background image

2009

Napisała:

Ula

(megii24)

OBÓZ  LETNI

background image

PROLOG

Przystojniaczek! Ciekawe, jaki jest w łóżku? 

No co? Duża ze mnie dziewczynka! A one nie bawią się lalkami… Chyba że 
te są naturalnych wymiarów i obdarzone odpowiednim sprzętem. Tak, takie 
zabaweczki to ja lubię i to bardzo. Zapomniałam chyba dodać, że muszą być 
żywe? Gumowi chłopcy mnie, oczywiście, nie interesują! Tak, teraz mamy 
jasność w temacie. 

Facet ma mieć chęci i niezbyt duże wymagania (żadne miłości, romanse czy 
związki nie wchodzą w grę – seks i trochę dobrej zabawy – to mi wystarczy). 
Oczywiście, nie każdy się nadaje. Tylko górna półka! Ja przecież sroce spod 
ogona nie wypadłam. Niezła ze mnie laska, więc zasługuję na to, aby koleś, 
którego „obdarzę względami”, miał przynajmniej gładką buźkę i parę dobrze 
rozwiniętych mięśni. Mózg to inna sprawa. Tego nie wymagam. To zbyt 
wygórowane żądanie.

Przyznaję, lubię seks. Tylko ci faceci… Co z tego, że taki jeden z drugim 
wygląda całkiem do rzeczy? Kiedy przychodzi co do czego… Pięć minut i po 
sprawie! A ja stanowczo potrzebuję więcej. Nie jestem chyba nimfomanką? 
Nie! Aż tak, to nie! Po prostu chciałabym, żeby znalazł się taki, który by 
trochę nade mną „popracował”. Mi też się w końcu coś od życia należy.

2 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  I

Znów tu jestem. Zaczyna się kolejny rok. 

Z daleka już widziałam moje trzy „muszkieterki”.  Dziwnie to brzmi,  ale 
niewiele mija się z rzeczywistością. Nie posługiwały się, co prawda, białą 
bronią, ale ich oręż czasem działał o niebo skuteczniej.

Ewka jak zwykle w bojówkach, chociaż tym razem zamiast w moro, wbiła 
swoje   cztery   litery   w   czarne.   Cóż   za   odmiana!   Okręcona   rzemieniami 
w każdym możliwym miejscu. Tyle razy chciałyśmy ją namówić na jakąś 
bardziej   kobiecą   biżuterię,   ale   była   twarda.   I   znowu   obcięła   włosy. 
Wyglądała   prawie   jak   poborowy.   Chociaż   jej   słodka   buźka   nawet   teraz 
sprawiała   wrażenie   niewinności.   Taki   blond   cherubinek.   Nic   bardziej 
mylnego. To chyba jedna z najbardziej rubasznych osób, jakie znam. Nie raz 
już natrzaskała nam niezłego obciachu. Jednak mało kto umiał się bawić, tak 
jak ona.

Długie nogi Patrycji z daleka zwracały uwagę, choć starała się jak mogła je 
ukryć, osiągała raczej marny efekt. Cała ta maskarada, to posunięcie w jej 
stylu. Nieśmiała panienka. Oto nasza Patka. Czasem się zastanawiałam, jak 
ona z nami wytrzymuje, a szczególnie z Wiolką.

No tak, Wioletta. To dopiero  szatan w spódnicy. Ja przy niej to „cienki 
Bolek”, chociaż może lepiej byłoby powiedzieć „mały pikuś”? A na pewno 
chodząca   niewinność.   Tak,   ten   wyzywający   rudzielec,   jak   zwykłam   ją 
nazywać,  to niesamowicie  ostra sztuka. A jej cięty język zna chyba cała 
uczelnia. Żaden facet bez zachęty nie odważy się jej zaczepić, bo wie, co go 
czeka. Paru próbowało i odczuło to dziwnie. Wstydzili się potem pokazać 
publicznie. To właśnie cała ona. 

Jeszcze tylko ja i mamy komplecik. Czterej Jeźdźcy Apokalipsy. Troszeczkę 
może przesadziłam. Nie jesteśmy w końcu aż takie złe. Tylko czasami…

3 | 

S t r o n a

background image

– Żałuj Magda, że nie zjawiłaś się na wykładach. – Dawno nie widziałam 
Wiolki tak zaaferowanej. – Jakiego mamy przystojniaka w grupie, po prostu 
marzenie! – Szok. Ognistowłosa kocica rzadko kiedy podniecała się na widok 
faceta. Raczej nie mogła się od nich opędzić.

– Świeżynka! – Patka też? Co się dzieje? – Nawet ty się zaślinisz, padniesz, jak 
go zobaczysz. – Dziewczyna z wiecznym rumieńcem na twarzy, w zasadzie 
mocna w gębie tylko w naszym gronie, taka podjarana?

– Dobra, dobra. – Tylko spokój może nas uratować. – Ale kryłyście mnie 
przed Kortasem?

– Jak nie, jak tak. – Całe szczęście, że podniecone nowym „mięskiem” nie 
zapomniały o mnie. – Nie połapał się, że cię nie ma, a notatki później ci 
skseruję.

– To teraz nawijajcie. – W sumie mnie zaciekawiły. Przystojniak wywołujący 
takie emocje? Musiał być naprawdę niezły. – Co to za jeden, ten nowy?

– Nikt jeszcze nic o nim nie wie. – Ewka stanowiła zawsze tajne źródło 
informacji. Jeśli nawet ona nie ma żadnych „przecieków”? Tajemniczy gość. 
Coraz   lepiej.   –   Wysoki,   opalony,   a   zbudowany…   Poezja!   Przystojny   jak 
z obrazka.

– No, a jakie ma ślepia?! – Patrycja mnie zadziwia. Nie pamiętam, kiedy 
ostatni raz tak szalała. – Prawie czarne, po prostu cudne.

– A ty jak zwykle, romantyczka. – Wiolka, jak to Wiolka, zawsze do sedna 
sprawy. – Powiedz jej lepiej, jaki ma tyłek.

– Magda, patrz, idzie!

– Gdzie? – Odwróciłam się i zamarłam.

4 | 

S t r o n a

background image

O   cholera!   Piotr.   Moja   wakacyjna   porażka.   Na   dodatek   widział   mnie 
z Marcinem. Niedobrze. Gdybym umiała się czerwienić, strzeliłabym takiego 
buraka, jakiego jeszcze ta uczelnia nie widziała. 

Obóz   letni,   no   tak.   Niedawno   z   niego   wróciłam   i   byłam   w   zasadzie 
usatysfakcjonowana   rozrywkami,   jakich   mi   dostarczył.   Poza   jednym 
zgrzytem…

Wybrałam się na ten wywczas pod chmurką, bo dość już miałam wakacji ze 
starymi.   Patrząc   z boku,   każdy   popukałby   się   w   głowę…   Zrezygnować 
z Ibizy, Malibu lub innego podobnego luksusu? Oczywiście. Z całą radością, 
na jaką mnie stać. I naprawdę nic w tym dziwnego. Robienie za przyzwoitkę 
własnych rodziców to żadna atrakcja. Od kiedy pamiętam, ciągali mnie po 
egzotycznych   miejscach,   a   jedyne   wspomnienia,   jakie   mam,   to   ich 
obściskiwanie,   migdalenie   się   i   takie   tam.   Ile   można?   Nie   wspomnę   już 
o jękach zza ściany przez pół nocy. 

Gdy   tylko   miałam   taką   możliwość,   wypięłam   się   na   rajskie   plaże 
i ekskluzywne   kurorty.   Sto   razy   bardziej   wolałam   włóczyć   się   po   lesie, 
biwakować, a jeśli już spiekać dupkę, to na Mazurach. A polscy ratownicy 
przeważnie nie ustępowali swoim zagranicznym kolegom i stanowczo łatwiej 
się   z   nimi   dogadać.   Tak!   Opalone,   umięśnione   ciałka   to   widok,   którym 
chętnie pasę oczy. Zresztą nie tylko to.

Jak go zobaczyłam, siłą woli powstrzymałam się, by nie paść na kolana i nie 
zacząć się do niego modlić. Po prostu boski. Najgorętszy ratownik, jakiego 
miałam szansę podziwiać.

Szedł teraz w moim kierunku i chociaż był kompletnie ubrany, stanęły mi 
przed  oczami obrazy, które nie dawały o sobie zapomnieć. Potrząsnęłam 
głową, aby je odgonić. Nie teraz. Wyglądał naprawdę apetycznie. Wytarte, 
dopasowane jeansy, T-shirt opinający szeroką klatę i czarna znoszona skóra. 
I te potargane włosy, jakby przed chwilą wstał z łóżka. Hmmm. Taki mój typ. 
Niegrzeczny chłopiec. Właśnie takich lubiłam najbardziej.

5 | 

S t r o n a

background image

Dostrzegłam   pogardę   w   jego   oczach   i   zadziałałam   impulsywnie.   Dopiero 
potem zdałam sobie sprawę, że nie zadrwiłam z niego, tylko raczej z siebie. 
Wyszłam też przy okazji na pustą i ograniczoną pannicę. Czasem powinnam 
się ugryźć w język. Teraz jednak wściekłam się na niego i wypaliłam:

– Jak tam wakacje? Pracowite? Ratownikom chyba nienajlepiej płacą, co?

– Płacą, jak płacą – odezwał się niskim, gardłowym głosem. Ciarki miałam 
wszędzie. – A wakacje… powiedzmy, że nie tak rozrywkowe jak twoje.

Odwrócił się na pięcie i odszedł.

– Magda, ty go naprawdę znasz?! – krzyczały jedna przez drugą. – Jak? Skąd? 
Opowiadaj.

I co ja im mam, do jasnej cholery, powiedzieć? Przecież nie przyznam się, jak 
to   było   naprawdę.   Nie   ma   mowy.   Prędzej   zatańczę   nago   na   najbliższej 
imprezie. Chociaż nie, tego raczej nie zrobię, no chyba żebym się skuła na 
sztywno,   a   staram   się   unikać   przeginania   z   procentami   po   ostatnim 
sylwestrze. 

– Ot, ratownik na obozie. – Udawałam nonszalancję. – Jeden z wielu.

– Nie gadaj. – Patrycja mnie naprawdę zadziwia. – On na pewno nie ginie 
w tłumie.

– Nie zaciągnęłaś go w krzaki? – To oczywiście Wiolka. – Nie poznaję cię. Od 
kiedy odpuszczasz takie okazje?

Kurwa! Za dobrze mnie zna. Nawet z tymi krzakami prawie trafiła. W końcu 
od   krzaków   do   drzew   całkiem   niedaleko.   A   tamto   drzewo   na   długo 
zapamiętam   i   na   pewno   nie   z   powodu   drzazg   w   plecach.   Tylko   obiekt 
obdarzony moimi względami niestety nie ten.

6 | 

S t r o n a

background image

– A za kogo wy mnie macie? – warknęłam, nieźle już sfrustrowana. Coś im 
jednak muszę rzucić na pocieszenie. – Czy ja przypominam sukę z wieczną 
cieczką?

–   Hej,   nie   szalej!   –   Ewka   łagodziła   mój   gniew.   –   Myślałyśmy,   że   nie 
przepuszczasz takim przystojniakom.

– No to mamy wyjątek od reguły. – Może jednak uniknę odpowiedzi na 
niewygodne pytania? Przynajmniej na razie?

– Dobra laski. – Patka na szczęście zmieniła temat. – Co robimy wieczorem?

– Jak to? Nie pamiętasz? – Wiolka wyglądała na szczerze zdziwioną. – Dziś 
impreza w Caro. Będzie ostro, zobaczycie.

– A co planujesz tym razem? – Ewa powoli zaczynała się bać. W sumie, to się 
jej   nie   dziwię.   Rudzielec   bywa   przerażający.   A   jej   pomysły…   Bez 
komentarza. Nawet ja czasem przy niej wymiękam. – Bo jeśli odwalisz szopkę 
jak przed wakacjami, to ja odpadam.

– Ja sobie daruję na pewno. – Dziwne, ale jakoś zatęskniłam za domowymi 
pieleszami. Widząc ich zdziwione miny dodałam: – Jakoś przeżyjecie raz 
beze mnie. Świat się nie zawali.

– Magda nam dorośleje. No, no! – Śmiały się jak głupie. Czy to aż takie 
dziwne, że nie mam ochoty? Gdyby znały prawdziwy powód, dopiero by się 
tarzały z radości. – I co z nią zrobimy?

– A róbcie, co chcecie, ja spadam.

Został jeden wykład. Tyle wytrzymam. Jakoś muszę, a potem zaszyję się 
w moim przytulnym mieszkanku, daleko od tych wariatek, od starych i od… 
Piotra! Tak, to dobry plan.

7 | 

S t r o n a

background image

Zdawałam sobie sprawę, że podwijam ogon pod siebie, co zdarzało mi się 
niezwykle   rzadko.   Dzisiaj   nie   miałam   jednak   siły   na   nic.   Szok   wywołał 
u mnie zadziwiające zachowanie. Jutro będę znowu sobą, a dziś… Muszę 
sobie poukładać pewne sprawy i emocje. Tego właśnie potrzebuję. 

Dużo później zdałam sobie sprawę, że moja reakcja stanowiła ucieczkę, do 
czego nie chciałam przyznać się nawet sama przed sobą. Według schematu 
powinnam rzucić się w wir zabawy i wyrwać sobie jakiegoś kolesia na otarcie 
łez. I nie tylko łez, oczywiście.

Kiedy mogłam już opuścić to ponure gmaszysko, z niespotykaną u mnie siłą 
i rozmachem otworzyłam wielkie drewniane drzwi uczelni, i wypadłam na 
zewnątrz. Chwilę później stałam już na parkingu. Szczęście nie trwało jednak 
długo. Tuż przy moim autku pojawił się nie kto inny jak Robert. Niech 
jeszcze i to.

Mój, tak zwany, chłopak. Posiadałam takowego, bo tak wypadało, choć nie 
nazywałabym tego jakimś szczególnie wielkim związkiem. Spotykaliśmy się 
czasem, chodziliśmy na imprezy i do łóżka. I tyle. Nie był nawet za dobry 
w te klocki, ale zawsze pod ręką. To chyba jego jedyna zaleta.

– Puszczałaś się na obozie letnim, tak? – syknął gniewnie. O matko! Jeszcze 
on? Za jakie grzechy?

– Daj spokój, o co ci chodzi?

– Z tym nowym? – Zaczynał mnie drażnić.

– Przeginasz!

– To pewnie z kimś innym. Jemu nie dałaś, to ci dociął. – Fakt, że zbliżył się 
do prawdy, zirytował mnie jeszcze bardziej.

– Przestań, bo się pogniewamy!

– Najpierw powiesz mi, z kim się bzykałaś! 

8 | 

S t r o n a

background image

Tu już pojechał po bandzie, nie wytrzymałam i wyrzuciłam z siebie, ostro 
wkurwiona, pierwsze, co mi przyszło do głowy, a nie była to najrozsądniejsza 
odpowiedź, jakiej mogłam udzielić:

– Z całą armią ratowników, a na tego nowego już nie starczyło mi sił…

Zobaczyłam   przed   nosem   rękę   Roberta.   Nie   miałam   szansy   się   uchylić. 
Stałam za blisko. Cóż to będzie za piękny „liść”.

9 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  II

Jednak nie dostałam  w twarz. Na chwilę przed  spodziewanym piekącym 
bólem,   zauważyłam   gwałtowny   ruch   z   mojej   lewej   strony.   Ktoś   złapał 
Roberta za rękę. Nie tylko ją zatrzymując, ale i wykręcając boleśnie, bo mój 
„chłopak” jęknął głośno i wypluł z siebie wiązankę niecenzuralnych życzeń 
pod adresem tego drugiego. A może też pod moim? 

– Nie zbliżaj się więcej do mnie – syknęłam. – To koniec! Rozumiesz?

– Ty dziwko! – Usłyszałam w odpowiedzi. Pięknie!

–   Uważaj,   co   mówisz.   –   Znajomy   głos   potwierdził   moje   przypuszczenia, 
wiedziałam   już,   kto   mi   przyszedł   z   pomocą.   Piotr   wykonał   kolejny 
gwałtowny ruch i zawinął ramię wierzgającego napastnika na jego plecy. To 
zapewne bolało, ale jakoś nie było mi go żal.

– Nie musiałeś! – Co innego mogłam powiedzieć? Może: „Dziękuję chodzący 
ideale! You are my Hero!” No tak, a potem paść przed nim i bić pokłony. 
Niedoczekanie! – Poradziłabym sobie.

–   Tak!   Ze   spuchniętą   twarzą   da   się   żyć.   –   Ironię   miał   opracowaną   do 
perfekcji.

– Kwestia przyzwyczajenia.

Nie   wiem,   dlaczego   użyłam   akurat   takich   słów.   Dość   niefortunnie   to 
zabrzmiało. Nie zastanawiając się więcej i nie analizując zdziwionej miny 
Piotra, teraz to ja odwróciłam się na pięcie i oddaliłam w kierunku wesołego 
trio.   Na   szczęście   nie   widziały   uroczej   scenki   sprzed   paru   minut.   Dobre 
chociaż to. Na mój widok przystanęły. Nie mogły przecież inaczej.

–   Hej,   laski.   Jednak   zmieniłam   zdanie   –   wypaliłam,   zanim   którakolwiek 
zdążyła się odezwać.

– Idziesz z nami? – krzyknęły chórkiem.

10 | 

S t r o n a

background image

– Z Robertem? – zapytała niepewnie Patrycja.

– Skończyłam z nim!

– Nie za bardzo było co kończyć. – Filozoficznie powiedziane. Rzadko się to 
Ewce zdarzało.

– Właśnie. – Po co, tak właściwie, ciągnęłam to tak długo?

– Definitywnie masz go z głowy? – Patka to jednak strasznie konkretna baba. 
Dla niej wszystko trzeba dopowiedzieć do samego końca.  

– Bardziej już się chyba nie da. – I to prawda. Nieodwracalność  mojego 
postanowienia to pewnik. 

– Super! Czyli dziś zapolujemy. – Wiolka jak zwykle o jednym, ale chyba za 
to uwielbiałam ją najbardziej.

– Nie może inaczej być! – Szeroki uśmiech wypłynął na moją twarz. Tak! 
Teraz zaczynam siebie poznawać. Oto ja! Nadchodzę.

* * *

– Cicho, wariatki – szepnęłam konspiracyjnie. – Popatrzcie tylko kto tam 
siedzi.   –   W   Caro   zebrało   się   dużo   ludzi,   nie   na   tyle   jednak,   żeby   go 
przeoczyć.

– Faktycznie. – To oczywiście Ewka. Jak zwykle odezwała się o parę tonów 
głośniej, niż wypadało. Cała ona. – Nasze ciasteczko. Z równie apetycznym 
kolegą.

Kilkoro   najbliżej   siedzących   osób   zwróciło   uwagę   na   jej   emocjonalne 
wystąpienie.   Zdążyłam   się   już   przyzwyczaić.   W   jej   towarzystwie   zawsze 
można było liczyć na mniejszą lub większą żenadę. 

– Wiolka, do dzieła! – Pati nie grzeszyła odwagą, ale podjudzanie to zupełnie 
inna sprawa. – Niepowtarzalna okazja.

– Sama byś spróbowała. W końcu masz czym zakręcić. 

11 | 

S t r o n a

background image

Na   te   słowa   Ewki   wybuchłyśmy   śmiechem.   Patrycja   posiadała   chyba 
najchudszy tyłek, jaki w życiu widziałam (ale też i najdłuższe nogi z całego 
roku, musiałam to przyznać).

Nasze chichoty zwróciły w końcu uwagę dwóch przystojniaków siedzących 
po drugiej stronie baru. Zaintrygował mnie blask czarnych oczu. Na czyj 
widok   tak   zalśniły?   Nie   miałam   co   liczyć,   że   to   ja   stanowię   ten   obiekt. 
Gardził   mną   i   tego   nie   ukrywał.   Więc   która   z   nich   wzbudziła   jego 
zainteresowanie? Cholera! To niepojęte, ale ja chyba… Jestem zazdrosna?

Nie! Nie dopuszczam do siebie nawet takiej myśli. To po prostu… czy ja 
wiem? Frustracja? Tak, to lepsze określenie. Gniew, rozczarowanie i takie 
tam. Trochę by się tych uczuć znalazło.

Skupiłam się na koledze Piotra. Tu nie miałam żadnych wątpliwości. Pożerał 
wzrokiem właśnie mnie. Dobrze. Zaczynamy zabawę.

Nie musiałam się wcale wysilać, facet był już ugotowany. Kilka uśmiechów 
wystarczyło. Omijałam tylko spojrzeniem naszą uczelnianą świeżynkę. On za 
to, patrzył na mnie z naganą i niechęcią, aż nazbyt czytelnie wypisaną na 
twarzy. Nie podobało mi się to. 

Burzliwa   dyskusja   po   drugiej   stronie   baru   przyniosła   oczekiwane   efekty. 
Tego się oczywiście spodziewałam.

– Dziewczyny, możemy się do was dosiąść? – Pytający był wysokim, dobrze 
zbudowanym szatynem, z twarzą całkiem do rzeczy i najbardziej niebieskimi 
oczami, jakie ostatnio widziałam. Głos troszkę nie pasował do reszty (ciut za 
wysoki, jak na tak postawnego faceta), ale to szczegół. – Mam na imię Marek. 
– Minimalnie odwrócił głowę, patrząc na swojego towarzysza, stojącego krok 
za nim. – Piotrka chyba znacie?

– Ależ oczywiście! – Entuzjastyczny wykrzyknik Ewki, może lekko nie na 
miejscu,   potwierdzał   tylko   jej   charakter.   Stanowił   wizytówkę.   Idzie 
przywyknąć.

12 | 

S t r o n a

background image

– Czy to odpowiedź na oba pytania? – Szeroki uśmiech zagościł na twarzy 
mojego świeżo upieczonego adoratora.

Piotr dla odmiany nie miał zbyt radosnej miny. Stwierdziłam z satysfakcją, że 
jest ciut gburowaty. Nareszcie jakaś wada. Zacznę je spisywać. Przecież tak 
wyglądający facet musi posiadać masę wad. Ideały nie istnieją!

Wieczór przybrał dość nietypowy obrót.

Patrycja z Ewką szalały na parkiecie, tylko od czasu do czasu zaszczycając nas 
swoim   towarzystwem.   Ruda   wampirzyca   pracowała   usilnie   nad   naszym 
nowym kolegą ze studiów. Wdzięczyła się do niego i flirtowała. Kto oparłby 
się takiej lasce? On jednak był raczej niepodatny na jej wdzięki. Obserwował 
za to, z rosnącym niezadowoleniem, pogłębiającą się zażyłość między mną 
a jego przyjacielem. Myślał zapewne, że nikt tego nie zauważa. Ja widziałam.

–   Piotrusiu...   –   Usłyszałam   najbardziej   uwodzicielski   ton   głosu   Wiolki, 
pochodzący z zestawu przygotowanego na niczego niespodziewających się 
samców. – W następną sobotę impreza u Pietrola. Będziesz, prawda?

– Raczej nie. – Rzucił przelotne spojrzenie w moją stronę.

Obserwowałam ich kątem oka. 

–   Nie   żartuj!   Dlaczego?   –   Rudzielec   zatrzepotał   rzęsami,   z   niemal 
prawdziwym smutkiem na twarzy.

– Mam mało wolnego czasu. – I znów nie patrzył na nią, tylko na mnie. Co 
jest?

– Nie daj się prosić. – Uśmiech nr 1 miał powalającą moc. Zawsze działał. – 
Będą wszyscy, których warto znać.

–   Naprawdę   nie   wiem,   czy   dam   radę.   –   Mięknie?   Wiolka   to   jednak 
zawodowiec.

–   A   co   innego   można   robić   w   sobotni   wieczór?   –   Autentyczne 
zainteresowanie odmalowało się na jej twarzy. 

13 | 

S t r o n a

background image

 – Uwierz! Wiele rzeczy…

Nie wytrzymałam. Strasznie mnie drażnił. To potępiające spojrzenie… 

– Na przykład ratować tonące dziewice? – Okropna ze mnie zołza. – Och, 
zapomniałam, nie mamy tu żadnego jeziora!

– Gardzisz każdą pracą… czy tylko moją?

Jeśli już, to gardzę tobą, odpowiedziałam mu w duchu. To jednak nieprawda. 
Podobał mi się coraz bardziej. I to mnie doprowadzało do szewskiej pasji. 
Chciałam go i wiedziałam doskonale, że nie ma na to żadnych szans. Zbyt 
dobrze pamiętałam wyraz jego twarzy, gdy przyłapał mnie z Marcinem na 
tym nieszczęsnym obozie. Teraz też, na każdym kroku, udowadniał mi, że to 
on gardzi mną i wszystkim, co sobą reprezentuję.

– Zgadnij. – Nie zamierzałam ciągnąć tematu. Już nie pierwszy raz Piotr 
spowodował, że to ja poczułam się głupio, zamiast niego. Jak on to robi?

Lekko się uśmiechnął i zwrócił w kierunku prawie wiszącej na nim „kocicy”.

– Dobra. Postaram się. Podasz mi adres i zobaczymy.

Więcej   nie   słyszałam.   Zainteresowałam   się   (a   przynajmniej   bardzo   się 
starałam) słowami Marka.

– Jakim cudem do tej pory się nie spotkaliśmy?

– Szokujące, prawda? – Z mojego głosu nie mógł wywnioskować, co w tej 
chwili myślałam. Kolejny punkt dla mnie. Jestem jednak niezłą aktorką.

– Koniecznie musimy nadrobić stracony czas…

– Masz jakieś propozycje? – Wywołuję wilka z lasu. To pewne.

– Kilka.

Będąc całkiem szczerą, przynajmniej sama przed sobą, powinnam przyznać, 
że jego obecność coraz mniej mi odpowiadała. Stanowczo zbyt gładki i nie 
chodzi mi tu o jego facjatę. Powiedziałabym nawet, że to taki oślizgły typ. 

14 | 

S t r o n a

background image

Fałszem   śmierdział   na   kilometr.   Zazwyczaj   mi   to   nie   przeszkadzało 
w wyrywaniu facetów. Dziś jednak, wolałabym… 

Wcale nie! O czym ja w ogóle myślę. Skupiłam się na mojej ofierze. Szeroki 
uśmiech,   przelotny   dotyk,   nagłe   pochylenie   ciała   w   udawanym 
zainteresowaniu.   Tak,   koleś   nie   ma   szans.   Straciłam   jednak   całą   ochotę. 
„Konsumpcja”   zupełnie   nie   wchodziła   w   grę   (nie   chciałam   się   nawet 
zastanawiać,   skąd   ta   zmiana).   Sprawdzę   tylko,   na   ile   po   dzisiejszym 
wieczorze będzie należał do mnie. Lub inaczej mówiąc, jak bardzo będzie 
mnie chciał. To mi wystarczy. Połechce moje ego. Plus – zagram na nosie 
nadętemu zarozumialcowi, o którym jednak nie potrafiłam przestać myśleć. 
Piotr (jakby czytając w mojej głowie – oby nie) wyglądał na coraz mniej 
uszczęśliwionego.   Świetnie!   To   oczywiste,   że   zachowuję   się   jak   dziecko. 
Czym   bardziej   ganił   mnie   wzrokiem,   tym   mocniej   się   nakręcałam.   Mój 
podryw stracił trochę na subtelności, ale Markowi to nie przeszkadzało. 

Wszystko szło według planu, jasno wyznaczoną ścieżką. Do czasu…

15 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  III

Zostaliśmy sami przy stoliku. 

– Magda, naprawdę musisz? – Piotr odezwał się po dłuższej chwili milczenia.

– A tobie o co chodzi? – Doskonale wiedziałam, o co pyta. Szczerze, to 
obawiałam się tej rozmowy. Wiedziałam, że nadejdzie na nią moment. Nie 
spodziewałam się tylko, że tak szybko.

– Dlaczego taka jesteś? Nie odpuścisz żadnym męskim gaciom?

Tego już za wiele! Za kogo on się uważa?

– Swoje możesz uznać za bezpieczne! – wypaliłam w czystym, niczym nie 
zamaskowanym gniewie.

– Spokojnie. Nie unoś się tak.

– Bo co? – Wiedziałam, że zachowuję się dziecinnie, ale ten facet jednym 
słowem potrafił obudzić we mnie potwora.

– Dlaczego to robisz? – powtórzył pytanie.

– A cóż takiego? – Czułam, że wychodzę na idiotkę. Nic jednak nie mogłam 
na to poradzić.

– Nie udawaj, Magda. Doskonale widzę, co się dzieje.

Czy rzeczywiście wiedział, co ja wyrabiam? Zdawał sobie sprawę, że to tylko 
szopka? Czy może uważał mnie za sukę, która nie przepuści nikomu? Obie 
wersje raczej mało pochlebnie o mnie świadczyły.

– Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi. – Brnęłam dalej.

– Jakoś   mnie nie  przekonałaś.  No więc?  –  Spojrzałam   mu  w oczy.  I  to, 
stanowczo,   był   mój   błąd.   Na   ich   czarnym   dnie   czaiło   się   coś,   co   mnie 
przeraziło. Współczucie?

16 | 

S t r o n a

background image

– A czemu cię to tak bardzo interesuje? – Przeciągałam sprawę.

Nic nie odpowiedział. Patrzył tylko na mnie tak intensywnie, jakby chciał 
zajrzeć mi w duszę. To ci się nie uda, kochanieńki. 

– Dlaczego podrywam Marka? – Sarkazm aż kapał z moich ust. – Bo ma 
gładką buźkę? Niezłe ciało?

– Nie jesteś chyba aż tak zdesperowana? – Czy mi się wydawało, czy przez 
jego twarz znów przemknęła pogarda?

– Zdesperowana? – prychnęłam gniewnie. – To o tym teraz rozmawiamy?

– Skoro tak uważasz?

– Ciekawi mnie raczej, co ty uważasz… Że się puszczam, tak? – Wściekłam 
się na niego. Jak mogłam dopuścić, by ta rozmowa zeszła na takie tory? Jak 
mu się udało skłonić mnie do przyjęcia pozycji obronnej?

– To ty powiedziałaś. – Wzruszył ramionami.

– Ty nie musiałeś! Masz to wypisane na twarzy. – Kipiałam ze złości. 

– Zawsze jesteś przekonana o swoich racjach?

– Gdy mam tak namacalne dowody? – Spiorunowałam go wzrokiem. – To 
tak!

– Kiedyś się przekonasz, jak łatwo się pomylić.

Wieczór zakończył się dość wcześnie. W końcu środek tygodnia nie sprzyja 
baletom   do   białego   rana.   Jak   również   początek   roku   akademickiego. 
Przynajmniej na „dzień dobry” trzeba zachować jako taką jasność umysłu. 
Zrobić tak zwane dobre wrażenie…

Do   domu   trafiłam   po   północy.   Wcześniej   jednak   miałam   wątpliwą 
przyjemność spaceru z Markiem. Dlaczego wątpliwą? No cóż! Podryw udany, 
facet  już  niekoniecznie.   Fakt,  że  nie   mam   zbyt   wysokich   wymagań  jeśli 
chodzi o IQ „ofiary” nie oznacza, iż lubię spędzać czas z idiotami. A ten 
w zasadzie zaliczał się do takiej kategorii. Czy był taki na co dzień, czy 

17 | 

S t r o n a

background image

zgłupiał   w   moim   towarzystwie   –   nie   miało   znaczenia.   Nie   trawię 
ćwierćinteligentów i już!

Na szczęście nie mieszkałam daleko. Jakoś to przeżyję.

– Chyba nie bardzo lubisz Piotrka? – zapytał nagle mój towarzysz. – Coś ci 
zrobił?

Jestem   pewna,   że   nie   chciałbyś   wiedzieć.   Nie   powiedziałam   tego   jednak 
głośno. Przy nim jakoś potrafię ugryźć się w język. Czemu nie wychodzi mi 
tak samo przy seksownym ratowniku? Pytanie za sto punktów!

– Drażni mnie. – Asekuracyjnie i w miarę kulturalnie. Dyplomacja górą. – 
A skąd się znacie?

Nie wiem dlaczego, ale zaczęło mnie to interesować. Posiadali tak różne 
osobowości. Na dokładkę Piotruś chyba martwił się o swojego przyjaciela. 
Z mojego powodu. Jak źle musiał o mnie myśleć? Nie mam ochoty teraz tego 
roztrząsać.

– W sumie z piaskownicy. – Marek wyszczerzył się przy tych słowach, jakby 
błysnął najlepszym dowcipem. O Boże! Kretyn!

– To on pochodzi stąd? – szczerze się zdziwiłam.

– No tak! – Jak się już zdążyłam wcześniej przekonać, stanowił przykład 
męskiej plotkary. Typowy gaduła. Czemu nie pociągnąć go troszeczkę za 
język? Nikomu to nie zaszkodzi, prawda? – Studiował w Wa-wie, ale musiał 
wrócić   na   stare   śmieci.   Chyba   coś   z   matką,   tak   słyszałem.   –   Gruba 
zmarszczka pojawiła się na jego czole. On naprawdę myślał? Szokujące! – Nie 
miałem okazji jeszcze z nim o tym pogadać. Dopiero wrócił.

–   Przyjaźnicie   się?   –   To   coraz   dziwniejsze.   Piotr   sprawia   wrażenie 
inteligentnego kolesia, a ten tu… Bez komentarza!

– Oczywiście! – odpowiedział lekko urażony pytaniem. Gdyby wiedział, co 
o nim naprawdę myślę, poczułby się o niebo gorzej! – Co prawda, rzadko się 
ostatnio widywaliśmy…

18 | 

S t r o n a

background image

– A te ostatnio, to ile? – Z prostakiem gadasz po prostacku. Proste!

– Kilka lat. – Czyżby się zawstydził? – A gdy wyjechał na studia, to prawie 
wcale się nie spotykaliśmy. Piotrek to ostro zajęty facet.

–  Zauważyłam   –  rzuciłam   z  przekąsem.   Myślami   byłam   jednak   zupełnie 
gdzie indziej.

Wolałabym znajdować się teraz na miejscu Wiolki. Tej to się pofarciło. Fakt, 
że musiała użyć sporej dawki perswazji, ale dopięła swego. Ją odprowadzał 
inteligentny   gość   z   powierzchownością   modela   (choć   także   piekielnie 
irytujący), a mi przypadł w udziale nieźle wyglądający idiota. Życie nie jest 
sprawiedliwe!   Patrycja   z   Ewką   pojechały   taksówką,   uciekając   przed 
nachalnymi adoratorami, którzy przykleili się do nich na parkiecie. Też bym 
przed nimi uciekła. I nie tylko przed nimi, będąc szczera.

Normalnie pewnie zaprosiłabym moją „zdobycz” na górę. Przynajmniej na 
tak zwaną kawę. A może nawet na prawdziwą kawę ze śniadaniem, ale nie 
Marka! Jego na pewno nie!

– Zobaczymy się jeszcze? – To bardzo niewygodne pytanie.

–   Na   pewno.   –   Znowu   asekuracja.   Co   ja   wyprawiam?   „Spadaj   kretynie” 
cisnęło mi się na usta. Została mi jednak jeszcze odrobina kultury, więc się 
powstrzymałam.

– A tak konkretnie? – Nie ustępował.

Uparciuch! Jak się go delikatnie pozbyć?

– Jestem cholernie zajęta. – Po chwili jednak dodałam, żeby złagodzić ostrą 
odmowę: – Daj mi swój numer. Zadzwonię. – Oczywiście nie miałam takiego 
zamiaru.

Marek jednak łyknął to jako dobrą monetę. Czy aż taki z niego głupiec? 
Każdy   by   się   połapał,   że   to   wykręt.   Najlepszy   sposób   na   pozbycie   się 
niewygodnego adoratora. No cóż, nie grzeszył inteligencją.

19 | 

S t r o n a

background image

Szybciutko go zaklasyfikowałam. Czy jednak się nie pomyliłam? 

Ostatnie spojrzenie i… Zastanowił mnie wyraz jego twarzy. A w oczach 
czaiło się coś dziwnego. Czyżby on też był niezłym aktorem? Tylko jaki sens 
ma robienie z siebie idioty? Na pewno nie pomaga to w zaliczaniu panienek. 
Hmmm.   Czy   czasem   to   ja   nie   dałam   się   wykorzystać?   A   przynajmniej 
wmanewrować w sytuację, nad którą nie panowałam? Czy traktując go jak 
bezmózga,   przypadkiem   nie   powiedziałam   więcej,   niż   powinnam? 
Analizowanie tego nie miało w tej chwili większego sensu. Co się stało, to się 
już nie odstanie. Muszę się po prostu bardziej pilnować. Nie widziałam tylko 
w zachowaniu Marka żadnej logiki. To temat do głębszego przemyślenia, ale 
nie dziś.

W   ostatniej   chwili   uchyliłam   się,   nadstawiając   policzek.   Trochę   refleksu 
jeszcze mi zostało. Zwyczajnie nie miałam ochoty się z nim całować. To 
w sumie   niespotykany   u   mnie   stan,   ale   nad   tym   też   nie   chciałam   się 
zastanawiać, przynajmniej nie teraz. Odetchnęłam z ulgą, gdy sobie poszedł, 
a ja znalazłam się po drugiej stronie drzwi od mieszkania. Mój azyl!

Tej  nocy  kiepsko  spałam.   Zanim  jednak  w ogóle  zasnęłam,   wróciłam   do 
rozmowy   z   Piotrem.   Dlaczego   taka   jestem?   Dobre   pytanie.   Czy   ja   sama 
znałam na nie odpowiedź? Zastanawiałam się długo, przewracając z boku na 
bok. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. 

Rozwiązanie było dość oczywiste. Nie wierzyłam w miłość. Ani w żadne 
podobne   bzdury.   To   bajeczki   dla   naiwnych.   W   życiu   nie   zdarzają   się 
szczęśliwe zakończenia. Zawsze ktoś kogoś wykorzystuje. Ja postanowiłam, 
że   nie   będę   jak   moja   matka.   Nie   dam   sobie   wejść   na   głowę.   Biedna, 
zakochana   kobieta,   czekająca   z   „ciepłymi   kapciami”   na   mężusia,   który 
przyprawia jej rogi na każdym kroku. To, na pewno, nie będę ja!

Następnego dnia na zajęciach (studiuję prawo, wspominałam już?) przeżyłam 
prawdziwy szok. A raczej niemal załamanie psychiczne. Ten pajac od prawa 
karnego ma jakiś radar, czy co? Wie doskonale komu się będzie najgorzej 
razem pracowało i wykorzystuje to z dziką satysfakcją? Tak właśnie czułam, 

20 | 

S t r o n a

background image

gdy   wyczytał   mnie   razem   z…   oczywiście,   Piotrem.   Jak   pech,   to   pech! 
Wspólny projekt? To będzie największa porażka w historii tej uczelni! 

– Jak się umawiamy? – Jego seksowny głos wyrwał mnie z zamyślenia.

– A musimy?

– Widzę, że znowu masz ochotę się posprzeczać…

– Ja? Ależ skąd! Myślę tylko, jak się z tego wymiksować. – Wiedziałam, że 
nie ma takiej opcji, ale pomarzyć można.

–   Marzenia   to   piękna   rzecz.   –   I   niech   mi   ktoś   powie,   że   on   nie   czyta 
w myślach.

– Żebyś wiedział. – Poziom adrenaliny niebezpiecznie mi się podniósł.

– Jakoś przez to przebrniemy. – Zagapiłam się na jego pocieszający uśmiech. 
No pięknie. Zachowuję się jak napalona małolata.

– Skoro musimy…

– Jutro po wykładach w bibliotece, pasuje? – zapytał rzeczowym tonem, już 
bez cienia uśmiechu. – Chyba że masz inny pomysł?

– Jutro? – Tak szybko? Liczyłam, że będę miała trochę czasu, by oswoić się 
z perspektywą   wspólnego   przesiadywania   nad   książkami.   –   Myślałam 
o przyszłym tygodniu…

– Magda. – Czyżby kpina? Nie, to było coś innego. Coś, co dużo mniej mi się 
podobało. – Czym szybciej zaczniemy, tym szybciej  będziesz mnie miała 
z głowy.

Tylko czy ja, aby na pewno, tego właśnie chciałam?

21 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  IV

Los   okazał   się   dla   mnie   łaskawy   i   dał   mi   trochę   więcej   czasu.   Na 
przygotowanie linii obrony, jak to żartobliwie nazwałam. Sytuacja jednak nie 
była wcale zabawna. Nie poznawałam sama siebie. Dlaczego tak kretyńsko 
zachowuję się w obecności Piotra? Co on ma w sobie takiego, że zupełnie 
tracę rozum, a przynajmniej opanowanie i zimną krew?

Robię się przy nim nerwowa, opryskliwa, a nawet zwyczajnie chamska. To 
do mnie niepodobne! Zupełnie! W sumie, doskonale wiedziałam, skąd to się 
wzięło. Nie chciałam tylko do tego wracać. Teraz jednak…

To po prostu poczucie klęski. Odrzucenie? Tak! Pierwszy raz mi się zdarzyło. 
Nigdy wcześniej żaden facet nie miał czelności… A na tym nieszczęsnym 
obozie…

* * *

No wiecie wy co? Olał mnie! Mnie? Jak on śmiał? Mi się nie odmawia! 
A może to gej? Tak, to jedyne wytłumaczenie. Pocieszona tym faktem, ale 
jednak nadal sfrustrowana, zabrałam się za jego kolegę, że tak powiem, po 
fachu. Ratownik to ratownik. A czy ten, czy inny, co za różnica? Trzy razy Z. 
To moje motto. Zainteresować, zaliczyć i zapomnieć! Tym razem nie będzie 
wyjątku.   Marcin   nie   miał   takich   oporów   jak   jego   nadęty   poprzednik. 
Powiedziałabym nawet, że chętnie podążył wyznaczoną przeze mnie drogą. 
Grunt to przekonać faceta (a nie jest to jakoś specjalnie trudna sprawa), że to 
on   mnie   podrywa,   a   potem   zalicza.   Niech   się   cieszy.   A   co?   Mam   gest. 
Łechtanie   ich   ego   to   najlepsza   metoda,   by   dostać   to,   czego   chcę.   Moja 
filozofia – banalnie prosta.

Nie wdając się w szczegóły, pozwoliłam się przelecieć jak pierwsza lepsza 
cichodajka. W lesie, pod drzewem. Wrażenia niezbyt ekscytujące. Marcin nie 
był jakiś rewelacyjny „w te klocki”, ale przynajmniej miał kondycję. To już 
coś. W sumie, czułam do siebie lekki niesmak. Moja leśna przygoda to wynik 

22 | 

S t r o n a

background image

gniewu,   rozczarowania   i   frustracji,   a   także   zbyt   dużej   ilości   alkoholu. 
I chociaż   potrzebowałam   cielesnego   wyżycia   się,   tak   naprawdę   chciałam, 
żeby jak najszybciej skończył.

On   jednak   miał   inne   plany.   Moim   skromnym   zdaniem   nie   bardzo   się 
spisywał. Mógłby się lepiej postarać. Gdy dostrzegłam, że ktoś się zbliża, 
początkowo zrobiło mi się trochę głupio, ale gdy rozpoznałam, kto to taki… 
Mój udawany orgazm wybuchł z niepohamowaną siłą. Piotr stanął jak wryty. 
Na   jego   twarzy   odmalowało   się   niedowierzanie   i   skrępowanie,   ale   zaraz 
zastąpił je, czy ja wiem… żal, jakiś rodzaj współczucia i… niesmak? A kim on 
jest, by oceniać innych? Księciunio! Może on tylko grzecznie w łóżeczku na 
misjonarza? Co ja pieprzę! Albo jeszcze nigdy? Prawiczek? Trudno uwierzyć, 
z takim wyglądem? Żadna go nie zaciągnęła w krzaki? A może, przy całej 
muskulaturze (imponującej, muszę przyznać), ma małego i się wstydzi? To 
dobre wytłumaczenie, ale wolę to z gejem.

– Hej, koleś! Trochę prywatności! Nie gap się i spadaj! – wysapał Marcin.

  – Nie przeszkadzajcie sobie. Już mnie nie ma – odpowiedział mimowolny 
podglądacz.

Spojrzał mi prosto w oczy i… poczułam się jak ostatnia najgorsza! Nagana 
w jego wzroku podziałała na mnie przedziwnie. I tak już zostało.

* * *

Jako że niespodziewanie  wypadło  mi wolne popołudnie  (Piotruś  odwołał 
nasze spotkanie w bibliotece – kamień z serca), postanowiłam zrobić coś 
wyłącznie dla siebie. Długo nie musiałam się zastanawiać co to miałoby być. 
Niedawno otworzyli nową siłownię, więc trzeba ją obadać.

Potrzebuję   się   czasem   trochę   spocić…   w   pojedynkę.   Uroda   i   kondycja 
kosztują! Nawet to zresztą lubię. Wyłączam się wtedy zupełnie. Skupiam 
całkowicie na swoim ciele. To miła odskocznia. Nie powiem, jest też czasem 
na co popatrzeć. Pakujące mięśniaki to całkiem uroczy obrazek. Jednak to 

23 | 

S t r o n a

background image

tylko bonus. Nie chodzę na siłownię tylko po to, by się ślinić jak niektóre 
panny. 

Tym razem poszłam sama, bez mojej obstawy. Dziewczyny miały jakieś tam 
swoje   sprawy.   Nie   wnikałam   w   to.   Nie   posiadałam   ich   przecież   na 
wyłączność. Niech się bawią, a ja troszkę popracuję nad sobą. Dobrze mi to 
zrobi.

Przebrałam się i wmaszerowałam na „salę tortur”. I jakież zdziwienie mnie 
spotkało, gdy pierwszą osobą, jaką zauważyłam, był nie kto inny, tylko facet, 
którego (z wielką ulgą) miałam dziś nie spotkać. Stanęłam jak wmurowana! 
Oczarowana   podziwiałam   ruch   jego   mięśni.   Co   prawda,   miał   na   sobie 
spodnie od dresu, ale góra… To inna sprawa. Podkoszulek niewiele zasłaniał, 
na dokładkę przylegał do ciała jak druga skóra. W tym momencie bieżnia 
wydała mi się niesamowicie kuszącym miejscem. A w połączeniu z takim 
zawodnikiem… Marzenie! 

Co ja najlepszego wyrabiam? Zanim zdążyłby mnie zauważyć, szybciutko 
przemknęłam w przeciwległy koniec sali. Wybrałam pierwszy lepszy sprzęt 
i usilnie starałam się nie zerkać na Piotra. Nie umknęło jednak mojej uwadze, 
że wszystkie dziewczyny, znajdujące się w tym pomieszczeniu, gapiły się 
właśnie na niego, mimo iż na siłowni nie brakowało osobników płci męskiej. 

Nie wstając, próbowałam zwiększyć obciążenie. Ten piruet nie mógł się udać. 
Już miałam się podnieść, gdy usłyszałam, tuż za sobą, dobrze mi już znany, 
seksowny głos:

– Pomóc?

– Dla mnie? – I znów to robię. Czy ja naprawdę nie potrafię z nim normalnie 
rozmawiać? – Jesteś tego najzupełniej pewny? – Na razie tylko ironia. Zaraz 
nadejdzie kolej gniewu.

– Gdy tak się zachowujesz… to raczej niekoniecznie.

– Świetnie! – I znowu wychodzę na idiotkę. Mam talent, bezsprzecznie! – 
Poradzę sobie sama.

24 | 

S t r o n a

background image

– Nie musisz. – Lekko się przy tych słowach uśmiechnął. Naprawdę był 
zniewalający. – To należy do moich obowiązków.

– Pracujesz tu? – Nie udało mi się ukryć zdziwienia. Zaczynam chyba powoli 
rozumieć, dlaczego nie ma czasu.

– Dorywczo. – I znów ten śliczniutki uśmiech. Czy on mnie chce zabić?

– Niech zgadnę, w wolnych chwilach pomagasz babciom w domu starców? – 
Jakoś tak mi się wyrwało.

– A jeśli nawet, czy to grzech?

– Ależ skąd – odpowiedziałam, a pod nosem mruknęłam, nie mogąc sobie 
odmówić: – Panie idealny.

– Mówiłaś coś? – Jestem prawie pewna, że mnie usłyszał.

– Zdawało ci się.

– Powiedzmy… – Legalnie się ze mnie zbija. A niech go!

– Tak w ogóle, to chyba się tu nie przepracowujesz, co?

– A ty, co? Inspekcja pracy? – Normalnie jedzie po mnie jak po rudej kobyle. 
Nawet zgrabnie mu to wychodzi, muszę przyznać. – A tak właściwie, to mnie 
śledzisz? Nękanie chyba podchodzi pod kodeks karny?

Zarozumialec! Ja ci pokażę!

– Jakże bym mogła inaczej.   To silniejsze ode mnie – zrobiłam teatralną 
pauzę. – Nie śpię po nocach,  myśląc, gdzież  to mnie, następnym razem, 
zaprowadzi twój trop.

– Dobre! – Roześmiał się. – Poczucia humoru nie można ci odmówić.

I tyle? To cała jego reakcja? Cholera!

A tak właściwie, co kryło się za jego słowami? Czego to można było mi 
odmówić? A raczej, co zarzucić? Nie potrzebowałam zastanawiać się nad 
odpowiedzią. Wiedziałam doskonale!

25 | 

S t r o n a

background image

– Właściwie, to przyszłam tu poćwiczyć, więc… – zawiesiłam znacząco głos.

Podczas   naszej,   tak   zwanej,   rozmowy   opierał   się   o   sprzęt,   na   którym 
usiłowałam  wypocić trochę tłuszczyku, teraz pochylił się w moją stronę. 
Owionął mnie jego zapach. Nie rozpoznałam żadnych ze znanych mi perfum. 
Czyżby to on tak pachniał? Straciłam na chwilę czujność i wtedy do moich 
uszu doleciał cichy, schrypnięty głos:

– Gdybyś mnie jednak potrzebowała… Wystarczy poprosić.

* * *

W   końcu   nadszedł   ten   dzień!   Przypadkowe   spotkania   i   nasze   potyczki 
słowne,   to   jedno,   ale   spędzenie   z  nim   kilku   godzin   sam   na   sam,   to   już 
niezgorsze wyzwanie. 

Przydałby mi się jakiś syropek dla spokojności. A może joga? W sumie nie 
widziałam żadnego  sensownego sposobu na przetrwanie tego popołudnia. 
Niech się dzieje wola nieba…

I tak się chyba właśnie stało, ale obłoki i cała reszta nie okazały dla mnie 
łaskawości. Dopóki skupialiśmy się na temacie, nie było nawet tak źle. Piotr 
to naprawdę inteligentny gość. Jednak wycieczki osobiste, to zupełnie inna 
sprawa. Te nie wychodzą na zdrowie, przynajmniej w naszym wypadku. Czy 
raczej należałoby powiedzieć: w moim?

Zaczęło   się   całkiem   niewinnie.  Zasada   procesowa

  in   dubio   pro   reo,   to 

dyrektywa, w myśl której wszystkie nie dające się rozstrzygnąć wątpliwości, 
należy tłumaczyć na korzyść oskarżonego. O to się pokłóciliśmy.

– I ciebie to nie rusza, że morderca wyjdzie na wolność, bo nie ma niezbitych 
dowodów popełnienia przestępstwa? – Nie mieściło mi się w głowie, jak mógł 
się tak upierać.

–   Mimo   wszystko,   nie   można   skazać  nikogo   na   podstawie   intuicji   – 
przekonywał mnie. – Więzienia pełne byłyby ludzi fałszywie oskarżonych, 
nie uważasz?

26 | 

S t r o n a

background image

– A tak ulice pełne będą bezkarnych zwyrodnialców – nie ustępowałam. 

– Magda, w ustawie jest wyraźny zapis: „nie dające się usunąć wątpliwości”.

–   Tak,   wiem.   Dopiero   po   wyczerpaniu   możliwości   dowodzenia,   można 
stwierdzić,   iż   mimo   przeprowadzenia   wszelkich   możliwych   czynności 
procesowych, istotnej dla sprawy okoliczności nie udało się ustalić.

–   Dokładnie.   Każda   dyrektywa   czemuś   służy,   ta   również.   I   trzeba   ich 
przestrzegać. – Znowu używał tonu wykładowcy. Zjadł wszystkie rozumy, 
czy co?

– A ja myślę, że ta akurat nie ma sensu.

– Czyli, co? Bierzesz tylko to, co ci pasuje? A resztę odrzucasz? To bardzo 
wygodne.

– Jasne, lepiej być sztywniakiem, kurczowo uczepionym nawet najbardziej 
bezsensownej reguły. Wszystko dla zasady, tak? – podniosłam głos.

– Bez nich bylibyśmy niczym – mówiąc to, spojrzał mi w oczy z dziwnym 
wyrazem twarzy.

Czyżbyśmy już nie mówili o prawie karnym?

– Cholera! Zejdź ze mnie! – wybuchłam. – Łatwo jest oceniać innych, no nie? 
A ty, co? Świętoszku ze skostniałym kręgosłupem moralnym. Na pewno masz 
jakieś wstydliwe sekrety. – Wszyscy dookoła zwrócili na mnie uwagę, ale nie 
umiałam się już powstrzymać. – Ja przynajmniej niczego nie udaję!

Wstając,   z   rozmachem   odsunęłam   krzesło   i   z   dumnie   uniesioną   głową 
opuściłam bibliotekę, nie zaszczycając Piotra ani jednym spojrzeniem.

27 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  V

Moja nowa, czerwona zabaweczka śmigała jak odrzutowiec, tylko o niebo 
ciszej. Miałam ją dokładnie od dwóch tygodni. To takie małe przekupstwo. 
Tatuś   sypnął   groszem.   Matka   w   sumie   i   tak   o   wszystkim   wie...   Czy   jej 
powiem, czy nie, jaka to różnica? On jednak chciał zachowywać pozory. No 
tak, idealne małżeństwo! Czy oni są poważni? To jednak nie moja sprawa. 
Skoro zamierzają się w to bawić, niech im będzie. Dopóki mnie nie ruszają, 
jest nieźle. A bonusy od tatusia? Czemu nie? Nie mam się co unosić honorem. 
I tak bym jej przecież nie powiedziała. Żyje o niebo szczęśliwiej, udając, że 
nie wie. Po co zakłócać tę ich „harmonię”? 

Tak   więc   nowe   autko…   Cudeńko!   Wypakowane   po   brzegi   moimi 
psiapsiółkami (tak je nazywałam, bo stanowiły raczej moją wierną świtę, niż 
prawdziwe   przyjaciółki,   jak   to   się   mówi:   od   serca)   i   jednym   (prawie 
gumowym) kolesiem. A może lepiej byłoby nazwać go przyssawką?

Zjechałam zatankować. Na szczęście są jeszcze stacje, na których nie trzeba 
się   przejmować   samoobsługą.   Tak   lubię.   Niech   brudną   robotą   zajmą   się 
„fachowcy”. 

W   bocznym   lusterku   zobaczyłam   mężczyznę   w   kombinezonie.   Sylwetka 
wydała mi się znajoma, muszę przyznać, że bardzo ponętna, mimo roboczego 
wdzianka. Wychyliłam się, żeby mu się lepiej przyjrzeć, dokładnie w tym 
samym momencie, w którym do mnie podszedł. Cudem udało mi się nie 
rozdziawić   gęby.   Piotr!   Od   kilku   dni   omijaliśmy   się   dużym   łukiem.   Ja 
starałam   się   go   nie   zaczepiać.   On   też   nie   wykazywał   zbyt   wielkiego 
zainteresowania   moją   osobą.   Wiedziałam   oczywiście,   że   projekt   nas   nie 
ominie, ale chyba oboje staraliśmy się odwlec nieuniknione. A tu nagle taki 
zonk. Cała tłumiona złość znów wypłynęła na wierzch, czułam ją pod skórą. 
Moje opanowanie to były niestety, tylko pozory.

28 | 

S t r o n a

background image

– Tu też zasuwasz? – Kpiący uśmiech bezwiednie pojawił się na mojej twarzy. 
Tak działał na mnie ten facet. A raczej jego spojrzenie. – Człowiek orkiestra.

–   Nie   każdemu   tatuś   opłaca   wszystkie   zachcianki,   łącznie   z   drogimi 
zabawkami.   –   I   o   dziwo,   nie   patrzył   na   moją   śliczniutką   furę,   tylko   na 
klejącego się do mnie Szymona.

Muszę przyznać, że nienajgorszy z niego obserwator. Szymon faktycznie był 
jak   droga   zabawka.   Szedł   z   tą,   która   dawała   więcej.   Przynajmniej 
teoretycznie. Lepszy wózek, lepsze ciuchy. Z taką laską chciał się pokazywać. 
Padło na mnie. No cóż…

– Moje zabawki są warte każdej wydanej złotówki. – Grunt to trzymać fason. 
Tylko czy ja faktycznie tak robiłam?

– Rzeczywiście? Polemizowałbym… – Zabiłabym go za ten uśmieszek!

– Może po prostu się nie znasz?

– Może… A może ja nie za wszystko muszę płacić. – I tu mnie miał. Palant!

Poczułam się, jakby mi dał w twarz. I oczywiście, szybciej zareagowałam, niż 
pomyślałam. Typowe.

– Umyj szyby, bo ja nie zapłacę za twoją szacowną pracę.

Wyprostował  się. Na twarzy nie drgnął  mu nawet mięsień.  Cholera, był 
dumny. W tym najbardziej pozytywnym sensie.

– Tak jest, proszę pani.

Spodziewałam się, że zasalutuje. Na szczęście tego nie zrobił.

Sporo   później,   sącząc   kolejnego   drinka,   nie   umiałam   pozbyć   się 
nieprzyjemnego   wrażenia.   Poczucia   winy?  A  przynajmniej  czegoś   bardzo 
zbliżonego.   Cholera,   naprawdę   mi   głupio   z   powodu   mojego   zachowania. 
Piotr   nie   zasłużył   na   takie   chamskie   odzywki.   Żadna   praca   przecież   nie 
hańbi. A czy ja zasłużyłam na jego pogardę? W sumie nie, ale… Dla takiego 
kolesia   z   zasadami   pewnie   wydawałam   się   strasznie   odpychająca.   To 

29 | 

S t r o n a

background image

nieprzyjemne odkrycie. Wcześniej zdawało mi się, nie, byłam przekonana 
o swojej wyjątkowości. Zadowolona z mojej filozofii życiowej. Teraz jednak 
czekało mnie zrewidowanie poglądów. Nie każdy musiał je akceptować. Nie 
każdy chciał je akceptować. Trudno mi się z tym pogodzić, ale dojrzewałam 
do stwierdzenia, że i tak Piotr jest taktowny. To ja go zaczepiałam, a on tylko 
odbijał piłeczkę. A przecież inny gość, na jego miejscu, już dawno wyzwałby 
mnie od szmat i kurew. W nim odnajdywałam coś… Sama nie wiem. Jakąś 
dumę   i   wyższość.   Tak,   stał   ponad   tym.   To   mnie   chyba   tak   irytowało. 
Zachowywał się, jakby był ode mnie lepszy.

W tak nieciekawym nastroju nie powinnam wybierać się na imprezę. Nie 
mogłam jednak nie pojawić się na domówce Pietrola. Od słowa do słowa, od 
drinka   do   drinka   i   przed   północą   byłam   już   „gotowa”.   Najzwyczajniej 
w świecie się upiłam. W sumie nie pierwszy i nie ostatni raz. Tylko nawalić 
się na smutno to nienajlepszy pomysł.

– Magda? Wciąż na naszej orbicie? – Strasznie zabawne. Patka to jednak ma 
irytujące poczucie humoru.

– Spokojnie! Jeszcze kontaktuję!

– No to słuchaj… – odezwała się, tuż za mną, Ewka. Nie powinnam tak 
gwałtownie się odwracać. Niebezpiecznie się zachwiałam. To, oczywiście, 
wina obcasów. Niczego innego. – Zachowujesz pion?

–   Boże,   ty   też?   Zejdź   ze   mnie,   dobra?   –   powiedziałam   to   ostrzej,   niż 
zamierzałam.

–   Ok.   Spokojnie.   No   więc…   opuszczamy   „lokal”.   Chłopaki   wyczaili,   że 
w „Admirale” jest dziś zajebisty klimat. Zwijamy się.

– Ja wysiadam. – Miałam już po prostu dość. – Pokręcę się tu jeszcze trochę 
i kierunek dom.

– Magda, wymiękasz?

– Wioluś, zwyczajnie nie mam ochoty – odpowiedziałam znużona.

30 | 

S t r o n a

background image

– To my spadamy! – Patrycja prawie podskakiwała z radości. Czym tu się tak 
emocjonować. Nie raz szalałyśmy w „Admirale” i wcale nie wspominam tego 
jakoś specjalnie fascynująco. No chyba że chłopaki, z którymi idą… – O! Jest 
tu chyba ktoś, kto cię pocieszy po naszym odejściu – rzuciła na odchodnym, 
a reszta zachichotała.

Znowu zbyt gwałtownie się odwróciłam i chwilę później już leżałam na 
podłodze. Teraz to naprawdę zakręciło mi się w głowie. Chyba trzymałam 
fason, właśnie do tej chwili. A moment, na utratę tego ostatniego, nie był 
zbyt idealny. Pomyślałam o tym, gdy ktoś dźwigał mnie z podłogi. Skąd ja 
znam ten zapach?

– Nieźle się urządziłaś. – Już znałam odpowiedź.

– Piotruś, jak zawsze rycerski do bólu – rzuciłam ironicznie. Chętnie jednak 
korzystałam z silnego ramienia, którym mnie podtrzymywał.

– Chodź, napijesz się kawy. Zalałaś się. – Objął mnie mocniej, prowadząc 
w stronę bodajże kuchni.

– Nie nudzi ci się odgrywanie roli bohatera? – paplałam lekko bez sensu.

– To zawsze jakaś rozrywka.

– Bawię cię? A może jest ci mnie żal? Co? – Zatrzymałam się, szarpiąc się 
z nim. 

Czy naprawdę chciałam, żeby mnie puścił? W sekundę zmieniłam zdanie. 
Przytuliłam się do niego, ustami dotykając jego szyi. Drgnął. Wysunęłam 
język i musnęłam  nagą skórę, znajdującą  się w jego zasięgu. Tym razem 
doczekałam się gwałtowniejszej reakcji, ale nie takiej się spodziewałam.

– Przestań! – Próbował mnie powstrzymać.

– Ale to takie przyjemne – szepnęłam, z wargami wędrującymi po odkrytej 
części jego karku. Smakował zajebiście. Nawet lepiej, niż pachniał.

– Robisz z siebie widowisko! – Czyżby drżał mu głos?

31 | 

S t r o n a

background image

– Widowisko? – Do ust dołączyły dłonie. Błądziłam po jego klacie. Chciałam 
więcej. – Dopiero mogę zrobić widowisko. Spektakl na dwóch aktorów.

W   tym   momencie   Piotr   chyba   się   ocknął,   bo   na   poważnie   zaczął   mnie 
powstrzymywać. Jedyne, co mi się udało, zanim dopiął swego, to włożyć rękę 
pod jego koszulkę i dotknąć brzucha. Boże, takiego kaloryfera to chyba nigdy 
nie miałam: nad sobą, pod sobą czy w jakiejkolwiek innej pozycji. Cudnie 
umięśnione ciałko. Oglądając go na plaży, nie raz wyobrażałam sobie, na ile 
jego mięśnie są…

– Przestań! To nie jest zabawne. – Złapał moje dłonie, odciągając od siebie, 
uniemożliwiając mi dalszą wędrówkę. Co za szkoda!

–   A   miało   takie   być?   –   Siliłam   się   na   kuszący   uśmiech.   Chyba   niezbyt 
zadowalająco to wyszło. Za dużo procentów.

– Magda, uspokój się – podniósł głos.

– Zapomnij! Mam na ciebie ochotę! – Samo się powiedziało. Bez mojej zgody.

– Zauważyłem – odpowiedział zrezygnowany.

– Jaki skromny! Już na obozie cię chciałam, a ty mnie olałeś. Nie lubisz jak 
panna przejmuje inicjatywę? – Rozkręcałam się. – Powiedz, jak lubisz. Ja nie 
będę protestowała. Zrobimy po twojemu.

–   Odwiozę   cię   do   domu.   –   Zgrabnie   się   wykręcał.   Także   od   moich 
nachalnych rąk.

– Nie ma mowy! Ja zostaję! – Nie będzie mną rozporządzał. Niedoczekanie!

Nagle pojawił się Pietrol, a tak właściwie to Mateusz, ale wszyscy używali 
jego   ksywy.   Tak   się   utarło.   Zmaterializował   się   obok   nas.   Z   nikąd.   Tak 
przynajmniej ja to widziałam. A ten zmysł miałam na sto procent lekko 
zaburzony.   Przytrzymując   mnie   silnym   ramieniem   (jakże   kuszącym,   na 
dokładkę), Piotr zwrócił się do gospodarza: 

– Masz tu jakiś wolny pokój? Ona musi się przespać.

32 | 

S t r o n a

background image

– Z tobą? Szybki jesteś, koleś! – Usłyszałam kpiącą odpowiedź. Policzymy się 
jeszcze za to, ale na pewno nie dziś.

 – Daj spokój! Zalała się w trupa. – Seksowne „ciasteczko” trochę przesadza. – 
Co miałbym niby z nią robić? Nekrofilia mnie nie interesuje.

– Nie bój się. Już ja cię przekonam, jak bardzo żywa jestem. – Język mi się 
troszeczkę   plątał,   to  fakt,  ale   ciało  posłuchało.   Wygięłam   się  w  kuszącej 
pozie.

– Nie wiedziałeś chyba komu spieszysz z pomocą? – Śmiech Pietrola zaczynał 
mnie   drażnić.   –   To   raczej   ona   pomoże   tobie...   Rozładować   napięcie!   – 
Mateuszek lekko przegina. – Koleś, luz! Drugie drzwi po prawej. Możecie 
zostać do rana.

W pokoju było ciemno.  Łóżko jednak dostrzegłam  bez trudu. Gdy  mnie 
puścił,   zwaliłam   się   na   nie   jak   kłoda.   Trochę   jednak   popłynęłam, 
a obiecywałam sobie, że spasuję. 

– Pójdę już. Prześpij się. Tego chyba potrzebujesz. – Do moich uszu dotarł 
jego (zatroskany?) głos.

– Wcale nie. Potrzebuję tego, czego nie chcesz mi dać – zaczynałam lekko 
bełkotać.

– Znajdzie się pewnie niejeden chętny…

 – Żebyś wiedział! – przerwałam mu.

  – Tylko może poszukaj go jutro, co? – mówił jak do małego dziecka. – 
W takim stanie nie powinnaś…

– Od kiedy cię obchodzi, co powinnam!? – warknęłam rozzłoszczona. I zaraz 
pożałowałam swoich słów.

– Przepraszam – bąknęłam pod nosem.

–   Nic   się   nie   stało.   Śpij   już!   –   powiedział,   pochylając   się   nade   mną 
i nakrywając mnie kocem. 

33 | 

S t r o n a

background image

Pachniał zajebiście. Wysunęłam dłoń i łapiąc go za rękę, szepnęłam:

– Zostań.

34 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  VI

– Nie powinienem… – Spojrzał mi głęboko w oczy. Naprawdę można w nich 
utonąć.

– Będę grzeczna. Nie chcę być sama. Nie dziś. – W tej chwili obiecałabym mu 
wszystko.

– Dobrze, ale jak zaczniesz świrować, to od razu wychodzę – uprzedził mnie 
poważnym tonem.

– Zgoda. – Przesunęłam się odrobinę, robiąc mu miejsce. Nie za dużo jednak, 
by   nie   miał   szansy   znajdować   się   zbyt   daleko   ode   mnie.   Nawet   teraz 
kombinuję?

– Przynieść ci coś? Może wody? – Czyżby się lekko zawstydził? Nie! Musiało 
mi się zdawać.

– Nie trzeba. Usiądź przy mnie. – Wahał się. – Obiecałam.

Spełnił moją prośbę, a ja zwinęłam się w kłębuszek z twarzą odwróconą 
w jego stronę.

– Mogę?

Zrozumiał.   Oparł   się   wygodnie,   w   pozycji   półleżącej   i   otoczył   mnie 
ramieniem.   Uniosłam   lekko   głowę   i   położyłam   ją   na   jego   klacie.   Nie 
protestował. Cudownie! Czułam mocne, miarowe uderzenia serca. Zasnęłam.

* * *

Obudziłam się zdezorientowana. Gdzie ja jestem? O Boże! Moja głowa! Ból 
rozsadzał mi czaszkę. Powoli otworzyłam oczy. Piotr spał, obejmując mnie 
ramieniem, a ja… wtulałam się w niego jak małe dziecko. Ależ on gorący. 
Seksowny.   Gotowy   do   schrupania.   Przypomniałam   sobie   wieczorne 
wydarzenia. Jaki wstyd. Rzuciłam się na niego jak wygłodniała bestia. Że też 
został ze mną, a nie posłał mnie do stu diabłów? Co to za facet? Dobry 

35 | 

S t r o n a

background image

samarytanin, czy co? Po moim przedstawieniu tylko litość mogła go zmusić 
do tak łagodnego potraktowania swojej prześladowczyni. Super! Jestem jędzą! 
W dodatku niewyżytą seksoholiczką. Pięknie!

Pozbierałam się ekspresem i wymknęłam z pokoju, a potem z domu. Nie 
zniosłabym współczucia w jego spojrzeniu. Nie w tej sytuacji. Nie dziś!

Na   szczęście   na   nikogo   się   nie   natknęłam.   Jak   winowajca   cichaczem 
wróciłam do domu.

Jak mu spojrzeć w oczy? Do poniedziałku ćwiczyłam opanowanie i zimną 
krew. Szykowałam się na konfrontację.

Piotr   jednak   się   nie   pokazał.   Poszła   fama   (skąd   plotkarze   wiedzą   takie 
rzeczy?), że jego matka miała wylew czy coś w tym rodzaju i leży w szpitalu. 
A on przy niej. Dowiedziałam się przy okazji, że mieszka tylko z nią. Nikt 
jednak   nie   wiedział,   czy   jego   ojciec   żyje.   W   jakich   okolicznościach   ich 
opuścił? Dziwne, ale zaczęło mnie to cholernie interesować. 

Kolejne   rewelacje   mnie   zaniepokoiły.   Powinny   mnie   też   zawstydzić   lub 
wkurzyć, ale dominującym uczuciem był strach.

– Wiecie już? – usłyszałam kilka dni później. – Magda zaliczyła ratownika!

– Jak to?

– No wiesz, tego nowego. – Znam ten głos. – Ma na imię, zdaje się, Piotrek.

– A… ten przystojniak. No i?

– W sobotę u Pietrola poszli na całość.

– Skąd wiesz?

– Jak skąd? Kto wychodzi z imprezy o ósmej rano, po spędzeniu większości 
czasu w zamkniętym pokoju z laską? I to taką jak nasza Madzia?

Aż się we mnie zagotowało. Grunt to opanowanie.

– No tak! Ma chłopak niezłe warunki. Nie przepuściłaby takiemu…

36 | 

S t r o n a

background image

Więcej nie słuchałam, zdałam sobie sprawę, że muszę się z nim zobaczyć. 
Bardzo   chciałam   go   zobaczyć,   chociaż   bałam   się   jego   reakcji.   Ale   też 
martwiłam się o jego matkę. Zadziwiające. Martwiłam się o obcą dla mnie 
osobę? Tak. Była to przecież najważniejsza kobieta w życiu Piotra. Moje 
poczucie   winy   i   wstydu   (nowość,   do   której   nie   umiałam   się   jeszcze 
przyzwyczaić)   zadziwiająco   wpływały   na   zachowanie.   Nie   chciałam   się 
jednak zastanawiać, co to może oznaczać. Dorośleję? Poważnieję? Może…

* * *

Odnalazłam   odpowiedni   pokój,   zapukałam   i   delikatnie   uchyliłam   drzwi. 
Zobaczyłam drobną kobietę, wyglądającą bardzo młodo. To jego matka? Nie 
powiedziałabym. Wyglądała raczej jak jego starsza siostra. 

– Dzień dobry. Mam na imię Magda. – Widząc jej zdziwienie, dodałam: – 
Jestem koleżanką Piotra. Z uczelni.

Jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.

– Witaj, kochanie. Piotr musiał wyjść. Niedługo wróci.

–   Jak   się   pani   czuje?   –   To   standardowe   pytanie,   ale   naprawdę   się 
zainteresowałam.   W   tej   kobiecie   było   coś   takiego…   Sama   nie   wiem. 
Wywoływała szczerą sympatię.

–   Usiądź   koło   mnie.   –   Wskazała   mi   krzesło   stojące   przy   łóżku.   Pewnie 
siedział tam wcześniej jej syn. – Już lepiej – odpowiedziała na moje pytanie. 
Nie wiem, co zobaczyła na mojej twarzy, gdy dodała: – Nie smuć się. To nic 
poważnego. W moim wieku takie rzeczy się zdarzają.

Musiałam zaprzeczyć:

– Jest pani jeszcze taka młoda.

– To wszystko przez te nerwy…   – Coś drgnęło na jej twarzy. Pojawił się 
jakiś cień. – Nie powinnam się tak przejmować, ale to mój jedyny syn. Mam 
tylko jego.

37 | 

S t r o n a

background image

– Nie rozumiem. – Co ona miała na myśli?

– No tak, gadam, jakbym rozmawiała sama ze sobą. Piotr zawsze wracał na 
noc. A w sobotę…

– Wyjdź stąd! Natychmiast! – Podskoczyłam jak oparzona. Pojawił się tak 
nagle i usłyszałam tyle gniewu w jego głosie.

Zerwałam się z krzesła. I gdy podniosłam wzrok… Sparaliżowało mnie. Był 
wściekły. Gapiłam się na niego szeroko otwartymi oczami. Winę musiałam 
mieć wypisaną na twarzy.

– Piotr, ja…

Podszedł do mnie i niezbyt delikatnie złapał mnie za ramię.

– Wychodzimy! – syknął.

– Piotrusiu, co się dzieje? – Jego matka aż uniosła się na łokciach. Widziałam, 
że sprawia jej to trudność, a może nawet ból. Promieniowało z niej jednak 
zatroskanie. 

– Spokojnie, mamo – odezwał się zupełnie innym tonem. Miękkim i pełnym 
czułości.

– To taka miła dziewczyna, dlaczego tak się zachowujesz? – Martwiła się 
o mnie?

– Zaraz wracam, obiecuję – mówiąc wciąż do matki, wyciągnął mnie na 
korytarz.

– Po co tu przyszłaś? – warknął niezbyt przyjaźnie.

– Ja… nie wiedziałam… Przepraszam. – Zupełnie się pogubiłam. Przecież 
nigdy się tak nie zachowuję. Jego gniew, uzasadniony niestety, skierowany 
we mnie… Czułam się jak winowajca. – Piotr…

– Nie chcę tego słuchać!

38 | 

S t r o n a

background image

– Proszę. – Co mogłam jeszcze powiedzieć? – Martwiłam się. – „O ciebie” 
chciałam dodać, ale nie dodałam. – A twoja mama powiedziała mi, że… Że…

– Że to moja wina!

–   Nie,   że   to   przeze   mnie.   –   Naprawdę   przygniatał   mnie   ciężar 
odpowiedzialności. Nigdy nie zdawałam sobie tak jasno sprawy, że kogoś 
skrzywdziłam swoim głupim zachowaniem. – Przepraszam.

– I co to zmienia, że jest ci przykro? – rzucił gniewnie. Zaraz jednak dodał 
zrezygnowany: – Nie powinienem był z tobą zostawać.

– Przepraszam. Ja… Nie chciałam…

– Idź  już. –  Nie  czekając   na  moją odpowiedź,   odwrócił   się  i zniknął   za 
drzwiami sali szpitalnej.

Stałam przez chwilę zupełnie nieruchomo, sama w tym nienaturalnie białym 
otoczeniu. Masa myśli kotłowała się w mojej głowie. Dotarło do mnie, jasno 
i wyraźnie, że nie zdarzyło mi się dotąd użyć tyle razy, w ciągu zaledwie 
kilku minut, słowa przepraszam. I na pewno nie czułam nigdy tak bardzo, że 
w nie wierzę. 

Ostry   dźwięk   telefonu   zakłócił   moje,   nienapawające   entuzjazmem, 
rozważania.

– Tak? – warknęłam niezbyt kulturalnie.

–  

A tobie co?  – Do moich uszu dotarł stłumiony głos Wiolki. –  Coś cię 

pokąsało?

– Nieważne! – westchnęłam ciężko. Mam nadzieję, że nie usłyszała mojego 
sapania. – Chciałaś coś?

– 

Inaczej po co bym dzwoniła? – Legalnie się ze mnie nabija, o Boże!

– Nie baw się w gierki słowne. Nie jestem w nastroju.

– 

Zauważyłam. – Już jej chciałam lekuchno bluznąć, ale się zreflektowała. – 

Dobra, nie szalej!

39 | 

S t r o n a

background image

– Więc? – Zniecierpliwienie brało górę.

–  

Idziemy   do   „Ventury”.  –   Musiała   się   uśmiechać   przy   tych   słowach. 

W innych okolicznościach też bym się cieszyła. Ta knajpa kojarzyła mi się 
z masą zajebistych wspomnień. – 

Za dwie godziny jesteśmy po ciebie. 

– Odpada. Nie dziś!

–  

Nie rób mi tego!  – Nie lubiłam gdy używała takiego tonu. –  Chciałam z 

tobą pogadać.

– Mało masz okazji? – Od kiedy potrzebuje się ze mną umawiać na kolację, 
żeby poplotkować?

– 

Wiesz… ostatnio byłaś mało komunikatywna.

Tu mnie ma! Jak zawsze wpadłam we własne sidła. Teraz trudno mi będzie jej 
odmówić.

– O czym chcesz gadać? – zapytałam, chociaż znając Wiolkę, nie miałam co 
liczyć na odpowiedź.

– 

Za dwie godziny u ciebie. – Z tymi słowami się rozłączyła.

40 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  VII

Sprytna ze mnie dziewczynka. W dwie godziny dotarłam do domu, wzięłam 
prysznic i byłam prawie gotowa do wyjścia. Starałam się nie myśleć o innych 
sprawach, poza dzisiejszym spotkaniem z laskami. Bezstresowy wieczór to 
coś, czego potrzebuję. Czy taki będzie, zależy niestety od tematu pogaduch 
z Wiolettą. Ciekawiło mnie, niechętnie przyznaję, co jej leży na wątrobie. 
Cóż to takiego, że nie mogło poczekać do jutra?

Niedługo miałam się przekonać.

– Jesteś! Całe twoje szczęście. – To raczej dziwne powitanie zupełnie mnie 
nie zaskoczyło. Konwenanse nie leżały w naturze mojego gościa. – Szykuj się, 
a ja zrobię kawę – powiedziała, kierując się do kuchni.

Czuła się tu jak u siebie. I w sumie nic dziwnego. Moje mieszkanie stanowiło 
niejednokrotnie   bazę   przystankową   po   imprezach,   często   też   służyło   za 
noclegownię.

– A reszta? – rzuciłam przez ramię, idąc do łazienki.

– Przyjdą, przyjdą… Spokojna twoja rozczochrana. – Znaczy, że temat naszej 
rozmowy będzie raczej poważnej natury. Niedobrze!

Jakieś   piętnaście   minut   później   siedziałam   nad   kawą.   Czując   na   sobie 
świdrujące spojrzenie Wiolki, zaczynałam się lekko stresować. Od kiedy to 
ona robi takie ceregiele, by ze mną pogadać?

– No więc? – Nie wytrzymałam.

– Dobra. Bez owijania w bawełnę. – Spoważniała, co nieczęsto się jej zdarza. 
A właściwie, nie umiałam sobie przypomnieć, kiedy przerabiałam to po raz 
ostatni.  – Masz coś do Piotrusia?

– A co to za pytanie? – Gram na zwłokę. Zdawałam sobie z tego jasno sprawę.

– Słyszałaś.

41 | 

S t r o n a

background image

– Uszy mam zdrowe, ale nie rozumiem, do czego zmierzasz. – Jeszcze jedna 
mizerna próba.

Wiedziałam, że dojdzie do tej rozmowy. Nie byłam tak naiwna, aby sądzić, że 
przynajmniej   Rudzielec   nie   zauważy   napięcia   panującego   między   mną 
a przystojnym ratownikiem. Zdziwiło mnie tylko, że pyta o to właśnie teraz.

– Magda, nie rób ze mnie kretynki. Mam oczy – mówiła spokojnie. Czułam 
jednak, że bardzo ją ten temat obchodzi.

– Powiedzmy, że jestem zainteresowana. – Nie planowałam tłumaczyć jej 
relacji, jakie nas „łączą”. Tym bardziej po sobotniej imprezie.

–   Wiedziałam,   że   to   twoje   pyszczenie   musi   mieć   drugie   dno!   –   Czyżby 
rozczarowanie?

– Więc po co ta gadka?

– Dla pewności. Nie będę przecież rwać twojego faceta. – Uśmiechnęła się. 
Coś jednak w jej twarzy upewniło mnie, że nie tryska radością i szczęściem.

– To trochę zbyt daleko posunięte wnioski. – Na tyle szczerości potrafiłam się 
zdobyć. – On mnie raczej nie chce.

– Żartujesz? – Roześmiała się. – Facet na ciebie leci. – Przyglądając mi się 
uważnie, dodała: – Może nie tak legalnie jak jego poprzednicy, ale…

O czym ona, do jasnej cholery, mówi?

– Chyba jednak masz coś z tymi oczami. – Przecież on mnie nie trawi. 
A teraz, o czym ona nie mogła jeszcze wiedzieć, znienawidził mnie, jestem 
pewna.

– A ja myślę, że szykuje się niezgorszy romansik.

– Śnisz na jawie. Tyle ci powiem. – Dlaczego się tak uparła?

–   Wiem   swoje.   –   Widząc   moją   sceptyczną   minę,   kontynuowała:   –   Nie 
wmówisz mi, że nic się między wami nie dzieje. W czasie jego nieobecności 
chodzisz jak struta. Nie można się z tobą dogadać. 

42 | 

S t r o n a

background image

– Nawet jeśli… – Muszę bardziej nad sobą panować.

– Nie ściemniaj. Oboje kombinujecie jak koń pod górkę. – Znowu się ze mnie 
śmieje. A ja jej na to pozwalam? – A raczej dwa koniki w jednym zaprzęgu.

– Trochę chyba przeginasz, nie uważasz?

– Sorry, Magda. Dajesz mi jednak tak legalne powody, że nie umiem się 
powstrzymać. 

– Skończmy tę głupią gadkę. Powiedz lepiej, kiedy będą dziewczyny.

Pojawiły się jak w zegarku, pół godziny później. Tak jak je Wiolka ustawiła. 
I ruszyłyśmy w miasto…

* * *

Czekałam na powrót Piotra. Nie będę ściemniać, że tak nie było. Trochę 
szczerości nie zaszkodzi – przynajmniej okazanej sobie samej. Bo na co dzień 
stanowczo   mi   jej   brakowało.   A   raczej   sama   ją   ograniczałam,   choćby 
w rozmowie z Rudzielcem. Nie popisałam się za szczególnie. 

Gdy w końcu się pojawił na uczelni, zupełnie nie wiedziałam, czego mam się 
spodziewać. Będzie mnie ignorował, udawał, że mnie nie zna? Czy może 
okazywał otwartą dezaprobatę albo wręcz wrogość? Nie wiem, która opcja 
mniej mi się podoba. Obie zresztą nie łatwo przyjdzie mi przełknąć.

Nie miałam czasu się więcej nad tym zastanawiać. Szedł właśnie w moją 
stronę. Zamknęłam na chwilę oczy. Spokój!

– Magda – przywitał się ze zdawkowym skinieniem głowy.

– Cześć. – Cholera, czułam się maksymalnie głupio. – Mam coś dla ciebie. – 
Grzebałam przez chwilę w torbie. Nie patrzyłam na niego, to mnie trochę 
uspokoiło. Podnosząc wzrok, podałam mu plik kartek. – Proszę.

– Co to takiego? – Spojrzał na papiery. – Notatki?

– Jak widzisz…

43 | 

S t r o n a

background image

– Nie musiałaś, ale dziękuję. – Lekko się przy tych słowach uśmiechnął.

– Pomyślałam, że nie będziesz miał do tego głowy. – Boże, ja się tłumaczę 
facetowi?   Fuck!   Posrane   poczucie   winy   i   tyle.   –   Chociaż   w   ten   sposób 
chciałam…

–   Wystarczy!   –   przerwał   mi   ostro.   –   Nie   kończ.   –   Górował   nade   mną 
wzrostem. Przystojny, seksowny i trochę zły w tym momencie. Poczułam się 
taka malutka i krucha. Co on ze mną wyrabia? – Ja też mam coś dla ciebie.

Moje oczy musiały przypominać wielkością pięciozłotówki. On? Dla mnie? 
To niemożliwe. Nie w tym wcieleniu. Nie po tym, co się stało.

– Jak to? – Nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.

–   Matka   jest   już   w   domu   i…   –   Czyżby   się   odrobinę   speszył?   Nic   nie 
rozumiałam. – Chciałaby ci podziękować za odwiedziny w szpitalu.

– Nie ma za co.

– Nie znasz jej. – Ten uśmiech będzie śnić mi się po nocach. Taki ciepły 
i opiekuńczy.   Musi   ją   bardzo   kochać.   –   Nie   da   mi   spokoju,   dopóki   nie 
przyjdziesz na kawę.

– Jesteś pewny, że powinnam?

– To nie ja cię zapraszam – odpowiedział, ale uznając chyba, że trochę zbyt 
chamsko to zabrzmiało, zaraz dodał: – Przyda jej się towarzystwo. Mnie nie 
ma całymi dniami w domu. Czuje się trochę samotna.

– To raczej nie najlepszy pomysł…

– Zrobisz jak zechcesz. – Sięgnął do tylnej kieszeni i podał mi niewielką 
karteczkę. – Tu masz adres i telefon. Sama zdecyduj.

I z tymi słowami mnie zostawił. Całe szczęście, że potrafię trochę nad sobą 
panować.   Tylko   odrobinę,   jak   można   przypuszczać   po   ostatnich 
wydarzeniach.   Inaczej   pewnie   starałabym   się   go   zatrzymać.   Chociaż   na 
chwilę. Na kilka słów więcej. 

44 | 

S t r o n a

background image

Co się ze mną dzieje? Czym bardziej mnie nie chce, tym ja mocniej się na 
niego   napalam.   Lecę   jak   ćma   do   światła.   To   całkiem   nienajgorsze 
porównanie. Mógł mnie spalić. Czułam, że potrafiłby to zrobić. A ognia mu 
nie brakowało. Czy jakikolwiek facet podobał mi się tak jak on? Szczerze? 
Żaden. I to mnie trochę przerażało. Zdobyć go – to by było coś. 

Moje   myśli   poszybowały   w   niebezpiecznie   przyjemnym   kierunku. 
Przypomniałam   sobie   jego   opalone   muskularne   nogi.   I   całą   resztę, 
oczywiście. 

Wakacje stanowczo za szybko minęły. A przynajmniej obóz letni…

* * *

Słońce, plaża, ja i… on!

Zajebiście, że zdecydowałam się na wyjazd na Mazury. To strzał w dychę! 
Patrząc na niego, uznałam, że będą to najlepsze wakacje, jakie mogłabym 
sobie  wyobrazić.  Jego gorące  ciało tuż przy  moim.  Jego dłonie…  Usta… 
Gdybym   się   nie   pilnowała,   to   zapewne   zaśliniłabym   się   jak   niemowlak. 
Mniam, takie ciasteczko! Do schrupania.

Nie   uznałam,   by   stanowił   jakieś   wielkie   wyzwanie.   Nawet   wtedy,   gdy 
zorientowałam się, że w grę wchodzą całe tabuny konkurentek. Nie mają ze 
mną szans. Wiedziałam, że potrafię się w to bawić. A te słodkie blondyneczki 
to   po   prostu   napalone   panienki,   bez   planu   i   taktyki.   Czy   mogłyby   mi 
przeszkodzić? Nie widzę takiej opcji!

Jak się później okazało, problemu nie stanowiły siksy z cyckami na wierzchu, 
ale sam obiekt ich westchnień. Twardziel. A może po prostu dobry gracz? 
Zna się na rzeczy i nie da się tak łatwo zakręcić? Wyzwanie stawało się coraz 
ciekawsze…

* * *

Kolejne wspomnienia nie sprawiały mi już przyjemności, delikatnie mówiąc. 
Na pewno też nie napawały entuzjazmem. Zakończyłam więc wędrówkę 

45 | 

S t r o n a

background image

w głąb   swojej   świadomości.   Rozejrzałam   się   dookoła.   Nikt   chyba   nie 
zauważył,   że   odpłynęłam.   A   może   to   trwało   krócej,   niż   mi   się   mogło 
wydawać?

Jedno   było   pewne!   Zaprzepaściłam   szansę   zdobycia   mojego   słodkiego 
ratownika.   A   coraz   bardziej   go   pragnęłam   i   nie   umiałam   wyzbyć   się 
natrętnych   myśli.   Towarzyszyły   mi   bezustannie.   A   hasło   przewodnie 
stanowiło   pytanie   za   sto   punktów.   Jaki   jest   w   łóżku?   No,   może   nie 
traktowałam   go  jak   anonimowe   ciało.   Miał  charakter   i  temperament,   na 
dodatek cholernie inteligentna z niego bestia. Tego u facetów się już raczej 
nie   spodziewałam,   nauczona   smutnym   doświadczeniem.   A   tu   –   taka 
niespodzianka. Wszystko to zaostrzało tylko mój apetyt.

46 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  VIII

Jeszcze tego samego dnia spotkał mnie kolejny szok. Nie za dużo tego jak na 
jeden   dzień?   Los   powinien   dawkować   mi   emocje.   Jeszcze   zejdę   w   zbyt 
młodym wieku.

Wychodząc z uczelni, od razu go zauważyłam. W zasadzie, w oczy rzucał się 
jego samochód. Tak wściekle żółtej bryki dawno nie widziałam. Człowieku! 
Trochę gustu  by ci się  przydało!  Sama w sumie nie jestem  lepsza.  Moja 
zabaweczka   na   kółkach   nie   mogłaby   być   bardziej   czerwona.   Czy   ktoś 
odważył się powiedzieć, że do siebie pasujemy?

Marek stał oparty o swojego „kanarka”. Można chyba uznać, że nieźle się 
prezentuje. Ja jednak nie widziałam już w nim nic kuszącego. Ot, przystojny 
facet w bajeranckiej bryce. Nie pierwszy i nie ostatni. Jeden z wielu. Niczym 
szczególnym się nie wyróżniał.

– Magda – krzyknął do mnie, unosząc dłoń na powitanie. A miałam nadzieję, 
że mnie nie zauważy. Jak pech, to pech!

Uśmiechnęłam się. Szczere to raczej nie było. Podstawowe formy jednak 
trzeba zachowywać. Tak mnie uczono.

– Hej, co ty tu robisz?

–   Nie   dzwoniłaś   –   odezwał   się   swoim   odrobinę   piskliwym   głosem.   – 
Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce.

Takie rzeczy to robi się raczej na osobności. W łazience?  No cóż! Mam 
zboczone skojarzenia. Nic na to nie poradzę.

– Jestem strasznie zajęta – powiedziałam, gorączkowo zastanawiając się, co 
takiego mam dziś do roboty. Tak naprawdę byłam wolna jak ptak. Tego mu 
jednak oczywiście nie wyznam. Nawet na torturach. – Mówiłam ci.

47 | 

S t r o n a

background image

– Tak, tak. – Zaczynał mnie drażnić. Jego wyraz twarzy jasno i wyraźnie 
świadczył o fakcie, że nic a nic mi nie wierzy. – Pomyślałem, że może jednak 
dasz się wyciągnąć na szybką kawę.

– Nie dzisiaj. Padam na twarz.

– Proszę. – Minka małego szczeniaczka pod tytułem „Przytul mnie”. On 
naprawdę sądzi, że to działa? – Jutro wyjeżdżam na dwa tygodnie. To moja 
ostatnia szansa, żeby spędzić z tobą trochę czasu.

Boże! I jak ja mam mu odmówić? W grę wchodziła tylko jedną możliwość – 
zdradzić   mu,   że   od   początku   nie   miałam   zamiaru   kontynuować   naszej 
znajomości. Na to byłam chyba zbyt kulturalna. Niedobrze.

– Okay, dokąd jedziemy?

– Zobaczysz. – Szeroki uśmiech świadczył raczej o samozadowoleniu  niż 
prawdziwej radości. Wydawał mi się coraz bardziej fałszywy. – Wsiadaj. – 
Otworzył przede mną drzwi swojego auta.

– Mam własny transport…

– Odwiozę cię tu z powrotem. – Tego się nie spodziewałam. – Nie daj się 
prosić.

– Niech ci będzie. – Niechętnie się zgodziłam.

– To wskakuj – powiedział z triumfem. Nie patrzył jednak na mnie, tylko 
gdzieś ponad moją głową.

Odwróciłam się i już wiedziałam. Fuck! Piotr!

* * *

– Jesteś na mnie zła? – To raczej pytanie retoryczne.

Siedziałam naburmuszona i nie starałam się nawet tego ukryć.

– Wiesz, że tak. Co to w ogóle było? – Nawet się nie zawstydził, przyłapany 
na manipulacji.

48 | 

S t r o n a

background image

Marek   milczał   przez   chwilę.   Co   też   chodziło   mu   po   głowie?   Nieważne. 
Skupiłam się na czym innym. Przed oczami miałam cały czas scenę sprzed 
kilkunastu minut. Dwa „dzikie koty” mierzące się spojrzeniem, gotowe do 
ataku. Tak bym to nazwała. Siedziałam w beznadziejnie żółtym samochodzie 
i obserwowałam tę scenę z nieukrywanym zainteresowaniem, ale też z jakąś 
dozą, czy ja wiem, zniesmaczenia? Mój nachalny adorator stał przez dłuższą 
chwilę   oparty   nonszalancko   o   swoją   brykę,   z   nieprzyjemnym   wyrazem 
twarzy. Triumf? Zwycięstwo? Niczym niepoparta (moim zdaniem) wyższość? 
Ja  jednak  bardziej  zainteresowana   byłam   drugim  facetem  uczestniczącym 
w tej   niemej   konfrontacji.   Piotr,   stojąc   cały   czas   na   schodach   uczelni, 
wyglądał… Oczywiście jak zwykle apetycznie. Nie potrafiłam się już bronić 
przed takimi myślami. Strasznie mnie kręci. To już zaczyna trącać obsesją. 
Nie za ciekawy wniosek. Szczególnie teraz. Przyjrzałam się uważniej jego 
twarzy. Czyżbym dojrzała rozczarowanie? A może tylko mi się zdawało? Nic 
już   nie   rozumiem.   Czy   oni   prowadzą   jakąś   grę,   której   zasad   nie   znam? 
Zapewne. Tylko o co w tym wszystkim chodzi?

Wróciłam do rzeczywistości, gdy Marek w końcu się odezwał:

– Magda,  chyba nie  lecisz na  Piotrusia?  – Towarzyszący  tej  wypowiedzi 
uśmieszek okropnie mnie drażnił. 

– Nie twoja sprawa! – warknęłam niezbyt przyjemnie. Opanuj się trochę, 
dziewczyno!

– On na ciebie nie zasługuje – odpowiedział całkiem spokojnie. – Zachowuje 
się jak pies ogrodnika. – Jak to? O czym on mówi? – Nie miej do mnie 
pretensji. Nie mogłem się powstrzymać po tym, jak na mnie naskoczył.

– Rozmawialiście o mnie? – Kolejne zaskoczenie.

– Nie nazwałbym tego rozmową…

– No więc? – nie ustępowałam.

– Kazał mi trzymać się od ciebie z daleka. – Cholera! Tego się zupełnie nie 
spodziewałam. Przez jego twarz przemknął dziwny wyraz. Zignorowałam to 

49 | 

S t r o n a

background image

jednak, skupiając się na jego ostatnich słowach. – A ja bardzo nie lubię, jak 
ktoś decyduje za mnie. 

Ja w sumie też nie.

* * *

Kolejne dni minęły stanowczo zbyt szybko. Zastanawiałam się, cóż mam 
zrobić. Miedzy innymi z rewelacjami Marka. A może po prostu przejść nad 
tym do porządku dziennego?

Nie   miałam   jakoś   okazji   porozmawiać   z   Piotrem.   Może   to   i   lepiej?   Nie 
byłabym   pewnie   za   miła.   Fakt,   że   nie   zamierzałam   zadawać   się 
z wymuskanym właścicielem wściekle żółtego autka, nie oznaczał, że ktoś 
ma mi ustawiać życie i decydować, z kim mam się umawiać, a z kim nie. Tym 
bardziej, jeśli osoba aspirująca  do roli „opiekuna”  darzyła mnie tak mało 
przyjaznymi uczuciami. Nie miałam wątpliwości, że znajduje się wśród nich 
niechęć i pogarda. Reszty mogłam się domyślić.

– Tym razem się nie wymigasz. – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Ewki. – 
Ignorujesz nas ostatnio. Koniec z tym!

– Przesadzasz…

– Ani troszeczkę – wtrąciła się Patrycja. – Zachowujesz się bardzo dziwnie!

– Ty też? – wyrwało mi się. Co je ugryzło?

– I mnie dolicz do kompletu niezadowolonych z twojej postawy. – Nie mogło 
zabraknąć Wiolki. I jak ja mam się przed nimi bronić? – Dzisiaj się nie 
wykręcisz.

– Idziemy do Tytana. – Wyszedł im niezły chórek.

– Tylko nie tam! – odpowiedziałam automatycznie, zanim miałam szansę się 
zastanowić.

50 | 

S t r o n a

background image

– Dlaczego? – Ton głosu Ewki odzwierciedlał zdziwienie malujące się na 
wszystkich trzech twarzach przede mną. – To podobno świetna siłownia. 
Trzeba się tam w końcu wybrać, nie sądzisz?

Oj, gdyby one tylko wiedziały? Miałam dwie opcje. Przyznać się, że pracuje 
tam  Piotr,  a  ja  nie   chcę   się  z  nim  spotkać.   Zdradziłabym   w  ten  sposób 
dziewczynom   więcej,   niż   bym   chciała.   Nie   wspominając   już   o   tym,   że 
pociągnęłoby   to  za  sobą  lawinę  pytań,  których  nie  zamierzałam   słuchać, 
a tym bardziej na nie odpowiadać. Druga ewentualność to zacisnąć zęby i po 
prostu z nimi pójść. Chyba oczywiste jest, jaką decyzję podjęłam?

* * *

–   Cześć,   Piotrek.   –   Usłyszałam   radosny   głos   Wioletty,   zanim   jeszcze 
zdążyłam przekroczyć próg „sali tortur”. 

Wlokłam   się   za   dziewczynami   ze   spuszczoną   głową.   No   może   trochę 
przesadziłam, ale nie wyglądałam zbyt promiennie i zachęcająco. Za jakie 
grzechy się na to zgodziłam?

– Fajnie, że jesteście. – Spojrzałam na niego. Przecież nie mógł się faktycznie 
cieszyć. – Pusto dzisiaj.

–   Pracujesz   tu?   –   Piotr   skinął   głowa   w   odpowiedzi   na   pytanie   mojej 
„ulubionej”   chłopczycy.   –   Fajnie!   –   Ewa,   ja   cię   proszę,   nie   szalej! 
Powtarzałam   w   myślach.   –   Czyli   od   dziś   będę   stałym   gościem.   –   Nie 
posłuchała mojego mentalnego przekazu.

– Pomóc wam? – A niech go! Ten seksowny głos mnie kiedyś wykończy.

– Oczywiście! – odezwały się wszystkie trzy.

Spojrzał na mnie. Czekał.

– Ja sobie poradzę – odpowiedziałam z dumnie uniesionym podbródkiem.

Nie dam ci tej satysfakcji. Niedoczekanie!

– Jak chcesz.

51 | 

S t r o n a

background image

Dziewczyny wyrywały sobie Piotra jak świeże bułeczki. Chyba postanowiły 
mnie wkurzyć. Chociaż z drugiej strony… Nie mogły przecież wiedzieć, jaka 
burza szalała w mojej duszy. Patrzyłam na ich wyczyny z coraz większą 
irytacją. Zachowywały się jak rozkapryszone pensjonarki. Koszmar!

Piotr dla odmiany zachowywał stoicki spokój. Miałam wrażenie, że go to 
trochę bawi. Może po prostu bardzo lubi takie szczeniackie zaloty? Tylko się 
im nie poddaje?

– Może jednak ci pomogę? – Usłyszałam tuż obok jego niesamowity głos. 

No tak! Siedziałam przez chwilę, nic nie robiąc, zatopiona w myślach. Znowu 
straciłam czujność i mnie przyłapał. 

– Zawsze w pogotowiu? Idealny pracownik! – W sumie nie chciałam go 
urazić, ale chyba to właśnie zrobiłam.

– Taką mam pracę.

Chciał   odejść,   a   ja   poczułam   niesamowicie   silny   impuls,   żeby   go   jednak 
zatrzymać. Poddałam mu się. Co mi szkodzi? 

– Zaczekaj! Trochę się na tobie wyżyłam. – To akurat szczera prawda. – Nie 
obrażaj się.

–   Zaczynam   się   do   tego   przyzwyczajać   –   odpowiedział   ze   śladowym 
uśmiechem. Nieźle, jestem po prostu beznadziejna! – A co się stało?

Jakby nie wiedział? Postanowiłam zagrać w jego grę. Poudawajmy, że nic się 
nie stało. Może być nawet zabawnie.

– Wiesz chyba, co o nas mówią? – Nie przejmowałam się tym za bardzo, ale 
ciekawiła mnie jego reakcja.

– Masz na myśli… Hmmm…

– Dokładnie o to mi chodzi – weszłam mu w słowo. Chyba bałam się, jak to 
nazwie. – Nie przeszkadza ci to?

– Skoro tobie nie, czemu ja miałbym mieć z tym jakiś problem?

52 | 

S t r o n a

background image

–   Samiec   pełną   gębą!   –   wypaliłam.   Lekko   urażona?   Tylko   czemu   tak 
zareagowałam? To chyba dobrze, że się nie przejął? A może nie? Sama już nie 
wiem, czego chcę.

– Przynajmniej na uczelni będę miał trochę spokoju…

–   Oj,   aż   tak   cię   prześladowały   napalone   panienki?   –   Nie   umiałam   się 
powstrzymać. Sarkazm stanowił tarczę. Nie pierwszy już raz go używałam.

– To wcale nie takie zabawne, jakby ci się wydawało.

– Och, jestem pewna, że strasznie męczy cię to powszechne uwielbienie – 
ironizowałam,   ale   ciekawiło   mnie,   co   tak   naprawdę   o   tym   sądzi.   –   Te 
biegające za tobą tabuny ślicznotek.

– Może wolałbym sam za jakąś polatać?

Zgłaszam  się na ochotnika. To pierwsza  myśl, jaka pojawiła  się w mojej 
głowie po jego słowach. Gorzej ze mną. Napalam się na niego jak głupia. 
Patrząc w te przepastne czarne oczy, nie można inaczej. Przynajmniej ja nie 
umiałam sobie wyobrazić dziewczyny, która nie byłaby w tej chwili pod jego 
urokiem.

53 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  IX

Ulicę znalazłam bez problemu. Z domem było trudniej. Znajdowałam się 
w starszej części miasta. Ładnej, zadbanej dzielnicy, ale z deka wiekowej. 
Domy   poukrywały   się   wśród   gęstych   drzew   i   ogrodów,   nie 
przypominających  współczesnych  trawniczków.  Miało to swój nieodparty 
urok.   Gąszcze   krzewów   uniemożliwiały   jednak   rozeznanie   w   numeracji 
domów.

Wysiadłam   i   na   piechotę   kontynuowałam   moje   poszukiwania.   Uwagę 
przykuwał szczególnie jeden budynek. Nie za wielki, biały, dwupiętrowy. 
Ruszyłam w jego stronę. Może przeczucie mnie nie myli? 

Siedziała przed domem, na drewnianej ławce. Wyglądała całkiem odmiennie 
niż w szpitalu. Promieniowało od niej ciepło i coś jeszcze, czego nie umiałam 
w tej chwili nazwać. Przyglądałam się przez chwilę, oczarowana scenerią.

– Magda? – Usłyszałam jej dźwięczny głos.

Wstała   i   ruszyła   w   moją   stronę.   Podeszłam   do   bramki   dokładnie 
w momencie, gdy i ona się przy niej znalazła.

– Dzień dobry. – Nie umiałam powstrzymać promiennego uśmiechu. Co było 
w tej kobiecie takiego, że nie potrafiłam inaczej zareagować na jej widok niż 
szczerą radością? – Piękny dom.

–   Dziękuję.   Zapraszam   do   środka   –   powiedziała,   przepuszczając   mnie 
przodem. – Chyba że posiedzimy na werandzie?

– Jest dziś tak pięknie… Czemu nie.

* * *

–   Gdzieś   ty   była?!   –   zakrzyczały   mnie   wszystkie   trzy   na   raz.   Czyżbym 
zapomniała o spotkaniu? Niemożliwe!

– A umawiałyśmy się na dziś?

54 | 

S t r o n a

background image

– W sumie nie – odpowiedziała mi Patrycja – ale to chyba raczej oczywiste, 
że ruszamy w miasto?

– Niekoniecznie. – Oby tylko nie dopytywały się za mocno, co robiłam całe 
popołudnie.

– No więc? – Nie mam jednak tyle szczęścia. – Telefon wyłączony. Ciebie nie 
ma. Martwiłyśmy się. – Wiolka przyglądała mi się uważnie.

Nie   miałam   zamiaru   im   odpowiadać.   Dzisiejsza   wizyta   w   domu   Piotra 
pozostanie moją słodką tajemnicą. Kropka! A jest co przed nimi ukrywać. Nie 
spodziewałam   się   tak   gorącego   przyjęcia   przez   jego   matkę.   Naprawdę 
spędziłam zajebiście miłe popołudnie. Nie liczyłam, że będzie aż tak…

* * *

Plotkowałyśmy jak najlepsze przyjaciółki. To zdumiewające. Czułam jakbym 
od   bardzo   dawna   znała   tę   kobietę.   Nie   krępowała   mnie   różnica   wieku. 
Zupełnie się przed nią nie broniłam.

– Lubisz mojego syna, prawda? – zapytała mnie nagle.

Nie poczułam się zaatakowana. Dziwne! Gdyby zapytał mnie o to ktokolwiek 
inny, zapewne zareagowałabym postawą obronną. Gniewem, ironią albo Bóg 
wie czym jeszcze. Jej odpowiedziałam wprost, bez owijania w bawełnę:

– Tak, ale on mnie nie za bardzo.

Przyjrzała mi się uważnie. Miałam wrażenie, że zagląda mi w duszę. Już to 
chyba kiedyś przerabiałam. Czy on nie patrzył podobnie? Teraz wiem po kim 
to ma.

– Piotr jest raczej skryty – mówiła jakby sama do siebie – nawet ja muszę się 
namęczyć, aby coś  z niego wyciągnąć,  a znam go przecież  całe życie.  – 
Uśmiechnęła  się konspiracyjnie.  – Bardzo  chciałabym,  żeby znalazł  sobie 
porządną dziewczynę. – I znów spojrzała mi prosto w oczy.

55 | 

S t r o n a

background image

Nie wytrzymałam  i spuściłam głowę.  Ta kobieta nie wie, o czym mówi. 
Zupełnie   nie   pasowałam   do   obrazka.   Ostatnio   dużo   się   nad   sobą 
zastanawiałam. I wnioski nie napawały mnie entuzjazmem. Porządną? To nie 
mogę być przecież ja, niestety. Czemu o tym pomyślałam, tak właściwie? 
Zostać dziewczyną Piotra? Czyjakolwiek dziewczyną? Toż to zobowiązanie, 
przed   którym   uciekam,   od   kiedy   zaczęłam   zauważać   różnice   miedzy 
kobietami   i   mężczyznami.   Nie   chciałam   związku.   Tylko   dobrej   zabawy, 
trochę emocji i dreszczyku. Czy aby na pewno?

– Muszę się do czegoś przyznać – powiedziałam po chwili milczenia. – Na 
pewno zmieni pani o mnie zdanie.

– To niemożliwe. – Kolejny uśmiech pojawił się na jej twarzy. Tym razem 
pocieszająco-pokrzepiający. – Jesteś uroczą dziewczyną.

– Niestety nie zawsze. – Filozofuję, zamiast przejść do sedna sprawy.

Postanowiłam się przyznać i zrobię to, choćby miała mnie znienawidzić. 
Winna jej byłam szczerość. Przez dłuższą chwilę zbierałam się na odwagę. 
Nigdy nie martwiłam się aż tak reakcją mojego rozmówcy. Zmieniam się. 
Tylko czy na lepsze?

– Cóż to za wielka tajemnica? – Gdyby tylko się spodziewała moich rewelacji, 
raczej by się nie dopytywała.

Przymknęłam oczy i wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu:

– To przeze mnie Piotr nie wrócił na noc tamtego dnia, gdy…

– Domyślałam się. – Ton jej głosu nie zmienił się ani na jotę. Co się dzieje? 
Podniosłam   wzrok.   Uśmiechała   się   jak   przedtem.   Żadnego   cienia 
dezaprobaty? Nagany? Pretensji? – Nie rozumiałam początkowo, czemu jest 
na ciebie taki zły.

– Miał wszelkie powody.

– Nieprawda. Jeśli z tobą został, to musiał tego chcieć. Taki ma charakter. 
Nikt   nie   potrafiłby   go   do   niczego   zmusić.   Przypomina   w   tym   ojca.   – 

56 | 

S t r o n a

background image

Zamyśliła się. Wyglądała teraz na dużo więcej lat. Jej wspomnienia nie były 
chyba zbyt wesołe? – Nie rozumiem tylko dlaczego…

Nie słyszałam jej kolejnych słów. Chciał ze mną zostać? Czyżby…?

* * *

– Ziemia do Magdy! – Dotarły do mnie słowa nieźle rozbawionej Ewki. – Na 
jakiej planecie przebywasz?

– Jestem, jestem. – Szybko się otrząsnęłam. – Odpłynęłam na moment, sorry.

– A któż tak intensywnie zaprząta twoje myśli? – zapytała Wiolka. Kpina nie 
umknęła mojej uwadze. 

– Nieważne! – Spojrzałam na nie. Czekały na wyjaśnienia. – Miałam ważną 
sprawę. Nic godnego waszego zainteresowania. – Liczyłam, że to zakończy 
temat.

Na   szczęście   przestały   się   tym   interesować.   No   może   poza   Rudzielcem. 
Patrzyła na mnie przenikliwie, ale nie powiedziała słowa. Całe szczęście. 
Jeszcze   pewnie   mnie   dorwie   i   weźmie   na   spytki,   ale   wtedy   będę   już 
przygotowana. Teraz nie umiałabym się obronić. 

* * *

– Byłaś u matki, dziękuję. – Od mojej wizyty na Wrzosowej minęły całe dwa 
dni. W sumie nie spodziewałam się, że będziemy o tym rozmawiać. Jeszcze 
nie   teraz.   Siedzieliśmy   od   jakiegoś   czasu   w   bibliotece   nad   naszym 
nieszczęsnym referatem. To były pierwsze słowa, nie związane z prawem 
karnym, jakie usłyszałam od Piotra. – Ona naprawdę cię lubi.

Szkoda, że ty nie. Dobrze chociaż, że nie powiedziałam tego na głos. Tknęło 
mnie jednak.

– Mówiła ci coś? – Lekko się przestraszyłam. To kolejna rewelacja w moim 
podejściu   do   świata.   Zaczynam   się   przejmować   opinią   innych.   A   będąc 
szczera, opinią jednego osobnika. To niepokojące. 

57 | 

S t r o n a

background image

– Nie musiała. Trochę ją znam. – Uśmiechnął się przy tych słowach.

Dlaczego do mnie się tak nie uśmiechasz? Cholera! O czym ja myślę? Skup się 
dziewczyno, bo znowu coś palniesz.

– To wspaniała  kobieta.  Cieszę się, że zdecydowałam  się przyjść.  – Tyle 
mogłam mu zdradzić. I ani słowa więcej.

– Dawno nie była w tak dobrym humorze jak po twojej wizycie. – Spojrzał 
mi głęboko w oczy. Znowu? Czułam, że mówi całkiem szczerze. Nie powiem, 
połechtało to moje ego. Chyba nigdy nie patrzył na mnie tak przyjaźnie. – 
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do niej wpadniesz. – Czyżbym usłyszała 
nadzieję w jego głosie?

– Już się umówiłyśmy. – Może nie powinnam zdradzać naszych planów? 
Przyszło mi to do głowy już po fakcie. Trudno.

– To świetnie. – Uśmiechnął się. Tym razem do mnie. Coś we mnie drgnęło. 
Niesamowicie   przyjemne   uczucie.   –   Pewnie   dlatego   chodzi   cała 
w skowronkach. Nie wiesz nawet, jaka to miła odmiana. Ostatnio nie była 
zbyt szczęśliwa.

I   normalnie   się   zawstydziłam.   Cholera   jasna!   Naprawdę   ma   na   mnie 
nadspodziewanie duży wpływ. 

– Muszę ci jeszcze coś powiedzieć. – Po tych słowach nastała niezręczna 
cisza. Cóż to takiego? Czyżby chciał popsuć to zajebiście miłe wrażenie, jakie 
pozostawiły  we  mnie jego poprzednie  słowa?  Chwilę  później kompletnie 
mnie zaskoczył. Bardzo pozytywnie, żeby nie było. – W szpitalu zachowałem 
się jak palant.

–   Rozumiem,   dlaczego   tak   zareagowałeś   –   odpowiedziałam,   starannie 
dobierając słowa. Nie chciałam znów czegoś schrzanić. On zamierzał mnie 
chyba przeprosić.

– Nie zasłużyłaś na to. – Potwierdził moje przypuszczenia.

58 | 

S t r o n a

background image

–   Rzeczywiście?   –   Nie   potrafiłam   się   powstrzymać   przed   tym   pytaniem. 
Może   mówił   tak   ze   względu   na   matkę?   Chciał   przecież,   bym   ją   jeszcze 
odwiedziła. Nie! On na pewno nie jest zakłamany. Nie mówiłby tego dla 
własnych korzyści. Spojrzałam w jego czarne oczy, upewniając się, że mam 
rację. Dostrzegłam skrywane wyrzuty sumienia? Zawstydzenie?

– To była moja wina. Mogłem przecież zadzwonić   albo… – Czułam, że 
chciał powiedzieć coś ważnego.

– Albo posłać mnie do stu diabłów – weszłam mu w słowo. Zacisnęłam pięści 
w oczekiwaniu. Zaprzecz, błagałam bezgłośnie.

59 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  X

Kolejne   dni   minęły   w   sielskiej   i   przyjaznej   atmosferze.   Nic   nie 
kombinowałam,   o   dziwo!   Dzięki   naszemu   porozumieniu   (czy   raczej 
zawieszeniu broni, bo nie liczyłam, że taki stan rzeczy długo się utrzyma – 
fatalistka   ze   mnie,   wiem)   projekt   mieliśmy   prawie   ukończony.   Trochę 
żałowałam, że poszło nam tak szybko. Już niedługo stracę okazję na bezkarne 
spędzanie   z   nim   czasu.   A   muszę   przyznać,   że   odnajdowałam   w   tym 
niesamowitą   przyjemność.   Stanowczo   większą,   niż   mogłabym   się   tego 
spodziewać.

Tamtego dnia w bibliotece jego odpowiedź poruszyła jakieś nieznane struny 
w mojej duszy. A może i w sercu? Nie znałam siebie z tej strony. Sprawił mi 
też ogromną przyjemność, do czego niechętnie się przyznaję.

* * *

– Szczerze mówiąc, nie brałem takiej ewentualności pod uwagę. – Z ulgą 
wypuściłam maksymalnie dużą ilość powietrza. Dziwne, że się nie udusiłam, 
wstrzymując tak długo oddech. – Mogłem po prostu wyjść, gdy zasnęłaś.

– Dlaczego tego nie zrobiłeś? – zapytałam ośmielona jego postawą.

– Kiedyś na pewno ci powiem.

* * *

Tego dnia wypadało nam spore okienko.

– Jadę do ciebie – zwróciłam się do mijającego mnie Piotra. – To znaczy – 
zreflektowałam się – odwiedzić twoją mamę. Zabierzesz się ze mną?

– Nie planowałem tego. Droga zajęłaby mi zbyt dużo czasu.

– Samochodem będziemy raz dwa. To jak? – Naprawdę chciałam, żeby ze 
mną pojechał.

60 | 

S t r o n a

background image

– Czemu nie. – Uśmiechnął się. Powolutku przyzwyczajałam się do wrażenia, 
jakie wywoływały jego usta, rozchylone w ten niesamowity sposób.

– To wskakuj! – odpowiedziałam bardziej zadowolona, niż powinnam.

Przez jakiś czas jechaliśmy w milczeniu. Ja skupiałam się na prowadzeniu. 
Nie chciałam przy nim wyjść na kiepskiego kierowcę. To kolejna nowość. 
Liczę   się   z   jego   zdaniem?   Tak,   chciałabym,   by   myślał   o   mnie   lepiej. 
Przeszłości nie zmienię, to fakt. Teraz jednak starałam się robić na nim lepsze 
wrażenie niż dotychczas. Nawet w tak banalnych kwestiach jak przepisy 
ruchu drogowego. Gorzej ze mną! 

On nie odzywał się, ale czułam, że cały czas mnie obserwuje. Trochę mnie to 
nawet peszyło. Zastanawiałam się, o czym myśli.

– Niezłe to twoje autko. – Piotr nareszcie przerwał ciszę. Zaczynała mi już 
ciążyć. – No może kolor trochę za wściekły, ale to szczegół.

– Kiedyś mi się podobał, a teraz…

– Tak? – zainteresował się, pochylając w moją stronę. 

Jeszcze trochę się przysunie, a na pewno spowoduję jakiś wypadek.

– Myślę, że mógłby być lekko stonowany. – Ostrożnie dobierałam słowa.

– Łagodniejesz?

–   Żebyś   wiedział   –   powiedziałam   to   bez   zaperzenia,   które   już 
niejednokrotnie towarzyszyło podobnym wymianom zdań między nami.

– Czyli się nie posprzeczamy? – Musiał pomyśleć dokładnie to samo co ja.

– A chciałbyś? – Rzuciłam na niego przelotne spojrzenie, a usta rozchyliłam 
w figlarnym uśmiechu.

– Zdążyłem to nawet polubić, z małymi wyjątkami, oczywiście.

Doskonale pamiętałam te wyjątki i nie miałam za szczególnej ochoty ich 
wspominać.

61 | 

S t r o n a

background image

– Zawsze możemy poimprowizować – zaproponowałam wesoło. 

– To już nie to samo.

Cały czas intensywnie mi się przyglądał. Czułam to. Ja niestety nie mogłam 
patrzeć na niego (a szkoda!), chyba że chciałabym spowodować korek lub, co 
gorsze, wypadek na drodze. Kierowca ma jednak przegwizdane.

– Z powrotem ty prowadzisz. – Naprawdę to powiedziałam. Szokujące. – 
Masz chyba prawko?

* * *

– Niespodzianka – krzyknęliśmy oboje, wchodząc do przytulnego, białego 
domku. 

Spojrzeliśmy na siebie ze zdziwieniem. Wcale się nie umawialiśmy. Cóż za 
jednomyślność!

– Cudownie, że jesteście. – Ucieszyła się na nasz widok Anna, mama Piotra. – 
Upiekłam ciasto. Zaraz zrobię kawę.

– Pomogę. – Zgłosiłam się na ochotnika.

W tym czasie mój towarzysz podszedł do niej, objął i pocałował w policzek.

– Cześć mamo! – To było takie naturalne. 

Zagapiłam   się,   ale   i   posmutniałam.   Szczerze   mówiąc,   strasznie   im 
zazdrościłam   tej   bliskości.   Ja   tego   nie   zaznałam,   chociaż   miałam   oboje 
rodziców. Oni mieli tylko siebie. Boże, zaraz się rozryczę. Co się ze mną 
dzieje? Odwróciłam głowę.

– Kochanie, co się stało?

– Przepraszam… – To wszystko, na co mogłam się zdobyć.

Anna podeszła do mnie i mocno mnie objęła. Zesztywniałam w pierwszym 
momencie,   zupełnie   się   tego   nie   spodziewałam.   Po   chwili   jednak   się 
rozluźniłam i wtuliłam w nią mocno. 

62 | 

S t r o n a

background image

– Ja nie chciałam… – wydukałam z trudem, bliska łez.

– Nic nie szkodzi. Rozumiem. – Lekko mnie kołysała w ramionach, a ja 
czułam się jak małe, bezbronne dziecko. – Synku, zrób nam tę kawę.

Chwilę później siedziałam w przytulnym saloniku, znałam już to miejsce, na 
miękkiej kanapie, przytulona do najsympatyczniejszej kobiety, jaką znałam.

– Przepraszam. – Pociągnęłam nosem.

– Nie trzeba! – Objęła mnie jeszcze mocniej. – Nawet duże dziewczynki 
potrzebują się czasem wypłakać.

– Ale ja się nigdy tak nie zachowuję.

– Może najwyższa pora okazać trochę uczuć, nie uważasz? – Uniosłam głowę 
z jej ramienia i spojrzałam w oczy. Dostrzegłam w nich niekłamaną troskę, 
ale i stanowczość, której się nie spodziewałam po tej ciepłej i opiekuńczej 
kobiecie.

– To trudne i… – nie dokończyłam.

– Boisz się?

– To też, ale przede wszystkim nie wiem, co czuję. – Tak szczera nie byłam 
chyba jeszcze z nikim.

– Kawa gotowa. – W drzwiach stanął Piotr z tacą w rękach.

Wydał mi się w tej chwili taki odległy. Co ja sobie wyobrażałam? Że on i ja? 
Raczej nie w tym wcieleniu. Skąd u mnie nagle taki pesymizm?

Odsunęłam   się   od   Anny.   Spojrzała   na   mnie   lekko   zaskoczona   tak   nagłą 
zmianą.

– Magda?

–   Już   wszystko   dobrze!   –   odpowiedziałam,   zbierając   się   w   sobie. 
Przynajmniej pozornie, na zewnątrz, wróciłam do równowagi. Co się działo 
w środku? Bóg jeden raczy wiedzieć. – Naprawdę.

63 | 

S t r o n a

background image

Reszta   czasu   upłynęła   w   sympatycznej   atmosferze.   Usilnie   starałam   się 
uspokoić. Myślę, że w końcu mi się udało.

Wypiłam kawę, zjadłam ciasto (przepyszne, muszę poprosić o przepis lub 
chociaż o karnet upoważniający do częstszych wizyt), pożartowałam z Anną, 
a nawet z Piotrem. Czułam jednak mur między nami. Skąd się wziął? Tego 
nie wiedziałam. 

* * *

Następnego   ranka   jeszcze   mi   nie   przeszło.   Takiego   doła   dawno   już   nie 
zaliczyłam. Nie poszłam na wykłady, dziewczyny obiecały mnie kryć. Całe 
szczęście, że mogę na nie liczyć.

Przez cały dzień szukałam sobie zajęcia. Wykonywałam banalne czynności 
tylko po to, by czymś zająć ręce i głowę. I nie myśleć. Nie zastanawiać się. 
Szło mi dość marnie, niestety.

Postanowiłam   położyć   się   wcześnie   spać.   Tak,   sen   będzie   najlepszym 
lekarstwem,  jeśli  tylko  uda   mi  się  zmrużyć  oko.  Przebrałam  się   w  moją 
ulubioną koszulkę z ogromnym żółciutkim Tweetym. Była na mnie sporo za 
duża i używałam jej jako koszuli nocnej. 

Dzwonek do drzwi.  A któż to taki? Nie miałam ochoty nikogo widzieć. 
Dziewczyny uprzedziłam, żeby dziś nie zawracały mi głowy, więc nie mogła 
to być żadna z nich.

Zamierzałam   zignorować   natręta.   Wytrzymałam   pięć   dzwonków.   Cóż   za 
uparciuch!   Niechętnie   powlokłam   się   do   drzwi.   Zerknęłam   przez   wizjer 
i zamarłam. Co on tutaj robił? Oparłam się o drzwi i modliłam, żeby sobie 
poszedł.   Zniknął.   On   jednak   naprawdę   się   uparł.   Po   chwili   usłyszałam 
walenie w drzwi.

– Magda! Otwórz, wiem, że tam jesteś! – Piotr się nie poddawał.

Muszę mu otworzyć. Nie mam innego wyjścia. Sąsiedzi i tak dadzą mi popalić 
za to przedstawienie.

64 | 

S t r o n a

background image

– Czego chcesz? – zapytałam na powitanie, niezbyt sympatycznym tonem.

– Co się z Tobą dzieje? – Spojrzałam na niego. Chyba naprawdę się martwił. – 
Mogę wejść?

– Jeśli musisz… – Odsunęłam się jednak, wpuszczając go do środka.

Finał tego spotkania do dziś mnie szokuje. Jak to się mogło stać? Nie mam 
pojęcia. Od załamania do…

* * *

Siedziałam   na   kanapie,   ze   spuszczoną   głową   i   obwisłymi   ramionami. 
Wyglądałam   zapewne   jak   kupka   nieszczęścia.   Piotr   klęczał   przede   mną, 
ściskając moje ręce w swoich silnych dłoniach. Próbował bezskutecznie mnie 
pocieszyć. Podniosłam na niego wzrok. W jego oczach zobaczyłam tyle troski 
i czegoś jeszcze, czego nie umiałam nazwać. Nie myślałam trzeźwo w tej 
chwili, chociaż nic nie piłam, przynajmniej alkoholowego.

– Czy kiedyś mnie w końcu pocałujesz? – Sama nie wiem, jakim cudem te 
słowa wyszły z moich ust.

– Magda…

– Proszę, tylko jeden raz. – Gdy powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. 
Przynajmniej ja tak uważam.

Walczył ze sobą. Nie powiem, zrobiło mi się przykro. Aż tak odpychająca 
jestem? Posmutniałam jeszcze bardziej.

– Widzę, że to zbyt wielkie poświęcenie! – Czułam się naprawdę urażona. – 
Zapomnij!

– To nie tak! Ja…

– Nie musisz się tłumaczyć. Rozumiem. – A przynajmniej bardzo się staram, 
dopowiedziałam sobie w duchu.

65 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XI

Przeciągnęłam się jak zadowolony kociak. Czułam się cudownie. Obok mnie 
leżał wspaniały mężczyzna, który zaspokoił mnie tej nocy jak nikt nigdy 
dotąd. Boże! Tyle radości ciężko pomieścić. Ja przynajmniej nie wiedziałam, 
co mam z nią zrobić. 

Przyjrzałam się Piotrowi, wciąż pogrążonemu w głębokim śnie. W sumie nic 
dziwnego, ciężko pracował prawie do rana. Hmmm. Niesamowicie rozkoszna 
ociężałość przepełniała moje ciało. Przypominając mi każdy szczegół, każdy 
dotyk, westchnienie, jęk rozkoszy. Zarówno mój jak i jego. Czyżbym znalazła 
ideał?   Jest   piękny!   To   fakt.   Jego   ciało   jak   wyrzeźbione   w   marmurze, 
a jednocześnie tak wrażliwe pod moimi dłońmi.

Nie rozumiem tylko, skąd się wzięły jego wątpliwości…

* * *

– Magda, proszę cię – powiedział z bólem w głosie. – To nie takie proste, jak 
ci się wydaje.

– To jest bardzo proste! – żachnęłam się, kolejny raz tego dnia bliska łez. – 
Albo chcesz mnie pocałować, albo nie.

– To trochę bardziej skomplikowane. Chciałbym, ale…

– Więc dlaczego? – I nagle mnie olśniło. – Bo tylu mnie miało przed tobą? 
O to chodzi, prawda? Towar z trzeciej ręki cię nie interesuje, tak?

– Przestań! – Rozgniewał się. – Nawet tak nie mów! Wiesz, że nie o to 
chodzi…

– Właśnie nie wiem! – Też podniosłam głos. – Oświeć mnie, bo tylko takie 
wytłumaczenie przychodzi mi do głowy. – Zastanowiłam się przez chwilę. – 
No chyba, że zupełnie cię nie podniecam. Nie jestem w twoim typie?

– Przestań! Nawet nie wiesz jak bardzo… 

66 | 

S t r o n a

background image

– Więc skończ z analizowaniem i mnie pocałuj.

– Nic nie rozumiesz…

– To mnie nareszcie oświeć! Raz jeden nie chowaj głowy w piasek, tylko mi 
wytłumacz. – Traciłam cierpliwość. 

Był tak blisko. Na wyciągniecie ręki. A jednocześnie odgradzał się ode mnie 
grubym murem, przez który nie potrafiłam się przebić.

– Dobrze! Jeśli naprawdę chcesz… powiem ci.

– Już bardziej nie mogłabym tego pragnąć. – Miałam na myśli zarówno jego 
ciało, jak i rewelacje, którymi postanowił się ze mną podzielić.

– Nie jestem w stanie dać ci tego, czego ode mnie oczekujesz. – Jego słowa 
zawisły między nami.

Co on chciał przez to powiedzieć? Czyżby nie był w pełni mężczyzną? To 
niemożliwe! Emanowała z niego taka siła, namiętność. 

– Nie potrafię zaspokoić kobiety! – wyrzucił z siebie gwałtownie.

– Jak to? – Nadal nic nie rozumiałam.

– Nie sprawdzam się na tym polu – powiedział zrezygnowany.

– A mówisz tak, bo…?

– Nie męcz mnie! Po prostu sobie daruj! – Teraz to się już lekko zirytował. 

– Ty naprawdę w to wierzysz? – Nie potrafiłam się powstrzymać.

– Pośmiej się, przecież to jest cholernie zabawne, prawda?

Boże! Jak wiele musiało go kosztować to wyznanie? Na pewno nie czułam się 
w nastroju do żartów. Powiem więcej, zupełnie nie wiedziałam, jak mam 
zareagować, jakich użyć słów.

Piotr powoli podniósł się z kolan. Postanowiłam działać. Teraz albo nigdy. To 
moja jedyna szansa.

67 | 

S t r o n a

background image

Chwyciłam go za rękę, również wstając, a potem pchnęłam go na zwolnione 
przeze  mnie  miejsce.   Nie  bronił   się. Nawet  wtedy,  gdy   usiadłam   mu  na 
kolanach. Patrzył tylko na mnie maksymalnie zdziwiony.

Powoli przysunęłam się bliżej i jeszcze troszeczkę, aż poczułam… Tak, nic 
mu tam nie brakowało. Uśmiechnęłam się. Pochyliłam się nad nim i szepnęła 
mu do ucha:

– Pozwól, że sama to ocenię.

Drgnął. 

– Magda…

– Ciiiii. – Położyłam jego dłonie na swoich udach. A własnymi szukałam 
drogi do jego nagiej skóry. Powoli. Mamy przecież dużo czasu. – Będzie 
cudownie, zobaczysz. – Więcej nie byłam w stanie powiedzieć, smakując jego 
pachnącą szyję tuż za uchem.

Moje   dłonie   błądziły   po   jego   klacie   i   brzuchu.   A   usta   coraz   pewniej 
przesuwały się po odkrytej części jego ciała. Pragnęłam więcej. Powolutku 
zaczęłam się kołysać. Wtedy poczułam, jak jego dłonie niepewnie poruszają 
się   w   górę.   Tak,   właśnie   tak.   Zatrzymał   się   na   moich   prawie   nagich 
pośladkach, ścisnął je lekko i przyciągnął mnie mocno do siebie. Zwarty 
i gotowy, to lubię! Przyjemność rozlewała się po moim wnętrzu. Jak on mógł 
pomyśleć, że nie potrafi dać kobiecie spełnienia? Był kompletnie ubrany, a ja 
już się rozpływałam. Strach pomyśleć co się stanie, gdy pozbędziemy się 
oddzielających nas części garderoby.

Tak,   pora   się   troszeczkę   zbliżyć   do   celu.   Złapałam   dół   jego   bluzy   wraz 
z koszulką   i   pociągnęłam   je   ku   górze.   Piotr   posłusznie   uniósł   ramiona, 
pomagając mi pozbyć się jego ciuchów. Boże, jaki on piękny. Tak cudownie 
zbudowanego   faceta   jeszcze   chyba   nie   dotykałam.   Nie   był   przesadnie 
napakowany. Idealne proporcje. Pochyliłam głowę do jego kuszącego ciała, 
musiałam go posmakować, nie wytrzymałabym ani sekundy dłużej. 

68 | 

S t r o n a

background image

Jego dłonie opuściły swój posterunek i powoli zaczęły się przesuwać coraz 
wyżej i wyżej. Gdy dotarły do piersi, mimowolnie jęknęłam. Dotykał mnie 
z taką   czułością   i   uwielbieniem,   jak   drogocenny   klejnot.   Wiedziałam,   że 
potrafi okazać kobiecie, że jest wyjątkowa. Ani trochę się nie pomyliłam.

Teraz on zajął się moją koszulką. Po chwili siedziałam na nim prawie naga. 
Przysunął mnie jeszcze bliżej siebie, tak że moje piersi przylgnęły do jego 
torsu. Co za fantastyczne uczucie! 

–   Magda…   –   A   ja   myślałam,   że   jego   głos   na   co   dzień   był   seksowny 
i zachrypnięty. Co mogłam powiedzieć o nim teraz? Brakowało mi słów.

–   Tak   –   westchnęłam   wprost   w   jego   usta.   Nadal   kołysałam   się   na   jego 
biodrach. 

Gdy   nasze   wargi   się   w   końcu   zetknęły,   wewnątrz   mnie   wybuchło   coś 
potężnego, żądając, ponaglając, odbierając oddech.

Nie mogłam już dłużej czekać. Odrywając się od niego, wstałam na miękkich 
nogach. Jeszcze chwila. Dam radę. Powtarzałam, próbując opanować drżenie 
kolan. Piotr obserwował mnie, gdy pozbywałam się bielizny. W jego oczach 
zalśniło coś, co jeszcze bardziej przyśpieszyło moje kolejne działania.

Pochyliłam się nad nim, próbując pozbawić go spodni. Dłonie niesamowicie 
mi drżały, a palce wydawały się niezdarne i okropnie powolne. Jego pomoc 
bardzo mi się przydała.

Po chwili miałam go przed sobą w pełnej okazałości. Co za widok! Pasłam 
oczy tym  cudem  natury.  Pragnienie  jednak było  silniejsze.  Usiadłam  mu 
ponownie na kolanach, nie za blisko, aby móc go dotknąć. Jęknął, odchylając 
głowę na oparcie kanapy. Pieściłam go, nie mogąc się już doczekać. Gdy 
przysunęłam   się   bliżej,   Piotr   drgnął.   Czyżby   chciał   mnie   powstrzymać? 
Teraz? Niemożliwe.

– Magda, czy ty…?

Zrozumiałam.

69 | 

S t r o n a

background image

–   Tak   –   westchnęłam,   czując   jego   dłonie   na   swoim   ciele.   Lekko   się 
wychyliłam, sięgając do małej szafki stojącej tuż przy łóżku. – Ale mam też 
i to.   –   Podałam   mu   niewielką   srebrną   paczuszkę.   Przezorny,   zawsze 
przygotowany. Czy on jednak nie pomyśli…?

Mój piękny kochanek szybko zajął się zawartością opakowania. Po chwili już 
nie byłam w stanie się nad niczym zastanawiać. Oddałam się przyjemności 
bez reszty. Tego właśnie chciałam.

* * *

–   Czujesz   to,   prawda?   –   prawie   krzyczałam,   niezdolna   opanować 
wstrząsającego   mną   orgazmu.   Zaciskałam   się   na   nim   z   niesamowitą   siłą. 
Drżałam nieopanowanie. Bałam się, że się rozsypię na kawałki. Jeszcze nigdy 
nie przeżywałam spełnienia tak intensywnie. – Tego się nie da… udawać. – 
To moje ostatnie świadome słowa. Potem mogłam już tylko jęczeć, wijąc się 
we wszechogarniającej rozkoszy.

* * *

Gdy emocje lekko opadły, usłyszałam jego (smutny?) głos:

– Dostałaś to, czego chciałaś. I co dalej?

– Nie mów tak, bo czuję, jakbym cię wykorzystała. Chyba oboje czerpaliśmy 
z tego przyjemność?

– Nie zaprzeczę. Ale tego właśnie chciałaś, niezobowiązującego seksu, czy 
może się mylę? – mówiąc to, odsunął się ode mnie.

Jakiej odpowiedzi się spodziewał?

– A jeśli powiem, że nie tego? Że jesteś w błędzie? – Z nim na pewno nie 
mogło to być bezosobowe pieprzenie.

– A jeśli skłamiesz, uznając, że właśnie to chcę usłyszeć?

– A czego tak właściwie się po mnie spodziewasz? – zapytałam z bijącym 
sercem. Chyba jednak znaczył dla mnie więcej, niż chciałam przyznać.

70 | 

S t r o n a

background image

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

–  Inaczej  bym  nie  pytała.   –  Spojrzałam   mu  w  oczy,  potwierdzając   moją 
szczerość.

– Żebyś traktowała to poważnie…

– Bardzo serio to zabrzmiało. – Próbowałam rozluźnić sytuację. Piotr mi 
jednak na to nie pozwolił.

– Bo jestem takim facetem!

– Zauważyłam. – Lekko się uśmiechnęłam. To w zasadzie nie było tak do 
końca złe.

– Ale tego nie akceptujesz? – zapytał cholernie poważnie.

– Mylisz się. Nie o to chodzi. Po prostu… czasem mógłbyś się troszeczkę 
wyluzować.

– I jak ja mam to rozumieć? 

Przede wszystkim przytul mnie, miałam ochotę powiedzieć.

– Zwyczajnie. – Uśmiechnęłam się, by złagodzić moje następne słowa. – Nie 
możemy cieszyć się chwilą?

– Dopóki nie minie?

– Nie ma rzeczy niezmiennych. Wszystko się kiedyś kończy.

– I właśnie przechodzimy do tej części?

Przez chwilę zastanawiałam się, co mam mu odpowiedzieć.

–   To   nie   był   zwykły   seks.   Wiesz   o   tym,   prawda?   –   Przez   jego   twarz 
przemknął dziwny wyraz. Nie umiałam go zidentyfikować. – Z nikim nie 
było mi tak dobrze.

– Nie musisz…

71 | 

S t r o n a

background image

Zamknęłam mu usta gorącym pocałunkiem. Nie uchylił się. Więc cała ta 
tyrada musiała stanowić jego samoobronę. Urocze!

– Wiem, ale to prawda.

– Magda…

– Nic już nie mów, tylko mnie kochaj!

Dwuznaczność mojej prośby dotarła do mnie dużo, dużo później…

72 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XII

– Boże! Anna! – Zerwałam się jak oparzona. Wciągnęłam na siebie koszulkę 
i w pośpiechu szukałam spodni. – Piotr, wstawaj. Szybko!

– Nie panikuj. – Uniósł się lekko i z uśmiechem mi się przyglądał. Musiał to 
być   komiczny   obrazek.   Nie   widziałam   w   tym   jednak   nic   zabawnego. 
Myślałam tylko o jego matce. Przecież… – Uprzedziłem ją, że mogę nie 
wrócić. – Przez jego twarz przemknął cień. – Nie wiedziałem, co tu zastanę.

– Przewidujący z ciebie gość. – Zatrzymałam się w pół kroku. Nie bardzo 
wiedziałam, co mam teraz ze sobą zrobić. – Zawsze tak masz?

– Tego, co zaszło, się nie spodziewałem…

– Żałujesz? – Coś we mnie drgnęło. A jeśli tak?

Oparty   na   przedramieniu   wyciągnął   do   mnie   dłoń.   Podałam   mu   swoją. 
Przyciągnął mnie do siebie, wciągając z powrotem do łóżka.

– Ani trochę – szepnął, a zaraz potem mnie pocałował. Hmmm.

* * *

Podjechaliśmy do niego, by mógł się przebrać, a potem wspólnie dotarliśmy 
na uczelnię. Prowadził Piotr. Nie zdawałam sobie sprawy, że patrzenie na 
faceta za kierownicą mojego auta może sprawiać mi taką przyjemność.

Już   na   parkingu   objęłam   go   za   szyję   i   mocno   pocałowałam.   Smakował 
cudownie.

– Widzimy się dzisiaj? – Szokujące, ale nie miałam go dość. Chyba pierwszy 
raz tak szybko chciałam ponownie „zobaczyć” się z mężczyzną.

– Pracuję do późna. – Żałował tego? – Ale jutro jestem cały twój.

– Uważaj, co obiecujesz…

73 | 

S t r o n a

background image

– Jakoś się ciebie nie boję. – Szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy. To 
lubię. – A może powinienem?

– Wszystko zależy od twojej kondycji…

* * *

Przyznam szczerze, że z dzisiejszych wykładów niewiele wyniosłam. Lekko 
bujałam w obłokach. Myślałam o cudownym facecie siedzącym kilka rzędów 
ode mnie. Banan nie znikał z mojej twarzy. Muszę się chyba trochę uspokoić. 
Chociaż z drugiej strony… Wszyscy na tej sali wiedzieli już doskonale, o co 
chodzi.   Nie   dało   się   przeoczyć   mojego   rozmarzenia   i   naszych   spojrzeń, 
rzucaliśmy je sobie przez cały czas. Tak, to raczej oczywiste. Nie jesteśmy 
w końcu   wśród   dzieci.   A   dorośli   ludzie   jednoznacznie   odczytują   takie 
sygnały. No cóż… Zresztą wszyscy już dawno gadali, że ze sobą spaliśmy. 
Więc tak jakby wyprzedzili wypadki.

– Magda, ostatnio to były plotki – stwierdziła z przekąsem Ewka. – Ale tym 
razem to chyba jest coś na rzeczy?

Figlarny uśmiech sam wypłynął na moją twarz. Nie walczyłam z tym.

– No cóż…

– Opowiadaj! – Patrycja mogłaby się bardziej zainteresować własnym życiem 
erotycznym. Jeśli je posiada, w co czasem wątpiłam. – Ciekawość zżera!

– Jasne! Może jeszcze ze szczegółami?

– Oczywiście, nawet z najdrobniejszymi… Chyba że są raczej duże? – Jedna 
bardziej zboczona od drugiej. – To koniecznie.

– Oj, żebyś wiedziała, że są! – Gdybym umiała się czerwienić, to w tym 
momencie   bym   to   zrobiła.   Obraz,   który   pojawił   się   w   moich   myślach, 
stanowił wystarczający powód, aby stanąć w pąsach. – I to nawet bardzo.

– Operator ciężkiego sprzętu? Nieźle, nieźle!

74 | 

S t r o n a

background image

– Dajcie spokój! Nie będę z wami gadać o tajemnicach alkowy. – Nie żeby 
mnie to jakoś specjalnie krępowało. 

– A od kiedy jesteś taka tajemnicza? – Rechot Ewki zapewne dało się słyszeć 
na drugim końcu korytarza.

– Gdy na ciebie teraz patrzę, to dziwię się, że cokolwiek wam opowiadam.

– Hej, Magda! Czyżbyś się zakochała? – zaatakowała mnie Wiolka. W jej 
pytaniu wyczułam drugie dno.

Pojebało ją, czy co?

– Chora jesteś? – Złagodziłam lekko wersję. – Nie ma takiej opcji!

– Nigdy nie mów nigdy! – wtrąciła się blond chłopczyca. – Bo będziesz 
musiała odszczekać.

– W życiu! – Po tym emocjonalnym wykrzykniku zastanowiłam się przez 
chwilę. – Po prostu jest niezły, a przy okazji inteligentny i zabawny, czasami. 
Czego chcieć więcej?

– Happy endu? – Długonoga romantyczka nie da mi spokoju, coś tak czuję.

–   Pati,   ty   to   się   chyba   nigdy   nie   zmienisz   –   odpowiedziałam   jej 
z politowaniem w głosie. – Coś takiego w realu nie istnieje.

– Więc jakie masz co do niego plany?

– Dobrze się bawić, to przede wszystkim. – A zapowiada się zajebiście! To 
pewne! – Żadnej analizy. 

– Żadnych zobowiązań? – zapytał Rudzielec.

– A od kiedy mnie znacie? – Muszę im tłumaczyć łopatologicznie? – Może od 
wczoraj?

Czy byłam jednak z nimi całkiem szczera? I z samą sobą? Ciągnęło mnie do 
tego faceta jak jeszcze nigdy do nikogo. Nie chciałam się jednak nad tym 
zastanawiać. Czas pokaże, co z tego będzie…  Te wątpliwości jednak bardzo 

75 | 

S t r o n a

background image

mnie niepokoiły. Pewnie dlatego tak gorąco zapewniałam dziewczyny, że to 
tylko seks. Siebie przekonać będzie o niebo trudniej. 

* * *

Po   powrocie   do   domu   zajęłam   się   makabrycznie   przyziemnymi 
czynnościami. Najwyższa już na nie pora. Pranie, sprzątanie i takie tam. Nie 
najlepsza ze mnie gospodyni, to niestety fakt. Postanowiłam więc nadrobić 
trochę zaległości.  Później miałam zamiar  poczytać i pójść  wcześnie  spać. 
Ostatniej nocy nie dane mi było za wiele snu.

Oczywiście   nie   żałowałam   ani   odrobinę.   Zadawałam   sobie   sprawę,   że 
przytrafiło mi się coś wyjątkowego. Czego się nie spodziewałam i na co już 
nie liczyłam.

Od   dawna   prosiłam   opatrzność   o   nieosiągalne…   I   chyba   byłam   bardzo 
grzeczną dziewczynką, bo cud się zdarzył. Nawet podwójny.

Facet, który przedkłada moją przyjemność nad własną? Cud pierwszy!

Taki,   który   posiada   mózg,   całkiem   nieźle   rozwinięty   na   dokładkę 
i nienajgorzej wykorzystywany… Kolejny cud!

A   obaj   ci   mężczyźni   w   jednym   ciele,   zajebiście   seksownym 
i przyprawiającym o nieopanowane dreszcze, o czym nie należy zapominać, 
to już po prostu… Cud nad cuda!

* * *

–   Zabijesz   mnie   kiedyś,   człowieku!   –   wysapałam   mokra,   wykończona 
i szczęśliwa jak rzadko kiedy. Rozciągnięta na wymiętoszonym prześcieradle, 
nie miałam siły ruszyć nawet małym palcem.

–   Witaj   w   klubie.   –   Spojrzałam   na   niego.   Sprawiał   wrażenie   równie 
padniętego co ja. Rozchylił usta w zmęczonym uśmiechu. – Jesteś niewyżyta, 
wiesz o tym?

– Oczywiście! – Nawet mówienie sprawiało mi trudność.

76 | 

S t r o n a

background image

Przysunął  się do mnie, odgarniając  wilgotne włosy z mojego czoła. Miał 
niesamowicie delikatne dłonie. Zauważyłam to już nie po raz pierwszy.

– A także piękna, seksowna i niesamowita pod każdym względem.

– To też wiem. – Roześmiałam się.

– I skromna do bólu…

– Bezapelacyjnie! – Przyjrzałam mu się uważniej. Patrzył na mnie w taki 
sposób... – Wiesz, co myślę?

– Boję się nawet zgadywać – mówił z ustami tuż przy mojej szyi.

– Minąłeś się z powołaniem. Powinieneś zostać psychoanalitykiem. – Czując 
jego wargi i język na mojej rozgrzanej skórze, nie potrafiłam się skupić. – 
A może jednak nie! Seksuolog to zawód dla ciebie.

Zesztywniał. Nie przemyślałam za bardzo swoich słów.

–   Potrzebujesz   jeszcze   jakichś   zapewnień,   że   jest   fantastycznie?   – 
Przesunęłam palcem po jego ramieniu, a potem niżej.

– Przesadzasz… – Czyżby odrobinę drżał mu głos? 

–   Ta   twoja   skromność   bywa   czasem   irytująca   –   powiedziałam   miękko, 
kontynuując wędrówkę mojej dłoni po jego ciele. Reagował w zamierzony 
przeze mnie sposób. Gdy dotarłam prawie do celu, poczułam, jak gwałtownie 
wciągnął powietrze. – Masz jeszcze trochę siły?

Chwilę   później   przygniatał   mnie   słodki   ciężar,   był   cholernie   szybki,   nie 
zdałam sobie sprawy kiedy przeturlał się ze mną na drugą stronę łóżka.

–   Rozpustnico!   –   powiedział   ze   śmiechem,   tuż   przed   namiętnym 
pocałunkiem. Prawie zapomniałam, o czym rozmawialiśmy. 

– Wszystko jest z tobą w jak najlepszym porządku. – Objęłam go mocno 
udami, a dłonie zanurzyłam we włosach. Mając jego twarz tuż przy mojej, 
dodałam: – A mówiąc szczerze… Przekraczasz normę.

77 | 

S t r o n a

background image

– Łechcesz moje ego – mruknął, muskając delikatnie ustami moją twarz. – 
I muszę przyznać, że nieźle ci to wychodzi.

– Mam talent, prawda? – Uśmiechnęłam się szeroko, chociaż głos mi lekko 
drżał. Co on ze mną wyrabia? Niepojęte! – A tak poważnie, to nie rozumiem, 
skąd ci się wzięły te obawy?

– Nie chcę o tym gadać. – Lekko się o mnie ocierał, podpierając się na 
przedramionach. – Szczególnie teraz.

–   Moment   dobry   jak   każdy   inny.   –   Próbowałam   być   twarda,   mimo   to 
nieuchronnie traciłam wątek. – Chyba jednak powinniśmy.

– Po co do tego wracać?

–   Wiesz…   –   Musiałam   się   mocno   skupić,   żeby   sformułować   sensowne 
zdanie.  – Nie chciałabym  znowu   czegoś  chlapnąć  albo  uważać   na  każde 
słowo, by cię nie urazić.

– Jestem dużym chłopcem, jakoś to zniosę. – Czułam, że chciał skończyć ten 
temat.

– Gdybym jednak wiedziała…

Zamknął   mi   usta   pocałunkiem.   Długim,   namiętnym,   pełnym   obietnic. 
Zupełnie zapomniałam, co mówiłam chwilę wcześniej.

– Ta wiedza nic nie zmieni. – Rozchylił usta w ten zniewalający sposób, 
którego   się   trochę   bałam.   Spustoszenia,   jakie   czynił…   –   Zostawmy   to, 
dobrze?

Za ten uśmiech dałabym się pokroić. I jak niby miałam mu odmówić? No jak?

78 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XIII

Czym sobie na niego zasłużyłam? Prezent od losu z najwyższej półki. To na 
pewno! Nie spodziewałam się, że spotkam kogoś takiego. I powiedzmy sobie 
szczerze,   Piotr   wychodzi   poza   ramy   moich   seksistowskich   zasad.   Nie 
umiałabym wystawić go za drzwi po „zabawie w lekarza”, jak zdarzało mi się 
robić z innymi facetami w przeszłości. Przyznam też, że uwielbiam nasze 
potyczki   słowne,   zresztą   z   nim   mogę   prowadzić   wszelkie   odmiany 
konwersacji. 

Inteligentny   mężczyzna   to   taka   rzadkość,   że   nie   zamierzam,   póki   co, 
zmieniać niczego w układzie między nami. Chyba że na lepsze! Oczywiście 
z mojego punktu widzenia, dla ścisłości. 

Nie popadajmy jednak w kompletną euforię. Istnieją pewne ograniczenia… 
Żeby nie powiedzieć: trudności! Jak zwał, tak zwał. Po prostu nie mogłam 
pójść   na   kompletny   żywioł.   Proza   życia!   Chociaż   w   tym   przypadku 
całkowicie ją akceptowałam. Tak więc poza pierwszym razem, Piotr nigdy 
nie zostawał na noc. Tak postanowiliśmy. Nie wiem, ile w tym było mojej 
asekuracji i szczerze nie miałam ochoty tego roztrząsać. Argument za takim 
rozwiązaniem stanowiła osoba Anny.

Przede wszystkim, żadne z nas nie chciało zostawiać jej samej. Tak po cichu 
myślę też, że chodziło o szeroko pojętą „przyzwoitość”. Nie wiem, co on 
sądził na ten temat. Nie poruszyłam tej kwestii, choć ciekawość zżerała. Nie 
podzieliłam się moimi obawami z nikim, nawet z Piotrem, a może właśnie 
szczególnie   z   nim   nie   potrafiłam   o   tym   rozmawiać.   Tak,   wiem!   To 
zagmatwane. Sama się już lekko gubię w tym labiryncie. Oczywiste jednak 
dla   mnie   było,   że   po   raz   chyba   pierwszy,   najzwyczajniej   w   świecie   się 
wstydziłam. Krępował mnie taki układ. Uwielbiałam tę kobietę, ale przecież 
sypiałam z jej synem. I patrząc na sytuację z punktu widzenia osoby sporo 
starszej ode mnie, bzykałam się z facetem, którego, tak właściwie, prawie nie 
znałam. To trudne do przyjęcia, do zaakceptowania. Szczególnie dla kobiety 

79 | 

S t r o n a

background image

z zasadami, jaką jest Anna. Wiedziałam o tym i pewnie dlatego tak długo 
odwlekałam wizytę na Wrzosowej. Nie bardzo wyobrażałam sobie, jak jej 
mam spojrzeć w oczy, jak z nią rozmawiać. Ile wie? I na ile ta sytuacja zmieni 
nasze relacje? Oczywiście chciałabym, by pozostały nienaruszone, to jednak 
chyba tylko moje pobożne życzenie. Nie jestem naiwna, ona tak łatwo nie 
przejdzie nad tym do porządku dziennego. A jeśli nawet (w końcu to taka 
ciepła   i   urocza   babka),   to   nie   ma   bata,   żeby   nie   wpłynęło   to   na   nasze 
wzajemne stosunki.

Z głową nabitą tak pokręconymi rozmyślaniami, tego dnia postanowiłam, że 
dość już zabawy w strusia. Trzeba wykazać  się odwagą. Wypić to piwo, 
którego się naważyło. No, może to nie najwłaściwsze porównanie. Tak czy 
siak, muszę w końcu stanąć z nią twarzą w twarz. I dowiedzieć się, co też ona 
o mnie myśli. 

Odkryłam właśnie w sobie kolejny „pierwszy raz”. Nigdy przedtem opinia 
innej   osoby,   jej   osąd,   nie   były   dla   mnie   tak   istotne.   Nawet   rodzice   nie 
posiadali takiego autorytetu. Co ja gadam? Oni znajdowali się gdzieś przy 
końcu listy. Dokładnie wtedy, gdy zrozumiałam, jakie łączą ich zależności, 
a raczej to, co ich tak naprawdę dzieli, spadli brutalnie z piedestału. I nigdy 
już nie wspięli się wyżej.

* * *

–   Magda!   –   Radosne   i   pozbawione   jakichkolwiek   podtekstów   powitanie 
zaskoczyło mnie. – Już myślałam, że o mnie zapomniałaś.

–   O   tobie?   –   Wesołą   miną   pokrywałam   lekkie   zdenerwowanie.   –   Nigdy 
w życiu!

– Tylko tak mówisz – powiedziała, obejmując mnie opiekuńczym ramieniem 
i prowadząc do kuchni.

– Posądzasz mnie o wazelinę? Jak możesz! – Uśmiech nie znikał z mojej 
twarzy.

80 | 

S t r o n a

background image

– Dobrze, dobrze. – Pogłaskała mnie czule po ramieniu. – Najważniejsze, że 
w końcu jesteś.

– Też się cieszę.

–   Siadaj   sobie.   Ugoszczę   cię   dziś   po   królewsku.   Piotr   ostatnio   znika 
wieczorami – mówiła odwrócona do mnie plecami, więc na całe szczęście nie 
mogła   widzieć   mojej   miny.   –   Z   pracy   też   wraca   dużo   później.   Cóż   mi 
pozostaje?

–   Pieczesz   te   swoje   cudowności?   –   Aż   podskoczyłam.   Mimo   całego 
skrępowania, mogłam w tej chwili myśleć tylko i wyłącznie o pysznościach, 
których dane mi będzie zaraz posmakować. Zaśliniłam się okrutnie. 

– Ciasteczka jak z bajki. – Z szerokim uśmiechem postawiła przede mną 
pełen talerz.

–  Takiej   pokusie  na  pewno   się  nie   oprę   –  westchnęłam,   rzucając  się  na 
poczęstunek.

Jakoś to później spalę. Nie chciałam w tej chwili przyznać się, jaka metoda 
spalania kalorii najbardziej mnie interesowała. Nadal uważam, że ktoś tam na 
górze bardzo mnie lubi, skoro nigdy się nie czerwienię.

– A innym się opierasz, kochanie? – Zaskoczyła mnie kompletnie.

* * *

Wieczorem, czekając na Piotra, rozpamiętywałam rozmowę z jego matką. 
Ludzie jednak potrafią zaskoczyć. Wydaje ci się, że kogoś znasz, przynajmniej 
trochę. Wiesz, czego się po nim, po niej spodziewać. A tu lampa w oczy. Tak 
się właśnie poczułam, gdy Anna przyparła mnie do muru.

Moje rozmyślania przerwało delikatne pukanie do drzwi.

* * *

Tym razem nie dotarliśmy do łóżka. Nie dość na tym… Nawet kanapa była za 
daleko. Kochaliśmy się szybko, mocno, niemal brutalnie. Bez subtelności, bez 

81 | 

S t r o n a

background image

żadnych   ceregieli.   Czysta,   niczym   nie   zamaskowana   żądza   i   głód.   Tego 
właśnie potrzebowałam. Skąd on u licha o tym wiedział? Jakby doskonale 
orientował się, czego w danym momencie pragnę.

– Przepraszam. – Jednak nie był jasnowidzem, ani telepatą. Mówił wprost do 
mojego ucha, przyciskając mnie nadal do ściany. Tylko jego zgięte ramiona 
chroniły mnie przed przyjęciem na siebie całego jego ciężaru. Dyszał ciężko. 
– Nie mogłem się powstrzymać.

– I bardzo dobrze – sapnęłam, równie zmęczona. Z wysiłkiem uniósł głowę 
i spojrzał mi w oczy. – Tego właśnie chciałam.

Przyglądał mi się przez chwilę, potem odsunął odrobinę, dźwignął mnie na 
ręce i zaniósł do sypialni.

– Coś się stało? – zapytał jakiś czas później. Leżałam z głową na jego piersi, 
wsłuchując się w uspokajający rytm serca. Palcami nieświadomie rysowałam 
wzorki na jego przedramieniu.

– Rozmawiałam z Anną.

– Tak? – Niczego się nie domyślał?

– Ona wie – szepnęłam tak cicho, iż obawiałam się, że mnie nie usłyszał.

– Prędzej czy później musiało się to stać.

– Ale…

– Jesteśmy dorośli, a moja matka to nie kosmita. – Czułam, że się uśmiecha.

Po co w ogóle zaczynałam ten temat? Co chciałam mu powiedzieć? A ile 
przed  nim ukryć? Co to w ogóle ma być? Zachowuję się jak kompletna 
kretynka. Świadomość ta przygnębiła mnie jeszcze bardziej.

Jak   z   tego   wybrnąć?   Jeszcze   raz   wróciłam   myślami   do   tej   nieszczęsnej 
rozmowy.

* * *

82 | 

S t r o n a

background image

– Wspaniała z ciebie dziewczyna, ale czuję, że nie traktujesz mojego syna 
poważnie.

– Dlaczego? – Trafna psychoanaliza zupełnie zbiła mnie z tropu.

– Serce matki się nigdy nie myli – powiedziała, o dziwo, łagodnie. – On jest 
szczęśliwy, ale ty… masz wątpliwości. Bronisz się przed nim.

– Zrozum…

– Nie chcę, żebyś mi się tłumaczyła. Ale Piotr powinien wiedzieć.

– Naprawdę nie wiem… – Ponownie nie pozwoliła mi skończyć.

– Porozmawiaj z nim. Zanim masz jeszcze czas. Póki mój syn się w tobie nie 
zakochał.

Ani   słowa   krytyki.   Żadnego   potępienia.   A   jednak   czułam   się   paskudnie. 
Wolałabym chyba, żeby była na mnie zła. Gniew łatwiej bym przełknęła. 
A tak… zupełnie nie umiałam się odnaleźć. Co powinnam zrobić?  

* * *

–   Gdzie   jesteś?   –   Usłyszałam   cudownie   zaniepokojony   głos   Piotra.   – 
Odpłynęłaś na dobre. Myślałem, że śpisz.

– Nie mogę! – prawie krzyknęłam, gwałtownie się od niego odsuwając. – 
Dlaczego musisz być taki idealny?

– Ja? Idealny? O czym ty mówisz?

Usiadł. Próbował mnie przytulić. Uchyliłam się.

– Musimy to skończyć. Nie ma innego wyjścia. – Sztywno i oficjalnie, jak nie 
ja.  

– Magda… – Patrzył na mnie w taki sposób…

– Nie utrudniaj, proszę. – To tyle w temacie nie rozklejania się.

– Wyrzucasz mnie?

83 | 

S t r o n a

background image

– Potrzebujesz więcej, niż ja kiedykolwiek będę w stanie ci ofiarować. – Oj, 
zebrało mi się na szczerość.

– Co? Co się z tobą dzieje? Dlaczego tak mówisz? – Wyglądał na naprawdę 
zaniepokojonego. 

– Proszę cię… – Co jeszcze mam mu powiedzieć, żeby zrozumiał?

– Zrobiłem coś nie tak?

– Nie! – zaprzeczyłam gorąco. – To ja!

– Co się tak naprawdę stało? – Boże! Zmusza mnie bym użyła słów, które 
niełatwo przechodzą mi przez gardło.

– Ja nie potrafię kochać, a ty zasługujesz na wszystko co najlepsze.

– A jeśli już to znalazłem?

84 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XIV

– Przestań! Nie mogę tego słuchać! – Zatkałam uszy.

Delikatnie, ale stanowczo odsunął moje dłonie.

– Jest nam razem dobrze. Nie możemy przy tym pozostać? Dać sobie czas? – 
Coś w jego głosie sprawiło, że poczułam się ostatecznie pokonana. – Nie 
odtrącaj mnie.

–   Twoja   matka   miała   rację.   –   Więcej   nie   dałam   rady   powiedzieć. 
Rozryczałam się. Gwałtowny szloch rozdzierał moją klatkę piersiową.

Piotr mocno mnie przytulił. Nie miałam siły się bronić. Nie teraz. Później. 
Tak, pomyślę o tym później. Gdy wróci mi choć trochę sił. W tej chwili, gdy 
kołysał mnie w ramionach, nie chciałam, by odszedł. Jeszcze nie.

Pozwolił   mi   się   uspokoić,   wyciszyć,   a   potem   znowu   zaatakował. 
Przynajmniej ja tak to odbierałam.

– Magda – powoli ważył każde słowo – nie oczekuję, że ot tak, z dnia na 
dzień mnie pokochasz…

– Nic nie rozumiesz! – Lekko się zaperzyłam. – Nigdy cię nie pokocham!

Widziałam,   że   go   to   zabolało.   Twarz   mu   stężała.   Przywdziewał   maskę. 
Dziwne, ale ja też nie czułam się z tym dobrze.

– Czyli to wszystko, to tylko…

– Miałam się po prostu dobrze bawić. – Celnie trafiałam. – Nie jestem chyba 
jednak aż tak zimną suką, jak myślałam. Nie chcę cię wykorzystywać. Nie 
ciebie!

– A nie  uważasz,  że  już to  zrobiłaś?  – Próbował  ukryć,  co  czuje, ale ja 
wiedziałam. Zraniłam go. Wcale tego nie chciałam. – Naprawdę wierzyłem, 
że coś dla ciebie znaczę. Że czujesz więcej, niż chcesz się do tego przyznać. 

85 | 

S t r o n a

background image

Teraz nareszcie mamy jasność w temacie! – Z tymi słowami powoli wstał 
i zaczął się ubierać. – Jaki ze mnie głupiec!

Kilka minut później już go nie było. W moim łóżku… W moim domu… 
W moim życiu!

* * *

Następne dni zlały mi się w jedno. Funkcjonowałam trochę jak automat. 
Wśród ludzi chodziłam z przyklejonym uśmiechem, żeby nikt niczego się nie 
domyślił. I chyba naprawdę mam talent aktorski.

Tylko Wiolka przyglądała  mi się z coraz dziwniejszym wyrazem twarzy. 
Czyżby się domyślała, że jestem w dołku?

–  Jak   tam   Piotruś?   –  wyskoczyła   z  tekstem   Ewka.   –  Już  ci   się   znudziła 
zabaweczka?

– Nic nie trwa wiecznie – odpowiedziałam wymijająco.

Nie liczyłam oczywiście na to, że tak łatwo uda mi się wykręcić. I jak zwykle 
się nie pomyliłam.

A co do omawianego obiektu… No cóż. Zachowywaliśmy formalny dystans. 
I tyle. Gdyby nie wspólne studiowanie, mogłabym powiedzieć, że omijamy 
się   dużym   łukiem.   Nasze   spotkania   ograniczały   się   do   zdawkowego 
powitania. Hmmm… było ciężko!

* * *

– Powiedział ci. – Wyszło mi bardziej stwierdzenie niż pytanie.

Siedziałam   właśnie   naprzeciwko   Anny.   Zadzwoniła   wczoraj   i   poprosiła, 
byśmy się spotkały. Szczerze mówiąc, bałam się. Od kilku już dni czekałam 
na   jej   telefon.   Wiedziałam,   że   ponownie   będę   musiała   przed   nią   stanąć. 
Odwlekałam to, jak mogłam. Już nie pierwszy raz zresztą tak się zachowałam 
w   stosunku   do   niej.   Tym   razem   jednak   nie   znalazłam   w   sobie   odwagi. 
Czekałam, aż to ona wykona pierwszy krok. I wykonała.

86 | 

S t r o n a

background image

– Nie musiał. To mój syn. – Zamyśliła się na dłuższą chwilę. – Wiem, że stało 
się   coś   złego.   Stara   się   trzymać   fason,   ale   ja   i   tak   czuję,   kiedy   jest 
przygnębiony.

– Aniu, nie gniewaj się. Nie zdążyłam.

– Nie rozumiem. O czym ty mówisz?

– O Piotrze, oczywiście. – Dlaczego zmuszała mnie do powiedzenia tego na 
głos?

– Rozstaliście się, tak? – Nie musiałam odpowiadać, wyczytała to z mojej 
twarzy. – Przecież nie to miałam na myśli.

– Chciałaś, bym go nie oszukiwała – powiedziałam, spuszczając głowę. – A to, 
co zrobiłam, to jedyny sposób na szczerość.

– Magda…

– Nie chciałam go zranić, naprawdę. – Nerwowo bawiłam się frędzelkami 
obrusa.   –   Ja   wiem,   że   jestem   zła.   Wykorzystuję   ludzi,   a   szczególnie 
mężczyzn. Ale Piotra naprawdę nie chciałam. Tak wyszło.

– Nic do niego nie czujesz? – Z jej twarzy nie dało się wyczytać, co myśli.

– Tego nie mogę powiedzieć. To wspaniały facet. Nie spotkałam jeszcze kogoś 
takiego.

– Więc dlaczego go zostawiłaś?

– Bo miałaś rację. On zasługuje na miłość. Na kogoś, kto go pokocha.

– A ty…?

– Ja nie potrafię mu tego dać – powiedziałam to z żalem, który zaskoczył 
nawet mnie.

– Co ty opowiadasz?!

– Znam siebie. – Dopadło mnie przygnębienie. Taka zrezygnowana, mała 
dziewczynka.

87 | 

S t r o n a

background image

– Jesteś cudowną osobą. Ciepłą i życzliwą.

– Chyba tylko ty mnie taką widzisz.

–   Może   po   prostu   innym   nie   pokazujesz   siebie,   tej   prawdziwej.   –   Gdy 
spojrzałam na nią zdziwiona, dodała: – Może trochę grasz?

Jej słowa na długo zostały we mnie. Drażniły jak natrętna mucha. Czyżbym 
nie była szczera nawet wobec samej siebie?

* * *

– Ty i Piotruś? – Usłyszałam za plecami znajomy głos. Szczerze mówiąc, nie 
ucieszyła mnie ta niespodzianka. – Szokujące!

Stałam właśnie obok swojego auta. Zapadał wieczór. Przed chwilą wyszłam 
z domu Anny. Zapewne Mareczek dośpiewał sobie, że ja i Piotr… Jak bardzo 
się mylił! Nie miałam jednak zamiaru ani ochoty wyprowadzać go z błędu. 
Niech sobie myśli, że nadal jesteśmy… Parą? Razem? Jak zwał, tak zwał. 
Zdawałam sobie sprawę, że i tak pewnie nie da mi spokoju. Co za pech! Już 
wcześniej zrozumiałam, że wszystko pomiędzy dwoma „zaprzyjaźnionymi” 
panami rozbija się zapewne o źle pojętą zazdrość.

– Nie sądzisz, że to raczej nie twoja sprawa?

Marek uważnie mi się przyglądał z kpiącym uśmieszkiem, błąkającym się 
gdzieś w kącikach jego ust.

– Fiu! Fiu! Czyli etap całowania w rączkę macie już za sobą? – Boże, skąd ten 
gość się urwał? Z gigantycznej choinki? – Nie poznaję kolegi… Taki szybki 
z niego zawodnik? Ciekawe od kiedy?

– Słuchaj, to mnie wcale nie bawi. – Powstrzymałam się, by na niego nie 
warczeć. – Masz coś na wątrobie, to mów wprost.

– Nie chciałabyś wiedzieć… – Za kogo on mnie ma? Za pierwszą naiwną? 
Chęć przekazania mi tych śmierdzących rewelacji aż z niego promieniowała.

– Czekam.

88 | 

S t r o n a

background image

– Pamiętaj, sama chciałaś! – Teraz już legalnie się cieszył. 

–   Powiedzmy,   że   nie   miałeś   na   to   żadnego   wpływu…   –   Ironio!   Moja 
niezawodna towarzyszko!

– No dobra! Nasz Piotruś to strasznie cienki zawodnik. Nie będziesz miała 
z niego zbyt wielkiego pożytku.

– A skąd ten wniosek? – Poudawajmy troszeczkę.

–   Każda   jego   „była”   prędzej   czy   później   trafiała   na   mnie.   I   mając 
porównanie… No cóż, rozwiązywały im się języki.

Chyba zaczynałam wszystko rozumieć.

– A ty oczywiście nie omieszkałeś przekazać tych pikantnych szczegółów 
najbardziej zainteresowanemu?

– Przyjaźń ma swoje prawa.

– Chyba sobie kpisz?! – Nie umiałam już ukryć ani złości, ani obrzydzenia.

– Tak szczerze, to nie miałem zbyt wiele do przekazywania. – Ten facet jest 
jednak naprawdę obleśny. A jego śmiech… Dźwięczał mi w uszach jeszcze 
długo po tym, jak odjechałam.

Frustracja   i   gniew   spowodowały,   że   może   powiedziałam   mu   za   wiele. 
Odkryłam zbyt dużo z mojej prywatności? Trudno, czasu nie cofnę!

– Widocznie laski, o których mówisz, nie wiedziały co dobre.

* * *

Starałam się wrócić do normalności. Do znanego mi życia. Do tego, co było 
przed Piotrem. Znajomi, moje szalone trio, imprezy. To wszystko jednak 
straciło   jakoś   swój   urok.   Przynajmniej   ja   nie   odnajdowałam   się   już   tak 
doskonale wśród tych ludzi. 

Na dokładkę poraziła mnie oczywista prawda. Świadomość zmiany, jaka we 
mnie zaszła. Dokładniej rzecz ujmując, zmiany w podejściu do życia i ludzi, 

89 | 

S t r o n a

background image

a szczególnie mężczyzn… Czeka mnie celibat, jak nic. Żaden facet mi się 
nawet nie podoba, a co mówić o ochocie na cokolwiek więcej? Jest tylko 
jeden,   którego   mogłabym…   zawsze   i   wszędzie!   Co   ja   znowu   wyrabiam? 
Obiecałam sobie nie myśleć o przystojnym ratowniku. Dotrzymam słowa, 
choćby miało mnie coś trafić!

Cudowne postanowienie! Tylko czy realne?

90 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XV

Wychodzę normalnie na alkoholiczkę. Niedobrze! Znowu uwaliłam się na 
sztywno, na dokładkę na smutno. W obecnym stanie ducha „na wesoło” nie 
dałabym   rady   żadną   miarą.   Dzięki   Bogu   za   huczne   piątkowe   imprezy! 
W takim tłumie mało kto zwróci uwagę na jedną zalaną więcej.

Ktoś jednak mnie przyuważył. Nie powiem, żebym klaskała uszami z radości, 
ale byłam na tyle pijana, że jego obecność nie przyprawiała mnie o mdłości. 
Alkohol ma jednak zaskakujące działanie.

– Jak się bawisz? – Nawet jego głos nie wydał mi się tak odpychający jak na 
trzeźwo. Co jest?

– Świetnie! – Odpowiedź dobra na każdą okazję.

Lekko się zachwiałam, nie trafiając ręką w poręcz schodów, przy których 
stałam.

– Widzę, że impreza dobiega końca. – Miał oczywiście na myśli mój stan.

Nawet mnie nie zdenerwował. Moje myśli coraz bardziej mnie zaskakiwały. 
Marek zaczynał mi się podobać? Zakręciło mi się w głowie. Faktycznie, czas 
kończyć imprezowanie. A z facetem od „kanarka” to jest pewnie tak, jak z tą 
brzydką babką przy barze… Każdy chyba zna ten dowcip. „Staszek, jak ona 
zacznie   mi   się   podobać   –   wychodzimy”.   W   związku   z   tym   moje 
postanowienie wydaje się raczej oczywiste. Obrałam kierunek i chwiejnie 
ruszyłam do drzwi.

– Hej! – Złapał mnie w pół kroku. – Nie uciekaj.

A niech mu tam. Przynajmniej mam się na kim oprzeć.

– Zamów mi taksówkę. Kiepsko się czuję.

91 | 

S t r o n a

background image

Posadził mnie na schodach. Oparłam głowę o barierkę. Mogłabym już tak 
zostać. Do rana miałabym zapewne skurcze i makabryczne bóle mięśni. Fuck! 
Wstaję.

– Zaczekaj! Zaraz wracam. – Słyszałam oddalający się głos Marka.

Troszeczkę jeszcze tu posiedzę. Odpocznę. Nabiorę sił. I będzie dobrze. 

Resztę   pamiętam   jak   przez   mgłę.   Ocknęłam   się,   gdy   próbował   mnie 
wpakować   do   samochodu.   Nareszcie   będzie   miękko.   Coś   jednak   mi   nie 
pasowało. Cytrynowa taksówka? Nie! Nie chcę z nim jechać! Zaparłam się, 
ale za słabo, by się zatrzymać.

To, co wydarzyło się w ciągu kolejnych kilku minut, pozostanie dla mnie 
tajemnicą.   Byłam   zbyt   otumaniona,   a   moja   percepcja   działała   na 
makabrycznie zwolnionych obrotach.

– Piotruś… – westchnęłam, gdy objął mnie swoim silnym i opiekuńczym 
ramieniem. Tak naprawdę, to po prostu na nim zawisłam. Poczułam się tak 
dobrze. Słowa sformułowały się same: – Zaopiekuj się mną.

Ponownie   odpłynęłam   w   niebyt,   tym   razem   z   uśmiechem   na   ustach. 
Ocknęłam się, gdy dotarł do mnie szmer rozmowy. 

– Mamo, nie mogłem jej w tym stanie odwieźć do domu.

– Dobrze zrobiłeś. Nie powinna zostać sama. Połóż ją do łóżka. 

Piotr! To jednak nie sen. Unosiłam się w powietrzu z radości? Nie. Niósł mnie 
na rękach. Cudownie. Wtuliłam się w niego.

– Jesteś bezpieczna.  – Miękkie  i delikatne  słowa  podziałały  na mnie jak 
balsam.

– Tak. – Bardziej westchnęłam, niż powiedziałam.

Przyjemne kołysanie sprawiało, że zapadałam w letarg. W pewnej chwili 
jednak poczułam, że bezpieczne schronienie się oddala.

92 | 

S t r o n a

background image

Piotr położył mnie i próbował się odsunąć. Zacisnęłam ramiona wokół jego 
szyi. Nie zostawiaj mnie! To zamierzałam powiedzieć, ale słowa nie chciały 
wyjść z moich ust. Jeszcze jeden wysiłek:

– Nie… – udało mi się wyszeptać.

– Spokojnie. Zostanę…

Z tym zapewnieniem zapadłam w sen.

W środku nocy, niespodziewanie otworzyłam oczy. Czułam się rewelacyjnie. 
Czy ten facet był również lekarstwem na kaca? W tej chwili zgadzałam się 
z tym dziwnym wnioskiem. Przeciągnęłam się delikatnie, by nie obudzić 
śpiącego obok mnie mężczyzny. Przyjrzałam mu się. Cudownie potargane 
włosy, uśmiech na twarzy i to wspaniałe ciało przytulone do mnie. Idealnie! 

Poruszyłam się nieznacznie, przysuwając bliżej. Pragnęłam znowu go poczuć. 
Chociaż jeszcze jeden raz. Wsunęłam kolano między jego nogi, a moje ręce 
powolutku rozpoczęły swoją wędrówkę. Dotykanie go sprawiało mi ogromną 
przyjemność, chciałam jednak więcej. Odnalazłam drogę do…

– Co robisz?

– Potrzebuję cię – odpowiedziałam wprost.

– Przestań! – Bronił się.

– Nie odtrącaj mnie. Nie teraz – prosiłam. Nadal błądząc dłońmi po jego 
muskularnym torsie.

– Nie chcę być kimkolwiek! – Nie zrozumiałam, o co mu chodziło. Chyba to 
wyczuł, bo dodał: – Ciałem na pocieszenie.

– To nie tak. Pragnę tylko ciebie. Uwierz mi.

Chyba uwierzył. To, co ofiarował mi tej nocy… Trudno ubrać w słowa. Nie 
będę więc nawet próbowała.

* * *

93 | 

S t r o n a

background image

Kuba?!   Ten   to   ma   wyczucie   chwili.   Dopiero   wróciłam,   a   tu   taka   „miła” 
niespodzianka.

– A ty co tutaj robisz? – Po chwili zastanowienia coś mnie tknęło: – Starzy 
też przyjechali?

– Zerwałem im się ze smyczy. – Jak zawsze beztroski.

– Że jak?

– No ma się te szesnaście lat, no nie? – Dorosły się znalazł! I ten smród ma 
czelność się niecierpliwić?

– Niby tak… – Próbowałam zebrać myśli, po wczorajszej imprezie nie było to 
całkiem proste.

– Nie wnikaj za bardzo. Nie mogłem ich już strawić.

– I zamierzasz zostać tutaj? – Tylko nie to! Błagam. Za jakie grzechy?

– A co? Wystawisz za drzwi swojego młodszego braciszka? – Nie zdawał 
sobie sprawy, jak bardzo bym chciała.

– Nawet nie wiesz, jaką mam na to ochotę. – Samo się powiedziało. Nie do 
końca kontrolowałam mechanizm zamiany myśli na słowa.

– Sister, nie dramatyzuj. Będzie spoko.

– To ty tak myślisz.  A co ty w ogóle zamierzasz, Młody?  Szkoły ci nie 
odpuszczą. Wiesz o tym.

– Jak zniknę im z oczu na jakiś czas, to może zmiękną. – Dziecinne te jego 
metody. Na rodziców to raczej nie podziała. Niech się jednak łudzi. Jego 
sprawa.

– A cóż ci takiego zrobili? – Nie byłam za specjalnie ciekawa.

– Zapytaj lepiej, czego nie zrobili.

– No, więc? – O! Ukochany syneczek nie dostał jakiejś nowej zabaweczki? 
Tragedia życiowa!

94 | 

S t r o n a

background image

Jak tylko dotarło do mnie, o jakie pierdoły chodziło, przestałam go słuchać. 
Niech się wyżali. Ja nie muszę uczestniczyć w tym monologu. Nie można 
zresztą oczekiwać po mnie zbyt wiele. Na pewno nie w tej chwili.

Wróciłam do dzisiejszego poranka…

* * *

Przepraszam. Nie powinienem był. 

P.S. Wybacz, że wyszedłem bez pożegnania. Nie chciałem cię budzić. 

Piotr

Taki liścik znalazłam po przebudzeniu. Jak w jakimś romansidle. Głupie mam 
jednak   te   skojarzenia.   Pewnie   przez   tą   różyczkę?   No   właśnie,   kartka 
z pięknie   wykaligrafowanymi   słowami   stała   oparta   o   wazonik   z   jedną 
niewielką różą. Białą, dla ścisłości. Czy to nie jest czasem kolor niewinnych, 
czystych? Pasuje ten kwiatek do mnie jak pięść do nosa. 

Powoli się ubrałam i zeszłam na dół. Konfrontacja z Anną też nie napawała 
mnie optymizmem. Dobrze chociaż, że nie wiedziała, co robiłam ostatniej 
nocy   pod   jej   dachem.   Ja   wiedziałam   i   moje   skrępowanie   tylko   się 
powiększyło.   Przecież   sam   fakt,   że   Piotr   przyniósł   mnie   tu   wczoraj 
kompletnie pijaną, stanowił już powód do wstydu. A reszta… Musi pozostać 
moją słodką tajemnicą.

Na dole czekało na mnie przepyszne śniadanie i uśmiechnięta gospodyni.

– Jak się czujesz, kochanie?

– Świetnie. – Panuj trochę nad sobą! Upomniałam się w duchu. Jeszcze się 
domyśli,   że   nie   tylko   spałam   tej   nocy.   Gdyby   ona   wiedziała…   Nie 
przeżyłabym tego. – Naprawdę dobrze. Przepraszam za wczoraj.

– Nie przejmuj się tak bardzo. – Pocieszająco poklepała mnie po ramieniu.

* * *

95 | 

S t r o n a

background image

Po powrocie z Wrzosowej, przez nieoczekiwane pojawienie się braciszka, nie 
zdążyłam nawet wziąć prysznica. Kuba za to w mgnieniu oka rozgościł się 
i wyglądał na całkiem zadomowionego. Wspaniale. O ironio!

Obecnie   leżał   na   kanapie   przed   telewizorem.   Oczywiście   bez   koszulki. 
Zdążyłam się już odzwyczaić od tego młodocianego naturysty. Chwalił się 
klatą   czy   co?   No,   przede   mną   nie   musi.   Kazirodztwo   póki   co   mnie   nie 
interesuje. Tak zdesperowana, mam nadzieję, nigdy nie będę. Boże, o czym ja 
myślę?

Postanowiłam, w miarę możliwości, nie zwracać na niego uwagi. Stojąc pod 
strugami ciepłej wody, prawie mi się to nawet udało. Relaks jednak nie trwał 
długo.   Usłyszałam   dzwonek   do   drzwi.   Cholera!   Właśnie   teraz   ktoś 
koniecznie szuka ze mną kontaktu? 

– Młody! – wydarłam się spod prysznica. – Zobacz kto to! I niech poczeka. 
Zaraz wychodzę.

Niezbyt chętnie, ale chyba poszedł otworzyć.

Wychodząc z łazienki, usłyszałam szmer rozmowy, zaraz potem trzasnęły 
drzwi.

– Szukał cię jakiś koleś – wypalił mój „współlokator”, gdy pojawiłam się 
w pokoju.

– I…?

– I nic. Nie chciał poczekać. – No, jeśli miałeś taką minę jak teraz, to się nie 
dziwię. Nie powiedziałam jednak tego na głos.

– Coś mówił? – Ciekawe kto to mógł być? Nie miałam siły tego roztrząsać.

– Nic. W sumie to jakiś dziwny gość. – No tak! Dla Kuby prawie wszyscy 
dorośli byli dziwni.

– Hmmm?

96 | 

S t r o n a

background image

– Przyglądał mi się, jakby zobaczył kosmitę,  a jak powiedziałem  mu, że 
bierzesz prysznic, to burknął coś pod nosem i się zmył.

– Przedstawił się?

–   No   mówię   przecież,   że   nie!   –   Odwrócił   się   na   pięcie   i   zajął   swoją 
poprzednią miejscówkę.

A niech się gapi w tą „magiczną skrzynkę”, przynajmniej przez jakiś czas 
będzie spokój. Wyobrażę sobie, że go tu wcale nie ma. Dobry plan!

97 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XVI

Niedziela. Dzień lenistwa i bezpiecznych rozrywek. Ja jednak nie potrafiłam 
się   skupić   na   błogim   nicnierobieniu.   Myślałam   o   nim.   Dlaczego   się   nie 
odzywa?   Ja   mogłabym   (przynajmniej   do   niedawna)   kogoś   przelecieć 
i zapomnieć. Nie powód to do dumy, ale niestety prawda. On jednak taki nie 
jest. Dlaczego więc milczy?

Godzinę później wchodziłam już do Tytana. Olśniło mnie i przypomniałam 
sobie, że właśnie na siłowni można go znaleźć w każdy ostatni (lub pierwszy 
– zależy, z której strony liczyć) dzień tygodnia. Nie pomyliłam się.

–   Piotr.   –   Uśmiechnęłam   się   szeroko   na   jego   widok.   On   jednak   nie 
odwzajemnił się tym samym. – Może…

– Błagam, tylko nie proponuj mi, żebyśmy zostali przyjaciółmi!

Jakimi znowu przyjaciółmi? On myśli chyba, że ja…? To znaczy… Cholera 
jasna! Nie rozumiał? No może ciężko mnie zrozumieć, zresztą sama siebie nie 
do końca pojmowałam. 

– Tęskniłam za tobą. A wczoraj… – Nie wiedziałam jak skończyć to zdanie, 
więc zaczęłam inaczej: – Naprawdę chciałabym… – Tym razem to on nie dał 
mi dokończyć. 

– Stało się. Raczej tego nie odkręcimy. – Od kiedy tak lekko podchodzi do 
tematu? A tak w ogóle to zauważyłam, że jest na mnie chyba zły. Za co? 
Czuje się wykorzystany? Facet z zasadami! A niech go! Jego kolejne słowa 
zszokowały mnie jeszcze bardziej: – I uważaj na siebie, bo za tego pyskatego 
gnojka może cię prokurator ścigać.

O czym on mówi? Zaraz, zaraz… Ten opis pasuje do… O matko!

– Byłeś wczoraj u mnie?

98 | 

S t r o n a

background image

Nie odpowiedział. Patrzył tylko przenikliwie. Wiedziałam, że się nie mylę. 
Cóż on musiał sobie o mnie pomyśleć? Bzyknęłam się z nim, a zaraz potem 
pobiegłam do domu, gdzie czekał na mnie „młody-gniewny” bez koszulki? 
Pięknie! Dziwne tylko, że w ogóle ze mną rozmawia.

– Chodzi ci o tego młodego ekshibicjonistę?

– Widzę, że to cię bawi? – A o co teraz mu chodzi?

– Czyżbyś był zazdrosny? – Nie wiem dlaczego, ale chciałam się z nim trochę 
podrażnić. Naprawdę mam zrytą psychę.

– Ależ skąd. – Zdradziła go twarz. – Powinnaś tylko uważać z małolatami.

– A ja jednak myślę, że odrobinę przesadzasz. – Z satysfakcją dostrzegłam 
jego lekko spłoszone spojrzenie. Pokazał więcej, niż chciał? – To mój młodszy 
brat.

– Brat? – Totalne zaskoczenie, a nawet szok. Odetchnął z ulgą? A może się 
ucieszył?

–   Tak!   Nawiał   starym   i   zwalił   mi   się   na   głowę.   –   Z   niekłamanym 
zadowoleniem obserwowałam uczucia przemykające po jego twarzy.

– Przepraszam. Myślałem, że…

– Wiem doskonale, co sobie pomyślałeś – weszłam mu w słowo.

– Wybacz.

– Pod warunkiem, że pogadamy o nas. – Po to przecież tu przyszłam.

– Magda, wiesz, że nie ma o czym mówić. – Powiedział to ze smutkiem, a mi 
naprawdę zrobiło się przykro. – Seks to nie wszystko. Poza łóżkiem nic nas 
nie łączy.

– Nieprawda! – Wierzyłam w to, co mówię. To nagłe olśnienie trochę mnie 
zdziwiło. – Chciałabym spróbować. Bez chowania się za: „nie umiem”, „nie 
potrafię”. Daj mi szansę.

99 | 

S t r o n a

background image

Milczał przed dłuższą chwilę. O czy myślał? Spięłam się w oczekiwaniu. 
Nadspodziewanie   silnie   zależało   mi   na   pozytywnym   rozpatrzeniu   mojej 
prośby.   Boże!   Myślę   biurokratycznie?   Jakbym   pisała   podanie   o   pracę. 
Szczerze jednak, bardzo, ale to bardzo zależało mi, by się zgodził. Co zrobię, 
jak będzie inaczej? Nie chcę teraz o tym myśleć. Mam jeszcze szansę. Nie 
powiedział: „nie”. Skoro nie odpowiedział od razu, to znaczy, że może też 
tego chce, tylko obawia się, że znowu go zranię. W tym jestem naprawdę 
dobra.   Na   pewno   potrafię   też   zabłysnąć   w   innych   dziedzinach.   Chyba 
pierwszy raz aż tak bardzo mi zależało. 

–   Czego   ty   ode   mnie   chcesz,   dziewczyno?   –   Zabrzmiało   to   strasznie 
dramatycznie. Aż tak trudno mu podjąć decyzję?

– Żebyś był blisko – odpowiedziałam bez zastanowienia. Czy to go przekona? 

– Ja? Czy tylko…?

– Piotr! – Spojrzałam mu głęboko w oczy, z nadzieją, że dojrzy w moich 
szczerość. – Nigdy nie było mi z nikim tak dobrze. – Idę w złym kierunku. 
Znowu pomyśli, że chodzi mi wyłącznie o jego ciało. – Nie mam na myśli 
tylko łóżka.

Nic nie powiedział. Czekał. Widziałam wyraźnie grę mięśni na jego twarzy. 
Chciał wiedzieć, co mam mu do zaproponowania. W sumie nic dziwnego. Po 
tym, jak mu powiedziałam, że miał stać się tylko zabaweczką, trudno tak 
nagle uwierzyć w przemianę.

– Porozmawiajmy przy kolacji, proszę.

– U ciebie? – Zapytał z dziwnym błyskiem w oczach.

–   Nie!   Mam   Kubę   na   karku,   pamiętasz?   –   Uśmiechnęłam   się   krzywo.   – 
Przyjadę po ciebie i gdzieś się wybierze…

–  Nie! – przerwał mi w pół słowa. – Muszę zajrzeć do matki. – Odetchnęłam. 
Zgodził się. Nie wprost, ale jednak. – To ja przyjdę po ciebie.

– Dobrze – odpowiedziałam z ulgą.

100 | 

S t r o n a

background image

A potem zrobiłam coś zupełnie do mnie niepodobnego. Stanęłam na palcach 
i delikatnie musnęłam jego usta. Kompletnie się tego nie spodziewał. Nie 
zdążył zareagować. A ja? Poczułam się przedziwnie. To takie urocze. Słodki 
buziak na dowidzenia.

* * *

– Idziesz na rozbieraną randkę? – Temu małolatowi tylko jedno w głowie? 
Hormony? Czy może rodzinna przypadłość?

– Nie twoja sprawa – ucięłam ostro. Jakbym nie miała z kim rozmawiać 
o moim życiu, a zwłaszcza seksualnym.

Po głębszym jednak zastanowieniu muszę stwierdzić, że tak naprawdę to nie 
mam takiej osoby. To bardzo smutne. Tylu jest ludzi wokół mnie, a ja nie 
mam   z   kim   szczerze   pogadać.   Tak   od   serca.   Cholera,   do   tej   pory   nie 
zastanawiałam się nad takimi egzystencjonalnymi zagadnieniami. Po prostu 
żyłam z dnia na dzień. A teraz? Cóż się zmieniło? Czyżby to przez niego? 
Przewraca moje życie do góry nogami. Mimo wszystko jednak nie chciałam 
go  sobie   odpuścić.   Przy   nim   czułam   się…   Czy   ja   wiem?   Szczęśliwa?   To 
wielkie słowo, ale chyba nie potrafię znaleźć lepszego, przynajmniej w tej 
chwili. 

Spojrzałam na zegarek. Powód mojej przemiany miał się pojawić niebawem. 
Te uczucia, które zatliły się gdzieś wewnątrz mnie, stanowczo przypominały 
niczym   nie   uzasadnioną   radość   dziewczyny   idącej   na   pierwszą   randkę, 
euforię i coś jeszcze, czego nie umiałam zidentyfikować.

Przygotowałam się szczególnie starannie. Chciałam wyglądać jak najlepiej. 
To także nowość. Do tej pory uważałam, że wyglądam świetnie, nawet gdy 
zbyt   mocno   się   nie   starałam.   Teraz   jednak   zadbałam   o   każdy   szczegół. 
Patrząc w lustro, stwierdziłam, że nikt nie mógłby mi się teraz oprzeć. Tak, 
wyglądam   rewelacyjnie.   Jednak,   mimo   wszystko,   czułam   niepewność 
i delikatne wewnętrzne drżenie. Co to takiego? Nigdy wcześniej mi się to nie 
zdarzało. Jak zresztą wiele innych rzeczy, których doświadczałam w ostatnim 
czasie.

101 | 

S t r o n a

background image

Moje rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi.

– Otworzę! – radośnie (a może z kpiną?) zakrzyknął nawiedzony braciszek 
i wystartował, rozpychając się po drodze.

– Czyżby spodobała ci się fucha odźwiernego?

–   Może   znowu   jakiś   ciekawy   przypadek?   –   Jednak   kpina   stanowiła 
dominujące uczucie w jego głosie. – Masz dziwacznych znajomych.

– Na pewno lepszych od ciebie – warknęłam do jego pleców.

– Zobaczymy…

Młody ma jednak tempo, gdy oczywiście tego chce. Dopadł drzwi szybciej 
ode mnie. I przywitał mojego gościa. Jeśli można nazwać powitaniem to, co 
wyszło z ust Kuby:

– Znowu ty?

– I vice versa! – Usłyszałam odpowiedź Piotra. Śmiał się?

– Nie przejmuj się tym kretynem – powiedziałam, dopadając drzwi. 

To   były   moje   ostatnie   słowa,   zanim   rozdziawiłam   usta   w   totalnym 
zaskoczeniu. Wyglądał… Po prostu… Wspaniale. Tak eleganckiego jeszcze 
go nie widziałam. Fiu! Fiu! Teraz prezentował się jak młody Bóg.

– Mogę?

Odsunęłam się, wpuszczając go do środka. Nie potrafiłam jednak wydusić 
z siebie choćby jednego słowa.

Nowo przybyły pochylił się i cmoknął mnie w policzek. Nawet tak delikatny 
dotyk jego ust, wywołał we mnie gwałtowną  reakcję.  Zachowuję się jak 
wstydliwa panienka. Dzięki ci opatrzności (lub komukolwiek, kto tam na 
górze steruje naszym losem) za brak pąsów. Ostatnio dość często doceniam 
umiejętność nieczerwienienia się. Zastanawiające.

– Ślicznie wyglądasz – szepnął, odsuwając się nieznacznie ode mnie.

102 | 

S t r o n a

background image

– Ty też całkiem nieźle – udało mi się wykrztusić. 

– No, no! Romansik w pełnym rozkwicie… – Palnę zaraz tego mojego brata.

– Nie masz nic do roboty? – warknęłam na niego. – Spadaj!

– Lepszej rozrywki nie znajdę!

–  Nie   proś   Boga,  bym  ja  ci  jakąś  znalazła.  –  Zaczynał  mnie   koszmarnie 
drażnić. Taka publiczność nie była mi potrzebna.

– A ja pomogę – dodał z uśmiechem Piotr. Nie miał jednak zbyt przyjaznej 
miny. Pewnie długo jeszcze będzie miał żal do Młodego.

–   Sister,   no   wiesz?   –   Obruszył   się   Kuba.   Czyżby   nie   czuł   się   już   tak 
komfortowo jak wcześniej?

– Spadaj, pókim dobra.

–   Niech   ci   będzie   –   odpowiedział,   wlokąc   się   do   pokoju.   W   drzwiach 
odwrócił   się   ze   złośliwym   uśmieszkiem   i   dodał:   –   Ale   opowiesz   jakieś 
pikantne szczegóły?

Miał refleks i niestety nie dostał rzuconym przeze mnie kapciem. Co za pech!

103 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XVII

–   Ciekawego   masz   braciszka   –   odezwał   się   towarzyszący   mi   mężczyzna, 
piekielnie przystojny, szczególnie dzisiaj, po dłuższej chwili milczenia.

Wychodziliśmy   właśnie   z   klatki   schodowej.   Zastanawiałam   się,   jak 
pojedziemy. A ściślej rzecz biorąc: czym? Trochę głupio mi było proponować 
mój samochód. Więc pozostaje taksówka.

– Skłaniam się ku teorii, że podmienili go w szpitalu. – Uśmiechnęłam się do 
swoich myśli. – Nasi rodzice, choć bardzo sprytni, nie mogli przecież zrobić 
takiego czegoś. Na pewno nie świadomie! No chyba, że miękkim po ciemku.

– Widzę, że strasznie go uwielbiasz…

– Jasne, jak zarazę, śnieżycę i trzęsienie ziemi. Razem wzięte.

Jego dźwięczny śmiech rozlał się ciepłem wewnątrz mnie. Uwielbiam tego 
faceta. A gdy jest taki radosny jak teraz, nie potrafię na dokładkę oderwać od 
niego oczu. Gapiłam się więc jak sroka w gnat i nie od razu zauważyłam nasz 
transport. Gdy jednak w końcu oderwałam wzrok od Piotra, dostrzegłam 
czarną beemkę zaparkowaną tuż pod moim blokiem.

– Tym jedziemy? Serio? – Popatrzyłam na niego zdziwiona. Niezła gablota. – 
Twój?

– Trzy razy tak. Podoba ci się?

– Bardzo.

– Czuję, że chciałabyś usłyszeć, skąd go wytrzasnąłem, ale boisz się mnie 
urazić. – Trafił w dziesiątkę.

– Trochę mnie zaskoczyłeś. To prawda. Ale ja wcale… – tłumaczyłam się jak 
winowajca. Co się ze mną dzieje?

– Nie stać mnie na taką furę. Oboje to wiemy – powiedział poważnie, patrząc 
mi w oczy. Otwierał właśnie przede mną drzwi z zapraszającym gestem.

104 | 

S t r o n a

background image

– Więc jak? – zapytałam ośmielona jego wstępem, sadowiąc się w wygodnym 
fotelu pasażera.

– Nie bez powodu zasuwam w warsztacie. – I znowu ten cudowny uśmiech. 
Kiedyś mnie zabije, daję słowo. – Chłopaki pomogli mi poskładać to cacko.

– Wiesz… – Zastanawiałam się przez chwilę, przyglądając się, jak odpala 
silnik. – Działasz pozytywnie na wszystkich wokół.

– Na ciebie też? – Rzucił mi krótkie, ale intensywne spojrzenie.

– Na mnie przede wszystkim!

* * *

Wieczór minął zaskakująco szybko. Piotr wybrał naprawdę urocze miejsce. 
Miła,   nieprzesadnie   ekskluzywna   knajpka   emanowała   niesamowitym 
klimatem. Że też nigdy tu nie byłam. Szokujące. 

– Uwielbiam to miejsce. Ma nieodparty urok. – Na jego twarzy pojawiło się 
rozmarzenie.

– Zauważyłam. – Poczułam się zazdrosna o wszystkie dziewczyny, które tu 
przyprowadził. Ja i zazdrość?

Kolację zjedliśmy w niesamowicie ciepłej i przyjacielskiej atmosferze. Nie 
rozmawialiśmy  jednak o  nas. Przynajmniej  nie  wprost.  Postanowiłam  się 
dostosować   i   do   niczego   go   nie   zmuszać.   Najważniejsze,   że   jest   ze   mną 
i patrzy na mnie w ten zniewalający sposób. Jakbym liczyła się tylko ja. Na 
całym świecie. Nikt jeszcze tak na mnie nie patrzył.

* * *

Leżąc   tej   nocy   w   pustym,   zimnym   łóżku,   marzyłam,   by   Kuba   się 
zdematerializował. Jak przewidywałam, Piotr nie został na noc, ani na jej 
kawałeczek.   I   w   sumie   to   mu   się   nawet   nie   dziwię,   z   nabuzowanym 
hormonami małolatem za ścianą, nawet ja nie czułam się swobodnie. A mi 
zazwyczaj mało co przeszkadzało.

105 | 

S t r o n a

background image

Muszę pozbyć się tego wrzodu na dupie i to jak najszybciej. Moje życie 
erotyczne przestanie istnieć (a przecież dopiero je odzyskałam, czy raczej 
miałam na to szansę), gdy on pomieszka tu dłużej. Chociaż rozmawiałam 
z rodzicami, żeby nie rwali sobie włosów z głowy i że młody buntownik 
zrobił sobie przystań u mnie, nie przyniosło to jakiejś radykalnej zmiany 
mojej sytuacji. Matka obiecała co prawda, że po niego przyjedzie, ale nie 
raczyła   poinformować   mnie   kiedy.   Tak   więc   muszę   wykazać   się 
cierpliwością, co nie będzie na pewno łatwe. Szczególnie teraz, gdy wrócił 
Piotr. Mieć takiego faceta i nie móc z nim nic. Toż to tragedia!

* * *

– Masz jeszcze szansę się z tego wykręcić. – Usłyszałam rano na powitanie.

Piotr stał oparty o swoją nową zabawkę vel środek transportu. Podjechał po 
mnie, tak jak się umówiliśmy. Razem, jako oficjalna para, mieliśmy wyruszyć 
na uczelnię. Trochę się tego obawiałam. Moje wątpliwości co do związków 
nie rozwiały się jak dym, tylko dlatego, że spotkałam ideał. O nie! Nadal nie 
bardzo   wierzyłam   w   trwałość   układów   damsko-męskich.   Postanowiłam 
jednak spróbować. Całkiem serio do tego podeszłam. Obiecałam jemu, a także 
samej   sobie,   nie   chować   się   za   moimi   obawami.   Tak   więc   stawię   czoła 
wszystkiemu, co ma się wydarzyć. W końcu jestem dorosłą osobą. 

Plan na dziś miał proste założenie. Bez sensu jechać na dwa samochody. Po 
wykładach   mój   chłopak   (O   Boże,   czy   ja   to   naprawdę   powiedziałam?!) 
podrzuci mnie do swojej matki, a wieczorem po pracy odwiezie do domu.

– Nie mam najmniejszego zamiaru – odpowiedziałam z całą stanowczością, 
na jaką potrafiłam się zdobyć, podchodząc do niego. Chciałam być z nim, 
naprawdę tego chciałam. 

– Całe szczęście… – Objął mnie i tuż przed długim, gorącym pocałunkiem 
dodał: – Moje, oczywiście.

– Zdajesz sobie sprawę – powiedziałam, gdy w końcu uwolnił moje usta 
(ramion na szczęście nie cofnął) – że bierzesz w pakiecie cały zestaw wad?

106 | 

S t r o n a

background image

–   Jeszcze   ich   jakoś   nie   zauważyłem   –   odpowiedział   ze   śmiechem.   Och, 
wazelinuj mi tak jeszcze. To lubię.

– To tym bardziej powinieneś się bać… nieznanego! – Chętnie podjęłam tę 
małą grę słowną. 

– Nie przestraszysz mnie. – Mocniej mnie przytulił. – Nawet jeśli okaże się, 
że w nocy zmieniasz się w wilkołaka.

– Tak, a ty zapewne w rzeczywistości jesteś wampirem?

– Niezły duecik, co?

– Przestań opowiadać bajki, tylko mnie pocałuj.

– Już się robi, proszę pani! – Nie zdążyłam się nawet zamachnąć za tą jawną 
kpinę, bo tonęłam w niesamowitej przyjemności. Boże, jak on całował!

* * *

– Nareszcie jesteście – przywitała nas radośnie Anna. – Już myślałam, że coś 
się stało.

– Miło cię widzieć! – Rozpromieniłam się jeszcze bardziej. Gdyby nie uszy, to 
uśmiech   miałabym   dookoła   głowy.   Cały   dzień   zresztą   chodziłam 
irracjonalnie, euforycznie szczęśliwa.

Piotr cmoknął ją w policzek, nie zabierając ręki z mojego biodra. Ta scena 
wydała mi się niesamowicie intymna. 

– Chodźcie kochani. Obiad gotowy. – Poczułam się w tym momencie jak 
członek rodziny. To takie nowe, ale też zajebiście przyjemne.

– Mnie też przewidziałaś? – zapytałam lekko zdziwiona.

– Piotr mnie uprzedził. – Spojrzała z uśmiechem na syna. Tyle było miłości 
w jej wzroku. Jak bardzo zazdrościłam im tego uczucia. Moja matka… Nie 
będę o niej teraz myśleć.

107 | 

S t r o n a

background image

– Że przywiezie głodomora? – Otrząsnęłam się z moich smutnych myśli. To 
nie czas i miejsce na klepanie doła. Szczególnie przez osobę mojej niezbyt 
uczuciowej rodzicielki. – Zjadłabym konia z kopytami.

– To lubię! – Roześmiała się gospodyni. – Dobry apetyt to podstawa.

Tylko czego? Przemknęło mi przez głowę.

* * *

– Teraz najchętniej bym się stąd nie ruszał – mruknął mój chłopak (jeszcze 
trochę i naprawdę się do tego przyzwyczaję). – Niestety nie mogę zostać.

–   Będziemy   tu,   gdy   wrócisz   –   odpowiedziałam   mu   ze   złośliwym 
uśmieszkiem. Ciszej dodałam: – Stęsknione.

– Tego jestem raczej pewny – szepnął mi na ucho. Owionął mnie jego słodki 
zapach. Zadrżałam. A niech cię! Głośno zaś powiedział: – Wezmę prysznic 
i uciekam.

Ubiegłam go i, wstając, położyłam mu dłoń na udzie, a zaraz potem (zupełnie 
niechcący) zsunęłam ją odrobinę za daleko. Anna w tym czasie wyszła do 
kuchni,   więc   ośmielona   kontynuowałam   swoją   wędrówkę.   Przyspieszony 
oddech mojej ofiary powiedział mi wszystko. Tu cię mam. Zemsta będzie 
słodka.   Stanęłam   między   jego   nogami,   nadal   bawiąc   się   w   „nieśmiałego 
wędrowniczka”, ustami zaś odnalazłam puls na jego szyi. Walił jak oszalały. 
Dobrze   ci   tak.   Piotr   jednak   nie   pozostał   mi   dłużny.   Jego   dłonie   badały 
z początku   krągłość   moich   pośladków,   by   później   przenieść   się   na   inne 
wypukłości.   Westchnęłam   oczarowana   delikatną   pieszczotą.   Zagryzłam 
wargi,   żeby   nie   jęczeć   z   odczuwanej   przyjemności.   I   kto   tu   komu   dał 
nauczkę?

– Musimy natychmiast przestać, bo inaczej zaciągnę cię na górę, nie zważając 
na moją matkę.

– Chciałoby się… – W założeniu miało to zabrzmieć ironicznie, a wyszło mi 
raczej tęsknie. Jego kpiący uśmieszek potwierdził moje obawy.

108 | 

S t r o n a

background image

– Niegrzeczna dziewczynka! – Oj, tak. Nawet bardzo. A z niego jest całkiem 
niegrzeczny chłopiec. Tyle zdążyłam pomyśleć, zanim nasze usta spotkały się 
w   długim   i  namiętnym   pocałunku.   –   Zmykaj,   zanim   moja   samokontrola 
odmówi posłuszeństwa.

Z ociąganiem odsunęłam się od niego. Nie mogłam sobie jednak odmówić 
i szepnęłam:

– Chętnie umyłabym ci plecy…

109 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XVIII

Pomagając Annie zmyć po obiedzie, przypomniałam sobie wielkie wejście, 
czyli pojawienie się nowej pary na wydziale. Lekki szok trzepnął wiele osób. 
Przyznam szczerze, że zaskoczone miny niektórych studentów szczególnie 
przypadły mi do gustu.   

– O ho, ho! Uważaj chłopie! Wstępujesz na śliski grunt! – Takie teksty też się 
zdarzały, ale nie zamierzałam się tym przejmować.

Jednak z wyczekiwaniem i lekkim niepokojem obserwowałam reakcję Piotra.

– Jakoś się jej nie boję – odpowiadał ze śmiechem, obejmując mnie jeszcze 
mocniej.

–   I   tak   trzymać.   Ja   nie   gryzę   –   dopowiedziałam   przy   pierwszej   takiej 
rozmowie, a ciszej, tak żeby usłyszał mnie tylko on, dodałam: – No, może 
czasami.

Błysk w jego oczach przyprawił mnie o lekki dreszcz. Jaką miałam w tej 
chwili   na   niego   ochotę…   Czy   to   niesamowite   pragnienie   kiedyś   minie? 
Muszę   jak   najszybciej   pozbyć   się   Kuby.   Bo   inaczej   zwariuję.   To   pewne. 
Wyląduję w domu bez klamek, jak mi Bóg miły.

Dziewczyny dopadły mnie samą. Przesłuchania nie mogłam uniknąć. Z nimi 
nie dałoby się inaczej.

– Czyli jednak mamy coś na rzeczy! – wyrwała się Ewka. – Jesteście razem. 
Tak na serio?

– Całkiem serio – odpowiedziałam, nie mogąc powstrzymać zadowolonego 
uśmiechu. 

W   tej   chwili   nie   umiałabym   ściemniać.   Żadna   rozsądna   wymówka   nie 
przychodziła mi zresztą do głowy. Szczerze, to nawet za bardzo nie starałam 
się wykręcać. Po co?

110 | 

S t r o n a

background image

– Nie poznaję cię, Magda! – Patka zapewne chciałaby już dawno widzieć 
mnie zakochaną po uszy. Romantyczka! – Co się zmieniło przez te kilka dni?

–   Nawet   nie   wiesz   jak   wiele.   –   Po   tych   słowach   popadłam   w   lekkie 
rozmarzenie. Oj, śnię na jawie?

Chwilę później zostałam sprowadzona na ziemię. Nie bardzo brutalnie, ale 
jednak.

–   Może   po   prostu   nie   chcesz   go   oddać   innej?   –   wtrąciła   się   Wiolka. 
Przyjrzałam się jej uważnie. Czyżby miała na myśli swoją „skromną” osobę?

– Raczej doceniłam, co straciłam – odpowiedziałam jej dość poważnie. – Na 
szczęście udało się to jeszcze odkręcić.

– Czyli masz faceta w garści?

– Mam nadzieję! – To raczej komentarz do moich niesfornych myśli, niż 
reakcja na pytanie Ewki.

* * *

Nie   obawiałam   się   już   tak   bardzo,   jak   poprzednio,     konfrontacji   (takiej 
w cztery oczy) z Anną. To popołudnie zapowiadało się cudownie i takie 
właśnie było. Chociaż temat naszej rozmowy niewąsko mnie zaskoczył.

Zaraz po wyjściu Piotra, rozsiadłyśmy się w saloniku z kawą i ciastem (jak 
zwykle rewelacyjnym – ona to potrafi piec!). Czułam się o niebo swobodniej 
niż poprzednim razem. 

–   Nie   muszę   chyba   pytać,   jaką   decyzję   podjęłaś?   –   rzuciła   z   lekkim 
uśmiechem.

– To Piotr ją podjął. – Z jego matką mogłam rozmawiać całkiem szczerze. – 
Dał mi jeszcze jedną szansę.

– No tak. Ale to ty postanowiłaś spróbować. Odrzucić te swoje irracjonalne 
obawy. Widzę to po tobie. Jesteś taka odmieniona. Spokojna, radosna. Aż 
miło na ciebie teraz patrzeć.

111 | 

S t r o n a

background image

– Aniu, ja nadal się boję i to bardzo. – Zdałam sobie sprawę, że właśnie z nią 
i tylko z nią mogę o tym porozmawiać. Ona jedna mnie zrozumie. Czułam to. 
– A jeśli go rozczaruję? I znowu zranię? Jeśli nie sprostam oczekiwaniom? – 
Po chwili zastanowienia dodałam: – Także twoim?

– Kochanie, życie nie jest czarno-białe, zawsze może się nie udać. Nawet jeśli 
dwoje ludzi bardzo się kocha.

– Albo gdy kocha tylko jedno…

–   Teraz   już   chyba   nie   mówimy   o   was,   co?   –   Przysunęła   się   do   mnie, 
obejmując swoim opiekuńczym ramieniem.

– Masz rację. – Jak ona doskonale mnie zna. A może po prostu jest świetnym 
słuchaczem? I czyta między wierszami? – Myślałam o moich rodzicach.

–   Opowiesz   mi   o   nich?   –   zapytała,   dając   mi   szansę   odwrotu.   Ja   jednak 
chciałam się jej zwierzyć. Potrzebowałam tego.

– Nie ma za wiele do opowiadania. Kiedyś chyba bardzo się kochali. Tak 
myślę. Pamiętam, że na każdym kroku okazywali sobie czułość. Jako dziecko 
mdliło mnie na ten widok. To raczej oczywiste. – Zaśmiałam się do moich 
wspomnień. Anna mi nie przerywała. Słuchała. – Potem zaczęłam dostrzegać 
więcej.   Zaborczą   i   coraz   bardziej   histeryczną   miłość   matki.   I   ojca 
uciekającego   przed   nią   w   pracę,   a   także   w   coraz   częstsze   romanse 
i niezobowiązujące skoki w bok. 

– Zaczynam chyba rozumieć, skąd wziął się twój strach…

– Też tak myślę – westchnęłam. – Teraz znacznie się pogorszyło. Ojciec 
zdradza ją na lewo i prawo, a ona udaje, że niczego nie zauważa. Takie 
idealne małżeństwo! – W moich ostatnich słowach brzmiało tyle goryczy… 
Zauważyłam to z niekłamanym zdziwieniem. Myślałam, że traktuję to raczej 
na miękko. – To w nich chyba najgorsze. Okłamują się nawzajem.

– Z tobą nie musi być tak samo…

112 | 

S t r o n a

background image

– Od kiedy zaczęłam rozumieć mechanizmy rządzące światem, czułam po 
prostu, że miłość to więzienie, które sprawia, że człowiek traci nie tylko 
wolność, ale też szacunek do samego siebie. Że poddaje się bezwarunkowo 
drugiej osobie. 

– Coś w tym na pewno jest. – Anna zamyśliła się. Patrzyłam na nią i też 
lekko odpłynęłam. – Czyli jednak wierzysz w miłość. Tylko nie chcesz jej 
zaznać. Dobrze rozumiem?

– Łatwiej mi myśleć, że nie istnieje. Że to tylko uzależnienie dwojga osób. 
Gdzie   zawsze   ktoś   kogoś   wykorzystuje.   –   Trudno   mi   przychodziło 
sformułowanie moich przekonań, bo przecież od bardzo dawna odsuwałam 
od siebie rozważania na ten temat. – W taki sposób nie wystawiałam się na 
cios. Na bezsensowne marzenia o księciu z bajki na białym rumaku.

– Nadal nie rozumiem, skąd wzięłaś przekonanie, że nie potrafisz kochać? – 
Zapytała mnie po dłuższej chwili, pozwalając, by moje ostatnie słowa zawisły 
między nami.

– Sama nie wiem… – I naprawdę nie wiedziałam. – Pewnie z braku wiary 
w to, że ktoś mógłby mnie… No wiesz? – Wolałam unikać „tego” słowa. – Na 
pewno   też   ze   strachu   przed   wykorzystaniem,   a   może   odrzuceniem... 
Z przekonania, że miłość to tylko środek do osiągania celów. Że zakochana 
osoba   jest   bezwolna   i   nieodporna.   Słaba!   Ja   taka   nigdy   nie   byłam!   Nie 
chciałam być…

Spojrzałam  na  nią. W  jej  oczach  dostrzegłam  tyle  smutku. Współczucia? 
Żalu? Czy naprawdę aż tak godna pożałowania jestem?

Jeszcze   długo   rozmawiałyśmy.   Z   nią   mogłabym   przegadać   i   całą   noc. 
Zupełnie   szczerze   i   bez   skrępowania.   To   cudowne   móc   z   kimś   tak 
rozmawiać.   Nie   doceniałam   wcześniej   posiadania   takiej   osoby.   Teraz 
zaczynam dostrzegać, jak puste było moje życie. Jak bardzo powierzchowne. 
Czułam się trochę tak, jakbym odnalazła przewodnika.

* * *

113 | 

S t r o n a

background image

–   Powiedz   mi,   dlaczego   Piotr   tak   dużo   pracuje?   –   Od   jakiegoś   czasu 
siedziałyśmy, słuchając muzyki. Nawet milczenie z nią miało swój urok. – 
Rozumiem samochód, ale…

– Nie powiedział ci?

– A co miał mi powiedzieć? – Lekko się spłoszyłam. Miała taki poważny ton 
głosu. Kryło się za tym coś złego?

– Dlaczego wrócił. Dlaczego zmienił uczelnię.

– To raczej oczywiste. Wrócił do ciebie, żebyś nie czuła się samotna. – To 
jedyny   wniosek,  jaki  wyciągnęłam   już jakiś  czas  temu.  Z  jakiego  innego 
powodu miałby wracać?

–   To,   oczywiście,   też…   Ale   tak   naprawdę,   to   wszystko   rozbiło   się 
o pieniądze.

– Nie było cię stać na jego utrzymanie w Warszawie? – zapytałam nieśmiało. 
To jednak delikatny temat. Może nie zechce o tym rozmawiać? Szczególnie 
ze mną?

– Ależ skąd! Mój syn to zaradny młody człowiek. – Uśmiechnęła się, jak 
zawsze gdy o nim mówiła. – Sam na siebie zarabiał. To ja sobie nie radziłam 
finansowo. 

– Czyli on…?

– Dokładnie! W dużej mierze to właśnie on utrzymuje ten dom. Mnie nie 
byłoby na to stać. – Przyjrzała się mojej posmutniałej minie. – Chciałam go 
sprzedać, ale Piotr się nie zgodził i wrócił. Na szczęście nie miał żadnych 
problemów z przeniesieniem się na tutejszą uczelnię.

– Skoro tak, to dlaczego w ogóle wyjechał? – To pytanie nasunęło mi się 
automatycznie.

– O to, to już musisz zapytać jego samego.

* * *

114 | 

S t r o n a

background image

Wracając do domu, nie mogłam powstrzymać się od marzeń na jawie. Tak 
bardzo go pragnęłam. Było w tym jednak coś więcej. Po tym czego się dziś 
dowiedziałam, doceniałam go jeszcze bardziej. Facet z zasadami to za mało 
powiedziane. Chodzący ideał, brzmiało może ciut górnolotnie, ale niewiele 
mijało się z prawdą. Czym sobie na niego zasłużyłam?

– O czym myślisz? – wyrwał mnie z rozmarzenia, rzucając mi przelotne 
spojrzenie. Nie dało się ukryć, że gapię się na niego z rozanielonym wyrazem 
twarzy.

– Zgadnij – odpowiedziałam z szelmowskim uśmieszkiem.

– Jak zawsze o jednym? – Roześmiał się bez jakiegokolwiek skrępowania.

– Ale tylko z tobą! – Spoważniałam.

– Całe szczęście! – Ponownie na mnie zerknął. – Bo już zaczynałem  się 
obawiać.

On tak serio, czy tylko się ze mną drażni?

– Nie masz najmniejszych powodów! – Strasznie poważnie to wyszło, więc 
dodałam, licząc na to, że mnie źle nie zrozumie: – Ale jak Młody szybko się 
nie ulotni, to zwariuję!

– Dzisiaj całkowicie się z tobą zgadzam. – Aż tak go nakręciłam po obiedzie? 
Nawet prysznic, zapewne zimny, nie pomógł? Mów mi tak jeszcze!

– To może… skoczymy na grzyby?

– Na grzyby? – Nie zrozumiał.

– Las mamy niedaleko, a twoja nowa „zabawka” jest chyba dość wygodna, 
prawda?

115 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XIX

Dni   mijały,   a   moja   frustracja   rosła.   Ukradkowy   seks,   gdzieś   na   tylnym 
siedzeniu samochodu, mi nie wystarczał. To raczej logiczne. Cieszyłam się 
oczywiście,   że   Piotr   był   niezmiennie   chętny,   ale   i   on   musiał   odczuwać 
dyskomfort   spowodowany   trudnościami   lokalowymi.   Nie   rozmawialiśmy 
o tym, po prostu to wiedziałam. 

Z dziewczynami, poza uczelnią, spotykałam się rzadko. Jakoś przestało mnie 
bawić ich towarzystwo. Nie powiedziałabym im tego głośno, ale właśnie tak 
to wyglądało. Dorośleję? A może po prostu mam dość ich docinków? Sama 
nie   wiem.   Tak   czy   siak,   nie   znajdowałam   już   tak   wielkiej   przyjemności 
w naszych pogaduchach. Może też dlatego, że nie wykazywałam potrzeby 
wyrywania facetów? A to właśnie, standardowo, stanowiło ich główny temat. 
Na imprezowanie także nie za bardzo miałam ochotę. Może gdyby Piotr 
bywał bardziej dostępny wieczorami? Oj, czyżbym już nie potrafiła bawić się 
bez niego? To trochę przerażające!

Matka nie spieszyła się z odebraniem swojego synusia, a ja miałam go już po 
dziurki w nosie. To pyskate stworzenie psuło mi niejednokrotnie humor, 
a jego komentarze i odzywki zwalały mnie czasem z nóg. Skąd on w ogóle 
znał takie wyrażenia? Naoglądał się świerszczyków i mózg mu się zlasował. 
To pewne!

Kilkakrotnie   dzwoniłam   do   swojej   rodzicielki,   ale   zawsze   zgrabnie   się 
wykręcała. Nie wytrzymam kolejnego tygodnia z tym przygłupem. I co z jego 
szkołą?   Nawet   tym  starzy   się  nie   przejmują?  Przecież   już  tyle   czasu  nie 
chodzi do budy. 

– Ty mi wyjaśnij, o co chodzi, bo starzy mają chyba ciebie tak samo w dupie 
jak mnie. – Zaatakowałam znienacka Kubę, gdy niczego się nie spodziewając, 
gapił się jak zwykle w telewizor.

– A tobie o co znowu biega? – warknął na mnie. 

116 | 

S t r o n a

background image

Ostatnio coraz częściej tak właśnie się do mnie zwracał. To też piekielnie 
mnie   irytowało.   Gnojek   nie   docenia   nawet   mojego   poświęcenia.   Nie 
wspomnę już o tej części, o której nie wiedział, przynajmniej miałam taką 
nadzieję. Chociaż po jego wulgarnych docinkach mogłam się spodziewać, że 
doskonale zdaje sobie sprawę, jak bardzo utrudnia mi życie.

– Wiesz doskonale o co! – Stanęłam przed nim, opierając ręce na biodrach. 
W założeniu miałam wyglądać groźnie. – Nie zachowuj się jak dziecko!

– Coś ci się roi, sister. – Zdradziła go jednak twarz. Mój młodszy braciszek 
niestety nie był zbyt dobrym aktorem. – Daj mi spokój.

– Jak tylko odpowiesz mi na parę pytań.

– Nie mam zamiaru! – Bronił się. Doskonale to widziałam. Więc jednak 
mamy coś poważnego na tapecie.

– Albo szczerze pogadamy, albo w tej chwili zawijasz się do domu! – To 
nieznoszące sprzeciwu obwieszczenie podziałało na niego jak kubeł zimnej 
wody.

W mgnieniu oka spokorniał i odezwał się nawet całkiem ludzkim głosem:

– Nie zrobisz mi tego.

– Sprawdź mnie! – rzuciłam ostro.

– No dobra… – Całkiem spuścił z tonu. Teraz przypominał małe, skarcone 
dziecko. – Co chcesz wiedzieć?

– Co tu się dzieje? Co starzy kombinują? Dlaczego zostawili cię u mnie na tak 
długo? I co ze szkołą?

– No to może od końca… – Spojrzał na mnie spłoszony. – Wylali mnie.

–   Pięknie!   –   Tego   to   chyba   powinnam   się   spodziewać,   ale   się   nie 
spodziewałam. – I…?

– I to wszystko.

117 | 

S t r o n a

background image

– O nie, kochanieńki. Tak łatwo się nie wykręcisz. Co z rodzicami?

– A co ma być? – Nie bardzo mu wyszło to pytanie. Kiepsko grał.

– Nie ściemniaj! To do nich zupełnie niepodobne. Nie olaliby cię tak bez 
powodu.

– Jakiś powód zawsze się znajdzie… – Znowu się wykręcał.

– Za chwilę stracę cierpliwość. Mów!

– Daj mi spokój – prawie krzyknął. W jego oczach dostrzegłam łzy. – Nie 
mogę. Obiecałem.

W końcu jednak wyciągnęłam z niego szokującą prawdę. Długo nie mogłam 
w to uwierzyć. Jak to możliwe? I dlaczego ja miałam o tym nie wiedzieć? 
Przecież mnie też to, poniekąd, dotyczyło.

A Młody? Ściemniał na maksa. Sprawa nie miała nic wspólnego z jego szkołą. 
Ani   nawet   z   jego   wybrykami.   Tym   razem   niepokorny   młodociany   nie 
zawinił. Szokujące. 

Musiałam jednak potwierdzić rewelacje Kuby, jak to się mówi, u źródła.

* * *

– Aniu… – Była jedyną osobą, która mogła mi w tej chwili pomóc. A jak się 
nie zgodzi? – Nie mam się do kogo zwrócić… – Siedziałam w jej przytulnej 
kuchni  nad  kubkiem  kawy,   zajadając  się  pysznymi   ciasteczkami.  –  Mam 
problem.

– Zauważyłam, jak tylko weszłaś. – W pocieszającym geście położyła swoją 
dłoń na mojej. – Mów śmiało. Co się stało?

– Jeszcze nie wiem… – Spojrzałam jej w oczy. – Muszę pojechać do domu. 
Tylko…

– Nie masz z kim zostawić brata – dokończyła moje zdanie. – Oczywiście, że 
się nim zajmę.

118 | 

S t r o n a

background image

– Naprawdę? Mogłabyś? – Co ja bym bez niej zrobiła? – Tylko na weekend. 
W niedzielę wrócę.

 – Już powiedziałam. To żaden problem.

– Ale on jest… 

– Trochę niesforny?

–   To   delikatnie   powiedziane.   Ja   nazwałabym   go   raczej   bezmózgim   yeti 
z niewyparzoną gębą.

– Poradzę sobie. – Szeroki, dobroduszny uśmiech miał mnie przekonać, ja 
jednak obawiałam się, że Kuba wejdzie jej na głowę. – A Piotr?

– Co z nim? – Nie zrozumiałam, o co pyta.

– Powiedziałaś mu już, że wyjeżdżasz?

– Jeszcze nie miałam okazji.

– Będzie zawiedziony… – O czym ona mówi? Czyżby zależało mu aż tak 
bardzo, że nie wytrzyma dwóch dni? Zwierzał się matce? – Wspominał, że 
ma wolny weekend.

– Porozmawiam z nim dziś wieczorem. Jeśli pozwolisz…?

– Mam lepszy pomysł. – W jej oczach zalśniły wesołe ogniki. – Zrobimy 
tak…

Kompletnie mnie zaskoczyła. Aż zaniemówiłam z wrażenia.

* * *

Boże!   Jaki   on   przystojny.   A   ja   monotematyczna!   Patrzyłam   na   niego 
w niemym   zachwycie,   gdy   pewnie   pokonywał   kolejne   zakręty   moim 
zajebiście czerwonym (muszę koniecznie zmienić kolor) cudem motoryzacji. 
Jechaliśmy już przeszło godzinę. Niewiele rozmawialiśmy. Czyżby był na 
mnie jeszcze trochę zły? 

119 | 

S t r o n a

background image

– Piotr… – zaczęłam, chociaż nie bardzo wiedziałam, co chcę powiedzieć. Po 
prostu cisza zaczynała mi już odrobinę ciążyć.

– Tak? – Zerknął na mnie przelotnie.

– Porozmawiamy?

– Jeśli chcesz… – Jak ja go za to nie cierpię! Wykręca się, jak może… Żeby 
tylko nie wyszło, że to właśnie on ma coś na wątrobie.

– A ty nie? – No to się pobawimy w ciuciubabkę.

– Niespecjalnie. – A więc jednak ma do mnie żal. Cholera!

– Zatrzymaj się. – Zerknął w moją stronę zdziwiony. – Proszę.

–   Myślałem,   że   się   spieszysz.   –   Posłusznie   jednak   zjechał   na   pobocze 
i zaparkował.

– Parę minut nas nie zbawi… – Głos miałam spokojny i opanowany, ale tak 
naprawdę, gorączkowo zastanawiałam się, jak zacząć. Wróciłam pamięcią do 
wczorajszego wieczoru… no i nocy, oczywiście!

* * *

– Niespodzianka! – Rzuciłam mu się na szyję, gdy tylko pojawił się w swoich 
„apartamentach”, czyli pokonał schody. Cała góra domu należała do niego. 
Zdążyłam   już   sobie   obejrzeć   to   jego   królestwo.   Oczywiście   za   zgodą 
gospodyni. Może to troszeczkę nie fair. Powinnam zapytać o pozwolenie 
Piotra, ale liczyłam na to, że się nie obrazi za tę małą lustrację. I chyba 
zupełnie się nie przejął moją obecnością na piętrze. Czy ucieszył się z mojego 
nieoczekiwanego „wyskoku”? Upewniłam się: – Podoba ci się, prawda?

– Bardzo! – odpowiedział, a zaraz potem potwierdził swoje słowa gorącym 
pocałunkiem. – Jestem strasznie brudny. – Usłyszałam dużo, dużo później. – 
Wezmę prysznic i się przebiorę.

Próbował wyswobodzić się z mojego uścisku.

120 | 

S t r o n a

background image

–   Nie!   –   sprzeciwiłam   się   gwałtownie.   Spojrzał   na   mnie   zdziwiony.   – 
Prysznic   u   mnie!   Z   osobą   towarzyszącą,   jeśli   będziesz   miał   ochotę.   – 
Uśmiechnęłam się łobuzersko. – Weź tylko ciuchy. Porywam cię!

– O nic nie pytam.

– I słusznie! – Musnęłam jego usta swoimi, stając na palcach, a zaraz potem 
wypuściłam go z objęć. – Zbieraj się. Czekam na dole. – I już mnie nie było.

Ledwo zdążyłam klapnąć na krześle w kuchni i zamienić z Anną dwa słowa, 
a już mój dzisiejszy „niewolnik” pojawił się obok mnie.

– Ale masz tempo! – rzuciłam wesoło.

– Kiedy mi zależy – szepnął, pochylając się nade mną – potrafię się streścić.

Głośno zaś powiedział:

– Mamo… – A raczej próbował, bo zaraz mu przerwała.

– No już zmykajcie. – A zwracając się do syna, dodała: – Widzimy się jutro?

Żadne z nas nie zdążyło odpowiedzieć, bo właśnie w tym momencie Kuba 
wsadził   głowę   do   kuchni,   a   widząc   „swojego   ulubieńca”,   nie   umiał   się 
powstrzymać i wypalił:

– No to zapowiada się ostra jazda… Może jednak pojadę z wami?

–   Zachowuj   się,   głupolu!   –   Wiedziałam,   że   będę   się   musiała   za   niego 
wstydzić.

– Magda? – Konsternacja odmalowała się na twarzy Piotra. No tak! Zapewne 
uważał,  że skoro jedziemy  do mnie, to w końcu pozbyłam  się Młodego. 
Takiego scenariusza się nie spodziewał.

– No co? Jestem świetnym strategiem. – Jego mina warta była tego, by trochę 
przeciągnąć   temat.   Jak   ja   uwielbiam   się   z   nim   droczyć.   –   Zamieniłam 
pyskatego  małolata,  w dodatku  spokrewnionego  ze mną, na przystojnego 
i inteligentnego faceta. – Ciszej zaś dodałam, tak, aby usłyszał mnie tylko on: 
– Którego mam ochotę dziś schrupać…

121 | 

S t r o n a

background image

– Jak to zrobiłaś? – zapytał, gdy tylko zamknęły się za nami drzwi domu na 
Wrzosowej.

– To nie ja!

– Co? – Wyraźnie miał dziś dzień wielkich zdziwień. – Więc jak…?

– To pomysł Anny – odpowiedziałam z szerokim uśmiechem.

– Nie wierzę. – I widziałam to po jego minie.

– Ja też jeszcze nie do końca…

122 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XX

– No więc?

Powrót   do   rzeczywistości   był   w   tej   chwili   niesamowicie   okrutny. 
Wspominałam właśnie nasz wspólny i maksymalnie przedłużony prysznic. 
Ufff! Jak on potrafi… Koniec! 

Zamrugałam oczami. No tak! Ciasne wnętrze samochodu i wpatrzone we 
mnie, wyczekujące spojrzenie mojego cudownego „kierowcy”.

– Gniewasz się na mnie – raczej stwierdziłam, niż zapytałam.

– A nie mam powodu, twoim zdaniem? – Odbił piłeczkę. Cały on!

– Może troszeczkę… – Spojrzałam mu w oczy. – Nie chciałam wciągać cię 
w ten mój rodzinny galimatias. To wszystko.

– A ja myślę, że to coś więcej… – Odwrócił wzrok.

– Piotr! – Wyciągnęłam rękę, lekko dotykając jego policzka, zmusiłam go, by 
na mnie spojrzał. – Naprawdę chciałam, żebyś ze mną pojechał, ale… To nie 
twój problem, tylko mój.

Drgnął. Czy trafiłam w jakiś czuły punkt?

–  Wiesz,  myślałem,   że  raczej  nasz…   Ale  ty  chyba  jednak  nie   traktujesz 
poważnie bycia razem? – W jego oczach dostrzegłam wyzwanie. Chciał, bym 
zaprzeczyła? Co dziwne, sama poczułam, że muszę zaprzeczyć.

– To nie tak! – Myślałam gorączkowo. – Ja po prostu nie bardzo wiem jak…

– To marna wymówka – wszedł mi w słowo. – Wystarczyłoby, byś odrobinę 
liczyła się ze mną. Widziała trochę więcej niż czubek swojego nosa.

– Jesteś niesprawiedliwy! – Jak zawsze sprowadza mnie na pozycję obronną. 
Niedobrze! – Nie chciałam cię w to mieszać. – Widziałam, że ma zamiar mi 

123 | 

S t r o n a

background image

przerwać,   więc   szybko   dodałam:   –   Powinnam   sama   stawić   im   czoła 
i wszystkiemu, czego mogę się dowiedzieć.

– A ja chciałbym, byś mnie potrzebowała…

– Ale tak właśnie jest – rzuciłam pośpiesznie. – Piotr, ja… – Ponownie nie 
dał mi dokończyć.

– Potrzebowała poza sypialnią!

Wprost   postawiony   zarzut   trochę   mnie   zabolał,   szokujące.   Tak   jednak 
właśnie poczułam. Czyżby on nadal uważał, że widzę w nim tylko piękne 
ciało? Naprawdę nie wiedział, za jak wiele rzeczy go cenię i szanuję? Jak 
bardzo go uwielbiam? Czym go przekonać?

– Mylisz się…

– Rzeczywiście? – Uważnie mi się przyglądał.

– Tak! – Wytrzymałam jego wzrok. Trochę się jednak bałam kontynuować 
rozmowę na temat uczuć. Wróciłam więc do tematu wyjściowego: – Dobrze, 
powinnam   ci   była   powiedzieć   wczoraj.   Przepraszam.   Rano   miałeś   prawo 
poczuć się trochę… 

– Ty nadal nie rozumiesz! – W jego głosie dało się wyczuć zniecierpliwienie, 
ale również żal. 

– Przecież mówiłeś, że… – Kompletnie zbił mnie z tropu. O co więc ma 
pretensje?

–   Nie   chodzi   już   nawet   o   czas,   tylko   o   formę!   Gdybyś   nie   wygłosiła 
komunikatu obwieszczającego twoje plany, tylko zwyczajnie zapytała, czy 
z tobą pojadę, niekoniecznie wczoraj, nawet dziś… Poczułbym, że jestem 
z tobą, że ty… jesteś ze mną!

I jak mam się bronić przed takim zarzutem?

– Nie mów tak! Jestem! – I naprawdę to czułam. Z wrażenia aż zaszkliły mi 
się oczy. Przecież się chyba nie rozpłaczę? – Tak mocno jak tylko potrafię… – 

124 | 

S t r o n a

background image

Po prostu nie bardzo umiem być z kimś… nawet tak cudownym jak ty. Nie 
powiedziałam jednak tego głośno. Dodałam za to coś innego: – Pierwszy raz 
w życiu!

Jeszcze raz spojrzał mi głęboko w oczy, a potem po prostu mnie mocno 
przytulił.   Wstyd   się   przyznać,   ale   właśnie   tego   chciałam.   Żeby   się   mną 
zaopiekował.   Zachowanie   godne   dzielnej,   dużej   dziewczynki   odłożę   na 
później. Teraz chcę być malutka… w jego ramionach!

* * *

Pobyt   u   rodziców   wspominam   jako   całkiem   zgrabne   przedstawienie   vel 
szopkę. Przynajmniej do czasu… Mam przecież takich zajebistych starych, że 
szok! Idealne małżeństwo, a na dokładkę ciepli, otwarci, kochający ludzie. 
Nie wytrzymam! Zemdli mnie zaraz z obrzydzenia! Nie powinnam się jednak 
dziwić… Przywiozłam im publiczność, to zagrali, na domiar złego, najlepiej 
jak potrafili. I muszę przyznać, że gdybym ich nie znała jak zły szeląg, to też 
dałabym się nabrać. Po kimś przecież musiałam odziedziczyć talent aktorski, 
czyż nie?

– Cholernie idealnych masz rodziców… – W głosie Piotra nie dało się nie 
zauważyć ironii. Zostaliśmy chwilowo sami. Szokujące, bo przez cały dzień 
gospodarze praktycznie nie odstępowali nas na krok. – I takich, czy ja wiem, 
milusich?

– Porzygać się można od tej słodyczy…

– Tak bym tego nie ujął – mówił, powstrzymując śmiech – ale w zasadzie się 
z tobą zgadzam.

* * *

Mój pokój. Tak naprawdę, to od dawna już nim nie jest. Nic się tu nie 
zmieniło i może w tym cała rzecz. Ja się zmieniłam od czasu, gdy sypiałam 
w nim co noc. To trochę jakby inne życie, moje poprzednie życie. I tak się 
właśnie czułam, jakbym cofnęła się w czasie. Zazwyczaj, gdy odwiedzałam 

125 | 

S t r o n a

background image

rodziców,   nocowałam   w   pokoju   gościnnym,   teraz   tam   miał   spać  Piotr. 
A właśnie… Ciekawe, czy już zasnął? Ja jakoś nie mogłam zmrużyć oka. 

Wstałam z nagłym postanowieniem. Przemknęłam cichutko na paluszkach 
pod jego drzwi i delikatnie zastukałam. Otworzył natychmiast. Na dokładkę 
ubrany tylko w dżinsy. Rozbierał się do snu? Czy raczej ubierał…?

– Mogę? – Uśmiechnęłam się zachęcająco.

– Jak mam ci odmówić w twoim własnym domu? – Oczywiście wiedziałam, 
że żartuje. W innej sytuacji pewnie bym się na niego obraziła za tę aluzję.

– Zawsze mógłbyś popróbować… – powiedziałam, wchodząc do pokoju – 
obronić się przed napastowaniem seksualnym. – Mijając go, musnęłam jego 
idealny „kaloryfer”. Hmmm. Uwielbiam go dotykać. A jeszcze bardziej…

– Jesteś pewna? – zapytał, zamykając drzwi i podążając za mną.

Ja   zdążyłam   się   już   rozgościć,   a   dokładniej   rzecz   ujmując,   rozwalić  się 
malowniczo na łóżku.

– A o co pytasz? – W sumie to rzeczywiście nie wiedziałam. O ten niewinny 
żarcik? Czy o moją tu obecność?

– O twoje plany na dzisiejszy wieczór…

– Raczej noc! – poprawiłam go, pociągając obok siebie na pościel. 

Mamusia się postarała. Ekskluzywna satyna o naprawdę pięknym wzorze. Ja 
dostałam dużo mniej przyjemne posłanie. Choćby z tego powodu warto było 
tu przyjść. A cała reszta? Spuśćmy kurtynę milczenia!

* * *

– Śpisz? – zapytałam, gdy jego oddech wrócił do normy. Serce, którego bicie 
czułam pod policzkiem, też uspokoiło już swój rytm.

– Właściwie nie…

126 | 

S t r o n a

background image

– Chciałabym cię o coś zapytać. – Nagi facet nie może przecież skłamać. Na 
dokładkę rozgrzany jeszcze po dzikim seksie. To po prostu niemożliwe. – 
Mogę?

– Od kiedy jesteś taka asekuracyjna? – Czułam, że się uśmiecha.

– Chcę po prostu szczerej odpowiedzi.

Przez chwilę się zastanawiałam. Piotr musiał wyczuć moje wahanie. Podniósł 
się na łokciu i spojrzał mi w oczy.

– Pytaj – zachęcił. 

– Nie gniewaj się, ale trochę plotkowałam z Anną na twój temat. – Nie 
sądziłam,   żeby   miał   się   na   mnie   obrazić,   ale   uznałam,   że   powinnam   go 
uprzedzić, przygotować na moje pytanie. W odpowiedzi na nie musiało się 
kryć coś bardzo osobistego. Inaczej jego matka nie robiłaby z tego tajemnicy.

– No, po takim wstępie, to zaczynam się bać. – Jego czysty i dźwięczny 
śmiech   przeczył   słowom.   Odetchnęłam.   Czyli   nie   obawiał   się   pytania? 
Dobrze. – Słucham.

– Dlaczego wyjechałeś do stolicy? – mówiąc to, patrzyłam uważnie na jego 
twarz. Nie zmienił wyrazu ani odrobinę.

–   Banalnie.   Zakochałem   się.   –   Ukłucie   w   piersiach,   które   poczułam, 
niesamowicie   przypominało   zazdrość.   –   Kaśka   właśnie   tam   zamierzała 
studiować, więc pojechałem za nią.

– I…? – Nie spodziewałam się, że może mnie aż tak zżerać ciekawość. I coś 
jeszcze.

–   Prozaicznie.   Zachłysnęła   się   wolnością   i   wciągnęło   ją   wielkomiejskie 
życie…   –   Cały   czas   go   obserwowałam.   Nie   dostrzegłam   jednak   nic,   co 
wskazywałoby, że jeszcze go to boli. – I taki prosty chłopak jak ja przestał jej 
wystarczać.

– Głupia!

127 | 

S t r o n a

background image

– Czy mam to odebrać jako komplement?

–   Oczywiście!   –   Próbowałam   ukryć   przed   nim   uczucia,   które   mną 
zawładnęły. Ciekawość jednak zwyciężyła. – Co się więc stało?

–   Zaczęła   ostro   balować.   Alkohol.   Prochy.   Aż   w   końcu   pogubiła   się 
kompletnie – mówił powoli, ale bez większych emocji.

– Zdradzała cię? – Nie uwierzyłabym, że zostawił ją, bo wciągnęła ją zabawa. 
Musiało chodzić o coś więcej. 

– Nie od razu się połapałem. – Zastanawiał się przez dłuższą chwilę. – A ten 
gnojek   świetnie   udawał   przyjaciela.   Dopiero   jak   ją   rzucił,   poskładałem 
wszystko w całość.

– Kto to był? – Jakiś przebłysk świadomości. Czyżby?

– Przecież się już domyśliłaś? – Uśmiechnął się, ale nie widziałam w tym 
grymasie nic wesołego.

Zakryłam dłonią usta, tuż po tym, gdy wymknęło się z nich jedno, krótkie 
słowo:

– Marek…

128 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXI

– Chyba sobie kpicie?! – Wypadłam z gabinetu ojca, niemal z krzykiem. – 
I jeszcze dzisiaj Kuba ma wrócić do domu. Nie będę go za was niańczyć. – Nie 
wiem, co we mnie wstąpiło. Darłam się na nich jak oparzona. – Wieczorem 
widzę was po niego. – To były moje ostatnie słowa. Prawie.

– Madziu… – Słodki i zatroskany głosik mamusi nie zrobił na mnie wrażenia. 
Żebym chociaż wierzyła, że naprawdę się o mnie martwi i o to, jak ja mam 
sobie, do jasnej cholery, teraz poradzić.

– Powiedziałam! – rzuciłam przez ramię i nie zwracając uwagi na fakt, że idą 
za mną, pobiegłam na górę po swoje rzeczy.

Co   prawda   nie   miałam   za   wiele   do   pakowania,   chciałam   jednak   chwilę 
pomyśleć   w   samotności.   Zanim   wróci   Piotr.   Biegał.   Całe   moje   szczęście, 
przynajmniej nie podziwiał uroczej scenki, która się przed chwilą rozegrała 
na dole. Dobre i to.

Z wielką ulgą opuściłam dom, który już od dawna nie jest moim domem 
i rodziców, którzy od równie długiego czasu nie spełniali swojej roli. Sypanie 
kasą  nie  powinno  stanowić  jedynej  formy  zainteresowania   własną  córką. 
A i to miało się przecież zmienić, czy raczej już się skończyło. Zostałam sama!

* * *

– Powiesz mi, co się stało? – zapytał dopiero w samochodzie.

Nie chciałam z nim o tym rozmawiać. Wiedziałam jednak, że muszę. Mając 
w   pamięci   naszą   wczorajszą   rozmowę…   Dopiero   teraz   poczułby   się 
odsunięty.   Nie   mówiąc   mu   o   moich   kłopotach,   dałabym   jasno   do 
zrozumienia,   że   jego   obawy   są   słuszne.   Że   nie   traktuję   nas   poważnie. 
A przecież chciałam, byśmy byli bardzo serio razem. Nie pozostawało mi 
więc nic innego, tylko wyśpiewać całą prawdę. Nagą i brutalną. Jeszcze nie 
teraz, postanowiłam.

129 | 

S t r o n a

background image

– Wieczorem, dobrze? – Spojrzałam na niego, aby widzieć reakcję. – Muszę 
pomyśleć. Po kolacji powiem ci wszystko.

Powód miałam też inny. Zakładałam, że wieczorem zniknie już koszmar 
senny w postaci mojego własnego, rodzonego brata. Odetchnę z ulgą i może 
łatwiej mi będzie wylać żale przed Piotrem.

–   Dobrze,   poczekam.   –   Nie   gniewał   się,   nie   denerwował.   Spokojnie 
i rzeczowo. Mój dorosły chłopak! Szkoda, że ja nie posiadam kilku jego cech. 
Przydałyby mi się. Szczególnie teraz.

Musiałam pomyśleć, to prawda. Ale niespecjalnie miałam ochotę roztrząsać 
moją nową sytuację. Dręczyło mnie coś jeszcze: Marek! I to, co się o nim 
dowiedziałam…

* * *

– Przecież się już domyśliłaś? – Ni to zapytał, ni to stwierdził Piotr.

– Marek… – niepewnie odpowiedziałam.

– Dokładnie! To kawał niezłego sukinsyna. – Jakiś cień przesłonił jego twarz. 
– Ostro pograł z Kaśką. Przeżuł ją i wypluł!

Coś mi zaświtało. Czyżbym od początku źle rozumiałam zachowanie mojego 
towarzysza? Czy to możliwe, że on…?

– Powiedz mi, czy wtedy w Caro? Twoje zachowanie… To znaczy, czy ty się 
martwiłeś o mnie? – Niedowierzanie odbiło się w moich słowach.

– A o co innego mogłoby mi chodzić? – Cholera! Kiepski ze mnie psycholog. 
Obserwator też do dupy! – Magda?

– Och! Ja po prostu uznałam… – Zaczęłam się odrobinę motać. – Że martwisz 
się, ale o swojego przyjaciela.

–   Od   wielu   lat   nie   utrzymuję   z   nim   przyjacielskich   stosunków.   A   tak 
właściwie żadnych – odpowiedział, ale po chwili jego twarz przybrała wyraz 
silnego zdziwienia. – O niego? Czyli przypuszczałaś…?

130 | 

S t r o n a

background image

– Że uważasz mnie za ostatnią sukę, polującą na niewinnych chłopców!

– Nigdy tak nie myślałem! – Gorąco mnie zapewnił. I o dziwo, uwierzyłam 
mu. – A tak szczerze… – Uśmiechnął się krzywo, mówiąc dalej: – Markowi 
daleko do niewinności.

– To dlaczego się z nim w ogóle zadajesz?

– To był tylko interes. Czysto finansowa transakcja. – Widząc zaskoczenie na 
mojej   twarzy,   dodał:   –   Aspiruje   do   miana   młodego   biznesmena.   Między 
innymi sprowadza samochody z Niemiec.

– Teraz rozumiem!

–   Chciałbym,   żebyś   trzymała   się   od   niego   z   daleka!   –   A   widząc   moją 
niezadowoloną minę, dodał: – Uważała na niego. Szczególnie po ostatnim 
razie. To naprawdę niebezpieczny typ!

– A właśnie, co się wtedy stało, bo ja nie bardzo…

– Może i dobrze, że nie pamiętasz. – Żałował, że zaczął ten temat. Widziałam 
to doskonale.

– Powiedz mi!

– Magda… – Doszedł chyba do wniosku, że nie ustąpię. Musiałam mieć 
bardzo zawzięty wyraz twarzy. Po prostu chciałam wiedzieć. – Musiałem mu 
wytłumaczy, że nie pojedziesz z nim.

– Wytłumaczyć? – Raczej nie wierzyłam, by rozsądna konwersacja mogła 
wchodzić w grę. Musiało to się odbyć przy pomocy innych argumentów. – 
Ręcznie?

– Inaczej się nie dało…

To takie „buty”! Nieźle! Przez dłuższy czas milczeliśmy oboje, leżąc obok 
siebie.   Ja   –   przetrawiając   informacje,   on   –   intensywnie   się   nad   czymś 
zastanawiając. Gruba zmarszczka pojawiła się na jego czole. Dotknęłam jej, 

131 | 

S t r o n a

background image

a wtedy Piotr spojrzał na mnie. Ujął moją dłoń i delikatnie pocałował każdy 
palec z osobna. Zadrżałam. To takie intymne i… urocze.

– Nie mogę sobie wybaczyć, że pojawiłaś się akurat wtedy, gdy się z nim 
spotkałem.

Przyjrzałam   mu   się   uważnie.   Coś   w   wyrazie   jego   twarzy…   A   może 
w oczach? On przypuszczał, że ja… Boże! On naprawdę tak właśnie myślał.

– Nie byłam z Markiem!

Zaskoczyła   mnie   gwałtowność  jego   reakcji.   Momentalnie   zerwał   się   do 
pozycji   siedzącej.   Świdrował   mnie   wzrokiem.   Pewnie   szukał   prawdy 
w moich oczach. Właśnie tam mógł ją znaleźć. Czy ją dostrzegł?

– Magda… – W tym jednym słowie wyczułam tłumioną radość i coś znacznie 
ważniejszego. Coś, co bałam się nazwać.  

Powoli podniosłam się i usiadłam przed nim. Uśmiechnęłam się i zarzuciłam 
mu ręce na szyję.

– Nawet go nie pocałowałam. – Naprawdę chciałam, żeby wiedział, że już 
wtedy… – Nie mogłam.

Więcej   nie   udało   mi   się   powiedzieć.   Jego   usta   skutecznie   mi   to 
uniemożliwiły. Długo jeszcze nie byłam w stanie wyartykułować  z siebie 
innych dźwięków poza westchnieniami i jękami. Druga sprawa, że przez ten 
czas nie miałam ochoty nic mówić.

Gdy  ciasno przytulona  do mojego chłopaka,  zapadałam  w sen, ostatkiem 
świadomości zarejestrowałam jego nieznaczny ruch. Odgarnął moje wilgotne 
włosy z czoła, złożył na nim delikatny pocałunek i szepnął:

– Maleńka... Gdybyś tylko wiedziała…

* * *

Jechaliśmy w milczeniu. Trochę się już uspokoiłam. Jednak wspomnienia, 
szczególnie   to   ostatnie…   Czy   on   chciał   powiedzieć,   że   mnie…?   Czy   to 

132 | 

S t r o n a

background image

w ogóle możliwe? Wyobrażam sobie chyba więcej, niż rzeczywiście miał na 
myśli.   Na   pewno?   A   ta   niesamowita   czułość   w   jego   głosie   tylko   mi   się 
przyśniła?   Co   dziwne,   chciałam,   aby   to   jednak   była   prawda.   Już   się   nie 
bałam. Przynajmniej nie tak bardzo. Jego miłość jawiła mi się jak bezpieczne 
schronienie.   Dom,   którego   nigdy   tak   właściwie   nie   miałam.   Miejsce, 
w którym chciałam zostać już na zawsze. Co się ze mną dzieje? A właściwie, 
należałoby zapytać: „Co on ze mną zrobił”.

– Magda?

Ocknęłam się i rozejrzałam.

–   Już   jesteśmy?   –   Naprawdę   się   zdziwiłam.   Spojrzałam   na   niego.   –   Tak 
szybko?

– Chyba się zdrzemnęłaś.

– Prawdopodobnie – mruknęłam pod nosem. A jeśli nawet nie, to śniłam na 
jawie. Niewielka różnica. 

Gorące i serdeczne powitanie Anny postawiło mnie do pionu. Nie chciałam 
jej, póki co, zdradzać  targających  mną emocji. Przyjdzie  jeszcze  czas, by 
podzielić się z nią rozterkami. Dziś na pewno nie przypadała ten moment.

* * *

– Nie chodzi o Młodego, prawda? – Już od jakiegoś czasu na to czekałam. 
Dokładnie od wyjazdu Kuby. Ja jakoś nie umiałam zacząć tej rozmowy.

– Nie! On to tylko wisienka na torcie.

– Więc, co się stało? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy.

Piotr   posadził   mnie   na   kanapie,   poddałam   się   bez   protestu.   Sam   usiadł 
naprzeciwko mnie i ujął delikatnie moje dłonie. Ten gest odrobinę mnie 
uspokajał. Tylko trochę, ale dobre i to.

– Jeszcze to do mnie do końca nie dotarło…

133 | 

S t r o n a

background image

– Chyba się domyślam, o co chodzi – powiedział, gdy przez dłuższy czas się 
nie odzywałam.

– I zapewne się nie mylisz!

– Zakręcili ci kranik, tak?

– To aż tak oczywiste? – Czyżby znał mnie lepiej, niż sądziłam? Czy może był 
świetnym   obserwatorem?   Bardziej   spostrzegawczym,   niż   mogłabym   się 
spodziewać? – W sumie, to nie do końca tak…

Milczał. Czekał,  aż znajdę odpowiednie  słowa.  A może też  siłę,  a raczej 
odwagę, żeby mu wszystko powiedzieć? Z każdą chwilą stawało się to coraz 
trudniejsze.   Pod   jego   uważnym   wzrokiem   zaczynałam   czuć   się   mała 
i bezbronna. Jeśli w tej chwili nie zacznę nad sobą panować, to rozryczę się 
jak bóbr. Mimo że Piotr już widział moje łzy, nie chciałam mu fundować 
ponownie tej wątpliwej przyjemności. Popłaczę sobie później, gdy go już nie 
będzie. 

Ciężko westchnęłam i wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu:

– Ojciec stracił więcej, niż posiadał. Wszystko przepadło. Cały majątek! Tak 
więc jestem zdana tylko na siebie.

134 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXII

–   Magda!   To   nie   jest   jakieś   wielkie   nieszczęście   –   powiedział   z   lekkim 
uśmiechem. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie to zirytowało, jak i jego 
kolejne słowa: – Kiedyś musiałabyś stanąć na własnych nogach. Zrobisz to, 
po prostu, trochę wcześniej.

– Łatwo ci mówić! – wyrzuciłam z siebie gwałtownie, wyrywając dłonie 
z jego uścisku. – Ja nigdy nie pracowałam – dodałam znacznie spokojniej.

– Hej, nie szalej. Ułoży się, zobaczysz. – Dla niego wszystko jest takie proste. 
– Pomogę ci.

– Dobry samarytanin się znalazł! – warknęłam. Widziałam, że zrobiłam mu 
przykrość, ale jakoś nie umiałam się zatrzymać. – Do pracy też za mnie 
pójdziesz?   A   może   będziesz   mnie   utrzymywał?   –   Teraz   to   już   prawie 
krzyczałam. – Masz w tym wprawę, prawda?

Przyglądał mi się z dziwnym wyrazem twarzy.

– Co cię ugryzło? Ja tylko…

– Tak, wiem! Starasz się pomóc! – Znowu zaczynam? Matko! Myślałam, że 
mam to już za sobą. Od dawna nie ćwiczyłam na nim mojego chamsko-
ironicznego tonu. – Tylko jakoś nie czuję się pocieszona!

– Naprawdę tak chcesz rozmawiać?

– Wcale nie chcę! – I taka była prawda. Miałam dość jak na jeden dzień. 
Najpierw   starzy,   teraz  Piotr.  Ile można  słuchać  kazań?   Poza  oczywistym 
faktem, że nie umiałam ich spokojnie słuchać, a tym bardziej się do nich 
stosować, nie miałam specjalnej ochoty zaczynać akurat dziś. – Daj mi spokój!

– Mam sobie iść? – zapytał, wstając.

Sama   już   nie   wiem,   czego   chcę!   To   chore!   Moja   dorosłość   okazuje   się 
strasznie krucha i niestabilna. 

135 | 

S t r o n a

background image

– Potrzebuję cię. – Podeszłam do niego i położyłam dłonie na jego piersi. – 
Bardzo!

Nie bronił się. Dał mi dokładnie to, czego pragnęłam. Seks z nim zawsze 
mnie zaskakiwał, nieodmiennie zaspokajał i wymazywał niepożądane myśli. 
A tak naprawdę to wszystkie myśli.  Takiego pocieszenia chciałam,  a nie 
głupich, przemądrzałych gadek.

* * *

– Powstałaś jak Fenix z popiołów! – krzyknęła na mój widok Ewka.

– Nie pamiętam, kiedy ostatni raz gdzieś z nami byłaś! – Patka dołożyła od 
siebie.

– A ty jak mnie powitasz? – rzuciłam zaczepnie do Wiolki.

–   Czyżby   chodzący   ideał   przestał   ci   wystarczać?   –   odpowiedziała 
z przekąsem. – A może już ci się znudził?

Nie podobały mi się te insynuacje. Postanowiłam je po prostu przemilczeć. 
Kiedyś śmiałabym się, wtórując im podobnymi tekstami. Teraz jednak…

Wczoraj Piotr wyszedł, gdy zasnęłam. Rano miał coś do załatwienia, więc po 
mnie nie przyjechał. Czekał za to na parkingu przed uczelnią. Zdawkowy 
buziak na powitanie i tyle. Chyba miał do mnie żal za niedzielną akcję. 
Trudno! Czasu nie cofnę! Nie jestem po prostu słodką dziewczynką, tylko 
zakręconym babsztylem! Jakoś musi się z tym pogodzić. Po zajęciach też nie 
miał dla mnie czasu. Praca! Do tego to ja powinnam się przyzwyczaić. To nie 
takie proste, ale cóż… Życie! Liczyłam jednak, że wieczorem się odezwie. 
Nie zrobił tego, więc polazłam do Kowala na małą imprezkę. Wiedziałam, że 
moje dziewczyny tam się wybierają. Nie spodziewałam się tylko, że znowu 
mnie będą maglować. 

– Nie wiecie nawet, jak frustrujące i destrukcyjne bywa niańczenie kretyna! – 
Nie   zastanowiłam   się   nawet,   jak   mogły   odebrać   mój   tekst.   –   Musiałam 
odreagować.

136 | 

S t r o n a

background image

Nie przyznałabym im się nawet na torturach, że chciałam też zapomnieć 
o czekającym mnie wyzwaniu. Dorosłe, samodzielne życie mnie po prostu 
przerażało.

– Żartujesz? Piotruś kretynem? – Wyszedł im prawie idealny chórek. – Ten 
cud natury?

– Głupie! Nie mówiłam o nim, tylko o Kubie!

– Zaraz, zaraz… A ten to kto?

– Jakiś nowy obiekt? – wtrąciła się Wiolka.

–   Czy   wy   mnie   czasem   słuchacie?   –   Cholera!   Tak   rzadko   mówiłam   im 
o swojej rodzinie, że może faktycznie nie kojarzyły. Super! – To mój brat. 
Miałam go ostatnio na głowie.

– Czyli świętujemy pozbycie się go? – zakrzyknęła radośnie Ewka. Dla niej 
każdy powód to okazja do imprezowania. – I twój powrót do świata żywych!

Gdyby to było takie proste…

* * *

– Jedziesz? – Usłyszałam za plecami znajomy zachrypnięty głos.

Odwróciłam się gwałtownie. Nie spodziewałam się go. Nie odezwał się, więc 
myślałam, że będzie się jakiś czas gniewał. Jego widok sprawił mi niekłamaną 
radość. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jestem od niego uzależniona. 
Wczoraj   się   znieczuliłam   i   jakoś   przeżyłam   tą   jego   ciszę.   Ale   dziś… 
Dokuczało mi to od chwili otwarcia oczu. Jakaś pustka. Poczucie straty?

– Z tobą? Zawsze! – wykrzyknęłam radośnie, rzucając mu się na szyję.

Wyglądał   na   lekko   speszonego.   Czyżby   oczekiwał   innego   powitania? 
Fochów? Pretensji?

–   Cóż   za   gorące   powitanie   –   szepnął   mi   prosto   w   usta,   zanim   go 
pocałowałam. – Tęskniłaś?

137 | 

S t r o n a

background image

– Masz jeszcze wątpliwości?

– Żadnych! – Uśmiechnął  się szeroko. – Przepraszam  za wczoraj.  Byłem 
trochę zły, a nie chciałem się z tobą kłócić i musiałem pomyśleć. 

– To ja przepraszam!  – Kurczę, ja naprawdę to robię. I na dokładkę nie 
sprawia mi przykrości przyznawanie się do winy. – Kiepsko mi wyszły te 
moje zwierzenia. A raczej reakcja na twoją ofertę pomocy.

–   Coś   się   zmieniło?   –   Kontynuowaliśmy   rozmowę,   wsiadając   do   czarnej 
beemki.   Strasznie   lubię   jego   samochód.   Czyżby   ze   względu   na   odbyte 
w nim… hmmm… wycieczki do lasu?

– A masz jakieś propozycje?

– Mam dla ciebie pracę, jeśli chcesz – odpowiedział powoli, pilnie obserwując 
moją reakcję.

– Naprawdę? – Jeszcze w niedzielę wściekłam się na niego, a dziś się cieszę, 
że mi pomaga. Co jest ze mną nie tak? – Cała zamieniam się w słuch.

– Szef mnie pytał, czy nie znam ładnej, sympatycznej dziewczyny…

– Twój szef? – Przestraszyłam się. – Żartujesz!?

– A co nie widzisz siebie przy dystrybutorze? – Nie umiał powstrzymać 
kpiącego uśmieszku. – No wiesz, ja chyba też nie!

– Ale śmieszne! Czyli Tytan?

– Tak. Potrzebują dziewczyny do obsługi sali bilardowej.

– To chyba nic trudnego? – zapytałam niepewnie. Jakoś nigdy nie zwracałam 
uwagi na pracujące w takich miejscach osoby. Druga sprawa, że akurat taka 
rozrywka nie należała do częstych. Ja lubiłam grać w kulki, ale pozostałe 
dziewczyny raczej nie za bardzo. Więc z kim miałam zażywać tej formy 
spędzania wolnego czasu?

138 | 

S t r o n a

background image

– Poradzisz sobie! – Dotknął pocieszająco mojej dłoni, a ja zamiast myśleć 
o zatrudnieniu, rozmarzyłam się, gdzie też bym chciała być dotykana… I nie 
tylko to! – Zobaczysz!

– Mam nadzieję! – Niespodziewany entuzjazm w moim głosie wzbudził jego 
zainteresowanie,   ale   nic   nie   powiedział.   Może   to   i   lepiej.   Przecież   nie 
przyznam się, o czym właśnie myślałam. – Jedziemy?

Kiwnął głową i odpalił silnik.

* * *

– No, no… – Tego głosu nie da się nie poznać. Wychodziłam z Piotrem 
z uczelni. Objęci, uśmiechnięci, szczęśliwi. Rozmawialiśmy właśnie, jakby tu 
wykorzystać moje ostatnie dni wolności. Podpisałam umowę i od przyszłego 
tygodnia zaczynałam pracę.  – Cóż za piękny obrazek!

– Czego chcesz? – Cisnące się na moje usta pytanie, uprzedził towarzyszący 
mi mężczyzna.

–  Po  co   te  nerwy?   –  Fałszywy  uśmiech   Marka  znałam   już  doskonale.   – 
Przychodzę z gałązką oliwną.

Nie wytrzymałam. Mając w pamięci wszystko, czego się o nim dowiedziałam 
i oczywiście moje własne doświadczenia, wypaliłam:

– Jakoś nie mam specjalnej ochoty się z tobą bratać!

– Ile jadu? – Kpił sobie ze mnie. W żywe oczy. Co za typ! – Taka miła 
dziewczynka, a taka nieokrzesana?

– Dziewczynki to sobie poszukaj… – Ależ on mnie denerwował. – Wiesz 
chyba gdzie?

– O ho, ho! Jaki cięty języczek…

– Zejdź z niej, dobrze? – odezwał się Piotr, spokojnym i opanowanym tonem 
przyszłego prawnika.

139 | 

S t r o n a

background image

Zauważyłam jednak, że drżą mu mięśnie twarzy. Czyli też był nabuzowany. 
Mocniej  mnie  do siebie   przytulił,  zwracając   się  do stojącego   przed   nami 
Marka, niechlujnie opartego o wściekle żółty samochód. Boże, oczy bolały od 
tego koloru.

– Masz sprawę, to mów! – dodał, nie wypuszczając mnie z ramion. A po 
chwili: – A jak nie, to… odpuść!

– Z tobą to ja sobie jeszcze porozmawiam! – Wyraźnej groźby w jego słowach 
nie dało się przeoczyć. – Kiedy indziej.

140 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXIII

Praca okazała się dużo lżejsza i przyjemniejsza, niż sądziłam. Przynajmniej na 
początku…   Nie   przepracowywałam   się,   a   na   dokładkę   Piotr   zaglądał   do 
mnie, czy może mi w czymś nie pomóc. Najpierw sądziłam, że to urocze, 
takie zainteresowanie z jego strony. Z biegiem dni zaczęło mnie to jednak 
trochę drażnić. Trząsł się nade mną jak kwoka nad jajkiem. Czy ja mam, jego 
zdaniem, pięć lat? 

– Hej, śpiąca królewno!

No   tak!   Obowiązki   wzywają.   Odwróciłam   się   z   firmowym   uśmiechem 
przyklejonym do twarzy. Już się tego nauczyłam. To jak rekwizyt lub część 
stroju. Nawet do największego buraka mam się uśmiechać. Taka praca.

– Słucham? – Mówiłam spokojnie, choć w środku szlag mnie trafiał. 

– A robisz coś poza słuchaniem, księżniczko?

Palant ślinił się obleśnie. Miał trochę w czubie i prawie wisiał na barze, za 
którym rozpościerało się moje królestwo. Piwno-bilardowe. Kto wpadł na 
taki poroniony pomysł, by w jednym kompleksie umieścić, obok siłowni, 
solarium i salonu piękności, klub bilardowy z alkoholem? Idiota! Chociaż nie 
powinnam tak mówić, a nawet myśleć, o swoim szefie.

– Coś podać?

– Hmmm… – Zastanawiał się przez chwilę, a przynajmniej wyglądało, jakby 
próbował. – Masz jakieś propozycje, śliczna?

Boże, facet jest odrażający.

– Słucham, czym mogę służyć? – Uparcie odgrywałam swoją rolę.

Nagle złapał mnie za rękę. Stanowczo za mocno. I przysuwając mnie do 
siebie, zaczął z uśmieszkiem:

141 | 

S t r o n a

background image

– Kilka pomysłów przychodzi mi do głowy… – Chuchał mi prosto w twarz. 
Zwyczajnie mnie mdliło. Próbowałam wyswobodzić się z brutalnego uścisku, 
ale siły to ja za wiele nie posiadałam, w odróżnieniu od niego. – No to jak? 
Masz ochotę?

– Ona  nie!  – Rycerz   na  białym   rumaku  wkroczył  do  akcji.  – Ale  może 
zabawisz się ze mną? – Nikt nie mógłby mieć w tej chwili wątpliwości, o jaki 
rodzaj zabawy chodziło mojemu chłopakowi.

–   Twoja   suczka,   mięśniaku?   –   Chyba   się   odrobinę   spłoszył.   Natychmiast 
puścił moje ramię, a ja odskoczyłam jak oparzona, rozcierając obolałe miejsce. 
– Sorry, nie wiedziałem.

– Jeszcze słowo, a przestanę być taki grzeczny!

– Ok., ok. – Nachalny klient uniósł ręce w oczywistym geście poddania. – Już 
mnie nie ma.

Mówiąc to, ruszył chwiejnie do drzwi.

– Wszystko w porządku? – zapytał Piotr z troską w głosie, podchodząc bliżej.

– Poradziłabym sobie. Nie musiałeś!

– Już to chyba kiedyś słyszałem. – Spojrzał mi prosto w oczy i dodał: – 
Znowu zaczynasz?

W   tej   chwili   powinnam   się   zamknąć.   Wiem   o   tym.   Jednak   jakoś   nie 
potrafiłam.   Cała   ja!   Widziałam   doskonale,   że   się   zdenerwował,   a   mimo 
wszystko nie odpuściłam. Czyżbym lubiła igrać z ogniem?

– Przeginasz z tym obrońcą uciśnionych! – Wyszło mi dużo ostrzej i mniej 
sympatycznie, niż mogłabym przypuszczać. – Nie jestem przecież dzieckiem.

– Magda…

– No już! Tylko bez tego mentorskiego tonu! – Co ja wyrabiam? – Nie mam 
siły na kolejne kazanie!

142 | 

S t r o n a

background image

–   Jak   chcesz…   –   Patrząc   na   jego   zmienioną   twarz,   żałowałam   swojego 
zachowania, ale tylko troszeczkę. – Poradzisz sobie?

– Idź już!

Posłuchał bez protestu. Czasem dziwiłam się, skąd bierze tak wielkie pokłady 
spokoju   i   opanowania.   Trochę   mu   tego   zazdrościłam.   A   coraz   częściej, 
niestety,   starałam   się   przekroczyć   nieprzekraczalne   granice.   Jego 
wytrzymałości!

* * *

Gasiłam właśnie światła i byłam gotowa do wyjścia, Piotr jednak się nie 
pojawił. Zawsze kończył wcześniej i przychodził po mnie. Czyżby aż tak go 
ruszyła   nasza   mała   sprzeczka?   Ja   naprawdę   nie   chciałam.   Samo   wyszło. 
Nerwus ze mnie i tyle! A on nie powinien zachowywać się jak obrażona 
księżniczka. Czy raczej książę!

No   cóż,   ruszyłam   „swoją   szanowną”   i   poczłapałam   go   poszukać.   Nie 
musiałam   się   wysilać,   znalazłam   od   razu.   Tam   gdzie   się   spodziewałam. 
Ćwiczył. Stanęłam w drzwiach i mu się przyglądałam. Nigdy się chyba nie 
przyzwyczaję. Ma zajebiste ciało.

Nie widział mnie i nie słyszał. Miał przymknięte oczy, a w uszach słuchawki. 
Jego gwałtowne ruchy świadczyły o tym, że starał się rozładować napięcie. 
Cholera! Aż tak? Nie spodziewałam się, że przejął się aż do tego stopnia. 
Jestem potworem!

Podeszłam cichutko, na paluszkach i jako że ćwiczył na leżąco, odczekałam, 
aż ciężar znalazł się w pozycji swobodnej, a wtedy zgrabnie usiadłam na jego 
biodrach. Drgnął gwałtownie, podniósł się i otworzył oczy. Wyłączył też 
muzę, jednocześnie zdejmując słuchawki.

– Zapomniałeś tylko o mnie? – odezwałam się słodkim głosikiem. – Czy 
o całym świecie?

– Która godzina? – Bez uśmiechu jego słowa nabrały jakiejś twardości. 

143 | 

S t r o n a

background image

– Już skończyłam. Możemy iść – odpowiedziałam. – Chyba że… Wiesz, znam 
lepsze sposoby na rozładowanie napięcia. 

Mówiąc to ostatnie, rozpoczęłam powolną wędrówkę moich paluszków po 
doskonale mi znanym „terytorium”. Czy jego ciało przestanie mnie kiedyś 
kręcić?  Zmęczony  i spocony   był  nadal niesamowicie  apetyczny.   A  może 
właśnie przez to jeszcze bardziej? Westchnął, gdy poczuł moje usta i dłonie. 
Jego uległość niesamowicie mnie podniecała. Zaraz jak tylko to pomyślałam, 
delikatnie, ale stanowczo złapał moje ręce, odsuwając mnie od siebie.

– Nie traktuj mnie w ten sposób! Wiesz, że tego nie lubię!

–   Gdy   cię   całuję   i   dotykam?   –   Próbowałam   obrócić   jego   słowa   w   żart. 
Wiedziałam przecież o co mu chodzi. – Nabijasz się…

– Magda, bądź choć raz poważna – odpowiedział, wyswobadzając się i stając 
naprzeciwko mnie.

– Myślałam, że właśnie to robię. – Jeszcze jedna mizerna próba.

– Cholera, dziewczyno! – Zdenerwował się. – Tylko jedno cię interesuje? 

– Mówisz o sobie? Tak, bardzo mnie interesujesz!

– Traktujesz mnie jak jakiś pieprzony mebel. Chętnie na nim posiedzisz, gdy 
masz ochotę. A potem odstawiasz mnie do kąta. Jak już wykonam swoje 
zadanie. 

Dlaczego miałam nieprzeparte wrażenie, że w jego słowach odnajduję sporo 
prawdy? Czyżbym była aż tak pojebana, że nie umiem okazać mu, jak wiele 
dla mnie znaczy? A może on po prostu przesadza? Zbyt duże wymagania 
zawsze   powodowały   u   mnie   zacięcie.   Naprawdę   sądziłam,   że   takie 
zachowania mam już za sobą. Myliłam się?

– Nie jestem ideałem – podniosłam głos. – Wiedziałeś, co bierzesz!

– Chyba jednak nie do końca… – powiedział z rezygnacją w głosie, patrząc 
mi prosto w oczy.

144 | 

S t r o n a

background image

– I co dalej?

– Nie wiem. Sama zdecyduj. – Nadal mi się przyglądał. – Ja już nie mam siły 
z tobą walczyć. To chyba nie tak powinno wyglądać.

– Co masz na myśli? – Nasza rozmowa stanowczo zmierzała w kierunku, 
który mi się nie podobał.

– Magda, to nie pierwszy raz, gdy traktujesz mnie w ten sposób. – Widząc 
moją niepewną minę, dodał: – Nie pasuje ci mój romantyzm. To jeszcze mogę 
zrozumieć. Sama wiesz, że starałem się ci tego oszczędzić. Dlaczego jednak 
nie pozwalasz mi być swoim facetem… Tego nie pojmuję!

– Teraz to już cię zupełnie nie rozumiem!

– Czyżby? – Próbował chyba rozchylić usta w ironicznym uśmiechu, ale 
jakoś   mu   nie   wyszło.   –   Myślę,   że   wiesz   doskonale,   o   czym   mówię. 
A najbardziej boli mnie, że na wszystkie problemy masz jedno rozwiązanie.

– Przestań! – Nie chciałam tego słuchać.

– Seks  niczego nie  rozwiąże!  Nie dogadujemy  się.  A przynajmniej  czego 
innego oczekujemy, więc… 

– Mam pójść za radą Mareczka?

Zmienił się na twarzy. 

– Nie trawię faceta! – Nie musiał tego mówić, dało się to wyczuć w jego 
głosie, gdy tylko wspominał swojego byłego przyjaciela. – Ale w jednym miał 
rację. Chyba powinnaś poszukać faceta, który zaspokoi twoje potrzeby bez 
stawiania jakichkolwiek wymagań.

Boże, wiedziałam! Piotr aż tak źle o mnie myśli…

* * *

–Hej,  laska!   –   Wesoły   okrzyk   Patrycji   wyrwał   mnie   z  zamyślenia.   –  Co 
słychać?

145 | 

S t r o n a

background image

– Romansik kwitnie? – zawtórowała jej Ewka.

Boże, nie dzisiaj! Błagam!

– Nie wasza sprawa!

–   Czyżby   czarne   chmury   zbierały   się   nad   sielską   egzystencją,   co?   – 
Z nieukrywaną ironią dodała Wiolka.

– A czegoście się tak do mnie przypięły? – warknęłam, nie starając się nawet 
ukryć mojego rozdrażnienia. – Nie macie ciekawszych tematów?

– O ho, ho! – Rudzielec stanowczo za mocno lubił mi ostatnio docinać. – 
Bańka mydlana pękła! A może ideał okazał się ropuchą?

– Nie chcę o tym gadać!

– No wiesz? – Obruszyła się Ewka. – Komu miałabyś powiedzieć, jeśli nie 
nam? 

Żeby to chociaż było prawdziwe, szczere zainteresowanie… Ona po prostu 
chciała informacji z pierwszej ręki. Miano najlepszej informatorki uczelni do 
czegoś zobowiązuje.

– Jesteśmy w separacji – powiedziałam asekuracyjnie. 

Coś im musiałam podrzucić, a nie miałam ochoty zwierzać się, że rozstałam 
się z Piotrem definitywnie. Jeszcze nie pora na takie obwieszczenia. Sama 
musiałam się najpierw z tym uporać. Co prawda, nie bardzo wiedziałam 
jak…  Zdawałam sobie jednak sprawę, że muszę. A także stanąć twardo na 
ziemi, obiema nogami. Szczególnie w mojej obecnej sytuacji! By już nikt nie 
mógł   mnie   zranić.   Bym   sama   nie   krzywdziła   się   daleko   posuniętym 
masochizmem.

146 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXIV

– Czyli wracasz do świata żywych?

– Czyżbym była martwa? – Poddałam się ich grze słów. – I nic o tym nie 
wiedziała?

– Rzadko nas ostatnio zaszczycałaś swoim towarzystwem – westchnęła Patka. 
– I tyle!

– Imprezy omijasz dużym łukiem – dodała Ewka. – Nawet na zakupy już 
z nami nie chodzisz.

Jak miałam im powiedzieć, że po prostu nie mam kasy?

* * *

– Magda?! – Usłyszałam za plecami znajomy głos. Nie ucieszyłam się, to 
pewne. Akurat on musiał tu przyleźć i przyuważyć mnie, jak ustawiam piwo 
na  półkach?  Od  kiedy   stał się  takim  miłośnikiem   bilardu?   – Co  ty  tutaj 
robisz?

–   Nie   widzisz?   –   odpowiedziałam   pytaniem   na   pytanie,   odwracając   się 
w stronę Roberta. – Pracuję. Podać coś?

– Wkręcasz mnie. – Nie mógł uwierzyć? Jeszcze parę tygodni temu też bym 
nie uwierzyła.

– Czym mogę ci służyć?

–   Poza   oczywistym…   –   Uśmieszek   na   jego   twarzy   miał   w   założeniu, 
zapewne, wyglądać uwodzicielsko. – Naprawdę tu pracujesz? – Jeszcze tego 
nie pojął? Ograniczony czy niedorozwinięty? – A może to ukryta kamera?

– Przestań się wygłupiać! – zniecierpliwiłam się. – Piwo?

– Jasne!

147 | 

S t r o n a

background image

Naprawdę jestem żałosna! Beznadziejnie żałosna! Gdy zabrakło mi otoczki 
luksusu,   a   właściwie   kasy,   forsy,   mamony   –   czy   jakkolwiek   to   nazwać, 
zobaczyłam osobę całkowicie zwyczajną, żeby nie powiedzieć pospolitą. To 
właśnie dostrzegłam w jego oczach. Czy przejęłam się, że właśnie on mi to 
uświadomił? Zapewne, ale tak mało mnie obchodziła jego osoba, że skupiłam 
się tylko na moim smutnym odkryciu. Kto zechce się zadawać z taką szarą, 
zmęczoną i zaniedbaną dziewczyną? Tak, ostatnio nie miałam siły nawet na 
„pakiet   minimalny”.   Żadnego   fryzjera,   kosmetyczki   czy   podobnych 
oczywistości. Druga sprawa, że nie stać  mnie na to. Gwóźdź  do trumny. 
Zdałam sobie sprawę, że jeśli szybko czegoś nie wymyślę, to wszyscy połapią 
się, w jakiej jestem sytuacji. A może już to widać? 

* * *

– Piękne kwiaty! – zauważyłam, gdy tylko weszłam do kuchni. Na stole stał 
wielki bukiet lilii. Zapach wypełniał całe pomieszczenie.

Mimo rozstania, nie zrezygnowałam z wizyt na Wrzosowej. Po prostu nie 
potrafiłam   tego   zrobić.   Przyjaźń   z   tą   kobietą   ceniłam   ogromnie.   Tym 
bardziej, że nie potępiała mnie, nie osądzała. Zawsze mogłam liczyć, że mnie 
wysłucha, pocieszy, coś doradzi. Czasem potrzebowałam też pomilczeć w jej 
towarzystwie. Czasu z nią spędzonego nigdy nie uważałam za zmarnowany. 
Odwiedzałam ją jednak zawsze pod nieobecność Piotra. Spotkanie z nim… 
w jego własnym domu… byłoby zbyt… Nawet nie umiem tego nazwać.

– Syn mnie rozpieszcza, wiem o tym!

–   Zasługujesz   na   wszystko   co   najlepsze   –   powiedziałam   z   uśmiechem, 
próbując zamaskować żal.

Anna to jednak doskonały obserwator. Od razu zauważyła.

– Co się stało?

– Wiesz, ja nigdy nie dostałam od niego kwiatów… – mruknęłam.

– Nie chciałaś, prawda? – Skąd wiedziała?

148 | 

S t r o n a

background image

– Tak, ale teraz… Trochę żałuję!

– Magda, wszystko jeszcze można naprawić. – Jakim cudem przeszłyśmy od 
kwiatów do mojego nieudanego związku? – Minęło sporo czasu, ale…

– Na to jest już raczej trochę za późno. – Czekała na moje dalsze słowa. Ja też 
wiedziałam, że muszę to powiedzieć głośno. – Paskudnie go traktowałam. Nie 
dziwię się, że miał mnie dość. Sama pewnie czułabym podobnie, gdybym 
miała   jakiś   wybór.   –   Próbowałam   żartować.   –   Czasu   jednak   nie   cofnę. 
I swojego okropnego zachowania. To nie działa wstecz, niestety.

– Jesteś tylko człowiekiem! – Objęła mnie opiekuńczym ramieniem. – Piotr 
na pewno to zrozumie.

Czyżby? Musiałby najpierw zechcieć się ze mną męczyć. A wiem przecież, że 
bywam trudna. On niestety też już to odkrył…

* * *

O ile praca w Tytanie nie stanowiła dla mnie zbyt wielkiego obciążenia, 
również nie przynosiła jakichś powalających profitów finansowych. Głównie 
ze   względu   na   małą   ilość   godzin.   Nie   dało   się   po   prostu   za   to   przeżyć. 
Starczyłoby mi, ewentualnie, na te przysłowiowe waciki. Wiedziałam już od 
jakiegoś czasu, że muszę poszukać dodatkowego źródła dochodu. Opcji nie 
było jednak za wiele. Niestety.

Zahaczyłam   się   w   nowo   otwartym   markecie,   jako   tak   zwana 
niewykwalifikowana siła robocza. Padałam na twarz ze zmęczenia. Dopiero 
teraz zaczęłam doceniać… wiele rzeczy. Na głębsze rozmyślania nie miałam 
po prostu siły!

Do domu wracałam bardzo późno. Prawie na czworaka. Dziś był właśnie taki 
dzień. Marzyłam o prysznicu i łóżku. Szokujące, ale to ostatnie widziałam 
tylko i wyłącznie w kategoriach snu i jeszcze raz snu! Nie miałam siły na nic. 
Kłoda to przy mnie niesamowicie żywy organizm.

149 | 

S t r o n a

background image

Pokonałam ostatnie schody i stanęłam jak wryta. Tak naprawdę, zanim go 
rozpoznałam, odrobinę się przestraszyłam. Pod moimi drzwiami stał wysoki 
dobrze zbudowany mężczyzna, ukrywający twarz, a przynajmniej profil pod 
kapturem bluzy. Odwrócił się do mnie… Piotr! To jednak najmniejszy szok 
jaki mnie spotkał.

– Wejdź! – Otworzyłam drzwi, wpuszczając go do środka.

– Przepraszam. Nie chciałem w takim stanie pokazywać się matce.

– Rozumiem…

– Umyję się, jeśli pozwolisz. – Zdjął kaptur i dopiero teraz zobaczyłam, jak 
bardzo źle wygląda. – I przebiorę. Zostały u ciebie chyba jakieś moje ciuchy.

– Tak! Zaraz czegoś poszukam. – Ruszyłam do sypialni, gdy on poszedł do 
łazienki.

Długo nie wychodził, więc zastukałam do drzwi. Nic. Zero odzewu! Trochę 
mnie to zaniepokoiło. Nacisnęłam klamkę. Nie zamknął. 

– Pomóc ci? – powiedziałam, wchodząc do środka.

Nie   odpowiedział   od   razu.   Stał   przed   lustrem   bez   koszulki   i   próbował 
bezskutecznie usunąć z niej krew.

– Poradzę sobie – mruknął, podnosząc na mnie wzrok. 

Nie wyglądał za dobrze. Rozcięta warga i spuchnięty policzek świadczyły 
dobitnie, że ma za sobą niezbyt przyjemny wieczór. Podeszłam bliżej.

– Daj mi to. – Jednocześnie wyjęłam z jego ręki brudną część garderoby.

Niechcący   dotknęłam   jego   dłoni.   Kopnięcie   prądu   to   mało   powiedziane. 
Poraziło mnie. Cholera, tak bardzo za nim tęskniłam. Moje zmęczenie gdzieś 
uleciało. Teraz mogłam myśleć tylko o tym, jakby to było, gdyby on…

  – Dobrze się czujesz? – Zdziwiło mnie to pytanie. Musiałam mieć w tej 
chwili osobliwy wyraz twarzy. A może oczywisty?

150 | 

S t r o n a

background image

– Ja? – Spojrzałam mu w oczy. – Lepiej powiedz, co z tobą. Co ci się, u diabła, 
stało?

– To nic. – Uciekł wzrokiem.

– Piotr… – Wyciągnęłam rękę, dotykając jego zdrowego policzka. Odwrócił 
twarz w moją stronę. – Kto ci to zrobił?

– Nieważne!

Przyjrzałam mu się. Czy to możliwe? Jedyne wyjaśnienie, jakie mi przyszło 
do głowy. Trudno w to uwierzyć!

– Marek? – Na dźwięk tego imienia lekko się spłoszył.

– Skąd taki pomysł?

– Ty przecież nie masz wrogów! Poza tym palantem, wszyscy cię lubią. Nie 
rozumiem tylko, jak on…?

– Nie był sam – odpowiedział na pytanie, którego nie zdążyłam zadać.

– To wiele wyjaśnia. – Delikatnie się do niego uśmiechnęłam.

Nadal go dotykałam. Czy zdawał sobie sprawę, jak wielką przyjemność mi to 
sprawia? Pewnie nie. Niby skąd? Przysunęłam się bliżej.

– Piotr… – zaczęłam niepewnie. Odskoczył ode mnie, jakby nagle zdał sobie 
sprawę z intymności tej sytuacji.

No tak, na co ja liczyłam? Że padnie mi w ramiona? Tylko dlatego, że banda 
gnoi obiła mu gębę? Czemu miałby szukać pocieszenia akurat u mnie?

– Poradzisz sobie? – zapytałam, udając, że od początku właśnie to chciałam 
powiedzieć.   On   jednak   chyba   wyczuł   moje   zmieszanie.   Dostrzegłam   coś 
w jego oczach, ten błysk jednak szybko znikł. A może tylko mi się zdawało, 
że się w ogóle pojawił?

– Oczywiście! 

* * *

151 | 

S t r o n a

background image

– Słyszałem, że pracujesz…? – Nie dałam mu dokończyć. Sam dźwięk tej 
nazwy wywoływał u mnie nieprzyjemny skurcz żołądka. Jak bardzo można 
nienawidzić swojej pracy?

– Anna ma za długi język – nie powiedziałam tego ze złością, może tylko ze 
smutkiem.

– I jak sobie radzisz? – Naprawdę go to interesowało?

– Jakoś daję radę, ale przyznam: jest ciężko!

– Przyzwyczaisz się.

– Nie mam innego wyjścia. Inaczej będę głodować. – Zabrzmiało to dość 
lekko, ale wcale nie żartowałam.

– Aż tak źle? – Czyżby rzeczywiście się zmartwił?

– Radzę sobie. To najważniejsze.

– Gdybyś czegoś potrzebowała, to wiesz…

Przerwałam   mu.   Jakoś   nie   byłam   w   nastroju   słuchać,   jak   to   chętnie   mi 
pomoże. 

– Mogę na ciebie liczyć? To chciałeś powiedzieć?

– Dokładnie.  –  Patrzył  mi prosto  w  oczy.   – Matka   się  o ciebie  martwi. 
Rozmawiałaś z nią. – Nie mogłam nic odczytać z jego twarzy. Oskarżał czy 
tylko stwierdzał fakt.

– Przepraszam, nie powinnam jej zwalać na głowę swoich kłopotów.

– Zawsze możesz pogadać ze mną – powiedział zbyt szybko. Myślę, że nie 
przemyślał tego zdania.

Jak on to sobie, do cholery, wyobrażał?

– To chyba nienajlepszy pomysł…

* * *

152 | 

S t r o n a

background image

Całą noc nie mogłam zmrużyć oka. Męczyło mnie… sama nie wiem, jakieś 
przeczucie? Że wydarzy się coś złego?

153 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXV

Wpadłam na korytarz prowadzący do sali intensywnej terapii i od razu go 
zauważyłam. Siedział skulony na szpitalnym krześle. Wyglądał koszmarnie. 
Wymiętoszony i „przedwczorajszy”. Cały odczuwany ból i strach malowały 
się na jego twarzy. Zrozpaczony i złamany nieszczęściem człowiek. A jednak 
nigdy nie widziałam piękniejszego mężczyzny. W całym swoim życiu.

W tym momencie, niespodziewanie, poczułam, jak bardzo go kocham. Nie 
miałam czasu tego roztrząsać. Po prostu to wiedziałam. Z porażającą siłą 
powstała we mnie ta świadomość. I o dziwo, nie przeraziło mnie to ani 
trochę.

– Piotr… – Kucnęłam przed nim, usilnie powstrzymując łzy.

Podniósł na mnie przekrwione oczy i powiedział zduszonym głosem:

– Jesteś.

Boże, jak bardzo chciałam mu pomóc. Zabrać choć trochę jego cierpienia. 
Zdawałam sobie sprawę, że to niemożliwe, więc zrobiłam jedyne, co w tej 
chwili   mogłam.   Mocno   go   przytuliłam.   Z   desperacją   otoczył   mnie 
ramionami,   przyciskając   do   swojego,   drżącego   w   tej   chwili,   ciała. 
Wiedziałam, co to oznacza. Płakał. 

– Nigdzie się nie wybieram – szeptałam, głaszcząc go po głowie – zostanę 
z Tobą!

* * *

Po rozmowie z lekarzem, kilka godzin później, uznałam, że nie mogę go tu 
zostawić, zamartwiającego się w samotności. Potrzebował odpoczynku. Na 
pewno nic nie jadł i powinien się przespać. Zebrać siły na kolejny dzień.

– Zabieram cię stąd – powiedziałam stanowczo, wstając i wyciągając do niego 
rękę. – Chodź.

154 | 

S t r o n a

background image

– Nie mogę, ona…

– Teraz nic nie zdziałamy. – Dotknęłam jego twarzy, patrząc  mu prosto 
w oczy. – Słyszałeś, co powiedział lekarz. Stan się ustabilizował. Nic więcej 
w tej chwili nie możesz zrobić, tylko zadbać o siebie. – Wyraźnie chciał 
zaprotestować, więc dodałam: – Co powiedziałaby Anna, gdyby cię teraz 
zobaczyła? Wyglądasz koszmarnie. Musisz się przespać, coś zjeść. Idziemy.

Posłusznie podniósł się ze szpitalnego krzesła.

– Dobrze – odpowiedział zrezygnowany.

* * *

Leżałam wciąż z otwartymi oczami. Za ścianą znajdował się Piotr. Cierpiał, 
cholernie cierpiał, a ja nie mogłam nic zrobić, aby go pocieszyć. Cudem udało 
mi   się   namówić   go,   żeby   nie   wracał   do   pustego   domu.   To   nie   byłoby 
najlepsze rozwiązanie. Zdołowałby się jeszcze bardziej. Pozostawała kanapa 
u mnie. Ja osobiście, z chęcią zaproponowałabym mu swoje łóżko, ale nie 
chciałam wywoływać niepotrzebnego konfliktu, a przynajmniej niezręcznej 
sytuacji. Nie w takich okolicznościach. 

Mimo wszystko, nie potrafiłam powstrzymać się od fantazjowania na jego 
temat.   Wyobrażałam   sobie   to   piękne   ciało,   które   dobrze   poznałam   i   za 
którym tęskniłam. Tuż obok mnie, a nie tak daleko… Chociaż dzieliło nas 
zaledwie  kilka  metrów,  odległość   wydawała   się  nie   do  pokonania.  Teraz 
wiedziałam już, co popychało mnie w jego stronę. Co mną powodowało. Na 
obskurnym szpitalnym korytarzu zrozumiałam, o co tak naprawdę chodziło. 
Kochałam go, zapewne już od dawna. A moje zachowanie w stosunku do 
niego? Te głupie pretensje? To zapewne reakcja obronna. Kiedy moje uczucia 
do niego się zmieniły? Nie umiałam tego określić. Teraz miałam wrażenie, 
jakbym   kochała   go   od   zawsze.   Czemu   więc   zmarnowałam   tyle   czasu? 
I przede wszystkim: czemu pozwoliłam mu odejść?

Drzwi cichutko się uchyliły i stanął w nich obiekt zaprzątający moje myśli.

– Nie mogę spać. Potrzebuję…

155 | 

S t r o n a

background image

Uchyliłam   bez   słowa   kołdrę,   zapraszając   go   gestem.   Stał   przez   chwilę 
niezdecydowany. Na jego twarzy malowały się różne uczucia. Bałam się je 
w tej chwili analizować. Uniosłam się na przedramionach, nie spuszczając 
z niego wzroku.

– Chodź – ponowiłam zaproszenie.

Tym razem podszedł do mnie, przysiadając na skraju łóżka.

– Magda…

– Po prostu nie chcesz być sam. To nic złego – powiedziałam delikatnie.

Spojrzał mi głęboko w oczy.

–   Tak.   –   Zastanawiałam   się   przez   chwilę,   czego   naprawdę   dotyczyła   ta 
zwięzła deklaracja. Przede wszystkim potrzebował pocieszenia, a ja właśnie 
to zamierzałam mu dać. Jeśli potrzebowałby czegoś jeszcze, też z chęcią mu 
to ofiaruję. Nie będę jednak niczego mu narzucać. Nie dziś, nie w takiej 
sytuacji. – Przytul mnie. Tak bardzo się boję.

– Wszystko będzie dobrze – szeptałam, kołysząc go delikatnie w ramionach. 
– Zobaczysz!

Piotr złożył głowę na mojej piersi, obejmując mnie z całych sił. Cieszyłam się, 
że jestem mu potrzebna, że szuka pocieszenia właśnie u mnie. I mimo iż jutro 
zapewne   będę   miała   siniaki,   nie   przejmowałam   się   tym,   co   więcej,   tak 
prawdę nie czułam bólu, mimo że jego ramiona zaciskały się wokół mnie 
niczym kleszcze.

– A jeśli ona…

– Nawet tak nie myśl! – Nie pozwoliłam mu dokończyć. – Nie ma po prostu 
takiej   możliwości!   Wszystko   będzie   dobrze.   Anna   wyzdrowieje   i   jeszcze 
zatańczy na twoim weselu.

Boże,   czemu   powiedziałam   coś   takiego?   I   dlaczego   to   tak   bardzo   mnie 
zabolało? Bo nie będzie to ślub ze mną! Sama sobie odpowiedziałam. Przecież 

156 | 

S t r o n a

background image

nigdy   nie   pragnęłam   tworzyć   podstawowej   komórki   społeczeństwa.   Nie 
wierzyłam też w miłość i dokąd mnie to zaprowadziło? Do cholernej…

– Potrzebuje  cię…  –  Usłyszałam   cichy, stłumiony   głos  Piotra.   Tyle było 
cierpienia w jego głosie. Tak wielka tęsknota.

Nie zastanawiałam się ani chwili. Moje serce zaczęło bić jeszcze mocniej. Już 
chwilę   wcześniej   zdałam   sobie   sprawę,   że   musiał   wyczuć   jego   dzikie 
łomotanie.

– Jestem tu!

Ledwo dotarło do mnie, że podniósł głowę, a już czułam jego drżące wargi na 
swoich. Całował mnie, jak umierający z pragnienia wędrowiec na pustyni. 
Moje usta stanowiły w tej chwili oazę, krystaliczną wodę, ratującą mu życie. 
Skąd   mi   się   wzięły,   do   cholery,   takie   górnolotne   porównania?   To   moje 
ostatnie   rozsądne   myśli.   Poddałam   się   fali   przyjemności.   Głodnych   ust, 
delikatnych dłoni… Niczego innego w tej chwili nie pragnęłam. Tylko czuć. 
Jego i tylko jego. Jeszcze ten jeden raz. 

* * *

Przyglądałam   się   swojemu   odbiciu   w   lustrze.   Nic   się   nie   zmieniło,   a   ja 
czułam, że nie jestem już tą samą osobą. Zmiana nastąpiła gdzieś głęboko 
wewnątrz   mnie.   Nie   potrafiłam   się   już   przed   tym   bronić.   Czy   jednak 
chciałam? 

Tej nocy przeżyłam coś magicznego. Nie do opisania. Spodziewałam się, że 
seks będzie szybki, gwałtowny, pełen potrzeby zaspokojenia, stłumienia bólu 
i rozpaczy. Piotr jednak zaskoczył mnie kompletnie. Podarował mi tak wiele 
czułości,   ostrożnego   uwielbienia   i   namiętności   tak   mocno   dotykającej 
wnętrza, że nie wiedziałam, czy to nie sen. Jednak nie! To wydarzyło się 
naprawdę, chociaż ciężko mi było w to uwierzyć. Tak nie kochał mnie nikt. 
I wiedziałam z całą pewnością, że nic nie dorówna tym doznaniom, które 
ofiarował mi ukochany mężczyzna. Nigdy już nie poczuję takiej bliskości 
i zespolenia tak całkowicie  odbierającego  świadomość  własnej  odrębności. 

157 | 

S t r o n a

background image

Tej nocy stanowiliśmy jedno ciało i jeden umysł. Jeden organizm. Całkowitą 
i totalną jedność. 

Cofnęłam   się   porażona   tą   świadomością.   Gdy   wyczułam   za   sobą   zimne 
kafelki, powoli osunęłam się na podłogę. I zrobiłam coś okropnie banalnego. 
Wybuchłam rozdzierającym płaczem. Ryczałam jak małe dziecko. Zanosiłam 
się   spazmatycznym   szlochem   i   nie   potrafiłam   tego   powstrzymać. 
Posmakowałam raju, a zaraz potem spadłam boleśnie na ziemię. To całkiem 
odpowiednie porównanie.

Jednego   nie   przewidziałam.   A   może   raczej,   w   gwałtownej   rozpaczy   nad 
moim złamanym sercem, nie pomyślałam, że nie jestem sama w domu.

– Magda!? – Usłyszałam jego zaniepokojony głos.

W sekundę oprzytomniałam. Zaczęłam rozpaczliwie wycierać łzy zalewające 
mi twarz. Cholera! Musiał mnie usłyszeć!

–   Wszystko   w   porządku!   –   Walczyłam   z   drżeniem   głosu.   –   Zaraz   będę 
gotowa!

– Na pewno nic ci nie jest? – Nie tak łatwo go nabrać. 

Gorączkowo szukałam jakiegoś wyjaśnienia, w które by uwierzył. Mój mózg 
jednak nie funkcjonował najlepiej. Cisza niebezpiecznie się przedłużała. Za 
chwilę Piotr wejdzie do środka, a tego nie chciałam. Nie teraz. Jeszcze nie.

– Uderzyłam się. – Łgałam jak z nut. Słyszał przecież mój szloch, więc wersja 
oficjalna musiała brzmieć wiarygodnie. – Ale to nic…

– Mogę wejść? – Tego się obawiałam. Opiekuńczy do bólu.

– Nie, nie! – Lekko się spłoszyłam. Nie chciałam go widzieć. W tej chwili nie 
miałam siły spojrzeć mu w oczy. Zaraz się ogarnę i stawię mu czoła. Całej tej 
pogmatwanej sytuacji. Jeszcze moment. – Naprawdę nic mi nie jest!

To czyste, żywe kłamstwo!

158 | 

S t r o n a

background image

Kilka minut temu zwyczajnie  przed  nim uciekłam, kryjąc się pod maską 
beztroskiej nonszalancji i zamykając w łazience. Może jednak nie byłam aż 
tak dobra w udawaniu? Czyżby coś zauważył? Niemożliwe! Zaniepokoił się 
dopiero, gdy usłyszał mój płacz. Głupia! Powinnam zaczekać. Porozpaczać 
sobie w samotności, a nie przy świadkach. Na pewno nie przy nim! Przecież 
on stanowił powód mojego obecnego stanu.

Dlaczego wykonałam tak melodramatyczne wyjście? No cóż… Nie potrafiłam 
spokojnie wysłuchać, co miał mi do powiedzenia. Gdy tylko dotarło do mnie, 
że żałuje tego, co się stało w nocy. Że to nie może się powtórzyć… Po prostu 
nawiałam! A teraz… Nie wiem, co mam zrobić, jak się zachować.

Zrozumiałam   jedno…   Ironia   losu,   nie   ma   co!   Pojęłam   w   końcu,   co   tak 
naprawdę nas dzieliło. A tak właściwie, poczułam to, co serwowałam mu, 
gdy jeszcze byliśmy razem. I nie podobało mi się. Ani trochę! W połączeniu 
z nowo   odkrytym   uczuciem   do   niego,   niszczyło   doszczętnie   mój   stary, 
misternie budowany świat.

Seks bez zobowiązań jest do dupy!!!

159 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXVI

W końcu wyszłam z tej nieszczęsnej łazienki. Bałam się czy sobie poradzę, 
ale postanowiłam: Zagram najlepsze przedstawienie w moim życiu. Znam 
trochę Piotra i wiem, że w jego przypadku akcja z wczorajszego wieczoru 
musiała   go   zaskoczyć.   Nie   spodziewał   się   po   sobie   takiego   zachowania. 
Przecież   nie   akceptował   luźnych   zabaw   łóżkowych.   Tego   byłam   pewna. 
Musiał   bardzo   żałować.   Ja   jednak   nie   pozwolę   mu   na   przeprosiny. 
Umarłabym, gdybym usłyszała to słowo. Nie po takiej nocy. Będzie musiał 
sobie jakoś inaczej z tym poradzić.

– Łazienka wolna – oznajmiłam opanowanym, wypranym z emocji głosem.

– Magda… – Wiedziałam, że spróbuje. Nie zaskoczył mnie, a ja jego chyba 
troszeczkę.

– Pospiesz się! Musimy jechać do szpitala! – ucięłam ostro.

Zamarł w bezruchu.  Widziałam  wyraźnie, że chciał się odezwać.  Jednak 
patrząc mi w oczy, musiał dostrzec stanowczość, którą z takim trudem sobie 
narzuciłam.   Wygrałam.   Poddał   się.   Mimo   to   uważnie   mi   się   przyglądał. 
Odetchnęłam   dopiero,   gdy   zamknęły   się   za   nim   drzwi,   obok   których 
prowadziliśmy   tę   naszą   małą   wojnę   psychologiczną.   Moje   opanowanie 
automatycznie   wyparowało.   Gdyby   teraz   na   mnie   spojrzał,   wiedziałby 
wszystko!  

* * *

Dziewczyny już jakiś czas temu przestały do mnie wydzwaniać. Na uczelni 
też   jakoś   tak   zdawkowo   się   do   mnie   przyznawały.   Nie   było   wielkich 
powitań, piania z zachwytu na mój widok. To akurat pożegnałam nawet 
z ulgą, nigdy nie lubiłam ich egzaltowanych peanów pochwalnych na mój 
temat.   Jednak   dało   się   zauważyć  radykalną   zmianę   w   ich   zachowaniu 
i oczywiście wiedziałam, skąd się wzięła. Robercik miał długi ozór! Wszyscy 
już zapewne orientowali  się, że pierwsza gwiazda na firmamencie  spadła 

160 | 

S t r o n a

background image

z wielkim hukiem i rozbiła sobie dupę o szarą rzeczywistość. Tak w skrócie 
nazwałabym   moje   nowe,   nielekkie   życie.   Praca   podobno   uszlachetnia… 
Niestety taka opinia nie funkcjonuje w kręgach, w których się dotychczas 
obracałam. Tam liczy się tylko szmal i pozycja społeczna. Boże! I ja tak 
żyłam? Teraz widziałam to trochę inaczej. Nic dziwnego. Musiałam patrzeć 
na życie z innej perspektywy.

–   Magda!   –   Usłyszałam   lekko   kpiący   głos   Pietrola.   Kiedyś   naprawdę 
uważałam go za fajnego kolesia, ale to było bardzo dawno. W poprzednim 
wcieleniu? – Jak tam twoje sprawy? – Czy wyczuwalna ironia rzeczywiście 
istniała, czy tylko siedziała w mojej głowie? Wszędzie dostrzegałam teraz 
aluzję i prześmiewcze podteksty. – Nie pokazujesz się publicznie.

– Nie udawaj! Chcesz mi pojechać jak pozostali… Wal śmiało! 

– Ostra jak zwykle! – zaśmiał się. – Nic nie spokorniałaś?

–   A   czemu   miałabym   to   zrobić?   –   rzuciłam   twardo,   ale   z   szerokim, 
promiennym uśmiechem. Iść w zaparte to moja dewiza. Nikt się nie dowie, 
co czuję naprawdę. 

– No wiesz… – Lekko się chyba zmieszał. – Ubóstwo jakoś do ciebie nie 
pasuje. Myślałem, że…

– Załamię się, będę się snuć po kątach i szlochać na każdym kroku? – Teraz 
to ja ironizowałam.

– Mniej więcej. – Spojrzał mi w oczy i nie znalazł tam ani odrobiny tego, 
czego szukał. – Twarda z ciebie sztuka, wiesz?

– Życie! Mateuszku.

Z tymi słowami zostawiłam go na korytarzu uczelni, która nie była już dla 
mnie   zbyt   przyjaznym   miejscem.   Jakoś   to   przeżyję.   W   końcu   kiedyś 
przestaną o mnie plotkować. Znajdzie się inna sensacja. Zanim to jednak 
nastąpi, nasłucham się jeszcze pewnie sporo. Na razie, poza Pietrolem, nikt 
nie   wyskoczył   z   niczym   bezpośrednio.   Słyszałam   tylko   chichoty   i   ciche 

161 | 

S t r o n a

background image

szepty, gdy przechodziłam. Nie mieli odwagi zaatakować mnie bezpośrednio? 
A może zbierali siły na zmasowany atak? Ja czekałam i byłam gotowa. Nie 
zaskoczy mnie żaden, nawet najbardziej chamski tekst. 

* * *

Moje   stosunki   z   Piotrem   można   nazwać   poprawnymi.   Sporo   czasu 
spędzaliśmy   razem,   głównie   w   szpitalu,   przy   Annie.   Nie   dopuszczałam 
jednak,   by   nasze   rozmowy   choć   odrobinę   zbliżały   się   do   tematów 
„niebezpiecznych”.  Dla  mnie, oczywiście. Jakoś  nie  chciałam  usłyszeć  od 
niego jak bardzo żałuje i jest mu przykro. Tego bym nie zniosła. Pilnowałam 
się więc przy nim. Jakakolwiek próba z jego strony rozmowy na pewne 
tematy, od razu włączała we mnie lampkę ostrzegawczą i „tryb awaryjny”. 
Błyskawicznie   zmieniałam   kierunek   konwersacji.   Nawet   nieźle   mi   szło. 
Coraz łatwiej przychodziło mi spędzanie z nim czasu. Nie powiem, serce 
bolało, ale nie potrafiłam odmówić sobie tych chwil. Gdybym miała jakiś 
wybór   (a   przecież   go   nie   posiadałam,   chodziło   o   jego   matkę,   którą 
uwielbiałam,   żeby   nie   powiedzieć   więcej)   też   nie   odmówiłabym   sobie 
możliwości przebywania blisko mojego słodkiego ratownika, który już dawno 
stał   się   kimś   więcej.   Kimś   znacznie   ważniejszym,   jeśli   nie   najważniejszą 
osobą w moim życiu. 

– Piotr! – Podniósł na mnie wzrok. Już nie wyzierała z jego oczu totalna 
rozpacz, którą widziałam tego pierwszego dnia, ale nie dałoby się o nim 
powiedzieć, że jest spokojny i odprężony. – Jedziesz?

– Zostanę.

– Pamiętaj tylko o ćwiczeniach. Musisz się na nich pojawić, bo Wolińska cię 
zabije! – Blado się uśmiechnął w reakcji na moje słowa. – A przynajmniej 
narobi ci problemów.

– Postaram się.

– Ty się nie staraj, tylko przyjedź. Bo jak nie…

162 | 

S t r o n a

background image

– No, co mi zrobisz? – Chwilami widziałam dawnego Piotra. To jednak tak 
ulotne   momenty,   że   chłonęłam   całą   sobą   każde   jego   słowo,   spojrzenie, 
uśmiech.

– Osobiście skopię ci tyłek! – Wiedziałam, że go tym rozbawię. Łapałam się 
ostatnio na tym coraz częściej. Chowałam dumę w kieszeń i skupiałam się na 
jego   samopoczuciu.   Próbowałam   na   każdym   kroku   poprawić   mu   humor, 
choć na chwilę. I muszę przyznać, że mi się to nawet udawało. Tak też stało 
się w tym momencie.

– Chciałbym to zobaczyć…

– Raczej poczujesz! Spróbuj tylko nie przyjechać!

– Tak postawiona sprawa mnie przekonuje! – Kocham jego uśmiech, nawet 
tak wątły jak teraz. – Będę na pewno!

Widząc go takim… trudno mi było odejść. Mimo że wiedziałam, iż zobaczę 
go znów.  Choć  nie  należał   już do  mnie... Bolało  jak  cholera!  To  jednak 
niczego nie zmienia! Nie zostawię go nigdy. Zawsze będę w pobliżu! Tak czy 
inaczej. Choćby miało mi pęknąć serducho. 

* * *

Dni mijały. Dzielone miedzy uczelnię, pracę (brrr!) i szpital. Starałam się to 
wszystko jakoś pogodzić. I nie myśleć za dużo. Niewiele mnie też ostatnio 
zaskakiwało. Przygotowana byłam na wszystko, poza tym jednym. 

– Magda, Magda… – Usłyszałam głos, którego miałam nadzieję już nigdy nie 
słyszeć. On jednak tak łatwo nie odpuszcza. Co za facet! – Jak tam twoje 
sprawy? – Czyżby kpina? Zdążyłam się do takich odzywek przyzwyczaić, ale 
w jego wydaniu… Makabrycznie mnie rozdrażnił!

– Jakbyś nie wiedział?! 

–   Wiem,   wiem!   –   Rozciągnął   usta   w   ociekającym   obłudą   uśmiechu.   – 
Chciałem tylko jakoś zagaić rozmowę.

163 | 

S t r o n a

background image

– Po co się w ogóle wysilasz? – Nie próbowałam nawet być miła. – Nie mam 
ochoty z tobą gadać!

– Może jednak zmienisz zdanie. – Oczy mu zabłysły. Ciekawe, co wymyślił 
tym razem. – Mam dla ciebie propozycję.

– Czemu zakładasz, że chcę jej wysłuchać?

– Nie unoś się tak! Będziesz zadowolona. Zobaczysz!

Mocno   w   to   wątpiłam.   Nie   chciałam   jednak   robić   scen   przed   uczelnią. 
Postanowiłam   więc   spokojnie   go   wysłuchać,   a   potem   posłać   go   do   stu 
diabłów.

Sama nie wiem czy jego propozycja bardziej mnie rozbawiła, wkurwiła czy 
zniesmaczyła. Wiem jedno, facet śni na jawie!

– Nie! – To jedyna odpowiedź, jakiej mogłam udzielić.

– Jesteś tego pewna? – Jednak ograniczony z niego facet. Nie przyswaja sensu 
najprostszych słów.

– Powiedziałam przecież!

– Nie wierzę! Wolisz zasuwać w jakiejś spelunie. – Oj, wiele osób by się na 
niego ostro wkurwiło za takie określenie Tytana. Ja za mocno się tym nie 
przejęłam. – Nie wspomnę już o tym dziadowski markecie, w którym robisz 
za fizyczną. – Cholera, myślałam, że o tym nie wie! – Jesteś stworzona do 
czegoś lepszego!

– I ty mi to dasz, tak? – kpiłam.

– Dam ci znacznie więcej! – Obleśnie się uśmiechnął. – Zacznijmy jednak od 
pracy. W Hamburgu czeka na ciebie lepsze życie niż tu.

– Człowieku! Ty naprawdę myślisz, że z tobą pojadę? – Nie mieściło mi się to 
w głowie. – Chyba śnisz?!

– Jesteś strasznie głupia, wiesz o tym? – Czyżby się zdenerwował? A może 
w końcu do niego dotarło? Dlaczego jednak nie odpuszcza?

164 | 

S t r o n a

background image

Nie przygotowałam się na jego kolejne posunięcie. Zaskoczył mnie, chociaż 
wiedząc jaki to typ, powinnam była się spodziewać fizycznej napaści. Taki 
miał przecież styl. Siła to jego argument. Złapał mnie za ramiona, lekko 
potrząsnął i przysunął do siebie. Szarpałam się, ale on tylko mocniej zaciskał 
palce. Chwilę trwało zanim wyczułam obecność kogoś jeszcze. 

– Zostaw ją, gnoju! – powiedział spokojnie Piotr. Ja jednak już wiedziałam, że 
pod zimną, opanowaną  maską, kryje się tłumiona wściekłość.  Znałam go 
trochę. – Kaśka ci nie wystarczyła? – Na dźwięk tego imienia, coś mnie 
zakłuło. Nie dałam jednak po sobie tego poznać. Nie mogłam! Marek też 
zareagował,   puścił  mnie,  a  ja  szybko   się  odsunęłam.    –  Szukasz   kolejnej 
ofiary?   O   niej   zapomnij!   –   Rzucił   na   mnie   przelotne   spojrzenie.   Szybko 
jednak wrócił  do swojego rozmówcy. Czy naprawdę zauważyłam  w jego 
wzroku troskę i coś jeszcze? Coś znacznie bardziej… Sama nie wiem. A może 
to tylko złudzenie? – Nie pozwolę ci na to!

–   A   nie   uważasz,   rycerzyku,   że   to   Magda   powinna   zdecydować?   –   kpił 
w żywe oczy.

– A nie dała ci przypadkiem odpowiedzi?!

– Przeszkadzasz, obrońco uciśnionych! – warknął Marek. – Spadaj!

– Nie! – Żadnych wątpliwości czy zawahania. – Zostaw ją w spokoju!

– Naprawdę tego właśnie chcesz? – Marek zwrócił się do mnie. I doskonale 
wiedziałam,   o   co   pyta.   Nie   wiem   czy   Piotr   też   to   wiedział.   Ja   jednak 
zrozumiałam. 

–   Tak!   –   odpowiedziałam   z   całą   stanowczością.   Nie   mogło   być   innej 
odpowiedzi. Wybrałabym Piotra zawsze. Mimo że on mnie wcale nie chciał, 
nie zamieniłabym go na nikogo innego, a szczególnie na kogoś takiego, jak 
stojący przede mną oślizgły typ. 

Co dziwne, odpuścił! Warknął na pożegnanie: „Jesteś żałosna!”, wsiadł do 
swojego „kanarka” i odjechał z piskiem opon. Zniknął. Mam nadzieje, że na 
zawsze.

165 | 

S t r o n a

background image

– Magda… – Usłyszałam tuż obok siebie ukochany, schrypnięty głos. Brzmiał 
jednak   dziwnie.   Spojrzałam   na   niego.   Pełen   skruchy,   poczucia   winy… 
A jemu o co znów chodzi? – Wiem, że tego nie chciałaś. Nie lubisz gdy ktoś 
się wtrąca w twoje sprawy. – Zrobił pauzę, ciągle patrząc mi w oczy. – Gdy ja 
się wtrącam. – Boże! Jestem pojebana! Zawsze to wiedziałam, ale że aż tak 
bardzo…  – Nie mogłem się powstrzymać. Wybacz!

166 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXVII

– Możesz stawać w mojej obronie codziennie. Nic nie powiem! Możesz nawet 
tłuc po ryjach wszystkich, którzy krzywo na mnie spojrzą. – Poza tym, że 
naprawdę nie miałabym nic przeciwko temu, chciałam mu poprawić humor. 
– A uwierz, będzie ich niemało. 

Tu   akurat   miałam   na   myśli   mniej   przyjemne   kwestie.   Coraz   częściej   po 
prostu słyszałam komentarze na swój temat. Nieważne! Nie to było w tej 
chwili istotne. Naprawdę go rozbawiłam.

– Aż tak wyrywny chyba nie jestem – zaśmiał się.

– Gdybyś jednak miał ochotę… Nie puszczę pary z ust. Ani jednego małego 
słówka! No może jedno: Dziękuję! – Czułam się w tej chwili jak mała, psotna 
dziewczynka. – Co ty na to?

– Jesteś szalona, wiesz o tym?

Oczywiście! A moja choroba ma nawet imię. 

* * *

Pomimo   mojego   postanowienia,   że   będę   gotowa   na   wszystko,   na   każdą, 
nawet   najokropniejszą   rzecz…   Ostatnio   mam   jakiś   nawał   przedziwnych 
sytuacji. Wiecznie ktoś lub coś mnie zaskakuje. Niedobrze!

Ta niespodzianka nie była jednak tak niemiła jak poprzednia. Tylko zupełnie 
niespodziewana.

– 

Magda?

A   kogo   niby   oczekiwała?   Chyba   tylko   ja   mogłam   odebrać   mój   własny, 
prywatny telefon, prawda? Czemu jednak dzwoniła? Czy nie mogła ze mną 
pogadać na uczelni? Dziwne!

167 | 

S t r o n a

background image

– Tak! A spodziewałaś się kogoś innego? – W moim głosie nie było zbyt wielu 
pozytywnych wibracji. Zresztą nie miałam nastroju na babskie pogaduchy. 
Szczególnie teraz, gdy moje „muszkieterki” się na mnie legalnie wypięły. 
Tylko tak można określić ich obecny stosunek do mnie. Nie ignorowały mnie 
zupełnie, ani nie udawały, że mnie nie znają, ale to jak się do mnie odnosiły, 
wyglądało niewiele lepiej.

– 

Ja… – Spłoszyłam sarenkę? Ojejku! Jak ja mogłam? 

Nawet w myślach robię tarczę z ironii. Niepokojące.

– Wyrzuć to z siebie. – Nie miałam ochoty spędzić z telefonem przy uchu 
kolejnej godziny, więc nawet wysiliłam się na przyjazny ton głosu.

–  

Ja   chciałabym   z   tobą   porozmawiać.  –   Nareszcie   Patrycji   udało   się 

sformułować pełne zdanie. 

– Codziennie się przecież widzimy – rzuciłam lekko zirytowana. O co jej do 
cholery chodzi? – No prawie codziennie i jakoś nie zauważyłam, żebyś miała 
za specjalną ochotę ze mną gadać – dodałam oskarżycielsko.

– 

Magda wybacz. Ale sama wiesz… Wiolka i Ewka… One…

– Dobra, już się nie tłumacz. Znam je przecież troszeczkę. „Tylko kasa się 
liczy. Nie masz jej, to i ciebie nie ma!” To idealne podsumowanie, nie sądzisz?

– 

Właściwie…

– Nieważne! – Zbaczamy chyba z tematu, którego tak właściwie jeszcze nie 
poznałam. – Powiesz mi może w końcu, o co chodzi?

– 

Właściwie to chciałam się z tobą umówić i pogadać w cztery oczy.

O ho, ho! Poważna sprawa. Tylko czy ja miałam ochotę na takie „te ta te”?

– 

Magda, proszę… – Usłyszałam jeszcze, gdy dość długo się nie odzywałam. – 

Ja naprawdę…

168 | 

S t r o n a

background image

Coś   w   jej   głosie   mnie   przekonało.   Szczerość?   Być   może!   Ostatecznie 
obiecałam jej, że zarówno rozmowa telefoniczna, jak i planowane spotkanie 
twarzą w twarz, pozostaną naszą słodką tajemnicą. Czy faktycznie okaże się 
taka „słodka” będzie oczywiście zależało od jej tematu. Przyznam, że Patka 
mnie zaciekawiła.

* * *

– Magda, zaczekaj. – Zaskoczył mnie ton jego głosu. Właśnie miałam wejść 
do sali, gdzie leżała Anna. Słowa Piotra powstrzymały mnie jednak przed 
naciśnięciem klamki. – Porozmawiajmy.

– O czym? – Udawałam swobodę, ale w środku cała się spięłam. Czyżby 
znowu próbował…? Odwracając się do niego, walczyłam, by nie dostrzegł, 
jak bardzo boję się tej rozmowy. – To naprawdę nie może poczekać?

– Tylko chwilę…

– No dobrze. O co chodzi?

–   Dlaczego   to   robisz?   –   zapytał,   gdy   przysiadłam   na   niewygodnym 
szpitalnym krzesełku. 

Usiadł obok mnie, a ja zadrżałam. Z powodu pytania, a nie jego bliskości. Tak 
sobie tłumacz, dziewczyno!

–   Ale   co?   –   Odwlekałam   nieuniknione.   Dlaczego   właśnie   teraz   chciał 
wyjaśniać  moje,   zapewne   dziwne   dla   niego,   zachowanie?   –   Nie   bardzo 
rozumiem.

– Przecież doskonale wiesz, o co mi chodzi. – W jego głosie dało się słyszeć 
lekkie zniecierpliwienie. W sumie nic dziwnego. Wiedział, musiał wiedzieć, 
że nie jestem taka głupia, jaką próbuję zgrywać. – Zawalasz studia. Z roboty 
też cię pewnie wywalą. Nie martwi cię to?

O to mu chodzi? Odetchnęłam z ulgą. Czyli nie połapał się? Dobrze!

– Przesadzasz! – odpowiedziałam rozluźniona. – Nie jest tak źle.

169 | 

S t r o n a

background image

– Czyżby? – Nie odpuszczał.

–   Piotr…   –   Spojrzałam   mu   w   oczy   i   dopiero   po   dłuższej   chwili 
kontynuowałam: – Jeśli wywalą mnie z tego posranego marketu, to chyba 
nawet odetchnę z ulgą.

– A uczelnia?

–  Opuszczam   tylko  te   wykłady,   które  z   czystym   sumieniem   mogę   sobie 
darować, a na ćwiczenia chodzę jak grzeczna dziewczynka. – Uśmiechnęłam 
się. – Więc nie widzę problemu…

– Ale ja widzę! – Nie bardzo wiedziałam, do czego on tak naprawdę zmierza. 
Czyżby   ciążyła   mu   moja   ciągła   obecność?   Chyba   nie   chciałam   usłyszeć 
odpowiedzi na swoje nieme pytanie. – Dlaczego to robisz?

– Czy to nie oczywiste? – Musiał pytać? Naprawdę nie wiedział?

– Rozumiem, że moja matka jest dla ciebie ważna, ale…

– To za mało powiedziane – przerwałam mu. – Ona… To znaczy ja… – 
Zamotałam się. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie zastanawiałam się, 
jaki jest mój stosunek do Anny. Nie musiałam. Po prostu to wiedziałam. 
Tylko nigdy nie formułowałam wprost. A teraz miałam to powiedzieć jemu. 
I w jednej chwili postanowiłam, że nie będę szukać  zamienników. Istnieje 
słowo, które doskonale oddaje moje uczucia dla niej. – Kocham ją i tyle.

Tak naprawdę, to tylko pół prawdy. Kochałam ich oboje. Do tej drugiej części 
jednak nie mogłam się przyznać. Zamyśliłam się. Czy on na pewno nic nie 
podejrzewa? Ta jego dociekliwość… Coś musiało się za tym kryć! 

– Magda…

Piotr przerwał moje rozmyślania. Chyba byłam mu za to nawet wdzięczna. 
Jednak znowu zaskoczył mnie ton jego głosu. Spojrzałam na niego i… Nic! 
Wyraz twarzy miał nieodgadniony. To trochę dziwne. Do tej pory można 
z niej było czytać jak z otwartej książki. Fakt, że ja wychodziłam raczej na 
analfabetę,   niczego   tu   nie   zmieniał.   Teraz   miałam   przed   sobą   faceta, 

170 | 

S t r o n a

background image

cholernie przystojnego faceta, którego twarz nie wyrażała nic. Jak wykuta 
z kamienia. Żadnych emocji. Uczuć. Czyżby on też potrafił się maskować? 
Musiał   przecież   coś   poczuć   po   tym   moim,   na   pewno   nieoczekiwanym, 
a może nawet zaskakującym, wyznaniu.

– Zostawmy to, dobrze? – Zakończyłam temat.

Wstałam i ruszyłam do drzwi.

– Skoro tego właśnie chcesz… – Usłyszałam jeszcze jego ciche słowa. 

Nie starczyło mi jednak odwagi, a może zimnej krwi, by ponownie na niego 
spojrzeć.

* * *

– To ty, kochanie? – cicho zapytała matka Piotra.

– To tylko ja, Aniu – odpowiedziałam, ale chyba nie udało mi się do końca 
ukryć lekkiego rozczarowania. Pytała o syna. Czemu się dziwię? Ma tylko 
jego!

– Tak czułam, że to ty. – Uśmiechnęła się.

– Pośpij jeszcze. Potrzebujesz snu. Ja posiedzę przy tobie. – Dopiero po chwili 
dotarł do mnie sens jej słów. – Wiedziałaś, że to ja?

– Jestem może stara, ale jeszcze nie umierająca – zachichotała, chociaż ja nie 
widziałam w tym nic zabawnego, a po chwili dokończyła: – a na pewno nie 
ślepa i głucha, żeby pomylić ciebie z Piotrem.

– Aniu… – Próbowałam nadać mojemu głosowi karcące brzmienie, ale jakoś 
mi nie wyszło.  

– A poza tym – kontynuowała – w mojej rodzinie mężczyźni raczej nie 
używają damskich perfum. A twoje są szczególnie piękne. Nie da się ich nie 
rozpoznać.

171 | 

S t r o n a

background image

– Chyba masz dziś dobry humor, co? – To nieudolna próba zmiany tematu, 
a przynajmniej   nie   dopuszczenia   do   rozpoczęcia   niewygodnej   dla   mnie 
rozmowy. Zdaję sobie z tego sprawę.

– Nawet bardzo – odpowiedziała wesoło. – Czuję się coraz lepiej.

– To świetnie!

– Pojutrze  mnie  wypiszą  –  dodała   po chwili.  –  I  wtedy   sobie  poważnie 
porozmawiamy, kochanie!

172 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXVIII

Nic nikomu nie powiedziałam, żeby nie zapeszyć. Tak przynajmniej sobie 
tłumaczyłam   tą   wielką   tajemnicę.   A   będąc   zupełnie   szczera,   nie   bardzo 
miałam komu się pochwalić. 

Zaraz, zaraz! Pochwalić to się miałam czym dopiero teraz. Wcześniej mogłam 
zaledwie   zasugerować,   że   mam   szansę   na   zmianę   swojej   sytuacji.   Dość 
radykalną! Jeszcze nie do końca w to wierzę. Mam u Patki cholerny dług 
wdzięczności, chociaż ona tak właściwie niewiele zrobiła. Z drugiej strony 
jednak, mogła mi nic nie powiedzieć. To, że o mnie pomyślała… Ta naiwna 
romantyczka jest jednak dużo więcej warta, niż ostatnio przypuszczałam. 
I chyba naprawdę mnie lubi, w odróżnieniu od pozostałych dwóch „byłych 
towarzyszek”. 

Te   wszystkie   myśli   przeleciały   przez   moją   głowę   zaraz   po   zakończeniu 
rozmowy z niejakim Morawskim. Bodajże Tomaszem. Z wrażenia nie miałam 
pewności. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się tępym wzrokiem w telefon. 
Czy to się dzieje naprawdę? Nie uderzyłam się przypadkiem w głowę i nie 
straciłam przytomności? A może to taki realistyczny sen? 

Przeginam!   Tylko   spokojnie.   Przecież   nie   będę   się   szczypać   na 
potwierdzenie, że to jednak jawa. A jutro będzie mój wielki dzień! Mam 
nadzieję! 

Tak! Jutro zrobię kilka fikołków z radości, oczywiście o ile pozwolą mi na to 
szpilki   i   elegancki   kostium.   Strój   radykalnie   odbiegający   od   tego,   który 
miałam obecnie na sobie. No tak, jutro narodzę się nowa ja, a ściślej rzecz 
biorąc, powstanie jak feniks z popiołów stara, elegancka Magda. Dziś sobie 
jeszcze odpuszczę. Poza tym, muszę koniecznie zachować resztki zdrowego 
rozsądku (to tak a pro po tych fikołków i hołubców) i opanowania. Tym 
bardziej, że obiecałam Annie, że się u niej pokażę, a zapewne spotkam się 
tam też z Piotrem... 

173 | 

S t r o n a

background image

Będę więc potrzebować całego zapasu moich samoobronnych  cech, które 
ratują mnie od jakiegoś czasu przed padnięciem na kolana i błaganiem go, by 
mi   wybaczył   i…   Sama   nie   wiem,   jak   to   nazwać…?   Spróbował   mnie 
pokochać?

* * *

Zauważyłam ich od razu, mimo że było ciemno. Cholera! Naprawdę zabolało. 
Piotr jak zawsze cudowny, z rozczochranymi włosami, uśmiechnięty. Do 
mnie ostatnio tak się nie uśmiecha. Ciepło, swobodnie, z błyskiem w oczach. 
Nie pamiętam kiedy ostatnio to robił. Śmieje się w mojej obecności, to fakt. 
Często staram się go rozbawić, poprawić mu humor, ale wtedy to jest coś 
innego. Nic tak osobistego, jak to, co właśnie widziałam…

Obok niego, bardzo blisko, za blisko, stała ładna, szczuplutka dziewczyna. 
Można by zapewne powiedzieć, że zbyt chuda, gdyby nie jej strój. Elegancki, 
z klasą. Odruchowo spojrzałam na siebie. No tak! Wyglądałam przy niej jak 
kocmołuch.   Pewnie   lekko   przesadziłam,   tak   się   jednak   czułam.   Miałam 
ochotę nawiać, podwinąć ogon i po prostu uciec.

I   właśnie   w   tym   momencie   mnie   dostrzegli,   zapewne   w   świetle   latarni 
ulicznej widzieli mnie równie dobrze, jak ja ich na tle rozświetlonego domu. 
Anna urządza przyjęcie czy sprawdza ile żarówek może się na raz świecić? 
Takie głupie myśli zapychały mój mózg, aby tylko powstrzymać mnie od 
rozważania, kim dla Piotra jest ta chuderlawa damulka i jak by się skończyła 
ta ich mała schadzka, gdybym nie pojawiła się przy furtce.

Tylko   dlatego,   że   stwarzanie   pozorów   i   gra   aktorska   na   najwyższym 
poziomie, stanowiły ostatnio moją tarczę obronną, a co za tym idzie także 
swoiste odzienie, bez którego byłam naga i bezbronna, nie opuściłam głowy 
i nie zwiesiłam smętnie ramion. Miałam na to nieprzepartą ochotę. Szczerze 
mówiąc, jakimś okrutnie wielkim wysiłkiem woli powstrzymałam się, by 
tego nie zrobić, bo wiedziałam jaką cenę przyszłoby mi zapłacić, gdybym 
pozwoliła sobie na chwilę słabości. Moja godność i duma. Przecież tylko to 

174 | 

S t r o n a

background image

mi pozostało. Nie miałam nic więcej. Muszę strzec tych skarbów za wszelką 
cenę. Nie pozwolę ich sobie odebrać!

Gdybym tylko mogła cofnąć czas i zrobić tak samo z Piotrem… Chwilunię! 
Co ja pieprzę? Przecież nikt mi go nie odebrał! Sama go odstraszyłam i nie 
tylko   to!   Patrząc   z   perspektywy,   muszę   niestety   stwierdzić,   że 
zachowywałam   się   tak,   jakbym   chciała   sprawdzić   granice   jego 
wytrzymałości,   a   gdy   już   osiągnęłam   cel,   zrobiłam   coś   najgłupszego 
w świecie.   Pozwoliłam   mu   odejść,   bez   walki,   nie   podjęłam   nawet   próby 
powstrzymania go. Duma jednak nie zawsze wychodzi mi na zdrowie, teraz 
to   wiedziałam.   Wiedziałam   jednak   równie   jasno,   że   przed   tą   obcą   laską 
muszę zagrać najlepiej, jak potrafię. I zrobię to, jak mi Bóg miły!

– Cześć – rzuciłam wesoło, rozciągając usta w radosnym uśmiechu.

Ktoś kto mnie nie znał mógł się łatwo nabrać. Piotr jednak przyglądał mi się 
uważnie,   co   spostrzegłam   kątem   oka,   bo   całą   swoją   uwagę   skupiłam   na 
dziewczynie. Czyżby mój książę aż tak dobrze mnie poznał? Zadrżałam ze 
strachu. Przejrzy mnie? To niemożliwe!

– Ty musisz być Magda! – Usłyszałam modulowany, strasznie wielkopański 
głosik. A może tylko mi się zdawało? Czyżby moja niechęć aż tak radykalnie 
wpływała na zmysły? – Mama Piotrka dużo o tobie mówi.

W   moich   uszach   zadźwięczał   wyrzut,   co   prawda   nieźle   zamaskowany, 
również   ciepłym   z   pozoru   uśmiechem.   Nie   nalazłam   jednak   nic 
przyjacielskiego w jej oczach. Przenikliwe, niebieskie, stały się nieomal szare. 
Dopiero teraz dotarł do mnie sens powiedzenia „zimne jak stal”. 

–   Anna…!   –   Z   premedytacją,   a   także   dziką   satysfakcją,   podkreśliłam 
i zaakcentowałam   moją   zażyłość   z   gospodynią   tego   domu.   –   Jest 
niepoprawna! – Zaśmiałam się i dodałam, odsuwając temat od swojej osoby: – 
Ledwo wyszła ze szpitala, a dam sobie głowę uciąć, że już zdążyła napiec 
jakichś pyszności. Na samą myśl leci mi ślinka. 

– Obyś jej zbyt łatwo nie straciła – mruknęła pod nosem blondyna.

175 | 

S t r o n a

background image

Cóż za szczerość. Tak się odsłonić? Nie dorasta mi do pięt, opanowanie nie 
stanowi jej mocnej strony. 

Przeniosłam  spojrzenie   na  Piotra,   ale  on  albo   nie  usłyszał  jej   słów,   albo 
zajebiście   udawał.   Odpowiedział   za   to   na   moje   dygresje,   na   temat 
kuchennych zapędów swojej rodzicielki.

– Jakbyś tam była. – Mrugnął do mnie porozumiewawczo. Kiedy ostatnio tak 
na   mnie   patrzył?   Nie   pamiętam.   Ani   tego,   jak   dawno   się   do   mnie   nie 
uśmiechał   w   ten   swój   zniewalający   sposób.   Patrzyłam   na   niego   jak 
urzeczona, co nie bardzo mijało się z prawdą. Od dawna znajdowałam się 
całkowicie pod jego urokiem. – Pół dnia spędziła krzątając się w kuchni 
i oczywiście nie pozwoliła sobie pomóc.

– Jak to? – Co prawda Anna wyznawała zasadę, że kuchnia to jej królestwo, 
ale   mi   pozwalała   się   panoszyć   do   woli.   Fakt,   że   moja   tam   obecność 
sprowadzała   się   do   prac   pomocniczych:   przynieś,   podaj,   pozamiataj,   nie 
zapominając oczywiście o podstawowej: pozmywaj, niczego tu nie zmieniał. 
Świadczył tylko o moim całkowitym braku talentu w dziedzinie gotowania 
czy pieczenia, o czym Anna doskonale wiedziała.  – Przecież ona nigdy…

– Nie uwierzysz – przerwał mi – powiedziała dokładnie, cytuję: „Przyjdzie 
Magda to mi pomoże, a teraz sio stąd!”

I czy to naprawdę miało mnie pocieszyć? A może rozbawić? Czy on jest 
poważny?   Przecież   jasno   z   tego   wynika,   że   zwolniła   ich   z   kuchennych 
obowiązków, by mogli spędzić trochę czasu na osobności. Zacisnęłam zęby. 
Nie spodziewałam się takich tekstów po Piotrze, nawet jeśli powiedział to 
nieświadomie lub, co gorsze, w dobrej wierze. Czyżby przy tej lasce tracił 
zdrowy rozsądek? A może chciał mi zrobić przykrość?

– To lecę! – Wykorzystałam jego słowa za wymówkę, żeby schronić się przed 
przenikliwym   spojrzeniem   potwornie   niebieskich   oczu   i   wesołym 
rozbawieniem   lśniącym   w   czarnych.   –   Pewnie   na   mnie   czeka   ze   stertą 
brudnych naczyń.

176 | 

S t r o n a

background image

– Magda… – Piotr spoważniał. Czyżby się, cholera, zorientował? 

– Już nie mogę się doczekać – rzuciłam pośpiesznie, siląc się na figlarny 
uśmiech. Dopadając drzwi, dodałam: – Na razie.

Zanim je zamknęłam, usłyszałam jeszcze okropny głos tej drętwej damulki:

– Ależ ona dziwna!

Phiii!

* * *

–   Porozmawiamy?   –   zapytała   łagodnie   Anna,   gdy   paplałam   jak   najęta 
o studiach, pracy, nawet o rodzicach, byle tylko nie myśleć o przebywającej 
nadal przed domem parce. O Boże! Za co te tortury?

– A nie robimy tego teraz? – Udawałam kretynkę, wiem. Zaćmiło mnie do 
tego stopnia, że próbowałam z niej również zrobić mało inteligentną osobę.

– Magda, o co chodzi? – Tyle troski, uczucia…

– Wszystko jest w porządku! – Chyba pierwszy raz ją okłamałam. 

– Rzeczywiście?

Czy mi faktycznie, w totalnym zaćmieniu umysłowym, wydawało się, że ją 
oszukam lub, o zgrozo, że coś przed nią ukryję? Naiwność godna najwyższego 
politowania!

Zwierzenia przerwało pojawienie się Piotra. Czy jednak mogłam odetchnąć 
z ulgą? Z deszczu pod rynnę!

Rozsiadł się wygodnie przy kuchennym  stole i sięgnął po garść ciasteczek. 
Patrzyłam   zdziwiona   jak   znikają   w   jego   ustach.   Od   kiedy   tak   polubił 
słodycze?

– A ty synku nie masz przypadkiem nic ciekawszego do roboty? – skarciła go 
rozbawiona matka.

177 | 

S t r o n a

background image

– Chętnie poprzebywam w towarzystwie tak miłych pań. – Uśmiechnął się 
łobuzersko i co dziwne, nie patrzył na Annę, tylko właśnie na mnie.

O co mu, u diabła chodzi? Nie zadowoliło go „towarzystwo”, które właśnie, 
jak przypuszczam,  pożegnał?  Ugryzłam  się w język,  by mu złośliwie  nie 
dociąć.   Sprzedałabym   się   wtedy   z   kretesem.   Tego   nie   chciałam   za   nic 
w świecie. Dzięki ci opatrzności za odrobinę zdrowego rozsądku!

–   Jak   miło   –   wyrwało   mi   się   jednak,   na   szczęście   w   moim   głosie   nie 
pobrzmiewała zazdrość, którą czułam.

– To mi, niezmiennie, jest miło. – Teraz wyszczerzył się w uśmiechu, który 
odsłaniał niemal wszystkie zęby.

–   To   naprawdę   jeszcze   działa   na   dziewczyny?   –   zapytała,   chichocząc, 
rekonwalescentka, po której nie było widać ani śladu niedawnego pobytu 
w szpitalu, a tym bardziej powodu, dla którego się tam znalazła.

– Oczywiście! – Zastanawiałam się jak to możliwe, że jego uśmiech jeszcze się 
poszerzył. – Padają z wrażenia.

Nie wiedziałam co tu się dzieje, ale mimowolnie poczułam rozbawienie.

– Jak muchy! – wyrzuciła z siebie, wtórując Annie śmiechem.

178 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXIX

Wyskoczyłam   z   samochodu,   czując   się   lekko   niepewnie   na   niebotycznie 
wysokich szpikach. Cholera! Zbyt długo nie nosiłam obcasów. 

Przygotowałam się starannie na tę okoliczność. Wbiłam się w zapomnianą 
ostatnio elegancką garsonkę (tak naprawdę to była lekko za luźna, musiałam 
schudnąć   od   ostatniego   razu,   czyli   praca   nie   tylko   uszlachetnia). 
Najładniejszą jaką posiadałam. Chciałam zrobić dobre wrażenie. A w niej 
wyglądałam   naprawdę   efektownie.   Upięte   włosy,   ekskluzywne   dodatki 
i te nieszczęsne szpilki. Może się nie zabiję.

To ostatnie pomyślałam dokładnie w chwili, gdy na kogoś wpadłam. Jakimś 
cudem   złapałam   równowagę,   zapewne   dzięki   silnemu   ramieniu,   które 
błyskawicznie mnie otoczyło. Podniosłam głowę i odpłynęłam.

No,   po   prostu   wpadłam   na   żywą   reklamę.   Wcale   nie   przesadzam.   Facet 
wyglądał   jakby   wyskoczył   z   ekskluzywnego   pisma   dla   młodych 
biznesmenów. Pomijam już modny garnitur, białą koszulę i elegancki krawat, 
a nawet uśmiech zblazowanego milionera. Stał przede mną wysoki, dobrze 
zbudowany   (na   ile   mogłam   to   ocenić)   mężczyzna   koło   trzydziestki. 
Kasztanowe włosy, krótko przycięte i starannie ułożone, nie napawały może 
entuzjazmem, wolałam artystyczny nieład, który zazwyczaj widziałam u… 
Nie! Nie! Żadnych porównań. Jednak facet, mimo wszystko, był zajebiście 
przystojny. Normalnie lekko mnie przytkało.

– Wszystko w porządku? – odezwał się po chwili. Jego głos idealnie pasował 
do reszty. 

– Tak, przepraszam. – Tyle udało mi się wydukać.

– Zawsze zastanawiałem się, jak kobietom udaje się zachować równowagę na 
wysokich obcasach.

179 | 

S t r o n a

background image

– No cóż, czasem bywa trudno. – Uśmiechnęłam się swobodnie. Całkiem się 
już rozluźniłam. – Przepraszam, muszę lecieć.

I   pognałam   jak   na   skrzydłach   w   stronę   mojej   świetlanej   przyszłości. 
Przynajmniej miałam taką nadzieję.

* * *

– Witam panią w naszym zespole! – Mecenas Morawski uścisnął moją dłoń, 
a ja nadal gapiłam się na niego szeroko otwartymi oczami, usta na szczęście 
zamknęłam, bo dopiero wyglądałabym inteligentnie. – Wierzę, że będzie się 
nam razem dobrze pracowało.

W   to   akurat   nie   wątpiłam.   Szef   kancelarii   sprawiał   naprawdę   dobre 
wrażenie. Taki ciepły i opiekuńczy tatulek. Od razu go polubiłam, jak tylko 
udało mi się przełknąć ślinę przez całkowicie wysuszone gardło i pobudzić 
moje   szare   komórki   do   minimalnego   wysiłku,   aby   nie   wyjść   przed 
ewentualnym pracodawcą na skończoną kretynkę. Zaraz potem dotarło do 
mnie, że facet jest naprawdę miły i co ważniejsze, że chce mnie zatrudnić. 

Nieistotny w tej chwili stał się fakt, że moje obowiązki sprowadzać się miały 
zapewne głównie do parzenia kawy i przekładania papierów. To szczegół. 
Dostałam pracę w renomowanej kancelarii prawniczej i tylko to się liczyło. 
Oczywiście pokaźna pensja też miała znaczenie. I to duże w mojej obecnej 
sytuacji.

– Oczywiście. – Uśmiechnęłam się, bardziej do moich radosnych myśli, ale 
też   do   nowego   szefa.   –   Dołożę   wszelkich   starań,   by   był   pan   ze   mnie 
zadowolony. – Może troszeczkę przesadziłam z tą służalczością, ale z radości 
wcale się tym nie przejęłam.

–   Nie   wątpię   –   rzucił   chyba   lekko   rozbawiony,   odprowadzając   mnie   do 
drzwi. – Zatem do jutra.

– Do jutra – powtórzyłam jak echo. – I jeszcze raz dziękuję.

– Cieszę się, że Patrycja wspomniała pani o nas. Proszę ją pozdrowić.

180 | 

S t r o n a

background image

– Cała  przyjemność   po  mojej stronie.   – Teraz  to  już  mecenas   Morawski 
wyglądał   jak   dobrotliwy   papcio,   brakowało   mu   tylko   fajki,   szlafmycy 
i ciepłych bamboszy. – Oczywiście, przekażę. Do widzenia. – Z tymi słowami 
zamknęłam za sobą drzwi. 

Zdaję sobie sprawę, że zapewne rozmawiałby ze mną inaczej, gdyby nie moja 
znajomość z Patką, córką jego bliskich przyjaciół. Naprawdę jestem jej winna 
przysługę i to wielką. 

* * *

Mając w ręku umowę o pracę, o idealną pracę, z dziką radością rzuciłam 
robotę w markecie. Co do Tytana… postanowiłam ją zachować. Nie żebym 
była zachłanna czy coś takiego. Pensję w kancelarii dostałam na tyle hojną, 
że   nie   musiałam   dorabiać.   Powód   miałam   inny.   Piotr.   Nie   zamierzałam 
zrezygnować   z   możliwości   widywania   go.   Wiem,   wiem,   masochistka   ze 
mnie. Trudno się mówi!

* * *

– Bardzo się cieszę, kochanie! – Anna mocno mnie uściskała. – I gratuluję.

– Nawet nie wiesz jaka jestem podekscytowana. Zaraz wybuchnę z radości – 
paplałam radośnie. Usta mi się nie zamykały przez bite pół godziny.

Z nią jedną mogłam się podzielić swoim szczęściem. Do rodziców nie miałam 
za specjalnej ochoty dzwonić, tym bardziej, że nie próbowali kontaktować się 
ze   mną.   To   mi   psuło   trochę   humor.   Mimo   wszystko   liczyłam   na   jakieś 
zainteresowanie   z   ich   strony.   Może   to   naiwne,   ale   było   mi   przykro,   że 
całkowicie,   totalnie   mnie   olali.   Młody   za   to   dzwonił   regularnie,   poza 
niewybrednymi   podjazdami   dotyczącymi   mojego   życia   seksualnego   (co 
strasznie   mnie   dołowało),   dopytywał   się   nieustannie   czy   może   do   mnie 
przyjechać, odwiedzić Annę (to wcale nie dziwiło, bardzo ją polubił). Trudno 
mi   przychodziła   odmowa.   To   w   końcu   mój   brat.   Ale   co   mogłam   mu 
zaproponować? Do tej pory sama ledwo sobie radziłam. Teraz sytuacja się 

181 | 

S t r o n a

background image

zmieni,   więc   może…   Nie,   nie!   Na   razie   niech   się   uczy.   W   wakacje 
pomyślimy. 

– Magda… – Zmieniony ton głosu gospodyni wyrwał mnie z zamyślenia. – 
Nie miałyśmy okazji porozmawiać.

– Jak to?

– Ktoś nam skutecznie w tym przeszkadzał. – Uśmiechnęła się, ale jej oczy 
pozostały poważne.

Myślałam, że już do tego nie wróci. Ta jej „groźba” ze szpitala wydawała się 
taka odległa. A jednak Anna postanowiła nie odpuszczać. Cała ona.

* * *

Tej   nocy   długo   nie   mogłam   zasnąć.   Miałam   wiele   do   przemyślenia. 
Począwszy od nowej pracy do poważnej rozmowy z moją przyjaciółką.

Tysiące myśli kłębiło się w mojej głowie. 

Nowa praca! Po prostu spełnienie marzeń. Nawet po skończonych studiach 
nie łatwo byłoby mi dostać się do renomowanej kancelarii, a co dopiero na 
trzecim  roku?  To   naprawdę   niesamowite.   Miałam   wielki  fart.  I   przyjaźń 
Patrycji. To jak światełko w tunelu, wiedzieć, że ktoś cię lubi – po prostu. Nie 
za coś, tylko dla ciebie samej. A przecież ja nie popisałam się w stosunku do 
niej. Nie zasługiwałam na miano wzorowej przyjaciółki. 

Przyjaciółka… Anna! Ona to dała mi w kość! Dlaczego rozdrapuje rany? Ja 
nie chciałam bawić się w „co by było gdyby…?” Jej upór zaczynał mnie 
krępować. Koniecznie chciała popsuć mi humor, czy może wiedziała coś, 
o czym   ja   nie   miałam   pojęcia?   To   za   wielki   optymizm   z   mojej   strony: 
Wierzyć w nieziszczalne bajki. Więc do czego zmierzała? Nie mieściło mi się 
w   głowie,   że   nagle   zaczęło   jej   zależeć   na   zdołowaniu   mnie.   Nie   Annie! 
Przecież   naprawdę   mnie   lubi.   Więc   dlaczego   tak   dziwnie   ze   mną 
rozmawiała?

182 | 

S t r o n a

background image

O NIM nie chciałam myśleć. Naprawdę! Z całych sił broniłam się przed tym! 
Jednak w mojej głowie kołatało pytanie: Kim dla niego jest ta blond lalunia?

* * *

– A gdzie to się podziewa twój książę? – Takiego chamskiego tonu się nie 
spodziewałam, nawet po Wiolce. A jednak! Niezły z niej kawał zołzy.

Euforia wczorajszego dnia nadal we mnie krążyła, więc zachowanie spokoju 
nie stanowiło zbyt wielkiego wysiłku.

– Masz z tym jakiś problem?

– Ja? Wcale. – Mina niewiniątka jakoś mnie nie przekonała. – Ale ty chyba 
tak. Rycerzyk całkowicie opuścił swoją panią? Przykre!

– Zejdź ze mnie, dobra?

– Jakżebym mogła odmówić sobie takiej przyjemności? – Boże, wcale nie 
znałam tej dziewczyny. – Jak się czujesz po drugiej stronie barykady?

– Z daleka od ciebie? – odpowiedziałam z szerokim uśmiechem. – Wspaniale!

–   Jaka   harda!   Nie   przesadzasz   z   tą   dumą?   –   Ruda   żmija   zaczyna   mnie 
wkurzać.

– Wiesz co? – rzuciłam na odchodnym. – Żal mi ciebie. 

* * *

– Hej! – Ten głos wywoływał radosne podniecenie i żal jednocześnie. Czy to 
się kiedyś zmieni? – Dokąd tak pędzisz?

– Trochę popracować. – Szeroko uśmiechnęłam się do Piotra. – Słyszałeś już?

–   Oczywiście!   Twoja   powierniczka   nie   omieszkała   mi   zakomunikować 
radosnych nowin. – Zagapiłam się na niego. Twarz rozjaśniona uśmiechem, 
błysk w oczach. Cudowny widok. – Gratuluję!

Nie zastanawiałam się. Gdybym choć przez chwile pomyślała, to zapewne nie 
odważyłabym się tego zrobić. A tak poszłam na żywioł. Będzie co ma być. 

183 | 

S t r o n a

background image

– Nawet nie wiesz jak się cieszę! – Z tymi słowami rzuciłam mu się na szyję.

Zesztywniał, ale tylko na moment. Potem po prostu mnie przytulił. Czułam 
mocne, miarowe bicie jego serca, jego cudowny zapach. Zakręciło mi się 
w głowie. „Co by było gdyby…” – teraz sens tego zdania nabierał zupełnie 
innego znaczenia. Boże, tak bardzo go kocham. Tylko jego brakowało mi do 
pełni szczęścia. Nic więcej od życia bym nie chciała. Zdawałam sobie jednak 
sprawę, że za błędy trzeba płacić. A ja zupełnie na niego nie zasługiwałam. 
I nic co bym zrobiła czy powiedziała tego nie zmieni. Z porażającą rozpaczą, 
po raz kolejny, zadałam sobie powracające pytanie: Jak mogłam pozwolić mu 
odejść? 

184 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXX

– Jednak potrafisz chodzić na obcasach. – Zaraz po wejściu do kancelarii 
usłyszałam   rozbawiony   głos,   dziwnie   znajomy.   Podniosłam   wzrok, 
napotykając ciepłe spojrzenie.

– Kwestia wprawy – odpowiedziałam lekko zdziwiona.

– Myślę, że nie tylko. – Przystojniak podszedł do mnie, wyciągając dłoń. – 
Jestem Tomasz Morawski. A ty to zapewne nasza nowa asystentka?

– W założeniu… – I w tym momencie coś mnie tknęło. Olśnienie. Mój mózg 
powolutku   budził   się   do   życia.   Wypadałoby   go   trochę   poużywać, 
przynajmniej w pracy. Stan totalnej euforii nie powinien wpływać na mnie 
destrukcyjnie. Nie chciałam przecież, już pierwszego dnia, wyjść na totalną 
kretynkę. – Rozmawialiśmy przez telefon! Jesteś…?

– Synem szefa. – Ironiczny uśmieszek przekonał mnie, że nie bardzo cieszyło 
go to określenie.  

– To chyba nie tragedia? Twój ojciec to uroczy człowiek.

– Ale i znany adwokat, a taką poprzeczkę trudno przeskoczyć! – Ostatnie 
słowa powiedział z żalem.

– Masz chyba jeszcze sporo czasu, by wyjść z jego cienia?

– Aż taki młody to już chyba nie jestem. – Roześmiał się. – Ale miło, że tak 
mówisz.

– Przesadzasz. 

–   Zostawmy   to.   –   No   tak,   przechodzimy   do   konkretów,   w   końcu   nie 
przyszłam tu na pogaduszki, jednak jego kolejne słowa mnie zaskoczyły. – Co 
słychać u Patrycji?

– Myślałam, że regularnie się widujecie. Twój ojciec mówił…

185 | 

S t r o n a

background image

– Starzy tak, ale jej nie widziałem już bardzo długo. – Posmutniał. Miał 
szczerą twarz, na której z łatwością można było odczytać jego uczucia. – Jak 
jej się wiedzie na prawie?

Przyglądałam mu się uważnie i odniosłam wrażenie, że nie o uczelnie chciał 
tak naprawdę zapytać.

– To wspaniała dziewczyna i bardzo ją lubię. – Zastanawiałam się przez 
chwilę. – Uczy się świetnie, a prywatnie…

– Nie powinniśmy chyba jej obgadywać. – Spłoszył się. Może bał się co 
usłyszy o szalonym życiu studenckim. Przecież sam nie tak dawno go jeszcze 
zażywał. Musiał pamiętać jak to jest… 

– Nie miałam zamiaru zdradzać jej sekretów – zażartowałam, a on wyraźnie 
się rozluźnił. – Zamierzałam powiedzieć, że to spokojna i naprawdę miła 
dziewczyna.

Obserwowałam jego reakcję.

– Tak, wiem. – Tylko tyle. Nie powiedział nic więcej, nie musiał! 

Niektórzy naprawdę są jak otwarta książka, tylko czytać. Miałam ochotę się 
roześmiać. Chwilunię! Jestem przecież w pracy, nie czas na rozwijanie życia 
towarzyskiego, przynajmniej nie dziś. Pierwszy dzień, dobre wrażenie i takie 
rzeczy. Tym powinnam się zająć!

– Ale, ale – zwróciłam się do niego poważnym tonem, zmieniając temat na 
ten właściwy. – Chyba muszę trochę popracować, bo mecenas Morawski 
pożałuje swojej decyzji. Możesz mi pomóc?

– Wprowadzić w obowiązki? – Ciepły uśmiech nie znikał z jego twarzy. To 
bardzo pogodny facet, przemknęło mi przez głowę. – Właśnie takie zadanie 
na dziś wyznaczył mi nasz guru. – Puścił do mnie oko.

– To świetnie. Od czego zaczniemy?

* * *

186 | 

S t r o n a

background image

– A co ty tutaj robisz?

Najchętniej to rzuciłabym się właśnie na ciebie… O czym ja znowu myślę? 
Opanuj się dziewczyno, bo jeszcze coś zauważy!

– Pracuję, jak widać. – Z trudem się do niego uśmiechnęłam. Czyżby myślał, 
że zniknę mu z oczu? Cholera, tego się po nim nie spodziewałam.

– Myślałem…

–   Że   już   nie   będziesz   musiał   mnie   oglądać?   Przynajmniej   tutaj?   – 
powiedziałam to żartobliwie, by się nie zorientował, jak mnie zabolało to 
przypuszczenie. – Niedoczekanie!

Piotr lekko się zmieszał.

– Nie to miałem na myśli. Tylko się dziwię. Masz przecież świetną pracę. – 
Otrząsnął   się   już   i   mówił   w   zwyczajny   dla   siebie   sposób.   –   Za   mało   ci 
zaproponowali?

– Wręcz przeciwnie! Można uznać, że jestem teraz burżujką!

– To dlaczego?

– Lubię to miejsce – odpowiedziałam powoli.

A jeszcze bardziej pracującego po sąsiedzku faceta. Tak, to główny powód. 
Tylko to mnie tu trzyma. A on się o tym nigdy nie dowie. Nie może! Na 
szczęście   moja   gra   aktorska   nadal   osiągała   wyżyny   profesjonalizmu. 
Przynajmniej tak to wyglądało z mojego punktu widzenia i miałam nadzieję, 
że nada tak pozostanie.

–   Naprawdę?   –   zdziwił   się.   –   Myślałem,   że   klienci   cię   denerwują, 
a podawanie piwa drażni.

– Niespecjalnie. – Idealnie obojętny ton głosu. 

Wniosek jednak smutny.  Piotr uważa,  że nie szanuję pracy.  Zapewne  ta 
definicja obejmuje również ludzi. Czyli nie ma o mnie zbyt dobrego zdania. 

187 | 

S t r o n a

background image

* * *

Praca w kancelarii okazała się wspaniała. Tego się oczywiście spodziewałam. 
Nie  przysparzała  mi  żadnej  trudności,  była   naprawdę  lekka  i  przyjemna, 
chociaż również niezbyt wymagająca. Wolałabym większe zaangażowanie 
mojej osoby w prowadzone sprawy, ale wiedziałam, że na to trzeba czasu. 
Miałam   ten   czas.   Poczekam.   W   przyszłości   na   pewno   moje   obowiązki 
poszerzą się o wiele ciekawsze zadania. Jednak mimo że nie angażowano 
mnie w poważne sprawy, byłam bardzo zadowolona z pracy, atmosfera tam 
panująca rewelacyjnie na mnie wpływała.

Nie mogłabym czuć się bardziej szczęśliwa, gdyby nie… On! Gdyby cały czas 
nie siedział w mojej głowie, a co gorsze w moim sercu. Piotr! Myślałam 
o nim, nie da się ukryć, stanowczo za często! A na dokładkę coraz częściej 
widywałam go z Kaśką. 

Tak, ten blond chudzielec to jego „była” dziewczyna i jak zdążyłam zauważyć 
chyba na nowo zagościła w jego sercu… 

A może jednak się mylę? To jeszcze  gorsze! Może wcale jej stamtąd nie 
wyrzucił? Przecież mówił mi, że ją kochał... 

Nie łatwo przychodziło mi na nich patrzeć, a tym bardziej zachowywać się, 
jakbym nie cierpiała katuszy na ich widok. Oszczędzali mi, co prawda, scen 
intymnej czułości, ale tu pracowała moja wyobraźnia. Wieczorami, przed 
snem, a także w snach, widziałam ich razem, jak na kolorowym filmie, ze 
wszystkimi   szczegółami.   Czy   na   żywo   całował   ją   z   równym 
zaangażowaniem? Czy robił to w ten sam sposób jak ze mną? Boże! Co za 
męka!

* * *

Czas płynął, a ja powoli, nie bez wysiłku i to ogromnego, przyzwyczajałam 
się do nowego życia. Ze wspaniałą pracą i bez Piotra. Czułam, jakby ktoś 
wyrwał mi kawałek serca! Rozczulam się nad sobą. Cholera!

188 | 

S t r o n a

background image

Wiedziałam jednak niestety, że nie mam innego wyjścia, w końcu muszę się 
pogodzić z tym, że ON już nie wróci. Wcześniej miałam jeszcze nadzieję, że 
mi wybaczy, dostrzeże, że się zmieniłam i da mi jeszcze jedną szansę…

  Wraz z pojawieniem się Kaśki zrozumiałam, że takie naiwne nadzieje to 
czysty masochizm z mojej strony. Muszę pogodzić się z istniejącą sytuacją. 
Straciłam go bezpowrotnie i nic już tego nie zmieni.

Czasem jednak widziałam coś w jego oczach… Cień żalu? A może po prostu 
wspominał? Może czas spędzony ze mną nie był dla niego tak do końca 
czasem straconym? 

Z drugiej strony bałam się, że porównuje mnie z nią. Jak wypadam w tym 
„eksperymencie”? Zapewne marnie. Może właśnie o tym myśli, patrząc na 
mnie,   gdy   ja   wyobrażam   sobie,   że   wspomina   nasz   wspólny   czas 
z rozrzewnieniem? Jestem głupia. Jak mógłby za mną tęsknić? No jak?

* * *

– Porywam cię dziś wieczorem! – Postanowiłam zaatakować bezpośrednio, 
żeby nie mógł mi odmówić, ale widząc jego niepewną minę, dodałam: – Jeśli 
oczywiście nie masz innych planów.

– W zasadzie jestem umówiony. – Cholera! Czyżby jakaś laska miała popsuć 
moją doskonałą intrygę? – Ale dopiero o dwudziestej drugiej.

– To o dziewiętnastej w Bachusie. – Uśmiechnęłam się szeroko. – Pasuje?

– Jak sobie życzysz! – Tomek odpowiedział wesoło i lekko się skłonił. – 
A teraz wracam do pracy.

– Pracuj, pracuj… – Moje usta bezwiednie ułożyły się w szeroki uśmiech, 
myślami byłam już jednak gdzie indziej. – Żebyś zasłużył na przyjemności 
wolnego wieczoru…

Spojrzał   na   mnie   zaskoczony.   A   może   też   lekko   przestraszony?   Taki 
przystojny, a taki nieśmiały? Doskonale!

189 | 

S t r o n a

background image

– Ja nie gryzę – rzuciłam mu na odchodnym. – I nie rzucam się na miłych 
facetów. – Już nie, dodałam w myślach. Mogłabym, ale tylko na jednego, 
który w zasadzie pasował do opisu, chociaż czasem miałam wątpliwości, czy 
rzeczywiście… – Wolę tych niegrzecznych!

Nadal się uśmiechając, bardziej do siebie i moich myśli, puściłam do niego 
oko   i   pomaszerowałam   do   swoich   obowiązków.   W   końcu   pracuję   w   tej 
kancelarii!

190 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXXI

Tomek jest po prostu rozbrajający. Wiedziałam, że ma zajebiste poczucie 
humoru, ale i tak mnie zaskoczył. Chyba wszyscy w Bachusie już wiedzieli, 
że świetnie się bawię w towarzystwie bardzo przystojnego faceta. Gdyby to 
chociaż była prawda… Ale wcale nie mam z tym problemu. Spłacam dług, 
a przy okazji robię coś naprawdę dobrego. Patrząc na niego, starałam się 
o tym nie zapominać, bo przy nim bardzo łatwo można by poczuć się jak na 
randce, ale to nie moja randka. 

Chichotałam właśnie rozbawiona jego kolejną historią, gdy śmiech zamarł na 
mojej twarzy. Stało się to pod wpływem lodowatych niebieskich oczu, które 
intensywnie się we mnie wpatrywały, ale nie to było faktycznym powodem. 
Obok tej wymuskanej damulki, której widok nieustannie przyprawiał mnie 
o mdłości, stał nie kto inny jak mój słodki ratownik. A ściślej rzecz biorąc, ta 
wstrętna   laska   ściskała   zaborczo   jego   dłoń   i   ciągnęła   go   w   stronę   baru. 
Patrzyłam na ich splecione dłonie i nie mogłam przełknąć śliny. Zaschło mi 
w gardle.

Z   trudem   podniosłam   wzrok   i   spojrzałam   na   Piotra.   Nic   nie   mogłam 
wyczytać z jego twarzy. Rzucił przelotnie okiem na towarzyszącego mi przy 
stoliku   Tomka,   a   potem   spojrzał   prosto   na   mnie.   Nie   wiem   jak   długo 
wytrzymałabym to świdrujące spojrzenie, gdyby jego uwagi nie odwróciła 
wyfiołkowana  Kasiunia. Przykleiła się do jego ramienia  i dosłyszałam  jej 
modulowany głosik:

– Piotruś tylko jedną kolejkę. Proszę – ćwierkała. – No chodź!

Wciąż   patrząc   na   mnie,   coś   jej   odpowiedział,   ale   nie   dosłyszałam 
wszystkiego, bo w tej samej chwili przy stoliku obok wybuchła wrzawa. 
Spojrzałam   w   tamtą   stronę,   zupełnie   automatycznie,   a   gdy   z   powrotem 
odwróciłam głowę w kierunku baru, dostrzegłam tylko plecy wychodzącej 
pary.

191 | 

S t r o n a

background image

– Wszystko w porządku? – Ocknęłam się, słysząc niepokój w głosie Tomka. – 
Kto to był?

–   Nikt   ważny   –   odpowiedziałam   z   niemałym   wysiłkiem.   To   kłamstwo 
uznałam za konieczne. Nie chciałam mu tłumaczyć, że właśnie widziałam 
miłość   swojego   życia   w   towarzystwie   znienawidzonej   przeze   mnie   jego 
„byłej”, czy raczej znów „obecnej” dziewczyny. – O czym mówiliśmy?

– Nieważne – westchnął. – Na pewno wszystko gra?

– Jasne!

Spojrzałam na zegarek. Już czas. Zaraz pojawi się, niewtajemniczona w moją 
intrygę, Patrycja.

–   Muszę   ci   coś   powiedzieć   –   zaczęłam.   –   Zabawiłam   się   w   jeden 
z najstarszych zawodów świata…

– Żartujesz sobie! – Szok na jego twarzy był autentyczny. 

No   tak,   „najstarszy   zawód   świata”   kojarzy   się   jednoznacznie.   Chyba 
powinnam zacząć uważać na to co mówię, a raczej jak to formułuję.

– Skojarzenia, co? – Uśmiechnęłam się szeroko. – Nie to miałam na myśli.

I jego reakcja mnie nie zaskoczyła. Zawstydził się jak panienka. 

–   Zaraz   pojawi   się   ktoś,   z   kim   na   pewno   chętniej   spędzisz   czas   – 
kontynuowałam. – Tylko niczego nie schrzań. Ona cię lubi, a ty lubisz ją, 
prawda?

Nie otrzymałam odpowiedzi. Siedział jak zamurowany i gapił się na mnie 
wytrzeszczonymi oczami.

– No co? – Miałam ochotę się roześmiać, ale nie chciałam go urazić. Mógłby 
mnie źle zrozumieć. – Nie powiesz mi chyba, że nie bujasz się w Patrycji?

– Ale… Jak…? – Musiałam go naprawdę mocno zaskoczyć. – Ona wie?

192 | 

S t r o n a

background image

Patka! Gdy poznałam Tomka zaczęło mi coś świtać i postanowiłam z nią 
porozmawiać.   Przypomniałam   sobie   jak   kiedyś   o   nim   mówiła.   Musiało 
chodzić o niego, tego byłam pewna. Wspominała coś o facecie, który jest 
synem   przyjaciół   jej   rodziców.   I   który   bardzo   jej   się   podoba,   ale…   no 
właśnie, co ona jeszcze mówiła? Tego nie pamiętałam. Czemu nie zakręciła 
się wokół niego? To dziwne, on wyraźnie się nią zainteresował, więc o co 
chodziło?

Po mistrzowsku ją podpuściłam i już wiedziałam. Ta dziewczyna wyraźnie 
potrzebuje   pomocy!   Dwie   zabłąkane   duszyczki,   a   pomiędzy   nimi   ja! 
Domorosła swatka! O Boże! Nie mam ciekawszych zajęć tylko wtrącać się 
w cudze życie? Wiedziałam jednak, że muszę to zrobić. Byłam Patrycji coś 
winna. Dam jej więc to, o czym marzy… Miłość w prezencie! Nieźle.

Siedziałam zamyślona już przez dłuższą chwilę, a on czekał na odpowiedź.

– Dowie się jak tylko jej to wyznasz. – Spojrzałam na niego poważnie. – 
A jeśli   pytasz   o   to,   czy   powiedziałam   jej,   że   ma   się   spotkać   z   tobą,   to 
odpowiedź brzmi: nie. Wmanewrowałam was oboje.

Wstałam, zbierając swoje rzeczy.

– Magda… – Widziałam popłoch na jego twarzy.

– Muszę lecieć. – Znów się uśmiechnęłam. – To wasza randka! A ja nie mam 
ochoty robić za piąte koło u wozu. – Po chwili dodałam jeszcze: – I nie 
pozwól jej uciec. Ona jest makabrycznie nieśmiała i wstydliwa, bije cię w tej 
dziedzinie na głowę. – W tym momencie dostrzegłam wchodzącą do Bachusa 
Patkę. Pomachałam jej, przywołując ją gestem. Odwróciłam się jeszcze do 
Tomka i puściłam mu oko. – Trzymam kciuki.

Widziałam   ją   przeciskającą   się   w   naszym   kierunku.   Chyba   jeszcze   nie 
zauważyła.   Gdy   stanęła   przede   mną,   pochyliłam   się   w   jej   kierunku, 
szepnęłam „Nie waż się uciekać” i odsunęłam się, ukazując jej towarzysza 
wieczoru.

– Bawcie się dobrze! – rzuciłam przez ramię. – Uciekam.

193 | 

S t r o n a

background image

* * *

Tej   nocy   zdrowo   popłakałam   sobie   w   poduszkę.   Z   rozpaczy,   z   żalu, 
z bezsilności…

Jednak to zastanawiające! Zamiast wybrać się na jakieś balety, zabawić, zalać 
w pestkę… ja cały wieczór siedzę w domu i rozczulam się nad sobą. Beczę 
w zaciszu   mojej   sypialni,   aż   do   bólu   tęskniąc   za   nim   i   z   coraz   większą 
jasnością rozumiejąc, że to już definitywny koniec. Fuck! Ta część mojej 
przemiany kompletnie mi się nie podoba! Zmiękłam! Stałam się nudną jak 
flaki   z   olejem,   nieszczęśliwie   zakochaną   frajerką,   której   pozostało   tylko 
wylewanie łez w cichości własnych czterech kątów. Porażka!

* * *

Rano czułam się niewiele lepiej więc darowałam sobie wykłady. Pracy jednak 
nie mogłam sobie odpuścić.

Doprowadzenie mojej twarzy do stanu używalności zajęło mi makabrycznie 
dużo   czasu.   Na   swój   widok   w   lustrze   po   prostu   się   przestraszyłam,   tak 
zapuchniętej to chyba siebie jeszcze nie widziałam. Koszmar! Dziś nikt nie 
powiedziałby,   że   jestem   ładna.   Straszydło   to   najdelikatniejsze   określenie, 
jakie mi przychodzi do głowy.

Tak więc  ciężko  pracowałam,  by chociaż  trochę przypominać  człowieka. 
Efekt nie do końca mnie zadowolił, ale cóż… Lepiej nie będzie. Przynajmniej 
dziś.

Nie miałam ochoty nic jeść, a może po prostu miałam zbyt mocno zaciśnięty 
żołądek? Wypiłam tylko kawę. Mimo to ból głowy mnie nie opuścił.

Dla zabicia czasu, zajęłam się przyziemnymi obowiązkami.

* * *

–  

Magda?   Magda!  –   usłyszałam   w   słuchawce   zaaferowany   głos   Patrycji. 

Przynajmniej  ona jest  szczęśliwa.  Nie miałam wątpliwości,  że randka  się 
udała. – 

Kocham cię! Po prostu cię uwielbiam!

194 | 

S t r o n a

background image

– A ja myślałam, że te uczucia kierujesz raczej do Tomka. – Mimo woli 
uśmiechnęłam się. Zaraziła mnie swoją radością. – I wiesz, ja raczej nie lubię 
dziewczyn w „ten sposób”.

–  

Nie żartuj! Jesteś moim aniołem! Cudotwórcą!  – wyrzucała  z siebie te 

niedorzeczności z szybkością karabinu maszynowego. –  

Jeszcze nie mogę 

w to uwierzyć. Jestem taka szczęśliwa!

– Cieszę się. – Nie kłamałam. – Naprawdę się cieszę!

–  

Koniecznie   musimy   się   spotkać  –  trajkotała   dalej   Pati.   –  Wszystko   ci 

opowiem, bo inaczej eksploduję. Muszę to z siebie wyrzucić, a tylko ty mnie 
zrozumiesz.  –   Zrobiła   krótką   przerwę,   chyba   musiała   nabrać   powietrze. 
Czasem trzeba oddychać, no nie? – 

Tylko z tobą mogę o tym porozmawiać!

Ten   kolejny   objaw   przyjaźni   i   zaufania   bardzo   mnie   rozczulił.   Chociaż 
w mojej sytuacji słuchanie o miłości i szczęściu nie jest może najlepszym 
pomysłem, nie mogłam jej odmówić.

* * *

Wychodząc z pracy byłam w naprawdę niezłym nastroju. Kobiecie jednak 
łatwo poprawić humor (przynajmniej na chwilę). Bukiet kwiatów i już mamy 
„banana” na twarzy. Stanowię najlepszy przykład potwierdzający tą teorię.

A te kwiaty to podziękowanie Tomka. Oboje są jednak szaleni! Przecież ja 
nic takiego nie zrobiłam, tylko sprowadziłam ich w to samo miejsce, aby 
mieli szansę porozmawiać. Przecież nie będę każdemu z osobna tłumaczyć, 
że   to   drugie   się   w   nim   buja.   Nie   jesteśmy   w   przedszkolu.   Tak   więc 
popchnęłam   ich   odrobinę   we   właściwym   kierunku,   dałam   im   szansę 
i sposobność. Reszta należała do nich. I udało się! Ale czy mój udział w tej 
sprawie zasługuje na pochwalne peany i bicie pokłonów? Nie sądzę!

Gdy pogrążona w myślach stałam na parkingu, czekając na Tomka, który 
obiecał mnie odwieźć do domu, jako że przyjechałam dziś do pracy taksówką, 
zauważyłam czarną beemkę, stojącą niedaleko. Czy to możliwe? Co on by 
tutaj robił?

195 | 

S t r o n a

background image

Zanim zdążyłam się dokładniej przyjrzeć, pojawił się mój dzisiejszy kierowca.

– Jedziemy? – zapytał.

–   Jasne.   –   Wsiadając   do   samochodu,   rzuciłam   jeszcze   okiem   w   stronę 
znajomego auta i omal nie padłam na chodnik, gdy wysiadł z niego Piotr. – 
Dzięki.

–   Nie,   nie!   –   ożywił   się   Tomek.   –   To   ja   ci   dziękuję!   Nie   wiem   jak 
kiedykolwiek ci się odwdzięczę.

Popatrzyłam na niego.

– Przestań! Nic wielkiego nie zrobiłam. – Uśmiechnęłam się.

– Magda!

– No dobra. – Puściłam do niego oko. – Jestem waszym: zbawcą, cudotwórcą, 
swatką i aniołem stróżem, teraz dobrze?

– Idealnie!

Jeszcze długo słyszałam jego śmiech. Ja jednak nie miałam zbyt radosnego 
nastroju. Co Piotr tutaj robił? I dlaczego, do cholery, był taki zły?

196 | 

S t r o n a

background image

Rozdział  XXXII

Zdążyłam   zaledwie   wejść   do   domu,   gdy   rozległo   się   pukanie.   Bez 
zastanowienia otworzyłam i stanęłam jak wryta. Po drugiej stronie znajdował 
się, nie kto inny, tylko Piotr.

– Wpuścisz mnie? – zapytał.

Bez słowa odsunęłam się od drzwi.

– Jestem na to za słaby! – westchnął mój niezapowiedziany gość.

– O czym ty mówisz? – Nic nie rozumiałam. 

– O tobie! O nas! O nim… – Ostatnie słowo powiedział z tłumioną złością. 
A więc to tak?

–   Nie   zachowuj   się   jak   pies   ogrodnika!   –   wypaliłam.   Czułam   się 
beznadziejnie. 

– Wiedziałem, że prędzej czy później z kimś się zwiążesz. Przygotowywałem 
się na to. Myślałem… Naprawdę myślałem, że się z tym pogodzę. Że już się 
pogodziłem. Ale jak zobaczyłem cię z innym… To się po prostu nie uda!

– Czy ty chcesz mi powiedzieć…?

– Tak! Właśnie to chcę ci powiedzieć!

– Pięknie! – warknęłam, nie umiejąc się powstrzymać. – Czyli ja mam ci się 
nie   pokazywać   z   żadnym   facetem,   a   ty   możesz   spokojnie   obracać   tę 
wymuskaną chudą blondi?! Tak? – Próbował mi przerwać, ale nie dałam mu 
szansy. Mówiłam coraz szybciej. – Cudownie! Masz do mnie jeszcze jakieś 
życzenia? Bo jak nie, to wiesz gdzie są drzwi…

Nie patrzyłam na niego. Nie mogłam. Co on sobie wyobraża? Że co? Spełnię 
każdą jego prośbę, żeby nie powiedzieć – rozkaz? I będę przeszczęśliwa, że 
chociaż w ten sposób się mną interesuje? Aż tak nisko nie upadłam!

197 | 

S t r o n a

background image

Kim ja się stałam? Gdzie moja odwaga? To przecież nie ja! Nie mogę mu 
spojrzeć   w   oczy?   A   czemu   nie?   Hardo   zadarłam   podbródek   do   góry, 
napotykając   jego   badawcze   spojrzenie.   Przyglądał   mi   się,   jednocześnie 
zaciskając szczęki i pięści. Co jest? Czyżbym obraziła jego pannę, a może to 
męskie ego ucierpiało? Jaki drażliwy!

– Poczekaj! Magda… – Co jeszcze chciał powiedzieć? Czym mnie dobić? – 
Tamtej nocy u ciebie… ja naprawdę…

Było mi już wszystko jedno, niech sobie ulży i powie mi jak bardzo żałuje. 
Kurwa, nawet go wyręczę! A co!

– Tak, wiem! Żałujesz! Jest ci przykro i przepraszasz! O czymś zapomniałam? 
– Nie potrafiłam już ukryć swoich uczuć.

– O czym ty do jasnej cholery mówisz?

–   O   twoim   pieprzonym   kręgosłupie   moralnym.   –   Kiedyś   mu   już   chyba 
wykrzyczałam  coś podobnego, przemknęło  mi przez  myśl. – Nie możesz 
znieść, że nie pozwoliłam ci wyjaśnić jak wielki popełniłeś błąd i pokajać się? 
No to mamy to już z głowy.

Więcej nie miałam czasu pomyśleć, bo ruszył w moją stronę. Wielki, zły 
i cholernie seksowny. Stałam jak sparaliżowana. Nie potrafiłam się ruszyć. 
A przecież powinnam, wiedziałam to doskonale. Nie żeby miał mi zrobić 
krzywdę,   nie   Piotr,   ale   wyraz   jego   twarzy   i   postawa   nie   napawały 
optymizmem. Mimo wszystko nadal tkwiłam w miejscu jak wmurowana. 
Przymknęłam oczy…

Chwilę   później   otworzyłam   je   w   totalnej   konsternacji.   Tonęłam   w   jego 
objęciach, czując gorące usta na swoich. Nie umiałabym nie zareagować, nie 
na   niego!   Natychmiast   zarzuciłam   mu   ręce   na   szyję,   oddając   szalone 
pocałunki.  Jeszcze ten  jeden  raz! A  potem niech  mnie  piekło pochłonie. 
Teraz znów jest mój. Tylko mój! O niczym innym nie mogłam myśleć w tej 
chwili,     jak   i   później…   Wiele   kolejnych,   cudownych   chwil   spędzonych 
w jego ramionach pozbawionych było rozsądku, aż do całkowitej eksplozji 

198 | 

S t r o n a

background image

zmysłów. Z nikim innym nie traciłam poczucia rzeczywistości, nie do tego 
stopnia. Nic nie istniało, nic się nie liczyło, tylko on. 

Po wszystkim odsunął się ode mnie. Zrobiło się zimno, czy tylko mi się 
zdaje? Piotr wstał i założył spodnie. No tak! Koniec zabawy, trzeba wrócić do 
rzeczywistości. Fuck! Dlaczego nie umiem się z tym pogodzić? 

Udało mi się powstrzymać łzy, chociaż nie było to proste, jednak wyraz 
twarzy   miałam   zapewne   oczywisty.   Rozczarowanie,   żal…   Ukryłam   ją 
w poduszce. Niech mnie takiej nie ogląda.

– Tylko mnie nie przepraszaj, błagam! – Mój głos lekko tłumiła puchowa 
barykada, którą odgradzałam się od niego. Marnie się spisywała, niestety. 
Gdy wyczułam, że Piotr siada koło mnie, a zaraz potem delikatnie odsuwa 
pasemka włosów zasłaniające moją twarz, uniosłam głowę i spojrzałam na 
niego.

–   Tym   razem,   na   pewno   nie   miałem   takiego   zamiaru   –   odpowiedział 
spokojnie. Po chwili dodał: – Zapomniałem już jak cudownie…

Tego było dla mnie za wiele! Nie wytrzymałam. Poderwałam się, odpychając 
jego dłoń i wyrzuciłam z siebie gwałtownie:

– A co? Ona ci tego nie daje? Kiepska jest? – Wiedziałam, że zachowuję się 
jak dziecko, a raczej beznadziejna, zazdrosna wariatka. Na dokładkę takie 
chamskie odzywki już dawno nie wychodziły z moich ust.

On cały czas mi się przyglądał, nie umiałam nic wyczytać z jego twarzy.

– Dla twojej informacji – powiedział powoli, z każdym słowem coraz bardziej 
się uśmiechając – nie „obracam” Kaśki, jak to uroczo nazwałaś.

Spojrzałam prosto w te jego cudowne, czarne oczy. Mówił prawdę. 

Gdy go tak lustrowałam, uśmiechnął się jeszcze szerzej i dodał:

– Jesteś tylko ty!

199 | 

S t r o n a

background image

– Ja? – Co on miał na myśli? – Przecież to tylko… – machnęłam  ręką, 
ogarniając łóżko. Ten wymowny gest zwrócił moją uwagę na oczywisty fakt, 
że   byłam   kompletnie   naga.   I   szokujące,   nagle   się   zawstydziłam,   szybko 
zasłaniając się prześcieradłem. Teraz dotarło do mnie, co go tak rozbawiło. 
Zaaferowana ciskaniem w niego piorunami zupełnie zapomniałam o braku 
odzienia. Musiało to wyglądać rzeczywiście komicznie.

– Seks. Bez zobowiązań – dokończył za mnie. – To chciałaś powiedzieć?

– Ja… nie… 

– Ja też nie! – odpowiedział, chociaż ja przecież nie zadałam żadnego pytania.

Czyżbym to wszystko źle zrozumiała? Czy on…?

– Wiem, że nie uważałem, by łóżko stanowiło właściwą drogę… Ale wtedy 
gdy matka… no wiesz… właśnie tam „to” poczułem. Poczułem, że jesteś ze 
mną. Całą sobą. I duszą i ciałem.

– Bo byłam… – szepnęłam tak cicho, że nie mógł tego usłyszeć.

– Ale rano pokazałaś mi, że to dla ciebie nic nie znaczyło. Nie chciałem się 
z tym   pogodzić.   Jednak   takiej   twardej   i   zimnej   chyba   cię   jeszcze   nie 
widziałem.   Zrozumiałem,   że   muszę   przestać   śnić   na   jawie.   Wrócić   do 
codzienności, że ta magiczna noc, to tylko…

– Przestań to nie tak!

– Później – mówił dalej, niezrażony moim wykrzyknikiem – czasem zdawało 
mi się, że widzę coś w twoich oczach, twarzy. To jednak szybko znikało. 
Mimo, że znajdowałaś się blisko, okazywałaś mi swoje wsparcie, jednocześnie 
byłaś taka obca. Taka niedostępna. Wiedziałem, że spieprzyłem.

– Nie ty! To Ja! – Przyjrzałam mu się. – Byłam dla ciebie naprawdę okropna 
i nie rozumiem dlaczego po tym wszystkim jesteś taki wyrozumiały. Nawet 
winę za nasze rozstanie bierzesz na siebie, prawda? To niedorzeczne!

200 | 

S t r o n a

background image

– Naprawdę nie rozumiesz? Czy uważasz, że zachowywałbym się jak ostatni 
dureń,   nie   umiejąc   ci   niczego   odmówić?   Dawałbym   się   wodzić   za   nos, 
gdybym…

– Gdybyś…? – Wstrzymałam oddech.

– Gdybym cię nie kochał jak wariat?!

– Co??? – Cholernie inteligentna odpowiedź. Na nic więcej nie mogłam się 
w tej chwili zdobyć.

–   Kocham   cię,   dziewczyno!   Jak   jeszcze   nigdy   nikogo   –   powiedział   dużo 
łagodniej. Z jakąś czułością w głosie. – Przecież wiesz. Musisz to wiedzieć!

– Ja… – Jedyne co w tej chwili muszę, to albo wypić przynajmniej jednego 
głębszego, albo udać się do specjalisty od głowy. – Ty nie mówisz poważnie?!

– A niby dlaczego?

– Bo to niemożliwe! Nie możesz przecież kochać MNIE?

– Nie potrafię cię nie kochać – odpowiedział, a coś w jego głosie zabrzmiało 
niemal jak przysięga. – To silniejsze ode mnie.

– Ale ja tak paskudnie cię traktowałam. I nie umiem ci obiecać, że to się nie 
powtórzy. – Musiałam się zmusić do absolutnej szczerości. 

– Powiedz mi jedno. Czy poza „łóżkiem”… chcesz mnie czy nie? Tylko to 
mnie interesuje. Czy możemy jeszcze być razem?

Boże,   jak   on   może   pytać?   Nie   widzi   tego?   Nie   czuje?   Czy   aż   taka 
skomplikowana jestem? Nie sądzę!

– Niczego bardziej nie pragnę.

–   To   mi   wystarczy.   –   Jego   szeroki   uśmiech   bardziej   poczułam   niż 
zobaczyłam,   gdy   błyskawicznie   mnie   przytulił   i   zaczął   całować.   W   jego 
ramionach   znajdowałam   się   na   właściwym   miejscu,   w   tej   chwili 
przeszkadzały mi tylko jego dżinsy. No właśnie!

201 | 

S t r o n a

background image

– Zaczekaj – westchnęłam wprost w jego usta, żal mi było się odsuwać, ale 
bardzo chciałam wiedzieć. – Powiedz mi… To trochę głupie pytanie, ale 
jestem ciekawa. – Uśmiechnęłam się zachęcająco. – Dlaczego się ubrałeś?

– Znaczy teraz po…?

– Dokładnie.

– Wiesz, jakoś nie chciałem świecić gołym tyłkiem, gdy…

– Jaki wstydliwy! – mówiąc  to, przesunęłam  dłonią  po jego nadal lekko 
wilgotnej klacie.

– Raczej praktyczny.

Zatrzymałam się zdziwiona.

– Nie bardzo rozumiem.

–   Obawiałem   się,   że   pokażesz   mi   drzwi,   wyrzucisz   lub,   w   najlepszym 
wypadku, zasugerujesz, że powinienem już iść – mówił całkiem poważnie. – 
Wolałem być przygotowany.

– Głuptasie! – Nie zwracając uwagi na opadające prześcieradło, przytuliłam 
się   do   niego,   mocno   obejmując   za   szyję   i   patrząc   mu   w   oczy,   niemal 
dotykając jego twarzy swoją. – Gdybym tylko mogła, zatrzymałabym cię już 
na zawsze. I nigdy nie puściła!

– Kocham cię, maleńka.

–   A   ja…   –   Poczułam   jak   się   spiął,   czekał   co   powiem,   to   oczywiste. 
Odsunęłam się odrobinę, tak by móc mu spojrzeć w oczy i z dużo mniejszym 
wysiłkiem niż mogłabym się spodziewać, wypowiedziałam po raz pierwszy 
w życiu te słowa: – Kocham ciebie!

* * *

–   Wiesz…   zazdrość   w   twoim   wykonaniu   bardzo   mi   się   podobała   – 
powiedział dużo, dużo później.

202 | 

S t r o n a

background image

Zamachnęłam się poduszką, ale miał refleks. Niestety. Po chwili nie mogłam 
zrobić już żadnego swobodnego gestu. Byłam całkowicie unieruchomiona. 
Nie narzekałam jednak. Cóż za słodki ciężar!

– Lubisz to, prawda? – szeptał. – Nie wyrywasz się, nie protestujesz. Dziwne.

– Dlaczego?

– Taka samodzielna i niezależna. – Uśmiechnął się. – A poddajesz się tak 
łatwo.   Bez   walki.   Powinnaś   czuć   się   niekomfortowo   tak   całkowicie 
pozbawiona możliwości ruchu. 

–   Może   i   powinnam…   –   Uniosłam   lekko   głowę   i   go   pocałowałam.   Nie 
umiałam się powstrzymać. – Ale przy tobie zupełnie zapominam dlaczego.

– Jesteś… – Lekko zmarszczył brwi. Zawsze tak robił, gdy się nad czymś 
zastanawiał. Czemu wcześniej tego nie zauważyłam? 

– Nie wysilaj się. – Łobuzerski uśmiech wykrzywił moją twarz. – Jeszcze 
przepalą ci się zwoje…

– Potworze! – mrukną, powstrzymując rozbawienie.

– Ale i tak mnie kochasz – powiedziałam odrobinę  niepewnie. Jeszcze trochę 
i przyzwyczaję się do tego. Teraz było to dla mnie nowe, nieoczekiwane i tak 
cholernie cudowne, że powinnam się co chwilę szczypać, by upewnić się, że 
to nie sen.

– Bardzo, szalenie, coraz mocniej!

– Na pewno nie tak jak ja ciebie…

–   Polemizowałbym!   –   Teraz   to   on   mnie   pocałował.   –   Ale   możemy 
podyskutować na ten temat.

Dyskusję odłożyliśmy na później. Mieliśmy przecież dużo czasu. Jak dobrze 
pójdzie to może nawet całe życie…

203 | 

S t r o n a

background image

EPILOG

Znalazłam w końcu jakąś zasadniczą wadę w moim chodzącym ideale… Nie 
umiał tańczyć. Teraz ja mogłam go czegoś nauczyć. Bo poza tym, to on był 
moim   nauczycielem…   Życia!   Dzięki   niemu   stałam   się   tym,   kim   jestem. 
I lubię   siebie,   naprawdę.   Kiedyś   uznawałam   się   za   zajebistą   osobę…   To 
ogromne zadufanie! I totalna nieprawda. Dopiero teraz rozumiem, jak puste 
i smutne było moje życie. Bez niego! Ale też, jak okropnie się zachowywałam 
przed tą radykalną zmianą, która we mnie nastąpiła… Dzięki niemu. Wiele 
mu zawdzięczam. A pomimo tego, to właśnie on powtarza mi na każdym 
kroku, że jest szczęściarzem. Co za facet! Czym ja sobie na niego zasłużyłam?

Na brak  przyjaźni,  tej  najprawdziwszej,  też nie mogłam  narzekać.  Anna, 
Patrycja, Tomek. To wielkie szczęście mieć wokół siebie takich ludzi… Jak 
mogłam kiedykolwiek obywać się bez nich? Coraz łatwiej zapominam o tym 
moim poprzednim życiu! A to nowe… Hmmm…

Wakacje spędziłam z Piotrem (nieźle mieć prywatne „chody” u szefa, jeśli 
chcesz się urwać na całe lato, no nie?), pracując z nim na tym samym obozie, 
na którym, poniekąd, się poznaliśmy. Wszystkie sezony. To było najlepsze 
lato w moim życiu. Jak dotychczas, oczywiście.

Nie   zapomnieliśmy   też   o   Annie.   Nie   mogła   przecież   zostać  sama.   Tak 
właściwie to najcieplejszą porę roku spędziliśmy we trójkę. Matka Piotra 
mieszkała przez ten czas niecałe trzydzieści kilometrów od nas. U swojej 
kuzynki.  Odwiedzaliśmy   ją  tak  często,  jak   to  tylko  możliwe.  A   przerwy 
w turnusach   należały   wyłącznie   do   niej.   Razem   z   nią   zażywaliśmy 
odpoczynku   na   Mazurach.   Nigdy   nie   zapomnę   czasu   spędzonego   w   ich 
towarzystwie. Cudowne wspomnienia!

204 | 

S t r o n a

background image

Kolejny rok akademicki rozpoczęłam przeprowadzką na Wrzosową. Moja 
nieformalna teściowa promieniała szczęściem. W sumie, nie ma się co dziwić. 
Nie dość, że odzyskała syna (a przynajmniej miała go w trochę większym 
wymiarze czasu), to jeszcze zyskała córkę, o której marzyła. 

Mieszkania   nie   sprzedałam,   wynajęłam   je   młodemu   małżeństwu,   nie 
umiałam się jakoś z nim definitywnie rozstać. Poza tym, chyba się trochę 
asekurowałam.   Kocham   Piotra,   tak   bardzo,   że   wciąż   ciężko   mi   w   to 
uwierzyć, ale… No właśnie, życie potrafi czasem zaskoczyć. Wolałam więc 
pozostawić sobie tę małą, prywatną furtkę. Moje wyjście awaryjne.

Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała z niego skorzystać…

205 | 

S t r o n a