background image

Henryk Krzyczkowski

DZIELNICA MILIONERÓW

    Cztery widoczne z daleka wysokie kominy fabryczne wyznaczały czworobok, wciśnięty 
pomiędzy fabryki „Mechaników" i „Majewskiego", rozciągający się od torów kolejowych aż 
do drogi łączącej ruiny wytwórni terakoty z ogołoconymi murami „Blaszanki".

Ten wydłużony, nieforemny czworobok, przecięty równoległymi ulicami Stalową i 

Ołówkową, był w dawnym Pruszkowie małą peryferyjną dzielnicą, która dzięki fabrykom i 
bliskości dworca kolejowego odgrywała w dwudziestotysięcznym mieście dość ważną rolę.

Przy ulicy Stalowej urzędowała i rozdzielała zagraniczne dary Rada Główna Opiekuńcza, 

a później — w tym samym lokalu — rozpoczął i tragicznie zakończył swoją działalność 
Bank.

Do tych instytucji i fabryk przychodzili pracownicy oraz liczni interesanci, a wieczorami 

— w sali widowiskowej — odbywały się okolicznościowe akademie, uroczyste bale, różni 
prelegenci wygłaszali odczyty, wystawiano patriotyczne sztuki, w których występowali nie 
tylko miejscowi amatorzy, ale także zawodowe zespoły teatralne, ćwiczyli „sokoli" i zbierał 
się hufiec harcerski.

Jednak dla nas, dla dzieci z naszej dzielnicy, najważniejsze wtedy było to, że przez trzy 

ostatnie wieczory każdego tygodnia sala zamieniała się w kinematograf „Ergos".

Gdy pod koniec lat dwudziestych Bank ogłosił upadłość, a salę kinową zamieniono na 

magazyn, pełen skrzyń i brudnych worków, zmalało znaczenie naszej dzielnicy. Tak było do 
czasu, gdy w domu numer 3 przy Stalowej zajęto kilka mieszkań na biura magistratu. Znowu 
przychodziło tu wielu interesantów, a Zarząd Miejski

background image

zabrał się do uporządkowania najbliższego otoczenia. Wybrukowano jezdnię i położono 
nowe chodniki. Po otynkowaniu domów i wymalowaniu na zielono parkanów zginęła 
ceglasta szarość ulicy. Na balkonach i w oknach pojawiło się wiele różnokolorowych 
kwiatów, a nam wydawało się wtedy, że właśnie tu jest najlepiej i najcieka- wiej żyć.

Gdy minął „wielki kryzys" i z roku na rok coraz więcej mężczyzn ze Stalowej i 

Ołówkowej rozpoczynało pracę w fabryce „Mechaników" — dobrze zarabiając — okazało 
się, że mieszkamy w „dzielnicy milionerów" — jak z wielką ironią i z nie mniejszą 
zazdrością mówiono o nas w całym mieście.

Wydłużała się w tamtych latach ulica Stalowa, ale dla dorastającej młodzieży, która 

wychowywała się pomiędzy dwudziestoma kamienicami, te nowe, otoczone ogródkami 
domki niewiele miały wspólnego z naszą dawną ulicą. Upojeni krótkotrwałym dobrobytem 
kilkuletni „milionerzy" dali się zaskoczyć wojnie. Gdy fabrykę „Mechaników" ewakuowano 
na wschód, ludzie utracili pracę i wysokie zarobki. Po tygodniu zawaliło się wszystko. 
Niemcy zajęli Pruszków. Na wielu gmachach zawisły flagi ze swastyką, a magistrat 
przeniesiono do nowego budynku, w pobliżu przystanku EKD, i wtedy okazało się, że 
mieszkamy w ubogiej robotniczej dzielnicy, na peryferiach miasta.

Nie omijały nas tragiczne wojenne wydarzenia. Kilkudziesięciu naszych sąsiadów straciło 

życie, wojna rozproszyła wielu po całym świecie, ale za to niektórzy z dawnych 
mieszkańców Stalowej i Ołówkowej zajęli najwyższe stanowiska w Polsce Ludowej,

W latach sześćdziesiątych zmieniono nazwę ulicy Stalowej na ulicę Kady Narodowej. 

Równocześnie wmurowano tablicę na małym jednorodzinnym domku, w którym podobno 
miało odbywać się pierwsze posiedzenie konspiracyjnej Rady Narodowej. Na skutek 
wieloletnich interwencji właściciela domu tablicę przeniesiono na inne miejsce. 
Równocześnie, w wyniku starań i zabiegów wszystkich mieszkańców, przywrócono dawną 
nazwę ulicy. Ta długoletnia solidarna walka o rzecz niby mało ważną dobrze świadczyła o 
przywiązaniu do tradycji, do starej nazwy: ulica Stalowa.

Przez następne lata, gdy rozbudowywano fabryki i powstawały nowe dzielnice 

Pruszkowa, na Stalowej pozornie niewiele się zmieniło. Nadal stoi dwadzieścia zaniedbanych 
już i bardzo zniszczonych
kamienic, pokrytych niby egzemą plamami odpadających tynków, jednak kto tylko mógł, 
uciekał do nowoczesnych, szarych i smutnych bloków.

Urodziłem się w domu Rejmera, na początku ulicy Stalowej. Nie stosowano jeszcze 

numeracji. Adresując list, należało dopisać
I nazwisko właściciela posesji. Były to ostatnie dni pokoju. W trzecim miesiącu mojego 
życia, po krwawych walkach nad Utratą, gdy wygaszono pożary i pogrzebano zabitych, kto 
mógł. uciekał z Pruszkowa w obawie przed nowymi natarciem przyczajonych za Rawką
I Niemców.

Mój ojciec, jako pracownik Drogi Żelaznej Warszawsko-Wie-

Ideńskiej, podlegał zarządzeniom ewakuacyjnym. Powinniśmy wraz z innymi rodzinami 
kolejarzy wędrować w głąb Rosji, lecz zdecydowany sprzeciw matki uchronił nas przed 
tragedią, jaka spotkała wywożonych na wschód Polaków. Dotarliśmy za Wisłę, ale tylko do 
Świdra, aby następne pięć lat przeżyć w głębi sosnowego lasu, w małym domku, przy 
obserwatorium magnetyzmu ziemskiego.

Z lat pierwszej wojny światowej niewiele pozostało w mojej pamięci: pikielhauba — 

niemiecki hełm żołnierski, zakończony sterczącym w górę ostrzem, oraz zeppelin — 
podłużny balon sterowany, przelatujący tak nisko, że widziałem głowy osób wyglądających 
przez okienka w gondoli.

Powracając do Pruszkowa późną jesienią 1019 roku, zamieszkaliśmy znowu po tej samej 

stronie Stalowej, tym razem nie w pierwszym, ale w przedostatnim domu, na wprost 

background image

całkowicie wypalonego domu Wrzesińskiego. Za sąsiednią Radą i stojącym po drugiej stro-
nie ulicy domem Garbarczyka kończyło się miasto. Dalej zaczynały się łąki i pola uprawne, a 
ulica Stalowa przechodziła w szeroką, piaszczystą drogę, prowadzącą aż do ciemniejących na 
horyzoncie wysokich drzew, otaczających pałac hrabiego Jakuba Potockiego w Helenowie.

Gdy powróciliśmy na Stalową, naprawiono już niewielkie uszkodzenia domu 

Garbarczyka, wypalony dom Wrzesińskiego był otoczony wysokim, sczerniałym od 
deszczów drewnianym parkanem, a w domu Rady zamurowano ogromną dziurę w 
szczytowej ścianie, usuwając wszystkie zniszczenia wyrządzone przez niemiecką arty-

background image

lerię. Dom odbudowywała Rada Główna Opiekuńcza, zajmując parter na magazyny, a jedno 
piętro na biura.

Wynajęty przez rodziców lokal był to dwUokienny pokój z kuchnią, z przedpokojem i 

małym sklepem, w którym Matka miała handlować artykułami spożywczymi, aby dorobić do 
bardzo niskiego wynagrodzenia Ojca. Do sklepu wchodziło się z ulicy po kilku schodkach. 
Siadaliśmy na nich, gdy na dworze było jeszcze ciepło. Tu, w pobliżu zapracowanej Matki, 
czułem się bezpieczny. Całe dnie spędzałem wtedy z Jurkiem, o dwa lata starszym bratem, 
dla którego nie było miejsca w szkole, gdyż w mieście czekało na rozpoczęcie nauki zbyt 
wiele dzieci z wieloletnim opóźnieniem, spowodowanym wojną i wielką wędrówką ludzi. 
Przeżywaliśmy wtedy z Jurkiem naprawdę ciężkie chwile. Nie mogąc zapomnieć kilku 
ostatnich, spokojnych i szczęśliwych dla nas lat — popłakiwaliśmy z tęsknoty za domkiem w 
lesie nad Świdrem, za szumem drzew, śpiewem ptaków, stukaniem dzięciołów i za 
odwiedzinami wiecznie głodnych wiewiórek.

Każdego dnia, siedząc przez kilka godzin na sklepowych schodkach, widziałem dookoła 

smutne i ponure domy, w których mieszkali jacyś nieznani ludzie. Nie wolno nam było 
daleko odchodzić, zresztą nie mieliśmy chęci na żadne wędrówki, obawiając się nie tylko 
przechodniów, ale nawet otaczających nas budynków. Godzinami patrzyliśmy na wypalone 
mury lub na brunatnoszare, nie kończące się-pola i wyczekiwaliśmy na przejeżdżający kilka 
razy dziennie parowóz, który najpierw z daleka gwizdał ostrzegawczo, a później, na krótką 
chwilę, turkocząc i sapiąc, pokazywał się nam na drugim końcu ulicy, pomiędzy domami, i 
znikał, zostawiając za sobą smugę dymu i kłęby pary. Rodzice poświęcali nam coraz mniej 
czasu. Ojciec znowu pracował na kolei, nazywającej się teraz Polskie Koleje Państwowe, 
Matka miała coraz więcej zajęć w sklepie i w kuchni, a my przez długie godziny 
zostawaliśmy sami. Niełatwo nam było przyzwyczaić się do ciasnego mieszkania i do małego 
podwórka, po którym biegały rozkrzyczane dzieci. Każde nasze zjawienie się wśród nich — 
a wychodziliśmy zawsze razem z bratem — albo z kubełkiem po wodę do studni, do 
śmietnika lub do ustępu stojącego w głębi podwórka — spotykało się z zaciekawieniem 
naszych rówieśników i kilku starszych od nas, chudych chłopaków, sterczących przez cały 
dzień obok gołębnika.

Podwórka przy Stalowej były wtedy podobne do siebie, Ich wielkość zależała od 

właściciela domu, który część wolnego od zabudowy placu przeznaczał na swój ogródek, 
oddzielając go niskim parkanikiem, granicą raczej symboliczną, która jednak w tamtych 
latach była dla lokatorów przeszkodą trudną do przebycia. Na środku podwórka stała studnia, 
przykryta drewnianym okapem. Głęboka na kilka betonowych kręgów, miała kołowrotek do 
zwijania łańcucha. W najdalszym kącie podwórka, przy wysokim parkanie fabryki 
„Mechaników", stał murowany ustęp, a obok niego duży, drewniany śmietnik. Dla 
lokatorów, którzy nie mieli piwnic, budowano komórki na drewno i węgiel. Gdzieś z boku, 
pod parkanem, ustawiali lokatorzy swoje prywatne ławeczki, na których, zmęczeni 
całodzienną- pracą, odpoczywali w ciepłe wieczory. Na wielu podwórkach stały gołębniki. 
Kręcili się przy nich młodzi ludzie, zajęci porządkowaniem pomieszczeń przeznaczonych dla 
ptaków lub obserwowaniem latającego stada, nazywanego „paką". Życie gołębnika było 
często najważniejszym tematem rozmów na podwórku.

Baliśmy się wtedy nawet takiego podwórka. Nie znaliśmy nikogo. Ani dryblasów spod 

gołębnika, ani tych starych ludzi odpoczywających po pracy. Wszystko było tu dla nas nowe 
i obce. Woleliśmy siedzieć całymi dniami na sklepowych schodkach, gdzie w zasięgu wzroku 
Matki nic nam nie groziło i nic nie mogło się wydarzyć. Dopiero jesienna niepogoda spędziła 
nas z tych schodków. Nadeszły całodzienne deszcze, a później, po kilku dniach, oziębiło się, 
spadł śnieg i rozpoczęła się długa śnieżna zima. Nie mieliśmy jeszcze ciepłych ubrań, nie 

background image

mogliśmy brać udziału w podwórkowych zabawach, lepieniu bałwana i w rzucaniu pigułami, 
a ponadto obdarzeni wielką nieśmiałością nie umieliśmy nawiązać znajomości z innymi 
dziećmi, tak że nudząc się nadmiernie, przez całe dnie musieliśmy siedzieć w pokoju, w 
którym nagrzany piec zapewniał nam ciepło, a obecność Matki za drzwiami sklepu stwarzała 
poczucie bezpieczeństwa.

Od śniadania do późnego obiadu, gdy nie wolno nam było przeszkadzać zapracowanej 

Matce, nie wiedzieliśmy, co mamy ze sobą robić przez te dłużące się godziny.

W Świdrze rodzice zawsze byli z nami, tu zostawaliśmy na wiele godzin sami i dokuczała 

nam zarówno samotność, jak i to, że nie umieliśmy znaleźć sobie jakiejś rozrywki lub 
zajęcia. Co

background image

(prawda możliwości były niewielkie — nie mieliśmy żadnjMpzaba- wek, nie było nawet 
papieru do rysowania ani ołówków.

Wstawaliśmy późno. Nikt nas nie poganiał; Dobrze nam było, gdy wyciągaliśmy się w 

szerokim łóżku, pod ciepłą kołdrą, na sienniku wypchanym świeżą słomą, pachnącą 
dojrzałym zbożem. Spaliśmy w najlepsze, gdy ojciec palił w piecu i wychodził do pracy. 
Jeszcze wcześniej matka otwierała sklep. Piekarz przywoził pieczy-, wo, dzwoniły bańki od 
mleka, czasami na krótko budziły nas głośne rozmowy. Po śniadaniu zasiadaliśmy z bratem 
w oknach pokoju. Ubrani w kuse palta, opatuleni w koce, patrzyliśmy na ulicę i na wypalony 
dom. Coś nas ciągnęło do tych okien. Ciekawi byliśmy tego nieznanego, a tak pozornie 
groźnego świata. Godzinami patrzyliśmy na pustą jezdnię. Po drugiej stronie przechodzili 
nieliczni przechodnie, kilka osób dziennie. Przebiegało jakieś dziecko albo któraś z lokatorek 
domu Garbarczyka, szczelnie zawinięta w grubą kraciastą chustę, szła załatwić coś na 
mieście.

Gdy nadeszły silne mrozy i pojedyncze szyby w naszych oknach pozamarzały, każdego 

ranka wpatrywaliśmy się w coraz to inne wzory śnieżnych kwiatów lub listków r w 
błyszczące w ostrym zimowym słońcu srebrne kryształki, a później chuchaliśmy na szybę i 
smarowaliśmy czubkami palców śnieżną powłokę, aż rozpuściła się i wtedy mogliśmy przez 
mały okrągły otworek obserwować ulicę i wypalone mury. Niekiedy, tuż pod naszymi 
oknami, niewidoczni dla nas, wędrowali do Rady różni ludzie. Słyszeliśmy ich kroki, 
czasami udawało się nam zobaczyć czyjeś nakrycie głowy, futrzaną czapkę lub chustkę, jaką 
okrywały się kobiety.

Przez wiele tygodni takie wpatrywanie się w wysoki parkan i obserwowanie 

przechodniów zajmowało nam godziny oczekiwania na wieczorny powrót Ojca. Były dni, 
gdy uporczywie powiększaliśmy otworki na zamarzniętej szybie, aby lepiej przyjrzeć się 
ciągle pełnym dla nas tajemnic ruinom domu. Wtedy mogliśmy zobaczyć, że wysoko ponad 
dwoma piętrami murów sterczał jeszcze kawał ściany z wypalonymi oknami facjaty.

Kiedy dzień był słoneczny, a zachodni wiatr pędził białe obłoki — patrzyliśmy na niebo 

poprzez te puste okienne otwory. Pełni dziecięcej wyobraźni odkryliśmy, że gdy chmury 
zatrzymują się w miejscu — nieruchomieją — wysoki mur przechyla się w naszą stronę i 
wali się na nas.

Któregoś dnia stałem się ofiarą własnej bujnej wyobraźni. Chmury bardzo jasne, o 

wyraźnie zarysowanych krawędziach, pędziły szybko, a ja, zapatrzony w szczyt wypalonego 
domu, zapominając o tym, że bezpiecznie siedzę w pokoju, przestraszyłem się nie na żarty, 
gdyż w pewnej chwili wydawało mi się, że wysoka ściana leci w dół, spada na mnie, a 
złudzenie, któremu uległem, było tak silne,, że z okrzykiem przerażenia zeskoczyłem z 
okiennego parapetu i wtuliłem się w kąt pokoju, drżąc ze strachu. Wtedy to właśnie, po tym 
wydarzeniu, gdy uspokoiłem się utulony przez zdenerwowaną moim zachowaniem Matkę, 
kategorycznie zabroniono nam siadania w oknach i oglądania sterczących przed nami ruin. 
Od tej chwili zimowe dni stały się dla nas tak beznadziejnie nudne, że nie mając już żadnych, 
nawet najprostszych rozrywek — zawarliśmy nareszcie znajomość ze spotykanymi na 
podwórku dziećmi z naszego domu. Niby przypadkową, a naprawdę to bardzo przez nas 
oczekiwaną rozmowę rozpoczęliśmy na klatce schodowej, a skończyliśmy w mieszkaniu na 
parterze — zaproszeni przez Alin- kę, rezolutną i grzeczną dziewczynkę w wieku Jurka, oraz 
jej brata Genka — mego rówieśnika. W taki oto sposób, stopniowo i bardzo powoli, zaczął 
się powiększać nasz mały dziecięcy świat, a nowe znajomości oraz możność spędzenia kilku 
godzin dziennie wspólnie z innymi dziećmi odsuwały coraz dalej wspomnienia o domku w 
lesie nad Świdrem.

Podczas zimowych dni najbardziej dłużyły się nam szare popołudnia, bardzo wolno 

przechodzące w przedwieczorny zmierzch. Te godziny spędzaliśmy teraz u sąsiadów. A 

background image

kiedy po obiedzie rozpoczynało się. tak przez nas oczekiwane, wieczorne krzątanie się 
rodziców, różne drobne naprawy i prace porządkowe wykonywane przez Ojca oraz 
codzienne obrachunki, skrupulatnie prowadzone przez Matkę, lampa przeniesiona z kuchni 
do pokoju i ustawiona na środku stołu nabierała zupełnie innego znaczenia, stawała się 
prawie najważniejszym przedmiotem w domu. Od jej światła robiło się nie tylko widno, ale 
od razu jakoś cieplej i przytulniej, tak że za żadną cenę nie chciało się nam od tej jasności 
odchodzić w szarość przedpokoju lub w ciemność kuchni.
U

background image

Na Gwiazdkę tego roku — nie wiem. kto o tym pomyślał — otrzymaliśmy dwie grube 

książki Wydane jeszcze przed wojną, jednakowo oprawione w niebieskie płótno ze 
złoconymi nadrukami, stały się dla nas najwspanialszym prezentem. Były to: ..Księga odkryć 
i podróży" oraz „Księga wynalazków". W jednej opisywano nie tak dawne wyprawy 
geograficzne, a w drugiej — najnowsze zdobycze techniki.

Każdy z nas dostawał do oglądania codziennie inną książkę. Taka była decyzja Ojca. 

który w ten sposób chciał uniknąć naszych sporów, zabierania, wyrywania i płaczów — gdyż 
niezmiennie wydawało się nam. że ta druga książka jest znacznie ciekawsza. Po kolacji 
każdy z nas rozkładał swoją książkę w innym końcu stołu, w jasnym kręgu lampy. Było tam 
tak wiele rysunków i fotografii, że chociaż nie umieliśmy jeszcze czytać, wystarczały nam do 
oglądania na długie zimowe wieczory.

W .-Księdze wynalazków" interesowało nas wszystko. Aeroplany. automobile, statki 

parowe, koleje podziemne i linowe, kinematograf, telegraf bez drutu i z drutem.

Natomiast „Księga odkryć i podroży" — były to bogato ilustrowane opisy wypraw do 

różnych odległych i nieznanych krajów. Patrząc na te ilustracje, poznawaliśmy oceany i 
pustynie, góry i wyspy z palmami, krajobrazy i ludzi, a także zwierzęta o tak przedziwnych 
kształtach, że w ich istnienie po prostu trudno nam było uwierzyć. Nosorożec, żyrafa, ryba 
młot lub ryba piła — cóż to były za przedziwne, prawie bajkowe stworzenia dla nas, dla 
dzieci, które dotychczas widziały tylko psy i koty. konie i krowy. Te rysunki i fotografie, 
przemawiając bardzo silnie do naszej wyobrazili. mówiły o świecie zupełnie innym od tego. 
który nas otaczał. Równocześnie, z nadmiaru ciekawości, poznawaliśmy litery i usiłowaliśmy 
odczytywać krótkie wyrazy umieszczone pod ilustracjami. Na szczęście dzieci naszych 
sąsiadów miały zupełnie inne książki do oglądania. Były to stare roczniki „Wędrowca" oraz 
różne wydawnictwa albumowe z okresu niedawno zakończonej wielkiej wojny światowej.

I tak rozpoczęły się wizyty, pogłębiające podwórkową znajomość. która powoli 

przemieniała się w obustronną sympatię i wzajemne przywiązanie. Prawie każdego dnia, po 
południu lub wieczorem. odwiedzaliśmy sąsiadów lub oni pukali do naszych drzwi, aby
wspólnie oglądać książki, których i u nas, i u nich nikomu nie wolno było pożyczać ani 
wynosić z domu. Szybko zapominaliśmy
0 niedawnych obawach i lękach. Już bez strachu wychodziliśmy na podwórko, aby gapić się 
na to wszystko, co działo się pomiędzy gołębnikiem a niskim parkamłriem. oddzielającym od 
nas ogródek gospodarza. Poznawaliśmy także innych sąsiadów, interesując się tylko tymi 
rodzinami, w których były dzieci w naszym wieku. Dokładnie obejrzeliśmy pełen różnych 
zakamarków mroczny strych, na którym trzymając zapalona świecę pomagałem Matce 
rozwieszać mokrą bieliznę, a wędrując codziennie z kubełkami po węgieł nareszcie 
przestałem bać się ciemnej piwnicy

W jednopiętrowym domu, w którym mieszkaliśmy, było dwanaście lokali. W suterenie, 

w dwóch bardzo małych, ciemnych
1 wilgotnych izdebkach, mieszkały, jak to się wtedy mówiło — ..wojenne wdowy", kobiety 
z kilkunastoletnimi synami, którzy mając wiele wolnego czasu, kręcili się najczęściej koło 
gołębnika. Tych dwóch Janków, różniących się kolorem i obfitością włosów, a także rysami 
twarzy, podobnie ubranych w dary RGO, stale trzymało się razem O jednym pozornie trochę 
szczuplejszym blondynie, mówi ono ..chudy Janek", a o drugim o ciemnej, bujnej czuprynie: 
„gruby Janek", choć był równie szczupły, a tylko trochę niższy. Ich ojcowie, o których nigdy 
nawet nie wspominano, zabrani do rosyjskiego wojska, przepadli gdzieś w czasie długich lat 
wojny i krwawej rewolucji, nie zostawiając żadnego śladu, a obowiązek wychowywania 
dzieci spadł na mało zaradne, słabe i schorowane kobiety.

Na parterze i na piętrze były po cztery lokale, a na poddaszu dobudowano jeszcze-dwa 

małe pomieszczenia, tzw. facjaty.

background image

Właściciel domu mieszkał nad nami, zajmując jedyny dwupo- kojowy lokal Ten wiecznie 

zasapany grubas, z trudem toczący się po ulicy, codziennie przed obiadem wyjeżdżał do 
Warszawy, gdiie spędzał czas — jak wtedy mówiono — na kawiarnianych interesach. Miał 
jednego syna, mojego rówieśnika, któremu najpierw surowo zabraniał bawić się s dziećmi 
ganiającymi po podwórku, a więc i z nami, a kiedy w naszym życiu wiele na lepsze się zmie-
niło — z którym my nie chcieliśmy się zadawać, o co znowu gruby gospodarz bardzo saę 
gniewał, robiąc wymówki naszej Matce.
ts

background image

■W tym czasie nawiązywały się nasze wieloletnie przyjaźnie z rodzinami mieszkającymi 
obok nas, na parterze.

Najbliżsi nam ze względu na wiek i pewne duchowe pokrewieństwo — Alinka i Genek 

byli dziećmi konduktora kolejowego, którego barwnych opowieści o służbowych podróżach 
po Polsce chętnie i często słuchaliśmy. Genek był moim rówieśnikiem i przez wiele lat 
nierozłącznym towarzyszem, natomiast Alinka rozpoczynała naukę w szkole kolejowej 
razem z Jurkiem. Ta zaprzyjaźniona z nami rodzina powróciła nie tak dawno z wieloletniej 
tułaczki po Rosji. Lata przeżyte na obczyźnie na długo zostały w ich pamięci. Spędzaliśmy z 
nimi długie wieczory, siedząc w pokoju wokół stołu, w świetle wiszącej u -sufitu naftowej 
lampy. Wiecznie głodni i biednie ubrani, wpatrywaliśmy się w widoki wielkich miast, 
podziwialiśmy ulice zatłoczone elegancko ubranymi ludźmi, patrzyliśmy na lasy, góry i rzeki 
w różnych dalekich krajach albo oglądaliśmy zdjęcia z niedawno zakończonej wojny, 
zburzone domy i nie pogrzebane żołnierskie trupy, leżące na polu bitwy.

Niekiedy oglądanie takich okropności kończyło się opowieścią o potwornym głodzie i 

nieludzkich warunkach życia w dalekim Mińsku, o trudnej drodze powrotu do swoich i o 
nocnym przekradaniu się przez nowo utworzoną granicę.

W Pruszkowie mieszkało wtedy dość dużo takich „bieżeń- 

c

ó

w

" — ewakuowanych na 

początku wojny w głąb Rosji i starających się po zakończeniu walk różnymi drogami 
powrócić do Polski.

Kilka dużych budynków na Żbikowie, po drugiej stronie rzeki Utraty, zajęto na tzw. 

bursy — domy wychowawcze, w którychĄ umieszczano sieroty, wywiezione z objętej 
rewolucją Rosji. Przyjechało do nas około tysiąca pozbawionych opieki polskich dzieci, 
tułających się po obcym kraju. Często obserwowaliśmy wychowanków bursy, gdy 
przychodzili w nasze sąsiedztwo, do budynku Rady, aby w magazynie wyszukać dla siebie 
odpowiednie ubranie lub załadować na mały czterokołowy wózek amerykańskie dary 
żywnościowe, przeznaczone dla bursowej kuchni.

Alinka, najśmielsza z nas, rozmawiała z tymi chłopcami, wypytując, skąd pochodzą, i 

nadaremnie szukając znajomych z Mińska. A zaczepiani chłopcy, ze smutkiem w oczach, 
dopytywali się
o swoich rodziców i o rodzeństwo, o najbliższych, którzy pogubili się gdzieś w ogromnym 
zamęcie rewolucyjnej Rosji.
te

Jeśli wieczorem znudziło nas oglądanie książek i słuchanie różnych opowieści, 

zaczynaliśmy grać w loteryjkę, przy czym zawsze Alinka, w dowód naszego zaufania, 
wyciągała z woreczka ponumerowane kostki, a my na swoich kartonikach zakrywaliśmy 
kawałkami papieru wywołane numery. Czas do kolacji mijał wtedy bardzo szybko. Tak 
kończył się jeszcze jeden dzień. Były to nareszcie spokojne dni, w niczym na szczęście 
niepodobne do tamtych z lat wojny i wygnania.

Tylko nieliczne rodziny spośród naszych sąsiadów mieszkały w czasie wojny-w 

Pruszkowie. Większość moich rówieśników miała za sobą różne podróże i tragiczne 
przygody. Wędrowali po świecie, bliżej lub dalej. Uciekali zatłoczonymi pociągami. Nieśli w 
plecakach lub tłumoczkach trochę bielizny i jakieś drobiazgi. Tę biedę powracających 
uchodźców widać było jeszcze przez kilka lat. Natomiast rodziny zasiedziałe na miejscu 
miały lepiej umeblowane mieszkania i dobrze zagospodarowane kuchnie, pełne garnków i 
różnych naczyń.

Mieszkania naszych sąsiadów były podobne. Ściany bielone wapnem, podłogi z desek, 

szorowane dokładnie w każdą, sobotę, na środku pokoju stał stół, obok niego kilka prostych, 
najczęściej mocno już zużytych krzeseł. Pod ścianami ustawiano łóżka, a nad nimi 

background image

rozwieszano różne barwne reprodukcje, najczęściej o treści religijnej, które jako skarb 
rodzinny wędrowały z „bieżeńcami" po świecie.

Na stole królowała lampa naftowa, ustrojona w kolorowo malowany szklany abażur, 

dająca łagodne, rozproszone światło. W niektórych mieszkaniach lampy wieszano u sufitu. 
Wyglądało to ładniej i dawało lepsze światło, ale stwarzało codzienne kłopoty z nalewaniem 
nafty, czyszczeniem szkła, przycinaniem knota, z zapalaniem i gaszeniem. Tylko nieliczne 
wiszące lampy dawały się ściągać w dół za pomocą specjalnego urządzenia.

W oknach pozbawionych firanek dolną połowę szyb zakrywały rozpięte na sznureczkach 

zasłonki. Umeblowanie pokoju uzupełniała prosta szafa.

Kuchnia służyła nie tylko do przyrządzania posiłków, ale była także jadalnią i 

umywalnią. Na taborecie stała miednica, a obok dwa wiadra, na czystą wodę i na brudy. 
Piece kuchenne budowano z białych kafli, z piecykiem do pieczenia i z czterema otworami w 
blasze, zakrytymi fajerkami. Skrzynkę na węgiel ustawiano jak

background image

najbliżej. Niewiele miejsca pozostawało, gdyż zawsze był jeszcze: stół otoczony krzesełkami.

W przedpokoju, obok umieszczonego na ścianie wieszaka, starano się jakoś ukryć 

skrzynkę lub pudło- na ziemniaki, a nieraz i małą beczułkę kapusty.

U osób, które po wojennej wędrówce osiedlały się w Pruszkowie, te skromne meble 

zjawiały się dopiero po pewnym czasie, gdy ojciec rodziny otrzymał jakąś pracę i zniknęła 
groźba głodu, gdy już kupiono najpotrzebniejsze rzeczy — ubrania i buty.

W domach, w których na razie nikt jeszcze nie pracował, było dużo gorzej, skromniejsze 

posiłki i najczęściej nie było w co się ubrać. Ojcowie ustawicznie poszukiwali jakiegoś 
zajęcia, a matkom pozostawiano troskę o utrzymanie rodziny przy życiu. Jedyną pomoc 
takim biedakom okazywała Rada Główna Opiekuńcza.

Chociaż fabryki odbudowywano i uruchamiano bardzo wolno, to jednak stopniowo coraz 

więcej ludzi wychodziło rankiem do pracy i coraz częściej małe dzieci dzieliły się z 
rówieśnikami wiadomością: „Mój tata już pracuje! Będę miała buty!"

Na szczęście dzieci nie rozumiały jeszcze wielu spraw, wszystkich kłopotów i trosk 

rodziców. Kilka razy dziennie, mimo mrozu i złej pogody, wybiegały na podwórko, z 
kubełkiem po wodę do studni, do ustępu lub wynosząc śmiecie. Gdy tylko usłyszano dola-
tujący z podwórka głos jakiegoś dziecka, od razu jego rówieśnicy szukali pretekstu, aby 
wybiec na wspólną zabawę i natychmiast^ rozpoczynała się pełna okrzyków gonitwa. Nigdy 
nie trwało to długo, gdyż na dworze było naprawdę zimno, a jakaś matka, donośnym głosem, 
nakazywała swemu dziecku natychmiastowy powrót do domu. Tego roku, jak już chyba 
nigdy później, mroźna zima bardzo nam dokuczyła. Dopiero w połowie marca nastąpiło 
ocieplenie. Słońce zaczęło mocniej przygrzewać, z rynien zwisały długie sople, a na 
chodnikach resztki śniegu mieszały się z rozmarzającym błotem, tworząc coraz większe 
kałuże.

Zezwolono wtedy dzieciom dłużej przebywać na podwórku.
Początkowo najbardziej zaciekawiał nas gołębnik i panujące w nim obyczaje. ■ 

Słuchaliśmy gruchania i z największym zainteresowaniem obserwowaliśmy łapanie 
„obcych". Ale po kilku dniach
mieliśmy już dosyć gołębi, coraz częściej stawaliśmy niedaleko bramy, patrząc w głąb ulicy 
Stalowej. Przyglądaliśmy się sąsiednim domom, dachom i balkonom. Dziwił nas dym 
płynący z wysokich kominów fabrycznych, nasłuchiwaliśmy dalekich gwizdów parowo- I 
zów, a oddalając się coraz śmielej od naszego podwórka, wędrowa- I liśmy po ulicy, ciągle w 
pobliżu domu, wyszukując rówieśników I z najbliższego sąsiedztwa. Przyglądaliśmy się im z 
ciekawością, za- I gadując i prowadząc zwykłe dziecięce rozmowy. Doczekaliśmy się I dnia, 
w którym zginęły resztki śniegu, wiatr wysuszył ziemię i na I wielkiej łące rozciągającej się 
tuż za Radą i domem Garbarczyka, I na końcu Stalowej, pojawiła się delikatna, świeża zieleń, 
a wśród I niej — masa żółtych kwiatów podbiału.

To już naprawdę była wiosna.
Z każdym dniem coraz dłużej byliśmy na dworze. Ganialiśmy I się po łące, bawiąc się w 

różne odmiany berka albo po prostu ga- I piliśmy się na otaczający nas świat, na ruiny fabryk 
i dalekie drze- I wa Helenowa, zapominając już na dobre o domku w Świdrze.
Alinka i Genek stali się naszymi nierozłącznymi towarzyszami I spacerów, zabaw i długich 
rozmów, wypełnionych najczęściej zmyślonymi opowiadaniami o jedzeniu. Różne posiłki i 
potrawy, smaczne chrupiące bułeczki, ciastka, kiełbasy — to były najczęstsze tematy.

Zaraz po śniadaniu spotykaliśmy się na podwórku, pod oknami Alinki, a wieczorem, 

wzywani przez matkę do domu, z coraz więk- I szym żalem rozstawaliśmy się na klatce 
schodowej, pod drzwiami I do naszych mieszkań.

background image

W kilka tygodni po świętach wielkanocnych, pod koniec kwiet- I nia, na podwórka i na 

ulicę Stalową wyszły bosonogie dzieci, przy- I zwyczajając się

-

 powoli do chodzenia i — co 

było znacznie trudniej- I sze t— do biegania bez butów.
W tamtych latach jezdnia na Stalowej, tak jak wszystkie dróżki I i ścieżki w okolicy, nie 
miała kaleczących stopy zanieczyszczeń. Był to ubity czarnoziem albo delikatny piasek, bez 
kawałków szkła i bez I odpadków metali. Dzieci mogły nagrzewać stopy w coraz cieplej- I 
szym piasku, a po wiosennych deszczach, gdy ulicę pokrywała gruba warstwa błota, 
wytrwale wyrabialiśmy gęstą maź, która przeciskała się pomiędzy palcami i wysychała, 
tworząc twardą skorupę na stopach i łydkach. Wzywani wieczorem do domu, z wielkim 
trudem I zmywaliśmy w pobliżu podwórkowej studni wysuszone błoto, aby

background image

pokazać Matce możliwie najczystsze nogi. Przez kilka powojennych lat od wczesnej wiosny 
aż do jesieni prawie wszystkie dzieci ze Sta- lowej chodziły boso. Tylko w niedzielę, idąc z 
rodzicami do kościoła, wkładały za duże, kupowane na wyrost, czarne sznurowane kar 
masze, z cholewką zakrywającą kostki u nóg.

Tamta wiosna na długo pozostała w naszej pamięci.
Dwa razy dziennie ożywiała się nasza ulica. Przed otwartymi oknami, w których stały 

zaciekawione kobiety, maszerował czwór? kami, z głośnym śpiewaniem, oddział młodych 
mężczyzn. Ubrani byli rozmaicie — każdy inaczej — w wojskowe przefarbowane blu- i zy 
niemieckie lub rosyjskie, w różne swetry domowej roboty lub w stare marynarki. Jednakowe 
mieli tylko szerokie skórzane pasy, I zaciśnięte mocno na brzuchu, i czapki rogatywki z 
orzełkiem. Dla nas najważniejsze było to, że wszyscy nosili karabiny. Maszerowali środkiem 
jezdni, głośno śpiewając i spoglądając — to na twarze kobiet wyglądających z okien, to na 
kamienie leżące na jezdni, aby nie potknąć się na którymś. Szli do zniszczonej fabryki 
terakoty. Z dużych zakładów, w których przed wojną pracowało wielu mieszkańców 
Stalowej, zostały tylko ruiny i wysokie sterty gruzu. Od czasów zniszczenia zdążyły już 
wyrosnąć wysokie brzózki. Dziedziniec fabryczny porastała bujna trawa. Na środku stał 
wysoki komin, ścięty u szczytu celnym strzałem artyleryjskim, a obok groziły zawaleniem 
gołe ściany dwupiętrowego budynku z wypalonymi stropami i oknami. Z hal fabrycznych 
pozostała wysoka sterta gruzu, cegieł i pogiętych stalowych belek. Dookoła widać było 
głębokie wyrwy i leje po artyleryjskich pociskach oraz liczne ślady kul na ścianach 
budynków. Wszędzie walały się porozrzucane formy do produkcji talerzy i skorupy 
porozbijanych wyrobów z terakoty. Z solidnego ogrodzenia pozostało niewiele, na ocalały 
kawałek muru wdrapywała się gromada zaciekawionych dzieciaków.

Maszerujący Stalową oddział zatrzymywał się na placyku pośród ruin. Był to dawny 

dziedziniec fabryczny, porosły bujną trawą, łopianami i pokrzywami.

Wiedzieliśmy już, że są to ochotnicy, którzy wstąpili do polskiego wojska, aby bronić 

naszych domów i naszej wolności. Mówiono nam, że już niedługo odjadą na wojnę, z której 
na pewno nie wszyscy powrócą. Na placu wśród ruin przez kilka godzin odbywały się różne 
ćwiczenia i musztra. Zaczynano od zbiórki. Uczono usta
wiać się w szeregu i dwuszeregu, meldować po wojskowemu, równo maszerować i 
zatrzymywać się tak sprawnie, że za każdym razem budziło to podziw małych dzieci. 
Żołnierskimi łopatkami kopano doły strzeleckie, celowano do tarcz w różnych pozycjach, 
stojąc lub leżąc, rzucano ćwiczebnymi granatami i każdego dnia wysyłano ubezpieczonym 
marszem patrole ścieżkami w kierunku Helenowa.

Dzieci z naszej ulicy, dziewczynki i chłopcy, ogromnie tym wszystkim zaciekawieni i 

przejęci, siedzieli wysoko na rozpadającym się murku, patrząc na wielokrotnie powtarzane 
zbiórki, na bieganie pojedynczych ochotników i całego oddziału, na czołganie się i na 
gimnastykę. Codziennie starsi chłopcy szli- obok patrolu, a młodsi oczekiwali przerwy, w 
czasie której ustawiano karabiny w wyrównane kozły, a żołnierze siadali grupkami na trawie 
i paląc papierosy żartowali z otaczającymi ich dziećmi. W czasie takiej przerwy, na łączce 
wśród ruin, nauczyliśmy się prostego wierszyka: „Kto ty jesteś? Polak mały! Jaki znak twój? 
Orzeł biały!..." Gdy przed wieczorem, znowu ze śpiewem, wracali ochotnicy do sali wi-
dowiskowej, w której kwaterowali, z balkonu Rady pozdrawiały ich kobiety, które w 
pokojach biurowych, wolnych już, gdyż urzędnicy po pracy rozeszli się do domów, pakowały 
paczki z prezentami dla żołnierzy walczących gdzieś na dalekim froncie i wyrywały z białego 
płótna nitki — szarpie — podobno tak bardzo potrzebne dla rannych żołnierzy w szpitalach 
polowych. Wokół maszerującej kolumny biegła gromada chłopców. Najstarsi z nich 
bezskutecznie usiłowali dotrzymać kroku ostatniej czwórce, wzbijając swoim dreptaniem 
tumany kurzu.

background image

Piosenki śpiewane przez ochotników od razu zdobyły ogromną popularność. Od rana do 

wieczora można je było usłyszeć na podwórkach, w mieszkaniach i na łąkach. Śpiewały nie 
tylko dzieci, ale i dorośli.
Naprzód, drużyno strzelecka,
Sztandar do góry swój wznieś!

• •

Żadna clę siła zdradziecka Zniszczyć nie zdoła ni zgnieść!
Czy umrzeć nam przyjdzie na polu, Czy w tajgach Sybiru nam zgnić, 2 trudu naszego i bólu 
Polska powstanie, by żyć!...

background image

Gdy po ćwiczeniach powracali do swojej kwater}-, niezmienny śpiewali:

Raduje się serce, raduje się dusza. Gdy Pierwsza Kadrowa na wojenkę rusza! Oj dana! Oj 
dana! Kompanio kochana. Nie masz to jak nasza. nie!_

I tak było przez wiele tygodni. Mieliśmy już swoje „karabiny"*, zrobione niezbyt 

udolnie, ale mogliśmy maszerować z nimi i udawać. że strzelamy zza sterty gruzu lub z 
wypalonego okna do tarcrr albo do jakiegoś urojonego wroga.

A później zaczęło się nadzwyczaj upalne lato. Ochotnicy zostat żołnierzami, odjechali na 

front i nikt już nie maszerował po ulicy Stalowej. Opustoszała sala widowiskowa. Odkładając 
głęboko pod łóżko nasze karabiny, rozpoczęliśmy codzienne wędrówki w okolice torów 
kolejowych, aby patrzeć na przejeżdżające transporty wojskowe. Ustrojone gałęziami 
wagony były załadowane armatami amunicją, wozami taborowymi i polowymi kuchniami. 
Na nasze pozdrowienia żołnierze jadacy na front odpowiadali nam machaniem ras.

W połowie sierpnia, na niedzielnym nabożeństwie, odprawianym przed drewnianą 

kaplicą, tuż obok nie ukończonego kościoła, modlili się mieszkańcy Pruszkowa o pokój dla 
tak bardzo umęczonego kraju i o powrót najbliższych z krwawej, bezlitosnej wojny.

Dzień był słoneczny, upalny. Z nieba bez chmur spływał dokuczliwy żar. Siedząc na 

trawie w pobliżu Matki rozglądałem ssę za jakimś obłoczkiem, który choć na chwilę 
przysłoniłby paląc? słonce. Kilka drzew akacjowych nie dawało żadnego cienia. Pamiętam. 
jak zmęczeni upałem w czasie Podniesienia klęczeliśmy obok Matki, siadając na piętach, 
czego nigdy w czasie modlitwy nie wolno nam było robić. Po kazaniu ksiądz zaintonował 
lek:-?® nas przejmującą pieśń: „Święty Boże! Święty mocny. Święty & nieśmiertelny.-/ 
Wzruszenie ogarnęło rozmodlonych ludzi, a płacz kobiet udzielił s*ę dzieciom, które 
niewiele zrozumiały z błagali*?! modlitwy, lecz na bardzo długo zapamiętały nastrój tej 
chwili.

Po nabożeństwie poszliśmy z matką na ścierniska, w stronę Pęcic. Za naszym kościołem 

parafialnym kończyło się miasto. W stronę Komorowa prowadziła lipowa aleja, przy której 
obok cegielni stało kilka domów. Przeszliśmy w pobliżu otoczonych topolami zabudowań 
Wyględówka. Dalej, aż do Lasów Chlebowskich i wysokich drzew w parku w Pęcicach. 
rozciągało się pole.

Nasłuchując dalekich strzałów artyleryjskich, które raz przy- eiehały. a raz wzmagały się 

gwałtownie — jak dochodzące z daleka grzmoty zwiastujące burzę — naśladując dorosłych 
przykładaliśmy ucho do ziemi, wyczuwając wyraźne drgania i wstrząsy. Na pustym polu 
stała gromadka zatrwożonych kobiet i dzieci. Młodych mężczyzn już od dawna nie było w 
Pruszkowie.

Po kilkunastu dniach ludzie uspokoili się. O wojnie mówiono coraz mniej, a gdy znowu 

nadeszły zwykłe dni. pełne normalnych trosk i kłopotów, wymykaliśmy się spod opieki 
Matki i z ciągłą obawą, aby nie za Wadzić — choć droga była prosta i nie tak daleka — 
trzymając się zgodnie z poleceniem Matki za ręce, szliśmy z Jurkiem ulicą Stalową aż do 
przejazdu koło Lorenca" Siadaliśmy w dołku, niedaleko torów, aby patrzeć na przejeżdżające 
pociągi- Każde dzwonienie towarzyszące zamykaniu szlabanu wzmagało nasze nadzieje na 
zobaczenie jakiegoś wojskowego transportu. Czekając na taką okazję spędzaliśmy tam po 
kilka godzin.

Wędrując Stalową przyglądaliśmy s«ę domom i wchodziliśmy na niektóre podwórka. W 

dwóch domach, po naszej strome ulicy, zadziwiały nas okna umieszczone tak nisko, ze 
przechodzą: obok mogliśmy zobaczyć to wszystko, co wewnątrz mieszkania s:e działo 
Patrzyliśmy, jak mieszkają inni. oglądaliśmy meble i lampę ca stole, i ciasną kuchnię. Idąc 
chodnikiem obok takiego domu, trzeba było uważać, aby nie zbić szyby w uchylonym oknie. 
Zazdroścniś- rny wtedy mieszkającym tam dzieciom, które mogły beruza szybko dostać się 
do mieszkania wchodząc z ulicy przez okno

background image

Niektóre balkony były ozdobione kwiatami, a gdzie mdziei przez brudne, od dawna nie 

myte szyby, widać było gołe ściany me zamieszkanych pokojów.

Po drodze oglądaliśmy wszystkie sklepy przy Stalowej, zaglądając do wnętrza 

kooperatywy oraz małych sklepików Bemszowej i Wojtowicza Wiedzieliśmy, gdzie jest 
knajpa „U Bozi" : gdzie mieszkają dwaj szewcy, z których tylko jeden oznaczył svró| warsz-
zs

background image

tat szyldem, na którym był wymalowany duży damski but, sznurowany wysoko, prawie do 
kolana. O tym, gdzie miała swoją pralnię Chomentowska, wiedzieliśmy od dawna, patrząc z 
naszych sklepowych schodków na buchające z okien kłęby pary i na wylewane do rynsztoka 
śmierdzące brudem mydliny.

Rodzice, przygniatani stałymi kłopotami, nie zapamiętali dniaj w którym nareszcie 

zapanował spokój. Zaprzestano rozmów o wojnie i nawet nie wspominano tych, którzy nie 
powrócili. Na kolei nie było już wojskowych transportów, więc skończyły się wędrówki 
dzieci spragnionych widoku żołnierzy, armat i koni*

Powracając po raz ostatni z naszego dołka w pobliżu przejazdu, szliśmy ulicą Pułaskiego, 

która mimo tej nazwy — była drogą wysypaną żużlem, bardzo uciążliwą dla bosonogich 
dzieci. Ale szliśmy tędy, aby wspinając się na podwyższenie, zrobione z kilku równo 
ustawionych cegieł, zaglądać przez zakratowane drobną siatką okna do długiej hali 
fabrycznej. Ogołocone mury nakryto już dachem, na świeżo wybetonowanej podłodze 
ustawiano wielkie maszyny.

Pomiędzy fabryką „Mechaników" a ruinami wytwórni terakoty znajdował się duży sad, 

ogrodzony wysokim parkanem z desek. W cieniu starych topoli rosły drzewa owocowe, a na 
kilkunastu zagonkach sadzono warzywa i kwiaty. Ojciec kupował tu marchewkę i pietruszkę 
do naszego sklepu, a Matka przychodziła z nami wybierać kwiaty na piękne bukiety, które 
później układała w domu, przeznaczając je najczęściej dla jakiejś solenizantki. Ogrodnik 
Cichoń mieszkał w małym drewnianym domku, stojącym w środku sadu. Przed werandą 
oszkloną kolorowymi szybkami umieszczono na dwóch słupkach szklane kule, wewnątrz 
których — w zagadkowy sposób — rozmieszano kolorowe smugi. Przepięknie to wyglądało 
w pełnym słońcu. Nie mogliśmy oderwać wzroku o^ tego zaczarowanego, bajkowego świata.

Kiedy na dobre utrwaliło się w nas przekonanie, że w domu jest bardzo nudno, 

zaczęliśmy coraz dłużej przebywać na podwórkach. Nasz mały świat, posłusznych 
dotychczas dzieci, zaczął szybko się powiększać. Nuda wygnała nas z mieszkania, a rosnąca 
ciekawość wysyłała na sąsiednie podwórka i na pobliskie ulice. Chcieliśmy poznać naszych 
rówieśników, ciekawi spacerów, zabaw i roz-
mów z nimi. Wieczorami ciężko nam było rozstawać się z kolegami. Na kolację 
przychodziliśmy dopiero po wielokrotnym nawoływaniu Matki. Najpierw czekało nas 
dokładne mycie, gdyż stale wracaliśmy bardzo brudni. Kolacja był to najczęściej kubek 
mleka „bez kożucha" lub kawy zbożowej z mlekiem, a do tego' duża pajda chleba 
nałęczowskiego z plasterkami cebuli polanej olejem rzepakowym.

Klęcząc wraz z Matką obok łóżka, głośno odmawialiśmy pacierz. Gdy syreny fabryczne 

wzywały ludzi do pracy, spaliśmy w najlepsze. Budziliśmy się dopiero późnym rankiem.

Praca i stałe zarobki w sposób widoczny poprawiały warunki życia rodzin z ulicy 

Stalowej. Zmiany dojrzeć można było najszybciej obserwując dzieci. Były coraz 
cfzyściejsze, staranniej ubra- f ne, szczyciły się nowymi butami. Najważniejsze jednak było 
to, że nareszcie przestał je męczyć głód. Poprzednio stale niedokarmione, rozmawiały 
najchętniej o jedzeniu, teraz zjawiły się zupełnie inne tematy dziecięcych rozmów.
Choć w warkoczach dziewczynek coraz częściej widziało się kolorowe wstążeczki, to jednak 
w każdy wieczór, w pobliżu jasno świecącej lampy, odbywało się wyczesywanie gęstym 
grzebieniem małych, białych wszy. Chłopcy, ostrzyżeni do gołej skóry, mieli I spokój z tymi 
nie bardzo przyjemnymi zabiegami higienicznymi.

• Ulica Stalowa tamtych pierwszych powojennych lat to dzie-

iwiętnaście podobnych do siebie czynszowych kamienic z czerwo- nej cegły. Tylko wąska, 
dwupiętrowa oficyna Jaworskiej, cofnięta I od ulicy o długość działki budowlanej, miała inny 
układ mieszkań. Na każdym piętrze były dwie izby, rozdzielone klatką schodową.

background image

Do pozostałych domów wchodziło się od podwórek. Lokale były I tam najczęściej 

dwuizbowe: pokój z małą kuchnią i przedpokojem. ! Najstarsze domy — to te niskie, 
budowane bez piwnic, w których I przez okna na parterze można było oglądać codzienne 
życie miesz- ' kańców. Nie wszystkie domy miały balkony. Trzy place, wciśnięte w szczelną 
zabudowę, czekały na zagospodarowanie. Jeden z nich stał się własnością moich rodziców, 
którzy szykowali się do rozpo-
II częcia budowy dwudziestego domu przy Stalowej.

Pomiędzy dwoma szeregami nie otynkowanych kamienic biegła ulica. Nierówna jezdnia, 

z dołami i śladami kolein, by.ł to ubity

background image

mM|
Iczarnoziem, pomieszany z popiołem wyrzucanym spod kuchni, p© każdym ulewnym 
deszczu konie wygniatały błotniste ciasto, a żelazne obręcze kół pozostawiały głębokie 
koleiny. Przydawały się wtedy rozrzucone w niektórych miejscach duże kamienie ułatwiające 
przejście przez błoto, z jednej strony ulicy na drugą. W lecie każdy podmuch wiatru wznosił 
tumany kurzu. Po obu stronach jezdni znajdowały się wąskie chodniki z niestarannie 
ułożonych płyt betonowych, a tuż przy nich wyłożone kamieniami głębokie rynsztoki, 
którymi ściekała nie tylko deszczówka, ale i mydliny wylewane przez zajmujące się praniem 
kobiety.

A my po każdej burzy, w płynącej z dachów spienionej wodzie, puszczaliśmy nasze 

okręty, misternie wydłubywane w drewnie lub w korze. Zimą, kiedy ulicę pokrywał ubity 
śnieg, jezdnia była wyjątkowo równa, a w prowizorycznych rynsztokach dzieci urządzały 
długą, biegnącą wzdłuż chodników przez całą ulicę — wspaniałą ślizgawkę. Jeździliśmy 
wtedy na łyżwach własnej roboty. Męczyli się nad nimi prawie wszyscy chłopcy, 
podglądając jeden drugiego. Były bardzo prymitywne, jednak dobrze służyły naszej zabawie 
w tamtą powojenną zimę, gdy prawdziwe łyżwy ze względu na cenę były dla nas 
nieosiągalnym marzeniem.' Wzdłuż kawałka drewna wielkości buta umieszczało się gruby 
drut, z przodu zagięty do góry. Dwa otwory wypalone pogrzebaczem były potrzebne do 
przymocowania takiej łyżwy do buta. Jeden pasek trzymał na środku stopy, a drugi obok 
obcasa. Jeżdżąc na naszych rynsztokowych ślizgawkach, używaliśmy tylko jednej łyżwy, 
drugą nogą odbijając się od zmarzniętej ziemi.

W następnym roku po zakończeniu wojny na skraju chodnika po naszej stronie ulicy 

wkopano drewniane wysokie słupy, z czterema szklanymi izolatorami na górze. Te prace: 
kopanie dołów, ustawianie słupów i zawieszanie przewodów — nie mogły się bez nas 
odbywać. Obserwowaliśmy wszystko, pomagając lub częściej przeszkadzając robotnikom. 
Dowiedzieliśmy się, że wyżej umieszczone są przewody elektryczne, a znacznie niżej —- 
przeciągano dwa izolowane kable telefoniczne. Straszyły nas ostrzegawcze tabliczki z trupią 
główką. Mówiono nam, że nie . wolno dotykać prze- wodów, bo elektryczność zabija — a 
tymczasem jaskółki bezkarnie
siadały na drutach. Ukradkiem chowaliśmy kawałki przewodów i też nic się nam nie stało. 
Węszyliśmy w tym jakieś kłamstwo dorosłych. Dopiero znacznie później Jurek wytłumaczył 
nam, że przez przewód musi przepływać prąd elektryczny, który może zabić, jeśli stoi się 
gołą stopą na ziemi. Gdy przykładaliśmy ucho do słupa, wydawało się nam, że słyszymy 
ciche rozmowy, że dochodzi do nas jakiś niewyraźny śpiew, daleka muzyka i nie chcieliśmy 
wierzyć przemądrzałym starszym chłopcom, gdy nas zapewniali, że to tylko szum wiatru w 
drutach.

W kilka lat później, po drugiej stronie ulicy, wkopano specjalne wyższe i grubsze słupy i 

zawieszono na nich lampy oświetlające ulicę. Wychodziliśmy wtedy wieczorami przed dom, 
aby oglądać jak krążące bez przerwy stada komarów i ciem otaczają duże żarówki 
umieszczone w szklanych kloszach. Twarze przechodniów wyglądały jak białe plamy, 
rozjaśnione padającym z góry jaskrawym światłem.

Przewody telefoniczne doprowadzono do Rady. Zaglądaliśmy tam, aby obejrzeć, jak 

wygląda tajemnicza skrzynka, która pozwala rozmawiać z ludźmi na innej ulicy lub w innym 
mieście. Nigdy jednak nie Udało się nam zobaczyć i usłyszeć, jak ktoś telefonuje.

Elektryczność doprowadzono nie tylko do biura Rady, ale także do kilku domów w 

sąsiedztwie. W tym czasie i w naszym mieszkaniu zapaliły się żarówki. Prąd dostarczała 
mała prądnica napędzana pracującą bardzo głośno lokomobilą.

Któregoś ranka, zaraz po śniadaniu, w tajemnicy przed rodzicami wybraliśmy się, aby 

odszukać to miejsce, z którego prąd jest wysyłany do

:

 naszych mieszkań. Szliśmy wzdłuż 

background image

rozwieszonych na słupach przewodów, od słupa do słupa, aż wreszcie trafiliśmy do niskiego 
budynku, dużej szopy, w której stało urządzenie do wytwarzania prądu. Było to nad Utratą, w 
pobliżu torów kolejowych.- Nie wpuszczono nas do środka, więc z daleka patrzyliśmy przez 
otwarte drzwi, jak dwóch robotników coś dokręcało i smarowało.

Wytwarzany tu prąd służył tylko do oświetlania mieszkań. W naszym pokoju dwa 

skręcone izolowane przewody, umocowane do tynku kilkoma gwoździkami, prowadziły do 
żarówki zaczepionej pośrodku sufitu. Nikt nie używał wyłącznika umieszczonego przy 
drzwiach, gdyż prąd dostarczano tylko od zmierzchu do późnego wieczoru, kiedy to dwie 
krótkie przerwy, krótkie chwile ciem-

background image

nośei, ostrzegały o /.ubliżającym się zatrzymaniu głośno pracującej llokomobili. Jeśli ktoś nie 
leżał jeszcze w łóżku, miał kilka minut na zapalenie świecy lub naftowej lampy. Nie było 
potrzeby oszczędzania prądu, gdyż opłata zależała tylko od liczby zainstalowanych żarówek. 
| |

Cieszyliśmy się z'nowego oświetlenia, które oglądało u nos wieli u sąsiadów. Niektórzy 

przychodzili- z własną książką, aby sprawdzić, czy przy takim sztucznym świetle można 
będzie czytać. Chociaż każdy z nas wolał „ciepłe" światło lampy naftowej, od „zimnego" 
wiszącej u sufitu żarówki, jednak w kilka lat później już prawie wszystkie mieszkania w 
domach przy Stalowej korzystały z oświetlenia elektrycznego. Skończyły się ustawiczne 
kłopoty z przycinaniem knota, z filowaniem, z sadzami ulatującymi z płomienia, no i z 
zapachem parującej nafty, który bardzo nam dokuczał, gdy lampa po długim paleniu mocno 
się.nagrzewała.

W ostatnim domu Stalowej urzędowała Rada Główna Opiekuńcza, której 

zawdzięczaliśmy tak szybko podłączoną elektryczność. Od kilku lat RGO pomagała ubogim 
ludziom przeżyć te nadzwyczaj ciężkie czasy. Każdego dnia przed południem ożywiała się 
nasza ulica, gdyż coraz więcej osób szukających pomocy przychodziło tu załatwić jakieś 
swoje sprawy. Ludzie pozbawieni pracy, wielodzietne rodziny, uchodźcy ze wschodu — 
dostawali tu ubranie, buty i bieliznę, otrzymywali żywność, amerykańską friąkę, mleko w 
puszkach, konserwy mięsne i smalec — nie wiem dlaczego nazywany „małpim". Co kilka 
tygodni przychodziły na naszą ulicę dzieci z całego miasta, aby na podwórku Rady, po 
ustawieniu się w kolejkę, łyknąć łyżkę stołową tranu i zjeść kawałek razowego chleba, 
posypanego solą. A my — dzieci z najbliższych podwórek — nadużywając swoich 
znajomości, gdy tylko zobaczyliśmy formującą się kolejkę, natychmiast dołączaliśmy do niej 
i wypijaliśmy porcję tłustego i obrzydliwego w smaku gęstego oleju, który miał zapobiegać 
różnym chorobom. Przez te kilka lat udało nam się wypić dość dużo tej bardzo niesmacznej 
okropności, namawiając przy okazji do picia inne dzieci, wzdragające się na sam zapach 
tranu.

Gdy na kolejową bocznicę podstawiano wagony z darami prze- j »yłanymi z Ameryki, 

kilka furmanek przewoziło do magazynu Rady skrzynio i worki pełne żywności oraz wielkie 
pudła z ubraniami, I
bielizną i butami. W te dni na obszernym podwórku siedziała gromada ciekawych 
wszystkiego dzieciaków z pobliskich domów. Kucaliśmy jeden obok drugiego pod wysokim 
parkanem, podziwiając siłę ubielonych mąką ludzi, dźwigających na plecach wielkie stu- 
kilowe worki.

• Chcąc przypodobać się woźnicom, poiliśmy wymęczone konie, przynosząc wodę w 

kuble. W zamian za tę przysługę jechaliśmy pustym wozem na rampę po następny ładunek. 
Na załadowanym wozie nie było już dla nas' miejsca, a więc wracaliśmy ulicą Pułaskiego. 
Jak zawsze na tej ulicy, zaglądaliśmy do fabrycznej hali, po której uwijali się robotnicy, 
ustawiając jakieś maszyny. Nawet małe dzieci już wiedziały, że z dalekiej Ameryki, z tego 
bogatego kraju za wielką wodą, otrzymujemy ubrania, żywność i tran, a teraz mają do nas 
przyjechać ludzie, aby zbudować fabrykę.

We wrześniu, w następnym roku po zakończeniu wojny, mimo że ukończyłem siedem lat, 

nie przyjęto mnie do szkoły. Nadal nie było miejsca dla wielu dzieci. Mój brat Jurek, 
opóźniony już o dwa lata, dopiero teraz rozpoczynał naukę.

Mało kto na Stalowej martwił się tym, że brakowało nauczycieli, że nie było klas 

szkolnych i pomocy naukowych. Większość rodziców nie rozumiała jeszcze potrzeby 
uczenia dzieci. Oni sami najczęściej nie byli ani jednego dnia w szkole i jakoś żyli, ucząc się 
czytać i pisać od starszego rodzeństwa lub od znajomych. Dopiero po kilku latach, gdy 
przekonano się, że ludzie wykształceni łatwiej zdobywają pracę i więcej zarabiają, zaczęto 

background image

doceniać wartość nauki dla dzieci. A nie przyjętym do szkoły dzieciom, pełnym naiwności, 
wydawało się, że przedłużono ich dzieciństwo. Cieszyliśmy się, że miejsc w szkole zabrakło, 
że jeszcze przez rok nie będziemy mieli żadnych zajęć, że na razie ominie nas wczesne wsta-
wanie i codzienne wędrówki w złą pogodę, w deszcz lub podczas śnieżnej zawiei. Jeszcze 
przez cały rok mogliśmy się bawić zamiast odrabiać lekcje. Ten zmarnowany rok spędziłem z 
moimi rówieśnikami na podwórkach i w różnych zakamarkach Stalowej, na uganianiu się po 
ścieżkach i dróżkach najbliższej okolicy.

Stopniowo matczyna opieka, ograniczająca nasze zabawy i dalekie wyprawy, stawała się 

coraz mniej potrzebna. Do szczęścia wy-

background image

I ttarczalfl nam obecność kilku rówieśników. Wędrowaliśmy z nimi coraz dalej, 
odchodziliśmy od domów coraz śmielej, jeszcze oglą. dając się od czasu do czasu i 
sprawdzając, czy widać /abryczne ko* miny, drogowskazy pokazujące nam drogę powrotną. 
Rzadko do* puszczaliśmy do wspólnej zabawy dziewczęta, które bawiły się o«ob- no, 
ubierając lalki, grając w klasy, skacząc przez skakanki lub ustawiając się na pobliskiej łące 
do gry w serso i bezskutecznie namawiając chłopców do wspólnego wyrzucania w górę i 
łapania lekkich, drewnianych kółek. Tak już pozostało do końca mojego dzieciństwa 
Wspólne były tylko zabawy w „węża" i w chowanego. Razem wyruszaliśmy na spacery. 
Nasz dzień powszedni najczęściej rozpoczynaliśmy od gry w „papierki". Z narysowanej na 
podwórku linii rzucaliśmy metalową podkładkę, tzw. „szajbę", w kierunku równó ułożonej 
gromadki papierków od cukierków, składanych w kwadraciki. Kto przystępował do gry, 
układał swój papierek na gromadce i z odległości kilku kroków, zza narysowanej linii, rzucał 
„szajbę". Kto z nas rzucił najbliżej gromadki, ten pierwszy uderzał „szajbą" w papierki, 
zabierając odwrócone na drugą stronę. W ułożone od nowa papierki uderzał następny.

«

Gdy znudziła nam się „szajba", zaczynaliśmy grać w guziki. Uderzało tię guzikiem o ścianę 
domu w ten sposób, aby upadł jak najbliżej leżącego na ziemi innego guzika, który 
chcieliśmy Tjdobyt. Ta gra ciągnęła się dość długo. Każdy z nas podkradał swojej matce po 
kilka guzików, a trafić do celu, leżącego dość daleko od ściany, nie było łatwo.

Kiedy dotarła do nas nowa zabawa — biegi „za kółkiem" jm rozpoczęły się długie 

wędrówki, coraz dalej od domu i od naszej ulicy. Rozmaite były kółka. Te najlepsze robiono 
z grubego drutu lub z wikliny. Niektórzy koledzy używali obręczy od beczki lub nawet 
największej fajerki. Kółko trzeba było popychać odpowiednio wygiętym drutem, biegnąc za 
nim dość szybko. Wyruszając rano całą gromadą — każdy ze swoim kółkiem — 
poznawaliśmy coraz lepiej okolicę. Biegaliśmy drogami, polnymi ścieżkami, wąskimi 
dróżkami pomiędzy łanami zbóż, wszędzie tam, gdzie mogło jechać kółko.

Dopiero wtedy poznaliśmy drogi prowadzące do rzeki Utraty* „Jeździliśmy" tam w 

ciepłe dni, aby wykąpać się. Biegaliśmy boso, w krótkich spodenkach i kusych koszulkach, a 
kąpaliśmy się nago.
. Były tam, w korycie dość płytkiej i szeroko rozlanej rzeki, dwa zwężenia — dołki — w 
których woda była znacznie głębsza. Mieja-
II cem naszych kąpieli był tzw, „chłopski dołek", w nie uregulowanej, I kręcącej się wśród 
łąk Utracie, na wprost Żbikowskiego kościoła.
■ W najgłębszych miejscach „chłopskiego dołka" zanurzałem się do
■ brody. Woda była czysta, dopóki nie zmącili jej kąpiący się. Tutaj
■ uczyliśmy się pływać. Początkowo tylko udawaliśmy, tłukąc jedną
■ nogą wodę, a drugą odbijając się od dna Starsi koledzy, a wśród
■ nich i Jurek, siedząc na brzegu, krzyczeli do nas:
— Nic się nie bój! Nie utoniesz! Machaj nogami i rękami! Pod okiem starszych kolegów 
trudno było o jakiś wypadek,
■ jednak dobrze pamiętam, że przez kilka lat wspominano w Prusz- I kowie tragiczne 
utonięcie w Utracie jakiegoś młodego strażaka.

Ścieżką biegnącą niedaleko naszego kąpieliska przechodziły ko-

■ biety, idące do „babskiego dołka", i odwracały głowy na widok ska-
■ czących do wody gołych mężczyzn, którzy właśnie wtedy nabierali
■ ochoty do pokazywania swoich pływackich umiejętności.

Gdy kobiety kąpały się już w najlepsze, a w tamtych czasach I tylko najstarsze wiekiem 

wchodząc do wody zakładały długie białe 1 koszule, często zdarzało się, że zbyt ciekawy 
mężczyzna czołgał się I pośród wysokiej trawy, aby tę kąpiel zobaczyć. Gdy taki śmiałek I 
znalazł się zbyt blisko „babskiego dołka" i nie zdążył wycofać się I w porę, narażał się na 

background image

wysmaganie mokrymi koszulami lub pobicie I pantoflami. Każdej takiej nieudanej próbie 
podglądania, zakończonej samosądem energicznych kobiet, towarzyszył niezmiennie pisk
(podglądanych, wrzask odpędzanego intruza i śmiech kolegów.

Ubieraliśmy się natychmiast po kąpieli i popychając kółka wy-

■ ruszaliśmy w drogę powrotną, ścieżką obok gospodarstwa Kieliszka,
■ do ulicy Promyka i na Stalową, przez przejazd „koło Lorenca". Moda na opalanie się, na 
długie wysiadywanie nad wodą, dotarła do Pruszkowa znacznie później, gdy do kąpieli 
zaczęto używać kostiumów. Minęło jeszcze kilka lat, zanim policjanci, chodząc nad rzeką i 
obok glinianek, zaczęli spisywać protokoły i zbierać jednozłotowe mandaty za kąpanie się i 
plażowanie bez kostiumów. Można było wtedy każdego dnia zobaczyć gonitwę policjanta za 
uciekającymi
przez pola nagusami, ściskającymi w rękach ubrania i buty.
*

background image

_|Czasami deszcz lub niepewna pogoda zatrzymywały nas w domu. Kiedy indziej tyle 

różnych wydarzeń rozgrywało się na podwórkach Stalowej, że nikt nie myślał o zabawach 
lub wędrówkach po najbliższej okolicy.

Co kilka tygodni zjawiał się kataryniarz i wszystkie dzieci leciały na dalekie podwórko na 

początku ulicy, skąd słychać było muzykę. Wokół katarynki szybko ustawiał się krąg 
zasłuchanych. W przeciwieństwie do złośliwej papugi, która wyciągała małe torebki z 
jakimiś tanimi prezencikami dla dziewczynek, stary kataryniarz był zawsze uśmiechnięty i 
wesoły. Katarynka grała na wszystkich podwórkach, z okien leciały zawinięte w papier 
niewielkie pieniądze, za które starszy pan dziękował głębokim, bardzo nas rozśmieszającym 
ukłonem.

Stałymi gośćmi na Stalowej byli handlarze i wędrujący po podwórkach rzemieślnicy. Co 

tydzień zjawiał się stary brodaty Żyd w długim chałacie i w jarmułce. Od dawna nas 
straszono, że zabiera niegrzeczne dzieci do worka. Gdy widziałem go po raz pierwszy, 
chodził z wielkim workiem na plecach i grubym kijem do odpędzania psów, a później, po 
kilku latach, przyjeżdżał wozem, z wychudzoną szkapą o zwisającym łbie. Stary Żyd głośno 
krzyczał: „Fajans! Porcelana! Za stare kapcie! Za łachmany, butelki, za stare książki!" — a 
gdy wynoszono niepotrzebne rzeczy, czasami płacił za nie kilkadziesiąt groszy, ale 
najczęściej dawał jakiś garnuszek, półmisek, talerz lub szklankę.

„Garnki drutuję, reperuję!" — wołał na podwórkach mały, silnie zbudowany Słowak, od 

dawna mieszkający w drewnianej przybudówce na Klonowej. Mówił ze śpiewnym akcentem, 
miał okrągłą, wesołą twarz, lubił z nami pożartować, chodził w starym, mocno wciśniętym na 
głowę kapelusiku z wąskim rondem. Lutował dziurawe metalowe garnki tak dokładnie, że 
można było w nich gotować. Miękkim drutem oplatał pęknięte kamionkowe naczynia i 
gliniane donice. Robił to szybko i dokładnie. W czasie pracy, siedząc na jakiejś podwórkowej 
ławeczce, podśpiewywał skoczne słowackie piosenki, z których najbardziej nam się podobała 
ta o Mał- gorzatce, która tańcowała z żołnierzami. Zawsze był otoczony przez zapatrzonych 
na jego ręce chłopców, z których niejeden chciał w przyszłości zostać takim właśnie 
naprawiaczem pękniętych garnków.

Podobnie jak uliczni grajkowie, wszyscy handlarze i rzemieślnicy odwiedzali Stalową 

przed obiadem, kiedy kobiety miały więcej czasu.

Gdy przychodził szlifierz, aby ostrzyć noże i nożyczki, uderzał młoteczkiem w 

zawieszony na przenośnym warsztacie kawałek że- jlaza, zawiadamiając tym dzwonieniem, 
że już tu jest, że za chwilę ■przyjdzie na sąsiednie podwórko. Popychał przed sobą mały 
jedno- j kołowy wózek, na którym rozmieszczone było to wszystko, co do [ostrzenia mogło 
być potrzebne: różne tarcze, specjalne kamienie, Ipaski do ostrzenia brzytwy i naczynie z 
wodą. Gdy. zabierał się do [pracy, nogą napędzał koło połączone pasem z tarczą szlifierską. 
{Przynoszono do ostrzenia noże, tasaki, siekiery, nożyczki, a czasami [nawet i brzytwy. 
Zapracowanego rzemieślnika otaczał krąg dzieci, wpatrzonych w lecące spod noża iskry, 
przypominające zimne ognie Ina choince. Gdy kończył ostrzenie — czekaliśmy na ostatnią 
próbę — przecinanie kawałka papieru szybkim ruchem noża.

Latem, najczęściej po południu, przychodził lodziarz. Był za- rwsze ubrany na biało, jak 

gdyby chciał tym podkreślić swoją troskę o higienę, o czystość sprzedawanych wyrobów. 
Nosił na plecach dużą, płaską, drewnianą skrzynkę, a w niej dwa okrągłe wysokie naczynia z 
blachy z pokrywkami. W każdym z nich były lody o innym smaku, najczęściej śmietankowe i 
owocowe. Naczynia były otoczone kawałkami lodu posypanymi solą. Lodziarz nigdy nie 
miał czasu na pogawędkę z dziećmi, gdyż w upalne dni lód szybko się rozpuszczał. Gdy 
zebrało się kilkoro dzieci, zatrzymywał się, wybierając ocienioną stronę ulicy. Zdejmując 
drewniany plecak, wyjmował z małego schowka przyrząd do porcjowania. Na okrągły wafel 
nakładał porcję lodów, przykrywając drugim waflem i wypychając specjalnym podnośnikiem 

background image

gotową porcję. Od czasu do czasu wypuszczał małym kranikiem wodę, powstającą z wolno 
topniejącego lodu.

„Ziemia! Ziemia do kwiatów!" —- słychać było na Stalowej, gdy wiosną przyjeżdżał 

gospodarz z jakiejś pobliskiej wioski, przywożąc cały wóz czarnej, torfiastej ziemi, 
sprzedawanej na kubły. Gdy - nadchodziła wiosna, w każdym mieszkaniu przesadzana kwia-
ty, ale ludzie niezamożni przynosili kubełkami ziemię z parku Anie- lin, robiąc to 
wieczorami, jak gdyby wstydzili się swego ubóstwa.

Pod koniec lata wędrował ulicami bednarz ze swym przenoś-

IHHHHHIHHH^IHIHjHHIHHUBHHHH^IHHilHHHIIHwM^

background image

pZ*

Krzyczał giośno; ^B«zki! B^fa . ~ -

W

 P^^T^y^ do kw^' lutwST^l^

, ' ~ nowe klepki, zmieniał -rr^rrWiai, TZT^
.

Fzwozewiail!

___

<fca Kaprawy dokonywa* na

_____

- -

_____„ , ^ pooworfcj, przynosząc ^

^^rr^

^^ kiepkToraz 3

-

^zr^ti&ztó obręczy

a

________________________________

ta- 

v

*®y dlCKutoY JKMDUt dok ^rw __________________________^ «

: .

^ .

'-^czyc, mrywihśmy wtedy;

a

 komeezn*e • brakującą klepkę?"

W tAITłf«f>k t^ł^h

łumf^L. .« _______, ___a

' ---

,

r A

 

7

wuciMdHidcn nasze] uzrti,'^

-

Is&oo&ą, W jolitMzym gkfea k i m^a twi* ,.

r

.

^

. , 

7

można oylo wypozym*

-ifir^Lc; tł ucz** Ha Uy

2

 dzśrń

IV

elwr

1

^ **** k*pu*f, sscto, kopru, w ząbki pokrojoną mar^

^^

poszatkowanej opusty prze-

'^S**** 

z

 dodatkami, ubśająe tłuczkiem W -^u doma* ^y?*

thimaeząe. te tylko w ten

f&t ^

^jT

6

Dueci z

 weikśm apetytem zjadały zjąhy, eter-

przAfZ

 <*ty

m*eńum kwaszenia kapusty, tego przy-

tnĄizi ubogich-
j^g

odwiedzali Stalową różni deatetwcy, Sprzedawano m-

* wypychana steraj*, ziemski, ^.pjst^ jabłka j rózr* 

7wa r>5y

 P'

7

^^^ Sto&ffkmy g&ptó&Fz, 

m\eźało z*jść na ' na pocwórko hłb os z workiem l ub z \smem

e

 aby r*a całą ^ zaopatrzyć 

swoje gospodarstwo w potrzeb zapaiy Wszy- nie li/ pjwmee były przygotowane do 
przechowy
węgla drey/00 opaiowego, ziemniaków, jabłek oraz warzyw* Przed zźraĄ trypyctefo iśemtila

tyły 

pśend
tze noc

świeżej

Pachniała 

ia-
fiajrr. /JS/Zh Stara

'smcsm mbytz .

podw/rsta,

^ ^y.yr.hta do syrwMf&m //raz z j^ś^anynś

(kUZCZMDl
Kv>/«Ki

przyc^izii szjciarz, rsio^c pl«cac^> %<.:z/'.tĄ

z p?rtarr>i

Wprawiał v/ybite szyby, kitował nieszczelna ofcos

KładJ -a x jfJtitt.nyrc-

awj gruby koc, a na nim ukłaóai

WM

1)0

irta/ały wejść dz^

tumU&w*

oezy r,i* pns&pie tego rwmeoK

dLaent zaczme p>szcz« przy kro^emu płyty, a później - ' ' ' — Jednym lekkim dotkn^ciu 
oomM&f
kawai *zyby,

f

m _i_

Prz^d J^źdą zsmą r&rmzzrM&zy rr/i opsŁ i iz . pcte^ iata zw<«or» do piwnic rstefirzy 

depgtefamy we^] j

r

 - ^jcatcrzr yo- U|i te zakupy dopiero póżr^ ip&esńą By i to wydatek

background image

W Hftop^iz^ przy^żóźah crJops z drewr^ tsę&ier^-yrr: Eaz- Lposzo--^ P^

.'wr»o 

jpoz&Jhs&ę 'tewaSzi wm&wf
jtrćspJ&rj&i w

■>s.<Krt*arrpru. ponrtóśte&ań. Or-;przeda^^o

f/i^łe rmyetmei źy»':cą sssa^śs^ rewKr.ka, które dssźfiy do jozpa- boia ogoia. 0y»i syfat^^cy 
z k

usmżoów pozwaiai

Ur-sśbć z^rrjr>źły*ść W/^aion. Pssizirr/ ze

\ k/te-

ijaaK&e — psMI

. rrAty y&zem

le igś. po

lwowie p&i;li drev»r>e7r; 3 azyszi&rr,:

zap^ń wycz-warłetr- 9d

IrazŁ' Przy^R-j.nss; roi iata zp^zasie w ^Widhtze, kSedy każó^o Unia, w^druiąc z Jtfffeśera 
po zte^ralitroy do kot^alek izyBzki, Ufry Msóka T.-s>ia czyrr. palie w r .ir.r..

Ody zbliżała zima, widziała r-a uBcy stsre iw>i3&ety dż*-:^- Uące chrj^ft i ^ó^ńe 'izaz 

y/osM ęelr& ezyisz&c. Dwa razy dzśesssńe, oo jo, // di >Lgsch t/i+jttjcr. zprAr:icaf,-h< zńy z 
l&m, "//.no pcc-y- '.JsiĄf- r.a

wielkie tIssac&ś .'ćr»-ry> uiozor.y r tp&u.

'flieeiWaK*. odp&zzyws&y ZA podwórkach ś^ząc 323. r^łych łs- ryeezfeads z 
v.yciągm^tyryj; przed ziełsie riogarr.2 o

er. zdefor-

rmcmarr/cź. jetop&ch, r-«t /V>r«: megz^Żo za władano buty. Stare sad- mieeme zrr^czor>e 
prać^ c^roety,

samoioe wdowy,

ta* dzierj za dniem te ciężary, aź zapełniły prar.iee i komórki, a na podwóricacfc uro^a irt^rta 
drewna,

A później ;yz «zybko naddaodzSa zćną, zawsze w tamtych lalach rn/oźr^a 1 śnieżna.
Mirr,o ocz^k-wama na pr.frwjzy

na Beże Narodzenie

5 Gwiazd/:*? — zima bardzo szybko dokuczała dzieciom, które : -z Nowym Roku z cor?»z 
w^ezzym tO^knientem oez&ówz&y ocie- picnia. Jedyne zfmow* rozrrwk bietóe ubranych 
daexa to lepienie bałwana, walka na śnieżki oraz jazda na prymitywnych łyżwach własrjej 
roboty

Od tej je^er.i przez wśsk godzin zostawałe-m aarn Kiedy wstawałem z łóżka, Jurek już 

dawno był w rzkole, a po obiedzie wolał towarzystwo »woich szkolnych zapominaj o 
młodszym
bracie. Po śniadaniu wynomłem śmjecie, a później przynosałem ^ Batem ń; /^szcze 
ptwmczr>ych ciemności i dopiero gdy Jjre* wrówl ze szJuiy, wy ruszaliśmy po dwa kubiki 
w^gla » trocb^ drw-
35

background image

^SF Tyle było moich obowiązków. Godziny do powrotu brata ze szkoły dłużyły się 
niemiłosiernie. Gdy w złą pogodę koledzy siedzieli w domu, mogłem albo przeglądać nasze 
książki, albo wyjść na podwórko i sterczeć przez długie godziny w pobliżu gołębnika, 
pomagając „gołębiarzom" w ich codziennych zajęciach. Do karmie-; nia było ponad 
trzydzieści ptaków. Patrzyłem, jak dobierają się parami, słuchałem ich gruchania, 
podziwiałem te wszystkie, jak później się okazało, nie tak bardzo mądre krymki, pawiki, 
srebrniaki i garłacze. Gołębnik był własnością pana Mundzia, który mówił
0 sobie, że jest przyuczonym tokarzem, szukającym dobrej roboty. Chudy Janek, zawsze 
skory do żartów, wytłumaczył nam, że tokarz to taki fachowiec, który beczki toczy. Pan 
Mundzio miał wyraźną słabość do munduru. Ubierał się po wojskowemu, choć jeszcze ani 
jednego dnia nie służył. Płaszcz i bluzę miał przerobione z mundurów, nosił kawaleryjskie 
spodnie, z dużymi bufami, a nie mając długich butów, nazywanych „oficerkami", zakładał 
sztyblety — skórzane cholewy, zapinane z tyłu na łydkach małymi paskami. Wy* soki, 
trzymał się prosto, chodził sprężystym krokiem, mówił krótko
1 głośno, jak gdyby wydawał rozkazy. Nie znając go, można było sądzić, że jest to 
zwolniony z wojska ochotnik, a on dopiero za rok czy dwa miał stanąć do poboru. Klął jak 
furman i nie liczył się z nikim, nawet ze swoim bliskim kuzynem, grubym właścicielem 
domu. Pan Mundzio nie miał jeszcze dwudziestu lat, a wpatrzeni w niego obydwaj Jankowie, 
pilnie słuchający jego zarządzeń i rozkazów, kończyli lat czternaście i niedługo mieli 
rozpocząć naukę zawodu gdzieś w Warszawie — jako uczniowie lub praktykanci. Na razie 
pomagali w pracach przy gołębniku, a przy okazji i ja mo-j głem patrzeć na gruchające pary i 
na denerwujący moment chwytania „obcego", który najczęściej kończył życie w garnku pana 
Mundzia.

Nie tylko my tkwiliśmy przez długie godziny przy gołębniku. Wśród chłopców 

wybierających się rankiem do szkoły byli i tacy, którzy ulegali jakiemuś wewnętrznemu 
nakazowi i niespodziewanie przerywali swój marsz po wiedzę przed jakimś podwórkiem z 
gołębnikiem, zajmując się ptakami aż do powrotu ze szkoły kole- I gów z klasy, kiedy to 
wyciągali tornister z ukrycia, wracali do domów, nawet nie pytając o szkołę, lekcję lub o 
tematy przerabiane w klasie.

Każdego dnia przeżywaliśmy duże emocje, gdy nasze stado, nazywane „paką", wzbijało 

się w górę, aby krążyć wysoko nad miastem i do ostatniej chwili nie było pewności, czy 
wrócą wszystkie gołębie. Mądry gołąb powinien zawsze trzymać się swojego stada, razem z 
nimi latać i razem wracać do swojego gołębnika, a głupi przyłączał się w czasie lotu do innej 
„paki" i zachęcony rozsypywanym grochem siadał nieopatrznie na nie swoim gołębniku, co 
zawsze kończyło się nową niewolą — złapaniem za pomocą szybko opadającej klatki.

Łapanie „obcych" było na pewno największą przyjemnością w życiu każdego właściciela 

gołębnika. Schwytanego gołębia, o ile nikt nie zgłaszał się z wykupem, sprzedawano na targu 
albo przeznaczano na rosół. Jeśli był to gołąb młody, istniała pewna nadzieja, że przyzwyczai 
się do nowego stada i do nowej partnerki. Złapanie „obcego" prawie zawsze rodziło różne 
zatargi i spory. Gdy właściciel gołębnika spostrzegł, że jego gołąb, z głupoty lub „z potrzeby 
serca", dołączył do innej „paki" i wspólnie z nią krąży, szykując się do siadania na obcym 
gołębniku, zaczynał robić wszystko, co mógł, aby nie dopuścić do schwytania jego 
własności. Tego wymagał honor hodowcy. W takiej chwili najczęściej łapał długi kij z czer-
woną płachtą na końcu albo domowej produkcji moździerz, naładowany porcją siarki z 
kalichloricum, i czaił się w pobliżu obcego gołębnika, aby w odpowiednim momencie, gdy 
„paka" będzie już siadać, wyskoczyć zza parkanu lub zza rogu ze szmatą na kiju i głośnym 
krzykiem płoszyć siadające gołębie. Jeśli nie pomagał krzyk, należało stado spłoszyć 
głośnym wybuchem, uderzając naładowanym moździerzem w narożnik domu lub w jakiś 
duży kamień. Wtedy wystraszone ptaki ponownie wzbijały się w górę, często rozdzielając się 

background image

na kilka małych stad, krążyły w powietrzu bardzo długo, dopóki nie zapomniały o hałasie, 
nie uspokoiły się i nie nabrały odwagi, aby ponownie siadać na swoim gołębniku. Taka sy-
tuacja mogła powtarzać się kilka razy. Najczęściej do przeciwdziałania wyruszał właściciel 
pierwszego gołębnika, strasząc w odwet siadające ptaki przeciwnika i nieraz groziła utrata 
obu stad, gdyż przed wieczorem w zapadającym zmroku ptaki rozpraszały się, siadając często 
na zupełnie innych, spokojnych gołębnikach, gotowych na ich przyjęcie. Te bardzo częste, 
choć w zasadzie nie tak ważne wydarzenia były źródłem stałych konfliktów, a ich przebieg 
fascy-

background image

Rbwał dużą grupę młodzieży, sterczącej całymi dniami pod — najczęściej nie swoimi — 
gołębnikami,

Tokio historie, wspominane zc wszystkimi szczegółami, krążyły na podwórkach przez 

wiele miesięcy. Miłość do tych ptaków wymagała ustawicznego zaangażowania, ciągłej 
obecności przy gołębniku i stawała się dla wielu nałogiem nic zezwalającym na zajęcie się 
nauką ani na żadne inne zainteresowania.

Młodzi ludzie dorastali, rozpoczynali pracę, szli do wojska, żenili się, zajęci swoimi 

nowymi kłopotami, jednak przez wiele lat nie zapominali o tamtej młodzieńczej miłości do 
ptaków i z wielkim rozrzewnieniem patrzyli w górę, gdy dojrzeli krążącą nad Pruszkowem 
wielką „pakę" gołębi.

Moje gapienie na gołębie kończyło się, gdy Alinka i Jurek ^wracali ze szkoły. Najpierw 

wysłuchiwałem szkolnych wiadomości, sprawdzałem, co Jurek napisał w klasie w swoim 
zeszycie, dowiadywałem się o różne szczegóły, co nowego wydarzyło się, kto nie nauczył się 
lekcji, kto stał w kącie, w jakim humorze była pani Wąsowicz, kto żle, a kto dobrze 
odpowiadał i kto w I b oberwał od pana Petlika linią po łapach.

Dopiero teraz czas mijał bardzo szybko.
Po obiedzie Jurek zabierał się do odrabiania lekcji, a ja podglądałem wszystkie jego 

czynności, myśląc o tym, co mnie czeka za rok. Dopiero Wielkanoc zakończyła moje zimowe 
udręki. Dzieci wyszły na podwórka i rozpoczęły się codzienne zabawy. A gdy na dobre 
przyszła wiosna, na Stalowej pojawiły się bosonogie, kolorowo ubrane Cyganki. Szły ulicą, 
rozmawiając w niezrozumiałym dla nas języku, otoczone brudnymi dziećmi, które wyciągały 
do nas ręce prosząc o kawałek bułki. Przychodziły zawsze przed obiadem, pukając do 
wszystkich mieszkań. Jeśli mężczyzna był w domu, to od razu je przepędzał, krzycząc na 
żonę, że niepotrzebnie daje się oszukiwać lub okradać. A tymczasem kobiety tak bardzo 
chciały poznać swoją przyszłość, tak bardzo pragnęły zmiany w swoim życiu, że nieraz, 
mimo takich ostrzeżeń, wpuszczały te wróżki wszystkowiedzące do mieszkania, co prawie 
zawsze kończyło się okradzeniem naiwnej gospodyni. Ginęły pieniądze lub różne drobiazgi. 
Długo o tym mówiono wśród sąsiadów, tłumacząc brak rozwagi — uśpieniem lub rzuceniem 
czarów.
Tabor cygański zatrzymywał się w zagajniku, niedaleko prze- j
ae
jazdu Gałkowskiego — dróżnika, który mieszkał w małym domku kolejowym tuż obok drogi 
do Parzniewa.

Dzieci pod opieką starszych wybierały się tam w sobotnie popołudnie, aby popatrzeć na 

życie tych wiecznych wędrowników, posłuchać ich śpiewu i zobaczyć tańce przy płonącym 
ognisku. Stojąc z ojcem na skraju zagajnika, w pobliżu naszych kolegów, z daleka 
patrzyliśmy na gotowanie kolacji i pieczenie gęsi. Gdy już się ściemniło, dorzucono do 
ogniska więcej gałęzi i pomiędzy stojące obok nas kobiety weszły stare Cyganki. „Wiem, co 
ciebie czeka! Ja widzę wszystko! Jeszcze będziesz szczęśliwa!" — zapewniała Cyganka, 
wyciągając zniszczoną talię kart i grzecznie prosząc: „Połóż tu pieniążek! Dowiesz się 
prawdyl"

Panowało wtedy przekonanie, że znają one przyszłość, że jeżeli będą chciały — mogą 

uśpić, rzucić urok, zmienić los człowieka oraz że zabierają małe dzieci, aby wychować jo na 
Cyganów. Po zakończeniu kolacji, gdy okazało się, że naiwne kobiety już oddały ukryte 
przed mężami niewielkie oszczędności, zaczęło się strojenie cygańskich instrumentów — 
skrzypiec i basetli. Wokół ogniska rozpoczęły się tańce, połączone ze śpiewaniem 
cygańskich romansów. Trzymając się blisko ojca, patrzyliśmy z ogromną ciekawością na to 
wszystko. A później — tabor odjechał. W zagajniku został tylko wypalony krąg po ognisku. 

background image

Wygnieciona trawa powoli prostowała się. Oglądaliśmy te ślady zc smutkiem, tak jak gdyby 
pozbawiono nas jakiejś nadzwyczajnej rozrywki.

Na początku tego przedszkolnego lata któregoś popołudnia zjechały się z kółkami dzieci 

z całej okolicy, ściągnięte wiadomością, że „Komosa" będzie szukał kulomiotu, zatopionego 
w helenowskich gliniankach w czasie październikowych walk w 1914 roku. Pełni 
ciekawości, rozgadani, obsiedliśmy wysokie brzegi, w oczekiwaniu nie wiadomo jakich 
zdobyczy, a tymczasem „Komosa" i dużo starsi od nas chłopcy, a wśród nich także Jurek, 
bezskutecznie nurkowali po całym stawie.

Nic nie znaleziono, ale od tej pory nie wierzyliśmy już w opowiadania o topielcach 

pływających na dnie glinianek, gdyż Stasio Komo.siri.ski, obrońca — „bek" — z 
pruszkowskiego klubu „Vic- toria", cieszył się wśród nas dużym szacunkiem i sympatią.

W czasie pierwszych wakacji Jurek spędzał całe dnie ze swymi kolegami z klasy, 

starszymi od nas o dwa lub trzy lata. Już nie

background image

bawił się z nami, a nawet patrzył na nas z jakimś politowaniem, gdy widział, jak kilku 
bosonogich chłopców zbiera się przed Radą, aby rozpocząć codzienny bieg za kółkiem.

Najczęściej wybieraliśmy się do Helenowa. Mijając przydrożny krzyż, na wprost bramy 

pałacowej, biegliśmy w kierunku Nowej Wsi. Siedząc na skarpie, obok piaszczystej drogi, 
wysadzanej płaczącymi wierzbami, uczyliśmy się trudnej sztuki robienia fujarek. Każdy z 
nas nosił mały składany scyzoryk, nazywany kozikiem. Z jego pomocą wycinaliśmy gałązkę 
odpowiedniej grubości, bez sęczków, zgrubień i narośli. Oprawą scyzoryka opukiwaliśmy 
ostrożnie zieloną korę, aż dała się ściągnąć z białego patyczka, który po dokonaniu kilku 
nacięć i dokładnym poślinieniu wsuwało się na powrót na swoje miejsce. W zielonej korze 
także nacinaliśmy odpowiednie otworki i w ten sposób powstawała bardzo prymitywna fu-
jarka, na której z wielkim trudem można było wygrać jakąś najprostszą melodię. Na takich 
fujarkach grywali mali chłopcy pilnujący krów nad Mrówką, na łąkach obok Nowej Wsi. Po 
nieudolnym koncertowaniu chowaliśmy fujarki za pazuchę i wędrowaliśmy do sosnowego 
zagajnika, na zakręcie szerokiej piaszczystej drogi prowadzącej do Kań i Pszczelina. Tu 
oglądaliśmy, nie wiadomo który już raz, okopy z okresu walk rosyjsko-niemieckich i 
szukaliśmy śladów tamtych, tak dla Pruszkowa tragicznych i pamiętnych dni. Można tu było 
jeszcze znaleźć zaśniedziałe łuski karabinowe, jakieś żołnierskie guziki łub trochę prochu 
artyleryjskiego, podobnego do do rurek makaronu. Wychylając się z rowu strzeleckiego, 
patrzyliś- my poprzez ostatnie drzewa zagajnika na zabudowania Nowej Wsi, na domy Kań, 
samotne gospodarstwo Wojtka i rozciągającą się tuż za nim zielonosiną plamę kańskiego 
lasu. Wyobrażaliśmy sobie, że oczekujemy tu na zbliżające się oddziały nieprzyjaciela, że za 
chwilę musimy strzelać albo uciekać krętymi rowami żołnierskich okopów w głąb zagajnika.

Pod koniec tego przedszkolnego lata wydłużyła się trasa naszego biegu. Z Helenowa 

„jechaliśmy" do majątku w Parzniewie. Zatrzymywaliśmy się tam niedaleko wysokiego 
krzyża nad mogiłą, w której podobno pochowano powstańców z 1863 roku. Gdy byliś
my starsi, przychodziliśmy tu jesienią każdego roku, aby porządkować ten otulony darnią 
duży grób.

W pobliżu stał wiatrak. Jeśli mieliśmy szczęście, słuchaliśmy, jak hałasują kręcące się na 

wietrze skrzydła. Do środka nigdy nas nie wpuszczono.

Z Parzniewa biegliśmy ścieżką przy torze kolejowym, aż do przejazdu Gałkowskiego, 

gdzie rozsiadaliśmy się w zagajniku, niedaleko dużej mogiły rosyjskich żołnierzy, z 
wysokim, trochę już pochylającym się, prawosławnym krzyżem. Po krótkim odpoczynku 
biegliśmy do bocznicy kolejowej, aby na dłużej zatrzymać się w budkach hamulcowych 
pustych towarowych wagonów. Z ostatniego wagonu, z wysokości okienka w budce, 
patrzyłem na tory kolejowe i, usiłując kręcić kołem hamulcowym, wyobrażałem sobie, że 
prowadzę pociąg, który wyrusza w daleką drogę, w wymarzoną podróż, że za chwilę 
miniemy zagajnik koło przejazdu oraz górkę w pobliżu Parzniewa i dojedziemy do bardzo 
wysokich gór, jakie widziałem w naszej grubej książce o podróżach i przygodach.

Gdy znudziły się nam te wagonowe podróże, po kilku okrzykach kolegów zbieraliśmy się 

na ścieżce, aby wyruszyć w drogę powrotną. Pędząc przed sobą kółka, mijamy przejazd 
„koło Lorenca", wpadamy na ulicę Sienkiewicza, aby zatrzymać się na placyku przed stacją 
kolejową, odbudowywaną po zniszczeniach wojennych. Placyk był wybrukowany okrągłymi 
kamieniami, nazywanymi „kocimi łbami". Na środku stała wysoka studnia z długą rączką do 
pompowania i z korytem do pojenia koni. Obok był postój wozów i dorożek. Umęczeni naszę 
„kółkową" podróżą, łapczywie piliśmy wodę ze studni. Jeden z nas pompował, a inni, 
przepychając się i ochlapując, gasili pragnienie, zbierając wodę w dłonie.

Napojeni i ochłodzeni, z zaciekawieniem oglądaliśmy postęp prac przy odbudowie 

dworca. Czasami, niosąc w ręku nasze kółka, wchodziliśmy do poczekalni. Duży i 
przestronny budynek ożywiał się rano, gdy odjeżdżali do pracy zatrudnieni w Warszawie 

background image

oraz zaspana młodzież szkolna. Później przez wiele godzin panowała tu senna cisza. Po 
pustej poczekalni kręcili się bileter i sprzątaczka. Kasa była zamknięta. Z hałasem i 
dudnieniem przelatywały pośpieszne pociągi, ciągnąc za sobą chmurę dymu, pary i kurzu. 
Dopiero po południu wracała młodzież z warszawskich szkół, a w kil-

background image

Igodzin później toczyła się powrotna fala pracowników różnych {instytucji i fabryk.
Na wprost dworca znajdowała się fabryka ołówków „St. Ma- Newski i Spółka". Drzewa i 

krzewy zasłaniały budynek biurowy [oraz leżące dalej duże hale fabryczne i magazyny.

Przy fabrycznym parkanie, tuż przy ulicy Ołówkowej, zajmując prawie połowę 

szerokości placyku, stał murowany budynek- -lodownia, wysokości kilku metrów, zarośnięty 
gęstymi krzakami, w które wchodziliśmy, aby, nadmiernie napojeni wodą ze studni, ukryć się 
przed wzrokiem przechodniów. W tym długim budynku (przechowywano lód, wyrąbywany 
na stawach w parku Bersohna, sprzedawany w lecie rzeżnikom i właścicielom knajp.

Od placyku przed stacją aż do fabryki „Mechaników" i przejazdu „koło Lorenca", 

prowadziła ulica Sienkiewicza, od której co kilkadziesiąt metrów odchodziły w kierunku 
południowym trzy równoległe ulice: Ołówkowa, Stalowa i Pułaskiego. Północną stronę ulicy 
Sienkiewicza zajmowały przylegające do torów budynki kolejowe. Zza parkanu widać było 
dachy magazynów, otoczonych krzakami bzu i wysokimi drzewami akacji. Po drugiej stronie 
ulicy zamiast chodnika był głęboki rów kanalizacyjny, którym spływały do Utraty fabryczne 
ścieki. Ze względów bezpieczeństwa rów odgrodzono od jezdni barierką ze starych, 
zardzewiałych rur.

W parterowym budynku na rogu Ołówkowej otworzono knajpę „Pod słońcem", a w 

pobliżu niej, na placyku niedaleko Stalowej, w dawnej zajezdni tramwajów konnych, dwa 
niepotrzebne już wagony służyły do zabawy dzieciom z okolicznych podwórek. Pozbawione 
szyb, coraz bardziej rdzewiejące, z resztkami kolorowego lakieru — miały jeszcze ławki i 
dzwonek, uruchamiany pociągnięciem wiszącego pod sufitem sznurka. Przez kilka lat było to 
miejsce naszych najlepszych zabaw. Mogłem wtedy być konduktorem sprze- dającym bilety i 
poganiającym spóźniających się pasażerów albo motorniczym dzwoniącym długo na odjazd, 
a kręcąc kołem hamulcowym, udawałem, że prowadzę tramwaj w daleką podróż. Czasami 
jeden z nas był kontrolerem, sprawdzał bilety i wyrzucał jeżdżących „na gapę", a niekiedy 
organizowano napady, połączone z porywaniem broniących się, rozkrzyczanych dziewcząt. 
Za niepamiętnych dla nas, przedwojennych lat — dwa konie ciągnęły wagon tramwajowy 
sprzed stacji kolejowej, wożąc warszawiaków na wa
ta
kacyjny odpoczynek w Komorowie. Każdego ciepłego dnia liczne rodziny spacerowały na 
pobliskich łąkach i w pięknym helenowskim lesie, a małe dzieci brodziły w pobliżu młyna, w 
szeroko rozlanej Utracie. *

Później nadeszła Wielka Wojna i ostatnimi pasażerami naszych konnych tramwajów byli 

ciężko ranni rosyjscy żołnierze, przewożeni do pociągu ewakuacyjnego z polowych szpitali 
w komorowskich willach. 11 października 1914 roku wojsko niemieckie w swoim marszu na 
linię Widy rozpoczęło natarcie na Pruszków. Ten tragiczny dzień dobrze znaliśmy z 
opowiadań ojca.

Rosjanie już od kilku dni wycofywali się na wschód. Saperzy wysadzili mosty drogowe 

na Utracie i wycinali stare wysokie topole, stojące wzdłuż drogi do Helenowa — aby 
odsłonić przedpole. Od rana co pewien czas nadlatywał nad Pruszków niemiecki samolot, z 
którego wychylał się lotnik i zrzucał niewielką, ale wybuchającą z ogromnym hukiem 
bombę. Na peronie kolejowym leżały sterty bagażu, walizek, tłumoków i różnych skrzyń, a 
wśród tego niebywałego chaosu z trudem ustawiano nosze z jęczącymi rannymi żołnierzami, 
aby czekać na zapowiadany od rana pociąg ewakuacyjny. Ludność Pruszkowa uciekała do 
Warszawy. Tylko rodziny z małymi dziećmi i ludzie starzy chowali się do piwnic, z nadzieją 
przeżycia. Dopiero późnym popołudniem nadjechał od strony Brwinowa pociąg składający 
się z kilkunastu podziurawionych kulami wagonów osobowych, nadmiernie zatłoczonych 
żołnierzami i uciekającymi za Wisłę wystraszonymi rodzinami rosyjskich urzędników. 
Przyczepiony na końcu, załadowany sianem wagon towarowy palił się wielkim płomieniem. 

background image

Żołnierze i cywile rozpoczęli walkę o miejsce na stopniach lub na dachu. Nikt z pasażerów 
ani z osób stłoczonych na peronie nie odważył się na odpięcie płonącego wagonu.

Mimo rozpaczliwych błagań ciężko rannych żołnierzy pociąg odjechał nie zabierając 

nikogo. Kilkunastu rozwścieczonych kozaków starało się zapędzić cywilów do przenoszenia 
noszy z rannymi na Żbików, za rzekę, ale i oni, gdy w pobliżu stacji spadły pierwsze pociski 
artyleryjskie, popędzali swoje konie, aby jak najszybciej uciec za Utratę. Pod wieczór 
rozgorzała kilkudniowa bitwa o Pruszków. Front zatrzymał się na dość wąskiej i płytkiej 
rzece.

Moi rodzice, wraz z sąsiadami, siedzieli w piwnicy domu Rej- 

m

era. Artyleria niemiecka, 

ze stanowisk w lesie helenowskim, strze-

background image

ała do Pruszkowa, niszcząc domy mieszkalne i fabryki, a później _J>gień przeniesiono na 
zabudowania Żbikowa, na wieżę kościoła, w której podobno mieści! się punkt obserwacyjny, 
pomagający dobierać cele artylerii rosyjskiej rozlokowanej w szkółkach Hosera; Wymiana 
ognia artyleryjskiego trwała przez kilka dni. Nikomu nie udawały się próby przekroczenia 
rzeki. Niemcy niszczyli budynki na &bikowie, a Rosjanie w Pruszkowie. Płonęły domy i 
fabryki. Nie było komu gasić pożarów. Ginęło coraz więcej osób cywilnych, dla których 
wynik zaciętego boju, toczonego w naszym mieście, był w zasadzie najzupełniej obojętny. 
Chodziło tylko o przeżycie i ocalenie dobytku.

15 października Rosjanie, wprowadzając do boju dywizje ściągane w pośpiechu aż z 

Syberii, odepchnęli Niemców. Po pewnym czasie linia frontu ustaliła się na rzece Rawce, co 
pozwoliło Rosjanom na rozpoczęcie przyspieszonej ewakuacji na wschód zarówno ludzi, jak 
i tego, co było jeszcze do zabrania ze zniszczonych fabryk.

W zajezdni, pomiędzy naszymi ulicami, pozostały dwa nikomu niepotrzebne wagony 

konnego tramwaju. Po latach, gdy już zapomniano o wojnie, spotykały się tutaj podczas 
zabaw dzieci z sąsiadujących ze sobą ulic — Stalowej i Ołówkowej.

Idąc dalej ulicą Sienkiewicza, można było dojść do przejazdu „koło Lorenca" i do 

portierni fabryki „Mechaników", leżącej tuż za domem Rejmera. Dalej za budynkami 
fabrycznymi kończyło się miasto. Po drugiej stronie ulicy Pułaskiego były pola i łąki, ciągną-
ce się wzdłuż torów kolejowych aż do Brwinowa.

Stało się już zwyczajem, że powracając z naszej codziennej wędrówki za kółkiem, 

siadaliśmy na barierce nad rowem kanalizacyj* nym na początku Stalowej. Tutaj nareszcie 
odpoczywaliśmy, szczęśliwi, że już wracamy, że już widać nasze domy i że będzie tam no 
nas czekał upragniony obiad.

Po obiedzie już nie biegaliśmy do „chłopskiego dołka". Codziennie kąpaliśmy się w 

helenowskich gliniankach. Były to dwa dość głębokie, leżące obok siebie stawy, powstałe po 
wykopaniu gliny lub żwiru. Mówiono, że mniejszy staw służy do topienia psów i dlatego nikt 
w nim się nie kąpał. Do większego stawu, częściowo zarośniętego trzciną i sitowiem, tylko w 
jednym miejscu można było dogodnie wchodzić łagodnie obniżającym się piaszczystym 
brzegiem. Na pewno niegdyś tędy właśnie wywożono glinę lub żwir z głębo
kiego dołu, a teraz my wchodziliśmy do kąpieli. Dobr/,y pływacy skakali do wody z wysokiej 
burty, ułożonej z kilku warstw darni.

Na środku dużego stawu była płycizna. Tutaj mogliśmy odpoczywać, zmęczeni 

pływaniem. 1 dla mnie nadszedł taki dzień, gdy w otoczeniu Jurka i kilku jego kolegów 
odważyłem się płynąć na płyciznę, aby sprawdzić swoje zdolności pływackie, wyniesione z 
nauk w „chłopskim dołku". Gdy stanąłem po raz pierwszy na miękkim gliniastym dnie, woda 
sięgała mi do pasa. Wyciągnąłem z radości ręce do góry, wznosząc jakieś dzikie okrzyki.

Tak upływały ostatnie tygodnie naszej dziecięcej wolności i beztroski Coraz szybciej 

mijały dni, a my coraz mniej mieliśmy chęci do nąuki.

Rodzice nadal wymagali od nas bardzo mało. Po prostu nie mieli czasu, aby zajmować się 

nami. Byli zadowoleni, jeśli nikt nie przychodził zc skargą, jeśli punktualnie zjawialiśmy się 
na obiad i jeśli niezbyt długo wołali, przypominając o kolacji. Pamiętam, jak Matka 
przestrzegała, abyśmy po dokładnym umyciu i po kolacji, idąc spać, w długich nocnych 
koszulach, odmawiali pacierz. Klęczała wtedy razem z nami obok łóżka. W czasie modlitwy 
kleiły się nam oczy i natychmiast po przytuleniu głowy do poduszki zasypialiśmy, zmęczeni 
spacerami, podwórkowymi zabawami, wyczerpani długimi pościgami i ucieczkami.

Dopiero w ósmym roku życia, w dwa lata po zakończeniu wojny, mogłem rozpocząć 

naukę szkolną.

W Pruszkowie brakowało nauczycieli i sal lekcyjnych, ale za to w każdej nadmiernie 

przepełnionej klasie było paru opóźnionych o kilka lat, wyrośniętych dryblasów, 

background image

rozpoczynających naukę dopiero teraz, gdy nareszcie udało się im powrócić z tragicznych 
wędrówek po ogarniętej rewolucją Rosji. Te różnice wieku i doświadczeń życiowych 
pomiędzy uczniami w klasie, z których jedni spędzali lata wojny w rodzinnym domu w 
Pruszkowie, a inni wiedzieli już, co to jest głód, i napatrzyli się na umieranie ludzi, nie tylko 
utrudniały pracę nauczycielom, ale źle wpływały na młodsze dzieci. Gdyby chociaż istniały 
odpowiednie warunki do nauki! W szkole na £bikowie, w pobliżu kościoła, w jednej dość 
dużej izbie zamienionej na salę lekcyjną — uczyło się ponad pół setki dziwi, z klas

background image

I od pierwszej do czwartej, i nauczyciel tak musiał układać plan za- I jęć, aby wykładając dla 
jednej grupy, dawać pozostałym jakieś ćwiczenia pisemne lub rysowanie na tabliczkach.

Tragiczną sytuacją pruszkowskich szkół poprawiła decyzja PKP. Postanowiono oddać 

dwa budynki na potrzeby szkolnictwa, żąda- I jąc, aby wszystkie dzieci kolejarzy, bez 
względu na to, w której mieszkają dzielnicy miasta, mogły rozpocząć naukę w szkole nazwa-
nej „kolejową". Początkowo wszystkie klasy nowo utworzonej szkoły mieściły się na 
Papierni, w dawnym budynku szpitalnym. Tam właśnie rozpoczął naukę mój brat Jurek. Do 
przejścia z końca Stalowej miał około trzech kilometrów, godzinę drogi. Bez względu na 
pogodę o siódmej rano, gdy słychać było fabryczne syreny, wyruszał z Alinką, a razem z 
nimi szła duża grupa dzieci kolejarzy z naszej dzielnicy.

Nauka odbywała się w stojącym do dziś okazałym gmachu z charakterystyczną pękatą 

wieżą. Podobnie jak wszystkie budynki wznoszone przez zarząd Drogi Żelaznej 
Warszawsko-Wiedeńskiej, został zbudowany z czerwonej, prasowanej cegły. Sale były duże, 
korytarze szerokie, z marmurowymi schodami, ale szybko dało się ocenić, że ani szpital, ani 
szkoła — nie miały tu odpowiednich warunków do swej działalności.

Gdy rozpoczynałem naukę, PKP oddały na potrzeby młodszych dzieci piętrowy budynek, 

otoczony drewnianym parkanem, z sześcioma klasami szkolnymi, w pobliżu przejazdu 
Żbikowskiego i wejścia do warsztatów kolejowych. Tutaj miałem się uczyć przez trzy 
najbliższe lata.

Zapamiętałem moje ostatnie „przedszkolne" miesiące. Podgląj dałem, co robi Jurek i 

wysłuchiwałem jego dokładnych codziennych opowieści. Dowiedziałem się o dzwonku, z 
którym chodzi „pan woźny", rozpoczynając i kończąc każdą lekcję, o kolegach z klasy, o za-
daniach domowych, a także o „pani" —- uczącej dzieci nie tylko czytania, pisania i 
rachowania, ale także dobrego wychowania. Jurek liczył na tabliczce, pisząc szyferkiem 
zgrzytającym przy każdym mocniejszym naciśnięciu. A w kilka miesięcy później, już w 
świe-1 tle żarówki, wyraźnie i równo pisał w nowym, poliniowanym ze- j szycie, odrabiając 
ćwiczenia z polskiego. W tym czasie, gdy Jurek j męczył się z odrabianiem lekcji, leżał 
przede mną, na drugim końcu I stołu, jego nowy elementarz. Po raz nie wiem który 
przeglądałem
go z ogromną ciekawością, starając się odczytać najprostsze, najkrótsze wyrazy.

Tak było przed kilkoma miesiącami. Teraz ja miałem iść do szkoły. Będę miał swój 

tornister, elementarz, zeszyty, obsadkę ze stalówkami oraz tabliczkę z szyferkiem. Nareszcie 
doczekam się pierwszego dzwonka, poznam „naszą panią", o której będę mówił, że jest 
najlepsza na świecie, i nareszcie będę miał swoich szkolnych kolegów, z którymi będę robił 
różne szkolne psoty, takie same, o jakich opowiadał Jurek.
Kończył się słoneczny i upalny sierpień, gdy po raz ostatni kąpaliśmy się w helenowskich 
gliniankach. Jeszcze świeżo miałem w pamięci chodzenie boso po rżyskach, gonitwy za 
kółkiem, strzela- I nie z procy, nasze „jazdy" w budkach hamulcowych towarowych I 
wagonów, a już zbliżała się smutna jesień i okazywało się, że tak I naprawdę, to im bliżej był 
wrzesień — tym mniej na niego czeka- ■łem.

Najtrudniej było mi przyzwyczaić się do butów. Przez pierwsze dni w niemiłosierny 

sposób uwierały nawykłe do swobody stopy. Ciemnogranatowe, sukienne ubranie — 
marynarkę z czterema kie- I szeniami zapinanymi na guziki i spodnie równo ucięte na 
wysokości I kolan — oraz elementarz Falskiego odziedziczyłem po Jurku. Ojciec I kupił mi 
tornister i tabliczkę, na której miałem pisać i rysować I specjalnym szyferkiem. W 
pierwszych miesiącach nauki odrabia- £ liśmy na niej zadania domowe. Idąc do szkoły z 
umocowaną na I tornistrze tabliczką, na której odrabiałem zadaną lekcję, musiałem ■ uciekać 
od złośliwych kolegów, starających się zatrzeć ten dowód I mojej pilności.

background image

1 września 1922 roku rozpoczynaliśmy naukę nabożeństwem I w pruszkowskim kościele. 

Odświętnie ubrani, w uciskających na- I sze stopy butach, dużą gromadą wyruszyliśmy ze 
Stalowej, aby zdą- 1 żyć na godzinę ósmą. Do naszej klasy, poza Genkiem — moim naj- I 
bliższym sąsiadem — szło sześciu moich rówieśników i dwie dziew- I czynki — córki 
kolejarzy z naszej dzielnicy, a także kilkoro dzieci I z ulicy Brwinowskiej, leżącej o kilometr 
dalej.
Dużo wcześniej wyruszał Jurek ze swoją grupą, maszerując do I szkoły na Papierni. Na długo 
zapamiętałem kotłujący się na piasz

background image

czystym dziedzińca tłum chłodów i małe grupki ustrojonych w ko-j łorowe kokardy, 
trzymających się osobno dziewcząt.

Wtedy to, po raz pierwszy, zobaczyłem „naszą panią", siwą, I niedużą, o różowej twarzy, 

wiecznie uśmiechniętą — panią Roma-1 nowską.

Po sprawdzeniu listy ustawiliśmy się w pary — najpierw sta-1 nęły wystrojone 

dziewczęta, na które patrzyliśmy z wielkim zain-fj teresowaniem, a później my — ruchliwi, 
niespokojni, przepycha-1 jący się, hałaśliwi chłopcy, a na końcu znalazło się kilka par trzy- I 
mających się razem, patrzących na nas z lekceważeniem nadmiernie I wyrośniętych 
dryblasów, którzy mieli uczyć się z nami i od razu I zyskali uznanie naszej pani, nie tylko za 
swój wzrost, ale przede I wszystkim za poważne zachowanie się, tak bardzo odcinające się I 
od naszego dziecinnego rozdokazywania. A oni oddzielili się od nas, I jak gdyby trochę 
zawstydzeni swoją przedwczesną dojrzałością I i tym, że mają się uczyć w jednej klasie z 
taką wrzaskliwą dzie-1 ciarnią.

Moją parą był Genek. Idąc ulicami Pruszkowa długą, rozcią- I gającą się kolumną, 

trzymając się za ręce, rozglądaliśmy się po nie I znanych nam ulicach.

Wzdłuż ulicy Bolesława Prusa, dawnego traktu z Warszawy do I Nadarzyna i Grodziska, 

rosły wysokie, rozłożyste topole. Tuż za I rzeką Utratą zaczynał się park Anielin, a dalej za 
nim rosły stare I drzewa parku Bersohna — dochodzącego aż do „czarnej drogi". I W 
Anielinie poprzez nieszczelny parkan widać było kilka stawów I i wysokie topole otoczone 
gęsto rosnącymi olchami i leszczynatfii I

Dopiero za kilka lat, gdy park przejmie Zarząd Miejski, po-1 wstaną tu nastrojowe alejki, 

a po stawach pełnych karpi będzie I można pływać dużymi, ozdobnymi łodziami.

Po drugiej stronie ulicy Prusa, od rzeki aż do kościoła, rozcią-1 gał się piękny park 

hrabiego Potulickiego. Ogrodzony wysokim mu-1 rem, był dostępny tylko dla niewielu ludzi 
z miasta. Na wprost uli-1 cy Kościuszki, we wnęce muru, stała figura Matki Boskiej, a obok 
znajdowała się furtka, przez którą wchodziło się do parku w po-1 bliżu pałacyku, w którym 
mieszkał słynny kawalerzysta z czasów I ostatniej wojny — pułkownik Józef Rawicz.

Po nabożeństwie nasze Żbikowskie klasy odłączyły od kolumny I maszerującej na 

Papiernię i bardzo już zmęczeni wróciliśmy na I
szkolny dziedziniec. Tego dnia nie wchodziliśmy jeszcze do naszej sali, gdyż nauka miała 
odbywać się na dwie zmiany i na uroczystości otwarcia roku szkolnego nie było miejsca dla 
wszystkich uczniów. Ustalono już, że nasza klasa będzie rozpoczynała naukę po południu. 
Następnego dnia większość dzieci, z nadmiaru pilności lub z chęci zdobycia lepszego 
miejsca, przyszła do szkoły dużo wcześniej. Zwłaszcza dziewczynki, kandydatki na wzorowe 
uczennice, chciały koniecznie siedzieć w pierwszych ławkach. Rozkrzyczana gromada 
pierwszoklasistów szybko podzieliła się na małe grupki, osobno chłopcy, którzy od razu 
rozpoczęli bójki, przepychania się i gonitwy na piaszczystym dziedzińcu, osobno dziewczęta, 
poważne i spokojne — ale za to rozgadane i zerkające w kierunku hasających po dziedzińcu 
kolegów, z którymi miały się uczyć przez kilka najbliższych lat.

Przy parkanie, oddzielającym szkolny dziedziniec od warsztatów kolejowych, rosły 

jesiony o szeroko rozłożonych grubych konarach, gęsto pokrytych liśćmi. Idealnie nadawały 
się do zabawy w leśnych ludzi. Czterech z nas, znudzonych przedłużającym się 
oczekiwaniem na rozpoczęcie lekcji, wykorzystując parkanowe belki, szybko znalazło się na 
sąsiadujących ze sobą drzewach. Nie pamiętam, kto z nas wymyślił taką zabawę, ale jedno 
jest pewne, że w ten nieprzewidziany sposób, jeszcze przed rozpoczęciem nauki, zawiązała 
się nasza wieloletnia przyjaźń. Najwyższy z nas Mietek mieszkał obok parku „Sokoła", w 
dużym dwupiętrowym domu, w którym była poczta. Maniek — nie wiem dlaczego nazywany 
„Dziunią" — jedyny z nas ładnie uczesany i w krawacie, mieszkał po drugiej stronie 
Żbikowskiego przejazdu, na pierwszym piętrze narożnego domu, tuż obok torów. Genek i ja 

background image

przyjaźniliśmy się od dość dawna. Kołysząc się na gałęziach, szybko zapomnieliśmy, po co 
właściwie tu przyszliśmy. Wysoko nad ziemią, zajęci zabawą, nie zwróciliśmy uWagi na 
dźwięk dzwonka. Chodził z nim po podwórku pan woźny — starszy, szczupły i nieduży 
mężczyzna z długimi wąsami. Dopiero znacznie później zdałem sobie sprawę z tego, że 
przegapiłem tak bardzo oczekiwany „pierwszy dzwonek". Podwórko opustoszało, a my, pełni 
dziecięcej naiwności, myśleliśmy, że wszyscy zapomną o nas i w ten sposób na rozłożystych 
gałęziach jesionów zleci nam pierwszy dzień pobytu w szkole. Stało się jednak inaczej. Pod 
drzewa przybiegły dwie koleżanki, aby nam
4S

4

 ~ Ozfeinica milionerów

49

background image

Ipowiedzieć, że nasza pani nie chce bez nas rozpoczynać lekcji. Zd/U wionę i trochę 
zdenerwowane naszym zachowaniem mówiły: „Chłop* cy! Czy nie słyszeliście dzwonka? 
Zobaczycie, co będziecie mieli!" Nadal kołysaliśmy się na gałęziach, udając, te ich słowa nic 
nas nie obchodzą. Gdy wróciły do klasy, chcieliśmy już schodzić z drzew, nie bardzo 
wiedząc, czym to wszystko może się skończyć, gdy nie*! spodziewanie zobaczyliśmy, że 
nasza pani wyszła na podwórko i ruszyła w naszym kierunku. Na jej twarzy nie było 
uśmiechu. Szybko zsunęliśmy się na ziemię i pokornie stanęliśmy przed nią, Najwięcej 
dostało się Mietkowi, był z nas najwyższy i być może dlatego został potraktowany jako 
inicjator. Usłyszeliśmy surowe zapewnienie, że to powinno być pierwszy i ostatni raz, jeśli 
chcemy chodzić do szkoły, gdyż na nasze miejsca czeka bardzo dużo dzieci, które chcą się 
uczyć.

Bez jednego słowa poszliśmy do naszej klasy na piętrze. Szybko zajęliśmy cztery wolne 

miejsca, od razu zapominając o niedawnym postanowieniu, że koniecznie musimy siedzieć 
razem, obok siebie. Ten nasz nie bardzo poważny postępek wywołał podziw kia* sowych 
dryblasów z ostatnich ławek. Jeden z nich zdobył się nawet na duże poświęcenie, oddając mi 
lepsze miejsce w ławce przy oknie, przez które widać było ulicę 3 Maja i porosłe olchami 
łąki nad Utratą.

Nasza pani nigdy nie powracała do tego wydarzenia i gdy po trzech latach nauki w czasie 

pożegnania wspominaliśmy te pierwsze minuty pobytu w szkole, udawała, uśmiechając się, 
że nic nic pamięta.

Gdy na tej pierwszej, niezapomnianej lekcji, po dłuższej chwili cichych rozmów i 

szeptów klasa nareszcie uspokoiła się, nasza pani najpierw nam się przedstawiła, a później 
mówiła o tym, jakie zadania musi wykonać, czego nas nauczyć i czego będzie od nas wy* 
magała. Mówiąc o naszych obowiązkach i o tym, jak mamy zachowywać się w szkole, 
podkreśliła, że jesteśmy pierwszym pokoleniem od przeszło stu lat, któremu los pozwolił 
uczyć się w polskiej szkole, że jeszcze tego nie rozumiemy i nie zdajemy sobie z tego 
sprawy, ale na pewno kiedyś będziemy wiedzieć, ilu naszych roda- ków oddało swoje życie, 
abyśmy mogli swobodnie mówić i myśleć po polsku. Nasza pani szybko ustaliła, gdzie kto 
ma siedzieć — mali na początku, wysocy w ostatnich ławkach — a później dowi<?-
dzieliśmy się, jak powinniśmy zachowywać się i co mamy przynosić z domu na lekcje. 
Pierwszy dzień naszego pobytu w szkole, tak niefortunnie rozpoczęty, był słoneczny i ciepły. 
Zapamiętałem na długo jesienne widoki za oknem, wielkie kępy jeszcze zielonych olch nad 
Utratą i wędrujące nad rzeką słońce. Na miejscu zajętym w pierwszym dniu siedziałem przez 
trzy lata mojej nauki na Żbi- kowie. Patrząc w okno widziałem tor kolejowy i przejeżdżające 
pociągi, robotników pracujących przy budowie elektrowni i wysokie drzewa parku Bersohna.

Tego dnia nie było dzwonka na koniec lekcji. Dość długo siedzieliśmy w klasie, słuchając 

jakiejś bajki, którą czytała nam pani z dużej książki z kolorowymi obrazkami.

Niewiele zostało w mojej pamięci z trzech lat nauki w szkole na Żbikowie.
W pierwszym oddziale był nadmierny tłok. W niektórych ławkach tłoczyło się po trzech 

uczniów. Kilku starszych wyrośniętych chłopaków, stale okazujących nam swoje 
lekceważenie, trzymało się razem, siedząc w ostatnich rzędach. Nie ukrywali niezadowole-
nia, gdy pani czytała nam bajki. Wychodzili z klasy, mówiąc, źe to już ich nie interesuje, lub 
udawali, że śpią, składając głowy na rękach położonych na ławce. '

Przez trzy lata nauki poginęły gdzieś po drodze te wyrośnięte dryblasy z ostatnich ławek. 

Może przenieśli się do innych szkół? Albo my zaczęliśmy szybciej rosnąć i dogoniliśmy ich, 
wyrównując różnicę wzrostu i podciągając się do ich poziomu umysłowego.

Początkowo używaliśmy do nauki pisania czarnych ceramicznych tabliczek, formatu 

kartki z zeszytu, osadzonych w drewnianych ramkach, a pisaliśmy specjalnym szyferkiem, 
ścierając niepotrzebny zapis szmatką.

background image

Dopiero w połowie roku szkolnego kupiłem zeszyty, przybory do pisania i kwadratowy 

szklany kałamarz, w którym zawsze brakowało atramentu. Dzieci z naszej dzielnicy 
zaopatrywały się w przybory szkolne w „bazarku". Na wprost stacji kolejowej stał, bokiem 
do ulicy, jeden z najstarszych domów w Pruszkowie. Były w nim dwa małe, ciemne i ciasne 
sklepiki, spożywczy i „bazarek", W którym, w ustawicznym tłoku i przepychaniu, dzieci 
idące do
Si

background image

I szkoły zaopatrywały się w tabliczki i szyferki, a później — gdy już poprawiła się sytuacja 
materialna rodziców i uruchomiono różne fabryki — w zeszyty, ołówki, papier do rysowania, 
kredki i różne przybory szkolne. Kupowaliśmy tu — za wyłudzone od rodzicóW' pieniądze 
— kalkomanie i małe kolorowe główki aniołków, tak bardzo nam potrzebne w okresie przed 
Bożym Narodzeniem, kiedy wieczorami robiliśmy rożne ozdoby na choinkę. Rozpoczynając 
naukę pisania mieliśmy stale brudne i poplamione atramentem palce, a w zeszytach — nie 
dające się usunąć kleksy.

Nauka szła mi dobrze, nie miałem żadnych trudności, aby utrzymać się w gronie 

najlepszych uczniów. W domu nadal podpatrywa- j lem Jurka, który udzielał mi wielu 
informacji. Przeglądałem jego i podręczniki i starałem się uczyć razem z nim, próbując nawet 
rozwiązywania zadań rachunkowych.

Cała nasza czwórka, którą nie tylko na lata nauki w szkole „kolejowej" związało to 

wspólne łażenie po drzewach, była w podobnej sytuacji. Nasze starsze rodzeństwo uczyło się 
o klasę wyżej, w tej samej szkole, tylko na Papierni. Mietek miał siostry Stefę, Genek — 
Alinkę, „Dziunia" — brata Zdzicha, a ja — Jurka. Elementarz Falskiego znaliśmy już tak 
dobrze, że kiedy w klasie rozpoczynano naukę czytania, my z łatwością czytaliśmy 
opowiadania z ostatnich stron książki.

Gdy spadł pierwszy śnieg, wspólną zabawą dzieci naszego oddziału było lepienie 

wielkiego bałwana. Ustrojony w starą miotłę, z oczami-węgielkami i nosem-marchewką, stał 
na szkolnym dziedzińcu aż do końca zimy, brudny już i ponadgryzany przez kolejne odwilże.

Z tej pierwszej szkolnej zimy mocno zapisały się w mojej pamięci lekcje w czasie silnych 

mrozów. W klasowym piecu paliło się tylko raz dziennie, rano — przed lekcjami. W całym 
mieście niej było węgla, dla szkoły kolej dostarczyła tylko niewielkie ilości. Nasza klasa 
miała lekcje po południu. Zamarznięte okna przepuszczały| bardzo mało dziennego światła. 
Paląca się u sufitu żarówka ledwo się ćmiła. W klasie panował półmrok. Nasza pani 
przynosiła z kancelarii lampę naftową, ustawiając ją na stole. Siadaliśmy z daleka od okien, 
jak najbliżej niedogrzanego pieca, ubrani w jesionki i rę* kpwiczki, zmarznięci tak, te nie 
mogliśmy utrzymać w ręku am szyferka, ani ołówka, słuchaliśmy różnych opowieści naszej 
paw,
powtarzaliśmy zadane lekcje z elementarza i uczyliśmy się najprostszych wierszyków.

Gdy po lekcjach wracaliśmy do domu, było już ciemno. Jedynym oświetleniem był 

księżyc i jasno świecące gwiazdy. Latarni na ulicach jeszcze nie zainstalowano. W półmroku 
dobrze nam się zjeżdżało z góry-lodowni w parku Bersohna. Czasami zjeżdżaliśmy kucając 
na zelówkach, ale najczęściej na tornistrach, co zawsze kończyło się awanturą z rodzicami.

Razem z kolegami z innych szkół, powracającymi także z popołudniowych lekcji — 

toczyliśmy długie śnieżne boje, walcząc zaciekle pigułami. Gdy tylko zobaczyliśmy idące ze 
szkoły dziewczęta, od razu one stawały się celem ataku wszystkich chłopców. Jedne omijały 
park Bersohna, inne szybko uciekały, ale każdego wieczoru kilka z nich wracało z płaczem 
do domu, grożąc nam, że jutro poskarżą się pani.

Po kilku śnieżnych napadach bezbronne dziewczęta bały się wychodzić ze szkoły. Wtedy 

to Mietek otrzymał od swojego ojca polecenie towarzyszenia w drodze powrotnej swoim 
sąsiadkom, dwóm siostrom, koleżankom z naszej klasy. Mietek miał ogromny respekt przed 
ciężką ręką ojca i tak oto każdego wieczoru, wracając do domu, towarzyszyliśmy 
koleżankom i jemu, jak przystało na wiernych przyjaciół. Z dnia na dzień z atakujących 
staliśmy się atakowanymi.

W ciemnościach, na „czarnej drodze", kilkadziesiąt metrów za przejazdem, czatowała 

spora gromadka naszych rówieśników i rozpoczynała rzucanie dużych i twardych piguł w 
dziewczęta i w nas, i oh obrońców. Nie na wiele jednak przydawała się nasza rozpaczliwa 
obrona. Zaczajeni chłopcy, szykując się do napaści, przygotowywali odpowiednie zapasy 

background image

śnieżnych pocisków, gdy tymczasem my byliśmy bezbronni, niosąc po dwie lub trzy piguły. 
Wielokrotnie trafieni, ratowaliśmy się ucieczką, pędząc jak najszybciej w kierunku kładki na 
Utracie. Czasami brali nas w obronę przypadkowi przechodnie. Dopiero ferie świąteczne 
przerwały te walki, jednak bohaterska obrona koleżanek klasowych na długo utrwaliła w 
szkole dohrą o nas opinię.
*

background image

___|po tylu latach nie mogę zrozumieć, dlaczego żadna z tych
I dziewcząt nie została na dłużej w mojej pamięci, chociaż tyle go- Idzin spędzaliśmy 

razem. Nosiły nasze tornistry i teczki, kiedy my [ganialiśmy po błotnistych łąkach zbierając 
dla nich kwiaty. Pomagały nam w odrabianiu lekcji, umiejętnie podpowiadały stojącym przy 
tablicy i męczyły się w czasie klasowych zadań, aby podrzucić nam ściągaczkę. Nie 
pamiętam ich imion ani nazwisk, nie pamiętam ich twarzy, ubioru, uczesania, choć tak często 
wspominam kolegów i nauczycieli, ich odezwania, zachowanie, uśmiech, ich złe i dobre 
strony.

Stopniowo nauka stawała się najważniejszą sprawą w moim życiu, zajmowała coraz 

więcej czasu. Lekcji w szkole przybywało, a w domu coraz dłużej trwało odrabianie różnych 
zadań i ćwiczeń. • Dopiero po latach zrozumiałem, że zasługą szkoły było nie tylko 
przekazywanie wiadomości, ale także rozwijanie naszych umysłów i budzenie miłości do 
ojczyzny, a także nauczanie współżyoia z innymi dziećmi. Szkoła, wyciągając nas z 
podwórek naszej dzielnicy, uczyła innego spojrzenia na miasto, w którym żyliśmy, i na cały 
kraj.
W swoich poszukiwaniach rówieśników oraz nowych miejsc do wspólnej zabawy 
odchodziliśmy coraz dalej od domu. Zaspokajało to rodzące się pragnienie większej 
samodzielności, a lepiej poznana ulica stawała się jak gdyby bliższa i na pewno mniej groźna. 
Początkowo w czasie pierwszych samodzielnych wypraw co pewien czas oglądaliśmy się za 
siebie, sprawdzając, czy nie odeszliśmy zbyt daleko, czy jeszcze widać nasz dom, znajome 
bajkony i bramy. Obawialiśmy się, czy potrafimy wrócić na nasze podwórko. Później, gdy w 
swoich wyprawach oddaliliśmy się od naszej ulicy, takim punktem określającym miejsce 
powrotu był komin fabryczny „Mechaników".

W pierwszych latach szkolnych czas wolny od nauki i drobnych prac domowych 

spędzaliśmy na różnych grach i zabawach, razem z dziećmi z sąsiednich podwórek. Każdego 
wieczoru rozdokazywana gromadka kończyła swe zabawy grą w chowanego, kryjąc się w 
piwnicach i na klatkach schodowych. Gdy byliśmy trochę starsi, na przedwieczorne gonitwy 
wybieraliśmy się do pobliskich ruin wytwórni terakoty, wymarzonego terenu do ukrywania 
się. Podwórka domów, w których nie mieszkały dzieci, były niedostępne
dla naszych zabaw. Przepędzano nas bardzo szybko. Widocznie mieszkali tam ludzie 
nadmiernie nerwowi i wrażliwi na nasze hałasy.

W zimie zbieraliśmy się w mieszkaniu najgościnniejszej rodziny, tam gdzie przyjmowano 

nas najchętniej.

Wszystkie zabawy, a także odrabianie lekcji, nawet przez najpilniejszych uczniów, 

przerywało jedno wydarzenie — przejazd przez Pruszków automobilu hrabiego Potockiego. 
Gdy duży, otwarty, czarny pojazd, prowadzony przez kierowcę w białym płaszczu, wjeżdżał 
w ciche ulice naszego miasteczka, hałas silnika dobrze było słychać i na Stalowej. 
Samochody jeździły wtedy powoli i bardzo głośno.

W takiej chwili wszystkie dzieci zostawiały swoje zajęcia i zabawy, aby pędzić 

najkrótszą drogą do Helenowa. Niedaleko pałacowej bramy, pod krzyżem, czekaliśmy na 
samochód, który po niezbyt dobrze wybrukowanej drodze jechał bardzo wolno. Czasami 
hrabia zatrzymywał się w mieście, aby załatwić jakieś sprawy. Widok tego pojazdu i 
siedzącego w nim hrabiego był dla dzieci nie lada sensacją. Za wjeżdżającym w parkową 
bramę samochodem zawsze biegła gromada zadyszanych chłopców.

Gdy przyszła wiosna, tyle różnych ciekawych rzeczy mieliśmy do oglądania, że 

wychodziliśmy do szkoły dużo wcześniej.

Rzeka po wiosennej powodzi stała się normalnie płytka i dość wąska. Łąki zieleniały, 

zaczynały kwitnąć mlecze, a wzdłuż „czarnej drogi" bieliły się mocno pachnące kwiaty 
głogu. Codziennie przynosiliśmy do szkoły wielkie bukiety kaczeńców, z którymi nasza pani 

background image

nie wiedziała, co ma robić, nie mając wazonu ani żadnego naczynia, w którym mogłaby 
umieścić kwiaty.

W czerwcu, zmęczeni już nauką, powracając ze szkoły kładliśmy się na łące niedaleko 

Utraty, wśród wysokich traw. Czterej nierozłączni przyjaciele, leżeliśmy obok siebie z 
tornistrami pod głowami i patrzyliśmy na płynące nad nami chmury, słuchając śpiewu 
skowronków. A kiedy nasze koleżanki, zbierając na łące najładniejsze kwiaty, odnalazły nas i 
rozsiadły się niedaleko, zdejmowaliśmy buty i podciągając spodenki, zrywaliśmy dla nich 
przepiękne ne- nufary, kwitnące w małym kwadratowym- stawie na środku łąki.

background image

y-
Ę^w Od k
Moł/<
Od koleżanek nauczyłem się zbierania kwiatów i ofiarowywania ich Matce po powrocie ze 
szkoły.

Wakacje mijały nam na codziennych spacerach do helenowskich glinianek. Przynajmniej 

raz w tygodniu wybieraliśmy się na jagody lub na grzyby do kańskiego lasu, w pobliżu 
zabudowań „Wojtka". Nie biegaliśmy już za kółkiem. Po roku nauki bardzo spoważnieliśmy, 
przestaliśmy się bawić z młodszymi od nas dziećmi, które biegały jeszcze boso. Na glinianki 
wyruszaliśmy dużą gromadą. Kąpaliśmy się już w spodenkach, nazywanych „trykotkami", a 
później opalaliśmy się nad wodą. Siedząc na trawie, w dużym kółku, graliśmy w karty, w 
różne, mało poważne, dziecinne gry — w durnia, w świnię, w podrzucanego.

Po wakacjach rozpoczynaliśmy naukę od rana. Skończyło się długie wylegiwanie, ale za 

to miałem kilka wolnych godzin po wyjściu ze szkoły aż do rodzinnego obiadu, po powrocie 
Ojca z pracy.

Na początku września, gdy było jeszcze ciepło, wędrowaliśmy po lekcjach przez 

nadrzeczne łąki, w kępach trawy szukając opuszczonych gniazd czajek i zrywaliśmy różne 
jesienne kwiaty. W październiku nadchodziła pora kasztanów. Najpiękniejsze rosły w parku 
„Sokoła". Dziewczęta nie wykazywały zainteresowania tymi wyprawami, więc sami 
musieliśmy troszczyć się o tornistry. Składaliśmy je w jedno miejsce i wyruszaliśmy na 
poszukiwanie kijów do strącania kasztanów. Po kilku rzutach nabieraliśmy takiej wprawy, ie 
odpowiednio dobranym kijem mogliśmy strącić każdą kępkę kasztanów. Kieszenie i tornistry 
napełnialiśmy tylko tymi najładniejszymi, najbardziej dorodnymi. Wieczory zajmowało nam 
wycinanie „domków", „łódeczek" i „grzybków" oraz wielu innych śmiesznych zabaweczek.

Później nadchodził mróz i śnieżna zima, na powitanie której ubrano mr^ie w lepszą 

jesionkę, cieplejsze buty i w rękawiczki. Rosłem bardzo szybko, tak jak i Jurek, po którym 
dziedziczyłem to wszystko, co jeszcze nadawało się do noszenia.

Szkoła miała już pewien zapas węgla, a ponadto uczyliśmy się rano, a więc codziennie 

ciepło było w klasie.

Na długo zapamiętałem tę moją drugą szkolną zimę. Przyniosła

ze sobą różne kłopoty. W wielu domach, tak jak i'u nas, rodzice rozmawiali podniesionym 
głosem, dochodziło do częstych kłótni. Zdenerwowanie starszych udzielało się dzieciom, 
które niewiele rozumiały z tego, co się działo, ale zaczęły także przeliczać podwyżki i mówić 
o tysiącach i milionach marek. Za przyniesioną przez Ojca pensję należało natychmiast kupić 
żywność, gdyż następnego dnia . wszystko było już droższe. Cotygodniowe dodatki do pensji 
niewiele pomagały. Aż wreszcie nadszedł taki dzień, że za milion marek można było dostać 
pudełko zapałek. Matka nie mogła nic kupić i w sklepie szybko opustoszały półki.

Jeśli tego, co się działo, nie rozumieli rodzice, to cóż mogły pojąć małe dzieci, 

przysłuchujące się rozmowom i sporom osób starszych? Pewnego wieczoru sąsiad zaczął 
wspominać lata swej młodości, gdy przed rozpoczęciem pracy na kolei robił przez kilka sezo-
nów w pobliskiej fabryce terakoty. Przypominał nam, ile to mógł kupić za jednego rubla, 
zarobionego w ciągu dnia. Matka zawsze denerwowała się słysząc wychwalanie 
przedwojennych czasów i od razu zaczynała przypominać, że na tego rubla pracował ciężko 
przez dwanaście godzin, każdego dnia mógł stracić pracę, a o wynagrodzeniu za okres 
choroby i o urlopach — to nikt pomiędzy dniówkowymi robotnikami nawet nie słyszał. 
Wspominała także stójkowego, wyczekującego przed stacją kolejową na takiego śmiałka, 
który odważyłby się nie zdjąć czapki przed nim — przedstawicielem cara i Rosji. 
Dowiadywaliśmy się wtedy, że we wszystkich urzędach mówiono po rosyjsku, w wojsku 
służono piętnaście lat, gdzieś bardzo daleko, w głębi Rosji, a do trzyoddziałowej szkoły, 

background image

jednej w Pruszkowie, w której uczono w języku rosyjskim, dostawały się tylko nieliczne 
dzieci.

W tym ciężkim okresie prostym ludziom, bezbronnym wobec szybkiej dewaluacji marki i 

powszechnej spekulacji, wydawało się, że dawne przedwojenne czasy nie były mimo 
wszystko takie najgorsze. Mówiono: „Rubel to był pieniądz!", wspominano: „Za cara nie 
było tak źle!"

A kiedy nawet pudełka zapałek nie można było kupić za milion filarek, wprowadzono 

nowe pieniądze: złotówki i grosze. Wypłacono pensje w nowej walucie i od razu wszystko 
uspokoiło się. Nowe banknoty oglądano z ogromnym zaciekawieniem i zaczęto zbyt lek-

background image

Iko wydawać, a przecież jedna pensja musiała starczyć na cały miesiąc i nie można już było 
liczyć na żadne dodatki wyrównawcze.

Wraz ze zmianą waluty szybko zmieniało się nastawienie robotników do Polski. Złoty 

stawał się równie cenny jak dawniej rubel.

W dniach stałych swarów i kłótni domowych, mając już dość tych ciągłych narzekań i 

nieporozumień, każdą wolną chwilę spędzaliśmy poza domem. Gdy wędrując z kolegami 
poznaliśmy prawie wszystkie podwórka Stalowej i mieszkania naszych sąsiadów, jeden z 
nich zaprowadził nas pewnego wieczoru na jakąś uroczystość czy akademię do sali 
widowiskowej w domu numer 3. Siedzieliśmy gdzieś na końcu sali. Ludzie zeszli się z całego 
miasta, zajęte były prawie wszystkie krzesełka. Po bardzo nudnych dla nas przemówieniach 
śpiewał chór kolejarzy, a później grała dęta orkiestra. Z wielkim przejęciem, zachwycając się 
raczej wyglądem orkiestry niż wykonywanymi utworami, patrzyliśmy na błyszczące instru-
menty, podziwialiśmy ogromny bęben i hałaśliwe trąbki. Nie pamiętam już, co grała ta 
wspaniała orkiestra — prawdopodobnie były to jakieś wojskowe marsze, patrzyłem tylko na 
machającego rękami dyrygenta, na trąbki i trąby, i na mężczyznę grającego na wielkim 
bębnie.

Od tego dnia nie opuszczaliśmy żadnej okazji. Gdy tylko zobaczyłem girlandę żarówek 

palących się nad wejściem do sali widowiskowej, wyruszaliśmy z Jurkiem, zwołując po 
drodze innych kolegów. Na naszej ulicy znaliśmy już tak wiele osób, że wpuszczano nas na 
te imprezy bez biletu. Prawie w każdym tygodniu oglądaliśmy występy ludowych zespołów, 
polskich lub ukraińskich, Czasami śpiewali i tańczyli kozacy dońscy, ubrani w jakieś 
przedziwne, trochę śmieszne dla nas wojskowe stroje. Nade wszystko jednak lubiliśmy 
pruszkowski zespół amatorski, wystawiający różne patriotyczne sztuki.

To właśnie tutaj zaczynała się nasza prawdziwa nauka historii Polski. Niewola, ucisk 

zaborczej władzy, powstania narodowe, rewo-, łucja 1905 roku i czyn legionowy — te 
wszystkie wydarzenia, o których wspominała nasza pani — wydawały się nam, gdy 
słuchaliś- my jej opowieści, jakieś bardzo odległe, jak gdyby z książki wyczytane, nie zawsze 
chcieliśmy w to wierzyć. A w naszym teatrze mogliśmy to wszystko zobaczyć i dopiero 
wtedy przekonaliśmy się, że tak było naprawdę. Razem z aktorami — często naszymi zna
jomymi lub sąsiadami — przeżywaliśmy cierpienia więźniów w carskich kazamatach, 
męczarnie zesłańców na syberyjskiej katordze, znęcanie się żandarmów w czasie śledztwa 
oraz poznawaliśmy największą tragedię spiskowca — zdradę najbliższego przyjaciela.

Ten amatorski teatr swoimi na pewno" nie najlepszymi przedstawieniami pokazywał 

nam, jak wyglądało życie Polaków w niewoli, i zmuszał nas, małe dzieci, do myślenia o 
Polsce.

Gdy zbliżała się wiosna i zmalały mrozy, na stawach w parku Bersohna rąbano i 

piłowano grube tafle lodu. Wielkie bryły ładowano na wozy i przewożono do lodowni 
stojącej na placyku obok stacji kolejowej lub do rzeźników, którzy w specjalnie przygoto-
wanych piwnicach magazynowali duże ilości lodu, aby można było podczas upałów 
przechowywać mięso i wędliny.

Dla nas rozpoczynał się wtedy kilkudniowy okres pływania na krach. Trochę odwagi oraz 

długi, gruby kij pomagający w sterowaniu — i już można było wspaniale się bawić, walczyć 
z piratami, płynącymi na innej krze, lub przeskakiwać z jednej na drugą. W czasie takiej 
zabawy nadmiernie rozbawiony Mietek wskoczył nieopatrznie na moją krę, za małą, aby nas 
obu utrzymać,. i zaczęliśmy powoli zanurzać się. Nie opuściliśmy tej kry, gdyż woda była 
dość głęboka, ale zanim na ratunek dopłynął do nas Genek, zanurzyliśmy się powyżej kolan, 
do pół uda. Mróz tego dnia był mały. Solidnie zmoczeni, zabraliśmy leżące na brzegu 
jesionki i tornistry, pobiegliśmy na stację kolejową, aby trochę się ogrzać i zastanowić, co 
mamy zrobić. Na poczekalni ustawiliśmy się obok nagrzanego pieca. Od razu zrobiło się nam 

background image

cieplej, ale z naszych spodni ściekała woda, zostawiając powiększający się szybko ślad na 
wysypanej trocinami podłodze. Dojrzał nas urzędujący w przejściu — różowy na twarzy, 
siwy, z białym wąsem — bileter, którego syn Heniek uczył się z Jurkiem w jednej klasie — i 
po dłuższym wydziwianiu przegonił nas do domu. Wymieniając nasze nazwiska, 
zapowiedział zawiadomienie ojców. W tamtych latach kolejarze znali dzieci swoich kolegów. 
Musieliśmy rozstać się z Mietkiem. W domu, po wielkiej awanturze, matka położyła mnie do 
łóżka, nacierając suchym ręcznikiem i pojąc gorącym mlekiem. Natomiast Mietka czekało 
solidne lanie, o czym gadatliwe koleżanki-sąsiadki, te same, których tak

background image

ofiarnie broniliśmy w czasie poprzedniej zimy, opowiedziały całej klasie. Dzięki tym 
niewdzięcznicom przez długie tygodnie musieliśmy wysłuchiwać prześmiewania się kolegów 
z naszej przygody.

Gdy już na stawach na dobre rozpuściły się kry, nadchodziła powódź. Tak było każdej 

wiosny. Najpierw zaczynały padać ulewne deszcze i brudne plamy śniegu szybko ginęły z 
łąk. Przybywało wody w Utracie, aż nadchodził taki dzień, że zaczynała występować z 
brzegów i rozlewała się coraz szerzej po okolicznych łąkach. Jak zwykle najbardziej był 
narażony, drewniany domek, w którym mieszkał wraz z rodzicami jeden z naszych szkolnych 
kolegów. Domek stojący tuż nad rzeką, na wprost parku Anielin, zalewany był już 
pierwszego dnia powodzi, otaczająca go woda szybko podnosiła się do wysokości okien. Idąc 
do szkoły widzieliśmy, jak z zalewanego domu wywożono pościel i meble, a nasz kolega, 
płynąc balią, ratował jakieś drobiazgi. Wracając ze szkoły zatrzymywaliśmy się na dłużej, 
aby popatrzeć na podpływającą aż do „czarnej drogi" brudną, spienioną wodę, niosącą 
gałęzie i powyrywane, krzaki. Po kilku dniach woda opadała, a my na łąkach, w małych 
dołkach na wprost Żbikowskiego kościoła, wyłapywaliśmy karpie i szczupaki, porwane przez 
powódź ze stawów w Pęcicach.

Prawdziwa wiosna zaczynała się, gdy tylko Utrata powracała do swego normalnego 

koryta. Dogrzewało słońce i od razu odlatywała od nas chęć do nauki. Po kilku dniach 
zieleniały łąki, zakwitały kaczeńce, nad polami śpiewały skowronki, a na bagnach nad rzeką 
kwiliły czajki, latające nisko nad naszymi głowami, aby odwrócić uwagę od swoich gniazd, 
ukrytych bardzo przemyślnie w kępach szybko rosnącej trawy-

Aby zaspokoić rosnącą ciekawość otaczającego nas świata i poznać dobrze Pruszków, 

wędrowaliśmy ze szkoły coraz to inną drogą. Rano, niewyspani i wiecznie zagapieni, szliśmy 
do szkoły obok stacji kolejowej i „czarną drogą", przechodząc Utratę przez kładkę. Poganiały 
nas bojące się spóźnienia koleżanki. Wracając mieliśmy dużo czasu. Obiad, tak u mnie, jak i 
u moich kolegów, był dopiero późnym popołudniem, gdy nasi ojcowie wracali z pracy. Nie 
spieszyliśmy się więc do domu. Gdy było pochmurno i deszcz wisiał w powietrzu, najlepiej 
było iść przez most na szosie warszawskiej do Anielina, aby gapić się na wielkie karpie 
pływające w kilku stawach i przedzierać przez gęstę zarośla, w których można było wspa
niale się chować, a podczas deszczu ukryć się pod gęstymi gałęziami starych drzew.

Inna droga powrotna prowadziła przez ,most koło elektrowni. Uwijało się tam wielu 

robotników. Budowano nowy gmach, ustawiano jakieś maszyny i urządzenia, a tuż przy 
rzece wznoszono wysoką, drewnianą wieżę chłodniczą. Najciekawsza dla nas była najdalsza 
droga wiodąca przez murowany most na Utracie, na którym leżały szyny kolejki 
wąskotorowej. Czasami mogliśmy tu zobaczyć parę silnych, spasionych koni, ciągnących 
małe wagoniki ze stacji kolejowej do fabryki Hosera.

W pochmurne i zimne dni, późną jesienią, gdy na polach wiał zbyt silny wiatr, „Dziunia" 

oprowadzał nas po swojej dzielnicy, po wąskich i krętych uliczkach. Były tam dwie szkoły: 
Piłsudskiego oraz — po drugiej stronie warszawskiej szosy-—- Żółkiewskiego, nazywana też 
„ewangelicką", zbudowana z czerwonej prasowanej cegły. W pobliżu stał szary, tajemniczy 
dom, w którym znajdował się szpital. Kiedy dowiedzieliśmy się, że do małego budynku, 
stojącego przy ulicy, odstawia się nieboszczyków, omijaliśmy te zabudowania.

Bardziej interesowały nas okna wysokiej sutereny w domu przy warszawskiej szosie, 

gdzie produkowano różne cukierki, krówki oraz irysy. Już z daleka przyciągał nas zapach 
ogrzewanego cukru. Patrzyliśmy przez otwarte okna, jak na wielki stół wylewano płynącą 
masę, aby po ostudzniu pokroić ją na irysy, zawijane przez kilka kobiet w kolorowe papierki.

Najbardziej ciekawiła nas kuźnia stojąca przy szosie. Mietek, który kiedyś pochwalił się, 

że jego ojciec jest kowalem w warsztatach kolejowych, był tutaj mile widzianym gościem i 
mogliśmy przyglądać się wszystkim czynnościom tych wiecznie zapracowanych ludzi. 

background image

Dowiedzieliśmy się, co to są hacele i jak podkuwa się konie, słuchaliśmy wyjaśnień, jaki 
kolor powinno mieć nagrzane do kucia żelazo i jak trzeba hartować stal.

„Dziunia", mając dużo czasu, po spacerze ulicami tej części Zbikowa odprowadzał nas 

nad rzekę. Tu przyglądaliśmy się rybom. Pływały stynki i kolki, czasami wśród wodorostów 
pokazywał się szybki i ruchliwy kiełbik. Gdy było ciepło, rozsiadaliśmy się na brzegu, 
zdejmując tornistry i puszczaliśmy na wodę małe, wydłubywane w drewnie łódeczki, na 
których ustawialiśmy żagle zrobione

background image

z kawałka płótna. Najgorzej pływały te wydłubywane z kasztanów,! łatwo tonęły, a prąd 
znosił je szybko do brzegu, w wodorosty. Siedząc lub spacerując nad rzeką, staraliśmy się 
odwlec chwilę rozstania z „Dziunią", mającym zawsze w zapasie jakiś nowy wspaniały 
pomysł zabawy. Odchodząc myśleliśmy już o dniu następnym, o godzinach nauki, które 
spędzać będziemy razem, słuchając jego różnych opowieści i podziwiając rysunki, którymi 
wypełniał zeszyty, nudząc się na niektórych mniej ciekawych lekcjach.

Po rozstaniu z „Dziunią" szliśmy przez park Bersohna, ścieżką pomiędzy stawami, w 

kierunku widocznego z daleka domu z czerwonej ce

(

gły, w którym był urząd pocztowy, a na 

drugim piętrze mieszkał Mietek z rodzicami i trzema siostrami. Długo staliśmy obok bramy, 
wspominając dzisiejsze szkolne przeżycia. Codziennie w naszej klasie było tak dużo różnych 
wydarzeń, że nieprędko wyczerpywaliśmy ten najważniejszy dla nas temat. Po drugiej stronie 
ulicy, za wysokim parkanem, widać było robotników kręcących się w ruinach zniszczonego 
w czasie wojny pałacu. Dopiero doniosły głos syreny warsztatów kolejowych zmuszał nas do 
rozstania. Idąc szybkim krokiem, spieszyliśmy z Genkiem na obiad.

Wędrując po coraz bardziej odległych dzielnicach Pruszkowa, oglądając nieznane ulice, 

domy i podwórka, jakoś inaczej patrzyłem na ulicę Stalową. Dopiero teraz zaczynała mi się 
podobać jej zwarta zabudowa. Każdy dom, w którym mieszkał jakiś kolega, stawał się dla 
mnie od razu bliższy.

Wiedziałem już, kto i jakie hoduje gołębie, do kogo należał najgłośniej piejący kogut, 

komu uciekł królik ukrywający się w nasżym ogródku, jaką mąkę przywieźli do Rady — 
pytlówkę czy razów- kę — a słysząc ryczącą krowę lub piski czekającego na zabicie prosiaka 
— mogłem przewidzieć, jakie mięso będzie można kupić u naszego sąsiada rzeźnika i co 
będziemy mieli na obiad. Dowiedziałem się już, że domy z nisko umieszczonymi oknami 
parteru, w które bez trudu mogliśmy zaglądać, były budowane jak najtaniej, bardzo 
oszczędnie i miały zimne, wilgotne lokale na parterze, przeznaczone dla najbiedniejszych. 
Wprowadzali się tutaj najgorzej płatni robotnicy, ci, których z różnych względów nie stać 
było na lepsze, a więc droższe mieszkanie. Im później dom był budowany, tym wyżej były 
parterowe okna. Niektóre budynki przy Stalowej miały już pewne wygody, jak na przykład 
zlewy w kuchni, ale dopiero Wrzesiński
odbudowując na początku lat dwudziestych ruiny zniszczonego domu, zakładał w 
mieszkaniach nie tylko zlewy i wodę bieżącą, ale nawet ubikacje dla niektórych lokatorów, 
co w tamtych latach w Pruszkowie było rzadko spotykaną nowością. Do takich mieszkań, za 
które płacono bardzo wysokie komorne, sprowadzali się urzędnicy z warszawskich biur lub 
dobrze płatni fachowcy z dużych fabryk. Jednak miasto nie było przygotowane do 
instalowania takich wygód, które służąc nielicznym, w niedługim czasie zaczęły dokuczać 
innym. Ścieki z wiecznie przepełnionych dołów zlewowych i ustępowych powinny być co 
pewien czas wywożone, jednak sprytny właściciel, nie zważając na obowiązujące przepisy, 
pewny swej bezkarności, zamiast kosztownego wywożenia zastosował najprostszy rodzaj 
kanalizacji. Ścieki z dołów wypływały przez grubą żeliwną rurę do ulicznego rynsztoka i 
dalej spływały pogłębionym rowem, na łąkę w pobliżu „Blaszanki". W ciepłe dni zapach 
płynących rynsztokiem nieczystości dokuczał mieszkańcom pobliskich domów, którzy nie 
mieli żadnego sposobu, aby zmusić uciążliwego sąsiada do częstszego wywożenia zawartości 
przepełnionych dołów ściekowych.

>

Niespodziewanie szybko, nie wiadomo kiedy, minął drugi rok nauki i w końcu czerwca 

powracaliśmy do domu dróżkami wśród łąk nad Utratą, gniotąc w rękach świadectwa 
promocji do trzeciego oddziału.

Podczas swoich drugich wakacji chodziłem do kościoła na „nauki''. Lekcje religii 

mieliśmy w szkole, „nauki" przygotowywały nas do Pierwszej Komunii. Z naszej dzielnicy 
zapisano ponad dziesięciu chłopców i trochę mniej dziewczynek. Podzieleni na małe grupy, 

background image

siadaliśmy każdego ranka na trawie, wokół niedawno ukończonego kościoła i słuchaliśmy 
„nauk" pani katechetki, tłumaczącej nam zawiłości katechizmu. Z wysokości krzesełka 
próbowała, nie zawsze skutecznie, okiełznać nasze różne nieodpowiedzialne odruchy i wy-
bryki oraz ustawiczne próby wzajemnego rozśmieszania się. Uporczywie starała się, 
martwiąc się naszym nieuctwem i strasząc księdzem proboszczem, wbić w nasze bezmyślne i 
tępe głowy jak najwięcej wiadomości, mając na to tylko dwie godziny dziennie. „Nauki" 
kończyły się w wielkim i na razie pustym kościele wspólną mo

background image

dlitwą z księdzem proboszczem Edwardem Tyszką oraz jego wyjaśnieniami różnych 
tajemnic oraz przykazań boskich i kościelnych. Gdy zakończyły się wykłady katechetek, 
ustawialiśmy się czwórkami w głównej nawie, chłopcy po lewej, dziewczęta po prawej stro-
nie, a ksiądz proboszcz, głosząc z ambony swoje objaśnienia i komentarze, bacznie 
obserwował, kto przeszkadza popychaniem sąsiadów, szeptaniem i rozśmieszaniem najbliżej 
stojących kolegów. Dziewczęta zawsze zachowywały się, jak należy, natomiast kolumna 
chłopców codziennie musiała pozostawać na swoich miejscach, do- Jpóki nie wyciągnięto z 
niej najbardziej rozdokazywanych i przeszkadzających, którzy za karę musieli klęczeć przez 
pół godziny przed wielkim ołtarzem.

Pewnego dnia stojący za mną nie znany mi chłopiec zaczął łaskotać mnie w boki i lekko 

podszczypywać, co nie tyle bolało, ile coraz bardziej rozśmieszało, tak że w pewnym 
momencie dostrzegłem skierowane na mnie oburzone spojrzenie księdza proboszcza. Skoń-
czyło się to wyciągnięciem mnie za ucho z szeregu i ukaraniem półgodzinnym klęczeniem 
przed ołtarzem. Sprawca mojej kompromitacji, świetnie się bawiąc, następnego dnia znowu 
ustawił § się tuż za mną i z miną niewiniątka, wpatrzony w księdza proboszcza na ambonie, 
rozdokazywał się na dobre, łaskocząc mnie i szczypiąc. Najbliżej stojący chłopcy, 
obserwując jego zachowanie i moją bez- ^ radność, bawili się coraz lepiej. Zaciekawiona 
kazaniem i wpatrzona w księdza proboszcza twarz mego prześladowcy była tak niewin-^ na, 
że nikt nie uwierzyłby, gdybym chciał skarżyć się na niego. Przyszedł mi wtedy do głowy 
pomysł, aby w momencie kiedy ksiądz. proboszcz odwróci się w stronę dziewcząt, wpaść 
całym ciałem na stojącego przede mną chłopca, który runął do przodu, wraz z rzędem 
stojących przed nim kolegów. Z ambony wyglądało to tak, jakbym został silnie popchnięty 
przez stojącego za mną, przed którym wytworzyło się puste miejsce, najlepszy dowód jego 
niecnego postępku. Widząc, co się stało, oburzony ksiądz proboszcz kazał zaskoczonemu 
mojemu prześladowcy wyjść z szeregu i klęknąć przed ołtarzem, a później miał z nim długą 
rozmowę, kategorycznie odrzucając próby zrzucenia na mnie odpowiedzialności za ten postę-
pek. Niestety, okazało się, że mój rówieśnik był obdarzony zbyt małym poczuciem humoru i 
już do końca „nauk", a także w wiele lat
później, nie rozmawiał ze mną, omijając mnie w czasie nielicznych spotkań.

„Nauki" były okazją do zawierania nowych znajomości, gdyż zbierały się tutaj dzieci z 

różnych szkół ,i z różnych dzielnic Pruszkowa. O ile idąc rano do kościoła zawsze 
spieszyliśmy się, aby nie spóźnić się na rozpoczęcie „nauk", to powracając do domu włóczy-
liśmy się po nie znanych nam ulicach najstarszej dzielnicy Pruszkowa.

Od placyku przed stacją kolejową do ulicy Prusa prowadziła ulica Kościuszki. 

Wybrukowana „kocimi łbami", z głębokim ro- wem-rynsztokiem biegnącym tuż obok parku 
księży emerytów była reprezentacyjną arterią naszego miasta, świątecznym „deptakiem" 
wszystkich młodych ludzi. Piętrowe domy ż różnymi sklepami, szkoła im. Tadeusza 
Kościuszki oraz kilkanaście starych, mocno zaniedbanych drewniaków — oto centrum 
rozbudowywującego się chaotycznie i bez planu Pruszkowa. Wzdłuż ulicy Prusa i w pobliżu 
kościoła pruszkowskiego najstarsze domy zajmowali Żydzi. Do nich należały prawie 
wszystkie sklepy i liczne małe warsztaty rzemieślnicze. Na podwórkach tych domów 
ustawiano różne przybudówki, szopy i komórki. Wszędzie tu unosił się jakiś odmienny 
zapach. Widocznie śmietniki napełniano innymi odpadkami kuchennymi niż w naszej 
dzielnicy, a może zupełnie co innego gotowano w żydowskich kuchniach? Drewniane budy i 
komórki, inaczej ubrane dzieci, bawiące się w pobliżu swoich mieszkań, oraz bieda, 
widoczna już na pierwszy rzut oka, to wszystko różniło nasze dzielnice. Ubóstwo 
mieszkających tu ludzi zobaczyłem najlepiej, gdy w małym żydowskim sklepiku na wprost 
kościoła kupowałem za dziesięć groszy pestki, zapakowane w małą torebkę, zrobioną z 
kawałka gazety. Gdy wchodziliśmy, odzywał się dzwonek umieszczony nad drzwiami, 

background image

budząc drzemiącą za ladą starą Żydówkę. W sklepiku było wszystkiego po trochu. Chleb, 
mleko, biały ser, cukier, sól, świece i zapałki, woreczek pestek i landrynki w zakurzonym 
słoju na półce. Były jeszcze butelki z olejem i z kolorową lemoniadą. Przy drzwiach stała 
prawie pusta beczka ze śledziami i duży syfon z miedzianej blachy, z wodą sodową — 
sprzedawaną na szklanki. Na kontuarze, pokrytym nie najczystszą ceratą, stała mocno zużyta 
waga szalkowa. Wszystko tu było szare i zakurzone. Może tak się nam wydawało, gdyż przez 
dawno nie myte szyby przedostawało się do

background image

wnętrza bardzo mało światła. Pestki ważyła nam sklepowa o starej, pomarszczonej 

twarzy, w czepku na głowie, otulona grubą chustą, jakby było jej zimno.

W pobliskich domach mieszkali Żydzi. Niektórzy mieli długie brody i pejsy, chodzili w 

czarnych chałatach i w okrągłych czapkach jarmułkach. Gdy weszliśmy raz na podwórko 
domu, w którym mieszkał nasz kolega, zobaczyliśmy trzech starszych od nas chłop-

ców, 

ubranych na czarno, z długimi pejsami, zajętych głośną rozmową. Okazało się, źe mieszkając 
od lat w jednym domu, nigdy z naszym kolegą nie rozmawiali. Różnili się od nas nie tylko 
ubio- J rem. Nie grali w piłkę, nie ganiali za kółkiem, nie bawili się w berka ani w 
chowanego, podobno nawet nigdy nie wychodzili na spacery \ ze swymi dziewczętami, tylko 
ciężko pracowali i modlili się, śmiesz-1 nie się kołysząc, pochyleni nad grubą księgą. Uczyli 
się w swojej J szkole — w zupełnie innych językach — w jidysz i po hebrajsku — j i może 
dlatego właśnie tak wielu z nich mówiło słabo po polsku, J Kiedy indziej kolega zaprowadził 
nas na inne podwórko dzielnicy § żydowskiej, z masą komórek i różnych budyneczków. 
Zobaczyliśmy żydowski dom modlitwy — bóżnicę i stojącą w pobliżu „mykwę" «—% 
kąpielisko, w którym każdy Żyd raz w miesiącu powinien się wykąpać, Gdy słuchaliśmy tych 
opowieści, przed ganek bóżnicy wyszedł jakiś stary człowiek z długą brodą i w okularach. Z 
daleka patrzył, obserwując nasze zachowanie, Podobno był to dobry znajomy naszego kolegi, 
„szames" — posługacz bóżniczny — ale spłoszeni jego groźnym spojrzeniem wycofaliśmy 
się na ulicę Prusa, aby po powrocie do domu długo rodzicom opowiadać o naszych odwie-
dzinach w innym świecie, o istnieniu którego dopiero dowiadywaliśmy się.

Nie chcieliśmy już chodzić na te podwórka, ale ten sam kolega w pewien piątkowy 

wieczór — a było to, jeśli dobrze pamiętam, po naszej próbnej spowiedzi —■ zaprosił nas do 
siebie i tam zobaczyliśmy, jak obchodzono cotygodniowe święto — „szabas". Widzieliśmy 
przez okno palące się w mieszkaniach świece w dużych świecz-r nikach i starych brodatych 
Żydów, ubranych w „tałes" — biały szal w czarne paski, zakończony frędzlami, nazywanymi 
„cyces" — kiwających się montonnie nad grubymi książkami. Żyli obok nas, a tak zupełnie 
inni i właściwie obcy. Wszystko było u nich inne, innym mówili językiem -— kolega nauczył 
nas kilku wyrazów —
inaczej ubierali się, inne mieli zwyczaje oraz zupełnie inną religię. Nawet inaczej się modlili. 
Dzieci żydowskie, od lat mieszkając obok naszego kolegi, biegając po wspólnym podwórku, 
nie bawiły się z nim, nie wędrowały na wspólne spacery, a nawet unikały rozmów.

Za ulicą Kościelną zaczynały się fabryki. Ich właścicielami też byli Żydzi, Ale to już byli 

zupełnie inni Żydzi. Zza wysokiego parkanu otwartym kanałem wypływały do Utraty 
niebieskie ścieki, o dziwnym, ostrym zapachu siarki. Tu była fabryka ultramaryny „Sommera 
i Nowera". Dalej rozciągały się zabudowania fabryki fajansu. Właścicielami obu tych fabryk 
byli Żydzi. Ubrani po europejsku, mówili dobrą polszczyzną. Stanisław Ehrenreich, 
właściciel fabryki fajansowej, mieszkał w pałacyku otoczonym wysokimi drzewami, Za 
starymi i obskurnymi budynkami fabrycznymi stały nie mniej ponure „murowańce" — 
koszarowe czworaki postawione dla robotników.

Gdy poznaliśmy już prawie całą przykościelną dzielnicę, chodziliśmy na dalekie spacery 

po okolicznych polach. Zrywaliśmy kwiaty, strojąc przydrożne kapliczki, a później, jeśli była 
pogoda, kąpaliśmy się w gliniankach. Wędrując polnymi ścieżkami przypominaliśmy sobie 
katechizm, recytowaliśmy wyuczone przykazania i te boskie, i te kościelne, przede 
wszystkim jednak, wysłuchując tylu umoralniających nauk, staraliśmy zmienić się na lepsze, 
być stale dobrymi. Nie tylko wierzyliśmy, ale nawet odczuwaliśmy, prawdopodobnie tylko 
ten jeden raz w życiu, że jest z nami Anioł Stróż, nie opuszcza nas, patrzy na nasze uczynki, 
zna nasze najskrytsze myśli. Słoneczno-różowo-błękitny był ten mój świat, pełen dobrego 
Pana Boga. Dopiero znacznie później, po wielu latach, zamiast opiekuńczego Anioła Stróża 
wynalazłem sumienie, które miało mnie strzec od złego.

background image

Nauki trwały przez cały lipiec. Nie wyobrażano sobie, aby któreś dziecko nie przystąpiło 

do Pierwszej Komunii. Groźba odesłania do domu lub skreślenie z listy przygotowujących 
się przerażała wszystkich, zmuszając nawet największych leniów do pilności, do codziennej 
obecności na „naukach", a także do uczenia się na pamięć prawie całego katechizmu.

Po egzaminie sprawdzającym nasze wiadomości, pomyślnym

background image

dla wszystkich, uczył nas ksiądz wikary zachowania się w czasie spowiedzi, na razie 

takiej na niby, jeszcze nie w konfesjonale. Dopiero następnego dniu, w sobotę po południu, 
odbyła się prawdziwa spowiedź, do której przystępowaliśmy pełni zdenerwowania, wzru-
szeni i przejęci, a — jak się okazało — najczęściej tak bezgrzeszni, że nie mieliśmy się z 
czego spowiadać.

W kolejce do spowiedzi staliśmy we trzech, Mietek, Genek i ja, przepychając się, gdyż 

każdy z nas chciał iść na końcu, jako ostatni, aby dowiedzieć się od poprzedników 
wszystkich szczegółów, usłyszeć, jak odbyło się wyznanie grzechów. Nasz nierozłączny 
przyjaciel „Dziunia" chodził na „nauki" do swojej parafii na Zbikourtc:

Wieczorny pacierz odmawiała ze mną cała rodzina, klęcząc wokół stołu. Przed rokiem w 

ten sam sposób modliliśmy się w intencji Jurka.
W pierwszą niedzielę sierpnia, bez śniadania, w podniosłym nastroju, świątecznie umyty i 
uczesany, z białą wstążeczką na rękawie granatowej marynarki, przystępowałem do komunii. 
Kościół był tak zatłoczony naszymi rodzinami, że z trudem mogliśmy przecisnąć się do 
ołtarza. Na pamiątkę tego dnia, przeżywanego naprawdę głęboko, otrzymaliśmy obrazki. 
Oprawiliśmy je w ramki, aby po wielu latach wiszenia nu ścianie pokoju powędrowały z wie-
loma z nas do trumny.

Po uroczystej mszy znany pruszkowski fotograf Abramowicz zrobił nam pamiątkowe 

zdjęcia z paniami katechetkami, z księdzem proboszczem i księżmi wikarymi.

Po obfitym śniadaniu, szczęśliwi jak nigdy w życiu, poszliśmy z Mietkiem, Genkiem i 

kilkoma kolegami z naszej dzielnicy na daleki spacer, polami w stronę lasu helenowskiegó.

•> a

Pamiętam ten słoneczny, upalny dzień. Głęboko wtedy wierzy* liśmy, że ta szczęśliwa 

chwila trwać będzie bardzo długo, że już nigdy nie będziemy grzeszyli, zawsze będziemy 
dobrzy i uczciwi; a nasi sąsiedzi stale będą nas głaskać po głowie, mówiąc o nas różne dobre 
słowa.

Dopiero sierpień był miesiącem prawdziwych wakacji. Nasz okres czystej szczęśliwości 

nie trwał długo. Wbrew zamierzeniom i solennym obietnicom z każdym tygodniem malała 
liczba kolegów przystępujących do niedzielnej komunii. Codziennie po dalekim spacerze 
pływuiiśmy w helenowskich gliniankach. Już nie kąpaliśmy
M
się nago, nie chodziliśmy boso — nosiliśmy tenisówki, nazywane „pepegami" Czuliśmy, jak 
żegnamy nasze dzieciństwo. Po długim pływaniu, po kilku odwiedzinach wyspy siadaliśmy 
na wysokim brzegu, wśród traw i polnych kwiatów, aby wyschnąć i opalać się. Graliśmy w 
karty, uczyliśmy się „tysiąca" i coraz częściej wspominaliśmy szkolę. Dodatkową atrakcją w 
te wakacje było dożywianie o rok młodszego kolegi. Pogniewany z rodzicami, wracał do 
domu dopiero wieczorem, aby się przespać, a od rana, odmawiając zjedzenia śniadania, 
wędrował z pierwszego domu przy Stalowej aż na helenowskie glinianki, gdzie do końca 
wakacji, przez dwa wyjątkowo pogodne miesiące, opalił się na kolor granatowoczarny, 
budząc ogólną zazdrość chłopców i podziw dziewcząt. Przez długie lata po tych 
buntowniczych wakacjach nazywano go „Murzynem", choć dość szybko zeszła ta 
nadzwyczajna opalenizna.

Już od dość dawna syrena fabryki „Mechaników" budziła mnie ze snu, a dla Jurka była 

sygnałem wymarszu w drogę, na Papiernię. W odbudowywanej fabryce pracowało coraz 
więcej „Amerykanów". Na ulicy można było ich poznać z daleka. Ubierali się inaczej. 
Kobiety chodziły w krótkich sukienkach i wychodząc na ulicę wkładały płaszcze lub 
jesionki, a mężczyźni nosili kapelusze z szerokim rondem lub bardzo nas rozśmieszające 
czapki w kolorową kratę nazywane cyklistówkami, a do tego buty o zwężonych, spiczastych 
noskach. Rozmawiali głośno i ciągle wtrącali masę obcych, niezrozumiałych dla nas słów. 

background image

Caytywali gazety i książki, co rzadko zdarzało się w naszych domach. Ubierali się czysto i 
schludnie. Gdy w domu lub na spacerze zdejmowali marynarkę, imponowali nam 
kolorowymi szelkami, ładnymi koszulami i gumkami podciągającymi rękawy. Często palili 
cygara, roznosząc obce zapachy.

Byli akcjonariuszami powstającej fabryki. Za wpłacone przez nich pieniądze kupowano 

w Ameryce potrzebne maszyny i urządzenia, wysyłając je do Pruszkowa. W ślad za tymi 
przesyłkami przyjeżdżali ludzie, którzy mieli w nowo utworzonej fabryce pracować, oddając 
do dyspozycji odbudowującego się kraju nie tylko Hwoje oszczędności, ale także bardzo w 
Polsce potrzebne wiadomości techniczne i organizacyjne, które zdobyli w czasie pracy w 
amerykańskim przemyśle. Ponadto przywozili nowy sposób ży
69

background image

cia, przyjęty przez nich w czasie wieloletniego pobytu za granicą, a także, co na pewno było 
nie mniej ważne, wielkie umiłowanie odradzającej się Polski. W życiu Pruszkowa ci 
„Amerykanie" — te sto rodzin — odegrali dużą i pozytywną rolę. Przywieźli ze sobą nie 
tylko dolary, ale i wizję innego, lepszego świata, o którym często nam mówili. Swym 
przykładem uczyli ludzi lepiej żyć i lepiej pracować, uczyli poszanowania dla własności 
społecznej i szacunku do pracy.

Gdy przychodzili do sklepu, chętnie rozmawiali z Matką, wysłuchując opisów życia „za 

Rosjan" i podczas wojny oraz naszych kłopotów i bolączek. Siedząc gdzieś w kąciku naszego 
sklepu, przysłuchiwałem się ich opowieściom o pracy w Ameryce, o wielkich fabrykach, 
ogromnych miastach i o domach tak wysokich, że chmury zaczepiaj^ się o nie. Często 
opowiadali, jak gdyby chcąc wytłumaczyć nam swoją decyzję powrotu, o tęsknocie za polską 
ziemią, za naszymi polami i łąkami, a także mówili o brzozach, które po nocach śniły się im 
w Ameryce. Chociaż dobrze tam było, powracali, aby pomagać w odbudowywaniu 
wyzwolonej Polski.

Kilkanaście rodzin „Amerykanów" zamieszkało przy ulicy Pułaskiego, w specjalnie dla 

nich wybudowanych, krytych czerwoną dachówką, ładnych domach, na wprost ruin 
wytwórni terakoty. W dwóch budynkach były mieszkania, w trzecim otworzono szkołę 
rzemieślniczą, w której młodzież z naszego miasta miała przygotowywać się do pracy u 
„Mechaników".

Gdy nadeszła wczesna i mroźna zima, którejś soboty dzieci ze Stalowej zostały 

zaproszone do „Amerykanów" na przedstawienie. W budynku szkolnym, na poddaszu, w 
dużej sali z pozasłanianymi oknami, zebrało się tylu chętnych w różnym wieku, że dla dzieci 
zabrakło miejsc i musieliśmy siedzieć na podłodze, odwracając twarz w kierunku 
zawieszonego na ścianie białego płótna, nazywanego ekranem. Po zgaszeniu światka 
zaterkotała jakaś aparatura i na tym ekranie zobaczyliśmy szybko zmieniające się, drgające 
obrazy. Zaciekawiony tym, co oglądałem, nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że było 
to moje pierwsze spotkanie z kinem, nazywanym wtedy iluzjonem, kinematografem lub 
kinoteatrem. Na sali zapanowała cisza, umilkły rozmowy, słychać było tylko warkot apara-
tury. Oglądaliśmy zdjęcia wielkiego miasta. Bardzo wysokie domy,
o których już słyszałem, ulice zapełnione wozami i samochodami, a na chodnikach tłoczył się 
i spieszył ogromny tłum. U nas ludzie nigdy tak szybko nie chodzili. Pokazano nam fabryki, 
biura, banki, sklepy, samochody, tramwaje i bardzo silne konie — ciągnące wozy 
załadowane różnymi towarami. Dopiero po wielu minutach widzowie zaczęli głośno wyrażać 
swoje uwagi, zdziwienie, podziw lub przestrach. Ten film o Nowym Jorku, na prośbę wielu 
osób, oglądaliśmy jeszcze przez kilka sobót. Napisy w języku angielskim tłumaczył nam 
jeden z „Amerykanów".

Któregoś wieczoru na podłodze wśród nas usiadł nasz rówieśnik, nikomu nie znany, ze 

śmiesznie spłaszczonym nosem, i zaczął wykrzykiwać patrząc na widoki wielkiego miasta: 
„Tu byłem? Tu byłem!" W czasie krótkiej przerwy, mówiąc z jakimś dziwnym akcentem, 
opowiadał nam, wtrącając niezrozumiałe słowa, o tym największym mieście na świecie — 
Nowym Jorku. Pokazywał nam, wstając i wyciągając rękę w kierunku drgającego na płótnie 
obrazu, wielki park, w którym grał w piłkę r gdzie w czasie ulicznej bójki złamano mu nos. 
„Tam mocniej biją niż tu!" — stwierdził wzdychając. Podczas przerwy, gdy zapaliło się 
światło, a mechanik zmieniał taśmę w aparacie, wysłuchaliśmy jego opowieści o ulicznych 
kąpieliskach pod hydrantami w czasie ostatniego wyjątkowo upalnego lata, o szerokich 
ulicach, wiaduktaćh, kolejkach podziemnych i nadziemnych oraz o pobliskim oceanie, na 
skraju którego stoi wielka Statua Wolności, witająca i żegnająca pasażerów statków. Jeszcze 
tego samego wieczoru dowiedzieliśmy się, że nowy kolega ma na imię Witold, przyjechał z 

background image

rodzicami z Ameryki, mieszka w naszym sąsiedztwie, w kupionym przez ojca domu przy 
ulicy Ołówkowej numer 30 i będzie chodził do szkoły ewangelickiej.

Przez wiele miesięcy w każdą sobotę dzieci z naszej dzielnicy zbierały się w kinoteatrze u 

„Amerykanów".

Szybko utarł się zwyczaj, że najpierw pokazywano mało nas interesujące, przeznaczone 

dla osób starszych filmy naukowe o fabrykach i maszynach, o kontroli produkcji i 
magazynowaniu towarów, o transporcie i sprzedaży. Dopiero później, po krótkiej przerwie, 
wyświetlano filmy krajoznawcze, pokazujące nam góry, jeziora, lasy i wioski, wybrzeża 
oceanu i miasta amerykańskie, a dopiero na końcu tak przez nas oczekiwane śmieszne 
komedie lub filmy ry-
H

background image

sunkowe. Małym dzieciom najbardziej podobały się filmy o „Kubusiu marynarzu', w których 
reklamowano i namawiano do jedzenia szpinaku, który dawał nadzwyczajną silę. Niestety, u 
nas na razie szpinaku nie było, niemniej śmieliśmy się bardzo głośno, bawiliśmy się 
wspaniale, a towarzyszącym nam małym dzieciom tak się te historie podobały, że nieraz 
musieliśmy się przesiadać na inne miejsce, gdyż na podłodze powstawała duża mokra plama, 
jako najlepszy dowód wspaniałej zabawy najmłodszych.

W ciągu kilku lat zamieszkało w Pruszkowie około stu rodzin z Ameryki, 

współwłaścicieli fabryki „Stowarzyszenia Mechaników Polskich".

Ich obecność zaczęła wywierać coraz większy wpływ na nasze życie. Po uruchomieniu 

fabryki produkującej nowe typy obrabiarek coraz więcej ludzi z Pruszkowa otrzymywało tom 
pracę.

Młodzi „Amerykanie" chodzili do szkoły razem z nami. Szybko rozpoczęliśmy wspólne 

zabawy i niedzielne spacery do pobliskiego lasu, choć nie zawsze dzieci, przyzwyczajone do 
innych warunków życia za oceanem, godziły się na siedzenie w szkolnej ławce z nie 
domytym, a często nawet zawszonym rówieśnikiem. Ale nawet takie drastyczne wydarzenia 
w rezultacie poprawiały stan higieny w szkołach.

Nie wszyscy „Amerykanie" byli zadowoleni ze swej decyzji powrotu do Polski. 

Niektórzy już po kilku miesiącach żałowali tego kroku i szybko rozpoczęli przygotowania do 
powrotu za ocean. Raziła ich nasza bieda, ciągłe niedostatki, a co było najgorsze — nie 
widzieli szans na poprawę tego stanu. Bardziej wrażliwi głęboko odczuwali to, że nie zawsze 
przyjmowano ich tak, jak należało. Znaleźli się i w naszej dzielnicy ludzie zawistni, którzy 
nie rozumiejąc zasług i nie doceniając dobrej woli przybyszów z USA, zazdroszcząc im 
wszystkiego, używali lekceważącej i obrażliwej nazwy „amery- kuny", przedrzeźniając ich 
zachowanie i ubiory. Dzieci „Amerykanów", mając zawsze pod dostatkiem papieru, nie 
mogły zrozumieć, dlaczego nadal pisze się i rysuje na tabliczkach oraz dlaczego ciągle 
jeszcze na ulicach spotykają bosonogich rówieśników.

„Amerykanom" zawdzięczaliśmy nie tylko budowę fabryki i kinoteatr, ale także 

powstanie pierwszego prawdziwego klubu piłkarskiego w Pruszkowie. Otaczając opieką klub 
„Victoria", kupiono dla zawodników stroje sportowe i piłki oraz wybudowano przy ulicy Pu
lt

łaskiego prawdziwe boisko, z bramkami zamkniętymi siatką IMlk« nożna zaczynała 
zyskiwać coraz więcej zwolenników. N.i nłrdsMn* spotkania przychodziły tłumy ciekawych. 
Wszyscy chłopcy % pMfj dzielnicy byli na każdym meczu w komplecie, trzymając się 
nizern, niedaleko bramki „Victorii".

W Jednym /. domów mieszkalnych, wybudowanych dla ..Amerykanów", otworzono 

bibliotekę, którą prowadził przybysz t Nowego Jorku, stary, poczciwy pan Lis. Zapamiętałem 
jego pochyloną głową, wielką łysinę i trochę groźne, a trochę wesołe spojrzeńtó znad 
okularów. Miał ponad pięćdziesiąt lat, szczupły, stale kaszlący, schorowany, w okularach z 
grubymi szkłami krótkowidza. Najczęściej siedział przy stole pod oknem, w kłębach 
papierosowego dymu, przeglądając jakąś książkę. Bardzo nas wszystkich lubił. Nigdy nie 
zapomniałem jego objaśnień, co i jak powinienem czytać. Pożyczam* w tej bibliotece książki 
miały dla nas jedną wielką wadę ni** dawały.się czytać w czasie obiadu. Trzeba było 
trzymać je oburącz, gdyż pan Lis oprawiał je w twardy preszpan, przeszywając grubą nitką, 
niedaleko grzbietu, od wierzchu do spodu.

I tak dzięki „Amerykanom" trzy wielkie pasje opanowały na długo dzieci naszej 

dzielnicy: potrzeba czytania książek, oglądania filmów i zamiłowanie do futbolu.

background image

Gdy rozpoczynałem naukę w trzecim oddziale, uruchomiono elektrownię, zamilkła 

terkocząca lokomobilu, zainstalowano liczniki i prąd dostarczano bez przerwy, przez dzień i 
noc.

Tak szczęśliwie się ułożyło, dla nos, młodocianych miłośników kina, że któregoś 

jesiennego popołudnia mogliśmy zobaczyć, Jak powstaje film. W miejscu naszych 
codziennych zabaw, w ruinach fabryki terakoty, nakręcano scenę pożaru jakiejś karczmy.

Najpierw przez kilka dni pracowali robotnicy. Narożną część ruin, od strony Helenowa i 

ulicy Pułaskiego, pokryto dachem, a w wypalone otwory wstawiono okna i drzwi, nad 
którymi zawieszono szyld z wymalowaną butelką i kieliszkiem oraz dużym napisem 
„Karczma". Za oknami rozwieszono firanki i ustawiono kwiaty w doniczkach. Nad świeżo 
założonym fragmentem dachu H komin, z którego, gdy rozpoczęto zdjęcia, wydostawał H 
czarny

background image

gęsty dym. Gdy z pewnej odległości patrzyliśmy na ton narożnik zniszczonej fabryki, 
wszystko wyglądało jak prawdziwe.

To przygotowania obserwowało bardzo dużo dzieci. Przychodzili tu nawet koledzy Jurka 

z dalekiej Papierni, Aż któregoś dnia przyleciał do szkoły młodszy brat jednego z naszych 
kolegów, aby zawiadomić nas, że niedługo zaczyna się kręcenie filmu, gdyż z Warszawy 
przyjechali artyści. Od razu tyle się zrobiło gadania w ławkach i tak niespokojnie się 
zachowywaliśmy, że nasza pani zwolniła z lekcji chłopców z naszej dzielnicy, prosząc, 
abyśmy następnego dniu wszystko dokładnie w klasie opowiedzieli. Zostawiliśmy tornistry w 
domu i od razu pobiegliśmy do ruin fabryki terakoty, Stały tam dwa samochody osobowe i 
duża ciężarówka. Pogoda była piękna. Policjanci odganiali gromadzących się zaciekawio-
nych widzów. Nasze upatrzone miejsca — wysoko, na rozwalającym się murze — od dawna 
były zajęte. Wielkie błyszczące blachy albo jakieś płyty wymalowane na srebrno odbijały 
światło słoneczne, rzucając je na pobielone twarze aktorów.

Dwa filmowe aparaty stały na wysokich statywach. Zdjęcia robiono kręcąc równomiernie 

korbką znajdującą się z boku aparatu. Gdy wszystko było gotowe, ktoś dał znak, ktoś coś 
krzyknął i od wewnątrz podpalono „karczmę". Najwięcej płomieni unosiło się nad 
naczyniami z naftą, ustawionymi w ruinach, za oknami. Do następnych zdjęć dolewano nafty 
przynosząc ją w kuble ze stojącej na ulicy Pułaskiego wielkiej metalowej beczki. Gdy już 
wszystko rozpaliło się na dobre, na głośny okrzyk jakiegoś mężczyzny z raptownie 
otworzonego okna płonącej karczmy wyskoczył zza firanek człowiek o twarzy pomalowanej 
na biało, w bieliżnie, tak jakby zerwuł się z łóżka. Po kilku pełnych rozpaczy ruchach, po 
złapaniu się zu głowę i wydaniu paru okrzyków — właził tym samym oknem do płonącego 
wnętrza i po chwili wyniósł kobietę, ubraną w długą koszulę nocną, Gdy tylko zdążył wyjść, 
do okna od strony ruin zbliżył się jakiś człowiek z naczyniem z płonącą nuftą i podpalił 
firankę. Z okna buchały płomienie. Po wyniesieniu uratowanej kobiety nu ulicę zdjęciu 
przerwano, pura aktorów rozmawiała z kilku mężczyznami, obserwującymi zdjęciu, strażacy 
ugasili strumieniami wody płonącą karczmę l szybko ustawiono nowe dekoracje. Po 
wymlaniu nadpalonego okna, firanek i kilku desek na dachu, rozciągnięto nową strzechę, 
umieszczono rynny i wszystko było goto
we do powtórzenia sceny pożaru. Znowu we wnętrzu karczmy wy, buchł pożar, z okna 
wydostawał się zaspany mężczyzna, srebrrt blachy rzucały na niego odbicie słonecznego 
światła, fotografowie w cyklistówkach z daszkami odwróconymi do tyłu kręcili korbkami 
apurutów, bohaterski mężczyzna, nie bacząc na płomienie, właził przez okno, aby ratować 
śpiącą kobietę. Ku naszej ogromnej radości tę jedną scenę powtarzano jeszcze kilka razy.

Aktorem wyskakującym z okna był wnuczek babci Jabłońskiej, która mieszkała w małym 

domku z ogródkiem, pod numerem 9, Bardzo byliśmy dumni, gdy po zakończeniu zdjęć, 
wymyty i przebrany w eleganckie ubranie, witał się ze swoim bratem Witkiem, naszym 
szkolnym kolegą. Staliśmy przy nim, w tej tak ważnej chwili, o której długo opowiadaliśmy 
znajomym i kolegom.

„Chudy Janek" z sutereny, ten trochę wyższy i szczuplejszy, bardzo rozczarowany, nic 

dotrwał do końca zdjęć. Od tego pamiętnego dnia przestał chodzić z nami do kina, tłumacząc 
nam: „Ja myślałem, że to jest naprawdę, a to wszystko oszustwo, tak że nie opłaca się tego 
oglądać!"

Jesień, trzecia już w szkole, jak zwykle w tamtych latach była ciepła i słoneczna. Na 

początku roku szkolnego spotkaliśmy się w tej samej sali lekcyjnej pod okiem naszej pani, 
która na zawsze pozostała dla nas najlepszą, niezapomnianą nauczycielką, bardzo 
wymagającą, ale i wspaniale wynagradzającą nas spacerami, wycieczkami oraz czytaniem — 
początkowo baśni, a później, w następnych latach, wielu historycznych opowieści.

background image

Zapamiętaliśmy, co nam mówiła o Polsce, o jej wielkości, o pięknej przeszłości, o 

naszych wadach i złych sąsiaduch, o utraceniu niepodległości i o uporczywej walce o 
wolność.

W trzecim oddziale dziewczęta nadal najchętniej słuchały opowieści „O sierotce Marysi" 

Marii Konopnickiej, a chłopcy prosili o czytanie jakiegoś fragmentu z książki Antoniego 
Gawińskiego „Lolek grenadier". Była to czarodziejska historia o małym chłopcu, któremu w 
noc przed Wigilią przyśniło się, że został napoleońskim żołnierzem, dokonał wielu 
bohaterskich czynów i otrzymał z rąk cesarza „order Legii na pąsowej wstążeczce", Lolek 
brał udział w bitwach pod Austerlitz, Jeną, Borodino, Moskwą, pod Lipskiem

background image

widział, jak ginie książę Józef, a pod Waterloo żegnał się z „podob- nym do orła i do posągu" 
Napoleonem. Była to pierwsza książka, ' która podobała się wszystkim chłopcom, nawet tym 
wyrośniętym dryblasom. Od razu w naszej klasie jedną dziewczynkę nazwa no markietanką 
„Matką Granat" i znalazł się kolega przypominający ; nam sierżanta Pigułkę. Wielu z nas z 
tych opowiadań wyniosło nad- . zwyczajny kult dla cesarza Francuzów, który tak wspaniale 
bił na^l szych zaborców i pragnął, aby powstała niepodległa Polska.

Staczaliśmy niezapomniane bitwy napoleońskie przy użyciu kasztanów lub śnieżnych 

piguł, a wędrując po śniegiem pokrytychf łąkach nad Utratą, patrząc na krwawo zachodzące 
słońce, zawsze , myśleliśmy o Berezynie,

A ile to razy w naszym późniejszym życiu, w różnych okolicznościach i w wielu 

miejscach świata, powtarzaliśmy słowa, po raz pierwszy usłyszane od Lolka grenadiera: 
„Gwardia umiera, ale się nie poddaje!" albo: „Vive 1'Empereur!"

Tej jesieni nasza pani nauczyła nas budowania różnego kształtu latawców. Pięknie je nam 

ozdabiały koleżanki, malując kolorowe wzory, kwiaty lub fantastyczne ptaki. W niedzielne 
popołudnia urządzaliśmy na łąkach nad Utratą zawody, patrząc, czyj wyżej poleci, i ciągle 
sprzeczając się, jak wielki musiałby być latawiec, aby uniósł któregoś z nas w powietrze, tak 
abyśmy mogli latać nad Pruszkowem, nad znajomymi ulicami i domami i nad nie kończący-
mi się nadrzecznymi łąkami.

Ogromne stada jaskółek siedzących na drutach szykowały się do odlotu.
Na polach pod Helenowem rozpoczynały się wykopki. Szliśmy tam z kolegami, aby 

pomagać ich rodzicom w zbieraniu na wpół zagrzebanych ziemniaków, nie zauważonych 
przez pochylone nad motykami kobiety. Wygrzebywane z pulchnej, przekopanej ziemi, 
dorzucaliśmy do wielkiej gromady. Gdy zbliżał się wieczór i kończono już pracę, ściągaliśmy 
z całego pola łęciny w jedno miejsce i rozpalaliśmy ognisko. Dym ciągnął się po 
ścierniskach, ogień wzbi-' jał się wysoko, a my odważnie skakaliśmy przez płomienie. W żar 
wrzucaliśmy ziemniaki wygrzebane na polu i zmęczeni bieganiem rozsiadaliśmy się przy 
ognisku, czekając, aż się upieką. Walczyliśmy
0 takie miejsca, aby móc patrzeć na kolorowe drzewa helenowskiego parku, które na jesieni 
stawały się barwną smugą. Dorzucaliśmy łęcin, aby ogień zbyt wcześnie nie wygasł, a 
patrząc w płomienie śpiewaliśmy jakieś piosenki.

Gdy usłyszymy daleki turkot i przeraźliwe gwizdy parowozu, do dymów z ogniska 

dołączy się przygnany północno-zachodnim wiatrem dym z rozpędzonego pociągu, zupełnie 
inny, duszący, nieprzyjemny i gryzący w oczy. Kiedy wiatr nareszcie przepędzi go w kie-
runku Komorowa, znowu będziemy oddychali zapachem ogniska
1 jesiennym polnym powietrzem. Patykami wyciągamy upieczone ziemniaki. Jemy je 
żarłocznie, nie zwracając uwagi na ziarnka piasku ani na zwęgloną twardą skórkę, chrupiącą 
w zębach.

Już dawno odjechały wyładowane ziemniakami furmanki, a nam nie chciało się wstawać 

z ciepłej, nagrzanej jesiennym słońcem, przekopanej motykami ziemi. Nie chcieliśmy 
odchodzić od cieni snujących się na polach, od gasnącego ogniska i od ostatnich, niknących 
w przedwieczornej mgle, wydłużających się smug dymu.

Do domu wracaliśmy, gdy robiło się ciemno.
Nasze ubrania, skóra i krótko ostrzyżone włosy pachniały dymem.
Poczuły to szkolne koleżanki i nasza pani, wąchająca z uśmiechem nasze głowy. Ten 

zapach opuścił nas dopiero, gdy zaczęły padać obfite, przedzimowe deszcze.

Gdy wieczorem odrabiam lekcje, kleją mi się oczy. Usypiam, myśląc, jak pięknie jest 

jesienią na helenowskich polach. Kolorowe latawce już odleciały, uniesione wiatrem.

background image

I nawet myśleć nie chcieliśmy, że już niedługo, po kilku dniach ulewnego deszczu, nagle 

się oziębi, opadną ostatnie liście, przyjdzie mróz i nad pokrytymi śniegiem polami sterczeć 
będą czarne gałęzie, oblegane przez stada przeraźliwie kraczących wron i kruków.

Tej jesieni, w sali widowiskowej przy Stalowej 3, Rada Główna Opiekuńcza — aby 

powiększyć swoje dochody — uruchomiła kinematograf „Ergos". Zdradziliśmy wtedy 
sobotnie pokazy kinowe u „Amerykanów".

Na Stalowej znaliśmy wszystkich mieszkańców, więc bardzo szybko uzgodniliśmy z 

bileterem, a zarazem kinowym dozorcą, że

background image

w zamian za pomoc w porządkowani u sali będziemy mieli wolny Jwstęp do kina. Wymyślił 
to wszystko Witek, gdyż podobno tak robili nasi rówieśnicy w Nowym Jorku. Powoli 
narzucał nam swój przywieziony zza oceanu sposób myślenia. Przekonał nas, że żadnej pracy 
nie należy się wstydzić i że w naszym ustawianiu krzeseł,
__| wbrew zastrzeżeniom niektórych kolegów, nie ma niczego hańbią*.
cego, gdyż dzieci od małego powinny pracować, aby mieć pieniądze na swoje wydatki. Zbyt 
długo nie potrzebował nam tłumaczyć, gdyż nie mieliśmy przecież żadnego innego sposobu, 
aby na każdym filmie być w kinie.
Na godzinę przed rozpoczęciem seansu, w trzy ostatnie dni tygodnia, przenosiliśmy po 
dziesięć zbitych listwą krzeseł, przesunię- tych pod scenę w czasie wieczornego zamiatania, 
równo je usta-. wiając po obu stronach szerokiego przejścia. Przecieraliśmy siedzenia krzeseł 
wilgotną ściereczką, a później, po przewietrzeniu sali, zaczynały się wolno płynące chwile 
oczekiwania. Rozsiadaliśmy się niedaleko sceny, spoglądając na wejście, w którym już 
niedługo ukażą się pierwsi widzowie. Najpierw przychodziła kasjerka. Zapalała światła w 
kasie i girlandę żarówek przed wejściem do kina. Dużą poczekalnię przedzielała barierka, za 
którą można było się dostać dopiero po skontrolowaniu biletu. Na ścianach rozwieszono 
kolorowe plakaty i fotografie uśmiechniętych aktorek, aby niezdecydowanych zachęcić do 
kupiehia biletu. Na specjalnej tablicy, pod dużym napisem: „Następny program" — 
rozklejono wielobarwny afisz i kilka fotosów. Rozmawialiśmy o filmie, który za chwilę 
mieliśmy oglądać i naprawdę martwiliśmy się, czy przyjdą widzowie i czy odbędzie się 
przedstawienie. Ostatnie minuty Witek niezmiennie wykorzystywał na brzdąkanie na bardzo 
rozstrojonym pianinie, uparcie starając się wystukać jednym palcem jakąś melodię. Te mało 
udane próby przerywała rozmowa dobiegająca z poczekalni. Pojawiała się, podpierając się 
laseczką ze srebrną główką, stara kobieta z rulonem nut. Była to uciekinierka z Rosji, 
„białogwardzistka" — jak ją na Stalowej nazywano. Udzielała lekcji muzyki, a w czasie 
seansów grała na rozklekotanym pianinie.

Później przychodzili mechanicy. W małym okienku kabiny zapałało się światło i słychać 

było ich głośną rozmowę, gdyż starali się swymi opowieściami o mijającym dniu zagłuszyć 
terkoczący aparat do przewijania taśmy filmowej.

W krzesłach zasiadali pierwsi widzowie. Gryziono pestki, częstowano się cukierkami, 

głośno rozmawiając. Jeden i drugi dzwonek wyganiał z poczekalni ostatnich palaczy. Kiedy 
zgaszono światło, „białogwardzistka" zapalała małą lampkę elektryczną oświetlającą nuty i 
widząc na ekranie pierwsze napisy zaczynała grać jakąś nie znaną nam melodię amerykańską 
— gdyż najczęściej filmy pochodziły zza oceanu. .

Za chwilę wyobraźnia wpatrzonych w ekran dzieci zaczynała pracować i rozpoczynała 

się wielka przygoda. Chłopcy ze Stalowej stawali się Indianami lub kowbojami, zmieniali się 
w żołnierzy wyruszających na wielką wojnę, ostrzegali przed niebezpieczeństwem 
bohaterskiego Zorro albo byli szejkami w białych burnusach i pędzili na koniu przez nie 
kończące się piaski pustyni.

Głęboko musieliśmy przeżywać tamte chwile, jeśli do dziś pamiętam takie filmy jak: 

„Tramp" i „Brzdąc" Chaplina, „Czterej jeźdźcy Apokalipsy", „Szejk" i „Krew na piasku" z 
Rudolfem Va- Jentino, „Znak Zorro" z Douglasem Fairbanksem, „Siedem lat nieszczęścia" 
Maxa Lindera oraz tak świetnych komików jak Harold Lloyd i Buster Keaton. Siedzieliśmy 
na kilku seansach „Wyspy zatopionych okrętów", znając na pamięć wszystkie dramatyczne 
sceny i nadzwyczajne przygody bohaterów tego filmu.

Jeśli zaciekawił nas jakiś film, przychodziliśmy do kina przez trzy wieczory. Na mniej 

ciekawe, a do takich zaliczaliśmy filmy miłosne, wystarczał nam jeden seans.

background image

Filmy były ośmio- lub dziesięcioaktowe. Po dwóch aktach następowała przerwa na 

zmianę szpuli. Jeśli wydarzyła się jakaś nieprzewidziana przerwa, natychmiast wybuchały 
okrzyki i gwizdy, kończące się dopiero po wznowieniu projekcji.

Gdy wychodziliśmy z kina, niechętnie myśląc o powrocie do domu, Witek, jako jedyny 

wśród nas znawca zagranicznych obyczajów, starał się wytłumaczyć nam to wszystko, czego 
nie rozumieliśmy z wydarzeń rozgrywających się na ekranie. Niekiedy bywało i tak, że nie 
rozstawaliśmy się, dopóki „własnymi słowami" nie opowiedział nam całego filmu, a trzeba 
przyznać, że miał wielki talent do snucia takich opowieści.

Pierwsza niedziela marca 1925 roku, dla nas, chłopców ze Stalowej, różniła się od innych 

i długo nie mogliśmy jej zapomnieć. Od kilku dni ogromne afisze, wywieszone nie tylko w 
Pruszkowie, ale

background image

i w pobliskich miejscowościach, zapraszały na „Wielki Koncert Radiowy" w sali 
kinematografu „Ergos". Koncert miał się składać z dwóch części. Zapowiadano odbiór w 
południe audycji nadawanej w Warszawie, a wieczorem — za tymi samymi biletami —■ 
wielki koncert ze stolic całej Europy. Jeśliby coś nie dopisało, miał występować chór.

Niektórzy z początku czuli w tym jakieś szalbierstwo. Podobny koncert miał się odbyć 

przed kilku dniami w świetlicy szkoły zawodowej przy fabryce „Mechaników", ale niedobra 
aparatura i bardzo zły głośnik tak psuły wrażenie, że słuchacze szybko opuścili salę.

Gdy po mszy przyszliśmy na podwórko, wietrzono salę kinową, a na dachu domu, na 

długim kiju przymocowanym do komina, zaczepiono miedziany drut zakończony białymi 
porcelanowymi kulkami, nazywanymi izolatorami. Drugi koniec drutu, który nazywano 
anteną, zawiązano na pobliskim drzewie. Od środka mocno naciągniętej anteny odchodził 
miedziany przewód prowadzący do sali kinowej. Na podwórku stał policjant z paskiem pod 
brodą. Było też dwóch pracowników elektrowni w służbowych czapkach. Wokół nich zebrał 
się tłum ciekawych, dopytując się o szczegóły tych przygotowań. Niektórzy powtarzali 
zasłyszaną opinię, głośno ostrzegając, że to urządzenie ściąga pioruny, że gdzieś tam od radia 
spłonęła cała wieś.

Obserwowano antenę, dach i stare drzewo, aby nie przeoczyć momentu uderzenia 

pioruna. Niebo było szare, zasnute chmurami, ale nie zanosiło się na burzę. Jak na skazańców 
patrzono na wyglądających oknami lokatorów, radząc im, aby na cały dzień opuścili swoje 
mieszkania. Gdy zamknięto okna i drzwi sali kinowej, w kasie rozpoczęto sprzedawanie 
biletów. Policjant i dwaj pracownicy elektrowni pilnowali wiszącego drutu, ostrzegając przed 
grożącym niebezpieczeństwem w wypadku dotknięcia przewodu.

Gromadzących się na podwórku gapiów zaczęto wypraszać.
Na salę dostaliśmy się bez trudności. Na scenie poustawiano różne skrzynie, pudła i 

szafki oraz aparaty, nad którymi górowały dwie duże metalowe tuby, podobne do 
gramofonowych, z których co pewien czas wydostawały się jakieś trzaski i szmery. Trzecia 
tuba, widocznie zapasowa, stała z boku sceny. Wokół tej aparatury i skrzynek z różnymi 
zegarami uwijało się dwóch ludzi, przestawia*
80
jąc urządzenia, dokręcając jakieś śrubki, łącząc przewody i kręcąc różnymi pokrętłami.

Przed południem sala zapełniła się dość szybko. Biletów nie sprawdzano tak dokładnie, 

chcąc widocznie w ten sposób zachęcić do przybycia wieczorem, a wtedy kontrola była 
dokładna i bez biletu nikt, poza grupą dzieci z naszej dzielnicy, nie dostał się na salę.

Zaczęło się od radości ludzi kręcących się | po scenie, jeden z nich ze słuchawkami na 

uszach, patrząc na różne zegary wmontowane w pudełka, krzyknął w pewnej chwili: „Jest! 
Już jest, panie inżynierze!" Poderwał się widz siedzący w pierwszym rzędzie, wszedł na 
scenę, posłuchał czegoś w słuchawkach i uspokojony powrócił na swoje miejsce. Po chwili 
coś przełączono lub podłączono i na tle nie milknących trzasków i pisków usłyszeliśmy 
bardzo wyraźnie: „Tu mówi Warszawa!" W południe podano dokładny czas. Kto z zebranych 
miał zegarek, od razu porównywał, kręcąc z podziwu głową. Następnie wysłuchaliśmy 
wiadomości i komunikatów. Na sali panowała cisza. Myślę, że prawie wszyscy obecni 
odczuwali, tak jak i my, że jesteśmy świadkami powstawania czegoś wielkiego. Wielu ludzi 
wiedziało, że działa telegraf bez drutu, nawet my mieliśmy w jednej z książek opis takiego 
urządzenia, czytano w gazetach informacje o uruchomieniu w Warszawie stacji nadawczej, a 
w warszawskich sklepach sprzedawano już zagraniczne radioodbiorniki, ale dla większości 
ludzi zgromadzonych w tej sali było to pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z radiem.

Wieczorem, mimo dość wysokich cen biletów, zaczęli zbierać się zaciekawieni 

słuchacze. Sala szybko się zapełniła. Z aparatury na scenie dolatywały dźwięki muzyki, pełne 
pisków i trzasków. Uwijał się tam jakiś człowiek, który kręcąc kółkami i pokrętłami, 

background image

zapowiadał co pewien czas: „A teraz Berlin!" „A teraz Praga!" — i rzeczywiście tak było, za 
każdym razem, gdy kończyła się muzyka lub przemówienie, słyszeliśmy potwierdzenie 
zapowiedzi.

Jednak nie wszyscy tak łatwo i tak prędko uwierzyli. Niektórzy podchodzili do sceny, aby 

dokładnie obejrzeć, czy nie ma tam jakiejś ukrytej dodatkowej aparatury. Byli i tacy, którzy 
uparcie powtarzali, że to przecież nic nowego, takie urządzenie to tak jak gramofon, tylko 
nakręcać nie potrzeba. Jednak większość słuchaczy uwierzyła już, że z powietrza można na 
antenę łapać muzykę,

background image

ale jak to się dzieje, jakie to mogą być te fale radiowe, o tym wiedzieli tylko nieliczni.

Po kilku tygodniach w oznaczonym numerem 24 dużym domu- -oficynie, stojącym 

bokiem do ulicy Ołówkowej, zjawiła się pierwsza w okolicy antena radiowa, przeciągnięta z 
dachu domu do wysokiego drzewa. Każdego wieczoru do mieszkania tego radioamatora lub 
radioty, jak wtedy mówiono — pukali znajomi i sąsiedzi, aby choć przez chwilę posłuchać 
muzyki. Zaprowadził nas tam Witek, który jako jeden z pierwszych poznał tego starszego 
pana. Radio było małe, odbierało tylko Warszawę. W niedługim czasie ten miłośnik radia 
zainstalował duży odbiornik, umożliwiający słuchanie wieczorami wielu zagranicznych 
stacji, ale, niestety, ja już tam nigdy nie byłem. Mimo lęku i obaw sąsiadów antena nie ścią-
gała piorunów. Powoli ludzie przestawali się bać nieznanego urządzenia. Znalazło się wielu 
zapaleńców, którzy kupując w warszawskich sklepach potrzebne części zaczęli produkować 
małe słuchawkowe aparaty radiowe, z cewką, kondensatorem i błyszczącym kryształkiem, 
który po umyciu eterem nakłuwało się cieniutkim, podobno platynowym drucikiem. 
Szukaliśmy wtedy, z nadmiaru ciekawości, nowych anten na pruszkowskich dachach.

Któregoś dnia, ale było to znacznie później, Władek z domu Rejmera, szkolny kolega z 

młodszej o rok klasy, przyprowadził do naszego grona swego nowego sąsiada, wysokiego i 
bardzo chudego Andrzeja, o wesołej, piegowatej twarzy, który od razu zadziwił nas nie tylko 
swymi naprawdę pięknymi rysunkami, ale także znajomością spraw radiowych. Co kilka 
tygodni przynosił coraz mniejsze słuchawkowe radio własnej roboty. Mogliśmy wtedy, 
siedząc wieczorami na ławce w parku „Sokoła", wysłuchiwać nadawanej w Warszawie 
muzyki i różnych wiadomości. Antenę rozpinaliśmy pomiędzy drzewami. W ten sposób w 
mały świat chłopców z naszej dzielnicy wtargnęło najpierw kino, a później radio.

W kilka lat po wojnie nadszedł wreszcie dla Stalowej taki dzień, gdy prawie wszyscy 

mężczyźni znaleźli zatrudnienie i każdego ranka wyruszali do pracy.

Najwcześniej wychodzili z domu ci, którzy pracowali w Warszawie.
Kto później wychodził, ten szybciej szedł, gdyż wiadomo było, ie pociąg na nikogo nie 

będzie czekał. To były jakieś wrodzone cechy charakteru — zawsze ci sami sąsiedzi biegli do 
stacji, aby się nie spóźnić.

Już znacznie spokojniej szli robotnicy z pruszkowskich fabryk. Wielu z nich drewniakami 

stukało na chodnikach. Butelkę z herbatą wciskali w kieszeń roboczego ubrania, a drugie 
śniadanie nosili zawinięte w gazetę.

Punktualnie o siódmej Stalowa wypełniała się gwarem idących do szkoły „kolejowej" 

dzieci: młodszych z tornistrami i tych starszych — którzy kilka zeszytów i jakąś książkę 
wiązali paskiem i z fasonem zarzucali na plecy, okazując tym pewne lekceważenie i szkoły, i 
nauki.

Przed południem, po zakupy do sklepu lub na targ, wychodziły kobiety, niosąc koszyki 

lub torby. Ubrane w długie do pół łydki sukienki i okryte dużymi, grubymi, najczęściej 
kraciastymi chustami, zabierały ze sobą małe dzieci. W takich chustach noszono także 
niemowlęta, gdyż w pierwszych latach po wojnie na Stalowej wózków dla dzieci nie było. 
Dziecko owijano w taki sposób, aby na zewnętrz wyglądał tylko czubek nosa, a matka 
okręcała się chustą tak umiejętnie, że miała wolne ręce i mogła jeszcze coś nieść.

Wychodząc na ulicę w ciepłe dni, kobiety zakładały na ramiona cienkie bawełniane 

chustki, bardzo kolorowe, drukowane w kwiaty lub we wschodnie, jak to mówiono — w 
perskie wzory.

Dopiero w połowie lat dwudziestych pojawiły się na Stalowej pierwsze wózki dla dzieci, 

a kobiety zaczęły ubierać się w jesionki i płaszcze. Jednak jeszcze przez długie lata 
spotykałem staruszki opatulone w grube, kraciaste chusty.

Tylko jedna kobieta w naszej dzielnicy odcinała się strojem od innych. Na placu 

oznaczonym numerem 9, w drewnianym starym domku, otoczonym owocowymi drzewami, 

background image

żyła babcia Jabłońska, ruchliwa staruszka, której rodzina mieszkała na parterze w domu 
numer 4, a jeden z wnuków był aktorem filmowym. W ciepłe letnie dni, gdy w głębi ogródka, 
siedząc na małej ławeczce, grzała się na słońcu, ubrana w długie, niegdyś modne suknie, 
wkładała ogromny kapelusz ozdobiony raz sztucznymi kwiatami, a raz pęczkiem wiśni, 
zrobionych z takim mistrzostwem, że wyglądały jak naturalne. Wciągała wtedy rękawiczki i 
otwierała kolorową para

background image

solkę, pragnąc na pewno zademonstrować wobec .sąsiadów swoją inną przeszłość.

Gdy zza parkanu patrzyłem na staruszkę, wyglądała Jak egzotyczny motyl, zabłąkamy 

wśród biednych i smutnych domów ulicy Stalowej. Przez kilka lat późną jesienią babcia 
Jabłońska pozwalała nam zrywać z drzewa stojącego w końcu ogrodu piękne, soczyste 
kosztele.

Kobiety, powracając do domu z zakupami, zabierały się do gotowania obiadu i sprzątania 

mieszkania. Były to godziny, w których na Stalowej pojawiali się różni handlarze, 
rzemieślnicy, Cyganki, żebracy i podwórkowi grajkowie. Niezmiennie, przez wszystkie lata, 
kręciły się obok nich wścibskie i spostrzegawcze dzieci.

Co kilka dni na podwórkach słychać było trochę muzyki i jakąś piosenkę. Czasami 

przychodziło dwóch muzyków, ale najczęściej jeden śpiewak z gitarą lub z mandoliną. 
Zawsze było to przed obiadem, gdy w mieszkaniach zostawały same kobiety — miały one 
lepsze serca i lubiły słuchać śpiewu. Zasłuchane stały w oknach lub uchylały zamknięte na 
łańcuch drzwi.

Najczęściej na podwórkach rozlegały się przeboje albo stare sentymentalne pieśni, ale 

niekiedy wysłuchiwaliśmy smutnych więziennych piosenek:
Raz Cza bak i rana, w więziennej coli, 8en dziwny więźniom opowiada. Sen dziwny miałem, 
drodzy przyjaciele, Serce przeczuwa, te będzie zdrada...
albo:
Dwunaste wybiła na miejskim zegarze, Więźniowie snem twardym śpię. Nie wszyscy Jut 
spali, bo Jeden z nich marzył 1 wolność widział za mgłę...

Te smutne opowieści o niedoli ludzi zamkniętych w więzieniu wzruszały tutaj 

wszystkich. Przez uchylone okna leciały zawinięte w papier pieniądze. Dzieci podnosiły je z 
ziemi i wkładały do kieszeni „artysty", aby nie przerywał swojego śpiewania. Śpiewak 
dziękował skinieniem głowy lub głębokim ukłonem.

Ale muzyka na Stalowej to nie tylko piosenki zachrypniętych

podwórkowych śpiewaków. Wieczorami spacerującym uiicą młodym ludziom towarzyszył 
skrzeczący głos korbką nakręcanych gramofonów, o zdartych płytach i nadmiernie zużytych 
igłach. Ogromna tuba, ustawiona w szeroko otwartym oknie, napełniała ulicę muzyką.

Jednak najpopularniejszym i najchętniej słuchanym instrumentem była w tamtych 

czasach mandolina.

Gitar na Stalowej byłe niewiele, jedna lub dwie — chętnych uczyła grać 

„białogwardzistka" — a mandolin w każdym domu kilka. Wszystkie ozdabiano, zgodnie z 
panującą modą, kolorowymi wstążkami, opadającymi w czasie gry prawie do podłogi. W 
soboty, gdy dopisywała pogoda, posiadacze mandolin zbierali się na jednym z podwórek, tam 
gdzie ławek było najwięcej. Kilkunastu mandoli- nistów omawiało repertuar, wymieniało 
nuty. Najzdolniejszy z tych muzyków pełnił rolę kierownika i dyrygenta. Pomagał stroić 
instrumenty, tłumaczył znaczenie nut, decydował, jaki utwór będzie grany, i dawał znak do 
rozpoczęcia muzykowania. Na takim rozmu- zykowanym podwórku były wszystkie dzieci z 
naszej ulicy, schodzili się sąsiedzi, a w pobliskich mieszkaniach szeroko otwierano okna.

W takie wieczory dobrze było mieszkać na Stalowej.
Mandoliniści uczyli się grać w swoich mieszkaniach, ćwiczenia i próby odbywały się na 

podwórkach, ale prawdziwe koncerty słyszało się tylko w czasie niedzielnych spacerów do 
htlenowskiego lasu.

Wiadomość o takiej wycieczce roznosiły dzieci. Jurek był jednym z mandolinistów. Miał 

dobry słuch, śpiewał delikatnym, przyjemnym barytonem. Wieczorami przychodziło do 
niego kilku szkolnych kolegów, aby razem ćwiczyć i poznawać nuty. Na spacer do lasu 
wyruszali zawsze jako jedni z pierwszych. Za nimi rozciągał się długi sznur odświętnie 
ubranej młodzieży — muzycy, ich znajomi, przyjaciele, koledzy i kilka starszych osób, 

background image

prawdziwych miłośników muzykowania. Wokół tej dość długiej kolumny krążyły 
zaciekawione i podniecone dzieci. Spacer trwał około godziny. Po drodze śpiewano jakieś 
wojskowe piosenki, przy których maszerowało się najlepiej, albo słuchało opowiadań 
różnych wesołków z naszej ulicy.

Na skraju lasu, na małej polance, muzycy siadali tworząc duże koło wokół dyrygenta i od 

razu przystępowali do strojenia instru

background image

mentów. Istniała tradycja, że leśny koncert rozpoczynała „Lekka kawaleria". Później 
uzgadniano, jakie mają być następne utwory. Zawsze tworzył się mały chór. Przez kilka 
godzin grano i śpiewano, a my, zasłuchani i rozmarzeni, siedzieliśmy pod brzózkami. Nie 
chciało się nam nigdzie chodzić, spacery pozostawialiśmy starszym. Najlepiej nam było, gdy 
słuchaliśmy muzyki wyciągnięci w trawie w cieniu drzew.

Gdy spacerujące leśnymi ścieżkami zakochane pary zebrały się już na skraju lasu, 

szykowano się do powrotu. Wracaliśmy niosąc bukiety kwiatów. Późną wiosną zrywaliśmy 
czeremchę i tyle jej było w mieszkaniu, że aż głowa od zapachu bolała. - Jesienią zbieraliśmy 
wrzos o pięknych kwiatach.

Nigdy nie chciało się nam wracać do domu, ale słońce już zachodziło za naszymi 

plecami, a w Pruszkowie widać było, jak zapalają się pierwsze światła. Zawsze pragnąłem 
zostać jak najdłużej w lesie, ale równocześnie chciałem być już w domu i opowiadać Matce o 
tym wszystkim, co nam się przytrafiło w czasie tej niedzielnej wędrówki.

Po każdym powrocie z lasu Jurek długo czyścił i wycierał mandolinę, a później ostrożnie 

i z wielką powagą wieszał ją nad etażerką.

Przez kilka lat wysłuchiwaliśmy na podwórkach wieczornych koncertów tnandolinistów, 

aż nadszedł czas, gdy przed naszymi najzdolniejszymi muzykami otworzyła się inna, 
wydawało się, że dużo ciekawsza przyszłość. Istniejące od niedawna w Pruszkowie dwie 
orkiestry dęte — sokolska i strażacka — poszukiwały uzdolnionej muzycznie młodzieży. 
Nauka trwała dość długo, ale warto było poświęcić jej wiele godzin, aby później maszerować 
głównymi ulicami miasta w eleganckim mundurze, z błyszczącym instrumentem i grać tak 
pięknie, że aż przechodnie zaczynali maszerować w takt muzyki lub zatrzymywali się, aby 
choć przez chwilę popatrzeć na taką wspaniałą orkiestrę.

Ale mnie szkoda było tego wieczornego muzykowania na podwórkach i 

niezapomnianych leśnych koncertów.

Jurek coraz rzadziej grywał na mandolinie, a później sprzedał

ją po kryjomu jakiemuś nieznajomemu kolejarzowi.
*

Tak już się na naszej ulicy utarło, że gdy gospodynie zajęte były gotowaniem obiadu, to 

na podwórkach działo się coś takiego, co najbardziej interesowało dzieci. Przychodzili 
podwórkowi śpiewacy, różni rzemieślnicy i wędrowali „po prośbie" żebracy. W każdą 
niedzielę, wychodząc z kościoła, widziałem wyciągnięte ręce żebrzących ludzi. Stali lub 
klęczeli, jeden przekrzykiwał drugiego, wystawiając na pokaz swoje kalectwo: kikut nogi, 
puste oczodoły lub -ślady po obciętej ręce. Ci biedacy w dni powszednie wędrowali od 
mieszkania do mieszkania. Ubrani bardzo nędznie, nieraz w łachmany, nosili wielkie torby i 
mocne kije, służące nie tylko do podpierania się, ale przede wszystkim do odpędzania psów. 
Żebracy pukali do mieszkań bardzo cicho, w jakiś wyjątkowo delikatny sposób, po którym 
natychmiast poznawano — nie czekając na błagalne słowa — kto stoi za drzwiami.

„Co łaska! Biedny prosi! Niech Pan Bóg wynagrodzi!"
Kobiety, same nie najbogatsze, ale współczujące żebrzącym, zawsze dawały im jakieś 

wsparcie. Ofiary nie były duże, grosz lub dwa. Gdy ktoś dawał pięć groszy, to mówił imię 
zmarłej osoby, za którą należy się pomodlić, i wtedy przez zamknięte drzwi słychać było 
dochodzące z klatki schodowej słowa modlitwy: „Wieczny odpoczynek, racz mu dać, Panie!" 
Czasami żebracy mieli ustalony dzień tygodnia, w którym dostawali talerz zupy i porcję 
chleba.

Różni byli ci żebracy, odwiedzający przed laty Stalową. Dzieci, które stale ich 

obserwowały, najwcześniej poznawały się na każdym oszustwie. Byli wśród żebrzących 
ludzie naprawdę potrzebujący wsparcia, biedni, kalecy, starzy i chorzy, ale przychodzili i 
tacy, którzy traktowali żebraninę jako zawód chroniący ich przed złem najgorszym, jakim 

background image

według nich była praca. Niektórzy wędrowali obdarci i półnadzy,, prosząc o koszulę lub o 
stare ubranie, a po otrzymaniu używanej marynarki lub swetra po pewnym czasie znowu 
zjawiali się w tamtych starych łachmanach. Zapamiętałem młodego, niby chorego żebraka, 
który bardzo się zdenerwował, gdy usłyszał prośbę starej kobiety, aby za kilka groszy 
wyniósł kubeł ze śmieciami. Szybko odchodził, głośno przeklinając nielitościwych ludzi, 
którzy nie szanowali stanu jego zdrowia i zmuszali go do pracy.

W sklepach przy Stalowej wsparcie dawano tylko w piątki. W ten sposób unikano 

codziennej żebraniny, gdyż kupujący nie

background image

chcieli zbliżać się do niechlujnego i najczęściej bardzo brudnego żebraka.

Czasami byli pomiędzy żebrakami i ludzie starsi, wypędzani nn zimowe miesiące ze wsi, 

kiedy nie było tam dla nich żadnej pracy, a jeść trzeba było im dać. Wędrowali tacy 
„gospodarze na wycu- gu" — na dożywociu — do miasta, spali na klatkach schodowych, 
ktoś dał im stare ubranie, zawsze dostali coś do jedzenia, a i wyżebrali trochę pieniędzy. Nikt 
z nich nie chciał podać swego nazwiska ani adresu, bojąc się, że na koszt rodziny zostanie 
odesłany tam, skąd przyjechał. Niekiedy uskarżali się na swoje nieczułe dzieci, na synowe 
lub zięciów, ale najczęściej nie winili nikogo: „Sami nie mają co w garnek włożyć, a 
dzieciaków kupa..."

Jeden z takich nieszczęśników sypiał często na naszej klatce schodowej. Nad ranem, jeśli 

mróz dokuczał i spać nie dawał, słychać było jego szybkie kroki 1 słowa modlitwy. Nie mógł 
doczekać się ranka, aby nareszcie jakaś litościwa gospodyni, po wyprawieniu domowników 
do pracy i do szkoły, podała mu szklankę ciepłej herbaty i kawałek chleba. Najbardziej 
litościwi ludzie może i wzięliby na noc takiego biedaka do mieszkania, ale obawiano się 
przeniesienia jakiejś choroby, wszy i pcheł, a przede wszystkim przykrego zapachu nie 
mytego ciała.

Gdy nadchodziła wiosna, ci biedacy powracali na wieś. Święta wielkanocne spędzali 

jeszcze w mieście, gdzie zawsze dzielono się z nimi świątecznym jedzeniem.

Pod koniec lat dwudziestych zmniejszyła się liczba tych „zimowych żebraków". Później 

już ich nie było.

Pomiędzy żebrakami byli i nieszczęśliwi ludzie z różnymi zaburzeniami psychicznymi, 

nie nadający się do normalnego życia, „łagodni wariaci" — jak o nich mówiono. Niektórzy z 
nich przebywali na kuracji w szpitalu tworkowskim i jako niegroźni dla otoczenia mogli 
opuszczać teren szpitala. Zżyli się ze Stalową i spędzali tu wiele godzin, komuś pomagając i 
dożywiając się. Pamięć mieli dobrą. Stale omijali mieszkania, w których żyli ludzie na-
śmiewający się z ich upośledzenia.

Największą popularnością wśród dzieci cieszył się wysoki blondyn o dobrotliwym 

uśmiechu — „Józio-Kotyro". Chodził w długim chałacie, zimą i latem jednakowo ubrany, 
miał zawsze kij w ręku do odpędzania psów i zawieszoną na sznurku dużą trąbę, zrobioną
SB
z cynkowej blachy. Gdy chciał wyrazić swoje zadowolenie lub ^ wdzięczność — stawał na 
środku podwórka i zaczynał trąbić. Przy- <H pominało to ryk wściekłego Olła. Starsze osoby 
bardzo denerwowały się takim dowodem wdzięczności i wołały: „Józiu! Daj spokój, przecież 
małe pobudzisz!" Ale dzieci miały wtedy najlepszą zabawę. Zlatywały się z sąsiednich 
podwórek i śmiejąc się do rozpuku, prosiły: „Józiu! Zagraj jeszcze!" Józio, który obrażał się 
słysząc przezwiska i śmiech ludzi starszych, z dziećmi bawił się bardzo dobrze i „grał" dla 
nich, śmiejąc się razem z nimi. „Józio-Kotyra" był zawsze spokojny. Nikogo nie zaczepiał. 
Starszym osobom kłaniał się grzecznie mówiąc: „Dzień dobry, panie dziedzicu!" „Dzień 
dobry, pani dziedziczko!" Gdy nadchodziła pora obiadu 1 był już głodny, pukał do drzwi, zza 
których dolatywał najbardziej smakowity zapach, i ze smutną miną powtarzał: „Józio jest 
głodny!" Dostawał wtedy talerz zupy. Swój obiad zjadał nu schodach. Nigdy nie wchodził do 
mieszkania, zatrzymywał się przed drzwiami. Talerz 1 łyżkę mył pod studnią. Odwdzięczał 
się Jakimiś drobnymi posługami, wynosił śmiecie, przynosił ze studni kubeł wody. Ktoś 
musiał się nim opiekować, gdyż codziennie przychodzi) ogolony i umyty, w przeciwieństwie 
do zawodowych żebraków nie czuć go było nędzą, brudem i niedostatkiem.

Zupełnie inny był „Głupi Ignac". Przepędzany z Jednych schodów wędrował nu sąsiednie 

podwórko, aby tam spędzić następną noc. Nieraz, gdy ktoś późnym wieczorem powrucał do 
domu, u nu schodach nie paliło się już świutło, mógł niespodziewanie wpuść nu niego. 
Obydwaj wystraszeni zaczynali głośno wymyślać. Wielką uciążliwością dla lokatorów było 

background image

jego nocne podśpiewywanie. Ignac był człowiekiem niedużym, takim jakimś pokręconym. 
Jedną nogę miał albo suchą, albo żle po złamaniu nastawioną. Chodził z trudem, mocno 
pochylony do przodu, trzymając kulę pod pachą. W drugim ręku miał kij, nu którym opierał 
się. Stale był zarośnięty, w łachmanach, z daleka śmierdzący brudem. Małe dzieci bardzo się 
go bały. Jego nienormalność rzucała się w oczy. Nigdy nie był wesoły, nigdy nie okazywał 
chociaż odrobiny zadowoleniu. Bardzo nie lubił dzieci, być może dlatego, że często 
przezywały go i wyśmiewały. Obwieszał się torbami, w których nosił cały swój żebraczy 
majątek, a także kamienie do rzucania w dokuczające mu dzieci. Złośliwi starsi chłopcy, 
chcąc go rozzłościć, krzyczeli z duleka:
89

background image

„Głupi Ignac! Głupi Ignac!" i cieszyli się jego zdenerwowaniem. Nosił w swoich torbach 
masę różnych drobnych przedmiotów, które niekiedy rozkładał przed sobą na łące, na końcu 
ulicy. Raz jeden, wydając jakieś nieartykułowane dźwięki, pokazywał mi te swoje skarby — 
małe pudełeczka po lekarstwach, szpulki od nici, części zabawek i połamane ołówki. Ignac 
— mimo wielu osób stale mu dokuczających — dobrze musiał się czuć na Stalowej, gdyż 
prawie zawsze tu wracał. Przepadł nagle na przełomie lat dwudziestych; i trzydziestych — 
umarł lub może trafił do jakiegoś przytułku.

W tym okresie przestał nas odwiedzać i „Józio-Kotyra", nikt nie odziedziczył jego trąby, 

ale od czasu do czasu, ku uciesze małych dzieci, przychodzili na Stalową jacyś inni „łagodni 
wariaci". Wymarła lub znalazła inny zawód większość pukających do drzwi żebraków.

Dzieci bardzo szybko zapominały o tych niezupełnie normalnych ludziach. Przecież na 

naszej ulicy działo się tyle ciekawych wydarzeń. Dwa razy w tygodniu jechały wozy na targ. 
Każdego ranka, po długim nawoływaniu się, uczniowie wyruszali do szkoły, a młodsze 
dzieci zbierały się na podwórkach, aby zająć czas różnymi grami i głośnymi zabawami, 
dopóki nie usłyszą jakiegoś donośnego głosu ulicznego handlarza lub dźwięków 
podwórkowej orkiestry.

Po południu powracali wymęczeni uczniowie. Z obiadem czekano na powrót ojca, tak 

było we wszystkich rodzinach. Odrabiano lekcje i znowu zaczynały się zabawy. Ulica szybko 
napełniała się okrzykami rozbawionych dzieci. Gdy nadchodził wieczór, matki musiały 
wielokrotnie zwoływać je na kolację i do spania.

Stopniowo zmieniało się wszystko — i my, i wygląd ulicy.
Po chodnikach spacerowała starsza młodzież. Spracowane gospodynie każdego wieczoru 

odpoczywały rozparte na małych podu- szeczkach w szeroko otwartych oknach, obserwując 
to wszystko, co działo się na ulicy. W ten sposób zbierały nową porcję wiadomości o naszym 
małym świecie ulicy Stalowej.

Późnym wieczorem, na zupełnie pustej ulicy, głośno śpiewał zapóżniony pijak. A było 

takich kilku, wszyscy znali ich dobrze. Zbliżając się do domu zwalniał kroku, szedł coraz 
wolniej i coraz ciszej śpiewał. Gdy był już na podwórku, opuszczała go dotychczasowa 
radość życia, a kiedy wchodził na schody — opuszczała go
także resztka odwagi. W mieszkaniu stawał się zupełnie innym człowiekiem, cichym, 
potulnym, wymęczonym przez życie, nie zro- zumianym przez ludzi, pokrzywdzonym przez 
los.

Opanowanie trudnej sztuki czytania pociągało za sobą wiele zmian w życiu dzieci. Nauka 

i książki zabierały wolny czas, poświęcany do tej pory na zabawy i spacery. Wyniesioną ze 
szkolnych lekcji zdolność czytania doskonalono na książkach dla dzieci, różnych bogato 
ilustrowanych bajkach i baśniach. My najchętniej czytywaliśmy popularny wtedy tygodnik 
„Gazeta Świąteczna". Zapamiętałem na całe życie umieszczony na tytułowej stronie widok 
dawnej Warszawy. Na pierwszym planie były jakieś fabryczne budynki, wzdłuż Wisły płynął 
parostatek z wielkim łopatkowym kołem. Oba brzegi rzeki łączyła niezapomniana 
konstrukcja mostu Kierbedzia, a w dalekim tle widać było dachy domów i wieże war-
szawskich kościołów. Szukaliśmy z Jurkiem katedry, kościoła jezuitów, świętej Anny i 
ewangelickiego „okrąglaka", do którego jeździł Witek na uroczyste nabożeństwa.

Było to pierwsze poznawanie Warszawy. Po pewnym czasie, gdy już dobrze opanowałem 

sztukę czytania, „Gazetę" czytałem zaraz po Jurku. Zaczynałem od powieści w odcinkach, a 
później brałem się za nowiny z całej Polski oraz wprowadzające nas w zupełnie nieznany 
świat informacje z Europy i Ameryki. Coraz mniej czasu poświęcałem na zabawy i spacery. 
Skończyły się podwórkowe gonitwy, nie grałem w berka ani w chowanego. Zmieniało się nie 
tylko moje życie, zmieniała się także, z roku na rok, ulica Stalowa. Obserwując liczne zmiany 
na lepsze, zacząłem zdawać sobie sprawę, że nasza dzielnica, w której mieszkali prawie sami 

background image

robotnicy, żyła swoim odrębnym życiem, niepodobnym do innych pruszkowskich dzielnic, w 
których mieszkali ludzie lepiej zarabiający, lepiej sytuowani i bogatsi, gdzie i domy były 
solidniej budowane, mieszkania ładniejsze, i nawet sklepy lepiej zaopatrzone. Już nie 
dziwiłem się, gdy ludzie zdobywając lepsze posady przenosili się do innej dzielnicy, gdzie 
nie było tylu drobnych uciążliwości życia codzi ennego. Niezmiennie towarzyszył nam turkot 
przebiegających w pobliżu pociągów oraz zapachy dolatujące z otaczającego nas świata. Jeśli 
nie było silniejszego wiatru, to już pod wieczór okolicę

background image

zasnuwała błękitna mgiełka dymów z parowozów i domowych kuchni oraz dymy z 
fabrycznych kominów. Po zapachu mogliśmy określić kierunek wiatru. Najgorszy był ten z 
północy — przynosił ostry, duszący dym parowozów, wypełniał całą ulicę dokuczliwym 
zapachem czadu, źle spalonego węgla. Zachodni wiatr wpędzał w nasze ulice dymy z komina 
„Mechaników". Silne podmuchy wiatru, zwłaszcza jesienią, kładły w poprzek ulicy gęste i 
czarne kłęby dymu, tłukły nimi po podwórkach, wtłaczały do sieni i mieszkań. Wschodni 
wiatr to ostry zapach rozpuszczalników i trocin lecących spod pił w fabryce ołówków. Tylko 
w nieliczne spokojne i pogodne dni południowy wiatr przynosił z pól i z dalekiego Helenowa 
czyste, świeże powietrze. Wszystkie mieszkania wchłaniały otwartymi oknami zapachy 
kwiatów z ogródków i balkonów. Nocami silnie pachniała maciejka i lewkonia, a u 
Garbarczyka kwitły krzaki tytoniu. Czasami z przydworcowego ogródka dolatywały aż na 
koniec Stalowej zapachy bzów i akacji, a z drzew przy Ołówkowej — zapach kwitnących lip.

Były jeszcze i inne zapachy towarzyszące naszym ulicom każdego dnia. Zapach 

przypalonego tłuszczu lub mleka, świeżych placków ziemniaczanych, odgrzewanej kiszki 
kaszanej, gotowanej kapusty łub pieczonego mięsa.

Niekiedy już od wczesnego wieczoru czuć było najbardziej przykry z zapachów — to 

opróżniano doły ustępowe na jakimś podwórku. W taką noc szczelnie zamykano wszystkie 
okna, choć w ciasnych, zatłoczonych mieszkaniach robiło się duszno i trudno było usnąć. Z 
nieszczelnie zamkniętego wozu nieczystości ściekały wzdłuż całej ulicy.

Dzieci i młodzież z naszej dzielnicy, połączone sąsiedztwem, coraz silniej łączyła 

wspólna nauka, długie spacery, a ponadto — sport. W zimie pojawiały ńę sanki i prawdziwe 
łyżwy — najpierw pożyczane na kilkanaście minut od szczęśliwego posiadacza, aby ^ślizgać 
ńę na wylewach nad Utratą, a później, po kilku latach, nadeszła taka zima, że każdy z nas 
miał już swoje „turfy", przykręcane kluczem do zelówek.

Wiosną wieczorami graliśmy w dwa ognie, w palanta i w bardzo wt*dy popularną grę — 

„piłka do dołka" Na razie tylko nie-
B
Uczni nasi koledzy ganiali na pobliskich łąkach za prawdziwą pił. ką i strzelali bramki 
nazywane golami.

W Pruszkowie grały już pierwsze drużyny futbolowe
Wobec tego, że piłka kosztowała drogo, starsi chłopcy z naszej dzielnicy wpadli na 

pomysł założenia klubu „Urania". Zbierając niezbyt wysokie wpisowe i miesięczne składki, 
zakupiono pierwszą prawdziwą piłkę, którą na noc zabierali do domu kolejno członkowie 
klubu, istniał już klub „Victoria", a na Żbikowie grało kilka bursowych drużyn i w każdą 
niedzielę zapraszano widzów na „prawdziwe" mecze, ale chłopcy z klubu „Urania" dopiero 
rozpoczynali naukę gry i przez wiele miesięcy nie odważali się grać z żadną z tych drużyn, 
aby nie przegrać 12;0 — co w tamtych czasach oznaczało nie tylko moralną dyskwalifikację 
tak marnie grającego klubu, ale także zabranie przez zwycięzców piłki, zdobytej z tak 
wielkim trudem.

Wiosną, gdy łąki były nareszcie suche, obserwując przepychanie się grających w „dwie 

bramki" starszych kolegów, którzy kopiąc się niemiłosiernie biegali całą drużyną za piłką, 
zostawiając tylko bramkarza pomiędzy dwoma kamieniami udającymi bramkę — i ja 
niezdarnie kopnąłem wylatującą poza boisko piłkę. Po raz pierwszy poczułem wtedy smak 
futbolu, gdyż piłka trafiła do bramki, zaskakując bramkarza.

Razem z rówieśnikami, dla których tak jak i dla mnie prawdziwa piłka, ze względu na 

cenę, była nieosiągalnym marzeniem, zaczynaliśmy grać małą piłką zrobioną z gałganów. 
Była to tzw. „szmacianka". Dobra szmacianka nie mogła być za duża, gdyż stałaby się za 
ciężka. Ppwinna mieć odpowiednią twardość i być okrągła. Niektórzy koledzy, 
wykorzystując pomoc matki lub siostry, nabrali bardzo szybko wprawy w szyciu takich piłek. 

background image

Gra w szma- ciankę nie była łatwa. Mało elastyczna, nie odbijała się od ziemi, leciała tylko 
kilka metrów, a najgorsze, źe łatwo dawała się zatrzymać, gdy podczas „kiwania" jakiś gracz 
po prostu na niej stanął. Kaniego strzelało się z siedmiu kroków, a zamiast trzech rzutów 
rożnych — kornerów — był jeden karny. Szmacianka przez wiele lat była najpopularniejszą 
grą chłopców w całym Pruszkowie. Szybko przyjęliśmy angielskie wyrażenia: futbol, mecz, 
gol, korner, stoper, wolej i ofseit — czyli spalony.

Wracając ze szkoły na łąkach wyznaczaliśmy tornistrami bram-

n

background image

ki, a patykami narożniki i graliśmy aż do obiadu. A przed wieczo-- rem znowu zaczynały się 
mecze i rewanże, rozgrywane w ruinach fabryki terakoty. Szybko wyłoniono dwie 
reprezentacje ulicy Stalowej, grające ze sobą nie kończące się mecze. W każdej z tych drużyn 
stale grało trzech, czterech najlepszych graczy, a reszta, ci słabsi, zmieniali się bardzo często, 
przepędzani z boiska za każde złe zagranie. Rozgrywaliśmy nasze mecze z chłopcami z 
sąsiednich ulic, z innych dzielnic miasta i z różnych szkół. Nikt jednak z naszej ulicy nie 
wyrósł na prawdziwego piłkarza, nikomu nie udało się grać w „prawdziwej" drużynie.

Wieczorami nadal siedzieliśmy wokół stołu. U sufitu paliła się żarówka, ale lampa 

naftowa gotowa do zapalenia stała na szafie, obok leżały zapałki, na wypadek wyłączenia 
prądu.

Ojciec, jeśli był w domu, siedział razem z nami i czytał „Gazetę Świąteczną". Czytał 

powoli i bardzo dokładnie, tak że wystarczała mu na cały tydzień.

Matka stale coś liczyła. Sprawdzała sklepowe przychody i wydatki. Jurek wolno i 

nadzwyczaj dokładnie odrabiał lekcje, a ja, najczęściej blisko pieca, jeśli było już zimno, 
gdyż zawsze bardzo marzłem — czytałem szkolne podręczniki Jurka lub jakąś powieść 
historyczną z biblioteki pana Lisa. Były to powieści Przyborow- skiego lub Kraszewskiego.

Ta ostatnia zima mojej nauki w budynku szkolnym na Żbiko- wie miała przedsmak 

zbliżających się zmian.

Jurek należał już do harcerstwa. Gdy nie było mrozu, chodził w czapce z lilijką. Czasami 

przymierzałem ją skrycie, stojąc przed lustrem.

Jurek przejmował się bardzo swoimi harcerskimi obowiązkami. Z ogromnym 

entuzjazmem opowiadał o zbiórkach, na które chodził dwa razy w tygodniu. Mówił o 
musztrze, o różnych ćwiczeniach, grach i zabawach harcerskich. Zazdrościłem bratu takiego 
urozmaiconego życia i chciałem jak najszybciej być w czwartym oddziale, zapisać się do 
drużyny harcerskiej, poznać nowych kolegów, mieć w szkole dużo ciekawsze lekcje i długą, 
ale pełną przygód drogę do szkoły na Papierni.

Wiele się zmieniło w nasżej szkole. Już tylko w pierwszym od

dziale używano tabliczek, a my — nie pamiętam kiedy — pottuk- I liśfny swoje. Wszystkie 
dzieci w naszym oddziale miały już but\ i nasza pani nie potrzebowała wysyłać najlepszych 
uczniów do siedzących w domu kolegów, aby przerabiali z nimi to, czego uczyliśmy się w 
czasie lekcji.

W grudniu w szkole i w domu trwały przygotowania do świąt. W zatłoczonym „bazarku" 

kupowaliśmy piękne główki aniołków i świętego Mikołaja na czubek choinki. Alinka i 
Genek pomagali nam robić naprawdę piękne zabawki z glansowanego papieru, ze słomek i 
różnokolorowej bibułki.

Gdy nadeszła wiosna, z wielkim żalem myśleliśmy o rozstaniu z naszą panią.
Na pożegnanie po trzech latach nauki zrobiliśmy na jej prośbę makietę wiejskiej zagrody. 

Zbudowaliśmy z cegiełek z gliny, uformowanych w pudełkach po zapałkach, mały domek, 
stodołę i oborę. Dachy pokryliśmy blachą, a w okna wstawiliśmy maleńkie szyby. Ojciec 
jednego z naszych kolegów był blacharzem, a drugiego szklarzem.. Wszystko zrobiliśmy tak 
„jak naprawdę". Była studnia z żurawiem i parkan z równych patyczków. „Dziunia" ulepił z 
gliny i pomalował różne domowe zwierzęta.

Na ostatniej lekcji dużo było smutku i łez niektórych dziewcząt. Wszyscy otrzymaliśmy 

propomocje i po wakacjach mieliśmy rozpocząć naukę w szkole na Papierni.

W ciągu trzech pierwszych lat nauki następowały zasadnicze podziały, wśród dzieci 

dotychczas razem bawiących się na podwórkach naszej dzielnicy. Niektóre dzieci — 
niezależnie od stanu majątkowego i zawodu rodziców — nie chciały lub najczęściej nie 
mogły się uczyć. Ta powstająca już w najniższych klasach szkolnych linia podziału 

background image

pogłębiała się z każdym rokiem, a przeniesiona ze szkoły na podwórka i do domów została 
na bardzo długo.

Ci, którym nauka od samego początku szła opornie, którzy nie mogli w szkole dać sobie 

rady z najprostszymi zadaniami, nieraz wyśmiewani z powodu swego „nieuctwa" przez 
bezmyślnych rówieśników, opuszczali lekcje, zostawali w klasie na rok następny i już w 
drugim lub trzecim oddziale przestawali przychodzić do szkoły. Ich rodzice najczęściej nie 
mogli, a nieraz i nie chcieli im pomagać w nauce.

Różnie układało się życie tych dzieci. Nawet z rozpoczęciem

background image

nauki zawodu, po ukończeniu czternastego roku życia, mieli duże trudności, gdyż od 
kandydatów wymagano choćby ukończenia czterech—pięciu oddziałów szkoły powszechnej. 
Pozostawała im tylko najprostsza, ale za to ciężka i mało opłacalna praca fizyczna.

15 lipca 1925 roku skończyłem jedenaście lat.
Od naszego powrotu do Pruszkowa wiele zmieniło się na lepsze.
Odbudowano ruiny domu Wrzesińskiego, oznaczonego numerem 21. Uporządkowano 

ulicę Stalową. Nie było już pustych mieszkań. Okna przestały straszyć zaniedbaniem. We 
wszystkich domach przez wymyte szyby widać było firanki i różne kwiaty w donicz-; kach. 
Odbudowano całkowicie zniszczoną fabrykę ołówków Majewskiego i praca tam była wysoko 
ceniona.

W ubiegłym roku uruchomiono elektrownię z prawdziwego zdarzenia, w mieszkaniach 

zainstalowano liczniki i prąd mieliśmy przez cały dzień. Coraz rzadsze były awarie i 
wyłączenia dopływu prądu. Położono nareszcie bruk, tzw. „kocie łby", na ostatnim odcinku 
szosy do Warszawy, od Papierni do Utraty-Piastowa, co od razu znacznie skróciło drogę do 
stolicy. Zamarł, przeklinany przez woźniców, piaszczysto-błotnisty trakt, wiodący przez 
Komorów i Paszków do szosy nadarzyńskiej.

Pociągi jeździły punktualnie i było ich coraz więcej. Każdego dnia przy obiedzie 

słyszeliśmy, jak Ojciec opowiada o trudnościach związanych z uruchomieniem trzydziestu 
pociągów dziennie.

Rozwiązano niepotrzebną już Radę Główną Opiekuńczą, która przez blisko dziesięć lat 

swej działalności odegrała niezapomnianą rolę, chroniąc przed nędzą i śmiercią głodową 
wielu mieszkańców Pruszkowa. Powszechnie szanowany prezes RGO Zenon Rutkowski 
został dyrektorem powstającego w dotychczasowym lokalu Rady — banku „Spółdzielnia 
Kredytowa Gospodarstwa Spółdzielczego".

W sklepie Matki przybywało klientów i ciągle słyszałem teraz zapewnienia, że najlepiej 

jest lokować oszczędności w naszym banku. Jurek, jak i inne oszczędne dzieci z najbliższego 
sąsiedztwa, zanosił tam złotówki otrzymane od rodziców na kino lub na lody. Z dumą 
pokazywał nam swoją książeczkę, do której wpisywano każdą wpłatę i co kilka miesięcy 
doliczano odsetki. Jurek składał
pieniądze na rower i miał już ponad sto złotych. Półwyścigówka „Wahrena", o jakiej marzył, 
kosztowała dwa razy tyle.

Nadal wśród naszych sąsiadów najwięcej było kolejarzy, ale teraz gwałtownie 

powiększała się liczba pracujących w pobliskich fabrykach — „Mechaników" i 
Majewskiego. Wielu pracowało w Warszawie, niektórzy związali się na długie lata z 
budowanymi w Ursusie-Czechowicach Państwowymi Zakładami Inżynierii.

Najgorzej mieli pracownicy fabryki fajansowej Ehrenreicha. Ustawicznie słyszałem od 

moich rówieśników, że ich ojcowie bardzo narzekają na złe warunki pracy i na zbyt niskie 
zarobki. To była najgorsza z pruszkowskich fabryk. Wybuchały w niej strajki, przerywano 
pracę, ciągle trwały zatargi z właścicielem wyzyskiwaczem.

Jednak jeszcze nie wszyscy mężczyźni w naszej dzielnicy pracowali. Któregoś dnia 

wybraliśmy się na wiec robotniczy w parku Bersohna. Żądano zatrudnienia lub zasiłków, 
pracy i chleba.

Niektórzy z bezrobotnych wyruszali wieczorami nad pobliskie tory kolejowe, aby zrzucać 

węgiel z przejeżdżających pociągów albo okradać kryte towarowe wagony. Byli to tzw. 
„kiciarze" — odważni, silni i zręczni młodzi ludzie, którzy skakali na stopień przejeżdża-
jącego pociągu, narażając się nie tylko na upadek pod koła, ale i na strzał kolejowego 
strażnika.

Nawet my, mali chłopcy, słuchając narzekań naszych rówieśników, wiedzieliśmy o tym, 

że nie jest tak dobrze, jak powinno być.

background image

19 marca kilkunastu chłopców z naszej klasy wybrało się na akademię w sali „Nowa 

Szwajcaria", w pobliżu szkoły. Były to imieniny marszałka Piłsudskiego, popularnego 
„Dziadka". Przemawiał nasz sąsiad, maturzysta z domu numer 5 przy Ołówkowej, wysoki 
blondyn Tadeusz Żenczykowski, który zaprosił nas na tę uroczystość. Dowiedzieliśmy się 
wtedy o życiu „Dziadka", o różnych szykanach, jakie spotykają go ze strony rządu, i o tym, 
jak niedobrze dzieje się w Polsce.

1 maja pobiegliśmy na ulicę Cedrową, gdzie wywieszono czerwony transparent z 

napisem: „Niech żyje Polska Republika Rad!" Policja miała dużo roboty z usunięciem tego 
długiego płótna zawieszonego w nocy na przewodach elektrycznych.

background image

Choć zaczynały nas interesować różne zagadnienia, o których nie tak dawno nawet nie 
(dyszeliśmy, to jednak nadal najważniejsze były dla nas dwie sprawy: szkoła i harcerstwo,

Jurek często mówił w domu o swojej drużynie. Przygotowywał się do złożenia 

przyrzeczenia i stawał się coraz lepszym harcerzem, Pilnie przestrzegał różnych poleceń i 
nakazów przynoszonych ze zbiórek. Styczeń był dla niego miesiącem prawdomówności, a 
luty wzorowego wypełniania obowiązków domowych i szkolnych. Marzec miał być 
miesiącem opieki nad młodszym rodzeństwem, a kwiecień ; poświęcano pomaganiu ludziom 
starym i samotnym,

Jurek był ode mnie starszy o dwa lata i wszystkie wolne godziny spędzał ze szkolnymi 

kolegami, którzy rzadko kiedy zgadzali się na wspólny spacer z młodszymi od siebie, takimi 
jak ja. Jednak pewnej niedzieli poszedłem z nimi na pierwszy, jaki widziałem, wyścig 
uliczny, zaczynający się niedaleko szkoły na Papierni, Zgłosiło się kilkunastu chętnych do 
przebiegnięcia trzech kilometrów, aż do szpitala w Tworkach. Wyruszyło tylko czterech 
najodważniejszych, Zdjęli marynarki, oddając je znajomym na przechowanie, długie spodnie 
podwinęli do kolan i ruszyli na znak sędziego. Za nimi jechała bryczka z doktorem 
Handelsmanem, który miał w razie potrzeby udzielić zawodnikom pomocy. Jechał także 
sędzia, aby mierzyć czas na mecie. Dobiegło tylko trzech. Niedługo po nich i my zjawiliśmy 
się przy szpitalnej bramie.

Tej samej niedzieli rozgrywano w Pruszkowie kilka spotkań piłki nożnej. Jedno na boisku 

„Victorii", drugie na Żbikowie, a dwa inne po obiedzie na łąkach nad Utratą i na 
piaszczystym nierównym boisku obok warsztatów, ,

Gdy ja szykowałem się i czekałem na rozpoczęcie nauki w szkole na Papierni, pierwsi 

maturzyści opuszczali gimnazjum Zana, mieszczące się przy ulicy Narodowej na Żbikowie. 
Także szkoła rzemieślnicza „Mechaników" wypuściła pierwszych absolwentów, którzy 
natychmiast otrzymali pracę. Mówiono o tym nie tylko w naszej dzielnicy. Wielu rodziców 
dopiero wtedy zrozumiało potrzebę uczenia dzieci. Kilku naszych dużo starszych kolegów, a 
wśród nich i ci z klubu „Urania", szykowało się do nauki w szkołach średnich. Pod numerem 
8 mały sklepik spożywczy prowadziła wdowa Beniszowa. Nawet najstarsi mieszkańcy ulicy 
Stalowej pamiętali ją tylko jako wdowę. Jej jedyny syn ukończył gimnazjum i wstąpił
do Oficerskiej Szkoły Artylerii, Bvł _____
-i pil 1H
patrząc z podziwem na jego o/icerakir? buty i równy wojskowy kr k Połowa Jat dwudziestych 
były to lata, gdy w naszej dzielnicy prawic wszyscy absolwenci szkół powszechnych uczyli 
<j

;i

|

0

j Mniej więcej połowa młodzieży wybierała gimnazjum, a pozowali rozpoczynali naukę 

w szkołach zawodowych, najczęściej w technicznej kolejowej w Warszawie lub w szkole 
rzemieślniczej pyzy fabryce „Mechaników",

Sytuacja materialna rodziców oraz ich gotowość do wielu wyrzeczeń wpływały na wybór 

szkoły: gimnazjum, Mzkoła techniczna, szkoła zawodowa lub nauka zawodu połączona z 
pracą w fabryce albo w warsztacie. Nie tylko w naszej dzielnicy po odzyskaniu nie-
podległości stopniowo narastało przekonanie rodziców o konieczności kształcenia dzieci.

Lata późniejsze, a zwłaszcza okres tzw. „wielkiego kryzysu", nie zmieniły tego 

nastawienia, tylko wpłynęły na kierowanie dzieci do szkół technicznych i zawodowych przy 
rosnącej niechęci do zdobywania wykształcenia ogólnego, humanistycznego.

Nie wszystkie dzieci z naszej klasy spotkały się na Papierni. Długi marsz do szkoły 

wymagał nie tylko dobrego zdrowia, ale i pewnego samozaparcia, zwłaszcza podczas 
ulewnego deszczu lub dokuczliwej śnieżycy. Była to naprawdę uciążliwa droga i właśnie 
dlatego, kto tylko mógł, przenosił swoje dziecko do innej szkoły, leżącej bliżej miejsca 
zamieszkania.

background image

Od września znowu nasza czwórka była razem. Genek, Mietek, „Dziunia" i ja 

siedzieliśmy nareszcie blisko siebie, na dwóch ostatnich ławkach.

W czasie pierwszej lekcji, w dużej widnej sali, poznaliśmy nową „naszą panią". 

Franciszka Nurkiewicz była wykwalifikowaną nauczycielką w starszym wieku, kulturalną, 
mądrą i opanowaną. Przyjechała z Małopolski, aby pomagać w uruchamianiu szkół w tzw. 
Kongresówce, najbardziej zaniedbanej z trzech porozbio- rowych części Polski, Początkowo 
w pruszkowskim szkolnictwie jMWMzechnym z braku nauczycieli zatrudniano ludzi, którzy 
posia

background image

dali trochę wiadomości ogólnych oraz dobrą umiejętność czytania i pisania. Kto przez 
następne lata potrafił uzupełnić swoje wykształcenie, zostawał w tym zawodzie, a inni 
musieli szukać zatrudnienia zgodnie ze swymi niewielkimi kwalifikacjami,
Nauczyciel, który przez ostatni rok był wychowawcą w klasie Alinki i Jurka, kiedy ja 
rozpoczynałem naukę na Papierni, został tzw. „stojakiem" — dozorował robotników 
torowych. Gdy powracając z Jurkiem do domu pozdrawialiśmy go, zatrzymywał nas, aby 
narzekać na „galileuszy", którzy rzekomo pozbawili go prścy.
Nauka w naszej szkole wyglądała już zupełnie inaczej. Bezpowrotnie skończyły się 
„matczyne" lekcje pani Romanowskiej i jej łzy wylewane nad naszą tępotą i naszym 
lenistwem. Nowa „nasza pani" uczyła tylko polskiego i historii. Do każdego z pozostałych 
przedmiotów był inny nauczyciel. Każdy z nich miał swój sposób wykładania, zadawania 
lekcji i sprawdzania naszych wiadomości. Niektórzy z nich ośmieszali źle odpowiadających, 
nie przygotowanych, mniej zdolnych i nie umiejących poprawnie odpowiedzieć na zadane 
pytanie.
Inaczej teraz wyglądała nasza droga do szkoły. Pozbyliśmy się beztroski, z jaką 
wędrowaliśmy na lekcje w Żbikowskiej szkole. Teraz niektórzy z nas szli pełni niepokoju, 
czy nie zapomną wyuczonego wiersza, czy dobrze rozwiązali domowe zadanie, czy nie będą 
pytani o to właśnie, czego nie zdążyli się nauczyć.

Ale za to powroty były jak zawsze beztroskie i wesołe, Wracaliśmy przez łąki, wśród 

żartów i śmiechu — zapominając o porannych obawach, o nauczycielach zbyt wiele 
wymagających.

Gdy usłyszeliśmy o siódmej syrenę „Mechaników", był to dla nas sygnał do wymarszu. 

Kilkunastu chłopców i kilka dziewczynek wyruszało do szkoły. Do przejścia mieliśmy około 
trzech kilometrów — niezależnie od pogody — niosąc książki w tornistrze lub związane 
paskiem. Zwoływaliśmy się na podwórkach, krzyczeliśmy na stale spóźniających się 
kolegów. Z a przejazdem zbieraliśmy się całą grupą, w której były dzieci nie tylko ze 
Stalowej, Ołówkowej i Brwinowskiej, ale i z kilku domów stojących za przejazdem. Ma-
szerowaliśmy, dobierając się po kilku, tak abyśmy mogli idąc powtarzać zadane lekcje, uczyć 
się wiersza lub korzystać z objaśnień jakiegoś starszego kolegi,

W nowej szkole, pięknie położonej w dużym parku, otoczonej

zaglądającymi w okna klonami i kasztanowcami, byliśmy przed ósmą.
W czasie trzyletniej nauki w tej szkole i podczas długich, codziennych wędrówek, jak już 

nigdy później, mogliśmy obserwować, jak mijają pory roku, jak zmienia się widok pól, łąk i 
ogrodów. Ody wiatr zaczynał potężnie tłuc w szkolne okna na wysokim piętrze, w 
otaczającym nas parku drzewa zaczynały tracić swoje kolorowe liście, pełno ich było na 
trawnikach, wyłożona nimi była naszą droga. A później czarne gałęzie obsiadały stada 
wiecznie kroczących kruków. Któregoś dnia spadał śnieg i od razu robiło się biało i pusto na 
polach. Mróz i śnieżne zawieje dawały się we znaki dzieciom nie mającym ciepłych ubrań 
ani ciepłej bielizny. Na głowy zakładano nam jakieś syberyjskie „baszłyki", którymi otulano 
nas tak dokładnie, że widać było tylko czubek nosa i oczy. W zbyt dużych butach — bo 
zawsze kupowano na wyrost — nogi w skarpetkach owijaliśmy grubymi onucami. Droga 
mijała szybciej, jeśli ślizgaliśmy się na długich, wyślizganych przez uczniów ślizgawkach, 
Rzucaliśmy pigułami, aby się rozgrzać, i wpychaliśmy się w ogromne zaspy śnieżne, usypane 
przez wiatr. A gdy po południu wracaliśmy ze szkoły, zachodzące słońce malowało 
łagodnymi fioletami przydrożne śniegi. Mijając łąki nad Utratą, za każdym razem wspo-
minaliśmy „Lolka grenadiera" i odwrót wojsk napoleońskich spod Moskwy.

background image

Już po Nowym Roku mieliśmy dosyć zimy. Gdy nareszcie przychodziła odwilż, to 

zaczynały nam dokuczać wielkie kałuże. Trudno je było wymijać, a nasze buty przesiąkały 
bardzo szybko. Codziennie wracaliśmy do domu z mokrymi nogami.

Po kilku tygodniach słońce grzało coraz mocniej, w przydrożnych sadach gałęzie drzew 

bieliły się kwiatami, a łąki i pola pokrywała świeża wiosenna zieleń. Kwitnące kasztany 
przypominały o końcu roku szkolnego. I tak było przez wszystkie lata naszej nauki na 
Papierni. Dzieci wędrujące do szkoły ulicami miasta były pozbawione tego bliskiego 
kontaktu z przyrodą, z porami roku, z pogodą.

Po przyjściu do szkoły odpoczywaliśmy w klasie. Jeśli na dworze był deszcz, 

wieszaliśmy nasze płaszcze lub jesionki blisko pieca 'ub nu osobnym wieszaku w szatni, aby 
przez godziny naszej nauki

background image

I choć trochę wyschły. Zimą musieliśmy długo rozgrzewać zmarznięte ręce i policzki.

Tylko w soboty, jak gdyby w nagrodę za całotygodniowe trudy, dzieci ze Stalowej były 

zwalniane w południe. Wracaliśmy z Papierni „ekstrą" — krótkim pociągiem odwożącym 
pracowników Iwarsztatów do stacji kolejowej w Pruszkowie. To był nasz jedyny przywilej, 
którego zazdrościło nam wielu kolegów z innych szkół.

Szybko polubiliśmy panią Nurkiewicz, mimo że wymagała od nas bardzo dużo. Siedząc 

w klasie za nauczycielskim stołem, otulała się dużym szalem, jak gdyby zawsze było jej 
zimno. W niedługim czasie pozbyła się tak nas początkowo rażącego lwowskiego akcentu, 
ale do końca mówiła „spaźniać się", co było wyrażeniem poprawnym, ale nas niezmiernie 
śmieszyło. W tamtych latach spotykaliśmy się z różnymi dziwnymi dla nas wyrażeniami 
uczniów; którzy nieraz zdążyli już pół świata przewędrować. Dzieci powracające z Rosji 
przez długie lata nie mogły pozbyć się wschodniego akcentu i używały wielu obcych słów. 
Nauczyciele protestowali | przeciwko używaniu takich wyrazów jak bumaga, kniga, sobaka, 
laguszka albo pietuch zamiast koguta. Po kilku latach wszyscy mówili poprawną 
polszczyzną.

W tym czasie poznikały także ostatnie ślady niewoli, dawne tabliczki na domach, 

rosyjsko-polskie szyldy, ze słabo zamalowanym napisem cyrylicą, oraz dwujęzyczne 
reklamy.

Powrót ze szkoły jak zwykle zabierał nam wolny czas do obiadu. Wracaliśmy całą 

gromadą. Niektórzy koledzy mieli dodatkowe powody, aby nie spieszyć się do domu, gdzie 
rodzice, traktując przymus posyłania dzieci do szkoły jako zło konieczne, natychmiast po 
powrocie zapędzali je do różnych prac. Musieli pomagać w gotowaniu obiadu, w sprzątaniu, 
w doglądaniu młodszego rodzeństwa albo lecieć do sklepu, do piwnicy po węgiel, ze 
śmieciami, po wodę czy też załatwiać jakieś inne sprawy.

A jeśli powracali do domu dopiero na obiad zamiast poganiania słyszeli wyrazy 

współczucia i narzekania na szkołę, która przez tyle godzin męczy dzieci.

Były takie dni, kiedy przez całą drogę słuchaliśmy opowieści Sylwka, mojego kolegi, w 

czasie dwóch lat nauki na Żbikowie i niecałego roku na Papierni.

Sylwek mieszkał z rodzicami na facjacie w domu numer 13
przy Stalowej. Lubiliśmy go wszyscy nie tylko za wyjątkową grzeczność i uczynność, ale 

przede wszystkim za długie, nie kończące się opowieści o złodziejach, bandytach, 
opryszkach, rozbójnikach, włamywaczach i różnych kryminalistach. Opowiadał nam te 
historie w czasie drogi do szkoły lub gdy po gonitwach leżeliśmy na łące, wpatrzeni w niebo 
i w płynące gdzieś chmury. Znał tych. niezwykłych przygód bardzo dużo, a my — naiwni 
jeszcze — słuchając z największym zaciekawieniem, wierzyliśmy we wszystko, co nam 
mówił. Dopiero znacznie później, gdy już nauczyliśmy się dobrze czytać, zacząłem pożyczać 
od Sylwka podkradane jego matce , .zeszyty", cienkie broszurki w kolorowych okładkach. 
Czego tam nie było! Pat i Patachon. Przygody słynnego detektywa Nata Pinkertona, Nicka 
Cartera i Eddi Polo, wspaniałe napady rabunkowe Rinalda Rinaldi- niego na włoskich 
bogaczy, mrożące krew w żyłach awantury Ma- cistesa oraz opisy krwawych, walk z 
Indianami słynnego bohatera z Dzikiego Zachodu — Toma Mixa. Te ostatnie przygody 
oglądaliśmy w kilka lat później w amerykańskich filmach wyświetlanych w kinie „Lutnia".

Nieraz prosiliśmy Sylwka o pożyczenie „zeszytu". Czytaliśmy pod ławkami, na coraz 

częściej nudzących nas lekcjach. Zdradzam wypiekami na twarzy, byliśmy ze świata 
przygody gwałtownie wyrywani przez naszą panią, która niezmiennie konfiskowała nam taką 
lekturę. Zapłakany Sylwek odzyskiwał „zeszyty" po lekcjach, obiecując solennie, że już 
nigdy tego „paskudztwa" nie przyniesie do szkoły.

-Sylwek był wyjątkiem wśród naszych kolegów. Gdy chcieliśmy wywołać go na schody 

lub na podwórko dla załatwienia naszych nie cierpiących zwłoki, bardzo ważnych spraw •— 

background image

nawoływania i gwizdania, nawet najgłośniejsze — nie przynosiły żadnego rezultatu. Trzeba 
było zapukać do drzwi, poczekać, aż matka otworzy, i po grzecznym „dzień dobry!" wejść do 
małego mieszkanka. Gdy w kuchence szeptaliśmy do siebie, wpychając za pazuchę 
pożyczone „zeszyty", matka najczęściej leżała na kanapie i czytała następne książeczki 
oprawione w kolorowe okładki.

Pewnego razu, trochę już znudzony tymi niesamowitymi, a w gruncie rzeczy stale 

powtarzającymi się historiami, spytałem Sylwka w obecności matki, czy to wszystko 
zdarzyło się naprawdę. Od razu odpowiedzieli, oburzeni moją niewiarą, że tak musiało być,

background image

Ibo przecież w innym wypadku nie opisywano by i nie drukowano tych historii. I tak długo 
tłumaczyli mi autentyczność wszystkich wydarzeń i przygód, powołując się przy okazji na 
filmy nakręcone według tych powieści, aż zrozumiałem, że oni naprawdę wierzą w to 
[wszystko, w co ja już nic wierzyłem.

Wypożyczone z biblioteki pana Lisa książki „Wyspa skarbów" Stevensona oraz Karola 

Maya „Winnetou" dość szybko wyparły z mego życia „zeszyty" i wtedy, w jakiś 
niewytłumaczalny sposób, zaczęła kończyć się nasza przyjaźń z Sylwkiem, tak że nawet nie 
spostrzegłem dnia, w którym wyprowadził się z naszej ulicy do Warszawy.

Dopiero znacznie później, gdy już na dobre stałem się harcerzem, zmieniła się moja 

droga powrotna ze szkoły. Zacząłem spieszyć się do domu.

Nauka w szkole „kolejowej" nadal szła mi łatwo, tak jak i moim trzem, na razie 

nierozłącznym towarzyszom. Najlepszym uczniem był Genek, bliski tytułu prymusa. My 
natomiast byliśmy uczniami przeciętnymi. „Dziunia" był świetnym rysownikiem, Mietek 
gimnastykiem, a ja coraz lepiej znałem historię i to mnie najbardziej interesowało. Nie 
dawało się Jednak na długo ukryć, że w życiu nas trzech w tym właśnie okresie szkoła 
zaczęła schodzić na drugi plan. Coraz więcej czasu i myśli poświęcaliśmy harcerstwu, 
zajmowaliśmy się różnymi rzeczami, ale, niestety, coraz mniej nauką. Z godzin spędzonych 
w szkole powszechnej niewiele pozostało w mojej pamięci. Jednak w tym okresie szkoła 
zaczynała spełniać i inną rolę. Wielogodzinny kontakt z szybciej od nas dojrzewającymi 
koleżankami z klasy, wspólne wycieczki, spacery, gry i zabawy łagodziły nasze dość dzikie 
obyczaje i likwidowały różne złe nawyki. Uwagi nauczycieli, a zwłaszcza wychowawczyni, 
wpływały na nasze zachowanie nie tylko w szkole, ale także na ulicy i w domu. Zaczęliśmy 
zwracać uwagę na czystość ciała, na uczesanie i ubranie. Dojrzewaliśmy. Zmieniał się nasz 
głos. Ubieraliśmy się jednakowo. Marynarka zapinana pod szyję została wyparta przez taką z 
klapami, z otwartym kołnierzem. W niedzielę zakładaliśmy krawat. Spodnie nosiliśmy do 
kolan, a długie pończochy, czarne lub brązowe, trzymały
się na podwiązkach, umocowanych na specjalnym pasku. Buty mieliśmy z cholewkami 
powyżej kostek.

W kilka lat później zapanowała moda na „pumpy", szerokie, bufiaste spodnie, zapinane 

pod kolanami na klamerki. Takie spodnie przywiózł z Ameryki Witek i nosił Je jako 
pierwszy w Pruszkowie, budząc niemałą sensację oraz podziw i zazdrość.

Ja jeszcze dość długo, przez kilka lat, nosiłem tylko małą grzywkę, ale inni koledzy 

zapuszczali już długie włosy, co wymagało stałego noszenia lusterka i grzebienia, aby co 
pewien czas przyczesać niesforny kosmyk.

Podpatrując we wszystkim Witka i ja znacznie później zacząłem zapuszczać długie włosy 

i czesać się z przedziałkiem na środku głowy. I ja zakładałem na każdą noc siatkę na głowę, 
aby ułożyła się fryzura, ale u Witka, dzięki stosowaniu brylantyny, włosy były przez cały 
dzień równo ułożone, gdy tymczasem mój przedziałek, zrobiony na zmoczonej wodą głowie, 
trzymał się tylko do chwili wyschnięcia. Potom — każdy włos kierował się w inną stronę.

Rozpoczęcie nauki w szkole na Papierni zbiegło się z naszym wstąpieniem do harcerstwa. 

Była wczesna jesień, pora strącania kasztanów, kiedy jeden z kolegów Jurka w harcerskiej 
czapce, na której ,pod lilijką był jeszcze znaczek ze strażackim hełmem, odprowadzał nas 
przez kilka dni ze szkoły do Kopca Kościuszki, opowiadając o urokach harcerskiego życia i 
zapraszając na zbiórkę harcerskiego plutonu strażackiego w remizie straży na Niecałej. Wy-
braliśmy się tam z Genkiem. W musztrze nie braliśmy udziału, ale ćwiczyliśmy rozwijanie 
hydrantu oraz wdrapywanie się na strażacką wieżę. Bardzo nas bawiło zawołanie: „Woda 
naprzód!"

Może byliśmy za wygodni, aby lecieć do każdego pożaru? Wstąpiliśmy do plutonu, w 

którym był Jurek. Dowódcą naszego plutonu był Henryk Bieguński, „Biegun". Gdy 

background image

otrzymałem deklarację, po wpijaniu potrzebnych danych zdobyłem podpis Matki, a następnie 
pani Nurldewicz wymogła na mnie słoWo honoru, że nie będę zaniedbywał nauki, i dopiero 
po tym przyrzeczeniu złożyła swój podpis.

Z naszej klasy poza nami wstąpiło do harcerstwa jeszcze trzech

background image

lub czterech kolegów. Trafiliśmy od razu do różnych plutonów i zastępów 1 Pruszkowskiej 
Drużyny.

Pierwsze zbiórki mieliśmy w sali „Ergos", ale niedługo później przenieśliśmy się do 

własnej świetlicy, odziedziczonej po straży pożarnej, u „hrabiego", tuż obok kościoła, za 
dużą bramą wjazdową wychodzącą na ulicę Kraszewskiego. Harcerstwo w moim odczuciu 
miało wtedy charakter elitarny. Tylko część młodzieży dostawała się do drużyny. 
Pochodzenie lub stan majątkowy nie miały tu znaczenia, wydaje mi się, że wyboru 
dokonywały nauczycielki, oceniając inteligencję oraz zachowanie chłopca na podstawie 
obserwacji w szkole.

Przez trzy najbliższe lata harcerstwo niepodzielnie panowało w moim życiu, zajmując nie 

tylko wolny czas, ale i te godziny, które powinienem poświęcać nauce. Tak byłem zajęty tym 
wszystkim, co działo się w drużynie, że zbyt mało czasu pozostawało mi na naukę.

Kiedy zostałem przyjęty do drużyny, Matka kupiła mi czapkę harcerską z lilijką. Nie 

mogłem napatrzeć się w lustrze, jak bardzo zmieniła się moja twarz, gdy naciągałem na oczy 
daszek czapki. Uczyłem się salutowania, witania słowem: „czuwaj!" i powtarzałem 
harcerskie przyrzeczenie.

Nasza drużyna liczyła około 50 harcerzy. Drużynowym był wychowawca z bursy, student 

uniwersytetu Aleksander Kamiński, na którego wszyscy mówili „Kamień". Zastępy miały po 
7—10 ludzi. Izba harcerska, nazywana stanicą, była urządzona i ozdobiona przez harcerzy. 
Na jednej 'ścianie wisiała mapa Polski, portret twórcy skautingu Baden-Powella, rysunek 
przedstawiający patrona drużyny — hetmana Stefana Czarnieckiego, oraz tablica rozkazów 
drużyny. Na pozostałych ścianach każdy zastęp miał swój kącik. Rozwieszono tam różne 
plansze i tablice: mapę nieba, znaki Morse'a i semafory, modele węzłów, znaki 
terenoznawcze i patrolowe. Na specjalnych tablicach wypisano przyrzeczenie, dziesięć 
punktów prawa harcerskiego, słowa hymnu narodowego i dwóch pieśni:
Wszystko, oo nasze, Polsce oddamy!
W niej tylko życie... więc idziem żyćl
oraz:
Święta miłości kochanej Ojczyzny
Oto w twą służbę wchodzi hufiec nasz!

W każdą niedzielę odbywały się zbiórki drużyny, a w środku tygodnia — zbiórka 

plutonu. W tym dniu -każdy zastęp w innym kącie izby harcerskiej słuchał wykładu 
zastępowego, który uczył wiązania węzłów, rysował tropy zwierząt i pokazując liście 
określał gatunki drzew, mówił o gwiazdach i o stronach świata, o kompasie, busoli i o mapie, 
pytał o znaki sygnalizacyjne i harcerskie. Po krótkiej przerwie dowódca plutonu zbierał 
zastępy i rozpoczynała się musztra. Zbiórki, zwroty, marsz. Potem, siedząc w kręgu na podło-
dze, Uczyliśmy się harcerskich piosenek, słuchaliśmy gawędy o historii skautingu i 
harcerstwa, o prawie harcerskim oraz o tym, jaki powinien być harcerz. W książeczce zastępu 
zapisywało się nam kreski za wszystkie prawidłowe odpowiedzi, za umiejętności i wia-
domości.

Pamiętam, że za podpalenie ogniska jedną zapałką dostawaliśmy jedną kreskę, a za 

rozpalenie ogniska bez zapałek, męcząc się z krzesiwem — aż trzy kreski.

Na każdej zbiórce ostatnie kilkanaście minut to gry i zabawy. Gdy na dworze było zimno, 

w izbie harcerskiej graliśmy w „kima", w „spostrzegawczość" i w inne gry, które powinny 
wyrabiać w nas dobrą pamięć i zmysł orientacji.

A w ciepłe dni w parku Anielin zaczynały się podchody, kryliśmy się w gęstych 

zaroślach. Były to takie różne zabawy w Indian, o których czytaliśmy w książkach Coopera. 
Czasami odbywały się poszukiwania różnych roślin lub liści rzadko spotykanych drzew.

background image

Na wiosnę, w pogodną niedzielę, drużyna wędrowała „szykiem patrolowym" do 

helenowskiego lasu na prawdziwą indiańską zabawę. Takie wycieczki zawsze były połączone 
z obserwowaniem przyrody, ptaków, zwierząt i drzew oraz z różnymi harcerskimi grami. 
Były to dla nas naprawdę niezapomniane chwile. Po odnalezionych śladach określaliśmy 
zająca, psa, lisa czy sarnę. Na leśnych ścieżkach szukaliśmy harcerskich znaków, 
zaznaczonych na trasie naszej wędrówki przez idącego przed nami dowódcę plutonu. 
Sprawdzano naszą umiejętność maszerowania według mapy sztabowej oraz określania stron 
świata różnymi sposobami. Popisywaliśmy się znajomością znaków sygnalizacyjnych, 
przekazując rozkazy lub meldunki. Coraz lepiej poznawaliśmy sąsiednie lasy, kręte dróżki i 
prowadzące najczęściej donikąd wąskie ścieżki, zanikające wśród gęstego poszycia.

background image

Naśladując Indian, o życiu których czytaliśmy wiele książek, nauczyliśmy się piszczeć, 

układając długi listek trawy pomiędzy wielkimi palcami. W ten sposób, udając ptaki, 
porozumiewaliśmy się, podkradając się do nieprzyjacielskiego obozu.

A później były niezapomniane gawędy „Kamienia" dla zasłuchanych chłopców. 

Opowiadał o tym, że w dawnej Polsce harcerzami nazywano rycerzy wyróżniających się 
odwagą i zręcznością, którzy przed bitwą, na oczach dwóch wojsk, wyjeżdżali do walki w 
pojedynkę. Byli takimi Wołodyjowski, Mohort, Pułaski.

Dowiadywaliśmy się o przyczynach upadku Polski, o powstaniach, legionach i o 

konieczności pełnienia stałej służby dla Ojczyzny. „Kamień" opowiadał zasłuchanym 
chłopcom o swoich tragicznych przygodach w czasie powrotu do Polski, gdy w zatłoczonym 
pociągu zgubił matkę, której już nigdy nie spotkał, i o tym, jak udało się dostać do Humania, 
gdzie wstąpił do drużyny harcerskiej prowadzonej przez Oskara Żawrockiego i jak z 
harcerzami, po wielu przygodach, dotarł do Polski i do Pruszkowa. A w inną niedzielę 
dowiedzieliśmy się o „Kimie" — przyjacielu całego świata, o małym chłopcu, który nazywał 
się Kimbal 0'Hara i miał wyjątkowo dużo przygód.

W tych latach „służby harcerskiej" każdy z nas chciał być dobry, każdy chciał wypełniać 

przykazania i te z katechizmu, i te z prawa harcerskiego. Powtarzaliśmy: „Na słowie harcerza 
polegaj jak na Zawiszy!" Supeł na harcerskiej chuście przypominał, że w tym dniu nie 
zrobiliśmy jeszcze żadnego dobrego uczynku, że musimy spieszyć się do domu, odrobić 
lekcje, przynieść węgla i drewna, a także kubeł czystej wody, dla nas i dla starej sąsiadki. 
Pogadanki i gawędy rozbudzały w nas wrażliwość na ludzką krzywdę, koleżeństwo, 
przyjaźń, obowiązkowość i miłość ojczyzny. Nikt z nas nie kłamał i nie przeklinał, nikt nie 
palił papierosów i nie pił alkoholu.

Miałem harcerską czapkę z przepisową lilijką, a gdy zrobiło się ciepło, gdy nadeszła już 

wiosna, codziennie chodziłem w harcerskim mundurku — podobnie jak kilkunastu 
rówieśników z naszej dzielnicy.

Jeśli w tym czasie uczyłem się czegoś —• to harcerskiego pra

wa, historii skautingu i harcerstwa, terenoznawstwa, szybkiego zawiązywania węzłów i 
alfabetów sygnalizacyjnych. Jeśli coś dobrze poznałem — to znaki harcerskie i 
topograficzne, tropy zwierząt, gatunki drzew, gwiazdy i planety. Jeśli byłem do czegoś 
przygotowany, to do zdawania egzaminów na różne „sprawności", co dawało mi prawo 
przyszycia na rękawie bluzy okrągłego znaczka z odpowiednim symbolem.

W świąteczny majowy dzień 1926 roku, gdy po nabożeństwie zebraliśmy się w stanicy na 

zbiórce, przyszedł policjant, nakazując natychmiastowe przerwanie zajęć' oraz powrót do 
domu. Okazało się, że wprowadzono stan wojenny i zakazano wszelkich zebrań i 
zgromadzeń. Tego dnia nie dotarły do Pruszkowa gazety, a po mieście krążyły wiadomości o 
walkach w Warszawie. Mówiono, że Piłsudski chce doprowadzić siłą do zmiany rządu, od 
którego podobno miało pochodzić wszystko zło w naszym kraju.

Przez k'lka dni nie jeździły pociągi, nie było gazet.
Nie wytrzymałem długo w domu i zaraz po obiedzie dołączyłem do „grubego Janka", 

który wybierał się do Włoch, aby zobaczyć się z majstrem, u którego odbywał praktykę. Z 
Włoch mieliśmy wrócić do Pruszkowa. Szliśmy wzdłuż torów kolejowych. „Gruby Janek" 
miał siedemnaście lat i już trzeci rok pracował, pokrywając papą i reperując dachy. Po drodze 
opowiadał mi o swej pracy, o rodzajach blachy i papy, o lepiku i smole, o wyginaniu rynien, 
lutowaniu i zakładaniu „fartuchów". Mijając Piastów usłyszeliśmy odgłosy dalekich strzałów 
artyleryjskich, a ludzie wędrujący z Warszawy mówili nam o zakończeniu walk i o 
zwycięstwie „Dziadka". Koło Włoch usłyszeliśmy strzały karabinów maszynowych. 
Widocznie walki jeszcze trwały, „Gruby Janek" szybko zdecydował, że zamiast do majstra 
pójdzie do Warszawy, aby zobaczyć, co się tam naprawdę dzieje. Nie namawiał mnie.

background image

— Rób, co chcesz. Albo wracaj do domu, albo chodź ze mną — to przed nocą wrócimy!
Zdecydowałem się na dalszy marsz do Warszawy. Ciekawość zwyciężyła. Mijając 

wysoki komin fabryki Ortweina, zobaczyliśmy długi pociąg towarowy, załadowany 
wojskiem. Żołnierze wyskakiwali z wagonów, w bojowych hełmach i z karabinami w rękach,

background image

rozsypywali się w tyralierę, maszerując na południe, w kierunku Okęcia. Przed nimi stało 
kilka wiejskich zabudowań, otoczonych drzewami owocowymi. Tu nie było nic takiego, co 
mogłoby nas zainteresować. Spieszyliśmy się do Warszawy.

Idąc ścieżką wzdłuż torów kolejowych, doszliśmy do Dworca Głównego. Budynek 

dworca przyjazdowego był zajęty przez wojsko. W wielkiej drewnianej hali dworca 
odjazdowego wszystkie ławki były zajęte przez podróżnych, oczekujących na uruchomienie 
kolei. Chmielna była zupełnie pusta. Na placyku przed dworcem kręcili się żołnierze, ale nikt 
nas nie zatrzymał. Dopiero na Marszałkowskiej zobaczyliśmy tłum spokojnie spacerujących 
ludzi. Jacyś cywile z opaskami pilnowali, aby nic nie zabierano z rozbitych wystaw 
sklepowych. Tramwaje nie jeździły. W Alejach Jerozolimskich przed dworcem 
przyjazdowym ustawiono karabin maszynowy, taki jakie oglądałem na różnych obrazkach. 
Obok stały skrzynki z amunicją, nawleczoną na nie kończące się taśmy, poukładane w 
metalowych- skrzynkach. Wokół kręcili się zaciekawieni przechodnie i beztrosko biegały 
małe dzieci, zaczepiając stojących przy karabinie żołnierzy.

W pewnej chwili, od strony placu Zbawiciela, z okienka w szczytowej ścianie jakiegoś 

wysokiego domu, ktoś zaczął strzelać z karabinu. Usłyszeliśmy słaby odgłos strzału, z 
uchylonego okienka wypłynął obłoczek dymu. Tłum ludzi spacerujących w Alejach rozr 
biegł się jak spłoszone ptactwo. Żołnierze błyskawicznie rozciągnęli się obok karabinu 
maszynowego, oficer stojąc trzymał przy oczach lornetkę i wydawał rozkazy. Rozległa się 
długa seria strzałów, wydawało się, że nigdy się nie skończy. Tyle razy czytałem już opisy 
bitew, a teraz po raz pierwszy widziałem i słyszałem serię strzałów karabinu maszynowego. 
Na tle dalekiej ściany unosił się obłok kurzu, okruchów zaprawy murarskiej i dymu. 
.Poleciały szyby. W okienko i obok niego uderzały pociski, znacząc swój groźny ślad.

Nie zastanawiałem się nad tragizmem tej bratobójczej walki. Nie zdawałem sobie sprawy, 

kto i dlaczego strzela. Jak zaczarowany patrzyłem to na daleką ścianę, to na karabinowe łuski 
spadające na jezdnię. Po chwili strzały umilkły. Wciągano nową taśmę. Żołnierze podnosili 
się z jezdni, czyścili mundury, zbierali porozrzucane łuski, wrzucając je do metalowej 
skrzynki po amunicji. Bardzo szybko ulica zapełniła się zdenerwowanymi i rozgadanymi 
ludźmi. Zwoływano pogubione dzieci. Gdzieś z daleka, od strony
Ogrodu Saskiego, słychać było śpiew „Pierwszej Brygady". Tłum, niosąc czerwone 
sztandary, zajmował całą jezdnię i powoli przybliżał się do nas. Zbierałem łuski karabinowe i 
jeszcze ciepłe .chowałem do kieszeni. Z rozbitej szyby wystawowej składu aptecznego na 
rogu Chmielnej i Marszałkowskiej wziąłem na pamiątkę kilka kawałków grubego szkła. 
Robiło się późno. Trzeba było wracać do domu. Na stacji kolejowej w Utracie-Piastowie, już 
bardzo zmęczony, musiałem odpocząć. Leżałem na ławce. Obolały, na miękkich nogach, z 
bąblem na pięcie, dowlokłem się późno w nocy do Pruszkowa. Miasto spokojnie spało. Ulice 
były puste. W domu czekała na mnie zatroskana Matka i zdenerwowany Ojciec.'Bardzo 
zmęczony, po niedługim myciu położyłem się do łóżka. Nawet nie miałem siły, aby 
opowiedzieć swoje wrażenia. Złość rodziców minęła następnego dnia, gdy usłyszeli 
szczegóły mojej wędrówki. Przez kilka dni bardzo bolały mnie nogi.

Mimo walk toczących się w Warszawie nauka w pruszkowskich szkołach odbywała się 

normalnie. Pani Nurkiewicz wysłuchała opowieści o tłumach spacerujących po warszawskich 
ulicach i oglądała moją wojenną zdobycz — kawał grubego .szkła z rozbitej wystawy 
sklepowej oraz karabinowe łuski.

W domu i w szkole słyszeliśmy wtedy słowa nadziei:
— Nareszcie zapanuje ład i porządek! „Dziadek" na pewno nie da nas skrzywdzić!
Gdy wracaliśmy ze szkoły, przy rampie kolejowej stał długi pociąg załadowany 

wojskiem. Z kolejowych platform ściągano działa, taborowe wozy jeszcze załadowane 

background image

pociskami. Ostrożnie sprowadzano konie. Wszędzie kręcili się uzbrojeni żołnierze w bojo-
wych hełmach.

A później długa kolumna wyruszyła ulicą Stalową w kierunku Helenowa i dalej polną 

drogą do Komorowa.

Zostawiliśmy tornistry w domu i razem z Jurkiem dołączyliśmy do naszych kolegów 

wędrujących obok żołnierzy. Na obiad nie przyszliśmy, kręcąc się do wieczora pośród armat 
i wozów w komorow- skim lesie. Wszystko nas interesowało. Wąchaliśmy zapachy dola-

background image

Jtujące z polowych kuchni — niektórzy z nas jedli obiad razem z żoł- [nierzami — a my 
przynieśliśmy do domu po kilka wojskowych sucharów i całe kieszenie artyleryjskiego 
prochu, podobnegó do rurek makaronu. Wieczorem układaliśmy na podwórku nie kończące 
się rzędy tych rurek jedna za drugą i podpalaliśmy je, ciesząc się widokiem szybko płonącej, 
ognistej linii.

Gdy ruszyły pociągi, nic nie zmieniło się w naszym życiu, wszystko było tak jak dawniej. 

Lekcje. Zbiórki harcerskie. Zbliżał Jsię koniec roku szkolnego. Otrzymałem promocję do 
piątego oddziału, mając piątki tylko z rachunków, z historii i religii.

Nadeszły następne wakacje.
Jurek miał swoje towarzystwo, starszych ode mnie chłopców, z którymi spędzał całe 

dnie.

A ja po raz pierwszy wtedy właśnie odczułem, że oddalam się od wielu moich 

rówieśników ze Stalowei. Jeszcze minionej jesieni puszczałem z nimi latawce, skakaliśmy 
przez ognisko i zajadaliśmy się pieczonymi ziemniakami, ale z każdym dniem mieliśmy 
mniej wspólnych tematów do rozmowy, tak że niespodziewanie szybko kończyły się nasze 
spotkania, aż nadszedł taki dzień, źe zaczęliśmy prawie obojętnie przechodzić, tylko z daleka 
pozdrawiając się uśmiechem lub skinieniem głowy. Odczuwałem, że nadal łączy nas ulica 
Stalowa, ale raczej wspomnienia, wspólnie przeżyta przeszłość niż dzień dzisiejszy, że te 
nasze gry i zabawy, te nasze spotkania i wspólnie spędzane godziny, to wszystko, w czym 
wspólnie braliśmy udział — już bezpowrotnie się skończyło, a to, co zaczynało się, będzie 
odbywać się tylko z nielicznymi z dotychczasowych towarzyszy zabaw, z tymi, którzy wraz 
ze mną należeli do drużyny harcerskiej, i z tymi, z którymi wymieniałem książki w bibliotece 
u pa-> na Lisa.

Szukając innych kolegów, już nie do zabaw, ale do długich spacerów, rozmów o 

problemach świata i przeczytanych książkach oraz nowych gier — siatkówki i koszykówki 
— równocześnie żałowałem tego wszystkiego, co tak szybko przeminęło: gry w „szajbę", 
wędrówek za kółkiem, chowanego i szmacianki, bo już przeczuwałem, że właśnie w taki 
sposób kończy się dzieciństwo.

W czasie wakacji, tak jak w latach poprzednich, pogodne dni

spędzaliśmy na helenowskich gliniankach. Zaraz po śniadaniu wyruszaliśmy z domu, 
zabierając książkę do czytania, „trykotki" 1 jakiś stary koc. Kilkunastu moich rówieśników 
zbierało się w zagłębieniu, blisko stawu, w którym podobno topiono psy. Po długiej kąpieli, 
gdy znudziła nas gra w tysiąca, zaczynaliśmy czytać książki.

Jeśli nie było słońca, siedzieliśmy przez wiele godzin w różnych zacisznych miejscach w 

ruinach fabryki terakoty. Były tam, zasłonięte zwalonymi murami, różne zakamarki, w 
których na bujnej trawie godzinami mogliśmy czytać książki wybrane dla nas przez pana 
Lisa. W ruinach czuliśmy się dokładnie odizolowani od spraw całego świata. A gdy syrena 
fabryczna „Mechaników" przypominała nam o obiedzie, brutalnie wyrwani ze świata naszych 
lektur, niechętnie wracaliśmy do domu. Jeszcze nie tak dawno ustawialiśmy krzesła w 
kinematografie „Ergos", a teraz, w każdą sobotę, pchaliśmy się na „trzecie miejsca" — w 
pobliżu ekranu — do kinoteatru „Lutnia", przeżywając w gronie rówieśników ze szkoły lub z 
drużyny harcerskiej niezapomniane przygody na Dzikim Zachodzie. Naszym ulubionym 
aktorem był Tom Mix, wspaniały, niezwyciężony kowboj, a Witek znowu nam wyjaśniał 
amerykańskie zwyczaje i opowiadał o tym, jak za oceanem żyją nasi rówieśnicy. Było nas 
wtedy dziewięciu. Już od kilku lat trzymaliśmy się razem. Mieszkaliśmy w jednej dzielnicy 
Pruszkowa — Zygmunt oraz dwaj „Amerykanie" — Witek i Olek — na Ołówkowej, a 
sześciu — Andrzej, Genek, Marian, Staszek, Władek i ja — na Stalowej.

Z wyjątkiem Andrzeja wszyscy pochodziliśmy z rodzin robotniczych.

background image

Staszka i Zygmunta wychowywały matki, ciężko pracujące wdowy. Witek był 

ewangelikiem, a Marian każdego dnia leciał rano do kościoła, aby służyć do mszy. Nie 
dzieliły nas sprawy religijne. Na razie w naszych rozmowach nie było miejsca na religię ani 
na politykę.

Tylko Witek i Olek nie byli harcerzami. Nie otrzymali zgody rodziców.
Staszek po wakacjach miał zostać „wilczkiem", aby przez dwa lata przygotowywać się do 

harcerskiej służby.

Najstarszy był Witek, miał już czternaście lat, a najmłodszy Staszek — przechwalał się, 

mówiąc nieprawdę, że ma już lat dzie

background image

sięć. Zdając sobie sprawę z tej na razie wielkiej różnicy wieku, rzadko zabierał głos, 
najczęściej słuchał i obserwował nasze zachowanie.

Genek był bardzo spokojnym chłopcem i | pilnym uczniem. Mieszkaliśmy w domu numer 

18 przy Stalowej. Razem chodziliśmy do szkoły i na zbiórki harcerskie. Nasza przez szereg 
lat nierozłączna czwórka już się rozbiła. Alinka miała masę koleżanek, z którymi nie mogła 
się rozstać, a Jurek spędzał całe dnie ze swoimi szkolnymi kolegami.

Na podwórku domu, w którym mieszkaliśmy, nie było już gołębnika. Pan Mundzio 

pracował w jakimś warszawskim warsztacie jako tokarz. Nadal ubierał się po wojskowemu, 
udając zdemobilizowanego ochotnika, imponując wszystkim dokładnie wyczyszczo-? nymi 
oficerskimi butami. -

„Gruby Janek" przepadał gdzieś na całe tygodnie, a „chudy Janek" uczył się wytrwale 

krawiectwa, w jakiejś podobno bardzo renomowanej firmie, w Warszawie na Kruczej. 
Wracał późnym wieczorem i nawet w niedzielę zaraz po obiedzie jeździł- do swoich nowych 
kolegów. Zwiększały się jego zarobki, matka szukała nowego mieszkania, chcąc jak 
najszybciej uciec z sutereny.

I my szykowaliśmy się do przeprowadzki. Rodzice rozpoczęli na sąsiednim placu, pod 

numerem 17, budowę domu — dwudziestego,, na Stalowej.

Staszek nadal mieszkał na wprost nas, w domu oznaczonym numerem 21. Przed laty, 

kiedy poznaliśmy dozorcę, który wraz z synem mieszkał w małej, z desek zbitej komórce, 
chodziliśmy po tych| wypalonych pomieszczeniach, oglądając ocalałe piwnice. Gdy na 
początku lat dwudziestych dom został odbudowany, w niektórych^ lokalach instalowano 
nawet ubikacje, co było dla nas ogromną sensacją i pamiętam, jak syn dozorcy pokazywał 
nam te urządzenia — o których później opowiadaliśmy naszym kolegom. A teraz dwa razy 
dziennie do wielkiego zbiornika, umieszczonego na strychu, pompowano wodę ze studni. 
Nowy dozorca domu kręcił wraz z synem żeliwne koło pompy. Trwało to ponad godzinę, 
dom był duży, wielu mieszkało tu lokatorów, a zbiornik stał na wysokości trzeciego piętra. 
Pompowano bez zatrzymania, kręcąc kołem w jakimś zaciętym milczeniu. Gdy zbiornik był 
już napełniony, nadmiar wody zaczynał się wylewać przez rurkę na podwórko, co było 
znakiem do zakoń
czenia tej ciężkiej pracy. Odchodzili od pompy bardzo zmęczeni, siadali na ławeczce pod 
ścianą domu, zapalając papierosy. Czy padał deszcz czy śnieg, czy był mróz czy upał — 
woda musiała być w zbiorniku, bo przecież lokatorzy płacili wysokie komorne. Obaj 
mężczyźni pracowali gdzieś w fabrykach, dozorowanie tego domu było ich dodatkowym 
zajęciem. Poza niewielkim wynagrodzeniem mieli mały pokoik z kuchenką w suterenie, a 
trzeba wiedzieć, że w tamtym okresie o mieszkanie w Pruszkowie nie było łatwo. Dopiero w 
połowie lat trzydziestych w niektórych domach instalowano pompy z silnikiem 
elektrycznym.

W odbudowanym domu wszystkie lokale szybko zostały zajęte. Sprowadziło się kilka 

rodzin urzędniczych, czekających na mieszkania w Warszawie. Ich dzieci nigdy nie bawiły 
się z nami. Ze szkoły wracały prosto do domu, a na spacery wychodziły wyłącznie pod 
opieką rodziców lub służących. Okazywaliśmy im swoje lekceważenie, nie zwracając na nich 
uwagi. Po prostu nie widzieliśmy ich.

Stopniowo, przez kilka następnych lat, różnice pomiędzy „lepszymi" lokatorami domu 

numer 21 a nami zacierały się. Ludzie lepiej sytuowani przeprowadzali się do Warszawy, a 
na ich miejsce wprowadzali się inni, o mniej wygórowanych ambicjach, pozbawieni 
przesądów klasowych, a poziom życia i kultura mieszkańców naszej dzielnicy stale się 
podnosiły.
Dzieci i dorastających chłopców najbardziej w tym domu interesowała trzyosobowa rodzina 
— matka z dwiema córkami. Niemłoda już wdowa pochodziła z dalekich kresów, gdzie 

background image

zostawiła swój majątek ziemski, szczęśliwie unosząc życie. Opowieści o tym, co przeżyła w 
czasie rewolucji, słyszałem nieraz w naszym sklepie. Pracowała wraz z córkami w jakimś 
warszawskim biurze. Córki były ładne i bardzo miłe, lubiliśmy je. W soboty i w niedzielę 
odwiedzali je młodzi lotnicy — oficerowie z warszawskiego pułku lotniczego. Nosili 
rogatywki z żółtym otokiem i długie skórzane płaszcze. Musieli być bardzo zakochani, gdyż 
w każdym tygodniu zrzucali z samolotów listy do umiłowanych. Na długim wąskim 
woreczku napełnionym piaskiem był wypisany adres, a wewnątrz umieszczano 
korespondencję. Gdy ktoś z nas znalazł taki list i oddał adresatce — otrzymywał dwa złote, 
co dla dzieci było wtedy ogromną sumą, za którą można było kupić cztery wielkie porcje 
lodów lub dziesięć przepysznych ciastek. Aeroplan, jednosilnikowy

background image

górnopłat, tak bardzo się zniżał, źe dokładnie widzieliśmy wychylającego się pilota, w 
ogromnych okularach i w skórzanej czapce wciśniętej na głowę, machającego ręką w długiej 
rękawicy. Gdy tylko usłyszeliśmy warkot silnika lotniczego, biegliśmy na łąkę za ostatnimi 
domami Stalowej. Zakochany lotnik robił kilka okrążeń. Zniżał się niebezpiecznie nad dachy 
domów, pozdrawiał machaniem ręki stojącą na balkonie rodzinę i wreszcie, uwzględniając 
kierunek wiatru, wyrzucał długi, wężowaty woreczek. Był to dla nas znak do rozpoczęcia 
wyścigu, biegliśmy w kierunku, w którym leciała ta niecodzienna miłosna korespondencja. 
Nie było wypadku, aby przesyłka nie dotarła do adresatek. Pamiętam, jak pewnego razu zdej-
mowano ją z dachu domu Bułynków, przy Ołówkowej.

Niestety, nie trwało to zbyt długo. Urocze panny powychodziły za mąż, zamieszkały w 

Warszawie. Odwiedzały starzejącą się matkę, przyjeżdżając w niedzielę ze swymi mężami 
lotnikami.

W suterenie domu numer 21 poza mieszkaniem dozorcy był jeszcze magiel, ustawiony w 

dużej izbie z dwoma oknami. Dalej była mała kuchnia i jeszcze pokój z jednym oknem.

Magiel był dosyć skomplikowanym urządzeniem. Należało ręcznie kręcić wielkie koło 

napędowe, a wtedy drewniana skrzynia, wyładowana kamieniami, toczyła się nad nawiniętą 
na wałki pościelą i bielizną. Gdy z matką przynosiłem pranie do maglowania, patrzyłem 
zawsze z dużą ciekawością na pracę magla, pomagałem zwijać wałki i próbowałem kręcić 
kołem, co nie zawsze mi się udawało.

Któregoś dnia, oczekując naszej kolejki, poznałem Staszka. Jego matka była właścicielką 

magla. Mała, tęga brunetka, o gęstej, obfitej fryzurze, powróciła nie tak dawno z wojennej 
wędrówki po Rosji, dokąd wywieziono ich razem z innymi rodzinami kolejarzy. Staszek 
urodził się w słynnej z samowarów Tule. Z tamtych lat zapamiętał tylko wielką rzekę Don i 
ryby, jakie tam łapano. W drodze powrotnej do kraju zmarł na tyfus plamisty ojciec tej 
rodziny. Staszek bardzo szybko znalazł drogę na nasze podwórko — byliśmy najbliższymi 
sąsiadami. Gdy tylko trochę się odkarmił i nabrał sił, grał z nami w szmaciankę, ganiał z 
kółkiem po okolicznych drogach. Budowaliśmy okręty z kory, z miękkiego lipowego drewna 
lub z kasztanów. Gdy spadł deszcz i rynsztokami płynęła spieniona
deszczówka, wędrowaliśmy z naszą flotą aż do końca ulicy, czekając na taką chwilę, kiedy 
łódeczki wpadną do wielkiego rowu-ryn- sztoka na ulicy Sienkiewicza. Stamtąd miały już 
prostą drogę do Utraty i dalej w świat. Staszek, w przeciwieństwie do nas, był bardzo 
posłuszny i leciał do domu na każde zawołanie, ale trzeba przyznać, że tych zawołań nie było 
dużo. Może dla swego posłuszeństwa i grzeczności, a może dla czystego ubrania i uczesania 
włosów, o które bardzo dbała jego matka — on jeden mógł bawić się z „lepszymi" dziećmi z 
domu, w którym mieszkał. Jednak albo nie rozumiał zaszczytu, który go spotykał, albo 
zabawy z tamtymi dziećmi były dla niego zbyt nudne, gdyż wyrywał się do nas, wędrował z 
nami do ruin fabryki terakoty, aby grać w szmaciankę, i stale udawał, że nie słyszy wołania 
dzieci z balkonów, zapraszających go do wspólnej zabawy.

Staszka odwiedzałem dość często. Nigdy nie korzystał z mojej pomocy przy odrabianiu 

lekcji. Czekając na niego, obserwowałem, jak wielka, wyładowana kamieniami skrzynia 
wędrowała po wałkach z nawiniętą bielizną. Czasami zapraszał mnie do wspólnego oglądania 
jakiejś ilustrowanej książki. Dobrze pamiętam, jak gryząc koniec drewnianej obsadki, 
siedział przy stole, mając przed sobą zeszyt i kałamarz. Unosił głowę i patrzył w 
umieszczone nad stołem okienko, przez które widać było jakieś kwiatki zasiane w ogródku, 
brzozy stojące niedaleko domu i chmury płynące po niebie. Nie widziałem piękniejszych 
chmur od tych, na które patrzyliśmy u Staszka, siedząc w chłodnej, wilgotnej i dość ciemnej 
suterenie. Były takie dni, że długo patrzyliśmy na kołyszące się brzozy, przecinające swymi 
cienkimi gałązkami prostokąty błękitu, po którym wolno i majestatycznie przepływały 
bielutkie, różnokształtne obłoki. Nie pamiętam już, kiedy Staszek zaczął pisać wiersze. To 

background image

było znacznie później, gdy mówił nam, że odczuwa taki wewnętrzny na- ; kaz, potrzebę 
opisywania tego, co widzi i co czuje.

Życie związało mnie z moim rówieśnikiem i przez wiele lat nierozłącznym kolegą 

Marianem. Długie godziny spędzaliśmy na grze w szmaciankę, razem wędrowaliśmy z 
kółkiem po okolicznych dróżkach, kąpaliśmy się w „chłopskim dołku" i w gliniankach, 
spotykaliśmy się na zbiórkach zastępu. Szczupły, średniego wzrostu, imponował nam nie 
tylko nadzwyczajną pamięcią, ale i ogromną ilością wiadomości. Jego starsza siostra wyszła 
dość wcześnie za

background image

mąż za właściciela składu aptecznego, gdzieś na Powiślu w Warszawie, a najmłodszy Kazik 
trzymał się na razie matki, przepędzany z naszego grona przez brata.

Dobrze zapamiętałem Mariana nie tylko dlatego, że w naszym gronie był jedynym 

ministrantem i stale riosił medalik z Matką Boską, ale przede wszystkim z po y/od u mnóstwa 
pożeranych książek i stałego namawiania nas do czytania zamiast powieści — wydawnictw 
popularnonaukowych.

* Władek i Andrzej mieszkali na początku Stalowej, w domu oznaczonym numerem 2, 

nazywanym od nazwiska właściciela domem Rejmera.

Była to duża, dwupiętrowa kamienica, z czerwonej prasowanej cegły, w której mieszkało 

około dwudziestu rodzin. W drugiej połowie lat dwudziestych w tym domu, w dużym pokoju 
na poddaszu, z oknami wychodzącymi na tory kolejowe, mieszkał Władek z rodzicami i 
rodzeństwem. Jak przystało na syria kolejarza, chodził do szkoły na Zbikowie, a później na 
Papiernię, O rok ode mnie młodszy, był stałym uczestnikiem naszych podwórkowych zabaw. 
Krępy, mocno zbudowany blondyn, o krótkiej grubej szyi i okrągłej głowie, która powinna 
służyć, jak narn stale powtarzał, nie tylko do myślenia, ale przede wszystkim do podbijania 
piłki i do uderzania „bykiem" — był entuzjastą gimnastyki i sportu Szybki i zwinny, ciągle 
kogoś prowokująco popychał, szukając zaczepki, wyzywając do walki, do stawienia mu 
czoła. Był mistrzem w robieniu szmatianek i najlepszym w nie graczem.

' Na parterze, w dwupokojowym lokalu, mieszkał z rodzicami, rodzeństwem i babcią 

Andrzej — jedyny z nas inteligent z pochodzenia. Żyło wtedy w naszej dzielnicy kilka takich 
zubożałych rodzin Różnice pochodzenia widoczne były nie tylko w sposobie noszenia 
skromnego ubrania, ale i w zachowaniu dzieci, w prowadzeniu rozmowy, a także w 
posiadaniu znacznie większej ilości wiadomości ogólnych. Wszystkie różnice zacierały się 
stopniowo, my nabieraliśmy ogłady i coraz lepiej byliśmy ubierani, tak że po kilku latach ani 
pod względem ubioru, ani zachowania lub rozmowy nie można nas? było podzielić na 
pochodzących z „gorszego" lub z „lepszego" domu,

Andrzej był moim rówieśnikiem Nadmiernie wyrośnięty, chudy, przypominał trzcinę 

chyboczącą się na wietrze Miał trochę za małą
lit
twarz, ozdobioną piega mf. Poza różnymi talentami odznaczał się ogromnym poczuciem 
humoru Kończył szkołę Kościuszki, więc spotykaliśmy się tylko w czasie podwórkowych 
zabaw, a później na zbiórkach. Andrzej, mirno różnicy w pochodzeniu i w wychowaniu, 
szybko przylgnął do rias, używają/.' - ku rozpaczy matki - coraz więcej naszych gwarowych 
słów i wyrażeń Do końca wyróżniał się pomiędzy nami nie tylko wzrostem i Jesionkami typu 
reglan, ale przede wszystkim opanowaniem, powagą oraz specyficznym poglądem na wiele 
ważnych spraw. Dużo nauczyliśmy się, bacznie obserwując jego sposób bycia. Od dziecka 
miał talent aktorski oraz zamiłowanie do rysunków i malowania.

Przy Ołówkowej mieszkali trze; koledzy, z którymi ściśle związały nas wspólne jazdy z 

kółkami, szkoła, nauki w kościele, biblioteka, wieczory w kinach i kąpiele na gliniankach.

W kinoteatrze u „Amerykanów" poznaliśmy Witka. Szatyn

0 piwnych oczach, najstarszy z nas, Jedyny wśród na« ewangelik, najwięcej widział świata. 
Wychowany w Brooklynie, po przyjeździe do kraju słabo mówił po polsku i rozpoczynał 
naukę w szkole ewangelickiej, kierowanej przez pastora Sautera, z młodszymi od siebie 
dziećmi, Od razu miał zeszyty, książki, ołówki i kredki, a nawet nosił do szkoły wieczne 
pióro, przywiezione zza oceanu Przywiózł także wielokrotnie przez nas przeklinaną jajowatą 
piłkę
1 wrotki, na których riie mógł jeździć, gdyż w Pruszkowie nie było równych chodników ani 
asfaltowych jezdni. Na naszą wielką prośbę zakładał je w mieszkaniu, przypinając paskami 
do butów i Kto- jąc w miejscu na podłożonym dywaniku — aby nie porysować farby na 

background image

podłodze — starał się nam pokazać, jak to jeździł po nowojorskich ulicach. Przez wiele lat 
mieliśmy do Witka pretensję, że przywiózł z Ameryki nową i wyjątkowo trwałą piłkę w 
kształci* jajka i co gorsza - koniecznie chciał nas nauczyć jakiejś amerykańskiej gry, a my 
nie mogliśmy zrozumieć, o co w niej chodzi. Nawet najlepsi gracze w szmaciankę nie mogli 
sobie dać rady z tą piłką, która uporczywie po każdym kopnięciu leciała nie tam, dokąd 
poleciałaby normalna okrągła piłka.

Witek bardzo szybko narzucił nam nowy sposób wyrażania swoich uczuć i 

porozumiewania się. Przekonaliśmy się, że niezadowolenie najlepiej wyrażać gwizdaniem. 
Gwizdaliśmy na złych me- czach i w kinie — Jeśli zbyt długo trwała przerwa Jeśli 
chcieliśmy

background image

wywołać kolegę z domu, to zamiast pukać do drzwi i przeszkadzać rodzicom, gwizdaliśmy w 
umówiony sposób na podwórku. Do końca nikt nie dorównał Witkowi w gwizdaniu z dwoma 
palcami w ustach. To już było najwyższe mistrzostwo. Patrząc ria twarz Witka, widziało się 
najpierw połamany nos. Po silnym ciosie jakiegoś „przeklętego Irlandczyka" pękła mu 
chrząstka. Niekiedy, ku naszej wielkiej radości, gdy był w dobrym humorze, przekrzywiał 
nos to w jedną, to w drugą stronę. Później, po kilku latach, chrząstka zaczęła się zrastać i nos 
stracił swoją elastyczność, pozostało jednak zgrubienie. Witek był dla nas dużym autorytetem 
i chętnie słuchaliśmy jego opowieści, rad i pouczeń. Amerykański akcent zachował aż do 
śmierci. Cechowała go wielka dbałość o wygląd. Zawsze nosił dobrze skrojone ubrania, 
ładne krawaty, miał kanty na spodniach i buty w szpic.

W czasie mego agitowania za PPS, w roku 1927, dostrzegł mnie ojciec Witka, pan 

Ludwik, i po kilku tygodniach zaprosił na pogawędkę. Nie tak często odwiedzaliśmy wtedy 
rodziców naszych kolegów, więc to zaproszenie było dta mnie zaskoczeniem. Siedząc na 
pokrytej zielonym pluszem otomanie, trzymając buty na jakiejś ścierce, aby nie pobrudzić 
pomalowanej podłogi — wysłuchiwałem opowieści pana Ludwika. Był to wysoki, szczupły 
mężczyzna, o lekko mongolskich rysach twarzy i trochę skośnych oczach oraz wystających 
kościach policzkowych. Witek tłumaczył to pochodzeniem tatarskim.

Dowiedziałem się tego niedzielnego popołudnia o przebiegu rewolucji 1905 roku w 

Łodzi, o kolportowaniu „Robotnika", wydawanego przez „Dziadka", i o tym, jak mając 
osiemnaście lat, musiał na polecenie partii zastrzelić jakiegoś zdrajcę czy prowokatora. Na 
skutek zdrady został aresztowany i skazany na karę śmierci, zamienioną na dożywotnią 
katorgę. Już na Syberii, zanim dostarczono go do kopalni, w której miał być zakuty w 
kajdany, uciekł z transportu Młody, wychudzony, jadąc przez Ural do Moskwy — nie miał 
biletu kolejowego Udawał sierotę, który po śmierci matki jedzie ******** odbywającego 
służbę wojskową gdzieś w pobliżu Petersburga Partia pomogła mu przekroczyć granicę i 
przez Helsinki <fc*tat do Sztokholmu Przez kilka lat mieszkał w Kopenhadze, na przyjazd 
narzeczonej z miasteczka Łask pod Łodzią.
m
_l Pobrali się w roku 1011, a w rok później urodził się Witek i wtedy popłynęli do Ameryki,

Dopiero po takim długim wstępie dowiedziałem się, źe obecna PPS, dla której 

rozdawałem kartki wyborcze, nie jest już tą dawną PPS z okresu rewolucji 1905 roku. Wielu 
ludzi wierzyło wtedy bardziej w „Dziadka" niż w socjalistyczną partię, Jednym z tych ludzi 
był pan Ludwik, zapewniający mnie, że dopiero marszałek Piłsudski zaprowadzi w Polsce 
porządek i prawdziwy socjalizm, przez co na pewno poprawi się nasz los.

Te słowa i długą opowieść dobrze zapamiętałem,
Witek przeprowadził się na początku lat trzydziestych do nowego domu rodziców, na 

Parkowej 13. Wydłużyły się wtedy nasze

nie kończące się spacery i odprowadzania, gdyż każdego wieczoru I trudno nam było się 

rozstawać.

Dwaj nasi przyjaciele, Olek i Zygmunt, mieszkali w dwupiętrowej dużej kamienicy, przy 

Ołówkowej 5,

Olek był jasnym blondynem. Wysoki, ładnie zbudowany, zapowiadał się na dobrego 

sportowca, Cechował go spokój, duże opanowanie i małomówność. Bardzo rzadko mogło coś 
go zdenerwować. Mieszkał z rodzicami i dwoma siostrami. Ta rodzina powróciła z Ameryki 
razem z rodziną Witka, Ojciec Olka, podobnie jak pan Ludwik, należał do PPS. W czasie 
rewolucji 1905 roku, po zamachu bombowym na jakiegoś policmajstra w Warszawie, 
zdradzony przez konfidenta, został skazany na karę śmierci Niepełnoletniemu, tak jak i panu 
Ludwikowi, zamieniono wyrok na dożywotnią katorgę. Przy pomocy partii uciekł w czasie 
transportu » przedostał su; do Szwecji, a później do USA, gdzie w Chicago czekał na przy-

background image

jazd narzeczonej z Warszawy, Pobrali się i po zakończeniu pierwszej wojny światowej, gdy 
powstała niepodległa Polska, wrócili do kraju z trójką dzieci: z synem Olkiem i dwoma 
córkami.

Powrót tych dwóch rodzin, tak jak i wielu innych akcjonariuszy fabryki „Mechaników", 

był wynikiem zarówno patriotyzmu, jak i wielkiej tęsknoty, W obydwu domach trwała 
świeża pamięć o wspólnej z „Dziadkiem" walce o niepodległość.

Na tym samym piętrze, obok rodziny Olka, mieszkał Zygmunt, Zajmował wraz z matką 

duży pokój, przedzielony płócienną zasłoną, Matka Zygmunta była wdową Cała dnie 
siedziała nad maszyną Singera, Była dobrą bU-1 linia rką Szyła nie tylko bielizn* damską
lit

background image

dla sąsiadek i warszawskich sklepów, ale także męskie koszule najmodniejszych fasonów.

Wśród kilkunastu lokatorów tego domu był wysoki maturzysta, a później student 

uniwersytetu — Tadeusz Zenczykowski. Mieszkał wraz z matką, którą opiekował się bardzo 
troskliwie. Byli to dobrzy znajomi rodziców Olka. Niekiedy przysłuchiwałem się ich rozmo-, 
wom o różnych szczegółach z życia „Dziadka" i o ludziach z jego otoczenia. Pamiętam, jak 
uczył nas strzelania z łuku. Na podwórku ustawiał specjalną tarczę i pokazywał, w jaki 
sposób należy trzy-, mać łuk, a jak strzałę, aby poleciała prosto do celu. Kiedyś zaprosił nas 
na akademię ku czci „Dziadka" i posadził blisko sceny, abyśmy dobrze słyszeli jego 
przemówienie. Pod koniec lat dwudziestych, gdy został komendantem pruszkowskiego 
oddziału „Związku Strzeleckiego", miał dla nas coraz mniej czasu.
W takim to otoczeniu najbliższych kolegów, znajomych i sąsiadów spędzaliśmy beztroskie 
wakacje 1926 roku.
Rok szkolny jak zwykle rozpoczynał się przemarszem z Papierni do pruszkowskiego 
kościoła.

Nasza czwórka maszerowała w harcerskich mundurkach. Mietek jako jeden z pierwszych, 

a my gdzieś w środku długiej kolumny.; Poznaliśmy już smak maszerowania w szyku 
zwartym, czwórkami^ kryjąc i równając. Złościliśmy się na niezdarnych kolegów, mylą-, 
cych krok, i na mało sprawną, rozciągającą się kolumnę.
W grudniu dowiedziałem się od Matki, że w Warszawie zmarł jeden ze stałych klientów 
naszego sklepu. Pamiętałem go, gdyż nieraz słuchałem jego opowieści. Starszy, siwy i trochę 
zgarbiony pan mieszkał w małym domku przy Ołówkowej, niedaleko nas, na wprost uliczki 
Mokrej. Nazywał się Aleksander Zawadzki, ale swoje artykuły podpisywał: „Ojciec Prokop" 
—i tak właśnie o nim, mówiono. Gdy miał dobry humor i trochę wolnego czasu, opowiadał 
matce o swojej współpracy z „Dziadkiem", o tworzeniu kółek oświatowych, w których 
uczono czytać i pisać po polsku, nie tylko robotników, ale i chłopów, mieszkających w 
wioskach na głębokiej prowincji. Zapamiętałem jedną taką opowieść o tym, jak przewożono 
koleją, do jakiejś wioski czy małego miasteczka w Łomżyńskiej paczkę legalnie wydanych 
książek, a wśród nich elementarze — |3
których w soboty i w niedziele uczono chłopów czytania. Trzeba było' używać różnych 
forteli, aby nie dać się złapać stojącemu na peronie żandarmowi, który rewidując bagaż 
nieznajomej osoby mógł się domyślić, że młodzi ludzie przyjeżdżają z Warszawy, aby wśród 
chłopów prowadzić jakąś nielegalną pracę oświatową, surowo zabronioną przez rosyjskie 
władze.

Przysłuchiwałem się tym opowiadaniom, ale zbyt młody i bardzo jeszcze naiwny — nie 

umiałem należycie słuchać i nie zapamiętałem wielu na pewno najważniejszych szczegółów.

Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że był to jeden z najwybitniejszych działaczy 

politycznych i społecznych w latach przed wielką wojną światową. Organizator „Ligi 
Narodowej" i „Macierzy Szkolnej", wydawał wraz z Piłsudskim w roku 1912 pisma: 
„Niepodległość" i „Polska".

Na początku 1927 roku odbywały się w Pruszkowie wybory do Rady Miejskiej. Wtedy 

to, po raz pierwszy i chyba ostatni, brałem udział w działalności politycznej. Namówił mnie 
do tego znany działacz PPS — pan Konstanty, ojciec mojej rówieśnicy Janki, najbliższej 
sąsiadki i towarzyszki pierwszych moich spacerów „żeberkami" w kierunku Komorowa.

Dom oznaczony numerem 19 była to dwupiętrowa oficyna, oddzielona od naszego 

budującego się domu wąską i pełną błota uliczką, którą moja Matka, zatwierdzając plany 
budowy, nazwała ulicą Mokrą. Oficynę wybudowano na końcu działki, kilkanaście metrów 
od chodnika na Stalowej. W tym domu było sześć lokali, na każde~j kondygnacji po dwie 
izby, oddzielone klatką schodową. Janka z ojcem f siostrą mieszkała na pierwszym piętrze. 
Izbę obok zajmowała właścicielka domu, akuszerka, która w kilka lat później została żoną 

background image

pana Konstantego. Na drugim piętrze mieszkały dwie skrajnie niepodobne murarskie rodziny. 
W jednej izbie mieszkał z żoną i dorastającym synem starszy wiekiem murarz — solidny 
fachowiec, ale wielki pijak. W tej rodzinie pracowały trzy osoby. Zona chodziła do pracy w 
pobliskich majątkach, a syn robił z ojcem na budowach. Wielkim nieszczęściem tej rodziny 
była chorobliwa

background image

nieumiejętność oszczędzania, co przecież, przy sezonowości zatrudnienia, stawaio się sprawę 
najważniejszą.

.

Zupełnie inaczej działo się w tej drugiej rodzinie, składającej się z pięciu osób. Pracował 

tylko ojciec, ale oszczędność i gospodarność żony pozwalała im na spokojne życie i na 
wykształcenie dzieci, choć nie wystarczyło pieniędzy na wynajęcie większego mieszkania. 
Córka ukończyła szkołę średnią, syn — szkołę techniczną kolejową, a po odbyciu służby 
wojskowej w szkole podchorążych rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych.

Pan Konstanty, w dowód zaufania i dużego uznania dla mego sprytu, zaproponował mi, 

abym w czasie wyborów rozdawał idącym do głosowania ulotki i kartki z numerem 2 — listy 
PPS, O tym, co to jest socjalizm, i o roli PPS w walce z caratem wiedziałem już nie tylko z 
podsuwanych mi przez pana Lisa różnych! książek, ale także z wielu amatorskich 
przedstawień w naszej sali widowiskowej. Podczas głosowania policja nie zezwalała na 
żadną agitację w pobliżu lokalu wyborczego, ale ja, mały chłopak, dobrze znający wszystkie 
zakamarki kinematografu „Ergos" — gdzie był teraz lokal wyborczy — uwijałem się, jak 
mogłem, wtykając niezdecydowanym małe kartki oznaczone „2".

Wybory zakończyły się zwycięstwem PPP-Lewicy, która zdobyła dziesięć z dwudziestu 

czterech mandatów, zawdzięczając ten wynik przede wszystkim wielkiej popularności 
czołowego działacza komunistycznego w Pruszkowie — Stanisława Berenta. PPS i lista 
chrześcijańska zdobyły po cztery mandaty, a pozostałe sześć podzieliły pomiędzy siebie 
różne drobne ugrupowania.

Jedną z pierwszych uchwał nowo wybranej Rady Miejskiej było uchwalenie 

upaństwowienia pruszkowskich fabryk.

Ta uchwała miała znaczenie tylko propagandowe i demagogiczne, gdyż dla 

upaństwowienia fabryki potrzeba było zmiany konstytucji.

W miesiąc później starostwo unieważniło wybory i rozwiązało Radę Narodową.
W następnych wyborach, w pół roku później, wzięło udział dużo więcej głosujących. 

PPS-Lewica i lista chrześcijańska zdobyły i po dziesięć mandatów, a różne drobne 
ugrupowania — po dwa- i

Burmistrzem został Józef Cichecki, a Stanisław Berent — wiceburmistrzem.
W czasie tych wyborów nie rozdawałem kartek z „2". Byliśmy na szkolnej wycieczce. 

Długo jeszcze żartowali ze ranie znajomi, że dlatego PPS przegrała.

W szkole i w drużynie harcerskiej słuchaliśmy pogadanek o powstaniach narodowych i o 

Legionach. Zaczynał narastać kult Marszałka. Przez kilka tygodni przygotowywano się do 
imienin „Dziadka". Naładowany różnymi wiadomościami, postanowiłem 19 marca pojechać 
do Warszawy i zobaczyć, jak odbywają się uroczystości imieninowe w Belwederze.

Aby na ten dzień uzyskać zwolnienie z lekcji, poprosiłem o pomoc naszego dowódcę 

plutonu „Bieguna", który przyjaźnił się z synem pani Nurkiewicz. W przeddzień imienin, w 
czasie przerwy, otrzymałem na szkolnym korytarzu kartkę: „Jesteś zwolniony na dzień 
jutrzejszy".

Rano pojechałem do Warszawy. Było to takie „półświęto". Sklepy były otwarte, fabryki 

czynne, w szkołach odbywały się lekcje, pod Belweder wysyłano tylko delegacje.

Na ulicach panował świąteczny nastrój. Maszerowały oddziały wojska i orkiestry różnych 

organizacji. Na chodnikach spacerowały tłumy odświętnie ubranych ludzi. Nie znałem 
jeszcze drogi, ale idąc obok kolejarskiej delegacji, trzymając się orkiestry grającej skoczne 
marsze, doszedłem do Alej Ujazdowskich. Tu wmieszałem się w ogromny tłum. Spacerowały 
całe rodziny i bardzo dużo młodzieży. Jezdnią maszerowały szkoły, oddziały wojska, 
kompanie Związku Strzeleckiego i głośno grające orkiestry. Rozglądając się wokół, za-
ciekawiony tym niecodziennym widokiem, bez większego trudu dotarłem do Belwederu. 
Przepuszczono mnie, małego jeszcze, do samych sztachet ogradzających rozległy dziedziniec 

background image

— abym mógł zobaczyć, co działo się przed pałacykiem. Łudziłem się, że Marszałek wyjdzie 
na schody, powitać gości lub pozdrowić wiwatujące na jego cześć tłumy ludzi, tłoczących się 
przy wysokim ogrodzeniu.

Na schodach jakiś generał i kilku oficerów witało przybywających. Z czarnych dużych 

samochodów wysiadały różne, na pewno ważne osoby, wyżsi urzędnicy i ministrowie, 
dyplomaci w śmiesznych kapeluszach i oficerowie w cudzoziemskich mundurach. Po 
przywitaniu na schodach zapraszano ich do wnętrza. Później przy

background image

chodziły delegacje — cywile i wojskowi — niosąc wiązanki kwiatów i szczelnie opakowane 
prezenty.
W jednej z pułkowych delegacji, wkraczającej na schody pała-:! cyku, zobaczyłem naszego 
sąsiada, syna wdowy Beniszowej, któ-' ra prowadziła mały sklepik spożywczy w domu 
numer 8 przy Sta-; lowej. Powróciłem dopiero na obiad, głodny i trochę zawiedziony,, gdyż 
nie widziałem Marszałka. Zmęczyło mnie przepychanie się przez ogromny tłum, spacerujący 
przez cały dzień w pobliżu Belwe-1 deru.

W czasie najbliższej zbiórki drużyny zamęczano mnie, abymj opisał z najdrobniejszymi 

szczegółami to wszystko, co widziałemj „na imieninach u Marszałka".

W kilka tygodni później, pewnej kwietniowej niedzieli, urządzono w helenowskim lesie 

zbiórkę naszego hufca. Powstał właśnie Harcerski Klub Sportowy, zachęcano nas do 
wstąpienia do którejś z sekcji — koszykówki, siatkówki, boksu i dżu-dżitsu — de-
monstrowano nam te japońskie'walki.

Po zwykłych raportach, rozkazach i krótkiej pogadance, podzieleni na „czerwonych" i 

„niebieskich", rozpoczęliśmy „harcerską wojnę", połączoną z podchodami. Naszym dowódcą 
był „Bie* gun", a przeciwników prowadził „Kamień", odchodząc ze swoją grupą głęboko w 
las, aby wybrać odpowiednie miejsce na obozo-. wisko, którego mieli bronić przed naszym 
atakiem. Zatrzymali się w środku lasu, na małym wzniesieniu. „Kamień" ukrył chłopców w 
zaroślach, w przodzie ustawił zamaskowane ubezpieczenie, ostrzegało o zbliżaniu się 
tropicieli.

A my, siedząc wokół „Bieguna", przez kilkadziesiąt minut śpiewaliśmy harcerskie 

piosenki.

Potem wyruszyliśmy drogą, którą odszedł „Kamień" ze swymi harcerzami. Najpierw szli 

szperacze, oglądając się po zaroślach, a my dużą grupą za nimi, zachowując ciszę i patrząc 
wokół. Powinniśmy odnaleźć w lesie „nieprzyjacielski" obóz i w niewidoczny dla nich 
sposób, czołgając się i skradając po indiańsku, zaskoczyć ich, wziąć jak najwięcej jeńców, a 
później zdobyć obozowisko.

Mieliśmy walczyć szyszkami. Kto został trafiony takim pocis

aby I
kiem, powinien wycofać się z walki. Dotknięcie wartownika oznaczało wzięcie go do 
niewoli.

Gdy wysłane przez „Bieguna" patrole przyprowadziły pierwszych jeńców, a kilku 

naszych dostało się do niewoli — odkryliśmy obozowisko. Wtedy podniósł się z ukrycia 
„Kamień" i stanął na szczycie małego wzniesienia, wydając rozkazy i zachęcając do obrony 
— rzucania szyszek w atakujących. Las rozbrzmiewał okrzykami zagrzewającymi do walki i 
wzywającymi przeciwników do poddania się. Szyszki leciały gęsto. Coraz więcej trafionych 
harcerzy musiało wycofać się z dalszej walki i odchodzić na pobliską drogę. Nikomu nie 
udało się przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę i wydawało się, że walka będzie nie 
rozstrzygnięta, gdy odważyłem się na decydujące uderzenie. „Kamień" stał dość daleko, w 
bezpiecznej odległości — lekkie szyszki z otwartymi blaszkami nie dolatywały do niego. 
Wpadła mi w rękę zielona szyszka, całkowicie zasklepiona, odpowiednio cięższa, która, 
stawiając mniejszy opór, powinna dalej polecieć. Kasztanami rzucałem bardzo celnie, ale nie 
przypuszczałem, że jedyna zielona szyszka, jaką znalazłem, trafi „Kamienia" w policzek, 
zostawiając czerwony ślad. To był naprawdę decydujący rzut. Celny strzał uderzający w 
wodza oznaczał koniec „wojny" i nasze zwycięstwo.

Gwizdek zakończył walkę.
W czasie omawiania tej „harcerskiej wojny", gdy niedawno walczące ze sobą oddziały 

stały na wprost siebie, „Kamień" zwrócił się do nas, aby przyznał się ten, kto tak celnie 
rzucił.

background image

Koledzy zdążyli już mnie ostrzec, abym się nie przyznawał, gdyż widząc ślad na policzku 

drużynowego byli pewni, że to dla mnie musi się źle skończyć — na pewno wyleją mnie z 
drużyny.

Wbrew tym radom i ostrzeżeniom wystąpiłem z szeregu i przyznałem się do tego rzutu. 

„Kamień" długo patrzył na mnie, trzymając się za policzek, na którym pozostał widoczny 
ślad i pokazując wszystkim zieloną szyszkę, powiedział, że zachowa ją na pamiątkę, gdyż po 
raz pierwszy coś takiego mu się wydarzyło. Gdy zapytał, dlaczego rzucałem taką szyszką, i 
to do niego — odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że przecież nikt nie określał rodzaju szy-
szek, jakimi mamy rzucać, wielu kolegów używało takich samych, tylko nikt nie celował w 
dowódcę, bojąc się następstw, a ja, obserwując beznadziejność dalszej walki, byłem 
przekonany, że w po-

background image

wstającym zamieszaniu taki celny rzut spowoduje rozstrzygnięcie 3 „wojny" na naszą 
korzyść.

„Kamień" był dobrym psychologiem i wychowawcą.
Pochwalił mnie za pomysł, za odwagę i celny rzut, a gdy 1 w czerwcu 1927 roku 

składałem harcerskie przyrzeczenie, był moim -j „ojcem chrzestnym", stojąc krok za mną i 
trzymając w czasie ślu* J bowania rękę na moim ramieniu,

Uroczystość odbywała się na łąkach koło elektrowni.
Tego dnia przejeżdżał przez Pruszków specjalny pociąg wiozą- cy prochy Juliusza 

Słowackiego na Wawel. Wzdłuż torów kolejowych utworzono nie kończący się szpaler. 
Ludzie z Pruszkowa usta-1 wili się od Papierni aż pod Brwinów. Wielu miało bukiety 
wiosen- i nych kwiatów. Gdy ukazał się wolno jadący pociąg, zbliżyliśmy się do torów. Jedni 
modlili się, inni salutowali, a inni starali się rzucić na wagon z trumienką swoją wiązankę 
kwiatów. Orkiestry grały marsza żałobnego. Niektórzy ludzie płakali. Na platformie kole- - 
jowej na małym podwyższeniu stała trumienka z prochami poety, a obok niej prężyli się na 
honorowej warcie jacyś elegancko ubrani panowie. Wokół nich leżało bardzo dużo kwiatów.

Mój celnie rzucony bukiecik na pewno pojechał do Krakowa.: Chabry zrywałem w zbożu 

na końcu Stalowej. Po tej uroczystości^ hufiec pomaszerował na łąkę koło elektrowni. 
Składaliśmy przysięgę.

i

„Mam szczerą wolę pełnić służbę Bogu i Ojczyźnie, nieść chętną pomoc bliźnim i być 

posłusznym prawu harcerskiemu".

Przyrzeczenie odbierał komendant hufca Oskar Nawrocki, serdeczny przyjaciel, jeszcze z 

dalekiego Humania, naszego drużyno* wego. Kilkudziesięciu harcerzy stało się 
„młodzikami" i przyjęło krzyże harcerskie. Trzy listki lilii to: „Bóg, Ojczyzna i Honor", a 
dwie gwiazdki: „Nauka i Cnota". Na długo wynieśliśmy z tej uro- czystości pamięć o 
słowach Oskara: „...nie dzielcie swych sił pomiędzy Ojczyznę i alkohol, Ojczyznę i 
nikotynę".

Na jesieni zostałem skierowany na kurs zastępowych.
W połowie 1927 roku przeprowadziliśmy się na drugą stronę Stalowej, pod numer 

siedemnasty, do naszego jeszcze nie wykoń* czonego domu. Przed kilku laty Matka 
odważnie postanowiła rozpO'
cząć budowę, korzystając z niedużego spadku po rodzicach, z oszczędności oraz z 
poważnego kredytu bankowego. Gdy brakowało jej pieniędzy na robociznę lub materiały 
budowlane, zaciągała prywatne pożyczki, płacąc lichwiarskie odsetki. Aby jak najszybciej 
spłacić tych uciążliwych wierzycieli, musiała sprzedać sklep, w którym zarobiła na kupno 
placu i rozpoczęcie budowy. Własny dom był realizacją marzeń mojej Matki. Po latach 
ciężkiej pracy miał jej pozwolić na odpoczynek, a ponadto powinien być zabezpieczeniem 
starości.

Męcząca praca od rana do nocy w ciasnym wilgotnym sklepie doprowadziła Matkę do 

ciężkiej choroby. Miała stawy zdeformowane reumatyzmem i wiele razy obserwowaliśmy Jej 
łzy, gdy musiała coś chwycić w obolałe ręce lub kiedy po ostrym ataku choroby z wielkim 
trudem dźwigała się z łóżka i trzymając się stołu dreptała wokół niego, krok za krokiem.

Nie mogliśmy doczekać się dnia przeprowadzki. Nowe mieszkanie, pokój z kuchnią na 

parterze, było suche i słoneczne, a zlew i woda to w tamtych latach były wielkie wygody. 
Mieliśmy dwa ogródki, w których Już rosły drzewa owocowe, o na podwórku, z obu stron 
wielkiego śmietnika, stały dwa kasztanowce, na których spędzaliśmy z Jurkiem wiele godzin, 
kryjąc się w gałęziach. Rodzice zaczęli kupować meble. Ze starego mieszkania niewiele 
zabraliśmy. Zaczynaliśmy nowe życie i cieszyliśmy się każdym zakupem. Po kilku latach 
przeprowadziliśmy się do większego, dwupokojowego mieszkania na piętrze.

background image

Moja rodzina przeżywała pewien awans — ze „sklepikarzy" stawaliśmy się 

„kamienicznikami", Jak mówili niektórzy złośliwi sąsiedzi.

Matka zajęła się prowadzeniem domu i jeśli choroba nie dokuczała jej za bardzo, czas 

dzieliła pomiędzy szykowanie posiłków a pilnowanie różnych fachowców wykańczających 
pozostałe mieszkania, do których wprowadzali się natychmiast lokatorzy.

Wiedzieliśmy już, że wolą rodziców było, ubyśmy dalej się uczyli, abyśmy — Jak to nam 

mówili — mogli wyrwać się ze Stalowej. Jurek, według określenia nauczycloli, był pociechą 
matki i tak nazywali go koledzy.

Ja natomiast szedłem Jul swoją drogą. Często zamykałem się

l
tao

background image

w świecie czytanych książek, co na razie nie wychodziło mi na dobre. Nawarstwiały się coraz 
większe zaniedbania szkolne. Przemykałem się z klasy do klasy, korzystając z wrodzonego 
sprytu. W tym czasie wyrabiałem swoją ogromną spostrzegawczość. Okazywało się, że 
wokół siebie widziałem więcej rzeczy i wydarzeń niż moi rówieśnicy. Czy to było na ulicy, 
w szkole czy w klasie — dostrzegałem o wiele więcej od moich kolegów, tak jak gdyby mój 
świat był znacznie większy. Bardzo mi to pomagało i pozwalało szybciej zrozumieć wiele 
spraw.

Od dawna obserwowałem i wcześnie zrozumiałem, Jak wielką rolę w życiu wszystkich 

mieszkańców naszej dzielnicy odgrywał kościół. Nawet jeśli żyli wśród nas bezbożnicy, 
ateiści i wolnomyśliciele, to kryli się z tymi przekonaniami i nigdy nie manifestowali swoich 
poglądów.

W tamtych latach nadzwyczaj pilnie przestrzegano wszystkich kościelnych zakazów i 

nakazów.

Dzień zaczynało się i kończyło modlitwą. Gdy dzieci były małe, mówiły wieczorny 

pacierz klęcząc przed łóżkiem. W wielu rodzinach każdy posiłek był poprzedzony modlitwą. 
U nas Matka przed odkrojeniem przylepki z bochenka chleba zawsze robiła znak krzyża.

Niedziela była wtedy nie tylko dniem wolnym od pracy, ale przede wszystkim był to 

dzień uczestniczenia w nabożeństwie. Już niedzielne śniadanie było znacznie lepsze. 
Pamiętam, że w wielu domach odsmażano kiszkę kaszaną, której zapach rozchodził się po 
całej ulicy. Po śniadaniu całe rodziny wychodziły do kościoła, aby modlić się o wszystko: o 
zdrowie, o pomyślność w pracy lub w nauce, o czyjeś uczucia, a nawet o to, abyśmy nie byli 
pytani. Msza dla młodzieży szkolnej była o dziesiątej. Tylko uczniowie i uczennice 
gimnazjum Zana czwórkami maszerowali do kościoła. W innych szkołach nie było takiego 
obowiązku.

Na niedzielny obiad był najczęściej rosół z makaronem. Drugie danie — to mięso z 

rosołu lub kotlet schabowy z kapustą. Na deser kisiel lub budyń z jakimś sokiem.

Makaron robiono w każdym domu. Fabryczny nikomu nie smakował. Wałkowane na 

cienkie warstwy ciasto suszono na ręcznikach rozłożonych na łóżkach, a później specjalnie 
naostrzonym nożem krajano na bardzo cienkie nitki.

Nowy Rok witnno w kościele na specjalnym nabożeństwie, o północy. Na dworze był 

śnieg i mróz, nikt nawet nie marzył o ogrzewaniu kościoła, w wymrożonych murach było 
nam najpierw bardzo zimno, a później stopniowo, w wielkim tłoku, trochę cieplej. Wracając 
do domu, w pełni nocy, z daleka obserwowaliśmy oświetlony gmach „Sokoła", w którym 
trwała zabawa sylwestrowa.

Bawiono się prawie w każdą sobotę karnawału. Dzieci miały inną rozrywkę — w parafii 

Żbikowskiej wystawiano Jasełka, Początkowo przedstawienia odbywały się w sali kolejarzy 
„Nowa Szwajcaria" obok naszej dawnej szkoły, a później w nowo zbudowanym domu 
parafialnym, Na każdym przedstawieniu zajęte były wszystkie miejsca.

U nas w domu poświąteczne wieczory były wtedy wypełnione oczekiwaniami na 

przybycie naszych kolegów lub dzieci z sąsiedztwa z szopką, w której zapalano małą 
świeczkę przed postaciami Dzieciątka w żłobku, Matki Boskiej ze świętym Józefem, Trzech 
Króli i pasterzy. Chłopcy, demonstrując z wielką dumą swoją szopkę, śpiewali kolędy i 
zawsze czekali na duże porcje świątecznego makowca. Odwiedzali w ten sposób wszystkich 
sąsiadów.

Gdy byliśmy starsi — zimowe wieczory wyglądały już inaczej. W nasze życie wtargnęły 

książki i kryształkowe radio na słuchawki. Powstawała tradycja składania koleżeńskich wizyt 
— na próbowanie świątecznych ciast. Już nawet mowy nic było o loteryjce lub jakiejś innej 
grze dla dzieci. Przy oświetlonej zapalonymi świeczkami choince śpiewaliśmy kolędy, a 
następnie zaczynały się długie dyskusje o filmach, książkach, o muzyce i audycjach 

background image

radiowych. A w kilka lat później w mroźne i śnieżne wieczory po krótkim spacerze 
spotykaliśmy się u któregoś z kolegów, aby grać w preferan- sa lub w brydża. Zawsze 
zbierało się nas zbyt dużo — ktoś musiał kibicować lub zajmować się rozmową z rodzicami 
gościnnego kolegi, Dzień Trzech Króli był ostatnim dniem świątecznych ferii. Przed 
kościołem sprzedawano torebki z kadzidłem i kawałki kredy, które po mszy uroczyście 
poświęcano. W domu Jurek zapalał kadzidło, rozdmuchiwał ogień tak, aby wonny dym 
docierał do wszystkich zakątków mieszkania, a poświęconą kredą pisaliśmy na drzwiach 
wejściowych K-j-M+B oraz rok. Taki napis miał lokatorom przynosić błogosławieństwo, 
spokój i bezpieczeństwo. Świętowaliśmy także dzień Matki Boskiej Gromnicznej. 
Poświęcano

background image

^gromnice, które powinny być zapalone w godzinę śmierci. Jej światło miał zgasić ostatni 
oddech umierającego.

Karnawał kończył się ostatkami, ale wcześniej był tłusty czwar* tek i we wszystkich 

mieszkaniach naszej dzielnicy smażono racu- chy. W latach dwudziestych tylko nieliczne 
rodziny jadły tego dnia pączki i faworki. Mieszkania i schody pełne były zapachu rozgrza-' 
nego smalcu. W ten dzień, podobnie jak w okresie świąt, chodziliś- my do zaprzyjaźnionych 
rodzin, aby próbować i oceniać, czyje wyroby były najsmaczniejsze. Witkowi smakowały 
wypieki mojej Matki i do historii przeszedł dzień, w którym zjadł półmisek świeżo* 
upieczonych racuchów. ■

W ostatki każdego roku przebieraliśmy się. Wesoło było nie tylko w mieszkaniach, ale i 

na ulicy, gdzie do późnego wieczoru spacerowali przebierańcy. Do tej zabawy 
przygotowywaliśmy się przez kilka tygodni, gromadząc różne stroje i rekwizyty. Przebierali 
się przeważnie chłopcy, rzadko kiedy jakaś dziewczynka odważyła się włożyć ubranie 
chłopca lub przebrać się za Cygankę. Wkładaliśmy tego wieczoru jakieś stare ubrania, 
podniszczone mundry wojskowe lub strażackie, a w najgorszym razie kolejarskie. Czasami 
zakładaliśmy kożuchy włosem do góry, by straszyć dzieci. Malowaliśmy twarze, nieudolnie 
przyklejając wąsy i brody.

Pod koniec lat dwudziestych wprowadzono-w szkołach zabawy■ uczniowskie w ostatnią 

niedzielę karnawału. Dorośli mówili, że są to „kinderbale". Poważne nauczycielki i 
wystrojone dzieci zasiadały w to niedzielne popołudnie do stołu, na którym rodzice z komi-
tetu ustawiali półmiski z pączkami i szklanki z herbatą. A później zaczynała grać harmonia z 
dodatkiem skrzypiec lub skrzeczący gramofon. Tańczyły dziewczynki, tylko czasami 
dołączał do nich jakiś odważny chłopiec, wyuczony tanecznych kroków przez starszą siostrę. 
Tańczono walczyki i poleczki.

Chłopcy czekali na wspólne zabawy, był to „pomidor", „głuchy telefon" lub „pocztylion" 

— przynoszący najczęściej listy w czerwonym kolorze. Godzina ósma kończyła ten szkolny 
karnawał. Wszystkim wydawało się, że za wcześnie, gdyż dopiero wtedy roz* bawieni 
chłopcy nabierali odwagi i być może nawet zaczęliby tańczyć.

Powrót do domu o tak, wydawało się, późnej porze stwarzał okazję do odprowadzenia 

koleżanek. Ujawniały się wtedy pierwsze
sympatie. Dziewczynki, zawsze dużo śmielsze, pytały wybranego chłopca: „Odprowadzisz 
mnie do domu? Bo ja się boję sama wracać!" Chłopcy czuli się już prawie mężczyznami. Ale 
były wtedy i takie chwile, kiedy w oczach nie docenionej koleżanki mogła pojawić się 
rozpacz, jeśli nikt nie chciał jej towarzyszyć.

Popielec był pierwszym dniem Wielkiego Postu. Lekcji nie było. Na porannym 

nabożeństwie ustawialiśmy się długim szpalerem wzdłuż głównej nawy i ksiądz sypał popiół 
na nasze głowy, przypominając, że powstaliśmy z prochu i w proch się obrócimy. Jeden z 
naszych kolegów uparcie twierdził, że ten popiół otrzymuje się ze spalonych nieboszczyków. 
Choć nikt w to nie wierzył, jednak spadający na nasze głowy proszek napełniał nas lękiem.

W domu tego dnia był śledź i ziemniaki z wody. Nadchodziło sześć bardzo długich 

tygodni Wielkiego Postu. Nie pamiętam, abyśmy w tym okresie jedli mięso lub wędliny. W 
piątki do okraszenia zup lub ziemniaków używano oleju. Wydaje mi się, że to ścisłe 
przestrzeganie sześciotygodniowego postu w naszym domu było nie tylko oznaką 
religijności, ale wypływało z konieczności oszczędzania. Ta surowa wstrzemięźliwość w 
jedzeniu pozwalała rodzicom na dokonanie niezbędnych wiosennych zakupów.

W latach późniejszych, być może w lepszej już sytuacji materialnej, zaniechano tak 

ostrego postu. Pościliśmy tylko w piątki. Ale podobne rozluźnienie rygorów nakazywanych 
przez kościół zaobserwować można było w różnych dziedzinach życia.

background image

W marcu już nikt nie' chciał jeździć na łyżwach na wylewach nad Utratą ani ślizgać się 

po ulicznych ślizgawkach. Nikogo już nie bawiło lepienie bałwana i wszystkim znudziły się 
bitwy śnieżnymi pigułami. Mieliśmy dosyć mrozu i śniegu.

Czekaliśmy na wiosnę, a wiosna to była Wielkanoc.
Święta poprzedzały rekolekcje. Osobno dla kobiet, osobno dla mężczyzn, a na końcu dla 

dzieci i młodzieży. Następnie przystępowano do obowiązkowej wielkanocnej spowiedzi.

Ferie świąteczne rozpoczynały się w Wielki Czwartek. Był to dzień generalnych 

porządków w domu. W tych pracach zawsze brały udział dzieci. Po południu malowaliśmy 
pisanki.

background image

Wielki Piąt / zależała od st£ My — od rai nieśmiałych
był dniem pieczenia ciast. Ilość i Jakość wyro- | materialnego rodziny, a byliśmy w kościele. 
Nasłuchiwaliśmy pierw- jeszcze strzałów z „kalichlorku". Obiadu w tym
dniu nie było, a źe zapachy dolatujące z kuchni bardzo nas męczyły, więc po jakimś postnym 
posiłku wyruszaliśmy na daleki spacer. Zawsze chodziliśmy dużą grupą, gdyż wszyscy 
jednakowo przeszkadzaliśmy naszym matkom w przedświątecznych zabiegach. Najczęściej 
wybieraliśmy się do Pęcic lub do Nadarzyna. Taka wielko-' piątkowa tradycja utrzymywała 
się przez wiele lat. Tylko Witek," jako ewangelik, świętował ten dzień słuchając Męki 
Pańskiej odczytywanej przez ojca.

Do Pęcic szliśmy nad Utratą. Po krótkiej modlitwie przy Grobie dokładnie oglądaliśmy 

wnętrze zabytkowego kościółka, a następnie na pobliskim cmentarzu szukaliśmy najstarszych 
nagrobków , i historycznych nazwisk na tablicach.

Wracaliśmy szeroką wiejską drogą, przechodząc obok szpitala dla psychicznie chorych 

we Wrzesinie.

Wiosnę widać było najlepiej w czasie naszej wędrówki do Nadarzyna. Zrywaliśmy bazie 

z przydrożnych wierzb, a w lesie szu- - kaliśmy zielonych gałązek borówek i wiosennych 
leśnych kwiatków, j Do domu wracaliśmy późnym wieczorem. Po umyciu wskakiwaliśmy do 
łóżka, starając się jak najszybciej usnąć, aby nie ulegać I pokusom świątecznego jedzenia.

W Wielką Sobotę, po ostatnim postnym śniadaniu, zbieraliśmy się całą grupą — dzieci z 

sąsiedztwa — i wyruszaliśmy do kościoła, j W domu od rana zaczynało się pieczenie schabu, 
gotowanie szyn-1 ki i kiełbas. Gdy roztaczały się zapachy tylu smakowitości, trudno nam 
było wytrzymać w mieszkaniu. W czasie porannego nabożeństwa odbywało się święcenie 
ognia i wody. Słychać było pierwsze nieśmiałe „Alleluja!" i coraz głośniejszą 
przedświąteczną strzelaninę. Rokrocznie starzy ludzie tłoczyli się do beczki ze święconą • 
wodą, tak że co chwila słychać było trzask buteleczek rozbijających się o beton podłogi.

Wracaliśmy do domu niosąc święconą wodę i ciernie, z których pletliśmy małe cierniowe 

korony, umieszczone nad pamiątko* wymi obrazkami od Pierwszej Komunii,

Jeśli pogoda dopisywała — wyruszaliśmy na długi spacer.
Od Wielkiego Piątku w kościele przy Grobie stali strażacy w błyszczących hełmach i z 

toporkami na ramieniu oraz „sokoli" w czerwonych koszulach i w bluzach zarzuconych na 
Jedno ramię. Na klęcznikach modliły się panny „z bieli". Grób otaczano palmami, kwiatami 
1 zielenią. Śpiewały kanarki, ukryte gdzieś pomiędzy gałęziami rosnących w wielkich 
donicach wysokich krzaków oleandrów.

W Żbikowskim kościele przed Grobem ustawiał ksiądz proboszcz Dyżewski kolorowo 

ubranych wartowników, uzbrojonych w szable i halabardy — ni to szlachta, ni to chłopskie 
wojsko,

W Wielką Sobotę na późny obiad jedliśmy Jakąś mięsną zupę z chlebem, a po południu 

wyruszaliśmy z Jurkiem, niosąc na zmianę mały koszyczek ze święconym. Na białej 
nakrochmalonej serwetce Matka układała pisanki, kawałek kiełbasy, małą babkę — spe-
cjalnie na ten cel upieczoną — i solniczkę z solą. Wszystko to było otoczone ziolonymi 
gałązkami borówek lub bukszpanu.

Naszej wędrówce przez przedświąteczne ulice towarzyszył zapach pieczonych ciast i 

gotowanych wędlin. Ulice były dokładnie zamiecione, podwórka wysypane białym piaskiem, 
a rynsztoki wybielone wapnem. W domu kończyło się pieczenie i gotowanie. Ojciec po 
powrocie z pracy doprawiał wódkę, próbując przy okazji.

Słychać było coraz więcej strzałów z „kalichlorku". Już naprawdę zaczynały się Święta. 

To był najpiękniejszy wieczór. Przed nami było — wszystko.

Idąc na wieczorną rezurekcję w pruszkowskim kościele, mijaliśmy ukryte gdzieś w 

zaułkach i miejscach nic oświetlonych grupki starszej młodzieży, zajętej przedświątecznym 

background image

strzelaniem. Wieczorem łatwiej było ukryć się przed wzrokiem policjanta, który wyłapywał 
bardziej aktywnych strzelców, gdyż co roku zdarzały się poważne wypadki. To ktoś stracił 
oko, inny miał urwaną dłoń lub ranę w głowie. Jednak chęć zaimponowania kolegom była 
wśród młodzieży silniejsza od poczucia niebezpieczeństwa. Jedni ukrywali wielkie 
moździerze pod jesionką lub płaszczem, aby wykorzystać chwilę nieuwagi policjanta, a inni 
układali pęczki wybuchowej mieszanki na kamieniu i czekali na dogodny moment, w którym 
będą mogli rzucić drugim kamieniem. Ci ryzykowali najwięcej, gdyż rozlatujące się odłamki 
niszczyły im spodnie, wycinając wiele małych dziurek.

background image

Było już zupełnie ciemno, gdy wychodziła procesja, aby trzy M razy okrążyć kościół. Na 

przykościelnym cmentarzu stał tłum lu-..' dzi, dla których nie było wewnątrz miejsca. 
Kołyszące się na wie- m trze chorągwie, feretrony z postaciami świętych, palące się świecę'. 
"-Ą w rękach starych kobiet, strażacy w błyszczących hełmach z po- Ą chodniami, „sokoli" 
w paradnych mundurach. Grają na zmiany dwie

r

j9 dęte orkiestry. Małe dziewczynki sypią 

kwiaty przed proboszczem^;l niosącym monstrancję. Pod biało-złocistym baldachimem idzie 
ksiądz y Edward Tyszka, prowadzony przez literata Jana Szczepkowskiego: i doktora Józefa 
Handelsmana ze szpitala w Tworkach. Wokół roz- j modlony tłum śpiewa: „Wesoły nam 
dzień dziś nastał..."

Wczesnym rankiem, a nieraz i przed świtem, zbudzeni bliskimi | detonacjami ładunków 

„kalichlorku", ubieraliśmy się bardzo szyb-1 ko. Do Żbikowskiego kościoła szliśmy 
najkrótszą drogą, przez łąki ! nad Utratą. Nad zabudowaniami Żbikowa wschodziło słońce i 
ta chwila miała dla wielu z nas niepowtarzalny urok. Wszystkimi dróż- J kami dążył do 
kościoła tłum odświętnie ubranych wiernych. Sto.pgj niowo wzmagała się kanonada. Stojąc 
na wzgórzu obok kościoła, , patrzyłem na domy i fabryki Pruszkowa. Cztery kominy fabrycz-
ne — tak jak dawniej — wytyczały naszą dzielnicę. Bliżej, nad Utratą, rozciągały się poranne 
mgły.

Najczęściej było tak, że gdy słońce wschodziło znad domów i Żbikowa. procesja 

wychodziła z kościoła. Znowu słyszymy: „Wesoły nam dzień dziś nastał..."

Wszystko jest tak jak w Pruszkowie. Dziewczęta w bieli, chorągwie i feretrony, strażacy i 

„sokoli", grają te same orkiestry, tylko że wschodzące słońce złoci wieżę kościelną i zamiast 
tłumu robotników tłoczą się chłopi z pobliskich wiosek.

W czasie procesji kanonada osiąga szczyt. Dzwonią witraże. Na zgromadzonych wokół 

kościoła wiernych spadają strzępy gałganów z pęczków „kalichlorku", a czasem przeleci — 
budząc popłoch przeraźliwym świstem — zatyczka oderwana od przeładowanego moź-
dzierza. Gdy procesja wracała do kościoła, detonacje cichły, powoli wszystko się uspokajało. 
Przez całe nabożeństwo stoimy przed kościołem, gdyż wewnątrz panuje niemiłosierny tłok. 
Zawsze jest nas kilkunastu. Są i moi, i Jurka koledzy. Każdy ma na sobie coś nowego. 
Ubranie, płaszcz, buty, krawat lub koszulę.

W domu czeka na nas świąteczne śniadanie. Nareszcie po wi*

lu tygodniach możemy się najeść. Tak jak co roku i w każde święta Matka — aby oderwać 
nas od stołu namawia gorąco na spacer. W parku „Sokoła" spotykamy się z kolegami. 
Jesteśmy odświętnie ubrani, więc nie możemy grać w piłkę ani usiąść na trawie. Bardzo się 
nam nudzi bez niedzielnej zbiórki harcerskiej. Po świątecznym obiedzie znowu wyruszamy 
na spacer. Skrajem starego sosnowego lasu dochodzimy do majątku Komorów. Gdy stoimy 
na mostku nad Utratą, patrząc na rozciągające się przed nami łąki i na dalekie lasy,, słuchamy 
opowieści Witka o wozach kolonistów wędrujących na Zachód w poszukiwaniu nowych 
miejsc osiedlenia i o krwawych walkach z Indianami broniącymi swej ojczystej ziemi. Jak w 
poprzednich latach mieliśmy wracać drogą przez nadrzeczne łąki do Pęcic, a później nad 
Utratą do Pruszkowa, ale ktoś zaproponował obejrzenie prac przy budowie kolejki 
elektrycznej. Wzdłuż wykopu, w którym ułożono już dwa zelektryfikowane tory, 
dochodzimy do niedawno wzniesionego drewnianego mostu i pruszkowskiego przystanku 
nieczynnej jeszcze kolejki. W domu czekała na mnie świąteczna kolacja, na którą nawet nie 
spojrzałem.

Następnego dnia, w lany poniedziałek, musimy wcześnie wstawać, aby nie dać się 

nikomu zaskoczyć. Oblewamy kolegów. Sami też jesteśmy dobrze zmoczeni. Dziewczęta, 
zagrożone solidną kąpielą, opóźniają swoje wyjście do kościoła. Gdy ich nareszcie do-
padamy, uciekają z piskiem.

background image

Podczas mszy oglądamy świątecznie ubranych starszych kolegów. Uwierają ich białe 

sztywne kołnierzyki, z rękawów marynarek wyłażą mocno nakrochmalone mankiety. 
Poubierali się w kolorowe krawaty lub w najmodniejsze muszki. Patrzymy na nich trochę z 
politowaniem, a trochę z zazdrością, że są tak bardzo eleganccy.

1 Maja był robotniczym świętem.
Nauka w szkołach odbywała się normalnie, tylko dzieci najbardziej uświadomionych 

robotników, prowadzone przez ojców za rękę, brały udział w wiecu i w pochodzie.

Nie rozumieliśmy wtedy, dlaczego organizuje się aż trzy osobne wiece. Dwa w parku 

Bersohna i jeden w Anielinie. Ruszały trzy pochody, ^ czerwonymi sztandarami i podobnymi 
napisami na trans-

background image

parentach. Nawet śpiewano te same pieśni: „Czerwony sztandar", „Bój to będzie ostatni...- i 
„O cześć wam, panowie magnaci..."

Kordony policji zatrzymywały manifestujących odświętnie ubranych ludzi, aby nic 

dopuścić do bójki, gdyż obok każdej maszerującej grupy, obok każdego pochodu uwijały się 
robotnicze milicje z czerwonymi opaskami i grubymi laskami.

A wieczorem w zapełnionym młodzieżą kościele odbywało się pierwsze majowe 

nabożeństwo.

3 Maja był świętem narodowym. Fabryki nieczynne, sklepy! zamknięte, młodzież miała 

wolny dzień. Po nabożeństwie w prusz-, kowskim kościele wyruszał długi pochód. 
Maszerowano do Kopca Kościuszki. Tu po złożeniu kwiatów słuchano przemówień wygła-
szanych z balkonu narożnego domu. Po południu w sali „Sokoła"* odbywała się akademia z 
częścią artystyczną, na którą niecierpliw, wie czekaliśmy, nudząc się na odczycie, w którym 
omawiano Konstytucję.

Zielone Świątki były zapowiedzią zbliżającego się końca roku szkolnego i wakacji. 

Świętowaliśmy dwa dni. Z helenowskich glinianek trzeba było nanosić tataraku, a z lasu — 
wielkie naręcza kwitnącej czeremchy i brzozowych gałęzi z młodymi listkami. Ubierano 
zielenią mieszkania, balkony, klatki schodowe* i podwórka. Chodziliśmy już bez marynarek, 
w koszulach z krótkimi rękawami rozpiętych pod szyją i w jasnych spodenkach do kolan, a 
na nogach mieliśmy bardzo wygodne, najtańsze i najmodniejsze obuwie płócienno-gumowe, 
białe pepegi.

W mieszkaniach pachniało tatarakiem. Wszędzie zielono. Warto było zobaczyć, jak ulica 

Stalowa zmieniała swój wygląd w czasie przedświątecznych porządków. Ze wszystkich 
podwórek dochodziły odgłosy trzepania dywanów i chodników, wietrzono pościel. W pierw-
szy dzień Zielonych Świątek po obiedzie wędrowaliśmy do hele- nowskiego lasu, na 
strażacką zabawę, urządzaną przez młodzież z Nowej Wsi. W latach późniejszych grywała 
tam dęta orkiestra, prowadzona przez wąsatego druha — Szymona Szugajewa.

W czasie leśnej zabawy starsi tańczyli na łące, a dla młodzieży

organizowano różne zawody — wyścigi w workach, bieg z jajkiem na łyżce, wdrapywanie 
się na wysoki słup, na szczycie którego umieszczano zegarek. W bufecie były tylko kanapki i 
ciastka, a do picia lemoniada. Dobrze nam tu było.

W Boże Ciało uroczysta procesja odwiedzała ołtarze w Żbiko- wie. Na tę uroczystość 

przychodziła z pruszkowskiej parafii duża grupa wiernych z proboszczem, z chorągwiami* i 
orkiestrą dętą. W pobliżu kościoła, wzdłuż ulicy 3 Maja, ustawiano ołtarze: dziewcząt „z 
bieli", młodzieży męskiej, okolicznych gospodarzy 1 kole- Jarsko-strażacki. Procesja, 
połączona z modłami przy ołtarzach, trwała kilka godzin. Zmęczeni ludzie chronili się przed 
upałem w cieniu przydrożnych drzew.

Ustawione przy parkanach wzdłuż ulicy różne kramy i stragany były oblegane przez tłum 

małych dzieci, ciągnących za sobą zmęczonych upałem ojców, którzy spełniając odpustowe 
marzenia malców, kupowali obwarzanki, długie „różańce" wypieczone z ciasta, tanie 
zabawki, gliniane gwizdawki-koguciki i różne ozdoby dla dziewcząt, kolorowe wstążki i 
sznury szklanych korali. Nieczynna • w czasie procesji karuzela czekała na zakończenie 
nabożeństwa, aby wybuchnąć odpustową muzyką, mającą zachęcać uszczęśliwione dzieci do 
jazdy na drewnianych konikach.

W najbliższą niedzielę podobne uroczystości odbywały się w Pruszkowie. Procesja ze 

Żbikowa, z proboszczem na czele, wędrowała ulicami miasta z rozwiniętymi chorągwiami i 
śpiewaniem religijnych pieśni, aby wziąć udział w modlitwach przy czterech pruszkowskich 
ołtarzach.

Bardzo uroczyście obchodzono święto Wniebowzięcia Matki Boskiej 15 sierpnia. Była to 

zarazem rocznica „cudu nad Wisłą". Pruszkowskim zwyczajem po nabożeństwie wyruszał 

background image

pochód do Kopca Kościuszki, gdzie jak zwykle po złożeniu kwiatów wygłaszano z balkonu 
przemówienia. A po południu w sali „Sokoła" odbywała się akademia.

Rok szkolny rozpoczynał się i kończył nabożeństwem w pruszkowskim kościele. 

Początkowo, przez pierwsze lata nauki, chodziliśmy parami po chodniku, trzymając się za 
ręce, a dopiero później szli tylko starsi uczniowie, maszerując czwórkami, z trudem rów-

background image

nająć krok na wybrukowanej dużymi kamieniami ulicy Bolesława Prusa i na szosie 
warszawskiej. Nauczycielki, idąc chodnikiem, pilnowały porządku, poganiając 
opóźniających się i zwalniających tempo.

.

Choć cmentarze i rodzinne groby odwiedzaliśmy w dniu Wszy-^j stkich Swiętyęh, 

składając kwiaty i paląc światła, to Dzień Zaduszny był także wolny od nauki.

Gdy byłem w harcerstwie, na kilka dni przed Świętem Zmar-j łych wyruszaliśmy do 

Pęcic, na cmentarz żołnierzy poległych w październiku 1914 roku. Już wtedy mówiono nam 
o tragedii pochowanych tutaj Polaków, którzy ginęli za obcą sprawę w szeregach zaborczych 
armii. Porządkując mogiły odczytywaliśmy polskie imiona i i nazwiska, zarówno na grobach 
niemieckich, jak i na prawosławni nych krzyżach żołnierzy rosyjskich. Polak zabijał Polaka 
— jeden walczył za cara Mikołaja i rosyjskie imperium, a drugi — za cesarza Wilhelma i 
Wielkie Niemcy.

Dniem świątecznym był także 11 listopada, rocznica rozbroję*! nia Niemców, 

zakończenia wojny światowej i powstania niepodle*^ głego państwa polskiego. Program 
uroczystości był zawszte taki sam. Nabożeństwo w pruszkowskim kościele, pochód do 
Kopca Kościusa-j ki, a po południu akademia w „Sokole". W tym dniu pochód byl zawsze 
bardzo uroczysty. Maszerowały dzieci ze szkół, harcerze, strażacy w pięknych błyszczących 
hełmach, „strzelcy", „sokoli

1

*! cykliści z rowerami, delegacje ze wszystkich fabryk oraz 

instytucji. Przygrywało kilka orkiestr.

W części artystycznej akademii brała udział młodzież szkolna. I Rumieniące się i 

stremowane koleżanki, które najczęściej marzyły ] skrycie o aktorskiej karierze, mówiły 
patriotyczne wiersze. Profe- I sor Prusak śpiewał głębokim basem: „Tam nie będzie 
gruchania na I wojnie...", a na zakończenie grała sokolska orkiestra kameralna.
HI

Listopad kończyły andrzejki z różnymi wróżbami dziewek I i laniem wosku na pełną 

wody miednicę.

Na mikołajki dostawaliśmy jakieś bardzo tanie prezenty- I Przypominały o tym zwyczaju 

gazety, mówili od kilku dni w radio. | Budząc się znajdowaliśmy pod poduszką podarek. W 
adwencie, gdy |
noce były jeszcze bardzo długie, Matka wychodziła na roraty. Nigdy nie daliśmy się 
namówić na to tak wczesne nabożeństwo, dla którego musielibyśmy poświęcić co najmniej 
godzinę najcenniejszego dla nas porannego snu.

Przed świętami we wszystkich domach, w których były dzieci, zaczynało się robienie 

choinkowych zobawek. To były wieczory pełne pracy i wyczekiwania. Od dawna 
zbieraliśmy wydmuszki, różne bibułki, sreberka od cukierków, kolorowe papierki, słomki i 
kupowane w „bazarku" główki aniołków.

Boże Narodzenie — to gwiazdka i choinka.
Czekaliśmy tylko na te dni, gdyż wiedzieliśmy już, że za nimi było zawsze kilka długich 

miesięcy dokuczliwej zimy, mocno dając się we znaki w czasie naszych codziennych 
wędrówek do szkoły na Papierni.

W przeddzień Wigilii Ojciec przynosił choinkę i oprawiał ją w drewniany stojak, 

ustawiając blisko okna, u daleko od pieca. Wdychając zapach drzewka, stroiliśmy je w nasze 
nie zawsze ładno ozdoby. Święty Mikołaj wędrował na czubek, gdy był wysoko — odległość 
zakrywała pewne niedokładności naszej mozolnej pracy. Nieudolnie zrobiona szopka została 
ustawiona głęboko, na dole choinki — a na grubszych gałęziach zaczepiuliśmy lichtarzyki, 
zakładaliśmy kolorowe łańcuchy i zawieszaliśmy zimne ognie.

Przyjemnie było zasypiać w pokoju pełnym zapachu lasu, widząc przed snem na tle 

jaśniejącego nieba zarysy ustrojonego drzewka.

background image

W wigilijny wieczór siedząc w oknach wypatrywaliśmy pierwszej gwiazdki. Gdy Matka 

zakończyła przygotowania do kolacji, zbliżała się niezapomniana chwila łamania się 
opłatkiem i składania sobie życzeń. Padało wtedy wiele obietnic, że będziemy dużo lepsi, że 
już będzie zupełnie inaczej. Zapalaliśmy świeczki. Obfitość i różnorodność wigilijnej kolacji 
zależała od stunu zdrowia Matki.

Zawsze była zupa grzybowa, jakieś pierożki, smażona ryba i na deser łamańce z masą 

makową. A później śpiewaliśmy kolędy, wróżyliśmy — wyciągając spod obrusa siano — 
zapalaliśmy zimne ognie i nareszcie mogliśmy wydostać ukryte pod choinką gwiazdkowe 
prezenty. Były to najczęściej książki. Tylko raz dostaliśmy coś innego: koce, plecaki, 
menażki i manierki — tak bardzo nam potrzebne nu harcerskie wycieczki połączone 
biwakowaniem. Czas

background image

dzielący nas od wyjścia na pasterkę zajmowało nam próbowanie ciasta oraz przeglądanie 
otrzymanych książek.

A później, dobrze opatuleni, wyruszaliśmy do kościoła. Noc zawsze była ciemna mimo 

gwiaździstego nieba, śnieg jak nigdy chrzęścił pod butami. Przejmujące zimno dokuczało 
nam, dopóki nie rozgrzaliśmy się szybkim marszem. Tradycyjnie już Jurek zabierał na 
pasterkę małą kolejarską lampkę naftową z podkręcanym kno-i tem. Dużo wtedy mieszkało 
w naszej okolicy kolejarzy. W ciemności] widać było wiele takich świateł, zdążających do 
jednego celu. Cie-i szyliśmy się ze spotkania po drodze naszych kolegów, wymienialiil my 
zaproszenia na próbowanie ciasta i śpiewanie kolęd. W kościele było bardzo zimno, ale w 
ogromnym tłoku powietrze nagrzewali się powoli. Chór kościelny śpiewał „Bóg się rodzi..." 
Modliliśmy się za rodziców, za spokój w domu i o to, abyśmy mogli dobrze się uczyć, W 
czasie drogi powrotnej, w ciemnościach*nocy, obserwowaJ łem, jak ubywa wędrujących 
obok nas lampek, coraz to ktoś odchodził do domu, skręcał w swoją ulicę. Gdy powracaliśmy 
do ciepłego mieszkania, było nam naprawdę dobrze. Po herbacie z makowcem kładliśmy się 
do łóżka, wpychając pod poduszki gwiazdko-^ we książki.

Zaczynały się święta. Jeszcze zima nam nie dokuczyła. Jeszcze^ cieszyliśmy się śniegiem 

i pierwszymi ślizgawkami. W parku Bersohna zjeżdżamy na sankach z niewysokiej góry-
lodowni. W przyszłym roku już jej nie będzie. Stawy zostaną zasypane. Zacznie się tutaj 
budować domy. Wędrujemy z kolegami do cichego, jak gdyby śpiącego lasu, w którym 
słychać tylko dalekie krakanie wron i stukanie dzięciołów. A w domu — czytanie książek i 
wieczorne odwiedziny kolegów, którzy przychodzą, nie mogąc doczekać się naszej wizyty. 
Dokładnie czyszczą buty na słomiance, szczotką wycierają śnieg zbity pod zelówkami i już 
możemy siadać do stołu.

Do późnej nocy śpiewamy kolędy.
Pełne lenistwa dni świątecznych ferii poświęcamy na czytanie i książek. Jurek siedzi z 

jednej strony stołu, a ja z drugiej. Odrywa j nas Matka, napędzając do odrabiania lekcji, lub 
gwiżdżący za oknem ■ koledzy, z którymi wybieramy się na górkę w parku Bersohna. Ma- j 
my już sanki, ciągniemy się z Jurkiem na zmianę, od słupa do słupa-

Zbiórek harcerskich w czasie ferii i wakacji nie było.
W tym czasie powstał nasz nowy zwyczaj — sobotnich wizyt w kinie „Lutnia", Zmieniali 

się właściciele, zmieniały się nazwy — pozostawał tylko ciągle ten sam długi, wąski lokal z 
umieszczonymi na podwyższeniu krzesłami pierwszych miejsc i z osobnym wejściem z 
podwórka na miejsca trzecie, najtańsze.

O ile w dość prymitywnym kinoteatrze u „Mechaników" poznaliśmy różne filmy 

krajoznawcze, rysunkowe i bardzo nas rozśmieszające krótkie amerykańskie komedie, a w 
kinematografie „Ergos" podziwialiśmy Rudolfa VaIentino i dramatyczny humor Chaplina, to 
w kinie „Lutnia" królowały filmy z Dzikiego Zachodu. W tym kinie nie mieliśmy żadnych 
znajomości. Za bilet na miejsca najtańsze, tuż przy ekranie, trzeba było płacić 50 groszy.

Bilety na pierwszy sobotni seans kupowaliśmy natychmiast po otworzeniu kasy, gdyż 

filmy kowbojskie cieszyły się dużym powodzeniem. Miejsca nie były numerowane, ale 
sprzedawano ograniczoną liczbę biletów. Później, mając trochę czasu, szliśmy w kierunku 
przystanku niedawno uruchomionej Elektrycznej Kolejki Dojazdowej, aby choć z daleka 
zobaczyć piękne angielskie wagony. Jako dzieci kolejarzy mieliśmy dużą zniżkę na PKP, 
natomiast tutaj bilet powrotny do Warszawy kosztował tyle, ile płaciliśmy za trzy bilety do 
kina „Lutnia", a więc na razie tylko z daleka oglądaliśmy elektryczną kolejkę.

Pod koniec roku szkolnego 1926/27 wypisałem się z biblioteki pana Lisa. Tłumaczyłem 

się wykrętnie, że przez wakacje nie będę czytał, gdyż oczy mnie bolą.

Naprawdę żal mi było rozstawać się z tymi dwoma pokoikami pełnymi książek. Tyle 

dobrego zawdzięczałem staremu bibliotekarzowi. Długo na mnie patrzył. Wierciłem się na 

background image

taborecie. Trochę było mi przykro, że nie mówiłem prawdy. Pamiętam jego spojrzenie znad 
opadających na długi nos okularów. Nie śmiałem powiedzieć, że mam już dosyć 
Kraszewskiego, Sienkiewicza, Przyborow- skiego i Sieroszewskiego. Nie chciałem ciągle 
wracać do Karola Maya i Coopera.

„Biegun" na zbiórkach drużyny czytał nam fragmenty „Kima" i „Księgi dżungli". Bardzo 

nam się to podobało, a pan Lis nie polecał mi takich lektur i w ogóle nie lubił Kiplinga, który 
coraz mocniej splatał się z naszym harcerskim życiem.

Wpływ tych książek na wychowanie harcerskie był tak wielki.

background image

że nawet na kursie zastępowych, gdy nasz bezpośredni przełożony Janek Makowski 
przygotowywał popisy swojej grupy, w czasie których Mowgli-Żabka stojąc na skórze Shere-
Khana śpiewał:
„słuchajcie, jak śpiewam ja, Mowgli, i jakich dokonałem czynów — : niech dżungla cała 
słucha, niech słyszą wolne ludy..."

a wokół tańczyły małpy Bandar-logi, które nie mają pamięci i wystarczy, aby z drzewa spadł 
orzech, a zapominając o wszystkim zanoszą się od śmiechu.

Długo pamiętałem te chwile. Janek wykluczył mnie z pięknego: popisu, gdyż byłem za 

ciężki i zbyt niemrawy, a śpiewać nie umiałem. Patrzyłem z zazdrością, jak tańczą moi 
koledzy. Był wśród nich nawet _Witek, choć jego ojciec, nie wiem dlaczego, nie pozwalał, 
aby zapisał się do drużyny. Tańczyli tworząc duże koło, w którym stał Mowgli. 
Podskakiwali, podrzucając ręce nad głową i śpiewając:
„Na wzgórzu pod palmami tańczyły pawiany dziki tan,
Kręci się wkoło świat pijany wokół wielkich palm.
Pawiany, pawiany, na łów, na łów...

1

' *-

W taki właśnie sposób wpłynął Kipling na moją decyzję zmiany biblioteki. Niedługo 

później na miejsce Kiplinga przesunął się Żeromski, któremu pozostałem wierny przez wiele 
lat, aż do czasu gdy zaczęliśmy czytać Conrada.

Na początku czerwca odbywały się w parku „Sokoła" dwudniowe uroczystości „dnia 

harcerza", połączone z nocowaniem w namiotach i uroczystym ogniskiem, na którym 
popisywała się grupa Janka Makowskiego z kursu zastępowych. Widzów zebrało się j bardzo 
dużo. Zapatrzeni w ognisko, śpiewaliśmy do północy. Później spadł deszcz i popsuł nam całą 
przyjemność biwakowania.

Wakacje spędzaliśmy na helenowskich gliniankach. Każdego f dnia było nas kilkunastu. 

Jeśli tylko dopisywała pogoda, zaraz P° śniadaniu słychać było głośne gwizdanie, którym 
zwoływano nas do wspólnej wędrówki na plażę.

Rozkładaliśmy koce w zacisznym dołku i po długiej kąpie'' opalaliśmy się, czytając 

książki lub grając w karty.

Raz w tygodniu wybieraliśmy się na grzyby do kańskiego lasu.
Ze Stalowej wyruszaliśmy przed świtem, noc już szarzała, bladły gwiazdy i powoli 

zanikała rozpięta nad nami Droga Mleczna. Witek swoim przeraźliwym gwizdaniem budził 
pół ulicy. Gdy byliśmy w Heleno wie, robiło się szaro. Z daleka słychać było szczekanie 
psów, w zagajniku budziły się ptaki. Witek zawsze nas poganiał. Chciał na skraju lasu 
patrzeć na wschodzące słońce. My, wyciągnięci w gęstej trawie, posilaliśmy się w najlepsze, 
gdy on opierał się o stary rozłożysty dąb i patrzył na zasnute mgłą pola nad Mrówką, na 
zabudowania Nowej Wsi, czekając na taką chwilę, gdy zza słomianych strzech zacznie 
wychodzić czerwona tarcza słońca. Gdy siedział obok nas, aby zjeść śniadanie, wspominał 
swoich kolegów z Brooklynu, którzy nigdy w życiu nie zobaczą takiego wschodu słońca. Tak 
było podczas wszystkich naszych wycieczek na grzyby. Koło południa, po długim 
wędrowaniu po lesie, z koszami pełnymi grzybów, spotykaliśmy się na skraju lasu, w pobliżu 
Mrówki,

Zmęczeni długim łażeniem moczymy nogi w małym strumyku, chlapiemy się zimną 

wodą, a później rozciągamy się w cieniu drzew, w pobliżu kwitnącego łubinu. Szybko 
zasypiamy. Pierwszy jak zwykle zrywa się Władek i budzi nas, szukając chętnych do kopania 
małej gumowej piłki, z którą nie rozstaje się od czasu, gdy przestał grać w szmaciankę. Gdy 
zbliża się pora obiadu, wracamy do Pruszkowa. Na polach koło Nowej Wsi obserwujemy 
bawiące się dzieci letników, których coraz więcej w poszukiwaniu świeżego powietrza 
przyjeżdża tu z Warszawy. Odpoczywamy w zagajniku obok pałacu w Helenowie. Dopiero 

background image

tutaj odczuwamy upał letniego dnia. Jest gorąco, parno, pachnie żywicą. Z daleka widać las 
komorow- ski i czerwone -dachy budujących się willi. Tam też mieszkają letnicy, ale ci są 
dużo bogatsi, ich dzieci nie chcą się z nami zadawać. Nigdy nie zapraszają nas do gry w 
siatkówkę.

Skręcamy na helenowskie glinianki, aby spłukać kurz z naszych ciał. W dołku na kocu 

leży Andrzej. Patrzy w niebo i obserwuje loty jaskółek. Pełen zazdrości ogląda nasze zbiory i 
słucha opowieści o tym, jak wschodzi słońce nad Mrówką. Słyszał nocne gwizdanie Witka i 
nasze okrzyki, chciał iść z nami, ale nie zgodzili się rodzice! Wyrośnięty nad wiek, 
najwyższy z nas, ze sterczącymi żebrami, krótko ostrzyżony na jeżyka, uśmiecha się, patrząc 
na nasze stare ubrania i kije w ręku. Wiemy dobrze, że chciałby z nami

background image

wędrować po lesie, niepotrzebnie usprawiedliwia się tak długo. Wskakujemy do wody. 
Płynąc na wyspę byliśmy szczęśliwi, że znowu jesteśmy razem.

W połowie wakacji nuda zaczęła mocno nam dokuczać. Zbióreln harcerskich nie było. 

Codzienne kąpiele i wylegiwanie się na słońcu, szybko się nam znudziły.

Pewnego dnia, widząc pracowników elektrowni zwalających z wozu wzdłuż drogi do 

Helenowa wysokie drewniane słupy — ktoś z nas wpadł na wspaniały pomysł, aby jeden z 
nich wrzucić do glinianki, ale tak, aby nie pozostawić żadnych śladów. Jeśli uda się nam, aby 
nikt nie zauważył zniknięcia słupa, to może zostanie jut w wodzie, a my będziemy mieli 
wspaniałą zabawę pływając na nim dó końca lata.

Odległość glinianek od krzyża, pod którym zwalono kilka słupów, wynosiła około trzystu 

metrów. Pomysł podobał się wszystkim^ W najbliższą sobotę, już przed godziną siódmą, 
stawiło się nas ponad dwudziestu, każdy z mocnym paskiem od spodni. Z ich pomocą 
przenieśli my słup, dokładnie zacierając ślady w miejscach, w których odpoczywaliśmy. 
Wszystko przebiegło nadspodziewanie sprawnie. Witek umiejętnie dyrygował całą akcją. 
Ustalił sposób, w jaki mamy podłożyć paski, połączył nas w pary jednakowego wzrostu — 
wyżsi na początku, a niżsi na końcu — dał znak, kiedy powinniś-; my unieść słup, aby nieść 
go powoli, aż do momentu, kiedy — znowu na jego znak — położymy go ostrożnie na ziemi. 
Andrzej ze względu na wzrost nie miał pary. Zajął się zacieraniem śladów i r|| bił to bardzo 
dobrze.

Zabawy na słupie rozpoczęły się dopiero w niedzielę, gdy drzazgi zmiękły w wodzie i 

straciły swoją ostrość, pozwalając na bezpieczne pływanie siedzącej okrakiem gromadzie 
chłopców. Odbywaliśmy szybkie podróże przez całe glinianki, wspólnie wiosłując rękami. 
Po kilku dniach opanowaliśmy nawet trudną sztukę siedzenia na słupie, w czasie gdy złośliwi 
koledzy nadawali mu ruch obrotowy.

Dopiero po kilku tygodniach, pod koniec wakacji, po doprows- j dzeniu przewodów do 

zabudowań Nowej Wsi, pracownicy elektrowni | rozpoczęli poszukiwania zguby, gdy 
stwierdzono brak jednego słupa. Para koni musiała się bardzo napracować wyciągając go z 
wody. Pomagaliśmy w tej pracy, uśmiechając się dyskretnie, gdy słyszę-
liśmy narzekania na mieszkańców Nowej Wsi, którzy podobno w ten sposób zemścili się na 
elektrowni za to, że nie wynajęto ich do rozwożenia i ustawiania słupów. Nikomu nawet na 
myśl nie przyszło, aby kilkunastoletni chłopcy mogli taki wielki słup wrzucić do odległych o 
kilkaset metrów glinianek.

Codziennie wieczorem spacerowaliśmy po pruszkowskim deptaku — po ulicy 

Kościuszki, spotykając znajomych, od których dowiadywaliśmy się, kto z naszych kolegów i 
koleżanek spędza wakacje w Pruszkowie. Coraz częściej odwiedzaliśmy siedzibę „Sokoła".

Duży park, ogrodzony parkanem z żelaznych prętów na solidnej podmurówce, znajdował 

się w głównym punkcie miasta, przy ulicy Kościuszki, niedaleko stacji. W środku parku stał 
pałac, całkowicie wypalony w czasie działań wojennych w październiku 1014 roku. Gdy w 
dziesięć lat później Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół" wydzierżawiło ten obiekt od księży 
emerytów, przystąpiono do odbudowy budynku, przerabiając równocześnie stary park na 
ośrodek sportowy. Była tu czterystumetrowa bieżnia, boisko lekkoatletyczne ze skocznią i 
rzutniami, betonowy kort tenisowy, boiska do nowych gier: koszykówki i siatkówki. W 
następnych latach urządzono także strzelnicę i wybudowano drugi kort tenisowy — cegłasty. 
W parku rosło wiele starych drzew, a między nimi kilka oliwek. Dla odpoczynku i wygody 
gości ustawiono kilkadziesiąt ławek, wytyczono spacerowe alejki, posadzono kilkaset 
ozdobnych krzewów. Gdy było ciepło, w piaskownicach bawiły się małe dzieci, a po 
południu wielu młodych ludzi grało w różne sportowe gry, odbywały się ćwiczenia 
gimnastyczne i lekkoatletyczne.

background image

A my rozkładaliśmy się na trawie w głębi parku, w cieniu drzew, aby czytać książki, 

odpoczywać po obiedzie lub po prostu porozmawiać ze znajomymi i kolegami. Czasami 
graliśmy w siatkówkę lub próbowaliśmy rzutów do kosza.

Gdy byliśmy starsi, kilku z nas wciągnęło się do pracy w różnych sekcjach „Sokoła", tej 

najliczniejszej organizacji w mieście.

Od wielu już lat w lipcową niedzielę odbywały się w parku „Sokoła" zabawy ogrodowe 

na budowę kościoła. Pogoda prawie zawsze dopisywała. Bilet wstępu kosztował pół złotego.

background image

Dla dzieci i młodzieży był to długo oczekiwany dzień.
Na tarasie przed pałacem, po obu stronach wejścia, rozsiadały się dwie dęte orkiestry — 

strażacka i sokolska. Umundurowani muzycy — z odświętnie błyszczącymi instrumentami i 
z nutami rozstawionymi na pulpitach — wyglądali naprawdę imponująco. Wpatrzeni w 
dyrygenta i w jego pałeczkę, starali się grać głośno i jak najmniej fałszować. Dyrygenci, 
wykorzystując każdą przerwę, kłaniali się znajomym i wymieniali z nimi krótkie uwagi na 
temat zabawy, pogody lub repertuaru.

Wokół pałacu i po zacisznych alejkach wędrował tłum odświętnie ubranych ludzi. 

Wieloletnim zwyczajem na spacerujące dziewczęta rzucano kolorowe confetti lub długie, 
barwne serpentyny,-co w wielu wypadkach było pierwszym publicznym wyznaniem skry-
wanego uczucia.

Na boisku odbywały się zawody sportowe i pokazy gimnastycz-ż ne oraz różne imprezy 

towarzyszące wszystkim ludowym zabawom: strzelnica, w której po pięciu celnych strzałach 
z wiatrówki można było wygrać jakąś piękną lalkę lub wazon, wysoki słup, wysmarowany 
szarym mydłem — na który wdrapywali się amatorzy taniego zegarka, umieszczonego na 
szczycie, różne formy wyścigów: na rękach, w workach, z jajkiem na łyżce. W specjalnie 
ustawionym namiocie dziewczęta przebrane za Cyganki wróżyły z ręki lub z kart. Znajomym 
chłopcom przepowiadały przyszłość, traktując tę zabawę jak najpoważniej, udawały, że ich 
nie znają, że nic o ich życiu nie wiedzą, że wszystko jest wypisane na dłoni. Przez kilka 
tygodni poprzedzających zabawę zbierano wśród parafian różne przedmioty, które miały być 
fantami na loterii. Oznaczone numerami, stały w wielkim namiocie, aby każdy mógł 
zobaczyć, co może wygrać za jednego złotego. Najwięcej było tam różnych staroci, czasami 
nawet bardzo cennych. Oddawano na fanty różne niepotrzebne w domu przedmioty, jakieś 
pamiątki rodzinne, przestawiane z miejsca na miejsce figurki, wazony lub stare lampy. Wiele 
fantów to drób, króliki i gołębie. Był także baran i jako główna wygrana — kwicząca świnia.

Moja rodzina dobrze zapamiętała loterię fantową z roku 1927.
Zbierającym fanty paniom z komitetu oddaliśmy jakąś starą barwną reprodukcję w 

grubych złoconych ramach. Był to zimowy krajobraz z dworkiem i myśliwymi 
powracającymi z polowania.
Tłem był ośnieżony las i zachodzące słońce. Ten obraz dziwnie nie pasował do naszego 
mieszkania i nikt nie pamiętał, jak do nas trafił. Wszyscy mieliśmy go dosyć i nawet 
ucieszyliśmy się, gdy zabrano go na wóz wiozący ofiarowane fanty. Nikt z nas nie przypusz-
czał, że wieczorem, w dzień ogrodowej zabawy, Jurek — śmiejąc się z naszej rozpaczy — 
przyniesie fant do domu. Okazało się, że jedyny kupiony przez niego los miał ten właśnie 
numer. Gdy w następnym roku ponownie ofiarowaliśmy go na loterię, postanowiliśmy nie 
grać, dopóki będzie wisiał w namiocie.

Najwięcej śmiechu było, gdy ktoś wygrał barana lub wieprzka i nie wiedział, jak to 

zwierzę zapędzić do domu i co z nim zrobić.

W bufecie sprzedawano ciastka Gajewskiego, kwasy i oranżady Karpińskiego oraz 

pyszne lody wyrabiane przez panie z komitetu. Późnym popołudniem, gdy zrobiło się trochę 
chłodniej — na korcie tenisowym rozpoczynał się ,.zielony karnawał". W ogromnym tłoku, 
przy dźwiękach orkiestry tanecznej, każdy, kto chciał, tańczył, jak umiał i jak na to pozwalał 
ściśnięty tłum tańczących

Wieczorem zapalano w parku barwne „japońskie" lampiony, nastrojowo oświetlające 

zatłoczone alejki. W ciemne niebo leciały kolorowe, różnokształtne rakiety. Gdy dobrze się 
ściemniło i zakończyły się tańce, na białym płótnie zastępującym ekran, ustawionym na 
wprost kabiny kina „Znicz", wyświetlano film z Dzikiego Zachodu. Dla kilkuset stłoczonych 
w ciemności widzów dobry szeryf bronił prawa i porządku w swoim miasteczku. Niekiedy 
przez pustynie jechał pierwszy pociąg, a wśród kaktusowych zarośli gromadzili się Indianie, 

background image

aby pozabijać białych pasażerów. Strzelano z łuków do parowozu, łapano na lasso komin, z 
którego unosiły się kłęby dymu. Film był niemy. Nie przygrywała żadna orkiestra ani nawet 
pianino. Słychać było tylko głośno odczytywane napisy i komentarze. Cmokano, gdy na 
ekranie całowali się bohaterowie filmu. Ostrzegano: „Uciekaj! Gonią cię!" Zbity tłum 
młodzieży, starsi nie wytrzymaliby takiego nastroju, wytwarzał niepowtarzalną atmosferę ni 
to kina, ni to ludowej zabawy. Jedni udawali, że im zależy na obejrzeniu tego filmu i, tak na 
niby, denerwowali się tym przeszkadzaniem, a inni głośno czytali napisy i od razu wygłaszali 
swoje komentarze, siląc się na liche dowcipy. Byli i tacy chłopcy, którzy na ten wieczór 
czekali przez cały rok, marząc o tym, aby stanąć obok swoich ulubionych koleżanek i skrycie 
patrząc na nie zamiast

background image

na ekran w ten sposób okazywać swoją wielką sympatię, o której wstydzili się głośno mówić. 
Czasami odpowiadało im czułe spojrzenie, ale najczęściej te wszystkie młodzieńcze uczucia 
pozostawały.^ w sferze domysłów, niedopowiedzeń, wyobraźni i marzeń.

Po filmie, a godzina był już późna, dla wielu z nas następowali moment najważniejszy — 

odprowadzanie koleżanek do domu.

Te dziewczęta, które nie mogły liczyć na towarzystwo jakiego^ kolegi — opuszczały 

zabawę dużo wcześniej.

Wobec istniejących przez długi jeszcze czas silnych nienawiści dzielnicowych mało kto 

odprowadzał dziewczynę do innej dzielnicy! wiedząc, że tam może zostać pobity lub .w jakiś 
sposób ośmieszony^ Żbików, Tworki, Józefina, Pruszków — to były główne dzielnice: 
miasta, izolujące się od sąsiadów i w pewnym stopniu żyjące swoim; odrębnym życiem. 
Miasto — utworzone przed dziesięciu laty z sąsiadujących ze sobą osad i wiosek 
administracyjnym zarządzeniem władz niemieckich ||| bardzo wolno stapiało się w jeden 
organizm!
J Rok szkolny jak zwykle rozpoczynał się 1 września. Miałem trzynaście lat i byłem w 
szóstym oddziale szkoły powszechnej. 1 Po kilku tygodniach nauki zapisałem się do 
Biblioteki Miejskiej. Na deklaracji musiałem mieć podpisy Matki i wychowawczyni — pani 
Nurkiewicz.

Była to, być może, jedna z oznak mojego dojrzewania, już nie chciałem, aby ktokolwiek 

decydował za mnie, jaką mam przeczytać książkę, a czego nie powinienem brać do ręki. 
Czytałem dwie—trzy książki tygodniowo.

Z mieszanymi uczuciami przeczytałem wszystkie, jakie były w bibliotece, książki 

Rudyarda Kiplinga. „Stalky i spółka", „Kim", obie „Księgi dżungli" oraz „Puk z Pukowej 
Górki". Mimo że wiedziałem już o przyznanej Kiplingowi Nagrodzie Nobla, daleki byłem od 
zachwytu — jedne opowiadania bardzo mi się podobały, a inne -7- tych było więcej — jakoś 
rozpływały się w .czasie czytania. Nic z nich nie zostało w mojej pamięci. Wydaje mi się, że 
urok tych książek i moja nimi fascynacja polegała na pięknym czytaniu tekstów przez 
Henryka Bieguńskiego „Bieguna".

Po kilku miesiącach zacząłem czytać Żeromskiego „Syzyfowe j

prace", „Uroda życia", „Popioły". Przez dłuższy czas wracałem do jego książek, na co nawet 
zwróciła uwagę, w sposób bardzo ironiczny, jedna z bibliotekarek. W bibliotece poznałem 
szczupłego niedużego chłopca, który zbyt długo przeglądał katalog, na który ja czekałem. 
Poprosił mnie, abym wybrał dla niego jakąś książkę. Powiedział wtedy:

— Jakąś prawdę o życiu!
Doradziłem przeczytanie „Syzyfowych prac". Dość często spotykaliśmy się w bibliotece i 

nieraz z wypożyczonymi książkami spacerowaliśmy po ulicy Sienkiewicza. Mieszkał gdzieś 
za przejazdem „koło Lorenca". Dowiedziałem się, że miał na imię Wacek nazwisko 
wyleciało mi z pamięci — był o rok czy dwa starszy ode mnie, pracował w piekarni. Robił 
strucle i bułeczki, i „miał rękę do tej roboty", jak mówił właściciel piekarni. Rwał się do 
nauki, ale niestety musiał pracować, gdyż z rodziny miał tylko siostrę, której pożycie z 
mężem nie układało się najlepiej. Rodzice zmarli gdzieś na wschodzie. Pracował w nocy, 
choć dla nieletnich taka praca była zakazana. Nie miał wielkiego wyboru, cieszył się, że cho-
ciaż tak się zaczepił, nigdy nie chodził głodny, zarabiał dość dobrze, więc na swoje życie nie 
narzekał zbytnio.

Był to pierwszy znajomy, który nie krył się ze swymi komunistycznymi przekonaniami. 

Początkowo starał się przekonać mnie o słuszności swojej ideologii, ale nie mając zbyt wielu 
poważnych argumentów do dyskusji, zrezygnowaliśmy z rozmów na tematy polityczne. W 
kilka lat później dowiedziałem się, że Wacek został aresztowany za działalność 

background image

komunistyczną i znalazł się w więzieniu z kilkuletnim wyrokiem. Nigdy go już nie 
spotkałem.

W październiku wznowiono rozpoczęty przed wakacjami kurs zastępowych. Dwa razy w 

tygodniu mieliśmy wykłady i ćwiczenia. Gdy dopisywała pogoda, maszerowaliśmy w 
niedzielę do lasu, aby podpatrywać przyrodę. To były moje ulubione harcerskie godziny. 
Niestety, niezbyt liczne. Pewnego dnia stwierdziłem, że dzieje się ze mną coś dziwnego: w 
konkurencji harcerstwo — książka ta ostatnia w sposób wyraźny i zdecydowany zaczęła 
wygrywać. Już nie czekałem z niecierpliwością na dzień harcerskiej zbiórki. Stopniowo, choć 
na razie dość powoli, traciłem zapas energii. Harcerstwo,

background image

tak jak i szkoła, stawało się pewnego rodzaju obowi ązkienf, dla którego niechętnie 
zostawiałem ciekawą książkę.

Zimą spieszyłem się ze szkoły do domu, aby wyciągnąć się na łóżku, trzymać nogi w 

pobliżu rozgrzanego pieca i czytać.

Nie pociągało mnie nawet radio. Jurek, który zawsze był £rzy»i kładnym uczniem, co 

wieczór, po solidnym odrobieniu lekcji, zakład dał słuchawki, przecierał eterem „kryształek", 
platynowym druci-' kiem wyszukiwał najczulsze miejsca i pochylony nad stołem wsłu-l 
chiwał się w radiowy program. Po załatwieniu swoich domowych spraw dołączała do niego 
Matka. Były tylko dwie pary słuchawek. Siedzieli przy stole, na wprost siebie, czasami coś 
półgłosem nucilij głośno wyrażali swój zachwyt lub dzielili się wrażeniami. Czasami^ i ja 
usypiałem w łóżku ze słuchawkami na uszach.

Na naukę nie miałem zbyt wiele czasu. Zadane lekcje odrabiałem w szkole, 

wykorzystując jakieś okazje, przerwy między godzinami lub zostając kilkadziesiąt minut po 
ostatnim dzwonku. Stopnie miałem średnie, a wiadomości, zdobyte, dzięki przeczytanym 
książkom, pozwalały mi zaimponować nie tylko kolegom, ale czasami nawet nauczycielom. 
Zachowując się na lekcjach spokojnie, nie sprawiając nikomu większych trudności ani 
kłopotów, otrzymywali łem promocję do następnego oddziału. Jeśli czekała na mnie w do* 
mu jakaś naprawdę ciekawa książka, to urywałem się z harcerskich zbiórek.

Tylko umówiony gwizd kolegów pod oknami lub na schodach niezmiennie wyciągał 

mnie na ulicę. Zawsze było nas około dziesięciu. Zbieraliśmy się prawie każdego wieczoru, 
chociaż na krótko. Zawsze któryś z nas miał dużo do opowiadania, jakieś wiadomości lub 
szkolne przeżycia. Każdy miał swego ulubionego nauczyciela,; ale miał i takiego, którego 
nienawidził. Czasami mówiliśmy o domu, o rodzicach i sąsiadach, rzadko o swej przyszłości. 
Tyle było tych tematów, tyle opowieści, że każdy wieczór okazywał się za krótki.

Mijała kolejna zima.
Już nie lepiliśmy bałwanów, nie ślizgaliśmy się w rynsztokach ani nie rzucaliśmy 

pigułami w koleżanki, a wędrując ze szkoły po zaśnieżonych łąkach coraz rzadziej 
wspominaliśmy Lolka grena* diera. Nadal w każdą sobotę chodziliśmy do kina „Lutnia". 
Pozo» stawaliśmy wierni naszemu ulubieńcowi, który nazywał się Toru Mix 1 był 
najwspanialszym kowbojem. Staraliśmy się chodzić tak

juk on, szeroko rozstawiając nogi, udawaliśmy, że błyskawicznym ruchem wyciągamy 

pistolety z olster i z wielką nonszalancją wkładaliśmy nasze harcerskie czapki, tak jak gdyby 
to był jego stetson lub sombrero. Później na ekranie kina „Lutnia" zjawili się inni bo-
haterowie. Zaśmiewaliśmy się ż przygód Harolda Lloyda i Bustera Keatona, zachwycały nas 
perypetie Douglasa Fairbanksu w filmie „Złodziej z Bagdadu". Tom Mix niespodziewanie 
szybko odchodził z naszego życia.

Niezmiennie kupowaliśmy bilety na miejsca najtańsze, tuż przy ekranie. Jeśli któremuś z 

naszych kolegów zabrakło pieniędzy, robiliśmy „zrzutkę" tak, abyśmy siedzieli wszyscy 
obok siebie, w jednym rzędzie. „Zrzutka" nie była nigdy traktowana jako pożyczka, była to 
po prostu taka bezzwrotna zapomoga, udzielona przez kolegów, którzy w danej chwili mieli 
więcej, dla tych, którzy nie mieli pieniędzy.

Nasza tradycja odwiedzin kina „Lutnia" wymagała od nas, abyśmy mocno się pchali, gdy 

tylko wysoki i chudy pan Lange otworzy drzwi. Chodziło o to, aby wypchnąć go z przejścia 
na widownię i uniemożliwić kontrolę biletów, a wtedy kilku młodych ludzi, najczęściej nie 
znanych nam, naszych rówieśników — mogło dostać się do kina bez biletów. Niekiedy walka 
z wymyślającym num panem Lange trwała dość długo, nikt nie mógł przecisnąć się przez 
wąskie drzwi, ule zawsze wygrywaliśmy. Odepchnięty bileter w pewnym momencie machał 
ręką i kilku gapowiczów dostawało się na widownię.

background image

Szykowały się wybory do sejmu. Być może przeoczyłbym to wydarzenie, gdyby nie 
propozycja pana Ludwika, abym pomagał w czasie rozdawania na ulicy Sienkiewicza, przed 
lokalem wyborczym w sali „Ergos" — kartek z „jedynką". Była to lista, na której na 
pierwszym miejscu był Marszałek. Kiedy przychodziłem do Witka, wysłuchiwałem narzekań 
jego ojca na endecję i komunistów oraz zapewnienia, że tylko „Dziadek" może wyprowadzić 
Polskę z nędzy i zacofania. Witek, tak jak i ja, odmówił ojcu pomocy podczas 
przedwyborczej agitacji.
Argumenty niedawno poznanego Wacka, że nasz los może ulec poprawie tylko po 
zwycięstwie komunizmu — nie przemawiały do

background image

mnie, gdyż słyszałem opowieści wielu naszych sąsiadów o tym, co przeżyli w Rosji i jak z 
największym trudem udało im się stamtąd wyjechać. Natomiast pan Konstanty, ojciec Janki, 
niezmiennie od lat wierzył, że tylko socjalizm może polepszyć nasze życie, wprowadzany nie 
gwałtownie, rewolucją — lecz powoli, stopniowo. Nit dokonałem żadnego wyboru, po prostu 
nikomu nie pomagałem. W gronie kolegów usunęliśmy z naszych rozmów tematy polityczne 
— i było nam z tym naprawdę dobrze.

W przeddzień imienin Marszałka znowu otrzymałem małą kar* teczkę od pani 

Nurkiewicz. Byłem zwolniony z lekcji i mogłem jechać do Warszawy. Spodziewałem się, że 
tym razem na pewno zobaczę pod Belwederem wiele ciekawych rzeczy. Stojąc, tak jak przed 
rokiem, tuż przy ogrodzeniu Belwederu, znowu liczyłem na to, że „Dziadek" wyjdzie na 
schody powitać swoich gości, ale przez kilka godzin widziałem tylko wystrojonych 
dostojników, wchodzących do pałacyku.

W Alejach Ujazdowskich grały wojskowe orkiestry, a gęsty tłum wokół Belwederu 

wznosił okrzyki na cześć solenizanta lub śpiewał „Pierwszą Brygadę". Oklaskami witaliśmy 
uczestników marszu Sulejówek—Warszawa i różne delegacje.

Następnego dnia, tak jak przed rokiem, o wszystkim musiałem opowiadać w szkole.
Tej wiosny zaczął się krótki okres niedzielnych spacerów do Komorowa z moją sąsiadką 

i rówieśnicą — Janką. Była to miłs t ładna dziewczyna, Szliśmy „żeberkami" do Komorowa, 
starając się iść jak najdalej po jednej szynie. Spacerowaliśmy po lesie, <łu*i chając muzyki 
dolatującej z małej kawiarenki. Zaglądaliśmy ni podwórka różnych willi, podpatrując życie 
innych ludzi.

Nadchodziły lata, gdy coraz silniej narastało w nas pragnienia stałych kontaktów z 

rówieśnikami o podobnych charakterach, o zbl>' źonych zamiłowaniach i zainteresowaniach. 
Zaczęliśmy szukać tak j bardzo nam potrzebnego mocnego oparcia nie w rodzinach, tyli" w 
naszych najbliższych kolegach, wśród przyjaciół. Nie wiem ®| kładnie, w jakich 
okolicznościach powstawała nasza „paka". Mie^* kaltśmy w najbliższym sąsiedztwie, w 
jednej dzielnicy. Może zliczyło nas zamiłowanie do oglądania filmów? Pamiętam, że H

w kinoteatrze u „Mechaników" siadaliśmy razem, aby wysłuchiwać wyjaśnień ś opowieści 
Witka. Zbliżyły nas wspólnie wypożyczane i czytane książki pana Lisa, a także wędrówki po 
okolicy.

Różniliśmy się bardzo, Charakterami, przyzwyczajeniami, usposobieniem i zdolnościami. 

W zależności od zamiłowań i zamożności rodziców wybieraliśmy się do różnych szkół, ale 
chcieliśmy nadal spotykać się wieczorami i gadać o tym wszystkim, co nas bolało lub 
cieszyło.

Nasze koleżeństwo zaczęło się powoli przeobrażać w przyjaźń, która, z małymi 

wyjątkami, przetrwała przez wiele lat.

My — jak nam się wtedy wydawało — najwierniejsi przyjaciele, byliśmy zbieraniną z 

całego świata. Tylko ja mogłem się pochwalić urodzeniem w Proszowic, i to w domu przy 
Stalowej. Andrzej, Marian, Władek i Zygmunt przeprowadzili się do nas na początku lat 
dwudziestych z Warszawy,

Genek i Staszek powrócili » objętej rewolucją Rosji i przez wiele lat panicznie bali się 

strzelaniny, a o bratobójczych walkach mówili z przerażeniem,

Witek i Olek przyjechali z Ameryki.
Witek znał dobrze angielski, bo wychowywał się w Brooklynie, a Olek spędził wiele lat 

w Chicago, gdzie mieszkało tak dużo Polaków jak w Warszawie i nie potrzebował uczyć się 
poza polskim żadnego języka.
• Zygmunt od małego dziecka miał wielkie zdolności do mechaniki. Wszystko potrafił 
naprawić. Jako pierwszy zaczął pracować, a właściwie praktykować. Przed końcem roku 

background image

szkolnego i w czasie wakacji 1028 roku odwiedzaliśmy go codziennie na łące nad Utratą, 
gdzie niedaleko domku, w którym była łaźnia, urządzono „welodrom". Była to reklamowana 
dużymi afiszami rozklejonymi po całym mieście wypożyczalnia rowerów i szkoła jazdy. Pod 
okiem instruktora, a zarazem właściciela tego przedsiębiorstwa, posiadającego jako cały 
majątek dziesięć starych, mocno zużytych rowerów — można było nauczyć się jeździć. Pół 
godziny takiej jazdy, a dłużej nikt nie wytrzymał, kosztowało pół złotego. Amatorzy jazdy 
nieraz musHi długo czekać na swoją kolejkę, gdyż chętnych do nauki było dużo. Na 
niewielkim ogrodzonym placu jeździło w kółko dziesięć osób, które często przewracały się, 
wpadały na siebie, obijając się dotkliwie.
l)»

background image

Instruktor, a zarazem właściciel, za osobną opłatą jednej zło*J tówki, uczył jazdy, trzymając 
z tyłu za siodełko i komenderujący „Mocniej naciskać pedały! Patrzeć przed siebie!" Nie 
wiadomo kie^ dy uczeń, przestrzegając tych zasad, opanowywał trudną sztukę utrzymania się 
na dwóch ruchomych kółkach. Stare i zniszczona rowery psuły się bardzo często. W czasie 
nauki nie cackano się j z nimi. Niekiedy po kilka osób wpadało na siebie i tworzyło się-;? 
kłębowisko rowerów i usiłujących podnieść się z ziemi-ludzi. Zyg-1 munt reperował, a 
właściwie pomagał reperować rowery, Było to dla.i niego duże wyróżnienie. Kilka razy 
odwiedzaliśmy go przy tej pracy.| Pomagaliśmy ustawiać rowery do góry kołami, kręciliśmy 
przekłada nią> gdy „centrował" koła, uczyliśmy się nazw wszystkich części! roweru.

Gdy ktoś z nas miał pół złotego, to przy pomocy Zygmunta uczył się jeździć. Nauka szła 

nam dobrze i po pewnym czasie kierowaliśmy jedną ręką, a nawet — przez krótką chwilę — 
udawało] się nam jechać bez trzymania kierownicy.

W drugiej połowie lat dwudziestych byliśmy —| dziewięciu^ chłopców z naszej dzielnicy 

— stałą i na razie, niezmienną częścią naszej „paki". Później na miejsce jednych przychodzili 
inni, A kiedy do nadbudowanej, wyposażonej w wygody części domu numer 23 — 
należącego przed laty do Garbarczyka — wprowadził się z rodziną Jurek Goldsztein, którego 
dla eleganckiego ubrania i nienagannych manier nazywaliśmy „Hrabią", do jego rodziców — 
urzędników pracujących gdzieś w Warszawie — zjeżdżali się w sobotnie popołudnia 
znajomi, aby do późnych godzin nocnych grać w brydża. Przychodził ,z domu przy 
Ołówkowej 27 elegancki rotmistrz Koliiv ski, imponujący nam swoją sztywną wojskową 
postawą i różowy^ otokiem na rogatywce. A gdy wieczorem stała przed domem bryczka, a 
na koźle drzemał woźnica, było to znakiem, że do gry zasiadł; dziedzic z pobliskiego majątku 
w Mosznach. „Hrabia" — już po kil-1 ku miesiącach pobytu na ulicy Stalowej stał Się 
naszym nieodłącznym kolegą.

W tym czasie sport zaczynał stawać się cząstką naszego życia
W ciepłe wieczory przez kilka godzin graliśmy w siatkówkę |g w koszykówkę.

Andrzej ustawiał na boisku lekkoatletycznym stojak i ćwiczył skok wzwyż. Był wysoki i 

miał długie nogi. Za słaby do gry w koszykówkę — wybrał skoki. Był jeszcze za młody na 
osiąganie dobrych wyników, ale już pilnie słuchał trenera, który tłumaczył mu, jak trudno 
skoczkowi ustalić najlepszy punkt odbicia od deski. Trzeba odbić, się jak najmocniej, 
wyskoczyć jak najwyżej i nie zapomnieć o rzuceniu nóg do góry. Ile godzin musiał Andrzej 
ustalać każdy krok dobiegu, właściwe miejsce odbicia? Podziwialiśmy jego ogromną 
cierpliwość.

Rokrocznie odbywały się mistrzostwa Pruszkowa w lekkoatletyce. Brało w nich udział 

kilkudziesięciu młodych ludzi z miejscowych klubów. W takie dni byliśmy w parku „Sokoła" 
od sobotniego popołudnia aż do niedzielnego wieczoru, śledząc wszystkie konkurencje i 
ęklaskując zwycięzców.

Gdy afisze zawiadamiały o wyścigu kolarskim na 100 kilometrów, czekaliśmy na ulicy 

Bolesława Prusa przez kilka godzin, od startu aż do powrotu kolarzy, którzy w Błoniu mieli 
półmetek.

Rodzili się nowi bohaterowie — najlepsi kolarze, skoczkowie, biegacze. Znali ich 

wszyscy w Pruszkowie. Pokazywano ich z daleka.

Stopniowo i bardzo powoli zmieniało się nasze życie na lepsze i ciekawsze. Zmiany te 

przynosiła nie tylko szkoła i harcerstwo — ciągle zmieniało się nasze otoczenie.

Na ulicach przybyło lamp elektrycznych i coraz jaśniej oświetlano pełne towarów 

wystawy sklepowe. Przystąpiono do robienia porządków.na Stalowej. Ułożono nowe 
chodniki i nareszcie zrobiono dobre rynsztoki. Jezdnię przygotowano do położenia bruku, 

background image

wysypując kilkadziesiąt wozów żużlu spod pieców elektrowni i równo go ubijając walcem 
drogowym. Od razu uniemożliwiło to .małym dzieciom chodzenie boso.

Na dachach przybywało anten radiowych. „Wielki świat" przybliżył się gwałtownie. 

Codziennie czekaliśmy na wiadomości radiowe, w niedzielę słuchaliśmy transmisji 
nabożeństwa, różnych uroczystości oraz zawodów sportowych i meczów piłkarskich. Z ra-
diowych opowieści podróżników poznawaliśmy dalekie kraje, a dzięki specjalnym audycjom 
zaczęliśmy odkrywać wielki, a dotychczas prawie nie znany świat muzyki.

background image

Z szeroko otwartych okien słyszeliśmy zbyt głośno nadawane audycje z pierwszych 

lampowych odbiorników. Były to metalowe skrzynki, z kilkoma pokrętłami i osobno 
stojącym głośnikiem w kształcie tuby gramofonowej. Pozwalało to słuchać audycji ra-
diowych bez słuchawek.

W końcu maja dwie klasy — Jurka i nasza — pojechały na szkolną wycieczkę do 

Krakowa, Zakopanego i źródeł Wisły. Powróa ciliśmy po tygodniu tak naładowani 
wrażeniami, że nie umieliśmy! tego opowiedzieć ani rodzicom, ani kolegom. Wawel, 
Wieliczka, Gie-| wont — to były niezapomniane przeżycia. Byliśmy zachwyceni pięk-.i nem 
naszej Polski.

3 czerwca odbył się w Pruszkowie plebiscyt antyalkoholowym Grupa idealistów, 

spotykając na ulicach naszego miasta zbyt dużo| pijaków, pod wpływem ludzi, którzy 
przyjechali z USA, gdzie wpro-i wadzono prohibicję, myślała, że wydaniem ustawy uda się 
powstrzy-J mać alkoholizm. Mimo wielu wysiłków propagandowych zaintereso<| wanie było 
niewielkie, ale za to ci, którzy głosowali, zdecydowała o wprowadzeniu od nowego roku 
zakazu sprzedaży alkoholu. Tylko nieliczne warszawskie gazety potraktowały poważnie ten 
ekspery-1 ment — większość od razu ośmieszyła go.

Nie wiadomo kiedy nadszedł koniec roku szkolnego. Ukończy- i łem sześć oddziałów 

szkoły powszechnej. Mój brat Jurek, Witek, Olek i Zygmunt ukończyli siedmioklasową 
szkołę i rozpoczęli dalszą| naukę w szkołach średnich-

Niewiele zostało wspomnień z trzyletniego pobytu w szkole na Papierni. Nazwiska kilku 

nauczycieli i kilku kolegów. Zapomniał- I bym, jak wyglądali, gdyby nie jedyne zdjęcie 
naszej klasy, jakie ocalało u mnie po blisko sześćdziesięciu latach.

Na podłodze w naszej klasie rozsiadło się dziewięciu moich krótko ostrzyżonych 

kolegów. Buty mają sznurowane, z cholewkami i zasłaniającymi kostki. Prawie wszyscy 
noszą marynarki zapięte pod szyją. Czarne pończochy nikną gdzieś w spodenkach 
dochodzących., do kolan. Skrzyżowane po napoleońsku ręce oparli o sterczące kolana i z 
zaciekawieniem wpatrują się w fotografa.

To wielkie szczęście, że nie wiedzieli, co ich czeka w późniejszym życiu.
W następnym rzędzie siedzi dziewięć dziewcząt, a pomiędzy nimi bardzo już stara 

kierowniczka szkoły pani Jasiewicz i nasza pani Franciszka Nurkiewicz, otulona w ażurowy 
szal. Nad nimi ustawił się rząd dziesięciu wyrośniętych koleżanek i dwóch, stojących z boku 
najwyższych w klasie kolegów. Niektóre z dziewcząt są w wyraźny sposób czymś 
rozbawione, a inne zamyślone. Jest jedna lizusowsko wpatrzona w naszą panią. Najwyżej, na 
stołkach lub krzesełkach, stanęła ósemka chłopców, a wśród nich Mietek i „Dziunia" — 
obydwaj w krawatach — oraz ja, ponuro patrzący spod opuszczonego czoła.

Wpatrzony w te twarze, pamiętając większość kolegów, nie mogę przypomnieć sobie 

imion ani nazwisk dziewcząt. Tak całkowicie rozpłynęły się w mojej pamięci.

Zapamiętałem za to budynek szkolny. Wielkie reprezentacyjne schody, przez które 

wchodziliśmy tylko w dni świąteczne, na rozpoczęcie i na zakończenie roku szkolnego, a z 
drugiej strony wejście zapasowe, małe drzwi, wycieraczka do butów i wąski korytarz.

Na obszernym boisku w czasie dużej przerwy graliśmy w dwa ognie, goniliśmy się w 

berka, rzucaliśmy w siebie kasztanami, żołędziami lub śnieżnymi pigułami. Biegaliśmy aż do 
pierwszych zabudowań wsi Bąki, bawiąc się w złodziei i policjantów. Za grubymi drzewami 
czailiśmy się, aby zaskoczyć koleżanki zapytaniem o „zielone".

Rok szkolny zakończył się nabożeństwem. Pamiętam powrót z kościoła do szkoły. Dzień 

był słoneczny, bardzo upalny. Zmęczeni chłopcy pociągali nogami, wzbijając tumany kurzu. 
„Podnoście wyżej nogi!" — krzyczały nauczycielki.

Zboże było już wysokie, w sadach dojrzewały czereśnie. Czułem, że jest to moje 

pożegnanie ze szkołą na Papierni.

background image

W ciągu ostatnich lat nauki w sposób wyraźny zaczynałem oddalać się od szkoły. Tylko 

to stawało się dla mnie ważne, co było poza szkołą: najpierw harcerstwo, a teraz książki, 
sport, kino i koledzy.

Do szkoły na Papierni już nie poszedłem. Nie wiem, dlaczego nie pożegnałem się z panią 

Nurkiewicz, która mimo wszystko bardzo mnie lubiła i z tej sympatii tolerowała moje 
lenistwo.

Jeszcze po latach dopytywała się o moje losy.
Choć powinienem pozostać w szkole powszechnej — „kolejo

background image

wej" — jeszcze przez rok, aby ukończyć siedem oddziałów, za namową Dzidka, mego 
sąsiada z naprzeciwka, zapisałem się do warszawskiego gimnazjum Zgromadzenia Kupców, 
przy ulicy Prostej 8/10, aby razem z nim chodzić do jednej klasy.

W gimnazjum musiałem zdawać egzamin sprawdzający. Mało miałem wiadomości z 

matematyki i języka francuskiego, natomiast dobrze odpowiadałem z historii oraz z literatury 
polskiej. Egzamin był ustny. Długo kiwano głowami nad niskim poziomem nauki w 
pruszkowskich szkołach powszechnych, na koniec uwierzono mi, gdy zapewniałem, że będę 
się starał uzupełnić wszystkie braki i że jakoś dam sobie radę.

Przyjęty do gimnazjum, wakacje miałem wspaniałe. Żadnych obowiązków. Budziłem 

podziw i trochę zazdrości u niektórych kolegów, że mam chodzić do tak dobrej warszawskiej 
szkoły.

Pogoda nie była najlepsza. Jak co roku zbieraliśmy jagody i grzyby w kańskim lesie, a 

gdy były dni słoneczne, kąpaliśmy się i odwróceni plecami do słońca — czytaliśmy książki. 
Przez całe dnie byliśmy z kolegami. Wieczorami, po kilku setach siatkówki, długo 
spacerowaliśmy na trasie od końca Stalowej aż do Bolesława Prusa.

Po zakończeniu z dobrym wynikiem kursu zastępowych przydzielono mnie do zastępu 

„Jeleni". Było to siedmiu chłopców, z którymi nie udało mi się nawiązać właściwego 
kontaktu. Może oni zbyt wiele ode mnie wymagali albo ja nie nadawałem się do pełnienia tej 
funkcji. Ponadto zaczynała mnie trochę śmieszyć karność, wydawanie rozkazów, żołnierskie 
maniery. Okazywało się, że nie miałem instynktu wodza. Powoli traciłem wiarę w słuszność 
tego, co miałem robić. Nie udawało mi się to, co tak świetnie wychodziło Andrzejowi, gdy 
prowadził zastęp „Lisków". Chłopcy poszliby za nim w ogień, a na zbiórki przylatywali o pół 
godziny wcześniej. Zazdrościłem Andrzejowi umiejętności rozmawiania ze swoim zastę 
pem, a kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że nie dam rady z „Ja leniami", przekazałem zastęp 
komuś innemu, wbrew radom „Ka mienia" i „Bieguna", którzy na pewno przeceniali moje 
umiejęt ności. Na jesieni rozstałem się z drużyną, tłumacząc się brakiem czasu i nadmiarem 
zajęć w nowej szkole.

Nie rozumiałem i do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak od razu

Hi
straciłem* serce do zbiórek, do wycieczek i do harcerskiego sposobu życia, choć nadal nie 
pociągały mnie papierosy i nie zamierzałem pić nawet wina.

Po pewnym czasie rozstała się z harcerstwem cała grupa moich rówieśników. Może była 

to oznaka dorastania.

Rodzice przekazali nam wychowanie moralne, takie, jakie sami wynieśli ze swoich 

domów. Wiedzę ogólną dawała szkoła. Od kolegów pochodzących z inteligenckich domów 
przejmowaliśmy sposób bycia, zachowania się i nawet ubierania. Harcerstwu zawdzię-
czaliśmy bardzo dużo. Uczyło nas umiłowania przyrody, patriotyzmu, wypełniania 
obowiązków trudnej sztuki współżycia z otoczeniem. Wskazując pewien ideał'— starano się 
usuwać nasze wady. Wielu moich harcerskich kolegów pozostało, na zawsze niezawodnymi 
przyjaciółmi.

Szybko jak nigdy mijały te beztroskie wakacje. Kończyło się także nasze dzieciństwo.
W ciągu najbliższych trzech lat wszyscy moi rówieśnicy ukończą szkoły powszechne.
Pusto się zrobiło wokół nielicznych już gołębników w naszej dzielnicy. Coraz mniej 

kręciło się tam młodocianych pomocników. Nikt już nie przejmował się przygodami gołębi 
ani historią łapania „obcych". -.

Każdego roku przybywało uczniów i uczennic w tłumie ludzi odjeżdżających porannym 

pociągiem do Warszawy. Coraz więcej rodziców zdawało sobie sprawę z konieczności 
kształcenia dzieci. W licznych rodzinach odmawiano sobie najpotrzebniejszych nieraz 
rzeczy, aby tylko dzieci mogły się uczyć. Nie kupowano mebli, nie szukano wygodniejszych 

background image

mieszkań, często rezygnowano nawet z nowego ; ubrania, aby tylko dziecko miało potrzebne 
książki, pomoce szkolne i mundurek, a w domu trochę spokoju do odrabiania lekcji.

Przybywało młodzieży w szkołach zawodowych, technicznych i w gimnazjach, a 

niedługo później doszło do tego, że czapka wyższej uczelni nie budziła już na Stalowej 
żadnej sensacji. Wśród żołnierzy przyjeżdżających na świąteczne urlopy coraz częściej 
spoty-

background image

I kało się tych, którzy po ukończeniu szkoły średniej dostawali się do szkół podchorążych.

Nadal zmieniała się ulica Stalowa. Nie było już wolnych mieszkań, zajęto nawet te 

najskromniejsze, na facjatach lub w suterenach. Ludzie, zapominając o ciężkich 
powojennych latach, zaczynali dbać nie tylko o wygody, ale i o wygląd zarówno całej rodzi-
ny, jak i mieszkań. Kupowano nowe meble. W czystych oknach usta-, wiano kwiaty, zjawiały 
się coraz modniejsze kaktusy. Z odmalowanych balkonów naszej dzielnicy usunięto 
niepotrzebne rupiecie i ustawiano skrzynki z kwiatami. Nasi sąsiedzi wyglądali już inaczej,] 
byli staranniej ubrani, czyści, a mężczyźni golili się codziennie. Zapomniano o bosonogich 
dzieciakach hasających przed laty po ulicy i podwórkach.

Zmieniał się cały Pruszków. Na miejscu zapadających się drewniaków stawiano 

kamienice. W parku Bersohna rozebrano górę-lo- downię, z której zjeżdżaliśmy na sankach. 
Zasypano kilka stawów,J a park podzielono na działki budowlane, na których wznoszono do-
my czynszowe i wille.

Z ulic Sienkiewicza i Kościuszki zniknął szeroki rów kanaliza-

cyjny pełen przykrych 

zapachów. Nieczystości spływały do Utraty rurami kanalizacyjnymi, które zasypano ziemią, 
układając na wierzchu chodniki i jezdnię wyłożoną „kocimi łbami". Przy tej oka- "j zji 
zlikwidowano żelazne bariery umieszczone nad rowem. Nie mieliśmy gdzie siadać czekając 
na wiecznie spóźniających się kole-J gów — Andrzeja i Władka.

Rozebrano także dużą lodownię, stojącą na placyku przed dwór-] cem, odsłaniając widok 

na fabrykę ołówków.

Na miejscu zajezdni tramwajowej był teraz skład materiałów..; opałowych i nie wiem 

nawet, kiedy zabrano na złom dwa pamiąt-. kowe dla nas wagony.

Pod koniec sierpnia rozpoczęliśmy przygotowania do nauki I w szkołach średnich. Do tej 

pory każdy nowy rok szkolny przynosił I konieczność kupienia książek i różnych pomocy, a 
teraz miały jesz- I cze dojść wydatki na kupno mundurków i palt. Wykształcenie sy- 1 nów 
było największym pragnieniem moich rodziców. Byli gotowi j do wielkich poświęceń, aby 
ten cel zrealizować. Wobec tego, że I
PKP płaciła za naukę dzieci swoich pracowników, mieliśmy możność uczenia się w 
najdroższych szkołach prywatnych. Jednakże zapisując dziecko do „dobrej" szkoły, należało 
dobrze je ubrać — a to kosztowało dość drogo. W mojej rodzinie, gdzie od razu dwóch 
synów rozpoczynało naukę, odczuwano to szczególnie mocno.

Obowiązkowy strój ucznia stanowił granatowy mundurek z kolorowymi patkami na 

kołnierzu. U mnie zielonymi, u Jurka żółtymi, u Witka granatowymi, a u Olka czerwonymi. 
Do tego powinien być granatowy albo czarny krawat oraz szerokie spodnie zapinane pod 
kolanami — tzw. pumpy — takie same, w jakich niegdyś Witek przyjechał z Ameryki, a 
które teraz stawały się modne i u nas. Ubranie ucznia uzupełniały czarne pantofle i wzorzyste 
podkola- nówki oraz czapka — dla każdej szkoły inna, ustrojona znaczkiem.

Najpierw staraliśmy się o jak najszybsze skompletowanie naszego umundurowania, a 

później, po kilku tygodniach, przekonaliśmy się, ile niedogodności niesie ze sobą ten 
uczniowski strój. Nawet nie to było najgorsze, że od umundurowanego ucznia żądano wzoro-
wego zachowania i każda nasza swobodna lub zbyt głośna rozmowa w pociągu, w kinie lub 
na ulicy kończyła się zwróceniem uwagi przez jakąś nie znaną nam osobę — ale szybko 
okazało się, że po jednym meczu koszykówki na szkolnym boisku spodnie były strasznie 
zakurzone, trudne do oczyszczenia, a upadek na pełnym żwiru boisku groził dziurą na 
kolanie. Natomiast pończochy miały tajemniczą dla mnie skłonność do gwałtownego 
przecierania się i prawie codziennie wracałem do domu z dziurą na pięcie. Bardzo się tego 
wstydziłem i starałem się nigdy nie wyprzedzać żadnej znajomej lub nieznajomej koleżanki. 
Po kilku tygodniach, gdy jeszcze było ciepło, powróciłem do harcerskiego mundurka i 
zakładałem trampki, w których cholewki zakrywały kompromitujące mnie pięty.

background image

Czapki szkolne nosiliśmy tylko przez kilka pierwszych tygodni. Mieliśmy już dosyć ciągłych 
uwag nieznajomych przechodniów. Po pewnym czasie prawie wszyscy chodziliśmy w 
cyklistówkach. Były płaskie, a więc dobre do ukrycia w teczce. Dopiero w pobliżu szkoły 
stroiliśmy głowy w „służbowe" nakrycia, choć muszę przyznać, że nikt w szkole nie 
kontrolował sposobu naszego ubierania się, a włożenia mundurka żądano tylko podczas 
udziału szkoły w różnego
rodzaju uroczystościach połączonych z przemarszem ulicami.
*

background image

Rok szkolny rozpoczął się w sobotę 1 września nabożeństwami ■ w kościołach.
Na dworcu w Pruszkowie zgromadziło się niespodziewanie dużo odświętnie ubranej 
młodzieży. Było nas kilkudziesięciu z całego

-miasta. Na razie trzymaliśmy się w gronie 

najbliższych: Jurek —. z Giżyckiego, Witek z Reja, Olek z I Miejskiego, Julek Mazur ki e^ 
wicz z Lelewela, Heniek Kaleta z technicznej kolejowej oraz Janek Kiffer z seminarium 
nauczycielskiego. Ci dwaj ostatni byli kolegami Jurka, ale razem z nami opalali się i pływali 
na gliniankach,; W oczekiwaniu na pociąg witaliśmy się, ucieszeni tym powakacyj-^ nym 
spotkaniem. Nasi znajomi przedstawiali nam nieznajomych, tak że przed nadejściem pociągu 
poznałem już prawie wszystkich. Osób*- no, w innym miejscu peronu, stała duża grupa 
dziewcząt, uczennic warszawskich szkół.

Gdy nadjechał nasz pociąg, w wagonie dla uczniów panował ogromny tłok, ale jadąc po 

raz pierwszy do szkoły chcieliśmy wykorzystać przysługujący nam przywilej podróży w 
zarezerwowanych przedziałach. Na warszawskim dworcu rozstałem się z kolega-, mi. Każdy 
z nas wędrował do innego kościoła.'

Msza dla uczniów naszego gimnazjum odbywała się w kaplicy na Moniuszki. Nie było 

Dzidka, nie znałem tam nikogo. Po nabożeństwie powróciłem do Pruszkowa.

Jak zwykle przed wieczorem spotkaliśmy się na ulicy Kościuszki, aby do późnej nocy 

spacerować po alejkach parku „Sokoła". Zapamiętałem, że w ten ciepły wieczór.nikt z nas 
nie pochylił się po kij leżący obok dróżki, aby-rzucać nim w duże, dojrzewające kasztany. Po 
raz pierwszy zrozumieliśmy, że już nie wypada nam za- i bawiać się strącaniem kasztanów i 
wycinaniem z nich różnych za- i bawek. Spacerując powoli i dostojnie, mówiliśmy o planach 
i zamierzeniach, dzieliliśmy się naszymi wrażeniami z pierwszego spotkania z nowymi, 
jeszcze mało znanymi kolegami. Wydawało m nam, że osiągnęliśmy już tak wiele. Wszystko 
co dobre i ciekawe || I było przed nami. Mieliśmy otwarte drzwi do wielkiej i wspaniałej I 
przyszłości

W poniedziałek 3 września, przed siódmą, z ołówkiem w kie* szeni i z zeszytem w ręku, 

znowu spotkaliśmy się przed dworce®
wg

Na peron wychodziło się okazując w przejściu dokładnie sprawdzany bilet. My, dzieci 
kolejarzy, otrzymywaliśmy bezpłatne bilety roczne. Dla wygody pasażerów było wtedy i 
drugie wejście, z budką biletera, na wprost wysypanej żużlem i miałem węglowym „czarnej 
drogi", prowadzącej wzdłuż torów kolejowych na Żbików. Aby z peronu przed dworcem 
dostać się na dwa pozostałe perony, należało przejść przez tory, rozglądając się, czy nie 
nadjeżdża jakiś pociąg, widoczny już z daleka, gdyż mocno zużyte parowozy bardzo dymiły i 
wypuszczały ogromne ilości pary.

Mieliśmy .wtedy do dyspozycji trzy pociągi przyjeżdżające przed ósmą do Warszawy. 

Aby nie spóźnić się do szkoły, musiałem jeździć tymi wcześniejszymi. Przyjeżdżając 
pociągiem z Grodziska, mniej zatłoczonym, miałem dość dużo czasu i mogłem iść wolno, 
rozglądając się po warszawskich ulicach. Wybierając późniejszy pociąg, ze Skierniewic, 
wsiadałem do tramwaju na Złotej i szybko dojeżdżałem do skrzyżowania Żelaznej z Prostą. 
Jurek musiał wyjeżdżać pół godziny wcześniej, gdyż gimnazjum Giżyckiego było dość dale-
ko, na Mokotowie, w pięknym parku, nazwanym Królikarnią.

Pociąg, którym jeździliśmy do Warszawy, składał się z około dziesięciu krótkich i bardzo 

już przestarzałych wagonów, zakończonych odkrytymi pomostami, połączonych ze sobą 
przejściem, zabezpieczonym łańcuchami. Wewnętrz wagonów przechodziło się pomiędzy 
dwoma szeregami ławek.

background image

Niektóre pociągi składały się z innego typu wagonów, dziesię- cioprzedziałowych. Do 

każdego przedziału było osobne wejście z drewnianych stopni, ciągnących się wzdłuż 
wagonu. Te liczące już około pięćdziesięciu lat dwuosiowe wagony — spadek po państwach 
zaborczych — przy szybkiej jeździe hałasowały i trzęsły się niemiłosiernie. Czteroosiowe 
wagony, nazywane pulmanami, spotykało się tylko w pociągach pospiesznych.

W zimie podłączano do pociągu specjalny wagon ogrzewczy. Oświetlenie było gazowe, z 

butli umieszczonej pod wagonem O zmroku konduktor przychodził do wszystkich 
przedziałów, otwierał wiszącą pod sufitem lampę i podpalał „koszulki", do których był 
doprowadzany gaz świetlny.

W kilka lat później odjeżdżaliśmy do Warszawy punktualnie o siódmej. Był to stojący na 

trzecim torze pociąg miejscowy, do którego mogliśmy wsiadać natychmiast po podstawieniu, 
czyli na kilka

background image

naście minut przed odjazdem. Kto z nas przyszedł wcześniej, zajmo-ll wał miejsce przy 
oknie, skąd mógł obserwować śpieszących się kolegów i koleżanki. Szybko utarło się, że 
zajmowaliśmy jeden prze* a dział w wagonie dla uczniów. Sąsiedni wagon był przeznaczony 
dla | uczennic. Od początku walczyliśmy o najlepsze miejsce, tuż przyj oknie. 
Przepychaliśmy się ustawicznie i coraz to któryś z nas wy-1 latywał z ławki, aby za chwilę 
wciskać się pomiędzy siedzących* i walczyć o nowe miejsce dla siebie. Czas podróży mijał 
nam bar- i dzo szybko. Słuchaliśmy różnych dowcipów, próbowaliśmy śpiewa&M jakieś 
modne przeboje lub wojskowe piosenki. Czasami naprawdę^ nie wiadomo dlaczego ktoś 
zaczynał bitwę na teczki: łapał z półkijl pierwszą lepszą teczkę i tłukł w głowę tego, kto był 
najbliżej. Od • razu szły w ruch i inne teczki, cały przedział zaczynał szaleć, okrzy-3 kami 
dodając sobie chęci do dalszej walki.

Pewnego dnia w czasie takiego „teczko-głowo-bicia" ktoś nie- 'A spodziewanie wrzasnął 

przeraźliwie i złapał się za głowę. Od razu,:^ można było palcami wyczuć pomiędzy jego 
włosami szybko rosnącą 1 opuchliznę. Okazało się, że jeden z naszych kolegów woził w 
teczce i ciężkie, żelazne karbówki, . używane do układania na gorąco fal na 1 kobiecych 
głowach. Ucząc się w wieczorowej szkole, od rana pra- Ą cował w jakimś zakładzie 
fryzjerskim. Tego dnia wesoła i bardzo |J krzykliwa zabawa zakończyła się nie tylko guzem 
na głowie jedne-|| go z nas, ale i odejściem z naszego grona owego kolegi — ucznia |1 
fryzjerskiego, którego wszyscy lubiliśmy za jego naiwność i duże I poczucie humoru. 
Naprawdę ładnie śpiewał, a ponadto znał bardzo I dużo dowcipów -—zasłyszanych 
prawdopodobnie w zakładzie fryz- I jerskim. Unikał nas przez kilka lat, niepotrzebnie 
wstydząc się tej I „kompromitacji". Dopiero znacznie później, gdy już naprawdę zmą- I 
drżeliśmy, spacerował z nami po mieście, opowiadając jak dawniej I różne dowcipy. W 
późniejszym życiu miał jeszcze wiele różnych I przygód. Przez długi czas Wspominano 
jedną z nich. Oto w czasie I zabawy w parku Anielin wypłynął łódką z jednym z naszych 
kole- I gów na środek stawu, stanął na środku łodzi trzymając przed sobą I nuty i zaczął 
śpiewać- „O sole mio..." Niespodziewanie inną łodzią I staranowano naszego śpiewaka, który 
wpadł do wody. Wśród ludzi I obserwujących na brzegu ten popis wokalny śmiechu było 
bardzo | dużo, gdy zmoczony trubadur, trzymając nad głową rulon pożyczo- £ nych nut, 
wydostawał się na brzeg, a później leciał do domu aż na
Stalową, aby wysuszyć się i zmienić ubranie. Podobno była to scena zazdrości innego 
fryzjera, współkonkurenta do ręki lub do serca ładnej właścicielki damskiego zakładu 
wiecznej ondulacji. Po tym głośnym wydarzeniu piękność ta, mając widocznie dosyć 
zakochanych fryzjerów, wyszła za mąż za znajomego metalowca z fabryki „Mechaników".

Nowa szkoła zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Imponujący budynek, wspaniale urządzone pracownie, wygodne, pełne światła sale 

lekcyjne.

Polonista Edward Lechowski, wychowawca naszej „francuskiej" klasy, stał się dla mnie 

wspaniałym, niezapomnianym nauczycielem.

Szybko dowiedziałem się, że razem ze mną naukę rozpoczynają: jeden ewangelik, ośmiu 

katolików i dwudziestu dwóch Żydów. Bardzo tg mnie zaskoczyło. W naszej „kolejowej" 
szkole nie było ani jednego Żyda. Nasz wychowawca znał dobrze większość uczniów, gdyż 
od kilku lat uczyli się w tej szkole. Po sprawdzeniu listy obecności zapisaliśmy plan lekcji i 
tytuły potrzebnych podręczników. Później rozpoczęła się długa rozmowa z uczniami, takimi 
jak ja czternastolatkami, o tym, gdzie spędzali wakacje. Mój sąsiad z przedostatniej ławki, 
pulchny brunet z trochę kręcącymi się włosami, był przez dwa miesiące z rodzicami we 
Francji. Rozmawiali z panem Lechowskim o mało używanych słówkach francuskich, prze-
glądali jakieś prospekty, kolorowe programy różnych imprez kulturalnych i gospodarczych, a 

background image

gdy zacząłem zaglądać w te barwne wydawnictwa, dostałem na pamiątkę rozkładany folder z 
wystawy kolonialnej, która miała się odbyć w najbliższym czasie w Paryżu.

Inny uczeń przywiózł z Berlina, gdzie zatrzymał się u rodziny, powracając z jakiejś 

miejscowości kuracyjnej, słynną wtedy książkę „Na zachodzie bez zmian" w niemieckim 
oryginale i zaczął z naszym wychowawcą, jako polonistą, omawiać Wędy popełnione przez 
polskiego tłumacza.

O ile zaskoczyło mnie pochodzenie większości moich klasowych kolegów, to te rozmowy 

wzburzyły moje samopoczucie i w pewnym momencie pomyślałem, czy nie lepiej by było 
wycofać się póki czas.

Po tej pierwszej, dość długiej lekcji informacyjnej, w czasie której nie zwróciliśmy nawet 

uwagi na elektryczny dzwonek, oznaj

background image

miający przerwę, gdy pożegnaliśmy się z wychowawcę, który z wielkim dziennikiem poszedł 
do pokoju nauczycielskiego, jeden z kolegów Żydów zaczął spisywać chętnych do kupienia 
abonamentów do filharmonii i do teatru, wymieniając wiele nazwisk, tytułów i utwo^ rów, 
wykonawców i sztuk. Mnie nic to nie mówiło. Jak gdyby! w odpowiedzi na tę akcję jeden z 
naszych kolegów, mieszkaniec Grodziska, towarzysz kolejowych podróży, wyciągnął 
zainteresowanych sportem na boisko, kazał rzucać do kosza, zapisując najlepszycn strzelców 
do klasowej reprezentacji w piłkę koszykową. Po abona*: menty zgłaszali się prawie sami 
Żydzi, a do gry w piłkę — samL katolicy. I podobnie było przez cały Czas mego pobytu w tej 
szkole^ Gdy po godzinnej grze wychodziliśmy z boiska na ulicę Prostą, my — jak to ktoś 
dowcipnie powiedział — katolicka mniejszość narodowa, oceniliśmy naszą sytuację w szkole 
jako bardzo marną. Od razu wiedzieliśmy^ że w takim klasowym towarzystwie nie mamy w 
nauce żadnych szans, aby stawać do konkurencji. Dla nas nozo- stawała tylko koszykówka 
lub siatkówka.

Zatroskali się rodzice, gdy przygnębiony takim spotkaniem ze szkołą opowiedziałem im, 

jak wygląda nauka w dobrym warszaw^ skim gimnazjum. Niełatwo było wyrwać z ich 
skromnego budżetil kilkaset złotych na uzupełnienie naszego szkolnego ekwipunku. Ale po 
kilku dniach dostałem ładną teczkę, a później uczniowski mundurek z zielonymi 
prostokącikami na klapach. Pochmurną i deszczową jesień witałem w nowej jesionce.

Trudno dzisiaj wyobrazić sobie, jak szczęśliwi i dumni byli rodzice, gdy rozpoczynaliśmy 

naukę w gimnazjach.

To była dla mnie zupełnie inna jesień. Całą klasą chodziliśmy na wycieczki. W ogródku 

Dakowskiego, przy ulicy Bagatela, przedstawiała swoją produkcję francuska fabryka 
samochodów „Citroen". Któregoś dnia byliśmy w „Zachęcie". Oglądaliśmy stałe zbiory ora* 
wystawę prac Józefa Rapackiego. Zamyśliłem się nad brzozami, zasnutymi jesiennymi 
mgłami. W podobny sposób i ja widziałem he- lenowski las.

Pod koniec października nasz długobrody nauczyciel rysunków Felicjan Słupski 

wędrował z nami przez kilka godzin po Łazienkach. Chodziłem po zasypanych kolorowymi 
liśćmi alejkach, wspominając mój dawny prezent gwiazdkowy, „Tajemnice Łazienek

Zuzanny Rabskiej. Zwiedzaliśmy pałacyk królewski, a później, |||
pomnikiem Sobieskiego, słuchaliśmy opowieści o zbiórce podchorążych. Za dwa lata miała 
być setna rocznica ataku na Belweder. Zbierałem piękne liście klonów. Namalowanie 
akwarelą jesiennego liścia —r to była pierwsza praca domowa z rysunków.

Prawie codziennie po lekcjach przez godzinę graliśmy w koszykówkę, a później — 

głodni i zmęczeni — spieszyliśmy na dworzec. Jeden z gimnazjalnych kolegów mieszkał w 
Utracie-Piastowie, a inny w Godzisku. Dzidek, który był w klasie niemieckiej, jakoś inaczej 
układał swoje pozaszkolne zajęcia. Rzadko kiedy wracał z nami pociągiem o 14.30.

W pierwszych miesiącach po rozpoczęciu nauki co kilka dni, po krótkim poobiednim 

odpoczynku, wybieraliśmy się ponownie do Warszawy. Coś nas ciągnęło do tych jaskrawo 
oświetlonych ulic. Włóczyliśmy się, obserwując, co wokół nas się działo, rozglądając się na 
wszystkie strony. Tramwaje, dorożki, nieliczne taksówki, barwne, jaskrawo oświetlone 
wystawy i wędrujący ulicami tłum spacerowiczów zadziwiały nas. To było nasze pierwsze 
zetknięcie z wielkim miastem. Witek, któremu nic już nie mogło zaimponować, chyba że 
wschód słońca nad Mrówką, wyrażał się lekceważąco o naszej Stolicy, wspominając 
drapacze chmur oraz niewyobrażalne ilości, świateł Nowego Jorku. Tylko jakiś ciekawy film 
mógł zachęcić go do wyjazdu z nami do Warszawy. Dla nas jednak było to największe 
miasto, na ulicach którego ciągle coś się działo i każdego dnia byliśmy czymś nowym 
zaskoczeni.

Najpierw poznawaliśmy drogę do naszych szkół i najbliższe okolice Dworca Głównego. 

Stopniowo zapuszczaliśmy się coraz dalej, odkrywając wciąż nowe place, kościoły, pomniki, 

background image

sklepy i kina. Jak oczarowani patrzyliśmy na jaskrawo oświetlone sklepowe witryny, na 
kolorowe reklamy i na ruchome napisy, skaczące na dachach wysokich domów. Wędrując 
Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi i Nowym Światem, poznawaliśmy najmodniejsze 
krawaty, eleganckie ubrania, wytworne kapelusze, piękne klejnoty, a także odczytywaliśmy 
tytuły nowych książek rozłożonych na wystawach. Zatrzymywaliśmy się na skrzyżowaniach 
ulic, patrząc na oddalające się perspektywy świateł, obserwowaliśmy rozpędzone dorożki i 
ciągle

background image

m^w spieszące się taksó' kolorowe twarze c reklamowe fotosy.
taksówki, odwiedzaliśmy poczekalnie kin, gapiąc się na Jaktorów, wymalowane na wielkich 
afiszach i na Jotosy^

Na krótkim odcinku Chmielnej, od Wielkiej do Zielnej, w po* bliżu Dworca Głównego 

były trzy niezbyt duże sklepy z jasno oświetlonymi wystawami, przed którymi 
zatrzymywaliśmy się na dłużej. Po jednej stronie ulicy była cukiernia Gajewskiego, zachę-
cająca nas wielką różnorodnością ciastek, a po drugiej — sklep pod nazwą „Sum-Szyk", w 
którym można było kupić najtaniej najmodniejsze krawaty, czapki, szaliki i rękawiczki oraz 
trzeci, najciekawszy sklep — „Czarodziej", w którym było wszystko, cokolwiek mogło być 
potrzebne w pracy magika-iluzjonisty. Specjalne karty do gry, magiczne pałeczki, cudowne 
cylindry, chusteczki zmieniające kolor i setki najrozmaitszych zabawnych dziwactw.

W czasie tych spacerów, najczęściej w pobliżu Dworca Głównego, zatrzymywaliśmy się 

przed wystawą firmy „Arabia". Tu zawsze było tłoczno. W specjalnym piecu, z widocznym 
paleniskiem, prażyły się ziarna kawy. Mieszał je ciemnoskóry Arab, ubrany w jakiś 
egzotyczny strój. W tamtych latach Murzyn albo Arab na ulicach Warszawy wywoływał 
zrozumiałą sensację.

W najbliższym sąsiedztwie był „Chojnacki" — sklep z krawatami. Na wystawie i we 

wnętrzu rozmieszczono setki krawatów o różnych kształtach i kolorach, z różnymi wzorami i 
deseniami — przeznaczonych na różne okazje. Zdumiewała nas pomysłowość ludzka. 
Krawat, niby taka prosta rzecz, a tu od razu aż setki i każdy inny, a jeden piękniejszy od 
drugiego.

Jeśli z nami był Andrzej, niezmiennie ciągnął nas sprzed sklepów na Marszałkowskiej do 

firmy „Rybkol" w Alejach Jerozolimskich. W tym reprezentacyjnym sklepie z rybami w 
wielkim oszklonym basenie-akwarium pływały wspaniałe szczupaki, złociste karpie, okonie, 
sandacze i leszcze. Trudno nam było odciągnąć Andrzeja od tej wystawy. Za każdym razem 
długo stał zapatrzony w ryby pływające w świetle barwnych żarówek.

Włócząc się wieczorami po warszawskich ulicach każdy z nas na swój sposób przeżywał 

te pierwsze fascynacje nie znanym dotychczas światem. Pruszków ze swymi mrocznymi, 
spokojnymi uliczkami, ze słabo oświetlonymi, mało ciekawymi wystawami i nielicznymi 
przechodniami — stawał się dla nas symbolem naszego ciche
go i spokojnego dzieciństwa, które niby jeszcze trwało, ale właściwie Już nieodwracalnie 
przemijało,

Każdego wieczoru spędzonego w Warszawie, gdy usprawiedliwiając w domu nasz 

wyjazd jakimiś wymyślonymi szkolnymi zajęciami — nasyciliśmy się widokami wystaw 
sklepowych, ruchu ulicznego, jaskrawych reklam i tłumu przechodniów, powracaliśmy na 
dworzec, W środku ogromnej hali, z rozwieszonymi stalowymi pajęczynami konstrukcji 
dachowej, stał oszklony ze wszystkich stron duży kiosk z różnymi drobiazgami, które mogły 
się przydać podróżnym. Wielkie płachty gazet zadziwiały nas egzotycznymi tytułami, u 
zagraniczne tygodniki — barwnymi okładkami. Różnojęzyczne książki mieszały się z 
kosmetykami i lalkami w ludowych strojach. Jaskrawe oświetlenie reklamowało towar i 
ułatwiła pracę sprzedawcom. Wokół kiosku spacerowało zawsze wielu młodych ludzi. 
Niektórzy z nich czekali na kogoś, inni szukali okazji do zawarcia jakiejś znajomości, ale byli 
i tacy jak my, którzy nie mogli wysiedzieć w domu i przychodzili tutaj, aby obserwować 
podróżnych i codzienne życie dużego dworca kolejowego.

Niedaleko wejścia stał przylegający do ściany nieduży kiosk, ozdobiony cudzoziemskimi 

napisami, Był to kantor wymiany, w którym za szkłem oglądać można było franki, marki, 
dolary, funty, korony, liry — prawie wszystkie pieniądze świata,

background image

Na ścianach umieszczono rozkłady jazdy, z których mogliśmy się dowiedzieć, o której 

godzinie pociąg odjeżdżający za chwilę z pobliskiego peronu przyjedzie do Paryża i o której 
— ten popołudniowy — zakończy bieg w Neapolu.

Dużą część dworcowej hali zajmowały wygodne drewniane ławki, na których rozsiadał 

się, drzemiąc lub jedząc swój prowiant, tłum nie najbogatszych podróżnych, czekających na 
pociągi odjeżdżające z tego dworca do wszystkich miast na zachodzie i południu Polski.

Co pewien czas w drzwiach dworcowego komisariatu ukazywał się gruby policjant z 

paskiem pod brodą i z wielkim pistoletem u pasa. Można było wtedy zobaczyć, jak niektórzy 
z siedzących na ławkach na ten widok woleli wyjść na ulicę przed dworzec i spacerować tam 
aż do chwili, gdy wszystko się uspokoi, a policjant po krótkim spacerze zniknie w drzwiach 
komisariatu — i będzie można wrócić na swoje miejsce, aby nadal drzemać w cieple 1 w 
usypia-

background image

jącym gwarze dworcowej hali lub też, rozglądając się bacznie, wy*; czekiwać na jakąś okazję 
okradzenia nieostrożnych, gapiowatych podróżnych.

Czasami, budząc ogólne poruszenie, zajeżdżały przed '.dworzec! czarne limuzyny i przez 

halę w kierunku pociągu odjeżdżającego- do Wiednia lub Paryża przechodziła grupa 
wytwornie ubranych ludzi. Kapelusze, cylindry lub meloniki, kwiaty w rękach odpro** 
wadzających, obce języki i drażniąca nas smuga perfum, płynąc^ za wystrojonymi damami. 
Przechodzą tuż obok — nie widzą nas, zaciekawionych gapiów, tak jak nie "widzą bileterów 
lub bagażóJ wych, dźwigających wielkie, skórzane walizy. Międzynarodowy eks->; pres 
czekał już od dawna, długie, jaskrawo oświetlone elektrycz-, nością wagony z dużymi 
oknami oraz jasnobrązowy wagon sypiali ny, pilnowany przez konduktora w czekoladowym 
mundurze. W kil- ka minut później pociąg odjeżdża. Nie wiadomo kiedy zginął zapach' 
perfum. Jeszcze na peronie rozmawiała gromadka odprowadzających, a w hali dworcowej 
wszystko powróciło do normalnego życia.

Na pewno nie wszyscy moi rówieśnicy przeżywali w podobny sposób swoje zetknięcie z 

Warszawą i ze szkołą. Może byłem nadmiernie wrażliwym chłopcem, a może zbyt 
natarczywie i zbyt szybko chciałem przekroczyć granicę pomiędzy dotychczasowym życiem 
a życiem niektórych moich nowych szkolnych kolegów, zarówoo z żydowskich, jak i z 
katolickich zamożnych rodzin. Moi nowi koledzy żydowskiego pochodzenia znali lepiej ode 
mnie zasady popraw- I nej polszczyzny i mówili naprawdę pięknym polskim językiem. Bar- 
■ dzo zadbani, zawsze w czystych kołnierzykach i z -dokładnie wyczyszczonymi butami. A 
ja byłem przeciwieństwem klasowych elegantów. W skromnym harcerskim mundurku 
biegałem w czasie przerwy z piłką po boisku, starając się strzelić jak najwięcej koszy- 
Wracając do klasy po dzwonku, zakurzony, spocony i potargany, byłem wraz z kilkoma 
kolegami z boiska czymś odmiennym, nie pasu* jącym do tej klasy.

Dla niektórych najbardziej wyniosłych kolegów, my, „sportowcy" -—- po prostu nie 

istnieliśmy — nie widzieli nas, gdyż byliśmy dla nich za bardzo prymitywni i krzykliwi. Nie 
mogli nas zroie* i nić ani pozbyć się z klasy, a więc — nie istnieliśmy dla nich. Nie
rozumieli naszego zainteresowania rzucaniem piłki do kosza i notorycznego braku chęci do 
rozmowy na jakiś pozasportowy temat. Na pewno z wielkim zdziwieniem słuchali 
wiadomości o rezultatach meczów ligowych i wynikach osiąganych przez lekkoatletów.

Po kilku miesiącach nauki w gimnazjum, gdy wydarzenia klasowe stawały się rzeczą 

najważniejszą w moim życiu, zaczynałem wstydzić się-moich różnych braków i wad, mojego 
zachowania, nie- douczenia, niewiedzy nie pozwalającej na branie udziału w rozmowach 
kolegów oraz — co na pewno było związane z rodzącymi się kompleksami — brakiem 
odwagi podczas odpowiedzi przy tablicy. Był to dla mnie — piętnastoletniego chłopca 
wychowanego na podwórkach Stalowej — ciężki okres. Przez wiele niedziel ze strachem 
myślałem o zbliżającym się poniedziałku, z najgorszymi lekcjami, i o całym tygodniu, który 
miał sześć bardzo ciężkich dni.

Gdy w rozmowach z nowymi kolegami wymieniałem tytuły czytanych, książek i 

chciałem dzielić się swymi wrażeniami z tych lektur, zobaczyłem, że zaczynają się 
uśmiechać i nawet nie mają zamiaru słuchać moich zwierzeń. Natomiast z książek, o których 
oni rozmawiali, niewiele rozumiałem i szybko wymieniałem je w bibliotece na inne, które 
mogły mnie zainteresować. Sąsiad z ławki, najmniejszy z klasowych Żydów, z którym na 
długo zaprzyjaźniłem się, ofiarował mi książkę, o której wtedy mówiono i pisano: „Na za-
chodzie bez zmian". Miał w domu wydanie w języku niemieckim, a polski przekład uważał 
za żenująco słaby. Ten podarek przetrwał do dzisiaj w mojej bibliotece i nieraz, 
przypominając sobie te krytyczne uwagi o tłumaczu, potwierdzam po wielu latach słuszność 
niektórych zarzutów.

background image

„Czarodziejską górę" i „Buddenbrooków" zrozumiałem i polubiłem dopiero w dziesięć 

lat później.

Z lektur tamtego okresu dobrze pamiętam wydawany w zeszytach „Nocny lot" Saint-

Exupćry'ego. Tę książkę dostałem do przeczytania od syna przemysłowca z pobliskiej Woli, 
katolika, któremu imponowałem rzutami do kosza i samotnymi wędrówkami po nieznanych 
ulicach Warszawy.

Na wielkiej mapie Ameryki Południowej w pokoju geograficznym szukaliśmy 

zagubionego w górach miasta Mendoza, a wyznaczając trasę przelotu pilota Fabien, nie 
mogliśmy odnaleźć miejscowości Commodore.

background image

(Nie wiedząc, kto to jest — uczyłem ńę nowych nazwisk arty*. tów, kompozytorów, 

wykonawców i pisarzy.

Zapamiętałem, źe w „Poławiaczach pereł" wspaniale śpiewała Ewa Bandrowska-Turska. 

Jan Kubelik grał w filharmonii na skrzyp, cach Stradivanusa i przez kilka dni 
przysłuchiwałem się sporo.?; o to, czy Bronisław Gimpel grał na skrzypcach Paganiniego, 
czy tyj. ko był jednym z tych, któremu kiedyś pozwolono zagrać na tych skrzypcach. Gdy ja 
zaczytywałem się „Łowcami wilków" Curwooda, w klasie toczyła się dyskusja o nowej 
powieści, którą widziałem na witrynach ksiągarskich: „Manhattan Transfer" Johna Dos 
Passr/sa Dobrze się stało, źe zapamiętałem ten tytuł i sięgnąłem po wielu latach po tę książkę. 
Jedni woleli .Missa Solem nis" Beethovena, a inni „Mesjasza" Ha en dla i spór o to 
przebiegał z udziałem naszych profesorów.

Czy mógł się interesować tymi zagadnieniami ktoś spośród dawnych mieszkańców naszej 

ulicy, którzy nie pozbyli się jeszcze trov.<. o stałą pracę, o ubranie i buty dla dzieci, o węgiel 
na zimę i o zapłacenie komornego, które zawsze było za wysokie.

W szkole powszechnej mieliśmy tylko jedną wycieczkę do Warszawy. Byliśmy wtedy w 

Muzeum Narodowym na Podwalu, a pój. niej szliśmy przez most Kierbedzia na Pragę. 
Wspominałem wtedy winietę „Gazety Świątecznej", na której uczyłem się rozpoznawać 
wieże warszawskich kościołów. Wielu z nas po raz pierwszy widziało Wisłę. Byliśmy w zoo 
i w lunaparku. Odpoczywaliśmy U

HL

. zjadając zabrane z domu podwieczorki. To nie był 

jeszcze konsee naszej wycieczki Zaprowadzono nas do pobliskiego Domu Żołnierza na jakieś 
przedstawienie. Gdy zajęliśmy miejsca, większość dzieól natychmiast usnęła i trudno było je 
obudzić. Nic nie pamiętaliśmy z tej wizyty w teatrze, nawet największe pod liz uchy nie 
umiały opowiedzieć naszej pani, o co tam chodziło. Zapamiętaliśmy wśeffcj rzekę Wisłę, 
długie oczekiwanie na tramwaj i jasno oświetlone silic* Warszawy.

Moj rówieśnicy ze Stalowej najbardziej lubili komików i aki*- hatów z cyrku, który w 

prawie każdą wiosnę rozbijał wielki nam** w par* . Bersohna. Nigdy nie opuszczaliśmy 
występów amatorska zespołów, najpierw w sali ..Ergos", a w latach trzydziestych * pg łacu 
dokoła

Do sali ..Ergos" dostawaliśmy się bez biletów. Pomiędzy ||||

scharakteryzowanymi ,aktorami" bez trudu poznawaliśmy naszych sąsiadów. Grywano tu 
różne patriotyczne sztuki. Nie pamiętam ani tytułów, ani autorów. Przerabiano teksty, 
dowolnie skrsegc?© lub przedłużano, nieraz dopisując jakiś wiersz lub psoseskę napisaną 
przez któregoś z naszych sąsiadów, któremu wydawało r»ę. że jest poetą i ma coś od siebie 
do powiedzenia widzom Z pożyczonego od „reżysera" bardzo już zniszczonego zeszytu 
przepasywano role. Siersz robiłem to dla jakiegoś słabo piszącego sąsiada. Roli uczono się 
przez kilka tygodni, z pomocą rodzeństwa lub współmałżonka. Bardzo się tym wszystkim 
przejmowano, wiele było na ten temat rozmów, pamiętam niepokój, z jakim oczekiwano 
każdej premiery, która była najczęściej zarazem ostatnim przedstawieniem. Dla dzieci były to 
niezapomniane przeżycia. A teraz co miesiąc mieliśmy chodzić do prawdziwego teatru, 
oglądać prawdziwych aktorów, poznawać wspaniałe sztuki, o których będziemy dyskutować 
na lekcjach polskiego i opowiadać o własnych odczuciach i wrażeniach.

Bardzo uroczyście obchodziliśmy dzień 11 listopada. Była to dziesiąta rocznica 

odzyskania niepodległości. Po akademii w szkole maszerowaliśmy w pochodzie, a delegacja 
nauczycieli i uczniów brała udział w przyjęciu na Zamku. Prezydent Mościcki przemawiał do 
młodzieży i częstował różnymi słodkimi przysmakami.

Mnie tam nie było. Wraz z całą klasą spędzałem wieczór w Teatrze Narodowym na 

przedstawieniu „Witaj, jutrzenko swobody . Były to fragmenty utworów scenicznych 
Mickiewicza, Słowackiego i Wyspiańskiego. Nie zapomniałem tego wieczoru, gdyż byłem 
wtedy po raz pierwszy w teatrze z prawdziwego zdarzenia.

background image

Niedługo później poszliśmy na „Pana Jowialskiego" W zachowanym przez lata 

programie mogłem przeczytać nazwiska wykonawców: Solski, Ćwiklińska, Frenkiel 

J

 

Kurnakowicz

W czasie pierwszego roku w warszawskiej szkole tak oddaliłem się od harcerstwa, że 

nawet pozbyłem aę munduru.

Jeszcze tylko Andrzej prowadził swój zastęp JUsków" i bardzo przeżywał wszystkie 

spotkania z tymi młodszymi o dwa-trzy lata chłopcami.

W pruszkowskim harcerstwie nastąpiły wielkie zmiany. Oskar Zawrocki wyjechał do 

pracy v polskim szkolnictwie w Wolnym

background image

I Mieście Gdańsku, Henryk Biegański zamieszkał w Gdyni, a mój harcerski opiekun 
Aleksander Kamiński ukończył sludia uniwersytecki e i przeprowadził się do Warszawy, 
gdyż bursy, w których żyło tysiąc dzieci przywiezionych po wojnie ze wschodu, zostały 
rozwiązane. Wychowankowie zaczęli pracować lub znaleźli się w innych domach 
wychowawczych, W ten sposób przestał istnieć tak liczny i świetnie prowadzony 
pruszkowski hufiec, Moja kilkuletnia fascynacja harcerstwem bezpowrotnie minęła. Pozostał 
tylko wielki sentyment i wspomnienia.

W niedziele spotykaliśmy się w pruszkowskim kościele, na mszy dla młodzieży. Przed 

kościołem czekał na nas Witok — ewangelik, Razem obserwowaliśmy wychodzących, 
wypatrując znajomych, z którymi włóczyliśmy się po mieście aż do obiadu. Ulica Kościuszki 
zamieniała się wtedy w pruszkowski deptak. Można było tu spotkać wszystkich kolegów, 
Czasami spacerowaliśmy wokół stawów w Aniellnle lub odwiedzaliśmy park „Sokoła", po 
drodze kupując ciastka w budce Gradkowskiego. Wtedy to — w naszą pierwszą 
„warszawską" jesień — rozpoczęły się spotkania z dziewczętami, z koleżankami, które już 
uczyły się lub zamierzały rozpocząć naukę w szkołach średnich. Nic były to jeszcze 
ukrywane przed oczami ciekawych spacery ani randki, gdyż chodziliśmy dużymi grupami. 
Nie umieliśmy jeszcze prowadzić rozmów z dziewczętami, nie znaliśmy innych tematów jak 
szkoła lub nasza ulica. Najczęściej słuchaliśmy tego, co miał do powiedzenia jeden z nas — 
ten najodważniejszy \ najbardziej rozmowny. Pamiętam, że zbyt często wybuchaliśmy 
śmiechem, mającym ukrywać naszą nieśmiałość. Dziewczęta również były małomówne i 
nieśmiałe.

Gdy po Trzech Królach, po zakończeniu świątecznej przerwy, staliśmy na dworcu, 

czekając na pociąg do Warszawy, jeszcze nie wiedzieliśmy, czy marny być dumni, czy 
powinniśmy wstydzić się naszego miasta. Pruszków stał się jedynym w Polsce „suchym" 
miastem — w którym nie wolno było sprzedawać alkoholu. Pół roku wcześniej 
przeprowadzono głosowanie, w którym tylko co czwarty obywatel brał udział- Postanowiono 
wprowadzić w naszym mielicie zakaz handlu alkoholem. Okazało niq bardzo szybko, że było 
zbyt wielu idealistów lub ludzi naiwnych, którzy myśleli, że wy-
I7e
daniem zakazu będzie można zwalczyć pijaństwo, szerzące się od wojny w naszym mieście 
w zatrważający sposób;

Od początku roku restauracje zamieniono na Jadłodajnie, a w sklepach nie wolno było 

sprzedawać alkoholu. Jednak prawie od razu rozpoczął się handel pokątny tym zakazanym 
towarem. Każdy nałogowy pijak wiedział, gdzie można kupić przywiezioną z Warszawy 
wódkę, za którą musiał zapłacić wyższą eon';. Przedsiębiorczy ludzie, w pogoni za zyskami, 
dość szybko uruchomili produkcję samogonu. Nowe knajpy otworzono w Pęcicach i w 
Nowej Wsi, Pijacy wędrowali do Piastowa, gdzie zaczęto uskarżać się na codzienne 
awantury, urządzane przed stacją przez powracających do domu pijanych pruszkowlaków,

W ten sposób piękne, ale nierealne zamierzenia szybko stały się celem mało wybrednych 

ataków warszawskich gazet, Ośmieszając prohibicję, równocześnie ośmieszano i miasto, a 
także ludzi w nim mieszkających.

Podobnie jak w USA, tak i w Pruszkowie szybko zaczęto zda- wuć sobie sprawę z 

nierealności walki z alkoholizmem za pomocą ustaw. Po roku Rada Miejska bez rozgłosu 
odwołała to niepopularne zarządzenie, Pruszków na powrót stał się normalnym miastem, z 
restauracjami i handlem wyrobami alkoholowymi.

Ale w warszawskich szkołach jeszcze przez wiele miesięcy — klasowi wesołkowie 

używali sobie co niemiara nie tylko na nas, ale i na naszym mleścio.

Nauka szkolna nigdy nie absorbowała mnie całkowicie. Zawsze miałem otwarto oczy i 

uszy na wszystko, co wokół mnie się działo. Z własnych obserwacji, z rozmów z kolegami i 

background image

znajomymi wiedziałem o ciężkiej sytuacji, w Jakiej żyło wielu ludzi. W Pruszkowie było 
ponad 600 zarejestrowanych bezrobotnych. Przeważnie byli to ludzie starzy lub schorowani. 
Wśród tych rodzin rozdzielano różne zapomogi, rozdawano mąkę, kasze, tłuszcze ! węgiel. 
Niekiedy, idąc rano do dworca, na murach fabryki Majewskiego czytałem rozklejone nocą 
ulotki komunistyczne. Nawoływano w nich do niepłacenia podatków i do obalenia rządu. Od 
czasu ktedy rozdawałem w czasie wyborów ulotki PPS, minęło kilka lat. Obecni* istniały aż
m

background image

trzy partie socjalistyczne, wykorzystujące w swojej propagandzie! piękne tradycje dawnej 
Polskiej Partii Socjalistycznej.

W dniu 1 maja nie pojechałem do szkoły. Pamiętając o zeszło-1 rocznej manifestacji, 

mówiono, że coś się szykuje i lepiej nie jechać j do Warszawy, gdzie spodziewano się 
rozruchów.

W nocy rozklejono wiele ulotek trzech socjalistycznych partii i oraz związków 

zawodowych. W różnych punktach miasta komuniści \ rozwiesili na drutach telefonicznych 
czerwone transparenty z antyrządowymi napisami. Na ulicach Pruszkowa było pełno policji. 
Odświętnie ubrani robotnicy, z czerwonymi kokardkami lub opaskami, uzbrojeni w grube 
laski, zatrzymywali tych, którzy chcieli pracować. W parku Bersohna, na wiecu PPS-Lewicy, 
przemawiał Stanisław Berent — pruszkowski przywódca. Był to świetny mówca., Często 
chodziłem z kolegami słuchać jego przemówień. Były tam żądania skierowane pod adresem 
władz o większą troskę o bezrobotnych, o pracę, o zapomogi i o opiekę nad rodzinami 
pozbawionych; pracy. Było i dużo obietnic, że już niedługo musi zwyciężyć socjalizm i lud 
nareszcie będzie o wszystkim decydował. Wtedy nikt nie będzie chodził głodny i wszyscy 
będą pracować. Rozwinięto transparenty z hasłami domagającymi się chleba i władzy dla 
ludu, a później, ze śpiewem rewolucyjnych pieśni, ruszył pochód ulicą Kościu zki.

W innym miejscu parku Bersohna odbywał się jeszcze jeden wiec, najmniej liczny i 

najmniej hałaśliwy — to PPS-CKW czciła robotnicze święto.

Trzeci wiec zorganizowano w Anielinie. Tu zbierała się PPS- -frakcja, otoczona 

najliczniejszą bojówką Kilkudziesięciu bojowców z grubymi laskami trzymało ręce w 
kieszeniach, dając tym do zrozumienia, źe są uzbrojeni, że lepiej nie wchodzić im w drogę* 
gdyż mogą strzelać. Poza pilnowaniem porządku w czasie wiecu i pochodu ta bojówka 
zajmowała się zakłócaniem prowokującymi okrzykami dwóch pozostałych wieców.

Duże grupy policjantów rozdzielały te trzy pochody.
Co kilka dni spotykaliśmy się przed kościołem po majowym nabożeństwie. Byliśmy 

bardzo zmęczeni zarówno nauką, jak i upal' ną pogodą, która w rozgrzanych murach 
Warszawy mocno dawała
się nam we znaki. Gdy nareszcie nadszedł koniec roku szkolnego, znowu zaczęły się nasze 
codzienne spotkania na helenowskich gliniankach, połączone z kąpielami i opalaniem się.

Codziennie mieliśmy porcję doskonałej rozrywki, gdy dwaj policjanci wyłapywali 

kąpiących się nagusów. Był to rok, w którym rygorystycznie przestrzegano rozporządzenia o 
obowiązku wkładania do kąpieli oraz plażowania spodenek i kostiumów. Jednak nadal wielu 
mężczyzn szybko się rozbierało i wskakiwało nago do wody. Wychodząc na brzeg po kąpieli 
— co mogli, to zasłaniali i odchodzili w pobliskie zarośla, aby wytrzeć mokre ciało i włożyć 
ubranie.

Gdy zwiększyła się liczba kobiet kąpiących się i opalających wraz z dziećmi, zaczęto do 

magistratu i policji składać skargi na mężczyzn afiszujących się swoją nagością. Zanim 
jednak przyzwyczajono ludzi do zakładania kostiumów, mogliśmy przez kilka tygodni 
dobrze się bawić, obserwując biegi po polach za nagusami lub oczekiwanie policjantów na 
wyjście z wody kąpiących się rozebranych mężczyzn.

Gdy po wakacjach spotkaliśmy się na dworcu, można było zobaczyć, jak powiększyła się 

grupa młodzieży uczącej się w Warszawie. Na peronie stało kilkudziesięciu chłopców 
ubranych w nowe czapki szkolne i prawie tyle samo dziewcząt.

Tak jak w ubiegłym roku używane podręczniki kupowaliśmy na wielkim ulicznym 

targowisku książek szkolnych na Świętokrzyskiej.

Wśród młodzieży rosło zainteresowanie sportem. Zanim wyszliśmy na boiska jako 

sportowcy, najpierw czytaliśmy w gazetach informacje o zawodach i wynikach, a także coraz 
częściej oglądaliśmy zmagania o medale i tytuły mistrzowskie. Wydarzeniem, o którym 

background image

najczęściej rozmawiano w wagonie dla uczniów — był przyjazd do Polski Paavo Nurmiego, 
rewelacyjnego biegacza fińskiego, o którym krążyło wiele różnych opowieści. Nurmi stał się 
bożyszczem młodzieży, największym bohaterem dla tych moich rówieśników, którzy z klas 
szkolnych uciekali na boiska — a wolny czas poświęcali nie tylko książkom, ale i biegom, 
skokom, rzutom lub kopaniu piłki.

Andrzej — jedyny wśród nas stały czytelnik „Stadionu" i „Przeglądu Sportowego" — 

często opowiadał nam o tym zawodniku, naj

background image

szybszym na świecie w biegach od jednego do dziesięciu kilometrów, -J który zdobył na 
olimpiadach dziewięć złotych i trzy srebrne medale. 1

W pierwszą sobotę września, po ostatniej lekcji, prosto ze szko- ;1| ły pojechaliśmy dużą 

grupą gimnazjalnych kolegów — miłośników | sportu na stadion AZS w parku 
Skaryszewskim. Było zimno, na szczęście przestał padać deszcz, silny wiatr przeganiał 
chmury. Na stadionie zebrało się kilka tysięcy warszawiaków ciekawych pierw- J szego w 
Polsce startu najlepszego biegacza świata.

Bez trudu odnalazłem kolegów z Pruszkowa, zwerbowanych^ przez Andrzeja, górującego 

nad nami nie tylko wzrostem, ale i najr ; większą ilością wiadomości ze stadionów całego 
świata. Andrzej wiedział wszystko.

Wśród grupy biegaczy stanowiących tło dla występu wspaniali łego Fina był Stanisław 

Petkiewicz, który nie tak dawno powrócił y do Polski z Łotwy i zdążył już ustanowić kilka 
rekordów w biegach na długich dystansach. Dowiedzieliśmy się także o dziwnym zacho-
waniu Nurmiego przed każdym startem. I tym razem znierucho-^ miał na kilka minut, stał 
sztywno wyprostowany, z zamkniętymi| oczami, aby — jak opowiadał nam Andrzej — 
„akumulować siły wewnętrzne".,

Gdy strzał startera rozpoczął wyścig na 3000 metrów, Nurmi wydostał się na czoło, a tuż 

za jego plecami, prawie krok w krok, biegł Petkiewicz. Po kilku okrążeniach Nurmi, na 
pewno słysząc oddech rywala, spojrzał na zegarek i zwiększył szybkość, starając się, aby na 
wirażach silne podmuchy wiatru uderzały w odsłoniętego polskiego biegacza. Na 
przedostatnim okrążeniu oddał prowadzenie Petkiewiczowi, który natychmiast zwolnił 
tempo. Zdenerwowany Fin znowu przyspieszył, wyszedł na czoło, biegł coraz szybciej, ale 
uparty Polak chował się za jego plecami, aby niespodziewanie, na 150 metrów przed metą, 
gwałtownie przyspieszyć, wyprzedzić Nurmiego i ukończyć bieg jako pierwszy. Ostatnim 
metrom tego wyścigu towarzyszył ogromny krzyk zaskoczonej i uszczęśliwionej widowni.

Dla całego świata sportowego była to wielka sensacja. Nieznany Polak okazał wielką 

sprawność fizyczną, mądrze rozegrał bieg i wspaniale finiszował.

Nasz powrót do domu był pełen rozmów o niezapomniany®

wyścigu oraz wspólnych marzeń o powtórnym zwycięstwie, w nie" dzielę, na rewanżowym 
spotkaniu.

Następnego dnia po obiedzie wyjeżdżało nas kilkunastu na ten bieg nadziei. Był z nami i 

„chudy Janek", który od kilku lat pracował w zakładzie krawieckim na Kruczej. Opowiadał 
nam, jak w czasie pierwszego roku praktyki musiał dwa razy dziennie zamiatać pracownię i 
uczył się usuwać nitki z fastrygowania. W drugim roku szył już kieszenie i pomagał w 
przymiarkach klientów, a teraz chwalił się, że niedługo będzie zdawał egzamin czeladniczy, 
chodzi do wieczorowej szkoły i na pewno za dwa—trzy lata zostanie krojczym. Wtedy 
dopiero miał się przeprowadzić do Warszawy. Z sutereny domu numer 18 przy Stalowej 
wyprowadził się przed kilku laty.

Na stadionie zgromadził się ogromny tłum kibiców. Pogoda poprawiła się. Nie było 

wiatru.

W biegu na cztery mile oczekiwaliśmy ponownego zwycięstwa polskiego biegacza, 

jednak tym razem Nurmi nie dał się zaskoczyć. Na starcie znowu zamarł na długą chwilę, stał 
nieruchomy, zamyślony i pozornie obojętny na wszystko. Po strzale objął prowadzenie, biegł 
równo, spokojnie, jak dobrze naoliwiona maszyna. Nie obejrzał się ani razu, patrząc co 
pewien czas na zegarek. Przybiegł do mety nie zagrożony, wyprzedzając o kilkaset metrów 
następnych zawodników. Mimo tej porażki Stanisław Petkiewicz był przez wiele lat 
bohaterem naszych rozmów, wspomnień i różnych opowieści.

Blisko pięćdziesiąt lat później w towarzystwie pani Marii Petkiewicz zapaliłem mały 

znicz w katakumbach elitarnego cmentarza Recoleta w Buenos Aires, obok trumny tragicznie 

background image

zmarłego biegacza. Opowiedziałem wtedy żonie tego wspaniałego sportowca o naszych 
młodzieńczych przeżyciach na warszawskim stadionie.

W naszym życiu kibiców sportowych zjawiali się także inni bohaterowie boisk, bieżni i 

torów kolarskich.. Obrońca z piłkarskiej drużyny „Polonii" — Jerzy Bułanow — którego 
książki czytaliśmy ukradkiem na nudnych lekcjach, Janusz Kusociński, tenisiści bracia 
Stolarow, królujący w czasie sobotnich wyścigów torowych na Dynasach kolarz Szamota 
oraz piłkarz z bursy na Zbi- kowie, dawny gracz „Żbika", a teraz lewoskrzydłowy „Legii" i 
reprezentant Polski — Edward Wypijewski.

background image

Pod wpływem różnych rozmów i sporów w naszej klasie nabierałem nowych 

przyzwyczajeń. Wiedziałem już, którego dnia i o której godzinie będą w radio najciekawsze 
audycje, wypożyczałem z Biblioteki Miejskiej książki, o których rozmawiano i dyskutowano, 
powoli przyzwyczajałem się do codziennego czytania gazet. To nie były jeszcze poważne i 
solidne pisma, jak na przykład „Kurier Warszawski" lub „Kurier Poranny" czy „Robotnik", 
ale co dzień powracając do domu, zamiast jechać ze szkoły tramwajem, za otrzymane na ten 
cel 10 groszy kupowałem na dworcu od rozkrzyczanej go gazeciarza popularną 
popołudniówkę „Wieczór Warszawski".

Nasza druga warszawska jesień była już zupełnie inna, niepodobna do tej sprzed roku. 

Spowszedniały nam Aleje i Nowy Świat, przestała nas interesować wielka drewniana hala 
dworca odjazdowego. Zajęci nauką, długie wieczory spędzaliśmy w domu. Równanie z 
wieloma niewiadomymi, reakcje chemiczne, słówka francuskie, „Pan Tadeusz'' i coraz 
trudniejsze zadania z fizyki — zajmowały mój wolny czas.

Zapomnieliśmy o sobotnich seansach w kinie „Lutnia". Tom Mix ze swymi wspaniałymi 

przygodami przestał nas interesować. Do kina chodziliśmy tylko w niedzielne popołudnia, do 
„Znicza" w pałacu „Sokoła", lub jeździliśmy całą gromadą do Warszawy, kierując się opinią 
Witka, który powracając ze szkoły oglądał po drodze reklamy i fotosy rozwieszone w 
poczekalniach kin w pobliżu Dworca Głównego.

Dopiero po wielu miesiącach wspólnego pobytu w klasie, po kilku wycieczkach do 

muzeum i teatru przyjrzałem się lepiej moim kolegom, poznawałem ich wady i zalety, 
obserwowałem, jak się zachowują w różnych sytuacjach.

Katolicy — mimo wielu różnic wynikających z pochodzenia z innych niż moje środowisk 

— w zasadzie byli do mnie podobni. Do wielu spraw i problemów nasz stosunek był taki sam 
i prawdopodobnie dlatego nigdy nie interesowałem się nimi.

Natomiast zaciekawiali mnie moi koledzy szkolni Żydzi, tak bardzo niepodobni do swych 

współwyznawców, których spotykałem w Pruszkowie. Od uczniów katolików odróżniała ich 
nie tylko religia, ale także szersza wiedza ogólna, znajomość języków oraz specyficzny 
pogląd na wiele najważniejszych zagadnień.

Chociaż od początku pobytu w tej szkole narastało we mnie

pragnienie poznania tego zupełnie dla mnie obcego środowiska, dopiero pod koniec 
pierwszego roku nauki zacieśniło się moje koleżeństwo z najmniejszym w klasie, za 
krzyczanym przez wszystkich i wyśmiewanym za swą niezaradność Jackiem-Ickiem, który 
dość długo siedział ze mną w jednej ławce. Przez trzy lata nauki w tej szkole chroniłem go 
przed zbyt agresywnymi kolegami, za co odpłacał mi zaufaniem i ogromną szczerością w 
opowieściach o swoich współwyznawcach.

Były to lata, kiedy co trzeci mieszkaniec Warszawy był Żydem. Wśród tych setek tysięcy 

biednych na ogół ludzi rodziny moich kolegów stanowiły pewną elitę — umysłową i 
finansową, choć na pewno do bardzo bogatych nie należeli. Żyjąc w Polsce od kilku pokoleń, 
rozmawiali w domu po polsku, i to lepszą niż my mówiliśmy — literacką polszczyzną. 
Okazało się, że najczęściej nie znali żargonu — jidysz — używanego przez ogromną 
większość zamieszkałych w Polsce Żydów, natomiast wielu z nich mówiło biegle po 
niemiecku i wybierało się na studia do Berlina, Getyngi lub Heidelbergu.

Byli wśród nich i tacy, którzy traktowali swój pobyt pomiędzy nami jako pewien etap 

swego życia i już szykowali się do dalszej wędrówki.

Nie brali udziału w naszych spacerach i wędrówkach po lasach. Nie bawiło ich głośne 

śpiewanie, podglądanie ptaków i saren, zabawy w Indian ani puszczanie latawców i pieczenie 
ziemniaków na polach pod. Helenowem. Do dzisiaj nie wiem, czemu zawdzięczałem 
opowieści Jacka-Icka o rodzicach niektórych naszych kolegów. Któregoś dnia dowiedziałem 
się, że ojciec jednego z kolegów jest największym handlarzem ryb w Warszawie. Ma duży 

background image

sklep w Hali Mirowskiej, a do swej hurtowni sprowadza kawior i jesiotry z Rosji, sardynki z 
Portugalii, ostrygi i tuńczyki z Francji, a z Norwegii — śledzie. Ostatnio robił duże pieniądze 
na wędzeniu ryb w Gdyni. Do nocnych pociągów pośpiesznych doczepiają kolejarze wagony 
towarowe, załadowane skrzynkami ze świeżo wędzonymi szprotkami i piklingami, a 
następnego dnia przed południem pachnące jeszcze morzem, ociekające tłuszczem ryby — 
sprzedawano we wszystkich większych miastach Polski.

Inny kolega, stale uperfumowany i gładko uczesany, z równiut

background image

kim przedziałkiem biegnącym przez środek głowy, był synem, znanego na całym świecie 
handlarza futer.
Był też syn kamienicznika — nie takiego jak moi rodzice, ale ; właściciela kilkudziesięciu 
wielkich nowoczesnych domów w Warszawie. Dowiedziałem się wtedy, że jeśli ma się 
dziesięć domów — to każdego roku musi przybyć jeden nowy. I tak z roku na rok wzrasta 
liczba domów i ustawicznie rosną zyski —■ pozwalające dużej rodzinie spędzać wakacje we 
Francji lub we Włoszech.
W ostatnim roku nauki w gimnazjum Zgromadzenia Kupców : wędrowałem z Jackiem, 
którego współwyznawcy zawsze złośliwiej nazywali Ickiem, po żydowskiej dzielnicy 
Warszawy. Poznałem wtedy ulicę Nalewki, Franciszkańską, Smoczą i Gęsią. Produkowało ' 
się tam dosłownie wszystko. Już nawet sąsiednie ulice były zatłoczone spieszącym się nie 
wiadomo dokąd tłumem ludzi w chałatach i w jarmułkach, gadających coś szybko i głośno w 
jidysz.
Kilkupiętrowe kamienice miały po dwa lub trzy podwórka, na których stały jakieś warsztaty i 
komórki, leżały sterty skrzyń, stosy worków: W każdym mieszkaniu coś się działo 
sprzedawano^ kupowano albo produkowano. Już przed bramami ktoś nas zaczepiał, pytając, 
czego szukamy, co chcemy kupić, co nas interesuje. Przez otwarte okna słychać było hałas 
pracujących maszyn,- warczenie, j motorów i głośne rozmowy. Produkowano tu materiały 
włókien-1 nicze, buty, artykuły sportowe, makarony i lekarstwa, zapalniczki i wagi, 
narzędzia, ubrania, bieliznę, stylowe meble, rowery i wiele/ różnych rzeczy. Nie wszystkie 
przedsiębiorstwa opłacały podatki. Robotnikom, najczęściej nie ubezpieczonym, płacono 
głodowe stawki. Towary wyprodukowane w -takich warunkach były dużo tańsze od 
wytwarzanych w normalnych fabrykach, a zatrudnieni pracow- ; nicy, wyzyskiwani przez 
swych współwyznawców, byli wielką armią nędzarzy, którzy w komunizmie widzieli jedyną 
możliwość poprawienia własnego losu.

W grudniu 1929 roku wstrząsnęła nami wiadomość o samobójczej śmierci dyrektora 

banku, Zenona Rutkowskiego, który wieczorem po pracy zastrzelił się w swoim gabinecie.

W wojennych latach 1914—1920 był prezesem Rady Głównej Opiekuńczej. Dobry 

organizator opieki nad najbiedniejszymi, za

skarbił sobie wdzięczność mieszkańców Pruszkowa. Po rozwiązaniu RGO założył bank, aby 
uczyć ludzi oszczędzania. W wyniku intensywnej reklamy wykorzystującej autorytet 
dyrektora wiele osób zostało udziałowcami banku, a jeszcze więcej składało tu swoje nieduże 
oszczędności, licząc na obiecywane wysokie odsetki. Otoczony nieuczciwymi doradcami, 
zawiódł wszystkich, lokując ludzkie oszczędności nieumiejętnie, w sposób nadzwyczaj 
lekkomyślny. Straty były ogromne. Wyniosły' ponad 1 200 000 złotych. Oszczędności 
przepadły, a udziałowcy mieli dopłacać olbrzymie sumy.

To głośne bankructwo w małym stopniu dotknęło moją rodzinę. Jurek utracił swoje 

oszczędności, wynoszące ponad 100 złotych. Zbierał pieniądze na rower, odmawiając sobie 
wielu przyjemności: kina, kupna książek i nawet lodów w kawiarni Gradkpwskiego.

W drugą już zimę naszej warszawskiej nauki śnieżyce i silne wiatry dawały się nam 

mocno we znaki, gdy czekaliśmy na spóź- ■ niające się pociągi. Wydawało się nam, że 
młodym nie wypada tłoczyć się w poczekalni, więc chodziliśmy po peronie, chowając się od 
czasu do czasu przed bardziej dokuczliwymi podmuchami wichury za jakieś występy 
dworcowych murów.

Mrozy minęły szybko, a na wiosnę zapomnieliśmy o zimowych udrękach, coraz więcej 

poświęcając uwagi temu, co działo się wokół nas, w naszej dzielnicy i w Pruszkowie.

Nadal trwała dobra koniunktura gospodarcza. Niektóre fabryki pracowały na dwie 

zmiany. Późną wiosną, gdy rozpoczęto budowę wielu domów mieszkalnych, odczuwano brak 

background image

rąk do pracy. Na pewien niezbyt długi okres spod magistratu zginęły grupki bezrobotnych, 
wyczekujących na obiecywane zasiłki.

Przy głównych ulicach Pruszkowa otworzono kilka znacznie większych i 

.obszerniejszych sklepów, w których półki były załadowane różnymi towarami.. Zaczęto 
powiększać sklepowe wystawy, ustawiając na nich ładne dekoracje, zachęcając 
niezdecydowanych przechodniów do kupna. Od wystaw, oświetlonych jaskrawym światłem 
elektrycznym, zrobiło się jaśniej na ulicach.

Wobec dotkliwego braku mieszkań w stolicy już mało kto z naszych sąsiadów przenosił 

się do Warszawy. Na Stalowej, tak jak i w całym Pruszkowie, przybywało nowych 
mieszkańców, i to nie jakiejś tam biedoty, lecz ludzi zajmujących stałe posady, dobrze za-

background image

Irabiających, gotowych płacić wysokie odstępne i podwyższohC^^H [morne.
Te zmiany najszybciej mogliśmy obserwować jadąc do szkoły. ^ Na początku września 

zjawiło się na peronie wielu nie znanych I nam chłopców, których pochodzenie społeczne od 
razu można było a Pokreślić obserwując ich zachowanie, eleganckie uczniowskie mun-9 
durki oraz czapki z prywatnych gimnazjów.

Gdy kończyły się lata dwudzieste, nie było już w naszej dziel- j nicy bosonogich dzieci. 

Niemowlęta wożono w wózkach, a w niedzielę. idąc do kościoła, mężczyźni stroili się w 
nowe jesionki,||§ w płaszcze i w garnitury, w błyszczące od pasty buty i dokładnfe^i 
odprasowane spodnie. Suknie kobiet były coraz krótsze. Zamiast^ ciężkich chust — noszono 
płaszcze, palta lub pelisy, ściśle prze- j strzegąjąc zgodności kolorów sukni, pantofli, torebki.

Zjawiło się nie<znane dotychczas słowo: moda.
Duży wpływ na szybko postępujące zmiany w sposobie życia i miało zamieszkanie w 

naszej dzielnicy wielu rodzin urzędniczych, jl inteligenckich. Podpatrywano'nie tylko wygląd 
tych ludzi, ale także zachowanie, sposób odżywiania, wychowywania dzieci, umeblowa-.j nia 
mieszkań, a nawet spędzania wolnego czasu — spacery, czyta- i> nie gazet i książek.

Nasza sytuacja w warszawskich szkołach powoli ulegała stabili-Ą zacji. Zdobywaliśmy 

coraz więcej wiadomości. Przez pierwsze lata dotkliwie odczuwaliśmy dużo niższy poziom 
nauki w szkołach pruszkowskich. Matematyka, fizyka, język polski, języki obce — były to 
przedmioty szczególnie zaniedbane. Tylko dobry korepety-1 tor albo wielki upór połączony z 
pracowitością mogły usunąć te braki. Rodzice nic tu nam nie mogli pomóc, gdyż dopiero od 
nas uczyli się wielu rzeczy.

Po pewnym czasie zdobywane przez nas wiadomości mogły zadowolić nauczycieli, nigdy 

jednak nie udało się nam osiągnąć poziomu wiedzy naszych kolegów z bogatych żydowskich 
domów. Natomiast my, chłopcy z Pruszkowa, przez wszystkie te lata górowaliśmy nad 
warszawskimi kolegami siłą fizyczną, wytrzymałością na zmęczenie i tak zwanym „zdrowym 
rozsądkiem".

Na wycieczkach umieliśmy organizować wspaniałe gry i zabawy, nigdy nie 

zabłądziliśmy, w lesie, wspaniale wyskakiwaliśmy i wskakiwaliśmy do pędzących 
tramwajów, świetnie rzucaliśmy nk
tylko piłką do kosza, ale i kamieniami do celu, mogliśmy bardzo długo biegać za piłką, 
dobrze pływaliśmy, nie bojąc się nawet najgłębszej wody, oraz umieliśmy rozpalać wielkie 
ogniska.

Pamiętam, jak w tamtym okresie z roku na rok inaczej przebiegały nasze podróże do 

Warszawy. Nie tylko zaczynaliśmy dbać o swój wygląd, zmieniło się także nasze 
zachowanie. Nie ganialiśmy już po stopniach. Skończyły się awantury w wagonach dla ucz-
niów, przestawaliśmy być bandą rozdokazywanych wyrostków, a stawaliśmy się pilnymi 
słuchaczami rad i objaśnień kolegi pochodzącego z „dobrego domu". Te dobre rady 
otrzymywaliśmy od jednego z kolegów, Władka Skrzypińskiego, siostrzeńca dyrektora 
gimnazjum Wojciecha Górskiego, Władek uczył, się w tym gimnazjum i, jak sam mówił, był 
stałym i chyba największym utrapieniem swego wuja. Za to dla nas był najlepszym kolegą z 
boiska koszykówki w „Sokole" i wakacyjnych kąpieli w gliniankach. Władek wyjaśniał nam 
nie tylko zasady właściwego zachowania się, ale także gustownego ubrania. Dodatkowo 
omawiał różne sposoby rozpoczynania i prowadzenia rozmowy ze znajomymi oraz 
nieznajomymi koleżankami. Uczył nas, jak należy przedstawiać kolegów, jak nosić płaszcz 
na ręku, jakie i kiedy zakładać rękawiczki, jak zachować się wobec osób starszych, jak się z 
nimi witać i jak żegnać, jak spacerować z młodą kobietą, a jak ze starszą, jak należy siedzieć 
przy stole i jak jeść różne, nieraz znane nam tylko z jego opowieści potrawy.

W zajmowanym przez nas przedziale zawsze robił się tłok, tylu było chętnych do 

słuchania. Dowcipnym opowieściom Władka o salonach, kawiarniach, restauracjach i 

background image

spacerach z pięknymi kobietami niezmiennie towarzyszyło nasze wielkie zaciekawienie i nie 
mniejsze rozbawienie.

Niestety, wujek niedługo wytrzymał z Władkiem, który przeniósł się do gimnazjum Zana 

w Pruszkowie.

»Dla nas ulica Stalowa — po dziesięciu latach poznawania domów i podwórek — to nie 

były już tylko dwa rzędy stojących obok siebie kamienic, to byli także ludzie, którzy w tych 
domach miesz

background image

kali. Niestety, w pamięci mojej pozostały tylko nieliczne rodziny, te, w których żyli moi 
rówieśnicy.

Pod koniec lat dwudziestych w dwupiętrowej kamienicy oznaczonej numerem 1 były dwa 

sklepiki spożywcze, rozmieszczone na końcu i na początku domu. Ten pierwszy z brzegu 
otworzył nie tak dawno ojciec naszego kolegi „Murzyna", a sklepik drugi prowadził od wielu 
lat Wojtowicz. Na drzwiach tego sklepu, a podobno był to najstarszy sklep na Stalowej, 
wisiały blaszane, kolorowo wymalowane reklamy od dawna nie istniejących firm: „Nafta 
Kristal Nobel", „Herbata Szumilin" i „Koniaki Szustowa" — mówiące o lepszej przeszłości 
tej skromnej i zaniedbanej placówki handlowej. Napisy były w dwóch językach. Wyrazy 
pisane cyrylicą zostały niezbyt dokładnie zamalowane, strasząc przez długie lata groźną prze-
szłością. Kupujących było tu coraz mniej. Wpłynęła na to nie tylko konkurencja nowego 
sklepu, ale także starszy wiek właścicieli, utrudzonych wychowywaniem sześciorga dzieci.

Na drugim piętrze, w lokalu od ulicy, mieszkali Szabelscy. Ojciec, średniego wzrostu, 

silnie zbudowany, był kasjerem bagażowym na pruszowskim dworcu. Rodzina składała się z 
bardzo zapracowanej matki, trzech córek i syna Stacha, rówieśnika Jurka. Stach musiał 
często zastępować w kasie swojego ojca, gdy ten zbyt głęboko zajrzał do kieliszka.

Uczył się najpierw w szkole technicznej kolejowej w Warszawie, a później, po odbyciu 

służby wojskowej, ukończył Szkołę Wawelberga. Od wczesnej . młodości imponował nam 
pracowitością i wielkim zasobem wiadomości. Ciągle się dokształcał, bardzo dużo czytał, a 
w czasie naszych wieczornych spacerów zawsze miał coś nowego i ciekawego do 
powiedzenia. Już w średniej szkole chodził' ze znaczkiem „Obozu Wielkiej Polski" wpiętym 
w klapę marynarki? Tłumaczył nam i przekonywał, że sanacja prowadzi Polskę do zguby, ale 
w sposób parlamentarny władzy nigdy nie odda i trzeba będzie użyć siły, aby zmienić system 
rządzenia Polską. Długo pamiętaliśmy jego przemówienie na wiecu Stronnictwa. 
Narodowego w kinie „Lutnia", na które nas zaprosił. Był równie wspaniałym mówcą jak 
Stanisław Berent, przywódca pruszkowskich komunistów.

W połowie lat dwudziestych przeprowadził się do tego domu nasz kolega nazwany dla 

ciemnej cery — „Murzynem". W dwa lata po Witku ukończył szkołę Żółkiewskiego i dostał 
się do szkoły „Me
chaników". Dość wcześnie zapisał się do „Sokoła". Świetnie grał w koszykówkę, szybki i 
zwinny, stał się bardzo celnym strzelcem, groźnym dla każdej drużyny. Po kopnięciu w 
kolano musiał przejść ciężką operację łękotki. Później grał już tylko w tenisa stołowego. On i 
Geniek Kowalski byli dla mnie przeciwnikami nie do pokonania.

Z oznaczonego numerem 2 domu Rejmera Władek, z pokoju na facjacie, zdał egzamin do 

szkoły przemysłu graficznego. Od września, gdy rozpoczął naukę, stał się naszym wiernym 
towarzyszem niedzielnych wypraw do warszawskich kin. W „Sokole" uprawiał lekkoatletykę 
i gimnastykę. Piłkę nożną zamienił na siatkówkę i koszykówkę, a kiedy odkrył w sobie 
zamiłowanie do muzyki, zaczął grać na tubie — potężnym instrumencie, dyktującym tempo 
— w.sokolskiej dętej orkiestrze.

W tym samym domu, na pierwszym piętrze, w lokalu od podwórka, mieszkała 

rówieśniczka Władka — Zosia, .z dwoma młodszymi braćmi. Rodzice umarli im wcześnie, 
więc pod opieką jakiejś ciotki, utrzymując się z renty PKP, układali z trudem swoje życie. 
Zosia twardą ręką prowadziła dom i opiekowała się braćmi. Zgrabna, o miłej twarzy i 
przyjemnym uśmiechu, była obiektem westchnień wielu młodych ludzi, gdyż niezbyt często 
zdarza się połączenie dziewczęcego wdzięku z mądrością. Pamiętam zdjęcie Zosi wysta-
wione w witrynie zakładu fotograficznego przy ulicy Bolesława Prusa, podstępnie 
wykupywane od fotografa przez kochających się w niej kolegów. Dobra gimnastyczka i 
lekkoatletka, była również wzorową uczennicą w klasie pani Stanisławy Ostrowskiej w gim-
nazjum Zana.

background image

W dużym dwupiętrowym domu, oznaczonym numerem 3, brama wjazdowa oddzielała 

salę widowiskową od lokalu sklepowego, w którym robotnicza kooperatywa uczyła ludzi 
nowych form współżycia.

Sala widowiskowa na blisko 500 miejsc początkowo nosiła nazwę „Oaza". Odbywały się 

tutaj różne akademie, przedstawienia, zebrania, wiece i bale. W roku 1920 skoszarowano tu 
na kilka tygodni ochotników, którzy po krótkim przeszkoleniu wzmocnili szeregi obrońców 
ojczyzny. W roku 1924 RGO uruchomiła kinematograf „Ergos".

Drugą część parteru w domu numer 3 zajmował sklep spół

background image

dzielni spożywców, tzw. „kooperatywa". Od ulicy był lokal sklepowy, a od podwórka 
magazyn towarów. Ludzie bardziej uświadomieni, najczęściej działacze lub sympatycy PPS, 
zostawali członkami tej spółdzielni i kupowali tu różne artykuły spożywcze, odnotowując 
każdą transakcje w członkowskiej książeczce. Proporcjonalnie do sumy dokonanych 
zakupów po zakończeniu roku obrachunkowego uczestniczyło się w podziale zysków. 
Premie otrzymy- wane w towarze nie były duże, ale zachęcały do stałego kupowania, Sklep, 
prowadzony uczciwie, wielkich zysków nie dawał, gdyż nie to było celem tej działalności. 
Większość mieszkańców naszej dzielnicy trzymała się jednak prywatnych sklepików, 
kupując nieraz towary droższe i gorsze, gdyż liczono się z możliwością nadejścia takiej 
chwili* że trzeba będzie kupować na kredyt, „na książkę", a takiej sprzedaży sklep 
spółdzielczy nie przewidywał. Jednak samo obecność takiego sklepu zmuszała kupców do 
stosowania cen zbliżonych do oferowanych w kooperatywie. W tym domu mieszkali 
Pszczółkowscy. Ojciec, członek PPS — był buchalterem-księgowym w fabryce 
„Mechaników", gdzie po ukończeniu szkoły przyfabrycznej pracował także najstarszy syn 
Stanisław. Szczupły, średniego wzrostu Edmund był studentem Wyższej Szkoły Handlowej, 
gdy my rozpoczynaliśmy naukę w warszawskich szkołach średnich, Przez kilka lat „chodził" 
z naszą sąsiadką z domu numer 19 Zosią Kotuńską. Wędrowali na dalekie spacery, nieraz 
spotykaliśmy ich w losie helenowskim, Wiadomo było, że do małżeństwa nie dojdzie, gdyż 
zbyt duża przepaść dzieliła te rodziny, choć mieszkali no Jednej ulicy. Edmund został 
aresztowany za działalność komunistyczną, mówiono wtedy, że przewoził ulotki. Trzeci syn, 
Stefan, był od nas znacznie młodszy, u więc nie uczestniczył w noszych zabawach i 
spacerach.

Dom oznaczony numerem 7 w początkach lat dwudziestych cioszył się dużą 

popularnością i złą sławą ze względu na restaurację, prowadzoną przez grubą, niską kobietę, 
nazywaną przez pijaków — „Bozią". W niezbyt dużym lokalu sklepowym ustawiono 
oszkloną szafę, zapełnioną butelkami wódki z kolorowymi etykiet- kami. Przed szafą stał 
kontuar, nazywany szynkwasem — z dużą gablotką, w której na kilku półmiskach układano 
zakąski. Piwo nalewano z buczki przez wysoką rurkę zakończoną kranikiem. Kufle
płukano w kuble z wodą. W końcu dość ciasnego lokalu stały Jeszcze dwa stoliki z 
krzesełkami.

Jednak liczni klienci woleli kręcić się koło kontuaru, gdyż zajęcie miejsca przy stoliku 

oznaczałoby dłuższy pobyt, a każdy wpadał tu tylko na chwilkę, „na kielicha" i jakąś 
zakąskę. „Bozia" ledwo się mieściła za kontuarem. Uprzejmo dla stałych bywalców, umiała 
być groźna dla nie płacących lub rozpoczynających awanturę. Potrafiła szybko wyrzucić z 
lokalu nawet silnego młodego mężczyznę. Ciesząc się dużą popularnością wśród nie 
stroniących od kieliszka stałych bywalców, była równocześnie darzona ogromną nienawiścią 
przez kobiety, których mężowie, wracając z wypłatą, nie mogli obojętnie przejść obok lokalu. 
Często zdarzało się w dzień wypłaty, że przed knajpą kręciły się mieszkające w pobliżu 
kobiety, w chustkach zarzuconych na ramiona, czekające na swoich lekkomyślnych 
małżonków, aby wskazać im najkrótszą drogę do domu. „Bozia" co pewien czas uchylała 
zasłonki w oszklonych drzwiach wejściowych i z wściekłością patrzyła na pikietujące 
kobiety, odliczając na straty nie zarobione złotówki.
Nałogowi alkoholicy —- a na Stalowej mieszkało takich kilkunastu — zawsze potrafili 
dostać się do tego upragnionego i wymarzonego raju. Przekradali się przez ogródki z 
sąsiedniej ulicy Ołówkowej lub ukryci gdzieś w pobliżu, w bramie lub na sąsiednim 
podwórku, czekali na taki moment, gdy żona opuszczała swój posterunek, idąc na chwilę do 
domu. Niekiedy mniej opanowane kobiety, nie mając innego sposobu na przerwanie 
mężowskiej pijatyki, tłukły kamieniami szyby, nie oszczędzając okien w mieszkaniu „Bozi", 
która podobno nieomylnie wiedziała, komu zawdzięcza ten wybryk, i przy najbliższej okazji 

background image

doliczała do mężowskiego rachunku koszty wprawienia szyb wybitych przez mściwą 
małżonkę. Prawdopodobnie te dowody rozpaczy i nienawiści oraz pogarda, jaką okazywano 
„Bozi" na Stalowej, spowodowały, że po kilku latach zlikwidowała swoją knajpę. Na pewno 
niemałą rolę w podjęciu tej decyzji odegrała zbyt duża konkurencja leżącej bliżej dworca res-
tauracji „Pod Słońcem".

W tym popularnym w okolicy lokalu otworzono pierwszy na Stołowej zakład fryzjerski. 

Kończyły się już czasy, gdy w każdym domu własną lub pożyczoną od sąsiada maszynką 
strzygło się chłopców „no zero", zostawiając tylko małą grzywkę. Drugi zakład fry-

background image

| zjerski otworzono po zlikwidowaniu sklepu spożywczego Wójto- wicza.
Kiedy w dawnym lokalu „Bozi" walczył o swoich klientów fryzjer Latoszek, lokal od 
podwórka zajęli Wołłosieccy, rodzice naszego kolegi Stacha. Stach był bardzo muzykalny. 
Jadąc do szkoły, poza teczką miał ze sobą czarny futerał, w którym delikatnie układał klarnet. 
Poznawaliśmy wtedy wielki urok tego instrumentu. Grywał na nim nie tylko w szkolnej 
orkiestrze, ale i w „Sokole". W niektóre ciepłe wieczory przychodziliśmy na podwórko pod 
jego okna, aby słuchać, jak uczył się marszów wojskowych, a później, tylko dla swojej i 
naszej przyjemności, grywał różne melodie, nie unikając muzyki nazywanej klasyczną.

W połowie lat trzydziestych na parterze obok Stacha, w lokalu od ulicy, zamieszkał 

Zygmunt, gdy po ukończeniu szkoły „Mechaników" rozpoczął pracę w pobliskiej fabryce.

Nie wiem, kiedy umarła babcia Jabłońska z domku z ogródkiem pod numerem 9. Nikt mi 

o tym .nawet nie wspomniał. Furtka została zabita gwoździami. Ogród dziczał coraz bardziej, 
zarastał ostami, trawą i łopianami. Stary domek zaczął się rozwalać, zrobiło się jakoś pusto, a 
po kilku latach wszyscy zapomnieli o staruszce, która lubiła przebierać się w piękne 
kolorowe suknie.

Dom oznaczony numerem 10 należał do Skrobeckich. Część budynku stawiana wcześniej 

miała okna parteru nisko umieszczone 

i małe lokale, a w nowej części okna były już 

znacznie wyżej i większe mieszkania W połowie lat dwudziestych zamieszkał na piętrze 
malarz pokojowy, nazywany przez nas „Lolusiem", a przez starszych „elegancikiem z 
morskiej pianki", jak ironicznie mówiono. Był wtedy chwalebnym wyjątkiem na tej 
robotniczej ulicy, gdyż do pracy chodził czysto ubrany i — jak często nam powtarzał — 
„obowiązkowo pod krawatem!" Drabinę, kubły i pędzle zawijał dokładnie w papier, aby 
nikogo nie pobrudzić, a gdy miał wolne, odpoczywał w wyjątkowy jak na ulicę Stalową 
sposób: wyjeżdżał do Warszawy Hf. jak mówił do nas — „zabawić się". Mówiono o nim, że 
gra na wyścigach i bardzo dużo przegrywa. Ubierał się elegancko, nosił dobrze uszyte 
ubranie, kanty spodni miał dokładnie odprasowane, chusteczkę w kieszonce, kapelusz, 
kolorową muszkę, buty wyczyszczone na wysoki połysk, a w ręku nieodstępną w czasie tych 
wyjazdów laseczkę. Byliśmy tak zachwyceni jego eleganckim wyglądem,

że często wędrowaliśmy za nim aż do dworca kolejowego. Bardzo lubiany, zawsze wesoły, 
żartując z nami pamiętał nasze imiona i dla każdego miał jakieś przyjemne słowo. Dopiero 
znacznie później, po wielu latach, doszliśmy do wniosku, że zachwycająca nas elegancja była 
taką wytwornością z przedmieść Warszawy, ale z początku robiła jednak wielkie wrażenie na 
Stalowej.

Ostrzegano nas przed odmiennością Lolusia. „Nie lubi kobiet" -TT- mówili nam dorośli, 

uśmiechając się dziwnie. Później dowiedzieliśmy się, że „nie lubi kobiet" także starszy 
elegancki pan W mundurze pułkownika, z harcerskiego koła opiekuńczego, oraz 
administrator z Helenowa, który przychodził nad glinianki i nieraz siadał obok nas, patrząc 
tak dziwnie na Mietka i zapraszając, tylko jego, do odwiedzenia pobliskiego pałacu, w 
którym miała być piękna wielka biblioteka i jakieś wspaniałe obrazy.

Dozorca w domu numer 10, o różowej cerze i siwych włosach, był pracownikiem PKP. 

Przez całe dnie zamiatał ulice wzdłuż kolejowych terenów- Pracował dokładnie, nigdy nie 
spieszył się i dlatego, gdy mnie zobaczył, często przerywał pracę i opierając się na długim 
kiju od miotły rozmawiał ze mną o zdrowiu lub o pogodzie. Chwalił się swoim jedynakiem 
Ireneuszem, inteligentnym chłopcem, dużo ode mnie młodszym. Pamiętam, jak nieraz 
namawiałem ojca, aby zapisał go do szkoły „Mechaników".

W piętrowej kamienicy oznaczonej numerem II pokój z małą kuchnią na facjacie 

zajmował pewien pracownik fabryki ołówków.

background image

Wysoki, szczupły, grał w fabrycznej orkiestrze, podobnie jak Stach — na klarnecie. 

Wieczorami, w czasie nauki nowych utworów, pomagała mu żona, bardziej muzykalna, 
nucąc głośno trudniejsze fragmenty i przerywając grę męża, gdy zbyt rażąco fałszował. Była 
to tęga brunetka, Rosjanka z pochodzenia, mówiąca przez wiele lat z charakterystycznym 
akcentem i przekręcająca polskie słowa, dodając im rosyjskie końcówki oraz wymawiając 
„o" jak „a".

Pamiętam, że nieraz podczas spaceru zatrzymywaliśmy się pod oknami mieszkania tego 

niezbyt uzdolnionego muzyka, aby z uśmiechem posłuchać fałszującego męża i poprawnie 
śpiewającej żony.

W domu numer 13, w lokalu od podwórka, mieszkał Błażej Pło- chocki, dawny działacz 

PPS z okresu rewolucji 1905 roku. Był to „dziesiąty z Pawiaka" — jak nazywano go na 
Stalowej. Skazany na

background image

karę śmierci, został w przeddzień egzekucji wraz z dziewięcioma (i innymi rewolucjonistami 
uprowadzony z Pawiaka. Było to tak sensacyjne porwanie, że na początku lat trzydziestych 
nakręcono film „Dziesięciu z Pawiaka", w którym występował Płochockl jako jedyny żyjący 
uczestnik tego niebywałego zdarzenia. Dzięki PPS znalazł się w Ameryce, skąd po wojnie 
przyjechał do pracy w fabryce „Mechaników" jako akcjonariusz.

Raz do roku zbierało się na imieninach u Płochockiego kilkunastu towarzyszy dawnych 

walk. Przez cały wieczór z uchylonych okien słychać było rewolucyjne pieśni. Najgłośniej 
śpiewano: „O cześć wam, panowie magnaci..," Gdy późnym wieczorem kończono 
imieninowe przyjęcie, żegnano się salwą z rewolwerów, przypominając sąsiadom o tych 
imieninach i o tamtych wydarzeniach, Przez rok, aż do następnej takiej uroczystości, był 
Płochocki spokojnym sąsiadem, spieszącym każdego ranka do sklepu po mleko i pieczywo, 
zastępując w tych obowiązkach schorowaną żonę.

Właścicielem domu oznaczonego numerem 15 był siwy, mocno zbudowany rzeźnik. Co 

tydzień w swoim masarskim warsztacie w głębi podwórka zabijał krowę lub świnię. Mimo 
dokuczającego najbliższym sąsiadom kwiku świni lub przeraźliwego muczenia krowy, 
przeczuwającej swoją bliską śmierć, nikt nie oskarżał go o nielegalny ubój. Solidarność 
międzysąsiedzka była wtedy silniejsza od obowiązujących przepisów, a donosicielstwo 
rozpowszechniło się dopiero od czasów hitlerowskiej okupacji.

Dwupokojowy lokal na piętrze zajmowali Orleańscy. Głowa rodziny — wysoki, dobrze 

zbudowany, przystojny mężczyzna studiował chemię na politechnice. Troska o rodzinę oraz 
nadmiar prac społecznych oddalały egzaminy końcowe i dopiero w połowie lat trzydziestych 
uroczyście świętowano zdobycie dyplomu. Był to ogólnie lubiany, bardzo uczynny i 
kulturalny sąsiad. Czas wolny, a nie miał go za dużo, poświęcał pracy społecznej. Przez kilka 
lat był naczelnikiem „Sokoła", a później został komendantem ochotniczej straży pożarnej. Na 
Stalowej długo pamiętano lipcowe imieniny Włodzimierza. Wczesnym rankiem budziła nas 
ze snu strażacka orkiestra dęta, rozpoczynająca koncert imieninowy pod oknami swego ko-
mendanta. Po kilku utworach rząd strażaków wędrował z życzeniami do mieszkania na 
piętrze, gdzie po solidnym wyściskaniu dis każdego był spory kieliszek wódki oraz kanapki. 
Gdy już wszyscy
złożyli życzenia, następował dalszy ciąg koncertowania, a później muzycy rozchodzili się, 
spiesząc do pracy. Wieczorem odbywało się przyjęcie dla kolegów ze studiów, z biura, z 
„Sokoła" l ze straży pożarnej, Z otwartych okien słyszeliśmy „Sto lat!" oraz wiele różnych 
pieśni l piosenek. Wtedy na Imieninach więcej śpiewano, niż popijano, i dlatego tak dobrze 
wspominamy tamte przyjęcia. Zona, nieduża brunetka, ukończyła konserwatorium, Czasami 
słuchaliśmy jej gry na pianinie, ale częściej słychać było nieudolne brzdąkanie uczennic.

To przykładne małżeństwo miało dwoje dzieci: trochę nieznośnego Wieśka i młodszą 

Krysię, miłą czarnulkę z dwoma warkoczykami, która chodziła do szkoły muzycznej i uczyła 
się gry na skrzypcach.

Sąsiadami Orleańskich była rodzina Pietrusińskich. Ojciec po długiej chorobie zmarł w 

połowie lat dwudziestych, zostawiając żonę z dwojgiem dzieci: Zygmuntem i starszym 
Rysiem, który po zapaleniu ucha środkowego przechodził ciężką trepanację czaszki. Młodsi 
od nas o kilka lat, drobni i wątli, byli dziećmi wyjątkowo spokojnymi.

Na początku lat trzydziestych obie rodziny wprowadziły się do naszego domu. Pamiętam 

takie wieczory, kiedy Zygmunt przyprowadzał Krysię ze szkoły muzycznej i niósł futerał ze 
skrzypcami. Długo stali przy furtce, nie wchodząc na podwórko l rozmawiali o swoich 
sprawach kilkunastolatków.

W domu numer 10, na piętrze od podwórka, mieszkała rodzina Drypsów. Dwaj synowie 

chodzili do szkoły kolejowej. Kazik ze mną, a Władek o dwa lata wyżej od Jurka, Mój 

background image

rówieśnik uczył się później w jakiejś warszawskiej średniej szkole. W połowie lat trzy-
dziestych ta rodzina wyprowadziła się pod Warszawę, do Włoch.

Na parterze mieszkała rodzina mego szkolnego kolegi Dzidka, zajmując dwupokojowy 

lokal. Wszyscy w tej rodzinie byli szczupli, wysocy. Ojciec, wąsaty, zawsze zamyślony — 
urzędnik kolejowy, a matka — kaszląca 1 stale paląca papierosy. Najstarszy syn Jurek 
wstąpił po maturze na prawo. Studiów nie ukończył. Był podporucznikiem rezerwy l 
naprawdę lubił wojsko. Mogłem to obserwować
podczas ćwiczeń oddziału przysposobienia wojskowego w „Sokole"
na początku lat trzydziestych, Jurek prowadził wtedy nie tylko musztrę, ale i większość 
wykładów. Gdy szliśmy na nocne ćwiczę-

background image

nia, dostawaliśmy na jedną noc jakieś bardzo stare karabiny. Były tak zużyte, że trzeba było 
uważać, aby nie pogubić zamków. Niektórzy z nas od razu pochowali je do kieszeni. Nie 
dostaliśmy ani jednego ślepego naboju, ale mimo tego, dzięki umiejętnościom Jurka, nasza 
nocna wędrówka była bardzo ciekawa.

Drugi z braci Ul Janek — był „wiecznym" studentem Wyższej Szkoły Handlowej. 

Chodził w czapce tej uczelni. Pamiętam, że głośno było w sąsiedztwie, gdy zdał jakiś kolejny 
egzamin. Trzeci z synów, Ryszard, serdeczny przyjaciel naszego Jurka, szeroki w ramionach, 
ale z lekko zapadniętą klatką piersiową, chodził poohylo- ny. Działał w narodowych 
organizacjach, kolportował prasę i zbierał ogłoszenia do gazet. W połowie lat trzydziestych 
ożenił się z drużynową harcerek ze Żbikowa. W tej rodzinie nałogowych palaczy Ryszard 
palił najwięcej.

Był jeszcze najmłodszy syn, Zdzisław, nazywany Dzidkiem. Wychowywany przez jakąś 

ciotkę we Włocławku, powrócił do rodziców pod koniec lat dwudziestych. Przez trzy lata 
uczyliśmy się w gimnazjum Zgromadzenia Kupców. On w klasie niemieckiej, a ja we 
francuskiej. Życie tej rodziny w niczym nie'przypominało dnia codziennego w naszym domu 
ani u innych kolegów. Do późnej nocy siedzieli w jednym pokoju, w kłębach tytoniowego 
dymu, czytając gazety, różne czasopisma i książki — wyłącznie naukowe. Powieści w tym 
domu nie czytano. Od czasu do czasu ciszę panującą w pokoju przerywała głośna uwaga 
którejś z zaczytanych osób albo ktoś zapowiadał podniesionym głosem odczytanie jakiegoś 
fragmentu książki. - Później rozpoczynała' się dyskusja lub wybuchały ogólne protesty i 
wezwania do zachowania ciszy. Odrabiając lekcje z Dzidkiem w sąsiednim pokoju, z 
ciekawością obserwowałem zwyczaje tej rodziny. Pamiętam kłęby dymu, pochylone nad 
książkami głowy, zachwyt lub oburzenie, słowa aprobaty lub potępienia. Tu wszyscy myśleli 
tak samo i w to samo wierzyli.

Zazdrościłem Dzidkowi tej atmosfery, tych gorących dyskusji, wielu książek w 

bibliotece, no i tego, że każdą wątpliwość mógł od razu wyjaśnić, pytając ojca lub brata.

Dopiero pod koniec 1927 roku, po osiemnastu miesiącach budowy, udało się moim 

rodzicom wykończyć dom oznaczony numerem 17. Był to drugi dom na Stalowej, w którym 
znajdowała się w mieszkaniach instalacja wodno-kanalizacyjna. Komorne było wysokie-'
________
trzy pokoje 140 złotych, dwa pokoje — 100 złotych, a pokój z kuchnią 60 złotych. Pensja 
konduktora kolejowego wynosiła wtedy 150 do 200 złotych. Kredyt bankowy, stanowiący 
ponad połowę kosztów budowy domu, miał być spłacony w ciągu dwudziestu pięciu lat. 
Podczas „wielkiego kryzysu" komorne spadło do 80, 60 i.40 złotych i nie zostało już 
podwyższone wobec stałej ucieczki lokatorów
0 większych zarobkach do Warszawy, do mieszkań z łazienkami
1 w.c. -

W domu oznaczonym numerem 18 mieszkaliśmy przez osiem lat, po powrocie ze Świdra. 

Tak jak w każdym domu na Stalowej lokatorzy zmieniali się tutaj często.

Bliscy nam sąsiedzi, Alinka i Genek, z rodzicami i rodzeństwem na początku lat 

trzydziestych przeprowadzili się do większego miesz- • kania w domu numer 20.

W podwórku, w murowanym warsztacie, w którym niegdyś prowadziła magiel teściowa 

właściciela domu, rozpoczął produkcję guzików i grzebieni Juliusz Habik, który kilka lat 
przed wojną przeprowadził się ze Żbikowa i zamieszkał obok rodziny Genka i Alinki. Na 
poddaszu, w pokoju z oknami wychodzącymi na szczytową ścianę domu Rady, nadal 
mieszkał pan Mundzio, nosząc się niezmiennie po wojskowemu, paradując w bryczesach i w 
butach oficerkach. Zapomniał już o gołębniku, pracował jako tokarz w jakiejś warszawskiej 
fabryce.

background image

Z domu numer 18 tylko jedna osoba stała się naprawdę sławna. Mówiono o niej nie tylko 

u nas, ale i w Warszawie. Był to jeden z dwóch Janków mieszkających niegdyś w suterenie, 
nazywany „grubym". W pokoiku pozostała matka, a on sam ukończył lub porzucił praktykę 
w blacharskim warsztacie i teraz mieszkał gdzieś w Warszawie. Najpierw nasi sąsiedzi 
zwrócili uwagę, że matce, która nadal była dozorczynią, zaczęło się lepiej powodzić. 
Kupowała więcej żywności, a syn przyjechał pewnej niedzieli w nowym garniturze, aby 
zaprosić najbliższych kolegów „Pod Słońce" na kil-. ka kolejek wódki. Wydawało się, że 
otrzymał jakąś dobrą pracę. Matka już mówiła, że zrezygnuje z dozorcostwa i szukała małego 
pokoiku, aby nie w suterenie. Na pewno nie wiedziała, że jej jedyny syn, trochę z biedy, a 
trochę z zamiłowania do lekkiego życia, a także pod wpływem przeczytanych zeszytów 
kryminalnych, zostanie „bandytą". Pewnego dnia nie udał się jakiś napad. Zaalarmowano

background image

policję. W czasie pościgu „bandyci' skryli się na strychu, a później, szukając drogi ucieczki, 
wybiegli na dach, chowając się za kominami sąsiednich domów. Okazało się później, że 
używali straszaków, ale policja, widząc broń w ich rękach, zaczęła strzelać, gdy nie chcieli 
schodzić. Ciężko ranny Jasio spadł z dachu trzypiętrowej kamienicy, a jego towarzysz poddał 
się i trafił do więzienia.

Mali złodziejaszkowie robili małe napady na niebogatych żydowskich sklepikarzy.
Matka staruszka skurczyła się jeszcze bardziej, pochylona, podpierająca się laską, 

każdego dnia wczesnym rankiem spieszyła do kościoła. Nie wiem, kiedy umarła, ale nie żyła 
już długo.

Piętrowy duży dom, oznaczony numerem 20, ostatni po parzystej stronie Stalowej, uległ 

częściowemu zniszczeniu w czasie październikowych walk w 1914 roku. Po odbudowaniu 
budynek zajęła Rada Główna Opiekuńcza. Pamiętam, że biur i magazynu pilnował nieduży, 
spokojny i cichy człowiek. Miał wyższą od siebie, tęgą żonę i dwóch synów, Wacka i Tadka, 
którzy ukończyli gimnazjum Zana. Starszy z synów, Wacek, dość długo studiował chemię na 
politechnice i wiele lat minęło, zanim został inżynierem. Natomiast Tadek szybko ukończył 
Wyższą Szkołę Handlową i rozpoczął pracę w starostwie.

Na pierwszym piętrze, w lokalu z balkonem od strony ulicy, mieszkała z rodzicami 

„Ruda". Tak nazywali sąsiedzi młodą dziewczynę z powodu naturalnego koloru pięknych 
włosów. Miała ona w sobie coś takiego, co przyciągało spojrzenia mężczyzn. Chodziła 
dumnie wyprostowana, zachowując się tak, jak gdyby nikogo nie widziała, a nosząc stale za 
ciasne sweterki demonstrowała swój sterczący biust. Jej dziewczęcy wdzięk i uroda, ładna 
budowa, sposób chodzenia oraz trochę prowokujące spojrzenia — wzburzyło niejednego 
mężczyznę. Uczyła się w Warszawie w szkole handlowej. Była przez rodziców tak pilnie 
strzeżona, że nie pozwalano jej na późne powroty ani żadne wieczorne spacery. Ojciec 
„Rudej" był urzędnikiem w jakimś warszawskim biurze, Ani on, ani jego żona nie znali 
nikogo z sąsiedztwa. Była to rodzina — jak to kiedyś ktoś z sąsiadów powiedział — należąca 
do innej klasy, która zamieszkała tu pomiędzy nami przez jakiś przypadek i teraz czekała jak 
na zbawienie na zdobycie mieszkania w Warszawie.

Także dom oznaczony numerem 21 zmieniał dość często loka

torów. W latach trzydziestych do mieszkania na piętrze z balkonem od podwórka 
wprowadziła się nauczycielka ze szkoły powszechnej — Swiętońska, z córką Krysią, 
uczennicą warszawskiego gimnazjum Jakubowskiej.

Ostatnim domem po nieparzystej stronie Stalowej był piętrowy dom Garbarczyka, 

oznaczony numerem 23, szybko odbudowany po niewielkich wojennych uszkodzeniach.

Właściciel mieszkał na parterze. W ogródku pod oknami hodował winogrona, rozpinając 

je na wysokim parkanie, oddzielającym podwórko od sąsiedniej posesji. Namawiał 
znajomych do uprawy winorośli, dawał sadzonki, uczył podcinania pędów, walki ze szkod-
nikami, chronienia tych delikatnych roślin przed mrozami i — co dla nas było wtedy 
najważniejsze — każdej jesieni częstował nas wspaniałymi winogronami.

Garbarczyk chodził w ubraniu z grubego wiejskiego samodziału, zawsze z wielką fajką. 

W swoim ogródku siał dużo tytoniu, co było niezgodne z obowiązującymi przepisami W 
letnie wieczory mocno pachniały tytoniowe kwiaty, a jesienią oglądaliśmy wielkie żółte 
liście, rozwieszone na sznurkach i suszące się w słońcu. Po śmierci Garbarczyka do lokalu na 
parterze sprowadziła się rodzina Karczewskich. O rok starszy ode mnie Zenek mieszkał z 
matką i babcią Karolakową. Zenek był mojego wzrostu i bardzo silny, uczył się marnie, choć 
od książek trudno było go oderwać. Dopiero kiedy opowiadał nam przeczytane „zeszyty", od 
razu ujawniała się jego ogromna naiwność. Święcie wierzył w dobroć osławionego bandyty 
Rinaldo Rinaldiniego i w jego wszystkie wymyślone przygody. Na łące w ruinach wytwórni 

background image

terakoty uczył nas gry w karty, przynosząc z domu jakąś starą, zatłuszczoną talię o nie 
spotykanych znakach. Graliśmy w durnia, w jego ulubioną grę, w którą grał po mistrzowsku.

Matka Zenka — szczupła blondynka, stale kaszląca gruźliczka — wychodziła na 

podwórko w czerwonym szlafroku i z papierowymi papilotami we włosach. Gdy kłaniałem 
się jej, stale pytała, szybko zapominając, o moje imię i o to, czyim jestem synem.

W tej rodzinie była jeszcze babcia Karolakowa, znana w całej okolicy ze swej 

pracowitości. Właściwie ona utrzymywała tę rodzinę. Co miesiąc przysyłał pieniądze ojciec 
Zenka, który założył już inną rodzinę i na Pradze prowadził warsztat stolarski. Widocz

background image

nie niewiele tego było, gdyż stale oglądano się na zarobek babci. Była to staruszka nieduża, 
silnie zbudowana, o siwych włosach, czerwonej, pomarszczonej twarzy, bez kilku zębów na 
samym przodzie. Przez większą część roku chodziła boso. Skórę na stopach miała tak 
stwardniałą i zrogowaciałą, że idąc po rżysku lub po żwirze nic nie czuła. Suknie nosiła 
długie, prawie do ziemi, zimą zakładała kilka kiecek, aby jej było ciepło. Poszerzało to jej 
figurę w sposób prawie karykaturalny. Znana była z tego, że idąc ulicą zatrzymywała się na 
chodniku i nie zwracając uwagi na to, czy ktoś jest w pobliżu, oddawała mocz. Po 
załatwieniu się szła dalej, jak gdyby nic się nie stało. Pracowała w pobliskich 
gospodarstwach rolnych, a była tak dobrą robotnicą, że przez palce patrzono na jej drobne 
kradzieże. Wracając wieczorem do domu zawsze coś ze sobą przynosiła: to jakieś owoce, to 
warzywa lub w najgorszym razie trawę dla hodowanych w piwnicy królików. Zapobiegliwa 
staruszka z dziwnym spokojem i z ogromną obojętnością przyjmowała wymówki córki i na-
rzekania wnuka, który stale oburzał się na postępowanie babci, na jej strój i zachowanie, ale 
nic nie robił, aby jej pomóc, aby jakoś ulżyć w tym naprawdę ciężkim życiu.

Na początku lat trzydziestych w domu Garbarczyka dobudowano jeszcze jedno piętro, a 

mieszkania zaopatrzono w różne wygody.

Nasza dzielnica — to dwie równoległe ulice: Stalowa i Ołówkowa. Codzienne wędrówki 

do szkoły, podróże do Warszawy, wspólne gry i zabawy oraz zacięte dyskusje i długie 
rozmowy na różne tematy zbliżały młodzież z naszych ulic.

Na Ołówkowej, w domu numer 14, mieszkał kierownik szkoły Kościuszki — Władysław 

Mazurkiewicz, który razem z żoną, również nauczycielką, przyjechał z podgórskiego Biecza, 
aby uczyć młodzież w naszych szkołach. Ich starszy syn Julek zaprzyjaźnił się z nami na całe 
życie.

Piętrowy dom oznaczony numerem 22 wyróżniał się swoją starością. Niewielki, 

pozbawiony balkonów, nie zmieniał się przez lata. Na piętrze mieszkała rodzina znanego 
drukarza Stefana Szeppego. Gdy na początku lat trzydziestych wydawał „Echa Podmiejskie", 
tu mieściła się redakcja i administracja.

Na parterze mieszkali Matuszewscy. Ojciec w lokalu od ulicy

prowadził warsztat ślusarski, a wiecznie zapracowana matka zajmowała się 

wychowaniem czworga dzieci. Najbliżej żyliśmy z najstarszym — Witoldem, rówieśnikiem 
Jurka.

W sąsiednim domu, oznaczonym numerem 24, w dwupiętrowej oficynie stojącej bokiem 

do jezdni mieszkali na piętrze Zenowiczo- wie. Młodsza ode mnie córka Marysia uczyła się 
w warszawskim gimnazjum Wereckiej.

Do tej oficyny na początku lat trzydziestych wprowadzili się Szafrańscy. Zona Eugenia, 

wysoka, przystojna, wysportowana, ćwiczyła w pruszkowskim „Sokole", a jej mąż Henryk 
po ukończeniu szkoły rzemieślniczej pracował u „Mechaników".

W starym domu przy Ołówkowej 21 mieszkał nasz rówieśnik, nazywany dla swego 

specyficznego humoru „Kaziu-Heca". Nazwa wymyślona przez Witka przylgnęła do niego na 
całe życie.

Mieszkał razem z matką, która handlowała drobiem. Dwa razy W tygodniu przywoziła 

gdzieś z dalekich wiosek kosze i tłumoki pełne kurczaków, kur, gęsi, kaczek oraz indyków.

Kazio odbywał praktykę w jakimś warsztacie mechanicznym, ucząc się trudnego zawodu 

szlifierza. W pewnym okresie zaczął szukać naszego towarzystwa. Zbliżał się do nas, grając z 
nami w siatkówkę i przysłuchując się naszym rozmowom. Był zdrowym, dobrze 
wyglądającym chłopcem, średniego wzrostu, silnym, o dużych, czerwonych, spracowanych 
rękach. Polubiliśmy go. Przez wiele lat towarzyszył nam w spacerach i wyjazdach do 
Warszawy.

background image

Tacy to byli ludzie, których zapamiętałem — spośród wielu mieszkańców naszej 

dzielnicy. Reszta, ogromna większość moich sąsiadów, pozostała mało widocznym tłem dla 
moich wspomnień.

W gimnazjum normalne tygodnie pracy rozjaśniały nam wycieczki do teatru i wizyty w 

„Zachęcie".

Razem z innymi szkołami braliśmy udział w manifestacji w przeddzień imienin 

Marszałka. Z orkiestrami i pochodniami przemaszerowaliśmy przez iluminowane i ustrojone 
flagami ulice aż pod Belweder. Następnego dnia lekcji nie było. Znowu wędrowałem moją 
dawną trasą. Byłem już trochę starszy, wyższy i ubrany w szkolną czapkę — nikt nie chciał 
ustąpić mi miejsca, nie mogłem docis-

background image

Inąć się do ogrodzenia, aby zobaczyć, jak Warszawa składa hołd Marszałkowi.

Dobitnie przekonaliśmy się, że wydarzenia w dalekiej Ameryce Jmogą mieć ogromny 

wpływ na warunki życia w Polsce i na nasze codzienne kłopoty i radości. „Wielki kryzys", o 
którym coraz częściej, i czytaliśmy w gazetach, docierał powoli i do Pruszkowa.

W sklepach z każdym dniem było mniej kupujących, ściskano pieniądze, bojąc się 

wydawać, ze strachu przed najbliższą przyszłością. Fabryki musiały ograniczać produkcję, 
gdyż raptownie zmniejszał się zbyt wszystkich towarów. Przystąpiono do zwalniania mniej 
potrzebnych pracowników. Powiększała się rzesza ludzi pozbawionych pracy. Coraz więcej 
bezrobotnych zbierało się przed magistratem na początku Stalowej, żądając pracy albo 
zasiłków. . W roku 1930 kilkaset osób czekało na zatrudnienie. Dla wielu rodzin rozpoczynał 
się naprawdę tragiczny okres. Chociaż redukcje zagrażały przede wszystkim pracownikom 
niewykwalifikowanym, to jednak obniżki wynagrodzeń dotknęły wszystkich i w ten sposób 
kryzys uderzał w cały świat pracy.

W ostatnich dniach czerwca udało nam się pojechać do Gdyni na uroczystość Święta 

Morza.

Kolejarze otrzymywali co roku po kilka bezpłatnych biletów na przejazd dowolną linią 

kolejową. Trzeba było wypisać, ile osób z rodziny jedzie, i podać stację docelową oraz 
ostemplować bilet w kasie. Pojechało nas pięciu: Jurek i ja oraz Władek, Marian i Genek. 
Mieliśmy spędzić dwie noce w podróży i jeden dzień nad morzem. Tłok był ogromny. 
Uruchomiono kilka dodatkowych pociągów. Niektóre z nich składały się z samych 
towarowych wagonów. Jechaliśmy przez całą noc, bardzo stłoczeni w starych, roztrzęsionych 
wagonach. Razem z nami tłoczyła się masa młodzieży. Wycieczki szkolne, drużyny 
harcerskie i najwięcej takich jak my — nie zorganizowanych. Ściśnięci w niewyobrażalny 
sposób, spaliśmy kurcząc się w tłoku na ławkach, leżeliśmy na półkach, rozciągaliśmy się lub 
kucaliśmy na stercie plecaków ułożonych na podłodze. Nawet przejeżdżając przez Gdańsk, 
który koniecznie chcieliśmy zo- baczyć, spaliśmy bardzo mocno. Rano, gdy było jeszcze 
szaro, chłodno i mglisto, pociąg zatrzymał się na dworcu w Gdyni. Razem
z jakąś drużyną pomaszerowaliśmy na zarośniętą lasem Kamienną Górę, aby rozprostować 
kości i zjeść domowe śniadanie: bułkę z kiełbasą, popijając herbatą z butelek. Gdy mgła 
opadła, nie mogliśmy napatrzeć się na sine, nie kończące się morze. Gdzieś daleko miał być 
Półwysep Helski, jak nas zapewniał drużynowy. Z portu wypływał statek. Słychać było 
syrenę okrętową. Z komina sączyła się długa smuga dymu. Nisko nad morzem i nad 
szczytami drzew krążyły stada mew. To wszystko zobaczyliśmy po raz pierwszy. Z 
rozciągającej się daleko od nas mgły wypłynął wielki żaglowiec. To był najpiękniejszy 
widok, jaki mogliśmy sobie wymarzyć. Powoli opadały żagle, statek płynął coraz wolniej. 
Nie opuściliśmy Kamiennej Góry, dopóki nie zatrzymał się gdzieś przed portem.

Idąc wzdłuż wybrzeża znaleźliśmy takie miejsce, gdzie mogliśmy wykąpać się i nabrać 

na pamiątkę w butelki po herbacie morskiej wody, aby niedowiarków w Pruszkowie 
przekonać, że naprawdę jest słona. Dołączyliśmy do jakiejś szkolnej wycieczki, aby popłynąć 
dużą motorówką na zwiedzanie portu. Oglądaliśmy olbrzymie dźwigi, robotników noszących 
worki i skrzynie, opływaliśmy czarne kadłuby statków z dalekich, nieznanych portów. 
Wdychając zupełnie inne morskie powietrze, patrzyliśmy na zagraniczne bandery, zapisując 
obce nazwy wymalowane na burtach.

Zwiedzając budującą się Gdynię z daleka omijaliśmy wielkie zgromadzenie ludzi 

uczestniczących w uroczystościach Święta Morza. Włóczyliśmy się pomiędzy niedawno 
wzniesionymi domami, po nowo powstałych ulicach, biegnących przez miasto — od pola do 
pola.

Olbrzymi tłum ludzi towarzyszył wszystkim imprezom. Odbywało się nabożeństwo, 

wielka defilada, przemówienia i zbiorowe śpiewanie patriotycznych pieśni. Interesowało nas 

background image

wszystko. Wygląd cudzoziemskich marynarzy, kutry rybackie, portowe knajpy i* sklepy z 
pamiątkami. Przyglądając się temu zupełnie nowemu miastu, tak różniącemu się od 
wszystkich dotychczas poznanych, zapisywaliśmy w naszych zeszytach to wszystko, co nas 
dziwiło i zaciekawiało, aby jak najwięcej opowiedzieć rodzinom i kolegom. Przed odjazdem, 
a dzień minął nam niespodziewanie szybko, kupiliśmy wędzonych szprotek, które wraz z 
gdyńskimi bułeczkami były naszym obiadem i kolacją. Dość wcześnie zajęliśmy miejsca w 
stojącym na bocznicy pociągu, do którego wpuścił nas konduktor

background image

po obejrzeniu naszych kolejarskich dowodów. Stłoczeni w pięciu na jednej ławce, usnęliśmy 
bardzo zmęczeni i pełni wrażeń, nie budząc się, gdy pociąg odjeżdżał z Gdyni. Znowu, mimo 
wcześniejszych zamierzeń i zapewnień, przespaliśmy Wolne Miasto Gdańsk. Przytuleni do 
siebie, nie zdając sobie sprawy z tłoku w przedziale, spaliśmy aż do Warszawy.

W Pruszkowie mieliśmy tak dużo słuchaczy, że kilka razy musieliśmy opowiadać 

przebieg tego niezapomnianego dnia.

Widocznie potrafiliśmy ciekawie opowiadać, jeśli trzech naszych kolegów, którzy nie 

otrzymali promocji do następnej klasy, dla uniknięcia wymówek rodziców zdecydowało się 
na ucieczkę do Gdyni, wybierając raczej jakąś daleką podróż, statkiem zamiast nie 
kończących się kazań rodziców i powakacyjnej męczarni w szkole.

Nie ,zdawali sobie sprawy, że sława Gdyni jako okna na świat dotarła już bardzo daleko i 

wielu młodych amatorów morskich podróży z całego kraju, wyłapywanych na gdyńskim 
dworcu przez policję, odsyła się najbliższym pociągiem do rodzinnego miasta.

O tym dniu, spędzonym nad chłodnym Bałtykiem, o zapachu morza, o statkach różnych 

bander, o pracującym i w niedzielę porcie, o stadach mew — opowiadaliśmy przez kilka 
tygodni. Ale najważniejsze było to, że od tego dnia zaczęliśmy o wielu sprawach myśleć w 
zupełnie inńy sposób, jak gdyby dużo szerzej i z innego punktu widzenia.

W te upalne, słoneczne wakacje pożegnałem się ostatecznie z harcerstwem, które w 

Pruszkowie, po zlikwidowaniu burs, przeżywało wiele trudności Z dawnego licznego i 
wspaniale prowadzonego., hufca pozostały tylko dwie drużyny męskie i jedna żeńska. Posta-
nowiono stworzyć nowy zespół kierowniczy i zaczęto poszukiwać dawnych - harcerzy, aby 
wciągnąć ich do pracy instruktorskiej, Prawdopodobnie to było powodem zaproponowania 
mi wyjazdu na obóz harcerski w Kudryńcach nad Zbruczem, gdzie miałem pełnie funkcję 
bibliotekarza i sanitariusza. Wyjeżdżali także trzej moi przyjaciele ze Stalowej: Andrzej, 
Marian i Staszek.

W czasie wakacji organizowano w parku „Sokoła" półkolonie dla dzieci niezamożnych 

rodziców. Od rana do popołudnia bawiły się w parku, zjadając w tym czasie dwie bułki z 
masłem i serem

lub wędliną i popijając to kubkiem kakao. Dzieci była ponad setka. Każda 

dwudziestoosobowa-grupa miała swego wychowawcę — razem zatrudniono trzech chłopców 
i dwie dziewczynki. Jeśli padał deszcz, wychowawcy zabierali dzieci do jednej z sal pałacu 
„Sokoła" i organizowali dla nich różne zabawy lub opowiadali im bajki. Tego lata zajmowali 
się dziććmi moi koledzy: Mietek, Witek i Władek Skrzypiński. Wynagrodzenie wynosiło 
trzydzieści złotych za miesiąc pracy. Zarobione pieniądze przeznaczano na kupno najpo-
trzebniejszych rzeczy: butów, koszul, skarpetek lub innych drobiazgów.

Dzieci kolejarzy najczęściej wyjeżdżały z Pruszkowa na wakacje do ośrodków 

wypoczynkowych w Makowie Podhalańskim lub w Aleksandrowie Kujawskim. 
Najciekawsze dla dorastających chłopców były obozy przysposobienia wojskowego. We 
wszystkich szkołach średnich i w licznych organizacjach. odbywało się przeszkolenie 
wojskowe. Przez dwie godziny tygodniowo uczono młodych ludzi musztry, strzelania, 
obchodzenia' się z bronią. Dwuletnie szkolenie, połączone z miesięcznym obozem, dawało 
prawo do odbycia skróconej o trzy miesiące służby wojskowej. Na takich obozach, w 
malowniczych i zdrowych okolicach, sypiano w namiotach, otrzymując wojskowe 
wyżywienie. Chłopcy dostawali drelichowe mundury i stare karabiny do ćwiczenia musztry i 
maszerowania. I

Natomiast do podpruszkowskich wiosek przyjeżdżało „na let- "niaki" wiele rodzin z 

Warszawy. Wynajmowano od gospodarzy na całe wakacje izbę z możliwością gotowania 
posiłków. Matki przyrządzały jedzenie, a nad Mrówką i w pobliskich lasach pełno było 

background image

rozkrzyczanych dzieciaków. Gdy zbyt wielu warszawiaków przybyło do Kań, Nowej Wsi lub 
do Granic, wtedy kończyły się nasze spacery i odpoczynki w helenowskim lesie.

Obozy harcerskie w tamtych latach były najpopularniejszą formą spędzania wakacji. 

Chętnych zawsze było więcej niż miejsc, ale wyjątkowo w tym roku, gdy znacznie 
zmniejszyła się liczba pruszkowskich drużyn, a Koło Przyjaciół Harcerstwa zebrało nor-
malną, taką jak w każdym roku, sumę na urządzenie obozu, znalazło się kilka wolnych 
miejsc i dlatego zaproponowano wyjazd starszym harcerzom, licząc, że ponownie zwiążą się 
z ruchem harcerskim.

Sześciotygociniowy obóz miał rozbić namioty we wsi Kudryńce

background image

nad Zbruczem, a więc nad samą granicą polsko-radziecką. Niedaleko płynął Dniestr, a przy 
ujściu Zbrucza znajdowały się Okopy Świętej Trójcy. Te nazwy wiele nam mówiły. W 
szkole przerabialiśmy „Ogniem i mieczem", bliscy nam byli bohaterowie „Trylogii".

Był to najcieplejszy zakątek Polski. Wiedzieliśmy dobrze, że dojrzewają tam wspaniałe 

winogrona, najlepsze morele i aromatyczne arbuzy.

Jechaliśmy we czwórkę: Andrzej, Marian, Staszek i ja. Witek mógłby jechać po 

wstąpieniu do drużyny, ale opiekował się dziećmi na półkolonii, tłumacząc nam, że takie 
zwyczaje panują w Ameryce, aby od dziecka pracować w czasie wakacji. Zygmunt, przyjęty 
do szkoły „Mechaników", kompletował podręczniki oraz zamęczał starszych kolegów 
pytaniami o różne szczegóły nauki i pracy w szkolnych warsztatach. Władek miał jakieś nie 
przewidziane wakacyjne zajęcia, a Genek zabiegał o szkolną praktykę.

Plecaki mieliśmy dokładnie wypchane, bo poza kocem i zapasowymi częściami 

garderoby, poza przyborami do mycia — zabieraliśmy prześcieradło, poszewkę i siennik do 
wypchania sianem i słomą. Choć zarost dopiero zaczynał się pojawiać na mojej brodzie i pod 
nosem — zabrałem przybory do golenia.

Na dworcu podczas pożegnania wetknęła mi Matka trochę pieniędzy, papier listowy, 

kopertą i znaczki — abym koniecznie pisał listy. Trochę strach nas ogarniał przed taką daleką 
podróżą i wie- lotygodniowym pobytem nad samą granicą. Gdy patrzyłem na tłum 
odprowadzających, myślałem przez chwilę, że dobrze by było tylko przez ten jeden moment 
odjazdu być takim bohaterem, ale później chciałbym wrócić do domu, spać w swoim łóżku, 
słyszeć głosy rodziców, a gdy się obudzę — zobaczyć ściany mojego pokoju, a po śniadaniu 
wyruszyć z kolegami na glinianki.

Tymczasem na peronie tworzono zastępy. Plecaki leżały w równych szeregach. 

Trójkątne, haftowane przez znajome druhny chorągiewki na harcerskich laseczkach — 
oznaczały bagaż zastępowych. Rodziny, koledzy, znajomi przyszli, aby się z nami pożegnać. 
Witek był wyraźnie niezadowolony.

— Tak bardzo chciałem z wami jechać, ale stary nie pozwolił — mówił rozżalony.
Ostatnia zbiórka była połączona z odliczaniem i sprawdzaniem bagaży. Gdy od strony 

Warszawy usłyszeliśmy nadjeżdżający po*
ciąg, zakładając plecaki żegnaliśmy się z najbliższymi. Ostatnie: „Czuj! czuj! czuwaj!" — 
patrzę na zapłakaną Matkę, na kolegów i odprowadzające nas koleżanki.

Miałem być sanitariuszem i bibliotekarzem. Do mojego bagażu dołączono jeszcze dwie 

paczki — torbę sanitarną z najpotrzebniejszymi lekami i środkami opatrunkowymi oraz dość 
ciężką paczkę z książkami. Koledzy pomagali mi zabrać to wszystko do wagonu.

Wsiadamy do kilku zarezerwowanych przedziałów. Zabieramy dużo sprzętu i namioty. 

Ktoś z rodziców zamyka za nami drzwi, ciśniemy się do okien, aby po raz ostatni spojrzeć na 
dworzec i odprowadzających. Większość matek płacze. Widzimy chusteczki przy oczach. 
Wyciągnięte ręce machają nam na pożegnanie. Trzeci gwizdek i okrzyk: „Odjazd!" — 
zaczyna naszą wielką przygodę. Peron ginie w kłębach pary. Patrzę na ulicę Stalową, mijamy 
lasek Gałkowskiego i z daleka widzę jeszcze cztery kominy, pilnujące naszej dzielnicy.

Drużynowy Wicek Klimaszewski, wysoki, szczupły i bardzo energiczny, zarządza:
— Siadać, nie zasłaniać okien! Śpiewamy! — I od razu ktoś zaczyna: „Jak to na wojence 

ładnie..."

Siedzimy zastępami. Każdy nareszcie odnalazł swoje miejsce. Wszyscy śpiewają, ryczą 

nawet i ci, którzy — tak jak ja — absolutnie głosu nie mają. Gdy pociąg zatrzymuje się na 
przystankach i stacjach, nasze przedziały, pełne rozśpiewanej młodzieży, są omijane z daleka 
przez pasażerów.

Padają pierwsze ostrzeżenia doświadczonych harcerzy: „Przed nami cała noc. Na razie 

nic nie jemy, poczekajmy, aż będziemy w pociągu do Lwowa!"

background image

W Koluszkach mamy przesiadkę. Dalej jedziemy pociągiem z Łodzi. Z trudem odnalazły 

się zarezerwowane przedziały, zajęte już przez podróżnych. Dopiero interwencja konduktora 
usuwa niepożądanych pasażerów. Zostawiamy wśród nas tylko kobietę z małym dzieckiem. 
Jedziemy w pięciu przedziałach. Gdy tylko zajęliśmy swoje miejsca, zabieramy się do 
jedzenia. Każdy wyciąga jakieś kanapki, szarlotki, serniki i placki. Częstowanie i próbowanie 
domowych wypieków trwa tak długo, aż znikają prawie całe zapasy. Podobno na obozie nie 
wypada jeść takich przysmaków.

Dobrze nam było spać w pulmanowskich wagonach, rytmicznie

background image

kołyszących do snu. Wicek policzył wszystkich i w każdym przedziale pożartował, a później 
wyciągnęliśmy się na półkach, na ławkach lub na podłodze, na zapakowanych namiotach i na 
różnych bagażach. Na korytarzu czuwali na zmianę dyżurni, a zmęczeni chłopcy od razu 
zasypiali, nie mając już sił ani na śpiewanie, ani na rozmowy. Niespodziewanie szybko 
zapanowała w przedziałach cisza nocna. Nad ranem zrobiło się nam zimno. Zamykaliśmy 
okna, wyciągaliśmy swetry i okręcaliśmy się kocami.

Przed siódmą była normalna pobudka. Tadek wyciągnął sygna- łówkę, aby odegrać: 

„Pobudka! Pobudka! Wstać..." Myliśmy się, dopóki starczyło wody w ubikacji. 
Przytomniejemy dopiero po odśpiewaniu: „Kiedy ranne wstają zorze..." i patrząc przez okna, 
obserwujemy inny, nie znany nam krajobraz. Inaczej ubrani ludzie kręcą się w opłotkach i 
nawet inne kwiaty rosną tu w ogródkach.

Lwowski dworzec zaimponował nam swoją wielkością. Podczas zbiórki na peronie 

Wicek długo sprawdzał, czy są wszystkie bagaże. W dworcowej restauracji ogrzewaliśmy się 
gorącą herbatą, zjadając przy okazji resztki domowych przysmaków. Tu odnaleźli nas przed-
stawiciele lwowskiej chorągwi —- kilku harcerzy i dwie harcerki. Po serdecznym powitaniu 
poczuliśmy się od razu dużo pewniej w nie znanym nam mieście. Plecaki i bagaże 
pozostawiamy w dworcowej przechowalni, aby wyruszyć na zwiedzanie miasta, niby nie 
znanego, a jednak bardzo nam bliskiego. Wychowaliśmy się przecież na legendzie Orląt. 
Wydawało się nam, że cały świat należy do nas. Byliśmy młodzi, zdrowi, opaleni, szczęśliwi, 
pełni ciekawości i chęci poznania miasta i ludzi. Na rękawach harcerskich mundurków mamy 
tarcze z mazowieckim orłem i wyhaftowanym napisem „Pruszków". Krajki nosimy 
jednakowe — huculskie, a na rękawach kolorowe kółka z różnymi sprawnościami. 
Zwiedzanie Lwowa rozpoczynamy na pięknie zadrzewionej Górze Zamkowej, oglądając 
Wysoki Zamek i Kopiec Unii Lubelskiej.

Wędrując ulicami śródmieścia, zwiedzaliśmy barokową cerkiew św. Jura i kaplicę 

Boimów, katedrę ormiańską i- Panoramę Racławicką, aż na koniec zaszliśmy na cmentarz 
Łyczakowski, aby złożyć kwiaty na grobie Marii Konopnickiej i Artura Grottgera. Odna-
lazłem pomnik Ordona i grób niedawno zmarłego generała Rozwa-J dowskiego, o co prosił 
mnie Jurek. Stał tam tylko zwykły drew-;
niany krzyż. Byliśmy także na cmentarzu Orląt i na grobach lotników z Eskadry 
Kościuszkowskiej.

Pod wieczór miasto stało się nam bliskie. Dołączyła do nas duża grupa lwowskich 

harcerzy i na wielkiej łące rozpaliliśmy ognisko. Wieczór był ciepły, pogodny, niebo 
gwiaździste. Długo śpiewaliśmy harcerskie pieśni, uczyliśmy się wesołych lwowskich 
piosenek i wsłuchiwaliśmy ,się w miejscową gwarę, w ten specyficzny akcent znany nam już 
z radiowych audycji.

Pociąg do Zaleszczyk przez Tarnopol odjeżdżał późno w nocy. Odprowadzała nas grupa 

lwowskiej młodzieży. Żegnając się z nowo poznanymi przyjaciółmi, wymienialiśmy adresy, 
obiecując częste pisanie listów i wieloletnią pamięć. Korespondencja nie trwała zbyt długo 
— zostały tylko wspomnienia o tym mieście i o wielkiej serdeczności, z jaką spotkaliśmy się 
w czasie tych kilkunastu godzin wspólnej włóczęgi, pozostał także ogromny sentyment 
odzywający się zawsze, gdy usłyszymy lwowski akcent i niezapomniane: „ta joj!"

Nad ranem, bardzo zaspani, wysiedliśmy w Czortkowie. Nikt z nas nie zginął, nie 

zawieruszył się po drodze, były też wszystkie bagaże. Na dworcu czekali miejscowi harcerze. 
Kilku z nich miało z nami spędzać wakacje. Witaliśmy się sztywno i urzędowo, a dopiero 
później zaprzyjaźniliśmy się serdecznie, aby po kilku tygodniach rozstawać się z 
prawdziwym żalem. Na razie pomagali nam wyładowywać plecaki i bagaże, ciekawi naszego 
wyglądu, zachowania i tego, jak ich w naszym gronie przyjmiemy.

background image

Zajęliśmy miejsca w pociągu jadącym przez Borszczów do ostatniej przygranicznej 

stacji: Iwanie Puste.

Pociąg rozśmieszył nas trochę. Linia była jednotorowa. Wagoniki bardzo stare, 

pamiętające na pewno pierwsze lata komunikacji kolejowej. Parowozik z bardzo niskim, 
pękatym kominem gwizdał często i otaczał się obłokami pary.

Zadziwiała nas od samego początku okolica, przez którą przejeżdżaliśmy. Niebo miało 

jakieś inne zabarwienie, klimat był cieplejszy, łagodniejszy, a powietrze wydawało się nam 
rześkie, tak źe łatwiej i przyjemniej było oddychać. Napatrzeć się nie mogliśmy na urodzajne 
pola, poprzecinane głębokimi jarami, w których rosły gęste krzewy. Przy drogach stały rzędy 
drzew wiśniowych lub orzechów włoskich. Szeroką kamienistą szosą jechał mały wózek.

background image

Woźnica poganiał konia ustrojonego w drewnianą, wysoką hołoblę. Wiejskie domy, 
podobnie jak u nas pokryte słomą, malowane na różne kolory. Wśród morelowych sadów 
widać było wysokie, piękne malwy. Ścieżką wśród łąk bosonoga kobieta niosła na ramionach 
nosidło, na końcach którego miała umocowane dwa napełnione wodą wiadra.

Miejscowi harcerze słuchali opowieści o Warszawie i o naszym mieście, a później, już w 

obozie, tłumaczyli nam i pomagali zrozumieć zagmatwaną sytuację, jaka panowała w tej 
części Polski. W Borszczowie, w czasie krótkiego postoju, znowu dołączyła do nas grupa 
miejscowych harcerzy. Byli to synowie nauczycieli i urzędników.

W Iwaniach Pustych kończyły się tory kolejowe. Rozsiedliśmy się na łące obok bagaży, 

tuż przy niedużej drewnianej stacji, z kasą biletową, poczekalnią i oddzielnym 
pomieszczeniem dla zawiadowcy, który zarazem sprzedawał bilety, udzielał informacji, a 
gdy zbliżał się pociąg, zamykał szlaban na pobliskim przejeździe. Do miejsca naszego 
obozowania — wioski Kudryńce nad Zbruczem — było około dziesięciu kilometrów. 
Zawiadowca zatelefonował do strażnicy KOP, prosząc o przysłanie wozu do przewiezienia 
naszego bagażu. Mając trochę czasu spacerowaliśmy po tym niedużym miasteczku. 
Zwiedziliśmy starą cerkiew, stojącą w środku zabudowań, zajrzeliśmy do gospody, w której 
niewiele było do jedzenia, a za to dużo różnych wódek. Obserwowaliśmy stroje przechodzą-
cych obok kobiet, ich jasne bluzki ozdabiane pięknymi haftami. Ciemnymi nićmi wyszywano 
różne nie spotykane u nas wzory. Od razu wydało się nam, że są to wschodnie, być może 
tureckie motywy. Przechodzące kobiety obserwowały nas z nie mniejszą uwagą, dokładnie 
lustrując nasze ozdoby harcerskich mundurków.

Gdy nadjechał dwukonny wózek, zdziwił nas trochę widok karabinów w rękach woźnicy 

i siedzącego obok kaprala. Obydwaj pochodzili z Sandomierskiego i od razu 
zaprzyjaźniliśmy się na całe wakacje. Poza bagażami zapakowaliśmy na wóz żonę Wicka i 
jednego z naszych kolegów, któremu prawdopodobnie zaszkodził nadmiar domowych 
przysmaków.

Reszta harcerzy pomaszerowała piaszczystą drogą, idąc za widocznym z daleka tumanem 

kurzu, pozostawianym przez szybko jadący wóz.

Kiedy doszliśmy do pierwszych zabudowań, zadziwiła nas niezwykła pustka. Przed 

pobliskimi chatami nie było nikogo. Puste były podwórka. Nikt nie wyszedł, aby nas 
zobaczyć. Nie widać było dzieci, które zawsze wylatywały na drogę, gdy ze śpiewem ma-
szerowaliśmy przez wioski na Mazowszu.

Na małej łączce na początku wsi Kudryńce zatrzymaliśmy się, aby po dość uciążliwym 

marszu piaszczystą drogą choć przez chwilę odpocząć. Obok był mały sklepik, którego 
właściciel, stary 2yd w chałacie i w jarmułce, z długą brodą i pejsami, zaprosił nas do środka, 
zachwalając landrynki, przechowywane w szklanym słoju -—/wiedząc, że niczym innym nas 
nie zainteresuje. Landrynki sypał na kawałki gazety, a gdy nie chcieliśmy brać tak zapakowa-
nych dwudziestogroszowych porcji, rozpoczął poszukiwania toreb z szarego, nie 
zadrukowanego papieru, aby je podrzeć na opakowania dla tak wybrednych klientów.

Większość toreb leżących na ladzie sklepowej była sklejona z gazet ukraińskich lub 

żydowskich. Jeden z dowcipnych kolegów powiedział: „Żeby chociaż pakował w naszą 
gazetę, to mielibyśmy co poczytać".

Niedużo zarobił, bo landrynki nie były dobre, zleżałe i posklejane, ale gadał bez przerwy, 

kalecząc polski język. Dopytywał się, skąd przyjechaliśmy, co zamierzamy tu robić i kiedy 
odjeżdżamy. Gdy pierwsi harcerze weszli do sklepiku, dwie starsze kobiety natychmiast 
wyszły, nie odpowiadając na grzeczne: „Dzień dobry!"

Po krótkim odpoczynku urządziliśmy bardzo sprawną pokazową zbiórkę i ze śpiewem 

pomaszerowaliśmy w kierunku widocznej już strażnicy KOP.

background image

Obserwatorami naszego popisu musztry był tylko sklepikarz i kilkoro jego małych dzieci 

lub wnuków, które, gdy tylko wyszliśmy na drogę, szybko znalazły się w sklepie, wyłażąc 
gdzieś z zaplecza i wyglądając teraz przez uchylone drzwi i brudne okno.

Marne pruszkowskie sklepiki żydowskie były przy tej norze luksusowymi magazynami. 

Podobny był tylko dzwonek nad wejściem, dzwoniący donośnie przy otwieraniu drzwi.

Gdy zatrzymaliśmy się przed strażnicą, wartownik szeroko otworzył bramę. Inny żołnierz 

patrzył na nas z wysokiej wieży obserwacyjnej. Na skraju dziedzińca, w obszernych 
pomieszczeniach,

background image

szczekały podniecone naszym przybyciem czarne wilczury. Wicek wszedł do murowanego 
domu, w którym mieściło się dowództwo. Przez otwarte okna sąsiedniego budynku widać 
było dużą salę z rzędami żelaznych żołnierskich łóżek.

Z wielką ciekawością rozglądaliśmy się po strażnicy. W głębi była stajnia i jakieś 

budynki gospodarcze. Wszędzie panował porządek. Wychodzącego z Wickiem oficera 
powitaliśmy harcerskim: „Czuj! czuj! czuwaj!" Był to komendant strażnicy. Po kilku jego 
słowach wiedzieliśmy już, co nam może grozić. Strefa przygraniczna zawsze jest 
niebezpieczna, dlatego należy zachować czujność, na wszystko uważać, po lesie chodzić 
tylko po kilku, nigdy pojedynczo. Nie należy niepotrzebnie kręcić się po wsi — gdyż ludzie 
są tu nam nieprzychylni. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to do strażnicy należy iść polną drogą, 
poza wsią.

—Nie przez wieś! Pamiętajcie! Nie przez wieś!
Mocno podniósł się autorytet drużynowego Wicka, kiedy dowiedzieliśmy się, że ma 

rewolwer.

Dwaj niedawno poznani żołnierze znowu wsiedli na wóz z naszymi bagażami i pojechali 

drogą, omijając wieś, aż na skraj lasu. Oficer, żegnając się z nami, życzył dobrego 
odpoczynku i obiecał przyjść na ognisko, aby opowiedzieć nam o życiu nad granicą.

Wioska rozciągała się dość daleko. Gospodarstwa były rozmieszczone wzdłuż szerokiej, 

piaszczystej drogi, wysadzanej starymi drzewami wiśniowymi. Z miejsca naszego obozu do 
wsi było około kilometra, a drugie tyle do strażnicy. Obozowisko leżało na skraju starego 
liściastego lasu. Od wsi oddzielało nas łagodne wzgórze, porośnięte młodymi drzewami. 
Żołnierze ostrzegali nas:

— Tam za lasem jest już granica, nie-dalej niż kilometr.
W strażnicy przewidujący kapral załadował na'wóz kilkanaście szpadli i łopat; naszymi 

małymi łopatkami w tej twardej, wyschniętej ziemi niewiele byśmy zrobili.

Od razu zabieramy się do budowy kuchni. Kopiemy specjalne dołki — nad jednym z nich 

ustawiamy kocioł, aby ugotować wodę na herbatę. Stasio Turczynowicz, student architektury, 
późniejszy profesor, szybko sporządza plan obozowiska. Trzy namioty staną ||| kiem tuż na 
skraju lasu. Wyznaczono miejsce na maszt sztandarowy, kuchnię i magazyn, na boisko do 
siatkówki. W głębi lasu wy
budowaliśmy śmietnik i latrynę. Wszyscy uwijali się ze szpadlami, piłkami lub siekierkami. 
Ścinamy odpowiednie drzewka, obcinamy grube konary i gałęzie. Ustawiono namioty, 
wkopano maszt i słupki do siatkówki. Zastęp, który buduje kuchnię, przynosi z pobliskiego 
strumienia wodę do gotowania i za chwilę dym z ogniska snuje się po polu. W czasie krótkiej 
przerwy dostaliśmy pierwszy obozowy posiłek: menażkę herbaty i chleb z marmoladą. 
Wojskowy wóz przywiózł nam siano i słomę. Wypychamy poduszki i sienniki. Tylko 
pierwszej nocy spaliśmy bez pryczy. Ułożyliśmy na ziemi sienniki i do późna walczyliśmy na 
poduszki, bawiąc się znakomicie.

Od pierwszego wieczoru Tadek Grzybowski wygrywał na syg- nałówce „Idzie noc...", a 

rano budził nas melodią „Pobudka, pobudka, wstać!" Po kilku dniach wszystko było zapięte 
na ostatni guzik. Na środku obozu stał totem — pień jakiegoś fantastycznie pokrzywionego 
drzewa. Była także bramka, przez którą należało wchodzić na teren obozu, ale tylko bramka, 
bo ogrodzenia żadnego nie było. Niedaleko kuchni na dwóch wysokich słupkach rozpięto 
siatkę i gdy tylko kończyła się poobiednia cisza, rozpoczynaliśmy grę w siatkówkę.

Wokół ogniska, przy którym jedliśmy posiłki, ułożyłem z kamyków napis: „Zabierzmy 

do swych serc ogniska tego żar!" Obok totemu ułożono z jednej strony mazowieckiego orła z 
napisem „Pruszków", a z drugiej harcerską lilijkę i „Czuwaj!" Budowa obozu stała się dla nas 
dobrą próbą sprawności fizycznej, a także sprawdzianem naszej pomysłowości. Każdy mógł 
się przyczynić do upiększenia miejsca naszego wypoczynku.

background image

, Następnego dnia w czasie porannego apelu po wciągnięciu flagi na maszt zrobiony z 

dorodnego jesionu odśpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze...", a później Wicek 
odczytał pierwszy rozkaz dzienny. Wyznaczono zastęp służbowy, który zajmował się 
porządkowaniem terenu, pomaganiem w kuchni, paleniem ognia, myciem kotłów i 
garnków. Służbowi przynosili wodę do gotowania. Obozu pilnował wartownik ze 
służbowego zastępu, stojąc pod daszkiem na małym podwyższeniu. Każdy z nas mył 
swoją menażkę. Poranne i wieczorne mycie oraz szorowanie garnków odbywało się nad 
pobliskim strumieniem, którym płynęła do Zbrucza czysta, prawie źródlana woda.

background image

Leżąca w jarze Zbrucza wieś Kudryńce liczyła około dwóch tysięcy mieszkańców 

narodowości ukraińskiej. Badania historyków stwierdziły, że wzdłuż łagodnego wzgórza 
ciągnie się cmentarzysko sprzed trzech tysięcy lat. Bardzo często w czasie orki wydobywano 
stare urny, które natychmiast niszczono w poszukiwaniu złotych monet. Nie było sposobu, 
aby zapobiec tym objawom wandalizmu.

Ziemie te od XIV wieku należały do Polski. Wielokrotnie były grabione przez najazdy 

tatarskie, kozackie i tureckie. W roku 1686, po długiej okupacji tureckiej, powróciły do 
Rzeczpospolitej. W czasie rozbiorów przypadły Austrii.

Na skalistym urwisku nad Zbruczem znajdowały się ruiny zamku Herburtów. Zbudowany 

w XVII wieku zamek stanowił czworobok z trzema basztami po rogach. Do naszych czasów 
dochowały się dwie baszty sklepione oraz ocalałe częściowo mury obwodowe. Dowódca 
strażnicy, historyk z zamiłowania, opowiadał nam różne szczegóły o życiu właścicieli dóbr 
Kudryńce. Zmarły w roku 1858 Justyn Modzelewski jako oficer 12 pułku ułanów wyruszył z 
Napoleonem pod Moskwę, a później, w powstaniu listopadowym, był kapitanem 2 pułku 
strzelców konnych. W roku 1863 zamek stał się punktem etapowym dla Polaków 
przekradających się z rosyjskiej Ukrainy do powstania. Granica przebiegała wtedy także na 
Zbru- czu, a tu, gdzie stał zamek, był zabór austriacki. We Lwowie formowano oddziały, 
które przedzierając się przez niezbyt -dokładnie strzeżoną granicę austriacko-rosyjską, 
docierały do wojsk powstańczych w Kongresówce. Gdy sprawa się wydała, pewnej nocy 
Rosjanie spalili zamek i zniszczyli wszystkie dworskie zabudowania, mimo że leżały na 
terenie Austrii. Taka była zemsta cara na rodzie Modzelewskich, wielkich patriotach, 
właścicielach dóbr Kudryńce w powiecie borszczowskim.

Codziennie przed wieczorem wędrowaliśmy do kąpieli w Zbru- czu. Środkiem rzeki 

przebiegała granica państwowa. Po drugiej stronie był już Związek Radziecki, rozciągający 
się niewyobrażalnie daleko, aż do Pacyfiku.

Pora naszych kąpieli została uzgodniona z żołnierzami z drugiej strony rzeki. Od 

strażnicy aż do kąpieliska szliśmy wyłożoną kamieniami drogą, która kończyła się na brzegu. 
Dalej widać było
grube pale wbite w dno — pozostałość po zniszczonym moście, wybudowanym w latach 
wojny światowej. Po drugiej stronie rzeki przedłużenie drogi biegło przez pola, aż do 
odległych o blisko kilometr zabudowań i cerkwi z charakterystycznymi kopulastymi wie-
życzkami, pozbawionymi krzyży. Nigdy nie widzieliśmy, aby po drugiej stronie chodzili 
jacyś cywile. Na polach nikt nie pracował. Nie widać było pasącego się bydła. Podobno, tak 
nam mówili żołnierze, w cerkiewnej wieży znajdował się rosyjski punkt obserwacyjny, z 
którego bez przerwy obserwowano polską stronę rzeki. Pusta droga, nie zamieszkane domy, 
wysokie trawy na polach, nieczynna świątynia zamieniona na jakiś magazyn i punkt 
obserwa- cyjny — to wszystko bardzo nas intrygowało. Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego 
tak się dzieje.

Któregoś dnia, po uzgodnieniu z dowódcą strażnicy, wybraliśmy się do ruin starego 

zamku, leżącego na wysokim wzgórzu, tuż nad rzeką. Dostaliśmy się tam od dawna nie 
używaną drogą, łagodnie wznoszącą się aż do zamkowej bramy. Z trzech pozostałych stron 
zbocza były bardzo strome i trudno dostępne. Pod ruinami znajdowały się jakieś piwnice, do 
których nie radzono nam wchodzić. Widok z przyzamkowej łąki był wspaniały, ale nawet z 
tego miejsca nie mogliśmy dojrzeć po tamtej stronie Zbrucza żadnych oznak normalnego 
życia.

Gdy ze śpiewem maszerowaliśmy do kąpieli, dołączali do nas dwaj uzbrojeni żołnierze. 

Siadali na brzegu, przyglądając się naszym harcom w ciepłej i czystej wodzie. Dopiero po 
kilku dniach zauważyliśmy, że po drugiej stronie granicy, w gęstych zaroślach na wysokim 
brzegu, ukrywa się dwóch uzbrojonych strażników radzieckich. Mimo ciepłej pogody mieli 

background image

na sobie długie płaszcze koloru zgniłej zieleni, karabiny z bardzo długimi bagnetami i 
półkoliste czapki płócienne, z sukiennym daszkiem i wąskim szpicem na górze.

Miejsce naszej kąpieli ogrodzono drutem kolczastym, przybitym do kilku słupków 

biegnących łukiem od brzegu do brzegu, dochodząc do środka rzeki. Z tak zbudowanego 
kąpieliska korzystali żołnierze KOP oraz w oznaczonych godzinach miejscowa ludność. W 
środkowej części ogrodzenia drut był niewidoczny. Dopiero kiedy przesunęliśmy o 
kilkadziesiąt centymetrów kilka słupków w stronę radzieckiego brzegu, pokazywał się nad 
wodą na całej długości, wskazując nam obszar przeznaczony do kąpieli. Może dlatego,

background image

aby nie pokaleczyć się o niewidoczne kolce zanurzonego drutu, a może próbując — jak 
żartobliwie mówiliśmy — przesunąć na wschód granicę Rzeczpospolitej, przenosiliśmy na 
początku kąpieli dwa— trzy słupki w stronę drugiego brzegu, aż naprężony drut pokazywał 
się nad wodą. Po kilku dniach towarzyszący nam żołnierz opowiedział, że po naszym 
odejściu jeden z radzieckich pograniczników wchodzi do rzeki i ustawia słupki na starym 
miejscu, tak aby druty znowu były pod wodą, a granica „cofnięta" na stare miejsce.

Daliśmy spokój tym zabawom, ale pewnego dnia ktoś z nas znowu przesunął słupki, co 

wywołało natychmiastową reakcję na drugim brzegu rzeki. Z zarośli wyskoczył jakiś starszy 
stopniem wartownik i zaczął coś do nas krzyczeć. Trzeba przyznać, że trochę wystraszyliśmy 
się. Na górze, po obu stronach rzeki, stali uzbrojeni żołnierze. Rosyjski wartownik wymyślał 
nam grożąc pięścią, a my, rozebrani i bezbronni, zupełnie nie rozumieliśmy, o co chodzi. 
Tego dnia definitywnie zakończyły się nieudane próby przesunięcia na wschód naszej 
granicy. Dalsze kąpiele odbywały się już bez zakłóceń.

Bywały dni, że przychodziliśmy sami, ale zawsze o ustalonej godzinie, a wtedy na drugiej 

stronie pokazywali się uzbrojeni żołnierze, siadali na wysokim brzegu, już nie chowając się 
po krzakach, i przyglądali się naszym zabawom i pływaniu.

Ta stała obserwacja zza granicy zmuszała nas do wzorowego zachowania. 

Przychodziliśmy i odchodziliśmy po kąpieli w kolumnie marszowej, po możliwie 
najsprawniejszej zbiórce i głośnym odliczaniu. Maszerując śpiewaliśmy wojskowe piosenki. 
Niekiedy kilku z nas wchodziło na górę zamkową, aby poczekać tam na przychodzących do 
kąpieli o oznaczonej godzinie naszych kolegów.

Siadaliśmy pod wysokim murem, aby popatrzeć daleko na wschód. Przed nami 

rozciągały się Dzikie Pola, tak dokładnie opisane przez Sienkiewicza. Nie tak dawno 
przerabialiśmy „Ogniem i mieczem" i niektóre fragmenty książki znaliśmy na pamięć. A te-
raz mogliśmy, wdychając głęboko powietrze, czuć zapach tej ziemi i myśleć o tym, że przed 
nami, nie tak daleko stąd, znajdują się stepy i Kamieniec Podolski, a do Chocimia jest jeszcze 
bliżej i niedługo tam będziemy.

Zdarzyło się raz, że Andrzej, próbując wejść na górę po bardzo stromym zboczu, dostał 

silnego krwotoku. Z nosa ciekła mo
krew, którą płacząc rozcierał wraz z łzami. Był bardzo przestraszony. Nie mogliśmy 
zrozumieć tego szlochu i łez. Każdy z nas miał już taki krwotok — po uderzeniu w nos, w 
czasie upałów lub po nadmiernym wysiłku. Uspokajając go, oddawaliśmy mu nasze dość 
brudne chusteczki. Dopiero po wielu latach zrozumiałem tamtą rozpacz Andrzeja. Na pewno 
widział już odbierający siłę i grożący śmiercią ||| krwotok u ojca.

Biedny Andrzej długo leżał bez ruchu. Nic nie mówił, patrząc w niebo, narażony na żarty 

bezmyślnych kolegów, którzy, zdenerwowani jego zachowaniem, poganiali go, aby wraz z 
nimi wracał do obozu. Krwotok już nie powtórzył się. Po kilku dniach Andrzej zapomniał o 
tym wydarzeniu, ale nigdy nam nie powiedział o przyczynach swojego lęku, a my, nadal 
niczego nieświadomi, traktowaliśmy jego przerażenie i płacz jako zwykłą dziecinadę.

Nad Zbrucz chodziliśmy dość często. Podobały się nam widoki spod murów zamkowych. 

Pięknie było zwłaszcza, gdy słońce chyliło się do zachodu i na ruiny kładła się ciemniejąca 
czerwień.

Andrzej wielokrotnie rysował w swoim notatniku ruiny zamku, a raz w puste otwory 

powstawiał okna, mury pokrył dachem i wyrysował karocę wjeżdżającą w szeroko otwartą 
bramę i jadącą z daleka grupę jeźdźców.

Mocno wryły się w nasze umysły lektury sienkiewiczowskie. Któregoś popołudnia 

siedzieliśmy na łące pod zamkowym murem, zapatrzeni w daleką pustkę rozciągającą się za 
Zbruczem, i słuchaliśmy trochę naiwnych wierszy Staszka o Dzikich Polach, pokrytych 

background image

burzanami i oczeretami, o polskich rycerzach jadących ze śpiewem przez nie kończący się 
step.

W ruinach zamku, na wysokości najwyższych otworów, na specjalnie zbudowanym 

pomoście, zamaskowanym od strony rzeki, dyżurowało stale dwóch żołnierzy. Łatwo 
mogliśmy się do nich dostać po drewnianych, niedawno zbitych z desek schodach. Czasami 
przychodziliśmy tutaj wieczorem, aby brać udział w tzw. „zasadz- ce". Gdy już robiło się 
dobrze ciemno, żołnierze pozwalali nam obserwować rozciągającą się w dole rzekę. Każda 
próba przejścia przez Zbrucz naruszała gładkie lustro powierzchni. Którejś nocy mogliśmy 
obserwować, jak na polską stronę przeprawiało się stado dzików. Przejęci tym widokiem, o 
mało nie zaalarmowaliśmy strażnicy.

background image

W odległości kilkuset metrów od Zbrucza wzdłuż granicy biegła 1 wysypana żwirem 

ścieżka. Tędy wędrowały nocami wysyłane co 1 kilka godzin patrole dwóch żołnierzy z 
groźnie wyglądającym wil- l czurem. Wzdłuż tej drogi, na małych wzniesieniach, stały 
drewnia- ne budki wartownicze, z których można było obserwować dość duży odcinek 
granicy.

Podobno nielegalnych przejść próbowano najczęściej w czasie ulewnych deszczów lub 

podczas śnieżyc. W taką pogodę zawsze wzmagano czujność.

Ale bywało także inaczej. Raz widzieliśmy człowieka, który przeszedł granicę. Był 

ubrany podobnie do miejscowej ludności, tak jakoś szaro. Szedł pomiędzy dwoma 
żołnierzami, którzy częstowali go papierosem. Mówił coś po polsku i wcale nie wyglądał na 
zmartwionego ani na przestraszonego. Bardzo to nas wtedy dziwiło. Szli od strony Zbrucza 
ścieżką prowadzącą do naszego obozu, a później, jak to dokładnie widzieliśmy, nie 
opuszczali skraju lasu, omijając z daleka zabudowania, kierowali się prosto do strażnicy, jak 
gdyby nie chcieli, aby zobaczył ich ktoś z mieszkańców wioski.

Oficjalne otwarcie obozu, połączone z uroczystym ogniskiem i pokazami naszej 

sprawności fizycznej, odbyło się dość późno, bo dopiero 15 lipca. W strażnicy była jakaś 
doroczna wizytacja, a my chcieliśmy, .aby na naszej uroczystości było jak najwięcej żołnie-
rzy, z którymi zaprzyjaźniliśmy się na dobre.

Gdy przed wieczorem przyszli nasi goście, z wielkim zainteresowaniem oglądali 

obozowisko, wszędzie zaglądając. Podziwiali panujący ład i porządek. Gdy rozsiedli się 
wokół ogniska, poczęstowaliśmy ich naszą kolacją, a później zastępy pokazywały swoją 
sprawność, wznosząc na barkach najsilniejszych wysokie piramidy z najmniejszym i 
najlżejszym harcerzem na samej górze.

Panowała wtedy moda ustawiania różnego rodzaju i kształtu piramid. Do zbudowania 

najprostszej potrzeba było sześciu harcerzy. Trzech mocnych stawało w szeregu obok siebie, 
na ich ramiona dostawało się dwóch lżejszych, ale dobrze wygimnastykowanych, a na samą 
górę wdrapywał się szósty, najlżejszy, ale i najodważniejszy, który starał się utrzymać 
równowagę, rozkładając szeroko ramiona.

Tego dnia były moje imieniny oraz urodziny i być może dlatego zostałem strażnikiem 

ogniska. Musiałem należycie usadowić gości, tak aby nie dokuczał im dym, rozpalałem ogień 
bez użycia papieru, a później bez niczyjej pomocy podtrzymywałem płomień aż do późnej 
nocy. Wieczór był wyjątkowo ciepły, wcześniej przygotowane suche gałęzie paliły się 
równo, a dym unoszony słabym wiatrem płynął nad szczyty drzew. Ogniska obozowe 
przeżywaliśmy najmocniej i pamiętaliśmy najdłużej. Zapatrzeni w płomienie słuchaliśmy 
gawędy Wicka, w której chwila obecna, nasz pobyt nad granicą, łączyła się z 520 rocznicą 
bitwy grunwaldzkiej. Po kilku harcerskich piosenkach, odśpiewanych wspólnie z 
żołnierzami, dowódca strażnicy opowiadał nam o stosunkach panujących nad Zbru- czem, o 
ciężkiej, a zupełnie w kraju nie znanej służbie wartowników KOP, zapewniającej spokój i 
bezpieczeństwo. Dowiedzieliśmy się także o wrogo nastawionej ludności wioski, 
zamieszkanej przez Ukraińców, którzy bacznie nas obserwują i według tego, co zobaczą, 
oceniać będą cały nasz kraj. Ciągle powinniśmy o tym pamiętać i nigdy nie kompromitować 
się ani wyglądem, ani zachowaniem.

Do późnej nocy śpiewaliśmy harcerskie piosenki, starając się, aby nasz śpiew wypadł jak 

najlepiej.

Ten długi i dla mnie niezapomniany wieczór zakończyliśmy odśpiewaniem „Wszystkie 

nasze dzienne sprawy..." i melodią „Idzie noc..." odegraną na sygnałówce przez Tadka.

Nasze obozowe życie szybko się unormowało.

background image

Na kilka minut przed szóstą wartownik budził trębacza, aby odegrał pobudkę. Większość 

z nas wstawała bardzo szybko, ale niektórzy uparcie chcieli pospać jeszcze choć kilka chwil, 
co niezmiennie kończyło się ściąganiem śpiochów z pryczy.

Do pobliskiej rzeczki maszerowaliśmy zastępami. Mycie było zawsze połączone z 

chlapaniem się i z wpychaniem nieostrożnych w najgłębsze miejsca szybko płynącego 
strumienia.

W tym czasie zastęp służbowy sprzątał teren obozu, a zastępowy kąntrolował zasłanie 

łóżek i porządek w namiotach. Służbowi szykowali śniadanie. W dużym kotle gotowano 
wodę na herbatę lub mleko, jeśli miało być kakao. Robiono kanapki z wojskowego chleba, 
pokrojonego na dość grube pajdy, przykryte marmoladą lub plasterkami żółtego sera. W 
niedzielę na śniadanie zawsze była wędlina. Jeden z przybocznych sprawdzał czystość 
mundurów i me

background image

nażek ustawionych w szeregu harcerzy, przy okazji "dyskretnie oceniając dokładność 
porannego mycia zaspanych chłopców. Po tych zajęciach szykowaliśmy się do raportu, który 
odbierał śpieszący do nas drogą ze wsi komendant obozu, drużynowy Wicek. Następował 
moment wciągania na maszt flagi i rozpoczynaliśmy dzień śpiewając „.Kiedy ranne..."

W czasie rozkazu dziennego omawiano plan zajęć. Rozdzielano dodatkowe obowiązki 

oraz ustalano drużynę służbową na dzień następny. Śniadanie zjadaliśmy siedząc wokół 
ogniska, które od rana przygotowywano do wieczornego podpalenia.

Później zaczynały się trwające aż do obiadu zajęcia przewidziane planem dnia. Wykłady 

z terenoznawstwa, czytanie mapy i szkicowanie terenu, pogadanki sanitarne, ćwiczenia z 
łączności i sygnalizacji, pogadanki o historii harcerstwa i o harcerskich obowiązkach.

Wykładowców mieliśmy świetnych, oprócz Wicka uczyli nas dwaj studenci politechniki: 

Czesław Makowski i Staszek Turczy- nowicz. Dwa razy w tygodniu przedpołudnia 
zajmowały nam podchody i różne harcerskie gry. W czasie tych zabaw dokładnie poznaliśmy 
piękny las, na skraju którego obozowaliśmy. .

Najszybciej biegł nam czas do obiadu. Drużyna służbowa po dokładnym sprzątnięciu 

terenu obozu zbierała drewno do palenia. Kilku chłopców obierało ziemniaki, na ogniu 
ustawiano kotły z wodą. W jednym szykowano zupę na mięsie z dodatkiem różnych warzyw, 
a w drugim gotowano ziemniaki lub jakąś kaszę. Po obiedzie zastęp służbowy mył kotły, a 
wszyscy |j|| swoje menażki. PodczaB poobiedniej ciszy pisano listy, czytano książki z mojej 
małej biblioteczki lub po prostu rozciągano się na kocach w cieniu drzew. Około piętnastej 
rozpoczynały się gry i zabawy, siatkówka lub dwa ognie, a później wędrowaliśmy do kąpieli. 
Przed wieczorem mieliśmy jeszcze trochę wolnego czasu, a po kolacji szykowano się do 
ogniska.

Po wieczornym myciu i odśpiewaniu „Wszystkie nasze dzienne sprawy..." 

rozchodziliśmy się do namiotów. Wartę przez całą noc pełnił zastęp służbowy. Co dwie 
godziny zmieniało się po dwóch harcerzy, uzbrojonych w kije i gwizdki. Punktualnie o 
dwudziestej drugiej Tadek grał „Idzie noc..." i od tej chwili obowiązywała cisza
^ -

Gdy nadchodziła godzina zmiany, wartownicy budzili następnych, wręczając im zegarki, 

gwizdki i grube kije.

Nasz obóz składał się z trzech dużych namiotów — w każdym spało po kilkunastu 

harcerzy — oraz z małego namiotu dla „obozowej szarży", harcerzy starszych wiekiem i 
stopniem. Zastępowi spali wraz ze swymi zastępami. Andrzej i ja byliśmy w zastępie Poldka 
Wilda, Maniek i Staszek u Władka Gołębiowskiego. Trzeci zastęp prowadził Józek 
Tarasiński. W pracach obozowych pomagało kilku starszych harcerzy. Byli to przyboczni — 
Czesiek Makowski, Staszek Turczynowicz i Stefan Sitarek. Komendantem obozu był Wicek 
Klimaszewski. Przyjechał tu wraz z żoną, a po kilku dniach teściowa przywiozła ich małe 
dziecko. Mieszkali we wsi, w domu jakiegoś Żyda. Wicek zjawiał się w obozie punktualnie o 
siódmej, a jego żona przychodziła w czasie gotowania obiadu, aby nadzorować pracę naszych 
kucharzy. Do niej należało także przyprawianie zup 1 smażenie bardzo nam smakujących 
mielonych kotletów, stałego niedzielnego drugiego dania. W artykuły żywnościowe, poza 
chlebem dostarczanym przez strażnicę, zaopatrywał nas siwy, brodaty Żyd, właściciel 
sklepiku we wsi.

Przez cały czas pobytu nad Zbruczem pogoda dopisywała. Codziennie grzało słońce. Nie 

było okazji do wypróbowania szczelności płacht namiotowych. Jedzenie mieliśmy dobre i z 
każdym dniem czuliśmy się coraz lepiej.

Jeden tydzień zajęła nam wycieczka do Rumunii.
W poniedziałek — był to przedostatni tydzień naszego obozowania — po obfitym 

śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku Dniestru. Do przebycia mieliśmy około 30 kilometrów. 

background image

Po drodze, bez pośpiechu, zajmowaliśmy się różnymi grami harcerskimi. Między maszeru-
jącymi zastępami utrzymywano odległość kilku kilometrów. Po drodze szukaliśmy znaków 
informacyjnych, odkrywaliśmy harcerskie zasadzki, odnajdywaliśmy ukrytych kolegów, 
robiliśmy szkice topograficzne oraz zostawialiśmy informacje dla zastępu maszerującego za 
nami. Z przydrożnych drzew zrywaliśmy dojrzałe, prawie czarne wiśnie. Nocowaliśmy w 
jakimś dworze. Właściciel majątku, uprzedzony listownie o naszym przybyciu, był bardzo 
gościnny. Częstowano nas chlebem własnego wypieku i ogromnymi porcjami jajecznicy 
usmażonej na podpieczonym boczku. Ponadto ustawiono naczynia ze zsiadłym mlekiem.

background image

Po kolacji rozsiedliśmy się wokół rozpalonego w dużym parku ogniska. Razem z nami 

było kilku pracujących w majątku Polaków. Śpiewaliśmy harcerskie piosenki, rozmawiając o 
urodzajnym i pięknym Podolu, ale już zaczynaliśmy inaczej patrzeć na wiele spraw. 
Wiedzieliśmy, że mieszkający tu Polacy to przeważnie właściciele ziemscy, pracownicy 
folwarczni albo urzędnicy, a ogromna większość ludności to Ukraińcy. Nie wszyscy byli 
wrogo do nas nastawieni, ale starszy już wiekiem administrator ostrzegał, że nadchodzą |takie 
lata, w których coraz mocniej będą dawali znać o sobie ludzie głoszący nienawiść, ci, którzy 
wzywają do likwidacji Polaków oraz ich majątków ziemskich. Na Podolu każdej nocy 
płonęły stogi i dworskie budynki, a tego dawniej nie było.

Spaliśmy w dużej, murowanej stodole na sianie, owinięci w koce, z plecakami pod głową. 

Dookoła zabudowań chodził stary stróż z dwoma ujadającymi wilczurami.

Następnego dnia, znowu tropiąc po drodze naszych poprzedników, doszliśmy po 

południu do Okopów Świętej Trójcy, małej osady, położonej przy ujściu Zbrucza do 
Dniestru, w miejscu, w którym spotykały się granice trzech państw.

Najpierw zobaczyliśmy z daleka kępy wysokich drzew, a po kilkunastu minutach 

doszliśmy do pierwszych zabudowań. W morelo- wych sadach stały niewielkie domki, 
otoczone kolorowymi malwami. Małe dzieci wybiegały na chodnik, gapiąc się na nas, a gdy 
spytaliśmy o drogę do szkoły, wktórej mieliśmy nocować, podjęły się zaprowadzić nas 
najkrótszą drogą pomiędzy opłotkami.

Po zjedzeniu resztek obozowych zapasów wyruszyliśmy na' zwiedzanie miasteczka, 

oprowadzani przez młodego nauczyciela. Ludności mieszkało tu niedużo, około tysiąca osób, 
ale byli to prawie sami Polacy. Widać to było od razu po miłym przyjęciu nas przez małe 
dzieci.

Z dawnej świetności niewiele zostało pamiątek. Dwie kamienne baszty ze strzelnicami, 

wały i rowy obronne oraz kościół ufundowany przez Jana III Sobieskiego, z obrazem św. 
Trójcy. W XVII wieku był tu polski obóz warowny, skierowany przeciwko Turkom, a w roku 
1769 bronił się tutaj Pułaski, walcząc z Rosjanami.

Od lat przyjeżdżało tu z całej Polski wielu turystów, ściąganych łagodnym 

czarnomorskim klimatem, niezmienną słoneczną pogodą oraz wyśmienitymi owocami, a 
przede wszystkim morelami,
arbuzami i winogronami — dojrzewającymi w ciepłym powietrzu płynącym znad Besarabii. 
Zwiedzaliśmy winnice i wielkie plantacje tytoniu. Odświeżyła nas kąpiel w Dniestrze, woda 
była zimna, dno kamieniste, ale nie chciało się nam wychodzić na brzeg. Wieczorem po 
kolacji rozpaliliśmy ognisko, wokół którego zasiadło wielu letników i prawie wszyscy 
mieszkańcy. Noc była wyjątkowo piękna. Dniestr szumiał na kamieniach, gwiazdy świeciły 
jak nigdy, a na twarzach śpiewających wraz z nami ludzi odbijała się łuna wielkiego ogniska. 
Szybko zapomnieliśmy o problemach męczących nas poprzedniej nocy, znowu byliśmy 
między swoimi — w Polsce.

Po wczesnym śniadaniu przeprawiliśmy się przez Dniestr na długich, bardzo wywrotnych 

łódkach, płynących „na pych" pod szybki prąd rzeki. Na drugim brzegu była Rumunia. 
Gdyby zniosła nas rzeka, po kilku minutach moglibyśmy dopłynąć do Związku Ra-
dzieckiego. Formalności graniczne trwały krótko. Opłata wynosiła pół złotego od osoby. 
Wystarczyło okazanie przez Wicka dowodu osobistego i złożenie listy harcerzy 
poświadczonej przez KOP. Strażnik rumuński przyłożył swoją pieczęć i życzył nam 
przyjemnego pobytu w jego kraju. Do Chocimia było 8 kilometrów. Nie chcieliśmy korzystać 
z furmanek czekających na turystów. Wydawało się nam, źe idąc pieszo lepiej poznamy 
Rumunię. Pieniędzy nie wymienialiśmy, gdyż w sklepach, a nawet na poczcie — płaciliśmy 
złotówkami. Maszerując szeroką piaszczystą drogą, z ciekawością patrzyliśmy na nie 
kończące się pola słoneczników i kukurydzy. Tak jak u nas wiejskie domki miały małe 

background image

okienka, a na parkanach suszyły się gliniane garnki. Gdy z daleka zobaczyliśmy wysokie mu-
ry i ruiny zamczyska, historia zaczęła przemawiać do naszej wyobraźni, To tutaj skutecznie 
bronił się obóz warowny dowodzony przez hetmana Chodkiewicza, a w roku 1673 tu właśnie 
Jan Sobieski rozgromił armię turecką.

W Chocimiu, nazywanym teraz Hotin, mieszkaliśmy w koszarach wojskowych. 

Odstąpiono nam dużą salę, a żołnierze, usiłujący bezskutecznie porozumieć się z nami, 
wypychali nam słomą nowe sienniki., Spędziliśmy tutaj dwie noce. W koszarowych izbach 
wisiał tylko jeden obraz — barwna reprodukcja przedstawiająca defiladę armii rumuńskiej w 
zdobytym w roku 1919 Budapeszcie.

Śniadanie przyrządzaliśmy sobie sami, a na obiad i na kolację żołnierze przynosili nam 

kocioł smacznej, gęstej zupy, ostro przy

background image

prawionej, z dużymi kawałkami wołowego mięsa. Starczyło tego na dwie menażki dla 
każdego z nas, a co zostawało, to od razu na naszej sali zjadali żołnierze, zabierając kocioł do 
mycia.

Cały dzień poświęciliśmy na zwiedzanie niewielkiego miasta i ruin twierdzy. Swoim 

maszerowaniem i śpiewaniem wywoływaliśmy na ulicach dużą sensację. Chodzące za nami 
dzieci częstowaliśmy irysami z pruszkowskiej wytwórni. Ktoś z obozowej starszyzny był już 
w Chocimiu i mówił nam o konieczności zabrania ze sobą kilku pudełek naszych irysów. 
Pamiętam, że przed odjazdem zrobiliśmy składkę na ten prezent dla rumuńskich dzieci.

Podczas spaceru po mieście przyłączył się do nas jakiś starszy człowiek, Polak z 

pochodzenia, nauczyciel matematyki w miejscowej szkole. Od niego dowiedzieliśmy się 
wiele o Chocimiu, i o tym obecnym, i o tym historycznym. Okazało się, że mieszkało tu 
kilkuset naszych rodaków. Zapraszali nas do swoich małych domków w ogródkach pełnych 
kwiatów. Siedząc na ławeczkach pod owocowymi drzewami, słuchaliśmy opowiadań o ich 
skomplikowanym losie i o ich tęsknocie za wymarzoną Polską. Powołując się na jakieś 
bardzo stare przepowiednie, starali się nas przekonać, że już niedługo doczekają się tego 
dnia, w którym nareszcie będą żyli na polskiej ziemi, że Chocim wróci do Polski. Dawali 
nam swoje adresy, prosząc o listy i książki o Polsce.

Po obiedzie wyruszyliśmy na zwiedzanie twierdzy. Nasz znajomy nauczyciel był 

najwspanialszym przewodnikiem. Znał tu wszystko i wszystkich. Opowiadając historię 
Chocimia wskrzeszał wspaniałą przeszłość Rzeczpospolitej.

Otaczający dawną twierdzę mur był u szczytu tak szeroki, że dwa wozy mogły się 

swobodnie mijać. Pokazywano nam na środku zamkowego dziedzińca głęboką studnię i 
jakieś zejście do lochów, którymi podobno można było przedostać się do odległego o kilka-
dziesiąt kilometrów Kamieńca Podolskiego.

Siedząc na fortecznym murze, wysoko nad Dniestrem, czuliśmy na twarzach wiatr 

wiejący od Dzikich Pól, nasłuchiwaliśmy, czy nie doleci do nas stukot końskich kopyt i szum 
husarskich skrzydeł. Widok leżącego w dole miasteczka i dalekich pustych przestrzeni był 
najwspanialszym tłem dla opowieści starego nauczyciela, zakochanego w historii Polski. 
Zasłuchani w legendy o dawnych latach, niechętnie opuszczaliśmy mury tonące powoli we 
mgle
224
wstającej nad Dniestrem. Na ulicach znowu zatrzymywali nas rodacy. Zapraszali do 
odwiedzenia ich mieszkań, do poznania ich rodzin. Tak byli spragnieni rozmowy o Polsce, że 
chcieli, abyśmy nocowali u nich i razem z nimi jedli kolację. Prosili o jakieś pamiątki, o 
nasze lilijki lub harcerskie krzyże, o książeczki do nabożeństwa. Z ogromnym żalem 
rozstawaliśmy się pod koszarową bramą.

Zadziwiało nas rumuńskie wojsko. Uperfumowani oficerowie ściągali swe brzuchy 

gorsetami, aby chwacko wyglądać, a powracająca z ćwiczeń na podmiejskim poligonie 
kompania strzelecka, dobrze umundurowana i uzbrojona, wyprzedzała dużą grupę żołnierzy 
niosących tarcze, podpórki i sprzęt do nauki strzelania — maszerujących w mundurach, ale 
boso. Łydki ściągali płóciennymi owi- jaczami, a nie mieli butów.

Wyruszając rano z koszar, po serdecznym pożegnaniu z oficerami i żołnierzami, którzy 

naprawdę wzruszyli nas swoją gościnnością, zatrzymaliśmy się w pobliskim urzędzie 
pocztowym. Wysyłaliśmy karty i listy do rodzin i znajomych w Pruszkowie, aby uwierzyli w 
nasz pierwszy pobyt za granicą.

Jeszcze jedną noc spędziliśmy w szkole w Okopach Świętej Trójcy. JLetnicy, oczekując 

naszego powrotu, zgromadzili wielki zapas drewna. Szybko minął nam ten wieczór. 
Wspaniale paliło się ognisko. Noc była piękna, nie kończyły się opowieści i wspólne śpieg 
wy. Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w drogę powrotną do Kudry- niec. Pierwszy 

background image

odpoczynek urządziliśmy przy „Wale Trajana", dochodzącym z obu stron do szosy. Potężny 
jeszcze, wysoki i szeroki, chronił niegdyś cywilizowany świat Imperium Rzymskiego przed 
naporem barbarzyńców, przed najazdem dzikich plemion z północy. Tu trzymały straż 
rzymskie legiony. Na szczycie wału podobno mogły się minąć dwie rozpędzone kwadrygi. 
Tak nam opowiadał Staszek Turczynowicz, student architektury. Teraz wał zarastały gęste 
krzewy i drzewa owocowe. Gdzieniegdzie widać było bardzo stare dęby. Wśród krzaków 
pasły się krowy i nic nam nie przypominało dawnej świetności Rzymu.

Gdy zjawiliśmy się w naszym gościnnym dworze, znowu na kolację była wspaniała 

jajecznica, a wieczorem paliliśmy ognisko, przy którym zasiadło z nami kilku studentów z 
Warszawy, wędrujących pieszo po tej pięknej ziemi. Przyszedł także właściciel majątku wraz 
z żoną i znacznie od nas starszą córką, która była niegdyś
W - OilelnlM'mlllnncrów
225

background image

harcerką. Razem z gościnnymi gospodarzami śpiewaliśmy do późnej nocy różne pieśni i 
harcerskie piosenki. Aby nie psuć nastroju, Iw naszych rozmowach nie poruszaliśmy żadnych 
poważniejszych [tematów.

Następną noc spędzaliśmy już na swoich pryczach, zmęczeni, ale i bardzo szczęśliwi. 

Przed kolacją myliśmy się długo i dokładnie, mocząc nogi w zimnej wodzie strumienia. ». -

Dalszy pobyt w obozie mijał nam nadzwyczajnie szybko. Wieczorami wchodziliśmy na 

zamkową górę, aby patrzeć na dalekie pożary. To w polskich dworach płonęły stogi zebranej 
pszenicy.

Okazało się, że w sposób nie spotykany wzrastały wrogie Polsce wystąpienia Ukraińców. 

Każdej nocy przychodziły do obozu patrole KOP sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. 
Zmieniły się nasze nastroje, staliśmy się trochę poważniejsi. Zrozumieliśmy zachowanie 
ludzi z wioski. Odwracano się od napotykanych harcerzy, a nieraz z przydrożnych krzaków 
jakiś stary człowiek wygrażał nam kijem. Jak gdyby na pożegnanie w ostatnim tygodniu na-
szego obozowania każdego wieczoru, gdy płonęło ognisko, w odległości kilkuset metrów od 
naszych namiotów przechodziła d,uża grupa młodzieży ze wsi. Ubrani byli odświętnie. 
Mężczyźni w kolorowo haftowanych koszulach wypuszczanych na spodnie, dziewczęta też 
pięknie wystrojone. Spacerowali trzymając się za ramiona i śpiewali ukraińskie pieśni. I 
melodie, i głosy śpiewaków bardzo nam się podobały. Ktoś zaproponował, abyśmy zaprosili 
ich do ogniska, ale ktoś inny od razu odpowiedział: ,,A bo to przyjdą?" — i myśląc o 
zasłyszanych opowieściach, wspominając nocne łuny, nikt nie ruszył w ich stronę.

Dzieliło nas nie tylko te kilkaset metrów, ale. i wiele nagromadzonej przez lata 

nienawiści. Wyraźnie odczuwaliśmy, że te śpiewy, mimo swego uroku, były dla nas obce i 
wrogie, i wykonywano je jak gdyby przeciwko nam.

Żałuję jednak do dziś, że nie próbowaliśmy wtedy porozmawiać z tymi młodymi ludźmi, 

że nie podeszliśmy do nich z zaproszeniem do ogniska.

Ostatniego wieczoru przyszła do nas duża grupa żołnierzy. Na pewno przez te tygodnie 

bardzo nas polubili. Byliśmy dużym urozmaiceniem ich ciężkiej służby. Śpiewaliśmy przy 
ognisku do późnej
nocy. Było to pożegnanie z obozem. Wieś tego wieczoru milczała. Nikt nie pojawił się w 
pobliżu.

Marnie spaliśmy tej nocy. Żal nam było odjeżdżać.
Następnego ranka po wczesnym śniadaniu zasypaliśmy śmietnik i latrynę, zakopaliśmy 

dołek wokół ogniska i złożyliśmy namioty. Z prawdziwym żalem patrzyliśmy na Zbrucz i na 
ruiny zamku — ten ślad minionej Polski. Ostatni pobyt w strażnicy to pożegnanie z 
żołnierzami. Dwa wózki odwiozły bagaż do Iwania. Dzieci sklepikarza znów chowały się 
przed nami, wyglądając przez małe, zabrudzone okienka.

Chcieliśmy już być w domu, spacerować z przyjaciółmi pO ulicach naszego miasta, 

opowiadać o pięknych chwilach przeżytych nad Zbruczem.

Przesiadaliśmy się z pociągu na pociąg. We Lwowie nie mieliśmy czasu na spacer po 

mieście. Z daleka patrzyliśmy na wieże kościołów i Górę Zamkową. Pociąg jechał przez 
Lublin. Bardzo zmęczeni i głodni, byliśmy wieczorem w Warszawie. Do domu było już 
niedaleko. W nocy dojechaliśmy do Pruszkowa. Gdy położyłem się do swojego łóżka, 
szybko usnąłem.

Tak zakończyła się moja ostatnia harcerska przygoda.
Następnego dnia przed obiadem spotkaliśmy się z przyjaciółmi na helenowskich 

gliniankach. Tu nic się nie zmieniło przez te kilka tygodni. Przy brzegu chlapała się gromada 
dzieciaków, a my wypływaliśmy jak najszybciej na naszą „wyspę". Wymoczeni w dość 
brudnej i ciepłej wodzie siadaliśmy na kocach, aby szczegółowo opowiadać o pobycie nad 
Zbruczem, wspominając całą historię obozu, dzień po dniu. Mówiliśmy o Lwowie i o 

background image

Ukraińcach, omijających nas z daleka, o nocnych pożarach i o ruinach zamku w Kudryńcach. 
Po kilku tygodniach, tamte, tak bardzo skomplikowane sprawy zacierały się w naszej 
pamięci, ale nadal pozostawał pewien stały niepokój o nasz los, o przyszłość kraju.

To już były ostatnie dni wakacji.
Wracając ż lasu patrzyliśmy na dymy snujące się nad słomianymi strzechami Nowej Wsi. 

Robiło się tam pusto. Ostatni letnicy opuszczali swoje wakacyjne mieszkania. Nad Mrówką 
pasły się stada krów, a kilku młodych chłopaków puszczało kolorowego latawca.

background image

Te codzienne, zwykłe wydarzenia przesłaniały nam wakacyjne wspomnienia: wycieczkę do 
Chocimia, nocne zasadzki, „przesuwa- wanie" granicy i widok Dzikich Pól oglądanych spod 
murów zamku. Wieczorami odbywaliśmy nie kończące się spacery po ulicy Kościuszki lub w 
parku „Sokoła". Znajome dziewczęta, uśmiechając się z daleka, czekały na nasz ukłon, na 
przelotną rozmowę, a my cieszyliśmy się każdym spotkaniem, każdą krótką wymianą słów, 
każdym wspólnie rozegranym setem siatkówki.

Rok. szkolny jak zwykle rozpoczynaliśmy nabożeństwem. Na dworcu było znacznie 

więcej kolegów. Władek i Tadek Targowski, nasz najbliższy sąsiad z domu Lorenca za 
przejazdem, zakończyli naukę w szkole powszechnej na Papierni i razem wstąpili do Szkoły 
Przemysłu Graficznego. „Hrabia" dostał się do jakiejś warszawskiej handlówki, a „Murzyn" 
miał się uczyć, pod okiem Zygmunta, w szkole „Mechaników".

Bez specjalnej radości i już bez podniecenia, jakie towarzyszyło nam w poprzednich 

latach, kupowaliśmy książki na wielkim targowisku uczniowskim, przed antykwariatami na 
Świętokrzyskiej. W klasie zająłem miejsce w jednej z pierwszych ławek, nie szukając 
żadnego towarzystwa, obojętny- na to, kto będzie obok mnie siedział. Nie miałem w szkole 
żadnej prawdziwej przyjaźni ani jednego kolegi „od serca". Byli to dla mnie tylko szkolni 
koledzy. Przyjaźń i różne serdeczności łączyły mnie z moimi rówieśnikami ze Stalowej. 
Tylko oni byli mi naprawdę bliscy.

Nadal zamiast wracać tramwajem ze szkoły, szedłem pieszo. Zaoszczędzone dziesięć 

groszy wydawałem na kupno popołudniowej gazety, „Wieczoru Warszawskiego". Przejście 
do dworca zajmowało mi około kwadransa. Szedłem Prostą do biegnącej ukośnie ulicy 
Twardej, Śliską do krótkiej uliczki Komitetowej, a dalej Sienną do Sosnowej, która kończyła 
się na Chmielnej. Te ulice były pograniczem dzielnicy polskiej i żydowskiej. W niektórych 
domach, bliżej naszej szkoły, jedynym Polakiem był dozorca.

Pewnego popołudnia, wracając ze szkoły, przeżyłem godzinę, o £tórej nieprędko 

zapomniałem. Gdy wszedłem w ulicę Śliską, napotkałem gęsty tłum Żydów zajmujących 
chodniki i całą jezdnię Myślałem, że to z jakiejś okazji zebrali się przed którymś z tych 
domów 1 że trochę dalej będę mógł swobodnie iść swoją normalną drogą. Jednak tłum 
chasydów z brodami i długimi pejsami, w jar-
mułkach na głowach i w czarnych chałatach, spod których widać było rytualny tałes, tak 
szczelnie wypełniał ulicę, że po kilkunastu krokach, zrobionych .z coraz większym trudem, 
chciałem wycofać się spośród tych obcych, nie widzących mnie, milczących ludzi, aby 
przejść inną drogą do Dworca Głównego. Chasydów stale przybywało. Nikt nie reagował na 
moje prośby i tłumaczenia, na moje nieudolne próby rozepchnięcia najbliżej stojących, po 
prostu nikt nie zwracał na mnie żadnej uwagi.— wszyscy stali w milczeniu, zapatrzeni gdzieś 
daleko przed siebie.

Gdy po chwili stwierdziłem, źe z tyłu przybywa coraz więcej ludzi i gęsty tłum zapełnia 

całą Śliską aż do Twardej, z największym trudem dotarłem do chodnika i zatrzymałem się tuż 
obok bramy, pod ścianą najbliższego domu. Zdenerwowany, bezsilny i trochę wystraszony 
rozglądałem się wokół, aby stwierdzić, że nie mam na razie żadnego wyjścia — muszę stać i 
czekać.

Otaczający mnie ludzie mówili żargonem jidysz, którego nie rozumiałem, a oni udawali, 

że nie rozumieją moich próśb o wypuszczenie z tego zamknięcia. Stałem samotny pod 
murem domu, obcy wśród tego gęstego tłumu. W pewnej chwili, gdzieś w pobliżu 
Komitetowej, podniósł się jakiś tumult, szybko przybliżając się. Lu-, dzie stojący tam daleko 
coś krzyczeli, były to nawoływania lub może taka głośna modlitwa. Niezrozumiałe słowa 
dotarły i do nas, powtarzane przez moich sąsiadów, płynąc dalej przez zatłoczoną ulicę. 
Zaczęto wyciągać do góry ręce. Było to na pewno oznaką jakiegoś wyczekiwania, błagalnej 
modlitwy, a może po prostu — wiary. Ręce w górze zaczęły się dotykać tak, jak gdyby coś 

background image

sobie przekazywały i to magiczne dotknięcie podawano coraz dalej i dalej, aż dotarło do 
stojących obok mnie. Odwracano się, wyciągając podniesione ręce, chcąc i mnie wciągnąć do 
tego zaczarowanego zespołu rozmodlonych ludzi, ale ja — obojętny wobec niezrozumiałych 
dla mnie objawów wiary — nie miałem zamiaru przyjąć tego mistycznego znaku — co od 
razu wywołało wielką do mnie niechęć, ujawniającą się na twarzach moich sąsiadów. Widać 
było, że nie rozumieli, czego ja tutaj mogę szukać.
• Dopiero wychodzący z bramy policjant, przed którym rozstę- powano się, zostawiając 
wolne przejście, uwolnił mnie z tego zamknięcia, wyprowadzając aż na róg Twardej i Złotej, 
a przy okazji pouczając, abym nigdy nie próbował przepychać się przez takie

background image

A
skupisko sfanatyzowanych ludzi. Ochłonąłem dopiero na Dworcu
___| Głównym, do którego dotarłem okrężną drogą. Kupując gazetę od
rozkrzyczanego gazeciarza, dowiedziałem się,' że ten stłoczony tłum chasydów oczekiwał na 
pociąg, którym miał powrócić z podróży do Jerozolimy znany rebe cudotwórca z Góry 
Kalwarii. Był to cadyk słynny ze swej mądrości na całym świecie, a ręce wiernych, 
wyciągnięte ku górze, przenosiły cudowne dotknięcie szat świątobliwego mędrca.

To spotkanie znowu zburzyło mój spokój.
Tam, pomiędzy Lwowem a Zbruczem, wrogo do nas nastawieni- Ukraińcy. Tu, w 

Warszawie, tłum ludzi nie mówiących po polsku zagrodził mi drogę do dworca, 
uniemożliwiając powrót do domu.

Jaka właściwie jest ta Polska? Co nas jeszcze czeka? Coraz częściej dokuczały mi takie 

myśli. Gdy zająłem miejsce w pociągu, otwierałem gazetę na stronie z wiadomościami 
politycznymi.

Niewiele mówiliśmy dotychczas o polityce — na szczęście, na razie nikt z nas nie chciał 

narzucać kolegom swoich przekonań. Obserwując różne wydarzenia, czytając o działalności 
polityków, zarówno w sejmie, jak i poza sejmem — zaczynaliśmy coraz intensywniej szukać 
prawdy. Przecież racja musi być tylko jedna! Kto ma tę rację? Komu należy uwierzyć?

Odczuwałem głęboki zawód, że oczekiwana przez wiele pokoleń niepodległa Polska ma 

inne oblicze od tej wymarzonej, o której tak pięknie mówiła nasza pani Romanowska.

W grudniu, jak to zwykle bywało, mieliśmy zbyt mało czasu na koleżeńskie spotkania i 

wieczorne spacery, ale niezmiennie w każdą niedzielę byliśmy w Warszawie.

Sytuacja finansowa naszych rodziców już się w pewien sposób ustabilizowała tak, że 

mogliśmy chodzić do kina na dobre filmy, zachwalane przez naszych szkolnych kolegów lub 
reklamowane w gazetach. Bilet uczniowski staniał, kosztował 49 groszy. W taki sposób 
właściciel kina zmniejszał płacony podatek, a nigdy w kasie grosza reszty nie wydawano.

W niedzielne popołudnie zbierało się na dworcu w Pruszkowie kilkunastu kolegów. Jeśli 

ktoś z nas powiedział, że nie ma pieniędzy na bilet lub że brakuje mu kilku lub 
kilkudziesięciu groszy, robiliśmy składkę przed kasą kinową. Każdy z nas dawał po pięć 
groszy i gdy zbierający krzyknął „dość!", zbiórka była zakończona. Czasami;
aż kilku kolegów pokłóconych z rodzicami nie miało na bilet, wtedy zbieraliśmy dłużej, 
każdy dawał, ile mógł, ale nigdy nie zdarzyło się, aby z braku pieniędzy ktoś nie poszedł do 
kina. Niekiedy, w najgorszym wypadku, ku wielkiemu niezadowoleniu kasjerki, kupując 
kilkanaście biletów potrącaliśmy groszową różnicę. Był wśród nas tylko jeden wyjątek. Do 
dziś nie wiem, czym to można było wytłumaczyć, skąpstwem Witka czy jego rodziców. Gdy 
dowiedział się, że w kinie będzie zbiórka na bilet dla któregoś z kolegów, znikał nam na 
warszawskim dworcu. Wiedział, do którego kina idziemy, i zjawiał się w poczekalni w 
ostatniej chwili, gdy już z biletami w ręku szykowaliśmy się do wchodzenia na widownię. 
Nigdy o to nie pytaliśmy. Może nie znosił, ludzi wyciągających rękę po cudze albo 
otrzymywał od ojca tylko na kupno biletu. Najprzyjemniej było, gdy wszyscy mieli pieniądze 
i Andrzej zapowiadał ze śmiechem:

— Witek! Dzisiaj nie giń nam z oczu, gdyż wszyscy mamy na bilety! |S| i szliśmy razem 

na dwugodzinny seans, po którym, wracając do domu, słuchaliśmy długiej opowieści Witka o 
zupełnie innym życiu za oceanem i dowiadywaliśmy się, co bohater filmu powiedział po 
angielsku do swojej partnerki.

Pruszków nadal pozostawał niebogatym miastem robotniczym. Dla wielu osób 

pracujących w Warszawie był tylko domem noclegowym. Budowany od początku bez planu i 
ładu, w sposób najtańszy i w wielkim pośpiechu, dopiero teraz nabierał znaczenia i pewnej 
powagi. Mieszkało tu ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Zaczęto dbać o miasto i myśleć o jego 

background image

przyszłości. Rozpoczęło się usuwanie najbardziej rażących zaniedbań. Aby zapobiec 
corocznym powodziom, uregulowano Utratę. Wznoszono coraz ładniejsze, nowoczesne 
domy. Na wybrukowanych ulicach instalowano oświetlenie, układano chodniki.

Gdy zamknięto bank — lokale wynajęto na mieszkania. W domu numer 3 rozpoczął 

urzędowanie Zarząd Miejski, a na Ołówkowej, w dużym budynku tuż przed pustymi murami 
„Blaszanki", uruchomiono młyn. Silnik spalinowy pykał od rana do wieczora. Sklepy 
zmieniały właścicieli, odnowione i przebudowane handlowały lepszymi i droższymi 
towarami.

background image

Obserwując dzieci bawiące się na podwórkach, od razu widać było, że są lepiej ubrane i 

wyglądają coraz -zdrowiej. Nie spotykało się już dziobów po ospie ani krzywych nóg — tej 
oznaki niewłaściwego odżywiania.

Na Żbikowie uruchomiono ośrodek zdrowia, w którym między innymi uczono, jak 

pielęgnować niemowlęta, a „Kropla Mleka" zapewniała najbiedniejszym odpowiednie 
wyżywienie dla małych dzieci. Maleństwa ssały smoczki, a nie — jak dawniej bywało — 
oblizany róg chusteczki.

W Pruszkowie powstał szpital. Ubezpieczalnia Społeczna, nazywana najpierw Kasą 

Chorych, troszczyła się o zdrowie mieszkańców. Od czasu odzyskania niepodległości ludzie 
pracowali po osiem godzin, a prawo pracy obowiązywało wszystkich.

Gdy ukończono budowę Elektrycznej Kolejki Dojazdowej, w pobliżu nowych 

przystanków budowano wille. Wielu murarzy i młodych silnych ludzi dostało tu pracę.

Stale rozbudowywano elektrownię. Były lata, że miała moc Jnajwiększą w Polsce. Prąd 

docierał prawie do wszystkich domów. Wprowadzenie tzw. taryfy blokowej spowodowało 
gwałtowny wzrost zużycia prądu przez prywatnych odbiorców. Gdy używano kuchenek 
elektrycznych, grzałek i żelazek — cena kilowata była znacznie niższa. Zamiast 
skrzeczących gramofonów z wielkimi tubami kupowano małe patefony walizkowe, 
początkowo nakręcane korbką, a później elektryczne. Na dachach ustawiano anteny radiowe, 
po ścianach budynków biegły druty uziemienia. Zjawiła się nowa nazwa — „radiopajęczarz" 
— określająca człowieka, który nie płacił 3 złotych za miesięczny abonament radiowy. 
Najpierw w większości mieszkań były radioodbiorniki najprostsze, na słuchawki, do odbioru 
tylko najbliższej stacji, a później, gdy od słuchawek bardzo bolały uszy, nie mogąc już żyć 
bez radia, kupowano odbiorniki lampowe. Pierwsze odbiorniki były bardzo ciężkie, w me-
talowej obudowie, z tubą głośnikową ustawianą na parapecie |§ a dopiero po kilku latach 
budowano drewniane, z głośnikiem wmontowanym w skrzynkę odbiornika.

Anielin stał się pięknym parkiem miejskim, w którym po stawach pełnych karpi można 

było pływać łódkami, a w zimie jeździło się na łyżwach przy dźwiękach muzyki z głośników. 
W „Sokole" coraz więcej młodzieży zbierało się na zajęciach gimnastyce
nych, na treningach lekkoatletycznych, jeździło na wyścigach kolarskich, rozgrywało mecze 
siatkówki i koszykówki. Kort tenisowy codziennie od południa był zajęty przez stałych 
bywalców, a inni młodzi ludzie dwa razy w tygodniu zbierali się na próbach orkiestry dętej i 
kameralnej lub uczestniczyli w pracach sekcji teatralnej.

Z roku na rok powoli, ale stale, zmieniało się na lepsze życie ludzi mieszkających w 

naszym mieście.

Ponad stu młodych ludzi uczyło się w szkołach wyższych, a ponad tysiąc w szkołach 

średnich różnego typu. Wielu uczyło się w Pruszkowie, jednak większość jeździła codziennie 
do Warszawy, od dawna nie mieszcząc się w wagonarh „dla młodzieży szkolnej".

Gimnazjum Zana przeniesiono ze Żbikowa do większego i nareszcie należycie 

urządzonego budynku przy ulicy Klonowej. Coraz lepszą opinię zdobywała szkoła 
„Mechaników" — niełatwo było dostać się do niej. Czynna była także szkoła handlowa, a 
młodzież uzdolniona muzycznie uczyła się po południu i wieczorami w szkole muzycznej.

Dopiero „wielki kryzys" zburzył panujący spokój i stał się pierwszą ogólnonarodową 

tragedią, skutki której w niedługim czasie odczuliśmy wszyscy. Ogarniając cały świat, na 
początku' lat trzydziestych dotarł niestety i do Polski, a więc nie mógł ominąć robotniczego 
Pruszkowa. Nadmiernie rozbudowana administracja zaczęła pozbywać się niepotrzebnych 
ludzi, rozpoczęto zwalnianie zbędnych urzędników, w pierwszym rzędzie tych z. najniższego 
szczebla hierarchii urzędniczej, pracujących „za sto złotych, z własnym-atramentem" — jak 
wtedy mówiono. Zwalniano także pracowników nie posiadających żadnych kwalifikacji. O 
ile bezrobotni pracownicy fizyczni znajdowali co pewien czas jakąś pracę, to znacznie gorzej 

background image

było z bezrobotnymi urzędnikami. Bojąc się „zdeklasowania" szukali tylko pracy umysłowej 
i nawet myśleć nie chcieli o zostaniu robotnikami, aby nie utracić swojego urzędniczego 
autorytetu. To mało realne stanowisko powodowało, że mimo ograniczonych środków do 
życia za resztkę pieniędzy wynajmowali pracownika na przykład do zniesienia węgla do 
piwnicy — wstydząc się nawet takiego kontaktu z pracą fizyczną. A tymczasem po kilku 
latach kryzysu zmalała wartość matury, będącej dla wielu osób symbolem kariery urzędniczej 
i spokojnego życia. Zaczęto wyżej cenić wykształcenie techniczne lub zawodowe, gdyż 
nawet w szczytowym

background image

okresie kryzysu dobrzy. fachowcy znajdowali pracę i otrzymywali godziwe zarobki.
Bezrobotni przeżyli okres pozostawania bez pracy tylko dzięki zasiłkom ZUS, zapomogom 
wypłacanym przez magistrat oraz darom żywnościowym opieki społecznej. Czasami 
pomagała rodzina, sąsiedzi pożyczali drobne sumy, pobliski sklepik udzielił kredytu, trafiały 
się jakieś zarobki przy budowie lub na pobliskim folwarku. Dla rodzin pozbawionych stałych 
dochodów te trudne lata były próbą zdolności przewidywania i umiejętności oszczędzania. 
Gdy żona umiała skromnie i tanio prowadzić gospodarstwo, a była oszczędna, zaradna i 
pracowita — to udawało się rodzinie przeżyć unikając głodu i niedostatku. Niektóre kobiety 
brały jakąś pracę do domu, szycie lub pranie bielizny, inne szły do pobliskich majątków, aby 
pracować w polu, przy pieleniu lub zbieraniu owoców. Za taką pracę dostawały nie tylko 
pieniądze, ale także warzywa lub ziemniaki.

Ubodzy ludzie zamiast węgla palili drewnem przynoszonym z pobliskich lasów.
Ten tragiczny okres na Stalowej zapamiętałem na długo. Prawie w każdym domu 

mieszkała jakaś osoba pozbawiona pracy. Wielu z bezrobotnych dobrze znałem. Widziałem 
ich troski i tragedie. Pisałem dla nich podania o przyjęcie do pracy lub prośby o pomoc, o 
jakieś wsparcie. Obserwowałem, jak kryzys najmocniej uderzał w tych najmniej zaradnych, 
w najbiedniejszych.

Już od rana, idąc na dworzec, widziałem, jak zbierają się pod bramami fabryk. 

Codziennie dzielili się jakimiś nieprawdziwymi wiadomościami, łudzili się, że ktoś z 
dyrekcji wyjdzie do nich, zawiadomi o nowych zamówieniach i o przyjęciach do pracy. I 
każdego ranka zazdrościli tym, którzy wchodzili za bramę fabryczną, przechodzili przez 
portiernię.

Fabryki utrzymywały zatrudnienie potrzebne do wykonywania zmniejszonej produkcji, a 

ponadto nikt nie zwalniał dobrych fachowców oraz różnych specjalistów, wiedząc, że jest to 
leadra, na której trzeba będzie oprzeć produkcję, kiedy skończy się ten przeklęty kryzys i 
fabryka ruszy pełną parą.

Bezrobotny, jeśli nie miał żadnej dorywczej pracy, wstawał o zwykłej porze — na długie 

wylegiwanie się nie pozwoliłyby docinki domowników. Przez sześć tygodni lub przez trzy 
miesiące — jeśli był urzędnikiem — otrzymywał zasiłki, a później musiał starać
się. o różne zapomogi w opiece społecznej. Nie zaniedbywano żadnych możliwości 
uzyskania jakiegokolwiek wsparcia.

Po skromnym śniadaniu i wykonaniu różnych domowych prac wychodził po zasiłek lub 

po zapomogę, jeśli był to dzień wypłat, a jeżeli nie, to od razu szedł na spotkanie z innymi 
kolegami bezrobotnymi odbywające się pod fabryczną bramą. Niezmiennie takie same były 
rozmowy bezrobotnych: pocieszające informacje z radia i z gazet o zbliżającym się 
zakończeniu kryzysu, wspominanie różnych wydarzeń z okresu, gdy pracowali, rozmowy o 
majstrach, kierownikach i kolegach oraz marzenia o tym, co będzie, gdy nareszcie minie 
kryzys, gdy zacznie się normalnie pracować i zarabiać. Jeśli przez kilka tygodni nie było 
dalszych zwolnień, łudzono się, że fabryka niedługo ruszy pełną parą, a oni znowu będą 
potrzebni. Raz .w tygodniu zbierali się pod magistratem, gdzie wypłacano zasiłki dla 
bezrobotnych. Rozpytywano o bezpłatną żywność lub o możliwości uzyskania pracy przy 
regulowaniu rzeki, kopaniu kanałów lub brukowaniu ulic. Późną wiosną wybierano się do 
pobliskich majątków, ale i tam, podobnie jak na budowach, przyjmowano tylko młodych i 
silnych. Ci, którzy nie mieli możliwości uzyskania dorywczego zatrudnienia, szli całą 
gromadą nad rzekę, na łąki, gdzie rozsiadali się, tworząc duże koło. Czasami grano w karty 
lub odczytywano ulotki, które zapewniały, że każdy będzie miał stałą pracę, gdy już 
zwycięży komunizm i zapanuje dyktatura proletariatu.

A tymczasem codziennie trzeba było jeść, dzieci wyprawić do szkoły, palić pod kuchnią, 

a zimą w piecu. Zapomogi i uboczne zarobki nie były duże. Uzyskiwane pieniądze 

background image

wystarczały na pokrycie najniezbędniejszyęh wydatków, na żywność, na opał. Dodziera- no 
stare buty i ubrania, w nieskończoność cerowano bieliznę i pościel. Najgorsza była jesień i 
zima. Już pierwsze deszcze przynosiły choroby i przeziębienia dzieci. Konieczne były wizyty 
lekarskie i lekarstwa, a bezrobotni nie mieli lecznictwa ZUS i wszystko należało załatwiać w 
opiece społecznej. W mieszkaniu było zimno. Wyczekiwano wiosny, która zawsze przynosiła 
nie tylko ocieplenie, ale i dużo nadziei na jakieś dorywcze zarobki.

Na początku lat trzydziestych, w najgorszym okresie kryzysu, klęska bezrobocia dotknęła 

około tysiąca osób na 25 000 mieszkańców Pruszkowa.

background image

Dobrzy fachowcy, niezbędni urzędnicy, zdolni rzemieślnicy — nie znali bezrobocia. Nie 

dotknęło ono kolejarzy, pocztowców ani pracowników różnych instytucji państwowych. 
Obniżono im pensję, ale równocześnie staniało komorne, spadały ceny żywności. Jednak 
przed kryzysem niewielu było chętnych do objęcia stanowisk na kolei lub na poczcie, gdyż 
wynagrodzenie nie było wysokie, a wymagania duże. Nie wolno było spóźniać się, opuszczać 
dnia pracy bez powodu, a do takiej systematyczności i porządku jeszcze nie przyzwyczajono 
się w Pruszkowie. Dopiero „wielki kryzys", nauczył ludzi szanowania państwowych posad, 
równocześnie zmuszając zatrudnionych do solidnej, systematycznej pracy.

Wczesną wiosną 1931 roku, jako nagrodę za niezłą naukę, dostaliśmy rower. Jeden na 

dwóch. Takie były nasze marzenia, o to wielokrotnie prosiliśmy. Aby uniknąć kłótni, od razu 
zapadła decyzja: będziemy jeździli na nim co drugi dzień. Dziś Jurek, a jutro ja. Każdy z nas 
powinien zostawić go wieczorem w dobrym stanie, napompowany, czysty i gotowy do 
użycia.
Był to tanio kupiony, używany rower turystyczny, na dość szerokich oponach, nie taka 
leciutka wyścigówka na drewnianych obręczach, o jakiej marzyliśmy. Inną wadą naszego 
roweru było widoczne z daleka „sztachnięcie" ramy, małe wygięcie tuż obok kierownika. 
Obniżało to znacznie cenę.

Jeśli to był mój dzień, po przyjeździe ze szkoły zjadałem pośpiesznie obiad i 

wyjeżdżałem do Komorowa ścieżką wzdłuż „żeberek" — kolejowej bocznicy. Wędrowałem 
po leśnych dróżkach, odpoczywałem nad Mrówką lub w zagajniku, obok pałacu hrabiego 
Potockiego. Później, zmęczony i szczęśliwy, wracałem do domu, a wyczyszczony rower 
ustawiałem w przedpokoju. Jeśli w moją niedzielę była pogoda, wybierałem się z Witkiem i 
Julkiem Mazurkiewiczem na daleką wycieczkę. Trasa zawsze była taka sama. Przez Włochy i 
Okęcie do szosy radomskiej. Tam był asfalt. Wspfi" niała droga, którą nie wiadomo kiedy 
dojeżdżaliśmy do Nac&rzyna, aby przez Nową Wieś powrócić do Pruszkowa. Mnie było 
najtrudniej jechać, Witek miał półwyścigówkę „Wahrena", a Julek piękną, leciutką 
wyścigówkę. A w następną niedzielę, tuż po obiedzie, J

u

'

rek wyjeżdżał ze swoimi kolegami, też na szosę do Radomia, aby tam rozkoszować się 
asfaltową nawierzchnią.

Narastający kryzys, zarówno gospodarczy, jak i polityczny, dawał się dotkliwie odczuć 

nawet nam, uczniom szkół średnich. Wzrastało rozpolitykowanie młodzieży. W dyskusjach 
klasowych zagadnienia polityczne stawały się tematem najważniejszym. Nikt z nas nie był 
zaskoczony, gdy nasz wychowawca, bez dodatkowych słów zachęty, oznajmił, że w 
najbliższą sobotę w sali geograficznej odbędzie się spotkanie z przedstawicielem nowo 
utworzonej organizacji Legion Młodych , lub też z jej przybudówką Strażą Przednią. Były to 
powołane przez rząd organizacje młodzieżowe, które głosiły, że najwyższym dobrem jest 
państwo, a prawdziwą elitą narodu — człowiek pracy i żołnierz. W sobotę w czasie lekcji, 
gdy zadeklarowałem publicznie swoją niechęć do tych organizacji, stwierdzając, że nie 
interesuje mnie to zebranie, zostałem zaproszony na inne — „tajne" zebranie, które miało 
odbyć się w mieszkaniu naszego kolegi, w domu kolejowym, na początku Żelaznej.

Podczas zebrania w szkole okazało się, że niewielu było kandydatów do pracy w 

Legionie Młodych i w Straży Przedniej. Natomiast w następnych latach dużą poczytnością 
wśród młodzieży cieszył się dwutygodnik wydawany przez te organizacje — „Kuźnia 
Młodych". Pamiętam liczne dyskusje ogólnoklasowe na temat niektórych artykułów 
zamieszczanych w tym piśmie, omawianie na lekcjach polskiego różnych wierszy i próbek 
prozy, a także udział moich znajomych w redagowaniu pisma.

Do kolejarskiego domu było niedaleko, kilkaset metrów. Szedłem z jednym z kolegów z 

maturalnej klasy, który odebrał ode mnie przyrzeczenie, że nikomu nie zdradzę nazwisk 
uczestników ani tematów naszych rozmów. Takie formalności wzmogły moją ciekawość. 

background image

Gdy znaleźliśmy się w mieszkaniu na drugim piętrze, okazało się, że jest tam już kilkunastu 
uczniów naszego gimnazjum. Wysłuchaliśmy prelekcji jakiegoś studenta uniwersytetu, z 
„mieczykiem" — odznaką Obozu Wielkiej Polski — w klapie marynarki. Była to wspaniała 
mowa na temat naszej skomplikowanej rzeczywistości politycznej i gospodarczej. Później 
niektórzy z kolegów omawiali artykuły z „Gazety Warszawskiej" i z czasopism „Szczerbiec" 
i „Awangarda".
Było to moje pierwsze i właściwie jedyne zetknięcie z Gim

background image

nazjalną Organizacją Narodową. Otrzymałem wtedy do przeczytania „Myśli nowoczesnego 
Polaka" Romana Dmowskiego.

Miałem po wakacjach wygłosić krótki referat na temat tej książki oraz zaznaczyć, z czym 

się zgadzam, a czego nie mogę akceptować. Książkę czytałem z dużym zainteresowaniem, 
ale kontakty z tą grupą kolegów nie trwały długo, gdyż od września uczyłem się już w innej 
szkole.

W tym czasie różne organizacje narodowe, zarówno w Pruszkowie, jak i w całej Polsce, 

w sposób widoczny wzmagały swoją działalność. Głoszono hasła walki z Żydami, z 
komunistami i z obozem piłsudczyków uważając te trzy czynniki za sprawców wszelkiego 
zła w naszym kraju. Na ulicach Pruszkowa coraz częściej można było zobaczyć młodych 
ludzi w jasnych koszulach, przepasanych skórzanym wojskowym paskiem, w granatowych 
beretach, pozdrawiających się podniesieniem ręki na wzór faszystowski. Chcieli oni tworzyć 
„państwo narodowe" — odrzucając demokrację parlamentarną, opierając się na włoskich i 
niemieckich teoriach. Wielu z nich, podobnie jak bojowcy z Frakcji Rewolucyjnej, nie roz-
stawało się z grubymi bambusowymi laskami.

Mimo tych zagrożeń pochody 1-majowe były nadal poważnymi manifestacjami, w czasie 

których niezmiennie żądano wolności, pracy i chleba. W Łodzi, w czasie zjazdu PPS-Lewicy, 
aresztowano wielu działaczy, a między nimi wiceburmistrza Pruszkowa,. świetnego mówcę 
Stanisława Berenta.

Nadal idąc rano na dworzec mogłem przeczytać mokre jeszcze od kleju ulotki wzywające 

do walki z ustrojem, do wprowadzenia władzy rad. Przedstawiano w nich ZSRR jako jedyny 
kraj, w którym nie ma bezrobocia, który nie zna kryzysów.

I wśród nas wybuchały dyskusje polityczne, gdy w głębi parku „Sokoła", siedząc w 

cieniu drzew, odpoczywaliśmy, zmęczeni gonitwą za piłką.

Na szczęście zagadnienia polityczne nie były dla nas najważniejsze i nigdy nas nie 

dzieliły. Jeden z kolegów stał się działaczem skrajnej lewicy, kilku z nas wylądowało na 
pozycjach konserwa- tywno-prawicowych, a dla innych te sprawy były całkowicie obojętne. 
Prawdziwych piłsudczyków było dwóch. Przekonania odziedziczyli po rodzicach. Tak byli 
pewni swej prawdy, źe nigdy nie
zabierali głosu w naszych sporach. Ich ojcowie wywodzili się z kie- rowanej przez 
Piłsudskiego PPS.

Rok szkolny kończyłem w niewesołym nastroju. Choć bezrobocie omijało nasze rodziny, 

to jednak na różne sposoby i w nas uderzał kryzys.

Od lipca mój Ojciec przechodził na emeryturę. Już przed trzema laty obronił się przed 

tym, ale teraz, gdy chodziło o nowe miejsca pracy, zapadła ostateczna decyzja. Kolej 
przestawała opłacać za nas wysokie koszty nauki w prywatnych gimnazjach. Jurkowi do 
matury pozostał tylko fok, a więc musiał pozostać w szkole Giżyckiego, natomiast ja 
wstąpiłem do Państwowej Szkoły Chemicznej przy ulicy Hożej 88 w Warszawie. Wydawało 
nam się, że w latach kryzysu będzie to najlepsze rozwiązanie.

Jeszcze przez pewien czas spotykałem się z kolegami z gimnazjum, a Stefan Słomnicki, 

redaktor i wydawca organu uczniów GZK „Zwierciadło" — przesyłał mi kilka kolejnych 
numerów tego pisma. Ale niedługo umarł Stefan i niewiele zostało z tamtych lat w mojej 
pamięci.

W te wakacje pożegnaliśmy się ostatecznie z helenowskimi gliniankami, wypłoszeni 

przez ogromną liczbę dzieciaków od każdego ranka niezmordowanie mącących wodę. 
Przenieślimy się nad glinianki komorowskie, w pobliżu nowej dzielnicy Pruszkowa, nazy-
wanej: miasto-ogród „Ostoja". Na pustym polu, w pobliżu dwóch stawów powstałych po 
wykopaniu gliny lub żwiru — budowano domki i wille.

background image

Tego lata najwięcej czytaliśmy książek naukowych i podróżniczych. Zaczęła wychodzić 

słynna seria „Biblioteka Wiedzy". Były to książki: „Nowy świat fizyki" Jeansa, „Łowcy 
mikrobów" de Kruifa, „W głębinach oceanu" Beebe, „Tajemnica atomu" Bragga oraz 
„Wieczność piramid" Boultona. Co za wspaniały zestaw książek został nam udostępniony! 
Wypożyczaliśmy także niezapomniane opisy wędrówek Slocuma i Gerbaulta. Mało wtedy 
czytaliśmy powieści, jedną z nich było „Na zachodzie bez zmian" i ta książka krążyła przez 
wiele dni wokół glinianek. Wydawało się nam wtedy, że młodzież na całym świecie nie da 
się już nabrać na takie hasła jak patriotyzm i ojczyzna.

Po obiedzie najczęściej grywaliśmy w koszykówkę w parku „Sokoła". Tylko Andrzej 

wybrał skoki. Skakał wzwyż i w dal, ale

background image

najchętniej uprawiał trójskok. Bez przerwy ustawiał na rozbiegu kamyki. Tu ma wypaść 
ostatni krok, a tutaj odbiciei Uważaliśmy, że już niedługo zostanie najlepszym skoczkiem w 
mieście. Pożyczonymi rakietami zaczynaliśmy grać w tenisa. Aby nie płacić za kort, 
przychodziliśmy do parku bardzo rano, kiedy nie. było jeszcze nikogo.

Rzadko chodziliśmy do kina, wybierając tylko najlepsze filmy. Kino „Znicz" w „Sokole" 

otrzymało aparaturę dźwiękową. Trzech naszych znajomych muzyków — pianista, skrzypek 
i perkusista — stracili pracę, ale za to najnowsze filmy mogliśmy wcześniej Obejrzeć niż w 
kinach warszawskich.

Mieliśmy już nowych bohaterów. Chevalier śpiewał w „Paradzie miłości", a w „Maroko" 

zakochana Marlena Dietrich nie chciała opuścić Gary Coopera.

W czasie tych wakacji okazało się, że umiłowanie pokoju nie wszędzie dotarło. 

Wybuchła wojna japońsko-chińska. Armia cesarska zajęła Mandżurię.

Pod koniec sierpnia Ukraińcy znowu dali znać o sobie. Skrytobójczo zastrzelono 

Hołówkę. Gdy zaczęliśmy rok szkolny, w Polsce nie było spokoju. Na wyższych uczelniach 
rozpoczęły się zajścia antyżydowskie. W procesie brzeskim przywódcy opozycji otrzymali 
wyroki skazujące, a na ulicach Pruszkowa można było zobaczyć uzbrojonych w grube laski 
bojowców z „Frakcji". Pilnowali, aby opozycja nie podnosiła głowy.

Na razie te wszystkie sprawy niezbyt nas interesowały. Mieliśmy jeden cel — uczyć się. 

To dla nas było najważniejsze.

Wiosną znowu zaczęły się nasze spotkania, wieczorne spacery po ulicach miasta i 

codzienne mecze koszykówki.

Nie wiadomo kiedy minął ten rok szkolny.
W czerwcu 1932 roku mój brat Jurek zdafr egzamin maturalny w gimnazjum Giżyckiego. 

Po krótkim odpoczynku zaczął przygotowywać się do egzaminu wstępnego na wydział 
elektryczny Politechniki Warszawskiej. Gdy zdał egzamin i został przyjęty — wielka była 
nasza radość.

Czasami wyciągał nas Andrzej na wędrówki wzdłuż Utraty Pod jego fachowym 

nadzorem uczyliśmy się łapania raków. Zabieraliśmy ze sobą różne sieci i siatki oraz patelnię 
i małą buteleczkę oleju. Któregoś dnia doszliśmy aż za Komorów, gdzie nasza rzecz
ka dość szeroka, ale płytka, płynęła łąkami wzdłuż lasu Chlebowskiego. Nad ogniskiem 
smażyliśmy ryby. Najwięcej było piskorzy, przemyślnie łapanych przez Andrzeja w małych, 
błotnistych stawkach. Nigdy już nam tak bardzo nie smakowały smażone ryby, jak wtedy na 
łące, nad brzegiem Utraty.

Zygmunt, ku wielkiej radości matki, ukończył w czerwcu szkołę i już jako 

wykwalifikowany metalowiec rozpoczął w sierpniu pracę w fabryce „Mechaników". Na 
pewno było to osiągnięcie szczytu marzeń. Chciał teraz jak najszybciej zamienić mieszkanie i 
szukał dwupokojowego lokalu w pobliżu fabryki.

Rok 1933 na razie nie przyniósł żadnych istotnych zmian w życiu zarówno kraju, jak i 

naszego miasta. Tylko my zmienialiśmy się z każdym dniem, z każdym miesiącem. Gazety, 
radio, czasopisma, lekcje szkolne i liczne rozmowy ze starszymi kolegami poszerzały nasze 
horyzonty. Staraliśmy się obserwować i zrozumieć to wszystko, co działo się u naszych 
sąsiadów i tych ze wschodu, i tych z zachodu.

Na początku roku podpisano układ o nieagresji z ZSRR. Czytaliśmy korespondencje Jana 

Ot mara Ber son a. Na pewno Rosja nie była już krajem podobnym do tego, jaki opuszczali 
repatrianci osiedlający się w Pruszkowie. A kiedy spotykaliśmy Mariana, mówił nam o 
„Dnieprostroju" — gigantycznej budowie na Ukrainie, największej elektrowni w Rosji, która 
stała Się symbolem, zapowiedzią lepszej przyszłości: świata socjalizmu bez wojen i 
bezrobocia.

background image

Gazety donosiły o strajkach, o procesach komunistów i ukraińskich nacjonalistów. W 

Łodzi toczyła się rozprawa sądowa przeciwko przywódcom PPS-Lewicy, rozwiązanej przez 
władze. Wśród oskarżonych był i Stanisław Berent, popularny w Pruszkowie działacz 
polityczny, wiceburmistrz miasta.

Świat okazywał się coraz bardziej skomplikowany.
Wiele mówiono o Adolfie Hitlerze, umundurowanym w brązową koszulę działaczu 

partyjnym, z małym wąsikiem i loczkiem na czole. Ośmieszano go w teatrzykach i w 
pismach humorystycznych. On także obiecywał likwidację bezrobocia oraz ogólny dobrobyt 
Niemców, jeśli tylko zwycięży jego partia. Na dodatkach filmowych mogliśmy obserwować 
coraz dłuższe kolumny maszerujących hitlerowców. Niespodziewanie w końcu stycznia 
Hitler został kanclerzem Rzeszy. Wiedzieliśmy, że powstają jakieś „nowe Niemcy",

background image

które bardzo szybko potrafiły rozwiązać problem bezrobocia, wykorzystując ludzi od lat 
pozbawionych pracy do budowy imponują, cych autostrad, do rozbudowy przemysłu i 
stawiania nowych bloków mieszkalnych. Hitler obiecywał każdemu Niemcowi mieszkanie i 
dobry, tani samochód. Niedługo później i na naszych drogach widzieliśmy coraz 
popularniejsze DKW ||| żartobliwie, dla swej prostoty, nazywane „dykta-klej-woda", a jednak 
mocne, sprawne i bardzo ekonomiczne.

Wizja tego „nowego, wspaniałego świata" przenikała i do nas, a wraz z nią 

rozprzestrzeniał się antysemityzm: Już nawet rok akademicki rozpoczynano biciem Żydów. 
Jednak wielu mądrych ludzi ostrzegało przed Hitlerem, potępiając stosowane przez naro- 
dowosocjalistyczne bojówki metody krwawych rozpraw z przeciwnikami politycznymi.

Dla nikogo z nas — kilkunastu dorastających chłopców z naszej dzielnicy — zagadnienia 

polityczne nie były najważniejszym tematem rozmów. Nadal zbyt wiele mieliśmy kłopotów 
z~nauką. Dość rzadko chodziliśmy do teatru na szkolne przedstawienia. Zapamiętałem 
„Wesele" i „Cyrana de Bergerac" — z niezapomnianym w tej roli Maszyńskim. Siedzieliśmy 
na balkonie z Andrzejem. Długo wspominaliśmy przygody gaskońskich zawadiaków.

W radio słuchałem tylko wiadomości i nielicznych koncertów Z Andrzejem lub 

Staszkiem czytaliśmy Słonimskiego, Tuwima i Wierzyńskiego. Wydawało się nam, bardzo 
jeszcze naiwnym, że niezależnie od panującego u nas ustroju piękno zawsze pozostanie 
pięknem i że będziemy mogli zamknąć się w czterech ścianach naszych pokojów, 
odizolowani od świata, aby spokojnie czytać ciekawe książki, powtarzać ulubione wiersze, 
słuchać muzyki, oglądać wspaniałe reprodukcje i bawić się na „tańcówkach". W Pruszkowie, 
w każdą sobotę karnawału, bawiono się na kilku balach; zapowiadając przeznaczenie 
dochodu na pomoc dla bezrobotnych. Taka panowała wtedy moda.

Szybko dojrzewaliśmy. Zmieniało się wszystko: tematy rozmów, czytane książki, sposób 

naszego zachowania, a także, co było najważniejsze — zmienialiśmy się i my sami. 
Najłatwiej można to było zaobserwować patrząc, jak zaGzynamy dbać o wygląd. Zaczęliśmy 
zwracać uwagę na to, co na siebie wkładamy. Zbyt często zaglądaliśmy do lusterek, troszcząc 
się nadmiernie o włosy.

W połowie czerwca 1933 roku odbywały się w Warszawi ogólnopolskie, międzyszkolne 

zawody lekkoatletyczne o puchar ■ Kuźni Młodych

5

'. Przez dwa dni towarzyszyliśmy 

zawodnikom z naszej ulicy. W barwach gimnazjum Zana startowała Zosia spod numeru 2, 
zdobywając punkty w skoku wzwyż i w pchnięciu kulą; Maniek skakał wzwyż, a mój 
nierozłączny przyjaciel ze szkoły powszechnej Mietek rzucał dyskiem. Puchar zdobyło 
gimnazjum Zana. W zawodach brał także udział Andrzej, reprezentując jedną - z 
warszawskich szkół. Przez te dwa dni mówiliśmy tylko o sporcie, ciesząc się z każdego 
sukcesu naszych najbliższych sąsiadów i kolegów.

Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół" założono w Pruszkowie w roku 1906. Liczyło 

wtedy 162 członków, a prezesem był Antoni hr. Potulicki. Szybko rozwiązane przez zaborcę, 
powstało ponownie w 1924 roku, wydzierżawiając od fundacji księży emerytów park w 
centrum Pruszkowa z ruinami okazałego pałacu. Od razu przystąpiono do odbudowy i w 
bardzo krótkim czasie otwarto salę gimnastyczną oraz cztery przyległe pokoje. W następnych 
latach odbudowano dalsze pomieszczenia. Aby zdobyć pieniądze, potrzebne do prowadzenia 
zarówno działalności statutowej, jak i na prace przy odbudowie, uruchomiono w sali 
gimnastycznej kino, czynne w trzy ostatnie dni tygodnia.

W roku 1928 odbudowano kilka pokojów, które zajęła szkoła handlowa.
W roku 1931 w rozbudowanej sali kinowej zainstalowano aparaturę dźwiękową, a w 

następnym roku oddano do użytku pozostałe cztery pokoje na parterze i pomieszczenie przy 
wejściu do parku, które wydzierżawiono Antoniemu Gradkowskiemu na kawiarnię. Można 

background image

tam było kupić codziennie świeże ciastka od Gajewskiego, ze znajomą dziewczyną zjeść przy 
stoliku lody lub napić się kawy.

;

 _

W roku 1932 zorganizowano zespół teatralny. Od wielu lat grała w „Sokole" orkiestra 

dęta, prowadzona przez popularnego w mieście druha Szymona Szugajewa oraz orkiestra 
kameralna pod kierunkiem Bronisława Wasiaka.

Młodzież miała do dyspozycji sekcję gimnastyczną, lekkoatle-

background image

tyczną, gier sportowych, kolarską, tenisową, strzelecką i ping- -pongową.
W latach trzydziestych Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół" w Pruszkowie liczyło 87 

członków wspierających i ponad 400 czyn- nych. W praoach wszystkich sekcji brali udział 
nie stowarzyszeni młodzi ludzie. Nie będąc członkiem „Sokoła" można było grać w ko-
szykówkę, przychodzić na ćwiczenia gimnastyczne lub uczestniczyć w zajęciach sekcji 
teatralnej. Takich, nieoficjalnych członków, którzy z różnych względów nie chcieli lub nie 
mogli podpisać deklaracji członkowskiej, było zawsze około stu. Dla całej młodzieży 
Pruszkowa park „Sokoła" stał się ulubionym miejscem spacerów, gier i zabaw. Przyjeżdżali 
także nasi rówieśnicy z Piastowa, Brwinowa i Komorowa. Tutaj co roku odbywały się 
lekkoatletyczne mistrzostwa Pruszkowa oraz międzymiastowe turnieje tenisowe lub gier 
sportowych. A my codziennie graliśmy nie kończące się mecze koszykówki i siatkówki. 
Najbardziej czynni w pracach „Sokoła" poza mną byli: Andrzej, Staszek, Władek i 
„Murzyn".

Jako pierwszy znalazł się w „Sokole" Władek. Koniecznie chciał grać w dętej orkiestrze. 

Obserwowaliśmy jego zachwyt, gdy ulicą Kościuszki maszerowała długa kolumna członków 
„Sokoła", a druh Szymon Szugajew, z nieodłączną pałeczką, otwierał pochód, prowadząc do 
kościoła „sokolice" i „sokołów", ubranych w piękne czerwone koszule. Podczas próby 
orkiestry w jednym z pokojów na parterze „pałacu" Władek otrzymał od druha Szugajewa 
wielką i ciężką trąbę, nazywaną tubą lub basem. Instrument był niewygodny do noszenia, ale 
wyglądał bardzo poważnie, a poza tym gra na tubie nie wymagała absolutnego słuchu, 
wystarczało dobre wyczucie rytmu. Dwa razy w tygodniu, po próbach z orkiestrą, wędrował 
Władek z dość ciężkim instrumentem do swego pokoju na facjacie. Wieczorami 
wiedzieliśmy, czy jest w domu, gdyż każdą wolną chwilę poświęcał teraz na naukę jakiegoś 
nowego utworu, rozkładając przed sobą nuty, i wtedy z okien poddasza dolatywały na ulicę 
miarowe i poważne dźwięki: „pu! pu! pu! pu!" Jak tokujący głuszec nie słyszał ani naszego 
gwizdania, ani naszych okrzyków. Musieliśmy czekać na przerwę w graniu lub wędrować na 
trzecie piętro, aby prawie siłą wyciągać go na spacer.

Staszek był uczniem gimnazjum Zana. Panujący tam rygor nie bardzo odpowiadał jego 

rozbuchanemu temperamentowi. Gdy w ro
ku 193.3 zaczął grać w koszykówkę, unikał oficjalnych wystąpień w koszulce „Sokoła", gdyż 
groziło to wydaleniem ze szkoły. Graczem był dobrym, szybkim i wytrzymałym. Później na 
długo pochłonęła gó zabawa w teatr amatorski. Tu działał wspólnie z Andrzejem.

Natomiast. ja — bez większych sukcesów — grałem w koszykówkę. W ping-pongowych 

mistrzostwach zawsze byłem trzeci, wyprzedzali mnie „Murzyn" i Genek Kowalski, z 
którym, w pogodne ranki grywałem także- w tenisa. Aby nie płacić za kort, przychodziliśmy 
o szóstej rano i graliśmy kilka setów, spiesząc się na pociąg do Warszawy, odchodzący o 
siódmej. Rakiety zabieraliśmy ze sobą do szkoły. Piłki dostawaliśmy od Ludwika 
Przybylskiego. Był wtedy sekretarzem „Lawn-tennis Club" w Warszawie, gdzie zbierał dla 
nas prawie nowe piłki „Dunlop", którymi nie wypadało po raz drugi grać wytwornym i 
bogatym członkom tego klubu, najczęściej cudzoziemcom. „Sokół" aż do wybuchu wojny 
odgrywał w Pruszkowie ogromną rolę wychowawczą wśród młodzieży, zarówno szkolnej, 
jak i robotniczej, która wspólnie uprawiała sport, bawiła sję i spędzała wolny czas.

Już od pewnego czasu obserwowaliśmy, jak dwóch naszych najbliższych przyjaciół 

zaczęło się od nas powoli oddalać.

Dla Genka był to ostatni rok nauki w szkole technicznej kolejowej w Warszawie. 

Któregoś wieczoru zdradził nam swoje plany. Po ukończeniu szkoły odbędzie służbę 
wojskową, o dwa lata wcześniej, jako ochotnik, a później chciałby jak najszybciej znaleźć 
pracę i ożenić się. Spotkał niedawno ładną dziewczynę, która mieszka wraz z rodzicami w 
domku pod Tworkami. Obiecywał, że przy okazji poznamy ją i będziemy mogli ocenić jej 

background image

urodę. Genek dzielił teraz swoje godziny pomiędzy naukę i spotkania z ukochaną. Na nic 
innego nie miał już czasu.

Życie erotyczne młodzieży zaczynało się w tamtych latach znacznie później, najczęściej 

dopiero po ukończeniu szkoły i odby- cju służby wojskowej, kiedy osiągano nie tylko 
dojrzałość płciową, aje i ekonomiczną. Różne były tego powody: znacznie wolniejszy rpzwój 
fizyczny i seksualny młodzieży, religijne wychowanie, obawa przed ciążą, a także lęk przed 
chorobami wenerycznymi.

background image

J Rozmowa z Genkiem zapowiadała pierwsze narzeczeństwo _| i pierwsze małżeństwo wśród 
naszych kolegów.

Mogliśmy obserwować wszystkie starania i zabiegi o rękę tej wybranki. A te sprawy nie 

były wtedy dla nas ani proste, ani zbyt łatwe.

Na początku zawsze były jakieś przypadkowe .spotkania z koleżanką, która podobała się 

bardziej od innych. Gdy już zapadła decyzja, to należało szukać wspólnych znajomych, aby 
zostać przed* stawionym. Inne sposoby zawierania znajomości należały do rzadkości. 
Później, wiedząc, gdzie dziewczyna spędza wolny czas, na jakie nabożeństwa chodzi do 
kościoła albo kiedy wychodzi na spacery — należało pomagać przeznaczeniu i stawać- na jej 
drodze, udając, że jest to tylko przypadek. Jeśli dawało się wyczuć pewną przychylność, 
następował okres umówionych spotkań, były to tzw. randki, pretekstem dla których była 
najczęściej jakaś książka lub ciekawy film. Następowały wspólne spacery i mówiło się 
wtedy, że „zaczęli ze sobą chodzić". Jeśli wszystko rozwijało się pomyślnie, stwierdzono 
wspólne zainteresowania, nie brakowało tematów do rozmów, zgadzały się charaktery, to 
kawaler powinien- zacząć bywać w domu panny. Pociągało to konieczność zaprezentowania 
się rodzicom, i to z najlepszej strony. To jeszcze do niczego nie zobowiązywało —- bywać 
mogło kilku dobrych znajomych, którzy najczęściej znikali z pola Widzenia, gdy jeden, z 
nich ogłosił, że będzie się starał o rękę dziewczyny. - Takie starania, zupełnie jeszcze nie 
wiążące żadnej ze stron, mogły trwać dość długo. Przed małżeństwem trzeba było odbyć 
służbę wojskową, co było zarazem sprawdzianem stanu zdrowia, a także zdobyć stałą pracę.

Na następnym etapie „zmawiano się" — i wtedy, w sposób dyskretny, ogłaszano wśród 

najbliższych znajomych, że młodzi są już „po słowie". Omawiano wtedy szereg różnych 
spraw, takich jak mieszkanie, meble, zaręczynowy pierścionek.

Po rozmowie z rodzicami, którzy już przecież od dawna nie sprzeciwiali się wizytom 

starającego, wyrażając przez to milczącą zgodę, następowały oficjalne zaręczyny i wręczenie 
wybrance pierścionka. Niekiedy z tej okazji odbywało się małe przyjęcie, w którym 
uczestniczyli tylko najbliżsi.

Dopiero od tego momentu żadna ze stron nie powinna wycofac się 7. podjętego 

zobowiązania bez naprawdę ważnej przyczyny.

Teraz pozostawała już tylko wspólna wizyta w kancelarii parafialnej, ogłoszenie 

urzędowych zapowiedzi i ustalenie daty ślubu.

' Za tamtych czasów był to tylko ślub kościelny.
Należało szykować stroje, ustalić listę gości, kogo trzeba zaprosić na ślub, a kto będzie na 

weselnym przyjęciu.

Zamawiano ozdobne zaproszenia, omawiano weselne dania i rodzaje napojów. 

Poszukiwano mieszkania, które przede wszystkim należało odnowić i umeblować.

Ustalano, jaka będzie pomoc rodziców panny młodej, i co powinna kupić rodzina pana 

młodego.

Taką skomplikowaną drogę musiał przebyć Genek, aby osiągnąć upragnione szczęście.
Gdy we wrześniu, po ukończeniu szkoły, odjeżdżał na roczny kurs podchorążych 

rezerwy, podobno był już „po słowie".

Zupełnie inne były przyczyny odchodzenia od nas Mariana. Po naszym bezpośrednim 

zetknięciu się z problemem ukraińskim na obozie w Kudryńcach nie mógł darować 
Marszałkowi wyprawy na Kijów i — jak mówił — „zagarnięcia" zachodniej Ukrainy.

Za rok miał otrzymać licealną maturę u Zana.
Władze szkolne nie szykanowały go za głoszone w czasie lekcji religii radykalne 

przekonania, za ciągłe utarczki z księdzem prefektem. Został półoficjalnie zwolniony z 
obowiązku chodzenia w zwartej czwórkowej kolumnie na niedzielne nabożeństwa. Uważał to 
za swój wielki sukces.

background image

Pożerał coraz więcej książek. Ekonomia. Filozofia. Nauki społeczne. Podstawy 

socjalizmu. Marks, Engels, a później, coraz częściej, Lenin. Gdy przekonał się, że zasady 
marksizmu nie znajdują wśród nas zrozumienia i ma coraz mniej słuchaczy, posiadając ja-< 
kąś wewnętrzną potrzebę wypowiadania tego, co odczuwał, jakiś wrodzony instynkt 
nauczania — zaczął poszukiwać innych uczniów i słuchaczy.

I tak właśnie, na różne sposoby i z różnych powodów — straciliśmy dwóch przyjaciół, 

którzy na dalszy etap życia postanowili wybrać się swoimi drogami.

Wakacyjny odpoczynek zakłóciła niespodziewana wiadomość o śmierci wiceburmistrza 

Stanisława Berenta, przywódcy pruszkowskich komunistów, opiekuna bezrobotnych, 
świetnego mówcy i popularnego w Pruszkowie działacza. Został zastrzelony przez nie

background image

wykrytych sprawców 26 lipca 1933 roku, przy furtce, gdy późnym wieczorem powracał do 
domu. Wiele było rozmów na ten temat. Nie tak dawno czytaliśmy rozklejone na parkanach 
ulotki, zawiadamiając o wykluczeniu z szeregów KPP Stanisława Berenta wraz z kilkoma 
towarzyszami, za „polityczne odstępstwa i zdradę klasową". Byliśmy przekonani, że został 
zastrzelony w Cyniku wewnątrzpartyjnych rozgrywek.

Ulica Stalowa zmieniła się przez ostatnie lata. Po wybrukowaniu i ułożeniu chodników 

surowo przestrzegano porządku. Codziennie ulica była dokładnie zamiatana, a w zimie, gdy 
spadł śnieg, musieliśmy wstawać wraz z bratem o godzinę wcześniej i czyściliśmy chodnik 
tak starannie, aż widać było betonowe płyty. Śnieg musiał być ułożony w pryzmy stojące na 
skraju jezdni. Nieraz trzeba było żelaznym łomem skuwać twardy lód na chodniku wzdłuż 
całego domu.

Wiele rzeczy zmieniało się w tamtych czasach na lepsze. Zaczęto elektryfikować kolej, 

przebudowywać tory, perony, instalować nowoczesną sygnalizację i automatyczne zwrotnice. 
Postęp na kolei najlepiej odczuwaliśmy podczas codziennej jazdy do Warszawy. Zwiększenie 
liczby pociągów od razu zlikwidowało ogromne zatłoczenie i coraz częściej jechałem siedząc 
wygodnie.

W końcu 1933 roku dawało się już wyraźnie odczuć, że „wielki kryzys" powoli mija. 

Nastąpiło pewne ożywienie gospodarcze. Dobrzy fachowcy zaczęli zmieniać posady, żądając 
wyższych zarobków. Kilka osób ze Stalowej wyjechało do pracy w powstającym z niczego 
Centralnym Okręgu Przemysłowym.

Najbliżsi sąsiedzi zaczynali poszukiwać wygodniejszych i lepszych mieszkań. Zwiększył 

się ruch we wszystkich sklepach. Na ulicach coraz częściej widziało się przechodniów 
ubranych w nowe garnitury i dziewczęta w nowych kolorowych sukienkach..

Rozmawiając z moimi sąsiadami ze Stalowej, z tymi, którzy po pewnym okresie 

bezrobocia otrzymali pracę, mogłem przekonać się, jak bardzo zmienił się ich sposób 
myślenia. Po dokonaniu niezbędnych zakupów — butów i ubrań — postanawiali żyć bardzo 
oszczędnie, aby jak najszybciej kupić kawałek ziemi tuż za miastem i przystąpić do budowy 
domu — takiego małego, dla jednej rodziny. Za*
czynano realizować marzenia rodzące się w złe wieczory w czasie kryzysu. Mieć swój mały 
domek, aby nie płacić komornego, zbierać dla siebie warzywa, zrywać owoce ze swoich 
drzewek.

Inni sąsiedzi, którym kryzys nie tak mocno dał się we znaki, myśleli o nowych 

mieszkaniach — już z wygodami — o meblach i ubraniach, o radioaparacie i przede 
wszystkim o kształceniu dzieci, widząc w tym zabezpieczenie przyszłości.

Równocześnie kończył się okres ostrych walk politycznych i tych w sejmie, o których 

czytaliśmy w gazetach, i tych, które widzieliśmy na ulicach naszego miasta.

Rok 1934 witano w Pruszkowie na kilku balach sylwestrowych. Bawiono się hucznie i 

wesoło, gdyż stopniowo nabierano przekonania, że minął już bezpowrotnie „wielki kryzys".

W styczniu podpisano polsko-niemiecki układ o niestosowaniu siły podobny do tego, jaki 

zawarto i z naszym drugim sąsiadem, z ZSRR. Jednak, nie dowierzając tym zobowiązaniom, 
rząd polski rozpoczął przestawianie przemysłu na produkcję zbrojeniową. W szybkim tempie 
powstał Centralny Okręg Przemysłowy, a w Pruszkowie, kupując szwedzką licencję, 
.rozpoczęto produkcję działek przeciwpancernych systemu „Bofors", kal. 37 mm.

Związana z tym reorganizacja fabryki „Mechaników" pociągnęła za sobą nie tylko 

modernizację, ale i zwykłe ludzkie tragedie. Rozpoczynając nową produkcję, wprowadzono 
normy wydajności pracy identyczne z tymi, jakie stosowano w szwedzkiej fabryce. Część 
polskiej produkcji była przeznaczona na eksport i nie można było dopuścić do tego, aby 
państwo dopłacało do zbyt drogo produkowanego działka. Nowych, dość wysokich norm 
produkcyjnych nie potrafili wykonać starsi wiekiem pracownicy — najczęściej dawni 

background image

akcjonariusze fabryki, reemigranci z USA, którzy przed laty przyjeżdżali do Pruszkowa, aby 
pomagać w odbudowie Polski, a równocześnie jako „współwłaściciele fabryki" lepiej i lżej 
ułożyć swoje życie. Gdy państwo przejęło zadłużoną fabrykę, wielu z tych ludzi utraciło 
oszczędności, zbyt lekkomyślnie ulokowane w akcjach „Stowarzyszenia Mechaników 
Polskich z Ameryki".

Natomiast młodzi pracownicy, najczęściej wykształceni w przyzakładowej szkole 

zawodowej, powoli przyzwyczajali się do nowych

background image

stawek. Po pewnym czasie coraz więcej pracowników cieszyło się niezwykle wysokimi 
zarobkami i coraz częściej chwalono nowy system wynagrodzeń. Kto wydajniej pracował, 
ten lepiej zarabiał! A później nadszedł taki dzień, gdy moi znajomi mówili: „Nie boimy się 
szwedzkich norm czasowych, my pracujemy lepiej".

W mieszkaniach naszej dzielnicy rozmawiano o „łonie", „akordzie" i o wielu setkach 

złotych czekających na tych najbardziej pracowitych, najzdolniejszych fachowców.

Zbyt wiele ludzi z naszej dzielnicy pracowało u „Mechaników", aby ktokolwiek narzekał 

na ustawiony niedawno wielki młot wykuwający działka. Trzęsły się mury w pobliskich 
domach, kołysały się meble, dzwoniły szklanki i talerze w kredensach. Do tych wstrząsów i 
hałasów dołączyły się kontrolne strzały z działek, których celność sprawdzano na fabrycznej 
strzelnicy.

Silne nerwy musieli mieć mieszkańcy Stalowej, jeśli spokojnie wsłuchiwali się w te 

odgłosy zbrojeniowej produkcji, pamiętając nie tylko o zarobkach sąsiadów, ale i o naszym 
wojsku, które czekało na tę jedyną skuteczną broń przeciwko nieprzyjacielskim czołgom.

Wraz z pierwszymi oznakami mijania kryzysu, gdy już wyraźnie widać było, jak maleje 

liczba bezrobotnych, wiele rzeczy zaczęło zmieniać się na lepsze w naszym życiu i w naszej 
dzielnicy.

Nareszcie położono bruk na Ołówkowej i na- krótkiej uliczce tuż obok naszego domu, 

nazwanej niegdyś przez Matkę ulicą Mokrą. Była to wąska, pełna błota uliczka-zaułek, przez 
który można było przejść tylko podczas upalnego lata lub w czasie mrozów. Teraz dopiero 
otworzyło się dobre przejście na ulicę Ołówkową.

Zmieniały się nie tylko ulice, ale zmienialiśmy się i my sami, nasz wygląd, sposób 

ubierania, zachowanie w domu i na ulicy, a także nasze mieszkania, meble, firanki oraz różne 
drobiazgi ozdabiające wnętrza naszych domów.

Przez minione dziesięć lat byliśmy poddawani różnym wpływom. Ilustrowane 

czasopisma, filmy, gazety, pokazy mebli oraz nowoczesnych wnętrz, a także podglądanie 
sposobu życia tzw. inteligencji, mieszkającej w najbliższym sąsiedztwie, spowodowały duże 
zmiany naszych upodobań i gustów. Na początku lat trzydziestych zamiast ciemnych 
solidnych mebli, robionych „na dąb", ustawiano dużo lżejsze meble robione „na orzech" lub 
„na jasną brzozę". za to „na wysoki połysk". Zmalały stoły, zamiast łóżek pojawiły
się tapczany, w które chowano pościel, kupowano specjalne regały na powiększające się 
książki, na ścianach rozwieszano huculskie kilimy, a zamiast barwnych oleodruków w 
ciężkich, złoconych ramach zawieszano niewielkie drzeworyty.

Te wszystkie zmiany były przeprowadzane stopniowo, najczęściej pod wpływem 

dorastającej młodzieży, nie bez pewnego oporu rodziców i osób starszych. A młodzi ludzie, 
ulegając wpływom nie tylko szkoły, ale i nowych znajomych, zmieniali w sposób widoczny 
swoje zachowanie, maniery i nawet sposób prowadzenia rozmów.

Ubranie nosiliśmy tylko rok lub dwa i nareszcie zaprzestano stroić w nie ■ młodszych 

braci. Widocznie niegdyś były lepsze materiały albo młodsze rodzeństwo miało mniejsze 
wymagania.

Ubrania nadal kupowano „u Żydów" w Warszawie na Świętokrzyskiej lub szyto w 

Pruszkowie, u żydowskich krawców, którzy brali za robociznę bardzo tanio, a stałym 
klientom udzielali kredytu, spłacanego przez kilka miesięcy, najczęściej aż do dnia 
zamówienia nowego garnituru.

Dopiero później, pod wpływem intensywnej propagandy antyżydowskiej, zaczęto 

popierać krawców polskich, którzy jednak przez wiele jeszcze lat szyli ubrania znacznie 
gorzej od swych żydowskich konkurentów.

Co roku w zimowe wieczory ożywiała się praca kółka teatralnego w „Sokole".

background image

Czołowi artyści zespołu — to Andrzej i Staszek. Dołączyła do nich nasza koleżanka 

Wiesia Kowalska, sąsiadka z domu przy Stalowej 3.

Próby odbywały się w poniedziałki i środy. Tej zimy przygotowywano się do 

wystawienia wielkanocnej „Pasji". Jeśli w te dni miałem trochę ćzasu, zajmowałem miejsce 
w głębi pokoju i z ciekawością przysłuchiwałem się nauce tekstu i uwagom reżysera- 
Obserwowałem, jak z pozornego chaosu rodzi się przedstawienie.

Amatorskie kółka teatralne powstawały w Pruszkowie z ini- cjatywy jakiegoś miłośnika 

sztuki teatralnej, który — przypominając sobie swój - udział przed łaty w przedstawieniu — 
odszukiwał tekst, przepisywał- role i kompletował zespół, szukając wśród zna

background image

jomych odpowiednich ludzi. Była to wtedy jedna z ciekawszych form spędzania wolnych od 
pracy godzin.

Podobnie było w „Sokole", gdy utworzono kółko teatralne. Początkowo przedstawienia 

wystawiał reżyser amator, a dopiero znacznie później zaangażowano aktora zawodowego.

W poprzednim roku jasełka przygotowywał nasz rodak ze Żbi-' kówa, ze znanej w 

mieście rodziny malarzy pokojowych, dziedzicznie obciążonych teatralną pasją. Zimą, gdy w 
ich zawodzie nie było pracy, ojciec z dwoma synami statystował w warszawskich teatrach, W 
zależności od przedstawienia zmieniali się w dworzan, szlachtę, służbę domową, nieznanych 
przechodniów lub w groźny, milczący tłum.

Po takiej kilkuletniej praktyce narsz rodak poczuł się człowiekiem teatru i postanowił 

zorganizować kółko amatorów w „Sokole", aby wystąpić nie tylko jako aktor, ale także jako 
reżyser. Wystawiono cieszące się dużym powodzeniem jasełka, a przed Wielkanocą 
odbywały się próby „Pasji". Przez długie lata wspominaliśmy jedną z tych prób. Ojciec 
owego reżysera, przygotowując rolę arcykapłana, zwracał się do Judasza: „Daję ci trzydzieści 
srebrników!" Reżyser uznając, że słowa te zostały wypowiedziane zbyt niskim basem, 
powiedział: „Wyżej, ojcze!" Ojcu widocznie coś pomyliło się z licytacją karcianą, gdyż 
równie niskim głosem podwyższył: „Daję ci czterdzieści srebrników!" Zdenerwowany 
reżyser, nie zwracając uwagi na treść wypowiedzi, powtórzył dobitnie: „Mówiłem ci, wyżej!" 
Wtedy ku naszej ogromnej radości usłyszeliśmy: „Daję ci pięćdziesiąt srebrników!" 
Zaczęliśmy śmiać się serdecznie. Przedstawienie nie odbyło się. Próby przerwano, gdyż 
każde następne, poprawne już: „Daję ci trzydzieści srebrników!" — wywoływało wybuch 
śmiechu naszych artystów. Po wielu latach Żbikowski, rodak został znanym warszawskim 
aktorem.

Kółko teatralne w „Sokole", już pod kierunkiem Wilhelma Wi- churskiego, przygotowało 

„Królową przedmieścia", wystawianą kilka razy przy pełnej widowni.

15 czerwca 1934 roku zastrzelono ministra Bronisława Pierac- kiego. Choć od początku 

wiedziano dobrze, że zabójca jest Ukram- cem, rząd — korzystając z nadarzającej się okazji 
— postanowił
rozprawić się z opozycją, a właściwie to z jedynym groźnym przeciwnikiem — z działaczami 
spod znaku Obozu Narodowo-Radykalnego, liczącego już kilkaset tysięcy członków.

Następnego dnia po zamachu przystąpiono w całym kraju do wielkich aresztowań. W 

Pruszkowie wczesnym rankiem aresztowano kilkadziesiąt osób, w tym sześciu młodych ludzi 
ze Stalowej.

Utworzono wtedy obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej.
Dla nikogo nie było tajemnicą, że na wschód i na zachód od nas istnieją takie obozy, 

wiele rozpisywano się o tragicznym losie ludzi tam zamkniętych, ale nas specjalnie mocno 
dotknął fakt powstania w Polsce takiego właśnie .miejsca, w którym niszczono opozycję, 
tłumacząc to „wyższymi koniecznościami".

Zbliżały się wakacje. Witek otrzymał maturę w gimnazjum Reja i złożył egzamin 

wstępny na wydział lekarski. Równocześnie otrzymał zgodę na odbycie służby wojskowej i 
rozpoczęcie studiów od przyszłego roku.

Głośna w całym mieście sprawa na długo połączyła sąsiednie domy przy ulicy Stalowej: 

numer 18 i numer 20.

Młoda, zgrabna i przystojna dziewczyna, nazwana dla koloru włosów „Rudą", w kilka dni 

po ukończeniu średniej szkoły handlowej zginęła bez śladu. Wyszła z domu i nie powróciła. 
Nikt nie wiedział, co się z nią stało. Z rodzicami nie miała żadnych zatargów, zawsze była 
posłuszną córką, trzymaną twardą ręką przez ojca. Nie było jej u rodziny w Warszawie. Nic o 
niej nie wiedziała żadna ze szkolnych koleżanek. Nigdy jeszcze taki wypadek nie wydarzył 
się na Stalowej. Następnego dnia zaczęto mówić o świetnie zorga- 

4

 nizowanej szajce 

background image

handlarzy żywym towarem, ktoś widział, przez kilka poprzednich dni, kręcącego się w 
pobliżu jakiegoś nieznajomego przystojnego bruneta.

O porywaniu młodych dziewcząt wiele czytano w sensacyjnych artykułach 

popołudniowych gazet, a także w modnych wtedy powieściach Antoniego Marczyńskiego. 
Zaginione dziewczęta zawsze trafiały do spelunek i domów publicznych w Ameryce 
Południowej.

Zrozpaczeni rodzice zawiadomili policję. Szukano jej ciała w gliniankach, rozpytywano 

plażowiczów siedzących przez całe dnie nad wodą, przeszukiwano pobliskie lasy. Nie 
natrafiono na żaden ślad.

background image

Rysopis zaginionej ogłoszono przez radio, błagając o jakąś wiadomość, o informacją. Przez 
wiele dni był to jedyny temat rozmów w okolicy. Rodzice nareszcie zaczęli rozmawiać z 
sąsiadami, zbierali różne informacje o zaginionej córce, której — jak się okazało — zupełnie 
nie znali. Niespodziewanie sprawa wyjaśniła się 15 lipca. Tego dnia urządzano imieniny u 
pana Mundzia, sąsiada z facjaty w pobliskim domu.

Pan Mundzio niewiele się zmienił przez ostatnie lata, trochę się zestarzał, wyłysiał, ale 

chodził wyprostowany, trzymał się dobrze i nadal wyglądał jak były wojskowy. Dokładnie 
wyczyszczone oficerki i spodnie z bufami to był jego normalny strój. Lubiłem pana Mundzia. 
Kłaniałem się przy dość rzadkich spotkaniach. Czasami wymienialiśmy jakieś mało ważne 
słowa. Pamiętałem dzieciństwo spędzane w cieniu jego gołębnika.

W pokoju na facjacie wyprawiano wyjątkowo huczne imieniny. Śpiewano, bawiono się, 

głośno rozmawiano. Zdumieni rodzice poznali wśród śpiewających głos swojej córki. Stali na 
placyku pomiędzy domami, gdy z otwartego okna u szczytu pod dachem pijana córka zaczęła 
do nich machać ręką. Nie miała — jak opowiadano — nic na sobie.

Rodzice przyszli z policjantem do mieszkania na poddaszu i zabrali córkę do domu, 

wbrew jej woli, jak później mówili sąsiedzi. Spisano protokół. „Ruda" była już pełnoletnia. 
Niedaiwno ukończyła osiemnaście lat. Okazało się że przez te kilka tygodni mieszkała u pana 
Mundzia. Nikt jej nie porwał, przyszła sama i nie chciała wracać do rodziców. W każdej 
chwili mogła zawołać o pomoc, o zabranie jej do domu, okno przecież było otwarte. Podobno 
zakochała się w wojskowej postawie pana Mundzia. Po pewnym czasie, być może, znudziła 
się już dużo starszemu od niej „wojskowemu". Gdy on wyjeżdżał do pracy, przychodzili 
różni znajomi i koledzy, aby zabawić się z „Rudą". Gotowała im obiady, szykowała zakąski i 
piła wraz z nimi wódkę. To było wydarzenie, o którym mówiono w całym mieście. Wiele 
osób przychodziło na naszą ulicę, aby obejrzeć okno, z którego w krytycznym momencie 
wyglądała „Ruda", pozdrawiając rodziców. Ta dość głośna sprawa w jakiś sposób pomogła 
panu Mundziowi. Niemłody już kawaler po tym skandalu ożeni) się i wyprowadził do 
Warszawy. Nie widziałem go już nigdy.

„Rudej" nie wypuszczano z domu. Najbliższej sąsiadce powie*

działa kiedyś, że po prostu znudzili się jej rodzice oraz to wszystko, co miała w domu, i 
postanowiła chociaż raz w życiu dobrze się zabawić. Nie przejmowała się tym wydarzeniem. 
Wychodziła na balkon, aby *w kostiumie kąpielowym opalać się i obojętnie patrzyła na 
obserwujących ją spacerowiczów. Pod koniec roku rodzina wyprowadziła się do Warszawy. 
„Ruda" wyszła za mąż za jakiegoś bogatego właściciela dużego sklepu spożywczego, w 
okolicach Marszałkowskiej. Była to dla niej bardzo dobra partio.

W czasie tych wakacji już nie chcieliśmy kąpać się w komo- rowskich gliniankach. 

Upalne lato ściągało zbyt dużo amatorów pływania i odpoczynku nad wodą. Na brzegach 
wokół stawu pełno było ludzi. Przez cały dzień woda była zmącona, nieprzejrzysta. Posta-
nowiliśmy spróbować szczęścia w stawach pęcickich. Wieczorem pływaliśmy w stawie 
leżącym niedaleko kolejki EKD, nazywanym przez nas „Capri". W czasie kąpieli zrobiła się 
ogromna awantura. O mało nie pobili nas uzbrojeni w kije dozorcy. Wszystkie stawy 
należące do majątku w Pęcicach były zarybione i pilnowane przez młodych i silnych 
strażników. Tego wieczoru, gdy jak niepyszni przerwaliśmy naszą kąpiel, ktoś nam doradził, 
abyśmy wybrali się do Pęcic i poprosili dziedzica Marylskiego o zezwolenie na pływanie, 
tłumacząc, źe w takie upalne dni w Pruszkowie nie ma się gdzie wykąpać. Były w mieście 
trzy korty tenisowe, aż dziewięć klubów sportowych, ale nie było żadnego basenu i kąpać się 
mogliśmy tylko w gliniankach, gdzie zasadniczo, wobec częstych utonięć mniej 
doświadczonych pływaków, kąpiele były policyjnie wzbronione.

background image

Gdy przed schodami do pałacu w Pęcicach spytaliśmy o pana Marylskiego, wyszedł do 

nas młody mężczyzna, wysoki, postawny, ładnie opalony, w butach z cholewami, w 
zgniłozielonej koszuli i w spodniach tego samego koloru. Na głowie miał duży skautowski 
kapelusz, a w ręku szpicrutę. Ze stajni prowadzono osiodłanego konia.

Już nic pamiętam kto, Witek czy Mietek, zwrócił się z prośbą o zezwolenie na kąpiele.
Marylski przyglądał się nam z pewnym zaciekawieniem. Najpierw spytał o nazwiska, 

które mu nic nie powiedziały, a później o to, kim jesteśmy. Gdy usłyszał, że Jurek studiuje 
elektryczność, 

a

 Witek zdał na medycynę i na jesieni wybiera się do szkoły pod-

background image

chorążych, przedstawił się nam i przywitał, podając dużą silną dłoń. Od razu zwrócił uwagę 
na cudzoziemski akcent Witka, dowiedział się, skąd pochodzi, i rozpoczął długą rozmowę po 
angielsku. Szliśmy pomiędzy stawami, rozmawiając o Pruszkowie, o ,,Sokole", "o naszych 
planach i zamierzeniach. Zatrzymaliśmy się koło stawu. Ma- rylski, pokazując nas dozorcom, 
powiedział, że do końca wakacji możemy się kąpać. Opowiadał nam, że na jesieni wraca do 
Afryki, gdzie był tropicielem dzikich zwierząt, i nie wie, kiedy znowu będzie w Polsce, ale 
radził, abyśmy w przyszłym roku zwrócili się do jego brata i powołali się na naszą rozmowę, 
to na pewno także otrzymamy zezwolenie. Dowiedzieliśmy się jeszcze, że swoje myśliwskie 
przygody opisuje w tygodniku „Świat" — ale mimo późniejszych poszukiwań nie udało nam 
się odnaleźć tych artykułów. Od kilku lat zadomowił się w Afryce, gdzieś w pobliżu równika, 
i tam zajmował się organizowaniem polowań na dzikie zwierzęta dla bogatych turystów z 
całego świata.

Rozstaliśmy się bardzo serdecznie. Zapraszał, abyśmy w którąś niedzielę odwiedzili go w 

Pęcicach. W domu był tylko od soboty do poniedziałku, resztę dni spędzał na podróżach po 
Polsce. Ale gdzież nam wtedy było do wizyty u Marylskich! A później bardzo żałowaliśmy, 
że tak łatwo zrezygnowaliśmy z wysłuchania afrykańskich opowieści pana Wojciecha.

Od tego dnia spotykaliśmy się na „Capri".
Stałym towarzyszem naszych wieczornych spacerów był wtedy nasz rówieśnik i sąsiad z 

domu numer 21 przy Ołówkowej — „Kaziu-Heca".

Gdy zobaczyłem go po dłuższej przerwie, stwierdziłem, że zmienił się nie do poznania. 

Wyprzystojniał, nosił elegancki garnitur, modne pantofle na bardzo grubej zelówce i złoty 
sygnet. Mimo tych korzystnych zmian, pozostał dla nas tym samym „Kaziu-Hecą", wiecznie 
gotowym do żartów, do jakiegoś wygłupu. Pracował w zakładach lotniczych jako „szlifierz 
na okrągło" — co zawsze podkreślał. Zarabiał naprawdę dobrze i — jak nam powiedział — 
stać go było na wszystko.

„Kaziu-Heca" miał przez całe życie wielkie powodzenie u kobiet, i to u tych z tzw. 

„dobrych domów". Tego nie mogliśmy zrozumieć. Mówił nam, że przepada za takimi po 
trzydziestce, mężatkami, które „wiedzą, czego chcą, i nie zaglądają do mojego portfe^
la". O wielu sukcesach miłosnych, z których „Kaziu-Heca" nie robił tajemnic, opowiadał nam 
Witek, o innych dowiedziałem się po wyjeździe Witka do szkoły podchorążych w Lidzie. 
„Kaziu-Heca" miał trudności z pisaniem i przez pewien czas, zamiast Witka, musiałem 
wyręczać go w opisywaniu jego uczuć. Z tego okresu, poprzedzającego odjazd Witka do 
Lidy, pamiętam dwa wydarzenia związane z „Kaziu-Hecą". Jestem przekonany, że to on 
obydwa wymyślił.

Pewnej niedzieli, gdy nad ranem nasi koledzy opuszczali salę balową w „Sokole", po 

jakiejś zabawie z okazji „zielonego karnawału", aby zbyt wcześnie nie wracać do domu, 
wynieśli z warsztatu kamieniarskiego na rogu Kościuszki i Sobieskiego figurę Matki Boskiej 
i ustawili na skrzyżowaniu. Figura była naturalnej wielkości. Dość długo klęczeli wokół niej, 
śpiewając „Kiedy ranne..." , a później godzinki.

Kiedy na ulicy ukazali się pierwsi przechodnie, rozeszli się do domów, zostawiając figurę 

na skrzyżowaniu ku utrapieniu dorożkarzy. Dopiero koło południa właściciel, klnąc 
nieznanych sprawców, korzystając z pomocy kilku ludzi, przeniósł figurę na teren swego 
warsztatu.

W drugiej historii uczestniczyłem wraz z Witkiem i kilkunastoma innymi kolegami. 

Któregoś ciepłego dnia siedzieliśmy wieczorem w parku „Sokoła", odpoczywając po jakiejś 
społecznej pracy. Nagle wpadł do nas „Kaziu-Heca" z Witkiem, prosząc o natychmiastową 
Ipomoc, apelując do naszego poczucia humoru. Oto na małej uliczce, Podchodzącej od ulicy 
Drzymały w kierunku parku „Sokoła", rozpoczęto wznoszenie budynku. Kończono już 
pierwsze piętro. Przed rusztowaniem stał wóz z cegłą, a dozorcy nie było, widocznie poszedł 

background image

spać do domu, pewien, że przecież nic nie zginie. „Kaziu-Heca", ściągnąwszy kilku 
spacerujących po ulicy Kościuszki kolegów, postanowił przenieść wóz z cegłą na 
rusztowanie. Potrzebował naszej pomocy. Od razu wiedział, jak należy to zrobić. Pomysł 
nam zaimponował. Wóz z cegłą na pierwszym piętrze! Tego jeszcze nie było. Za chwilę 
ustawiliśmy się w spodenkach gimnastycznych obok wozu i zdejmowaliśmy cegły, równo je 
układając na ziemi. „Kaziu- -Heca" nadzwyczaj sprawnie rozebrał wóz. Myślę, że nikt poza 
nim nie umiałby tego zrobić. Zdjął deski, wyjął kłonice, powyciągał jakieś sworznie, 
oddzielił dyszel, odłączył osie z kołami. Szybko wniesiono je na górę, tam na powrót 
połączono z rozworą i dyszlem,
257

background image

powtykano sworznie, założono kłonice i deski, i zaczęliśmy wnosić na górę i dokładnie 
układać, kilkaset sztuk cegieł. Nie wiem, czy cała robota zajęła nam godzinę, pamiętam 
tylko, że nikt nic nie mówił. Panowała idealna cisza, aby nie zbudzić nikogo z sąsiednich 
domów. Gdy odchodziliśmy, w mroku nocy widać było dyszel sterczący z rusztowania na 
pierwszym piętrze. Następnego dnia wracałem z kościoła obok tego budynku. Na ulicy stało 
kilkudziesięciu ludzi. Dozorca nie rozumiał, jak to mogło się stać. Głośno klął i zaklinał się, 
że przez całą noc był na miejscu. Popatrzyłem na ten zdumiewający widok i poszedłem do 
Witka. Pan Ludwik od razu stwierdził:

— Heniu! Czy to nie wy zrobiliście ten kawał z wozem na rusztowaniu? To pasuje mi do 

Witka!

Zaprzeczyłem twierdząc, że do późnej nocy graliśmy w brydża, Pan Ludwik popatrzył na 

mnie, nie wiedząc, czy mówię poważnie, czy żartuję, ale widząc moją obojętną minę, 
stwierdził:

— No tak, przecież Witek ma dwie lewe ręce do roboty!
Gdy oglądaliśmy z Witkiem nasze dzieło, przyszedł rozbawiony

„Kaziu-Heca" i próbował wytłumaczyć zebranym ludziom, że przecież jakby się woźnica 
uparł, to mógłby wjechać na takie rusztowanie, że to nawet nie jest zbyt wielka sztuka. Ktoś 
go zapytał:

— Ale co zrobił z koniem?
Tymczasem Staszek, chcąc jak najszybciej pomagać schorowanej matce, postanowił 

przenieść się od nowego roku szkolnego do Liceum Eksploatacyjnego przy Szkole 
Technicznej Kolejowej w Warszawie. W gimnazjum Zana zrobił tzw. małą maturę, potrzebną 
przy rozpoczęciu nauki w nowej szkole.

Pod koniec sierpnia przeczytał nam w parku „Sokoła" krótką nowelkę. Po naszych 

wyrazach uznania postanowił wysłać ją do „Kuźni Młodych", na konkurs „Impresje 
wakacyjne". Opisał naszego sąsiada, któremu pociąg obciął nogi, gdy skakał na wagon z 
węglem. Do tego tragicznego epizodu dopisał Staszek wymyśloną historię jego życia. Tytuł 
opowiadania: „Sześć miesięcy Jana Hałudy".

„Przez cztery lata był sam. Codziennie z rana wystukiwał mi nad głową wielkimi butami 

twardy rytm pośpiechu. Z kąta w kąt, | kąta w kąt... Sufit skrzypiał w takt wielkich roboczych 
kroków. Potem było raptowne szarpnięcie drzwiami i seria krótkich skoków
po schodach, tak gderliwych jak stare kobiety na targu. Nie widać już go było przez cały 
dzień..."

Wierzyliśmy w Staszka. Byłem przekonany, że dostanie nagrodę.
Wyjątkowo mocnym przeżyciem był dla nas mecz piłkarski polska—Niemcy, 

rozgrywany na początku września. Była to największa impreza sportowa tamtych lat.

Ten dzień zapadł głęboko w naszą pamięć, nie tylko dla emocji sportowych, ale przede 

wszystkim dla różnych, zaskakujących nas wydarzeń, które towarzyszyły zmaganiom 
piłkarzy.

Stadion „Legii" powiększono tak, aby mógł pomieścić ponad 30 tysięcy widzów, z czego 

tylko jedna trzecia miała miejsca siedzące. Bilety wstępu sprzedano na kilka tygodni 
wcześniej.

W niedzielę 9 września już od rana napełniła się Warszawa różnymi pojazdami z 

niemiecką numeracją. Kolorowe autobusy, duże ciężarówki i samochody osobowe zwoziły 
przez całą noc kibiców piłkarskich z Berlina, Wrocławia i Prus Wschodnich. Dołączyli do 
nich ci, którzy przyjechali zatłoczonymi pociągami.

Tego dnia na warszawskich ulicach pełno było ludzi mówiących po niemiecku. Zwiedzali 

miasto, jeżdżąc tramwajami i dorożkami, tłoczyli się w kawiarniach i restauracjach. 
Wszędzie słychać byłe niemiecki język, głośne rozmowy i pokrzykiwania.

background image

Gdy w południe zaczęto wpuszczać widzów na stadion, przed wejściem kłębił się 

rozgorączkowany tłum kibiców. Wyjechaliśmy z Pruszkowa przed południem. Nieciekawy 
przedmecz rozpoczynał się przy szczelnie zapełnionej widowni. Niemcy zajmowali kilka 
sektorów z miejscami siedzącymi. Trzymali się w grupach oznaczonych małymi 
transparentami z nazwami i herbami miast: Berlin, Allenstein, Breslau, KÓnigsberg.

Z głośników zachrypnięty głos powtarzał apel do publiczności o sprawiedliwą ocenę gry i 

dżentelmeńskie zachowanie, o zmuszenie do milczenia krzykaczy i awanturników.

Punktualnie o 16.00 wbiegli na boisko ubrani w biało-czarne kostiumy piłkarze 

niemieccy. Gdy tylko ustawili się przed trybunami, orkiestra zaczęła grać: „Deutschland, 
Deutschland liber alles..." Równocześnie z trybun zajmowanych przez Niemców rozległ się 
donośny, wyjątkowo równy śpiew, zagłuszający od ^azu wojskową

background image

orkiestrę. Zapatrzeni na boisko i piłkarzy, daliśmy się zaskoczyć tym śpiewem, nie 
zwróciliśmy uwagi na to, że niemieccy kibice pozdejmowali marynarki i płaszcze i stali teraz 
w brązowych koszulach z opaskami ze swastyką na rękawach i z ręką wyciągniętą do przodu 
w hitlerowskim powitaniu. Dosłownie oniemieliśmy. Na stadionie sportowym, w stolicy 
Polski, zwarty oddział kilku tysięcy Niemców zaskoczył nas swoją wojskową postawą, 
swymi partyjnymi mundurami, a także głośnym śpiewaniem nie tylko hymnu narodowego, 
ale i hitlerowskiej pieśni: „Horst Wessel Lied", zaczynającej się od dobitnie wykrzykiwanych 
słów: „Die Fahne hoch..." Zarówno ten widok, jak i te bojowe pieśni mocno wstrząsnęły 
tłumem polskich kibiców. Było w tym więcej polityki niż sportu. Patrzyliśmy w zdumieniu 
na barwny, jednakowo ubrany tłum młodych, wysportowanych ludzi, wyciągających ręce w 
hitlerowskim pozdrowieniu. Od razu powiało czymś bardzo groźnym. Gdy orkiestra zagrała 
nasz hymn narodowy, zaczęliśmy śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła..." Był to śpiew 
bardzo głośny, ale niezgodny z rytmem melodii, bez dobrej znajomości słów — raczej ryk 
wielkiego tłumu, który stara się przekrzyczeć przeciwników.

Tego dnia po raz pierwszy w Polsce na sportowym stadionie śpiewano hymn narodowy.
Niewiele pomógł nasz krzyk, trwający bez przerwy, od gwizdka do gwizdka, przez cały 

mecz. Niemcy wygrali zasłużenie. Przewyższali nas techniką, wytrzymałością fizyczną i 
świetnie opanowaną grą zespołową. Jeszcze w 71 minucie Polacy prowadzili 2:1. Dopiero 
ostatnie dwadzieścia minut przyniosło nam klęskę. Przegraliśmy 2:5. Zabrakło nam 
odporności psychicznej. A my na długo zapamiętaliśmy nie tylko te pieśni, ale i najlepszego 
gracza na boisku, jasnowłosego Szepana, z klubu Schalke 04, nazywanego przez niemieckich 
kibiców — „blonde Fritz". Przez cały mecz zagłuszaliśmy Niemców naszym krzykiem. 
Nigdy czegoś podobnego nie przeżywaliśmy. Ale rykiem tłumu nie można było wygrać 
meczu, tylko nadwerężyliśmy struny głosowe, tracąc głos na kilka tygodni.

W drugiej połowie września Witek odjechał do Lidy. Wsadziliśmy go do pociągu na 

Dworcu Wileńskim. Przed odjazdem widzieliśmy, jak zawiera w przedziale znajomości z 
innymi poborowymi. Śmiali się i żartowali, a gdy pociąg ruszył, nawet nie spojrzał w okno, 
zajęty rozmową.

Olek służył już od wiosny w 30 p.p w Cytadeli Warszawskiej.
Na początku października wpadł do mnie rozgorączkowany Staszek z egzemplarzem 

„Kuźni Młodych". Była nagroda! Pierwszą zdobył jego kolega z gimnazjum Zana Wojciech 
Zukrowski, za opowiadanie „Tracze", i otrzymał 25 złotych. Druga nagroda i 15 złotych 
przypadła Staszkowi. Widocznie zabrakło miejsca, gdyż opublikowano tylko duże fragmenty 
tego opowiadania. Bon na 5 złotych otrzymał Kazimierz Koźniewski z gimnazjum Staszica. 
To było dla Staszka, no i dla nas naprawdę wielkie wydarzenie.

W domu numer 23, w pokoju z kuchnią na parterze, nadal mieszkała babcia Karolakowa 

z córką i wnukiem Zenkiem, który odwiedził mnie na początku stycznia, tuż po Nowym 
Roku, w niedzielne popołudnie. Odbywał służbę wojskową w Pucku. Dobrze wyglądał w 
dopasowanym marynarskim mundurze, z szerokimi spodniami. O swoich przeżyciach na 
morzu opowiadał jak o nareszcie spełnionym wieloletnim marzeniu. Aby jakoś zakończyć 
przedłużającą się wizytę, poszliśmy do kina. Szedł marynarskim krokiem, rozglądając się, 
czy wszyscy sąsiedzi widzą, jak wspaniale wygląda, i tylko martwił się, czy aby rozpoznali w 
tym groźnym wilku morskim Zenka z ostatniego domu na Stalowej. Niestety, nie udały się 
starania o przejście do służby zawodowej. Gdy zakończył swój pobyt w Pucku i wrócił do 
Pruszkowa, matka już nie żyła. Zajął pokój dla siebie, a w kuchni gospodarzyła babcia 
Karolakowa. Spotykałem go w soboty na warszawskim dworcu, gdy wracał z pracy w 
stolarni u ojca. Prawie zawsze w bujnej czuprynie miał ślady trocin lub wiórów. Pachniał raz 
drewnem, a raz klejem stolarskim. Tak spieszył się do domu, że nawet nie miał czasu ani 
umyć się, ani uczesać się należycie. Idąc z nim podziwiałem szerokie marynarskie spodnie i 

background image

wspaniałe kołysanie się w biodrach, przy jednoczesnym rozstawianiu stóp, tak jak gdyby 
nadal szedł po pokładzie rzucanego sztormem okrętu. Witek, dobrze znając słabostki Zenka, 
nazywał go „marynarzem słodkich wódek".

Na rok czy dwa przed wojną, niedługo po ślubie Zenka, babcia Karolakowa zaczęła 

przynosić swoje drobne oszczędności do mojej Matki, a gdy za bardzo ktoś jej dokuczył — 
przeprowadziła się do naszego domu, zajęła wolny pokoik w suterenie i została dozorczy- 
nią. Pensja była mała, wynosiła 20 złotych, ale pracy niedużo. Wodę

background image

pompowała pompa elektryezna, lokatorzy nie tak bardzo śmiecili, a ponadto nareszcie została 
zameldowana w ubezpieczalni, co poza bezpłatnym leczeniem dawało jej prawo do 
emerytury.

Nie wiadomo kiedy, jak gdyby trochę wstydliwie i niechętnie; zginęły z podwórek 

ostatnie gołębniki. Nikt nie miał czasu na doglądanie ptaków i na łapanie „obcych". Było to 
jedną z oznak zmian zachodzących w naszej dzielnicy. W rozmowach ze starymi ludźmi już 
nie słyszało się wspomnień o dobrych, dawnych czasach „za cara". Przedwojenne, papierowe 
pieniądze, trzymane w ukryciu, stały się nikomu niepotrzebne, nikt już nie wierzył w 
możliwość powrotu Rosjan. Papierowymi rublami, drukowanymi na bardzo dobrym papierze, 
z podobizną brodatego cara, zaczęły bawić się na podwórkach małe dzieci. Nikt nie zabierał 
im tych kolorowych papierków, gdy w dziecięcym niby-sklepie płaciły nimi za urojone 
towary.

Nadszedł taki czas, gdy nasi rówieśnicy z najbliższego sąsiedztwa zaczynali wypływać na 

szersze wody.

Po bezspornym sukcesie Staszka dowiedzieliśmy się, że bon wartości 10 złotych za 

„reminiscencje z lektury dzieł Wyspiańskiego" otrzymała Marysia Zenowiczówna, uczennica 
gimnazjum We- reckiej, a długą dyskusję młodych czytelników zakończył artykuł 
„Radykalizm czy sceptycyzm" Julka Mazurkiewicza, ucznia gimnazjum Lelewela, a naszego 
sąsiada z Ołówkowej. Bony pieniężne nie były ważne, Uczyło się tylko drukowanie 
utworów.

Swoistym uznaniem dla naszych sąsiadów było to, że obydwoje od Nowego Roku weszli 

w skład Komitetu Redakcyjnego i brali udział w szopce zorganizowanej przez „Kuźnię 
Młodych", o czym dowiedzieliśmy się ze specjalnej wzmianki w lutowym numerze tego 
pisma.

Jurek twierdził, że sobota 9 lutego była najweselszym dniem karnawału. Tego dnia 

odbywał się bal „Warszawa swej Politechnice", na którym mój brat występował jako jeden z 
wielu gospodarzy. Zanim wyruszył, mieliśmy sporo kłopotów ze skompletowaniem 
odpowiedniego ubioru i nawet z dobraniem i zawiązaniem krawata. Rano wrócił rozbawiony 
i bardzo zadowolony. Długo podśpiewywał i opowiadał nam swoje wrażenia.

W marcu Hitler zarządził wprowadzenie obowiązkowej służby wojskowej. To rażące 

przekroczenie zobowiązań traktatu wersalskiego powinno wielu ludziom, nie tylko 
politykom, dać dużo do myślenia, ale nam te sprawy wydawały się tak odległe, że aż prawie 
nierealne.

W dniu imienin Marszałka odbywały się pod Belwederem normalne uroczystości. Lekcji 

nie było. Spacerowaliśmy z dużą grupą kolegów w Alejach Ujazdowskich. Słuchaliśmy 
wojskowych orkiestr, patrzyliśmy, jak w wielkim tłoku, pomiędzy różnymi delegacjami, 
kończą swój marsz drużyny przysposobienia wojskowego, idące z Sulejówka. Miasto było 
odświętnie udekorowane. Tłum zgromadzony pod Belwederem śpiewał „Pierwszą Brygadę".

W kilka dni później, gdy sejm uchwalił nową konstytucję, stosując zwykłą większość 

głosów zamiast ustawowych dwóch trzecich — spotkało się to z prawie całkowitą 
obojętnością społeczeństwa, przekonanego już, że niewiele można zdziałać przeciwko sile 
sprawującej władzę.

Ludzie zajęli się tylko swoimi sprawami, nie zwracając uwagi nie tylko na to, co dzieje 

się na świecie, ale mało się interesowali wydarzeniami politycznymi w Polsce i w 
Pruszkowie. Coraz szczelniej zamykali się w kręgu rodziny i najbliższych znajomych, nabie-
rając przekonania, że rządząca Polską sanacja stała się dostatecznie silna po rozgromieniu 
jawnej opozycji, aby na długo utrzymać władzę w swoich rękach i na razie nie dzielić się nią 
z nikim.

background image

Marian — nazywany w czasach harcerskich filozofem — ukończył gimnazjum Zana. W 

czasie wakacji wyruszył z Andrzejem na pieszą wycieczkę po Polsce. Doszli nie tak daleko, 
tylko do Mogielnicy, ale różnych przeżyć mieli bardzo dużo. Andrzej rysował krajobrazy w 
swoim notatniku, a Marian rozmawiał z chłopami, u których nocowali, uświadamiając ich i 
tłumacząc, jak będzie im dobrze, gdy zwycięży socjalizm. Wrócili po dwóch tygodniach, 
opaleni, zmęczeni, ale szczęśliwi.

Marian zapisał się na prawo. W tym czasie oddalił się od nas, działając gdzieś w 

Warszawie, w szkolnych i studenckich organizacjach. Coraz wyraźniej przechodził na 
pozycje lewicowe i gdy odczuł, że nie zgadzamy się z jego poglądami, że dzieli nas zbył 
wiele i źe ta odległość raczej się zwiększa, zamiast zmniejszać się pod

background image

wpływem jego nauk, zaczął nas unikać. Jak gdyby nie miał dla nas czasu.

Na wiosnę tego roku rodzice kupili nom wymarzoną półwyścigówkę „Wahrcna", taką, na 

jakiej od kilku lat jeździł Witek. Już nie przestrzegaliśmy dni jazdy. Należało tylko po 
powrocie do domu dokładnie oczyścić rower. Jazda na rowerze, zwłaszcza na drogach 
polnych i leśnymi ścieżkami, była dla nas najlepszym odpoczynkiem.

12 maja umarł Piłsudski. Przez wiele lat przyjeżdżałem pod Belweder, aby choć z daleka 

popatrzeć na niego. Nic z tego nie wyszło. Dopiero jesienią 1933 roku niespodziewanie 
zobaczyłem na Dworcu Głównym, jak wysiada z salonki, przyczepionej na końcu pociągu. 
Zawiadowca otworzył drzwi i podtrzymywał schodzącego Marszałka. W tym czasie, gdy 
rozmawiał z witającymi go cywilami, jakiś kapitan pomagał starszej pani schodzić po dość 
stromych schodkach. Siwy kolejarz, obsługujący salonkę, podał kapitanowi dwie nieduże 
walizki i cała grupa, głośno rozmawiając i z czegoś żartując, poszła do trzech czarnych 
samochodów osobowych, stojących przy małym wyjściu, od strony Chmielnej.

Śmierć Marszałka w sposób autentyczny wstrząsnęła ludźmi. Dopiero wtedy zaczęto 

obawiać się o losy Polski.

W miesiąc po uroczystym pogrzebie kończył się rok szkolny. Dla wielu z nas było to 

pożegnanie ze szkołą. Ja miałem na jesieni iść do wojska.

Wychowane w naszej dzielnicy dzieci — teraz już dziewczyny i młodzieńcy — 

zaczynały myśleć o tym, jak najlepiej ułożyć dalsze życie. Jedni zamierzali studiować, a inni 
rozglądali się za dobrymi posadami lub spokojnymi urzędami.

Mietek, mój przyjaciel z lat w szkole na Żbikowie i na Papierni, po ukończeniu 

gimnazjum Zana rozpoczął studia w Wyższej Szkole Handlowej. Grał świetnie w 
koszykówkę. Z pruszkowskiego „Strzelca" przeniósł się do warszawskiej „Polonii" i w nie-
długim czasie stał się reprezentantem Polski.

„Murzyn", po ukończeniu szkoły rzemieślniczej „Mechaników", odbywał służbę 

wojskową w 1 pułku lotniczym w Warszawie, na Polu Mokotowskim. W każdą sobotę 
przyjeżdżał do domu. Mechani
kiem był dobrym, szybko awansował do stopnia kaprala, poznał dokładnie silniki lotnicze i 
najbardziej lubił latać jako balast w czasie próbowania nowych samolotów „Łoś". Wiele nam 
opowiadał o tych lotach, gdy nie odrywał się od okienka, przez które mógł obserwować 
ziemię.

„Hrabia" zmienił następną szkołę ku utrapieniu rodziców. Jakoś, mimo naprawdę dużej 

inteligencji, nie dawał sobie rady z nauką. Tłumaczył nam z uśmiechem: „Warszawa jest za 
ładna i w kinach niepotrzebnie grają ciągle jakieś nowe filmy..."

Władek i Tadek ukończyli szkołę przemysłu poligraficznego i zaczęli pracować. Tadek w 

Łodzi, a Władek gdzieś w Warszawie.

Czekali na karty powołania do wojska. Rodzina Władka od razu mogła zmienić 

mieszkanie. Przeprowadzili się z facjaty do większego mieszkania w domu numer 12, także 
na Stalowej. Władek wieczorami siedział u Irki, w małym domku na Zbikowie, i nie miał już 
ani czasu, ani chęci na sport lub muzykowanie.

Jego najbliższa sąsiadka Zosia, po ukończeniu gimnazjum Zana, zdała egzamin na 

stomatologię. Nadal opiekowała się braćmi, doglądając ich nauki. W tym czasie rozkwitła 
wielka miłość do niej mego przyjaciela z beztroskich lat spędzanych w szkole powszechnej, 
„Dziuni". Gdy coraz częściej spotykałem go na ulicy Sienkiewicza, spacerującego pomiędzy 
dworcem a domem Rejmera, przyciśnięty do muru — opowiedział mi o swoim uczuciu do 
Zosi. „Dziunia" był wtedy przystojnym blondynem, o wesołych niebieskich oczach, z dużymi 
zdolnościami rysunkowymi i ogromnym talentem narracyjnym. Opowieści mógł snuć 
godzinami, pamiętając nie tylko stacje i przystanki, ale i przejazdy, mosty, semafory i 
zwrotnice, przez które przejeżdżał, prowadząc w czasie praktyki pociągi do Gdyni.

background image

Pruszków chciał uczcić zmarłego Marszałka nazwaniem jego imieniem placu przed 

kościołem, jednak uznano po wielomiesięcznej dyskusji, że plac jest za mało reprezentacyjny 
— i wniosek upadł.

W lipcu specjalna delegacja zawiozła do Krakowa urnę z ziemią z Pruszkowa, 

przeznaczoną na kopiec na Sowińcu. Majolikową urnę wykonała fabryka fajansu, a ziemię 
pobierano z grobów powstańców, działaczy niepodległościowych i ofiar ostatniej wojny.

background image

Orkiestry i różne delegacje żegnały odjeżdżających na placu przed dworcem.

W tym samym czasie trwał strajk w fabryce „Mechaników".
Duża część załogi nie chciała zgodzić się na nowe normy pracy. Jednak dyrekcja, nic 

dając się zastraszyć, odrzuciła żądania robotniczej delegacji i nastąpił tzw. lokaut, 
wymówiono pracę całej załodze, aby przyjmować tylko tych, którzy będą chcieli pracować 
według nowych norm. Gdy policja przystąpiła do usuwania pikiet strajkowych, coraz więcej 
ludzi przyjmowało nowe warunki.

Po pewnym czasie zapomniano o tym proteście, a gdy zaczęto wydajniej pracować, dla 

wielu rozpoczął się okres niespodziewanego dobrobytu. W czasie wieczornych rozmów na 
podwórkach Stalowej wymieniano nazwiska znajomych zarabiających 500 złotych 
miesięcznie i z niedowierzaniem słuchano opowieści jednego z naszych sąsiadów, który już 
od kilku miesięcy otrzymywał wynagrodzenie w wysokości ponad tysiąc złotych, po 
odtrąceniu podatku,

A były to czasy, gdy chleb kosztował 30 gr, mleko 25 gr, masło 3,20 zł, wołowina 1,20 

zł, pomarańcze 1,30 zł, kilogram kawioru amurskiego tylko 12 zł, dolar 5,23 zł, a gram złota 
5,92 zł. Za miesięczną pensję tysiąc złotych można było kupić działkę budowlaną w dobrym 
punkcie. Takie zarobki dla ludzi pamiętających nie tak dawne lata kryzysu były to po prostu 
sumy niewyobrażalne. Niektórzy z nich od razu kupowali działki, aby jak najszybciej rozpo-
cząć budowę domu. Natomiast inni, zapominając o przeszłości, pragnęli tylko jednego: 
zaimponować znajomym i sąsiadom wytwornym ubraniem lub kupnem motocykla. Byli i 
tacy, którzy rozglądali się za dobrym samochodem.

Wtedy właśnie, w następnych latach po lokaucie, o naszych dwóch ulicach zaczęto 

mówić, źe jest to dzielnica milionerów. Było w tych słowach bardzo dużo ironii, ale na 
pewno jeszcze więcej zawiści.

W wyborach do sejmu, które odbyły się 8 września, podobnie jak większość kolegów i 

przyjaciół nie brałem udziału. Kandydaci na posłów byli wyznaczeni przez specjalne 
komisje, powołane przez tzw. ,czynnik społeczny", w skład którego wchodzili 
przedstawiciele rządzącej sanacji. W Warszawie głosowało tylko 29 procent uprawnionych.

W połowie września po odbyciu służby wojskowej powrócili na

Stalową Stasiek Sza be laki i Genek, a z dalekiej Laty przyjechał Witek. Natomiast Stach 
Wołłosiecki i ja ze Stalowej, Julek Mazurkiewicz i Rudolf Gerke z Ołówkowej, wraz z 
kilkunastoma kolegami z Pruszkowa, wyruszyliśmy 19 września wieczorem do Pułtuska, aby 
w Dywizyjnym Kursie Podchorążych Rezerwy 8 Dyw. Piech, uczyć się przez rok 
żołnierskiego rzemiosła.

Niewesołe nadchodziły czasy. Oto tytuły z gazety, która wyszła tego dnia. „W obliczu 

wojny", „Pokój świata poważnie zagrożony", „Żydzi w Niemczech wracają do getta", 
„Nocne maskowanie Warszawy. Pogotowie o.pJot.".

Tylko jeden nagłówek mógł nas pocieszyć: „Puchar Gordon- -Benetta zdobyty po raz 

trzeci przez Polaków".

W czasie ćwiczeń na koszarowym dzieńcu dowiedzieliśmy się od jednego z oficerów, źe 

3 października Mussolini wydał rozkaz zaatakowania Abisynii.

W końcu miesiąca pułkownik Sławek mówił przez radio o rozwiązaniu rządzącej partii: 

„Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem Marszałka Piłsudskiego". Po śmierci Marszałka 
nazwa straciła swój sens. Władzy nikt nie miał zamiaru oddawać, po prostu pułkownicy 
zdecydowali się na zmianę nazwy.

Dopiero dwutygodniowy świąteczny urlop przyniósł trochę spokoju mojej skołatanej 

głowie. Odwiedzili mnie koledzy.

Marian dzielił się swoimi spostrzeżeniami z uniwersytetu. Zauważył, że następuje zmiana 

światopoglądu wśród akademików. Z narodowej, konserwatywnej, na wyraźnie lewicową — 

background image

jak mówił — postępową. Nie chciałem się z nim spierać, chociaż wyniosłem z wojska wręcz 
odwrotne wnioski. Witek skarżył się na różne trudności podczas studiów. Odczuwał brak 
polskich słów, jeśli tylko trochę się zdenerwował. Ale uparł się, że skończy medycynę. To 
było marzenie rodziców, a zwłaszcza ojca, który stale pędził go do książki, ograniczając 
wolny czas i spotkania z nami. A teraz, po trzech miesiącach studiów, wyrażał się z całkowitą 
aprobatą o postępowaniu ojca. Marzył już o tym, jak to po ukończeniu nauki popłynie do 
Nowego Jorku, aby pokazać swój dyplom lekarski tym przeklętym Irlandczykom, którzy tak 
Polakami pogardzali.

Staszek wypytywał o rozkład naszych codziennych zajęć, przymierzał mój mundur i 

wieczorem poszedł do matki, aby zobaczyła,

background image

jak jej syn będzie za rok wyglądał. Widać było, że nie może się już doczekać dnia, w którym 
odejdzie do wojska.

W pierwszy dzień świąt, naszym starym szlakiem, idziemy na spacer do Komorowa. 

Ulica Stalowa wydłużyła się aż do Nowowiejskich Parceli. Ruiny wytwórni terakoty 
ogrodzono wysokim parkanem, rozebrano już komin, trafiony u szczytu artyleryjskim po-
ciskiem. Gdy odbuduje się hale fabryczne, powstanie tu wytwórnia bieli cynkowej. 
Pomyślałem wtedy, że dzieci z naszej ulicy bezpowrotnie straciły wspaniały teren zabaw. 
Zniknął także jeden z czterech punktów wyznaczających naszą dzielnicę.

Ogołoconą przez wojnę „Blaszankę" kupił producent różnych lekarstw, z których 

najpopularniejsze były proszki od bólu głowy „z kogutkiem" — Adolf Gąsecki. Zostanie tu 
przeniesiona z Warszawy fabryka chemiczna.

W małych domkach na końcu Stalowej mieszkało już kilkadziesiąt rodzin. W ogródkach 

stoją drzewka owocowe, przysypane śniegiem, a w oknach widać zieleń choinek i palące się 
świeczki.

Już chyba nikt nie pamięta, że nie tak dawno była tu wspaniała łąka, na której grywaliśmy 

w szmaciankę, gdy starsi chłopcy przepędzili nas z dziedzińca wytwórni terakoty. Idąc 
„żeberkami", mijamy Nowowiejskie Parcele — pokraczne domki w małych ogródkach. 
Między zabudowaniami powstały wąskie uliczki, na których z trudem mogą wyminąć się 
furmanki.

Patrzę z daleka na Helenów. Wysokie czarne konary przesłaniają pałac. Hrabia już nie 

żyje. Pałac z ogromnym parkiem i zagajnikiem zapisał na dom wypoczynkowy dla 
profesorów Uniwersytetu Warszawskiego. Nie wiem, gdzie został pochowany. Grobowca nie 
ma, a teraz na pewno zginie ta piękna łąka, po której nie chcieliśmy chodzić, aby nie deptać 
parmeńskich fiołków.

W Komorowie przybyło domów. Są to rozległe wille, otoczone ogrodami. Od razu widać, 

że budują się tutaj zamożni warszawscy mieszczanie. Spacerujemy pośród starych sosen za 
torem kolejki. Jak zawsze zimą, słuchamy skrzeczenia srok, krakania wron i stukania 
dzięciołów.

Po noworocznych zabawach ze skwaszonymi minami odjeżdżaliśmy do naszego 13 p.p. 

w Pułtusku, aby zakończyć naukę na Dywizyjnym Kursie Podchorążych. Służba wojskowa 
nadal była cięż
ka, ale powoli robiliśmy się twardzi i na wszystko odporni. Wiedzieliśmy, że gdy miną 
zimowe manewry — najgorsze będzie za nami.

Pewnej niedzieli odwiedził mnie Jurek, przywożąc szarlotkę Mamy. Wspominał utratę 

100 złotych oszczędności złożonych w banku, a przeznaczonych. na kupno roweru. Bardzo 
się cieszył, że nie kupił udziału, który kosztował aż 500 złotych. Dopiero teraz, w lutym 1936 
roku, sąd wydał orzeczenie w sprawie „Banku Spółdzielni Kredytowej Gospodarstwa 
Spółdzielczego w Pruszkowie ul. Stalowa 20". Majątek upadłego banku równał się zeru, a 
zadłużenie 1200 000 złotych. Udziałowcy, za brak kontroli nad zarządem, muszą dopłacić od 
każdego 500-złotowego udziału — aż 10 000 złotych. To naprawdę nie były żarty.

Dowiedziałem się także o pobiciu Mariana w czasie zajść antyżydowskich na 

uniwersytecie, gdy występował w obronie Żydów, wyrzucanych z sal wykładowych. Gazety 
pisały, że na politechnice pobito „źyciowców" ■— Jana Turlejskiego i Albrechta, a na uni-
wersytecie — przywódcę ZNMS Leszka Raabego i naszego Mariana z Legionu Młodych-
Frakcji.

W czasie krótkiego urlopu Andrzej i Staszek opowiadali mi

0 swoim amatorskim teatrze w „Sokole". Bawili się tam wspaniale. Największym ich 
sukcesem była „Królowa przedmieścia", a teraz obydwaj odnieśli nowy sukces w sztuce 
Brunona Winawera ;,R. H. Inżynier". Andrzej grał Powsinowskiego, a Staszek adwokata 

background image

Dordońskiego. Nowy reżyser, Zdzisio Elwicki, był poprzednio aktorem w wileńskiej 
„Reducie" u Osterwy. Ożeniony z Wiesią Kowalską, mieszkał u niej w domu numer 3 przy 
Stalowej. Witał nas głośno swym donośnym barytonem, gdy przechodziliśmy pod balkonem, 
na którym odpoczywał w ciepłe wieczory. W tym teatrze Staszek był amantem, natomiast 
Andrzej grał role humorystyczne
1 zawsze pragnął jednego — rozśmieszenia widzów.

W lipcu wybuchła w Hiszpanii krwawa wojna domowa.
W tym samym miesiącu wizytował nasze ćwiczenia generał Hydz-Smigły. Broniliśmy 

przeprawy przez Narew. Stroną atakującą była Szkoła Podchorążych z Ostrowia. Po 
zakończeniu tych ćwiczeń dwóch pruszkowiaków, Julek Mazurkiewicz i Genek Kowalski — 
mój towarzysz z tenisowych rozgrywek w „Sokole" — otrzy-

background image

mało na polecenie generała Rydza-Smigłego po tygodniu aresztu średniego. A wszystko 
dlatego, że naprzeciwko naszych stanowisk obronnych, położonych na niskim wschodnim 
brzegu Narwi, zjawił się generał w otoczeniu swego sztabu. Wspaniale wyglądał na wy* 
sokim brzegu, w zachodzącym słońcu. Mieszkające w pobliżu młode, urocze letniczki z 
Warszawy, w barwnych strojach i z kolorowymi parasolkami, koniecznie chciały przyjrzeć 
się generałowi przez służbowe lornetki moich przyjaciół, którzy byli dowódcami sąsiadują-
cego ze mną odcinka. Dwaj podchorążowie, zamiast tkwić jak my na zamaskowanych 
stanowiskach, oczekując nieprzyjaciela — wy- leźli na wierzch okopu — wyżej ceniąc 
przyjemność zabawienia ładnych kobiet od służbowych obowiązków.

Ukarani na rozkaz generała, przez trzy kolejne soboty po południu zabierali koce i 

maszerowali do pułkowego aresztu, skąd wracali dopiero w poniedziałek rano. A my, jak 
przystało na dobrych kolegów, musieliśmy się starać o pisma, książki i o dodatkowe 
wyżywienie dla nich.

.

Dobiegała końca nasza słóżba wojskowa. Spaliśmy ze Stachem Wołłosieckim na 

sąsiednich łóżkach. Stach, świetny klarnecista i wrażliwy muzyk, był także, co zdarza się 
bardzo rzadko, urodzonym wojskowym. Najlepszy w musztrze i W chwytach bronią, świetny 
w ćwiczeniach polowych i w dowodzeniu — powinien otrzymać szablę prymusa. Niestety, 
jak to często bywa, zaważyły inne czynniki i pierwszą lokatę przyznano innemu 
pruszkowiakowi. Stach, zamiast pozostać w wojsku, wstąpił na uniwersytecką chemię.

Byliśmy już innymi ludźmi, gdy we wrześniu, po odbyciu służby wojskowej, z tytułami 

podchorążych wracaliśmy do domu. Znowu włożyliśmy cywilne ubrania, ale wiedzieliśmy, 
że nie na długo. Wojna wisiała w powietrzu.

W Hiszpanii trwała bratobójcza rzeź.
Niemcy gwałtownie się zbroiły.
Do Warszawy jeździły już pociągi elektryczne.. Któregoś dnia jechaliśmy z Marianem. 

Po zajściach antyżydowskich zamknięto uczelnie i wtedy, mając dużo czasu, działał bardzo 
aktywnie w jakimś komitecie występującym przeciwko rasizmowi. Opowiadał, o wiecu, na 
którym przemawiał do tłumu robotników i studentów.
To była dla niego niezapomniana chwila, wielkie przeżycie. Był pe^H łen wspaniałych 
planów na przyszłość.

Rozpoczął współpracę z „Dziennikiem Popularnym", propagującym hasła „Frontu 

Ludowego" — stworzonego do walki z faszyzmem, kapitalizmem i klerykalizmem.

Zachwycał się atmosferą panującą na posiedzeniach redakcyjnych, w czasie których 

omawiał wydarzenia na uniwersytecie. Wolny czas zajmowalła mu praca w Związku 
Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej oraz rozbijanie rządowego „Legionu Młodych".

Z Andrzejem i Staszkiem byliśmy na dwóch niezapomnianych przedstawieniach, na 

„Klubie Pickwicka" i „Wielkim Fryderyku".

11 listopada generał Edward Rydz-Smigły został marszałkiem.
Przez rok mojej służby wojskowej wiele zmieniło się w naszej dzielnicy. Wystarczyło 

spojrzeć po dachach, aby przekonać się, ile przybyło anten, a każda z nich — to nowy. 
odbiornik lampowy. Sąsiedzi obrastali w piórka. Budowali domki, kupowali meble, od-
nawiali mieszkania, a przede wszystkim, co najmocniej rzucało się w oczy, zaczęli ubierać 
się dużo lepiej. Gdy wychodzili do kościoła lub na przedwieczorny spacer, wszystko na nich 
było nowe, dobrane, stonowane. Najbardziej dbały o swój wygląd kobiety. Chodziły w 
eleganckich płaszczykach, ładnych pantofelkach i w gustownie dobranych kapeluszach. Jeśli 
nawet nie wszystkie były dobrze ubrane, to przede wszystkim rzucały się w oczy te 
wystrojone elegantki. Nie było ich tak wiele, ale ich wygląd pamiętało się najdłużej.

Trzeba pamiętać, że Pruszków nie był miastem jednolitym. Nowoczesne domy stały obok 

starych kamienic i rozwalających się ruder. W jednym domu mieszkali robotnicy i urzędnicy. 

background image

Wysoko wykwalifikowani fachowcy obok biedaków bez zawodu, nie przyzwyczajonych do 
stałej, systematycznej pracy. Ludzie zadowoleni ze swego losu -j*- obok wiecznych 
malkontentów, na wszystko narzekających.

Późną jesienią pewnego wieczoru odwiedził mnie sąsiad z najbliższego domu, mój 

rówieśnik Karolek, z którym grywałem w szmaciankę i jeździłem kółkiem. Po ukończeniu 
praktyki pracował w hartowni u „Mechaników". Był dobrym fachowcem. Przyszedł na tę 
rozmowę jak gdyby trochę zawstydzony, ale szybko rozgadał gdy tylko zaczęliśmy 
wspominać nasze dziecinne lata. Zwierzył mi swoje kłopoty i zmartwienia. Od kilku 
miesięcy zarabiał ponad

background image

tysiąc złotych miesięcznie. Kupił już plac dla rodziców, postawił parkan, na wiosnę zaczną 
kopać studnię, sprowadzą cegłę, będą lasować wapno, aby za dwa lata wprowadzić się do 
swojego cztero- pokojowego domu. Ale ciągie ma dużo pieniędzy i chciałby ładnie się ubrać. 
Zwraca się do mnie o pomoc, bo sam nie wie ani jak, ani gdzie można coś dobrego kupić.

Tysiąc złotych to była duża suma, a tysiąc złotych co miesiąc — to naprawdę wiele 

pieniędzy.

Dwutygodniowa wycieczka do Paryża kosztowała wraz z paszportem 445 złotych, radio 

lampowe 200 do 300 złotych, aparat fotograficzny „Leica" 500 złotych, a samochód 
„Citroen" — 7850 złotych. W wielkim domu towarowym „Bracia Jabłkowscy" za jesionkę 
płacono 80 złotych, za garnitur 90 złotych, za kapelusz <6 złotych, za buty — 15 zł.

Karol miał poważny kłopot, chciał się tak dobrze ubrać jak nikt z naszej ulicy.
W najbliższą sobotę pojechaliśmy do Warszawy. Na Kruczej, w znanej firmie 

krawieckiej, uczył się szycia i nadal pracował nasz dawny sąsiad „chudy Janek". 
Pamiętaliśmy, jak chwalił się swoimi klientami: profesorowie, lekarze, adwokaci. 
Wybraliśmy tam z dużego katalogu dobrą bielską wełnę na ubranie, które miało kosztować 
200 złotych. Uszył je „chudy Janek" pod nadzorem samego mistrza.

Przy okazji dowiedzieliśmy się, gdzie sprzedają najlepsze samodziały —- „Leszczków" 

— oraz jaki jest najdroższy sklep mody męskiej w Warszawie. Był to „Old England" na 
Krakowskim Przedmieściu. Tam kupiliśmy naprawdę piękny płaszcz „burberry" za 200 
złotych i angielski kapelusz za 50 złotych. Na wiosnę Karol wyglądał naprawdę wspaniale. 
Miał niezły gust, dobierał odpowiednie krawaty i drogie buty. Cieszył się, gdy mówiliśmy, że 
wygląda jak lord. Tylko nie mogliśmy odzwyczaić go od rozpinania płaszcza i niby 
przypadkowego pokazywania znaków firmowych. Nie mógł się powstrzymać, aby nie 
wzbudzić zazdrości kolegów. Następnej jesieni można było zobaczyć w naszej dzielnicy 
jeszcze kilka takich płaszczy — kupowanych bez mojej pomocy.

Tej jesieni przez kilka tygodni w sobotnie wieczory zapraszał Jurka i mnie na długie 

rozmowy nasz lokator i najbliższy sąsiad — Dymitr Mitrajew. Mówiliśmy o urokach jego 
rodzinnego miasta
272
Pułtuska, o malowniczych zaułkach, o kościołach, o rynku i rzece Narwi. Dopiero wtedy 
dowiedziałem się, dlaczego na starych rosyjskich mapach sztabowych, używanych przez nas 
w czasie ćwiczeń terenowych, zaznaczona jest linia kolejowa z Zegrza do Pułtuska. Otóż 
rosyjscy aferzyści, po wybudowaniu kilkuset metrów toru kolejowego z Zegrza donikąd, 
zaprosili dygnitarzy z Moskwy i Petersburga na otwarcie niby ukończonego połączenia. 
Zdjęcia z tej uroczystości zamieszczono w centralnych dziennikach, chwalono pomysł i 
doskonałą realizację i — ze względu na poważną sytuację międzynarodową -r-» zalecano jak 
najszybsze przedłużenie linii kolejowej z Pułtuska do Makowa Mazowieckiego i Przasnysza, 
który leżał wtedy nad granicą rosyjsko-niemiecką. Przekupiona komisja powróciła do stolicy, 
linię kolejową umieszczono na najnowszych mapach sztabowych, zatwierdzono pośpieszną 
budowę nowego odcinka „drogi żelaznej", aż do granicy, co stawało się bardzo ważne. Był to 
rok 1911. Za trzy lata wybuchła wojna i można sobie wyobrazić zaskoczenie 
zmobilizowanych żołnierzy, którzy zamierzali udać się koleją do Pułtuska,-ważnego 
garnizonu wojsk rosyjskich.

Podobno ludzie, oglądając zdjęcia w gazecie, czytając opisy uroczystego, otwarcia, tak 

potrzebnego i ważnego połączenia kolejowego, patrząc na nowe mapy — przecierali oczy i 
nie rozumieli, na jakim świecie żyją.

W takie wieczory, gdy pan Dymitr rozrzewniał się, wspominając dziecinne lata spędzone 

w Pułtusku, a jego żona |— brunetka o dużych, pięknych oczach — grała na gitarze i 
śpiewała smutne rosyjskie pieśnij na cały wieczór wystarczał nam kieliszek koniaku. Nie 

background image

chciało się nam wstawać z wygodnych foteli i opuszczać gościnnego mieszkania. Bardzo 
długo wspominaliśmy z Jurkiem tamte wieczorne rozmowy. Romantyczna Rosjanka w dwa 
lata później zmarła na gruźlicę, przez cały czas tęskniąc za Rosją i za światem, którego już 
nie było.

Skończył się jeszcze jeden rok.
W połowie grudnia uruchomiono połączenie pociągiem elektrycznym z Pruszkowa do 

Otwocka i od razu podróż do Warszawy stała się wygodniejsza.
W — Dzielnica miHon»»rńw
273

background image

Tuż przy naszym dworcu zbudowano automatyczną centralę telefoniczną. Postęp powoli, 

ale stale docierał do naszego miasta.

Do końca 1936 roku nie bardzo jeszcze umiałem „pozbierać się" po służbie wojskowej.
Popołudnia i wieczory zajmowała mi praca społeczna w „Sokole". Znowu objąłem 

funkcję sekretarza zarządu. Sporządzałem protokoły z posiedzeń, wysyłałem różne urzędowe 
pisma, doglądałem codziennego życia „Gniazda". Organizowałem mistrzostwa Pruszkowa w 
tenisie stołowym. Zgłosiło się wyjątkowo dużo kandydatów i rozgrywki przedłużały się w 
nieskończoność.

Nowy Rok i karnawał witano na wielu zabawach. Zapamiętałem bal sylwestrowy w 

„Sokole", bal kupiec twa, bal kolejarzy, bal RKS „Znicz", wielką zabawę Narodowej 
Organizacji Kobiet, zabawę harcerską w sali w Tworkach, w tej samej sali bal lekarzy, ma-
skaradę w „Sokole", wieczór towarzyski P.M. Szkolnej, bal Związku Strzeleckiego, bal 
strażacki i czarną kawę NOK.

W styczniu zacząłem pracować w jednej z warszawskich fabryk chemicznych.
W Radomiu odbył się kongres PPS. Podjęto uchwały, które głosiły, że Stronnictwo 

Narodowe jest w Polsce najważniejszym wrogiem socjalizmu. Równocześnie odrzucono 
propozycję współpracy z komunistami. Byłem na wiecu sprawozdawczym, na którym wy-
słuchałem przemówień Arciszewskiego, Pużaka, Niedziałkowskiego i Żuławskiego.

Kiedy wieczorami odwiedzałem w „Sokole" salę, w której zbierała się sekcja teatralna, 

spotykałem tam najbliższych przyjaciół Pod koniec roku wystawili „Śluby panieńskie". 
Dzięki dobrej grze aktorów przedstawienia eieszyły się dużym powodzeniem. Pisał o tym 
nawet „Kurier Warszawski".

Dwa razy w tygodniu zaglądałem do sali, gdzie odbywały się próby i ćwiczenia orkiestry 

kameralnej, na zakończenie których młody dyrygent Bronek Wasiak, student warszawskiego 
konserwatorium, z potrzeby swego umuzykalnionego serca, a ku naszej wielkiej radości 
wygrywał na fortepianie różne amerykańskie melodie. Drukowane w USA nuty najnowszych 
utworów kupował w jakiejś warszawskiej księgarni, przynosząc dla „Sokoła" rachunek, który 
pomagałem mu, dopóki byłem sekretarzem zarządu, zrealizować u naszego skarbnika. 
Bronek był dobrym pianistą, niestety — życie
zmuszało go do wyczerpującej gry, przez wszystkie noce, w warszawskich ekskluzywnych 
lokalach, a tu dla własnej przyjemności wprowadzał nas w ogromny, nie znany nam świat 
amerykańskiej muzyki. Poznaliśmy wtedy utwory Gershwina i Ellingtona.

W lutym utworzono komisariat w starym lokalu posterunku policji na Klonowej. Było 

razem około 20 policjantów. Stawaliśmy się prawdziwym miastem i szykowaliśmy się do 
większej samodzielności — na prawach miasta wydzielonego z powiatu.

A w fabryce fajansu długo trwał strajk okupacyjny w związku z nadmiernym wyzyskiem 

robotników przez nową właścicielkę zakładów Reginę Ehrenreich, siostrę poprzedniego 
właściciela, który ogłosił upadłość firmy, aby nie płacić wynagrodzeń robotnikom, a także 
podatków i prywatnych długów.

W lutym powstała nowa partia polityczna. Pułkownik Adam Koc, legionista i jeden z 

komendantów POW, ogłosił przez radio deklarację ideową Obozu Zjednoczenia 
Narodowego. W porównaniu z niedawno rozwiązanym BBWR nowa partia przesunęła swoje 
założenia ideologiczne znacznie na prawo. Podkreślając związek z katolicyzmem, Rosząc 
antykomunizm i solidarność społeczną, za cel najwyższy uznawała dobro państwa. W 
Pruszkowie jednym z pierwszych kandydatów do nowej partii był nasz przyjaciel Zygmunt. 
„To .w jego stylu!" — jak powiedział Andrzej. Wiedzieliśmy już od dawna, źe czekał na taki 
moment. Zdawał sobie sprawę, że jako działacz OZN zyskuje specjalne przywileje w fabryce 
„Mechaników".

background image

W tym czasie któregoś popołudnia, wracając z pracy do domu, spotkałem całkowicie 

załamanego Mariana. Był to już zupełnie inny człowiek. Został usunięty z uniwersytetu i 
teraz opowiadał, jak do tego doszło.

Był to okres wyjątkowo silnych wystąpień antyżydowskich na wyższych uczelniach. 

Wyznaczano specjalne miejsca dla studentów Żydów, żądano wprowadzenia różnych 
ograniczeń, aby utrudniać naukę żydowskiej młodzieży, bito opierających się.
Marian relacjonował swoje spostrzeżenia z tych wydarzeń w redakcji „Dziennika 
Popularnego". Niestety, uwierzył jakiemuś zacietrzewionemu koledze i podał nie sprawdzone 
informacje na tern

background image

mat zachowania dziekana i jakiegoś profesora. Te relacje, po odpowiednim przygotowania, 
zamieścił „Dziennik". Okazało się, że podane fakty nie były prawdziwe. Gdy rektor zagroził 
skierowaniem sprawy na drogę sądową, redakcja wskazała Mariana jako informatora.

Można było potraktować sprawę jako zakończoną, ale rektor skorzystał z 

przysługującego mu prawa i skreślił Mariana z listy studentów, twierdząc, że nieprawdziwe 
informacje umieszczone w prasie powiększały wrzenie na uczelni, podburzając do różnych 
karygodnych wystąpień oraz. opóźniając uspokojenie ogółu studentów.

Marian w rozmowie ze mną przyznał się do lekkomyślności, ale uważał, że działał w 

dobrej wierze i został zbyt surowo ukarany. Nie miał teraz innego wyjścia, jak zajmować się 
nadal pracą partyjną. Znajdował w tym jedyną możliwość wyżycia się. Szczegółów nie 
znałem, nie dowiadywałem się, na czym polegała jego działalność.

Mariana już nigdy potem nie spotkałem. Któregoś dnia, znacznie później, dowiedziałem 

się od jego matki, że mieszka w Białymstoku.

W marcu zawieszono działalność „Dziennika Popularnego".
W końcu maja Pruszków obchodził Dzień Wychowania Fizycznego. Odbył się bieg 

kolarski, mecz piłki nożnej, zawody lekkoatletyczne o mistrzostwo miasta i wielkie pokazy 
gimnastyczne na sta-' dionie RKS „Znicz". Nikt z nas już nie brał udziału w zawodach.

Sekcja teatralna „Sokoła" wystawiła sztukę Montgomery'ego „Dzień bez kłamstwa" w 

reżyserii Zdzisia Elwickiego. W czasie prób podpowiadaliśmy tekst aktorom i słuchaliśmy, 
jak reżyser tłumaczył amatorom różne tajniki zawodowe. Pomagaliśmy w ustawianiu de-
koracji i w ostatnich przygotowaniach, a Witek zajął się podczas premiery odsłanianiem i 
zasłanianiem kurtyny, zbyt głośno poganiając guzdrzących się i zdenerwowanych aktorów. 
Wszyscy bawili się świetnie. I ta sztuka odniosła sukces. Widownia zapełniła się do 
ostatniego miejsca, przyszło dużo naszych sąsiadów i znajomych. Jak podawał „Głos 
Pruszkowa" — wyróżniała się gra Andrzeja jako Klar en sa von Dorsena i Staszka — jako 
Dicka.

Latem niedzielne popołudnia spędzaliśmy na „Capri", a póz-

niej spacerowaliśmy po komorowskim lesie. Czasami w małej kawiarence w głębi lasu do 
późnego wieczora słuchaliśmy muzyki lub opowieści Witka o studiach medycznych.

Z naszej grupy nierozłącznych przyjaciół została tylko połowa. Marian nie przyjeżdżał do 

Pruszkowa. Genek — szczęśliwy małżonek — mieszkał W małym domku pod Tworkami, a 
Zygmunt nie wychodził na spacer bez żony. I tak może było lepiej, gdyż ostatnio można z 
nim było rozmawiać tylko o pracy, o zarobkach i o wspaniałych perspektywach, jakie nas 
czekają pod opiekuńczymi rządami OZN.

Władek odbywał służbę wojskową. W mundurze kaprala saperów wyglądał bardzo 

dobrze. Zmężniał i ładnie się opalił. Urlopy spędzał na Żbikowie, w ogródku u Irki, dla której 
zapomniał i o nas, i o „Sokole".

Olek zakończył już służbę wojskową i pracował w fabryce „Mechaników", w dziale 

kontroli, wyznaczając normy czasowe. Od dość dawna spotykaliśmy go z Marysią, ładną 
Żydówką, ognistą brunetką o pięknych oczach, nazywaną przez nas Rebeką — modna była 
wtedy piosenka o zakochanej żydowskiej dziewczynie, noszącej to imię. Wyjątkowo do 
siebie pasowali, gdyż Olek był jasnym blondynem. Bardzo zakochani, zajęci tylko sobą, 
chodzili swoimi drogami.

Na sport nie mieliśmy czasu. Nie ciągnęła już nas ani koszykówka, ani siatkówka. Nawet 

Andrzej zaprzestał skakania, rezygnując z kolejnych rekordów Pruszkowa.

Nadal razem spędzaliśmy wolne godziny. Tylko że tych godzin było coraz mniej. 

Natomiast niezmiennie w sobotnie wieczory byliśmy w kinie „Znicz", zapominając już o 
wizytach w warszawskich kinach.

background image

Wracając z wieczornego spaceru, do późnej nocy staliśmy oparci o pochyły słup na rogu 

Mokrej. Już dawno odszedł Staszek, pożegnał się Andrzej, z Ołówkowej krzyknął coś do nas 
Olek, powracający ze Żbikowa po odprowadzeniu- Marysi, a nam nie chciało się spać. 
Rozeszliśmy się, gdy „Hrabia" zaczął ziewać. Po latach wspominaliśmy te noce na Stalowej. 
Było duszno, nie chcieliśmy wracać do nagrzanych całodziennym upałem mieszkań. Szeroko 
pootwierane okna czekały na upragniony chłód nocy. Gdzieś daleko kumkały żaby i 
szczekały psy, słychać było turkot spóźnionej dorożki, przejeżdżał elektryczny pociąg, 
którym Staszek wracał do Piastowa.

background image

Dobrze nam było tak stać przy pochylonym słupie i patrzeć na gwiazdy. Sierpień tego 

roku był ciepły i słoneczny, a wieczory bardzo ciche i spokojne. Odpoczywał wielki młot, od 
którego uderzeń trzęsły się mury pobliskich domów, zamilkły strzały na fabrycznej 
strzelnicy. Po wyłączeniu radioodbiorników nasza dzielnica powoli zatapiała się w ciszy. 
Przed nami było kilka godzin snu, a od rana wszystko miało zaczynać się od nowa: poranne 
mycie, podróż do Warszawy, praca, nauka, powrót do domu i znowu wieczorne spotkania z 
przyjaciółmi — ta jedyna rzecz wtedy naprawdę licząca się w naszym życiu.

Ale tylko u nas był taki spokój.
W Małopolsce trwał strajk chłopski. W krwawych starciach z policją poległo czterdziestu 

chłopów, aresztowano kilka tysięcy ludzi.

W końcu września powrócił do cywila Władek-saper — jak nazywaliśmy go żartobliwie. 

^

Po kilku dniach rozpoczął pracę w dużej państwowej drukarni w Warszawie. Nie wrócił 

już do „Sokoła". Wolny czas poświęcał swej przyszłej żonie — Irce. Czasami przychodził z 
nią na lody lub ciastka do cukierni Gradkowskiego i poważnym skinieniem głowy 
odpowiadał na nasze żartobliwe, uniżone ukłony.

W naszej dzielnicy następowały dalsze zmiany. Na dworcu wybudowano podziemne 

przejścia pod torami. Nareszcie mogliśmy bezpiecznie wsiadać do pociągu. W 
odbudowanych murach „Blaszanki" uruchomiono kilka działów fabryki farmaceutycznej 
„Adolf Gąsec- ki". Zatrudniono ponad sto osób. Na końcu Ołówkowej rozpoczęto budowę 
obszernego budynku fabrycznego do produkcji nowych leków.

Na Stalowej były już dwa sklepy i warsztaty rzeźnicze, a na Ołówkowej dwie piekarnie 

toczyły ze sobą walkę o klientów, konkurując jakością pieczywa. Były także dwa zakłady 
fryzjerskie, a w nowym domu, na rogu Stalowej i Sienkiewicza, zamieszkał doktor 
Bochyński, lecząc ubezpieczonych i przyjmując prywatnych pacjentów.

W tym czasie matka Staszka sprzedała magiel i wyszła za mąż za właściciela sklepu 

spożywczego w Piastowie. Sytuacja rodziny
tak się poprawiła, że niedługo później Staszek zamieszkał ze swoją babcią w trzypokojowym 
domku niedaleko stacji w Piastowie.

Czas wolny od nauki nadal spędzał w Pruszkowie. Do sklepu nie zaglądał. Z ojczymem 

żył dobrze, mówił o nim z dużą serdecznością, opowiadając, że od czasu do czasu popija z 
nim trochę, niewiele, ot, najwyżej ćwiartkę.

Gdy ukończył Liceum Eksploatacyjne i mógł zacząć pracować, matka, której sytuacja 

finansowa znacznie się poprawiła, namówiła go na dalsze studia.

Niespodziewanie odżyły gimnazjalne uczucia do- Ani, dawnej szkolnej. koleżanki. Ona 

w tym roku zdała maturę w gimnazjum Zana. Postanowili razem studiować, polonistykę. 
Staszek przygotowywał się przez rok do egzaminu maturalnego, który zdał jako ekstern, aby 
jesienią 1938 roku wstąpić na wydział filologii UW. Razem chodzili na niektóre wykłady. 
Bardzo przystojni, jakoś wyjątkowo pasowali do siebie.- Ania była niedużą, zgrabną 
blondynką, z. miłym uśmiechem, o wielkich smutnych oczach. Staszek był wtedy bardzo 
szczęśliwy. Pamiętam jego wesołe, zawadiackie spojrzenie, gdy spotkałem ich na 
Krakowskim Przedmieściu i razem szliśmy ulicą Królewską do Ogrodu Saskiego. Po kilku 
latach mówił mi, że przez ten jeden krótki rok wspólnych studiów dostawał ze szczęścia 
zawrotów głowy.

Utarł się już w Pruszkowie zwyczaj, że Nowy Rok witano na wielu balach i zabawach.
Kilka tygodni wcześniej krążyły po mieście ozdobne zaproszenia, na których 

umieszczano nazwiska znanych osób, wchodzących w skład „komitetu honorowego" oraz 
jeszcze dłuższą listę „gospodarzy balu". Tłustym drukiem zawiadamiano zainteresowanych: 

background image

„Wstęp tylko za zaproszeniami. Stroje wizytowe. Atrakcje. Kotylion. Królowa balu. Kwintet 
jazz-band. Brydż. Czarna kawa".

Mimo zabaw sylwestrowych nadchodzący rok 1938 przynosił ze sobą niepokój. 

Wyczuwaliśmy zbliżającą się wojnę. Niewiele mieliśmy możliwości — wybraliśmy zatem 
„strusią metodę", chowając głowy w piasek. Nie chcieliśmy ani myśleć,, ani na ten temat roz-
mawiać i nawet opuszczaliśmy, nie czytając, te nieliczne artykuły w gazetach, które w 
czarnych barwach przedstawiały naszą naj

background image

bliższą, niezbyt pewną przyszłość. W związku z przygotowaniami do wojny wzrastała 
produkcja działek. Wymagało tego dobro ojczyzny, połączone — jak rzadko kiedy — ze 
wzrostem dobrobytu ludności.

.=>'

Gdy produkowano wi^feej działek, gdy ze strzelnicy dochodziło coraz to więcej 

kontrolnych strzałów rosły i tak już wysokie zarobki pracowników. „Mechanicy", tak jak 
wszystkie fabryki produkujące dla potrzeb wojska, pracowały na dwie zmiany, a w nie-
których działach nie było nocnej przerwy. Hałaśliwy młot głucha uderzał od 6.00 do 22.00.

W tym czasie w Pruszkowie bez pracy pozostawali tylko ludzie starzy, chorzy lub ci, 

którzy nie mieli żadnego przygotowania zawodowego, nadający się tylko do sprzątania lub 
innych prac porządkowych. Ludzi żyjących z darów opieki społecznej było w mieście 
kilkuset.

A tymczasem dobrzy fachowcy metalowcy zarabiali naprawdę dużo pieniądzy. Ludzie w 

całym Pruszkowie, zazdroszcząc im wysokich wypłat, nie myśleli o tym, że są one wynikiem 
bardzo ciężkiej pracy, tylko mówili: „Tam podobno mieszkają ci, którzy nie wiedzą, co mają 
robić z pieniędzmi".

Nie dziwię się kobietom z naszej dzielnicy. Czy nie można było dostać zawrotu głowy, 

gdy mąż co miesiąc przynosił około tysiąca złotych pensji, a towarów w sklepach było pod 
dostatkiem i wszystko bardzo tanie. Można było zrealizować każde dawne marzenie. 
Motocykle, rowery, odkurzacze, jadioodbiorniki, dywany, meble i — tak wtedy modne — 
huculskie kilimy.

Nie zamykały się drzwi przed różnymi sprzedawcami, akwizytorami, domokrążcami. 

Sobie tylko znanymi drogami dowiadywali się, gdzie mieszkają ci ludzie najlepiej 
zarabiający. Dobijano się do ich mieszkań, zachwalając i namawiając do kupna na raty 
najlepszego radioodbiornika, nowoczesnego aparatu fotograficznego, lornetki, złotego 
zegarka, mebli, dywanu, encyklopedii, odkurzacza firmy „Elektrolux", działki budowlanej 
lub niedawno wystawionej willi. Wystarczyło tylko podpisać umowę i weksle, podać dwóch 
żyrantów — i już człowiek stawał się właścicielem wymarzonego przedmiotu. O wszystko 
inne zabiegał sprzedawca, który zawsze miał aktualne informacje, czy aby kupujący lub 
żyrant nie dostał wymówienia, nie odchodzi z pracy. Podpisany weksel wędrował do
M
dyskonta. Należało tylko co miesiąc płacić raty, a wtedy nareszcie 3P1 można było kupić 
plac, zamówić nowoczesne meble na „wysoki połysk", pokazać się na nowym, błyszczącym 
niklem motocyklu.

Na różne uroczystości, imieniny lub urodziny już nie pieczono domowych ciast, szarlotek 

lub serników — ciastka i pączki przywożono z „Ziemiańskiej" lub od Gajewskiego.

Tylko w tamtych latach spotykałem tu na imieninowych stołach gałązki mimozy 

ofiarowane solenizantce.

Piękne wtedy były niedziele na Stalowej.
Zapach świątecznych śniadań roznosił się po całej ulicy, a później ubrani w to, co mieli 

najlepszego, senni jeszcze niedzielnym nicnierobieniem —- wyruszali zamożni mieszczanie, 
wypychając małe dzieci przed siebie, na późną przedpołudniową mszę.

A gdy wychodzący z kościoła tłum wypełniał ulicę Kościuszki, robiło się gwarno, jakoś 

wesoło i kolorowo.

I dobrze — tak jak nigdy przedtem i nigdy potem — było tym spokojnym, pracowitym 

ludziom.

Uregulowano Utratę i nie było już corocznych powodzi.
W Anielinie od dawna można, było pływać łódkami na oczyszczonych stawach, a zimą 

jeździć na łyżwach przy wesołej muzyce. Instalowano pierwsze odcinki kanalizacji, 
rozkopując ulice, układano rury, kierując ścieki do Utraty.

background image

Uruchomiono centralę telefoniczną, która automatycznie łączyła abonentów nie tylko z 

Warszawą, ale i z pobliskimi miejscowościami. Przed budynkiem gimnazjum Zana ułożono 
kawałek asfaltu i gdyby Witek był młodszy, to mógłby nareszcie pokazać nam, jak to w 
Nowym Jorku jeżdżą na wrotkach.

W marcu przyłączono Austrię do Rzeszy Niemieckiej. Pierwsze państwo wymazano z 

mapy Europy:

W Warszawie przez kilka wieczorów odbywały się pochody studentów z „Legionu 

Młodych" i różnych młodych ludzi. Niosąc zapalone pochodnie, w towarzystwie fabrycznych 
orkiestr maszerowali wznosząc okrzyki: „Wodzu! Prowadź na Litwę! Prowadź na Kowno!" 
Niewiele rozumieliśmy z tych wystąpień, nie wiedzieliś

background image

my, dla jakich celów zostały zorganizowane. Aż pewnego dnia dowiedzieliśmy się z 
radiowych komunikatów, że przestraszeni Litwini nawiązali z Polską normalne stosunki 
dyplomatyczne oraz że nareszcie po dwudziestu latach otworzą się granice pomiędzy na-
szymi państwami.

Zmieniły się w Pruszkowie pochody 1-majowe. Nie było już tyle nienawiści, groźnych 

okrzyków, bójek i demonstrowania siły. Mało było ludzi z grubymi laskami, w które niegdyś 
zbroiły się bojówki partyjne.

Teraz święto robotnicze stało się podobne do ludowego festynu. Wystrojeni ojcowie z 

czerwonymi kokardkami prowadzili za rękę odświętnie ubrane dzieci. Zmieniły się hasła na 
transparentach i żądania wygłaszane przez wiecowych mówców. Nikt już nie wysuwał żądań: 
pracy, chleba, zasiłków. Tego roku pracy było w nadmiarze i coraz więcej zatrudniano w 
Pruszkowie ludzi przyjeżdżających z dalekiej prowincji.

Po raz pierwszy w obchodach tego święta zabrakło komunistów, którzy utracili swoją 

partię.

W pierwszych dniach lipca uszczęśliwiony Staszek paradował w białej czapce. Nareszcie 

zacznie studiować wymarzoną polonistykę.

Ogromne było szczęście matki Staszka. Wiecznie zapracowana, widziała teraz rezultaty 

ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń i poświęceń. Dla każdego z nas Staszek był życzliwy, 
otwarty i serdecznie bliski. Nic wtedy nie pisał. Już w czasie pierwszego roku studiów, 
ubrany w białą czapkę, złożył oficjalną wizytę w domu Ani.

Z różnych względów rozmowa z rodzicami bardzo go rozczarowała. Pozostał po tamtym 

wieczorze jakiś żal, stopniowo rosnący, powiększający się.

Andrzeja przyjęto do Akademii Sztuk Pięknych. Postanowił studiować malarstwo w 

klasie profesora F. Kowarskiego.

Znowu spotykaliśmy się na komorowskich gliniankach i w parku „Sokoła". Czytaliśmy 

Tomasza Manna, Martin du Garda, Hux- leya i Galsworthy'ego. Pożyczaliśmy sobie 
poszczególne tomy „W stronę -Swanna" i „W cieniu zakwitających dziewcząt" Prousta, 
wczytując się w komentarze Boya, umieszczane w „Wiadomościach Literackich".

To wszystko było wtedy ważniejsze dla nas od wodzowskich ,

przemówień i z tej, i z tamtej strony granicy. Nie mieliśmy chęci do zajmowania się polityką, 
do snucia prognoz na temat naszej najbliższej przyszłości. Wiedzieliśmy, że nasz obowiązek 
musimy wypełnić, jeśli zajdzie taka potrzeba, będziemy się bili.

W radio coraz częściej słychać było wrzaskliwy głos Hitlera i już wiedzieliśmy, że 

niedługo kraj nasz stanie się tematem takich demagogicznych wystąpień. Ludzie zaczynali 
bać się przyszłości. Może dlatego popełniano wiele samobójstw. Choć mniej już było 
otrutych i wisielców, to coraz częściej wybierali śmierć pod kołami pędzącego pociągu.

Przeprowadzone w sposób wyjątkowo sprawny ćwiczenia obro- , ny przeciwlotniczej 

wywołały trochę zaniepokojenia i przestraszyły starych ludzi, którzy pamiętali jeszcze rok 
1914.

Paski papieru miały ■ zapobiegać wybijaniu szyb podczas nalotu. Dokładnie 

zasłanialiśmy okna, aby na zewnątrz nie wydostawał się nawet najmniejszy promyk światła.

Obserwując te zabiegi i starania, pełni naiwności, nabieraliśmy mylnego przekonania o 

naszym wzorowym przygotowaniu do wojny. Równocześnie narastała wśród ludzi gotowość 
walki o utrzymanie niepodległości. Rezerwiści, którym w fabryce „Mechaników" 
wymieniano karty mobilizacyjne, przewidując, że na wypadek wojny muszą pracować w 
fabryce, nie wyrażali na to zgody, chcąc koniecznie walczyć w szeregach swojej jednostki 
wojskowej.

Niemcy przygotowywały się do połknięcia następnej ofiary. Jesień przyniosła wzrost 

agresji propagandowej Hitlerą przeciwko Czechosłowacji. Patrząc na mapę Europy, wszyscy 

background image

w Polsce zrozumieli, że teraz przychodzi kolej na nas. Nikogo z rozsądnych ludzi nie 
ucieszyło zajęcie przez polskie wojska Zaolzia, małego skrawka ziemi, zabranego nam 
niegdyś przez Czechów.

W kilka tygodni później nawet najwięksi optymiści zmienili swoje poglądy, gdy zaczęto 

szeptać o żądaniach Niemiec. Domagano się powrotu Gdańska do Rzeszy oraz 
eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez tzw. „korytarz", nazywany przez nas Po-
morzem. Byłoby to równoznaczne z odcięciem Polski od morza i z podporządkowaniem się 
woli silniejszego sąsiada.

11 listopada pojechałem z Witkiem i Julkiem Mazurkiewiczem

background image

do Warszawy na wojskową defiladę. Dostaliśmy dobre miejsce na trybunach, co pozwoliło 
mi zrobić kilka zdjęć z tej ostatniej defilady odbieranej przez marszałka Rydza-Smigłego. 
Ocalały mi zdjęcia, na których mogę podziwiać maszerujące oddziały lotników, marynarzy i 
szkół podchorążych. Ostatnie zdjęcia tego świata, który będzie istniał jeszcze tylko dziesięć 
miesięcy.

Zima była mroźna. Na Stalowej już od dawna nikt nie ślizgał się w rynsztokach. Po 

obiedzie dzieci z łyżwami przewieszonymi przez ramię szły, zwołując się po podwórkach, na 
piękną ślizgawkę w Anielinie. Zatłoczone lodowisko było jasno oświetlone i huczało od 
rozmów, okrzyków i zawsze za głośnej muzyki. Tej zimy przygotowywano się do mistrzostw 
Pruszkowa w jeździe figurowej, w różnych kategoriach wiekowych. Nawet małe dzieci pod 
okiem instruktora męczyły się nad piruetami.

W każdą sobotę karnawału bawiono się w Pruszkowie na kilku balach. Ludzie roztańczyli 

się na dobre. Zmęczeni i niewyspani, rozchodząc się nad ranem, umawiali się na spotkanie na 
zabawie w najbliższą sobotę. Wszystkie organizacje, stowarzyszenia, fabryki, biura, szkoły i 
przedszkola organizowały potańcówki kończące się przed północą lub całonocne zabawy.

W marcu zlikwidowano resztki Czechosłowacji. Pierścień okrążający Polskę już prawie 

się zamknął.

Pod koniec marca przez trzy dni trwały w Pruszkowie ćwiczenia obrony przeciwlotniczej. 

Trzeba było ustawiać na strychach skrzynie z piaskiem, a w piwnicach uszczelniać 
wojłokiem schrony przeciwgazowe. Mimo tych przygotowań uparcie wmawialiśmy w siebie, 
że możemy nie obawiać się niczego. Hitler nie jest szaleńcem, po prostu chce nas zastraszyć.

Prawie każdej nocy odjeżdżali z Pruszkowa rezerwiści, powołani imiennymi wezwaniami 

mobilizacyjnymi. Po prostu jakiś kolega przestawał jeździć z nami do Warszawy i dopiero po 
kilku dniach dowiadywaliśmy się od rodziny, że jest .już w wojsku.

Zygmunt od pewnego czasu szykował się do rozpoczęcia swojej kariery polityczno-

społecznej. Tego roku nadarzyła się okazja, której nie mógł przepuścić.

Zdecydował się kandydować z listy OZN w czerwcowych wyborach do Rady Miejskiej.
Wiele nam opowiadał o swojej kampanii przedwyborczej. Brał udział w kilku wiecach, 

przedstawiał swój wyborczy program, swoje plany i zamierzenia. Namawiał wszystkich 
znajomych do głosowania i był naprawdę przekonany, że poprze go cała nasza dzielnica. Gdy 
ogłoszono wyniki, okazało się, że wybory wygrała lista kato- licko-narodowa, utworzona 
przez działaczy społecznych skupionych wokół Żbikowskiego proboszcza księdza 
Dyżewskiego. • Zygmunt otrzymał trzy głosy, co dokładnie podała w swoim sprawozdaniu 
komisja wyborcza. Długo śmieliśmy się z tej jego urojonej popularności. Byliśmy 
przekonani, że głosowała na niego matka, żona, a trzecia — to na pewno była jego kartka 
wyborcza. Ale Zygmunt właśnie tego wstydził się najbardziej i twierdził, że swój głos oddał 
na dyrektora szkoły „Mechaników" Gomulińskiego. Uparcie starał się nas przekonać, że 
koniecznie chciałby dowiedzieć się, czyj był ten trzeci głos. Kto mu zaufał?

W południe 7 czerwca w pobliżu pruszkowskiego dworca, na skraju naszej dzielnicy, 

wydarzyła się tragiczna katastrofa kolejowa. Rozpędzony pociąg pośpieszny, jadąc z 
szybkością ponad 90 kilometrów na godzinę, wyskoczył z torów. To wszystko rozgrywało się 
na wprost domu Rejmera. Matka Andrzeja usłyszała potworny hałas i rozp*aczliwe krzyki. Z 
okien dawnego mieszkania Władka na poddaszu najlepiej można było zobaczyć tragiczne 
skutki wykolejenia rozpędzonego ekspresu. Było wielu zabitych i rannych.

W końcu czerwca żegnał się z nami Andrzej. Jechał na Lubelszczyznę, aby malować 

wnętrze jakiegoś wiejskiego kościółka. Podał nam dokładny adrefe, godziny odjazdu pociągu 
i stacje, na których powinniśmy przesiadać się, aby go odwiedzić. Zapraszał nas do 
odwiedzenia gościnnej parafii i do przyjrzenia się pracy na wysokich rusztowaniach podczas 
malowania sklepienia kościoła.

background image

Witek wyjechał na Podkarpacie, gdzieś w okolice Nowego Sącza, na obóz szybowników. 

Miał tam pełnić funkcje sanitariusza- -felczera.

Ja wybierałem się do Poronina razem ze Staśkiem Wołłosiec- kim, na wędrówkę po 

górach.

„Hrabia" odbywał czynną służbę wojskową w szkole podoficerskiej łączności w Zegrzu. 

Był już kapralem. Zjawiał się w domu

background image

w każdą sobotę i bojąc się spóźnienia — odjeżdżał w niedzielne po. południa. Dobrze 
wyglądał i nie tracił humoru.

Mój brat Jurek został powołany, jako podchorąży rezerwy, do batalionu „Elektro", aby 

gdzieś w lasach pod Otwockiem czuwać nad bezpieczeństwem Warszawy. Dozorował 
aparaty podsłuchowe połączone z reflektorami, których długie, srebrne świecące smugi widać 
było na ciemnym niebie prawie każdej nocy.

Odjechało i wielu innych, tak że opustoszała ulica Stalowa.
Lato tego niezapomnianego roku było słoneczne i suche, a sierpień wyjątkowo upalny. 

Utrata pod Komorowem zamieniła się w wąski strumyk. Ziemia była tak wysuszona, że 
kążdy słaby podmuch wiatru podnosił na Stalowej tumany kurzu. Wypatrując deszczowych 
chmur na szarym błękicie nieba, wzdychano do kropli deszczu. Wśród nagrzanych murów 
naszej szczelnie zabudowanej ulicy trudno było wytrzymać. Dwadzieścia kamienic stało na 
wprost siebie, okno w okno. Dopiero nad ranem przychodziło trochę chłodu.

Każdego wieczoru do późnej nocy spacerowaliśmy po znajomych ulicach. Na balkonie 

domu numer 16 rozpoczynał swoją pracę, aby kręcić się niezmordowanie, kolorowy globus 
reklamujący najlepsze na świecie radioodbiorniki „Kosmos", sprzedawane na raty i za 
gotówkę.

Po Radzie, banku i nawet po „Rudej" nie pozostał żaden ślad, a i ludzie zaczynali o 

wszystkim zapominać. Czy kto pamiętał o „grubym Janku" i jego nieudanym napadzie? Na 
balkonie, na którym niegdyś wisiał szyld Rady, przemalowany później na „Bank", lokator 
hodował piękne petunie i begonie, nie znając na pewno szczegółów tragedii, jaka rozgrywała 
się w pobliskim małym pokoju, w którym teraz była rodzinna sypialnia.

Pod koniec sierpnia zamilkły fabryczne syreny, a wieczorami wygaszono światła. Noce 

stały się ciemne i niebo było jak nigdy wygwieżdżone, z jaśniejącą Drogą Mleczną i 
spadającymi jak w każdym sierpniu meteorytami.

Ludzi powoli ogarniał coraz większy niepokój. To nie był lęk, ale jakaś nieznana, 

niesprecyzowana troska o najbliższą przyszłość. W ostatnią niedzielę tego pamiętnego 
miesiąca po obiedzie przyjechał na rowerze Staszek, aby wyciągnąć mnie na spacer do lasu. 
J*k
zwykle jechaliśmy polnymi ścieżkami, a później leśną drogą, ścH gając się i pokrzykując na 
siebie. Na skraju brzozowego zagajnika^ tuż obok pola, na którym niegdyś pełno było łubinu, 
rozciągnęliśmy się na trawie.

Z rozproszonej po Polsce gromady przyjaciół zostaliśmy tylko my dwaj. Leżąc na wznak 

patrzyliśmy na ścigające się jaskółki i na wolno płynące białe obłoki, po których nie można 
było spodziewać się ani jednej kropli upragnionego deszczu.

Za miesiąc rozpoczynałem studia. Na razie nie miałem żadnych trosk. Idealny spokój, 

żadnych kłopotów, choć najbliższa przyszłość wcale 'nie była taka jasna.

Staszek, którego nie widziałem przez kilka tygodni, nadal żył naszymi sprawami i 

wypytywał o wspólnych przyjaciół.

Witek miał powrócić z obozu szybowników za dwa dni. Andrzej nadal malował kościół 

gdzieś daleko, na lubelskiej wsi, a Maniek mieszkał w Białymstoku, oczekując rewolucji 
światowej, która miała na pewno wybuchnąć, jeśli tylko faszyści będą chcieli wywołać nową 
wojnę światoWą. Reszta przyjaciół była już w wojsku, nie dając żadnej wiadomości. Cicha 
mobilizacja była okryta ścisłą tajemnicą wojskową.

Łudziliśmy się jeszcze, nieświadomi podpisania nowego rozbioru Polski, że może wojny 

nie będzie, że ta cała napięta atmosfera okaże się blefem Hitlera, rozejdzie się po kościach, 
minie jak zły sen, pełen majaków i przywidzeń. Staszek długo opowiadał mi o sobie. Z 
rozrzewnienim wspominając brzozy, które niegdyś oglądaliśmy przez małe okienko w jego 

background image

mieszkaniu w suterenie, mówiliśmy, jak wiele zmieniło się w naszym życiu przez te kilka 
ostatnich lat.

Wziąłem ze sobą „Nadzieję" Andrć Malraux, a Staszek przywiózł ostatni numer 

„Skamandra", z którego czytał mi fragmenty „Wierszy szpitalnych" Władysława Bąka:
Nie śmierci się boimy, ale umierania. Ono nam światło da 1 wieczny spokój Ale jeit gorzki 
czas — to czas konania Ody wiemy: oto chwila jest odlotu—

background image

Ten wiersz zrobił na nim duże wrażenie. Czytał go kilka razy. 3a odbierałem to inaczej, 

nie odczuwałem żadnego łęku przed fragmentem, który on powtarzał w zamyśleniu.

Dobrze było na tej łące pod lasem i nie chciało się nam wracać do domu.

Rozstaliśmy się na Stalowej, umawiając się na sobotni wieczór. Mieliśmy iść z "Witkiem do 
kina, a później wysłuchać jego opowieści o wakacyjnych przygodach na obozie 
szybowników. Znając dobrze narracyjne talenty Witka, szykowaliśmy się na ciekawy
wieczór.

Jakoś nie mogliśmy się rozstać. Od rogu Mokrej szliśmy prowadząc rowery i ciągle 

rozmawiając. Zobaczyliśmy wyglądającą przez otwarte okno żonę Zygmunta. Ukłoniliśmy 
się jej bardzo grzecznie, rozjeżdżając się w dwie strony.
Taki już zwyczaj panował wtedy na Stalowej, że w każdy ciepły wieczór spracowane kobiety 
odpoczywały rozparte na parapecie, •wyglądając przez szeroko otwarte okno. Czas mijał im 
na obserwo- - waniu przechodniów i najbliższych sąsiadów, na wymianie pozdrowień i 
uśmiechów. Czasami ktoś zatrzymał się przy otwartym oknie, aby porozmawiać o znajomych 
lub o dniu, który kończył się właśnie. Spływającą na ulicę przedwieczorną ciszą zaczynały 
płoszyć włączane radioodbiorniki. Oczekiwano wieczornych komunikatów. Mocno jak nigdy 
pachniała maciejka, której pełno było we wszystkich ogródkach.

"W środę w południe Julek Mazurkiewicz przyniósł mi wiadomość, że został mianowany 

komendantem Miejskiej Służby Bezpieczeństwa, a ja mam być jego zastępcą. Rozpoczynamy 
urzędowanie w komisariacie policji na ulicy Klonowej.

Dyżury rozpoczęliśmy od rejestrowania ochotników — ludzi starszych zwolnionych od 

obowiązku służby wojskowej.

Od czwartku ostatniego sierpnia ludzie, których jedynym uzbrojeniem były laski, 

patrolowali okolice labryk, tory kolejowe, mosty oraz linie wysokiego napięcia.

W piątek o świcie wybuchła wojna nazwana później drugą wojną światową.

W sobotę nie spotkałem się ani ze Staszkiem, ani z Witkiem. Na to spotkanie musieliśmy 
poczekać kilka miesięcy.

Wojna zburzyła cały nasz świat i nadzwyczaj krwawo obeszła się z ludźmi z „dzielnicy 

milionerów".

Groby naszych sąsiadów i kolegów są rozrzucone po całej Europie — od Katynia i 

Krasnowodska nad Morzem Kaspijskim aż do cmentarza lotników alianckich we Francji.

Z niewielkiej grupy moich przyjaciół opisywanych w tej książce Genek — którego 

małżeństwo nie wytrzymało wojennej próby — po rozstaniu się z żoną przeprowadził się do 
swojej siostry Alinki. W kilka tygodni później, aresztowany wraz z jej mężem, został 
rozstrzelany w egzekucji ulicznej na ulicy Towarowej w Warszawie. Alinka straciła jednego 
dnia i męża, i brata.

Maniek, nazywany przez nas „filozofem", zmarł w wojskowym szpitalu na wybrzeżu 

Morza Kaspijskiego, oczekując na transport do Persji, i został pochowany na żołnierskim 
cmentarzu w Krasno- wodsku. Był przy nim nasz wspólny przyjaciel Mićtek, mój towarzysz 
ze szkoły powszechnej, a jego — z gimnazjum Zana. Staszek ożenił się w czasie wojny ze 
swoją wielką miłością — Anią. Ich szczęście nie trwało zbyt długo. Ania umarła w czasie 
połogu, a córeczka przeżyła matkę tylko o kilka dni. W dwa lata później Niemcy wyciągnęli 
Staszka z kolejki EKD. Napisał kilka smutnych wierszy i wybrał się, aby je odczytać 
Iwaszkiewiczowi. Został rozstrzelany tuż przy torze kolejki pomiędzy Nową Wsią a 
Otrębusami.

Dziewczyna Olka, Marysia, nazywana przez nas Rebeką, zginęła Wraz z rodzicami w 

Treblince.

„Hrabia" musiał się ukrywać gdzieś pod Sochaczewem, ze względu na pochodzenie. 

Prawdopodobnie nie przeżył wojny, gdyż nikt go już nie spotkał. , J -

1

background image

Stasiek Wołłosiecki stracił rękę w obronie Modlina. Po wojnie

background image

. ukończył chemię i pracował w przemyśle cukrowniczym. Ukochany klarnet pozostał w 
strefie coraz dalszych wspomnień.

Witek po ukończeniu studiów medycznych nie popłynął do Nowego Jorku. Po różnych 

tarapatach przez wiele lat pracował jako chirurg ginekolog w warszawskim pogotowiu.

Andrzej ukończył ASP i został znanym malarzem i grafikiem oraz wykładowcą we 

wrocławskiej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych.

Władek, niegdyś świetny gimnastyk i muzyk grający na basie, był przez kilkadziesiąt lat 

dyrektorem zakładów „d. E. Wedel".

Tadek Targowski został dyrektorem Zespołu Szkół Poligraficznych w Warszawie.
Dla mieszkańców „dzielnicy milionerów" były. i. inne drogi do sławy i historii:
Krysia Swiętońska została żoną Stanisława Jerzego Leca, a Marysia Zenowiczówna 

wybrała na męża Kazimierza Brandysa.

Edmund Pszczółkowski zakończył wojnę w stopniu pułkownika do spraw pol.-wych. 

Jako sekretarz KC PZPR pełnił funkcję ministra rolnictwa, a później likwidował 
skomplikowane sprawy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Karierę polityczną 
zakończył jako ambasador PRL w Moskwie.

Natomiast Zygmunt Pietrusiński rozpoczął w kilka lat po wojnie służbę dyplomatyczną. 

Był ambasadorem PRL w Wenezueli i w Ekwadorze.

Henryk Szafrański został członkiem KC PZPR oraz I sekretarzem Komitetu 

Wojewódzkiego Warszawskiego.

Związany wieloma węzłami z naszym miastem i z ulicą Ołówkową Tadeusz 

Zenczykowslrf, poseł na ostatni sejm Drugiej Rzeczypospolitej, był znanym publicystą i 
historykiem emigracyjnym.

Zupełnie inaczej ułożyło się życie powojenne naszego sąsiada z domu numer 16. Władek 

Dryps, sądzony razem z M. Ostromęckim, został w roku 1946 skazany na karę śmierci za 
działalność przeciwko Polsce Ludowej. Wyrok na szczęście nie był wykonany. W rok 
później opuścił więzienie po ogłoszeniu amnestii.

background image