background image

NAOMI HORTON 

MIŁOŚĆ NA DRODZE 

Tytuł oryginału: Lady Liberty 

PrzełoŜyła: 

Olga Dziaduszko 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Z  mgły  przed  maską  samochodu  Genevieve  Jourdan  niespodziewanie  wynurzył  się 

ogromny  srebrzystoczarny  motocykl.  Jeszcze  przed  chwilą  nie  było  tam  nic  prócz  ściany 

zacinającego deszczu. W tym samym ułamku sekundy, w którym motocykl i jego kierowca w 

skórzanej  kurtce  zmaterializowali  się  z  szarej  pustki,  Gen  zrozumiała,  Ŝe  jest  za  późno. 

Zderzy  się  z  nim.  -  Och,  BoŜe,  nie!  -  przeraŜony,  zduszony  jęk  dziewczyny  zawtórował 

piskowi opon, gdy z całej siły nacisnęła hamulce. 

Motocyklista, jakby przeczuwając niebezpieczeństwo, obejrzał się. Przed oczami Gen 

mignęła  czarna  maska  kasku,  skierowana  wprost  w  jej  stronę,  potem  samochód  uderzył. 

Rozległ się stłumiony deszczem huk, Gen jęknęła, ujrzawszy błysk czarnego metalu i czarnej 

skóry  staczające  się  do  rowu.  Potem  i  motor,  i  człowiek  zniknęli  za  zasłoną  ulewnego 

deszczu. 

Samochód  zarzuciło  na  środek  szosy.  Gen  chwilę  siedziała  jak  skamieniała, 

bezmyślnie patrząc w płynące po szybie strugi wody. Włączyła silnik, wjechała jak najgłębiej 

na trawiaste pobocze, otworzyła drzwiczki. Ulewny, lodowaty deszcz smagnął ją po twarzy, 

cofnęła się, zachłysnęła w podmuchach porywistego wiatru. W szalejącej wichurze z trudem 

udało  się  jej  wysiąść.  Kiedy  ruszyła  z  powrotem  drogą,  oślepiały  ją  strugi  wody  i  własne 

przemoczone, rozwiane włosy. 

Najgorsze  w  tym  koszmarze  było,  Ŝe  doskonale  wiedziała,  iŜ  motocyklista  jechał 

gdzieś przed nią, zagubiony w deszczu i we mgle. 

Od  dwóch  i  pół  dnia  bawił  się  z  nią  w  berka.  Po  raz  pierwszy  ujrzała  go  na  obrzeŜu 

małej  vermonckiej  wioski,  której  nazwa  wyleciała  jej  teraz  z  głowy.  Oboje  stanęli  na 

jedynych  w  tej  miejscowości  światłach,  a  Gen  zaczęła  przyglądać  się  motorowi.  Był 

ogromny,  czarny,  rączki  i  chromowane  widełki  kół  sterczały  pod  zawadiackim  kątem. 

Dosiadający  ją  męŜczyzna  zdawał  się  emanować  podobną  aurę  groźby,  siły,  arogancji. 

Najwyraźniej  na  wylot  znał  swój  motocykl.  Miał  na  sobie  czarną,  skórzaną  kurtkę, 

podkreślającą  jeszcze  jego  szerokie  ramiona  i  wąskie  biodra.  Twarz  skrywał  kask  o 

przydymionej szybie. Niespodziewanie Gen popatrzyła na niego z podziwem, gdyŜ przywiódł 

jej na myśl obraz rycerza na koniu. I wtedy, nagle, męŜczyzna odwrócił się i spojrzał prosto 

na nią. 

Od tamtej pory często go widywała. Niekiedy zajeŜdŜała na stację benzynową lub do 

przydroŜnej restauracji i natykała się na czarną maszynę zaparkowaną w zawadiacki sposób. 

background image

Kiedy tylko pomyślała o tym beztroskim, nieszkodliwym flircie na autostradzie, na jej twarzy 

wykwitał  uśmiech.  Asysta  nieznajomego  dziwnie  dodawała  jej  ducha.  Łatwiej  było  znieść 

koszmar minionego tygodnia. Złapała się, Ŝe rzadziej spogląda we wsteczne lusterko, czy nie 

ujrzy  świateł  błękitnego  Buicka,  spokojniej  myśli  o  swoim  dziadku  i  tarapatach,  w  jakie  się 

wpakował. 

Ubiegłej nocy zorientowała się, Ŝe dłuŜej juŜ nie pociągnie bez snu. Znalazła niewielki 

motel na uboczu. Zatrzymała się tam dobrze po północy, parę godzin minęło, nim ostatni raz 

widziała  nieznajomego  motocyklistę.  A  jednak,  gdy  obudziła  się  po  pewnym  czasie  i 

wystraszona  wyjrzała  przez  okno,  ku  swemu  zdumieniu  ujrzała  nie  jak  się  spodziewała 

Buicka,  a  ogromną  maszynę.  Stała  pod  oknami  sąsiedniego  pokoju,  zgrabna  i  groźna  w 

szarym  świetle  poranka.  Lśniła  od  rosy  i  Gen  wydało  się,  Ŝe  czuwała  tak całą  noc  na  straŜy 

snu  i  jej,  i  swojego  właściciela.  Uśmiechnęła  się  do  tej  myśli,  przez  sekundę  kusiło  ją,  by 

zapukać do nieznajomego i zaprosić go na śniadanie. 

Porzuciła  jednak  ten  zamiar.  Gdyby  się  naprawdę  poznali,  prysnąłby  cały  czar. 

Marzenia  zwykle  bywają  piękniejsze  od  twardej  rzeczywistości.  WyjeŜdŜając  wynajętym 

samochodem  z  motelowego  parkingu  poŜegnała  motocykl  spojrzeniem.  Ciekawe,  kiedy  się 

tutaj zjawił. Pewnie bardzo późno i musiał się zachowywać niezwykle cicho, gdyŜ Gen nawet 

mimo  potwornego  zmęczenia  zerwałaby  się  ze  snu  na  najlŜejszy  nawet  warkot  silnika. 

Uśmiechnęła  się  szerzej.  MoŜe  jej  wyostrzony  do  ostatnich  granic  zmysł  słuchu  rozpoznał 

niski pomruk motoru i dlatego jej nie budził? 

Kiedy wykręcała na drogę, uwagę jej przykuł prawie niedostrzegalny ruch za oknem. 

Przyjrzała  się  baczniej.  Uchylił  się  róg  zasłony.  Drgnęła,  niemal  ze  strachem  zrozumiała,  Ŝe 

nieznajomy  ją  obserwuje.  Przyjaciel  czy  wróg?  Rozmyślała  nad  tym  ruszając  szosą.  Czy 

spotkanie  z  nim  było  przypadkowe,  czy  zaplanowane?  MoŜe  za  następnym  zakrętem  czyha 

Henri Broussarde? 

Nie  czyhał.  Droga  była  pusta.  Gen  wykręciła  z  zakurzonego  podjazdu  na  autostradę. 

Godzinę  później  przystanęła  na  śniadanie,  sącząc  drugą  filiŜankę  kawy  pojęła,  iŜ  celowo 

opóźnia jazdę. Po pięciu minutach, ruszając dalej, zerknęła w lusterko i zobaczyła jadący za 

sobą w odległości nie większej niŜ półtora metra czarny motocykl. 

Wystraszona, z niepokojem obserwowała go przez parę następnych kilometrów, ale on 

zachowywał  wciąŜ  ten  sam  dystans.  Pomału  przywykła  do  jego  obecności,  odpręŜyła  się, 

zadowolona  nawet,  iŜ  zabezpiecza  jej  tyły  i  stwarza  w  ten  sposób  poczucie  bezpieczeństwa. 

Mniej  więcej  po  godzinie  motocyklistę  znudziło  konsekwentne  przestrzeganie  przez  nią 

background image

ograniczenia  prędkości  i  wyprzedził  ją  z  uniesioną  na  powitanie  dłonią.  A  potem  zaczęło 

padać i straciła go z oczu. 

AŜ zmaterializował się przed nią jakąś minutę, dwie temu, a ona wyekspediowała go z 

motocyklem Bóg jeden wie gdzie... 

To  nieprawda,  modliła  się  przepatrując  mgłę  i  deszcz  i  rozpaczliwie  szukając 

jakiegokolwiek śladu nieznajomego. A jeśli nie Ŝyje? A jeśli... 

Wtedy  zobaczyła  ślady  poślizgu  w  miejscu,  w  którym  cięŜki  motocykl  skosił  na 

poboczu trawę. Pas wiódł w dół nasypu. Gen bez tchu ruszyła tym tropem. Zsunęła się aŜ na 

dno rowu, jęknęła, gdy po kostki znalazła się w lodowatej wodzie. 

Przewrócony na bok masywny motocykl, oblepiony błotem i kępkami powyrywanej z 

korzeniami trawy. Uderzył w granitowy głaz na wpół zagrzebany w ziemi u podstawy nasypu. 

Przednie koło i ramę miał tak pogięte, Ŝe niemal nie rozpoznawalne, odłamki chromowanego 

metalu zaryły się głęboko w wyŜłobionych przez siebie koleinach. BagaŜnik, przymocowany 

przedtem  z  boku  siodełka,  pękł,  zostawiając  za  sobą  rozsiane  po  rowie,  ubłocone  i 

przesiąknięte wodą ubrania. 

Coś się poruszyło, Gen dobiegł stłumiony jęk. Motocykl wpasował się między głaz a 

pochyłe  zbocze,  toteŜ  by  do  niego  dotrzeć,  musiała  wdrapać  się  z  powrotem  na  błotnisty 

nasyp.  Serce  jej  biło  jak  oszalałe,  gdy  ostroŜnie  wymijała  tylne  koło,  usiłując  zachować 

równowagę na śliskiej trawie i glinie. 

- Czy nic panu nie jest?! - zawołała rozpaczliwie. 

- Niech pan się nie rusza! Zaraz tani bę... oj! - Głos uwiązł jej w gardle, straciła grunt 

pod nogami. 

Niczym kłoda poturlała się w dół, cięŜko lądując na brzuchu tuŜ koło błotnistej wody. 

Straciła dech, chwilę leŜała oszołomiona, czując smak krwi na przygryzionym języku. 

- Jak na amatorkę, całkiem niezły rzut ciałem - rozległ się obok przeciągły głos. - Jeśli 

skończyła juŜ pani występy, to moŜe pomogłaby mi z tym motocyklem? 

Gen popatrzyła przez opadłe na twarz, potargane włosy. Przed nią leŜało coś czarnego 

i  nieruchomego.  Poruszyło  się.  Dłoń  w  rękawicy  odgarnęła  jej  włosy  z  twarzy,  ktoś 

odchrząknął. 

- A więc to ty! Tak mi się wydawało, Ŝe poznaję te rude włosy. Przyszłaś mi pomóc, 

czy mnie dobić? 

- Mój BoŜe - szepnęła Gen. - Dobrze się pan czuje? 

- Po prostu wspaniale - padła natychmiastowa, fałszywie wesoła odpowiedź. - Właśnie 

zostałem zrzucony z szosy przez babę, która mogłaby udzielać lekcji, jak powodować kraksy 

background image

na autostradzie, przygniata mnie trzysta kilogramów rozbitego motoru i mam wraŜenie, Ŝe za 

jakieś dziesięć minut znajdę się pod wodą. 

Gen wygramoliła się na czworaka. 

- Tak mi przykro! Wszystko stało się tak... szybko. Jest pan ranny? Złamał pan coś? 

Nieznajomy  leŜał  na  plecach,  obie  nogi  uwięzły  mu  pod  maszyną.  Z  trudem,  powoli 

dźwignął się na łokciu i utkwił wzrok w motorze. 

- Chyba nie. - Zgiął ramię, krzywiąc się z bólu. - MoŜe trochę wybite, ale nie złamane. 

- Ściągnął kask z ogromnym wysiłkiem i upuścił go. - ZjeŜdŜałem w dół. Chciałem wyminąć 

ten głaz, ale trafiłem na rozmiękłą glinę i straciłem panowanie nad kierownicą. 

Po raz pierwszy widziała jego twarz. Nie mogła oderwać od niej wzroku. Miał bardzo 

szczupłą  twarz,  osmaganą  wiatrem  i  spaloną  słońcem.  Strzechę  brązowych  włosów. 

Prawdopodobnie tuŜ po trzydziestce, choć pewna twardość wokół ust i oczu powodowała, Ŝe 

wydawał  się  starszy.  Było  w  nim  coś  drapieŜnego,  ostrego.  Ciekawe,  cóŜ  takiego  robił  i 

widział  podczas  tych  trzydziestu  lat,  Ŝe  w  jego  spojrzeniu  jest  tyle  czujności?  Orzechowe 

oczy przyglądały się jej z równie nietajonym zainteresowaniem. 

Gen zarumieniła się. On uśmiechnął. 

-  CóŜ,  jedno  muszę  ci  przyznać,  Wiewiórko.  Masz  dość  niecodzienny  sposób 

nawiązywania znajomości. 

- Zaciskając zęby, usiadł z trudem. - ChociaŜ moŜe byłoby prościej, gdybyś mi tylko 

podstawiła nogę. 

- Nogę? - Gen uniosła się na kolana, wlepiła w niego wzrok. - Chyba nie myślisz, Ŝe 

zrobiłam to celowo? 

- MoŜe odłoŜylibyśmy tę romantyczną pogawędkę na później, Wiewiórko? - jęknął. - 

Gdybyś  nie  zauwaŜyła,  to  informuję  cię,  Ŝe  podnosi  się  poziom  wody.  I  to  szybko.  Nie 

byłbym zachwycony, gdybym wyszedł z tego bajzlu - wskazał pokiereszowany motocykl - po 

to tylko, by utonąć. Nawet w ramionach kobiety, która od trzech dni bezlitośnie igra z moim 

sercem. 

Gen  jednocześnie  ogarnęły  uczucia  ulgi,  Ŝe  nieznajomy  Ŝyje  i  jest  w  stosunkowo 

dobrej formie, wściekłości na jego impertynencję i przeraŜenia, gdy dotarło do niej, Ŝe dalej 

zagraŜa  mu  realne  niebezpieczeństwo.  WciąŜ  na  kolanach,  spróbowała  ściągnąć  motocykl  z 

jego  nóg.  Pośliznęła  się  i  runęła  jak  długa  na  maszynę,  jęknąwszy  z  bólu,  gdy  coś  ostrego 

wbiło  się  jej  w  Ŝebra.  Wymarotała  wielce  niepochlebną  opinię  o  przodkach  maszyny,  czym 

przyprawiła nieznajomego o wybuch śmiechu, potem zebrała wszystkie siły i spróbowała raz 

jeszcze. 

background image

- Nie dasz rady wyciągnąć nóg? 

- Nie, stopa uwięzła mi między obudową silnika a głazem. - Przechylił się i wepchnął 

dłoń pod siodełko. 

-  Postaraj  się  jeszcze,  Wiewiórko.  Dobra...  teraz.  Motocykl  ani  drgnął.  Nieznajomy 

dołoŜył swój równie soczysty komentarz na temat jego rodowodu, potem opadł na łokcie. 

- Nic z tego. Ten diabeł wklinował się w kamień niczym korek w butelkę. 

Gen,  usłyszawszy  w  głosie  nieznajomego  ton  cierpienia,  spojrzała  na  niego.  Zbladł 

pod opalenizną, wokół ust pojawiły się głębokie bruzdy. 

- Jesteś pewien, Ŝe dobrze się czujesz? 

- W porządku, Wiewiórko. 

-  Nie  nazywaj  mnie  „Wiewiórką".  -  Szarpnęła  z  furią  motocykl,  czego  jedynym 

efektem  był  ból  w  plecach.  -  Cholera,  nie  mogłeś  to  jeździć  rowerem  jak  porządni  ludzie, 

zamiast tym potworem?! 

Motocyklista parsknął ochrypłym śmiechem. 

-  A  ty  nie  mogłaś  być  napastnikiem  druŜyny  „Byków",  zamiast  prezentować  sobą 

zaledwie metr pięćdziesiąt, rude włosy i złe maniery? 

-  AleŜ  dowcip  -  warknęła.  -  LeŜ  spokojnie  i  nie  ruszaj  się.  Idę  po  podnośnik.  JeŜeli 

znajdę  na  tyle  twardy  grunt,  by  go  ustawić,  zdołam  dźwignąć  motocykl  tak,  byś  mógł 

wyciągnąć nogi. 

Nieznajomy otworzył oczy, spojrzał na nią z niekłamanym uznaniem. Uśmiechnął się 

lekko. 

-  Jesteś  równie  bystra  jak  ładna.  -  Uśmiech  przeistoczył  się  w  grymas  bólu. 

MęŜczyzna osunął się w błotniste bajoro. - Przepraszam cię, Wiewiórko. Planowałem dzisiaj 

przypuścić szturm: kolacja, butelka wina, dansing. 

- Trzymam cię za słowo - odpowiedziała automatycznie. - I skończ z tą „Wiewiórką". 

Okryła  go  jak  najszczelniej  skórzaną  kurtką,  by  choć  trochę  osłonić  przed  wiatrem  i 

deszczem. Przez postrzępioną bawełnianą koszulkę przezierały powstałe na klatce piersiowej 

i muskularnym brzuchu sińce. 

- Masz czucie w stopach? W nogach? 

- Obecne, do uŜytku - odparł z cieniem uśmiechu. - A nie mógłbym poczuć twoich? - 

DuŜa, ubłocona dłoń spoczęła na jej udzie. 

Gen  ujęła  jego  dłoń  w  dwa  palce,  jakby  było  to  coś  wyjątkowo  paskudnego  i 

bezceremonialnie upuściła ją w błoto. 

background image

-  Doprawdy,  jesteś  odraŜający.  Wiesz  o  tym?  -  spytała  pogardliwym  tonem.  -  Skoro 

masz tyle siły, by obmacywać nieznajomą osobę, to w zasadzie powinieneś sam wydobyć się 

spod maszyny. 

-  Wcale  nie  jesteś  nieznajomą.  Od  trzech  dni  mieszkamy  w  swoich  marzeniach.  I 

ś

miem wątpić, czy rzeczywistość mogłaby je przerosnąć. 

Gen gniewnie wciągnęła powietrze, nie dowierzając własnym uszom. Poczuła, jak na 

policzki  wypływa  jej  krwisty  rumieniec.  Jakim  cudem  odgadł  te  namiętne,  ulotne  sny  na 

jawie, które zaprzątały jej wyobraźnię od chwili spotkania na skrzyŜowaniu? 

Nieznajomy  roześmiał  się,  potem  skrzywił,  zaciskając  zęby.  Znów  przymknął 

powieki, leŜał nienaturalnie nieruchomo, przygryzając z bólu wargi. 

-  Nie  ruszaj  się!  -  zapomniała  o  złości  i  zaŜenowaniu.  Otarła  mu  krople  deszczu  z 

twarzy, przeraziła się. Zbladł jak kreda, ścięgna szyi napięły się niczym postronki. Jakby całą 

siłą woli powstrzymywał się przed wyciem z bólu. - Spokojnie! Nie umieraj mi tutaj! Jak się z 

tego wygrzebiesz, sama zafunduję ci kolację! 

- JeŜeli z winem, to załatwione - wymamrotał. JuŜ miała go ofuknąć, gdy spostrzegła, 

Ŝ

e nieznajomy zaciska w paroksyzmie cierpienia oczy, a droczy się z nią jedynie siłą woli. 

- Z dwoma butelkami najprzedniejszego, jeŜeli przyrzekniesz ani drgnąć aŜ do mojego 

powrotu.  -  Uśmiechnęła  się  miękko,  potem  zaczęła  wdrapywać  błotnistym  zboczem  ku 

autostradzie. Nim dotarła na górę, dwukrotnie upadła w gąszczu chwastów i trawy. Oślepiona 

opadniętymi  na  twarz  przemoczonymi  włosami  zorientowała  się,  Ŝe  na  szosie  ktoś  jest, 

dopiero gdy czyjeś silne ramiona postawiły ją na asfalcie. 

- Hej - dobiegł ją zaniepokojony głos. - Ludzie, nie trza wam pomóc? 

Gen tylko osunęła się w opiekuńcze objęcia, odgarniając włosy z oczu. 

-  Wypadek.  Tam,  w  dole  leŜy  przygnieciony  motocyklem  męŜczyzna.  A  ja  nie  mam 

siły... nie mogę... - poczuła, Ŝe za chwilę wybuchnie płaczem. 

- JuŜ dobrze - powiedział wybawca z szorstką galanterią, niezgrabnie głaszcząc ją po 

ramieniu. 

-  Z  moimi  chłopakami  raz  dwa  wyciągnę  tego  faceta.  Para  barczystych  wyrostków 

krzątała  się,  wyciągając  liny  i  szpadle  ze  skrzyni  sfatygowanej,  zaparkowanej  na  poboczu 

furgonetki. Jeden z nich uśmiechnął się wstydliwie do Gen, kiwając głową na powitanie. 

-  Zobaczyliśmy  pani  samochód  stojący  z  zapalonymi  światłami.  Tato  powiedział,  Ŝe 

trzeba się zatrzymać. 

- MoŜe by pani schowała się tam przed deszczem? 

- spytał łagodnie ojciec. - Sama pani nie najlepiej wygląda. 

background image

- Nie - ruszyła z powrotem w dół. - Proszę, szybko. Nie ma chwili do stracenia. 

Kiedy  dotarła  do  motocykla,  deszcz  trochę  zelŜał.  PrzeraŜona  uklękła  przy 

nieznajomym, a dwóch młodzieńców bez najmniejszego wysiłku dźwignęło potęŜną maszynę. 

Chlusnęła brudna woda, jeden z chłopaków otrzepał grudki gliny i trawy. 

- Ale wrak - skonstatował z podziwem. - Cud, Ŝeś się pan nie zabił. 

-  Podzielam  tę  opinię  -  wymamrotał  motocyklista,  patrząc  wymownie  na  Gen.  Z 

trudem usiadł i nim ktokolwiek zdąŜył zareagować, stanął niepewnie, blady jak kreda. 

- Nie powinieneś tego robić, póki nie będzie wiadomo... 

-  Doskonale  wiem,  co  mi  dolega  -  zapewnił  ją  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Tysiąc,  moŜe 

więcej  wgnieceń.  Kompletna  wymiana  układu  kierowniczego,  filtru  powietrza  i  ramy, 

zbiornik  paliwa  wygląda,  jakby  go  koń  kopnął  i  prawdopodobnie  przecieka,  system 

zapłonowy...  -  urwał,  przymknął  oczy,  zachwiał  się.  Gen  uchroniła  go  przed  upadkiem.  Pod 

jego cięŜarem ugięły się jej kolana. Jakoś wstał, łaskawie godząc się, by objęła go ramieniem. 

- Oprzyj się - poprosiła. - Dasz radę iść? 

- Owszem. - Jęknął z bólu, gdy mocniej opasała jego Ŝebra. A potem sam przygarnął 

ją z całej siły. 

- Hm, jakieś dwa tygodnie nie będę mógł startować w maratonie, ale iść zdołam. 

Był wyŜszy, niŜ się jej wydawało, i okropnie cięŜki. Musiała zebrać wszystkie siły, by 

pomóc mu wejść na zdradliwe zbocze. 

-  Zwykle  nie  uskarŜam  się,  jeśli  trafię  w  objęcia  niebrzydkiej  kobietki  -  mamrotał, 

krzywiąc  się  -  ale  czy  mogłabyś  trochę  delikatniej  obchodzić  się  z  moimi  dwoma  dolnymi 

Ŝ

ebrami? Właśnie w nie trafił twój samochód. 

- MoŜe jeszcze do ciebie nie dotarło - odpaliła Gen - ale robię wszystko, co w mojej 

mocy. 

- Prawdziwa, mała samarytanka, co? - sapnął. 

- Pominąwszy drobiazg, Ŝe gdyby nie ty, nie wpakowałbym się w taką kabałę. 

Bez tchu dotarli na szosę. Dysząc  wsparli się o  samochód. Farmer szedł tuŜ za nimi. 

Patrzyli teraz, jak jego synowie wciągają do góry motocykl. 

- Parę kilometrów stąd jest miasteczko Greenboro - powiadomił ich, wskazując głową 

kierunek we mgle. 

-  I  szpital.  WoŜę  tam  Ŝonę  i  chłopaków,  jeśli  trzeba.  Jedźcie  za  nami.  Pana  motor 

wrzucimy  na  furgonetkę  i  odstawimy  do  warsztatu  Ralpha.  Choć  pewnie  nie  na  wiele  się  to 

zda. Synu, nie ma co, rozwaliłeś go w drobny mak. Widać ciebie samego nie dobije się nawet 

siekierą. 

background image

Motocyklista parsknął gorzkim śmiechem. 

-  Mnie  nie  da  rady  nawet  walec  drogowy.  Do  szpitala  mi  jednak  nie  spieszno. 

Podrzućcie gdzieś mnie i motocykl i wszystko będzie dobrze. 

- Synu, czy to na pewno mądrze? - Stary spojrzał na niego z troską. - Nieźle stuknąłeś 

się w czaszkę. 

-  Pan  ma  rację  -  wtrąciła  Gen  bezbarwnym  głosem,  uchylając  drzwiczki.  -  Zabieram 

cię do lekarza. 

- Nie ma mowy - z uporem potrząsnął głową. - Jadę tam, gdzie moja maszyna. 

-  Teraz  guziki  by  mnie  obeszło,  gdybyś  nawet  padł  trupem  na  miejscu  -  powiedziała 

Gen. - Wyczerpała się cała moja cierpliwość i współczucie. Ale muszę powiadomić policję, a 

zarówno  ona,  jak  i  moja  firma  ubezpieczeniowa  zaŜądają  świadectwa  lekarskiego.  Nie 

uśmiecha  mi  się  proces.  Dlatego  bez  gadania  pojedziesz  do  szpitala.  I  albo  dobrowolnie 

wsiądziesz do samochodu, albo poproszę tych dwóch, Ŝeby wepchnęli cię siłą! 

- Uwielbiam agresywne kobiety - zakpił. - A co z obiecanymi butelkami wina? 

- Wyślę je pocztą. Wsiadaj! 

Po dłuŜszej chwili i serii przekleństw wgramolił się wreszcie do środka, jeszcze dłuŜej 

zajęło  mu  ułoŜenie  nóg.  Kiedy  Gen  w  końcu  zatrzasnęła  drzwiczki,  siedział  niezwykle 

spokojnie,  na  czoło  wystąpiły  mu  krople  potu.  Milczał,  gdy  zasiadała  za  kierownicą.  Gen 

zobaczywszy  w  lusterku  swoje  odbicie  jęknęła:  gęste,  rude  włosy  zwisały  jej  mokrymi 

pasmami  na  policzki  i  szyję,  rozmazał  się  tusz  i  cienie  do  powiek.  I  tak  juŜ  blada  cera  była 

jeszcze bardziej przezroczysta. Przypominała zmokłego szczura, a nie wysoko kwalifikowaną 

specjalistkę od dokumentów. 

I  złodziejkę,  przypomniała  sobie  cierpko.  Szybkim  spojrzeniem  omiotła  tylne 

siedzenie,  by  upewnić  się,  Ŝe  nie  zniknęła  stamtąd  torebka  wraz  z  bezcenną  zawartością. 

Niemal  parsknęła  śmiechem.  GdybyŜ  siedzący  u  jej  boku  facet  miał  pojęcie,  Ŝe  podróŜuje  z 

wnuczką światowej klasy fałszerza, która niedawno przystała jako amatorka do złodziejskiej 

braci, to pewnie wolałby pokonać drogę do szpitala pieszo. 

Ponownie  zerknęła  w  lusterko,  tym  razem  jednak  na  drogę.  Mgła  opadła,  szosa 

skąpana  była  w  bladych  promieniach  słońca.  I  pusta.  Kierowca  błękitnego  Buicka,  ten, 

któremu coś skradła, albo zgubił jej ślad, albo zmienił plany. 

ZadrŜała.  Ni  stąd,  ni  zowąd  zaczęły  napływać  łzy,  przeszył  ją  gwałtowny  dreszcz, 

zaszczekała zębami. 

-  Nie  denerwuj  się  -  odezwał  się  nieznajomy  dziwnie  łagodnym  tonem.  DuŜa  ciepła 

dłoń uspokajająco pogładziła ją po napiętych mięśniach szyi. - JuŜ dobrze? 

background image

Miała przytaknąć, kiedy lodowatą falą ogarnęły ją mdłości. Dygocąc, przełknęła ślinę. 

-  Nie  -  szepnęła,  przymykając  oczy.  -  Och,  chyba...  Błyskawicznym  ruchem  oderwał 

ją od kierownicy, przygiął głowę do kolan. 

-  Oddychaj  głęboko.  Za  chwilę  poczujesz  się  lepiej.  I  tak,  zwaŜywszy  okoliczności, 

wytrzymałaś nadspodziewanie długo. 

Począł  masować  jej  plecy  i  ramiona.  Po  chwili  mdłości  ustąpiły.  Gen  wyprostowała 

się powoli, z wdzięcznością wsparta o pomocną dłoń. - JuŜ dobrze, dzięki. 

-  Uśmiechnęła  się  smętnie.  -  Przepraszam,  to  ja  powinnam  udzielać  ci  pierwszej 

pomocy. Nie wylądowałam przecieŜ w rowie z półtonowym motocyklem na brzuchu. 

-  Długo  tego  nie  zapomnę.  Potłukłem  się  w  takim  miejscu,  w  którym  dŜentelmeni 

zwykle  nie  doznają  obraŜeń.  Kurczę,  przez  jakiś  dzień,  dwa,  miejscowe  ślicznotki  nie  będą 

miały ze mnie większego poŜytku - roześmiał się. 

Zarumieniona  Gen  usadowiła  się  na  powrót  za  kierownicą  i  skoncentrowała  na 

samochodzie.  Coś  jej  się  wydawało,  Ŝe  trzeba  by  duŜo  więcej  niŜ  półtonowego  motocykla  i 

paru  siniaków  w  podejrzanych  miejscach,  by  utemperować  tego  nieznajomego  o  sennych 

oczach. 

- Mieszkasz gdzieś w okolicy? - spytała, by zmienić temat. - Masz tutaj kogoś, kogo 

moŜna by zawiadomić o wypadku? Zdaje się, Ŝe nieprędko będziesz mógł dosiąść motocykla. 

- Jestem tu tylko przejazdem. Moim celem jest... był Quebec. 

Gen zamarło serce. 

-  Quebec?  -  powiedziała  to  ostrzejszym,  niŜ  zamierzała,  tonem  i  spostrzegła,  Ŝe 

nieznajomy spogląda na nią zdziwionym wzrokiem. Zmusiła się do uśmiechu. 

- A to ci zbieg okoliczności. - Motocyklista popatrzył uprzejmie, najwyraźniej nie miał 

bladego pojęcia, o czym ona mówi. Cały strach prysnął w jednej chwili. 

- Ja teŜ tam jadę. Do Quebecu. 

- W interesach czy dla przyjemności? - uśmiechnął się czarująco. 

-  W  interesach.  -  Znowu  odpowiedziała  zbyt  pospiesznie,  zbyt  ostro.  Siłą  woli 

rozluźniła palce kurczowo zaciskające się na kierownicy. - A ty? 

-  TakŜe.  -  Zmarszczył  na  ułamek  sekundy  brwi  i  zapatrzył  się  przed  siebie.  - 

Wyświadczam  przysługę  przyjacielowi.  -  Potem,  jakby  otrząsając  się  z  ponurych  myśli, 

uśmiechnął  się  ciepło.  -  Zdradź  mi,  o,  piękna,  jak  długo  zamierzasz  zabawić  w  tym 

miasteczku? 

- Tyle, by odstawić cię bezpiecznie na szpitalne łóŜko. 

- CzyŜby to była propozycja? 

background image

Gen niespodziewanie dla siebie samej roześmiała się. 

- Jesteś niepoprawny! Nigdy nie dajesz za wygraną? 

-  Bo  jeśli  to  zrobię,  to  myślę,  Ŝe  prędzej  czy  później  przekroczę  magiczną  smugę 

cienia.  Cholernie  trudno  uwodzić  damę  z  motocykla.  Nie  ułatwiałaś  mi  tego  przez  parę 

ostatnich dni. 

- Tyś mnie naprawdę uwodził? - zdumiała się. 

- A jak ci się zdaje? 

- Zabawiałeś się na autostradzie Lothario - roześmiała się miękko. 

- Kobieto, uwodziłem cię od chwili spotkania na tamtym skrzyŜowaniu. Sądziłem, Ŝe 

to pojęłaś. - Spojrzał na nią ciepłymi, rozbawionymi orzechowymi oczami. 

Gen nie wiadomo dlaczego speszyła się. Znowu oblała się rumieńcem. 

-  Dotąd  nikt  mnie  nie  uwodził  -  wyznała,  odwracając  spojrzenie.  Przed  maskę 

samochodu  wysunęła  się  furgonetka.  LeŜący  na  skrzyni  motocykl  prezentował  się  jeszcze 

gorzej.  Jeden  z  młodzieńców  gestem  polecił  ruszyć  ich  śladem  i  Gen  ostroŜnie,  usiłując  nie 

naraŜać na wstrząsy swojego pasaŜera, wyjechała z pobocza. 

- Nie do wiary. 

- Ale to prawda. Jako dziewczynka składałam się wyłącznie z rąk i nóg, byłam chuda 

jak  patyk.  Plus  cała  konstelacja  piegów  i  szopa  potarganych  włosów.  Tak  więc  niewiele 

mogłam  zdziałać.  -  Plotła  tak,  by  wymazać  z  pamięci  usłyszane  przed  chwilą  słowa. 

Zagłuszyć czymś ciszę. Jak długo nieznajomy mówił rozsądnie, wszystko było w porządku. - 

Byłam niezgrabna i blada, przy byle czym się rumieniłam. 

- To akurat zauwaŜyłem. A co stało się z piegami? 

- Bogu dzięki, kiedy podrosłam, większość zniknęła. No i przestałam wyciągać się w 

górę, więc trochę przytyłam... 

-  Całkiem  apetycznie.  -  Spłoniła  się,  a  on  się  roześmiał.  -  Przepraszam.  Mów  dalej. 

Cały zamieniam się w słuch. 

- Raczej w jęzor - poprawiła go. - Na czym to ja stanęłam? 

- Na przytyciu. 

-  Kiedy  poszłam  do  college'u,  pozbyłam  się  tej  niezdatności,  ale  wciąŜ  byłam  taka 

nieśmiała,  Ŝe  umierałam  ze  strachu  nawet  na  myśl,  Ŝe  ktoś  zechciałby  się  ze  mną  umówić. 

Szczerze  mówiąc,  rzadko  się  taki  ktoś  trafiał.  Teraz  teŜ  nie  widuję  się  z  wieloma 

męŜczyznami. Pracuję z moim dziadkiem jako ekspert od dokumentów. 

- To znaczy? 

Zerknęła na niego z ukosa. PrzecieŜ to nic go nie powinno obchodzić. 

background image

-  PrzewaŜnie  mam  do  czynienia  z  dokumentami  natury  prawnej,  potwierdzam 

autentyczność  testamentów,  starych  akcji,  papierów  wartościowych...  Wykonuję  renowacje 

dla muzeów... to jest w zasadzie specjalność dziadka, ja wolę dokumenty. AŜ wierzyć się nie 

chce, ile się zdarza wśród nich falsyfikatów... - Gdy pomyślała o znaczkach, znajdujących się 

w jej posiadaniu, ogarnęły ją wyrzuty sumienia. 

- Wspomniałaś coś o męŜczyznach swojego Ŝycia... 

-  MoŜna  policzyć  ich  na  palcach  jednej  ręki  -  uśmiechnęła  się  gorzko.  -  W 

dzisiejszych  czasach  męŜczyźni  przewaŜnie  nie  zwracają  uwagi  na  powaŜne,  nieśmiałe 

dziewczyny. 

- A moŜe tylko spotykasz niewłaściwych facetów? 

-  zauwaŜył  cicho.  -  Zostaniesz  tutaj  do  jutra?  Chciałbym  zaprosić  cię  do  najlepszej 

restauracji w tym miasteczku. Ślimaki, szampan, potem nocny klub i tańce. - Roześmiał się, 

widząc  jej  zdumienie.  -  No  dobrze,  to  moŜe  zgodzisz  się  na  hamburgera  i  piwo?  I  tak  w 

okolicy nie uda się nam dostać nic wytworniejszego. 

Dlaczego mocniej zabiło jej serce? 

- A jeśli zostaniesz w szpitalu? 

- Skąd! - zaprzeczył z energią, kłócącą się z jego kondycją. - Pizza i butelka winka? 

- Zgoda - skapitulowała ze śmiechem. - Poddaję się! Zawsze jesteś taki uparty? 

-  Owszem  -  potwierdził  z  zaskakującą  stanowczością.  Spojrzał  Gen  prosto  w  oczy.  - 

ś

yję tylko dlatego, Ŝe zdobywam to, czego chcę, Wiewiórko. Za kaŜdym razem. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Dopiero po siódmej wieczorem Gen dotarła do małego, prowincjonalnego szpitala, do 

którego wcześniej odwiozła nieznajomego. Błąd, poprawiła się znuŜona, to juŜ nie jest obcy 

człowiek.  Griff  Cantreli.  WciąŜ  tam  przebywał,  poddawany  badaniom,  prześwietleniom, 

analizom, choć szczerze wątpiła, czy któremukolwiek z tych zabiegów poddał się dobrowol-

nie. Musiała go do szpitala zawlec niemal siłą. Protestował gwałtownie i wniebogłosy. Lekarz 

dyŜurny tylko  rzucił na niego okiem i zarządził obserwację oraz szczegółowe badania.  Griff 

poszedł na nie bynajmniej nie w milczeniu. 

Otępiała  z  wyczerpania,  powoli  szła  do  izolatki  Griffa.  Wcale  nie  chciała  tu 

przychodzić. Niewiele brakowało, by w ogóle nie przyszła. Nie musiała przecieŜ oddawać mu 

rzeczy  osobiście.  W  świetle  prawa  zrobiła  wszystko,  do  czego  była  zobowiązana.  Policja 

zadowoliła  się  złoŜonym  przez  nią  oświadczeniem,  towarzystwo  ubezpieczeniowe,  dla 

odmiany niezadowolone, przyznało ostatecznie, Ŝe formalnościom stało się zadość, w szpitalu 

zaś zapewniali, Ŝe Griff z wypadku wyszedł bez powaŜniejszych obraŜeń. 

Dlatego  teŜ  nic  nie  zmuszało  ją  do  odwiedzin.  Wiedziała  jednak,  Ŝe  to  tylko 

wymówka.  Prawdziwym  powodem  niechęci  był  Griff.  Coś  w  jego  spojrzeniu,  gdy  mówił: 

„Zdobywam to, czego chcę", jakiś gardłowy pomruk w słowach: „Od trzech dni mieszkamy 

w swoich marzeniach...” 

Właściwie nie było to pogróŜką. A jednak... 

Wzdrygnęła się, zbeształa za zbyt wybujałą fantazję. To skutek owej ohydnej historii z 

Broussarde'em,  Ŝe  wszędzie  wietrzyła  niebezpieczeństwo,  a  w  kaŜdym  Ŝartobliwym  zdaniu 

groźbę.  Griff  Cantrell  nie  stanowił  najmniejszego  zagroŜenia,  nawet  jeŜeli  chciał  przenieść 

ich  flirt  z  autostrady  w  rzeczywistość.  PrzecieŜ  ona  za  parę  godzin  i  tak  znajdzie  się  daleko 

stąd. 

Potrząsnęła  niecierpliwie  głową,  przez  uchylone  drzwi  zajrzała  do  pokoju  Griffa. 

MoŜe go tu nie ma, zaświtała jej nadzieja. Wtedy zostawiłaby tylko na łóŜku torbę i pieniądze 

i wyniosła się po cichu, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. 

Griff jednak był, czytał wsparty o poduszki. Gdy Gen weszła w krąg jasności, powoli 

pokiwał głową. 

- No, no, no. PrzecieŜ to nasz kaskader. Przyszłaś dokończyć robotę, Wiewiórko, czy 

tylko ponapawać się widokiem poczynionych przez siebie szkód? 

background image

-  Ani  to,  ani  to.  -  Drwina  i  złość  w  jego  głosie  zabrzmiały  w  uszach  Gen  niczym 

muzyka. Najwyraźniej był nie tylko w dobrej formie, ale podobnie jak ona stracił ochotę do 

kontynuowania  porannych  zalotów.  Spojrzała  na  siniec  na  jego  policzku,  prostokątny 

opatrunek na skroni, oślepiająco biały przez kontrast z opalenizną i ciemnymi włosami. 

- W izbie przyjęć powiedziano mi, Ŝe jesteś mniej więcej w jednym kawałku. Jak się 

czujesz? 

-  Jak  ryba  w  wodzie  -  zapewnił  nieco  uraŜonym  tonem.  -  Cały  dzień  paradowałem 

półnagi ku niekłamanej rozkoszy Ŝeńskiej części personelu tego zakładu, przekazywano mnie 

z rąk do rąk niczym cuchnącą padlinę, obmacywał mnie i kłuł cały tabun obcych. Wpychano 

mi  w  rozmaite  zakamarki  jakieś  dziwne  rzeczy,  pobrano  ilość  krwi  wystarczającą  do 

wykarmienia  armii  wampirów  na  urlopie  i  zaaplikowano  taką  dawkę  promieni  rentgena,  Ŝe 

pewnie świecę w ciemności. - Spojrzał wściekle. - A na deser zabrano mi ciuchy. 

Mimo zmęczenia Gen z trudem powstrzymała się od śmiechu. 

- Ja je mam. Koszulka poszła w strzępy, ale dŜinsy doczyściłam. 

Chrząknął. 

- A reszta bagaŜu? 

- Tutaj. - Rzuciła torbę na jedno z krzeseł pod oknem. - Po złoŜeniu zeznań wróciłam 

po twoje rzeczy. Pozbierałam wszystko i uprałam. Torba teŜ była na nic, więc kupiłam nową. 

Wyraźnie się tego nie spodziewał. 

- Uprałaś?! 

- Niedaleko jest pralnia  samoobsługowa. Ciuchy miałeś tak przemoczone i ubłocone, 

Ŝ

e pomyślałam... 

- wzruszyła ramionami. - No i tutaj jest wszystko. 

-  Zapadła  chwila  niezręcznej  ciszy.  Gen  dobrze  wiedziała,  co  Griffowi  chodzi  po 

głowie. - To takŜe. Owinęłam to w koszulę i wpakowałam na dno torby. 

ZmruŜył oczy, potem uśmiechnął się zjadliwie, kiwając głową. 

- A nie zapytasz na co mi to? Znowu wzruszyła ramionami. 

- Teraz co drugi człowiek nosi broń. Pewnie masz pozwolenie. I powody. 

Chrząknął, jak gdyby zdziwiony, Ŝe tak obojętnie przyjęła obecność rewolweru w jego 

bagaŜu. Nie mógł wiedzieć, Ŝe Gen śmiertelnie się wystraszyła, gdy w bocznej kieszeni torby 

znalazła pieczołowicie ukrytą trzydziestkę ósemkę. 

- Mam coś jeszcze. - Wziąwszy głęboki oddech wyjęła z torebki czek. - To dla ciebie. 

Zdumionym  spojrzeniem  obrzucił  najpierw  ją,  potem  czek.  Otworzył  szeroko  oczy, 

gwizdnął cicho. 

background image

- A to co, do diabła? 

- Za motocykl. Czy raczej jego szczątki. Sprzedałam go. 

JeŜeli jest  prawdą,  Ŝe  cisza  krzyczy,  to  ta  aŜ  ogłuszała.  Griff,  nie  spuszczając  oczu  z 

Gen, ujął czek w dwa palce. 

- Co..:? - syknął z niedowierzaniem. 

Gen odetchnęła głęboko. Podejrzewała, Ŝe Griff nie najlepiej zniesie taką nowinę. 

-  Skontaktowałam  się  z  twoim  agentem,  podałam  kosztorys  remontu  i  powtórzyłam 

słowa  mechanika,  Ŝe  po  takim  zwichrowaniu  ramy  on  osobiście  odradzałby  naprawę.  Z 

powodu  zmęczenia  metalu  dalsza  jazda  równałaby  się  samobójstwu.  A  koszt  remontu 

najpewniej  przerósłby  cenę  nowej  maszyny.  Mechanik  oferował  się  odkupić  motocykl  na 

części. 

- Części... - Griff spojrzał na czek. - Sprzedałaś mój motor na części? Ty w ogóle masz 

pojęcie... ile mnie ten motor kosztował? 

- Chyba tak. Dzwoniłam niemal do kaŜdego sklepu w tym kraju, Ŝeby zorientować się 

w cenach. - Wskazała głową czek. - To całkiem przyzwoita suma. 

- Przyzwoita?! - Niemało kosztował go taki ryk. Skrzywił się z bólu, zaklął, jedną ręką 

przytrzymał  Ŝebra,  drugą  wymachiwał  czekiem.  -  Przyzwoita,  według  ciebie?  Cholera, 

dziewczyno,  najpierw  zmiotłaś  mnie  z  drogi,  potem  zostawiłaś  na  wątpliwej  łasce 

prowincjonalnych konowałów, następnie zaś sprzedałaś za moimi plecami motocykl! 

-  Odczep  się  ode  mnie  -  warknęła  z  błyskiem  w  oku  Gen.  -  Ja  teŜ  nie  miałam 

cudownego  dnia!  Zeznawałam  na  policji  i  w  agencji  ubezpieczeniowej,  wykłócałam  się  z 

firmą  wynajmu,  kto  ma  zapłacić  za  stłuczony  reflektor  w  moim  samochodzie,  załatwiałam 

odszkodowanie  za  twój  motocykl,  prałam  twoje  ciuchy...  -  1  wybuchnęła  nagle  płaczem. 

Odskoczyła od łóŜka, równie wściekła na siebie, Ŝe okazała zdenerwowanie, jak i na Griffa, 

Ŝ

e to sprowokował. - Zobacz, do czego doprowadziłeś! 

-  Ja?!  -  ryknął,  potem  umilkł,  westchnął.  Zaszeleściły  prześcieradła.  Chwilę  później 

opalona ręka spoczęła na jej ramieniu. - Hej? 

- Co? - Otarła łzy wierzchem dłoni, odwróciła twarz. 

- Siadaj no tutaj, Wiewiórko. - Delikatnie usadził ją na krześle. Poddała się bez oporu. 

- Pozwolono ci wstawać z łóŜka? - spytała zduszonym szeptem. 

- Nie. Jadłaś coś dzisiaj? 

Musiała przez chwilę pomyśleć, nim zaprzeczyła. 

- Posłuchaj, masz wynająć w jakimś motelu pokój, wziąć długą, gorącą kąpiel i zjeść 

coś solidnego. Potem marsz do łóŜka i spać dwanaście godzin. Wyglądasz okropnie. 

background image

Gen nawet nie obruszyła się na to aŜ nazbyt oczywiste stwierdzenie. Szczera prawda. 

Odkąd  wygramoliła  się  z  Griffem  z  rowu,  nie  uczesała  nawet  włosów.  Wyschły,  tworząc 

sztywną,  lepką  chmurę  miedzianych  loków  wokół  głowy.  DŜinsy  i  koszulę  plamiły  błoto  i 

trawa. 

- Nie miałam czasu - powiedziała zmęczona, drŜąc z wyczerpania. - JuŜ i tak przepadł 

mi tutaj cały dzień, a do piątku muszę być w Quebecu. 

Nie  wyjaśniła  wszystkiego  do  końca:  Ŝe  im  dłuŜej  pozostaje  w  jednym  miejscu,  tym 

większe prawdopodobieństwo, iŜ wpadną na jej trop. Jedyna szansa to być w ciągłym ruchu, 

kryć się, aŜ dotrze do Quebecu i odnajdzie posiadłość Laporteauxa. 

- Genny, padasz z nóg - powiedział cicho Griff. 

- A czemuŜ to nagle jesteś taki troskliwy? - spojrzała nieprzytomnie. 

Uśmiechając się, powoli, z trudem, wyciągnął się znowu na łóŜku. 

- Wyobraź sobie, Ŝe mam hopla na punkcie niebieskich oczu i rudych włosów. A teraz 

spać! 

Wstała, przewiesiła przez ramię torebkę. 

- Słuchaj, naprawdę okropnie mi głupio, Ŝe tak się stało. Agent z twojego towarzystwa 

ubezpieczeniowego  dostał  adres  mojego  agenta,  a  tutejsza  policja  ma  moje  oświadczenie.  - 

Odwróciła  się  do  drzwi.  -  No  to  do  widzenia.  Mam  nadzieję,  Ŝe  za  kilka  dni  poczujesz  się 

lepiej. 

Griff parsknął śmiechem. 

- śadne do widzenia, Wiewiórko. Tylko dobranoc. Zobaczymy się jutro. 

Jakaś nuta w jego głosie sprawiła, Ŝe Gen obejrzała się i popatrzyła na niego uwaŜnie. 

- Jutro? 

- A jakŜe. Kiedy będziemy ruszać do Quebecu. 

- My? - przymruŜyła oczy. - Jacy my? 

- My dwoje. Ty i ja. 

-  Nie  -  potrząsnęła  głową.  -  Wykluczone,  panie  Cantrell.  Pragnę  ci  pomóc,  ale  po 

prostu nie mogę cię ze sobą zabrać. Przykro mi. 

- Kochanie, ty osobiście rozwaliłaś mój środek transportu. Nie myślisz więc chyba, Ŝe 

będę podróŜował na piechotę? 

-  MoŜesz  wynająć  samochód  albo  inny  motocykl.  Koszty  pokrywa  ubezpieczenie. 

Albo pojedziesz autobusem. 

- Zdaje się, naleŜy mi się coś za szkody, jakie przez ciebie poniosłem, Wiewiórko. Nie 

mówiąc  juŜ  o  tym,  Ŝe  opyliłaś  mój  motocykl,  nim  jeszcze  silnik  wystygł.  I  pomijając  to,  co 

background image

wycierpiałem  od  chwili,  w  której  po  raz  pierwszy  spojrzałem  we  wsteczne  lusterko.  Od 

dwóch  dni  moje  serce  krwawi.  -  Teraz  uśmiechnął  się  ciepło,  niemal  uwodzicielsko.  - 

Zawrzyjmy więc uczciwą transakcję. 

Gen zdusiła paraliŜującą panikę. 

-  Nie  jestem  juŜ  panu  nic  winna,  panie  Cantrell  -  powiedziała  nienaturalnie 

opanowanym głosem. 

- Świetnie wiem, do czego jestem w tych okolicznościach zobowiązana, i wiem, Ŝe z 

nadwyŜką się z tego wywiązałam. - Zmierzyła go lodowatym spojrzeniem. 

-  Przykro  mi,  ale  pana  prośba  jest  niemoŜliwa  do  spełnienia.  -  Obróciwszy  się  na 

pięcie ruszyła ku drzwiom. 

- Nie sądzisz chyba, Ŝe się mnie tak łatwo pozbędziesz? 

Jakaś  ukryta  groźba  w  tych  słowach  sprawiła,  Ŝe  Gen,  nagle  czujna,  popatrzyła  na 

niego  uwaŜnie.  Uśmiechał  się  drwiąco,  orzechowe  oczy,  bardziej  zielone  niŜ  piwne,  na 

szczupłej twarzy wyglądały jak kocie. 

Spojrzała  mu  prosto  w  twarz.  Zadziałał  kobiecy  instynkt.  Mimo  Ŝe  zdawała  sobie 

sprawę, iŜ ta drapieŜność, groźba, były zagrywką czysto psychologiczną, to jednak ugięły się 

pod nią nogi. Wzięła się w karby. 

- śegnam, panie Cantreli. 

- JeŜeli wyjedziesz stąd beze mnie, to naślę na ciebie miejscowego szeryfa. 

Gen zamarło serce. 

- A pod jakim zarzutem? - spytała obojętnie. 

- Nie wiem jeszcze. Usiłowanie morderstwa. ObraŜenia ciała. KradzieŜ. 

Mimo  woli  zesztywniała.  Odwróciła  twarz,  modląc  się  w  duchu,  by  nie  zdradziła  jej 

mina.  Kocie  oczy  Griffa  pochwyciły  jej  spojrzenie,  były  rozbawione  i  lekko  kpiące,  jakby 

czytał  w  jej  myślach.  Co  on  moŜe  wiedzieć?  -  rozzłościła  się.  Tylko  trzy  osoby  na  świecie 

wiedziały,  Ŝe  Gen  ma  znaczki  ze  Statuy  Wolności:  dziadek,  który  je  sfałszował,  Henri 

Broussarde, mózg zbrodni, i ona sama, która je skradła. 

- KradzieŜ? - spytała lekko. - A czegóŜ to? 

- Mojego serca. 

Gen kamień spadł z serca. Roześmiała się głośno, potrząsnęła głową. 

- Griffie, jesteś czarującym łobuzem, ale nic z tego. Naprawdę Ŝałuję, jednak nie mogę 

cię zabrać. 

- Mogę donieść, Ŝe sprzedałaś mój motocykl i zwiałaś z forsą. 

background image

- Nie odwaŜysz się! - prychnęła. Coś jednak mówiło jej, Ŝe Griff jest do tego zdolny. - 

Nie potrafiłbyś tego udowodnić. 

- MoŜe i nie - zgodził się pogodnie. - Niemniej przez kilka dni zatrułoby ci to Ŝycie. 

Szczególnie przy próbie przekroczenia granicy kanadyjskiej. 

- To... to szantaŜ! 

Griff  uśmiechnął  się  jeszcze  promienniej.  Gen  w  trzech  susach  dopadła  łóŜka.  Jej 

niebieskie oczy ciskały gromy. 

- Niech cię szlag, Cantrell! Ja nie mam czasu na twoje idiotyczne zagrywki! 

- A kto mówi, Ŝe to zagrywki? 

W  tych  słowach  kryła  się  groźba.  Gen  przemknęło  przez  głowę,  Ŝe  czegoś  tu  nie 

rozumie, a to coś jest bez wątpienia niebezpieczne. 

-  Nie  zaliczam  się  do  zboczeńców,  którzy  dostarczają  sobie  uciechy  mordując  rude 

ś

licznotki.  JeŜeli  tego  się  boisz  -  odezwał  się  całkiem  serio,  jak  gdyby  wyczuwając  jej 

niepokój. - Gdy razem wyjedziemy z tego miasta, gliny będą o tym wiedziały. I jeśli w ciągu 

najbliŜszego półwiecza zginiesz gwałtowną śmiercią lub rozpłyniesz się w powietrzu, ja będę 

pierwszym podejrzanym. MoŜesz więc się nie bać. 

- Nie o to mi chodzi - wyjaśniła szczerze, wiedząc doskonale, iŜ w ten sposób moŜna 

było zinterpretować sobie jej zachowanie. 

- To o co? - spytał miękko. 

Pytanie  wydało  się  Gen  komiczne.  Gdybyś  ty  wiedział!  Gdybyś  miał  jakiekolwiek 

pojęcie,  co  się  święci!  I  nagle  przyszło  jej  do  głowy,  Ŝe  moŜna  by  Griffa  wyzyskać. 

Broussarde  ściga  samotną  kobietę,  zdąŜającą  w  największym  pośpiechu  ku  granicy 

kanadyjskiej, a nie parę nowoŜeńców spędzających swój oszczędnościowy miodowy miesiąc 

pośród wzgórz stanu Vermont. 

-  Zgoda.  Zawiozę  cię  do  Quebecu.  Jutro  rano  punktualnie  o  ósmej.  Bądź  gotów  - 

uśmiechnęła się. 

Griff aŜ przymruŜył oczy na tak nieoczekiwaną kapitulację. 

- Gdzie ta pułapka? 

-  Nie  ma  Ŝadnej.  -  Obdarzywszy  go  na  poŜegnanie  uśmiechem,  pomaszerowała  do 

drzwi. 

Prawdę  powiedziawszy,  Gen  wcale  nie  była  pewna,  czy  przystanie  na  ultimatum 

Griffa. Gdy dotarła do samochodu, miała pokusę, by stąd odjechać. 

Jednak  usiadłszy  juŜ  za  kierownicą  zrozumiała,  Ŝe  nie  mylił  się.  Naprawdę  padała  z 

nóg. Przypomniała sobie reklamę motelu przy wjeździe do miasteczka. 

background image

Odnalazła  zjazd  do  motelu  „Pod  wysokimi  sosnami".  Reklama  nie  kłamała,  był 

rzeczywiście ukryty. WjeŜdŜając na parking ucieszyła się na widok jednego tylko samochodu. 

Dopiero kilka minut później w nędznie umeblowanym pokoiku zrozumiała, dlaczego w pełni 

sezonu  turystycznego  jest  tutaj  tak  pusto.  Oględnie  rzecz  ujmując,  była  to  nora,  jednak 

odludna i zaciszna. 

Co z tym Griffem? 

Ach,  zastanowię  się  nad  tym  jutro,  pomyślała  znuŜona.  Za  duŜo  wraŜeń,  by  myśleć 

rozsądnie, a tym bardziej, by przeanalizować wszystkie aspekty ultimatum Griffa. Nie moŜna 

podejmować zbyt pochopnej, a moŜe i błędnej decyzji. Wątpiła, czy naprawdę powaŜyłby się 

iść na policję. Miał jednak w sobie jakąś brawurę, przekorną pogardę dla konwenansów, które 

sprawiały,  iŜ  wydawał  się  do  tego  zdolny.  Ona  natomiast  nie  mogła  pozwolić  sobie  na 

najmniejsze  nawet  ryzyko.  Nie  teraz,  kiedy  chciała  wyciągnąć  dziadka  z  tarapatów,  w  jakie 

udało się mu wpakować, a siebie samą uchronić od więzienia. 

A wszystko przez Znaczki Wolności. 

Celna  nazwa,  pomyślała  sennie,  nie  tylko  dlatego,  Ŝe  odkryto  je  podczas  renowacji 

Statui Wolności, ale takŜe, iŜ uwolniono od nich właścicieli co najmniej dwukrotnie w ciągu 

minionego wieku. Po raz pierwszy aŜ w roku 1885, kiedy skradziono je z kolekcji zamoŜnych 

paryŜan.  W  maju  tegoŜ  roku  przemycono  je  pod  pokład  małego  okrętu  „Isere",  który  przy-

padkiem  wiózł  takŜe  ładunek  214  skrzyń,  zawierających  elementy  Statui  Wolności.  Podczas 

dziesięciodniowego  rejsu  znaczki  skrzętnie  ukryto  wewnątrz  jednego  z  fragmentów 

monstrualnego  posągu.  Przesyłki  nikt  nie  odebrał,  mały  pakiecik  złoŜono  wraz  ze  statuą  na 

Bedloe's  Island.  Zapomniany,  przeleŜał  tam  niemal  cały  wiek.  Potem  zaś,  przypadkowo 

podczas remontu trafił na nie jakiś robotnik. 

Bez trudu ustalono rodowód znaczków. Wyjątkowo rzadkie nawet w 1885 roku, miały 

szczegółową metryczkę. Szybko zidentyfikowano ich pochodzenie i pierwotnych właścicieli. 

W  kręgu  filatelistów  wybuchła  mała  burza:  mnoŜyły  się  oferty  kupna,  podwaŜano  ich 

autentyczność.  Mieszkający  w  Filadelfii  kolekcjoner  i  jeden  z  największych  światowych 

autorytetów  w  tej  dziedzinie  poświadczył  ich  autentyczność.  Potem  zaś  pojawił  się 

spadkobierca  właścicieli,  eliminując  wszelkie  zakusy  na  kupno  i  Ŝądając  wyłącznego  prawa 

do bezcennego bloczka. 

Bezcennego?  Gen  uśmiechnęła  się.  Nic  nie  jest  bez  ceny.  Zawsze  znajdzie  się  ktoś 

gotowy zapłacić kaŜdą cenę. 

Henri  Broussarde  odnalazł  takiego  kupca,  potrzebował  jednak  pomocy,  by 

zrealizować transakcję. Gen zacisnęła wargi na myśl o elokwentnym, wymuskanym starszym 

background image

dŜentelmenie, który jakoby zaliczał się do najlepszych przyjaciół jej dziadka. Któregoś dnia, 

późnym  wieczorem,  jakiś  rok  temu,  pojawił  się  w  progu  domu  dziadka  ze  znaczkami  i 

propozycją  nie  do  odrzucenia.  Było  to  właściwie  ultimatum.  SzantaŜem  zmusił  dziadka  do 

fałszerstwa. Zadanie nie było szczególnie trudne, a w kaŜdym razie nie dla kogoś takiego jak 

Philippe Jourdan. Potem Broussarde przekazał falsyfikaty właścicielowi, oryginały natomiast 

zachował dla majętnego i równie nieuczciwego klienta. 

Gdy  Gen  wspomniała  poranek  sprzed  tygodnia,  kiedy  to  dziadek  przyznał  się  jej  do 

przestępstwa, zamarło jej serce. Tego samego ranka postanowiła, Ŝe wykradnie te znaczki. 

Uśmiechnęła  się  niedowierzająco,  Ŝe  zdobyła  się  na  coś  takiego.  To  było  tak 

niezgodne  z  jej  charakterem,  Ŝe  aŜ  wydawało  się  snem.  Ukradła  Broussarde'owi  znaczki  nie 

zwaŜając  na  konsekwencje.  Wiedziała  tylko,  Ŝe  musi  podmienić  je  na  falsyfikaty,  nim  się 

ktokolwiek  zorientuje.  Ale  jak  tego  dokonać,  nie  miała  bladego  pojęcia.  Jedno  było  pewne: 

podrobione  znaczki  znajdują  się  w  posiadaniu  Williama  i  Zoe  Laporteauxów  w  Quebecu  i 

musi  je  odzyskać  do  piątku.  GdyŜ  w  piątek  rodzina  Laporteauxów  wyjeŜdŜa  do  letniej 

rezydencji na wyspie Korfu. Znaczki natomiast, czyli falsyfikaty jej dziadka, spoczną wraz z 

resztą  rodzinnych  skarbów  w  bankowym  sejfie,  niedostępne,  póki  ktoś  nie  wpadnie  na 

pomysł, by się baczniej im przyjrzeć. I wtedy wykryje się, Ŝe Laporteauxów wystrychnięto na 

dudka. Potem zaś wyjdzie na jaw ohydna prawda, iŜ maczał w tym palce jej dziadek. 

Do  piątku  musi  być  w  Quebecu.  Nikt  i  nic,  nawet  Griff  Cantrell,  nie  zdoła  jej 

powstrzymać. 

Tym  bardziej  facet  z  błękitnego  Buicka.  Gen  zmarszczyła  czoło.  To  pewnie 

Broussarde  albo  ktoś  przez  niego  wynajęty.  JuŜ  parę  kilometrów  za  Nowym  Jorkiem 

zorientowała  się,  Ŝe  jest  śledzona.  Nie  pozwoliła  jednak  zbliŜyć  się  Buickowi  na  tyle,  by 

poznać  kierowcę.  Cały  dzień  bawiła  się  w  berka  na  bocznych  drogach  stanów  New 

Hampshire  i  Vermont,  aŜ zaczęło  się  jej  kołować  w  głowie.  Buicka  na  dobre  zgubiła  gdzieś 

koło Springfield. Mimo to była pewna, Ŝe jego kierowca wcale nie dał za wygraną. 

- Nie dostaniesz znaczków - przysięgła zdeterminowana. - Guzik mnie obchodzi, kim 

jesteś. I tak mnie nie powstrzymasz. Niedoczekanie, aby się Broussarde'owi upiekło! 

Rozczesywała  chwilę  włosy,  potem  się  zamyśliła.  Spojrzała  na  zegarek.  Od 

kanadyjskiej  granicy  dzieliły  ją  jeszcze  trzy  godziny.  JeŜeli  ruszy  o  trzeciej  nad  ranem,  to 

przekroczy  ją  koło  szóstej,  a  do  Quebecu  dotrze  po  południu.  Co  dałoby  jej  czas  na 

namierzenie  posiadłości  Laporteauxa  i  wymyślenie  rozsądnego  planu,  jak  dostać  się  do 

ś

rodka. 

background image

Mimo  całego  zdenerwowania,  roześmiała  się  w  głos.  Namierzyć?  AleŜ  zaczynam 

zachowywać się niczym heroina z telewizyjnego romansu kryminalnego. Tylko Ŝe to nie film, 

gdzie  dobro  nieodmiennie  zwycięŜa  zło.  To  twarda,  bezlitosna  rzeczywistość.  A  ona,  Gen, 

znajduje się w samym jej centrum. 

Rozebrała  się,  nałoŜyła  piŜamę.  Potem  wśliznęła  pod  kołdrę,  nastawiając  podróŜny 

budzik na wpół do trzeciej. Cztery i pół godziny na sen, cóŜ za rozpusta. A Griff? Roześmiała 

się,  naciągając  na  głowę  prześcieradło  i  przymykając  oczy.  Griff  musi  rozejrzeć  się  za  inną 

okazją do Quebecu. GdyŜ ich drogi nigdy w Ŝyciu więcej się nie skrzyŜują. 

Coś  wyrwało  ją  ze  snu.  Na  wpół  otumaniona,  ale  juŜ  przytomna,  przeraŜona, 

wpatrywała się w nieprzeniknione ciemności. Serce waliło jej jak młotem, spociły się dłonie. 

Znów  usłyszała  to  skrobanie  pod  progiem.  Wstrzymała  oddech.  Zamieniona  w  słuch 

wysunęła  się  z  łóŜka.  OstroŜnie  uchyliła  róg  brudnej,  pomarańczowej  zasłony.  Parking 

skąpany  był  w  promieniach  księŜyca.  Dokładnie  widziała  obskurny  pokój  po  przeciwnej 

stronie,  a  takŜe  zaparkowany  trzeci  samochód.  Przez  parking  przemknął  chudy  kot. 

Przystanął, rozejrzał się wkoło uniósłszy czujnie głowę. 

Nim  zniknął  w  ciemnościach,  zauwaŜyła,  jak  w  jego  oczach  obijają  się  promienie 

księŜyca. 

Odetchnęła  i  spuściła  zasłonę.  Pomyślała  drwiąco,  Ŝe  nie  jest  stworzona  do  takich 

rzeczy. Na filmach wszystko wydaje się o wiele prostsze. 

Gdy  szła  do  łazienki,  jej  puls  wrócił  do  normalnego  rytmu.  Nie  zapalając  światła, 

nalała sobie szklankę wody, wypiła ją, potem wracając do sypialni ziewnęła serdecznie. 

W jej oczach jednocześnie pojawiły się dwa obrazy, oba tak nieoczekiwane, Ŝe tylko 

patrzyła bezmyślnie: srebrna ścieŜka promieni księŜyca wlewająca się przez otwarte na ościeŜ 

drzwi i potęŜny cień męŜczyzny, zmierzający zdecydowanie w jej stronę poprzez ciemność. 

Na moment straciła zdolność ruchu. Zawirowało jej w głowie, gdy usiłowała ogarnąć 

to,  co  nie  miało  sensu:  księŜyc,  drzwi,  cień.  A  potem  wszystko  zrozumiała:  w  sypialni  był 

ktoś, kto blokował jej drogę ucieczki. 

Otwarte  drzwi!  W  całym  tym  koszmarze  stały  się  najwaŜniejsze.  Instynkt  nakazywał 

dopaść ich i skryć się w mrokach nocy. Nie pozwól zapędzić się w pułapkę! 

Cień  zagrodził  jej  drogę.  Spróbowała  zrobić  unik,  ale  za  późno.  Zderzywszy  się  z 

intruzem, aŜ jęknęła. 

A on zawył z bólu i zachwiał się. By nie upaść, przytrzymał się dziewczyny. Drapiąc, 

próbowała  się  uwolnić,  ale  choć  zdołała  się  wyrwać,  to  jednak  jak  długa  runęła  na  łóŜko.  Z 

trudem chwytała oddech, przeraziła się, gdyŜ intruz runął na nią całym cięŜarem. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

-  Puszczaj!  -  przyduszona,  zaczęła  jak  oszalała  gryźć  i  drapać.  Napastnik  zaklął,  po 

czym bez trudu przyszpilił jej ręce do łóŜka. - Puść mnie, Broussarde! Nie dostaniesz ich! 

- Uspokój się, kocico! Dość tego! 

Wbiła zęby w odsłonięty skrawek ciała i usłyszała, jak tamten syka, a potem soczyście 

przeklina. Uwolniła ręce i zaczęła grzmocić go pięściami po plecach. 

- Nie oddam ich! 

Złapał  ją  za  ręce,  unieruchomił,  potem  ujął  oba  nadgarstki  jedną  dłonią,  drugą  zaś 

szarpnął za włosy, odciągając głowę, gdyŜ zęby Gen znalazły się w niebezpiecznej odległości 

od jego gardła. Jęknął wściekle, kiedy jej kolano wylądowało we wraŜliwym miejscu między 

jego udami. 

-  Cholera,  wystarczy!  -  Pociągnął  ją  silnie  za  włosy  i  przygwoździł  nogi.  -  Drapanie 

mogę  znieść,  nawet  gryzienie  moŜna  wytrzymać,  ale  kiedy  usiłujesz  pozbawić  mnie 

męskości, to wtedy zapominam o manierach! 

Gen zesztywniała, zmieszana. Rozpoznała niski głos Griffa. 

- To ty? - szepnęła z niedowierzaniem. 

- We własnej osobie - warknął, ostroŜnie rozluźniając chwyt. - Czy jak cię puszczę, to 

znowu skoczysz mi do gardła? 

- Niech cię diabli! - niemal szlochając z ulgi i piekącej, dzikiej furii wyrwała dłonie i 

zaczęła okładać go pięściami. - Niech cię szlag! Wynocha! 

-  Au!  Przestań!  -  znowu  unieruchomił  jej  ręce,  przygwaŜdŜając  je  do  łóŜka.  - 

Powiedziałem: przestań! A spróbuj jeszcze tylko kopać, ruda jędzo, to skręcę ci twój śliczny 

kark!  Nie  Ŝyczę  sobie  spędzić  reszty  dni  w  roli  kastrata!  Poza  tym  -  dodał  ze  złośliwym 

uśmieszkiem - nie rób niczego, czego byś potem Ŝałowała. 

Gen bez skutku próbowała się uwolnić. Griff trzymał ją w Ŝelaznym chwycie, póki się 

nie zmęczyła. Wreszcie, drŜąc z wyczerpania, padła bez sił. 

-  Skończyłaś?  -  zadrwił.  -  Kiedy  się  wreszcie  wyładujesz,  to  moŜe  byśmy 

porozmawiali, Wiewiórko? 

-  W  ogóle  nie  chcę  z  to...  tobą  gadać!  -  wybuchnęła  niepohamowanym  płaczem.  - 

Prze...  przestraszyłeś  mnie  niemal  na  śmierć!  -  Przywarła  doń  całym  ciałem,  dygocząc. 

Usiłowała  stłumić  szloch.  Griff  zaczął  gładzić  ją  po  ramionach.  Wreszcie  ogarnęło  ją  ciepło 

jego ciała, ucichły łzy, spazmy. 

background image

- Lepiej? - ogarnął z jej twarzy splątane gęste włosy. Zmarszczył brwi. 

PrzeraŜenie i furia ustąpiły miejsce zmęczeniu i zaŜenowaniu. Kiwnęła głową. 

-  Chyba  tak  -  szepnęła.  -  Przepraszam,  Ŝe  się  tak  rozkleiłam.  JuŜ  drugi  raz  dzisiaj 

nerwy odmówiły mi posłuszeństwa. 

-  ZwaŜywszy,  jaki  masz  dzień  za  sobą,  moŜesz  pozwolić  sobie  na  szczyptę  histerii, 

Wiewiórko. 

-  Nie  twój  interes  -  zmierzyła  go  palącym  spojrzeniem.  -  Okropnie  mnie  przeraziłeś! 

Nikt nie nauczył cię, Ŝe naleŜy pukać? 

-  Wydawało  mi  się,  Ŝe  śpisz  -  bronił  się.  -  Po  takim  dniu  nie  miałem  sumienia  cię 

budzić. 

Spojrzała na niego, potem niespodziewanie wybuchnęła śmiechem. 

- AleŜ jesteś troskliwy, Griffie Cantrellu! 

- Masz rację - przyznał smętnie. - Był to cholernie głupi postępek. 

- Nie zamierzam się z tobą spierać - fuknęła. 

- Powiem ci jednak coś, Wiewiórko. JeŜeli zawsze w ten sposób traktujesz gości płci 

odmiennej, nie spodziewaj się wielkich sukcesów. 

-  Ty  nie  jesteś  gościem  -  zapewniła  go.  -  DŜentelmeni  nie  wdzierają  się  do 

motelowych pokoi w środku nocy... A właściwie, dlaczego to zrobiłeś? 

- Hm, powiedzmy, iŜ bałem się, Ŝe... zapomnisz mnie zabrać rano ze szpitala. 

Na szczęście dla Gen, ciemności ukryły rumieniec wstydu. 

- PrzecieŜ przyrzekłam - przypomniała wyniośle. 

- CóŜ, wiadomo, Ŝe ludzie co innego mówią, a co innego robią. Odnoszę wraŜenie, Ŝe 

uchroniłem  cię  przed  popełnieniem  omyłki.  -  Uśmiechnął  się  ciepło,  rozbrajająco.  Czaił  się 

jednak  w  tym  cień  groźby.  -  Mówiłem  juŜ,  Ŝe  nie  pozwolę  ci  uciec  od  siebie.  Tylko  nie 

wiedziałem,  czyś  na  pewno  dobrze  to  zrozumiała.  Więc  aby  nam  obojgu  zaoszczędzić 

kłopotów, postanowiłem uprzedzić pokusę. 

Gen  popatrzyła  na  niego.  W  świetle  świtu  jego  postać  nabrała  drapieŜnych  cech. 

Właściwie to się go nie bała, niepokoiły ją tylko jego oczy. Uniosła brew. 

- I zamierzasz mnie więzić tak całą noc? 

- No, moŜe niedokładnie tak - mruknął, przygarniając ją do siebie. - Ale skoro o tym 

wspomniałaś,  to  nie  przeczę,  Ŝe  pomysł  ten  ma  swój  urok.  Nawet  jeśli  kolanem  chciałaś 

zrobić ze mnie inwalidę. 

- Następnym razem - zapewniła go - trafię szybciej i celniej. 

background image

Spojrzał jej w oczy. Marszcząc brwi przesunął wzrokiem po jej twarzy, jakby ją ujrzał 

po raz pierwszy. 

Gen przełknęła ślinę, czując dotyk jego szczupłego, muskularnego  ciała.  Jej piŜamka 

niespecjalnie nadawała się do nocnych zapasów, toteŜ w wyniku szarpaniny dziewczyna była 

prawie naga. 

- Powtarzam ci - szepnął - byś nie robiła niczego, czego byś później miała Ŝałować. 

- Griff - zaprotestowała gwałtownie, gdy nagle ją pocałował. 

- Zamilcz na pół minuty, a moŜe to ci się spodoba. 

- Nie, ja... - JednakŜe stłumione przeczenie zostało ucięte w najrozkoszniejszy sposób. 

Cudownie,  namiętnie.  Griff  miał  gorące,  spragnione  wargi.  Gen,  zdumiona  i  przestraszona 

jednocześnie,  zrozumiała,  Ŝe  i  tym  razem  się  nie  mylił.  Spodobało  się  bardzo.  Nikt  nigdy 

dotąd tak jej nie całował. Czuła, jak cała roztapia się w jego ramionach. 

Gdy uniósł głowę, poczuła, Ŝe mocno bije mu serce. 

- Smakujesz dokładnie tak, jak sobie wyobraŜałem - wymruczał. - 1 reagujesz, jak się 

spodziewałem,  Gen.  Wczoraj  w  nocy,  w  tamtym  motelu,  myślałem  o  tym,  Ŝe  jesteś  tuŜ  za 

cienką ścianą, naga i miękka. Marzyłem, Ŝe się z tobą kocham. 

- Och, Griff! - Wpiła palce w jego plecy, szeroko otworzyła oczy. Kiedy koniuszkiem 

języka musnął jej pierś, niemal zamarła. Wilgotne pocałunki mknęły coraz wyŜej, Gen drŜała, 

a  gdy  jej  ciało  ogarnęło  przemoŜne,  bolesne  pragnienie,  jakiego  nigdy  dotąd  nie  zaznała, 

przymknęła oczy. 

-  Wiem,  Gen  -  odezwał  się  zduszonym,  urwanym  głosem.  -  Wiem,  czego  pragniesz. 

To tak, jakbyśmy kochali się od tamtego pierwszego dnia. 

- Griff, proszę - jęknęła cichutko. Niespodziewanie Griff się odsunął. Jęknął boleśnie, 

przeszył go skurcz, jakby toczył walkę z sobą samym. 

- Mój BoŜe, Genevieve Jourdan, co ty ze mną wyprawiasz? 

Wsparł głowę o jej ramię, dysząc. A Gen powoli wróciła do przytomności. ZadrŜała. 

- Griff, proszę... - Podniósł pytająco głowę. - Uwiera mnie sprzączka twojego paska. 

- Co? - zamrugał osłupiały oczami. Potem odchrząknął, połoŜył się na boku. DłuŜszą 

chwilę wpatrywał się w sufit. 

Gen usiadła, odgarnęła do tyłu rozwichrzone włosy, z trudem łapała oddech. 

- Ty... wcale nie wyjaśniłeś, jak się tutaj dostałeś - odezwała się cicho, nie śmiejąc na 

niego spojrzeć. Obrócił ku niej głowę, dziwnie zamyślony. 

- Sama mi to ułatwiłaś, Wiewiórko. Nie zamykając się na klucz. 

- NiemoŜliwe! - Wlepiła wzrok w drzwi, czując, jak cała krew odpływa jej z twarzy. 

background image

Griff podniósł się i skrzywił. 

- Zabawa na autostradzie zabawą, Wiewiórko, ale przeciąganie jej poza te granice jest 

juŜ niebezpieczne. 

- Pokuśtykał ku drzwiom, zamknął je, załoŜył łańcuch. Potem obrzucił Gen dziwnym 

spojrzeniem.  -  A  moŜe  wiesz,  co  robisz.  MoŜe  juŜ  przedtem  się  tak  zabawiałaś.  Pamiętaj 

jednak, Ŝe istnieją duŜe szanse, iŜ prędzej czy później trafisz na jakiegoś zboczeńca, a później 

małomiasteczkowy  gliniarz  strawi  parę  tygodni  na  tropieniu  tego,  kto  poderŜnął  gardło 

rudowłosej ślicznotce na motelowym łóŜku. 

Gen odebrała te brutalne słowa niczym policzek. Zbladła. 

- Nie sądzisz chyba, Ŝe ja... 

Griff spojrzał na nią przeciągle, twardo, z niemal bolesnym grymasem na twarzy. 

-  Owszem,  coś  takiego  przemknęło  mi  przez  głowę,  kiedy  zastałem  otwarte  drzwi.  - 

Potem  odpręŜył  się,  roześmiał  miękko.  -  Przez  chwilę  Ŝałowałem,  Ŝe  nie  przystąpiłem  do 

czynu juŜ wczorajszej nocy... Wtedy byłem jeszcze w formie. 

- A drzwi były zamknięte - poinformowała go głosem ochrypłym ze zdenerwowania. - 

I wydawało mi się, Ŝe... - umilkła, wbijając wzrok w drzwi. 

Poczuła, Ŝe nagle robi się jej zimno. A gdyby to był Broussarde? JeŜeliby obudziła się 

czując  na  sobie  jego  wzrok.  Wzdrygnęła  się,  przeraŜona  głęboko  odetchnęła.  Potem 

spostrzegła, Ŝe Griff dziwnie się jej przygląda. 

- Dziś w nocy nikt więcej juŜ tutaj nie przyjdzie - zapewnił ją cicho, jakby czytając w 

jej myślach. 

-  A  gdyby  nawet,  to  będzie  miał  ze  mną  do  czynienia.  Wracaj  więc  do  łóŜka  i  śpij 

spokojnie. 

-  Póki  czas.  -  Spojrzała  na  zegarek,  ze  zmęczenia  zakręciło  się  jej  w  głowie.  Prawie 

druga.  Wyłączyła  budzik,  potem  zmarszczyła  brwi.  -  A  czy  ty  nie  powinieneś  leŜeć  w 

szpitalu? Lekarz mówił... 

-  Wypisałem  się.  A  potem  szukałem  cię  prawie  trzy  godziny.  -  Skrzywiwszy  się, 

przysiadł na brzegu drugiego łóŜka. - Ty naprawdę masz upodobanie do bocznych dróg, co? 

Wzruszyła ramionami. 

- Nie znoszę hałasu autostrady. 

- Akurat! - prychnął. 

Gen patrzyła, jak z trudem ściąga buty. 

- Chyba nie zamierzasz zostać tutaj na noc? 

- Taki mam zamiar. - Griff z ulgą cisnął but na bok. 

background image

- AleŜ nie moŜesz! 

Spojrzał na nią z ironicznym uśmieszkiem. 

- Kochanie - powiedział słodko - ani mi się śni o drugiej nad ranem wywlekać z łóŜka 

właściciela  tego  motelu,  by  mi  wynajął  osobny  pokój,  kiedy  u  ciebie  są  dwa  miejsca.  Poza 

tym - wyciągnął się z jękiem - dzisiaj jestem raczej niegroźny. Nawet jeśli dusza się rwie... a 

rwie się... to ciało niestety. 

- Wyświadcz nam teraz obojgu przysługę. PołóŜ się, zamknij oczy i zaśnij. Jutro czeka 

nas daleka droga. A gdybyś chciała odjechać beze mnie, to próŜna fatyga. Bez tego daleko nie 

zawędrujesz. 

Gen nachyliła się, by spojrzeć, co wyjął z kieszeni. 

- Cholera! - szepnęła, zobaczywszy świecę zapłonu. 

- Jesteś wyjątkowo przewidujący! - Rozeźlona, nakryła się na głowę kocem. Sama nie 

wiedziała,  co  bardziej  ją  rozzłościło:  arogancja  Griffa  czy  fakt,  Ŝe  zawsze  uprzedzał  jej 

posunięcia. 

- Dobranoc, moja słodka - mruknął sennie. - Śpij dobrze. 

Gen ze zmarszczonym czołem wpatrywała się w sufit. Coś ją niepokoiło. Dręczyło ją 

pytanie,  jak  Griffowi  udało  się  ją  znaleźć.  Przypomniała  sobie  o  rewolwerze  i  zapaliło  się 

jakby światełko ostrzegawcze. CóŜ wiedziała o tym człowieku, prócz tego, Ŝe miał talent do 

wdzierania się do motelowych pokoi w środku nocy  i tropienia ludzi? Zamyśliła się  głębiej. 

Albo  Griff  Cantrell  przewyŜszał  innych,  albo  ona  sama  jest  mniej  przebiegła,  niŜ  się 

spodziewała. W taki razie i Broussarde mógł bez trudu wpaść na jej ślad. 

- Griff? 

- Co... - odezwał się rozespany. 

W ciemności widziała jedynie niewyraźną sylwetkę. 

- Jak mnie odnalazłeś? Nie... nie zameldowałam się pod własnym nazwiskiem. 

-  Włosy  -  mruknął.  -  Taki  kolor  trafia  się  raz  na  milion.  Obdzwoniłem  wszystkie 

motele w promieniu stu kilometrów. 

- Och! 

- A kto zacz ten Broussarde? 

Zesztywniała. Griff uniósł głowę. Wiedziała, Ŝe się jej badawczo przygląda. 

- Kto? 

-  Parę  minut  temu  bałaś  się  kogoś  o  nazwisku  Broussarde.  Śmiertelnie  się 

wystraszyłaś. 

- Taki jeden - powiedziała wymijająco. - Pewien znajomy. 

background image

- Były mąŜ? Kochanek? - Milczała. - Obecny kochanek? 

- Pudło. Po prostu znajomy. 

Griff nic nie powiedział, ale Gen czuła na sobie zamyślony, wnikliwy wzrok. 

- Dobranoc - wśliznęła się pod prześcieradło. 

- CóŜ - odezwał się po chwili Griff. Ciekawe, czy  cały czas myślał o Broussardzie. - 

Dobranoc, Wiewiórko. 

- Skończ z tą „Wiewiórką"! - Nie zmruŜę nawet oka, myślała Gen, odwracając się do 

Griffa plecami i podciągając prześcieradło pod brodę. Spędzę bezsenną noc, wsłuchując się w 

kaŜde skrzypnięcie podłogi, łóŜka. I muszę znaleźć sposób na zmylenie Broussarde'a, i jak się 

dostać do posiadłości Laporteauxa, i... 

Ta myśl umknęła w sen. 

Tym razem teŜ obudził ją jakiś szmer... cichy głos Griffa. 

Rozespana  zmarszczyła  brwi,  otworzyła  oczy,  mruknęła  coś  w  proteście,  widząc 

wlewające  się  do  pokoju  słoneczne  światło  poranka.  Griff  znowu  powiedział  coś 

niewyraźnym, stłumionym głosem. Gen obróciwszy się na bok spojrzała na sąsiednie łóŜko. 

- Nie słyszę - warknęła poirytowana. - Co mówisz? 

- UwaŜaj! Za tobą! Padnij! Nie! 

Głos był tak donośny i nakazujący, tak przepełniony przeraŜeniem, Ŝe Gen aŜ usiadła. 

Potem  dopiero  zrozumiała,  Ŝe  on  wcale  nie  do  niej  mówi.  A  właściwie  do  nikogo.  Nie  do 

tego, kogo moŜna by zobaczyć. Griff bowiem spał głęboko. 

Ucichł,  koszmar  puścił  go  ze  swoich  kleszczy.  Gen  westchnąwszy  wzruszyła 

ramionami.  Na  Boga,  cóŜ  ona  robi  tutaj  z  tym  facetem?  śaden  z  jej  obłąkanych  planów  nie 

pozwalał przecieŜ na obecność Griffa Cantrella. 

Prawda,  Ŝe  podróŜ  z  nim  mogłaby  ułatwić  zmylenie  Broussarde'a.  Jednak  najbliŜsze 

dni będą dostatecznie trudne nawet bez przypominania owych namiętnych chwil spędzonych 

w ramionach Griffa. A juŜ z całą pewnością nie uda się im zachowywać tak, jakby się nic nie 

zdarzyło. Nie potrafi spojrzeć w jego urzekające oczy nie pamiętając, jak łatwo roznieciły w 

niej pragnienie. 

Obserwując śpiącego Griffa, Gen wykrzywiła wargi. Spojrzała na niego zamyślona. A 

dlaczego  nie?  Ile  kobiet  nie  wdałoby  się  w  tak  namiętny,  acz  przelotny  i  nieszkodliwy 

romans? 

Westchnęła. KogóŜ tym oszukuje? To prawdziwe Ŝycie, nie Ŝaden Hollywood. Kiedy 

skończy  się  ta  zwariowana  historia,  musi  wracać  do  domu  i  zwyczajnej,  nudnej  nawet 

background image

egzystencji.  Tam  nie  ma  miejsca  na  męŜczyzn  takich  jak  Griff.  W  jego  zaś  Ŝyciu  nie  ma 

miejsca dla niej. 

Do tego, przypomniała sobie ponuro, to zbyt ryzykowne - dla nich obojga. Ona sama 

nie  moŜe  pozwolić  sobie  na  najmniejszy  nawet  kaprys,  Griffowi  natomiast  nie  naleŜą  się 

dalsze tortury. PrzecieŜ i tak skasowała mu motocykl i wpakowała go do szpitala. JeŜeli ruszą 

wspólnie  do  Quebecu,  to  wplącze  go  w  kradzieŜ,  wystawi  moŜe  na  niebezpieczeństwo.  Kto 

wie, na co powaŜy się Broussarde w swojej pogoni za znaczkami? 

- Przykro mi, ale nie mogę pana ze sobą zabrać, panie Cantrell - szepnęła, wymykając 

się z łóŜka. - Wiem, Ŝe to nie fair, ale byłbyś tylko wdzięczny, gdybyś wiedział, co się święci. 

Powziąwszy  decyzję,  szybko  nałoŜyła  bluzę  z  kapturem  i  czystą  parę  dŜinsów. 

Błyskawicznie umyła twarz i zęby, potem spakowała podróŜną torbę i na palcach podeszła do 

drzwi. Ze wstrętem obuła oblepione błotem i źdźbłami trawy tenisówki, potem bezszelestnie 

otworzyła  drzwi  i  wyszła  w  ciepły  poranek.  Cisnęła  torbę  do  samochodu,  następnie, 

dodawszy sobie odwagi głębokim oddechem, wróciła do pokoju. 

Griff  ani  drgnął.  Pochyliła  się,  nieufnie  mierząc  go  wzrokiem.  Czy  ten  bezczelny 

łobuz  naprawdę  spał  tak  mocno,  czy  tylko  udawał?  ZwaŜywszy  jego  wcześniejsze 

zachowanie, to moŜliwe. A jeśli juŜ jesteśmy przy igraszkach, to gdzieŜeś schował tę świecę? 

Wstrzymując  oddech  delikatnie  przesunęła  palcami  po  koszuli.  Wymamrotawszy 

słowo,  które  przyprawiłoby  o  zawał  jej  dziadka,  błyskawicznie  zbadała  zawartość  kieszeni 

obcisłych dŜinsów. 

Jest! Serce zabiło jej mocniej, potem zmarszczyła brwi.  Znalezienie świecy to jedno, 

ale wyciągnięcie jej z kieszeni, nie budząc przy tym Griffa, to całkiem coś innego. 

Dalej! Nie myśl o tym. Działaj, tak samo jak w gabinecie Broussarde'a. PrzecieŜ jesteś 

wcale  zręczną  złodziejką.  Wyjęcie  czegoś  z  kieszeni  śpiącego  faceta  to  tylko  dziecinna 

igraszka. Wsunęła dwa palce do ciasnej kieszeni, usiłując pochwycić świecę. 

Griff  jęknął,  obrócił  głowę.  Gen  zamarła.  Nie  obudził  się  jednak.  Westchnął,  coś 

zamamrotał.  Miał  twardy,  surowy  grymas  twarzy,  jak  gdyby  we  śnie  oglądał  coś,  co  go 

rozwścieczyło. Ciemne brwi ściągnął w jedną linię, palce prawej dłoni zacisnął na czymś, co 

widział  tylko  on.  W  świetle  poranka  szczupłe  rysy  opalonej  twarzy  wydawały  się  jeszcze 

ostrzejsze. Gen wzdrygnęła się mimo woli, zastanowiła się, na co takiego poluje on w swojej 

wyobraźni. Odetchnęła głęboko i stanowczym ruchem wepchnęła palce do kieszeni Griffa. 

Niczym  błyskawica  pochwycił  ją  za  gardło,  aŜ  zadławiła  się.  W  jednej  sekundzie 

otworzył  oczy,  a  Gen  spojrzała  w  twarz  o  nieokiełznanej  brutalności  i  niemal  zamarła. 

Spoglądał na nią bowiem ktoś obcy, okrutnym wzrokiem, zupełnie jej nie poznając. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Wściekłość minęła. Rozwiała się niczym dym. Na łóŜku leŜał tylko Griff Cantrell, a w 

orzechowozielonych oczach kryło się jedynie zdumienie. 

- Nigdy więcej tego nie rób - odezwał się niskim głosem. - Gen, ja mogłem cię zabić. 

Osłabła, osunęła się obok niego, przymknąwszy powieki usiłowała odzyskać oddech. 

- Kim ty jesteś? - wykrztusiła. 

Chwycił ją w ramiona, uchronił przed upadkiem. 

- Nic ci nie jest? - spytał ochryple. - Nie zrobiłem ci krzywdy. 

- Nie... - Opuszkami palców dotknęła obolałego gardła. 

-  Cholera.  Gen,  przepraszam.  Piekielnie  mnie  przeraziłaś!  Coś  mi  się  śniło... 

koszmar... pełen dŜungli i ciemności... 

W  jego  głosie  zadźwięczał  taki  spazm  przeraŜenia,  Ŝe  Gen  zapomniała  o  własnym 

strachu. Instynktownie zapragnęła go ukoić. 

- PrzeŜyję - uśmiechnęła się blado. - Nie powinnam tak wyrywać cię ze snu. 

Westchnął  cicho,  opadł  na  poduszki.  Jego  dłonie  ześliznęły  się  po  ramionach 

dziewczyny, splótł z nią palce. 

-  Kochanie,  gdybym  się  w  porę  nie  ocknął...  Miłosiernie  nie  dokończył  tego  zdania. 

Gen wolała się nad nim nie zastanawiać. Chwilę patrzyła mu w oczy, potem spytała cicho: 

-  Byłeś  w  Wietnamie,  prawda?  -  Uśmiechnęła  się,  widząc  jego  zdumienie.  -  Mojego 

brata  jeszcze  dwanaście  lat  po  powrocie  dręczą  koszmary.  TeŜ  pełne  dŜungli  i  mroku.  I 

twarzy. Wspomnień. 

W oczach Griffa pojawiło się coś na kształt uznania. 

-  Którejś  nocy  usłyszałam  jego  krzyk  i  poszłam  sprawdzić,  czy  nic  mu  nie  jest. 

Pochyliłam się nad nim, tak jak nad tobą. - Dotknęła szyi. - A on obudził się podobnie jak ty. 

Oboje tak się przestraszyliśmy, Ŝe nie mogliśmy uspokoić się przez parę godzin. 

- Wyzwolił się z tego? Z tych koszmarów? 

- Z najgorszych. Rok po powrocie oŜenił się, i zdaje się pomogło to, Ŝe ktoś przy nim 

był. Szwagierka opowiadała, Ŝe jeszcze jakieś pół roku śnił koszmary,  ale coraz rzadziej, aŜ 

wreszcie  całkiem  znikły.  Podobno  wciąŜ  mówi  przez  sen,  rozmawia  z  kimś...  Przez  pewien 

czas myślała, Ŝe sama od tego zwariuje, teraz po prostu nie zwraca na to uwagi. A dzieci mają 

uciechę. 

- To chyba wyjątkowa kobieta. - Griff uśmiechnął się. 

background image

-  Owszem.  -  Spojrzeli  sobie  prosto  w  oczy.  Gen  przeszył  dreszcz.  Do  tej  pory  nie 

zauwaŜyła, Ŝe oczy Griffa mają wiele odcieni. Lśnią całą gamą brązu, błękitu i polerowanego 

złota. Z trudem odwróciła wzrok. 

-  Nie  wiem  sama,  dlaczego  ci  to  wszystko  opowiadam.  Nie  rozumiem  teŜ,  jak  mogę 

spokojnie gawędzić z kimś, kto wdarł się do mojego pokoju, dwukrotnie zaatakował... 

-  W  nocy  to  ty  na  mnie  napadłaś,  Wiewiórko  -  zaprotestował.  -  Ty  wyskoczyłaś  z 

łazienki i zbiłaś mnie z nóg. - Uśmiechnął się ciepło. - A co do dzisiejszego ranka... cóŜ moŜe 

myśleć męŜczyzna, który budząc się widzi, jak ktoś pieści jego... 

-  Niczego  nie  pieściłam!  -  wybuchnęła  z  furią,  czerwona  jak  piwonia.  -  Ja  tylko... 

szukałam swojej własności! 

- Nie sądziłem, Ŝe istnieje coś takiego jak przedmałŜeńska wspólnota, kotku. A moŜe 

to znaczy, Ŝeśmy się zaręczyli? 

- Doskonale wiesz, czego szukałam... - Sczerwieniała jeszcze bardziej. 

- Tego? - Uniósłszy brew w udanym zdumieniu wciągnął z kieszeni świecę. - PrzecieŜ 

nie chciałaś mi zwiać, co, Wiewiórko? 

-  Oddawaj!  -  nim  zdołała  ją  wyrwać,  Griff  zacisnął  pięść.  -  Cholera  jasna,  Cantrell, 

przestań się wreszcie wygłupiać! Ja nie mogę zawieźć cię do Quebecu. To... niemoŜliwe. Nie 

powinnam zdradzać szczegółów, ale... 

- Przygryzła wargę. Kiedy przypomniała sobie o długiej podróŜy, o tym, co czeka ją u 

jej kresu, wpadła w panikę. - Zafunduję ci bilet na autobus, skoro nie... 

- Stać mnie na bilet. - OstroŜnie zaczął siadać. Jęknął, zacisnął zęby, zdołał się jednak 

podnieść. Powoli opuścił nogi na podłogę. -  Nie  w tym rzecz - poinformował ją zduszonym 

tonem.  Spróbował  wstać,  ale  opadł  zakląwszy.  -  Sama  mnie  upolowałaś,  Wiewiórko.  No  to 

teraz jesteś do mnie uwiązana. 

-  Ale...  -  W  tym  słowie  zadźwięczało  przeraŜenie.  Zrozumiała  nagle,  Ŝe  nic,  Ŝadne 

argumenty,  Ŝadne  błaganie,  nie  zmienią  jego  decyzji.  Zerwała  się,  ruszyła  ku  drzwiom. 

Otworzyła  je  gwałtownie.  -  Ale  jeśli  zaczniesz  tego  Ŝałować,  Cantrell,  to  pamiętaj,  Ŝe  sam 

postanowiłeś. I przestań nazywać mnie „Wiewiórką"! 

-  Wypadła  z  pokoju,  trzasnąwszy  za  sobą  drzwiami.  Niedaleka  była  ta  pełna  furii 

ucieczka. Nie pozostawało jej nic innego, jak tylko czekać w samochodzie na Griffa. Wyszedł 

po jakimś kwadransie, umyty i ogolony. Szedł tak boleśnie, Ŝe niemal zaczęła mu współczuć. 

'Przykuśtykał  do  samochodu,  gestem  poprosił,  by  otworzyła  maskę.  Współczucie  zniknęło. 

Gdyby  jej  posłuchał,  leŜałby  sobie  wygodnie  w  szpitalu.  Ale  on  musiał  kontynuować  tę 

idiotyczną grę! 

background image

Wsunął  głowę  pod  maskę.  Gen,  uśmiechając  się  złośliwie,  odczekała,  aŜ wmontował 

ś

wiecę,  potem  z  całej  siły  nacisnęła  klakson.  Griff  krzyknął,  ku  jej  satysfakcji  walnął  tyłem 

głowy w klapę. Kiedy pozbierał się i, spojrzał na nią wściekle, wzruszyła tylko ramionami. 

Zatrzasnął maskę i rozcierając sobie głowę podszedł do drzwiczek od strony pasaŜera. 

- Kiedy po raz ostatni ktoś porządnie złoił ci skórę? 

- spytał, moszcząc się w fotelu. 

- Prawdę powiedziawszy, nigdy. 

- Widać - syknął. Nim ułoŜył nogi, na twarz wystąpiły mu krople potu. Pobladł. 

Gen zmarszczyła czoło, znowu wyparowała z niej cała wściekłość. Rana, z której zdjął 

opatrunek, na opalonej twarzy wydawała się jeszcze jaskrawsza. 

- Griff, ty naprawdę dobrze się czujesz? Nie musisz wrócić do szpitala? 

- PrzeŜyję. - Rękawem otarł pot. - Postaraj się tylko jechać ostroŜnie, zgoda? 

Przekręciła kluczyk, westchnęła, znowu wyłączyła silnik. 

- Griff, chcę, by jedno było jasne. Wczoraj w nocy... 

- urwała, niepewna, co naprawdę się wtedy zdarzyło. 

- Tak czy inaczej, to się nie powtórzy. Tyle wyjaśnień. 

-  Wbiła  wzrok  w  parking.  -  Byłam  przeraŜona,  wyczerpana,  a  ty...  znalazłeś  się  pod 

ręką. Kropka. 

-  Zerknęła  na  Griffa  niemal  zaczepnie.  Uśmiechał  się  pobłaŜliwie.  Nagle  ogarnął  ją 

strach. - Myślałam... Ŝe trzeba to powiedzieć, skoro mamy wspólnie podróŜować. - Wiedziała, 

Ŝ

e z własnej woli wkracza na pole minowe. Jej słowa mogły równie dobrze sprowokować go 

do ataku, jak i odwieść od łowów. 

- Gen, moŜe po prostu poczekamy na to, co nam przyniesie los? 

- Nie chcę, by przyniósł cokolwiek! - To niedokładnie była prawda. - Griff, proszę, nie 

utrudniaj.  JuŜ  i  tak  w  moje  Ŝycie  wtargnęła  burza  z  piorunami,  od  której  pewnie  wolałbyś 

trzymać się z daleka. 

- Wręcz przeciwnie - wyznał cicho, odgarniając jej włosy z policzka. - Chciałbym być 

bardzo blisko. 

-  Nie!  Ty  nic  nie  rozumiesz!  -  Spojrzała  na  niego  błagalnie.  -  Sprawy  mogą  się  zbyt 

skomplikować. 

- Chodzi o męŜczyznę? 

- MoŜna i tak powiedzieć - przyznała ostroŜnie, nie całkiem mijając się z prawdą. 

- Broussarde? 

- Po trosze. - Odwróciła wzrok. 

background image

- Chciałabyś o tym pogadać? 

-  Nie.  -  Ruszyła  ku  autostradzie,  czując  na  sobie  badawcze  spojrzenie  Griffa.  Ku  jej 

uldze nie drąŜył dalej tego tematu. 

Wróciła  myślami  do  Quebecu,  rezydencji  Laporteauxa,  Znaczków  Wolności...  Co 

dalej? - zapytywała siebie, nie znajdując odpowiedzi w gąszczu problemów, jakie nieustannie 

podsuwała  jej  pamięć:  grymas  na  twarzy  dziadka,  gdy  wyznawał  swój  czyn  i  to,  co  go  do 

niego  skłoniło;  zimny,  twardy  uśmiech  Henriego  Broussarde'a,  gdy  wprost  zapytała  go  o 

znaczki.  Od  tej  chwili  upłynęły  całe  wieki.  Wspomniała,  jak  stojąc  w  jego  gabinecie  na 

wydziale historii Uniwersytetu Pensylwańskiego zrozumiała, Ŝe musi owe znaczki ukraść. 

Jak  wszyscy  chciwcy  Broussarde  trzymał  swój  łup  przy  sobie.  Miał  nawet  czelność 

pokazać go Gen. Otworzył małą metalową kasetkę na biurku i ostroŜnie, niemal z czcią wyjął 

bezcenne  znaczki,  zabezpieczone  celofanową  kopertą.  Potem  schował  je  z  powrotem, 

rozdraŜniony  Ŝądaniem  zwrotu  ich  rodzinie  Laporteauxów  i  zniszczenia  falsyfikatów.  Gen 

spłakana wybiegła z gabinetu. Zdecydowała się na kradzieŜ. 

Z  perspektywy  okazało  się  to  dziecinnie  łatwe.  Po  prostu  z  najbliŜszego  automatu 

zadzwoniła  do  sekretarki  Broussarde'a  i  dowiedziała  się,  Ŝe  właśnie  wyszedł  na  wykłady. 

Upewniwszy się, Ŝe jej nie przeszkodzi, wróciła na wydział historii i oderwała sekretarkę od 

biurka następnym sfingowanym wezwaniem. 

W  przyniesionym  dla  kamuflaŜu  podręczniku  historii  ukryła  celofanową  kopertę  i  z 

kamienną miną opuściła gabinet, uśmiechając się w korytarzu do sekretarki. 

Strach  pojawił  się  dopiero  później,  gdy  wieczorem  dotarła  do  mieszkania  i  zastała  je 

splądrowane. Włamywacz przewrócił wszystko do góry nogami najwyraźniej, by znaleźć coś 

konkretnego.  Dopiero  wtedy  Gen  zrozumiała,  Ŝe  to  początek  koszmaru.  Pospiesznie 

wepchnęła do torby parę rzeczy i ruszyła w drogę. Nie miała pojęcia, co zrobi. 

W pewnej chwili spostrzegła, Ŝe Griff ją obserwuje. 

- O co chodzi? 

- MoŜe wreszcie wyrzucisz z siebie to, co cię dręczy. 

- Ty mnie dręczysz - odcięła się, niespokojnie zerkając w lusterko. 

- Jesteś jedną wielką zagadką, Wiewiórko - zamyślił się. - Nigdy dotąd nie spotkałem 

kobiety,  która  pod  pewnymi  względami  byłaby  tak  otwarta  i  szczera,  a  jednocześnie  tak 

skryta. Większość kobiet udaje tylko tajemniczość, ty jednak... - Potrząsnął głową, patrząc na 

nią  badawczo.  -  Zdawało  mi  się,  Ŝe  juŜ  cię  rozszyfrowałem,  ale  teraz  stwierdzam,  Ŝe  jesteś 

bardziej  zagadkowa  od  Sfinksa.  Ciekawe,  ile  czasu  zabierze  mi  dotarcie  do  samego  jądra 

twojego sekretu. 

background image

-  Jakiego  sekretu?  -  miała  nadzieję,  Ŝe  w  głosie  jej  zabrzmiała  tylko  uraŜona 

niewinność.  Udała,  Ŝe  całą  uwagę  skupia  na  prowadzeniu  samochodu.  -  Ja  niczego  nie 

ukrywam. 

-  Gen...  -  urwał,  jakby  nagle  zreflektował  się,  co  chce  powiedzieć.  -  MoŜe  będę  w 

stanie ci pomóc - dokończył. - Bez względu na to, w co się wpakowałaś. Nie musisz zmagać 

się z tym samotnie. 

Mocniej  zabiło  jej  serce,  kusiło  ją,  Ŝeby  zatrzymać  samochód  i  rzucić  się  w  silne 

ramiona Griffa, przyznać do straszliwego osamotnienia, wyznać wszystko. Opanowała się siłą 

woli. 

-  Wcale  nie  jestem  tajemnicza,  panie  Cantrell  -  ucięła.  -  Po  prostu  nie  mam  nic  do 

powiedzenia. 

- Hm... 

W  tym  jednym  mruknięciu  zawarł  tyle  niedowierzania  i  irytacji,  Ŝe  aŜ  spojrzała  na 

niego  ostro.  Ale  teraz  on  nie  odrywał  wzroku  od  drogi.  Miał  nachmurzoną  twarz.  Świetnie, 

przygadała mu w duchu. Siedź sobie taki nadęty. Do cholery, nie muszę ci niczego wyjaśniać. 

JeŜeli uwaŜasz, Ŝe jazda tym samochodem daje ci prawo do wtykania nosa w moje sprawy, to 

się grubo mylisz. Potrząsnęła głową, jakby go odpędzając. Dalej jechali w niezręcznej ciszy. 

W  miarę  zbliŜania  się  do  granicy  z  Kanadą,  była  coraz  bardziej  zdenerwowana. 

Broussarde  bez  wątpienia  domyślił  się  juŜ,  co  Gen  zamierza  i  dokąd  jedzie.  Do  tej  pory 

udawało się jej zmylić pościg, ale prędzej czy później ich drogi się przetną. 

Granicę stanu Quebec przekroczyli wczesnym popołudniem. Mimo najgorszych obaw 

Gen  przebiegło  to  gładko.  Lękała  się,  Ŝe  wysoki,  młody,  przystojny  francuski  Kanadyjczyk 

rozszyfruje  ją  od  pierwszego  wejrzenia  i  aresztuje.  Ale  tylko  poŜartowała  z  nim,  gładkimi 

kłamstwami zbywając jego pytania. 

- Udzielę ci pewnej rady - odezwał się przeciągle Griff, kiedy pospiesznie odjeŜdŜali 

spod  małej  budki  komory  celnej.  -  Tym  razem  upiekło  ci  się,  bo  celnik  był  zbyt  młody  i 

niedoświadczony,  by  spostrzec,  Ŝe  mydlisz  mu  oczy.  Biedak,  kompletnie  stracił  głowę. 

Gdyby  miał  więcej  wprawy,  pojąłby,  Ŝe  nie  bez  powodu  z  nim  flirtujesz.  Wtedy  czekałabyś 

bez  końca,  aŜ  rozbiorą  ci  na  części  samochód,  nie  mówiąc  juŜ  o  tobie,  by  się  przekonać,  co 

takiego szmuglujesz. 

-  Szmugluję?  -  spytała  podniesionym  tonem.  -  Nigdy  w  Ŝyciu  niczego  nie 

szmuglowałam. 

-  Na  pewno?  -  Griff  popatrzył  na  nią  przeciągle.  W  jego  oczach  czaiła  się 

pobłaŜliwość, ale teŜ i niedowierzanie. 

background image

-  Nie  -  zgasiła  go  zimno.  Gdyby  znał  prawdę?  Nie  była  takim  sobie  zwyczajnym 

złodziejaszkiem.  Przekroczenie  granicy  kanadyjskiej  ze  skradzionymi  Znaczkami  Wolności 

czyniło ją międzynarodowym przestępcą. Brzmiało to bardzo fachowo, ale uczciwie mówiąc, 

wcale  się  tak  nie  czuła.  Z  kaŜdym  kilometrem  ogarniało  ją  coraz  większe  przeraŜenie.  Była 

oszołomiona, bezradna. Porwała się na coś, co przerastało jej siły. Gdyby wcześniej choć na 

chwilę zastanowiła się nad konsekwencjami! 

-  Mogłabyś  mi  coś  wyjaśnić,  Wiewiórko?  -  odezwał  się  chwilę  później  Griff.  - 

Napędzasz ten pojazd siłą woli, czy teŜ planujesz przystanąć za parę kilometrów po benzynę? 

Od dłuŜszego czasu wskazówka paliwa jest na kresce. 

Wyrwana  raptownie  ze  swoich  rozmyślań,  Gen  spojrzała  na  wskaźnik.  Oscylował 

poniŜej zera. 

- Dlaczegoś mi wcześniej nie powiedział?! 

-  Ty  jesteś  kierownikiem  tej  wycieczki  -  przypomniał  jej.  -  A  poza  tym  sądziłem,  Ŝe 

chcesz skorzystać z pretekstu braku paliwa, by spędzić ze mną namiętne popołudnie. 

- Z tobą? - parsknęła drwiącym śmiechem. - Gdybym miała na coś takiego ochotę, na 

pewno nie zabierałabym się za kogoś, kto jest jednym wielkim sińcem. 

- Są na to sposoby - uśmiechnął się porozumiewawczo. - Przy odrobinie wyobraźni i 

inwencji moglibyśmy... 

- Dokończ to zdanie, Cantrell, a resztę drogi odbędziesz pieszo. 

-  AleŜ  z  ciebie  zakonnica,  Wiewiórko  -  westchnął  z  nietajonym  Ŝalem.  Ku  jej  uldze 

jednak zachował swoją myśl dla siebie. 

Z  jeszcze  większą  ulgą  powitała  po  kilku  minutach  znak,  ogłaszający,  Ŝe  sprzedają 

tutaj benzynę po horrendalnej cenie. Nie mogła jednak grymasić, podjechała więc na stację i 

poprosiła o napełnienie baku. 

Potem zaparkowała pod przyległą restauracją i pokazała na automat telefoniczny. 

- Za sekundę wracam. 

Griff skinął w kierunku restauracji. 

- To miejsce wydaje się równie dobre jak inne, by coś przekąsić. 

Gen wysiadła, przejrzała garść kanadyjskich monet, jakie wydał jej pracownik stacji. 

- Będę bardzo krótko rozmawiać, Cantrell, i zaraz odjeŜdŜam. Z tobą czy bez ciebie. 

- Kurczę, kobieto, nie jedliśmy nawet śniadania, a jest juŜ po drugiej! 

- Jak nie podoba ci się mój rozkład jazdy, to znajdź sobie inną wycieczkę - poradziła 

mu niezwykle uprzejmie. 

- Niedoczekanie. - OstroŜnie, przeklinając, Griff wysiadł. 

background image

Zignorowała  to.  Znalazła  dwudziestopięciocentówkę,  połączyła  się  z  centralą,  potem 

zamówiła rozmowę z dziadkiem. Wsłuchana w buczenie sygnału wciągnęła głęboko w płuca 

przesycone aromatem sosen powietrze. Nikt nie podnosił słuchawki. 

-  Przykro  mi  -  odezwał  się  melodyjnym,  francusko  -  kanadyjskim  akcentem 

telefonista. - Ale numer nie odpowiada. 

- Trudno - mruknęła, przygryzając wargę. - Merci. - Odwiesiła słuchawkę. 

Nic  się  dziadkowi  nie  stało,  przekonywała  samą  siebie.  Spróbuję  później.  Gdyby 

zatelefonowała  do  rodziców,  musiałaby  im  nakłamać  bardziej  niŜ  do  tej  pory.  Nie  ma 

potrzeby ich w to wciągać. 

Od  powijaków  była  ulubienicą  dziadka.  Przez  lata  stali  się  najlepszymi  kumplami, 

współkonspiratorami  w  kaŜdym  moŜliwym  oszustwie  -  od  wykradania  się  z  domu  na 

zakazany  film  po  dzielenie  się  przed  obiadem  równie  zakazanymi  lodami.  Gen  uśmiechnęła 

się  ciepło  myśląc  o  siwowłosym,  łagodnym  starszym  panu,  który  parę  dni  temu  jak  dziecko 

płakał  w  jej  ramionach,  wyznając  swoje  przestępstwo.  A  gdy  później  szeptem  wyjawił, 

dlaczego  to  zrobił,  na  jego  twarzy  malował  się  ból  i  wstyd  i  nie  miał  odwagi  spojrzeć  jej  w 

oczy. Wtedy i ona się rozpłakała, tulili się jak przeraŜone ciemnością dzieci. 

A  rodzice?  Gen  uśmiechnęła  się  szerzej.  Z  pełnym  rozbawienia  przyzwoleniem 

akceptowali jej bliski związek z dziadkiem, choć właściwie nigdy tego nie pojmowali. Ojciec 

kochał Philippe'a, w istocie jednak go nie rozumiał. I oczywiście nie miał pojęcia o tajemnicy 

skrywanej przez dziadka od ponad czterdziestu lat. 

Dostanie  ataku,  jeŜeli  dowie  się,  w  co  tym  razem  wpakowali  się  z  Philippe'em.  Ta 

eskapada  była  duŜo  groźniejsza  niŜ  opychanie  się  przed  obiadem  lodami  i  oglądanie 

zakazanych filmów grozy. 

-  Tym  razem  naprawdę  wpadliśmy,  co,  dziadku?  -  szepnęła,  pragnąc  gorąco  jakimś 

cudem wrócić do tamtych cielęcych lat. 

Teraz nawet dziadek nie znał jej planów. Doszła do wniosku, Ŝe tak będzie lepiej, bo 

w  razie  wpadki  nikogo  za  sobą  nie  pociągnie.  Oznajmiła  wszystkim,  Ŝe  wybiera  się  na 

wakacje.  Rodzice  uwierzyli,  dziadek  sądził,  Ŝe  musi  pozbierać  się  po  tym,  co  od  niego 

usłyszała. Chciała dzisiaj do niego zadzwonić, ale po namyśle postanowiła w ogóle się z nim 

nie kontaktować. Im mniej wiedział, tym dla niego bezpieczniej. 

Gen otrząsnęła się ze wspomnień. Rozejrzała za Griffem, stał koło samochodu z jakąś 

lemoniadą w ręku. Ruszyła ku niemu, lecz coś przykuło jej wzrok. 

Jasnobłękitny Buick z nowojorską rejestracją w cieniu po drugiej stronie restauracji. 

background image

Zamarła,  zabrakło  jej  tchu.  PrzeraŜona  rozejrzała  się  wokół,  pewna,  Ŝe  zaraz  ujrzy 

zmierzającego  ku  niej,  chytrze  uśmiechniętego  Broussarde'a.  Ale  poza  Griffem  i 

pracownikami stacji nie  było nikogo.  Broussarde musi więc siedzieć w  restauracji i  choć jej 

okna nie wychodziły na parking, zakrawało na cud, Ŝe nie zobaczył, jak Gen tu zajeŜdŜa. 

Zelektryzowana, dopadła samochodu. 

-  Wsiadaj!  -  wrzasnęła  na  Griffa,  szarpiąc  drzwiczki.  Zastygł  z  piciem  na  wpół 

podniesionym do ust. - Nie stój jak słup! - ponagliła go. - Wsiadaj! Prędzej! 

- Skąd taki pośpiech? - wymamrotał, usadzając się ostroŜnie. 

- Zamknij się i wsiadaj! - rzuciła przez zaciśnięte zęby, oglądając trwoŜliwie na drzwi 

restauracji. Nie trafiła kluczykiem w stacyjkę, spróbowała po raz drugi. Silnik ryknął, a Griff 

zmęłł  przekleństwo,  gdyŜ  samochód  szarpnął,  nim  zdołał  na  dobre  usiąść.  -  Nie  moŜesz 

prędzej! - wydarła się na niego Gen. 

Z piskiem opon wyprysnęli na autostradę. Oddychając gwałtownie, Gen nie odrywała 

oczu od lusterka, przygotowana, Ŝe kaŜdej chwili pojawi się tam Buick. Ale Broussarde albo 

ich nie zauwaŜył, albo pościgi samochodowe nie leŜały w jego stylu, gdyŜ droga pozostawała 

pusta. 

Po  dłuŜszej  chwili  Gen  zaczęła  się  odpręŜać.  Wzięła  głęboki  oddech,  w  głowie 

wirowało jej od natłoku myśli. Co dalej? JeŜeli będzie się trzymać tej trasy, to Broussarde bez 

wątpienia ją dopadnie. Musi znaleźć inną drogę na północ, i to szybko. 

Skręciła  w  pierwsze  odgałęzienie,  które  przypominało  raczej  ścieŜkę  wiodącą  na 

pastwisko.  Zerknęła  ponownie  w  lusterko  i  niemal  zamarła.  W  oddali  coś  błysnęło.  Jakaś 

iskierka daleko z tyłu, odbicie promieni słonecznych czy dach samochodu, który pojawiał się 

i  znikał  wraz  ze  wzniesieniami  szosy.  To  jednak  wystarczyło  Gen.  Przyspieszyła,  nerwowo 

oblizując  spierzchnięte  wargi  i  przeczesując  wzrokiem  horyzont  w  poszukiwaniu 

skrzyŜowania. 

Znalazła  je.  Wiejski  trakt  prowadził  mniej  więcej  w  dobrym  kierunku  i  niczym 

szczególnym  się  nie  wyróŜniał.  Prawdopodobnie  Broussarde  w  ogóle  go  nie  zauwaŜy. 

Przydusiła hamulce i skręciła w prawo tak ostro, Ŝe Griff omal na nią wpadł. Wyprostował się 

przeklinając wściekle, ale Gen zignorowała go, koncentrując się na wąskiej, wyboistej drodze. 

Godzinę  później  zrozumiała,  Ŝe  popełniła  błąd.  Prowadziła  szybko  nadrabiając  jak 

najwięcej  kilometrów  dzielących  ją  od  Broussarde'a,  trakt  jednak  stawał  się  coraz  węŜszy  i 

bardziej  nierówny,  aŜ  wreszcie  musiała  zwolnić.  Jechała  bowiem  czymś,  co  było  raczej 

ś

cieŜką  dla  krów,  samochód  podskakiwał  i  kolebał  się  jak  oszalały,  resory  jęczały.  Chmura 

kurzu, jaką za sobą wzniecali, idealnie zdradzała ich połoŜenie. 

background image

- Cholera! - Gen zatrzymała samochód i rozejrzała się wokół z rozpaczą. - Chyba się 

zgubiłam.  Cantrell,  masz  tam  mapę?  Myślałam,  Ŝe...  -  urwała,  spojrzawszy  na  Griffa.  Przez 

cały  czas  nie  odezwał  się  ni  słowem,  lecz  ona  skupiona  najeździe  i  zgubieniu  Broussarde'a, 

nie  zwracała  na  to  uwagi.  Teraz  dopiero  zorientowała  się,  Ŝe  od  Bóg  wie  ilu  kilometrów  tej 

wariackiej jazdy Griff cierpi straszliwe męki. 

Przymknął  oczy,  zacisnął  mocno  zęby.  Zbladł,  na  czoło  wystąpił  mu  pot,  pozlepiał 

zmatowiałe pasma gęstych włosów. 

- Och, Griff - szepnęła w poczuciu winy. PołoŜyła mu dłoń na ramieniu. - Strasznie cię 

przepraszam! Jak się czujesz? 

- PrzeŜyję - syknął. Zdobył się na uśmiech, a oczy mu pociemniały z bólu. - ChociaŜ 

była to cięŜka próba, Wiewiórko. 

-  Nie  zrobiłam  tego  celowo  -  westchnęła.  -  Tam  dalej  jest  jakieś  skrzyŜowanie.  Jak 

znajdziemy motel, to zatrzymamy się na noc. 

Griff  nie  skomentował  wizji  motelowego  pokoju  i  popołudniowej  schadzki  i  to, 

bardziej  niŜ  cokolwiek  innego,  przekonało  Gen,  Ŝe  nie  bacząc  na  Broussarde'a  muszą  się 

zatrzymać. Griff nie był niczemu winny. JuŜ i tak dość wycierpiał, mając pecha, Ŝe nie w porę 

jechał boczną drogą stanu Vermont. Nie zasłuŜył sobie na tyle bólu. 

Jakieś  pół  godziny  później  wyłączyła  silnik  i  przechyliwszy  się  delikatnie  dotknęła 

ramienia Griffa. 

- Dojechaliśmy - powiedziała miękko. 

- Gdzie? - otworzył pełne cierpienia oczy. 

- Do zajazdu Champlain - wskazała główny budynek. - Wynajęłam tu skromny pokój. 

-  Nie  dodała,  Ŝe  zamiast  zatrzymać  się  w  samym  zajeździe,  wzięła  chatę  wychodzącą  na 

jezioro,  odosobnioną  i  zaciszną.  Stało  ich  sześć  wzdłuŜ  brzegu,  skrytych  między  sosnami  i 

cedrami. JeŜeli nawet złośliwy los ześle tu Broussarde'a, to i tak ich nie znajdzie. - Dasz radę 

wysiąść? 

-  Aha  -  potwierdził  zduszonym  głosem.  OstroŜnie  zaczął  wysuwać  nogi.  -  Poradzę 

sobie. 

Gen  sama  wysiadła,  poszła  otworzyć  chatę,  potem  wróciła  pomóc  Griffowi.  Nie 

protestował, kiedy objęła go ramieniem. Wsparł się o nią całym cięŜarem. 

Rozejrzawszy się po przestronnym, wygodnie umeblowanym saloniku, uśmiechnął się 

z wysiłkiem. 

-  JakieŜ  to  romantyczne  gniazdko,  Wiewiórko.  Szkoda,  Ŝe  nie  jestem  w  formie,  by  z 

tego skorzystać. 

background image

- Och, zamknij się! - mruknęła z ulgą, Ŝe Griff wraca do siebie. 

Podtrzymując  go,  poprowadziła  przez  salon  i  korytarzyk  ku  sypialniom  i  łazience. 

Pchnęła  pierwsze  drzwi  i  chwilę  później  Griff  jęknąwszy  wyciągnął  się  na  królewskich 

rozmiarów  łoŜu.  Gen  ściągnęła  mu  buty,  potem  wyjęła  spod  niego  narzutę.  Usiadła  obok, 

rozpięła  skórzany  pasek,  potem  suwak  dŜinsów.  Zerknąwszy  w  górę  spostrzegła,  jak  Griff 

obserwuje ją spod wpół przymkniętych powiek. 

Oblana krwistym rumieńcem, błyskawicznie zabrała ręce. 

-  Ja...  tylko...  -  wybąkała  zakłopotana.  -  Myślałam,  Ŝe  będzie  ci  wygodniej,  jeśli 

ś

ciągnę ci... to znaczy, jeŜeli zdejmiesz spodnie. 

- Zrób to, proszę - powiedział miękko. 

-  Lepiej  będzie,  jak  sam  to  zrobisz  -  odezwała  się  prawie  bez  tchu,  myśląc 

jednocześnie, skąd u niego taki cholerny dar, by ją peszyć. 

- Lepiej dla kogo? 

- Dla obojga - zrejterowała pospiesznie, wciąŜ spłoniona. 

Usłyszała coś jakby jęk zmieszany ze śmiechem. 

- BoŜe, chroń mnie przed wstydliwymi kobietami. 

- Wcale nie jestem wstydliwa - skłamała idąc ku drzwiom. - Tylko wybredna. 

Odpowiedzią  był  następny  wybuch  śmiechu.  Choć  wydawało  się  to  niemoŜliwe, 

policzki  dziewczyny  okrasił  jeszcze  intensywniejszy  rumieniec.  Niech  cię  piorun  trzaśnie, 

myślała  wracając  po  bagaŜ.  Gdybym  miała  odrobinę  rozumu,  natychmiast  wsiadłabym  do 

samochodu i resztę podróŜy do Quebecu odbyła samotnie! 

Wyciągnęła  z  bagaŜnika  torby  swoją  i  Griffa,  przydźwigała  do  chaty,  zaniosła 

Griffowi jego rzeczy. 

-  Wezmę  szybki  prysznic,  potem  pójdę  do  zajazdu  po  coś  do  zjedzenia.  Niczego  nie 

potrzebujesz? 

Milczał.  Spojrzała  uwaŜniej.  Griff  spał  głęboko,  w  rozpiętych  dŜinsach,  w 

skarpetkach.  Lewą  rękę  wsparł  na  poduszce,  skulił  przy  policzku  palce.  Wyglądał  tak 

niewinnie, tak łagodnie. Gen, przypomniawszy sobie, jak bezlitośnie te palce zacisnęły się na 

jej gardle, wzdrygnęła się. Jak ten człowiek moŜe być groźny w jednej chwili, a tak łagodny 

w drugiej? Kim jesteś, Griffie Cantrellu? 

Ś

ciągnęła mu skarpetki, potem, po namyśle, ostroŜnie zdjęła spodnie. Zamamrotał coś, 

ale się nie obudził. Gen nie chciała jednak dalej ryzykować, zdejmując mu koszulę. Poszła na 

kompromis  i  rozpięła  ją,  potem  okryła  Griffa.  Przewiesiła  dŜinsy  przez  oparcie  krzesła, 

następnie zaciągnęła cięŜkie zasłony na panoramicznym oknie. 

background image

- Śpij spokojnie - szepnęła wychodząc. 

Griff  spał  bez  końca.  Gen  wzięła  prysznic,  potem  zjadła  kolację  w  przepięknej 

restauracji  zajazdu  i  wybrała  się  na  długą  przechadzkę  brzegiem  jeziora.  Dopiero  dotkliwy 

wieczorny chłód i komary zagnały ją z powrotem do chaty. Zaparzyła sobie herbatę, rozsiadła 

się  na  wygodnej  sofie  z  garścią  znalezionych  w  lodówce  miętowo  -  czekoladowych 

ciasteczek. 

- Masz moŜe jedno na zbyciu, Wiewiórko? 

AŜ  podskoczyła,  rozlewając  herbatę.  W  progu  stał  Griff,  blady  i  wycieńczony,  w 

lepszym  jednak  stanie  niŜ  zaraz  po  przyjeździe.  Nie  włoŜył  nawet  dŜinsów,  nie  zapiął  teŜ 

koszuli.  Nie  speszony  tym,  Ŝe jest  prawie  nagi,  na  bosaka  podszedł  ku  niej  przez  salon.  Był 

niewiarygodnie męski. 

- Jak się masz? 

-  Lepiej.  -  Opadł  na  najbliŜsze  krzesło  i  uśmiechnął  się  czarująco.  -  Chcesz  sama 

wsunąć wszystkie ciastka, czy moŜe podzielisz się ze mną? 

Uśmiechając się promiennie, Gen podniosła do ust ostatnie ciastko. 

- Są o wiele za dobre dla takiego kaleki. Ty dostaniesz zupę. 

Potrząsnął z obrzydzeniem głową. 

-  PrzecieŜ  ty  nawet  nie  umiesz  ich  jeść.  Spojrzała  na  nadgryzione  ciastko,  a  Griff 

prychnął drwiąco. 

- Tylko profani jedzą przekładane ciasteczka w jednym kawałku. Prawdziwi smakosze 

dzielą je na połowy, jedzą najpierw spodnią część, potem nadzienie, potem górną. Powie ci o 

tym kaŜdy przedszkolak. 

- A co taki przedszkolak moŜe wiedzieć? - dokończyła ciastko i wstała z roziskrzonym 

wzrokiem. - Mniam, mniam, ale pycha. Szkoda, Ŝe się skończyło. 

Kiedy  mijała  jego  krzesło,  Griff  ofuknął  ją  Ŝartobliwie  i  chciał  wymierzyć 

przyjacielskiego klapsa  w opięte dŜinsami pośladki, ale Gen odskoczyła  zwinnie i wyśmiała 

go. 

-  Okrutna  z  ciebie  niewiasta,  Genevieve  Jourdan,  Ŝe  wystawiasz  na  takie  męki 

nieszczęsnego, pokiereszowanego faceta. 

- Zupa dobrze ci zrobi! - zawołała z kuchni. 

- Ja wcale nie mówię o zupie. 

Uznawszy,  Ŝe  rozsądniej  będzie  udawać,  Ŝe  nic  nie  rozumie,  Gen  następnych  parę 

minut krzątała się po kuchence, podgrzewając przyniesioną wcześniej z zajazdu zupę. Był to 

gęsty, zawiesisty krem z owoców morza, tak smakowity, Ŝe nalewając go do wazy przełknęła 

background image

ś

linkę, mimo iŜ była najedzona. Zaniosła go wraz z pieczywem Griffowi. Ten przysunął sobie 

niski stolik i zajrzał ciekawie do podstawionego talerza. 

- Pachnie bosko! Umieram z głodu. - Zerknął z ukosa na dziewczynę. - Chciałem się 

ubrać do kolacji, ale ktoś zwędził mi portki. 

- Nie starałeś się specjalnie, Ŝeby je znaleźć. 

-  Domyślam  się,  Ŝe  usiłujesz  mi  coś  wmówić,  Wiewiórko  -  wzruszył  zgodnie 

ramionami.  -  Budziłem  się  juŜ,  czując,  jak  grzebiesz  mi  po  kieszeniach  albo  usiłujesz 

ś

ciągnąć dŜinsy, więc uznałem, Ŝe pozbywszy się ich w ogóle, zaoszczędzę ci tylko fatygi. 

Gen poróŜowiała lekko, udała, Ŝe przerzuca strony ilustrowanego pisma. 

-  Gdybyś  nie  napychał  sobie  kieszeni  częściami  mojego  samochodu,  w  ogóle  nie 

zwróciłabym  uwagi  na  twoje  dŜinsy,  nie  mówiąc  juŜ  o  ich  zawartości.  Gdyby  mnie  zaś 

interesowały  męskie  wdzięki,  kupiłabym  sobie  „Playgiri".  Tam  faceci  przynajmniej  nie 

wyglądają jakby wysmarowano ich niebiesko - zieloną farbą wojenną. 

Griff troskliwie i z oburzeniem obejrzał swoje siniaki. 

- Na razie chyba nie kwalifikuję się na konkurs piękności. - Chwycił łyŜkę i spojrzał 

pytająco na Gen. - A ty nie jesz? 

-  Zjadłam  dwie  godziny  temu.  -  Rozsiadła  się  i  podwinąwszy  pod  siebie  nogi 

obserwowała, jak Griff zajada się zupą. - Miło mi, Ŝe jesteś w lepszej kondycji. 

Spojrzał na nią z komiczną powagą. 

- Będę, jak tylko napełnię Ŝołądek. Zwykłem bowiem coś jadać od czasu do czasu. 

W poczuciu winy Gen odwróciła wzrok. 

- Przepraszam, zaleŜało mi na jak najszybszej jeździe. Chyba... powinniśmy się jednak 

gdzieś zatrzymać. 

Griff  zadumany  dłuŜszą  chwilę  patrzył  jej  prosto  w  oczy,  potem  znów  skupił  się  na 

zupie. 

- Nie sądzisz, Ŝe juŜ pora, byś wyjaśniła mi, co się tu, do cholery, święci? 

- Święci? 

-  Mogłabyś  zacząć  od  tego  całego  Broussarde'a,  potem  powiedzieć,  o  co  chodzi  z 

Buickiem, rocznik 1986, który cię od trzech dni śledzi. - Uśmiechnął się. 

- Zastanów się. 

-  JuŜ...  mówiłam  ci,  Ŝe  Broussarde  to  tylko  znajomy.  Współpracownik  mojego 

dziadka. - Przełknęła ślinę. 

- A o błękitnym Buicku nic mi nie wiadomo. 

background image

-  Gen,  daj  spokój  -  odezwał  się  cicho,  odkładając  łyŜkę.  Zmierzył  ją  powaŜnym 

wzrokiem.  -  Od  pierwszego  dnia,  kiedy  ujrzałem  cię  na  tamtym  skrzyŜowaniu,  uciekasz  jak 

spłoszony zając. Ktoś cię ściga. I chyba mam prawo wiedzieć kto i dlaczego. 

- Naoglądałeś się za wiele filmów. 

-  A  z  jakiego  to  innego  powodu  trzymałabyś  się  tak  uporczywie  bocznych  dróg, 

zajeŜdŜała  do  obskurnych,  zabitych  dechami  moteli,  na  które  nikt  przy  zdrowych  zmysłach 

nie zwróciłby uwagi... 

- Czy to jest właśnie taki zabity dechami i obskurny motel? 

- Gdyby nie to, Ŝe za nami kawał drogi i gdyby nie główny zajazd, to równie dobrze 

moglibyśmy  znajdować  się  w  stanie  Vermont.  Tak  starannie  ukryłaś  w  krzakach  samochód, 

Ŝ

e nie wytropiłby go nawet chart. 

- Skąd wiesz, Ŝe go przestawiłam? 

-  Kiedy  ty  przechadzałaś  się  nad  jeziorem,  wstałem  otworzyć  drzwi.  Samochód 

zniknął, toteŜ sprawdziłem, gdzie jest. - Uśmiechnął się kpiąco. - śeby przekonać się, czy nie 

porzuciłaś mnie na pastwę losu. 

-  Owszem,  coś  takiego  przyszło  mi  do  głowy  -  poinformowała  go  rozzłoszczona. 

Dopiero potem dotarły do niej jego słowa. Poderwała głowę. - Kto tu był? 

Griff  uśmiechnął  się  szerzej.  -  Pierre  Champlain,  właściciel  tego  miejsca.  Chciał  się 

upewnić, czy mnie i madame Cantrell niczego nie brakuje. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Gen utkwiła w nim spłoszony wzrok. 

-  Ja...  ja...  -  gestykulowała  rozpaczliwie,  czując,  Ŝe  się  rumieni.  -  Mnie  się  tylko 

wydawało, Ŝe prościej będzie zameldować nas pod twoim nazwiskiem. Nic więcej. 

-  Prościej?  -  spojrzał  jej  w  oczy.  -  Albo  trudniej.  Dla  tego  kogoś,  kto  chce  cię 

wytropić? 

- Nie wiem, co czym mówisz. 

W oczach Griffa zapaliły się iskry. Wstał, odkaszlnął. 

- Rób, jak uwaŜasz, Wiewiórko. Bliska paniki patrzyła, jak odchodzi. 

- Gdzie idziesz? 

- Pod prysznic. A potem znowu do łóŜka. - Obejrzał się drwiąco. - A chcesz się moŜe 

przyłączyć? 

- Za nic! 

Skwitował to prychnięciem. Gen spoglądała za nim, czując jednocześnie ulgę i złość. 

Na miłość boską, dlaczego tak wystraszyła ją myśl, Ŝe Griff zamierza ją opuścić? 

GdyŜ,  przyznała  sekundę  później,  boi  się  zostać  sama.  Proste.  Griff  Cantrell  to 

bezczelny,  arogancki  sukinsyn,  ale  przynajmniej  jest.  Mimo  jego  wad,  czas  milej  z  nim 

płynął. Prawdę mówiąc, zaczynało się to jej nawet podobać. 

MoŜe za bardzo, upomniała siebie, wspominając, jak ubiegłej nocy znalazła się w jego 

ramionach. Nie było to zbyt rozsądne. 

Potem  uśmiechnęła  się  na  myśl,  Ŝe  to  Griff,  a  nie  ona,  uciął  ich  romantyczne 

interludium. Widać i jego nie interesowało zamienianie marzeń w rzeczywistość. 

Myła  właśnie  talerz,  gdy  usłyszała  huk.  W  chwilę  po  nim  stek  przekleństw. 

Wystraszona  wyjrzała  z  kuchenki.  Nim  zdąŜyła  spytać,  co  się  stało,  rozległo  się  kolejne, 

głośniejsze  tąpnięcie,  potem  lawina  wymyślniejszych  świństw.  Rzuciła  talerz  i  popędziła  do 

łazienki. 

- Griff? - Stanęła przed drzwiami nadstawiając uszu. - Griff, co z tobą? - Ciszę mącił 

tylko szum prysznica. - Griff?! - krzyknęła przeraŜona. 

-  Co?  -  Usłyszała  zduszone,  wściekłe  i  zrozpaczone  zarazem  warknięcie.  Griff 

zamamrotał coś do siebie, potem rozległ się stuk, jakby uderzył w drewno. 

- Nic ci nie jest? - zaryzykowała pytanie. 

background image

-  Absolutnie  -  padła  precyzyjna  odpowiedź.  A  później  brzęk  tłuczonego  szkła.  Griff 

znowu zaklął z furią. 

- Mogę ci w czymś pomóc? - spytała łagodnie. DłuŜsza chwila ciszy. Potem donośne 

westchnienie, oznaczające kapitulację. 

- Do diabła! - wymamrotał ponuro. - Chyba tak. 

- Najwyraźniej wyraŜona tak lakonicznie zgoda nie przyszła mu łatwo. 

Szybko  przekręciła  gałkę  drzwi,  weszła  do  łazienki.  Griff  stał  nad  brodzikiem, 

ręcznikiem przysłaniając męskość. Krople wody skapywały na i tak juŜ zachlapaną podłogę. 

W  sam  środek  tego  bałaganu  runęło  jedno  ze  szklanych  przepierzeń,  rozpryskując  się  na 

milion kawałków. Prysznic otwarty był na pełny regulator. 

- Co ty wyprawiasz? - zdumiała się. 

-  Usiłowałem  umyć  sobie  plecy  -  wyjaśnił.  -  Mydło  wyśliznęło  mi  się  za  wannę.  A 

potem  ganiałem  za  nim  po  całej  łazience.  Tylko  Ŝe  trudno  mi  się  schylać.  Potem  wybiłem 

szybę... 

-  Och,  Griff.  -  Gen  usiłowała  powstrzymać  śmiech,  ale  z  miernym  skutkiem.  Griff 

spojrzał  na  nią  wściekle,  więc  przykucnęła  po  mydło.  -  Nie  ruszaj  się,  póki  nie  posprzątam 

szkła. Jeszcze tylko brakuje, byś odciął sobie palec. Przypominasz polityczną mapę Europy. 

- Parsknęła urywanym śmiechem. - O, ten siniak do złudzenia przypomina Polskę. 

- Miło mi, Ŝe dostarczam ci tak godziwej rozrywki - zerknął przez ramię. - Wy, baby, 

wszystkie jesteście takie same. Najpierw rozbieracie faceta, czynicie bezbronnym, a potem go 

wyszydzacie. 

-  Z  waszą  pomocą  -  odcięła  się  słodkim  tonem,  delikatnie  myjąc  mu  ramiona.  - 

MęŜczyzna to łatwy obiekt do drwiny. Szczególnie goły. 

-  To  się  jeszcze  w  moim  wypadku  okaŜe,  najmilsza  -  odparł  jedwabistym  głosem.  - 

Ujął rąbek ręcznika okrywający podbrzusze. - Jak chcesz, to wstanę i rzecz się sama wyjaśni. 

Potem moŜemy... au! 

- Nie interesują mnie twoje wdzięki, nagie ani jakiekolwiek - poinformowała go ostro. 

Nagle zmarszczyła brwi. - A to co? 

- Które? 

-  Te  blizny,  tuŜ  pod  Ŝebrami.  -  Dotknęła  nierównej  szramy.  -  Wygląda  to  na...  - 

urwała, przeszył ją lodowaty dreszcz. - Na blizny po kulach. 

- Zgadza się - potwierdził cicho. 

- To było chyba coś powaŜnego. 

- Dość. 

background image

Przesunęła myjkę wzdłuŜ pleców. 

-  Kule  przeszły  tędy  -  szepnęła,  dotykając  dwóch  bliźniaczych  ran  pod  Ŝebrami.  - 

Griff, jak to się stało? 

-  Zerknęła  do  góry,  zmarszczywszy  brwi,  i  natknęła  się  na  rozbawiony  wzrok. 

Zaczerwieniła się ze złości i zaczęła szorować mu ramię. - Przepraszam, nie powinnam o to 

pytać. 

-  AleŜ  to  zupełnie  naturalne,  Wiewiórko.  MoŜe  przestaniesz  obdzierać  mi  ramię  ze 

skóry? 

- Przepraszam! Ja... - Oderwała myjkę. 

- Hej! - Chwycił ją za nadgarstek. - Opanuj się. Ja nie gryzę! 

Miał ciepłe, Ŝyczliwe oczy. Gen kiwnęła głową, zrobiło się jej głupio. OdłoŜyła myjkę 

do umywalki i mięsistym ręcznikiem wytarła Griffowi ramiona i plecy. 

- Skończone. 

- A z przodu mnie nie umyjesz? - spojrzał na nią z ukosa. 

- Sam moŜesz to zrobić! - Nie ugięła się pod tą drwiną. 

- Nie lubimy ryzyka, co? 

O  mało  wybuchnęła  śmiechem.  -  Nie  -  odparła  sucho,  zastanawiając  się,  co  by  Griff 

powiedział, gdyby znał prawdę. - Niespecjalnie. - Griff wstał niezgrabnie, wciągnął powietrze 

przez zaciśnięte zęby. Zerknęła na niego zaniepokojona. - Na pewno nic sobie nie wybiłeś? 

-  Nie.  To  po  prostu  skutek  zmęczenia  i  podeszłego  wieku.  -  Przytrzymując  jedną 

dłonią ręcznik, zrobił kilka kroków ku drzwiom. Zachwiał się. 

- Griff! - Uchroniła go przed upadkiem, gdy zatoczył się na futrynę. - Zdołasz wrócić 

do sypialni? 

-  Zakręciło  mi  się  w  głowie  -  szepnął  z  zamkniętymi  oczami.  Objął  ją  ramieniem  i 

wsparł się cięŜko. 

- Trzymaj się mnie. Poczujesz się lepiej, jak tylko się połoŜysz. 

Wyprowadzając go przez drzwi zastanawiała się, czy i przedtem był taki duŜy i cięŜki. 

Nie  mogła  go  mocniej  chwycić,  gdyŜ  dłonie  ślizgały  się  jej  po  wilgotnej  skórze.  Ręcznik 

groził natychmiastowym spadnięciem z bioder. Gen nagle zobaczyła siebie wlokącą nagiego i 

mokrego  siedemdziesięciokilowego  męŜczyznę  do  sypialni.  Stłumiła  ogarniający  ją  pusty 

ś

miech, tłumacząc sobie, Ŝe nie ma w tym nic zabawnego. 

- Griff, nic ci nie jest? 

background image

- Absolutnie - wymruczał jej do ucha. Przesunął niŜej ramię, począł delikatnie pieścić 

jej  krągłe  pośladki.  Gen  ledwie  złapała  oddech,  gdy  drugą  dłonią  przyciągnął  do  siebie  jej 

głowę. - Prawdę mówiąc, nigdy nie było mi lepiej. 

Dopiero  gdy  musnął  ją  wargami,  pojęła,  co  się  dzieje.  To  było  jedno  wielkie 

oszustwo! 

-  Niech  cię  diabli!  -  prychnęła  rozwścieczona,  bez  skutku  usiłując  się  podnieść.  - 

Griffie Cantrellu, ty podstępny, chytry, fałszywy... - Dźwignęła się na łokciach i zmierzyła go 

piorunującym  spojrzeniem  poprzez  kurtynę  splątanych,  rudych  włosów.  -  Puść  mnie,  ty 

komediancie! Ciebie nic nie boli! 

-  AleŜ  owszem  -  zaprotestował  uraŜonym  tonem.  -  Sama  widziałaś  siniaki.  To  twoja 

zasługa! 

Zaczął ją całować. Pieszczota jeszcze bardziej wytrąciła ją z równowagi. 

- Z przyjęciem nazwiska męŜczyzny łączą się pewne określone obowiązki małŜeńskie, 

moja droga. 

Gen odpręŜyła się w jego cieple, czuła, jak mocno bije jej serce. 

- Uprałam ci juŜ ciuchy, ugotowałam... odgrzałam kolację, umyłam plecy. Chyba nie 

spodziewasz się czegoś więcej? 

- Właśnie tak - powiedział takim tonem, Ŝe Gen zakręciło się w głowie. - DuŜo więcej. 

Instynktownie  rozchyliła  wargi,  gdy  zbliŜył  do  niej  usta.  Dotknął  językiem,  całował 

niespiesznie, wprawnie. Roztapiała się, rozkoszując jego jedwabistą skórą, zapachem kąpieli, 

dłonią, gładzącą jej plecy. 

Po chwili nieoczekiwanie puścił ją. Zdziwiona, lekko speszona, spojrzała mu pytająco 

w oczy. 

- Nim się człowiek połapie - wydyszał - potrafisz mu zaleźć za skórę. Lepiej zabieraj 

się  stąd,  pani  Cantrell,  bo  nie  ręczę,  czy  nie  zechcę  sprawdzić  warunków  naszego 

małŜeńskiego kontraktu. 

Gen usiadła, zaczerwieniona i zaŜenowana. 

- Jesteś dzisiaj zdumiewająco rycerski. MoŜe jednak wezwę lekarza. 

Nie  odpowiedział  na  tę  drwinę.  Marszcząc  brwi  patrzył  na  nią,  jakby  rozwaŜał,  czy 

czegoś jej nie wyznać. Idąc do drzwi czuła na sobie to niespokojne spojrzenie. Przystanęła w 

progu, odwróciła się. DłuŜszą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, jakby oboje wyczuwali, 

Ŝ

e  choć  nie  chcieli  przekształcać  marzeń  w  rzeczywistość,  to  właśnie  coś  się  między  nimi 

wydarzyło. 

background image

-  Dobranoc  -  mruknęła  wreszcie,  prawie  pewna,  Ŝe  Griff  ją  zawoła.  Wiedziała,  Ŝe 

wtedy nie znalazłaby dość sił, by odejść. Bez wahania rzuciłaby mu się w objęcia. 

Kiedy w końcu przemówił, nie było to wołanie. 

-  Dobranoc,  Gen  -  powiedział  sucho,  jak  gdyby  Ŝałował  swojej  decyzji,  a  jednak 

postanowił w niej wytrwać. 

Obudził ją krzyk Griffa. Usiadła przeraŜona. Gdy zrozumiała, co to jest, wyskoczyła z 

łóŜka i pobiegła do jego sypialni, naciągając w pośpiechu zwiewny szlafroczek. 

Griff spał głęboko. Zrzucił kołdrę, leŜał nagi na ogromnym łoŜu, skórę miał lśniącą od 

potu. 

- Gary! UwaŜaj! 

- Griff? - szepnęła, bojąc się zbliŜyć do łóŜka. Nie chciała gwałtownie wyrywać go ze 

snu jak wczoraj rano, nie mogła jednak stać tak bezczynnie, przyglądając się, jak zmaga się z 

przeraŜającymi koszmarami. Jęknął znowu, wyszlochał imię Gary'ego. 

-  Muszę  wracać!  -  krzyknął  wyraźnie.  -  Nie  mogę  bez  niego  odejść!  -  Wymamrotał 

coś jeszcze, lewą dłonią chwycił się za bok, jakby przeszył go ostry ból. 

MoŜe  chce  zatamować  krwotok,  zrozumiała  rozdygotana.  BoŜe,  co  zdarzyło  się  tam, 

w  wilgotnych,  gorących  dŜunglach  Wietnamu?  Twarz  wykrzywił  mu  grymas  cierpienia,  raz 

jeszcze krzyknął imię Gary'ego, potrząsnął głową. Włosy przesiąkły mu potem, na poduszce 

widać było mokre plamy, jakby płakał przez sen. 

- Griff - łagodnie, wstrzymując oddech, przysiadła na brzegu łóŜka. 

- Muszę wracać - mamrotał, marszcząc czoło. 

- Wrócimy, Griff - przyrzekła cicho. - JuŜ wszystko dobrze. 

- Gary! - Potrząsnął gwałtownie głową. 

-  Gary'emu  nic  nie  jest  -  zapewniła  go  szeptem,  modląc  się,  by  po  przebudzeniu  nie 

pamiętał  jej  okrutnego  kłamstwa.  Nie  miała  pojęcia,  kim  był  Gary,  jednego  natomiast  była 

pewna: nie uszedł z Wietnamu z Ŝyciem. - Wyciągnąłeś go. 

Mruknął coś, znowu zdrętwiał, odrzucił w tył głowę. 

- Gary! - Na szyi wystąpiły mu Ŝyły, z trudem łapał powietrze. - Gary! 

- Griff! 

Ocknął  się  dysząc,  otworzył  oczy.  Gen  zmartwiała,  gdy  spojrzał  na  nią  nic  nie 

widzącym  wzrokiem,  w  którym  jak  przedtem  czaiło  się  drapieŜne  okrucieństwo.  Zamrugał, 

spojrzał  przytomniej  jej  w  twarz,  czuła,  jak  opada  z  niego  napięcie.  Wziął  głęboki  oddech, 

zadrŜał, przygarnął ją. 

background image

- To zaraz minie, Griff. JuŜ wszystko dobrze. Przeszył go spazm. Skórę miał śliską od 

potu,  ten  gorący,  piŜmowy  zapach  wcale  nie  był  nieprzyjemny.  Po  dłuŜszej  chwili  Griff 

trochę się uspokoił, odetchnął. Gen poczęła uwalniać się z jego uścisku. 

- PołóŜ się. I... - urwała, zachłysnęła się z bólu, gdy błyskawicznie zacisnął ramiona. 

Bez oporu znowu go przytuliła. 

Zdawało się, Ŝe trwali tak całymi godzinami. Gen szeptała słowa otuchy, a kiedy Griff 

zapadł wreszcie w lekką drzemkę bez snów, ułoŜyła mu na poduszce głowę i usiadła drŜąca, z 

nadzieją, Ŝe upiory nie powrócą juŜ tej nocy. 

Ale  on  niemal  natychmiast  zaczął  się  szarpać,  przytrzymała  więc  jego  dłonie, 

odgarnęła z czoła wilgotne włosy. 

- Griff! - ostroŜnie potrząsnęła go za ramię. - Griff, obudź się! 

Zamruczał  sennie,  wyciągając  po  nią  ramiona  i  Gen  westchnąwszy  pozwoliła  mu  się 

przytulić.  Pomyślała  przelotnie,  czy  to  nie  kolejny  podstęp,  ale  zaraz  zorientowała  się,  Ŝe 

Griff  naprawdę  śpi.  OdpręŜył  się,  zaczął  głębiej  i  regularniej  oddychać.  LeŜała  więc  cicho, 

głaszcząc go po rękach i piersiach, aŜ wreszcie zasnął na dobre, tym razem juŜ spokojnie. 

Kiedy się obudziła, ogarnął ją wstyd. Otworzyła oczy, zamrugała sennie i natknęła się 

na spojrzenie Griffa. 

- Cześć - odezwał się niepewnie, wyraźnie zdziwiony jej obecnością u swojego boku. 

Sama zdumiała się, Ŝe tak czule go obejmuje. Zarumieniła się. Odsunęła się powoli z 

udawaną obojętnością. Potem usiadła, szczelniej owinęła przezroczystym szlafroczkiem. Nie 

miała pojęcia, jak się wycofać z tej sytuacji z godnością. 

-  Hm...  -  Griff  przygryzł  wargę,  zakłopotany.  -  To  cholernie  niezręczne  pytanie,  ale 

czy myśmy... 

Gestem  wskazał  łóŜko,  a  Gen  zrozumiała,  Ŝe  on  nic  nie  pamięta  z  wydarzeń  nocy. 

Przez  jedną  zwariowaną  sekundę  kusiło  ją,  by  potaknąć,  Ŝeby  sprawdzić  jego  reakcję,  ale 

ostatecznie roześmiała się miękko. 

- Nie - uspokoiła go. - Nic z tych rzeczy. 

- Och! 

Mógł  to  być  jęk  zawodu  lub  po  prostu  ulga.  WciąŜ  przyglądał  się  jej  nieco  dziwnie. 

Pojęła, iŜ musi wytłumaczyć swoją obecność w jego łóŜku. 

- Dręczył cię koszmar - powiedziała pospiesznie. - Chciałam zostać, póki nie zaśniesz, 

ale ty... - Wzruszyła ramionami. 

- Czy... nie zrobiłem ci krzywdy? 

- Nie. Krzyczałeś tylko i rzucałeś się we śnie. Otworzył oczy, wlepił je ponuro w sufit. 

background image

-  Kiedyś  to  mi  się  zdarzało,  myślałem  jednak,  Ŝe  wreszcie  się  uwolniłem. 

Najwidoczniej myliłem się. - Spojrzał na Gen, zmarszczył brwi. - Spędziłaś tu całą noc? 

- Potrzebowałeś mnie. 

Popatrzył z podziwem, ujął w dłoń jej brodę, pogładził po policzku. 

- Jesteś naprawdę wyjątkowa, wiesz o tym? 

Czy  to  on  przygarnął  ją  do  siebie,  czy  ona  zaczęła  go  całować,  dość,  Ŝe  za  sekundę 

poczuła  jego  gorące  i  spragnione  wargi.  Przytuliła  się,  wzdychając  cichutko  z  rozkoszy, 

pewna,  Ŝe  tego  właśnie  chcieli.  Pojęła,  Ŝe  najbardziej  w  świecie  pragnie  się  kochać  z  tym 

męŜczyzną,  Ŝe  to  najlepsze,  najwaŜniejsze,  co  kiedykolwiek  zaznała  w  Ŝyciu.  Przesunęła 

dłonie  wzdłuŜ  jego  szyi,  zatopiła  palce  we  włosy  i  oddawała  mu  pocałunki  z  tak  Ŝarliwym 

nienasyceniem, Ŝe aŜ jęknął. 

- BoŜe, jak dobrze - wymruczał, przyciskając ją mocniej. - Jesteś taka gorąca, ciepła, 

okrągła tam, gdzie trzeba. Nie ma nic cudowniejszego pod słońcem od trzymania w objęciach 

gorącej, nagiej kobiety. 

-  Wcale  nie  nagiej  -  odszepnęła,  zdumiona  własną  śmiałością.  Szarpnęła  pasek 

szlafroka. - Jeszcze nie. 

- Gen - odezwał się Griff napiętym głosem. - Dziewczyno, ty igrasz z ogniem. 

- Nie boję się takiego ognia. - Ujęła jego dłoń, wsunęła pod piŜamę, kładąc na nagiej 

talii. - Chcę, byś mnie kochał, Griff. JuŜ dłuŜej nie potrafię tego wytrzymać. 

-  Gen!  -  jęknął  błagalnie,  jakby  siłą  zwalczał  pokusę,  która  sama  wchodziła  mu  w 

ręce. - Gen, proszę. Przyprawiasz mnie o szaleństwo. 

- To jest aŜ tak źle? 

-  Na  razie  tak.  Nie  chcę  zaczynać  czegoś,  czego  najpewniej  nie  zdołam  skończyć. 

Ledwie mogę się ruszyć, nie mówiąc juŜ o kochaniu się z tobą. 

- Więc pozwól, Ŝebym ja to zrobiła - szepnęła, nachylając się ku jego wargom. - Przy 

odrobinie wyobraźni i inwencji, jak sam mówiłeś. 

JuŜ  rozchylił  wargi,  chętny,  zapraszający,  jęknął  przeciągle,  gdy  wsunęła  głęboko 

język w jego spragnione usta. Odchylił szlafrok, włoŜył ręce pod piŜamę. Pieścił wygięty łuk 

pleców,  wypukłość  pośladków.  Gen  płonęła,  kaŜdym  nerwem  chłonęła  pieszczoty,  drŜała, 

czując w całym ciele mrowienie. 

Nawet  nie  marzyła,  Ŝe  moŜe  być  tak  dobrze,  Ŝe  cała,  od  czubka  głowy  po  koniuszki 

palców, stanie się tak wraŜliwa, tak czuła. Nie mogła się nim nasycić. Usiadła niecierpliwie, 

odrzucając szlafrok i ściągając górę piŜamy. 

background image

Griff szeroko otwartymi oczami ogarnął jej ciało, rozpłomienionym wzrokiem pieścił 

jej nagie piersi. 

- Mój BoŜe, Gen - szepnął. - Jesteś piękniejsza od najcenniejszych klejnotów. 

Wstydliwie zdjęła skąpe majteczki. Griff wstrzymał oddech. 

Sięgnął ku niej, a ona osunęła się w jego ramiona, rozkoszując się gorącą, aksamitną 

skórą, łaknąc kaŜdej pieszczoty, kaŜdego doznania. 

- I kto teraz igra z ogniem? - spytała bez tchu. 

-  Spal  mnie  -  jęknął  z  ustami  przy  jej  wargach.  -  Chcę  stopić  się  w  twoim  Ŝarze. 

Poczuć, jak płoniesz i wybuchasz przy mnie. 

Wargami  spijał  z  niej  całą  słodycz,  powtarzał  jej  imię,  kierując  tak,  Ŝe  przywarła  do 

niego całym ciałem. Pragnął jej równie gorąco, oboje odczuwali to niemal do bólu, wreszcie 

Gen instynktownie uniosła się i przyjęła między uda jego napręŜony członek. Griff wstrzymał 

oddech, zadrŜał, potem rozsunął szerzej kolanami jej nogi. Gdy w końcu otoczyła jego biodra, 

sama nie mogła złapać tchu. Łakomie otulił dłońmi jej pośladki, prowadził tak, Ŝe wsparta o 

jego piersi zaczęła szlochać, coraz gwałtowniej, na wpół świadomie pragnąc spełnienia. 

Pieścił ją rytmicznie, masując koliście pośladki ku ich miękkiemu wnętrzu, muskając 

w  namiętnej  obietnicy  tego,  co  za  chwilę  nastąpi.  JuŜ  -  juŜ  zdawało  się,  Ŝe  tak  się  stanie,  a 

wtedy Gen cała drŜała, niemal lękając się spełnienia. 

Całowała  jego  piersi,  smakując  słony  smak  skóry,  delikatnie  szczypiąc  zębami, 

językiem  wkradając  się  w  kaŜdy  zakamarek  i  załamanie  ucha.  Griff  westchnął  przeciągle, 

napręŜył plecy. 

- Genny, najdroŜsza! - wyjęczał, gdy nieśmiało zaczęła ssać jego sutek. Pieszczotliwie 

wsunął  palec  między  ich  brzuchy,  w  samo  wilgotne  „serce"  dziewczyny.  Zachłysnęła  się, 

niemal  zastygła,  bała  się  nawet  odetchnąć,  niewiele  brakowało,  aby  rozprysła  się  na  milion 

okruchów. Pieścił ją czule, ale tak, by rozpaliła się do białości. 

-  Pragnę  cię,  Gen.  Pragnę  być  w  tobie.  Pragnę  się  w  tobie  zatracić,  czuć,  jak  drŜysz, 

czuć, Ŝe dostałaś to, czego ty pragniesz. 

-  Ja  teŜ  cię  pragnę  -  szeptała,  chłonąc  magiczny  dotyk  jego  dłoni.  -  Och,  Griff,  jak 

bardzo! 

- Będziesz mnie miała - przyrzekł stłumionym głosem. - Mnie całego, Gen. Chcę, byś 

objęła  mnie  nogami,  Ŝebyś  wzięła  wszystko,  co  chcesz.  Powiedz  mi,  -  Gen.  Powiedz  jak, 

gdzie... 

background image

Te słowa, ten głos posłały ją niemal nad krawędź otchłani, której się równie lękała, jak 

pragnęła  do  niej  dostać.  Pieściła  go  drobnymi  ruchami  bioder,  coraz  mocniej,  aŜ  wreszcie 

rozkoszne napięcie stało się prawie nie do zniesienia. 

Griff jęczał, aŜ do bólu zacisnął palce na jej biodrach. 

- Gen... kochanie, czy ty pojmujesz, co ze mną wyprawiasz? 

Znieruchomiała. - Nie... chyba nie. A tak bardzo to widać? 

- Co? - W głosie Grilla zabrzmiało szczere zdumienie. Otworzył szeroko oczy. 

Spłoniona, ukryła twarz w zagłębieniu jego szyi. 

- Zawsze słyszałam, Ŝe męŜczyźni wolą kobiety doświadczone, ale myślałam, Ŝe... 

- Gen! - parsknął śmiechem. - O czym ty mówisz? 

- Nie pytaj. - Zawstydzona tuliła się do jego ramienia. - JuŜ i tak okropnie mi głupio, 

gdy muszę przyznać, Ŝe nie wiem, co robię, by jeszcze powiedzieć, Ŝe ja nie... nie... 

- Chcesz powiedzieć, Ŝe ty nigdy... 

- Raz - szepnęła zaambarasowana. - Tak jakby... 

-  Gen...  BoŜe,  Gen!  -  opadła  na  poduszki  tłumiąc  śmiech.  Przygarnął  ją  do  siebie.  - 

NajdroŜsza, wierz mi, robisz dokładnie to, co trzeba. Ale twoje słowa wiele zmieniają. 

- Tak? - osłupiała. 

- Gen, kotku, to nie w porządku. Nie widzisz tego? Nie powinnaś robić wszystkiego, a 

przynajmniej nie za pierwszym razem. - Pieszczotliwie odgarnął jej włosy z czoła, ujął twarz 

w  dłonie.  -  Chcę  dla  ciebie  tego,  co  najlepsze!  Wyjątkowe.  I  mimo  tego,  co  ci  wcześniej 

mówiłem, wytrzymam, jeŜeli nie będziemy się dziś kochać. Mogę poczekać, aŜ... 

Roześmiała się słodko. 

- Ale ja nie mogę. JuŜ dosyć się naczekałam. - Kolanami oplotła jego szczupłe biodra, 

powoli przywarła do niego. - Dziś wieczór naleŜę do ciebie, Griff. Cała. Czego pragniesz, ja 

takŜe. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Griff ujął ją mocno. Przez jedną rozkoszną sekundę wydawało się jej, Ŝe pragnie się w 

nią wsunąć. Ale on stanowczym ruchem przytrzymał ją z daleka. 

- Mogłabyś sięgnąć po moje przybory do golenia. LeŜą na nocnym stoliku. 

Gen wybuchnęła śmiechem. Chwyciła jego twarz w dłonie i ucałowała. 

- Odrobina kurtuazji na wstępie nie zaszkodzi, ale naprawdę nie musisz się przedtem 

golić. 

- MoŜliwe, ale przede wszystkim muszę być ostroŜny. Podaj mi więc saszetkę. 

-  Aleja  nie...  och...  -  zaczerwieniła  się  znowu,  gdy  nagle  wszystko  zrozumiała. 

Zawstydzona  podała  saszetkę.  Nieco  speszona  tą  niespodziewaną  przeszkodą,  zsunęła  się  z 

Griffa  i  usiadła  nieruchomo,  kiedy  on  wyjmował  męski  środek  antykoncepcyjny.  Chwilę 

później, w odpowiedzi na ciepły, czuły uśmiech, na nowo przytuliła się całym ciałem. Serce 

waliło jej jak oszalałe. 

- JuŜ, Griff? - popatrzyła mu w oczy. 

- Tak - odszepnął, opasując dłońmi jej biodra. Przesunął ją odrobinę niŜej, przygarnął 

w dół. - Spokojnie, kochanie. 

Po  sekundzie  wahania,  chwili  nacisku,  przyjęła  go  w  czułą,  jedwabistą  miękkość.  A 

potem ujrzała, jak nienasycenie w oczach Griffa zmienia się w niewysłowioną rozkosz. Było 

to tak niewymownie cudowne doznanie, Ŝe aŜ jęknęła. Przymknęła powieki i zatopiła twarz w 

jego piersiach. 

- Nie zabolało? - Zamknął ją w swoich ramionach. 

- Nie - zdołała wyszeptać. - Taka rzecz nigdy nie zaboli. 

- LeŜ spokojnie - wymruczał jej do ucha. - Wyczekaj, aŜ będziesz gotowa. Zapomnij o 

mnie na chwilę i wsłuchaj się tylko w siebie. 

Kiedy  otworzyła  oczy,  spostrzegła,  Ŝe  Griff  pochłania  ją  wzrokiem.  I  dopiero  wtedy 

pojęła, ile kosztowała go ta samokontrola. Uśmiechnęła się miękko. 

- Teraz - szepnęła czując elektryzujące napięcie. - Griff, nie musisz juŜ dłuŜej... 

ZadrŜał.  Kochał  ją  tak  cudownie,  Ŝe  Gen  pozbywszy  się  całej  nieśmiałości 

zapamiętała  się  w  jego  objęciach.  Nagle  z  ust  Griffa  wyrwało  się  jej  imię,  wypręŜył  się, 

odrzucając w tył głowę tak, Ŝe na szyi pojawiły się wszystkie Ŝyły. Spełniło się. 

- Gen! 

background image

Był to okrzyk i satysfakcji, i gniewu, i rozczarowania. Gen, oszołomiona, osunęła się 

w  jego  ramiona.  Przeszywały  ją  dreszcze,  przytuliła  się,  mrucząc  z  zadowolenia,  w  pełni 

zaspokojona. 

Słyszała przyspieszony oddech Griffa, serce biło jej niczym młot. Griff był mokry od 

potu, czuła struŜki spływające między ich brzuchami. 

- Gen, tak mi przykro! Próbowałem! Ale w końcu zwycięŜyłaś, a ja straciłem nad sobą 

kontrolę. Myślałem, Ŝe jesteś ze mną... 

- Bo byłam - mruknęła, niepewna, o co mu chodzi. Griff odsunął się, spojrzał. Potem 

roześmiał się miękko. 

- Niezupełnie, kochanie. 

Potem,  ku  jej  zdumieniu  i  zakłopotaniu,  odwrócił  się  na  bok,  przekręcił  ją  na  plecy, 

wciąŜ mocno obejmując ramionami. 

- Griff! OstroŜnie! 

- Nie mogę zostawić cię u samych wrót raju. - Gorączkowo szukał wargami jej ust. - 

Niech diabli potłuczenia... Wezmę cię całą, najdroŜsza! 

- AleŜ Griff, twoje ramię... 

- Do tego wcale nie potrzeba ramion - wymruczał. Przesunął wargami po jej brzuchu, 

pieszczotliwie  i  wprawnie,  jedwabistym  pocałunkiem  dotykając  tak  wilgotne  miejsce,  Ŝe 

wydawało się to niemoŜliwe. Wróciło gorące, omdlewające napięcie, rozkwitało w rytm tańca 

warg i języka. AŜ chciała się cofnąć. On jednak trzymał ją mocno. Kiedy juŜ była pewna, Ŝe 

zemdleje, napięcie poczęło pękać, eksplodować, pulsować tak cudownie i rozkosznie, iŜ z ust 

dziewczyny wyrwał się okrzyk. 

Powoli wracała do rzeczywistości, poczuła, Ŝe Griff kołysze ją w ramionach, pieści jej 

ucho. 

- Griff - z trudem odzyskiwała oddech, ocierając łzy, nieświadoma nawet, Ŝe płacze. - 

Och, Griff, nie opuszczaj mnie! 

TuŜ przy uchu usłyszała niski, pełen satysfakcji głos: 

- Przenigdy, Wiewiórko. A teraz spokojnie. JuŜ dobrze. 

- Czy tak jest zawsze? 

- Przy odrobinie cierpliwości i czułości. Niekiedy bywa nawet lepiej. Po prostu musisz 

poznać samą siebie. 

- Nieprawdopodobne, by było lepiej. Zęby Griffa rozbłysły w uśmiechu. 

- A jednak... GdyŜ ja pragnę nauczyć cię, byś brała to, co chcesz. I kiedy chcesz. 

background image

-  Obawiam  się,  Ŝe  mogę  stać  się  okropnie  chciwa  -  mruknęła  przytulając  się  mocno. 

Griff syknął, nagle przypomniała sobie o jego potłuczonych Ŝebrach. 

-  Och!  PołóŜ  się  na  plecach.  Nie  powinieneś  tak...  tak  się  wysilać.  Pamiętaj,  Ŝe  to  ja 

cię uwodzę. 

- Udaje ci się to nadzwyczaj skutecznie. Kiedy te wszystkie rany się zabliźnią, słodka 

kusicielko, zamierzam oddać ci tę uprzejmość z taką nawiązką, o jakiej nawet nie marzysz! - 

Przytulili  się  do  siebie.  -  Wiesz,  piekielnie  mnie  zaciekawiłaś.  Tym  „tak  jakby"...  Nie 

powinienem być wścibski - uśmiechnął się ciepło. 

- JednakŜe nasuwa mi to pewne dręczące wizje. Gen zmusiła się do uśmiechu. 

- Miałam wtedy osiemnaście lat. Byłam równie przeraŜona, co ciekawa. On był o rok 

starszy  i,  jak  się  okazało,  równie  niedoświadczony  i  przestraszony.  śadne  z  nas  nie  miało 

pojęcia, jak się do tego  zabrać. Mnie paraliŜował lęk, Ŝe coś zrobię nie tak i nie wtedy,  gdy 

trzeba,  dlatego  nic  do  mnie  nie  dotarło,  prócz  tego,  Ŝe  było  mi  okropnie,  idiotycznie  i 

niewygodnie. Pamiętam, Ŝe chwycił mnie skurcz nogi i był piekielny przeciąg. Zrobiło mi się 

zimno, czułam się jak kretynka. A skończyło się, nim jeszcze się naprawdę zaczęło. 

- Moja biedna Gen. - Griff przygarnął ją do siebie. 

-  Od  tamtej  pory  śmiertelnie  bałam  się  następnego  razu  -  mruknęła  speszona.  -  To 

znaczy, poniewaŜ straciłam dziewictwo, wyobraziłam sobie, Ŝe jeśli poszłabym z kimkolwiek 

do łóŜka, to on spodziewałby się po mnie... więcej doświadczenia. A ja wciąŜ byłam zielona, 

tak więc unikałam wszelkich okazji. 

Griff obrócił się na bok, by lepiej ją widzieć. 

- Ciałem moŜe nie jesteś dziewicą - szepnął, pieszcząc dłonią jej biodra i wewnętrzną 

stronę  ud.  -  Ale  naprawdę,  najdroŜsza  Genevieve,  naleŜysz  do  najniewinniejszych  z 

niewinnych. 

- NaleŜałam - sprostowała z rozkoszą. 

- NaleŜałaś. - Spojrzał na nią zachwycony. - Moja dziewczyna - szepnął. - Nie mogę 

wprost uwierzyć, co ty ze mną wyprawiasz. 

- Za to ja doskonale wiem, co ty ze mną robisz. 

- Pocałowała go w słone od potu ramię. 

- Nie, Gen, coś mi się zdaje, Ŝe wcale nie wiesz. 

- Wsparty o poduszkę, odgarnął jej włosy z twarzy, ujął  głowę w dłonie. - Wszystko 

tak strasznie się skomplikowało. 

- Na tyle, na ile sami tego zechcemy, Griff. - Gen zadziwiły własne słowa. - Nie musi 

bardziej. 

background image

-  Ale  to  juŜ  się  stało.  -  W  szarym  świetle  poranka  patrzył  jej  w  oczy,  jakby  szukał 

czegoś w ich głębi. 

- Niech to diabli! To nie powinno było się zdarzyć! Ja nie chcę się w tobie zakochać. - 

Gen utkwiła w nim nic nie rozumiejący wzrok, on uśmiechnął się głaszcząc ją po policzku. - 

Tylko Ŝe juŜ po fakcie, Gen. Po prostu. JuŜ sobie na to pozwoliłem. 

-  Nie  musisz.  Jeśli  obawiasz  się,  Ŝe  zacznę  stawiać  ci  jakieś  Ŝądania,  spodziewać  się 

czegoś... 

- Nie o to chodzi - westchnął, zły i zaŜenowany jednocześnie. - A moŜe o to? Sam nie 

wiem! Nie chciałbym doprowadzić do sytuacji, w której będziesz oczekiwać po mnie więcej, 

niŜ  mogę  ci  zaoferować.  Nie  chcę  zaczynać  czegoś,  czego  moŜe  nigdy  nie  będzie  mi  dane 

skończyć. 

- Jesteś Ŝonaty, tak? - uniósłszy się na łokciach  popatrzyła na niego z rozpaczą. - To 

właśnie chciałeś mi powiedzieć? 

- śonaty? - zdziwił się. Potem roześmiał cicho. 

- Nie, choć pewnie byłoby prościej, gdybym był... Wtedy przynajmniej nie zrobiłbym 

tak piramidalnego głupstwa i nie stracił dla ciebie głowy z miłości. 

-  To  uwaŜasz  zakochanie  się  we  mnie  za  piramidalne  głupstwo?  -  nie  wiedziała,  czy 

ś

miać się, czy złościć, niepewna, czy się z nią droczył, czy teŜ chciał ją obrazić. 

- Nie wiem, Wiewiórko. W tej chwili po prostu nie wiem. 

- Rozumiem - szepnęła, choć nic nie rozumiała. 

- Chyba lepiej wstanę. - Wysunęła się z jego ramion. 

- Robi się późno. 

- Poczekaj. - Przytrzymał ją za rękę. - Gen, ja... 

- urwał, marszcząc brwi. 

- Tak? - wstrzymała oddech. 

Patrzył na nią ściągnąwszy brwi, zmagał się z jakimś wewnętrznym nakazem. Potem 

wciągnął przez zęby powietrze. 

- Idź pierwsza do łazienki. 

Ulga.  Rozczarowanie.  Nawet  przelotny  gniew.  Zatrzaskiwała  za  sobą  drzwi  targana 

sprzecznymi  uczuciami.  Przez  chwilę  stała  rozzłoszczona.  Nigdy  dotąd  nie  spotkała 

męŜczyzny,  który  budziłby  w  niej  tak  gwałtowne  -  i  przeciwstawne  -  uczucia  w  jednym 

ułamku sekundy! 

Naprawdę,  to  niewyobraŜalne,  zniecierpliwiła  się.  Dobrze  wiesz,  Ŝe  postąpiłaś 

nierozsądnie! Powinnaś skoncentrować całą energię na zamianie tych przeklętych Znaczków 

background image

Wolności,  a  nie  rozkoszować  się  przelotnym,  acz  burzliwym  romansem  z  facetem,  którego 

dopiero przedwczoraj wyciągałaś z przydroŜnego rowu. To niepodobne do ciebie! 

I niespodziewanie parsknęła śmiechem. Cała ta zwariowana eskapada nie była do niej 

podobna.  Dotąd  jej  Ŝycie  było  monotonne,  precyzyjne,  poukładane,  łatwe  do  przewidzenia. 

Nigdy  nie  przepadała  za  niespodziankami,  wolała  zawsze  miłą  pewność,  co  przyniesie 

następny  dzień.  Och,  czasami  zdarzało  się,  Ŝe  czuła  przemoŜną  ochotę,  by  zrobić  coś 

nieoczekiwanego  i  zwariowanego,  ale  zawsze  udawało  się  jej  zdusić  tę  pokusę  na  czas. 

Prawda,  Ŝe  kiedy  obserwowała  burzliwe  Ŝycie  swoich  przyjaciół,  zastanawiała  się,  czy 

przypadkiem nie jest nieco nudna. Albo znudzona. 

Tylko Ŝe, znowu wybuchnęła śmiechem, gdy z rzadka planowała bunt, to niedokładnie 

o to jej chodziło. Z pewnością istniały inne sposoby dodania smaku Ŝyciu niŜ przeistoczenie 

się  w  międzynarodową  złodziejkę  dzieł  sztuki  i  wdanie  w  amory  z  męŜczyzną,  który  nosi 

broń  i  moŜe  okazać  się  jeszcze  większym  od  niej  przestępcą.  Rozbawiona  zakręciła  wodę, 

wychodząc spod prysznica wzięła jeden z grubych, mięsistych ręczników. 

Wytarła  się  energicznie,  potem,  nałoŜywszy  jedynie  koronkowy  stanik  i  figi,  z 

ciekawością  przyjrzała  się  swojemu  odbiciu  w  zaparowanym  lustrze.  MoŜe  nie  piękność 

filmowa,  ale  i  tak  niebrzydka.  Włosy  niczym  chmura  miedzianych  pierścionków,  chyba 

przyduŜo  bursztynowych  piegów,  ale  rysy  regularne  i  wszystko  na  miejscu.  Reszta  teŜ 

niczego sobie. Potem napotkała swój wzrok i zmarszczyła brwi. Dlaczego więc Griff doszedł 

do wniosku, Ŝe romans z nią był zbyt niebezpieczny, by nawet o nim myśleć? 

Westchnąwszy  uświadomiła  sobie  aŜ  nazbyt  oczywistą  odpowiedź.  Rzeczywiście 

jestem niebezpieczna. JuŜ i tak wplątała go w kradzieŜ, przemyt i Bóg wie co jeszcze, tylko 

dlatego,  Ŝe  z  nią  podróŜował.  Griff  nie  jest  głupcem,  rozumiał,  Ŝe  coś  się  święci.  Widzi,  Ŝe 

ona  jest  przeraŜona  i  Ŝe  od  czegoś  ucieka.  Lub  przed  kimś.  Tym  kimś  zaś  moŜe  być  kaŜdy: 

kochanek, mąŜ, syndykat zbrodni. Nawet policja. 

Mimo woli zachichotała. Biedny Griff! Nie był ani idiotą, ani tchórzem, ale nawet on 

nie  Ŝyczył  sobie  związku  z  tajemniczą  kobietą,  która  moŜe  okazać  się  wszystkim  -  od 

międzynarodowej  terrorystki  po  zbiegłą  Ŝonę.  Co,  oczywiście,  stawiało  ją  w  kłopotliwej 

sytuacji. Czy powinna być na tyle uczciwa i wytłumaczyć mu, czym ryzykuje przebywając w 

jej towarzystwie? A moŜe zwyczajnie nacieszyć się kilku dniami i nocami w nadziei, Ŝe nic 

się nie zdarzy? 

Gdy  stała  tak,  zastanawiając  się,  którą  wybrać  alternatywę,  rozległo  się  pukanie  do 

drzwi. 

background image

-  Utopiłaś  się?  -  padło  przeciągłe  pytanie.  -  Pozwolisz  się  wreszcie  ogolić  jednemu 

facetowi? 

Parę  minut  później,  słuchając,  jak  Griff  bierze  prysznic,  nakładała  dŜinsy  i  biało  - 

czerwona  kraciastą  bluzkę,  w  której  zadawała  kłam  staremu  przesądowi  wiele  lat 

ograniczającemu  jej  garderobę  do  zieleni  i  błękitu.  Odruchowo  przypięła  małe,  czerwone 

klipsy, rozbawiona, Ŝe wraca do swoich nawyków nawet w obliczu zagroŜenia. MoŜe w ten 

sposób  trzyma  się  rzeczywistości.  Kiedy  cały  jej  świat  obracał  się  do  góry  nogami,  para 

klipsów i kropla ulubionych perfum stwarzały miłą iluzję normalności. 

Usłyszała, Ŝe Griff zakręca wodę, wrzuciła resztę rzeczy do podróŜnej torby. Gdybym 

miała  choć  trochę  rozumu,  powiedziała  sobie  sucho,  odjechałabym,  nim  zakocham  się  w 

Griffie  po  uszy...  albo,  co  gorsza,  on  się  we  mnie  zakocha.  JuŜ  i  tak  Ŝyła  w  nierealnym 

ś

wiecie,  będąc  kimś,  kim  wcale  nie  jest,  robiąc  to,  co  dotąd  by  jej  nawet  przez  myśl  nie 

przeszło.  Do  tych  rzeczy  naleŜało  kochanie  się  z  Griffem  dzisiejszego  ranka.  Romans  z 

wagabundą - motocyklistą jak ulał pasował do świata fantazji. 

Westchnęła,  wynosząc  torbę  do  saloniku.  Kłopot  w  tym,  Ŝe  za  dwa  dni  ten  bajkowy 

ś

wiat się skończy. Co wtedy stanie się z nową  Gen Jourdan? A z Griffem? „Pomyślę o tym 

jutro", zacytowała klasyczne powiedzonko Scarlett O'Hary. 

Odemknęła  zamek  i  otworzyła  drzwi  na  ościeŜ,  z  rozkoszą  wciągnęła  przesycone 

aromatem sosen powietrze. 

- Dzień dobry, panno... hm... Cantreli, nie mylę się, prawda? 

Z  jednego  z  wiklinowych  foteli  stojących  przy  drzwiach  uniosła  się  uśmiechnięta 

postać.  Gen  cofnęła  się,  zachwiała,  zbyt  oszołomiona,  by  uczynić  coś  więcej,  jak  tylko 

bezradnie gapić się na męŜczyznę, który pewnym krokiem wchodził do saloniku. 

- Wydaje mi się, Ŝe pani ma coś, co do mnie naleŜy. Henri Broussarde uśmiechał się 

Ŝ

yczliwie.  Gdy  ją  wymijał,  poczuła  smugę  kosztownej  wody  kolońskiej.  Broussarde  był 

równolatkiem jej dziadka, miał sześćdziesiąt dwa lata, ale wyglądał o dziesięć młodziej. Nic 

dziwnego,  pomyślała  z  wściekłością.  To,  Ŝe  dziadek  postarzał  się  ponad  wiek,  to 

prawdopodobnie twoja zasługa! 

- Jak mnie znalazłeś? - spytała ochryple. 

-  Po  włosach,  moja  droga  -  wyjaśnił  cichym,  kulturalnym  tonem.  -  MoŜesz  sobie 

zmieniać nazwisko, ale póki nie zrobisz czegoś z włosami, jesteś, jak to się mówi, na widelcu. 

- Wynoś się - głos Gen zadźwięczał niczym hartowana stal. 

- No, no... Daj spokój - parsknął rozbawiony. - Nie wyobraŜasz sobie chyba, Ŝe odjadę 

bez swojej własności. 

background image

- To własność Williama Laporteauxa, nie twoja. 

-  Doprawdy,  Genevieve,  twój  upór  staje  się  nudy  -  westchnął  zniecierpliwiony.  -  To 

sprawa  między  twoim  dziadkiem  a  mną.  Wszystko  biegło  gładko,  póki  nie  uznałaś  za 

stosowne się wtrącić. - W jego oczach pojawiły się twarde błyski. - A teraz oddawaj znaczki i 

między nami kwita. 

- Mówiłam, Ŝebyś się wynosił. - Gen  aŜ trzęsła się ze złości, z trudem panowała nad 

głosem. 

Zirytowany machnął ręką. 

- Genevieve, bądźŜe rozsądna. Odzyskam znaczki, tak czy inaczej. 

- Po moim trupie. Popatrzył uraŜony. 

- Nie wydaje mi się to konieczne. - Skinął ręką, jakby opędzał się od much. - Chciałaś 

chronić  dziadka.  Potrafię  to  zrozumieć.  Ale  brnięcie  w  to  dalej  wpędzi  cię  w  kłopoty.  Twój 

dziadek  podrobił  znaczki,  Genevieve.  Wątpię,  czy  przeŜyje  więzienie,  do  którego  na  pewno 

go wpakują, gdy prawda wyjdzie na jaw. 

-  Posiedzi  tyle,  co  ty  -  odpaliła  Gen.  -  Sfałszował  je,  bo  go  szantaŜowałeś.  W  całym 

kraju nie znajdzie się taki sąd, który by go skazał. 

Przez twarz Broussarde'a przemknął cień gniewu. - Młoda damo, nie rozumiesz chyba, 

jaka  tu  toczy  się  gra.  Nie  traktuj  mnie  jak  starego  sklerotyka.  Nie  pozwolę,  aby  naiwny 

dzieciak  wtrącał  się  w  coś  tak  waŜnego.  JeŜeli  nie  przestaniesz  się  tak  absurdalnie  upierać, 

opowiem o twoim dziadku wszystko... co do joty. A to go zniszczy. Nawet - dodał lodowato - 

moŜe go zabić. 

- Nie ośmielisz się! - syknęła Gen. - Nie moŜesz go wydać, nie wyjawiając swojej roli. 

A  jeśli  spróbujesz,  przysięgam,  moja  w  tym  głowa,  abyś  zgnił  w  kryminale!  A  teraz  wynoś 

się do diabła albo wezwę policję i kaŜę cię aresztować. 

Z twarzy Broussarde'a zniknęła wszelka fałszywa uprzejmość. Z zimnym błyskiem w 

oczach ruszył w jej stronę. 

-  Dawaj  znaczki,  Genevieve,  i  to  juŜ!  -  Spostrzegł  leŜącą  na  sofie  torbę,  chwycił  ją, 

otworzył, wyrzucił zawartość na stół. Przejrzał rzeczy. - Gdzie są? 

-  Wydaje  mi  się,  Ŝe  ta  młoda  dama  prosiła  pana  o  opuszczenie  pokoju  -  zza  pleców 

Gen odezwał się przeciągły, niski głos. 

Podskoczyła jak oparzona. Zobaczyła Griffa w korytarzyku prowadzącym do sypialni, 

wspartego o futrynę, ubranego w błękitne dŜinsy i czarny podkoszulek z emblematem Harley 

-  Davidson.  Prezentował  się  niewiarygodnie  męsko.  Na  włosach  lśniły  mu  kropelki  wody. 

Gen patrzyła na niego jak zauroczona. 

background image

Podobnie Broussarde. Wybałuszył oczy, jakby ujrzał ducha, potem się otrząsnął. 

- To nie twoja sprawa, młodzieńcze. To sprawa między... 

-  Guzik  mnie  to  obchodzi  -  przerwał  mu  Griff  głosem,  w  którym  czaiła  się  groźba. 

Lekko jak kot ruszył ku Broussarde'owi. - Dama wyraziła Ŝyczenie, więc fora ze dwora! JuŜ! 

- Ta kobieta ma moją własność. śądam zwrotu. To złodziejka. A ty, młody człowieku, 

pomagasz i kryjesz... 

Griff  uczynił  tak  błyskawiczny  ruch,  Ŝe  nim  Gen  się  zorientowała,  juŜ  usłyszała  jęk 

Broussarde'a.  Griff  przesadził  susem  salonik,  spokojnie  mierzył  wzrokiem  wykrzywioną 

twarz przeciwnika. 

- Nie mam zwyczaju powtarzać czegokolwiek dwa razy - wycedził. - Więc lepiej się 

pospiesz i znajdź za drzwiami, nim policzę do trzech. 

- Posłuchaj! 

- Raz... 

-  Nie  pozwolę  się  zastraszyć!  Nie  odejdę  bez...  -  ale  z  równym  pośpiechem,  jak 

protestował, wycofywał się pod drzwi. 

- Dwa... 

- Wynajmując tego... goryla, nic nie zdziałasz - syknął do Gen. - MoŜesz być pewna, 

Ŝ

e odbiorę znaczki! 

Ostatnie  dwa  słowa  dobiegły  juŜ  z  powietrza,  jakby  Broussarde  nagle  się  rozpłynął. 

Griff  z  bezwzględną  miną  pomaszerował  do  drzwi,  stanął  w  milczeniu  na  progu.  Gen 

usłyszała  warkot  samochodu,  potem  jasnokremowy  pojazd  wyprysnął  niczym  strzała  z 

parkingu. 

- On jeździ Lincolnem. - Spojrzała oszołomiona. 

- Co? 

- On jeździ Lincolnem. Wobec tego, kim jest kierowca Buicka? 

- Mnie o to nie pytaj, kotku - westchnął Griff. 

- Pamiętasz, Ŝe jestem tylko wynajętym gorylem? 

- zachmurzony odwrócił się od drzwi. 

Kiedy znaczenie jego słów dotarło do jej świadomości, Gen szerzej otworzyła oczy. 

- Chyba nie myślisz, Ŝe kochałam się z tobą tylko dlatego, byś czuł się zobowiązany 

mi pomóc? 

Spojrzał jej prosto w oczy, twarz miał powaŜną, zamyśloną. 

-  Za  nic  nie  chciałbym  tak  myśleć,  Wiewiórko.  Gen,  chyba  trochę  za  późno  martwić 

się, Ŝe mnie w to wplątałaś. W ten czy w inny sposób. 

background image

- Masz rację. - Odwróciła się ku niemu. Przytulił ją, odpędzając koszmary. Zamknęła 

oczy, zniknęło napięcie, czuła, jak przenika ją regenerujące, uzdrawiające ciepło. - Nie wiem, 

czym  był  nasz  wspólny  ranek  -  szepnęła.  -  Ale  nie  miał  nic  wspólnego  z  Broussarde'em. 

Byliśmy tylko ty i ja. Na tamtą jedną chwilę cały świat przestał dla mnie istnieć. 

- Wiem. 

- Czas juŜ chyba najwyŜszy, bym wyjaśniła ci, o co tu chodzi. 

-  Tylko  jeśli  rzeczywiście  tego  chcesz.  Niewiarygodne,  ale  Gen  wiedziała  na  pewno, 

Ŝ

e Griff nie kłamie. „Tylko jeśli rzeczywiście tego chcesz". Zamarła, słysząc, Ŝe on szczerze 

pragnie poznać jej kłopoty. 

Jedną cudowną sekundę patrzyła mu w oczy, potem wzięła głęboki oddech, wyzwoliła 

się  z  czułych  objęć  i  poszła  do  torby  podróŜnej.  Odpięła  suwak,  ostroŜnie  wyjęła 

przezroczystą kopertę. Marszcząc w skupieniu brwi pęsetką wyjęła czteroznaczkowy bloczek. 

Niemal z czcią połoŜyła go na kopercie i popatrzyła na Griffa. 

Spojrzał obojętnie. 

- Aha, zbierasz znaczki. 

-  Gdyby  tak  było  -  poinformowała  go  rzeczowo  -  to  znajdowałyby  się  w  bankowym 

sejfie, a nie na dnie mojej torby. To jednofrankowe vermiliony z 1849 roku, bloczek niemal w 

idealnym stanie. Wart jakieś pół miliona dolarów. - Widząc, jak go zatkało, uśmiechnęła się. - 

Czy teraz wzbudziłam pana zainteresowanie, panie Cantrell? 

- W stu procentach. - Wsparłszy się o stół wlepił oczy  w znaczki, nie uczynił jednak 

nic, by ich dotknąć. 

- Paskudztwo. Za pół bańki wołałbym czterokolorowe błyskotki. 

-  Wycofano  je  z  obiegu  parę  miesięcy  po  wypuszczeniu  na  rynek,  gdyŜ  mylono  je  z 

markami  za  czterdzieści  centów,  podobnymi  kolorem.  A  poniewaŜ  seria  była  niewielka, 

niemal  natychmiast  stały  się  okazami  kolekcji.  -  Na  Griffie,  zdaje  się,  nie  wywarło  to 

większego wraŜenia. - To Znaczki Wolności, Griff. Podniósł wzrok. 

-  Coś  mi  się  obiło  o  uszy.  CzyŜ  to  nie  je  przeszmuglowano  z  Francji  w  Statui 

Wolności? 

-  Ciepło,  ciepło.  NaleŜały  do  wielkiej  kolekcji,  skradzionej  w  ParyŜu  na  początku 

1885 roku. Wkrótce potem jeden ze złodziei wpadł w ręce policji i aby ocalić skórę, wszystko 

wyśpiewał.  Dokonano  kolejnych  aresztowań,  a  Andre  Perrault,  kapuś,  zdecydował  się 

schronić  w  Nowym  Jorku,  póki  cała  sprawa  nie  przyschnie.  Dopiero  po  jego  wyjeździe 

władze  zorientowały  się,  Ŝe  zatrzymał  ten  bloczek  ze  znaczkami,  pewnie,  by  sfinansować 

sobie nowy start w Ŝyciu. 

background image

- Jakim cudem wylądowały w Statui? 

-  Ktoś  ruszył  tropem  Perraulta.  Donosiciel  nie  cieszy  się  powszechną  estymą,  a  ten 

chyba  miał  jeszcze  mniej  przyjaciół  od  innych.  Z  Francji  uciekał  w  pośpiechu.  Dokumenty 

mówią,  Ŝe  zarezerwował  sobie  miejsce  na  pokładzie  małego  okrętu  „Isere",  tego  samego, 

który wiózł skrzynie z rozmontowaną Statuą Wolności do Nowego Jorku. Kiedy dziesięć dni 

później „Isere" dobiła do miejsca przeznaczenia, Perraulta nie było wśród pasaŜerów. 

-  Ekspres  z  Szanghaju?  -  Griff  spostrzegł  niepewne  spojrzenie  Gen  i  obrazowo 

przeciągnął dłonią po gardle. - Ktoś go dopadł i ciemną nocą wyekspediował za burtę. 

Gen z obrzydzeniem potaknęła. 

-  Nigdy  się  nie  dowiemy,  co  się  naprawdę  zdarzyło.  Ale  to  moŜliwe.  Nikt  juŜ  go 

więcej nie widział. Perrault mógł jednak zorientować się, Ŝe jest śledzony, gdyŜ udało mu się 

otworzyć jedną ze skrzyń i ukryć znaczki. Dokładnie mówiąc, w lewej ręce posągu. A potem 

rozpłynął się we mgle, zabierając ze sobą swój sekret. 

- Na znaczki trafił przypadkowo robotnik, zatrudniony przy remoncie Statui? 

Gen znowu kiwnęła głową. 

-  Były  w  idealnym  stanie,  mimo  wielu  lat  deszczu  i  śniegu,  i  zanieczyszczonego 

powietrza. Bez trudu wykryto ich pochodzenie i domyślono się, jak się tam dostały. 

Griff zmarszczył brwi. 

- Czytałem chyba w „Timesie", Ŝe spadkobiercy właściciela mieszkają gdzieś tutaj, w 

Kanadzie. 

- William i Zoe Laporteauxowie - potwierdziła cicho. - Na przedmieściach Quebecu. 

Popatrzył dziwnie. 

-  Sądziłem,  Ŝe  znaczki  zwrócono  im  w  ramach  tego  cyrku  obchodów  rocznicy 

Wielkiego Czwartego Lipca, kiedy obnaŜyli Damę. 

- Odsłonili - poprawiła go sucho. - Nie obnaŜyli. Znaczki istotnie zwrócono. Wręczała 

je osobiście Ŝona prezydenta w imię stosunków dobrosąsiedzkich. 

-  Bawiąc  się  pęsetą,  wzięła  głęboki  oddech.  -  Ale  je  ukradziono.  -  Chwilę  potrwało, 

nim  informacja  ta  dotarła  do  Griffa.  Wreszcie  popatrzył  na  nią  przenikliwie.  -  To  ja  je 

ukradłam, Griff. Henriemu Broussarde'owi. I on Ŝąda ich zwrotu. 

Cisza była tak niezmącona, Ŝe Gen słyszała kapanie wody z kuchennego kranu. Griff 

wyprostował się powoli. 

- JeŜeli chciałaś przykuć moją uwagę - wycedził - to w pełni ci się udało, kochanie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Wiem, Ŝe zabrzmiało to idiotycznie - szepnęła  bezradnie, nie odrywając wzroku od 

znaczków. 

-  Broussarde  jest  filatelistą.  NaleŜy  prawdopodobnie  do  śmietanki  kolekcjonerów  w 

Ameryce Północnej. Wykłada historię na Uniwersytecie Pensylwańskim. Zajmuje się równieŜ 

zbieraniem staroci. W kaŜdej z tych dziedzin jest ekspertem. Poproszono go o potwierdzenie 

autentyczności znaczków. A on... 

-  zacisnęła  wargi.  -  Dojrzał  okazję  wzbogacenia  się.  Ma  kontakty  na  całym  świecie. 

Wie, kto zapłaci najwyŜszą cenę za coś takiego, nie stawiając Ŝadnych pytań. 

- Aha, rodzina Laporteaux w istocie nigdy tych znaczków nie dostała? 

-  AleŜ  tak.  Ściślej  mówiąc,  identyczny  bloczek.  Griff  oparł  się  plecami  o  stół  i 

skrzyŜował ramiona. 

Zmarszczył brwi. 

- Nie bardzo rozumiem. 

- Mój dziadek go sfałszował. Laporteauxom dostały się falsyfikaty. 

- Jak ty się w to wpakowałaś? Z tym? - spojrzał ostro na znaczki. 

- Ukradłam je Broussarde'owi, nim zdąŜył je sprzedać. - Griff milczał i nie spuszczał z 

niej wzroku. - Broussarde szantaŜem wymusił na dziadku współpracę. Griff, ja muszę zdobyć 

falsyfikaty,  a  na  ich  miejsce  podłoŜyć  oryginały.  JeŜeli  oszustwo  się  wyda...  a  to 

nieuniknione...  dziadek  będzie  skończony.  Dlatego  jadę  do  Quebecu.  Na  szczęście  William 

Laporteaux  nie  jest  filatelistą,  w  przeciwnym  razie  zorientowałby  się  w  szwindlu 

Broussarde'a. 

-  Jeśli  ni  stąd,  ni  zowąd  pojawisz  się  u  Laporteauxa  z  oryginałami  w  garści,  to  on 

niechybnie zaŜąda wyjaśnień. 

- Nie zamierzam mu niczego tłumaczyć - mruknęła. - Planuję... się tam jakoś wedrzeć 

i je podmienić. 

- A jak sobie umyśliłaś to maleńkie włamanie? 

- Nie wiem - wyznała szeptem. 

- Ale wiesz, gdzie Laporteaux przechowuje bloczek ze znaczkami, co? W posiadłości? 

Banku? Pod materacem? 

- Nie wiem. 

background image

-  A  jeśli  w  połowie  rynny  przyłapie  cię  nerwowy  ochroniarz  wraz  ze  swoim 

dobermanem łasym na ludzkie mięso? Albo jeśli schwytają cię na gorącym uczynku z corpus 

delicti  w  postaci  obu  bloczków  ze  znaczkami  w  dłoniach?  Jak  wtedy  udowodnisz,  Ŝe 

wkładasz, a nie wyjmujesz oryginały? 

-  Nie  wiem!  -  stłumiła  irytację.  -  Po  prostu  nie  wiem.  -  Opadła  na  sofę,  spuściwszy 

ramiona. - Wiem jedno: muszę tego dokonać. Coś wykombinuję. 

-  Nie  rozumiem,  czy  jesteś  najgorszą  kłamczucha,  jaką  spotkałem,  Wiewiórko,  czy 

tylko  tak  straszliwie  naiwna.  -  Westchnął,  jakby  nie  całkiem  dotarło  do  niego  to,  co  przed 

chwilą usłyszał. - Świadectwo jednego człowieka przeciw drugiemu? Czy twój dziadek moŜe 

udowodnić, Ŝe był szantaŜowany? 

- Tylko wyjaśniając dlaczego. - Odetchnęła głęboko, zrozpaczona spojrzała na Griffa. 

-  To  konsekwencja  czegoś,  co  zrobił  dawno  temu.  We  Francji,  w  czasie  wojny.  -  Oparła 

głowę, wbiła wzrok w sufit. - NaleŜał do francuskiego ruchu oporu. W chwili wybuchu wojny 

był  tylko  czeladnikiem  drukarskim,  ale  kiedy  Francja  upadła,  stał  się  światowej  klasy 

fałszerzem. 

Griff ani drgnął, czuła jednak, Ŝe obserwuje ją spod wpółprzymkniętych powiek. 

-  Gestapo  wpadło  na  jego  ślad.  Zaciągnięto  go  do  jednego  z  cichych  gabinetów 

przesłuchań  i  postawiono  ultimatum:  albo  wyda  towarzyszy  i  będzie  Ŝył...  albo  umrze 

najstraszliwszą,  powolną  śmiercią.  Dla  zachęty  przyprowadzili  młodą  kobietę,  Genevieve 

Bouchart. Gdy powie im wszystko, obiecali i ją puścić wolno. 

- To była twoja babka.. 

-  Wtedy  jeszcze  nie.  A  przynajmniej  nie  wedle  prawa,  choć  chodziła  juŜ  cztery 

miesiące  w  ciąŜy  z  moim  ojcem.  Dziadek  miał  ledwie  dziewiętnaście  lat  i  oszalał  z 

przeraŜenia. W końcu zdradził. Babcia usiłowała  go powstrzymać. Próbowała targnąć się na 

swoje  Ŝycie,  by  nie  miał  motywu,  ale  ktoś  jej  w  tym  przeszkodził.  Wtedy  i  tak  juŜ  było  za 

późno. Gdy dziadek oprzytomniał i zrozumiał, co zrobił, usiłował ostrzec przyjaciół. Prawie 

się mu udało... wpadło tylko trzech. Ale ci trzej zginęli potworną śmiercią. Wśród ocalonych 

zaś  znajdował  się  Broussarde.  -  Przełknęła  ślinę.  -  Dziadek  wypchnął  Genevieve  z  Francji, 

niedługo  potem  samemu  udało  się  mu  wydostać.  Po  skończeniu  wojny  pobrali  się  i 

wyemigrowali  do  Stanów.  Dziadka  przez  ponad  czterdzieści  lat  prześladowała  jego  zdrada. 

Nigdy nikomu się do niej nie przyznał. Nawet mojemu ojcu. Babcia zmarła przed pięciu laty. 

Ona wybaczyła dziadkowi w tej samej chwili, w której tamto się stało, ale on nigdy siebie nie 

rozgrzeszył. Gdyby kiedykolwiek historia ta wyszła na jaw, zabije dziadka, Griff. Od przeszło 

background image

roku  widziałam,  Ŝe  coś  go  gryzie.  Wtedy  to  Broussarde  zmusił  go  do  fałszerstwa. 

Przysięgłam, Ŝe jego sekret zostanie bezpieczny. 

- Dobry BoŜe... - Griff poszarzał na twarzy. 

-  Usiłowałam  go  przekonać,  Ŝe  w  tamtych  czasach  nic  nie  było  czarne  i  białe,  Ŝe 

podczas wojny ludzie musieli podejmować takie decyzje, które w innych okolicznościach nie 

miałyby sensu. Nie próbuję usprawiedliwić jego czynu, ale tysiąckrotnie zapłacił juŜ za tamtą 

chwilę słabości. 

Griff utkwił wzrok w podłodze, na twarzy pojawił się nerwowy tik. 

-  Broussarde,  oczywiście,  ma  to  w  nosie.  On  tylko  chce  zwrotu  tych  cholernych 

znaczków. - Uśmiechnęła się niewesoło. - Ja nie bardzo nadaję się do takich rzeczy. 

- Powiedziałbym, Ŝe poczynasz sobie całkiem nieźle - odezwał się cicho Griff. W jego 

oczach  dostrzegła  niekłamane  uznanie.  -  Zapędziłabyś  w  kozi  róg  niejednego  eksperta  z  tej 

branŜy. - Chwycił swoją torbę. - Gotowa do drogi? 

Spojrzała zdumiona. 

-  To...  znaczy,  Ŝe  wciąŜ  chcesz  ze  mną  jechać?  Wziął  obie  torby,  obejrzał  się  przez 

ramię. 

- Powiedziałem ci juŜ, Ŝe się ode mnie nie odczepisz, Wiewiórko. 

-  PrzecieŜ...  -  podeszła  do  niego  powoli.  -  Griff,  jeŜeli  ze  mną  zostaniesz,  wiedząc  o 

wszystkim, staniesz się moim wspólnikiem. 

-  KradzieŜy,  przemytu  za  granicę  cudzych  dóbr.  To  na  początek.  Kto  wie,  moŜe  nim 

doprowadzimy  to  wszystko  do  końca,  trafią  się  nam  jeszcze  ze  dwa,  trzy  przestępstwa.  - 

Mówiąc to, mierzył ją powaŜnym wzrokiem. 

- Nam? - zamrugała powiekami. - Griff, ty chcesz mi pomóc? 

Przyglądał się jej chwilę, potem z uśmiechem otworzył drzwi. 

Stała jak wmurowana, zbyt osłupiała, by oderwać wzrok od zamykających się drzwi. 

Wreszcie dotarło do niej, Ŝe Griff wyszedł, więc pospieszyła za nim. Na werandzie stały dwie 

torby. Na jednym z wiklinowych foteli leŜał zwinięty w kłębek młody kociak. Spojrzał na nią, 

wstał, ziewnął i przeciągnął się. Skoczył ku niej zwinnie, wsunął głowę pod ramię, mrucząc 

głośno, gdy zaczęła go głaskać. 

Zaszeleścił ŜuŜel, przed chatę zajechał samochód. Griff wysiadł, wyszczerzył zęby w 

uśmiechu. 

- Znalazłaś sobie przyjaciela? 

background image

- Tak - spojrzała mu w oczy. - Mam wraŜenie, Ŝe tak. Uśmiechnął się, postawił nogę 

na  najniŜszym  schodku,  wsparł  rękę  na  kolanie  i  nachylił  się,  by  odgarnąć  pukiel 

płomiennorudych włosów z jej policzka. 

- Masz coś więcej, Wiewiórko - mruknął. - O wiele, wiele więcej. 

Gen zaczerwieniła się, spojrzała na mruczącego kota. 

- Griff, jesteś pewny? 

Zamrugał  powiekami,  popatrzył  na  nią.  Potem  ujął  jej  twarz  i  przyciągnął  do  siebie, 

gorąco  całując  w  usta.  Gdy  wreszcie  ją  puścił,  Gen  nie  mogła  złapać  tchu,  wirowało  jej  w 

głowie. 

- Czy to była dostateczna odpowiedź? - spytał Griff. 

- Tak... chyba tak - wyjąkała. 

- W takim razie, KsięŜniczko, dalszą część przedstawienia przenosimy na szosę. 

Griff pierwszy spostrzegł niskiego, tęgiego męŜczyznę. 

Gen wcale nie zamierzała zatrzymywać się na lunch. Zbyt dręczyły ją zmartwienia, by 

miała  apetyt.  Ale  Griff  stanowczo  uciął  jej  protesty  i  znalazł  malowniczą  restaurację  na 

brzegu  małego,  głębokiego  jeziora.  Zła  i  zirytowana  usiadła  w  kamiennym  milczeniu, 

niechętna 

nawet 

imponującej 

panoramie 

jeziora 

dzikich 

skalistych 

wzgórz, 

rozpościerających się przed jej stolikiem. Griff, niespeszony jej humorami, zamówił dla niej 

czerwone  wino,  dla  siebie  wodę  mineralną,  przejrzał  menu.  Powtarzając  dobitnie,  Ŝe  nie 

zgłodniała,  odmówiła  nawet  spojrzenia  w  kartę.  Kiedy  Griff  składał  zamówienie,  udała,  Ŝe 

ogląda salę. 

Właśnie  popijali  kawę,  gdy  spostrzegła,  jak  Griff  sztywnieje.  Zaintrygowana 

rozejrzała  się  i  zobaczyła  jakiegoś  niechlujnego  grubasa,  siedzącego  po  przeciwnej  stronie 

restauracji. 

- Kto to? - Gen spojrzała pytająco na Griffa. 

-  O  to  samo  chciałem  ciebie  spytać.  -  PrzymruŜywszy  oczy  obserwował 

nieznajomego. - On nas śledzi. 

-  Nigdy  w  Ŝyciu  go  nie  widziałam.  Na  pewno  bym  go  zapamiętała.  Ten  wymięty 

garnitur  i  wzrok  kogoś,  kto  przez  całe  Ŝycie  robi  sobie  notatki,  by  potem  je  gubić.  -  Co  to 

znaczy, Ŝe nas śledzi? 

-  Był  dziś  rano  w  zajeździe.  Kiedy  poszedłem  po  samochód,  czaił  się  w  krzakach  za 

chatą. 

- Co? - spytała oburzona. 

- Twierdził, Ŝe czatuje na trójpalczaste dzięcioły. 

background image

- Griff uśmiechnął się i popił wodę. - Udałem, Ŝe mu wierzę, ale on potem cały czas 

następował nam na pięty. 

-  MoŜe  właśnie  jest  pora  migracji  tych  trójpalczastych.  -  Gen  znowu  się  obejrzała. 

Nieproszony towarzysz opychał się monstrualnym sandwiczem popijając go wielkim kuflem 

piwa. 

Griff skinął na kelnerkę. 

- Chodźmy, póki on je. Jeśli wstanie i ruszy za nami, będziemy wiedzieć, Ŝe czyha na 

nas, a nie na te trójcośtam. 

-  Griff,  on  idzie  za  nami!  -  kurczowo  przywarła  do  jego  ramienia.  Niski  tłuści  och, 

przyłapany na gorącym uczynku, wpychał w usta połowę sandwicza i pędził za nimi. Wcisnął 

zdumionej kelnerce zwitek banknotów i wypadł z drzwi właśnie w chwili, kiedy Gen i Griff 

dotarli do samochodu. 

- Wsiadaj! - syknął przez zaciśnięte zęby Griff. 

- Ten facet to amator, a ja nie znoszę amatorów. W najlepszym wypadku plączą ci się 

pod nogami, w najgorszym faszerują ołowiem. 

- Co zamierzasz? - obserwowała nieznajomego, spieszącego przez parking do swojego 

auta. 

Griff włączył silnik, nie spuszczając z tamtego oka. Na jego twarzy pojawił się groźny 

uśmieszek. 

- Zgubić tego zająca. Trzymaj się. 

Po dwudziestu minutach jeŜącej włos na głowie jazdy Gen odpięła pas bezpieczeństwa 

i obejrzała się. 

- Chyba go zgubiliśmy. Griff tylko chrząknął. 

- Ten gość jest lepszy, niŜ myślałem. 

- Sądzisz, Ŝe wciąŜ jedzie za nami? 

- Przypuszczam, Ŝe usiłuje. 

Wzięła głęboki oddech i oparła się, zapinając na powrót pas. 

- Kim on moŜe być, Griff? 

-  Mnie  chyba  nie  śledzi  -  popatrzył  na  nią  wymownie.  Przeszył  ją  dreszcz,  roztarta 

ramiona. 

-  Griff,  ja  się  okropnie  boję.  Po  raz  pierwszy,  odkąd  ukradłam  te  przeklęte  znaczki, 

jestem naprawdę przeraŜona. 

Uśmiechnął się. 

background image

- Kiedy dziś rano stawiałaś czoło Broussarde'owi, wcale nie wyglądałaś na strachliwą. 

Prawie Ŝal zrobiło mi się starego. 

- Byłam zbyt wściekła, by się bać. Ale ten... - Znowu zadrŜała. - Nie wiem, kim jest, 

ani czego chce. Sama świadomość, Ŝe czai się gdzieś w pobliŜu... 

-  Nikt  nie  ma  prawa  się  do  ciebie  zbliŜyć,  Wiewiórko  -  mruknął  Griff  uspokajająco, 

delikatnie uścisnął jej udo. - To jedno ci mogę przysiąc. 

Chwyciła  jego  rękę.  Przez  kontrast  do  muskularnej,  opalonej  dłoni  Griffa  jej  własna 

wyglądała  delikatnie  i  bardzo  blado.  Splotła  z  nim  palce.  Zacisnęły  się,  dodając  jej  otuchy. 

Griff na sekundę oderwał oczy od drogi i uśmiechnął się czule. 

-  Przepraszam,  Ŝe  rano  zachowałam  się  jak  rozpuszczony  bachor  -  powiedziała  Gen 

cicho.  -  Miałeś  rację,  Ŝe  trzeba  się  zatrzymać.  Godzina  nie  robi  róŜnicy,  a  poczułam  się  o 

niebo lepiej. Jakbym... 

-  potrząsnęła  głową.  -  Widzisz,  jestem  tak  przeraŜona,  Ŝe  wydaje  mi  się,  iŜ  jak  tylko 

gdzieś przystanę, to zaraz zdarzy się coś okropnego. 

- Póki będę przy tobie, moŜesz być spokojna. Na tym właśnie polega błąd amatorów. 

Działają  za  szybko,  bez  planu,  usiłują  przegonić  własny  strach.  Odrobina  strachu  to  niezła 

rzecz, Wiewiórko. Wyostrza zmysły, sprawia, Ŝe sprawniej myślisz i prędzej reagujesz. Alej 

ego nadmiar ma wręcz przeciwny skutek. Sekret polega na znalezieniu wywaŜonego punktu, 

kiedy  działasz  na  najwyŜszych  obrotach.  JeŜeli  chcesz  wdawać  się  w  takie  historie,  waŜne, 

byś  nie  zapominała,  Ŝe  nie  ty  jedna  w  to  grasz.  Tak  samo  jak  ciebie  kontrolują,  i  ty 

kontrolujesz  sytuację.  Natomiast  wyczucie,  kiedy  moŜna  wyłączyć  się  na  parę  godzin, 

przekąsić coś lub się zdrzemnąć, jest równie waŜne, jak kiedy nacisnąć spust. 

Gen  wzdrygnęła  się.  Popatrzyła  na  Griffa  ze  zmarszczonym  czołem.  Przez  ułamek 

sekundy  mówił  zupełnie  obcym  głosem.  To  nie  był  ten  czuły,  kochany  Griff  Cantrell,  ale 

nieznajomy o okrutnym spojrzeniu, ten, który kiedyś juŜ patrzył na nią z Ŝądzą mordu, a jego 

palce ze śmiertelną sprawnością zacisnęły się na jej gardle. 

- Musiałeś być bardzo dobry tam... w Wietnamie, prawda? 

Spojrzał  zdumiony.  A  potem  Jakby  dokładnie  pojął,  co  sprowokowało  to  pytanie, 

westchnął i skinął głową. 

- Tak - potwierdził cicho. Wbił wzrok w szosę. 

- Byłem bardzo dobry. Większość z nas, którzy wrócili, taka była. Musieliśmy być. 

Zamyśliła się. 

-  W  nocy  dręczył  cię  koszmar  właśnie  stamtąd,  prawda?  To  przez  wypadek  i  to 

wszystko. Jakoś wróciło ci to wspomnienie. DŜungla, jesteś zarazem zwierzyną i myśliwym. 

background image

- MoŜliwe. 

Zrozumiała  natychmiast,  Ŝe  się  nie  myliła.  Na  niej  spoczywała  odpowiedzialność  za 

przywołanie tamtych demonów. 

- Przepraszam - szepnęła, gładząc go po nadgarstku. 

- Miałeś rację. Wszystko się bardzo skomplikowało. 

-  Jak  zwykle  -  powiedział  nieobecnym  tonem.  -  PrzewaŜnie  komplikuje  się  bardziej, 

niŜ nawet potrafisz sobie wyobrazić... 

Obserwowała go parę sekund, myśląc, jakie to wspomnienia wywołały na jego twarzy 

tak bolesny grymas. 

- Dziękuję - odezwała się po chwili. 

- Za co? - Zamrugał powiekami, z trudem wracając do rzeczywistości. 

-  śe  jesteś.  śe  zostałeś  ze  mną,  Ŝe  mi  pomagasz.  Większość  facetów  w  tych 

okolicznościach uciekłaby z wrzaskiem. 

- Nie ma znaczenia, co zrobiłaś - uśmiechnął się smutnie. - Jedynie to, czemu usiłujesz 

zapobiec. 

- SpowaŜniał. Milczał dłuŜszą chwilę, zamyślony. 

- Kiedyś, gdy na mnie liczono, kogoś zawiodłem. 

- Gary'ego? - spytała instynktownie. Griff spojrzał na nią zdumiony. Zarumieniła się. - 

W nocy wołałeś go przez sen. Krzyczałeś, Ŝe musisz po niego wracać, nie moŜesz bez niego 

odejść. 

Wcale nie spodziewała się, Ŝe Griff przemówi. Nauczyła się juŜ od brata, jak bolesna 

bywa  przeszłość,  jak  niezmiernie  rzadko  do  niej  wracał.  Ale  Griff  ku  jej  zdumieniu 

powiedział: 

-  Gary  Hawthorne.  Mój  najlepszy  przyjaciel.  Wyrastaliśmy  razem  na  przedmieściach 

Baltimore,  chodziliśmy  do  jednej  klasy,  umawialiśmy  się  na  randki  z  tymi  samymi 

dziewczynami. Razem poszliśmy do college'u i wspólnie powzięliśmy decyzję, by zaciągnąć 

się do piechoty morskiej. Zaokrętowali nas razem na ten sam statek. - Griff zacisnął palce na 

dłoni  Gen.  Milczał,  a  ona  myślała,  Ŝe  juŜ  nic  więcej  nie  powie.  Wtedy  odezwał  się 

oddalonym, nieobecnym znów tonem. - Wracaliśmy z rutynowego patrolu w pobliŜu granicy 

z  KambodŜą,  kiedy  wpadliśmy  w  pułapkę.  Nim  się  połapaliśmy,  czterech  z  nas  było  juŜ 

rannych. W tym Gary. Okopaliśmy się, wezwaliśmy posiłki, wysłano po nas dwa helikoptery. 

Twarz mu zadrgała, umilkł, wpatrując się w drogę. 

-  Byliśmy  jednak  w  głębi  dŜungli  i  nie  moŜna  nas  było  odnaleźć,  nie  mówiąc  juŜ  o 

zabraniu.  Jakieś  pół  kilometra  dalej  płynęła  rzeka,  która  miała  piaszczystą  łachę, 

background image

wystarczającą  do  lądowania  dwóch  helikopterów.  Osłonięci  huraganowym  ogniem, 

rzuciliśmy  się  w  wyścig  o  Ŝycie,  ciągnąc  ze  sobą  Gary'ego  i  tamtych  trzech.  Powtarzaliśmy 

im, by się trzymali, bo ich na pewno stamtąd  wyciągniemy. Dobiegliśmy, nikt nie zginął. A 

potem,  juŜ  na  łasze,  jeden  z  helikopterów  dostał.  Po  prostu  rozwiał  się  w  kłębach  dymu  i 

ognia... 

- Potrząsnął głową, jakby odpędzając tamten widok. 

-  A  potem  trafiono  drugą  maszynę.  WciąŜ  była  w  powietrzu.  Piloci  wrzeszczeli, 

byśmy  biegli,  prędzej.  Próbowaliśmy...  kurczę,  naprawdę  próbowaliśmy.  Ale  wtedy 

wpadliśmy  pod  ostrzał  ze  wszystkich  stron  i  rozpętało  się  piekło.  KrzyŜowy  ogień  z  obu 

brzegów rzeki, strzelec helikoptera walący do wszystkiego, co się ruszało, nie wyłączając nas 

samych.  Śmigło  wzbijało  taki  strumień  wody  i  piachu,  Ŝe  nic  nie  było  widać.  Zgubiłem 

Gary'ego... W jednej chwili był przy mnie, a potem... zniknął. 

Helikopter  podleciał  do  nas...  BoŜe,  ten  pilot  był  diabłem!  Zaczął  zabierać  nas 

pojedynczo, wyciągał z tego piekła, jakby wokół nie świstały kule. Ale za sekundę mogli go 

zestrzelić  i  wtedy  wszyscy  byśmy  zginęli.  Ja  byłem  odpowiedzialny  za  wydostanie  stamtąd 

jak najwięcej Ŝywych chłopaków, wydałem więc rozkaz... 

lecimy.  -  Z  trudem  łapał  oddech.  -  Próbowałem  odnaleźć  Gary'ego,  ale  na  próŜno. 

Ktoś mnie wciągnął na pokład, dałem rozkaz: w drogę! Dopiero wtedy spostrzegłem, Ŝe i ja 

dostałem.  Dwa  dni  później  ocknąłem  się  w  szpitalu  polowym.  Powiedziano  mi,  Ŝe  po 

Gary'ego i tamtych wysłano specjalny oddział, ale nie natrafiono na Ŝaden ślad. 

-  I ty siebie za to winisz? - spytała zdziwiona. -  A jakiŜ miałeś inny  wybór? Gdybyś 

został, zginęliby wszyscy. 

Griff skrzywił się boleśnie. 

- To samo mówili w wojsku. Dali mi nawet medal. 

- Griff... 

-  Gen,  zostawiłem  najserdeczniejszego  przyjaciela  na  pewną  śmierć.  To  jest  ta 

odwrotna  strona  medalu,  bez  bohaterstwa,  rozkazów  i  wojennej  taktyki.  Gary  zaufał  mi  jak 

bratu.  A  ja  go  opuściłem.  -  Dla  uspokojenia  wciągnął  głęboki  oddech.  -  Blizny  pod  moimi 

Ŝ

ebrami nie są tam, gdzie powinny, Gen. Oberwałem w plecy... podczas ucieczki. 

-  Znajdowałeś  się  w  krzyŜowym  ogniu  -  przypomniała  cicho.  -  Tam  nie  było  ani 

przodu,  ani  tyłu.  -  Ani  czarno,  ani  biało,  niemal  dodała.  Przed  paroma  dniami  identyczną 

rozmowę  prowadziła  z  dziadkiem.  I  jego  prześladowała  decyzja,  którą  podjął  w  zbłąkanym 

koszmarze wojny. 

background image

- Wiesz, Ŝe przez całe te jedenaście lat nie odezwałem się do jego rodziców? - ciągnął 

sztucznie  obojętnym  tonem  Griff,  nie  spuszczając  oczu  z  drogi.  -  Kiedy  rośliśmy  z  Garym, 

byli dla mnie jak drudzy rodzice, ale po tym wszystkim nie śmiałem spojrzeć im w twarz. 

-  PrzecieŜ...  -  Gen  urwała,  rozumiejąc,  Ŝe  nie  zdoła  uśmierzyć  jego  bólu  i  wyrzutów 

sumienia.  Tak  jak  nie  udało  się  jej  pocieszyć  dziadka.  Po  prostu  nie  potrafiła  znaleźć 

odpowiednich  słów,  a  wątpiła,  czy  ktokolwiek  by  to  potrafił.  Objęła  ramię  Griffa,  przytuliła 

do niego policzek, splotła mocno z nim palce, jechali w milczeniu, kaŜde zatopione w swoich 

wspomnieniach. 

Zdawało się, Ŝe minęły całe godziny, nim Griff przemówił. 

- Gdzie jest posiadłość Laporteauxa? 

- Na północny zachód od Quebecu, koło jeziora Saint - Joseph. - Spojrzała na Griffa. - 

Myślisz, Ŝe dojedziemy tam wieczorem? 

- Nie, skoro nie mamy Ŝadnego planu. - Uśmiechnął się. - Poza tym, jestem ci winny 

szampana i ślimaki. 

- AleŜ... - zdusiła zniecierpliwienie i roześmiała się. 

-  Masz  rację:  jest  czas  na  odpoczynek  i  czas  na  działanie.  ChociaŜ  ja  wolałabym 

przystanąć na hamburgera. Nie rozumiem, jak moŜe mi się chcieć jeść po tamtym lunchu, ale 

umieram z głodu. 

- Lubię kobietki o zdrowym apetycie. 

- Myślałam, Ŝe po prostu lubisz kobiety i kropka. Uśmiechnął się. 

- Niektóre bardziej od innych, słodka Genevieve. 

-  Spojrzał  jej  w  oczy  wzrokiem  tak  ciepłym,  czułym,  pełnym  obietnic,  aŜ  mocniej 

zabiło jej serce. - A  co byś powiedziała,  gdybyśmy znaleźli mały, cichy  hotelik i zatrzymali 

się w nim na noc? 

Tylko wiekowa mniszka nie zrozumiałaby jego słów. Gen pojęła je doskonale. 

- Podoba mi się chyba ten pomysł - przyznała cicho. Griff wyszczerzył zęby. 

- Zamierzam cię w tym upewnić, moja słodka. Nawet bardzo. 

Miasto  Quebec  wydawało  się  przeniesione  prosto  ze  średniowiecznej  fantazji. 

Centrum prawdopodobnie nie zmieniło się od trzech stuleci, kiedy było sercem i duszą Nowej 

Francji, rządząc niespokojną kolonią z arystokratycznym, francuskim wdziękiem. 

Griff i Gen znaleźli mały, uroczy hotelik wychodzący na Jardin des Gouverneurs, na 

ulicy noszącej ku zachwytowi Gen nazwę Avenue Ste - Genevieve. Był to dobry omen, więc 

gdy  Griff  wnosił  ich  bagaŜe  do  przestronnego,  umeblowanego  antykami  apartamentu,  Gen 

tryskała wyśmienitym humorem. 

background image

-  Tu  jest  cudownie!  -  wyjrzała  przez  wykuszowe  okno,  z  którego  widać  było  park  i 

Chateau  Frontenac,  majestatyczny,  stary  hotel,  w  miękkim  popołudniowym  świetle 

przypominający warownię średniowiecznego krzyŜowca. 

- To miasto wymarzone dla zakochanych - wymruczał Griff tuŜ za jej plecami. Objął 

ją w pasie i ucałował w czubek głowy. - Później, moja słodka, wytłumaczę ci to dokładniej. 

Jak zawsze, jego słowa przyspieszyły puls Gen. 

- Lepiej uwaŜaj z takimi obiecankami - odcięła się. 

- Bo mogę cię wziąć za słowo. 

- Liczę na to - mruknął, przytulając ją. Potem sięgnął do swojej torby. - Ale prawie tak 

samo,  jak  na  perspektywę  spędzenia  z tobą  całej  nocy  w  łóŜku,  cieknie  mi  ślinka  na myśl  o 

kopiastym talerzu ślimaków w maśle czosnkowym i... oj! - chciał z rozmachem rzucić torbę 

na  łóŜko,  kiedy  zastygł,  wykrzywiając  z  bólu  wargi.  Upuścił  torbę,  chwycił  się  za  ramię.  - 

Szlag by to trafił! 

- Griff! - przyskoczyła do niego zaniepokojona. 

- Co ci jest? 

-  Nic  -  wymamrotał,  ściągając  przez  głowę  koszulkę.  Z  obrzydzeniem  popatrzył  na 

zdradliwe ramię, poruszył nim ostroŜnie. - Robię się za stary do tego rodzaju wygibasów. 

Gen  uśmiechnęła  się  współczująco,  delikatnie  przesunęła  dłonią  po  wielobarwnym 

krwiaku  pokrywającym  niemal  całe  jego  ramię.  Siniak  w  środku  był  ciemnogranatowy,  na 

obrzeŜu jasnozielony. 

- Albo zaczynasz się juŜ rozkładać, albo goić. Tu z tyłu jest sinoŜółty. 

-  Zaraz  sama  zrobisz  się  sinoŜółta  -  odpalił  Griff  wymierzając  jej  pieszczotliwego 

klapsa. - Mama nie nauczyła cię, Ŝe nie naleŜy szydzić z kalek? 

- Trudno nie szydzić z kogoś, kto przypomina nowoczesne dzieło sztuki. MoŜna by cię 

nazwać „Zachód nad rzeką Świętego Wawrzyńca" i wystawić w której z tutejszych galerii. - 

Zwinnie odskoczyła poza zasięg jego ręki i cisnęła torbę na łóŜko. - A moŜe byś wziął długi, 

ciepły prysznic? 

- Chcesz umyć mi plecy? - zapytał z porozumiewawczym uśmieszkiem. 

- A sam sobie umyj - zgasiła go. - 1 nie zuŜyj całej ciepłej wody. 

Dziesięć  minut  później  Griff  wyszedł  z  łazienki  tylko  w  niebieskich  slipach, 

odsłaniających  zarówno  atletyczną  budowę  ich  właściciela,  jak  i  wielokolorowe  sińce 

ozdabiające niemal całe ciało. Cisnął dŜinsy na łóŜko i wyciągnął się obok nich z jękiem. 

-  Twoja  kolej,  ślicznotko.  Gdybyś  chciała,  Ŝeby  ci  umyć  plecy,  to  jestem  na  twoje 

zawołanie. 

background image

- Jeszcze czego! Sama sobie poradzę! 

Ś

miała się jeszcze za drzwiami łazienki. Co, u diabła, było w tym facecie, Ŝe czuła się 

przy nim niczym piętnastolatka? Co takiego czaiło się w leniwym, łobuzerskim uśmieszku, Ŝe 

mocniej biło jej serce? Albo w tym, jak trzymał ją w ramionach, a ona była bezpieczna nawet 

w samym środku koszmaru? Po południu całymi godzinami siedzieli ze splecionymi dłońmi, 

w jednej chwili spoglądali na siebie i uśmiechali w milczeniu, jakby rodziła się między nimi 

nić szczególnego porozumienia, wykraczająca poza trywialne słowa. 

Wychodząc z łazienki spodziewała się, Ŝe zobaczy Griffa juŜ ubranego i czekającego 

na  nią  niecierpliwie.  Ale  on  dalej  leŜał  na  łóŜku,  pogrąŜony  w  głębokim  śnie.  Na  palcach 

podeszła do okna i zaciągnęła zasłony. 

Gdy odwróciła się, ujrzała, Ŝe Griff się jej przygląda. 

- Przepraszam, nie chciałam cię budzić. 

- Musiałem się zdrzemnąć - wymamrotał niewyraźnie. 

-  Na  pewno  chcesz  iść  na  kolację?  -  przysiadła  przy  nim  i  odgarnęła  mu  niesforne, 

orzechowobrązowe  włosy  z  czoła.  -  Zdaje  się,  Ŝe  tutaj  jest  całkiem  przyzwoita  restauracja. 

Mogę zamówić coś na górę. Wyglądasz na bardzo zmęczonego. I obolałego. 

- Przyrzekłem ci ślimaki i szampana. 

- Mogę cię wziąć za słowo. Uśmiechnął się, ujął jej dłoń, ucałował. 

-  śadnego  słowa,  moja  miła.  Ubierzmy  się  i  chodźmy  do  jakiejś  miłej  knajpki.  Po 

kilku  butelkach  przedniego  szampana  wrócę  do  takiej  formy,  by  przez  całą  noc  wypełniać 

cięŜki obowiązek uwodzenia ciebie. 

Gen roześmiała się, pochyliła, musnęła go w policzek. 

- Sądząc po twoim stanie, cały Quebec nie nastarczy ci tego szampana. 

- Nie bądź taka pewna - parsknął, przytulając ją do siebie. - JuŜ mi duŜo lepiej. 

-  Mnie  takŜe  -  przyznała  szczerze,  moszcząc  się  wygodnie  w  jego  objęciach.  -  Ale 

jeŜeli tutaj zostanę, to albo zaśniemy, albo... 

- Albo co? - zaciekawił się, pieszcząc jej ucho. 

-  Powiedz  mi.  -  Gładził  ją  po  ramionach,  delikatnie  przesuwając  palcami  przez 

wszystkie zagłębienia i wypukłości. - Nic nie masz pod szlafrokiem? 

- Dopiero co wyszłam spod prysznica. Odwiązał pasek i rozchylił zwiewne wdzianko. 

Znowu przyciągnął ją do siebie, nagą, ciepłą i wilgotną. 

- To nie fair - wymruczał, wtulony w jej usta. 

- Przyrzekłem ci dziś wieczór kolację. 

background image

-  Mam  w  nosie  kolację.  -  Gen  wplotła  palce  w  jego  włosy,  oddała  mu  namiętny 

pocałunek. Griff jęknął. 

- To czego chcesz? - szepnął nagląco. - Powiedz. 

Gen  wysunęła  się  z  szlafroka,  odrzuciła  go.  Griff  wstrzymał  oddech,  gdy  naga 

wśliznęła się w jego ramiona. 

-  Sam  nie  wiesz?  -  całowała  go  po  torsie,  zaczęła  się  na  nim  układać.  -  Teraz  ty 

powiedz mi, czego chcesz? - dopytywała się cichutko. 

Dłonie Griffa przesunęły się wzdłuŜ jej pleców, przycisnął ją. 

- Opowiem ci o tym dokładnie. Chcę... - urwał, uniósł głowę i spojrzał na drzwi. 

Zerknęła na niego zdumiona. 

-  Co...?  -  potem  i  ona  usłyszała,  Jakby  ktoś  wsunął  klucz  w  zamek  i  przekręcił  go. 

Zmarszczywszy czoło uniosła się na łokciu i w tej samej chwili drzwi zaczęły się uchylać. 

Poczuła,  jak  Griff  bierze  głęboki  oddech,  by  głośno  zaprotestować,  a  potem 

znieruchomiał. Do pokoju bowiem ktoś wszedł. Gen pisnęła ze strachu, a intruz wlepił w nich 

przeraŜony  wzrok.  W  dłoni  wciąŜ  trzymał  kartę  kredytową,  przy  pomocy  której  otworzył 

zamek.  Wszyscy  troje  zamarli.  Gen  przez  ułamek  sekundy  pomyślała  bez  sensu,  Ŝe  tamten 

wydaje się jeszcze niŜszy, grubszy i bardziej niechlujny niŜ popołudniem w restauracji. 

Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Griff  jednym  ruchem  okrył  Gen  szlafrokiem,  chroniąc  przed  osłupiałym  wzrokiem 

tamtego,  potem  ryknął  wściekle  i  wyskoczył  z  łóŜka  dokładnie  w  tej  samej  chwili,  w  której 

tłuścioch  wypadł  jak  strzała  z  pokoju.  Griff  zaplątał  się  w  narzutę,  prawie  upadł  na  fotel, 

klnąc siarczyście odzyskał wreszcie równowagę. Puścił się pędem ku drzwiom. 

-  Griff!  -  Gen  niezdarnie  zawiązywała  szlafrok.  -  Griff,  przecieŜ  jesteś  goły!  -  Nie 

wiadomo,  dlaczego  jego  nagość  wydawała  się  jej  waŜniejsza  niŜ  niebezpieczeństwo,  w 

którym mógł się znaleźć. 

Z  korytarza  dobiegł  niewieści  wrzask,  huk  zatrzaskiwanych  drzwi.  Griff  wpadł  z 

powrotem jak burza, rozwścieczony. 

- Do cholery, gdzie moje gacie? 

- Griff, uwaŜaj! - Gen szczelniej owinęła się szlafrokiem, serce waliło jej jak oszalałe. 

Przyglądała się, jak Griff zmaga się z dŜinsami. - Griff... błagam, nie narób głupstw. 

- Nie większych niŜ ganianie półnago po luksusowym hotelu - warknął ruszając znów 

ku  drzwiom.  Przystanął,  by  pocałować  ją  szybko.  -  Nie  mam  w  planie  Ŝadnych  głupstw. 

Zamknij drzwi na klucz i nie otwieraj nikomu prócz mnie. 

Zniknął. Pięć minut później - a było to najdłuŜszych pięć minut w Ŝyciu Gen - wrócił, 

wciąŜ bosy i potargany. Bardziej niŜ kiedykolwiek wściekły. 

-  Zwiał  -  wyjaśnił  niepotrzebnie  z  oczami  ciskającymi  błyskawice.  -  Pakuj  się. 

Zbieramy się stąd. 

- Zbieramy? - powtórzyła słabo. - PrzecieŜ dopiero co przyjechaliśmy. 

-  A  teraz  wyjeŜdŜamy.  -  Usłyszawszy  złość  w  swoim  głosie  zreflektował  się.  - 

Przepraszam  -  mruknął  naciągając  koszulkę  i  wpychając  ją  w  dŜinsy.  -  Znajdziemy  jakieś 

ciche miejsce na uboczu, póki nie odkryję, kim jest ten zając i czego chce. 

- To jasne. - Gen ubrała się pospiesznie. - Znaczków. ChociaŜ nie rozumiem, dlaczego 

się włamał, a potem tak uciekł. To staje się koszmarem - szepnęła, ocierając policzek o piersi 

Griffa. - Musiałam całkiem stracić rozum, myśląc, Ŝe zdołam tego dokonać. 

- Tydzień się jeszcze nie skończył, Wiewiórko - mruknął. 

-  A  co  z  tobą?  Najpierw  niemal  cię  przejechałam,  potem  zrobiłam  z  ciebie 

kryminalistę. A teraz jeszcze przeze mnie uciekasz przed Bóg wie kim. 

- Zapomniałaś o wybitym ramieniu - przypomniał jej z uśmiechem. 

Westchnęła. 

background image

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  to  robisz.  PrzecieŜ  niewykluczone,  Ŝe  nim  ta  historia  się 

skończy, wpakuję cię w duŜe kłopoty. Nie mam prawa wymagać od ciebie... 

Griff zamknął jej usta palcem. Popatrzył pełnym rozbawienia wzrokiem. 

-  Kochanie,  ty  niczego  ode  mnie  nie  wymagasz.  Wiem,  w  jaką  grą  wchodzę.  Poza 

tym, ruszam w bój o dziewczynę i chwałę. CzyŜbyś się jeszcze tego nie domyśliła? 

-  Dziewczyna  jest  ci  wdzięczna  -  uśmiechnęła  się  speszona.  -  Natomiast  nie  moŜe 

zagwarantować ci chwały. 

Griff pocałował ją lekko. 

-  Gdyby  popatrzeć  na  to  z  drugiej  strony,  kotku,  męŜczyzna  moŜe  się  obejść  bez 

chwały. Ale wątpię, czy potrafiłbym Ŝyć bez dziewczyny. 

Jego  twarz  złagodniała,  zadumany  przesuwał  pieszczotliwie  oczami  po  jej  twarzy, 

jakby nie potrafił nasycić się jej widokiem. 

-  Nigdy  nie  miałem  kłopotów  z  kobietami,  Gen  -  tłumaczył  miękko.  -  Niekiedy 

przychodziły  mi  nawet  za  łatwo.  Pojawiały  się  i  znikały,  nie  zostawiając  w  moim  Ŝyciu 

trwalszego śladu. AŜ do tej pory. 

Przepełniło ją cudowne szczęście. 

-  Chyba  cię  kocham  -  usłyszała  własny  szept.  Nie  wiedziała  jednak,  czy  powiedziała 

to naprawdę, czy był to tylko śpiew krwi w jej Ŝyłach. 

Griff uniósł do góry jej brodę. Spojrzał w oczy. 

- Wiem. - A potem całował słodko, objąwszy ramionami. - MoŜesz na mnie liczyć! 

Chata była dobrze ukryta pośród wysokich sosen i niewidoczna z wąskiej, bitej drogi. 

PoniŜej,  u  stóp  łagodnego  zbocza,  leŜało  posrebrzone  światłem  księŜyca  jezioro,  okolone  z 

trzech  stron  gęstymi  lasami.  Gen  wysiadłszy  z  samochodu  głęboko  wciągnęła  rześkie, 

przesycone  aromatem  sosen  powietrze.  Kiedy  znad  wody  dobiegło  ją  pohukiwanie  sowy, 

zadrŜała, odwróciła się do Griffa. 

Uśmiechnął się, jego zęby zalśniły w blasku księŜyca. 

- Ładnie, co? 

-  Jest  pięknie!  Ale  jak  to  znalazłeś?  -  niepewnie  obejrzała  się  na  wąską,  leśną  drogę. 

Na  przedmieściach  Quebecu  zatrzymali  się  tylko  na  sekundę  w  biurze  wynajmu,  a  potem 

całymi  kilometrami  jechali  przez  coraz  większą  głuszę.  Trudno  było  uwierzyć,  Ŝe  tuŜ  za 

pasmem dzikich wzgórz znajduje się cywilizacja. 

-  Z  przewodnika  turystycznego.  Otworzył  się  przypadkowo  na  tym  miejscu  przed 

dwoma dniami. 

- Mówiłeś, Ŝe są tu jeszcze trzy inne chaty? 

background image

- Gdzieś są. - Griff objął ją ramieniem. - Puste, ale podejrzewam, Ŝe gdyby nawet były 

wynajęte, to i tak byśmy ich nie widzieli. - Przytulił ją mocniej. - Zimno? 

- Odrobinę. Myślisz, Ŝe nas tutaj nie odnajdzie? Parsknął śmiechem. 

-  Nie  ma  mowy,  kochanie.  WypoŜyczyłem  samochód  na  fikcyjną  firmę,  a  chatę 

wynająłem  pod  fałszywym  nazwiskiem.  Właściciel  zaś  nie  miał  okazji  ujrzeć  twoich 

płomiennych,  rozwichrzonych  loków.  Gdyby  tłuścioch  nas  tutaj  odnalazł,  musiałby  być 

telepatą. 

Westchnęła,  upinając  luźne  pasmo.  Związała  je  wcześniej,  ale  włosy  się  rozsypały, 

tworząc chmurę wokół jej twarzy. 

- Mogę je zawsze ufarbować, choćby na czarno, i obciąć. 

-  Ani  się  waŜ!  -  krzyknął  Griff  z  komicznym  oburzeniem.  -  Kupię  ci  miejscową 

czapeczkę  z  pomponem.  Naciągniesz  ją  na  uszy  i  będziesz  udawać  drwala.  -  Roześmiał  się 

widząc  jej  minę  i  wymierzył  przyjacielskiego  kuksańca.  -  No,  chodź!  Wnieśmy  rzeczy, 

rozpalmy na kominku i otwórzmy butelkę wina. 

Chatę zbudowano z ociosanych bali. Była niewielka, ale pięknie urządzona i tak nowa, 

Ŝ

e  wciąŜ  pachniała  świeŜo  ściętą  sosną  i  lakierem.  Na  jednej  ze  ścian  królował  potęŜny 

kominek z kamieni polnych oraz stos porąbanego drewna. Po chwili Griff rozniecił huczący 

ogień. 

- Przypomina mi to pewne miejsce zapamiętane z dzieciństwa - powiedział zadumany. 

-  Rodzice  mojego  przyjaciela,  Gary'ego  Hawthorne'a,  mieli  domek  nad  podobnym  jeziorem. 

Przez okrągły rok tam jeździli, a tata Gary'ego w lecie zawsze brał kilka tygodni urlopu, i teŜ 

tam  go  spędzał.  Jake  Hawthorne  nauczył  mnie  pływać,  łowić  i  oprawiać  ryby,  wiosłować, 

budować  ognisko.  Wtedy  uwaŜałem  go  za  Boga.  -  Stanął  wpatrzony  w  płomienie.  -  Ostatni 

raz widziałem go przed jedenastu laty. 

Gen podeszła, wsunęła dłoń w jego rękę. 

- Jedenaście lat to szmat czasu jak na  rozłąkę ze  starymi przyjaciółmi - odezwała się 

cicho.  -  Im  pewnie  brak  ciebie  równie  mocno,  jak  tobie  ich.  Szczególnie  gdy...  -  omal 

wymknęło się jej: „Gdy Gary nie Ŝyje". 

-  Jak  mógłbym  spojrzeć  im  w  oczy?  -  szepnął  głosem  cięŜkim  od  wspomnień  i 

cierpienia.  -  Jak  mógłbym  im  wytłumaczyć,  Ŝe  porzuciłem  ich  syna  na  pewną  śmierć? 

PrzecieŜ to był mój najlepszy przyjaciel. Ufał mi. 

-  Sądzisz,  Ŝe  obwiniają  cię  za  jego  śmierć?  Myślisz,  Ŝe  obarczali  cię 

odpowiedzialnością za jego bezpieczeństwo? 

background image

-  Gen,  ja  byłem  za  niego  odpowiedzialny.  Byłem  jego  dowódcą,  nie  tylko 

przyjacielem. Do mnie naleŜało wyciągnięcie go stamtąd Ŝywego. A zawiodłem. 

-  Byliście  Ŝołnierzami.  Walczyliście  w  brutalnej,  ohydnej  wojnie,  a  nie 

przechodziliście ruchliwą ulicę po lody! - rozzłościła się nie na Ŝarty. - Naprawdę sądzisz, Ŝe 

zdołałbyś  ocalić  Gary'ego,  gdybyś  odesłał  helikoptery  albo  został  tam  po  ewakuacji  reszty 

oddziału, bawiąc się w Rambo? - odwróciwszy się, wymaszerowała do kuchni zaparzyć kawę. 

Napełniła elektryczny  czajnik, odstawiła  go z hukiem, włączyła do kontaktu. Na blat 

chlapnęła  woda.  Gen  zaklęła  pod  nosem,  szarpnęła  drzwiczki,  szukając  pod  zlewem  jakiejś 

ś

cierki.  Właściciel  przezornie  włoŜył  tam  papierowe  ręczniki.  Gen  oddarła  pełną  garść,  a 

kiedy Griff pojawił się w progu, wycierała kałuŜę. 

-  Przepraszam  -  powiedziała  cicho,  nie  podnosząc  wzroku.  -  Nie  powinnam  była  tak 

na ciebie naskoczyć. 

-  Musiałaś  odreagować,  a  ja  byłem  pod  ręką  -  odparł  spokojnie.  -  Przemawiałaś  do 

dziadka, nie do mnie. 

Spojrzała zdumiona. Potem uśmiechnęła się blado. 

- Chyba tak. Po prostu złość mnie bierze, gdy pomyślę, Ŝe ktoś w ten sposób pozwala 

zadręczać się przeszłości. Tamte decyzje moŜe były dobre, moŜe złe... Nie teraz o tym sądzić. 

Co więcej, to bez znaczenia. Zapadły, ludzie zginęli. Czterdzieści lat wyrzutów sumienia nie 

przywróci  Ŝycia  towarzyszom  dziadka,  a  jedenaście  lat  twoich  samooskarŜeń  nie  wskrzesi 

Gary'ego.  Nie  pojmuję,  jak  wy,  męŜczyźni,  moŜecie  podporządkowywać  się  temu  ideałowi 

bohatera. Ku jej zdziwieniu Griff uśmiechnął się. 

- Znakomicie potrafisz pouczać innych, moja miła. - Uniósł brwi. - Ale i w tobie jest 

mnóstwo z dziadka, Wiewiórko. Wykradłaś Broussarde'owi znaczki, by dziadka chronić, nie 

bacząc  na  niebezpieczeństwo.  A  gdybyś  postąpiła  inaczej,  to  obwiniałabyś  się  za  to  przez 

następne czterdzieści lat. 

- To co innego - mruknęła, zajęta czajnikiem. Potem westchnąwszy podniosła głowę. - 

Napijesz się kawy? 

- Niekoniecznie. 

Popatrzyła na czajnik, zmarszczyła nos i wyciągnęła wtyczkę. - Ja teŜ nie. 

- To moŜe kieliszek wina? 

- Przed kominkiem? 

-  GdzieŜby  indziej?  -  począł  przepatrywać  zawartość  szafek.  Znalazł  dwa  kieliszki, 

przepłukał  je,  wytarł  i  zaniósł  do  saloniku.  -  Zawrzyjmy  pewną  umowę:  od  tej  chwili  ani 

słowa o Wietnamie, znaczkach, Garym, dziadku i tłuściochu. 

background image

- Znakomity pomysł! - podeszła do kominka, usiadła przy palenisku, wsparła brodę na 

splecionych dłoniach. - MoŜemy porozmawiać o tobie. Nigdy dłuŜej nie zatrzymywaliśmy się 

na tym temacie. Opowiedz mi więc o Griffie Cantrellu. 

- Nic ciekawego - odparł lekko, ale jakaś nuta wahania w jego głosie sprawiła, Ŝe Gen 

spojrzała  na  niego  uwaŜniej.  Znalazł  korkociąg,  otworzył  butelkę,  marszcząc  w  skupieniu 

czoło. Napełnił kieliszki, podał jeden dziewczynie, potem wyciągnął się na boku u jej stóp na 

plecionym dywaniku. - Nasze zdrowie, Wiewiórko. Oby nigdy nie trafiły się nam ciekawsze 

od tych chwile. 

-  Amen  -  zakończyła  Gen  ze  śmiechem,  stukając  się  z  nim  kieliszkiem.  Upiła  łyk 

wina. - Przypominam ci, Ŝe miałeś mi opowiedzieć o sobie. 

Wzruszył ramionami. 

-  Mówiłem  juŜ,  Ŝe  to  nic  ciekawego.  Do  wstąpienia  do  college'u  mieszkałem  w 

Baltimore. Dyplom inŜyniera uzyskałem na Uniwersytecie Columbia. 

- Myślałam, Ŝe rzuciłeś college dla piechoty morskiej. 

-  Studia  skończyłem  po  powrocie.  Rok  pracowałem  w  przemyśle  lotniczym,  potem 

zająłem się komputerami, załoŜyłem własną firmę zajmującą się programowaniem, byłem teŜ 

prywatnym konsultantem dla rządów... róŜnych krajów. Banał. 

-  Mnie  wydaje  się  to  całkiem  interesujące  -  zaprotestowała  ze  śmiechem.  -  Co  robi 

twoja firma? 

- QuadCom? Programujemy, instalujemy i podłączamy systemy komputerowe. 

- My? 

- Jest nas trzech plus personel biurowy, garstka kreślarzy, techników. Nic specjalnego, 

ale zarabiamy na Ŝycie. Nasza czwórka poznała się na uniwersytecie... - urwał. - Trzech z nas 

zawarło  między  sobą  dŜentelmeńską  umowę,  Ŝe  kiedyś  załoŜymy  wspólny  biznes.  Po 

Wietnamie wystartowałem z QuadComem, potem odnalazłem Paula i Aliego. 

-  Powiedziałeś  „czwórka".  -  Gen  odstawiła  kieliszek  i  usiadła  przy  Griffie.  -  Ten 

czwarty to Gary, prawda? 

-  Tak.  -  Pociemniałe  z  rozpaczy  oczy  Griffa  spotkały  się  z  jej  wzrokiem.  -  Tak,  ten 

czwarty to Gary. - Wziął głęboki oddech, popatrzył przez ramię w syczący ogień. - Czasami 

łapię się, Ŝe mówię o nim, jakby wciąŜ Ŝył. Minęło juŜ jedenaście lat, ale niekiedy... 

- Och, Griff. - Objęła go za szyję, przytuliła. - Tak chciałabym ci pomóc. 

- JuŜ to zrobiłaś. - Otoczył ją ramionami, przytulił policzek do jej piersi. - Nie wiesz, 

ile dobrego sprawia sama twoja obecność. 

background image

Gen  uśmiechnęła  się,  odgarnęła  mu  włosy  z  czoła,  ucałowała  w  czubek  głowy. 

Kocham cię, powiedziała bez słów. Ogromnie cię kocham, Griffie Cantrellu. 

- Jesteś czarujący - szepnęła tylko - ale nic a nic ci nie wierzę. 

- Zarzucasz mi więc kłamstwo? 

- Nie. Mówię tylko, Ŝe czarująco potrafisz obchodzić prawdę. 

- Wolałbym raczej - mruknął, odpinając górny guzik jej bluzki - chodzić koło ciebie. 

- Zacny rycerzu, czyŜby to była propozycja? 

- W rzeczy samej. - Odpinając kolejne guziki muskał jej dekolt. Zaczął całować krągłe 

piersi  ponad  koronką  stanika,  przesuwał  coraz  niŜej  palce.  Delikatnie  wyciągnął  bluzkę  z 

dŜinsów,  objął  szczupłą  kibić  Gen.  -  Musisz  kąpać  się  w  pszczelim  mleczku.  Masz  taką 

aksamitną  skórę  -  szepnął,  pieszcząc  językiem  piersi,  potem  nachylił  głowę  i  ujął  w  usta 

rozkwitający sutek, całując go przez cienki materiał. 

Gen wstrzymała oddech, wplotła palce w jego włosy, przyciągnęła ku sobie. Patrzyła 

w  dół  na  ciemną  głowę  i  aŜ  przygryzła  wargi,  by  nie  krzyknąć  z  ogarniającego  ją 

wszechpotęŜnie bolesnego niemal poŜądania. 

Griff  odpiął  suwak  jej  dŜinsów,  pieszczotliwym  ruchem  powoli  ściągał  je  z  bioder. 

Gdy opadły, zaczął muskać wewnętrzną stronę ud. 

Odchyliła się w tył prawie bez tchu, Griff mruczał jej coś do ucha. Potem jego dłonie 

znalazły  się  w  jej  włosach,  wyciągały  spinki  i  grzebyki,  aŜ  wreszcie  na  jego  dłoń  opadła 

kaskada jedwabistych loków. 

-  Jakie  piękne  -  szepnął,  zanurzając  w  nie  twarz.  -  Jak  płomienie,  migocące  i 

trzaskające w tym kominku. Jakby Ŝyły własnym Ŝyciem. Jakbyś ty sama płonęła... 

- Bo tak jest - wymruczała, całując go w policzki, usta. Musnęła językiem jego wargi, 

Griff  odpowiedział  tym  samym,  zadrŜała.  Całował  ją  tak  namiętnie,  tak  Ŝarliwie,  Ŝe  aŜ 

zawirowały jej wszystkie zmysły. 

Ś

ciągnęła mu koszulkę przez głowę, odrzuciła na bok. Sięgnęła do zapięcia dŜinsów, 

usłyszała, Ŝe Griff wstrzymuje oddech, gdy opuszkami palców delikatnie przesunęła po jego 

brzuchu.  NapręŜył  mięśnie,  a  gdy  odpięła  suwak,  przestał  w  ogóle  oddychać.  Z  uśmiechem 

objęła  go  za  szyję  i  przycisnęła  się  do  niego.  Miał  wilgotną,  gorącą  skórę,  a  był  tak  silnie 

podniecony,  Ŝe  gdy  dotknęła  podbrzuszem  jego  nabrzmiałej  męskości,  z jękiem  szarpnął  się 

w tył. 

Przestraszona, cofnęła się. 

- Och, uraziłam cię... 

background image

-  Zostań  tak  -  prosił,  przygarniając  ją  z  całych  sił.  -  Wierz  mi,  kochanie...  tym  nie 

zadajesz mi bólu! Mój BoŜe, to jest wspaniałe, nie przykre. 

- O to ci chodzi? - spytała, zataczając biodrami małe kółka. - A moŜe o to? 

- Gen! - wybuchnął przeciągłym śmiechem i osunął się na plecy pociągając ją za sobą. 

- Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co ze mną robisz? 

- Ani trochę - przekomarzała się, czemu przeczył ruch jej bioder. - Co zresztą po panu 

widać, panie Cantrell. 

-  Porobiło  mi  się  tak  od  chwili,  w  której  po  raz  pierwszy  spojrzałaś  na  mnie  na 

skrzyŜowaniu. Rozumiesz, co to za piekielna męka pragnąć kobiety tak gorąco i jednocześnie 

prowadzić motocykl? Bite trzy dni spędziłem jak na torturach, moja pani. 

- MoŜe więc choć teraz mogłabym ci pomóc? - pieszczotliwie przesunęła dłoń wzdłuŜ 

jego brzucha, czując napięte mięśnie. - Z największą przyjemnością, panie Cantrell, osobiście 

zajmę się tą sprawą. 

-  W  jaki  sposób?  -  wydyszał.  Odbijający  się  w  jego  oczach  ogień  sprawiał,  Ŝe  w 

ciemnym pokoju Ŝarzyły się niczym węgle. 

- Na przykład... tak - uśmiechnęła się, pieszcząc go powoli i kusząco ręką. 

Jęknął, odrzucił w tył głowę, przeszedł go spazm. 

- Och, Genny, kochana, cała przyjemność po mojej stronie! 

-  No,  moŜe  nie  cała.  -  Usiadła.  Niespiesznie  odpięła  stanik,  rozkoszując  się 

spragnionym  wzrokiem  Griffa.  Jej  mlecznobiała  skóra,  na  której  odbijały  się  refleksy 

roztańczonych płomieni, zdawała się jaśnieć jakimś wewnętrznym ogniem. Gen, odchyliwszy 

się, dumnie ofiarowała siebie całą. 

Griff  zamknął  jej  piersi  w  obu  dłoniach,  pieścił  ich  aksamitne  brodawki,  aŜ 

stwardniały, a Gen zaczęła gwałtowniej oddychać. 

- Są akurat - mruknął, paląc ją oczami i naprowadzając delikatnie w dół. - Pasujesz na 

mnie  jak  rękawiczka,  Genevieve  Jourdan.  Jesteś  dla  mnie  stworzona.  Absolutnie  doskonała, 

jak na zamówienie. 

- Griff! - opadła na niego dysząc. - Griff, tak bardzo cię pragnę! 

- Jak bardzo? - dopytywał się skubiąc jej wargi. - Jak bardzo? 

Oszołomiona  pragnieniem,  rozkosznie  zdumiona  własną  śmiałością,  przesunęła  jego 

dłoń niŜej. Gdy palce wśliznęły się delikatnie pod gumkę fig, a potem jeszcze czulej w bardzo 

wilgotne samo jej „serce", nie mogła juŜ złapać tchu. 

- Teraz juŜ wiesz? - wyjęczała. 

background image

-  Tak!  -  objął  ją  drugim  ramieniem.  -  Niech  i  ja  ci  pokaŜę,  jak  bardzo  cię  pragnę!  - 

zaczął przekręcać się wraz z nią na bok, nagle znieruchomiał, wymamrotał coś. 

Gen zdecydowanym ruchem pchnęła go na dywan. 

- Ja to zrobię! 

-  Gen,  to  absurd!  -  szepnął  zaŜenowany.  -  JuŜ  i  tak  głupio,  Ŝe  nie  potrafię  umyć 

własnego grzbietu, ale to, Ŝe nie jestem zdolny kochać jak trzeba własnej kobiety, przekracza 

wszelkie granice śmieszności. 

- Więc zróbmy to tak, jak nie trzeba - całując go, połoŜyła się na nim. Coś twardego 

pręŜyło  się  ku  niej,  draŜniła  to,  aŜ  Griff  zaczął  jęczeć  jej  imię,  przymruŜone  oczy  pałały 

Ŝ

arem niemal tak intensywnym jak ogień za ich plecami. 

Zsuwając  się  pieściła  jego  tors,  brzuch  biodra.  Muskała  językiem  pępek,  potem 

wilgotne  podbrzusze.  Griff  znieruchomiał,  zaciskał  palce  na  jej  ramionach,  jak  gdyby  nie 

wiedział, czy chce ją przygarnąć, czy odepchnąć. 

Chciała ściągnąć z niego slipy. Gdy się to nie udawało, speszyła się na chwilę, potem 

roześmiała zachwycona, odkrywszy przyczynę. Delikatnie uwolniła go i Griff znowu szepnął 

jej  imię.  Ośmielona  jego  tak  bardzo  widocznym  pragnieniem,  pieściła  go,  całowała  bardziej 

intymnie, niŜ kiedykolwiek mogła sobie wyobrazić. 

Nie myślała, Ŝe potrafi poŜądać go jeszcze mocniej, ale widząc jego reakcję zapłonęła 

goręcej.  Wreszcie  nie  mogła  wytrzymać  ani  sekundy  dłuŜej.  Ściągnęła  figi,  podniosła  się 

wyŜej, dotknęła wargami jego ust, gorących i spragnionych. Dosiadła jego bioder, wchłonęła 

w siebie. Zaczęli gwałtowniej oddychać. 

Ręce  Griffa  wpięły  się  w  jej  pośladki,  uspokoiły  pospieszne  ruchy,  ucząc  drugiego, 

powolnego rytmu, który błyskawicznie doprowadził ją nad krawędź otchłani. Griff delikatnie, 

cierpliwie, pokazywał, co dla niej najlepsze, jak ma się wsłuchać w siebie. Prowadził ją nad tę 

przepaść, potem zawracał znad granicy spełnienia, aŜ zaczęła drŜeć i szlochać. 

- Teraz - szepnął wreszcie, czując, Ŝe Gen jest bliska omdlenia. - Bierz to, co chcesz. 

Rób, co uwaŜasz i tak, jak chcesz. 

Ufając mu całkowicie, zatraciła się w tej chwili. Wygięła w tył i poruszała z radosnym 

nienasyceniem,  zapomniawszy  o  swoich  zahamowaniach  i  nieśmiałości.  Wkrótce  napręŜyła 

się, krzyknęła przeciągle, triumfalnie. Raz po raz przeszywana dreszczem, wpiła się w Griffa 

usiłując  złapać  oddech.  Parę  sekund  później  i  Griff  stoczył  się  w  ową  palącą  otchłań, 

powtarzając  w  rozkoszy  jej  imię.  Osunęła  się  w  jego  ramiona  z  westchnieniem 

bezgranicznego szczęścia. 

background image

Długą chwilę leŜeli spleceni w uścisku, szepcząc to, co zwykle szepczą kochankowie, 

ś

miejąc  się  cichutko  od  czasu  do  czasu,  odpręŜeni  po  zaspokojeniu  wzajemnej  namiętności. 

Potem  Gen  przekręciła  się  na  bok,  wtuliła  w  gościnne  wgłębienie  ramienia  Griffa,  sennie 

wzdychając. 

- Chyba to polubię. 

-  Mam  nadzieję  -  mruknął  równie  sennie.  Dał  jej  Ŝartobliwego  klapsa.  -  WciąŜ  masz 

apetyt? 

- Na co? - spojrzała zalotnie. 

- Bój się Boga, stworzyłem potwora - popatrzył na nią z udanym przeraŜeniem. 

-  I  to  nienasyconego  -  zapewniła  go  śmiejąc  się  chrapliwie,  ukąsiła  lekko  w  ramię, 

potem pocałowała to miejsce. - To nauczy cię nie igrać bezmyślnie z siłami przerastającymi 

moŜliwości śmiertelnika. 

- No, nie wiem. Igraszki z tobą okazały się całkiem miłe. - Uścisnął ją gorąco. Potem 

wstał.  Utykając  nieznacznie  poczłapał  boso  do  kuchni.  -  Nie  wiem,  jak  ty,  ale  ja  umieram  z 

głodu.  Ta  zabawa  w  berka  dobra  jest  dla  ptaków.  -  Słychać  było,  jak  buszuje  po  szafkach, 

potem okrzyk triumfu i po chwili pojawił się z torbą ciasteczek. - Ten kretyn jest winny nam 

obiad. JeŜeli kiedykolwiek wpadnie mi w łapy, to cięŜko za to zapłaci. -  Spostrzegł, Ŝe Gen 

zaniepokojona szybko ogląda się na drzwi i poniósł do góry obie ręce. 

- Przepraszam. Uzgodniliśmy, Ŝe nie będziemy o tym wspominać. Patrz, czerstwe, ale 

jednak jadalne. 

Gen  uśmiechnęła  się  i  usiadła,  zaglądając  do  pustej  w  połowie  torebki. Wzięła jedno 

ciasteczko i juŜ miała je ugryźć, kiedy sobie coś przypomniała, rozdzieliła je na dwie części i 

wsunęła zgrabnie w usta nie posmarowaną połowę. 

- Tak lepiej? 

Griff pochylił się i zlizał czekoladowe okruszki z jej lewej piersi. 

- DuŜo lepiej. 

- Jestem pojętną uczennicą. 

-  To  juŜ  zauwaŜyłem.  -  Spojrzał  jej  w  oczy,  gorąco,  czule,  pocałował  delikatnie  w 

usta. - Co sobie zaplanowałaś na następne sto lat, Wiewiórko? 

- A o czym myślisz? 

- Mniej więcej o tym samym, co ty, kotku... 

-  W  takim  razie  -  szepnęła  obejmując  go  za  szyję  -  sądzę,  Ŝe  następne  sto  lat  mam 

wolne. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Griffa nie było. 

Gen stanęła na górnym stopniu chaty i rozejrzała wokół marszcząc brwi. Obudziwszy 

się  stwierdziła,  Ŝe  leŜy  sama  w  wielkim,  skotłowanym  łoŜu,  wstała  więc,  wzięła  prysznic, 

spodziewając się w kaŜdej chwili Griffa. Ale nie wrócił. Dziwnie niespokojna włoŜyła jedną z 

jego koszul i wyjrzała na dwór. Samochód zniknął. 

Bruzda  na  czole  pogłębiła  się.  Dziewczyna  wzdychając  przysiadła  na  schodku, 

powtarzając sobie, Ŝe nie ma powodu do niepokoju. Griff potrafi o siebie zadbać.  I przecieŜ 

nie zostawiłby jej samej, gdyby się bał, Ŝe podczas jego nieobecności mogą pojawić się tutaj 

Broussarde albo grubas. 

Dlaczego  Griff  jej  wcześniej  nie  obudził?  Dochodziło  juŜ  południe,  a  planowali 

odszukać  posiadłość  Laporteauxa  i  wymyślić  sposób  na  dostanie  się  do  jej  wnętrza  dziś  w 

nocy.  Jutro  będzie  ostatni  dzień.  Ostatnia  szansa.  GdzieŜ  on  się  podział?  Dlaczego  odjechał 

nie zostawiając nawet kartki... 

Za  jej  plecami  rozległ  się  skrzekliwy  trajkot  wiewiórki.  Odwróciła  się  akurat,  by 

zobaczyć  zmierzający  bezszelestnie  w  stronę  chaty  jakiś  samochód.  Szum  wysokich  sosen 

tłumił  warkot  silnika.  Serce  skoczyło  jej  do  gardła,  nim  się  zorientowała,  Ŝe  to  ich  wy-

poŜyczone auto. Ruszyła więc do chaty. Griff właśnie wysiadał. 

Spojrzał na nią ponad dachem samochodu i wyszczerzył zęby. 

- No, no. A wydawało mi się, Ŝe zostawiłem cię śpiącą kamiennym snem. 

- To dlatego nie fatygowałeś się, by mnie obudzić? 

- w jej głosie czaił się gniew. 

Griff lekko zmruŜył oczy. Wyjął torbę i zatrzasnął drzwiczki. 

- Kiedy wstałem, spałaś głęboko - wyjaśnił spokojnie. 

-  Tak  uśmiechnięta  i  szczęśliwa,  Ŝe  nie  miałem  sumienia  tego  przerwać.  Poza  tym, 

wydawało mi się, Ŝe potrzebujesz snu. - Popatrzył porozumiewawczo. 

- Niewiele zaznałaś go w nocy. Poczuła, Ŝe się rumieni. 

-  Prawda  -  mruknęła.  Nagle  zrobiło  się  jej  głupio.  Westchnęła  i  obiema  dłońmi 

przygładziła  rozwiane  wiatrem  włosy.  -  Przepraszam,  Griff.  Po  prostu  gdy  zobaczyłam,  Ŝe 

ciebie nie ma, pomyślałam... - wzruszyła ramionami. 

- Co mianowicie? - popatrzył na nią twardo, wokół ust i na brodzie pojawiły się jakieś 

ostre rysy. 

background image

-  śe...  och,  sama  nie  wiem.  -  Westchnąwszy  obeszła  samochód.  Była  wściekła  na 

siebie za to, Ŝe kiedy spostrzegła, iŜ Griff zabrał samochód i zniknął, do głowy jej wkradły się 

podejrzenia.  A  jeszcze  bardziej  wstydziła  się  wspominając,  jak  to  zajrzała  do  torby  i  jak  po 

stwierdzeniu, Ŝe znaczki są na miejscu, ogarnęły ją palące wyrzuty sumienia. - Pomyślałam, 

Ŝ

e moŜe doszedłeś do wniosku, iŜ nie jestem warta kłopotów, w jakie się dla mnie pakujesz. 

Nie winiłabym cię, gdybyś naprawdę odjechał. 

- Nie bądź idiotką - zbeształ ją spokojnie. Objął wolnym ramieniem i pocałował. 

- Będę taka szczęśliwa, kiedy to się juŜ skończy! 

- Nie mniej niŜ ja, wierz mi - mruknął stanowczo. Zerknęła na niego. 

- Jedziemy dziś po południu do rezydencji Laporteauxa? 

- Wolałbym spędzić to popołudnie z tobą w łóŜku - poinformował ją zwykłym głosem. 

- Próbujesz odwrócić moją uwagę? - roześmiała się. 

-  Tak  jak  ty  moją.  -  Przygarnął  ją  ramieniem.  -  Zachowuj  się  tak  dalej,  a  bez  dwóch 

zdań odłoŜę śniadanie na później. 

Gen wzięła od niego torbę i odstawiła na kuchenny stół, potem odwróciła i wsunęła w 

jego otwarte ramiona. 

-  Po  wyczynach  wczorajszej  nocy  jestem  doprawdy  zdumiona,  Ŝe  masz  jeszcze  dość 

energii,  by  nawet  myśleć  o  takich  rzeczach.  Szczerze  mówiąc  -  dodała  z  łobuzerskim 

uśmieszkiem - dziwię się, Ŝe nie spędzisz całego dnia na rekonwalescencji. 

-  Nie  straciłem  na  tyle  sił,  by  nie  móc  tego  ranka  wykonać  swojego  popisowego 

numeru,  szczególnie  przy  takiej  zachęcie.  -  PołoŜył  dłonie  na  jej  biodrach.  -  A  pomysł 

spędzenia  całego  dnia  w  łóŜku  wydaje  mi  się  całkiem  rozsądny.  Przy  czym  bynajmniej  nie 

rekonwalescencję mam na myśli. - Podniósł Gen, by okazać, jak wielką ma na to ochotę, aŜ 

dziewczynę  zabolały  plecy.  Skrzywiła  się,  zaprotestowała  ze  śmiechem,  oczy  Griffa  na-

tychmiast spowaŜniały. - Nic ci się nie stało? - spytał miękko. - Nieźle nas wczoraj poniosło. 

MoŜe byłem za brutalny, choć bardzo starałem się nie. Ty wciąŜ jesteś jeszcze nowicjuszką. 

-  Przy  tak  zachwycającej  regularności  wkrótce  nią  być  przestanę.  Czuję  się  dobrze, 

jestem tylko odrobinę obolała. Tu i ówdzie. 

-  Tu  i  ówdzie  jesteś  niezwykle  piękna  -  wymruczał  wtulony  w  jej  szyję.  -  Ale  moŜe 

powinniśmy odłoŜyć ten dzień w łóŜku. Nie chciałbym, Ŝeby naprawdę cię coś zabolało. 

-  To  chyba  niemoŜliwe.  -  Pocałowała  go  w  czubek  nosa.  -  Zdaje  mi  się,  Ŝe  dzisiaj 

twoje sińce są w lepszym stanie. 

-  Cały  jestem  w  znakomitej  formie  -  zapewnił  ją  namiętnym  uśmiechem.  -  Panno 

Jourdan, czy zamiast na popołudniowe figle mogę zaprosić panią na śniadanie? 

background image

- To znaczy, Ŝe przywiozłeś coś do jedzenia? - Ŝywo zerknęła do torby. - Croissanty! I 

bekon.  Jajka.  I  pieczarki,  zielona  papryka,  cebulka,  steki,  wino.  A  to  co?  Szampan!  - 

roześmiała się wesoło. - Głuptasie, przywiozłeś tyle, Ŝe starczyłoby nam na kilka dni. A co z 

Laporteauxem i znaczkami? 

- Nie uciekną. 

- AleŜ Griff, musimy... 

- Później - mruknął, ściągnąwszy nagle brwi. 

-  PrzecieŜ...  -  Gen  zreflektowała  się,  przełknęła  zniecierpliwienie.  Griff  wie,  co  robi, 

bez względu na to, jak irytujące jest takie opóźnienie. - Śniadanie? 

-  Śniadanie!  -  pocałował  ją  raz  jeszcze,  potem  zaczął  wypakowywać  zakupy.  -  A  po 

ś

niadaniu  niespieszna  przechadzka  wokół  jeziora.  MoŜe  popływamy.  Potem  późny  obiad: 

steki i wino przed kominkiem. 

-  Griff!  -  nie  zdoławszy  się  opanować  spojrzała  na  niego  ostro,  wspierając  dłonie  na 

biodrach. - Nie chcę ci psuć pikniku, ale to nie wakacje. Musimy obmyślić jakiś plan. Sposób 

na dostanie się do posiadłości Laporteauxa i... 

- Później, Gen. - Popatrzył na nią zirytowany. Skończył wykładać sprawunki. 

Gen westchnęła. Biedny Griff. Za jakie grzechy dał wplątać się w ten koszmar? Miał 

przecieŜ własne zmartwienia. 

-  Wiesz  przecieŜ,  Ŝe  nie  musisz  dalej  w  to  brnąć.  I  tak  juŜ  duŜo  dla  mnie  zrobiłeś. 

Zrozumiem, jeśli zechcesz się trzymać z dala, aŜ... 

- Nie mam zwyczaju zaczynać czegoś i nie kończyć. 

- Ale... 

- Hej! - spojrzał na nią, uśmiechnął się rozbrajająco. Na razie ani słowa o Laporteauxie 

i  jego  znaczkach,  zgoda?  JeŜeli  nie  masz  nic  lepszego  do  roboty,  to  posiekaj  cebulkę  do 

omletu. 

Gen zmierzyła go zrozpaczonym wzrokiem. 

- Doceniam pomysł, panie Cantrell. Ale rozpraszanie mojej uwagi za pomocą cebuli i 

omletów nie powstrzyma mnie od troski o jutro. 

- Cebula i omlet to nie wszystko - zapewnił ją. 

- Mam w zanadrzu jeszcze kilka innych pomysłów. 

- Mianowicie? 

- Zobaczysz - przyrzekł, patrząc jej w oczy. 

- Gwarantuję jednak, Ŝe ci się spodobają. Uśmiechnęła się krzywo. 

- Nie byłabym taka pewna. Pięć lat czy pięć tysięcy kilometrów? 

background image

- Całe Ŝycie i bez ograniczeń, Wiewiórko. 

Reszta  dnia  upłynęła  jak  w  bajce.  Po  wspaniałym  śniadaniu  przeszli  się  brzegiem 

jeziora. Trzymając się za ręce, wędrowali w pocętkowanym słońcem cieniu sosen, ich kroki 

głuszył  gruby  kobierzec  opadłych  igieł.  Było  ciepło,  cicho,  sosny  pachniały,  między  pniami 

niczym  szafir  prześwitywało  jezioro.  Odkryli  małą  piaszczystą  łachę,  podwinęli  nogawki  i 

brodzili po płyciźnie, śmiejąc się, gdy spod ich stóp umykały zwinne, brązowe cierniki. 

Kochali  się  niespiesznie  wśród  majestatycznych  drzew,  potem  ubrali  się  i 

powędrowali  z  powrotem  do  chaty.  Znów  się  kochali,  tym  razem  w  łóŜku  i  daleko  mniej 

spokojnie. Przyjemnie wyczerpane ciała dały im czas, by nacieszyli się sobą dostatecznie, bez 

konieczności  panowania  nad  zmysłami.  Nasyceni,  rozkosznie  znuŜeni,  zasnęli  trzymając  się 

nawzajem w ramionach. 

Gen  obudziła  się  wystraszona.  Griff  był  juŜ  na  nogach,  ubrany.  Uniósłszy  się  na 

łokciu,  patrzyła  na  niego  rozespana.  Stał  do  niej  plecami,  w  dŜinsach  i  czarnej,  skórzanej 

kurtce. Dopiero po chwili do jej świadomości dotarło, co on robi. Zmarszczyła czoło. 

- Griff? 

Podskoczył jak oparzony, niemal wypuszczając z rąk jej torebkę. Obejrzał się. 

- Myślałem, Ŝe jeszcze śpisz. 

- Na wpół. - Nie powiedziała nic więcej, spojrzała tylko wymownie na otwartą torbę. 

- Kluczyki do samochodu - odparł na to milczące pytanie i uniósł je tak, by sama się 

mogła przekonać. 

Kiwnęła  głową,  ziewnęła  i  usiadła.  W  pokoju  panował  wieczorny  chłód,  zadygotała, 

okryła się narzutą. 

- WyjeŜdŜamy zaraz? Zawahał się na ułamek sekundy. 

- Nie, muszę tylko... zatelefonować do kogoś. Wracam za chwilę. 

- Poczekaj sekundę, a ubiorę się, pojadę z tobą. 

- Nie. - Słowo to padło za szybko, odrobinę za ostro. - Spieszę się, Gen. Pojadę tylko 

na autostradę, do stacji benzynowej na zakręcie. Są tam jedynie dystrybutory i automat. 

JuŜ  otworzyła  usta,  by  powiedzieć,  Ŝe  i  ona  musi  koniecznie  zadzwonić  do  dziadka. 

Ale coś ją powstrzymało. Griff wyraźnie nie Ŝyczył sobie towarzystwa. 

- W porządku. 

Skinęła wolno głową. ZadrŜała, mocniej owinęła się kapą, gdy zimny podmuch owiał 

jej nagie ramiona, odwróciła się ze ściągniętymi brwiami i zaczęła zbierać swój" ubranie. 

LeŜało  po  całym  pokoju,  ciśnięte  niecierpliwie,  gdy  parę  godzin  temu  zaczęli  się 

pieścić z Griffem, tak siebie spragnieni, Ŝe nie mogli doczekać się zdjęcia ubrań. Uśmiechnęła 

background image

się, a potem uśmiech zgasł, jego miejsce zajęło zrozumienie. Coś się stało. Coś, co poruszyło 

Griffa, a o czym jej nie powiedział. 

Na próŜno usiłowała pozbyć się tej myśli. Gdy weszła do łazienki i odkręciła prysznic, 

zmarszczka  na  jej  czole  jeszcze  się  pogłębiła.  Nastrój  Griffa  począł  się  zmieniać,  jak  tylko 

wrócili  znad  jeziora.  Zachowywał  się  nienaturalnie  cicho,  w  miarę  upływu  popołudnia 

zamknął  się  w  sobie.  Ukradkiem  obrzucał  ją  zamyślonym  spojrzeniem,  kiedy  indziej  wbijał 

nic nie widzący wzrok w ścianę, zatopiony w swoich rozwaŜaniach. 

A  kiedy  wreszcie  się  nią  zajął,  czynił  to  jakby  z  rozpaczą  i  strachem.  Z  Ŝarliwą 

desperacją chwycił ją za włosy, jakby bał się, Ŝe ona zaraz zniknie. Posiadł ją z takim samym 

rozpaczliwym  poŜądaniem,  jakby  myślał,  Ŝe  kochają  po  raz  ostatni,  Ŝe  juŜ  nigdy  więcej  nie 

będzie  mu  dane  nacieszyć  się  jej  zapachem,  smakiem  i  pragnął  na  zawsze  utrwalić  ją  w 

swojej duszy. 

AleŜ to kompletne szaleństwo, stwierdziła Gen kategorycznie. 

Wzięła  prysznic,  ubrała  się,  poszła  do  kuchni  i  właśnie  napełniała  czajnik,  gdy 

uprzytomniła  sobie,  Ŝe  wcale  nie  ma  ochoty  na  herbatę.  Zdenerwowana,  rozdygotana, 

wędrowała  od  okna  do  okna.  Wreszcie  zniecierpliwiona  opadła  na  jeden  z  wielkich  foteli 

przed  kominkiem.  Jeszcze  tylko  dzień.  Jutro  o  tej  porze  będzie  juŜ  po  wszystkim.  Tak  czy 

inaczej.  Albo  uda  się  podmienić  Znaczki  Wolności,  a  falsyfikaty  Philippe'a  w  strzępach 

spłyną w najbliŜszej toalecie, albo ona i Griff wylądują w więzieniu. . 

Dopiero po dwóch godzinach usłyszała wreszcie warkot samochodu. Zatrzymał się na 

podjeździe. Odrzuciła gazetę, z westchnieniem ulgi podeszła do frontowego okna. 

Griff  zerknął  w  stronę  chaty.  Gen  pomachała  mu,  ale  on  jej  nie  widział. 

Późnopopołudniowe  słońce  odbijające  się  w  szybie  skrywało  ją  przed  jego  oczami. 

Westchnęła,  opuściła  rękę  i  juŜ  miała  ruszyć  ku  drzwiom,  kiedy  pojęła,  Ŝe  Griff  wcale  tutaj 

nie idzie. 

Ku jej zdumieniu okrąŜył samochód i stanął z tyłu, z rękoma na biodrach, wpatrzony 

w wąską, obrośniętą drzewami drogę. 

I wtedy, jak spod ziemi, zjawił się drugi samochód. Sunął cicho wśród długich cieni, 

zmierzał  pewnie  do  oczekującego  go  najwyraźniej  Griffa.  Był  to  stary  model  Buicka, 

błękitny. 

Na tak nieoczekiwany widok Gen po prostu skamieniała. Zamrugała powiekami, jakby 

spodziewała się, Ŝe przysnęła nad gazetą. Ale samochód nie zniknął. 

Otworzyła  usta,  by  ostrzec  Griffa,  choć  i  tak  nie  mógłby  jej  usłyszeć,  potem 

zrozumiała,  Ŝe  wcale  nie  ma  takiej  potrzeby.  On  nie  tylko  widział  hamujący  zgrzytliwie 

background image

Buick,  ale  jeszcze  zmierzał  na  jego  powitanie.  Osłupiała  patrzyła,  jak  pochyla  się,  by 

pogawędzić  z  kierowcą,  wsparłszy  jeden  łokieć  o  dach.  Po  chwili  Griff  wyprostował  się  i 

odstąpił  w  tył.  Drzwiczki  samochodu  otworzyły  się.  Zmartwiała  z  przeraŜenia  Gen 

obserwowała, jak gramoli się przez nie niezgrabnie niski tłuścioch, ten sam, który ich śledził. 

Owinął wydatny brzuch niedopasowaną marynarką i zerknął na chatę. 

Gen odskoczyła od okna, przywarła do ściany. Na miłość boską, o co tutaj chodzi? - 

pytała się rozpaczliwie. Jak on wpadł na ich trop? Co Griff wyprawia, witając się z nim jak ze 

starym znajomym? 

OstroŜnie  wyjrzała  zza  ramy.  Obaj  męŜczyźni  stali  zatopieni  w  rozmowie.  Grubas 

wskazał  chatę,  Gen  gwałtownie  szarpnęła  się  w  tył,  potem  przypomniała  sobie,  Ŝe  w  blasku 

słońca tamci nie mogą jej zobaczyć. Nachyliła się, wstrzymując oddech. Teraz Griff spoglądał 

w jej kierunku. Po chwili, ku jej absolutnemu zdumieniu, obaj męŜczyźni ryknęli śmiechem. 

Gen zamknęła oczy i z jękiem odsunęła się od okna. To nie moŜe być prawda, modliła 

się. Nie Griff. Błagam, BoŜe, szeptała. Błagam, nie Griff! 

Powoli cała łamigłówka zaczęła się układać z niezauwaŜalnych, oderwanych od siebie 

elementów.  Zdarzenia,  które  nic  nie  znaczyły  pojedynczo,  wzięte  razem  tworzyły  logiczną  i 

podejrzaną  całość.  Pojawienie  się  Griffa  w  noc  przed  wypadkiem  w  ustronnym  motelu, 

zupełnie  jakby  rozmyślnie  jej  szukał.  Łatwość,  z  jaką  odnalazł  ją  następnej  nocy,  a  w  parę 

godzin  później  tajemnicze  przybycie  Broussarde'a.  Czy  Broussarde  naprawdę  ją  wyśledził, 

czy  moŜe  wcześniej  dostał  cynk?  Griffowi  nie  brakowało  okazji,  by  udać  się  do  zajazdu  i 

zadzwonić,  kiedy  ona  wieczorem  wybrała  się  na  spacer.  PrzecieŜ  sam  przyznał  się  do 

rozmowy z właścicielem motelu. 

- Nie! - Gen zacisnęła pięści. To niemoŜliwe! Griff Cantrell ją kochał - nie zdradziłby 

jej! Nawet za pół miliona dolarów! 

Oddychała  gwałtownie,  usiłując  zebrać  myśli.  Jak  grubas  zdołał  tak  łatwo  wpaść  na 

ich  trop?  Odnalazł  ich  nawet  w  Quebecu,  chociaŜ  Griff,  tak  jak  tutaj,  zameldował  ich  pod 

fałszywym nazwiskiem. 

Przełknęła ślinę, nie chcąc się nawet nad tym zastanawiać. Ale w głowie to wszystko 

układało  się  jej  w  spójną  całość.  A  jeśli  oni  współdziałali:  Griff,  Broussarde  i  grubas?  W 

takim  razie,  dlaczego  Griff  nie  ukradł  znaczków  juŜ  dwa  dni  temu?  Po  co  brnął  w  to  całe 

bagno wystawiając się na niebezpieczeństwo? 

MoŜe  wcale  nie  współpracował  z  Broussarde'em.  MoŜe  po  prostu  wplątał  się 

nieświadomie,  a  potem  zwietrzył  okazję  zbicia  szybkiej  forsy.  JeŜeli  szantaŜysta  trafił  na 

background image

szantaŜystę?  CzyŜ  nie  wygodniej  wskazać  znaczki  za  sowitą  opłatą  niŜ  odsprzedać 

pierwszemu złodziejowi? Broussarde przecieŜ nie pójdzie na policję. 

Przycisnęła  pięść  do  ust,  by  stłumić  nieoczekiwany  wybuch  śmiechu,  w  którym 

słychać było rozpacz i panikę. Mimo iŜ zakrawało to na obłęd, w istocie było bardzo proste. 

Griff miał to, czego chciał Broussarde. Musiał jedynie wytrwać przy Gen, nim nie uzgodni z 

tamtym ceny. JeŜeli więc ochraniał przed Broussarde'em nie ją, a swoją „inwestycję"? 

W gardle poczuła bryłkę lodu. JeŜeli to wszystko prawda, Griff musiał upewnić się co 

do dwóch rzeczy: Ŝe bezgranicznie mu zaufała i nie będzie kwestionować jego słów i czynów 

oraz Ŝe nie dojadą do Laporteauxa, nim dobije targu. Obie rzeczy przyszły mu bez trudu. Gen, 

zawsze  naiwna  i  łatwowierna,  teraz  okazała  się  szczególnie  podatna.  Niewiele  trzeba  było 

wysiłku  ze  strony  przystojnego,  pewnego  siebie  i  bezsprzecznie  czarującego  męŜczyzny,  by 

kompletnie straciła głowę. 

Czuła  krew  krzepnącą  w  Ŝyłach,  ogarniające  ją  zimno.  A  niski  tłuścioch?  Nagle 

zaczęła  myśleć  logicznie,  jakby  miała  do  rozwiązania  zagadkę  z  filmu  kryminalnego,  a  nie 

własny  koszmar.  MoŜe  on  był  pomocnikiem  Broussarde'a  a  i  teraz  występował  w  roli 

pośrednika?  MoŜe  Broussarde  i  Griff  doszli  juŜ  do  porozumienia,  gdy  Griff  pojechał  do 

miasta pod pozorem zakupów... 

- Nie - ucięła stanowczo. Puściła wodze fantazji, widziała spisek i intrygę tam, gdzie 

ich  wcale  nie  było.  Musi  się  znale,  A;  jakieś  rozsądne  wytłumaczenie  obecności  tutaj  tego 

człowieka. Po prostu nie mogła - i nie zrobiła tego - uwierzyć, Ŝe Griff Cantrell byłby zdolny 

do kradzieŜy czegoś cenniejszego od jej serca. Spojrzała na drzwi. Wystarczy wyjść na dwór i 

stanąć z nim twarzą w twarz. Kiedy się wszystko wyjaśni, wyjdzie na kompletną idiotkę. Ale 

to lepsze niŜ krycie się tutaj na granicy szaleństwa, melodramatycznie i bzdurnie. 

Jeśli jednak ma rację? 

Zrobiła juŜ krok ku drzwiom, kiedy ta myśl zatrzymała ją w miejscu. Nagle, czując do 

siebie  wstręt,  zrozumiała,  Ŝe  musi  stawić  czoło  moŜliwości,  iŜ  Griff  jest  winny.  Nie  wobec 

niej, lecz wobec dziadka. 

GdyŜ liczyło się tylko zwrócenie znaczków Williamowi Laporteaux. Ani Broussarde, 

ani tajemniczy grubas, ani jej wstrętne podejrzenia. Ani nawet Griff Cantreli. Wzięła głęboki 

oddech,  potem  stanowczym  krokiem  weszła  do  sypialni.  Torebka  leŜała  wciąŜ  na  szafce. 

Otworzyła ją. 

Znaczki zniknęły. 

Gen  skamieniała.  Utkwiła  wzrok  w  panującym  w  torebce  bałaganie.  Potem,  bardzo 

ostroŜnie  zaczerpnęła  powietrza.  Muszą  gdzieś  tutaj  być.  PrzecieŜ  niedawno  je  widziała. 

background image

Opanowując się siłą woli przejrzała zamykane na suwak przegródki, zakamarki, metodycznie 

i  powoli,  starając  się  usunąć  z  pamięci  obraz  wystraszonego  Griffa,  gdy  parę  godzin  temu 

przyłapała  go  na  szperaniu  w  swojej  torebce.  Nic  jednak  nie  znalazła.  Klnąc  wściekle, 

wysypała  wszystko  na  łóŜko,  potem  starannie  przesunęła  dłonią  po  podszewce,  by  się 

upewnić, czy moŜe tam nie zsunęła się cienka plastykowa koperta. Na próŜno. 

- Och, Griff. - Przyciskając dłoń do ust stłumiła głośny szloch. - Griff, jak mogłeś! 

Gwałtownie  zawirowały  wszystkie  uczucia:  Ŝal,  przeraŜenie,  niewiara,  ból, 

wściekłość. Jakąś swoją cząstką pragnęła temu zaprzeczyć, ale coś w głębi duszy, opanowane 

i rozsądne, nakazywało jej uciekać w ślepej, rozdygotanej panice. 

PrzecieŜ nie bez znaczków! Odetchnęła dla uspokojenia, czując, jak ogarniają słodka 

fala  niepohamowanej  furii.  Przytłumiła  ona  strach,  palący  ból  po  zdradzie,  oczyściła  umysł, 

uspokoiła. Niedoczekanie! Nie zostawi mu znaczków! 

Pod oknem leŜała torba Griffa. Skoczyła ku niej, otworzyła, wywróciła do góry dnem. 

Rozsypały  się  starannie  poukładane  ubrania,  przetrząsnęła  je,  mrugając  jednocześnie 

powiekami, by dostrzec coś poprzez mgłę łez. Gdy zabolała ją szczęka, uświadomiła sobie, Ŝe 

powstrzymując łkanie zaciska kurczowo zęby. Gdzie są te cholerne znaczki?! 

Wyciągnęła parę koszul, a kiedy na podłogę upadło coś z hukiem, serce  skoczyło jej 

do  gardła.  Wiedziała  od  razu,  Ŝe  jest  to  zbyt  cięŜkie  i  wypukłe  jak  na  znaczki.  U  jej  stóp 

wylądował  mały  rewolwer.  Wlepiła  w  niego  oczy,  otrząsnęła  z  obrzydzeniem,  odsunęła  na 

bok nogą. 

Ktoś wbiegał po schodkach. Zmartwiała. Ze swojego miejsca widziała drzwi. Patrzyła 

na nie jak zaklęta. Gałka obróciła się. Gen usłyszała zdumione mruknięcie. 

- Gen? - Griff wołał ją rozbawiony. Gałka znowu drgnęła, tym razem głośniej. - Hej, 

Genny! To ja! Otwórz! 

Pospiesznie  przejrzała  resztę  ubrań.  Znaczków  nie  było.  Zdusiła  panikę,  usiłowała 

myśleć  rozsądnie.  Wtedy  coś  uderzyło  w  drzwi  niczym  taran.  Futryna  rozleciała  się  w 

drzazgi,  zamek  puścił,  drzwi  otworzyły  się  gwałtownie,  grzmotnęły  o  ścianę,  aŜ  chata 

zadrŜała.  Gen  przeraziła  się  tak  bardzo,  Ŝe  stała  sparaliŜowana,  patrząc,  jak  Griff  wpada  co 

ś

rodka,  rozcierając  ramię.  Wyhamował,  rozejrzał  się  zaniepokojony.  Potem  spojrzał  w 

kierunku sypialni i za progiem natknął się na jej przestraszone spojrzenie. 

Zmarszczył brwi, ruszył ku niej. 

- Hej, Gen? Co się... 

Zadziałał instynkt. Chwyciła rewolwer i wyciągnęła go przed siebie, akurat w chwili, 

w której Griff stanął naprzeciwko niej. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Trudno powiedzieć, które z nich było bardziej zdumione. Oboje wlepili wzrok w broń, 

jakby  ją  pierwszy  raz  widzieli.  Gen,  zdziwiona,  Ŝe  ją  trzyma,  Griff,  Ŝe  jest  wycelowana  w 

jego pierś. 

Rozpaczliwie  przywołując  na  pamięć  szczegóły  z  setek  filmów  kryminalnych, 

oglądanych wraz z dziadkiem, Gen podtrzymała prawą dłoń lewą. 

- Nie ruszaj się! 

- Cholera, co ty wyprawiasz?! - przyglądał się jej osłupiały. Uczynił ruch w jej stronę. 

- Stać! - ostrzegawczo zakołysała lufą. 

- Ja wcale nie Ŝartuję! 

Niepewny uśmiech, który począł wykwitać na jego wargach, zniknął. W jego miejsce 

pojawił się twardy, groźny grymas. ZmruŜył oczy, kamienne, zimne i nawet groźniejsze. 

- Nie mów mi, Ŝe mimo wszystko pomyliłem się co do ciebie, Wiewiórko. Zwykle aŜ 

tak źle nie odczytuję kobiecej duszy. 

-  Obawiam  się,  Ŝe  tym  razem  tak  właśnie  się  stało  -  zapewniła  go  drŜącym  głosem. 

Przełknęła gorycz tych słów. 

W  oczach  Griffa  zamigotało  coś  mrocznego,  paraliŜującego.  Niedostrzegalnie 

przenosił cięŜar ciała, balansując na piętach. W jego ruchach czaiła się groźba. 

Gen przeszył lodowaty dreszcz. 

- JeŜeli chodzi ci o to, o czym myślę, dziewczyno, to trzeba było zawczasu nabić broń. 

- Wskazał głową rewolwer, nie odrywając jednocześnie wzroku od Gen. 

- A ty powinnaś nauczyć się z nią obchodzić. 

-  Jest  nabita  -  zapewniła,  choć  nie  miała  o  tym  pojęcia.  Nie  wiedziała,  jak  to 

sprawdzić,  a  co  waŜniejsze,  jak  ją  w  razie  czego  naładować.  Na  filmach  nie  było  o  tym 

mowy! - Oddawaj znaczki, Griff! I to juŜ! Jej słowa zbiły go z tropu. Zmarszczył lekko brwi: 

- Co takiego? 

-  Nie  odgrywaj  niewiniątka.  Wiem,  Ŝe  je  masz.  Kiedy  wpadłeś  na  pomysł,  by  je 

ukraść? Jesteś wspólnikiem Broussarde'a i grubasa? A moŜe to była decyzja chwili? 

-  Ja  ukradłem?  -  wściekły  ryk  odbił  się  echem  po  pokoju.  Gen  odskoczyła.  Griff 

szybkim  spojrzeniem  obrzucił  jej  wybebeszoną  torbę  i  rozrzuconą  zawartość  swojej.  Kiedy 

znów spojrzał na dziewczynę, jego oczy płonęły świętym oburzeniem. - Chcesz mi wmówić, 

background image

Ŝ

e  według  ciebie  ukradłem  Znaczki  Wolności?!  -  spytał  groźnie.  -  I  Ŝe  po  to  kochałem  cię 

taką opętaną ilość godzin? Dlatego... 

- Nie  wiem, dlaczego ze mną spałeś i nic mnie to nie obchodzi - skłamała łamiącym 

się głosem. Zaczęły się jej trząść ręce. Wiedziała, Ŝe juŜ długo nie zdoła utrzymać rewolweru. 

- Ja z tobą nie spałem - przypomniał jej obcesowo. - Ja się z tobą kochałem. Kochałem 

ciebie.  Nawet  taka  gąska  jak  ty,  Gen,  powinna  zauwaŜyć  róŜnicę.  Naprawdę  usiłujesz  mi 

wmówić, Ŝe mogłem coś takiego zrobić po wspólnie spędzonych dniach i nocach? 

Uczynił krok w jej stronę. Gen uniosła broń, oblizała wargi. 

-  Nie...  -  w  nadgarstkach  pulsowało  jej  od  wysiłku.  Desperacko  myślała,  jak  długo 

zdoła jeszcze udawać zuchwałą pewność siebie. Z kaŜdą sekundą ogarniała ją bowiem coraz 

większa panika. 

-  Gen,  albo  się  komuś  ufa,  albo  nie.  Nie  ma  stanu  pośredniego.  Więc  teraz,  jeśli  mi 

ufasz, wiesz, Ŝe nie ukradłem znaczków. Jeśli nie... CóŜ, sądzę, Ŝe w takim wypadku Ŝadne z 

nas nie ma wiele do stracenia. 

-  Nie...!  -  Gen  wyrwał  się  pisk  przeraŜenia,  gdy  Griff  zrobił  ku  niej  cztery  potęŜne 

susy. Poddała się. Delikatnie odgiął jej palce i wyjął rewolwer. 

ZadrŜała, wytarła dłonie o spodnie, cięŜko usiadła na łóŜku. 

-  Nie  cię  diabli  -  zaszlochała.  -  Mogłeś  przecieŜ  zabrać  znaczki  na  samym  początku. 

Dlaczego  musiałeś  mnie  najpierw  w  sobie  rozkochać?  -  Spazmatycznie  łapała  powietrze.  - 

Wynoś się! Masz znaczki, to czego jeszcze chcesz?! 

-  Kobieto,  o  czym  ty  mówisz?  -  warknął.  -  Zaraz  to  wyjaśnimy.  -  Wyminął  ją, 

pomaszerował do łazienki, chwilę później wrócił z jej kosmetyczką. Otworzył ją, sięgnął do 

ś

rodka i coś wyjął. - O to ci chodzi? 

Utkwiła  wzrok  w  cienkiej,  celofanowej  saszetce.  Griff  rozchylił  ją  tak,  by 

zademonstrować  czteroznaczkowy  bloczek.  Gen  zamrugała  powiekami,  podniosła  oczy  ku 

surowej twarzy Griffa. 

- Przeniosłem je - burknął. - Dziś rano, po śniadaniu. - Zobaczyłem twoją torebkę na 

wierzchu  i  pomyślałem,  Ŝe  jeśliby  ktoś  zakradł  się  tutaj  podczas  naszej  nieobecności,  to  ją 

pierwszą ukradnie. Nie wiedząc nawet, Ŝe kryje w sobie znaczki warte pół miliona. Miałem ci 

o tym powiedzieć, ale jakoś wyleciało mi z głowy. 

- A... ja myślałam... 

- Myślałaś, Ŝe kiedy się o nich dowiedziałem, wpadłem na pomysł łatwego zarobku - 

dokończył  Griff.  -  Wyobraziłaś  sobie,  Ŝe  nasze  godziny  miłości  są  bez  znaczenia,  Ŝe 

pragnąłem jedynie tych cholernych, bezcennych Znaczków Wolności. 

background image

Gen ukłuta do Ŝywego obrzuciła go złym spojrzeniem. 

-  Wcale  nie  chciałam  tak  myśleć!  Ale  kiedy  zobaczyłam,  jak  pogodnie  gawędzisz  z 

tym  niechlujem,  a  potem  zorientowałam  się,  Ŝe  znaczki  zniknęły,  to  co  mogłam  sobie 

wyobrazić? 

-  Niechlujem?  -  zmarszczył  gniewnie  brwi.  Potem  w  jego  oczach  błysnęło 

zrozumienie. Odwrócił głowę, zerknął za drzwi sypialni przez okno salonu, znowu popatrzył 

na Gen. - Dobry BoŜe! - westchnął, łapiąc się za głowę. - Poindexter! 

- Kto taki? - Gen ośmieliła się podnieść wzrok. 

- Marvin Poindexter. - Wyraz twarzy Griffa nieco złagodniał. Uśmiechnął się. - Nasz 

niechlujny, grubawy cień to prywatny detektyw. 

- Kto? - pisnęła. 

-  Kierowca  jasnobłękitnego  Buicka,  który  śledził  cię  od  czterech  dni,  jest  po  naszej 

stronie.  -  Wydął  ironicznie  wargi.  -  śaden  Marlowe,  co  prawda,  ale  i  tak  najlepszy,  jakiego 

udało się znaleźć twojemu dziadkowi w tak krótkim czasie. 

- Dziadkowi? 

-  Przeraziłaś  go  śmiertelnie,  KsięŜniczko.  -  Griff  spojrzał  z  dezaprobatą.  - 

Najwyraźniej zapomniałaś powiedzieć mu, na co się porywasz. 

-  Nie  chciałam  go  denerwować.  -  Spuściła  oczy.  -  Wiedziałam,  Ŝe  jeślibym  się 

przyznała  do  ukradzenia  Broussarde'owi  znaczków,  mógłby  dostać  ataku  serca.  Chciałam 

wyjaśnić to juŜ po wszystkim. 

-  Oj,  Genny,  Genny  -  westchnął  Griff.  -  Wyprowadziłaś  swoich  męŜczyzn  na 

manowce, co? 

Milczała, zbyt przygnębiona, by się bronić. Chora od wyrzutów sumienia i wstydu nie 

miała odwagi spojrzeć Griffowi w oczy. 

- Tak mi przykro... - zdołała w końcu wyszeptać. - Jak w ogóle mogłam... 

-  Chodź  no  tutaj,  głuptasie  -  odezwał  się  Griff  chrapliwym  głosem,  biorąc  ją  w 

ramiona. - Czasami naprawdę potrafisz zaleźć za skórę, wiesz? 

- Griff! - zaszlochała. Wtuliła się kurczowo w jego ramiona, ukryła twarz na piersi. - 

Jak mogłam być taka głupia?! Jak mogłam... 

-  Nie  mogłaś  -  mruknął,  gładząc  ją  uspokajająco  po  ramionach.  -  A  w  kaŜdym  razie 

nie w sercu i to tylko się liczy. Powinienem rozumieć, przez co przechodzisz. Opowiedzieć ci 

o Poindexterze, jak tylko odkryłem, kim jest, zamiast cię śmiertelnie przeraŜać. JeŜeli ktoś ma 

tutaj przepraszać, to ja. 

background image

Gen  uśmiechnęła  się  blado,  spojrzała  na  Griffa,  potem  wysunąwszy  się  z  jego  objęć 

cięŜko przysiadła na łóŜku. 

-  Jakim  cudem  Marvin  Poindexter  wplątał  się  w  to  wszystko?  I  dlaczego  dziadek 

wpadł na pomysł, by wynajmować prywatnego detektywa? 

- Bo wiedział, co zrobiłaś i co tobą kierowało. Sądził, Ŝe chociaŜ tak zdoła ci pomóc. 

-  Ale  dlaczego  Poindexter  nic  nie  powiedział?  Dlaczego  kręcił  się  koło  nas  niczym 

bohater marnego kryminału? 

-  Głównie  przeze  mnie.  -  Griff  uśmiechnął  się  widząc  jej  zdumienie.  -  Od  dziadka 

wiedział, Ŝe podróŜujesz samotnie. A tu nagle ja się zjawiam i to w całej okazałości, prawdę 

mówiąc. 

Gen  jęknęła  wspomniawszy  minę  Poindextera,  kiedy  wpakował  się  do  ich  pokoju 

hotelowego w Quebecu. 

-  Nie  do  wiary  -  westchnęła.  -  Mam  wraŜenie,  jakbym  grała  w  jakiejś  farsie.  - 

Popatrzyła przygnębiona na Griffa. - Co teraz? 

-  Odeślemy  niechlujnego,  acz  wytrwałego  Marvina  Poindextera  z  powrotem  do 

Nowego  Jorku,  a  jutro,  jak  planowałaś,  podmienimy  znaczki  i  będziemy  Ŝyli  długo  i 

szczęśliwie jak na filmach. Spojrzała z niedowierzaniem. 

-  Chyba  nie  mówisz  powaŜnie?  Rzeczywiście  chcesz  dalej  to  ciągnąć  po  tym,  co 

zrobiłam? 

-  Masz  na  myśli  groŜenie  mi  bronią?  -  uśmiechnął  się  leniwie.  Wsparł  obok  niej 

kolano,  połoŜył  dłonie  na  jej  ramionach  i  delikatnie  pchnął  w  tył,  aŜ  oboje  upadli  na  łóŜko. 

Odgarnął  kręcone  włosy  Gen,  uśmiechając  się  do  niej.  -  Kobieto,  takie  rzeczy  się  zdarzają. 

ChociaŜ muszę przyznać, Ŝe jesteś pierwszą, która mnie miała na muszce. 

- Griff - zaprotestowała - powinieneś być na mnie wściekły, a nie... 

-  Masz  rację.  Powinienem  -  zgodził  się  całując  ją  w  szyję.  -  Wściekły  jak  diabli. 

Naprawdę  myślałaś,  Ŝe  tyle  godzin  uczyłem  cię  miłości  po  to  tylko,  by  ukraść  znaczki?  - 

ugryzł  ją  pieszczotliwie.  -  Ja  jestem  chciwy,  Gen.  Za  bardzo  chciwy,  by  zadowolić  się 

nędznym pół milionem. Kiedy mogę mieć ciebie całą. 

- Jak moŜesz być dla mnie taki dobry, gdy oskarŜałam cię o kradzieŜ, oszustwo i... 

- GdyŜ przychodzi mi to z łatwością - wymruczał, nie odrywając od niej warg, całując 

powoli, namiętnie, aŜ zaczęła drŜeć rozpłomieniona. 

- AleŜ niemal cię zastrzeliłam... 

- Jednak nie - przesunął ustami po jej twarzy. 

- PrzecieŜ mogłam - głaskała go po dłoniach i ramionach. 

background image

-  Nie,  nie  mogłaś  -  zaprzeczył  z  pełnym  przekonaniem.  Koniuszkiem  języka  muskał 

jej wargi. - PrzecieŜ jesteś we mnie zakochana. Poza tym... zapomniałaś naładować broni. 

- Nie była nabita? - Otworzyła szeroko oczy. 

- Tylko kompletny kretyn trzyma w domu nabitą broń. A ja wolałbym nie uwaŜać się 

za takiego. 

-  Mój  BoŜe  -  westchnęła  z  ulgą.  Przymknęła  oczy,  zamrugała  powiekami,  otworzyła 

je. - Wiedziałeś o tym? 

- Nie od razu. Mogłaś ją jednak załadować. 

- Więc ty... spodziewałeś się, Ŝe mogę wystrzelić - zdumiała się. - Dlaczego więc tak 

ryzykowałeś... 

-  Bo  cię  kocham  -  zapewnił  ją  czule.  -  A  jeśli  męŜczyzna  nie  moŜe  zaufać  kochanej 

kobiecie, to komu? 

-  Och,  Griff.  -  Opuszkami  palców  dotknęła  jego  policzka,  wpatrując  z 

niedowierzaniem w jego szczupłą, opaloną twarz. - Mam nieprawdopodobne szczęście, Ŝe na 

ciebie  trafiłam.  Pomyśleć  tylko,  Ŝe  gdyby  na  tamtym  skrzyŜowaniu  nie  paliło  się  czerwone 

ś

wiatło, albo gdybyś był kilometr dalej... 

-  Albo  gdybyś  na  mnie  nie  najechała,  a  mój  motocykl  wyszedł  cało  z  kraksy...  - 

dokończył  parskając  śmiechem.  -  Prędzej  czy  później  byśmy  się  jednak  spotkali,  Gen. 

Wierzę,  iŜ  przeznaczone  nam  być  razem.  Los  jest  kapryśny,  ale  nie  tak  okrutny.  Gdybyśmy 

nie spotkali się na skrzyŜowaniu, to na pewno kiedy indziej, w jakimś innym miejscu. 

- Kocham cię - szepnęła. Uśmiechnął się. 

- Wiem. - I pocałował ją tkliwie w usta. Za ich plecami rozległo się chrząknięcie. 

Gen wyrwał się zduszony okrzyk, Griff klnąc pod nosem obrócił się na bok i usiadł. 

-  Hm...  zdaje  się,  wszystko  w  porządku.  -  TuŜ  za  progiem  sypialni  stał  Marvin 

Poindexter  z  ogromnie  speszoną  miną.  -  Kiedy  pan  nie  wrócił  po  wywaŜeniu  drzwi, 

pomyślałem, Ŝe lepiej sprawdzić, co się dzieje. 

Gen  podniosła  się  pospiesznie,  obciągnęła  bluzkę  i  przygładziła  włosy.  Czuła,  Ŝe  się 

rumieni.  Ten  facet  miał  wyjątkowego  nosa.  Pewnie  doszedł  do  wniosku,  Ŝe  Gen  ma 

nienasycony apetyt seksualny,  gdyŜ prócz spotkania w restauracji, za kaŜdym razem natykał 

się na nią i Griffa figlujących w rozmaitych motelowych łóŜkach. Starannie unikając wzroku 

detektywa  wepchnęła  rozrzucone  rzeczy  z  powrotem  do  torebki,  wsunęła  znaczki  do 

wewnętrznej kieszonki i zapięła suwak. 

Girff  wstał,  poprawił  nogawki  dŜinsów  w  kowbojskich  butach.  Z  nie  tajoną  irytacją 

popatrzył spode łba na Poindextera. 

background image

- Wszystko gra. 

Tamten skinął głową, potem spojrzał na Gen. 

-  Przepraszam,  Ŝe  panią  nastraszyłem,  panno  Jourdan.  Gdybym  wiedział,  Ŝe  pan 

Cantrell  jest...  hm...  tym,  kim  jest,  wróciłbym  do  domu.  -  Przeniósł  na  Griffa  wzrok.  Gen 

przysięgłaby, Ŝe w jego oczach czaił się strach. Albo groza. Z detektywa lał się ciurkiem pot. 

- Poindexter - odezwał się Griff. - Dosyć się chyba napracowałeś jak na jeden dzień. 

Od tej chwili ja przejmuję nad wszystkim pieczę. 

- Tak jest - Poindexter wyprostował się tak, iŜ Gen przez chwilę myślała, Ŝe naprawdę 

zasalutuje. Patrzyła za nim, gdy ruszył nerwowym krokiem do drzwi. - Przypuszczam... Ŝe nie 

jestem  juŜ  państwu  potrzebny.  Natychmiast  wracam  do  Nowego  Jorku.  -  Z  kieszeni  spodni 

wyjął chusteczkę i otarł sobie czoło. 

- Niech pan tak zrobi - potaknął uprzejmie Griff, czemu przeczył lodowaty uśmieszek. 

Ruszył ku detektywowi, który spiesznie podszedł do progu chaty. Gen z łóŜka obserwowała, 

jak  obaj  męŜczyźni  uścisnęli  sobie  dłonie.  Potem  Poindexter  czmychnął,  zadziwiająco 

zwinnie jak na swoją tuszę. Griff postał chwilę w drzwiach, potem wrócił powoli do sypialni. 

Kiedy wsparł się o futrynę, Gen popatrzyła na niego zamyślona. 

- Ten facet się ciebie śmiertelnie boi, Griff. 

-  On  jest  w  porządku.  Muszę  przyznać,  Ŝe  jest  piekielnie  wytrwały.  Lepszy  od 

swojego wyglądu. Twój dziadek nie na próŜno wydał forsę. 

-  Prawdopodobnie.  -  Spojrzała  zaciekawiona.  -  A  o  co  mu  chodziło,  Ŝe  gdyby 

wiedział, kim jesteś, to wróciłby do domu? 

Griff  popatrzył  jej  w  oczy,  między  jego  brwiami  pojawiły  się  dwie  pionowe  bruzdy. 

Poszedł do okna. Wyciągnął dłonie, oparł je o ramę, wlepił wzrok w jezioro. 

- Chyba muszę ci wyznać całą prawdę - odezwa} się wreszcie cicho. - 1 tak niebawem 

byś się wszystkiego dowiedziała. 

-  Czego?  -  po  krzyŜu  Gen  przebiegł  zimny  dreszcz.  Minęła  długa  chwila,  nim  Griff 

przemówił. 

- Nie... nie jestem tym, za kogo mnie uwaŜasz. Ogarnął ją chłód, zadrŜała. Podniosła 

się powoli. 

-  Wydaje  mi  się,  Ŝe  ta  prawda  wcale  się  mi  nie  spodoba  -  powiedziała  sztucznie 

wesołym tonem, czemu przeczyło wyczuwalne napięcie. 

Griff  zaklął  bezgłośnie,  odwrócił  się,  dziwnie  nerwowym  gestem  odgarnął  włosy  z 

czoła. Zdawało się, Ŝe unika jej wzroku. 

background image

- Ja... - urwał, jakby szukał właściwych słów. To wahanie jeszcze bardziej wystraszyło 

Gen.  -  Do  diabła,  nie  wiem,  jak  ci  to  powiedzieć.  Chyba  prosto  z  mostu.  Pracuję  dla  rządu. 

Ś

ciślej mówiąc, dla jego zbrojnego ramienia. Jesteśmy do zadań specjalnych, współpracujemy 

z  Interpolem,  policją  kanadyjską  i  garścią  innych  zagranicznych  agencji  nad  przerwaniem 

kręgu międzynarodowych fałszerzy i złodziei dzieł sztuki. 

Był  to  grom  z  jasnego  nieba.  Gen  wcale  nie  tego  się  spodziewała,  więc  wybałuszyła 

oczy. 

- Do zadań... specjalnych? Jesteś agentem, tak? - szepnęła. - FBI, CIA czy coś takiego. 

-  Coś  takiego.  -  Wziął  głęboki  oddech,  najwyraźniej,  by  się  uspokoić.  -  Mój  dawny 

dowódca sił specjalnych z Wietnamu, niejaki Spence O'Dell, kieruje tą grupą. Nie pracuję dla 

niego  na  pełnym  etacie,  czasami  tylko,  kiedy  mają  jakieś  wyjątkowe  zadanie,  O'Dell  mnie 

wzywa.  Dla  mnie  to...  hm...  coś  w  rodzaju  przysługi.  Dla  niego  i  pozostałych...  -  zdanie 

zacichło  w  niezręcznym  milczeniu.  Griff  nie  spuszczał  oczu  z  Gen,  czoło  pobruździł  mu 

grymas niepokoju. 

A ona była całkowicie oszołomiona. 

-  I  co...  -  nagle  tak  zaschło  jej  w  gardle,  Ŝe  musiała  przełknąć  ślinę.  -  A  co  to  za 

specjalne zadanie, które ma z nami coś wspólnego? 

Griff był coraz bardziej speszony. 

- Grupa ściga Broussarde'a. Od prawie dwóch lat. Ale on jest dobry... za dobry, by dać 

się łatwo przyłapać. Kiedy Laporteaux powiadomił władze o fałszerstwie... 

- Laporteaux? - Gen zmartwiała. - To on wie o falsyfikatach. Cały czas wiedział...? 

Griff spojrzał jej w oczy, pociemniałe od ogromnego niepokoju. 

- Zaraz po tym, jak je dostał, pochwalił się nimi przyjacielowi - filateliście. Przyjaciel 

twierdził stanowczo, Ŝe są podrobione, więc Ŝeby mu udowodnić pomyłkę, Laporteaux oddał 

bloczek  ze  znaczkami  do  ekspertyzy.  Kiedy  potwierdzono  fałszerstwo,  udał  się  na  policję. 

Policja  zaś  skontaktowała  się  z  grupą  specjalną  O'Della.  Ślad  wiódł  do  Broussarde'a  i...  - 

wziął głęboki oddech nie spuszczając wzroku z dziewczyny. - I do twojego dziadka. 

-  Mój  BoŜe  -  Gen  przymknęła  powieki,  czuła  zawrót  głowy.  Chwiejnym  krokiem 

podeszła  do  łóŜka,  cięŜko  usiadła.  -  Więc  cały  czas  wiedzieli.  -  Spojrzała  na  Griffa.  -  A  ty? 

Skąd się w tym wziąłeś? 

Griff wytrzymał jej spojrzenie. 

-  Śledziłem  ciebie.  Wiedzieliśmy,  Ŝe  masz  znaczki  i  uwaŜaliśmy,  Ŝe  nawiąŜesz 

kontakt... albo z samym kupcem, albo z jego pośrednikiem. Chcieliśmy przekonać się, kto to. 

Gen milczała. Po prostu zabrakło jej słów. 

background image

- Niech cię diabli - powiedziała wreszcie. Czuła, jak krew zaczyna jej wrzeć w Ŝyłach, 

z  kaŜdym  uderzeniem  pulsu  rosły  wściekłość  i  złość.  -  Niech  cię  szlag!  -  Zerwała  się  na 

równe  nogi,  spiorunowała  go  wzrokiem.  -  Więc...  to  wszystko  od  samego  początku  było 

niczym  innym  jak  tylko  szaradą!  Wszystko:  wypadek,  ukrywanie  się,  ucieczka.  Zwyczajnie 

ze mną igrałeś! 

Chciał jej dotknąć, ale odskoczyła. Oczy jej ciskały gromy. 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  pan  się  dobrze  bawił,  panie  Cantrell!  Od  trzech,  czterech  dni  po 

prostu  stroiłeś  sobie  ze  mnie  Ŝarty?  Nie  wiem,  jak  udało  ci  się  zachować  powagę,  słuchając 

mojej  paplaniny  o  znaczkach  i  dziadku.  Kiedy  udawałeś,  Ŝe  mi  wierzysz,  to  naprawdę 

uwaŜałeś,  Ŝe  współpracuję  z  Broussarde'em  i  bawiłeś  się  ze  mną,  gdy  ja  bawiłam  się  w 

chowanego z nim i Poindexterem przez pół Vermontu i Quebecu! 

- Gen, cholera, posłuchaj mnie chwilę... 

- Po co? śebyś przeczytał mi moje prawa, zanim zakujesz mnie w kajdanki? - mówiła 

podniesionym tonem. 

-  Nie  -  odpowiedział  napiętym  głosem.  -  Mówiłem,  Ŝe  pracuję  tylko  dorywczo 

wyświadczając... 

- Przysługę przyjacielowi - dokończyła drwiąco. Kiedy powiedziałeś mi, Ŝe pracujesz 

przy komputerach i Ŝe czasami udzielasz prywatnych konsultacji dla rządu, do głowy mi nie 

przyszło, Ŝe jesteś szpiegiem. 

-  Bo  nie  jestem.  -  Napięcie  w  głosie  Griffa  było  doskonale  słyszalne.  -  Owszem, 

czasami pracuję jako agent. Ale to tylko... 

- Specjalne zadania. - Uniosła brwi. 

- Cholera, posłuchaj mnie wreszcie! - Griff podszedł do niej z wściekłą miną. - Nic z 

tego wszystkiego nie powinno się zdarzyć. Nic! Miałem cię śledzić z bezpiecznej odległości i 

tyle. 

- JeŜeli byś mnie śledził - zauwaŜyła tonem zarezerwowanym dla starców albo dzieci - 

powinieneś być za mną. Na tym zdaje się to polega. 

- Wiem o tym najlepiej, moja pani - speszył się. 

- Więc postanowiłeś sfingować wypadek, by móc... 

- Wypadek nie był sfingowany! Myślisz, Ŝe jestem samobójcą? 

-  Nie  mam  pojęcia,  panie  Cantrell.  A  jesteś?  -  patrzyła  na  niego  wyzywająco.  - 

Wypadek czy nie... swój cel spełnił. ZbliŜył cię do podejrzanej... nawet bardzo. Rumieniec na 

twarzy Griffa zintensywniał. 

background image

-  Genny,  nic,  co  zaszło  między  nami,  nie  ma  związku  z  dochodzeniem.  Przysięgam. 

Po  tym,  jak  sobie  tu  poczynałem,  O'Dell  prawdopodobnie  wyleje  mnie  na  zbity  pysk. 

Złamałem  wszystkie  moŜliwe  reguły.  -  Uśmiechnął  się  niepewnie.  -  Zakochanie  się  w 

podejrzanej nie jest zalecanym czynem. 

Gen zmroziła go spojrzeniem. 

-  Przestań  robić  ze  mną  te  numery.  Zdemaskowałeś  się.  Dlaczego  mnie  więc  nie 

aresztujesz i nie skończymy tego cyrku? 

Griff  zaklął  siarczyście,  krąŜył  przed  nią  w  tę  i  z  powrotem  niczym  wielki, 

niespokojny kot. 

- Słuchaj, przyznaję, Ŝe podejrzewałem cię o współpracę z Broussarde'em. Dlatego cię 

ś

ledziłem. Ale szybko zorientowałem się, Ŝe wmieszałaś się w tę historię, nie mając pojęcia, 

co  się  święci  i  co  robisz...  przeciwko  komu.  Broussarde  ma  powiązania  z  bardzo 

niebezpiecznymi ludźmi. 

- Ale nie pofatygowałeś się, by mnie oświecić w tym względzie. 

-  Nie  -  patrzył  jej  prosto  w  oczy.  -  Kiedy  zrozumiałem,  Ŝe  nie  jesteś  tą  nicią,  której 

szukam, postanowiłem jeszcze chwilę kontynuować zadanie. Miałem nadzieję, Ŝe przy okazji 

złapię Broussarde'a w pułapkę. 

- UŜywając mnie jako przynęty. 

-  Pośrednio.  Naprawdę  to  usiłowałem  uchronić  twoją  śliczną  główkę,  aŜ...  nie 

wymyślę, co mam zrobić. 

- Więc zostałeś tylko po to, by mnie chronić? - ironicznie przeciągnęła ostatnie słowo. 

-  Nie  -  cięŜko  wzdychając  połoŜył  dłonie  na  jej  ramionach,  splótł  palce  na  karku.  - 

Gen, zostałem, bo się zakochałem w tobie... i nie chciałem cię utracić. To takie proste. 

Powiedział to spokojnie, wypaliła się w nim cała złość i rozdraŜnienie. Gen spojrzała 

w zmartwione, orzechowozielone oczy i ku swojemu zdumieniu uwierzyła mu. I z niej uszła 

cała wściekłość, zostały tylko wyczerpanie i zmęczenie. 

- Ufam ci. 

- Nie bardziej niŜ ja tobie. 

-  Nie  potrafię  pojąć,  dlaczego  właśnie  nam  przydarzyło  się  to  wszystko.  JeŜeli 

uwierzyłeś w moją i dziadka niewinność, to dlaczego nie powiedziałeś mi tego i nie zawiozłeś 

do  Laporteauxa?  Mogliśmy  być  tam  juŜ  przedwczoraj,  a  zaoszczędziłbyś  nam  obojgu 

mnóstwa  zmartwień.  Mogłeś  teŜ  odwieźć  znaczki  do  O'Della  i  wykombinować  jakiś  sposób 

na zwabienie Broussarde'a. 

background image

-  GdyŜ  nikt  inny  poza  mną  nie  uwierzyłby,  Ŝe  zaangaŜowałaś  się  w  to  wszystko 

nieświadomie  -  wyjaśnił  cicho.  -  Byliby  przekonani,  Ŝe  i  mnie  w  to  wciągnęłaś.  śe 

pozwoliłem się uwieść, tak w dosłownym, jak i przenośnym sensie.  śe wmówiłaś mi, iŜ nie 

jesteś tym, kim jesteś. 

- Co by pomyśleli? - rozzłościła się. 

- śe naraziłem na szwank śledztwo i w ogóle całą operację, gdyŜ uwiodła mnie jedna z 

podejrzanych. 

Gen tylko spiorunowała go wzrokiem, zbyt wściekła, by nawet zebrać myśli. JednakŜe 

pod  furią  irracjonalnie  czaiła  się  chęć  do  śmiechu.  To  zbyt  piękne,  by  mogło  być  prawdą! 

Przed  chwilą  oskarŜała  Griffa,  Ŝe  spał  z  nią,  bo  chciał  ją  wykorzystać  do  jakichś  swoich 

mętnych celów, a tu się okazuje, Ŝe pewna WaŜna Osobistość Ŝyła w przekonaniu, iŜ Griff był 

ofiarą, ona zaś uwodzicielką. Im więcej o tym myślała, tym wydawało się jej to zabawniejsze. 

Wreszcie  nie  mogła  się  dłuŜej  powstrzymać.  Niespodziewany  wybuch  śmiechu 

zaskoczył Griffa. Spojrzał na nią niepewnie. 

- To przecieŜ jest takie śmieszne. „Wielki Skok na Znaczki Wolności" ze mną w roli 

prowokatorki! - udało się jej wreszcie opanować, potrząsnęła z niedowierzaniem głową. - Nie 

potrafię myśleć o tym serio. Motocyklista na wakacjach okazuje się tajnym agentem, szpieg z 

nadwagą  czatujący  pod  motelowymi  pokojami  -  prywatnym  detektywem,  te  oskarŜenia  i 

kontroskarŜenia o uwiedzenie. 

Ale Griffowi wcale nie było do śmiechu. 

- Potraktuj to lepiej całkiem powaŜnie - poradził matowym tonem. - To nie zabawa w 

policjantów  i  złodziei.  Po  obu  stronach  mamy  do  czynienia  z  osobnikami  cięŜkiego  kalibru. 

Broussarde jest ogniwem siatki operujących na  ogromną skalę multimilionerów  - złodziei, a 

ludzie,  którzy  próbują  połoŜyć  temu  kres,  ocierają  się  o  śmierć.  Ty  zaś,  Gen,  znalazłaś  się 

dokładnie  pośrodku.  Wraz  ze  swoimi  Znaczkami  Wolności  jesteś  pierwszym  solidnym 

ś

ladem po dwuletnim śledztwie wiodącym do Broussarde'a. 

Słowa Griffa natychmiast ją otrzeźwiły. 

- Co dalej? - spytała drŜącym głosem. Popatrzyła na Griffa przeraŜona. 

-  Chcą,  Ŝebym  cię  do  nich  przywiózł  -  wyjaśnił  Griff  powaŜnie.  -  Kiedy  dziś  rano 

pojechałem  po  zakupy,  zadzwoniłem  do  nich.  Podałem  rysopis  Poindextera,  numer 

rejestracyjny  wozu  i  poprosiłem  o  identyfikację.  Ponownie  telefonowałem  przed  dwiema 

godzinami.  O'Dell  poinformował  mnie  wtedy,  Ŝe  nasz  „związek"  wystawia  na 

niebezpieczeństwo  całe  śledztwo.  Stwierdził,  Ŝe  juŜ  spłoszyłem  potencjalnego  kupca  i 

zawaliłem operację. ToteŜ zaŜądał ciebie i znaczków. 

background image

- I co będzie? 

-  Będą  przypiekać  ciebie  i  dziadka  na  wolnym  ogniu,  aŜ  wreszcie  zrozumieją,  Ŝe  nie 

na  wiele  się  im  przydacie.  Pojmą  w  końcu,  Ŝe  wplątałaś  się  w  tę  historię  tylko  po  to,  by 

pomóc dziadkowi. 

- Och! - Gen tak zaschło w gardle, Ŝe bała się, iŜ się udławi. Nigdy w Ŝyciu nie była 

bardziej  przeraŜona  i  bezradna.  -  A  dziadek?  -  spojrzała  na  Griffa.  -  Ma  powaŜne  kłopoty, 

prawda? 

-  Dosyć.  Podrobił  znaczki  i  dopóki  nie  przekona  O'Della,  Ŝe  zmuszono  go  do  tego 

szantaŜem, będzie traktowany jako współwinny. 

- AleŜ on jest niewinny! 

Griff gestem dłoni uciął jej gorączkowe protesty. 

-  O'Dell  widzi  wszystko  w  czarno  -  białych  barwach.  Dla  niego  nie  istnieją  Ŝadne 

szarości, półtony. Tylko wina albo jej brak. 

- Mój BoŜe - zamknęła oczy, zrobiło się jej słabo. 

- MoŜemy jednak postąpić według mojego planu - powiedział miękko Griff. Spojrzała 

na niego oszołomiona. Jego oczy rozbłysły.  -  Laporteaux nie jest w nic wmieszany. Tak jak 

ty,  działa  zupełnie  nieświadomie.  Chce  tylko  znaczków,  reszta  go  nie  obchodzi.  -  Starannie 

waŜył kaŜde słowo. - Gen, jeśli podrobione przez dziadka znaczki znikną, będzie po sprawie. 

Tylko  one  łączą  was  dwoje  z  Broussarde'em.  DłuŜszą  chwilę  zastanawiała  się  nad  jego 

słowami,  marszcząc  czoło  usiłowała  wyłowić  z  nich  jakiś  sens.  Wreszcie  odpowiedziała 

bezradnie: 

- Chyba nic nie rozumiem. 

-  Zamierzam  zawieźć  cię  jutro  do  Laporteauxa  i  tak  jak  planowałaś,  zamienisz 

znaczki. Potem zniszczysz falsyfikaty. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Gen  wlepiła  w  niego  oczy,  szerzej  rozwarła  powieki,  gdy  zaczęła  pojmować  jego 

słowa. 

-  AleŜ...  to  będzie  zniszczenie  dowodów  rzeczowych,  Griff.  JeŜeli  śledztwo  jest 

zakrojone na tak szeroką skalę, jak mówisz, to cię zlinczują. 

Griff uśmiechnął się zuchowato. 

-  Kochanie,  ja  zawsze  przetrwam.  A  twój  skok  na  Znaczki  Wolności  to  zaledwie 

cząstka wielkiej operacji. 

- Ale twierdziłeś, Ŝe jest to jedyny ślad wiodący do Broussarde'a. 

- Broussarde to pionek, nie mózg całej afery. Tak czy siak, wreszcie go dopadną. Jest 

bystry, ale w końcu powinie mu się noga. 

Gen  nie  wiedziała,  co  na  to  powiedzieć.  Ryzykował  dla  niej  wszystkim.  Tylko  by  ją 

chronić,  chciał  zniweczyć  jedyną  szansę  schwytania  Broussarde'a.  Nie,  robi  to  nie  tylko  dla 

niej,  uświadomiła  sobie.  Ma  to  takŜe  związek  z  jej  dziadkiem  i  najlepszym  przyjacielem 

Griffa  zostawionym  na  pewną  śmierć  w  dusznej  dŜungli  Wietnamu  oraz  czymś,  co  się 

nazywa  wyrzutami  sumienia.  MoŜe  ocalenie  jednego  człowieka  złagodzi  ból  po  stracie 

drugiego? 

-  Nie  podoba  mi  się  sposób,  w  jaki  oni  wykorzystują  ludzi,  Gen  -  odezwał  się  cicho 

Griff, jakby czytał w jej myślach. - Dla nich ludzie to po prostu numery w aktach, kolorowe 

pionki,  przesuwane  dowolnie  niczym  w  gigantycznej  grze  planszowej.  O'Dell  wyciśnie  z 

ciebie wszystko, a potem wyrzuci na śmietnik. Ty i twój dziadek dla niego nie istniejecie. Ot, 

drobne kamyki na drodze. 

- Ale, Griff... 

-  Nie  mogę  pozwolić,  by  coś  takiego  przytrafiło  się  tobie.  Albo  twojemu  dziadkowi. 

Oni nie spoczną, póki nie przenicują twojego Ŝycia i nie wytrząsną z niego wszystkiego, gdyŜ 

będą  usiłowali  natrafić  na  jakąś  szczelinę,  pęknięcie.  Dziadkowi  teŜ  nie  dadzą  spokoju,  aŜ 

wyzna  im,  dlaczego  Broussarde  mógł  szantaŜem  zmusić  go  do  fałszerstwa.  Czterdzieści  lat 

temu  popełnił  błąd  i  zapłacił  juŜ  zań  tysiąckrotnie,  kiedy  rok  po  roku  wyrzuty  sumienia 

trawiły mu duszę. Nie powinien przechodzić przez takie piekło, bo ja nie potrafiłem utrzymać 

się  z  dala  od  jego  czarującej,  niebieskookiej  wnuczki.  -  Uśmiechnął  się  Ŝałośnie.  -  MoŜe 

miałbym większe szanse przekonania O'Della o waszej niewinności, gdybym... hm... nie był z 

tobą w łóŜku. 

background image

- Skąd on się dowiedział, Ŝe my...? A, Poindexter! 

-  Zgadza  się.  O'Dell  wyłowił  go  dziś  rano  i  tak  postraszył,  Ŝe  biedak  natychmiast 

zapomniał  o  obowiązku  lojalności  wobec  klienta  i  wszystko  wyśpiewał.  Najwyraźniej  ze 

szczegółami. 

-  Dobry  BoŜe  -  wymamrotała  Gen,  czerwona  jak  burak.  -  Po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu 

wdałam  się  w  tak  płomienny  romans,  a  tu  się  okazuje,  Ŝe  stał  się  on  tematem 

międzynarodowych not przesyłanych od brzegu do brzegu Atlantyku! - popatrzyła na Griffa. 

- JeŜeli to zrobimy, co się stanie z tobą? 

- Szczerze mówiąc, moja droga - uśmiechnął się beztrosko - guzik mnie to obchodzi. 

- Griff... 

- Szszsz... - podszedł do niej, ujął jej twarz w dłonie. 

-  Postąpię  tak,  gdyŜ  ci  wierzę  -  szepnął.  -  GdyŜ  darzę  szacunkiem  to,  co  robisz, 

odwagę,  jaką  okazałaś,  by  na  przekór  wszystkiemu  postąpić  tak,  jak  naleŜy.  Nawet  jeśli 

niektórzy  są  innego  zdania.  Jesteś  prawdziwą  bohaterką,  moja  Damo  Wolności,  równie 

niezłomną jak sama Statua. - Pocałował ją gorąco, tkliwie. Pocałunek ten tłumaczył wszystko 

daleko lepiej niŜ słowa. 

Kiedy się wreszcie wyprostował, na wargach czuł wilgotny smak Gen, a ona pozbyła 

się wszelkich obaw. 

-  A  jak  to  zrobimy?  Nie  moŜemy  tak  po  prostu  zapukać  do  drzwi  Laporteauxa  i 

wprosić się do środka. 

Griff uśmiechnął się. 

- Właśnie tak.  Laporteaux mnie zna, a przynajmniej wie, Ŝe pracuję dla O'Della. Nie 

będzie się dziwił, Ŝe zwracamy mu oryginały. 

Gen pokiwała głową, zmarszczyła brwi. 

- A O'Dell? Czy nie zainteresuje go, Ŝe nie doprowadziłeś mnie do niego pod bronią? 

Przelotny skurcz twarzy Griffa zdradził, Ŝe i jemu ta moŜliwość przyszła do głowy. 

-  Przyrzekłem  przywieźć  cię  do  Quebecu  jutro  do  dziewiątej  rano.  O'Dell  nie  ma 

powodów,  by  mi  nie  wierzyć,  ale  kiedy  się  nie  zjawimy,  natychmiast  zrozumie,  Ŝe  go 

zdradziłem.  Najpóźniej  o  dziesiątej  kaŜdy  oddział  kanadyjskiej  policji  konnej  i  kaŜdy  wóz 

patrolowy w okolicy ruszy na poszukiwanie. 

-  Griff,  nigdy  sobie  nie  wybaczę,  jeśli  przez  to  wszystko  będziesz  miał  powaŜne 

kłopoty. 

Uśmiechnął się tylko. Ujął jej brodę, podniósł do góry i pocałował prosto w usta. 

background image

- MęŜczyzna choć raz w Ŝyciu powinien mieć szansę odegrania dla swojej kobiety roli 

bohatera,  Wiewiórko,  nawet  jeśli  rzeczona  dama  wykazuje  jaskrawy  brak  wiary  w  jego 

umiejętności. 

- Uwielbiam, kiedy nazywasz mnie „Wiewiórką" - szepnęła. 

- Gen - cichy, naglący głos Griffa natychmiast wyrwał ją ze snu. Griff przykucnął przy 

łóŜku,  nachylił  się  nad  nią  i  kiedy  otworzyła  oczy,  zakrył  jej  mocno  usta  dłonią.  -  Szszsz... 

Nie ruszaj się. 

Skupiony wyglądał przez okno, po jakiejś chwili odpręŜył się nieco. Spojrzał na łóŜko 

przymruŜonymi i czujnymi oczami myśliwego. 

- Wstawaj i ubieraj się, Gen - polecił cichym, powaŜnym głosem. - Zachowuj się cicho 

i nie trać ani sekundy. 

- Co się dzieje? - zaczęła się pospiesznie ubierać. Serce waliło jej jak oszalałe. - Kto 

tam jest? 

-  Nie  wiem.  -  Niecierpliwie  potrząsnął  głową,  sam  naciągając  ubranie.  -  Na  drodze 

zatrzymał  się  jakiś  samochód,  parę  minut  temu  usłyszałem,  Ŝe  ktoś  tutaj  węszy.  Nie 

widziałem go dobrze. 

Gen zabrała się do upychania rzeczy w torbie, Griff obejrzał się na nią. 

-  Zostaw  to,  kochanie.  Chcę  się  stąd  wydostać,  nim  tamten  zorientuje  się,  Ŝe  o  nim 

wiemy. - NałoŜył skórzaną kurtkę, wepchnął do kieszeni broń. Uśmiechnął się pochwyciwszy 

spojrzenie Gen. - Na wszelki wypadek, Wiewiórko. - Szybko wyjrzał przez oba okna, ruszył 

do salonu. - Gotowa? Masz znaczki? 

- Tak  - włoŜyła torebkę  pod ramię i pospieszyła  za nim. - A jeśli on będzie usiłował 

nas zatrzymać? 

- Uprzedzimy go. 

Powiedział to tak rzeczowym tonem, Ŝe Gen zerknęła na niego niespokojnie, myśląc o 

małym rewolwerze. Potem uznała, Ŝe nie pora na pytania tak oczywiste. Nie chciała wiedzieć 

o pewnych sprawach. 

- Jak my...? 

- Trzymaj się blisko i staraj jak najmniej hałasować. - Niespodziewanie odwrócił się i 

spojrzał  na  nią  czule.  Pocałował  delikatnie.  -  Nie  bój  się  tak,  Wiewiórko.  Za  parę  godzin 

usiądziemy w ekskluzywnej restauracji nad ślimakami i szampanem, a to wszystko wyda się 

nam jedynie złym snem. 

- Ty się nigdy nie boisz? - szepnęła, gdy ostroŜnie wyjrzał za róg chaty. 

background image

- Cały czas, Wiewiórko. Ale trzeba robić, co do ciebie naleŜy. Tak jak ty w ubiegłym 

tygodniu. 

- Tylko Ŝe ja w ten sposób nie zarabiam na Ŝycie - mruknęła. 

- Od dzisiaj teŜ pewnie przestanę. - Przez ułamek sekundy patrzył na nią z uśmiechem. 

- Mam nadzieję, Ŝe nie zaleŜy ci na poślubieniu agenta rządowego? 

- Masz niesamowite wyczucie czasu - stwierdziła unosząc brwi. - Przypuszczam, Ŝe to 

coś w rodzaju oświadczyn? 

-  Aha.  Wiem,  Ŝe  nieco  zdawkowe,  ale  okoliczności  nie  pozwalają  na  bardziej 

kwieciste przemowy. Jak zechcesz, to wynagrodzę ci to dziś w nocy. 

- JeŜeli wyjdziemy z tego cało, to owszem, nawet chętnie. - Serce zabiło jej mocniej, 

gdy uśmiechała się do niego tkliwie. - Kocham cię, Griffie Cantrellu. 

- A ja ciebie, Genevieve Jourdan. - Wolną ręką objął ją za szyję, przyciągnął do siebie 

i  pocałował  tak  namiętnie,  Ŝe  Gen  zawirowało  w  głowie.  -  Nie  wiem,  czym  sobie  na  ciebie 

zasłuŜyłem,  ale  przysięgam,  Ŝe  przeprowadzę  cię  przez  to  cało,  tak  czy  inaczej.  - 

Przypieczętował  te  słowa  kolejnym  pocałunkiem,  tym  razem  jednak  ledwie  ją  musnął 

wargami.  -  A  teraz  pozbądźmy  się  tych  cholernych  znaczków,  nim  wpakują  nas  w  jeszcze 

większe tarapaty! 

Gestem  nakazał  jej,  by  się  nie  ruszała,  potem  bezszelestnie  przeskoczył  balustradkę 

werandy.  Wstał  z  kucek  i  przemknął  za  róg  chaty,  jeszcze  jeden  cień  pośród  wielu.  Gen 

przełknęła ślinę, w gardle tak jej zaschło, Ŝe aŜ bolało. Rozejrzała się niespokojnie. Wysokie 

drzewa, które dotąd dawały im schronienie, teraz kryły groźne cienie i szepty. Gen zadrŜała. 

Ciszę  poranka  rozdarł  suchy  trzask,  niczym  wystrzał.  Gen  podskoczyła  jak  przestraszony 

zając.  Z  tyłu  chaty  dobiegło  stłumione  przekleństwo,  potem  coś  huknęło  o  ścianę,  aŜ  szyby 

zabrzęczały. 

-  Griff?  -  dopadła  balustrady,  z  sercem  w  gardle.  Wstrzymała  oddech,  czekając  na 

następny, chyba nieunikniony strzał. - Och, Griff, co... 

- Tym razem ci nie pomoŜe, Genevieve - usłyszała za plecami czyjś lodowaty głos. - 

Organicznie  nie  znoszę  wszelkiej  przemocy,  ale  twoje  idiotyczne  zagrywki  wyczerpały  do 

cna moją cierpliwość. 

Obróciła  się  błyskawicznie,  wszystka  krew  odpłynęła  jej  z  twarzy.  Broussarde 

uśmiechał się fałszywie, ledwie unosząc w górę kąciki ust. Gen nie zwróciła na to uwagi, całą 

uwagę skupiwszy na jego dłoni i małym, wycelowanym w siebie rewolwerze. 

- Nie muszę ci chyba wyjaśniać celu mojej wizyty, Genevieve. 

background image

Te słowa przerwały zaklęcie. Oderwała wzrok od broni - to zbyt niedorzeczne, by było 

prawdą - i nagle o mało nie parsknęła śmiechem, widząc, jak groteskowo i melodramatycznie 

prezentował się Broussarde. 

- Co zrobiłeś Griffowi? - głos miała spokojny, wkradła się jednak weń jakaś osobliwa 

groźna nuta, tak niepodobna do Gen. 

Broussarde takŜe to usłyszał. Lekko zmruŜył powieki, oblizał wargi. 

- Czasowo niedysponowany. 

-  JeŜeli  go  zraniłeś,  przysięgam,  Ŝe  poŜałujesz  dnia,  w  którym  w  ogóle  usłyszałeś  o 

Znaczkach Wolności. 

-  Prawdę  mówiąc,  juŜ  zaczynam  Ŝałować.  -  Uśmiechnął  się  ponuro  i  wykonał 

znaczący gest bronią. - Ale sprawy zaszły za daleko, by się wycofać, Genevieve. Bądź więc 

tak dobra i oddaj mi je, a odejdę. To całe przedstawienie nie podoba mi się tak samo jak tobie. 

Coś  mignęło  za  plecami  Broussarde'a.  MoŜe  cień  kołysanej  wiatrem  gałęzi.  Blask 

słońca na wodzie. 

-  W  porządku.  -  Otworzyła  torebkę  i  wyjęła  plastykową  kopertę.  Oczy  Broussarde'a 

rozszerzyły się, spojrzał poŜądliwie na znaczki, znowu się oblizał. - Masz! - Cisnęła w niego 

torebką i jednocześnie skoczyła ku drzwiom chaty. 

Zasłonił twarz, cofnął o krok, przeklinając po francusku. Rzucił się za nią. Gen z całej 

siły  zatrzasnęła  drzwi.  Uderzyły  solidnie,  jęk  wściekłości  i  bólu  po  chwili  zastąpił  plugawy 

stek świństw, pasujących raczej do marsylskiego dokera niŜ szacownego profesora historii. 

Jednak nawet w tej sekundzie triumfu Gen rozumiała, w jaką wpędziła się pułapkę. Z 

chaty  nie  było  ucieczki.  Co  gorsza,  nie  było  teŜ  sposobu,  by  utrzymać  Broussarde'a  na 

zewnątrz. Drzwi zaczęły się uchylać, podparła je całym cięŜarem, potem usłyszała przekleń-

stwo.  Zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  nie  da  mu  rady.  Bezradnie  zerknęła  na  wyłamany  zamek, 

potem odwróciła się i wzrok jej padł na stojący pod oknem, masywny sosnowy stół. Zaczęła 

go ciągnąć ku drzwiom. 

A  te  otworzyły  się  na  ościeŜ,  huknęły  o  stół  przewracając  go.  Gen  zachwiała  się, 

niemal  upadła  pod  toczącym  się  cięŜarem.  Chwyciła  się  blatu,  by  odzyskać  równowagę,  i 

zamarła.  Przez  opadające  na  twarz,  splątane  włosy  patrzyła,  jak  do  pokoju  wdziera  się 

Broussarde. Zmierzył ją wściekłym spojrzeniem, wyraźnie kipiał ze złości. 

- Genevieve, wystawiasz na próbę moją cierpliwość. - W jego oczach płonęła furia. - 

Przestań zabawiać się w detektywa i oddawaj znaczki! - Ostatnie słowa odbiły się po salonie 

echem niczym trzask bicza. 

background image

-  Niedoczekanie!  -  Gen  uskoczyła  za  stół.  Za  drzwiami  się  coś  poruszyło,  jakiś  cień 

bezszelestnie  podsunął  się  bliŜej.  Serce  dziewczyny  mocniej  zabiło.  Za  progiem  stanął  ktoś 

niewidzialny. 

-  Oddawaj!  -  Broussarde  sięgnął  ponad  stołem.  Błyskawicznie  odskoczyła.  Chwyciła 

plastykową  saszetkę  i  wyciągnęła  celofanową  kopertę.  Podniosła  ją  do  oczu  Broussarde'a. 

Wpił w nią chciwy wzrok. 

-  JeŜeli  zrobisz  choć  krok,  podrę  je  na  strzępy,  przysięgam.  -  Wyjęła  znaczki  z 

koperty, ujęła w palce obu dłoni i znieruchomiała. 

-  Nie  odwaŜysz  się.  -  wychrypiał,  ruszając  ku  niej.  Spojrzeniem  przylgnął  do 

znaczków. - Za duŜo są warte, byś... 

-  Spróbuj  tylko.  -  Zdecydowanie  w  jej  głosie  przykuło  go  do  miejsca.  -  Dla  mnie  to 

tylko śmiecie, nie jestem filatelistką. Mnie kojarzą się wyłącznie z kłopotami. 

-  Nie...  ośmielisz  się  -  wybełkotał.  PrzeraŜenie  zdradzało,  iŜ  dobrze  wiedział,  Ŝe  jest 

inaczej.  -  Genevieve,  one  są  bezcenne!  Co  ci  da  zniszczenie  oryginałów?  PrzecieŜ  chcesz 

falsyfikatów. 

Gen z uśmiechem wzruszyła ramionami. Dziwne, ale była tak spokojna, jakby wypalił 

się w niej cały strach, ustępując odrętwieniu, w którym nic nie miała do stracenia. 

-  JeŜeli  zostaną  zniszczone,  kto  uwierzy,  Ŝe  w  ogóle  istniały?  Jedyne  świadectwo  to 

twoje słowo, Broussarde. Opinia publiczna uzna, Ŝe od początku były podrobione. 

Wlepił  w  nią  wzrok,  oblizał  wargi.  Widziała,  jak  zastanawia  się  nad  jej  słowami, 

rozwaŜa je ze wszystkich stron. Uniósł brwi. 

-  ChociaŜ  okropnie  wyprowadzasz  mnie  z  równowagi,  Genevieve,  to  jednak  muszę 

docenić  twój  spryt.  I  odwagę.  Gdyby  czterdzieści  lat  temu  twój  dziadek  miał  choć  połowę 

twojego  hartu  ducha,  nigdy  nie  znaleźlibyśmy  się  w  podobnej  sytuacji.  -  ZmruŜył  oczy.  - 

Mademoiselle, ty jednak pchasz rękę w ogień. CóŜ mnie powstrzyma przed zabiciem ciebie i 

odebraniem znaczków? 

Przełknęła ślinę. Ciekawe, kiedy wpadł na ten koncept. 

- Jesteś złodziejem, a nie mordercą - odezwała się spokojnie, modląc się, Ŝeby to była 

prawda. Za drzwiami znowu coś drgnęło. Przez ułamek sekundy Gen mogłaby przysiąc, Ŝe w 

cieniu werandy zobaczyła czyjaś twarz. Pociągłą, o twardych rysach i kamiennym spojrzeniu. 

Najpierw zdawało się jej, Ŝe to Griff, ale gdy zjawa zniknęła, pojęła, iŜ to nie on. Twarz była 

szczuplejsza, oczy zimniejsze i bardziej bezlitosne. Nie była pewna, czy to nie przywidzenie. 

Czy z rozpaczy i strachu nie wymyśliła sobie tego? 

background image

I nagle poczuła wyraźnie, Ŝe to nie zwidy. Ktoś tam był. Ktoś o oczach jak bryłki lodu. 

Spojrzała na Broussarde'a. 

- JeŜeli mnie zabijesz, musisz teŜ zamordować dziadka. I Griffa. I Bóg wie, ile jeszcze 

osób.  A  co  się  stanie,  gdy  Laporteaux  zorientuje  się,  Ŝe  jego  bezcenne  Znaczki  Wolności  to 

falsyfikaty? 

Wzruszył obojętnie ramionami. 

- Sama powiedziałaś, Ŝe nikt nigdy nie dojdzie, czy od początku ich nie sfałszowano. 

Starym ludziom zdarzają się omyłki. Z latami mój wzrok się pogorszył. Przyznam po prostu, 

Ŝ

e  się  myliłem.  A  wtedy  będzie  juŜ  za  późno.  Oryginały  sprzedane  i  nikt  nie  wie,  czy 

kiedykolwiek istniały, prawda? 

- A dziadek? 

-  Nikt  nie  oskarŜy  go  o  fałszerstwo.  Bo  i  z  jakiej  racji?  Nie  jest  notowany  za  takie 

przestępstwa. 

-  Do  chwili,  w  której  szantaŜem  wymusiłeś  na  nim  podrobienie  skradzionych 

znaczków  -  upierała  się  Gen,  modląc  w  duchu,  by  prawidłowo  odgadła  toŜsamość  cichego, 

nieruchomego cienia za progiem. 

- A tak, tak, ukradłem - zgodził się zirytowany Broussarde. - Ty zaś z kolei ukradłaś je 

mnie,  w  heroicznym,  lecz  całkowicie  próŜnym  wysiłku  zwrócenia  ich  Laporteauxowi.  - 

Znowu uniósł rewolwer. - Podziwiam twoją lojalność wobec dziadka, tak jak twój idealizm, 

ale Ŝądam zwrotu. JuŜ! 

-  Moje  gratulacje,  panno  Jourdan  -  odezwał  się  przeciągle  spod  drzwi  wysoki  cień. 

Wkroczył  w  światło,  w  lodowatych  oczach  pojawiły  się  ledwie  dostrzegalne  iskierki 

rozbawienia,  podziwu  i  szacunku.  -  Świetnie  to  pani  rozegrała.  -  Był  wyŜszy  od  Griffa, 

bardzo szczupły, poruszał się z gracją gladiatora. W lewej dłoni trzymał broń. 

- Spence O'Dell - stwierdziła, nie zdziwiwszy się, gdy potaknął. 

- Winien jestem pani przeprosiny, panno Jourdan. Nie tylko dlatego, Ŝe myliłem się co 

do pani, ale, co gorsze, Ŝe pani nie doceniałem. - Wykrzywił wargi. Gen zorientowała się, Ŝe 

jest to najserdeczniejszy uśmiech, na jaki potrafił się zdobyć. - Ogromnie mi miło, Ŝe pani jest 

po naszej stronie. Gdyby kiedykolwiek szukała pani pracy... 

-  Raczej  nie,  ale  dziękuję  -  odparła  ochrypłym  głosem.  Popatrzyła  na  Broussarde'a, 

który gapił się na O'Della kompletnie osłupiały. - A co z nim? 

-  Najpierw  wyciągniemy  z  niego,  dla  kogo  pracuje.  Wygląda  na  rozsądnego  faceta, 

więc powie nam wszystko, co chcemy wiedzieć. Potem zaś zwiniemy resztę bandy. 

background image

Na zewnątrz rozległ się trzask łamanego drewna, ryk bólu. O'Dell zirytowany spojrzał 

na  drzwi,  przez  które  wpadł  jakiś  męŜczyzna.  Uderzył  o  stół,  przeleciał  przezeń  z 

ogłuszającym  łoskotem  i  wylądował  na  podłodze.  Zaczął  się  dźwigać,  potem  jęknąwszy 

zrezygnował, trzymając się za szczękę i krwawiący nos. Gen popatrzyła na niego zdziwiona, 

następnie przeniosła wzrok na drzwi, przez które wszedł ktoś jeszcze. 

Griff  spiorunował  wzrokiem  faceta  na  podłodze,  przestąpił  nad  nim,  ustawiając  się 

dokładnie między Gen a O'Dellem. Trzymał się za prawą dłoń. 

- Nie aresztujesz jej, Spence. 

-  Usiłowałem  go  zatrzymać,  sir.  -  Facet  z  podłogi  zaczął  się  niepewnie  podnosić, 

mierząc Griffa morderczym spojrzeniem. - Ale najpierw znokautował Kelloga, potem zabrał 

się za mnie. 

O'Dell  uciszył  go  niecierpliwym  gestem,  potem  z  rozbawieniem  zerknął  na 

kontuzjowaną dłoń Griffa. Znowu wykrzywił wargi, schował broń do kabury pod marynarką. 

Do środka w pośpiechu wpadło kolejnych trzech męŜczyzn, z których jeden prezentował się 

Ŝ

ałośnie. Zobaczywszy Griffa ruszył ku niemu, zatrzymało go jedno spojrzenie O'Della. 

-  Zabierzcie  tego  gościa  -  polecił  wskazując  na  Broussarde'a.  Potem  zwrócił  się  do 

Griffa:  -  Ile  razy  ci  powtarzałem,  byś  nie  walił  ludzi  w  szczękę  gołą  pięścią?  Ile  razy 

połamałeś sobie kości? Cztery, pięć? 

- Trzy - przyznał ponuro Griff. - Ale nie przeszkodzi mi to znokautować i ciebie, jeŜeli 

tylko spróbujesz aresztować Gen. 

- Griff!  - Dziewczyna w mgnieniu oka znalazła się przy nim, z przeraŜeniem patrząc 

na jego opuchniętą rękę. - Nie moŜesz. 

- A owszem - parsknął śmiechem O'Dell. - Zawsze miał dłonie jak z porcelany, nawet 

w Wietnamie. - Spojrzał łagodnie na Griffa. - Nie przypominam sobie, aby coś takiego było w 

planie, Cantrell. Ale ty zawsze miałeś w nosie rozkazy. 

- Tylko wówczas, gdy krzywdziły niewinnych ludzi, O'Dell. 

-  Złamałeś  wszelkie  reguły.  Niemal  spaliłeś  całe  śledztwo  z  powodu  jakichś 

idiotycznych celów wyŜszych. 

Griff roześmiał się, wymieniając z Gen rozbawione spojrzenia. 

- Wprost przeciwnie. One są całkiem niegłupie. I dlatego stało się tak, jak stało. 

- Nie wiedziałeś, Ŝe ona jest niewinna. A przynajmniej nie wiedziałeś do końca. 

- Wiedziałem. 

O'Dell  odchrząknął,  zmierzył  Gen  zamyślonym  wzrokiem.  Potem  uniósłszy  brwi 

popatrzył na Griffa. 

background image

- CóŜ, teraz to i tak czysto akademicka dyskusja. 

Kiedy  ty  łamałeś  sobie  knykcie  na  Kellogu  i  Szesko,  twoja  dama  zapędziła 

Broussarde'a w matnię. 

Griff zerknął na Gen, ale ta rozszerzonymi oczami wpatrywała się w O'Della. 

- To znaczy, Ŝe powiedział wystarczająco duŜo, aby wpakować go za kratki? 

-  Tyle,  by  moŜna  było  powiązać  wszystkie  nici.  Gen  odwróciła  się  do  Griffa, 

roześmiała uszczęśliwiona. 

- Słyszysz? 

- Tak. - Griff nie odrywał oczu od O'Della. 

-  Powinieneś  był  wrócić,  gdy  cię  wezwałem  -  mówił  O'Dell.  -  Zaoszczędziłbyś  nam 

wszystkim od cholery kłopotów. Dziadek tej pani ma się jutro z nami spotkać. 

- Dziadek? - Gen drgnęła jak raŜona piorunem. - Co zrobiliście mojemu dziadkowi? 

O'Della zdaje się ubawiła jej zadzierzysta postawa. 

- Nic, panno Jourdan. - Potem przeniósł wzrok na Griffa. - Powiedział nam wszystko, 

począwszy od tego, co wydarzyło się we Francji czterdzieści lat temu, po ostatni rok, kiedy to 

Broussarde  przyniósł  mu  Znaczki  Wolności.  -  Srebrnoszare  oczy  zmierzyły  Gen  od  stóp  od 

głów.  -  Próbował  pani  pomóc,  ochronić.  Wyznał,  iŜ  zrozumiał,  Ŝe  czas  juŜ  stawić  czoło 

przeszłości  i  zacząć  toczyć  z  nią  walkę.  Wyjawił,  jakie  są  pani  zamiary  i  co  panią 

powodowało. Opowiedział nam wszystko o Broussardzie. 

Wstrząśnięta,  Gen  wstrzymała  oddech.  Słyszała,  jak  za  jej  plecami  Griff  mamrocze 

jakieś przekleństwo. 

- Czy dziadek dobrze się czuje? 

-  Całkiem  nieźle.  Mimo  tego,  co  Cantrell  pewnie  pani  naplótł,  nie  zwykliśmy 

maltretować  naszych  obywateli.  Dziadek  przebywa  na  koszt  rządu  w  apartamencie  hotelu 

Chateau  Frontenac  i  czeka  na  panią.  Chciał  przyjechać  tu  dziś  rano,  ale...  -  spojrzał 

wymownie  na  Griffa  -  nie  byłem  pewny,  czy  wciąŜ  tutaj  jesteście.  Mogliście  rzucić  się  do 

ucieczki i nie wiadomo, jak długo by potrwało, nimbyśmy was odnaleźli. 

-  Sam  nauczyłeś  mnie  wszystkich  sztuczek  w  tej  branŜy,  O'Dell  -  przypomniał  mu 

Griff z cieniem rozbawienia. 

-  Cholera,  Cantrell,  to  nie  Wietnam.  To  jest  robota  zespołowa,  a  nie  działanie  w 

pojedynkę. Pierwsze, co kładłem ci do głowy, to to, by podczas akcji nie dać powodować się 

emocjom. 

- CóŜ, mam tej roboty powyŜej dziurek od nosa - wyznał Griff donośnym głosem. - Ta 

dziewczyna  i  jej  dziadek  to  dwójka  przyzwoitych,  porządnych  ludzi,  o  których  istnieniu  my 

background image

nawet nie mamy pojęcia. Ludzi, którzy instynktownie odróŜniają dobro od zła i którzy cicho, 

bez fanfar i nagród, robią to, co do nich naleŜy. - Urwał. Miał rozdęte nozdrza, oczy płonące 

ś

więtym  oburzeniem.  -  To  ludzie,  o  których  przez  ciebie,  O'Dell,  i  twoją  robotę,  niemal 

zapomniałem. 

-  To  zawsze  był  największy  problem  z  tobą,  Cantrell.  Nigdy  nie  potrafiłeś  po  prostu 

podporządkować się rozkazom, nie przyjrzawszy się im wpierw ze wszystkich stron. 

- I tym się chyba od siebie róŜnimy. 

- Znowu nie tak bardzo - zauwaŜył sucho O'Dell. 

- Nie oszukuj sam siebie. 

- Mylisz się - stwierdził cicho Griff, obejmując Gen. - Nie trudź się wylewaniem mnie 

z pracy. Sam rezygnuję. - Mówiąc to, z Gen w ramionach, ruszył do sypialni. 

- Jak twoja ręka? 

Griff uśmiechnął się ponuro, dotknął obolałych palców. 

- Cholernie boli. Jeszcze trochę takich bohaterskich wyczynów, a stanę się kaleką na 

całe Ŝycie. 

-  Z  tym  koniec,  Griff  -  zapewniła  go  Gen  otwierając  podróŜną  torbę.  -  Teraz  chcę 

tylko  zabrać  dziadka  i  wracać  do  domu.  -  Powoli  zaczęła  się  pakować.  Nagle  poczuła  się 

ś

miertelnie zmęczona. - Nie mogę uwierzyć, Ŝe juŜ po wszystkim - szepnęła. - Wydaje się to 

takie nierealne. 

- Ale zdarzyło się naprawdę. - Przyciągnął ją do siebie, zanurzył twarz w jej włosach. 

- I chcesz postąpić tak, jak powiedziałeś O'Dellowi? Przestaniesz dla niego pracować? 

- Tak  - westchnął, przytulił ją mocniej. - Usiłowałem uciec, Gen. Od  rzeczywistości, 

od  Gary'ego.  W  jakiś  sposób  próbowałem  zachować  przeszłość  Ŝywą  dzięki  pracy  dla 

O'Della.  Odgrywając  Ŝołnierza.  MoŜe  wydawało  mi  się,  Ŝe  jestem  to  winny  Gary'emu.  A 

moŜe po prostu szukałem drugiej szansy. Sam nie wiem. - Odsunął się, odgarnął z jej twarzy 

potargane  włosy.  -  JeŜeli  twój  dziadek  potrafi  stawić  czoła  swoim  upiorom,  to  ja  teŜ.  Nie 

mogę wiecznie Ŝyć przeszłością, Gen. Czas, by spojrzeć w oczy śmierci Gary'ego. To nie była 

moja  wina.  Zawsze  to  rozumiałem.  Chyba  wyrzuty  sumienia  i  ból  były  sposobem  na 

zatrzymanie go, na udawanie przed samym sobą, Ŝe on wciąŜ Ŝyje. 

- A teraz? - spytała miękko. 

-  Teraz  zamierzam  Ŝyć  dniem  jutrzejszym,  a  nie  wczorajszym.  Wracam  do  Nowego 

Jorku,  kilka  tygodni  poświęcę  na  adorowanie  swojej  dziewczyny,  potem  chcę  poprosić  ją  o 

rękę. Tym razem tak, jak naleŜy. 

Roześmiała się, patrząc na niego rozkochanym wzrokiem. 

background image

- Jesteś okropnie pewny siebie, co? 

-  Jestem  okropnie  pewny,  Ŝe  cię  kocham.  Nie  powiesz  mi  chyba,  Ŝe  teraz,  juŜ  po 

wszystkim, zmieniłaś zdanie? 

- Nie bądź idiotą. - Chwyciła go za włosy i przyciągnęła ku sobie jego twarz. - Ale od 

razu  mogę  zastrzec,  Ŝe  to  nie  ja,  a  dziadek,  nastręczy  ci  kłopotów.  Będziesz  miał  cięŜką 

przeprawę, nim przekonasz go o swoich uczciwych zamiarach. Wszystko zaleŜy od tego, ile 

nagadał  mu  Poindexter.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Jestem  jego  oczkiem  w  głowie  i  moŜe  być 

nadopiekuńczy.  Pewnie  podda  cię  przesłuchaniu  trzeciego  stopnia,  przy  którym  wysiadają 

metody O'Della. 

-  Nie  poŜałuję  ani  minuty  -  zapewnił  ją.  Potem  umilkł,  zmarszczył  brwi.  -  Najpierw 

jednak muszę coś załatwić, Gen. Spotkać się z pewnymi ludźmi przed powrotem do Nowego 

Jorku. Zabierz dziadka, a ja dołączę do was za parę dni. 

Gen skinęła głową. - Ucieszą się, gdy ich odwiedzisz, Griff. Oni w Wietnamie stracili 

dwóch synów, a nie jednego. Czas najwyŜszy, by przestali nosić Ŝałobę i po tobie. 

Odetchnął głęboko. 

-  Mam  im  wiele  do  powiedzenia.  Wyjaśnienia.  Zachowałem  się  egoistycznie, 

trzymając to wszystko dla siebie. 

- Zadzwonisz do mnie? 

- Tak - uśmiechnął się promiennie, oczy mu błyszczały. - A moŜe byś przyjechała do 

Baltimore,  gdy  odstawisz  dziadka  do  domu?  Ostatnie  dni  ogromnie  nas  wyczerpały, 

Wiewiórko.  Moglibyśmy  wynająć  chatę  nad  jeziorem  podobną  do  tej  i  kochać  się  całymi 

dniami bez obaw, Ŝe ktoś nam przeszkodzi. 

- Masz to jak w banku. - Odgarnęła brązowy lok opadający mu na czoło. 

- Kocham cię. 

- Ja teŜ cię kocham - odszepnęła. - Pocałujesz mnie? 

- Z rozkoszą, najmilsza. I dopełnił przyrzeczenia.