem wszystko zaczyna się na nowo, i tak już będzie zawsze, i zdechnę od tego, 
wściekły na siebie, zrozpaczony, że nie miałem więcej talentu, że nie zostawiłem dzieła pełniejszego [...] I 
umierając, będę wątpił w wartość tego, co zrobiłem, będę zastanawiał się, czy o to właśnie 

chodziło, czy nie 

trzeba było skręcić w lewo, kiedy skręcałem i w prawo; i w ostatnim słowie, w ostatnim rzężeniu, będę jeszcze 
chciał wszystko przerobić [...] Ach! życie, drugie życie! Kto mi je da, żeby praca znowu mi je ukradła...! *

Przy każdym nowym dziele przeżywam ogromne wzruszenie debiutanta, serce mi bije, niepokój wysusza 

usta, słowem straszliwa trema. Tak, trema, wam, młodzi ludzie, wydaje się, że ją znacie, w gruncie rzeczy nie 
wiecie nawet, co to takiego; bo wy, mój Boże! jeżeli spartolicie nawet jakieś dzieło, po prostu będziecie starali 
się zrobić lepsze, nikt was nie pogrzebie; gdy nam starym, którzy daliśmy już swoją miarę, którzy musimy 
dorównywać samym sobie, jeżeli już nie iść naprzód, nam nie wolno słabnąć, to grozi stoczeniem się do 
wspólnego dołu 1...] Radością nie jest osiągnięcie szczytu, ale zdobywanie go, rozkosze wspinaczki [...] Przed 
nami nadzieja, marzenia, bezgraniczne iluzje [...] A potem skończone, szczyt zdobyty, należy tylko utrzymać się 
na nim. I wtedy zaczyna się udręka [...] Od tej chwili horyzont pustoszeje, nie wzywa nas żadna nowa nadzieja, 
pozostaje nam już tylko umrzeć. A przecież czepiamy się kurczowo, • nie chcemy uznać się za skończonych, 
upieramy się przy tworzeniu, jak starcy przy miłości, z trudem, ze wstydem. Ach! powinno się mieć dosyć 
odwagi i dumy, aby zabić się przed swoim ostatnim arcydziełem! **

W żadnym z utworów Zola nie powiedział tyle i z taką szczerością o swoim „wewnętrznym życiu 

twórczym", co w Dziele ustami Klaudiusza Lantiera, Sandoza i Bongranda, trzech bohaterów, między których 
rozdzielił własną osobowość, dając im swoje
ambicje, swoje udręki tworzenia, kryzysy niewiary w siebie, obawy przed „stoczeniem się". I żaden inny utwór 
nie zasługuje w takim stopniu na miano „pamiętników" czy „autobiografii", co ten tom Rougon- -Macąuartów, 
którego pomysł, współczesny pierwszym planom cyklu, blisko 20 lat czekał na realizację.

Pod koniec 1868 r., kiedy dojrzewała ostatecznie koncepcja dziesięciotomowej Historii pewnej rodziny, 

Zola, miał za sobą dopiero co przebytą kampanię w obronie Maneta i nowej sztuki, a z młodymi malarzami od 
dawna łączyły go stosunki bliższe niż ze środowiskiem literackim. Był jednym z najbardziej zapalonych 
obrońców grupy batignolskiej, tej awangardy artystycznej, która miała wejść do historii sztuki pod nazwą 
„impresjonistów", a której twórczość wydawała mu się realizacją jego własnych postulatów, „skrawkiem natury 
widzianym przez pryzmat temperamentu". Był stałym bywalcem kawiarni Guerbois, gościem pracowni 
malarskich, znał doskonale codzienne życie i kłopoty tych młodych ludzi pragnących zrewolucjonizować sztukę, 
ich ambicje i wysiłki twórcze, ich porywy entuzajzmu i trudne momenty zwątpienia. Nic zatem dziwnego, że w 
skład środowisk, w których miała się rozgrywać akcja planowanego cyklu, od początku wchodził „świat 
artystów", i że pierwsza lista dżiesięciu projektów przewidywała „powieść o sztuce", scharakteryzowaną 
obszerniej w konspekcie przedstawionym wydawcy Lacroix:

Powieść, której ramami będzie świat artystyczny a bohaterem Klaudiusz Dulac [czyt. Lantier], drugie 

dziecko małżeństwa robotniczego. Szczególny wytwór dziedziczności przekazującej geniusz synowi 
nieoświeconych rodziców. Nerwowy wpływ matki Klaudiusz ma nieodparte i nieokiełznane apetyty 
intelektualne, tak jak inni członkowie rodziny mają apetyty materialne. Gwałtowność, z jaką

background image

usiłuje zaspokoić namiętności swojego mózgu, doprowadza Igo do niemocy. Obraz artystycznej gorączki epoki, 
tego, co określa się mianem dekadencji, a co jest tylko wynikiem szalonej aktywności umysłów. Przejmująca 
fizjologia temperamentu artysty w naszej epoce i straszliwy dramat inteligencji, która pożera samą siebie.*
_|Wiosną 1885 r., po skończeniu Germinala, i żeby wytchnąć przed następnym wielkim studium socjolo-
gicznym, Ziemią, Zola bierze wreszcie na warsztat tę odkładaną dotąd powieść, która nie wymaga żmudnej 
dokumentacji, gdyż przenosi go w świat problemów bliskich i znanych. Centralna postać już istnieje: Klaudiusz 
Lantier, syn Gerwazyny, wprowadzony został w świat Rougon-Macąuartów w 1872 r. jako epizodyczna postać 
trzeciego tomu, gdzie głosi naturali- styczne teorie estetyczne autora, który już wtedy przygotowuje go do roli 
bohatera „powieści o sztuce", genialnego artysty dotkniętego wskutek obciążeń dziedzicznych niemocą twórczą.

Stosunki Zoli ze środowiskiem malarskim są nadal bardzo bliśkie. Do 1881 r. nie przestaje bronić w prasie 

impresjonistów, których twórczość uważa za próbę realizacji naturalistycznej formuły sztuki. I chociaż od 1879 
r. zarzuca im niedostatki techniki, zbyt pośpieszną produkcję, zbyt łatwe zadowalanie się częściowymi 
rezultatami — wskutek czego żaden z nich nie zdołał stworzyć arcydzieła realizującego w pełni nową formułę i 
ciągle są tylko prekursorami genialnego artysty Jutra — to jednocześnie podkreśla nadal ich rewolucyjną rolę, 
duże osiągnięcia i bezsporny wpływ na całe malarstwo. W miarę jednak jak impresjonizm coraz wyraźniej 
rozwija się w kierunku sztuki abstrakcyjnej, naturalizm Zoli zaś — w kierunku peł
niejszego realizmu o rozległych ambicjach poznawczych i społecznych, łączące je więzy pokrewieństwa zaczy-
nają stopniowo rozluźniać się. W technice pisarskiej Zoli słabną elementy impresjonizmu, a w jego wy-
powiedziach coraz częściej dźwięczy nuta rozczarowania, która nie uchodzi uwadze przyjaciół.

Jm dalej się posuwam — pisze w 1883 r. do Huysmansa — tym mniej interesują mnie drobne, wycinkowe 

obserwacje, zwykłe ciekawostki, tym bardziej podziwiam wielkich, płodnych twórców, którzy przynoszą swoim 
dziełem cały świat. *

Od 1869 r. projekt „powieści o sztuce" uległ znacznym modyfikacjom. Na zamierzony pierwotnie jednost-

kowy dramat fizjologiczny i studium środowiska artystycznego w epoce Drugiego Cesarstwa nałożyła się z 
jednej strony dążność do uogólnienia problemu, chęć przedstawienia wiecznej „walki artysty z naturą, wysiłku 
tworzenia w dziele sztuki" — wskutek czego bohater, „szczególny wytwór dziedziczności", urasta do symbolu, 
syntezy wszystkich złych momentów zwątpienia i niemocy znanych każdemu twórcy — z drugiej zaś pokusa 
zwierzeń osobistych, chęć podsumowania dotychczasowych wysiłków, skonfrontowania ambicji i teorii 
estetycznych ze stworzonym dziełem.

W osobie Klaudiusza Lantiera Zola chce dać wstrząsające studium psychologiczne niemocy twórczej — 

pisze w 1882 r. Alexls. — Wokół centralnej postaci geniusza [...] grawitować będą inni artyści, [...] cała banda 
ambitnych młodych ludzi, którzy przybyli dokonać podboju Paryża [...]; wszyscy oni są przypadkami owej 
choroby sztuki, odmianami wielkiej współczesnej neurozy. Oczywiście Zola będzie musiał wykorzystać w tym 
dziele swoich przyjaciół, zapożyczyć od nich cechy najbardziej typowe.

1

background image

Sporządzony w kwietniu 1885 r. szkic powieści zdradza tę złożoność i wielokierunkowość intencji oraz 

pozwala prześledzić proces powstawania postaci, mających je wyrażać. Rodzą się one najpierw jako ilustracja 
abstrakcyjnych idei, nabierają następnie konkretnych kształtów dzięki rysom zapożyczonym od autentycznych 
modeli i wreszcie zyskują samodzielne istnienie w świecie powieściowym, który kształtuje ich losy i charaktery 
niezależnie już od rzeczywistych prototypów. Najbardziej złożona i wieloznaczna jest postać bohatera. Ofiara 
dziedziczności, potomek Macąuartów skazany od 1868 roku na klęskę, Klaudiusz ma być z jednej strony 
tragicznym symbolem odwiecznego dramatu artysty zbyt bezkompromisowego w dążeniu do absolutnej 
doskonałości, z drugiej zaś — reprezentantem pokolenia „za bardzo skażonego romantyzmem, aby mogło 
pozostawić po sobie dzieła zdrowe",
0

„czystej i wzniosłej prostocie prawdy". * Rysy charakteru, elementy biografii, cechy twórczości, zapo-

życzone od bardzo licznych prototypów, nadają tej abstrakcyjnej idei konkretną postać. Oprócz Cezanne'a, 
któremu Klaudiusz zawdzięcza swoją sylwetkę fizyczną
1 po części psychiczną oraz szczęśliwy okres swego życia: dzieciństwo w Plassans i wczesną młodość, składają 
się na tę postać Manet, Monet, Pissarro, Puvis de Chavannes, Jongkind, Gili, Holtzapfel, powieścio- pisarz 
Duranty i wreszcie sam Zola.

Jako uzupełnienie, „praktyczne i zrezygnowane echo Klaudiusza", rodzi się postać Sandoza, powieścio- 

pisarza, któremu Zola daje swój własny życiorys i swoją karierę literacką. Mniej bezkompromisowy w dążeniu 
do ideału, „pozbawiony logiki Klaudiusza, który się zabija", Samdoz „produkuje mimo wszystko.
Wie, że jego dzieło jest niedoskonałe, i godzi się na to z ogromnym smutkiem, idzie przed siebie Jfjg doprowa-
dza swoje dzieła do końca, nie chcąc się zatrzymywać, nie spoglądając wstecz, niezdolny czytać samego siebie." 
* I on również nie potrafi zrealizować w pełni nowej formuły sztuki, należy bowiem do tego samego pokolenia 
„zarażonego liryzmem i pesymizmem", pokolenia przejściowego, szarpanego sprzecznościami, skazanego na 
daremność wysiłków. Dlatego, chociaż produkuje, uważając niedoskonałość za mniejsze zło od bezpłodności, 
gardzi „samym sobą, widząc, jak bardzo niekompletne i fałszywe" są jego książki. Również i inne postaci 
powstają z podobnego połączenia idei abstrakcyjnej z rzeczywistymi modelami, wśród których znaleźli się 
przyjaciele Zoli — Alexis, Baille, So- larii, Valabrógue, Flaubert, malarze z grupy batignol- śkiej, znane 
osobistości światka artystycznego stolicy itdl

Nawet wtedy, gdy żywy model zdaje się być punktem wyjścia, ulega on przetworzeniu i udramatycznieniu, 

zgodnie z wymaganiami idei, którą ma wyrażać. Dzieło nie jest powieścią z kluczem, ale przede wszystkim, jak 
inne powieści Zoli, konstrukcją logiczną —
pisze Renó Ternois, omawiając genezę utworu. |

Poszczególni artyści z „bandy Klaudiusza" stanowią różne odmiany tej samej „choroby wieku", ofiary 

„wielkiej neurozy", nowe wcielenia Łazarza. Żadnemu nie udaje się stworzyć definitywnego dzieła.

£Ich] wysiłki rozpraszają się. Wszyscy poprzestają na szkicach, na powierzchownych impresjach, nikt nie 

ma dość siły, aby stać się oczekiwanym mistrzem [...J To nowe widzenie światła, ta pasja prawdy posunięta aź 
do naukowej analizy, ta ewolucja zaczęta tak oryginalnie ustaje w drodze.

background image

wpada w ręce zręcznych kłamców, 1 nie daje spodziewanych
rezultatów. *
Łatwo odczytać w tych słowach rozczarowanie Zoli do impresjonizmu, zarzuty, które po 1879 r. coraz częściej 
wysuwał pod adresem jego reprezentantów.
Samobójstwo Klaudiusza, losy większości bohaterów, ocena wysiłków samego Sandoza, wszystko to składa się 
na posępny obraz, którego pesymistyczną wymowę autor chce jednak złagodzić konkluzją powieści. W 
przeciwieństwie do Klaudiusza bowiem, Sandoz nie rezygnuje z walki, chcę wierzyć, że jego pokolenie nie jest 
końcem, ale „początkiem czegoś innego", że mimo wszelkie porażki idzie naprzód i swoimi niedoskonałymi 
nawet dziełami przygotowuje grunt pod przyszłe zwycięstwo natury, rozumu i nauki. Ostatnie, wypowiedziane 
nad grobem przyjaciela słowa Sandoza: „Chodźmy pracować!" przywodzą na myśl konkluzję Radości życia, 
wyrażają tę samą postawę akceptacji życia, nakaz uczestniczenia pracą w jego wysiłku. Powieść świadczy o 
trwającym jeszcze kryzysie wewnętrznym pisarza, o walce z nawrotami pesymizmu, a jednocześnie o 
podejmowanych uparcie próbach przezwyciężenia go. Te próby jednak, łatwo dostrzegalne w świetle późniejszej 
ewolucji Zoli, uszły uwadze współczesnej mu krytyki, która uznała Dzieło za wyraz skrajnego pesymizmu. 
„Smutną, najbardziej wstrząsą- jącą i być może najbardziej gorzką z książek pana Zoli" nazywa je recenzent z 
„Le XIX-e Siacie", a Fouąuier z „La France" zastanawia się, „czy pan Zola posunie się dalej jeszcze na tej 
drodze równie posępnej jak owa aleja cmentarna, na której malarz Bongrand i po- wieściopisarz Sandoz 
rozprawiają o marności wszyst
kiego". Lemaitre zaś oświadcza w „La Revue Politiąue et Littóraire" z 17 kwietnia 1886 r.:

Nikt nie potrafił w sposób bardziej tragiczny dostrzec zewnętrznej strony dramatu ludzkiego. W panu Zoli 

jest cofi z Michała Anioła. Jego postaci przywodzą na myśl wielki fresk Sądu Ostatecznego.

Wielowarstwowa, daleka od jednoznaczności, książka od początku była przedmiotem rozbieżnych interpre-

tacji i do dziś jeszcze wywołuje wiele namiętnych sporów. Natychmiast po ukazaniu się, w kwietniu 1886 r., 
rozpętała burzę w światku artystycznym, gdzie odczytano ją przede wszystkim jako atak na impresjonizm. 
Cśzanne ozięble podziękował autorowi za przesłany sobie egzemplarz; był to ostatni list, jaki napisał do Zoli. 
Czy rozpoznał -siebie w postaci Klaudiusza, jak twierdzi Ambroży Vollard w swojej książce pełnej świadomie 
fałszowanych faktów i wrogich insynuacji pod adresem Zoli? Być może. W obecnym stanie badań brak 
dokumentów, które pozwoliłby odpowiedzieć na to pytanie z całą stanowczością i wyjaśnić przyczyny zerwania. 
Nie wiadomo nawet, czy i co Zola odpowiedział przyjacielowi, bowiem jego listy do Cśzanne^ pisane po 1862 r. 
nie zachowały się. Większość malarzy jednak upatrywała prototyp Klaudiusza nie w Cćzannie, ale raczej w 
zmarłym na krótko przed powstaniem Dzieła Manecie oraz w Monecie. Ten ostatni wyraża w liście do Zoli 
obawę, że powieść może, wbrew intencjom autora, posłużyć za broń wrogiej impresjonistom 'krytyce. Z większą 
pogodą zapatruje się na tę sprawę Pissarro:

Nie sądzę, aby [książka] mogła nam zaszkodzić — uspokaja Moneta — to po prostu niezbyt udana powieść 

autora UAssommoir i Germinala, nic więcej.*

background image

Jego przewidywania okazały się trafne. Pewni krytycy wprawdzie, poszukując „klucza" do powieści, wy-

mieniają nazwiska Maneta, Moneta i Pissarro; większość jednak widzi w Klaudiuszu przede wszystkim postać 
symboliczną, naturalistyczny odpowiednik balzakow- śkiego Frenhofera, ucieleśnienie „wiecznej walki artysty z 
nieosiągalnym ideałem". Niektórzy zaś, bliżej związani z Zolą, rozpoznają w bohaterze drugie obok Sandoza 
powieściowe wcielenie autora.

Zola odmalował się nie tylko w Sandozie — pisze Geof- froy. — Część samego siebie wcielił w tego 

Klaudiusza, tak dzielnego w pracy, a tak niepewnego rezultatu swoich wysiłków. Czyż ci dwaj, ten który 
poszukuje samego siebie, i ten który samego siebie tłumaczy, nie uzupełniają się wzajem-
Goncourt zaś notuje w swoim Dzienniku:
Lubię spotykać Zolę w jego książkach, jest to przynajmniej jedyna istota ludzka, jaką obserwował [...] Ale w 
jednej powieści sfabrykować z własnej osobowości dwie postaci, Sandoza i Klaudiusza, to doprawdy za wiele.

5

Zainteresowanie Dziełem, które zaćmił rozgłos Ziemi, dosyć szybko wygasło. Odżyło dopiero wiele lat później, 
w związku z „odkryciem" twórczości Cćzanne'a. I na długi czas utrwalił się wtedy pogląd, oparty głównie na 
twierdzeniu Vollarda, że Dzieło to „podstępny cios wymierzony w przyjaciela". Zgodzono się także z opinią 
Rewalda, autora książki Cezanne i Zola, że powieść dowodzi całkowitej ignorancji Zoli w sprawach malarstwa. 
Dopiero ostatnie lata przyniosły nowe próby odczytania powieści nie tylko jako obrazu pewnego środowiska i 
pewnego etapu w historii sztuki, ale przede wszystkim jako „pośredniej spowiedzi" pisarza. Podjęto również 
próbę rehabilitacji Zoli jako krytyka sztuki, do
296
czego w dużej mierze przyczyniło się opublikowanie jego Salonów przez Hemmingsa i Niessa, którzy dostar-
czyli w ten sposób materiałów, pozwalających oprzeć na solidniejszych nieco podstawach spór zawieszony 
przedtem w próżni. Coraz liczniejsi krytycy przychylają się do opinii Francisa Jourdain, który dowodzi, że 
„wbrew legendzie jedynie Zola przeczuł genialność Cśzanne'a" i przez bardzo długi czas był jedynym 
człowiekiem zdającym sobie sprawę z niezwykłości jego talentu. Wielu także, między innymi Patrick Bra- dy, 
autor rozprawy doktorskiej o Dziele, podejmuje polemikę z sądem Rewalda, krzywdzącym ich zdaniem Zolę. 
Wyczerpujące studium o krytyce artystycznej Zoli możliwe będzie dopiero po opublikowaniu artykułów z „Le 
Sśmaphore de Marseille", w których znajduje się między innymi kilka bardzo interesujących wypowiedzi pisarza 
o impresjonizmie. Studium, o które warto się chyba pokusić, skoro problem do dzisiaj wywołuje tyle spornych 
sądów, i jeżeli — jak twierdzi w swojej przedmowie do Salonów Hemmings — Zola był w 
dziewiętnastowiecznej krytyce sztuki godnym kontynuatorem Baudelaire'a.

„Zola skarży się, że ostatnio ktoś zabrał mu tytuł Ziemia, który przeznaczał do swojej powieści o chłopach" 

— notował pod datą 18 kwietnia 1883 r. Edmund de Goncourt.

6

Na powstanie projektu tej powieści, który nie istniał jeszcze w początku 1878 r., złożyło się parę przyczyn: 

przede wszystkim wewnętrzna logika cyklu, serii wielkich obrazów środowiskowych, wśród których nie mogło 
zabraknąć obrazu chłopstwa; następnie groźny kryzys agrarny, który ujawnił się już w 1879 r., a w latach 
osiemdziesiątych budził powszechny niepo
297

background image

kój, jako jeden więcej symptom nadciągającej katastrofy; wreszcie powód jeżeli nie decydujący, to w każdym 
razie nie najbłahszy — bliższy kontakt Zoli ze wsią od czasu jak zamieszkał w Mśdanie, małej podówczas 
wiosce, liczącej około dwustu mieszkańców, przeważnie drobnych rolników, właścicieli kilkuhektarowych go-
spodarstw. Tutaj właśnie dojrzała w nim ostatecznie pokusa zmierzenia się z Balzakiem, któremu, jak pisze, 
„częściowo tylko powiodła się próba" pokazania „chłopa takim, jaki jest", oraz chęć przeciwstawienia 
„prawdziwych dramatów wiejskich" uroczym sielankom George Sand i fałszywym konwencjom współczesnej 
powieści.

Z trudności takiego przedsięwzięcia Zola. zdawał sobie sprawę. Nie ma, twierdził, „nic prostszego i bardziej 

skomplikowanego zarazem niż chłop", uważał środowisko wiejskie za bardziej zamknięte i niedostępne od 
innych. Toteż nie przewidywał szybkiej realizacji nowego projektu i wcześnie tym razem, bo już około 1880 r., 
zaczął gromadzić materiały: śledził w prasie dyskusję o sytuacji rolnictwa i wycinał artykuły poświęcone 
sprawom wsi; od 1881 r. sprawował przez kilka lat, bez nadmiernej zresztą gorliwości, funkcje radnego gminy 
Mśdan; interesował się „wszystkimi historyjkami z życia wioski, wszystkimi miejscowymi ploteczkami", nie 
cofał się „przed żadnym sposobem" i ciągnął „za język swoich służących, którym chłopi okazywali więcej 
zaufania niż mieszczuchowi". *

Stopniowo narastały wrażenia i obserwacje, nakładając się na wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej mło-

dości, z okresu wędrówek po okolicach Aix i wypraw do wiosek podparyskich, oraz na refleksje czytelnika i 
recenzenta licznych książek o problematyce wiejskiej.
zarówno powieści, jak dzieł historycznych, zwłaszcza Micheleta i Taine'a. Te młodzieńcze zainteresowania 
znalaizły wyraz w kilku opowiadaniach i artykułach publicystycznych z lat siedemdziesiątych oraz w Grzechu 
księdza Mouret, gdzie prowamsalska wioska Les Artaud stanowi tło dla pierwszoplanowego dramatu młodego 
proboszcza. Chłopi z Les Artaud, „twardzi, skąpi, zmysłowi, niereligijni, zabobonni, złączeni z ziemią więzami 
codziennego «porubstwa», zapowiadają już licznymi rysami chłopów z Rognes" | bohaterów Ziemi.

Zdaniem Guy Roberta, aiutora wielkiej monografii, stanowiącej zwrotny punkt w badaniach nad Zolą, 

doświadczenia medańskie nie zmodyfikowały w jakiś zasadniczy sposób wyobrażeń pisarza o środowisku 
chłopskim, a tylko wzbogaciły je i sprecyzowały: stworzony w Ziemi typ chłopa, chciwego, brutalnego, zde-
moralizowanego, prymitywnego w swoich reakcjach, rozwiązłego w obyczajach, nie cofającego się przed 
zbrodnią, byle posiąść ziemię, nie odbiega od pesymistycznego nurtu bogatej tradycji literatury dziewiętnastego 
wieku. Nikt jednak przed Zolą, twierdzi, dalej Robert, nie „zanalizował chłopa jako takiego, ze wszystkim, co 
zawdzięcza on ziemi", nikt nie ukazał z taką siłą „tragicznej fatalności przykuwającej go do ziemi", która 
kształtuje jego duszę i ciało, nikt nie osadził go tak mocno w jego środowisku, jego codziennym życiu i trudzie, 
w jego walce z ziemią i o ziemię.

8

Natychmiast po skończeniu Dzieła, wczesną wiosną 1886 r., Zola przystąpił do pracy nad następnym to-

mem, którego akcję, po krótkim wahaniu, postanowił osadzić na równinie Beauce. W szkicu powieści wyraźne 
są ślady poprzedzającej go bezpośrednio lektury dwóch książek: Pensies (Myśli) Józefa Roux (1886), 
proboszcza wiejskiego, który w bardzo ciemnych barwach maluje portret chłopa, oraz Histoire des Paysans

background image

(Historii chłopów) Eugeniusza Boimemere'a (1857), która, być może, podsunęła pisarzowi pomysł jednego z 
dwóch centralnych wątków, historii starego Fouana. „Żałosny dramat króla Leara", pisze Bonnemere, często 
rozgrywa się na wsi, jeżeli rodzice za życia rozdzielą swój majątek między dzieci.
[Stary wieśniak] ciężar dla wszystkich i dla samego siebie, pojony goryczą, obcy u własnych dzieci, od chaty do 
chaty oprowadza smutek swoich ostatnich dni. Wreszcie umiera, nie żałując niczego w tym życiu i przez nic nie 
żałowany, oddaje swoje wyniszczone ciało tej ziemi, którą tak bardzo kochał. Ale niech się śpieszy, gdyż 
chciwość czyha i w ukryciu zbroi rękę ojcobójcy.

9

W samym tylko 1854 r. gazety doniosły o czterech wykrytych zbrodniach ojcobójstwa, a przeważnie tego 

rodzaju przestępstwa nie wychodzą na jaw.

„Ilekroć podejmuję teraz jakieś studium — pisał Zola, zbierając dokumentację do Ziemi 5 zawsze natykam 

się na socjalizm." *

Po informacje zwrócił się tym razem wprost do Guesde

ł

a, z którym skontaktował go Alexis. W parogo-

dzinnej rozmowie autor programu agrarnego Francuskiej partii Robotniczej wyłożył- mu marksistowski punkt 
widzenia na interesujące go problemy. Zacofanie rolnictwa francuskiego, które nie jest zdolne wytrzymać 
konkurencji amerykańskiej, oraz podwójna sprzeczność systemu kapitalistycznego Jj konflikt między wielką a 
drobną własnością ziemską i między przemysłem zainteresowanym w imporcie tanich produktów rolnych a 
rolnictwem domagającym się ceł ochronnych Ig stawiają pod znakiem zapytania przyszłość ekonomiczną kraju.

Niebawem zostaniemy zalani tanim chlebem i mięsem — pisze Zola w notatkach sporządzonych po 

roanowie. — W obliczu tej groźnej przyszłości Guesde ukazuje wadliwość naszej organizacji ekonomicznej. 
Ignorancja i rutyna chłopów [...], rozdrobnienie własności, niedostateczna jeszcze mechanizacja, cała przeszłość, 
którą za sobą wleczemy [...], sprawiają, że chłop jest niewolnikiem ziemi i że każdy pozorny postęp jest krokiem 
ku śmierci [._] Koszmarem gnębiącym dzisiaj chłopa są te lawiny zboża, te stada bydła, całe te floty zalewające 
Francję tanim chlebem i mięsem, co zabija nasze rolnictwo i hodowlę. *

Jedyny ratunek kolektywiści widzą w rewolucji, bardzo już bliskiej, która znacjonalizuje ziemię, wywła-

szczy wielkich posiadaczy i stworzy ogromne uspołecznione gospodarstwa, zdolne stosować nowoczesne meto-
dy upraw. Chłopów pozyska się dla sprawy rewolucji bardzo łatwo, „zwykłem afiszem obwieszczającym znie-
sienie podatków, służby wojskowej itp.". Po jakimś czasie, widząc osiągnięcia uspołecznionej gospodarki, sami, 
z dobra woli oddadzą kolektywowi swoje „trawki ziemi". A potem nastąpi era powszechnej szczęśliwości, „złoty 
wiek, który Guesde odmalował mi z ogniem w oku [...], Eden, Eldorado, [...] pracować będą maszyny", ludzie 
zaś używać będą wszelkich uciech, nastąpi „pełne zaspokojenie apetytów przy możliwie najmniejszym wysiłku 
[...] Ale nie uda się to bez ogromnego nacisku: trzeba będzie zmuszać ludzi, żeby byli szczęśliwi w pewien 
określony sposób". Ten obraz przyszłego szczęścia budzi niejakie wątpliwości w Zoli, który zastanawia się, „czy 
będzie to możliwe w [...] starej, przegniłej od monarchizmu rasie". Obawia się, że piękne ideały, sprowadzone z 
nieba teorii na ziemię ludzi wychowanych przez wielowiekowy system własności prywatnej, przeobrażą się w 
zwykłą żądzę używania bez
* *

T

 * Jt^mi

background image

pracy. I kiwa z niedowierzaniem głową, słuchając entuzjastycznych wywodów tego „sympatycznego młodego 
człowieka, który — jak go określił Alexis'— żyje w sferze czystego marzenia".

10

Informacje uzyskane od Guesde'a, a uzupełnione lekturą artykułów Lafargue'a i anarchisty Eliasza Rec- 

lusa, dały Zoli pełny obraz sytuacji ekonomicznej, który przekazał w powieści, stosując tę samą co w Germinalu 
metodę dyskusji. Całą tę problematykę ideologiczną przedstawił w wypowiedziach trzech postaci uosabiających 
trzy różne postawy: właściciela ziemskiego Hourdeąuina, reprezentującego (jak w Germinalu De- neulin) 
pesymizm warstwy średniej, zagrożonej zarówno przez koncentrację kapitalistyczną, jak i przez ewentualną 
rewolucję; nauczyciela Leąueu, reprezentanta anarchizmu, zdeklasowanego chłopa, pełnego zawiści i urazy do 
całego świata, półinteligenta, któremu brak wielkości i szlachetnej bezinteresowności Suwarina; wreszcie 
wyznawcy kolektywizmu, Canona, łazika, pijaczyny i nieroba, postrachem wymuszającego od chłopów 
jałmużnę. Głęboka przepaść dzieli ten wytwór zatrutej atmosfery przedmieść paryskich od autentycznego 
proletariusza, Stefana Lantiera, który reprezentował kolektywizm w Germinalu. W charakterystyce Canona 
bowiem najsilniej doszły do głosu zastrzeżenia Zoli wobec socjalizmu, niewiara w możliwość urzeczywistnienia 
„w naszej przegniłej rasie" tej pięknej, ale .utopijnej, jego zdaniem, teorii, do której ludzie nie dorośli i która w 
praktyce, realizowana przez takich jak Canon, musiałaby skończyć się krachem lub dyktaturą.

Nazajutrz po spotkaniu z Guesde'em Zola wyruszył w podróż po Beauce.
Znalazłem wreszcie zakątek, którego potrzebuję — donosi w trzy dni później Cćardowi. — To mała dolinka 

w kantonie Cloyes [...] Będę tu miał wszystko, czego pragnę: wielką
i drobną własność rolną, centralny, bardzo francuski zakątek, typowy, charakterystyczny pejzaż, wesołą ludność, 
bez gwary. Słowem, wszystko, co sobie wymarzyłem [...] Dziś zostałem w Chateaudun, aby zobaczyć wielki 
targ na bydło. *

Następnego dnia pojechał „obejrzeć jeszcze raz swoją dolinkę" i wioskę Romilly-sur-Aigre, model fikcyj-

nego Rognes, w którym rozgrywa się akcja Ziemi. Po tygodniowej niespełna podróży, 11 maja, wrócił do domu, 
przywożąc bogaty plon obserwacji i wrażeń. Zaczął wreszcie „widzieć" ramy swojej powieści.

Pracuję jeszcze nad planem — informował 27 maja swojego holenderskiego krytyka i wielbiciela, Van 

Santen Kolf- fa — do pisania wezmę się dopiero za jakie dwa tygodnie., Ta powieść przeraża mnie; będzie, przy 
całej swojej prostocie, . jedną z najbardziej przeładowanych. Chcę zawrzeć w niej wszystkich naszych chłopów, 
z ich historią, obyczajami, rolą; chcę poruszyć społeczną kwestię własności; chcę pokazać, dokąd prowadzi nas 
ten kryzys agrarny, tak poważny w obecnej chwili [...]; chciałbym w Ziemi zrobić dla chłopa to, co dla robotnika 
zrobiłem w Germinalu. — A jednocześnie pragnę pozostać artystą, pisarzem, stworzyć żywy poemat ziemi: pory 
roku, prace rolne, ludzie, zwierzęta, cała wieś [...] Pragnę objąć całe życie chłopa: pracę, miłość, politykę, 
religię, przeszłość, teraźniejszość, przyszłość.**

W początku czerwca zabrał się do pisania, ostatniego etapu pracy, który miał trwać aż do połowy sierpnia 

następnego roku. Niejednokrotnie w ciągu tych czternastu miesięcy wyrywały mu się słowa skargi na „tę 
przeklętą książkę". Nie był z siebie zadowolony, „trawiony ciągłą gorączką, wiecznymi wątpliwościami", a 
przede wszystkim obawą, żeby książka nie okazała się słabsza od Germinala. Zadanie stawiał sobie istotnie nie 
mniej ambitne i trudne. Mógł wprawdzie korzystać

background image

z poprzednich doświadczeń, ale kryło się w tym niebezpieczeństwo powtarzania samego siebie, >i mimo że je 
sobie uświadamiał, nie udało mu się w pełni go uniknąć.

Stosując technikę punktu widzenia, którą od lat sobie upodobał, wprowadza ten sam co w Germinalu pod-

stawowy chwyt kompozycyjny: przybysz z zewnątrz, który z zaczęciem powieści wchodzi w obce dla siebie 
środowisko, stopniowo je poznaje, służąc autorowi za głównego obserwatora, i opuszcza je razem z nim na 
ostatniej stronie książki. Tę funkcję obserwatora, a zarazem łącznika z pozostałymi tomami cyklu, pełni Jan, syn 
Antoniego Macąuarta, z zawodu stolarz, który po odbyciu służby wojskowej, znużony przeżyciami wojennymi, 
osiedla się na wsi, wyobrażając ją sobie, wzorem wszystkich mieszczuchów, jako azyl spokoju, zdrowia 
fizycznego i moralnego. „Nie upodabniać go do Stefana — notuje Zola na początku szkicu — nie kazać mu 
porzucać swego zawodu i nie robić z niego chłopa." * Potem jednak wyzbywa się tych skrupułów: Jan zmienia 
zawód, pracuje jako parobek w majątku pana Hourdeąuina, a później żeni się z gospodarską córką, Franciszką 
Mouche, autentyczną z krwi i kości chłopką, siostrą Lizy i szwagierką Buteau, właściwego bohatera powieści. W 
ten sposób związany zostaje z intrygą i zamieszany w życie wsi; podobnie jak Stefan w Germinalu, obserwuje 
wszystko — krajobraz, ludzi, ich obyczaje, zwyczaje i pracę — z ciekawością, jako coś dla siebie nowego, i 
widzi rzeczy, których nie dostrzegają chłopi. Stopniowo traci złudzenia zrodzone z „sentymentalnych czytanek, 
wyobrażenia o prostocie, cnotli- wości, doskonałym szczęściu, idee, które znaleźć można w umoralniających 
bajeczkach dla dzieci". I kiedy po dziesięciu latach opuszcza Rognes, po śmierci żony za
mordowanej przez własną siostrę i szwagra, odchodzi pełen wstrętu do ludzi, których za sobą zostawia. W 
przeciwieństwie do Stefana, który już po paru miesiącach wrósł w środowisko górników, stał się jednym z nich, 
i którego, gdy odchodził, aby walczyć dalej o wspólną sprawę, żegnały mocne uściski dłoni towarzyszy, Jan do 
końca pozostaje dla chłopów „obcym"; pozostaje nim nawet dla własnej żony, która umiera nie zdradziwszy 
swoich morderców, nie chce bowiem, aby ziemia z rąk rodziny, choć zbrodniczej, przeszła w ręce „obcego".

Wiejskie losy Jana mają ilustrować antagonizm między wsią a miastem, wrogość chłopa w stosunku do ro-

botnika i dają wyraz przekonaniu Zoli o hermetyczności środowiska chłopskiego, nieprzenikalnego dla nikogo z 
zewnątrz. Tym samym jednak, o ile Stefan mógł stać się centralną postacią Germinala, jednym z motorów akcji, 
o tyle Jan może być tylko biernym świadkiem, statystą, którego obecność nadaje wprawdzie tragiczny obrót 
wydarzeniom, ale który nie ma na nie wpływu. W żadnym z pozostałych tomów cyklu członek rodu Rougon-
Macąuartów nie odgrywa tak znikomej, czysto formalnej roli. Bohaterami powieści
0 chłopach muszą być autentyczni chłopi, ucieleśniający wszystkie cechy właściwe temu środowisku, przede 
wszystkim zaś namiętne, erotyczne niemal pożądanie ziemi, które stanowi w oczach Zoli istotę psychiki chłopa, 
określa wszystkie jego uczucia i działania.

Takimi właśnie autentycznymi chłopami są Fouan

1 jego syn Buteau, bohaterzy dwóch centralnych, ściśle z sobą splecionych wątków fabularnych. Pierwszy z 
tych wątków to „wiejski dramat króla Leara", subtelnie narysowany proces upadku starego Fouana, który, 
rozdzieliwszy za życia ziemię między dwóch synów i córkę, traci stopniowo wszelki autorytet i poważanie,

background image

I tuła się po dzieciach, doznając coraz większych upokorzeń, aby wreszcie po dziesięciu latach cierpień mo-
ralnych i fizycznych — wyzbyty z resztek ludzkiej godności, niepotrzebny nikomu żałosny strzęp człowieka — 
zginąć z ręki syna. Drugi wątek stanowi historia Bu- teau, którego działania, zdeterminowane jedyną namięt-
nością, żądzą Ziemi, są właściwym motorem akcji: aby zdobyć ziemię, żeni się z Lizą; aby zachować w swoim 
posiadaniu ziemię należącą do Franciszki, usiłuje zgwałcić młodą szwagierkę i powstrzymać ją w ten sposób od 
zamążpójścia; wreszcie, aby odzyskać ziemię, którą musiał oddać, gdy Franciszka poślubiła Jana, zabija ją. 
Mimowolnym świadkiem tego morderstwa jest stary Fouan; jedna zbrodnia pociąga za sobą drugą: aby pozbyć 
się świadka, Buteau i Liza nie cofają się przed ojcóbójstwem.

Guy Robert przyrównuje strukturę Ziemi do struktury tragedii. Dążenie do maksymalnej jedności akcji, 

ścisłe powiązanie obu wątków, rozwój intrygi wolny od wszelkiej przypadkowości, wydobywający jedynie kon-
flikty zawarte potencjalnie w sytuacji wyjściowej i w charakterach, narastające progresywnie napięcie 
dramatyczne, rozwiązanie będące rezultatem namiętności doprowadzonej do ostatecznych granic logiki — 
wszystko to upodobnia Ziemią do klasycznej tragedii.

Przede wszystkim jednak, silniej niż w którejkolwiek z dotychczasowych powieści, ujawnia się w Ziemi, 

zdaniem tego badacza, epicki charakter Rougon-Macąmr- lów. W pełni rozwinięte zostają wielkie tematy i mity 
zarysowane w poprzednich tomach: temat wiecznego powracania, temat wiecznej walki-między siłami rozkładu 
i śmierci a siłami płodności i życia, mit katastrofy i mit nadziei. Niezmiennie z każdym nowym pokoleniem 
powtarzają się te same dramaty; niezmiennie na- stępują po sobie pory roku, cykle płodności. Powieść,
której akcja trwa dziesięć lat, odtwarza w swej strukturze jeden cykl roczny, jej rytmem rządzi nie następstwo 
lat, nieuchwytne w „aktywnym i monotonnym życiu wsi", ale następstwo pór roku: pierwsza część zaczyna się i 
kończy jesienną siejbą, ramami drugiej jest wiosna i sianokosy, część trzecia — kulminacja cyklu — to letnie 
żniwa, czwarta — późna jesień i winobranie, i wreszcie część piąta, po jesiennym nawożeniu, kończy się 
wczesnowiosenną orką i siejbą, początkiem nowego cyklu. „Na rzeczywisty czas akcji nakłada się bardziej 
symboliczne trwanie, którego fazy wpisują się w perypetie dramatu ludzkiego."

11

Ciąży nad powieścią widmo katastrofy: piętrzą się okropności, gwałty, morderstwa, gromadzą się ńa hory-

zoncie chmury wojny, anarchista Leąueu roztacza przerażającą wizję powszechnej zagłady, Jan, odchodząc, 
idzie na wojnę, ku nowym masakrom Ale śmierć jest tylko nawozem życia, wszelkie narodziny dokonują się w 
nieczystościach i bólu, a z rozkładających się ciał wyrasta nowe życie. Natura zmierza do jakiegoś nie znanego 
człowiekowi celu i „kto wie? być może potrzeba krwi i łez, aby świat szedł naprzód?"; wszystko w naturze ma 
swoją rację bytu, a losem człowieka jest uczestniczyć w jej dziele, w walce życia i śmierci. „Zakończyć nadzieją 
— notuje Zola w planie ostatniego rozdziału |— obrazem ziemi i siejby, która wyda plon w przyszłe żniwa." * I 
Jan, podobnie jak Stefan, odchodzi w dzień wiosny, z początkiem nowego cyklu płodności, a kiedy przenosi 
wzrok z dwóch świeżych mogił, Franciszki i Fouana, na rozległe równiny Beauce, oczy jego uderza widok 
siewców, którzy rzucają ziarno w wiecznie płodną, niezniszczalną ziemię: „Umarli, ziarno, i z ziemi wyrasta 
chleb." Ostatnie zdanie należy do

background image

nadziei. Ja'k w Radości życia, jak w Germinalu, jak w Dziele, trudny naturalistyczny optymizm bierze nieśmiało 
górę nad katastrofizmem.
18 sierpnia 1887 r., w tym samym dniu, w którym Zola stawiał słowo „koniec" na rękopisie powieści, od trzech 
miesięcy drukowanej już w „Gil Blasie", ukazał się w „Le Figaro" artykuł pt. Ziemia. Do pana Zoli, podpisany 
przez Pawła Bonnetaina, J. H. Rosny'ego, Lucjana Descavesa, Pawła Margueritte'a i Gustawa Guichesa, pięciu 
młodych ludzi o nader skromnym dorobku literackim, bywalców „Strychu" Goncourta i salonu Daudeta w 
Champrosay. Autorzy, z których żaden nie był ani przyjacielem, ani uczniem Zoli, „wyrzekali się" go, gdyż, jak 
piszą, zawiódł ich nadzieje. „Dezercja Mistrza", oświadczają, jest dziś oczywista dla wszystkich: jego dzieło, 
oparte na „wybrakowanej dokumentacji", to najbardziej „rozdęty romantyzm", a jego „wyrachowana 
nieprzyzwoitość" budzi obrzydzenie. Po kilku obszernych, bardziej niż niewybrednych aluzjach do „schorzeń" i 
„zahamowań seksualnych", tłumaczących tę nieprzyzwoitość, następował brutalny atak na Ziemię, świadectwo 
„ostatecznego zwyrodnienia", „antologię pornografii", książkę, w której „Mistrz sięgnął dna plugastwa". Ten 
„krzyk sumienia" młodych ludzi, którzy „pragną bronić swoje dzieła — dobre czy złe — przed ewentualnym 
utożsamianiem ich z aberacjami Mistrza", kończył się apelem do opinii publicznej, aby „ugodziła tylko w 
Ziemię, a nie [...] w uczciwe książki, co się dopiero ukażą", oraz protestem „w imię zdrowych i męskich ambicji, 
w imię uwielbienia, miłości i najwyższego szacunku dla sztuki przeciwko tej pozbawionej szlachetności 
literaturze".

Artykuł, ochrzczony natychmiast mianem „Manifestu pięciu", rozpętał w światku literackim gwałtowną, 

choć krótkotrwałą burzę, nie tyle zresztą ze względu na cię
żar gatunkowy sygnatariuszy czy na rodzaj zarzutów, z których każdy miał za sobą długą wysługę lat w walce z 
Zolą, ile ze względu na domniemane kulisy afery. Nie tylko medańczycy — Huysmans, Cćard, Alexis — ale i 
większość dziennikarzy podejrzewała, że inspiratorami ataku byli Daudet i Goncourt. Zola, idąc za radą 
przyjaciół, nie odpowiedział na Manifest. Natomiast w wywiadzie ogłoszonym 21 sierpnia w „Gil Blasie" 
oświadczył:

Niektórzy twierdzili, że należałoby może dopatrywać się w tym wystąpieniu echa sądów pochodzących od 

osób, które wysoko cenię jako pisarzy i jako ludzi, i którzy żywią te same uczucia w stosunku do ranie [...] Nie 
chcę wierzyć w tę insynuację [...], jestem głęboko przekonany, że te osoby boleją nad tym tekstem, który ani nie 
był przez nie inspirowany, ani nie uzyskał ich aprobaty.

Goncourt ocenił wypowiedź Zoli jako dowód „makia- velizmu i perfidii, ukrytych pod cuchnącą dobrodusz- 

nością". Ani on, ani Daudet nie uznali za stosowne napisać choćby paru słów do Zoli, który oczekiwał od nich 
„jakiegoś znaku sympatii', jak wyrazi się 13 października w liście do Edmunda. Dopiero w odpowiedzi na ten 
list Goncourt daje mu „słowo honoru", że nic nie wiedział o przygotowywanym Manifeście. W miesiąc później 
podobne zapewnienie złoży Daudet. Przyjaźń, która od dawna już nie jest przyjaźnią, ale w którą Zola mimo 
jawne dowody wrogości chce wierzyć, raz jeszcze została załatana na użytek opinii publicznej.
Jak było naprawdę? Znany dzisiaj pełny tekst Dziennika Gonoourtów zdaje się dowodzić, że istotnie ani 
Edmund, ani Daudet nie ponosili odpowiedzialności bezpośredniej za ten „niestosowny wybryk", co nie znaczy, 
aby byli wolni od wszelkiej odpowiedzialności. Manifest odzwierciedla ze zdumiewającą wręcz dosłow

background image

nością sądy o Zoli wypowiadane w Auteuil i w Cham- prosay a zanotowane w Dzienniku. Autorzy mieli więc 
pełne prawo sądzić, że ich artykuł sprawi przyjemność gospodarzom Nie mylili się zresztą:

W obecnym okresie powszechnego płaszczenia sie prasy przed Zolą rzecz wydaje się nam odważna.7— 

notuje po spotkaniu z Daudetem, 18 sierpnia, Edmund. — Ale Manifest jest źle zrobiony, pisany stylem 
przeładowanym naukowymi terminami i zbyt obelżywie atakuje somatyczne cechy autora.

Nie sam fakt zatem ani treść, ale tylko forma spotkała się z dezaprobatą.
Autorów Manifestu zresztą, którzy liczyli na rozgłos i reklamę, spotkał zawód: Zola nie raczył odpowie-

dzieć, Daudet i Goncurt nie udzielili im publicznego poparcia, a prasa potraktowała ich jako niedowarzonych 
wyrostków, w najlepszym razie z iroiiią, na ogół z surowością. Obruszył się nawet Anatol France, którego 
wówczas nie można jeszcze pomawiać o sympatię do Zoli. Manifest, przejaw trwającego już od jakiegoś czasu 
odwrotu od naturalizmu, oddał im jedną tylko przysługę: przekazał ich nazwiska potomności.

Przysporzył za to reklamy Ziemi i przyspieszył reakcję krytyki, która* nie czekając wydania książkowego, 

zajęła się powieścią, zanim nawet dobiegł końca jej druk w odcinku. Ataki, niezwykle gwałtowne, były znacznie 
liczniejsze od pochwał. Już 1 września Brune- tiere obwieszcza triumfalnie w „La Revue des deux Mondes" 
„bankructwo naturalizmu":

Nigdy dotąd, nawet w Kuchennych schodach, ten osobliwy obserwator obyczajów swoich czasów nie zakpił 

tak z publiczności, nigdy z taką zuchwałością nie podstawił wyuzdanych lub groteskowych wizji swojej 
rozpalonej wyobraźni na miejsce rzeczywistości.
310

Wszystkie zarzuty dadzą się sprowadzić do dwóch, od lat tych samych: nieprzyzwoitość i fałsz, „ruja i po- 

rubstwó". Ziemia to „georgiki rozpustnej hołoty", wykrzykuje Anatol France i dodaje:

Dzieło pana Zoli jest szkodliwe, jest on jednym z tych nieszczęśników, o których można powiedzieć, że 

lepiej byłoby, gdyby się nie urodzili.

„Pan Zola nie widział chłopa, nie rozumie go i nie lubi" — oświadcza Oktawiusz Mirbeau, któremu Zola 

odpowiada uprzejmym, lecz stanowczym listem z 23 września 1887 r.:

Nie żywię do Pana urazy [...] Ale czy pozwoli rai Pan upierać się przy moim dziele? [...] Każdy będzie mi 

rzucał na głowę ,.swojego" chłopa. Dlaczego tylko mój ma być fałszywy? [....] Pamięta Pan przyjęcie zgotowane 
UAssommoir i zwrot, który się później dokonał? Mara nadzieję, że to samo będzie z Ziemią. Warunki są 
identyczne.

Powieść znalazła też paru obrońców. Pochlebnie wyrażają się o niej Huysmans, Maupassant, Mallarme, 

Alexis. Niektórzy krytycy, nawet jeżeli nie wszystko aprobują, podkreślają liryzm i epicki charakter utworu, 
„szekspirowską wielkość" tragedii Fouana, chwalą kompozycję i piękno opisów. /W grudniowym numerze „La 
Revue Indśpendante" Teodor de Wyzewa, podsumowując głosy krytyki, stara się dać bezstronną ocenę: mimo 
zastrzeżeń, uznaje Ziemię za arcydzieło Zoli i kończy słowami:
Pan Zola pierwszy stworzył chłopów żyjących własnym życiem [...] Ofiarował literaturze pierwszą wieś, tak jak 
ofiarował jej pierwszego robotnika, pierwszy dom towarowy, pierwsze Hale. Po nim mogą przyjść inni, którzy 
skorygują jego obraz; to nieważne, on pozostanie pierwszy.
311

background image

Zapowiedziane na październik, wydanie książkowe ukazało się dopiero 15 listopada 1887 r., Zola chciał bo-

wiem, aby burza przycichła nieco.

Moja książka — pisze do Van Santen Kolffa — obroni się sama i zwycięży, jeżeli ma zwyciężyć. Ja 

osobiście jestem z niej zadowolony i sądzę, że w opinii publicznej nastąpi zwrot na jej korzyść.*

Te słowa najlepiej tłumaczą genezę Marzenia, którego pomysł nie istniał jeszcze parę miesięcy przedtem, w 

styczniu 1887 r., kiedy Chincholle po rozmowie z Zolą prezentował w „Le Figaro" projekty pięciu ostatnich 
tomów cyklu i kiedy nic, zdawałoby się, nie zapowia-

Nie pomylił się. Ziema zaliczona została, wspólnie z UAssommoir, Naną, Germinalem i Klęską do wielkich 

powieści cyklu.

Chciałbym napisać książkę, jakiej nie spodziewają się po mnie notuje Zola w listopadzie 1887 r., w 

pierwszymi zdaniu szkicu now

r

ęj powieści.— A więc, jako pierwszy warunek, taką, żeby można ją było dać do 

ręki wszystkim, nawet młodym dziewczętom. Zatem żadnych gwałtownych namiętności, nic poza sielanką. 
Powiedziano, że sukcesem, to znaczy książką oczekiwaną, byłby obecnie nowy Paweł i Wirginia. Zróbmy więc 
nowego Pawła i Wirginię. Z drugiej strony, ponieważ zarzucają mi, że nie uprawiam psychologii, chciałbym 
zmusić do tego, aby przyznano, że jestem psychologiem. A więc psychologia lub raczej to, co określa się tym 
mianem (!), to znaczy walka duchowa, odwieczna walka między namiętnością a obowiązkiem [...] Wreszcie, 
chciałbym wprowadzić do książki nadprzyrodzoność, marzenie, zaświaty, nieznane, niepoznawalne.**
dało tej sielankowej powiastki o „życiu takim, jakie nie jest"*- '

Nic... poza ogólnym stanem umysłów we Francji lat osiemdziesiątych i poza wewnętrzną strukturą cyklu. 

Coraz to uchwytniejsza, w miarę jak zbliża się on do końca, struktura ta oparta jest na następstwie niesy-
metrycznie rozłożonych części mocnych i słabych, na nieoczekiwanych kontrastach, które mają trzymać w 
napięciu ciekawość czytelników i świadczyć jednocześnie o rozpiętości skali twórczej pisarza dysponującego 
całym bogactwem rejestrów. Podobnie jak Kartka miłości, psychologiczne studium uczucia, stanowiła 
„sentymentalny antrakt" między UAssommoir a Naną, Dzieło zaś, psychologiczna analiza niemocy twórczej — 
pauzę między Germinalem a Ziemią, tak samo Marzenie pojawia się jako reakcja na brutalny realizm Ziemi, ja-
ko wytchnienie przed następnym mocnym uderzeniem, Bestią ludzką, powieścią o zbrodni.
Muszę zatem mieć młodą dziewczynę i miłość, ale jakże czystą. Temat będzie z konieczności banalny, ale wolę 
to nawet [...] Oto, co wymyśliłem. Czterdziestoletni mężczyzna, który, pogrążony dotąd w nauce, nigdy nie 
kochał, i którego nagle ogarnia namiętność do szesnastoletniego dziecka. Ona kocha go lub wyobraża sobie, że 
go kocha [...], a potem zakochuje się w młodym człowieku [...] Cierpienie czterdziestoletniego mężczyzny, który 
w końcu ustępuje, oddaje dziewczynę młodzieńcowi.

I nagle wśród rozważań nad sposobem wprowadzenia „fantazji, marzenia" do tego „banalnego tematu", 

pojawia się w charakterystyce bohatera, który „w pogoni za chimerą pozwolił uciec młodości", nieoczekiwane 
zwierzenie:

Ja, praca, literatura, która pożarła moje życie, i wstrząs, kryzys, potrzeba uczucia [...] Zemsta 

rzeczywistości, miłości

background image

TT

[...] Szloch, przegrane życie. Nadchodząca starość, niemożliwa już miłość, ciało, które obumiera. *

Zdaje się nam, że słyszymy znowu rozpaczliwy okrzyk Sandoza: „Ach! życie, drugie życie, kto mi je da...!"
Ten pierwotny projekt fabuły, rychło porzucony i podjęty dopiero parę lat później w zmodyfikować nej 

nieco postaci w Doborze Paskalu (a także w ostatnim tomie następnego cyklu, w Paryżu), nie jest, wbrew 
pozorom, transpozycją własnej historii pisarza, który w listopadzie 1887 r. nie zna jeszcze Jeanne Rozerot. 
Natomiast ta wyprzedzająca rzeczywistość fikcja potwierdza głęboki kryzys wewnętrzny Zoli, którego dręczy 
widmo starości, żal za umykającym życiem i coraz dotkliwsze, niemożliwe już zdawałoby się do zrealizowania, 
pragnienie potomstwa. I być może właśnie obawa, że ulegnie pokusie zbyt dosłownego sportre- towania samego 
Siebie w postaci bohatera, skłania go do rezygnacji z tej fabuły, niedostatecznie, jak oświadcza, „czystej".

Wprowadzę tu również chwilę obecną, reakcję przeciwko naturalizmowi, niecierpliwą ciekawość 

nadprzyrodzoności, potrzebę ideału, konwulsję wiary. **

Rozwijające się od kilku lat tendencje „idealistyczne", wynik rozczarowania do pozytywistycznego scjenty- 

zmu, zafascynowanie tym, co nadprzyrodzone, niepoznawalne, głód wiary, zwrot ku religii, wszystko to nie 
pozostaje bez wpływu na literaturę. Pojawiają się lub raczej nasilają zjawiska przytłumione dotąd przez tri-
umfujący naturalizm; młodzi szukają nowych źródeł
i
natchnienia w chrześcijańskim spirytualizmie, w psy- chologizmie, w afirmacji wolnej woli, buntując się 
przeciwko literaturze determinizmu fizjologicznego i środowiskowego; odkrywają powieść rosyjską i „sło-
wiański mistycyzm", rozczytują się w George Eliot, głoszą ucieczkę od wulgarnej, materialnej rzeczywistości w 
świat duszy i ducha. Swoją nową powieścią Zola pragnie udowodnić, że nie gorzej od nich potrafi malować 
duchowy świat wzruszeń religijnych i mistycznych uniesień; zarazem jednak chce dać racjonalistyczne 
wytłumaczenie faktu religijnego, mistycyzmu i wiary w nadprzyrodzoność, przedstawiając je jako zjawiska 
psychofizjologiczne, zdeterminowane wpływem dziedziczności, wychowania i środowiska.

Zanim uda mu się wymyślić fabułę, znajduje najpierw tytuł powieści, Marzenie.
To będzie uczciwe — pisze w notatkach wstępnych — ponieważ tytuł będzie ostrzegał czytelnika: „Oto 

marzenie, mówię wyraźnie, traktujcie je jako takie". A wtedy bez ironii trzeba będzie pokazać życie takim, jakim 
nie jest, takim, o jakim się marzy; wszyscy dobrzy, wszyscy uczciwi, wszyscy szczęśliwi. *
Wreszcie powstaje definitywny szkic j||

[historia] dzikiej odrośli Rougon-Macquartów, przesadzonej w mistyczne środowisko i poddanej specjalnej 

uprawie. To będzie eksperyment naukowy [...] Jednocześnie będzie to poemat o namiętności, ale absolutnie 
czystej, rozwijającej się w cieniu starej katedry gotyckiej. ••

Angelika, nieślubna córka Sydonii Touche, siostry Saecarda ze Zdobyczy, zostaje przygarnięta przez bez-

background image

dzietne małżeństwo pobożnych rzemieślników-hafcia-, rzy, żyjących w fikcyjnym mieście Beaumont-1'Eglise, 
w cieniu starej katedry. Wychowana w naiwnej wierze i całkowitej ignorancji życia, zaledwie umiejąca czytać i 
pisać, całe dni spędza na haftowaniu świętych, w wolnych chwilach karmiąc się lekturą Złotej legendy, pełnych 
cudowności opowiadań o żywotach świętych. Właściwe Rougonom wybujałe apetyty przybierają u niej postać 
marzenia o księciu z bajki, który przyjdzie pewnego wieczora, ujmie ją za rękę, zaprowadzi do pałacu, obsypie 
klejnotami i złotem. I książę z bajki istotnie przybywa, piękny i bogaty, szlachetnie urodzony i pełen cnót, 
Felicjan de Hautecoeur, syn biskupa, który owdowiawszy przyjął święcenia kapłańskie. Biskup, dumny i 
wyniosły, nie godzi się jednak na małżeństwo syna z ubogą znajdą. Strofowana przez opiekunów, Angelika 
wyrzeka się swojego marzenia, ale schnie z miłości i zapada na śmiertelną chorobę. I wtedy następuje cud: 
biskup cofa zakaz i przywraca chorą do życia cudowną mocą uzdrawiania konających, którą Bóg obdarzył jego 
przodka, Jana V. Marzenie spełnia się: Angelika poślubia Felicjana, ale po ceremonii ślubnej, „gdy ma 
przekroczyć próg rzeczywistości", umiera w drzwiach katedry, składając pierwszy i ostatni pocałunek na ustach 
swojego księcia. „Jest to logiczne zakończenie marzenia", które w zetknięciu z rzeczywistością musi umrzeć.

Rękopis, zaczęty 5 stycznia 1888 r., został ukończony w połowie sierpnia. Książkowe wydanie powieści 

drukowanej od 1 kwietnia do 15 października w „La Revue Illustree", ukazało się tego samego dnia, co ostatni 
odcinek prasowy.

Mimo zawartego w tytule „ostrzeżenia!', Marzenie było, zwłaszcza natychmiast po Ziemi, zbyt silnym 

wstrząsem dla krytyków, z których żaden prawie nie
potrafił dostrzec więzów łączących ten tom z resztą cyklu, więzów silniejszych, niż mogłoby się wydawać na 
pierwszy rzut oka:

4

 -.-u? ja

[Marzenie] — wyjaśnia Zola Van Santen Kolffowi — odpowiada ogólnej filozofii całego mojego dzieła. 

Śmierć dziecka w chwili, gdy ma wejść w życie, zgodna jest z tonem wszystkich moich książek, w których 
widziano już, jak trudno jest być szczęśliwym w tym świecie. *

Wyśmiewano idylliczne ambicje pisarza, który dotąd szokował wszystkim tylko nie nadmiarem 

„czystości".. Z wyjątkiem kilku niezawodnych entuzjastów, którzy w Marzeniu widzą nowy dowód „geniuszu 
poetyckiego" i „nieograniczonych możliwości twórczych" Zoli, większość recenzentów twierdzi, że tym razem 
pokusił się on o napisanie utworu absolutnie sprzecznego z rodzajem jego talentu. Ci sami, którzy przed rokiem 
w imię znieważonej cnoty grzmieli przeciwko pornografii, ska- tologii i brutalności Ziemi, teraz szydzą 
niemiłosiernie z nieznośnej czystości, „masywnej fantazji", nudnej cnotliwości Marzenia. Najlepiej wyraża 
dominujący ton krytyki recenzja Anatola France'a, który 28 października pisze w „Le Temps":

Autor Marzenia prześciga w czystości św. Katarzynę, św. Teresę i św. Ludwika Gonzagę [...] Drogo 

kosztowała ona pana Zolę: zapłacił za nią całym swoim talentem, z którego ani śladu nie pozostało na trzystu 
stronicach Marzenia [...] I gdyby koniecznie trzeba było wybierać, to przyznam, że od pana Zoli uskrzydlonego 
wolałbym jeszcze pana Zolę czworonożnego. Bo naturalność, widzicie, ma niedościgły urok, i nie można 
podobać się, nie będąc sobą. Pan Zola jest doskonały, kiedy nie forsuje swojego talentu. Jest niezrównany, kiedy 
maluje praczki i blacharzy. Powiem wam na ucho: H Assommoir dostarczyło mi prawdziwych rozkoszy l...] Ale 
jeden i ten sam człowiek nie może malować wszystkiego.

background image

Niektórzy dziennikarze, niezdolni pojąć, skąd do Zoli ta ckliwa powieść, snują domysły uwłaczające jego 

pisarskiej uczciwości, do czego w niemałym stopniu przyczyniły się insynuacje Goncourta i Daudeta.

Twierdzono, że napisałem Marzenie, chcąc wzruszyć Akademię moim losem, że równało się to 

powiedzeniu: „Patrzcie, jak wygrzeczniałem i zmądrzałem, przyjmijcie mnie na podstawie tej ad hoc zrobionej 
książki." Byłoby to nikczemne dla wszystkich i niegodne mnie *
— pisze Zola z oburzeniem do jakiegoś nie zidentyfikowanego korespondenta.

14 lipca 1888 r. pisarz został wreszcie odznaczony krzyżem kawalerskim Legii Honorowej, który przyjął, 

jak pisze do Maupassanta, „po długim namyśle", nie zaprzeczając jednocześnie pogłoskom, że zamierza w 
przyszłości zgłosić swoją kandydaturę do Akademii Francuskiej. Goncourt notuje natychmiast w swoim 
Dzienniku:
Niech mnie diabli wezmą, gdybym na miejscu Zoli przyjął obecnie odznaczenie [...] Ten literacki rewolucjonista 
skończy jako komandor Legii, dożywotni sekretarz Akademii i autor książek tak nudnie cnotliwych, że z trudem 
można będzie ofiarowywać je jako nagrody w żeńskich pensjonatach. »

A 30 lipca w wywiadzie zatytułowanym Zola osądzony przez Goncourta oświadcza reporterowi z „Le Gau- 

lois":

Z przykrością patrzę na to, jak pan Zola nagle mnie opuszcza i porzuca swoje dawne przekonania, żeby nie 

powiedzieć, że zapiera się ich. Czyż sądzi, że jego talent i sława potrzebują tej podwójnej konsekracji, krzyża i 
Akademii? On twierdzi, źe tak, ja uważam, że to go pomniejsza jako pisarza.

Natychmiast po przeczytaniu artykułu Zola pisze z goryczą do tego, którego wbrew oczywistości chce 

jeszcze uważać za swojego przyjaciela:

Nie jest Pan w zgodzie z prawdą, twierdząc, że to ja „nagle Pana opuszczam". Niech Pan sobie przypomni 

fakty. Jeżeli więzy rozluźniały się po trosze z każdym dniem, jeżeli dzisiaj idę samotny, to czy ja tego chciałem? 
Z drugiej strony, dlaczego potępiać mnie za przyjęcie krzyża, skoro przyjąłem go w takich samych dokładnie 
okolicznościach jak Pan [...]? Wreszcie, upewniam Pana, jeżeli kiedykolwiek zgłoszę swoją kandydaturę do 
Akademii, zrobię to w takich warunkach, w jakich nie będę musiał w najmniejszym nawet stopniu rezygnować z 
własnej dumy i niezależności. I to nie zbanalizuje mnie, wręcz przeciwnie, i nie zdyskredytuje mnie w oczach 
tych, którzy najbardziej mnie lubili, bo

background image

Po wywiadzie z Goncourtem iposypały się w prasię, zwłaszcza żerującej na skandalikach i sensacjach, arty-

kuły o „metamorfozie" Zoli, który „zapierając się własnej przeszłości", „wychudły" (istotnie, w przeciągu trzech 
miesięcy do marca 1888 r. Zola, dzięki intensywnej kuracji odchudzającej, stracił czternaście kilo), wkracza z 
Marzeniem w dłoni na drogę cnoty wiodącą do Akademii. Tymczasem, gdy w grudniu 1889 r. zgłosił swoją 
kandydaturę, w ręce trzymał nie Marzenie, ale Bestią ludzką, wątpliwą dosyć rękojmię „nawrócenia". Do 
Akademii zresztą nigdy nie zostanie przyjęty, chociaż w 1896 r. zdobędzie ogromną liczbę czternastu głosów. 
Unicestwi jednak wszelkie szanse interwencją w sprawie Dreyfusa, i w 1899 r., zgłaszając swoją kandydaturę po 
raz dwudziesty piąty (!), uzyska zaledwie jeden głos.

Dzisiaj badacze Zoli, choć nie uważają bynajmniej Marzenia za osiągnięcie, nie lekceważą jednak tej 

powieści, będącej pierwszym przejawem nowych zainteresowań pisarza, które zapowiadają już pewne tematy 
następnego cyklu powieściowego, Trzech miast, i które zrodziły się, jak zawsze, z potrzeby ustosunkowania się 
do nowych tendencji własnej epoki. Marzenie jest bowiem; jak dowodzi w swoim komentarzu do krytycznego 
wydania powieści Henri Mitterand, swoistym świadectwem tzw. „idealistycznej reakcji" końca dziewiętnastego 
wieku, nawet jeżeli powstało jako próba jej „naturalistycznej" interpretacji.

14

Wiosną 1888 r. przybyła do Medanu młoda Burgund- ka, córka młynarza Filiberta Rozerota, zatrudniona

zrozumieją wówczas, czego, dlaczego 1 w jaki sposób chciałem. *
------------------------------—----------------------------
przez panią Zola jako szwaczka. Zycie podejmowało się realizacji pierwszego, porzuconego szkicu Marzenia. 
Pięćdziesięcioletni już prawie Zola, któremu „literatura pożarła życie", jak jego niedoszły bohater, zakochuje się 
w dwudziestoletniej dziewczynie. I nie jest to przelotna przygoda, miłostka w stylu Alexisa czy Daudeta, ale 
głęboki wstrząs, całkowite zaangażowanie, które miało zaważyć na całej jego przyszłości. Oddajemy głos córce 
pisarza, uważając, że w życiu prywatnym człowieka, nawet wielkiego, są sprawy, o których mówić mają prawo 
jedynie najbliżsi:
Jeanne-Sophie-Adćle Rozerot miała w 1888 r. dwadzieścia lat. Kto zdoła opowiedzieć z dostatecznym 
szacunkiem i deli-

background image

Ir

9

tnn<da jak pełne podziwu uczucie przywiązało młodą, a dziewczynę do sławnego powieściopisarza, zako- S 

VleTmtodzieńczym uroku? A jednocześnie jak
?

b

J

A

 dramat tej miłości? Pani Zola była zawsze wierną ZZŚSfA* u boku męża dni nędzy; dzieliła z nim zaró\vno 

przedwności losu, jak i szczęście; była dla niego ucieleśnieniem jego własnej młodości która Pominęła, i dawne 
uczude nie wygasło w głębi jego serca. Nie bez wyrzutów sumienia poddał się Zola nowej, ogarniającej go 
miłości. Marzył o stworzeniu życia, o dziedach [...] Zimą 1888/9 roku odwiedzał Jeanne Rozerot w mieszkaniu 
przy ulicy Saint-Lazare 66. Tam właśnie urodziłam się 20 września 1889 r. Z tego okresu nie zachowała się 
żadna korespondencja. Kiedy pani Zola dowiedziała się z anonimowego listu o związku swojego męża, rozbiła z 
właściwą sobie po- rywczośdą sekreterę i zabrała listy, które później zniszczyła.
Mój brat, Jacąues, urodził się 25 września 1891 r., podczas podróży ojca do Lourdes.
Życie Zoli, rozdarte między żonę a nową rodzinę, było niezwykle trudne. Był człowiekiem o wielkim, 

kochającym sercu, o nadmiernej dobroci, która wyolbrzymiała mu cierpienia innych; nie potrafił patrzeć 
spokojnie na cudzy ból. Współczuje żonie, ale współczuje również sobie i z rozpaczą myśli o Jeanne i 
dzieciach. Nie chcąc unieszczęśliwiać nikogo ze swoich bliskich, nie odchodzi od żony. „Nie chcę zakłócić 
wyrzutami sumienia naszej miłośd" — pisze do Jeanne Rozerot 16 sierpnia 1892 r. A ona przyrzekła mu 
być dzielną i nie tracić odwagi.
Ile goryczy w listach Zoli, ile w nich potęgi uczucia! Jak bardzo cierpi, nie mogąc być razem z dziećmi [...] 

„Nie jestem szczęśliwy. Ten podział, to podwójne życie, jakim zmuszony jestem żyć, doprowadzają mnie do 
rozpaczy [-1 Marzyłem o uszczęśliwieniu wszystkich wokół siebie, ale widzę dobrze, że to niemożliwe, i sam 
jestem pierwszą ofiarą" (List do J. Rozerot, 13 lipca 1894 r.).

Tymczasem nasza matka żyła jedynie dla Zoli i dzieci.

n

a

°ru n <!!?• 

na ten

 "

żywot

 pustelnicy", przyjmowała tylko paru najbliższych przyjaciół Ojciec tak skutecznie bronił

lamein

P

L

aWy

i

)rZed żoną

że

 ^skał wreszcie swobodę regularnego odwiedzania nas [,..]

1895

 1 

sam

 powadził mnie do dyrektorki kursów

322

background image

szkolnych (...) dyrektora ma swojego syna.
I^^^H^^HS f

obowlązk

324
szkolnych ■ W dwa lata później wchodził do gaWn»J dyrektora małego liceum Condorcet. aby przed:staw itn 
swojego syna. Biedny ojciec, który chciał wypełnić wsays kie obowiązki wobec dzieci, a nie mógł ziścić swojeg

g

\

P

:

agn,enla: PrZekazać im

 nazwiska. Zgodnie z prawem 

m6

gł jedynie adoptować nas, za zgoda żony

Ulg 3 « ukończy piętnaście' lat. Gdy ^arł mm '"f

aŚd

%

lat 1

 MM® ■ Pani Zola załatwi a BIM 

f

?

rmaln

°

ŚCi

 1 ■

nas. 

przeka-
ktLT? ^ -

ChWałą nazwisk0

- t »] to nazwisko ojca. JfK?

1 n

,

a

?P

ierw

 odmówione, a które przywrócił nam ten gest 

królewskiej iście dobroci; nasza wdzięczność za ten ogromny dar nie zna granic UJ

Nasze życie powoli się ułożyło [...] Nie było już mowy

0 ukrywaniu się, ojciec jawnie nas odwiedzał. Pani Zola która zapragnęła nas poznać, pokochała nas i 
interesowała się nami. Raz lub dwa razy na miesiąc, w czwartki, Jacąues
1 ja chodziliśmy na spacer z ojcem i z nią, zimą do Tulerii, do Palais-Royal, na Pola Elizejskie, a z nastaniem 
pierwszych ładnych dni, do Lasku. Onieśmielała nas nieco „ta pani", jak ją nazywaliśmy, która z łagodnym 
uśmiechem przyglądała się naszym zabawom i śmiała się z naszych dziecięcych uwag, ale obecność ojca 
dodawała nam otuchy [...]

Dom nasz był spokojny i szczęśliwy [...] Ojciec, pełen wyrozumiałości, nigdy nas nie karał [...] Za to jak nas 

psuł! Nie było życzenia, którego natychmiast by nie spełnił! [...] Pragnął, aby dom był wesoły; przez okrągły rok 
przynosił całe naręcza kwiatów kupowane u kwiaciarek przy dworcu Saint-Lazare, które czyhały na jego 
przejście Ul Radością było dla niego sprawiać nam przyjemności i jak długo żył, odsuwał od nas wszelki cień 
troski czy zmartwienia. Życie wydawało się nam bardzo piękne [...] Zola otoczył nas poezją swoich marzeń, 
słodyczą spokojnego ogniska domowego, miłością Mateusza i Marianny, bohaterów Płodności.

Lato spędzaliśmy odtąd w Verneuil, tuż obok Medanu. Zola kupił rower. Odkąd ułożył swoje stosunki z 

żoną i mógł dzielić dni między nią a nas. przyjeżdżał codziennie po południu. Nic nie mogło mu przeszkodzić, 
ani brzydka pogoda, ani upały, ani złe samopoczucie. Wiedział, że go oczekujemy z niecierpliwością i to 
wystarczało [...]

Zaczęły docierać do nas pierwsze echa sprawy Dreyfusa.. Wracam myślą do tej przeszłości; widzę znowu 

zasępione twarze ojca i Alexisa. słyszę ich podniecone głosy; matka jednak chociaż martwiła się. ukrywała 
starannie s^o^ie-- pokój [...] Nie chciała w niczym krępować ZoU w jego pracy i walce o prawdę. Jeżeli 
cierpiała nad obelgami, którymi.

background image

go obrzucano, tyra dumniejsza była z podziwu okazywanego pisarzowi i wielkiemu obywatelowi. Otaczała go 
serdecznością i uczuciem, którego potrzebował [...] Wywarła na jego dzieło niezaprzeczalny wpływ: nie można 
nie rozpoznać jej w Mariannie i w Josine*, to ona jest tą matką, zawsze dzielną, zawsze wesołą. I to ona już, w 
Pieniądzu, jest tą panią Karoliną, umyślnie postarzoną, a tak dobrą i pełną życia.

[,..] Żyła nie znana, w cieniu Zoli; pozostanie w historii jego życia jako spokojna radość jego ostatnich lat, 

inspiratorka nowych ewangelii społeczeństwa przyszłości.

15

Przeżycia osobiste pisarza, jego rozterki wewnętrzne nie pozostały bez wpływu na bieg pracy. Dwa długie 

miesiące upłynęły od skończenia ostatniego utworu, nim zaczął myśleć o następnym.

„Studium zbrodni" i „koleje żelazne" — po raz pierwszy Zola zdradza komuś zamiar połączenia dwóch 

odrębnych początkowo projektów. Pierwszy, scharakteryzowany dokładniej już w konspekcie z 1869 r., 
należy .do grupy najstarszych:

Jestem bardzo zajęty i nieco zdenerwowany — pisze 16 listopada 1888 r. do Van Santen Kolffa. — 

Zastanawiam się nad moją najbliższą powieścią i, mówiąc szczerze, nie jestem jeszcze całkiem zdecydowany. 
Osadzę zapewne jakiś straszliwy dramat w ramach kolei żelaznej, studium zbrodni z rzutem oka na 
sądownictwo, ale, powtarzam Panu, wszystko to jest jeszcze bardzo mgliste. **

Powieść, której ramami będzie świat sądownictwa a bohaterem Stefan Dulac [czyt. Lantier], trzecie dziecko 

małżeństwa robotniczego. Michelet powiedział: „Sędzia powinien ||| lekarzem." Stefan to jeden z tych 
osobliwych przypadków zbrodniarza z dziedziczności, który, nie będąc szaleńcem.
IHflBHHillHHHHHHi
zabija pewnego dnia w chwili kryzysu chorobowego, pod wpływem zwierzęcego instynktu. Rodzice, ofiary 
nędzy i nałogu, przekazują mu w spadku morderstwo, tak jak jego bratu Klaudiuszowi przekazują geniusz. Były 
ostatnio przykłady podobnych faktów. Pragnę przede wszystkim napisać powieść z jądu przysięgłych, tak jak ja 
pojmuję ten rodzaj pozostawiony patentowanym dostawcom powieści odcinkowych, a z którego można by 
zrobić dzieło wysoce literackie i głęboko wstrząsające. *

Projekt powieści o kolejach narodził się później, trudno ustalić, w jakim dokładnie okresie; po raz pierwszy 

Zola wspomniał o nim w rozmowie z Alexi- serti, w 1878 r. Temat kolei, która w dziewiętnastym wieku była 
symbolem postępu, ostatnim słowem techniki, wtargnął już od pewnego czasu do literatury i sztuki; musiał też w 
sposób naturalny narzucić się pisarzowi, którego religią był postęp, który już w 1864 r. kazał poetom szukać 
natchnienia w zdobyczach nauki i który w 1877 r., oceniając entuzjastycznie płótna Moneta, wzywał artystów, 
aby „odkrywali poezję dworców kolejowych, tak jak ich ojcowie odkrywali poezję lasów i rzek". ••

Temat zbrodni, rozwijany już pod koniec Drugiego- Cesarstwa, nabrał w połowie lat osiemdziesiątych 

nowej aktualności, między innymi pod wpływem dyskusji o tzw. „prawie do zabijania". Rozpętały ją modne 
wówczas teorie „nadczłowieka" oraz ataki przeciwko* pozytywistycznemu determinizmowi i ateizmowi, prze-
ciwko postawie „naukowego amoralizmu", która,, zdaniem ideologów głoszących powrót do religii, burzy- 
wszelkie hamulce moralne i prostą drogą prowadzi dc usprawiedliwienia zbrodni, jak usiłuje tego dowieść w 
swoim Uczniu (1889 r.) autor Szkiców o psychologii współczesnej, Paweł Bourget. Argumentami w tej dys—

background image

kusji są zwłaszcza tłumaczone w latach 1884—1888 powieści Dostojewskiego, Zbrodnia i kara, Idiota, Bracia 
Karamazow, czytane zachłannie w tym okresie powszechnego zachwytu nad powieścią rosyjską, propagowaną 
przeciwko rodzimemu naturalizmowi przez wicehrabiego de Yogue na łamach „La Revue des deux Mondes". 
Jednocześnie rozwijają się naukowe badania w zakresie kryminologii, medycyny sądowej, antropologii, ukazuje 
się szereg prac, z których największy rozgłos zdobywa przełożony w 1887 r. Człowiek-zbrod- niarz włoskiego 
antropologa Lombroso. Autor dowodzi, że 40 procent przestępców to tzw. „przestępcy urodzeni", których pcha 
do zbrodni patologia, atawizm, obciążenie dziedziczne (między innymi alkoholizm rodziców). Na marginesie 
hipotez Lombrosa francuski kryminolog Tarde porusza w dziele La Criminalite comparie (1886 r.) problem 
stosunku między cywilizacją a przestępczością, twierdząc, że moralny postęp społeczeństw jest o wiele bardziej 
powolny i wątpliwy od ich postępu umysłowego i że cywilizacja nie zmniejsza bynajmniej przestępczości, a 
tylko ją modyfikuje, gdyż zbrodnicze skłonności gatunku ludzkiego po prostu się do niej przystosowują.

16

W klimacie tych badań i dyskusji powieść o zbrodni wydaje się wręcz odpowiedzią na aktualne zamówienie 

społeczne, a jej połączenie z powieścią o kolejach, czyli o najwyższym przejawie cywilizacji, traci swój 
pozornie przypadkowy charakter. Tłumacząc powody swojej decyzji, Zola pisał 22 czerwca 1889 r. do Van 
Santen Kolffa:

Pozostają mi już tylko cztery tomy do skończenia Rougon- -Macąuartów i ponieważ brak mi miejsca, 

zmuszony będę stłoczyć nieco środowiska, które mam jeszcze przestudiować. Dlatego właśnie w ramy 
powieści* o kolejach włączyłem Świat sądownictwa i świat zbrodni [...] Znalazłem w tym

zestawieniu przeciwieństwo filozoficzne, które stanowi centralną ideę nowej powieści.*

Nie od razu jednak znalazł tę „centralną ideę". Po raz pierwszy chyba w serii Rougon-Macąuartów zaczął 

nie od ustalenia przewodnich idei rządzących konstrukcją fabularną, ale od prób budowania intrygi. Odczuwał to 
zresztą jako brak i wyruszył niebawem na poszukiwanie „ogólnego problemu", który nadałby sens całości. 
Punktem wyjścia staje się refleksja nad „prawem do zabijania". Stanowisko Dostojewskiego i Bourgeta, 
koncepcja zbrodni jako aktu inteligencji, jest nie do pogodzenia z jego kultem nauki, z samą istotą jego 
ideologii. Nowa powieść zaczyna powoli rysować się jako oparta na argumentach Lombrosa i Tarde'a „replika 
na powieść rosyjską". Zbrodnia nie może być aktem rozumu, który jest w człowieku pierwiastkiem ludzkim, 
czynnikiem postępu i cywilizacji; wytłumaczalna jest jedynie jako akt instynktu, tego co w cywilizowanym 
człowieku pozostaje z pierwotnego zwierzęcia. Przewodnią ideą utworu, która tłumaczy jego tytuł, staje się w 
ten sposób owo „przeciwieństwo filozoficzne" wspomniane w liście do Holendra, przeciwieństwo między 
rozumem a instynktem, między pierwiastkiem ludzkim a« „spadkiem po zwierzęciu", między postępem 
symbolizowanym przez kolej a atawizmem dochodzącym do głosu w zbrodni. **
* Letters to J. Van Santen Kolff. s. sn.

background image

Idea ta nie modyfikuje w jakiś zasadniczy sposób ustalonej już w ogólnych zarysach intrygi, ale pociąga za 

sobą zmianę postaci bohatera, którym wedle pierwotnego projektu miał być Stefan Lantier, „mój Stefan z 
Germinala". W pewnej chwili Zola uświadamia sobie, że ze Stafana, który w Germinalu reprezentował wartości 
par excellence ludzkie, sprawiedliwość, postęp, przyszłość, niepodobna, bez naruszenia wewnętrznej logiki 
cyklu, zrobić „zbrodniarza urodzonego", ofiary atawizmu, uosobienia regresu ludzkości, jej zbrodniczych 
instynktów.

Jeżeli zrezygnowałem ze Stefana Lantiera — wyjaśnia Van Santen Kolffowi — to dlatego, że jego 

przeszłość w Germinalu zbytnio mnie krępowała. Wolałem stworzyć jeszcze jednego syna Gerwazyny, Jakuba 
Lantiera, brata Stefana i Klaudiusza. *

Pod koniec szkicu rodzi się zatem ex post nowy potomek Macąuartów, obciążony „dziedzictwem alkoholiz-

mu przybierającym postać manii zabójczej". **

Piątego maja zacząłem nową powieść, Bestię ludzką — donosi Zola Van Santen Kolffowi. — [„.] Nie mogę 

opowiedzieć Panu szczegółowo jej fabuły, która jest dość zawiła i której liczne kółka zazębiają się głęboko jedne 
o drugie. Jest to, ogólnie mówiąc, historia kilku zbrodni, w tym jednej centralnej. Jestem bardzo zadowolony z 
konstrukcji planu,
najbardziej może misternego ze wszystkich, jakie dotąd sporządziłem, to znaczy takiego, w którym różne części 
łączą, się ze sobą w sposób najbardziej skomplikowany i logiczny zarazem. *

W centrum powieści znajduje się oczywiście temat zbrodni. „Nigdy jeszcze nie namordowano tyle w jed-

nym tomie" — pisał złośliwie któryś z recenzentów. Nawet Lombroso dziwił się, że aż tylu zbrodniarzy spotkało 
się na jednej małej stacyjce kolejowej. Wśród tych licznych zbrodni zasadniczy wątek fabularny stanowi historia 
dwóch, ściśle z sobą związanych i szczegółowo zanalizowanych. Pierwsza to morderstwo popełnione przez 
RoUbaud, zastępcę zawiadowcy stacji Le Havre. W szale zazdrości zabija on, przy wymuszonym współudziale 
żony, jej dawnego opiekuna — starego rozpustnika, z którym łączyły ją przed ślubem bardziej niż zażyłe 
stosunki — Grandmorina, członka Zarządu Towarzystwa Kolei Zachodnich, szanowanego prezesa sądu, ważną 
osobistość w oficjalnym świecie Drugiego Cesarstwa. Roubaud i Seweryna, choć podejrzani, unikają oskarżenia. 
Jedynym świadkiem ich zbrodni, popełnionej w przedziale ekspresu Paryż — Le Havre, był maszynista 
kolejowy, Jakub Lantier. Chcąc zapewnić sobie jego dyskrecję, Roubaud wprowadza go do swojego domu, a po 
paru miesiącach Seweryna zostaje jego kochanką. Jest to pierwszy miłosny stosunek w życiu Jakuba, który, 
cierpiąc od wczesnej młodości na obsesyjną żądzę zamordowania jakiejś kobiety, unikał w strachu przed samym 
sobą wszelkich zbliżeń erotycznych. Wydaje mu się, że jest wyleczony, aż do chwili, gdy pewnej nocy 
Seweryna opowiada mu w najdrobniejszych szczegółach przebieg popełnionej zbrodni. Koszmar wraca na nowo 
i krystalizuje się jako

background image

żądza zamordowania kochanki. Seweryna tymczasem w rosnącej nienawiści do męża, niczym druga Teresa 
Raąuin (reminiscencje tej młodzieńczej powieści stale powracają), namawia Jakuba, żeby go zamordował. 
Daremnie. Mimo „wyrozumowanej" chęci zabicia Roubaud, Jakub nie może tego zrobić:

Buntował się w nim człowiek cywilizowany [...] Odpychał ze zgrozą morderstwo, gdy tylko zaczynał 

rozumować [...] Rozum nigdy nie doprowadzi do morderstwa, trzeba na to instynktu, który każe gryźć, rzucać 
się na ofiarę, trzeba głodu lub namiętności, która każe ją rozszarpywać. *

Jakub, aby popełnić zbrodnię, musi działać nie z pobudek rozumowych, nie wtedy, kiedy jest w pełni 

człowiekiem, ale pod wpływem atawistycznego instynktu, obsesji, gdy górę nad człowiekiem bierze w nim 
zwierzę. I kiedy po raz drugi wszystko jest już przygotowane do zabicia Roubaud, Jakub ulega nagle silniejszej 
niż kiedykolwiek dotąd nieodpartej żądzy zatopienia noża w szyi Seweryiiy.

Popełniwszy zbrodnię, odczuwa jedynie szaleńczą radość zaspokojonej wreszcie żądzy. Żadnych wyrzutów 

sumienia. I pod tym względem również Zola przeciwstawia się Dostojewskiemu. Skoro zbrodnia możJiwa jest 
tylko jako akt zwierzęoości, wymykający się spod kontroli świadomości, nie istnieją wyrzuty sumienia. Już w 
Teresie Raąuin przedstawiał je jako czysto fizjologiczny „bunt systemu nerwowego". Teraz idzie jeszcze dalej. 
„Roubaud — pisze — żył bez wyrzutów. Bał się tylko następstw swojego czynu [...] Niczego nie żałował." 
Niezależnie jednak od świadomości moralnej, koniecznej do wyrzutów sumienia, człowiek, który popełnił zło, 
ulega nieświadomie, pod działaniem „jakby infiltracji zbrodni", wewnętrznemu rozkładowi, „stop
niowej dezorganizacji". Tak właśnie" dzieje się z Roubaud: on, który z zazdrości zabił, toleruje kochanka żony, 
wpada w nałóg hazardu, opuszcza się w pracy, traci resztki godności ludzkiej. Sprzeniewierzywszy się raz 
człowieczeństwu, powoli przestaje być człowiekiem. Podobnie rzecz ma się z Jakubem. Bez skrupułów pozwala, 
aby zamiast niego skazano niewinnego człowieka; początkowo żyje szczęśliwy, w przekonaniu, że zaspokojenie 
żądzy wyzwoliło go od obsesji. Złudzenie. Potrzeba mordowania wraca, silniejsza niż przedtem. Aby jej nie 
ulec, musi uciec od nowej kochanki, którą odebrał palaczowi Pecqueux. Ten, „jeszcze jedna odmiana zwierzęcia 
ludzkiego", zwietrzywszy zdradę, rzuca się na Jakuba w ataku zazdrości o samicę. Na platformie lokomotywy 
wywiązuje się zaciekła walka i obaj mężczyźni, maszynista i palacz, spleceni w śmiertelnym uścisku, spadają 
pod koła rozpędzonego pociągu pełnego pijanych żołnierzy, którzy wyśpiewują wniebogłosy patriotyczne pieśni.

Jest bowiem lipiec 1870 r., wojna. Drugie Cesarstwo, niczym „ów pociąg widmo, bez maszynisty, bez pala-

cza", pędzi ku zagładzie. Z nie spotykaną dotąd mocą, silniej nawet niż w Nanie, dochodzi do głosu mit kata-
strofy, zapowiedź bliskiej już Klęski. Ale ograniczony jest do losów Cesarstwa tylko. Bo nawet w tej posępnej 
powieści o „zwierzęciu ludzkim przyczajonym pod powierzchnią cywilizacji" i zawsze gotowym do skoku 
odzywa się nieśmiało, natychmiast zagłuszony, głos nadziei, wiary w nieznaną przyszłość:

Pociąg, niczym dzik w kniei, pędził dalej [...] Pędził w ciemność nocy, nie wiedzieć dokąd. Cóż znaczyły 

ofiary, które miażdżył po drodze! Czyż. obojętny na przelaną krew, nie dążył mimo wszystko ku przyszłości? 
Bez maszynisty, wśród ciemności, jak ślepe i głuche zwierzę puszczone samo- pas w śmierć, pędził przed siebie, 
załadowany po brzegi

background image

mięsem armatnim," tymi żołnierzami, którzy otępiali już ze zmęczenia i pijani, śpiewali. *

Całe lato 1889 r. Zola spędził w Módanie nad rękopisem powieści, pracując z zaciekłością, pragnąc „skoń-

czyć jak najprędzej cykl Rougon-Macąuartów [...], pozbyć się go do stycznia 1892 r."** Przezwyciężywszy 
dzięki Jeanne kryzys zniechęcenia, był pełen nowej energii:

Ach! Mój drogi — zwierzał się Charpentierowi — gdybym miał teraz 30 lat, zobaczyłby Pan, czego bym 

dokonał! Zadziwiłbym świat! ***

Z początkiem września wrócił do Paryża, do nowego luksusowego mieszkania przy ulicy de Bruxelles. 20 

września przyszła na świat Denise. Uszczęśliwiony ojcostwem Zola pracuje ze zdwojonym zapałem. Ma 
nadzieję jeszcze w tym roku skończyć Bestią ludzką i myśli już o następnym tomie. Nie przewidział jednak figla 
spłatanego przez przypadek: w drodze losowania powołany został na członka sądu przysięgłych departamentu 
Sekwany w okresie od 1 do 15 października. Skradzione dwa tygodnie czasu! Niespodziewane doświadczenie 
przyszyło zbyt późno, aby wywrzeć jakiś wpływ na powieść o zbrodni, dostarczyło jedynie pewnych elementów 
do ostatniego rozdziału, opisu procesu. Zresztą, jak oświadczył w wywiadzie udzielonym 22 listopada 
reporterowi z „Gil Blasa", wszystko, co widział w sądzie, wydawało mu się żywcem wzięte z jego własnych 
powieści. W grudniu zgłosił po raz pierwszy swoją kandydaturę do Akademii. Bestia ludzka, której druk w „La 
Vie Populaire" trwał już

od 14 listopada, stanowiła wątpliwą rekomendację i ku uciesze Goncourta szanse Zoli były mniej niż znikome.

Powieść, której druk w odciniku dobiegł końca w marcu 1890 r., parę dni później ukazała się nakładem 

Charpentiera. Po Ziemi — Marzenie, po Marzeniu — Bestia ludzka. Nic już nie jest w stanie zadziwić krytyki, 
która poddaje się i zaczyna „akceptować potwora". Oczywiście, są jeszcze liczni nieprzejednani, „zdrowo 
myślący" krytycy, którzy powtarzają niestrudzenie te same stale zarzuty: „pornograficzne bagno", „powieści 
zgodne z rządami jakobińskiej republiki" itp. W sumie jednak ton krytyki jest mniej zajadły, a pochwały re-
kompensują surowość nagan. Bestia ludzka zapoczątkowała między innymi zwrot w opinii France'a. Po okrutnej 
ocenie Ziemi, po złośliwościach pod adresem „uskrzydlonego" autora Marzenia, nieoczekiwana pochwała 
ostatniej powieści; wprawdzie w wygodnej formie „zasłyszanej rozmowy", pozwalającej nie brać peł- rtej 
odpowiedzialności ani za pochwały, ani za zarzuty, ale jest to już zapowiedź późniejszych, coraz to pochleb- 
niejszych ocen.

Goncourt, który swoją szczerą opinię powierzył kartkom Dziennika („powieść, w której wszystko jest wy-

mysłem, wyobraźnią, fabułą", „nie ma tu ani za grosz studium prawdziwej ludzkości"

17

), w liście do autora, po 

kilku zaprawionych jadem komplementach, oświadcza:

Nie ulega wątpliwości, że nasze ideały są całkiem odmienne. Ja starałem się stworzyć powieść, która byłaby 

możliwie najmniej powieścią, Pan obstaje przy pisaniu powieści zgodnie z wszelkimi warunkami tego gatunku 
[...] Kto ma rację? Pan czy ja? Jeżeli chodzi o teraźniejszość, bezsprzecznie Pan.

18

Zola nie podejmuje dyskusji:

background image

Co się tyczy powieści [...], to jeżeli pojmujemy ją odmiennie, po cóż zastanawiać się, który z nas ma rację? 

Nic prostszego: mamy rację obaj. |

Ogromną przyjemność sprawił Zoli opublikowany 7 czerwca w „La Revue Bleue" artykuł „fachowca", 

fizjologa*, dr J. Hericourta, który oświadczał, że zawarte w powieści opisy typów przestępczych są „zgodne z 
aktualnymi wynikami obserwacji naukowej". Bardziej powściągliwy w ocenie naukowych walorów Bestii był 
natomiast Lombroso, który wytykał autorowi pewne błędy, choć w sumie oceniał powieść pozytywnie: książki 
Zoli, pisał, są obok książek Dostojewskiego i Tołstoja jedynymi, które „wnoszą jakąś nową gamę do monotonii 
literackiej tej części stulecia", są to „współczesne historie oparte na żywych dokumentach".

19

Zola tymczasem coraz niecierpliwiej marzy o skończeniu Rougon-Macąuartów, coraz silniej odczuwa po-

trzebę „czegoś innego".

Mówiąc między nami — zwierza się Lemaitre'owi, któremu dziękuje za pochlebną recenzję — zaczynam 

już być znużony moim cyklem. Ale trzeba doprowadzić go do końca, nie zmieniając zbytnio swoich technik 
pisarskich. Potem zobaczę, czy nie będę za stary, i czy nie ulęknę się zarzutu, że zmieniam skórę. **

Bez entuzjazmu przystępuje do pracy nad następnym tomem. 12 marca 1890 r., zapytany przez Gon- courta, 

co robi, odpowiada z wyrazem znużenia:

Właściwie nic... Stanowczo nie mogę wziąć się do roboty— A poza tym Pieniądz, to takie rozległe, że nie 

wiem, od któ
rego końca zacząć [...] Ach! chciałbym mieć już za sobą te trzy ostatnie książki...

20

Projekt Pieniądza nie wchodził w skład pierwszych planów cyklu. Dopiero około 1883 r., sporządzając listę 

pozostających mu jeszcze do opracowania tematów, Zola umieścił na piątym miejscu „giełdę i gazety" *; 
wzbogacił w ten sposób o nowy element przewidywane od dawna „studium gazet", które miało stanowić dalszy 
ciąg Zdobyczy, opowieść o „klęsce" Arystydesa Saccarda. ** Podsunęła mu zapewne ten pomysł jedna z naj-
głośniejszych katastrof finansowych drugiej połowy dziewiętnastego wieku, krach Union Genśrale, który w 
styczniu 1882 r. ściągnął uwagę wszystkich na problem spekulacji giełdowej.

W 1878 r. inżynier Eugeniusz J3ontoux, człowiek o nieprzeciętnej rzutkości i rzadkim wyczuciu koniunk-

tury, objął stanowisko prezesa niewielkiej spółki akcyjnej, katolickiego banku Union Genśrale, która pod jego 
kierownictwem zaczęła rozwijać się w oszałamiającym tempie. Wyzyskując zręcznie dla celów reklamy 
opozycję monarchistyczno-klerykalną i nastroje antysemickie, Bontoux nadał bankowi ostentacyjnie katolicki 
charakter, dzięki czemu udało mu się przyciągnąć bezczynne kapitały kleru, arystokracji i ostrożnej w sprawach 
pieniężnych warstwy średniej. Działalność Union, oddającej się pod wysoki patronat Watykanu, który udziela jej 
swego błogosławieństwa, przybrała rychło postać krucjaty przeciwko „żydo-masonerii", świętej wojny z 
kapitałem żydowskim i „masońskim" rządem republikańskim. W eleganckich salonach piękne panie, nawe 
Joanny d'Arc, rozprawiały fachowo o transakcjach giełdowych, o reporcie i deporcie, udzie

background image

lały sobie szeptem informacji o prawdziwych, znanych tylko wtajemniczonym, celach Banku: projekcie stwo-
rzenia „Skarbca Św. Piotra" i „Skarbca Miłosierdzia Chrześcijańskiego", które miały oprzeć na solidnych 
podstawawch finansowych budżet Stolicy Apostolskiej i dostarczyć środków do ratowania zagrożonej religii. 
Trzykrotne powiększenie kapitału, ogromne dywidendy, zawrotna zwyżka akcji, rezultat sprzecznych z prawem 
poczynań Banku, wszystko to wzmagało wydatnie entuzjazm udziałowców bogacących się „w obronie tronu i 
ołtarza''. Spadek akcji w styczniu >1882 r., zgodny z ogólną tendencją zniżkową rynku, był pierwszym 
ostrzeżeniem, zlekceważonym przez Bontoux, który, zamiast przystać na zniżkę, rzucił cały kapitał do walki o 
utrzymanie bezsensownego kursu, wskutek czego pod koniec miesiąca Union musiała zawiesić wypłaty. Prezes 
oraz dyrektor Banku, Feder, zostają aresztowani. Zwolnieni z aresztu za kaucją, stają w grudniu 1882 r. przed 
sądem, który skazuje ich na pięć lat więzienia; natychmiast po ogłoszeniu wyroku uciekają za granicę.

Kreując się na męczennika katolickich finansów, Bontoux zrzucał całą winę za krach, który zrujnował setki 

tysięcy akcjonariuszy, na „koalicję zniżkowców", rzekomy „spisek kapitału żydowskiego i masońskiego rządu". 
Mit ten podjęła natychmiast prasa klerykalna, mimo oczywistych wyników śledztwo, które ustaliły, że jedyną 
przyczyną katastrofy były karkołomne i nielegalne spekulacje Union. Ta legenda o „masońskim rządzie 
zaprzedanym kapitałowi żydowskiemu", wygodna broń w antyrepublikańskich rozgrywkach politycznych, 
przyczyniła się również do dalszego rozwoju antysemityzmu, który znalazł swojego czołowego ideologa w 
prekursorze niemieckiego socjalizmu narodu wego XX wieku Edwardzie Drumoncie, autorze dwu
tomowego pamfletu La France juive, opublikowanego w roku 1886.

Krach Union Generale na długo zapisał się w pamięci współczesnych. Był też sensacją dnia, która znalazła 

natychmiastowe odbicie nie tylko w prasie, lecz także w pieniącej się bujnie trzeciorzędnej literaturze, gdzie 
wywołała istny zalew powieści osnutych na dramatycznej krucjacie Bontoux. Nic zatem dziwnego, że w tym 
właśnie czasie Zola postanawia poświęcić giełdzie jeden z przyszłych tomów cyklu. W wywiadzie opublikowa-
nym w „Le Figaro" 4 stycznia 1887 r., gdy do końca Rougon-Macąuartów pozostawało już tylko pięć tomów, po 
raz pierwszy łączy projekt powieści o „giełdzie i dziennikarstwie" z problemem Cesarstwa liberalnego, które 
jeszcze wedle listy z 1883 r. miało razem ze studium środowiska „urzędników państwowych i szlachty" stanowić 
przedmiot odrębnego tomu, „drugiej po-^ wieści politycznej", przewidzianej dużo wcześniej, bo już w roku 
1875, jako dalszy ciąg Jego Ekscelencji Eugeniusza Rougona. *

Problematyka Pieniądza, sformułowania na pierw- szych stronach szkicu powieści, krystalizuje się pod 

be2jpośrednim wpływem sytuacji z lat 1889—1890, kiedy to na czoło zagadnień nurtujących opinię wysuwają 
się znowu trzy sprawy: giełda, antysemityzm i socjalizm.

Po paroletnim zastoju, spowodowanym katastrofą Union, na rynku pieniężnym następuje ożywienie, a w 

ślad za nim nowa fala skandali giełdowych. Najpoważniejszym jest potężny krach Towarzystwa Pa- namskiego 
w grudniu roku 1888, który zaćmił nawet krach Union, zubożył kredyt francuski o półtora miliarda franków, 
zrujnował niezliczone rzesze akcjonariuszy,

background image

przeważnie ludzi o skromnej kondycji materialnej, skuszonych mirażami loteryjnej emisji, oraz wywołał bardzo 
silne reperkusje polityczne, których rezultaty nie dały na siebie czekać.
Te skandale finansowe i rozgrywki polityczne dostarczyły nowej pożywki rozwijającemu się bujnie an-
tysemityzmowi, który zaczął przybierać zastraszające rozmiary, na krótko przeniknął nawet do ruchu socja-
listycznego, a w kilka lat później miał doprowadzić Francję do obłędu sprawy Dreyfusa. W styczniu 1890 r. 
odbył się pod przewodnictwem Drumonta i markiza de Mores pierwszy publiczny wiec Ligi Antysemickiej, 
który ujawnił całą reakcyjność i dywersyjność jej pseudolewicowych haseł: wygnanie Żydów, konfiskata 
„niechrześcijańskich, obcych" kapitałów na rzecz „warstw pracujących", ustrój oparty na drobnej własności 
-prywatnej, likwidacja „zgniłego parlamentaryzmu", rządy „opatrznościowego męża", Francja dla Francuzów, 
święta wojna' z Żydami w obronie Boga i Ojczyzny, i w bratnim sojuszu ludu z arystokracją. W początku 1890 r. 
zaroiło się w prasie od artykułów o „kwestii żydowskiej", wiązanej powszechnie z problemem giełdy i 
pieniądza, a przez wielu utożsamianej, śliadem Drumonta, z kwestią społeczną.

Nie pozostało to bez wpływu na koncepcję Pieniądza: „Nie zapominać — notuje Zola na wstępie szkicu — 

że kwestia żydowska znajdzie się w tle mojego tematu", i postanawia w dalszej konsekwencji oprzeć konstrukcję 
fabularną powieści na aferze Union Gćnś- rale, w której oprócz jej antysemickiego tła dostrzega również 
dodatkowy walor natury artystycznej: krótka, pełna napięcia historia Banku, układająca się w dynamiczny 
proces o wyraźnej linii iwstępującej, punkcie kulminacyjnym i gwałtownym spadku, nadaje się doskonale do 
tego, aby ożywić „lodowatą, pozbawioną
;34Q
atrakcyjności" problematykę pieniądza i skutecznie „walczyć z suchością tematu". *

Centralny wątek giełdowy — szkielet konstrukcji fabularnej obrosły następnie w liczne wątki uboczne — 

będzie zatem wiernym odtworzeniem historii Union, przeniesionej w lata 1864—1868. Jego protagonistami są 
Arystydes Saccard, bohater Zdobyczy wzbogacony tutaj licznymi rysami Bontoux, oraz bankier żydowski 
Gundermann, którego głównymi prototypami są dwaj Rothschildowie. Saccard, ponownie zrujnowany, w pogoni 
za wiecznie umykającą fortuną zakłada wspólnie z inżynierem Hamelinem (drugie powieściowe wcielenie 
Bontoux, zgodne z wyidealizowanym autoportretem naszkicowanym przez prezesa Union w jego książce z 1888 
r.

21

) wielką spółkę akcyjną, Bank Powszechny, mającą jednoczyć kapitały katolickie do walki z kapitałem 

żydowskim. Losy Banku Powszechnego kształtują się wiernie wedle modelu Union: oszałamiająca reklama 
(przy tej okazji Zola demaskuje rolę prasy zaprzedanej finansjerze), kilkakrotne powiększanie kapitału 
zakładowego, nielegalne machinacje, olbrzymie dywidendy, sprzeczne z prawem spekulacje, zawrotna zwyżka 
akcji, entuzjazm publiczności graniczący z mistyczną egzaltacją i wreszcie, u kresu, katastrofa, nagły krach, 
który rujnuje tysiące akcjonariuszy, zwycięstwo Gundermanna, aresztowanie Saccarda i Hamelina, proces, 
wyrok skazujący, ucieczka obu za granicę.

Zola zainteresował się bliżej kwestią żydowską dopiero w trakcie pracy nad Pieniądzem i bardzo szybko 

rozszyfrował demagogiczny charakter antysemityzmu, który miał za parę lat nazwać „potwornością urągającą 
logice, prawdzie i sprawiedliwości". Zapoznawszy się dokładnie z aferą Union Gćnćrale i antysemicką le

background image

gendą Bontoux, zajął w powieści stanowisko jednoznaczne. Konflikt Saccard-Gundermann pozornie tylko i 
wyłącznie w ujęciu Saccarda rozgrywa się na płaszczyźnie rasowej; w gruncie rzeczy wyraża on typowy dla 
epoki konflikt dwóch „szkół", dwóch form koncentracji kapitału finansowego, oraz konflikt dwóch tem-
peramentów: „poety miliona", członka rodu, który cechują „wybujałe namiętności i rozpasane apetyty", i 
„człowieka-liczby", który kieruje się logiką i „prawdą", a tym samym musi w powieściowym świecie Zoli 
odnieść zwycięstwo; winę za krach Banku Powszechnego ponosi nie żadna „koalicja zniżkowców", ale sza-
leńcze, sprzeczne z prawem i z logiką spekulacje bohatera. W sposób bezpośredni wyraża stanowisko autora 
jego porte-parole, pani Karolina, która na wybuch rasowej nienawiści Saccarda odpowiada: „Nie pojmuję tego. 
Dla mnie Żydzi to po prostu ludzie, tacy sami jak inni". I po prostu jak wśród ludzi są wśród nich szubrawcy, w 
rodzaju lichwiarza Buscha, i szlachetni idealiści, tacy jak jego brat Zygmunt, socjalista, jedna z 
najsympatyczniejszych postaci powieści.

Zola bowiem znowu „natknął się na socjalizm". Owej wiosny 1890 r., gdy zbierał swoją dokumentację, 

kwestia społeczna konkurowała na łamach prasy z kwestią żydowską. Gazety wszelkich odcieni pełne były arty-
kułów o socjalizmie i o roszczeniach robotniczych, w związku ze zbliżającym się pierwszym maja, który w lipcu 
poprzedniego roku uznany został za święto robotnicze i ustalony jako termin jednodniowego strajku 
powszechnego, wielkiej międzynarodowej manifestacji pod hasłem żądania ośmiogodzinnego dnia pracy. Pełen 
jak najgorszych przeczuć, burżuazyjny Paryż ze strachem oczekiwał na wybuch rewolucji. „Zmuszony będę 
poruszyć kwestię społeczną, która w gruncie rzeczy sprowadza się prawie w całości do kwestii bogac
342
twa", czytamy na drugiej stronie szkicu powieści. Pie- niądz nie jest, ani nie miał być, jedną więcej powieścią o 
krachu Union Gćnśrale. Podejmując modny temat, Zola rzuca go na rozległe tło społeczne, wiąże zagadnienie 
giełdy z zagadnieniem ówczesnego stadium kapitalizmu i próbuje wyciągnąć wnioski dotyczące całego systemu 
ekonomicznego. To zaś prowadzi go siłą rzeczy do postawienia zasadniczego problemu: kapitalizm — 
socjalizm.

Tym razem nie zwrócił się po informacje do Guesde^, ale sięgnął do bardzo poczytnej w latach osiem-

dziesiątych książeczki niemieckiego socjaldemokraty, Schaefflego, Kuńntesencja socjalizmu, którą uzupełnił 
artykułem Georgesa Renarda, Le Socialisme contem- porain en France („La Revue Socialiste", 1888). Ideolog 
reformizmu, Schaeffle wzywa kapitalistów i proletariuszy, aby zaprzestali walki klasowej i zgodnie współ-
działali w celu stworzenia lepszego ustroju społecznego. Ten wykład antyrewolucyjnego socjalizmu stał się dla 
Zoli głównym źródłem wiedzy o marksizmie, Schaeffle bowiem, choć w istotnych punktach sprzeczny jest z 
Marksem, przejmuje pewne jego tezy i obszernie cytuje Kapitał. Zola, który nie czytał żadnych pism Marksa, 
przekonany, że ma do czynienia z wykładem autentycznego marksizmu, z całym spokojem wkłada poglądy 
niemieckiego socjaldemokraty w usta swojego „naukowego socjalisty", „ukochanego ucznia Maiksa", Zygmunta 
Buscha.
Ze wszystkich tez Schaefflego najbardziej trafiła mu do przekonania popularna wówczas teoria żywiołowego 
krachu kapitalizmu, głosząca, że zmonopolizowany kapitalizm musi niechybnie, siłą własnego roz- woju, 
przeobrazić się w socjalizm. Usprawiedliwia ona niejako w oczach Zoli jego własny podziw dla postępu 
kapitalistycznego, który w tym ujęciu staje się postę-
343

background image

pem w ogóle, gdyż prowadzi do socjalizmu, a Mouret fczy Saccard okazują się nieświadomymi twórcami | 

przyszłych przemian;

Pan, który dzięki Bankowi Powszechnemu przyciągnąłeś i scentralizowałeś w ciągu trzech lat setki 

milionów — mówi do Saccarda Zygmunt Busch — zdajesz się absolutnie nie podejrzewać, źe prowadzisz nas 
prostą drogą do kolektywizmu [...] Państwo kolektywistyczne doprowadzi po prostu do końca rozpoczęte przez 
pana dzieło: gdy pan wywłaszczysz już wszystkich drobnych posiadaczy, ono z kolei wywłaszczy pana [...] 
Jesteś genialnym prekursorem, torujesz nam drogę i rozpoczynasz nasze dzieło. *

Zanim jednak zostanie ono zrealizowane, muszą minąć długie Jata i „nie wiadomo nawet — przyznaje ze 

smutkiem Busch — czy miłość bliźniego zdoła kiedykolwiek zastąpić w organizacji społecznej egoizm", interes 
osobisty, chęć zysku. Kolektywistyczne społeczeństwo przyszłości, w którym „znika pieniądz, a< tym samym 
znika spekulacja, kradzież, ohydne handlarstwp", w którym „nie ma zbrodni zrodzonych z chciwości", w którym 
„znikają wrogie klasy, nie ma pracodawców i robotników, nie ma proletariatu i burżuazji", gdzie „każdy pracuje 
i własnym trudem tworzy swoje szczęście", to na razie tylko piękne marzenie, a być może w ogóle utopia. 
Rzeczywistością natomiast jest społeczeństwo, w którym panuje pieniądz, „najgorsza i najlepsza z rzeczy", 
siewca nieszczęść i śmierci, a jednocześnie twórca życia, „siła do dnia dzisiejszego niezbędna, motor cywilizacji 
i postępu", „dźwignia-, która porusza świat".

Zaplątawszy się w sprzeczności tkwiące w obiegowym pojęciu pieniądza, nie umiejąc uporać się z lipnymi 

trudnościami, Zola rezygnuje z próby ich rozwią-

zaniia-. A ponieważ na samym wstępie szkicu nakazał sobie optymizm, kończy tym samym co od lat wnios-

kiem: a fi rmacją żyoia i świadomą akceptacją koniecznego zła dla ocalenia większego dobra, czyli w danym 
wypadku akceptacją pieniądza jako czynnika postępu; postęp bowiem, w jakiejkolwiek formie by się dokony-
wał, jest zawsze dobrem, <a postęp kapitalistyczny, choć dokonuje się kosztem cierpień i niesprawiedliwości, 
jest jednak postępem i prowadzi ku lepszej przyszłości. Tę postawę wyraża bohaterka romansowego wątku 
powieści, kochanka Saccarda, pan i Karolina, w której Zola pragnie „uosobić siebie całego" i do której należy 
konkluzja utworu. Nagromadziwszy wokół niej, jak niegdyś wokół Pauliny Quenu, mnogość nieszczęść i klęsk, 
każe jej, podobnie jak tamtej, afirmować trudną „radość życia":

Sięgnęła dna rozpaczy i oto nadzieja odradzała się na nowo w jej sercu [...] Nie zachowała oczywiście 

żadnego złudzenia, życie jest bez wątpienia niesprawiedliwe i podłe, tak jak przyroda. Skąd zatem brała się w 
niej ta niedorzeczna miłość i chęć życia, dlaczego [...] wierzyła niezmiennie, źe życie prowadzi nas bez końca ku 
jakiemuś odległemu i nieznanemu celowi? [...] Ach! radość istnienia! Czyż jest w gruncie rzeczy jakaś inna 
jeszcze rozkosz? Przyjmować życie takim, jakie jest, wraz z jego siłą, z jego nieśmiertelną nadzieją, mimo całej 
jego ohydy! [...] Pieniądz jest jak dotąd nawozem, na którym wyrasta ludzkość jutra; pieniądz, truciciel i 
niszczyciel, staje się zaczynem życia społecznego, żyznym gruntem, niezbędnym do wielkich robót ułatwia-
jących egzystencję [...] Mój Boże! Czyż nad całą tą zgnilizną, nad tyloma ofiarami, nad całym tym potwornym 
cierpieniem, jakim ludzkość płaci za każdy krok naprzód, nie istnieje jakiś daleki, nieznany cel, coś wyższego, 
dobrego, sprawiedliwego, definitywnego, ku czemu dążymy nieświadomie 1 co wypełnia nam serca upartą 
potrzebą życia 1 nadziei? (...] I wspomnienie wstydu, jakim napawał ją związek z Saccardem, przywiodło jej na 
myśl to wszystko, czym splugawiono miłość. Dlaczego zatem pieniądz ma ponosić

background image

odpowiedzialność za brudy i zbrodnie, których jest przy- czyną? Czyż w mniejszym stopniu zbrukana jest 
miłość, która przecież rodzi życie? *

Pieniądz, który, wobec systematycznie przeprowadzanej paraleli Saccard — Drugie Cesarstwo, zapowiada 

krachem Banku Powszechnego następny tom, krach Drugiego Cesarstwa, Klęskę, końcowymi medytacjami 
Karoliny, zaczerpniętymi z książki Renana L'Avenir de la science i z jego artykułu Examen de conscience phi- 
losophiąue („La Revue des deux Mondes" z 15 sierpnia 1889), przygotowuje już „filozoficzną konkluzję" cyklu, 
jego ostatni epizod, Doktora Paskala.

Rękopis zaczęty 15 czerwca, został ukończony 31 stycznia 1891 r., a 4 marca powieść, drukowana od 31 

października 1890 r. w „Gil Blasie", ukazała się na półkach księgarskich. Praca nad tym utworem, wyma-
gającym wyjątkowo rozległej dokumentacji w zakresie spraw całkowicie Zoli obcych, kosztowała go wiele 
trudu, nie dając w zamian zadowolenia. Temat podjęty z obowiązku, dlatego tylko, że, jak oświadczył reporte-
rowi z „Gil Blasa", „wchodzi logicznie w skład cyklu", od początku odstręczał go i do końca nie zdołał wciąg-
nąć. Znużony (i znudzony), nie poszukuje żadnych nowatorskich rozwiązań, ulega rutynie, a że od dawna już 
opanował doskonale rzemiosło powieśćiopisarskie, daje w rezultacie dobrą powieść wedle tradycyjnej kon-
wencji dziewiętnastowiecznej, nienagannie skonstruowaną, „rzemieślniczo — jak notuje Goncourt — bardzo 
dobrze zrobioną"

22

, ale która do technik powieściowych zasadniczo nie wnosi absolutnie nic nowego.

I kto wie, czy nie dlatego właśnie zetknęła się z nie spotykaną dotąd życzliwością całej prawie krytyki, któ

rej nie szokowała żadnym nowatorstwem. Z wyjątkiem paru „nieprzejednanych", nawet przeciwnicy oceniają 
Pieniądz pozytywnie. Wszyscy niemal recenzenci chwalą mistrzostwo opisów, solidność kompozycji, świetne 
charakterystyki postaci, typowych i zindywidualizowanych zarazem, dokładność dokumentacji, prawdziwość 
obrazu środowiska giełdowego; podkreślar ją też ogromną aktualność tematu, co oceniają na ogół pozytywnie, 
jakkolwiek zwracają przy tym uwagę na nieuchronnie wynikający stąd anachronizm historyczny.

Warto parę słów poświęcić, ze względu na reprezentowane przez autorów stanowiska ideologiczne, recen-

zjom Berniera i Lafargue'a. Bernier, współpracownik reformistycznej „Revue Sooiaiiste", ocenia powieść bardzo 
życzliwie, widząc w Zoli sojusznika, który choć nie złożył oficjalnego wyznania wiary, to jednak uznaje 
słuszność idei socjalistycznych, nie ukrywa zbrodni pieniądza, nie broni istniejącego ustroju i przepowiada jego 
nieuchronny krach („La Revue Socialiste", kwiecień 1891). Zasadniczo różna jest ocena Lafargue'a. 
Podkreślając zasługi pisarza, który pierwszy wprowadził do literatury studium zjawisk ekonomicznych i 
konfliktów społecznych, czym wytyczył nowe drogi powieści, Lafargue wysuwa jednak kilka poważnych 
zastrzeżeń. Najistotniejszy i całkowicie niesprawiedliwy jest zarzut oderwania się Zoli od życia społecznego, co 
narzuca mu rzekomo w stosunku do konfliktów epoki beznamiętną postawę biernego obserwatora, wy-
prowadzającego ze swoich powierzchownych obserwacji fałszywe wnioski. Zarzut, choć bezpodstawny w sto-
sunku do pisarza, który jak żaden inny reagował natychmiast na wszelkie problemy i konflikty własnej epoki,' 
przetrwał długie lata, powtarzany bezkrytycznie, aby doprowadzić wreszcie do jawnie krzywdzące-

background image

go sądu Lukścsa. * Powierzchownej lektury książki dowodzi też twierdzenie, że Zola przedstawił konflikt Sac- 
card-Gundermann wyłącznie jako walkę kapitału żydowskiego z katolickim, a nie jako walkę dwóch szkół 
finansowych; a już złej wiary wręcz — insynuacja, jakoby autor nie dał obrazu prasy burżuazyjnej (co zresztą 
nie jest prawdą) jedynie z wyrachowanego tchórzostwa, jako dobry kupiec, który nie chce narazić się sprzedaw-
cy swojego towaru. Uzasadniona jest tylko krytyka Zygmunta Buscha jako wyraziciela idei marksistowskich, 
istotnie bowiem poglądy tego marzyciela niewiele mają wspólnego z teoriami twórcy socjalizmu naukowego 
(„Neue Zeit", t. I, 1891—1892).

Dobiegał właśnie końca druk Pieniądza w „Gil Blasie", kiedy 3 marca 1891 r. Jules Huret rozpoczął w 

„L'Echo de Paris" trwającą do 5 lipca, publikację wyników swojej głośnej Ankiety o ewolucji literackiej. Wzięło 
w niej udział kilkudziesięciu pisarzy, do których zwrócił się z prośbą o ocenę aktualnej sytuacji w literaturze i 
perspektyw jej rozwoju. Prawie wszyscy obwieszczają, z większą lub mniejszą satysfakcją, „zgon naturalizmu". 
Jeden Alexis gwałtownie protestuje przeciwko temu wyrokowi śmierci w swojej odpowiedzi zaanonsowanej 
słynną w historii literatury depeszą: „Naturalizm nie umarł. List w drodze". Piękna jednomyślność, z jaką 
uśmiercano naturalizm, kończyła się jednak, gdy przechodzono do oceny perspektyw dalsze
go rozwoju. Każdy widzi przyszłość literatury w reprezentowanym przez siebie prądzie: jedni, bardzo nieliczni, 
w jakimś nowym „realizmie" o ambicjach naukowych lub socjalistycznych, inni, przytłaczająca większość, w 
odwrocie od realizmu, w psychologizmie czy symbolizmie, katolicyzmie czy satanizmie, w bliżej nie 
określonym „idealizmie", „mistycyzmie", „spirytua- lizmie". Przedstawiciel „starych", Claretie, podkreśla 
pogardę i niewdzięczność „młodych" w stosunku do poprzedników oraz ich wzajemną wrogość, zawistną zjad- 
liwość sądów, jakie wydają jedni o drugich. Wyśmiewając w lapidarnej formie bardziej lub mniej ukryty sens 
wielu wypowiedzi Ponchon, autor tomiku wierszy La Muse au Cabaret, radzi złośliwie Huretowi: „Mój Drogi, 
poszedłbyś lepiej na dziwki, zamiast zanudzać mnie swoją ankietą. Wiesz dobrze, co mógłbym Ci odpowiedzieć: 
Tylko moi przyjaciele i ja mamy talent. A i to jeszcze, jeżeli chodzi o przyjaciół..."

31 marca ukazuje się wypowiedź Zoli: „Przyszedł Pan zobaczyć, czy już umarłem — wita Hureta. — Jak 

Pan widzi, wręcz przeciwnie, cieszę się doskonałym zdrowiem." Nie neguje, że naturalizm zbliża się być może 
do swego kresu; był jednak dostatecznie wielkim etapem ewolucji ideologicznej dziewiętnastego wieku, aby nie 
obawiać się przyszłości. Młodzi są niecierpliwi, winią naukę, chcą „czegoś innego"; ich reakcja jest „logiczna" i 
może nawet zatriumfuje w najbliższych parunastu latach, jeżeli „znajdzie się człowiek, który zdoła dać potężny 
wyraz tej skardze stulecia". I w tym sensie „naturalizm może umrzeć"; nie umrze jednak nigdy „potrzeba 
poszukiwania prawdy" i „przyszłość należeć będzie do tego lub tych, którzy pojmą ducha nowoczesnego 
społeczeństwa, wyzwolą się od zbyt sztywnych teorii i zgodzą na bardziej logiczną, bardziej wyrozumiałą 
akceptację życia. Wierzę w pełniejszy,

background image

bardziej złożony obraz prawdy, w szersze spojrzenie na ludzkość, w pewnego rodzaju klasycyzm naturalizmu." I 
po chwili zadumy: „Jeżeli starczy mi czasu, sam może zrobię to, czego domagają się młodzi". Ta wypowiedź 
zdziwiła współczesnych, którzy komentowali ją — wbrew intencjom Zoli — jako wyrok na naturalizm.

Za bardzo wmawiają mi chęć pogrzebania naturalizmu — pisał 30 czerwca 1891 r. do jednego ze swoich 

korespondentów. — Nigdy nie akceptowałem ani nie przepowiadałem tak pochopnie jego śmierci. Sądzę 
jedynie, że moja techniką pisarska umrze razem ze mną. Ale co się tyczy metody eksperymentalnej, 
współczesnej ewolucji naukowej, to jest ona bardziej żywotna niż kiedykolwiek, i żaden pisarz, który by ją 
lekceważył, nie zdoła zbudować dzisiaj nic trwałego. *

Częstotliwość, z jaką nazwisko Zoli powraca w ankiecie Hureta we wszystkich wypowiedziach, świadczy 

dobitnie o tym, jak doniosłe miejsce zajmuje on w literaturze swoich czasów. W kwietniu 1891 r. zostaje wy-
brany prezesem Stowarzyszenia Literatów, do którego należy od dwóch miesięcy, wprowadzony przez Dau- deta 
i Ludwika Halćvy'ego. Funkcję tę, nie szczędząc czasu i energii, będzie sprawował przez najbliższe cztery lata. 
W maju grupa studentów zwraca się do niego, by zechciał kandydować do Parlamentu z drugiego okręgu 
wyborczego Dzielnicy Łacińskiej; odmawia, gdyż jak pisze, dziękując za okazane zaufanie:

Mandat poselski jest jednym z najcięższych obowiązków, jakie znam, jeżeli nie chce się być deputowanym 

jedynie z nazwy; a ponieważ jestem człowiekiem obowiązku i pracy, chcę przede wszystkim skończyć zaczęte 
dzieło.**

Nie znaczy to jednak, aby sprawy publiczne nie obchodziły go; wszelkie problemy nurtujące epokę uważa 

za swoje sprawy osobiste i we wszystkich zabiera głos. Niepodobna otworzyć jakiejkolwiek gazety z tego 
okresu, aby nie natknąć się na nazwisko Zoli. Zwalczany lub podziwiany, otaczany gorącą sympatią jednych i 
jeszcze gorętszą nienawiścią drugich, przeobraża się powoli, jak kiedyś Wiktor Hugo, w „instytucję".

„Każdy pisarz ma ciekawość bitew — pisał Zola w 1872, oceniając publikacje poświęcone ostatniej wojnie i 

snując przy tej okazji refleksje nad doskonałością metody zastosowanej przez Stendhala w opisie bitwy pod 
Waterloo. — Czuje, że urzędowe, klasyczne relacje są fałszywe, pragnie opowiedzieć, w jaki sposób ludzie 
umierają"; wojna jest dla niego „tematem pasjonującego studium rzeczywistości".* Jego również temat ten 
pociągał od dawna i już w pierwszych planach cyklu widnieje projekt powieści —

[...] której ramami będzie świat wojskowy, a bohaterem Paweł, syn Bergasse'a [czyt. Jan, syn Macquarta]. 

Epizod 7. wojny włoskiej. Wojna taka, jaka jest. Stosunki między cesarstwem a armią. Przede wszystkim jednak 
pragnę pokazać prawdziwe pole bitwy, bez szowinizmu, i przedstawić prawdziwe cierpienia żołnierzy. Powieść 
wojskowa jesj w cyklu absolutnie konieczna. **

Następna lista projektów, sporządzona po wydarzeniach lat 1870—1871 przewiduje ponadto „powieść o 

wojnie, oblężeniu i Komunie" oraz „drugą powieść robotniczą", przedstawiającą robotnika „jako rewo

background image

lucyjne narzędzie powstań, Komuny" i kończącą się w maju 1871 r. W miarę jednak jak wspomnienia- oddalają 
się, temat wojny traci poczesne miejsce, które zdobył bezpośrednio po 1871 r. Około 1880 r. Zola rezygnuje z 
.powieści o kampanii włoskiej i z obrazu Komuny w drugiej powieści robotniczej, a lista sporządzona w 1883 r. 
przewiduje już tylko jedną powieść
0 „wojnie i Komunie" czyli o „klęsce" Drugiego Cesarstwa, naturalne zakończenie cyklu, poprzedzające jego 
„filozoficzną konkluzję", Doktora Paskala.

Wczoraj wieczorem pan Emil Zola opuścił Paryż — donosi 16 kwietnia 1891 r. „L.'Evśnement". — 

Wybitny powieścio- pisarz udaje się do Sedanu, gdzie zamierza spędzić, parę dni. Zwiedzi dokładnie okolice 
miasta, pola bitwy z 1870 r., które szczegółowo opisze w przygotowywanej właśnie nowej książce, Klęsce. ■

Wynajętym w Reims landem przemierzył Zola, etap po etapie, szlak przebyty niegdyś przez armię Mac-Ma- 

hona, od Reims do Sedanu. W ciągu tej dziesięciodniowej podróży zatrzymywał się we wszystkich wioskach, 
rozmawiał z wieśniakami, chcąc sprawdzić w miejscowej tradycji anegdoty i fakty historyczne, utrwalał w 
pamięci krajobrazy, ich typowe czy malownicze szczegóły. Dwa następne tygodnie spędził w Sedanie
1 jego okolicach, wędrując śladami Napoleona III, zwiedzając o różnych porach dnia i nocy rozległe pole bitwy. 
Początkowo pragnął udać się także do Alzacji i Lotaryngii, aby przebyć drogę z Mulhouse do Belfort, marszrutę 
siódmej armii w jej odwrocie, którym zaczyna się powieść; odstraszyły go jednak, jak przyznał się Van Samten 
Kolffowi, „kłopoty związane ze staraniami o paszport i dokuczliwa ciekawość, którą obudziłaby niewątpliwie 
[jego] podróż". *
mam

Wróciwszy w połowie maja do Paryża, zagłębił się na nowo w stosie dokumentów, które gromadził i studio-

wał już od lutego. Pomocą w tych studiach służył mu historyk Alfred Duąuet, autor dwunastotomowego dzieła o 
wojnie prusko-francuskiej; w 1902, po śmierci pisarza, wspominał on „długie godziny spędzane przy ulicy de 
Bruxelles, gdzie pochylony nad mapami [odpowiadał] na pytania Zoli z zakresu strategii i taktyki".

Muszę przyznać — pisze dalej Duąuet — że kierowała nim wyłącznie chęć powiedzenia prawdy o rzeczach 

i ludziach [...] Pojmował wszystkie zagadnienia ze zdumiewającą szybkością i zawsze wybierał słuszne 
rozwiązanie.

u

Dokumentacja Zoli była tym razem wyjątkowo bogata: przeszło setka dzieł historycznych, wspomnień, ra- 

portóHv wojskowych, monografii; rezultat — około sześciuset stron notatek, wcielonych następnie do powieści.

Oto co mi się najbardziej przydało — informował Van Santen Kolffa. — Kiedy wybuchnęła wojna, wśród 

przedstawicieli wolnych zawodów [...] było wielu ludzi, często bardzo wykształconych, którzy choć zwolnieni 
od służby wojskowej, zaciągali się jako prości żołnierze. Wieczorami, na postojach, zapisywali w małych 
notatnikach swoje wrażenia i przygody. Kilka takich notatników dotarło do moich rąk [...] Znalazłem w nich to, 
co najbardziej dla mnie interesujące: życie, przeżyte doznanie. *

Prace wstępne trwały pięć miesięcy, wyjątkowo długo, jak przy żadnym z dotychczasowych tomów. I do-

piero 8 lipca Zola mógł donieść Cśardowi: „Mam nadzieję, że przetrawiwszy już prawie wszystkie dokumenty, 
za kilka dni zabiorę się do pisania."

background image

Na początku września, kiedy gotowe było pięć pierwszych rozdziałów, Zola odpowiadając na pytania ho-

lenderskiego krytyka, wykłada mu „w ogólnych zarysach" intencje i plan powieści:

Powiedzieć prawdę o tej strasznej katastrofie, od której Francja omal nie umarła [...] Niczego nie ukrywając, 

chciałem jednocześnie „wytłumaczyć" nasze nieszczęścia. To postawa, która wydała mi się najbardziej 
szlachetna i mądra [...] Sądzę, że moja książka będzie prawdziwa, że będzie sprawiedliwa i że będzie zdrowa dla 
Francji, właśnie przez swoją szczerość. — Jak zawsze, pragnąłem mieć całą wojnę, chociaż moim centralnym 
epizodem jest Sedan. Cała wojna to znaczy: oczekiwanie na granicy, pochody, bitwy, panika, odwroty, stosunek 
chłopów do Francuzów i do Prusaków, wolni strzelcy, mieszczanie, okupacja z rekwizycjami żywności i 
pieniędzy, wreszcie szereg ważnych epizodów, które wydarzyły się w 1870 r. [...] Podzieliłem dzieło na trzy 
części po osiem rozdziałów każda; w sumie dwadzieścia cztery rozdziały [...] Pierwsza ozęść zawiera pierwsze 
porażki nad Renem, odwrót do Ch&lons, następnie marsz z Heims do Sedanu. Druga jest w całości poświęcona 
Sedanowi, to bitwa, która będzie miała blisko dwieście stron. Trzecia część da okupację, lazarety, jednostkowy 
dramat w ramach epizodu z wolnymi strzelcami, wreszcie oblężenie Paryża i przede wszystkim pożary Komuny, 
którymi zakończę, na tle krwawego nieba. *

Po miesięcznej przerwie spowodowanej podróżą w Pireneje, podczas której „odkrył" Lourdes, Zola pogrą-

żył się na nowo w pracy, szukając w niej ucieczki od komplikacji rodzinnego życia: Gabriela dowiedziała się 
właśnie o jego drugim domu i bliska była rozstroju nerwowego.

Chce Pan wiedzieć, czy jestem zadowolony — pisze pod koniec stycznia do Van Saten Kolffa. — Czyż nie 

mówiiem już Panu, że nigdy nie jestem zadowolony z książki, którą

mam na warsztacie? [.,.] Poród książki jest dla mnie zawsze
straszną torturą [...] W tej chwili kończę drugą część. *
Jeszcze prawie cztery miesiące intensywnych wysiłków. Rękopis Klęski, którą „La Vie Populaire" drukuje 

w odcinkach już od 12 lutego, został ukończony 12 maja 1892 r., a 24 czerwca ukazało się wydanie książkowe.

Klęska jest właściwie utworem z pogranicza historii i powieści, pozbawioną intrygi „serią obrazów", które 

ukazują wycinek dziejów poprzez przeżycia i reakcje kilku postaci wybranych z anonimowego tłumu. Cen-
tralnymi bohaterami są kapral Jan Macąuart, symbolizujący „prawdziwą duszę Francji", zdrową, nie zdemo-
ralizowaną część narodu, której nie dosięgnął obłęd Drugiego Cesarstwa, oraz ochotnik Maurycy Levasseur, 
ofiara „historycznego i społecznego kryzysu rasy", dotknięty chorobą wieku inteligent, symbolizujący drugą, 
zatrutą eretyzmem nerwowym, zgangrenowaną część Francji, wytwór dwudziestu lat „hańby i szaleństwa". Całą 
więź fabularną stanowi historia ich przyjaźni, zrodzonej na drogach odwrotu, przypieczętowanej bitwą pod 
Sedanem i pogrzebanej wśród zgliszcz Komuny. Po bitwie pod Sedanem, której opis wypełniający całą drugą 
część stanowi właściwy trzon powieiści, Jan i Maurycy, internowani najpierw na półwyspie d'Iges, uciekają 
następnie z transportu jeńców, aby przedrzeć się do walczącej jeszcze Francji. Ale Jan, ranny pod- czias 
ucieczki, musi zostać u rodziny Maurycego, w wiosce pod Sedanem. Przyjaciele po raz pierwszy rozstają się.
Maurycy dociera do Paryża, gdzie 4 września proklamowano Republikę. Bierze udział w obronie oblężonej 
stolicy, a po kapitulacji, oburzony graniczącą ze

background image

zdradą nieudolnością rządu i dowódców, opuszcza armię i zaciąga się do Gwardii Narodowej. Jan, unieru-
chomiony długotrwałą chorobą, przybywa do Paryża dopiero w miaircu. W dzień wybuchu powstania, „jednego 
z owych kryzysów moralnych, które możną zaobserwować w następstwie wszystkich wielkich oblężeń, kiedy 
nadmiar zawiedzionego patriotyzmu, rozpłomieniw- szy nadaremnie dusze, przekształca się w ślepą potrzebę 
zemsty i zniszczenia" *, przyjaciele spotykają się na ulicach Paryża, aby rozstać się po raz drugi: Maurycy, „w 
ataku szaleństwa, które ogarniało cały Paryż", zostaje w zbuntowanym mieście w szeregach komun ar- dów; Jan, 
„silny swoim zdrowym rozsądkiem i swoją ignorancją", opuszcza z wojskiem stolicę, oddając się pod rozkazy 
Wersalu. Wojna domowa stawia ich po przeciwnych stronach barykady. I podczas „krwawego tygodnia", gdy 
wersalczycy wkraczają do Paryża i gdy sięga szczytu nienawiść „między powstańcami ginącymi za swoje 
marzenie a armią kipiącą reakcyjnymi namiętnościami", właśnie Jan zadaje śmiertelny cios Maurycemu, który, 
umierając, przebacza mu i uznaje słuszność jego wyboru.

Cały symbol zakończenia w tym się zawiera: chora część Francji, Maurycy, zostaje zgładzona przypadkowo 

przez zdrową, Jana; wśród okropności wojny domowej Francja sama na sobie dokonuje amputacji swojej 
lekkomyślności 1 szaleństwa. **

Komuna była bowiem w rozumieniu Zoli nie tyle powstaniem robotniczym (choć robotnik był jej „rewo-

lucyjnym narzędziem"), ile bezpośrednim następstwem Cesarstwa, ostatnim aktem klęski, ową „mścicielską
i oczyszczającą katastrofą", której mit coraz donośniej rozbrzmiewał w ostatnich tomach cyklu; była aktem 
rozpaczy i obłędu, ale nie była zbrodnią. I chociaż ludzie z Katusza paryskiego, „przedziwna mieszanina umiar-
kowanych, rewolucjonistów i socjalistów wszelkich sekt", budzili w nim nieufność, chociaż uważał, że Komuna, 
„nieudolna, rozdzierana zbyt sprzecznymi elementami", nie zdołała „zrealizować żadnej z obiecanych reform 
społecznych" i nie pozostawiła po sobie „żadnego trwałego dzieła", to jednak znajdował wytłumaczenie dla jej 
szeregowych uczestników, których pchnął do buntu „nadmiar cierpienia, nadmiar niesprawiedliwości i hańby", a 
łajdak Chouteau, zdemoralizowany robotnik, odpowiednik Canona z Ziemi, określany jest w notatkach 
wstępnych nie jako „typ komunarda", ale jako „typ złego komunarda". I jeżeli Zola potępiał „czerwony terror", 
akty gwałtu i przemocy, wskutek których „Paryż, początkowo oburzony na Wersal, [...] odsunął się od 
Komuny", to z równą, jeżeli nie większą siłą potępiał terror biały, na który Jan, to uosobienie „zdrowej Francji", 
patrzy z rosnącą zgrozą: masowe egzekucje, rzezie na dziedzińcu koszar Lobau, „mężczyźni, dzieci, skazywani 
na podstawie poszlak, dlatego że mieli ręce czarne od prochu lub wojskowe buty na nogach, niewinni fałszywie 
denuncjowani, ofiary osobistych porachunków, [...] gromady całe wpychane pod lufy karabinów, tylu 
nieszczęśników na raz, że nie starczało dla wszystkich kul i trzeba było dobijać rannych kolbami", doraźne 
egzekucje na ulicach, gdzie „mieszczanie okazywali się okrutniejsi od żołnierzy", wymordowanie na cmentarzu 
Pere-Lachaise „stu czterdziestu ośmiu nieszczęśników zawleczonych pod mur, którego tynk spłynął wielkimi 
czerwonymi łzami".
Powieść ma kończyć się, podobnie jak Pieniądz, nie

background image

krzykiem rozpaczy, ale aktem nadziei, akcentem optymizmu:

Nie zapominać o tym, co ma wynikać z całego dzieła — czytamy w notatkach wstępnych. — Uczucie 

nieśmiertelnej wiary w przyszłość [...] Zakończyć krzykiem niezwyciężonej nadziei rzuconym ponąd krwią i 
płomieniami.*

I Jan, patrząc na płonący Paryż, doznaje dziwnego wrażenia:
Wydawało mu się, że w tym powolnym schyłku dnia, nad tym miastem w płomieniach, wstawała już 

jutrzenka [...] Ponad huczącym jeszcze pogorzeliskiem odradzała się nieśmiertelna nadzieja [...] Spustoszone 
pole leżało odłogiem, spalony dom był w gruzach; i Jan, najskromniejszy i najbardziej zbolały, odchodził, idąc 
w przyszłość, ku wielkiej i ciężkiej pracy odbudowania całej Francji.**

„Sukces Klęski przerasta wszelkie moje oczekiwania i byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby człowiek w ogóle 

mógł być szczęśliwy" — pisał Zola 8 lipca do młodego kompozytora, Alfreda Bruneau. *** Książkę powitał we 
Francji i za granicą koncert zachwytów i to nawet ze strony najbardziej dotąd wrogiej, konserwatywnej i 
prawicowej krytyki. W „Le Temps" entuzjastyczny artykuł Anatola France'a. W organie akademickiej konserwy, 
„La Revue des deux Mondes", po raz pierwszy pochlebna ocena i to pióra wicehrabiego de Vogiiś:

Pan Zola jest ostatnim — ale nie najmniejszym — z naszych wielkich poetów romantycznych, wizjonerem, 

twórcą epopei [...], godnym współzawodnikiem i bliskim krewnym Wiktora Hugo — powieściopisarza.

Krytyk ma oczywiście i pewne zastrzeżenia: Zola

nazbyt, jego zdaniem, poniża .jnieszczęsną Francję Drugiego Cesarstwa" poza tym —

[powieść] powinna logicznie kończyć się klęską pod Sedanem i niewolą na półwyspie dlges. Dosztukowany 

kawałek, w którym autor bardzo ogólnikowo przedstawia oblężenie i Komunę, sprawia wrażenie dodatku 
dopisanego ex post przez jakiegoś kontynuatora.

14

Nie pozbawiona smaczku w zestawieniu z wcześniejszymi, a zwłaszcza późniejszymi ocenami Zoli („nie-

inteligentny", „(pisał źle", „nie wiedział nic o człowieku" itp.), jest entuzjastyczna recenzja Emila Pagueta w 
„Revue Bleue" z 25 czerwca 1892 r.:
To prawdziwa epopea [...], krzepiące choć posępne dzieło, które możemy zaprezentować Europie z godnością i 
dumą.

Wobec pochwał bledną zarzuty. Pierwszy dotyczy stosowanej konsekwentnie przez Zolę techniki punktu 

widzenia:

Ci żołnierze [...] zbyt dobrze rozumieją marsze, które każe się im robić i [...] zbyt dobrze tłumaczą je 

czytelnikowi [...] Oczywiście, pan Zola nie mógł opisać nam całej kampanii 1870 r., do Sedanu, tak jak Stendhal 
opisał bitwę pod Waterloo. Ten sposób „uczestniczenia w wydarzeniach, z których nic się nie rozumie", jest 
możliwy tylko w stosunkowo krótkiej narracji. Ale nie należy wpadać z jednego przeciwieństwa w drugie [...] 
Aby uniknąć obu, autor powinien był odważnie, mimo całego chłodu tego rodzaju maniery, przemawiać na 
początku rozdziałów we własnym imieniu i informować pokrótce czytelnika.

Drugi zarzut taki sam, jak u de Vogiie: Komuna, która jest niedostatecznie wytłumaczonym, obcym do-

datkiem, rozbijającym jedność kompozycji. Ten opis Komuny nie znalazł łaski w niczyich oczach.

background image

Nie był dostatecznie jednoznaczny: ani bezwarunkowe potępienie, ani apoteoza, ani „zbrodnia", ani „wielki 
zryw ludu". Prawicowa krytyka nie mogła darować Zoli obrazu białego terroru, wypowiedzi o „rządzie bitym 
przy każdym spotkaniu z Prusakami" a „odzyskującym odwagę dopiero, gdy szło o pokonanie Paryża", oraz 
takich sformułowań jak:

Thiers miał w swojej czystej glorii wyzwoliciela terytorium pozostać legendarnym mordercą Paryża, ą 

marszałek Mac- -Mahon, zwyciężony spod Froeschwiller [...]» był już tylko zwycięzcą z Pćre-Lachaise. •

Ale i lewicowa krytyka miała podstawy do niezadowolenia: ta „chora część Francji", komunard Maurycy, 

amputowana przez „zdrową", wersalczyka Jama; ten Chouteau, „pokryty galonami, członek sztabu jakiegoś 
generała, który nie bił się"; ten „czerwony terror", żądza „niszczenia dla niszczenia"; ta „miernota" przywódców 
Komuny — wszystko to nie mogło spotkać się z aprobatą lewicowej prasy. I nawet Alexis w entuzjastycznej 
recenzji pozwala sobie na krytykę, na którą Zola odpowiada w liście z 21 czerwca:

Nie zgadzam się z Twoją oceną ostatnich rozdziałów; nie żebym był nimi zachwycony, ale są logicznie tym, 

czym miały być, namalowanym szerokimi pociągnięciami pędzla tłem, na którym uwydatniłem konieczne 
rozwiązanie.**

Huysmans w liście z czerwca 1892 r. nazywa Klęskę „wspaniałą książką", ale „dręczy" go pewien problem:
Wszyscy przykuci jesteśmy do jednej formy, formy powieściowej, i nie widzę wyjścia z niej. I zastanawiam 

się, zamykając Klęskę, czy książka nie byłaby jeszcze wspanialsza
i potężniejsza, gdyby wolna była od fabuły, nawet tak nikłej? °

Obszerny list Cearda stanowi subtelną i w sumie pochlebną krytykę powieści; autor porusza między innymi 

zagadnienie jednostkowych postaci w tego rodzaju „epiokich" utworach i podważa optymizm konkluzji:

Rozumiem doskonale, czemu był Pan posłuszny, tworząc swoje postaci; służą one Panu za przewodników 

oprowadzających czytelnika po różnych punktach bitwy, to jasne; ale egoizm ich małych odczuć staje się czymś 
całkowicie nieważnym [...] Klęska pozostanie poematem grozy i Fatum, wstrząsającą epopeą głupoty i 
nieudolności. To dwa elementy abstrakcyjne i wieczne, i dlatego nie podzielam optymizmu — ograniczonego 
zresztą — który próbuje Pan narzucić w swojej konkluzji. Może Pan sobie do woli tłumaczyć i usprawiedliwiać 
wojnę, cała książka potępia Pańskie teorie i zadaje kłam Pańskim paradoksom [...]; budzi odrazę do wojny, nie 
tyle nawet strumieniami krwi i stosami trupów, ile bezgraniczną głupotą królującą nad wszystkim, nie 
wyłączając zwycięzców.

36

W przeciwieństwie do cywilów, wojskowi czytają Klęskę z oburzeniem, sam tytuł wydaje się im obelgą, a 

dzieło uznają za szkodliwe, niepatriotyczne, szokujące i niebezpieczne. Żaden jednak z protestów militarystów 
francuskich nie dorównuje opublikowanemu 19 września w „Le Figaro" listowi bawarskiego kapitana Tar nera, 
który ni mniej ni więcej tylko bierze w obronę swoich kolegów, oficerów tej bohaterskiej armii francuskiej tak 
„zmieszanej z błotem i okrytej śmiesznością przez pana Zolę". Nie chce wypowiadać się co do patriotyzmu 
autora, ale uważa, że na pewno „brak mu jednej zalety: szacunku dla cierpienia". Był to jedyny atak, na który 
Zola publicznie odpowiedział, demaskując prawdziwe intencje „sprytnego" kapitana:

background image

Wywyższa on naszych oficerów, wynosi naszych żołnierzy, pozwala sobie na łatwą rycerskość po to tylko, żeby 
rykoszetem podnieść i wyolbrzymić własne zwycięstwo. Bo pomyślcie tylko, jak wielkie są Niemcy, jeżeli 
pobiły Francję w tak homeryckich warunkach! *

W sześć lat później, po Oskarżam!..., już nie tylko wojskowi, ale wszyscy nacjonaliści, cała Liga Patriotów, 

cała prawica okrzyknie Klęską „zniewagą sztandaru francuskiego", „obelgą rzuconą Francji przez zdrajcę na 
żołdzie pruskim", dziełem demoralizującym, „haniebną eksploatacją nieszczęść ojczyzny". Na razie jednak, w 
roku 1892, powieść ma „doskonałą prasę", a szanse akademickie Zoli w przeddzień ukończenia Rougon-
Macguartów zdają się szybko rosnąć.

„Pamięci mojej Matki i mojej drogiej Żonie poświęcam tę powieść, która jest podsumowaniem i konkluzją 

całego mojego dzieła" — głosi dedykacja wydrukowana na pierwszej karcie Doktora Paskala, dwudziestego i 
ostatniego tomu Rougon-Macąuartów.

Nie przewidywały tej konkluzji plany z 1869 r., chociaż już wtedy Zola notował: „Nauka musi być gdzieś 

reprezentowana", i choć w pierwszym od razu tomie wprowadził jej przedstawiciela, doktora Paskala. Dopiero 
lista sporządzona około 1872 r. zawiera projekt odrębnej „powieści naukowej" z Paskalem i jego wychowanką, 
córką Saccarda, Klotyldą, w rolach głównych. W 1878 r., z okazji pierwszej publikacji drzewa genealogicznego 
Rougon-Macąuartów, Zola prezentuje tę powieść jako „naukową konkluzję" cyklu, w której drzewo, „owoc 
obserwacji doktora Paskala" nad własną
rodziną, będzie „zespolone z akcją" i objaśnione komentarzami bohatera.

Z biegiem czasu projekt ulega pewnym modyfikacjom. W miarcu 1890 r., rozmawiając z Goncourtem, Zola 

zwierza mu się, że chciałby w ostatnim tomie cyklu „wprowadzić na scenę uczonego", który byłby, podobnie jak 
Claude Bernard, ożeniony „z kobietą zacofaną, bigotką", niszczącą jego prace w miarę ich powstawania.

27

 Ten 

nowy element świadczy o coraz większym Zainteresowaniu pisarza sporem między religią a nauką, problemem, 
któremu miał niebawem poświęcić swój następny cykl powieściowy.

We wrześniu 1891 r. Zola odkrywa Lourdes, dokąd wraca w rok później, już po rozpoczęciu pracy nad 

Doktorem Paskalem. Refleksje, które budzi w nim widok tych tłumów wołających o cud, gdyż nauka okazuje się 
bezsilna wobec cierpienia i śmierci, nie pozostają bez wpływu na przygotowywaną właśnie powieść i sprawiają, 
że ta konkluzja Rougon-Macąuartów staje się niejako wstępem do Trzech Miast. Po wyjeździe z Lourdes Zolą 
spędza kilka dni w Aix-en- -Provence, chcąc, być może, odświeżyć wspomnienia, nasiąknąć na nowo atmosferą 
tego miasta, owego Plassans, w którym rozgrywała się akcja pierwszego tomu Rougon-Macąuartów i w którym 
ma się rozgrywać akcja ostatniego, tak aby całość stanowiła obwód zamknięty, aby „miała w sobie coś z węża 
gryzącego swój własny ogon".

28

 Wróciwszy z początkiem października do Paryża, otwiera po dwumiesięcznej 

blisko przerwie akta Doktora Paskala: uzupełnia dokumentację, sporządza charakterystyki postaci, opracowuje 
szkic i plany powieści, której rękopis, zaczęty 7 grudnia, zo6baje ukończony w pół roku później, w maju 1893.

Obrona i streszczenie Rougon-Macąuartów, ich „historyczna, naukowa i filozoficzna konkluzja".

background image

„klamra spinająca dziewiętnaście pozostałych powieści", wykład naturalistycznej wiary w życie i wypływa-
jących z niej nakazów moralnych, zajęcie stanowiska w sporze między religią a nauką, ustosunkowanie się do 
„reakcji idealistycznej", odpowiedź na problem szczęścia — oto czym ma być Doktor Paskal. Przerost 
problematyki ideologicznej faitalnie zaważył na artystycznej wartości utworu. Nie rezygnując z tradycyjnej 
formy powieści, Zola chce wyrazić to wszystko za pomocą jakiejś „możliwie najprostszej fabuły", gdyż jak 
pisze, „dysertacje są zazwyczaj zimne". Zrezygnował jednak z najcenniejszych zdobyczy swojej techniki 
powieściowej, zwłaszcza zaś z obiektywizmu, i napisał w rezultacie słabą powieść z tezą, książkę, w której 
moralizujący ideolog, obecny na każdej stronie, bierze ustawicznie górę nad powieściopisarzem, i która, wskutek 
braku jedności kompozycyjnej, składa się właściwie z trzech różnych, nie stopionych w organiczną całość 
utworów: z dysertacji filozoficznej, z komentarza do Rougon-Macąuartów i z romansu.

Dysertacja ma jedną zasadniczą wadę: brak jej zwięzłości i wyrazistości. Tyrady doktora Paskala, który 

reprezentuje stanowisko autora, jego dyskusje z Klotyldą, uosabiającą „idealistyczną reakcję młodego 
pokolenia", rozwadniają na trzystu z okładem stronach to, co 13 maja 1893 r. Zola zawarł w krótkim prze-
mówieniu, wygłoszonym na dorocznym bankiecie Stowarzyszenia Studentów. Jako filozoficzny „testament" 
autora Rougon-Macąuartów, Doktor Paskal stanowi końcowy etap ewolucji zapoczątkowanej Radością życia. Po 
kilkunastu latach odtwarzania życia „takim, jakie jest", Zola doszedł do wniosku, że na tej ziemi szczęście 
niedostępne jest człowiekowi. A ponieważ z jednej strony odrzucał stanowczo wiarę w istnienie czegokolwiek 
poza lub ponad naturą, z drugiej zaś
bronił się przed filozofią pesymizmu, sprzeczną z jego aktywnym temperamentem i rzeczywistą pasją życia, 
przeto podjął próbę znalezienia jakiegoś sensu w bezsensie, jakiejś mniej rozpaczliwej odpowiedzi na problem 
szczęścia. Zaczął od nawiązania do nauk Micheleta, swojego pierwszego mistrza, o których zresztą nigdy 
całkowicie nie zapomniał: wiara w naukę i postęp, kult natury, etyka samozaparcia i poświęcenia wynikająca z 
miłości do wszystkiego, co żyje. Uosobieniem tego Micheletowskiego ideału staje się Paulina Quenu, 
„najzdrowsza i najbardziej ludzka z istot", która w miłości i poświęceniu znajduje sens i trudną radość życia. 
Nowych elementów, wyzyskanych już w zakończeniu Pieniądza, dostarczył mu Renan. I w ostatnim tomie 
„credo Renana", wynotowane z artykułu, który 16 listopada 1892 r. de Voguś poświęcił w „La Revue des deux 
Mondes" zmarłemu właśnie filozofowi, staje się łącznie z naturalizmem Micheleta podstawą filozoficznej kon-
kluzji cyklu, Paskalowego wyznania wiary w życie.

Natura zmierza do jakiegoś niewiadomego, ale wielkiego celu, którego człowiek ze swojego ciasnego, jed-

nostkowego punktu widzenia nie potrafi dostrzec. W jej logice wszystko — dobro i zło, radość i cierpienie — 
ma swój cel i odgrywa jakąś rolę. Obowiązkiem człowieka jest zatem współdziałać z na/turą i poznawać ją, aby 
wiedzieć, czego żąda i aby z całą świadomością akceptować życie, dla niego samego „dla udziału w jego 
odległym i tajemniczym dziele". Przyszłość ludzkości to „postęp rozumu dzięki wiedzy", niestrudzone dążenie 
do odkrycia prawdy, i obecna reakcja przeciwko nauce może być tylko chwilowym „przystankiem w drodze", 
rezultatem zmęczenia zbyt forsownym marszem. „Należy iść z życiem, które stale idzie naprzód — tłumaczy 
Paskal Klotyldzie przeklinającej naukę za to, że wyludniła niebo i w zamian nie dała szczęścia. — Należy ak-

background image

chce dowieść, że robił to „nie z perwersji", ale dlatego, że wierzył w „konieczność i absolutną skuteczność 
prawdy" i po to, aby wykazać, że „życie musi być wielkie i dobre", skoro mimo cierpień przeżywa się je z taką 
pasją. Pragnie w ten sposób narzucić ex post optymistyczną wymowę dziełu, które jak pisze, jest „mimo 
czarnego pesymizmu" pełne „ogromnej miłości do życia", „opiewa jego nieustanny wysiłek twórczy", i kryje w 
sobie, pod bezosobowością formy i pozorną nieczułością obiektywnej analizy, „głęboką wszechogarniającą 
sympatię", miłość i współczucie dla wszystkiego, co żyje i cierpi.

I to zadanie również powierzone zostaje Paskalowi, z którym Zola utożsamia się tak dalece, że często, za- 

pomijając o fikcji, każe mu przemawiać językiem powieściopisarza, autora Rougon-Macąuartów, a nie lekarza 
badającego na własnej rodzinie zjawisko dziedziczności. Pewnej burzliwej nocy Paskal, chcąc udzielić 
Klotyldzie „zbawiennej lekcji brutalnej prawdy", zapoznaje ją z wynikami swoich trzydziestoletnich obserwacji: 
objaśnia jej drzewo genealogiczne, otwiera jedne po drugich akta poświęcone poszczególnym członkom rodu i 
opowiada ich dzieje, czyli streszcza dziewiętnaście tomów cyklu, nie w kolejności ich publikacji, ale „zgodnie z 
rysunkiem drzewa", posuwając się „od prawego krańca ku lewemu", od linii ślubnej do bękarciej. Słowami 
Piaskala Zola wydobywa z każdej powieści „jej przewodnią myśl filozoficzną" oraz ustala „rolę i definitywne 
miejsce" każdego epizodu w całokształcie dzieła. Następnie, grupując te epizody wedle ich tematyki, 
wyodrębnia cztery zasadnicze działy- studia historyczne (Początki fortuny Rougonów, ZdO' bycz, Jego 
Ekscelencja Eugeniusz Rougon, Podbój miasta Plassans, Kląska), studia społeczne (Brzuch Paryża, Wszystko 
dla pań, Nana, Bestia ludzka, Zie
mia, Pieniądz, Kuchenne schody, UAssommoir, Germinal), studia psychologiczne (Kartka miłości, Dzieło, 
Radość życia) i „fantazje" (Grzech księdza Mouret, Marzenie).

W dalszym ciągu Zola — Paskal opowiada o powojennych losach członków rodu, ostatni tom bowiem, któ-

rego akcja rozgrywa się w latach 1871—1873, wykracza poza historyczne ramy Drugiego Cesarstwa. Piotr 
Rougon zmarł rażony apopleksją na wieść o klęsce pod Sedanem; Eugeniusz, „upadły majestat", reprezentuje w 
parlamencie reakcję bonapartystowską; Arystydes „zmienił skórę" i jako redaktor wielkiej gazety republi-
kańskiej raz jeszcze goni za fortuną; jego syn, Maksym, do reszty zdegenerowany, przejada majątek którego 
broni przed zachłannością ojca; Sydonia, znużona strę- czycielstwem, dokonuje dni jako skarbniczka świętobli-
wej instytucji, opiekującej się upadłymi dziewczętami; Oktawiusz bogaci się dalej, kocha żonę, z którą ma 
dwoje dzieci, ale powoli wraca do grzeszków młodości; ksiądz Mouret, zakopany razem z Dćsirće w głuszy 
wiejskiej parafii, chory na gruźlicę, z rezygnacją świętego oczekuje śmierci; Helena Grandjean żyje szczęśliwa 
ze swoim drugim mężem; Paulina Quenu wychowuje dziecko Łazarza, który, owdowiawszy, wyruszył do 
Ameryki, aby tam po raz ostatni spróbować szczęściar Stefan Lantier, skazany na śmierć za udział w Komunie, 
potem ułaskawiony, żyje na zesłaniu, gdzie ożenił się i ma dziecko; Jan wreszcie, zwolniony z wojska, osiedlił 
się pod Plassans, poślubił córkę zamożnego wieśniakai, która urodziła mu już jedno dziecko i oczekuje drugiego.

Osobiście na kartach powieści, aby dopełnić w niej swoich losów, pojawia się, oprócz Paskala i Klotyldy, 

jeszcze troje członków rodu: protoplastka, Adelajda Fouąue, która umiera obłąkana w wieku stu pięciu

background image

lat; Antoni Macąuart, który nasiąknięty jak gąbka alkoholem spłonął od iskry swojej fajki tak doszczętnie, że 
zostaje po nim jedynie garstka popiołu; i wreszcie niespożyta Felicja, żona Piotra, która po raz trzeci dokonuje 
podboju miasta Plassans: zniszczywszy po śmierci Paskala jego akta kompromitujące rodzinę, wznosi w 
Plassans trwały pomnik nieskalanej chwały rodu, ofiarowuje miastu przytułek dla starców, przytułek imienia 
Rougonów.

Wątek romansowy powieści to zmodyfikowany nieco pierwszy szkic Marzenia: miłość starego mężczyzny, 

sześćdziesięcioletniego Paskala, któremu „nauka pożarła życie", do młodej dziewczyny, dwudziestoletniej 
Klotyldy. W odróżnieniu od porzuconego projektu z 1887 r., miłość ta zostaje jednak dopełniona i jej owocem 
jest ostatni potomek Rougonów.
,1

Miłość winna kończyć się dzieckiem — czytamy w notatkach wstępnych. — .Wszystko inne jest miłostką i 

komplikacją. Kiedy pojawia się dziecko, osiągnięty zostaje naturalny cel. Przeciwko miłościom, z których 
wyeliminowane jest dziecko, przeciwko powieściom rozszczepiającym włos na czworo. *

Zagadnienie płodnej miłości od dłuższego już czasu absorbuje Zolę, który w wywiadzie prasowym, udzielo-

nym w lipcu 1892 r. oświadczył, że zamierza niebawem napisać powieść propagującą macierzyństwo przeciwko 
ideałowi bezpłodności. Pewne elementy tego projektu realizuje w Doktorze Paskalu, gdzie zapowiadają już 
wyraźnie pierwszą z Czterech Ewangelii, Płodność.

Konstruując wątek romansowy, Zola kierował się przede wszystkim ideologicznymi założeniami powieści, 

jak świadczy o tym jej szkic, w którym brak wszelkich
aluzji do przeżyć osobistych. Tak bardzo jednak i pod każdym względem utożsamił się ze swoim bohaterem, że 
nie zdołał oprzeć się pokusie autobiografizmu. Przedstawiając kryzys wewnętrzny Paskala, jego żal za 
młodością, która przeminęła, zanim zakosztował smaku życia, jego tęsknotę do ojcostwa i głód uczucia, starze-
jący się pisarz odtwarza swoje własne stany psychiczne. I w ostatecznej postaci, niezależnie od wszelkich 
względów ideologicznych, miłość Paskala do Klotyldy staje się powieściową traspozycją miłości Zoli do Jeanne 
Rozerot, co potwierdza dedykacja widniejąca na ofiarowanym jej egzemplarzu:

Ukochanej Jeanne, mojej Klotyldzie, która dała mi królewski festyn swej młodości i przywróciła mi moje 

trzydzieści lat, przynosząc mi w darze dwoje drogich dzieci, Denise i Jacquesa; dla nich to napisałem tę książkę, 
aby kiedyś, czytając ją, dowiedziały się, jak bardzo uwielbiałem ich matkę, i jak pełną czci miłością winny 
wynagrodzić jej to szczęście, którym pocieszyła mnie w wielkim smutku.

Drukowana najpierw w „L/a Revue Hebdomadadre", gdzie na żądanie licznych abonentów została usunięta 

z części nakładu, powieść ukazała się w wydaniu książkowym 21 czerwca 1893 r. W cztery dni później Gon-
court, rozgoryczony triumfami „karierowicza", notuje ze wzgardliwym parsknięciem: „Też coś! To ma być 
prawdziwa młoda dziewczyna, ta Klotylda z Doktora Paskala?"; i dziwi się, w jaki sposób „ten fabrykant 
wyimaginowanych, nieziemskich postaci", „ta naoliwiona machina do masowej produkcji", może uchodzić za 
„wielkiego kapłana" szkoły realistycznej.

39

 Niejaką pociechą jest mu chłodne przyjęcie powieści przez krytykę: 

parę zdawkowych uprzejmości, wiele zastrzeżeń natury artystycznej, nieco kpin z „naukowych pretensji" autora, 
zwłaszcza z owego drzewa, o którym już

background image

dwa lata wcześniej Daudet miał powiedzieć ku wielkiej uciesze Edmunda: „Gdybym, jak Zola, miał w swoim 
dziele drzewo genealogiczne Rougon-Macąuartów, sądzę, że powiesiłbym się na pierwszej gałęzi."

30

 Jeżeli 

jednak krytycy bez entuzjazmu oceniają ostatni utwór, to z podziwem wyrażają się o całokształcie skończonego 
wreszcie dzieła, które „imponuje swoim ogromem i potęgą". Niektórzy zaś, jak na przykład Pellissier, najbar-
dziej nieprzejednani w swoim antynaturalizmie, z zadowoleniem dostrzegają w tej konkluzji cyklu zapowiedź 
odnowienia i rozszerzenia zbyt ciasnej formuły filozoficznej i artystycznej.

21 czerwca Charpentier i Fasąuelle, aby uczcić zakończenie Rougon-Macąuartów, wydają w Lasku Bu- 

lońskim uroczysty bankiet, któremu przewodniczy młody minister oświaty, Raymond Poincarś; Catulle Mendes 
wita w Zoli „jedną z najświetniejszych chwał współczesnej Francji'', a przedstawiciel młodych, Adolf Tabarant, 
wznosi toast na cześć „wielkiego socjalisty", za „wspaniałe jutro solidarności i sprawiedliwości, czerwone jutro 
Germinala". 14 lipca autor Rougon- -Macąuartów otrzymuje rozetkę oficera Legii Honorowej. We wrześniu na 
londyńskim Kongresie Prasy święci triumfy, przyjmowany owacyjnie jako największy pisarz francuski. To już 
prawdziwa sława, uznana powszechnie, we Francji i za jej granicami.

Zola jednak nie jest szczęśliwy. Ani w życiu osobistym, w którym za uczucie Jeanne i radość ojcostwa 

przychodzi mu płacić zbyt wysoką cenę cierpień Gabrieli. Ani w życiu twórczym, gdzie dręczy go niepokój o los 
ukończonego dzieła:
Jestem jak robotnik, który kończy dom [...] i zaczyna

troszczyć się o pogodę. Czy deszcze nie uszkodzą murów?
Czy wiatr północny nie zerwie dachu? A przede wszystkim*

czy budowla okaże się dostatecznie solidna, aby stawić opór burzy? *

Ze wszystkich jego ówczesnych wypowiedzi i listów przebija ton głębokiej melancholii.
I raz jeszcze, aby przezwyciężyć kryzys zwątpienia, aby zapomnieć o tym, że życie jest smutne i że szczę-

ście jest, jak pisze do Alexisa, „rzeczą niezmiernie trudną", sięga po narkotyk, który zawsze dotąd „sta»- wiał go 
na nogi" i „dodawał odwagi do przeżycia następnego dnia": pogrąża się w pracy. Nie pozwalając sobie ani na 
chwilę wytchnienia, natychmiast po skończeniu Doktora Paskala zaczyna następny cykl powieściowy i już 2 
lipca donosi Van Santen Kolffowi:
Plan Lourdes jest prawie gotowy [...] Mam znowu przed sobą cztery lata nowej, wielkiej pracy. **

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Pod koniec lat osiemdziesiątych reakcja idealistyczna coraz wyraźniej koncentruje się wokół zagadnienia: religia 
czy nauka. Ewolucja, typowa dla większości ideologów mieszczańskich drugiej połowy dziewiętnastego wieku, 
prowadzi od początkowego kultu nauki, przez próby pogodzenia jej z religią, do uznania wyższości tej ostatniej, 
do zwycięstwa irracjonalizmu.

W 1889 r., w związku z otwarciem Wystawy Powszechnej i obchodami stulecia rewolucji, Melchior de 

Vogiió ogłasza w „La Revue des deux Mondes" serią artykułów, w których jako jeden z pierwszych stara się 
określić zasady sojuszu między nauką a religią. Triumf nauki jest niezaprzeczalny, oświadcza, ale nie ma w tym 
żadnego niebezpieczeństwa dla religii, każda z nich bowiem ma odrębną misję. Potrzeba wiary jest wieczna, jak 
wieczne jest cierpienie, wobec którego nauka jest bezsilna, i choć zwiększa ona władzę człowieka nad przyrodą, 
to nie potrafi zapewnić mu ani szczęścia, ani spokoju. Jej moc ustaje na progu świata duchowego, gdyż tak jak 
przyroda, uczy niemoralności i okrucieństwa. Jedynie religia, której misją jest koić rany zadawane przez naukę, 
zdoła uchronić człowieka przed rozpaczą, a ludzkość ocalić przed barbarzyństwem. Toteż nigdy jedna nie 
wyprze drugiej; ich sojusz jest nie tylko możliwy, lecz pożądany, tym bardziej że jako ideologiczna podstawa 
ugody między republiką a pg
374
ściołem będzie mógł przyczynić się do ocalenia porządku społecznego, zagrożonego przez wywrotowe doktry-
ny.

Od marca do czerwca 1892 r. radykalna gazeta „La Justice" publikuje wyniki ankiety B. Guinaudeau do-

wodzące istnienia silnej reakcji idealistycznej w literaturze, sztuce, filozofii, ideologii społecznej. Wśród 
uczestników ankiety nie zabrakło Zoli. Reakcja ta, oświadcza w swojej odpowiedzi, jest wytłumaczalna, 
pozytywizm poczynił bowiem w imieniu nauki pewne obietnice, których nie może ona dotrzymać w obecnym 
stadium swego rozwoju; nie żywi jednak głębszych obaw na przyszłość: pozytywizm nie umarł, nauka żyje i 
stale idzie naprzód. „Co się tyczy reakcji idealistycznej ozy mistycznej, to myślę o niej, zajmuję się nią. Wkrótce 
coś na ten temat napiszę." Mówiąc te słowa, ma zapewne na myśli projektowaną od paru miesięcy powieść o 
Lourdes.

W połowie ubiegłego stulecia widzenia Bernadety Soubirous rozsławiły w całym świecie katolickim imię 

tej nie znanej przedtem górskiej mieściny. Bernadeta była chorowitym dzieckiem, cierpiącym na ataM dusz-
ności, słabo rozwiniętym umysłowo i fizycznie. Dwa ostatnie lata poprzedzające widzenia spędziła w pobliskiej 
wiosce Bartres, -gdzie pasała owce u swojej dawnej maimki. Chodziła tu na lekcje religii do wikarego parafii, 
ks. Adera, -który darzył dużą sympatią tę dziewczynkę odznaczającą się ogromną wrażliwością i poboż-. nością; 
przywodziła mu ona na myśl, jak zwierzał się miejscowemu nauczycielowi, dzieci z La Salette, którym w 1846 
r. ukazać się miała Matka Boska. Na lekcjach religii nde omieszkał zapewne wspomnieć swoim uczniom o tym 
cudownym wydarzeniu; mówił im też o dogmacie Niepokalanego Poczęcia, który Pius IX ogłosił właśnie w 
1854 r. Trudne i niezrozumiałe to były sło-
375

background image

_|ale nie trudniejsze przecież od sformułowań katechizmu, których trzeba było wyuczyć się na pamięć, a urok 
cudowności tym silniej utrwalał je w prostych umysłach.
"Wróciwszy w 1858 r. do Lourdes, Bernadeta, choć miała już czternaście lat, nie potrafiła czytać ani pisać; 
niezręczna, tępawia i nerwowa, często była przedmiotem kpin swoich koleżanek i rodzeństwa. Niebawem jednak 
ona właśnie miała

1

 stać się ośrodkiem zainteresowania całego miasteczka i okolic. 11 lutego, gdy z siostrą i ko-

leżanką wybrała się po chrust nad brzeg Gave de Pau, ujrzała nagle we wnęce nad grotą Massabielle jakąś białą 
postać, która przemówiła do niej w miejscowym narzeczu, nakazując przez piętnaście dni z rzędu przychodzić w 
to samo miejsce. Aż do 16 lipca przychodziła Bernadeta codziennie pod grotę Massabielle; w tym czasie „biała 
panii" ukazała się jej osiemnastokrotnie. Wieść o widzeniach szybko się rozniosła i coraz tłumniej towarzyszono 
dziewczynce w jej wyprawach nad potok. Za dziewiątym widzeniem zjawa odkryła Bernadecie istnienie źródła 
w grocie, a przy dwunastym nastąpiło pierwsze uzdrowienie: ślepiec Ludwik Bourette, potarłszy oczy wodą ze 
źródła, odzyskał wzrok.

Zarówno proboszcz, ks. Peyramale, jak i władze świeckie z dużą rezerwą odnosiły się do tych wydarzeń. 

Gdy jednak za szesnastym widzeniem zjawa na pytanie Bernadety, kim jest, odpowiedziała: „Jam jest Niepo-; 
kalane Poczęcie!", ks. Peyramale doznał głębokiego wstrząsu; niepodobna, aby mała wieśniaczka sama wy-
myśliła te słowa, które przynosiły nadprzyrodzone potwierdzenie dogmatu ogłoszonego niedawno przez papieża. 
Proboszcz ujrzał w tym niezbity dowód cudu. Ale władze duchowne i świeckie nadal nie były przekonane. Tym 
bardziej że w Lourdes nastąpił istny urodzaj na objawienia i wizjonerki. Obawiano się, żeby te

wydarzenia nie skompromitowały religii. Wydano rozkaz zamknięcia groty, a w sierpniu minister wyznań 

religijnych oświadczył, że „należy położyć kres demonstracjom równie szkodliwym dla porządku publicznego, 
jak i dla religii". Już w październiku jednak Grota została otwarta na osobiste polecenie Napoleona III. Ten okres 
od marca do października 1858 r. przedstawiany był później jako era prześladowań. Co z tego, że prześladowcy 
powodowali się dobrem religii i zgodni byli w swoich poczynaniach z władzami kościelnymi. Aura męczeństwa 
zawsze wzmaga skutecznie żarliwość wiernych.

Dopiero w styczniu 1862 r. biskup Tarbes, Laurence, orzekł w urzędowym dokumencie, że „Niepokalana 

Matka Boska rzeczywiście objawiła się Bernadecie Soubirous [...] Zgodnie z wolą, którą Najświętsza Maria 
Panna wyraziła podczas objawień, postanawiamy wybudować na terenie Groty Sanktuarium". Proboszcz 
Peyramale widział już w marzeniach wspaniałą przyszłość Lourdes i z zapałem przystąpił do budowy wielkiego 
kościoła parafialnego, skąd pielgrzymki wyruszałyby w procesji do Groty, Sama Grota została oddana pod 
opiekę ojców z zakonu Niepokalanego Poczęcia. Gdy do Lourdes zaczęły napływać rzesze pielgrzymów i 
strumienie ofiar, za kulisami rozgorzała walka między parafią a ojcami o wpływy i władzę nad cudownym 
miejscem. Zwyciężyli ojcowie. Ks. Peyramale umarł, nie dokończywszy budowy kościoła. W 1866 r. opuściła 
miasto Bernadeta, wysłania do klasztoru w Nevers, gdzie umarła, nie wróciwszy ani razu do Lourdes. Ojcowie 
pozostali jedynymi panami Groty.
Lourdes z 1891 r. niewiele przypominało mieścinę sprzed trzydziestu lat. Liczba stałych mieszkańców wzrosła 
w dwójnasób. Miasto stało się nie tylko wielkim ośrodkiem kultu religijnego, ale także centrum tury

background image

stycznym, bazą wypadową do wycieczek w wysokie Pireneje, przeprowadzono odcinek linii kolejowej. Grota 
stała się obfitym źródłem bogactwa., powstał ogromny handel dewocjonaliami, rozwinęło się hotelarstwo; w 
ślad za bogactwem przyszła demoralizacja.

26 lipca 1892 r. Edmund de Goncourt notuje w Dzienniku słowa Zoli, który opowiada mu o swoim pierw-

szym zetknięciu z Lourdes:

Spadłem do Lourdes w potokach ulewnego deszczu i znalazłem się w hotelu, w którym wszystkie dobre 

pokoje były zajęte [...] W przystępie złego humoru postanowiłem wyjechać nazajutrz rano. Ale na chwilę 
wyszedłem [...] i widok tego miasta wiary zrodzonego z halucynacji czternastoletniej dziewczynki, widok tego 
mistycznego miasta w naszym stuleciu sceptycyzmu, [...] widok tej groty, tych chmar pielgrzymów [...] 
wstrząsnął mną tak silnie, że wyjechawszy do Tarbes, całe dwie noce spędziłem na pisaniu o Lourdes.

1

Owocem tych dwóch nocy jest pierwszy projekt Lourdes, z września 1891 r.:
Co za wspaniały temat w obecnej dobie odrodzenia mistycyzmu i buntu przeciwko nauce [...] Przestudiować 

i pokazać ten nieustający pojedynek między nauką a potrzebą nadprzyrodzoności.

Przede wszystkim jednak uderza wówczas Zolę malarskość tematu, widzi już obrazy przyszłej książki:
Pielgrzymki, zatłoczone pociągi przybywające z całej Francji, tłumy zalewające miasto, szpetota chorych, 

przeobrażana niekiedy ekstazą 1 nadzieją, tłumy, tłumy, tłumy.

Nie jest też obojętny na handlową stronę przedsięwzięcia:
Podobno dzieją się tutaj rzeczy straszne. Należałoby pokazać kulisy [...], prawdę o tym, jak interes został 

zmontowany i rozwija się. *

Postanawia przyjechać do Lourdes w okresie ogólnokrajowej pielgrzymki, aby raz jeszcze przyjrzeć się do-

kładnie wszystkiemu. Wróciwszy do Paryża, zasiadł do przerwanej na czas podróży pracy nad Klęską, i dopiero 
po jej ukończeniu wyjawił dziennikarzom projekt „powieści o pielgrzymkach", o którym dotąd wiedziało tylko 
grono najbliższych.

18 sierpnia 1892 r. dziesiątki pociągów wyruszyły w kierunku Lourdes, wśród nich „biały pociąg" z ciężko 

chorymi. Zola, który wbrew doniesieniom prasy nie jechał z żadną pielgrzymką, przybył do Lourdes w piątek, 
19 sierpnia. Chciał, żeby chociaż przez parę dni jego obecność uszła uwagi ciekawych. Już w sobotę jednak 
zauważono go. Ludwik Colin, korespondent katolickiego „L'Univers", późnym wieczorem przeprowadził z nim 
wywiad. Poważne, pełne wzruszenia słowa Zoli obudziły niejakie nadzieje w katolickim dziennikarzu.

Pan Zola spotka, być może, boskiego lekarza, który uzdrawia dusze. Byłby to w roku 1892 najpiękniejszy 

cud Matki Boskiej z Lourdes. Jeden z pielęgniarzy ofiarował swoje życie, aby cud ten nastąpił.

Nie tylko zresztą Colin żywił takie nadzieje. Toteż przed Zolą otworzyły się wszystkie drzwi, spotkał się z 

życzliwością katolików, którzy starali się pokierować w miarę możności jego krokami. To jednak nie było łatwe.
Z pobytu w Lourdes pozostawił Zola cenny doku

background image

ment: opublikowany w 1958 r. przez Renś Ternois dziennik podróży, w którym notował na gorąco swoje 
wrażenia, obserwacje, rozmowy. Nazajutrz po przybyciu asystował na dworcu przy wyładowywaniu pociągów z 
chorymi i pielgrzymami. Po południu wziął udział w procesji z Przenajświętszym Sakramentem, a wieczorem — 

w

 procesji ze świecami, która zrobiła na mm silne wrażenie. Następnego dnia złożył wizytę kierownikowi 

pielgrzymki narodowej, ojcu Pioardowi, u którego spotkał przełożonego Ojców Groty: obu sportretował później 
w postaciach Ojców Fourcade'a i Capdebarthe'a. Zbierał informacje o organizacji pielgrzymek, odwiedzał 
szpitale i dom noclegowy, kilkakrotnie, o różnych porach dnia wracał na teren Groty. Z niesmakiem patrzył na 
nowe Lourdes, miasto handlarzy i hotelarzy. Wchodził do sklepów, pytał o dochody, słuchał z uwagą opowiadań 
swojego gospodarza o antagonizmie między starym a nowym Lourdes, o interesach Ojców Groty, o zepsuciu 
moralnym panującym w mieście, w którym wszyscy wszystkim handlują.
Autor kilku książek o Lourdes, Henryk Lasserre, opowiedział mu wiele o historii miasta, zwłaszcza o Berna-
decie d o księdzu Peyramale'u, 'których znał osobiście. Robił to nie bez pewnej arriere-pensee: żywił zadaw-
nione urazy do Ojców Groty i miał nadzieję, że Zola powie w swojej książce to, czego on sam, pisarz katolicki, 
nie śmiał napisać. Mówił o walce Ojców z księdzem Peyramale'em, o usunięciu z Lourdes Bernadety, sugerował 
wiele brzydkich rzeczy. Zola nie bez złośliwej satysfakcji odkrywał intencje swojego informatora: „Lasserre 
chciałby, żebym wprowadzając element boski, dał jednocześnie obraz spraw ludzkich, które są niepiękne". To 
on właśnie opowiedział pisarzowi o zuchwałym czynie ojca Picarda, próbie wskrzeszenia pielgrzyma zmarłego 
podczas drogi. Historia ta miała stać
się jednym z bardziej wstrząsających epizodów powieści*

Żywe było zainteresowanie Zoli postacią Bernadety, która stanowiła dla niego problem nie religijny, ale 

czysto ludzki. Doszedł do wniosku, że „nie była oszustką, ale dzieckiem cierpiącym na halucynacje, któremu 
widzenia zostały zasugerowane". Czuje do niej niekłamaną sympatię, bo widzi w niej chorą, cierpiącą istotę, 
której odmówione zostało zwykłe ludzkie szczęście.

Jestem coraz bardziej przekonany, że historia Bernadety, udokumentowana, odtworzona przez taki umysł 

jak mój, byłaby czymś nadzwyczaj interesującym. Ale historia, nie powieść. Element powieściowy należałoby 
zredukować do minimum. *

Projekt ten częściowo zrealizował: ptiąte rozdziały wszystkich pięciu części Lourdes stanowią taką właśnie 

rekonstrukcję ludzkich losów wizjonerki.

Najbardziej jednak interesują go społeczne konsekwencje widzeń.
Nie trzeba wierzyć w jakąś religię — mówi do Lasserre'a — aby wyjaśnić zjawiska wywołane widzeniami 

Bernadety. Jeżeli widzenia tej chorej dziewczynki sprawiły, że wyrosło z ziemi całe miasto, jeżeli sprowadziły 
deszcz milionów, ściągnęły tłumy ludzi, to dlatego, że pragniemy być oszukiwani i pocieszani [...] Właśnie to 
ma stanowić filozoficzny sens mojej książki. Nie jestem wierzący, nie wierzę w cuda, ale wierzę w potrzebę 
cudu tkwiącą w człowieku. **

Zagadnienie to wiąże się ze sprawą cudownych uzdrowień, w której tkwi, zdaniem Zoli, istota społecznego 

problemu Lourdes, odpowiedź na pytanie: nauka czy

background image

religia, prawda czy iluzja? Trzykrotnie odwiedzał założone w 1882 r. Biuro Stwierdzeń Medycznych. Mecha-
nizm stwierdzania cudownych uzdrowień nasuwał mu wiele wątpliwości; podzielił się nimi z ówczesnym dy-
rektorem Biura, dr Boissarie, którego sportretował w powieści w osobie doktora Bonamy'ego.

Ostatecznie wszystkie moje zastrzeżenia pozostają w mocy — pisał po trzeciej wizycie. — Te stwierdzenia 

cudów są zbyteczne (a nawet obrażliwe) dla wierzących, a niewystarczające dla niewierzących [...] W gruncie 
rzeczy lekarz Groty korzysta z morza ciemności, w którym tonie medycyna.*

Nie wierząc w cudowne działanie wody ze źródła w Grocie, przywiązuje jednak dużą wagę do panującej w 

Lourdes atmosfery. Wie, że współczesna mu medycyna uzyskuje dzięki stosowaniu sugestii wyniki podobne 
tym, które mógł tutaj zaobserwować. 'Wie, że Charcot, najwybitniejszy wówczas specjalista chorób nerwowych, 
wielu swoich pacjentów, jeżeli są wierzący, kieruje do Lourdes, licząc na silny, zbawienny często wstrząs 
psychiczny.

Pod koniec września Zola opracował Ogólną charakterystykę; uzupełnia ona i modyfikuje sporządzony 

przed rokiem pierwszy zarys powieści, w którym dominował element malarski, wizualny. Teraz szkicuje dzieło 
cierpienia i współczucia, wzruszenia i litości, ale jeszcze nie walki. W miarę jednak jak cddala się od Lourdes, 
bledną nieco bezpośrednie wrażenia widzianych cierpień, a na plan pierwszy wysuwają się inne: „hałaśliwe, 
krzykliwe, brzydkie" miasto opanowane żądzą zysku, „jarmark ogólnokrajowej pielgrzymki", szpetota dzieła 
ludzkiego na tle bujnej, porywającej
przyrody. Pisząc ostatnie strony Ogólnej charakterystyki, Zola doznaje nagłego olśnienia:

Zrobić dwa tomy, jeden zatytułowany Lourdes, drugi Rzym [...] W pierwszym pokazać przebudzenie 

naiwnej wiary, starego katolicyzmu [..J, potrzebę wiary i iluzji, w drugim — cały neokatolicyzm, a raczej 
neochrystianizm tego końca stulecia, de Vogue i inni, wysokie duchowieństwo, papież [...] Bzym, który usiłuje 
nagiąć się do nowoczesnych ideL*

Po kilkudniowej wycieczce do 'Włoch postanowił napisać jeszcze jeden tom, który nosiłby tytuł Paryż. W 

ten sposób narodził się pomysł trylogii, następnego po Rougon-Macąuartach cyklu powieściowego, który ma 
stanowić „bilans stulecia, mniej pesymistyczny, ożywiony tchnieniem ideału i nadziei".

W lipcu 1893 r., po skończeniu Doktora Paskala, Zola sporządza krótką charakterystykę nowego cyklu:
W pierwszym tomie, Lourdes, chciałbym pokazać odczuwaną przez ludzi potrzebę iluzji i wiary. Potrzebę 

szczęścia, i to tu, na ziemi, bo Lourdes nie jest niczym innym [_] W Rzymie mógłbym pokazać krach starego 
katolicyzmu i wysiłki neokatolicyzmu zmierzającego do odzyskania władzy nad światem: bilans stulecia, nauka 
podana w wątpliwość, reakcja spirytualistyczna, ale w końcu niewątpliwie porażka. — W Paryżu wreszcie 
triumf socjalizmu, hymn do jutrzenki, religia ludzka, którą należy znaleźć, urzeczywistnienie szczęścia, a 
wszystko to w ramach współczesnego Paryża. Ale nie podporządkowywać się zbytnio rzeczywistości. Marzenie. 
**

Do połowy września prace przygotowawcze zostały ukończone, tak że po powrocie z londyńskiego Kongre-

su Prasy Zola mógł zabrać się do pisania. „Zacząłem

background image

Lourdes 5 października — donosi Van Santen Kolffowi. — [...] Nadam moim trzem powieściom ogólny tytuł 
Trzy miasta". *

Pierwszy tom składa się z pięciu części, których akcja toczy się podczas pięciu dni pielgrzymki.
Jest to powieść, w której Zola najlepiej przestrzega jedności miejsca i czasu — oświadcza Michel Butor. — 

Na początku jesteśmy w „białym pociągu" Paryż — Lourdes; na końcu wsiadamy do pociągu powrotnego z 
tymi, którzy zostali, i tymi, którzy nie zostali uzdrowieni. Z punktu widzenia trwania jest to najbardziej zwarta 
książka Zoli. A także najbardziej kontrolowana.

2

Centralną postacią jest Piotr Froment

3

, syn uczonego, ateusza, i kobiety głęboko wierzącej. Osierocony 

wcześnie przez ojca, ulega wpływom matki i, aby zaspokoić jej marzenie, zostaje księdzem. Przychodzi mu to 
tym łatwiej, że towarzyszka jego lat dziecięcych, Maria de Guersaint, którą pokochał pierwszym uczuciem, 
zapada na jakąś tajemniczą chorobę kobiecą, i Piotr musi wyrzec się nadziei poślubienia jej. Wkrótce po 
otrzymaniu święceń kapłańskich traci jednak wiarę. Mimo to nie zrzuca sutanny i stara się „z całą uczciwością 
wykonywać zawód kapłana". Tymczasem Maria, dziewczyna głęboko wierząca, opuszczona przez lekarzy, 
postanawia jechać do Lourdes w nadziei cudu. Piotr towarzyszy jej. Z rozmowy z lekarzem wie, że choroba 
Marii ma podłoże nerwowe i że silny wstrząs psychiczny może uleczyć tego rodzaju schorzenia. Nie mówi 
jednak o tym chorej, aby nie odbierać jej wiary, niezbędnego warunku cudu. Ma zresztą nadzieję, że sam może 
odzyska w Lourdes utraconą wiarę. Niestety! traci resztki tej, która mu jeszcze pozostała. Maria
wprawdzie zostaje uzdrowiona, ale uzdrowienie miało taki dokładnie przebieg, jaki przewidywał lekarz, jest 
więc wytłumaozalne naukowo.

Zasadniczym źródłem powieści jest dziennik Zoli, owe 250 stron na gorąco notowanych obserwacji i im-

presji. Tutaj znajdują się pierwsze szkice opisów, autentyczne prototypy wielu postaci, materiały do oby-
czajowych partii książki. Niepiękna jest ta „ludzka rzeczywistość" Lourdes, bazaru cudów, który Piotr Froment 
zwiedza śladami swojego twórcy, poznając tę samą co on brzydką prawdę. Natomiast stosunek Zoli do „boskich 
spraw" Lourdes wolny jest od łatwych szyderstw czy niewybrednych ataków. Jest wprawdzie stosunkiem 
człowieka niewierzącego, ale cechuje go powaga, współczucie i próba zrozumienia, a nawet sympatia płynąca z 
głębokiej litości.

W 1928 r. opublikowano znaleziony w papierach Zoli „poemat operowy" pt. Łazarz. Rękopis nosi datę 1 

stycznia 1894 r., powstał więc niejako na marginesie Lourdes.

Nigdy nie zaznałem rozkoszy zupełnego wypoczynku — mówi do Chrystusa wskrzeszony Łazarz. — 

Istnieje on jedynie w grobie. Wreszcie spałem, odpoczywałem w nieskończonej radości nocy i milczenia [...] O 
Panie! dlaczegoś mnie obudził? [...] Zycie! kochałem je z całych sił, pełnią namiętności [...], cały oddawałem się 
radości istnienia (...] Teraz wypełniłem swoje zadanie i nikt nie miał prawa budzić mnie ze snu. *

I Chrystus, zdjęty litością, usypia Łazarza na nowo „szczęśliwym snem niebytu". W Lourdes Komandor, 

postać epizodyczna, ale ważna dla filozoficznej wymowy dzieła, uosabia tę samą postawę, wyraża koncep-

background image

cję śmierci jako wypoczynku po trudach istnienia. Postawę tę Zola proponuje na miejsce „kłamstwa religii", 
iluzji wiecznego życia: kochać życie z całych sił, do końca i z odwagą wypełniać swoje zadanie, a gdy przyjdzie 
śmierć, przyjmować ją jako zasłużony wypoczynek w niebycie. Komandor podaje rękę starszej o dziesięć lat 
Paulinie i doktorowi Paskalowi.

W kolejnych projektach zmieniały się stopniowo sens i wymowa powieści. I konkluzja wersji ostatecznej 

odbiega od zamierzonej pierwotnie tolerancji dla wiary i iluzji. Wprawdzie Piotr wraca przejęty głęboką litością 
i przez chwilę sądzi, że trzeba „tolerować Lourdes, jak toleruje się kłamstwo, które pomaga żyć", szybko jednak 
przychodzi refleksja:

Rzeczą niebezpieczną i tchórzostwem jest godzić się na istnienie przesądu [...] Ludy łatwo wykorzystywać, 

okradać i pożerać, gdy cały wysiłek wkładają w zapewnienie sobie przyszłego życia. *

W człowieku tkwi jednak stała potrzeba wiary, mająca źródło w jego słabości, i sama prawda nie zdoła 

zapewnić mu szczęścia. Należałoby więc dać światu nową religię, która byłaby bliższa życiu i na ziemi umie-
szczała raj wiecznej szczęśliwości. Może jest nią anarchia?

W gruncie rzeczy był to ten sam rozpaczliwy sen o braterstwie i sprawiedliwości, wieczne pragnienie 

szczęścia [-1 Czyż w dawnych czasach pierwsi chrześcijanie nie byli groźnymi rewolucjonistami dla świata 
pogańskiego? [...] Groźną przyszłością jest zawsze człowiek, który marzy o przyszłym społeczeństwie, który śni 
wielki czarny sen o oczy

szczeniu wszystkiego w ogniu pożarów. To straszne. Ale kto wie? Może stamtąd 

wyłoni się odmłodzony świat jutra?

Po tym krótkim wypadzie w przyszłość, zapowiadającym Paryż, Piotr cofa się:
[...] zagubiony, niepewny, w swoim wstręcie do przemocy opowiadał się po stronie starego broniącego się 

świata, niezdolny powiedzieć, skąd przyjdzie łagodny Mesjasz, którego rękom pragnąłby powierzyć biedną, 
chorą ludzkość. Nowa religia! Tak! Nowa religia!*

O niej właśnie i o próbach narzucenia jej staremu światu opowiadać ma następny tom trylogii, Rzym.
W czerwcu 1894 r. Zola ukończył rękopis Lourdes. W połowie sierpnia powieść, drukowana najpierw w 

„Gil Blasie", ukazała się w wydaniu książkowym i już we wrześniu została przez Watykan umieszczona na in-
deksie. Jej publikacja rozpętała istną burzę. Posypały się „odpowiedzi na Lourdes pana Zoli", druzgocące kry-
tyki, pełne oburzenia artykuły. Prasa katolicka, zawiedziona w nadziejach na głośne nawrócenie się pisarza, 
rzuciła się na niego z całą gwałtownością. Nie wszyscy katolicy jednak potępiali Zolę. Byli i tacy, którzy 
przyznawali lojalnie, że powieść, choć pisana przez człowieka niewierzącego, nie rani uczuć religijnych. Te* 
dwa stanowiska reprezentowane są w środowiskach katolickich do dzisiaj, że przypomnimy choćby opinię 
Mauriaca, który w Pielgrzymach z całą bezwzględnością potępia autora Lourdes, oraz Henryka Guillemina, któ-
ry w książce Zola, legende ou viritś? broni go energicznie przed zarzutem „szargania świętości".

Ogólnie biorąc, krytyka przyjęła Lourdes z dużymi zastrzeżeniami. Zarzuty były liczniejsze od pochwał. 

Nawet ci, których stanowiska Zola bronił — wolnomyśliciele, pozytywiści — nie byli zachwyceni. Sprawdziła 
się przepowiednia Adolfa Brisson: książka ta, „nie

background image

kształtna, pełna niepokoju i udręki", zrani wierzących, a „w małym stopniu zadowoli niewierzących".

4

Z dużym zainteresowaniem i sympatią powitana została w 1886 r. publikacja listów Lamennais'go. Wielu 

ideologów neochrześcijańskich nawiązywało wówczas do tradycji tego romantycznego buntownika, który 
walczył o powrót do nauk Ewangelii i jej ideałów sprawiedliwości społecznej. Ukazało się kilka prac, które 
między innymi omawiały jego pobyt w Rzymie, gdzie na audiencji u Grzegorza XVI daremnie usiłował obronić 
pismo „L'Aven!ir", potępione jako zbyt rewolucyjne i bliskie herezji. W latach trzydziestych bowiem, podobnie 
jak w latach osiemdziesiątych, ewangelizm nie znajdował poparcia' Watykanu, który widział w nim groźbę 
herezji i anarchii społecznej. Tyle tylko, że Leon XIII lepliej niż Grzegorz XVI rozumiał konieczności społeczne 
swojej epoki. Czuł, że Kościół winien iść z duchem czasu, zgodzić się na pewną odnowę, aby umiejętnie 
pokierować „reakcją idealistyczną" i umocnić swój zachwiany autorytet. Z sympatią śledził zatem poczynania 
takich ideologów, jak de Voguś, którzy, nie podważając oficjalnej doktryny Kościoła, głosili możliwość sojuszu 
między religią a nauką, i domagali się od papieża, by stanął na czele ruchu zmierzającego do utrzymania pokoju 
społecznego.

Już od 1872 r. hrabia de Mun i Rene de la Tour du Pin organizowali we Francji pierwsze katolickie 

stowarzyszenia robotnicze. Nie bez racji ten katolicki ruch społeczny, który miał uchronić robotników przed 
ideologią socjalizmu rewolucyjnego, został zainicjowany we Francji w niespełna dwa lata po upadku Komuny, a 
przybrał na sile w latach osiemdziesiątych. <§?f| przywódcy głosili solidarność klas i organizowali
związki pracodawców i pracowników wzorowane na średniowiecznych korporacjach. Usankcjonowaniem ruchu 
była encyklika papieska o położeniu klasy robotniczej, Rerum Nouarum z 1891 r. Leon XIII nawołuje w niej 
obie klasy, bogatych i biednych, do solidarności i chrześcijańskiej miłości Robotnikom przypomina obowiązek 
pracy i posłuszeństwa; pracodawcom mówi o obowiązku miłosierdzia, ludzkiego traktowania robotników, 
zapewnienia im godziwej płacy oraz pracy na miarę sił. Jeżeli robotnicy będą dostatecznie rozsądni, aby trzymać 
się z dala od doktryn wrogich duchowi chrześcijańskiemu, mogą liczyć na życzliwość wszystkich. Kościół 
zwracał się do ludu, aby ugruntować swoją siłę i autorytet; ostrze wymierzone było przede wszystkim przeciwko 
rewolucyjnemu socjalizmowi, z którym doktryna społeczna Kościoła, uznająca nienaruszalność własności 
prywatnej, nie mogła mieć nic wspólnego.
Gdy w roku 1892 narodził się pomysł Rzymu, miała to być powieść o problematyce filozoficznej, rozprawa z 
mistycyzmem końoa stulecia, z neokatolicyzmem, z doktrynami de Voguć'a i innych, próbującymi pogodzić 
religię z nauką. Taka koncepcja ksfiążki jest jeszcze żywa na ostatnich stronach Lourdes. Nie bez racji jednak 
Zola obawiał się, że tego rodzaju utwór niezupełnie byłby zgodny z charakterem jego talentu: „Boję się, że nie 
znajdę tu tematu, który by mi leżał, w którym byłbym sobą, tłumów, wielkich mas, potężnych efektów". Zawsze 
pociągała go bardziej problematyka społeczna niż czysto filozoficzna.

Toteż gdy po skończeniu Lourdes wpadła mu w rękę przełożona właśnie na francuski praca F. S. Nittiego 

Socjalizm katolicki, traktująca o społecznych aspiracjach katolicyzmu końca dziewiętnastego wieku, bez żalu 
porzuca pierwotną koncepcję Rzymu dla nowej.

background image

Powieść zaczyna rysować się już nie jako rozprawa z neokatolicyzmem, ale jak replika na „socjalizm katolicki". 
Ideą przewodnią staje się przeświadczenie, że ruch ten nie jest szczery, że jest to tylko nowa forma odwiecznej 
polityki Kościoła, której celem jest panowanie nad światem:

Socjalizm to przyszłość i wszyscy parają się socjalizmem: socjalizm państwowy, socjalizm katolicki itp. I...] 

Wszyscy, którzy przyznają się do socjalizmu, chcą jedynie utrzymać swoją władzę nad ludem, nadal nim rządzić 
[...] Cesarz niemiecki, panująca burżuazja francuska, papież, który roi o realizacji wielowiekowego marzenia [...] 
W gruncie rzeczy lud może obawiać się, że tak jak w przeszłości troszczą się
0

niego po to tylko, aby go posiadać [...] Rzym to pierwsza część dramatu: lud, który się burzy, pragnie swego 

udziału,
1

papież, który usiłuje go podbić, tak jak niegdyś marzył o tym Wilhelm II (Cezar); w Paryżu dam konkluzję: 

lud, który wymyka się papieżowi i Cezarowi, aby marzyć o samodzielnym istnieniu 1„J Wielki niemowa, który 
kiedyś wypowie swoje słowo. I to właśnie słowo chciałbym wyrazić w Paryżu.*

Odrzucając religijną konkluzję Nittiego, Zola formułuje własną: lud stracił wiarę i nigdy do niej nie wróci:
Im dalej naprzód, tym bardziej rozprzestrzeniają się i narzucają idee naukowe [...] Wolna myśl zdobywa 

coraz szerszy teren i podbija świat [...] Katolicyzm zginie od nauki, jeżeli nie wyrzeknie się swoich dogmatów, 
tajemnic, cudów. **

Powrót do Ewangelii — choć jej idee, bliskie ideom socjalizmu, pociągają wiele szlachetnych umysłów — 

nie jest możliwy ani dla Kościoła, dla którego oznaczałby rezygnację z władzy doczesnej, ani dla socjalizmu,
który opiera się na nauce, a ta jest nie do pogodzenia z mitami Ewangelii.

Po przeczytaniu Nittiego Zola opracowuje szkic powieści:
Biorę znowu mojego Piotra Fromenta i sądzę, źe najlepiej będzie, jeżeli zaprowadzę go do Rzymu w 

sprawie książki, której grozi umieszczenie na indeksie [...] To byłoby dosyć zabawne [...] Historia mojego 
Lourdes. *

Wróciwszy z Lourdes, Piotr poświęca się całkowicie miłosierdziu i poznaje piekło nędzy paryskiej. Buntuje 

się przeciwko niesprawiedliwości społecznej, ale nadal przeraża go widmo rewolucji. Spotyka na swojej drodze 
wicehrabiego de la Choue (czyli hr. de Mun) ideologa „socjalizmu katolickiego". Spragniony iluzji, chwyta się 
kurczowo tej nowej nadziei: Kościół zdoła, ująwszy w swoje ręce ruch demokratyczny, naprawić krzywdę 
społeczną i ocalić narody przed krwawą rewolucją. Tę właśnie misję Kościoła wykłada w książce zatytułowanej 
Nowy Rzym. Przekonany jest, że daje wyraz dążeniom papieża, że właściwie interpretuje jego encyklikę, że 
odgaduje jego sekretne myśli, mówiąc o rezygnacji z władzy doczesnej i możliwej dzięki temu duchowej 
odnowie Kościoła. Ze zdumieniem dowiaduje się, że książce grozi umieszczenie na indeksie; jedzie więc do 
Rzymu, aby bronić jej osobiście przed papieżem. Książka Piotra to skrzyżowanie idei Nittiego z ideami 
Lamennais'go i liberałów katolickich sprzed 1848 r. Piotr, reprezentujący w Lourdes rozum przeciwko 
prostackiej wierze w cuda, w Rzymie przeobraża się w „ewangelicznego marzyciela", „patetycznego La- 
mennais'go", ożywionego jak tamten nadzieją odmłodzenia starego katolicyzmu przez powrót do ludu, przez

background image

demokracją. I jak tamten, Piotr wraca z Rzymu uboższy o jedno złudzenie więcej. Po wielomiesięcznych wę-
drówkach od jednego dostojnika kościelnego do drugiego, po audiencji u papieża przekonuje się, że jego 
nadzieje były iluzją, że papież nigdy nie wyrzeknie się władzy doczesnej, że Kościół raczej „umrze stojąc", niż 
zgodzi się na jakiekolwiek ustępstwa. Tę postawę Kościoła symbolizuje w powieści „nieprzejednany" kardynał 
Boccanera.

Następnie Zola konstruuje „wstrząsający", jak go określa, „dramat miłosny", który ma symbolizować klęskę 

katolicyzmu jako religii dziewictwa i śmierci, religii wrogiej naturze i życiu. Benedetta, siostrzenica kardynała 
Boccanery, wydana wbrew swojej woli za człowieka, którego nie kochała i od którego szybko uciekła, stara się 
o unieważnienie małżeństwa na tej podstawie, że nie zostało ono dopełnione. Chce poślubić swego kuzyna 
Dariusza, a ślubowała Madonnie, że nie będzie do niego należała, dopóki nie zostanie jego prawowitą małżonką. 
Długotrwały i kosztowny proces kończy się upragnionym unieważnieniem, ale nazajutrz Dariusz umiera, otruty 
figami przeznaczonymi dla wuja-kardynała przez jednego z konkurentów do tiary papieskiej. Benedetta, widząc 
go na łożu śmierci, pojmuje bezsens swojego ślubowania; porwana rozpaczliwym żalem, oddaje się ukochanemu 
i razem z nim umiera: serce pęka jej z rozpaczy. Ten motyw zaślubin w obliczu śmierci częsty jest w twórczości 
Zoli, nigdy jednak dotąd nie występował w postaci tak drastycznej; ma on wyrażać ideę jedności życia i śmierci, 
które splatają się z sobą w nieprzerwanej walce; zdaniem krytyków hołdujących psychoanalizie zdradza on 
pewną obsesję, której przyczyn dociekliwie poszukują

Zasadniczy zrąb fabuły był zatem gotowy jeszcze przed podróżą do Rzymu. Na obraz Włoch w umyśle

Zoli składały się w tym czasie przede wszystkim strzępy młodzieńczych lektur: Musset, dramaty włoskie 
Szekspira i Wiktora Hugo, włoskie powieści George Sand i Balzaka, Pustelnia parmeńska i Kroniki włoskie 
Stendhala, Filozofia sztuki we Włoszech i Podróż do Włoch Taine'a, Pani Gervaisais braci de Goncourt oraz 
przeczytana już w grudniu 1893 r. powieść Bourgeta Cosmopólis. Włochy rysują mu się z jednej strony jako 
„ziemia umarłych" (motyw przewijający się przez całą prawie francuską literaturę o Włoszech), grobowiec 
dawnej chwały Rzymu Cezarów, z drugiej zaś jako renesansowa kraina silnych namiętności, gdzie sztylet 
walczy o pierwszeństwo z trucizną.

W prasie, która poświęca wtedy wiele uwagi sprawom włoskim, znajduje Zola informacje o współczesnej 

Italii: stosunki między Watykanem a Kwirynałem, trudności rządu włoskiego, kryzys polityczny i ekonomiczny 
w następstwie „włoskiej Panamy" czyli krachu Banku Rzymskiego, zbyt szybka i ryzykowna przebudowa 
Rzymu w celu przekształcenia go w nowoczesną^ stolicę, związane z tym spekulacje i kryzys budowlany itd. Są 
to wszystko sprawy interesujące dla autora 

1

 Zdobyczy, toteż postanawia poświęcić im nieco miejsca w swojej 

powieści.
Pobyt w Rzymie, dokąd przybył z żoną 31 października 1894 r., był jednym wielkim triumfem Zoli, którego 
witano owacyjnie jako największego pisarza współczesności. Od 1870 r., gdy królestwo włosikie zajęło Rzym i 
uczyniło go stolicą młodego państwa, stosunki między rządem a Watykanem cechowała jawna wrogość. Toteż 
zgotowano entuzjastyczne przyjęcie pisarzowi, którego antyklerykalne przekonania były powszechnie znane. 
Przyjął go u siebie szef rządu, Crispi. Udzielił mu. audiencji król Humbert i jego małżonka. Stanęły

background image

przed nim otworem salony „białej" arystokracji, tej, która w walce między Watykanem a Kwirynałem 
opowiedziała się po stronie króla. Masoni, liberałowie, monarchiści z całą gorliwością usiłowali zapoznać go z 
sytuacją polityczną i gospodarczą Włoch. Nie pozostało to bez wpływu na przygotowywaną powieść.

Podobnie jak w Lourdes, Zola prowadził w Rzymie dokładny diariusz, w którym od 31 października do 15 

grudnia notował dzień po dniu swoje wrażenia i obserwacje. Ten dziennik, opublikowany przez Ter- nois razem 
z notatkami z Lourdes, stanowi cenny dokument, który ma większy walor historyczny niż sama powieść, wolny 
jest 'bowiem od zniekształceń narzuconych przez fabułę.

Pisarz pragnął przede wszystkim poznać stolicę papieży, „czarny świat", który miał być polem doświadczeń 

księdza Piotra. Rzym starożytny interesował go dużo mniej. Odbył wprawdzie tradycyjne wędrówki po 
zabytkach i ruinach, ale tylko z poczucia obowiązku. Historię starożytną przypominał sobie bardzo słabo i 
prawie wszystko, co z niej umieścił w książce, zaczerpnięte zostało ex post z encyklopedii Larousse'a i z nie-
ocenionego Baedekera. Najsilniejszym z osobistych doznań było wrażenie potęgi i pychy rzymskiej. Ich piętno 
odnajdywał na każdym kroku, zarówno w Rzymie papieskim, jak i w monumentalnym budownictwie i 
ambitnych planach nowych władców Wiecznego Miasta. W katolicyzmie rzymskim widział dalszy ciąg 
pogaństwa: „dziedzictwo rzymskie" przekształciło chrześcijaństwo w „religię podboju i władzy", w klimacie 
Rzymu katolicyzm odszedł na zawsze od prostoty Ewangelii, od religii „prostaczków i maluczkich". Każdy, kto 
widział i zrozumiał Rzym, musi pojąć, że powrót do Ewangelii jest naiwną mrzonką, iluzją.

Mimo usilnych starań Zola nie zdołał nawiązać bez

pośredniego kontaktu ze światem Watykanu. Papież odmówił prośbie o audiencję. Pisarz skazany był na infor-
macje z drugiej ręki, których dostarczyło mu kilku dziennikarzy. Nakreślili mu oni dokładny portret Leona XIII, 
jego sylwetkę psychiczną i fizyczną, opisali apartamenty papieskie, ogrody watykańskie, przedstawili 
działalność różnych kongregacji, scharakteryzowali kardynałów stojących na ich czele. Tak że po pewnym 
czasie Zola mógł zanotować: „Mam mojego papieża!"

Zamknięcie dostępu do „czarnego świata" miało jeden szczęśliwy skutek: pisarz dużo żywiej, niż byłby to 

uczynił gdyby nie porażka, zainteresował się nowym Rzymem, stolicą królestwa włoskiego. A znalazł się tutaj w 
kręgu zagadnień bliskich sobie i zrozumiałych. Rzym tego fin de siecle'u to w pewnym sensie Paryż ostatnich lat 
Drugiego Cesarstwa, Paryż Haussmanna i Zdobyczy: podobne problemy przebudowy, podobne problemy 
społeczne i gospodarcze rozwijającej się spekulacji. I z kart powieści, a zwłaszcza dziennika, wyłania się żywy 
do dzisiaj obraz Rzymu lat dziewięćdziesiątych, miasta zaognionych konfliktów gospodarczych i kwestii 
społecznych, miasta, które nie interesowało na ogół pisarzy i turystów, goniących za renomowanymi urokami, 
opiewanymi przez literaturę, zinwentaryzowanymi przez przewodniki. Błądząc po Trastevere, Via Giulia, Prati 
di Castello z roku 1894, opisując wielkie, porzucone w toku roboty budowlane, które miały przeobrazić oblicze 
miasta", Zola schodził z utartych ścieżek; obdarzał literaturę francuską nowym Rzymem, dzięki czemu 
Mallarmć mógł mu napisać: „Pańskie piętno na zawsze pozostanie wyciśnięte na tym mieście, i słowo Rzym 
będzie odtąd przywodziło na myśl imię Zoli." «
Z własnych obserwacji, z rozmów z Włochami i Fran-

background image

To naród, który nie ma wiary w siebie — notuje w dzienniku. — Stąd presja, którą usiłują na mnie 

wywrzeć. Strach kobiety, która boi się, że nie wyda się dosyć piękna. A ponieważ czuje, że nie jest w najlepszej 
formie, niepewna, co o niej pomyślą, pragnie niejako zmusić do podziwu. *

Wbrew optymizmowi swoich rozmówców, Zola widział przyszłość Włoch w barwach raczej ciemnych. 

Główną przyczynę zła upatrywał w tym, że w przeciwieństwie do Francji

[...] we Włoszech nie było ludu, chłopów i robotników, będącego rezerwą narodu [...] Arystokracja upadła, 

burżua- zja jest słaba, a lud na poziomie dziecka [...] Należałoby ująć problem od podstaw, dać ludowi oświatę, 
energię do pracy, stworzyć żywą, dynamiczną demokrację. **

A poza tym Włosi mają zbyt wygórowane ambicje przejęte w spadku po Cezarach, w nowych władcach 

Rzymu płynie bowiem ta sama „krew Augustów", co w żyłach papieży.

Pisarz wrócił do Paryża w połowie grudnia i przez parę następnych miesięcy uzupełniał swoją dokumen-

tację, zwłaszcza dotyczącą Watykanu. Jednocześnie kończył prace wstępne: stworzył resztę postaci, zużyt- 
kowując portrety i charakterystyki przywiezione z Rzymu, wprowadził drobne zmiany i uściślenia dc
cuzami od lat przebywającymi w Rzymie, Zola wysnuł nie pozbawione często słuszności wnioski co do przy-
czyn kryzysu gospodarczego. Z dużym pesymizmem oceniał perspektywy rozwoju młodego państwa, choć 
włoscy informatorzy usiłowali w możliwie różowych barwach malować mu rzeczywistość, pomniejszając 
porażki a wyolbrzymiając osiągnięcia:
fabuły, wyzyskał zdobyte informacje, zasłyszane anegdoty, wreszcie opracował plany rozdziałów.

Tymczasem na początku 1895 r. rozgorzała z nową siłą dyskusja o „bankructwie nauki", rozpętana tym 

razem przez Brunetiere'a. I on również, jak tylu innych, od pozytywizmu i ewolucjonizmu lat młodzieńczych 
wrócił do religii i Kościoła. Już pod koniec lat osiemdziesiątych zaczął wątpić w nieograniczoną wartość nauki, 
która „nigdy nie rozwiąże zagadki świata i losu ludzkiego". 1 stycznia 1895 r. ukazał się w „La Revue des deux 
Mondes" jego artykuł zatytułowany Po wizycie w Watykanie. Był w Rzymie w tym samym czasie co Zola; 27 
listopada został przyjęty na audiencji przez papieża i wrócił oczarowany Leonem XIII, całkowicie podbity. 
'Wymowa artykułu była taka, że współcześni uznali Brunetićre'a za autora hasła o „bankructwie nauki", 
zapominając, że zostało ono sformułowane już znacznie wcześniej. Ten wyraźny odwrót od nauki w kierunku 
religii wywołał gwałtowną polemikę, która wywarła dosyć istotny wpływ na konkluzję Rzymu oraz na 
koncepcję Paryża. Właśnie jako odpowiedź na artykuł Bruneti£re'a powstało kilka stron rękopisu 
zatytułowanych Nauka a katolicyzm, które Zola zużytkował następnie jako konkluzję powieści:

Słynne bankructwo nauki jest ogromną bzdurą — pisze. — Nauka jest wszechmocna i właśnie wiara drży 

przed nią [...] Nauka nie zatrzymuje się, jest jednym pasmem zwycięstw prawdy nad błędem. Twierdzić, że 
zbankrutowała, bo nie wyjaśniła od razu wszystkiego, jest głupotą. *

Pod wpływem toczącej się polemiki Zola z tym większą siłą podkreśla ideę, że nauka zabije religię. W 

planie ostatniego rozdziału pisze:

U------1 BBMBM^™®^^^^^

background image

Przeczytać ostatnie strony Lourdes i zrobić następny krok naprzód przeciwko duchowi religijnemu. 

Podtrzymywanie iluzji jest niebezpieczne [...] Demokracja, nauka, praca, ostatni etap, ku któremu zmierzamy. W 
Paryżu będę musiał zbadać, czy lud naprawdę potrzebuje jakiejś nowej religii, czy nauka nie zdoła zaspokoić 
później głodu tego, co boskie. Potrzeba religii i zaspokojenie jej przez naukę, oto czym będzie Paryż. *

Te słowa są decydujące nie tylko dla zakończenia Rzymu, gdzie Piotr, „olśniony nagłym światłem" na 

widok skromnego maturalnego podręcznika nauk ścisłych, pojmuje nieodwracalną klęskę religii w walce z 
nauką i opowiada- się ostatecznie po stronie nauki. Są one istotne również i dla koncepcji ostatniego tomu, w 
którym Zola zamierza przeciwstawić religii naukę, a słalbej i nędznej ludzkości łaknącej iluzji — ludzi 
wyzwolonych, znajdujących szczęście w poznaniu naukowym, w pracy, w przeświadczeniu, że tworzą 
pożyteczne dzieło życia.

Rzym, opublikowany najpierw w „Le Journal", ukazał się w wydaniu książkowym w maju 1896 r. i jak 

Lourdes został od razu umieszczony na indeksie. Krytyka przyjęła powieść dosyć życzliwie. Nie obeszło się 
jednak bez zarzutu plagiatu; sformułował go tym razem Ga- ston Deschamps, którego recenzja zamieszczona w 
„Le Temps" zasługuje na uwagę jedynie ze względu na replikę Zoli. W artykule O prawach powie ściopisa- rza, 
opublikowanym 6 czerwca 1896 r. w „Le Figaro", autor Rzymu odpowiada hurtem na wszystkie przeszłe, 
obecne i przyszłe oskarżenia o plagiat, raz jeszcze charakteryzując swoją metodę pracy. Mimo pewnych 
przejaskrawień wyolbrzymiających rolę dokumentu, tekst ten ważny jest dla właściwego rozumienia metody 
twórczej Zoli i dowodzi, jak niewiele w ciągu trzydzie
stu lat zmieniły się jego podstawowe koncepcje estetyczne:

Moja metoda nigdy, od pierwszej powieści, jaką napisałem, nie uległa zmiąnie. Uznaję trzy źródła 

informacji: książki, które dają mi obraz przeszłości; świadków, którzy dostarczają mi [...] dokumentów tego, co 
widzieli lub co wiedzą; wreszcie obserwacje osobiste [...] Nie jestem uczonym, nie jestem historykiem, jestem 
powieściopisarzem. Można co najwyżej żądać od mnie, abym, wychodząc od tego, co znane, przygotowywał 
solidnie grunt, na którym chcę się poruszać; dlatego właśnie zbieram dokumenty, sięgam do niezbędnych źródeł. 
Moja funkcja zaczyna się dopiero potem, a moją funkcją jest tworzenie życia ze wszystkich elementów, które 
musiałem czerpać tam, gdzie się znajdują [...] Czy potrafiłem tchnąć życie w swoje postaci, czy potrafiłem 
ożywić stworzony przez siebie świat, czy począłem istoty z krwi i ciała, równie wieczne jak człowiek? Jeżeli 
tak, zadanie swoje spełniłem i nieważne, skąd wziąłem glinę [...] Notatki są tylko surowcem, którym artysta 
powinien dowolnie rozporządzać, gdy przystępuje do budowy dzieła. Posługuję się bez skrupułów świadomym 
błędem, ilekroć konieczność tę narzuca mi kompozycja. Moim jedynym celem jest życie, a prawda ma dla mnie 
tak wielkie znaczenie dlatego jedynie, że tworzy życie [...] Chcę być rekinem, który połyka swoją epokę. To 
moje prawo i jeżeli zdołam to uczynić, będzie to mój tytuł do chwały [...] Gdyby było przyjęte wskazywanie w 
powieści jej źródeł, chętnie usiałbym odsyłaczami dół stronic [...] Jakże mam nie wzruszać ramionami, kiedy 
ktoś zarzuca mi plagiat? Od przeszło trzydziestu lat nieprzerwanie tworzę [...] Czyż rodzina, której dałem życie, 
nie jest dostatecznie wielka, abym nie wybuchał śmiechem, gdy oskarżają mnie o to, źe kradnę cudze dzieci? *

Wiosną 1896 r. prasa paryska zaroiła się od artykułów o pannie Couśdon, wizjonerce, która, nawiedzana 

przez archanioła Gabriela, przepowiadała rychłe przy

background image

wrócenie monarchii pod berłem króla Henryka po okresie straszliwych kataklizmów czekających jeszcze Francję 
jako kara za zdradę Tronu i Ołtarza. Poza sprawami wagi państwowej raczyła' też zajmować się 
przepowiadaniem przyszłości zwykłym śmiertelnikom. W Paryżu, który ogarnięty pasją wirujących stolików, 
głodem tajemnicy i cudu, rozprawiał o bankructwie nauki i wierzył we wszystko, co nadprzyrodzone i nie-
wytłumaczalne, sława wizjonerki szybko rosła; przed domem przy ulicy de Paradis całymi dniami stacjonowały 
eleganckie powozy, a drzwi oblegał tłum ludzi żądnych poznać swoją przyszłość.

W drugi dzień Wielkiej Nocy złożył jej wizytę i Zola, podając się za uczonego, którego interesują tego 

rodzaju zjawisko. Swoimi . wrażeniami podzielił się w artykule Wizjonerka opublikowanym 18 kwietnia w „Le 
Figaro":

Ledwo zamknęła oczy, anioł zaczął mówić o mnie. Biedny anioł, zupełnie mnie nie zna! Przyznaję, że 

byłem nieco zawiedziony, wyobrażałem sobie, że archanioł Gabriel będzie miał mi coś bardziej interesującego 
do powiedzenia. Ostatnia z wróżek wykazałaby lepszy węch i łatwiej odgadła moją osobowość. *

W gruncie rzeczy Zolę interesowała nie tyle sama wizjonerka, ile reakcje publiczności, które nasuwały mu 

pewne refleksje i wydawały się nieoczekiwanym epilogiem Lourdes. Dostrzegał w nich objaw owej bezsilności 
człowieka, z której rodzą się wszelkie wierzenia. Niesłabnąca aktualność polemiki wokół dylematu rozum czy 
wiara każe mu pod tym przede wszystkim kątem widzenia konstruować ostatni tom trylogii, w którym chce 
rozprawić się definitywnie ze współczesnością i dać wizję przyszłości.

Z Lourdes Piotr wyniósł przekonanie, że dawna, naiwna wiara bezpowrotnie umarła; w Rzymie rozczarował 

się do społecznej misji Kościoła; po powrocie do Paryża wreszcie przeżył ostatnią klęskę: pojął daremność i 
bezsilność miłosierdzia, jedynego lekarstwa, jakie Kościół propopnuje, aby uleczyć zło społeczne. Utracił 
wszelkie złudzenia, gotów jest wyrzec się dalszego poszukiwania nowej religii społecznej. I w tym krytycznym 
momencie, gdy znalazł się na skraju rozpaczy, spotyka starszego brata, z którym od lat zerwał kontakt.

Wilhelm Froment, druga obok Piotra centralna postać powieści, jest uczonym, chemikiem, który wynalazł 

potężny środek wybuchowy. Ateista, podobnie jak ojciec, przejął po nim całe dziedzictwo rozumu i pasję 
wiedzy, wolny od dziedzictwa matki, które tak silnie zaciążyło na Piotrze. Poznawszy tragiczną sytuację brata, 
księdza pozbawionego wiary i złudzeń, podejmuje dzieło przywrócenia go życiu. W zdrowej atmosferze domu 
Wilhelma, wypływającej z moralności pracy, Piotr staje się normalnym człowiekiem. Następuje to przede 
wszystkim pod wpływem wychowanicy Wilhelma, Marii, wykształconej, zdrowej psychicznie dziewczyny, 
która wyznaje „spokojny, niemal bezwiedny ateizm [...], wierząc jedynie w konieczność wysiłku, w to, że 
szczęście zawiera się w radości życia, jeżeli przeżywamy je normalnie i z odwagą". Między dwojgiem młodych 
rodzi się uczucie, a szlachetny Wilhelm, choć także kocha Marię, wyrzeka się tej miłości, aby doprowadzić do 
końca swoje dzieło ocalenia. Piotr poślubia Marię, zakłada rodzinę i odnajduje sens życia.

Ten centralny wątek rozgrywa się na tle całego mnóstwa wątków drugorzędnych, które w sumie dają obraz 

Paryża lat dziewięćdziesiątych, skonstruowany na zasadzie kontrastu między światem bogactwa a świa

background image

tem nędzy i ukazujący walkę sił jutra z siłami przeszłości. Najgroźniejszą z nich jest w oczach Zoli Kościół, 
który nie tylko broni się, ale przechodzi do ofensywy na całym froncie: w ideologii, gdzie rozumowi i nauce 
przeciwstawia wiarę; w dziedzinie społecznej, gdzie na roszczenia robotników odpowiada „socjalizmem 
katolickim" i encykliką Rerum Nouarum; w polityce wreszcie, gdzie przedsiębierze pokojowy podbój republiki, 
zrozumiawszy, że jest ona ostatecznie ugruntowana i że nie można liczyć na przewrót monarchi- styczny. Taki 
właśnie sens ma encyklika papieska z 16 lutego 1892 r., która zaleca katolikom francuskim „ugodę" z istniejącą 
formą rządów. Po wyborach z 1893 r., które przyniosły porażkę ugrupowaniom antyrepublikańskim i 
wprowadziły do parlamentu liczną frakcję socjalistyczną z Guesdem, Lafargiem i Jauresem, prawicowi 
republikanie przyjmują wyciągniętą do „ugody" dłoń. >W marcu 1894 r. minister cświaty Spuller rzuca w 
parlamencie hasło „nowego ducha", który winien ożywiać wszystkich Francuzów dobrej woli, wyznających 
„zdrowe -i rozsądne idee" sprawiedliwości i miłosierdzia: Kościół przeszedł ewolucję i republika nie powinna 
odsuwać się od niego, gdyż ma on zbawienny wpływ na masy ludowe. Izba, wbrew protestom socjalistów i 
radykałów, przyjmuje formułę „nowego ducha", która nadaje odtąd kierunek słowom i czynom.

Kolejne tomy trylogii są odpowiedzią na te trzy linie ataku: ideologiczną, społeczną i polityczną. W miarę 

narastania reakcji idealistycznej, inspirowanej w znacznym stopniu przez Kościół, nasila się antyklerykalizm 
Zoli. Widoczny już w Rougon-Macąuartaćh, potęguje się w Trzech miastach, aby za parę lat osiągnąć szczytowy 
punkt w Czterech Ewangeliach. Pisarz potępia nie tylko Kościół jako instytucję polityczną i społeczną,

■■■■■■■■■■
stojącą na straży przeszłości, ale i katolicyzm jako wrogą naturze i rozumowi religię ascezy, dziewictwa i 
śmierci.

Przeświadczenie autora o tożsamości problemu religijnego i problemu społecznego, „religijno-

społecznego", jak mówi, łączy Paryż z poprzednimi tomami cyklu. „Ruch społeczny musi wchłonąć w siebie 
ruch religijny: religia musi stać się religią społeczną", pisze w szkicu tej powieści, której właściwą treść 
stanowią podjęte na nowo przez Piotra próby znalezienia „religii społecznej". Szuka jej najpierw wśród 
rozmaitych, skłóconych z sobą szkół socjalistycznych. Przedstawicieli tych bardziej lub mniej utopijnych 
tendencji różni i dzieli bardzo wiele, ale łączy ich jedno: nienawiść do teoretyka kolektywizmu, deputowanego 
Mege'a, którego prototypem jest Guesde, „doktryner, dogmatyk, pragnący urządzić świat wedle swojej wiary". 
Kolektywizm jest w oczach Zoli-Piotra jedną więcej utopią społeczną tym groźniejszą od innych, że głosi 
konieczność rewolucji i że, ograniczając wolność jednostki, prowadzi do dyktatury.
Najbardziej nieprzejednanym wrogiem Mege'a jest teoretyk anarchizmu, Janzen. Anarchia zajmuje w powieści 
bardzo ważne miejsce. 5W roku 1893, gdy Zola opracowywał wstępny szkic cyklu, działalność anarchistów 
sięgała punktu kulminacyjnego. W grudniu 1893 r., podczas pierwszej sesji nowo wybranego parlamentu, 
robotnik August Vaillant rzucił z galerii Pałacu Burbońskiego bombę, która wybuchnęła w powietrzu i zraniła 
kilku deputowanych. Sprawca, ujęty na miejscu, został skazany na śmierć i stracony 5 lutego 1894 r. W tydzień 
później, aby pomścić śmierć towarzysza, Emil Henry, syn bojownika Komuny, inteligentny i wykształcony 
dziewiętnastoletni chłopak, współpracujący z gazetami anarchistycznymi, gdzie głosił skutecz-

background image

/
ność „aktów gwałtu, które budzą masy", podłożył bombę w kawiarni Terminus na dworcu Saint-Lazare. Jego 
ostatnie słowo na procesie było gorzkim, pełnym pasji oskarżeniem społeczeństwa; powoływał się przy tym na 
wypowiedź Suwarina z Germinala. I on również został skazany na śmierć i stracony. Paryż ogarnęła panika: 
mnożyły się zamachy, bomby wybuchały w różnych punktach miasta, działali „anarchiści-włamywa- cze", 
banda Ortiza, którym anarchia służyła za wygodny pretekst polityczny. W czerwcu Włoch Caserio zabił w 
Lyonie prezydenta republiki, Sadi-Carnota za to, że nie skorzystał on z prawa łaski w stosunku do Vaillanta i 
Henry'ego. W sierpniu rozpoczął się słynny Proces Trzydziestu: na ławie oskarżonych obok teoretyków 
anarchizmu, idealistów w rodzaju Jana Grave'a, zasiedli zwykli przestępcy pokroju Ortiza. Proces, choć wszyscy 
prawie zostali uniewinnieni, położył kres epoce zamachów we Francji. Odtąd anarchiści mieli walczyć ze 
społeczeństwem inną bronią.

W 1896 r., kiedy Zola przystępował do pracy nad Paryżem, zamachy były już tylko wspomnieniem. Mimo 

to nie zrezygnował z zamiaru przedstawienia ich w powieści. Wydarzenia lat 1892—1894 były istną kopalnią 
tematów i postaci. Ale nie tylko względy literackie i nie tylko chęć przedstawienia ważnego okresu historii 
polityczno-społecznej kazały Zoli poświęcić tyle miejsca problemowi anarchii. Przede wszystkim chciał określić 
i wyrazić swój własny stosunek do ruchu, w którym widział jeden z ważniejszych kierunków poszukiwania 
nowej religii społecznej.

Tajemniczy Janzen, człowiek o niewiadomej narodowości, „który ponad granicami obnosił swój sen o 

krwawym [ raterstwie", to teoretyk ruchu, „bezwzględny, gotów świat podpalić, byle zatriumfowała idea". 
Wykonawcą, który swoją wiarę anarchistyczny
czerpał z gazet i zebrań publicznych, jest robotnik Salvat. Bezrobocie, nędza, głód najbliższych doprowadzają go 
do rozpaczliwego czynu: rzuca bombę w bTamie pałacyku bankiera Duvillarda.

Składał ofiarę z żyda, aby wreszcie skończyła się nędza; dawał przykład wielkiego czynu, w 

przeświadczeniu, że inni bohaterowie zrodzą się z niego, aby dalej prowadzić walkę.*

Jedyny rezultat tego wielkiego czynu to bezsensowna śmierć niewinnej ofiary, małej modystki, robotnicy 

jak Salvat, i umocnienie prawicowego gabinetu zagrożonego upadkiem. Prototypem Salvata jest Vaillant. Zola 
wahał się jakiś czas, którego z dwóch głośnych anarchistów, V<adllanta czy Henry'ego, obrać za model swojego 
zamachowca. Ostatecznie zachował obu. Emil Henry pojawia się w postaci Wiktora Mathisa, który mści 
zamachem w kawiarni L'Univers śmierć straconego na gilotynie towarzysza. Pierwszoplanową rolę dał jednak 
Vaillantowi, „uproszczonemu i udramatyzowanemu", bo lepiej wyraża on ideę rozpaczliwego buntu przeciwko 
niesprawiedliwości społecznej.
Postawę Zoli wobec anarchizmu, jego wahania i rozterkę wewnętrzną, odzwierciedla dwugłos Wilhelm- -Piotr. 
Wilhelm, uczony, który kryje w sobie „marzyciela społecznego", dręczy się tym, „że nie może naukowo 
stwierdzić w przyrodzie równości, ani nawet sprawiedliwości, której tak namiętnie pożądał w dziedzinie 
społecznej". Zniechęcony „jałowymi sporami socjalistów", skłania się do anarchi:

Marzenie anarchistyczne jest z pewnością najwznioślejsze, najdumniejsze; jak słodko oddawać się nad^ei na 

tę harmo-

background image

nią życia, które samoistnie, zdane na własne, naturalne siły, stworzy szczęście. *

Nawet konieczność przemocy, zniszczenia wszystkiego, aby wszystko od nowa rozpocząć, nie jest dla 

Wilhelma przeszkodą do przyjęcia wiary anarchistycznej; jako uczony bowiem dopuszcza w przyrodzie 
konieczność katastrof przyśpieszających ewolucję. Drugi glos w dialogu, Piotr, przeciwstawia teoriom brata 
swój wstręt do przemocy i

[...] straszny zarzut natury praktycznej, odbierający wszelką nadzieją: Dlaczego owa harmonia nie działała 

w pierwszych dniach istnienia świata, przy narodzinach społeczeństw? •[...] Kto zdoła zagwarantować, że 
ludzkość, posłuszna tym samym prawom, nie pójdzie raz jeszcze tymi samymi drogami? [...] Jest tym, czym 
uczyniło ją życie.**

Ostatecznie w Paryżu zwycięża stanowisko Piotra. W melodramatycznej walce obu braci w podziemiach 

bazyliki Sacrś-Coeur, kiedy Wilhelm, doprowadzony do rozpaczy ogromem krzywdy społecznej, postanawia 
wysadzić w powietrze pełną pielgrzymów świątynię, symbol władzy przesądu nad ludem, zwycięstwo pozostaje 
przy Piotrze: Wilhelm, pojąwszy całą zbrodniczość i bezsens zamierzonego czynu, cofa się zdjęty zgrozą, że 
taka< myśl mogła powstać w jego głowie. Zola odrzuca zatem anarchię w takiej mierze, w jakiej głosi ona gwałt 
i zniszczenie. Ale Paryż nie jest jego ostatnim słowem; problem anarchii, która od lat go fascynuje, raz jeszcze 
powróci w następnym cyklu powieściowym.

Ani zatem skłócone z sobą, niezdolne do skutecznego działania szkoły socjalistyczne, ani anarchia nie

mogą przynieść pożądanego rozwiązania, stać się nową „religią społeczną". Cóż więc pozostaje? Świadoma 
akceptacja życia i natury oraz nauka. Ostatni tom trylogii, podobnie jak ostatni tom Rougon-Macąuartów, 
kończy się obrazem matki karmiącej dziecko. Naturali- styczny panteizm, optymizm płynący z wiary w życie, w 
ipostęp ludzkości, która idzie ciągle naprzód ku czemuś nieznanemu, ale lepszemu, współdziałanie z naturą —■ 
oto co Zola raz jeszcze przeciwstawia idealistycznej reakcji i pesymizmowi młodego pokolenia. Rozum i nauka, 
ale również instynkt i akceptacja życia, bo „dobra naitura wie, co robi". Dobiega końca ewolucja Piotra: 
„najpierw objawiło mu się prawo pracy, [...] następnie pokochał i jego ocalenie dokonało się przez kobietę i 
dziecko" * wreszcie zrozumiał, że „tylko nauka jest rewolucjonistką, jedyną, która ponad marnymi 
wydarzeniami politycznymi, ponad czczą propagandą sekciarzy i karierowiczów, pracuje dla przyszłej ludz-
kości, wykształca jej zasady, sprawiedliwość, pokój", pojął, że „szczęście ludzkości narodzić się może jedynie w 
tyglu uczonego". **

Taka konkluzja nie mogła znaleźć uznania u współczesnych Zoli socjalistów. Ich postawę najpełniej wyraził 

Jaurds, który pisał w „La Lanterne" z 20 marca 1898 r.:

Słabość książki polega między innymi na błędnym wyobrażeniu Zoli o socjalizmie [...] Ale nie to nawet 

stanowi, moim zdaniem, zasadniczy błąd autora. Wydaje mi się, że tkwi on przede wszystkim w błędnym 
pojmowaniu roli nauki [...] Zola myli się, wierząc, że sama nauka, bez walki, zdoła zrewolucjonizować porządek 
społeczny. Nauka, dostarczając nowych środków produkcji, tworzy istotnie możliwość nowych form 
społecznych. Ale tylko możliwość [...]

background image

Nie wystarczy postęp nauki, aby stała się sprawiedliwość. Jeżeli nie obalimy kapitalizmu, nauka umocni tylko 
jego silę.

Ślady tej krytyki odnaleźć można w notatkach Zoli do Prawdy, trzeciego tomu następnego cyklu, gdzie 

uznaje on konieczność przemiany społecznej po to, aby nauka mogła przynieść pożądane owoce.

Wbrew pierwotnej intencji Zola nie odnowił swojej metody. Trylogia świadczy nawet o pewnym wyjało-

wieniu inwencji twórczej. Pisarz bardzo często kopiuje samego siebie. Wiele wątków, epizodów, postaci czy 
opisów w sposób aż żenujący przypomina wcześniejsze utwory. Uderza natomiast jedna zasadnicza różnica w 
porównaniu z poprzednim cyklem. Wobec zagrożenia ideałów, którym hołdował fcałe życie, Zola odczuwa po-
trzebę bardziej bezpośredniego włączenia się w dyskusję. Stąd powrót do dziennikarstwa po piętnastoletniej 
prawie przerwie. Stąd także wejście na drogę literatury jawnie zaangażowanej, służącej, podobnie jak kolumna 
gazety, za trybunę ideologiczną. Ten proces stopniowej rezygnacji z obiektywizmu w powieści widoczny był już 
w ostatnich tomach Rougon-Macąuartów. Trzy miasta są już wyraźnie powieściami z tezą, w których obecność 
autora stale komentującego wyczuwalna jest na każdej stronie, co często osłabia obiektywną wymowę dzieła. 
Jednocześnie świadczą one o coraz większych trudnościach Zoli przy przetwarzaniu dokumentu w fikcję: linia 
graniczna między rzeczywistością a fikcją zaciera się, powieść przekształca się w reportaż, a autentyczne 
prototypy postaci są tak łatwo rozpoznawalne, że wszystkie trzy tomy, a zwłaszcza ostatni, zasługują wręcz na 
miano powieści z kluczem.

Publikacja Paryża w „Le Journal", od listopada 1897 do lutego 1898 r., zbiegła się z interwencją Zoli w 

sprawie Dreyfusa. Wydanie książkowe ukazało się wkrótce
po zapadnięciu wyroku, skazującego autora Oskarżam!... Okoliczności te miały wpływ na przyjęcie powieści 
przez krytykę. Recenzjom brak bezstroności: jedni atakują gwałtowniej, niż by utwór na to zasługiwał, godzą 
bowiem w przeciwnika politycznego; inni chwalą z nadmiernym entuzjazmem, powodowani sympatią do 
sojusznika w obronie słusznej sprawy. Recenzje zresztą nie są liczne. W zamęcie afery powieść przeszła prawie 
nie zauważona. Czytelnicy „Le Jourmal" rzucają się codziennie nie na kolejny odcinek nowej powieści, ale na 
zaprawione jadem artykuły o „zdrajcy" (jakby na ironię bowiem Paryż ukazuje się w jednej z najbardziej 
antydreyfusowskich gazet). Konkurencja nie do wytrzymania: szjpieg, syndykat zdrajców, tajemnicza nie-
znajoma, przekupni sędziowie, fałszowane dokumenty, samobójstwa, czarne charaktery, świetlane postaci — 
cały repertuar najbardziej melodramatycznej powieści szpiegowskiej. Gdzież mierzyć się z nim duchowym 
perypetiom księdza Piotra! Tym bardziej, że jednym z bohaterów sprawy jest sam Zola. Nic dziwnego, że autor 
Oskarżam...! usunął całkowicie w cień autora Paryża.
„Kiedy tacy ludzie jak [...] Dreyfus zdradzają nas i zniesławiają w oczach Europy, z uznaniem myślimy o tych, 
którzy dają jeszcze świadectwo wielkości naszej rasy [...] Nie jestem entuzjastą talentu pana Zoli [...], ale jest on 
jedną z potęg handlowych księgarstwa francuskiego i za granicą cieszy się sławą" — tymi słowami w artykule 
opublikowanym 18 listopada 1894 r. w „La Cocarde" Maurycy Barres połączył po raz pierwszy, w proroczy 
jakby sposób, dwa nazwiska, które w parę lat później historia miała połączyć na zawsze.

background image

1 listopada 1894 r. francuska opinia publiczna dowiedziała się o nowej aferze szpiegowskiej, której bohaterem 
był Alzatczyk żydowskiego pochodzenia, kapitan Alfred Dreyfus. Pod koniec września w ręce majora 
Henry'ego, pracownika Sekcji Statystycznej, czyli służby wywiadowczej Sztabu Generalnego, wpadł dokument 
znany później pod nazwą „wykazu" („borde- reau"): był to nie podpisany i bez daty list powiadamiający o 
przekazaniu pięciu wymienionych w nim tajnych dokumentów. Dotarł on zapewne do Sztabu „zwyczajną 
drogą", to znaczy za pośrednictwem pani Bastian, sprzątaczki w ambasadzie niemieckiej.
Sposób, w jaki wykaz dostał się do Sekcji Statystycznej, jest nadal jednym z niezupełnie wyjaśnionych punktów 
sprawy Dreyfusa — pisze Leon Lipschutz. — Jest rzeczą prawdopodobną, źe, złożony w ambasadzie 
niemieckiej w szafce attachć wojskowego Schwarzkoppena, został wykradziony stamtąd przez p. Bastian, która 
przekazała go swemu kochankowi, Bruckerowi. Brucker, podrzędny agent wywiadu, był wówczas w niełasce i 
spodziewał się, źe wykaz pozwoli mu na nowo wypłynąć. Przyniósł go Henry'emu, który oświadczył, źe to 
świstek bez wartości [...] i chciał go podrzeć; Brucker przeszkodził mu, oznajmiając [<..], źe z pewnością 
znajdzie amatorów gotowych zapłacić mu za ten świstek wysoką cenę. Henry zmuszony był zachować dokument 
i wprawić w ruch machinę, która miała stać się sprawą Dreyfusa [,..] Na pierwszy rzut oka od razu rozpoznał 
pismo Esterhazego, z którym od dawna utrzymywał stosunki 1 z którym przed piętnastu mniej więcej laty 
pracował wspólnie w Sekcji Statystycznej. To między innymi tłumaczy zaźartość, z jaką później obciążał winą 
Dreyfusa.'

Szef Sekcji Statystycznej, podpułkownik Sandherr, któremu Henry przedstawił wykaz, powiadomił o tym 

odkryciu zastępcę szefa Sztabu, generała Gonse'a, ten zaś samego szefa, generała Boisdeffre'a i ministra wojny, 
generała Merciera. Fotokopie wykazu przesłano do
szefów wszystkich oddziałów Sztabu. Jeden z nich, podpułkownik d'Aboville, „rozpoznał" charakter pisma 
swojego byłego stażysty, kapitana Dreyfusa. Ponieważ chodziło o jedynego w Sztabie oficera pochodzenia 
żydowskiego, hipotezę d'Aboville'a przyjęto z zachwytem. Gdy pierwszy ekspert, grafolog Banku Francuskiego 
Gobert, zapytany o zdanie, wyraził pewne wątpliwości, zwrócono się do szefa oddziału antropometrycznego w 
prefekturze policji, Bertillona, który wydał wyrok natychmiastowy i kategoryczny: wykaz jest pisany ręką 
Dreyfusa. Mercier zresztą nie czekał nawet na wynik ekspertyzy: wbrew radom ministra spraw zagranicznych 
zlecił majorowi du Paty de Clam aresztować Dreyfusa i wszcząć śledztwo.

15 października Dreyfusa aresztowano i osadzono w więzieniu Cherche-Midi. Wyniki śledztwa były jednak 

nader szczupłe: z trzech urzędowych ekspertów tylko dwóch orzekło, że wykaz pisany jest ręką Dreyfusa. Co 
więcej, du Paty de Clam nie mógł dopatrzyć się żadnych pobudek zdrady: kapitan był bogaty, prowadził statecz-
ny, mieszczański tryb życia, nie grał, nie miał długów, uchodził za szczerego patriotę. Drugą oprócz wykazu, 
równie wątłą poszlaką był przejęty przez kontrwywiad list Schwarzkoppena do włoskiego attachć wojskowego, 
Panizzardiego: „W załączeniu przesyłam [materiały], które ta kanalia D. dał mi dla Pana." Wobec tak nikłych 
dowodów winy du Paty wniósł o umorzenie śledztwa. Odmienne było jednak stanowisko Merciera. Atakowany 
cd dawna przez prasę nacjonalistyczną za swoje rzekomo antyklerykalne i prosemickie nastawienie, nie chciał 
narazić się na nowe zarzuty, tym bardziej źe 1 listopada kilka gazet opublikowało wiadomość o aresztowaniu 
oficera żydowskiego pochodzenia, podejrzanego o zdradę. Informacji towarzyszyły komentarze wrogie 
Mercierowi, który — jak twierdziła na

background image

przykład antysemicka „La Librę Parole" Drumonfca — uczyni zapewne wszystko, aby zatuszować aferę. 3 listo-
pada zatem, wbrew wnioskowi du Paty de Clam, sprawę przekazano sądowi wojskowemu.

Wobec ubóstwa materiałów obciążających zapadła decyzja procesu przy drzwiach zamkniętych. Prasa 

nacjonalistyczna zachłystuje się nienawiścią: wina Dreyfusa to dogmat, w który nikt nie śmie wątpić, jeżeli sam 
nie chce uchodzić za zdrajcę. Na rozprawie Henry złożył zeznania utrzymane w tonie tajemniczym i pełnym 
grozy: „W głowie oficera służby wywiadowczej — oświadczył patetycznie — są rzeczy, o których nie śmie 
wiedzieć nawet jego kepi"; nie może dostarczyć bliższych wyjaśnień, ale przysięga na swój honor oficera, że 
Dreyfus jest winien. Ostatniego dnia procesu sędziom przedłożono poufne akta z komentarzem; znajdował się w 
nich ów list ze słowami „ta kanalia D.", a komentarz wyjaśniał autorytatywnie, że „D" to Dreyfus. Wbrew 101 
artykułowi kodeksu postępowania sądowego nie udostępniono tych materiałów dowodowych ani oskarżonemu, 
ani jego obrońcy, adwokatowi De- mange'owi. 22 grudnia zapadł wyrok skazujący Dreyfusa na dożywotnie 
zesłanie. 5 stycznia 1895 r. odbyła się na dziedzińcu Szkoły Wojskowej dramatyczna scena degradacji, a 21 
lutego skazańca załadowano na statek, który zawiózł go do Gujany Francuskiej, na Diabelską Wyspę. Opinia 
publiczna, informowana głównie przez rozszalałą prasę nacjonalistyczną, przekonana była o winie Dreyfusa; 
nikt prawie nie podejrzewał pomyłki sądowej, ani — tym bardziej — świadomie złej woli ze strony Sztabu czy 
ministra wojny. Sprawa przycichła szybko, a opinia przeszła do 'porządku dziennego nad jedną więcej banalną 
aferą szpiegowską. Pierwszy akt dobiegł końca.

W marcu 1896 r. podpułkownik Picąuart, następca

background image

Sandherra na stanowisku szefa Sekcji Statystycznej, znalazł wśród papierów dostarczonych „zwykłą drogą" z 
ambasady niemieckiej liścik pneumatyczny Schwarzkoppena zaadresowany do niejakiego majora Esterhazego i 
nie wysłany. Zaintrygowany zagadkową treścią listu, Picąuart na własną rękę zaczął zbierać informacje o 
Esterhazym, które dały mu bardzo niepochlebny obraz tego osobnika. Jednocześnie stwierdził już nie 
podobieństwo, ale identyczność pisma Esterhazego z pismem słynnego wykazu. Dopiero po paru miesiącach 
powiadomił o swoich odkryciach Gonse'a i Bois- deffre'a, przekonany, że jego rewelacje skłonią Sztab do 
wystąpienia o rewizję procesu z 1894 r. Napotkał jednak zdecydowany opór. Gonse oświadczył mu wprost: 
„Rozdzielmy obie sprawy: niech wykaz pozostanie na koncie Dreyfusa, skoro go już obciąża." Działo się to 3 
września 1896 r.
Tego samego dnia, za sprawą brata skazańca, Mateusza, który chciał w ten sposób ożywić przycichłą aferę, 
ukazała się w „Daily Chronicie" fałszywa wiadomość o ucieczce Dreyfusa z Diabelskiej (Wyspy. Osiągnięto 
zamierzony efekt: w prasie, oprócz sprostowania informacji, pojawiło się kilka artykułów wyrażających pewne 
wątpliwości co do winy Dreyfusa. Powołując się na te fakty, Picąuart ponowił w liście do Gonse'a wniosek o to, 
by Sztab wystąpił o rewizję procesu: „Jeżeli będziemy zwlekać, inicjatywa wyjdzie skądinąd, co postawi nas w 
brzydkim świetle." Generałowie jednak nie chcą o niczym słyszeć. Tymczasem „L'Eclair", gazeta inspirowana 
przez Sztab Generalny, opublikowała artykuł piętnujący „próby wybielenia zdrajcy". Ale z nadmiaru gorliwości 
popełniono fatalny błąd: wspomniano mianowicie o „niezbitym dowodzie winy", dokumencie, który ze względu 
na „bezpieczeństwo państwa przedstawiony został wyłącznie sędziom w trakcie pro
cesu z 1894 r. W ten sposób artykuł dostarczył żonie Dreyfusa podstawy formalnej do wystąpienia o rewizję 
procesu, co bezzwłocznie zrobiła, 16 września 1896 r. Petycja została jednak odrzucona „z braku dostatecznych 
dowodów".

W Sztabie poruszenie. Boisdeffre zażądał, aby wzbogacono chudziutkie akta sprawy. Już w cztery dni po 

wizycie Picąuarta u Gonse'a ujrzał światło dzienne nowy „dokument" obciążający: przejęty rzekomo na poczcie 
list do Dreyfusa pisany sympatycznym atramentem. A 31 października powstał „dokument-maczu- ga" czyli 
sfabrykowany przez Henryce go w umyślnie błędnej francuszczyżnie „list" Panizzardiego do Schwarzkoppena 
następującej treści:

Przeczytałem, źe jakiś deputowany ma interpelować w sprawie Dreyfusa. Jeżeli zapytają w Rzymie nowe 

wyjaśnienia, powiem, źe nigdy miałem stosunki z tym Żydem. Jeżeli Pana zapytają, proszę tak powiedzieć, bo 
nie trzeba, żeby wiedziano kiedyś, co między nami było.

2 listopada Henry pokazał „list" generałowi Gonse'owi, prosząc aby nie powiadamiano o tym „odkryciu" 

Picąuarta. Prośba zbędna, bo w Sztabie postanowiono już pozbyć się tego natrętnego i niewygodnego oficera.

Tymczasem dwie nowe niespodzianki: 6 listopada broszura Bernarda Lazare'a, Pomyłka sądowa. Prawda o 

sprawie Dreyfusa, wydrukowana w Brukseli i rozesłana do wszystkich deputowanych i do wszystkich redakcji 
paryskich. W cztery dni później, 10 listopada, „Le Matin" publikuje facsimile wykazu, którego fotokopię 
redakcja otrzymała od jednego z ekąpertów w procesie z 1894 r. W Sztabie podejrzenia padły oczywiście na 
Picąuarta, który w połowie listopada, wysłany służbowo, musi opuścić Paryż; kolejne rozkazy oddalały go coraz 
bardziej od stolicy, aż wylądował w Algierii,

background image

gdzie ma pozostać do odwołania. W Sztabie tymczasem fabrykowano pośpiesznie materiały zdolne go skompro-
mitować i odebrać wszelką wagę jego ewentualnym rewelacjom.

Latem 1897 r. nowy alarm. Picąuart, zaniepokojony swoją niewyraźną sytuacją, a zwłaszcza pełnym nie-

domówień i wręcz pogróżek listem Henry'ego, wystarał się o kilkudniowy urlop i przyjechał do Paryża, gdzie 
odwiedził swego przyjaciela, adwokata Leblois, z którym podzielił się swoimi odkryciami i obawami co do 
własnego losu, zobowiązując go jednocześnie do zachowania tajemnicy. Leblois jednak, nie chcąc brać na 
własne sumienie losu niewinnie skazanego człowieka, wyjawił sekret wiceprzewodniczącemu Senatu, Alzat-
czykowi Scheurer-Kestnerowi, który od pewnego już czasu, zaniepokojony niejasnym charakterem całej sprawy, 
na własną rękę zbierał dowody niewinności czy winy Dreyfusa*. Scheurer-Kestner zapowiedział interpelację w 
Senacie, oświadczając, że zna nazwisko prawdziwego zdrajcy.

W Sztabie na „naradzie wojennej", w której wzięli udział między innymi Henry i diu Paty de Clam, posta-

nowiono przestrzec Esterhazego o grożącym mu niebezpieczeństwie. Od tej chwili zaczął się istny „romans w 
odcinkach", jak miał go później nazwać Zola: anonimowe listy Sztabu do Esterhazego podpisywane 
dźwięcznym imieniem „życzliwej nieznajomej Esperan- ce", co znaczy „Nadzieja", wieczorne spotkania prze-
branego du Paty'ego z Esterhazym w ustronnych zakątkach Paryża, Sztab kierujący krokami swojego pod-
opiecznego, który zresztą' szybko odzyskuje właściwą sobie bezczelność i zaczyna szantażować swoich potęż-
nych protektorów.

Wreszcie 14 listopada bomba wybucha. W ,M Temps" ukazuje się list otwarty Scheurer-Kestnera do

redaktora naczelnego gazety. Autor oświadcza publicznie, że ma dowody niewinności Dreyfusa, ostrzega przed 
rzekomymi dowodami obciążającymi, które mogą być dziełem osób zainteresowanych we wprowadzeniu w błąd 
wymiaru sprawiedliwości i wreszcie potwierdza fakt naruszenia przepisów proceduralnych w trakcie procesu z 
1894 r. 15 listopada Mateusz Dreyfus w liście do ministra wojny oskarża Esterhazego jako rzeczywistego 
sprawcę czynu, za który został skazany Alfred Dreyfus. Nieuniknione z tą chwilą śledztwo przeciwko 
Esterhazemu zostaje powierzone generałowi de Pellieux. Henry, świeżo mianowany podpułkownikiem, składa 
zeznania wybielające Esterhazego i obciążające Picquarta, który od dwóch dni przebywa w Paryżu.
28 listopada „Le Figaro" ogłasza list napisany niegdyś przez Esterhazego do jednej z rozlicznych przyjaciółek, 
pani de Boulancy:

Gdyby dziś wieczorem powiedziano mi, że jutro zginę jako kapitan ułanów, siekąc Francuzów, byłbym 

szczęśliwy [...] Nie zrobiłbym krzywdy psu, ale z rozkoszą kazałbym wytłuc sto tysięcy Francuzów [...] Paryż 
wzięty szturmem, wydany na łup pijanych żołdaków, oto moje marzenie.

Dwa dni później ta sama gazeta publikuje zestawione obdk siebie facsimile wykazu i rękopis listu do pani 

de Boulancy: identyczność charakteru pisma mógł stwierdzić każdy. Nakład „Figara" był jednak niczym w 
porównaniu z nakładami takich gazet jak „Le Petit Journal", „L'Intrańsigeant" czy „L'Echo de Paris", wojujących 
niestrudzenie z „syndykatem zdrajców". Artykuły w „Le Figaro" to tylko kropla w morzu artykułów, którymi 
prasa nacjonalistyczna karmiła codziennie przeciętnego Francuza. Sztab mógł więc nadal

background image

[liczyć na wynikający z ignorancji przychylny stosunek urabianej pracowicie opinii publicznej.

30 grudnia major. Ravary wniósł o umorzenie „z braku dowodów" śledztwa przeciwko Esterhazemu: 

(powołani ponownie eksperci orzekli, że wykaz nie jest- pisany jego ręką. Na prośbę samego Esterhazego 
jednak, który działał zgodnie z pouczeniami swoich protektorów, generał Sauśsier, gubernator wojskowy Paryża, 
przekazał jego sprawę trybunałowi wojskowemu. 11 stycznia 1898 r. sąd pod przewodnictwem generała de 
Luxera wydał wyrok uniewinniający. Picąuart za to został nazajutrz osadzony w areszcie aż do odwołania. 
Druga faza sprawy zakończyła się nowym zwycięstwem Sztabu. Ale tym razem na scenę miał wkroczyć cywil i 
zburzyć cały tak misternie zmontowany majstersztyk.

W 1894 r., gdy zaczęła się sprawa Dreyfusa — wspomina w kilka lat później Zola — byłem w Rzymie, 

skąd wróciłem dopiero w połowie grudnia. Z rzadka oczywiście czytałem tam gazety francuskie. I to właśnie 
tłumaczy ów stan niewiedzy i pewnego rodzaju obojętności, w którym długo pozostawałem, jeżeli chodzi o" tę 
sprawę. *

Jak wszyscy prawie, Zola przekonany był zrazu

0 winie Dreyfusa i o słuszności wyroku skazującego, choć od początku oburzała go antysemicka nagonka. Ale 
jeszcze w artykule W obronie Żydów, opublikowanym 16 maja 1896 r. w „Le Figaro", gdzie piętnował anty-
semityzm, „tę potworność urągającą zdrowemu rozsądkowi, prawdzie i sprawiedliwości", ani słowem nie 
wspominał o sprawie Dreyfusa. Ujawniał tu polityczne
1 ekonomiczne podłoże- antysemityzmu ukryte pod płaszczykiem haseł nacjonalistycznych i rasistowskich oraz 
demaskował rzekomy socjalizm antysemitów P°"
j kroju Drumonta. Artykuł, na który Drumont odpowiedział w „La Librę Parole" stekiem obelg, obudził nadzieje 

w obozie dreyfusardów; pod koniec 1896 r. złożył Zoli wizytę Bernard Lazare, aby przekonać go o niewin-
ności Dreyfusa. Pisarz jednak, pochłonięty jeszcze pracą nad Paryżem, zaledwie rzucił okiem na pozosta-
wione sobie broszury. Dopiero późną jesienią 1897 r., gdy po rozmowie z Leblois i z Scheurer-Kestnerem 
zdobył niewzruszone przekonanie o niewinności Dreyfusa, zaczął pasjonować się sprawą. Początkowo, jak 
sam przyznaje, dramat porwał go jako pisaTza. „Litość, wiara, pasja prawdy i sprawiedliwości przyszły 
dopiero później." * Istotnie, słowa, od których zaczyna się pierwszy artykuł Zoli w obronie Dreyfusa, 
Scheurer- -Kestner, są słowami powieściopisarza zafascynowanego tematem:

Co za wstrząsający dramat i jakie wspaniałe postaci! Wobec tych dokumentów, tak pięknych w swoim 

tragizmie, które nastręcza nam życie, moje serce powieściopisarza bije szybciej, zdjęte namiętnym podziwem. 
**

Wkrótce sprawa wciągnęła go bez reszty i z całą pasją rzucił się w wir walki. Od 25 listopada 1897 r. do 5 

stycznia 1898 r. opublikował najpierw w „Le Figaro", a następnie, gdy przerażona reakcją abonentów gazeta 
odmówiła druku, w formie broszur, pięć artykułów utrzymanych w stosunkowo umiarkowanym tonie: Scheurer-
Kestner, Syndykat, Protokół, List do młodzieży, List do Francji. Nie podejrzewał jeszcze całej ohydy machinacji 
sztabowych i wierzył, że toczące się śledztwo w sprawie Esterhazego ujawni prawdę. 11 stycznia 1898 r. 
uniewinnienie Esterhazego kładzie

background image

kres złudzeniom. Zola pojął natychmiast, że jedynym sposobem ocalenia sprawy jest wydobycie jej na jasne 
światło dnia, przeniesienie z sądownictwa wojskowego do cywilnego. Zrozumiał konieczność sprowokowania 
władz i z całą świadomością podjął to ryzyko, zdając sobie sprawę, że tylko proces przed sądem przysięgłych 
zdoła przebić mur otaczający „tajemnicę wojskową".

Ta prowokacja to właśnie List otwarty do Feliksa Faure'a prezydenta Republiki, opublikowany 13 stycznia 

w gazecie ,,L'Aurorę" pod ogromnym, przykuwającym wzrok tytułem Oskarżaml.., wymyślonym w ostatniej 
chwili przez Geongesa Clemenceau. Pasją i precyzją sformułowań List, majstersztyk sztuki dziennikarskiej, 
przerasta wszystkie dotychczasowe artykuły; jednocześnie dowodzi ogromnej jasności i ostrości widzenia. 
Dysponując jakżeż skromnymi materiałami, kierując się raczej intuicją i logiką niż dokumentem, Zola uderza 
celnie i prawie bezbłędnie.

Po kilku kurtuazyjnych słowach pod adresem prezy denta, po krótkim i logiczym przedstawieniu dotychcza-

sowego przebiegu sprawy Dreyfusa i Esterhazego, następuje „akt oskarżenia": osiem patetycznych akapitów, z 
których każdy zaczyna się od słowa „Oskarżam". Oskarża Zola podpułkownika du Paty de Clam, generałów 
Merciera, Billota, de Boisdeffre'a, Gonse'a, de Pellieux, majora Ravary i trzech ekspertów-grafo- logów; oskarża 
ministerstwo wojny „o to, że prowadziło w prasie [...] potworną kampanię mającą na celu otumanienie opinii 
publicznej i zatajenie własnego błędu"; oskarża „pierwszy sąd wojskowy o to, że pogwałcił prawo, skazując 
oskarżonego na podstawie nie ujawnionego dokumentu"; oskarża „drugi sąd wojskowy o to, że na rozkaz osłonił 
to bezprawie i że z kolei sam popełnił przestępstwo prawne, świadomie uniewinniając winowajcę".

Wnoszę to oskarżenie, wiedząc, że czyn mój podpada pod artykuły 30 i 31 ustawy o prasie z dnia 29 lipca 

1881 r., która karze za występek zniesławienia. Narażam się na to dobrowolnie [...] Czyn, którego dokonuję, jest 
jedynie rewolucyjnym środkiem zmierzającym do przyśpieszenia wybuchu prawdy i sprawiedliwości. Mam 
jedną tylko pasję, pasję światła, w imieniu ludzkości, która tyle wycierpiała i która ma prawo do szczęścia. Mój 
płomienny protest jest krzykiem duszy. Proszę zatem mieć odwagę oddać mnie pod sąd przysięgłych i śledztwo 
niech toczy się w pełnym świetle dnia! Czekam. *

Rząd stanął przed trudnym dylematem. Sztab Generalny uważał, że najrozsądniej byłoby odpowiedzieć 

„pogardliwym milczeniem" i nie wplątywać się w proces przed sądem cywilnym. Ale jak zareagowałaby na to 
opinia publiczna? Przywódca prawicy, hrabia de

background image

Mun, zgłosił w parlamencie interpelację, w której domagał się wytoczenia Zoli procesu o zniesławienie. Chcąc 
ratować twarz, trzeba było, wbrew radom zdrowego rozsądku, wnieść skargę. Uczynił to 18 stycznia minister 
Billot, zaskarżając Zolę, aby uniknąć na rozprawie dyskusji nad procesem z 1894 r., jedynie
0 zniesławienie drugiego sądu wojskowego, który — jak twierdził Zola — „na rozkaz" uniewinnił 
Esterhazego.

7 lutego rozpoczął się proces, który ciągnął się dwa tygodnie. Przez cały czas towarzyszyły mu gwałtowne 

manifestacje nacjonalistów przeciwko Zoli. Wobec wrogiej postawy tłumu podjudzanego przez antydrey- 
fusardów pisarz musiał każdego dnia inną trasą udawać się do sądu i z sądu do domu. W toku procesu sąd kon-
sekwentnie uchylał wszelkie pytania dotyczące sprawy z 1894 r., stawiane świadkom przez obrońcę Zoli, 
adwokata Laboriego. Mimo tego spisku milczenia wiele zostało jednak ujawnione z zakulisowych machinacji 
Sztabu, a Pellieux popełnił zasadniczy błąd, cytując w swoich zeznaniach treść „dokumentu-maczugi"
1 ujawniając w ten sposób istnienie tego falsyfikatu. Pod presją Sztabu, który zagroził podaniem się do dymisji 
w razie wyroku uniewinniającego, sąd skazał Zolę na najwyższy wymiar kary: rok więzienia i trzy tysiące 
franków grzywny.

Generał Billot nie miał prawa występować w imieniu drugiego sądu wojskowego. Labori wniósł zatem 

odwołanie i Trybunał Kasacyjny unieważnił wyrok. Wtedy zaskarżyli Zolę członkowie sądu wojskowego, 
ograniczając przedmiot skargi tylko do trzech linijek Listu. Druga rozprawa rozpoczęła się 18 lipca w Wersalu. 
Kiedy sąd odrzucił wniosek Laboriego, aby przedmiotem procesu był cały tekst Oskarżam!... Zola razem z 
obrońcą opuścili salę. Wyrokiem zaocznym pisarz
został ponownie skazany na tę samą karę, a w tydzień później skreślony z listy Legii Honorowej.

18 lipca 1898 r. pozostanie na zawsze w moim życiu datą najstraszniejszą. To 18 lipca właśnie, ze 

względów taktycznych, posłuszny towarzyszom broni, którzy razem ze mną prowadzili walkę o honor Francji, 
musiałem porzucić wszystko, co kochałem [...] Po tylu dniach, w czasie których karmiono mnie groźbami i 
pojono obelgami, ten nagły wyjazd był z pewnością najokrutniejszym poświęceniem, jakiego ode mnie 
zażądano, największą ofiarą złożoną sprawie. Niskie i podłe umysły, które wyobrażały sobie i głosiły, że 
uciekłem przed więzieniem, złożyły tym dowód zarówno podłości, jak braku inteligencji. *

Zola wyjechał do Anglii, gdzie pod przybranymi nazwiskami ukrywał się do czasu rewizji procesu Drey-

fusa. Zrobił to wbrew własnej woli i przekonaniu, pod presją Laboriego i Clemenceau, którzy sądzili, że ko-
rzystniej będzie dla sprawy, jeżeli pisarz pozostanie na wolności. Intuicja Zoli i tym razem okazała się trafniej-
sza od przewidywań przyjaciół: wyjazd do Anglii był błędem i dostarczył przeciwnikom jednego argumentu 
więcej. Któż jednak mógł wtedy odgadnąć dalszy bieg wydarzeń, które miały potoczyć się odtąd z oszałamiającą 
szybkością? „Prawda jest w drodze i nic jej nie powstrzyma!" — w to Zola nie wątpił ani przez chwilę, ale i on 
nie mógł przewidzieć, że przybędzie tak szybko.

Następstwa wystąpienia Zoli były ogromne. Oskarżam!..., jak na to liczył, rozpętało burzę, która ogarnęła 

Francję i cały świat. W przeciągu kilku godzin rozprzedano trzysta tysięcy egzemplarzy „L'Aurore". Sprawa, 
pasjonująca dotąd tylko grono zainteresowanych i wtajemniczonych, wyszła na ulicę i zawładnęła tłumem. Na 
ręce Zoli napływają niezliczone listy i tele

background image

gramy; podpisy na nich różne: oprócz nazwisk największych sław Francji i świata, anonimy i nazwiska szarych, 
nieznanych ludzi; jedne listy pełne podziwu, entuzjazmu, wdzięczności za ocalenie honoru Francji; inne, równie 
liczne, pełne obelg i pogróżek: „Ile ci zapłacono, Judaszu?!", „Gdzież jest Charlotte Corday, która uwolni 
Francję od twojej cuchnącej osoby? Na twoją głowę nałożono cenę!" Co rano w gazetach długie kolumny 
nazwisk: to ludzie protestujący przeciwko wyrokowi z 1894 r.; wśród nich wybitni pisarze, artyści, uczeni. Prasa 
nacjonalistyczna odpowiada kampanią obelg i oszczerstw. Judet za pomocą falsyfikatów usiłuje zniesławić 
pamięć Francesco Zoli. Ulice Paryża stają się widownią codziennych starć między dreyfusar- dami a 
antydreyfusardami. Gorączka opanowuje prowincję, na rynkach miast i miasteczek, przy wrzaskach: „Śmierć 
zdrajcom!", „Niech żyje armia!", pali się kukły Zoli i Dreyfusa. Zrywają się wieloletnie przyjaźnie, rodziny 
rozpadają się na wrogie obozy. Wyobrażenie o tym stanie umysłów może dać słynny dyptyk znanego 
karykaturzysty Caran d'Ache'a, Obiad rodzinny, opublikowany 13 lutego w „Le Figaro": podpis pod pierwszym 
rysunkiem, przedstawiającym grono uśmiechniętych życzliwie osób rozsiadłych przy suto zastawionym stole, 
głosi: „Tylko nie mówmy o sprawie Dreyfusa!"; pod drugim rysunkiem, na którym widać stół ogołocony z 
zastawy walającej się na ziemi, poprzewracane krzesła a na podłodze biesiadników szamocących się we 
wściekłej bijatyce, widnieje podpis: „A jednak o niej mówili..."

Oskarżam!... znalazło też silny oddźwięk za granicą. W sam tylko dzień rozpoczęcia procesu, już na sali są-

dowej, Zola otrzymał 171 telegramów z kraju i zagranicy ze słowami uznania i podziwu. Postępowa prasa 
europejska i amerykańska publikuje liczne artykuły ,

background image

o sprawie i zamieszcza setki protestów i petycji w obronie Zoli, podpisywanych w każdym kraju przez tysiące 
osób. I tam, podobnie jak we Francji, widnieją wśród- nich nazwiska najwybitniejszych osobistości świata 
intelektualnego Europy i Ameryki.

Z wystąpieniem Zoli zaczęła się właściwie całkiem nowa sprawa: indywidualny przypadek sądowy prze-

obraził się w ogólny problem polityczny. W ostrej
428
lormie wybuchnął wzbierający od dawna kryzys i Francja stanęła u progu wojny domowej. Sprawa przerosła 
nieskończenie postać i osobowość skazanego oficera, o którym zresztą wiele lat później Leon Blum nie bez racji 
powiedział: „Gdyby nie był Dreyfusem, kto wie, czy byłby dreyfusardem." Spór o Dreyfusa stał się już tylko 
pretekstem do dyskusji o zupełnie innym zasięgu i sensie. „Jest się za Zolą lub przeciw niemu, bo jest się za 
Sprawiedliwością lub za Porządkiem, za Prawem lub za Armią, za Rewolucją lub za Francją."

Walka 

dreyfusardów z antydreyfusardami była jednym z zewnętrznych przejawów walki obrońców demokratycznej 
republiki burżuazyjnej z reakcją, której siły koncentrowały się w obozie antydreyf usardów. I Oskarżam!..., które 
Guesde nazwał „najbardziej rewolucyjnym aktem epoki", wydobywało na jaw ten Właśnie sens sprawy, 
ukazując ją jako syntezę reakcyjnej działalności kręgów militarystycznych, klerykalnych i mo- narchistycznych, 
demaskując jej ostrze wymierzone przeciwko republice i demokracji.

W czerwcu 1898 r. Cavaignac objął w gabinecie Brissona tekę ministra wojny. Ten skrajny nacjonalista 

pragnął „przeciąć wrzód" i raz na zawsze skończyć ze sprawą Dreyfusa. Jednak jako człowiek z zewnątrz, nie 
wtajemniczony w wiele zakulisowych spraw Sztabu, on właśnie miał, nie wiedząc, co robi, przyczynić się do 
zburzenia gmachu z taką maestrią wznoszonego od czterech lat. Polecił mianowicie uporządkować akta sprawy 
i... nastąpiła katastrofa. Major Cuignet, któremu zlecono to zadanie, odkrył, że „dokument-maczuga" jest 
falsyfikatem. „Niezbity dowód" winy Dreyfusa rozpadł się w nicość. 30 sierpnia Henry przyznał się do 
fałszerstwa; osadzony w areszcie w Mont-Valćrien, tego samego dnia popełnił samobójstwo. Boisdeffre podał 
się do dymisji, w ślad za Gonse'em, który jako
429

background image

bardziej przewidujący, zrobił to już wcześniej; Ester-;] hazy opuścił pośpiesznie Francję i schronił się w Anglii; 
Rewizja procesu stała się nieunikniona, choć obóz nacjonalistyczny, po chwilowej dezorientacji, opamiętał się 
szybko i przeszedł do ataku. Już 6 września w „Gazette de France" Maurras nazywa Henry'ego „bohaterskim 
obrońcą ojczyzny", a „La Librę Parole" otwiera subskrypcję na rzecz wdowy po „bohaterze narodowym". 
Jednocześnie powstaje Liga Patriotów, która rozwija gorączkową działalność. 3 września żona Dreyfusa wnosi 
podanie o rewizję procesu. 26 września gabinet sześcioma głosami przeciwko czterem przyjmuje wniosek i 
przekazuje go Izbie Karnej Trybunału Kasacyjnego. Antydreyfusardzi próbują odparować cios: obawiając się 
przychylnej decyzji Izby Karnej, przeprowadzają w parlamencie ustawę nadzwyczajną, w myśl której o rewizji 
procesu mają decydować wszystkie trzy Izby Trybunału Kasacyjnego łącznie. Wzburzenie we Francji sięga 
szczytu. Kraj jest o krok od wojny domowej.

W takiej właśnie naładowanej dynamitem chwili, 16 lutego 1899 r., umarł Feliks Faure, a na prezydenta 

wybrano Emila Loubeta, przychylnego rewizji. 23 lutego, w dzień pogrzebu Faure'a nacjonaliści podjęli nie-
udaną próbę monarchistycznego zamachu stan/u, która z jednej strony dowiodła, że są gotowi na wszystko, z 
drugiej zaś, że nie mają żadnego oparcia w masach.

3 czerwca połączone Izby Trybunału Kasacyjnego wypowiedziały się za rewizją procesu. Decyzja została 

powitana nazajutrz burzliwą antyrepublikańską manifestacją nacjonalistów, na którą lud paryski odpowiedział 
pierwszym zorganizowanym wystąpieniem pod przewodnictwem socjalistów: 11 czerwca przeszło stutysięczny 
tłum manifestował po stronie dreyfusardów w obronie Republiki i jej prezydenta. Rząd, przerażony tym 
wkroczeniem mas ludowych do walki, po-
stanowił doprowadzić jak najszybciej do likwidacji sprawy.

9 czerwca Dreyfus opuścił Diabelską Wyspę; 13 czerwca Picąuart został zwolniony po 330 dniach 

„prewencyjnego aresztu". 5 czerwca Zola wrócił do Francji i wniósł odwołanie od wyroku z 1898 r.
7 sierpnia w Rennes rozpoczął się drugi proces, który

[...] miał trwać cały miesiąc w rozgorączkowanej atmosferze namiętności politycznych, nienawiści 

religijnych, brudnych kalkulacji, legend i pogłosek wszelkiego rodzaju [,..] 14 sierpnia jakiś nieznany osobnik, 
który zdołał zbiec, strzelił do obrońcy Dreyfusa, adwokata Laboriego, i poważnie go zranił.

8

*»r . iUl

background image

mmm

9 września, ku ogólnej konsternacji, proces zakończył się nowym wyrokiem skazującym. Większością 

pięcifi głosów przeciwko dwóm, „uwzględniając okoliczności łagodzące", sąd skazał Dreyfusa na dziesięć lat 
więzienia. Francji groziło rozpętanie nowej burzy, tym groźniejszej, źe już ze zdecydowanym udziałem ludu. 
Toteż 19 września prezydent Loubet specjalnym dekretem ułaskawił Dreyfusa. W rok później parlament 
uchwalił ustawę o amnestii obejmującej wszystkie związane ze sprawą przestępstwa i wykroczenia, z wyjątkiem 
zbrodni zdrady państwa.

Na każde z tych wydarzeń Zola odpowiada artykułami w „L'Aiurore": 12 września Piąty akt — protest 

przeciwko ponownemu skazaniu Dreyfusa; 20 września List do pani Dreyfus — protest przeciwko ułaskawieniu 
w miejsce uniewinnienia i rehabilitacji; 29 maja 1900 r; List do Senatu — protest przeciwko projektowi ustawy 
o amnestii; 22 grudnia wreszcie List do Emila Loubeta, prezydenta Republiki — protest przeciwko „zbrodniczej 
amnestii", która zrównuje winnych z niewinnymi:

Obiecują nam jako zadośćuczynienie sprawiedliwość historii. To trochę tak jak z rajem katolickim, który na 

tej ziemi podtrzymuje cierpliwość oszukiwanych nędzarzy, morzonych głodem [...] I dodają, źe gdy wszyscy już 
pomrzemy, nam właśnie stawiać się będzie pomniki. Co do mnie, nie mam nic przeciwko temu 1 spodziewam 
się nawet, że odwet historii będzie bardziej niezawodny niż rozkosze raju. Jednakże nieoo sprawiedliwości na tej 
ziemi sprawiłoby ml przyjemność. •

Nie objęty ustawą o amnestii, Dreyfus złożył w 1903 r. wniosek o ponowną rewizję procesu. Trybunał po 

dwuletnich przeszło obradach, 12 lipca 1906 r.,
zrehabilitował go, unieważniając wyrok sądu w Rennes. Ale tego Zola już nie dożył.

Udział Zoli w sprawie Dreyfusa nie był jakimś niespodziewanym epizodem, zrywem kontrastującym z jego 

postawą życiową. Był logiczną konsekwencją jego ideałów prawdy i sprawiedliwości, wspaniałym 
zakończeniem kariery dziennikarskiej, która zaczęła się także obroną, obroną Maneta, był ostatnim spełnieniem 
złożonego wówczas przyrzeczenia: „Zawsze będę po stronie zwyciężonych,"

Co więcej, w tym politycznym wystąpieniu odnaleźć można cechę istotną dla powieściopisarskiej twórczo-

ści Zoli: ścisły związek między wyobraźnią a dokumentem.

Miałem przed rokiem dekawy dowód sumienności, z jaką Zola przygotowuje swoje powieści — pisał w 

1906 r. Józef Relnach, historyk sprawy Dreyfusa. — Pewnego dnia zawiadomił mnie, źe ma mi coś ważnego do 
zakomunikowania i nazajutrz przyszedł do mnie. Po krótkim wahaniu, jakby niespokojny, oświadczył, że po 
dojrzałym namyśle sądzi, iż w Liście do Feliksa Faure'a pomylił się, robiąc z du Paty de Clam głównego 
sprawcę, diabelskie narzędzie afery. Jego moralna ocena osobnika nie uległa zmianie, ale doszedł do wniosku, źe 
ekstrawagancki markiz był tylko marionetką w ręku zbrodniarzy znacznie od niego potężniejszych. Ogromna 
była jego radość, gdy powiedziałem mu, źe uważna analiza dokumentów i faktów doprowadziła mnie do tej 
samej pewności. *

Intuicja i logiczna dedukacja pozwoliły pisarzowi dostrzec tę samą prawdę, którą historyk odkrył w dostęp-

nych sobie dokumentach. Mechanizm pracy twórczej Zoli jest więc zawsze taki sam: potrzebuje dokumentów, 
które dostarczają mu surowca. Ale te martwe dokumenty ożywia dopiero jego intuicja i siła wyobraźni, która 
pozwala mu wydobyć na pierwszy plan to, oo istotne, chroniąc przed zagubieniem się w nawale szcze-

background image

gółów. Wyolbrzymiając i upraszczając rzeczywistość, nie fałszuje jednak prawdy niezależnie od tego, czy 
chodzi o obraz tej rzeczywistości w utworze powieściowym, czy też o skomplikowaną sprawę sądową.

Interwencja w sprawie Dreyfusa, chociaż zburzyła spokój Zoli i naruszyła ustalony od lat tryb życia, nie 

zakłóciła jednak na dłużej jego produkcji literackiej. Natychmiast po skończeniu Paryża, wierny wypisanej nad 
swoim kominkiem dewizie: „Nulla dies. sine linea", zaczął przygotowywać następny cykl, Cztery Ewangelie. 
Szkic całości opracowany został w okresie najgorętszych walk, ale sam pomysł dzieła narodził się wcześniej, 
pod wpływem dyskusji o „bankructwie nauki", zwłaszcza wystąpień Brunetiere'a, który jako zasadniczy 
argument przemawiający za powrotem do Kościoła wysuwał twierdzenie, że tylko na religii i jej kodeksie 
moralnym, Ewangelii, oprzeć można zasady współżycia między ludźmi, i że zatem tylko Kościół zdolny będzie 
rozwiązać kwestię społeczną. Nie sprawa Dreyfusa zatem skłoniła autora Rougon-Macąuartów do podjęcia 
apostolskiej misji sformułowania zasad świeckiej moralności, opartej na prawach nauki i natury; natomiast 
wywarła ona niewątpliwy wpływ na ostateczną .postać tych świeckich Ewangelii.

W gruncie rzeczy między Ewangeliami a trylogią, podobnie jak między trylogią a Rougon-Macąuartami, nie 

ma jakiejś ideologicznej przepaści, nagłej a brutalnej przemiany. Ostatni cykl stanowi po prostu zakończenie 
ewolucji, zapoczątkowanej około roku 1882. •Ostatnie tomy Rougon-Macąuartów dają obraz zmagań między 
nadzieją a rozpaczą, życiem a śmiercią. W Trzech miastach sizala niełatwego zwycięstwa przechyla się 
zdecydowanie na stronę życia i na
dziei. Ewangelie zaś ma cechować „nieokiełznany optymizm":

Jest to naturalna konkluzja, całego mojego dzieła; po długich latach konstatowania rzeczywistości — wypad 

w przyszłość [...] Pełny rozkwit mojej pasji życia i zdrowia, płodności i pracy, zadośćuczynienie tkwiącej we 
mnie potrzebie sprawiedliwości. Kończę swoje stulecie, otwieram nowy wiek. A wszystko to oparte na nauce; 
marzenie, do którego upoważnia nauka. *

Wypełniając złożoną przed blisko czterdziestu laty obietnicę, Zola wraca do „pierwszej miłości", do marze-

nia, do „wiernej wizji" Ninon, „kochanki dziecka i starca". **

Zaczyna, jak zwykle, od sprecyzowania ogólnych założeń i sensu zamierzonego dzieła. Pierwotnie miało 

składać się tylko z trzech części:

Trzy Ewangelie to ogólny tytuł trzech powieści, Płodność, Praca, Sprawiedliwość, które będą dalszym 

ciągiem mojej trylogii Trzy miasta... W Płodności tworzę rodzinę.

Praca ma być powieścią o stworzeniu społeczeństwa przyszłości, opartego na fourierowskich zasadach orga-

nizacji wysiłku ludzkiego.

Sprawiedliwość wreszcie stanowi trzecią płaszczyznę, szczyt, tworzy ludzkość ponad granicami; istnieje już 

tylko jedna ogólnoludzka rodzina. Stany Zjednoczone Europy. Sojusz wszystkich narodów [...] Apoteoza pokoju 
Z każdą nową powieścią rozszerzam ramy [...] Najpierw jeden dom w Płodności, następnie miasto w Pracy, 
wreszcie cały rozległy świat w Spratotedlitooścł.

background image

Doświadczony powieściopisarz zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw podobnego przedsięwzięcia, boi się, 

źe stworzy dzieło nudne, „sztuczne i martwe", z chwilą gdy oderwie się od rzeczywistości:

Nic bardziej lodowatego jak fantazja, jak zbyt rozwlekłe symbole. Ikaiia jest nie do czytania. A marzenie o 

powszechnym braterstwie wywołuje uśmiech. *

Jeżeli mimo wszystko decyduje się, to dlatego właśnie, że pociąga go trudność i ponieważ sądzi, że ta 

„nowa i niepokojąca formuła" pozwoli mu odnowić własną manierę, czego nie zdołał zrobić w Trzech rma- 
staćh.

Najpierw bohaterem wszystkich tomów miał być syn "Piotra i Marii, Jan Froment, którego narodzinami 

kończy się Paryż. Rychło jednak pierwotny projekt ulega modyfikacji:

Przychodzi mi do głowy, aby zrobić nie trzy, ale cztery Ewangelie, jako pendant do czterech Ewangelii: 

Jana, Łukasza, Marka, Mateusza. Będę zatem miał Płodność, Pracą, Prawdę (Ludzkość?), Spraioiedliwość. 
Przede wszystkim jednak rc; „-gnuję z jednego, jak w Trzech miastach, wspólnego bohatera [...] Czy nie mogę 
wymyślić czterech synów Piotra: Jana, Łukasza, Marka, Mateusza, czterech braęi, którzy byliby czterema 
bohaterami czterech epizodów? [...] Każdy brat reprezentuje w pełni ideę zawartą w tytule swojego epizodu [...] 
Bardzo dobry porządek: najpierw płodność, która zaludnia świat, obszary dotąd niezamieszkałe; praca, która 
organizuje i tworzy życie; prawda, którą jest nauka i która przygotowuje sprawiedliwość; sprawiedliwość, która 
jednoczy ludzkość, zapewnia pokój i daje w końcu szczęście [...] Wszystkie te tematy zresztą przenikają sie 
wzajemnie: płodność musi iść w parze z pracą, ta zaś z nauką która pociąga za sobą sprawiedliwość. **

Przez cały burzliwy okres, od stycznia do lipca 1898 r.

Zola gromadził pracowicie materiały i notatki do 

pierwszego tomu, dając dowód niecodziennej dyscypliny wewnętrznej. Toteż wstępny etap pra^ niemal 
ukończony, kiedy w połowie lipca wyjądował w Anglii.

Roczny prawie pobyt za granicą był przeżyciem bardzo przykrym dla tego człowieka, który, jak pisze, ma 

„wstręt do podróżowania", jest „maniakiem własnego kąta" i czuje się źle „w jakimkolwiek kraju poza Francją". 
Świadczą o tym zapiski prowadzonego w Anglii dziennika, owe Pages d'Exil (Kartki z wygnania), które Colin 
Burns opublikował w 1964 r. w dwóch zeszytach „Nottingham French Studies". „Wiele już w życiu 
przecierpiałem — notuje Zola 18 lipca 1898 r. — ale

background image

nigdy jeszcze serce moje nie przechodziło tak strasznego kryzysu." Oderwany od wszystkiego, do czego od lat 
przywykł, z dala od najbliższych, dręczony niepewnością, w obcym środowisku, którego języka nie zna, czuje 
się samotny, pełen niepokoju:

To dziwne, niepokój nawraca potężnymi falami, bez widomych powodów. Po godzinach spokoju ogarnia 

mnie na nowo rozpacz, która przychodzi nie wiem skąd. [3 sierpnia]

Udrękę (potęgują wieści docierające z Francji, gdzie „wymiar sprawiedliwości dalej prześladuje uczciwych 

ludzi, a uniewinnia bandytów" (11 sierpnia), echa oszczerczej kampanii, która nie cofa się przed żadną 
podłością, aby pognębić i zdyskredytować obrońcę Dreyfusa, przypisując najniższe pobudki jego czynom:

Nie żałuję niczego, rozpocząłbym na nowo tę samą walkę

0

prawdę i sprawiedliwość [...] Ale mimo wszystko, oo za niezwykła przygoda w moim wieku, u kresu 

egzystencji poświęconej wyłącznie literaturze [...] To stara pasja prawdy doprowadziła mnie do pasji 
sprawiedliwości! Och! Głupcy
1

bandyci! Nie znają mnie zupełnie, niczego nie pojęli, niczego nie zrozumieli! [4 sierpnia]

Drażni go nuda angielskich niedziel, źle znosi dżdżysty, zimny klimat wyspy, nie może przyzwyczaić się do 

angielskiej kuchni, do chleba „ledwie upieczonego,
0 smaku gąbki". „Doprowadzi się może ludy do braterskiego uścisku, ale nigdy nie pogodzi się ich w sprawach 
kuchni", filozofuje kulinarnie. Tęskni za przyjaciółmi
1 rodziną, za najbanalniejszymi drobiazgami codziennego życia, za swoimi „drogimi zwierzętami", a zwłasz-

cza małym Pimpin, „nieznośnym psiakiem, którego jestem niewolnikiem; zdarza mi się — pisze — że 
szukam go nagle obok siebie jeszcze teraz, po trzech tygodniach rozłąki" (6 sierpnia).

438

Ogromną pociechą były mu kilkakrotne wizyty żony i Jeanne z dziećmi. Przede wszystkim jednak przed 

skrajną melancholią ocaliła go praca. Gdy 2 sierpnia przywieziono mu książki i notatki, przeżył chwilę 
prawdziwej radości, rozpakowując je i organizując warsztat, ale

[...] potem wrócił niepokój; zastanawiałem się — pisze Zola — czy będę miał siły pracować. Tak burzliwy 

potok praepłynął przez moje życie, że jestem jeszcze głęboko wstrząśnięty [...] Będę musiał zdobyć się na 
ogromny wysiłek [...] Całe szczęście, źe plan mojej powieści jest prawie gotowy. [2 sierpnia]

Nazajutrz całe popołudnie spędził na przeglądaniu notatek, a wieczorem sporządził plan pierwszego roz-

działu:

Jutro wezmę się do pisania. Czuję, że jeżeli nie zacznę pracować, jeżeli nie zdobędę się na codzienny 

wysiłek, wpadnę w czarną rozpacz. Tylko czy zdołam odnaleźć samego siebie, czy będę mógł pracować tak 
udręczony jak jestem, tak zmaltretowany przez wydarzenia, w ciągłym oczekiwaniu nowych kłopotów. [3 
sierpnia]

Już następnego dnia jednak obawy ustępują:
Dziś o dziesiątej zacząłem pisać swoją powieść [.«] Mam nadzieję, że będzie mi to dużą pomocą. Jak tyle 

razy, wśród najgorszych cierpień moralnych, praca nie pozwoli mi załamać się. [4 sierpnia]

Na dziewięć dni przed powrotem do kraju, 27 maja 1899 r., rękopis powieści został ukończony. Ogromna 

wielosetstronicowa książka powstała w ciągu dziesięciu miesięcy, podczas których pisarz zaczął już gromadzić 
materiały do następnej.

Niełatwo dopatrzyć się w Płodności śladu trosk i niepokojów dręczących autora. Nic też nie wskazuje na to,

439

background image

że powstała nie we Francji. Jej pomysł zakorzeniony był w umyśle Zoli od paru lat i warunki, w jakich go 
realizował, miały znikomy wpływ na ostateczny kształt utworu. Genezy pierwszej Ewangelii należy poszukiwać 
dużo wcześniej. Temat płodności zajmuje poczesne miejsce już w Rougon-Macąuartach. Nie tylko bowiem 
zapewnia ona życiu zwycięstwo nad śmiercią, ale jest także symbolem postępu. Na początku lat dziewięćdzie-
siątych problem nabrał szczególnej ostrości i aktualności. W lipcu 1892 r., nim jeszcze narodził się projekt 
trylogii, Zola oświadczył w wywiadzie prasowym, że po skończeniu Matki Boskiej z Lourdes (tak miał brzmieć 
tytuł Lourdes), chciałby napisać „książkę o wyludnieniu". We Francji toczyła się wówczas dyskusja nad 
przyczynami grożącego jej wyludnienia. Z niepokojem śledzono spadające stale wskaźniki przyrostu 
naturalnego, poszukiwano środków zaradczych, mówiono o rozmaitych sposobach prawno-ekonomicznych, o 
ulgach podatkowych dla ojców wielodzietnych rodzin, o różnych nakazach i zakazach. Rozprawiano o 
maltuzjanizmie, zbijano jego pesymistyczne tezy, rozdzierano szaty nad przyszłością Francji, ubolewano, że 
nigdy nie stanie się mocarstwem kolonialnym, dawano zbawienne rady młodym: żeńcie się wcześnie, z miłości, 
a nie dla pieniędzy, i wyjeżdżajcie do Afryki, zdobywać dla Francji niezaludnione tereny.

W maju 1896 r. Zola opublikował w „Le Figaro" artykuł zatytułowany Wyludnienie: „Od dziesięciu lat 

nurtuje we mnie pomysł powieści, której prawdopodobnie nigdy nawet nie zacznę." Książka miała nosić tytuł 
Dćchet (Utrata), a Jej tematem miały być rozmyte sposoby „oszukiwania natury", zmniejszania przyrostu 
naturalnego, analiza przyczyn tego zjawiska oraz poszukiwanie środków zaradczych. Zdaniem Zoli przyczyny 
zła są nie tylko natury ekonomicznej. Niemałą rołę
odgrywa literatura i sztuka, wagnerowski kult dziewictwa, nihilizm Schopenhauera i jego uczniów, którzy 
głoszą, że człowiek nie ma prawa powoływać do życia istot skazanych na cierpienie. Toteż, aby zaradzić złu, 
należy przede wszystkim „zmienić modę", stworzyć „nowy ideał" na miejsce obecnego ideału bezpłodności, 
przywrócić do godności macierzyństwo, walczyć z mal- tuzjanizmem i mieszczańskim egoizmem, wpoić 
przekonanie, źe „każda miłość, która nie ma na celu dziecka, jest w gruncie rzeczy rozpustą". Jest to zadaniem 
pisarzy i artystów, zadaniem sztuki, wszelkie środki praw- no-ekonomiczne pozostaną bowiem bezsilne, dopóki 
„modą i ideałem" będzie bezpłodność.

W ciągu dwóch lat dzielących ten artykuł od zakończenia trylogii pomysł pojedynczej powieści rozrósł się 

w projekt całego cyklu (Zola widać potrafi myśleć wyłącznie cyklami!), a i sama koncepcja powieści uległa 
zasadniczej modyfikacji: z Utraty stała się Płodnością, poematem na cześć życia, pierwszym aktem odkupienia 
świata przez apostolskie potomstwo księdza Piotra Fro- menta.

W pierwszym tomie, Płodności — pisze Zole we wstępnym szkicu cyklu — podejmuję projekt Utraty [...] 

Ale łagodzę go i rozszerzam, robię z niego hymn do płodnośd.

Przyczyny tej modyfikacji autor tłumaczy w wywiadzie udzielonym tuż po ukazaniu się powieści:
Wedle pierwotnej koncepcji książka miała nosić tytuł Utrata; nie myślałem wówczas o tym, aby 

maltuzjańskim praktykom pewnego odłamu burżuazji, zamierzonej bezpłodności stanowiącej przyczynę 
wszelkich występków, dezorganizacji rodziny i najgorszych katastrof, przeciwstawić przykład grupy społecznej, 
która nie oszukuje natury i która dzięki wielodzietności osiąga dobrobyt. Utrata byłaby obrazem bardzo 
ciemnym, niczym nie złagodzonym, który wy

background image

warłby może zbyt przykre wrażenie na czytelniku. Kiedy skończyłem Trzy miasta, moja koncepcja uległa 
zmianie. Postanowiłem obok choroby pokazać również lekarstwo. *
W ostatecznej formie powieść, jak wszystkie w tym cyklu, skomponowana jest na zasadzie kontrastu: choroba i 
lekarstwo, rzeczywistość i marzenie. Z jednej strony obraz niezmąconej szczęśliwości Mateusza Fro- menta i 
jego żony, Marianny, którym natura błogosławi, bo są jej posłuszni i rozmnażają się w nieskończoność. Hymn 
do płodności, długie wersety w stylu biblijnym, które na początku i końcu każdego z rozdziałów czwartej księgi 
sławią narodziny kolejnych potomków tej pary:
I minęły dwa lata. I w ciągu tych dwóch lat Mateuszowi i Mariannie narodziło się jeszcze jedno dziecię. I wraz 
ze wzrostem rodziny powiększyła się posiadłość Chantebled [...] I było to wielkie dzieło, dobre dzieło, dzieło 
płodności, które stawało się przez ziemię i kobietę.
Wywiódłszy potomstwo z dwunastu synów i córek, Mateusz i Marianna, których czas nawet oszczędza, do-
żywają krzepcy i młodzi matuzalemowego wieku, a na ich diamentowe gody zjeżdża się 158 potomków w linii 
prostej, nie licząc powinowatych i tych, co wyjechali za morze, aby tam kontynuować „dobre dzieło płodności" i 
budować imperium kolonialne Francji. Wszystko układa się jak w bajce, proste i łatwe: płodnemu Mateuszowi 
los się uśmiecha, ziemia przynosi mu bogate plony, dzieci, zdrowe i silne, piękne i szlachetne, rozmnażają się 
dalej, wierne przykładowi rodzica, powiększając jego i swój własny stan posiadania. Płodność, jak mówi Charles 
Póguy, „to podbój ludzkości przez rodzinę Froment".

Druga część dyptyku maluje tragiczny obraz nieszczęść zrodzonych z egoizmu i głupoty, które hamują 

swobodny rozkwit życia, zabijając je w zarodku. Zola prezentuje kolejno rozmaite sposoby „oszukiwania na-
tury" w celu ograniczenia przyrostu naturalnego, niczym drugi Jan Jakub Rousseau potępia matki uchylające się 
od obowiązku karmienia dzieci, piętnuje ponury proceder handlu mamkami, ukazuje okrutny los niemowląt 
oddawanych „na garnuszek", wprowadza czytelnika do klinik-spelunek prowadzonych przez „fa- brykantki 
aniołków". Ten obraz, namalowany ciemnymi barwami, przypominający niekiedy Kuchenne schody, byłby 
zgodny z dawną realistyczną techniką, gdyby układem nie rządziła wyłącznie chęć zbudowania wiernych, 
narzucająca wszelkie nieprawdopodobieństwa i sztuczności. Pisarz opowiada mrożące krew w żyłach dzieje par 
małżeńskich, których sprzeczne z naturą poczynania zostają srodze i bez wyjątku ukarane. Jakieś tajemnicze 
bóstwo zdaje się rządzić światem powieści, nagradzając posłusznych sobie a karząc niechybnie tych wszystkich, 
co grzeszą przeciwko przykazaniu płodności. Śmierć, obłęd, ślepota-, ruina majątkowa — oto ciosy, które na 
nich spadają dlatego tylkc, że nie chcą mieć dzieci.

O ileż bardziej koncepcja Płodności byłaby prosta, ileż zgodniejsza z normalnym biegiem życia, [...] gdyby 

była chrześcijańska — pisał jeden z krytyków katolickich. — Pan Zola nie musiałby mnożyć 
nieprawdopodobieństw, aby wynagrodzić już w życiu doczesnym Mateusza i Mariannę i aby dowieść — co 
zdaje się wątpliwe — że dobrze pojęty interes własny nakazuje zawsze małżonkom pomnażać potomstwo. 

10

Zola sam dostrzegał artystyczne niedostatki powieści. Dziękując Oktawiuszowi Mirbeau za recenzję, pisał 

otwarcie:

background image

i Znam dobrze braki mojej książki, nieprawdopodobieństwa, zbyt wyraźne, zamierzone symetrie, banalne 

prawdy moralności [...]; jedynym usprawiedliwieniem jest to, które Pan wymienia: szczególna struktura 
narzucona przez temat [...] Sądzą również, że lepiej zostanę zrozumiany, gdy trzy następne powieści 
uzupełnią moją myśl. Płodność jest tylko ludzkością, która rozrasta się, aby wypełnić zadanie jutra. Ale 
zwycięstwo nadal zdaje się pozostawać przy sile; to właśnie naprawi organizacja pracy, nadejście prawdy i 
sprawiedliwości. Wszystko to jest mocno utopijne. Ale cóż! Od czterdziestu lat przeprowadzam sekcje, 
pozwólcie mi na stare lata pomarzyć nieco. *
Zdumiewająco życzliwe przyjęcie powieści przez wielu krytyków tłumaczy się względami raczej pożali- 

terackimi. W środowiskach postępowych Zola od dawna zdobył sobie prestiż moralny, który spotęgowała inter-
wencja w sprawie Dreyfusa. Jego ipryncypat moralny przyrównywano do tego, który w ostatnich latach życia 
sprawował Hugo. Stał się niejako przywódcą sumień, skupiała się wokół niego liczna elita umysłowa, uznała go 
za swojego mistrza grupa młodzieży, która głosiła moralne i społeczne cele sztuki i która z entuzjazmem 
powitała tę pierwszą próbę stworzenia świeckiej moralności. Chwalono zatem powieść nie tyle za jej walory 
literackie, ile za wzniosłe intencje, za optymizm, a niektórzy również za odwrót od naturalizmu. Nawet Leon 
Daudet, syn Alfonsa, zaciekły wróg Zoli, antysemita i jeden z najaktywniejszych antydreyfusardów, w liście z 
17 grudnia 1899 r. obdarza go — niezupełnie może serio — komplementem, na który Zola nie mógł być 
obojętny:

Czytam jednocześnie Zmartwychwstanie Tołstoja. I niech mi Pan wierzy, mówię całkiem szczerze: tym 

razem prześcignął Pan wielkiego Rosjanina.

11

W parę dni po opublikowaniu artykułu Wyludnienie, 30 maja 1896 r., Zola otrzymał list od ucznia Fouriera 

i wydawcy jego dzieł, Noirota, który zwracał pisarzowi uwagę na to, że aby można było zrealizować zawarte w 
artykule postulaty zwiększenia przyrostu naturalnego, trzeba najpierw przeobrazić materialne i moralne warunki 
społeczeństwa, stworzyć ustrój' gwarantujący wszystkim środki do życia. Jednocześnie zachęcał Zolę, aby 
zainteresował się wprowadzanymi przez fourierysrtów w życie próbami zapoczątkowania tej ewolucji społecznej 
i ofiarowywał mu swoją pomoc w zakresie dokumentacji. Jesienią Zola spotkał się- z Noirotem, ale rozmowa nie 
dała natychmiastowych rezultatów: w Paryżu, nad którym wówczas pracował

fourieryzm potraktowany został 

pobieżnie, na równi z innymi utopiami społecznymi. Dopiero w trzy lata później pisarz zaczął poważniej 
studiować doktrynę Fouriera, która dostarczyła mu już pewnych koncepcji do jedenastego tomu Rougon-
Macąuartów, Wszystka dla pań.

W kwietniu 1901 r. Jaures, wspominając wizytę,, którą złożył Zoli w Anglii, przytacza słowa pisarza:
Nadeszła godzina, kiedy nie wystarcza marzyć i przeczuwać. Należy wiedzieć. Należy ustalić sposoby 

organizacji i środki wyzwolenia. Co do mnie, czytam, poszukuję, nie aby wymyślić jeszcze jeden nowy system, 
ale żeby wydobyć z dzieł socjalistów to, co najbardziej zgodne z moją pasją życia, z moim umiłowaniem energii, 
zdrowia, bujności, radości. Pewien przyjaciel pożyczył mi Fouriera, którego czytam w tej chwili olśniony. Nie 
wiem jeszcze, co wyjdzie z moich poszukiwań, ale chciałbym dać gloryfikację pracy i zmusić ludzi, którzy ją 
profanują, upodlają, kalają szpetotą i nędzą, by zaczęli ją wreszcie szanować.

Po powrocie do Francji w czerwcu 1899 r. Zola zabrał się bezzwłocznie do pracy nad drugą Ewangelią, 

wizją

background image

przyszłego społeczeństwa wedle teorii Fouriera. O bogactwie dokumentacji i ogromie wysiłku włożonego w jej 
przygotowanie świadczą akta powieści, liczące około tysiąca stron rękopisu.

W 1897 r. zorganizowano w Albi hutę szkła prowadzoną przez samych robotników na zasadach kooperacji; 

istniała ona i funkcjonowała pod bokiem zakładów w Carmaux i jej personel składał się głównie z ód

prawionych stamtąd robotników. Początkowo Zola za- rpierzał obrać ją za jedyny model swojej powieści. Potem 
jednak zmienił projekt, powodowany przede wszystkim względami artystycznymi:

Potrzeba mi wielkich pieców, wielkich zakładów przemysłowych obrabiających jakiś surowiec. Żelazo 

wydaje ml się najlepsze. Tym bardziej że, jak sądzę, odkrycia naukowe mogą znacznie udoskonalić jego 
obróbkę. *

Ostatecznie, zachowawszy z Albi ideę przedsiębiorstwa opartego na zasadach kooperacji, zdecydował się na 

zakłady Unieux w departamencie Loary.

Założycielem huty i stalowni w Unieux był Alzatczyk, Jacob Holzer, prosty robotnik, którego historię Zola 

streszcza w swoich notatkach:

Całym luksusem Holzera był ciemny domek wybudowany w pobliżu jego wielkich młotów. Miał syna i 

dwie córki; syn jest ojcem obecnego Holzera, [...] jedna z córek poślubiła Doriana, [...] to matka pani Mćnard-
Dorian, babka Doriana. Obecnie fabryka jest nadal w rękach rodziny. Dyrektorami są M. D. i jego kuzyn, 
Holzer, wnuk Jacoba. Dwa zamki na dwóch zboczach, po prawej i lewej stronie, a w dole fabryka i miasteczko 
robotnicze nad brzegiem rzeczki. Najdoskonal* szy, najbardziej uderzający przykład tego, co nazwano 
feudalizmem przemysłowym. Historia trzech pokoleń od dziada, prostego robotnika, do obecnego Holzera 1 
Mćnarda,

wnuka 1 męża wnuczki [.,.] Dwa zamki dominujące nad doliną, [...] gdzie pozostał uciskany lud, który nic nie 
zyskał w zakresie dobrobytu, wartości moralnych 1 materialnych. Status quo nędzy i cierpienia na dole, gdy na 
górze jeden z nich, który oderwał się, wzrósł w bogactwo i ma odtąd wszystko: luksus, wykształcenie, 
wyrafinowanie, wszelkie przywileje. *

Zola utrzymywał przyjazne stosunki z państwem Mśnard-Dorian, dobrze znanymi w ówczesnym świecie 

literacko-artystycznym stolicy. W styczniu 1900 r. na ich zaproszenie pojechał na parę dni do Unieux, gdzie 
mógł przyjrzeć się z bliska pracy stalowni. Zebrane tam materiały dokumentacyjne wykorzystał w powieści 
łącznie z historią rodu Holzerów, którą odtworzył w historii rodziny Quirignon, właścicieli stalowni Abime. 
Mśnard-Dorian żywo się interesował przygotowywaną powieścią. 7 marca pisał do Zoli:

Czy Pańska utopia przemysłowa jest bliską realizacji? Oto, co wyciąłem z jakiejś gazety przemysłowo-

finansowej: „Pewien uczony włoski wynalazł podobno sposób topienia rudy w piecu elektrycznym, co w 
porównaniu z kosztami topienia w wielkich piecach przy użyciu węgla [...] pozwala obniżyć je o 50%."

11

Informacja ta podsunęła Zoli pomysł. wynalazku, którego dokonuje jeden z bohaterów powieści, uczony 

Jordan, i który umożliwia sukces wzorowej, skolektywi- zowanej fabryki. W ten sposób nauka oddana w służbę 
idei społecznej przyczynia się do szczęścia i dobrobytu ludu.
W Płodności stworzyłem rodzinę. Praca jest dziełem, którego chciałbym dokonać z Fourierem; organizacja 
pracy, praca matką i regulatorką świata. Razem z Łukaszem, drugim

background image

synem Piotra i Marii, tworzę miasto, miasto przyszłości, coś w rodzaju falansteru [...] Hosanna na cześć pracy 
[„.] Ale unikać sielanki, rzeki mleka. Konieczność wilków w owczarni' [...] Pamiętać, że piszę powieść [...] A 
więc niezbędny jest jakiś dramat o ogromnej intensywności. Żeby mieć dramat, najlepiej będzie wyjść od nędzy 
i hańby obecnego społeczeństwa. Umieszczam więc Łukasza w jakimś mieście oddalonym od Paryża [...] I tutaj 
całe społeczeństwo w miniaturze [...] Pokazać miasto przeżarte zgnilizną, na drodze do ostatecznego rozkładu, i 
stopniowo ocalić je pracą, uczynić z niego w końcu obraz przyszłego społeczeństwa pokoju i szczęścia [...] 
Dramat miłości. Dramat pieniądza. Wszelkie plagi: morderstwo, kradzież, kłamstwo, nędza, występek, głód, 
prostytucja. Wszystko to w końcu ureguluje normalna praca. Miłość. Piękne marzenie. Trzecia księga. Wy-
gaśnięcie nienawiści Co się stanie z pieniądzem? Solidarność. Braterstwo [...] Cała historia pracy od ubiegłego 
stulecia [...] Niegdyś przejście od niewolnictwa do pracy najemnej, teraz przejście od pracy najemnej do czegoś 
innego. W tym właśnie tkwi wielkość mojej książki, cofnięcie się aż do końca XVIII wieku, przegląd całego 
wieku XIX i sięgnięcie w przyszłość, do końca wieku XX, marzenie o tym, co będzie. *

Powieść składa się z trzech ksiąg, skomponowanych na zasadzie podwójnego kontrastu: między środo-

wiskiem burżuazyjnym a robotniczym i między teraźniejszością a przyszłością. Łukasz Froment, brat Mateusza 
z Płodności, przybywa nazajutrz po zakończeniu katastrofalnego strajku do Beauclair, miasta robotniczego, które 
wyrosło wokół produkującej broń stalowni Abime (tzn. otchłań), własności rodziny Quirignon. Przyjechał na 
wezwanie swojego przyjaciela Jordana, uczonego, właściciela starego pieca hutniczego, którego ten chce się 
pozbyć, aby móc w spokoju oddawać się badaniom naukowym nad elektrycznością. Wstrząśnięty widokiem 
nieludzkiej pracy, nędzy i cierpień robotników
Abime, Łukasz postanawia pod wpływem książki Fouriera, znalezionej przypadkowo w bibliotece Jordana, 
podjąć natychmiast próbę odnowy społecznej, której idea nurtuje w nim od dawna. Nakłania Jordana, aby 
odstąpił mu swój piec hutniczy i zakłada w sąsiedztwie Abime nową, wzorową fabrykę, pracującą oczywiście 
dla celów pokojowych, zorganizowaną na fourierowskiej zasadzie kooperacji pracy, kapitału i talentu. Przy 
fabryce powstaje nowe miasto, rodzaj falansteru, o własnych, odrębnych prawach, Crecherie (nazwa równie 
symboliczna jak Abime, „la creche" znaczy bowiem „kolebka, żłobek").

Po długich latach trudów i walk wysiłki Łukasza odnoszą triumf. Abime znika z powierzchni ziemi, stra-

wione niczym nowy Babilon oczyszczającym ogniem pożaru. Marzenie o królestwie sprawiedliwości na ziemi 
zostaje zrealizowane: wrogie klasy przestają istnieć, zlewają się w jedną społeczność, rządzoną prawem pracy i 
miłości; inne wspólnoty produkcyjne wzorowane na Crecherie wyrastają wokół jak grzyby po deszczu: chłopi 
łączą swoje skrawki ziemi w wielkie kolektywne fermy; koedukacyjne szkoły, stosujące nowe metody pe-
dagogiczne, wychowują zdrową fizycznie i psychicznie młodzież w kulcie pracy i w duchu braterstwa; praca, 
urozmaicona i łatwiejsza dzięki postępowi technicznemu, staje się wewnętrzną potrzebą i przyjemnością, a nie 
przykrym, narzuconym z zewnątrz obowiązkiem; religia umiera śmiercią naturalną, gdy ostatni kościół wali się 
w gruzy na głowę ostatniego kapłana, ludzie bowiem, szczęśliwi wreszcie na ziemi, nie łakną pociechy raju. W 
dni święta milkną umajone przez wdzięcznych robotników maszyny, lud bawi się i ucztuje na ulicach przy 
obficie zastawionych stołach, a taka promieniuje zeń miłość i pogoda, że ptaszęta nawet, zbywszy przyrodzonej 
trwożliwości, biorą udział w tych bra

background image

A
J
terskich agapach. Sztuka w służbie ludu, dostępna dla wszystkich, łatwa i zrozumiała, dodaje bodźca do pracy i 
dostarcza rozrywki w dni wypoczynku.

Zola odrzuca w Pracy rewolucyjny socjalizm, kolektywizm, który odstręczał go zawsze swoją teorią rewo-

lucji jako jedynego przejścia od starego do nowego porządku oraz swoim dogmatyzmem, co było szczególnie 
wyraźne w Paryżu, gdzie nazywał go „demokraty cz^ ną formą despotyzmu", „dyktaturą państwową podpo-
rządkowującą jednostkę kolektywowi". Odrzuca też definitywnie anarchizm, który głosi zniszczenie wszyst-
kiego, aby wszystko na nowo odbudować. W fourieryz- mie dopiero znajduje to, czego szukał: doktrynę gło-
szącą możliwość pokojowego przejścia do nowego porządku opartego na powszechnej harmonii i miłości, teorię 
swobodnego i pełnego rozwoju wszystkich twórczych sił jednostki, wszystkich namiętności ludzkich, które 
zamiast tłumić należy wykorzystywać dla dobra ogółu; jest to teoria zgodna' z jego starą wrogością do 
katolicyzmu jako filozofii dążącej do ciągłego ujarzmiania i przezwyciężania natury ludzkiej, z gruntu złej, bo 
skażonej grzechem pierworodnym.
Łukasz wprowadza nowy porządek społeczny drogą pokojową, przekonując ludzi za pomocą eksperymentu
0 wyższości kooperacji nad walką i konkurencją, wykazując im, że dobrobyt i szczęście jednostki zależą od do-
brobytu i szczęścia wspólnoty. Apeluje do ich rozumu, do właściwie pojętego interesu osobistego; wpaja im 
umiłowanie pracy, usuwa „pasożytów społecznych", likwiduje handel, a w dalszym rozwoju również i pie~ 
niądz. Wszyscy pracownicy mają udział w zyskach
1 kierownictwie przedsiębiorstw, stanowiących własność ogółu. W zawiłe szczegóły tych reform autor zresztą 
nie wnika. W gruncie rzeczy odrodzenie starego świata dokonuje się głównie przez miłość, w taki do
kładnie sposób, jak to głosił Michelet, którego ideał moralny i społeczny odżywa z nową siłą w Czterech Ewan-
geliach: w pierwszej Mateusz i Marianna realizują wyłożony w Miłości program odrodzenia rodziny; w drugiej 
„wszystkie stare bariery upadają przed wszechpotężną mediatorką, Miłością"

14

: wrogie klasy zanikają dzięki 

małżeństwom zawieranym między dziećmi robotników a potomkami burżuazji zdjętymi nagłym uczuciem do 
proletariatu i wstrętem do pasożytniczego życia z kapitału. W nieskończoność wydłuża się orszak mieszanych 
par na czele z Łukaszem, który poślubia biedną córę ludu, Josine. I rodzi się z tych związków mnóstwo dzieci, 
które utrwalają ostatecznie to królestwo szczęśliwej pracy i płodnej miłości.
Na końcowych stronach opowiada autor o tym, co się działo w innych krajach, które wybrały odmienną drogę, 
aby dojść do tego samego celu:

W pewnej wielkiej republice władzę zdobyli kolektywiści. Przez długie lata toczyli zaciętą walkę polityczną 

o opanowanie parlamentu i rządu. A ponieważ nie zdołali osiągnąć tego legalnymi środkami, musieli dokonać 
zamachu stanu, z chwilą gdy poczuli się dostatecznie silni i pewni zdecydowanego poparcia ludu. Już nazajutrz 
wprowadzili w całej rozciągłości swój program w drodze ustaw i dekretów. Zaczęło się masowe wywłaszczanie, 
cała własność prywatna przeszła w posiadanie narodu, wszystkie narzędzia pracy wróciły do pracujących. Nie 
było już ani właścicieli, ani kapitalistów, ani pracodawców. Państwo sprawowało całą władzę, stało się panem 
wszystkiego, zarazem właścicielem, kapitalistą i pracodawcą, regulatorem i dystrybutorem życia społecznego. 
Ale ten potężny wstrząs, te brutalne i radykalne przemiany nie mogły oczywiście dokonać się bez okrutnych 
walk [...] Przez długie lata trwała potworna wojna domowa, bruki ulic poczerwieniały od krwi, wody rzek 
toczyły trupy f...J Następnie państwo miało mnóstwo wszelkiego rodzaju trudności, aby nowy porządek mógł 
sprawnie funkcjonować.

background image

Rozwinęła się olbrzymia biurokracja, rozbudowany system kontroli, reglamentacji, koszarowego drylu:

Stopniowo anarchia utożsamiała się z ewolucją komunistyczną, gdyż [...] różniła się od innych grup 

socjalistycznych jedynie swoim pragnieniem zniszczenia wszystkiego, aby wszystko odbudować [...] I wielkie 
cesarstwo, w którym zatriumfowała wśród rzezi i pożarów, włączyło się do wielkiej ogólnoludzkiej federacji 
wyzwolonych narodów.**

Powieść kończy się proroczą jakby wizją ostatniej wojny, po której na zawsze zapanował na ziemi pokój:
A jednak ewolucja dopełniała się, był to mimo wszystko krok naprzód ku sprawiedliwości, praca zdobyła 

należne sobie zaszczytne miejsce, z każdym dniem następował sprawiedliwszy rozdział bogactw [...] I dzisiaj to 
państwo kolektywistyczne, po przebyciu tylu katastrof, przelawszy tyle krwi, wkracza w erę pokoju, dochodzi 
do braterskiej solidarności ludów wolnych i pracujących.*

Podobnie też nie obeszło się bez ofiar i przelewu krwi, bez utraty wielu żywotnych sił narodu, w pewnym 

wielkim cesarstwie, w którym zatriumfowała anarchia:

Przez długi czas miasta płonęły nocą niczym pochodnie, wśród wycia mordowanych dawnych katów, którzy 

nie chcieli umierać. I był to przepowiadany potop krwi, którego płodną konieczność głosili prorocy anarchii.

Ale i tutaj „na ruinach starego świata" zrealizowało się wzniosłe, piękne marzenie anarchistów: wolny czło-

wiek w wolnym społeczeństwie.

Ostatnia wojna, ostatnia bitwa [...] Były one tak straszne, że ludzie na zawsze złamali miecze i zniszczyli 

armaty. Działo się to na początku wielkich kryzysów społecznych, które odrodziły świat [...] Ani Jeden naród nie 
mógł pozostać na uboczu, jedne pociągały za sobą drugie, dwie olbrzymie armie stanęły do walki, zdecydowane 
wyniszczyć się, tak jakby na opustoszałych i jałowych polach na dwóch ludzi było o jednego za dużo [...] 
Walczący nie potrzebowali nawet zbliżać się do siebie, ani widzieć się, armaty z przeciwnego krańca horyzontu 
wyrzucały pociski, których wybuch na obszarze całych hektarów zmiatał wszystko z powierzchni ziemi, dusił, 
zatruwał. Nawet z nieba balony ciskały bomby, które zapalały miasta [...] Nauka wynalazła środki wybuchowe, 
machiny zdolne nieść śmierć na niewiarygodną odległość, zniszczyć cały naród jakby w jednym wielkim 
trzęsieniu ziemi [...] I była to ostatnia bitwa [...], tak niezbicie bowiem każdy przekonał się, że wojna jest odtąd 
niemożliwa wobec potęgi nauki, która winna być siewcą żyda, a nie śmlerd. *

Rękopis Pracy, zaczęty 15 marca 1900 r., ukończony został w niespełna rok później, 6 lutego 1901 r. 

Powieść, podobnie jak poprzednia, ukazała się najpierw w ,,L'Aurorę", gdzie autor zrzekł się honorarium ze 
względu na trudności finansowe pisma. Powitał ją istny koncert pochwał. Nie obeszło się oczywiście bez ataków 
ze strony tradycyjnych wrogów politycznych. Na ogół jednak stanowisko krytyki było entuzjastyczne. Socjaliści, 
chociaż formułowali pewne zastrzeżenia co do utopijno- ści konkluzji niezgodnych z doktryną marksistowską, 
przyjęli powieść raczej życzliwie, zwłaszcza po wystąpieniach Jaurósa, który wytykał wprawdzie autorowi, że 
pomniejsza rolę walki klasowej i nie uznaje rewolucji, ale książkę lubił i uważał, że zdecydowany akces Zoli do 
socjalizmu, choóby nawet nieortodoksyjnego, ma ogromne znaczenie propagandowe:

background image

Jakkolwiek Zola woli iść do komunizmu drogą pokojowej ewolucji, kooperacji, to jednak nie zamyka 

potężnego biegu historii w jakiejś wyłącznej formule [...] Trzeba, aby stare społeczeństwo zniknęło, bez 
wstrząsów i pokojowo, jeżeli to możliwe, lub w drodze rewolucji, jeżeli losy nie znajdą innej. Nie można 
zarzucić temu wielkiemu dziełu ani nieśmiałości, ani ciasnoty poglądów.

I ostatnie zdanie: „Rewolucja społeczna znalazła wreszcie swojego poetę", jest pod piórem Jaurósa naj-

wyższą niewątpliwie pochwałą.

15

Skończyłem wreszcie tę straszną Prawdę, która kosztowała mnie cały rok ogromnych wysiłków — pisał 

Zola 8 sierpnia 1902 r. — Dzieło jest co najmniej równie długie jak Płodność, a znajduje się w nim taka 
rozmaitość postaci, taka gmatwanina faktów, że nigdy jeszcze żadna praca nie wymagała ode mnie surowszej 
dyscypliny. *

Mimo swoich rozmiarów, 750 stron druku, ta „straszna Prawda" jest raczej zbeletryzowaną publicystyką niż 

powieścią i stanowi nie tylko ostatnie słowo Zoli w sporze między religią a nauką, lecz także odpowiedź na 
bardzo konkretne i aktualne zamówienie społeczne. Socjaliści i radykałowie mieli rację, kiedy, protestując w 
1894 r. przeciwko formule .^nowego ducha" i ugodzie między Kościołem a republiką, przypominali historię 
konia trojańskiego. Klerykalizm poczynił od tego czasu tak ogromne postępy, przeszedł do ataku w sposób tak 
agresywny, że nawet umiarkowani republikanie pojęli konieczność kontrofensywy. Uchwalenie w 1901 r. usta-
wy ograniczającej swobodę kongregacji zapoczątkowało, po kilkunastoletniej przerwie, nowy okres polityki 
antyklerykalnej, która kontynuowana przez radykalny

background image

gabinet Combesa, miała doprowadzić do rozdziału Kościoła od państwa. Nie odbywało się to oczywiście bez 
zaciętej walki i Zola włączał się w nią swoją nową powieścią, w której domagał się pełnej i rzeczywistej la-
icyzacji szkolnictwa.

Skomponowana, jak dwie poprzednie Ewangelie, na zasadzie dwudzielności: choroba i lekarstwo, krytyka 

istniejącego stanu rzeczy i wizja przyszłości, Prawda wymierzona jest w swojej części negatywnej przeciwko 
nauczaniu zakonnemu i stanowi najgwałtowniejsze w dziele Zoli, brutalne wręcz oskarżenie Kościoła i religii; w 
swojej części pozytywnej natomiast jest obroną i gloryfikacją szkoły świeckiej, „poematem nauczyciela szkoły 
powszechnej", który „spełnia w rodzącej się demokracji najpiękniejszą i najszczytniejszą misję" apostoła 
prawdy, wychowawcy wolnych i światłych obywateli, „budowniczych przyszłego państwa sprawiedliwości i 
pokoju".

Ideologiczną tezę utworu: nie ma sprawiedliwości bez prawdy, a prawdy bez oświaty ludu, która wyzwoli 

go spod wpływów klerykalizmu, ilustruje fabuła będąca przejrzystą parafrazą sprawy Dreyfusa. Trzeci syn Pio-
tra Fromenta, Marek obejmuje kierownictwo szkoły powszechnej w mieście powiatowym Maillebois, gdzie od 
lat toczy się zażarta walka między szkołą świecką a zakonną. Jego poprzednik na tym stanowisku, Żyd Simon 
(czyt. Dreyfus), niesłusznie oskarżony o zamordowanie swego dwunastoletniego bratanka, został za tę zbrodnię, 
popełnioną w rzeczywistości przez nauczyciela ze szkoły zakonnej, brata Gorgiasza (czyt. Esterhazego), skazany 
na dożywotnie zesłanie. Przeświadczony o niewinności Simona, oczywistej dla każdego, kto potrafi i nie boi się 
samodzielnie myśleć, Marekr i§|j przed paToma laty Zola, podejmuje trudną walkę o rewizję procesu i 
uniewinnienie skazańca. Kolejne etapy
tej walki są dokładną rekonstrukcją dramatycznych wydarzeń sprawy Dreyfusa, której wszyscy prawie aktorzy 
znajdują swoje odpowiedniki w postaciach powieściowych. A ostatnia część utworu — wizja przyszłości, triumf 
prawdy i rehabilitacja niewinnego — dopisuje jakby w proroczym natchnieniu ostatni akt sprawy, którego 
rzeczywisty obrońca Dreyfusa nie dożył.

,

Sprawa Simona „ma wykazać Markowi konieczność oświecenia ludu", aby stał się on zdolny do przyjęcia 

prawdy i do sprawiedliwości, podobnie jak samego Zolę utwierdziła w tym przekonaniu sprawa Dreyfusa:

Jeżeli Francja nie była z nami — pisze w notatkach wstępnych^— to dlatego, że nie wiedziała, że nie mogła 

wiedzieć, bo nie tylko karmiona była kłamstwami, ale utrzymywana w mentalności, która nie pozwalała jej 
metodycznie myśleć i wytworzyć sobie poglądu opartego na rozumie. Toteż niezdolna była do sprawiedliwości 
Zmieńcie mentalność, a sprawiedliwość natychmiast stanie się możliwa. *

Konieczne jest w tym celu „sięgnięcie do podstaw gmachu społecznego, zajęcie się oświatą ludu", aby 

wyrwać go spod zgubnego wpływu Kościoła i ocalić Francję przed ostatecznym upadkiem.
Jeżeli Francja Woltera i Diderota, Francja Rewolucji trzech Republik, stała się żałosną Francją dzisiejszą, otu-
manioną, zbłąkaną, rozszalałą, gotową cofnąć się w przeszłość, zamiast iść ku przyszłości, to dlatego, że jezuici i 
inne zakony szkolne położyły rękę na dziecku, potrajając w ciągu trzydziestu lat liczbę swoich uczniów, 
pokrywając cały kraj siecią swoich potężnych zakładów [...] Wysokie stanowiska społeczne w armii, 
sądownictwie, administracji, polityce są w rękach ludzi wychowanych 1 uformowanych przez Kościół; 
burżuazja, niegdyś liberalna, niewierząca i wolno-

background image

myślna, dziś hołduje duchowi wstecznictwa, w obawie przed wywłaszczeniem, przed ustąpieniem miejsca 
wzbierającej fali ludu; masy ludowe, zatruwane zabobonami, utrzymywane są w ignorancji i kłamstwie, aby na 
zawsze pozostały trzodą przeznaczoną na strzyżenie i zabijanie [...] Zahukana, otępiała, wydana na łup 
przesądów masa, utrzymywana w kle- rykalnej bezmyślności, oto Francja [...] A jutro upadnie jeszcze niżej [...], 
jeżeli pozostawi się dzieci w rękach braci szkolnych i jezuitów [...] Walka rozegra się właśnie na terenie szkoły 
powszechnej, chodzi bowiem o rozstrzygnięcie, jaką oświatę otrzyma lud, powołany do wyzucia burżuazji z 
uzurpowanej przez nią władzy [...] Rola burżuazji jest skończona, przyznaje to sama, przechodząc do obozu 
wstecznictwa, przerażona naporem demokracji, która ją zmiecie [...] Siły jutra tkwią odtąd w ludzie, w nim 
drzemią skarby, ogromne zasoby ludzi, inteligencji i woli, jeszcze uśpione. [Dzieci ludu] stanowią surowiec, z 
którego powstanie przyszły naród; należy przygotować je do roli wolnych obywateli świadomych i 
zdecydowanych, wyswobodzonych z niedorzecznych dogmatów, ze śmiertelnych błędów religii, które zabijają 
wszelką wolność, wszelką godność ludzką [...] Maksyma Ewangelii: „Błogosławieni ubodzy duchem", to 
najstraszliwszy fałsz, który przez wieki utrzymywał ludzkość w bagnie nędzy i niewoli [...] Dopóki będą na 
świecie masy ubogich duchem, dopóty będą masy nędzarzy, zwierząt roboczych, wyzyskiwanych, pożeranych 
przez znikomą mniejszość złodziei i bandytów [...] Błogosławieni, którzy wiedzą, błogosławieni rozumni, ludzie 
woli i czynu, albowiem ich będzie królestwo ziemskie. *

W Prawdzie, najsłabszej chyba ze wszystkich Ewangelii, ideolog wziął bez reszty górę nad artystą; utwór 

jest już tylko bronią w walce, wypełnieniem społecznego obowiązku, owym „działaniem", którego Zola domagał 
się od artystów i pisarzy:

Działanie! Działanie! Wszyscy powinni działać, zrozumieć, że zbrodnią społeczną jest uchylanie się od 

działania w go
dzinie tak poważnej, kiedy zgubne siły przeszłości wydają ostateczną bitwę siłom jutra. Jej wynik zadecyduje o 
tym, czy ludzkość nie cofnie się, czy nie popadnie na nowo w błąd i niewolę, być może na całe jeszcze stulecie 
[...] Jest rzeczą konieczną, aby pisarze i artyści nie pozostawali na uboczu, bezużyteczni i obojętni.*

Dziwne dzieło te Ewangelie, których artyzm zdolny jest wywoływać najbardziej sprzeczne sądy — pisze w 

swojej monografii Guy Robert. — Nic, lub prawie nic, nie przypomina już w nich powieści, ani postacie 
sprowadzone do najbardziej sumarycznego schematu, ani fabuła, konstruowana ku większej chwale postępu. 
Prawda ostatnie ukończone dzieło Zoli, z trudem wydaje się do przyjęcia. Ta sprawa Dreyfusa sprowadzona do 
wymiarów powiatowego miasteczka jest jedynie pretekstem do rozwlekłej frazeologii lub do gwałtownych 
wystąpień, którym nie udaje się osiągnąć rzeczywistej siły. W Płodności jednak, a zwłaszcza w Pracy, liczne 
ustępy, które zuchwale upraszczają, usztywniają, wyolbrzymiają dane rzeczywistości i obarczają je do 
maksimum symbolicznym znaczeniem, narzucają brutalnie swoją osobliwą wielkość i wyrazistość. Nawet ta tak 
wyczuwalna w Eioangeliach pogarda dla elementarnych warunków dzieła sztuki wydaje się w końcu rezultatem 
przekonania tak głębokiego, że nasze mody i konwencje literackie nie mają tu nic do roboty.

16

Ostatnia Ewangelia, Sprawiedliwość, którą miał głosić ludom ziemi czwarty apostoł z rodu Fromentów, Jan, 

nie została napisana. Kilka stroniczek notatek wstępnych, około dwudziestu wycinków prasowych, garść uwag 
rozsianych w notatkach do poprzednich tomów — oto całe jej akta. Miała być ukoronowaniem dzieła, rozprawą 
z militaryzmem, hymnem na cześć szczęśliwej zjednoczonej ludzkości, wyzwolonej przez socjalizm i 
zmierzającej do „pokoju przez pracę", ludzkości, która narodzi się dzięki Francji.
Jeszcze przed ukończeniem Prawdy Zola naszkicował

background image

projekt następnego cyklu, Francja w marszu, serii dramatów, które miały odtwarzać, jak pisze, „naturalną i 
społeczną historię" Trzeciej Republiki, ukazywać

[...] z jednej strony siły przeszłości, monarchizm i klerykalizm, wyzyskujące wolność republikańską, aby 

cofnąć Francję wstecz, z drugiej — wszystkie siły postępu, [...] dramatyczną walkę o losy kraju i ludzkości. 
Każdy dramat będzie bitwą na określonym odcinku, a łączy je wszystkie wspólne dążenie do postępu, wspólna 
stawka, którą jest los narodu. Czy wróci on do przeszłości, aby w niej zginąć? Czy też pójdzie ku przyszłości, 
aby wspaniale rozkwitnąć? [...] Walka między dniem wczorajszym a jutrzejszym [...] Gdzie jesteśmy, dokąd 
idziemy?

Miała to być jednocześnie ipróba „stworzenia teatru dla ludu", dramatów, które by były „zrozumiałe dla 

wszystkich", „mogły być grane wszędzie" i zawierały w sobie naukę, „służyły propagandzie, nie przestając być 
dziełami czysto literackimi". * Słowem, sztuka w służbie ludu i postępu, taka właśnie jak ta, która rozgrzewała 
serca szczęśliwych obywateli miasta

1

 przyszłości, założonego przez Łukasza Fromenta.

Śmierć nie pozwoliła Zoli zrealizować tych projektów ani nawet dokończyć cyklu Ewangelii. W 1902 r. 

wcześniej niż zwykle opuścił Mśdan. Już. 28 września wrócił z żoną do Paryża. Ponieważ dzień był wyjątkom 
wo chłodny, zapalono w sypialni ogień na kominku. W nocy oboje ulegli zaczadzeniu. Gabrielę zdołano od* 
ratować; wobec Zoli wszelkie próby ratunku okazały się daremne.

Wiadomość o tym wypadku wstrząsnęła Paryżem. Śmierć pisarza była tak nagła, otaczające go nienawiśei 

tak silne, namiętności polityczne tak rozpalone, że za
częto snuć najrozmaitsze przypuszczenia. Wrogowie szerzyli pogłoski o samobójstwie, a nawet otruciu przez żo-
nę. Rodzina i przyjaciele podejrzewali morderstwo polityczne. Zarządzono dochodzenie policyjne. Jego wyniki, 
jak to zostało ujawnione dopiero w pięćdziesiąt pa-? rę lat później, zawierały wiele niejasności: eksperci nie 
potrafili wytłumaczyć obecności tlenku węgla w pokoju owej nocy z 28 na 29 września, kominek bowiem, 
poddany próbom 8 i 11 października, działał sprawnie, przewody były wolne. Orzeczenia ekspertów nie podano 
do wiadomości publicznej i stwierdzono pośpiesznie śmierć wskutek niezawinionego przez nikogo nieszczę-
śliwego wypadku. Władze obawiały się rozpętania nowej burzy, tym razem wokół „sprawy Zoli", gdyby 
utrzymało się podejrzenie morderstwa.

Hipoteza ta odżyła w pół wieku później. Niejaki Hac- quin, chcąc u schyłku życia zrzucić z siebie ciężar ta-

jemnicy, napisał do redaktora gazety „La Liberation", Jeana Bedela, aby podzielić się z nim zwierzeniem, które 
przed laty poczynił mu jeden z przyjaciół, zakamie- niały nacjonalista. W kwietniu 1927 r. przyjaciel ten, z 
zawodu, zdun, miał mu wyznać, że to on właśnie, wspólnie z kolegami, korzystając z robót przeprowadzanych 
na dachu sąsiedniej kamienicy, zatkał 28 września 1902 r. komin od mieszkania Zoli; nazajutrz rano komin 
oczyścili i nikt ich nie zauważył. Czyżby zbrodnia doskonała? Hipotezy tej nie sposób dzisiaj ani potwierdzić, 
ani obalić. Syn pisarza uważał ją za bardziej przekonywającą od wersji urzędowej. Badania podjęte przez Jeana 
Bedela nie zdołały jednak doprowadzić do rezultatów całkowicie jednoznacznych. Zdun umarł wkrótce po 
rozmowie z Hacąuinem, którego rewelacji "nie można Uznać za wystarczający dowód; tłumaczyłyby one jednak 
wyniki ekspertyzy z 1902 r., których nie mógł znać, bo dopiero Jean Bedel w toku swoich ba

background image

dań odgrzebał je w aktach policyjnych. Argumentem najsilniej przemawiającym za tymi rewelacjami jest 
psychologiczne prawdopodobieństwo takiego czynu we Francji czasu sprawy Dreyfusa, kiedy to Zola otrzy-
mywał setki listów z pogróżkami, a nazajutrz po jego śmierci nacjonalistyczne gazety nie wahały się wyrażać z 
tego powodu radości i dziękować Bogu za wymierzoną sprawiedliwość.

Cały natomiast postępowy świat śmierć Zoli pogrążyła w żałobie.
Zola umarł i wiele serc ludzkich smutnych będzie — pisała Gabriela Zapolska. — [...]

r

 Czyż może być coś 

więcej ludzkie, jak to całe olbrzymie dzieło tak tragicznie zgasłego pisarza? [...] Wszystko jest w nich, ludzkość 
cała. I dlatego ludzkość wiecznie go kochać i czytać będzie. Dla każdego Zola miał czas i myśl. Proletariat był 
mu tak bliski, jak złocony salon ministrów i mury rzymskich pałaców. Tylko że on proletariat kochał, cierpiał 
wraz z nim, rany jego na światło dzienne wywłóczył, wołając: „Patrzcie, jak cierpią ci, którzy żyć bez cierpień 
mają prawo."

17

Przedstawicieli tego proletariatu nie zabrakło na pogrzebie Zoli. Stawili się na apel Maurycego Le Blonda, 

który 3 października wzywał ich w „L'Aurorę" słowami: „Trzeba, abyście wokół trumny Zoli uformowali fresk 
równie wspaniały, jak ten, który on stworzył w swoich książkach."

18

 Delegaci górników z Denain odprowadzali 

go na cmentarz, skandując jedno słowo: „Germinal". A po oficjalnych przemówieniach ministra oświaty i 
prezesa Stowarzyszenia Literatów żegnał go w imieniu towarzyszy walki Anatol France:

Nie litujmy się nad nim, że wiele przeszedł i przecierpiał — mówił w zakończeniu swojej długiej mowy. — 

Zazdrośćmy mu. Na najpotworniejszym stosie obelg, jaki wzniosły kiedykolwiek głupota, ignorancja 1 złość, 
sława jego osiągnę* ła zawrotne wyżyny.

Zazdrośćmy mu. Przyniósł chwałę swojej ojczyźnie, światu całemu, ogromnym dziełem i wielkim czynem. 

Zazdrośćmy mu. Przeznaczenie i własne serce stworzyły mu los największy: stał się przebłyskiem sumienia 
ludzkości.

19

W dziesięć lat po Oskarżam!..., 6 czerwca 1908 r., decyzją lewicowego gabinetu Clemenceau, współtowarzysza 
walki w obronie Dreyfusa, prochy Zoli zostały przeniesione do Panteonu, gdzie spoczęły obok Wiktora Hugo.