background image

Listy z Ameryki

Sąsiedzi

 Manager domu (w Stanach każdy człowiek ma jakiś tytuł; w najgorszym 

wypadku jest się Vice Presidentem lub  Officerem) wprowadził mnie na podwórko 
domu i powiedział:

- Pański apartament będzie dwadzieścia dziewięć. Jeśli  Pan usłyszy jakieś krzyki 

z apartamentu dwadzieścia siedem,  proszę nie zwracać uwagi. To samo spod 
dziewiętnastego;  jeśli zaczną się kłócić, to niech pan udaje, iż pan nie  słyszy. 
Natomiast dwadzieścia siedem to problem. Gdyby  się zaczęli kotłować, proszę 
zawołać mnie lub połączyć  się przez operatora z policją. Ta samotna starsza pani,  
mieszkająca na dole, będzie mówić czasem do pana, ale  proszę nie zwracać uwagi. 
Jest chora umysłowo i mówi  tylko do siebie. Ten gość, którego pan tam widzi, będzie 
chciał od pana pożyczyć pieniądze. Niech pan mu nie  daje. Pańskim sąsiadem będzie 
irlandzki policjant, który  mieszka z matką. On jest spokojny przez cały tydzień;  w 
niedzielę lepiej...

Nie dokończył; potężny blondyn w mundurze oficera  policji przeszedł 

podwórkiem obrzuciwszy nas bacznym  spojrzeniem i uśmiechnął się sadystycznie. 
W ten sposób  zostałem mieszkańcem domu w dzielnicy ludzi mało zarabiających.

Najbliższym moim sąsiadem jest Bob. Bob pracował niegdyś  jako agent 

reklamowy; pewnego dnia pijany kierowca samochodu poturbował go tak dotkliwie, 
iż Bob poszedł do szpitala na długie miesiące. Dzień ten, jakkolwiek pełen bólu, 
okazał  się jednak najradośniejszym w jego monotonnym dotąd  życiu; Bob po 
wyjściu ze szpitala otrzymał kilkadziesiąt  tysięcy dolarów odszkodowania jak 
również zaświadczenie,  że jest niezdolny do pracy. Bob raźno zabrał się do dzieła:  
szybko przepił część pieniędzy w Down-Town; resztę przegrał  w Las Vegas. Od tego 
czasu Bob szwenda się po barach  opowiadając o sobie różne historie, a kiedy nie ma 
pieniędzy  na picie, staje na skraju ulicy i tęsknym wzrokiem wpatruje  się w mijające 
go samochody. Treść jego marzeń jest dla  wszystkich oczywista.

Bob jest myślicielem, filozofem i wnikliwym obserwatorem  życia codziennego. 

Jest najkoszmarniejszym typem alkoholika; jest bowiem alkoholikiem-entuzjastą; 
alkoholikiem piejącym hymny na cześć życia. O ile pamiętam, spotkałem się  tylko 
raz z podobnym typem pijaka w literaturze; bodajże  w „Pojedynku” Kuprina 
spotykamy postać pijącą nałogowo  i wygłaszającą entuzjastyczne monologi na cześć 
życia. Bob  ma po temu zresztą pełne podstawy; otrzymuje dwieście  dolarów 
miesięcznie jako niezdolny do pracy, a to starcza mu  na mieszkanie i na picie. 
Ponieważ jednak jego nogi zostały  pogruchotane, Bob posuwa się zygzakami i 
nazywany jest  „skaczący Bob”.

Bob nie dysponuje również własnym uzębieniem. Po miesiącach starań otrzymał 

nareszcie sztuczną szczękę i wybrał  się na przejażdżkę do rodziny samochodem 
przyjaciół. Jadąc  w kierunku Santa Monica, Bob uległ czarowi krajobrazu  i 
otworzywszy okno, wychylił się, a wtedy wiatr wydmuchnął  mu szczękę. O tym 
opowiadał mi wieczorem, przekonując  mnie, iż powinienem koniecznie pożyczyć mu 
czterdzieści  dolarów na zakup nowej szczęki; w końcu zadowolił się  dwudziestoma 
pięcioma centami i poszedł.

Bob należy do kategorii „Rummys”. „Rummys" chodzą  tylko po pewnych 

ulicach nie zapuszczając się nigdy w dzielnice zamieszkane przez ludzi lepiej 
zarabiających. „Rummys"  wchodzą do baru i w milczeniu kładą przed sobą na lado

dwadzieścia pięć centów; tyle płaci się tutaj za kiepskie piwo. „Rummys" kładą 

pieniądze i rzadko kiedy mówią o co im  chodzi; są znani, barmani znają ich 
upodobania i możliwości.  Pijaństwo odbywa się tutaj w milczeniu; nikt do nikogo nie 

background image

mówi; wszyscy obserwują ekran telewizyjny komentując z rzadka dramat miłosny lub 
obyczajowy; częściej komentują tutaj  walki bokserskie czy zmagania zapaśników, a 
w niedzielę  zawody piłkarskie. Mało widzi się awantur; jak powiedziałem,  pijaństwo 
odbywa się w milczeniu; tego rodzaju niezbędne  akcesoria, jakimi dysponuje 
alkoholik w Polsce, jak na  przykład nóż sprężynowy, szpadryna czy bicz do łamania  
kręgosłupa, są tutaj mało popularne w kręgach dojrzałych  uczuciowo alkoholików. 
Na tym szarym raczej tle korzystnie  odbijają się długowłosi młodzieńcy zręcznie 
operujący kozikami. Grasują oni w okolicach Sunset Boulevard i nie zapuszczają  się 
w naszą ponurą dzielnicę.

Bob jest również entuzjastą życia erotycznego i rewolucji  seksualnej. Pewnego 

dnia zjawił się w towarzystwie Davida;  David właśnie wyszedł ze szpitala dla 
wariatów po czteroletniej kuracji odwykowej; teraz razem z Bobem zabrali się do  
dzieła, podkreślając w czasie pijaństwa konieczność znalezienia dla Davida 
ukochanej; ten bowiem pozbawiony był  możliwości korzystania z wdzięków 
kobiecych przez ostatnie  cztery lata.

Bob-David. Dialog przy barze

Bob: - Ja ci znajdę dziewczynę.
David: - Ja przez cztery lata nie pierdoliłem.  Pauza. Milczenie.
Bob (po chwili pełnej napięcia): - Ja mógłbym wytrzymać  jeszcze jeden 

kieliszek.

David: - Ale to ostatni. Potem pójdziemy i poszukamy  jakiejś dziewczyny.
Piją.
Bob: - Prawdę powiedziawszy, to o tej porze nie ma tu  nikogo. Trzeba będzie 

poczekać do wieczora.

David: - Dobrze. Ale pamiętaj, że ja cztery lata nie  pierdoliłem.
Opowieść o Bobie i Davidzie zakończę morałem: David  wrócił do domu dla 

wariatów dla odbycia powtórnej kuracji  nie przespawszy się z nikim. Morał: 
alkohol... i tak dalej.

William

William jest moim najbliższym przyjacielem; jest on również  przedstawicielem 

kierunku filozoficznego, o którym mówi się  „Amerykański sen". Tak więc William, 
który jest chwilowo  bez grosza przy duszy i nie może znaleźć pracy, wierzy  
głęboko, iż pewnego dnia wszystko się ułoży; znajdzie pracę,  zarobi mnóstwo 
pieniędzy i tak dalej. W jaki jednak sposób to  może się stać? Nikt tego nie wie.

I ja również tego nie wiem. Ktoś podobno powiedział,  iż pisanie o jakimś kraju 

jest rzeczą możliwą tylko  albo po dwudziestoczterogodzinnym pobycie, albo po  
dwudziestoczteroletnim. Stwierdzenie to, jakkolwiek efektowne, nie wydaje się 
prawdziwe. W Stanach Zjednoczonych  każda drobna obserwacja stanowi w sumie 
olbrzymie  zjawisko społeczne, nad którym pracuje tysiące ludzi  i któremu 
poświęcone są tysiące publikacji. Wchodząc  do drugstore'u i patrząc na okładki 
książek, widzimy  obok książek kryminalnych lub magazynów typu „Poświęciłam 
małżeństwo dla przygody miłosnej" książki  związane z psychiatrią i problemami 
erotycznymi, napisane  przez lekarzy specjalistów. Laikowi trudno zorientować  się w 
wartości tych publikacji; na mnie osobiście duże  wrażenie zrobiły książki ,,Samotny 
tłum" i „Bunt człowieka  w wieku średnim". Jesteśmy świadkami fenomenalnego  
zjawiska, polegającego na wzajemnym mijaniu się ludzi; na nieumiejętności 
nawiązania kontaktu; nieumiejętności  spędzania wolnego czasu.

background image

William, który interesuje się literaturą, nie od rzeczy mówi,  że gdyby byt 

pisarzem, najważniejszą sceną dla niego byłoby  pierwsze spotkanie między 
kochankami. To jest według  Williama sprawa zasadnicza dla dobrego opowiadania. 
Ludzie  spotykają się, powiada William, i pierwszymi wrażeniami są  zazwyczaj: 
nieufność i nadzieja. Jeśli ładna dwudziestoparoletnia kobieta spotka mężczyznę w 
tym samym wieku  i powiedzą sobie w rozmowie, że oboje są ludźmi samotnymi,  z 
miejsca zaczynają działać w atmosferze klęski; zaczynają  grać z pozycji straconych. 
Cóż działo się z nimi przez tyle lat;  dlaczego są samotni; dlaczego nie udało im się 
założenie  rodziny czy nawiązanie trwałych związków przez tyle czasu;  i czy to, co 
oni sami o tym mają do powiedzenia, stanowi  prawdę?

William powiada, iż film i telewizja wytworzyły pewne  schematy, które 

oddziałały na ludzi. W filmach zazwyczaj  spotykamy samotnego mężczyznę, który 
wchodzi do nocnego  lokalu; tam spotyka piękną dziewczynę i ratuje ją z kłopotów.  
Widzimy to codziennie obserwując serię telewizyjną Tighrope,  której bohater (glina 
w cywilu) wchodzi do baru, przez  sekundę obserwuje siedzącą tam samotną 
dziewczynę, nawiązuje na jej temat rozmowę z barmanem; podchodzi do niej;  bije 
innego mężczyznę w zęby i odchodzi z nią. Od miesięcy  obserwuję dzielnego agenta 
i każdy film o nim zaczyna się  w ten, i tylko w ten właśnie sposób. Tak samo zresztą 
dzieje  się niemalże w każdym filmie przygodowym; mężczyzna  spotykający 
kobietę, z miejsca ma okazję zademonstrowania  swej odwagi, determinacji i 
lekceważenia obyczajów, których  obejście, jakkolwiek przynosi innym klęskę, dla 
niego i dla  niej okazuje się zbawienne.

Książki poświęcone przypadkom histerii, alkoholizmu i rozpaczy, pisane przez 

lekarzy, przynoszą zupełnie inny obraz od  obrazu stwarzanego przez film i telewizję. 
Ludzie są samotni;  boją się jednak zdradzania swych uczuć i swego poczucia klęski. 
W końcu znajduje jedynego i prawdziwego przyjaciela, którym jest psychoanalityk. 
Analityk nie podejmuje  jednak decyzji w imieniu swego pacjenta; stara się raczej  
zwrócić mu uwagę i skierować jego energię we właściwym  kierunku. Przyjaciółka 
Williama jest od siedmiu lat pacjentką lekarza analityka i chodzi do niego codziennie, 
przy czym godzina psychoterapii indywidualnej kosztuje  dwadzieścia pięć dolarów. 
Ponieważ przyjaciółka Williama  jest idiotką, kuracja przeciągnąć się może na 
najbliższe  kilka milionów lat świetlnych. I ona również nie spotkała  nikogo; i ona 
również obserwuje Tighrope patrząc na przystojnego agenta policji odchodzącego co 
wieczór z inną  dziewczyną.

William jest z urodzenia pesymistą, do czego przyznaje się  niechętnie, gdyż na 

co dzień reprezentuje kierunek „Amerykańskiego snu". William twierdzi, iż z chwilą 
kiedy państwo  troszczy się o obywateli tak bardzo jak to dzieje się w Stanach,  
wytwarza się obojętność człowieka wobec człowieka i człowieka  wobec bólu i 
cierpienia. Człowiek rodzi się, działa, żyje  i umiera nie umiejąc zainteresować swoim 
losem innych  ludzi. Nikt tu nie jest głodny i w każdego wpajane jest  przekonanie, iż 
własną energią i pomysłowością można zdobyć  wszystko. Ten schemat myślenia jest 
obowiązujący dla wszystkich, powiada William, i człowiek rzadko wyzwala się z 
tego  przed ukończeniem trzydziestu lat życia. A przecież nie  wszyscy ludzie są 
pomysłowi, energiczni; i nie wszyscy poza  tym pragną zdobywania fortun, pałaców i 
luksusowych jachtów. W naszym społeczeństwie istnieje minimalna możliwość  
kompromisu. Najgorszym tego wszystkiego wynikiem jest,  według Williama, 
obojętność. Dzieci mało troszczą się o starych rodziców wiedząc, że jest im 
wypłacana renta; że rodzice  mają samochód, aparat telewizyjny i telefon. Święta 
dzieci  spędzają z rówieśnikami, a potem - kiedy wstępują w związki  małżeńskie - z 
własnymi dziećmi. William powiada: człowiek  czeka, aby go ktoś odwiedził, a 
pewnego dnia idzie odwiedzić  własne dzieci; i to jest już właśnie starość.

background image

William jest kimś, o kim mówi się loser. William jest  inteligentny, oczytany, 

dobry i dostatecznie sceptyczny,  aby zachować zimną głowę. William potrafi 
wszystko: mówić  mądrze o przeczytanej książce, wyśmiać zły film, krytykować  
wybory i kandydaturę gubernatora; William potrafi mówić  o armii, o wojnie w 
Wietnamie, i o wielu innych rzeczach.  Nie potrafi tylko jednej rzeczy: nie potrafi 
pozbyć się  wiary, iż pewnego dnia w jego życiu zaistnieje wyjątkowa  sytuacja, 
wyjątkowe spotkanie; pewnego dnia zjawi się  wyjątkowy człowiek, a wtedy życie 
Williama ułoży się  inaczej.

Judy i Kira

Judy jest tak śliczna, iż z punktu widzenia opowiadania nie  nadaje się na nic; nie 

nadaje się poza tym do niczego  z każdego innego punktu widzenia, ponieważ ma 
dwadzieścia  sześć lat, troje dzieci i trzy nieudane małżeństwa za sobą; jest  ponadto 
wiecznie na gazie. Judy stanowi wspólne zmartwienie  moje, Williama i wszystkich 
mieszkańców domu.

Judy otrzymuje od rządu sześćdziesiąt dolarów tygodniowo.  Ta suma musi 

starczyć jej i dzieciom. Nie starcza, gdyż Judy  pije jak smok, a butelka whisky 
kosztuje jednak sześć dolarów.  Tak więc dzieci Judy latają głodne i bose; czasami 
karmi je  żona Williama, czasami inni ludzie. Teraz Judy usiłowała  popełnić 
samobójstwo; odratowano ją jednak i jest już z powrotem w świetnym humorze.

Patrząc czasem na nią i myśląc o jej nieudanym samobójstwie, myślę o 

opowiadaniu Adolfa Rudnickiego „Pył",  którego bohaterka, Kira, również usiłuje 
popełnić samobójstwo  po szeregu nieudanych afer miłosnych. Kira jest młoda,  
ładna, uganiają się za nią mężczyźni; dziewictwo straciła  będąc jeszcze właściwie 
dzieckiem; jako dojrzała kobieta  jedzie w noc wigilijną pociągiem z Warszawy do 
Łodzi, aby  popatrzyć na choinkę, która jej przypomina dzieciństwo.

W filmie włoskiego reżysera Blow-up, uznanego za arcydzieło i monument myśli 

ludzkiej widzimy bohatera, długowłosego młodzieńca, mającego doświadczenie 
erotyczne rozpustnego i bogatego starca; młodzieniec ten pewnego dnia  kupuje w 
antykwariacie drewniane śmigło samolotu; symbol  czy też rekwizyt epoki, której nie 
może pamiętać; do której  odnosi się z pogardą i z którą nic go nie sączy. Nie potrafi  
przy tym wytłumaczyć, po co potrzebne mu jest to śmigło.

W filmie francuskiego reżysera, „Oszuści" widzimy młodzieńca, który ryzykuje 

życie, aby wybawić kota z opresji, po  czym oświadcza zgromadzonym i struchlałym 
widzom: „Nie  cierpię kotów".

Dramat długowłosych ludzi nie jest rzeczą łatwą do zrozumienia. Dramaty 

młodych ludzi zawsze uderzmy ostrością.  Dwudziestoczteroletni Iwan Karamazow 
prowadził rozmowy  z diabłem; młody Werther zastrzelił się z miłości; Fabrycy  del 
Dongo postanowił zamknąć się w klasztorze, aby w ascezie  i ciszy znaleźć ukojenie 
w rozpaczy; Adolf latami nie umiał  zdobyć się na zerwanie z kobietą, gdyż nie chciał 
sprawiać jej  bólu; bohater powieści Faulknera odrzuca karierę, stanowisko,  
następnie możliwość ucieczki przed karą i możliwość samobójstwa, wybierając 
smutek, który pomoże mu zachować w pamięci ukochaną kobietę; młody 
Raskolnikow popełnia morderstwo snując asocjację między sobą a osobą Cesarza 
Francji;  Robert Jordan, bohater powieści Hemingwaya, postanawia  przed śmiercią 
polatać trochę z karabinem po polu, wysadzić  parę mostów w powietrze i to 
wszystko po to, aby nie będąc  ani komunistą, ani monarchistą, zginąć jak mężczyzna. 
Dramaty tych wszystkich młodych ludzi mogą nam wydawać się  wyjątkowe, nawet 
sentymentalne, prawdziwe lub nie, lecz  uderzają one ostrością. Na czym jednak 

background image

polega dramat długowłosych? Jest to niewątpliwie dramat ludzi zagadkowych.  
Kazimierz Brandys napisał kiedyś: „Powiedziano mi, abym  poszedł do kabaretu 
STODOŁA, gdyż tańczy tam zagadkowa  młodzież. Nie pójdę. Ja też kiedyś byłem 
zagadkowy i nikt nie  podglądał mnie w czasie tańca".

Judy i Kira należą do jednego pokolenia. Zapoznały  się szybko z seksem; mają 

nawet pewne pojęcia na temat  Freuda i wiedzą, iż sen, w którym natrętnie powtarza  
się motyw wieży Eiffla nie zawiera w sobie elementów  religijnych; obie wiedzą, jak 
zażywać pigułki pozwalające  uniknąć zajścia w ciążę; ta cała wiedza nie przydała im  
się jednak na wiele. Adolf Rudnicki kończy swoje opowiadanie słowami: „Zabiło ją 
poczucie winy". William  odwożący nieprzytomną Judy do szpitala powiedział to  
samo. I to jest prawda.

Zabiło je obie poczucie winy. Jednakże nie wobec społeczeństwa; nie wobec 

ludzi żonatych, z którymi nawiązywały  romanse; nie wobec dzieci, którym odbierały 
ojców; nie  wobec rodziców, którym ich postępowanie przynosiło wstyd.  Zabiło je 
poczucie winy wobec siebie samych: poczucie, że  straciły najlepsze lata swego życia 
w poszukiwaniu przygód,  które okazały się w rezultacie mało ciekawe; rozbijały 
małżeństwa innych ludzi, lecz nie udało im się samym wyjść dobrze  za mąż; straciły 
dużo czasu, pieniędzy i zdrowia nie myśląc  o tym, iż w tym samym czasie 
dojrzewały inne młode kobiety  równie głupie, egoistyczne i zimne jak i one, lecz 
mające nad  nimi nieznaczną przewagę młodości.

William powiada, że dla niego najpiękniejszą ze wszystkich  książek Faulknera 

jest książka „Dzikie palmy. William  powiada, iż jest to książka prorocza; książka o 
umiejętności  wytwarzania w sobie napięć uczuciowych. Dzisiaj, powiada  William, 
seks jest sprawą wątłego schematu obyczajowego: Ty  spotykasz kobietę, opowiadasz 
jej o swoim nieudanym małżeństwie; ona opowiada ci o nieudanym swoim; idziecie 
na  kolację, idziecie do lóżka - co dalej? Seks był kiedyś ostatnią  stacją w pewnej 
sytuacji; dziś jest początkiem. Seks stanowił  „owoc namiętności", poświęcenia, 
odwagi; człowiek żonaty  wiążący się z inną kobietą występował przeciw 
społeczeństwu,  rodzinie i religii. Dzisiaj, powiada William, seks nie zawiera  w sobie 
tych napięć uczuciowych, jakie zawierał niegdyś.  Chciałbym dziś zobaczyć autora, 
który napisałby książkę o człowieku, który po prostu umarł z miłości tak jak Lucjan,  
tak jak Eleonora. Dlatego „Dzikie palmy" są w jakimś sensie  książką proroczą.

Być może jest tak istotnie. Jestem szczęśliwy widząc od  czasu do czasu nowe 

tytuły książek poświęconych Faulknerowi.  William Faulkner, którego książki w roku 
1944 nie były już  wznawiane, jest dzisiaj przedmiotem setek publikacji. W książce 
Faulkner: Te Major Years autor podaje w indeksie, iż przy  pracy nad tą książką o 
autorze „Dzikich palm" korzystał  z pomocy 34 książek poświęconych Faulknerowi 
oraz z kilkuset artykułów krytycznych. Zwycięstwo Faulknera wydaje  się całkowite. 
Myślę, iż najciekawszą książką, jaką czytałem  w roku ubiegłym, jest „Faulkner na 
uniwersytecie". Książka  „Papa Hemingway" opowiadająca o ostatnich kilkunastu 
latach  autora ”Śniegów Kilimandżaro” wydaje się zbiorem płaskich  anegdot o 
starzejącym się gadule mówiącym w stylu: „Jedna  z moich weneckich dziewczyn", 
lub opowiadającym o swym  wyimaginowanym stosunku z Matą Hari: „Pewnej nocy, 
jak  zwykle, wypierdoliłem ją porządnie..:'

O tym wszystkim mówiliśmy z Williamem do późnej nocy,  Głębię i powagę 

naszych rozmyślań przerwał wesoły śpiew:  Roll me over and do it again... To Judy, 
która dziś rano opuściła  szpital po nieudanej próbie pozbawienia się życia, wróciła  
właśnie do domu z nowym narzeczonym. Patrząc na jego  brudne długie włosy mam 
ochotę mordować i wyć. I mnie  również zabija poczucie winy; i również wyłącznie 
wobec  mnie samego. Widzę siebie sprzed lat dziesięciu, ale nie  powiem tego Judy. 
Niech i ona przejdzie sama swoją drogę.

background image

Dramat długowłosych jest reakcją na dramat Williama,  który głęboko wierzy, iż 

spełni się pewnego dnia jego sen; tak  mi to przynajmniej tłumaczyła jego żona. Być 
może jest tak;  być może jest zupełnie inaczej. Dramaty ludzi, których twarzy  nie 
można dojrzeć, wydają się chyba każdemu mało ciekawe.  Stanowią oni odsetek i 
trudno rzeczywiście zrozumieć o co im  chodzi, ponieważ oni sami tego nie wiedzą. 
W Polsce, po  wojnie, patrzyliśmy wszyscy na dramat ludzi z AK, i to było dla nas 
zrozumiałe; to pobudzało naszą wyobraźnię; wywoływało w nas uczucia gniewu, 
miłosierdzia i rozpaczy. W dziesięć lat później patrzyliśmy na dramat 
rozczarowanych  komunistów. Tutaj patrzymy na dramat, co do którego  
autentyczności ogarniają nas zastrzeżenia. Jest tu bunt  przeciw społeczeństwu; lecz 
bunt wygodny; bunt nie grożący  konsekwencjami, i w tym tylko przypomina mi to 
dramat  młodych komunistów, postanawiających zerwać z Partią  wtedy, kiedy Partia 
sama wezwała ludzi do złożenia legitymacji partyjnych.

Bruce, mój inny sąsiad, ma dwadzieścia cztery lata i od  dwóch lat jest 

instruktorem pilotażu. Tak więc ja, starszy od  niego o lat dziesięć, jestem jego 
potulnym uczniem. Bruce jest  młodym Amerykaninem o określonych ambicjach i o 
dużych  umiejętnościach. Szkoła, do której uczęszczam, jest jedną  z tysiąca 
prywatnych szkół lotniczych. Bruce, kiedy przyszedł  tam po raz pierwszy w swoim 
życiu, zapytany przez właściciela  szkoły, czemu chce się poświęcić, powiedział, iż 
chce zostać  instruktorem pilotażu. Na zapytanie, kto zapłaci za jego kurs,  Bruce 
odpowiedział: „Pan". Wyśmiany przez właściciela,  powiedział: „OK. Zabiję kogoś i 
przyniosę panu pańskie  wszawe trzy tysiące". Właściciel powiedział: „W jego twarzy 
było coś takiego, iż musiałem mu uwierzyć, i Bruce odwalił  cały kurs za darmo, a 
teraz pracuje dla mnie. To jest mój  najlepszy instruktor". Bruce jest zimny i odważny 
i kocha  latanie. Ale nie ma w sobie bezmyślności wobec niebezpieczeństwa i nigdy 
nie naraża swych uczniów. Zapytany  przeze mnie, co myśli o dramacie 
długowłosych, Bruce  powiedział: „Ich rodzice zarabiają forsę, dają im samochody  i 
pieniądze na szkołę, więc czegóż można od nich żądać? Ja  bym ich chciał zobaczyć 
na moim miejscu: uczyć kretyna, jak  m latać, i dostawać za to siedem dolarów za 
godzinę. Keep the  nose down, Marek". Bruce ma świetną metodę uczenia ludzi;  jeśli 
ktoś na przykład przechyla samolot ponad sześćdziesiąt  stopni na skrzydło, co jest 
zabronione w czasie lotów treningowych, Bruce zrzuca ręce ucznia ze steru z taką 
siłą, że to się

musi pamiętać; po czym, po locie, wpisuje w książkę lotów:  „Uczeń wykazuje 

dużą poprawę". I tak jest do następnego razu.

Bruce należy do tego samego pokolenia co Judy i Kira.  Bruce ma dziecko; Bruce 

wie, że za ileś lat pracy zarabiać  będzie dostatecznie dużo, aby znaleźć wiele 
wolnego czasu dla  siebie; czas ten prawdopodobnie przeznaczy na dodatkowe  
latanie, ale to już jego sprawa. William i Bruce nie lubią się  nawzajem. William 
nazywa Bruce'a robotem; Bruce'a opinia  o Williamie jest równie mało 
skomplikowana. William powiada, że Bruce jest typowym przykładem amerykańskiej 
arogancji. „Jeśli ja mu powiem, że gdzieś w Chinach jest piękne  jezioro, Bruce nawet 
nie pozwoli mi skończyć i powie, że to  nic w porównaniu z jeziorem w Michigan, 
nad którym leciał  w zeszłym tygodniu" - powiada William. Bruce na to wszystko  
odpowiada warknięciem: „To jest mój dom". Być może, iż nie  jest to wiele warte 
jako wkład do nauki poznania świata; ale  któż z nas powie kiedyś te słowa? Dom jest 
czymś, co  akceptujemy; wraz z niewygodami, z ciotką neurasteniczką;  ze scenami 
małżeńskimi; z chorobami, kłótniami i przeprosinami. Tak samo Bruce akceptuje ten 
piękny kraj i jego  siłę; jego dobrych i złych ludzi; jego wielkie i słabe momenty.  
Jego akceptacja nie wynika z bezmyślności, o którą wszyscy  tak chętnie posądzają 
Amerykanów; jego akceptacja wynika  z faktu, iż Bruce uważa, że nie ma powodu, 

background image

aby on sam uważał  siebie za mądrzejszego od wszystkich ludzi rządzących tym  
pięknym krajem. Jeśli nawet Bruce jest tylko małym kółkiem  w tej olbrzymiej 
maszynie; jest on kółkiem piekielnie znającym  swą wartość.

Dzieci

Dzieci Williama i Judy bawią się razem. Dzieciom oczywiście nie wolno niczego 

zabraniać, gdyż to powoduje narastanie  kompleksów, które później odbijają się 
fatalnie - na czym?  - na wszystkim; co do tego wszyscy są zgodni, nawet Bruce.

W związku z tym, kiedy jedziemy czasem z Williamem, jego  żoną i dziećmi do 

Disneylandu, a dzieci jego drą się wniebogłosy, William nie mówi po prostu: 
,,Trzymać dziób jeden  z drugim", lecz wymyśla dla nich najrozmaitsze gry i prze-
krzykując je, mówi: „OK. Ja myślę teraz o zwierzęciu, którego  imię zaczyna się na 
T". To pomaga; dzieci nie przestają się co  prawda drzeć zespołowo, ale zaczynają się 
drzeć indywidualnie:  T for Tiger, T for Tiger...

Żona Williama pokazała mi wczoraj piękną książeczkę pod  tytułem: „Listy 

dzieci do Boga". (Children's letters to God,  compiled by Eric Marshall and Stuart 
Hample).

„Dobry Boże - Kocham Cię, ponieważ jesteś dobry. Próbuję  być taki, jaki Ty 

jesteś. Jestem dobry dla wszystkich ludzi; dla  matki i dla ojca, i dla moich dwóch 
sióstr. To musi być fajnie;  być Bogiem i wiedzieć, że wszyscy Cię kochają. - Twój  
Życzliwy Thomas".

Dobry Boże - Nie zdałem. Dziękuję Ci bardzo - Raymond".  „Dobry Boże - 

Nazywam się Robert i chciałbym mieć  brata. Moja mama powiedziała, abym się udał 
w tej sprawie  do ojca; ojciec kazał poprosić Ciebie. Myślisz, że mógłbyś to  zrobić? 
Życzę ci powodzenia - Robert".

„Dobry Boże - Mój młodszy brat ma cztery lata. Bądź  łaskaw zrobić coś, aby on 

przestał mnie wściekać. - Twój  przyjaciel - Mark".

„Dobry Boże - I myślę, że to wspaniałe, w jaki sposób  nasi astronauci latają 

ponad światem. Proszę Cię, uczyń  coś, aby nie spadli tylko na nasz dom. Twój 
przyjaciel  - Norman".

„Dobry Boże - Co będzie, jak Ty umrzesz? Nikt mi nie  chce tego powiedzieć. 

Twój przyjaciel - Mike".

„Dlaczego nie możesz zrobić czegoś, żeby deszcz przestał  padać każdej soboty? 

- Rose".

,,Dobry Boże - Chłopcy są lepsi od dziewcząt. Ja wiem, że  Ty jesteś jednym z 

nich, ale mimo to bądź fair. - Sylvia".  „Dobry Boże - Uczymy się teraz o Jonaszu i 
wielorybie.

Kiedy on go połknął i tak dalej. To jest najlepsza historia ze
wszystkich, które słyszałem, z akcją i napięciem. Mój tata  mówi, że to wszystko 

brzmi trochę podejrzanie. Czy myślisz,  że to jest zabawne? - Twój Sidney".

„Dobry Boże - Jeśli rzeczywiście umiesz tak dużo, dlaczego  nie uczyniłeś, aby 

rzeka była dostatecznie duża i aby nie  zalało naszego domu, tak że musimy się teraz 
przeprowadzać  - Victor".

Nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt, iż dla mnie dzieci  należą nierozerwalnie do 

pejzażu Ameryki. Widzę je codziennie: rano jadą do szkoły specjalnym autobusem, 
zaopatrzonym  w czerwone światła; potem wracają; potem czekają na samochód z 
lodami, który na naszej ulicy pojawia się około  czwartej; potem siedzą przy 
telewizorach obserwując przygody  „Człowieka-Nietoperza". Pomiędzy godziną 
siódmą a dziewiątą  na naszej ulicy rozlegają się straszne ryki; jest to pora,  w której 
dzieci trzeba oderwać od telewizora i położyć spać.

background image

Dzieciom nie zabrania się niczego i nie bije się po łapach,  gdyż okazuje się to 

zgubne w przyszłości. Nie umiem jednak  pozbyć się uczucia zdziwienia patrząc na 
dzieci siedzące przy  telewizorach i obserwujące przygody „Człowieka-Nietoperza";  
przygody agentów policji i sadystycznych osobników działających w szulerniach, 
ciemnych ulicach i w barach z kobietami;  na temat ich obyczajów można w 
najlepszym wypadku powiedzieć, iż są specyficzne. Co chwila pada trup; co chwila  
samochód zlatuje w przepaść eksplodując; w najlepszym  wypadku kowboj wyrzuca 
kopnięciem pokrwawionego człowieka mówiąc przy tym: „Bierz konia i wynoś się z 
miasta".  Czyżby to nie odbijało się na psychice dzieci? Żona Williama  powiada, iż 
telewizja w jakiś sposób rozładowuje sadystyczne  instynkty człowieka, co być może 
stanowi część prawdy.  W książce „Świat seksu" przeczytałem, iż ludzie obserwujący 
walki bokserów czy zapaśników przeżywają uczucia podobne  do orgazmu. Ponieważ 
książka ta została napisana przez  psychiatrę, trudno tutaj zabierać głos; w tym kraju, 
w każdej  sprawie psychiatra ma głos decydujący.

Ale cóż na przykład myśli dziecko czytające bajeczkę
„Dlaczego jelly fish nie ma kości" ? Proste: pewnego dnia  córka króla 

oświadczyła, że jest chora. Doktor-ośmiornica po  gruntownym zbadaniu królewskiej 
córy oświadczył, iż potrzebna jest niezbędnie porcja małpiej wątroby. Aby wykonać  
to zlecenie, wydelegowano jelly fish, będącą najlepszym pływakiem.

Jelly fish płynęła przez ocean i nagle zobaczyła tonącą  małpę. Zaofiarowała 

małpie pomoc; małpa wskoczyła na jej  grzbiet i w ten sposób ocaliła swe życie. W 
czasie rozmowy,  jaka wywiązała się pomiędzy rybą a małpą, ryba poprosiła  małpę, 
aby dała jej trochę swojej wątroby, gdyż jest to  niezbędne z punktu widzenia zdrowia 
córy królewskiej. Małpa  oświadczyła, iż chętnie to zrobi, ale że zostawiła swoją 
wątrobę  na wyspie; tak więc ryba z małpą na plecach popłynęły  w kierunku wyspy; 
małpa wyskoczyła na brzeg i wszedłszy na  drzewo powiedziała: „A teraz pocałuj 
mnie w dupę". Ryba  popłynęła z powrotem i opowiedziała o swojej przygodzie  
doktorowi-ośmiornicy. Doktor zameldował o tym królowi,  który wpadłszy we 
wściekłość polecił swoim giermkom bić  rybę; bili ją tak długo, aż pogruchotali jej 
wszystkie kości. Oto  dlaczego jelly fish nie ma kości.

Nie jest to jednak koniec tej budującej historyjki. Otóż po  egzekucji wykonanej 

na rybie królewska córka oświadczyła, iż  wcale nie jest chora, o dolegliwościach zaś, 
o których myślała,  iż pochodzą z chorej wątroby, nie warto w ogóle mówić, gdyż  są 
one rezultatem lekkiego bólu głowy.

Jest to najbardziej sadystyczna bajka, jaką znam. Mamy  w niej element odwagi i 

poświęcenia, zniweczony przez zdradę;  element oszukanej wiary; element tortur 
fizycznych; element  nie zawinionej kary, i to wszystko jest tylko wynikiem kaprysu  
młodej i nudzącej się idiotki. Mamy tu również element  trwałego kalectwa, który 
stanowi wytłumaczenie na zadawane  przez dzieci pytanie: dlaczego jelly fish nie ma 
kości? Jest to najlepsze opowiadanie Sartre'a, jakie czytałem, i muszę przyznać, iż 
czytając jego ciężkie, teutońskie wypracowania nigdy  nie myślałem, że ten chłopak 
zajdzie tak daleko.

Adolf Rudnicki powiada w którejś ze swych „Niebieskich  kartek", że młodzi 

ludzie wierzą, iż przyczyną wszystkich ich  nieszczęść jest kobieta; tak więc gniew 
młodych spada na  kobietę. Tu natomiast przyczyną wszystkich nieszczęść młodych 
ludzi są zawsze rodzice. Jeśli młody człowiek jest  fajtłapą, pederastą, alkoholikiem i 
idiotą ogólnym, od razu  słyszymy, że dzieje się to dlatego, że jego ojciec był panto-
flarzem i matka dominowała. Jeśli dziewczę kurwi się, to  dlatego, iż ojciec był 
niedołęgą i pantoflarzem; jest rzeczą  zastanawiającą, iż we wszystkich filmach 
amerykańskich  poświęconych młodzieży nawet najbardziej mierni - tacy jak  Elvis 
Presley - aktorzy, grają dobrze, jeśli przychodzi do  konfliktu między ojcem a synem.

background image

Mnie interesuje jednak odpowiedź na pytanie, co myśli  dziecko czytające bajkę 

o jelly fish. Tu opinie pedagogów-psychiatrów są podzielone. Jedni twierdzą, iż 
dziecko czytające bajkę rozumie, że chodzi tu o postacie i sytuacje  umowne; drudzy 
twierdzą, że dzieje się przeciwnie, że  świat baśni jest rzeczywistym światem dziecka 
i że dziecko  wpierw będzie rozumieć przygody psa Pluto, a później  dopiero 
zagadnienia ministra McNamary. W jednej z tych  książek czytamy historię o 
chłopcu, który panicznie bał  się lotu samolotem i nie umiał powiedzieć dlaczego. 
Aby  więc zademonstrować mu, iż latanie nie jest niebezpieczne,  ojciec zdał egzamin 
PP (Privat Pilot); po czym to samo  uczynna jego matka i tylko rak uratował teściową 
i teścia  od zdawania tego egzaminu. Jednak dziecko w dalszym  ciągu bało się 
latania; zaprowadzone do psychiatry, po  szeregu seansów, dziecko wyjaśniło: „Otóż 
gdy widzę odlatujący samolot, obserwuję, .że samolot maleje. Po prostu  nie chcę być 
tam w środku i zostać zgnieciony. To wszystko."

Opinie psychiatrów-pedagogów są podzielone i nie będę zabierać głosu, gdyż 

wydaje mi się, iż ze wszystkich ludzi na  świecie ja sam mam najmniej kwalifikacji 
pedagogicznych.  Kiedy patrzę na amerykańskie dzieci i wstrząsający dramat  
długowłosych, przypomina mi się rozmowa, którą przeprowadził bohater 
„Podrostka" ze swoim ojcem. Otóż na rosyjskie  pytanie: „Co robić w życiu?" - 
młodzieniec otrzymuje następującą odpowiedź: „Najlepiej nic nie robić. Przynajmniej 
będzie się miało czyste sumienie, że się w niczym nie  uczestniczyło". Muszę 
szczerze wyznać, iż trafność i słuszność  tej odpowiedzi poruszyły mnie tak głęboko, 
iż jestem jej  wierny od lat przynajmniej piętnastu; i myślę, iż uda mi się  wytrwać w 
tej wierze, dopóki pewnego dnia nie odejdę drogą  wszystkich ludzi.

Opinie psychiatrów na temat stosunku dziecka do gwałtowności są podzielone i 

trudno tu kusić się o rzeczowy osąd tej  sprawy. Czyhałem parę dni temu artykuł 
lekarza psychiatry,  w którym doktor powiada, iż dziecko należy uczyć rozumienia  
gwałtowności, brutalności i przemocy, aby mogło wkroczyć  w życie uzbrojone w 
wiarę, iż człowiek jakkolwiek bity  i poniewierany w ostatecznym wyniku zdolny jest 
jednak do  odniesienia zwycięstwa. Tak więc bohater filmu rysunkowego,  który jest 
kotem wysadzanym w powietrze, elektryzowanym,  przejeżdżanym przez walec 
drogowy i tak dalej, na końcu  otrząsa się przecież i niszczy sadystyczną mysz, której 
zawdzięcza tak wiele utrapień. Taka jest rola pedagogiczna  gwałtowności i przemocy 
w książkach i filmach przeznaczonych dla dzieci.

Trudno mi o tym myśleć w ten sam sposób. Nie jestem  wcale przekonany, że 

dziecko tak właśnie należy przygotowywać do rozumienia życia. Sam będąc 
dzieckiem podczas  okupacji widziałem tak wielu zabitych, zmasakrowanych  i 
publicznie rozstrzeliwanych ludzi, że nie robiło to na mnie  wcale wrażenia; i 
przypuszczam, iż podobnie działo się  z wieloma ludźmi, którzy dzisiaj są w moim 
wieku. Po wojnie  dzieci na gruzach Warszawy bawiły się przeważnie w roz-
strzeliwanie Żydów. Lata powojenne przyniosły nową falę terroru, tym 
straszniejszego, że pochodzącego od Polaków;  tak więc nie widziałem już zabijania 
ludzi na ulicach, ale  czytałem artykuły z rozpraw sądowych przeciw ludziom  z 
RAF-u; ludziom z AK; czytałem sprawozdania z procesu  Doboszyńskiego i biskupa 
Kaczmarka. Wcześnie rozszedłszy  się ze swoją rodziną, przebywałem w rozmaitych 
środowiskach, w których każde nieporozumienie kończyło się bójką,  w najlepszym 
wypadku na pięści. Nie wiem, czy jestem  typowym produktem; lecz dla mnie jest 
oczywiste, że stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd też bierze się  
nędza intelektualna moich opowiadań; ja po prostu nie  potrafię wymyśleć 
opowiadania, które nie kończyłoby się  śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy też 
więzieniem. Nie  ma w tym żadnej pozy na silnego człowieka, o co posądzają  mnie 
niektórzy. Jest to infantylizm intelektualny, wynikający  z faktu nieumiejętności 

background image

oceniania człowieka, absolutnej  nieznajomości wartości życia ludzkiego, 
prawdziwości ludzkich zapatrywań i czystości pragnień. Ja o tym wszystkim  
doskonale wiem już od lat, niemniej nie jestem w stanie  wymyślić innych opowiadań 
jak właśnie opowiadania tego  rodzaju.

Pytano mnie kiedyś, dlaczego wciąż piszę o tych dwóch  opryszkach zabijających 

psy. Nie wiedziałem tego z początku;  teraz przypomniało mi się, iż jako dziecko 
czekałem kiedyś na  stacji wraz z matką na pociąg odchodzący z dworca Warszawa - 
Służewiec. Zobaczywszy pięknego psa podszedłem do  niego i zacząłem się z nim 
bawić, aż do chwili kiedy silne  kopnięcie butem w twarz odrzuciło mnie do tyłu; pies 
należał  do Niemca, który miał po temu powody, aby polskie dziecko  nie dotykało 
jego psa. Dalej: mieszkając jako dziecko poza  Warszawą, jechałem kiedyś do 
Warszawy i widziałem polską  kurwę jadącą z niemieckim oficerem, podczas gdy jej 
pies  biegł za pociągiem. W pewnym momencie oficer zastrzelił  psa; i śmiał się wraz 
z tą polską kurwą. Dalej: znów jako  dziecko dostałem od matki kundla Miki; kundla 
tego zastrzelili  nudzący się żołnierze niemieccy.

Aby zrozumieć to, o czym mówię, należy pomieszkać trochę  w Niemczech i 

obserwować ich stosunek do zwierząt; czuły,  przyjacielski, opiekuńczy. W naszym 
kraju Niemcy nienawidzili nie tylko nas, lecz również naszych zwierząt. Adolf  
Rudnicki słusznie pisze, iż nienawiść Niemców była nie  nienawiścią panów, lecz 
nienawiścią lokajów. Trudno zaiste  wyobrazić sobie kraj, w którym mały kapral 
przemawia do  półpijanych ludzi w piwiarni oświadczając im, że stanowią  
najbardziej wartościowy element żyjący na świecie i to upoważnia ich do popełniania 
zbrodni.

Tak więc ja sam jestem produktem tych czasów i jest to  prawdopodobnie krzyż, 

którego nie pozbędę się nigdy. Czy  jednak obserwowanie gwałtowności i przemocy 
pomogło mi  w życiu? Z całym przekonaniem odpowiadam: nie. Wręcz  przeciwnie; 
będąc na Zachodzie, jako dorosły człowiek,  musiałem uczyć się elementarnych 
rzeczy, szacunku dla innych  ludzi, poszanowania ich spokoju, ich prawa do 
odpoczynku;  i nie jestem wcale pewien, czy nauczyłem się tego w stopniu  
dostatecznym. Będąc dorosłym człowiekiem musiałem uczyć  się prawidłowego 
przechodzenia przez jezdnię, nieprzekraczania dozwolonej szybkości w czasie 
prowadzenia samochodu;  musiałem wreszcie uczyć się rzeczy dla mnie 
najtrudniejszej:  rozmowy z urzędnikami i policjantami bez uczucia strachu.  I tego 
również nie nauczyłem się do dziś. Idąc w Niemczech  ulicą stale schodzę na jezdnię, 
gdyż oczekuję, że człowiek  idący naprzeciw mnie kopnie mnie nagle lub uderzy 
pięścią  w twarz; i nie przyjdzie mi nawet do głowy, iż ja, ważący dziś  przeszło 
dziewięćdziesiąt kilo, i uprawiający forsowną gimnastykę, mógłbym takiego 
człowieka rozłożyć, gdyby rzeczywiście przyszła mu ochota, aby mnie uderzyć. Tak 
więc moja  lekcja i moje „wychowanie w gwałtowności" nie przyniosły,  jeśli o mnie 
chodzi, rezultatów zadowalających. Uznawszy  nawet, iż jestem najnieznośniejszym z 
ludzi, nie myślę, aby to  wszystko, co widziałem, było rzeczą obojętną, w czasie 
kiedy  kształtował się mój charakter. Obserwując dzieci patrzące na  kopiących się 
ludzi i słysząc głos speakera: „Jaka szkoda dla tych z was, którzy nie macie kolorowej 
telewizji. Killer Kard  Koks właśnie rozcina skórę na czole Riska Romerro; Romerro  
wspaniale krwawi; każdy z was powinien mieć color TV.  Nawet nie wiecie, co 
tracicie..." - doznaję uczuć raczej  niedobrych, wbrew opiniom psychiatrów. 
Pocieszam się jednak  tym, że jak powiedział Voltaire, każde generalne stwierdzenie  
jest fałszywe, włącznie z tym, które niniejszym uczyniłem.

Moja kariera w przemyśle filmowym

background image

Siedziałem czekając na prezydenta kompanii, dla której  miałem pracować. Nagle 

drzwi otworzyły się z hukiem i jakiś  człowiek o straszliwej twarzy i przekrwionych 
oczach wbiegł do  pokoju. Za nim pędem wbiegło kilkanaście sekretarek, maszyni-
stek, asystentów i osobników, których płci nie udało mi się  zidentyfikować, gdyż 
wszyscy zdradzali tak krańcowe wyczerpanie fizyczne i psychiczne, iż twarze ich 
stały się niemożliwe do  odróżnienia.

- To pan napisał tę pierdoloną historię o lotnikach?  - zahuczał prezydent. - I co? 

Pan by chciał, aby kobieta  w końcu odeszła od swego męża? I kto to ma finansować? 
Niech pan wymyśli coś innego dla tej kurwy. Niech jej mąż  zginie przy lądowaniu.

- To niemożliwe - powiedziałem. - Jej mąż jest doświadczonym lotnikiem i pracując 

jako pilot rolniczy ląduje co  czterdzieści pięć minut. Założywszy nawet, iż musi 
lądować  na miękkim terenie i że lądowanie takie musi odbywać się na  flapsach 
zamkniętych do dwudziestu pięciu stopni i przy  otwartej przepustnicy...

Prezydent przerwał mi władczym ruchem ręki.

- To niech go szlag trafi w innych okolicznościach. Pan  przecież nie myśli 

poważnie, że ta kurwa może odejść na  końcu, zostawiwszy swego męża. Odejść z 
innym mężczyzną!  Nam nie wolno produkować filmów niemoralnych. -Odwrócił  się 
do jednego ze swych sekretarzy. - Fred, zawieź go gdzieś.
Zapomniałem, jak się nazywa ta miejscowość. Tam są takie  dziwne skały. To mu się 
przyda.

Miotając klątwy ruszył przed siebie; tłum sekretarzy, maszynistek, asystentów i 

doradców wybiegł za nim. Widziałem  go jeszcze, jak pędził podwórzem wznosząc 
obie pięści nad  głową. Nie widziałem już nigdy potem ani jego, ani tych  dziwnych 
skał, które niewątpliwie mogłyby zmienić mój  pogląd na kobiety, odchodzące od 
swych mężów; i tak to się  w ogóle skończyło.

„Kultura" 5/1967, Paryż

Nowy sąsiad - Nathan

Piękną Judy wyrzucono z trzaskiem za pijaństwo i nocne  igraszki. Na jej miejsce 

zjawił się Nathan: człowiek po  czterdziestce cierpiący na chorobę Parkinsona. 
Widziałem,  jak wnosi swoje walizki na górę, i pomogłem mu. Wieczorem  tego 
samego dnia Nathan przyszedł do mnie i otworzył przede  mną serce. Otóż tak jego, 
jak i piękną Judy wyrzucono  z poprzedniego miejsca zamieszkania za niemoralne 
prowadzenie się. Nathan, jako człowiek chory, nie należy do  zdobywców kobiet, 
pewnego jednak dnia poznał jakąś dziewczynę i ta zamieszkała u niego, dzieląc z nim 
stół i łoże, pod  jednym jednak warunkiem: Nathan musiał zaakceptować jej  
kochanka, Mulata.

- Zgodziłem się - powiedział Nathan. - Jestem chory  i nie liczyłem nigdy na to, że 

będę miał jakąś dziewczynę;  tak więc wziąłem ją do siebie i wychodziłem, kiedy 
tamten  przychodził. Ale po jakimś czasie właściciel domu wezwał  mnie do siebie i 
powiedział mi, że muszę ją wyrzucić  albo wyprowadzić się, ponieważ moje życie 
prywatne stanowi obrazę moralności i sąsiedzi skarżą się na mnie.  Płakałem jak 
dziecko i mówiłem mu, że jestem chory  i że żadna kobieta nie chce żyć ze mną, ale 
to nie  pomagało. Tak więc wyprowadziłem się, a ona odeszła.  I teraz będę sam.

- Nie będziesz sam - powiedziałem. - Znajdziesz jakąś  inną kobietę.

- Znowu z Mulatem?  - To lepsze od niczego.
- Może. Ale nie powinien mnie wyrzucać. Znał mnie tyle  lat i wiedział przecież, że 

jestem wstrętny.

Istotnie, nie należy on do urodziwych; jego prawa ręka drży  bez przerwy; prawa 

połowa jego twarzy jest sparaliżowana  i Nathan wygląda jak zły i zabawny duch z 
jasełki. Od czasu  do czasu spotykamy się na schodach czy też na parkingu  i pytam 

background image

go zawsze o jego sprawy. To nieprawda, że chorzy nie  lubią, aby przypominać im o 
ich chorobie. Nathan uwielbia  rozmowy na temat swojej choroby, lekarzy i cen 
artykułów  medycznych; Nathan, którego życie erotyczne stanowi od lat  dwudziestu 
nieprzerwane pasmo klęsk, uwielbia rozmowy na  temat kobiet; tak więc jeśli o niego 
chodzi, jestem dobrze  poinformowany.

Któregoś dnia siedząc na słońcu usłyszałem głośne klaskanie, podobne do tak 

zwanego bicia po mordzie. Chyżo  pobiegłem w tamtą stronę i istotnie miałem 
możność  zaobserwowania, jak jakaś młoda osoba bije Nathana po  twarzy, po czym 
pędem biegnie do swego samochodu  i znika.

- Nic jej nie powiedziałem - rzekł Nathan trzymając się za  spuchniętą jagodę. - Po 

prostu poznaliśmy się, zaprosiłem ją  na kawę i powiedziałem, że zawsze może do 
mnie przyjść,  nawet jak mnie nie ma, ale pod dwoma warunkami.

- I co to było?
- Nie wolno jej kraść i przyprowadzać kochanków.
- A skąd ty wiesz, że ona by kradła i przyprowadzała  kochanków?
- Jeśli przychodzi do mnie? Przecież jestem wstrętny...
- Jesteś idiota - powiedziałem. - I jesteś również tyranem.  To prawda, każdy chory 

jest tyranem; tyranem jest również  Nathan, który zwala się do mnie rano i ględzi 
godzinami  o swojej chorobie, o złych kobietach, o złych ludziach.  Niekiedy wożę go 
jego własnym samochodem, gdyż prawo  jazdy Nathana opatrzone jest stemplem 
limited, co w jego wypadku oznacza, iż nie wolno mu oddalać się od miejsca  
zamieszkania o więcej niż dziesięć mil. Czasem wożę go na  lotnisko i Nathan 
obserwuje lądujące i startujące samoloty.  Chciałem go wziąć ze sobą, lecz nie 
pozwolono mi. Nathan  jest chory i nie powinien latać.

Nathan tyranizuje mnie i nienawidzę go nienawidząc  własnej nienawiści; i wiem, 

że ilekroć zapuka do mych  drzwi, otworzę mu i słuchać będę jego nieartykułowanego 
bełkotu. Nathan nie ma dokąd iść; rodzice przysyłają mu  trochę pieniędzy; pomaga 
mu bogata siostra, jednak nie  pozwalają mu się żenić, twierdząc, iż kobieta, która go  
poślubi, uczyni to tylko dla pieniędzy. Tak więc Nathan  był sam, a teraz ma mnie, a 
ja mam jego i nienawidzimy  się nawzajem; ale w końcu lepsze to od samotności, 
królowej  chorób.

William, mój inny sąsiad, powiada, że dla niego Freud jest  przede wszystkim 

moralistą. Freud pochylony nad nędzą  ludzką powiedział światu, iż człowiek nie jest 
brudny, nikczemny, zawstydzający; Freud związał człowieka do kupy,  wyjaśniając 
przyczyny schorzeń i wskazując je. Myślę, iż  w tym, co mówi William, jest dużo 
prawdy; zresztą w tym  kraju Freud uważany jest za świętego i nawet gdybym myślał  
inaczej, nie powiedziałbym tego. W czym jednak Freud może  pomóc Nathanowi, 
który mówi o sobie, że jest wstrętny; który  z własnego nieszczęścia zbudował sobie 
kapitał, egzystencję,  filozofię; nie wiem tego.

Któregoś dnia Bruce i ja poszliśmy na piwo, a w parę minut  później przyszedł 

Nathan i usiadł przy ladzie prosząc o Coca-colę, właściciel baru powiedział mu, że 
nie ma Coli i Nathan  wyszedł uderzając głową o szyld With Cola things are going  
belfer.

- To nie jest dobre dla przedsiębiorstwa - powiedział  właściciel baru. - On tu 

siedzi godzinami i obserwuje ludzi.  A ci, co tu przychodzą, chcą mieć przecież dobry 
czas, nie?  A któregoś dnia on tu przylazł, a Freddy był już równy  i powiedział mu, 
żeby przestał się trząść, a ktoś ujął się za nim i Freddy dostał po zębach i kotłowali 
się tu przez dziesięć  minut, zanim zabrała ich policja.

Ale kim był ten człowiek? Wracałem do domu i byłem  bardzo szczęśliwy tego dnia 

myśląc, kto to nakładł Fredowi  po ryju; i wszystko ukazało mi się nagle w innym 
świetle;  zrozumiałem, że nikt z nas nie bywa samotny całkowicie;  samotny bez 

background image

nadziei; i kładąc się spać pomyślałem sobie,  iż muszę uczynić coś dobrego dla 
Nathana. Znajdę mu  dziewczynę będę żyć z nią, kiedy jego nie będzie.  W końcu on 
ma więcej pieniędzy ode mnie. Tym pokrzepiony  usnąłem.

Czarny kaczor z Malibu

Szwendając się bez sensu po mieście, pojechałem pewnego  dnia do Malibu i 

stanąłem na molo czekając na prom obok  jakiegoś starego człowieka, który usiłował 
złowić rybę. Kiedy  był już bliski sukcesu, z wody wychynął czarny kaczor  i połknął 
rybę zerwawszy ją z haka. Stary człowiek wpadł we  wściekłość.

- Znowu się tu pojawił, skurwysyn! - krzyczał tupiąc nogami.  - Ile razy mam już 

rybę na haku, tyle razy ten skurwysyn zrywa  mi ją i ucieka, jakby w całym Pacyfiku 
nie było innych ryb oprócz  tej, którą ja właśnie łowię. Ja go znam, tego skurwysyna. 
Raz mi  wlazł na hak, a kiedy go odczepiłem, uszczypał mnie w rękę.

Znów zarzucił wędkę i staliśmy tam razem w słońcu patrząc  na wodę a kiedy stary 

poderwał wędkę, czarny kaczor z wdziękiem zerwał ją z haka i odpłynął. Wściekłość 
rybaka przeszła  wszystkie pojęcie.

- Zastrzelę skurwysyna! - krzyczał. - On mi to robi  specjalnie na złość. Znam go od 

roku. Od roku nie złowiłem  ryby, a to jedyna przyjemność, jaką mam, od czasu jak  
pogrzebałem żonę. Nie mam nikogo na świecie; wędka,  licencja, benzyna, to 
wszystko kosztuje. On się uwziął na  mnie. Zastrzelić tego drania, to jeszcze nagroda.

Odszedłem; po kilku dniach wróciłem tam znowu i słyszałem skrzekliwy, ostry 

głos starego; powiedziano mi, że on tak  szaleje od roku. Stary nazywa się Douglas, 
ale dla przyjaciół,  jak to sam mi powiedział, jest po prostu osobnikiem imieniem  
Doud. Tak więc odwiedzam czasem starego Douda, kiedy  łowi ryby w Malibu, 
słyszę jego misternie skonstruowane  przekleństwa widzę wspaniale poruszającego 
się kaczora,  odpływającego z rybami Douda. A potem Doud idzie do  samochodu i 
jedzie do Westwood, gdzie jest barmanem i przez  całą noc sprzedając piwo opowiada 
o czarnym kaczorze i o jego  nikczemności.

Tydzień temu, jadąc do Santa Monica na lotnisko, miałem  jeszcze nieco czasu i 

pojechałem zobaczyć, jak idą sprawy  starego Douda. Na molo było pusto i cicho; 
Doud siedział  patrząc w przygnębieniu na swoje chude piszczele. Wędkę  odrzucił.

- Co jest, Doud? - zapytałem. - Ryba nie bierze?  - Bierze - powiedział.
- Dlaczego nie łowisz?

- Nie mam nerwów do tego - powiedział. - Wiesz, tego  skurwysyna już nie ma.
- Kaczora?
- Tak. Nie ma go już od paru dni.
- Przykro mi - powiedziałem. - Muszę już iść na lotnisko.

- Nie ma go - powiedział Doud. - Po prostu go nie ma. Czy  opowiadałem ci, jak mi 

wlazł na hak, a ja go odczepiłem  i darowałem mu życie, a ten czarny skurwysyn 
uszczypał  mnie w grabę?

- Nie - powiedziałem. - Nie mówiłeś mi tego. A teraz  muszę już iść.

I już nigdy nie widziałem starego Douda łowiącego ryby na  molo w Malibu; często 

myśląc o nim przypominam sobie to,  co przeczytałem kiedyś, że człowiek starzeje 
się nie poprzez  lata, lecz tylko dlatego, że zdradza swoje ideę; i że kiedy  umiera 
twoja idea, umierasz i ty.

Opis oglądania

Jedną z rzeczy, które zadziwiają mnie w Stanach, jest  tak zwany show. Ta nazwa 

background image

nie oddaje precyzyjnie kryjących  się za nią treści; ale patrząc na przykład na Alan 
Burke  Show 
wiemy, iż mistrz prowadzący tę imprezę, poważny  brodacz upozowany 
na Mefista, będzie lżyć swych gości,  wyrzucać ich precz; patrząc na David Susskind 
Show wiemy,  że Susskind jest człowiekiem czarującym i nie każe nikomu  
wychodzić za drzwi; patrząc na Noe 1'yne Show z góry  wiemy, że mamy do 
czynienia z tak zwanym człowiekiem  szorstkim, lecz to wszystko. Nie wiemy nic o 
gościach,  którzy wystąpią dziś wieczorem; nie znamy również treści,  która wypełni 
ten wieczór. Gościem może być oficer policji  walczący z Cosa Nostra; pisarz 
Norman Mailer lub tancerka  prezentująca swe wdzięki w nocnym lokalu. Pamiętam,  
że w Niemczech urządzono kiedyś podobną imprezę; impreza upadła jednak, gdyż 
prowadzący wieczór zadał gościom  pytanie: „Cóż to jest? W oborze stoi - Kaśka ją 
doi".  Impreza upadła, gdyż tłumnie zebrani przedstawiciele narodu poetów i 
myślicieli nie byli w stanie sklecić odpowiedzi.

Pyne jest w tej chwili chyba najpopularniejszym organizatorem tego rodzaju 

imprez. Zdaje się, że to „Time"  nazwał go złym człowiekiem roku, na co Pyne, w 
sensie  filozoficznego wyjaśnienia, oświadczył, że kiedy był dobrym  człowiekiem, 
zarabiał tylko czterdzieści kawałków rocznie,  a teraz, już jako nikczemnik, zarabia 
ponad czterysta tysięcy.  Zważywszy położenie nieszczęśnika zarabiającego 
czterdzieści tysięcy zielonych rocznie, musimy jego wyznanie potraktować jako 
całkowicie szczere i całkowicie nas zadowalające.

Pyne jest przystojnym człowiekiem po czterdziestce i potrafi  swoich gości trzymać 

krótko przy zębach. Nie wyrzuca ich co  prawda za drzwi, jak Alan Burke, który 
oponentom przerywa  zwracając się do swych pomocników: „Wyrzucić won tego 
wszarza! Co ten idiota tu robi?" Pyne do końca usiłuje  przeciwników pognębić 
intelektualnie i kiedy nie udaje  mu się to, pyta: ,,Jaki jest pański stosunek do wojny  
w Wietnamie? Jeśli pytany odpowie na przykład: ,,Nienawidzę tej wojny" - Pyne 
wytknie swemu rozmówcy  brak patriotyzmu i zrozumienia polityki amerykańskiej;  
jeśli zaś człowiek zapytany odpowie, iż wojnę tę całym  popiera sercem, Pyne zwróci 
mu gniewną uwagę, że wojna  nie jest sprawą, którą można lubić. Jeśli zaś ten system 
zawiedzie, Pyne przyczepi się do podatków czy czegoś  w tym rodzaju i ponieważ 
mało jest na tym świecie ludzi  doskonałych, uda mu się wreszcie znaleźć jakiś punkt  
i wykończyć przeciwnika.

Tej zimy często padał deszcz w Kalifornii i godzinami  siedziałem przed 

telewizorem. Widowiska telewizyjne nie  wnoszą w rozumienie życia nic 
rewelacyjnego: Gośćmi są  czarownicy, politycy, pro i contra segregacji rasowej, 
miłośnicy  rewolucji seksualnej, duchowni i zwolennicy zabiegu przerywania ciąży, 
natomiast uczą nas one jednego - zrozumienia  istoty wolności słowa. Obserwując 
Noe Pyne Show, widziałem  i słyszałem ludzi nazywających prezydenta Johnsona 
bandytą  i dopominających się o sąd nad nim, jako nad zbrodniarzem  wojennym. 
Trudno mi wyobrazić sobie - mimo całego szacunku dla nowego kanclerza Niemiec z 
uwzględnieniem jego  świetlanej wręcz przeszłości - abym w Niemczech ujrzał  i 
usłyszał pewnego dnia człowieka, który głośno powie swoje  imię i nazwisko i 
oświadczy, że członek organizacji o charakterze zbrodniczym nie nadaje się na głowę 
państwa. Czy jest  to możliwe we Francji, w Anglii; i jak by to było w mateczce  
Rosji?

Ale człowiek miotający klątwy na prezydenta najpotężniejszego kraju świata znika; 

na jego miejsce zjawia się pani, która  o sobie mówi, że jest czarownicą i że żyje już 
od lat ośmiuset.  Pani ta trzyma na szyi olbrzymią jaszczurkę. Ledwie przebrzmiały 
jej skrzydlate słowa, a już na jej miejsce zjawia się  człowiek protestujący przeciw 
projektowanej ustawie o legalizacji zabiegu przerywania ciąży. Bredzi: skończył 
swoje  i przepadł ze sceny, teraz pojawia się pierwszy człowiek,  który wyskoczył z 

background image

samolotu bez spadochronu - spadochron  podał mu w powietrzu inny skoczek. 
Wybełkotał swoją  kwestię; zastępuje go inny, który napisał książkę o tajemnicach 
Hollywood. Istotę dyskusji stanowi fakt, iż podobno Tony Curtis - aktor grający w 
filmie Some like  it hot wraz z Marilyn Monroe - odpowiedział na pytanie  
dziennikarzy, co czuł, kiedy całował nieodżałowaną MM:  „To było tak, jakbym 
całował Adolfa Hitlera". Odchodzi;  jakiś starzec zajmuje jego miejsce i pyta, 
dlaczego w zawodowym boksie zawodnikowi wagi ciężkiej nie wolno  tłuc 
zawodnika wagi piórkowej i że w związku z tym  on uważa, że Amerykanie nie 
powinni walczyć w Wietnamie,  a wybrać sobie nieco poważniejszego przeciwnika. 
Na pytanie  Pyne'a czy porównuje wojnę w Wietnamie do walki bokserów,  
odpowiada, iż chodziło mu o metaforę o charakterze filozoficznym. Wygwizdany 
odchodzi; na jego miejsce zjawia  się pani .Murzyn, kobieta-szpieg, komunista-agent 
prowokator  pracujący niegdyś dla FBI. Pani-Murzyn napisała teraz  książkę o swych 
przejściach w charakterze podwójnego  agenta. Jej zeznania nie wnoszą nic 
ciekawego do naszej  wiedzy o patriotach komunistycznych, z wyjątkiem tego,  co 
mówi na temat dyskryminacji w partii, antysemityzmu  i tego wszystkiego, co znamy 
choćby z artykułu Juliusza  Mieroszewskiego pt. Mein Kampf opublikowanego w 
„Kulturze".

Alan Burke w jakiś sposób naśladuje Pyne'a. Jednak  Pyne w jakiś sposób robi od 

czasu do czasu dobrą robotę;  Burke jest podobny do zapaśnika walk 
wolnoamerykańskich.  Jest bezczelny, krzykliwy, chamski i brutalny. Ponieważ  nosi 
brodę i okulary, uchodzi za rodzaj autorytetu naukowego we wszystkich sprawach, 
począwszy od tego, w jaki  sposób powinien prowadzony być pojedynek, a 
skończywszy  na sprawie Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii  Panny. 
Osobiście nie lubię tego pętaka, od czasu, jak obwieścił wszystkim, iż James Joyce 
jest niczym więcej jak  tylko pisarzem pornograficznym. Ponieważ, jak powiedzia-
łem, Burke nosi brodę, nie trudno wyobrazić go sobie na  Sycylii, gdzie zapewne 
nazywano by go commandatore lub  professore.

David Susskind Show nie należy do agresywnych. Susskind  jest człowiekiem 

olbrzymiego wdzięku i taktu, i dlatego udaje  mu się czasem pokazać ludzi i ich 
myślenie, nie obrażając ich  przy tym i nie ośmieszając. Johnny Carson Show jest 
podobno  najzabawniejszy. Wystarczający powód, aby się tym nie zajmować.

Ze świata grozy

W „Los Angeles Times" przeczytałem następującą historię: Amerykanie 

zlikwidowali jakąś wieś w Wietnamie,  stanowiącą punkt przerzutowy partyzantów. 
Po akcji reporter podszedł do jakiegoś żołnierza, który wyglądał na  wyraźnie 
rozwścieczonego, i zapytał go, co myśli o tym  wszystkim.

- Ach - powiedział żołnierz - obrzydło mi to wszystko.  Rozumiem, że jest wojna, 

rozumiem, że zabijamy komunistów, bo inaczej oni zabiją nas - ale zabijać krowy i 
szczeniaki, to zupełnie co innego. Tego nie powinno się od nas  wymagać.

Przeczytawszy powyższe, uszczęśliwiony pobiegłem do Williama. Bill przeczytał i 

powiedział, że to nie jest znowu aż  takie curiosum. Pokazał mi inny wycinek 
gazetowy. Była tam  historia o człowieku pracującym w więzieniu Alcatraz i od  
dwudziestu lat taszczącym ludzi do komory gazowej.

- Strażniku - powiedział reporter. - Pan ma okropny  zawód. Co panu pomaga w 

wykonywaniu tych przeklętych  obowiązków?

- Nie wiem - powiedział strażnik po chwili namysłu. - Ja  po prostu lubię ludzi, to 

wszystko.

Epoka komputerów

background image

Czytając pisma codzienne i przeglądając tygodniki ilustrowane mam często okazję 

czytania i oglądania dowcipów na  temat komputerów. Jak wiadomo, przed paru laty 
eksperymentowano z komputerem-swatem. Kandydat na małżonka  i kandydatka na 
małżonkę powierzali swe przyszłe szczęście  komputerowi dostarczając mu danych 
na temat swych upodobań, uzdolnień, zalet i wad; komputer dokonywał błys-
kawicznej selekcji. Ten przerażający pomysł jest tematem  wielu komedii i 
dowcipów, niemniej sprawa komputera jest  wciąż aktualna.

Alan Burke, którego nie cierpię tak jak i Nathana, jest mi  potrzebny tak jak i 

Nathan; parę dni temu patrząc na jego  show miałem okazję zapoznania się z 
profesorem R. Profesor  R. pracuje nad komputerem, który ma zrewolucjonizować  
zagadnienia sądownictwa. Po prostu nie będzie potrzebny sąd  nad człowiekiem, 
który, dajmy na to, wypatroszył sześć osób  w San Francisco. Policja dostarczy 
komputerowi danych  dotyczących miejsca zbrodni, charakteru zbrodni, przeszłości  
oskarżonego, a komputer błyskawicznie przeanalizuje te elementy i wyda wyrok. 
Profesor skończył i wodził triumfalnym  wzrokiem po zebranych. Ludzie wstawali i 
zadawali mu  pytania, na które profesor odpowiadał w sposób logiczny.  A co, zapytał 
ktoś, jeśli zeznania świadków okażą się nieprawdziwe. Jeżeli zabójca, którego 
świadek widział z odległości  dwustu jardów, okaże się kim innym lub kimś 
podobnym do  samego profesora R.? Profesor odpowiedział na to w sposób  
naukowy, tak jednak zawile, iż nie jestem w stanie przytoczyć  jego odpowiedzi. 
Wtedy podniósł się inny przedmówca, który  był profesorem prawa, i usiłował 
ośmieszyć profesora R.;  również i te zarzuty profesor R. odparował zwycięsko, 
opatrując  je szyderczymi komentarzami. Triumf profesora R. i jego  przerażającego 
komputera wydawał się całkowity. W tym  momencie brutalny Burke powiedział do 
niego:

- A jednak, profesorze, zapomniał pan o jednej rzeczy.

Pański komputer wyklucza omyłkę. Jednak wiara w sprawiedliwość polegać musi 
również i na wierze w omyłki. Tak  więc sędzia pochylony nad oskarżonym może się 
omylić na  jego korzyść lub niekorzyść. Ale wyrok człowieka nad  człowiekiem musi 
polegać na miłosierdziu, na tym, co  sędzia czuje do człowieka wbrew oskarżonemu. 
Czy wbudował pan guzik opatrzony czerwonym światłem z napisem  charity?

Profesor nie wbudował tego guzika i przyznał, iż jest to  niemożliwe. Kładąc się 

spać, pomyślałem sobie, że pomyliłem  się w stosunku do brutalnego brodacza 
Burke'a; a usypiając  doszedłem do przekonania, iż jednym z najpiękniejszych  
doświadczeń życiowych jest pomyłka, tak długo, jak lubi się  ludzi i świat.

Chemia

Graham Greene w swej książce „Nasz człowiek w Hawanie"  pisze, że tematem 

numer jeden rozmów w Hawanie jest seks.  Powyższa obserwacja uczyniona przez 
mistrza prozy katolickiej  świadczy, iż Greene nie spędził ani godziny swego życia  w 
Los Angeles. Należy przypuszczać jednak, iż jest to strata  najmniej bolesna ze 
wszystkich, z punktu widzenia hrabstwa  Los Angeles.

Stendhal w rozdziale poświęconym Irlandii pisze, iż w życiu  Irlandczyka postacią 

najbardziej straszliwą jest ksiądz wkraczający w życie człowieka i niszczący je 
według swych  idiotycznych dogmatów; nad życiem duchowym mych przyjaciół 
czuwa psychoanalityk. Oczywiście frustracja jest zagadnieniem numer jeden. 
Ponieważ jednak, jak już pisałem,  psychiatra jest ostatecznym autorytetem we 
wszystkim począwszy od kupna samochodu aż do koloru trumny nie  ośmielę się 
zabrać głosu w tej sprawie.

background image

Czuję się ogłupiony seksem. Tu każda reklama poparta jest  seksualnym symbolem. 
Siedząc na lotnisku i czekając na swój lot czytam często pismo „Pilot and Plane". Na 
ostatniej  stronie tego pisma widzę ilustrację samolotu Piper Cherokee.  Na skrzydle 
samolotu stoi powabna blondyna, a wiatr  owiawszy sukienkę wokół jej smukłych 
nóg, obnaża w sposób dyskretny, lecz jednoznaczny jej kuszące

 

wdzięki. Podpis: 

„KOCHANIE. Kiedy pierwszy raz polecisz naszym  nowym Cherokee 140 i 
wylądujesz miękko i bezpiecznie,  nie pomyślisz inaczej o Cherokee jak: 
KOCHANIE". Na  drugiej stronie czasopisma artykuł: Sex and the simple engine.  
Autor badacz, naukowiec, opisuje, co działo się pewnego  dnia na lotnisku, kiedy 
przeszła dziewczyna w minisukience.  Mechanik nalał benzyny 92 miast 82; ktoś 
popatrzył chwilę  na dziewczę i obliczył TC (True Cors) 300 zamiast 030,  co w 
konsekwencji miast zaprowadzić go na północny  wschód zaprowadziło go na 
północny zachód. Jeszcze ktoś  tam popełnił inną straszliwą omyłkę, która w 
konsekwencji  pozbawiła go licencji pilota. I tak dalej i tak dalej.

Siedząc przed telewizorem widzę setki razy dziennie  reklamy rozmaitych środków 

medycznych, kosmetycznych,  spożywczych; każda z nich jest misternie 
skomponowanym  scenariuszem, dowodzącym, iż używanie tego właśnie środka  
uchroni cię od klęski erotycznej, co w konsekwencji uchroni  cię od utraty żony, 
pracy, przyjaciół; uchroni cię od alkoholizmu, rozpaczy, samotności. Chłopiec z 
dziewczyną  wracają do domu; on chłodno się z nią żegna, a ona idzie do  
przyjaciółki i powiada: „Uścisk dłoni miast pocałunku".  Przyjaciółka skupia się 
przez chwilę w sobie i wreszcie,  z męką wyraziście malującą się na twarzy, powiada: 
„Czy  jesteś pewna, iż twój oddech jest OK?" „Ależ ja myję zęby",  powiada 
nieszczęsna. „To nie wystarcza. Musisz używać  - etc. etc."

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ - ZALEDWIE JEDEN TYDZIEŃ  PÓŹNIEJ. Ta sama 

dziewczyna z rym samym chłopakiem  wracają późno do domu. Tym razem on nie 
podaje jej ręki, ale  namiętnie ją obejmuje i zamyka jej usta długim, przeciągłym  
pocałunkiem, który wstrząsa do głębi jej jestestwem. Ona poddaje mu się. 
Zaciemnienie; rozlegają się nad nimi chóry  aniołów i my wiemy, my wierzymy, my 
jesteśmy najszczęśliwsi  na świecie wierząc, iż wywiązała się sytuacja, o której 
rosyjska  pieśń ludowa powiada:
Pareń diewuszku j... 
 Choczei paznakomiisia...

Głos speakera: „Nasz taki a taki produkt uchroni cię od  samotnego powrotu do 

domu". I znowu chóry aniołów. Inna  reklama: młodzi mają się ku sobie, on wyciąga 
ku niej drżącą  dłoń, ona podaje mu swoją i nagłe - trzask - on nie trzyma  w dłoni jej 
pięknych szponów, on trzyma... szczotkę. Speaker  mówi tonem zagniewanego Pana 
Boga karcącego Onana: „Czy  on chciałby ściskać szczotkę miast twojej dłoni? NIE: 
Tydzień  później: dziewczyna użyła środka zmiękczającego skórę i widzimy, że tym 
razem on trzyma jej dłoń, aby potem, ruchem  szalonym i spragnionym, przytulić jej 
ciało do siebie i - jak  powiadał niezastąpiony Tadeusz Dołęga-Mostowicz - „Ciała  
ich splotły się w zagadkowy hieroglif natury".

W każdym drugstorze można nabyć publikacje poświęcone  życiu erotycznemu 

samicy ludzkiej. Mój znajomy lekarz nie  bez racji powiada, że istnieją tysiące 
publikacji poświęconych  zagadnieniu, w jaki sposób samica ludzka powinna zostać  
zaspokojona; nie znana mu jest natomiast ani jedna książka  wyjaśniająca, w jaki 
sposób samica ludzka powinna uszczęśliwić mężczyznę. Książki te zostały 
przeważnie napisane  przez lekarzy-psychiatrów i oparte są na autentycznych wypad-
kach; każdy z tych wypadków został opatrzony fachowym  komentarzem ze 
szczególnym uwzględnieniem symboli erotycznych.

Książki tego rodzaju rozchodzą się w milionach egzemplarzy, a autorzy ich 

background image

zarabiają ciężkie pieniądze. O wartości  naukowej tych publikacji trudno wyrokować; 
być może, iż  jedna na sto jest rzeczywiście w jakiś sposób pożyteczna. Nie  mogę 
jednak oprzeć się wrażeniu, iż ta ofensywa seksu, począwszy od reklam mydła i 
szpilek do włosów, wykorzystywana jest przez cwaniaków, żerujących na tym tak, 
jak na  każdym ludzkim pragnieniu zawsze żerowano. I nie mogę  oprzeć się 
wrażeniu, iż za tymi tysiącami publikacji wciąż  jeszcze kryją się marzenia o dobrych 
mężczyznach i kobietach  i o tym, co kiedyś nazywano miłością, a co dziś nazywa się 
już  tylko chemią.

Szkoła

Szkoła lotnicza, której jestem uczniem, jest szkołą prywatną. Właścicielką szkoły 

jest Mrs. Betty Miller, wyjątkowo  przystojna i miła kobieta, która jest najlepszym 
lotnikiem-kobietą świata i która pewnego dnia przeleciała ze Stanów  do Australii 
jednomotorowym samolotem. Szkoła obwieszona jest dyplomami honorowymi, 
nadanymi jej za zasługi  na polu krzewienia lotnictwa. Pucharów nie jestem w stanie  
zliczyć. O szkole tej chciałbym napisać parę słów, gdyż  wydaje mi się w jakiś sposób 
charakterystycznym zjawiskiem.

Ucząc się pilotażu w Europie, byłem przez cały czas  obwarowany zakazami i 

przestrogami. Nie wolno mi było  właściwie niczego, gdyż wszystko połączone jest z 
niebezpieczeństwem; nie wychylaj się ponad sześćdziesiąt stopni na  skrzydle; nie 
podnoś i nie opuszczaj nosa powyżej czy poniżej  trzydziestu stopni; a przede 
wszystkim - nie ufaj samolotowi.  W Ameryce jedną z pierwszych lekcji jest spadanie 
przy  wyłączonym (power-off) silniku i przy włączonym silniku  (power-on). Dla 
nowicjusza nie jest to przyjemne. Spadanie  w pozycji power-off odbywa się 
następująco: zamyka się prawie  do końca przepustnicę i ciągnie się ster ku sobie tak 
długo, aż  nos samolotu uniesie się krytycznie; wtedy zapala się światło  ostrzegawcze
i samolot spada. Tak więc trzeba natychmiast  opuścić nos, przez co redukuje się kąt 
natarcia; otwiera się  przepustnicę i samolot wyłazi z tego. Nie jest to przyjemne, ale 
w tym kraju uczą czegoś wręcz przeciwnego; absolutnego  zaufania do samolotu oraz 
tego, iż mając zaufanie do  samolotu możesz ufać sobie i wykaraskać się z każdej  
sytuacji. Lubię to właśnie; chcę nareszcie zaufać innym  ludziom, że zbudowany 
przez nich przedmiot jest dobry  i bezpieczny. Zbyt długo żyłem w kraju, w którym 
spuszczenie wody w klozecie mogło spowodować zawalenie się  domu, naciśnięcie 
klamki spadek napięcia prądu w całym  województwie; i nie chcę już dłużej, patrząc 
na ogólny widok  rzeźni na Pradze, wpadać w zadumę na temat ciemnych sił  
przyrody, które ujarzmił człowiek - jak o tym napisał Jerzy  Zaruba.

Również nauka nawigacji odbywa się inaczej. W Europie  była to męka i nuda; 

nauczyciel rozkładał mapy, kreślił na  nich linię i ględził. Amerykanie wyświetlają 
filmy, produkowane, o ile pamiętam, przez firmę SANDERS. Filmy te  stanowią 
ilustrację; są zabawne i dowcipne; Amerykanie  atakują wyobraźnię człowieka 
poprzez obrazy, poprzez sytuacje; obrazy są nieraz ciekawe, a przede wszystkim tak 
atrakcyjne, że nawet największy tępak obserwuje je z zainteresowaniem. W ten 
sposób człowiek uczy się szybciej; wiele szkół  prywatnych robi z kogoś, kto już ma 
prywatną licencję,  zawodowego pilota w cztery i pół miesiąca, co jest rzeczą  
zmuszającą do szacunku.

Nasz nauczyciel Ray jest starym pilotem i był przez lata  instruktorem pilotażu, ale 

pewnego dnia rzucił to, gdyż musimy  uczyć kobiety. Tu trzeba dodać, czytałem to w 
piśmie lotniczym, iż panie absolutnie nie nadają się na instruktorów  pilotażu z 
powodu idiotyzmu. Myślę, iż każdy miżoginista  będzie szczęśliwy przeczytawszy 
powyższe.

background image

Uczniowie przychodzący wieczorem dzielą się na dwie  zdecydowanie 

przeciwstawne sobie kategorie. Jedni przyjeżdżają Porsche, Jaguarami i Fordami 
Cobra; drudzy samochodami starymi i biednymi. Ci właśnie są dobrymi pilotami;  
oczy zamykają im się ze zmęczenia, piją bez przerwy kawę,  często zasypiają, ale Ray 
nie budzi ich nigdy. To robotnicy, którzy chcą zostać zawodowymi pilotami. Ci latają 
dobrze  i zdają pisemne egzaminy; nie mają ani czasu, ani pieniędzy  do stracenia. 
Jeżdżący Jaguarami i Porsche nie uważają na  lekcjach; ci mają czas, aby wynająć 
sobie instruktora, który  wbije im do głowy to, czego nie wbije im Ray, płacą pięć  
dolarów za godzinę. Ci pilotami nigdy nie będą, choć właściwie  pieniądze robią cię 
dobrym pilotem.

Jeden ze śpiących nazywa się Jerry i wygląda jak bandyta  z filmu o Dzikim 

Zachodzie. Jego ponurą gębę wykrzywia  czasem uśmiech tak straszliwy, że 
wielokrotnie, patrząc na  niego, myliłem się z przerażenia w najprostszych 
obliczeniach.  Jerry wrócił z Wietnamu i odwala szkołę na zasadzie »GI bill". Jerry 
odwozi mnie czasem do domu; Jerry jest milczący,  a jeśli rzuca przed siebie kwiaty 
swych myśli, to porównać to  mogę tylko do pewnego marynarza z Odessy, Wasyla, 
którego  poznałem w Hajfie i który potrafił kląć przez piętnaście  minut, nie 
powtarzając się słowem. Tu trzeba dodać, iż  pomysłowość Amerykanów jest równie 
zastanawiająca; z tym  jednak że Amerykanie w przekleństwach są bardziej precy-
zyjni, podczas gdy Rosjanie zdradzają wyraźne zamiłowanie  do ekstazy religijnej.

- Jerry - powiedziałem kiedyś do niego - dlaczego chcesz  zostać zawodowym?
- Ty tego nie zrozumiesz - powiedział Jerry. - Ja właśnie  wróciłem z tej pierdolonej 

wojny. Kiedyś przeleciałem nad  liniami. To było wcześnie rano. Ty nie wiesz, jak 
pięknie  wygląda las, kiedy rano nad nim przelatujesz. Jak pięknie  i spokojnie 
wygląda ziemia. kiedy patrzysz na nią z góry,  nigdy nie wierzysz w to, że tyle na 
niej zła i nieszczęść.

Ponury Jerry powiedział właściwie wszystko i każdy pilot  zgodzi się chyba z tym. 

Autor „Nocnego lotu" napisał, iż  zawsze czuł się niespokojny, kiedy niebo było zbyt 
błękitne  i zbyt spokojne; spokój bezchmurnego nieba zawsze przynosił  jeśli nie 
burzę, to silny wiatr, co jest prawdą. Nie wiem,  dlaczego to, co powiedział 
przerażający Jerry, jest dla mnie  najpiękniejszą rzeczą, jakiej dowiedziałem się o 
lotnictwie.

Bruce, mój sąsiad instruktor, twardy, zimny i przystojny jak  diabeł, wyśmiał mnie, 

kiedy powtórzyłem mu oświadczenie  straszliwego Jerry'ego zapomniawszy dodać, iż 
to nie moje  własne słowa.

- Jesteś głupcem, Marek - powiedział. - Kiedy latasz, to  podlegasz przecież innemu 

ciśnieniu. To jest chyba jasne,  nie? Gdyby było inaczej, nie potrzebowałbyś maski i 
oxygenu,  kiedy jesteś na dwudziestu tysiącach. I jeszcze jedna rzecz;  kiedy lecisz, to 
nie patrz na ziemię, lecz na altimetr i MC. To  na pewno będzie lepsze dla ciebie, jeśli 
ci zależy, aby  wylądować.

Nienawidziłem go tego dnia; nie mogę jednak myśleć  o nim inaczej jak o 

piekielnie dobrym instruktorze. Hemingway napisał kiedyś, iż najbardziej 
zdumiewającym  człowiekiem, którego poznał, był pewien portier hotelu  w Kairze. 
„Jedną ręką otwierał drzwiczki samochodu - powiedział Hemingway - drugą 
zdejmował czapkę, a trzecią  wyciągał po napiwek". Człowiek ten w porównaniu z 
Bruce'em wydaje się śmiesznym w swej niezgrabności tworem  natury. Bruce potrafi 
jedną ręką pchać elewator, podczas  gdy ja ciągnę, drugą ręką zamykać przepustnicę, 
podczas  gdy ja usiłuję ją otworzyć; trzecią ręką wydziera mi mikrofon z ręki, przez 
który ja usiłuję połączyć się z Santa  Monica Ground Control na częstotliwości 121.9, 
i łączy  się z Wieżą na częstotliwości 120.1; czwartą ręką zamyka  flapsy, podczas 
gdy ja usiłuję je otworzyć; i wreszcie,  ostatnią ręką klepie mnie po plecach i mówi, 

background image

że czynię  dalsze postępy.

Śmierć prawdziwego człowieka

Dzisiaj, piętnastego maja tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego  siódmego roku, 

dostałem wiadomość o śmierci mego wydawcy,  doktora Josefa C. Witscha. 
Czternaście miesięcy temu, J.C.W.  obchodzie sześćdziesięciolecie swych urodzin, a 
wtedy my, autorzy domu wydawniczego Kiepenheuer Witsch, pisaliśmy  o Nim do 
księgi pamiątkowej, którą wydano w Jego wydawnictwie i w tajemnicy przed Nim, 
aby sprawić mu niespodziankę. Wkrótce potem J.C.W. zachorował, a teraz  odszedł 
drogą wszystkich ludzi. Ale droga, którą zmarły szedł  za życia, nie była drogą 
wszystkich. Zmarły był człowiekiem  kochającym literaturę, kochającym ludzi 
piszących i pomagającym im. Był człowiekiem wielkiej siły; wiedział o tym  i potrafił 
innym dać siłę. Przez lata dodawał mi otuchy;  martwił się, kiedy przynosiłem mu 
rzeczy kiepskie i cieszył  się, kiedy przynosiłem mu rzeczy nieco lepsze. J.C.W. był  
walczącym katolikiem; katolikiem pozbawionym hipokryzji,  a więc typem katolika 
znanym raczej z literatury - o charakterze dydaktycznym a nie z życia. Był 
walczącym antykomunistą; był antyfaszystą; próbując uciec z Niemiec został  
zatrzymany na granicy szwajcarskiej i odesłany do Niemiec.  Kiedyś, kiedy 
powiedziałem mu, iż pewną książkę uważam za  utwór pornograficzny, odparł: 
„Jesteś głupcem. To jest  książka o miłości. Każda książka o miłości jest książką  o 
Bogu.

Był człowiekiem wielkiej siły fizycznej i wielkiej urody.  Mając lat sześćdziesiąt 

wyglądał na mężczyznę po czterdziestce.  Prowadził samochód po ulicach Kolonii z 
przeciętną szybkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę. Mówił z silnym  
akcentem ludzi urodzonych i wyrosłych w Kolonii i diabelnie  ciężko było się z nim 
porozumieć; sam o sobie powiadał,  iż kolończyka rozpoznałby bez trudu, nawet 
gdyby spotkał  się z nim na Saharze i gdyby zaczęli mówić po francusku.  Nasza 
literatura straciła w Zmarłym wielkiego przyjaciela.  Tak więc niech pamięć o nim 
będzie święta, lecz niech  nie będzie spokojna. Niech stanie się pamięcią nawołującą  
do walki, do prawdy, do niszczenia przemocy, do gromienia  głupoty- taką, jakim 
było życie tego pięknego i niespokojnego  człowieka.

W zastępstwie Wacława Zbyszewskiego - Marek Hłasko

Sprawiedliwy z Sodomy.

Dalszy ciąg mojej kariery w przemyśle filmowym

Larry jest producentem filmowym i wygląda tak, jak  powinien wyglądać 

producent; jest ciężki, słoniowaty, nie  wyspany, pali cygaro i ożywia się tylko na 
dźwięk telefonu.  Później w swym reportażu o Hollywood pisze o roli telefonu.  Tu 
istotnie każdy czeka na telefon. Telefon może z żebraka  uczynić człowieka 
pracującego; z maszerującego na piechotę  - właściciela samochodu Lincoln 
Continental; z wszarza nie  mającego czym zapłacić za mieszkanie - właściciela apar-
tamentu. Telefon może również pozbawić cię wszystkiego, co  masz, i sprawić, że 
nikt cię nie zapyta, jak ci idzie. Tak długo,  jak sympatyczny głos panienki z Generał 
System nie oznajmi  ci, że na skutek nie zapłaconego rachunku nie będziesz już  miał 
telefonu. I wtedy jesteś już niczym.

Larry zadzwonił do mnie i powiedział mi, iż chce się ze  mną spotkać; Larry 

przysłał po mnie samochód i kazał mi  podać filiżankę kawy, po wypiciu której 
uwierzyłem po raz  pierwszy w życiu, że istnieje zło absolutne. Larry kazał mi  

background image

opowiedzieć sobie o mnie; wypytał mnie o stan mego zdrowia;  o mój stosunek do 
religii, skrzywił się niechętnie, kiedy  powiedziałem mu, iż życiu religijnemu nie 
poświęcam wiele  czasu; wypytał mnie o moją żonę i zapałał oburzeniem, kiedy  po 
długiej rozmowie przyznałem mu się, iż przed wstąpieniem  w związki małżeńskie 
miałem przedtem dwie kobiety. Ochłonąwszy uspokoiwszy się na widok mej 
skruchy i wstydu,  Larry zapytał mnie, ile zarabiam, co jem na śniadanie,  a wreszcie 
oświadczy) mi, iż będzie mówił do mnie nie jak  producent, ale jak ojciec, gdyż 
jestem wyjątkowo luby sercu  jego. Larry następnie począł mówić o sobie; 
skreśliwszy  w kilku mistrzowskich zdaniach swoją trudną młodość, służbę  w 
wojsku, przebyte choroby, powiedział mi, iż muszę szczególnie uważać, gdyż w tym 
mieście jest wielu łobuzów, którzy  będą mi obiecywać złote góry, wykorzystają mnie 
i nie zapłacą  ani grosza. Ale nie będzie tak. Nie stanie się tak, ponieważ on, Larry, 
otoczy mnie swoją osobistą opieką; udzieli mi wskazówek i obroni przed ludzką 
nikczemnością. Wreszcie Larry  zakończył stwierdzeniem, że w tym mieście był do 
tego czasu  jeden tylko człowiek uczciwy; ale teraz jest już nas dwóch.

- OK - powiedział Larry. - Ja chcę zrobić film o człowieku,  o włóczędze, który 

pewnego dnia odkrywa w sobie miłość do  Boga. - Larry zaszlochał rozdzierająco; 
ukoiłem go. Larry  mówił dalej: - I ten pierdolony włóczęga, ten zasrany skurwysyn 
pewnego dnia zrozumie, iż nie warto żyć bez Boga,  i staje się innym człowiekiem. 
co ty na to?

Powiedziałem szczerze, że pomysł jego jest niczym innym  jak monumentem myśli 

ludzkiej, a kiedy Larry chciał mi  przerwać, zgromiłem go za niewiarę w potęgę 
własnego  umysłu.

- Jest tylko jedna rzecz - powiedziałem. - Jako dziecko  przeczytałem opowiadanie 

o włóczędze, którego wynajął misjonarz, aby go łódką zawiózł do Indian. Nudzili się 
jak dwa  psy i ten misjonarz chciał nawrócić tego włóczęgę, ale ten  powiedział, że 
nie wierzy w Boga, i koniec. Wreszcie złapali  ich Indianie. Przywiązali ich do słupa i 
kazali misjonarzowi  wyprzeć się Boga, gdyż inaczej spalą go żywcem. Misjonarz  
wyparł się, bo nie miał wyboru. Ale włóczęga stanowczo  odmówił. „Ja tam nic się na 
tym nie znam - powiedział. - Ale  mój ojciec wierzył w Boga, a był to tęgi pijak i 
najsilniejszy  człowiek w stanie Kentucky. I dziadek mój też wierzył  w Boga, a był z 
niego najlepszy gracz w pokera i miał  najszybszą prawą rękę. Ja się na tym nic nie 
znam; ale to jest  Bóg ojców moich. Misjonarza puścili, ale tego włóczęgę  spalili 
żywcem.

- Kto to napisał? - zapytał Larry blednąc gwałtownie.  - O ile pamiętam, Jack 
London.
- Nic się nie przejmuj - powiedział Larry. - Jedź do domu  i myśl nad tym.
- A co z prawami?
- Zostaw to mnie. Ja wiem, jak to ukraść.
Uskrzydlony tą myślą wróciłem do domu. Szybko połączyłem się z 
przedstawicielstwem firmy Jaguar i zapytałem, ile  kosztuje najlepszy model. 
Zamówiłem; zadzwoniłem do pięknej Judy i zaprosiłem ją na wycieczkę do Palm 
Springs.  Kazałem sobie przynieść z Super-Marketu butelkę whisky.  Zamówiłem 
długodystansową rozmowę z Paryżem; wymówiłem mieszkanie i właśnie czytając 
gazetę szukałem ogłoszenia  dotyczącego domu z basenem pływackim, kiedy 
zadzwonił  telefon. To był Larry; mówił jak stary i chory człowiek.  Płakał i trząsł 
się, a wreszcie powiedział mi, co się stało:  projekt, nasz projekt, już w 
międzyczasie ukradli inni.

„Kultura" 7-8/1967, Paryż

Panowie bez krawatów,

background image

czyli pamiętnik nikczemnika

 W tym roku obchodzę osiemnastolecie tak zwanej działalności przestępczej. 

Często myśląc o tym skromnym jubileuszu  niepokoiłem się, iż to tak wiele znaczące 
dla mnie święto  spędzę w ciszy i zapomnieniu; stało się jednak zupełnie  inaczej 
dzięki życzliwości i serdeczności policji hrabstwa Los  Angeles. Wdawszy się w 
awanturę, zostałem zaproszony przez  deputowanych szeryfa do złożenia im wizyty i 
już na miejscu,  drogą łagodnych perswazji, pozbawiony zostałem sznurowadeł  i 
paska, po czym udałem się na spoczynek.

Po częściowym odzyskaniu przytomności, uniosłem ze snu  skroń i postanowiłem 

również odzyskać wolność. Długie  łomotanie do drzwi nie przyniosło skutku. Na 
dole jakaś  młoda kobieta wrzeszczała histerycznie i od czasu do czasu  słyszałem 
monotonny głos policjanta, pytający:

- Jak się pani nazywa? Jak się pani nazywa?
Młoda osoba musiała znajdować się pod działaniem jakiegoś  narkotyku, gdyż 

odpowiedzi jej wprowadzały w zdumienie nie  tylko policjanta, ale również moich 
współtowarzyszy, obiecujących młodzieńców z więzienia San Quentin, których 
przedwczoraj zwolniono warunkowo, a którzy teraz oczekiwali na  transport do 
więzienia Centralnego w Los Angeles, skąd mieli  wrócić do swego poprzedniego 
przytuliska, aby następnie  znów powrócić do miejsca, w którym ich zaaresztowano 
pod  zarzutem sfałszowania czeku opiewającego na sumę czternastu  dolarów. I tak na 
kolejne pytanie policjanta „Jak się pani  nazywa" młoda osoba odpowiedziała: »Kitty 
Golden Cunt", po czym poczęła bredzić: „Czy są w ogóle diabły? A jeśli są,  to co 
diabeł robi na deszczu? Moja matka zawsze mówiła, że  jeśli mężczyzna nie ożeni się 
do trzydziestki, to potem nie  ożeni się, nawet żeby go rąbać siekierą".

Młodą osobę uznano za chwilowo niezdolną do złożenia  zeznań i zaproponowano 

jej spędzenie nocy na koszt hrabstwa  Los Angeles. Postanowiono wobec tego 
opróżnić celę, w której  siedziałem wraz z mymi młodymi druhami, i zaprowadzić 
tam  dziewczynę. Najpierw wyprowadzono mnie. Kiedy przechodziłem obok śpiącej 
dziewczyny i usiłowałem przekonać  policjanta, że jestem już w stanie udać się do 
domu na  własnych nogach, policjant powiedział ostrzegawczo:

- Uważaj brudny skurwysynu! To jest kobieta, nie?  Umieszczono nas w sąsiedniej 

celi, gdzie były tylko dwa  łóżka, na których smacznie spali jacyś panowie o 
wyglądzie  łachudrów. Kiedy obudziliśmy ich prosząc, aby ustąpili nam  nieco 
miejsca, spotkaliśmy się ze wściekłym oporem popartym  argumentacją moralną, 
polegającą na stwierdzeniu, iż obaj  panowie nie posiadają stałego miejsca pobytu i że 
czekanie na  transport do więzienia Centralnego stanowi być może jedyną  okazję do 
wygodnego wyspania się. Ponieważ mnie kompletnie  zawiódł kunszt oratorski, a 
młodzieńcy z San Quentin nie  należeli do ludzi o usposobieniu gadatliwym, 
skończyło się na  tym, iż jeden z nich kopnął bezdomniaka w twarz, drugi  
bezdomniak zszedł już w milczeniu i położył się obok swego  towarzysza na ziemi, a 
ja położyłem się na dolnym łóżku  z chudszym przestępcą.

Koło godziny dwunastej obudzono nas ku wyraźnemu  niezadowoleniu wszystkich 

mieszkańców celi i misternie  skuwszy nas kajdanami wyprowadzono do samochodu 
policyjnego, który brzegiem Pacyfiku powiózł nas ku Los Angeles.  Jeden z 
młodzieńców, należący do tak zwanych specjalistów-wróżek, głośno dzielił się 
swymi myślami ze mną:

- Reszta parolu - sześć miesięcy. Sfałszowanie czeku może  być dwa, może być 

pięć. Opieranie się w czasie aresztu, to  może być pół roku. Pijaństwo za kierownicą 
po raz trzeci, znowu pół. Wszystko zależy od tego, czy mój adwokat każe mi  
powiedzieć „winny" czy „niewinny". I w ogóle wszystko  zależy od sędziego.

Przyjechawszy do więzienia Centralnego spotkaliśmy się  z żywym i uprzejmym 

background image

przygięciem. I podczas kiedy niektórzy  z nas pozbywali się raźno swych rzeczy, inni 
musieli poddać  się oględzinom dwumetrowego policjanta w wieku lat może  
dwudziestu dwóch, który do każdego więźnia zwracał się per  „synu", nawet jeśli 
więzień miał lat sześćdziesiąt. Zapadł mi  w serce dialog, który przeprowadził z 
pewnym beznogim  starcem.

- Stanowczo domagam się mojej nogi - mówił starzec.  - Nie miałeś nogi, synu – 

mówił łagodnie policjant.

- Owszem, oficerze, miałem - mówił rozgoryczony patriarcha. - Każdemu 

więźniowi przysługuje prawo do drewnianej  nogi, sztucznej szczęki, a nawet 
okularów w drucianej oprawie.

- Klnę się na Boga, synu, że nie miałeś nogi - mówił  policjant z męczeńskim 

uśmiechem.

- Pan jest oficerem policji, prawda?
- A co? Może nie wyglądam na takiego?
- To dlaczego nie zna pan regulaminu obowiązującego  w Federal Correctional 

Institution, Texacarana?

- Przecież my nie jesteśmy w Texacarana. To jest więzienie  Centralne w Los 

Angeles.

- To jak to się stało, że ja jestem tutaj? - powiedział ze  zdziwieniem patriarcha. - 

Przecież jeszcze dwa dni temu  byłem w Texacarana.

- A czy nie wstąpiłeś na piwo, po tym jak cię zwolnili  stamtąd?
Na twarzy patriarchy odbiła się męka myślenia.
- Owszem, wstąpiliśmy - powiedział. - Co leci przeciw  mnie, oficerze?
- Pijaństwo i włóczęgostwo, synu.
- Włóczęgostwo? Przecież nie mam nawet nogi.
- Prawo nie myli się nigdy - powiedział policjant. - Nie  utrudniaj mi, synu.

Widziałem, jak patriarcha odpełza do następnego stołu,  gdzie zapytano go o imię i 

datę urodzenia matki. Patriarcha  nie mógł sobie tego przypomnieć, więc inny oficer 
powiedział  uprzejmie:

- To nie szkodzi, synu. Podaj, co chcesz. Chodzi o to, aby  była choć o dzień starsza 

od ciebie.

Czekając na swoją rozmowę z dwumetrowym policjantem,  patrzyłem na 

rozbierających się młodych ludzi o długich  włosach. Nie myślę, abym widział w 
życiu coś podobnego.  Byli to w większości narkomani; ich wyniszczone stare twarze  
kontrastowały w sposób przerażający z wychudłymi ciałami  o mięśniach w stanie 
atrofii. Wyglądali jak statyści z filmu  o Bergen-Belsen; brudu ich nie da się opisać, a 
nogi ich  - jakby to powiedział Mistrz Gałczyński - wydzielały niepokojący, 
metafizyczny zapach.

- Synu - powiedział dwumetrowy.

Podszedłem do ściany zniewolony do tego jego uśmiechem,  o którym on zapewne 

myślał, iż jest uprzejmy; ale który  niewątpliwie niósł w sobie elementy zachęty. 
Rewizja odbywa  się w ten sposób, iż szeroko rozkraczywszy nogi trzeba oprzeć  się 
rękami o ścianę. Stojący za tobą policjant wsuwa swoją  nogę między twoje, tak aby 
przy próbie oporu zręcznie  wytrącić ci ziemię spod nóg. Więzień pada wtedy twarzą 
na  betonową posadzkę, co stwarza niezapomniane efekty humorystyczne i zapewne 
przyczynia się do wesołości, a tym  samym zdrowia moralnego innych bandytów. 
Zauważywszy  moje nieśmiałe próby utrzymania równowagi, co nie stanowiło  mojej 
mocnej strony owej nocy, dwumetrowy policjant powiedział łagodnie:

- Co z tobą, synu? Przecież już tu byłeś, nie?

Następnie przeszedłem do skromnie, lecz gustownie urządzonego atelier w celu 

sporządzenia fotografii pamiątkowej,  która stanowić będzie mój mały wkład w trud 

background image

założenia  albumu przestępców. Fotografem nie był jednak policjant,  tylko więzień o 
duszy niewyżytego artysty. Człowiek oczekujący przede mną wyglądał na 
zawodowego dusiciela i twarzy jego trudno odmówić było siły i ekspresji; z jakiegoś 
jednak  powodu, mimo iż twarz oczekującego rozjaśniał żywy, wewnętrzny uśmiech, 
fotograf nie był zadowolony.

- Troszkę w lewo, Harry - mówił spoza kamery. - Tak,  teraz lepiej. O, nie, nie. 

Przedtem było lepiej. Nie gniewaj się,  Harry, ale naprawdę wyglądasz jak podlec. 
Teraz jest dobrze.  - Błysnęło światło i Harry odszedł w bok, dyskretnie brzęcząc  
kajdanami.

Stanąłem przed kamerą starając się wyglądać swobodnie,  a jednak godnie jak 

przystało okolicznościom; artysta nie był  jednak zadowolony i ze mnie.

- Śmiej się!
- Nie mam powodu.
- Chcesz mieć chyba dobre zdjęcie, nie? Nie będzie ci  wstyd, jeśli wyglądać 

będziesz jak jełop? Powiedz: nie będzie  ci wstyd?

- Nie mam powodu, aby się uśmiechać - powiedziałem  małodusznie, myśląc o 

kosztach adwokata i sądu.  Odpowiedź moja zdumiała i być może nawet zgorszyła  
artystę.

- Co to znaczy? - powiedział. - Spójrz na Harry'ego.  Dostanie najmarniej 

dziesiątkę, a dawno nie zrobiłem lepszego  zdjęcia.

Aby mnie przekonać i pomóc w przezwyciężeniu mej  nędznej małoduszności, 

Harry zabrzęczał porozumiewawczo  kajdanami i artysta uznał, iż zdjęcie będzie w 
porządku.

Czekając na oficera pochłoniętego pobieraniem odcisków  daktyloskopijnych, 

słyszałem rozmowę, jaką prowadził z pewnym panem, również wyglądającym na 
jednego z tych, których  nie powinniśmy spotykać na wąskim moście.

- Co jest? Spokojnie. Rękę trzeba trzymać luźno.  - Kiedy dostałem kulę w przegub.
- Od kogo?
- Od kogoś, kto chciał mnie zastrzelić.  - I co się z nim stało?
- Ktoś go zastrzelił.
- A ty pewnie nie wiesz kto?  - Nie.
- Jesteś dobry chłopak - powiedział policjant i skinął  na mnie.

Znalazłszy się w celi usiadłem obok jakiegoś pana, który  umilał swym 

towarzyszom czas gawędą towarzyską:

- I wtedy wyprowadzili Johnny'ego. Johnny trzymał się  jeszcze na nogach, ale 

wyglądał na wykończonego. Za nim  szedł ksiądz i też nie wyglądał lepiej i myliła mu 
się modlitwa,  tak że trwało to długo, zanim przywiązali Johnny'ego do  fotela. A 
potem rozcięli mu rękawy koszuli i założyli elektrody  i jeszcze jedną na czubek 
głowy.

- A nogi? - zapytał inny więzień.
- Nogi też. A potem puścili przez niego prąd i wtedy widać  było, jak wszystkie 

jego włosy wyprostowały się nagle...

- Prostują włosy? Gdzie? - zainteresował się nagle jakiś  kędzierzawy Murzyn 

siedzący do tego czasu w milczeniu.  Kiedy jednak udzielono mu życzliwych 
informacji, usunął się  w bok, wyglądając nie wiadomo dlaczego na człowieka znie-
chęconego.

Owej nocy jadąc ze stacji szeryfa w Malibu do więzienia  Centralnego 

wsłuchiwałem się w radio. Słyszałem głos jakiejś  młodej kobiety mówiący do 
wszystkich radiowozów: „Podejrzanego widziano na rogu Fuller i Sunset. Podejrzany 
krwawi  i jest uzbrojony. Ucieka w kierunku Santa Monica Boulevard.  
Potwierdźcie". Potem usłyszałem kilkanaście głosów, podających numery swych 

background image

jednostek i wypowiadających słowo Roger.  Przez chwilę trwała cisza, a potem któryś 
z policjantów  działających na tamtym terenie powiedział: „Mamy go. Sprowadźcie 
ambulans". Młoda kobieta powiedziała: „Roger.  W Fordzie Fairlane, rocznik 
prawdopodobnie pięćdziesiąt  siedem, ucieka podejrzany o posiadanie narkotyków. 
Numer  licencji nie zidentyfikowany; kolor czarny lub ciemnoniebieski. Potwierdźcie. 
Podejrzanego widziano uciekającego z Santa Monica w kierunku South". znów 
usłyszałem głosy policjantów podających numery swych jednostek. A nim 
skręciliśmy  na autostradę, usłyszałem głos policjanta, znów tak samo  spokojny i 
beznamiętny jak i głos młodej kobiety: „Mamy go.  Oper and out"; na co znów młoda 
kobieta odpowiedziała Roger  i znów usłyszałem inną transmisję.

Słowa Roger, Over, Out należą do frazeologii lotniczej  i policyjnej. Słowo Roger 

oznacza potwierdzenie; słowa over  and out oznaczają: „Otrzymałem twoją ostatnią 
transmisję  i nie spodziewam się od ciebie odpowiedzi". Tak więc  w sprawie tych 
dwóch ludzi, z których jeden uciekał zakrwawiony w stronę południową, podczas gdy 
drugi w tę samą  stronę uciekał skradzionym samochodem, nie będzie się już  więcej 
mówić tej nocy przy pomocy radia. Czekają ich godziny,  a może miesiące śledztwa; 
po czym wyrok i kara. Ale kim byli  ci ludzie? Nie wiedziałem; mogłem o tym tylko 
myśleć  patrząc na innych więźniów.

Być może wmieszali się w zbrodnie przez głupotę; być  może zostali namówieni 

przez innych; być może zawinili tu  rodzice, przyjaciele czy ich żony. Lecz teraz nie 
było to już  ważne; teraz nie byli już tymi samymi ludźmi, którymi byli  przed 
pięcioma minutami. Ich działanie, ich myślenie, nawet  ich funkcje fizjologiczne 
zależeć będą od myślenia, działania  i fizjologii innych ludzi. Stając się więźniem 
stajesz się dla  samego siebie człowiekiem nowym i nie znanym. To, co było  dla 
ciebie rzeczą naturalną przed minutą, może stać się  przestępstwem teraz; to co 
napawało cię ohydą przed minutą,  musi stać się teraz dla ciebie rzeczą normalną. 
Nim odsłonisz  swoje myśli przed innymi ludźmi, musisz wpierw odsłonić  swoje 
ciało, którego być może się wstydzisz; które być może  jest brzydkie i słabe i brudne 
z powodu tobie znanego, ale  który innym wyda się niewystarczającym 
usprawiedliwieniem.  Tym innym, którzy także stali się innymi.

A potem musisz jeszcze odkryć swoje myśli. Od twej  inteligencji i od twego sprytu 

zależeć będzie, czy odkryjesz je  w sposób dla ciebie korzystny. Sartre w swej książce 
o Jean Genet, mówi: The fascination that ihe police have for ihe Chief is  manifesied 
by ihief s tempiation to confess when he is arrested. In  the presence of ihe examining 
magisirale who quesiions him, he is  seized wiih giddiness; the magistrale speaks 
gently to him, perhaps  with kindness, explaining what is expected of him; practically  
nothing; an assent. If only once, just once, he dit what was asked  of him, if he uttered 
the ‘yes' that is requested, harmony of minds  would be achieved. He would be told, 
'That’s fine ; perhaps he  would be congratulated. It would be the end of haired. The 
desire  to confess is the mad dream of universal love; it is, as Genet himself  says, the 
tempiation of the human. 
W tym, co napisał Sartre, jest  zalążek prawdy, czemu nie 
należy się dziwić.

W ciekawym piśmie „Psychology Today" znajdujemy artykuł pt. The Psychology of 

Police Confessions. Między innymi  opisany tu został casus Whitmore'a; historia o 
człowieku,  który przyznał się do całego szeregu nie popełnionych zbrodni.  W 
czerwcu 1964 policjant Frank Isola przybył na pomoc Mrs.  Elbie Borrero, która 
została napadnięta przez jakiegoś osobnika  w Bronxville, części dzielnicy Brooklyn. 
Napastujący zbiegł;  Mrs. Borrero opisała go jako Murzyna, 5 stóp 9 cali wzrostu,  ze 
śladami ospy, ważącego około 165 funtów, ubranego  w płaszcz deszczowy, z którego 
udało jej się w czasie walki  z napastującym urwać guzik. Guzik ten stanowił jedyny  
materiał obciążający w tej sprawie.

background image

O godzinie ósmej dnia następnego policjant Frank Isola  i detektyw Richard Aidala 

zaaresztowali George'a Whitmore'a,  Jr. pod zarzutem usiłowania dokonania gwałtu 
na wspomnianej  już Mrs. Borrero. Whitmore był osobnikiem stosunkowo  niskiego 
wzrostu - około 5 stóp i 5 cali - i ważył zaledwie 140  funtów. Ale Whitmore miał na 
sobie płaszcz deszczowy bez  jednego guzika i był Murzynem. Został aresztowany, 
ponieważ,  jak cytuje autor: There was a reasonable ground for suspicion  supported 
by circumstances sirong in themselves.

Mrs. Borrero zidentyfikowała go jako napastnika i o godzinie  10.30 tego samego 

ranka Whitmore zeznał, iż usiłował dokonać  gwałtu na oskarżającej. Około południa 
tego samego dnia Whitmore zeznał również, że zamordował za pomocą noża  niejaką 
panią Edwards.

Przeglądając rzeczy należące do Whitmore'a detektyw Bulger  znalazł fotografię 

białej dziewczyny. Przez osiem ostatnich  miesięcy, poprzedzających aresztowanie 
Murzyna Whitmore'a,  Bulger i inni funkcjonariusze policji pracowali nad wykryciem 
podwójnego morderstwa, popełnionego na dwóch młodych  dziewczynach, Janice 
Wylie i Emily Hoffert, które zostały  zasztyletowane w swoim mieszkaniu w 
dzielnicy Manhattan.  Bulger rozpoznał zdjęcie znalezione w rzeczach Whitmore'a  
jako fotografię jednej z zamordowanych dziewczyn - Janice  Wylie. O godzinie 16.00 
Whitmore „pękł" i zeznał, iż jest  również mordercą dwóch dziewczyn - było to jego 
trzecie  zeznanie w ciągu dwudziestu godzin i policjanci oświadczyli:  „Znaleźliśmy 
przestępcę; nie ma co do tego wątpliwości".  Zeznanie Whitmore'a zostało spisane na 
61 stronach; zawierało  wszelkie niezbędne detale łącznie ze szkicem mieszkania,  w 
którym Whitmore „zamordował" dwie dziewczyny.

Jednak w dwa tygodnie później policja odkryła, iż zdjęcie  znalezione przy 

Murzynie nie było wcale zdjęciem zamordowanej miss Wylie. W międzyczasie 
Whitmore został już  osądzony i skazany za próbę gwałtu; nieco później odkryto, iż  
guziki płaszcza należącego do Whitmore'a were different in size,  shape, design and 
consiruction From the button Mrs. Borrero had  torp off her attacker’s coat. 
District 
Attorney dzielnicy Brooklyn,  S.A. Lichtman, powiedział: We have nailed George 
Whitmore on  the button, to speak so.

W październiku tego samego roku mieszkaniec Nowego  Jorku, Nathan Delaney, 

poinformował policję, iż przyjaciel  jego Richard Robles przyznał mu się do 
zamordowania dwóch  dziewcząt. Rozpoczęto nowe śledztwo, przy czym okazało się, 
iż znaleziona przy Whitmorze fotografia przedstawia Arlene  Franco, która 
oświadczyła policji, iż zdjęcie to po prostu  wyrzuciła. Whitmore znalazł je i 
zatrzymał dla siebie. Zarówno  Arlene Franco, jak i George Whitmore mieszkali w 
Wildwood  i kiedy dwóch świadków przysięgło, iż widziało Whitmore'a w Wildwood 
tej samej nocy, kiedy zostały zamordowane dwie  dziewczyny na Manhattanie, 
George Whitmore został zwolniony.

Zagadką pozostaje, dlaczego przyznał się do szeregu nie  popełnionych przez siebie 

przestępstw. Whitmore twierdzi, iż  był bity; policja temu zaprzecza. Na to właśnie 
stara się  odpowiedzieć autor artykułu, Philip G. Zimbardo.

Metody policji, o których czytamy w książkach i które  pokazywano nam w kinie, 

nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, powiada autor. Pokój, w którym odbywa 
się przesłuchanie, nie jest ciemną norą, w której jedynym źródłem  światła jest silna 
lampa świecąca wprost w oczy przesłuchiwanego. Pokój, w którym odbywa się 
śledztwo, według Zimbardo,  sprawia wrażenie pokoju prywatnego, a jeśli nawet w 
oknie są  kraty, przypominają one raczej wrota wiodące do ogrodu.  Pokój jest jednak 
nagi; bez obrazów; przesłuchiwany powinien  siedzieć na krześle bez poręczy, tak 
aby każdy ruch jego ciała  mógł być obserwowany; przesłuchiwany powinien 
znajdować  się jak najbliżej przesłuchującego, gdyż: When a person is close  to 

background image

another physically, he is closer psychologically. Przesłuchujący  powinien być ubrany 
skromnie i unikać krawatów w krzykliwych kolorach; oddech jego nie może być w 
żadnym  wypadku nieprzyjemny dla przesłuchiwanego. Przesłuchujący  musi 
kontrolować swoje odruchy, a wreszcie autor artykułu  dochodzi do słusznego 
wniosku, iż przesłuchującym nie można  zostać; trzeba się nim urodzić.

Artykuł ten jest dość przerażający i prawdopodobnie nie  zwróciłbym na to 

wszystko większej uwagi, gdyby nie natrętnie  powtarzająca się forma „on", 
mężczyzna. Tak więc postanowiłem zajrzeć do bibliografii i znajdujemy tu między 
innymi  następującą pozycję: Communist Interrogation and Indocirination  of 
Enemies
 of the State. L.E. Hinkle, H.C. Wolff in Archives  of Neurology and 
Psychiatry. Tak, teraz łatwiej mi zrozumieć  ten artykuł i rzeczywiście podpisałbym 
się chętnie pod  zdaniem Sartre'a o „obłędzie uniwersalnej miłości". Nie tylko  ja; 
wielu drwali pracujących w rześkim klimacie Północy, któregoś z Krajów Oddalenia, 
również chętnie przyłączyłoby  się do opinii laureata Nagrody Nobla. Niestety, jest na 
to zbyt  późno; władze sowieckie niechętnie przystępują do tego, co  nazywa się 
Stanach „powtórnym otworzeniem sprawy".  Przypadek nieszczęśliwego Murzyna 
jest niewątpliwie tragiczny, tak jak i tragiczną była sprawa Chessmana; mówiąc  
jednak o tym chciałbym, aby pokazano mi kraj, w którym  skazany na śmierć 
człowiek dwanaście lat może walczyć  o swoje życie.

Dlaczego jednak ludzie ci przyznali się do rzeczy nie  popełnionych. Nie robią tego 

z powodów, o których pisze  Sartre, Koestłer, i inni. Więzień mówi rzeczy dziwne do  
przesłuchującego go człowieka, gdyż człowiek siedzący przed  nim jest 
wspomnieniem jego samego. Wspomnieniem wolnego  świata; porażek i zwycięstw; 
smutków i radości; lecz wciąż  jeszcze jest wspomnieniem świata, który uważało się 
za własny;  za nieszczęśliwy i nienawistny; lecz, choćby nawet w stopniu  
minimalnym, w skali kroku i szeptu - wolny. człowiek  siedzący naprzeciw ciebie 
jest tobą samym; tym, kim byłeś,  ale czym już nigdy nie będziesz, gdyż kara, 
podejrzenie czy  wspomnienie nocy spędzonej w niewolnictwie wlec się będzie  za 
tobą do końca twych dni. Tak więc ten, który siedzi  naprzeciw ciebie, jest tobą, tym, 
kim byłeś; jemu wolno ująć  słuchawkę telefonu, wstać, zapalić papierosa - podczas 
gdy ty  każdy swój ruch musisz skoordynować z jego wolą. Nie,  pojedynek między 
sprawiedliwością i występkiem nie jest  oparty na prawie równego z równym, na 
szczęście dla nas  samych. Jak każde ludzkie poczynanie, pojedynek ten jest  opisem 
głupoty nas samych, którzy wplątaliśmy się w nierówną  walkę, w życie.

Tak więc więźniowie mówią brednie, które zostaną przeanalizowane przez 

fachowców. Podają nazwiska ludzi, którzy  zmarli; mówią o swoich żonach, o 
nieszczęściach; podają  fakty, które w ich mniemaniu okażą się im pomocne, a które  
mogą ich zniszczyć; ale mówią, mówią, mówią, ponieważ  siedzący naprzeciw nich 
jest człowiekiem; ma takie same nerki, oczy i serce, które i ty masz, i dlatego mówisz 
do niego  jak do samego siebie, gdyż on jest tobą, a ty może jeszcze  kiedyś będziesz 
nim; i na tym się to wszystko kończy. Może  jednak nie kończy się i na tym? Może 
istnieje jeszcze jedno  uczucie, jakiego doznaje przesłuchiwany wobec przesłuchują-
cego - uczucie zazdrości. Może ty chciałbyś być nim! Może  wyobrażasz sobie, iż 
nim jesteś; iż to od twojej woli zależeć  będzie los innego; a więc mówiąc 
zazdrościsz, zazdrościsz,  zazdrościsz, jak każda ofiara, która marzy o tym, aby stać 
się  katem; aby z niszczonego stać się niszczącym; z bitego  - bijącym. Czyżby o tym 
wszyscy zapomnieli?

Rano opuściłem gościnne mury więzienia Centralnego  w Los Angeles żegnany 

uprzejmie, lecz w sposób pełen  powagi, dającej mi w jakiś sposób nadzieję, iż więzy 
przyjaźni  zadzierzgnięte między nami pozostaną trwałe i niezniszczalne;  gościnność 
zaś, szczerze okazana mi przez wszystkich, pozwala  mi również żywić nadzieję, iż 

background image

znajdę tam zawsze przytulisko  i ludzi, którzy otoczą mnie ojcowską opieką, kiedy 
zajdą  odpowiednie po temu okoliczności. Dzień ten był jednym  z najpiękniejszych i 
najbardziej słonecznych w mym życiu;  był jedynym dniem, który spędziłem bez 
poniżających godność  ludzką trosk materialnych.

„Kultura" 10/1969, Paryż

Zadziwiający człowiek pająk

Pewnego dnia, po szeregu błyskotliwych sukcesów w branży filmowej oraz 

sukcesów towarzyskich, odniesionych dzięki darowi żywego słowa w więzieniu 
Centralnym  Los Angeles, znalazłem się bez grosza przy duszy. Dzięki  jednak 
życzliwości ludzkiej otrzymałem pracę tragarza.  O umówionej godzinie, czysto 
umyty i ogolony, stanąłem  przed obliczem szefa, który patrzył na mnie chwilę w mil-
czeniu, a potem powiedział:

- Pan będzie pracował jako zadziwiający człowiek pająk.  Co pan na to?
Powiedziałem, iż przez całe życie nie marzyłem o niczym  innym, jak właśnie o 

przeobrażeniu się w zadziwiającego  człowieka pająka; i że na chwilę tę czekałem 
trzydzieści cztery  lata; i oto właśnie sny moje stały się prawdą.

- Widzi pan - powiedział mój szef. - Nasza firma zajmuje  się kolportażem 

komiksów. Nie ma gówna, którego by pan  u nas nie znalazł. Mamy wszystko: 
„Miłość dziewczyn",  „Prawdziwe wyznania", „Misja nie do wykonania", „Człowiek-
Nietoperz" i tak dalej. Myto rozprowadzamy po mieście. Pan  będzie w grupie 
„Przygody"; pana kierownikiem będzie  Mickey, czyli automatycznie będzie pan w 
podgrupie „Fantastyczne" czyli że również automatycznie stanie się pan członkiem 
sekcji „Zdumiewający człowiek pająk". Jasne?

- Oczywiście - powiedziałem.
- Czy pan był kiedy zatrzymany przez policję?  - Nie.
Mój szef spojrzał na mnie raz jeszcze.
- Komu pan to mówi? - powiedział z rozbawieniem.  Przeszedłem na salę i 

zbliżyłem się do mego kierownika,  Mickeya. Przedstawiłem mu się i zapytałem jak 
mam do  niego mówić, na co Mickey powiedział, żeby mówić mu po  imieniu. 
Następnie dał mi fartuch, na plecach którego namalowany był człowiek wyglądający 
jak potomek Nikity  Chruszczowa i Florence Nightingale; twór ten wplątany był  w 
jakąś pajączynę; pod zachwycającym wizerunkiem biegł  olbrzymi napis:

ZADZIWIAJĄCY CZŁOWIEK PAJĄK
I to byłem ja.
Praca zaczynała się o godzinie siódmej rano. Na salę  wjeżdżał olbrzymi samochód 

ciężarowy, a ja i jeszcze  inny człowiek o twarzy syfilityka-sadysty, na którego far-
tuchu wymalowane było serce przebite strzałą oraz napis:  PIERWSZA MIŁOŚĆ 
DZIEWCZĄT zabieraliśmy się do  dzieła.

- Ty bierz swoje, a ja będę brał swoje - powiedział  PIERWSZA MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT. - Uważaj, żeby nam się  wszystko nie popierdoliło. Jeżeli dołożysz 
swojego PAJĄKA  do moich kurew, to Francesco dostanie szału.

- Kto to jest Francesco?
- Kierowca ciężarówki - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT. - To 

jest skurwysyn. On potem pójdzie do  Mickeya, powie, że jego wóz miał przestój z 
naszej winy,  i w piątek obaj wyskakujemy z roboty. Jasne?

Zaczęliśmy zrzucać paczki, a Francesco stał patrząc na nas  z szyderczym 

uśmiechem i opatrując nasz wysiłek komentarzami nie nadającymi się do powtórzenia 
nawet w towarzystwie filmowców. Jego słowa miały w sobie dużo zachęty; co  nie 
było bez znaczenia, jeśli weźmie się pod uwagę, iż ciężar  jednej paczki wynosił 

background image

najmniej czterdzieści kilo. Po kilkunastu  minutach wszedł powolnym krokiem na 
salę jakiś starzec o wyglądzie człowieka stojącego nad grobem. Na plecach  
patriarchy wypisane było: SEKSUOLOGIA. WSPANIAŁY  KOCHANEK. Ciężko 
dysząc i wybałuszając oczy w śmiertelnym wysiłku, SEKSUOLOGIA wdrapał się na 
ciężarówkę  i szepnął mi na ucho:

- Uważaj! Mickey tu był dwa razy i widział, jak siedzisz.  - Przecież dźwig 

odjechał - powiedziałem. - Musieliśmy  czekać na następny.

- W naszej firmie się nie siada - powiedział SEKSUOLOGIA. WSPANIAŁY 

KOCHANEK. - Nawet jeśli nie ma  dźwigu, musisz stać. Jeśli Mickey cię zobaczy, to 
wykopie cię  od razu. - Charcząc i dysząc z wysiłku SEKSUOLOGIA.  
WSPANIAŁY KOCHANEK zlazł z ciężarówki i patrząc  przed siebie błędnym 
wzrokiem odszedł; jego rybie oczy  łzawiły.

Mickey wszedł na salę i krzyknął:  - Przerwa.
Widziałem, jak PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT podnosił akurat paczkę i 

puścił ją w tym samym momencie, kiedy  rozległ się ryk Mickeya. Wszyscy 
usiedliśmy, gdzie kto mógł,  i każdy jadł przyniesione ze sobą sandwicze. Nagle na 
salę  wszedł jakiś garbus, wyglądający przy tym jak przejście Żydów  przez Morze 
Czerwone w jednej osobie. Na plecach miał  napis: HERKULES, CZŁOWIEK 
MIĘŚNI. Garbus płakał  rozdzierająco.

- Dlaczego ten bękart płacze? - zapytałem.
- Nie wiesz dlaczego? - zapytał PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT.
- Nie.
- Nasz szef ma dziwne poczucie humoru - odparł PIERWSZA MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT. - Widzisz, on nas wszystkich  tak ponazywał, żeby nas krew zalewała, 
jak o tym myślimy.  Ten garbus najpierw był TARZAN, SYN KNIEI, potem go  
zrobili PIĘKNO I SIŁA MĘŻCZYZNY, a teraz jest HERKULES. Kiedy ja tu 
przyszedłem, kiedy dali mi ten fartuch  i gdy zobaczyłem, że już nie jestem Billy 
Andersonem, tylko PIERWSZĄ MIŁOŚCIĄ DZIEWCZĄT, poszedłem do szefa  i 
mówię: „Szefie, czy nie mógłbym być CZŁOWIEKIEM  BESTIĄ, MORDERCĄ DO 
WYNAJĘCIA?" A on popatrzył  na mnie i powiedział: „Moim zdaniem ty wyglądasz 
jak  PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT". Odwrócił się do swojej  sekretarki i 
powiedział: „Susan, czy to nie jest najprzystojniejszy chłopak w Down-Town?" A 
Susan na to: „Tak, panie  Fischbajn". A on do mnie: „I co, teraz mi wierzysz?" I tak 
się  skończyło.

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT zamyślił się. Jego  ponura twarz syfilityka-

sadysty stężała; czółko, które normalnie miało wielkość znaczka pocztowego, 
zniknęło zupełnie;  zdawało się, że szczęka wyrastała mu wprost z głowy.

- A ja przecież nawet seks muszę kupować - powiedział  PIERWSZA MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT. - Tak jak inni kupują  kartofle. Jestem wstrętny i nikt mnie nie chce. 
Kiedyś  poszedłem do jednego baru z kurwami na Vine Street i one  tam siedziały i 
piły whisky, którą kupowali im faceci,  a potem wyprowadzali je ze sobą. Więc ja też 
chciałem kupić  jednej i zapytałem ją, co ona pija, a ona mi na to: „Ja piję  Seven and 
Seven. A ty co? Krokodyle gówno?" I nie chciała  nawet ze mną mówić. Wtedy jakiś 
szofer taksówki powiedział mi, że zna w Down-Town jedną prostytutkę, która  
nazwała siebie Josephine, i że mnie tam zawiezie. Zawiózł  mnie, kazał zapukać do 
drzwi trzy razy i powiedzieć, że  Harry mnie przysyła. On miał czekać na dole. 
Zapłaciłem  mu osiem dolarów za kurs; poszedłem na górę, zapukałem;  otworzył mi 
jakiś Murzyn. Ja mówię: ,,Chciałbym się  widzieć z Josephiną". Czy wiesz, kim był 
ten Murzyn? To  był zapaśnik, który zabił człowieka na ringu, za co odebrali  mu 
licencję; nie umiał udawać i bił się naprawdę. Ten  Murzyn dostał szału i potem ja 
leżałem trzy tygodnie  w szpitalu.

background image

- Pewnie chciał ci zrobić kawał - powiedział człowiek  POGRZEBCIE MNIE 

ŻYWCEM.

- Kto?
- Ten szofer taksówki - powiedział POGRZEBCIE MNIE  ŻYWCEM.
- Tak myślisz? - zapytał PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.
- Człowiek czasem myśli, że jest śmieszny, jak upierdoli  drugiego - powiedział 

POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM.

- Ja go jeszcze znajdę - rzekł PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT.
- Oni nas tu wszystkich wpierdolili - powiedział POGRZEBCIE MNIE 

ŻYWCEM. - Żeby dostać tę pracę, musisz  należeć do związku. Nasz szef nikogo nie 
wyrzuci, bo Związek  by go wykończył w jeden dzień. Daddy Hoffa nie pozwoliłby  
nikomu z nas nic zrobić. Dlatego my dostajemy dwa pięćdziesiąt trzy na godzinę, a 
nasz szef musi tyle płacić; on  nienawidzi Daddy Hoffy i odgrywa się na nas. Ja na 
przykład  jestem po dwóch zawałach serca, czterech operacjach przepukliny, nie mam 
ani jednego własnego zęba. i dlatego mój szef  pchnął mnie na tę serię o bandycie, 
który grzebie ludzi  żywcem. W zeszłym miesiącu zagrzebał dwie małe dziewczynki, 
zakonnicę i swojego własnego teścia. A to wszystko  dlatego, że w młodości coś się z 
nim stało i on, zdaje się,  nienawidzi ludzi. Tak to przynajmniej wygląda.

- Powiedz PAJĄKOWI, jak nazywałeś się przedtem - powiedział PIERWSZA 

MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.

- Wolałbym o tym nie mówić.  - Powiedz mu.
- OK - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM.  - Przedtem nazywałem się 

JOE ZMARTWYCHWSTANIEC.  To o takim jednym chłopaku z Kansas City, który 
porywał  trupy.

- I co z nimi robił?
- Ja nie wiem. Akurat jak to się miało wyjaśnić, przeszedłem do innej grupy - 

powiedział POGRZEBCIE MNIE  ŻYWCEM.

- Nasz szef zawsze tak robi - zauważył PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - Jak 

ktoś się naprawdę zainteresuje, co tam piszą w tych śmieciach, to zaraz przesuwa cię 
na inną  robotę. Ja jestem PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT, a nawet nie wiem, o 
czym tam jest.

- To wszystko dlatego, że nasz szef nienawidzi Daddy  Hoffy - powiedział 

POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. - Daddy  był dobrym człowiekiem, chciał nam 
nawet dać opiekę  dentystyczną. Teraz go zamknęli, ale nasz szef boi go się dalej.

- On nienawidzi Hoffy, bo Hoffa był kierowcą ciężarówki  i gdyby powiedział dziś 

jedno słowo, to cały kraj by stanął  - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ 
DZIEWCZĄT. - Tylko  że Daddy tego nie zrobi. Daddy nie pozwoli nikomu nas  
wpierdolić, ale nie może się mieszać w sprawy wewnętrzne  naszego szefa. Dlatego 
on nas wszystkich zrobił błaznami.

Mickey wszedł na salę i krzyknął:  - Let ś go!

Tym razem nie było ciężarówki do wyładowywania. Ja  i PIERWSZA MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT układaliśmy na kupę  stare komiksy i zdzieraliśmy z nich okładki.

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT odszedł na chwilę,  więc ja sam zdzierałem 

okładki i układałem stosy tych śmieci,  ale potem wrócił i stanął koło mnie.

- Gdzie są okładki? - zapytał.
- Nie wiem - powiedziałem. - Ktoś je wziął przed chwilą.  - Wielkie Nieba! My to 

wszystko musimy ułożyć na kupę  i przykryć jedną okładką. O czym to teraz jest?

Wziąłem jeden z oddartych komiksów i zacząłem czytać:  „Pierwszy raz Tom wziął 

mnie siłą na Cmentarzu Wojskowym w Darlington. Działo to się nocą. Do dziś 
jeszcze  pamiętam jego kosmatą rękę wciskającą się niby kleszcze  w moje, 
bezbronne i niedoświadczone wtedy jeszcze uda..."

background image

- OK - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.  - Przykryjemy to 

Donaldem Duckiem i wszystko będzie  w porządku. - Zerwał okładkę z DONALDA 
DUCKA i przykrywszy nią paczkę, zręcznie zawiązał ją sznurkiem i rzucił  
następnemu z nas.

Ludziom pracującym po drugiej stronie stołu musiało się także coś pomylić. 

Słyszałem, jak jeden z nich usiłował  zidentyfikować tekst z okładką:

„Wtedy w ręku Johnny'ego błysnął krótki, meksykański  nóż. Johnny wbił go w 

brzuch Murzyna i jednym ruchem,  śmiejąc się szatańsko, wyrwał mu wnętrzności. - 
To cię  nauczy w przyszłości szacunku dla białego człowieka, czarny  psie - 
powiedział Johnny i spokojnie odszedł na bok  śmiejąc się upiornie". Czytający 
przerwał i powiedział po  chwili:

- W przyszłości?  - No tak?
- Ale jak ten człowiek może mieć przyszłość? Przecież  Johnny wyrwał mu 

wszystkie kiszki.

- Nie znasz się na literaturze - powiedział jego przyjaciel.  - To jest wszystko 

gówno, ale musi być prawda, nie?  Przecież jeśli sprzedają tego miliony tygodniowo i 
każdy  zeszyt kosztuje dwadzieścia pięć centów, więc to nie może być  całkiem 
głupie, nie? Czytaj teraz z tej kupy.

„Powiedziałem ci, abyś nigdy nie wracał do tego miasta,  rzekł szeryf i cofnął się o 

krok. Błyskawicznym ruchem  sięgnął do biodra, ale Billy The Kid był szybszy. Dwa 
strzały  zlały się w jeden i ciało szeryfa bezwładnie osunęło się na  ziemię..."

Przerwałem na chwilę zdzieranie okładek i usiłowałem  przemyśleć tę scenę. Jeśli 

szeryf sięgnął do biodra ruchem  błyskawicznym, a Billy The Kid był jeszcze 
szybszy, to jak  szybki musiał być ruch Billy'ego? Nie umiałem sobie na to  
odpowiedzieć. Ale uderzony byłem precyzją tej sceny: Billy  strzelił celniej i już nie 
szeryf, lecz ciało szeryfa osunęło się  bezwładnie na ziemię. Gdyby autor usunął 
słowo „bezwładnie",  byłby to kawałek tęgiej prozy, ale każdy musi przecież  
wygłupiać się jakoś w pisaniu. Do dziś nie rozumiem kombinacji finansowych 
przeprowadzanych przez bohaterów powieści Balzaca; nie rozumiem bełkotu 
Żeromskiego; nie  rozumiem, dlaczego Jerzy Andrzejewski pisze tak mało, i nie  
rozumiem, dlaczego ja zacząłem pisać w ogóle.

jeszcze jednej rzeczy nie rozumiem - powiedziałem  głośno. - Dlaczego szef 

nazwał mnie ZADZIWIAJĄCY  CZŁOWIEK PAJĄK.

- On ci wymyśli coś innego - powiedział PIERWSZA  MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - 

ŚWIAT KOBIET odchodzi niedługo do Wietnamu, gdzie będzie kapelanem, i wtedy 
może  przerzuci cię na ŚWIAT KOBIET. Czy twoja żona żyje?

- A czy ja wyglądam na zadowolonego?
- Więc może cię przerzuci na ŚWIAT KOBIET. Tam  przedtem pracował jeden 

taki, którego żona kompletnie  zrujnowała, i dlatego szef go tam postawił.

- A dlaczego ŚWIAT KOBIET ma być kapelanem?
- ŚWIAT KOBIET jest księdzem. Księdzem-robotnikiem.  Dużo jest takich. Ale 

teraz ŚWIAT KOBIET ma też już dosyć  i jedzie na wojnę. ŚWIAT KOBIET to takie 
pismo ze  zdjęciami nagich dziewczyn i tam jest jeszcze o tym, że one  za jedną 
godzinę modelowania zarabiają pięćdziesiąt zielonych.  Zresztą popatrz sobie na 
niego.

Odwróciłem się w lewo i zobaczyłem jakiegoś człowieka  zrywającego okładki z 

pisemka ŚWIAT KOBIET. Oczy miał  wbite w niebo i krzywił się za każdym razem, 
kiedy dotykać  musiał okładki. Natychmiast po jej zerwaniu ukazywało się  zdjęcie 
nagiej kobiety leżącej na pluszowej kanapie, w pozie  jednoznacznie zachęcającej do 
jak najszybszego położenia się  na niej, nawet bez uprzedniego kładzenia się na 
kanapie.  Podpis brzmiał: „Teresa W. ma tylko dziewiętnaście lat i całe  życie przed 

background image

sobą. Kocha sport, muzykę i taniec". Nie zdołałem  przeczytać nic więcej o Teresie 
W.; ŚWIAT KOBIET zrywał  okładki z męczeńskim wyrazem twarzy, szepcząc przy 
tym  słowa modlitwy.

Z drugiego końca sali dobiegły nas straszne krzyki. To  Mickey rozmawiał z 

jakimś kulawym człowiekiem, którego  lewy but ważyć musiał chyba z piętnaście 
funtów, i dzięki  temu kulas wyglądał trochę jak diabeł z operetki, której  producenci 
już przed premierą zrozumieli, że pójdą na żebry,  więc do roli diabła zaangażowali 
najtańszego aktora w mieście.

Chude plecy kulawego diabla pokryte były pomarszczonym  fartuchem z napisem: 

ŚWIAT SPORTU.

- Co to ma wspólnego ze sportem? - mówił Mickey swym  jadowitym głosem. - 

Zawsze wszyscy mylicie okładki. Proszę,  przeczytaj mi kawałek tego.

- Nie muszę czytać - powiedział ŚWIAT SPORTU.  - Wiem, o czym to jest.
- A więc o czym?
- O takim jednym bandycie, który miał narzeczoną, i wtedy  go właśnie zamknęli.
- I co dalej?
- A potem on urwał się z więzienia i przyszedł do  niej, aby go ukryła, i trafił na jej 

ślub z jakimś innym  człowiekiem. I zadusił wszystkich weselnych gości, a Mu-
rzynowi, który grał na trąbce, wyrwał oczy, wyrzucił go  przez okno, a za nim 
wyrzucił trąbkę krzycząc szyderczo:  „Teraz nikt nie zarabia tak dobrze jak ślepcy-
trąbkarze".  To wszystko.

- A co to wszystko ma wspólnego ze sportem? - zapytał  Mickey.
- Ja myślę, że człowiek, który własnoręcznie zadusił wszystkich gości weselnych i 

wyrzucił ciężkiego Murzyna przez  okno, musiał mieć trochę krzepy - powiedział z 
godnością  ŚWIAT SPORTU. - Przynajmniej z mojego punktu widzenia.  Ja jestem 
chory na polio, nie przyjęto mnie do wojska i nie  mam nawet prawa jazdy.

- Twój punkt widzenia jest bez żadnej wartości - powiedział  Mickey. - Trzymaj 

się tekstu.

- A dla mnie ten człowiek był siłaczem.  - Ale u nas jest bandytą.
- A co, nie ma już silnych bandytów?  - To nie należy do rzeczy.
- A z mojego punktu widzenia człowiek, który zadusił  własnymi rękami 

wszystkich gości, musiał być wyrobiony  sportowo - z godnością odpowiadał ŚWIAT 
SPORTU. - Ja  bym tego nie umiał i ty byś tego nie umiał.

- Ja ci tłumaczę jak człowiekowi: ten gość był bandytą. To  była broń do 

wynajęcia.

- To jeszcze niczego nie dowodzi - powiedział ŚWIAT  SPORTU. - Baby 

Chessman też był bandytą, a w więzieniu  uprawiał sport, podnosił ciężary i czytałem 
o nim w gazecie,  że miał bicepsy jak wąż kobra. Jedno nie przeszkadza  drugiemu.

Mickey odszedł, a PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT  powiedział do mnie:
- To nasz szef zrobił z tego kulasa ŚWIAT SPORTU.  Przedtem on był 

DEMONEM SZYBKOŚCI, CZYLI WYZWANIEM PRZESTWORZY, ale nikt nie 
kupował tych  komiksów, i stary przesunął go na ŚWIAT SPORTU. Trzeba  go było 
wtedy widzieć. Patrzyliśmy wszyscy na niego; byłem  pewny, że mu serce pęknie ze 
złości. Był czerwony jak ktoś,  kogo mają wieszać, tylko że zapodział im się gdzieś 
sznur  i trzeba trochę poczekać. Czerwony i blady. Podszedł do  kulasa i powiedział: 
„OK, od jutra jesteś ŚWIAT SPORTU.  Wyrzuć te śmieci. I własnoręcznie począł 
drzeć resztki  DEMONA SZYBKOŚCI.

- Przerwa - powiedział Mickey.
Kupiłem sobie butelkę mleka i kanapkę z szynką, a siedzący  koło mnie 

POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM mówił do jakiegoś człowieka, który zdjął fartuch i 
o którym nie wiedziałem  nic ponadto, iż spał chrapiąc smacznie, podczas gdy PO-

background image

GRZEBCIE MNIE ŻYWCEM rozwijał kunszt oratorski:

- Przez cały czas myślałem sobie, że kiedy stuknie mi  sześćdziesiątka, pójdę na 

emeryturę i wynajmę sobie jakiś tani  pokój na Brodwayu w Santa Monica. Posiedzę 
trochę nad  morzem, ugotuję sobie obiad, a potem pójdę do piwiarni  i będę mówił z 
ludźmi, a jak się trafi ktoś fajny, to kupię mu  piwo. Wiesz, w tych małych barach 
liczą dwadzieścia, a nawet  piętnaście centów za piwo. Ja nie mam dzieci, żona moja  
umarła i cały czas myślałem, że kiedy będę już stary, to pójdę  do baru i będę gadał z 
ludźmi. Ja tam nie jestem żaden pijak,  ale lubię usiąść i pogadać. I w końcu ten dzień 
przyszedł; wynająłem sobie pokój i chodziłem do barów i opowiadałem  ludziom, że 
zrywałem okładki z komiksów i układałem  je na kupę. I że tak było przez 
czterdzieści lat. I co?  Ludzie nie chcieli mnie słuchać. Ile czasu można opowiadać,  
że zrywa się okładkę i rzuca na kupę? A ja nic innego  nie umiałem tym ludziom 
opowiedzieć, bo ani nie piłem,  ani nie jeździłem nigdzie; raz tylko pijany Murzyn 
trzasnął  mnie samochodem, a kiedy leżałem na jezdni, podszedł  do mnie i kopnął 
mnie w dupę mówiąc: „Nie szwendaj  się na drugi raz ulicami, kiedy ja jeżdżę i piję". 
Odjechał  i nigdy go nie złapali. Tak więc opowiadałem im o tych  okładkach, aż w 
końcu ci właściciele tanich barów na  Brodwayu wyrzucali mnie, kiedy wchodziłem 
trzeźwy, krzycząc: „Pijakom nie sprzedajemy". Widocznie goście poprosili  ich, aby 
mnie wyrzucali. Wtedy wróciłem tutaj i szef  przyjął mnie z powrotem i z JOE 
ZMARTWYCHWSTAŃCA zrobił mnie POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. Rozu-
miesz?

Śpiący obudził się i powiedział:
- Jasne. Miałeś rację. Ja tam żadnej nie wierzę. Moja żona  była też z Południa i też 

odeszła z jakimś wszarzem i nigdy  o niej nie słyszałem.

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT podszedł do mnie  blady.
- Czy pamiętasz, gdzie położyłeś tę paczkę przykrytą  DONALDEM DUCKIEM? 

- zapytał. - Mickey szaleje.

- Leży tam jeszcze, na stole.
PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT porwał paczkę i gumką starł mój monogram.
- Przyjacielu! - krzyknął do jakiegoś Meksykanina. - Pokaż  mi tę twoją paczkę. 

Co ty tam masz?

- Twoja i innych - powiedział Meksykanin TWOJA  I INNYCH.
- Pokaż to na chwilę. Nie widziałem nigdy tego śmiecia.  TWOJA I INNYCH 

rzucił mu paczkę i PIERWSZA  MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT czytał przez chwilę tekst.

- Dobra historia - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT. - Jak ty się 

nazywasz?

- TWOJA I INNYCH.  - Ale przedtem?
- Carlos Romeo.
PIERWSZA MIŁOSĆ DZIEWCZĄT zmazał mój autograf  i szybko napisał dwie 

litery: „C.R." A potem przerzucił  paczkę poprzez całą salę, Murzyn zaś stojący przy 
maszynie,  która zbijała paczki w kwadratowe bryły, owiązał ją drutem  i rzucił na 
ciężarówkę.

- Dlaczego nazywasz się TWOJA I INNYCH? - zapytałem.  - Moja żona pierdoli 

się ze wszystkimi.

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT powiedział do mnie  szeptem:
- Oni będą myśleli, że to ten bękart przykrył tę historię...  - Wiem - powiedziałem. 

- „Pierwszy raz Tom brał mnie  nocą na cmentarzu wojskowym w Darlington. Do 
dziś jeszcze  i tak dalej...» A myśmy to przykryli DONALDEM DUCKIEM.

- Oni będą myśleli, że zrobił to TWOJA INNYCH  powtórzył PIERWSZA 

MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - I w piątek  wykopią go z roboty. Mickey przyjdzie i 
powie: „OK, to  twój ostatni dzień". Ale Mickey nie robi tego nigdy, kiedy  jest sam 

background image

na sam z człowiekiem. On to powie, jak TWOJA  I INNYCH będzie pracował jeszcze 
do wieczora i tylko  szczęki będą mu chodzić, ale nie powie Mickeyowi nic  więcej 
jak tylko: I'm sorry, sir. Thank you for giving me  a chance. I to koniec.

- Dlaczego wybrałeś jego?
- On nie należy do Związku. Nie przepracował jeszcze  trzydziestu dni.
- A jak poznają twój charakter pisma?
- Nie poznają - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM
. - PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT odsiedział  swoje za sfałszowanie czeku. 

On nas wszystkich wyciąga  z kłopotów.

- Tak - powiedział ze smutkiem PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT. - Ja 

wszystkim zawsze pomagam. Ale jak ja  raz poprosiłem, żeby mi zmienili imię, to 
nikt nie chciał  nawet słuchać. I to jest wolny kraj.

- A jak się chciałeś nazywać? - zapytałem.
- PEŁEN SZLACHETNOŚCI DUSICIEL - powiedział  PIERWSZA MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT. - Ale nawet i to się nie  udało.

„Kultura" 3/1968, Paryż