background image

ALFRED HITCHCOCK 

 

 

 

TAJEMNICA  

WYSPY SZKIELETÓW 

  

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW 

 

(PrzełoŜyła: MIRA WEBER) 

background image

 

Alfred Hitchcock ostrzega 

 

Czytelniku!  Czy  nerwowo  obgryzasz  paznokcie,  kiedy  stajesz  oko  w  oko  z  przygodą,  a 

niebezpieczeństwo  narasta  i  nie  wiadomo,  co  za  chwilę  się  wydarzy?  Jeśli  tak,  ostrzegam: 
natychmiast  przerwij  lekturę!  O  ile  jednak  nade  wszystko  pasjonują  cię  tajemnicze  historie, 
czytaj dalej. 

Dotychczas  wielokrotnie  miałem  przyjemność  prezentować  najróŜniejsze  przypadki,  z 

którymi zetknęli się Trzej Detektywi, i zapewniam, Ŝe nigdy przedtem chłopcy nie znaleźli się w 
takim impasie, jak tym razem. Nie musisz wierzyć mi na słowo — przeczytaj ksiąŜkę, a sam się 
przekonasz. 

Być  moŜe  jednak  nie  poznałeś  dotąd  moich  młodych  przyjaciół,  więc  pozwolę  sobie  ich 

przedstawić.  Oto  Trzej  Detektywi:  Jupiter  Jones,  Pete  Crenshaw  i  Bob  Andrews.  Wszyscy 
mieszkają  w  Rocky  Beach,  niewielkim  kalifornijskim  miasteczku  na  wybrzeŜu  Pacyfiku, 
niedaleko Hollywoodu. Jakiś czas temu stworzyli zespół detektywów, by wspólnie rozwiązywać 
zagadki  i  rozszyfrowywać  tajemnicze  sprawy,  które  napotykali  na  swej  drodze.  Do  tej  pory 
zawsze odnosili sukcesy. 

Jupiter Jones, Pierwszy  Detektyw, jest mózgiem zespołu. Pete Crenshaw, Drugi Detektyw, 

wysoki,  doskonale  umięśniony  chłopiec,  to  urodzony  sportowiec.  Bob  Andrews,  ostroŜny  i 
skrupulatny, odpowiada za prowadzenie badań i notatek. 

UwaŜam,  Ŝe  na  początek  wystarczy  informacji.  Przyłącz  się  teraz,  Czytelniku,  do 

niesamowitej wyprawy Trzech Detektywów na Wyspę Szkieletów. 

 

Alfred Hitchcock 

 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Sprawa dla Trzech Detektywów 

 

Alfred Hitchcock zaprosił do siebie Trzech Detektywów i we czwórkę siedzieli właśnie przy 

stole w salonie. 

— Jak sobie radzicie z płetwonurkowaniem? — rzucił w pewnej chwili sławny reŜyser. 
Chłopcy zestrzygli uszami z ciekawości. Co teŜ mogło kryć się w tym pytaniu? 
—  Właśnie  zaliczyliśmy  ostatni  sprawdzian  —  pochwalił  się  Pete.  —  Przedwczoraj 

instruktor  zabrał  nas  nad  zatokę  i  po  egzaminie  podpisał  nam  pozwolenia  na  uprawianie  tego 
sportu. 

— Na razie mamy co prawda niewielkie doświadczenie — przyznał uczciwie Jupiter — ale 

poznaliśmy  zasady  zachowania  się  pod  wodą,  umiemy  posługiwać  się  sprzętem  Mamy  własne 
maski i płetwy, natomiast aparaty tlenowe musimy wypoŜyczać. 

— Wspaniale — zawołał z entuzjazmem pan Hitchcock. — Znakomicie się nadajecie do tej 

pracy. 

CzyŜby  reŜyser  miał  na  myśli  rozwikłanie  jakiejś  kolejnej  tajemnicy?  Bob  nie  omieszkał 

spytać go o to i uzyskał twierdzącą odpowiedź 

— Będziecie musieli równieŜ odegrać kilka scenek — dodał Alfred Hitchcock. 
— Odegrać? — Zdziwił Się Pete. — Ani ja, ani Bob nie znamy się na aktorstwie. A Jupe od 

dawna nie występował. 

Jupiter zaczął się kręcić niespokojnie na krześle. Miał taką minę, jakby chciał się zapaść pod 

ziemię. Pete przypomniał mu epizod z dzieciństwa, o którym wolałby raz na zawsze zapomnieć. 
Kiedy Pierwszy Detektyw był jeszcze brzdącem, występował w telewizyjnym serialu jako Mały 
Tłuścioszek. Zdecydowania nie lubił tej roli. 

—  Doświadczeni  aktorzy  nie  są  potrzebni  —  zapewnił  pan  Hitchcock.  —  Wczoraj 

zadzwonił do mnie zaprzyjaźniony reŜyser, Roger Denton i powiedział, Ŝe szuka do filmu trzech 
zwykłych chłopaków 

—  Roger  Denton?  —  wykrzyknął  Pete.  —  Znam  go.  Mój  tata  teraz  z  nim  współpracuje. 

Kręcą „Morderczy pościg”. 

Ojciec Pete’a był wysokiej klasy specjalistą do spraw technicznych związanych z produkcją 

filmów. Obowiązki zawodowe zmuszały go do nieustannego podróŜowania po całym świecie. 

—  Zgadza  się  —  powiedział  reŜyser.  —  I  jak  zapewne  wiesz,  obaj  są  teraz  na  Wyspie 

Szkieletów,  która  leŜy  w  pobliŜu  Południowo-zachodniego  wybrzeŜa  Stanów  Zjednoczonych. 
Na  wyspie  znajduje  się  stary  lunapark.  Denton  wymyślił,  Ŝe  nakręci  tam  ostatnie  sceny  filmu, 
jednakŜe lunapark jest w ruinie i twój ojciec pomaga przy jego odbudowie. 

— Wyspa Szkieletów! Coś niesamowitego! — zawołał Bob. — Taka nazwa kojarzy mi się z 

siedzibą piratów. 

— Prawidłowo — przyznał pan Hitchcock. — Rzeczywiście niegdyś chronili się tam piraci. 

Do dziś na plaŜach znaleźć moŜna odkryte kości. Być moŜe wyspę nawiedza duch. Zdarza się, Ŝe 
podczas  sztormów  fale  wyrzucą  czasem  na  brzeg  jakąś  pojedynczą  starą  złotą  hiszpańską 
monetę, zwaną dublonem. Od razu uprzedzam, Ŝebyście nie robili sobie złudnych nadziei na to, 
Ŝ

e  znajdziecie  skarb.  Wielu  ludzi  przed  wami  na  próŜno  go  szukało.  Być  moŜe  na  dnie  zatoki 

leŜą jakieś monety, ale na samej Wyspie Szkieletów niczego cennego nie uświadczysz. 

—  Tam  właśnie  mamy  pojechać?  —  spytał  ochoczo  Jupiter.  —Wspominał  pan  o  jakiejś 

background image

zagadce do rozwiązania. 

—  Sprawa  wygląda  następująco  —  zaczął  wyjaśniać  Alfred  Hitchcock.  —  Ojciec  Pete’a  i 

paru innych członków ekipy obozują na wyspie. Wynajęli miejscowych robotników do pomocy 
przy naprawie wesołego miasteczka. 

Wzrok sławnego reŜysera spoczął przez chwilę na twarzy Pete’a. 
— Chyba nawet ty nie wiesz jeszcze, Ŝe ekipa ma kłopoty. Ktoś zaczął kraść nocami sprzęt i 

niszczyć  łodzie.  Filmowcy  zatrudnili  jednego  z  miejscowych  jako  straŜnika,  ale  to  niewiele 
pomogło. KradzieŜe i akty wandalizmu powtarzają się tyle, Ŝe nieco rzadziej. 

Wyspa Szkieletów to malownicze miejsce, otoczone przez płytkie wody. Roger wymyślił, Ŝe 

dopóki  on  pracuje  na  wyspie,  jego  asystent,  Harry  Norris,  mógłby  się  zająć  nakręceniem 
krótkiego  filmu  o  trzech  chłopcach,  którzy  podczas  wakacji  nurkują  dla  rozrywki  w 
poszukiwaniu skarbu piratów. 

— Świetny pomysł — zauwaŜył Jupiter. 
—  I  w  dodatku  jego  realizacja  nie  będzie  wymagała  większych  nakładów  finansowych. 

Jeden  z  członków  ekipy,  Jeff  Morton,  jest  doświadczonym  płetwonurkiem  i  specjalistą  od 
podwodnych  fotografii.  Pod  jego  okiem  doszlifujecie  płetwonurkowanie,  wystąpicie  jako 
aktorzy,  a  w  wolnych  chwilach  pokręcicie  się  po  miasteczku  i  znajdziecie  sprawcę  kradzieŜy 
sprzętu  i  niszczenia  łódek.  Zachowamy  w  tajemnicy  fakt,  Ŝe  jesteście  detektywami.  To  ułatwi 
wam  wykonanie  zadania,  gdyŜ  nikt  nie  będzie  zwracał  uwagi  na  trzech  zwyczajnych 
nastolatków. 

—  Wszystko,  co  pan  powiedział,  brzmi  fantastycznie  —  zachwycił  się  Bob.  —  Pytanie 

tylko, czy rodzice pozwolą nam wyjechać. 

—  Dopóki  na  wyspie  przebywa  pan  Crenshaw,  z  pewnością  nie  będą  mieli  nic  przeciwko 

temu. Oczywiście cała akcja moŜe się okazać niewarta funta kłaków, ale pamiętam, Ŝe juŜ nieraz 
to  samo  myślałem,  gdy  przystępowaliście  do  rozwiązywania  jakiejś  zagadki,  i  potem  byłem 
zdudniony rezultatami waszych poszukiwań. 

— Kiedy zaczynamy? — spytał Pete. 
— Natychmiast, gdy tylko zdołam się porozumieć z Rogerem Denton’em i twoim ojcem — 

odparł  pan  Hitchcock.  —  Wracajcie  do  domów  i  spakujcie  rzeczy.  Błądźcie  jutro  gotowi  do 
podróŜy.  A  tobie,  dokumentalisto  —  zwrócił  się  do  Boba  —  dam  jeszcze  kilka  artykułów. 
Proponuję,  Ŝebyś  je  przejrzał.  Dowiesz  się,  w  jaki  sposób  odkryto  Wyspę  Szkieletów,  poznasz 
postacie  piratów,  którzy  ją  niegdyś  zamieszkiwali.  Postaraj  się  zapamiętać  z  pozoru  niewaŜne, 
drugorzędne informacje. Mogą się przydać w najbardziej niespodziewanym momencie. 

 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Nieoczekiwane powitanie 

 

— Pod nami Wyspa Szkieletów! — zawołał Bob Andrews. 
—  Gdzie?  Ja  teŜ  chcę  zobaczyć!  —  przekrzykiwali  się  Jupiter  i  Pete.  Wychylili  się  ponad 

fotelem kolegi, by móc popatrzeć przez okno. 

Przelatywali właśnie nad długą, wąską zatoką. Bob wskazał małą wysepkę leŜącą niemal w 

prostej linii pod kadłubem samolotu. Widziana z góry niezwykle przypominała czaszkę. 

—  Poznałem  ją  po  tym  osobliwym  kształcie,  który  zapamiętałem  z  mapy  danej  mi  przez 

pana Hitchcocka — wyjaśnił Trzeci Detektyw. 

Chłopcom  zalśniły  oczy  z  podniecenia.  Ponad  trzysta  lat  temu  Wyspę  Szkieletów 

zamieszkiwali  piraci.  Co  prawda,  pan  Hitchcock  uprzedzał,  Ŝe  nie  ma  co  liczyć  na  zakopane 
skarby, ale w końcu mógł się mylić. Młodzi detektywi mieli nadzieję, Ŝe jednak uda im się coś 
znaleźć. Poza tym wyspa kryła zagadkę, którą naleŜało rozwiązać. 

W polu widzenia pojawiła się inna, mniejsza wyspa. 
— To musi być Dłoń — stwierdził Jupiter. 
— A tamte małe to Kości — dodał Pete, wskazując niewielkie skałki porozrzucane między 

Wyspą Szkieletów a Dłonią. — Pomyślcie tylko! Opuściliśmy Rocky Beach po obiedzie, a tutaj 
dotarliśmy akurat na kolację. 

— Patrzcie, Dłoń naprawdę wygląda jak ludzka ręka — zauwaŜył Bob. — Skaliste rafy to 

jej palce. PrzewaŜnie są zalane wodą, jednak z góry doskonale je widać. 

— Mam nadzieję, Ŝe uda nam się ją zwiedzić — powiedział Jupiter. 
—  Nigdy  przedtem  nie  widziałem  zjawiska,  które  tam  występuje.  Przeczytałem,  Ŝe  na 

wyspie  są  szczeliny,  przebijające  na  wylot  skałę.  Podczas  sztormu  morze  wyrzuca  przez  nie 
fontanny wody, tak jak wieloryb przez nozdrza podczas wydechu. 

W tyle za samolotem zostały juŜ zarówno wysepki, jak i niewielkie miasteczko Fishingport, 

w którym Trzej Detektywi mieli się zatrzymać tuŜ po przyjeździe. Czekał tam na nich pokój w 
pensjonacie. 

Kiedy  samolot  zaczął  schodzić  do  lądowania,  chłopcy  zauwaŜyli  w  okienku  po  prawej 

stronie leŜące w dole spore miasto. Było to Melville, gdzie mieścił się port lotniczy. Parę minut 
później maszyna kołowała juŜ po pasie startowym i po chwili zatrzymała się na wprost głównego 
budynku. PasaŜerowie mogli odpiąć pasy. Pomału wszyscy zaczęli wysiadać. 

Po zejściu z trapu chłopcy przystanęli i wypatrywali znajomej twarzy w tłumie oczekującym 

podróŜnych za metalową barierką. 

— Ciekawe, Pete, czy jest twój tata — powiedział Bob. 
—  Obiecał,  Ŝe  spróbuje  nas  odebrać,  ale  jeśli  nie  będzie  mógł  przyjechać,  przyśle  kogoś 

innego. Pewnie tak zrobił, bo jakoś go nie widzę. 

— Właśnie ktoś się do nas zbliŜa — zauwaŜył Bob na widok niskiego i grubego męŜczyzny 

z czerwonym nochalem, który najwyraźniej szedł prosto w ich kierunku. 

—  Witam  młodych  detektywów  z  Hollywoodu.  Kazano  mi  was  odebrać  z  lotniska.  — 

Nieznajomy  zaczął  świdrować  chłopców  małymi,  sprytnymi  oczkami.  —  Zupełnie  nie 
wyglądacie mi na detektywów. Myślałem, Ŝe jesteście starsi. 

Bob poczuł, jak Jupiter zesztywniał po tych słowach. 
— Przyjechaliśmy, Ŝeby zagrać w filmie — odparł ostrym tonem. —Dlaczego pan myśli, Ŝe 

background image

jesteśmy detektywami? 

— O, ja wiem  wszystko. —  MęŜczyzna  puścił oko do chłopców  i uśmiechnął się szeroko. 

— Chodźcie za mną. Samochodzik czeka. Następny zabierze wasze bagaŜe. Macie ich tak duŜo, 
Ŝ

e nie zmieszczą się do mojego maleństwa. 

Obrócił  się  na  pięcie  i  poprowadził  chłopców  przez  bramkę  w  kierunku  niewielkiej  starej 

furgonetki. 

— Wskakujcie, chłopaki. Przed nami dobre pół godziny jazdy, a zanosi się na burzę. 
Bob popatrzył w niebo. ChociaŜ słońce ciągle świeciło nisko nad horyzontem, ze wschodu 

napływały  czarne,  olbrzymie  chmury.  Coś  błyskało  między  nimi.  Zapowiadała  się  tęga 
nawałnica. 

Chłopcy  wsiedli  do  furgonetki,  męŜczyzna  zajął  miejsce  za  kierownicą  i  wiekowy  pojazd 

ruszył sprzed lotniska, kierując się na północ. 

— Przepraszam, panie... — zaczął Jupiter. 
— Mówcie mi Sam. Wszyscy tak mnie nazywają. 
Docisnął  pedał  gazu  i  furgonetka  gwałtownie  przyspieszyła.  Słońce  schowało  się  za 

chmurami i nagle zrobiło się niemal ciemno. 

—  Przepraszam,  panie  Sam  —  wtrącił  się  znowu  Jupiter  —  czy  pan  pracuje  w  zespole 

filmowym? 

— Tylko dorywczo, chłopcze, ale zgodziłem się wyświadczyć uprzejmość i podrzucić was 

na  miejsce.  Popatrzcie,  jaki  sztorm  nadchodzi.  Doskonała  pogoda  dla  zjawy  z  karuzeli.  Na 
pewno ukaŜe się dzisiejszej nocy. Nie chciałbym być wtedy na Wyspie Szkieletów. 

Boba przeszył dreszczyk podniecenia. Przeczytali wszystko o zjawie, która prawdopodobnie 

straszy  na  wyspie.  Legenda  głosi,  Ŝe  to  duch  ślicznej,  ale  upartej  Sally  Farrington,  która 
dwadzieścia pięć lat temu jeździła na starej karuzeli. Kiedy niespodziewanie napłynęły burzowe 
chmury,  zaczęło  grzmieć  i  błyskać,  karuzela  stanęła.  Wszyscy  opuścili  ją,  ale  Sally  Farrington 
uparła się, Ŝe nie zsiądzie z drewnianego konika. Podobno krzyczała głośno, Ŝe Ŝadna burza nie 
zmusi  jej  do  przerwania  przejaŜdŜki.  Kiedy  człowiek  obsługujący  karuzelę  próbował  ją 
przekonać, by jednak to zrobiła, piorun uderzył w sam środek karuzeli. Sally zginęła na miejscu 
na oczach przeraŜonych obserwatorów. Jej ostatnie słowa brzmiały: „Nie boję się Ŝadnej burzy i 
skończę tę przejaŜdŜkę nawet za cenę Ŝycia!” 

Wszyscy przyznali, Ŝe sama była winna swojej śmierci, ale nikt nie spodziewał się tego, co 

później nastąpiło. 

Minęło kilka tygodni i nadeszła kolejna sztormowa noc. Wesołe miasteczko było zamknięte, 

nikt  się  po  nim  nie  kręcił.  Wtedy  właśnie  mieszkańcy  stałego  lądu  zauwaŜyli,  Ŝe  na  karuzeli 
zapłonęły światła. Usłyszeli równieŜ dźwięki wesołej muzyki. 

Pan  Wilbur,  właściciel  wesołego  miasteczka,  i  kilku  innych  męŜczyzn  wsiedli  do  łodzi  i 

popłynęli  sprawdzić,  co  się  dzieje.  ZbliŜyli  się  do  wyspy  na  tyle,  by  zobaczyć,  Ŝe  karuzela  się 
kręci, a na malowanym koniu siedzi jakaś postać w białej szacie. 

Nagle światła zgasły i umilkła muzyka. Kiedy męŜczyźni po chwili dobili do brzegu i weszli 

na  teren  lunaparku,  nikogo  w  nim  nie  zastali.  Jedynie  na  trawie  obok  karuzeli  leŜała  mokra 
damska chusteczka z wyhaftowanymi inicjałami S.F. Nie było wątpliwości, Ŝe naleŜała do Sally 
Farrington. 

Okolicznych  mieszkańców  opanował  zabobonny  lęk.  Mówiono,  Ŝe  duch  Sally  wrócił,  by 

dokończyć przerwaną przejaŜdŜkę. Wesołe miasteczko zaczęło się cieszyć złą sławą miejsca, w 
którym straszy. Ludzie omijali je z daleka i w następnym roku juŜ nie wznowiło działalności. 

Mijały  kolejne  lata.  Kolejka  górska,  diabelski  młyn,  karuzela  popadały  w  coraz  większą 

background image

ruinę.  Legenda  o  duchu  Sally  Farrington  jednak  nie  umarła.  Rybacy  twierdzili,  Ŝe  moŜna  go 
zobaczyć, zwłaszcza podczas sztormowych nocy, jak przemierza wyspę. W ciągu ostatnich kilku 
lat te doniesienia  wielokrotnie się powtarzały.  Wierzono powszechnie,  Ŝe Sally będzie straszyć 
na  wyspie  dopóty,  dopóki  nie  dokończy  fatalnej  przejaŜdŜki.  PoniewaŜ  karuzela  przestała 
działać, nieszczęsny duch skazany został na wieczne oczekiwanie. 

Tak,  więc  Wyspa  Szkieletów  od  lat  świeciła  pustką.  Skoro  wesołe  miasteczko  było 

nieczynne,  nikt  nie  miał  powodu,  by  ją  odwiedzać  chyba,  Ŝe  latem,  by  urządzić  piknik.  Ale 
bardzo  rzadko  zdarzali  się  amatorzy  tej  rozrywki,  gdyŜ  zła  sława  miejsca  odstraszała 
potencjalnych piknikowiczów. 

— Doszły mnie słuchy, Ŝe goście z filmu naprawiają starą karuzelę. Sally się ucieszy. Jeśli 

karuzela  znowu  ruszy,  będzie  mogła  dokończyć  przejaŜdŜkę  —  Sam  zaczął  chichotać.  Kiedy 
jednak  w  furgonetkę  uderzyły  pierwsze  podmuchy  nadchodzącego  sztormu,  skupił  się  na 
prowadzeniu pojazdu. 

PrzejeŜdŜali  przez  bagnistą,  opustoszałą  okolicę.  Po  półgodzinie  dojechali  do  rozwidlenia 

drogi.  Główna  skręcała  w  lewo  i  w  światłach  reflektorów  moŜna  było  zobaczyć  napis  na 
drogowskazie:  Fishingport  4  km.  Ku  zdziwieniu  chłopców  Sam  skierował  samochód  w  prawo, 
na nie oznakowaną piaszczystą drogę, w której wkrótce pojawiły się głębokie koleiny. 

— Zgodnie z drogowskazem do Fishingport naleŜało skręcić w drugą stronę — powiedział 

Pete. — Dlaczego jedziemy w przeciwnym kierunku? 

— Tak trzeba — rzucił przez ramię Sam. — To i owo się wydarzyło. Pan Crenshaw prosił, 

by dostarczyć was dziś od razu na wyspę, zamiast do pensjonatu pani Barton. 

— Rozumiem. — Pete trochę się uspokoił. Wszyscy chłopcy zastanawiali się, co Sam miał 

na myśli. CzyŜby zaszło coś powaŜnego? 

Tłukli  się  przez  wiele  kilometrów  piaszczystą  drogą,  aŜ  wreszcie  kierowca  zatrzymał 

furgonetkę.  W  światłach  reflektorów  chłopcy  zobaczyli  chwiejący  się  pomost,  do  którego  była 
przywiązana mała, rozsypująca się rybacka łódka. 

— Ruszajcie się, chłopaki! — zawołał Sam. —  Musimy się zwijać. Ten sztorm gotów jest 

rozszaleć się na dobre. 

Wygramolili się z samochodu, nieco zdziwieni, Ŝe filmowcy dysponują jedynie tak nędznym 

ś

rodkiem transportu, jak stara łódka. 

— Co z naszym bagaŜem? — spytał Jupiter, kiedy Sam dołączył do nich. 
— Jest cały i zdrowy. Pakujcie się do łódki. Przed nami jeszcze szmat drogi. 
Trzej Detektywi posłusznie  wykonali polecenie.  Sam zapuścił silnik i cięŜka  śruba zaczęła 

się  obracać.  Wkrótce  pruli  fale  burzliwych  wód  zatoki.  Chłopcy  kurczowo  trzymali  się  burt, 
kiedy mała łupinka kołysała się i zanurzała głęboko. 

Potem  zaczęło  padać.  Początkowa  mŜawka  zmieniła  się  w  potęŜny  grad.  Chłopcy,  skuleni 

pod cienką płócienną płachtą, wkrótce przemokli do nitki. 

—  Potrzebne  nam  peleryny!  —  wrzasnął  Pete  do  Sama.  Przewoźnik  skinął  głową  i 

zablokował linką koło sterowe, po czym wyciągnął ze schowka cztery Ŝółte plastykowe kurtki z 
kapturami. Jedną włoŜył na siebie, a trzy pozostałe wręczył chłopcom. 

— Właźcie w nie! — krzyknął. — Trzymam je dla gości, których woŜę na ryby. 
Sztormiak Jupitera był zbyt wąski i chłopiec nie mógł dopiąć guzików, a z kolei Bob niemal 

utonął  w  swoim.  Kurtka  była  za  długa  i  plątała  mu  się  pod  nogami.  Mimo  niedostatków 
plastykowe okrycia chroniły jednak od deszczu. 

Sam  powrócił  do  steru.  Błyskawice  rozrywały  niebo.  Niewielka  łódeczka  niebezpiecznie 

przechylała  się,  kładziona  przez  ogromne  fale,  i  chłopcy  drŜeli  z  obawy,  Ŝe  w  kaŜdej  chwili 

background image

moŜe się wywrócić. 

Po pewnym czasie, który wydawał się wiecznością, ujrzeli w świetle błyskawic zarys lądu. 

Miejsce wyglądało dziko, nie widać było przy brzegu Ŝadnych pomostów. Chłopcy zdziwili się, 
kiedy Sam dobił do płaskiej, wystającej z wody skały. 

— Migiem na ląd! — wrzasnął. 
Trzej Detektywi wyskoczyli z łódki na skałę. 
— A pan? — zawołał Jupiter, kiedy po wysadzeniu pasaŜerów Sam zaczął odpływać. 
—  Muszę  wracać!  —  wrzasnął,  przekrzykując  szum  wiatru.  —  Idźcie  ścieŜką  prosto  do 

obozu. Traficie. 

Zwiększył obroty i za moment łódka znikła wśród ciemności sztormowej nocy. 
Chłopcy kulili się, by uchronić twarze przed siekącym deszczem. 
— Lepiej poszukajmy ścieŜki! — krzyknął Pete. Jupiter przyznał mu rację. 
Nagie  Bob  usłyszał  dziwny  dźwięk,  przypominający  chrapliwy  oddech  jakiejś  potęŜnej 

bestii. 

— Posłuchajcie! — zawołał do kolegów. — Co to moŜe być? 
Dziwne sapanie znowu przebiło się poprzez szum deszczu. 
—  Dochodzi  z  głębi  wyspy  —  odparł  Jupiter.  —  Kiedy  znowu  błyśnie,  moŜe  coś 

zobaczymy. 

Kolejna  błyskawica  rozdarła  niebo  i  wtedy  chłopcy  się  zorientowali,  Ŝe  znajdują  się  na 

niewielkiej wysepce, która z pewnością nie była Wyspą Szkieletów. Składała się z samych skał, 
w  centralnym  punkcie  miała  spore  wybrzuszenie.  Kilka  bezładnie  rosnących  drzew  dopełniało 
krajobrazu.  Nie  było  Ŝadnej  ścieŜki  ani  tym  bardziej  obozu.  Nim  znowu  zapadły  kompletne 
ciemności, zdąŜyli zauwaŜyć fontannę strzelającą w górę wprost ze środka garbu. Ona wydawała 
te chrapliwe dźwięki. 

—  Chłopaki,  właśnie  to  zjawisko  chciałem  zobaczyć!  —  zawołał  Jupiter.  —  Nie  jesteśmy 

wcale na Wyspie Szkieletów, tylko na Dłoni. 

Trzej Detektywi popatrzyli na siebie z przestrachem. 
Z jakichś nieznanych powodów Sam wysadził ich nocą na bezludnej wyspie. Nie mieli jak 

się stąd wydostać, daremne byłoby teŜ wzywanie pomocy. 

 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Ukazuje się zjawa 

 

Jupiter,  Bob  i  Pete  stali  skuleni  pod  wiszącą  skałą.  Była  co  prawda  wilgotna,  ale  chroniła 

przed wiatrem  i deszczem.  W  ciągu ostatnich  kilku  minut zdąŜyli przemierzyć wyspę wzdłuŜ i 
wszerz  i  upewnili  się,  Ŝe  jest  to  na  pewno  Dłoń,  na  której  oprócz  nich  nie  było  Ŝywej  duszy. 
Nigdzie nie zauwaŜyli teŜ Ŝadnej łódki. 

Obejrzeli  z  bliska  osobliwy  wodotrysk,  strzelający  w  górę  wprost  ze  środka  skalistego 

garbu. Jupiter, którego ciekawość naukowa nie słabła w Ŝadnych okolicznościach wyjaśnił, Ŝe w 
skale  musi  być  szczelina,  kończąca  się  głęboko  poniŜej  poziomu  morza.  Sztormowe  fale 
wtłaczają  do  niej  wodę,  która  pod  wpływem  ciśnienia  wydostaje  się  na  powierzchnię. 
Wybrzuszona skała przypomina wtedy oddychającego wieloryba. 

JednakŜe  chłopcy  niezbyt  długo  obserwowali  dziwne  zjawisko.  Musieli  znaleźć  jakieś 

schronienie. Pokręcili się jeszcze trochę wkoło i w końcu trafili pod wiszącą skałę. 

— Przez cały czas się głowię, dlaczego Sam wysadził nas na tym odludziu — odezwał się 

Peta. 

— MoŜe się pomylił i myślał, Ŝe to naprawdę jest Wyspa Szkieletów — powiedział Bob. 
—  Nie  —  Jupiter  potrząsnął  głową.  —  Przywiózł  nas  tu  celowo.  Przyznaję,  Ŝe  nie 

rozumiem,  z  jakiego  powodu.  Nie  potrafię  równieŜ  wyjaśnić,  skąd  wiedział,  Ŝe  jesteśmy 
detektywami. Dzieje się coś dziwnego. 

— Powtórz to jeszcze raz — mruknął Peta. — Mam nadzieję, Ŝe nie umrzemy z głodu, nim 

ktoś nas odnajdzie na tej wyspie. 

—  Rano  juŜ  nas  znajdą  —  uspokoił  przyjaciela  Jupiter.  —  Na  pewno  wypatrzy  nas  jakiś 

rybak. Musimy wytrzymać tylko przez tę noc. 

— W pobliŜu nie ma Ŝadnych rybackich łódek — wtrącił z niepokojem Bob. — Pamiętacie 

artykuł  o  małych  czerwonych  pasoŜytach,  które  zaatakowały  ostrygi  w  tej  części  zatoki? 
Wszyscy rybacy przenieśli się na południe, w okolice Melville, gdzie skorupiaki nie są zakaŜone 
i  nadają  się  do  jedzenia.  Z  powodu  choroby  ostryg  Fishingport  stał  się  niemal  wymarłym 
miasteczkiem. 

—  Mimo  to  ktoś  nas  zauwaŜy  —  upierał  się  Jupiter.  —  Zaczną  nas  szukać,  kiedy  się 

zorientują,  Ŝe  przepadliśmy  nie  wiadomo  gdzie.  A  przynajmniej  zobaczyliśmy  na  własne  oczy 
ciekawe zjawisko. 

Właściwie  wszystko  zostało  powiedziane.  Na  szczęście  nie  było  zbyt  zimno,  a  i  sztorm 

wydawał  się  słabnąć.  Chłopcy  mogli  teraz  tylko  czekać  cierpliwie  ranka.  Kiedy  przyjęli  to  do 
wiadomości, odpręŜyli się i wkrótce zapadli w drzemkę. 

Pete  obudził  się  nagle.  Przez  kilka  sekund  usiłował  sobie  przypomnieć,  gdzie  jest  i  co  się 

wydarzyło.  ZauwaŜył,  Ŝe  burza  się  skończyła.  Na  niebie  pokazały  się  gwiazdy.  W  oddali  na 
wodzie zobaczył błyskające światło. 

Podskoczył i zaczął wrzeszczeć. Jupiter i Bob ocknęli się po chwili. Byli tak zaspani,  Ŝe  z 

trudem utrzymywali się na nogach. 

Ś

wiatło skierowało się w ich stronę. Wyglądało jak długi palec, który kawałek po kawałku 

maca powierzchnię wyspy, usiłując trafić na to, czego szuka. Pete zdarł z siebie Ŝółty sztormiak i 
zaczął nim wymachiwać jak oszalały. 

— Tutaj jesteśmy! Tutaj! — krzyczał ile sił w płucach. 

background image

Mocny strumień światła padł na poruszającą się gwałtownie postać i zatrzymał się na niej. 

Najwyraźniej  poszukujący  dostrzegł  chłopców.  Skierował  światło  wyŜej,  oświetlając  Ŝagiel 
niewielkiej łódki. Potem zaczął się zbliŜać do brzegu. 

— Zamierza dobić do plaŜy — powiedział Pete. — Chce się tam z nami spotkać. 
—  Na  szczęście  pokazały  się  gwiazdy  —  zauwaŜył  Jupiter.  —  Ale  i  tak  musimy  szukać 

drogi na wyczucie. 

— Spójrzcie! — zawołał Bob. — Nieznajomy próbuje nam pomóc. 
Rzeczywiście. Oświetlał teraz skały  na przestrzeni dzielącej  chłopców od brzegu,  krótkimi 

błyskami wskazując im drogę. 

Pokonali  ją  najszybciej  jak  mogli.  Mimo  iŜ  teraz  widzieli  co  nieco,  i tak  wszyscy  trzej  się 

przewracali, a Pete otarł sobie kolano. 

Kiedy  dotarli  nad  brzeg  morza,  łódka  była  juŜ  wciągnięta  na  piasek.  Stała  na  nim  z 

opuszczonym Ŝaglem, a obok niej chłopak w wiatrówce i w spodniach z podwiniętymi do kolan 
nogawkami. Szybko omiótł latarką twarze Jupitera, Pete’a i Boba, a potem skierował jej światło 
na  własne  oblicze,  by  chłopcy  mogli  mu  się  przyjrzeć.  Nieznajomy  był  opalony,  miał  czarne, 
kręcone włosy i uśmiechał się przyjaźnie, błyskając oczami. 

— Ahoj — powiedział z obcym akcentem. — Trzej Detektywi, prawda? 
CzyŜby wszyscy juŜ wiedzieli, kim oni są? 
— Zgadza się — odparł Jupiter. — Dobrze, Ŝe nas odnalazłeś. 
— Wiedziałem, gdzie szukać — wyjaśnił nieznajomy chłopak. 
Był niemal tak wysoki jak Pete, ale duŜo szczuplejszy, choć klatkę piersiową i ramiona miał 

nieźle umięśnione. 

Nazywam się Chris Markos. Pełne imię brzmi Christos, ale mówcie do mnie Chris. 
— Dobrze — odparł Pete. 
Trzej przyjaciele od razu polubili tego uśmiechniętego, wesołego chłopaka, który przybył im 

na ratunek. 

— Skąd wiedziałeś, gdzie nas szukać? 
—  O,  to  długa  historia.  Wsiadajcie  do  łódki.  Popłyniemy  do  miasta.  Ludzie  z  ekipy  są 

zmartwieni. Na wasz widok humory od razu im się poprawią. 

— Ty nie pracujesz z nimi? — spytał Bob, gramoląc się do niewielkiej łódeczki. 
— Nie, skądŜe — powiedział Chris, spychając łódkę z plaŜy. 
Kiedy  byli  juŜ  na  głębszej  wodzie,  wdrapał  się  na  rufę  i  chwycił  za  rumpel.  Łódeczka 

szybko złapała wiatr w Ŝagle i zaczęła przecinać zatokę. Chłopcy  zobaczyli w oddali światełka 
Fishingport. 

Podczas  Ŝeglugi  Chris  Markos  opowiedział  o  sobie.  Dorastał  w  Grecji  u  wybrzeŜy  Morza 

Ś

ródziemnego,  gdzie  mieszkał  z  ojcem,  trudniącym  się  poławianiem  gąbek.  Matka  dawno  mu 

umarła.  Greccy  poławiacze  nurkują  głęboko,  by  zbierać  gąbki  z  dna  oceanu.  Nie  uŜywają 
aparatów  tlenowych,  a  jedynie  przywiązują  do  ciała  cięŜkie  kamienie,  dzięki  którym  szybko 
opadają na dno. 

Ojciec  Chrisa,  jeden  z  największych  śmiałków,  pewnego  dnia  dostał  skurczów 

mięśniowych,  wywołanych  przez  chorobę  dekompresyjną,  postrach  wszystkich  nurków.  W 
rezultacie  dotknął  go  częściowy  paraliŜ  i  nie  mógł  dalej  pracować.  Na  szczęście  kuzyn 
mieszkający  w  Fishingport,  który  trudnił  się  połowem  ostryg,  przysłał  dla  niego  i  Chrisa 
pieniądze na bilety. Skorzystali z zaproszenia i przylecieli do Stanów. 

— Przez wiele lat w okolicach Fishingport rybactwo kwitło ciągnął Chris. — Potem ostrygi 

zostały zaatakowane przez pasoŜyty i połowy się skończyły. Kuzyn mego ojca musiał sprzedać 

background image

łódź. Przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie znalazł pracę w restauracji. Ojciec jednak nie czuł się 
wystarczająco  dobrze,  by  myśleć  o  przeprowadzce.  Zmartwienia  jeszcze  pogorszyły  stan  jego 
zdrowia. Teraz niemal przez cały czas leŜy w łóŜku. Staram się nim opiekować, ale mam kłopoty 
ze  znalezieniem  pracy.  Kiedy  usłyszałem,  Ŝe  do  miasteczka  zjeŜdŜa  ekipa  filmowców, 
pomyślałem,  Ŝe  moŜe  przyda  im  się  ktoś,  kto  urnie  nurkować.  W  dzieciństwie  próbowałem 
opanować sztukę poławiania gąbek, by pójść kiedyś w ślady ojca. Filmowcy jednak nie chcieli 
mnie  zatrudnić.  Jako  cudzoziemiec  wydaję  się  im  podejrzany.  MoŜe  jednak  los  wkrótce  się 
odmieni na lepsze. 

Płynęli  teraz  szybko.  Chłopcy  słyszeli  plusk  fal  rozbijających  się  o  burty,  po  lewej  stronie 

łódki widzieli białe grzywacze. 

—  Gdzie  jesteśmy?  —  spytał  Pete.  —  Jak  znajdujesz  drogę,  skoro  nic  przed  sobą  nie 

widzisz? MoŜesz się rozbić o jedną ze skał. 

— Uszy mi pomagają — odparł wesoło Chris. — Słyszę, gdzie załamują się fale, i wiem, Ŝe 

w  tamtym  miejscu  są  rafy.  Te,  które  ludzie  nazywają  Kośćmi.  Wyspa  Szkieletów  leŜy  przed 
nami, po prawej. 

Chłopcy  wpatrywali  się  przed  siebie,  usiłując  dojrzeć  miejsce,  do  którego  zmierzali.  Znali 

jego historię na pamięć. Artykuły wręczone przez pana Hitchcocka okazały się bardzo pomocne. 

Wyspę  Szkieletów  odkrył  w  tysiąc  sześćset  pięćdziesiątym  piątym  roku  pewien  angielski 

kapitan. Nazywał się White. Szybko poznał ją całą i zorientował się, Ŝe słuŜyła jako cmentarz dla 
indiańskich  plemion,  które  mieszkały  na  stałym  lądzie.  PoniewaŜ  Indianie  nie  troszczyli  się  o 
kopanie głębokich grobów, kapitanowi udało się znaleźć wiele kościotrupów. Te znaleziska oraz 
charakterystyczny kształt wyspy nasunęły mu pomysł, by nazwać ją Wyspą Szkieletów. Podczas 
tej samej wyprawy odwiedził równieŜ pobliską niewielką wysepkę i zauwaŜył, Ŝe rafy, które ją 
tworzą, wyglądają jak dłoń, więc nazwał te skałki Dłonią. Potem poŜeglował dalej. 

W  następnych  latach  całe  południowo-wschodnie  wybrzeŜe  opanowali  piraci.  Na  wyspie 

urządzili  zimowe  kwatery,  natomiast  na  stały  ląd  przypływali,  by  przepuścić  zrabowane  złoto. 
Sam Czarnobrody spędził jedną zimę w tym rejonie. 

JednakŜe  władze  angielskie  zaczęły  stopniowo  rozprawiać  się  z  piratami.  Po  śmierci 

Czarnobrodego,  która  nastąpiła  w  tysiąc  siedemset  osiemnastym  roku,  ostał  się  na  wybrzeŜu 
jedynie  znany  przywódca  piratów,  zwany  Jednouchym,  i  jego  załoga.  Którejś  nocy  wojska 
angielskie  przypuściły  niespodziewany  atak  na  ich  siedzibę  na  Wyspie  Szkieletów.  Kamraci 
Jednouchego  zostali  w  większości  wyrŜnięci,  on  sam  natomiast  zdołał  uciec  łodzią,  uwoŜąc  ze 
sobą załadowany w skrzynie skarb. Wraz z nim uciekło kilku towarzyszy, którzy zdołali uniknąć 
rzezi. Angielski dowódca, pragnący zarówno odzyskać złoto, jak i wytępić piratów, puścił się za 
nimi w pościg. 

Kiedy Jednouchy zorientował się, Ŝe nie umknie daleko, zatrzymał się ostatecznie na Dłoni. 

Tam  dopełnił  się  jego  los.  Zabito  mu  wszystkich  ludzi,  on  sam  zaś  został  powaŜnie  raniony,  a 
potem  pojmany.  Niemniej  jednak  skrzynie,  na  których  zawartość  Anglicy  ostrzyli  sobie  zęby, 
okazały się puste. Skarb zniknął.  Wszyscy zachodzili w  głowę, co się  z  nim stało. Na skalistej 
Dłoni  nie  moŜna  go  było  zakopać,  a  Ŝołnierze  nie  znaleźli  równieŜ  Ŝadnego  innego  miejsca, 
gdzie  dałoby  się  go  ukryć.  Na  wszystkie  pytania  Jednouchy  reagował  śmiechem  i  dawał  jedną 
odpowiedź: 

— Teraz diabeł  morski trzyma w  garści  moje złote dublony i nikt ich nie zobaczy dopóty, 

dopóki on sam ich nie odda. Nie stanie się to wcześniej niŜ przed końcem świata! 

Nawet stojąc pod szubienicą, nie powiedział ani słowa więcej. Angielski dowódca nie dostał 

swoich  łupów.  Nie  ulegało  wątpliwości,  Ŝe  Jednouchy  wyrzucił  złoto  za  burtę,  byle  tylko  nie 

background image

wpadło w ręce jego prześladowców. LeŜy teraz porozrzucane na dnie morza i nikt go juŜ nigdy 
nie znajdzie. 

Chłopcy  próbowali  przeniknąć  wzrokiem  ciemności  z  nadzieją,  Ŝe  ujrzą  zarys  sławnej 

Wyspy Szkieletów. JednakŜe mrok był zbyt gęsty, by dało się cokolwiek zobaczyć. 

—  Musiałeś  sporo  Ŝeglować  po  tych  wodach  —  powiedział  Jupiter  do  Chrisa  —  skoro  na 

słuch potrafisz się zorientować, gdzie jesteś. 

—  To  prawda  —  przyznał  Chris.  —  Poznałem  ten  akwen  jak  własną  kieszeń.  Czasami 

równieŜ schodzę na dno. Szukam złota, które leŜy tam porozrzucane. 

— Znamy tę historię — powiedział Bob. — Na przestrzeni lat znaleziono w ten sposób kilka 

dublonów. Prawdopodobnie tych, które Jednouchy wyrzucił niegdyś za burtę. 

— Czy tobie udało się coś znaleźć? — spytał Chrisa Pete. 
— Tak — odparł po chwili wahania młody Grek. — Nic wielkiego, ale dobre i to. 
— Jak to znalazłeś? — dopytywał się Jupiter. 
—  Właśnie  w  zeszłym  tygodniu  coś  mi  się  trafiło  —  odpowiedział  Chris.  —  Coś  małego, 

ale kto wie, moŜe znajdę więcej. Nie mogę powiedzieć, gdzie. Tajemnica, którą zna jedna osoba, 
to  prawdziwa  tajemnica.  Jeśli  dwie  osoby  poznają  sekret,  przestanie  być  sekretem,  a  jeśli  trzy 
stanie  się  własnością  całego  świata.  Słyszałem  kiedyś  takie  powiedzenie.  Pochylcie  głowy,  bo 
zmieniamy hals. 

Chłopcy  posłusznie  wykonali  polecenie.  Łódka  przeszła  linię  wiatru  i  Ŝagiel  przeleciał  na 

drugą burtę. Płynęli nowym halsem prosto ku światłom Fishingport. 

— Wyspa Szkieletów jest teraz dokładnie po naszej prawej stronie —wyjaśnił Chris. — My 

jednak kierujemy się ku miastu. 

Chłopcy znowu natęŜyli wzrok, chcąc zobaczyć sławną wyspę. 
— Spojrzycie na te światła! — krzyknął nagle Bob. 
Pojawiły  się  niby  za  dotknięciem  czarodziejskiej  róŜdŜki.  Tworzyły  świetliste  koło,  jak 

płonące lampki na karuzeli. Nad wodą rozniosła się wesoła muzyka. Światła zaczęły się obracać, 
najpierw  powoli,  potem  coraz  szybciej.  W  chwilę  później  między  malowanymi  konikami 
pojawiła się jakaś jasna postać. 

— Zjawa z karuzeli! — krzyknął Pete. — To na pewno ona, dziewczyna w białej sukience! 
— Chris, błagam cię, zawróć — prosił Jupiter. — Musimy zbadać to zjawisko. 
— Beze mnie! — wykrzyknął Chris. — To prawdziwy duch. Sally wróciła, Ŝeby dokończyć 

przejaŜdŜkę  na  zreperowanej  karuzeli.  Wynosimy  się  stąd.  Szkoda,  Ŝe  nie  mam  silnika,  bo 
zrobiłbym to szybciej. 

Chris trzymał kurs prosto na Fishingport. Bob i Pete raczej cieszyli się z tego, ale Jupiter był 

najwyraźniej rozczarowany. Miał wielką ochotę zobaczyć z bliska prawdziwego ducha. 

Płynęli  naprzód,  a  za  nimi  kręciła  się  karuzela.  Wirujące  światełka  rozjaśniały  mrok. 

Dwadzieścia pięć lat po swojej śmierci Sally Farrington próbowała dokończyć przejaŜdŜki. Bob 
aŜ zadrŜał na myśl o tym. 

W pewnej chwili muzyka niespodziewanie umilkła. Pogasły światła, a biała postać zniknęła. 

Z niewiadomego powodu biedna Sally znowu będzie musiała czekać na następną okazję. 

Jupiter westchnął rozczarowany. 
Pół  godziny  później  dotarli  do  pensjonatu  w  Fishingport.  Jego  właścicielka,  pani  Barton, 

przekazała przez telefon wiadomość wszystkim zainteresowanym, Ŝe chłopcy się znaleźli. Potem 
zmusiła Jupitera, Pete’a i Boba, by wzięli gorącą kąpiel i poszli prosto do łóŜek. 

Zrobili  to  z  prawdziwą  przyjemnością.  Jupiter  jednak  nie  dał  za  wygraną.  Nim  zasnął, 

zdąŜył wymruczeć: 

background image

— Szkoda, Ŝe nie znalazłem się bliŜej zjawy. 
— To wyłącznie twoje zmartwienie — odparł sennym głosem Pete. 
 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Nareszcie Wyspa Szkieletów 

 

Kiedy Bob otworzył rano oczy, zdziwił się, widząc nad głową ukośny sufit pokryty tapetą w 

paski. Po chwili wszystko sobie przypomniał. Nie był we własnym domu w Rocky Beach, lecz w 
odległym  od  niego  o  ponad  pięć  tysięcy  kilometrów  miasteczku  Fishingport  nad  Zatoką 
Atlantycką. 

Usiadł  i  rozejrzał  się  dokoła.  Zajmował  górną  część  pryczy.  Pod  nim  spał  mocnym  snem 

Pete. W łóŜku stojącym o kilka metrów dalej leŜał równieŜ pogrąŜony w śnie Jupiter. 

Bob  połoŜył  się  znowu  i  zaczął  rozmyślać  o  dziwnych  zdarzeniach,  które  miały  miejsce 

minionej nocy. 

W pewnym momencie ktoś zaczął pukać do drzwi. 
—  Chłopaki,  śniadanie  gotowe!  I  pan  Crenshaw  czeka  —  wołała  pani  Barton,  zaŜywna, 

pogodna  właścicielka  pensjonatu.  —  Za  pięć  minut  bądźcie  na  dole  albo  obejdziecie  się 
smakiem. 

— JuŜ się zbieramy! 
Bob zeskoczył na podłogę. Pete i Jupiter, obudzeni przez podniesione głosy, szybko nałoŜyli 

ubrania i cała trójka pospieszyła do jadalni. 

Ś

niadanie  rzeczywiście  juŜ  czekało.  Chłopcy  rozejrzeli  się  po  jasnym  pomieszczeniu, 

przyozdobionym  róŜnymi  Ŝeglarskimi  akcesoriami.  Przy  stole  zauwaŜyli  dwóch  męŜczyzn, 
którzy popijali kawę i rozmawiali o czymś cicho. 

Ojciec Pete’a, potęŜny, silnie zbudowany męŜczyzna, poderwał się z miejsca na widok syna. 

Wyciągnął ramiona i uściskał go mocno, po czym przywitał się z jego kolegami. 

—  Ogromnie  się  ucieszyłem  wczoraj  w  nocy  na  wieść,  Ŝe  odnaleźliście  się  cali  i  zdrowi. 

Spaliście  juŜ,  więc  po  otrzymaniu  wiadomości  czym  prędzej  wróciłem  na  Wyspę  Szkieletów. 
Musimy  teraz  przez  cały  czas  uwaŜać  na  nasze  rzeczy  i  sprzęt  filmowy.  Ale  o  tym 
porozmawiamy później. Opowiedzcie, co się z wami działo. 

Trzej  Detektywi  w  trakcie  śniadania  zrelacjonowali  wydarzenia  ubiegłej  nocy.  Drugi  z 

męŜczyzn siedzących przy stole, komendant miejscowej policji, pan Nostigon, przysłuchiwał się 
uwaŜnie  i  kiwał  głową,  pykając  krótką,  pękatą  fajeczkę.  Kiedy  w  trakcie  opowieści  chłopców 
padło imię Sama, pan Crenshaw spytał komendanta, czy zna tego człowieka. 

— Niewykluczone, Ŝe chodzi o Sama Robinsona — odparł policjant. — Znam gagatka. Parę 

razy siedział. Dla pieniędzy gotów jest zrobić wszystko. Uwielbia teŜ płatać figle. Zastanawiam 
się, czy to, co się zdarzyło, nie było jednym z jego zwariowanych kawałów. Chyba będę musiał 
zadać mu kilka pytań. 

— To nie był Ŝaden kawał! — wybuchnął pan Crenshaw. — Mam ochotę sam wziąć gościa 

w  obroty.  Musi  mi  po  pierwsze  wyjaśnić,  skąd  wiedział  o  przyjeździe  chłopców.  Po  drugie, 
wyduszę  z  niego,  kto  mu  powiedział,  Ŝe  są  oni  detektywami-amatorami  No  i  po  trzecie, 
chciałbym się dowiedzieć, dlaczego wysadził ich nocą na tej bezludnej wyspie. PrzecieŜ gdyby 
nie Chris, moglibyśmy ich szukać choćby do jutra. 

—  To  fakt  —  przyznał  komendant.  —  Kiedy  się  dowiedzieliśmy,  Ŝe  chłopcy  wysiedli  z 

samolotu,  a  potem  przepadli  jak  kamień  w  wodę,  od  razu  wszczęliśmy  poszukiwania. 
Zatrzymaliśmy dziesiątki samochodów i wypytywaliśmy wszystkich kierowców, czy nie wiedzą 
czegoś o zaginionych. 

background image

— Zastanawia mnie tylko — ciągnął ojciec Pete’a — jakim cudem ten mały Chris zdołał tak 

łatwo was odszukać. Czy powiedział wam to? —zwrócił się do syna i jego kolegów. 

Musieli  przyznać,  Ŝe  zapomnieli  go  o  to  spytać.  Mieli  zamiar  dowiedzieć  się  wszystkiego, 

ale  zobaczyli  zjawę  na  karuzeli  i  ogarnęło  ich  takie  podniecenie,  Ŝe  pytanie  uleciało  im  z 
pamięci. 

—  Widzieliście  ducha?  NiemoŜliwe!  —  zawołał  pan  Crenshaw.  —Zjawa  z  karuzeli  to 

przecieŜ tylko miejscowy zabobon. 

— Zabobon czy nie — wtrącił się komendant — ale wszyscy tutaj mocno w nią wierzą. W 

ciągu  ostatnich  kilku  lat  niejeden  rybak  widział  ją  na  Wyspie  Szkieletów  podczas  sztormowej 
nocy.  śywa  dusza  nie  zbliŜy  się  teraz  do  tej  wyspy.  Co  więcej,  całe  miasteczko  aŜ  huczy,  Ŝe 
ostatniej  nocy  zjawa  jeździła  na  karuzeli.  Wielu  ludzi  słyszało  muzykę,  a  kilku  wyciągnęło 
nawet lunety i widziało białą postać, dokładnie taką, jaką opisali chłopcy. To nie znaczy, Ŝe sam 
wierzę w duchy, ale proszę znaleźć w okolicy choćby jednego człowieka, który by zaprzeczył, Ŝe 
biedna panna Farrington próbowała wczoraj dokończyć swojej przejaŜdŜki. 

— A to pech — ojciec Pete’a zafrasował się mocno. — ZałoŜę się, Ŝe nikt z pracowników 

nie pokaŜe się tu dzisiaj. 

—  I  moŜe  równieŜ  jutro  —  przyznał  komendant  Nostigon.  —  Poszukam  tego  Sama 

Robinsona  i  zadam  mu  kilka  pytań.  Ale  ciągle  nie  wiemy,  jak  Chrisowi  udało  się  odnaleźć 
chłopców. 

— Moim zdaniem to podejrzana sprawa — powiedział pan Crenshaw. 
— Ten dzieciak męczył mnie, bym go zatrudnił, ale nie cieszy się on tu dobrą opinią. Wielu 

ludzi  twierdzi,  Ŝe  to  sprytny  złodziejaszek.  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  się  okazało,  Ŝe  to  on 
utrudnia nam Ŝycie. 

— Na nas nie zrobił wraŜenia złodzieja — wtrącił się Pete. — To porządny chłopak. Musi 

pomagać choremu ojcu i Ŝegluje tu wokół, szukając wyrzuconych na brzeg monet. PrzecieŜ nie 
ma w tym nic złego. 

— Pański syn ma rację — powiedział komendant policji. — Wiem, Ŝe Chris cieszy się złą 

opinią  ale  to  dlatego,  Ŝe  jest  cudzoziemcem,  a  większość  miejscowych  cierpi  na  ksenofobię. 
KaŜdemu obcemu gotowi są przypisać wszelkie złe cechy. 

—  I  tak  mu  nie  dowierzam  —  oświadczył  pan  Crenshaw.  —  Im  dłuŜej  o  tym  myślę,  tym 

bardziej  jestem  przekonany,  Ŝe  to  on  maczał  palce  w  kradzieŜy  naszego  sprzętu.  MoŜe  miał 
nadzieję, Ŝe go sprzeda, by pomóc ojcu. 

Wstał zza stołu. 
—  No  dobrze,  chłopcy,  pora  ruszać.  Pan  Denton  czeka  na  nas  na  wyspie.  Do  zobaczenia, 

komendancie.  Mam  nadzieję,  Ŝe  zdoła  pan  odnaleźć  tego  Sama  Robinsona  i  wsadzić  go  za 
kratki. 

Kilka  minut  później  Jupiter,  Pete  i  Bob  płynęli  szybką  motorówką  na  Wyspę  Szkieletów. 

Chętnie  rozejrzeliby  się  dokładniej  po  Fishingport,  jednak  nie  mieli  na  to  czasu.  ZdąŜyli  tylko 
zauwaŜyć  niemal  opustoszałe  pomosty,  przy  których  kolebało  się  kilka  zacumowanych  łódek. 
Zrozumieli, Ŝe większość rybaków popłynęła na południowy kraniec Zatoki Atlantyckiej, gdzie 
nadal  moŜna  było  łowić  zdrowe  ostrygi.  Miasteczko  Fishingport  sprawiało  wraŜenie  małej, 
bardzo biednej rybackiej wioski. 

Kiedy motorówka pruła wody zatoki, z ciekawością wpatrywali się w wyspę, którą widzieli 

przed  sobą.  Miała  około  dwóch  kilometrów  długości  i  była  gęsto  zalesiona.  Na  jej  północnym 
krańcu  wznosiło  się  niewielkie  wzgórze.  Między  drzewami  ledwo  dostrzegali  pozostałości 
wesołego  miasteczka.  Niegdyś  dopływały  tam  łodziami  całe  tłumy  rozbawionych  miłośników 

background image

rozrywki, ale te dni naleŜały juŜ do odległej przeszłości. 

Przybili  do  starego  pomostu  na  południowym  krańcu  wyspy  i  Pete  szybko  zacumował 

motorówkę.  Obok  stała  dowiązana  inna  łódź  motorowa:  szeroka,  wyposaŜona  w  specjalne 
schodki umocowane na jednej z burt. Tego rodzaju łodzi uŜywali często płetwonurkowie. 

Pan  Crenshaw  poprowadził  chłopców  dobrze  oznakowaną  ścieŜką  i  wkrótce  wszyscy 

znaleźli  się  na  polance,  na  której  stały  dwie  przyczepy  i  kilka  duŜych  namiotów  wojskowego 
typu. 

—  Oto  i  pan  Denton  —  poinformował  chłopców  tata  Pete’a.  —  Wczoraj  przyjechał  na 

zebranie z Filadelfii, gdzie realizowana jest większość zdjęć do filmu, i zaraz tam wraca. 

Do  nowo  przybyłych  podszedł  młody  reŜyser  w  okularach  w  rogowych  oprawkach. 

Towarzyszyło  mu  trzech  innych  męŜczyzn.  W  szpakowatym  chłopcy  rozpoznali  Harry’ego 
Norrisa,  asystenta  reŜysera.  Okazało  się,  Ŝe  pozostali:  młody,  ostrzyŜony  na  jeŜa  blondyn,  i 
drugi,  potęŜnie  zbudowany,  ze  sztywną  lewą  ręką  i  wiszącą  u  pasa  bronią,  to  Jeff  Morton, 
specjalista od podwodnych zdjęć, i Tom Farraday, straŜnik. 

—  Teraz  tutaj  jest  nasz  obóz  —  objaśniał  pan  Crenshaw.  —  Przytransportowaliśmy  barką 

przyczepy i cały sprzęt. Kiedy zjedzie reszta zespołu, wtedy przywieziemy więcej przyczep. — 
Przepraszam za spóźnienie — zwrócił się do reŜysera. — Musiałem zabrać chłopców. 

— Nie ma sprawy — odparł Roger Denton. Minę miał raczej nietęgą. 
— Harry Norris właśnie mówił mi o opóźnieniach. Bardzo mnie to martwi. Jeśli uznasz, Ŝe 

nie  dasz  rady  naprawić  kolejki  górskiej  w  ciągu  tygodnia,  musimy  zapomnieć  o  Wyspie 
Szkieletów.  Co  prawda,  jest  tu  wspaniała  sceneria,  właśnie  taka,  jakiej  potrzebujemy,  ale 
zaoszczędzimy  pieniędzy,  wypoŜyczając  jakąś  kolejkę  po  powrocie  do  Kalifornii.  Sztucznie  ją 
postarzymy  i  wystarczy.  MoŜemy  nakręcić  tu  kilka  ujęć  dalszych  planów  i  po  zmontowaniu 
uzyskamy wspaniały efekt starego, zrujnowanego lunaparku. 

—  Jestem  pewien,  Ŝe  zdąŜymy  naprawić  kolejkę  na  czas  —  powiedział  pan  Crenshaw.  — 

Dzwoniłem juŜ po stolarzy. 

— Wątpię, czy się zjawią — odparł Roger Denton. — Teraz, kiedy całe miasteczko trąbi o 

niedawnej przejaŜdŜce ducha... 

— Ach, ten duch! — zawołał tata Pete’a. — Chciałbym zrozumieć, o co tu chodzi. 
Tom Farraday, który stał niedaleko nich, zakaszlał, by zwrócić na siebie uwagę. 
— Przepraszam, panie Crenshaw — powiedział. — To chyba ja byłem tym duchem, którego 

wczoraj widziano. 

 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Czaszka przemawia 

 

—  Ubiegłej  nocy  —  zaczął  wyjaśniać  straŜnik  wpatrzonym  w  niego  członkom  ekipy  — 

byłem sam w obozie, bo panowie popłynęliście na ląd szukać chłopców. Kiedy uderzył sztorm, 
skryłem  się  w  przyczepie.  Po  ustaniu  nawałnicy  usłyszałem  warkot  silnika  motorówki,  więc 
wyszedłem  sprawdzić,  czy  przypadkiem  nie  dobił  do  brzegu  jakiś  złodziej.  Wydało  mi  się,  Ŝe 
ktoś  czai  się  za  karuzelą.  Ruszyłem  w  tamtą  stronę  i  nieznajomy  musiał  mnie  zauwaŜyć,  bo 
zaczął uciekać. Przestraszyłem się, Ŝe majstrował coś przy motorku, a przecieŜ dopiero co został 
naprawiony.  Na  wszelki  wypadek  włączyłem,  więc  światła  i  uruchomiłem  mechanizm.  Wtedy 
oczywiście buchnęła muzyka i karuzela zaczęła się kręcić. Obszedłem ją dokoła, by się upewnić, 
Ŝ

e niczego nie uszkodzono, a potem zatrzymałem. 

— A co z duchem, człowieku?! — zawołał zniecierpliwiony pan Crenshaw. 
— Miałem na sobie Ŝółty sztormiak, proszę pana — wyjaśnił zakłopotany Tom Farraday — 

co  z  daleka  mogło  wyglądać  jak  biała  szata.  No  i  dlatego  mieszkańcy  miasteczka  zobaczyli 
zjawę. 

— No nie — jęknął ojciec Pete’a. — Tom, musisz jak najszybciej dokładnie wyjaśnić tym 

na lądzie, co się wydarzyło. 

— Dobrze, proszę pana — odparł straŜnik. 
— Jakbyśmy i bez tego nie mieli juŜ dość kłopotów — westchnął pan Crenshaw. — No cóŜ, 

wynajmiemy jeszcze dwóch straŜników. Tom, rozejrzyj się za odpowiednimi facetami. Ale nie 
chcę nawet słyszeć o Ŝadnych podejrzanych rybakach, którzy będą udawali, Ŝe pilnują naszego 
sprzętu, a potem go ukradną. Potrzebni są nam uczciwi ludzie. 

— Tak, proszę pana. 
— Musimy się pogodzić z faktem, Ŝe chłopcy niczego się dla nas po cichu nie dowiedzą — 

zwrócił  się  ojciec  Pete’a  do  reŜysera,  Rogera  Dentona.  —  JuŜ  chyba  kaŜdy  wie,  Ŝe  są  oni 
młodymi detektywami. Na przykład ten Sam Robinson, choć klnę się na wszystko, Ŝe nie mam 
pojęcia, skąd. 

—  Myślę,  Ŝe  mogę  wyjaśnić  i  to,  proszę  pana  —  wtrącił  się  Tom  Farraday.  — 

Rozmawialiście z panem Hitchcockiem z publicznego telefonu, bo przecieŜ innych tu prawie nie 
ma.  O  ile  dobrze  wiem,  z  tego  w  supermarkecie.  A  to  małe  miasteczko.  Ludzie  są  ciekawi  i 
nadstawiają  ucha,  a  potem  przekazują  sobie  informacje.  ZałoŜę  się,  Ŝe  kiedy  skończyliście 
rozmowę, jej treść rozniosła się juŜ po całym Fishingport. 

—  No  i  mamy  twardy  orzech  do  zgryzienia!  —  Pan  Crenshaw  westchnął  cięŜko.  —  Z 

radością  wrócę  do  Hollywoodu.  Ten  pomysł  z  Wyspą  Szkieletów  obraca  się  przeciwko  nam. 
Najwyraźniej prześladuje nas pech. 

—  Jeśli  uda  ci  się  naprawić  kolejkę  górską,  moŜemy  tu  zrobić  trochę  niezłych  zdjęć  — 

powiedział  Roger  Denton  —  No  nic.  Muszę  wracać  do  Filadelfii.  Mam  nadzieję,  Ŝe  mnie 
podrzucisz na ląd, Jeff. 

—  Oczywiście,  panie  reŜyserze  —  powiedział  zapytany  i  obaj  męŜczyźni  udali  się  w 

kierunku pomostu. 

—  Co  wy  na  to,  Ŝeby  rozejrzeć  się  po  okolicy,  nim  wróci  Jeff?  —  spytał  chłopców  pan 

Crenshaw. — Potem on będzie chciał sprawdzić, jak sobie radzicie z nurkowaniem. 

— Wspaniały pomysł, tato! — zawołał z entuzjazmem Pete. 

background image

Po  krótkim  marszu  doszli  do  zniszczonego  ogrodzenia.  Minęli  trzymającą  się  na  jednym 

zawiasie bramę i znaleźli się w opuszczonym lunaparku. Naprawdę wyglądał jak obraz nędzy i 
rozpaczy.  Wszystkie  pojazdy  pordzewiały  i  porozpadały  się  na  części.  Wichura  przewróciła 
diabelski młyn, który leŜał na ziemi w kawałkach. Staroświecka kolejka górska jeszcze stała, ale 
niektóre belki podporowe chwiały się niebezpiecznie. 

Chłopców  najbardziej  jednak  interesowała  stara  karuzela.  Nawet  w  świetle  dnia  sprawiała 

niesamowite  wraŜenie.  Farba  łuszczyła  się  i  odpadała  płatami,  tu  i  ówdzie  przeświecały  nowe 
deski — widomy ślad ostatnich napraw. 

Ojciec Pete’a zdradził, jaką rolę ma odegrać karuzela w realizowanym właśnie filmie, który 

opowiada  o  męŜczyźnie  niesłusznie  oskarŜonym  o  popełnienie  zbrodni  i  usiłującym  odnaleźć 
prawdziwego  mordercę.  Ścigany  morderca  trafia  na  Wyspę  Szkieletów.  W  tym  samym  czasie 
bawią  tam  na  pikniku  jacyś  młodzi  ludzie.  JeŜdŜą  na  karuzeli,  a  morderca  obserwuje  ich  z 
ukrycia. 

— Och, to brzmi podniecająco — powiedział Pete. 
— A kiedy na planie pojawi się kolejka górska? — spytał Jupiter. 
— Główny bohater wpada w końcu na ślad mordercy i znajduje go w wesołym miasteczku. 

ZbliŜa się do niego. Morderca porywa dwie z uczestniczek pikniku i siłą wpycha je do wagonika 
kolejki.  Kiedy  zostają  otoczeni  przez  policję,  przestępca  grozi,  Ŝe  wyrzuci  zakładniczki  z 
rozpędzonej  machiny.  Naszemu  bohaterowi  udaje  się  wsiąść  do  tego  samego  wagonika,  w 
którym  siedzi  morderca  i  dwie  porwane  dziewczyny.  W  końcówce  filmu  będzie  efektowna 
walka dwóch przeciwników w pędzącej z ogromną szybkością kolejce górskiej. 

— Wspaniałe! — powiedział Bob. — Ten niesamowity stary lunapark jeszcze doda scenie 

grozy. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę ten film. 

—  O  ile  uda  nam  się  cokolwiek  tu  nakręcić  —  odparł  ponurym  tonem  pan  Crenshaw.  — 

Zobaczymy.  Rozejrzyjcie  się  teraz,  chłopcy,  dokoła.  Za  pół  godziny  bądźcie  w  obozie,  bo  Jeff 
Morton powinien juŜ do tego czasu przypłynąć z powrotem z lądu. 

Ojciec Pete’a odwrócił się i ruszył przed siebie, lecz zatrzymał się w pół kroku. 
—  Cokolwiek  macie  zamiar  zrobić,  bardzo  was  proszę,  nie  znajdujcie  Ŝadnego  skarbu  — 

powiedział  pół  Ŝartem,  pół  serio.  —  Powtarzam:  Ŝadnego  skarbu.  Wiecie,  Ŝe  kiedyś  mieli  tu 
siedzibę piraci. 

—  Wiemy  —  powiedział  Bob.  —  Czytaliśmy  wszystko  o  piratach,  o  ukrytym  skarbie  i 

schwytaniu Jednouchego. 

— Jak się ludzie na coś uprą... — pan Crenshaw potrząsnął głową. 
— Ta wyspa musiała być przekopana przez uczestników wielkich wypraw wzdłuŜ i wszerz 

co  najmniej  ze  dwadzieścia  razy.  Na  szczęście  w  ciągu  ostatnich  pięćdziesięciu  lat  nikt  nie 
znalazł  złamanego  dublona,  więc  gorączka  złota  opadła.  Znam  was  jednak,  chłopcy,  i  juŜ  nic 
mnie nie zdziwi nawet gdybyście znaleźli skarb tam, gdzie go nie ma. 

— Czy moŜemy zwiedzić grotę? — zapytał Bob, wskazując palcem na wzgórze. — Według 

starej mapy znajduje się ona na jego szczycie. Powiadają, Ŝe piraci więzili w niej zakładników, 
których trzymali dla okupu. Nigdy nie znaleziono tam Ŝadnego skarbu. 

— MoŜecie ją zwiedzić — zgodził się pan Crenshaw — ale wracajcie za pół godziny. 
Odwrócił  się  i  odszedł.  Chłopcy  zostali,  rozglądając  się  wokół  po  ruinach  wesołego 

miasteczka. 

— Z pewnością i teraz jest tu dość niesamowicie — powiedział Pete. 
— Jednak ta scena z kolejką górską to dopiero będzie coś. AŜ ciarki przechodzą po plecach. 
— Jupe, jesteś jakiś małomówny — zauwaŜył Bob. — Co o tym wszystkim myślisz? 

background image

—  Tata  Pete’a  i  inni  sądzą,  Ŝe  to  jacyś  rybacy  są  winni  kradzieŜy  i  Ŝe  to  oni  wyrządzili 

szkody. A ja uwaŜam, Ŝe nikomu nie chodziło o kradzieŜ. 

— Nie? Wobec tego o co? — spytał Pete. 
—  Niszczenie  łodzi  i  kradzieŜ  sprzętu  miały  tak  zniechęcić  filmowców  do  pobytu  na 

wyspie,  Ŝeby  wynieśli  się  stąd  jak  najszybciej  i  gdzie  indziej  nakręcili  zdjęcia.  Wyspa 
Szkieletów od dwudziestu pięciu lat świeci pustką i komuś najwyraźniej zaleŜy, aby tak zostało. 
Dlatego celowo nęka pana Dentona, by zrezygnował ze swojego pomysłu. 

— Kogo moŜe obchodzić, czy filmowcy są na wyspie, czy teŜ nie? —spytał Pete. 
— To właśnie jest zagadka — uznał Jupiter. — Chodźmy teraz zwiedzić grotę. 
Po  dziesięciominutowym  marszu  między  sękatymi  drzewami  dotarli  na  szczyt  skalistego 

wzgórza. Wejście do groty było niewielkie; w środku panowały ciemności. Jednak, kiedy się tam 
znaleźli, okazało się, Ŝe jest na tyle jasno, by się zorientować, iŜ grota jest całkiem przestronna i 
ciągnie  się  w  głąb  skały,  zwęŜając  się  stopniowo.  PodłoŜe  w  niej  było  sypkie,  jakby  ktoś 
przekopał ziemię wiele razy. 

— To sprawka tych, co szukali skarbu — stwierdził Jupiter. — W ciągu minionych stu lat 

kaŜda piędź ziemi została zbadana, i to nie raz. JednakŜe Ŝaden przytomny pirat nie ukryłby tu 
niczego cennego. Szukałby raczej jakiegoś mniej rzucającego się w oczy miejsca. 

—  Masz  rację  —  zgodził  się  z  przyjacielem  Pete.  —  Szkoda,  Ŝe  nie  wzięliśmy  latarek. 

Chętnie bym się tu rozejrzał dokładniej. 

— Zawiodłeś mnie jako detektyw. Ty teŜ, Bob — powiedział Jupiter. 
— Spójrzcie tylko. 
Z dumną miną odpiął latarkę, która zwisała mu z paska. 
—  Podstawowe  wyposaŜenie  detektywa  —  stwierdził  wyniośle.  —Muszę  się  jednak 

przyznać,  Ŝe  po  prostu  wcześniej  przypomniałem  sobie  o  tej  grocie  i  zamierzałem  ją  zwiedzić, 
jeśli trafi się okazja. W przeciwnym razie teŜ pewnie bym nie wziął ze sobą latarki. 

Skierował  strumień  światła  na  tylną  część  groty.  Kilka  leŜących  tam  płaskich  głazów 

wyglądało  tak,  jakby  uwięzieni  ludzie  spali  na  nich  i  przez  lata  wygładzili  ciałami  ich 
powierzchnię. Błądził światłem latarki po rysach i stopniach skalnych, aŜ nagle zatrzymał je w 
miejscu znajdującym się około dwóch metrów nad ziemią. 

Na  skraju  skalnej  półki  spoczywało  coś  białego.  Białego  i  okrągłego.  Bob  przełknął  ślinę. 

Mieli przed sobą ludzką czaszkę. Sprawiała wraŜenie, ze uśmiecha się do chłopców. I kiedy juŜ 
Bob przypomniał sobie, Ŝe jest to tylko pozostałość po starym, złym piracie, który zmarł dawno, 
dawno temu, czaszka przemówiła. 

-— Odejdźcie sląd — powiedziała głuchym głosem, w którym zdaniem Boba, pobrzmiewał 

hiszpański akcent. — Zostawcie mnie w spokoju. Nie ma tu Ŝadnego skarbu, tylko moje nędzne, 
sterane Ŝyciem kości. 

 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Złote dublony 

 

Bob  poczuł,  ze  jego  nogi  same  wykonały  w  tył  zwrot.  Chłopiec  rzucił  się  ku  wylotowi 

jaskini,  a  w  chwilę  później  to  samo  zrobił  Pete.  Trzeba  przyznać,  Ŝe  nawet  Jupiter  nie  udawał 
bohatera  i  pobiegł  za  przyjaciółmi.  Bob  i  Pete  zderzyli  się  ze  sobą  i  wyciągnęli  jak  dłudzy  tuŜ 
przy wyjściu. 

Jupiter jednakŜe zawrócił. Podniósł upuszczoną latarkę i poświecił na czaszkę. 
— Czaszki nie  mogą  mówić —  poinformował  kościec  głowy  nieznanego nieboszczyka — 

bo do tego niezbędne są język i krtań. Logika podpowiada mi więc, Ŝe niczego nie powiedziałaś. 

Bob  i  Pete,  którzy  podnosili  się  po  upadku,  usłyszeli  nagle,  Ŝe  ktoś  głośno  wybuchnął 

ś

miechem. Zdziwieni i nieco zakłopotani wrócili do jaskini. 

Chris Markos, którego poznali poprzedniej nocy, zsuwał się właśnie z niszy wyŜłobionej w 

skalnej ścianie. 

— Część. Pamiętacie mnie? — spytał. Za plecami trzymał czaszkę. 
— Oczywiście — odparł Jupiter. — Tak naprawdę juŜ wydedukowałem, ze to ty udawałeś 

mówiącą czaszkę, bo przypomniałem sobie, Ŝe płynąc tu zauwaŜyłem przed nami łódkę podobną 
do twojej. Poza tym zdradził cię młodzieńczy tembr głosu. 

— Nastraszyłem was, co? — Chris uśmiechnął się szelmowsko. —Myśleliście, Ŝe to dawno 

zmarły pirat z wami rozmawia. 

— Mnie jedynie zaskoczyłeś — poprawił go Jupiter. — ChociaŜ rzeczywiście nastraszyłeś 

Pete’a i Boba. 

Dwaj detektywi mieli zakłopotane miny. 
— Przestraszyłeś nie mnie, tylko moje nogi — powiedział Bob. — Dopóki nie zaczęły biec, 

nie miałem pojęcia, Ŝe chcą uciekać. 

— Ze mną było podobnie — dodał Pete. — Kiedy jakaś czaszka zaczyna gadać, moje nogi 

niezaleŜnie ode mnie wolą być całkiem gdzie indziej. 

-  Świetny  dowcip!  —  Chris  nadal  promieniał  radością.  —  Ale  chyba  się  nie  wściekacie. 

ś

artowałem tylko. 

— Nie wściekamy się. Mieliśmy zamiar tobą porozmawiać. Wyjdźmy na powietrze. 
Trzej  chłopcy  poszli  za  Jupiterem  na  zewnątrz  jaskini  przystanęli,  opierając  się  plecami  o 

skalną ścianę. 

—  Jak  się  tu  znalazłeś?  —  spytał  Chrisa  Pierwszy  Detektyw.  —  To  znaczy  w  grocie,  i  w 

ogóle? 

—  Po  prostu  Ŝeglowałem  i  zobaczyłem,  Ŝe  dopływacie  łodzią  do  pomostu  —  zaczął 

wyjaśniać chłopiec. — Opłynąłem wyspę i zepchnąłem swoją łódkę na plaŜę. Prześliznąłem się 
między drzewami i zauwaŜyłem was przy starej karuzeli. Usłyszałem, Ŝe zamierzacie zwiedzić 
grotę.  Znam  skrót,  którym  moŜna  do  niej  dotrzeć,  więc  zjawiłem  się  przed  wami.  Potem 
przyszedł  mi  do  głowy  pomysł  ze  starą  czaszką.  Wiedziałem,  Ŝe  leŜy  na  jednej  ze  skalnych 
półek. Wspiąłem się tam, ukryłem w niszy i czekałem na was. 

—  To  wyjaśniała  wszystko,  ale  Bob  pragnął  się  dowiedzieć,  dlaczego  Chris  się  ukrywał. 

Dlaczego nie przywitał się wcześniej, kiedy byli w obozie? 

— Z powodu straŜnika — odparł po prostu młody Grek. — Ten Tom Farraday zawsze mnie 

przegania. KaŜdy to robi. 

background image

Z twarzy chłopca zniknął promienny uśmiech. 
—  Mam  złą  opinię  w  miasteczku  —  powiedział  wolno.  —  Ludzie  uwaŜają  mnie  za 

złodzieja,  bo  jesteśmy  biedni,  ja  i  ojciec.  I  obcy.  W  miasteczku  jest  wielu  złych  ludzi  i  to  oni 
kradną róŜne rzeczy,  a potem zwalają winę na mnie. Mały grecki złodziejaszek,  mówią. Ale ja 
nigdy niczego nie ukradłem. 

Trzej  przyjaciele  wierzyli  mu  bez  zastrzeŜeń.  Wiedzieli,  Ŝe  właśnie  przybyszów  z  obcych 

krajów najchętniej oskarŜa się o wszystko co najgorsze. 

— Nie wątpimy w twoja uczciwość — powiedział Pete. — Jedno nas tylko ciekawi w jaki 

sposób tak szybko nas odnalazłeś zeszłej nocy? 

— Ach, o to chodzi. — Chris znowu się uśmiechał. —- Pracuję w takim lokaliku o nazwie 

Tawerna Billa. Za dziesięć dolarów dziennie sprzątam, zmywam naczynia i robię, co tam jeszcze 
mi kaŜą. Dzięki tym zarobkom jakoś Ŝyjemy. Pan Bill to dobry człowiek. 

—  Dziesięć  dolarów  dziennie!  —  krzyknął  Bob.  —  Jak  moŜna  przeŜyć  za  tak  nędzne 

pieniądze? 

—  Mieszkamy  w  starej,  opuszczonej  rybackiej  chacie  i  dzięki  temu  nie  musimy  płacić 

czynszu — wyjaśnił rzeczowo Chris. — Jemy groch i suchy chleb. Często łowię ryby. Bieda w 
tym, Ŝe ojciec jest chory. Powinien się dobrze odŜywiać. Dlatego w kaŜdej wolnej chwili szukam 
złota. Pewnie jestem naiwnym głupkiem. Na dnie zatoki leŜy prawdziwy skarb. Ale jaką szansę 
ma Chris Markos, by go znaleźć? 

— Taką samą, jak kaŜdy — odparł Pete. — Miałeś nam powiedzieć, skąd wiedziałeś, gdzie 

nas szukać. 

—  Prawda.  Wczoraj  zmywałem  naczynia  i  naraz  usłyszałem,  jak  dwóch  męŜczyzn 

rozmawia w kabinie telefonicznej. Jeden mówił: „Trzech młodych detektywów, tak? Oj, zrobię 
ja  im  niespodziankę.  Prędzej  mi  kaktus  na  dłoni  wyrośnie,  nim  o  niej  zapomną!”  Potem  obaj 
rozmówcy ryknęli śmiechem. 

Jupiter w zamyśleniu skubał wargę. 
—  Słuchaj,  Chris,  czy  ten  męŜczyzna  wypowiedział  słowo  „dłoń”  z  jakąś  szczególną 

emfazą? — spytał. 

—  Jupiterowi  chodzi  o  to,  czy  powiedział  to  w  jakiś  specjalny  sposób  —  wyjaśnił 

zdziwionemu Grekowi Bob. 

—  Ach  tak,  jasne!  —  zawołał  Chris.  —  Głośniej  i  dobitniej  niŜ  inne  lawa.  Kiedy  więc 

usłyszałem, Ŝe zaginęli trzej  chłopcy,  zacząłem rozwaŜać,  gdzie porywacz  mógłby  ich  ukryć.  I 
przypomniałem sobie, w jaki śmieszny sposób ten męŜczyzna powiedział o dłoni. 

—  I  wydedukowałeś,  Ŝe  chodziło  mu  o  wyspę,  która  nazywa  się  Dłoń!  —  zawołał 

podniecony Jupiter. 

—  Właśnie  tak.  TuŜ  po  sztormie  wsiadłem  na  łódkę  i  poŜeglowałem.  No  i  znalazłem  was 

tam, gdzie się spodziewałem. Tylko, Ŝe teraz ludzie z filmu myślą, Ŝe miałem coś wspólnego z 
waszym  zniknięciem.  Nikt  nie  wierzy  w  moje  dobre  chęci.  —  Twarz  Chrisa  znowu  się 
zachmurzyła. 

— My wierzymy — oznajmił Bob. 
— Skoro tak, to coś wam pokaŜę. 
Sięgnął  pod  sweter  i  wyciągnął  mały  woreczek  z  dobrze  impregnowanej  skóry.  Rozluźnił 

jego wiązania. 

—  Wyciągnijcie  ręce  —  powiedział.  —  Zamknijcie  oczy  i  nie  patrzcie,  dopóki  wam  nie 

pozwolę. 

Posłusznie zrobili to, o co ich prosił. Na dłoni kaŜdego z Trzech Detektywów wylądowało 

background image

coś cięŜkiego. Kiedy otworzyli oczy, zobaczyli, Ŝe są to starezłote monety. 

Bob obejrzał uwaŜnie zniszczony, lecz ciągle błyszczący pieniąŜek. 
Pochodzi z tysiąc sześćset piętnastego roku! — zawołał. 
—  Hiszpańskie  dublony  —  powiedział  Jupiter.  Jego  oczy  lśniły  podnieceniem.  — 

Prawdziwy piracki skarb. 

— Ale numer — odezwał się Pete z pełnym podziwu szacunkiem. —Gdzie je znalazłeś? 
— W wodzie. TuŜ przy brzegu. W zatoce jest duŜo monet. Jednouchy dawno temu wyrzucił 

je za burtę. LeŜą porozsypywane na dnie. Niełatwo na jakąś trafić. Ciągle nurkuję. Jedną sztukę 
znalazłem  na  drugim  końcu  Wyspy  Szkieletów,  blisko  wraku  takiego  ładnego  jachtu.  Ale  w 
pewnej niewielkiej zatoczce udało mi się znaleźć dwie naraz i być moŜe... 

—  Ej,  ty!  Chris.  Co  tu  porabiasz!  —  Czyjś  podniesiony  głos  przerwał  opowieść  młodego 

Greka. 

Zaskoczeni  chłopcy  spojrzeli  przed  siebie.  Na  wzgórze,  sapiąc  i  dysząc,  wspinał  się  Tom 

Farraday. Ten zwykle przyjaźnie nastawiony do wszystkich straŜnik miał twarz pociemniałą ze 
złości. 

—  Ostrzegałem,  Ŝe  jeśli  cię  jeszcze  kiedyś  przyłapię,  jak  się  tu  kręcisz,  spuszczę  ci  tęgie 

lanie! — krzyknął. — Moim obowiązkiem jest... 

Przerwał.  Chłopcy  odwrócili  się  i  spojrzeli  w  tę  samą  stronę,  co  straŜnik.  Chris  Markos 

zniknął za skalnym załomem, bezszelestnie jak cień. 

 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Pod wodą czyha niebezpieczeństwo 

 

—  Czego  chciał  ten  szczeniak?  —  dopytywał  się  Tom  Farraday.  —  Po  co  was  tu 

przyprowadził? 

—  Właściwie  nic  nie  chciał  —  odparł  Jupiter.  —  I  wcale  nas  nie  przyprowadził.  Sami 

przyszliśmy, by zajrzeć do groty. 

—  Muszę  was  uprzedzić,  Ŝe  to  nieciekawy  chłopak.  Dotychczas  nikt  go  nie  przyłapał  na 

kradzieŜy  tylko  dlatego,  Ŝe  jest  na  to  za  sprytny.  Posłuchajcie  mojej  rady  i  trzymajcie  się  od 
niego z daleka. No, chodźmy juŜ. Jeff Morton wrócił i chce z wami trochę ponurkować. 

W drodze do obozu Tom znowu zachowywał się przyjaźnie. 
— Na pewno mieliście nadzieję, Ŝe znajdziecie w grocie jakiś skarb — powiedział. — Nic 

tam nie ma i nigdy nie było. To, co zostało, leŜy na dnie zatoki. Czasem morze wyrzuca na plaŜę 
jakieś  pojedyncze  monety,  ale  ludziom  nawet  nie  chce  się  ich  szukać,  gdyŜ  zbyt  rzadko  się  to 
zdarza. 

Zachichotał. 
— Diabeł morski nieczęsto zwraca to, co juŜ wziął. Wiecie o tym, Ŝe zaledwie dziesięć lat 

temu połoŜył łapę na stu tysiącach czystej Ŝywej gotówki? Tak, moi drodzy, zabrał ją i trzyma. I 
przez te sto tysięcy dolarów zostałem kaleką i mogę pracować tylko dorywczo. 

Zademonstrował  chłopcom  swą  sztywną  lewą  rękę.  Trzej  Detektywi  zaczęli  natarczywie 

domagać się dalszego ciągu historii i Tom chętnie wszystko opowiedział. 

—  Niegdyś  pracowałem  dla  firmy  trudniącej  się  przewozem  pieniędzy,  jako  straŜnik 

opancerzonej  furgonetki.  Do  jej  zadań  naleŜało  między  innymi  pobieranie  gotówki  z 
miejscowych banków i dostarczanie jej do narodowego banku w Melville. 

Zawsze wszystko przebiegało bez zakłóceń i nikomu nie przyszłoby do głowy, Ŝe cokolwiek 

mogłoby  się  wydarzyć.  Trasy  i  terminy  przewoŜenia  pieniędzy  nigdy  się  nie  powtarzały.  Ów 
feralny dzień niczym się nie róŜnił od pozostałych. 

Tom opowiedział,  Ŝe  zatrzymali się wtedy wraz  z  kierowcą obok banku  w  Fishingport, by 

wziąć z niego pieniądze. Po dokonaniu operacji zaparkowali opancerzony samochód i poszli coś 
zjeść.  Oczywiście  wóz  był  szczelnie  zamknięty  i  w  dodatku  usiedli  w  takim  miejscu,  Ŝe  przez 
cały czas mieli go na oku. 

Kiedy jednak straŜnik i kierowca opuścili restaurację, z jakiegoś starego grata wysiedli dwaj 

zamaskowani  męŜczyźni  i  strzelili  do  kierowcy,  raniąc  go  w  nogę.  Tom  rzucił  się  na 
napastników, ale uderzyli go w głowę i ramię lufą pistoletu tak mocno, Ŝe stracił przytomność. 
Potem wyciągnęli mu z kieszeni kluczyki do opancerzonej furgonetki. Zamierzali nią odjechać. 
Jednak  komendant  policji  Nostigon  i  któryś  z  jego  podwładnych,  patrolujący  ulice,  usłyszeli 
strzały.  Nadbiegli  na  tyle  szybko,  Ŝe  udało  im  się  poczęstować  kulkami  przestępców,  kiedy  ci 
wsiadali  do  furgonetki.  Jednego  z  nich  ranili  w  ramię.  Mimo  to  rabusie  zdąŜyli  odjechać 
skradzionym samochodem. 

Oczywiście  alarm  w  banku  natychmiast  się  uruchomił.  Wszystkie  sąsiednie  ulice  zostały 

zablokowane.  O  zmroku  znaleziono  poplamioną  krwią  furgonetkę  w  opuszczonym  hangarze, 
gdzie  przechowywano  łódki,  kilkanaście  kilometrów  od  miasteczka.  Stało  się  oczywiste,  Ŝe 
złodzieje wraz z łupem uciekli drogą wodną. 

Nocą  patrol  straŜy  przybrzeŜnej  zauwaŜył  starą  motorówkę  dryfującą  bezradnie  po  zatoce. 

background image

Kiedy straŜnicy zbliŜyli się do niej, zobaczyli dwóch męŜczyzn, którzy wyrzucali za burtę jakieś 
pakunki. Błyskawicznie poszły na dno. 

Załoga patrolu dostała się na pokład motorówki. Znajdujący się na niej męŜczyźni, Bill i Jim 

Ballingerowie, poddali się. Silnik nie działał, a Jim miał kulę w ramieniu. 

Przestępcy zostali, więc pojmani, lecz ani wtedy, ani później nie znaleziono nawet grosza ze 

zrabowanych pieniędzy. 

— Złodzieje zrobili to samo, co setki lat temu uczynił Jednouchy, kiedy Anglicy deptali mu 

po  piętach:  wyrzucili  za  burtę  worek  z  łupem.  Poszedł  na  dno,  zapadł  się  w  piachu  i  nikt  nie 
mógł go znaleźć. Papierowe pieniądze szybko zbutwiały w wodzie. 

— Ojej, ale miał pan przeŜycie! — zawołał Pete. — Czy Ballingerowie poszli do więzienia? 
—  Oczywiście  —  odparł  straŜnik.  —  W  ramieniu  jednego  z  przestępców  tkwiła  kula  z 

pistoletu  komendanta  Nostigona.  Wydobyto  ją  i  stała  się  koronnym  dowodem  przeciwko 
rabusiom. Nie mieli szans, by  się wybronić. Dostali po dwadzieścia lat. Za dobre sprawowanie 
zmniejszono im wyrok do dziesięciu. Kilka tygodni temu właśnie wyszli na wolność. Chciałbym 
się  im  odpłacić  za  moje  kalectwo  —  dodał  Tom  z  zaciętością  w  głosie.  —  Od  czasu  wypadku 
lewa ręka stała się bezuŜyteczna i nie mogę normalnie pracować. 

Rozmawiając, Tom Farraday i chłopcy dotarli do obozu. Ojciec Pete’a i Jeff Morton stali na 

pomoście i ładowali jakiś sprzęt do motorówki. Pan Crenshaw wyprostował się i przeciągnął. 

—  Cześć,  chłopcy  —  powitał  Trzech  Detektywów.  —  Jeff  zamierza  sprawdzić  wasze 

umiejętności.  Na  razie  będziecie  nurkować  bez  kombinezonów,  jedynie  z  lekkimi  aparatami 
tlenowymi. Jeff wszystko wam objaśni. Jest doskonałym płetwonurkiem. Będziecie mieli okazję 
wypróbować najnowocześniejszy sprzęt, którym dysponujemy. 

Pan Crenshaw odszedł. Trzej przyjaciele wsiedli do szerokiej, przestronnej motorówki. 
— No dobra, chłopaki to, co umiecie? — spytał Jeff. 
Pete opowiedziało lekcjach, które pobierali na basenie w Rocky Beach. Oswoili się podczas 

nich  z  oddychaniem  przez  fajkę.  TuŜ  przed  ich  przylotem  na  Wschodnie  WybrzeŜe  instruktor 
sprawdził,  czy  potrafią  nurkować  z  aparatami  tlenowymi.  A  potem  otrzymali  pozwolenie  na 
uprawianie płetwonurkowania. 

— Teoretycznie całkiem nieźle — powiedział Jeff i uśmiechem dodał chłopcom odwagi. — 

Zobaczmy, jak to wygląda w praktyce. 

Uruchomił silnik i motorówka szybko pomknęła w głąb zatoki. Jeff rzucił kotwicę w pobliŜu 

małej, Ŝółtej boi. 

— Pod nami na dnie spoczywa wrak — poinformował chłopców. — Ale nie Ŝadnego statku 

przewoŜącego skarby — zastrzegł się szybko. — Stara hiszpańska jednostka juŜ dawno uległaby 
rozkładowi  w  tych  wodach.  Kilka  lat  temu  zatonął  podczas  sztormu  mały  jacht.  LeŜy  na 
głębokości  około  ośmiu  metrów,  więc  spokojnie  moŜemy  zejść  do  niego,  nie  troszcząc  się  o 
kłopoty z ciśnieniem. 

Jeff sprawdził, czy chłopcy dobrze nałoŜyli maski oraz płetwy. Poprawił to i owo, a potem z 

dobrze zaopatrzonej szafki wyjął butle z tlenem, rurki oddechowe i obciąŜone cięŜarkami pasy. 

—  To  najnowszy,  dobrze  wypróbowany  sprzęt.  Nie  musimy  wkładać  kombinezonów 

piankowych,  poniewaŜ  woda  jest  ciepła.  NałóŜ  kąpielówki,  Bob.  Zejdziesz  ze  mną  pod  wodę 
jako pierwszy. Pamiętaj, Ŝe przez cały czas musimy trzymać się razem. 

Pozostali  chłopcy  równieŜ  wciągnęli  spodenki  kąpielowe,  a  Bob  ostroŜnie  nałoŜył  sprzęt, 

który dostał od Jeffa. Na samym końcu przypiął obciąŜony pas. Zdjęcie go umoŜliwiłoby w razie 
potrzeby szybkie wydostanie się na powierzchnię. 

Jeff  jeszcze  raz  uwaŜnie  przyjrzał  się  chłopcu,  pokiwał  głową  z  aprobatą  i  po  specjalnych 

background image

schodkach  zszedł  do  wody,  Bob  tuŜ  za  nim.  JuŜ  w  wodzie  wykonał  kilka  szybkich  ruchów 
stopami, do których miał przymocowane płetwy, i ostro zanurkował. Lubił pływanie. Od kiedy 
jako mały chłopiec złamał nogę i musiał wykonywać róŜne ćwiczenia rehabilitacyjne w wodzie, 
powaŜnie  zajął  się  tym  sportem.  Teraz  pływał  jak  ryba  i  nie  miał  Ŝadnych  trudności  z 
oddychaniem. W podwodnym świecie czuł się wspaniale. 

Na  dnie  zamajaczył  jakiś  ciemny  kształt.  Był  to  wrak  zatopionego  jachtu  i  Bob  wraz  z 

Jeff’em wolno podpłynął do niego. 

Jacht  leŜał  na  boku,  w  kadłubie  w  pobliŜu  dziobu  miał  potęŜną  dziurę.  Pokryty  był  grubą 

warstwą wodorostów. Wokół roiły się stada malutkich rybek. 

Jeff  płynął  dalej,  Bob  za  nim,  wykonując,  tak  jak  go  uczono,  jedynie  oszczędne  ruchy 

nogami. Jeff z wdziękiem przewinął się ponad rufą zatopionej jednostki. 

Bob  zatrzymał  się  na  chwilę,  gdyŜ  jego  uwagę  przyciągnęły  dwa  ogromne  homary. 

Podpłynął bliŜej nich. 

Nagle poczuł gwałtowne szarpnięcie. Coś chwyciło go mocno za prawą nogę w kostce. 
 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Tylko nikomu nie mów! 

 

Po  raz  pierwszy  Bob  miał  kłopoty  podczas  nurkowania.  Wpadł  w  popłoch  i  gwałtownie 

szarpnął  nogą,  Ŝeby  ją  uwolnić.  Uścisk  na  kostce  jeszcze  się  wzmocnił.  Chłopiec  mógłby 
przysiąc, Ŝe coś ciągnie go do tyłu. 

Oszalały  ze  strachu  odwrócił  się,  Ŝeby  zobaczyć,  co  go  tak  trzyma,  i  niechcący  zahaczył 

ręką  o  maskę  na  twarzy.  W  tym  momencie  przestał  cokolwiek  widzieć.  Maska  zaparowała,  a 
Bob nie mógł sobie przypomnieć, jak naleŜy ją oczyścić. 

Nagle  coś  schwyciło  go  za  ramię.  Potwór  morski,  przemknęło  chłopcu  przez  głowę. 

Usłyszał trzy lekkie stuknięcia w butlę z tlenem. Zrozumiał, Ŝe to nie potwór, lecz Jeff Morton, 
który przybył na ratunek. Poklepał lekko Boba po plecach, Ŝeby go uspokoić. Chłopiec pomału 
odzyskiwał  równowagę,  przestał  się  szarpać.  Poczuł  teŜ,  Ŝe  nic  nie  ciągnie  go  za  nogę.  Nadal 
jednak była uwięziona. 

Starając  się  oddychać  spokojnie,  odwrócił  głowę  w  prawo,  chwycił  z  lewej  strony  brzeg 

maski  i  lekko  ją  odchylił,  a  potem  odetchnął  przez  nos.  Dzięki  temu  wypchnął  z  maski 
powietrze, a wraz z nim wodę. Znowu zaczął widzieć. 

Najpierw zobaczył Jeffa Mortona, który potrząsał głową i coś pokazywał. Bob spojrzał we 

wskazanym  kierunku  i  juŜ  wiedział,  jakie  to  tajemnicze  monstrum  trzymało  go  za  nogę.  Po 
prostu zahaczył nią o pętlę na jednej z lin, zwisających z jachtu! 

Zgiął  się  wpół  i  uwolnił  nogę  z  pułapki.  Zły  sam  na  siebie,  Ŝe  wpadł  w  panikę,  podpłynął 

parę  metrów  do  przodu  i  czekał  na  Jeffa,  pewien,  Ŝe  ten  natychmiast  kaŜe  mu  wypływać  na 
powierzchnię.  Jeff  jednak  zasygnalizował,  Ŝe  wszystko  jest  w  porządku,  więc  kontynuowali 
podwodną eskapadę. Jeff znowu płynął pierwszy, a Bob za nim. Tym razem uwaŜał, by trzymać 
się  z  dala  od  wraku.  Przepłynęli  od  rufy  do  dziobu,  potem  okrąŜyli  jacht.  Towarzyszyły  im 
stadka ryb, które wcale nie bały się ludzi. 

Bob  zobaczył,  Ŝe  wiele  homarów  znalazło  schronienie  pod  kadłubem  zatopionego  jachtu. 

PoŜałował, Ŝe nie wziął ze sobą pułapki. Pewnie udałoby mu się złapać jednego albo dwa. 

Pływali  tak  długo,  aŜ  Bob  całkiem  się  uspokoił  i  zaczął  dobrze  się  bawić.  Wtedy  Jeff  dał 

sygnał  do  powrotu.  Powoli  zaczęli  unosić  się  ku  górze.  Zobaczyli  spód  zakotwiczonej 
motorówki. Po chwili znaleźli się obok niej i wynurzyli na powierzchnię. Ich zasłonięte maskami 
twarze przypominały pyski jakichś dziwnych morskich stworów. 

Jeff  podpłynął  do  stopni  umocowanych  na  burcie  i  wspiął  się  na  pokład.  Potem  to  samo 

zrobił Bob. 

— Jak było? — spytał podniecony Pete, pomagając koledze wejść do łódki. 
— Nie najlepiej — przyznał chłopiec. — Zaplątałem się w linę i spanikowałem. 
Jeff przyznał sucho, Ŝe Bob niezbyt się popisał. Wygłosił krótki wykład na temat tego, czym 

grozi nadmierne zbliŜanie się do szczątków zatopionych jednostek. Dodał jeszcze, Ŝe najgorsze, 
co moŜe zrobić płetwonurek w nieoczekiwanej sytuacji, to stracić głowę. Potem głos mu nieco 
złagodniał. Uśmiechnął się nawet. 

—  MoŜe  i  dobrze,  Ŝe  stało  się  to  teraz  —  powiedział.  —  Bob  otrzymał  niegroźną,  ale 

poŜyteczną  nauczkę.  Szybko  przyszedł  do  siebie  i  jestem  pewien,  Ŝe  następnym  razem  w 
podobnej sytuacji zachowa spokój. Pete, teraz twoja kolej. 

Drugi Detektyw szybko się przygotował i po chwili obaj płetwonurkowie zeszli pod wodę, 

background image

zostawiając Jupitera i Boba samych w motorówce łagodnie podskakującej na falach. 

Bob  zdradził  przyjacielowi  więcej  szczegółów  dotyczących  niedawnego  zdarzenia  i  na 

zakończenie dodał: 

— Myślę, Ŝe podczas kolejnego nurkowania będę bardziej pewny siebie. Teraz juŜ wiem, Ŝe 

w razie awarii naleŜy zachować spokój. Wtedy łatwiej jest sobie ze wszystkim poradzić. 

Jupiter zamierzał coś odpowiedzieć, kiedy usłyszeli, Ŝe ktoś ich nawołuje. Około stu metrów 

przed dziobem zobaczyli małą Ŝaglówkę, naleŜącą do Chrisa Markosa. Kiedy juŜ się zbliŜyła do 
motorówki,  Chris  ustawił  ją  w  linii  wiatru,  zrzucił  Ŝagiel  i  uśmiechnął  się  wesoło  do  nowych 
znajomych. 

— Podejrzewam, Ŝe ten Tom Farraday naopowiadał wam o mnie róŜnych złych rzeczy. — 

Uśmiech znikł z mocno opalonej twarzy Chrisa. — Mam nadzieję, Ŝe mu nie uwierzyliście. 

— Nie — odparł zdecydowanie Bob. — Naszym zdaniem jesteś w porządku, Chris. 
—  Miło  mi  to  słyszeć  —  oświadczył.  Przechylił  się  i  chwycił  za  burtę  motorówki,  by  za 

bardzo się od niej nie oddalić. Tęsknym spojrzeniem obrzucił róŜnorodny sprzęt do nurkowania, 
który  leŜał  porozkładany  na  pokładzie,  ale  nie  dał  po  sobie  poznać,  Ŝe  zrobił  na  nim  duŜe 
wraŜenie. 

—  Potrzebujecie  tyle  tego,  Ŝeby  dopłynąć  do  zatopionego  jachtu?  —zapytał  z 

lekcewaŜeniem. — Ja mogę zejść na tę głębokość bez Ŝadnego aparatu. 

—  Czy  to  prawda,  Ŝe  greccy  poławiacze  gąbek  mogą  nurkować  na  głębokość  ponad 

trzydziestu metrów bez Ŝadnych aparatów tlenowych? —spytał Bob. 

— Jasne — odparł chełpliwym tonem Chris. — Kiedy mój ojciec był młody, nurkował na 

głębokość sześćdziesięciu metrów jedynie z kamieniem doczepionym do pasa, by szybciej zejść 
na dno, i liną, za pomocą której wyciągał się na powierzchnię. Mógł przebywać pod wodą pełne 
trzy minuty bez oddychania. 

Chris nachmurzył się. 
— Jednak zbyt długo pracował i teraz choruje. Ale pewnego dnia znajdę skarb, zabiorę ojca 

do domu, kupię w Grecji niewielką łódkę i sam zostanę rybakiem. 

Na twarzy chłopca znowu zagościł uśmiech. 
— Muszę się spieszyć i mieć oczy szeroko otwarte, jeśli chcę znaleźć skarb. — Zawahał się, 

po  czym  dodał:  —  Chcecie  się  jutro  wybrać  ze  mną  na  poszukiwania?  Będzie  niezła  zabawa, 
nawet jeśli niczego nie znajdziemy. 

— Jasne! —  zawołał Bob. — Oczywiście, jeśli tu nie będziemy  potrzebni — zastrzegł się 

natychmiast. 

—  Być  moŜe  trzeba  będzie  popracować  dla  filmu  albo  ćwiczyć  nurkowanie  —  wyjaśnił 

Jupiter. 

Kichnął potęŜnie raz i drugi. Popatrzył ze zdziwieniem na kolegów. Oni teŜ mieli zdumione 

miny. 

— CzyŜbyś się przeziębił, Jupe? — zaniepokoił się Bob. 
— Nigdy nie nurkuj z katarem — ostrzegł Chris. — Będą cię strasznie bolały uszy. No to na 

razie, chłopaki. Bardzo się spieszę. Do zobaczenia jutro. 

Odepchnął  się  od  burty  motorówki,  postawił  Ŝagiel  i  juŜ  po  chwili  jego  niewielki  jachcik 

mknął po zalanych słońcem wodach zatoki. 

W kilka minut później Pete z Jeffem Mortonem wynurzyli się na powierzchnię i wspięli się 

na pokład motorówki. Pete zdjął sprzęt do nurkowania i uśmiechnął się szeroko. 

— To było niesamowite — powiedział. — Miałem trochę kłopotów z zatkanymi uszami, ale 

kilka razy przełknąłem ślinę i wszystko wróciło do normy. Teraz twoja kolej, Jupe. 

background image

Pierwszy  Detektyw  szykował  się  do  nurkowania  z  mniejszym  entuzjazmem  niŜ  jego 

przyjaciele.  Nie  był  zbyt  wysportowany  i  chociaŜ  dobrze  pływał,  nie  przepadał  za  tym.  Kiedy 
był juŜ gotów i Jeff Morton sprawdził, czy wszystko jest w porządku, obaj przewinęli się przez 
burtę i zniknęli pod wodą. 

— Bob! — zawołał wtedy podniecony Pete. — Zgadnij, co się stało? 
— Co takiego? 
—  Chyba  na  coś  trafiłem.  Zbieraliśmy  się  juŜ  do  wypłynięcia  na  powierzchnię  i  wtedy 

wpadł  mi  w  oko  jakiś  błyszczący  przedmiot,  który  leŜał  w  piasku  około  dwóch  metrów  od 
zatopionego jachtu. ZałoŜę się, Ŝe to był złoty dublon. Jeśli znowu zejdziemy na dno, postaram 
się go odnaleźć. 

— Jesteś pewien? 
—  Nie  całkiem.  Po  prostu  ujrzałem  w  przelocie  coś,  co  lśniło.  Ale  w  świetle  tej  historii o 

rozrzuconym na dnie skarbie... 

Bob  nie  zdąŜył  nic  powiedzieć,  bo  na  powierzchni  wody  pojawiły  się  dwie  głowy.  Jeff 

Morton i Jupiter juŜ wracali. Tak naprawdę to Jeff holował Pierwszego Detektywa, który płynął 
na ślepo, gdyŜ przekręcona maska odsłaniała mu część twarzy. 

— Co się stało? — zapytał Bob. 
—  Nic  groźnego  —  odparł  Jeff.  —  Jupiter  poluzował  maskę.  Nie  wiem,  jak  to  zrobił,  ale 

zeszliśmy jeszcze niezbyt głęboko i na szczęście nie zgubił rurki oddechowej. 

Obaj płetwonurkowie wspięli się na pokład. Jupiter miał bardzo nieszczęśliwą minę. 
—  Kiedy płynęliśmy w  dół, rozbolały  mnie uszy  — powiedział. — Usiłowałem przełknąć 

ś

linę,  by  wyrównać  ciśnienie.  Potem  poczułem,  Ŝe  kręci  mnie  w  nosie.  Wyjąłem  ustnik  i 

trzymałem  go  w  ręku,  ale  musiałem  przesunąć  maskę,  by  móc  kichnąć,  i  nie  umiałem  potem 
dobrze jej nałoŜyć... Krótko mówiąc, nie popisałem się — zakończył ponurym tonem. 

Znowu kichnął. 
— Łapie cię przeziębienie — powiedział surowo Jeff. — Nie powinieneś był dziś nurkować. 

Całe  szczęście,  Ŝe  zeszliśmy  w  głąb  tylko  na  kilka  metrów.  W  ciągu  najbliŜszych  dni  nici  z 
nurkowania, mój chłopcze. 

— Tak, proszę pana — zgodził się pokornie Jupiter. — Chyba zaszkodziła mi klimatyzacja 

w samolocie, no i ten pobyt na wyspie podczas burzy. 

— Nigdy nie naleŜy nurkować, gdy zdrowie chociaŜ trochę szwankuje — wyjaśnił Jeff. — 

Zwłaszcza,  gdy dokucza  katar czy  kaszel. No cóŜ, będę nadal ćwiczyć z  Bobem i Pete’em, ale 
jeśli was wszystkich rozłoŜy choroba, będziemy musieli trochę zmienić plany. 

Przez  kilka  następnych  godzin  Bob  i  Pete  na  zmianę  schodzili  z  Jeffem  pod  wodę  i 

pozostawali w głębinach coraz dłuŜej. Pod koniec dnia czuli się znuŜeni i wyczerpani, ale nabrali 
pewności,  Ŝe poradzą sobie z  kaŜdym  prostym zadaniem podwodnym,  którego  moŜe wymagać 
od nich ekipa filmowa. 

Bob  za  kaŜdym  razem  uwaŜnie  się  rozglądał  pod  wodą,  wypatrując  błyszczącego 

przedmiotu,  o  którym  wspomniał  Pete.  Niczego  jednak  nie  zauwaŜył.  Pete  natomiast, 
wypływając po raz ostatni tego dnia na powierzchnię, trzymał dłoń mocno zaciśniętą. Wgramolił 
się na pokład i pospiesznie zdjął maskę i wyjął ustnik. 

— Patrzcie! — zawołał z triumfem. 
—  Dobry  BoŜe!  —  krzyknął  Jeff.  —  To  dublon.  —  UwaŜnie  obejrzał  monetę.  —  Tysiąc 

siedemset dwunasty rok, Hiszpania. Wszystko się zgadza. NajwaŜniejsze, aby nikt więcej się nie 
dowiedział o twoim odkryciu. Oczywiście, oprócz pana Crenshawa. 

—  Dlaczego?  —  spytał  zdziwiony  Pete.  —  Sądzi  pan,  Ŝe  ktoś  usiłowałby  pozbawić  mnie 

background image

zdobyczy? 

—  Nie,  masz  do  niej  prawo.  Znalazłeś  monetę  na  dnie  otwartego  morza.  JednakŜe  tutejsi 

ludzie mają bzika na punkcie skarbu. W głębi duszy są przekonani, Ŝe na Wyspie Szkieletów nie 
ma  Ŝadnego  złota,  ale  jeśli  usłyszą  choćby  wzmiankę  o  tym,  Ŝe  ktoś  cokolwiek  znalazł, 
natychmiast  zaroi  się  tu  od  poszukiwaczy  skarbów  i  wtedy  juŜ  nigdy  nie  skończymy  naszego 
filmu! 

 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Pani Barton nabiera podejrzeń 

 

Tego  wieczoru  chłopcy  wcześnie  połoŜyli  się  do  łóŜek.  Bob  i  Pete  byli  wyczerpani  po 

męczącym dniu nurkowania, a Jupiter czuł się słabo z powodu przeziębienia. 

Przedtem  zjedli  kolację  wspólnie  z  ojcem  Pete’a,  który  odwiedził  ich  w  pensjonacie. 

Martwił się brakiem postępu prac na Wyspie Szkieletów. 

— Opowieść o zjawie z karuzeli krąŜy po całym miasteczku! — zawołał ze złością. — Tom 

Farraday  powtarza  ludziom  w  kółko,  co  rzeczywiście  się  zdarzyło,  ale  wolą  wierzyć  w  ducha, 
prawda  ich  nie  obchodzi.  No  nic,  jakoś  damy  sobie  radę.  Zobaczymy  się  jutro  rano,  chłopcy. 
Teraz muszę juŜ iść. Zgłosiło się kilku nowych cieśli i trzeba ich przygotować do pracy. 

Po wyjściu pana Crenshawa trzej przyjaciele udali się do swojego pokoju, gdzie ponownie 

obejrzeli złoty dublon. Podniecała ich myśl, Ŝe trzymają w rękach cząstkę pirackiego skarbu. Nie 
przeszkadzała  im  nawet  świadomość,  Ŝe  być  moŜe  niczego  więcej  nie  znajdą.  Potem  Pete 
schował monetę pod poduszkę i chłopcy połoŜyli się spać. 

Spali mocno, dopóki pani Barton nie zaprosiła ich na śniadanie. 
—  Chodźcie  jeść,  kawalerzy!  —  zawołała  głośno.  —  Pete,  twój  tata  przyszedł.  Chce  się  z 

wami zobaczyć, zanim ruszy do pracy. 

Chłopcy  szybko  się  ubrali  i  pospieszyli  na  dół.  Pan  Crenshaw  czekał.  Widać  było,  Ŝe  się 

niecierpliwi. 

— Dzisiaj sami  musicie  się sobą zająć —  powiedział na  dzień dobry. — Przychodzi  kilku 

robotników,  więc  przez  cały  dzień  będę  bardzo  zajęty.  I  na  razie  nie  ma  mowy  o  nurkowaniu. 
Zresztą i tak Jeff uprzedził mnie, Ŝe jesteś przeziębiony, Jupiterze, i w ciągu najbliŜszych dni nie 
moŜesz nurkować. 

— Tak, proszę pana — potwierdził Jupiter i kichnął głośno. — Przepraszam. — Wysmarkał 

nos, który był czerwony jak pomidor. — To nie moja wina. 

— Oczywiście, Ŝe nie. — Pan Crenshaw połoŜył dłoń na czole chłopca, zajrzał mu do gardła 

i polecił, by przez dzień lub dwa bardzo się oszczędzał. — Na wszelki wypadek idź do lekarza. 
Jest  tu  taki  jeden,  nazywa  się  Wilbur.  Świetny  facet.  Właśnie  on  jest  właścicielem  Wyspy 
Szkieletów. Jedzcie śniadanie, a ja zadzwonię do niego. 

Chłopcy  usiedli  przy  stole  w  jadalni,  tymczasem  pani  Barton  krzątała  się  po  kuchni  i 

smaŜyła  naleśniki.  Pan  Crenshaw  poszedł  zatelefonować  i  po  chwili  wrócił  z  wiadomością,  Ŝe 
doktor Wilbur zbada Jupitera i prosi, Ŝeby zjawił się on w porze obiadu, gdyŜ wtedy znajdzie dla 
niego  trochę  czasu.  Ojciec  Pete’a  napisał  na  kartce  adres  doktora  i  w  pośpiechu  opuścił 
pensjonat. 

—  Niedobrze,  Ŝe  się  rozłoŜyłeś,  Jupe  —  ubolewał  Pete.  —  Przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe 

moglibyśmy wypoŜyczyć motorówkę i popłynąć na poszukiwania. 

—  PoleŜę  trochę  i  porozmyślam  —  odparł  Jupiter  z  dzielną  miną.  —A  jest  o  czym.  Na 

przykład o tajemnicy  Wyspy Szkieletów. Czuję ją przez skórę, ale za nic nie mogę pojąć, o  co 
chodzi. 

—  Wyspa  Szkieletów!  —  zawołała  pani  Barton,  wchodząc  do  jadalni  z  nową  porcją 

naleśników. — To przeraŜające miejsce. Czy wiecie, Ŝe przedostatniej nocy znowu widziano tam 
ducha jeŜdŜącego na karuzeli? 

—  Tak,  proszę  pani  —  odparł  Jupiter.  —  Ale  to  zjawisko  da  się  wyjaśnić  w  sposób 

background image

naturalny. 

Chłopiec opowiedział właścicielce pensjonatu, co naprawdę zaszło. 
—  MoŜe  i  tak  było  —  zgodziła  się  starsza  pani,  ale  nie  wyglądała  na  przekonaną.  — 

Wszyscy jednak opowiadają o duchu, a moim zdaniem nie ma dymu bez ognia. 

Po tych słowach opuściła jadalnię. Jupiter westchnął. 
—  Pani  Barton  jest  najlepszym  przykładem  na  to,  jak  trudno  jest  przekonać  ludzi,  by 

przestali wierzyć w to, do czego się przywiązali. 

Usłyszeli pukanie w szybę. Odwrócili się i zobaczyli w oknie uśmiechniętą twarz. 
— Chris! — zawołał Bob i pobiegł do drzwi w przedpokoju. 
—  Znowu  ruszam  na  poszukiwania  —  powiedział  młody  Grek.  —Chcecie  się  ze  mną 

zabrać? 

— Jeszcze jak! — potwierdził Bob. — To znaczy ja i Pete. Jupiter ma paskudny katar. 
— Szkoda — powiedział Chris. — Ale i tak moja łódeczka jest za mała dla czterech osób. 

Czekam na was w porcie. Weźcie kąpielówki. 

Chris oddalił się szybkim krokiem, a Bob poszedł powiedzieć przyjaciołom, czego chciał ich 

nowy znajomy. 

—  Wspaniale  się  składa!  —  Pete  bardzo  się  ucieszył  z  nowiny.  —  MoŜe  znajdę  drugi 

dublon. Chodźmy na górę po kąpielówki. 

—  Dobrze  —  powiedział  Bob.  —  śałuje,  Ŝe  nie  moŜesz  płynąć  z  nami  —  zwrócił  się  do 

Jupitera. 

Na twarzy Pierwszego Detektywa malował się wielki smutek. Widać było, Ŝe wcale nie ma 

ochoty zostawać sam w domu. 

— Nie mogę, to nie mogę — powiedział jednak ze stoickim spokojem. — Zbierajcie się i do 

zobaczenia. 

— Wrócimy w południe. 
Bob  i  Pete  poszli  do  sypialni  po  spodenki  kąpielowe,  a  potem  wybiegli  z  pensjonatu  i 

popędzili  do  portu,  gdzie  przy  zapadającym  się  pomoście  stała  zacumowana  Ŝaglówka  Chrisa. 
Wsiedli do niej i wyruszyli na poszukiwanie skarbu piratów. 

Kiedy  Jupiter  został  sam,  kilka  razy  westchnął  głęboko,  a  potem  postanowił  jak  najlepiej 

wykorzystać  zaistniałą  sytuację  i  poszedł  na  górę,  by  jeszcze  raz  przejrzeć  notatki  Boba  i 
artykuły dotyczące Wyspy Szkieletów. 

W sypialni krzątała się pani Barton. Akurat ścieliła łóŜka. 
— Pomyślałam, Ŝe wpadnę tu i posprzątam, kiedy wy jecie — wyjaśniła. — Właśnie... 
Uniosła poduszkę na łóŜku Pete’a i zobaczyła dublon. 
— Na Boga, co to? 
Wzięła do ręki pieniąŜek. 
— Dobry BoŜe, toŜ to stara hiszpańska moneta! Prawdziwy skarb! —zawołała. 
Popatrzyła na Jupitera szeroko otwartymi oczami. 
— Znaleźliście to wczoraj na Wyspie Szkieletów, prawda? 
— Pete znalazł — uściślił Jupiter. 
Przypomniał  sobie  ostrzeŜenie  Jeffa  Mortona,  Ŝeby  nikogo  nie  informować  o  znalezisku. 

JednakŜe teraz wyszło szydło z worka. 

— Co prawda w morzu, nie na wyspie. Dość daleko od niej — dodał. 
—  No,  no,  patrzcie  państwo  —  cmokała  pani  Barton,  kończąc  ścielić  łóŜko.  —  I  to 

pierwszego dnia. 

Obrzuciła Jupitera bystrym spojrzeniem. 

background image

—  Ludzie  gadają,  Ŝe  cała  sprawa  z  kręceniem  filmu  na  Wyspie  Szkieletów  to  wielki 

kamuflaŜ. Mówią, Ŝe tak naprawdę szukacie zaginionego skarbu Jednouchego. Podejrzewają, Ŝe 
zdobyliście nową mapę. 

— Teraz rozumiem, dlaczego  ktoś co i  rusz nęka filmowców — powiedział w zamyśleniu 

Jupiter. — Skoro ludzie uwaŜają, Ŝe istnieje jakaś mapa, która wskazuje miejsce ukrycia skarbu, 
ktoś grasuje w obozie z nadzieją, Ŝe ją znajdzie. I usiłuje wykurzyć ekipę z wyspy, by na własną 
rękę szukać złota. 

Tak  naprawdę  nic  nie  wiemy  o  Ŝadnym  skarbie,  pani  Barton.  ZaleŜy  nam  jedynie  na 

nakręceniu paru scen do nowego filmu. Proszę powiedzieć to wszystkim. 

—  Dobrze  —  zgodziła  się  pani  Barton.  —  Ale  nie  jestem  pewna,  czy  ludzie  mi  uwierzą. 

Kiedy raz wbiją sobie coś do głowy, trudno im się tego pozbyć. 

— To prawda — odparł Jupiter. — Tak jak wiary w ducha. Czy mógłbym zadać pani kilka 

pytań? Mieszka tu pani przez całe Ŝycie i z pewnością wie pani o wielu ciekawych sprawach. 

—  Proszę  bardzo  —  kobieta  roześmiała  się.  —  Skończę  sprzątanie,  zaparzę  sobie  kawy,  a 

potem moŜesz mnie wypytywać do woli. 

Jupiter  zabrał  na  dół  plik  notatek  Boba  i  czytał  je,  czekając  na  panią  Barton.  W  końcu 

usiadła obok niego, sącząc powoli czarną jak smoła kawę. 

— MoŜemy zaczynać — powiedziała. 
—  Proszę  mi  powiedzieć,  od  czego  się  zaczęła  ta  historia  z  duchem.  —  Oczywiście 

Pierwszy  Detektyw  przeczytał  wszystko,  co  się  dało  na  ten  temat,  ale  uznał,  Ŝe  warto  by  to 
porównać z miejscową wersją wydarzeń. 

Pani  Barton  zaczęła  opowieść,  gestykulując  przy  tym  gwałtownie.  Wszystko,  o  czym 

mówiła,  pokrywało  się  z  tym,  co  wiedział  Jupiter.  JednakŜe  dodała  parę  szczegółów,  których 
Pierwszy Detektyw nie znał. Kiedy wesołe miasteczko zaczęło świecić pustkami, duch przestał 
się  pojawiać.  Dopiero  parę  lat  temu  ponownie  dał  znać  o  sobie.  I  nie  była  to  jedyna  wizyta. 
Rybacy widzieli go kilka razy w ciągu roku. 

— Czy to ludzie godni zaufania? — spytał Jupiter, skubiąc wargę. —MoŜna im wierzyć? 
Pani Barton lekko zmarszczyła brwi. 
— Nie powiedziałabym. Sporo tu róŜnego elementu wśród rybaków. Ale po co ktoś miałby 

wymyślać historie o tym, Ŝe widział ducha? 

Tego Jupiter nie wiedział. JednakŜe ciągle się zastanawiał, czy ktoś właśnie nie spreparował 

tej opowieści. 

— Kiedy dokładnie duch znowu się pojawił po przerwie? — zapytał. 
Pani Barton nie mogła sobie przypomnieć. Było to dziesięć, a moŜe piętnaście lat temu. Coś 

koło  tego.  Właśnie  od  tamtej  pory  wyspa  zaczęła  się  cieszyć  złą  sławą  i  ludzie  rzadko  ją 
odwiedzali. 

— Dopóki nie zjawili się filmowcy — zakończyła właścicielka pensjonatu, patrząc uwaŜnie 

na  Jupitera.  —  Teraz  zjawa  znowu  jeździ  na  karuzeli,  Pete  znajduje  złotą  monetę,  a  ludzie  z 
ekipy rozprawiają o złodziejach, którzy kradną im sprzęt. Jeśli chcesz znać moje zdanie, dzieje 
się coś bardzo dziwnego, o czym nie mamy pojęcia. 

Jupiter  zgodził  się  ze  swoją  rozmówczynią.  Instynkt  detektywa  podpowiadał  mu,  Ŝe  to 

prawda. Ale za nic nie potrafił zrozumieć, o co naprawdę chodzi. 

 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Katastrofa 

 

Mała Ŝaglóweczka mknęła Ŝwawo w niewielkim przechyle po niemal pustej zatoce. Jedynie 

w oddali, na południu, majaczyła jakaś inna łódka. Chłopcy czuli się panami oceanu. 

Wkrótce rzucali juŜ cumy na przystani Wyspy Szkieletów. Pete wpadł na pomysł, by spytać 

Jeffa  Mortona,  czy  mógłby  im  wypoŜyczyć  dwa  zestawy  sprzętu  do  nurkowania.  Chętnie 
poŜyczyliby jeszcze trzeci, dla Chrisa, ale wiedzieli, Ŝe na to Jeff się nie zgodzi. Poza tym młody 
Grek i tak nie miał Ŝadnego doświadczenia w płetwonurkowaniu. 

Jeff pozwolił chłopcom wziąć sprzęt i poćwiczyć. Ostrzegł ich, by unikali niebezpiecznych 

wyczynów, i pospieszył w stronę wesołego miasteczka. 

Pete i Bob wyjęli z motorówki  maski, płetwy i butle. Po namyśle sięgnęli jeszcze po dwie 

latarki, przystosowane do świecenia pod wodą. Potem wrócili do Chrisa, który czekał na nich w 
Ŝ

aglówce.  Miał  własną  maskę  i  był  pewien,  Ŝe  moŜe  w  niej  nurkować  nie  gorzej  niŜ  jego 

znajomi wyposaŜeni w akwalungi. 

ś

eglowali  w  ciepłych  promieniach  słońca,  kołysani  łagodnym  kolebaniem  się  łódki  na 

falach.  Po  jakimś  czasie  Bob  zobaczył,  Ŝe  kierują  się  w  stronę  niewielkiej  wysepki  zwanej 
Dłonią, na której zostali wysadzeni pierwszej nocy po przyjeździe do Melville. 

Dłoń  miała  około  pół  kilometra  długości  i  niewiele  mniejszą  szerokość.  W  świetle  dnia 

widać  było,  Ŝe  ten  skalisty,  jałowy  teren  nie  nadaje  się  do  zamieszkania.  Bob  rozejrzał  się  za 
fontanną,  którą  widzieli  w  nocy,  ale  nigdzie  nie  było  po  niej  śladu.  Kiedy  wspomniał  o  tym 
Chrisowi,  ten  wyjaśnił,  Ŝe  podobny  efekt  moŜna  obserwować  jedynie  podczas  silnego  wiatru  i 
duŜej fali. 

Chris  dopłynął  do  środkowej  części  wyspy  i  w  odległości  około  stu  metrów  od  brzegu 

zrzucił Ŝagiel i zakotwiczył łódkę. 

—  Musiałem  stanąć  w  tym  miejscu  —  wyjaśnił  —  gdyŜ  mamy  odpływ  i  podwodne  skały 

sterczą  zbyt  blisko  powierzchni  wody.  Jedynie  podczas  przypływu  moŜna  dobijać  do  samej 
wyspy. 

ś

aglóweczka kołysała się na kotwicy, chłopcy szybko nakładali sprzęt do nurkowania. Chris 

wyjął  starą,  ale  ciągle  uŜyteczną  maskę  i  równieŜ  nałoŜył  ją  na  twarz.  Wszyscy  trzej  powoli  i 
ostroŜnie ześliznęli się do wody. Chris przepłynął około piętnastu metrów, po czym stanął. Woda 
sięgała mu jedynie do kolan. 

— Widzicie? Tu jest rafa — powiedział. — Chodźcie do mnie. 
Chłopcy  przepłynęli  jeszcze  kawałek,  aŜ  zobaczyli  pod  sobą  podwodną  skałę.  Stanęli  na 

niej. Miała około pięciu metrów szerokości. Od strony wyspy odgradzała ją niewielka zatoczka z 
piaszczystym dnem, głęboka na niecałe pięć metrów. W słonecznym świetle dno było doskonale 
widoczne. 

—  W  zeszłym  tygodniu  właśnie  w  tej  zatoczce  znalazłem  za  jednym  razem  dwa  złote 

dublony  —  powiedział  Chris.  —  Na  kolejny  trafiłem  w  pobliŜu  tego  miejsca,  gdzie  wczoraj 
nurkowaliście. MoŜe dziś szczęście nam dopisze i znajdziemy więcej monet. 

Zsunęli  się  ze  skały  i  Bob  z  Pete’em  zeszli  w  dół,  by  przeszukać  dno  podczas  gdy  Chris 

pływał na powierzchni, z twarzą zanurzoną w wodzie, i z góry wypatrywał, czy gdzieś nie leŜą 
lśniące krąŜki. Chłopcy widzieli porośnięte glonami skały, rozgwiazdy i ławice malutkich rybek. 
Z  zadziwieniem  obserwowali  poruszające  się  bokiem  kraby.  Nie  zauwaŜyli  jednak  niczego,  co 

background image

choćby w najmniejszym stopniu przypominało skarb. 

Pete dał sygnał Bobowi i obaj wypłynęli na powierzchnię. 
—  Jest  tu  dość  płytko  —  powiedział  Pete,  wyjmując  ustnik.  —  Moim  zdaniem  szkoda 

marnować  tlen.  MoŜe  nam  się  przydać  gdzie  indziej.  Zdejmijmy  butle  i  nurkujmy  tylko  z 
maskami, tak jak Chris. 

Bob  zgodził  się  na  propozycję  przyjaciela.  Dotarli  do  brzegu,  upchnęli  między  skałami 

ekwipunek płetwonurków i popłynęli z powrotem do Chrisa. Potem wszyscy trzej zaczęli pływać 
tam i z powrotem wzdłuŜ całej długości zatoczki, pilnie wypatrując na dnie złota. 

Ich  wysiłki  nie  zostały  nagrodzone  Ŝadnym  podniecającym  odkryciem,  więc  po  jakimś 

czasie dotarli do brzegu, by odpocząć w promieniach słońca i porozmawiać. 

— Najwyraźniej mamy niezbyt szczęśliwy dzień — oznajmił trochę zniechęcony Chris. — 

A liczyłem na to, Ŝe coś znajdziemy. Tata coraz bardziej choruje i wymaga opieki. To nic, znam 
inne miejsce, gdzie kiedyś trafiłem na złotą monetę. Popłyniemy tam... 

Zamilkł,  wpatrując  się  w  jakiś  odległy  punkcik.  Przesuwał  się  szybko  w  kierunku  brzegu. 

Uszu wszystkich trzech chłopców dobiegł ryk silnika. 

Zorientowali  się  po  chwili,  Ŝe  w  stronę  ich  małej  zatoczki  zbliŜa  się  wielka,  ciemnoszara, 

chyba mocno podniszczona motorówka. 

— Ktoś nas zobaczył i takŜe chce poszukać złota — powiedział Chris. 
Kiedy zauwaŜył, Ŝe łódka nie zmniejsza prędkości, skoczył na równe nogi. 
—  Rozbije  się  na  rafie!  —  krzyknął.  —  Hej,  hej!  —  zawołał,  wymachując  rękami.  — 

Skręcaj! Tu jest skała! 

Bob i Pete równieŜ zaczęli krzyczeć i machać rękami. 
Po  chwili  na  rufie  motorówki  zauwaŜyli  męŜczyznę  w  kapeluszu  ściągniętym  na  twarz. 

Trudno  powiedzieć,  czy  zrozumiał  ostrzeŜenia  nadawane  przez  chłopców,  czy  teŜ  nie.  Nagle 
jednak  silnik  zaczął  ryczeć  jakoś  inaczej.  Łódka  zwolniła,  jakby  prowadzący  dał  całą  wstecz. 
Motorówka  obróciła  się  i,  nadal  poruszając  się  z  duŜą  prędkością,  zaryła  dziobem  w  burtę 
stojącej na kotwicy Ŝaglówki Chrisa. 

CięŜka maszyna przecięła maleńką łódkę z taką łatwością, jakby to była zabawka z kartonu. 

Przez chwilę obie były złączone. Potem prowadzący motorówkę zwiększył obroty, dał wsteczny 
i po chwili odpływał juŜ od roztrzaskanej Ŝaglówki, kierując się ku otwartemu morzu. 

Chłopcy  przestali  krzyczeć.  Jak  oniemiali  wpatrywali  się  w  łódeczkę  Chrisa,  która 

stopniowo pogrąŜała się w wodzie, aŜ całkiem znikła im z oczu. 

— Przepadły nasze ubrania, zegarki, wszystko — jęknął Pete. 
— Przepadł nasz środek transportu! — powiedział przeraŜony Bob. 
— Znowu zostaliśmy uwięzieni na tej wyspie. 
Chris milczał. Tylko dłonie zaciśnięte w pięści i malująca się na twarzy rozpacz mówiły, ile 

znaczy dla niego utrata jedynej własności, jaką posiadał, maleńkiej Ŝaglówki, dzięki której mógł 
szukać skarbu, mającego pomóc w uratowaniu jego ojca. 

 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Jupiter dostaje ostrzeŜenie 

 

Kiedy pani Barton przyszła zaprosić Jupitera na drugie śniadanie, Pierwszy Detektyw nadal 

tkwił po uszy w notatkach Boba. 

—  Na  Boga!  Gdzie  się  podziewają  twoi  koledzy?  —  zapytała  starsza  pani.  —  Jedzenie 

czeka, a chłopaków ni widu, ni słychu. 

Jupiter  zamrugał  powiekami.  Bob  i  Pete  obiecali,  Ŝe  wrócą  w  południe.  Poszukiwanie 

skarbu zapewne tak ich wciągnęło, Ŝe stracili rachubę czasu. 

—  Mogą  się  zjawić  w  kaŜdej  chwili  —  powiedział.  —  Nie  będę  na  nich  czekał,  bo  zaraz 

muszę iść do lekarza. 

Usiadł w kuchni przy porządnie wyszorowanym sosnowym stole i zjadł kanapkę, popijając 

ją mlekiem. Nadal paskudnie ciekło mu z nosa i nie miał apetytu. Pani Barton wytłumaczyła mu, 
jak ma dotrzeć do kliniki doktora Wilbura, która znajdowała się zaledwie kilka przecznic dalej. 

Ulice  były  raczej  puste.  Jupiter  mijał  rzędy  domów  zbudowanych  w  kolonialnym  stylu; 

większość  z  nich  aŜ  prosiła  się  o  świeŜą  farbę.  ZauwaŜył  równieŜ  wiele  pustych  pomieszczeń 
sklepowych  z  umieszczonymi  w  witrynach  tabliczkami:  „Do  wynajęcia”.  Niezagospodarowane 
sklepy zwykle świadczą o tym, Ŝe dane miasto przeŜywa cięŜkie czasy. Trudno powiedzieć, by 
interesy kwitły w Fishingport. 

Klinika doktora Wilbura mieściła się w całkiem nowym, porządnie utrzymanym budynku z 

cegły.  W  poczekalni  siedziała  kobieta  z  dwójką  małych  dzieci  i  dwóch  starszych  męŜczyzn, 
cierpliwie patrzących przed siebie pustym wzrokiem. 

Urzędująca  za  biurkiem  pielęgniarka  wskazała  Jupiterowi  drzwi  na  wprost.  Znalazł  się  w 

pomieszczeniu, które było czymś pośrednim między biurem a  gabinetem  lekarskim.  W jednym 
końcu stało biurko, a w drugim biała szafka wypełniona lekarstwami. 

Doktor Wilbur, wysoki, siwiejący męŜczyzna, jadł przy biurku kanapkę. 
—  Witaj,  Jupiterze  —  powiedział,  obrzucając  bystrym  spojrzeniem  zaŜywną  postać 

Pierwszego Detektywa. — Zaraz się tobą zajmę. 

Łyknął  kawy  z  termosu  i  wstał.  Szybko  i  sprawnie  obejrzał  Jupiterowi  nos,  gardło  i  uszy, 

posłuchał bicia serca, opukał klatkę piersiową i zmierzył ciśnienie. 

—  No  tak  —  odezwał  się  po  chwili  —  paskudnie  się  przeziębiłeś.  Prawdopodobnie 

zaszkodziła ci gwałtowna zmiana klimatu. 

Wyjął z szafki kilka białych pigułek i włoŜył je do koperty, którą wręczył chłopcu. 
—  Przez  najbliŜsze  dwa  dni  zaŜywaj  po  dwie  pigułki  co  cztery  godziny  —  poinstruował 

pacjenta. — DuŜo odpoczywaj i nie wchodź do wody. Ręczę, Ŝe wkrótce poczujesz się lepiej. 

—  Przepraszam  bardzo,  czy  mógłby  mi  pan  poświęcić  jeszcze  kilka  minut?  —  zapytał 

Jupiter.  —  Chciałbym  odbyć  z  panem  krótką  rozmowę.  Oczywiście,  jeśli  nie  jest  pan  bardzo 
zajęty... 

— Muszę dokończyć kanapki — odparł doktor. — W tym czasie moŜemy porozmawiać. 
Podszedł do biurka i ponownie usadowił się przy nim. 
— No dobrze, zaczynaj — powiedział. — Czego chciałbyś się dowiedzieć? 
—  Zbieram  informacje  —  zaczął  Jupiter.  —  PoniewaŜ  do  pana  naleŜy  Wyspa  Szkieletów, 

na której filmowcy mają tyle kłopotów... 

—  Wyspa  Szkieletów!  —  wykrzyknął  doktor  Wilbur.  —  Jestem  chory,  słysząc  tę  nazwę. 

background image

Biedna Sally Farrington była zbyt miłą dziewczyną, by kiedykolwiek stać się duchem! 

— Czyli pan nie wierzy w zjawę, którą rzekomo widzieli rybacy? —zapytał Jupiter. 
—  Nie.  Ci  rybacy  to  ciemne,  zabobonne  typy.  Ducha  widziano  dokładnie  raz  i  mogę 

wyjaśnić,  co  się  naprawdę  zdarzyło.  Kilku  wesołków  pozwoliło  sobie  na  głupi  dowcip.  Byłem 
wtedy  młodym  chłopakiem  i  poniewaŜ  wyspa  naleŜała  do  mojego  ojca,  uznałem,  Ŝe  muszę 
wykryć  sprawców.  Okazali  się  nimi  trzej  chłopcy,  którzy  potem  opuścili  te  strony.  Przeprawili 
się  owego  dnia  łodzią  na  wyspę,  uruchomili  karuzelę,  a  jeden  z  nich  nałoŜył  na  siebie  białe 
prześcieradło.  Poczekali,  aŜ  światła  i  muzyka  przyciągną  uwagę  ludzi  w  mieście,  potem  pod 
osłoną ciemności opuścili wyspę z drugiej strony. 

Oczywiście  nigdy  się  nie  przyznali  do  wygłupu  i  nie  mogłem  im  niczego  udowodnić. 

Powtarzałem  rzecz  jasna  ludziom  dokoła,  Ŝe  to  był  zwykły  dowcip,  ale  oni  woleli  wierzyć  w 
ducha. Duchy są ciekawsze niŜ kawały jakichś wyrostków. 

Jupiter pokiwał głową. Samo Ŝycie. 
—  Kiedy  jakaś  zwariowana  opowieść  się  narodzi,  zaczyna  wieść  własny  Ŝywot  i  jest 

niezniszczalna  —  powiedział  doktor.  —  Później  od  czasu  do  czasu  ludzie  utrzymywali,  Ŝe 
widzieli  zjawę.  Te  opowieści  w  pewnym  stopniu  przyczyniły  się  do  upadku  wesołego 
miasteczka,  ale  tylko  w  pewnym.  Prawda  jest  taka,  Ŝe  koło  Melville  wybudowano  nowy 
lunapark. Był nowocześniejszy, no i połoŜony bliŜej miasta. Mój ojciec nie miał pieniędzy, by z 
nim konkurować, i w końcu musiał zamknąć swój interes. 

Po  śmierci  ojca  odziedziczyłem  wyspę.  Nie  mogłem  jej  sprzedać  i  nie  było  sensu,  bym 

wznawiał działalność wesołego miasteczka, więc po prostu zostawiłem je na pastwę losu. 

W ciągu tych wszystkich lat nie zarobiłem na wyspie ani centa, dopóki nie zjawiła się ekipa 

z  Hollywoodu,  która  zaproponowała  mi  wynajęcie  jej  dla  potrzeb  filmu.  O  ile  naprawdę  — 
doktor  Wilbur  popatrzył  na  Jupitera  spod  krzaczastych  brwi  —  kręcicie  tam  jakiś  film.  Ludzie 
uwaŜają, Ŝe zdobyliście nowe wskazówki co do miejsca ukrycia ogromnego skarbu piratów i po 
prostu go szukacie. 

— To identyczna bujda, jak ta historia z duchem — odparł Jupiter. 
— Szkoda. Miałem nadzieję, Ŝe to prawda, bo gdybyście coś znaleźli, naleŜałoby to do mnie 

jako do prawowitego właściciela wyspy. 

—  Przykro  mi,  proszę  pana,  ale  nie  szukamy  Ŝadnego  skarbu.  Wszyscy  powtarzają,  Ŝe 

cokolwiek tam było, zostało znalezione dawno temu. 

— Oczywiście. Kiedy jednak mowa o skarbie, ludzie tracą rozsądek. Gotowi są uwierzyć w 

cokolwiek. 

—  Panie  doktorze,  dlaczego,  pana  zdaniem,  ludzie  próbują  nas  powstrzymać  przed 

kręceniem filmu na pańskiej wyspie? — spytał Jupiter. — Bo uwaŜam, Ŝe właśnie o to chodzi. 

—  No  cóŜ  —  mruknął  doktor,  dolewając  sobie  kawy.  —  Skoro  myślą,  Ŝe  na  wyspie  jest 

skarb,  chcą  was  z  niej  wykurzyć,  zanim  go  znajdziecie.  A  przy  okazji  kradną  sprzęt.  Wielu 
miejscowych  klepie  biedę  od  czasu,  gdy  skończyły  się  tutaj  połowy  ostryg.  MoŜe  równieŜ 
wyłaŜą  z  tutejszych  rybaków  paskudne  cechy  charakteru  i  próbują  trochę  pouprzykrzać  Ŝycie 
ludziom  z  wielkiego  Hollywoodu.  UwaŜają  to  za  świetną  zabawę.  Masz  trzy  moŜliwości  — 
wybierz jedną z nich. 

— Trudno to wszystko zrozumieć — odparł Jupiter, marszcząc brwi. 
— Próbujesz rozwikłać zagadkę, prawda? — Doktor uśmiechnął się. 
— Jesteś młodym mistrzem-detektywem. 
— To moŜe lekka przesada — zaprzeczył skromnie Jupiter, choć miał o sobie bardzo dobre 

mniemanie. — Wraz z przyjaciółmi wykryliśmy to i owo. Proszę, oto nasza wizytówka. 

background image

Jupiter wręczył doktorowi mały kartonik z następującym tekstem: 
 

TRZEJ DETEKTYWI 

Badamy wszystko  

??? 

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones 

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw  

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews 

 

 
 
— Te znaki zapytania  —  wyjaśnił Jupiter — są naszym symbolem.  Oznaczają pytania,  na 

które nie znaleziono odpowiedzi, nie wyjaśnione tajemnice i wszelkiego rodzaju dziwne sprawy, 
które staramy się wyświetlić. 

Doktor Wilbur uśmiechnął się. 
—  Bardzo  ambitnie  —  zauwaŜył.  —  Lubię  śmiałych,  pewnych  siebie  młodych  ludzi. 

Dlaczego sądzisz, Ŝe Sam Robinson celowo wysadził was na Dłoni tuŜ po waszym przyjeździe? 

—  śeby  nas  wystraszyć  —  odparł  Jupiter.  —  śebyśmy  chcieli  jak  najszybciej  wracać  do 

Hollywoodu.  Ktoś  się  boi,  Ŝe  moglibyśmy  odgadnąć,  dlaczego  nieznani  sprawcy  ciągle  nękają 
filmowców. To nie moŜe być zwykła złośliwość. 

— Trafiłeś w sedno. — Doktor Wilbur ponownie obrzucił Jupitera bystrym spojrzeniem. — 

Jesteś sprytniejszy, niŜ na to wyglądasz. 

—  Dziękuję.  Mam  jeszcze  jedno  pytanie.  Z  tego,  co  zrozumiałem,  przez  wiele  lat  nikt  nie 

wspominał  ani  słowem  o  zjawie  z  karuzeli,  a  potem  nagle  te  opowieści  oŜyły.  Czy  mógłby  mi 
pan powiedzieć, kiedy dokładnie to się stało? 

—  Muszę  się  chwilę  zastanowić...  —  Doktor  w  zamyśleniu  potarł  podbródek.  —  Zaczęły 

docierać do mnie, od kiedy przeprowadziłem się do tego budynku. Stało się to około dziesięciu 
lat temu. Tak, to było wtedy. Dziesięć lat temu zaczęto ponownie opowiadać historie o duchach i 
szybko  się  rozprzestrzeniły.  KrąŜyły  zwłaszcza  wśród  najmniej  wykształconych  mieszkańców 
miasteczka. Do czego ci potrzebna ta informacja? 

—  Nie  jestem  pewien  —  przyznał  Jupiter  —  ale  kaŜda  moŜe  okazać  się  waŜna.  Bardzo 

dziękuję za rozmowę. Chyba zabrałem panu zbyt wiele czasu. 

—  AleŜ  skądŜe.  —  Doktor  wstał.  —  Ciekawe,  czym  się  skończą  twoje  poszukiwania. 

Pamiętaj  —  zawołał  w  ślad  za  wychodzącym  Jupiterem  —  Ŝe  jeśli  na  wyspie  jest  jakiś  skarb, 
naleŜy on do mnie! 

Jupiter opuścił klinikę wielce zamyślony. Dowiedział się kilku rzeczy, ale nie umiał jeszcze 

powiązać ze sobą wszystkich faktów. Będzie miał się nad czym zastanawiać. 

W pewnym momencie minął chłopca jakiś samochód. Zatrzymał się po chwili, a następnie 

cofnął. Za kierownicą siedział komendant Nostigon. 

—  Witaj,  synu  —  pozdrowił  Pierwszego  Detektywa.  —  Myślę,  Ŝe  zainteresuje  cię 

wiadomość, iŜ trafiliśmy na ślad tego łajdaka, Sama Robinsona. Zwiał stąd. 

— Zwiał? — spytał Jupiter. 
—  Zamustrował  się  na  frachtowiec  jako  marynarz.  Rano  wypłynęli  z  portu.  Nie  wróci 

wcześniej niŜ za kilka miesięcy, o ile w ogóle wróci. Jeden z jego przyjaciół powiedział mi, Ŝe 
przyznał  mu się, iŜ wysadził was na bezludnej wyspie po prostu  dla  kawału. Przyjechaliście tu 
opromienieni taką sławą, Ŝe postanowił się zabawić nieco waszym kosztem. Nie myśl tylko — 

background image

zastrzegł się komendant — Ŝe kupiłem te wyjaśnienia. 

— Ja teŜ nie — powiedział Jupiter. 
— CóŜ, to wszystko, czego się dowiedzieliśmy — zakończył komendant. — Skontaktuję się 

z wami, jeśli zdobędę jakieś nowe informacje. 

Po tych słowach szef policji odjechał. 
Jupiter  wracał  do  pensjonatu  pogrąŜony  w  myślach.  Był  pewien,  Ŝe  krąŜy  wokół 

rozwiązania zagadki Wyspy Szkieletów, ale na razie wymykało się mu ono z rąk. 

Szedł przed siebie nie wiedząc, co się dookoła dzieje. Nagle z tawerny, którą właśnie mijał, 

wybiegł  wysoki,  chudy  jak  patyk  męŜczyzna  i  zagrodził  mu  drogę.  Jupiter  omal  na  niego  nie 
wpadł. 

—  Poczekaj  chwilę,  smarkaczu  —  powiedział  chudzielec,  wykrzywiając  twarz  w 

paskudnym grymasie. — Chcę ci udzielić pewnej rady. 

— Słucham, proszę pana. 
Jupiter zorientował się,  Ŝe rozmawia  z  kimś,  kto Ŝywi wobec niego raczej wrogie uczucia, 

przybrał  więc  ospały  wyraz  twarzy,  dzięki  czemu  zaczął  wyglądać  jak  przygłup.  Zdolności 
aktorskie nieraz mu się przydawały. 

—  Po  prostu  posłuchaj  mojej  rady.  Jeśli  dbasz  o  całość  własnej  skóry,  wracaj  tam,  gdzie 

twoje  miejsce.  i  zabierz  ze  sobą  resztę  tych  gości  od  filmu.  śaden  z  was  nie  jest  potrzebny  w 
Fishingport. 

MęŜczyzna  nadal  uśmiechał  się  nieprzyjemnie.  Jupiter  zauwaŜył  tatuaŜ  na  odwrocie  jego 

dłoni. Nie widział go zbyt dokładnie, ale wydawało mu się, Ŝe przedstawia on syrenę. Przebiegł 
go lekki dreszcz strachu. 

—  Tak,  proszę  pana,  powiem  im  —  odparł,  nie  zmieniając  wyrazu  twarzy.  —  Kogo  mam 

przedstawić jako informatora? 

—  Mniejsza  o  to  —  warknął  chudy.  —  Po  prostu  się  wynoście,  jeśli  wam  Ŝycie  miłe.  To 

moja przyjacielska rada. 

Po tych słowach odwrócił się na pięcie i wszedł z powrotem do tawerny. 
Serce  Jupitera  przestało  bić  jak  oszalałe.  Pierwszy  Detektyw  pomału  wlókł  się  w  stronę 

pensjonatu.  Z  pewnością  co  do  jednego  się  nie  mylił:  ktoś  za  wszelką  cenę  próbuje  usunąć  z 
wyspy ekipę filmową. 

 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Podniecające odkrycie 

 

— Przepadła moja łódka! — Chris z trudem walczył z napływającym do oczu łzami. — Bez 

niej nie mam szans, by znaleźć skarb. 

— O rany! — Bob nagle zrozumiał, Ŝe ich kolega stracił duŜo więcej niŜ on i Pete. — Ale 

co wstąpiło w tego faceta? Czy to był wypadek, czy celowo staranował Ŝaglówkę? 

—  Jasne,  Ŝe  celowo  —  odparł  ze  złością  Chris.  —  W  przeciwnym  razie  zatrzymałby  się, 

spytał o właściciela, przeprosił. 

—  TeŜ  tak  sądzę  —  powiedział  Bob.  —  Dlaczego  jednak,  do  licha,  ktoś  miałby  niszczyć 

twoją łódkę, Chris? 

—  śebym  nie  mógł  znaleźć  skarbu  —  wyjaśnił  chłopiec.  —  Rybacy  nie  lubią  mnie.  W 

ogóle nie lubią cudzoziemców. UwaŜają, Ŝe cała zatoka naleŜy do nich. 

Stali  tak  jeszcze  chwilę,  nie  mogąc  zdecydować,  co  dalej  robić.  Dokuczał  im  głód,  na 

horyzoncie  nie  widać  było  Ŝadnej  innej  łódki.  Nie  mieli  jak  nadać  wołania  o  pomoc. 
Zastanawiali się, czy długo przyjdzie im tu pozostać. 

— Dobrze, Ŝe chociaŜ nie straciliśmy sprzętu do nurkowania — odezwał się w końcu Bob. 

— Jest bardzo wartościowy i wolałbym za niego nie płacić. 

— Słusznie — powiedział Pete. — Ten rodzaj wyposaŜenia kosztuje setki dolarów... a niech 

mnie! 

Popatrzył na Boba, a przyjaciel odwzajemnił spojrzenie. 
— PrzecieŜ my dwaj moŜemy zanurkować po ubrania! — zawołali zgodnie. Równocześnie 

wpadli na ten sam pomysł. 

Chris rozpromienił się, zapominając o przygnębieniu. 
— Wszyscy moŜemy! — zawołał. — W końcu jestem synem greckiego poławiacza gąbek. 

ZałoŜę się, Ŝe nurkuję lepiej niŜ wy, nawet jeśli krócej pozostaję pod wodą. 

Podniecenie dodało im bodźca. Bob i Pete szybko nałoŜyli sprzęt, dopłynęli do rafy, przeszli 

po skałkach i zanurkowali w głęboką wodę. 

Zatopiona  Ŝaglówka połyskiwała bielą  na dnie  zatoki.  Sprawiała wraŜenie, jakby się lekko 

kołysała. Bob i Pete, wymachując gumowymi płetwami, schodzili coraz niŜej. 

Chris chwycił z brzegu spory kamień i trzymając go w ramionach, gwałtownie opadł na dno, 

mijając  po  drodze  kolegów.  Znalazł  się  obok  uszkodzonej  łodzi  w  chwili,  gdy  chłopcy  zdąŜyli 
pokonać zaledwie połowę drogi do niej. Przetrząsnął wnętrze leŜącej na boku Ŝaglówki, szukając 
ubrań, które starannie upchali pod siedzeniami. Mając juŜ ręce pełne rzeczy, szybko wypłynął do 
góry. Uśmiechał się, kiedy mijał Boba i Pete’a. 

Spokój  panujący  na  dnie  oceanu  pozwolił  dwóm  detektywom  zapomnieć  na  chwilę  o  ich 

niewesołym  połoŜeniu.  Czuli  się  jak  prawdziwi  płetwonurkowie  podczas  akcji  ratunkowej, 
nawet jeśli prowadzili ją tylko na maleńkiej Ŝaglówce. 

Trzymając się razem, chwycili za burtę łódki. Musieli uwaŜać, by nie zaplątać się w falujący 

pod  wodą  Ŝagiel.  Dokładnie  spenetrowali  wnętrze  jachciku.  Chris  przeoczył  spodenki  naleŜące 
do Boba i chłopiec podpłynął parę metrów, by je wyciągnąć. Pete musiał dogonić jeden z butów 
Chrisa,  który  wyśliznął  mu  się  z  rąk  i  teraz  spokojnie  się  oddalał,  unoszony  prądem.  Prawdę 
mówiąc, silny prąd zdawał się poruszać całą łódką i kiedy chłopcy puścili burtę, odrzucił ich od 
niej i musieli z powrotem podpłynąć, by ją chwycić. 

background image

Po kilku minutach zorientowali się, Ŝe mają juŜ wszystko, co moŜna było ocalić z zatopionej 

Ŝ

aglówki, i Bob dał  znak,  Ŝe  mogą  wracać.  Odbili się od dna i wynurzyli się na powierzchnię. 

Zobaczyli,  Ŝe  Chris  czeka  na  nich  na  rafie.  Uśmiechnął  się,  kiedy  z  ocalonym  dobytkiem  w 
rękach wspinali się na skałę. 

— Nieźle nam poszło, prawda? — zauwaŜył. — Chyba niczego nie brakuje. 
Wziął od Pete’a swoje ubranie i przeszukał mokry tobołek. Potem mina mu zrzedła. 
— Nie ma mojego kompasu. Niezły był. Zejdę jeszcze raz na dno i poszukam go. 
Zanurzył się w wodzie. 
—  Zabierzmy  nasze  rzeczy  na  brzeg.  RozłoŜymy  je  na  słońcu,  by  wyschły  —  powiedział 

Pete. 

— Szkoda, Ŝe nie mamy czym nadać sygnałów — zmartwił się Bob. 
— Znowu utknęliśmy na tej wysepce i twój tata pomyśli, Ŝe jesteśmy bardzo nierozwaŜni. 
—  To  nie  była  ani  nasza  wina,  ani  Chrisa  —  stwierdził  Pete.  Wziął  dwie  mocne  latarki, 

które  udało  się  ocalić  z  zatopionej  łódki.  —  Cieszę  się,  Ŝe  je  odzyskaliśmy.  Są  bardzo 
kosztowne, a poza tym będziemy mogli nadać nimi sygnały, kiedy się ściemni. 

—  Do  zmroku  jeszcze  bardzo  daleko.  —  Bob  zerknął  na  słońce.  —Mam  nadzieję,  Ŝe  nie 

zostaniemy tu aŜ tak długo. Umieram z głodu. 

— Wysuszmy rzeczy, a potem coś wymyślimy — zaproponował Pete. 
NałoŜyli maski, powoli zsunęli się do wody i popłynęli na Dłoń. WyŜęli ubrania i rozłoŜyli 

je płasko na rozgrzanych skałach. Powinny szybko wyschnąć. Ściągnęli z twarzy maski i zaczęli 
pozbywać  się  reszty  ekwipunku,  kiedy  nagle  się  zorientowali,  Ŝe  Chris  do  tej  pory  się  nie 
pojawił. Byli zajęci przez co najmniej dziesięć czy  nawet piętnaście minut, a ich grecki kolega 
wciąŜ znajdował się pod wodą. 

— O kurczę, coś musiało mu się przytrafić — powiedział Bob. 
— MoŜe dostał się w jakąś pułapkę. — Pete zbladł na myśl o takiej moŜliwości. — Musimy 

go ratować. 

Bez słowa włoŜyli z powrotem ekwipunek i popłynęli w stronę rafy. 
Przez  chwilę  stali  na  skalnym  występie,  wpatrując  się  w  błyszczącą  w  słońcu  zielonkawą 

wodę. Pod jej powierzchnią nie poruszało się nic, co przypominałoby Chrisa, nie zauwaŜyli teŜ 
tym razem zatopionej Ŝaglówki. Jednocześnie odbili się od skały i zanurkowali w głęboką wodę. 
Schodzili coraz niŜej, a ich serca szybko biły ze strachu. 

W  skałach  tworzących  rafę  były  liczne  wgłębienia,  utworzone  przez  prądy  wodne.  MoŜe 

Chris dostał się w jedno z nich i się zaklinował. Mógł równieŜ zaplątać się w Ŝagiel. 

Wkrótce  chłopcy  znaleźli  łódkę.  Podwodne  prądy  przeniosły  ją  o  ponad  sześć  metrów  od 

miejsca,  gdzie  się  poprzednio  znajdowała.  Podpłynęli  do  niej.  Chrisa  w  niej  nie  było.  Bob 
sprawdził, Ŝe nie leŜy on równieŜ pod Ŝaglówką. Cokolwiek się z nim stało, nie zaplątał się  w 
osprzęt łódki. Bob wiedział, Ŝe w tych wodach nie ma rekinów ani innych groźnych ryb. Wobec 
tego jakie niebezpieczeństwo mogło zagraŜać Chrisowi? 

Pete  dotknął  ramienia  przyjaciela  i  uniósł  w  górę  dwa  złączone  razem  palce,  a  następnie 

wskazał  nimi skały.  Bob zrozumiał ten znak. Pete’owi  chodziło o to,  Ŝe powinni je przeszukać 
razem.  We  wszystkich  trudnych  sytuacjach  pod  wodą  zawsze  naleŜy  się  trzymać  blisko  swego 
kompana. 

Dno  rafy  było  nierówne.  Silne  prądy  morskie  wytworzyły  w  wielu  miejscach  niewielkie, 

ciemne  dziury.  Zaglądali  do  kaŜdej  z  nich,  Ŝałując,  Ŝe  nie  wzięli  ze  sobą  latarek.  Jednak  poza 
pospiesznie  odpływającymi  stadami  małych  rybek  niczego  nie  było.  Gdzieniegdzie  otwory 
zasłaniały falujące firany z glonów, które musieli rozgarniać na boki, by móc zobaczyć, co się za 

background image

nimi znajduje. 

Minęło  co najmniej pięć minut. ZdąŜyli spenetrować  juŜ  całkiem sporą powierzchnię rafy, 

lecz nigdzie nie trafili na najmniejszy nawet ślad Chrisa. 

Zatrzymali się i zetknęli maskami. Bob zobaczył z bliska szeroko otwarte, wystraszone oczy 

Pete’a.  Wskazał  dłonią  w  przeciwnym  kierunku  niŜ  ten,  w  którym  dotąd  zmierzali,  i  Pete 
pokiwał  głową.  Trzymając  się  blisko  siebie  płynęli  szybko  w  stronę  zatopionej  Ŝaglówki.  JuŜ 
zbliŜali się do niej, kiedy tuŜ obok nich przemknęła jakaś postać. 

Rozpoznali  Chrisa,  który  spieszył  się,  by  wypłynąć  na  powierzchnię.  Jakim  cudem  zdołał 

wytrzymać pod wodą przez dwadzieścia minut bez butli z tlenem? 

Detektywi popłynęli w ślad za kolegą. Kiedy wynurzyli głowy, zobaczyli, Ŝe Chris siedzi na 

brzegu sterczącej nad wodą skały  i  gwałtownie  chwyta powietrze. Na jego ciele nie było śladu 
Ŝ

adnych  obraŜeń,  poza  tym  uśmiechał  się  szeroko.  ZbliŜyli  się  do  niego  i  ściągnęli  z  twarzy 

maski. 

— Ale napędziłeś nam stracha! — zawołał Pete. 
— Gdzie się podziewałeś? — spytał Bob, oddychając z ulgą. — Co się stało? 
Chris odchylił głowę do tyłu i zaśmiał się wesoło. 
— Zgadnijcie, co znalazłem? 
Uniósł do góry prawą dłoń, w której ściskał coś mocno. 
— Kompas? — domyślił się Bob. 
Młody Grek pokręcił głową. 
— Pudło. Próbujcie jeszcze raz. 
— Złoto! — krzyknął Pete. 
Chris  rozluźnił  zaciśniętą  pięść.  Na  dłoni  połyskiwał  wyszczerbiony  krąŜek.  Był  mocno 

zgnieciony, ale nie ulegało wątpliwości, Ŝe jest złoty. 

— Nigdy nie wpadłoby wam do głowy, na co trafiłem — powiedział. 
— Na zagrzebaną w piasku szkatułkę z monetami? — spytał z nadzieją Bob. 
— Nie. Na dnie rafy natknąłem się na okrągły otwór. Ryby wpływały do niego i wypływały 

z powrotem. Pomyślałem, Ŝe skoro ryby mogą to robić, to ja teŜ. Wpłynąłem przez ten otwór. 

Zrobił dramatyczną pauzę. 
—  Znalazłem  podwodną  jaskinię  pod  wyspą!  Stamtąd  pochodzi  ten  dublon.  ZałoŜę  się,  Ŝe 

jest ich tam duŜo więcej! 

 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Ukryta jaskinia 

 

Bob i Pete płynęli jeden obok drugiego, unosząc się około półtora metra nad dnem. Do góry 

ulatywały  strumienie  bąbelków  wypuszczanych  przez  rurki  oddechowe.  Obok  chłopców 
przemykały ławice rybek i znikały w czarnym wylocie jaskini. 

Nie  był  duŜy,  miał  około  czterech  metrów  szerokości  i  niecałe  półtora  metra  wysokości. 

Kształtem przypominał oko — ciemny, ponury oczodół pozbawiony gałki ocznej. Brzegi otworu 
wygładzone  były  przez  prądy  wodne  wchodzące  do  jaskini  podczas  przypływu  i  wychodzące 
wraz z odpływem. Ruch wody uniemoŜliwiał osadzanie się glonów, których tyle rosło w pobliŜu. 

W  odległości  około  sześciu  metrów  od  wylotu  jaskini  kołysała  się  na  dnie  zatopiona 

Ŝ

aglówka Chrisa, ale Bob i Pete, zaabsorbowani czymś innym, nie zwracali teraz na nią uwagi. 

KaŜdy  z  chłopców  trzymał  w  ręku  wodoszczelną  latarkę.  Na  chwilę  obaj  zatrzymali  się  przed 
wejściem. Musieli nabrać nieco odwagi, nim zaczną penetrować jaskinię. Według Chrisa, który 
tam juŜ był, nie groziło im Ŝadne niebezpieczeństwo. 

Opowiedział  kolegom,  Ŝe  nie  zdołał  znaleźć  na  piaszczystym  dnie  swojego  kompasu  i  juŜ 

się  zbierał  do  wypłynięcia  na  powierzchnię,  kiedy  zauwaŜył  wylot  podwodnej  jaskini. 
Podejrzewając,  Ŝe  w  środku  mogą  znajdować  się  skarby,  kierowany  impulsem  wpłynął  do 
ś

rodka. 

Wewnątrz jaskinia wydała mu się większa, niŜ oczekiwał. Panowały w niej ciemności, ale z 

otworu sączyło się trochę światła i dlatego starał się tak poruszać, by zawsze mieć jasną plamkę 
za plecami. 

Właśnie zamierzał wracać, kiedy zorientował się, Ŝe popłynął dalej, niŜ powinien. Wiedział, 

Ŝ

e nie wystarczy mu powietrza w płucach, by opuścić jaskinię i wypłynąć na powierzchnię. 

— Poczułem się jak mała, przeraŜona rybka w potrzasku. Zrozumiałem, Ŝe mam tylko jedną 

szansę — płynąć naprzód. Liczyłem na to, Ŝe jaskinia okaŜe się wystarczająco duŜa, by chociaŜ 
pod jej sklepieniem było powietrze. Płynąłem jak szalony. Nagle zobaczyłem przed sobą trochę 
ś

wiatła. 

Rzuciłem  się  w  tamtą  stronę  i  rzeczywiście  dotarłem  do  miejsca,  jakiego  oczekiwałem. 

Odetchnąłem  głęboko  kilka  razy,  po  czym  rozejrzałem  się  dokoła.  Zorientowałem  się,  Ŝe 
jaskinia,  w  której  właśnie  jestem,  znajduje  się  pod  wyspą.  Przez  otwór  w  sklepieniu  wpadało 
dość duŜo światła i dzięki  temu zauwaŜyłem pokryty  glonami występ skalny.  Wspiąłem się  na 
niego,  by  trochę  odpocząć.  Pod  warstwą  glonów  wyczułem  dłonią  coś  twardego  i  okrągłego. 
Okazało  się,  Ŝe  jest  to  złoty  dublon.  Ogarnęło  mnie  podniecenie.  Zacząłem  szukać  następnych 
sztuk, ale nic więcej nie udało mi się znaleźć. Wtedy wypłynąłem na powierzchnię, Ŝeby wrócić 
do was. 

Podwodna jaskinia, w której piraci ukryli swój skarb! Skoro Chris zdołał do niej dotrzeć bez 

Ŝ

adnego  ekwipunku,  tym  bardziej  mogli  to  zrobić  Bob  i  Pete,  wyposaŜeni  w  nowoczesne 

akwalungi. Przedsięwzięcie wydawało się bezpieczne. Z pewnością warto było przynajmniej się 
rozejrzeć po jaskini. 

Kiedy chłopcy jeszcze się wahali, co robić, przepłynęła między nimi jakaś biała postać. Był 

to Chris. Machając do kolegów, jak strzała wpadł w ciemny wylot jaskini. Zdecydowali, Ŝe płyną 
za nim. 

Podwójny  strumień światła z ich latarek  wspaniale rozjaśniał podwodną  głębię. Po bokach 

background image

widzieli  skaliste  ściany  ozdobione  frędzlami  glonów.  Mijały  ich  przeraŜone  stada  niewielkich 
rybek.  Zielony  potwór  przypominający  węgorza  wystawił  ze  skalnej  szczeliny  pysk  ozdobiony 
ostrymi  kłami.  Chłopcy  na  wszelki  wypadek  starali  się  trzymać  od  niego  w  bezpiecznej 
odległości. 

Chris zniknął im z oczu, gdyŜ płynął znacznie szybciej niŜ oni. Musieli bowiem uwaŜać, by 

nie otrzeć się bokiem o skałę. Mogliby uszkodzić cenny ekwipunek. 

Pete skierował strumień światła ku górze. Nagle tunel jakby się rozszerzył. Przestali widzieć 

jego sklepienie. Szybko podpłynęli wyŜej — przebyli moŜe pięć, moŜe dziesięć metrów — kiedy 
ich przywdziane w maski twarze niespodziewanie wynurzyły się ponad powierzchnię wody. 

Znajdowali  się  w  sporej  pieczarze.  Jej  chropowate  sklepienie  wznosiło  się  około  półtora 

metra ponad ich głowami. Chris siedział na skalnym występie i machał nogami zanurzonymi w 
wodzie. Chłopcy dopłynęli do niego i ostroŜnie wspięli się na oślizłą od glonów półkę. Ochoczo 
ś

ciągnęli z twarzy maski. 

—  Jesteśmy  teraz  wewnątrz  Dłoni  —  powiedział  Chris.  —  Jak  wam  się  podoba  moje 

odkrycie? 

— Wspaniałe! — krzyknął szczerze zachwycony Bob. — ZałoŜę się, Ŝe przed nami nikogo 

tu nie było. 

Omiótł światłem latarki ściany pieczary. Miała nieregularny kształt, jej wysokość wahała się 

od metra do dwóch ponad poziom wody. W odległym końcu gwałtownie się zwęŜała. JednakŜe 
było w niej sporo dziennego światła, co przez chwilę ich zastanowiło. Wyłączyli latarki i ponury 
półcień  panujący  w  pieczarze  zaczął  się  powiększać,  sprawiając  groźne,  tajemnicze  wraŜenie. 
Woda  bulgotała,  uderzając  o  skały.  Pasma  zwisających  glonów  przypominały  włosy  jakiegoś 
dziwnego podwodnego stwora. 

—  W  skale  musi  być  dziura,  która  przebija  ją  na  wylot  i  wychodzi  na  powierzchnię  — 

odgadł Bob. 

—  To  właśnie  tędy  woda  wydostaje  się  na  zewnątrz!  —  wykrzyknął  Chris.  —  Podczas 

sztormu  fala  wciska  się  w  otwór,  przepływa  przez  skały  i  na  powierzchni  wystrzela  w  górę 
fontanną  wody.  Tyle,  Ŝe  nikt  nie  wie,  iŜ  pod  spodem  jest  jaskinia.  KaŜdy  myśli,  Ŝe  to  tylko 
wąska, kończąca się gdzieś głęboko szczelina. 

— Masz rację! — zawołał Bob. 
Przypomniał  sobie  fontannę  tryskającą  ze  środka  wyspy,  którą  widzieli  dwie  doby  temu 

podczas  sztormowej  nocy.  Oczywiście  w  jego  notatkach  była  wzmianka  o  tym,  Ŝe  te  dziwne 
strumienie wody zauwaŜyli juŜ pierwsi badacze wyspy. Teraz wiedział jednak, skąd się biorą, a 
nikt przedtem nie miał o tym pojęcia. Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl i zasępił się. 

— Skoro jesteśmy pierwszymi ludźmi, którzy wpadli na ślad jaskini, to znaczy, Ŝe nikt nie 

ukrył w niej wcześniej Ŝadnego skarbu. 

— O tym nie pomyślałem — jęknął Pete. 
—  Skąd  to  moŜna  wiedzieć?  —  Chris  nie  zamierzał  tak  łatwo  zrezygnować  z  marzeń  o 

fortunie. — W końcu znalazłem złoty dublon. Dajcie mi latarkę, to zanurkuję i się rozejrzę. 

Bob  dał  mu  jedną  z  latarek  i  Chris  zsunął  się  do  wody.  Po  chwili  chłopcy  zobaczyli  w 

ciemności przyćmione światło, poruszające się po piaszczystym dnie. 

— Szkoda, Ŝe to nie jest tajna kryjówka piratów — westchnął Pete. 
Obserwowali  poruszające  się  tam  i  z  powrotem  światełko.  Chris  naprawdę  długo  mógł 

wytrzymać pod wodą. Przebywał tam juŜ ponad dwie i pół minuty. 

W chwilę później wynurzył głowę na powierzchnię. Pete włączył latarkę i Chris wspiął się 

na skalną półkę obok chłopców. 

background image

—  Mieliście  rację  —  powiedział  ponurym  głosem.  —  Na  dnie  nie  ma  Ŝadnego  skarbu. 

Tylko kraby, ryby i muszelki. Coś takiego jak to. 

Otworzył zaciśniętą dłoń. LeŜały na niej dwa złote dublony. 
— Niesamowite! — krzyknęli jednocześnie Pete i Bob. — Gdzie je znalazłeś? 
— W piasku — odparł Chris. 
Złote monety przechodziły z dłoni do dłoni. Były cudownie cięŜkie i cenne. 
— Teraz mamy juŜ trzy sztuki — powiedział Chris z błyskiem w oku. 
— Dla kaŜdego po jednej… 
— Nie zgadzam się — zaprotestował Bob. — Ty je znalazłeś i naleŜą do ciebie. 
— Dzielimy je równo między siebie — powtórzył z uporem Chris. — Teraz wy nurkujecie. 

MoŜe znajdziecie dość monet, bym mógł kupić nową łódkę i wyleczyć ojca. 

Pete  i  Bob  nałoŜyli  maski,  upewnili  się,  Ŝe  rurki  oddechowe  są  droŜne,  i  ześliznęli  się  do 

wody. 

Piaszczyste  dno  usiane  było  muszelkami.  Oświetlając  je  latarkami  nie  zauwaŜyli  niczego 

szczególnego. W pewnej chwili Pete wypatrzył coś błyszczącego tuŜ przy skalnej ścianie. Był to 
złoty dublon, do połowy zakopany w piasku. 

Bob  pływał  tam  i  z  powrotem  tuŜ  nad  dnem  i  po  kilku  minutach  zauwaŜył  jakiś  lśniący 

przedmiot, częściowo ukryty pod pustą muszlą ostrygi. To równieŜ był dublon. 

Obu chłopców ogarnęło podniecenie. W podwodnej jaskini naprawdę znajdował się piracki 

skarb!  Cenne  złote  monety.  Nie  były  wygodnie  złoŜone  w  solidnej  skrzyni,  lecz  rozsypane  po 
dnie. Musiało ich być tu więcej i oni je znajdą! 

Nie  zwaŜając  na  upływ  czasu,  przeszukiwali  piaszczyste  dno.  Przewracali  muszelki  z 

ostrygami, wzniecając chmury z piasku, i czekali, aŜ tuman opadnie, by mogli szukać dalej. 

Chłopcy  znaleźli  juŜ  po  pół  tuzina  złotych  dublonów  kaŜdy  i  nie  byli  w  stanie  utrzymać 

więcej  w  dłoni.  Bob  klepnął  Pete’a  i  popłynęli  ku  górze,  a  potem  wygramolili  się  z  wody.  Z 
triumfem ułoŜyli monety na płaskim występie. 

— Chris, miałeś rację, Ŝe w jaskini jest skarb! — zawołał podniecony Bob. 
Chris z uśmiechem sięgnął za plecy i zademonstrował następne trzy dublony. 
— Znalazłem je na tym występie, ukryte pod glonami.  
—  ZałoŜę  się,  Ŝe  jest  ich  tu  więcej  —  powiedział  Bob.  —  Nie  wiem,  skąd  się  wzięły,  ale 

skoro trafiliśmy na kilka sztuk, to powinniśmy szukać następnych. 

— Przekonałeś mnie — oznajmił Pete. — Bierzmy się do roboty. 
Gorączka złota sprawia, Ŝe ogarnięci nią ludzie nie potrafią myśleć o niczym innym. Trzej 

chłopcy  byli  najlepszym  przykładem  tego  stwierdzenia.  Nie  zwaŜając  na  nic,  zaczęli 
przeszukiwać  podwodną  jaskinię.  Penetrowali  dno  centymetr  po  centymetrze  i  zaglądali  do 
kaŜdej szpary w skale. 

Właśnie,  gdy  byli  zajęci  poszukiwaniami,  zdarzyło  się  coś,  czego  z  pewnością  nie  mogli 

przewidzieć.  Zatopiona  Ŝaglówka  Chrisa,  poruszana  przez  podwodne  prądy,  wklinowała  się  w 
otwór jaskini. Zatkała jej wylot tak szczelnie jak korek butelkę. 

Trzej  chłopcy  zostali  uwięzieni  w  miejscu,  o  którego  istnieniu  nikt  poza  nimi  nie  miał 

pojęcia. 

 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

Trudne połoŜenie 

 

Jupiter  zaczął  się  niepokoić.  Było  późne  popołudnie,  a  Bob  i  Pete  jeszcze  nie  wrócili  z 

wyprawy z Chrisem. Co mogło im się przydarzyć? 

Wstał  zza  biurka,  na  którym  rozłoŜył  notatki  Boba.  Podczas  lektury  dodał  do  nich  własne 

uwagi. Z wielkiego pudełka, które wręczyła mu pani Barton, wyciągnął jednorazową chusteczkę 
do nosa. Popatrzył przez okno na północny kraniec zatoki, lecz nie dojrzał na horyzoncie Ŝadnej 
Ŝ

aglówki. 

Do  pokoju  weszła  w  tym  momencie  właścicielka  pensjonatu,  niosąc  szklankę  mleka  i 

ciasteczka. 

—  Pora  na  małą  przekąskę  —  powiedziała  do  Jupitera.  —  BoŜe,  czyŜby  ci  twoi  koledzy 

jeszcze nie wrócili? Gdzie oni się podziewają? 

—  Nie  mam  pojęcia  —  odparł  Pierwszy  Detektyw.  —  Obiecywali,  Ŝe  wrócą  w  południe. 

Dotychczas nigdy się nie spóźniali. Są bardzo solidni. MoŜe wpadli w jakieś kłopoty. 

— Nie warto się z córy martwić. Pewnie zaczęli łowić ryby i stracili rachubę czasu. 
Pani  Barton  opuściła  szybkim  krokiem  pokój,  a  Jupiter  znów  usiadł  przy  biurku  i, 

pogryzając ciasteczka, przeglądał notatki. 

Starał  się  poukładać  w  głowie  fakty.  Dwadzieścia  pięć  lat  temu  zginęła  nieszczęsna  Sally 

Farrington,  a  kilku  chłopców  zrobiło  po  tym  zdarzeniu  głupi  kawał,  który  dał  początek 
opowieściom  o  zjawie  z  karuzeli.  Ucichły  potem  na  długo,  by  oŜyć  przed  dziesięciu  laty.  Od 
tego  czasu  ten  i  ów  co  raz  wspominał,  Ŝe  widział  zjawę,  lecz  zawsze  był  to  jakiś  mało 
wiarygodny rybak. Na skutek tych wzmianek przestano odwiedzać Wyspę Szkieletów. 

Potem  pojawiła  się  na  niej  ekipa  filmowców,  którzy  chcieli  odremontować  wesołe 

miasteczko i nakręcić w nim kilka scen do filmu. Zaczęto ich okradać i nękać aktami sabotaŜu. 
Jupiter podejrzewał, Ŝe ktoś chciał skłonić filmowców do opuszczenia wyspy. 

Czy historie o zjawie miały z tym jakikolwiek związek? 
Jupiter  biedził  się  nad  znalezieniem  odpowiedzi  na  to  pytanie,  kiedy  nagle  ktoś  otworzył 

drzwi. Do pokoju wszedł Jeff Morton. Był bardzo zdenerwowany. 

— Czy widziałeś Chrisa Markosa? — spytał. 
— Ostatni raz spotkałem go w porze śniadania. Pete i Bob wybrali się z nim na łódkę. Do tej 

pory nie wrócili. 

—  Spędzili  cały  dzień  na  Ŝeglowaniu!  —  zawołał  ze  złością  Jeff  Morton.  Jego  piegowata 

twarz  gwałtownie  poczerwieniała.  —  PrzecieŜ  rano  poŜyczyli  ode  mnie  dwa  akwalungi  i 
powiedzieli, Ŝe zamierzają poćwiczyć nurkowanie. 

Młody męŜczyzna zasępił się. 
— Czy sądzisz, Ŝe mogą nurkować wraz z tym greckim szczeniakiem i szukać skarbu? 
MęŜczyzna i chłopiec popatrzyli na siebie z rosnącym zaniepokojeniem. 
—  Musimy  ich  poszukać!  —  oznajmił  Jeff.  —  Coś  musiało  im  się  stać.  Jakby  nie  dość 

było... — Przerwał. — Zbierajmy się, Jupiterze. 

Pierwszy  Detektyw  zapomniał  o  katarze,  nie  rozwiązanej  zagadce  i  wszystkich  innych 

sprawach, najwaŜniejsze bowiem stało się odnalezienie zaginionych kolegów. Poszedł z Jeffem 
na  nabrzeŜe,  gdzie  czekała  przycumowana  do  pomostu  niewielka  motorówka.  Wsiedli  do  niej, 
Jeff uruchomił silnik i wypłynęli na zatokę. 

background image

Jupiter  chciał  zapytać  Jeffa,  co  miał  na  myśli  mówiąc:  „Jakby  nie  dość  było”,  ale  młody 

męŜczyzna najwyraźniej nie był w nastroju do rozmowy. Prawdę mówiąc ryk silnika bardzo by 
ją utrudniał. 

Dobili  do  pomostu  przy  Wyspie  Szkieletów  i  przesiedli  się  do  większej  motorówki,  do 

której zamontowany był silnik o duŜej mocy. 

— W tej małej nie starczyłoby miejsca dla pięciu osób — wyjaśnił Jeff — a tyle nas będzie 

wraz z chłopcami. Poza tym — dodał złowieszczym tonem — wolę  mieć pod ręką mój sprzęt, 
gdyby się okazało, Ŝe muszę zanurkować. 

Jupiter zrozumiał, Ŝe Jeff obawia się, iŜ jego przyjaciołom przytrafiło się coś złego podczas 

przebywania pod wodą. Starał się odrzucić w myślach tę moŜliwość. 

Bob  i  Pete  nie  byli  lekkomyślni.  Unikali  sytuacji,  w  których  mogłoby  dojść  do  wypadku. 

Jupiter  zdawał  sobie  jednak  sprawę,  Ŝe  nie  wszystkie  wypadki  zdarzają  się  na  skutek 
lekkomyślności. Czasami moŜe zajść coś zupełnie nieprzewidzianego. 

Jeff  wyprowadził  z  portu  motorówkę  i  zaczęli  poszukiwania.  Najpierw  okrąŜyli  Wyspę 

Szkieletów.  Potem  popłynęli  wzdłuŜ  skalistej  rafy  leŜącej  między  Wyspą  a  Dłonią.  Na 
zakończenie zrobili dwa kółka wokół tej ostatniej. 

—  Nigdzie  ani  śladu  ich  bytności  —  odezwał  się  Jeff  do  Jupitera,  przestawiając  silnik  na 

wolne  obroty.  —  W  tej  części  zatoki  nie  ma  Ŝaglówki  małego  Greka.  Jedyne,  co  mi  teraz 
przychodzi do głowy to, Ŝe chłopcy popłynęli na wschód. TeŜ musimy to zrobić, przeczesując po 
drodze kaŜdy metr wybrzeŜa. 

Jupiter  pokiwał  głową.  Jeff  przesunął  dźwignię,  motor  wszedł  na  wyŜsze  obroty  i  łódka 

zaczęła oddalać się od Dłoni. 

 
W tym samym czasie w jaskini pod Dłonią na pokrytym glonami występie skalnym siedzieli 

skuleni  Bob,  Pete  i  Chris.  Woda  sięgała  im  juŜ  do  pasa.  Nie  mieli  pojęcia,  jak  długo  tu 
przebywają.  Z  dziury  przebijającej  na  wylot  skałę  dochodziło  jednak  juŜ  słabsze  światło,  a 
przypływ podniósł poziom wody co najmniej o pół metra. 

Początkowo  byli  zbyt  podnieceni,  by  myśleć  o  czymkolwiek  poza  złotymi  monetami. 

Zebrali  juŜ  około  czterdziestu  czy  pięćdziesięciu  dublonów.  Wypełniły  one  mały  brezentowy 
woreczek, który Chris zabrał ze sobą właśnie w tym celu. Co prawda nie była to wielka fortuna, 
ale z pewnością juŜ samo znalezienie skarbu mogło wywołać dreszcz emocji. 

Nagle Chris zorientował się, Ŝe zaczął się przypływ. 
—  Lepiej  się  stąd  wynośmy  —  zaproponował.  —  Myślę,  Ŝe  i  tak  znaleźliśmy  całe  złoto, 

jakie tu było. 

— Rzeczywiście co najmniej od pół godziny nie przybył nam  ani jeden dublon — zgodził 

się Pete. — Poza tym jestem głodny. Musi być strasznie późno. 

To  właśnie  Pete,  który  płynął  na  czele,  pierwszy  zauwaŜył  łódkę  blokującą  wejście  do 

jaskini. śaglówka wsunęła się bokiem do otworu w kształcie oka, maszt z trzepoczącym Ŝaglem 
znalazł  się  w  środku  tunelu  prowadzącego  do  pieczary.  Ruch  wody  osadził  łódkę  mocno  w 
piasku, a czubek masztu wcisnął do szczeliny w skale. 

Pete  omiótł  dokładnie  światłem  latarki  cały  zablokowany  wylot  z  jaskini.  Między  łódką  a 

skalną  ścianą  było  nie  więcej  niŜ  trzydzieści  centymetrów  przestrzeni.  Nie  było  mowy,  Ŝeby 
ktokolwiek zdołał się tamtędy przecisnąć. Zrozumiał, Ŝe wszyscy trzej znaleźli się w pułapce. 

Pete i Bob oparli się o Ŝaglówkę i usiłowali ją wypchnąć z otworu. 
Osiągnęli  tyle,  Ŝe  sami  przekoziołkowali  w  wodzie.  Łódka  ani  drgnęła.  W  tym  momencie 

nadpłynął Chris. Mknął  jak strzała i dopiero w ostatniej chwili zobaczył  zatarasowane wejście. 

background image

Szybko rozeznał się w sytuacji, po czym odwrócił się i popłynął z powrotem do pieczary. Musiał 
wynurzyć się ponad powierzchnię i nabrać powietrza do płuc, bo czuł, Ŝe juŜ mu go brakuje. 

Bob  i  Pete  teŜ  uświadomili  sobie,  Ŝe  w  ich  butlach  jest  coraz  mniej  tlenu.  Spróbowali 

jeszcze raz wypchnąć Ŝaglówkę z wylotu jaskini, z tym samym skutkiem co poprzednio. Potem 
dołączyli do Chrisa. Kilka minut później wszyscy trzej siedzieli skuleni na skalnym występie. 

— Jesteśmy zablokowani — martwił się Chris. — Prąd wody solidnie wklinował Ŝaglówkę 

w otwór. 

— O, z pewnością — zgodził się ponuro Pete. — Kto mógł przypuszczać, Ŝe coś podobnego 

się wydarzy? 

— JuŜ wcześniej zauwaŜyłem, Ŝe prąd popycha łódkę — włączył się Bob. — Nie przyszło 

mi jednak do głowy, Ŝe moŜe ją wcisnąć w wejście do jaskini. Co my zrobimy? 

Zapanowało długie milczenie. 
— Teraz nadchodzi przypływ — przerwał je Chris — i wciska Ŝaglówkę do środka. MoŜe 

odpływ wypchnie ją z powrotem. Sądzę, Ŝe to nasza jedyna nadzieja. 

—  Ale  przypływ  dopiero  się  zaczął  i  będzie  trwał  wiele  godzin!  —jęknął  Pete.  —  A  co 

będzie, jeśli łódka się nie ruszy? 

— Mamy większe zmartwienie — powiedział Bob. 
— Większe zmartwienie? — powtórzył Chris. — Co masz na myśli? 
—  Spójrzcie.  —  Bob  poświecił  latarką  ku  górze.  TuŜ  nad  ich  głowami  znajdowało  się 

sklepienie pieczary, mokre i śliskie od glonów. 

—  Widzicie?  —  spytał.  —  Kiedy  przypływ  narasta,  jaskinia  wypełnia  się  wodą.  Nim 

doczekamy się odpływu, woda nas zakryje. 

Nikt nie powiedział ani słowa. Wiedzieli, Ŝe Bob ma rację. 
 
Motorówka zaczęła odpływać od Dłoni, kiedy Jupiter krzyknął nagle: 
— Panie Morton! Wracajmy! ZauwaŜyłem coś na brzegu. 
Jeff  Morton  zmarszczył  brwi,  ale  obrócił  łódkę.  W  chwilę  później  dobijali  do  maleńkiej, 

piaszczystej plaŜy. Jupiter wyskoczył z motorówki i pobiegł  wzdłuŜ  brzegu  ku skale, na  której 
mignęły  mu  ubrania  przyjaciół.  Jeff  zdąŜył  w  tym  czasie  przycumować  łódkę  i  dołączył  do 
Jupitera, który rozgorączkowany przetrząsał suchą juŜ teraz odzieŜ. 

— To wszystko ich ubrania — poinformował Jeffa. — Moi przyjaciele nadal muszą gdzieś 

tu być. MoŜe nurkują po drugiej stronie Dłoni. Pójdę to sprawdzić. 

Jeff Morton ze zdumieniem wpatrywał się w porozrzucane koszulki i spodenki. 
— Nigdzie w pobliŜu nie ma ich Ŝaglówki! — zawołał. — Zostawili ubrania i z nieznanego 

powodu odpłynęli łódką wraz z akwalungami. My... 

Jednak  Jupiter  był  juŜ  zbyt  daleko,  by  cokolwiek  usłyszeć.  Wspinał  się  na  garb  pośrodku 

Dłoni, poruszając się duŜo szybciej niŜ zwykle. Kiedy osiągnął juŜ szczyt wierzchołka, spojrzał z 
nadzieją  na  drugą  stronę  wyspy.  Przez  chwilę  nie  mógł  uwierzyć,  Ŝe  horyzont  jest  pusty.  Był 
całkiem pewien, Ŝe zobaczy przyjaciół lub ich łódkę. JednakŜe niczego nie było widać. 

Zrozumiał  teraz,  jak  bardzo  się  niepokoi  o  losy  Boba,  Pete’a  i  nowego  kolegi,  Chrisa. 

Skonsternowany, osunął się na głaz. 

Po chwili, sapiąc głośno, nadszedł Jeff. 
—  Obeszliśmy  wszystkie  kąty  na  tej  wysepce  —  powiedział.  —  Musisz  przyjąć  do 

wiadomości, Ŝe chłopców tu nie ma. Pytanie, dokąd mogli się udać? 

Podniósł  mały  kawałek  skały  i  ze  złością  cisnął  go  w  dół.  Odłamek  wylądował  w  małej 

dziurze  przed  nimi,  odrobinę  się  potoczył  i  zniknął  w  innej  dziurze,  oddalonej  od  pierwszej  o 

background image

około dwadzieścia centymetrów. Po chwili usłyszeli w dole nikły plusk. 

Jupiter ledwo zwrócił na niego uwagę. 
—  Ma  pan  rację  —  powiedział.  —  Sądzę,  Ŝe  powinniśmy  przepatrzyć  wschodni  brzeg 

zatoki.  ChociaŜ  przyznaję,  Ŝe  zupełnie  nie  rozumiem,  dlaczego  moi  przyjaciele  zostawili  tutaj 
swoje ubranie. 

— Chodźmy — powiedział Jeff. — Moim zdaniem powinniśmy wezwać straŜ przybrzeŜną, 

by pomogła nam w poszukiwaniach. Za chwilę się ściemni i bez pomocy nie damy sobie rady. 

Jeff ruszył ku motorówce, a Jupiter za nim. Wiedział, Ŝe jego przyjaciele popadli w tarapaty. 

W wyobraźni słyszał ich głosy wołające o pomoc. Nie mógł odpowiedzieć, bo nie wiedział, skąd 
dochodzą. Słyszał je niemal tak, jakby... 

— Proszę poczekać! 
Jupiter  odwrócił  się  i  zaczął  biec  z  powrotem.  Nie  zwracał  uwagi  na  wołanie  Jeffa,  tylko 

dobiegł do małej szczeliny w skale, tej, która przebijała ją na wylot, i połoŜył się obok niej. 

— Bob! Pete! — krzyknął prosto do dziury. — Jesteście tam? Odpowiedziało mu milczenie. 

Serce  Jupitera  waliło  jak  młotem.  Zrozumiał,  Ŝe  wpadł  na  głupi  pomysł.  Skąd  jego  przyjaciele 
mieliby się wziąć pod wyspą? 

Nagle z dołu nadbiegła przytłumiona, ale wyraźna odpowiedź Pete’a. 
— Jupe! Jesteśmy zablokowani. Jeśli przypływ jeszcze się zwiększy, woda nas przykryje i 

się potopimy. Wydostań nas stąd! 

 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Jupiter wpada na pomysł 

 

Uwięzieni w jaskini chłopcy mocno trzymali się glonów porastających skalną półkę, gdyŜ w 

przeciwnym  wypadku  zmyłaby  ich  stamtąd  woda,  sięgająca  im  juŜ  do  ramion.  Jej  poziom 
szybko  się  podnosił.  Wkrótce  zostaną  zmuszeni  do  pływania;  będą  mogli  to  robić  tak  długo, 
dopóki woda nie dociśnie ich do kamiennego sklepienia. 

— Dlaczego tak się guzdrzą? — mruknął Pete, drŜąc lekko. 
Wydawało  się,  Ŝe  wieki  minęły  od  chwili,  gdy  przez  skalny  otwór  nieoczekiwanie  wpadł 

kamień i Bob zaczął wołać o pomoc. 

Kiedy  nie  otrzymał  odpowiedzi,  trzej  chłopcy  przeŜyli  potęŜne  rozczarowanie.  Musieli 

uznać,  Ŝe  kamień  stoczył  się  na  dół  sam,  Ŝe  nikt  go  nie  wrzucił.  JednakŜe  Bob  nie  zaniechał 
wydawania okrzyków, a koledzy dołączyli do niego i po jakimś czasie usłyszeli głos Jupitera. 

Potem odezwał się Jeff Morton. Nie od razu zrozumiał, co się stało. Kiedy juŜ wiedział, w 

jakim  połoŜeniu  znajdują  się  uwięzieni,  zawołał,  Ŝe  wkrótce  przybędzie  na  ratunek,  i  wraz  z 
Jupiterem oddalił się od szczeliny. 

Teraz  chłopcy  oczekiwali  obiecanej  pomocy.  Bob  trzymał  włączoną  latarkę,  mimo  Ŝe 

baterie  były  juŜ  na  wyczerpaniu,  gdyŜ  nawet  mdłe  światło  ułatwiało  im  przetrwanie  w 
ciemnościach. 

—  Słuchajcie!  —  powiedział  Chris.  —  Ani  słowa  o  złotych  dublonach.  Trzymamy  to  w 

tajemnicy, zgoda? 

— Dlaczego? — spytał Bob. — Musimy przecieŜ wyjaśnić, co robiliśmy na dole. 
— KaŜdy, kto ma sprzęt do nurkowania, zacznie penetrować jaskinię w poszukiwaniu złota 

— zaprotestował Chris. — Nie będziemy mieli szans, by tu wrócić i znaleźć więcej dublonów. 

— Jeśli o mnie chodzi — powiedział Bob — nigdy więcej nie zamierzam tu wracać. Raz na 

zawsze mam dosyć tej jaskini, Ŝeby nie wiem ile złota kryła jeszcze w sobie. Chętnie odstąpię je 
innym. 

—  To  jest  nas  dwóch,  którzy  myślą  tak  samo  —  poparł  Boba  Pete.  —  Poza  tym  i  tak 

uwaŜam,  Ŝe  znaleźliśmy  wszystko,  co  tu  było.  Moim  zdaniem  to  fale  przypływu  przyniosły 
monety do jaskini. 

—  Ale  moŜe  jest  ich  więcej  —  upierał  się  Chris.  —  Muszę  je  znaleźć.  To  moja  jedyna 

szansa,  by  zabrać  ojca  z  powrotem  do  Grecji.  W  końcu  co  my  mamy,  tylko  czterdzieści  czy 
pięćdziesiąt dublonów. O wieje za mało, zwłaszcza jeśli się nimi podzielimy. 

— No dobrze, moŜe uda nam się zatrzymać to w sekrecie — powiedział Bob. — Zrobimy to 

dla ciebie. Chyba masz rację, Ŝe w przeciwnym razie do jaskini zwalą się tłumy poszukiwaczy 
skarbu. 

—  Pete’a  Crenshawa  wśród  nich  nie  będzie  —  oznajmił  z  przekonaniem  Drugi  Detektyw. 

— Ale skoro ty, Chris, zamierzasz tu wrócić, powiemy innym, Ŝe znaleźliśmy monety w wodzie. 
Co zresztą jest zgodne z prawdą. Nie musimy dokładnie wyjaśniać, gdzie. 

— Ja dochowam tajemnicy — powiedział Chris. Ścisnął w dłoni woreczek z dublonami. — 

Nie  boję  się  wrócić  do  jaskini.  Taki  przypadek,  jak  nasz,  moŜe  się  zdarzyć  ponownie  nie 
wcześniej niŜ za milion lat. 

— Jeśli Jeff Morton się nie pospieszy, i tak będzie nam wszystko jedno — jęknął Pete. — 

Myślicie, Ŝe popłynął po straŜ przybrzeŜną? 

background image

—  Ktoś  musi  mu  pomóc  wyciągnąć  Ŝaglówkę  z  otworu  —  powiedział  Bob.  —  Jestem 

pewien, Ŝe sam sobie z tym nie poradzi. 

—  Ale  to  moŜe  zająć  wiele  godzin!  —  wykrzyknął  Pete,  chwytając  się  glonów,  kiedy 

kolejna fala zaczęła zmywać go ze śliskiej półki. — Wody przypływu zdąŜą zalać jaskinię. 

— Jupiter coś wymyśli — powiedział z nadzieją Bob. — Jest bezbłędny w nagłej potrzebie. 
— Chcę wierzyć, Ŝe masz rację — westchnął Chris. — Ale rzeczywiście coś długo ich nie 

ma. 

Tak  naprawdę  minął  dopiero  kwadrans  od  chwili,  gdy  Jeff  Morton  i  Jupiter  odeszli  od 

szczeliny i pobiegli do motorówki. Teraz kołysała się na jałowym biegu w odległości trzydziestu 
metrów od wyspy. Jupiter pilnował, Ŝeby się nie przemieszczała, a tymczasem Jeff pospiesznie 
wkładał ekwipunek płetwonurka. 

—  Zwariowani  smarkacze  —  mruczał,  mocując  paskiem  cięŜarki.  —  Jakie  licho  ich 

podkusiło, Ŝeby się tam pchać? 

— Jupiterze — zwrócił się do Pierwszego Detektywa — postaraj się utrzymać motorówkę 

dokładnie  w  tym  samym  miejscu.  Ja  schodzę  na  dół,  by  zorientować  się  w  sytuacji.  Mam 
nadzieję,  Ŝe  zdołam  wyciągnąć  Ŝaglówkę  z  wejścia  do  jaskini.  Wolałbym  nie  wzywać  straŜy 
przybrzeŜnej. 

NałoŜył  na  twarz  maskę,  chwycił  wodoszczelną  latarkę,  przewinął  się  przez  burtę  i 

zanurkował. 

Jupiter poczuł się bardzo osamotniony. W oddali widział łódki kierujące się z południowego 

krańca zatoki ku Fishingport, ale Ŝadna nie przepłynęła w pobliŜu niego. Czekał na wynurzenie 
się  Jeffa  i  czas  wlókł  się  niemiłosiernie.  Kiedy  wydało  mu  się,  Ŝe  minęła  godzina,  spojrzał  na 
zegarek. Okazało się, Ŝe było to jedynie pięć minut. Po następnych pięciu głowa Jeffa wynurzyła 
się  po  stronie  prawej  burty.  MęŜczyzna  wspiął  się  na  pokład.  Minę  miał  ponurą  i  był  mocno 
zaniepokojony. 

—  Ta  łódka  zatkała  wlot  do  jaskini  tak  szczelnie,  jak  korek  butelkę  —  powiedział.  — 

Chwyciłem  mocno  za  liny  i  pociągnąłem,  ale  nie  mogłem  jej  ruszyć  z  miejsca.  To  zadanie  dla 
straŜy przybrzeŜnej.  Potrzebny jest płetwonurek  z łomem,  który albo rozbije łódkę na  kawałki, 
albo ją podwaŜy. 

Jupiter popatrzył na Jeffa w napięciu. 
— Czy taka operacja nie zajmie zbyt wiele czasu? Na przykład kilku godzin? — spytał. 
Jeff wolno pokiwał głową. 
— Tak. Wiem, co masz na myśli. Nim nadejdzie pomoc, jaskinia cała wypełni się wodą. Ale 

nie mam pojęcia, co innego moŜna zrobić. Gdyby ta szczelina była większa, spuścilibyśmy linę i 
wyciągnęlibyśmy chłopców. Ale nie jest. 

Jupiter  skubał  wargę,  co  zawsze  pomagało  mu  w  myśleniu.  Teraz  było  tak  samo.  Nagle 

zaświtał mu w głowie pewien pomysł. 

— JuŜ wiem, co trzeba zrobić! — zawołał. — MoŜe uda nam się wyciągnąć łódkę z wylotu. 
— W jaki sposób? — zdziwił się Jeff. 
—  Za  pomocą  motorówki!  —  odparł  triumfalnie  Jupiter.  —  Mamy  silnik  o  duŜej  mocy, 

kotwicę  i  wiele  metrów  liny.  Moglibyśmy  zahaczyć  kotwicą  o  Ŝaglówkę,  zwiększyć 
maksymalnie obroty i... 

— JuŜ rozumiem! — zawołał Jeff.. — Na Boga, to moŜe zadziałać. Bierzmy się do roboty. 
Jeff odczepił kotwicę i przeniósł ją z dziobu na rufę. Potem przywiązał jeden koniec liny do 

metalowego ucha i wyrzucił kotwicę za burtę, przez cały czas luzując linę. 

— Trzydzieści metrów powinno wystarczyć! — stwierdził. — Teraz zejdę na dno i zahaczę 

background image

kotwicą o Ŝaglówkę. Kiedy trzy razy szarpnę liną, podpłyń do przodu, aŜ lina się napręŜy. Potem 
powoli zwiększaj obroty silnika. Ja zostanę na dole, by pomóc wypchnąć Ŝaglówkę z wejścia. 

Jeśli  najpierw  poczujesz  opór,  a  potem  lina  zacznie  być  elastyczna,  będzie  to  znaczyło,  Ŝe 

udało się wyciągnąć Ŝaglówkę. Podpłyń do przodu mniej więcej trzydzieści metrów, odczep linę 
kotwiczną i wróć na poprzednie miejsce. Ja popłynę do jaskini i wyprowadzę z niej chłopców. 

Jeśli jednak najpierw poczujesz szarpnięcie, a potem nagle lina zacznie luźno zwisać, będzie 

to sygnał, Ŝe kotwica puściła. Wtedy zatrzymaj się i czekaj na mnie. Módl się jednak, Ŝeby udało 
nam się za pierwszym razem. 

Jeff zsunął się za burtę i ponownie zanurkował w głębinę. Jupiter czekał z bijącym sercem, 

trzymając  w  ręku  linę.  Poczuł,  Ŝe  lekko  się  napina,  ale  to  tylko  Jeff  wyciągnął  kotwicę  z 
piaszczystego  dna  i  wlókł  ją  w  pobliŜe  wylotu  do  jaskini.  Minęła  jedna  minuta,  potem  dwie  i 
nagle  Jupiter  poczuł  trzy  ostre  szarpnięcia.  Ruszył  łodzią  do  przodu,  aŜ  lina  całkiem  się 
napręŜyła, i zwiększył obroty silnika. Silnik zaczął ryczeć, śruba młóciła wodę, ale motorówka 
stała w miejscu. Jupiter jeszcze bardziej zwiększył obroty, choć serce mu podchodziło do gardła 
na myśl, Ŝe kotwica moŜe rozedrzeć burtę Ŝaglówki puścić. 

Motorówka  drgnęła  i  bardzo  powoli  zaczęła  się  posuwać  do  przodu.  Wlokła  po  dnie 

ogromny cięŜar i wydawało się, Ŝe za chwilę zabraknie mocy silnika i łódka stanie. Ale jakimś 
cudem  pokonywała  kolejne  metry.  Najpierw  sześć...  potem  piętnaście...  w  końcu  było  ich 
trzydzieści! 

Gdyby Jupiter nie był tak pochłonięty pracą, zacząłby krzyczeć z radości. Ustawił silnik na 

jałowym  biegu  i  szwajcarskim  scyzorykiem,  otrzymanym  niegdyś  w  nagrodę,  odciął 
przywiązany  do  rufy  koniec  liny  kotwicznej,  która  ześliznęła  się  do  wody.  Jupiter  wrzucił 
wsteczny bieg i pomału wrócił motorówką na poprzednie miejsce. 

Czekał i próbował sobie wyobrazić, co dzieje się pod wodą. Wylot jaskini jest juŜ otwarty. 

Jeff  wpływa  do  niej.  Znajduje  trzech  uwięzionych.  KaŜe  im  wypłynąć  z  jaskini  i  potem  na 
powierzchnię. Za minutę lub dwie... 

TuŜ za rufą wynurzyła się z wody głowa jednego z chłopców. Był to Chris Markos. Ściągnął 

z  twarzy  maskę  i  gwałtownie  wypuścił  powietrze  z  płuc.  Podpłynął  do  motorówki,  chwycił 
dłonią burtę i przerzucił przez nią coś cięŜkiego, co z brzękiem wylądowało u stóp Jupitera. 

—  Ukryj  to,  Jupe!  —  wydyszał.  —  Znaleźliśmy  skarb,  ale  nikomu  o  tym  nie  mówimy. 

Przynajmniej na razie. Potem ci wszystko wytłumaczę. 

Jupiter schował mokry woreczek w najlepszy sposób, jaki mu naprędce przyszedł do głowy. 

Po prostu usiadł na nim. 

—  Rany!  —  powiedział  Chris,  kiedy  juŜ  bezpieczny  odpoczywał  w  motorówce.  — 

Naprawdę się baliśmy, Ŝe nie zdąŜycie nas wydostać stamtąd na czas. Bob i Pete zjawią się za 
chwilę. 

Właśnie na powierzchni pokazała się głowa Boba, a zaraz po niej Pete’a. 
— Nie masz pojęcia, jak nas ucieszył dźwięk waszych głosów tam na górze — powiedział 

Pete, kiedy juŜ wraz z Bobem wgramolił się do motorówki. 

— Jeff jest na nas wściekły — dodał Bob. — Wcale mu się nie dziwię. 
— Mój ojciec teŜ się wścieknie, kiedy się o wszystkim dowie — wtrącił płaczliwym tonem 

Pete. — Jednak warto było zaryzykować, bo znaleźliśmy skarb. Niewielki, ale zawsze coś. Chris 
ci powiedział? 

— Siedzę na tym skarbie. Później opowiecie mi wszystko szczegółowo. 
— Czuję, Ŝe dostaniemy za swoje — westchnął Bob, ściągając z siebie ekwipunek. — Ale 

to właściwie nie była nasza wina. Najpierw ktoś zatopił Ŝaglówkę Chrisa, potem... 

background image

—  Wraca  Jeff  Morton  —  przerwał  koledze  Jupiter.  —  Będzie  chciał  usłyszeć,  co  się 

wydarzyło. 

Jeff  wynurzył  się  na  powierzchnię  tuŜ  za  rufą  motorówki.  W  dłoni  trzymał  odcięty 

poprzednio  przez  Jupitera  koniec  liny  kotwicznej.  Jupiter  chwycił  go  i  przywiązał  do 
metalowego ucha, a Jeff podpłynął do stopni i wspiął się na pokład. 

Ś

ciągnął  maskę  i  powoli  pozbył  się  cięŜarków  i  butli  z  tlenem.  Potem  popatrzył  na 

siedzących w milczeniu chłopców. 

—  No  tak  —  odezwał  się  w  końcu.  —  Cieszę  się,  Ŝe  nic  wam  się  nie  stało.  Bardzo  się 

cieszę. To nie zmienia faktu, Ŝe zachowaliście się lekkomyślnie i w związku z tym znaleźliście 
się w niebezpieczeństwie.. 

— Ale... — zaczął Bob. Był pewien, Ŝe jeśli zdoła wyjaśnić, jak do tego doszło, Jeff Morton 

zrozumie,  Ŝe  gdyby  nie  podwodny  prąd,  który  wklinował  Ŝaglówkę  w  wylot  jaskini,  wyprawa 
skończyłaby się w porę i bezpiecznie. 

Jeff uniósł dłoń. 
— Nie chcę słuchać Ŝadnych wyjaśnień. Fakty mówią same za siebie. Kiedy poinformuję o 

zajściu Harry’ego Norrisa i pana Crenshawa, jestem pewien, Ŝe zgodzą się ze mną, iŜ koniec z 
waszym  nurkowaniem,  chłopaki.  Ten  pomysł  z  filmem  o  młodych  poszukiwaczach  skarbu  od 
początku niezbyt mnie przekonywał. Moim zdaniem woda w zatoce nie jest dość przejrzysta, by 
podwodne zdjęcia dobrze wyszły. Mam nadzieję, Ŝe teraz inni przyznają mi rację. 

Jeff  Morton  zamilkł  na  chwilę  dla  nabrania  oddechu,  ale  było  jasne,  Ŝe  ma  coś  więcej  do 

powiedzenia. Tym razem zwrócił się tylko do Chrisa. 

— Myślę, Ŝe przynajmniej jeden  kłopot  mamy  z  głowy  — powiedział  groźnym tonem. — 

JuŜ  wiemy,  kto  kradł  i  niszczył  nasz  sprzęt.  Ostatniej  nocy  włamano  się  do  przyczepy  z 
wyposaŜeniem. Ktoś wszedł do niej przez maleńkie okienko, przez które mógłby się przecisnąć 
jedynie  drobnej  budowy  chłopiec.  Skradzione  zostały  dwa  obiektywy,  warte  prawie  tysiąc 
dolarów. Odkryłem ich brak — i znalazłem coś jeszcze. Coś, co złodziej niechcący upuścił. 

Jeff spojrzał surowo na Chrisa. 
—  Na  miejscu  przestępstwa  znalazłem  twój  nóŜ.  Nikt  oprócz  ciebie  nie  prześliznąłby  się 

przez tamto okienko. 

Poinformowałem  o  incydencie  komendanta  Nostigona  i  zaraz  po  powrocie  do  Fishingport 

odstawię cię na posterunek. Obawiam się, Ŝe powędrujesz prosto do więzienia. 

 

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Jupiter rozwiązuje zagadkę 

 

— Chłopaki, podpadliśmy — westchnął Bob. 
— Podpadliśmy, a Chris trafił do więzienia — oświadczył ponurym tonem Pete. —  Moim 

zdaniem nie ukradł obiektywów. Co o tym sądzisz, Jupe? 

Jupiter  nie  odpowiedział.  Siedział  zamyślony  na  kanapie  w  salonie  pani  Barton.  Dawno 

minęło  południe,  za  oknami  lało.  Pan  Crenshaw  zabronił  chłopcom  opuszczania  domu, 
wygłaszając  przedtem  surowy  wykład  na  temat  nieodpowiedzialnego  zachowania,  jakim  się 
popisali poprzedniego dnia. 

—  Jupe!  —  Pete  podniósł  głos.  —  Powiedziałem,  Ŝe  nie  wierzę,  Ŝeby  to  Chris  ukradł  te 

obiektywy. A ty? 

Jupiter zakaszlał. Przeziębienie ciągle mu dokuczało. 
—  Ja  teŜ  nie.  Intuicja  mi  podpowiada,  Ŝe  nie  jest  typem  krętacza  i  złodzieja.  Po  prostu 

pozory świadczą przeciwko niemu. Ten jego nóŜ znaleziony na miejscu przestępstwa... Dziwna 
sprawa. 

— Sam mówił, Ŝe zgubił go dwa dni temu — przypomniał Bob. 
—  I  oczywiście  nikt  mu  nie  wierzy  —  Jupiter  ponownie  zaniósł  się  kaszlem.  —  Wszyscy 

woleliby uznać, Ŝe tajemnica Wyspy Szkieletów została rozwiązana, więc przyjęli za pewnik, Ŝe 
to Chris jest złodziejem. Dorośli często tak postępują. 

—  A  jak  wygląda  prawda?  —  wymamrotał  Bob.  —  W  końcu  jesteśmy  detektywami  i 

powinniśmy przynajmniej próbować to odgadnąć. 

— Prawdą jest to, Ŝe komuś zaleŜy, Ŝeby nikt się nie kręcił po Wyspie Szkieletów. Wczoraj 

to zrozumiałem — poinformował kolegów Jupiter. —Pytanie tylko, dlaczego mu zaleŜy? 

Jupiter zamilkł, gdyŜ rozległ się dzwonek u drzwi wejściowych. Usłyszeli kroki pani Barton, 

która  poszła  otworzyć.  Przez  uchylone  drzwi  salonu  Trzej  Detektywi  mogli  zobaczyć,  Ŝe  do 
pensjonatu  wkroczył  komendant  Nostigon.  Z  jego  peleryny  kapały  na  podłogę  krople  wody. 
Zdjął ją i powiesił na wieszaku. 

—  Witajcie,  chłopcy  —  odezwał  się,  wchodząc  do  salonu.  Pani  Barton  wsunęła  się  tuŜ  za 

nim. — Chciałbym porozmawiać sam na sam z tymi kawalerami, jeśli nie ma pani nic przeciwko 
temu — zwrócił się do właścicielki pensjonatu. 

—  Oczywiście,  panie  komendancie.  —  Pani  Barton  podreptała  do  kuchni,  a  komendant 

usiadł i powoli zapalił cygaro. 

— Sprawy waszego kolegi Chrisa wyglądają bardzo źle — zaczął bez Ŝadnych wstępów. — 

Wszczęliśmy  poszukiwania  i  znaleźliśmy  skradzione  obiektywy  w  małej  drewutni  na  tyłach 
chaty rybackiej, w której mieszka on wraz z ojcem. 

— Chris niczego nie ukradł! — zaprotestował gorąco Bob. — Jesteśmy tego pewni. 
—  Być  moŜe  —  zgodził  się  komendant.  —  Ale  dowody  świadczą  przeciwko  niemu. 

Wszyscy wiedzą, Ŝe rozpaczliwie próbuje zdobyć fundusze na powrót ojca do Grecji. 

— Wcale nie musi kraść w tym celu! — wykrzyknął Pete. — Ma juŜ pieniądze i w dodatku 

szansę, Ŝe znajdzie ich więcej. 

—  Ciekawe...  —  Komendant  popatrzył  przeciągle  na  chłopców.  —Co  to  moŜe  znaczyć: 

znajdzie więcej? 

Pete zrozumiał, Ŝe się niepotrzebnie wygadał, i zamilkł. 

background image

— Chłopaki — ciągnął komendant — lubię Chrisa i chcę mu pomóc. A teraz niech któryś z 

was  opowie  mi  dokładnie,  co  się  wczoraj  wydarzyło.  Chyba  rozumiem,  czemu  trzymacie  to  w 
tajemnicy.  Gdyby  się  rozeszła  wieść,  Ŝe  znaleźliście  coś  cennego,  Wyspę  Szkieletów  w  mig 
opanowaliby łowcy skarbów. Jednak mnie powinniście zaufać, gdyŜ być moŜe będę mógł pomóc 
małemu Chrisowi. Tak więc oczekuję pełnej relacji. 

Chłopcy wahali się, aŜ w końcu Jupiter podjął decyzję. 
— Dobrze, proszę pana, zaraz wszystko opowiemy. Pete, przynieś tę brezentową sakiewkę. 
Pete poszedł na górę i po chwili wrócił z wypchanym Chrisowym woreczkiem. Wytrząsnął 

jego  zawartość  na  kanapę.  Na  poduszki  wysypało  się  z  cichym  brzękiem  coś  koło  czterdziestu 
czy pięćdziesięciu błyszczących dublonów. 

Komendant Nostigon szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. 
— Na Boga! — zawołał. — ToŜ to prawdziwy skarb piratów. I Chris go znalazł? 
— Wraz z Bobem i Pete’em — uściślił Jupiter. — W podwodnej jaskini pod Dłonią. Chris 

chce tam wrócić i jeszcze się rozejrzeć. Dlatego trzymamy całą sprawę w tajemnicy. 

— Rozumiem... —  Komendant podrapał się po  brodzie. — MoŜecie na  mnie polegać. Nie 

pisnę nikomu ani słowa. 

—  Sam  więc  pan  rozumie,  Ŝe  Chris  nie  musi  niczego  kraść  —  powiedział  z  Ŝarliwym 

przekonaniem Bob. — Ma pieniądze i będzie ich miał jeszcze więcej. 

—  Obawiam  się  jednak,  Ŝe  to  Ŝaden  dowód  —  odparł  komendant  policji.  —  Dublony 

zostały  znalezione  juŜ  po  dokonaniu  kradzieŜy.  Wynosząc  z  przyczepy  obiektywy,  Chris  nie 
wiedział, Ŝe zdobędzie jakieś pieniądze. To znaczy, Ŝe pozory nadal świadczą przeciwko niemu. 

Niestety była to prawda i Bob aŜ się skrzywił, kiedy to zrozumiał. Pete z desperacją wcisnął 

dłonie do kieszeni. Jupiter zaczął kaszleć. Potem wydmuchał nos i odezwał się: 

— Przepraszam, panie komendancie, Ŝe się wtrącam. Zdaniem panów Crenshawa i Norrisa 

oraz  Jeffa  Mortona  zagadka  Wyspy  Szkieletów  została  rozwiązana:  to  Chris  przysparzał  im 
kłopotów. Jestem jednak pewien, Ŝe się mylą. Sprawcą jest kto inny; ktoś, o kim nic nie wiemy. 
Przyjrzyjmy się faktom od początku. Zacznijmy od... 

W tym momencie do saloniku weszła pani Barton. 
— Kolacja gotowa, chłopcy — powiedziała. — Och, nie wiedziałam, Ŝe pan jeszcze z nimi 

rozmawia — zaczęła się sumitować na widok komendanta. — Proszę sobie nie przeszkadzać. 

JuŜ  ruszała  w  stronę  drzwi,  kiedy  jej  uwagę  przyciągnęły  złote  krąŜki  leŜące  na  kanapie. 

Oczy zrobiły jej się okrągłe jak spodki. Truchcikiem pospieszyła do holu, chwyciła za telefon i 
po chwili rozmawiała z kimś przyciszonym głosem. 

—  Ello  May,  czy  moŜesz  to  sobie  wyobrazić?  —  szeptała  podekscytowana.  —  Ci  młodzi 

chłopcy,  którzy  u  mnie  zamieszkali,  naprawdę  przyjechali  po  to,  by  pomóc  w  poszukiwaniu 
skarbów.  Skąd  o  tym  wiem?  Na  własne  oczy  widziałam  wielki  stos  złotych  monet,  które 
znaleźli. Tak, z pewnością na Wyspie Szkieletów. Na Boga, nie wiem dokładnie, ile tego było, 
ale wyglądało, Ŝe sporo. Prawdopodobnie to tylko ich udział. ZałoŜę się, Ŝe jest duŜo więcej. 

OdłoŜyła słuchawkę i zaczęła nakręcać kolejny numer. 
Chłopcy, nieświadomi, Ŝe wieść o ich znalezisku zdąŜyła roznieść się po miasteczku, nadal 

byli  pogrąŜeni  w  rozmowie  z  komendantem  Nostigon’em.  Jupiter  przedstawiał  w  zarysie 
wszystkie  zdarzenia  związane  z  Wyspą  Szkieletów.  Na  początku  wspomniał,  Ŝe  strach  przed 
zjawą przez wiele  lat trzymał ludzi z dala od tej wyspy.  Potem mówił o kłopotach, jakie  ekipa 
filmowa miała od pierwszych chwil, kiedy rozbiła tam obóz. Ponownie opowiedział o tym, jak 
został  wraz  z  Bobem  i  Pete’em  wysadzony  na  bezludnej  wyspie  zaraz  pierwszej  nocy  po 
przyjeździe do Melville. Poinformował komendanta o ostrzeŜeniu, które otrzymał poprzedniego 

background image

dnia  od  chudego,  wysokiego  męŜczyzny  z  tatuaŜem  na  ręce.  Szef  policji  tylko  drapał  się  po 
brodzie. 

— To mógł być Bill Ballinger — powiedział. — Dziwne, bardzo dziwne. Opowiadaj dalej, 

chłopcze. 

Jupiter  opisał,  w  jaki  sposób  została  staranowana  i  zatopiona  Ŝaglówka  Chrisa  i  zakończył 

swą opowieść pytaniem: 

—  Panie  komendancie,  czyŜ  nie  wydaje  się  panu,  Ŝe  cel  tych  działań  jest  całkiem 

oczywisty?  Chodzi  o  to,  by  ludzie  trzymali  się  z  dala  od  Wyspy  Szkieletów.  Najpierw  była 
historia o duchu. Miejscowi bali się go i nie odwiedzali wyspy. Potem, kiedy pojawili się na niej 
filmowcy, nieznani sprawcy zaczęli ich nękać, by się jak najszybciej wynieśli. 

A  kiedy  rozniosła  się  wieść  o  naszym  przyjeździe,  ktoś  musiał  uznać  nas  za  jakieś  waŜne 

osoby.  Sam  Robinson  otrzymał  polecenie,  Ŝeby  nas  wysadzić  na  Dłoni.  Ci,  którzy  je  wydali, 
liczyli na to, Ŝe przeraŜeni weźmiemy nogi za pas i wrócimy, skąd przyjechaliśmy. 

Pozostaliśmy  jednak  w  Fishingport  i  wobec  tego  ostrzeŜono  mnie,  Ŝe  jesteśmy  tutaj 

niepoŜądani i mamy się zabierać z powrotem do Hollywoodu. Niemal w tym samym czasie ktoś 
zatopił łódkę Chrisa, by nie mógł on pływać wokół Wyspy Szkieletów. A jakby tego było mało, 
nieznany sprawca ukradł obiektywy i podrzucił na miejscu przestępstwa nóŜ naszego greckiego 
kolegi,  by  wskazać  na  niego  jako  winowajcę.  Wiedział,  Ŝe  chłopak  trafi  do  więzienia. 
Reasumując: komuś bardzo zaleŜy na tym, aby nikt się nie zbliŜał do Wyspy Szkieletów. Mam 
rację? 

— Wygląda na to, Ŝe tak — odparł komendant. — Muszę to rozwaŜyć. Jeśli o mnie chodzi, 

chciałbym uwolnić Chrisa, a doktor Wilbur gotów jest złoŜyć za niego kaucję, ale sędzia Harvey, 
który musi podpisać stosowne dokumenty, właśnie wyjechał słuŜbowo. Do jego powrotu nic nie 
moŜemy zrobić. Postaram się jednak, by Chris jak najszybciej znalazł się na wolności. 

Po  tych  słowach  komendant  poŜegnał  się  i  opuścił  pensjonat.  Pete  pospiesznie  wsypał 

monety z powrotem do woreczka i zaniósł go na górę, by schować pod własnym materacem. 

Kiedy  zszedł  na  dół,  kolacja  czekała  juŜ  na  stole.  Pani  Barton  obsługiwała  chłopców, 

uśmiechając się domyślnie. W końcu nie wytrzymała dłuŜej i powiedziała z wyrzutem: 

— Niedobrzy młodzi ludzie oszukali mnie. Zaprzeczali, jakoby mieli przyjechać na Wyspę 

Szkieletów, by pomagać w poszukiwaniu skarbu. 

Trzej przyjaciele spojrzeli na nią ze zdziwieniem. 
— Ale my naprawdę, pani Barton... — zaczął Jupiter. 
—  Sama  widziałam  ten  wielki  stos  monet,  które  pokazywaliście  komendantowi!  — 

zawołała.  —  Wcale  nie  zamierzałam  szpiegować,  ale  kiedy  weszłam  do  saloniku,  leŜały  na 
kanapie. Ach, jakieŜ to ekscytujące! 

Chłopcy popatrzyli na siebie z przeraŜeniem. 
— Czy mówiła pani o tym komuś? — spytał Jupiter. 
—  Tylko  moim  trzem  najlepszym  przyjaciółkom  —  odparła.  —  Nie  mogłam  się 

powstrzymać, widok monet tak bardzo mnie podniecił. Ile ich było? 

— Mniej, niŜ się pani spodziewa —  powiedział Jupiter. —  I  wcale  nie  znaleźliśmy ich  na 

Wyspie Szkieletów. 

— Teraz juŜ mnie nie oszukacie, młodzieńcy! — Pani Barton pogroziła im palcem. — Jutro 

tuŜ  po  wschodzie  słońca  będziecie  mieli  na  wyspie  liczne  towarzystwo.  Wielu  ludzi  popłynie 
tam.  KaŜdy  z  nadzieją,  Ŝe  znajdzie  skarb.  Oj,  tak,  tak.  Sama  bym  się  wybrała,  gdybym  była 
trochę młodsza i Ŝwawsza. Przykro mi to mówić, ale miejscowi krzywo patrzą na was, obcych. 
Przyjechaliście szukać skarbu na  Wyspie Szkieletów, podczas gdy w miasteczku panuje bieda i 

background image

wszyscy rozpaczliwie potrzebują pieniędzy. 

Gospodyni zaczęła zbierać ze stołu naczynia. 
— Ale po co ja tyle gadam — zreflektowała się. — Jak juŜ zacznę, to terkoczę jak karabin 

maszynowy. 

Poszła do kuchni, zostawiając w salonie przygnębionych chłopców. 
—  Tego  jeszcze  brakowało!  —  zawołał  Pete.  —  Pół  miasta  zwali  się  jutro  na  Wyspę 

Szkieletów. Teraz juŜ ekipa nigdy nie skończy tego filmu. I to z naszej winy. 

— Masz rację, przyjacielu — powiedział Bob. — Wkrótce wpadnie tu twój tata. Co mamy 

mu powiedzieć? 

— Prawdę — odparł Pete. — Zgadzasz się, Jupe? 
—  Zgadzam  —  potwierdził  Pierwszy  Detektyw.  —~  Mam  jednak  pewien  pomysł. 

Pozwólcie mi się chwilę zastanowić. 

Jupiter  się  zastanawiał,  a  Pete  i  Bob  bezmyślnie  przerzucali  kartki  jednego  z  czasopism, 

które leŜały w salonie. 

Niedługo  po  zapadnięciu  zmroku  przyjechali  pan  Crenshaw  i  Harry  Norris.  Oznajmili,  Ŝe 

Roger Denton wróci następnego ranka i za dzień lub dwa zacznie się kręcenie zdjęć na wyspie. 
JednakŜe  zrezygnowano  z  krótkometraŜowego  filmu  o  chłopcach  poszukujących  skarbu. 
Argumenty Jeffa Mortona przewaŜyły. 

W innych okolicznościach chłopcy czuliby się głęboko rozczarowani, ale tym razem mieli o 

czym myśleć i wobec tego nie zaprzątali sobie dłuŜej głowy niedoszłym występem. 

Powiedzieli  panom  Crenshawowi  i  Norrisowi,  co  się  stało,  i  obaj  męŜczyźni  jęknęli  z 

przeraŜenia. 

— To zniweczy wszystkie nasze plany! — krzyknął pan Crenshaw. 
—  Poszukiwacze  skarbów  zaleją  nas  jak  szarańcza.  Nikogo  nie  przekonamy,  Ŝe  nie 

przyjechaliśmy tu po ukryte złoto piratów. 

—  Mam  pewien  pomysł,  jak  uratować  sytuację  —  powiedział  wolno  Jupiter.  —  Dlaczego 

by nie sfilmować tych ludzi, którzy przypłyną łódkami na wyspę i rozbiegną się po niej, szukając 
skarbów?  Moglibyście  panowie  nakręcić  krótkometraŜówkę,  zatytułowaną  na  przykład 
„Gorączka  złota”.  Nigdy  nie  zdołalibyście  wynająć  tylu  statystów,  ilu  potrzeba  do  takich  scen, 
ale ludzie będą tutaj napływać z własnej woli i moŜe wyjść z tego całkiem zabawny filmik. 

Harry Norris namyślał się przez chwilę. 
—  Niegłupi  pomysł  —  przyznał.  —  Jeszcze  się  okaŜe,  Ŝe  całe  zamieszanie  obróci  się  na 

naszą korzyść. Powiedzmy, Ŝe pokazujemy kogoś, kto znajduje skarb. Wieść roznosi się wkoło, 
całe  miasto  przypływa,  by  to  zobaczyć,  kręcimy  ujęcia,  jak  ludzie  rozkopują  ziemię...  Tak  — 
zwrócił  się  do  ojca  Pete’a  —  to  moŜe  się  udać.  Trzeba  tylko  zorganizować  to  wszystko. 
Proponuję, Ŝebyśmy... 

Harry szybko streścił swój plan, w jaki sposób przejąć kontrolę nad poszukiwaczami skarbu. 
— Zamiast powstrzymywać ludzi od przypłynięcia na wyspę, zaprosimy ich! Zwrócimy się 

do  doktora  Wilbura,  który  poprzez  lokalną  rozgłośnię  zachęci  tutejszych  mieszkańców,  by 
przybyli  tu  jutro  i  kopali.  Powiemy,  Ŝe  nie  wierzymy  w  Ŝaden  skarb,  ale  chcemy,  Ŝeby  kaŜdy 
mógł sam się rozejrzeć i o tym przekonać. Zafundujemy nagrodę w wysokości pięciuset dolarów 
do wygrania na loterii, która odbędzie się wieczorem. Warunkiem wzięcia udziału w losowaniu 
będzie wpisanie się poszukiwacza na listę i podpisanie zobowiązania, Ŝe nie uszkodzi karuzeli i 
kolejki górskiej. 

Wieczorem wydamy wielką ucztę na świeŜym powietrzu i wylosujemy nagrodę. Przez cały 

czas  będziemy  filmować  te  oszalałe  tłumy  kopaczy  i  rzeczywiście  moŜemy  zebrać  ciekawy 

background image

materiał  do  zmontowania  krótkometraŜówki,  zatytułowanej  tak,  jak  to  proponował  Jupiter. 
Kiedy juŜ cała zabawa się skończy, ludzie wreszcie się przekonają, Ŝe na Wyspie Szkieletów nie 
ma skarbów, i zostawią nas w spokoju. Wtedy będziemy mogli skończyć nasz właściwy film. 

— Sądzę, Ŝe to wypali — powiedział pan Crenshaw. — Wracajmy teraz do hotelu. Trzeba 

zadzwonić  do  Filadelfii  do  Dentona.  Wy,  chłopaki  —  zwrócił  się  do  Trzech  Detektywów  — 
zostajecie na miejscu i maszerujecie do łóŜek. Jutro moŜecie przypłynąć na wyspę, by obejrzeć 
całe widowisko. Jednak dość pakowania się w jakiekolwiek kłopoty! 

— Ale co do Chrisa, tato... — zaczął Pete. 
—  Kilka  dni  w  odosobnieniu  będzie  dla  niego  dobrą  nauczką  —  odparł  jego  ojciec.  — 

Chodźmy, Norris. 

Obaj męŜczyźni pospiesznie opuścili pensjonat. Chłopcy znowu popadli w przygnębienie. 
— Kurczę, myślałem,  Ŝe uda nam się przekonać ich, Ŝe Chris jest niewinny — powiedział 

Pete. — Nawet nie chcieli słuchać. 

— Kiedy dorośli raz sobie coś wbiją do głowy, nie lubią, by ktoś młody ich przekonywał, Ŝe 

nie mają racji — zauwaŜył Bob. — W kaŜdym razie dzięki twojemu pomysłowi, Jupe, jutrzejszy 
dzień nie będzie całkiem zmarnowany. 

Jupiter nic na to nie odpowiedział. Znowu głęboko się zamyślił. 
— Nie przeszarŜuj z tym myśleniem, bo przepalisz bezpieczniki —zaŜartował Pete. 
Jupiter zakaszlał głośno. Potem na jego okrągłej twarzy pojawił się wyraz satysfakcji. 
— Coś ci wpadło do głowy? — spytał Bob. 
—  Chyba  wydedukowałem,  dlaczego  udało  wam  się  znaleźć  złote  dublony  w  tej  ukrytej 

jaskini pod Dłonią — odparł. 

— Naprawdę? — niemal krzyknął Pete. — Opowiedz, tylko krótko, bo nie ma czasu. 
—  Bob,  zajrzyjmy  do  twoich  notatek  —  poprosił  Jupiter.  —  Chciałbym  jeszcze  raz 

przeczytać ten fragment o ostatnim starciu Jednouchego z Anglikami. 

Wszyscy trzej pobiegli na górę. Bob szybko odnalazł potrzebny ustęp. Przeczytał na głos o 

tym, jak to dawnymi czasy przywódca piratów został zaskoczony nocą przez angielskie wojsko. 
Uciekł  wraz  ze  skrzynką  pieniędzy,  był  ścigany  i  wylądował  na  Dłoni.  W  ciemnościach  udało 
mu się wymknąć pogoni, ale kiedy nastał dzień, Ŝołnierze otoczyli go i pojmali. 

JednakŜe  skrzynka,  w  której  spodziewali  się  znaleźć  skarb,  okazała  się  pusta.  Anglicy 

zrozumieli, Ŝe Jednouchy wysypał jej zawartość za burtę, aby nie wpadła w ich ręce. Nie zdołali 
go  skłonić,  by  zdradził,  w  którym  dokładnie  miejscu  to  uczynił.  Jedyne,  co  powiedział,  to: 
„Diabeł morski trzyma w garści moje złote dublony i nikt ich nie zobaczy dopóty, dopóki on sam 
ich nie odda”. 

— No? — spytał Bob. 
— Nie rozumiesz? — zdziwił się Jupiter. — Gdyby Jednouchy po prostu wysłał dublony za 

burtę, powiedziałby, Ŝe diabeł morski ma je u siebie. On jednak wspomniało garści. Z czym ci 
się to kojarzy? 

— Z dłonią! — krzyknął podniecony Bob. — Jupe, myślisz, Ŝe... 
— Tak. To jedyne logiczne wytłumaczenie. Kiedy Jednouchy zrozumiał, Ŝe nie zdoła uciec, 

wsypał  całe  skradzione  złoto  do  szczeliny.  Potem  draŜnił  Anglików  mówiąc,  Ŝe  diabeł  morski 
trzyma  je  w  garści.  Miał  na  myśli  to,  Ŝe  znajduje  się  ono  wewnątrz  Dłoni.  Nawet  gdyby 
wrogowie  pirata  zrozumieli  znaczenie  jego  słów,  i  tak  nie  zdołaliby  wydobyć  monet.  Przez 
wszystkie te lata leŜały więc ukryte pod wodą. 

—  Wobec  tego  musi  ich  tam  być  więcej!  —  zawołał  Pete.  —  Chris  miał  rację.  W  jaskini 

moŜe być prawdziwa fortuna! 

background image

—  Nie  sądzę  —  powiedział  Jupiter.  —  Pamiętaj,  Ŝe  pirat  wsypywał  monety  luzem.  Przez 

trzy stulecia morze miało dość czasu, by zagrzebać je głęboko lub pozwolić prądom poroznosić 
je po całej zatoce. Być  moŜe  leŜy  w piasku  jeszcze  kilka dublonów, ale raczej niewiele. Udało 
wam się znaleźć to, co zostawił ocean. 

—  Zawsze  tak  logicznie  rozumujesz  —  westchnął  Pete.  —  Obawiam  się,  Ŝe  masz  rację. 

JednakŜe dobrze Ŝyczę Chrisowi i dlatego mam nadzieję, Ŝe zdoła znaleźć duŜo więcej monet i 
będzie mógł zabrać ojca do Grecji. 

Wzmianka o  Chrisie przypomniała chłopcom jego niewesołe połoŜenie  i  znowu popadli w 

ponury nastrój. Nic jednak nie mogli zrobić, więc połoŜyli się spać. 

Pete  i  Bob  zasnęli  natychmiast,  Jupiter  jednak  przewracał  się  z  boku  na  bok.  Jego  umysł 

pracował  teraz  ze  szczególną  ostrością.  Pozostała  do  rozwiązania  jeszcze  jedna  zagadka.  Był 
pewien, Ŝe zna wszystkie fakty, naleŜało je tylko właściwie poskładać. 

Myślał o starym piracie Jednouchym, który wystawił Anglików do wiatru, wsypując monety 

do  szczeliny  w  skale.  Niespodziewanie  przypomniał  mu  się  fragment  niemal  zapomnianej 
rozmowy. Wrócił myślami do niej i nagle wszystko stało się jasne. 

—  O  to  chodziło!  —  wykrzyknął,  siadając  na  łóŜku.  —  Dziesięć  lat!  Wtedy  to  się  stało. 

Bob, Pete, wstawajcie! 

Dwaj Detektywi obudzili się i zaczęli szeroko ziewać. 
— Co się stało, Jupe? Męczą cię koszmary? — spytał Pete. 
—  Nie  —  odparł  podniecony  Jupiter.  —  Musicie  się  ubrać  i  powiosłować  na  Wyspę 

Szkieletów. Właśnie odkryłem jej prawdziwą tajemnicę. 

Pospiesznie wyjaśnił przyjaciołom, co udało mu się wydedukować. Słuchali go z otwartymi 

ustami, a kiedy skończył, Pete zawołał z niekłamanym podziwem: 

—  Jupe,  jesteś  genialny!  Na  pewno  masz  rację.  Teraz  wszystkie  fragmenty  układanki 

zaczynają do siebie pasować. 

— Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak późno na to wpadłem —powiedział Jupiter. — Tak 

czy  inaczej  jestem  pewien,  Ŝe  znalazłem  właściwe  rozwiązanie.  Popłyńcie  na  wyspę  i 
sprawdźcie,  czy  się  nie  pomyliłem.  Potem  obudźcie  ojca  Pete’a  i  pozostałych  członków  ekipy. 
PokaŜcie im, co znaleźliście i niech juŜ oni się tym zajmą. 

Jupiter popatrzył ze smutkiem na kolegów. 
— Popłynąłbym z wami, ale ciągle źle się czuję — powiedział tonem usprawiedliwienia. 
—  I  tak  dosyć  zrobiłeś  —  pocieszył  go  Bob.  —  Dzięki  tej  akcji  wrócimy  do  łask.  Miło 

będzie dla odmiany zagrać rolę bohatera. Dlaczego jednak nie mielibyśmy obudzić filmowców i 
skłonić ich, by nam pomogli? 

— PoniewaŜ mogę się mylić — wyjaśnił Jupiter. — Wtedy byliby źli, Ŝe ich wyrwaliśmy z 

łóŜek.  Jeśli  moja  koncepcja  jest  do  niczego,  wrócicie  po  cichu  do  pensjonatu,  a  zagadka  nadal 
pozostanie nierozwiązana. 

— Niech ci będzie — zgodził się Pete. — Mimo to wolałbym powiedzieć tacie. Ale zrobię, 

jak chcesz. 

Bob  i  Pete  w  pięć  minut  byli  gotowi  do  drogi.  Chwycili  latarki  i  na  palcach  zeszli  po 

schodach, po czym wymknęli się z pensjonatu. 

Jupiter  pozostał  w  łóŜku.  LeŜał  na  plecach  i  czuł  się  okropnie.  Dlaczego  musiał  się 

przeziębić? Nic jednak nie mógł na to poradzić, a wyprawa przyjaciół nie wiązała się z Ŝadnym 
niebezpieczeństwem... 

Naprawdę? 
Nowa  myśl  poraziła  go  jak  obuchem  w  głowę.  Dlaczego  był  taki  z  siebie  zadowolony  i 

background image

zapomniał  wziąć  jedną  rzecz  pod  uwagę?  Bobowi  i  Pete’owi  mogło  grozić  śmiertelne 
niebezpieczeństwo! 

 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

Bob i Pete w opałach 

 

Pete  cięŜko  uderzał  wiosłami  o  wodę.  Chłopcy  płynęli  małą  łódką,  którą  znaleźli 

przywiązaną  do  pomostu  ekipy  filmowców.  Jedynie  gwiazdy  oświetlały  drogę  ku  Wyspie 
Szkieletów. 

— Widzę ją — szepnął Bob, kiedy wyspa pojawiła się nagle przed nimi w ciemnościach jak 

czarna plamka. 

Pete  miał  świetne  wyczucie  kierunku.  Prowadził  łódkę  w  stronę  niewielkiej  zatoczki  w 

pobliŜu wesołego miasteczka. Wyspa była coraz bliŜej i w pewnym momencie jej brzegi zaczęły 
otaczać chłopców z dwóch stron. Pete odłoŜył wiosła i łódka miękko wryła się dziobem w piach. 
Bob wyskoczył na ląd i wciągnął łódkę na plaŜę. 

— Najpierw musimy przejść przez wesołe miasteczko, a potem iść w górę ścieŜką do groty 

— powiedział cicho Pete. — śałuję, Ŝe Jupe nie pozwolił obudzić mojego taty. 

—  Ja  teŜ  —  przyznał  Bob.  —  Nie  miałbym  teraz  nic  przeciwko  towarzystwu  kogoś 

starszego. Dasz radę znaleźć drogę po ciemku? 

—  Na  pewno  —  odparł  Pete.  Zawahał  się  przez  chwilę.  Panowały  nieprzeniknione 

ciemności  i  cisza,  zakłócana  jedynie  pluskiem  fal  bijących  o  brzeg.  —  Wiesz,  co  lepiej  juŜ 
chodźmy. 

Prowadził,  przyświecając  sobie  latarką,  i  za  chwilę  chłopcy  znaleźli  się  w  widmowych 

ruinach  wesołego  miasteczka.  Kolejka  górska  wyglądała  na  tle  nieba  jak  ogromny  szkielet. 
Stanowiła  dla  Pete’a  doskonały  punkt  orientacyjny.  Obszedł  ją  dokoła,  minął  karuzelę  i 
zatrzymał się przy tylnej furtce szczątkowego ogrodzenia, otaczającego lunapark. 

—  Tam,  do  licha,  zamierzam  obudzić  tatę  —  wyszeptał.  —  Nie  dlatego,  Ŝe  jestem 

zdenerwowany, chociaŜ naprawdę jestem, ale tata powinien wiedzieć, co robimy. W końcu kazał 
nam pozostać w pensjonacie i… no, lepiej mu powiedzieć, co wykombinował Jupe. 

— W porządku — przyznał koledze rację Bob, tak cicho, Ŝe ledwo było słychać, co mówi. 

— Chodźmy obudzić twego tatę. TeŜ się poczuję pewniej. 

Odwrócili się i nagle stanęli jak sparaliŜowani. Serca biły im szybko. 
Jakaś potęŜna postać czaiła  się w ciemnościach.  Nieznajomy poświecił im prosto  w oczy i 

warknął: 

— Stać, bo strzelam! 
Obaj  chłopcy  zamarli  z  przeraŜenia.  Byli  oślepieni  światłem  latarki  i  niczego  nie  mogli 

zobaczyć. Nagle olbrzym powiedział ze zdziwieniem: 

— Do pioruna! PrzecieŜ to Bob i Pete. Dlaczego myszkujecie nocą po wyspie? 
MęŜczyzna  skierował  światło  latarki  w  stronę  ziemi.  Teraz  chłopcy  mogli  go  zobaczyć, 

chociaŜ juŜ wcześniej rozpoznali go po głosie. Był to Tom Farraday, straŜnik. 

—  Mogłem  was  zranić  —  powiedział.  —  Wziąłem  was  za  intruzów,  którzy  przyszli 

zniszczyć naprawione urządzenia w wesołym miasteczku. Co wy tu robicie? 

— Jupiter poznał tajemnicę wyspy — oznajmił Bob. — Przybyliśmy sprawdzić, czy się nie 

pomylił. 

— Tajemnicę wyspy? — zainteresował się Tom Farraday. — Co macie na myśli? 
—  Na  wyspie  naprawdę  znajduje  się  ukryty  skarb  —  wyjaśnił  Pete.  —  Przynajmniej  Jupe 

jest o tym przekonany. 

background image

— Skarb? — StraŜnik wyraźnie im nie dowierzał. — Jaki skarb? 
— Widzi pan... — zaczął Pete, ale Bob mu przerwał. 
—  To  pan  pomógł  Jupiterowi  rozwiązać  tę  zagadkę  —  powiedział.  —  Dał  mu  pan 

niezbędną wskazówkę. 

— Powoli! — huknął straŜnik. — Nie mam pojęcia, o czym mówisz. 
—  Pewnego  ranka  opowiadał  nam  pan,  jak  to  bracia  Ballingerowie  dziesięć  lat  temu 

zatrzymali waszą opancerzoną furgonetkę, skradli sto tysięcy dolarów i zranili pana w lewą rękę. 

— I co to ma wspólnego z jakąś zagadką? 
—  Powiedział  nam  pan  równieŜ  —  wtrącił  się  Pete  —  Ŝe  straŜ  przybrzeŜna  nakryła 

Ballingerów w unieruchomionej łódce i widziała, Ŝe wysypują coś za burtę. Wszyscy myśleli, Ŝe 
skradzione banknoty. 

— Pewnie tak było. No i co dalej? 
— Właśnie dziesięć lat temu ktoś znowu zaczął straszyć ludzi zjawą z karuzeli, by trzymać 

ich z daleka od wyspy. Zdaniem Jupitera to nie mógł być przypadek, Ŝe opowieść o duchu oŜyła 
tuŜ po napadzie. Według naszego kolegi oba te fakty są ze sobą powiązane. 

— Nie pojmuję, do czego zmierzasz — Tom Farraday był zaskoczony. 
— Naprawdę? — spytał z powagą Pete. — Ballingerowie usiłowali wymknąć się łódką, ale 

nawalił  im  silnik.  Musieli  jakoś  dotrzeć  do  Wyspy  Szkieletów  i  ukryć  zrabowane  pieniądze. 
Potem znowu próbowali  ucieczki, pewni,  Ŝe jeśli zostaną schwytani, wszyscy  uznają pieniądze 
za  bezpowrotnie  stracone.  Dzięki  temu  po  wyjściu  z  więzienia  spokojnie  będą  mogli  po  nie 
wrócić.  Sam  pan powiedział,  Ŝe  kilka tygodni temu właśnie je opuścili. Oczywiście nie zjawili 
się jeszcze po pieniądze. Obawiali się ryzykować, gdy po wyspie kręcą się filmowcy. 

— Do kaduka, to brzmi prawdopodobnie! — zawołał Tom Farraday. 
— Czy wasz przyjaciel wpadł na pomysł, gdzie dokładnie są ukryte te pieniądze? 
— Jupiter powiedział, Ŝe gdzieś wysoko, w suchym miejscu — objaśnił Bob. — Papierowe 

banknoty w brezentowych  woreczkach zgniłyby zagrzebane w ziemi. Najlepszym  miejscem do 
ich ukrycia jest... 

— Stara grota! — wykrzyknął Tom. — Pełna jest szczelin, gdzie moŜna by je wetknąć. 
— Podobnie myśli Jupiter — przyznał Pete. — To jedyne miejsce, gdzie bezpiecznie moŜna 

przechować banknoty. 

—  Ale  nie  jutro.  Setki  ludzi  będą  się  przewalać  po  wyspie,  więc  ktoś  gotów  je  znaleźć. 

Dlatego od razu przybyliśmy, by ich poszukać. 

— Do pioruna, chyba macie rację! — zawołał Tom Farraday. — Pomyśleć tylko: w grocie 

od dziesięciu lat leŜy majątek i nikt na to nie wpadł, dopóki wyście się nie zjawili. Czemu sam o 
tym  nie  pomyślałem?  Pozostaje  nam  zrobić  tylko  jedno:  udać  się  do  groty  i  sprawdzić,  czy 
rzeczywiście są tam jakieś pieniądze. 

— Chcemy przedtem zawiadomić pana Crenshawa — powiedział Bob. 
—  Nie  ma  potrzeby  —  odparł  Tom  Farraday.  —  Musi  wcześnie  wstać,  więc  dajmy  mu 

pospać.  Jeśli  znajdziemy  pieniądze,  przytargamy  je  na  dół  i  obudzimy  ekipę.  Jeśli  nie,  wy 
wrócicie cichutko do domu i nikt się o niczym nie dowie. 

— Ale — zaczął Pete, lecz Tom Farraday juŜ zdąŜył się odwrócić. 
— Chodźcie za mną — powiedział. — Znam drogę. 
Zaczął  iść  szybkim  krokiem  między  drzewami.  Chłopcy  starali  się  trzymać  blisko  niego. 

Niesamowita  cisza  potęgowała  grozę  otaczającej  ich  scenerii  i  Bob  cieszył  się  w  duchu,  Ŝe 
spotkali  Toma  Farraday’a.  Czuł  się  pewniej  i  bezpieczniej,  kiedy  towarzyszył  im  potęŜny, 
krzepki męŜczyzna. 

background image

Nagle zza  drzew wychynął jakiś cień.  Silna  dłoń ścisnęła  Boba jak imadło, nim zdąŜył się 

zorientować, co się dzieje. 

— Ratunku, panie Farraday! — zdołał jeszcze krzyknąć, lecz wnet ktoś zakrył mu usta i nie 

mógł juŜ wydać z siebie głosu. 

Usłyszał  za  sobą  jakąś  szamotaninę,  jęk  Pete’a,  a  potem  zapadła  cisza.  JednakŜe  Tom 

Farraday, który szedł z przodu, był wolny i miał broń. Na pewno... 

StraŜnik odwrócił się. Nie wyglądał na człowieka zaskoczonego przebiegiem wydarzeń. Nie 

miał równieŜ zamiaru korzystać z broni. 

— Dobra robota! — zawołał. — Nawet nie zdąŜyli krzyknąć. 
— Dzięki tobie — powiedział męŜczyzna, który trzymał Boba. — WyobraŜasz sobie, co by 

było, gdyby najpierw poszli do obozu i pobudzili tych filmowców? 

—  Ale  nie  poszli,  Jim,  i  teraz  ich  mamy  —  powiedział  Tom  nieco  nerwowym  głosem.  — 

Czyli wszystko gra. 

—  Nie  wszystko  —  wtrącił  się  wysoki,  który  przytrzymywał  Pete’a.  —Musimy  jeszcze 

pozbyć  się  gówniarzy.  Zajmiemy  się  tym  później.  Teraz  wsadzimy  ich  do  łódki  i  idziemy  po 
naszą forsę. 

—  Jasne,  Bill  —  zgodził  się  szybko  Tom  Farraday.  —  Czy  to  prawda,  co  mówili,  Ŝe  jest 

ukryta w jaskini? 

— NiewaŜne. To nasza sprawa — warknął męŜczyzna trzymający Boba. 
— Moja równieŜ — zaprotestował Tom  Farraday. —  W  końcu jedna trzecia to moja dola. 

Czekałem  na  nią  dziesięć  lat.  NaleŜy  mi  się  choćby  za  tę  biedną  sztywną  rękę,  którą  wam 
zawdzięczam. 

— Stul pysk! Za duŜo gadasz! — wrzasnął męŜczyzna zwany Billem. 
—  Zajmiemy  się  tobą.  Teraz  ściągaj  koszulę  i  podrzyj  ją  na  paski.  Musimy  związać  i 

zakneblować tych smarkaczy. 

— Ale... 
— Jazda! 
— Dobrze juŜ, dobrze... 
Tom Farraday wykonał polecenie. 
Otępiały umysł Boba znowu zaczął pracować. Bill i Jim to były imiona, jakie nosili bracia 

Ballingerowie. Teraz stało się jasne, Ŝe Tom był ich wspólnikiem. Najpierw pomógł im dokonać 
napadu. Pozwolił się poturbować, Ŝeby nie padł na niego choćby cień podejrzeń, Ŝe mógł w nim 
uczestniczyć, ale kompani posunęli się za daleko i złamali mu obojczyk. Od tego czasu czekał, 
aŜ Ballingerowie wyjdą z więzienia i wydobędą ukryte pieniądze, by mógł odzyskać swój udział. 

Bob  przerwał  rozmyślania,  kiedy  dłoń  zakrywająca  jego  usta  cofnęła  się.  Krzyknął  i  w  tej 

samej chwili Tom Farraday zakneblował go oderwanym kawałkiem własnej koszuli. Następnym 
owiązał  mu  głowę,  by  przytrzymać  knebel.  W  chwilę  później  wykręcił  Bobowi  ręce  do  tyłu  i 
związał je ciasno razem. Chłopiec został skutecznie pozbawiony moŜliwości obrony. 

Po  chwili  to  samo  spotkało  Pete’a.  Bracia  Ballingerowie  unieśli  chłopców  do  góry, 

trzymając ich za kołnierzyki koszul. 

—  A  teraz,  młodzi  panowie  —  wycharczał  im  Bill  do  ucha  —  marsz  przed  nami.  Nie 

próbujcie Ŝadnych sztuczek, bo popamiętacie! 

Bob stąpał po nierównym  gruncie.  Słyszał, Ŝe  Pete’a  teŜ  zmuszają do  maszerowania.  Obaj 

nie mieli pojęcia, jak daleko ich pognano. Kiedy minęły juŜ całe wieki, zatrzymali się na jakiejś 
kamienistej plaŜy. Widzieli kontury potęŜnej motorówki wciągniętej na brzeg. 

— Obaj na pokład! — wrzasnął Bill. 

background image

Chłopcy niezdarnie weszli na dziób łódki. 
— A teraz leŜeć! — warknął Ballinger i popchnął ich tak,  Ŝe upadli jeden na drugiego. — 

Podaj mi linę, Jim! — krzyknął do brata. — Muszę mieć pewność, Ŝe ci dwaj nie zwieją nam, 
gdy będziemy zajęci. 

Chwilę  później  Bob  poczuł,  Ŝe  szorstka,  cięŜka  lina  rani  mu  skórę.  Został  związany  jak 

tobołek, po czym dwaj męŜczyźni potoczyli go pod jedną z burt i zajęli się Pete’em. Przez cały 
czas  rozmawiali  przyciszonym,  podraŜnionym  głosem.  Byli  wściekli  na  chłopców,  Ŝe  znaleźli 
skarb  i  rozpętali  aferę  z  jego  poszukiwaniem.  Bob  wywnioskował,  Ŝe  Ballingerowie  planowali 
spokojnie  poczekać,  aŜ  będą  mogli  bezpiecznie  wydobyć  zagrabione  pieniądze.  Planowany 
najazd poszukiwaczy skarbów zmusił ich do szybkiego działania, bez względu na ryzyko. 

—  No  dobra,  teraz  ptaszki  nam  nie  wyfruną  —  powiedział  w  końcu  Bill  Ballinger.  — 

Chodźmy po forsę, Jim. JuŜ dość czasu straciliśmy. 

Obaj męŜczyźni wysiedli z motorówki. 
— Zostań tutaj, Tom, i miej oko na motorówkę — powiedział cicho Jim. — Zahukaj, jeśli 

będziesz musiał nas ostrzec. 

— Co zamierzacie zrobić z chłopakami? — zapytał niepewnie Tom. 
— Zaczną gadać, wplączą mnie... 
Jeden z Ballingerów zaśmiał się nieprzyjemnie. 
— Nie pisną ani słowa — powiedział. — Zabierzemy ich ze sobą. 
Mamy swoje plany. Kiedy juŜ nas nie będzie, wypchniesz ich łódkę na wody zatoki. Jutro ją 

odnajdą pływającą dnem do góry. Wszyscy pomyślą, Ŝe morze zabrało chłopaczków. 

— Pewnie wiecie, co robicie — mruknął straŜnik. 
Kiedy juŜ ucichł odgłos kroków braci Ballingerów, zapadła cisza. Bob i Pete usłyszeli, jak 

Tom Farraday mruczy sam do siebie: 

—  To  dlatego  wszyscy  ich  krewni  i  znajomi  rozpuszczali  te  bujdy  o  duchu.  śeby  nikt  nie 

ś

miał grasować na tej wyspie. Gdybym wiedział, o co chodzi, zgarnąłbym całą forsę dla siebie. 

Bob  leŜał  na  boku  obok  Pete’a.  Usiłował  coś  powiedzieć,  ale  z  zakneblowanych  ust 

wydobył się tylko niezrozumiały bełkot. Spróbował dosięgnąć palcami węzłów na nadgarstkach, 
jednak wkrótce dał sobie z tym spokój. 

 

background image

ROZDZIAŁ 18 

 

Nieoczekiwany finał 

 

No i znaleźliśmy się w kropce, pomyślał ponuro Bob. Chłopcy jeszcze nigdy nie byli w tak 

trudnym  połoŜeniu.  Jupiter  prawidłowo  odgadł,  Ŝe  zrabowane  pieniądze  zostały  ukryte  na 
Wyspie Szkieletów, ale nie wpadło mu do głowy, Ŝe Tom Farraday maczał palce w napadzie i Ŝe 
z  powodu  oczekiwanego  następnego  dnia  najazdu  poszukiwaczy  skarbu  Ballingerowie  właśnie 
dzisiejszej nocy zjawią się, by wydostać łup. 

Bob wolał nie myśleć, co jeszcze się wydarzy. LeŜał spokojnie i nasłuchiwał, jak niewielkie 

fale  uderzają  o  rufę  motorówki.  Nadeszła  większa  fala  i  rzuciła  łodzią  w  górę  i  w  dół.  Bob 
otworzył  oczy  i  zobaczył  jakąś  ciemną  postać,  wślizgującą  się  na  pokład  od  strony  rufy. 
Nieznajomy przykucnął, więc Tom Farraday, który był na brzegu, nie mógł go widzieć. Zaczął 
ostroŜnie podkradać się w stronę chłopców. 

Przez chwilę Bob słyszał tylko czyjś oddech, a potem jego uszu dobiegł cichy szept: 
— Nie bój się. To ja, Chris. 
NiemoŜliwe! Skąd on się tu wziął? PrzecieŜ siedział w więzieniu. 
— Cicho, nie ruszaj się. Zaraz cię rozwiąŜę — szepnął do Boba. 
Chris  zaczął  najpierw  szarpać  linę,  którą  okręcony  był  Bob,  a  potem  paski  materiału 

zawiązane  wokół  jego  nadgarstków  i  przytrzymujące  wepchnięty  w  usta  knebel.  Chłopcu 
wydawało się, Ŝe te zmagania ciągną się godzinami, ale w końcu węzły puściły i Bob był wolny. 
OstroŜnie wyprostował przykurczone nogi i ręce. 

— Chris... — zaczął szeptać. 
—  Ciii  —  usłyszał  w  odpowiedzi.  —  Przemieść  się  na  rufę  i  poczekaj  na  mnie.  Muszę 

uwolnić Pete’a. Potem ukradkiem opuścimy łódkę i odpłyniemy. 

Bob  przeczołgał  się  na  tył  motorówki.  Zrzucił  z  nóg  adidasy,  by  nie  przeszkadzały  mu  w 

czasie pływania. Po chwili Chris i Pete równieŜ znaleźli się na rufie. 

— Szybko za burtę — szepnął Chris. — Przytrzymajcie się steru. 
Bobowi cisnęły się na usta setki pytań, ale na razie musiały poczekać. Zsunął się do wody, 

za nim Pete. 

— Skąd on się tu wziął? — spytał cicho przyjaciela. 
— Nie wiem, ale dobrze, Ŝe jest — odparł Bob. 
Chris płynnym ruchem zanurzył się w ciemną toń. 
— Za mną — zakomenderował. — Płyńcie tak, Ŝeby woda nie pluskała. 
OstroŜnie  wykonał  pierwsze  ruchy,  oddalając  się  od  brzegu.  Bob  trzymał  się  tuŜ  za  nim, 

Ŝ

ałując, Ŝe wraz z butami nie pozbył się spodni i kurtki. 

Płynęli  cichutko,  mając  głowy  ledwo  wynurzone  ponad  ciemną  powierzchnię  wody.  Po 

około  dziesięciu  minutach  dotarli  do  niewielkiego  cypla  skryli  się  za  nim,  tracąc  z  oczu 
motorówkę i Toma Farraday’a. Oni teŜ juŜ byli poza zasięgiem jego wzroku. 

Chris wyszedł z wody i wspiął się na wysokość kępy karłowatych krzaków. PołoŜył się na 

ziemi i poprzez prześwit między dwoma sterczącymi z ziemi głazami zaczął wypatrywać, co się 
dzieje na oddalonej o mniej więcej sto metrów motorówce. Bob i Pete poszli w jego ślady. 

— Teraz moŜemy juŜ rozmawiać, byle cicho — powiedział Chris. —Tu nas nie znajdą. 
— Jak się do nas dostałeś? — spytali jednocześnie Pete i Bob. 
Chris  zaśmiał  się  i  opowiedział  szeptem  całą  historię.  Po  południu  odwiedził  więzienie 

background image

komendant Nostigon, całkowicie przekonany o niewinności chłopca. Zdołał odnaleźć sędziego, 
który  przyjął  pięćdziesiąt  dolarów  kaucji,  wpłaconej  przez  samego  komendanta.  Szef  policji 
poczęstował Chrisa dobrą kolacją, a potem puścił go wolno. 

— Poszedłem do domu  i upewniłem się, Ŝe  z tatą wszystko jest w porządku. Na szczęście 

zaopiekowała się nim sąsiadka — opowiadał chłopiec. — Wtedy zacząłem się zastanawiać, skąd 
się  wziął  mój  nóŜ  na  miejscu  przestępstwa.  Doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  ktoś  specjalnie  go  tam 
podrzucił.  PrzecieŜ  niedawno  go  zgubiłem.  Pytanie,  gdzie.  Po  namyśle  uznałem,  Ŝe  przed 
wylotem  do  jaskini,  gdy  spotkałem  się  z  wami.  Jedynym  człowiekiem,  który  mógł  go  tam 
znaleźć, był Tom Farraday. Po co jednak podrzucił nóŜ do przyczepy? Dlaczego chciał uczynić 
ze mnie złodzieja? Musiał mieć jakiś cel. 

Zacząłem  go  obserwować.  PoŜyczyłem  łódkę  od  przyjaciela  mojego  taty  i  po  zapadnięciu 

ciemności cichusieńko wiosłowałem wokół wyspy. 

Chris  zauwaŜył,  jak  Tom  wyruszył  na  conocny  patrol,  zatrzymał  się  w  tym  miejscu,  gdzie 

teraz tkwiła wciągnięta  na plaŜę  motorówka, i  zaświecił trzy razy latarką. Ballingerowie dobili 
do brzegu i wysiedli. Wtedy usłyszeli, Ŝe ktoś oprócz nich równieŜ płynie na wyspę. 

—  Nie  jesteś  najlepszym  wioślarzem,  Pete  —  zaśmiał  się  Chris.  —Strasznie  hałasujesz. 

Ballingerowie  schowali  się,  a  Tom  Farraday  wyszedł  wam  na  spotkanie  i  wciągnął  was  w 
pułapkę. Nie wiedziałem, co robić. Iść do obozu i pobudzić filmowców? Mogli mi nie uwierzyć i 
pomyśleć,  Ŝe  wróciłem,  by  jeszcze  coś  ukraść.  Uznałem,  Ŝe  lepiej  pokręcę  się  dokoła  i 
zorientuję, czy mogę wam pomóc. 

Zobaczyłem,  Ŝe  wrzucono  was  do  motorówki,  a  Ballingerowie  ruszyli  w  stronę  jaskini. 

Wszedłem  do  wody,  podpłynąłem  do  łódki  i  uwolniłem  was.  Teraz  obejrzymy  sobie  niezłe 
widowisko. 

—  Byłeś  wspaniały,  Chris!  —  zachwycił  się  Pete.  —  Co  masz  na  myśli,  mówiąc  o 

„widowisku”? 

— Cicho, Ballingerowie wracają. Patrzcie uwaŜnie, co się będzie działo. 
Ledwo widzieli sylwetki braci Ballingerów, którzy zbliŜyli się do Toma Farraday’a. KaŜdy z 

nich dźwigał na ramionach po dwa duŜe worki. 

— Wszystko w porządku? — usłyszeli niosący się po wodzie głos Billa Ballingera. 
— Tak — odparł Tom. — A teraz chciałbym zabrać moją dolę. 
— Dostaniesz w swoim czasie — warknął drugi z braci. —  Wrzucaj forsę do łódki, Bill, i 

spływamy. 

Minęli straŜnika i wrzucili worki do wyciągniętej na brzeg motorówki. 
— Nie ma szczeniaków! Zwiali! — wrzasnął nagle Bill. — Pozwoliłeś im uciec, Tom! 
— Bzdura — zaprotestował ze złością straŜnik. — Nigdzie nie mogli się stąd ruszyć. 
Oświetlił latarką motorówkę i zauwaŜył linę, którą związani byli Pete i Bob. 
— Łódka jest pusta — powiedział oszołomiony. — Niesamowite. PrzecieŜ nie mogli mi się 

przemknąć tuŜ pod nosem. 

— Oni zwiali i my się teŜ zwijamy. Wsiadaj, Bill — zwrócił się Jim Ballinger do brata. 
— A co ze mną? — spytał z niepokojem Tom Farraday. — Dziesięć lat czekałem na swoją 

forsę.  Dziesięć  długich  lat!  Nawet  gdybym  zgarnął  wszystko,  i  tak  nie  zrekompensuje  mi  to 
kalectwa, na które przez was zostałem skazany. A poza tym muszę uciekać, bo skoro dzieciaki są 
na wolności, wypaplają wszystko i pójdę do paki. 

— To wyłącznie twoje zmartwienie — odparował z brutalną szczerością Jim Ballinger. — 

Na nas czeka frachtowiec, który płynie do Ameryki Południowej. Pchaj łódkę, Bill! 

Bill  Ballinger  zepchnął  motorówkę  na  wodę  i  wskoczył  na  pokład.  Łódka  siłą  rozpędu 

background image

oddaliła się od brzegu. Jim wcisnął rozrusznik, który zawarczał, ale silnik nie zaskoczył. Znowu 
spróbował go uruchomić; z takim samym skutkiem, jak poprzednio. 

— Nie chce zapalić! — wykrzyknął Jim z nutą strachu w głosie. —Co z nim zrobiłeś, Tom? 
— Nic — odparł straŜnik. — Cieszę się jednak, Ŝe wysiadł. Szkoda tylko, Ŝe nie mogę was 

dostać w swoje ręce. 

— Próbuj dalej, Jim! — ponaglał brata drugi z Ballingerów. — Musimy stąd zniknąć. 
Z uporem wciskali rozrusznik, ale silnik nie dał się uruchomić. 
Chris zaśmiał się z radości. 
— Odłączyłem świece — wyjaśnił. — Nic nie zrobią. Teraz ściągniemy ludzi z obozu, Ŝeby 

się nimi zajęli. 

Nim jednak chłopcy zdąŜyli się ruszyć, usłyszeli warkot silników motorówek, płynących w 

stronę wyspy. ZbliŜały się szybko; padające z nich strumienie światła przenikały panujące wokół 
ciemności. 

Ballingerowie  zaczęli  działać  w  panicznym  pośpiechu.  Wiosłując  ramionami,  dopłynęli 

jakoś  motorówką  blisko  do  brzegu,  wyskoczyli  z  niej  i  zaczęli  uciekać,  dokładnie  w  kierunku 
ukrytych za głazami chłopców. 

— Zatrzymamy ich! — krzyknął podniecony Chris. — Nie umkną nam! 
Wstał  i  chwycił  jakiś  drąg  wyrzucony  przez  fale  na  brzeg.  Kiedy  mijał  go  pierwszy  z 

uciekających  przestępców,  wystawił  kij  i  Jim  Ballinger  runął  jak  długi  na  ziemię.  Podobny  los 
spotkał Billa. Chris rzucił się na nich z furią. 

— Przez was trafiłem do więzienia! — wrzeszczał. — Chcieliście zrobić ze mnie złodzieja! 

Ja wam teraz pokaŜę! 

Przyciskał  do  ziemi  ramiona  Jima  Ballingera,  by  męŜczyzna  nie  mógł  się  podnieść.  Jego 

brat  zdołał  jednak  odciągnąć  chłopca  i  odepchnąć  go  na  bok.  Upadł  na  Boba  i  Pete’a,  którzy 
właśnie spieszyli mu na pomoc. 

Kiedy  trzej  chłopcy  leŜeli  na  ziemi,  do  walki  włączył  się  kolejny  uczestnik.  Był  nim  Tom 

Farraday,  który jak huragan runął na Ballingerów i wszyscy przestępcy  spletli się w szaleńczej 
walce. 

— Chcieliście mnie wykiwać! Pozbawić mojej doli! — wykrzykiwał straŜnik. — Zostawić 

samego na pastwę losu! 

Mimo niesprawnej ręki Tom Farraday był silny jak byk. Ballingerowie nie mogli go z siebie 

zrzucić. Trzej  męŜczyźni stoczyli się na brzeg  i z pluskiem wpadli do  morza.  Po  gwałtownych 
zmaganiach  straŜnik  zdołał  zanurzyć  w  wodzie  głowy  swoich  przeciwników,  którzy  dopiero 
wtedy opadli z sił. 

— Daj im spokój! — warknął ktoś nagle. — Zaraz ich potopisz! 
Chłopcy tak byli zaprzątnięci walką, Ŝe nawet nie zauwaŜyli, iŜ dwie łódki dobiły do brzegu 

zaledwie parę metrów od nich.  Wyskoczyło z nich kilku męŜczyzn. Był wśród nich komendant 
Nostigon,  który  w  jednej  dłoni  ściskał  rewolwer,  a  w  drugiej  trzymał  latarkę.  Puścił  strumień 
ś

wiatła na leŜących w wodzie przestępców. 

— Pozwól im wstać! Słyszysz mnie, Tom? — krzyknął ponownie. 
Wydawało się, Ŝe straŜnik zamierza utopić swoich niedawnych wspólników. Dopiero czterej 

męŜczyźni  towarzyszący  szefowi  policji  zdołali  go  oderwać  od  braci  Ballingerów.  Wyciągnęli 
ich na brzeg, gdzie leŜeli bezwładni, z trudem chwytając powietrze. 

Kiedy  juŜ  trzej  przestępcy  zostali  skuci  kajdankami,  komendant  poświecił  dokoła  latarką  i 

zobaczył Chrisa, Pete’a i Boba. 

— Dzięki Bogu nic wam się nie stało — stwierdził z ulgą. — Skąd jednak ty się tu wziąłeś, 

background image

Chris? 

— Ocalił nas i udaremnił ucieczkę Ballingerom, panie komendancie — powiedział szybko 

Bob.  —  Ale  jakim  cudem  pan  tu  trafił?  Wpadł  pan  na  pomysł,  Ŝe  Ballingerowie  zjawią  się 
dzisiejszej nocy po swój łup? 

— Niestety, nie — odparł komendant. — W najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, 

Ŝ

e właśnie na  Wyspie  Szkieletów  ukryli zrabowane pieniądze. MoŜecie podziękować waszemu 

przyjacielowi  Jupiterowi.  Około  czterdziestu  minut  temu  wpadł  na  posterunek  policji  i 
opowiedział  nieprawdopodobną  historię  o  ukrytym  łupie  i  Ballingerach,  którzy  przybędą  po 
niego dziś w nocy. 

Sam  nie  rozumiem,  czemu  go  posłuchałem,  ale  zrobiłem  to.  Wziąłem  kilku  ludzi, 

przypłynęliśmy na wyspę no i do licha, okazało się, Ŝe chłopak miał całkowitą rację. 

—  Gdzie  się  podziewasz,  Jupiterze?  —  Komendant  odwrócił  się,  szukając  wzrokiem 

Pierwszego Detektywa. — Twoi przyjaciele są cali i zdrowi. 

Jupiter wysiadł z motorówki i podbiegł kłusem do rozmawiających. 
— Zachowałem się jak głupiec, wysyłając was nocą samych na wyspę — przeprosił Boba i 

Pete’a. — Powinienem był się chwilę zastanowić i wtedy wcześniej przyszłoby mi do głowy, Ŝe 
Ballingerowie  zjawią  się  po  pieniądze  właśnie  dziś.  Wpadłem  na  to  dopiero  pół  godziny  po 
waszym wyjściu. Wtedy pobiegłem na policję. 

— Ale jednak wymyśliłeś, co trzeba, i tylko to się liczy — przyznał lojalnie Pete. 
— Zrobiłbyś to wcześniej, gdyby nie katar — dodał Bob. — Zatkany nos spowalnia proces 

myślenia. 

— Jednak... — zaczął Jupiter — aaaapsik! 
—  Zasług  wystarczy  dla  wszystkich  —  powiedział  stanowczym  tonem  komendant  policji. 

—  Rozwiązaliście  tajemnicę  Wyspy  Szkieletów,  odnaleźliście  skradzione  pieniądze  i 
doprowadziliście  do  schwytania  przestępców.  Niezła  robota,  ale  dość  jak  na  jedną  noc.  Teraz 
pora odpocząć. Wracajcie na ląd i idźcie spać. Resztą my się zajmiemy. 

Jupiter  ponownie  kichnął  głośno.  Zabrzmiało  to  tak,  jakby  się  zgadzał  ze  słowami 

komendanta. 

 

background image

ROZDZIAŁ 19 

 

Sprawozdanie złoŜone Alfredowi Hitchcockowi 

 

Alfred Hitchcock popatrzył na mały stos złotych dublonów leŜących na stole. 
—  W  końcu  jednak  je  znaleźliście.  —  Zaśmiał  się  cicho.  —  Mówiłem  wam,  ze  nie  ma 

Ŝ

adnego skarbu piratów, ale wy i tak wiedzieliście lepiej. 

Trzej  Detektywi  wrócili  juŜ  do  Kalifornii.  Znajdowali  się  właśnie  w  Malibu  w  domu 

sławnego reŜysera i składali mu sprawozdanie z rozwiązanej sprawy. 

—  Znaleźliśmy  tylko  czterdzieści  pięć  monet  —  stwierdził  z  Ŝalem  Jupiter.  —  Nie  jest  to 

ogromny skarb. 

— Ale jest i stanowi wspaniałą pamiątkę — zauwaŜył reŜyser. —Ciekawi mnie co innego, a 

mianowicie jak wpadłeś na pomysł, Ŝe zrabowane dolary są ukryte na Wyspie Szkieletów? 

— Wydawało się oczywiste, proszę pana — zaczął Jupiter — Ŝe ktoś za wszelką cenę chce 

trzymać  innych  z  dala  od  tej  wyspy.  Dlatego  zaczął  opowiadać  tę  historię  o  zjawie. 
Wydedukowałem,  Ŝe  na  wyspie  musi  być  coś,  czego  inni  nie  powinni  znaleźć.  Jedyną 
wartościową rzeczą, o jakiej wspominano, były zrabowane dziesięć lat temu dolary. 

Opowieść  o  tym,  jak  to  niby  Ballingerowie  nagle  wyrzucili  je  do  morza,  bardzo 

przypominała  historię  Jednouchego,  który  w  podobny  sposób  przechytrzył  Anglików. 
Wywnioskowałem,  Ŝe  bracia  równieŜ  ukryli  swój  łup  i  oszukali  wszystkich,  sugerując,  Ŝe 
papierowe banknoty przepadły na zawsze. 

—  Dobra  robota  —  skomentował  Hitchcock.  —  Czy  Ballingerowie,  kiedy  juŜ  trafili  do 

więzienia,  kazali  krewnym  i  przyjaciołom  rozpowszechniać  kłamstwa  o  rzekomym  pojawianiu 
się ducha? 

—  Tak,  proszę  pana.  Tymczasem  Tom  Farraday  kręcił  się  w  pobliŜu,  czekając,  aŜ  jego 

wspólnicy  skończą  odbywać  karę.  Jedna  trzecia  zrabowanych  pieniędzy  naleŜała  mu  się  za 
pomoc  w  zorganizowaniu  napadu  i  Ballingerowie  przyrzekli,  Ŝe  dadzą  mu  je  po  wyjściu  z 
więzienia. Farraday nie wiedział jednak, gdzie są ukryte. 

—  W  przeciwnym  razie  przywłaszczyłby  sobie  wszystko  —  zaśmiał  się  reŜyser.  — 

Ballingerowie  musieli  przeŜyć  moment  zgrozy,  kiedy  wyszli  na  wolność  i  zobaczyli,  Ŝe 
filmowcy rozbili obóz na Wyspie Szkieletów. 

—  Z  pewnością  —  zgodził  się  Jupiter.  —  Nie  ośmielili  się  udać  po  łup,  kiedy  w  pobliŜu 

kryjówki  kręciła  się  masa  ludzi.  Próbowali,  więc  wykurzyć  filmowców  z  wyspy  za  pomocą 
aktów  sabotaŜu  i  kradzieŜy  dokonywanych  pod  osłoną  nocy.  Pan  Norris  zatrudnił  Toma 
Farraday’a i zabawa trwała dalej: straŜnik wyrządzał szkody, udając, Ŝe pilnuje mienia. 

—  Czy  równieŜ  on  podrzucił  nóŜ  Chrisa  i  próbował  skierować  na  niego  podejrzenia  o 

dokonanie kradzieŜy? 

— Zgadza się — przytaknął Jupiter. — Pierwszego dnia po naszym przyjeździe uruchomił 

teŜ karuzelę, by przypomnieć, Ŝe zjawa jest w pobliŜu. 

—  Pragnąłbym  wyjaśnić  coś  jeszcze  —  powiedział  Alfred  Hitchcock.  —  Dlaczego 

właściwie  Sam  Robinson  wysadził  was  na  bezludnej  wyspie  pierwszej  nocy  tuŜ  po  waszym 
przybyciu  do  Melville?  Nie  chodziło  przecieŜ  o  to,  by  was  wystraszyć  i  skłonić  do 
natychmiastowego powrotu do Kalifornii. 

— Nie, pomyliłem się w tej kwestii — odparł Jupiter. — Bill Ballinger doszedł do wniosku, 

Ŝ

e  wszyscy  członkowie  ekipy  wyruszą  na  poszukiwanie  zaginionych  chłopców  i  na  wyspie 

background image

zostanie  wyłącznie  Tom  Farraday.  Mogliby  wykorzystać  ten  moment  i  wydobyć  ukryte 
pieniądze.  Sztorm  powstrzymał  ich  przed  natychmiastowym  popłynięciem  na  wyspę.  A  potem 
Chris  nas  wyratował  i  ekipy  poszukiwawcze  wróciły  do  obozu,  nim  Ballingerowie  zdąŜyli 
dotrzeć do groty i zabrać łup. Akcja naszego greckiego kolegi pokrzyŜowała tamtej nocy plany 
przestępców. 

—  Czyli  tak  to  było  —  mruknął  sławny  reŜyser.  —  A  potem  rozniosła  się  wieść,  Ŝe  setki 

ludzi zjadą na wyspę i będą szukać skarbu. W tej sytuacji Ballingerowie musieli podjąć ryzyko i 
natychmiast udać się po swój łup. Dlatego Bob i Pete wpadli w ich ręce. 

—  Tak  —  odparł  z  pokorą  Jupiter.  —  Powinienem  to  przewidzieć  od  początku.  Moi 

przyjaciele wyruszyli na wyspę, zanim ten pomysł przyszedł mi do głowy, więc dlatego dopiero 
potem pobiegłem na policję. 

—  Prawie  wszystko  juŜ  wyjaśniliśmy  —  zauwaŜył  Alfred  Hitchcock.  —  Z  wyjątkiem 

dwóch rzeczy: jak udał się film i co się stało z Chrisem i jego ojcem. 

—  Film  udał  się  wspaniale!  —  wtrącił  się  Pete.  —  Kolejka  górska  została  naprawiona 

natychmiast, kiedy ludzie się dowiedzieli, Ŝe historia z duchem była mistyfikacją. Ostatnia scena 
„Morderczego pościgu” wyszła bombowo! 

—  Pan  Denton  nakręcił  krótkometraŜówkę  o  poszukiwaniu  skarbów  —dodał  Bob.  — 

Zamiast nas zaangaŜował do filmu Chrisa i pokazał, Ŝe szuka on skarbu, by pomóc swemu ojcu. 
Ludzie z miasteczka zaprezentowali się natomiast jako rozhisteryzowani szaleńcy. 

—  Najlepsze  ze  wszystkiego  okazało  się  to  —  kontynuował  Jupiter  —  Ŝe  kompania 

transportowa  wypłaciła  nagrodę  za  zwrot  zrabowanych  pieniędzy.  Komendant  Nostigon  i  pan 
Crenshaw uznali, Ŝe naleŜy się ona Chrisowi, gdyŜ uratował Ŝycie Boba i Pete’a i uniemoŜliwił 
ucieczkę  Ballingerom.  Ta  suma  wraz  z  honorarium,  które  otrzymał  za  udział  w  filmie, 
wystarczyły, by jego ojcem zaopiekowali się najlepsi lekarze. Potem obaj wyjechali na stałe do 
Grecji. 

— Chris odstąpił nam swoją część dublonów — powiedział Bob. —Płetwonurkowie rzucili 

się  na  poszukiwania  do  odkrytej  przez  nas  jaskini,  ale  znaleźli  zaledwie  kilka  złotych  monet. 
Podejrzewam, Ŝe większość z nich wypłukały fale i prądy morskie. 

—  To  był  kapitalny  przypadek,  chłopcy  —  zakończył  Alfred  Hitchcock.  —  Z  prawdziwą 

przyjemnością  wykorzystam  tę  historię  w  którymś  z  moich  scenariuszy.  Jeśli  dowiem  się  o 
jakiejś innej niezwykłej zagadce, nie omieszkam do was zadzwonić. 

Trzej Detektywi podziękowali i wstali z miejsc. Pete zgarnął ze stołu monety i wrzucił je do 

woreczka. 

—  Zamierzamy  je  zachować  na  przyszłą  naukę  w  college’u  —  wyjaśnił.  —  Uznaliśmy 

jednak, Ŝe powinien zatrzymać pan jedną z nich na pamiątkę, poniewaŜ to pan skierował nas na 
Wyspę Szkieletów. 

Wręczył  Alfredowi  Hitchcockowi  najlepiej  zakonserwowany  dublon,  a  sławny  reŜyser 

przyjął go z uśmiechem. 

— Dziękuję, chłopcy — powiedział. — To naprawdę cenna pamiątka. 
Kiedy trzej przyjaciele wyszli, ścisnął w dłoni dublon. 
Prawdziwy  piracki  skarb,  pomyślał.  Kto  mógł  przypuszczać,  Ŝe  wpadną  na  jego  ślad. 

Ciekaw jestem, jaką zagadkę rozwiąŜą następnym razem ci nieustraszeni detektywi.