background image

Dla Kevina Michaela Maxwella.

Miałeś rację, Max.

Rzeczywiście w życiu chodzi tylko o miłość.

 

background image

Grudzień 1803 roku

Kiedy „Wąż Morski" płynął przez mgłę w stronę lądu, Michael Severson 

stał   oparty   o   reling   statku,   urzeczony   pierwszym   od   ponad   dziesięciu   lat 
widokiem ojczystej ziemi.

Anglia.

Nie spodziewał  się takiego przypływu emocji ani tęsknoty za tym,  co 

utracił.

Kiedy   odpływali   z   Kanady,   liście   z   drzew   już   opadły,   a   trawa   była 

zupełnie brązowa. A tutaj, chociaż była już późna jesień, a i cel podróży bardziej 
na   północ,   Anglia   witała   go   soczystą   zielenią.   W   porównaniu   z   ponurymi 
dniami spędzonymi na morzu, widok ogrodów i trawiastych pagórków, które 
wyłaniały się zza skał otaczających wąską cieśninę, nadawał jego powrotowi do 
domu   charakter   ponownego   wkraczania   do   świata,   o   którym   niemal   już 
zapomniał.

- Więc to ma być cywilizacja? - zapytał sceptycznie Alex Haddon, jego 

partnera w interesach.

Michael odwrócił się do niego.

- Niektórzy twierdzą nawet, że to centrum wszechświata.

Żaden z mężczyzn nie miał kapelusza, więc ich długie do ramion włosy 

były   wilgotne   i   słone.   Michael   zamierzał   obciąć   swoje,   kiedy   dotrą   już   do 
Londynu.   Wątpił   natomiast   w   to,   że   Alex,   pół-Indianin,   pozwoliłby 
komukolwiek dotknąć swoich włosów. I tak wielkim ustępstwem z jego strony 
była rezygnacja ze spodni i kaftana ze skóry jelenia na rzecz stroju z bawełny i 
wolny.

Michael   nie   miał   takich   rozterek.   Jedną   z   pierwszych   czynności   po 

powrocie do Londynu będzie umówienie się na przymiarkę u krawca. Uważał, 
że społeczeństwo ocenia człowieka po kroju jego płaszcza.

Jak na ironię, to właśnie Michael bardziej przypominał Idianina niż jego 

przyjaciel.   Po   ojcu   Alex   odziedziczył   szare   oczy   i   lekko   falowane   włosy, 
natomiast Michael miał brązowe oczy i zupełnie proste włosy.

Alex oparł się na relingu, spoglądając na zbliżający się brzeg lak, jakby 

życzył sobie, żeby ten nie istniał.

background image

- Popełniasz błąd.

- Wracając? - zapytał Michael. - Przygotowywałem się na tę chwilę od 

dnia, kiedy wygnali mnie z kraju.

-  A   dlaczego   sądzisz,   że   teraz   czekają   na   ciebie   z   szeroko   otwartymi 

ramionami?

-   Jest   ktoś,   kto   na   pewno   się   nie   ucieszy.   Zabójca   Aletty   nie   będzie 

szczęśliwy   na   mój   widok.   Ale   nadszedł   już   czas.   Człowiek,   przez   którego 
zginęła, a ja omal nie zostałem powieszony, teraz za wszystko zapłaci.

Tylko w ten sposób Michael mógł zaprowadzić spokój w swoim życiu. 

Śmierć Aletty prześladowała go. Może i jej nie zamordował, ale niefortunnie 
napatoczył się pijany, kiedy ktoś inny to zrobił.

Widywał się z Alettą, ponieważ był jej kochankiem, tak jak wielu innych. 

Jako królowa londyńskiej sceny, Aletta była bardzo znana i korzystała ze swojej 
popularności. Michael był drugim synem rozrzutnego hrabiego i miał zupełnie 
puste kieszenie, ale za to był przystojny i pełen uroku.

- Wiem, że to ciąży na twojej duszy… - powiedział Alex. Zawiesił głos, 

jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. 

- Mów dalej. 

- Co będzie, jeśli nie znajdziesz odpowiedzi?

 Taka myśl wydawała się Michaelowi nieprawdopodobna.

- Znajdę.

- Skąd ta pewność? Minęło już dziesięć lat. Kto będzie się przejmował 

martwą tancerką?

Człowiek, który ją zabił. Ten ktoś czekał na powrót Michaela. Nikt nie 

może zamordować niewinnej istoty i nie spodziewać się rozliczenia za ten czyn.

- Ostatniej nocy znowu śniła mi się śmierć Aletty - powiedział Michael. 

Po raz pierwszy miał ten sen dwa miesiące temu i podejrzewał, że to odpowiedź 
na jego decyzję o powrocie do kraju.

- Czy tym razem widziałeś twarz tamtego mężczyzny? - zapytał Alex.

- Nie. Nadal jest w cieniu. 

background image

- Ale znasz go?

- Tak - odparł Michael i po chwili dodał: - Gdybym tylko mógł go lepiej 

zobaczyć.

-   Twoje   sny   do   ciebie   przemawiają.   Dowiesz   się   wszystkiego   w 

odpowiednim czasie. Po prostu musisz jeszcze trochę poczekać.

- Już dość długo czekałem - powiedział Michael. - Obstawiam Elswicka. 

Tylko on jeden chciał mnie zniszczyć.

- Ponieważ jego syn zamierzał poślubić tamtą tancerkę? - zapytał Alex, 

wyraźnie powątpiewając.

- Ponieważ obawiał się, że to jego syn ją zabił, więc chciał mnie obarczyć 

winą za jej śmierć - odparł Michael.

- Myślisz, że jego syn ją zabił?

Michael skinął głową.

- Tak.

Zastanawiał się nad tym dość długo. To było jedyne rozwiązanie, które 

miało jakiś sens. Henry był synem Elswicka i jego dziedzicem. Dlaczego inaczej 
wpływowy   markiz   Elswick   miałby   prowadzić   tak   zaangażowaną   kampanię 
przeciwko   Michaelowi,   żeby   to   właśnie   jego   oskarżono   o   morderstwo? 
Wykorzystał   wszystkie   swoje   wpływy,   łącznie   z   wydrukowaniem   ulotek   i 
rozprowadzeniem   ich   wśród   mas,   żeby   wszystkim   oznajmić   winę   Michaela. 
Jedyna rzecz, jaka ocaliła głowę Michaela, to uczciwość sędziego, który zażądał 
jednoznacznych dowodów. Nawet jego własna rodzina nie wspierała go w tych 
ciężkich chwilach.

-   Mężczyźni   mordują   z   zazdrości   -   powiedział   Alex,   wzruszając 

ramionami. Znał całą historię, bo Michael opowiadał mu ją wiele razy.

-   Pragnienie   cudzej   własności   to   zwykle   jedyny   powód,   dla   którego 

mężczyźni są gotowi zabić - potwierdził Michael. - Henry chciał posiąść Alettę i 
zabił ją, kiedy zastał mnie w jej mieszkaniu.

Alex pokręcił głową.

- Mylisz się. Mężczyźni zabijają także z zemsty. Pamiętaj o tym, Michael, 

i zaklinam cię, nie zrób czegoś głupiego.

background image

Michael spojrzał kątem oka na przyjaciela.

-   Czy   to   dlatego   nalegałeś,   żeby   tu   ze   mną   przyjechać?   -   zapytał 

wyzywająco.

- To jeden z powodów - przytaknął Alex niespeszony.

- A pozostałe powody?

- Może pomyślałem sobie, że najwyższy już czas zobaczyć drugą stronę 

świata?

- A może pomyślałeś o odnalezieniu swojego ojca? - zapytał ostrożnie 

Michael.

Ojciec Alexa był brytyjskim generałem, który zdradził swój kraj na rzecz 

Francji. Alex cenił sobie honor ponad wszystko, więc zdradziecki występek ojca 
i jego późniejsza dezercja skłoniły go do powrotu do plemienia matki - Indian 
Shawne. Kiedy tam wrócił, poznał Michaela, który był ich więźniem.

Od tamtego dnia, prawie dziewięć lat temu, stali się bliskimi przyjaciółmi 

oraz partnerami w interesach. Każdy z nich miał swój własny cel w osiągnięciu 
bogactwa: Alex chciał udowodnić sobie, że jest bardziej honorowy od ojca, a 
Michael pragnął zdobyć środki, które pozwoliłyby mu odzyskać dobre imię.

Alex przez chwilę przyglądał się twarzy przyjaciela.

-   Jeśli   moje   drogi   przetną   się   z   jego   drogami,   to   będziemy   musieli 

porozmawiać - przyznał.

- Jeśli Elswick stanie na mojej drodze, to nie skończy się na rozmowie - 

przyrzekł Michael.

Odwrócił się z powrotem w stronę zbliżającego się lądu. Elswick wkrótce 

się  dowie,  że  Michael  nie  jest  już tym  samym  wystraszonym żółtodziobem, 
który kiedyś uciekł z kraju. Teraz wraca jako równy przeciwnik i nie zawaha się 
zmierzyć z najbardziej wpływowym człowiekiem w Anglii.

 

background image

Rozdział 1

 

Marzec 1804 roku

Łóżko   panny   Lillian   Wardley   było   puste.   Isabel   Halloran,   jej 

guwernantka, zareagowała na ten widok mieszaniną frustracji i paniki. Lillian 
miała   reputację   dość   rozwiązłej   dziewczyny.   Poskromienie   jej   burzliwego 
temperamentu należało do obowiązków Isabel, od kiedy została zatrudniona w 
tym domu trzy miesiące wcześniej.

Isabel   nie   potrzebowała   teraz   sprzeczki   z   Lillian.   Miała   swoje   własne 

demony, z którymi musiała  się  uporać, a właściwie jednego - lorda Riggsa. 
Kiedyś wydawało jej się, że kocha Richarda, do czasu, gdy ten nie spróbował 
posiąść jej siłą. Był teraz gościem pod tym samym dachem, a ona starała się jak 
mogła, żeby go unikać. Nie chciała, żeby dowiedział się o tym, że i ona tu jest. 
Ból jego zdrady był dla niej nadal zbyt świeży. Isabel nie miała ochoty wyruszać 
na wędrówkę po korytarzach w poszukiwaniu nieposłusznej podopiecznej.

Powinna się była domyślić, że Lillian coś szykuje. Siedemnastolatka była 

dziś zbyt spokojna i układna, a do tego za wcześnie, jak na siebie, udała się na 
spoczynek. Bezdyskusyjne posłuszeństwo zupełnie nie leżało w jej charakterze i 
na   tyle   zaniepokoiło   Isabel,   że   zdecydowała   się   wstać   z   łóżka,   zarzucić   na 
koszulę nocną brązową dzienną suknię i pójść zajrzeć do Lillian. Było już pół 
godziny po północy i Isabel przeczuwała, gdzie może znaleźć Lillian.

Osłaniając dłonią płomień świecy, ruszyła korytarzem w stronę pokoju 

niani i zapukała do jej drzwi. Musiała zapukać jeszcze kilka razy, żeby wyrwać 
starszą kobietę ze snu.

Drzwi wreszcie się otworzyły.

- Panno Halloran, czy coś się stało z dziećmi? - zapytała zachrypniętym 

głosem   niania,   mrużąc   oczy   przed   światłem   świecy.   Opiekowała   się   trójką 
młodszych dzieci pana Wardleya i jego drugiej żony, dorodnej dziewczyny z 
tawerny, która miała ambicje, by dorównać swojemu mężowi.

- Lillian zniknęła.

- Zniknęła? - powtórzyła niania nieprzytomnie.

background image

- Nie ma jej w łóżku. Potrzebuję pani pomocy w odnalezieniu jej.

Niania natychmiast się ocknęła.

- O mój Boże! - Otworzyła szerzej drzwi i sięgnęła po szlafrok wiszący 

obok   na   gwoździu.   -   Ostatnio,   jak   to   zrobiła,   znaleźliśmy   ją   z   parobkiem 
stajennym. To było, jeszcze zanim się tu pojawiłaś, moja droga. Ale wiem, że o 
tym słyszałaś.

- A już myślałam, że poczyniłam z nią jakieś postępy…

- Ja  też tak myślałam.  - Niania wsunęła ręce w rękawy szlafroka, ale 

zapomniała ściągnąć z głowy czepka nocnego. - Pan wtedy wysłał tego chłopaka 
do Australii. - Isabel słyszała już tę historię, ale niania nigdy nie odmawiała 
sobie sposobności opowiedzenia jej po raz kolejny. - Błagał o litość, ale pan nie 
chciał   go   w   ogóle   słuchać.   Ci,   co   mają   pieniądze,   ustanawiają   zasady.   Tak 
zawsze mawiała moja matka. Módlmy się, żeby panna Lillian nie wpędziła w 
tarapaty następnego parobka.

- Nie. Wydaje mi się, że ona mierzy wyżej. - Isabel ruszyła w stronę 

schodów w końcu korytarza. Poluzował jej się warkocz, który zaplotła na noc, 
ale nie miała teraz czasu na jego poprawianie.

Niania poruszała się z zaskakującą prędkością i po chwili złapała Isabel 

pod rękę.

- Jeden z gości? Czemu przyjaciele pana to sami rozpustnicy i łajdaki, 

nawet, jeśli mają tytuły przed nazwiskiem? Te typki gotowe są uwieść młodą 
dziewczynę, a potem ją porzucić i wtedy pan nie mógłby nic z tym zrobić.

-  Wiem   -  odparła   Isabel.   Nie  mogła   ręczyć   za   wszystkich   gości   pana 

Wardleya, ale Richard z pewnością odpowiadał temu opisowi.

- Możemy stracić nasze posady.

- Tak. - Isabel ulżyło, że niania pojmowała powagę sytuacji.

- Lepiej się pospieszmy - powiedziała starsza kobieta. Chwyciła ogarek 

stojący na stole i zapaliła go od świecy, którą trzymała Isabel. Obie kobiety 
pomknęły do schodów. - Najlepiej by było, gdyby pan wydał pannę Lillian jak 
najszybciej  za  mąż.  Owszem,   jest  młoda,  ale  jeszcze   trochę,  a  napyta sobie 
biedy tym swoim temperamentem.

Ich   pracodawcą   był   Thomas   Wardley,   kupiec,   który   zbił   fortunę   na 

dostarczaniu wełny dla armii i któremu spodobała się myśl wkupienia się w ten 

background image

sposób w wyższe sfery. Był zachwycony tym i podkreślał na każdym kroku, że 
jest częścią "nowego ładu społecznego", w którym to człowiek nie potrzebuje 
tytułów, żeby zostać zaakceptowanym. Lecz jego służba wiedziała, że ponad 
wszystko   pragnął   jednego:   żeby   nawet   za   jego   plecami   mówili   o   nim   "sir 
Thomas".

A Isabel wiedziała, że się mylił co do nowego ładu społecznego. Przepaść 

pomiędzy arystokracją a wszystkimi pozostałymi ludźmi była szersza i głębsza 
niż ocean. Richard ją tego nauczył, podobnie jak tego, że tytuł szlachecki nie 
robi   z   mężczyzny   dżentelmena.   Pięciu   utytułowanych   dżentelmenów, 
goszczących tu w tym tygodniu, przybyło na polowanie, chociaż dotychczas 
żaden z nich nie wybrał się do lasu. Zamiast tego cały parter pachniał porto i 
brandy, a niania i Isabel starały się jak mogły, żeby uchronić dzieci przed złym 
wpływem, jaki mogła mieć na nie ta sytuacja.

Dwie kobiety zeszły na piętro, na którym znajdowały się sypialnie gości. 

Świece zatknięte w kinkietach rozświetlały cały korytarz. Pan Wardley mógł 
być skąpy dla swojej służby, ale dla gości nie szczędził zbytków.

Isabel zatrzymała się. Lokaj, który zwykle siedział na krześle u szczytu 

schodów prowadzących na parter, zniknął gdzieś ze swojego posterunku. To 
wzbudziło w niej podejrzenia.

Ciszę na korytarzu przerwał gwałtowny wybuch śmiechu, który dobiegał 

z jadalni, gdzie panowie najczęściej grali w karty.

- Zabawiają się dziś wyjątkowo hałaśliwie - mruknęła niania.

- Nie rozumiem, dlaczego pani Wardley to toleruje - stwierdziła Isabel.

- Pani domu zwykle uczestniczy w tych posiadówkach.

Isabel   zmarszczyła   brwi,   ale   przestraszyła   się,   że   może   już   za   dużo 

powiedziała. Guwernantka poruszała się po grząskim gruncie. Z jednej strony 
była służącą, ale jednocześnie miała nieco wyższy status od reszty służby. W tej 
sytuacji nie pomagało to, że Isabel nie należała do uległych. Duma  była jej 
największym grzechem i nie znosiła, kiedy jej pracodawcy zachowywali się tak, 
jakby Isabel była niewidzialna.

- Nie sądzisz chyba, moja droga, że panna Lillian jest z nimi tam, na dole? 

- zapytała niania zatroskanym głosem.

- Nie. - Isabel przyglądała się drzwiom wzdłuż korytarza. - Który pokój 

należy do pana Seversona?

background image

Wspomnienie tego nazwiska sprawiło, że niania z przerażeniem głośno 

wciągnęła powietrze.

- Nie mówisz chyba poważnie?!

- Od czasu jak przyjechał tu dziś rano, Lillian nie potrafiła mówić o nikim 

innym.

- Wszystkie pokojówki też tylko o nim rozprawiają. Zeszłam na dół do 

kuchni,   po   tym   jak   położyłam   dzieci   do   łóżek,   i   nawet   kucharka   rzewnie 
wzdychała, opowiadając o jego wyglądzie. Widziałaś go?

- Nie. I panna Lillian też nie powinna była go widzieć. Matka zabrała ją 

na dół, żeby przedstawić gościom. Nie wiem, co takiego sobie myślała pani 
Wardley, przedstawiając córkę któremukolwiek  z tych mężczyzn? -  A już w 
szczególności Richardowi
, pomyślała Isabel.

- Chodzą plotki, że jest bardzo bogaty.

-   Kto?   -   zapytała   Isabel,   której   myśli   ciągle   zaprzątał   Richard.   Mimo 

swojego tytułu, Richard był zagorzałym hazardzistą, który nie miał ani grosza 
przy duszy.

- Pan Severson - odparła niania.

To nawet gorzej, pomyślała.

- Nie obchodzi mnie, ile ten człowiek ma pieniędzy. Był oskarżony o 

morderstwo - oznajmiła stanowczo Isabel.

Niania otworzyła usta ze zdziwienia. Po raz pierwszy od czasu, kiedy 

Isabel ją poznała, starszej kobiecie odjęło mowę.

- To wydarzyło się wiele lat temu - wyjaśniła Isabel. - Zabił kobietę w 

przypływie   zazdrości.   Sędzia   uznał,   że   nie   było   wystarczających   dowodów, 
żeby go skazać.

- Skąd to wiesz?

-  Po   prostu   wiem  -   powiedziała   Isabel,   wzruszając   ramionami   i   zdała 

sobie sprawę z tego, że była tak bardzo zakłopotana obecnością Richarda w 
rezydencji   Wardleyów,   że   prawie   wcale   nie   poświęciła   uwagi   mężczyźnie, 
którym się kiedyś bardzo interesowała.

background image

Isabel   wiedziała   o   procesie,   który   wytoczono   Seversonowi,   ponieważ 

miała swój własny sekret - była nieślubną córką markiza Elswicka, którą to 
informację   skrzętnie   skrywała.   Była   owocem   romansu   markiza   z   jej   matką, 
szaleńczo w nim zakochaną. Uczucie to niestety nie było odwzajemnione. Isabel 
wątpiła w to, żeby markiz w ogóle zdawał sobie sprawę z istnienia córki.

Za to Isabel wyrastała w pełnej świadomości swojego pochodzenia. Od 

chwili,   kiedy   nauczyła   się   czytać,   zbierała   wszystkie   gazety   londyńskie, 
szukając w nich wzmianek na temat Elswicka.

Szczęście   uśmiechnęło   się   do   niej,   kiedy   stało   się   głośno   o   procesie 

Seversona,   oskarżonego   o   morderstwo   pewnej   aktorki.   W   trakcie   rozprawy 
Severson   oskarżył   jej   przyrodniego   brata,   Henry'ego,   lorda   Taintera,   o 
popełnienie tej zbrodni. Wywołało to wielką sensację. Zamordowana aktorka 
była popularna w Londynie, że nawet w tak małych parafiach jak ta, z której 
pochodziła   Isabel,   ludzie   pragnęli   znać   wszystkie   szczegóły   afery.   To 
zainspirowało   Isabel,   żeby   napisać   do   markiza   list,   w   którym   wyraziła 
przekonanie, że nikt z ich rodziny nie mógłby popełnić tak okrutnego czynu.

Nigdy nie dostała odpowiedzi.

A teraz zabójca Severson gościł w tym samym domu, w którym i ona 

mieszkała, a Isabel była bardziej przejęta unikaniem Richarda.

Życie czasem dziwnie się plecie.

-   To   jest   najlepsza   sypialnia,   tak?   -   Isabel   skinęła   na   drzwi   w   końcu 

korytarza.

- Największa - przyznała niania.

Usłyszały kolejny wybuch męskiego śmiechu, a potem odgłos tłuczonego 

szkła. Isabel wzięła głęboki wdech.

- Zaczniemy stąd. Proszę stać na straży, kiedy ja będę rozmawiać z jego 

służącym.

-   On   nie   ma   służącego   -   powiedziała   niania   i   dodała:   -   Tak   mówiły 

pokojówki. Jako jedyny nie przywiózł ze sobą żadnego służącego.

Isabel   skinęła   głową   zadowolona.   Czasami   plotki   były   przydatne. 

Podeszła do drzwi, położyła dłoń na klamce i wzięła kolejny wdech, żeby dodać 
sobie odwagi. Kto wie, co zobaczy po drugiej stronie tych drzwi? Natychmiast 
przypomniał jej się Richard i jego próby schwytania jej i wzięcia siłą…

background image

Odsunęła od siebie wstyd i otworzyła drzwi.

W sypialni panowała ciemność. Nie było nawet żaru w kominku. Isabel 

uniosła   do   góry   świecę,   a   jej   blask   oświetlił   ogromne   łoże   z   baldachimem, 
przykryte błękitnym jedwabiem, które było dominującym elementem w całym 
pomieszczeniu. Na środku łóżka leżała Lillian, patrząc na Isabel wyzywająco. 
Isabel poczuła wielką ulgę, kiedy stwierdziła, że pana Seversona nie ma nigdzie 
w zasięgu wzroku.

- Idź sobie stąd - rozkazała Lillian. - Nie pójdę z tobą na górę.

- Ależ pójdziesz - powiedziała Isabel, odstawiając świecę na stolik nocny. 

- Możemy to jeszcze załatwić kulturalnie. Wyjdziesz z tego łóżka i pójdziesz 
dobrowolnie z nami na górę albo zostaniesz tam zaniesiona siłą. Wybór należy 
do ciebie.

- Nigdzie się nie ruszę - oznajmiła Lillian.

- Bardzo dobrze - powiedziała Isabel. - Nianiu, będę potrzebowała pani 

pomocy.

Starsza kobieta opuściła swój posterunek przy schodach, żeby przyjść z 

pomocą   Isabel.  Zanim Lillian  się  zorientowała,  czego   może  się   spodziewać, 
Isabel zerwała z niej kołdrę i musiała się mocno  postarać, żeby nie okazać, 
jakiego szoku doznała, widząc nagie ciało dziewczyny.

- Wielkie nieba - powiedziała niania bez tchu. - To dziecko nie ma za 

grosz wstydu.

- Nie jestem już dzieckiem - oznajmiła Lillian i zakryłaby się z powrotem 

kołdrą, gdyby Isabel nie była od niej szybsza. Złapała dziewczynę za ucho, 
wykręciła   je,   a   dłonią   zasłoniła   jej   usta,   zanim   ta   zdążyła   krzyknąć.   Niania 
zdjęła   z   siebie   szlafrok   i   zarzuciła   go   na   nagie   ciało   Lillian.   Obie   kobiety 
wywlokły wijącą się i kopiącą dziewczynę na korytarz i zaciągnęły ją na górę po 
schodach. To była istna walka, ale Isabel była wystarczająco wściekła, żeby 
wygrać to starcie. Odetchnęła z ulgą dopiero wtedy, kiedy zamknęły Lillian na 
klucz w jej pokoju.

Isabel   oparła   się   plecami   o   drzwi,   dysząc   z   wyczerpania.   Lillian 

oznajmiała   całemu   światu,   co   o   tym   wszystkim   sądzi,   waląc   pięściami   w 
drewniane drzwi i wrzeszcząc, ile tylko miała sił w płucach.

- Jesteś silniejsza, niż na to wyglądasz - przyznała niania, łapiąc z trudem 

powietrze. - Nie wiem, czy w ogóle byłam ci potrzebna.

background image

- Sama nie dałabym rady - zapewniła ją Isabel.

- Zaraz pobudzi wszystkie dzieci, jeśli będzie tak krzyczeć powiedziała z 

obawą   niania,   i   jakby   na   zawołanie,   jedno   z   młodszych   dzieci   zaczęło   ją 
nawoływać.   -   Muszę   zostawić   cię   samą   -   szepnęła   i   pospiesznie   ruszyła 
korytarzem, by zajrzeć do swoich podopiecznych, którzy spali w pokoju obok 
jej sypialni.

-   Myślisz,   że   jesteś   taka   sprytna?   -   wykrzyknęła   Lillian,   a   grube 

drewniane drzwi nieco stłumiły jej głos. - Mój ojciec wścieknie się na ciebie!

- Twój ojciec jeszcze mi podziękuje za to, że uratowałam i woja reputację 

- poprawiła ją Isabel i miała ochotę dodać: "jeśli jest jeszcze co ratować". Ale 
nie powiedziała tego. Wiedziała, jak ważne dla młodej dziewczyny jest to, żeby 
mieć kogoś, kto dobrze n niej myśli. Bardzo starała się zapewnić to uczucie 
Lillian.

Lillian tymczasem kopnęła w drzwi i zawyła z bólu, jaki najwyraźniej 

poczuła w nodze.

-   Połóż   się   do   łóżka   -   poinstruowała   ją   Isabel.   -   I   zostań   w   nim. 

Porozmawiamy o tym jutro rano.

-   Nie   będziemy   o   niczym   rozmawiać!   -   Lillian   wydała   z   siebie   taki 

dźwięk,   jakby   splunęła   na   drzwi.   -   Ojciec   chciałby,   żebym   była   w   łóżku 
Seversona. On chce, żebym zdobyła bogatego męża.

- Męża? - Isabel odwróciła się i spojrzała na drzwi. - Jak? Chwytając go w 

pułapkę?

- Wszyscy wiedzą, że nie jesteś najlepszą guwernantką. Wiedzą o tobie i o 

lordzie Riggsie. Ciebie będą oskarżać o to, że wpadłam w tarapaty - zadrwiła 
Lillian.

Dzieciak w końcu posunął się za daleko.

- Ze wszystkich wstrętnych, kłamliwych, fałszywych…

Przerwała. Dlaczego była zaskoczona? Wardley nigdy nie robił na niej 

wrażenia uczciwego człowieka. A niania miała rację, mówiąc, że chciał wydać 
córkę za mąż. 

Morderca,   czy   nie,   nawet   Severson   nie   zasługiwał   na   żonę   pokroju 

Lillian.   I   żaden   mężczyzna   nie   narazi   jej   na   szwank,   dopóki   Isabel   za   nią 
odpowiada.

background image

-   Pozwól,   że   ci   coś   powiem,   Lillian,   i   lepiej,   żebyś   tego   uważnie 

wysłuchała. Cokolwiek słyszałaś na temat lorda Riggsa i mnie, to nieprawda. On 
próbował mnie skompromitować, ale odparłam jego próby. Rozumiesz? To, że 
jestem kobietą, wcale nie znaczy, że nie wiem, co to jest honor i uczciwość, 
dwie wartości, które tak usilnie staram ci się wpoić. Ty i twój ojciec możecie 
zarzucić wasz idiotyczny plan. Pewnego dnia jeszcze mi za to podziękujesz.

Głos   Lillian   zabrzmiał   tak,   jakby   przysunęła   głowę   bardzo   blisko   do 

szczeliny między drzwiami a futryną.

-   Głupia,   głupia   guwernantka   -   powiedziała   cicho.   -   Zostawiłam 

bransoletkę w jego łóżku. Już jestem skompromitowana. Musi mnie poślubić. 
Ojciec mówi, że Severson chce być zaakceptowany przez wyższe sfery i nie 
będzie   miał   innego   wyjścia,   jak   ożenić   się   ze   mną.   Ja   będę   żoną   bogatego 
człowieka, a ciebie zwolnią.

Gniew   wezbrał   w   Isabel,   aż   zadrżała.   Wierzyła   w   to,   że   w   życiu 

obowiązywały   pewne   zasady,   jakiś   porządek.   I   ludzie   nie   powinni   być 
wykorzystywani jak pionki w grze w szachy, bo mają swoją wartość. Jej matka 
znała swoją wartość i podobnie ona, Isabel. Markiz powinien był się bardziej dla 
nich postarać.

- Idę po bransoletkę.

- Nie! - Lillian rzuciła się całym ciałem na zamknięte drzwi, pragnąc je 

sforsować, ale bezskutecznie. Isabel i tak była już w drodze na dół.

Zostawiła świecę w pokoju Seversona. Nie zaprzątała sobie jednak głowy 

szukaniem innej, bo i tak znała drogę.

Korytarz dla gości był nadal pusty, a śmiech z parteru odbijał się echem 

po w całym budynku. Już widziała oczami  wyobraźni, jak otwierają kolejne 
butelki porto. Ale to wcale nie oznaczało, że ma dużo czasu. Ktoś w każdej 
chwili mógł wejść na piętro.

Drzwi do pokoju Seversona były otwarte. Ani ona, ani niania nie miały 

czasu, żeby je zamknąć za sobą, kiedy wyprowadzały wściekłą Lillian. Świeca, 
którą postawiła na stoliku Isabel, nadal się paliła.

Wchodząc do pokoju, Isabel zamknęła po cichu drzwi za swoimi plecami 

i zaczęła gorączkowo przeszukiwać pościel.

Nic.

background image

Zajrzała pod poduszkę z pierza, a potem dokładnie obmacała przestrzeń 

pomiędzy materacem a zagłówkiem łoża, szukając palcami delikatnego złotego 
łańcuszka. Znała tę bransoletę. Wardley podarował ją córce na urodziny miesiąc 
temu. Był do niej doczepiony maleńki amulet z wygrawerowanymi inicjałami 
Lillian.

Kiedy podniosła do góry kołdrę, kątem oka zobaczyła swoje odbicie w 

lustrze wiszącym nad toaletką w drugim końcu pokoju i tak się wystraszyła, że 
aż znieruchomiała na moment. Czuła się, jakby patrzyła na kogoś nieznajomego.

Jej ciężkie, czarne włosy uwolniły się z warkocza i ten nieład na głowie 

nadawał   jej   wygląd   bezbronnej   istoty.   Brązowa   suknia   przedarła   się   przy 
rękawach,   prawdopodobnie   podczas   szamotaniny   z   Lillian.   Wyglądała   jak 
kobieta, której życie nie toczyło się tak, jakby sobie tego życzyła.

I taka też była prawda. Zaczęła ją ogarniać żałość. Była taka zmęczona. 

Cały ten dzień był długi i męczący, nawet gdyby nie brać pod uwagę wybryku 
Lillian.   Tak   bardzo   starała   się,   żeby   zawsze   zachowywać   się   właściwie   i 
przyzwoicie, i gdzie ją to zaprowadziło? W środku nocy przeszukiwała pościel 
w sypialni jakiegoś mężczyzny, a do tego pracowała u takich nieokrzesanych i 
grubiańskich ludzi jak Wardleyowie.

Śmierć matki całkowicie zmieniła życie Isabel. Nigdy nie była lubiana w 

rodzinie   swojego   ojczyma,   ponieważ   była   żywym   dowodem   przeszłości   jej 
matki, która kochała innego mężczyznę. Po jej śmierci ojczym zażądał, żeby 
odeszła, tak samo jak pan Wardley chciał się pozbyć kłopotliwej córki. 

Cóż,  życie  pełne jest zawodów, przypomniała  sobie Isabel,  odwracając 

wzrok od lustra. Nic nie trwa wiecznie, a już w szczególności miłość. Te słowa 
powtarzała jej matka wielokrotnie…

Zauważyła błysk złota na podłodze nieopodal stolika. Bransoletka. Prawie 

rzuciła   się   na   nią,   żeby   podnieść   ją   z   podłogi.   Delikatny   amulet   migotał   w 
świetle świecy, a Isabel odetchnęła z ulgą.

Teraz mogła więc uporządkować pościel na łóżku. Za moment wszystko 

będzie wyglądało tak, jakby nikogo nie było w tej sypialni.

Wytrzepała  poduszki,   ułożyła  je  na  miejscu   i  zdjęła  na  bok  jedwabną 

narzutę.   Łoże   było   za   szerokie,   żeby   sięgnąć   wszędzie,   by   wyprostować 
prześcieradło. Pomiędzy  ścianą a łożem była pozostawiona wolna przestrzeń 
szerokości   trzech   stóp,   wystarczająca   na   to,   żeby   swobodnie   obejść   łóżko 
dokoła. Złapała za prześcieradło z drugiej strony, naciągnęła je i wygładziła na 

background image

nim wszystkie zmarszczki i właśnie schylała się po poduszkę, która spadła na 
podłogę, kiedy drzwi do sypialni stanęły otworem.

Isabel zamarła.

Miała nadzieję, że to może niania przyszła jej pomóc.

Niestety to nie była niania.

To był Severson.

Zamierzała   schować   się   za   łóżkiem,   ale   zmieniła   zdanie.   Nie   miała 

przecież   nic   do   ukrycia.   W   tej   sytuacji   Severson   powinien   nawet   być   jej 
wdzięczny za to, że go uratowała.

Isabel   ścisnęła   w   dłoni   bransoletkę   i   zmusiła   się   do   wyprostowania 

pleców.

Severson   zamknął   drzwi   i   podszedł   do   kredensu,   nie   zauważając   jej 

stojącej w najdalszym rogu pokoju. Isabel wstrzymała oddech, niepewna, co 
może ją za chwilę spotkać. Był wyższy niż większość mężczyzn i, wyczuwała to 
na odległość, dużo silniejszy. Ubranie miał najwyższej klasy, a jego szyty na 
miarę   surdut   z   granatowego   wykwintnego   materiału   wcale   nie   potrzebował 
poduszek, żeby uwydatnić jego szerokie ramiona. Jego kołnierzyk był sztywny i 
śnieżnobiały, a buty błyszczały od pasty. Wyglądał jak sportowiec, jak zamożny 
człowiek, który w pełni kieruje swoim życiem.

Stojąc przy kredensie, oparł obie dłonie na jego krawędziach, pochylił się 

do przodu i zwiesił  głowę. Isabel pomyślała, że odczuwa nadmiar wypitego 
alkoholu. Ale po chwili mężczyzna podniósł głowę i spojrzał w lustro, patrząc 
sobie prosto w oczy.

- Cholera - powiedział zupełnie trzeźwo.

Tym krótkim słowem wyraził ogrom swojej frustracji.

- Wróć na dół - rozkazał sobie. - Musisz ich przeczekać. Jeden z nich jest 

kluczem.

Kluczem do czego? - pomyślała Isabel.

Cofnęła się w róg pokoju, a jej cała odwaga gdzieś się ulotniła. I to nie 

jego sylwetka była dla niej tak onieśmielająca, ale jego spojrzenie.

background image

Gdyby szatan miał zstąpić na ziemię, żeby kusić kobiety, to właśnie taką 

twarz by sobie wybrał. Czarne, ukośne brwi, wąska szczęka i brązowe oczy o 
tak intensywnym spojrzeniu, że zdawało się przenikać do ludzkiej duszy.

Od   samego   tylko   patrzenia   na   niego   serce   jej   zaczęło   bić   szybciej… 

zwłaszcza kiedy zdała sobie sprawę z tego, że i on na nią patrzy. Zobaczył w 
lustrze jej odbicie.

Sparaliżował ją strach i dopiero po chwili odzyskała panowanie nad sobą, 

a potem powróciła jej duma. Uczciwe pobudki skierowały ją do tego pokoju, 
więc nie miała się czego lękać. Postanowiła spojrzeć mu prosto w oczy.

Ta chwila była jak magiczne rażenie piorunem. Zupełnie zapomniała o 

bransoletce, którą ściskała w ręku.

Żadne z nich się nie odezwało.

Isabel zaczęła przesuwać się w stronę końca łóżka, ale nadal trzymała się 

blisko ściany, nie odrywając od niego oczu. Jej serce biło tak szybko i głośno, że 
była przekonana, że i on je słyszy. 

Zatrzymała się.

Blask świecy stojącej na stoliku nocnym nie sięgał do tego rogu pokoju, a 

mimo to wyczuwała, że żaden szczegół jej wyglądu nie umknął jego uwagi. Tak 
samo jak ona, zdawał sobie sprawę z tego, że spod spódnic wystawały jej bose 
stopy. Wiedział, że nie miała na sobie bielizny. Wnikliwym wzrokiem omiótł jej 
włosy, twarz, piersi.

I spodobało mu się to, co zobaczył.

Podobnie jak jej.

Obydwoje poczuli do siebie ogromne pożądanie. Jego usta wygięły się w 

leniwym   uśmiechu,   a   ona   pomyślała,   że   za   chwilę   nogi   odmówią   jej 
posłuszeństwa.

Ten mężczyzna nie widział w niej guwernantki ani służącej. On patrzył na 

nią jak na kobietę. A kiedy powiedział: "Podejdź tu", nie miała innego wyjścia, 
jak tylko postąpić zgodnie z jego życzeniem.

 

 

background image

Rozdział 2

Michael obserwował, jak kobieta do niego podchodzi, a w jej wyrazistych 

oczach malował się strach i zarazem pragnienie.

Tak,   tego   właśnie   teraz   potrzebował.   Niezobowiązujący   seks   uwolni 

napięcie i frustrację, które narastały w nim od momentu, kiedy wrócił do Anglii.

Elswick   zatrzasnął   mu   drzwi   przed   nosem.   Prawie   pięciomiesięczny 

wysiłek Michaela, żeby odzyskać pozycję w wyższych sferach, doprowadził go 
jedynie do zdobycia sympatii Riggsa, rozpustnego siostrzeńca księcia, którego 
niewielu ludzi akceptowało, oraz pijanego lizusa Wardleya.

Nawet jego rodzony brat nie odpowiadał na prośby. Lokaj, którego znał 

jeszcze z czasów dzieciństwa, wydawał się znajdować wielką przyjemność w 
poinformowaniu go, że "nikogo nie ma w domu".

Michael wiedział, że Carter był w domu, podobnie jak jego żona Wallis. 

Wyczuł   ich   wzrok   na   sobie,   kiedy   odchodził   spod   uh   drzwi.   Woleli,   żeby 
trzymał się z daleka od ich życia.

W międzyczasie Alex wrócił z owocnej wyprawy do Hiszpanii. Ich biznes 

przewozowy, w który zainwestowali, zwrócił się już czterokrotnie. Dlatego Alex 
sugerował   Michaelowi,   żeby   ten   wybrał   się   z   nim   w   następną   podróż,   ale 
Michael odmówił.

W przeszłości, przed śmiercią Aletty, pewnie by przyjął taką propozycję 

łatwego   zarobku.   Teraz   jednak   był   mężczyzną,   który   już   posiadł   to,   czego 
pragnął. 

A w tym konkretnym momencie pragnął tylko tej kobiety.

Stanowiła dla niego tak bardzo pożądaną rozrywkę i wymówkę, żeby nie 

wracać do towarzystwa Wardleya i jemu podobnych. Miał już dość udawania 
pijanego.

Przywykł już do tego, że kobiety chętnie oferowały mu swoje wdzięki. 

Chociaż nie był próżny, to jednak zdawał sobie sprawę z tego, jakie wrażenie 
robi   na   kobietach.   Dodatkowo   silnym   afrodyzjakiem   były   pieniądze.   Mimo 

background image

plotek krążących wokół jego nazwiska, kobiety w Londynie łakomie wodziły za 
nim wzrokiem. Lecz incydent z Alettą nauczył go dyskrecji. Nie przyjmował 
tego, co było mu oferowane zupełnie za darmo. Nawet w Kanadzie rzadko brał 
sobie   kochanki.   Za   bardzo   był   skoncentrowany   na   budowaniu   fortuny   i 
przygotowywaniu się na dzień, kiedy wróci do ojczyzny, żeby oczyścić swoje 
imię.

Jednakże ta kobieta pociągała go w sposób, jakiego nie czuł już od bardzo 

dawna. Jej błyszczące włosy luźno splecione w warkocz, sięgający jej niemal do 
pasa   przypominały   mu   o   dumnych   indiańskich   kobietach   po   drugiej   stronie 
oceanu. Była wysoka, a jej wyprostowana sylwetka i wysokie kości policzkowe 
nadawały   jej   arystokratyczny   wygląd.   Bardzo   niezwykła   kobieta   jak   na 
służącą… ale w Kanadzie spotkał wiele takich, które były na tyle śmiałe, że 
potrafiły wywalczyć sobie lepszą pozycję w świecie. Nie spodziewał się tylko, 
że spotka taką dumną kobietę pod dachem Wardleya.

Kobieta zatrzymała się, jakby nie była w stanie wykonać tego ostatniego 

kroku w jego stronę. Drżący płomień świecy powodował, że wszystkie cienie w 
pokoju tańczyły. Jej skóra była gładka, bez śladu kosmetyków, które kobiety w 
Londynie tak chętnie stosowały. Jej długie czarne rzęsy tworzyły oprawę dla 
bystrych,   złotopiwnych   oczu,   takich,   które   przyciągały   mężczyzn   swoją 
niewinnością.

W głowie zaświtała mu myśl, że może to być pułapka. Lecz jego instynkt 

nie wierzył w to. Była tak samo nieufna jak on i jednocześnie urzeczona nim jak 
on nią.

Uniósł dłoń w kierunku jej włosów. Cofnęła się.

- Chcę dotknąć twoich włosów - szepnął. - Chcę się przekonać, czy są tak 

jedwabiste i gęste, na jakie wyglądają.

Tym razem, kiedy uniósł rękę, nie cofnęła się. Nie spiesząc się, wsunął 

palce pomiędzy czyste, lśniące włosy. Pachniała mydłem, świeżym powietrzem 
i kobietą.

Wystarczyło delikatne  dotknięcie  jej, żeby  poczuł pożądanie.  Wiedział 

już, że ją posiądzie. Odsunęła się od niego spłoszona. Wyciągnął drugą rękę, by 
dotknąć jej twarzy. Skórę miała nawet delikatniejszą, niż się spodziewał.

- Nie bój się - wyszeptał. - Nie zrobię ci krzywdy. Nigdy bym cię nie 

skrzywdził.

Patrzyła mu prosto w oczy.

background image

- Nie powinno mnie tu być - powiedziała tak cichym głosem, że prawie 

musiał się domyślać słów.

- Ale jesteś - odpowiedział równie cicho. Skinęła głową.

- Jak masz na imię? - zapytał.

Zwilżyła wargi w sposób, który omal nie powalił go na kolana. Pragnął 

czuć jej zapach, dotykać jej i zatopić się w niej.

- Isabel.

- Isabel - powtórzył. Nawet dźwięk jej imienia był magiczny.

Poczuł w uszach pulsowanie. To była jego krew, wprawiona w szybszy 

ruch,   pod   wpływem   błogiego   pożądania,   które   wyrażało   się   w   nabrzmiałej 
męskości.

Spokojnie, ostrzegł sam siebie. Ostrożnie. Ale nie mógł posłuchać swojej 

własnej rady.

- Chcę cię pocałować.

Nie odpowiedziała nic, nadal patrzyła na niego poważnym wzrokiem, a 

on wziął jej milczenie za przyzwolenie. Położył dłoń na jej talii i delikatnie 
przyciągnął   ją  do   siebie.   Nie   opierała   się…   ani   nie  odwróciła   głowy,  kiedy 
pochylił się nad nią i ustami dotknął jej warg. 

Jego   umysł   zarejestrował   chwilowy   opór,   jakieś   wahanie,   ale   kiedy 

przywarł do niej, jej wargi zmiękły. Westchnęła z przyzwoleniem i mógł  ją 
wreszcie należycie pocałować.

Els wiek, Riggs, Wardley i cały świat gdzieś zniknęły. Przez tak długi 

czas   miał   się   na   baczności,   uznając   nadrzędność   kwestii   zrehabilitowania 
własnego   imienia,   że   odsuwał   na   bok   wszelkie   pokusy.   Teraz   pragnienie 
ogarnęło go z siłą, jakiej nigdy wcześniej nie zaznał.

Wyczuwał,   że   nie   całowała   zbyt   wielu   mężczyzn,   ale   była   pojętną 

uczennicą. Kiedy ich pocałunki stały się głębsze, zniknęła cała jej niepewność i 
zarzuciła mu ręce na szyję.

Michael jeszcze głębiej przywarł do jej ust, a ona odpowiedziała mu tym 

samym. Przywarła do niego całym ciałem i wyraźnie czuł intymną bliskość jej 
piersi.

background image

Krew   krążyła   jeszcze   szybciej   w   jego   żyłach.   Dobry   Boże,   dlaczego 

wcześniej nie pomyślał o daniu ujścia swojemu napięciu w ten sposób?

Ponieważ żadna kobieta, jaką spotkał w Londynie, nie pociągała go tak 

bardzo jak ta.

Czy zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo jej pragnął? Do czego byłby 

zdolny, żeby ją posiąść?

Zaczął   przesuwać   się   z   nią   w   stronę   łóżka.   Kiedy   jej   nogi   dotknęły 

krawędzi materaca, wystraszyła się. Przerwała pocałunek.

Michael nie pozwoliłby jej odejść. Nie teraz.

Przyciągnął ją do siebie bliżej i zaczął szeptać jej do ucha czułe słowa, 

rozkoszując się dźwiękiem każdej sylaby jej imienia. I-sa-bel. Powiedział jej, 
jaka   jest   cudowna,   jak   bardzo   mu   się   podoba   i   jak   bardzo   jej   pragnie. 
Rozpłynęła się w jego ramionach, a jej wargi zaczęły szukać jego ust.

Michael wiedział, że nie była przewrotną służącą, która szybko wskakuje 

do łóżka mężczyzny, jednocześnie szukając sposobności na wydarcie mu kilku 
monet. Nie chciał jednak zadawać jej teraz pytań. Nie przerywając pocałunku, 
zdarł z siebie surdut i odrzucił go na podłogę. Objął ją ramionami i podciągnął 
jej spódnice do góry. Nie miała na sobie butów ani pończoch. Już wcześniej 
zorientował się, że nie miała na sobie żadnej bielizny pod suknią.

Wczepiła się zaciśniętymi dłońmi w jego koszulę na piersi.

- Rozepnij mi spodnie - szepnął jej do ucha. - Dotknij mnie.

Isabel nie rozluźniła dłoni.

Mimo ogarniającej go żądzy Michael był cierpliwym mężczyzną. Pokaże 

jej,   czego   od   niej   chce.   Położył   dłoń   na   jej   dłoni.   Delikatnie   rozluźnił   jej 
ściśnięte palce, jeden po drugim. Zobaczył, że trzymała w nich cienki łańcuszek.

Więc jednak była złodziejką.

Ukłucie rozczarowania zaskoczyło go, ale wtedy ona przywarła mocniej 

do jego ciała i Michael poczuł, że oddałby jej cały swój portfel, żeby tylko 
znaleźć się w niej.

W kobiecie rozpalonej pragnieniem…

background image

Wyciągnął jej z ręki łańcuszek i nie zwracając uwagi na to, gdzie upadł, 

przyciągnął jej dłoń do swojego łona i jeszcze raz ją poprosił.

- Rozepnij mnie.

Tym razem odważyła się rozpiąć pierwszy guzik. Michael pocałował jej 

ucho, szyję, a jego dłoń powędrowała na jej pierś.

W chwili, kiedy  jej dotknął, złapała  głośno  oddech i lekko się  spięła. 

Przez chwilę Michael był nieruchomy. Potem powoli rozluźniła się i zaczęła 
wzdychać, kiedy kciukiem pieścił jej sutek. Warstwy materiału nie były w stanie 
ukryć jej rosnącego podniecenia.

Rozpięła   drugi   guzik   jego   rozporka.   Czubkami   palców   musnęła   jego 

nabrzmiałą męskość.

Dobry Boże, omal nie eksplodował. Odruchowo jego ciało przywarło do 

niej. Pragnął, by znalazła się pod nim naga. Teraz.

Pchnął ją na łóżko, a jego dłonie zawędrowały w dół i podciągnęły jej 

spódnice, odsłaniając całe uda. Myślał tylko o jednym, żeby ją poczuć, znaleźć 
się na niej i wejść w nią…

Drzwi   jego   sypialni   otworzyły   się   z   hukiem.   W   pokoju   pojaśniało   od 

świateł z korytarza i kandelabra, który wniósł do środka Wardley. Gospodarz 
praktycznie wtoczył się do pokoju, a za nim Riggs i dwóch innych mężczyzn, 
Foxner i Buddings, którzy byli pozostałymi gośćmi zaproszonymi na polowanie. 
Wszyscy byli pijani i ogromnie rozbawieni. Michael próbował osłonić Isabel 
przed ich pożądliwymi spojrzeniami.

Wardley wyprostował się i nagle odezwał się głosem tak dramatycznym, 

że prawie komicznym.

- Co ty wyprawiasz z moją córką?

Michael zamrugał powiekami, jakby słowa Wardley a z trudem docierały 

do jego świadomości.

- Twoją córką?

Poznał   wcześniej   córkę   Wardleya.   Zrobiła   na   nim   wrażenie 

przedwcześnie rozwiniętej i zbyt bezpośredniej jak na swój wiek. A kobieta 
leżąca pod nim nie była z pewnością córką gospodarza.

background image

- Tak, moją córką - potwierdził Wardley. - Mówię o tej dziewczynie, na 

której leżysz.

Zanim   Michael   zdążył   coś   odpowiedzieć,   do   sypialni   wtargnęła   pani 

Wardley, przepychając się przez grupkę mężczyzn.

-  Mężu,   czy   coś   się   stało?   -   Jej   głos   zabrzmiał   tak,   jakby   recytowała 

kwestię teatralną, a wydekoltowany szlafroczek i różowy turban na głowie nie 
robiły wrażenia, jakby dopiero co zerwała się z łóżka.

- Nakryłem Seversona z naszą córką - oznajmił jej mąż tubalnym głosem.

- Lillian? - Pani Wardley zrobiła krok w stronę łóżka, przyciskając dłonie 

do piersi. - Och, moje dziecko, co on ci zrobił?

W tym momencie Isabel uniosła głowę.

- Dobry wieczór, pani Wardley - powiedziała zaskakująco opanowanym 

głosem.

Miała   usta   nabrzmiałe   od   pocałunków,   włosy   potargane,   a   spódnice 

podciągnięte do góry tak, że odsłaniały całe jej uda. Tym razem pani Wardley 
nie udawała już szoku.

- Panna Halloran?

- Guwernantka? - wykrzyknął jej mąż.

- Tak - odparła cicho Isabel.

- Gdzie jest Lillian? - Wardley rozejrzał się po pokoju, jakby spodziewał 

się zobaczyć córkę stojącą gdzieś tutaj.

- W swoim łóżku - odparła Isabel.

-   Swoim   łóżku?   -   powtórzył   Wardley.   Spojrzał   na   żonę,   niczego   nie 

pojmując. - Czy nie miała być w tym łóżku? - mruknął do żony.

Foxner i Buddings uśmiechnęli się jak głupki, niezwykle rozbawieni całą 

sceną. Za to Riggs zbladł. Michael wiedział, że ta sytuacja stanie się pożywką 
wielu plotek.

Mężczyźni obmacywali wzrokiem obnażone części ciała Isabel. Nawet 

sam Wardley gapił się na nią.

background image

Michael wstał i zasłonił im widok, jednocześnie obciągając jej spódnice. 

Podał   jej   rękę,   a   ona   podniosła   się   z   wdziękiem,   chociaż   cała   była   zalana 
rumieńcem. Domyślał się, że duma nakazywała jej trzymać wysoko uniesioną 
głowę.

- Wardley, zechciałby pan opuścić mój pokój? - odezwał się Michael. – 

Panna… - Przerwał, nie pamiętając jej nazwiska.

-   Halloran   -   dopowiedziała   Isabel,   a   jej   twarz   jeszcze   bardziej 

poczerwieniała.

- Panna Halloran i ja mamy pewne prywatne sprawy do omówienia.

-   Wyobrażam   sobie,   co   to   za   sprawy   -   wypalił   ogorzały   Buddings,   a 

potem wymienił nietrzeźwe spojrzenia z Foxnerem.

Tylko Riggs miał tyle przyzwoitości, żeby  się wycofać. Pani Wardley 

odzyskała mowę.

- Jestem zaszokowana - powiedziała, tym razem wyrażając autentyczne 

odczucia. - Panno Halloran, ma pani nieodpowiedni wpływ na Lillian. Jutro z 
samego rana proszę opuścić ten dom.

- Tak, pani Wardley.

- I niech się pani nie spodziewa referencji!

- Chwileczkę - wtrącił się Michael. - To moja wina. - Nie miał pojęcia, co 

w   jego   sypialni   robiła   guwernantka,   ale   w   końcu   jak   inaczej   mógł   postąpić 
dżentelmen? - Biorę całkowitą odpowiedzialność za zaistniałą sytuację.

- Za co? Za zbałamucenie  guwernantki? - zapytał Wardley. Ziewnął i 

odbiło mu się. - To służąca. Chodźmy, panowie. Zostawmy ich swoim zajęciom. 
Chyba że sami chcecie ruszyć na panienki?

Foxner otworzył już usta, jakby chciał przystać na propozycję, ale jego 

wzrok   spotkał   się   ze   spojrzeniem   Michaela.   Uniósł   więc   ręce   w   geście 
niewinności.

Panna Halloran wykorzystała ten moment, żeby przemknąć obok nich i 

wybiec z pokoju.

Pani Wardley spojrzała na męża, marszcząc czoło. Doszło pomiędzy nimi 

do   milczącego   porozumienia,   a   potem   kobieta   wymaszerowała   z   pokoju   i 
ruszyła korytarzem, mrucząc coś pod nosem.

background image

- Wybacz, Severson - powiedział niewyraźnie Wardley. - Nie chciałem 

przeszkadzać ci w zabawie. Lepiej pójdę zajrzeć do żony. - To mówiąc, również 
wyszedł.

Kiedy gospodarze byli już w końcu korytarza, Foxner i Budding zanieśli 

się śmiechem.

- Zdaje mi się, że niemal wpadłeś w zasadzkę, która miała zmusić cię do 

poślubienia ich córki - powiedział Budding.

- Widok miny starego Wardleya, kiedy zorientował się, że jesteś z inną 

kobietą,  był  bezcenny!  - przyznał  Foxner.  - Dałbyś  temu  wiarę,  Riggs…?   - 
Rozejrzał się dookoła, ale Riggs gdzieś zniknął.

- Gdzie, u licha, podział się Riggs? - zapytał z pretensją Foxner.

-   Może   pójdziecie   go   poszukać?   -   zasugerował   Michael,   zatrzaskując 

drzwi przed nosami kompanów. Odwrócił się z desperacją w stronę łóżka… i 
jego wzrok zatrzymał się na złotym łańcuszku, który leżał na dywanie.

Na korytarzu na piętrze panowała cisza, którą przerywał tylko miarowy 

odgłos cichego chrapania niani. Nawet Lillian poddała się i zamilkła.

Na   stole   w   korytarzu   czekała   na   Isabel   zapalona   świeca.   Wzięła   ją   i 

pospieszyła schroniła się w swoim pokoju. Zatrzasnęła drzwi, oparła się o nie i 
usiadła ciężko na podłodze. Jeszcze nigdy nie czuła takiego wstydu.

Całe swoje życie walczyła o szacunek. Nie było jej łatwo dorastać jako 

bękartowi. Jej matka kupiła sobie szacunek poprzez zamążpójście, ale byli tacy, 
którzy uważali, że grzechy matki z pewnością przejdą na córkę.

Wszyscy wiedzieli, że jej matka była kochanką markiza, więc wiedzieli, 

kto był ojcem Isabel. Ponadto nie było tajemnicą to, że jej ojczym nie znosił 
faktu, że pod jego dachem mieszka ktoś, kto jest żywym dowodem niechlubnej 
przeszłości jego żony.

background image

Isabel   zmusiła   się   do   wstania   z   podłogi.   Użalanie   się   nad   sobą   było 

luksusem,   na   który   nie   mogła   sobie   teraz   pozwolić,   chociaż   miała   ochotę 
pogrążyć się w nim bez końca. Uwolnić swą rozpacz i wściekłość. Dać upust 
złości i bezradności, ponieważ mimochodem stała się rywalką Lillian.

Wstawiła dogasającą świecę w świecznik stojący na stole obok jej łóżka, 

które było niewiele większe od dziecinnego. Wyciągnęła spod niego walizkę i 
rzuciła   ją   na   cienki   materac.   Wszystko,   co   miała   na   własność,   spokojnie 
mieściło się w tej jednej walizce i jeszcze zostawało w niej trochę wolnego 
miejsca.

Isabel przyłożyła dłoń do czoła. Jak mogła zachować się tak rozpustnie?

Kiedy   dorastała,   już   wtedy,   mimo   że   się   do   tego   nie   przyczyniała, 

skupiała na sobie uwagę mężczyzn. Kręcili się wokół niej jak węszące  psy. 
Miejscowi chłopcy, z brudem za paznokciami i przekonaniem, że powinna dać 
im   całusa.   Isabel   trz¬mała   się   blisko   matki,   czując   zakłopotanie,   gdy   miała 
powtórzyć to, co za nią wołali.

Richard był pierwszym mężczyzną, który zbliżył się do niej.

Pan Severson był drugim.

Różnica pomiędzy nimi była taka, że przed Richardem się wzbraniała, a 

pana Seversona sama zachęcała.

I naprawdę nie wiedziała, jak do tego doszło.

Był   dla   niej   zupełnie   obcym   człowiekiem,   a   ona   odpowiadała 

pocałunkiem na każdy jego pocałunek. Była tak samo aktywna jak on. Po tylu 
latach   ciężkiej   pracy,   żeby   ocalić   swoją   cenną   reputację,   zrujnowała   ją   na 
oczach najgorszej widowni, jaką sobie mogła wyobrazić.

Co się z nią stało? Nigdy wcześniej nie reagowała na mężczyznę w taki 

sposób. Pozwoliła mu na zdumiewająco dużą swobodę, a jej ciało nadal drżało 
na   wspomnienie   jego   dotyku.   Prawdę   mówiąc   spodobało   jej   się   to   uczucie, 
kiedy poczuła cały ciężar jego ciała na sobie.

Nie było żadnego wytłumaczenia dla jej zachowania. Pani Wardley miała 

rację, zwalniając ją. Isabel na jej miejscu zrobiłaby to samo.

Otworzyła walizkę i zaczęła pakować swój skromny dobytek, niepewna 

tego, co ma dalej począć. Dwie posady i z żadnej nie dostała referencji…

background image

Jej myśli przerwało gwałtowne otwarcie drzwi. Richard wtargnął do jej 

sypialni jak do własnego pokoju.

Zatrzasnął za sobą z hukiem drzwi.

Isabel jęknęła cicho.

- Czego chcesz?

Zobaczyła, jak drżą mu mięśnie szczęki.

- Ciebie. Chcę ciebie. Pragnąłem cię od chwili, kiedy cię po raz pierwszy 

zobaczyłem.

Kiedyś uważała go za atrakcyjnego. Teraz, kiedy miała sposobność być w 

ramionach   Seversona,   chłopięca   twarz   Richarda   przestała   być   dla   niej 
pociągająca. Wydawał jej się chudy i nieporadny.

Przestała się go bać. Już nie czuła żadnego lęku. Coś w niej pękło.

- Wybacz, Richardzie. Właśnie straciłam pozycję z powodu mężczyzny i 

naprawdę nie jestem w nastroju, żeby się teraz użerać z kolejnym.

W jego oczach dostrzegła mściwy błysk.

- Zaatakował cię, prawda? Na Boga, odpowie mi za to!

Isabel nie wytrzymała tego.

-   Odpowie   ci?   -   Zaśmiała   się   nieprzyjemnie.   -   Ty   nie   masz   do   mnie 

żadnych praw.

- Mógłbym cię bronić. - Zrobił krok w jej kierunku, a ona była wdzięczna, 

że   pomiędzy   nimi   stało   jeszcze   łóżko.   -   Będę   cię   chronić   przed   wszelkim 
niebezpieczeństwem, Isabel.

-   Z   wyjątkiem   siebie.   Chyba   że   już   zdążyłeś   zapomnieć?   -   odparła   z 

niesmakiem, a w jej głowie pojawił się obraz Richarda rzucającego się na nią. 
Ale Isabel wiedziała, jak się bronić. Kopnęła go w krocze, tak jak to robiła z 
miejscowymi chłopcami, którzy się jej czepiali w młodości. - Wybacz mi, mój 
panie - powiedziała beznamiętnie - ale nie odwzajemniam pańskiego uczucia. - 
Po chwili dodała znużona: - Odejdź już, Richardzie. Daj mi spokój.

- Wolisz przyjąć jego zamiast mnie? - Richard miał taką minę, jakby nie 

mieściło mu się to w głowie.

background image

Isabel   przypomniała   sobie,   że   pił.   Wsunęła   dłoń   w   uchwyt   walizki, 

przygotowując się na to, że w razie potrzeby walnie go nią w głowę.

- Tak - odparła wyzywająco, czekając, aż zrobi jakiś ruch w jej stronę.

Ale on nie drgnął. Zamiast tego jęknął.

- Ale Severson to niebezpieczny człowiek. To morderca.

- Słyszałam o tym. Ciekawi mnie za to, dlaczego ty się z nim zadajesz.

Richardowi wyraźnie zrzedła mina. Isabel znała odpowiedź na to pytanie. 

Severson   był   bogaty,   a   Richard   potrzebował   pieniędzy,   żeby   spłacić   długi, 
których narobił, uprawiając hazard.

- Mam swoje powody - odpowiedział.

- Ja też mam swoje powody, żeby z nim być.

- Nadal jesteś na mnie zła, prawda? Przecież wtedy do niczego między 

nami nie doszło, Isabel. Puściłem cię wolno.

- Puściłeś mnie? Musiałam z tobą walczyć! Po prawdzie byłeś kompletnie 

pijany, ale i tak nie wystarczyło ci to i zastraszyłeś mnie, że mnie zwolnią z 
pracy.   Okłamałeś   swoją   ciotkę,   Richardzie.   Powiedziałeś   jej,   że   to   ja   cię 
zachęcałam.

Uniósł dłonie do góry, wyraźnie już zirytowany tym tematem.

- Przesadzasz,  Isabel. Bóg stworzył cię dla przyjemności mężczyzn. Z 

takim wyglądem nie nadajesz się do pracy w szkole. Jesteś stworzona do tego, 
by o ciebie dbać i cię rozpieszczać. I właśnie to ci oferowałem. I ponawiam 
moją ofertę, jeśli tylko będziesz rozsądna. Mógłbym cię uszczęśliwić.

-   Nie,   nie   mógłbyś   -   odparła.   Mądrzejsza   kobieta   zachowałaby   się 

bardziej taktownie, ale Isabel wiedziała, że w przypadku Richarda trzeba było 
zapomnieć   o   takcie.   -   Spójrz   na   siebie.   Za   dużo   pijesz.   Nie   masz   ambicji, 
żadnych obowiązków.

- Mam tytuł.

- Tak, i tak jak wielu innych, wierzysz w to, że tytuł zapewni ci miejsce w 

świecie. Ale tak nie jest, Richardzie. Twój tytuł nie daje ci też prawa do mnie.

background image

- Mylisz się co do mnie, Isabel. Popełniłem błąd z moją ciotką. Łatwiej mi 

było nie mówić jej prawdy.

- Raczej skłamać - poprawiła go. - Łatwiej ci było skłamać i pozwolić, 

żeby uwierzyła w to, że ja ją okłamałam.

- Skoro tak to widzisz.

- Dokładnie tak.

Zrobił   kwaśną   minę.   Nie   przywykł   do   tego,   żeby   ludzie   mu   się 

sprzeciwiali. Isabel zdała sobie sprawę z tego, że jakaś jej część chciała wierzyć 
w to, że było w nim coś więcej oprócz rozpuszczonego, obrażonego panicza, 
którym był. Ale czego się spodziewała? W końcu romantyczni bohaterowie nie 
istnieli naprawdę.

- Jesteś  uparta  -  powiedział.  - Jeśli  nie   będziesz   ostrożna,  zapomnę  o 

ofercie, którą ci złożyłem.  A świat  potrafi być bardzo okrutny dla samotnej 
kobiety.

Miał rację. 

- Już dostałam od ciebie lekcję okrucieństwa świata, Richardzie.

Przez chwilę obawiała się, że za daleko się posunęła.

Zacisnął szczękę, a jego wzrok stał się morderczy. Musiała użyć całej 

swej odwagi, żeby wytrzymać jego spojrzenie.

-   Bardzo   dobrze   -   powiedział   oschle.   -   Pozwolę   ci   się   nieco   stoczyć, 

zanim dotrze do ciebie, gdzie jest twoje miejsce. Ale tym razem nie licz już na 
moją   pomoc   w   znalezieniu   ci   posady.   Och,   sądziłaś,   że   pracę   u   Wardleya 
zdobyłaś samodzielnie? Nie, moja słodka Isabel. To ja go namówiłem, żeby cię 
zatrudnił. Inaczej nikt by tego nie zrobił. Nie po tym, co moja ciotka miała do 
powiedzenia na twój temat. Więc dobrze się zastanów, zanim odrzucisz moją 
ofertę. Twoja uroda nie będzie trwała wiecznie i z pewnością będziesz miała 
problem,   żeby  znaleźć   sobie   nową  porządną   posadę.   Zwłaszcza   po  tym,  jak 
zaczną krążyć plotki o tobie i o tym Seversonie.

Po tej przepowiedni odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Isabel stała nieruchomo, oszołomiona. Czy naprawdę Richard namawiał 

Wardleya, żeby ją zatrudnił?

Dobry Boże, co ona teraz zrobi?

background image

Przez chwilę zwątpiła w swoje postanowienie. Wychowywanie cudzych 

dzieci nie było łatwym ani wdzięcznym zajęciem. 

Nie miała nic przeciwko ciężkiej pracy ani ciułaniu oszczędności, ale nie 

znosiła pracować dla ludzi o inteligencji mniejszej niż jej. Albo u takich, którzy 
nie płacili na czas pensji. Minął już prawie miesiąc nowego kwartału, a pani 
Wardley nadal nie wypłacała pensji swojej służbie. Nie było gorszej zniewagi 
niż brak wynagrodzenia za wykonaną pracę. Mimo to Isabel wątpiła w to, że 
zobaczy swoje pieniądze teraz, kiedy została zwolniona.

Nie takie życie chciała wieść.

Pragnęła czegoś więcej. Nie wiedziała, co to miałoby być, ale przyrzekła 

sobie, że to odnajdzie. Musiała wierzyć, że w jej egzystencji chodzi o coś więcej 
niż tylko spełnianie zachcianek innych.

Nadzieja   dodała   jej   odwagi.   Richard   był   w   błędzie.   Nie   przegrała   tej 

walki. Jeszcze nie.

Na znak odnowienia swojego postanowienia, wyszła na korytarz i zebrała 

wszystkie  ogarki, jakie stały  na stole.  Wróciła do sypialni i zaczęła  zapalać 
jeden po drugim i rozstawiać je na parapecie, na krześle, na stoliku nocnym, aż 
ich blask rozświetlił każdy, najciemniejszy nawet zakamarek pokoju.

Kiedy skończyła, zatrzymała  się na środku pokoju, przy łóżku. Każdy 

migoczący płomień był jakby uosobieniem jej nastroju. Jeszcze jej nie pokonali. 
Nie wiedziała, co będzie robić jutro, ani czy będzie miała co jeść, ale przysięgła 
sobie, że jej się uda. Za wszelką cenę nie pozwoli się pokonać…

Usłyszała pukanie do drzwi.

Odwróciła   się   do   nich   twarzą.   Dlaczego   ten   Richard   nie   zostawi   jej 

wreszcie  w spokoju? Niech by sobie znalazł następną  butelkę alkoholu albo 
kamratów do oskubania.

Znowu zapukał, tym razem bardziej natarczywie. Isabel miała ochotę nie 

odpowiadać, tylko że to by było oznaką tchórzostwa, a ona nie była tchórzem.

Podeszła do drzwi i otworzyła je szeroko, gotowa wysłać Richarda gdzie 

pieprz rośnie, ale słowa zamarły jej w gardle.

Zamiast   niego   stał   przed   nią   Severson,   w   koszuli   z   podwiniętymi 

rękawami, zwichrowanym kołnierzykiem i oczami pełnymi gniewu. Jego postać 
wypełniała całą framugę drzwi.

background image

Wyciągnął przed siebie bransoletkę Lillian. 

- Co tu się, u diabła, dzieje?

 

 

Rozdział 3

Cierpliwość   Michaela   była   na   wyczerpaniu.   Wardley   próbował   go 

oszukać.   Co   do   tego   nie   miał   żadnych   wątpliwości.   Chciał   tylko   usłyszeć 
odpowiedź i spodziewał się, że panna Halloran mu jej udzieli.

Zamiast tego, ta uparta kobieta ukazała mu się z wysoko zadartą głową i z 

prowokacyjną miną, po czym zatrzasnęła mu przed nosem drzwi.

Kiedy   tak   stał,   wpatrując   się   w   malowane   drewno,   krew   mu   się 

zagotowała w żyłach. Miał tego dość.

Stosował się do gierek, jakie uprawiały wyższe sfery. Tolerował chłodne 

reakcje   jednych   i   otwarte   chamstwo   drugich.   Gdziekolwiek   się   pojawił, 
podążały za nim plotki. Jedno mówiono mu w twarz, a zupełnie co innego za 
plecami.

Trzy   tygodnie   temu   jakiś   młody   dureń,   wypiwszy   za   dużo   alkoholu, 

publicznie   wyzwał   Michaela   na   pojedynek.   Twierdził,   że   jego   obecność   w 
Londynie "rani jego godność".

Michael   wybrał   szable   jako   broń   na   ten   pojedynek   i   pokazał 

szczeniakowi,   co   to   znaczy   naprawdę   "zranić   czyjąś   godność",   rozbrajając 
samochwałę   w   ciągu   kilku   sekund.   Później   go   skrytykowano   za   to,   że   nie 
walczył zgodnie z ogólnie obowiązującymi  zasadami,  ale i tak zdobył sobie 
respekt.   Od   tej   pory   już   nikt   nie   śmiał   go   tak   brawurowo   wyzywać   na 
pojedynek. Nikt oprócz jednej guwernantki.

A on nie zamierzał godzić się z takim traktowaniem, zwłaszcza ze strony 

służącej.

Złapał za klamkę, otworzył drzwi i wszedł do środka.

background image

Kobieta   najwyraźniej   nie   spodziewała   się,   że   on   tak   postąpi.   Stała 

pochylona nad walizką i wkładała do niej ubrania.

Michael zatrzymał się nagle, zaskoczony tak ogromną ilością zapalonych 

świec.   Ich   płomienie   dawały   ciepło   i   wypełniały   pokój   słodkim   zapachem 
rozgrzanego wosku i złotą poświatą.

- Co tu się dzieje? - zapytał, a jego głos zabrzmiał bardziej opryskliwie, 

niż się spodziewał.

- To chyba oczywiste. Pakuję się.

W świetle świec wyglądała jeszcze piękniej niż wtedy, gdy zobaczył ją po 

raz   pierwszy,   i   bardziej   ogniście.   Każda   inna   kobieta   byłaby   spłoszona   i 
onieśmielona mężczyzną jego postury, który wtargnął na jej prywatny teren. Ale 
nie panna Halloran. Ona wyglądała na gotową do walki.

Lecz   jego   gniew   nieco   zelżał,   a   w   jego   miejsce   zaczęło   pojawiać   się 

zaciekawienie..

- Pytałem o świece - powiedział. - Wardley zrobił na mnie wrażenie osoby 

mało szczodrej i rozrzutnej. 

- Masz rację.

Zaczęła układać w walizce swoje ubrania, ale po chwili zmieniła zdanie, 

zdając sobie sprawę z tego, że w pierwszej kolejności powinna zapakować buty. 
Była to para znoszonych już czarnych pantofli, jakie nosiło się teraz w całym 
Londynie.   Skóra   wyglądała   na   koźlą.   Buty   tej   jakości   były   pewnie   sporym 
wydatkiem   dla   guwernantki,   dlatego   obchodziła   się   z   nimi   jakby   były   ze 
szczerego złota.

Isabel jawnie ignorowała jego obecność w pokoju.

Ale   Michael   wiedział,   jak   sobie   z   tym   poradzić.   Ułożył   się   więc   na 

rozklekotanym łóżku, wiedząc, że będzie musiała na niego spojrzeć. Miał tylko 
nadzieję, że ta licha konstrukcja nie załamie się pod jego ciężarem. 

- Jak można spać na czymś tak marnym? - zastanowił się na głos. - Już 

chyba wolałbym podłogę.

Panna Halloran zmarszczyła brwi w odpowiedzi na jego bezczelność.

- Zwykle - powiedziała arystokratycznym tonem - kiedy ktoś zatrzaskuje 

ci drzwi przed nosem to znaczy, że nie jesteś mile widzianym gościem.

background image

- Nie spodziewałem się, że zostanę zaproszony - odparł, układając się 

wygodnie na boku i podpierając głowę na łokciu. Z tego miejsca widział jej 
stopy. Nadal była boso i zauważył, że miała na sobie dwie warstwy ubrania. - 
Co ty, u licha, masz na sobie?

Włożyła do walizki swoje cenne pantofle z koźlej skóry.

- To nie twoja sprawa.

- Masz na sobie dwie suknie. Teraz już rozumiem, dlaczego miałem tyle 

kłopotów, żeby się przedrzeć pod spód twojego stroju. Za każdym razem, kiedy 
myślałem, że już znalazłem ostatnie zapięcie, było następne.

Rumieniec zalał jej twarz. 

- Panie Severson, proszę wyjść.

- Wyjdę - obiecał - kiedy mi to wyjaśnisz. - Wyciągnął do niej rękę z 

bransoletką.

-  Proszę   nie udawać  naiwnego  - odparła,  układając   ubrania  na  butach 

leżących   już   w   walizce,   a   jej   ruchy   były   przemyślane   i   stanowcze.   -   Twoi 
przyjaciele natychmiast zorientowali się w sytuacji.

- Nie są moimi przyjaciółmi - poprawił ją niedbale. - A ja chcę usłyszeć 

wyjaśnienie od ciebie.

- A później mogę liczyć na to, że sobie pójdziesz? - Zatrzasnęła walizkę.

Oczywiście, że nie, pomyślał Michael i uśmiechnął się.

- Jeśli będę musiał…

- Owszem, będziesz musiał. - Przeszła do drugiego końca łóżka. - Pan i 

pani   Wardley   mieli   zamiar   zmusić   cię   do   małżeństwa,   twierdząc,   że 
skompromitowałeś ich córkę.

- Ale ona jest jeszcze dzieckiem. Skończyła chociaż szesnaście lat?

- W zeszłym miesiącu zaczęła siedemnasty rok. Najwyraźniej Wardley 

pragnie bogatego męża  dla swojej córki i właśnie  ciebie wybrał do tej roli. 
Lillian   też   zagustowała   w   tobie.   Ciężko   musi   być   takiemu   przystojnemu 
mężczyźnie, na którego kobiety same się rzucają.

background image

Uchwycił   sarkazm   w   jej   głosie   i   jednoczesną   naganę   dla   własnego 

wcześniejszego zachowania.

-  Nie   zawsze   tak   się   dzieje   -  powiedział,   starając   się,   żeby   jego   głos 

zabrzmiał lekko. - Czasami to ja się na nie rzucam.

Jej bystre spojrzenie powiedziało mu, że zrozumiała, co miał na myśli.

- Niezbyt często - dodał, przyglądając się jej. - Już od bardzo dawna żadna 

kobieta nie zwróciła na siebie mojej uwagi.

Isabel w odpowiedzi skrzyżowała ręce na piersi i był to wyraźny sygnał, 

że nie będzie powtórki sceny, do której doszło wcześniej między nimi.

Zrozumiał.   To,   co   się   stało   na   dole,   było   chwilą   nieuwagi   dla   nich 

obydwojga. Zaskoczyła go tak samo, jak on ją.

- Kiedy nakryłem cię w moim pokoju, Lillian tam nie było - powiedział.

- Nie. Zorientowałam się, co knuła, i razem z nianią wywlokłyśmy ją siłą i 

zaprowadziłyśmy do jej pokoju, gdzie powinna była siedzieć.

- Więc po co wróciłaś?

- Tę bransoletkę Lillian dostała od rodziców. Ta dziewczyna jest tak samo 

przebiegła jak jej ojciec. Z trudem jej przychodzi bezbłędne pisanie, ale knuć 
intrygi jak najbardziej potrafi. Zostawiła swoją bransoletkę w twoim łóżku jako 
dowód jej kompromitacji. Kiedy pochwaliła mi się tym, co zrobiła, byłam tak 
wściekła,   że   postanowiłam   natychmiast   pójść   po   tę   bransoletkę.   Resztę   już 
znasz. - Skończyła i zacisnęła usta.

Michael skinął głową i uświadomił sobie, że czuje wobec niej coś więcej 

niż   tylko   pożądanie.   Polubił   ją.   Nie   wykłócała   się,   nie   histeryzowała,   nie 
narzekała. Pewnie bała się i miała wątpliwości, ale potrafiła stawić im czoło. 
Czuł respekt wobec takiej odwagi. Sam był zmuszony, żeby polegać wyłącznie 
na sobie. To właśnie zrobiło z niego mężczyznę.

- A świece? - Wykonał dłonią okrężny ruch, pokazując cały pokój.

Znowu się zarumieniła.

- To protest - przyznała. Rozejrzała się dookoła i dodała po chwili: - Dość 

głupi.

Michael usiadł i odłożył bransoletkę na stolik obok łóżka.

background image

- Nie zgadzam się. Powinno się szanować każdy przejaw indywidualności 

w tym kraju.

Jego słowa obudziły w niej guwernantkę i zew patriotyzmu.

- Cywilizowany kraj potrzebuje zasad - odparła, jakby mówiła z pamięci.

Rozbawiony tym Michael postanowił ją sprowokować.

- Zasady są naginane albo łamane, żeby tylko dopasować je do potrzeb 

bogatych.   Biednych   zostawia   się   z   butelką   dżinu   w   ręku   zamiast   bochenka 
chleba,   podczas   gdy   książę   i   jemu   podobni   zajadają   się   daniami 
przygotowanymi przez francuskich kucharzy.

- Nie prowadzimy już wojny z Francją. Nie uważam też za zbrodnię faktu, 

że komuś smakuje francuska kuchnia.

-   Wkrótce   będziemy   mieli   z   nimi   wojnę   -   powiedział   Michael 

prowokująco. - I wtedy smak tych wszystkich ich sosów stanie kością w gardle 
prawym Anglikom.

- Nie wiem, czy nie powinnam uznać pana za podżegacza, panie Severson 

- powiedziała sucho.

- Nie jestem jedynym,  który zapala wszystkie świece, Isabel - odparł, 

wypowiadając jej imię z wielką przyjemnością i w tak intymny sposób, że tylko 
ją tym rozwścieczył. - A tak przy okazji, mam na imię Michael. Wierzę, że już i 
tak odrobinę przekroczyliśmy pewne granice etykiety.

- Życzyłabym sobie, żeby pan wyszedł, panie Severson. 

Kiedy mówiła, zaczęła poprawiać swoje uczesanie, odgarniając wszystkie 

włosy do tyłu i rozpuszczając je w cudowną masę lśniącego jedwabiu. Pokój 
wypełnił się jej zapachem, rozpoznał go natychmiast i wstał z łóżka, pragnąc jej 
dotknąć, ponownie chwycić ją w ramiona i kontynuować od tego miejsca, w 
którym skończyli.

W jej oczach pojawił się cień lęku. Michael zatrzymał się. 

- Nie zbliżę się do ciebie. Nie ma powodu, żebyś się mnie bała.

Ale ona się nie rozluźniła.

- Udzieliłam odpowiedzi na wszystkie pana pytania, panie Severson. Nie 

mam nic więcej do dodania. Nasza rozmowa jest już skończona. 

background image

On jednak nie drgnął.

- Dokąd pójdziesz? 

Isabel zrobiła krok w tył.

- To moja sprawa. 

Michael pokręcił głową.

- Nie, nie tylko twoja. Przyczyniłem się do twojego zwolnienia z posady. 

Chciałbym ci to jakoś wynagrodzić. 

Jego słowa zdawały się ją gorszyć.

- Sama potrafię o siebie zadbać. - Ruchem głowy wskazała mu drzwi. - A 

teraz proszę już wyjść.

Michael nie mógł wyjść. Nie był gotowy od niej odejść i nie podobała mu 

się perspektywa, że zostanie sama bez niczyjej opieki.

- Pozwól, żebym się tobą zaopiekował.

Nie było za dobrze, że to powiedział. Jej odpowiedź była natychmiastowa.

-   Nie   będę   utrzymanką   żadnego   mężczyzny   -   powiedziała   pewnym 

głosem. Oczy błyszczały jej podejrzanie, jakby miała się zaraz rozpłakać, ale 
dumanie pozwalała jej na łzy. - Myślisz, że jesteś pierwszym, który złożył mi 
taką propozycję? Nie jesteś.

- Nigdy wcześniej nie złożyłem takiej propozycji żadnej kobiecie.

To była prawda. Jednak jego odpowiedź nie uspokoiła Isabel. Objęła się 

mocniej ramionami, jakby chciała się przed nim osłonić.

- Zdaje się, że nie mogę cię za to winić. W końcu dałam ci podstawy ku 

temu, żebyś pomyślał sobie, że jestem łatwa.

- Obydwoje tego chcieliśmy.

Odwróciła od niego wzrok, a on wiedział, że ją traci. Chwycił się jedynej 

rzeczy, która mogła być jego kartą przetargową: pieniędzy.

- Zaopiekuję się tobą - obiecał. - Nigdy niczego ci nie zabraknie…

background image

- Nie jestem na sprzedaż. - Jej ostre słowa wdarły się pomiędzy nich.

- Nie chcę cię kupić.

Spojrzała mu prosto w oczy.

- Nie. Zaproponowałeś mi tylko zapłatę za moje usługi. Tak samo jak 

płaci się bankierowi czy krawcowi.

- Chcę się tobą zaopiekować.

- Jakbym była jakimś zwierzątkiem? - Pokręciła głową, wyraźnie wątpiąc. 

- Czy to znaczy, że jesteś już tak znużony, że postanowiłeś wynająć sobie kogoś, 
kto będzie dotrzymywał ci towarzystwa?

Jej oskarżenia były nieprzyjemne.

- Isabel, bądź rozsądna. Obydwoje jesteśmy dorośli…

- Przyszedłeś tu, żeby złożyć mi tę propozycję, tak? Pytanie o intrygę 

Lillian było wyłącznie pretekstem. Myślałeś, że padnę ci w ramiona. A ja omal 
ci   nie   uwierzyłam,   że   jesteś   inny   niż   pozostali   mężczyźni.   -   Kręciła   głową, 
oszołomiona własną winą. - Nie do wiary, że po tym wszystkim, wciąż jestem 
taka naiwna.

 - Isabel

- Przykro mi, proszę pana. Nie stać pana na mnie. 

Michael nie lubił, kiedy mu przerywano, ani nie podobało mu się, że tak 

dobrze odczytała jego intencje. Zmieszany postanowił ukryć swoje prawdziwe 
uczucia za dumą.

-   Może   będzie   pani   zaskoczona,   panno   Halloran,   ale   jestem   wprost 

obrzydliwie bogaty. Czego chcesz? Domu, powozu i koni, klejnotów…? 

- Małżeństwa. 

To słowo zdawało się wyssać z niego całe powietrze, a ona uśmiechnęła 

się, wiedząc, że trafiła celnie.

- Taka jest moja cena, panie Severson - powiedziała drwiącym głosem. - 

Jest pan gotów temu sprostać? 

- Nie. 

background image

Michael planował sobie, że pewnego dnia się ożeni, ale ten dzień był 

jeszcze   daleko   przed   nim.   Teraz   jego   głównym   celem   było   oczyszczenie 
swojego imienia i kiedy się wreszcie ożeni, to zakładał sobie, że w wyborze 
małżonki   będzie   się   kierował   właściwymi   pobudkami:   zdobyciem   fortuny, 
prestiżu i władzy.

-   Rozumiem   -   powiedziała,   jakby   czytała   w   jego   myślach.   -   To   zbyt 

wysoka cena, chociaż nie ty jeden masz o sobie wysokie mniemanie. 

Michael skrzywił się.

- Masz cięty język, panno Halloran.

- Muszę taki mieć, panie Severson. 

Musiał się z nią zgodzić.

- Podobasz mi się, panno Halloran.

- Przyjmuję to za komplement, sir.

- Bo tak jest.

Przez chwilę patrzyli na siebie z pełnym zrozumieniem. Michael poruszył 

się pierwszy. Wyciągnął wizytówkę z kieszonki na zegarek i podał ją Isabel.

- Przepraszam za swój udział w dzisiejszym zajściu. Zachowałem się jak 

bezrozumna   marionetka.   Proszę,   jeśli   będziesz   potrzebowała   przyjaciela, 
skontaktuj się ze mną. Moje biuro mieści się w magazynie w zachodnim porcie 
Londynu. Firma Haddon i Severson. Mam też dom w Mayfair. - Przerwał, po 
czym dodał: - Nie oczekuję niczego w zamian.

Przyglądała mu się przez chwilę, szukając śladu podstępu na jego twarzy. 

Czekała jakiś czas, aż wreszcie zdecydowała się wziąć od niego wizytówkę.

- Dziękuję - powiedziała.

- Nie ma za co - odparł, a ona się uśmiechnęła. To był nieśmiały, trochę 

smutny uśmiech, który sprawił, że Michael zastanowił się, czy nie będzie to z 
jego strony poważny błąd, jeśli teraz wyjdzie z tego pokoju.

Ale nie był głupcem. Jeśli istniały jakiekolwiek sygnały zagrożenia dla 

mężczyzn, to właśnie to był taki sygnał. Podszedł do drzwi i otworzył je.

background image

- Dobranoc - mruknął, niemal bojąc się znowu na nią spojrzeć, ale w 

końcu nie mógł się powstrzymać. Może jego pamięć płatała mu figle?

Nie. Była jeszcze piękniejsza niż wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy 

w   swojej   sypialni.   Stała   teraz   pośród   zapalonych   świec,   a   jej   czarne   włosy 
opadały kaskadą loków na ramiona i plecy. Spod spódnic wystawały bose stopy, 
a   w   ręku   trzymała   jego   wizytówkę   i   jednym   palcem   pocierała   jej   krawędź. 
Zniknęła cała jej agresja.

- Dobranoc, panie Severson.

- Dobranoc - powtórzył bardziej do siebie niż do niej. Musiał użyć całej 

siły woli, żeby wyjść z tego pokoju i zamknąć za sobą drzwi.

Przez chwilę stał po ich drugiej stronie i miał ochotę wrócić. Coś ich do 

siebie bardzo mocno przyciągało. Już raz jego pocałunki przełamały jej opór. 
Mógł zrobić to ponownie, tylko że teraz nie czułby  się w porządku. A ona 
mogłaby go znienawidzić.

Co się stało, to się nie odstanie.

 

Ruszył   korytarzem.   Przeszedł   jedną   trzecią   drogi   do   schodów,   kiedy 

usłyszał za sobą odgłos otwieranych drzwi. Zawołała nim.

- Panie Severson?

Michael odwrócił się.

Światło   świec   z   jej   sypialni   ułożyło   się   w   kwadratową   poświatę   na 

podłodze korytarza w miejscu, w którym stała. 

- Czy zamordował pan Alettę Calendri?

Jej pytanie kompletnie go zaskoczyło. Ludzie, których widywał, nigdy nie 

wspominali sprawy morderstwa. Nikt go nigdy o to nie zapytał.

- Nie.

Skinęła, jakby potwierdził coś, co sobie pomyślała. 

-  Nie  potrafiłam sobie  wyobrazić  ciebie  jako zabójcę.  Dobranoc,  sir - 

mruknęła i zamknęła drzwi.

background image

Michael wpatrywał się w punkt, w którym przed chwilą stała, pozwalając 

swojemu wzrokowi przywyknąć do ciemności, która nastała w korytarzu. Cóż, 
przynajmniej jedna osoba w Anglii miała odwagę zapytać go wprost o Alettę.

Kiedy już zszedł na dół, zdał sobie sprawę z tego, że nazwała Alettę po 

imieniu.   Zwykle,   gdy   słyszał,   jak   ludzie   plotkowali   i   szeptali   coś   za   jego 
plecami,  o zamordowanej  wyrażali się: "ta Kobieta" albo czasami  "aktorka". 
Niewielu pamiętało jej imię, ale panna Halloran pamiętała…

Jakieś niepokojące przeczucie, że jest coś, co powinien o niej wiedzieć, 

coś, czego się nie domyślał, sprawiło, że zatrzymał się i zamyślił. Nie potrafił 
jednak niczego wymyślić. Był pewien, że nigdy wcześniej jej nie widział.

Na   dole   było   cicho.   Wyglądało   na   to,   że   wszyscy   poszli   już   spać. 

Dochodziła   już   trzecia,   a   przecież   planowali   polowanie   z   samego   rana. 
Wcześniej, czy później, nawet najzacieklejszy gracz potrzebował snu. Michael 
zastanawiał się, czy Wardley pogodził się ze swoją żoną.

Lokaj spał na swoim posterunku, w fotelu na korytarzu. Kilka świec nadal 

oświetlało przejście, ale większość z nich została już pogaszona.

Michael szedł do swojego pokoju, zastanawiając się, dlaczego jeszcze nie 

wyjechał   z   Anglii.   Przez   trzy   miesiące   nie   zrobił   żadnych   postępów   w 
oczyszczaniu swojego imienia. Jeśli w ogóle coś się zmieniło w tej kwestii, to 
tylko na gorsze. Jego obecność w Londynie ożywiła ponowne zainteresowanie 
zabójstwem Aletty, ale bez żadnych rezultatów. Michael próbował zajrzeć do 
dokumentacji sądowej. Ale okazało się, że nie ma żadnych notatek. Zniknęły. A 
ludzie,   którzy   znali   kiedyś   Alettę,   poumierali   albo   wyprowadzili   się.   Każde 
drzwi,   każda   furtka   związana   z   morderstwem   były   dla   niego   zamknięte,   a 
Michael już zaczynał być tym wszystkim zmęczony. Może jego interpretacja 
snu była mylna? Może decyzja o powrocie była głupotą?

Otworzył drzwi do sypialni i zatrzymał się w wejściu. W fotelu, z nogami 

opartymi na łóżku, siedział Riggs. Przez oparcie fotela miał przewieszoną jedną 
rękę i dwoma palcami trzymał w połowie opróżnioną butelkę wina.

- Gdzie byłeś? - zapytał z pretensją.

Michael zamknął za sobą drzwi.

- Wyszedłem.

Nie   lubił   Riggsa,   ale   ten   mężczyzna   był   jak   na   razie   jego   jedyną 

przepustką do wyższych sfer. Razem chodzili do szkoły. Kiedyś, jeszcze przed 

background image

śmiercią Aletty, byli też kompanami w grach hazardowych. Czas jednak nie był 
dla   Riggsa   zbyt   łaskawy.   Ślady   rozpusty   i   rozczarowania   wyryły   mu   się 
bruzdami na twarzy i na duszy.

Michael zdawał sobie sprawę z tego, że Riggs stara się wydoić z niego 

każdy najmniejszy nawet grosz, ale sam, będąc młodszym synem, rozumiał, co 
to   znaczy,   kiedy   oczekuje   się   od   ciebie,   że   będziesz   postępował   zgodnie   z 
nakazami wyższych sfer i sam się utrzymywał przy londyńskich cenach, bez 
żadnej perspektywy zarobku.

- Co tu robisz?

- Siedzę - powiedział Riggs. Uniósł butelkę i pociągnął z niej taki łyk jak 

człowiek, który chce się upić, żeby o czymś zapomnieć.

- Jestem zmęczony - mruknął Michael. - Jutro mamy polowanie, prawda? 

Więc do zobaczenia. 

Riggs nie drgnął.

- Byłeś u niej, prawda? 

Michael nie musiał pytać, kogo miał na myśli. Nie miał też wątpliwości 

co do tego, że w oczach mężczyzny malowała się zazdrość. 

- Tak. 

Riggs wybuchnął nieprzyjemnym śmiechem.

- Chyba nie zrozumiałem żartu - stwierdził Michael.

- Oczywiście, że nie - odparł Riggs z wyższością. - Ty nie masz zielonego 

pojęcia.

- Pojęcia o czym?

- Kim ona jest. - Riggs podniósł się z trudem i przez chwilę balansował, 

żeby utrzymać równowagę, po czym stanął twarzą w twarz z Michaelem. - Nie 
masz o niczym pojęcia.

- Czy mówimy o pannie Halloran? - Michael chciał się upewnić.

- W samej rzeczy - odpowiedział Riggs. - Wiedziałem, że ona pracuje u 

Wardleya.   Pomyślałem,   że   może   być   zabawnie,   jeśli   cię   tu   przyprowadzę. 

background image

Jednak nie spodziewałem się, że tak na siebie zareagujecie. Czyż nie okazałem 
się głupcem? - Upił kolejny łyk wina.

Michael pokręcił głową.

- Będziesz musiał wyrazić się nieco jaśniej. Za bardzo jestem zmęczony 

na tego typu zagadki.

Riggs opuścił butelkę.

- A ja myślałem, że jesteś bystrzejszy, Severson. Że z ciebie pojętny facet. 

A tu proszę, to, czego szukasz, jest tuż pod twoim nosem albo raczej tuż pod 
tobą, jeśli zachować precyzję.

-   Nie   pozwolę   ci   obrażać   panny   Halloran   -   powiedział   Michael 

stłumionym głosem.

Zapadła   długa   chwila   ciszy.   Riggs   był   dość   pijany,   żeby   podjąć 

niewypowiedziane wyzwanie. Michael nie miałby nic przeciwko walce. Był w 
takim  nastroju,   że   najchętniej   przetrąciłby   komuś   kark,   a   Riggs   się   do   tego 
najlepiej nadawał. Nikt by za nim nie tęsknił.

- Hal-lo-ran - powiedział Riggs, sylabizując nazwisko. 

Michael zmarszczył czoło.

- Co za nonsens?

- Halloran! - warknął Riggs.

- Przecież wiem, jak się nazywa guwernantka. Jakie to ma znaczenie?

- Zastanówmy się przez chwilę - powiedział Riggs drwiącym tonem. - 

Czyżbyś nie znał nazwiska rodowego Elswicka? Halloran!

- Boże, ale ze mnie idiota.

- Nie będę zaprzeczał - powiedział Riggs, przystawiając do ust butelkę i 

pociągając kolejny łyk wina.

Michael kręcił głową z niedowierzaniem.

- To nie ma sensu. Kim ona jest dla Elswicka?

- Jego córką.

background image

- On nie ma córki.

- Jest jego nieślubnym  dzieckiem - powiedział Riggs. - Wiele bękartów 

używa nazwiska swojego prawdziwego ojca. - Obrócił butelkę do góry dnem. 
Była   już   pusta.   Rzucił   ją   na   podłogę   i   ruszył   w   stronę   drzwi.   -   Resztę 
pozostawiam tobie, Severson.

- Zaczekaj. - Riggs odwrócił się. - Dlaczego? - zapytał Michael.

- Żeby się przekonać, czy potrafisz więcej. Wypróbowałem już tę damę. 

Nie jest w moim typie.

Michael wątpił w to. Rozpoznawał czcze przechwałki, kiedy takie słyszał.

 - Nieślubna córka to najlepsze, co mogę załatwić - powiedział pijackim 

głosem Riggs. - Sam będziesz sobie musiał wymyślić, co z tym dalej zrobić. - 
Oparł   się   o   drzwi.   -   Co   zrobisz   z   tą   ciekawostką,   to   już   twoja   sprawa. 
Oczywiście - westchnął ciężko - oczekuję wynagrodzenia za moje usługi.

- I tak postępują wszyscy na tym świecie - odparł Michael, a pod nosem 

dodał: - Z wyjątkiem jednej upartej guwernantki.

Isabel nie spała tej nocy. Zgasiła większość świec wkrótce po wyjściu 

Seversona, w pewnym sensie  zakłopotana tym,  że została przyłapana na tak 
jawnym  wyrażaniu  niezależności.   Spakowanie   reszty   jej  niewielu   rzeczy   nie 
zajęło   jej   dużo   czasu.   Godziny,   które   zostały   do   świtu,   spędziła,   próbując 
napisać list do ojczyma, w którym chciała poprosić go o pozwolenie na powrót 
do domu na czas, kiedy będzie sobie szukała nowej posady. Niestety nie mogła 
znaleźć właściwych słów.

Między nimi panowały dość napięte stosunki. Być może najlepiej byłoby 

pojawić się w progu jego domu bez ostrzeżenia i ocenić sytuację po jego reakcji, 
i   wtedy   zdecydować,   czy   powinna   zostać,   czy   odejść.   Nie   podobała   jej   się 
perspektywa powrotu do domu po kolejnej porażce.

Powrót do Lancashire napełniał ją taką niechęcią, że nawet pojawiła się w 

jej głowie myśl, żeby napisać do markiza, ale i ul rzuciła ten pomysł. Co by mu 

background image

napisała? Drogi ojcze, wiem, że nic chcesz mnie znać, ale potrzebuję dachu nad 
głową…

Nigdy nie prosiła go o pomoc i teraz też tego nie zrobi.

Zajęła się więc liczeniem pieniędzy. Mogłaby wykorzystać pensję, którą 

winny był jej Wardley. Gdyby ją dostała, miałaby wystarczającą ilość pieniędzy, 
żeby pojechać za nie do Higham i opłacić tam swój pobyt przez miesiąc albo 
dwa.

Do nadejścia świtu Isabel przekonała samą siebie, że znajdzie sobie nową 

posadę. Musi jej się udać. Może w Manchester, daleko od Londynu, znajdzie 
jakąś przyzwoitą rodzinę, która nie będzie pytała o referencje?

Godzinę później umyła twarz, a włosy zaczesała w ciasny kok, który w jej 

mniemaniu   trochę   ją   postarzał.   Założyła   na   siebie   jedyną   rzecz,   jaką 
odziedziczyła po matce: zielony, aksamitny czepek z żółtymi wstążkami. Swego 
czasu   był   całkiem   modny   i   bardzo   drogi.   Matka   dostała   go   od   markiza   i 
obchodziła się z nim jak ze skarbem.

Przez chwilę Isabel pomyślała o Seversonie i jego propozycji, i odczuła 

pokusę przyjęcia jej.

Tylko z czym by wtedy została? Czy skończyłaby tak jak jej matka, bez 

niczego, oprócz znoszonego czepka i nieślubnej córki, która jej przypominała o 
markizie? Isabel wzięła walizkę i wyszła z pokoju. Chwilę zajęło jej pożegnanie 
się z zapłakaną nianią. Uściskały się i życzyły sobie wszystkiego, co najlepsze. 
Lillian jeszcze spała.

Na dole Isabel pożegnała się z resztą służby, z których większości i tak 

nie znała za dobrze. Zignorowała kilka spojrzeń pełnych satysfakcji, rzuconych 
w jej stronę. Nie, w tej okolicy nie uda jej się znaleźć nowej posady. Służba 
chętnie plotkowała i historia incydentu zeszłej nocy bardzo szybko rozejdzie się 
po okolicy.

Najbliższa miejscowość, w której mogła złapać powóz, była oddalona o 

dobre pięć mil marszu, ale Isabel nie miała nic przeciwko rozruszaniu kości. 
Mgła wisiała nisko nad ziemią, a wiosenne powietrze było zimne, co razem 
doskonale współgrało z melancholią jej odejścia.

Ogrodnicy   już   byli   zajęci   pracą   przy   trawnikach,   a   chłopcy   stajenni 

wyprowadzali   konie   ze   stajni,   żeby   zabrały   myśliwych   na   polowanie.   Pan 
Wardley   lubił   polować   na   bażanty.   Przechwalał   się,   że   jest   wyborowym 
strzelcem i ma najlepsze psy tropiące ptaki.

background image

Już   niebawem   on   i   jego   goście   zaczną   wychodzić   z   domu   i   ta   myśl 

wystarczyła,   żeby   Isabel   przyspieszyła   kroku   na   drodze   prowadzącej   z 
posiadłości w kierunku ceglanych filarów, które wyznaczały początek podjazdu, 
szczególnie kiedy zobaczyła, jak jeden z chłopców stajennych wyprowadza parę 
jasnych kasztanów, zaprzężonych do sportowego faetonu. To był pojazd, którym 
przyjechał Severson. Isabel nie chciała, żeby Richard czy Severson widzieli jej 
odejście.

Była   już   blisko   drogi,   kiedy   usłyszała   za   sobą   odgłos   kół   na   żwirze. 

Severson zatrzymał powóz obok niej. 

- Dzień dobry, panno Halloran.

Zdawało   jej   się,   że   nigdy   wcześniej   nie   widziała   tak   przystojnego 

mężczyzny. W przeciwieństwie do niej, wyglądał na wypoczętego i gotowego 
na cały nadchodzący dzień. Jego płaszcz uszyty był z najlepszego gatunku szarej 
wełny i doskonale  pasował do niego niski kapelusz,  który założył na głowę 
przekrzywiwszy go nonszalancko. Jego buty lśniły w porannym słońcu.

Jaką przyjemnością byłoby nosić buty wykonane z tak dobrej jakościowo 

skóry? Przez chwilę poczuła ponownie tę samą pokusę, by przyjąć jego ofertę.

Jednak bez słowa ruszyła w stronę drogi.

- Miałem nadzieję, że cię dogonię - powiedział sympatycznie, jakby wcale 

go przed chwilą nie zlekceważyła. Kiedy nadal nie odpowiadała, ponownie się 
odezwał: - Czy mogłabyś się na chwilę zatrzymać?

- Przepraszam, ale muszę dojść do Bull and Crown na czas, żeby zdążyć 

na powóz.

Podjechał faetonem i zablokował jej drogę. Isabel zatrzymała się.

- W porządku. Zatem czego pan sobie życzy?

- Chcę wnieść poprawkę do mojej propozycji - odparł z uśmiechem, w 

którym ukazał piękne i mocne zęby. - Widzisz, myślałem o tym i uznałem, że 
jednak miałaś rację.

- W sprawie czego? - zapytała zmieszana.

- Małżeństwa - odparł.

background image

Rozdział 4

Isabel nie była pewna, czy dobrze go zrozumiała. 

- Słucham?

-   Powiedziałaś,   że   twoją   ceną   jest   małżeństwo.   -   Severson   mówił 

spokojnie, jakby rozmawiali o porannej pogodzie. - Zgadzam się więc. Ożenię 
się z tobą.

Isabel miała za sobą długą, nieprzespaną noc i nie była w nastroju do 

żartów, szczególnie że jej serce lekko drgnęło na dźwięk słowa "ożenię się". 
Nikt nigdy nie złożył jej tak poważnej propozycji. Musiała szczerze przyznać, 
że poczuła ekscytację faktem, że po raz pierwszy ktoś się jej oświadczył.

Ale nie była głupia.

Severson   był   wprost   oślepiająco   przystojny.   Do   tego   bogaty   i   pewny 

siebie…   Miał   wszystko,   czego   pragnęła   każda   kobieta.   Wystarczyło,   że   się 
uśmiechnął, a już przyspieszał jej puls. Nigdy nie spotkała takiego mężczyzny 
jak on.

Więc   to   jej   ogromna   duma   sprawiła,   że   naśladując   jego   nonszalancję, 

postanowiła mu odpowiedzieć.

- Nie może się pan godzić na poślubienie mnie, ponieważ nie prosiłam o 

to.

- Właśnie, że prosiłaś - odparł natychmiast. - Zeszłej nocy powiedziałaś, 

że twoją ceną jest małżeństwo.

- Mówiłam też, że nie można mnie kupić.

-   Dlatego   proponuję   ci   małżeństwo   -   odpowiedział   gładko.   Jego   oczy 

błyszczały   z   uciechy,   jakby   już   domyślał   się   jej   odpowiedzi.   Bawił   się 
wyśmienicie… jej kosztem.

background image

Powstrzymała się przed chęcią rzucenia w niego walizką. Zobaczyć, jak 

trafia   go   prosto   w   głowę,   a   on   spada   z   siedziska   swojego   lśniącego   i 
kosztownego powozu, sprawiłoby jej satysfakcję wprost nie do opisania.

- Dlaczego to robisz? - Spojrzała w kierunku domu. - Czy to jakiś zakład, 

w   który   wszedłeś   ze   swoimi   kompanami?   Czy   chowają   się   tam   za   oknami, 
naśmiewając   się   z   tego,   jak   nabierasz   guwernantkę?   -   Spojrzała   na   niego   z 
żalem w oczach. - Nie wydaje ci się, że wprowadziłeś już wystarczająco duży 
zamęt w moim życiu?

Nie czekała na jego odpowiedź, tylko cofnęła się i zaczęła obchodzić jego 

powóz.

- Panno Halloran, źle pani zrozumiała moje intencje.

Zignorowała   go,   mając   nadzieję,   że   wszyscy,   łącznie   z   ogrodnikami   i 

chłopcami stajennymi, którzy przygotowywali konie do porannego polowania, 
zobaczyli, jak odwraca się plecami do Seversona. Przybyła do Wardley Park 
jako dama i tak też zamierzała opuścić to miejsce.

Tasiemki   jej   czepka   rozwiązały   się,   ale   one   nigdy   nie   trzymały   się 

swojego miejsca. Nie zamierzała jednak niszczyć efektu swojego ostentacyjnego 
odejścia przez zatrzymanie się i ponowne wiązanie tych przeklętych tasiemek.

- Panno Halloran, mówię do pani.

Isabel uśmiechnęła się do siebie. Udało jej się go rozzłościć. To dobrze. 

Lubiła mieć ostatnie słowo.

Wtem usłyszała, że zeskoczył z powozu, a potem rozległ się chrzęst żwiru 

pod podeszwami jego butów. Rozkazał koniom, żeby zostały w miejscu, a ona 
domyśliła się, że zamierzał iść za nią pieszo.

Isabel wydłużyła więc krok. Nie chciała wyglądać, jakby biegła, ale może 

okazać się, że nie będzie miała wyboru.

Jej   pośpiech   nie   odniósł   pożądanego   skutku.   Severson   miał   dłuższe   i 

mocniejsze nogi i już zaczął ją doganiać.

- Panno Halloran, niech pani nie będzie idiotką. 

Te słowa ją zatrzymały.

-  Jak   mnie   pan   nazwał?   -   zapytała   ze   złością,   odwracając   się   w   jego 

stronę.

background image

- Idiotką - ośmielił się powtórzyć.

Isabel upuściła walizkę i zacisnęła pięści.

- Gdybym była mężczyzną, wyzwałabym pana na pojedynek.

- Gdybyś była mężczyzną, nie prosiłbym cię o rękę.

- Nie o to mi chodziło…

- Ale to dość ważna kwestia - przerwał jej. - A ja nazwałem cię idiotką, 

ponieważ to był jedyny sposób, jaki przyszedł mi do głowy, żeby cię zatrzymać.

- Cóż, poskutkował i do tego piekielnie mnie… - Powstrzymała się przed 

przekleństwem. - Rozzłościł mnie…

- Widzę.

-   Nie,   ty   niczego   nie   widzisz.   To   dla   ciebie   jakaś   gierka.   Ty   i   twoi 

przyjaciele…

- Tamci mężczyźni nie są moimi przyjaciółmi - poprawił ją.

- Ale z nimi pijesz.

- Nie piję. I dziękuję ci za sposobność sprostowania i tego.

- Cóż, w takim razie masz kiepski gust w dobieraniu sobie towarzystwa - 

odparła.

- Pewnie masz rację.

- Oczywiście, że mam rację i do tego jestem już tobą zmęczona. Zostaw 

mnie w spokoju.

Podniosła walizkę i minęła go. Ku jej bezbrzeżnej rozpaczy on zaczął iść 

obok niej.

- Wybacz, że nazwałem cię idiotką.

Isabel nie przyjęła przeprosin.

-   Ja   naprawdę   nie   mam   żadnych   przyjaciół   -   powiedział   w   tonie 

konwersacji,   jakby   takową   właśnie   prowadzili.   -   Jest   co   prawda   Haddon. 
Połączyło nas braterstwo krwi, ale nie ma go w pobliżu Wardley Park. Gdyby tu 

background image

był,   mógłby   cię   zapewnić,   że   nigdy   nie   proponowałem   małżeństwa   żadnej 
kobiecie i że z pewnością nie zrobiłbym tego dla żartu. To nie żaden zakład o 
"podpuszczanie guwernantki". Mówię szczerze.

Od strony domu dobiegł ich odgłos wyprowadzanych ogarów. Psy miały 

za   zadanie   płoszyć   ptaki   podczas   polowania.   Ich   skowyt   jakby   uwydatnił 
jeszcze zawziętość Seversona. Isabel me odrywała oczu od filarów ogrodzenia i 
skupiła się na stawianiu nóg jedna za drugą.

- Powinnaś rozważyć moją propozycję.

- Zrobiłam to i mówię: "nie".

Złapał ją pod rękę i obrócił w swoją stronę.

- Isabel, posłuchaj mnie. Staram się postąpić honorowo. Bóg jedyny wie, 

że nie często bywam dżentelmenem i wolę sytuacje, w których to inni mnie 
słuchają.

Spojrzała mu prosto w oczy. Wydawał się mówić szczerze.

Na podjazd wjechała dwukółka handlarza. Severson delikatnie przesunął 

Isabel na trawę, żeby przepuścić powóz. Woźnica w wyświechtanym kapeluszu 
i   ze   sterczącymi   spod   niego   włosami   ukłonił   im   się   z   nieskrywanym 
zaciekawieniem i odjechał w stronę domu.

W oddali zarżał koń, a Isabel zdała sobie sprawę z tego, że Severson nie 

jest ubrany jak na polowanie. Naprawdę wyglądał lak, jakby zamierzał wyjechać 
z Wardley Park.

Może rzeczywiście działał w pojedynkę?

A może jego propozycja naprawdę była poważna?

To było zastanawiające. Isabel z trudem odetchnęła.

-   Proponujesz   mi   małżeństwo?   -   Ostatnie   słowo   zaakcentowała 

dodatkowo, unosząc wskazujący palec w rękawiczce.

Severson wzruszył lekko ramionami i przytaknął.

- Dlaczego? - Pytanie to praktycznie samo jej się wyrwało.

- Powiedziałaś, że twoją ceną jest małżeństwo. Zamierzam ją zapłacić.

background image

Isabel nie potrafiła pozbyć się wątpliwości.

- To bez sensu.

- Cena jest wysoka - przyznał. 

- Nie mówię o cenie - odcięła się - ale o twojej chęci poślubienia mnie. - 

Przełknęła ślinę, zanim przyznała: - Nie musisz się obawiać, że ktoś wyzwie cię 
na pojedynek z mojego powodu. - Nie potrafiła ukryć goryczy w swoim głosie. - 
Nie mam żadnego obrońcy.

- Teraz już masz. Ja będę twoim obrońcą.

Obrońcą… Kimś, kto będzie się o nią troszczył, kto będzie na nią czekał. 

Nie zaznała takiej troski od śmierci matki. Te myśli musiały odzwierciedlić się 
na jej twarzy.

- O co chodzi, Isabel? - zapytał.

Nie zamierzała zwierzać mu się ze swoich najskrytszych cierpień.

- Mężczyźni nie żenią się dla zachcianki.

- W zasadzie wielu tak robi - sprzeciwił się.  - Niewielu ma  rozsądne 

powody ku temu.

- Ale ty nie zrobiłbyś tego dla kaprysu - powiedziała bardziej do siebie niż 

do niego. - Właściwie nie jesteś taki jak inni. Zeszłej nocy zastanawiałam się, 
dlaczego zadajesz się z Richardem…

- Richardem?

Isabel machnęła ręką.

- Mam na myśli lorda Riggsa. Co robisz w towarzystwie jego, Wardleya i 

całej reszty?

Jakby   wykrakała,   w   tej   chwili   usłyszeli   nawoływanie   Richarda,   który 

pokrzykiwał na swoich przyjaciół, żeby już kończyli śniadanie i wyruszyli na 
polowanie.   Wkrótce   ruszą   przez   wieś   w   kierunku   otwartych   przestrzeni,   w 
poszukiwaniu bażantów.

- Chodziliśmy razem do szkoły i to Riggs mnie teraz odszukał - odparł 

Severson.   -   To   przez   niego   otrzymałem   zaproszenie   na   polowanie   w   ten 
weekend.

background image

- Chciał pewnie pożyczyć pieniądze. On ich nigdy nie ma.

- To prawda - potwierdził Severson. - Ale na jego szczęście, nie poprosił 

mnie o pożyczenie nawet jednego szylinga.

- W takim razie to Wardley musiał mu zapłacić za znalezienie męża dla 

jego córki. - Isabel zmarszczyła brwi. Miała większą tajemnicę do rozwikłania. - 
Dlaczego w ogóle miałbyś chcieć się ze mną ożenić?

- A dlaczego miałbym nie chcieć?

- Nie traktuj mnie protekcjonalnie - powiedziała rozdrażniona.

- Wcale tego nie robię - odparł.

- Więc dlaczego miałbyś składać mi taką ofertę?

Odpowiedzią był jego wzrok, który zatrzymał się na jej piersiach.

Jakby   z   własnej   woli   jej   sutki   natychmiast   stwardniały,   a   ona   sama 

zapragnęła   zbliżyć   się   do   niego.   Przypomniała   sobie   jego   gorące   ciało 
napierające na nią i odkrycie pożądania, jakiego nigdy wcześniej nie zaznała.

On zdawał sobie sprawę z wrażenia, jakie na niej robił, przeniósł wzrok 

na jej twarz i spojrzał na nią w taki sposób, jakby wszystko o niej wiedział, i z 
takim uczuciem, że poczuła, pik cała się rozpływa, a jej opór topnieje.

Psy myśliwskie, dom, jej wszystkie wątpliwości… Wszystko to gdzieś 

zniknęło.

-   Zeszłej   nocy   powiedziałem   ci,   czego   pragnę   -   odezwał   się   cichym, 

prawie hipnotyzującym głosem. - Nie zmieniłem zdania. Chcę ciebie, Isabel, bez 
względu na cenę.

A ona chciała jego. Obudził w niej takie uczucia, jakich dotąd nie znała.

Isabel chwyciła oburącz uchwyt walizki. Jedynie tyle mogła zrobić, żeby 

nie paść mu w ramiona.

- Nie - powiedziała tak słabym głosem, że wątpiła, czy ją usłyszał. - Nie 

wyjdę za ciebie. Nie wyjdę za nikogo. - Odwróciła się i uciekłaby, tylko że on 
nadal trzymał ją za ramię.

Odwrócił ją. 

background image

- Dlaczego nie?

- Ponieważ nie wierzę w miłość - odpaliła, chcąc, żeby ją puścił. - A nie 

ma powodu, żeby pobierać się bez miłości.

  Te słowa po prostu same się jej wyrwały. Nie miała pojęcia, skąd coś 

takiego   mogło   jej   przyjść   do   głowy,   dopóki   nie   pomyślała   o   matce,   która 
kochała markiza. Albo o ojczymie, który wielbił kobietę, która nigdy go nie 
pokochała,   chociaż   on   przyjął   ją   z   bękartem.   Lepiej   zostać   samotną,   niż 
wystawiać się na ryzyko popełnienia tych samych błędów.

-   Więc   czemu   w   takim   razie   poeci   ją   tak   wychwalają?   -   zapytał 

prowokacyjnie Severson.

- Ponieważ nieodwzajemniona miłość jest wyśmienitym materiałem na 

tragedię - odparła. - I nie bądź taki zarozumiały. Wątpię, żebyś sam wierzył w 
miłość. Robisz wrażenie zbyt pragmatycznego.

Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, sprawił, że ugięły się pod nią 

kolana.

- Święta racja, panno Halloran. A mimo to każdy poeta zaklina się, że 

warto dla niej ryzykować. Wiele razy podejmowałem ryzyko w moim życiu i 
nie zamierzam uchylać się przed tym, zwłaszcza kiedy tak dużo mogę zyskać.

Stali   naprzeciwko   siebie   tak   blisko,   że   gdyby   pochyliła   się   lekko, 

mogłaby oprzeć głowę na jego piersi i usłyszeć bicie jego serca.

Isabel   obawiała   się,   że   nie   będzie   tak   silna   jak   jej   matka.   Chyba   nie 

pozbierałaby się, gdyby poniosła klęskę w tej grze.

Najwyraźniej odbijały się na twarzy, ponieważ Severson zapytał:

-   Jaką   mam   ci   złożyć   obietnicę?   Że   nigdy   cię   nie   opuszczę?   Bardzo 

dobrze. Masz moje słowo, a ono jest dla mnie jak zobowiązanie. Zaufaj mi, 
Isabel. Uwierz we mnie…

Takie słowa mogły uderzyć do głowy młodej kobiecie, która nie posiadała 

niczego ani nie miała się gdzie podziać…

- Zostań moją żoną.

Isabel nie potrafiła odmówić.

background image

Zabrał jej z rąk walizkę, nie czekając na jej odpowiedź. Odwrócił ją w 

kierunku powozu.

- Przygotowaniami zajmiemy się w Londynie.

Miała świadomość tego, że idzie obok niego. On był silny, u ona była już 

bezpieczna.

Gdzieś   w   jej   umyśle   wykluła   się   myśl,   żeby   zawiązać   poluzowaną 

tasiemkę przy czepku, zanim wsiądzie na siedzisko tego niezwykle szybkiego 
faetonu. Nigdy wcześniej nie jechała takim powozem i od razu pomyślała o 
swoich   młodszych   braciach   przyrodnich,   którzy   uznaliby   przejażdżkę   takim 
sportowym i cudeńkiem za prawdziwą  przyjemność.  Kiedy  byli mali,  Isabel 
woziła   chłopców   wozem   zaprzężonym   w   kucyka,   ale   potem,   kiedy   zaczęli 
chodzić do szkoły, zdecydowali, że są już za duzi i zbyt dumni na takie zabawy.

Jej ojczym byłby w szoku, gdyby pojawiła się z tak bogatym mężem.

Może w Londynie zdarzy się, że spotka swojego prawdziwego ojca?

Severson włożył jej walizkę na tył powozu i wrócił do Isabel, aby pomóc 

jej wsiąść na siedzisko z przodu. Podała mu rękę, a on lekko uścisnął jej palce w 
dodającym otuchy geście.

Isabel spojrzała na niego i przez chwilę zapragnęła uwierzyć u miłość. 

Jego oczy nie były tak ciemne, jak sądziła. Z bliska widziała w nich odcienie 
brązu z lekką domieszką zieleni, tak ciemnej jak leśne…

Powietrze przeciął strzał. Konie, które były tak dobrze wyszkolone, że nie 

ruszyły się z miejsca, kiedy ona i Severson rozmawiali, teraz podrzuciły łby do 
góry i gwałtownie wyrwały do przodu.

Severson   zakrył   Isabel   ramieniem,   przy   okazji   strącając   jej   z   głowy 

czepek i rzucił ją na ziemię.

- Co to było? - zapytała. 

- Wystrzał.

Zaczął przyglądać się linii drzew rosnących wzdłuż podjazdu do domu. 

Ona również im się przyjrzała. Wardley i dwóch jego przyjaciół już wyruszyli 
na polowanie, ale zatrzymali się, kiedy usłyszeli wystrzał. Isabel dostrzegła ich 
sylwetki za drzewami. Nawet psy uniosły uszy i zaczęły węszyć.

background image

-   Nie   widzę   nikogo   -   powiedziała   Isabel.   -   Jesteś   pewien,   że   to   był 

wystrzał?

- Tak. Trafił mnie w plecy.

Wyglądał   na   zaskoczonego   i   przez   chwilę   Isabel   pomyślała,   że   może 

sobie   żartuje.   Ale   kiedy   spojrzała   na   jego   plecy,   zobaczyła   dziurę   w   jego 
wykwintnym płaszczu.

-   Zdaje   się,   że   będę   potrzebował   pomocy…   I   to   szybko   -   mruknął, 

próbując wstać.

Isabel objęła go ramieniem. Kątem oka widziała Richarda biegnącego w 

ich kierunku podjazdem, a za nim jednego z chłopców stajennych.

- Pomocy! - zawołała. - Pomocy!

Zaczęła   zdejmować   płaszcz   z   Seversona,   żeby   przyjrzeć   się   ranie   i 

poczuła wilgoć krwi. Próbowała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała na 
temat ran i postrzałów. Trzeba zatamować krwawienie.

- Nie mogę tu zostać - powiedział słabym głosem Severson.

- Nie możesz podróżować w takim stanie - odparła.

Zdjęła   z   niego   płaszcz.   Kula   przebiła   się   przez   ubranie   i   wokół   rany 

wszystko powoli nasiąkało krwią.

- Muszę jechać.

Richard dobiegł do nich. Isabel widziała też, że Wardley i jego pozostali 

goście szybkim krokiem zmierzali w ich stronę.

- To był strzał, prawda? - zapytał Richard.

- Tak i trafił go - odpowiedziała Isabel.

Ku jej zaskoczeniu Severson wyprostował się.

- Nic mi nie jest - powiedział.

- Niemożliwe - odparł Richard. - Zobacz, ile krwi. Musisz się położyć.

Dołączyli do nich Wardley i jego przyjaciele.

background image

- Severson został postrzelony - powiedział do nich Richard. - Musimy 

zabrać go z powrotem do domu.

- Wielkie nieba - odezwał się Wardley. - Kto to mógł zrobić?

- Ktokolwiek - odparł Riggs.

- Ale pech - mruknął Wardley. - Widzieliście, kto strzelał?

- Niczego nie widzieliśmy - powiedziała Isabel. - A wy? 

Wardley żachnął się.

- Nawet nie patrzyliśmy w tę stronę.

W   tym   momencie   Severson   zawisł   na   ramieniu   Isabel,   która   niemal 

upuściła go na ziemię.

-   Zabierz   mnie   stąd   -   powiedział   tak   cicho,   że   tylko   ona   mogła   to 

usłyszeć. To nie była prośba, ale polecenie.

Isabel   spojrzała   z   niepokojem   na   grupkę   mężczyzn   stojących   dookoła 

niej. Nie wyglądali na szczególnie zaskoczonych postrzałem i chociaż wyrażali 
zdziwienie, to ich chłodne spojrzenia sugerowały, że nie są tym zmartwieni.

A może jej niepokój brał się stąd, że wszyscy trzymali w rękach strzelby, 

oprócz Richarda, który oddał swoją chłopcu stajennemu, który szedł za nim.

Isabel   zastanawiała   się,   czy   istnieje   możliwość   sprawdzenia,   z   czyjej 

strzelby padł ten strzał.

Nie   odważyła   się   jednak   zapytać.   Zamiast   tego   spojrzała   na   Jacka 

Picketta, tresera psów.

- Panie Pickett, zechciałby mi  pan pomóc posadzić pana Seversona w 

powozie?

- Isabel, zastanów się - odezwał się Richard na tyle rozgniewany, że mimo 

towarzystwa innych, zwrócił się do niej po imieniu. - Severson wykrwawi się na 
śmierć, jeśli będziesz go w takim stanie obwozić po okolicy.

Severson postawił jedną nogę na stopniu powozu, gotowy podciągnąć się 

na siedzisko, gdyby tylko był w stanie to zrobić. Isabel odezwała się błagalnym 
głosem: - Panie Pickett, proszę pomóc.

background image

- No dalej, Pickett - powiedział Wardley. - Widzisz chyba, że człowiek 

chce stąd odjechać. Pozwól mu. 

Treser psów zbliżył się i kiwnął na chłopca stajennego, żeby mu pomógł. 

Chłopiec oddał strzelbę do rąk Richarda i razem z Isabel unieśli Seversona i 
posadzili go w powozie. Na szczęście konie wyczuły powagę sytuacji i nawet 
nie drgnęły. Z pomocą pana Picketta Isabel także wspięła się na siedzisko i 
zajęła miejsce obok Seversona.

- Dziękuję - powiedziała do służących.

Pickett podniósł czepek z ziemi i podał go jej. To cud, że konie go nie 

zdeptały. Isabel przywiązała czepek do poręczy siedziska i chwyciła wodze.

- Proszę mieć na uwadze, że nie wezmę odpowiedzialności za jego śmierć 

- powiedział Wardley. - Jeśli pani odjedzie, to na własną odpowiedzialność.

Severson odezwał się w swoim imieniu: - Jedziemy.

Siedział sztywno, jedną ręką trzymając się przedniej krawędzi skórzanego 

siedziska, a drugą oparcia.

Isabel   uniosła   wodze   i   konie   ruszyły   naprzód.   Miała   świadomość,   że 

wszyscy na nią patrzą.

- Umiesz powozić? - zapytał Severson.

- Jeździłam wozem zaprzężonym w kucyka.

Wysoki faeton nie był w niczym podobny do dziecinnego wozu.

- Odwagi, Isabel. Konie wiedzą, co mają robić. Trzymaj stabilnie wodze - 

powiedział Severson, a w jego głosie zabrzmiała pogodna nuta.

Dojechali do filarów oznaczających koniec podjazdu i Isabel wstrzymała 

oddech, kiedy skierowała konie na drogę. Z ziemi faeton wyglądał na elegancki 
i modny powóz, ale kiedy się na nim siedziało, odnosiło się wrażenie, że jest 
całkowicie niestabilny.

- Jadą za nami? - zapytał chrapliwym głosem, mając na myśli Wardleya i 

Richarda.

- Nie - odparła.

background image

Severson   wypuścił   z   siebie   wstrzymywane   powietrze   i   osunął   się   na 

Isabel.

- Lekarza. Długo nie wytrzymam. 

Isabel wystraszyła się. 

- Oczywiście - powiedziała. - W Glaston nie ma żadnego. A przynajmniej 

nie bywa codziennie. Jeśli potrzebowaliśmy doktora, to posyłaliśmy po niego do 
Uppingham. Nie wiem, czy wytrzymasz do Uppingham - mówiła bardziej do 
siebie.

Co gorsza, Severson wyglądał, jakby tracił przytomność.

- Jak… uważasz… - zdołał powiedzieć.

Jeden   z   koni   wyciągnął   szyję,   naciągając   w   ten   sposób   wodze,   które 

trzymała w dłoni, dając jej sygnał, że jest już zniecierpliwiony i chciałby ruszyć 
w którąś ze stron. Isabel musiała się zdecydować.

-   Pojedziemy   do   pana   Oxleya   -   powiedziała   do   siebie.   -   To   pastor   u 

Świętego   Andrzeja,   jakąś   milę   albo   dwie   stąd.   Był   w   wojsku,   więc   będzie 
wiedział, co zrobić.

Severson nic nie odpowiedział.

Isabel   bała   się   powozić   ekskluzywnym   faetonem   i   żywo   reagującymi 

końmi Seversona. Obawiała się, że może przewrócić powóz.

Bała się także, że Severson może za chwilę umrzeć.

Z duszą na ramieniu cmoknęła na konie, żeby ruszyły z miejsca.

Nie   przejechali   mili,   kiedy   opierający   się   dotychczas   na   jej   ramieniu 

Severson opadł całym ciężarem na jej kolana.

Isabel chwyciła go, wystraszona, że może zlecieć na ziemię. Koniom nie 

spodobało się jej gwałtowne ściągnięcie wodzy i przez jedną straszną chwilę 
myślała, że rzucą się do ucieczki. Ale nie zrobiły tego.

Isabel   poprawiła   się   na   siedzisku,   starając   się   lepiej   ułożyć   ciało 

Seversona.

- Proszę, usiądź. Możesz sam siedzieć? - błagała.

background image

Ale on nie odpowiadał. Miał wilgotne czoło. Pewnie wkrótce dostanie 

gorączki, jeśli wcześniej nie umrze z utraty krwi.

Rozważała   przez   chwilę   możliwość   powrotu,   ale   przypomniała   sobie 

nieprzejednane spojrzenia Wardleya i Richarda.

Tylko jeden kierunek mogła wybrać: jechać przed siebie. Ruszyła więc 

dalej, modląc się bezustannie.

Rozdział 5

Michael zapadł w sen, ale nie był to zwykły sen, lecz sen ostateczny. 

Wiedział o tym, ponieważ wyczuwał przy sobie obecność Śmierci.

Byli też inni. Rozpoznawał ich, chociaż nie widział ich fizycznych ciał. 

To byli ludzie, których kiedyś znał, a którzy odeszli z tego świata. Wydawali mu 
się tak prawdziwi jak za życia.

Pierwszy odwiedził go młody porucznik, z którym grał w karty w nocy, 

kiedy   przyjechał   do   Frenchtown.   Porucznik   i   jego   koledzy   zabawiali 
towarzystwo   strasząc   takich   żółtodziobów   jak   Michael   opowieściami   o 
indiańskich   torturach,   które   Michael   sobie   zlekceważył,   uznając   je   za 
nieprawdopodobne. Tydzień później, razem z kilkoma ludźmi, natrafili na to, co 
zostało z porucznika po jego spotkaniu z Indianami. Oskalpowali go i spalili na 
stosie.

Wdowa   Coffey,   która   gotowała   podczas   wielu   jego   podróży,   była   tak 

samo wesoła jak za życia. Zmarła z powodu zakażenia kiwi, ale teraz unosiła się 
w   powietrzu   w   pobliżu   jego   łóżka,   razem   ze   swoim   kochankiem,   krzepkim 
sierżantem, który zginął porażony piorunem.

Nawet jego rodzice tu byli. Milczący, niezadowoleni, jak zawsze…

background image

Najbardziej niepokojąca była jednak Aletta.

W   jego   pamięci   pozostała   żywiołowa   i   piękna,   z   niewielkimi   śladami 

hulaszczego   życia,   które   wyryły   jej   się   wokół   oczu.   Miała   ciężkie   życie,   a 
śmierć nie była dla niej wyzwoleniem.

Wiedziała, kto ją zamordował, kto zniszczył jej życie. A Michael chciał 

się tego od niej dowiedzieć. Chociaż teraz ziemskie sprawy miały go już więcej 
nie zaprzątać, i tak pragnął poznać prawdę.

Lecz Aletta nie chciała wyjawić swojego sekretu. Zamiast tego odfrunęła, 

kusząc go, by poleciał za nią, tak jak to robiła z każdym mężczyzną, który stanął 
na jej drodze.

Michael rzucił się w jej kierunku, wołając jej imię  raz za razem.  Nie 

powinna go opuszczać, kiedy wszyscy sądzili, że to on ją zabił. Ona musi mu 
wyznać prawdę!

Jednak jego ciało nie było lekkie jak piórko. Michael poczuł potworny 

ból, przeszywający go na wylot…

Upadł na słomiany materac, a jego ciało zadrżało ze złości.

Czyjeś delikatne dłonie zaczęły go głaskać, żeby się rozluźnił.

- Proszę - jakiś kobiecy głos go błagał. - Musisz leżeć.

- Co się stało? - zapytała inna kobieta.

- Próbował wstać z łóżka - odpowiedziała przytrzymująca go kobieta.

-   Dochodzi   do   siebie   -   powiedział   męski   głos.   -   Dlatego   robi   się 

niespokojny. Dajmy mu tego wywaru, który przygotowała Maribelle. Powinien 
uśmierzyć ból.

Lecz   Michael   nie   chciał   leczniczego   wywaru.   Niemal   z   radością 

przyjmował ból, bo ten oznaczał, że jednak żyje. Oznaczał, że dostał kolejną 
szansę od życia.

W końcu i tak wybór nie należał do niego. Bez względu na to, czy sobie 

tego życzył, czy nie, wywar został mu wlany do ust, więc go przełknął.

A potem nadszedł sen.

background image

Tym  razem  śnił   już   sam.   Nie  było   przy   nim  Śmierci   ani   Aletty   z   jej 

sekretami, które zabrała ze sobą do grobu…

Forest Oxley wiedział, co zrobić z Seversonem, chociaż ostrzegł, że może 

już być za późno, ponieważ ranny stracił mnóstwo krwi, a straci jej jeszcze 
więcej,   kiedy   on   będzie   mu   wyjmował   kulę.   Isabel   musiała   wyjść   z 
pomieszczenia, kiedy proboszcz wsadził palce w ranę i zaczął w niej grzebać w 
poszukiwaniu   kuli.   Severson   był   nieprzytomny   przez   cały   czas,   a   Isabel 
odczuwała ból za niego.

Kiedy   pastor   skończył   zabieg,   powiedział   Isabel,   że   los   Seversona 

pozostaje teraz tylko i wyłącznie w rękach Pana Boga. Była wdzięczna za to, że 
ani Oxley, ani jego żona nie sprzeciwiali się temu, żeby to ona opiekowała się 
Seversonem,   chociaż   żona   pastora   wzięła   na   siebie   pielęgnację   bardziej 
intymnych części jego ciała. Zaakceptowali jej nieśmiałe stwierdzenie, że ona i 
Severson   są  zaręczeni…   chociaż  Isabel   wyczuła,  że  wiedzieli   lepiej.  Parafia 
Świętego Andrzeja nie należała do dużych.

Przez trzy dni prawie nie odstępowała go na krok. Urządzili jej posłanie w 

innym pokoju, ale kiedy szli spać, ona wymykała się i układała się na kocu na 
podłodze obok jego łóżka. Między nią a Seversonem wytworzyła się silna więź. 
Isabel nie wiedziała, co z tego wyniknie, ale wyczuła, że podobnie jak ona, 
Siwerson jest wyrzutkiem.

Jej empatia znajdowała ujście w trosce, jaką go otaczała.

Nie dawało jej spokoju wspomnienie lodowatego spojrzenia Richarda. To 

on strzelił do Seversona. Wiedziała to… i zastanawiała się, dlaczego pozostali 
go kryli.

Isabel starała się nie martwić. Severson zdawał się odzyskiwać siły i być 

może wkrótce odzyska przytomność. A kiedy to się stanie, to… To co?

Nie była pewna odpowiedzi.

Jednak   wystraszyła   się,   kiedy   dostał   gorączki   i   dreszczy,   i   zaczął 

majaczyć, wołając Alettę.

background image

Domek pastora był niewiele większy od mysiej nory. Severson zajmował 

pokój, w którym mieściło się łóżko i jedno krzesło. Za salonem znajdowała się 
kuchnia,  a tuż za nią była sypialnia Oxleyów. W zasadzie  wszystko,  co się 
mówiło w jednym końcu domu, było słyszane przez wszystkich mieszkańców.

Więc z pewnością pan i pani Oxley słyszeli, jak Severson bez przerwy 

woła inną kobietę po imieniu.

Isabel   odsunęła   się   od   jego   łóżka,   kiedy   zaczął   krzyczeć.   Stanęła   w 

przeciwległym kącie i skrzyżowała ręce na piersiach. Rozpacz w jego głosie 
sprawiła, że wszystkie włosy stanęły jej dęba.

Nie była  przygotowana  na ostre  uczucie  zazdrości,  które ją  przeszyło. 

Mogła sobie udawać, że jej zamiary były niewinne i czyste. Ale nie były.

Isabel nie rozumiała, dlaczego Bóg i wrogowie Seversona kazali jej się 

nim opiekować. Jedyne, co wiedziała, to, że będzie musiała dać mu czas na 
odzyskanie sił i do tego momentu chronić go przed Richardem oraz duchem 
Aletty Calendri.

Michael   zbudził   się   w   kompletnych   ciemnościach.   Była   noc   i   żadna 

świeca nie paliła się w pobliżu.

Pościel   pachniała   świeżo,   chociaż   nie   była   tak   delikatna   jak   jego 

bawełniana. Powietrze było wilgotne i zimne, dlatego cieszył się, że kołdra jest 
gruba.

Nogi   miał   ciężkie   jak   kłody   i   zdawało   mu   się,   że   całe   jego   ciało 

przylgnęło na stałe do materaca. Leżał na brzuchu i chociaż zawsze spał nago, 
teraz miał na sobie jakąś koszulę nocną, która była kilka rozmiarów za mała. 
Upłynęło parę chwil, zanim przypomniał sobie, że został postrzelony.

Sięgnął jedną ręką do ramienia i pleców, i wyczuł pod palcami bandaże. 

Rana   była   bolesna   w   dotyku   i   Michael   ze   zdumieniem   stwierdził,   że   został 
postrzelony bardzo blisko serca, a jednak nie wykrwawił się na śmierć.

- Severson? Obudziłeś się? - usłyszał cichy kobiecy głos.

Obok   łóżka   usłyszał   jakieś   poruszenie,   a   potem   bardziej   wyczuł   niż 

zobaczył   wstającą   z   podłogi   kobietę.   Później   słychać   było   skrzypienie, 
uderzenie krzemienia o stal i wreszcie drżący płomień świecy pojawił się na 
stoliku obok łóżka. 

background image

Raziło go to światło, więc odwrócił głowę, żeby stopniowo przyzwyczaić 

wzrok,   zanim   z   powrotem   spojrzy   w   stronę   świecy.   Pierwszą   rzeczą,   jaką 
zauważył u kobiety, były jej jedwabiste czarne włosy i przez krótką chwilę aż 
zamarł ze strachu.

Aletta?

Poruszając ustami bezgłośnie, wypowiedział jej imię, kiedy się nad nim 

nachylała, a jej twarz stała się wreszcie widoczna.

Ale ta kobieta nie była Alettą. Miała tak samo błyszczące włosy, ale miała 

szlachetniejsze rysy twarzy i brakowało jej włoskiej namiętności Aletty.

Rozpoznał w niej guwernantkę w chwili, kiedy ta się odezwała.

- Jak się czujesz? Nie masz już gorączki?

Położyła mu dłoń na czole i poczuł, jakby uśmierzyła w ten sposób ból 

głowy.

Pachniała   nocnym   powietrzem   i   różami…   Angielskimi   różami.   Ożyły 

wszystkie jego wspomnienia. Pamiętał jej dotyk, smak jej pocałunków i to, jak 
pasowały do siebie ich ciała. Isabel. Panna Halloran.

Przypomniał   sobie,   że   kłócili   się   na   podjeździe   domu   Wardleya.   On 

zaproponował jej małżeństwo, a ona odrzuciła jego ofertę, ale i tak ją przekonał. 
Nagle przypomniał sobie, dlaczego złożył jej tę propozycję. Isabel była córką 
Elswicka.

Burza   wspomnień   przetaczających   się   przez   jego   głowę   musiała   mieć 

odzwierciedlenie   na   jego   twarzy,   ponieważ   Isabel   na   jej   widok   zaczęła   się 
wycofywać.   Michael   złapał   ją   za   nadgarstek,   ale   zaskoczyło   go,   że   jest   tak 
bardzo słaby.

Isabel   zawahała   się,   ale   on   jej   nie   puszczał.   W   tej   chwili   była   jego 

jedynym łącznikiem ze światem i jedyną osobą, której mógł zaufać. Bez trudu 
mogła   mu   się   wyrwać,   ale   nie   zrobiła   tego.   Usiadła   na   krawędzi   łóżka, 
pozwalając mu trzymać jej nadgarstek tak mocno, jak tylko chciał.

Tak,   była   córką   Elswicka.   Miała   jego   prosty   nos   i   wysokie   kości 

policzkowe. Nawet kształt brwi odziedziczyła po ojcu, tylko że jej były teraz 
lekko zmarszczone i wyrażały troskę i współczucie, uczucia, których Elswick 
chyba nigdy nie zaznał.

background image

- Panna Halloran - powiedział z uznaniem. Miał chrapliwy głos i czuł 

suchość w gardle.

- Pan Severson - odparła tak cichutko, że nie mógł powstrzymać się, żeby 

się nie uśmiechnąć. Nie musiał się niczego bać.

- Jak długo tu jestem?

- Prawie tydzień. Baliśmy się, że cię stracimy.

- Ja też się bałem, że mnie stracicie. - Odchrząknął, a ona uśmiechnęła się 

do niego nieśmiało. Przełknął ślinę, żeby móc wydobyć głos. - Gdzie ja jestem?

-   W   probostwie   Świętego   Andrzeja   w   Glaston.   Pan   Oxley   jest   tu 

pastorem.   Był   kiedyś   w   wojsku   i   słyszałam,   że   ma   pewne   doświadczenia 
medyczne. On i jego żona przyjęli nas do siebie.

Michael przytaknął, nie mając już siły zadawać więcej pytań. Później się 

nimi zajmie, kiedy odzyska siły i będzie mógł podjąć' jakieś decyzje.

Isabel nachyliła się do niego z zaniepokojoną miną.

- Będę żył - zapewnił ją.

- Ktoś chciał twojej śmierci - szepnęła, jakby zdradzała mul wielki sekret.

- Tak - potwierdził, czując, że powoli traci już przytomność. Rozluźnił 

uścisk   dłoni   na   jej   nadgarstku.   -   Dziękuję.   -   Wypowiedział   to   słowo   z 
westchnieniem i nie miał pewności, czy w ogóle powiedział je na głos, czy tylko 
tak mu się wydawało. Nie miało to jednak już żadnego znaczenia, gdyż powrócił 
w słodki stan nieświadomości i zasnął.

Isabel siedziała przy nim na krawędzi łóżka i czekała, żeby upewnić się, 

czyjego   oddech   jest   normalny   i   miarowy.   Potarła   nadgarstek   w   miejscu,   w 
którym ją przed chwilą ściskał. Miała nadal ciepłą skórę od jego rozpalonego 
ciała.

Za drzwiami usłyszała jakiś odgłos, a potem zobaczyła zaglądającego do 

pokoju pana Oxleya.

- Zdawało mi się, że słyszałem głosy.

- Zbudził się - powiedziała. - Będzie żył.

background image

- Wiedziałem, że przeżyje - zapewnił ją. - To silny mężczyzna. Powinien 

teraz szybko wrócić do zdrowia. - Po chwili ciszy zapytał: - A co z panią, panno 
Halloran? Mówiła nam pani, że jesteście zaręczeni.

-   Tak.   -   Nie   chciała   wdawać   się   w   szczegóły.   Zastanawiała   się,   czy 

Severson pamięta ich sprzeczkę. Nic o tym nie wspomniał.

Pastor przyglądał jej się przez chwilę, a jej przemknęło przez głowę, że 

może potrafi odczytać jej wątpliwości. I tak też było, ponieważ odezwał się po 
chwili.

- Kiedy poczuje się lepiej, będę chciał z nim porozmawiać. Przekonam 

się, czy zamierza doprowadzić do końca to, do czego się zobowiązał.

Isabel nie wiedziała, czy ma być mu wdzięczna, czy raczej powinna się 

obawiać. Była zakochana w Seversonie, nie wiedziała, że nie powinna mieć do 
niego   pełnego   zaufania,   zwłaszcza   kiedy   w   malignie   woła   inną   kobietę   po 
Imieniu.

Następnym razem, kiedy Michael się zbudził, przywitał go jasny dzień. 

Kiedy   się   rozejrzał   dookoła,   uznał,   że   jego   pokój   jest   niewiele   większy   od 
spiżarni. Okno było szeroko otwarte i do środka wpadało świeże powietrze. 
Jakiś ptaszek nawoływał innego, ale jego śpiew pozostawał bez odpowiedzi.

Panny Halloran nie było w pokoju.

Michael nasłuchiwał oznak życia zza uchylonych drzwi do jego pokoju i 

usłyszał rozmowę prowadzoną półgłosem. Zapach pieczonego chleba sprawił, 
że zaczęło mu burczeć w brzuchu. Wyczuł też zapach tytoniu z fajki i lekką nutę 
różaną. Panna Halloran musiała być gdzieś blisko.

Miał dużo trzeźwiejszy umysł i czuł, że powinien się poruszyć. Zaczął od 

sprawdzenia, jak się czuje jego lewa ręka i spróbował ją unieść. Dzięki Bogu, 
nie został postrzelony w prawą rękę i ucieszył go fakt, że odczuwa znacznie 
mniejszy ból niż za pierwszym razem, kiedy odzyskał przytomność.

Ciekawiło   go,   czy   uda   mu   się   samemu   usiąść.   Uniósł   się   do   góry, 

wspierając   na   zdrowym   ramieniu.   Łóżko   było   wąskie.   Na   podłodze   leżał 
szmaciany   dywanik   i   Michael   skoncentrował   wzrok   na   jego   żywych, 
optymistycznych kolorach, kiedy próbował się podnieść, a jego ciało zaczęło 
protestować, gdy napiął wszystkie mięśnie.

- A co to? Proszę nie robić niczego głupiego - zza drzwi doszedł go męski 

głos.

background image

Michael   bezradnie   opadł   z   powrotem   na   brzuch.   Do   pokoju   wszedł 

mężczyzna  z fajką  w jednej dłoni. Był szczupły i niski, miał  łysinę i kępki 
siwych włosów sterczące nad uszami z obu stron głowy. Jego oczom nic nie 
mogło umknąć.

-   Nazywam   się   Oxley   i   jestem   pastorem   w   parafii   św.   Andrzeja.   - 

Zamknął drzwi za sobą i podszedł do łóżka. - Ciężko z panem było, sir.

Michael przytaknął.

- Pan wyciągnął mi kulę?

- Tak. Dość łatwo wyszła. Mogę? - zapytał, odkładając fajkę na stolik. 

Nie   czekał   na   odpowiedź,   tylko   uniósł   koszulę   nocną   na   plecach   Michaela, 
rozwinął bandaże i zaczął oglądać dzieło swoich rąk. Mruknął z zadowoleniem: 
- Rana jest czysta. Teraz już powinien pan szybko wyzdrowieć. Obawiałem się, 
że może się wdać zakażenie, ale najgorsze ma pan już za sobą.

- Wyprostował się. - Założyłem kilka szwów, ale wie pan, jak to bywa. 

Będzie   pan   miał   kolejną   bliznę.   Prowadzi   pan   ryzykowny   tryb   życia,   panie 
Severson.

- Z konieczności - odparł Michael. - Czasami po prostu nie udawało mi 

się uchylić przed kulami. - Pastor zaśmiał się, jak się tego spodziewał. Polubił 
tego   mężczyznę,   bo   był   szczery.   -   Powinienem   chyba   podziękować   za 
uratowanie mi życia.

Pastor z powrotem zawinął ranę bandażem i Michael mógł już obciągnąć 

koszulę.

- Zrobiłem, co mogłem, ale pana czeka jeszcze sprawa panny Halloran. 

Trwała przy panu przez cały czas.

Michael przypomniał sobie, jak obudził się w nocy, a ona była przy nim.

- Wiem.

- Doprawdy, sir? - zapytał pan Oxley z poważną miną. Wziął ze stolika 

swoją fajkę. - Jesteśmy małą parafią. Tu się nic nie ukryje. Taka historia jak ta z 
guwernantką Wardleya, która znajduje  sobie męża  pośród łajdaków, których 
gości u siebie jej pracodawca, może być pożywką dla plotek na całe miesiące.

- Wyobrażam sobie, że tak może być - powiedział ostrożnie Michael.

background image

Oxley   przyjrzał   mu   się   badawczo   przez   chwilę,   zanim   ponownie   się 

odezwał.

- Tak, wierzę, że pan sobie wyobraża. Panna Halloran należy do naszej 

małej parafii. Nie była u nas w kościele od bardzo dawna, ale ja i moja żona 
bardzo ją lubimy. Straciliśmy córkę, Mora teraz byłaby w tym samym wieku co 
ona. Była naszym jedynym dzieckiem.

- Przykro mi - mruknął Michael.

- Tak, cóż… - powiedział pastor - to było wiele lat temu, ale ból jest tak 

samo świeży. Panna Halloran budzi we mnie instynkty ojcowskie. To wspaniała 
młoda   kobieta   i   do   tego   bardzo   bystra.   Będzie   z   niej   doskonała   żona.   Nie 
zamierzam wykorzystywać pańskiego słabego stanu zdrowia, panie Severson, 
ale uważam, że musi ją pan poślubić. Ona nie ma ojca ani brata, żeby się za nią 
wstawił. Tylko z tego powodu pomogłem jej przywrócić pana do życia.

-   Doceniam   pańską   szczerość,   sir   -   powiedział   Michael.   -   Mam   jak 

najbardziej uczciwe zamiary.

- To dobrze - odparł Oxley. Przez moment zawahał się, ale wreszcie się 

odezwał: - Wiem, kim pan jest. Słyszałem plotki o panu. Nie wiedziałem, czego 
się spodziewać, ale polubiłem pana.

Nawet nie miał pojęcia jak wiele te słowa znaczyły dla Michaela.

Przerwało im krótkie pukanie do drzwi. Bez czekania na odpowiedź ktoś 

otworzył drzwi.

- Co tu się dzieje? - zapytała Isabel.

Pan Oxley spojrzał na nią, zasłaniając Michaela.

- Właśnie przeprowadzamy męską rozmowę. Idź do pani Oxley i poczekaj 

z nią. Na pewno szykuje bulion na lunch dla naszego gościa.

- Nie mam zamiaru - powiedziała Isabel bez ogródek. Weszła do pokoju i 

podeszła do nóg łóżka Michaela. We trójkę wypełniali całą przestrzeń pokoju. - 
Jeśli rozmawiacie na mój temat, to chciałabym być przy tym. - Nieco zniżonym 
głosem dodała po chwili: - Wydawało mi się, że uzgodniliśmy, że nie pójdzie 
pan niczego omawiać, dopóki pan Severson nie poczuje się lepiej?

- Pewne sprawy nie mogą czekać - odparł Oxley, wkładając niezapaloną 

fajkę do ust.

background image

Isabel odwróciła się w stronę Michaela, którego kolejny raz uderzyło to, 

jak piękną była kobietą. Jednakże przymioty jej ducha przewyższały jej urodę. 
Nie potrzebował wcale, żeby pastor mówił mu, co ona dla niego zrobiła. Taka 
niezłomność była cechą charakteru, którą bardzo cenił, a której nie uświadczył u 
nikogo od czasu swojego powrotu do tego kraju i cywilizacji.

Ostatnia   jego   myśl   zastanowiła   go   przez   chwilę.   Anglia   wcale   nie 

wydawała mu się teraz cywilizowanym krajem, na co dowodem była kula, którą 
dostał w plecy.

- Nie powinieneś teraz słuchać tego, co ci chce powiedzieć pan Oxley - 

panna Halloran poinstruowała Michaela. - Potrzebujesz czasu, żeby wydobrzeć.

- On musi uporządkować swoje sprawy - wtrącił się Oxley.

Isabel   spojrzała   tak   gniewnym   wzrokiem,   że   uparty   duchowny   się 

uśmiechnął. Michael też.

Postanowił mówić za siebie. 

Złożyłem ci propozycję, panno Halloran, a ty się zgodziłaś, prawda?

W jej oczach pojawił się jakiś cień rozczarowania, którego Michael nie 

zrozumiał.

- Nie powinniśmy o tym teraz rozmawiać - stwierdziła sztywno.

-   Nie   ma   na   to   lepszego   czasu   -   zwrócił   się   do   niej   Oxley,   a   potem 

spojrzał na Michaela. - A zatem, chciałby pan uregulować tę kwestię?

- Tak - powiedział Michael i wykonał ruch, żeby usiąść. Nie czuł się 

komfortowo,   prowadząc   tę   rozmowę   w   pozycji   leżącej.   Panna   Halloran 
natychmiast pospieszyła mu z pomocą, odsuwając ze swojej drogi pastora.

- Nie powinieneś jeszcze wstawać - zganiła go. 

- Chciałbym usiąść - powiedział Michael. Westchnęła z dezaprobatą, ale 

pomogła mu się obrócić i usiąść. Złożyła poduszkę na pół i wsunęła mu ją pod 
plecy, przez krótki, wprawiający w zakłopotanie moment, ich nosy znalazły się 
w odległości zaledwie paru centymetrów…

Cały   świat   zamarł…   a   Michaela   ponownie   uderzyło   to,   jak   bardzo 

pociągała go ta kobieta. Podniecała go jak żadna inna. Gdyby pochylił się teraz 
do przodu, mógłby dotknąć ustami jej warg.

background image

Co więcej, ona również poczuła to magnetyczne przyciąganie. Dostrzegł 

to w jej piwnozłotych oczach. Czas jakby się zatrzymał… dopóki pan Oxley nie 
chrząknął znacząco, przypominając im, że nie są sami.

Panna   Halloran   odskoczyła,   zalewając   się   rumieńcem.   Michaela   nie 

zdziwiło, kiedy zobaczył rozbawienie w oczach pastora. Stary wyga potwierdził 
podejrzenia Michaela.

- Będzie pan ślubował, panie Severson. Będzie pan ślubował.

- Co takiego? - zapytała panna Halloran, odzyskując już zimną krew. To 

mu się w niej podobało, pomyślał Michael. Potrafiła być opanowana i chłodna z 
zewnątrz, ale nie potrzebował wiele czasu, żeby się przedrzeć przez tę fasadę i 
dotknąć w niej gorącokrwistej kobiety, jaką była wewnątrz. Domyślał się też, że 
nie była taka wobec każdego mężczyzny. To, co działo się między nimi, było 
czymś wyjątkowym.

- Będę ślubował ci jako mąż - odparł.

- Ale ja odrzuciłam twoją propozycję - powiedziała dosadnie, dowodząc 

swojej   dumy.   -   Nie   pamiętasz   tego,   bo   zostałeś   postrzelony,   ale   obydwoje 
zdecydowaliśmy się rozstać.

Michael   zmarszczył  czoło   niepewny.  Czyżby   pozwolił  jej  odejść?   Nie 

wydawało mu się to możliwe.

- Teraz wszystko się zmieniło - sprzeciwił się, zastanawiając się, dlaczego 

ona z taką zawziętością stara się zachować niezależność? A może rzeczywiście 
nie chciała mieć z nim nic wspólnego?

Ta  myśl   podziałała  na niego  jak  kubeł zimnej   wody, zwłaszcza  kiedy 

Isabel spojrzała na pana Oxleya i zwróciła się do niego ze stanowczą prośbą.

- Zechciałby nas pan zostawić na chwilę samych?

Pastor   wyczuł   zmianę   w   jej   zachowaniu.   Spojrzał   na   pannę   Halloran, 

potem przeniósł wzrok na Michaela i przez chwilę się wahał.

- Będę za drzwiami - powiedział wreszcie i wyszedł, nie zamykając za 

sobą drzwi.

Zuchwale zamknęła drzwi, a potem skrzyżowała ręce na piersi i podeszła 

do okna, stając plecami do niego.

background image

- Naprawdę nie masz wyboru - odezwał się Michael łagodnym tonem. 

Kiedy nic nie odpowiedziała, ośmielił się zadać jej pytanie, które go najbardziej 
nękało: - Wiesz o tym, że mam zbrukaną reputację, prawda?

Powoli wracały do niego wspomnienia, a między innymi to, jak zapytała 

go, czy zamordował Alettę. 

Milcząc, skinęła głową.

- Świat jest mniejszy, niż nam się wydaje - mówił dalej. Odebrałem od 

życia surową lekcję na ten temat. Jeśli mnie nie poślubisz i nie zaakceptujesz 
ochrony, jaką da ci moje nazwisko, ten incydent będzie cię prześladował przez 
całe życie. Pomyśl o tym. W jaki sposób się utrzymasz, Isabel? - Pozwolił sobie 
użyć jej imienia, które brzmiało dla niego jak muzyka. - Wielebny Oxley już 
mnie poinformował, że wszyscy w jego probostwie uważają, że przekroczyłaś 
granice przyzwoitości, opiekując się mną.

Bardzo ostrożnie dobierał słowa i najwyraźniej osiągał oczekiwany efekt. 

Odwróciła się do niego, a w jej oczach widać było strach.

- Pani Oxley zajęła się twoimi bardziej intymnymi potrzebami. Ja tylko… 

- przerwała, nie mogąc znaleźć właściwych słów. Ja tylko robiłam to, co było 
stosowne - powiedziała stłumionym głosem.

- I ja robię to, co jest stosowne. Nieważne, jaka jest prawda. To, co sobie 

pomyślą ludzie, z tym będziesz musiała żyć.

- Wiem - powiedziała tak cicho, że musiał nadstawić uszu, żeby ją w 

ogóle usłyszeć.

Postanowił postawić sprawę jasno.

- Między nami coś się dzieje. Coś, co przyciąga nas ku sobie. Czy nie 

czujesz tego tak jak ja? - Zawiesił głos i milczeniem starał się sprowokować ją 
do szczerej odpowiedzi.

Na jej czole pojawiła się mała zmarszczka. Nie chciała mu ulec, ale w 

końcu jej charakter nie pozwalał jej kłamać. 

- Czuję to - przyznała.

-   W   takim   razie   to   jest   wystarczający   powód,   żebyśmy   się   pobrali   - 

odparł.

- Raczej powód, żebyśmy tego nie robili. 

background image

Michael zmarszczył brwi, nie mogąc zrozumieć jej toku myślenia.

- Myślisz, że nie będę umiał zadbać o żonę? Zapewniam cię, Isabel, że 

jestem   bogatym   człowiekiem.   I   wbrew   plotkom,   mam   swój   honor.   Potrafię 
zaopiekować się żoną.

Zacisnęła usta, a jej twarz zbladła. Opierać mu się znaczyło znieważać go, 

a kapitulacja była dla niego pochlebstwem. Jednak musiała skapitulować.

- Masz rację. Nie mam wyboru.

W tej chwili drzwi stanęły otworem.

- Dokładnie tak, jak mówiłem! - wykrzyknął pan Oxley, nie ukrywając, że 

podsłuchiwał pod drzwiami.  Za nim do pokoju wpadła jego żona, kobieta z 
różowymi policzkami i błyszczącymi oczami. W rękach trzymała, zawiniętą w 
ściereczkę, miseczkę z parującym bulionem. Ostrożnie odstawiła ją na stoliku, a 
potem rzuciła się na pannę Halloran z szeroko rozpostartymi ramionami.

- Co za wspaniała wiadomość! - zawołała pani Oxley. - Wyjdziesz za 

mąż,  moja  droga. Twoje życie zmieni  się  na lepsze.  Będziesz  wychowywać 
swoje własne dzieci, a nie cudze.

Jej mąż zatarł ręce.

-   Czeka   nas   robota.   Trzeba   się   wszystkim   zająć.   Trzeba   będzie   dać 

zapowiedzi i…

-   Proszę   wielebnego,   proszę   mi   wybaczyć   -   wtrącił   się   Michael   -   ale 

nalegam na ślub na specjalnych warunkach.

Oxley   spojrzał   podejrzliwie.   Najwyraźniej   wolał   załatwiać   sprawy   w 

tradycyjny sposób.

- Za przyspieszone wydanie zezwolenia na ślub biskup bierze horrendalne 

pieniądze.

- Cena nie gra roli - zapewnił go Michael, chcąc zrobić wrażenie na Isabel 

i zdobyć jej aprobatę. - To będzie szybki ślub. Poza tym, nikt w moich sferach 
nie czeka na zapowiedzi. Proszę wysłać kogoś, kto odpowiednio szybko załatwi 
wszystkie   konieczne   kwestie.   Dobrze   zapłacę   za   fatygę.   -   Po   chwili   dodał 
jeszcze: - Będę także nalegał, żeby wielebny przyjął z mojej strony datek na 
tutejszą parafię za wszystko, co wielebny dla mnie zrobił. Czy pięćset funtów 
będzie wystarczającą kwotą?

background image

Pan Oxley omal nie przysiadł z wrażenia.

- To zbyt wiele - zaprotestował. 

- Zapewniam, że to drobna rekompensata, jeśli porównać to z tym, jak 

cenne jest dla mnie moje życie - odparł Michael.

Oxley chwycił dłoń Michaela i zaczął nią energicznie potrząsać, ogromnie 

podekscytowany.

- To ogromna hojność, sir. Doprawdy ogromna hojność.

Reakcja panny Halloran była jednak zupełnie inna niż ta, jakiej Michael 

się nie spodziewał. Isabel wyszła z pokoju bez słowa.

 

 

Rozdział 6

Isabel wyszła z domku pastora i ruszyła szybkim krokiem, ale zatrzymała 

się na dziedzińcu. Ziemia była namoknięta po deszczu, który padał cały zeszły 
dzień.   Byliny   zaczęły   kiełkować   i   wybijać   się   spod   powierzchni   ziemi   w 
ogródku pani Oxley. Za podwórkiem, otoczonym niskim kamiennym murkiem, 
była droga. Isabel skrzyżowała ręce na piersiach i wpatrywała się w tamtym 
kierunku, zastanawiając się, czy nie powinna po prostu nią odejść.

Jingles, szary kocur państwa  Oxleyów, zeskoczył z krawędzi beczki z 

deszczówką, gdzie przed chwilą się poił. Podszedł do Isabel i zaczął ocierać się 
o jej nogi, mrucząc cichutko.

Zwykle Isabel poświęcała mu trochę czasu i głaskała kota. Ale teraz nie 

zwróciła na niego uwagi, tylko stała wyprostowana i zastanawiała się, czy ulec 
pokusie ucieczki.

background image

- Isabel? - Od progu drzwi dobiegł ją miły głos pani Oxley.

- Tak? - Isabel odwróciła się z wymuszonym uśmiechem. Żona pastora 

stała na schodkach w otwartych drzwiach.

- Źle się czujesz?

-   Tak   -   odparła   ze   ściśniętym   gardłem.   -   Potrzebuję   trochę   czasu   na 

osobności.

Miała nadzieję, że w ten sposób utnie rozmowę. Ale tak się nie stało. Pani 

Oxley wyszła na podwórko, zamykając za sobą drzwi.

- Co się dzieje, moje dziecko? Co cię tak martwi?

- Nie jestem już dzieckiem.

- W takim razie, co ci jest, moja droga? - poprawiła się pani Oxley, a 

Isabel poczuła zakłopotanie, że zareagowała tak nieuprzejmie. Musiała się jakoś 
z   tego   wytłumaczyć.   Oxleyowie   byli   dla   niej   tacy   szczodrzy,   że   nie   mogła 
okazywać im lekceważenia.

- Prawie go nie znam - powiedziała krótko. A on, kiedy był nieprzytomny,  

wzywał   po   imieniu   inną   kobietę,   chciała   dodać.   To   wszystko   było   takie 
pogmatwane.  Twierdził, że nie zabił Aletty, i Isabel instynktownie czuła, że 
mówił prawdę.

Więc kim była dla niego ta aktorka? Kochanką? Z pewnością tak. Kimś 

więcej? Czy łączyło ich coś głębszego?

Zazdrość, którą odczuwała Isabel, była zupełnie irracjonalna. Prawie nie 

znała tego mężczyzny. Nie znała siebie od tej strony. Była zazdrosna o kobietę, 
która nie żyła już od dobrych dziesięciu lat, albo i dłużej.

Wydawało   jej   się,   że   jest   inna   niż   matka,   bardziej   niezależna,   a   z 

pewnością bardziej rozsądna.

A jeśli to nieprawda?

Nie chciała o tym wszystkim mówić pani Oxley. Żona pastora uwielbiała 

zgłębiać problemy innych i ich motywy działania, ale Isabel czuła, że woli to 
wszystko zachować dla siebie.

Pani Oxley uśmiechnęła się pokrzepiająco.

background image

-   Wiem   z   doświadczenia,   że   ogłoszenie   zapowiedzi   w   kościele   daje 

młodym jeszcze trochę czasu do namysłu, ale i tak wszystko toczy się bardzo 
szybko.   Czasami   jednak   wcale   nie   jest   konieczne,   żeby   za   dobrze   znać 
mężczyznę, którego poślubiasz.

Isabel wyraziła swe powątpiewanie:

- Doprawdy?

Starsza kobieta pokiwała głową.

- Czasami nasze serce wie lepiej, niż nam rozum podpowiada.

To stwierdzenie przełamało   tak   skrzętnie   zachowywaną przez Isabel 

rezerwę.   Była   już   zmęczona   całymi   dniami   zamartwiania   się.   Zaśmiała   się 
gorzko.

- To nieprawda. Moja matka miała nieszczęśliwe życie, bo tak właśnie 

postąpiła. A powinna była kierować się rozumem, a nie sercem.

- A dlaczego? - zapytała z zainteresowaniem pani Oxley.

-   Ponieważ   podążyła   za   głosem   serca   i   zapłaciła   za   to   wysoką   cenę. 

Mężczyzna,  w którym się  zakochała,  czyli mój  ojciec, nie odwzajemniał  jej 
uczuć. Był już żonaty z inną i wiódł z nią szczęśliwe życie. Moja matka była 
jego   kochanką   i   niczym   więcej.   Kiedy   się   zorientowała,   że   on   nigdy   nie 
odwzajemni jej uczuć, była już w ciąży ze mną. On nie chciał mieć z nami nic 
wspólnego. To było tak, jakby fakt, że urodziła mu dziecko, sprawił, że zaczęła 
budzić w nim niechęć. Matka wróciła więc do Lancashire i wyszła za mąż za 
człowieka, który mógł jej zapewnić dostatnie życie. Mój ojczym kochał matkę 
bardzo głęboko, ale jej przeszłość zawsze stawała pomiędzy nimi.

- Nie potrafiła odnaleźć szczęścia w tym małżeństwie?

- Zawsze była bardzo smutna… Mój ojczym zresztą także. Myślę, że stale 

zastanawiał się, kogo kochała bardziej.

- Niektórzy mężczyźni tacy są - przyznała pani Oxley. - Stale mierzą się z 

innymi. Ale trzeba przyznać, że robią to najczęściej z miłości. Kiedyś byłam 
zaręczona   z   mężczyzną,   który   byłby   dla   mnie   dobrym   mężem.   Ludzie   go 
szanowali i dobrze o nim mówili. Każdy go chwalił i podziwiał. Pochodził też z 
zamożnej rodziny.

- I co się stało?

background image

- Porzuciłam go.

- Pani? - zapytała zaskoczona Isabel.

- Tak i uciekłam z panem Oxleyem. To była najmądrzejsza rzecz, jaką 

kiedykolwiek   zrobiłam.   Jesteśmy   bardzo   szczęśliwi.   -   Matczynym   gestem 
położyła   dłoń   na   ramieniu   Isabel.   -   Rozumiem   twoje   obawy   i   znając   też 
doświadczenia,  z jakimi  się zetknęłaś,  nie dziwi mnie,  że boisz się postąpić 
lekkomyślnie. Mogłabyś nawet wierzyć w to, że lepiej byłoby w ogóle nic nie 
rzuć, niż podjąć złą decyzję.

-   Właśnie   -   potwierdziła   Isabel,   uświadamiając   sobie,   że   rzeczywiście 

pani Oxley ją rozumiała.

-   Radziłam   już   wielu   młodym   kobietom,   które   zamierzały   wstąpić   w 

święty   sakrament   małżeństwa,   a   które   miały   podobne   wątpliwości   jak   ty. 
Zawsze   zachęcałam   je,   żeby   pomyślały   sercem   i   głową.   To   bardzo   trudna 
decyzja, Isabel, ponieważ nie ma żadnych gwarancji, żadnej pewności. To, co 
dzisiaj wydaje nam się dobre, może nie przetrwać do jutra. Wszyscy musimy 
wybierać   swoją   drogę   w   życiu   i   modlić   się   do   Boga,   żeby   nas   przez   nią 
przeprowadził.

Chłodny wiatr zatoczył koło wokół nich, a Isabel spojrzała na podwórko i 

na drzewa rosnące za murem, które wypuszczały już pierwsze wiosenne pączki, 
a ich gałęzie zmieniły odcień na lekko czerwony.

- Pani Oxley, ja się modliłam. Modliłam się i modliłam tak długo… Nie 

wiem, czy ktokolwiek tego słuchał.

- Ktoś słuchał. A być może, moja droga, czujesz tak sprzeczne uczucia, 

ponieważ jakaś część ciebie pragnie poślubić pana Seversona. Ta część, której w 
obecnej chwili nie ufasz.

Jej słowa dotknęły najgłębszych obaw Isabel.

- A jeśli nie wierzysz w to, że Bóg troszczy się o ciebie i cię zauważa - 

kontynuowała pani Oxley - to wiedz, że ja ciebie słucham.

Założyła Isabel za ucho kosmyk włosów, które wymknęły jej się z koka. 

To   był   tak   matczyny   gest,   że   Isabel   omal   się   nie   rozkleiła.   Poczuła   łzy 
napływające do oczu, ale je opanowała.

- Ja tylko pragnę odnaleźć jakiś sens w moim życiu - wyznała. - Coś, w co 

będę mogła wierzyć i czemu będę mogła zaufać.

background image

Dobry Boże, zabrzmiało to głupio.

-   Na   przykład,   co   takiego?   -   zapytała   pani   Oxley.   -   Jeśli   pragniesz 

pieniędzy,   to   pan   Severson   posiada   wszystko,   czego   możesz   potrzebować,   i 
jeszcze więcej.

- Pieniądze nadają się dla wyrachowanych partnerów łóżkowych.

- Racja - przyznała żona pastora. - Więc czego ty pragniesz?

Pragnę   być   kochaną.  Ta   myśl   pojawiła   się   w   głowie   Isabel, 

uświadamiając jej całą prawdę.

Zdała sobie sprawę, że właśnie dlatego pozwoliła Richardowi, żeby ją 

adorował, mimo że po pewnym czasie zauważyła, że nie ma w nim niczego 
czarującego.

Isabel   spojrzała   na   żonę   pastora,   która   zdawała   się   bardzo   mądrą   i 

wyrozumiałą kobietą. Ale wiedziała, że nigdy nie wyzna na głos całej prawdy, 
nawet przed panią Oxley. Takie wyznanie odsłoniłoby jej słabości.

- Nie wiem, czego pragnę - powiedziała cicho.

Pani Oxley nie dała się jednak zwieść.

- Owszem, wiesz. Isabel, jesteś zbyt podejrzliwa. Nie wiem, dlaczego taka 

jesteś, i nie zamierzam się wtrącać. My z mężem wierzymy w to, że wszystko, 
co się dzieje, jest boskim planem.

- A co, jeśli Bóg się pomyli? - Isabel zadała pytanie, spodziewając się, że 

żona pastora się zdenerwuje.

Ale tak się nie stało. Za to pani Oxley zaskoczyła ją swoim pytaniem:

- Obawiasz się, że pan Severson cię skrzywdzi?

-   Nie…   -   Pomyślała   o   bolesnej   zazdrości,   której   doświadczała,   kiedy 

Severson nawoływał w malignie Alettę. - A przynajmniej nie fizycznie.

Pani Oxley zacisnęła usta i zmarszczyła brwi, jakby słyszała myśli Isabel, 

których ta nie wypowiedziała na głos.

-   Trzeba   być   ślepym,   żeby   nie   zauważyć,   jak   was   do   siebie   ciągnie. 

Szkoda, że nie macie więcej czasu, żeby się lepiej poznać. Nie znam twojej 
przeszłości,   panno   Halloran,   ale   wiem,   że   nie   jesteś   jakąś   tam   zwyczajną 

background image

wiejską dziewczyną. Masz klasę. Och, proszę… - powiedziała, kiedy Isabel już 
otworzyła usta, żeby zaprzeczyć. -Wszyscy to wiemy. Żyjesz pośród nas, ale nie 
należysz do tego świata. Być może pan i pani Wardley byli zbyt ograniczeni, 
żeby to zauważyć, ale reszta z nas nie. Nie mam pojęcia, dlaczego musisz na 
siebie sama zarabiać, ale uważam, że pan Severson robi właściwą rzecz. Jeśli go 
odrzucisz, możesz znaleźć się w strasznej biedzie. Kobieta taka lak ty nie może 
przekroczyć pewnej granicy. Jeśli to zrobisz, nie będziesz już miała jak wrócić.

Isabel nie wiedziała, co powiedzieć. Pani Oxley trafnie oceniała ludzi.

- A co będzie, jeśli nigdy nie znajdę swojego miejsca? - zapytała cicho.

- Panno Halloran, zamiast przygotowywać się na najgorsze, proszę sobie 

wyobrazić,   że   wszystko   będzie   dobrze.   Życie   to   nie   tylko   teraźniejszość,   w 
której trzeba być stale zadowolonym. Żeby życie nabrało sensu, trzeba sobie 
stawiać wyzwania. Miło by było, gdybyśmy mogli przewidywać, jakie będzie 
nasze życie, albo mogli widzieć przyszłość. Szybko jednak byśmy się znudzili. 
W pewnych sytuacjach konieczne jest podjęcie ważnych decyzji i należy ufać 
sobie, że podejmuje się tę właściwą.

Znowu pojawiło się słowo "ufać".

Jingles zamiauczał głośno, dając do zrozumienia, że chce, aby zwrócono 

na niego uwagę. Isabel wzięła go na ręce i przytuliła do siebie, ciesząc się, że na 
chwilę odwrócił uwagę od poważniejszych kwestii. Spojrzała na drobną starszą 
kobietę z szacunkiem.

- Jest pani bardzo mądra.

- Mam po prostu większe doświadczenie w życiu od ciebie - odparła pani 

Oxley, drapiąc Jinglesa za uchem, co bardzo mu się spodobało.

- Ma  pani  rację,  że  chciałabym  znać  swoją  przyszłość.  Pani  wygląda, 

jakby nie żałowała decyzji, którą podjęła. Ale co by było, gdyby jednak pani 
żałowała? Jaką wtedy dałaby mi pani radę? Chciałaby pani zobaczyć idylliczne 
zakończenie…

- Widzę takie.

- Ale ja nie. Ja widzę to wszystko, co może się nie udać.

- Jak na przykład co, moja droga?

Jak to, że się zakocha w kimś, kto nigdy nie odwzajemni jej uczuć.

background image

Isabel uderzyła myśl, że mogłaby zakochać się w Seversonie. Być może 

nawet była już w pół drogi do tego. To wprost niemożliwe… Nie wiedziała, 
kiedy to się mogło zacząć.

- O mój Boże - szepnęła do siebie i oddała kota pani Oxley.

- Co się stało? - zapytała starsza kobieta.

- Nie mogę go poślubić - odparła Isabel.

- Nie masz wyboru.

- Owszem mam. - Isabel po tych słowach ruszyła z powrotem do domu z 

podjętą decyzją.

- Panno Hallora… - zawołała pani Oxley, ale Isabel nie zaczekała na to, 

co miała jej jeszcze do powiedzenia żona pastora. Już zniknęła za drzwiami.

Pan   Oxley   siedział   w   swoim   ulubionym   fotelu   przy   kominku   i   miał 

zamknięte   oczy.   Kiedy   już   raz   przyłapała   go   na   podsłuchiwaniu,   Isabel   nie 
miała wątpliwości, że i tym razem tylko udawał, że drzemie. Poszła prosto do 
pokoju Seversona i zdecydowanym ruchem zamknęła za sobą drzwi.

Severson leżał na brzuchu z zamkniętymi oczami i nie otworzył ich, kiedy 

Isabel weszła do pokoju. Łóżko było dla niego za małe. Jego szerokie ramiona i 
długie   nogi   wypełniały   całą   przestrzeń   do   spania,   a   stopy   wystawały   poza 
krawędź.

Kiedy   po  raz  pierwszy  go  rozebrali,  nie  mogli   znaleźć  żadnej   koszuli 

nocnej w walizie, którą trzymał w schowku pod faetonem, obok jej walizki. 
Koszula   nocna   pana   Oxleya   była   za   mała   dla   Seversona,   który   miał   sporo 
dłuższe ramiona. Isabel nie zwracała uwagi na takie szczegóły, kiedy chory leżał 
w malignie i jego życie było niepewne. Teraz jednak zauważyła to wszystko.

Otworzył   oczy.   Potargane   czarne   włosy   sprawiały,   że   jego   twarz 

wyglądała jeszcze bladziej. Wyraźnie stracił na wadze.

Wezbrała w niej troska. Miseczka ze stygnącym bulionem nadal stała na 

stoliku, gdzie zostawiła ją pani Oxley. Ktoś powinien go nakarmić, ale przez te 
brednie z małżeństwem wszyscy zapomnieli o jego głodzie.

Z   westchnieniem   Isabel   przysunęła   do   jego   łóżka   drewniane   krzesło   i 

wzięła ze stolika miskę i łyżkę. Bulion był jeszcze ciepły, w sam raz, żeby go 
zjeść.

background image

Severson zmarszczył czoło.

- Muszę cię tym nakarmić - powiedziała. - Od wielu dni nie jadłeś niczego 

oprócz nasennej mikstury, którą przygotowywała Maribelle.

Nachyliła   się,   żeby   włożyć   mu   do   ust   łyżkę   bulionu   pod   dość 

niewygodnym kątem.

- Będzie łatwiej, jeśli usiądę - powiedział. - Pomóż mi.

Isabel   nie   miała   innego   wyboru.   Tym   razem   jednak   trzymała   się   w 

bezpiecznej odległości od niego i cały czas dla bezpieczeństwa nie podnosiła 
spojrzenia na Seversona. Wzięła ponownie miskę z bulionem.

- Byłoby lepiej, gdybyś usiadła na krawędzi łóżka - zasugerował - zamiast 

na krześle.

To prawda, pomyślała.

- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł - odparła sztywno.

Mimo że był osłabiony, w jego oczach zatliły się iskierki.

- Po tym, co zaszło między nami podczas naszego pierwszego spotkania, 

siedzenie na krawędzi mojego łóżka jest stosunkowo niewinną czynnością.

- Do niczego nie doszło - oznajmiła chłodno.

- Mam nieco osłabioną pamięć w kwestii tego, co wydarzyło się po tym, 

jak zostałem postrzelony, ale doskonale przypominam sobie noc, kiedy doszło 
do incydentu…

Isabel uciszyła go, wkładając mu łyżkę do ust.

- Mów ciszej - szepnęła.

Chciała wyciągnąć łyżkę z jego ust, ale on zacisnął na niej zęby i nie 

chciał jej puścić.

- Co to za zabawa? - zapytała.

Uśmiechnął się i poklepał łóżko.

- Nie - odparła.

background image

Wyjął łyżkę z ust, wyraźnie wprawiony w dobry nastrój. 

- W takim razie mogę się sam nakarmić - powiedział, sięgając po miskę, 

ale ona zabrała ją poza jego zasięg.

- Wygląda na to, że dotarliśmy do martwego punktu - powiedziała Isabel.

Severson poklepał znowu łóżko.

Nie chciała mu ulec. Powinna w ogóle wyjść, ale nie zrobiła tego.

Wzdychając z rezygnacją, wstała i usiadła na krawędzi jego łóżka. On 

otworzył usta, a Isabel zaczęła karmić go bulionem. Miał ładne zęby, białe i 
mocne. Zdała sobie sprawę z tego, że pani Oxley miała rację - Isabel pragnęła 
mieć własne dzieci.

Zabawne, że to właśnie widok jego zębów wywołał w niej takie myśli… 

A może to fakt, że kiedy podawała mu drugą łyżkę bulionu, Severson położył 
rękę   na   jej   kolanach.   To   był   opiekuńczy   gest,   wyrażający   nieskrępowaną 
zażyłość.

Przyglądał jej się uważnie, jakby czekał na to, ile czasu zajmie jej, zanim 

zerwie się do ucieczki.

Ale ona nie drgnęła. Zaskoczyła jego i samą siebie, przysuwając do jego 

ust kolejną łyżkę bulionu. Severson wyglądał na zmęczonego.

- Bardzo dobry - powiedział.

- Pani Oxley go ugotowała.

- Bardzo dawno nie piłem bulionu takimi małymi łyczkami.

- Wierzę, że nie strzelają do ciebie zbyt często. 

Uśmiechnął się.

- Staram się tego unikać.

Nie mogła go nie lubić. Był najbardziej szczerą osobą, jaką kiedykolwiek 

spotkała. A do tego jeszcze  pociągał ją tak, że jak powiedziała pani Oxley, 
wszyscy to doskonale widzieli.

Przez chwilę karmiła go w nieskrępowanej ciszy. Był głodny i szybko 

uporał się z zupą. Odłożyła łyżkę do pustej już miski.

background image

- Może powinnam przynieść ci więcej? - zapytała i zaczęła się podnosić.

Severson przytrzymał ją jednak w miejscu.

- Musimy  się pobrać - powiedział łagodnie, spoglądając jej w oczy. - 

Wiem, że niektórzy będą sądzić, że straciłaś kompletnie rozum, skoro chcesz za 
mnie wyjść.

- Nie jestem żadną zdobyczą - powiedziała.

- Jesteś - odparł bez wahania.

Jego natychmiastowa reakcja urzekła ją, jednak Isabel musiała coś zrobić, 

żeby pozostać uczciwą.

Odstawiła miskę z łyżką na stolik i spojrzała na niego. Lepiej wyznać mu 

to teraz.

- Nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz.

- Jak to? Nie jesteś guwernantką? - On się droczył, ale ona nie.

- Jestem bękartem - wyznała. Nie znosiła tego słowa. Przez całe swoje 

życie je słyszała. Jej przyrodni bracia, koleżanki ze wsi, plotkujące przez płot 
kobiety, wszyscy tak o niej mówili.

- Moja matka była kochanką pewnego mężczyzny, a ja jestem owocem 

tego związku.

- Znasz swojego ojca? - Nie wyglądał na zmartwionego tą informacją.

- Wiem, jak się nazywa, ale nic nas nie łączy.

Skinął głową.

- A twoja matka?

- Odeszła niewiele ponad dwa lata temu. Przez wiele lat chorowała, a ja 

opiekowałam się nią.

- Więc nie jestem twoim pierwszym pacjentem?

- Rana postrzałowa to co innego. - Spojrzała w dół, na jego rękę, leżącą na 

jej udzie. - Cierpiała na wyniszczającą chorobę. Długo umierała.

background image

- To musiało być dla ciebie trudne.

- Tak, dla nas wszystkich.

- Kogo jeszcze masz na myśli?

Isabel oparła dłoń na krawędzi łóżka i trochę się rozluźniła.

- Mam jeszcze ojczyma i dwóch braci przyrodnich.

- Gdzie oni teraz są?

- W Lancashire. Mój ojczym jest dyrektorem małej szkółki.

- To tam zdobyłaś wykształcenie?

- Tak, to on mnie wszystkiego nauczył. Byłam lepszą uczennicą niż jego 

synowie. Moja mama też potrafiła czytać, bo jej ojciec był wikarym we wsi.

- Córka wikarego, która została czyjąś kochanką?

Isabel wzruszyła ramionami.

- Wyrzekł się jej. Nigdy go nie poznałam, chociaż nie mieszkał daleko od 

nas. Nie chciał mieć nic wspólnego z moją matką i ze mną.

- A twój ojczym?

-   Był   prawdziwie   zakochany   w   mojej   matce.   Potrafił   jej   wszystko 

wybaczyć. Pisał na jej cześć fatalne wiersze, ale to wszystko pochodziło z serca. 
Nawet kiedy była chora, pisał o niej w najcudowniejszych słowach, jakby nadal 
była piękna i zdrowa.

- Być może cały czas tak ją postrzegał?

- Chciał, żeby taka była - powiedziała Isabel. - Kiedy zmarła, zachowywał 

się,   jakby   jej   choroba   spadła   na   nią   znienacka.   I   wyglądało,   że   mnie   za   to 
obwiniał.

- Smutek czasem wywołuje takie zachowanie.

- Albo smutek, albo fakt, że nie byłam jego dzieckiem. - Nie potrafiła 

ukryć   goryczy   w   głosie.   Odrzucenie   ze   strony   ojczyma   bardzo   głęboko   ją 
zraniło. - A co z tobą? - zapytała, zmieniając  temat. Ta rozmowa  poruszała 

background image

bardzo osobiste sprawy, a Isabel nie chciała zagłębiać się w jeszcze bardziej 
intymne rejony.

- A co byś chciała wiedzieć?

Isabel wzruszyła ramionami.

- Powiedz mi coś o swojej rodzinie.

-   Moi   rodzice   nie   żyją.   -   Bezceremonialność,   z   jaką   to   oznajmił, 

zaskoczyła ją. Zmarszczył czoło. - Nie chciałem cię zaszokować. Odeszli wiele 
lat temu.

- Nie wyglądasz na szczególnie strapionego tym faktem.

Severson przez chwilę zdawał się rozmyślać nad tym, jakich słów użyć, 

ale w końcu potwierdził.

- Rzadko rozmawialiśmy. Lepiej od matki znałem swoją nianię. Poza tym 

byłem dla nich jednym wielkim rozczarowaniem. Zginęli w wypadku powozu, 
wkrótce po tym, jak wyjechałem z Anglii.

- Przykro mi.

Wzruszył ramionami, a Isabel wyczuła, że ich strata zabolała co bardziej, 

niż chciał to pokazać. Zdecydowała się zmienić temat na nieco bezpieczniejszy.

- Gdzie się wychowałeś?

- Posiadłość mojej rodziny leży w Kent. Mój brat jest hrabią Jamison.

- Hrabią?

-   Wreszcie   cię   czymś   zainteresowałem   -   powiedział   z   uśmiechem.   - 

Niestety, ja nie jestem spadkobiercą. Zdaje mi się, że mój brat ma już dwóch 
synów.

- Zdaje ci się? - powtórzyła Isabel i pokręciła głową. - Nie wiesz tego?

- Nie rozmawiamy ze sobą.

- Nie jesteście ze sobą blisko?

Z jego oczu zniknęła radość.

background image

-   On   nie   chce   mieć   ze   mną   nic   wspólnego.   Wiesz,   w   końcu   jestem 

nieskazanym mordercą.

- Słyszałam - skwitowała krótko.

Spojrzał na nią z wdzięcznością.

- Dziękuję ci za to - powiedział. - Zmęczyło mnie już życie z duchem 

Aletty. To jest nieznośne uczucie. 

- Czy ona jest tylko duchem? - zapytała ostrożnie Isabel.

- Co masz na myśli? - odpowiedział pytaniem równie rozważnym.

Isabel ściszyła głos, nie chcąc, żeby zauważył w jej głosie jakikolwiek 

cień zazdrości, ale musiała to wiedzieć.

- Czy ona dla ciebie coś znaczy?

Severson pogładził zewnętrzną stronę jej uda.

- Czy odmieniła moje życie? Tak. - Wyraźnie czuł się tym sfrustrowany, 

ale nie wstydził się o tym mówić. - Pytasz, czy byłem w niej zakochany wtedy, 
gdy zginęła? Nie. Aletta miała wielu kochanków. Każdy z nich miał powód i 
możliwość, żeby ją zabić. Ja byłem po prostu ostatnim, którego widziano tamtej 
nocy, i byłem zbyt pijany, żeby cokolwiek pamiętać. Mogłem postawić moje 
słowo przeciwko słowu świadków.

- A byli jacyś świadkowie?

-   Byli   świadkowie,   którzy   zeznali,   że   byłem   w   jej   mieszkaniu,   a   jej 

sąsiadka twierdziła, że słyszała odgłosy kłótni. Ja niczego takiego nie pamiętam.

Dla Isabel słuchanie jego wyznania było bardzo emocjonujące.

- Nie wydaje mi się, żebyś wybielał fakty.

- A niby jak bym miał to robić? Byłem głupcem, Isabel. Egocentrycznym 

młodym człowiekiem, który nie wie, co robić ze swoim czasem, więc się upija. 
Zapłaciłem   wysoką   cenę   za   moje   lenistwo.   Chciałbym,   żebyś   wiedziała,   że 
zmieniłem się bardzo od tamtej pory. Mężczyzna, którym jestem teraz, to ktoś, 
kim stałem się w Kanadzie. I nie powinienem być rozgoryczony postawą mojej 
rodziny. Mój brat nie stanął przy mnie,  kiedy wytoczono mi  proces.  Jestem 
głupcem, że nalegałem na spotkanie z nim teraz. On ma prawo robić, co mu się 
żywnie podoba.

background image

- Jesteś pewien, że on wie o twoim powrocie?

- Tak.

Nachyliła się w jego stronę, a wcześniejsze obawy gdzieś zniknęły.

- To przykre, prawda? - powiedziała. - Rodzina powinna być ostoją.

- Rzadko bywa.

-  Ja   zawsze   chciałam,   żeby   tak   było   -   przyznała   cicho.   -   Wszyscy   w 

Higham należeli do rodziny, oprócz mnie. Ja zawsze byłam wyrzutkiem… i 
musiałam udawać, że mnie to nie obchodzi. 

Pogładził znowu jej udo i przyciągnął ją do siebie. Nie sprzeciwiła się.

-  Kiedy   opuściłam   dom,   to   się   wcale   nie   zmieniło   -  ciągnęła   dalej.   - 

Miałam problemy, żeby znaleźć sobie posadę guwernantki. Zawsze okazywało 
się, że albo jestem za młoda, albo za ładna…

- To prawda - powiedział.

Jego komplement ucieszył ją, ale zrobiła taki grymas, że zaczął się śmiać. 

Jednakże, kiedy była przy nim, naprawdę czuła się ładna.

Zauważyła, że był już coraz bardziej zmęczony. Potrzebował snu, a mimo 

to siedział przy niej…

Isabel   czuła   jego   dłoń,   zaborczo   spoczywającą   na   jej   nodze   i   gorąco 

bijące z jego ciała, które ją do niego przyciągało. Severson pociągał ją jak żaden 
mężczyzna.

- Nie chcę, żebyś sobie myślał, że musisz się ze mną ożenić - powiedziała.

- Nie myślę tak. Potrzebuję żony.

- Przed przyjazdem do Wardley Park nie potrzebowałeś.

- Ale teraz potrzebuję.

Isabel przyjrzała mu się badawczo i jednocześnie odkryła w sobie, że bez 

względu  na to, co wcześniej  mówiła,  jakaś  jej część,  gdzieś  w głębi duszy, 
pragnęła wierzyć w to, że on mógłby ją pokochać.

background image

Jego wzrok zatrzymał się na jej ustach, a jego ręka powędrowała do jej 

talii.

- Skąd wiesz, że byłabym dla ciebie dobrą żoną? - zapytała, choć z trudem 

przychodziło jej teraz oddychanie. 

- Wyobrażam sobie, że potrafisz wszystko świetnie robić.

Cichy,   uwodzicielski   baryton   jego   głosu   zdawał   się   przeszywać   ją   na 

wylot.

- Mogłabym spróbować być dla ciebie dobrą żoną, ale może ty wolałbyś 

kogoś o lepszym pochodzeniu?

Jego usta wykrzywiły się w znajomym uśmiechu. Wiedział doskonale, 

jaką miał nad nią władzę.

- Nikt mnie nigdy do niczego nie zmusił. Zawsze sam podejmuję swoje 

decyzje.

Pogładził dłonią jej bok, zbliżając się tym samym do jej piersi.

Serce Isabel zaczęło bić szybciej. Musiała użyć całej swojej siły woli, 

żeby nad sobą zapanować i odezwać się.

- Jakież to dobrodziejstwo, mieć taką pewność siebie.

- Za to jakim nieszczęściem musi być nigdy nie podjąć własnej decyzji - 

odparł i przesunął swoją dłoń w górę, aż do jej szyi, po czym przyciągnął do 
siebie jej głowę i pocałował ją.

Wspaniale całował, a ich pocałunek zdawał się naturalny i zupełnie na 

miejscu.

Kiedy Severson przerwał go, Isabel poczuła lekki zawód. Jego ciemne 

oczy wpatrywały się w nią.

-   Chcę,   żebyś   za   mnie   wyszła,   Isabel.   Nigdy   wcześniej   nie 

wypowiedziałem tych słów i nie traktuję ich lekko.

A   małżeństwo   z   takim   mężczyzną   rozwiązałoby   tak   wiele   jej 

problemów…

- Ale my tak naprawdę się nie znamy - upierała się, jakby chciała rozwiać 

własne wątpliwości.

background image

-   Czy   ktokolwiek   z   nas   doznaje   tego   luksusu   prawdziwego   poznania 

drugiej   osoby?   -   zapytał,   niechcący   powtarzając   myśl,   jaką   przed   chwilą 
przekazała jej pani Oxley. - Przez ostatnie dziesięć lat wiodłem trudne życie. 
Byłem   świadkiem   takich   rzeczy,   które   zmroziłyby   ci   krew   w   żyłach.   Zycie 
można stracić tak łatwo jak zdmuchnąć świecę. Sięgajmy po to, co możemy dziś 
zrobić, Isabel, a przyszłość niech się sama o siebie troszczy.

Miał rację. Próbowała planować swoje życie i jakoś jej się to nie udawało.

- Zaryzykujmy - nalegał. - Odważmy się to zrobić.

- Dla pożądania?

- A czy istnieje coś lepszego?

Z pewnością nie miłość, pomyślała Isabel.

-  Sądzę,   że   powinniśmy   się   pobrać,   panie   Severson.   -   Usłyszała   swój 

własny głos, jakby we śnie.

Chwycił jej dłoń i pocałował ją. Coś w niej zawrzało, dawna tęsknota za 

czymś więcej, czego nie potrafiła dokładnie zdefiniować.

- Powinnaś powiedzieć: "Michael, pobierzmy się" - poprawił ją. - Tak 

mam na imię.

- Michael - powtórzyła, uznając, że to mocne imię, i uśmiechnęła się. - 

Boski anioł stróż.

- Boski anioł zemsty - powiedział i bez pytania jej o zdanie zawołał po 

pana Oxleya, który, jak się można było tego spodziewać, stał tuż za drzwiami.

W ciągu godziny goniec był już w drodze do biskupa, żeby uzyskać u 

niego specjalne zezwolenie na ślub. Jeden z przyjaciół pana Oxleya wybierał się 
do   Londynu,   więc   Michael   napisał   krótki   list,   żeby   człowiek   ów   mógł   go 
dostarczyć   do   londyńskiego   biura   Seversona   i   do   człowieka   o   nazwisku 
Fitzhugh, który był jego radcą prawnym.

-   Posyłam   po   mój   powóz   -   wyjaśnił   Isabel.   -   Zapewni   nam   to 

wygodniejszy powrót.

Później zapadł w kojący sen, którego potrzebowało jego ciało, a Isabel 

została   przy   jego   łóżku,   zastanawiając   się   cały   czas,   co   takiego   narobiła. 
Zamierzała  wyjść  za mąż  za człowieka, który posiadał statki i powozy. Dla 

background image

którego   niczym   było   podarowanie   pięciuset   funtów   na   rzecz   parafii,   a 
podejmowanie wszelkich decyzji było jak pstryknięcie palcami.

Oddawała   swą   rękę   mężczyźnie,   którego   pocałunki   sprawiały,   że 

zapominała o skromności i przyzwoitości. 

Lecz w małżeństwie takie rzeczy są dopuszczalne i dzięki niemu Isabel 

zyska szacunek, nieprawdaż?

Następnego   dnia,   kiedy   spotkała   się   z   sędzią,   zaczęła   domyślać   się 

odpowiedzi na to pytanie.

 

 

 

Rozdział 7

Następnego ranka, kiedy pan Oxley wyszedł z domu, żeby poinformować 

ją,   że   właśnie   przyjechał   sędzia   i   chce   z   nią   porozmawiać,   Isabel   była   na 
zewnątrz i pomagała pani Oxley rozwieszać pranie.

- Ze mną?  A co z panem Seversonem?  - zapytała Isabel, rozwiązując 

tasiemki roboczego fartucha, który pożyczyła od pani Oxley.

- On śpi - odparł pastor. - Zaproponowałem, że go obudzę, ale sędzia woli 

najpierw z tobą omówić kwestię postrzału.

Isabel skinęła głową. Michael przespał spokojnie całą noc i obudził się 

bardzo  głodny. Bulion  już nie  wystarczał,  żeby  zaspokoić  jego  głód. Chciał 
zjeść   mięso   i   samodzielnie   już   siadał.   Isabel   i  pani   Oxley   ugotowały   obfite 
śniadanie,   a   Michael   zjadł   wszystko,   łącznie   z   trzema   czwartymi   bochenka 
chleba, a potem z powrotem zasnął głębokim snem.

W przeciwieństwie   do niego  Isabel  nie spała  w  nocy.  Jej  wątpliwości 

zrobiły   się   jeszcze   większe,   kiedy   żadne   z   nich   rano   nie   poruszyło   tematu 
małżeństwa.

background image

Ich związek wyglądał na platoniczny. Ale czy właśnie nie tego pragnęła?

Nie, kiedy myślała o pocałunkach Michaela.

Pani Oxley  jako pierwsza  ruszyła do domu  powitać ich gościa,  a pan 

Oxley złapał Isabel za rękę i odciągnął ją na chwilę na bok.

- Sędzia Nolestone odpowiada za wiele spraw, łącznie z prowadzeniem 

miejscowej izby sądowej i bardzo to lubi.

- Co pan ma na myśli? - zapytała.

- Jest bardziej niż trochę nadgorliwy, ale zwykle nieszkodliwy. Wykaż się 

cierpliwością.

Isabel   przytaknęła,   nie   wiedząc   tak   naprawdę,   czego   może   się 

spodziewać.   Bała   się   też   tego,   co   może   usłyszeć   od   sędziego   o   tym,   kto 
postrzelił Michaela.

Pani Oxley i sędzia Nolestone siedzieli w pokoju gościnnym i uprzejmie 

rozprawiali o tym, jaka to już długa przyjaźń ich łączy. Isabel znała sędziego z 
widzenia, ale nigdy go nie poznała. Wyraźnie był człowiekiem, który uwielbiał 
puddingi,  pieczenie,  szynki  i wszystko  inne,  co żona  stawiała  przed  nim na 
talerzu. Miał kręcone, siwiejące już rude włosy i maleńkie brązowe oczka, które 
przypominały Isabel guziki.

-   Przyniosę   herbatę   -   zaproponowała   pani   Oxley.   -   Dopiero   co   ją 

zaparzyłam. Panna Halloran i ja zamierzałyśmy napić się po filiżance, kiedy 
skończymy rozwieszać pranie.

-   Otóż   to   -   powiedział   grubym   i   donośnym   głosem   sędzia.   -   Czy 

przypadkiem nie znalazłaby się odrobinka tego morwowego likieru, który tak ci 
doskonale   wychodzi?   Tylko   kapka,   żeby   dodać   smaku   herbacie?   -   Mrugnął 
konspiracyjnie do gospodyni.

Pani   Oxley   zachichotała   zadowolona,   że   smakowała   mu   jej   własnej 

roboty nalewka.

- Zdaje mi się, że coś tam znajdę - odparła i wyszła do kuchni.

Jej mąż dopełnił obowiązku prezentacji gości.

- Drogi sędzio, to jest panna Halloran.

background image

- Miło mi panią poznać - powiedział sędzia. - No no, rzeczywiście jest 

pani urocza. Nikt nie przesadzał w tej kwestii. Jeśli wszyscy będą zgodni co do 
pozostałych spraw, to moje zadanie będzie bardzo łatwe.

- Rozmawiał pan z panem Wardleyem? - zapytała Isabel.

- Tak i z lordem Riggsem.  Proszę,  usiądźmy.  Będzie nam wygodniej. 

Mam rację? Porozmawiamy sobie, wypijemy herbatkę i skosztujemy pysznego 
likieru z morwy… - Przy ostatnich dwóch słowach podniósł głos, żeby pani 
Oxley w kuchni to usłyszała. - I skończymy jako dobrzy przyjaciele.

Wskazał Isabel drewniane krzesło z oparciem, a sam usadowił się przy 

kominku,   na   ulubionym   fotelu   pana   Oxleya.   Pastor   usiadł   więc   na   fotelu 
bujanym swojej żony, a do ust wsadził niezapaloną fajkę.

- Podoba mi się ta pogoda - odezwał się sędzia. - Zapowiada się piękna 

wiosna.

-   Tak   -   mruknęła   Isabel   przekonana,   że   ta   rozmowa   o   pogodzie 

przeistoczy   się   w   coś   więcej   niż   miłą   pogawędkę.   Sędzia   przyglądał   się   jej 
bacznie   swoimi   oczami   podobnymi   do   guzików,   a   Isabel   zastanawiała   się, 
dlaczego był wobec niej taki podejrzliwy.

Postanowiła przejąć inicjatywę.

- Czego się pan dowiedział? - zapytała.

Sędzia   uniósł   brwi,   wyrażając   zaskoczenie   jej   zuchwałym   przejęciem 

kontroli nad rozmową i wyczuła, że w myślach postawił duży minus przy jej 
nazwisku i zapamiętał sobie: guwernantka okazała się bezczelna.

- O, jest już i pani Oxley ze swoją wyśmienitą nalewką z morwy.

- A także herbatą - przypomniała mu pani Oxley, stawiając tacę na stoliku 

obok fotela, który zajął.

Tych dwoje pewnie mogłoby jeszcze długo gawędzić na i r mat herbaty i 

likierów, lecz Isabel chciała uzyskać informacje.

- Czego się pan dowiedział w sprawie postrzelenia Michaela?

- Michaela? - powtórzył sędzia, nadstawiając filiżankę, żeby pani Oxley 

nalała do niej herbaty.

- Pana Seversona - poprawiła Isabel.

background image

- Słyszałem, że pani i pan Severson zostaliście nakryci w… jak by tu 

powiedzieć, dość kompromitujących okolicznościach - powiedział sędzia z taką 
łatwością, jakby dalej rozprawiał o pogodzie.

Jego bezpośredniość w obecności pastora i jego żony oszołomiła Isabel. 

Nie wiedziała zupełnie, co powiedzieć i czuła się głupio, ponieważ powinna 
była   przewidzieć,   że   ta   kwestia   zostanie   poruszona   podczas   tej   rozmowy. 
Wardleyowie   prawdopodobnie   już   rozpowiedzieli,   komu   tylko   się   dało,   o 
haniebnym   zachowaniu   Isabel.   Nie   miała   nic   na   swoją   obronę   i   bardzo 
niezręcznie się czuła w obecności ludzi, którzy okazali jej tyle przyjaźni.

Pan Oxley przyszedł jej z pomocą.

- Panna Halloran i pan Severson nie są chyba winnymi w tej sprawie - 

delikatnie przypomniał sędziemu. - Są ofiarami. Co więcej, ta para zamierza się 
pobrać.

Sędzia nie wiedział nic o tym i jego reakcja była natychmiastowa.

- Chce pani oddać swoją rękę mordercy?

- Mordercy? - powtórzyła pani Oxley jak echo i tak gwałtownie obróciła 

się   w  stronę  Isabel,  że   wylała  gorącą  herbatę  na  sędziego,  który   wrzasnął  i 
praktycznie wyrzucił w powietrze swoją filiżankę ze spodeczkiem, rozlewając 
dokoła jeszcze więcej gorącego naparu. Naczynia runęły na podłogę u jego stóp 
i roztrzaskały się na tuzin kawałków.

Pan Oxley był nie mniej zaszokowany. Isabel kątem okaz zauważyła jego 

zmartwione   spojrzenie   i   próbowała   przed   nim   umknąć,   więc   schyliła   się   i 
zaczęła zbierać potłuczone kawałki filiżanki.

Widząc, że Oxleyowie najwyraźniej nie znają prawdziwego charakteru 

ich gościa, sędzia Nolestone postanowił ich o tym poinformować.

- Tak - powiedział w ten natrętny sposób,  o którym uprzedzał ją pan 

Oxley - ten człowiek został oskarżony o zamordowanie młodej kobiety. Aktorki. 
Byli… - szukał odpowiedniego słowa. - Byli szczególnego rodzaju przyjaciółmi.

-   Och   -   wyrwało   się   pani   Oxley,   która   chyba   jednak   niezupełnie 

zrozumiała, co miał na myśli, ale po chwili to do niej dotarło. - Ooooch…

Isabel wstała, trzymając w ręku szczątki filiżanki.

- Oddalono zarzuty wobec niego - przypomniała.

background image

Sędzia   Nolestone   usiadł   z   powrotem   w   fotelu,   pewny   co   do   swoich 

informacji.

- Z braku dowodów. Z tego, co słyszałem, wielu ludzi ywierdzi, że sędzia 

za bardzo mu sprzyjał. Uznał, że nie ma wystarczających dowodów na to, żeby 
skazać   Seversona  -  poinformował   Oxleyów, przystawiając   palec  do swojego 
nosa - chociaż był świadek, który widział Seversona w mieszkaniu tej kobiety 
tamtego wieczoru.

- I czego to dowodzi? - zapytała Isabel. - To, że widział się z tą kobietą, 

wcale   nie   oznacza,   że   był   tym,   który   ją   zabił.   Wielu   innych   mężczyzn 
odwiedziło ją tamtego wieczoru.

-   Ale   to   wcale   nie   znaczy,   że   on   zostawił   ją   żywą   -   odparł   sędzia, 

najwyraźniej nieprzyzwyczajony do tego, żeby mu się ktoś sprzeciwiał.

Isabel zastanawiała się, od kogo uzyskał te informacje. Od Richarda? Jeśli 

tak, to co mógł zyskać Richard, oczerniając Michaela? Nie zamierzała pozwolić 
sędziemu Nolestone'owi, żeby się łatwo wykręcił ze swoich obowiązków.

-   W   takim   razie,   zgodnie   z   pańskim   rozumowaniem,   pan   Wardley   i 

wszyscy   jego   goście,   a   nawet   cała   jego   służba,   są   winni   postrzelenia   pana 
Seversona. W końcu wszyscy oni byli w miejscu zdarzenia!

- Nic podobnego - odparł sędzia, spoglądając na nią groźnie i piętnując jej 

zuchwałość. - Niczego takiego nie powiedziałem!

Prawdę mówiąc, Isabel nie wiedziała, co ją opętało. Zwykle była bardziej 

opanowana,   a   teraz   po   prostu   się   wściekła.   Od   dziecka   wysłuchiwała   tylu 
insynuacji z ust zadowolonych z siebie, bezczelnych ludzi, że starczyłoby ich na 
całą resztę jej życia. Nie zamierzała już więcej tego tolerować. Nie teraz, kiedy 
stawką było życie Michaela. Żądała sprawiedliwości.

Bezceremonialnie   odłożyła   szczątki   stłuczonej   filiżanki   na   tacę   i 

odezwała się do sędziego opanowanym głosem.

- W takim razie proszę nie trywializować napaści na życie Michaela tylko 

dlatego, że woli pan wierzyć jakimś plotkom, a nie wyrokowi sędziowskiemu.

Pan Oxley natychmiast zerwał się, żeby załagodzić szczerość słów Isabel.

- Musisz zrozumieć, że panna Halloran bardzo niepokoiła się o życie pana 

Seversona.

background image

Sędzia Nolestone wił się jak piskorz pod nieprzejednanym spojrzeniem 

Isabel.

- Ja też jestem zaniepokojony tym zdarzeniem. Nie lubimy, kiedy takie 

rzeczy dzieją się w naszej parafii.

- Oczywiście,   że  nie  -  powiedziała  pani  Oxley  i  wzięła   z  tacy  czystą 

filiżankę, nalała herbaty i podała ją sędziemu, który przyjął ją z tak zbolałą 
miną, jakby teraz, po tym niezasłużonym ataku na niego, należało mu jeszcze 
bardziej   dogadzać.   Wyraźnie   zakłopotana,   zaczęła   zbierać   z   tacy   resztki 
potłuczonej filiżanki, a Isabel poczuła się winna.

Wycofała się więc i usiadła na krześle, złożywszy dłonie na kolanach i 

zmuszając się do przyjęcia przyjemnego wyrazu twarzy. Okazywanie gniewu 
nigdy   nie   prowadziło   do   niczego   dobrego.   Czyż   nie   tego   uczyła   swoich 
podopiecznych?

- Więc czego się pan dowiedział? - zapytała sędziego.

- Że to był wypadek podczas  polowania - odparł, sięgając po likier z 

morwy, żeby dolać go do herbaty.

Oburzenie wezbrało w Isabel.

- To nie był wypadek.

-  Oczywiście,   że to  był wypadek.  Takie postrzały  zdarzają  się  bardzo 

często - upierał się sędzia, mieszając palcem herbatę.

-   Byłam   tam.   Nikt   jeszcze   nie   zaczął   polować,   chyba   że   zamierzali 

polować na pana Seversona…

- W takim razie mamy pani słowo przeciwko słowom pana Wardley'a i 

lorda Riggsa - odparł sędzia. - I szczerze mówiąc, obaj mają lepszą reputację…

-   Co   pan   chce   przez   to   powiedzieć?   -   kontratakowała   Isabel,   siedząc 

sztywno   na   krześle.   -   Twierdzi   pan,   że   pan   Wardley   jest   uczciwszym 
człowiekiem niż ja? Czy to chce mi pan powiedzieć?

Sędzia   jednak   nic   nie   odpowiedział.   Jego   małe   jak   paciorki   oczka 

wpatrywały   się   w   coś   za   jej   plecami,   a   jego   twarz   zauważalnie   pobladła. 
Odstawił filiżankę na tacę, jakby przygotowywał się do pospiesznej ucieczki i 
Isabel domyśliła się, że za nią pojawił się Michael.

background image

Severson wszedł pomiędzy nich, a jego potężna sylwetka wypełniła mały 

pokój. Miał na sobie spodnie i koszulę, a Isabel mogła sobie tylko wyobrazić, 
jak ciężko mu było jedną ręką włożyć buty. Ale udało mu się. Żeby było jeszcze 
dramatyczniej,   koszula,   którą  włożył,   była  tą,   w   której   go  postrzelili.   Isabel 
wyprała ją i starała się usunąć z niej plamy krwi, ale z miernym skutkiem. Nie 
próbowała   więc   w  ogóle   łatać   dziury,   jaką  zrobiła   kula,  która  przebiła   jego 
plecy. Dziura była obnażającym dowodem, że ktoś próbował go zabić, a Isabel 
była pewna, że właśnie dlatego Michael postanowił ją na siebie włożyć.

- Jestem pewien, że ten dżentelmen nie zamierzał niczego takiego mówić 

- Michael zwrócił się do Isabel, chociaż wzrok wbił w sędziego. - To by była 
obraza, a zapewne nie chciałby obrażać kobiety, która zaszczyci mnie, oddając 
mi swoją rękę.

- Oczywiście, że nie - wyskrzeczał zdenerwowany sędzia Nolestone.

Michael wyciągnął do niego rękę.

- Severson.

Zbity z tropu sędzia poderwał się z fotela.

- Nolestone - mruknął - sędzia Nolestone - dodał, jakby chciał się obronić 

tytułem. 

- Proszę usiąść - powiedział Michael łaskawym tonem gospodarza. - Pani 

Oxley, czy istnieje taka możliwość, żebym i ja dostał filiżankę herbaty?

- Oczywiście - odparła gospodyni i pospieszyła do kuchni, aby wynieść 

skorupy stłuczonej filiżanki i przynieść nową.

Michael przysunął sobie takie samo drewniane krzesło, na jakim siedziała 

Isabel, i postawił je obok niej. Usiadł na nim z niedbałą elegancją miastowego 
fircyka i chyba jako jedyny w tym pomieszczeniu wydawał się nie przejmować 
niczym.

Pan Oxley obserwował wszystkich, nie wypuszczając z ust fajki.

Pani Oxley wróciła z kuchni.

- Może zechce pan dodać trochę mojego likieru z morwy do herbaty? - 

zapytała Michaela.

- Dziękuję bardzo, ale nie - odparł.

background image

-   A   powinien   pan   -   powiedział   sędzia   szorstko,   starając   się   odzyskać 

opanowanie. - Jest bardzo dobry.

-   Nie   piję   mocnych   alkoholi   -   stwierdził   Michael   przyjmując   od   pani 

Oxley filiżankę.

- Nie pije pan alkoholu? - powiedział sędzia z niedowierzaniem. - Co to 

za mężczyzna, który nie pije?

-   Taki,   który   ceni   sobie   swój   skalp   -   odparł   Michael   przypominając 

wszystkim zgromadzonym w tym pokoju, że kiedyś wiódł bardzo niebezpieczne 
życie.

- Słyszałem, że Indianie też nie mogą pić alkoholu - powiedział sędzia 

Nolestone.

- Niektórzy mogą, inni nie - odparł Michael. - Tak samo jak biali.

Sędzia zmarszczył brwi w wyrazie zaciekawienia. 

-   Doszły   mnie   słuchy,   że   walczył   pan   z   dzikusami.   Byli   bardzo 

niebezpieczni?

- Dużo mniej niebezpieczni niż niektórzy, których spotkałem w Anglii - 

odparł   Michael.   -   I   sądzę,   że   nie   znalazłbym   tak   głupiego   dzikusa,   który 
uwierzyłby, że moje postrzelenie było wypadkiem podczas polowania. 

Twarz sędziego poczerwieniała.

- Rozmawiałem ze wszystkimi w Wardley Park i są zgodni co do tego. 

Nawet służba.

- Który z mężczyzn przyznał się do strzału? - zapytał Michael.

Isabel   i   państwo   Oxleyowie   spojrzeli   wyczekująco   na   sędziego,   który 

właśnie zamierzał upić łyk herbaty i zatrzymał filiżankę w pół drogi do ust. Na 
jego twarzy pojawił się ciemny rumieniec.

- Nie zapytałem o to.

- Dlaczego pan tego nie zrobił? - wypaliła Isabel, nie zastanawiając się 

nad skutkami, jakie może wywołać tym pytaniem.

Sędzia   Nolestone   oczywiście   się   ich   uczepił,   żeby   wydostać   się   z 

kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znalazł.

background image

- Nie pozwolę, żeby się pani tak do mnie zwracała…

- Proszę uważać - powiedział Michael, opierając dłoń na oparciu krzesła 

Isabel.   Spokojny   ton   jego   głosu   wcale   nie   zmniejszył   skuteczności   jego 
przekazu.

- Poza tym, ona jest także świadkiem - wtrąciła się pani Oxley. Sama 

także siedziała na jednym z twardych krzeseł. - Panna Halloran powiedziała ci, 
że nie wierzy w to, żeby to był wypadek przy polowaniu. Ja też w to nie wierzę - 
dodała żona pastora, marszcząc brwi. - Cały ten incydent nie ma sensu.

Isabel   chciała   ją   ucałować   z   wdzięczności,   a   po   uśmiechu   Michaela 

wnioskowała, że i on czuł to samo.

Sędzia Nolestone odstawił filiżankę na tacę i wstał.

-   Co   chcecie,   żebym   zrobił?   Mam   powiedzieć   utytułowanym 

dżentelmenom, że kłamią?

- Jeden z nich kłamie - stwierdził pan Oxley.

- Zrobiłem, co mogłem - odparł sędzia. - To bardzo polityczna sprawa. 

Trzeba być ostrożnym. 

- Ale sumiennym - nalegał proboszcz. - Czy nie widzisz dziury po kuli?

- Forrest, popatrz na niego, przecież przeżył. Nie wygląda najgorzej. - 

Sędzia Nolestone wzruszył ramionami. - Może, gdyby umarł, moglibyśmy być 
bardziej stanowczy. Ale nie ma sensu, żeby teraz wszystkich denerwować.

Taka była naga prawda. Niczego nie zrobią w sprawie próby zabójstwa 

Michaela. Jedyną osobą w pokoju, która nie wyglądała na zaskoczoną, był sam 
Michael.

- To niesprawiedliwe. Tak nie można - powiedziała Isabel. 

Sędzia Nolestone obciągnął surdut, zasłaniając brzuch.

- Tak będzie najlepiej. To wszystko, co mogę zrobić. 

Isabel nie mogła się z tym pogodzić i chciała powiedzieć coś więcej, ale 

odezwał się Michael.

- Dziękuję panu - powiedział, podając sędziemu rękę.

background image

Sędzia wstał z fotela z widocznym uczuciem ulgi.

-   Żałuję,   że   nie   mogłem   więcej   zrobić   -   powiedział,   przyjmując 

wyciągniętą do niego rękę.

- Wiem - odparł Michael i rozluźnił uścisk dłoni. - A tak przy okazji, to z 

kim pan rozmawiał w Wardley Park?

- Z Wardleyem i lordem Riggsem.

Michael pokiwał głową.

- A wie pan, że lord Riggs był zakochany w mojej narzeczonej? Bardzo 

się rozgniewał, kiedy wybrała mnie, a nie jego.

- Sugeruje pan, że mógłby być wystarczająco zazdrosny, żeby chcieć pana 

zabić? - zapytał sędzia.

Isabel   nie   pomyślała,   że   mogłaby   być   powodem,   dla   którego   Richard 

strzelił do Michaela, ale wiedziała, że ten człowiek był zdolny do wielu rzeczy, 
o których nikt by nie pomyślał. Ona wiedziała, jak się zachowywał, gdy był 
rozgniewany. Wracając myślami do poranka, kiedy Michael został postrzelony, 
nie przypominała sobie, żeby widziała Richarda z innymi. Mógł się ukryć w 
jakimś miejscu, skąd mógł oddać celny strzał.

- Nie - powiedział Michael. - Jedynie wskazuję możliwość, że Riggs mógł 

nie być tak szczery w swoich odpowiedziach, jak by sobie tego pan życzył.

Sędzia Nolestone pokiwał głową ze strapioną miną.

- Nie mogę nic więcej zrobić.

- Rozumiem - powiedział Michael.

Sędzia skłonił się Oxleyom, zignorował Isabel, zabrał kapelusz i wyszedł. 

Pan Oxley spojrzał na Michaela.

- Powinien pan wrócić do łóżka - poradził.

- Kiedy możemy się spodziewać gońca z zezwoleniem na ślub? - zapytał 

Michael.

Pastor zrobił zdziwioną minę.

- Wydaje mi się, że dzisiaj.

background image

- Jak szybko możemy wziąć ślub?

Jego pytanie zaskoczyło Isabel. Pan Oxley zamyślił się.

- W każdej chwili… jak tylko będziemy mieli zezwolenie.

- Pobierzemy się w kościele?

- Możecie - odparł Oxley.

Michael zwrócił się do Isabel.

-   Chodź   ze   mną   na   zewnątrz.   Sądzę,   że   musimy   porozmawiać   na 

osobności.

Nie czekał, tylko wyszedł przez kuchnię na tyły domu, gdzie wcześniej 

kobiety rozwieszały pranie.

Kiedy Isabel ruszyła za nim, pan Oxley zatrzymał ją.

- Wiedziałaś o jego przeszłości?

- Tak - powiedziała. - Był ze mną szczery.

Pastor przyglądał jej się przez chwilę. Zmienił zdanie. Domyślała się, że 

zastanawiał się, czy nie popełnia poważnego błędu, dlatego zdziwiło ją jego 
stwierdzenie.

- Ja także wierzę w to, że jest niewinny.

- Dziękuję - odparła szczerze, z głębi serca i wyszła z pokoju.

Znalazła   Michaela   za   domem,   gdzie,   między   lasem,   zabudowaniami 

kościelnymi i praniem, kołyszącym się na wietrze, znalazł dla nich odrobinę 
prywatności.   Czekał   na   nią   przy   kamiennym   murku   i,   nie   patrząc   na   nią, 
wskazał jej miejsce obok siebie, żeby usiadła, a ona poczuła się niepewnie i nie 
ruszyła się z miejsca.

-   Czego   mi   nie   mówisz?   -   zapytał.   Jego   srogie   pytanie   wzmogło   jej 

czujność.

- O czym?

- O Riggsie - powiedział wreszcie, spoglądając na nią.

background image

- A dlaczego uważasz, że jest coś, czego ci nie powiedziałam? - zaczęła 

się wykręcać.

- W chwili, kiedy wspomniałem, że mógłby postrzelić mnie z zazdrości, 

zrobiłaś taką minę, że uwierzyłem, że tak mogło być - powiedział spokojnie. - 
Więc pytam, co tak naprawdę między wami zaszło? Wiedziałem, że on ciebie 
pragnął.

- Skąd się o tym dowiedziałeś?

- Sam mi to powiedział. Tamtej nocy, kiedy wróciłem po rozmowie z 

tobą, czekał na mnie w moim pokoju. Był pijany, ale bardzo zainteresowany 
tym, czy byłem u ciebie.

- W takim razie wiesz wszystko, co powinieneś wiedzieć - odparła.

- Nie usłyszałem tego od ciebie… Może się mylę, ale wyczuwam, że w tej 

historii kryje się coś więcej.

Na   końcu   języka   miała   już   słowa   zaprzeczenia.   Ostatecznie   sama   się 

wpakowała   w   te   kłopoty.   Niestety   ktoś   mógł   opowiedzieć   tę   historię 
Michaelowi w Londynie i to mogłaby być wersja ciotki Richarda.

Lepiej więc będzie, jeśli usłyszy najpierw jej wersję.

- Próbował mnie zgwałcić.

W oczach Michaela błysnęła złość.

- Jak to się stało?

Nie chciała mu tego opowiadać, bo słowa u więzły jej w gardle. Michael 

podszedł do niej i pociągnął ją, żeby usiadła obok niego na kamiennym murku. 
Położył dłonie na jej ramionach i powtórzył łagodnym głosem: 

- Jak do tego doszło?

Isabel spojrzała przed siebie, na pranie, które rozwieszała z panią Oxley.

- Powinnam być mądrzejsza - wyznała.

- Nie wierzę w to.

- Naprawdę? Po tym, co zaszło między nami? - Isabel uniosła głowę, żeby 

spojrzeć mu w twarz. Cień zarostu przyciemniał linię jego szczęki.

background image

- Czy tak samo było z Richardem?

- Nie - powiedziała stanowczo Isabel. - Przyznaję, że kiedyś wyobrażałam 

sobie, że mogłabym się w nim zakochać. Pracowałam w domu jego ciotki. To 
on   mnie   wypatrzył   i   początkowo   jego   zaloty   były   bardzo   podniecające. 
Zostawiał   dla   mnie   liściki,   a   czasem   kwiaty   i   jakieś   świecidełka.   -   Nadal 
pamiętała ekscytację, jaką poczuła, kiedy po raz pierwszy znalazła prezent od 
niego,   który   zostawił   w   szkolnej   sali.   Była   taka   głupia.   -   Pewnego   dnia 
nakryłam go w spiżarni z pomocą kuchenną. Byłam zaszokowana.

- Co wtedy zrobiłaś?

- Nie chciałam mieć z nim więcej nic wspólnego…

Jej odpowiedź wywołała u Michaela nagły wybuch śmiechu.

- A co w tym widzisz śmiesznego? - zdziwiła się.

- Wątpię, żeby  kiedykolwiek jakaś kobieta potraktowała Riggsa  w tak 

bezwzględny sposób. Pewnie nie był przygotowany na to, że dostanie od ciebie 
kosza.

Isabel uświadomiła sobie, że Michael miał rację.

- To go rozzłościło - przyznała. - Zachowywał się tak, jakbym musiała 

tolerować   wszystko,   co   tylko   mu   się   zachce   robić.   A   to   rozzłościło   mnie   - 
powiedziała, odzyskując dobry nastrój. - Zajęłam się więc swoimi obowiązkami 
i zaskoczyło mnie, że nie czułam się wcale jak ktoś ze złamanym sercem.

- A ja myślałem, że nie wierzysz w miłość - powiedział Michael.

Isabel spojrzała na niego ostro, zaskoczona tokiem jego myślenia. 

- Richard jest jednym z powodów, dla których nie wierzę - odparła.

- Cóż, jakoś nie potrafię sobie wyobrazić kogokolwiek przy zdrowych 

zmysłach, kto mógłby zakochać   się w Riggsie - stwierdził, po czym dodał z 
domysłem: - po tym, jak uwziął się na ciebie, ponieważ go ignorowałaś.

To było stwierdzenie, a nie pytanie.

- Tak - potwierdziła Isabel. - To był żałosny atak. Czekał na mnie w moim 

pokoju pod koniec bardzo długiego dnia i nieco się zdziwił, kiedy się przed nim 
wybroniłam.

background image

- Co takiego zrobiłaś?

- Porządnie go kopnęłam.

Michael omal nie zleciał z murku, wybuchając gromkim śmiechem.

Isabel nie mogła zrobić nic innego, jak też się uśmiechnąć.

-   Dorastałam   jako   nieślubne   dziecko   w   małej   wiosce   -   powiedziała, 

tłumacząc się. - To moja mama nauczyła mnie, jak mam się bronić.

- Żałuję, że nie widziałem miny Riggsa - stwierdził Michael.

- Wyglądał śmiesznie - przyznała. - Zaskoczyłam go. Chociaż, był też 

bardzo zły. - Wspomnienie to starło uśmiech z jej twarzy. - Tak głośno krzyczał, 
że   zbudził   dzieci,   które   obudziły   nianię.   Potem   wezwano   nawet   księżną. 
Wszyscy obwiniali mnie. Richard twierdził, że to ja go zaprosiłam do swojego 
pokoju i że próbowałam go uwieść. Księżna zwolniła mnie bez referencji.

- Od tamtej pory nie widziałaś się z Riggsem? - zapytał Michael.

-   Nie.   -   Poprawiła   się   nieco   na   murku.   -   Wysłał   do   mnie   list   z 

przeprosinami, ale go podarłam.

- A czego chciał od ciebie tej nocy u Wardleyów?

- Prosił mnie, żebym została jego kochanką.

Michael cicho zaklął, kiedy dotarło znaczenie tych słów.

-   Tak,   to   była   dla   mnie   ciężka   noc   -   odpowiedziała   bez   namysłu   i 

natychmiast pożałowała, że nie dobrała lepiej słów. Ale Michael nie czuł się 
urażony.   Zaśmiał   się,   jakby   celowo   to   powiedziała,   żeby   go   rozbawić. 
Wątpliwości, które ją tak nękały, zmniejszyły się nieco.

Mogła   tylko   podziwiać   tego   mężczyznę   i   czuła,   że   może   z   nim   być 

szczera.

Przestał się śmiać i obydwoje spojrzeli sobie w oczy. Michael wyciągnął 

do niej dłoń, a ona położyła na niej swoją. Miał duże i mocne dłonie, które 
poznały, czym jest praca.

W tej chwili zapragnęła uwierzyć w istnienie bohaterów.

- Muszę oczyścić moje imię - powiedział.

background image

- Tak - odparła. - Zrobię, co będę mogła, żeby ci w tym pomóc. - Isabel 

nie wierzyła, że mógłby być mordercą. Nie zaufałaby mu tak, gdyby naprawdę 
był winny tej zbrodni. - Masz jakieś podejrzenia, kto ją zabił?

Zanim odpowiedział, przyjrzał się badawczo jej twarzy.

- Myślę, że mogę znać tego człowieka.

- Kto to taki?

Michael zmarszczył czoło. Wyczuwała, że zastanawia się nad tym, czy 

może jej zaufać. Była więc zawiedziona tym, co w końcu powiedział.

- To nie jest odpowiedni czas na tą rozmowę.

- Chcę ci pomóc.

- Pomożesz mi w Londynie - zapewnił ją. - Ale na razie co innego jest 

ważniejsze. - I pokazał jej, co ma na myśli, przyciągając ją do siebie i obejmując 
ramionami.

Isabel zatraciła się w tym pocałunku. Zachłannie przywarła do Michaela, 

chcąc, żeby wiedział, że ona w niego wierzy. Będzie dla niego dobrą żoną i 
Michael nigdy nie pożałuje, że się z nią ożenił.

Ich języki zetknęły  się ze sobą,  a Isabel zarzuciła mu  ręce na szyję i 

wtuliła się w niego mocno, przyrzekając sobie w duszy, że nigdy nie pozwoli 
mu odejść. Nie zważając na to, czy to mądre, czy nie, zakochała się w nim. 
Czuła, że to niebezpieczne… ale jak miała się oprzeć temu uczuciu?

Ten śmiały, przystojny mężczyzna z poczuciem humoru chciał być jej 

mężem i szanował ją. Jej marzenia z dzieciństw;: o tym, żeby ktoś ją kochał i jej 
pragnął, chyba miały się spełnić.

Odrzuciła więc na bok wszystkie swoje wątpliwości.

 

background image

Rozdział 8

Odgłos chrząkania pana Oxleya przerwał ich pocałunek. Pastor znalazł 

ich kryjówkę w ogrodzie.

- Może lepiej by było, gdyby spędził pan tę noc w Bull and Crown - 

zaproponował Michaelowi.

Buli and Crown był najlepszym zajazdem w okolicy, oddalonym o jakieś 

dwie mile od Glaston. Mieścił się tam również postój dla koni pocztowych.

Isabel martwiła się jednak o zdrowie Michaela.

- Nie wydaje mi się, żeby był już na tyle zdrowy - zaprotestowała.

- Jeśli ma siłę tak całować, to z pewnością przetrwa do jutra rano i do 

waszego ślubu - stwierdził pan Oxley.

Michael zaśmiał się.

- Pastor ma rację. Nic mi nie będzie. - Wziął ją za ręce. - Zobaczymy się 

jutro w kościele.

Isabel modliła się, żeby to była prawda.

Godzinę   później,   kiedy   patrzyła,   jak   Michael   odjeżdża   swoim 

żółtozielonym  sportowym powozem,  poczuła  lęk,  że  może  już  go nigdy  nie 
zobaczyć.

Przez   całe   swoje   życie   nigdy   nie   udawało   jej   się   zdobyć   tego,   czego 

naprawdę pragnęła. Konsekwentnie więc nauczyła się nie oczekiwać zbyt wiele 
od życia.

A teraz czuła, jakby nagle zapragnęła wszystkiego.

Pani Oxley zdawała sobie sprawę z niepokoju Isabel. A Isabel zauważyła, 

że jej gospodyni zrobiła się milcząca od czasu wizyty sędziego Nolestone'a.

Dopiero pod wieczór, kiedy w palenisku płonął mały ogień, a pan Oxley 

poszedł już spać, kobiety podjęły rozmowę.

background image

Isabel próbowała nie myśleć o tych wszystkich nękających ją obawach i 

zajęła się czytaniem książki. Pani Oxley udawała, że robi na drutach. Żadnej z 
kobiet nie szło jednak zajęcie.

W końcu pani Oxley opuściła robótkę na kolana.

- Muszę przyznać, że wstrząsnęła mną informacja o tym, że pan Severson 

był oskarżony o popełnienie morderstwa. - Spojrzała na Isabel zmartwionym 
wzrokiem.   -   Obydwoje,   ja   i   pan   Oxley,   jesteśmy   tym   zaniepokojeni.   Moja 
droga, czy naprawdę znasz tego mężczyznę?

- Znam go na tyle dobrze, żeby mu zaufać.

- Nie. Raczej chciałabyś go poznać i chcesz zaryzykować. A to jest co 

innego.

Isabel zamknęła książkę. Zawahała się, ale w końcu wypowiedziała na 

głos swoją najskrytszą obawę.

- Sugeruje pani, że jutro rano nie pojawi się w kościele?

Pani Oxley zrobiła zaskoczoną minę.

-  Och   nie.   Z   pewnością   tam   będzie.   On   chce   się   z   tobą   ożenić   i   nie 

podejrzewam go o taką zniewagę. Problem w tym, że nie znacie się zbyt długo. 
Gdyby   nie   fakt,   że   cię   skompromitował,   wątpię,   żeby   się   tak   spieszył   z 
ożenkiem.

Jej słowa dotknęły dokładnie tego, czym martwiła się Isabel.

- Ale to dobry człowiek. Jest dokładnie taki, jaki powinien być dobry mąż 

- przypomniała Isabel sama sobie.

- Ma dość ciemną przeszłość - powiedziała trzeźwo pani Oxley. - Sama 

nie wiem już, co myśleć. Nie zamierzam mówić, że zarzuty mu stawiane są 
prawdziwe lub nie. Z pewnością, przed wizytą sędziego Nolestone'a dobrze o 
nim myślałam. Na tyle dobrze, żeby zachęcać cię do przyjęcia jego propozycji. - 
Pochyliła się w swoim fotelu, żeby sięgnąć do rąk Isabel. - Moja droga, bądź 
ostrożna. Bardzo, bardzo ostrożna. 

- On nie dopuści, żeby stała mi się jakaś krzywda - odparła Isabel. - Może 

i go nie znam za dobrze, ale to jedyna rzecz, jakiej mogę być pewna.

- Modlę się, żebyś miała rację - odparła pani Oxley. 

background image

Isabel spojrzała w jej mądre oczy.

- Mam rację.

Żona pastora puściła jej ręce i z powrotem oparła się w fotelu.

- Dobrze. - Zabrzmiało to, jakby zaczęła się przekonywać. Odłożyła na 

bok robótkę. - Lepiej pójdę już spać. Dobranoc, Isabel. Spij dobrze. - Po tych 
słowach wstała i wyszła z pokoju.

Kiedy   Isabel   położyła   się   do   łóżka,   które   zajmował   dochodzący   do 

zdrowia Michael, nie sądziła, że uda jej się w ogóle zasnąć. Obawa malująca się 
w spojrzeniu pani Oxley była jak ostrzeżenie.

W końcu jednak, kiedy tylko przyłożyła głowę do poduszki, natychmiast 

zasnęła i spała do czasu, kiedy pani Oxley ją zbudziła nazajutrz.

W dzień jej ślubu.

-

Już się bałam, że prześpisz cały ranek - powiedziała pani

Oxley, odsłaniając okiennice w jej pokoju. -Masz jakiś pomysł

na uczesanie do ślubu?

Nie, Isabel nie zastanawiała się nad tym.

Na szczęście pani Oxley miała talent do układania włosów. Isabel ubrała 

się w swoją najlepszą wełnianą zieloną suknię, jedyną, która miała koronkowy 
kołnierzyk,   a   pani   Oxley   rozczesała   jej   ciężkie   włosy   i   upięła   je   do   góry, 
wypuszczając luźno kilka loków, które sięgały jej do ramion.

- Masz takie piękne włosy - powiedziała pani Oxley. Siedziały w pokoju 

gościnnym, a Isabel trzymała małe lusterko, żeby móc oglądać, co się dzieje na 
jej   głowie.   -   Szkoda,   że   nie   mamy   ozdób,   żeby   je   w   nie   powpinać.   Moje 
grzebyki  są  takie małe,  że  zginęłyby  w tej  gęstwinie  włosów,  ale  sądzę,  że 
powinnaś coś wpiąć. Włosy takie jak twoje aż się proszą, żeby je eksponować.

- Moja mama  miała  grzebyki z masy  perłowej - powiedziała Isabel. - 

Miałyśmy podobne włosy.

background image

- Co się stało z tymi grzebykami?

-   Mój   ojczym   musi   je   mieć   -   odparła   Isabel,   czując   gorycz   na   samo 

wspomnienie tego, że je zabrał.

- Co zamierza robić z tymi grzebykami? - zapytała pani Oxley.

- Może planuje wziąć sobie następną żonę - zasugerowała Isabel.

Powiedziała to lekkim głosem, ale pani Oxley była zbyt spostrzegawcza, 

żeby nie zauważyć tego, co się kryło za jej słowami. Spojrzała na odbicie twarzy 
Isabel w lusterku i położyła dłonie na jej ramionach.

-  Przykro   mi.   Powinnam  bardziej   pilnować   swojego   języka.   Nie   myśl 

teraz o niczym złym. To nie ma sensu. I tak ich teraz nie użyjemy.

- Nie chodzi o to, co pani powiedziała. Tylko, że czasami utrata matki 

bardziej mi dokucza niż kiedy indziej.

- Ślub jest jednym z takich momentów - powiedziała ze zrozumieniem 

pani Oxley. Uścisnęła pokrzepiająco ramiona Isabel. - Wiem, że twoja mama 
patrzy teraz na ciebie z nieba i jest bardzo szczęśliwa.

- Tak pani myśli? - Isabel nigdy nie czuła, żeby jej matka ją obserwowała 

z góry, chociaż dzieciom, którymi się opiekowała, zawsze opowiadała historyjki 
o aniołach stróżach.

- Oczywiście - odparła bez wahania pani Oxley. - A teraz zastanówmy się 

lepiej nad przyszłością. - Zabrała lusterko z rąk Isabel i odłożyła je na stolik 
obok. - Pan Oxley poszedł dziś rano spotkać się z twoim panem młodym…

- Po co? - zapytała zaniepokojona Isabel.

- Zawsze to robi ze wszystkimi kandydatami na mężów. Przekazał mi 

wiadomość, że pan Severson zorganizował wystawne przyjęcie ślubne w Bull 
and Crown. Jadłam tam tylko raz w życiu i jedzenie było pyszne. Pan Oxley 
przekazał mi też, że jest pod wrażeniem twojego pana młodego.

Isabel czuła się lekko oszołomiona tym, jak szybko, zaledwie w ciągu 

jednej nocy, Michael z przyczyny jej zmartwień stał się jej "panem młodym". 
Rzeczywiście   musi   planować   wspaniałą   ucztę,   pomyślała.   I  to   wszystko   dla 
niej… Przypomniała sobie, jak wczoraj użył słowa "my".

Pani   Oxley   obróciła   Isabel   dookoła,   uśmiechnęła   się   i   ostami   raz 

poprawiła coś przy jej włosach.

background image

- Wyglądasz ślicznie. Tak, jak powinna wyglądać panna młoda. Mamy 

tutaj pewien zwyczaj, o którym pewnie nie wiesz, że panna młoda musi przejść 
pieszo   przez   wioskę   całą   drogę   do   kościoła.   Ale   ze   względu   na   to,   że   już 
jesteśmy przy kościele, będziesz musiała przejść do końca drogi i z powrotem. 
Wszyscy   będą   wychodzić   z   domów   i   składać   ci   życzenia,   a   dzieci   będą 
obdarowywać cię kwiatami i gałązkami słodkiego mirtu.

- Ale niewiele osób mnie tu zna - powiedziała szybko Isabel. - Wątpię, 

żeby ktokolwiek życzył nam dobrze. Poza tym, decyzja o ślubie dopiero co 
zapadła…   -   Ostatnią   rzeczą,   jaką   chciałaby   czuć   w   dniu   swojego   ślubu,   to 
upokorzenie.

- Jesteś naszą parafianką - zapewniła ją pani Oxley. - Chodziłaś z nami na 

nabożeństwa, a wszyscy słyszeli o nieszczęśliwym wypadku pana Seversona. 
Przez cały tydzień się o tym rozpowiadało. Kobiety uważają twoją historię za 
bardzo romantyczną, a mężczyźni w pubach cały czas próbują odgadnąć, kto 
postrzelił pana Seversona. Droga do kościoła będzie pełna tych, którzy będą 
chcieli ci składać życzenia.

I pewnie wśród nich będą tacy, którzy po prostu chcą zobaczyć niesławną 

parę. Isabel mimo to poczuła radość. Ten dzień przecież powinien różnić się od 
innych.

Pani Oxley włożyła czepek i rękawiczki i otworzyła drzwi. Niebo było 

lekko   zachmurzone,   ale   zapowiadało   się   przejaśnienie.   To   będzie   ładny 
wiosenny   dzień.   Isabel   spojrzała   w   stronę   kościoła,   który   wyglądał,   jakby 
nikogo w nim nie było. Podobnie wyglądała ulica przed nią. Nikt nie stał przy 
niej, czekając, żeby wręczyć jej kwiaty. 

Isabel przestąpiła przez próg za panią Oxley. Czuła, jakby jej nogi były z 

ołowiu. Przez całe swoje życie ludzie ją opuszczali. Pierwszym był jej rodzony 
ojciec. Potem matka, która opuściła ją, umierając, i jej ojczym, który nie chciał 
mieć z nią do czynienia przez swoją dumę. A jak będzie z Michaelem? Czy nie 
powinien być na tyle mądry, żeby uciec teraz, zanim wplącze się w związek 
małżeński?   Z   kobietą,   która   nie   ma   żadnego   posagu   i   nie   może   niczego 
zaoferować mężczyźnie jego stanu.

Isabel   zatrzymała   się.   Nie   pomyślała   wcześniej   o   posagu,   ale   teraz   ta 

kwestia wyłoniła się niczym wielki problem.

Pani Oxley odwróciła się do niej.

- Chodź za mną.

background image

Isabel nie mogła się ruszyć.

Pani Oxley ze współczującą miną cofnęła się i wzięła Isabel pod ramię. 

- Nie czas teraz na strach.

- Myślałam, że to pan młody się boi.

- Każdy, kto ma choć trochę rozumu, powinien się denerwować przed 

ślubem. Ale ta chwila już nadeszła, panno Halloran. Zaufaj nam, moja droga.

"Zaufanie". Takie proste słowo, a tak trudno się do niego zastosować, 

mimo że decyzja została już przypieczętowana pocałunkiem.

Isabel ruszyła do furtki.

Kiedy tylko minęły kościół, z pobliskiego domku wybiegła dziewczynka.

- Już idzie! Już idzie! - wykrzykiwała.

Dzwon   kościelny   zaczął   bić,   a   ludzie   zaczęli   wychodzić   ze   swoich 

domów i sklepów. Niektóre z twarzy Isabel rozpoznawała po tylu miesiącach 
uczęszczania   w niedziele  na  mszę   świętą.  Wielu  jednak  nie znała.  Jednakże 
wszyscy oni wyszli, żeby ją powitać.

Pierwsza   wręczyła   jej   kwiaty   dziewczynka,   która   zawiadomiła   całą 

wioskę. Podarowała Isabel bukiet dzikich fiołków.

Isabel poczuła, że łzy napływają jej do oczu.

- Dziękuję - powiedziała wzruszona.

Dziewczynka   uśmiechnęła   się   uradowana,   że   Isabel   doceniła   jej 

podarunek.

- To jest Meg - wyjaśniła pani Oxley. - Ona zawsze jako pierwsza wręcza 

kwiaty pannie młodej.

Pora   roku   była   jeszcze   za   wczesna,   żeby   wyrosło   wiele   kwiatów,   ale 

mieszkańcy byli bardzo pomysłowi. Isabel otrzymała wiele fiołków, pnących 
gałązek   słodkiego   groszku,   dzikich   stokrotek,   kilka   tulipanów,   żółtych 
mniszków lekarskich, które najczęściej wręczali jej mali chłopcy, oraz gałązek 
żarnowca i wiecznie zielonego mirtu.

background image

Kiedy przeszły całą drogę i wróciły do kościoła, Isabel miała już pełne 

naręcze kwiatów i czuła się jak najbogatsza z kobiet. Czuła się jak panna młoda.

Pan   Oxley   wyszedł   im   na   spotkanie,   a   ubrany   był   w   białą   koloratkę, 

symbolizującą jego funkcję w kościele. Uśmiechnął się do Isabel.

- Jesteś gotowa?

- Czy on tu jest? - zapytała, niemal bojąc się usłyszeć odpowiedź.

- Sama się przekonaj - odparł pastor.

Isabel minęła go i stanęła w drzwiach kościoła. W chłodnej atmosferze 

kościoła, ogrzewanego jedynie zapalonymi świecami, w pobliżu ołtarza, czekał 
na nią Michael. Wyglądał tak przystojnie. Miał na sobie ciemnoniebieski surdut 
najlepszego  gatunku i wysokie buty, jakby  chciał strojem dopasować  się  do 
wiejskiego klimatu ślubu. Biel jego koszuli i kołnierzyka biła olśniewającym 
blaskiem w półmroku kościoła. Uśmiechnął się do niej, a pod Isabel ugięły się 
kolana.

Była tak oszołomiona, że najchętniej pobiegłaby do niego.

- Simon, możesz już przestać dzwonić - zwrócił się pan Oxley do swojego 

dzwonnika. Musiał jednak powtórzyć prośbę, gdyż mężczyzna nie od razu go 
usłyszał. 

Pastor wziął Isabel na stronę.

- Rozmawiałem z panem Seversonem dziś rano i teraz powiem tobie to 

samo co jemu. Panno Halloran, ty i twój wybranek nie znacie się zbyt dobrze, 
ale wyznam wam pewien sekret: rzadkością jest, żeby młodzi naprawdę dobrze 
się   znali   przed   ślubem,   nawet   jeśli   przez   lata   się   przyjaźnili.   Małżeństwo 
zmienia wszystko. Chciałbym, żebyście o czymś nigdy nie zapomnieli. - Zbliżył 
się do Isabel. - To ja będę wypowiadał słowa, lecz to ty i twój mąż celebrujecie 
ten sakrament. Nie będziecie składać przysięgi mnie, lecz sobie nawzajem przed 
obliczem Pana Boga. Nie bójcie się powtarzać sobie często te słowa przez resztę 
waszego życia. Wystarczy, że spojrzycie na siebie oczami pełnymi miłości, żeby 
je uświęcić.

Isabel skinęła głową, a serce biło jej tak szybko w oczekiwaniu nowego, 

że   nie   była   pewna,   czy   zrozumiała   wszystko,   co   powiedział   jej   pastor.  Ale 
najwyżej później się nad tym zastanowi
, pomyślała.

background image

Zadowolony, że powiedział już to, co zamierzał, pan Oxley podał ramię 

Isabel.

- Mogę?

Isabel   wzięła   go   pod   rękę   i   ruszyli   przez   główną   nawę   kościoła   w 

kierunku   Michaela.   Pani   Oxley   i   dzwonnik   szli   za   nimi   w   charakterze 
świadków.

Przy ołtarzu pan Oxley zatrzymał  się i oddał dłoń Isabel Michaelowi. 

Mówiła sobie w duchu, że nie obchodzi ją, czy ten mężczyzna ją kocha, czy nie, 
gdyż wystarczy, że ona się w nim zakochuje.

Ale w końcu taka właśnie jest miłość, prawda?

Jej matka kochała mężczyznę, który nie odwzajemniał jej uczucia, więc 

poślubiła ojczyma Isabel. Życie nigdy nie jest tak uporządkowane i poukładane, 
jakby się tego chciało.
 Tak mawiała jej matka i jej życie było na to dowodem.

Jednakże,   stojąc   u   boku   Michaela   i   słuchając,   jak   powtarza   słowa 

przysięgi   małżeńskiej,     Isabel   postanowiła,     że   zrobi   wszystko,   żeby   ich 
małżeństwo było dobre. Będzie dla niego dobrą żoną.

Zaskoczyło ją, że Michael miał dla niej obrączkę. To była prosta, złota 

obrączka i przyjemnie ciążyła na jej palcu.

Pan   Oxley   uniósł   dłonie   nad   ich   głowami   i   odezwał   się   grzmiącym 

głosem:

- Ogłaszam was mężem i żoną. To, co Bóg złączył, człowiek niech nie 

rozdziela.

I było po wszystkim. Wyszła za mąż i stała się Isabel Severson.

Isabel przygotowała się, że poczuje się jakoś inaczej, ale nic takiego się 

nie stało.

Ziemia wcale nie zadrżała, żadna błyskawica nie przecięła nieboskłonu. 

Nawet nie poczuła żadnego mrowienia.

Czuła się tak samo jak zwykle.

I wtedy ich palce się splotły, a jakiś wewnętrzny cichy głos powiedział 

jej, że tak ma być.

background image

- Możesz ją teraz pocałować - powiedział ukradkiem Simon, dzwonnik.

- Z pewnością to zrobię - odparł mu Michael i pochylił się, żeby spełnić 

obietnicę. Pocałunek był krótki, ale znaczący. - To twój pierwszy pocałunek 
jako mojej żony.

Wszelkie wątpliwości ją opuściły.

Pani   Oxley   gratulowała   jej   z   całego   serca   i   oddała   Isabel   wszystkie 

kwiaty, które za nią trzymała podczas ceremonii. Wyszli na zewnątrz kościoła i 
zaczekali   na   Simona,   który   podprowadził   mały   powóz,   którym   zamierzał 
zawieźć   Oxleyów   do   zajazdu   Bull   and   Crown.   Faeton   Michaela   stał   za 
kościołem i dlatego Isabel go z początku nie zauważyła.

Michael pomógł jej wsiąść, a potem sam obszedł powóz dookoła i zajął 

miejsce   obok   niej.   Obydwa   powozy   zrobiły   niewielką   paradę,   kiedy 
przejeżdżały   wolno   przez   wioskę.   Dzieciaki   goniły   za   nimi,   a   Isabel   nigdy 
wcześniej nie czuła się tak beztrosko. 

Zajazd Bull and Crown stał na skrzyżowaniu dróg. Jego właściciel, pan 

Graves, ukłonił im się w pas, witając ich w progu. Isabel zrozumiała dlaczego, 
kiedy weszła do środka i zobaczyła przyjęcie. Michael zamówił pełną zastawę 
stołów   w   najlepszej,   prywatnej   sali   zajazdu.   Okna   tej   sali,   przedzielone 
murowanymi słupkami, wychodziły na strumień i drogę. Jedzenia na stołach 
było   tyle,   że   wystarczyłoby   go   na   wielką   biesiadę.   Było   pieczone   prosię   i 
bażant,   wiele   różnych   pudingów,   a   każdy   wyglądał   smakowicie,   i   do   tego 
najlepsze   wina.  Oxłeyowie  byli   pod  wrażeniem,   a  Simon   nie  posiadał   się   z 
radości.

Isabel podsłuchała, jak pan Graves wyznał pani Oxley, że ostatnią osobą, 

która zamówiła tak wystawne przyjęcie w jego lokalu, był sam książę Rutland.

Michael posadził Isabel obok siebie. Jej kwiaty, od mieszkańców wioski, 

ustawił   na   środku   stołu.   Rozlano   wino   do   kieliszków   i   Michael   wzniósł 
pierwszy toast.

- Za moją żonę. Żeby nigdy nie pożałowała, że za mnie wyszła.

Pan Graves, który kręcił się przy drzwiach, nie mógł powstrzymać się od 

komentarza.

- Prędzej czy później każda z nich żałuje swojego wyboru - powiedział, a 

wszyscy zaśmiali się głośno.

background image

-   Za   wasze   małżeństwo   -   powiedział   pastor   i   wszyscy,   łącznie   z 

właścicielem zajazdu, wznieśli toast.

Kiedy   zabrali   się   do   jedzenia,   Isabel   odkryła,   że   jest   bardzo   głodna. 

Michael   właśnie   podawał   jej   półmisek   z   bażantem,   kiedy   usłyszeli   odgłos 
zbliżającego się powozu. Przed zajazd zajechał powóz wykończony hebanowym 
drewnem,   zaprzęgnięty   w   czwórkę   siwków   i   eskortowany   przez   grupę 
uzbrojonych po zęby jeźdźców.

Isabel spojrzała przez okno z zaciekawieniem, a Michael skwitował tę 

wizytę dość dosadnie:

- A niech to szlag.

Spojrzała na niego zaskoczona.

- Znasz ich? - zapytała.

- Obawiam się, że tak.

Pan Graves pospiesznie wybiegł, żeby przywitać nowych gości i zostawił 

za sobą otwarte drzwi. Michael odstawił na bok półmisek z bażantem i usiadł w 
wyczekującej pozycji.

Nie musiał długo czekać. Po chwili usłyszeli pana Gravesa spierającego 

się   z   ludźmi,   którzy   najwyraźniej   chcieli   przeszkodzić   w   przyjęciu   ślubnym 
Michaela.   Mimo   to,   do   sali   wkroczył   szczupły,   ale   barczysty   mężczyzna   z 
bronią   w   ręku.   Spod   zawadiacko   nałożonego   kapelusza   z   szerokim   rondem 
wystawały   mu   kruczoczarne   włosy.   Miał   je   związane   w   schludny   kucyk, 
sięgający połowy pleców. Jego szare oczy wyrażały gotowość do bójki, a za nim 
stało czterech innych mężczyzn, wszyscy z muszkietami w dłoniach.

Najdziwniejsze   dla   Isabel   wydało   się   to,   że   ten   mężczyzna   nic   nosił 

pończoch. Miał rozpiętą koszulę, a wokół jego szyi połyskiwało coś srebrnego. 
Miał też srebrne bransolety na każdym nadgarstku.

Mężczyzna   obrzucił   spojrzeniem   wszystkich   zgromadzonych,   zanim 

spojrzał prosto na Michaela.

- Dobrze się czujesz? - zapytał. Wyglądał, jakby był mniej więcej w tym 

samym wieku co mąż Isabel.

-   Doskonale   -   powiedział   Michael   na   powitanie.   Tylko   on   w   tym 

pomieszczeniu wyglądał na zrelaksowanego. - Isabel, ten renegat to mój partner 
w interesach, Alex Haddon.

background image

-   Dostałem   wiadomość,   że   zostałeś   postrzelony   -   powiedział   Haddon, 

ignorując prezentację. - Spodziewałem się, że leżysz na łożu śmierci.

- Bo tak było - odezwał się pan Oxley. Ruchem głowy wskazał na Isabel. 

- Ona uratowała mu życie.

Haddon przeniósł na nią swoje ostre spojrzenie i Isabel wyczuła, że nic 

nie umknęło jego uwagi, łącznie z faktem, jak blisko Michaela siedziała.

Michael położył dłoń na jej dłoni.

- Nic mi nie jest, Haddon - zapewnił. - A teraz, czy ze chciałbyś dołączyć 

do nas, czy może zamierzasz tak stać, stra sząc moich gości?

-   Twoich   gości?   -   Haddon   znowu   rozejrzał   się   po   pokoju   ze 

zmarszczonym   czołem,   jakby   chciał   zweryfikować   słowa   Michaela,   zanim 
opuścił broń. Reszta mężczyzn postąpiła podobnie. - Co tu się dzieje? - zapytał, 
nie ruszając się z miejsca.

Michael nie odpowiedział mu, tylko zwrócił się do właściciela zajazdu.

- Panie Graves, zajmie się pan moimi ludźmi? Proszę dać im, cokolwiek 

sobie zażyczą, do jedzenia i picia. Z pewnością przebyli długą drogę.

Mężczyźni z eskorty rozluźnili się, ukłonili i jeden z nich zwrócił się do 

Michaela.

- Dziękujemy, sir. To bardzo uprzejme z pana strony. - I wyszli za panem 

Gravesem   do   zwykłej   sali.   Na   sygnał   Michaela   usługująca   dziewczyna 
zamknęła za nimi drzwi.

Haddon wsadził pistolet do pochwy przy pasku i westchnął ciężko, jakby 

to już nie pierwszy raz Michael w ten sposób testował jego cierpliwość.

-  Zechciałbyś   mi   wreszcie   wyjaśnić,   co   tu   się   dzieje?   Wczoraj   późno 

wieczorem wpłynęliśmy do portu i zaraz otrzymałem wiadomość od Staruszka 
Fitzhugha o tym, że kazałeś pobrać z konta pięćset funtów i wysłać powóz do 
tego… - machnął ręką - miejsca. A tak w ogóle, to gdzie my jesteśmy?

- W Rutland - odpowiedział Michael. - A przy okazji, poznaj moją żonę, 

Isabel.

Gdyby ziemia się teraz rozstąpiła pod jego stopami, Haddon nie mógłby 

być bardziej zaskoczony.

background image

- Ty? Żonaty?

- Tak - odparł zadowolony z siebie Michael.

Haddon rzucił kapelusz usługującej dziewczynie i wziął dla siebie krzesło 

z kąta. Postawił je przy stole pomiędzy Michaelem a Isabel.

- Co ty wyprawiasz? - zapytał Michael.

- Zamierzam zapoznać się z twoją żoną - stwierdził stanowczo Haddon, 

wciskając się między młodych. Napełnił winem kieliszek Isabel, a potem nalał 
do pełna sobie. Michael pił wodę źródlaną. - Czy Michael opowiadał ci coś na 
mój temat?

- Nie.

- W takim razie pozwól, że ja ci opowiem… - zaczął Haddon, ale Michael 

mu przerwał.

- Nie wierz ani jednemu jego słowu - nakazał jej dobrodusznie.

- Lepiej, żebyś posłuchała - zapewnił ją Haddon. - Wiem o wszystkich 

jego złych nawykach.

-   Dużo   ich   jest?   -   zapytała   Isabel,   oczarowana   ich   beztroskim 

koleżeństwem.

- Musielibyśmy spędzić tu całą noc - stwierdził Haddon.

- Nie ma mowy - powiedział Michael. Wstał z miejsca i zanim Isabel się 

zorientowała, co zamierza zrobić, złapał za oparcie krzesła Haddona i odciągnął 
przyjaciela od stołu. Przesadził go pomiędzy Simonem a panią Oxley. - Flirtuj 
ze służącą - szepnął do ucha Haddona tak, żeby wszyscy usłyszeli.

- Będę - zapewnił go Haddon. - Nie za często otaczają mnie takie śliczne 

kobiety. - Spojrzał na panią Oxley, która zarumieniła się na ten komplement, a 
dziewczyna usługująca zachichotała, stawiając przed nim talerz.

- Haddona i mnie łączy braterstwo krwi - powiedział Michael do Isabel.

- Braterstwo krwi? - zdziwił się pan Oxley. - A co to znaczy?

-   To   znaczy,   że   ocaliłem   mu   życie,   a   on   był   mi   za   to   wdzięczny   - 

powiedział Haddon, wbijając widelec w bażanta.

background image

- Nie całkiem - poprawił go Michael. - Ja też ocaliłem jego skalp w bitwie 

z Mohawkami.

- Nikt nie lubi Mohawków - wyznał Haddon.

- Są źli? - zapytał Simon z szeroko otwartymi oczami.

- Najgorsi - odparł Haddon, a Isabel nie wiedziała, czy sobie żartował, czy 

mówił serio. Podobnie jak Michael.

- Nazwisko Haddon brzmi dość znajomo - odezwał się pan Oxley. - Czy 

nie było generała o tym nazwisku?

- Tak, był. Zdrajca - przyznał Haddon.

- Jesteście spokrewnieni? - zapytała pani Oxley. 

Zapadła chwila ciszy, po czym Haddon odpowiedział:

- Był moim ojcem.

Niezręczną ciszę przerwało stwierdzenie pani Oxley:

- Nic dziwnego, że tak dobrze mówi pan po angielsku.

Haddon   uśmiechnął   się   do   niej   z   wdzięcznością.   Isabel   nie   wiedziała, 

jakiej   reakcji   się   po   nich   spodziewał,   ale   najwyraźniej   nie   optymizmu   pani 
Oxley.

- Haddon włada kilkoma językami - powiedział Michael. - Jest w połowie 

Shawnee.

- Dlatego nosi pan srebro? - zapytała pani Oxley. Zarówno ona, jak i jej 

mąż byli całkowicie urzeczeni Haddonem.

- Ważność wojownika wyraża się w ilości srebra, które nosi - wyjaśnił 

Michael.

- Mam też nadzieję zapoczątkować nową modę - dodał Haddon i wszyscy 

się zaśmiali.

Dbał o to, żeby wszyscy mieli pełne kieliszki, więc przyjęcie od tego 

momentu toczyło się w bardzo przyjaznej atmosferze, a Isabel czuła, że Michael 
jest zadowolony z nieoczekiwanej obecności przyjaciela.

background image

Nie wiedziała natomiast, jak się czuł Haddon. Zauważyła, że co jakiś czas 

jego wzrok padał na dłoń Michaela, która spoczywała na jej dłoni.

Wino   i   smaczne   jedzenie   powoli   zaczęły   uciszać   podejrzliwą   naturę 

Isabel. Pojawiła się też żona właściciela zajazdu, pani Graves, która razem z 
mężem   dołączyła   do   biesiadników   przy   stole.   Rozmowa   była   interesująca   i 
bardzo ożywiona, lecz Isabel nie uczestniczyła w niej za bardzo. Pławiła się w 
swoim nagłym szczęściu.

Jej   mąż.   Słowa   te   napełniały   ją   mieszanką   podenerwowania   i   dumy. 

Dotykała obrączki na swoim palcu, zachwycając się jej gładkością i dotykiem 
prawdziwego złota.

Nie   chciała   za   bardzo   wybiegać   myślami   w   przyszłość.   Żyła   chwilą, 

starając   się   zapamiętać   jak   najwięcej   szczegółów,   zapachów,   smaku   tego 
przyjęcia.   Zawsze   będzie   pamiętała,   jak   w   oczach   pani   Oxley   odbijało   się 
światło świec, kiedy ona i jej mąż wsłuchiwali się w opowieści o Kanadzie, 
które snuli na zmianę Haddon i Michael. Chciała zapamiętać rubaszny śmiech 
pana   Gravesa   i   gesty   Simona,   który   wymachiwał   nożem,   kiedy   chciał   coś 
zaakcentować w swojej wypowiedzi. Wszystko to chciała zapisać na zawsze w 
swojej pamięci.

Za oknami zaczęło zmierzchać. Pani Oxley zaproponowała, żeby obie z 

Isabel poszły się "odświeżyć", i kobiety przeprosiły towarzystwo.

Kiedy znalazły się na korytarzu, pani Oxley wzięła Isabel pod rękę. Miała 

zaróżowione policzki od ciągłego śmiania się.

-   Jesteś   taką   szczęściarą,   moja   droga   -   powiedziała.   -   Twój   mąż   jest 

przystojnym,   hojnym   i   bardzo   ekscytującym   mężczyzną.   Te   historie,   które 
opowiada ze swoim przyjacielem… - Pokręciła głową.

Isabel   czuła   to   samo,   łącznie   z   łagodnym   efektem   upojenia   winem. 

Oczywiście pani Oxley była na nieco większym rauszu.

Toaleta  w  Bull and  Crown  przechodziła  najśmielsze  oczekiwania   pani 

Oxley,   dlatego   kilka   minut   obie   kobiety   spędziły   na   podziwianiu   luksusów, 
zanim zajęły się poprawianiem grzebyków w uczesaniu Isabel, żeby przywrócić 
pierwotny kształt fryzurze.

Załatwiły swoje sprawy i ruszyły z powrotem do sali, w której odbywało 

się   przyjęcie.   Kiedy   przechodziły   obok   pewnych   zamkniętych   drzwi,   Isabel 
zdało się, że słyszy głos Michaela. Zwolniła kroku, aż wreszcie się zatrzymała.

background image

Pani Oxley, przyjemnie oszołomiona alkoholem, niczego nie zauważyła i 

dalej szła, opierając się od czasu do czasu o ścianę. 

Isabel   zbliżyła   się   do   drzwi,   za   którymi   zdawało   jej   się,   że   słyszała 

Michaela. Ale to głos Haddona do niej dotarł.

- Wiem, że chcesz oczyścić swoje imię, ale posunąłeś się za daleko.

- Próbowałem już wszystkiego innego - odparł Michael. 

Haddon westchnął zniecierpliwiony.

- Ona jest niewinna.

- Nie będzie przeze mnie cierpiała.

Isabel   zdała   sobie   sprawę   z   tego,   że   rozmawiają   o   niej.   Była   pod 

wpływem wina, więc trudno jej było pojąć sens tej konwersacji.

- Uważaj - ostrzegł Haddon. - Jeśli nie będziesz ostrożny, następna kula 

może   cię   zabić.   Według   tego,   co   mówi   pastor,   już   ten   postrzał   mógł   być 
śmiertelny.

-   Nie   będzie   więcej   próbował.   Nie   teraz.   -   Mocny   głos   Michaela 

zabrzmiał nieco bliżej, jakby podchodził do drzwi.

Isabel nie chciała, żeby ją przyłapali na podsłuchiwaniu, więc pomknęła 

do sali, w której odbywało się przyjęcie.

Michael zatrzymał się z dłonią na klamce i spojrzał na przyjaciela.

-   Wiem,   o   co   ci   chodzi,   Alex,   ale   Isabel   to   moja   jedyna   szansa. 

Wyczerpałem już wszystkie inne drogi dojścia.

- Ona nie jest częścią tego, Michael.

- Wiem… - Przestąpił z nogi na nogę, po czym wyznał: - Nie poślubiłem 

jej z powodu pokrewieństwa z Elswickiem. Pragnę jej. Coś między nami iskrzy.

Alex spojrzał na niego z nowym zainteresowaniem.

- Czyżby wreszcie jakaś kobieta schwyciła cię za serce? - zapytał, jakby 

głośno myślał.

background image

- A czy to takie dziwne? - odpowiedział pytaniem Michael, spoglądając 

na swojego przyjaciela.

- Dla każdego innego mężczyzny, nie. Ale dla ciebie, tak. - Alex podszedł 

do   niego.   -   Michael,   bądź   ostrożny.   Byłeś   zajęty   oczyszczaniem   swojego 
imienia, ale Isabel naprawdę widzi w tobie bohatera, a ja znam kobiety lepiej niż 
ty - powiedział, mając na myśli celibat, w jakim ostatnio żył Michael. - One 
wszystkie pragną dzielnych wojowników, ale trzeba za to zapłacić wysoką cenę.

Alex oparł dłoń o drzwi i otworzyłby je, żeby wyjść, gdyby Michael nie 

powstrzymał go.

- A co z tobą? Jakieś wieści o twoim ojcu? 

Plecy Alexa nieznacznie drgnęły.

- Jest we Francji.

- Będziesz go tam szukał?

- Prędzej pójdę do piekła. - Alex otworzył drzwi. - On dla mnie umarł, 

Michael. Byłem głupcem, że w ogóle miałem chęć go spotkać.

- Czasami nie mamy innego wyboru, jak spotkać się z duchami z naszej 

przeszłości.

- Mój ojciec duchem? - Alex pokręcił głową. - Raczej nie. Grzechy ojca 

zawsze spadają na syna. - Przyglądał się twarzy Michaela i po chwili dodał 
łagodnie: - Uważaj, żeby twój syn nie musiał odpowiadać za twoje grzechy. 
Bądź czuły dla jego matki. - To mówiąc, otworzył drzwi i wyszedł.

Michael   nie   poszedł   za   nim.   Ostrzeżenie   Alexa   zaciążyło   na   jego 

sumieniu, podobnie jak nauka, którą otrzymał dziś rano od pastora Oxleya na 
temat świętości przysięgi małżeńskiej.

Nie chciał skrzywdzić Isabel. Nigdy nie pozwoli, żeby coś jej się stało. 

Jedyne, czego potrzebuje, to wywabić Elswicka z jego kryjówki.

Zaangażował się w związek z Isabel i obiecał sobie, że będzie się o nią 

troszczył,   oraz   o   ich   dzieci,   jeśli   takie   będą   mieli.   Będzie   jej   "dzielnym 
wojownikiem".

Po   tych   przemyśleniach   Michael   wrócił   do   sali,   gdzie   odbywało   się 

przyjęcie.

background image

Pan Graves i pan Oxley byli zajęci konwersacją z Alexeni. Pani Oxley 

ziewała, rozmawiając z panią Graves.

Isabel wpatrywała się w drzwi, czekając na niego. 

Ich spojrzenia się spotkały i Michael zrozumiał, czym martwił się Alex. 

Ona była taka krucha i delikatna, a jednocześnie silna. Nieśmiała i zuchwała. 
Świadoma   swojej   słabości   i   na   tyle   odważna,   żeby   mimo   wszystko   stawiać 
czoło światu.

Jego Isabel… Taka powściągliwa i poprawna… Poza sytuacjami, kiedy 

dawała mu posmakować swoich pocałunków. Wiedział, że w jej żyłach płynęła 
gorąca krew. Czuł jej żar.

Nagle Michael nie mógł się doczekać, kiedy zostaną sami.

Podszedł do niej, nachylił się i szepnął jej do ucha:

- Chodź. Czas na nas, żebyśmy stąd wyszli.

 

Rozdział 9

Isabel zapragnęła złapać się kurczowo krzesła, na którym siedziała, i nie 

puszczać go. To wszystko działo się za szybko.

Jednak po twarzach współbiesiadników poznała, że Michael miał rację. 

Wszyscy spodziewali się, że wyjdzie razem z mężem. Tylko że dla niej takie 
okoliczności wydały się mało intymne, zwłaszcza, że wiedziała doskonale, co 
ma się za chwilę wydarzyć. Pójdą na górę jako mąż i żona, a Isabel czuła się 
zakłopotana faktem, że wszyscy będą wiedzieli, do czego zaraz dojdzie.

- Skoro muszę… - powiedziała, i zdała sobie sprawę, jak zabrzmiały jej 

słowa, i miała nadzieję, że nikt ich nie usłyszał.

Oczywiście wszyscy ją usłyszeli.

background image

Wyglądało na to, że wstrzymali na chwilę oddech. Przyjaciel Michaela, 

Haddon, zasłonił usta dłonią, jakby chciał stłumić wybuch śmiechu. Pan Graves 
i Simon nie byli tak taktowni. Stuknęli się łokciami i zaczęli parodiować jej: 
"Skoro muszę…" omdlewającym tonem.

Isabel   najchętniej   dałaby   im   po   uszach.   Ale,   zanim   zdążyła   się 

wystarczająco zirytować, Michael odsunął jej krzesło od stołu.

- Musimy - zapewnił i wziął ją na ręce tak zamaszystym mchem, że aż jej 

się zakręciło w głowie. Musiała złapać go za szyję, żeby się utrzymać.

- Panie i panowie, życzymy wam dobrej nocy - oznajmił i wyniósł Isabel 

z sali. 

Kiedy szli korytarzem w stronę schodów, wpatrywała się w jego mocny 

profil i starała się odsunąć od siebie kolejne obawy. On był tak bardzo pewny 
siebie i tego, czego pragnął. Isabel pomyślała, że sama też chciałaby być taka 
pewna.

Michael zauważył, że mu się przygląda, i uśmiechnął się do niej

Miał przepiękne usta. Doskonale do całowania…

- O czym myślisz? - zapytały jego usta.

Isabel spojrzała mu w oczy.

- Że chyba wypiłam za dużo wina. 

Zaśmiał się.

- Nic ci nie będzie - zapewnił ją. - Zobacz, te schody są za wąskie, żebym 

mógł cię wnieść na górę, żebyś nie uderzała głową o ścianę. Będziesz więc 
musiała resztę drogi do pokoju przejść pieszo. - Postawił ją na drugim stopniu 
schodów.

Isabel nie zdjęła rąk z jego szyi. Mogła mu teraz spojrzeć prosto w oczy.

- Żałujesz, że się ze mną ożeniłeś?

Michael zmarszczył brwi.

- Skąd ci to przyszło do głowy?

- Żałujesz?

background image

- Nie, nie żałuję. Nigdy nie będę żałować.

Właśnie te słowa chciała usłyszeć.

- A ty, żałujesz, że za mnie wyszłaś? - teraz on ją zapytał. Isabel nie 

mogła w ogóle pojąć, że mógł sobie coś takiego wyobrazić.

- Ten dzień przeszedł moje wszelkie najśmielsze oczekiwania.

- Jeszcze się nie skończył, Isabel. - Michael wziął ją za rękę i spojrzał na 

obrączkę na jej palcu. - Zamierzam dotrzymać słów przysięgi. Będę się tobą 
zawsze opiekował. - Obrócił ją i stanął na stopniu schodów tuż za nią. Nawet 
przez warstwy ubrań wyczuwała jego podniecenie. Jego usta zaczęły pieścić jej 
ucho. - Lepiej, żebyśmy poszli do naszego pokoju. Pragnę kochać się ze swoją 
żoną.

Kochać   się.   Na   dźwięk   tych   słów   poczuła   przyspieszone   bicie   serca. 

Wszelkie jej wątpliwości zniknęły. Ruszyła w górę po schodach, a Michael tuż 
za nią.

W połowie korytarza zobaczyła tylko jedne otwarte drzwi, i domyśliła się, 

że to ich pokój. Michael objął ją w talii i chciał wprowadzić do środka, ale 
Isabel stanęła w wejściu.

Służący   wszystko   dla   nich   przygotowali.   Łóżko,   z   aksamitnym 

baldachimem, było pościelone. Na stole w wazonach stały kwiaty, które Isabel 
dostała od mieszkańców wioski.

Ale to, co najbardziej zaparło jej dech w piersiach, to świece, które paliły 

się niemal wszędzie. Stały na parapecie, na toaletce, na półce nad kominkiem i 
w   jego   środku,   na   szafkach   nocnych.   Ich   blask   odbijał   się   we   wszystkich 
lustrach pokoju i wypełniał jego wnętrze złotą poświatą.

Isabel   weszła   do   środka,   czując   się   tak,   jakby   wchodziła   do 

czarodziejskiej krainy.

Odwróciła się i spojrzała na swojego męża.

- Pamiętałeś.

Wypuścił powietrze, uspokojony jej reakcją. Zamknął drzwi.

- Graves uznał, że chyba zwariowałem, kiedy sobie tego zażyczyłem.

background image

-   Ale   powiedziałeś   mu,   że   powinno   się   szanować   każdy   przejaw 

niezależności  w tym kraju. - Powtórzyła słowa, które usłyszała od niego tej 
nocy, kiedy sama zapaliła mnóstwo świec w swoim pokoju.

- Tak.

Nie   miała   żadnych   wątpliwości.   Nagle,   w   jednej   chwili,   poczuła 

ogarniające ją uczucie miłości i uwierzyła w swoje szczęście. Dotknęła obrączki 
na palcu. Nikt nigdy nie poświęcił jej tyle uwagi i nie okazał jej tyle szacunku, 
co ten mężczyzna. Zależało mu na niej, a dowodem na to były te świece.

Podeszła do niego.

Zarzuciła   mu   ręce   na   szyję,   a   jej   piersi   zetknęły   się   z   jego   piersią. 

Pocałowała   go,   oddając   mu   się   cała.   Był   jej   mężem,   mężczyzną,   którego 
kochała. 

Nie było takiej rzeczy, której by dla niego nie zrobiła.

Isabel złapała za poły jego surdut, który najchętniej by z niego zdarła, 

chcąc   jak   najszybciej   pozbyć   się   wszelkich   barier   pomiędzy   nimi.   Kiedy 
szamotała się z krawatem, on palcami odszukał zapięcia jej sukni. Zapragnęli 
siebie z tą samą siłą jak w domu Wardleyów.

Próbowała rozpiąć guziki jego bryczesów, ale nie mogła ich znaleźć, a on 

zaczął pieścić językiem jej ucho i po chwili musiała unieść ręce do góry, żeby 
mógł zdjąć z niej górę sukni i halkę. Jego usta odnalazły jej piersi…

Isabel osunęła się na łóżko, a Michael za nią. Oswobodziła ręce i zatopiła 

palce w jego włosach, pragnąc, by nigdy nie przerywał pieszczot. Nikt jej nie 
mówił, jak cudowny może być dotyk mężczyzny.

Udało jej się rozpiąć ostatni guzik jego bryczesów. Zaczęła gładzić twardą 

wypukłość jego męskości i teraz to Michael poczuł się usidlony.

Wziął jej dłoń w swoją i spojrzał na nią.

- Isabel - szepnął. Jej imię nigdy nie brzmiało tak pięknie. Zanurzył głowę 

w jej włosach, które rozsypały się luźno na poduszce, i zaczął szeptać jej do 
ucha, co chciałby, żeby zrobiła. Wziął jej dłoń i pokazał jej, jak ma go dotykać.

Policzkiem dotykała jego szyi, na której wyczuwała podwyższony puls 

jego serca, którego bicie dorównywało jej własnemu. Ich ciała były skąpane w 
złotej poświacie.

background image

Usta Michaela odszukały jej usta. Zaczął gładzić jej plecy i zsuwać suknię 

z bioder. Dotknął jej najintymniejszego miejsca, a ona odkryła, że to przyjemne. 
Jej mąż wiedział, czego jej było trzeba.

Nadszedł czas.

Michael   usiadł   na   brzegu   łóżka   i   zaczął   zdejmować   buty.   Isabel   bez 

zahamowań szybko pozbyła się halek, podwiązek i pończoch. Położyła się na 
plecach   na   łóżku   i   obserwowała   swojego   męża,   który   właśnie   zdejmował 
koszulę przez głowę.

Był   potężny   i   silny.   Miał   pięknie   wyrzeźbione   mięśnie.   Zycie   go 

zahartowało  i zostawiło   na jego  ciele  szereg  blizn, które czyniły  go  jeszcze 
bardziej męskim. Odnosiła wrażenie, że będzie potrafił się o nią zatroszczyć, że 
będzie ją bronił przed światem i zrobi to z takim samym zaangażowaniem, z 
jakim ona będzie o niego dbała.

Isabel wyciągnęła rękę, żeby dotknąć bandaża, zawiniętego w poprzek 

jego   klatki   piersiowej.   Jego   biel   odcinała   się   od   opalonej   skóry.   Jeśli   rana 
utrudniała mu jeszcze ruchy, to nie dawał tego po sobie poznać.

Michael   wstał,   żeby   zdjąć   bryczesy,  a   potem  spojrzał   na   nią.  W   jego 

oczach było tyle pragnienia, że Isabel poczuła się niezmiernie dumna, że ten 
mężczyzna należał teraz do niej. Uklękła na łóżku, żeby go pocałować, a on 
pogładził jej włosy, potem pogłaskał jej plecy i delikatnie położył ją z powrotem 
na łóżku, nakrywając ją swym ciałem.

Przyjemnie   odczuwała   ten   ciężar   na   sobie,   a   zrobiło   się   leszcze 

przyjemniej, kiedy wsunął się pomiędzy jej uda. Nagle poczuła, że niczego tak 
nie pragnie, jak tego, by ich ciała złączyły się w cudownym akcie jedności, ale 
Michael zawahał się.

- Nie chciałbym sprawić ci bólu - powiedział.

- Nie sprawisz - szepnęła.

I tak też się stało.

Wszedł   w   nią   gładko,   płynnym   ruchem   i   tylko   przez   krótką   chwilę 

poczuła drobny dyskomfort. To, co czuła wewnątrz, było lak inne od tego, czego 
się   spodziewała.   Wygięła   ciało   w   łuk,   żeby   dopasować   się   do   niego   i   było 
wspaniale.

- Isabel?

background image

Uśmiechnęła   się,  tak  przepełniona   miłością,  że  z   pewnością   musiał   to 

wyczuć. Dotknęła jego włosów na skroniach, a on zaczął się w niej miarowo 
poruszać.

Gdzieś głęboko w niej obudziła się tęsknota za czymś, czego jeszcze nie 

całkiem   rozumiała.   Jej   ciało   odpowiadało   na   jego   pchnięcia   i   sama   nie 
wiedziała, jak to się stało, że zaczęła szeptać:

- Jeszcze… - Chciała więcej i więcej.

Słowo to nabrało teraz zupełnie innego znaczenia.

Bliskość   z   tym   mężczyzną   była   tym,   czego   Isabel   pragnęła   i   czego 

poszukiwała.

Michael, mężczyzna, który zawsze zdawał się nad sobą panować, teraz 

stał  się  bezsilny   wobec swoich   pragnień,  podobnie  jak ona.  Poruszali  się  w 
jednym, wspólnie odnalezionym rytmie, jakby tańczyli.

Michael szeptał jej, jaka jest piękna, jak wyjątkowa i cudowna. Isabel 

poczuła, że płonie…

Ekstaza ogarnęła ją znienacka.

Wykrzyczała jego imię i wpiła się w niego.

Michael wiedział, co czuła. Jego pchnięcia stały się silniejsze, głębsze… 

Aż   wreszcie   przyszło   spełnienie.   Czuła   to   wyraźnie.   Wtuliła   się   w   niego   i 
chciała, żeby tak trwali na zawsze.

Do   oczu   napłynęły   jej   łzy   szczęścia   i   zachwytu   nad   cudem,   jakiego 

zaznała. Teraz zrozumiała, co to znaczy. Stali się jednością.

Michael odprężył się i opadł obok niej na łóżku i przyciągnął Isabel do 

siebie. Była wyczerpana. Zrobiło się jej chłodno i on musiał poczuć to samo, bo 
naciągnął na nich prześcieradło.

Leżąc na nim, czuła się ospała niczym kotka. Oparła głowę na jego piersi 

i   wsłuchiwała   się   w   bicie   jego   serca.   Nigdy   nie   czuła   tak   przyjemnego 
zmęczenia.   Michael   pocałował   ją   w   czubek   głowy   i   objął   zaborczo   w   talii. 
Uśmiechnęła się do migoczącego płomienia świecy stojącej na szafce nocnej.

- Czy zawsze tak jest? - odważyła się wreszcie zapytać.

- Nigdy nie było tak jak teraz - odparł.

background image

Poczuła satysfakcję. Uniosła głowę, a jej włosy rozsypały się jak zasłona 

na jego piersi.

- Nigdy?

- Nigdy - potwierdził. - Nigdy wcześniej. 

Pocałował miejsce, w którym jej szyja spotykała się z ramionami. To było 

szczególnie wrażliwe miejsce.

Wewnątrz niej zadrgały mięśnie, o których istnieniu nie miała pojęcia.

- A czy możemy  zrobić to jeszcze raz? - zapytała, domyślając się już 

odpowiedzi, gdyż jego męskość zaczęła dumnie podnosić głowę.

- Tyle razy, ile tylko pani zechce, pani Severson - obiecał jej i poruszył 

biodrami tak, że znowu się w niej znalazł.

-   Zrobimy   to   teraz?   -   Zabrakło   jej   tchu,   kiedy   to   mówiła.   Mimo   to 

spróbowała sama poruszyć biodrami.

Reakcja jej męża była natychmiastowa.

- Słodki Jezu, tak… - powiedział.

I zrobili to znowu.

Michael nie chciał już nigdy opuszczać tego pokoju w zajeździe.

Isabel była dla niego niczym opium. Im więcej jej smakował, tym bardziej 

jej pragnął.

Kochali się bez przerwy i przestali odróżniać dni od nocy. Istnieli tylko w 

przestrzeni   czterech   ścian   swojego   pokoju   i   cały   świat   mógłby   się   teraz 
skończyć, a Michael czuł, że nie obeszłoby go to wcale. Miał swoją Isabel, a ona 
była dla niego wszystkim.

Kiedy   spała,   leżał   obok   niej   i   nie   mógł   zmrużyć   oka,   tylko   się   jej 

przyglądał.   Kosmyki   włosów   oplatały   jej   szyję   i   kładły   się   na   policzku. 
Wyglądała   tak   młodo,   tak   niewinnie   i   czysto.   Jego   żona   dawała   mu   siebie 
bezwarunkowo, nie czekając na nic w zamian i to było dla niego tak urzekające. 
Jej hojność budziła w nim szlachetne odruchy. Chciał być dla niej mężczyzną, o 
jakim marzyła. Isabel nie była zbyt ufna, ale jemu zaufała.

background image

Michael mógłby zostać w tym pokoju już na zawsze. A przynajmniej tak 

myślał.

Trzeciego   dnia   ich   miesiąca   miodowego   zbudził   się   w   środku   nocy   i 

zauważył, że leży sam w łóżku. Usiadł wystraszony i nie uspokoił się, dopóki 
nie zobaczył Isabel siedzącej  w fotelu przy oknie, ubranej w jego koszulę i 
wpatrującej się w nocne niebo.

- Co ty tam robisz? - zapytał.

Isabel odwróciła głowę, a jej twarz znalazła się w cieniu.

-   Byłeś   niespokojny.   Musiało   ci   się   śnić   coś   złego.   Początkowo 

próbowałam   cię   zbudzić,   ale   potem   zdecydowałam,   żeby   zostawić   cię   w 
spokoju.

Nie przypominał sobie snu.

- Mówiłem coś przez sen?

Isabel podkurczyła nogi i objęła rękoma, przyciskając je do piersi.

- Co mówiłem? - powtórzył.

- Wołałeś Alettę - powiedziała. - Kiedy po postrzale walczyłeś o życie, w 

malignie rozmawiałeś z nią, jakby była przy tobie w jednym pokoju.

Michael opuścił nogi z boku łóżka.

- Co takiego mówiłem?

- Nic, co mogłabym zrozumieć. - Zabujała się na fotelu, zanim zebrała się, 

żeby zadać następne pytanie. - Myślisz, że kiedyś uda ci się o tym zapomnieć?

Nie miał pewności, czy chciał teraz o tym rozmawiać.

- Zapomnieć o czym?

- O jej śmierci.

Michael oparł głowę na rękach i nie odpowiedział.

-   Jeśli   nigdy   nie   dowiesz   się,   kto   zamordował   tę   kobietę,   to   czy 

kiedykolwiek zaznasz spokoju? - odezwała się Isabel.

background image

- Nie. - Spojrzał na nią, żałując, że nie może być inaczej, i że ona ma 

swoją rolę w tym dramacie.

Nastawił   się,   że   wykorzysta   ją   dla   swoich   potrzeb,   ale   teraz   intuicja 

podpowiedziała mu, że to może stanąć między nimi niczym mur. Isabel była 
zbyt krucha i zbyt dobra, żeby być częścią tej gry przeciwko Elswickowi.

Ale   czy   mógł   teraz   cokolwiek   zmienić?   Już   wybrał   swoją   drogę. 

Pozostawało   mu   jedynie   mieć   nadzieję,   że   uda   mu   się   Isabel   ochronić. 
Przyglądała mu się przez chwilę, zanim się odezwała.

- Tak też myślałam.

- Gdyby była jakaś inna możliwość, to bym ją wybrał - odparł. - Ale nie 

martw się. Wszystko będzie dobrze.

Isabel   uśmiechnęła   się   do   niego,   a   światło   księżyca   odbiło   się   w   jej 

oczach.

- Tak. - Opuściła stopy na podłogę i wstała z fotela. - Jutro jest niedziela. 

Pan Oxley będzie oczekiwał nas w kościele.

Michael rzadko bywał w kościele, nie był pobożnym, zwłaszcza od czasu, 

kiedy   Bóg   wiedział,   w   jaką   grę   postanowił   grać.   Ale   mógł   poświęcić   się   i 
przynajmniej tyle dać Isabel.

- Oczywiście pójdziemy - powiedział.

Państwo Oxleyowie ucieszyli się bardzo na widok młodych na niedzielnej 

mszy. Simon, dzwonnik i świadek na ich ślubie, mrugnął porozumiewawczo do 
Michaela, kiedy ich zobaczył. Michael mrugnął do niego w odpowiedzi. Isabel 
przyjrzała się podejrzliwie jednemu i drugiemu mężczyźnie, ale nie poczuła się 
urażona.

Michael   uznał,   że   pójście   do   kościoła   nie   było   wcale   takim   złym 

pomysłem. Pastor wygłosił mądre kazanie. Fragmenty czytane z Biblii też były 
ciekawe, wszyscy entuzjastycznie, chociaż nieco fałszywie śpiewali pieśni.

Michael nie uczestniczył w ceremonii tak czynnie jak jego żona. Jego 

umysł analizował coś zupełnie innego. Rana się zagoiła, więc podjął stanowczą 
decyzję: Najwyższy czas wracać do Londynu.

background image

Kiedy powiedział o tym Isabel, nie protestowała. Podała mu dłoń w geście 

zaufania. Michael obiecał sobie, że nie pozwoli, żeby stała się jej jakakolwiek 
krzywda. Ostatni dzień w zajeździe spędzili w taki sam sposób jak poprzednie, 
kochając się.

Tylko że tym razem dla niego przyjemność miała słodko-gorzki smak. 

Był mężczyzną, który wierzył w wyrównywanie porachunków. I wiedział, że 
właśnie teraz nadszedł na to czas.

Przysiągł sobie, że będzie chronić Isabel za wszelką cenę.

Następnego ranka wyjechali do Londynu.

Michael powiedział Isabel, że podróż będzie trwała dwa dni. Biorąc pod 

uwagę fakt, że Haddon prawdopodobnie tonie w stercie papierów i rachunków, i 
będzie chciał zepchnąć je wszystkie na Michaela, nie powinni się wcale spieszyć 
z powrotem.

- On potrafi czytać? - zapytała.

Haddon   wrócił   do   Londynu   faetonem,   a   większy   powóz   zostawił   dla 

małżonków.   Przestronność   powozu   była   jednak   kwestią   względną.   Kiedy 
Michael do niego wsiadł i zajął większość miejsca, zaraz zrobiło się przytulniej. 
Isabel to jednak wcale nie przeszkadzało.

- Oczywiście - odpowiedział Michael, spoglądając na kartę, którą właśnie 

wziął. Postanowili umilić sobie czas podróży grą w karty. - On tylko nie lubi 
kalkulacji i targowania się. Uważa, że Indianie są dobrymi negocjatorami tylko 
wobec swoich, a z obcymi on nie umie robić interesów i pewnie ma rację.

- Czy on uważa siebie za Indianina? - zapytała zaciekawiona, bo sama go 

tak nie postrzegała.

- Haddon uważa siebie za Shawnee, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z 

tego, że w połowie jest biały. - Michael spojrzał ponad kartami na Isabel. - 
Musisz to zrozumieć, że Shawnee uważają, że istnieją Indianie i Shawnee, czyli 
elita.

- Ale wychowywał się u ojca, prawda?

background image

Michael wyłożył swoje karty, wygrywając gładko tę partię.

- Mieszkał razem z ojcem do czasu, kiedy ten okazał się zdrajcą. Wtedy 

Alex wrócił do plemienia swojej matki. Isabel, pozwól, że cię ostrzegę. Alex nie 
mówi zbyt wiele o swoim ojcu, bo w jego sercu ten człowiek już umarł.

- Żałuję, że nie potrafię postąpić tak samo. - Isabel zebrała   wszystkie 

karty, zapominając o grze. - Każdy obrót koła przypomina mi, że jesteśmy w 
drodze   do   Londynu.   W   każdej   chwili   mogę   tam   wpaść   na   swojego   ojca. 
Powinnam być taka jak Haddon. 

Michael położył dłoń na jej udzie.

- Nie sądzę, żebyś potrafiła być taka, a i Haddon nie wydaje mi się, żeby 

naprawdę wymazał z pamięci swojego ojca. Wiem, co mawiają księża, ale nie 
zgadzam się z tym, że człowiek został stworzony po to, żeby zapominać. Ja z 
pewnością nie.

- Nie, Michael, zostaliśmy stworzeni po to, żeby wybaczać - poprawiła 

go.

- Wybaczyłaś swojemu ojcu?

Isabel oparła się w kącie powozu.

- Chciałabym tylko, żeby zdawał sobie sprawę z mojego istnienia. Czy to 

tak wiele?

- Dla niektórych ludzi to wiele. - Schował karty do drewnianego pudełka. 

- Z drugiej strony ja bym chciał mieć wszystko i wydaje mi się, że ty też…

- Nie. Już się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że nie chcę 

od niego zbyt wiele.

- To dobrze, bo pewnie wiele nie dostaniesz. 

Powiedział to z taką pewnością, że przyszło jej coś do głowy.

- Znasz markiza Elswicka?

Przez ułamek sekundy zdawało jej się, że Michael czymś się wykręci, ale 

nagle odparł lekkim tonem:

- Wszyscy go znają. To człowiek o wielkich wpływach. 

background image

Oczywiście. Isabel przytaknęła, ale w jego głosie usłyszała coś innego.

-   Powinnam   się   chyba   z   tym   pogodzić,   prawda?   -   powiedziała   z 

namysłem. - Będę musiała wybaczyć. Co ciekawe, jego syn także był związany 
z tą aktorką, o której zamordowanie oskarżyli ciebie. To mój przyrodni brat. 
Michael, myślisz, że on mógł być w to zamieszany?

-   Za   dużo   na   ten   temat   rozmyślasz,   Isabel.   -   Wziął   ją   w   ramiona.   - 

Zapomnij o Elswicku. Mężczyzna, którego powinnaś uznawać za ojca, to ten, 
który cię wychował. Ja tak uważam. 

Jej ojczym? Isabel pokręciła głową.

- On nigdy się o mnie nie troszczył.

- Ale cię utrzymywał. A to więcej niż zrobił pan Elswick. 

To była prawda, ale nadal coś się w niej burzyło na myśl o przyznaniu jej 

ojczymowi jakichś zasług. Ona chciała, żeby jej prawdziwy ojciec się do niej 
przyznał. Jej prawdziwy ojciec, z którym będzie się musiała spotkać… 

Michael posadził ją sobie na kolanach.

-   Nie   myśl   teraz   o   tym,   Isabel   -   powiedział.   -   Nie   denerwuj   się 

niepotrzebnie.

- To dla mnie ważne…

Nie   dał   jej   dokończyć,   bo   zamknął   jej   usta   pocałunkiem,   długim   i 

niespiesznym. Ale Isabel nie była jeszcze gotowa, żeby sobie odpuścić.

- Michael, przedstawisz mnie markizowi Elswickowi, dobrze?

Michael spojrzał na nią, jakby coś mu ciążyło na duszy, a potem wzruszył 

ramionami.

- Isabel, mam teraz inne sprawy na głowie.

- Jakie?

Przesunął ją tak, żeby usiadła okrakiem na jego kolanach i wtedy poczuła 

jego naprężoną męskość. Chciał się z nią kochać. Jego palce zawędrowały do 
zapięcia na plecach jej sukni.

W pierwszej chwili była zaszokowana, ale zaraz ją to zainteresowało.

background image

- Woźnice się dowiedzą - szepnęła.

- Że kocham się ze swoją piękną żoną? Jeśli są mężczyznami, to będą na 

to liczyć. - Mówiąc to, rozpiął jej suknię. 

Isabel zarumieniła się ze złości, ale po chwili już nie protestowała, kiedy 

Michael   zasłonił   okna   w   powozie.   Wydało   jej   się   to   takie   perwersyjne…   a 
jednocześnie   podniecające.   Michael   wkroczył   w   jej   życie   i   zmienił   w   nim 
wszystko.

Odnalazła guziki w jego bryczesach i tym razem rozpięła je z łatwością 

eksperta. Jej mąż całował jej szyję i ucho, a jedną dłonią złapał ją za pierś, 
wiedząc, że bardzo to lubiła.

Nie rozebrali się całkowicie. Nie było takiej potrzeby. Siedząc okrakiem, 

Isabel pozwoliła mężowi wejść w nią głęboko. Kołysanie powozu tylko dodało 
przyjemności   ich   ekscesom.   Michael   zsunął   z   Isabel   górę   sukni   i   przywarł 
ustami do jej piersi, a ich wspólne ruchy nabrały intensywności.

Isabel przestała już myśleć o woźnicach. Jej mąż miał moc sprawczą, i 

myślała tylko o nim. Ich namiętność przezwyciężała wszystkie problemy.

A kiedy skończyli, kiedy wtulili się w siebie, rozkoszując się doznaniami, 

Isabel pomyślała, że jest najszczęśliwszą kobietą na ziemi.

Michael   objął   ramionami   swoją   rozkochaną,   senną   żonę   i   nie   chciał 

myśleć o Elswicku.

Muskając ustami czubek jej głowy, z przyjemnością wdychał zapach jej 

włosów i postanowił zignorować wyrzuty sumienia, za to przyrzekł sobie, że 
wszystko  będzie  dobrze.  Będzie   się  opiekował Isabel  i  lepiej, żeby  niebiosa 
miały w swojej opiece Henry'ego i Elswicka, jeśli okaże się, że to oni zabili 
Alettę Calendri.

Tego   wieczoru   zatrzymali   się   na   noc   we   wspaniałym   zajeździe   i   nad 

ranem   następnego   dnia   wyruszyli   w   dalszą   drogę.   Ich   powóz   zajechał   do 
Londynu późnym wieczorem.

Kiedy ostatnim razem Isabel opuszczała Londyn, była skompromitowana. 

Teraz wracała w stylu, jaki znały tylko księżne.

- Będziesz musiała kupić sobie nową garderobę - powiedział Michael.

Rzuciła okiem na swoją brązową suknię dzienną, uświadamiając sobie jej 

nieodpowiedniość. Michael czytał w jej myślach.

background image

- Jesteś piękna - szepnął jej do ucha. - Poza tym, wolę cię nago.

- To by było trochę dziwne, gdybym nago wybrała się na zakupy.

Zaśmiał się.

- Nie musisz tego w ogóle robić - poinformował ją. - Chociaż moja służba 

nigdy nie musiała pracować dla kobiety, Bolling, mój kamerdyner, zaspokaja 
większość   moich   potrzeb.   Możecie   porozmawiać   i   możesz   go   poprosić,   o 
cokolwiek zechcesz. 

-   Carte   blanche?   -   zapytała   figlarnie.   Uchwycił   dwuznaczność   tego 

pytania.

- Oczywiście - odparł pobłażliwie.

Powóz wjechał w jedną z najbardziej eleganckich ulic dzielnicy Mayfair. 

Domy   przy   niej   były   nowe.   Ich   wapienne   fasady   były   jeszcze   nienaruszone 
zębem czasu.

Powóz zatrzymał się przed wielkimi drzwiami koloru zgniłej zieleni z 

miedzianymi okuciami. Wejście było okazałe.

Michael otoczył ramieniem talię Isabel i uścisnął ją lekko.

- Witaj w domu, pani Severson.

Nawet w najśmielszych swoich marzeniach Isabel nie wyobrażała sobie 

tego momentu. Czuła się zupełnie tak, jakby została królową.

Woźnica   otworzył   przed   nimi   drzwi   powozu.   Kiedy   wysiedli,   drzwi 

frontowe   stanęły   otworem.   Bolling   był   wysokim,   szczupłym   mężczyzną   z 
haczykowatym nosem i znużoną miną człowieka, który zna swoje obowiązki. 
Czyli wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać kamerdyner. Był ubrany 
na czarno, co było stosowne dla jego pozycji.

- Witaj, Bolling - powiedział Michael.

- Witam w domu, sir.

- Dobrze jest wrócić - powiedział Michael, wprowadzając Isabel do domu. 

Hol miał kształt koła, a z sufitu zwisał ogromny żyrandol z brązu i kryształów. 
Na białej marmurowej posadzce nie było żadnych dywanów, a wszystkie wnęki 
w ścianach  były puste. Jedynymi  meblami  był fotel stojący przy drzwiach i 
stolik na kapelusze i świece.

background image

- To jest moja żona - przedstawił Michael Isabel.

Bolling ukłonił się.

- Pan Haddon poinformował nas, że nie wróci pan sam. Bardzo miło mi 

panią powitać, pani Severson.

Isabel skinęła głową, świadoma swoich nowych obowiązków, nie mogąc 

doczekać się, kiedy obejrzy cały swój nowy dom.

Jednakże Bolling jeszcze nie skończył.

- Ma pan gościa, sir. Kogoś, z kim chciał się pan szczególnie spotkać.

Michael zmarszczył brwi.

- Kto mógł wiedzieć, że wracam?

W tej chwili otworzyły się drzwi i stanął w nich mężczyzna średniego 

wieku, chociaż jego mina robiła wrażenie, jakby był starszy niż świat. Jego ostre 
spojrzenie błyskawicznie zmierzyło Isabel w tak opryskliwy sposób, że aż jej 
zabrakło tchu.

Jej mąż całkowicie zmienił postawę. Stanął pomiędzy Isabel a gościem w 

wyraźnie walecznym nastroju.

Obaj mężczyźni zmierzyli się wzrokiem i pierwszy odezwał się gość.

- Co, do jasnej cholery, pan wyprawia?

- Zwracam pańską uwagę.

- No to się panu udało. Musimy porozmawiać. - Gość odwrócił się na 

pięcie i wszedł z powrotem do salonu.

Michael bez wahania wydał polecenie kamerdynerowi:

-   Bolling,   zaprowadź   panią   Severson   na   górę,   do   mojej   sypialni.   Za 

chwilę tam przyjdę.

Ale Isabel wiedziała, że już przestał o niej myśleć. Wszedł do salonu i 

zamknął za sobą drzwi. Całe zadowolenie Isabel znikło.

- Tędy, madame - powiedział Bolling, ruszając na górę po schodach.

background image

Isabel nie ruszyła się z miejsca.

- Kim jest ten dżentelmen? - zapytała.

Bolling   zawahał   się   i   spojrzał   na   drzwi   do   salonu.   Isabel   powtórzyła 

pytanie, dodając swoim słowom stanowczości pani domu.

- Kto to jest?

- Markiz Elswick.

Gdyby teraz Bóg spuścił na nią swoją karzącą rękę, nic byłaby bardziej 

oszołomiona. Ten opryskliwy mężczyzna był jej ojcem?

To, co ją jeszcze bardziej zadziwiło, to fakt, że go nie rozpoznała. Zawsze 

myślała,   że   będzie   między   nimi   jakaś   więź,   podobieństwo,   które   jej 
podpowiedzą prawdę.

A ten człowiek był dla niej kompletnie obcy.

- Pani Severson, tędy proszę - powiedział Bolling, przypominając jej o 

poleceniu męża.

Ale   Isabel   nie   miała   zamiaru   iść   na   górę.   Całe   życie   czekała   na   ten 

moment i wreszcie ta chwila nadeszła.

Podeszła do drzwi prowadzących do salonu i otworzyła je.

Rozdział 10

Obaj   mężczyźni   byli   tak   zajęci   rozmową,   że   nawet   nie   odwrócili   się, 

kiedy Isabel weszła do salonu. Stali naprzeciwko marmurowego rzeźbionego 
kominka, który wyglądał, jakby nigdy nie płonął w nim ogień.

background image

Markiz mówił ściszonym, ale gniewnym głosem.

- Oczywiście, że tu przyjechałem. Usłyszałem o pańskim małżeństwie, i o 

tym, z kim się pan ożenił. Nic pana nie powstrzyma przed próbą zbliżenia się do 
mnie, żeby mnie zniszczyć, prawda? Jest pan szalony!

- Czasami też tak myślę - odparł Michael. - A pan zrobił wszystko, żeby 

zobaczyć mnie dyndającego na szubienicy. Gdyby nie chodziło panu o ochronę 
Henry'ego, to czy w ogóle by się pan tym przejął?

Isabel przerwała im, chcąc, żeby zdali sobie sprawę z jej obecności w 

pokoju.

- A więc to jest mój ojciec?

Jej   ciche   słowa   były   jak   wystrzały   z   karabinu   przecinające   pokój. 

Obydwaj   mężczyźni   podnieśli   głowy   zaskoczeni.   Gniewny   wyraz   twarzy   jej 
ojca jeszcze się pogłębił i mężczyzna szepnął coś Michaelowi, czego Isabel nie 
usłyszała.

Za nią wszedł do salonu Bolling z przeprosinami.

- Sir, proszę mi wybaczyć. Nie zdawałem sobie sprawy, co pani zamierza 

zrobić, i nie udało mi się jej na czas powstrzymać.

Jej mąż odprawił kamerdynera i zwrócił się do Isabel.

- Isabel, wyjaśnię ci wszystko w swoim czasie, a teraz idź, proszę, na górę 

z Bollingiem.

- Wyjaśnisz wszystko w swoim czasie? - Zatrzasnęła drzwi, a kamerdyner 

wykazał się refleksem, cofając się w porę, by uratować swój nos. - Ten czas jest 
teraz, Michael. Teraz.

Jej ojciec zlustrował ją beznamiętnym wzrokiem. Odziedziczyła po nim 

grube czarne włosy i zadartą brodę. On także miał złote plamki w oczach, ale w 
jego   wyrazie   twarzy   była   opryskliwość   i   całkowite   rozczarowanie   światem, 
które, Isabel modliła się, oby nigdy nie odcisnęło się na jej obliczu.

- Co moja matka w tobie widziała? - Nie zamierzała mówić tego na głos, 

ale słowa wymknęły jej się same.

Elswick uniósł brwi.

- Nawet nie pamiętam, jak wyglądała twoja matka.

background image

Jego słowa jakby wyssały całe powietrze w pomieszczeniu.

Isabel tak się zirytowała, że nie mogła złapać tchu. Miała ochotę wyrwać 

mu ten opryskliwy język. Ruszyła w jego kierunku, ale Michael stanął jej na 
drodze i złapał za ramiona.

Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, i nie zobaczyła w nim już swojego 

męża,   tylko   kogoś   obcego.   Wyrwała   mu   się.   Jeszcze   nie   pojęła   pełni   jego 
zdrady. To wszystko było jeszcze za świeże. Ale wiedziała, że będzie musiała 
zachować między nimi dystans.

I wtedy markiz popełnił błąd. Uśmiechnął się z zadowoleniem.

Isabel zadarła brodę.

- No dalej, Michael, pytaj go. Zapytaj go, czy to on próbował cię zabić.

Markiz był prawdziwie zaskoczony oskarżeniem, które padło z jej ust.

- Zabić? - Uniósł rękę do góry. - Nic o tym nie wiem.

- Tak samo jak nie wie pan nic o tym, że pański syn był w mieszkaniu 

Aletty Calendri tej nocy, kiedy zginęła? - odparł Michael. 

Wyraźnie były to ich stare porachunki.

- Aletta Calendri była dziwką - burknął markiz. - Każdej nocy sypiała z 

wieloma mężczyznami. Wie pan o tym, bo sam pan tam był.

-   Podobnie   jak   Henry.   Tamtej   nocy   pobiliśmy   się   o   nią   -   powiedział 

Michael. - Był wściekły z zazdrości…

-   Tak.   Ponieważ   jego   przyjaciel   sypiał   z   kobietą,   którą   on   kochał   - 

wyjaśnił markiz. - Jego przyjaciel, Severson. Mój syn miał pana za przyjaciela, a 
pan wykorzystał jego zaufanie i go zdradził. Pamięta pan? W tamtych czasach 
liczyło się dla pana tylko zdobywanie. Był pan zbyt zapatrzony w siebie, żeby 
zauważać ludzi, których pan deptał na swojej drodze. Miał pan urok, wygląd, a 
Henry   chciał  pana   we   wszystkim   naśladować.   Nie   słuchał   swojego   ojca   ani 
nikogo rozsądnego. Wiadomość o tym, że każdej nocy, kiedy on wychodził od 
Aletty, pan przychodził na jego miejsce, była dla niego jak cios w plecy.

Markiz spojrzał na Isabel. 

- Widzisz, jakiego człowieka sobie wzięłaś za męża? Moje kondolencje. 

background image

Michael uniósł dłonie, jakby prosił o litość.

- Nie ma dla mnie usprawiedliwienia - przyznał. - Rzeczywiście, wtedy 

myślałem tylko o sobie.

- A teraz się pan zmienił? - wycedził markiz, spoglądając znacząco na 

Isabel.

- Tak - odparł ponuro Michael. - Zmieniłem się.

- Czas to pokaże, prawda? - podsumował markiz i pokręcił głową. - Henry 

był wściekły tamtej nocy, ale to nie morderca. On nie zabił tamtej dziewczyny.

- W takim razie, dlaczego tak usilnie starał się pan obwinie mnie za jej 

śmierć? - zapytał Michael, a Isabel usłyszała w jego głosie, jak bardzo pragnął 
poznać odpowiedź na to pytanie. - Nie pomyślał pan, że sędzia dowie się, że 
przekupił   pan   świadków   przeciwko   mnie?   Albo,   że   sfinansował   pan 
wydrukowanie tych wszystkich pamfletów wskazujących mnie jako winowajcę? 
Dlaczego nie poświęcił mi pan nawet minuty swojego czasu, kiedy wróciłem i 
nie byłem już zagrożeniem dla pana ani dla Henry'ego?

- A czy kiedykolwiek nie był pan zagrożeniem? - odparł markiz. - Henry 

chodził za panem jak pies. Kiedy pańskie oddziaływanie na niego się skończyło, 
Henry stal się przyzwoitym człowiekiem. Zatrudnił się u Casstereagha, który 
twierdzi,   że   Henry   odznacza   się   prawdziwym   talentem   w   dyplomacji.   Nie 
wiadomo, jak wysoko by zaszedł, a wtedy pojawia się pan, zadając pytania, 
węsząc   i   ogłaszając   swoją   niewinność   w   sprawie,   która   już   dawno   została 
zapomniana.

- Ale nie przeze mnie.

-   Tak.   Podejrzewam,   że   pan   nie   potrafiłby   zapomnieć   -   powiedział 

markiz. - Ale teraz, kiedy pan wrócił, ludzie zaczynają łączyć imię Henry'ego z 
pańskim i wywlekają stary skandal, o którym lepiej byłoby zapomnieć.

- Ja nie potrafię tego zapomnieć - powiedział Michael. - Cenię sobie moje 

imię tak samo jak pan swoje.

- Pańskie imię? - Markiz wyrzucił w górę ręce w gniewie. - Zdaje się, że 

tylko pan w swojej rodzinie dokonał czegoś samodzielnie. Z pewnością jest pan 
bardziej przydatny społeczeństwu niż reszta pańskiej hulaszczej rodziny. Pański 
brat udaje nie wiadomo kogo, a nie ma czym zapłacić w sklepie spożywczym. 
Sprzedał już wszystko, co tylko mógł, a uważa się za arystokratę. Daje pan 
wiarę? - Pokręcił nosem z odrazą. - A jak na ironię, pan nie osiągnąłby połowy 

background image

tego,   co   ma   teraz,   gdyby   dalej   szedł   pan   ścieżką   obraną   przez   siebie   przed 
morderstwem. Pewnie teraz siedziałby pan w więzieniu dla dłużników albo i 
gorzej.

Michael milczał, a Isabel wiedziała, że godził się z tymi słowami.

Gniew opuścił markiza, który odezwał się bardziej pojednawczym tonem:

- Nie zamierzam pana obrażać. Ja tylko chcę chronić mojego syna. A to 

nie jest chyba zbrodnią?

-   Nie   -   przyznał   Michael   zawiedzionym   głosem.   -   Ale   skoro   ja   nie 

zabiłem Aletty i Henry tego nie zrobił, więc kto jest za to odpowiedzialny?

- Naprawdę pan tego nie zrobił? - zapytał markiz, jakby nadal nie miał 

pewności.

Michael pokręcił głową.

Markiz zastanowił się chwilę.

-   To   mógł   zrobić   każdy   mężczyzna.   Ona   bawiła   się   wieloma   z   was, 

głupcy. Henry przepuszczał na nią każdego szylinga, a podejrzewam, że i pan 
nie był lepszy.

- Nie miałem pieniędzy, więc nie brała ode mnie niczego.

- Cóż, w takim razie, skoro była taką manipulantką, żeby wykorzystywać 

mężczyzn   dla   pieniędzy,   jednego   po   drugim,   a   potem  oferować   panu   swoje 
wdzięki za darmo, to już rozumiem, skąd to piekło, które się rozpętało. I co za 
perfekcyjny plan miał morderca. Nie tylko zabił ją za jej fałszywą naturę, ale leż 
zemścił się na panu. Fantastyczne.

- Pozwoli pan, że się z nim nie zgodzę? - zapytał oschle Michael.

- Proszę bardzo - odparł markiz. - Na pana miejscu też bym się tak czuł. 

Niestety, prawdopodobnie możemy się nigdy nie dowiedzieć, kto stoi za tym 
zabójstwem. Zbyt wiele czasu upłynęło.

-   Tylko   że   ktoś   próbuje   go   zamordować   teraz   -   powiedziała   Isabel.   - 

Prawdopodobnie to ta sama osoba.

Obaj mężczyźni spojrzeli tak, jakby zapomnieli ojej obecności w salonie.

background image

- Oczywiście, zakładając - kontynuowała - że nikt więcej nie ma powodu, 

żeby chcieć cię zabić. - Sama w tej chwili miała kilka powodów.

- Tak - zgodził się markiz. - Oczywiście, jeśli te ataki na pańskie życie są 

powiązane z Alettą, to jedyne, co panu pozostaje, to czekać. Morderca sam pana 
odnajdzie. - Markiz ruszył w stronę wyjścia. - Tak czy inaczej, ja się w to nie 
mieszam. Wszystkiego dobrego, Severson. Pewnie zaciekawi mnie, czym się to 
wszystko zakończy.

- Jeszcze jedno pytanie, lordzie - powiedział Michael. Markiz zatrzymał 

się. - Skąd pan wiedział, kiedy czekać na mój powrót do domu?

- Moi szpiedzy są wszędzie - odparł arogancko markiz. - Niewiele rzeczy 

może pan zrobić w tym mieście, żebym się o nich nie dowiedział. Zawsze dbam 
o swoje interesy. - Obrzucił Isabel krótkim spojrzeniem i odwrócił się. - Do 
widzenia. - Otworzył drzwi i wyszedł z salonu.

Słyszeli,   jak   prosi   kamerdynera   o   swój   kapelusz.   Isabel   ze   swojego 

miejsca widziała jeszcze markiza, jak wychodził, zatrzaskując za sobą drzwi.

Ona i Michael zostali sami.

Zaledwie   parę   minut   temu   jej   życie   kręciło   się   wokół   niego,   a   teraz 

zastanawiała się, jak mogła być tak ślepa.

Niepewnym   ruchem   rozwiązała   tasiemkę   czepka.   Zdejmując   go, 

przyjrzała mu się i zobaczyła w nim wyblakłe, niemodne i głupie wspomnienie 
kobiety, która nie była zbyt mądra.

- Przez cały czas wiedziałeś, kto jest moim ojcem.

- Isabel…

- Wiedziałeś?! - zapytała ostro.

- Tak. Riggs mi powiedział.

-   Więc   wtedy   zdecydowałeś   się   na   moją   stawkę?   -   powiedziała, 

przypominając mu o ich pierwszej rozmowie.

Nic nie powiedział.

Wolała patrzeć na żółte tasiemki zwisające z czepka niż na męża. Czuła 

się całkowicie pusta w środku. Jej ciało było jednością z jego ciałem, ufała mu. 

background image

Nie mogła uwierzyć w to, że tak łatwo dała się oszukać. Nawet odrzucenie przez 
ojca nie bolało tak bardzo jak dwulicowość Michaela.

Bolling pojawił się w drzwiach.

- Czy potrzebuje pan czegoś, sir? - zwrócił się do Michaela.

- Nie, Bolling. Zamknij drzwi.

-   Tak,   proszę   pana   -   powiedział   kamerdyner   i   zaczął   się   wycofywać, 

zamykając drzwi, ale Isabel nagle poczuła, że musi uciec. Ruszyła do drzwi i 
przemknęła obok Bollinga. Ale kiedy znalazła się w holu, zdała sobie sprawę, że 
nie ma dokąd pójść.

- Chcę iść do mojego pokoju - poinformowała Bollinga. Musi uciec od 

Michaela, wtedy będzie w stanie się zastanowić i podjąć decyzję.

-   Isabel,   musimy   porozmawiać   -   powiedział   Michael,   ale   ona   już 

wchodziła na górę po schodach, nie czekając nawet na kamerdynera.

Natychmiast usłyszała za sobą kroki Michaela.

Rzuciła okiem za siebie i zobaczyła, że jest tuż za nią. Rzuciła mu czepek 

w twarz, podciągnęła  suknię i wbiegła  po schodach,  a potem rzuciła  się do 
pierwszych napotkanych drzwi, które zamknęła za sobą.

Od wewnątrz nie było żadnej zasuwki, więc nie miała innego wyboru, jak 

tylko   zablokować   drzwi   własnym   ciałem.   Była   na   tyle   rozgniewana,   że 
wierzyła, iż jej się to uda.

Oparła się plecami o drzwi. Zobaczyła, że jest w pokoju, którego ściany 

mają   kolor  kości  słoniowej  i, poza  łóżkiem  i fotelem nie  ma   w nim  mebli. 
Wszystko wyglądało tu na nowe. Pościel i zasłony miały kolor błękitnego nieba, 
a   dywan   miał   ten   sam   odcień   kości   słoniowej   co   ściany.   To   był   pokój 
wypoczynkowy, który doskonale odpowiadał jej gustowi.

Klamka drgnęła, a Isabel zaparła się piętami o podłogę. Michael przestał 

napierać, kiedy wyczuł jej opór.

- Musimy porozmawiać - powtórzył przez szczelinę w drzwiach.

Isabel spojrzała na sufit, zauważając gipsową sztukaterię. Nie miała mu 

nic do powiedzenia… ale po chwili przyszła jej do głowy okropna myśl.

background image

- Powiedz mi, Michael… - Jej głos brzmiał nadzwyczaj spokojnie, mimo 

łez, które w niej wzbierały. - Teraz, kiedy już wiesz, że markiz nie miał nic 
wspólnego   z   zabójstwem,   co   zamierzasz   zrobić?   Przedsięwziąłeś   drastyczny 
krok, żeniąc się ze mną, a wszystko to na marne.

Po drugiej stronie drzwi zapanowała cisza. Isabel wyczuła zapach jego 

mydła do golenia i oparła policzek o drzwi. Była zdruzgotana.

-   To   nie   tak   -   powiedział   cicho.   -   Isabel,   wpuść   mnie   do   środka. 

Porozmawiajmy.

- Wiedziałeś, że on tu będzie czekał na nasz przyjazd?

- Nie - odparł tak cicho, że ledwo go usłyszała. - Nie miałem pojęcia. 

Zaskoczył mnie.

-   Ale   i   tak   zamierzałeś   poinformować   go   o   naszym   małżeństwie?   - 

dociekała.   -   Wcześniej   czy   później   stałabym   się   twoją   kartą   przetargową… 
Mimo że mówiłam ci, że on się mną nie przejmuje. - Boże, jak te słowa bolały. 
Musiała zacisnąć zęby, żeby zachować siłę.

- Wchodzę. Porozmawiajmy w cztery oczy.

- Nie jestem na to gotowa.

- To nie ma  znaczenia. Muszę  z tobą porozmawiać.  - Michael  pchnął 

drzwi.

Nie była w stanie go powstrzymać, ale nie chciała go oglądać. Nie teraz, 

kiedy cierpiała tak bardzo.

Odeszła od drzwi i stanęła przy oknie, które wychodziło na ulicę. Drogi 

były wybrukowane, a na środku skrzyżowania znajdował się śliczny kwietnik. 
Isabel złapała się jedwabnej zasłony i trzymała się jej mocno. Wszystko, byle się 
tylko nie rozsypać.

Michael wszedł i zamknął za sobą drzwi. Czuła, że na nią patrzy.

- Powinienem był ci powiedzieć.

To była ostatnia rzecz, którą powinien był zrobić.

- Na początku to miało dla mnie sens - powiedział. - Ożenię się z tobą, a 

Elswick  uświadomi   sobie,  że   nie  może  mnie  zignorować.  -  Przerwał,  a  ona 
mogła sobie wyobrazić, jak palcami przeczesuje włosy, w sposób, w jaki to 

background image

robił, gdy się nad czymś zastanawiał. - Wszystko się pogmatwało - wyznał. - 
Straciłem   z   oczu   to,   co   ważne.   Od   chwili,   kiedy   zobaczyłem   cię   po   raz 
pierwszy, zapragnąłem cię tak jak jeszcze żadnej kobiety.

Musiała na niego spojrzeć. Cieszyła się, że jeszcze się nie rozpłakała.

- Mężczyźni zawsze pożądali kobiet w ten sposób, na zawsze.

- Tak, na zawsze - zgodził się, akcentując ostatnie słowo.

- Chcesz mi przypomnieć o naszej przysiędze małżeńskiej? - zapytała, nie 

dowierzając. - Wybacz, ale nie chcę teraz o tym myśleć. W końcu i tak jestem w 
pułapce, prawda? - Nie próbowała ukryć goryczy. 

Michael zacisnął zęby.

- Wydawało mi się, że nasze małżeństwo się sprawdza…

- Dlaczego? Bo sądziłeś, że twój podstęp zadziała? Albo dlatego, że ty 

zyskiwałeś na nim wszystko, a ja nic?

Cofnął się, jakby go spoliczkowała.

Isabel odwróciła się do niego plecami i udawała, że wygląda przez okno, 

chociaż nie byłaby w stanie powiedzieć, co było na zewnątrz, gdyby ją ktoś 
zapytał.

Michael nadal naciskał.

-   Kiedy   zostałem   postrzelony,   ta   gra   się   zmieniła,   Isabel.   Byłaś   taka 

dzielna i ocaliłaś mi życie.

Nie. Nie chciała teraz tego wspominać.

- Ożeniłem się z tobą, ponieważ byłaś szlachetna - ciągnął. - I poślubienie 

ciebie   było   dla   mnie   sprawą   honoru.   Oskarżaj   innie,   o   co   chcesz,   ale   mam 
wrażenie, że nasze małżeństwo sprawiało ci radość. Byłaś szczęśliwa, dopóki 
nie weszłaś do lego domu i nie zobaczyłaś swojego ojca.

- On nie jest dla mnie ojcem - stwierdziła bezwzględnym, zimnym tonem, 

zła na Michaela, że ośmielił się powiedzieć coś takiego.

Natychmiast spostrzegł, że popełnił błąd. 

background image

- Wiem to teraz. Przepraszam, że przeze mnie musiałaś z nim rozmawiać. 

Ale, Isabel, zrozum, że ja musiałem dowiedzieć się prawdy.

Nie chciała słuchać przeprosin. Nie tego potrzebowała. Powoli spojrzała 

w twarz Michaelowi.

- Ufałam ci - szepnęła - a to wszystko okazało się wielkim oszustwem.

- To nie było oszustwo - odparł gwałtownie. Ośmielił się zrobić krok w jej 

stronę. - Bądź na mnie zła, Isabel, krzycz, wściekaj się i rzucaj przedmiotami. 
Bądź dla mnie brutalna, jak tylko zechcesz, ale nie myśl nawet przez sekundę, 
że cię nie szanuję i nie podziwiam. Nasz związek był wyjątkowy… - Przerwał, 
jakby zdał sobie sprawę ze znaczenia tych słów. - Nie możesz go tak zwyczajnie 
przekreślić.

-   To   nie   ja   go   przekreśliłam.   To   ty   sprawiłeś,   że   uwierzyłam   w   to 

wszystko,   chociaż   nie   chciałam.   A   teraz   nie   mogę   już   w   nie   wierzyć.   A   z 
pewnością nie w ciebie.

Wyglądał na nieszczęśliwego, jakby przyjął na siebie całą winę.

Jeszcze chwila, a wybuchnęłaby płaczem, ale duma nie pozwalała jej na 

to. Duma była jedyną rzeczą, jaka jej jeszcze została.

- Nie kocham cię - powiedziała ze ściśniętym gardłem. - Sprzedałam się, 

poślubiając ciebie.

- Nie sprzedałaś się…

- Tak, zrobiłam to - powiedziała, przerywając mu. - Bałam się, że będę 

musiała żyć samodzielnie, a nic, czego się sama podejmowałam, nie wyszło. I 
wtedy, kiedy osiągnęłam już dno i byłam przerażona, wtedy pojawiłeś się ty ze 
swoją   propozycją.   Przyjęłam   ją   i   mogę   powiedzieć,   że   Aletta   Calendri   była 
mądrzejsza ode mnie. Ona nie pozwoliła złapać się w pułapkę.

- Nie jesteś w żadnej pułapce. - Podszedł, a jego gniew był coraz większy. 

Najwyraźniej nie podobało mu się takie bezduszne traktowanie go. - Przyszłaś 
do mnie z własnej, nieprzymuszonej woli.

- A teraz tego żałuję - odparła. 

Jego gniew sięgnął zenitu.

- Chcesz unieważnienia? O to ci chodzi?

background image

Czy  o to jej chodziło? Isabel nie wiedziała. Czuła się tak, jakby była 

zupełnie rozdarta, a jej ból leżał przed nią jak coś namacalnego i on by go 
zobaczył, gdyby tylko zechciał spojrzeć. Ale to by oczywiście oznaczało, że 
musiałby liczyć się / kimś jeszcze oprócz samego siebie.

A tak naprawdę to nie była jego wina. On od początku był z nią szczery. 

Jego   jedynym   celem   było   oczyszczenie   swojego   imienia.   A   ona   była   tylko 
szczegółem.

Powinna była się domyślić. Głupia, głupia, głupia…

- Isabel, nie chcę, żeby pomiędzy nami działo się coś takiego. - Jego głos 

zabrzmiał tak, jakby rzeczywiście żałował.

- Oczywiście, że nie - potwierdziła. - Mężczyźni nie lubią tego, prawda? 

Wam się wydaje, że małżeństwo ogranicza się do ltego, co dzieje się w łóżku. - 
Podeszła   do   łóżka   i   położyła   się   na   materacu   cała   spięta   i   z   zaciśniętymi 
pięściami. - Jestem gotowa, Michael. Kiedykolwiek mnie zechcesz, będę tutaj 
na ciebie czekała.

- Isabel, nie rób tego - ostrzegł ją.

-  Nie  chcesz  się  tutaj  kochać?   -  zdziwiła  się,  ale  nie mogła   na niego 

spojrzeć, obawiając się, że się załamie. - A może powinnam zejść na dół, na 
kanapę…?

-   Nie   rób   sobie   żartów   z   tego,   co   było   między   nami   -   odparł   przez 

zaciśnięte zęby.

- Nic między nami nie było. - Spojrzała na niego, chcąc, żeby zobaczył, 

jak bardzo ją zranił. - To wszystko, co było między nami. - Poklepała dłonią 
materac. - Nie rozumiesz tego? Nie ma niczego więcej.

Michael cofnął się o krok. W jego ciemnych oczach wrzało od gniewu. 

Isabel zebrała się w sobie, niepewna, czego może się spodziewać.

Michael odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, zatrząskując głośno 

drzwi.

Ze wszystkich możliwych reakcji takiej najmniej się spodziewała.

Usiadła na łóżku. Po chwili usłyszała, jak huknęły drzwi frontowe.

Jak   w   transie,   wstała   z   łóżka   i   podeszła   do   okna   w   samą   porę,   żeby 

zobaczyć jego wysoką sylwetkę, znikającą za rogiem. Odszedł.

background image

A dom wydał jej się pustą skorupą.

Wchodziła do niego z nadziejami i marzeniami, a teraz stała na środku 

chłodnego, niczym więzienie, pokoju.

Isabel opadła na podłogę, pochyliła głowę i pozwoliła wreszcie popłynąć 

łzom.

 

 

Rozdział 11

Bolling   protestował,   kiedy   Michael   chciał   wyjść   z   domu   sam.   Chciał 

wysłać z nim lokaja, Langstona. Mówił, że pan Haddon by się wściekł, gdyby 
się dowiedział, że coś się stało Michaelowi.

Ale Michael nie miał nastroju, żeby z kimkolwiek teraz dyskutować. I 

kiedy   wychodził,   nasuwając   kapelusz   głęboko   na   oczy,   oznajmił,   że   z 
przyjemnością wda się w porządną bójkę.

Zamiast tego szedł, nie dbając o to, dokąd zmierza. Jakiś czas zajęło mu 

okiełznanie gniewnych myśli. I kiedy je uporządkował, nie spodobało mu się to, 
co zrobił.

Isabel miała rację. Wykorzystał ją, a świadomość tego dotarła do niego 

dopiero   w   chwili,   kiedy   Elswick   opuścił   jego   dom,   a   Michael   zobaczył 
spojrzenie Isabel.

Bardziej przejmował się znalezieniem odpowiedzi na swoje pytania niż 

dobrem swojej żony. I co z tego wyszło? Elswick nie miał o niczym pojęcia!

Ale Isabel myliła się, myśląc, że on o nią nie dbał. Obchodziła go. Miał 

najszczersze chęci dotrzymać swoich obietnic. Nie miała chyba do tej pory na 
co narzekać, prawda?

background image

Nagle zatrzymał się. Gniew opuszczał go tak szybko, jak go wcześniej 

ogarniał. A na jego miejsce pojawiło się uczucie pustki.

Isabel zamierzała go opuścić.

Wiedział to, nawet jeśli ona sobie tego jeszcze nie uzmysłowiła.

Kobieta,   którą   poślubił,   wzniosła   wokół   siebie   mur,   tak   samu   jak   on 

kiedyś. Znał dobrze ten stan i wiedział, ile kosztuje pokonanie takiego muru. 
Jemu się udało. Isabel ufała mu…

Ból, który zobaczył w jej oczach, przestraszył go.

Kolejny element układanki wskoczył na swoje miejsce.

Już wcześniej widział ten wyraz twarzy. Widział taki sam strach w oczach 

Aletty.

Michael zatoczył się. Rozejrzał się dookoła, zaskoczony tym, że przeszedł 

już   niemal   pół   Londynu   w   kierunku   doków.   Niedaleko   stąd   była   popularna 
tawerna   "Pod   Krukiem",   do   której   często   chadzał   przed   laty.   Wziął   głęboki 
oddech i pozwolił, żeby obudziły się w nim wspomnienia.

Gniewne  słowa   Aletty   brzmiały   w  jego  uszach.   Nie  potrafił   sobie   ich 

dokładnie przypomnieć, miał jedynie mgliste wspomnienie.

Trzech krzepkich marynarzy kroczyło ulicą w stronę nabrzeża. Michael 

usunął się nieco na bok, ale i tak jeden z mężczyzn zderzył się z nim ramieniem.

-   Przepraszam   -   burknął   marynarz,   doganiając   swoich   towarzyszy,   a 

Michael wyobraził sobie siebie mówiącego "przepraszam". Powtarzał to wiele 
razy. Przepraszam. Nonszalancko, bezmyślnie, na odczepnego.

Do Aletty chodził dla seksu.

Nagle, nie wiadomo skąd, zaczęły mu się przypominać różne szczegóły. 

Kłócił się z Henrym o Alettę tamtego popołudnia, a po wypiciu sporej ilości 
alkoholu zdecydował się pójść ją odwiedzić, gdyż jej zapragnął. Tak po prostu. 
Więc poszedł do jej mieszkania.

Poruszony   wspomnieniami,   Michael   zaczął   iść   znanymi   ulicami,   które 

robiły się coraz węższe i bardziej zatłoczone. Nadchodził wieczór. Ci, którzy 
mieli  domy,  zmierzali   do  nich,  a  inni  kręcili  się  bez   celu,  planując  coś   lub 
ostatecznie lądując w tawernach. Michael dołączył do tych ostatnich.

background image

Oczami   wyobraźni   zobaczył   siebie   pijanego   w   sztok,   jak   szedł   tamtej 

nocy, kiedy zamordowano Alettę. Ona chciała z nim rozmawiać. Ale on nie miał 
na to ochoty. Kiedy teraz o tym myślał, był zdziwiony, że będąc tak strasznie 
pijanym, nadal był rozpalony i miał ochotę na seks.

Elswick miał rację… Michael w ogóle nie przejmował się Henrym ani 

Alettą.

Ale tamtej nocy nie kochał się z Alettą. Teraz to sobie przypomniał. Ona 

powiedziała mu, że chciałaby czegoś więcej. Że jest gotowa rzucić wszystko dla 
niego, a on ją wyśmiał.

W   roztargnieniu   dotknął   miejsca,   w   którym   była   rana   po   postrzale, 

wyczuwając już strup, który powstał na ranie.

Aletta była wściekła. Zaczęła rzucać w niego przedmiotami. A on leżał na 

łóżku, śmiał się i to jeszcze bardziej ją rozjuszyło, bo nie traktował jej poważnie. 
Ale nie mógł. Był za bardzo pijany, żeby móc klarownie myśleć o czymkolwiek 
i przypomniał sobie, że wziął wtedy poduszkę, żeby się nią zasłonić i tak się 
śmiał, że aż dostał czkawki.

Boże, jakim był podłym i okrutnym pijakiem!

Michael zatrzymał się na rogu, niedaleko tawerny "Pod Krukiem". Jego 

stary pub nadal był zatłoczony i gwarny, jak przed lały. Pochylił głowę, jakby 
chciał pozbyć się z myśli wszystkich wspomnień. Przypomniał sobie jeszcze 
jakiś stłumiony męski głos. Aletta powiedziała mu, żeby już sobie poszedł i 
wtedy…

To było bez sensu. Próbował ze wszystkich sił, ale nie był w stanie sobie 

więcej przypomnieć. Ale pamiętał, że wymamrotał swoje "przepraszam".

Wypuścił   powietrze   z   płuc   z   westchnieniem.   Chyba   zwariuje,   zanim 

wreszcie znajdzie rozwiązanie…

Wysoki mężczyzna o blond włosach, który zdjął kapelusz przed wejściem 

do tawerny, przykuł uwagę Michaela. To był Riggs. I na dodatek nie był sam, 
tylko z Henrym.

Jego   stary   znajomy   zmienił   się   mocno   przez   te   lata.   Był   grubszy   i 

wyglądał staro jak na swój wiek. Elswick mógł być zadowolony, ale Michael 
zauważył, że Henry nie wyglądał na zadowolonego z życia.

background image

Spotkanie tych dwóch było jednak podejrzane. Michael przeszedł przez 

ulicę do tawerny, ostrożnie omijając powóz, którego woźnica był zbyt zajęty 
krzyczeniem na chłopców, żeby patrzeć przed siebie na drogę. Pewnie dobrze 
by było, gdyby Michael posłał po Haddona albo któregoś ze swoich ludzi, ale to 
by mogło zająć jakieś czterdzieści minut, a nie miał ochoty tyle czekać.

Nie   zamierzał   konfrontować   się   z   mężczyznami.   Chciał   tylko   ich 

poobserwować i zobaczyć, co się stanie.

Kiedy wszedł do tawerny, nie zdjął kapelusza. To nie było konieczne z 

uwagi  na   dość  niewyszukane  towarzystwo.  Zanim wieczór  dobiegnie   końca, 
odbędzie  się  tu  pewnie  niejedna  bójka.  Klientela  była bardzo  zróżnicowana: 
Rozrabiaki   i   kieszonkowcy   mieszali   się   tu   z   fircykami,   ci   kłócili   się   z 
woźnicami, kupcy omawiali interesy z marynarzami, a złodzieje spoufalali się z 
bankierami. Główne pomieszczenie tawerny było gwarne i zadymione.

Nikt nie zwrócił uwagi na Michaela, kiedy przeszedł wzdłuż szynku do 

kąta, skąd mógł obserwować Henry'ego i Riggsa. Obaj byli bardzo pochłonięci 
rozmową i zdawali się nie zauważać nikogo wokół siebie.

Michael oddałby cały dzienny utarg, żeby tylko dowiedzieć się, o czym 

rozmawiali.

Nagle Henry zerwał się gwałtownie i ruszył do wyjścia. Riggs ruszył za 

nim, wołając go. Michael postanowił ich śledzić.

Doszedł już do drzwi, kiedy te się otworzyły i nowa grupa dżentelmenów 

wkroczyła   w   progi   tawerny.   Michael   nie   chciał   zgubić   mężczyzn,   których 
śledził,   więc   zaczął   się   szybko   przeciskać   pomiędzy   nowymi   gośćmi.   Jakiś 
mężczyzna złapał go jednak za ramię.

- Michael?

-   Tak   -   odpowiedział,   nadal   zmierzając   do   wyjścia,   ale   po   chwili   się 

zatrzymał. Odwrócił się i stanął twarzą w twarz ze swoim bratem. 

- Carter?

Dziesięć   lat  temu   jego  brat  był  przystojnym  mężczyzną.  Czas   nie  był 

jednak dla niego łaskawy. Głębokie bruzdy naznaczyły jego czoło, a czerwony 
nos świadczył o zamiłowaniu do porto. Stracił też młodzieńczą muskulaturę, a 
jego ramiona zupełnie opadły.

Carter poklepał go po plecach.

background image

- Dobry Boże, tak, to ja. Wszędzie cię szukałem. Chodź, napijemy się. - 

Nie czekając na odpowiedź Michaela, pociągnął go za sobą.

Na razie musiał zapomnieć o Riggsie i Henrym i pozwolić przedstawić się 

przyjaciołom Cartera.

- To mój brat - powiedział do pozostałych dżentelmenów. Wszyscy byli 

ubrani bardzo elegancko, ale do strojów nie pasowały ich wystające brzuchy. 
Michael od razu zauważył, że byli bardziej zainteresowani zmoczeniem sobie 
gardeł niż wyścigami czy skakaniem przez przeszkody.

A z pewnością zainteresował ich Michael. Kiedy podano im kufle, Carter 

chwycił jeden dla siebie i drugi dla Michaela.

-   Na   zdrowie   -   powiedział   i   wypił   do   dna.   Wystawił   swój   kufel   do 

ponownego napełnienia, a potem podprowadził Michaela do tego samego kąta, z 
którego wcześniej szpiegował Riggsa.

Carter pociągnął kolejny łyk, zanim się odezwał.

- Więc co ciekawego porabiałeś?

To było dość dziwne pytanie, zważywszy na okoliczności. Przyjacielski 

ton Cartera całkowicie kontrastował z jego wcześniejszym zachowaniem.

- Byłem cię odwiedzić, ale mnie nie wpuściłeś - powiedział Michael.

- Bzdura. Gdybym był w domu, na pewno bym się z tobą spotkał. Ale nie 

bywam tam często.

Michael zmarszczył czoło. Był pewien, że jego brat lub jego żona byli 

tamtego dnia w rezydencji. 

- A poza tym - powiedział Carter - nie przypominam sobie, żebym dostał 

od ciebie zawiadomienie.

- Nie wysyłałem go.

Carter wzruszył ramionami.

- Cóż, masz już odpowiedź. Nie możesz oczekiwać na spotkanie ze mną, 

jeśli mnie wcześniej nie powiadomisz.

- Jesteśmy braćmi - przypomniał mu Michael.

background image

- Wiem. - Carter zachwiał się i spojrzał przez tłum, żeby się upewnić, czy 

jego przyjaciele nadal stoją przy barze. Ani razu nie spojrzał Michaelowi w 
oczy. Stale patrzył w jakimś innym kierunku.

- Słyszałem, że się ożeniłeś. - Stwierdzenie Cartera zaskoczyło Michaela.

- Kto ci powiedział?

Wreszcie Carter spojrzał mu w twarz. Uśmiechnął się tajemniczo.

- Biskup jest moim przyjacielem. Nie mógł się powstrzymać, żeby mnie 

nie poinformować o pewnej prośbie o specjalne zezwolenie na ślub. Czy nie 
spóźniłem się za bardzo z życzeniami?

- Pobraliśmy się niecały tydzień temu.

-   Ach,   pierwsze   miesiące   małżeństwa…   -   powiedział   Carter   z 

rozmarzeniem. - Potem już tylko sama nuda. - Uśmiechnął się do Michaela, ale 
nie   było   radości   w   jego   oczach.   -   Powinniśmy   poznać   twoją   żonę.   Prawdę 
mówiąc, jestem zaskoczony, że przyszedłeś dziś w takie miejsce. Materac w 
małżeńskim łożu chyba się jeszcze nie rozpadł?

Michael nie potrzebował miłosnych porad od swojego brata, szczególnie 

na tak drażliwy temat.

- Jak się miewa twoja rodzina?

-   Dziękuję,   dobrze.   -   Carter   zaprzeczył   sam   sobie   westchnieniem.   - 

Posiadłość zabiera mnóstwo czasu, a ten piekielny tytuł to tylko utrapienie. Mój 
najstarszy syn został właśnie wyrzucony z Eton. Staramy się, żeby przyjęli go z 
powrotem. Brzmi jak historia jednego z nas, co? Oczywiście, słyszałem, że ty 
się dobrze ustawiłeś.

- Staram się. - Kiedy dorastał, był zapatrzony w Cartera. Jakże by mogło 

być inaczej? Carter był spadkobiercą, musiał więc być idealny. Michael dążył 
do tego, żeby być taki jak on, we wszystkim… włączając w to picie, uświadomił 
sobie,   kiedy   brat   zajrzał   do   swojego,   już   opróżnionego   kufla.   -   Masz   - 
powiedział Michael, przelewając swój trunek do kufla brata.

-  Czy   tam   rzeczywiście   jest   tak   niebezpiecznie,   jak   mówią?   -   zapytał 

Carter.

Michael wzruszył ramionami.

- Świat to niebezpieczne miejsce, gdziekolwiek się znajdziesz.

background image

- To prawda - zgodził się Carter. - O, Mullins już wychodzi. - Znowu 

klepnął Michaela po plecach. - Zjedzmy razem kolację. Któregoś dnia. Wallis 
się wszystkim zajmie.

Bratowa Michaela nigdy go nie lubiła. Uważała go za zepsutego. I miała 

rację.

- Muszę już iść - rzucił przez ramię Carter i już go nie było.

Michael nie poszedł za nim. Obserwował, jak brat toruje sobie łokciami 

drogę   przez   tłum   podpitych   marynarzy   do   miejsca,   gdzie   czekali   jego 
przyjaciele. Michael nie rozpoznawał żadnego z nich, chociaż był pewien, że już 
kiedyś   spotkał   Mullinsa.   To   nazwisko   brzmiało   mu   znajomo.   Nagle   sobie 
przypomniał, że Mullins i Carter byli kolegami od kieliszka jeszcze w czasach, 
zanim Michael wyjechał z Anglii. Dotarło do niego, że jego życie bardzo się 
zmieniło od tamtych lat, a brat nic nie zmienił w swoim życiu.

Ruszył do wyjścia. Wątpił w sens szukania teraz Riggsa albo Henry'ego. 

Nie można było przewidzieć, w którą stronę poszli.

Jego   myśli   powróciły   do   Isabel   i,   nieświadomy   podjętej   przez   siebie 

decyzji, zaczął wracać do domu. Świeże powietrze dobrze mu zrobiło. Ulice nie 
były już tak zatłoczone, więc mógł iść siniało, nie obawiając się, że potrąci go 
jakiś powóz. 

Nagle jeden z mijających go powozów zatrzymał się obok i ktoś otworzył 

drzwi.   Michael   spiął   się,   gotowy   na   wszystko.   Haddon   wystawił   głowę   z 
powozu.

- Wdałeś się w dobrą bójkę? - zapytał.

- A co? Proponujesz jakąś? 

Przyjaciel westchnął z rezygnacją.

- Wsiadaj. 

Michael posłusznie wsiadł, wcześniej zdejmując kapelusz, żeby zmieścić 

swoją wysoką postać w powozie.

- Śledziłeś mnie?

-   Tak.   Bolling   był   na   tyle   sprytny,   żeby   posłać   za   tobą   człowieka. 

Michael, co ci do głowy strzeliło? Ktoś próbuje cię zabić. I nie mów mi tych 
bzdur, że nie potrzebujesz niańki.

background image

- Bo nie potrzebuję. Już mam jedną: Bollinga.

- To dobry człowiek.

Michael wzruszył ramionami.

Haddon odezwał się do niego w języku Shawnee.

-   Martwię   się   o   ciebie,   mój   bracie.   Podejmujesz   ryzyko,   chociaż   nie 

powinieneś.

- Tylko zuchwali dochodzą do prawdy - odpowiedział Michael także w 

języku Indian.

- Albo głupcy. - Haddon przeszedł na angielski. - Twoja żona już wie, 

dlaczego ją poślubiłeś?

- Czyżby Bolling i tym się z tobą podzielił?

- Przypadkiem usłyszał parę słów.

- To prywatna sprawa, Alex.

- Twoja Isabel ma charakter. To dobrze. Potrzebujesz kogoś, kto będzie ci 

się sprzeciwiał.

- Tak samo jak ty to robisz? 

Białe zęby Haddona błysnęły w uśmiechu.

- Może.

Michael musiał przyznać, że to prawda. Sam podziwiał charakter Isabel i 

zdawał sobie sprawę z tego, że wcale nie żałował tego, że ją poślubił.

Nie   zauważył   nawet,   kiedy   zamilkł,   dopóki   Haddon   nie   wyrwał   go   z 

zadumy.

- Może ty się w niej zakochałeś?

Pomysł   był   tak   zaskakujący,   że   Michaelowi   zabrakło   słów.   Haddon 

zaśmiał się cicho.

- Wiem, wiem - powiedział. - To ja, z nas dwóch jestem romantykiem. Ty 

jesteś za bardzo pochłonięty chęcią zemsty…

background image

- Chcę tylko sprawiedliwości - przerwał mu Michael. Isabel o to samo go 

oskarżała.

- Tak, sprawiedliwości - powiedział Haddon. - Uważaj, żebyś podczas 

gonienia swojej zwierzyny nie zniszczył tego, co cenisz najbardziej. - Znowu 
wrócił do języka Shawnee, który brzmiał niczym muzyka.

Na   szczęście,   przed   odpowiedzią   uratował   Michaela   fakt,   że   zajechali 

właśnie przed jego dom. Otworzył więc drzwi powozu.

Alex położył dłoń na ramieniu przyjaciela.

- Mówię to w imię naszej przyjaźni.

Michael odpowiedział mu po angielsku.

- Wiem. - Zawahał się. Jego uczucia dotyczące Isabel były leszcze zbyt 

świeże i zbyt bolesne, żeby o nich mówić. Wolał zmienić temat. - Widziałem 
dziś wieczorem brata.

- Odwrócił się na pięcie i odszedł na twój widok? - Haddon wiedział o 

nieudanej wizycie Michaela.

- Zachował się, jakbyśmy byli w najlepszej komitywie. Słyszał o moim 

ślubie. Widziałem też Riggsa w towarzystwie Henry'ego, dziedzica Elswicka.

Światło  padające  od  frontowych  drzwi  domu  odbijało  się   w  srebrnym 

naszyjniku Alexa.

-   Zaskoczyło   cię   to,   że   zobaczyłeś   ich   razem?   Czy   nie   tego   się 

domyślałeś?

Michael pokręcił głową.

- Nie jestem pewien. Dziś Elswick przekonał mnie, że Henry nie mógł 

być zamieszany w tę zbrodnię.

-   Ojcowie   rzadko   wiedzą,   co   tak   naprawdę   robią   ich   synowie   - 

przypomniał mu Haddon. - Mój z pewnością nie wie. Miej się na baczności.

-   Będę   -   powiedział   Michael   i   wysiadł   z   powozu.   -   Odpływasz   jutro 

wieczorem?

- Taki jest plan.

background image

- Lubisz pływać na tym statku, prawda?

Haddon skinął głową.

- Odkryłem na nim wolność. Nikt nie może się ze mną kłócić, chyba że 

ciebie wezmę na pokład. - Nachylił się. - Michael, podczas naszego ostatniego 
rejsu   zarobiliśmy   tak   dużo   pieniędzy,   że   to   się   w   głowie   nie   mieści.   Jutro 
wypływam do Egiptu. Mam dla ciebie dokumenty do podpisania. Zrozumiem 
jednak, jeśli uznasz, że jesteś… - ruchem głowy wskazał na dom - zbyt zajęty. 
Zawsze mogę załatwić to tak, jak to już robiłem, podrabiając twój podpis.

- Będę tam jutro rano - obiecał Michael, bo i dlaczego miałby nie być? 

Być może odrobina dystansu jest tym, czego on i Isabel teraz potrzebują.

- Przyjedź wcześnie, bo będziemy ładować.

- W porządku. Będę. - Michael zatrzasnął drzwiczki i skinął na woźnicę, 

żeby już odjechał.

Haddon   wystawił   jeszcze   głowę   przez   okno,   żeby   krzyknąć   z 

odjeżdżającego powozu:

- Kup jej coś!

- Komu?

- Swojej żonie - powiedział Haddon z rozdrażnieniem. - Prezenty zawsze 

ułatwiają negocjacje i nie mówię tu o tanich paciorkach! - Jego powóz wjechał 
już za róg.

Michael  stał przez chwilę w  miejscu.  Alex był jedynym człowiekiem, 

któremu mógł ufać. Cenił sobie jego zdanie, dlatego uznał, że być może ma 
rację, mówiąc, żeby był czujny.

Niestety w kwestii Isabel nie miał racji. Jej nie można było kupić, chyba 

że podarowałby jej coś, o czym wiedział, że bardzo marzy…

Wszedł do domu mocno zamyślony.

Bolling siedział, czekając na niego.

- Cieszę się, że jest pan już w domu, sir.

- Wyobrażam sobie - odparł Michael.

background image

- Nie gniewa się pan na mnie, że wysłałem za panem pana Haddona, sir?

- A czy to ma jakieś znaczenie?

- Nie, sir.

Michael westchnął.

-   Idź   już   spać.   -   Nie   czekał,   aż   kamerdyner   postąpi   zgodnie   z   jego 

poleceniem, tylko ruszył na górę, nie biorąc nawet świecy.

Pokój, którego używał, był największym w domu i mieścił się na końcu 

korytarza. Wiedział, że Isabel tam nie będzie.

Przez chwilę stał przed drzwiami do jej pokoju, który wybrała sobie w 

gniewie, i zastanawiał się, czy wejść do środka. Duma podpowiadała mu, żeby 
zostawić żonę samą.

Sprawdził jednak klamkę.

Drzwi nie były zamknięte ani zabarykadowane.

Otworzył   je   więc.   W   pokoju   panowała   ciemność,   gdyż   zasłony   były 

całkowicie zaciągnięte i nawet blask księżyca nie docierał do wnętrza.

Jego   wzrok   szybko   przyzwyczaił   się   do   ciemności   i   dostrzegł   postać 

Isabel, leżącą na łóżku. Jej równy oddech przyciągał go.

Bez zastanowienia zamknął drzwi, rozebrał się i położył obok niej. Czuł, 

że powinien być przy niej. Przyzwyczaił się już do obecności Isabel, do jej 
oddechu, do jej delikatnego ciepła. Jakby poczuła to samo, obróciła się i wtuliła 
w niego. Westchnęła, jakby z zadowolenia.

Nigdy   w   życiu   nie  słyszał   przyjemniejszego   dźwięku.   Powoli  objął   ją 

ramionami. Nadal była ubrana w swoją znoszoną suknię, co nie przeszkadzało 
jej zasnąć. Ale miała bose stopy, więc przynajmniej w tym względzie pozwoliła 
sobie na wygodę. Jej ciepło i korzenno-różany zapach włosów podnieciły go.

To będzie pierwsza noc od ich ślubu, kiedy nie będą się kochać.

Po raz pierwszy będzie spał z kobietą bez seksu.

Kusiło   go.   Mógłby   wsunąć   się   w   nią   i   zbudzić   ją   pocałunkami.   Znał 

Isabel. Wiedział, że jej ciało odpowiedziałoby na to.

background image

I co później?

Kiedy   ciepło   jej   ciała   zmieszało   się   z   jego   ciepłem,   Michael   poczuł 

głęboki spokój.

W tej chwili wystarczyło mu, że był blisko swojej żony. Zasnął.

Isabel obudziło pukanie do drzwi.

Odgarnęła   włosy   z   twarzy   i   rozejrzała   się   dookoła,   nie   od   razu 

rozpoznając otoczenie. I wtedy przypomniała sobie. Zdziwiła się, że tak dobrze 
jej się spało. Kiedy kładła się do łóżka, miała zapuchnięte od płaczu oczy i 
początkowo kręciła się i przewracała z boku na bok.

Wreszcie kiedyś w środku nocy musiała się rozluźnić.

Spojrzała   na   poduszkę   leżącą   na   drugiej   połowie   łóżka.   Były   na   niej 

ślady,   wskazujące   na   to,   że   ktoś   na   niej   spał.   Nieśmiało   przysunęła   się   do 
poduszki i wyczuła zapach męża.

Ze wzmożoną czujnością usiadła na łóżku, wypatrując kolejnych śladów 

jego obecności. Ale żadnych nie znalazła.

Isabel dotknęła pościeli. Nie była ciepła, jak to bywa, kiedy ktoś dopiero 

co wstanie z łóżka. Może więc to jej wyobraźnia płata figle…

Pukanie do drzwi powtórzyło się.

- Pani Severson? 

Rozpoznała głos kamerdynera.

- Tak, Bolling?

- Nie chciałem przeszkadzać pani w odpoczynku, ale ma pani gości.

- Naprawdę?

background image

Poza markizem i Oxleyami, kto mógł jeszcze wiedzieć o jej przyjeździe 

do Londynu? I kogo by to obchodziło?

- Która godzina? - zapytała.

- Zbliża się południe - odezwał się kobiecy, melodyjny i kulturalny głos, a 

po chwili drzwi zaczęły się otwierać.

Isabel   podciągnęła   prześcieradła   w   chwili,   kiedy   w   drzwiach   stanęła 

wytworna   dama   o   jasnych   włosach   i   niebieskich   oczach.   Miała   na   głowie 
najdziwniejszy egzemplarz aksamitnego szmaragdowego kapelusza, jaki Isabel 
kiedykolwiek widziała. Ozdobnymi klamerkami powpinane były w niego białe i 
żółte pawie pióra. Jej suknia miała kolor nieco jaśniejszej zieleni, a do lego 
dopasowany   żakiet   z   lamówką   i   rękawiczki   do   kompletu.   Jej   buty   były 
wykonane z najlepszej koźlej skóry, ufarbowanej na taki sam kolor jak kapelusz. 
Całość garderoby dopełniała czerwona laska, wykończona białymi,  żółtymi i 
zielonymi wstążkami.

Kobieta zastukała laską w podłogę.

- Jesteś śpiochem - powiedziała zuchwale, taksując Isabel spojrzeniem. - 

Ja też mogłabym spać cały dzień, ale nie wtedy, kiedy najlepsza krawcowa w 
Anglii czeka, żeby spełnić moje życzenia.

- Słucham? - mruknęła Isabel.

- Madame Beaumain czeka na ciebie w salonie - powiedziała kobieta. - 

Została umówiona, żeby sprawić ci nową garderobę.

Bolling doczekał się chwili, kiedy mógł się wtrącić.

- Pan zlecił wezwać krawcową. Powiedział, że ma pani carte blanche.

Michael   zatrudnił   dla   niej   krawcową?   Nieznajoma   nie   miała 

najmniejszego   problemu,   żeby   pojąć   sytuację.   Jej   oczy   błysnęły   z 
niecierpliwością.

- Słyszałaś to? Carte blanche. Mężczyźni rzadko bywają tak hojni dla 

swoich żon. Chodź, chodź, Isabel! Wstawaj! - Przeszła przez pokój i odsłoniła 
zasłony. Południowe słońce rozlali się po pokoju, aż Isabel musiała zmrużyć 
oczy.

Zasłaniając   ręką   oczy   i   czując   się   jak   pomywaczka   w   obecności   tak 

eleganckiej damy, Isabel wydało się niemal prostackim pytanie, które cisnęło jej 
się na usta.

background image

- A kim pani jest? - ośmieliła się zapytać. 

Kobieta uraczyła ją olśniewającym uśmiechem.

- Jestem twoją szwagierką, Wallis, hrabiną Jemison.

Rozdział 12

Isabel   przeżyła   fantastyczny   dzień   i   nie   byłby   on   w   połowie   tak 

przyjemny, gdyby nie zasługa Wallis.

Rzeczywiście,   była   bratową   Michaela.   Isabel   była   mocno   zakłopotana 

faktem, że nie wiedziała zbyt wiele na temat rodziny męża, ale Wallis znalazła 
na to gładkie wytłumaczenie.

-   Mężczyźni   nigdy   nie   przywiązują   wagi   do   takich   drobiazgów   - 

powiedziała. - A teraz szybko się ubierz. Nie można  kazać czekać Madame 
Beaumain. I proszę, mów mi Wallis, Jesteśmy teraz siostrami. - Uśmiechnęła się 
uroczo do Isabel i wyszła z pokoju.

Siostra.   Isabel   zawsze   chciała   mieć   siostrę   albo   chociaż   przyjaciółkę, 

która byłaby w podobnym wieku. Wallis była starsza, ale miała młodzieńczą 
duszę.   Teraz,   kiedy   jej   małżeństwo   okazało   się   pomyłką,   Isabel   z   radością 
przyjęła perspektywę kobiecego towarzystwa i robienia czegoś, co odwróci jej 
uwagę od zmartwień.

Kiedy myła twarz, przypomniała sobie, że kiedyś już słyszała o Madame 

Beaumain.  Z jej usług korzystała księżna i któregoś dnia popadła w fatalny 
nastrój, ponieważ  Madame  odmówiła  jej uszycia  kostiumu  na specjalny  bal. 
Księżna   skomentowała   tę   sytuację   tak,   że   obraziła   Madame.   Kilka   tygodni 
księżna robiła jej prezenty i przymilała się, żeby ponownie wejść w jej łaski.

background image

Wkładając  przez  głowę  swoją  wełnianą  zieloną  suknię,  w  której  brała 

ślub, Isabel pomyślała, że raczej nie sprosta w niej wymaganiom Madame. 

Na   dole   Bolling   kręcił   się   po   korytarzu   z   zaniepokojonym   wyrazem 

twarzy, kiedy cały rządek asystentek krawcowej paradował w tę i z powrotem, 
wnosząc coraz to nowe bele jedwabiu i muślinu.

Madame stała w drzwiach pomiędzy korytarzem a salonem. Była szczupłą 

kobietą, ubraną na granatowo, z włosami ściągniętymi w ciasny kok i z ustami 
wykrzywionymi tak, jakby bez przerwy ssała plasterek cytryny. Z dezaprobatą 
przyjrzała się Isabel schodzącej po schodach.

- Witam - powiedziała Isabel. - Dziękuję, że pani przyszła. - Była tak 

zdenerwowana, że niemal podała rękę na przywitanie.

-   Nie   wiem,   czy   nie   szkoda   mojego   czasu   -   powiedziała   opryskliwie 

Madame. Jej nosowy głos spotęgował nieprzyjemny wydźwięk jej słów.

Isabel była zbyt zaszokowana, żeby zareagować.

Na   szczęście,   Wallis   nie   była   zawstydzona.   Siedziała   na   kanapie   w 

salonie,   otoczona   książkami   z   wykrojami   i   stertami   materiałów   i   wyraźnie 
niczym się nie przejmowała. Spojrzała znad żurnala, który właśnie przeglądała.

- Czy pan Severson nie zapłacił pani z góry? - zapytała spokojnie.

Madame zesztywniała.

- Wie pani o tym?

- Owszem, wiem - potwierdziła Wallis, spoglądając otwarcie na Madame. 

- Zapłacił fortunę za pani czas, Madame. Znając pani reputację, za przyjście do 
domu klienta pewnie policzyła mu pani trzykrotnie więcej, niż rzeczywiście to 
warte.

- Nie zrobiłabym czegoś takiego.

-   Oczywiście,   że   nie   -   Wallis   wycofała   się   z   oczywistym 

niedowierzaniem. W uszach miała przepiękne szmaragdowe kolczyki wielkości 
małego palca.

Nawet asystentki Madame były lepiej ubrane niż Isabel. Wallis podała 

otwarty magazyn Madame.

background image

- Co pani myśli o tym fasonie, Madame? Pod tym niemodnym ubraniem 

moja   szwagierka   jest   prawdziwą   pięknością.   Będzie   wyglądała   doskonale   w 
pani strojach, nie tak jak inne. Kobiety, które stać na pani suknie, zwykle są już 
stare i grube. Z całym szacunkiem, niektóre z nich wyglądają jak krowy w pani 
kreacjach. Moja szwagierka za to wydobędzie piękno każdej sukni. Mogłabym 
ją  nawet   wziąć  ze   sobą  w  odwiedziny   do  hrabiny  Varvarinski  w  przyszłym 
tygodniu. Obiecuję, że jeśli to zrobię, a moja szwagierka będzie ubrana w jedną 
z pani sukien, wszystkie damy następnego dnia będą w pani sklepie.

-   Łącznie   z   hrabiną   Varvarinski?   -   Madame   spojrzała   świdrującym, 

zachłannym wzrokiem. Podeszła do Isabel, żeby wprowadzić ją do salonu. - 
Proszę zatrzymać się tutaj, w świetle. - Obeszła Isabel dookoła, oglądając ją od 
stóp do głów.

Mogłabym dokonać na niej cudu.

- Tylko pani jest w stanie wydobyć z niej to, co najlepsze - przyznała 

Wallis.

Po chwili niepewności Madame klasnęła w dłonie.

- Tiens, do dzieła! Rozbierzcie ją. Musimy obejrzeć jej figurę.

Dwie   asystentki   Madame   natychmiast   rzuciły   się   do   wykonywania 

polecenia.

-   Proszę,   zamknijcie   drzwi   -   powiedziała   Isabel,   obawiając   się,   że 

obnażają na oczach Bollinga. Wallis jednak zatrzymała je, zanim to zrobiły.

- Poczekajcie. Pani Severson jeszcze nic nie jadła, a i ja przyznam, że 

chętnie bym coś przekąsiła. A pani, Madame?

- Mogłabym coś przekąsić, to prawda - powiedziała Francuzka.

- Świetnie - przyklasnęła Wallis. - Bolling, jesteś tam?

Bolling   skłonił   się.   Wydawał   się   tak   samo   oszołomiony   jak   Isabel. 

Szczególnie kiedy jaśnie pani obdarowała go jednym ze swoich olśniewających 
uśmiechów.

- Będziemy potrzebowały odrobiny grzanego wina, ale nie za gorącego. 

To   dobre   na   trawienie   -   poinformowała   Isabel   i   Madame,   po   czym 
kontynuowała zamówienie: - Herbatę i może jakieś ciastka. Zawsze wolę zjeść 
coś lżejszego z rana. 

background image

Isabel i Madame potwierdziły.

-   Jednakże   na   lunch…   jest   tu   taki   mały   stylowy   sklepik,   jakieś   dwie 

przecznice stąd, nazywa się Berry's.

- Znam to miejsce, jaśnie pani - powiedział Bolling.

-   Mają   tam   niesamowitą   portugalską   szynkę,   którą   tną   na   cieniutkie 

plasterki. Mam do niej ogromną słabość i jeszcze do ich śliwek w syropie z 
goździkami. Niech i to nam przyniosą. Och, i jeszcze coś. Obok tego sklepu jest 
wyśmienita piekarnia.

- Znam tę piekarnię - powiedziała z aprobatą Madame.

- Chciałabym od nich bułeczki. Powiedz Emmie, sprzedawczyni, że to są 

zakupy dla mnie, a ona już będzie wiedziała, czego sobie życzę. Ale muszą być 
gorące. Kogokolwiek wyślesz po te bułeczki, niech nie przychodzi bez świeżych 
i gorących.

- Tak, proszę pani.

- Czy mój mąż nie ma kucharza? - ośmieliła się zapytać Isabel.

- Ma, proszę pani… - powiedział Bolling, ale Wallis go zlekceważyła.

- Kucharze są passe. Nieprawdaż, Madame?

- Cest vrai.

- A dziś mamy wyjątkowy dzień - powiedziała Wallis, opierając się na 

kanapie. - Powinnyśmy sobie dogadzać. Jestem przekonana, że mój szwagier nie 
miałby nic przeciwko temu.

-   Też   tak   uważam   -   potwierdziła   Isabel.   A   nawet   jeśli   miałby   coś 

przeciwko temu, to nadal była na niego zła. Przyzwoity lunch dla niej to chyba 
nie tak dużo?

-   A   więc   postanowione   -   zakończyła   radośnie   Wallis.   Bolling   zaczął 

wychodzić z salonu, ale jej głos znowu go zatrzymał. - Zaczekaj jeszcze. Isabel, 
czy masz służącą? - Na boku wyjaśniła Madame: - Moja szwagierka dopiero co 
przyjechała ze wsi. Wie pani, jak ciężko jest przystosować się wiejskiej służbie 
do obowiązków w mieście.

- To niemożliwe - odparła Madame, wzruszając ramionami.

background image

- Isabel musi mieć służącą - oświadczyła Wallis.

-   Bolling,   poślij   kogoś   pod   mój   adres,   żeby   kazał   przyjść   tu   Becky. 

Mówiłam   jej,   że   może   być   taka   możliwość,   że   będzie   nam   tu   potrzebna. 
Spodoba ci się, Isabel. Jest młoda, ale chętna do nauki. Moja Annie przyuczała 
ją przez ostatni rok. Becky ma taki talent do układania włosów…

- Dziękuję - powiedziała Isabel.

- A od czego są siostry? - odparła Wallis.

No właśnie! Wallis musiała wyczuć jej myśli, ponieważ wyciągnęła do 

Isabel dłoń, żeby ją uścisnąć.

-   No   dobrze   -   powiedziała   i   wróciła   do   przeglądania   katalogów.   - 

Uważam, że Isabel musi mieć coś z tego delikatnego muślinu w kolorze kości 
słoniowej. I, bezwzględnie, potrzebna jej suknia na dziś wieczór.

- A co będzie dziś wieczorem? - zainteresowała się Isabel.

- Będziesz jadła z nami kolację. Taka mała rodzinna okazja. Michael nic 

ci nie mówił?

Isabel nie chciała zdradzać,  że pokłóciła się z Michaelem,  a czuła się 

głupio, że nie znała jego planów.

- Wyszedł dziś wcześnie rano - wyjaśniła.

- A jesteście dopiero co po ślubie - powiedziała Wallis.

- Kwestia rodzinnej kolacji zawsze schodzi na drugi plan, kiedy jest się 

nowożeńcami. Czyż nie, Madame?

- Vrai, vrai - przyznała Francuzka.

-  Podoba  ci   się   ten   muślin   w   kolorze   kości   słoniowej?   -  zwróciła   się 

Wallis do Isabel.

- Tak.

- A nie sądzisz, że ta zielono-lawendowa cieniutka tkanina ze złotą nitką 

stanowiłaby doskonały kontrast do tego? Na przykład jako szal?

-   Oczywiście   -   potwierdziła   Isabel,   uważając,   że   kolory   są   wprost 

olśniewające. Ten materiał musiał kosztować fortunę.

background image

- To będzie pierwsza suknia, Madame - zdecydowała Wallis. - Musi ją 

pani   skończyć   jeszcze   dzisiaj,   żeby   moja   szwagierka   mogła   ją   włożyć   na 
dzisiejszą   kolację.   Jej   mąż   będzie   zachwycony,   kiedy   ją   zobaczy   i 
prawdopodobnie zamówi u pani dużo więcej sukien.

- Zrobienie sukni w jeden dzień kosztuje - zauważyła Madame.

- Oczywiście - zgodziła się Wallis. - Proszę to omówił z moim szwagrem. 

A tymczasem proszę zdjąć wymiary z Isabel. Bolling, dlaczego nadal tu jesteś?

Uświadamiając   sobie,   że   został   odprawiony,   Bolling   wyszedł   spełnić 

wszystkie życzenia Wallis.

Isabel oddała się całkowicie w ręce Madame i Wallis. I wcale nie było to 

takie   łatwe   zadanie.   Została   rozebrana,   szturchana   tu   i   ówdzie,   obracana, 
podczas gdy ustalano zamówienie kompletnej garderoby dla niej, od bielizny, po 
sukni wieczorowe.

Wallis nie miała żadnych skrupułów w wydawaniu pieniędzy Michaela. 

Wydawało się, że doskonale wie, na co go stać,  i  to dało Isabel do myślenia, 
że być może nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bogatym człowiekiem jest jej 
mąż.

Popijały   herbatę   i   grzane   wino   w   południe,   potem   ucztowały   przy 

przepysznym lunchu, a przez resztę popołudnia podjadały ser i owoce. Przyszła 
też służąca, Becky. Była młodą kobietą, wykazującą się dużym zapałem.

Od czasu do czasu Wallis zamawiała u Madame dla siebie. Nie suknie, ale 

szale, buty, halki.

Za pierwszym razem, kiedy to zrobiła, Madame uniosła sceptycznie brew.

- Czy mam to dopisać do pani niezapłaconych rachunków? - zapytała.

 - Och nie. Jestem pewna, że mój szwagier zechce sam pokryć te koszty. 

Wie pani, jak trudny bywa mój mąż.

- Mais oui - odparła Madame z niedowierzaniem. Najwyraźniej nie miała 

skrupułów   obrażać   Wallis   w   kwestii   pieniędzy.   -   Co   pani   na   to,   Madame 
Severson? - zwróciła się z pytaniem iln Isabel.

Wallis zrobiła dla niej tak wiele, że Isabel nie mogła sobie wyobrazić, by 

Michael  miał  coś przeciwko temu.  Nie poradziłaby sobie sama  z Madame  i 
całym zamówieniem.

background image

A Michael niech się dowie, że żona to nie jest zabawką na jego wyłączny 

użytek. Niech sobie uświadomi, że i tak dostał więcej, niż się spodziewał!

-   Oczywiście,   że   mój   mąż   pragnie,   by   lady   Jemison   miała   ten   szal   - 

powiedziała   Isabel.   -   Prawdę   mówiąc,   uważam,   że   powinna   ich   mieć   pięć, 
łącznie z takim, wykonanym z tej cieniutkiej tkaniny, która jej się tak bardzo 
spodobała na początku.

- Ma pani na myśli tkaninę na swój  szal? - upewniła się Madame.

- Pozwól, że zamówię sobie szal z tej samej tkaniny, ale w innym kolorze 

- powiedziała gładko Wallis. - Wtedy będziemy do siebie pasowały - i sprawa 
była załatwiona.

Potem   już   ani   Wallis,   ani   Madame,   nie   pytały   Isabel   o   pozwolenie, 

zakładając, że je otrzymają.

Isabel   miała   na   głowie   zbyt   wiele   decyzji   do   podjęcia,   żeby   się   tym 

przejmować.   Trzeba   było   wybrać   pończochy,   buty,   płaszcze   i   szale,   całą 
bieliznę   i   suknie:   do   powozu,   do   opery,   na   spacery,   do   tańca   i   domowe. 
Wszystko   to   było   jednocześnie   bardzo   ekscytujące   i   męczące,   ale   warte 
zachodu, zwłaszcza kiedy pod wieczór jedna z asystentek Madame przyniosła 
muślinową suknię w kolorze kości słoniowej.

Fason   był   prosty,   ale   kolor   kreacji   dodał   cerze   Isabel   prawdziwie 

kremowego   odcienia.   Suknia   była   ozdobiona   lawendowymi   i   zielonymi 
wstążkami, i kiedy ją na siebie włożyła, poczuła się jak księżniczka.

- Masz do tego odpowiednie buty? - zapytała Wallis.

- Mam parę pantofli z koźlej skóry - powiedziała Isabel, mając na myśli 

buty, które kiedyś należały do jej matki.

- Świetnie. W takim razie jesteś gotowa na dzisiejszą kolację. - Wallis 

podniosła   się   z   kanapy,   na   której   spędziła   większość   dnia,   dyrygując 
wszystkimi.

Madame  i  jej asystentki  zaczęły   się  pakować.  Isabel  wzięła  Wallis  za 

rękę.

- Dziękuję ci. Nie dałabym sobie rady sama.

Wallis uśmiechnęła się i mrugnęła do niej.

background image

- Madame zrobi wszystko dla pieniędzy. - Nachyliła się do Isabel. - A 

propos, masz pieniądze na napiwki?

- Na co?

- Kieszonkowe dla jej asystentek - szepnęła Wallis.

- Muszę im zapłacić?

- Chociaż trochę. Zwłaszcza że przyszły do twojego domu.

Isabel   pomyślała   o   niewielkiej   ilości   monet,   jakie   miała   w   swojej 

portmonetce.

- Dobrze, zaraz przyniosę. - Ruszyła do drzwi, ale Wallis cofnęła ją, nadal 

trzymając za rękę.

- Wyślij Becky.

- Ach tak, Becky - zgodziła się zawstydzona.

Służąca już ruszyła do wyjścia. Najwyraźniej, kiedy Isabel przymierzała 

stroje,   sprytna   służąca   zapoznawała   się   z   domem   i   własnością   Isabel.   W 
mgnieniu oka była już z powrotem z portmonetką Isabel.

Napiwki   były   chętnie   przyjmowane.   Isabel   nie   była   pewna,   komu   je 

dawać. Nie podejrzewała, że Madame też się do tego zalicza, ale krawcowa 
również wyciągnęła dłoń.

Kiedy skończyła, w portmonetce nie zostało już zbyt wiele.

-   Wyglądasz   na   zmęczoną   -   zauważyła   Wallis,   kiedy   krawcowa   już 

wyszła. - Może Becky wymasuje ci stopy?

- Bardziej przydałaby mi się kąpiel - wyznała Isabel.

-   Becky!   -   zawołała   Wallis,   a   służąca   pomknęła,   żeby   wszystko 

przygotować. Wallis uśmiechnęła się pobłażliwie. - Nie jesteś przyzwyczajona 
do służby, ale szybko przywykniesz. Michael musi zatrudnić więcej służących, 
bo absolutnie macie ich za mało. No i te meble! Musicie kupić jakieś. Znam 
świetnego   dekoratora.   Jest   znakomity.   A   przy   okazji,   pensja   Becky   to 
dwadzieścia pięć funtów rocznie i dach nad głową.

- Tak dużo? - Isabel byłaby szczęśliwa, gdyby dostawała taką pensję na 

stanowisku guwernantki.

background image

- Dobra służąca jest warta tyle funtów szterlingów, ile waży - zapewniła ją 

Wallis. - A teraz pozwól, że wrócę do siebie. Muszę jeszcze sporo zrobić przed 
kolacją. - Zwróciła się do Bollinga, który kręcił się po foyer. - Zawołaj dla mnie 
powóz.

Kamerdyner   szybko   oddalił   się,   żeby   wykonać   polecenie.   Isabel 

pomyślała sobie, że też chciałaby być tak wyrafinowana jak Wallis, szczególnie 
w stosunku do służby.

Jej   szwagierka   włożyła   na   głowę   swój   zielony   aksamitny   kapelusz   i 

przekrzywiła   go   figlarnie.   Wzięła   szal   i   rękawiczki,   ;i   wszystko   to   robiła   z 
ogromną elegancją.

Wrócił Bolling.

- Powóz już na panią czeka.

Wallis wzruszeniem ramion potwierdziła, że przyjęła to do wiadomości.

- Do wieczora, moja droga. W pół do dziewiątej - powiedziała, biorąc 

dłoń Isabel i uścisnęła ją po siostrzanemu.

- Czy siostry Michaela też są tak miłe jak ty? - zapytała Isabel.

Na   twarzy   Wallis   przez   chwilę   pojawiło   się   wahanie,   ale   w   końcu 

odpowiedziała.

-   Pozwolę   sobie   zostawić   Margaret   i   Sarah   tobie   do   oceny.   Jednakże 

uważam, że ty i ja powinnyśmy zostać najlepszymi przyjaciółkami.

- Bardzo bym tego chciała.

- Ja też. Nie mam nikogo bliskiego oprócz moich dzieci.

- A twój mąż?

Uśmiech zamarł na twarzy Wallis.

- Oczywiście, że jesteśmy sobie bliscy.

Isabel wyczuła, że jest coś, czego być może jeszcze się dowie na temat 

swojej szwagierki. Ale teraz nie zamierzała wtrącać się w nie swoje sprawy.

- Jakie imiona mają twoje dzieci?

background image

-   Mam   dwóch   synów   -   powiedziała   Wallis   z   dumą.   -   Jeremy'ego   i 

Wallace'a. To drugie jest dowodem mojej próżności - powiedziała, mając na 
myśli   imię   drugiego   syna.   -  Ja   zostałam  nazwana   po  moim   ojcu   Wallasie   i 
wydało mi się właściwe, żeby jego imię przetrwało w naszym rodzie.

-   Jestem   pewna,   że   twój   syn   jest   dumny   z   tego,   że   może   je   nosić   - 

powiedziała   Isabel,   idąc   za   Wallis   do   drzwi.   -   To   zaszczyt   być   członkiem 
twojego rodu.

- Polubiłam cię, Isabel - powiedziała Wallis. Pocałowała szwagierkę w 

policzek. - Do zobaczenia wieczorem.

- Tak, do zobaczenia - potwierdziła Isabel.

Wallis zrobiła krok w stronę drzwi, ale się zatrzymała.

- A tak przy okazji, nie masz może paru monet na powóz? Zostawiłam 

wszystkie pieniądze w domu.

- Cóż… mam. - Isabel podała Wallis ostatnie ze swoich oszczędności.

Wallis nie dotknęła jednak pieniędzy, tylko rzuciła wymowne spojrzenie 

Bollingowi, który podszedł, wziął pieniądze i wyszedł zapłacić woźnicy.

- To był cudowny dzień, Isabel. A bientót! - Wallis wyszła.

Isabel stała w korytarzu i czuła się tak, jakby przez jej dom przeszła trąba 

powietrzna. Nie miała pojęcia, gdzie podziewał się Michael, ani kiedy zamierzał 
wrócić. Przypuszczała, że powinien pojawić się przed w pół do dziewiątej.

Przypomniała sobie o kąpieli i natychmiast poprawił jej się nastrój. Poszła 

na  górę do  swojego  pokoju i  zastała  w  nim Becky  zajętą  przygotowaniami. 
Służąca   znalazła   bardzo   głęboką   wannę,   ustawiła   ją   na   środku   pokoju   i 
zorganizowała podgrzewanie wody w kuchni.

- Nie mogę znaleźć pani mydeł perfumowanych - powiedziała.

Ponieważ   nie   mam   takich,   mogła   powiedzieć   Isabel,   ale   się 

powstrzymała.   Zdawała   sobie   sprawę,   jak   mało   wyrafinowana   była   dla 
londyńczyków, nawet dla służby.

Becky wykazała się dużym taktem.

background image

- Za rogiem jest sklep, w którym lady Jemison zaopatruje się w swoje 

ulubione mydła zapachowe. Czy życzy sobie pani, żebym tam teraz pobiegła i 
kupiła trochę do pani kąpieli?

- Czy to blisko?

- Proszę pani - powiedziała Becky - w tej części miasta wszystko jest 

blisko. Sklepikarze chcą być jak najbliżej ludzi, którzy posiadają rezydencje w 
Mayfair.

To miało sens. Lecz nadal Isabel miała kłopot.

- Nie mam już pieniędzy - przyznała.

- Nie potrzebuje pani. Jestem pewna, że perfumiarz sprzeda na kredyt. 

Lady Jemison nigdy nie używa pieniędzy. Ona mówi, że to de trop.

Isabel wątpiła, żeby Becky wiedziała, co znaczy de trop. A jej wiejski 

zdrowy rozsądek mówił jej, że pieniądze są rzeczą, która nigdy nie wychodzi z 
mody. Mimo to, pomysł z pachnącymi mydłami nadal był pociągający.

-   Zobacz,   co   uda   ci   się   załatwić   -   powiedziała   do   Becky,   naśladując 

beztroski ton Wallis. Służącej nie trzeba było dwa razy powtarzać.

Godzinę   później   Isabel   rozkoszowała   się   ciepłą   kąpielą,   pachnącą 

olejkiem różanym i wyciągiem z pestek śródziemnomorskiej brzoskwini. Nigdy 
nie pomyślałaby o takiej kombinacji, ale aromat ten był bardzo ekscytujący i 
zrelaksowała się zupełnie. 

Miała zamiar wziąć szybką kąpiel. Kazała Becky stać u góry schodów i 

pilnować, kiedy przyjdzie Michael, żeby ją o tym zaraz poinformowała.

Musieli porozmawiać.

Nie   wiedziała,   co   ma   mu   powiedzieć.   Ich   małżeństwo   nie   mogło   być 

anulowane, nie po tym, co praktykowali przez cały ostatni tydzień…

Być może, gdyby okazało się, że nie jest w ciąży, mogliby coś wymyślić.

Ta myśl zasmuciła ją. Jej biedne małżeństwo. Skończyło sic, zanim się 

jeszcze na dobre zaczęło.

Isabel zanurzyła się w pachnącej wodzie, żałując, że nic może się zapaść 

pod ziemię, zniknąć…

background image

Becky zapukała do drzwi, zanim weszła do pokoju.

- Proszę pani, pani mąż wrócił do domu.

Michael pragnął bardzo zobaczyć żonę. Cały dzień był dla niego mocno 

frustrujący.   Robota   papierkowa   i   księgowanie   zdawały   się   nie   mieć   końca. 
Zarządca jego interesu, Fitzhugh, przygwoździł go setką spraw, które nie mogły 
czekać.

Ale   w   końcu   znalazł   się   w   domu   i   tu   też   miał   problem   którego 

rozwiązanie wymagało mądrości Salomona.

Bolling powitał go przy drzwiach.

- Czy miał pan dobry dzień, sir?

- W porządku. Co u pani Severson?

Uniesione brwi kamerdynera były wskazówką, że nie wszystko było w 

porządku.

- Co się dzieje? - zapytał Michael. - Nie była zadowolona z krawcowej?

- O tak, sir.

- Nie zamówiła sobie jednej czy dwóch sukni?

-   O   tak,   sir,   zamówiła   -   odpowiedział,   akcentując   wypowiedź 

podniesionym głosem.

- Wydała sporo pieniędzy? - upewnił się Michael z zadowoleniem.

- Tak, sir… Ponad kilkaset gwinei.

Michael zmarszczył brwi, ale uznał, że warto było wydać te pieniądze. 

Isabel potrzebowała nowej garderoby, ale Bolling zachowywał się tak, jakby 
jeszcze nie skończył.

- O co chodzi? - Michael był lekko podenerwowany.

- Była tu dzisiaj lady Jemison i spędziła cały dzień.

- Moja szwagierka? - Ostatni raz, kiedy widział Wallis, publicznie mu 

docięła i zrobiła mu  afront przy ludziach. - A po co?

background image

- Pomagała pani Severson przy krawcowej, i jeśli mogę zrobić uwagę, 

wydaje   mi   się,   że   pani   Severson   była   jej   bardzo   wdzięczna.   Lady   Jemison 
zostawiła to dla pana.

Michael wziął liścik od Bollinga i przełamał pieczęć. Wallis miała fatalny 

charakter pisma. Swoimi dziecięcymi bazgrołami przypominała mu o tym, że 
mają dziś wieczorem zjeść wspólną kolację.

-   Nic   nie   wiedziałem   o   zaproszeniu   na   kolację   -   mruknął   do   siebie 

Michael. To musi mieć coś wspólnego z wczorajszym spotkaniem z Carterem. 
Ale naprawdę nie miał teraz na to ochoty. Pragnął zobaczyć swoją żonę. - Już 
odesłałem   Gusa,   żeby   odstawił   powóz,   a   ta   wiadomość   dotarła   do   mnie   za 
późno. Nie sądzę, żebyśmy się gdziekolwiek wybierali dziś wieczorem. Gdzie 
ona jest?

Kamerdynerowi nie trzeba było tłumaczyć, kim jest ta "ona".

- Na górze, sir.

- Dziękuję.

Michael ruszył na górę po schodach, przeskakując po dwa slopnie. Musiał 

porozmawiać z Isabel.

Nie spodziewał się jednak, że na jego drodze stanie niezłomna służąca o 

różowych policzkach i w białym czepku z koronką.

-   Przepraszam,   sir,   Madame   nie   ma   w   domu   -   poinformowała   go 

zuchwale.

Michael zmarszczył brwi.

- A kim ty, u diabła, jesteś? 

- Becky.

- Wiedz zatem, Becky, że to jest mój dom i chcę się zobaczyć z moją 

żoną.

- Nie ma jej w domu - powtórzyła z uporem Becky, opierając rękę o 

futrynę i zasłaniając ciałem drzwi.

Michael był oszołomiony arogancją dziewczyny.

- Czy ona kazała ci to robić?

background image

Służąca zadarła brodę.

-  Pani   powiedziała,   że   nie   ma   jej   w   domu   -  powtórzyła,   ale   Michael 

zauważył, że zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem przeciwstawianie się mu 
nie było z jej strony głupotą.

Michael   pokazał   jej,   że   ma   się   odsunąć   od   drzwi.   Odruchowo   jednak 

zaparła się rękoma, zdecydowana trwać na straży, lecz po chwili wykazała się 
rozsądkiem   i   dała   za   wygraną.   Odsunęła   się   z   drogi,   a   Michael   sięgnął   do 
klamki…

Drzwi otworzyły się, zanim zdążył ich dotknąć i stanęła w nich jego żona, 

na której widok zaparło mu dech w piersi.

To była jego Isabeł, ale nie ta sama, którą zostawił w domu rano.

Była niezwykle szykowna. Miała na sobie suknię z delikatnego muślinu w 

kolorze kości słoniowej, który sprawiał, że jej skóra wprost promieniała. Włosy 
miała upięte i ozdobione kolorowymi wstążkami tak, że fryzura uwydatniała jej 
długą,   łabędzią   szyję.   Lawendowo-zielony   szal   ze   złotą   nitką   migotał   przy 
każdym jej ruchu.

Wyglądała jak bogini.

W tej chwili nabrał przekonania, że każdy pens wydany na tę suknię był 

dobrze zainwestowany.

- Jesteś piękna. - Słowa te wypłynęły z jego ust, zanim je przemyślał, i 

zabrzmiały dość banalnie, gdyż już nieraz jej to mówił. - Oszałamiająco piękna - 
poprawił się.

Przez ułamki sekund wydawało mu się, że jej dolna warga zaczęła drżeć.

- Isabel, musimy porozmawiać…

-   Zaraz   będziemy   spóźnieni   na   kolację   w   domu   twojego   brata   - 

powiedziała. Wyszła z pokoju, omijając  Michaela. - Myślę, że najlepiej będzie, 
jeśli zajmiemy osobne pokoje.

- A ja nie.

-   To   już   i   tak   ustalone   -   powiedziała   Isabeł   głosem   guwernantki 

strofującej niegrzecznego ucznia, aMichaelowi nie spodobał się ten władczy i 
wyniosły ton.

background image

- Nie wybieram się na kolację do mojego brata - oświadczył.

- Musimy iść - odparła. - Czekają na nas.

- Odesłałem już powóz i dałem wolny wieczór Gusowi - poinformował 

niechętnie.

- W takim razie weźmiemy powóz z ulicy - zdecydowała i ruszyła w dół 

schodami.

Przez chwilę rozważał taką możliwość, że nie pójdzie za nią. I wtedy 

dotarł do niego jej zapach.

Ruszył za nią po schodach.

Może rzeczywiście powinni iść do jego brata? Czemu nie? Wynajęty z 

ulicy powóz wydał mu się teraz całkiem dobrym pomysłem. Znajdą się blisko 
siebie i nie będzie mogła przed nim uciec. Będą mieli trochę prywatności, bez 
tej zuchwałej służącej, która ich podsłuchiwała.

U stóp schodów Isabeł spojrzała przez ramię.

- Nie zamierzasz przebrać się do kolacji?

Zatrzymał się w pół kroku. Za kogo ona się miała? Nigdy wcześniej nie 

obchodziło jej, jak był ubrany do kolacji.

Jakaś część jego zapragnęła zejść po schodach i potrząsnąć nią, żeby stała 

się z powrotem jego Isabeł, kobietą, w której się zakochał!

Nagle cały jego świat obrócił się do góry nogami.

Zakochał się. Haddon to w nim dostrzegł. On wiedział i ostrzegał go.

Michael   powoli   usiadł   na   schodach,   kompletnie   oszołomiony.   Był 

ślepcem, który wreszcie przejrzał na oczy. Był zakochany. Kochał szaleńczo, 
głęboko i bezgranicznie.

Wreszcie życie nabrało dla niego sensu.

Wszystko zaczynało się i kończyło na Isabel.

A   ona   stała   w   foyer,   wkładała   długie   rękawiczki   i   z   premedytacją 

ignorowała   go.   Wtedy   dostrzegł,   że   miała   na   palcu   obrączkę.   A   więc   nie 
wszystko stracone!

background image

Wiedział, że ją skrzywdził. Nagle zrozumiał ten ból, który skrywała w 

swoim głosie zeszłego wieczoru. Miał moc ranienia jej.

Kiedy Michael wstał ze schodów, był innym człowiekiem niż ten, który 

przed chwilą na nich usiadł. Oczyszczenie swojego imienia przestało już dla 
niego być ważne.

- Pozwól mi na zmianę - powiedział.

Spojrzała na niego i źle go zrozumiała.

- Już jesteśmy spóźnieni. Nie ma czasu na to, żebyś zmieniał ubranie.

Miał   ochotę   jej   wyjaśnić,   ale   zdał   sobie   sprawę,   że   to   nie   czas   na 

oświadczanie się. Później, kiedy zostaną sami i jej gniew nieco osłabnie, wtedy 
powie jej o tym, co właśnie odkrył w swoim sercu.

- Poczekają na nas - odpowiedział i wbiegł po schodach.

Bitwa, którą toczyli, dopiero się zaczęła, a on zamierzał ją wygrać.

 

Rozdział 13

 

Michael coś nie spieszył się z przebieraniem. Spóźnią się, i to przez niego, 

pomyślała Isabel. Kolejny kamyk do jego ogródka.

Skrzyżowała ręce na piersi i zaczęła tupać nogą, ale po chwili przestała. 

Bolling stał niedaleko, a nie chciała mu pokazać, że jest rozdrażniona, nawet 
jeśli rzeczywiście była.

Gdyby mogła wybierać, wyszłaby bez Michaela, tylko że nie miała już 

pieniędzy, żeby  zapłacić  za przejazd, i nie wiedziała  mawet,  dokąd miałaby 
pojechać.

background image

Zdawało się, że, jak do tej pory, udało jej się zachować zimną krew, ale 

kiedy otworzyła drzwi od swojej sypialni i zobaczyła go, stojącego przed nią, jej 
mocne postanowienie nieco się zachwiało. Szczególnie w chwili, kiedy odezwał 
się do niej ściszonym głosem pełnym uznania. Kiedy Michael powiedział jej, że 
jest piękna, naprawdę taka się poczuła.

Jego   bliskość   wprowadzała   zamieszanie   w   jej   emocjach.   Była   tak 

wściekła, tak strasznie zdradzona, a jednocześnie i miała nadzieję, że wszystko 
jeszcze da się zmienić.

Ale miała swoją dumę.

Nie wiedziała tylko, co z nią zrobić.

Odgłos jego kroków powiedział jej, że Michael już nadchodzi. Odwróciła 

się w stronę wyjścia, chcąc, żeby wyraźnie widział, jak jest niezadowolona z 
jego spóźnienia.

Bolling podszedł, ale to nie on otworzył przed nią drzwi.

Zrobił   to   Michael.   Sięgnął   jedną   ręką   do   klamki,   a   drugą   delikatnie 

dotknął jej pleców.

Starała się na niego nie patrzeć, ani nie zauważyć, że dodatkowy czas 

spędził   na   goleniu.   W   zapachu   jego   mydła   do   golenia   było   coś,   co   zawsze 
sprawiało,   że   jej   serce   zaczynało   bić   szybciej.   Będzie   musiała   to   zmienić. 
Będzie musiała zmusić się do niezauważania go.

Lecz   Michael   nie   był   mężczyzną,   którego   mogłaby   zignorować 

jakakolwiek kobieta.

Isabel nie potrafiła się powstrzymać, żeby nie zerknąć na niego ukradkiem 

i oszołomiło ją, jaki był wysoki i jak przystoi nie wyglądał w czarnym stroju. 
Klasyczny   i   elegancki   krój   płaszcza   pasował   do   kompletu,   a   śnieżnobiały 
kołnierzyk stano wił świetny kontrast dla jego czarnych włosów i oczu. Jakże 
łatwo byłoby w tej chwili przechylić się do tyłu, znaleźć się w jego ramionach i 
udawać, że jej nie zranił.

Zamiast tego Isabel zbiegła ze schodów do czekającego powozu.

Woźnica pomógł jej wsiąść do wąskiego fiakra. Isabel wcis nęła się w kąt, 

żeby nie musiała stykać się z mężem. Ale to i tak było niemożliwe. Jego potężna 
sylwetka   wypełniła   całą   przestrzeń   powozu.   Położył   kapelusz   na   kolanach   i 
klepnął w dach, dając znać woźnicy, że może już ruszać.

background image

Powóz zabujał się na zużytych już sprężynach, przez co jeszcze bardziej 

się do siebie zbliżyli. Isabel odsunęła się, zbyt świadoma dotyku jego uda.

- Pamiętasz ostatni raz, kiedy byliśmy razem w powozie? - odezwał się.

Odwróciła się do niego plecami, woląc wyglądać przez okno. Ale Michael 

nie zamierzał dać za wygraną.

- Powiedz, o czym myślisz - poprosił ją łagodnym głosem.

-   Już   wszystko   ci   powiedziałam   zeszłej   nocy   -   odparła   opryskliwie. 

Skrzyżowała ręce, czując się nieswojo tak blisko niego. 

- Kiedy się tak złościsz, przypomina mi się, że byłaś guwernantką.

Zadrżała z gniewu. Nie odrywała wzroku od okna, nie chcąc spojrzeć na 

niego.

- Przepraszam - powiedział.

Isabel nie zareagowała.

- Nie powinienem był się tobą posługiwać - ciągnął dalej, ostrożnie ważąc 

każde słowo. - Przeprosiny nigdy nie były dla mnie łatwe. Gdybym mógł cofnąć 
czas, Isabel… - zawahał się. - Gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym dokładnie 
to samo, ponieważ inaczej nie byłoby cię teraz przy mnie. Odeszłabys gdzieś 
tamtego ranka i byłbym sam. Obydwoje bylibyśmy samotni.

Miał rację.

A czy ona rzeczywiście żałowała, że go spotkała?

Wcześniej jej życie było nudne.

-  Wiele  lat temu,   Isabel,  w sądzie,   dostałem  drugą  szansę.   I  zrobiłem 

wszystko, żeby ją dobrze wykorzystać. Błagam cię, żebyś dała mi drugą szansę. 
Już nigdy więcej cię nie skrzywdzę.

Isabel  zamknęła   oczy  z  obawy,  że  się  rozpłacze.   Rękawiczki  z  koźlej 

skóry   nie   były   najlepsze   do   ocierania   łez,   ale   to   nie   dlatego   chciała,   żeby 
przestał już mówić.

Nie wiedziała, czy może jeszcze raz zaryzykować. To było zbyt bolesne.

Ale mimo to kochała go.

background image

- Jestem żałosna - powiedziała, nie mając wcale zamiaru mówić tego na 

głos.

- Nie, nie jesteś - zapewnił ją. - Masz prawo się gniewać.

- Wykorzystałeś mnie. - Te słowa odsłaniały jej ból, ale nie mogła się 

powstrzymać.

- Zrobiłem to.

- A czy teraz też się mną posługujesz? - Starała się nie patrzeć na niego.

Michael wydawał się tak samo zasmucony stanem ich związku jak ona i 

Isabel postanowiła, że musi utrzymać kontrolę nad sobą.

- Nie - odparł.

- Ale nie ma żadnej gwarancji, prawda? Możesz zawsze zmienić zdanie.

- Nie zrobię tego. Chcę,  żebyś we mnie  uwierzyła - powiedział. - To 

wszystko, o co proszę.

- Prosisz o zbyt wiele - odparła, pragnąc mu wybaczyć. Ale wybaczenie 

oznaczałoby okazanie słabości, a ona teraz musiała być silna.

- Nie mów tak, Isabel. Proszę, nie mów tak.

Zanim zdołała coś odpowiedzieć, powóz zatrzymał się. Buda zatrzęsła się, 

kiedy woźnica zeskoczył z kozła.

- Już jesteśmy na miejscu - powiedział Michael, oznajmiając oczywiste. 

Widziała, że jest zasmucony. - Jeszcze nie skończyliśmy tej rozmowy, Isabel - 
ostrzegł ją.

Drzwi powozu otworzyły się i Michael musiał wysiąść. Podał jej rękę.

Nawet tak przelotny kontakt, to było dla niej zbyt wiele. Zignorowała jego 

dłoń i wysiadła z powozu bez jego pomocy. Lokaj otworzył przed nimi drzwi do 
domu i Isabel szybko weszła po schodach, zostawiając Michaela, żeby zapłacił 
woźnicy.

Kamerdyner stał w otwartych drzwiach. Isabel weszła do środka, a za nią 

Michael, który podał kapelusz służącemu.

- Kazałem woźnicy poczekać na nas - powiedział do Isabel.

background image

Skinęła głową.

Wallis wyłoniła się z salonu, żeby ich powitać. Była ubrana modnie, tak 

jak wcześniej, i miała te same szmaragdowe kol¬czyki.

- Witaj, Isabel.

- Witaj, Wallis - powiedział Michael. Wallis zarumieniła się.

- Czyżbym cię pominęła, Michael? Co za bezmyślność z mojej strony. - 

Złożyła mu obowiązkowy siostrzany pocałunek na policzku. - Witaj w domu. 
Jestem pewna, że nie zauważysz żadnych zmian. 

- To nie byłby dom, gdyby coś się nie pozmieniało - mruknął.

Było   coś   nieszczerego   pomiędzy   nimi,   ale   Isabel   nie   wiedziała,   o   co 

chodzi. Wallis wzięła ich obydwoje za ręce i zaprowadziła do salonu, gdzie 
czekał mężczyzna, który musiał być bratem Michaela. Stał przy kominku, jakby 
pozował do portretu zatytułowanego: "Hrabia w domu".

Carter Severson, lord Jemison, kiedyś musiał kiedyś być prawie tak samo 

przystojny   jak   Michael,   ale   alkohol   zniszczył   go.   Siwizna   na   skroniach 
nadawała mu dystyngowany wygląd, ale na jego twarzy malowała się depresja, 
a opuszczone ramiona dodatkowo sprawiały wrażenie, że jest starszy niż jego 
czterdzieści kilka lat.

I wtedy wyczuła to. Umysł Cartera pracował jak tryby w zegarku. Nic nie 

umykało jego uwagi. Zauważył każdy szczegół, nawet to, że ona i Michael stali 
w pewnej odległości od siebie. 

-   Oto   i   on   -   powiedziała   Wallis,   anonsując   Michaela.   -   Czarna   owca 

naszej rodziny wróciła do zagrody.

Isabel wiedziała, że jej mąż nie znosił, kiedy przypinano mu takie łatki, 

ale nie zamierzała go teraz bronić. Gdyby to zrobiła, mógłby sobie pomyśleć, że 
jest gotowa mu przebaczyć, a wcale nie miała takiego zamiaru.

Zamiast   tego   Isabel   skierowała   swoją   uwagę   na   otoczenie   i   była 

zaskoczona,   kiedy   zauważyła,   że   jak   na   kobietę,   która   przechwalała   się 
znajomością z wyśmienitym dekoratorem, salon Wallis wyraźnie domagał się 
odnowienia. Dywan był doszczętnie wytarty, a meble zniszczone.

Michael mówił, że jego rodzina to hazardziści. Isabel pomyślała, że chyba 

rzadko   coś   wygrywali.   Podobnie   brat   Michaela   nie   był   taki,   jak   się   tego 
spodziewała,   szczególnie   po   całym   dniu   spędzonym   z   Wallis.   Wydawał   się 

background image

zupełnie bez życia w porównaniu ze swoją dynamiczną żoną. Poza tym, chyba 
się nie lubili.

Wszyscy poczuli ulgę, kiedy zaanonsowano, że kolacja gotowa.

Carter podał ramię Isabel. Wallis i Michael ruszyli za nimi. Wszystko 

zdawało się zbyt oficjalne, jak na rodzinną kolację.

Jadalnia, wyłożona drewnem kasztanowca, była za duża, jak na tak małą 

grupkę osób. Usunięto dodatkowe blaty stołu i to, co zostało dla czterech osób, 
wyglądało, jakby dryfowało w wielkiej przestrzeni pomieszczenia. Lokaje stali 
w czterech kątach jadalni, gotowi spełnić każde z życzeń gości.

Podano baraninę w towarzystwie kilku butelek wina. Przypominając sobie 

swoje przyjęcie ślubne, Isabel wolała nie przesadzać z alkoholem. Michael w 
ogóle nie pił.

Wallis i Carter uporali się sami z całym winem.

-  Tak właśnie  się  zastanawiam,  Michael,  jak  udało  ci się  zarobić  tyle 

pieniędzy? - zapytała Wallis.

- Pracowałem.

Jego bratowa zaśmiała się, jakby powiedział dobry żart. 

- Naprawdę zapracował na nie, Wallis - powiedział stanowczo Carter.

Wallis przestała się śmiać.

- Co to za praca?

- Handel. Sprzedawałem futra, ziemię i wszystko, co tylko wpadło w ręce 

- odparł Michael.

- Jesteś kupcem? - zapytała słabo Wallis.

Isabel   niemal   usłyszała   jej   przerażoną   myśl:  Co   ja   powiem   swoim 

przyjaciółkom?

- Naszym najnowszym przedsięwzięciem jest transport drogą morską - 

powiedział Michael. - Czy to lepiej brzmi?

- Naszym? - zdziwił się Carter.

background image

- Mam wspólnika - przyznał Michael.

- Naprawdę?

- Tak. Nazywa się Alex Haddon.

- Nigdy o nim nie słyszałem.

Isabel wyczuła, że Carter nie akceptował nikogo, o kim wcześniej nie 

słyszał albo nie znał jego rodziny.

- Haddon jest pół-Shawnee - powiedział Michael.

- A co to znaczy? - zainteresowała się Wallis.

- Jest Indianinem - odparł Michael i wyglądał, jakby sprawiło mu radość, 

że brat i bratowa byli tak zadziwieni.

- To ciekawe - mruknął Carter. - A gdzie teraz jest ten Haddon?

-   W   drodze   do   Egiptu.   Transportujemy   teraz   brytyjską   miedź,   a 

przywozimy bawełnę.

- Ho, ho, rzeczywiście prawdziwy z ciebie handlarz - wyraziła głośno 

zdziwienie nieco przerażona Wallis.

- Odnoszący sukcesy. - Isabel nie mogła się powstrzymać, żeby się nie 

wtrącić.

- A ty to pochwalasz? - zwrócił się do niej Carter. Im więcej pił, tym 

bardziej stawał się szyderczy, co nie zachwycało Isabel.

- Tak, pochwalam. Prawdę mówiąc, nigdy nie rozumiałam tego, że ludzie 

z   wyższych   sfer   akceptują   tych,   którzy   pracują   w   rządzie,   w   sądach   lub   w 
kościele, a kręcą nosem na takich, którzy robią prawdziwe interesy.

-   Ponieważ   zarabianie   na   handlu   jest   tak   pospolitym   zajęciem   - 

stwierdziła Wallis.

-   Co   innego   hazard?   -   dosadnie   wytknęła   Isabel.   -   Przepraszam,   ale 

widziałam   wielu   lordów,   którzy   gardzili   pracą,   a   potrafili   w   grze   w   karty 
roztrwonić zarobek całej wioski. - Kiedy już powiedziała, co myśli, zdała sobie 
sprawę, że mogą uznać, że krytykuje gospodarzy, którzy patrzyli na nią tak, 
jakby była trędowata. Mieli rację. Była zbyt szczera. Isabel poczuła ciepło na 
policzkach. Powinna przeprosić, ale Michael przyszedł jej z pomocą.

background image

- Poślubiłem wolnomyślicielkę - powiedział.

- Nie  wydaje mi  się, żeby  dla kobiety  było mądre,  mieć  takie mocne 

poglądy - stwierdziła sztywno Wallis.

- Nie zgadzam się - odparł Michael. - Isabel jest inteligentna i ma własne 

poglądy, a ja to bardzo cenię.

- Ponadto jest piękna - dodał jego brat.

- Racja - potwierdził Michael. - Podobnie jak ty, Wallis. - dodał po chwili.

Carter nie odezwał się ani słowem, ale gapił się bez przerwy na Isabel, 

przez co czuła się dość niezręcznie, Wallis zacisnęła usta.

Tak wygląda rozżalona kobieta. Isabel widziała ten sam wyraz twarzy u 

swojej matki. Tylko że zamiast jej współczuć, poczuła teraz przypływ złości. Jej 
matka miała przecież męża i dzieci, a mimo to tęskniła za człowiekiem takim 
jak markiz.

- Opowiedz mi o swoich dzieciach - poprosił Michael Wallis.

Szwagierka   natychmiast   zmieniła   wyraz   twarzy.   Jej   dwaj   synowie, 

Jeremy  i Wallace, byli jej dumą. Czy Michael zdawał sobie z tego sprawę? 
Jeżeli chciał poprawić nieco jej nastrój, to był to gest, który Isabel mogła tylko 
podziwiać.   To   było   miłe,   a   Isabel   nie   znała   zbyt   wielu   mężczyzn,   którzy 
potrafiliby się tak zachować. Poczuła, że nieco zmniejszyła się jej nieufność do 
niego.

Starał się.

Być może nawet naprawdę myślał to, co powiedział jej w powozie?

Wallis   entuzjastycznie   opowiadała   o   swoich   dzieciach,   a   jej   mąż 

lekceważąco patrzył w bok.

Isabel uznała, że nie podoba jej się Carter, a szczególnie kiedy wreszcie 

się odezwał.

- Już starczy, Wallis. Jeśli jeszcze nie znudziłaś Michaela i Isabel, to z 

pewnością znudziłaś mnie.

- Nie lubisz, jak mówi ktokolwiek inny niż ty - odcięła się.

background image

- Racja, moja droga, racja. - Carter zwrócił się do Isabel. - Pozwól, że 

oprowadzę cię po domu. Michael, nie będziesz miał nic przeciwko temu, że 
porwę ci żonę?

- Wolałbym pójść z wami - stwierdził Michael.

- Lecz kto by wtedy został z Wallis? - powiedział gładko Carter.

Michael spojrzał na Isabel. Nie potrafiła wyczytać w jego oczach, o czym 

myślał. Nie miała ochoty przyjmować propozycji Cartera, ale kiedy Michael się 
zgodził, nie miała innego wyjścia.

Idziemy? - zapytał Carter, pomagając jej wstać z krzesła. Kiedy znaleźli 

się na korytarzu, wziął ją pod rękę. - Pójdziemy do biblioteki. Jest tam coś, co 
wydaje mi się, że ci się spodoba.

Isabel   zwolniła   kroku,   niepewna,   czy   chce   zostać   sam   na   sam   z   tym 

człowiekiem. 

- Co takiego? 

- Portret Michaela i mnie, z czasów, jak byliśmy chłopcami.

Rzeczywiście tylko coś takiego mogło skłonić ją do pójścia z Carterem.

Ruszyła więc pewniejszym krokiem, a Carter dostosował się do jej tempa.

- Dom był prezentem, jaki otrzymał drugi hrabia Jemison za swoją służbę 

Koronie podczas wielkiego pożaru - powiedział.

- Czym się zasłużył? - zapytała Isabel.

- Nie wiem. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem - przyznał 

Carter. Zapalił świecę dla siebie i drugą dla Isabel, i otworzył wielkie drzwi. - 
Oto biblioteka.

Świece  rzucały  niesamowite   światło  na   ściany  zastawione  i  egałami   z 

książkami.   Isabel   zauważyła,   że   książki   wyglądały   tak,   jakby   nie   były   zbyt 
często zdejmowane z półek. Dawno leniu nauczyła się nie ufać bibliotekom, w 
których książki były poustawiane według rozmiarów w równych szeregach. To 
były biblioteki, których właściciele rzadko cokolwiek czytywali.

To, co przykuło natychmiast jej wzrok, to portret wiszący nad biurkiem. 

Rozpoznała na nim Michaela, który miał mniej więcej dziesięć lat, podczas gdy 
Carter był już młodzieńcem. Michael trzymał wodze gniadego kucyka i patrzył 

background image

na swojego starszego brata z podziwem w oczach, dzięki czemu portrel nabierał 
życia.

Malarzowi udało się także uchwycić podobieństwa między braćmi, które 

były widoczne, mimo różnicy wieku. Już jako chłopiec, Michael miał ten sam 
kształt   głowy   i   ramion   co   jego   brat.   Obaj   nosili   się   w   ten   sam   sposób,   z 
manieryzmem, który Isabel rozpoznawała nawet dziś.

Podeszła bliżej do obrazu, zafascynowana niewinnością, jaka malowała 

się   na   twarzy   Michaela.   Tak   by   wyglądał   ich   syn,   gdyby   została   w   tym 
małżeństwie.

- Mój brat to szczęściarz, że pokochała go taka kobieta jak ty - stwierdził 

Carter.

Isabel drgnęła ze strachu, bo niemal zapomniała o jego obecności.

-   Dlaczego   tak   mówisz?   -   zapytała,   rzeczywiście   chcąc   poznać   jego 

powody.

- Sposób, w jaki go bronisz. Masz głowę na karku, Isabel. Mądrze się 

wydałaś za mąż.

- Niektórzy by się z tobą nie zgodzili. - Starała się nie okazywać emocji, 

chociaż   nie   było   to   łatwe,   ponieważ,   w   przeciwieństwie   do   wszystkich 
postanowień, które sobie zrobiła w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, 
Isabel wiedziała, że nadal kocha Michaela.

Wpadła w pułapkę, taką samą jak jej matka przed laty.

- Spójrz na niego - powiedział Carter. - Kto by pomyślał, że stanie się 

bogaczem? Nigdy nie był dobry w nauce.

- A ty?

- Też nie - odparł zdecydowanie. - Jednak Michael zawsze miał szczęście.

- Zapracował na swoje pieniądze. 

Carter spojrzał na nią.

- Mówię o kobietach. Zawsze miał w sobie ten urok.

-  Ty  też  musisz  go  mieć  - zasugerowała   Isabel,  robiąc  krok w  stronę 

drzwi, które ku jej zaskoczeniu były zamknięte. Carter musiał je zamknąć, kiedy 

background image

ona   była   pochłonięta   oglądaniem   portretu.   -   Masz   przecież   Wallis   - 
przypomniała mu.

- I jej kochanków.

Isabel rozchyliła usta ze zdziwienia, a Carter uśmiechnął się smutno.

- Nie wiedziałaś o tym? Przez lata było ich bardzo wielu. Ten ostatni… - 

Wzruszył ramionami. - Był tak młody, że mógłby być jej synem. Lord Riggs. 
Uganiał się za każdą spódnicą. Mówiłem o tym Wallis, ale ona z wiekiem robi 
się coraz mniej rozsądna.

-   Lord   Riggs?   -   powtórzyła   Isabel,   nie   mając   pewności,   czy   dobrze 

usłyszała.

- Znasz go? - Spojrzał na nią wyczekująco.

Isabel zastanawiała się, czy jej nie nabierał. Zbieg okoliczności był zbyt 

duży.

- Spotkaliśmy się kiedyś.

- Gdybym ja go spotkał, to dobyłbym szabli. No dobrze, wrócimy chyba 

już do pozostałych. Zaczną się zastanawiać, gdzie się podzialiśmy na tyle czasu. 
Oczywiście,   nie   miałbym   nic   przeciwko   temu,   żeby   Wallis   zrobiła   się 
zazdrosna, jednakże wolałbym nie urazić mojego brata.

Po   tym   stwierdzeniu   Isabel   ruszyła   do   drzwi.   Sprawy   były   już 

wystarczająco   skomplikowane,   bez   takich   dodatkowych   bzdur.   Rodzina 
Michaela   była   dziwna.   Teraz   Isabel   już   wiedziała,   że   miał   powody,   żeby 
trzymać się od nich z daleka.

Kiedy już była przy drzwiach, przyszło jej coś do głowy. Odwróciła się 

do szwagra.

- Wierzysz Michaelowi, że nie zamordował Aletty Calendri?

- Nie.

- I mówisz to z takim przekonaniem?

- Absolutnym - odparł Carter.

- Dlaczego?

background image

- Byłem tam.

Rozdział 14

Isabel zamknęła drzwi. 

- Byłeś tam? 

Carter skinął głową.

-   Widziałeś,   jak   ją…   -   Nie   mogło   jej   przejść   przez   usta   słowo 

"zamordował". Nagle całe to zdarzenie nabrało realnych kształtów.

- Nie… ale byłem tam zaraz po tym. Michael wysłał po mnie i pomogłem 

mu wrócić do domu.

- W jaki sposób Michael cię zawiadomił?

Carter pokręcił głową, jakby był zaskoczony tym, że ona chce, go w tej 

sprawie przepytywać. Isabel pomyślała o winie, które w siebie wlał podczas 
kolacji.

- Przysłał po mnie służącego - powiedział Carter.

- Który nie chciał zeznawać przeciwko niemu w sądzie?

Carter machnął ręką, jakby chciał odeprzeć atak.

- Nie znaleźli go. Chłopak czmychnął,  bo nie chciał być częścią tego 

procesu.

- Ale z jakiego powodu Michael miałby ją krzywdzić? - zastanowiła się 

na   glos.   Dotknęła   obrączki   ślubnej,   myśląc,   że   to   dość   zabawne,   że   mimo 
wszystko, nie zdjęła jej.

- Z zazdrości. Czy to nie jest motyw każdego morderstwa?

background image

- Poczynając od Kaina i Abla? 

Carter przytaknął.

- Właśnie. 

Isabel zaczęła szukać w pamięci wszystkich historii, które czytała wiele 

lat temu podczas procesu i zawiedziona stwierdziła, że niewiele z tego pamięta.

- A co z synem lorda Elswicka? Michael uważa, że on mógł to zrobić. 

Henry i Aletta byli kochankami, a on chciał mieć ją tylko dla siebie.

Isabel   przyjrzała   się   wyrazowi   twarzy   Cartera   w   poszukiwaniu 

jakichkolwiek śladów tego, że pamięć go jednak zawodzi. Jakby w odpowiedzi 
na   jej   badawcze   spojrzenie   wycofał   się   poza   krąg   światła,   które   rzucała 
świeczka.

- Nie wiem - powiedział lodowatym głosem. - Aletta była ofiarą własnej 

niedyskrecji. Wykorzystywała mężczyzn i nastawiała ich przeciwko sobie.

- Więc było wielu takich, którzy mogli ją zabić? 

Carter wzruszył ramionami.

- Być może - odparł.

- To bardzo prawdopodobne - poprawiła go Isabel. - Czy nie tak właśnie 

zadecydował   sędzia?   Nie   było   prawie   żadnych   dowodów   przeciwko 
Michaelowi, których nie można by było skierować przeciwko któremukolwiek z 
jej kochanków.

- Widzieli go jacyś dżentelmeni w budynku. 

Isabel pokręciła głową.

- Gdyby to była prawda, to sędzia by go skazał.

Jej   szwagier   wyraźnie   nie   był   przyzwyczajony   do   tego,   żeby   mu   się 

sprzeciwiano.

- Mój brat ma  wielkie szczęście,  że znalazł w tobie takiego zażartego 

adwokata. - W jego głosie zabrzmiał gniew.

- Ja tylko stwierdzam, jaka była prawda - odparła Isabel. - A jeśli wiesz 

coś, co by świadczyło inaczej, to dlaczego nie zeznałeś tego na procesie?

background image

- Bo to mój brat. - Carter skinął w kierunku portretu wiszącego na ścianie 

nad biurkiem. - Jestem głową rodziny. Muszę myśleć o naszym dobrym imieniu.

- Ale, zgodnie z tym, co mi wiadomo, twoje imię i tak zostało wyciągnięte 

podczas procesu.

- Masz bardzo dobrą pamięć, Isabel. - Ton jego głosu wskazywał na to, że 

nie był to komplement.

- Byłam guwernantką, lordzie - poinformowała go. - Wyćwiczyłam sobie 

pamięć   i   zdolność   kojarzenia,   pracując   z   dziesięcioletnimi   chłopcami   i 
najkrnąbrniejszą   dziewczyną,   jaką   tylko   można   sobie   wyobrazić.   Słucham 
wszystkiego.

Carter uniósł brwi, zdziwiony.

- Nie wiedziałem, że byłaś służącą.

- Nie podoba ci się to?

-   Niczego   takiego   nie   powiedziałem   -   odparł,   podchodząc   do   niej   i 

sięgając do klamki, dając wyraźny znak, że ich rozmowa dobiegła końca. Lecz 
Isabel miała jeszcze jedno pytanie.

Stanęła mu na drodze.

- Czy kiedykolwiek, przez te lata, zastanowiłeś się nad tym, że nie została 

wymierzona sprawiedliwość za śmierć tej kobiety? Że jej duch musi domagać 
się zemsty?

- Chcesz, żebym doniósł na twojego męża?

Stali blisko siebie, a ich twarze oświetlał blask świec.

- Chciałam tylko wiedzieć, czy masz tego świadomość, lordzie.

Carter wzruszył ramionami.

- Robię to, co muszę, dla dobra mojej rodziny.

Czy   nie   dlatego   markiz   chronił   swojego   syna?   I   z   tego   powodu   też 

ignorował jej istnienie? Była dla niego nieistotnym szczegółem, bękartem, który 
miał swoje życie. Niczym więcej.

background image

Bezwzględność,   która  kryła  się   za   takim  postępowaniem,   zupełnie   nie 

zgadzała się z tym, w co wierzyła Isabel. Markiz i Carter zdawali się wierzyć, że 
przysługuje im prawo do rozkazywania światu, żeby dostosowywał się do ich 
potrzeb i zachcianek.

- Musisz być niezadowolony z faktu, że Michael wrócił - powiedziała.

- Biedna, biedna Isabel - powiedział ściszonym głosem. - Zakochałaś się 

w mężczyźnie, który odebrał życie jednej kobiecie. Czyżbyś bała się o swoje 
własne?

Jego okrutna uwaga zaskoczyła ją bardzo. Jakiego pokroju człowiek mógł 

powiedzieć coś takiego o własnym krewnym?

- Wcale nie - odparła, odzyskując odwagę. Otworzyła drzwi biblioteki i w 

ciemnościach korytarza wpadła na swojego męża, za którym stała Wallis.

Michael objął ją ramionami, w których poczuła się bezpieczna.

- Ciekaw byłem, dokąd poszliście - odezwał się. 

Carter wyszedł za Isabel ze świecą w dłoni.

-   Pokazałem   Isabel   nasz   portret   rodzinny.   Widok   ciebie   z   kucykiem 

niemal  ją  wzruszył.  A  może  rozśmieszył?  -  zasugerował,   jakby   się  świetnie 
bawili w swoim towarzystwie.

- Jestem pewien, że rozśmieszył ją - odparł Michael i spojrzał na Isabel. - 

Gotowa do wyjścia? To był bardzo długi dzień.

- To prawda - zgodziła się pospiesznie, chcąc jak najszybciej znaleźć się 

jak najdalej od Cartera.

Michael  poprowadził ją  do wyjścia, gdzie  lokaj  czekał już z szalem i 

rękawiczkami Isabel. Nawet nie zatrzymali się, żeby się pożegnać. Rozstrojona 
rozmową z Carterem, Isabel chciała jak najszybciej wyjść z tego domu. Była 
przekonana, że Wallis zasługiwała na kochanka, nawet takiego jak Richard.

Rzucili   na   odchodnym   "do   widzenia"   i   Michael   wziął   ją   pod   rękę   i 

wyprowadził na zewnątrz. Księżyc skrywał się za chmurami, które zapowiadały 
deszcz.   Wynajęty   powóz,   z  zapalonymi   lampami,   czekał   na  nich   po  drugiej 
stronie ulicy.

background image

Woźnica otworzył przed nimi drzwiczki. Kędzierzawe włosy sterczały mu 

spod   czapki,   co   zwróciło   uwagę   Isabel.   Nie   pamiętała,   żeby   wcześniej   to 
zauważyła, ale w końcu była wtedy bardzo zła.

Jednak Michael zatrzymał się.

- Gdzie jest woźnica, który był tu wcześniej?

- To mój brat. Wysłał po mnie, żebym go zastąpił. Chciał zobaczyć, co u 

jego żony. Ostatnio nie czuła się najlepiej. Jakieś problemy z żołądkiem.

- Wiesz, dokąd nas zabrać?

Woźnica   wyrecytował   adres   Michaela,   który,   już   uspokojony,   zdjął 

kapelusz i zajął miejsce w powozie obok Isabel. Woźnica zamknął drzwiczki i 
ruszył, nie czekając na sygnał Michaela.

Isabel oparła się na twardym skórzanym siedzeniu, zdając sobie sprawę z 

tego,   że   mimo   wszystko   z   Michaelem   czuje   się   bezpieczna.   To   Carter   ją 
zaniepokoił.

- Co się wydarzyło w bibliotece? - zapytał Michael. Zdjął rękawiczki i 

oparł   dłonie   o   uda.   Miał   duże   ręce,   z   długimi,   wąskimi   palcami.   Dłonie 
szermierza, pomyślała i przypomniała sobie, że Aletta została uduszona.

- Charles rozmawiał ze mną o morderstwie - powiedziała. 

Na chwilę zapanowała cisza.

- Zaskoczony? - zapytała, kiedy nie odpowiedział. Michael oparł się w 

swoim kącie powozu.

-   Nie.   Prawdę   mówiąc,   to   bardziej   do   niego   podobne   niż   ten   jego 

przyjacielski stosunek, kiedy zobaczył mnie po przyjeździe do Londynu. Nie 
rozumiałem   tego   nagłego   przypływu   braterskich   uczuć.   Najwyraźniej   chciał 
oczernić mnie jeszcze bardziej przed tobą.

- I to ktoś z najbliższej rodziny.

- Tak - powiedział zamyślony. - Co takiego ci mówił?

Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby być z nim nieszczera. To 

nie była jej natura.

- Powiedział, że był tam z tobą tamtej nocy - wyznała Isabel. 

background image

- Nie pamiętam.  - Zacisnął pięści ze złości i bezradności. - To brzmi 

idiotycznie. Powinienem pamiętać, ale nie pamiętam. Nie chcę, żebyś pomyślała 
sobie, że próbuję cię oszukać, Isabel. Już raz popełniłem ten błąd, nie ufając 
tobie.   Nie   zrobię   następnego.   -   Przez   chwilę   się   wahał,   zanim   ponownie 
odezwał. - Chciałbym dać nam jeszcze jedną szansę.

Ona też tego pragnęła. Wbrew wszelkiej logice, kochała swojego męża. 

Początkowy ból jego zdrady zastąpiły inne zmartwienia.

Nie przyzna się do tego od razu. Nie pozwoliłaby jej na to duma. Isabel 

cieszyła się, że nigdy nie wyznała Michaelowi swojej miłości. I obiecała sobie, 
że tym razem będzie bardzo ostrożna. Ale prawda była taka, że, jak niczego 
innego, pragnęła bliskości, którą dzielili przed przyjazdem do Londynu. Bała się 
tylko, że znowu zostanie oszukana.

Więc nie odpowiedziała nic na jego deklarację. Skupiła się na kwestii 

zabójstwa.

- Więc mówisz, że nie pamiętasz, żeby Carter był przy tobie?

- Mówił mi, że zobaczył mnie dopiero w domu. Jedno, co wiem, to, że 

następnego   ranka   obudziłem   się   z   najgorszym   kacem,   jakiego   kiedykolwiek 
miałem i z policją pukającą do mych drzwi.

- Powiedział, że ktoś widział cię w mieszkaniu Aletty.

- Sąsiad. Sędzia jednak nie przyjął jego zeznania, ponieważ ten człowiek 

w zasadzie mnie nie widział. W korytarzu było ciemno i jedyne, co dostrzegł, to 
męska sylwetka. Oczywiście chciał bardzo zeznać, że to byłem ja, ale, jako że 
człowiek ów był na wpół ślepy, sędzia mu nie pozwolił. - Michael westchnął z 
niesmakiem. - Drażniące, prawda? Starałem się przypomnieć sobie te brakujące 
godziny z mojego życia, ale nie mogę. Przekopywałem się przez wspomnienia, i 
nic.

- Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że jednak mogłeś to zrobić? - zapytała 

cicho.

Jego odpowiedź była natychmiastowa.

- Słodki Jezu, raz naprawdę wystraszyłem się, że mogłem to zrobić. - Ból 

w jego głosie poruszył ją i Isabel wzięła go za rękę.

- Więc co cię skłoniło do tego, żeby wrócić i oczyścić swoje imię?

background image

Michael przyjrzał się badawczo jej twarzy, a ona wyczuła, że zastanawiał 

się, czy może jej zaufać.

- Wierzysz w sny? - odezwał się.

- Jako przepowiednie?

- Tak… albo takie, które pozwalają ci zobaczyć to, czego wcześniej nie 

mogłaś dostrzec.

Isabel wzruszyła ramionami.

- Czasami wydaje mi się, że robię coś, co mi się już wcześniej przyśniło, 

ale okazuje się, że po prostu przypominam sobie jakieś rzeczywiste zdarzenie 
lub bardzo podobne. Nie jestem szczególnie zabobonna.

- Plemię Shawnee jest - powiedział Michael. - Ja też nigdy nie byłem 

przesądny, ale kiedy otaczają cię ludzie, którzy wierzą w to, że sny mają wielką 
moc, zaczynasz się zastanawiać.

- Miałeś jakiś sen?

- Tak, ale to był jeden sen, a przynajmniej tak mi się zdaje, który śnił mi 

się wiele razy tuż po morderstwie. Ale kiedy wyjechałem z Anglii, zniknął. I 
jakieś sześć miesięcy temu znowu się powtórzył. Tyle że tym razem wydał mi 
się   bardziej   realistyczny   i   teraz   zaczynam   już   nawet   wątpić   w   to,   czy   to 
rzeczywiście jest tylko snem. Ostatnimi czasy zaczęło mi się coś przypominać. 
Miałem tak silne przeczucie, że aż musiałem po ciebie pójść, kiedy poszłaś do 
biblioteki z Carterem. Czułem, że możesz być w niebezpieczeństwie.

- Twój brat ma dziwne poczucie humoru - powiedziała, i pomyślała, że 

kompletnie   nie   wie,   co   to   lojalność   rodzinna.   -  Ale   nie   czułam,   żeby   mógł 
wyrządzić mi krzywdę. - Jednak była zaniepokojona. - Opowiedz mi ten sen.

Michael pochylił się do niej, jakby nie chciał, żeby ich ktoś podsłuchał.

- W tym śnie widzę siebie w mieszkaniu Aletty. Leżę, ale nie na łóżku. 

Ona jest w pokoju obok i kłóci się z jakimś mężczyzną. Słyszę jego głos, ale nie 
mogę domyślić się kto to.

- O co się kłócą?

- Nie wiem. Potem następuje moment całkowitego zamroczenia i kiedy po 

raz kolejny widzę Alettę, jest już martwa, a ja wiem, kto ją zabił. Nie widzę 
twarzy mężczyzny, ale wiem, że go znam.

background image

- Sen się kończy w tym miejscu?

- Nie. Wychodzę od Aletty i idę pieszo do domu, ale poruszam się z takim 

trudem, jakbym był pijany. Jest noc i czuję lęk.

- I co dzieje się później?

- Budzę się. Mój strach mnie budzi. Wiem, że ona nie żyje, i wszystko 

wydaje   mi   się   takie  rzeczywiste.   Potrafię   przypomnieć   sobie   każde   uczucie, 
które przyszło do mnie tamtej nocy.

- A jak się czułeś tamtej nocy?

- Nieprzytomnie pijany.

- A jakie emocje odczuwasz we śnie?

Westchnął, udręczony.

-   Czuję   się   rozzłoszczony,   kiedy   odgłosy   kłótni   mnie   budzą.   Jest   mi 

niedobrze, kiedy widzę martwą Alettę. A na końcu czuję panikę.

Isabel oparła się w powozie, zadziwiona tym, jak szczegółowy jest jego 

sen.

- Co sprawia, że sądzisz, że jej nie zabiłeś?

- Nie zabiłem jej - powiedział stanowczo. - Znam siebie lepiej teraz niż 

wtedy.  Walczyłem w  bitwach.  Odbierałem  ludzkie życie. Robiłem rzeczy,  z 
których nie jestem dumny, ale nigdy nie skrzywdziłem nikogo niewinnego. - 
Spojrzał   na   nią.   -   Pamiętam   też   inne   rzeczy,   Isabel.   Aletta   mnie   kochała. 
Dlatego   właśnie   Henry   się   ze   mną   pokłócił.   Odrzuciła   jego   propozycję, 
ponieważ pragnęła mnie.

- Kochałeś ją? - Obiecywała sobie, że nigdy nie zada tego pytania, ale 

słowa padły same, zanim zdążyła pomyśleć.

- Nie - odpowiedział Michael. - Byłem zbyt egoistyczny i zwykle zbyt 

zamroczony, żeby myśleć o kimkolwiek poza samym sobą. - Zawiesił głos na 
chwilę, a potem znowu się odezwał. - Czyżbym usłyszał nutę zazdrości w twoim 
głosie? Czy to możliwe, że nadal ci na mnie zależy?

Czy słyszał, jak szybko biło jej serce?

- Nie wiem jeszcze, czego chcę - wyznała.

background image

- Ja wiem - odparł Michael.

Powóz zatrzymał się, ale żadne z nich nie zauważyło, że przestali już 

jechać,   dopóki   drzwi   powozu   od   strony   Isabel   nie   stanęły   otworem   i   ktoś 
bestialsko nie wywlókł jej na zewnątrz. Isabel zaczęła krzyczeć. Jakaś dłoń w 
rękawiczce   zasłoniła   jej   usta.   Znajdowali   się   daleko   od   Mayfair.   Wszędzie 
dookoła panowała ciemność. Jedynymi jasnymi punktami był księżyc i słabo 
oświetlony powóz. Napastnik Isabel śmierdział jak ryba.

Woźnica zeskoczył z powozu z pistoletem w dłoni.

- Zaciągnij ją w krzaki i skończ z nią - warknął. - A jego masz, Tom? - 

zawołał podniesionym głosem. - Potrzebujesz mojej pomocy?

Odpowiedzią był złowrogi odgłos ciała upadającego na ziemię.

Isabel   zdała   sobie   sprawę,   że   Michael   może   być   martwy   i   opętał   ją 

potworny gniew. Zaczęła kopać i wić się, sięgając do tyłu rękoma, gotowa wbić 
paznokcie w tego, który ją trzymał.

- Pomóż mi - zawołał jej napastnik do woźnicy, ale jego towarzysz miał 

swoje problemy.

Jakby pojawiając się znikąd, Michael zeskoczył z dachu powozu wprost 

na woźnicę. Padł strzał, a koń poderwał się gwałtownie do ucieczki.

Napastnik Isabel uwolnił ją i uciekł w ciemność. Isabel padła na ziemię, 

po czym wstała, żeby ruszyć na pomoc Michaelowi, ale zahaczyła o swoje halki 
i znów się przewróciła.

- Zostań tam - rozkazał jej mąż. - On ma nóż.

Isabel   w   ostatniej   chwili   zauważyła   błysk   ostrza   w   ręku   mężczyzny. 

Cofnęła się.

Woźnica zamachnął się nożem, grożąc, ale Michael zaśmiał mu się w 

twarz.

- Będziesz się musiał trochę bardziej postarać.

Woźnica   skoczył   na   niego,   a   Michael   usunął   mu   się   z   drogi   i   złapał 

mężczyznę za nadgarstek. Słychać było trzask łamanych kości i nóż spadł na 
ziemię. Woźnica wrzasnął z bólu i zgiął się wpół.

W ułamku sekundy Michael trzymał już jego nóż w dłoni.

background image

Woźnica przewrócił się na plecy i zaczął błagać o oszczędzenie mu życia.

- Nie zrobię ci krzywdy - powiedział Michael - ani nie zawołam policji. 

Ale skręcę ci twój przeklęty kark, jeśli się nie zamkniesz.

Woźnica zamknął usta.

- A twój przyjaciel Tom jeszcze żyje - zapewnił go Michael. - Obudzi  się 

z bólem  głowy,  tylko trochę  gorszym niż zwykły kac.

- Nie zabiłeś go?

- Jeszcze nie - ostrzegł Michael. - Isabel, nic ci nie jest?

- Tak myślę. - Drżała i była trochę poturbowana, ale poza tym wszystko 

było w porządku.

Michael nie był w stanie rozpoznać miejsca. Budynki w oddali były niskie 

i czuć było smród rynsztoku. Musieli być niedaleko Tamizy. Koń nie uciekł 
daleko, ale, nadal wystraszony, stał przy murze jakieś sto jardów dalej.

Woźnica   postanowił   spróbować   ucieczki.   Poderwał   się   na   nogi,   ale 

Michael przewidział jego ruch i dopadł go zaraz. Mężczyzna przywarł do ziemi 
w pobliżu swojego przyjaciela Toma. Michael postawił nogę na jego złamanym 
nadgarstku.

- Nie, sir! - wrzasnął woźnica.

-   W   takim   razie   powiedz   mi,   kto   cię   wynajął   -   rozkazał   spokojnie 

Michael.

Wzrok Isabel przyzwyczaił się już do ciemności i zobaczyła, że woźnica 

był typkiem spod ciemnej gwiazdy, o drwiącym i podłym wyrazie twarzy. Ale 
było coś znajomego w jego kędzierzawych włosach.

- Nie mogę - odpowiedział.

Isabel nagle sobie przypomniała.

-   To,ty   jechałeś   tym   wozem   do   Rutland.   Minąłeś   nas,   kiedy   się 

kłóciliśmy. To ty do niego strzeliłeś.

- Nie. Nie zrobiłem tego! - powiedział woźnica, podnosząc głos o oktawę, 

co go zdradziło.

background image

Michael podrzucił nóż, złapał go w powietrzu i wycelował jego ostrze 

prosto w serce woźnicy.

- Kto cię wynajął, żebyś mnie zabił? - zapytał tak uprzejmie, jak tylko 

potrafił i Isabel zdała sobie sprawę z tego, że jest w swoim żywiole.

Woźnica też to zauważył. Zaczął mówić wszystko, co wiedział.

- Nie wiem, jak się nazywa. Żadnych nazwisk, tylko pieniądze. Spotkałem 

go w tawernie "Pod Krukiem". I jakiś inny człowiek wyśledził mnie później, 
żeby powiedzieć mi, że nadal żyjesz.

- Wiesz, jak się z nim skontaktować? - zapytał Michael.

- Szczerze mówię, sir, że nie wiem. To oni mnie znaleźli. Obaj pracowali 

dla kogoś. Wiem o tym. Mówili o jakimś dżentelmenie. Mówili, że są jego 
służącymi. Można to było wywnioskować ze sposobu, w jaki mówili o nim. 
Powiedzieli, że muszę skończyć robotę, inaczej zapłacę za to głową.

- Dobrze ci zapłacili?

- Nie chcieli mi zapłacić, ale nalegałem i nie mieli wyjścia, prawda?

- Tak, żadnego. I jakkolwiek podziwiam ludzi, którzy doprowadzają pracę 

do końca - powiedział oschle Michael - to tej roboty nie zakończysz.

Drugi   zbir,   Tom,   zaczął   odzyskiwać   przytomność,   i   próbował   się 

podnieść, ale opadł z powrotem. Woźnica zobaczył to i odezwał się:

- Racja, sir. Jest pan trochę szybszy ode mnie.

Michael zdjął stopę z jego nadgarstka.

- Idź, i zabieraj stąd swojego przyjaciela. Jeśli ktokolwiek skontaktuje się 

z tobą znowu, ponieważ nadal żyję, przyjdź do mnie. Zapłacę ci lepiej. Jeśli nie 
przyjdziesz, zrobię sobie trofeum z twojego skalpu.

- Tak, sir. Dziękuję, sir - powiedział woźnica i zaczął gramolić się na 

kolana, oszczędzając nadgarstek. Próbował sięgnąć po pistolet, leżący na ziemi.

-   Nie   -   powiedział   Michael   i   woźnica   odsunął   się   od   broni   i   zaczął 

pomagać Tomowi wstać.

- A tak przy okazji, gdzie jest woźnica? - zapytał Michael.

background image

- Zapłaciłem mu, żeby sobie poszedł, sir.

- Musiałeś nieźle zarobić za tę spartaczoną robotę - stwierdził Michael.

- Tak, sir.

Obaj mężczyźni zatoczyli się w stronę powozu, ale głos Michaela ich 

zatrzymał.

- Przepraszam, panowie, ale powóz i koń są teraz moje.

Nie oponowali. Po minucie zniknęli między magazynami. 

Do Isabel dotarło, w jakiej znaleźli się sytuacji, i przysunęła się do męża.

- Nie jesteśmy blisko domu, prawda?

-   Nie.   -   Ze   złości   drgały   mu   mięśnie   szczęki.   -   Powinienem   był   być 

bardziej ostrożny.

Objął ją opiekuńczym ramieniem, a ona bez namysłu zarzuciła mu ręce na 

szyję   i   przytuliła   się   do   niego   mocno.   Ich   kłótnia   nie   miała   już   żadnego 
znaczenia. Tak bardzo dziękowała Bogu, że żadnemu z nich nic się nie stało.

- Nic ci nie jest?

- To wszystko działo się tak szybko. - Kolorowe wstążki, które trzymały 

jej fryzurę, gdzieś przepadły, podobnie jak grzebyki. Isabel odgarnęła włosy do 
tyłu. - Nic mi nie jest. To było takie straszne. Czułam się tak samo jak w dniu, 
kiedy cię postrzelili. Ja… - Przełknęła ślinę, nie będąc w stanie wypowiedzieć 
ani jednego słowa więcej.

Michael pocałował ją w czubek głowy.

- Isabel, nie myśl o tym, co mogło się stać.

Jego spokojna odpowiedź pomogła jej się pozbierać i odzyskać odwagę.

- Co teraz zrobimy?

- Moja dziewczyna - powiedział z zadowoleniem. Wziął ją za rękę i ruszył 

do powozu. - Zawiozę cię do domu.

Isabel zatrzymała się.

background image

- Zostaniesz tam ze mną? - zapytała z powątpiewaniem. Michael jednak 

potwierdził jej podejrzenia.

- Nie. Zamierzam spotkać się z Elswickiem i jego synem.

- Jesteś pewien, że to ich robota?

- Kto inny ma tyle pieniędzy, żeby opłacić moją śmierć? I kto inny by na 

niej cokolwiek zyskał?

Isabel poczuła lodowate zimno wokół serca. Nie miała wątpliwości, że 

gdyby Michael nie reagował tak szybko, obydwoje byliby już martwi.

- On chce także mojej śmierci.

Michael nie zaprzeczył.

-   Dwa   dni   temu   uwierzyłem   Elswickowi.   Teraz   będzie   mnie   musiał 

jeszcze raz przekonać.

- I mnie też - odparła Isabel. - Jadę z tobą.

Michael zmarszczył czoło.

- Nie, Isabel. Nie wiem, czego mogę się spodziewać, a wolałbym, żebyś 

była w bezpiecznym miejscu.

- Muszę z tobą pojechać - powiedziała stanowczo. - Chcę zobaczyć jego 

spojrzenie, kiedy on ujrzy ciebie. Będzie musiał odpowiedzieć za wiele spraw. 
Po pierwsze, za bycie tchórzem, który wynajmuje kogoś do wykonania brudnej 
roboty.

Michael przyglądał jej się przez chwilę, a potem zgodził się z nią.

-   W   porządku,   jedźmy.   -   Podniósł   pistolet   z   ziemi.   -   Dziś   w   nocy 

zakończymy tę rozmowę.

 

 

background image

Rozdział 15

Michael   prowadził   powóz,   a   Isabel   siedziała   obok   niego.   On 

zaproponował, żeby wsiadła do środka, ale po ostatnich doświadczeniach wolała 
być na zewnątrz, przy nim.

Michael znalazł koc pod siedzeniem woźnicy i osłonił nim jej nogi. Isabel 

nie   miała   nic   przeciwko   chłodnemu   nocnemu   powietrzu.   Świeże   powietrze 
przypominało jej, jak cudownie jest być żywym.

Wsunęła rękę pod jego ramię, nie tylko dlatego, żeby się od niego grzać, 

ale także dlatego, że chciała połączyć ich siły. Nie rozmawiali, bo nie było takiej 
potrzeby. Działali w całkowitym porozumieniu.  Razem są  w stanie pokonać 
wszystkich wrogów, poczynając od człowieka, który ją spłodził.

Zaczęli zbliżać się do zabudowań i na drodze był coraz większy ruch. 

Isabel spodobało się siedzenie na miejscu woźnicy i, jeśli wywołali tym faktem 
komentarze tych, którzy ich mijali, to tym lepiej. Michael powoził, jakby urodził 
się na koźle. Kiedy dotarli do dzielnicy willowej, ulice zrobiły się szersze i 
mniej zaludnione.

Markiz mieszkał w starszej części miasta. Domy tu były większe od tych 

w   Mayfair.   Isabel   wiedziała   o   tym,   ponieważ   kiedyś,   kiedy   pracowała   dla 
księżnej, zrobiła ten wysiłek i sprawdziła, gdzie mieszkał markiz. Zastanawiała 
się   wtedy,   czy   podejść   do   drzwi,   ale   opuściła   ją   odwaga.   Tej   nocy   jednak 
odwagi jej wystarczy.

Kiedy skręcili w ulicę, przy której mieszkał, zobaczyli jego dom w pełni 

oświetlony,   z   rzędami   powozów,   czekającymi   na   gości.   Woźnice   i   lokaje 
zgromadzili się w małych grupkach i plotkowali.

- Wygląda na to, że się zabawia - powiedziała Isabel. - Może powinniśmy 

zaczekać?

- W żadnym wypadku - odparł Michael i zajechał tuż przed sam front 

domu.

Lokaj w błękitnej liberii oderwał się od rozmów i powitał ich. Otworzył 

drzwiczki powozu i zdziwił się, kiedy zdał sobie sprawę, że wewnątrz nie ma 
nikogo.

background image

-   Jesteśmy   tu,   na   górze   -   powiedział   Michael,   zeskakując   z   kozła. 

Przeszedł dookoła i wyciągnął ręce, żeby pomóc zejść Isabel. - Przypilnuj, żeby 
powóz został w tym miejscu - powiedział do lokaja, który miał szeroko otwarte 
oczy ze zdziwienia, a Michael rzucił mu monetę. - Zaraz będziemy wychodzić.

Kiedy   podchodzili   do   drzwi   wejściowych,   Isabel   nieśmiało   zaczęła 

poprawiać fryzurę, żałując, że nie ma grzebyków.

- Nie przejmuj się - powiedział Michael. - Wyglądasz pięknie.

Jego słowa wystarczyły, żeby się rozluźniła.

Drzwi otworzyły się, zanim zdążyli zapukać. Kamerdyner był potężnym 

mężczyzną   w   czarnej   liberii,   która   kontrastowała   z   jego   siwymi   włosami   i 
bezbarwnymi oczami.

- Przyszliśmy w odwiedziny do pana Elswicka - powiedział Michael.

- Przepraszam, ale pana nie ma w domu - odparł kamerdyner, mimo że 

męski  śmiech  rozległ się za jego plecami,  z miejsca,  gdzie prawdopodobnie 
znajdowała się jadalnia.

Zaczął zamykać im drzwi przed nosem, ale Michael był szybszy. Złapał 

Isabel za rękę, pchnął drzwi z taką siłą, że kamerdynera odrzuciło w tył.

-   Sami   się   zaanonsujemy   -   powiedział   chłodnym   tonem,   mijając 

oszołomionego służącego i ruszył w stronę, skąd dobiegały odgłosy przyjęcia. 
Isabel dotrzymywała mu kroku, trzymając jego dłoń.

Jadalnia   znajdowała   się   za   drugimi   drzwiami.   Wkroczyli   do   środka   i 

zobaczyli   przyjęcie   na   około   dwadzieścia   osób.   Markiz   siedział   u   szczytu 
długiego stołu.

Na widok nieproszonych gości wszystkie rozmowy ustały.

- Drogi lordzie - powiedział Michael - musimy zamienić z panem słówko 

na osobności.

W   tym   momencie   do   sali   jadalnej   wbiegł   kamerdyner   w   obstawie 

lokajów. Brutalnie chwycił Isabel, która krzyknęła głośno i odepchnęła od siebie 
odźwiernego. Kamerdyner nie spodziewał się, że kobieta będzie z nim walczyła. 
Stracił równowagę i runął do tyłu na swoich podwładnych. Kiedy się pozbierał, 
spotkał   się   z   pięścią   rozgniewanego   Michaela,   który   powalił   go   na   ziemię 
jednym ciosem.

background image

Jeden z lokajów próbował zaatakować Michaela z tyłu, ale ten przerzucił 

go przez ramię i służący runął na zastawiony stół. Talerze, srebra, kieliszki i 
wszystkie   potrawy   uniosły   się   w   powietrze.   Goście   poderwali   się   od   stołu, 
przewracając   krzesła,   kiedy   Michael   posłał   drugiego   lokaja   w   ślad   za 
pierwszym.   Wszystko   to   potoczyło   się   tak   szybko,   że   kobiety   nie   zdążyły 
krzyknąć ze strachu.

Trzymając się za zakrwawiony nos, kamerdyner podniósł się z podłogi. 

Skrzyżował pięści i przygotował się do wściekłego ataku na Michaela, lecz w 
tym momencie odezwał się markiz.

- Roberts, już wystarczy.

Ze wszystkich osób w salonie markiz  wyglądał na najspokojniejszego. 

Nadal siedział na swoim miejscu przy stole i nie drgnął mu ani jeden mięsień.

Roberts   zmarszczył   czoło,   jakby   zastanawiał   się   jeszcze,   czy   nie 

sprzeciwić się poleceniu lorda. Jednak wziął się w garść, odgarnął włosy do tyłu 
i ukłonił się.

- Tak, proszę pana.

- I zabierz ze sobą lokajów - rozkazał markiz.

Obaj   służący   byli   wdzięczni,   że   mogą   opuścić   salon,   gdyż   obaj   mieli 

twarze i uniformy zabrudzone jedzeniem. Nie wyglądali na szczęśliwych.

Isabel  i  Michael   stanęli  twarzą   w  twarz   z  markizem,   który  znużonym 

spojrzeniem obrzucił ich  poturbowane  postacie.   Isabel  zrewanżowała   mu  się 
pogardliwym wzrokiem.

Ku jej zaskoczeniu markiz uśmiechnął się. Posunął się nawet do tego, 

żeby przedstawić ich swoim gościom.

- Pozwólcie,  że wam przedstawię  pana Seversona,  którego już znacie, 

brata Jemisona. Dama stojąca obok to jego żona.

Kilkoro osób uniosło brwi w zdziwieniu, rozpoznając to nazwisko.

- Czy to ten, którego oskarżono o morderstwo? - zapytała kobieta siedząca 

najbliżej markiza.

- Tak - odparł markiz, jakby sprawiło mu to ogromną przyjemność.

background image

I   wtedy   Isabel   zauważyła   wśród   gości   Richarda.   Schylił   się,   żeby 

podnieść stłuczony kieliszek z podłogi, i powoli prostował, kiedy ich spojrzenia 
się spotkały. Nie wyglądał na zadowolonego na jej widok.

Michael odezwał się bez cienia wahania w głosie.

- Chciałbym zamienić z panem parę słów, lordzie, albo nie będę jedynym, 

który stał przed sądem.

Jego   słowa   wywołały   oczekiwany   efekt.   Pomruki   rozeszły   się   po 

eleganckim towarzystwie. Markiz wstał od stołu.

- Skoro pan musi… - powiedział, przeciągając samogłoski.

- Muszę - zapewnił go chłodno Michael.

- Proszę mi, w takim razie, wybaczyć - zwrócił się markiz do gości i 

ruszył   w   stronę   Michaela   i   Isabel.   Zatrzymał   się   jednak   przy   fotelu   bardzo 
atrakcyjnej, siwowłosej kobiety o błękitnych oczach. Z całego zgromadzenia 
gości tylko ona nie odsunęła się od stołu podczas bijatyki Michaela z lokajami. 
Isabel zauważyła, że kobieta nie mogła tego zrobić, gdyż siedziała na fotelu na 
kółkach.

Kobieta ta miała w sobie coś, co przypominało Isabel jej matkę. Obie 

byłyby   mniej   więcej   w   tym   samym   wieku,   gdyby   matka   Isabel   nadal   żyła. 
Kobieta miała na sobie naszyjnik z brylantów i takie same kolczyki. Markiz 
zwrócił się do niej z takim szacunkiem, że Isabel zdała sobie sprawę, że kobieta 
ta musi być jego żoną, markizą.

- Zajmiesz się gośćmi, moja droga? - poprosił markiz.

- Będziemy czekać na twój powrót - odparła spokojnie.

Jakaś część Isabel zapragnęła nagle oznajmić całemu towarzystwu, kim 

ona jest. Niech wszyscy się dowiedzą, że się jej wyparł.

Lecz wtedy markiza uśmiechnęła się do niej w sposób wyrażający smutek 

i współczucie.

Ona wiedziała o wszystkim!

Isabel   cofnęła   się   i   zbliżyła   do   Michaela,   a   jej   wzrok   bezwiednie 

zatrzymał   się   na   twarzy   markiza.   Czekał,   że   na   niego   doniesie   całemu 
towarzystwu, zdała sobie z tego sprawę. Przewidywał, że zaraz zrobi mu scenę i 
widać   było,   że   z   zimnym   wyrachowaniem   przygotowywał   się   na   to.   Ale 

background image

zależało mu na tym, co pomyśli sobie jego żona. I ta szczelina w jego zimnym 
pancerzu w jakimś sensie go uczłowieczała. Isabel dotychczas uważała to za 
niemożliwe.  Nie usprawiedliwiało to jednak bólu, jaki czuła na myśl,  że jej 
rodzony   ojciec   ją   lekceważył   przez   całe   życie,   ale   przynajmniej   dawało   jej 
szansę wykazać się wielkodusznością.

Michael wziął Isabel pod rękę, kiedy markiz poprowadził ich korytarzem 

do biblioteki. Regały zastawione były rzędami książek i pachniało w nim skórą. 
Isabel zauważyła, że te książki były czytane.

Markiz   zamknął   za   nimi   drzwi.   Jego   pozorny   spokój   znikł   jak   bańka 

mydlana.

- Co wy sobie, u diabła, myślicie, żeby w ten sposób wtargnąć do mojego 

domu? Severson, czy zamierza mnie pan zastraszać?

- Zastraszać? Nie, chciałem panu zrobić niespodziankę - odparł Michael. - 

Kolejna próba zabicia mnie nie powiodła się panu i postanowiłem, że najlepiej 
będzie, jak poinformuję pana o tym osobiście.

- Moja próba czego? - zapytał zaszokowany markiz.

- Wynajął pan ludzi, którzy zaatakowali moją  żonę i mnie,  kiedy pan 

siedział sobie spokojnie przy kolacji z gośćmi - oświadczył Michael. - Kiedy 
zostałem postrzelony w Rutland, pewnie też pan się zabawiał?

- Już mówiłem, że nie miałem nic wspólnego z tamtym zdarzeniem. Ani z 

tym.

- Nie wierzę już pańskim słowom - powiedział Michael. 

Markiz wyprostował się.

- Powinienem wyzwać pana na pojedynek!

- Bardzo proszę! - powiedział Michael. - Pistolety czy szpady, wszystko 

mi jedno. Mamy ze sobą porachunki, drogi lordzie, i nadszedł już czas, żeby się 
rozliczyć.

Drzwi   do   biblioteki   otworzyły   się   gwałtownie.   Wszyscy   wewnątrz 

odwrócili się i zobaczyli mężczyznę w wieku zbliżonym do Michaela. Było w 
nim lekkie podobieństwo do markiza i Isabel natychmiast domyśliła się, że to jej 
przyrodni brat, Henry. Miał gęste, falujące, brązowe włosy i szarozielone oczy. 
Miał   nieco   delikatniejsze   rysy   twarzy   niż   ich   ojciec.   Bez   wątpienia 
odziedziczone po matce.

background image

-   Przestańcie   obydwaj   -   powiedział   Henry,   wchodząc   do   pokoju   i 

zamykając za sobą drzwi.

- Zostaw nas - rozkazał markiz. - To nie twoja sprawa.

- Przykro mi, ojcze, ale to moja sprawa. Wygląda na to, że działałeś w 

moim imieniu, a ja nic o tym nie wiedziałem.

- Niczego nie zrobiłem.

- Zaaranżowałeś zabicie Seversona? - zapytał Henry.

Markiz  aż się   cofnął,  jakby  takie  pytanie  z ust  jego  syna  było  czymś 

odrażającym.

- Nie - odpowiedział stanowczo.

Henry wypuścił powietrze z płuc, a Isabel zdała sobie sprawę, że obawiał 

się usłyszeć odpowiedź. Jej przyrodni brat spojrzał na Michaela, ani razu nie 
rzucając okiem na Isabel.

- Sporo czasu minęło - powiedział. 

Wyraz twarzy Michaela był nieodgadniony.

- Czy ty wynająłeś kogoś, żeby mnie zabił?

- Nie - odparł Henry. - Mój ojciec też nie.

- Skąd ta pewność? - zapytał Michael.

- Ponieważ, gdyby wynajął kogoś do zabicia ciebie, już byś nie żył.

- Tak jak Aletta Calendri? - Michaelowi błysnęły oczy z tłumionej złości.

Henry nie poczuł się jednak urażony.

- Kiedyś byliśmy dla siebie bliższi niż bracia, a teraz tak mało o sobie 

wiemy - zauważył spokojnie.

- Sporo czasu minęło od naszej ostatniej rozmowy - stwierdził Michael.

- Dziesięć lat. A nasza ostatnia rozmowa to była kłótnia z powodu Aletty.

background image

-  Teraz   zdaje   się,   że   też   będziemy   się   kłócić   -  powiedział   Michael.   - 

Uwierzyłeś w to, że ja ją zabiłem. Zeznawałeś przeciwko mnie, a twój ojciec 
starał się jak mógł, żeby mnie powiesili.

- Tak jak wszyscy, myślałem o tobie najgorsze. - Henry pokręcił głową. - 

A teraz już sam nie wiem, w co mam wierzyć.

- Czyżbyś zmienił zdanie? - zapytał Michael, niebezpiecznie łagodnym 

głosem.

Henry podszedł do niego i odezwał się tak, jakby tylko oni dwaj byli w 

tym pomieszczeniu.

- Nawet podczas procesu nie wierzyłem, że mógłbyś być człowiekiem 

tego pokroju, zdolnym do zabójstwa. Poza tym, Aletta kochała ciebie. To ja 
byłem przepełniony zazdrością.

- A ja przez wszystkie te lata wierzyłem, że to ty ją zabiłeś w gniewie i 

pozwoliłeś zrzucić na mnie całą winę.

- Nie, Michael. Nie zrobiłem niczego takiego. W noc morderstwa wszyscy 

widzieli mnie w klubie, jak się upijałem, ponieważ mój najlepszy przyjaciel, 
człowiek, którego kochałem jak brata, ukradł mi  kobietę, którą sądziłem,  że 
kocham bardziej niż on.

Michael machnął ręką.

- Kłamiesz!

-   Nieprawda.   Dowiedziono   tego   podczas   śledztwa.   Byłeś   tak   zajęty 

obroną siebie, że nie zwróciłeś na to uwagi. Przesłuchiwali mnie, i dowiodłem 
swojej niewinności. - To ostatnie zdanie było bezpośrednią aluzją do tego, że 
Michael nadal mógł zostać postawiony w stan oskarżenia.

Michael   odwrócił   się   na   chwilę,   a   potem   z   powrotem   spojrzał   na 

Henry'ego.

- Co robiłeś z Riggsem, skoro nie planowaliście, jak tu się mnie łatwo 

pozbyć?

- Riggs jest chrześniakiem mojej żony - wtrącił się markiz. - Jest tu dziś 

wieczorem, bo moja żona zaprosiła go na swoje urodziny.

Michael pokręcił głową i zwrócił się do Henry'ego.

background image

- Widziałem ciebie i Riggsa w tawernie "Pod Krukiem".

Isabel przypomniała sobie, że o tym miejscu wspomniał woźnica, który 

próbował ich zabić, wyznając, że tam właśnie się z nim skontaktowano.

-   To   popularne   miejsce   -   stwierdził   Henry   -   ponieważ   jest   blisko 

budynków rządowych. Widziałeś nas razem zeszłej nocy?

- Tak.

-   Richard   przyszedł   do   mnie   -   powiedział   Henry   -   ponieważ   zmienił 

poglądy.   Postanowił   stać   się   bardziej   odpowiedzialny.   Częściowo   za   twoją 
sprawą,   a   częściowo   dzięki   mnie.   Uznał,   że   skoro   my   potrafiliśmy   zmienić 
nasze   życie   na   lepsze,   to   i   on   będzie   mógł.   Postanowił   wstąpić   do   armii   i 
wyjechać do Indii.

-   A   co   spowodowało   taką   cudowną   przemianę?   -   zapytał   sceptycznie 

Michael. 

- Moja siostra - odparł Henry.

Isabel nie zdawała sobie sprawy, kogo miał na myśli, dopóki wszyscy na 

nią nie spojrzeli. Przysunęła się wtedy do Michaela.

- Richard zakochał się w twojej żonie - powiedział Henry. - Nie zdawał 

sobie   sprawy,   jak   wiele   ona   dla   niego   znaczy,   dopóki   ty   jej   nie   poślubiłeś. 
Wydaje mu się, że mógł ją zdobyć, gdyby złożył jej przyzwoitą propozycję, 
zamiast   znieważającej   ją.   Przez   tydzień,   albo   i   dłużej,   był   wściekły. 
Awanturował   się   i   wszczynał   bójki.   Pamiętasz,   jak   to   jest?   Musiałem 
interweniować.   Ja   wiedziałem,   jak   się   czuje   człowiek,   kiedy   kobieta,   którą 
kocha, wybiera ciebie.

- Nie zamierzam przepraszać za to, że poślubiłem Isabel - oświadczył z 

dumą   Michael.   -   Ale   uważam,   że   Aletta   zamieniłaby   twoje   życie   w   piekło, 
Henry. To taki typ kobiety. Jedyna osoba, jaką kochała, to ona sama.

- To samo powtarzaliśmy mu z żoną przez te wszystkie lata - powiedział 

markiz. - Ona nie była warta twojego uczucia - zwrócił się do syna.

- Nie ożeniłeś się? - zapytał Michael.

Henry zmarszczył brwi.

- Mogłem, ale nie byłem jeszcze na to gotowy. 

background image

Markiz chrząknął.

- Może, gdyby ta kobieta nie została zamordowana, mój syn nie myślałby 

o niej jak o jakiejś świętej. Henry ma zobowiązania wobec tytułu, który nosi, a 
nadal   się   nie   ożenił.  Jest   jedynym,   który   w   ogóle   pamięta,   kim  ona  była.   - 
Wyraźnie gardził uczuciami syna.

Michael zupełnie inaczej na to zareagował.

- Dobry Boże - powiedział cicho. - Byłem takim prostakiem. - Pokręcił 

głową. - Nie znajduję dla siebie usprawiedliwienia.  Piłem tak strasznie i byłem 
egoistą. - Przerwał. - Chciałbym móc powiedzieć, że tak nie było.

Henry   nabrał   powietrza   w   płuca,   ale   nic   nie   powiedział,   a   Isabel 

zrozumiała   go.   Kochał   i   stracił   swą   miłość,   a   teraz   bał   się   ponownie 
zaryzykować swoje uczucia. Nieważne, że tamta kobieta nie była warta takiej 
miłości. Nieodwzajemnione uczucie bolało.

I nagle, w swoim przyrodnim bracie Isabel zobaczyła siebie.

Przez  całe swoje  życie szukała  miłości.  Pragnęła jej zaznać  od matki, 

która żyła z własną goryczą rozczarowania, i od ojca, który ją począł, ale nie był 
jej rodzicem.

Prawdę mówiąc, jedyną osobą, która naprawdę troszczyła się o Isabel, 

którą obchodziły jej wzloty i upadki, był jej ojczym. Wykształcił ją i zapewniał 
jej   dach   nad   głową   i   jedzenie.   Nauczył   ją,   jak   ma   być   na   tyle   silna,   żeby 
potrafiła o siebie zadbać w życiu.

I wtedy pojawił się Michael, goniący za czymś groźnym i bezwiednie 

Isabel   straciła   czujność.   Zakochała   się.   Pokochała   go   nieodwzajemnionym 
uczuciem, ale teraz już wiedziała, że podjęcie tego ryzyka było lepsze niż ciągłe 
życie w cieniu. A tak właśnie żył Henry.

-   Wydaje   mi   się,   że   Aletta   Calendri   interesowała   się   wyłącznie 

zaspokajaniem własnych pragnień - powiedziała Isabel do swojego brata. - Taka 
osoba   może   być   destrukcyjna.   Twój   ojciec   ma   rację.   Musisz   zacząć   żyć 
własnym życiem. Trudno jest zdać sobie sprawę z tego, że przez wszystkie te 
lata opłakiwałeś coś, co tak naprawdę nigdy nie istniało.

Nie spodobało mu się to, co mówiła, ale Isabel się tym nie przejęła. Dla 

niej, to, co łączyło ją z tymi ludźmi, zostało już zerwane. Patrzyła na markiza i 
jego syna jak na obcych.

background image

Odwróciła się do Michaela.

- Nie mamy tu już nic do roboty. Oni nie mieli nic wspólnego z atakami 

na twoje życie. - Położyła dłoń na ramieniu męża. - Wracajmy już do domu.

Michael   spojrzał   najpierw   na   jej   dłoń,   a   potem   w   jej   oczy,   a   Isabel 

zastanowiła się, czy zrozumiał, że jej gniew na niego już minął. Okoliczności, 
które ich połączyły, nie miały już dla niej żadnego znaczenia. To, co się teraz 
dla niej liczyło, to jej przyszłość. I bez względu na to, czy dobrze, czy źle robiła, 
chciała spędzić resztę życia właśnie z tym mężczyzną.

Może pewnego dnia on odwzajemni jej uczucie, ale w lej chwili to nie 

miało znaczenia. Wystarczy, że ona go kocha.

Michael wziął ją za rękę.

- Przepraszamy, że przeszkodziliśmy w waszym przyjęciu. - Poprowadził 

Isabel do drzwi, przy których zatrzymał ich głos markiza.

- Jest pani całkiem interesującą kobietą, pani Severson. Kompletnie inną, 

niż się spodziewałem.

Kiedyś,   gdyby   usłyszała   nawet   tak   skromną   pochwałę   z   ust   markiza, 

byłaby szczęśliwa. Ale teraz pomyślała sobie, że jego słowa zabrzmiały raczej 
głupio.

-   Niestety,   pan   nie   jest   taki,   jak   się   spodziewałam   -   odparła   i   z 

podniesioną głową wyszła z biblioteki, a Michael przytrzymał dla niej drzwi.

Na   zewnątrz,   w   korytarzu   przy   jadalni,   czekało   sporo   gości   markiza, 

którzy liczyli, że podsłuchają coś, co będą mogli powtarzać jako plotki. Richard 
stał  z  tyłu, trzymając   się  z  dala od  wszystkich.  Isabel w  duszy  życzyła mu 
dobrze, ale nie zamierzała się zatrzymywać przy nim.

Markiza siedziała w swoim fotelu w pobliżu drzwi do jadalni. Isabel czuła 

na sobie jej spojrzenie i smutek kobiety, ale to już nie była część jej życia. Już 
nie.

Wsunęła   rękę   pod  ramię  Michaela  i  wspólnie   wyszli  z   tego  domu   do 

czekającego na nich powozu. Michael pomógł jej wsiąść na kozioł, jakby to 
było coś najzwyczajniejszego na świecie. I odjechali.

Nie przejechali zbyt wiele, kiedy Michael zatrzymał konia i spojrzał na 

Isabel.

background image

-   Chciałbym,   żebyś   miała   świadomość   tego,   że   tam,   w   bibliotece 

Elswicka, dokonałaś wyboru. Wybrałaś mnie. - Powiedział to prawie obronnym 
tonem.

- Wiem - powiedziała, spoglądając mu prosto w oczy.

- Nie pozwolę ci odejść - ciągnął dalej, jakby ona nic nie powiedziała. - I 

być może nigdy nie uda mi się oczyścić mojego imienia, Isabel. Być może będę 
musiał wyjechać z Anglii, ale nie zostawię cię tutaj. Zabiorę cię ze sobą, nawet 
jeśli będę musiał ciągnąć cię siłą, a ty będziesz się broniła, krzycząc, wierzgając 
i zaklinając się, że do końca swoich dni będziesz mnie za to nienawidzić.

Isabel   usłyszała   to,   czego   nie   powiedział   wprost.   Pomyślała   sobie,   że 

wszyscy są kruchymi istotami, które pragną miłości, a nie potrafią otworzyć się 
na nadarzającą się ku temu okazję.

Isabel nie zamierzała się bać. Już nie. Postanowiła zaryzykować.

- Michael, nie mogłabym cię nienawidzić - powiedziała. - Bo cię kocham.

Rozdział 16

- Kochasz mnie? - powtórzył głucho Michael, kompletnie oszołomiony. 

Isabel kiwnęła głową.

- Przyznaję, że to raczej głupota z mojej strony…

-   Nie   -   przerwał   jej.   -   To   najmniej   głupia   rzecz,   jaką   kiedykolwiek 

zrobiłaś.   Kochasz   mnie?   -   Musiał   powtórzyć,   chcąc   jeszcze   raz   usłyszeć   te 
słowa z jej ust, żeby w nie uwierzyć.

- Kocham cię.

Gdyby teraz otworzyły się niebiosa i usłyszał chóry anielskie, Michael nie 

czułby się bardziej szczęśliwy. Wstał z kozła, czując, że nagle świat przejaśniał.

background image

- Nawet po tych wszystkich błędach, które popełniłem w swoim życiu i 

wobec ciebie? - Musiał o to zapytać. - Nie, zaczekaj. Nie odpowiadaj. Lepiej nic 
więcej nie mów.

Słuchała go z szeroko otwartymi oczami.

- Wiem - przyznał. - Zachowuję się jak szaleniec,  ale nagle wszystko 

nabrało sensu. Po raz pierwszy w życiu czuję, że moje życie nabrało znaczenia.

Michael   wziął   ją   za   ramiona,   przyciągnął   do   siebie   i   pocałował.   Ich 

pocałunek był długi i namiętny. Nie przejmowali się ludźmi, którzy mogli ich 
zobaczyć, stojących na powozie po środku ulicy.

Kiedy przerwał, Isabel aż się zachwiała i musiała się wesprzeć o niego. 

Kochała go. Niemal z czcią Michael dotknął jej twarzy, nie mogąc uwierzyć w 
to, że ta piękna, podniecająca kobieta go kocha.

- Michael - wyszeptała - wracajmy do domu.

Dom. Już wcześniej używała tego słowa, ale teraz nabrało cno głębszego 

znaczenia.

Cały gniew, który Michael nosił w sobie przez długi czas, gdzieś zniknął. 

Nie zdawał sobie nawet sprawy z jego istnienia, dopóki nie poczuł ulgi po jego 
odejściu.   Był   nowym,   uleczonym   człowiekiem.   A   wszystko   za   sprawą   tej 
kobiety.

- Tak, jedźmy do domu - zgodził się i kiedy obydwoje usiedli z powrotem 

na  siedzisku,   wziął wodze  do  rąk, gotów  nie  tylko poprowadzić  powóz,  ale 
wprost polecieć nim jak na skrzydłach.

Bolling otworzył przed nimi  drzwi. Jeśli  był zaskoczony  tym, że jego 

pracodawca sam powoził, to nie dał po sobie poznać ani tego nie skomentował.

Michael podszedł do Isabel i ujął ją w talii, ale nie postawił jej na ziemi, 

tylko chwycił w górę i zaniósł ją na rękach do domu. 

- Bolling, zajmij się powozem - rzucił przez ramię, mijając lokaja.

- Do kogo on należy, sir?

- Sądzę, że teraz jest mój - powiedział Michael, wchodząc po schodach.

Isabel trzymała go za szyję.

background image

-  Pamiętasz   ostatni   raz,   kiedy   wnosiłeś   mnie   po   schodach?   -  zapytała 

figlarnie.

- Tak, jakby to było w zeszłym tygodniu - odparł, a ona uśmiechnęła się.

Isabel… Jego żona i jego miłość.

Michael sięgnął do klamki drzwi sypialni, żeby je otworzyć, ale same się 

przed nim otworzyły. Służąca, która mu się wcześniej przeciwstawiła, czekała 
na swoją pracodawczynię.

- Becky, nie będziesz mi dziś potrzebna - powiedziała Isabel.

- Tak, proszę pani. - Służąca skinęła głową i wymknęła się na korytarz.

- Czy ktoś jeszcze na nas czeka? - zapytał Michael. Isabel zaśmiała się.

- Nie mamy tak dużo służby.

- Właśnie wszystkich ich już widzieliśmy. - Michael kopnął drzwi, żeby 

się   za   nimi   zamknęły,   i   postawił   Isabel   na   podłodze.   Służąca   rozpaliła   w 
kominku i pościeliła łóżko. Świece paliły się na szafce obok niego.

Isabel   wspięła   się   na   palce,   żeby   pocałować   Michaela,   ale   on   ją 

powstrzymał.

- Nie, jeszcze nie. Jest coś, co muszę powiedzieć i jeśli tego nie zrobię 

teraz, może mi później nie starczyć odwagi - powiedział jej.

- Co takiego?

Michael zdjął jej szal z ramion, który, nawet po nocnych szamotaninach, 

nadal efektownie migotał złotą nitką. Odrzucił go na bok i zaczął zdejmować jej 
rękawiczki, nie spiesząc się, w myślach dobierając odpowiednie słowa.

Wziął jej lewą dłoń.

-   Chciałbym,   żebyśmy   rozpoczęli   nasze   małżeństwo   od   tej   nocy. 

Dzisiejszy dzień powinniśmy zapamiętać jako nasz dzień ślubu.

- Dlaczego? - zapytała, patrząc na niego uważnie.

Michael spojrzał jej prosto w oczy.

background image

- Pamiętasz, jak wielebny Oxley mówił nam, że to my sami uświęcamy 

nasze małżeństwo?

Skinęła głową.

- A więc, chcę tu i teraz uświęcić ten sakrament, Isabel. Jesteś dla mnie 

wszystkim.   -  To  były  słowa  płynące  z  głębi  serca,  jakich nigdy  jeszcze  nie 
wypowiedział.

- Jesteś dla mnie rodziną - powiedziała szczerze. - Bolało mnie, kiedy 

sądziłam, że mnie wykorzystałeś, ale cię kocham. Nie potrafię unosić się dumą 
przed tobą.

  Michael   uklęknął  przed   nią  i  pocałował  złotą  obrączkę   ślubną  na  jej 

dłoni.

- Isabel, kocham cię.

Wstrzymała oddech, zaskoczona, a potem uklękła przed nim.

- Co powiedziałeś?

- Coś, czego myślałem, że nigdy nikomu nie wyznam. Słowa, które kiedyś 

uważałem za bez znaczenia. Kocham cię - powtórzył je znowu, bo ich dźwięk 
wypełniał go cudownym uczuciem. - Myślę, że pokochałem cię od pierwszej 
chwili, gdy cię zobaczyłem.

Isabel pokręciła głową.

- Nie, nie. Mogłeś mnie wtedy pragnąć, podobnie jak ja pragnęłam ciebie, 

ale miłość…? - Splotła palce z jego palcami. - Miłość przyszła, kiedy się jej nie 
spodziewaliśmy - powiedziała cicho. - Zdałam sobie sprawę, że nie mogę się na 
ciebie gniewać, bo cię kocham.

-   Dzięki   tobie   nauczyłem   się   przebaczać.   Potrafię   już   zapomnieć   o 

przeszłości, Isabel, i nigdy nie dopuszczę do tego, żebym cię mógł stracić.

Michael uniósł jedną dłoń, jak do przysięgi, i spojrzał głęboko w oczy 

Isabel.

- Ja, Michael Andrew Severson, biorę sobie ciebie, Isabel Halloran, za 

żonę   i   ślubuję   ci   miłość,   wierność   i   uczciwość   małżeńską,   oraz   że   cię   nie 
opuszczę aż do śmierci.

Isabel miała oczy błyszczące od łez, ale odpowiedziała:

background image

- I ja biorę sobie ciebie, Michaelu, za męża. I ślubuję ci miłość i wierność, 

oraz że zawsze będziesz w moim sercu…

-   Proszę,   nie   pozwól   mi   nigdy   opuścić   tego   miejsca   -   powiedział   z 

błyszczącymi oczami. - Trwałem w takiej ciemności… Isabel, jesteś dla mnie 
światłem. Razem stanowimy jedność i nikt nas nie rozłączy.

- Nikt. Nawet my sami - szepnęła.

- Nigdy.

- Sami siebie wybraliśmy.

- I pokochaliśmy się.

- I niech Bóg pobłogosławi nasz związek.

Isabel uśmiechnęła się, a Michael pomyślał, że nie ma dla niego niczego 

droższego   na   świecie   od   uśmiechu   jego   żony.   Pochylił   się,   żeby 
przypieczętować ich przysięgę pocałunkiem.

Isabel odwzajemniła pocałunek i poczuli, że wszystko było możliwe.

Zawsze   pasowali   do   siebie   jako   kochankowie,   ale   teraz   ich   zbliżenie 

miało dużo większe znaczenie. Nie spieszyli się, zdejmując z siebie ubrania. On 
wiedział doskonale, co sprawiało jej radość, a ona, jak nim pokierować. Śmiali 
się i całowali, ale nie było już tak samo.

Tym razem było w tym coś więcej.

Wkrótce znaleźli się w łóżku, a Michael wsunął się między nogi Isabel, 

która przyciągała go swoim rozpalonym ciałem. Wygięła się w łuk, żeby ich 
ciała się złączyły.

Isabel uśmiechnęła się.

-   Kocham   cię   -   powiedział,   wchodząc   w   nią   głęboko   i   czując,   że   to 

złączenie ich ciał nadaje sens jego życiu.

Zaczęli poruszać się w tańcu starym jak świat. Ale dla nich ta noc była 

czymś nowym i świeżym.

Isabel   wtuliła   się   w   niego,   z   ustami   przy   jego   szyi   i   bez   przerwy 

powtarzała   jego   imię.   Czy   kiedykolwiek   wcześniej   tak   między   nimi   było? 

background image

Michael   nie   potrafił   powiedzieć.   Obydwoje   zmierzali   do   spełnienia   i   kiedy 
nadeszło, było czymś, czego wcześniej nie doświadczyli.

Ziemia zadrżała w posadach. Czas się zatrzymał. Isabel wykrzyknęła jego 

imię, a Michael pocałunkiem zamknął jej usta.

Jego słodka, dzielna Isabel… Była dla niego wszystkim. Bez niej byłby 

zgubiony.

I ona wiedziała o tym. Kiedyś Michael nie wierzył w miłość, a teraz bez 

przerwy szeptał o swojej miłości do niej.

To, co się między nimi działo, nie było tylko czystym aktem natury. To 

był akt stworzenia. 

Isabel   objęła   go   mocno,   szczodrze   obdarzając   go   swoją   miłością. 

Wszystkie zmysły Michaela były przepełnione nią. Nigdy wcześniej nie czuł się 
tak pełny życia i energii.

Powoli zaczęli wracać do rzeczywistości, ale nadal było cudownie.

Michael zsunął się z niej, ale zaraz przytulił ją do siebie i przykrył ich 

kołdrą. Delikatnie całował jej czoło, oczy, policzek i brodę.

- Moja żona - mruczał sennie.

Isabeł umościła się przy nim, opierając rękę na jego biodrze.

- Mój mąż - odparła, a on uśmiechnął się do niej, nie otwierając oczu i 

zasnęli.

Isabeł   zbudziła   się   i   zastała   swojego   męża   wpatrującego   się   w   sufit. 

Odgarnęła włosy do tyłu. Świece wypaliły się już prawie doszczętnie.

- Co się dzieje?

- Znowu miałem ten sen. Nie sądziłem, że teraz może mi się on znowu 

przyśnić.   -   Michael   odwrócił   do   niej   głowę,   a   jego   oczy   zasłonił   cień.   - 
Dlaczego ona do mnie teraz przychodzi?

- Opowiedz mi wszystko. - Słuchała, kiedy powtórzył jej swój sen. - Może 

przyśnił ci się znowu z powodu tej napaści na ciebie? - zasugerowała.

background image

- Nie sądzę. Myślę, że coś mi cały czas umyka. Ona ostrzega mnie, że to 

jeszcze   nie   koniec.   -   Michael   spojrzał   na   Isabeł.   -   Chcę,   żeby   to   się   już 
skończyło.

- Wiem. - Położyła dłoń na jego piersi.

Michael przysunął jej dłoń do swoich ust i zaczął całować koniuszki jej 

palców.

- Kocham cię. Nie chcę, żeby cię cokolwiek raniło.

- Nie zrani mnie - odparła. - Sny są oznaką żywej wyobraźni. - W taki 

sposób  zwykle odpowiadała swoim młodym podopiecznym,  kiedy nie mogli 
zasnąć.

-   Zapytaj   Alexa.   On   ci   powie,   że   sen   może   przepowiedzieć   twoją 

przyszłość.

Isabel uniosła się na łokciu, żeby uważniej przyjrzeć się twarzy męża.

-  Ale   nie   ten   sen   -  powiedziała   stanowczo.   -   Ten   sen   dotyczy   twojej 

przeszłości.   -   Isabeł   wzięła   jego   dłoń   i   położyła   ją   sobie   na   piersi,   tuż   nad 
sercem. - Ja jestem twoją przyszłością. Daj odpocząć swoim demonom i pozwól, 
żebym się tobą zaopiekowała.

Michael przytulił ją do siebie mocno i trzymał ją długo, a potem położył z 

powrotem na materac i jeszcze raz się z nią kochał. Tym razem, kiedy zasnął, to 
Isabeł była tą, która leżała bezsennie  i wpatrywała się w sufit niewidzącym 
wzrokiem.

W   myślach   dobijała   targu   z   duchem   Aletty,   prosząc   ją,   by   zostawiła 

Michaela w spokoju.

- On jest mój - szepnęła.

Nie było żadnej odpowiedzi. Ale w głębi swojej kobiecej duszy Isabeł 

wiedziała, że wcześniej czy później dojdzie do wyrównania rachunków.

Isabeł nie obawiała się przyszłości. Tygodnie mijały jeden po drugim, a 

ona odnajdywała się w swoim nowym miejscu na świecie. Trwała przy boku 
Michaela i to jej wystarczało.

Dla odmiany, on zdawał się rozpocząć nowy etap swojego życia. Bardzo 

rzadko wspominał o morderstwie. Wyglądało na to, że podjął świadomą decyzję 
skoncentrowania się na ich przyszłości.

background image

Oczywiście Isabeł nie była głupia. Nalegała, żeby Michael podróżował w 

towarzystwie ochroniarza. Mimo dwóch prób pozbawienia go życia nie dał się 
przekonać. Więc kiedy wrócił Alex, razem z Isabel wynajęli człowieka, który z 
ukrycia obserwował jej męża i śledził go, dopóki Michael nie wrócił do domu.

Jednak   z   upływem   tygodni   Isabeł   zaczęła   mieć   nadzieję,   że 

niebezpieczeństwo zostało już zażegnane.

Michael   i   Alex   zajmowali   się   prowadzeniem   ich   londyńskiego   biura. 

Isabeł i Michael chcieli urządzić swój dom w Londynie. Oczywiście,  ludzie 
nadal plotkowali na ich temat. Nie dało się uniknąć plotek po tym, jak wtargnęli 
na przyjęcie w domu markiza Elswicka. Jednak ani Isabel, ani Michael już się 
nie przejmowali tym, co ludzie o nich mówili. Byli zbyt zajęci planowaniem 
własnego życia.

Dom   w   Mayfair   stał   się   ich   prawdziwym   domem.   Nie   wezwali 

dekoratora, którego polecała Wallis. Zamiast tego sami zajęli sieposzukiwaniem 
mebli i przedmiotów, które pasowały do ich domu i były w ich guście.

Kupili kolorowe hinduskie dywany i fotele wykonane z cennego drama. 

Nabyli srebrną zastawę i garnki do kuchni. Kucharz Nichaela zdecydował się 
pływać statkiem z Alexem, więc sprawdzili kilku innych i ostatecznie zatrudnili 
pewnego dżentelmena z Włoch, który dobrze przygotowywał francuskie sosy. 
Oczywiście, trzeba też było uzupełnić pozostały personel kuchenny,

Isabel przeniosła się do sypialni Michaela. Jej służąca, Becky, sujerowała, 

że teraz bardziej w modzie jest, żeby mąż i żona mieli oddzielne sypialnie, ale 
Isabel nie przejmowała się modą. Chciała co noc spać przy mężu.

Każdtjnocy, kiedy szli do łóżka, zasypiała, czując przy sobie jego ciało. 

Najczęściej zwijali się w kłębek, a Isabel leżała plecami do Michaela. To była 
jej ulubiona pozycja, ponieważ często Michael budził ją w środku nocy, żeby się 
kochali.

Czasami spała na brzuchu, a jedną rękę wsuwała pod jego ciało. Mchael 

mógł wtedy gładzić jej włosy, a ona odpływała w słodke sny.

Codziennie mówiła Michaelowi, że go kocha. Zawsze zdawało jej się, że i 

tak nie powtarza tego wystarczająco często. A on czuł to samo. Wyznawał jej 
miłość, kiedy byli sami i wśród ludzi, wkościele albo w zatłoczonym banku. 
Mówił jej to na ucho alb tak głośno, żeby wszyscy dookoła go słyszeli.

background image

Pewnego ranka Isabel siedziała w domu, jedząc śniadanie, kiedy pcyszedł 

Alex. On i Michael powinni być na spotkaniu   z pewnym handlarzem wełny. 
Jednak Alex pojawił się w Mayfair.

Michael mówił Isabel, że Alex żyje zgodnie z indiańskim trybem czasu, 

co   znaczyło,   że   robił   te   rzeczy,   które   uważał   za   konieczne,   i   zupełnie   nie 
przejmował się zegarkiem. Isabel podejrzewała jednak, że Alex po prostu nie 
lubi spotkań w interesach.

Za to Michael nie lubił wypływać w rejsy i włóczyć się po świecie.

Różnice pomiędzy nimi sprawiały, że ich współpraca była bardzo zgodna, 

a biznes transportowy prosperował wyśmienicie. Mieli już dwa statki: "Węża 
Morskiego" i drugi, który kupił Alex i nazwał go "Wojownik".

Tego popołudnia miał wyruszyć na nim z Portsmouth. Isabel uwielbiała 

żartować sobie z nazwy statku.

Skoro ominęło go spotkanie, Isabel zaproponowała Alexowi, że jeśli ma 

ochotę, niech przyłączy się do śniadania. Z radością przyjął propozycję, a ona 
zdała sobie sprawę, że bardzo sobie ceni przyjaźń z Alexem. Był szlachetnym 
człowiekiem, który szanował Michaela i swoją przyjaźnią obdarował także jego 
żonę.

Tego ranka Alex sprawił jej radość swoimi słowami.

- Nie podejrzewałem Michaela, że się tak ustatkuje.

- Obydwoje jesteśmy szczęśliwi - powiedziała Isabel.

- I już nie rozmyśla nad starymi sprawami?

- Nic mi o tym nie wiadomo. A największym cudem ze wszystkich jest to, 

że  zaczynamy  znajdować  sobie  przyjaciół, aczkolwiek  wolno. Nadal nosimy 
piętno, ale czas działa na naszą korzyść.

- To dobrze. - Alex sięgnął przez stół po śmietankę, żeby nalać sobie do 

herbaty i kątem oka zauważył szkicownik. - Co tam projektujesz?

-   Pokój   dziecinny   -   powiedziała   rozmarzona,   a   po   chwili   się 

zreflektowała.

Alex otworzył szeroko oczy.

- Nie mów nic Michaelowi - poprosiła go.

background image

- Michael ojcem? - wykrzyknął Alex, odkładając na bok łyżeczkę.

Isabel   przytaknęła.   Nie   miała   wątpliwości,   że   jest   w   ciąży,   gdyż 

zauważyła u siebie wszystkie objawy wskazujące na to, że stało się to w nocy, 
kiedy powtórnie ślubowali sobie miłość.

To dziecko będzie więc wyjątkowe.

-   Czekałam,   dopóki   nie   nabrałam   pewności   -   powiedziała.   Z   Alexem 

łatwo było szczerze rozmawiać. Jego indiańska natura sprawiała, że był bardziej 
świadomy naturalnego porządku rzeczy niż niejeden Anglik. - Pierwsze oznaki 
są już widoczne, ale…

- Kiedy zamierzasz powiedzieć o tym Michaelowi? Zaczekaj, nie mów 

mu,   dopóki   nie   załatwimy   zaopatrzenia   na   kolejną   wyprawę,   którą 
organizujemy.   Kiedy   usłyszy   taką   wiadomość,   nie   będzie   z   niego   żadnego 
pożytku w pracy i będzie chciał, żebym ja się zajął interesami. - Alex pokręcił 
głową   i   usiadł.   -   Michael   ojcem.   -   Tym   razem   słowa   zabrzmiały   bardziej 
prawdziwie. - Całkowicie zmieniłaś jego życie.

- On zmienił moje. - Delikatnie przesunęła palcami po szkicu. - Kiedy 

odpływasz, Alex? Nie wiem, jak długo uda mi się utrzymać to w tajemnicy. 
Fakt,   że   już   tobie   wyznałam   mój   sekret,   sprawia,   że   prawdopodobieństwo 
zdradzenia go mojemu mężowi jest dużo większe.

-   Za   dwa   dni,   jeśli   tylko   "Wojownik"   będzie   już   gotowy.   Znowu 

popłyniemy do Hiszpanii, a potem do Maroka. - Alex uśmiechnął się szeroko. 
Uwielbiał   pływać   swoim   statkiem   i   lubił   dowodzić   bez   zwierzchnictwa 
Michaela, który zadręczał go o szczegóły.

- Postaram się wytrzymać jeszcze te dwa dni - obiecała. -Ale mój mąż jest 

spostrzegawczym człowiekiem. Może siędomyślić.

- Nie, kiedy handlarze wełny wchodzą mu na głowę - powiedział Alex, a 

po chwili zadumał się.

- O czym myślisz? - zapytała.

- Że będę musiał wymyślić nowe imię dla mojego przyjaciela.

- Dla Michaela?

- Dostał imię od Shawnee: Samotny Wilk. Już do niego nie pasuje.

background image

-   To   jakie   imię   byś   teraz   dla   niego   wybrał?   -   zapytała,   nalewając 

śmietankę do swojej herbaty.

Alex zastanawiał się nad kwestią krócej niż sekundę.

- Szczęśliwy Królik? - zasugerował.

Isabel   omal   nie   parsknęła   herbatą   w   sposób   zupełnie   nieprzy¬stający 

damie. Obydwoje z Alexem zaczęli się głośno śmiać, więc nie usłyszeli, jak 
Wallis   weszła   do   domu,   dopóki   nie   pojawiła   się   w   pokoju   śniadaniowym. 
Ubrana była cała na jasnoniebiesko, który to kolor dobrze pasował do jej blond 
włosów.

- Wygląda na to, że dobrze się bawicie z samego rana?

Bolling,   który   właśnie   wyszedł   z   kuchni,   niosąc   opieczony   chleb   dla 

Isabel, nie ukrywał zdziwienia. Kamerdyner nie lubił lady Jemison.

- Proszę pani, nie słyszałem, jak pani wchodziła.

- Służąca mi otworzyła - powiedziała lekko Wallis, zdejmując rękawiczki, 

ale po chwili się zatrzymała. - To nie Michael.

- Nie, to pan Haddon, partner Michaela w interesach - odparła Isabel.

- Indianin - powiedziała głośno Wallis i podała mu dłoń.

- Szwagierka - powiedział Alex. Isabel zastanowiła się, czy w jego głosie 

nie   było   przypadkiem  sarkazmu.   Z   Alexem   nigdy   nie   było   wiadomo,   kiedy 
sobie żartował. Z kurtuazją, o którą Isabel by go nie podejrzewała, skłonił się 
nad dłonią Wallis. - Miło mi panią poznać, lady Jemison.

-   Mnie   również   -   odparła   zniżonym   głosem,   a   w   oczach   błysnęły   jej 

iskierki zaciekawienia.

Alex   przysunął   dla   niej   krzesło,   które   postawił   przy   swoim,   a   Isabel 

zastanawiała się, co takiego było w blondynkach, że działały tak ogłupiająco na 
wszystkich mężczyzn.

Isabel schowała swój szkic, żeby Wallis go nie zobaczyła.

- Co cię tu sprowadza o tak wczesnej porze?

- A jest wcześnie? - zapytała Wallis.

background image

- Jak na ciebie…

Jej szwagierka zaśmiała się pobłażliwie, nie odrywając oczu od Alexa. 

Jeśli obawiała się, że jego uwaga nie jest skupiona na niej, to nie miała podstaw. 
Obserwował każdy jej ruch.

-   Przyszłam   zaprosić   ciebie   i   twojego   męża   na   kolację   w   najbliższy 

piątek. Nie widzieliśmy się już jakiś czas.

Isabel nie chciała iść, ale nie potrafiła wymyślić żadnej wymówki.

- Dziękuję, będzie nam bardzo miło.

Dlaczego Wallis przebyła całą drogę do Mayfair jeszcze przed południem, 

żeby proponować zaproszenie na kolację, zastanawiała się Isabel?

-  Z   jakiego   jest   pan   plemienia,   panie   Haddon?   -  powiedziała   zalotnie 

Wallis.

- W połowie jest Shawnee - wtrąciła się Isabel.

- A która to połowa?

- Ta lepsza - odparł Alex, doskonale odczytując jej intencje.

Wallis   zaniosła   się   dźwięcznym   śmiechem,   a   Isabel   miała   ochotę   ją 

zakneblować. Zirytowany wzrok Isabel spotkał się ze spojrzeniem Bollinga i 
domyśliła się, że kamerdyner podzielał jej opinię. Postanowiła więc działać.

- Choć tak jak bardzo sobie cenię twoje wizyty, to niestety mam dziś 

spotkanie,   którego   nie   mogę   odwołać.   -   Aluzja   była   zbyt   oczywista,   żeby 
zabrzmiała grzecznie, ale Isabel się tym nie przejmowała.

Jednakże   ten   wybieg   nie   był   dobry,   żeby   rozdzielić   Wallis   i   AIexa. 

Obydwoje nagle "odkryli", że zmierzają w tym samym kierunku, więc Wallis 
zaproponowała Alexowi, że go podwiezie. Isabel miała ochotę odciągnąć na bok 
przyjaciela i ostrzec go, zanim jeszcze wyjdą.

Nie   zrobiła   tego   jednak.   Nie   było   na   to   czasu   ani   sposobności,   więc 

musiała   zaakceptować  fakt,   że  przecież  Alex   był już   dorosłym mężczyzną  i 
najwyraźniej miał wyrobiony gust. Isabel była trochę nim rozczarowana, ale nie 
dziwiła się Wallis. Po tym, jak w ich bibliotece poznała drugie oblicze Cartera, 
zrozumiała, dlaczego jej szwagierka ogląda się za innymi mężczyznami. Dobrą 
informacją było przynajmniej to, że Alex niebawem wyjeżdżał.

background image

Isabel postanowiła się zająć domowymi sprawami, które obiecała sobie 

dziś załatwić. Tego dnia, w środę, kucharz dostawał wolne już po śniadaniu. 
Większość służby miała dziś wolne.

Isabel lubiła mieć cały dom tylko dla siebie, kiedy było w nim cicho i 

spokojnie. Wykorzystała ten czas  na zaplanowanie działań na cały  tydzień i 
uporanie   się   z   korespondencją.   Było   jeszcze   coś,   co   miała   do   zrobienia,   a 
wykonanie czego sprawiało jej wiele trudności. Czuła jednak, że musi to zrobić, 
bo Michael ją o to poprosił. Chodziło o napisanie listu do jej ojczyma.

Zasugerował,   że   powinni   go   odwiedzić,   ale   Isabel   miała   mieszane 

uczucia. Miłość nieco złagodziła jej dawne spojrzenie na ojczyma i pomogła jej 
spojrzeć   z   perspektywy   na   swoje   zachowanie.   Dotarło   do   niej,   jak   bardzo 
poświęcał się dla niej i dla jej matki. Powinni oczyścić atmosferę pomiędzy 
sobą. Tylko jak to wyrazić? Miała problem, żeby napisać kilka słów z prośbą o 
wizytę.

Po   południu   otrzymała   wiadomość   od   Michaela,   który   prosił,   żeby 

przysłać do niego Bollinga z dokumentami, które zostawił rano w bibliotece. 
Bolling często wykonywał obowiązki sekretarza, ponieważ Michael wolał nie 
zatrudniać   kolejnej   osoby.   Jednakże,   niepodobne   do   Michaela   było   to,   żeby 
zapominał   o   jakichś   sprawach   związanych   z   interesami,   dlatego   Isabel 
zapamiętała sobie, żeby później mu to wypomnieć.

Poszła na górę do sypialni, usiadła przy biurku i wyjęła papier i atrament, 

decydując   się   napisać   wreszcie   list   do   ojczyma.   Odpowiednie   słowa 
przychodziły jej z trudem. Zawsze nazywała go panem Williamsem. Jej bracia 
przyrodni zwracali się do niego "tato". Kiedy była młodsza, też tak mówiła, ale 
z czasem zaczęła w niej narastać uraza i Isabel czuła, że musi w jakiś sposób 
zaznaczyć dystans między nimi.

Po raz pierwszy w życiu Isabel pomyślała, czy przypadkiem to ona nie 

jest odpowiedzialna za ten rozdźwięk między nimi. To nie było umyślne z jej 
strony. Była za młoda, żeby zrozumieć swoje własne uczucia.

Becky   przyniosła   jej   tacę   z   kuchni   z   kurczakiem   na   zimno,   serem, 

chlebem i winem. Isabel z przyjemnością zrobiła sobie przerwę w pisaniu.

- Zaczęło już padać? - zapytała służącą.

- Nie, ale niebo wygląda tak, że w każdej chwili może zacząć, proszę pani 

-   odparła   Becky,   strzepując   poduszki   na   łóżku.   -   Przyniosłam   pani   trochę 
grzanego wina. Pomyślałam, że będzie pani smakowało w taki dzień jak ten.

background image

-   Dziękuję.   -   Isabel   upiła   łyczek   wina   i   rozsmakowała   się   w   jego 

słodkości. Dziecko, które w niej rosło, musiało to lubić.

- Proszę pani, czy jest taka możliwość, żebym dostała wolne dzisiejszego 

wieczoru? - zapytała Becky.

- Zamierzasz spacerować z Langstonem?

Becky   oblała   się   rumieńcem.   Spędzała   trochę   czasu   z   jednym   ze 

służących.

-   Może   ze   mną   pójdzie   -   przyznała.   -   Mój   kuzyn   wrócił   z   armii   i 

chciałabym się z nim zobaczyć dziś wieczorem, jeśli mogę.

-   Oczywiście   -   powiedziała   Isabel.   Wiedziała,   jak   ważny   był   dla 

służących ich czas wolny. - Kto zostaje?

- Pan Bolling.

- W porządku - powiedziała Isabel. - Niedługo mój mąż wróci do domu. 

Baw się dobrze.

- Dziękuję, proszę pani. - Becky pospiesznie opuściła pokój.

Isabel westchnęła i wróciła do pisania listu, w którym pokreśliła niemal 

wszystko, co wcześniej napisała. Dokończyła swoje wino i odstawiła kubek na 
tacę.

Na zewnątrz usłyszała pierwszy grzmot pioruna, zwiastujący nadchodzącą 

burzę.

Isabel miała nadzieję, że Becky zdąży do domu kuzyna, zanim zacznie się 

ulewa.

Świeżo wytrzepane poduszki  jakby  do niej wołały. Słowa na papierze 

robiły   się   coraz   mniej   wyraźne,   jak   jakieś   bazgroły,   więc   krótka   drzemka 
wydała się jej dobrym pomysłem.

Isabel   przerwała   pisanie   w   chwili,   kiedy   pierwsze   krople   deszczu 

uderzyły w szybę. Zdmuchnęła świeczkę i zmęczona tak, że ledwie poruszała 
nogami, doszła do łóżka. Nie zadała sobie nawet trudu zdjęcia butów.

Zdawało jej się, że śpi. Ale nie była pewna.

background image

Drzwi   do   sypialni   otworzyły   się.   Spod   na   wpół   przymkniętych   oczu 

zobaczyła Michaela.

Nie, to nie był Michael.

Mężczyzna   miał   ten   sam   kształt   głowy,   ale   jego   ramiona   były   inne. 

Zgarbiły się z upływem czasu.

- Carter? - szepnęła.

- Tak, to ja - odparł.

Isabel próbowała unieść głowę, ale nie mogła. Nie czuła żadnego bólu. 

Właściwie można było powiedzieć, że czuła się przyjemnie i wtedy zrozumiała 
sen Michaela.

- Dlaczego zabiłeś Alettę Calendri?

Carter podszedł do łóżka i uśmiechnął się.

-   Och,   Isabel.   Na   swoje   nieszczęście,   jesteś   zbyt   mądra.   Będzie   mi 

przykro cię zabić.

O dziwo te słowa wcale jej nie przestraszyły. Przypuszczała, że dostała 

jakiś narkotyk. Kto by pomyślał? Kiedy jej kończyny były bezużyteczne, jej 
umysł nadal pracował.

- Powiedziałeś mi, że wiesz, że to Michael ją zabił.

- Skłamałem.

 

background image

Rozdział 18

Michael wyczuł, że coś było nie w porządku, w chwili, kiedy wszedł do 

domu.   Bollinga   nie   było   na   jego   zwykłym   miejscu   i   wszędzie   panowała 
kompletna cisza. Żadna świeca się nie paliła, nie było żaru w kominku.

A może po prostu rzęsisty deszcz na zewnątrz nastroił go tak dziwnie? 

Ulewa tłumiła wszelkie odgłosy.

Michael nauczył się jednak słuchać swojego instynktu. Nie zawołał więc 

na powitanie, tylko po cichu zdjął z siebie przemoknięty płaszcz i bezszelestnie 
położył go na podłodze, jak czający się myśliwy.

Alex przesłał mu wiadomość o tym, że dziś rano Wallis odwiedziła Isabel. 

To była dość nietypowa inicjatywa, jak dla tej kobiety, i jednocześnie sygnał, na 
który obydwoje czekali.

Michael   nigdy   nie   wątpił   w   to,   że   pewnego   dnia   zabójca   Aletty   go 

odnajdzie. Ale był zaszokowany własnymi podejrzeniami.

Chciał wierzyć w to, że Wallis z własnej woli zdecydowała się wstać dziś 

rano i że miała dobry powód, żeby składać tę wizytę. Wallis, jedna z kochanek 
Riggsa.

Dziś wczesnym rankiem w Portsmouth złapali człowieka, który próbował 

przeprowadzić sabotaż na "Wojowniku" tak, że cały statek zatonąłby razem z 
Alexem   na   pokładzie.   Mężczyzna   ten   został   wynajęty   w   tawernie   "Pod 
Krukiem", podobnie jak tamci dwaj złodzieje, którzy napadli na niego i Isabel w 
powozie. 

Tawernie, do której chodził Riggs.

Nawet teraz, kiedy mówiło się, że wyjechał daleko za morza, Michael nie 

ufał   temu.   Prawdę   mówiąc,   odkąd   postawił   nogę   na   angielskiej   ziemi, 
wszystkich,   których  spotykał,  uważał  za   potencjalnie   groźnych.  Nie  ufał   też 
służącej Isabel, którą zarekomendowała jej Wallis. Nigdy nie czuł się przy niej 
swobodnie, więc kazał Langstonowi jej pilnować.

Tego wieczoru Becky opuściła dom ze spakowaną walizką i wsiadła do 

powozu. Ani Isabel, ani Langston nic o tym nie wiedzieli, że Becky zamierzała 
opuścić   swoich   pracodawców.   Zamówiła   powóz,   a   Michael   cieszył   się,   że 
przedsięwziął środki ostrożności. Służące nie wynajmowały sobie powozów.

background image

Coś się święciło. Kiedy Langston dalej śledził Becky, a Alex pojechał do 

Portsmouth   z   przedstawicielem   władzy,   żeby   zebrać   dowody   przeciwko 
Riggsowi, Michael postanowił udać się do domu. Cóż szkodziło sprawdzić na 
własne oczy, czy jego żona, którą tak kochał, jest cała i zdrowa?

Teraz, kiedy wchodził po schodach i ostrożnie stawiał kroki, starając się 

nawet wstrzymać oddech, modlił się w duszy, żeby nie miał racji.

Kiedy znalazł się u szczytu schodów, rozejrzał się po korytarzu. Jedyne 

otwarte drzwi prowadziły do ich sypialni. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, 
ale tym razem to tylko zwiększyło jego obawy.

Isabel była całym jego życiem, Jeśli cokolwiek jej się stało, nigdy sobie 

tego nie wybaczy…

Usłyszał jej głos. Była w sypialni i rozmawiała z kimś. Michael poczuł, 

jak mu się uginają kolana z ulgi.

Boże,   ależ   z   niego   podejrzliwy   głupiec.   Ale   co   innego   mógł   sobie 

pomyśleć po tym, jak dostał wiadomość o próbie sabotażu na statku?

Pokręcił głową, pozbywając się napięcia w ramionach i ruszył do sypialni, 

chcąc jak najszybciej zobaczyć się z żoną.

Isabel

Zatrzymał go jednak głos Cartera. 

- Dlaczego człowiek w ogóle decyduje się zabić? - zapytał retorycznie 

jego brat. - Czyż nie rozmawialiśmy już kiedyś o tym? Kain i Abel?

- Kain i Abel - mruknęła Isabel dziwnym głosem.

Michael przywarł do ściany w korytarzu i zaczął się powoli przesuwać w 

stronę sypialni.

- Przykre, ale prawdziwe - powiedział Carter. - Muszę przyznać, że nie 

zamierzałem mieszać w to Michaela. Ale sam się napatoczył tam, gdzie go nie 
powinno być.

- Co masz na myśli? - zapytała Isabel. Jej głos brzmiał tak, jakby każde 

słowo było dla niej zbyt trudne do wypowiedzenia.

- Nie wiesz, jaki mój  brat był w tamtych czasach.  Nie taki jak teraz. 

Wtedy   był   arogancki,   zarozumiały.   Zbyt   przystojny,   na   swoje   nieszczęście. 

background image

Kobiety   prześcigały   się,   żeby   się   do   niego   zbliżyć.   Oczywiście,   nie   miał 
pieniędzy  ani  tytułu,  ani  nawet prawdziwego  powodu,  żeby  wstawać  rano z 
łóżka. Był darmozjadem z piękną buźką.

Michael   doszedł   do   drzwi   sypialni.   Zerkając   przez   szczelinę   między 

drzwiami  a futryną, zobaczył Isabel leżącą  na łóżku z  głową  na poduszce  i 
dłońmi ułożonymi na brzuchu. Carter siedział na krawędzi łóżka obok niej. Był 
odwrócony twarzą w stronę drzwi, chociaż całą uwagę skupiał na Isabel.

Wyglądali na zupełnie swobodnych w swojej obecności i przez ułamki 

sekund w umyśle Michaela pojawił się straszliwy wniosek, dopóki Isabel nie 
odezwała się znowu dziwnym głosem.

- Michael nie jest taki.

Została odurzona narkotykiem…  I w tej chwili Michael  zrozumiał,  co 

oznaczał jego sen. Przypomniał sobie wszystko. Kobieta leżąca na łóżku i jego 
brat…

Zdrada przeszyła go niczym nóż. Zachwiał się, kiedy pojął całą prawdę. 

Jedyna osoba, której nie podejrzewał, to Carter, a teraz zdał sobie sprawę, że 
powinien był. Od dziecka wierzył i ufał swojemu bratu. Michael nigdy nie cenił 
tak swojego ojca jak Cartera.

- Zmienił się - zgodził się Carter. - Tym gorzej. Myślę, że wolałem go 

takim, jakim był kiedyś. Wtedy ja mogłem o sobie lepiej myśleć. A teraz czuję 
się tak, jakbym to ja był nieudacznikiem. Ludzie patrzą na nas obydwu i to ja 
wyglądam na tego gorszego.

- Zazdrość - wymamrotała Isabel.

- Tak, jestem zazdrosny  - przyznał Carter. - Dla mnie  lepiej by było, 

gdyby go powiesili.

Po   drugiej   stronie   drzwi   Michael   zamienił   gorycz   rozczarowania   na 

mocne postanowienie. Zacisnął pięści gotowy do walki, kiedy jego żona zadała 
pytanie, które go powstrzymało.

- Dlaczego ją zabiłeś?

- To był wypadek. Nie planowałem tego. Po prostu stało się.

- Byłeś w jej mieszkaniu - powiedziała Isabel, co znaczyło, że, nawet 

zamoczona potrafiła jasno myśleć.

background image

- Obaj tam byliśmy - odparł Carter. - Ja byłem w jej sypialni i czekałem 

na nią, kiedy pojawił się Michael. Aletta potrafiła obiecać mężczyźnie, że mu 
coś da, a potem się z tego wykręcała. Kazała mi wyjść, a ja zobaczyłem jego, 
kompletnie pijanego, na jej sofie. Wyobrażasz sobie, jak się poczułem?

- Wściekły - szepnęła Isabel.

- Tak, byłem wściekły. Nikt nie ma prawa mnie tak ignorować. Nie po 

tym, jak przyjął ode mnie pieniądze.

- Nie pijany.

- Michael? Nie. Wygląda na to, że zrobiło się z niego uosobienie cnót - 

powiedział ironicznie Carter. - Ale wtedy, w tamtych czasach, był bezmyślnym 
pijakiem. A kobiety go uwielbiały. Nie potrafiłem tego zrozumieć.

- Richard nie pomógł…?

- Richard? Masz na myśli Riggsa? - Carter zaśmiał się. - On nie miał z 

tym nic wspólnego.

Isabel nic nie odpowiedziała.

Carter pomachał ręką jej przed oczami. 

- Zasnęłaś? - Westchnął i wziął drugą poduszkę. - Wybacz Isabel. Muszę 

to zrobić. - Położył poduszkę na twarzy Isabel.

Michael wtargnął do sypialni jak burza, wymierzając bratu cios w bok 

głowy,   a   potem   podniósł   go   za   kołnierz   płaszcza   i   rzucił   nim   o   ścianę. 
Przytrzymał go tam, przedramieniem blokując jego szyję. Mógł zabić Cartera w 
tej chwili, ale po dziesięciu latach chciał poznać całą prawdę. Chciał usłyszeć 
wszystko.

- No, dalej! - zażądał. - Skończ tę opowieść. Tamtej nocy wydarzyło się 

coś jeszcze. I to nie był wypadek. - Michael już to wiedział.

Carter się dusił, a jego twarz robiła się fioletowa, kiedy walczył o oddech. 

Michael poluzował nieco ucisk.

- Sama to sobie zrobiła - wykrztusił Carter. - Słyszałeś?

- Tak jakby. - Ich twarze znajdowały się w odległości kilku centymetrów 

od siebie.

background image

- Czy ty w ogóle cokolwiek pamiętasz? - zapytał Carter.

-   Widziałem   cię   tamtej   nocy   -   powiedział   Michael.   -   Obydwoje 

krzyczeliście na siebie. Potrząsnąłeś nią i upadła. - Widział, jak jego brat zabija, 
i wyrzucił to ze swojego zatrutego alkoholem umysłu.

- To był wypadek - powiedział Carter. Stracił panowanie nad sobą. Teraz 

bał się o własne życie. - Aletta kazała mi wyjść. Powiedziała, że ty przyszedłeś. 
Śmiała się, Michael. Powiedziała mi, że z dwóch braci wybrała ciebie. Wiesz, 
jak się przez nią poczułem? Taka z niej była cholerna kokietka! I wyrzuciła 
mnie od siebie. Nie powinna była rozmawiać ze mną w ten sposób.

Michael nic nie powiedział.

- Tak, potrząsnąłem nią - wyznał Carter - Ale jej nie zabiłem. Upadła i 

uderzyła się w głowę o kant łóżka. To był wypadek. Nie chciałem tego zrobić.

- Ale ona została uduszona.

- Tak - powiedział Carter. - Podniosłem ją i położyłem na łóżku. Było mi 

przykro. Ale ona zaczęła odzyskiwać przytomność i kiedy zobaczyła krew z 
rany na głowie, zaczęła krzyczeć…

W głębi umysłu Michael słyszał jej wołanie o pomoc. Wtedy jednak nie 

był w stanie zrozumieć, co się działo.

- Chciałem, żeby zamilkła - powiedział Carter. - A ona nie przestawała. 

Obudziłaby cię, więc zasłoniłem jej twarz poduszką, żeby ją trochę wyciszyć. 
Nie miałem zamiaru jej dusić. To był wypadek, Michael. Naprawdę.

- To dlaczego nie powiedziałeś o tym w sądzie?

- Bałem się. - Carter oblizał usta. - Nie planowałem tego wszystkiego. 

Zabrałem cię z tamtąd. Myślałem tylko o tym, żeby zniknąć stamtąd, ale ktoś 
widział ciebie, jak szedłeś do niej.

- Mogłeś coś powiedzieć.

-   Nie,   nie   mogłem.   -   Carter   zamknął   oczy,   wyraźnie   żałując   swojego 

postępowania.   -   Jest   wiele   rzeczy,   które   mogłem   zrobić   tamtej   nocy,   a   nie 
zrobiłem i żałuję tego do tej pory. Nie powinienem był się tak unosić gniewem. 
Obaj, ty i ja, mieliśmy fatalne charaktery w tamtych czasach. Powinieneś mnie 
zrozumieć.

background image

- Dlaczego pozwoliłeś, żebym to ja przyjął na siebie winę? - Pytaniem 

tym dotknął sedna sprawy. Przez wszystkie te lata Michael miotał się pomiędzy 
myślami, że popełnił zbrodnię, a przekonaniem, że jednak tego nie zrobił. Jego 
życie zamieniło się w męczarnię, a wszystko przez brata. - Mogłeś powiedzieć, 
że to był wypadek. Ludzie mogliby ci uwierzyć.

Carter pokręcił głową.

- Ale nie ojciec. Wiesz, jaki on był, Michael. Nie potrafiłbym spojrzeć mu 

w twarz.

- Wyrzekł się mnie. - Michael nadal czuł ból z tego powodu.

- Ale ty przynajmniej nie byłeś spadkobiercą. Nigdy nie pojmiesz presji 

tytułu, która sprawia, że wszystko staje się takie trudne. 

Michael odsunął się od brata.

- Nie znam cię. Być może nigdy cię nie znałem.

Uwolniony z ucisku Michaela, Carter osunął się po ścianie.

-   Pójdziemy   teraz   na   policję   -   powiedział   Michael,   nie   mogąc   nawet 

patrzeć na brata. - Opowiemy im całą historię. Jest szansa, że uwierzą nam, że to 
był wypadek. - Skupił uwagę na żonie. - Co jej dałeś? - zapytał, podchodząc do 
łóżka.

- Krople opium. Nic jej nie będzie.

Michael   dotykał   policzka   Isabel   w   chwili,   kiedy   usłyszał   złowieszcze 

kliknięcie za plecami. Odwrócił się.

Carter odzyskał równowagę. Stał wyprostowany, z bronią w ręku. To był 

mały pistolet, z rodzaju tych, które łatwo było schować w kieszeni.

Michael nie czuł strachu. Już nieraz patrzył śmierci w oczy.

- Dlaczego?

Carter zaśmiał się.

- Jestem bankrutem. Prześladują mnie wierzyciele, a moja urocza żona 

nadal   wydaje   pieniądze.   Jako   twój   krewny   odziedziczę   twój   majątek   i,   jeśli 
wszystko pójdzie zgodnie z planem, twój dziki partner niebawem pójdzie w 
twoje ślady na tamten świat.

background image

- Mogłeś mnie przecież poprosić o pieniądze. Dałbym ci.

- I oczekiwałbyś, że spłacę dług…

- Nie - powiedział Michael, kręcąc głową. Zrobił krok w stronę Cartera, 

ale brat uniósł wyżej pistolet, ostrzegając go, żeby się zatrzymał.

-   Dobrze   wiem,   Michael,   jakim   człowiekiem   się   stałeś.   Nigdy   nie 

przestaniesz szukać zabójcy Aletty. To… - ruchem głowy wskazał pistolet - 
rozwiąże wiele problemów, łącznie z dostarczeniem ludziom odpowiedzi na to, 
czy byłeś zabójcą Aletty, czy nie.

- A niby w jaki sposób?

- Ponieważ zostaniesz oskarżony o zabicie w ten sam sposób swojej żony.

- Ale z jakiego powodu?

- Wiesz, że Riggs miał romans z Isabel? Nie mogłem uwierzyć memu 

szczęściu, kiedy się o tym dowiedziałem. Wallis była jego kochanką, ale nagle 
stracił   dla   niej   zainteresowanie,   ponieważ   zakochał   się   w   guwernantce   lady 
Baynton, którą okazała się twoją Isabel. Wallis była wściekła, że została lak 
bezceremonialnie odtrącona i to dla jakiejś służącej. Oczywiście, ja się o tym 
dowiedziałem później. To był po prostu łut szczęścia. Moja wiedza na temat 
Riggsa   zaprowadziła   mnie   do   informacji,   że   będziesz   mu   towarzyszył   na 
polowaniu   w   Rutland.   Zaaranżowałem   więc   dla   ciebie   wypadek   podczas 
polowania. Nie sądzę, żeby wielu ludzi przejęło się, gdybyś wtedy zginął. Nie 
byłeś szczególnie lubianym człowiekiem, Michael. Twoje pytania i oskarżenia 
pod różnymi adresami zaczęły denerwować ludzi. Isabel zmieniła bardzo twoją 
sytuację.

Miał rację. Jego żona otworzyła przed nim drzwi, które wcześniej były 

zamknięte.

- Czy Riggs w jakikolwiek sposób był w to zamieszany?

- Nieświadomie. Oczywiście, nie może zeznawać przeciwko mnie. Teraz 

jest daleko stąd, w Indiach.

- Próbowałeś mnie zabić drugi raz.

- Próbowałem pozbyć się was obydwojga - odparł Carter. - Nawet nie 

wiesz, jaki się czułem sfrustrowany. Morderstwo nie jest wcale łatwą rzeczą do 
zaplanowania.

background image

- Wyobrażam sobie, że łatwiej jest zabić w afekcie - powiedział Michael, 

z całych sił zmuszając się, by opanować gniew.

- Tak - przyznał Carter. - Nieumyślne zabójstwo mniej obarcza sumienie, 

chociaż i tak trzeba nauczyć się żyć z tą myślą. Po tej ostatniej nieudanej próbie 
postanowiłem poczekać, aż nadarzy się okazja. Też było ciężko.

- I wszystko to robisz dla pieniędzy? - upewnił się Michael z wyraźną 

pogardą w głosie.  Spojrzał bratu prosto w oczy. - Zabij mnie,  ale oszczędź 
Isabel.   -   Michael   pomyślał   o   człowieku,   którego   Isabel   wynajęła,   żeby   go 
ochraniał. Człowiek ten zwykle ukrywał się w parku po drugiej stronie ulicy, 
kiedy   Michael   był   w   domu.   Gdyby   udało   mu   się   sprowokować   Cartera   do 
strzału, ale tak, żeby ten spudłował, to być może w ten sposób zaalarmowałby 
swojego ochroniarza, który przybyłby mu na pomoc.

- Nie mogę, Michael - powiedział Carter. - Ona jest w ciąży, a ja nie 

zamierzam dzielić się fortuną. Poza tym, nie jest tak naiwna jak ty. Twoja żona 
ma bystry umysł, przez co ściągnęła na siebie zgubę.

Michael czuł się tak, jakby dostał cios w głowę.

- Isabel spodziewa się dziecka?

Carter uśmiechnął się.

-   Dowiedziałem   się   tego   prosto   od   jej   służącej.   Mężowie   zawsze 

dowiadują się ostatni. Nigdy nie wiedziałem o ciążach Wallis. Dwóch synów, a 
ja   nigdy   niczego   nie   podejrzewałem,   dopóki   sama   mi   tego   nie   oznajmiła. 
Oczywiście, jej służąca zawsze wiedziała.

Isabel nosiła w sobie jego dziecko. Miłość, którą się darzyli, zaowocowała 

nowym  życiem.   Ta   wiadomość   była   tak   potężna,   że   dodała   Michaelowi   sił, 
których potrzebował.

Błyskawicznie ruszył do szturmu, z pochyloną głową zaatakował Cartera i 

z całą siłą runął na niego, zanim ten zdołał wystrzelić. Michael dosięgnął broni i 
przez   chwilę   obaj   mieli   ją   w   rękach.   Oczywiście   palce   Cartera   były   bliżej 
spustu. Michaelowi udało się kopnąć brata, który jęknął z bólu i upuścił pistolet, 
lecz na tyle daleko, że Michael nie mógł go dosięgnąć.

Mając obie ręce wolne, Carter złapał Michaela za szyję. Obaj runęli na 

toaletkę, strącając świecznik i lustro. Carter walczył o swoje życie. Udało mu się 
powalić Michaela na ziemię i chwycił stołek, który na nim roztrzaskał. Lecz 
Michael podciął nogi Carterowi i brat runął na ziemię obok niego.

background image

Michael był młodszy, silniejszy i wściekły. Wykorzystując ciężar swojego 

ciała,   żeby   zdobyć   przewagę,   uniósł   się   nad   bratem   i   przyłożył   mu   ze 
wszystkich sił.

Carter stracił przytomność.

Michael czekał na jakiś jego ruch, ale Carter nie drgnął. Nadal oddychał, 

ale był ogłuszony.

Udało się. To już koniec. Ale Michael nie cieszył się ze zwycięstwa.

Podniósł się, żeby sprawdzić, co z Isabel, kiedy zdał sobie sprawę, że nie 

są sami.

W drzwiach do sypialni stała Wallis z pistoletem Cartera w dłoniach.

- Witaj, Michael.

- Podejrzewam, że nie przyszłaś mi pomóc?

Pokręciła głową. Miała na niej jeden ze swoich kapeluszy z piórami, które 

poruszały się przy każdym jej ruchu.

-   Byłam   tu   cały   czas.   Na   dole.   Carter   kazał   mi   się   schować   tam   na 

wypadek,   gdybyś   wrócił   do   domu,   zanim   on   skończy   z   Isabel.   Usłyszałam 
waszą bójkę.

Michael zrobił krok w jej stronę, a Wallis ścisnęła mocniej pistolet.

- Jestem dobrym strzelcem - powiedziała. - Może nie tak dobrym jak ty, 

ale z pewnością cię trafię. Broń jest gotowa do strzału.

Michael uniósł do góry ręce.

- Nie chcę, żebyś zrobiła coś głupiego.

- Nie zrobię - zapewniła spokojnie.

Na podłodze jej mąż zaczął postękiwać, odzyskując przytomność.

Michael   znowu   zrobił   krok   w   jej   stronę,   starając   się   wykorzystać   jej 

chwilę nieuwagi.

- Nie ruszaj się - ostrzegła go Wallis.

background image

- Miałem nadzieję, że nie jesteś w to zamieszana - wyznał Michael.

- Musiałam - odparła smutno.

- Ty też robisz to dla pieniędzy?

- Robię to dla moich synów - odparła. - Nie dostaną wiele od swojego 

ojca. Carter prawie całkiem nas zrujnował, a ty masz pieniądze. Poślubiłam go i 
muszę go wspierać.

Carter wyciągnął rękę i złapał się narzuty z łóżka, żeby pomóc sobie przy 

wstawaniu. Potrząsnął głową, jakby chciał oczyścić umysł.

-   Wallis,   jesteś   pewna,   że   uda   ci   się   uniknąć   kary   za   podwójne 

morderstwo?   -   zapytał   Michael.   -   Widziałaś   się   z   Alexem.   Złapaliśmy 
mężczyznę, który próbował przeprowadzić akcję sabotażową na naszym statku. 
Alex będzie chciał pomścić moją śmierć.

- Dam sobie z nim radę - powiedziała z przekonaniem.

-  A   wiedziałaś,   że   przesłał   mi   wiadomość   po   waszym   spotkaniu?   Już 

wtedy zaczął cię podejrzewać. Obaj byliśmy podejrzliwi wobec wszystkich. - 
Wszystkich, oprócz Cartera, pomyślał Michael.

- Michael, wolałabym nie brać w tym udziału - powiedziała poważnie 

Wallis.

Carter wstał z podłogi. Wallis spojrzała na niego, a potem z powrotem na 

Michaela.

-   Już   od   bardzo   dawna   żałuję,   że   jestem   częścią   tego.   Jestem   jego 

wspólniczką od czasu, kiedy Carter zamordował tamtą aktorkę i wciągnął mnie 
w to. Byłabym szczęśliwsza, gdyby mi o tym nie mówił. Gdybym myślała, że to 
ty byłeś za to odpowiedzialny.

- Więc przez cały czas o wszystkim wiedziałaś?

Przytaknęła.

- Niestety. - Zamilkła na chwilę, po czym wyznała: - Wiesz, że kiedyś 

kochałam Cartera? Uwielbiałam go, dopóki nie zrobił mnie swoją wspólniczką 
w śmierci Aletty Calendri. Moi biedni synowie…

- Więc uwolnij się od tego - zachęcił ją Michael.

background image

- Nie mogę - powiedziała Wallis. - Stawka jest za wysoka.

Michael postanowił zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę.

- Wallis, zabij mnie, ale oszczędź Isabel. Ona jest niewinna. Nosi moje 

dziecko. Nie możesz pozwolić jej umrzeć.

Informacja wstrząsnęła nią. Wallis spojrzała zaskoczona na męża.

- Czy to prawda?

Carter był bardziej przejęty strużką krwi, która pociekła mu z rozciętej 

wargi, niż stanem żony.

-   Twoja   Becky   mi   powiedziała.   Tym   bardziej   musimy   ją   zabić.   Nie 

możemy zachować jej przy życiu.

- Tylko że teraz, zamiast w zabicie dwojga ludzi chcesz mnie wciągnąć w 

zabójstwo dziecka.

- Nienarodzonego dziecka - powiedział stanowczo Carter.

Wallis spojrzała na niego ze zgrozą w oczach.

-   Chyba   pomyliłam   się   co   do   ciebie.   Może   nigdy   cię   nie   znałam?   - 

zastanawiała się głośno.

Carter westchnął, zniecierpliwiony.

- Dość już. Dawaj mi ten cholerny pistolet. Idź na dół, a ja przyjdę do 

ciebie, jak załatwię sprawę.

- Nie - powiedziała Wallis. - Nie zrobię tego, Carter. I nie pozwolę ci na 

to. - Odwróciła się, jakby chciała uciec z pokoju, ale jej mąż doskoczył do niej i 
przewrócił na podłogę.

Michael zerwał się, żeby pomóc Wallis. Zobaczył broń w rękach Cartera. 

Wallis   próbowała   się   odwrócić,   odpychając   od   siebie   męża   w   chwili,   kiedy 
pistolet wypalił.

Carter zamarł. Usiadł na piętach i spojrzał w dół. Obrócił broń w swoją 

stronę i postrzelił się w pierś z bardzo małej odległości.

Stanął chwiejnie na nogach i spojrzał na żonę oszołomiony. 

background image

- Ja nie… Nie mogłabym… - szepnęła Wallis.

Carter spojrzał na Michaela.

- Postrzeliłem się - powiedział zdumiony.

Pistolet wysunął się z jego dłoni, a Carter upadł na kolana.

Rozdział 18

Michael   podszedł   do   brata   i   położył   go   na   podłodze.   Rana   była 

śmiertelna. Carter zaczął mieć kłopoty z oddychaniem. Michael trzymał go w 
objęciach.

- Będzie żył? - zapytała Wallis, a w jej głosie słychać było, że jest bliska 

histerii.

- Może pójdziesz na dół? - zaproponował delikatnie Michael.

Ale   Wallis   pochyliła   się   nad   Carterem   i   przez   długi   czas   obydwoje 

wpatrywali się w siebie. Pierwsza przerwała ciszę Wallis.

- Kochałam cię, Carter. Kiedyś bardzo mi na tobie zależało.

Carter walczył o oddech, ale udało mu się jeszcze coś powiedzieć.

- Więc dlaczego… nie… zrobiłaś tego… co ci kazałem?

Oczy Wallis napełniły się łzami.

- Dla  moich  synów. - Z tego samego  powodu zdecydowała się  wziąć 

udział   w   jego   planie.   -   I   dlatego,   że   nie   mogłabym   zabić   dziecka.   Nie 
potrafiłabym żyć z czymś takim na sumieniu.

background image

- Idź sobie - powiedział szorstko jej mąż. - Zostaw mnie.

Wallis wstała z klęczek i wyszła na korytarz. Po chwili Michael usłyszał, 

jak wybuchnęła płaczem. Carter spojrzał na Michaela.

- Nie… ufaj… kobietom.

To   były   jego   ostatnie   słowa.   W   chwilę   później   już   nie   żył.   Michael 

zamknął   oczy   bratu   i   położył   go   na   podłodze.   Na   zewnątrz   deszcz   szumiał 
monotonnie. Michael wstał i podszedł do Isabel.

Ta spała spokojnie, szczęśliwie nieświadoma tego, co działo się wokół 

niej. Michael wziął ją na ręce i wyniósł z sypialni, z daleka od tych potworności.

Isabel ocknęła się ze snu wywołanego opium bez żadnych niepokojących 

objawów.

Szybko przeprowadzono dochodzenie, sprawdzające okoliczności śmierci 

Cartera.   Michael   skorzystał   z   możliwości,   żeby   oczyścić   swoje   imię   i   był 
wdzięczny, kiedy Wallis wyznała prawdę. Jej zeznanie zostało potwierdzone 
przez służącą, Becky.

Po śledztwie sędzia uznał, że Carter sam się zastrzelił. Kolejne dni, po 

dochodzeniu, wcale nie były mniej stresujące. Rozpętały się plotki.

Michael towarzyszył Wallis do szkoły chłopców, żeby przywieźć ich do 

domu. Być może prościej byłoby wysłać powóz, ale Wallis wiedziała, że dzieci 
będą przejęte śmiercią ojca.

Jeremy   i   Walące   byli   całą   radością   życia   rodziców.   To   byli   dobrzy 

chłopcy, szanowali swojego ojca, a wujka uważali za mordercę. Przekazanie im 
informacji   nie   było   łatwe,   zwłaszcza   że   plotki   rozchodziły   się   szybciej,   niż 
mogli się przemieścić Michael z Wallis.

background image

Zanim dojechali do Eton, straszy syn, Jeremy, już usłyszał wiele historii 

dotyczących śmierci ojca. Nie chciał widzieć się z matką i to niemal całkowicie 
załamało Wallis.

- Muszę z nim porozmawiać - powiedział Michael do jego wychowawcy.

- Jest bardzo stanowczy w swojej decyzji - odparł mężczyzna.

- To jeszcze dziecko. Proszę mu powiedzieć, że chcę się z nim widzieć.

Wychowawca nie ośmielił się sprzeciwić Michaelowi. 

Michael   spotkał   się   z   Jeremym   w   ciemnym   gabinecie   wychowawcy. 

Kiedy chłopiec wszedł do pomieszczenia, jego sylwetka była tak wyprężona, że 
Michaelowi zdało się, że gdyby choć lekko się zgiął, mógłby się kompletnie 
rozsypać.   Dlatego   nie   był   wcale   zaskoczony,   kiedy   Jeremy   zareagował 
odmownie na propozycję, żeby usiadł na krześle, naprzeciwko Michaela.

- Wolę stać, sir - powiedział do Michaela, jakby ten był dla niego kimś 

obcym. I smutna prawda była taka, że rzeczywiście był.

- Jesteś bardzo podobny do swojego ojca - powiedział Michael. I to też 

była prawda.

- Dziękuję.

- Wiesz, kim jestem?

- Tak, sir. - Głos Jeremy'ego był nieco słabszy.

- Przykro mi - powiedział Michael, naprawdę tak myśląc. Po raz pierwszy 

jego bratanek spojrzał na niego. W oczach lśniły mu łzy.

-   Wolałbym,   żeby   to   pan   był   tym   winnym   -   wyznał   głosem   pełnym 

napięcia.

- Wiem.

Nie było innej możliwości, żeby uporać się z tym zadaniem, niż tylko 

szczerość.

- Usiądź tutaj - powiedział Michael.

Tym razem Jeremy opadł ciężko na krzesło.

background image

-   Nosisz   wielki   ciężar   na   swoich   ramionach   -   zaczął   Michael.   Nie 

zamierzał   mówić   do   niego   jak   do   dziecka.   -   Będziesz   nosił   tytuł   hrabiego 
Jemison.

- Wiem, sir.

- Z tytułem wiążą się pewne obowiązki.

- Tak, sir.

- Jednym z nich jest opiekowanie się rodziną.

Chłopiec   skinął   głową.   Michael   nie   mówił   mu   niczego,   czego   by 

wcześniej nie wiedział.

- Kochałem twojego ojca. 

W tej chwili pozyskał uwagę Jeremy'ego.

- Podziwiałem go - powiedział Michael. - Starałem się iść jego śladami.

- Zrujnował go pan. - Chłopiec miał zaciętą twarz, jakby powstrzymywał 

emocje.

-   Nie.   Sami   podejmujemy   decyzje   i   twój   ojciec   dokonał   własnego 

wyboru. Wybrał swoją drogę, Jeremy, ale to nie musi być wcale twoja droga.

- Wiem o tym. - W tych słowach było wiele dumy.

- Twój brat potrzebuje ciebie, tak samo jak twoja matka.

Wreszcie dziecko wzięło w nim górę.

- Mówią, że to ona go zabiła - powiedział, patrząc na Michaela. - Czy to 

prawda?

Michael pochylił się do niego.

- Nie.

Jeremy   przełknął   ślinę.   Złość   i   strach   walczyły   w   nim   z   miłością   do 

matki.

- Ona postąpiła właściwie, Jeremy. Twój ojciec ją zaatakował. Strzał był 

przypadkowy. To on trzymał broń w rękach, a nie ona. I będę z tobą szczery. 

background image

Twój   ojciec   chciał   zabić   mnie   i   moją   żonę.   Gdyby   twoja   matka   postąpiła 
zgodnie z jego wolą, obydwoje twoi rodzice zostaliby oskarżeni o morderstwo. 
Człowiek nie może uciekać bez przerwy przed odpowiedzialnością za swoje 
czyny. Prędzej czy później prawda wyszłaby na jaw.

- Nie chcę wierzyć w to, że on zabił kogokolwiek. - Jeremy odwrócił się 

do Michaela. - To pan był tym złym. Wszyscy pana nienawidziliśmy.

To  było dzieło  Cartera. Jego   spadek  dla potomnych.  Michael  pragnął, 

żeby ta nienawiść skończyła się wreszcie.

- Zawsze stajemy  przed wyzwaniem,  kiedy  wierzymy  w coś, a potem 

dowiadujemy się, że byliśmy okłamywani.

- Mój ojciec nie okłamałby mnie.

- Nie, twój ojciec nie zrobiłby tego. A ja wolę myśleć, ze brat, którego 

kiedyś miałem, nie zrobiłby tego, co zrobił. Ale życie nas zmienia, Jeremy. Tak 
jak   bohaterów   w   greckich   mitach,   do   których   czytania   zmusza   cię   twój 
nauczyciel. Każdy z nas staje przed wieloma wyzwaniami. Jesteśmy poddawani 
próbom   i   wszyscy   oczekują,   że   przejdziemy   przez   nie   z   odwagą.   Mój   brat 
popełnił wiele błędów, podejmując wyzwania, przed którymi stanął, ale nie w 
tym,  co czuł  do swoich synów. Obydwoje wasi  rodzice  kochali was  bardzo 
mocno.

Kiedyś miałby kłopot z użyciem słowa "kochać". Teraz wiedział, jak ono 

jest ważne dla każdego człowieka.

- Jeśli rzeczywiście mu na mnie zależało - powiedział Jeremy - to nie 

okryłby hańbą swojego imienia. A moja matka nie musiałaby… - Przerwał, nie 
będąc w stanie dokończyć zdania.

- Twój ojciec nie pozostawił jej wyboru - powiedział Michael. - Wiem, że 

trudno to zrozumieć. Sam nie rozumiem wszystkich powodów jego działania. 
Wiem   za   to,   że   przed   tobą   stoi   wyzwanie.   Ktoś   musi   wziąć   na   siebie 
odpowiedzialność  za rodzinę. Ktoś musi  nas przez to przeprowadzić. - Jego 
bratanek spojrzał na niego pełen wątpliwości. - Ty jesteś hrabią. Wszystko w 
twoich   rękach.   -   Michael   zaczekał,   mając   nadzieję,   że   powiedział   właściwe 
słowa.

- Nie wiem, czy potrafię - przyznał Jeremy.

- Będę w pobliżu, żeby ci pomóc,  podobnie, jak twoja matka. Ona w 

ciebie wierzy. Wie, że będziesz wspaniałym hrabią. Wielkim.

background image

- Nie idzie mi dobrze w nauce.

- Możesz to zmienić - zapewnił go Michael. 

Bratanek zamyślił się przez chwilę.

- Mogę - powiedział po zastanowieniu.

Michael   uśmiechnął   się   i   na   twarzy   Jeremy'ego   pojawił   się   nieśmiały 

uśmiech.

- Twoja matka chciałaby się z tobą zobaczyć. Musimy porozmawiać z 

twoim bratem, i chcemy, żebyście wrócili z nami.

Tym razem Jeremy odezwał się pewnym tonem.

- Ja też chcę się z nią zobaczyć.

Spotkanie matki z synem było wzruszające. Michael wiedział, że sporo 

wysiłku   będzie   wymagało   wyprowadzenie   rodziny   z   tego   kryzysu,   ale 
przynajmniej zaczęli ją uzdrawiać.

Pogrzeb odbył się, jak tylko chłopcy wrócili do Londynu. To była smutna 

uroczystość, w której uczestniczyło mało osób. Isabel uważała, że to wielka 
szkoda.

Michael wygłosił ostatnią modlitwę nad ciałem brata. Wszyscy słuchający 

go   byli   nią   bardzo   poruszeni.   Potem   on   i   synowie   Cartera   rzucili   pierwsze 
grudki ziemi na trumnę.

Na   rzecz   chłopców   został   ustanowiony   fundusz,   w   większości 

sfinansowany   przez   Michaela,   który   wyznał   Isabel,   że   stan   majątkowy   jego 
brata okazał się nawet gorszy, niż się spodziewał. Jednakże wierzył, że, dobrym 
zarządzaniem, uda mu się wszystko naprawić.

Wallis zamknęła swój dom w Londynie i przeniosła się na wieś. Stała się 

bardzo smutną kobietą. Przed wyjazdem odwiedziła Isabel.

Obie   kobiety   nie   rozmawiały   ze   sobą   na   temat   wydarzeń   tamtego 

feralnego   wieczoru.   Ich   rozmowy   zwykle   koncentrowały   się   na   Jeremym   i 
Wallasie i innych bezpiecznych tematach. Tak też było i tego dnia.

Jednakże, kiedy już wychodziła, Wallis przyznała się do czegoś.

background image

-   Sprzedałam   moje   szmaragdowe   kolczyki.   Chciałam   z   własnych 

pieniędzy opłacić kamień nagrobny dla Cartera.

- Wallis, Michael i ja pokrylibyśmy te koszty. - Zapłacili za wszystkie 

pozostałe wydatki związane z pogrzebem.

- Powiedziałam Michaelowi "nie" - odrzekła Wallis. - To mój sposób na 

okazanie przebaczenia Carterowi. Michael mnie zrozumiał.

Isabel objęła szwagierkę.

- Wallis, proszę cię, wybacz sobie.

- Wybaczę. - Starsza kobieta cofnęła się. - W swoim czasie. - Wzięła 

Isabel   za   rękę.   -   Nic   nie   mówiłaś,   ale   chcę,   żebyś   wiedziała,   jakie   masz 
szczęście, że nosisz w sobie dziecko. Moi synowie są dla mnie wszystkim.

- Wiesz o dziecku?

Wallis skinęła głową.

- Michael też wie. Nie byłam pewna, czy wiesz o tym. To wyszło podczas 

scysji z Carterem. - Szybko pocałowała Isabel w policzek i wyszła.

Zadumana   Isabel   poszła   do   gabinetu   męża.   Od   tamtego   wieczoru 

większość pracy wykonywał w domu. Drzwi do gabinetu były uchylone i Isabel 
widziała,  jak  Michael  siedzi  pochylony  nad księgą   rachunkową.  Alex  chciał 
kupić następny statek, a Michael miał się zająć szczegółami.

Promienie słońca padały na jego biurko z okna, wychodzącego na ogród. 

Wyglądał na zagubionego pośród liczb.

- Nic nie mówiłam, bo chciałam mieć pewność - powiedziała Isabel bez 

wstępu.

Michael podniósł wzrok. Miał zwichrzone włosy w miejscu, w którym 

przeczesywał je dłonią. Nie udawał, że nie zrozumiał, co ma na myśli.

- Wiem.

- Ale zastanawiałeś się?

Jego usta wykrzywiły się w smutnym uśmiechu.

background image

- Każdy mężczyzna chciałby to wiedzieć. Ale ufam ci, Isabel. Wiem, że 

powiedziałabyś mi, kiedy przyszedłby na to odpowiedni czas.

- Bałam się, że opium, które dał mi Carter, mogło mi zaszkodzić. - Weszła 

do gabinetu i przeszła dookoła biurka, przy którym siedział.

Michael odsunął swój fotel i zaprosił ją, żeby usiadła mu na kolanach. 

Isabel wzięła jego dłoń i przyłożyła ją sobie do brzucha.

-   Myślę,   że   dziecko   jest   tu   nadal.   Rozmawiałam   z   lekarzem,   panem 

Talmadge'em, który uważa, że wszystko będzie dobrze, ale musimy poczekać, 
dopóki dziecko nie zacznie się ruszać. 

Michael miał spokojną minę.

- Wszystko będzie dobrze, Isabel.

- Modlę się o to.

Przeszkodził im Bolling.

- Przepraszam sir, ale jakiś dżentelmen z Higham w Lancaster właśnie 

dostarczył tę przesyłkę dla pani Severson.

Higham   to   wioska,   w   której   dorastała.   Isabel   wstała   i   wzięła   od 

kamerdynera materiałowy woreczek wielkości jej dłoni i list. Na jego odwrocie 
było jej nazwisko.

- Czy ten człowiek jest tu nadal?

-   Nie,   proszę   pani.   Powiedział,   że   dostarczył   tę   przesyłkę   w   imieniu 

przyjaciela, i odszedł.

Isabel   przytaknęła.   Wiedziała,   kto   był   tym   przyjacielem.   Rozpoznała 

ręczne pismo ojczyma.

- Dziękuję - powiedziała do Bollinga, odprawiając go tym samym.

Michael zaczekał, aż zamkną się drzwi za kamerdynerem.

- Wiesz od kogo to?

- Od mojego ojczyma. - Podeszła z powrotem do biurka. Zatrzymała się, 

wpatrując się w paczkę.

background image

- Otwórz list - powiedział Michael.

Isabel   przełamała   pieczęć.   To   była   krótka   wiadomość.   Jej   ojczym   nie 

należał do tych, którzy by marnowali zbyt wiele stów, ale to, co napisał, bardzo 
ją wzruszyło. Dolna warga zaczęła jej drżeć i musiała się bardzo postarać, żeby 
powstrzymać łzy. Bez słowa zabrała się do rozwiązywania woreczka i wysypała 
z niego na biurko dwa perłowe grzebyki do włosów.

- Co to takiego? - zapytał Michael.

- Należały do mojej matki. Och, Michael, tak bardzo się myliłam.

- Co do czego?

-   Wobec   niego.   -   Uniosła   list.   -   Przysłał   mi   te   dwa   grzebyki.   A   ja 

myślałam,   że   chciał   je   sobie   zatrzymać,   żeby…   Myślałam,   że   nic   go   nie 
obchodzę. A teraz… 

- Co takiego napisał?

Isabel przeczytała mu list.

Moja droga pasierbico, słyszałem o twoim ślubie. Obyś znalazła szczęście 

w małżeństwie.

Brzmiało to dość zdawkowo, ale dalej ton listu zmieniał się całkowicie.

Wiem, że w żałobie po twojej matce nie byłem zbyt dobrym ojcem dla 

ciebie. Nie zastanawiałem się nad słowami, a potem żałowałem ich wiele razy 
przez te ostatnie lata. Modlę się o to, że znajdziesz w swoim sercu przebaczenie  
dla starego człowieka, który był szaleńczo zakochany. Te grzebyki były moim 
prezentem ślubnym dla twojej matki. Zatrzymałem je po jej śmierci, ale teraz ty 
zrobisz   z   nich   lepszy   użytek.   Myśl   o   niej,   kiedy   będziesz   je   nosić   o   swoim 
ojczymie, który na swój sposób próbował być dła ciebie rodzicem przez te lata. 
Twoi bracia życzą ci szczęścia. Być może któregoś dnia nasze ścieżki się znowu  
skrzyżują?

Podpisał go Tato.

Isabel wierzchem dłoni otarła łzę z policzka.

- Czuję się głupio.

- Dlaczego? - zapytał Michael.

background image

- Ponieważ… - Musiała dać sobie chwilę, żeby się pozbierać. - Przez te 

wszystkie lata sądziłam, że nic go nie obchodziłam, a to ja nie dopuszczałam do 
tego, żebyśmy się do siebie zbliżyli. Wiedziałam, że nie był moim prawdziwym 
ojcem.

- Czekałaś na markiza - powiedział Michael, rozumiejący jej uczucia.

- Tak. Nawet kiedy ten człowiek mnie ubierał, dawał mi dach nad głową i 

uczył mnie tego, co powinnam wiedzieć w życiu. Teraz rozumiem już, że kiedy 
odchodziłam z domu, obydwoje byliśmy pogrążeni w tak głębokiej żałobie po 
śmierci mojej mamy, że dopuściliśmy do wielu nieporozumień między sobą.

  -   Zawiozę   cię   do   niego,   żebyś   się   z   nim   zobaczyła   -   zaproponował 

Michael.

- Tak - powiedziała z zadumą. - Być może nadszedł na to czas. - Wzięła z 

biurka   grzebyki   swojej   mamy.   Za   pieniądze   męża   mogłaby   kupić   sobie 
cokolwiek by chciała, ale nic nie byłoby dla niej tak cenne, jak te grzebyki.

- Pozwól, że napiszę do niego - powiedziała i wyszła z gabinetu.

Kiedy znalazła się na górze, przy swoim biurku, wyjęła pióro, atrament i 

papier. Popołudnie było słoneczne. Nie tak ponure, jak ostatnim razem, kiedy 
zasiadała do pisania. Ułożyła grzebyki przed sobą na biurku.

Tym razem nie miała takich problemów, żeby dobrać odpowiednie słowa. 

Musiała jedynie zacząć swój list od słów:

"Drogi Tato,

dziękuję Ci…"

 

background image

Styczeń 1804 roku

Jakie cuda mogły wydarzyć się w ciągu roku! Właśnie wrócili z kościoła. 

Michael stał w holu, trzymając swoją córkę na rękach i pozwalając Bollingowi 
zdjąć z siebie płaszcz. Dianę Isabel Severson nadal miała czerwoną od płaczu 
buzię. Jego żona wzięła od niego córkę.

- Nic jej się dziś rano nie podobało. Ani wiązanie tasiemek, ani zapinanie 

żabotów sukienki do chrztu, ani tym bardziej lanie wody na główkę. Biedna 
dziecinka.

Diana zrobiła nadąsaną minkę do swojej mamy.

Od chwili, kiedy Isabel poczuła ruchy dziecka w swoim brzuchu, zaczęła 

tak promieniować radością, że z każdym dniem stawała się piękniejsza.

Dziecko   urodziło   się   zdrowe   i   silne,   za   co   Michael   dziękował   Bogu 

każdego dnia.

-  Myślę,   że   biskup   trochę   za   bardzo   się   rozgadał   -   powiedział.   -   Nie 

byłbym taki pewny, czy on przypadkiem nie martwił się bardziej o moją duszę 
niż Diany.

Isabel   zaśmiała   się.   We   włosy   miała   wpięte   perłowe   grzebyki   swojej 

matki.

- Nic takiego na pewno mu nie przyszło do głowy. Chodź, dziecinko, 

zobaczymy się teraz z twoim dziadkiem.

Michael poszedł za nimi do jadalni, gdzie już wszyscy się zgromadzili.

Kiedy   kupował   ten   dom,   nawet   przez   chwilę   nie   wyobrażał   sobie,   że 

będzie tak tętnił za życiem i miłością, jak to się działo teraz.

Państwo Oxleyowie przyjechali z Rutland. Pastor towarzyszył biskupowi 

podczas chrztu i dodał własne błogosławieństwo dla dziecka.

Alex   nalał   wino   dla   Wallis,   która   wyglądała   na   uspokojoną   i 

zrelaksowaną. Jej synowie trzymali się blisko niej. Alex obiecał zabrać ich jutro, 
oraz przyrodnich braci Isabel, Terrance'a i Rogera, na rejs statkiem. Wszyscy 
czterej   chłopcy   byli   w   podobnym  wieku,   więc   Alex   będzie   miał   pełne   ręce 
roboty z taką ekipą. Michael nie miał wątpliwości co do tego, że jego przyjaciel 
upora się z tą wesołą gromadką. Wszyscy chłopcy obawiali się nieco wujka 
Alexa, któremu wyraźnie podobała się rola dowódcy.

background image

Alex   nadal   nie   spotkał   się   ze   swoim   niesławnym   ojcem,   ale   Michael 

wiedział, że prędzej czy później do tego dojdzie. Jego przyjaciel wyznał mu, że 
tej nocy, kiedy urodziła się Diana, przyśniło mu się spotkanie z ojcem. Zatem 
było mu to przeznaczone.

Ojczym Isabel także tu był. Odwiedzili go latem, i on z Isabel zaczęli 

regularnie do siebie pisywać. Wszelkie urazy zostały pogrzebane. Dobrze było 
wiedzieć, że Diana będzie miała dziadka.

Alex odchrząknął, skupiając na sobie uwagę zgromadzonych.

- Skoro jestem ojcem chrzestnym, proponuję wznieść toast - powiedział. 

Rozejrzał się po twarzach gości, upewniając się, że wszyscy, oprócz Isabel i 
Michaela, trzymają kieliszki.

- Za Dianę - powiedział Alex. - Najpiękniejsze dziecko na świecie.

- Tak jest, za Dianę - powiedział pan Oxley. 

-   Niech   jej   przyszłość   będzie   przepełniona   szczęściem,   dobrobytem   i 

miłością.

- Za miłość - zawtórowali pozostali.

- I za Isabel - kontynuował Alex. - Kobietę rozsądną i uroczą.

- To prawda - przyznał Michael i pocałował żonę.

-   Oraz   za   ciebie,   Michael,   mój   przyjacielu.   Obyś   był   zawsze   tak 

szczęśliwy, jak jesteś w tej chwili.

Michael objął żonę i córeczkę. Isabel oparła głowę na jego ramieniu. W 

tej chwili wiedział, że jest najbogatszym z ludzi. Życie odzyskało swój sens. 
Michael wrócił do domu.