background image

 

Aleksandra Ruda 

„Nekromantka” 

V tom serii „Ola i Otto” 

Tłumaczenie skrajnie nieoficjalne – ekso 

Korekta – czarna_wilczyca 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA 

Rozdział 1 

PSIA HISTORIA 

 

 

Korzystając  z  ciepłej  pogody  wyrzuciłam  wszystkie 

niedokończone  artefakty  na  trawnik  znajdujący  się  na  podwórzu 
za szopą i pracownią. Rozłożyłam koc i usiadłam ponuro wpatrując się 
w powstałą stertę. 

Trzy  tygodnie  temu  wróciliśmy  ze  stolicy  i  dowiedzieliśmy  się 
o nieoczekiwanych  nagrodach,  a  teraz  można  było  zająć  się  czymś 
bardziej interesującym. Za miesiąc odbędzie się w Czystiakowie zjazd 
artefaktników z całego północnego regionu a my z Ottonem pierwszy 
raz  będziemy  uczestniczyć  w  nim  jako  pełnoprawni  Mistrzowie. 
Dlatego  postanowiłam  wymyśleć  na  to  wydarzenie  coś  takiego  żeby 
wszystkich zatkało. 

Otto, ku mojemu zdziwieniu, nie pochwalał tego pomysłu, twierdząc, 
że miesiąc na opracowanie i przetestowanie nowego artefaktu to trochę 
za mało i zaproponował, żeby na zjeździe zaprezentować nasz firmowy 
wzmacniający  artefakt,  który  udoskonaliłam  dzięki  wiedzy  zdobytej 
w stolicy. 

Ale dziś – mamy dzień wolny, półkrasnolud wyszedł gdzieś w swoich 
osobistych  sprawach,  a  moje  osobiste  sprawy  nie  pokazywały  się  na 
horyzoncie, więc nikt i nic nie przeszkadzało mi w myśleniu. 

background image

 

Zaczęłam przebierać w niedokończonych projektach, mając nadzieję, 
że  to  naprowadzi  mnie  na  jakąś  myśl.  W  głowie  było  pusto. 
Oczywiście,  pozostawał  jeszcze  wariant  złożenia  wizyty  u  profesora  
Swingdara i zapytania o aktualne tematy prac dyplomowych. Ale póki 
co duma mi na to nie pozwalała. Co by tu wymyśleć? 

Pochyliłam  się  nad  nieskazitelnie  czystą  kartką  papieru,  na  której 
zamierzałam  zapisywać  pojawiające  się  pomysły  i  westchnęłam. 
W towarzystwie Ottona myślało mi się o wiele lepiej, nawet jeśli jego 
udział  w  opracowaniu  pierwotnej  idei  ograniczał  się  do  krytyki. 
Zazwyczaj  przychodził  do  nas  klient,  składał  zamówienie, 
ja wymyślałam jak je zrealizować i rysowałam wstępny szkic. Potem 
mój partner przerysowywał szkic, przerabiał go na bardziej realny (lub 
uwzględniał  trendy  w  modzie,  jeśli  to  było  ważne),  rozpisywał 
materiały,  ja  kreśliłam  schemat  przepływów  energetycznych,  Otto 
wytwarzał przedmiot, a ja napełniałam go magią. A teraz sam pierwszy 
etap, najważniejszy, bez półkrasnoluda w żaden sposób się nie udawał. 

Sterta nieskończonych projektów milczała i nie wysyłała w moją stronę 
żadnych  pomysłowych  fluidów.  Skoczyłam  na  nogi  i  przeszłam  się 
dookoła. Potem położyłam się na ławce i podniosłam nogi do góry  – 
może jeśli krew nagle spłynie do mózgu to dostanę olśnienia? 

Nic  się  nie  stało.  W  głowie  krążyła  myśl  o  koncercie  orczej  grupy 
"In-ko", który miał odbyć się za parę dni. Po tym jak dowiedziałam się 
jaka  jest  cena  biletów  liczyłam  na  Żywko,  ale  ork  zajmował  się 
problemami w psiarni i sądząc po jego zachowaniu, nawet nie przeszło 
mu przez głowę, że czegoś od niego oczekuję! 

A  Irga?  Po  swoim  tryumfalnym  pojawieniu  się  w  Czystiakowie 
(wiwatował Urząd Magii) i odwiedzeniu nas z torcikiem, obrzydliwy 
nekromanta przepadł jak kamień w wodę. Pewnie pracuje od nocy do 
rana! 

Nie, moje finanse w zupełności pozwalały na kupienie biletu, ale po co 
kupować  jeśli  można  nie  kupować?  A  w  ogóle,  to  było  by  dobre 
gdybym pojawiła się na koncercie zespołu, która gra liryczne ballady, 
samotnie! A właśnie… trzeba zajrzeć do elfickiej dzielnicy i zapytać 

background image

 

Klakersilela co sądzi o orczym zespole? A bez względu na to co by nie 
sądził, niech pójdzie ze mną i niech wszystkim byłym mężom będzie 
wstyd! 

W  wyniku  nadmiaru  uczuć  kopnęłam  stertę  niedokończonych 
artefaktów i część rozleciała się po podwórzu z żałosnym brzdękiem. 
A po co tu tak wyzywająco leżą! 

– Ola, pomóc ci w kopaniu czy w zbieraniu? 

Na  dźwięk  miękkiego  głosu  przeciągającego  samogłoski  po  mojej 
skórze  przebiegł  tabun  mrówek  –  najpierw  od  serca,  a  potem 
z powrotem. 

–  Od  kiedy  możesz  wchodzisz  na  nasze  podwórze  jak  do  siebie  do 
domu? – zapytałam złośliwie Irgę, starając się uspokoić swoje serce. 

Nekromanta wyglądał wspaniale. Praktycznie wrócił do swojej typowej 
chudości i już nie wyglądał na wyczerpanego, jego włosy były starannie 
ułożone,  a  błękitne  oczy  wesoło  połyskiwały  spod  długiej  grzywki. 
Rzuciłam  spojrzenie  na  jego  czarną  koszulę  i  nie  dostrzegłam  na 
kołnierzu  zwykłego  znaku  pracownika  Urzędu.  No  proszę!  Według 
plotek  – nie żeby mnie to interesowało, to Tomna opowiadała  – cały 
dział nekromancji niemal nie popłakał się z radości, gdy zobaczył na 
progu swojego byłego pracownika-pracoholika, który na dodatek  ma 
już  tytuł  magistra.  A  może  to  galowa  koszula?  Raczej  nie,  pół  roku 
temu  znaczki  urzędu  były  na  wszystkich  jego  koszulach  i kiedy  nie 
mogłam  znaleźć  swojej  piżamy  musiałam  je  odpinać.  W znaczkach 
była magia i nie całkiem uśmiechało mi się aby nocą obudzić się przez 
to, że któryś z moich artefaktów przypadkowo wszedł z nimi w konflikt. 
Taa… 

–  Pukałem  –  grzecznie  odpowiedział  Irga.  –  Ale  najwyraźniej  nie 
słyszałaś. Pomóc ci w zbieraniu? 

Wyciągnął w moją stronę pakunek, ale nie zamierzałam tak tanio się 
sprzedać. Gdzie podziewał się przez trzy tygodnie, co? 

background image

 

– Sama pozbieram – odpowiedziałam niegrzecznie – jak widzisz, mam 
problem w pracy, ale może chociaż w trakcie sprzątania wpadnie mi do 
głowy jakaś myśl. Po co przyszedłeś? 

–  Chciałbym zająć ci jeden wieczór, jeśli nie masz nic przeciwko temu 
– powiedział były mąż. 

Tylko jeden? A kto w stolicy wyznawał mi, że chce do mnie wrócić? 
Gdzie  są  moje  kwiaty,  romantyzm  i  cała  reszta?  Jeden  wieczór! 
Wszystko  już  ustalone,  idę  na  koncert  z  elfem,  może  on  przy  okazji 
podrzuci  mi  jakiś  pomysł.  Jest  o  wiele  bardziej  doświadczonym 
artefaktnikiem ode mnie i Ottona. 

– W porządku – nawet zmusiłam się do uśmiechu – chodźmy, sprawdzę 
w kalendarzu kiedy jestem wolna. 

Weszliśmy do salonu i podeszłam do wielkiego ściennego kalendarza, 
który wisiał na ścianie koło sekretarzyka. Kalendarz był pełen oznaczeń 
– terminów zamówień, dat dostaw i dat ważnych spotkań. Otto uważnie 
pilnował  aby  sprawy  naszego  małego  biznesu  były  maksymalne 
uporządkowane. 

– Czwartek, po szóstej – oznajmił nekromanta. 

Czwartek! O! 

– Irga! – zatkało mnie. – Czy zabierasz mnie na koncert? 

– Jaki koncert? – zdziwił się a moja radość zgasła. No, oczywiście, skąd 
miałby  wiedzieć  o  koncercie.  Były  mąż  nigdy  szczególnie  nie 
interesował się tego typu rozrywkowymi wydarzeniami. 

– W takim razie w czwartek jestem zajęta. – Klakersilel z każdą minutą 
stawał się coraz bardziej pociągający. A co, życzliwy, czuły i kolega! 
Jako  jedyny  okazywał  mi  zainteresowanie  wciągu  minionych  dwóch 
tygodni!  Na  przykład,  podarował  książkę  z  elfickimi  sonetami 
o wiośnie,  którą  Otto  natychmiast  porwał  jako  prezent  dla  Adel.  – 
W piątek pasuje? 

-Tak. 

background image

 

Wpisałam "Irga" w kratkę. 

– A serduszko? – czule szepnął mi do ucha były mąż. Mrówki znów 
rzuciły się do biegu. 

– Jakie serd... – zdziwiłam się a potem spojrzałam na środę. Tam moją 
ręką  było  napisane  "Żywko"  i  narysowane...  coś.  Ogólnie  miało  to 
oznaczać  psią  mordę  z  uszami  i  przypominać  o  tym,  że  pracujemy 
w terenie  –  ktoś  ukradł  kilka  szczeniąt  z  rezerwatu  i  rozwścieczony 
Żywko zamówił u nas maksymalną możliwą ochronę. Wyjeżdżaliśmy 
w środę o świcie, a Otto planował wrócić nie wcześniej niż w porze 
obiadowej w czwartek. Ale, jeśli spojrzeć na psią mordę z zazdrosnego 
punktu widzenia to mogła ona bardzo przypominać serduszko!  – Nie 
zasłużyłeś na serduszko w kalendarzu! 

A jeśli – kontynuował szeptać nekromanta aż włoski zjeżyły mi się na 
karku, a palce świerzbiły od pragnienia, żeby go objąć – zaproszę cię 
na koncert? 

– Ale nawet nie wiesz na jaki! 

– Dowiem się! 

– Ty nie lubisz koncertów! 

– Lubię ciebie – odpowiedział po prostu. 

Serce wbiło mi się do żołądka, a potem podskoczyło do gardła, jednak 
siłą  woli  zapędziłam  je  na  miejsce  i  przypomniała  sobie,  że  nikt  nie 
kazał  mojemu  mężowi  podpisywać  pozwu  rozwodowego  –  zrobił  to 
sam, całkiem sam. 

– Chcesz, to coś ci pokażę? – zamruczałam kierując się do sekretarzyka. 
Irga  ruszył  za  mną  w  milczeniu.  Zerknęłam  –  jego  oczy  wyrażały 
starannie skrywane oczekiwanie. No, kochanie, teraz się doczekałeś. 

Otworzyłam jedną z szafek i wyjęłam stamtąd pismo z wytłoczonym 
królewskim herbem. 

background image

 

– Tutaj! – oznajmiłam podsuwając nekromancie pod nos oświadczenie 
o rozwodzie. – Nie wiesz może przypadkiem skąd to się wzięło wśród 
moich papierów? 

Oczy Irgi ściemniały, a usta zmieniły się w cienką linię. 

– Ty jeszcze długo będziesz mi wypominać ten błąd? – zapytał głucho. 

– Tak! – krzyknęłam i natychmiast zagotowałam się ze złości. – A co 
myślałeś? Rzucić mnie, a potem przyjść, pokajać się i koniec, można 
rozkoszować się życiem? Nie ma mowy! Chcę zemsty! 

Jeden krok – i Irga znalazł się blisko mnie, ostrożnie chwycił mnie za 
ręce i nie pozwalając się odepchnąć poważnie powiedział: 

– Możesz myśleć sobie co chcesz, ale ożenię się z tobą! 

– Nie chcę wychodzić za ciebie za mąż, już tam byłam! A tak w ogóle 
to gdzie się podziewałeś przez trzy tygodnie? 

–  Urządzałem  się  w  nowym  miejscu.  Wynająłem  mieszkanie, 
zarejestrowałem się w Urzędzie. Teraz jestem magiem-konsultantem. 

– A jak ty przeżyjesz bez codziennej pracy? – zapytałam. 

Irga uśmiechnął się: 

– Jak się okazało w ciągu tych kilku dni, praca konsultanta jest zajęciem 
o  wiele  ciekawszym  i  bardziej  opłacalnym.  Poza  tym,  uporałem  się 
z pilnymi sprawami i teraz mam masę wolnego czasu. 

W czasie gdy to mówił pieszczotliwie gładził moje dłonie 

– Po co tobie czas wolny? – zapytałam niespodziewanie zachrypniętym 
głosem. 

– Żeby zajmować się tobą – nekromanta czule dotknął wargami mojego 
policzka. 

Zamknęłam  oczy  i  przypomniałam  sobie  jak  każdego  wieczoru 
ryczałam pod bokiem Ottona, jak krzyczałam przez koszmary senne, 
wyciągnęłam rękę i wskazałam palcem na kalendarz i kratkę z pies... 
serduszkiem. 

background image

 

– Ustaw się w kolejce. 

Byłam przekonana, że Irga się rozzłości, ale on tylko się uśmiechnął. 

– Uwierz, że nie boję się tego. 

Spojrzał  mi  w  oczy  a  ja  tonęłam,  tonęłam  w  błękitnych  jeziorach 
czułości... 

– Nie rozumiem, dlaczego wy się tu obejmujecie, kiedy na podwórzu 
są rozsypane niedokończone artefakty?  – niezadowolony głos Ottona 
zburzył czar chwili. – Wystarczy tylko się odwrócić i od razu robi się 
bajzel! 

–  Wymyśliłam!  –  rozradowałam  się  wyrywając  się  z  objęć  Irgi.  – 
Wymyśliłam nowy artefakt! O! Jestem zuch? Tak, jestem zuch! 

– I co to za artefakt? 

– Od ściśle nakierowanego uroku! 

– Phi – powiedział rozczarowany krasnolud – takich artefaktów są setki, 
jeśli nie tysiące. 

– Tak, ale my stworzymy artefakt chroniący przed urokiem magicznie 
obdarzonego krewnego. W oparciu o krew! 

– Nie chcę pracować z magią krwi – warknął Otto. 

– Po pierwsze, mało kto z nią pracuje, a to tylko korzyść dla nas. Po 
drugie, mamy możliwość wypróbować ten artefakt na silnym magu! – 
oznajmiłam. 

– Niby na kim? – Irga podejrzewał coś niedobrego. 

– Na twoim ojcu. Tydzień temu był w Czystiakowie, przyszedł na naszą 
ceremonię  przyznawania  nagród  i  prawie  nie  zabił  mnie  swoim 
spojrzeniem. Widziałeś się z nim? 

– Nie – przyznał się Irga.  – Zresztą on przyjechał nie do mnie,  a do 
Ilissy.  Wpłacił  za  nią  kaucję.  Będzie  odbywała  praktykę  pod  jego 
kierownictwem. 

background image

 

Pomimo  tego,  że  Ilissa  cierpiała  w  pełni  zasłużenie  –  zimą  ona  i  jej 
znajomi  z  klasy  wezwali  dość  silnego  demona,  łamiąc  wszelkie 
istniejące  zasady  bezpieczeństwa,  za  co  została  aresztowana 
i otrzymała karę w postaci częściowego zakazu korzystania z magii  – 
zrobiło mi się żal dziewczyny. Jej relacje z ojcem były takie sobie. Na 
tyle takie sobie, że dziewczyna, podobnie jak jej starszy brat, uciekła 
od rodzica na drugi koniec kraju. 

–  Mam  pewne  wątpliwości  co  do  tego,  czy  Raul  Irronto  zgodzi  się 
zostać naszym królikiem doświadczalnym – stwierdził półkrasnolud. 

– A my nie będziemy go o nic pytać! – z natchnieniem oświadczyłam. 
–  Będzie  doświadczał  działania  artefaktu  za  każdym  razem,  kiedy 
zobaczy mnie obok Irgi! 

– W porządku – ucieszył się Irga. – To znaczy, że do mnie wracasz? 

Zamarłam,  zmieszana  spojrzałam  na  rozpromienionego  nekromantę, 
powtórzyłam sobie w myślach ostatnie minuty i skwaśniałam: 

– Otto, nie będziemy robić tego artefaktu, ponieważ nie chcę być z Irgą! 

Błękitne oczy byłego męża ochłodziły się, ale nie zamierzał szybko się 
poddawać. 

– Ola, zastanów się! Nowy artefakt! Nowy, wyjątkowy artefakt! 

– Między artefaktem a zasadami wybieram zasady! – oświadczyłam. 

– Ola – westchnął Irga. – Ale jakie to głupie – odmawiać szczęścia nam 
obojgu z powodu głupich zasad! 

– To była moja kwestia  – powiedziałam już całkiem zdenerwowana. 
Mrówki i serce uspokoiły się, gdy przypomniały sobie jak cierpiały. 

– Irga, jesteś tu zbędny – szczerze powiedział Otto. – Ola jest mi droga, 
zwłaszcza  przy  zdrowych  zmysłach.  Jak  przyszedłeś  tak  i  sobie 
pójdziesz. I to ja będę ją musiał pocieszać. Postąpiłeś po świńsku, na 
dodatek, jak przypuszczam, nie kupiłeś biletów na koncert? 

Irga potrząsnął długą grzywką. Mignął siwy kosmyk. 

background image

 

– Kupię. Ola, kocham cię. Wiem, że nie możesz zapomnieć ostatnich 
miesięcy, ja też nie jestem w stanie o nich zapomnieć. Ale zmieniłem 
się. I wkrótce to zrozumiesz. Nieważne jak długo będziesz przede mną 
uciekać, dogonię cię. Ponieważ wychodzę tobie na przeciw. 

–  Nie  warto  mi  grozić  –  prychnęłam,  chociaż  słuchanie  tego  było 
przyjemnie. – Irga, czekają na nas obowiązki. 

– Cóż, nie będę przeszkadzał. Do widzenia  – grzecznie pożegnał się 
nekromanta. – Ola, jestem zawsze do twoich usług. 

Skrzyżowałam  ręce  na  piersi.  Do  moich  usług,  powiadasz?  Będzie 
trzeba  przekartkować  parę  miłosnych  powieści  i  zaczerpnąć  stamtąd 
pomysły  na  szydzenie  sobie  z  ukochanego.  Zobaczymy  ile  Irga 
wytrzyma.  Tak,  ja  jestem  bardzo  mściwą  osobą,  która  została 
obdarzona  wspaniałą  pamięcią!  A  głupie  serce...  Nie!  Zmiażdżymy 
głupotę trzeźwym rozsądkiem! 

– O czym myślisz? – zainteresował się Otto. 

–  O tym, że w najbliższym  czasie  kategorycznie nie  wolno  mi pić  – 
odrzekłam.  –  Bo  zmięknę  i  wpadnę  w  objęcia  zdradzieckiego  Irgi. 
A w żadnym razie nie mogę poddać się tak szybko. 

– Zgadzam się. A teraz skoro już uporządkowałaś sprawy sercowe, zrób 
porządek na podwórzu, dopóki ja będę cieszył się z tej nowości. 

Do rozrzuconych artefaktów wróciłam wciąż jeszcze mając nadzieję, 
że  nawiedzi  mnie  jakaś  genialna  idea.  Amulet  przeciwko  urokowi 
magicznie  obdarzonego  krewnego  to  dobry  pomysł,  nie  bez  powodu 
większość moich zamężnych przyjaciółek twierdziło, że ich teściowe 
to  wiedźmy.  Po  utracie  ukochanego  syneczka  mamusie  masowo 
wybuchały  magicznymi  zdolnościami  i  darem  jasnowidzenia  typu 
„Ona  zepsuje  ci  całe  życie!”,  „Ona  nie  będzie  cię  karmić  na  czas!”, 
„Ona nie będzie prać twojej koszuli tak jak ja!” a nawet „Jej dziecko 
nie  będzie  twoje!”.  I  co  mogę  powiedzieć,  wystarczy  przypomnieć 
sobie obu moich teściów – tego obecnego i  tego, który ma nadzieję, że 
się nim stanie. Nekromanta i ork-dyplomata. Obydwaj uważają, że ich 
synowie  popełnili  wielki  błąd,  zadając  się  ze  mną,  łajdaczką.  Ale 

background image

 

10 

Gopko  wciąż  jest  gotowy  pójść  na  ustępstwo,  najwyraźniej  nie  bez 
powodu udało mu się zrobić karierę w takim zawodzie. Na Raula jak 
się  okazuje  ma  wpływ  profesja.  Zamierza  rozprawić  się  ze  mną 
w zupełnie inny sposób. 

–  Zdobyłem  niewolników!  –  obwieścił  Otto,  wyrywając  mnie  ze 
smutnych przemyśleń. 

Wypuściłam z rąk niedokończone artefakty, które zamierzałam odłożyć 
do osobnego pudełka na pomysły. Dobry stop, interesująca forma... 

– Jak to? – zapytałam zaskoczona. – Jakich niewolników? W Sitorii nie 
ma niewolników! 

– Są – parsknął najlepszy przyjaciel. – Tylko że inaczej się ich nazywa. 
Na przykład, praktykanci! Byłem u profesora Swingdara i podrzucił mi 
paru studentów. Przy tym nie bez korzyści dla siebie. Czy zdajesz sobie 
sprawę, że mamy taki autorytet, że po prostu rwą się do nas na praktykę 
w nadziei, że poznają jakiekolwiek sekrety naszego warsztatu? 

–  O!  Trzeba  schować  schemat  magicznych  przepływów  – 
powiedziałam. –  Sama go opracowałam, nie będą się na niego gapić 
żadni studenci! Ile nam zapłacą za praktykantów? 

– Nic – westchnął Otto. – Ale za to pozwolili nam wykorzystywać ich 
jak nam się żywnie podoba. 

–  Daj  spokój!  –  nie  wierzyłam  w  to.  –  Pewnie  zapłacili  profesorowi 
Swingdarowi za to, żeby trafić właśnie do nas. A on co, nie podzielił 
się? 

–  Ola,  wiesz,  jaka  jest  różnica  wieku  między  nami  a  profesorem?  – 
zapytał Otto ze smutkiem. – Wyciągnięcie od niego chociaż miedziaka 
to zadanie nie dla mnie. Póki co. 

– Może powinnam wstąpić do Befa i zapytać, czy i on nie podrzuci ze 
swojej  strony  paru  chętnych?  –  zapytałam.  –  Teoretykom  zazwyczaj 
ciężko jest znaleźć miejsce odbywania praktyk. 

– Tylko tego brakowało! – nie zaakceptował mojej idei półkrasnolud. – 
Jesteśmy wyjątkowi właśnie z powodu naszej współpracy, dlatego nie 

background image

 

11 

warto ujawniać sekretów produkcji! A może jednego z krasnoludów to 
zainspiruje i też postanowi znaleźć sobie parę? 

– Jeśli nie zrobili tego na Uniwersytecie, to... 

– Nie zamierzam stwarzać im korzystnych warunków! – zamknął temat 
Otto. – A tobie  radzę  myśleć nie jak uszczęśliwić obcych ludzi,  a co 
pokażemy na zjeździe! 

– Będę o tym myśleć rano! – rozzłościłam się i rzuciłam niedokończone 
artefakty  na  ziemię.  –  Mam  już  dość  wzmacniających  artefaktów! 
Odmawiam ich udoskonalania! 

– Wiedziałem, że tak będzie – ponuro stwierdził najlepszy przyjaciel. – 
Wystarczy,  że  Irga  pokaże  się  na  horyzoncie  i  wszystko  zaczyna  się 
sypać. 

Chwycił się za brodę i poszedł do domu. Długo zbierałam fragmenty 
amuletów  rozsypane  po  podwórzu  i  wyobrażałam  sobie  różne 
rozgrzewające  serce  obrazy  jak  na  przykład  Irga  odchodzi,  a  ja  nie 
płaczę i zamiast tego dumnie odjeżdżam na wspaniałym koniu z jakimś 
przystojniakiem  w  stronę  zachodzącego  słońca.  On  obejmuje  mnie 
swoimi  muskularnymi  ramionami  i  szepcze  na  uszko  coś 
pocieszającego. A Irga szlocha za mną, załamując ręce i żałując. 

Zresztą, on już teraz żałuje, ale coś słabo się stara! 

Wstawanie wcześnie rano to dla mnie wciąż męczarnia. Wiedziałam, 
że będzie to wyczyn w rodzaju zwycięstwa nad smokiem (których już 
od stu lat nikt nie widział, więc ze smokiem tak właściwie nie można 
zwyciężyć!)  i  we  wtorek  położyłam  się  spać  całkowicie  ubrana  oraz 
zawczasu  spakowana.  Otto  musiał  tylko  wyciągnąć  mnie  z  ciepłego 
łóżka i załadować do powozu. 

Troskliwy  przyjaciel  nawet  nie  zdjął  ze  mnie  kołdry,  dlatego  pięknie 
wyspałam się przy miarowym lekkim kołysaniu, a kiedy otworzyłam 
oczy,  natychmiast  napotkałam  płonące  namiętnością  spojrzenie 
czarnych oczu Żywka. 

background image

 

12 

Oczywiście,  ork  nie  mógł  nie  wykorzystać  możliwości  potrzymania 
mnie w objęciach! 

Zamarłam wstrzymując oddech. Męskiej aurze Żywka poddawała się 
nawet Lira, która gorąco kochała swojego męża, a co tu dopiero mówić 
o  mnie,  dziewczynie,  która  uczuciowo  jest  lekko  niestabilna,  a na 
dodatek obrażona na ukochanego. 

– Mnie też miło cię widzieć z rana – powiedziałam ochryple. 

  

 

– Dzień już dawno się rozpoczął – roześmiał się Żywko. – Niedługo 
będziemy na miejscu. 

Zeszłam z jego kolan – to wymagało pewnego wysiłku i przypomnienia 
sobie, że teraz Żywko to nie mężczyzna, a zleceniodawca. Nie wolno 
mi mieszać tych dwóch pojęć, inaczej potem Otto sam mnie z czymś 
zmiesza. Poza tym klienci, którzy podejrzewają mnie o ciepłe uczucia, 
mają zły zwyczaj niedopłacania. 

Otto siedział naprzeciwko i kartkował grubaśną księgę. Przywlókł ją 
wczoraj  wieczorem  i  oznajmił,  że  tylko  tacy  nieodpowiedzialni 
obywatele  jak  ja,  mogą  tracić  tyle  czasu  na  sen,  a  on  zamierza 
pożytecznie  wykorzystać  czas  podróży!  I  czy  wiem,  że  do 
uniwersyteckiej  księgarni  przywieźli  nowe  monografie  dotyczące 
artefaktów?  

Nie  wiedziałam  o  tym.  Po  co  biegać  i  się  dowiadywać  skoro  mam 
Ottona, który i tak mnie o tym poinformuje? 

– Wyspałaś się, śpiąca królewno? – burknął półkrasnolud rzucając mi 
butelkę z gorącą herbatą. – Żywko, jesteś mi winien srebrniaka. 

– Trzymaj, szantażysto! – ork wyjął pieniądze z kieszeni. 

– Znowu na mnie zarobiłeś? – oburzyłam się. – Gdzie moja część? 

–  Ty  miałaś  przyjemność,  ja  mam  pieniądze.  Jest  sprawiedliwie  – 
odpowiedział najlepszy przyjaciel. – Założyliśmy się o twój sen. Żywko 
twierdził,  że  w  jego  przytulnych  objęciach  będziesz  spać  do  samego 
przyjazdu, ale wiedziałem, że nawet ty nie dasz rady tak długo chrapać. 

background image

 

13 

– Chrapać! Ja słodko spałam! – wzięłam łyk herbaty. W Ottonie nie ma 
za grosz romantyzmu. 

–  Złotko,  ile  razy  mam  ci  to  powtarzać?  Słodka  jesteś  dla  swoich 
mężczyzn,  a  dla  mnie  jesteś  przyjaciółką,  której  wszystkie  wady 
doskonale znam. Dlatego – chrapać! 

– Też doskonale znam wszystkie wady Oli – powiedział Żywko. – I one 
absolutnie nie przeszkadzają mi w uwielbianiu jej. 

–  Tak,  tak,  ja  ją  też  uwielbiam  –  wzruszył  ramionami  Otto.  –  Ola, 
chcesz kanapkę? 

– Jasne, dawaj dwie! 

Od zawsze źle mi się myślało z pustym żołądkiem. 

– Ja też coś dla ciebie przygotowałem – powiedział Żywko i wydobył 
spod siedzeń zawiniątko. 

– Najlepszy cukierek to kiełbasa, czyż nie? 

Przełknęłam ślinę. 

– Ona i cukierki lubi – Otto wyrwał zawiniątko z rąk orka. – Podzielę, 
jeśli nie masz nic przeciwko. Ola jest w stanie zjeść wszystko od razu 
sama! 

–  Tak  nie  można!  –  obraziłam  się.  –  Mówisz  tak  jakbym  była 
zachłanna! 

– A co, nie jesteś? – Otto wręczył mi skrupulatnie odmierzoną jedną 
trzecią kiełbasy. 

Nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc postanowiłam, że lepiej żuć niż 
próbować wybielać swoje imię. Nikt z tu obecnych tego nie potrzebuje. 

Nie zdążyliśmy zjeść kiełbasy do końca. 

Rozbrzmiał szum, szczekanie i rżenie. Żywko wydobył z pochwy długi 
sztylet. 

Powóz zatrzymał się i ktoś szarpnięciem otworzył drzwiczki. 

background image

 

14 

Okrążyły nas orki. A sądząc po ich kolczykach, należeli do zupełnie 
innego klanu. 

–  Żywko!  Niespodzianka!  –  po  orczemu  powiedział  jeden  z  nich. 
Wyglądał  na  trochę  starszego  niż  Żywko,  ale  był  o  wiele 
przystojniejszy.  A  ja  myślałam,  że  to  niemożliwe!  Jednak  następne 
słowa  orka  całkiem  popsuły  mój  zachwyt.  –  Dziewuchę  –  mi, 
krasnoluda związać, Gopkowe nasienie zarżnąć! 

– Co? Co to ma znaczyć – „dziewuchę – mi”? – oburzyłam się też po 
orczemu. – Co ciekawego jeszcze usłyszę? 

Zdezorientowane orki wymieniły spojrzenia. Żywko zaśmiał się. Otto 
nieśpieszenie pakował książkę do worka. 

– Ona nas rozumie! – wyraził swoje zdziwienie jeden z napadających. 

– I co z tego, wyciągajcie ich z powozu! 

Otto odkaszlnął i bardzo głośno zapytał: 

– Jesteście pewni, że wystarczy was sześciu na nas troje? 

Orki  wymieniły  spojrzenia.  Żywko  opanował  wesołość  i  spojrzał 
pytająco na półkrasnoluda. 

Sytuacja  wydawała  mi  się  całkiem  absurdalna.  Najwyraźniej, 
napadający nie mieli wielkiego doświadczenia w rabowaniu powozów, 
bo inaczej już by cokolwiek zrobili! Nasze zachowanie ich też zdziwiło. 
Kiedy  przepiękna  dama  (dziewucha!  Ja  im  tę  dziewuchę  jeszcze 
wypomnę!) zamiast krzyczeć i mdleć zaczyna wyjaśniać sytuację i to 
jeszcze po orczemu, to chcesz czy nie, ale dociera do ciebie, że coś jest 
nie tak. 

Sprawę zdecydował się wziąć w swoje ręce Żywko. 

–  Pozwólcie,  że  przedstawię  –  powiedział  po  sitorsku.  –  To  Gojko, 
nieudacznik. 

– Że nieudacznik, to widać! – zauważył Otto. 

Gojce w ogóle się  to nie spodobało i z rykiem  rzucił  się do wnętrza 
powozu. 

background image

 

15 

A ja... Nie, dokładnie, to ja i Otto... 

A  jeszcze  dokładniej,  to  wszystko  zaczęło  się  od  ojca  Żywko,  który 
w stolicy próbował mnie porwać. Takie traktowanie mojej drogocennej 
osoby  w  ogóle  mi  się  nie  spodobało.  Po  powrocie  do  Czystiakowa, 
chwili namysłu i połączeniu sił z Ottonem, stworzyłam nowy ochronny 
artefakt. Niewiele kowalstwa, dużo chemii i trochę magii, żeby móc tą 
chemię uruchomić. 

Dobrze pamiętałam  walkę z dworzanami, kiedy życie  mi i Ottonowi 
uratowały  kłęby  dymu  z  zerwanych  z  mojej  szyi  i  w  przypadkowy 
sposób aktywowanych artefaktów. Pozostawało tylko podporządkować 
sobie dym, w czym pomogli nam chemicy z miejscowej krasnoludzkiej 
wspólnoty.  

Próba artefaktu zakończyła się sukcesem. Tak udanym, że cała nasza 
trójka  –  ja,  Otto  i  jego  przyjaciel  Ralf  spędziliśmy  noc  w  Domu 
Uzdrowicieli.  Dym  okazał  się  zbyt  żrący  i  trzeba  było  zmienić  jego 
formułę.  Nie  dopracowaliśmy  artefaktu  do  końca.  W  obecnej  formie 
była  to  raczej  broń  masowego  rażenia,  która  nie  oszczędzała  ani 
swoich,  ani  obcych.  Ale  wciąż  nosiłam  go  przy  sobie 
z postanowieniem, że przetestuję go na psach Żywka. Ork, oczywiście, 
nie miał o tym pojęcia (a gdyby miał to nie byłby zachwycony!), mimo 
to jeszcze nie straciłam nadziei, że wydobędę z mojego pomysłu coś 
pożytecznego.  Może,  ochronę  przed  dzikimi  psami,  mniej  żrący 
proszek i możliwość kierowania strumieniem? 

Ogólnie, nie było już czego testować na psach – gdy tylko orki przeszły 
od  wzajemnego  wymieniania  spojrzeń  do  zdecydowanego  działania, 
rzuciłam  w  napastników  aktywowanym  artefaktem.  Otto  pociągnął 
mnie za rękę, wyskoczyliśmy z powozu, odpychając od siebie Gojkę 
nieudacznika i uciekliśmy do lasu. 

Byle jak najdalej od miejsca wydarzeń. 

Po  oddaleniu  się  na  przyzwoitą  odległość  padliśmy  pod  jakimś 
drzewem próbując złapać oddech. Otto oczywiście zabrał ze sobą torby 

background image

 

16 

ze  sprzętem  Mistrzów  Artefaktów,  a  podczas  biegu  zdążył  nawet 
powiesić jedną z nich na mojej szyi. 

–  I  jak  teraz,  Olgierdo  Postrachu  Orków,  dostaniemy  się  do 
Czystiakowa? – zapytał półkrasnolud. 

– Dlaczego pytasz o to mnie? – oburzyłam się. – Dzisiaj to nie moja 
wina! To Żywko ma z nimi jakieś problemy, a my ucierpieliśmy! Jak 
myślisz, powinniśmy go ratować czy już nie? 

– Rozumiem, że Żywko jest ci bliski jako dostawca smakołyków, ale, 
po pierwsze, tam jest sześciu obcych uzbrojonych orków, a, po drugie, 
on nie zapłaci nam za uratowanie. Nawet jeśli zrobimy coś tak głupiego 
jak powrót na pole bitwy. 

– Jest mi bliski nie tylko jako dostawca smakołyków – odpowiedziałam. 
– On poza tym wspaniale przytula a w ogóle ma wokół siebie taką ilość 
wielbicielek i  mimo to wszystkie je odrzuca! Może tam teraz Żywka 
zarzynają, a my sobie odpoczywamy! 

–  Nie  mamy  przy  sobie  bojowych  artefaktów  –  przypomniał  Otto.  – 
A ty jesteś dobra w stawieniu tarcz, za to w walce ani trochę. 

Pojęłam,  że  nic  nie  mogę  zrobić  i  przygnębiona  usiadłam  obok 
przyjaciela. 

– Może powinnam wrócić na studia?

 – 

nagle wpadła mi do głowy myśl. 

– I uczyć się na bojowego maga. Przy naszym burzliwym trybie życia 
nie było by to niepotrzebne. 

Półkrasnolud  wytrzeszczył na mnie pełne zdumienia oczy. 

–  Ola  –  bojowy  mag?  Ciebie  i  tak  już  teraz  boi  się  pół  królestwa! 
I w ogóle,  nie  zajmuj  się  bzdurami!  Lepiej  pisz  pracę  magisterską! 
Odpowiedni  poziom  siły  już  osiągnęłaś,  została  tylko  obrona  tytułu. 
A potem podniesiemy ceny! Przy okazji, jako magister, będziesz miała 
prawo  do  zakupu  silnych  artefaktów  i  wtedy  zdobędziemy  też  takie 
konkretne bojowe. 

–  Otto,  u  ciebie  pod  łóżkiem  jest  cała  skrzynka  takich  bojowych 
artefaktów – przypomniałam. 

background image

 

17 

–  One  są  nielegalne,  a  ja  mimo  wszystko  jestem  przestrzegającym 
prawa  krasnoludem.  Znasz  mnie  i  wiesz  jak  mnie  to  męczy,  że  nie 
możemy ich rozebrać i wykorzystać części zaklęć w naszej pracy. Póki 
co, nie możemy. 

–  Myślę,  że  tytuł  magistra  spowoduje,  że  Raul  Irronto  będzie  mnie 
nienawidził jeszcze bardziej. 

– Czyli zdecydowałaś już, że wracasz do Irgi? – Otto uniósł brew. 

Objęłam  ramionami  kolana  i  ciężko  westchnęłam.  Nie  miałam 
najmniejszej ochoty odpowiadać na to prowokacyjne pytanie. Wrócę – 
nie wrócę... Kocham go. Ale boję się, że on mnie znowu skrzywdzi. I o 
czynniku  „kochanego”  krewnego  też  nie  wolno  zapominać.  Może 
mimo  wszystko  trzeba  opracować  ten  artefakt,  chroniący  przed 
urokiem? Ale musiałby być bardzo silny, żeby Raul nie był w stanie 
przebić  jego  ochrony.  A  jeśli  nekromanta  postanowi  rzucić  na  mnie 
przekleństwo? Trzeba się nad tym dobrze zastanowić... 

Nagle  coś  zaszeleściło  w  krzakach.  Otto  wytężył  uwagę,  a  ja,  na 
wszelki wypadek, osłoniłam nas tarczą. 

Środki ostrożności nie okazały się zbyteczne. Przed nami pojawiły się 
trzy orcze wilczarze. Zatrzymały się i zaczęły czujnie węszyć. 

– Mam nadzieję, że nas nie zeżrą – cicho powiedział Otto. 

– Bez rozkazu nie powinny – powiedziałam niepewnie i przycisnęłam 
się do ciepłego boku najlepszego przyjaciela. 

Psy  siedziały  i  patrzyły  na  nas.  My  siedzieliśmy  i  staraliśmy  się  nie 
patrzeć  na  nie.  Ale  spojrzenie  jakoś  samo  uciekało  w  kierunku 
imponujących kłów. 

Tak  minęła  godzina.  W  tym  czasie  zdążyliśmy  z  półkrasnoludem 
pokłócić się, pogodzić i znowu pokłócić. Nic mu się nie podobało – ani 
mój pomysł na artefakt chroniący przed urokiem, ani na artefakt, który 
miał odstraszać dzikie psy, ani to że chciałam wrócić na studia. No jak 
można być tak nieprzychylnym? 

background image

 

18 

Gdy  wreszcie  w  polu  mojego  widzenia  ukazał  się  Żywko  byłam  już 
bliska wrzenia ze złości. 

– Jesteś nie do zniesienia! – poinformowałam Ottona. – Należy szerzej 
patrzeć na świat! Uczepiłeś się jednego i... 

– A oto i Żywko – ponuro powiedział półkrasnolud. – Podziękuj mu, 
Ola, inaczej zaraz bym cię... 

– Widzę, że między wami panuje pełen pokój i harmonia – ork wszedł 
na  polanę  całkiem  bezszelestnie.  Przez  całą  jego  twarz  ciągnęło  się 
długie zadrapanie, lewe przedramię było zabandażowane. Jednak tors 
jak  zwykle  okryty  kamizelką  był  cały,  więc  postanowiłam  nie 
okazywać mu współczucia. Jest wojownikiem, a nawet ze mną bywało 
gorzej. 

–  Oczywiście,  panuje  –  natychmiast  odpowiedział  partner.  Przed 
innymi zawsze występowaliśmy na jednym froncie. – Po prostu czasem 
zdarzają się rozbieżności. Małe i nic nie znaczące. 

–  Jasne.  Szanuję  to  –  powiedział  Żywko  z  powagą.  –  A  dlaczego  tu 
siedzicie? 

–  Jako  pokojowo  nastawieni  artefaktnicy  nie  chcemy  mieszać  się 
w cudze bójki – wyjaśniłam. 

– Poza tym twoje pieski tu siedzą – dodał Otto. 

–  Psy  –  poprawił  ork.  –  A  co  się  tyczy  pokojowo  nastawionych 
artefaktników... Na to nie dam się nabrać! Chociaż Gojko też już nie 
wierzy  w  pokojowo  nastawionych  magów,  którzy  jechali  po  prostu, 
żeby zbadać problemy związane z ochroną rezerwatu. 

– A co się stało z twoimi wrogami? – żywo się zainteresowałam. 

– Żal ci ich? – zdziwił się Żywko. 

– Oczywiście, że nie, po prostu jestem ciekawa jak podziałał na nich 
mój psi odstraszasz. 

– Psi odstraszasz? – z przerażeniem upewnił się Żywko. – Zamierzałaś 
używać tego na niewinnych psach? Ola, jesteś nieludzka! 

background image

 

19 

– Niepsia – poprawiłam, podnosząc ciężką torbę ze sprzętem. – Tak, 
zamierzałam, a co? 

– Spodziewałem się z waszej strony jakiejś niespodzianki – powiedział 
ork i ruszył przodem. Powlekliśmy się za nim. Zachwycanie się lasem 
mi  nie  wychodziło.  Lubię  cywilizację,  równe  drogi  i  ciepłą  toaletę. 
I żeby do mojej spódnicy nie czepiały się kolce i drobne gałązki! Tak 
na  marginesie,  ona  była  droga  i  ma  haft  u  dołu!  –  Dlatego,  kiedy 
zerwałaś z szyi artefakt, zdążyłem wstrzymać oddech i odskoczyć. Tak 
więc  mnie  nie  za  bardzo  się  dostało,  ale  dwójce  z bandy  Gojki  tak  i 
wciąż  jeszcze  nie  doszli  do  siebie.  Mam  ich  litościwie  dobić  czy 
przeżyją? 

– Przeżyją – burknął Otto. – Ja przeżyłem, kiedy testowaliśmy artefakt. 

– To gdzie są twoi wrogowie? – zapytałam. – Powinnam ich przepytać. 
W celach naukowych. 

– To się nie uda – uśmiechnął się Żywko. – Znają sitorski jeszcze gorzej 
niż ty orczy. 

– Szkoda – stwierdziłam. – A po co oni tu w ogóle przyjechali? Zabić 
cię? 

– Tak – spokojnie odpowiedział ork. – Jestem jedynym spadkobiercą 
ojca, a niektórzy bardzo by chcieli, żeby mój ojciec stał się bezdzietny. 
Na  przykład,  mój  kuzyn  Gojko,  któremu  moje  sukcesy  nie  dają 
spokojnie spać. Po mojej śmierci to on zostałby spadkobiercą. 

– Nawet gdyby to właśnie on cię zabił? – zdziwił się Otto. 

– Tak. Gdyby zabił to znaczy, że jest silny, czyli jest godny władzy. 

– Okazało się, że nie jest godny – zachichotałam. – A ty go zabijesz? 

– Po co? Wtedy mój ojciec zostanie zupełnie bez spadkobierców. Wyślę 
go do domu, na Step. 

–  A  on  znowu  zbierze  bandę  i  znowu  przyjedzie  cię  zabijać  – 
powiedział Otto. 

background image

 

20 

–  Trudno  –  wzruszył  ramionami  Żywko.  –  To  pozwala  nie  stracić 
czujności.  

Przypomniałam  sobie  ile  dzieci  miał  stary  Gopko,  a  ile  zostało  przy 
życiu i poczułam jak przez moje plecy przebiegły mrówki, ukradkiem 
szepcząc    „Tak,  tak,  bycie  żoną  orka  to  nie  tylko  rozkoszowanie  się 
samcem w pościeli, ale też masa problemów z jego krewnymi!”. 

W  porównaniu  z  orczymi  relacjami  rodzinnymi  moi  liczni  krewni 
wydawali się bardzo miłą gromadką bliskich sobie ludzi. 

– Hej, Ola, co tak ucichłaś? – zapytał Żywko. – Przestraszyłaś się? Nie 
bój się, maluchów i kobiet u nas nie tykają. 

–  Nie  przestraszyłam  się.  Czego  mam  się  bać?  Myślę  o  swoim 
artefakcie.  Jak  go  udoskonalić,  tak  żeby  pole  rażenia  było 
dokładniejsze? 

Ork roześmiał się. 

– Będziesz dobrą żoną. 

– Żądną krwi – potwierdził Otto. – Żądną – to słowo podstawa

1

. Krew 

jakoś tak sama lgnie do Oli. Niespodziewanie. 

–  Nie  ma  co  mnie  swatać!  –  oświadczyłam.  –  Dopiero  co  poczułam 
smak wolności i nie ciągnie mnie z powrotem do małżeńskich więzów. 

– Poczekam, aż pociągnie – obiecał ork. – Jesteśmy na miejscu. 

Psi rezerwat zajmował całkiem imponującą powierzchnię. Mieszkały w 
nim  nie  tylko  dorosłe  osobniki  hodowlane  i  szczenięta,  ale  były  też 
specjalne  place  przeznaczone  do  tresury  oraz  zagrody,  w  których 
trzymano zwierzynę, którą psy zapędzały podczas polowania i konie... 

–  I  to  wszystko  należy  do  niego  –  szepnął  do  mnie  Otto.  –  To  nie 
nekromanta z jednopokojowym wynajętym mieszkaniem! 

– A Żywko w ogóle mieszka w domu wspólnoty – burknęłam. 

                                                           

1

 

Przyp. tłum. – bardziej chodzi o krwiożerczą, a potem chciwą, ale nie znalazłam sensownego 

odpowiednika, żeby zastąpić rosyjskie słowa – u nich rzeczywiście wystarczy odciąć „krew” 
z początku słowa i zostaje nam „chciwa” ;)

 

background image

 

21 

Rozlokowaliśmy  się  przy  bramach  pokrytych  szamańskim  pismem. 
Magiczna  ochrona  rezerwatu  była  dziełem  czistiakowskich  magów. 
Szamani mogli zesłać niepowodzenie na tego, kto połasi się na cudzą 
własność,  ale  żeby  potraktować  sprawcę  błyskawicą  trzeba  było 
nałożyć zaklęcie. 

Do  wieczora  łaziliśmy  z  Ottonem  po  obwodzie  rezerwatu. 
Energetycznego  konturu  nikt  nie  dotykał.  Mogłabym  określić,  czy 
przekupiono  maga,  który  ustawiał  ochronę,  żeby  ją  potajemnie 
otworzył, ale przynajmniej od dwóch miesięcy nie wywierano żadnego 
wpływu na ogrodzenie. 

–  Nic  nie  rozumiem,  ochrona  jest  idealna  –  przyznał  się  Otto,  kiedy 
Żywko przyszedł wypytać się o nasze odkrycia. Wylegiwałam się na 
trawie  bezmyślnie  patrząc  w  niebo.  Wielogodzinne  kierowanie 
przepływem energii dawało o sobie znać. – Jesteś pewien, że twoich 
piesków... to znaczy, psów, nie ukradli miejscowi pracownicy? 

– Jestem pewien – ork spochmurniał i skrzyżował ręce na piersi. – Oni 
po  prostu  fizycznie  nie  mogliby  ich  wynieść  poza  teren  rezerwatu! 
Szaman na każdego nałożył specjalny znak, odpowiadający tym, które 
są na bramach. 

– Przerzucili przez płot? – wysunęłam przepuszczenie. 

– Nie, zdecydowanie nie. 

– Mogę na nowo zamknąć ochronny kontur – powiedziałam. – Ale to 
nie ma żadnego sensu. On jest nietknięty. Szczenięta jakby rozpłynęły 
się  w  powietrzu,  sprawdziliśmy  wszystko,  co  ma  związek  z  magią. 
Wszystkie zamki, blokady, alarmy... Niczego, ani nikogo obcego tutaj 
nie było. To ktoś ze swoich, Żywko! 

– Przepytałem wszystkich – ork usiadł obok mnie.  –  Nawet kupiłem 
sferę prawdy. Nikt szczeniąt nie wynosił ani nie sprzedawał! 

– Nieźle! – zagwizdał Otto. – Musiało cię to kosztować fortunę

.

 

Żywko kiwnął głową. 

background image

 

22 

–  Dostarczam  psy  w  całym  północnym  regionie  Sitorii,  zahaczając 
o elfickie lasy a nawet południowo-zachodnią część Kuborii. Zniknęły 
dwie suki i jeden samiec. Jeśli ktoś zacznie je rozprowadzać, psuć rasę, 
mieszać z czymś jeszcze to będzie katastrofa. 

– I poważna strata pieniędzy – zgodził się Otto. 

– Co mają z tym wspólnego pieniądze? Rasa – oto co jest ważne. Pięć 
pokoleń  moich  przodków  kształtowało  tę  rasę!  Wystarczy  coś 
przegapić, a wszystko pójdzie na marne! 

– Czyli przed sprzedażą sterylizujesz zwierzęta? 

–  Oczywiście.  To  podstawowy  warunek.  Szczenięta  rodzą  się  tylko 
w moim rezerwacie! 

–  Proponuję  zjeść  kolację  i  jeszcze  pomyśleć  –  powiedział  Otton.  – 
Może wyczujemy coś w nocnej ciszy. 

– Wątpię – oznajmiłam. – Zgiełk mi nie przeszkadza. I skoro mówię, 
że ochronnego konturu nikt nie dotykał, to tak jest! 

– Nikt w ciebie nie wątpi – powiedział Żywko. – Byliście moją ostatnią 
nadzieją  na  rozwiązanie  tego  problemu!  Nie  wymienię  całego 
personelu rezerwatu! 

Kolacja minęła w przygnębiającej ciszy. Orki jadły szybko, starając się 
nie  podnosić  wzroku.  Wyraźnie  bali  się  gniewu  właściciela.  Gojko 
i trzech  jego  przyjaciół  niemrawo  dłubało  w  talerzach.  Te  dwa  orki, 
których  dotknęło  główne  uderzenie  mojego  artefaktu  wciąż  nie 
odzyskały  przytomności  i  Żywko  zamierzał  odesłać  ich  jutro  razem 
z nami do Czystiakowa. 

Przydzielono nam dwie klitki w budynku najwyższych władz. Zamiast 
łóżek  były  tam  materace  i  skóry.  W  sumie,  wygodnie,  ale  nie 
zamierzałam kłaść się spać. 

Poczekałam aż Otto zaśnie i zacznie chrapać na cały dom. Ostrożnie 
wydobyłam z torby pewne instrumenty i notatki po czym wyszłam na 
zewnątrz. 

background image

 

23 

–  Ola?  –  rozbrzmiało  w  ciemności.  Podskoczyłam  przestraszona. 
Żywko  odezwał  się  tuż  obok  drzwi,  podnosząc  się  z  ławki,  której 
wcześniej nie zauważyłam.. – Dlaczego nie śpisz? Dokąd idziesz? 

– Do ciebie – uczciwie odpowiedziałam. – Wiem, że śpisz osobno. 

– Do mnie? – w jego głosie zmieszały się radość i niedowierzanie. 

– Żywko, mam pomysł! – powiedziałam uchylając się od jego rąk. – 
Nie po to do ciebie szłam! Chcę ci pomóc w odnalezieniu szczeniąt! 

– Dlaczego nie zrobiłaś tego za dnia? – zapytał ork. 

–  Ponieważ  nie  chcę,  żeby  Otto  się  o  tym  dowiedział.  To  niezbyt 
popularna magia... Potrzebuję kogoś, kto będzie mnie ubezpieczał, jeśli 
coś pójdzie nie tak. 

– Zajęłaś się z czarną magią? – ostrożnie zapytał ork. 

– Nie – powiedziałam. – Nie wolno mi tego robić a moja aura i tak jest 
w strzępach. Zajęłam się magią krwi. To skrajnie niepopularny dział 
sztuki  magicznej,  ponieważ  to  niebezpieczne.  Ale  chcę  spróbować, 
rozumiesz? Już tyle przeczytałam na ten temat! 

– A jak to się stało, że Otto cię nie przyłapał? 

–  Czytałam  u  siebie  w  pokoju  przed  snem.  Myślał,  że  zajmuję  się 
artefaktnictwem.  Żywko,  w  stolicy  zetknęłam  się  z  różnymi 
szumowinami  i  nie  mówię  tu  o  twoim  ojcu.  Gdyby  nie  Irga  to  nie 
stałabym tutaj. Dłużej tak nie mogę, muszę stać się silniejsza. Pomożesz 
mi? 

–  Stań  się  silniejsza  –  oczywiście.  Ale  nie  jestem  wielkim  znawcą 
magii. Nie jestem nawet szamanem. 

– To nic, najważniejsze, żebyś, jeśli coś pójdzie nie tak, szybko wyniósł 
mnie z magicznego kręgu. I wołaj Ottona. On mnie uratuje, a w każdym 
razie pomoże doczekać uzdrowicieli. 

– To brzmi niebezpiecznie, ale dawaj, spróbujemy. 

background image

 

24 

Obdarowałam Żywka wdzięcznym spojrzeniem. Tak, to nie Irga, który 
w takiej sytuacji wpadłby w dziki atak histerii i zabraniał wszystkiego 
na świecie! 

Sądząc z tego, co przeczytałam, wielcy magowie, którzy zajmowali się 
tym działem nauki, potrafili odwoływać się do krwi bez pomocy, ale mi 
było  do  nich  daleko.  Żywko  odprowadził  mnie  do  swojego  domku, 
ponieważ  właśnie  tam  było  najczyściej  i  nigdy  nie  przelewano  tam 
krwi. Potem przyniósł kilka misek z krwią matek i ojców zaginionych 
szczeniąt. 

Nieustannie  wspierając  się  przerysowanymi  z  książek  schematami 
narysowałam krąg koncentracji. Lepiej nie przypominać sobie, jakich 
sztuczek użyłam, żeby zdobyć tą literaturę! Na szczęście, wciąż istnieli 
jeszcze  dobrzy  ludzie,  którzy  gotowi  byli  za  pewną  kwotę  zdobyć 
wszystko co trzeba; sprawie bardzo pomogło to, że parę miesięcy temu 
rodzina  mistrza  Augusta,  która  została  wypędzona  z miasta, 
wyprzedawała  kolekcję  książek  dziadka.  Znacznie  uszczupliłam  stan 
mojego  rachunku  bankowego.  Na  szczęście,  Otto  nie  miał  do  niego 
dostępu, bo najlepszy przyjaciel urwałby mi głowę, mówiąc, że skoro 
nie ma mózgu to pojemnik na niego też nie jest potrzebny. 

Po wypowiedzeniu kilku zaklęć z ręką uniesioną nad misą, zmieszałam 
krew suki i psa – rodziców jednego ze szczeniąt. 

– Jest ich pięć – powiedziałam, zamykając oczy, żeby móc się lepiej 
skupić. – Pięcioro szczeniąt. 

– Licząc zaginione – sześć. 

– Czyli jeden już zdechł – stwierdziłam. 

Praca z krwią wymagała wiele wysiłku, ale postanowiłam na tym nie 
poprzestawać.  Sprawdzenie  kolejnych  dwóch  szczeniąt  wykazało, 
że one też są martwe. 

Żywko zaklął cicho po orczemu. 

background image

 

25 

–  Twoi  pracownicy  zataili,  że  szczenięta  zdechły,  mówiąc,  że  je 
ukradziono?  – zasugerowałam,  wycierając spódnicą linie kręgu. I tak 
nadawała się już tylko na szmaty po bieganiu i spacerowaniu po lesie. 

– Nie mogli czegoś takiego zataić. Każda śmierć jest dokładnie badana. 
Mało  tego!  Nie  karzę  ich  za  takie  rzeczy,  chyba,  że  to  wynik 
niedopatrzenia.  Ale...  Na  pewno  nikogo  bym  za  to  nie  zabił,  więc 
robotnicy nie mieli się czego bać. 

Spróbowałam wstać, ale nie dałam rady. 

– Wołać Ottona? – zapytał ork. 

– Nie, nie warto, lepiej zaprowadź mnie do pokoju... – zakręciło mi się 
w głowie i pochłonęła mnie ciemność. 

Usłyszałam gniewny głos Ottona, otworzyłam oczy i ze zdziwieniem 
odkryłam, że na zewnątrz jest jasno, a ja leżę na stercie skór w domku 
Żywka. 

–  Od  razu  mógłbyś  powiedzieć,  że  jest  u  ciebie!  Wszyscy  jesteśmy 
dorośli, wszyscy wszystko rozumieją – półkrasnolud warczał na orka. 
– Wyobraź sobie, co sobie pomyślałem, kiedy odkryłem, że ona nawet 
nie kładła się u siebie! 

– Że poszła do mnie? 

– Nie, że udało jej się w coś wplątać! Mało tego! U was chodzą jacyś 
tajemniczy złodzieje szczeniąt, a Ola wiecznie spotyka łotrów na swojej 
drodze! 

–  Nie  burcz  –  powiedziałam  wychodząc  z  domku.  –  Rzeczywiście 
powinnam była cię uprzedzić, ale... Tak wyszło... 

–  Dlaczego  masz  ręce  w  krwi?  –  natychmiast  zapytał  mój 
spostrzegawczy przyjaciel. 

Tak, o tym, żeby po rytuale wytrzeć psią krew z dłoni, nie pomyślałam. 
Po  prostu  niewybaczalna  niedbałość!  A  ja  przymierzałam  się  do 
zdobycia magistra... Z takim podejściem do sprawy ten tytuł otrzymam 
dopiero pośmiertnie. 

background image

 

26 

–  Zakładała  mi  bandaże  –  odpowiedział  Żywko.  –  No  i  potem  tak 
wyszło... 

– Oj, wy coś kręcicie – pokręcił głową Otto. – Ale to wasza sprawa, 
tylko bardzo proszę, Ola, nie wypłakuj się potem na moim ramieniu..! 

–  Żywko!  –  wrzasnęłam,  wpatrując  się  w  przechodzącego  obok  nas 
młodego orka. – To on! Łap go! 

Żywko najpierw rzucił się na pracownika, obezwładnił go, przyciskając 
twarzą do piasku na ścieżce, a potem dopiero zapytał: 

– Kim on jest? 

–  Od  niego  czuć  krew  szczenięcia  –  patrzyłam  na  swoje  dłonie.  – 
Czuję... 

– Wspaniale! – ogłosił Otto bardzo złowieszczym głosem. – Zamiast 
zajmować się  seksem,  wy dwoje zajmowaliście  się  magią! Zakazaną 
magią! Kogoś życie zupełnie niczego nie nauczyło! 

– Nie zakazaną, a po prostu rzadką! – sprzeciwiłam się. 

– A jaka to różnica! – półkrasnolud chwycił się za głowę. – O, Młot 
i Kowadło, dlaczego pokaraliście mnie taką głupią partnerką? 

Zdecydowałam się żaden sposób nie reagować na ten atak. W końcu, 
sama sobie byłam winna. 

Żywko tymczasem przeszukiwał swojego pracownika. A potem, ryknął 
i wydobył z jego spodni kość. 

Młody  ork  kulił  się  ze  strachu  i  coś  bełkotał.  Z  tego  co  mówił  zbyt 
szybko  i  szlochał  z  przerażenia,  prawie  niczego  nie  udało  mi  się 
zrozumieć.  Jak  i  długiej  tyrady  Żywka.  W  tych  dziecięcych  bajkach 
w orczym  języku,  które  zdążyłam  przyswoić,  takie  słowa  były 
zdecydowanie zakazane. 

–  Pora  żebyśmy  zjedli  śniadanie  –  półkrasnolud  pociągnął  mnie  za 
rękaw. – Teraz zaczną się tu porządki, przy których lepiej żebyśmy nie 
byli obecni, to sprawa Żywka. I umyj się porządnie, bo boję się ciebie 
dotykać. 

background image

 

27 

Tak, magiczne zasady bezpieczeństwa Ottona były znacznie lepsze niż 
moje! 

 

Trzęśliśmy  się  w  powozie,  jadącym  do  Czystiakowa.  Na  jego  dachu 
przywiązano dwóch orków. Już się ocknęli, ale czuli się obrzydliwie. 
Oszołomiony po skandalu z pracownikami Żywko rozkazał wrzucić ich 
na dach, bo nie chciał dzielić z nimi siedzenia. 

Ork  siedział  obok  mnie  i  wpatrywał  się  w  swoje  splecione  palce. 
Śledztwo – połączone z terrorem – pozwoliło wyjaśnić, że pracownicy 
rezerwatu padli ofiarami nowomodnego trendu w orczych wierzeniach. 
Kość  szczenięcia  określonej  maści,  które  zostało  urodzone 
w określonym czasie przez konkretną sukę miała przynieść bogactwo 
i powodzenie. 

Ideę, włączając szczególny rytuał związany z wygotowywaniem kości, 
przyniósł ze sobą nowy pracownik, który całkiem niedawno przyjechał 
ze  Stepu.  Zapewniał,  że  główny  szaman  zjednoczonych  plemion  to 
popiera. Co mieli zrobić orkowie zamknięci w obcym dla siebie lesie, 
oderwani  od  rodzin,  pozbawieni  swobody  i  tradycyjnych  rozrywek? 
Z pasją wzięli się do działania! 

Przepytywani pracownicy milczeli, a Żywko, po użyciu Sfery Prawdy, 
po prostu nie wiedział, jakie pytania powinien zadawać. Myśl o takim 
wykorzystywaniu  nieszczęśliwych  piesków  nawet  nie  przeszła  mu 
przez głowę! Sprzedać na boku  – to tak, to jest możliwe. A o sekcie 
wielbicieli  psich  kości  Żywko  nie  wiedział,  bo  po  prostu  nie 
przejmował  się  takimi  bzdurami.  Szaman  wspólnoty  orków 
w Czystiakowie  rygorystycznie  pilnował,  żeby  nie  przeniknęła  tam 
żadna herezja. 

Otto też był zły. Na mnie, bezwstydną, beztroską, bezmyślną i jeszcze 
z  dziesięć  innych  takich  "bez-".  Możliwe,  że  w  swojej  trosce, 
pragnieniu chronienia i chęci otaczania opieką przegonił już nawet Irgę! 

Tylko ja jedna byłam zadowolona z życia. Magia krwi mi się udała. To 
znaczy, że trzeba iść uczyć się dalej! Aj, tak, jestem zuch! 

background image

 

28 

– A ona jeszcze się uśmiecha! – Otto wzniósł ręce do nieba. – Do ciebie, 
Olgierdo, nic nie dociera! Przyjedziemy i bierzesz się do pracy, żebyś 
nie miała czasu na żadne głupoty! Do pracy, tak!