background image

    
 

Twardoch Szczepan 

 
 

   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Twardoch Szczepan

 

 

 

Szczepan Twardoch (ur. 23 grudnia 1979) - śląski 
pisarz, z wykształcenia socjolog. Publikował w "śyciu", 
"Opcjach", "Frondzie", "Arcanach" i "Strzale" jako 
niezaleŜny publicysta. Był redaktorem działu literackiego 
dwumiesięcznika "Christianitas". Stały felietonista i 
współpracownik "Broni i Amunicji", stały 
współpracownik kwartalnika "44 / Czterdzieści i Cztery". 
Jego opowiadanie Obłęd rotmistrza von Egern 
nominowane było do nagrody Nautilus za rok 2003 i 
zajęło w głosowaniu 4. miejsce. Opowiadanie pod 
tytułem Rondo zdobyło Nautilusa za najlepsze 
opowiadanie roku 2006. Za Epifanię wikarego Trzaski 
otrzymał zaś Srebrne WyróŜnienie Nagrody Literackiej 
im. Jerzego śuławskiego w 2008. 

 

background image

Exodus 

 
 

Agacie, na urodziny 

 

  

I rzekł Pan: Widząc widziałem utrapienie ludu mojego, który jest w Egipcie, a wołanie ich 

słyszałem przed przystawy ich; bom doznał boleści jego.  PrzetoŜ zstąpiłem, abym go wybawił z 

ręki  Egipskiej  i  wywiódł  go  z  ziemi  tej  do  ziemi  dobrej  i  przestronnej,  do  ziemi  opływającej 

mlekiem  i  miodem,  na  miejsce  Chananejczyka,  i  Hetejczyka,  i  Amorejczyka,  i  Ferezejczyka,  i 

Hewejczyka, i Jebuzejczyka. A teraz oto krzyk synów Izraelskich przyszedł przed mię: i widziałem 

teŜ ich ucisk, którym je Egipczanie uciskają. PrzetoŜ teraz, pójdź, a poślę cię do Faraona, abyś 

wywiódł lud mój, syny Izraelskie z Egiptu. 

 

Exodus, 3:7-9 

 

Open your eyes and look within: 

Are you satisfied with the life you’re living? 

We know where we’re going; 

We know where we’re from. 

We’re leaving Babylon, y’all! 

We’re going to our Fathers land. 

 

Bob Marley, “Exodus” 

 

 

Plugawy  boŜe  poranków,  boŜe  rogaty,  boŜe  spodów  moich  powiek.  Smak  powietrza  daje 

mi znać, Ŝe muszę amputować sobie puchowe ciepło kołdry, by przez cały dzień odczuwać bóle 

fantomowe  łóŜka,  od  którego  oderŜnęło  mnie  ostrze  budzika.  Gdy  otwieram  oczy,  siedzisz  na 

mojej piersi. Spycham cię i wlekę się do łazienki. Czekasz na mnie w kryształowym lustrze. 

Jestem  Pip.  Jestem  małym,  murzyńskim  chłopcem,  który  ze  strachu  wyskoczył  z 

wielorybniczej  szalupy.  Samotność  czarnej,  wełnistej  głowy  wśród  widnokręgu  i  pogarda  dla 

samego  siebie  –  kiedy  wyciągali  mnie  z  morza,  byłem  juŜ  szaleńcem.  Zostałem  drugim 

szaleńcem  na  pokładzie  statku,  który  ścigał  Moby  Dicka  –  obwieszczając  światu  swoje 

tchórzostwo, podparłem kapitana Ahaba, który oszalał z brawury. 

Jestem  Pip.  Swoich  Ahabów  ustawiłem  rzędami  na  półkach  w  moim  nowojorskim 

penthouse,  stoją  tam  i  pysznią  się  niemieckimi  nazwiskami.  Sam  nie  zapoluję  na  białego 

background image

kaszalota,  więc  mam  swoje  ksiąŜki,  moich  kapitanów,  którzy  oszaleli  z  odwagi  i  rzucili 

wyzwanie całemu światu.  

 

*** 

 

Dotknąłem aluminiowego kubka. Przyjemnie parzył skostniałe palce, ciepło przesączało się 

przez  rękawiczki.  Upiłem  trochę,  kawa  była  wstrętna  jak  wczoraj  i  przedwczoraj.  I  taka  sama 

będzie jutro. Sąsiedzi  z  namiotu  mieli  kawę  z paczek, jej zapach wsączał się pod folię naszego 

schronienia. Zwykła, rozpuszczalna nescafe, którą kiedyś gardziłem, wybierając espresso. 

Maleńkie filiŜanki z grubej porcelany, w nich esencja kawy, gorący, gęsty płyn. Na spodku 

złoŜona papierowa serwetka i dodawana do kawy firmowa czekoladka. Na stole popielniczka, w 

wycięciu  ulatujący  w  powietrze  w  smuŜce  dymu  marlboro  light.  Gazeta,  albo  ksiąŜka  –  jakaś 

przeciętna powieść, czytana z przyjemnością, acz bez koncentracji. Niezbyt wygodne krzesło w 

kawiarni, godzina trzynasta, moŜe wpół do trzeciej. Kwadrans wytchnienia od pracy, bieganiny – 

Ŝ

ycia,  po  prostu.  Po  kawie  jeszcze  szklanka  wody  mineralnej,  gazowanej,  z  cytryną  i  lodem, 

dziękuję, kartą, do widzenia. 

Ś

wiat,  który  miał  trwać  wiecznie  –  braliśmy  przecieŜ  kredyty,  wpłacaliśmy  pieniądze  na 

fundusze  emerytalne,  odkładaliśmy  wymarzone  wakacje  na  później,  aŜ  dzieci  podrosną, 

planowaliśmy, Ŝe za dziesięć lat kupimy nowy dom. Świat który miał trwać wiecznie, a umarł w 

tydzień, tak zwyczajnie i nieodwracalnie. 

Kiedy  myśleliśmy  o  końcu  tego  świata,  wydawało  nam  się,  Ŝe  jeŜeli  ma  się  kończyć  (o 

czym  nikt  nie  myślał  powaŜnie),  to  musi  skończyć  się  wielkim  uderzeniem.  Musiał  zadrŜeć  w 

posadach. Powiedzmy – wielka światowa wojna, ładunki nuklearne śmigające po niebie tam i z 

powrotem. Albo kometa. Albo wybuch wulkanu w Yellowstone. A potem, pustynia z Mad Maxa. 

Tymczasem, świat się skończył, a w ParyŜu ludzi dalej chodzą do kawiarń. W Londynie Marek 

dalej  programuje  komputery  i  w  BBC  wygląda  newsów  o  swojej  ex-ojczyźnie.  W  Australii 

Monika  pracuje  w  firmie  projektowej  –  a  juŜ,  juŜ  miała  wracać,  planowaliśmy  –  tak,  wszystko 

planowaliśmy – planowaliśmy powitalną imprezę. W Nowym Jorku na Manhattanie pewnie nic 

się  nie  zmieniło.  Byłem  tam  dwa  lata  temu,  słuŜbowo,  na  targach,  chodziłem  po  ulicach,  które 

pewnie teraz wyglądają tak samo. Ten sam Hindus rano wyłazi na ulicę i pcha stalowo-srebrny 

wózek  z  hot-dogami.  Albo  znalazł  lepszą  pracę  i  sprzedaje  dietetyczne  kanapki  w  Subwayu. 

Gruby  Pete,  z  którym  dopinałem  spory  kontrakt  na  prawa  do  kilkunastu  nudnych  ksiąŜek  o 

marketingu,  Pete  Amerykanin  –  z  wielkim  samochodem,  wielkim  brzuchem  i  grubą  Ŝoną,  rano 

wstaje  w  swoim  domu  w  New  Jersey,  wsiada  do  swojego  SUVa  i  jedzie  półtorej  godziny  do 

pracy,  tam  wita  się  ze  znajomymi  swoim  szerokim  uśmiechem  “hello  everybody”,  a  wszyscy 

odpowiadają  chóralnie  przeciągłym  “hi,  Pete!”.  MoŜe  nawet  myśli  o  nas  czasem  –  ciekawe,  co 

background image

się dzieje z tymi miłymi ludźmi z Polski, z którymi kiedyś robiliśmy biznes? MoŜe ktoś go pyta – 

“hej, Pete, ty kiedyś podpisywałeś parę kontraktów z Polakami, masz jakieś wieści od nich” – a 

on kręci głową i ku własnemu zaskoczeniu – to miłe zaskoczenie – odkrywa, Ŝe jest nawet trochę 

smutny. A wieczorem, oglądając newsy w NBC podskakuje podniecony na kanapie i woła Ŝonę – 

“hej, Lucy, patrz – Gliwice pokazują. Byłem tam, zanim to wszystko się zaczęło, o, o, poznaję tę 

ulicę, byliśmy tam z ludźmi z Jarczynski Press”. Lucy odwraca się od komputera (właśnie pisze 

maila  do  mamy,  która  mieszka  w  Nebrasce)  i  patrzy  na  swojego  męŜa,  nawet  z  podziwem  – 

jednak jej Peter trochę wyrasta ponad przeciętność. Na przykład,  kiedyś był w Polsce i w Rosji 

teŜ był. Ma znajomych, którzy pewnie teraz nie Ŝyją, albo są uchodźcami.  

Woooow. Miesiąc później, na kolacji, Lucy postanawia dowartościować męŜa i w rodzinnej 

dyskusji  o  polityce  zagranicznej  ustawia  go  w  roli  eksperta  –  Pete  się  zna,  bo  Pete  zna  Europę 

Wschodnią, bywał tam nie raz, miał znajomych Polaków – byli nawet kiedyś u nas w domu, tak, 

bardzo mili ludzie, sporo od nas kupowali, tak, nie, nie wiemy co się z nimi teraz dzieje.    

Pete  wam  powie  o  co  tam  chodzi,  dlaczego  uciekają.  Pete  robi  dobrą  minę  do  złej  gry  i 

bełkocze coś bez sensu, bo nie ma zielonego pojęcia o tym, co się u nas dzieje. Teściowa uznaje 

Ŝ

e jest zbyt  głupia i patrzy na Pete’a z podziwem, teść i tak  uwaŜa, Ŝe  Pete jest idiotą i bełkot, 

który  Pete  z  siebie  wyciska  to  potwierdza.  Z  ustawionego  obok  kominka  wózka  inwalidzkiego 

odzywa się dziadek James, i z namaszczeniem wygłasza swoje nieśmiertelne “a jak ja byłem w 

Europie  na  wojnie…”  ale  nikt  go  nie  słucha,  bo  co  moŜe  mieć  ciekawego  do  powiedzenia 

pensjonariusz domu starców? 

A  moŜe,  Pete,  leŜysz  teraz  w  szpitalu,  nie  pracujesz  w  Tylmann  Publishing.,  bo  tłuszcz, 

który tak malowniczo odkładał ci się na podgardlu, w końcu zapchał Ŝyły i teraz Lucy siedzi przy 

twoim  łóŜku  i  patrzy  na  świecące  trójkąty  ekg,  podskakujące  na  monitorze.  W  tak  młodym 

wieku,  Pete?  Pamiętasz,  jak  Ŝartowaliśmy,  na  firmowym  bankiecie  w  Bottino  (to  ta  mała 

restauracja na West Endzie) z naszej tuszy? Licytowaliśmy się przekornie, kto więcej przybrał na 

wadze,  robiąc  wraŜenie  na  dwóch  szczebioczących,  maleńkich  Japonkach,  na  które  obaj  chyba 

mieliśmy  ochotę.  Mnie  powstrzymała  myśl  o  Ŝonie,  ciebie  to  nigdy  nie  powstrzymywało, 

przynajmniej  tak  twierdziłeś  kiedyś  w  Warszawie,  pamiętasz?  Ale  wtedy  Japonki  zwędził  nam 

twój  kolega,  ten,  który  nauczył  się  wulgarnych  toastów  po  rosyjsku,  pił  gin  z  kieliszków  do 

wódki  i  wznosił  okrzyki  “szczo  by  diengi  byli,  a  chuj  stajał”,  czym  wyraźnie  imponował 

sepleniącym  po  angielsku  kobietkom.  Przestaliśmy  się  wtedy  klepać  nawzajem  po  brzuchach. 

Powiedziałeś  mi  potem  przy  barze,  kiedy  upiłeś  się  zupełnie,  Ŝe  cholernie  wstydzisz  się  swojej 

tuszy – fakt, byłeś grubszy ode mnie, poza tym brzydko utyłeś, wielki połeć sadła zwieszał ci się 

od uszu, tworząc wielką poduchę, na której spoczywała wystająca broda. Mówiłeś, Ŝe nie moŜesz 

znieść wzroku twojej Lucy, kiedy patrzy na twojego brata, który wygląda jak z reklam bielizny 

Calvina Kleina, pamiętasz? Zazdrościłbyś mi teraz.  

background image

Zgubiłem brzuch w obozie – z nudów, zacząłem nawet chodzić na prowizoryczną siłownię, 

zjednoczony w nieszczęściu z warszawskimi dresiarzami. Zniknęły zwały tłuszczu z pośladków, 

talii i ud – okazało się, Ŝe nogi mam nawet ładnie umięśnione, pewnie od tego, Ŝe przez dziesięć 

lat  musiały  dźwigać  taki  cięŜar.  Ale  nie  martw  się,  Pete,  nie  wyglądam  dobrze.  No  i  dawno 

skończył mi się ten zapach Hugo Bossa – twoja  Ŝona pochwaliła  moją wodę  kolońską,  gdy juŜ 

wychodziliśmy po tej nudnej kolacji u was. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale dostrzegłem wtedy, 

w  jej  oczach,  kobietę  –  schowaną  w  obszernym  przebraniu  amerykańskiej  housewife.  Nie  jest 

taka zła, ta twoja Lucy, Pete. A moŜe juŜ się z nią rozwiodłeś, co? Wy się zawsze rozwodzicie, 

prawda, Pete? 

Ja  dalej  jestem  tutaj,  z  moją  Anetą.  Spotkaliśmy  cię  kiedyś  przypadkiem  w  klubie  w 

Gliwicach.  Przyjmował  cię  u  nas  prezes,  ja  miałem  wolne,  i  akurat  szef  zabrał  cię  na  tę  samą 

imprezę. Na pewno pamiętasz moją Ŝonę, w obcisłej bluzeczce z dekoltem i krótkiej spódnicy – 

w  zasadzie  tylko  się  przywitaliśmy,  ja  bawiłem  się  z  przyjaciółmi,  ty  siedziałeś  przy  stoliku  z 

szefem,  ale widziałem,  Ŝe patrzysz, jak tańczymy, jak  razem pijemy  wódkę, ja,  Marek, (ten,  co 

teraz jest w Londynie), Piotrek i Marcin i nasze kobiety, wszystkie piękne, szczupłe, seksowne – 

widziałem,  jak  nam  zazdrościsz,  dziwiąc  się,  Ŝe  w  prowincjonalnym  mieście  tego  zapadłego 

kraju  w  Europie  są  takie  kluby,  w  których  dobrze  ubrani,  uśmiechnięci  chłopcy  tańczą  z 

pięknymi dziewczynami. 

Tak,  to  prawda,  Pete.  śyliśmy  pełnią  Ŝycia  naszej  cywilizacji,  korzystaliśmy  z  jej 

wszystkich  dobrodziejstw.  Ale  nie  ma  juŜ  czego  zazdrościć.  Wyglądamy  teraz  wszyscy  jak  ci, 

których  widujesz  w  telewizji,  Pete.  Nie  nosimy  juŜ  modnych,  jasnych  spodni,  włoskich 

mokasynów na gołą stopę i do pępka rozpiętych, kolorowych koszul z krótkim rękawem. Nasze 

dziewczyny nie zakładają bielizny Triumpha i nawet, kiedy jest okazja, nie wkładają pończoch. 

Mamy na sobie mieszaninę szarych dresów z pomocy i tego co udało nam się wynieść z domów. 

Aneta  i  ja  uratowaliśmy  część  naszego  ekwipunku  z  górskich  wypraw  –  ciągle  mamy 

nieprzemakalne  kurtki,  polary  i  buty  z  goretexu,  a  resztki  naszego  dobytku  nosimy  we 

wspinaczkowych  plecakach.  Śpiwory,  w  których  spaliśmy  na  grenlandzkim  lodowcu,  ktoś  nam 

ukradł,  więc  przykrywamy  się  juŜ  tylko  kocami,  Pete.  Tutaj  nikt  nie  przejmuje  się  wyglądem. 

Ani zapachem. 

Nigdy nie rozumiałeś naszego Ŝycia, prawda? Niczego nie potrafiłeś pojąć, Pete. Najpierw 

wydawaliśmy ci się radykalni, buntowniczy – po twoich pierwszych odwiedzinach u nas, kiedy 

na  firmowym  bankiecie,  bełkotliwą,  pijacką  angielszczyzną  wygłosiłem  anty-rządową  tyradę. 

Widziałeś jak się bawimy, jak pijemy – a potem, zdziwiony, patrzyłeś, jak idziemy do kościoła. 

Wydawaliśmy  Ci  się  kimś  podobnym  do  twoich  rodziców,  myślałeś,  Ŝe  jesteśmy  spóźnionymi 

hippisami  –  ze  względu  na  nasze  polityczne  zaangaŜowanie,  którego  wektora  nie  potrafiłeś 

rozpoznać, a które odróŜniało nas od naszych obojętnych równolatków z USA. Gdy zrozumiałeś, 

background image

Ŝ

e  na  ścianie  zamiast  plakatu  Che  Guevary  powiesilibyśmy  raczej  portret  Pinocheta,  doznałeś 

poznawczego  dysonansu.  Całe  twoje  demokratyczne,  nowojorskie  doświadczenie  wołało,  Ŝe 

masz  do  czynienia  z  polską  wersją  skrajnych  republikanów,  bigotów,  religijnych,  jakby 

powiedziała  twoja  Ŝydowska  mama,  faszystów.  Tymczasem,  nijak  nie  wyglądaliśmy  na 

rednecków.  Nasze  dziewczyny  bardziej  przypominały  ci  paryŜanki,  na  których  elegancję  i 

wdzięk popatrywałeś przestraszony, niŜ przygłupie blondynki z Alabamy, które przyjeŜdŜały do 

twojego  miasta  w  poszukiwaniu  szczęścia  i  były  w  nim  bardziej  obce  niŜ  Rosjanie  i  Latynosi, 

którzy wszędzie czują się jak u siebie. 

Chciałbym  mu  to  wszystko  powiedzieć.  Mam  nawet  gdzieś  jego  numer,  zapisany  w 

telefonie  komórkowym,  który  dawno  przestał  działać.  Ale  czym  byłby  dla  niego  taki  telefon,  z 

drugiej  strony  telewizyjnego  ekranu?  Zapytałby  pewnie,  czy  moŜe  nam  jakoś  pomóc. 

Tak, Pete, moŜesz. Chcemy po prostu wrócić do naszego świata. Przywróć go nam. 

W  Londynie  poznałem  pewnego  nowojorskiego  Irlandczyka,  na  oko  w  moim  wieku. 

Spotkałem  się  z  nim  potem  znowu  w  NY,  na  targach,  rozmawialiśmy  moŜe  pół  godziny. 

Przypomniałem sobie wtedy, jak, wiele lat temu, poszedłem do kolegi zobaczyć na czym polega 

IRC. W domu stało jeszcze wtedy stare 386, a kumpel miał nowe, lśniące pentium i modem. To 

był  chyba  mój  pierwszy  kontakt  z  internetem  (przez  pierwsze  klasy  liceum  nie  miałem  nawet 

swojego  adresu  e-mail,  potrafisz  to  sobie  wyobrazić?  Teraz  znowu  nie  mam.),  ale  nie  w  tym 

rzecz.  Chciałem  sprawdzić  na  Ŝywo  swoją  znajomość  angielskiego,  nigdy  nie  dane  mi  jeszcze 

było  rozmawiać  po  angielsku  z  native  speaker.  Wszedłem  więc  na  jakiś  anglojęzyczny  kanał  i 

zacząłem rozmowę z trzydziestoletnim Anglikiem. Było to dla mnie jak lądowanie na księŜycu, 

jak odkrycie Ŝycia na Marsie, jak kontakt z obcą cywilizacją. 

Człowiek  z  innego  kraju  zawsze  był  dla  mnie  czymś  paraliŜująco  odległym,  Czechów 

wyobraŜałam  sobie  jako  jakiś  egoztycznych  mieszkańców  Andamnanów,  zaś  Francuz,  Norweg 

czy  Amerykanin  byli  dla  mnie  juŜ  kimś  z  innej  planety.  Z  trudem  byłem  w  stanie  uznać,  Ŝe 

przeŜywamy te same emocje, kierujemy się podobnymi gustami, nie wierzyłem, Ŝe kiedy Francuz 

mówi  dziewczynie,  Ŝe  ją  kocha,  to  ma  na  myśli  z  grubsza  to  samo,  co  ja  w  takim  momencie. 

Pierwsza prawdziwa,  długa rozmowa z cudzoziemcem była jak odkrycie nowego lądu.  Gadając 

przy  kieliszku  wina  z  moim  nowojorskim  rówieśnikiem  –  pamiętam  twój  śmieszny,  irlandzki 

akcent i irlandzkie imię, Sean – zdałem sobie sprawę, Ŝe jesteśmy tacy sami. śadnego odkrycia 

nie  było.  Moje  lądowanie  na  księŜycu,  na  Marsie,  moje  odkrycie  Ameryki  było  blagą  – 

przepraszamy,  ale  to  nie  Ameryka,  to  Pcim.  śyliśmy  w  tym  samym  świecie.  Jasne,  szczegóły 

były  róŜne,  ty  miałeś  mortydŜ  na  hałs,  ja  kredyt  na  mieszkanie,  ty  miałeś  “maj  gerlfrend”,  ja 

miałem Ŝonę (you haven’t lived with your fiancé in one apartment before a wedding? why? how 

come that you are able to live together now? weren’t you afraid that you don’t fit to each other? 

background image

didn’t  you  want  to  try  it  –  you  know,  living  together  –  first?  –  pytaleś,  zdziwiony)  –  jasne, 

szczegóły były inne. Ale Ŝyliśmy w jednym świecie. 

Rozmawialiśmy o tych samych filmach i ksiąŜkach, nosiliśmy takie same jeansy, w soboty 

chodziliśmy  potańczyć  do  klubów,  razem  patrzyliśmy  w  telewizji  na  Mickey  Mouse  i  na 

uchodźców  w  Kosowie.  Martwiliśmy  się  tym  samym,  marzyliśmy  o  tym  samym,  po  tej  samej 

stronie ekranu. 

ś

yliśmy  w  tym  samym  świecie,  Pete  –  Sean,  ty  i  ja.  I  nas  z  niego  wyrzucono,  a  ja 

wolałbym, Ŝeby to Ciebie wyrzucono. Jak w tym katastroficznym filmie, w którym uciekinierzy 

ze  skutego  nowym  lodowcem  USA  masowo  przekraczają  granicę  Meksyku,  a  tamtejszy  rząd 

organizuje  dla  nich  obozy  uchodźców.  Wcale  nie  cieszyłbym  się  z  upokorzenia  imperium, 

którym  jest  Twój  kraj.  Lubię  was  i  szanuję.  Po  prostu,  wolałbym  zafrasowany  siedzieć  po  tej 

stronie ekranu, po której ty się znajdujesz, Pete. Myślę, Ŝe bylibyśmy bardziej empatyczni, niŜ ty 

-  z  powodu  środkowo-europejskiej  mentalności  i  doświadczeń  historycznych,  które  w  swoich 

opowiadaniach  przekazali  nam  rodzice  i  dziadkowie,  a  o  których  nie  mieli  pojęcia  twoi 

przodkowie,  Ŝyjący  w  pięknych  czasach  skrzydlatych  samochodów,  rock-and-rolla  i 

amerykańskiego  snu.  Dla  was,  Pete,  brudni  ludzie  w  szarych  dresach,  uciekający  przed  kimś 

dokądś, to zawsze ktoś po drugiej stronie ekranu, nie potraficie wyobrazić sobie siebie w takiej 

sytuacji.  Ja  bym  potrafił.  Nasz  prezydent,  wygłosiłby  przemowę,  solidaryzując  się  z  tragedią 

narodu amerykańskiego i przypominając o naszych rodakach, o tych, Pete, którzy czyszczą wasze 

kible,  wdychają  wasz  azbest  i  niańczą  wasze  bachory.  Odwołałby  się  do  naszych  doświadczeń 

historycznych,  o  tym,  Ŝe  my,  naród  ze  środka  Europy,  tak  cięŜko  doświadczony  przez  historię, 

szczególnie  dobrze  dostrzegamy  dramatyzm  sytuacji,  w  jakiej  się  znajdujecie.  Tak, 

dostrzegalibyśmy. 

Ale mielibyśmy to w dupie, tak samo jak mieliśmy w dupie tragedię tysięcy uchodźców w 

Jugosławii  i  jak  ty  masz  w  dupie  nas.  Trudno  mieć  do  kogoś  o  to  pretensje,  kilometry  zabijają 

współczucie.  Dwieście  lat  temu  jeden  człowiek  we  Francji  pytał,  czy  dla  duŜej  sumy 

wydalibyście wyrok śmierci na niewinnego chińskiego mandaryna. Świat od tego czasu zmalał, 

ale dla miłości bliźniego wszędzie jest daleko, kamery cnn nie zmniejszają tego dystansu. 

Do  tej  pory  zawsze  przedstawiano  to  jako  kwestię  geopolityczną.  Mówiono:  mój  drogi, 

miałeś pecha urodzić się w nieodpowiednim czasie, w miejscu, które od wieków słuŜy jako pole 

bitwy między wschodem a zachodem, dlatego tak się składa, Ŝe masz pół godziny na spakowanie 

bagaŜu  ręcznego,  po  dziesięć  kilogramów  na  osobę,  i  opuszczenie  tego  domu.  Klucze  naleŜy 

pozostawić w drzwiach. Coś przynajmniej tłumaczyło pecha naszych przodków. ChociaŜ to było 

tylko zaklęcie, magiczne słowo – geopolityka.  Wydaje mi się, Ŝe tak było nawet lepiej. Zawsze 

moŜna było znaleźć pocieszenie w ideologii, zawsze moŜna było walczyć, albo nawet umrzeć dla 

ojczyzny,  tej  czy  innej.  Zawsze  moŜna  było  winić  kogoś,  Niemców,  Rosjan,  Zachód,  Wschód, 

background image

demokrację, brak demokracji, cokolwiek. Było kogo nienawidzić, było nawet do kogo strzelać. A 

kiedy to po prostu ślepy traf zdecydował, Ŝe to wylazło akurat u nas, moŜna juŜ tylko tępo gapić 

się w rozmoczone, rozdeptane błoto, w jakie zamieniła się dawno podłoga w namiocie. Podnoszę 

oczy  i  napotykam  spojrzenie  mojej  Ŝony,  która  siedzi  na  pryczy  naprzeciwko.  Nie  musimy 

mówić  sobie  o  smutku.  Smutek  to  wszystko,  co  czujemy.  śal  za  Ŝyciem,  które  wyparowało, 

zniknęło  za  nami.  śal  za  mieszkaniem,  które  dopiero  zaczęliśmy  remontować.  śal  za 

samochodem,  który  tak  lubiliśmy.  śal  za  kręgielnią,  na  którą  chodziliśmy  w  soboty.  śal  za 

kotem, którego zostawiliśmy w pustym mieszkaniu. LeŜał na parapecie w oknie, przekonany, Ŝe 

wrócimy,  jak  zwykle.  Smutek  to  uczucie  bezradności  wobec  straty  –  jeŜeli  moŜesz  coś  zrobić, 

moŜesz  walczyć,  wtedy  czujesz  gniew.  Smutek  to  myśl  o  przyszłości,  która  nijak  nie  chce  się 

nam  ukazać  –  zgubliśmy  po  drodze  naszą  przyszłość  –  dzieci,  które  właśnie  chcieliśmy  mieć, 

Anety  karierę  na  politechnice,  moją  pierwszą  ksiąŜkę.  Zgubiliśmy  po  drodze  całe  proste, 

prowincjonalne Ŝycie klasy średniej. śycie w mieszkaniach ze ścianami zastawionymi ksiąŜkami, 

Ŝ

ycie spędzane na poszukiwaniu małych, niedrogich luksusów, Ŝycie, na solidnym fundamencie 

religii i tradycji. Chcieliśmy być prawdziwymi burgeois, a historia zdawała się mówić – tak, oto 

po raz pierwszy od niepamiętnych czasów moŜecie sobie wieść takie Ŝycie. 

Od  was  tylko  zaleŜy,  czy  znajdziecie  dobrą  proporcję  między  konsumowaniem  dóbr 

materialnych,  a  transcendencją  –  i,  na  Boga,  znaleźliśmy,  gniotąc  kolana  o  marmur  posadzek, 

gnąc  kark  przed  Najświętszym  Sakramentem.  Nasze  miejsce  na  planecie  Ziemia  było  chyba 

ostatnim  miejscem,  gdzie  moŜna  było  być  burgeois  –  bez  anachronizmu,  na  miarę  swoich 

czasów, bo jednocześnie byliśmy tacy nowocześni, otoczeni technologią, przemawiającą do nas z 

ekranów  naszych  komputerów,  z  wyświetlaczy  automatycznej  klimatyzacji  i  nawigacji  gps  w 

samochodzie, z komórek i palmtopów, a jednocześnie - organicznie konserwatywni (tego właśnie 

nie potrafiłeś zrozumieć Pete, prawda?). Nie byliśmy sfrustrowani, bo świat dawał nam to, czego 

od  niego  chcieliśmy.  Nasz  kraj  nie  pchał  się  zbytnio  w  wyścigu  europejskiej  awangardy,  a  my 

równieŜ,  czuliśmy  się  władni  go  powstrzymać,  gdyby  nagle  zapragnął  dołączyć  do  plugawego 

towarzystwa  eutanazyjnych,  aborcyjnych  i  pedalskich  rajów  na  zachodzie.  Nie  byliśmy  ani 

biedni, ani bogaci, ani na szczycie, ani dnie – byliśmy tam, gdzie chcieliśmy być, Pete. 

Kiedy juŜ wiedzieliśmy, co się stanie, zza łez patrzyliśmy na ściany naszych domów jak na 

ś

ciany  nieistniejące.  Otwieraliśmy  kredensy  pełne  talerzy  –  nowoczesna,  kwadratowa  zastawa, 

tutaj  rosenthal,  zielony  w  kwiatuszki,  po  prababci,  piękny,  na  dwanaście  osób,  ale  brakuje 

filiŜanek i spodeczków do kawy, które moŜe uda się kiedyś dokupić, na allegro, albo na jakiejś 

giełdzie, tutaj codzienne kubki i talerzyki z porcelitu, wesoło zielone i Ŝółte. 

Patrzyliśmy  na  przedmioty,  których  niewielka  wartość  materialna  nie  miała  dla  nas 

znaczenia,  bo  były  elementami  pulchnego  i  wygodnego  kokonu,  który  budowaliśmy  dookoła 

siebie, były dla nas drogocenne, cenniejsze od złota, bo były nasze. Siedzieliśmy z Anetą przed 

background image

otwartym kredensem, wpatrując się w zastawę stołową. Nasze własne talerze nagle pozbawione 

zostały formy. Nie były juŜ talerzami, zastawą, której moŜemy uŜyć przy róŜnych okazjach – na 

rosenthalu  podać  rosół  i  roladę  z  kluskami  na  rodzinnym,  śląskim  obiedzie,  na  nowoczesnych 

talerzach  pesto  na  bazylii  i  oliwie,  a  na  porcelitowych  dwie  kanapki  z  serkiem  topionym.  Nie 

będzie  juŜ  Ŝadnej  z  tych  okazji,  a  naszą  szafę  wypełniały  pozbawione  znaczenia  kawałki 

wypalonej glinki, uformowane w określony sposób, ale pozbawione nagle sensu, przeznaczenia – 

nasz świat, pieczołowicie ułoŜony na półkach, w kredensach, w szafach nagle pozbawiony został 

swojej  teleologii,  a  razem  z  celowością  zniknęła  forma.  Otaczały  nas  dziwaczne,  puste 

przedmioty. 

Chcieliśmy  ostatni  raz  ten  świat  oŜywić.  Zrobiliśmy  więc  ostatnią  imprezę,  jak  węgierska 

burŜuazja w 1944 roku, przed nadejściem Sowietów. 

ZamraŜalnik  wypełniły  butelki  wódki  –  absoluta,  finlandii  i  bolsa  –  zabrane  za  darmo  z 

supermarketu.  W  lodówce  butelki  wina.  Na  kredensie  po  raz  ostatni  stanęły  miski  z  ociekającą 

oliwą  sałatką  grecką,  w  piekarniku  skwierczał  cicho  karczek,  a  ja  po  raz  pierwszy  i  ostatni 

polerowałem  kieliszki.  Wielkie,  pękate,  do  czerwonego  wina,  mniejsze  do  białego  –  i  cała 

kompania  kieliszków  do  wódki,  w  karnym  dwuszeregu  na  tacy.  Potem  przyszliście,  w  imię 

przyjaźni, rozumiejąc bez słów nasze intencje. I bez słów się obyło, nikt nie wspomniał nawet o 

tym,  co  –  jak  juŜ  doskonale  wiedzieliśmy  –  nieuchronnie  miało  nadejść.  Po  raz  ostatni 

pokłóciliśmy  się  o  muzykę.  Wódka  zapiekła  nas  w  przełyki  –  po  raz  ostatni  kieliszek  do  ust, 

zamoczyć  wargi  w  mroźnym,  oleistym  płynie,  po  czym  odrzucić  głowę  do  tyłu,  pozwalając 

ogniowi rozlać się w ustach i w gardle. Krzyk i śmiech – i nasze kobiety, jak na ostatnim balu na 

statku, w swoich najlepszych bluzkach, malowały się o wielu dłuŜej niŜ zwykle. 

W  powietrzu,  obok  muzyki,  drga  przyjaźń  –  wiemy,  Ŝe  po  raz  ostatni,  bo,  chociaŜ  wiele 

prób  przetrwała,  tej  próby  nasza  przyjaźń  nie  przetrwa.  Los  nas  rozerwie  i  rozrzuci,  wiemy  to 

dobrze  –  zwierzęta  się  nie  przyjaźnią,  a  staniemy  się  jak  zwierzęta,  pędzone  na  południe 

staroŜytnymi  traktami.  Tak  obwieszczają  dekrety  o  ewakuacji.  Ale  jeszcze  nie  dziś.  Jeszcze 

dzisiaj  nasza  przyjaźń  Ŝyje  –  obejmujemy  się  w  tańcu,  pijani,  w  powietrzu  szarym  od  dymu  z 

papierosów.  Zmęczeni,  leŜymy  razem  na  dywanie,  promieniście,  z  głowami  na  poduszkach  i 

palimy nargile. Chłodny dym o aromacie jabłek i bananów wypuszczamy pod sufit w ogromnych 

chmurach, białych i nieprzejrzystych i uspokojeni, zapominamy o świecie na zewnątrz. A potem 

jeszcze  puszczamy  rzewną  piosenkę  i  kiwamy  się  na  parkiecie,  zawodząc  razem  z  wokalistą. 

Pierwszy nie wytrzymuje Maciek, zamiast słów z ust wydobywa mu się szloch, rzeczywisty Ŝal 

zmieszany  z  pijaną  wraŜliwością  udziela  się  nam  wszystkim  i  płaczemy.  Płaczemy,  dopijając 

resztę  wódki,  płaczemy  bo  jesteśmy  rozpieszczonymi  mięczakami,  przywiązanymi  do  tego, 

czego  nawet  nie  nazywaliśmy  “naszym  stylem  Ŝycia”,  bo  było  dla  nas  takie  oczywiste.  Nie 

background image

chcemy  Ŝyć  w  świecie,  w  którym  juŜ  za  parę  dni  niezawodnie  musimy  się  znaleźć,  jesteśmy 

rozwydrzeni i wymagający. 

Chętnie odrywaliśmy się od naszego świata – wyjeŜdŜaliśmy w dzicz, w góry, do Azji, na 

Syberię,  do  Afryki,  na  dwa  tygodnie,  miesiąc,  trzy  miesiące,  po  to  tylko,  aby  po  powrocie  na 

nowo  smakować  zimne  piwo  w  knajpie,  sycić  oczy  błyszczącą  posadzką  supermarketu  i 

poświęcić  kwadrans  na  wybór  wina  do  obiadu.  Nasze  ucieczki  miały  tylko  dodać  pikanterii 

naszemu zmysłowemu romansowi z komórkami, laptopami, swetrami z resereved, półbucikami z 

koźlęcej skóry od gino rossi, które kupowaliśmy, mimo, Ŝe były dla nas ze trzy razy za drogie – a 

moŜe właśnie dlatego, dla samej przyjemności myślenia o wsuwanych półbutach za osiem stów. 

A teraz nagle ta kochanka-Lewiatan, dobrotliwy potwór którego członki składały się ze sklepów, 

butików,  supermarketów,  sprzedawców  i  dealerów,  aukcji  internetowych  i  bankowości 

elektronicznej, limitu na kartach kredytowych i telefonów pre-paid, nasza zmysłowa pani, miała 

po prostu odejść. Nie zostawialiśmy jej juŜ na tydzień, aby wrócić i na nowo kosztować rozkoszy 

w jej objęciach – raczej, to ona leŜała martwa, a my odchodziliśmy. W pustkę. 

Na drugi dzień poranek nie był juŜ tym cudnym porankiem po zabawie, kiedy razem lecząc 

kaca  siedzieliśmy  do  późnego  popołudnia  nad  śniadaniem  przy  stole  w  kuchni,  racząc  się 

maślanką,  Ŝartami  i  leniwą  rozmową.  Przeszłość  tego  ranka  stawała  się  juŜ  coraz  bardziej 

wyblakła, wszyscy spakowali szybko rzeczy – uścisnęliśmy się po raz ostatni i przyjaźń odeszła, 

zostały tylko gigabajty zdjęć i wspomnienia. 

Mógłbym  powiedzieć  teraz,  nostalgicznie  –  cóŜ  się  z  wami  teraz  dzieje,  ówcześni 

przyjaciele?  O Marku wiemy, udało  mu się, jest  znowu  człowiekiem, mieszka w  Londynie,  ma 

pracę – a reszta? Reszta pewnie siedzi gdzieś, jak my, w nylonowym namiocie na twardej pryczy. 

Wielu z was pewnie nie Ŝyje,  ktoś podobno porwał się na własne  Ŝycie, inni umarli od chorób, 

inni od bezsensu. Mógłbym powiedzieć – ale łgałbym. Nic mnie to nie obchodzi, co się z wami 

dzieje, obchodzi mnie tylko, to, jak znowu zacząć Ŝyć. Wiedziałem to juŜ wtedy. 

Poszliśmy  więc  rano  do  kościoła.  Minęliśmy  farę,  z  której  stary  proboszcz  i  dwóch 

wikarych wynosili bez sensu niepotrzebne rzeczy, upychając je do podstawionego Bóg wie skąd 

dostawczego  samochodu.  Nie  spojrzeli  na  nas,  pochłonięci  ratowaniem  tego,  co  do  tej  pory 

stanowiło  tylko  spokojne  tło  ich  Ŝycia,  a  nagle,  przez  swoje  zaprzeczenie,  wyszło  na  plan 

pierwszy.  Kościół  był  otwarty.  Wiatr,  który  od  pięćdziesięciu  lat  nie  miał  okazji  pohulać  pod 

pokrytym freskami sklepieniem, teraz odbijał sobie pół wieku absencji i po całej nawie rozrzucił 

nuty,  które  organista  niedbale  odłoŜył  na  poręczy  chóru.  Przeciąg  radośnie  trzaskał  drzwiami, 

które nie chciały się zamknąć i po kaŜdym trzaśnięciu, po chwili, otwierały się powoli, jęcząc o 

oliwę do zawiasów. W prezbiterium księŜowska gospodyni szorowała posadzkę. Tak, jak gdyby 

nic  się  nie  stało  –  wiadro  z  parującą  wodą,  stara,  zgięta  wiekiem  kobieta  klęczy  i  oddaje  cześć 

Panu  Jezusowi  szorując  ponure  lastryko  wielką  szczotą,  którą  raz  po  raz  zanurza  w  wodzie. 

background image

Podniosła  wzrok  gdy  weszliśmy,  chwilę  patrzyła  na  nas,  po  czym  wróciła  do  swojej  pracy. 

Zgiąłem  kolana  przed  Najświętszym  Sakramentem,  pokłoniłem  się  Panu,  w  którym  chciałem 

odnaleźć  nadzieję,  gdy  podniosłem  głowę,  wieczna  lampka  przy  tabernakulum,  zgasła. 

Gospodyni, przesuwając swoje wiadro, przez przypadek wyszarpnęła kabel z gniazdka. Wetknęła 

wtyczkę  zaraz  z  powrotem  i  lampka  zaraz  rozŜarzyła  się  czerwienią.  Uklęknąłem  w  ławce  –  a 

Pan  powiedział  do  mnie:  sprzedaj  wszystko  co  masz  i  rozdaj  ubogim.  Pomyślałem  sobie,  Ŝe 

gdybym  był  prawdziwym  chrześcijaninem,  klęczałbym  tutaj  i  dziękował  Panu,  Ŝe  zabiera  mi 

wszystko, aby lŜej było mi wspinać się ku niemu. Ale do tego trzeba by twardziela, a ja jestem 

rozleniwionym  mięczakiem,  któremu chrześcijaństwo dobrze smakuje tylko wtedy,  gdy poparte 

jest kieliszkiem chabilis, (byle tylko wino miało właściwą temperaturę!) i paroma kawałkami sera 

pleśniowego. Dobrego sera pleśniowego, dodajmy. 

Pochyliłem więc twardy kark i prosiłem Pana o łaskę. 

Dwa  dni  później  człapaliśmy  po  czeskiej  autostradzie,  noga  za  nogą,  w  długim  sznurze 

uchodźców. 

Och, było tak pięknie. Ta nasza belle epoque – która stała się belle tylko dlatego, Ŝe juŜ się 

skończyła.  Pamiętacie?  Gdy  trwała,  wcale  nie  było  tak  pięknie.  Wyszarpywaliśmy  z  niej  to 

piękno,  ale  przecieŜ  otwierając  rano  oczy,  nie  myślałem  –  “ach,  cóŜ  za  szczęście,  Ŝyć  w  tak 

pięknych czasach”. Kiedy jeszcze czytałem ksiąŜki – “Wtedy”, jak to się teraz mówi, “Wtedy” – 

czytałem  równieŜ  miaŜdŜącą  charakterystykę  przedwojennej  Rzeczypospolitej,  pióra  Cata  - 

Mackiewicza. Całe bagno, w jakim tkwiła ówczesna Polska, do złudzenia przypominało to bagno 

w którym Ŝyliśmy sami. To piękne bagno, bagno moich marzeń, do którego chciałbym powrócić, 

o  którym  śnię,  bagno,  w  którym  chciałbym  się  znowu  zanurzyć  –  pewnie  po  jakimś  czasie 

poczułbym  znowu  obrzydzenie  –  ale  Ŝyłbym,  Ŝyłbym!  Tutaj,  teraz,  ciągle  ktoś  mówi  o  Wtedy. 

Wtedy było pięknie. Wtedy to było Ŝycie. Wtedy to była kawa. 

Wtedy to były  sklepy. Ciekawe, jak teraz wygląda mój dom –  wtedy  miałem piękny  dom 

pod  Radzyminem.  A  ja  mieszkanie  w  bloku  na  Wilanowie  –  wtedy  to  było  warte  jakieś  pół 

miliona.  Ech,  wtedy  to  się  jadło.  Obok  mieszkają,  Bóg  raczy  wiedzieć  czemu,  ludzie  spod 

Zielonej  Góry.  Z  popegieerowskiej  wsi.  Ukradli  nam  kiedyś  jedzenie  –  myślę  o  ich  Ŝyciu,  tak 

drastycznie  róŜnym  od  naszego,  Ŝe  ewakuacja  i  obóz  mogą  się  wydawać  logiczną  kontynuacją 

Ŝ

ycia  Wtedy. A jednak  nawet oni w samych superlatywach mówią o czasach, w  których istniał 

ś

wiat.  Wspominają  supermarkety,  do  których  nie  mogli  pójść  na  zakupy,  bo  nie  mieli  za  co, 

piękne samochody, których nie posiadali, piękne domy, które oglądali z daleka, piękne kobiety, 

które mijali na ulicach. Wreszcie z patriotyczną nostalgią wspominają Polską, którą wtedy mieli 

w dupie. Tymczasem, ja pamiętam. 

Wcale  nie  było  pięknie.  Nasz  konsumpcjonizm  (ach,  cóŜ  za  słowo,  fanfary  i  czerwony 

dywan, kaŜdy publicysta, który go uŜywał z łamów swojego tekstu wyłaniał się w glorii, odziany 

background image

w habit świętego Franciszka lub szmaciane ciuszki Dalaj Lamy, a nagłówki i ilustracje padały mu 

do stóp, całując je w poszukiwaniu stygmatów), powściągany nieco surowym spojrzeniem figury 

Chrystusa, tkwiącej wysoko na filarze w głównej nawie katedry – podnosiłem do niej wzrok, gdy 

chciałem  skupić  się  na  modlitwie  –  nasz  konsumpcjonizm  (fanfary!)  i  tak  miał  zgrzebny, 

prowincjonalny  wymiar.  Nasz  luksus  do  prawdziwego  luksusu  miał  się  jak  hyundai  do 

merecedesa es klasy. Ale przecieŜ nie w tym rzecz. 

Nie było pięknie, bo Ŝyliśmy w kraju, rządzonym przez idiotów reprezentujących idiotów – 

III  RP  była  prawdziwą  demokracją  –  rządzili  głupcy  i  łajdacy,  wybierani  przez  nieprzebrane 

rzesze  głupców  i  łajdaków.  śyliśmy,  klnąc  na  banki,  w  których  kredyt  moŜe  dostać  tylko  ten, 

który go nie potrzebuje. Na urzędy skarbowe, które zabierają nam większość tego, co zarobimy. 

Na nepotyzm, który nie pozwala tym, pozbawionym koneksji, “zaczepić się” – jak mówilismy – 

gdzieś  w  urzędzie.  Na  nepotyzm  klęliśmy  wszyscy,  nie  wyłączając  tych,  którym  stary  załatwił 

doktorat  na uczelni, aplikację radcowską czy posadę w ministerstwie.  W  zasadzie dopiero teraz 

rozumiem,  Ŝe  dzięki  temu,  nasz  świat  był  ciągle  ludzki  –  nepotyzm  to  przecieŜ  nic  innego  jak 

miłość  ojca  do  syna,  znajdująca  przesadny  upust.  Pomstowaliśmy  na  skurwieli,  którzy  władali 

wtedy naszym krajem – ach, gdzie jesteście teraz, włodarze naszych podatków? Czy uciekliście 

rządowymi  samolotami,  czy  zdechliście,  wyrzygując  Ŝołądki  na  mahoniowe  blaty  biurek,  czy, 

pozbawieni  wszystkiego,  człapaliście  na  południe,  tak  jak  my?  Czy  któryś  z  was  siedzi  teraz  i 

wspomina  –  tak  jak  ja  –  świat,  który  zdechł  w  kilka  dni?  Wspominacie  moŜe  świat  limuzyn  z 

jasną, skórzaną tapicerką i ciemnymi szybami, świat dyskretnego szurania skórzanych podeszew 

na  marmurach,  skrzypnięć  cięŜkich  drzwi  i  zaaferowanych  spojrzeń  tkaczy  w  garniturach  od 

Zegny,  snujących  złoŜone  intrygi,  świat  ponad  wiadomościami  w  tvp,  ponad  konfliktem  dla 

plebsu,  świat  byłego  solidarnościowca  w  czułym  uścisku  z  byłym  komuchem,  liberała 

bratającego  się  z  etatystą,  katolika  z  antyklerykałem,  narodowca,  syna  ofiary  UB  z  śydem, 

synem ubeka, w sekretnym, ezoterycznym wtajemniczeniu tych, którzy wiedzą. 

Ci,  którzy  Ŝyjecie  –  czy  biedujecie  teraz  na  Greenpoincie,  szukając  zaczepienia  w 

organizacjach  polonijnych,  czy  moŜe  Ŝyjecie  z  procentów,  wygrzewając  się  na  riwierze?  Czy 

moŜe zgniliście, wsiąkając w wygarbowane pory skórzanych obić foteli za lotniskami biurek, czy 

zagotowaliście  się  w  jaccuzi,  razem  z  kurwami  z  najwyŜszej  półki,  które  razem  z  wami  witały 

koniec  świata  i  pierwszy  raz  nie  patrzyły  na  was  jak  na  bankomaty,  którym  bierze  się  do  buzi, 

zamiast  wsadzić  kartę?  Nie  potrafię  pozbyć  się  nienawiści,  kiedy  myślę  o  was,  skurwysyny,  a 

jednak, przecieŜ wasze smsy, krąŜące po narodzie jak grepsy z reklamy, wasza „chwała naszym 

kolegom”  to  właśnie  wasze  ludzkie,  lepsze  oblicze.  Ktoś,  kto  ma  kumpli,  kto  ma  przyjaciół, 

którym  jest  wierny  i  lojalny  –  nie  przestaje  być  skurwysynem,  któremu  naleŜy  się  pluton 

egzekucyjny  albo  stanowcza  pętla  szubienicy,  ale  jest  jeszcze  człowiekiem.  Kiedy  myślałem  o 

tym,  Ŝe  spotykacie  kumpli  ze  studiów  i  wciągacie  ich  do  ministerstw,  a  potem  w  swoich 

background image

luksusowych  mieszkaniach  wyciągacie  butelki  drogiej  wódy,  chlejecie  i,  objęci,  śpiewacie 

studenckie  piosenki  i  przypominacie  sobie  samych  siebie,  niewinnych  i  szlachetnych, 

dwadzieścia lat wcześniej, to widzę, Ŝe jestem do was podobny i, oprócz nienawiści, dobrze was 

rozumiem. Dopiero teraz widzę, Ŝe moja nienawiść tylko trochę wynikała ze wstrętu do waszego 

zepsucia,  bardziej  mnie  irytowało,  Ŝe  folgujecie  swojemu  egoizmowi  za  moje  pieniądze,  a 

wolałbym, aby to mój dom wzrastał w marmurach i złocie za wasze podatki. 

Sądzę, Ŝe uczyniliście ten kraj tym, czego nienawidziliśmy, właśnie wy, nikt inny. To przez 

was  najlepsi  i  najgorsi  z  nas  z  zaciętymi  minami  patrzyli  na  chmury  nad  Atlantykiem,  ścigając 

marzenia aŜ za ocean. Takie same twarze w samolocie mają ci, którzy jadą powoli umrzeć i ci, 

którzy  jadą  dowieść,  Ŝe  są  wielcy,  wynajdując  nowe  planety  i  wyrąbując  sobie  miejsce  na 

uczelniach,  w  korporacjach  i  kancelariach.  To  przez  was  przeciętne  kraje  były  ciągle  lepsze  od 

naszego.  A  jednak,  myślę,  Ŝe  byliście  tacy  sami,  jak  ci,  którzy  spluwali  na  was.  Statystycznie, 

tacy sami. Bardziej zdemoralizowani – bo wasz zawód naleŜy, razem z  poziomym rzemiosłem, 

szpiegostwem i gangsterką do tych,  których nie da się pełnić, nie plamiąc duszy . Statystycznie 

jednak, tacy sami. 

A zanim wszystko się zaczęło, po raz ostatni Ŝyliśmy, podejmując decyzję. Nie czekamy na 

swoją  kolej,  nie  zapuka  do  naszych  drzwi  przeraŜony,  młody  Ŝołnierzyk,  obwieszczając 

konieczność  ewakuacji,  nie  –  odejdziemy  sami.  Nie  będziemy  pakować  się  w  pośpiechu, 

porzucać  naszego  Ŝycia  pod  przymusem.  Po  prostu,  zostawimy  go  sami.  Spokojnie  spakujemy 

plecaki, jak na długie wakacje, weźmiemy starego mercedesa, którego kiedyś kupiłem za grosze, 

dla zabawy i z miłości – wystarczy mu ropa do baku, olej do silnika i woda do chłodnicy, Ŝeby po 

prostu  jechał,  naprawić  moŜna  go  młotkiem,  kombinerkami  i  drutem,  na  całym  świecie  są  do 

niego  części  i  mechanicy,  którzy  potrafią  wyprostować  drąŜki,  wymienić  skrzynię  biegów  albo 

spalone  sprzęgło.  Błyszcząca,  niby-terenowa  Toyota,  za  którą  płaciliśmy  trzema  godzinami  snu 

w tygodniu, fuchami, branymi na drugi i trzeci etat i brakiem czasu i sił na seks, pewnie dalej stoi 

w garaŜu, nie ruszyła jej rdza, bo garaŜ jest suchy. Ściągnąłem klemy z akumulatora, podparłem 

ją  na  cegłach,  Ŝeby  nie  stała  na  felgach,  gdy  w  końcu  zejdzie  powietrze  z  opon.  Liczyłem 

przecieŜ,  Ŝe  wrócę.  Mógłbym  teraz  otworzyć  garaŜ,  podnieść  maskę  i  podłączyć  uśpiony 

samochód  do  krwiobiegu  akumulatora,  nacisnąć  przycisk  pilota  i  szczęknęłyby  siłowniki 

centralnego  zamka,  rozjarzyłoby  się  światełko  w  kabinie.  Kompresorem  naładować  sflaczałe 

opony.  A  po  przekręceniu  klucza  w  stacyjce,  zaświeciłby  przyjaźnie  pokładowy  komputer, 

informując  mnie,  Ŝe  baku  jest  jeszcze  szesnaście  litrów  benzyny,  której  ceną  kiedyś 

emocjonowaliśmy się, pomstując na wysokość akcyzy, a która teraz nie ma ceny. Ten samochód, 

który był przenośną tablicą z  napisem  „udało nam się, skurwsyny,  mimo wszystko  – bo cięŜko 

pracujemy,  bo  kiedy  byliśmy  młodzi  to  chciało  nam  się  uczyć,  udało  nam  się,  bo  jesteśmy 

dobrzy,  udało  nam  się  i  stać  nas  na  auto  za  sto  tysięcy”  teraz  stoi  w  garaŜu  i  jest  tylko 

background image

przypadkową  kupą  blach,  tapicerki  i  mechanicznych  części,  bezsensownym,  bo  Ŝadna  dłoń  nie 

gładzi  kierownicy.  Pojechaliśmy  więc  starym  mercem,  którego  i  tak  musieliśmy  porzucić 

pięćdziesiąt  kilometrów  dalej  i  dwie  doby  później,  przed  czeską  granicą,  w  gigantycznym, 

biblijnym korku samochodów, autobusów i cięŜarówek, naleŜących do tych, którzy, tak jak my, 

wzięli swój los w swoje ręce. Jednak – ciągle Ŝyliśmy, podejmowaliśmy decyzje, mieliśmy siebie 

-  zostawiłem  więc  kluczyki  i  dokumenty  na  siedzeniu  kierowcy,  razem  z  zeszytem,  w  którym 

notowałem  wykonane  naprawy,  wymiany  i  remonty  (sześć  stron  drobnym  tekstem).  Dopisałem 

teŜ, Ŝe do wymiany jest pompa wodna i  tylny,  prawy wahacz,  głupio łudząc się, Ŝe ktoś  kiedyś 

skorzysta  jeszcze  z  samochodu,  któremu  takim  nakładem  czasu  i  pieniędzy  w  ciągu  paru  lat 

przywróciłem  młodość.  Pewnie  oblazłaś  juŜ  z  farby  i  przerdzewiałaś  na  wylot,  beczko,  rdza 

chętnie Ŝarła twoją trzydziestoletnią blachę. MoŜe przynajmniej zamieszkała w twoich bebechach 

kuna, albo lis umościł sobie jamę w tylnej kanapie? Zostawiłem cię tam, w nadgranicznym lesie, 

bez Ŝalu, i poszliśmy dalej, nie na przejście, tylko w góry, nielegalnie przekroczyć granicę. Udało 

nam się,  mieliśmy  w  kieszeniach sporo  zawczasu kupionych dolarów, tyle, Ŝe  musiało  starczyć 

na bilet na lot do wszędzie. Myśleliśmy – co tam, polecimy do Ameryki, albo do Irlandii, gdzieś, 

gdzie  mówią  po  angielsku  –  bo  wszędzie  ludzie  budują  domy,  więc  zapłacą  architektom,  i 

wszędzie są wydawnictwa, które kupują prawa do ksiąŜek. 

Myśleliśmy – zaczniemy od nowa, od wynajmowane pokoju, który będzie malutki i ubogi, 

ale zmieści się w nim łóŜko, w którym nasze ciała udzielą sobie nawzajem ciepła, zmieści się w 

nim stolik, przy którym będziemy siedzieć razem, rano sycąc się swoim towarzystwem, dotykiem 

ciepłych  dłoni,  pocałunkami  i  rozkosznym  “kocham  cię”  tak,  Ŝeby  starczyło  na  cały  dzień  w 

pracy,  aŜ  spotkamy  się  ponownie  wieczorem  i  będziemy  leŜeć  w  pościeli  i  w  ciemności, 

opowiadając  sobie  cały  dzień  ten,  i  kaŜdy  inny.  A  potem  będzie  większy  pokój,  potem 

mieszkanie,  potem  wreszcie  będziemy  mieli  dzieci,  a  potem  -  bo  przecieŜ  to  nie  moŜe  trwać 

wiecznie,  prawda?  –  sprzedamy  wszystko,  i  kiedy  się  wszystko  juŜ  wreszcie  skończy, 

wsiądziemy w samolot z powrotem i wylądujemy w Pyrzowicach, albo w Balicach i wrócimy do 

naszego  Ŝycia.  Albo  nasze  Ŝycie  wróci  do  nas?  Odnajdą  się  przyjaciele,  odnajdzie  się  rodzina 

(tato,  mamo,  dlaczego  nie  chcieliście  wyjechać?)  i  tam,  w  Nowym  Jorku,  w  Sydney  albo  w 

Dublinie zbudujemy z powrotem świat. 

Czescy Ŝołnierze  zatrzymali nas  kilometr dalej.  Nasycony opowieściami dziadków i  babć, 

spodziewałem  się  najgorszego,  rewizji,  grabieŜy,  gwałtu,  kuli  –  tymczasem,  byli  uprzejmi  i, 

nawet,  współczujący,  chociaŜ  swoją  stanowczość  popierali  palcami  na  spustach.  Mieli  maski 

gazowe i gumowe ubiory przeciwchemiczne i nie dotykali nas w Ŝaden sposób – sprowadzili nas 

z gór w dół, posadzili na dwóch krzesłach i kazali czekać – a my, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, 

czekaliśmy. MoŜe sądziliśmy, Ŝe to juŜ początek nowego Ŝycia? Potem był autobus, na polskich 

rejestracjach,  z  kierowcą  Czechem.  Czechów  juŜ  zawsze  będę  widywał  w  snach,  w  maskach 

background image

gazowych  i  kombinezonach.  Jechaliśmy  tylko  kawałek,  do  głównego  strumienia,  który  w 

ludzkich  atomach  płynął  czeską  autostradą,  pilnowany  przez  wszystkich  chyba  czeskich  i 

słowackich Ŝołnierzy, widywałem teŜ mundury Bundeswehry.  

Główny strumień człapał bez przerwy, niektórzy przystawali na przygotowanych postojach, 

gdzie  moŜna  było  z  wojskowej  kuchni  zjeść  jakiejś  breji,  napić  się  wody  i  dostać  pluszowego 

misia, jeśli było się rozkosznym dziecięciem – ale większość szła. Wtedy milczeliśmy, siedząc na 

krawęŜniku i patrząc na Rzeczpospolitą Polską, jak przechodzi obok. Droga do obozu, który miał 

być  przejściowy,  zabrała  dwa  dni.  Przejściowy  obóz  poŜarł  juŜ  trzy  lata  naszego  Ŝycia,  i  teraz, 

syty,  wyciągnął  się  spokojnie,  trawiąc,  bekając  i  pierdząc  z  zadowolenia,  pewien,  Ŝe  reszta 

posiłku  nigdzie  mu  nie  ucieknie,  Ŝe  nasze  całe  Ŝycie  spokojnie  poczeka  na  wąskiej  pryczy 

namiotu,  na  błotnistej  podłodze,  we  wspólnych  umywalniach,  w  których  i  tak  nie  ma  ciepłej 

wody,  z  bandziorami,  którzy  grasują  po  obozie  i  przed  którymi  bronimy  się  jak  zabiedzone, 

samotne szczury przed tłustymi i leniwymi kotami. 

A  ty,  skurwysynu,  stoisz  przed  moim  namiotem  z  kamerą  i  mikrofonem  wyposaŜonym  w 

plakietkę z nbc lub cnn. Stoisz i pytasz mnie o Ŝycie, a ja mam ochotę wydrzeć ci ten mikrofon, 

wepchnąć ci go do gardła i zatłuc cię statywem od kamery. Jak inaczej mogę powiedzieć, Ŝe nie 

naleŜę wcale do świata uchodźców, Ŝe jestem z tego samego miejsca, co ty, z tą twoją przejętą i 

współczującą miną, Ŝe powinienem być twoim kumplem z redakcji, albo przynajmniej jednym z 

twoich  grubych  widzów,  którzy,  przejęci  twoim  reportaŜem,  zdejmują  stopy  w  papuciach  ze 

szklanych 

stolików 

pochylają 

się 

ku 

ekranom 

telewizorów. 

Jest jedno pytanie, którego nie zadaje się Bogu; jest to pytanie “dlaczego?”. My pytaliśmy ciągle, 

i Bóg nam w końcu odpowiedział, mówiąc “a dlaczego nie?”. 

ś

yliśmy  jak  gdyby  tutaj  nigdy  nie  było  Ŝadnej  wojny,  a  przecieŜ  gdy  rano  w  kapciach 

człapaliśmy  do  łazienki,  kości  z  trzech  wieków  chrzęściły  nam  pod  stopami,  usypane  z 

opowiadań  dziadków,  babć,  rodziców  i  tych,  których  nigdy  nie  spotkaliśmy,  a  którzy  Ŝyli  w 

łańcuchu rodzinnej pamięci, powoli  gasnącym wraz z dziesięcioleciami. Byliśmy pierwszym od 

trzystu z okładem lat pokoleniem, dla którego wojna była czymś równie odległym, jak polowanie 

z  harpunem  na  wieloryby  –  wiemy  co  to  jest,  czytaliśmy  o  tym  ksiąŜki,  ale  nie  byliśmy  jej  w 

stanie w Ŝaden sposób przyłoŜyć do naszego połoŜenia. Na Boga – dalej nie potrafimy, przecieŜ 

to, co się stało nie było Ŝadną wojną! Gdyby to była wojna, byłoby prościej. Na wojnie moŜnaby 

boleśnie przekuć dziecięce lektury na rzeczywistość. MoŜna by umrzeć śmiercią słodką i piękną, 

lub  zdechnąć  jak  pies.  MoŜna  by  po  heglowsku  spolaryzować  siebie,  być  tchórzem  albo 

bohaterem,  zerwać  z  półcieniami.  Czytałem:  długą  wojnę  niewielu  zniesie  bez  szkód  na  duszy, 

długiego  pokoju  bez  szkód  na  duszy  nie  zniesie  nikt.  Na  kaŜdy  pacyfistyczny  argument  z 

obecności,  stary  jak  bellum  dulce  inexpertis  -  dobrze  ci  gadać  o  wojnie  z  ciepłego  fotela; 

Remarque  był  na  wojnie  i  on,  przeciwieństwie  do  ciebie,  wie  co  to  znaczy  -  miałem 

background image

kontrargument z obecności, którym najczęściej był Jünger czy nawet Saint-Exupery, walący się 

w  swoim  zwiadowczym  Lightningu  w  fale  Morza  Śródziemnego.  Gdyby  to  wojna  miała  być 

końcem  naszego  świata!  Ale  nie  było  nam  to  dane,  nie  trzeba  było  wojny,  aby  dać  nam 

zasmakować chleba powszedniego naszych przodków, który do tej poru oglądaliśmy przez farbę 

drukarską w pięknych albumach.  

 

*** 

 

Agata  i  ja  Ŝyliśmy  w  dwóch  światach,  zupełnie  róŜnych  od  siebie  -  ona  w  świecie 

zaleŜności, powinności, obowiązków i konieczności. Jej świat składał się z ogromu tego, co musi 

i siłą zdobywanego marginesu wolności, kwadransów, wykradanych po kryjomu wieczorem, albo 

przed wyjściem do pracy. Patrzyła na swoje Ŝycie z perspektywy papierowej łódeczki, niesionej 

strumieniem  –  płynie  tam,  gdzie  niesie  ją  bezwzględny  nurt,  nieodmiennie  przeraŜona, 

wyczerpana,  zamęczona.  Często  usiłowałem  ją  wyrwać  z  spod  tego  cięŜaru,  który  sama  sobie 

nakładała  -  czasem  perswazją,  bezskutecznie,  czasem  przemocą,  odciągając  ją  od  komputera  i 

zabierając do kina, na spacer albo na lody. 

Ja  Ŝyłem  w  świecie  woli.  Świat  musiał  się  giąć  pod  moimi  zachciankami  –  jeŜeli  się  nie 

giął, to tylko dlatego, Ŝe nie chciałem dostatecznie mocno.  Słowo  “konieczność” było dla  mnie 

tchórzostwem i słabością. 

Ś

wiat Agaty był  prawdziwszy,  mój przyjemniejszy. Agaty  nigdy  nie potrafiła uwierzyć w 

siłę 

woli; 

ja 

nie 

umiałem 

przyjąć 

brzemienia 

obowiązku. 

MoŜe z powodu tej fundamentalnej róŜnicy, nigdy by mi nie uwierzyła, gdybym jej powiedział, 

Ŝ

e to ja sam byłem sprawcą końca naszego świata. Ja – Pip, tchórzliwy wielorybnik. 

Nienawiść ma moc sprawczą. 

Myślicie  pewnie:  rąbnęło  mu  się,  a  redakcja  nie  zauwaŜyła  –  zamiast  Anety,  bo  tak 

nazywała się Ŝona autora w tekście, zrobiła mu się Agata? Nie, moi drodzy, to nie tak. 

Zacząłem pisać ten tekst kilka lat temu, pod koniec sierpnia 2005 roku. Mojemu pokoleniu 

(urodziłem się w 1979 roku) nie przydarzyło się Ŝadne nieszczęście, a ja zapytałem: dlaczego? Z 

tego pytania wykluł się tekst – wyznanie. Chciałem spojrzeć na świat, w którym Ŝyłem (wtedy: 

ja,  Szczepan  Twardoch,  lat  26,  od  dwóch  lat  Ŝonaty,  dzieci  brak,  zamieszkały  w  Pilchowicach, 

pracuję  w  wydawnictwie,  piszę  opowiadania  i  eseje)  z  sztucznie  wytworzonego  dystansu  – 

dystansu,  który  odnajdywałem  we  wszystkich  opowiadaniach  dotyczących  światów  minionych. 

Pisząc  to  opowiadanie,  poczułem  się  jak  dziecko,  które  wyobraŜa  sobie  śmierć  rodziców  – 

autosugestia  była  tak  udana,  Ŝe  wywołała  autentyczne  emocje,  które  łatwo  spływały  na 

klawiaturę  laptopa.  Nie  miałem  nawet  w  głowie  ułoŜonej  historii,  nie  miałem  pomysłu  na 

fabularną warstwę tekstu – po prostu pisałem o naszym Ŝyciu, tak, jakby go juŜ nie było. MoŜe 

background image

miało  to  nawet  jakąś  wartość  terapeutyczną?  Świat,  w  którym  Ŝyliśmy,  darzyłem  klasyczną 

hassliebe.  Kochałem  burŜuazyjną  zwyczajność,  małe  przyjemności  –  dobre  wino  i  papierosy, 

wygodne mieszkanie, fajny samochód. Pisałem o tym – projektowałem nawet naszą przyszłość, 

która  wtedy  wydawała  się  tak  przewidywalna,  pisałem  o  samochodach,  których  jeszcze  nie 

mamy,  o  mieszkaniu,  którego  jeszcze  wtedy  nie  kupiliśmy.  Chciałem  teŜ  obnaŜyć  nadmierne 

przywiązanie  do  rzeczy,  jakie  bez  wątpienia  stało  się  naszym  udziałem.  Oczywiście, 

pozmieniałem jakieś szczegóły – Ŝonie nadałem inne imię, zmieniłem nazwę firmy. Pisałem ten 

tekst  przez  kilka  dni  –  nie  mając  zbyt  wiele  czasu,  godzina  rano,  przed  wyjściem  do  pracy, 

czasem  godzina  lub  dwie  popołudniu,  w  kawiarni,  czekając  wracającą  pociągiem  z  Katowic 

Agatę. Emocje, które chciałem przelać na papier (a raczej, do pamięci laptopa) minęły, a ja nie 

miałem  w  ogóle  historii  –  nie  wiedziałem  nawet,  cóŜ  takiego  miało  zmusić  nas  do  porzucenia 

wszystkiego. Zostawiłem więc ten tekst, jak wiele innych, z myślą, Ŝe kiedyś do niego wrócę – i 

skończyłby pewnie tak, jak wszystkie inne porzucone pliki z rozszerzeniem .rtf, które leŜą sobie 

na twardym dysku mojego komputera. 

Kiedy słuchaliśmy w radiu i oglądaliśmy w sieci tragedię, jaka na początku września 2005 

nawiedziła Nowy Orlean, pomyślałem sobie – psiakrew, nie dalej jak dwa tygodnie temu, pisząc 

opowiadanie, Ŝyczyłem Amerykanom bycia uchodźcami. Uznałem to za zbieg okoliczności, dość 

przykry  i  zaniechałem  w  ogóle  myśli  o  dalszym  rozwinięciu  tego  niewielkiego  opowiadania. 

Przeniosłem  plik  do  folderu  zatytułowanego  “Cmentarzysko  Nieukończonych  Tekstów”  i 

zapomniałem o nim. 

Potem rzeczy miały się inaczej. Wojna z Białorusią, na temat której osobiście gardłowałem, 

Ŝ

e  “nie  nadejdzie,  gdyŜ  nie  ma  geopolitycznych  podstaw  ku  temu  –  nie  nadejdzie,  a  cały  ten 

konflikt  to  tylko  zwykłe,  dyplomatyczne  pobrzękiwanie  szabelką,  nic  więcej”  jednak  przyszła. 

Zaczęło  się  od,  przyznajmy  szczerze,  wzajemnych  prowokacji.  Nasz  rząd  liczył  na  wywołanie 

niepokojów wewnętrznych na Białorusi i powtórkę z “pomarańczowej rewolucji”, Mińsk liczył z 

kolei  na  wybuch  konfliktu  i  interwencję  Rosji.  Ku  zdziwieniu  świata  Rosja  ogłosiła  swoją 

neutralność, oceniając moŜliwości swojej armii realniej, niŜ mógł ocenić miński władca. Nie było 

więc wielkich operacji pancernych, obie strony obawiały się zaangaŜowania potęg – my baliśmy 

się, Ŝe jeŜeli nasze dywizje pancerne wjadą do Mińska, to Ruscy nie wytrzymają i rozjadą nas w 

tydzień,  albo,  co  gorsza,  zrobią  z  Polski  wielkie  pole  bitwy.  Łukaszenko  bał  się,  Ŝe  kiedy 

spróbuje potęŜnej ofensywy, ruszą się Amerykanie. Kraje NATO, na prośbę naszego  rządu, nie 

interweniowały  bezpośrednio,  ograniczając  się  do  dostaw  sprzętu  (Niemcy  zafundowali  nam 

dwie dodatkowe brygady pancerne Leopardów, Amerykanie dostarczyli samoloty, etc.). Konflikt 

przypominał drôle de guerre na Linii Maginota. Miast nie ruszano, w obawie przed reakcją opinii 

publicznej, która mogłaby zmusić którąś ze stron do interwencji, więc wojna ograniczała się do 

dywersji  na  tyłach  –  gdzieś  na  poleskich  błotach  operował  polski  1  PSK,  za  naszą  linią  frontu 

background image

pętały  się  białoruskie  specnazy  i  połowa  wojska  zajmowała  się  ganianiem  dywersantów  po 

lasach.  Na  linii  frontu,  pokrywającej  się  nieomalŜe  idealnie  z  granicą,  zapanował  nieformalny 

rozejm,  który  czasem dowództwo łamało płytkimi  rajdami  kawalerii powietrznej, lub ostrzałem 

artyleryjskim. Newsów było tak niewiele, Ŝe nie starczało na codzienny materiał do wiadomości. 

I tak było, do dnia, w którym ludzie zaczęli kichać.  W  Warszawie, Gdańsku, Katowicach, 

Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Szczecinie, ludzie na ulicy nagle zaczęli kichać. Kichać zaczęli 

równieŜ  Ŝołnierze  na  granicy  z  Białorusią.  A  potem  zaczęli  umierać.  Choroba  trwała  dwa  dni, 

najpierw  katar,  kaszel,  wysoka  gorączka,  i  śmierć.  Więc  wszyscy  zdrowi  zaczęli  uciekać,  na 

południe. 

Wyglądało to trochę inaczej, niŜ opisałem. Nigdzie nie dojechaliśmy samochodem, nie było 

czasu na spakowanie plecaków i namiotu. Pisząc to opowiadanie, chciałem mojemu bohaterowi – 

sobie*,  dać  pewną  niezaleŜność  –  moŜe  iluzoryczną,  ułudną,  nieudaną  –  ale  chciałem,  aby 

przynajmniej  spróbował.  CóŜ,  autor  opowiadania  w  którym  ja  jestem  bohaterem,  nie  dał  mi 

nawet tej szansy. Agata wracała z pracy, ja czekałem na nią na dworcu w Gliwicach. Był marzec 

2006  roku,  na  ziemi  leŜał  rozmoczony  śnieg,  siedziałem  w  samochodzie,  Agata  wsiadła  i 

pojechaliśmy  do  domu.  Nie  minęliśmy  nawet  rogatek  miasta,  gdy  zatrzymał  nas  młody 

Ŝ

ołnierzyk.  “Ewakuacja”  –  warknął.  Musieliśmy  zostawić  samochód  na  miejscu  –  kluczyki  w 

stacyjce,  w  samochodzie  proszę  umieścić  kartkę  z  informacją  o  właścicielu  i  miejscu 

zamieszkania,  dowód  rejestracyjny  zabrać  ze  sobą.  Agata  miała  swoją  torebkę,  dokumenty  i  w 

połowie  pełną  butelkę  soku,  ja  torbę  z  laptopem  -  i  poszliśmy,  ulicą  Rybnicką,  w  kierunku  na 

Chałupki, w człapiącej masie uchodźców. Tam, gdzie na Rybnickiej jest skrzyŜowanie - w prawo 

na  Pilchowice,  w  lewo  Knurów  –  chcieliśmy  skręcić,  wyrwać  się  z  tej  pielgrzymki  do  piekła, 

pójść do domu, odnaleźć bliskich, zaryglować się, zabarykadować przed światem i przeczekać – 

powstrzymał  nas  zaraz  Ŝołnierz,  groŜąc  nam  karabinem  –  nikt  się  nie  odłącza,  taki  jest  rozkaz! 

Zastanawiałem  się,  czy  ten  młodszy  ode  mnie  o  kilka  lat  gówniarz  będzie  w  stanie  do  mnie 

strzelić,  kiedy  po  prostu  odejdę  –  ale  szybko  okazało  się,  Ŝe  nie  mam  dość  odwagi,  aby 

spróbować. 

Dalej juŜ wszystko było ta samo. Obóz na Morawach, parszywa egzystencja intelektualisty 

w świecie, w  którym tylko  mięśnie i spryt warte są cokolwiek. Dziękuję  Bogu,  Ŝe nie obdarzył 

mnie wątłym, patykowatym ciałem stereotypowego inteligenta – sto kilogramów (bo dwadzieścia 

szybko  zgubiło  się  po  drodze)  i  sto  osiemdziesiąt  pieć  centymetrów  ciała  daje  mi  tę  gorzką 

satysfakcję, Ŝe czasem ci, z którymi się biję drogo kupują swoje zwycięstwo. Okradziono nas ze 

wszystkiego – tylko laptop, tak niewiele warty w tym świecie, udało mi się zachować, schowany 

głęboko, pod  materacem.  Wyjmuję  go  nocami (jeśli  jest prąd, to ładuję baterię) i  piszę. Bardzo 

trudno mi się pisze, siedzę na pryczy z komputerem na kolanach, obok leŜy zawsze pałka, którą 

sporządziłem  sobie  ze  znalezionej  rurki,  Agata,  stoi  blisko  wyjścia  i  pilnuje,  gotowa  ostrzec 

background image

mnie,  kiedy  ktoś  nadchodzi.  Tekst,  który  od  tak  dawna  spoczywał  w  folderze  –  cmentarzysku, 

wskrzeszam z martwych. 

Oddzielam  to  co  wcześniej  trzema  gwiazdkami,  jak  zwykle:  ***,  i  skrótowo  –  bo  nie  ma 

czasu do stracenia, minuty naszego Ŝycia wsiąkają w śmierdzące moczem błoto – opisuję to, co 

było  naprawdę.  AŜ  wreszcie  jestem  w  tym  miejscu,  piszę  właśnie  to  zdanie,  które  czytasz  – 

literacka przeszłość, gnająca pospiesznym ekspresem, dogoniła sapiącą lokomotywę rzeczywistej 

teraźniejszości. I mija ją. 

Nie  mam  czasu  do  stracenia.  Poza  tym,  chcę,  Ŝeby  było  jak  najprościej.  Chyba  mogę  być 

lakoniczny? Trzy gwiazdki. 

 

*** 

 

Wydostaliśmy  się  z  obozu.  Uciekliśmy  do  Stanów,  zamieszkaliśmy  w  Nowym  Jorku, 

odnaleźliśmy rodzinę, przyjaciół, dostaliśmy pracę i zaczęliśmy znowu Ŝyć.  

 

*** 

 

Tym razem, ze względu na ogólnikowość poprzedniego akapitu, wszystko się zgadzało. 

Pamiętacie  Irlandczyka,  o  którym  pisałem,  jeszcze  w  tamtym  świecie?  Wszystko  się 

zgadzało, poza tym,  Ŝe  wcale nie był  Irlandczykiem i nie  miał irlandzkiego  akcentu,  mówił jak 

zwykły nowojorczyk. Ale naprawdę nazywał się Sean. OtóŜ, Sean, który wcześniej robił to co ja, 

tyle,  Ŝe  w  nowojorskim  oddziale  Simon  &  Schuster  i  za  dwanaście  razy  wyŜszą  pensję,  kiedy 

zostawiła go Ŝona, rzucił branŜę wydawniczą i wrócił do dziennikarstwa. Został korespondentem 

New York Post i wyjechał zrobić reportaŜ o uchodźcach. Przyjechał do obozu i szukał kogoś, kto 

mówi po angielsku, Ŝeby  porozmawiać z ludźmi. Ktoś wskazał na  mnie  – a Sean był silniejszy 

niŜ standardowy uczestnik psychologicznych eksperymentów, poświęconych utoŜsamieniu się z 

rolą – i nie spojrzał na mnie jak dziennikarz na uchodźcę, tylko jak kumpel na kumpla w opałach. 

Pierwszą  noc  spędziliśmy  w  trójkę  w  obozowej  kwaterze  Seana,  pijąc  jego  whisky  (och,  jak 

szybko uderzała do głowy!) i wtedy Sean powiedział – wyciągnę was stąd, bo w Nowym Jorku 

nie  ma  nikogo,  z  kim  mógłbym  się  napić.  I  Sean  dotrzymał  słowa.  Zapłacił  bandziorom, 

zawodowo  trudniącym  się  wyciąganiu  ludzi  z  obozu,  przekupił  czeskiego  urzędnika  –  dziesięć 

tysięcy  dolarów!  –  i  załatwił  dla  nas  przepustki,  świadectwa  zdrowia  –  a  potem  czeskie 

paszporty. I cały czas przepraszał nas, Ŝe wtedy, kiedy my Ŝyliśmy tutaj, on siedział w NYC nad 

samotną  szklanka  burbona  i  nie  wiedział,  po  co  Ŝyje.  W  Niemczech  przestaliśmy  udawać 

Czechów,  wróciliśmy  do  polskich  dokumentów.  W  końcu  wylądowaliśmy  na  JFK  i  długimi 

terminalami,  przez  długie  kolejki  Polaków  doszliśmy  do  Stanów  Zjednoczonych  Ameryki 

background image

Północnej.  Sean  dał  nam  pieniądze,  więc  wynajęliśmy  pokój  niedaleko  siedziby  UN,  na 

skrzyŜowaniu czterdziestej piątej ulicy i trzeciej alei, w okolicy, która wydawała mi się tak bliska 

i  znajoma,  Ŝe  prawie  domowa  –  tutaj  zwykle  zatrzymywałem  się  podcza  słuŜbowych  wizyt  w 

Nowym  Jorku.  Potem,  rzeczywiście,  odnaleźliśmy  rodzinę  i  przyjaciół.  Niektórych  znaleźliśmy 

na  cmentarzach,  inni  są  dalej  w  Londynie  czy  w  Sidney,  rodzice  są  w  jednym  z  obozów  – 

wyciągniemy ich, kiedy tylko zarobimy trochę pieniędzy. 

Boimy się, Ŝe pieniądze szybko się skończą – a w Nowym Jorku nie ma pracy dla kaŜdego 

z miliona Polaków, którzy dostali się do USA róŜnymi, legalnymi i nielegalnymi kanałami. Piszę 

więc dalej moje opowiadanie. 

Jestem pisarzem  z  Polski, a w USA  Polska jest  modna.  Przy okazji, pracowałem przecieŜ 

tyle  czasu  w  branŜy  wydawniczej  i  znam  kogoś  w  kaŜdym  liczącym  się  wydawnictwie. 

Odnajduję  więc  w  archiwum  e-maili  w  laptopie  wszystkie  poŜyteczne  kontakty,  i  całe  dnie 

poświęcam  na  umawianie  się  z  dawnymi  znajomymi  z  wydawnictw  –  Simon  &  Schuster, 

Pearson,  Barrett  and  Koehler,  Wiley  –  i  wręczam  im  próbki  mojej  prozy.  Za  tłumacza  zapłacił 

Sean. 

Agata  ma  przecieŜ  i  talent  i  pracowitość  i  umiejętności  –  a  dla  architektów  wszędzie  jest 

praca,  znajduje  więc  tę  pracę,  w  pięknym  biurze  w  przeszklonym  biurowcu,  w  biurze 

projektowym, jak z amerykańskiego serialu. I proponują jej pensję, od której kręci się w głowie. 

I,  oczywiście,  po  paru  tygodniach,  sypią  się  na  mnie  propozycje!  Po  propozycjach 

przychodzą pierwsze honoraria, a ksiąŜka sprzedaje się znakomicie. Nie staję się gwiazdą, ale w 

branŜy jestem znany i rozpoznawalny – i dostaję zaliczki. I pieniądze, duŜo pieniędzy. Pieniądze. 

W  przelewach,  w  czekach,  w  gotówce,  na  konto.  A  za  te  pieniądze  kupuję  sobie  nowe  Ŝycie. 

Nowe  meble,  nowe  samochody,  nowe  dywany,  nowe  wina,  garnitury,  laptopy,  zegarki,  drogie 

buty, francuskie sery, komórkowe telefony i domowe kino. 

No, Ŝycie, po prostu. 

 

*** 

 

Mogłem zrobić coś innego. Mogłem wrócić do domu, mogłem otworzyć obozy i napisać o 

tym,  jak  wszyscy  wracają  do  Polski.  O  tym,  jak  zapakowana  w  szczelne,  Ŝółte  kombinezony 

komisja  –  jak  w  filmie  “Wirus”  –  stwierdza,  Ŝe  nasze  miasta  są  juŜ  bezpieczne.  O  tym,  jak 

Białorusini  wycofują  swoje  wojska  z  tego,  co  zostało  z  Polski.  O  tym,  jak  wszyscy  powoli 

wracają  do  swoich  domów  i  swojego  Ŝycia.  Jak  obozy  stają  się  historią  –  mogłem  to  jakoś 

nazwać, moŜe Wielkim Exodusem, aby tak zapamiętały to pokolenia. 

Nie,  Ŝebym  nie  próbował.  Wiele  razy,  róŜne  wersje.  Za  późno,  słowo  juŜ  nie  stawało  się 

ciałem. Pisałem i czekałem, kiedy nic się nie działo, kasowałem, i pisałem na nowo. 

background image

CóŜ więc teraz mogę zrobić? Siedzę przy mahoniowym biurku na samym szczycie jednego 

z  wysokościowców  przy  trzydziestej  szóstej,  w  ogromnym  penthousie,  przez  szklaną  ścianę 

patrzę na Manhattan,  wijący się u moich stóp  w setkach światełek. Gdybym poszedł do salonu, 

patrzyłbym na pulsujący neonami teatrów Broadway i Times Square, tutaj, w oknach gabinetu, w 

niebo  strzela  świetlisty,  skręcony  wieŜowiec,  wybudowany  na  Ground  Zero.  W  milczącym 

serwisie  cnn  na  ściennym  telewizorze  spiker  porusza  bezgłośnie  ustami,  a  za  nim  obrazy  z 

obozów na Morawach. 

Mogłem  napisać  coś  innego.  Coś  większego,  niŜ  perspektywa  pełnego  brzucha  i  pełnej 

sakiewki. Wiara moŜe góry przenosić – a Bóg dał mi do ręki dźwignię – chciałeś zmieniać świat, 

to proszę, zmieniaj. Czego mi zabrakło? Wiary? 

Jestem  Pip.  Jestem  małym,  murzyńskim  chłopcem,  który  ze  strachu  wyskoczył  z 

wielorybniczej szalupy. 

Czas  kończyć.  Dopisuję  więc  jeszcze,  aby  oddać  światu  sprawiedliwość,  te  trzy  akapity 

wstępu. Wracam na koniec tekstu i stawiam kropkę.