background image
background image
background image
background image
background image
background image

Priscilla Masters

Nietypowa sprawa

background image

Śledztwo prowadzi Joanna Piercy  04
Ty tuł ory ginału: AND NONE SHALL SLEEP
Przekład: AGNIESZKA KLONOWSKA

Po raz pierwszy  usły szał to od m atki. Bawił się wtedy  w ogrodzie, gdzie zastawiał pułapkę na

m ałego drozda – niby  nic wielkiego, zwy czaj na, banalna zabawa. Zaj ęty  wy sy py waniem  ziaren
w  linię  prowadzącą  prosto  do  wnętrza  glinianego  dzbanka,  nawet  nie  zauważy ł,  że  stoi  oparta  o
drzwi. Dopiero na dźwięk j ej  głosu odwrócił głowę.

– Tony  – zaczęła łagodny m , pełny m  sm utku tonem . – Czy  ty  naprawdę nie m asz litości?
Wtedy   j eszcze  nie  rozum iał  j ej   słów.  Dopiero  teraz,  po  dwudziestu  latach,  potrafił

odpowiedzieć na to py tanie.

Litość…  Nigdy   w  ży ciu  nie  odczuwał  czegoś  podobnego,  choć  czasem   targały   nim   różne

em ocj e – j ak wtedy , gdy  ptak uciekł i nie udało m u się go złapać. Potrafił też odczuwać gniew.

I znał uczucie podniecenia, które towarzy szy ło m u zawsze, gdy  obm y ślał swój  plan. To by ło

niezwy kle  ekscy tuj ące:  rozsy pać  podstępnie  ziarno  i  zwabić  ptaka  prosto  do  pułapki.  O  tak,
wabienie ofiar w ustronne m iej sca zawsze budziło w nim  silne em ocj e.

A potem  upaj ał się ich strachem . Uwielbiał patrzeć na ich przerażone twarze, gdy  wiedzieli

j uż,  że  czeka  ich  niechy bna  śm ierć.  Czasem   pozwalał  im   pom odlić  się  ten  ostatni  raz,  a  silnie
wierzący ch zachęcał nawet, by  prosili Boga o przebaczenie. Może to by ł właśnie przej aw litości.
Wiedział też, co to pogarda. Nauczy ł się tego w pracy .

Naj bardziej  gardził ludzką podłością. Do brudnej  roboty  to każdy  chętnie cię zatrudni, m y ślał,

wy dy m aj ąc  pogardliwie  wargi,  ale  j ak  przy chodzi  do  wy nagrodzenia,  wtedy   zaczy na  się
całkiem   inna  gadka.  Widocznie  j ego  pracodawcy   nie  zdawali  sobie  sprawy ,  ile  kunsztu  i
wy trwałości  wy m aga  j ego  praca.  Musiał  by ć  zwinny ,  czuj ny   i  przebiegły   niczy m   lam part
poluj ący   na  zebrę.  Ale  gdy   przy pom niał  sobie  swoj e  ostatnie  zlecenie,  oczy   zabły sły   m u
gniewem .

– Jak m ożna chcieć więcej  za coś, co zabiera zaledwie krótką chwilę? – dziwili się.
Z trudem  powstrzy m y wał się, by  nie wy buchnąć.
–  Krótką  chwilę?  Czy   wy   nic  nie  rozum iecie?  Zaplanowanie  takiej   roboty   zaj m uj e  m i

ładny ch parę dni. Trzeba obm y ślić plan, wy brać czas i m iej sce – dodał surowy m  tonem , bo tak
trzeba z klientam i. – Macie do czy nienia z prawdziwy m  fachowcem .

Obserwowała go, j ak rozdzierał kopertę, wy raźnie zaciekawiony .
– Co to, Jonathan? – spy tała, zerkaj ąc na niego niespokoj nie. – Jonathan? – powtórzy ła.
Siedział  przy   stole  i  wpatry wał  się  w  kartkę  papieru.  Sam a  wręczy ła  m u  ten  list  w  białej

kopercie  ze  starannie  wy drukowany m   adresem .  Odetchnęła  z  ulgą:  całe  szczęście,  że  to  nie
kolej ny   rachunek.  Uspokoj ona,  podała  m u  kopertę,  nie  pam iętaj ąc  o  przeszłości.  Po  chwili
posm arowała  m asłem   j eszcze  j edną  grzankę  i  sięgnęła  po  słoiczek  z  dżem em ,  a  gdy   podniosła
wzrok, uj rzała j ego pobladłą twarz.

– Jonathan? – powtórzy ła.
Wy ciągnął  rękę  z  kartką  papieru.  Jego  twarz  wy dała  się  nagle  bardziej   zm ęczona,

wy m izerowana i m ocno zry ta szarawy m i bruzdam i.

Zm ieszana, sięgnęła po kartkę.
–  Znowu  z  policj i?  –  spy tała,  ale  on  pokręcił  ty lko  głową  i  wsunął  palce  za  kołnierz,  j akby

chciał rozluźnić j ego ucisk.

Spokoj nie założy ła okulary  i zerknęła na papier. Przeczy tanie wiadom ości zaj ęło j ej  sekundę:

na  kartce  widniało  j edno  krótkie,  lakoniczne  zdanie.  Obróciła  j ą  raz,  potem   drugi  i  parsknęła
śm iechem .

background image

– To chy ba j akaś reklam a. No cóż, trafili pod zły  adres.
Jonathan Selkirk przy m knął powieki i po chwili ciężko j e uniósł. Miał bardzo j asne oczy . Żona

obserwowała go, nie kry j ąc zdziwienia.

– Ktoś spry tnie to sobie wy m y ślił – dodała, wy ciągaj ąc rękę z kartką. – Ciekawe ty lko, po co.
– Coś ty  powiedziała? – wy j ąkał, wpatruj ąc się w papier w j ej  dłoni. – Reklam a? – Na j ego

twarzy  poj awiła się złość. – Aleś ty  głupia. Jaka to reklam a, skoro nie m a tu żadnej  nazwy  firm y ?
–  wy sapał,  wciągaj ąc  gwałtownie  powietrze  świszczący m i  wdecham i.  –  Kom u  przy szłoby   do
głowy   rozsy łać  j akieś  gówniane  ulotki  o  testam encie,  a  w  dodatku  do  m nie,  prawnika?  Zawsze
m ówiłem , że nie m asz ani krzty  olej u w głowie. Nigdy  w ży ciu nie widziałem  tak głupiej  baby .

Ale j ego żona zareagowała bardzo spokoj nie. Zdj ęła okulary , położy ła j e na stół.
– Nie m usisz zaraz m nie obrażać, Jonathan – odparła niewzruszony m  tonem . – Ludzie m aj ą

dziś  różne  pom y sły .  Może  to  naprawdę  reklam a.  –  Zerknęła  znów  na  kartkę,  uśm iechnęła  się  i
odłoży ła j ą na stół. – Daj  spokój , nie przej m uj  się ty m . Naj lepiej  od razu wy rzuć to do śm ieci.

Spoj rzał na nią gniewnie.
– Mówisz, że m am  się nie przej m ować, tak? – spy tał.
Skinęła głową.
– Może i m asz racj ę – odparł chry pliwie.
Zasiedli  z  powrotem   do  śniadania.  Ona  dokończy ła  grzankę,  a  on  sączy ł  powoli  herbatę.  Po

chwili j ego wzrok znów padł na kartkę papieru.

–  Słuchaj ,  przecież  to  nic  innego,  ty lko  pogróżki  –  wy sapał,  oddy chaj ąc  z  trudem .  –  Ktoś

wy raźnie m i grozi… I nawet się dom y ślam , kto za ty m  stoi – dodał.

Jego żona przeżuła grzankę.
– A niby  kto? – spy tała po chwili.
– Sam a się dom y śl.
– A skąd m am  wiedzieć? – zdziwiła się, pocieraj ąc palcem  podbródek.
Nic nie odpowiedział, ty lko patrzy ł na nią, poiry towany .
–  Och,  naprawdę  m y ślisz,  że  to  tam ci?  –  zaśm iała  się  po  chwili.  –  Teraz  to  ty   j esteś

niem ądry , a w dodatku m asz j akąś obsesj ę. Przecież to by ło dawno tem u, wszy stko poszło j uż w
niepam ięć, zostało wy baczone i zapom niane.

–  Ha!  –  parsknął  Jonathan,  wy krzy wiaj ąc  usta.  –  Ty lko  głupcy   są  naiwni  –  odparł.  –

Niektóry ch  rzeczy   się  nie  wy bacza  i  nie  zapom ina,  Sheila.  Tacy   j ak  oni  m aj ą  długą  pam ięć,  a
przy   ty m   są  cholernie  senty m entalni  –  wy sapał.  –  Lubią  uży wać  takich  frazesów  j ak  „stare
grzechy  m aj ą długie cienie” i inne podobne bzdury .

Jego żona podniosła się z m iej sca.
–  Nieprawda  –  skwitowała,  a  j ej   ciem ne  oczy   popatrzy ły   łagodnie.  –  Nie  m asz  racj i.  Ci

senty m entalni  głupcy   ty lko  zam ącili  ci  w  głowie.  Zaraz  zm izerniałeś  –  dodała  z  uśm iechem .  –
Powinieneś uznać ten list za zwy kły  kawał.

Jonathan spurpurowiał na twarzy .
– Co? Też m i kawał!  – wy buchnął i uderzy ł  otwartą dłonią w list. –  To nie j est śm ieszne,  to

przerażaj ące – dodał, a twarz wy krzy wiła m u się z bólu.

Sły sząc wibruj ący  turkot nadj eżdżaj ącej  z ty łu ciężarówki, inspektor Joanna Piercy  zj echała

rowerem   j ak  naj bliżej   krawężnika  i  pochy liła  głowę  do  przodu,  czekaj ąc  na  silny   podm uch.
Ogłuszaj ący   łoskot  silnika  dudnił  coraz  bliżej   i  nagle  j adąc  przed  ty m   ogrom ny m   poj azdem ,
Joanna  poczuła  się  m ała  i  bezbronna.  Ciężarówka  nadciągała  coraz  szy bciej ,  by ła  tuż  za  nią,
gotowa wy przedzić rower i j uż po chwili zrównała się z nim . Joanna zerknęła przez prawe ram ię:
j ej  wzrok przy kuły  m asy wne koła, obracaj ące się tak gwałtownie, j akby  m iały  wy tworzy ć pole
m agnety czne. Pochy liła się nad kierownicą j eszcze niżej .

background image

To,  co  wtedy   nastąpiło,  stało  się  nagle,  szy bko  i  bez  ostrzeżenia.  Jakaś  wy staj ąca  część

ciężarówki  uderzy ła  j ą  tak  silnie,  że  Joanna  straciła  równowagę  i  spadła  z  roweru  na  twarde
podłoże. Usły szała brzęk upadaj ącego roweru. Poczuła przeszy waj ący  ból w ręce. Przez chwilę
leżała bez ruchu, dy sząc ciężko, targana bólem  na cały m  ciele, szczególnie w ram ieniu.

Leżała  na  poboczu,  a  ciężarówka  popędziła  naprzód,  zostawiaj ąc  za  sobą  chm urę  spalin.

Joanna nie wierzy ła własny m  oczom .

– Ty  draniu! – krzy knęła za kierowcą. – Co za cholerny  dupek – wołała, rozwścieczona, ale na

próżno, bo kierowca ciężarówki nawet j ej  nie zauważy ł, nie poczuł ani nie usły szał uderzenia.

Doj edzie  sobie  spokoj nie  na  m iej sce,  nie  m aj ąc  zielonego  poj ęcia,  że  kogoś  potrącił,

pom y ślała Joanna.

Rozej rzała się dookoła – o tak wczesnej  porze na drodze nie by ło ani ży wego ducha. Żadny ch

świadków,  którzy   m ogliby   zgłosić  wy padek  i  złoży ć  zeznania,  nikogo,  kto  m ógłby   j ej   pom óc,
wezwać karetkę, pozbierać rower. Joanna z trudem  usiadła i popatrzy ła na siebie.

Spodenki kolarskie by ły  całe podarte i zabłocone, nogi pokaleczone, głowa pękała j ej  z bólu, a

oczy   zdawały   się  dziwnie  napuchnięte  i  nagle  droga  stała  się  niewy raźna  i  rozm azana.  Joannie
zrobiło  się  niedobrze  i  poczuła  dreszcze.  Naj bardziej   ucierpiało  prawe  ram ię.  Cała  ręka  j ej
zdrętwiała,  a  nienaturalnie  wy krzy wiony   nadgarstek  oznaczał  złam anie.  Joanna  wiedziała,  że
potem , kiedy  szok m inie, ból stanie się nie do zniesienia.

Usiłowała skupić wzrok na drodze, ale wciąż widziała niewy raźnie. Spoj rzała na rower – by ł

zniszczony ,  m iał  powy ginane  koła  i  uszkodzoną  kierownicę.  Wzięła  głęboki  oddech,  usiłuj ąc
powstrzy m ać łzy , po czy m  ukry ła głowę w ram ionach.

– Jasna cholera -j ęknęła.
Próbowała  się  podnieść,  ale  wszy stko  wokół  niej   zawirowało  j ak  na  karuzeli  –  by ła

półprzy tom na,  skołowana,  oślepiona,  aż  w  końcu  usiadła  bezradnie  na  poboczu.  Miała  m dłości  i
zawroty  głowy . Wreszcie zatrzy m ał się przy  niej  j akiś sam ochód i wy siadł z niego m ężczy zna.

– Spadłaś z roweru, skarbie? – odezwał się. – Pewnie nieźle się potłukłaś, co?
Joanna  powstrzy m ała  się  od  ironicznej   uwagi  i  pokręciła  ty lko  głową,  a  po  chwili  straciła

przy tom ność.

– Dobrze się czuj esz, Jonathanie? – spy tała.
Jego cera przy brała niezdrowo szary  odcień.
– Jasne, że nie – fuknął. – Znów m am  te cholerne bóle. Podaj  m i tabletki, ty lko szy bko!
Zam knął  oczy ,  j akby   powieki  m u  ciąży ły .  Wiedział,  że  j est  chory ,  że  potrzebuj e  ciszy ,

spokoj u, m iłego doty ku, troskliwej  opieki. Z trudem  łapał oddech. Gdy by  tak m ógł uwolnić się od
tej   Sheili…  Uśm iechnął  się  m im o  bólu.  Miał  j uż  nawet  pewien  plan,  ale…  Znowu  posm utniał  i
sięgnął  po  list.  Napisano  go  na  kom puterze,  kartka  A4,  papier  dobrej   j akości.  Nie  by ło  podpisu,
daty  ani adresu nadawcy ; zawierał ty lko j edno zdanie, drukowany m i literam i:

PANIE SELKIRK, NIECH PAN SPISZE TESTAMENT.
Usły szała  wy cie  sy ren  i  głosy   j akichś  ludzi.  Py tali,  czy   ich  sły szy .  Nie  wiedziała,  czy   to

j awa, czy  sen.

– Jak pani na im ię?
– Joanna – wy szeptała.
– W porządku, zaraz się panią zaj m iem y  – oznaj m ił czy j ś pogodny  głos, a inny  kilkakrotnie j ą

uspokaj ał.

Ocknęła  się  dopiero  wtedy ,  gdy   ktoś  suchy m ,  oficj alny m   tonem   spy tał  o  j ej   naj bliższą

rodzinę.

Powoli odzy skiwała czucie w ręce. Rzeczy wiście, ból by ł okropny . Próbowała j ą unieść, ale

by ła  ciężka,  bezwładna  i  nieruchom a.  Popatrzy ła  na  nią  –  ręka  leżała  uszty wniona  ogrom ną,

background image

niebieską szy ną.

Joanna uznała, że lepiej  będzie zostawić j ą w spokoj u.
Jonathan  włoży ł  pod  j ęzy k  przepisaną  ilość  tabletek,  ale  ból  stopniowo  narastał.  Kiedy   j ego

żona zauważy ła, że zsiniały  m u wargi, postanowiła działać.

– Dzwonię po lekarza – oznaj m iła stanowczo. – To m i nie wy gląda na zwy czaj ny  atak.
Zerknął na nią spode łba.
–  Nie  chcę  tu  widzieć  tego  konowała,  Sheilo  –  rzucił.  –  Oni  nie  potrafią  nic  innego,  ty lko

faszerować lekam i. – Chciał się podnieść, ale silny  ból sprawił, że naty chm iast opadł na krzesło. –
Sam  sobie poradzę – zaprotestował. – Nie m usisz koło m nie skakać, nie j estem  m ały m  dzieckiem
– dodał, patrząc na nią gniewnie.

Z trudem  wciągał powietrze, oddy chanie sprawiało m u ból.
Pochy liła się nad nim .
– Posłuchaj , Jonathan – odezwała się łagodnie. – Ty m  razem  to naprawdę m oże by ć zawał.

Już wcześniej  m iewałeś ataki. To powinno by ć dla ciebie ostrzeżeniem .

Podniósł na nią wzrok. W j ego okrągły ch, zim ny ch oczach czaił się strach.
– Jakim  ostrzeżeniem ? Co m asz na m y śli?
Uśm iechnęła się.
– Twoj ą chorobę wieńcową, kochanie – odparła, patrząc m u z bliska prosto w oczy , śm iało,

bez m rugnięcia. – A niby  co innego? Jonathan Selkirk zerknął na list. – Chciałaby ś tego, Sheila –
skwitował. – Ucieszy łaby ś się, gdy by  to by ł zawał, co?

Ale ona zignorowała tę uwagę, zaj rzała do książki telefonicznej  i wy kręciła num er do lekarza.

Czekaj ąc,  aż  ktoś  podniesie  słuchawkę,  odwróciła  głowę  i  spoj rzała  na  m ęża  z  pobłażliwy m
uśm iechem .

– Nie gadaj  głupstw, Jonathanie – powiedziała bardzo spokoj nie, j ak m atka karcąca m arudne

dziecko. – Wiesz przecież, że wcale by m  tego nie chciała. – Następnie odezwała się do słuchawki:
– Dzień dobry , panie doktorze. Mówi Sheila Selkirk. Obawiam  się, że m ój  m ąż…

Reszta korespondencj i leżała na stole nietknięta, j akby  całkiem  o niej  zapom nieli.
Sprawnie poruszaj ące się sy lwetki ludzi, oślepiaj ący  blask lam p, pieczenie dezy nfekowany ch

ran.  Z  białej   butelki  do  j ej   ram ienia  sączy ł  się  j akiś  przezroczy sty   pły n,  od  którego  by ło  j ej
zim no. Zdrętwiał j ej  uszty wniony  kark. Ktoś zdj ął j ej  kask, ktoś inny  noży cam i rozcinał podarte
szorty . Próbowała protestować, ale pielęgniarka orzekła, że inaczej  się nie da.

– Dam  pani środek przeciwbólowy . – Poczuła ukłucie w nogę.
Próbowała przełknąć ślinę, ale m iała sucho w ustach.
Przed oczam i zam aj aczy ła j ej  wy soka postać m ężczy zny  w ciem nej  m ary narce. Powiedział

j ej  to, czego sam a zdąży ła j uż się dom y ślić – że m a złam aną rękę. Dodał też, że konieczna będzie
operacj a. A potem  Joanna znów zapadła w błogi sen.

Lekarz popatrzy ł na Jonathana i od razu zadał m u całą serię py tań.
– Czuj e pan ból?
Jonathan skinął głową.
– Gdzie? W ram ieniu?
Znów przy taknął ruchem  głowy .
Lekarz wziął do ręki fiolkę z lekam i.
– A ile tabletek pan przy j ął?
– Sześć.
– I nie pom ogły  panu?
– Nie.
–  No  cóż,  w  takim   razie  trzeba  zabrać  go  do  szpitala  –  oznaj m ił,  zwracaj ąc  się  do  Sheili.  –

background image

Prawdopodobnie  m iał  zawał.  –  Rzucił  j ej   oskarży cielskie  spoj rzenie.  –  Nerwy ,  stres,
przepracowanie… Ostrzegałem  panią – dodał, po czy m  podniósł słuchawkę, by  wezwać karetkę.

Sheila Selkirk by ła wy raźnie podenerwowana.
– Ty lko nie do szpitala, panie doktorze – zaoponowała.
Lekarz przy słonił dłonią słuchawkę.
– Nie m a innego wy j ścia, pani Selkirk – odparł. – Mąż m usi odpocząć. W żadny m  wy padku

nie wolno m u teraz się denerwować.

– Błagam , ty lko nie do szpitala – odezwał się Jonathan.
– Zabierzem y  więc pana do naszego ośrodka zdrowia – postanowił lekarz. – Tam  się panem

zaj m ą.

Ty m  razem  oboj e by li zadowoleni.
Na j ej  łóżku przy siadła j akaś postać w biały m  fartuchu. Joanna otworzy ła j edno oko.
– Matthew? – szepnęła.
Patrzy ł  na  nią  z  tak  troskliwą  m iną,  że  poczuła  w  żołądku  dziwny   ucisk.  Posłał  j ej   sm utny

uśm iech, pochy lił się i pocałował j ą w czoło.

– Jo – odezwał się. – Ale napędziłaś m i stracha.
– Przepraszam . – Zam knęła oczy  i odpły nęła.
Tak  rzadko  widy wała  Matthew  w  biały m   fartuchu.  W  pracy   nosił  zwy kle  zielony   kitel

chirurgiczny ,  w  który m   przy pom inał  raczej   ogrodnika…  Zapadła  w  sen,  czuj ąc  j ego  doty k  na
zdrowej  ręce.

Piętro niżej  leżał Jonathan Selkirk, który  próbował się uwolnić od towarzy stwa własnej  żony .
– Nie m usisz tu siedzieć. Pielęgniarki się m ną zaj m ą – rzekł, przy glądaj ąc się j ej , j ak pakuj e

j ego rzeczy  do m ałej  walizki.

– Zabiorę j e do dom u, kochanie.
– Naprawdę nie m usisz tu siedzieć – powtórzy ł. – Idź j uż i zostaw m nie w spokoj u, proszę cię

– dodał, poiry towany .

– Dobrze, zaraz sobie pój dę. – Popatrzy ła na niego dziwnie, obrażony m  wzrokiem . – Wtedy

odpoczniesz sobie ode m nie. Wpadnę j eszcze dziś wieczorem  zobaczy ć, j ak się czuj esz. No, to na
razie – rzuciła z uśm iechem . – Muszę j eszcze coś załatwić. Zadzwonię do biura i powiem  im , co
się stało.

– Nie trzeba, sam  to zrobię.
Pochy liła się nad nim .
– Pam iętaj , co powiedział lekarz: nie wolno ci się denerwować.
Wieczorem   znów  przy szła,  ty m   razem   na  dłużej .  Krzątała  się  po  sali,  przy glądaj ąc  się

urządzeniom , do który ch go podłączono.

–  Ciekawe,  do  czego  służą  –  zastanawiała  się.  –  Po  co  to  wszy stko?  –  Zerknęła  na  butelkę  z

przezroczy sty m  pły nem , skąd plastikowa rurka prowadziła prosto do j ego ram ienia.

Jej  m ąż spoj rzał niechętnie na m onitor.
– Nie zasnę przy  ty m , j eśli to będzie pikać m i nad uchem  przez całą noc.
Sheila Selkirk zaczęła m anipulować przy  przy ciskach.
– Dopóki nie włączy  się alarm , to nie m asz się co m artwić.
Po  chwili  aparat  wy dał  głośny ,  wy soki  dźwięk  i  naty chm iast  poj awiła  się  pielęgniarka.

Popatrzy ła  na  Jonathana,  nacisnęła  j akiś  guzik,  by   wy łączy ć  alarm ,  i  zm ierzy ła  Sheilę  Selkirk
surowy m  spoj rzeniem .

– Proszę niczego nie doty kać – nakazała. – Aparatura j est nastawiona.
Sheila odprowadziła j ą wzrokiem .
– To wszy stko służy  chy ba do ratowania ży cia – podsum owała.

background image

Po twarzy  Jonathana przebiegł gry m as bólu i przerażenia. Przeszkadzała m u obecność żony ,

j ej  nerwowe ruchy , j ej  doty k.

Wreszcie zebrała się do wy j ścia. Pocałowała go lekko w policzek.
– Dobranoc, kochanie – rzuciła. – Do zobaczenia później .
Dopiero gdy  wy szła i zam knęła za sobą drzwi, nagle uświadom ił sobie, że Sheila zabrała m u

ubranie  i  zostawiła  ty lko  piżam ę,  kapcie  i  szlafrok.  Poczuł  się  uwięziony .  Brzęczy kiem   wezwał
pielęgniarkę  i  poprosił  o  telefon,  ale  ta  spoj rzała  na  niego  niepewnie  i  m ruknęła  pod  nosem ,  że
powinien raczej  odpocząć.

– Niech pani przy niesie telefon! – warknął, ale pielęgniarka wy szła i został zupełnie sam .
Ty m czasem  na kory tarzu Sheila Selkirk rozm awiała z inną z pielęgniarek.
– To zawał, prawda? – py tała uparcie. – Lekarz sam  m ówił, że to zawał – dodała, zaciskaj ąc

palce na swej  czarnej , płóciennej  torbie.

Pielęgniarka patrzy ła na nią, zdziwiona.
– Tak, ale to j eszcze nic pewnego – odparła. – Wy niki będą dopiero j utro.
– Jutro? – Sheila Selkirk pokiwała głową.
Pielęgniarka położy ła j ej  dłoń na ram ieniu.
– Musim y  m ieć pewność – uspokoiła j ą. – Proszę się nie m artwić.
Twarz Sheili przy brała surowy  wy raz.
– Wcale się nie m artwię – rzuciła.
Pielęgniarka posłała j ej  serdeczny  uśm iech.
– Żony  zawsze tak m ówią.
Sheila popatrzy ła na nią py taj ąco.
– Na początku każda, która przy chodzi tu do m ęża, znosi to bardzo dzielnie – wy j aśniła tam ta.
– Aha – m ruknęła Sheila, po czy m  odwróciła się i ruszy ła kory tarzem .
– Nie tędy  – zawołała za nią pielęgniarka. – Wy j ście j est z drugiej  strony .
– Ale, tu j est napisane… – Sheila wskazała na tabliczkę z napisem  „wy j ście”.
– Tam  są schody  przeciwpożarowe – wy j aśniła pielęgniarka.
Gdy  znów otworzy ła oczy , Matthew nadal by ł z nią. Nie siedział j uż na krawędzi łóżka, ty lko

stał przy  oknie, odwrócony  ty łem  do niej . Joanna leżała bez ruchu, obserwuj ąc delikatne ruchy
j ego  barczy sty ch  ram ion  i  j asne,  lekko  zm ierzwione  włosy .  Rzadko  kiedy   m iała  okazj ę
przy glądać  m u  się  ukradkiem ,  kiedy   tak  stał  spokoj nie,  nieświadom y   j ej   spoj rzenia,  dlatego
upaj ała się tą chwilą, leżąc cicho i obserwuj ąc go spod przy m rużony ch powiek. Miała nadziej ę,
że  Matthew  zdąży   się  odwrócić,  nim   znów  zapadnie  w  sen.  I  rzeczy wiście:  westchnął  głęboko,
palcam i przeczesał nerwowo włosy , odwrócił głowę i napotkał j ej  wzrok.

– Już nie śpisz – zauważy ł z uśm iechem .
Przez  chwilę  stał  i  patrzy ł  na  nią,  po  czy m   dwom a  duży m i  krokam i  zbliży ł  się  do  j ej   łóżka,

schy lił się i pocałował j ą w czoło.

– Witaj , m oj a Śpiąca Królewno – dodał, śm iej ąc się. – Przespałaś ładny ch parę godzin. Jest

j uż późno, prawie dziewiąta. – Odkaszlnął i przy siadł na krawędzi łóżka. – Zdąży łem  w ty m  czasie
pój ść do pracy  i wrócić.

Uśm iechnęła się leniwie i obj ęła go za szy j ę zdrowy m  ram ieniem .
– Czuć j eszcze od ciebie anty septy kam i, Matthew.
Wziął głęboki oddech.
–  Założy li  ci  m etalową  śrubę.  Będzie  bolało  i  przez  parę  ty godni  będziesz  nosić  gips.  –

Uśm iechnął się nieśm iało. – Widziałem  twój  rentgen i chciałem  ci to powiedzieć.

Zerknęła na rękę w gipsie.
– Od razu wiedziałam , że j est złam ana. Nie m usiałam  czekać na rentgen.

background image

Posłał j ej  szeroki uśm iech.
–  No,  no,  m ądrala  z  ciebie.  Nie  wiedziałaś  ty lko,  że  to  wy glądało  dość  poważnie.  Złam ałaś

obie  kości,  Jo  –  dodał  łagodnie.  –  Całe  szczęście,  że  skończy ło  się  ty lko  na  ty m …  Ale  co  się
właściwie stało?

W  pam ięci  wciąż  m iała  rozpędzoną  ciężarówkę  i  j ej   szy bko  obracaj ące  się  koła,  z  który ch

j edno m usiało j ą uderzy ć.

– Chy ba zahaczy ł m nie przej eżdżaj ący  tir.
Patrzy ł na nią ciepły m , ale poważny m  wzrokiem  bły szczący ch, zielony ch oczu.
– Dzięki Bogu, że ży j esz. Ty lko j ak ty  sobie teraz dasz radę?
Z trudem  podniosła się i usiadła.
– Co m asz na m y śli?
Rozej rzał się po sali.
–  No,  wiesz…  pranie,  gotowanie.  Przez  j akiś  czas  nie  będziesz  m ogła  nawet  prowadzić

sam ochodu, a o rowerze m ożesz zapom nieć – dodał surowy m  tonem .

– Przecież zawsze m ogę zabrać się z Mikiem .
– Nie będziesz m ogła pracować – orzekł. – Potrzebuj esz opieki.
– Spoważniała nagle.
– – Daj  spokój , Matthew – odparła. – Na pewno j akoś sobie poradzę.
Westchnął głęboko.
– Naprawdę dam  sobie radę – powtórzy ła. – Wszy stko będzie dobrze.
Zam ilkł  i  długo  siedział  na  krawędzi  j ej   łóżka,  patrząc  na  nią  troskliwie.  Wzięła  go  za  rękę  i

ścisnęła.

– Dam  sobie radę – powtórzy ła stanowczy m  tonem .
Jęknął, zniecierpliwiony  i zm arszczy ł czoło.
–  Wiedziałem ,  że  tak  będzie  –  wy buchnął.  –  Mogłaby ś  przecież  się  do  m nie  wprowadzić  –

dodał nieśm iało. – Mam  duże m ieszkanie, zaopiekowałby m  się tobą.

Joanna opadła na poduszkę.
– Sam a nie wiem  – odparła. – Chy ba nie j estem  j eszcze gotowa.
Matthew zacisnął wargi.
– Nie bądź niem ądra, Jo.
– Mówię ci, że dam  sobie radę – powtórzy ła, wy raźnie poiry towana.
–  No,  zobaczy m y   –  westchnął,  pochy lił  się,  ucałował  j ą  w  policzek  i  odgarnął  j ej   włosy   z

czoła.

– A co z m oim  rowerem ?
Skrzy wił się.
– By ł kom pletnie zdezelowany , ale zawiozłem  go do serwisu i powiedzieli, że j akoś naprawią.
– To świetnie – uśm iechnęła się.
–  No,  a  teraz  siostrzy czka  da  ci  zastrzy k.  Pośpij   sobie  j eszcze,  Joanno,  a  j a  wpadnę  j utro  z

sam ego rana, zanim  poj adę do pracy . – Zatrzy m ał się w drzwiach. – I proszę cię, rozważ m oj ą
propozy cj ę  –  dodał,  patrząc  na  nią  czule.  –  Teraz  j est  naj lepszy   m om ent.  –  Uśm iechnął  się
wy niośle. – Wiesz, zawsze chciałem  by ć niańką.

Gdy by  ty lko czuła się lepiej , od razu by  go zbeształa, ale ogarnęła j ą taka senność, że znów

zam knęła oczy  i naty chm iast odpły nęła.

Ty m czasem  piętro niżej  Jonathan Selkirk szedł kory tarzem , wpatruj ąc się w przem y kaj ące na

suficie światła.

W  nocy   dręczy ły   j ą  dziwne,  niespokoj ne  sny .  Śniło  j ej   się,  że  Matthew  dał  j ej   niewielki,

m osiężny   klucz,  a  ona  położy ła  go  na  dłoni.  By ł  ciepły ,  robił  się  coraz  gorętszy ,  aż  w  końcu

background image

wy palił j ej  w dłoni dziurę w kształcie klucza. Zobaczy ła przez nią koła ciężarówki, które obracały
się z ogrom ną szy bkością, zm ieniaj ąc wzory  j ak w dziecięcy m  kalej doskopie. A potem  leżała na
środku drogi, trzy m ała się za ram ię i krzy czała. Jakiś sam ochód j echał w j ej  stronę, ale z dołu nie
by ło widać twarzy  kierowcy .

Obudziła się w środku nocy  i wezwała pielęgniarkę. Z ciem ności wy łoniła się ubrana na biało

postać.  Łagodny m   głosem   spy tała,  czy   boli.  Joanna  wzięła  ty lko  ły k  zim nej ,  czy stej   wody ,
opadła  na  poduszkę  i  zasnęła,  a  kiedy   znów  się  obudziła,  sala  wy pełniła  się  blaskiem
wschodzącego słońca. Ktoś stał przy  j ej  łóżku.

Wy tęży ła wzrok. Matthew m iał przy j ść z sam ego rana/ Ale to nie by ł on, ty lko sierżant Mike

Korpanski. Popatrzy ła na j ego szerokie barki i ciem ne włosy  i zm arszczy ła brwi.

– Chy ba trochę za wcześnie na odwiedziny , co?
– Wiem , że m iałaś wy padek. Strasznie m i przy kro – wy j ąkał, speszony .
Zm ruży ła oczy  i przy j rzała się j ego twarzy : m iał obrażoną m inę, starał się unikać j ej  wzroku

i stał szty wno. Joanna dobrze go znała. Zawsze się tak zachowy wał, kiedy  m iał j akiś problem , a
sądząc po j ego zasępionej  m inie, ty m  razem  by ło to coś naprawdę poważnego.

– No, m ów, o co chodzi, Mike – zagadnęła, próbuj ąc się podnieść. – Co się właściwie stało?

Po cóż tu przy szedłeś?

Nie odpowiedział, ty lko popatrzy ł na nią gniewnie spode łba. Nagle usły szała, że na kory tarzu

coś się dziej e. Na oddziale panował wzm ożony  ruch, co chwila sły chać by ło dźwięk otwierany ch
i zam y kany ch drzwi i donośne głosy . Wszy stko to zakłócało szpitalny  spokój .

Joanna oparła się o poduszkę i czekała na wy j aśnienia Mike’a.
Ten,  z  natury   dość  wy buchowy   i  nieprzewidy walny ,  podszedł  do  okna,  walnął  pięścią  w

parapet i rzucił j ej  gniewne spoj rzenie.

– Że też, do cholery , m usiało ci się to przy darzy ć właśnie wczoraj !
– Mike – odezwała się cierpliwie. – To nie m oj a wina. Po prostu stało się i j uż. No, powiesz m i

wreszcie, co się stało, czy  będziesz czekał, aż pociągnę cię za j ęzy k?

Za oknem  rozległo się wy cie policy j ny ch sy ren, blisko, coraz bliżej , aż wreszcie ucichło.
Mike podszedł do łóżka.
–  W  nocy   zniknął  stąd  pewien  pacj ent  –  oznaj m ił.  –  Może  po  prostu  uciekł…  –  dodał  z

zawahaniem  – ale na razie nic j eszcze nie wiadom o. Równie dobrze ktoś m ógł go porwać.

– A co to za pacj ent?
–  Facet  w  średnim   wieku,  prawnik  –  odparł.  –  Przy j ęto  go  wczoraj .  Skarży ł  się  na  bóle  w

klatce piersiowej , prawdopodobnie m iał zawał, a dziś rano j ego łóżko by ło puste.

Joanna zm arszczy ła czoło.
– No cóż, zdarza się, że ludzie uciekaj ą ze szpitala – przy znała powoli. – Maj ą swoj e powody .

– Zam ilkła, wsłuchuj ąc się w dochodzący  z kory tarza zgiełk. – A skąd ci przy szło do głowy , że to
porwanie?

– Facet by ł podłączony  do aparatury  i leżał pod kroplówką. Ktoś m usiał gwałtownie pozry wać

rurki i przewody , bo na plastrach są ślady  naskórka i włosy .

Spoj rzała na niego, zaciekawiona.
– No i co?
– Na podłodze by ły  ślady  krwi, prowadzące do wy j ścia przeciwpożarowego. Lekarz twierdzi,

że  to  od  zerwanej   kroplówki.  –  Zam y ślił  się.  –  Mnie  się  zdaj e,  że  gdy by   facet  rzeczy wiście
uciekał, to chy ba naj pierw zatam owałby  krew. Bo po co uciekać z krwawiącą ręką?

Joanna przy gry zła paznokieć.
– No i dokąd poszedł?
– Zniknął bez śladu. Nikt nigdzie go nie widział, a facet m iał na sobie ty lko w piżam ę.

background image

Poruszy ła ręką w gipsie.
– A przeszukaliście j uż szpital? By liście u niego w dom u?
Mike podszedł bliżej  i zm arszczy ł czoło.
–  Czy żby   narkoza  padła  ci  na  m ózg,  Joanno?  –  fuknął.  –  Jasne,  że  przeszukaliśm y   wszy stko.

Przy chodzę  do  ciebie  po  pom oc  i  radę,  a  ty   m nie  pouczasz  j ak  j akiegoś  żółtodzioba  –  wy rzucił
j edny m   tchem .  –  Lekarz  m ówi,  że  ten  facet  j est  ciężko  chory   i  podej rzewaj ą  u  niego  zawał  –
dodał,  zaciskaj ąc  dłoń  w  pięść.  –  Może  ktoś  oderwał  go  od  aparatury   i  zabrał  ze  szpitala  wbrew
j ego woli.

– A ochrona?
Mike popatrzy ł na nią z niesm akiem .
–  Maj ą  ty lko  dwóch  portierów,  na  wpół  ślepy ch  dziadków  po  siedem dziesiątce.  W  cały m

budy nku są zwy kle otwarte wszy stkie okna i drzwi.

– A gdzie leżał ten facet? Na parterze?
Mike skinął głową.
– Obok by ła pusta sala z szeroko otwarty m  oknem . Każdy  łatwo m ógł wej ść do środka.
– I naprawdę nikt nie widział, że facet wy chodzi?
– Nie.
– A co na to j ego rodzina?
Mike położy ł palec na ustach w zam y śleniu.
– Jego żona j akoś się ty m  nie przej ęła. Wierzy , że w końcu się znaj dzie.
– Ale się nie znalazł?
Pokręcił głową.
– Jakby  zapadł się pod ziem ię, Jo. Przepraszam , nie powinienem  ci m ówić. – Zerknął na j ej

rękę w gipsie. – Colclough się wścieknie, że ci o ty m  wspom niałem . Mówi, że po tak poważny m
wy padku  dopiero  za  parę  m iesięcy   będziesz  m ogła  wrócić  do  pracy .  Zostawm y   to  –  dodał,
patrząc na j ej  gips z wy raźną niechęcią. – Ponosisz go j eszcze parę ładny ch ty godni. Na pewno
zdąży m y  znaleźć tego faceta, nim  stąd wy j dziesz. – Kopnął nogę od łóżka. – Sam i go znaj dziem y ,
ży wego albo m artwego.

Nagle  Joanna  poczuła  ogrom ny   przy pły w  adrenaliny ,  która  uśm ierzy ła  ból  i  dodała  j ej

energii. Gips na prawej  ręce nagle stał się nieznośny m  ciężarem . Usiadła prosto.

– A kim  w ogóle by ł ten facet? – spy tała. – Jak się nazy wał?
Mike wy silił się na uśm iech.
– Kim  by ł? Uży łaś czasu przeszłego, Joanno. Wy ciągasz pochopne wnioski. A podobno to j a

j estem  im pulsy wny .

– Przecież sam  tak uważasz. – Spoj rzała na niego uważnie. – Przy znaj  się, Mike: m y ślisz, że

facet nie ży j e, co?

– Ty  to powiedziałaś – bronił się.
–  Tak  –  przy znała  po  chwili.  –  Bo  sam a  tak  uważam ,  ale  to  wcale  nie  znaczy ,  że  j estem

pesy m istką – dodała, zam y ślona. – Niektórzy  ciężko znoszą poby t w szpitalu i robią różne dziwne
rzeczy , posuwaj ą się nawet do ucieczki. – Zm arszczy ła brwi. – Ty le że ten facet zniknął w dość
niety powy ch okolicznościach. My ślisz, że ktoś odłączy ł go od aparatury  i zerwał kroplówkę?

Mike skinął głową.
Całe to zdarzenie rozbudziło w niej  silną ciekawość.
– Powiedz m i o nim  coś więcej  – poprosiła.
Mike opadł na krzesło.
– Nazy wa się Jonathan Selkirk – zaczął. – Mieszka tu, w Leek. To prawnik.
Joanna  od  razu  przy wołała  w  pam ięci  twarz  m ężczy zny   o  stalowy m   spoj rzeniu,  poważnej

background image

twarzy  i drobny ch wąsikach.

–  Znam   go  –  orzekła.  –  To  stary   wy ga,  prowadzi  kancelarię  razem   z  ty m   drugim

cwaniaczkiem . – Zerknęła na Mike’a. – Czekaj , j ak on się nazy wa?

– Rufus Wilde.
Joanna przy m knęła oczy , usiłuj ąc coś sobie przy pom nieć.
– Zaraz, czy  oni przy padkiem  czegoś nie przeskrobali? Coś m i się zdaj e, że narazili się ludziom

z wy działu przestępstw gospodarczy ch.

–  Tak,  ale  to  by ło  parę  m iesięcy   tem u,  a  potem   sprawa  ucichła.  Przeklęci  prawnicy   –

pry chnął  pogardliwie.  –  Niektórzy   z  nich  to  gorsi  dranie  niż  ci  przestępcy ,  który ch  bronią  w
sądzie.

– No, bez przesady , sierżancie. Większość prawników walczy  o sprawiedliwość tak j ak m y .
– Zależy , co rozum iesz przez sprawiedliwość – odparł ponury m  tonem .
Joanna  poruszy ła  gips:  by ł  ciężki,  zim ny   i  j akby   całkiem   obcy .  Uwięziona  w  środku  ręka

sprawiała ból.

– Ty lko nie wdawaj m y  się teraz w żadne poważne dy skusj e, Mike. No, to co j eszcze wiesz o

ty m  Selkirku?

–  Chwileczkę  –  rzucił  szy bko.  –  Jesteś  poważnie  chora,  a  j a  ty lko  m iałem   się  z  tobą

skonsultować.

– Naprawdę? – spy tała, a Mike od razu wy czuł w j ej  tonie żartobliwą nutę.
Zam ilkł na chwilę, po czy m  wzruszy ł ram ionam i.
– No dobrze, m asz racj ę, właściwie to ty lko złam ana ręka… A więc żona Selkirka wspom niała

coś o j akim ś liście, który  Jonathan dostał wczoraj  rano. Mówiła, że to m ogło spowodować zawał.

Joanna podniosła wzrok.
– A co to za list?
– By ło w nim  coś o testam encie.
Joanna pom y ślała zaraz dokładnie to sam o, co Sheila Selkirk:
– To pewnie zwy kła ulotka reklam owa – podsum owała. – Sam a czasem  takie dostaj ę.
Ale Mike pokręcił głową.
– To nie żadna ulotka – odparł. – To by ł wy druk z kom putera, j edno zdanie, że ktoś radzi m u

spisać  testam ent.  Nic  dziwnego,  że  facet  się  zdenerwował.  Sam   widziałem   ten  list  –  żadnego
nagłówka, num eru telefonu czy  adresu nadawcy . Nic podobnego.- zaprzeczy ł stanowczo. – To na
pewno nie ulotka… ale na pogróżkę też m i to nie wy glądało.

– A na co? – spy tała stanowczy m  tonem .
– Sam  nie wiem . List by ł zaadresowany  do Jonathana Selkirka, zawierał ty lko to j edno zdanie

o testam encie i ani słowa więcej .

– A j ak m y ślisz, Mike, po co ktoś wy sy łałby  coś podobnego?
– Może to j akieś ostrzeżenie.
Podniosła wzrok.
– Niby  przed czy m ?
– Może ktoś po prostu grozi m u śm iercią – odparł niepewnie.
–  I  potem   nagle  facet  znika  bez  śladu  –  dodała  i  zam y śliła  się.  –  A  j ego  żona  nikogo  nie

podej rzewa?

Mike zaprzeczy ł.
–  Może  po  prostu  nie  chciała  m i  powiedzieć.  Twierdzi  ty lko,  że  na  kopercie  j est  stem pel

pocztowy  z Leek, a więc list wy słał ktoś m iej scowy . I wciąż j est przekonana, że m ąż niedługo się
znaj dzie.

– A ty  m y ślisz, że to porwanie?

background image

– Tego nie powiedziałem  – zaprotestował.
–  Sam   przecież  m ówiłeś,  że  został  zabrany   wbrew  swoj ej   woli.  Czy li  co  to  oznacza?  –

naciskała.  –  A  więc  podej rzewasz,  że  gdzieś  go  przetrzy m uj ą  albo  zdąży li  go  j uż  załatwić  –
podsum owała stanowczo za niego.

Mike m ilczał przez chwilę, po czy m  wy j ąkał cicho:
– Muszę go odnaleźć, Jo, ale bez ciebie nie dam  rady .
Zabrzm iało to niem al j ak błaganie.
– Dobrze, w takim  razie wezwij  pielęgniarkę – nakazała. – Zaraz się ubiorę.
To  by ła  czy sta  form alność:  wy starczy ło  ty lko  podpisać  oświadczenie  zwalniaj ące  szpital  od

wszelkiej   odpowiedzialności.  Joanna  wiedziała,  że  lekarze  nie  pochwalaj ą  j ej   decy zj i,  ale  nie
zwracała  na  to  uwagi.  Mike  m iał  racj ę,  że  bez  niej   sobie  nie  poradzi,  a  poza  ty m   sam a  chciała
wziąć udział w poszukiwaniach Jonathana Selkirka. Po wy pisaniu się z ośrodka na własne żądanie
usiadła  i  czekała.  Mike  ty m czasem   wy słał  j edną  z  policj antek  do  j ej   dom u  po  j akieś  luźne,
wy godne  ubrania.  Czekaj ąc,  Joanna  siedziała  j ak  na  rozżarzony ch  węglach,  przej ęta  i
zniecierpliwiona.

Ale  po  przy j eździe  policj antki  zrozum iała,  dlaczego  Matthew  tak  bardzo  nalegał,  by   j ej

pom óc. Gips obezwładniał j ą do tego stopnia, że nie m ogła nawet założy ć bielizny .

Spoj rzała bezradnie na policj antkę.
– Chy ba m usisz m i pom óc, Dawn – odezwała się.
Policj antka zachichotała.
– Wiedziałam , że tak będzie – odparła. – Przecież nie m oże się pani pokazać w takim  stroj u,

pani inspektor. A do tego j eszcze ten fatalny  gips…

– Gips to zło konieczne – odparła.
Mim o  zniecierpliwienia  Joanna  nie  m ogła  powstrzy m ać  się  od  uśm iechu  na  widok  swego

odbicia  w  lustrze:  przekrzy wiona  spódnica,  opadaj ące  raj stopy ,  na  wpół  naciągnięty   sweter.
Czuła się bezradna, a zarazem  poiry towana, że traci ty le cennego czasu na ubieranie się.

Zam arła w bezruchu, gdy  na salę wpadł j ak burza Matthew w swoim  chirurgiczny m  kitlu.
– Joanno! – krzy knął, wy raźnie rozzłoszczony . – Co ty , do cholery , wy prawiasz? Wy pisuj esz

się  na  własną  prośbę?  –  Spiorunował  wzrokiem   policj antkę,  która  spłoniła  się  i  wy szła,  m rucząc
pod  nosem ,  że  zaczeka  na  zewnątrz.  Zniecierpliwiony   Matthew  odprowadził  j ą  wzrokiem   do
drzwi, po czy m  zwrócił się do Joanny : – Może m i wy j aśnisz, co się stało?

Uśm iechnęła się.
– Zaraz – odparła. – Ty lko pom óż m i założy ć sweter.
Odkaszlnął, podszedł do niej , naciągnął j ej  drugi rękaw swetra i wy gładził m ateriał.
–  Dzięki  –  rzuciła,  nie  zważaj ąc  na  j ego  gniewny   wzrok.  –  Miałeś  racj ę,  to  wcale  nie  takie

proste.

– A widzisz, m ówiłem  ci. No, słucham , co takiego się stało.
– Wczoraj  zniknął stąd j eden z pacj entów.
Ale Matthew m achnął ty lko ręką.
– Jasne, sły szałem  o ty m . Jakiś idiota wy straszy ł się szpitala – pry chnął. – Ale to nie powód,

żeby ś  od  razu  zry wała  się  z  łóżka,  Joanno  –  dodał  łagodnie.  –  Musisz  odpocząć.  To  by ło  silne
uderzenie, m iałaś wstrząs m ózgu.

– Wiem , ale teraz j uż m i lepiej , Matthew – odparła. – Proszę cię, ty lko nie rób scen. Jakby  co,

to naty chm iast zgłoszę się do lekarza. A na razie m uszę im  pom óc odszukać tego faceta. Trzeba
zaplanować akcj ę, poinstruować ludzi… Nie m uszę nawet nigdzie się ruszać.

– Powinnaś odpocząć – upierał się, nie kry j ąc złości. – Bez ciebie na pewno sobie poradzą.
–  Nie  m asz  poj ęcia,  ile  to  roboty   –  odparła,  m arszcząc  czoło.  –  Sam i  nie  poprowadzą

background image

dochodzenia. Potrzebuj ą j ak naj więcej  ludzi. Tu nie m a czasu na odpoczy nek.

Chwy cił j ą za ram iona.
– Daj  spokój , to ty lko j akiś stary  wariat – przekony wał. – Widocznie cierpi na zaniki pam ięci i

snuj e się gdzieś po ulicach. Na pewno go znaj dą.

Ale Joanna by ła nieustępliwa.
– Mike twierdzi, że odłączono go od aparatów i zerwano m u kroplówkę. Na łóżku i na podłodze

by ły  ślady  krwi… Żaden stary  wariat by  tego nie zrobił. Facet m iał na sobie ty lko piżam ę i j eśli
snuj e się po ulicach, to dlaczego nikt go nie widział?

Matthew zgrom ił j ą wzrokiem .
– Masz obsesj ę na punkcie swoj ej  pracy  – fuknął. – Nic innego cię nie obchodzi. Wy obrażasz

sobie, że j esteś j akąś bohaterką? Znalazła się druga Joanna d’Arc!

By ła wściekła na niego za te słowa i ucieszy ła się, gdy  wreszcie zostawił j ą sam ą.
Nietrudno  by ło  trafić  na  salę,  gdzie  stało  łóżko  Jonathana  Selkirka.  Drzwi  oznakowane  by ły

żółtą taśm ą, grupa ludzi z ekipy  śledczej  krzątała się w biały ch fartuchach, a personel i pacj enci
rzucali w ich stronę ciekawskie spoj rzenia. Joanna włoży ła plastikowe ochraniacze na obuwie.

Mike stał w nogach łóżka i wy dawał polecenia. Przy glądała m u się przez chwilę. Mim o j ego

nakazów na sali wciąż panowały  chaos i zam ieszanie. Pośrodku, otoczone aparaturą, stało wąskie,
wy sokie  łóżko  szpitalne.  By ła  przy   nim   niewielka  tabliczka  z  nazwiskiem   chorego,  j ego  datą
urodzenia i nazwiskiem  lekarza-specj alisty , niej akiego doktora Mereditha. Kołdra by ła zwinięta, a
na  prześcieradle  leżała  cała  m asa  plastikowy ch  rurek  o  różny ch  kolorach,  prowadzący ch  do
aparatu  z  m onitorem .  Przy   końcówkach,  które  wcześniej   widocznie  przy czepione  by ły   do  ciała
chorego,  widniały   kwadratowe  kawałki  plastra.  Joanna  schy liła  się  i  zauważy ła  na  nich  włosy   i
fragm enty  skóry . Mike m iał racj ę – ktoś m usiał zerwać j e siłą.

–  Chcę  m ieć  zdj ęcia  ty ch  wszy stkich  rurek  –  rzuciła  do  fotografa.  –  A  potem   trzeba  odciąć

końcówki, zapakować w worki, opisać i wy słać do laboratorium .

Obiegła  wzrokiem   salę.  U  wezgłowia  łóżka  stał  wy soki,  m etalowy   stoj ak,  na  który m   wisiał

worek  z  przezroczy stą  substancj ą.  Prowadziła  od  niego  plastikowa  rurka,  zakończona  cienkim
wenflonem ,  który   wcześniej   tkwił  w  ży le  Selkirka,  przy m ocowany   plastrem .  Końcówka  rurki
leżała  teraz  na  podłodze  w  kałuży   krwi  zm ieszanej   z  wodnisty m   pły nem ,  a  wielkie  czerwone
plam y   prowadziły   aż  do  sam y ch  drzwi.  Joanna  zerknęła  na  plaster  przy   końcówce  tej   rurki  i
dostrzegła na nim  włosy  i naskórek. Nie ulegało wątpliwości, że kroplówka też została zerwana siłą.

Joanna rozej rzała się dokoła: wszy scy  patrzy li na nią wy czekuj ąco.
Przez  chwilę  stała  w  m iej scu,  rozglądaj ąc  się  uważnie  po  sali.  Mim o  krzątaj ącej   się  tam

grupy   policj antów  sprawiała  wrażenie  j akiegoś  upiornego  m iej sca,  nagle  pozbawionego  ży cia.
Kardiom onitor nie pokazy wał j uż bicia serca, zerwana kroplówka zwisała do podłogi, na pusty m
łóżku leżała wgnieciona poduszka, a na niej  kilka siwy ch włosów. Brakowało ty lko j ego sam ego –
Jonathana  Selkirka.  Joanna  zrozum iała  wreszcie,  dlaczego  Mike’a  tak  bardzo  to  intry guj e.
Podniosła wzrok.

– Pobierzcie odciski palców od personelu – nakazała. – I starannie przeszukaj cie salę. Bądźcie

tak  dokładni,  j akby ście  m ieli  do  czy nienia  z  zabój stwem .  –  Po  ty ch  słowach  wszy scy
m im owolnie zerknęli na łóżko, j akby  rzeczy wiście leżał na nim  trup. – Przerwiem y  poszukiwania,
gdy  ty lko Selkirk się znaj dzie.

W grupce policj antów natknęła się na posterunkową Dawn Critchlow.
– Przekaż salowej , że zaj m uj em y  to pom ieszczenie na co naj m niej  czterdzieści osiem  godzin.
Posterunkową Critchlow znikła za drzwiam i, a inni zabrali się do swoich zadań. Mike spoj rzał

na nią z uśm iechem .

– Na pewno dasz sobie radę, Joanno? – spy tał, zerkaj ąc na j ej  gips.

background image

–  Jasne,  pod  warunkiem ,  że  wezm ę  końską  dawkę  aspiry ny   i  napij ę  się  porządnej   kawy .  –

Odwróciła się i popatrzy ła na zaschniętą krew na podłodze.

– Lekarz twierdzi, że ktoś zerwał m u kroplówkę – pospieszy ł z obj aśnieniam i Mike. – Naj pierw

wy łączy ł  dopły w  pły nu,  a  potem   wy szarpnął  rurkę.  I  stąd  ta  krew  –  dodał,  przeły kaj ąc  ślinę.  –
Pielęgniarka  zorientowała  się,  że  pacj enta  nie  m a,  a  potem   zauważy ła  na  podłodze  ślady   krwi
prowadzące do wy j ścia przeciwpożarowego. Biedaczka naj adła się strachu.

–  A  więc  wy dostał  się  wy j ściem   awary j ny m …  –  zam y śliła  się.  –  To  dlatego  nikt  go  nie

widział.

Mike przy taknął ruchem  głowy .
– A j ak się nazy wa ta pielęgniarka?
– Yolande Prince – odparł. – Jest w szoku.
– Nic dziwnego. Trzeba będzie z nią porozm awiać. – Zerknęła na j ednego z posterunkowy ch.

– Dopilnuj cie, żeby  się do nas zgłosiła. Wezwij cie wszy stkie osoby , które m iały  wtedy  dy żur.

– Wezwać j e na kom endę?
– Nie, porozm awiam  z nim i tutaj . I tak m iały  sporo wrażeń j ak na j eden dzień – dodała sucho.
Jeszcze raz dokładnie przy j rzała się łóżku, po czy m  zwróciła się do Mike’a:
– Przy pom nij  m i, co m iał na sobie w chwili zniknięcia – poprosiła, zaciekawiona.
– Ty lko piżam ę.
– I nic więcej ?
Mike skinął głową i wskazał na wieszak na drzwiach.
–  Szlafrok  wisi  na  m iej scu  –  zauważy ł.  –  Ale  j est  j eszcze  coś…  –  dodał,  schy laj ąc  się  i

podnosząc  brązowe,  kraciaste  kapcie.  –  Na  podłodze  w  kory tarzu  znaleźliśm y   ślady   j ego  stóp.
Facet wy szedł stąd na boso.

– Ciekawe, czem u nie włoży ł kapci.
Mike spoj rzał na nią.
–  I  właśnie  dlatego  podej rzewam ,  że  został  porwany .  To  m i  nie  wy gląda  na  zwy czaj ną

ucieczkę. Nawet sam obój cy  nie lubią chodzić boso. Człowiek odruchowo zakłada coś na stopy .

Joanna utkwiła wzrok w podłogę.
– Ale wczoraj  przy j echał ubrany , prawda?
– Tak, j ednak potem  żona zabrała j ego rzeczy  do dom u – odparł. – Już j ą o to py taliśm y .
Pokiwała głową.
– A j ak niby  pory wacz się tu dostał?
– Może przez sąsiednią salę – zasugerował Mike. – Nikt tam  nie leży .
– Właśnie – przy pom niała sobie. – Mówiłeś, że okno w sali obok by ło otwarte. – Zerknęła na

niego. – Trochę ry zy kowne posunięcie. Jakieś ślady  na parapecie? – spy tała.

Mike zaprzeczy ł.
– Niech ludzie z ekipy  śledczej  dokładnie to zbadaj ą – nakazała, przeszła na drugi koniec sali i

wy j rzała przez okno na m ały  zakręt przy  wj eździe do ośrodka. – No i co potem ?

– Nie rozum iem …
–  Selkirk  zniknął  ze  szpitala.  Albo  wy szedł  sam   z  zam iarem   sam obój stwa,  albo  ktoś

wy prowadził go siłą. Ale co potem ? Mówiłeś, że wszy stko przeczesaliście i że facet zapadł się pod
ziem ię. To j ak się stąd oddalił? Pieszo czy  sam ochodem ?

Mike przełknął ślinę.
– – Nie m am  poj ęcia – przy znał. – Jeszcze się nad ty m  nie zastanawiałem .
–  W  takim   razie  chodźm y   się  rozej rzeć  na  zewnątrz  –  rzuciła  i  skinęła  głową  do  ekipy

śledczej .  –  A  wy   szukaj cie  dalej   i  nie  zapom nij cie  sfotografować  śladów  krwi.  Pobierzcie  też
próbki – dodała. – Może to nie ty lko j ego krew.

background image

Pokiwali głowam i, uśm iechaj ąc się znacząco na widok j ej  ręki w gipsie, po czy m  wrócili do

pracy .

Czerwone  plam y   na  podłodze  prowadziły   wy raźnie  do  wy j ścia  przeciwpożarowego,  a  na

drzwiach, tuż przy  klam ce, widniała rozm azana krew. Joanna przy j rzała się j ej  przez chwilę.

Mike pokiwał głową.
–  Ekipa  zdąży ła  j uż  to  sfotografować  –  oznaj m ił.  –  Zdj ęli  też  odciski  palców.  Zabrałby m

chętnie  te  drzwi,  ale  należą  do  szpitala  –  dodał.  –  A  poza  ty m   to  na  razie  ty lko  zwy czaj ne
zaginięcie.

Odciski palców by ły  dość wy raźne.
– Ktoś m usiał j e m ocno pchnąć – zauważy ła. – Chory  człowiek nie m iałby  ty le siły .
– A m oże to j ego pchnięto na te drzwi.
Joanna zm arszczy ła czoło.
– Dziwna sprawa – zam y śliła się. – Po co pory wać pacj enta ze szpitala?
Mike przy gry zał kciuk.
– Nie m am  poj ęcia, Jo – odrzekł. – My ślałem , że m oże ty  wpadniesz na j akiś pom y sł.
Pokręciła głową.
– Na razie j akoś nie wpadłam . – Przy j rzała się dokładnie drzwiom . – A to co?
Kilka  centy m etrów  nad  odciskiem   dłoni  widniała  j akaś  nierówna  plam a.  Wzruszy ł

ram ionam i.

– Nie wiem  – odparł. – Nie zdąży łem  tego sprawdzić.
– To też m i wy gląda na krew. A j eśli ktoś wy prowadził go ty m i drzwiam i, to równie dobrze

m ógł się tędy  dostać do budy nku.

Wy szli  z  budy nku  na  brukowaną  ścieżkę,  prowadzącą  na  parking.  Joanna  wzięła  głęboki

oddech.

– Drzwi awary j ne zawsze m uszą by ć otwarte – westchnęła.
– Oczy wiście – przy taknął Mike. – Takie są przepisy . Nie wolno ich zam y kać, bo zam ek j est

ty lko od środka.

–  Nie  m aj ą  tu  nawet  porządnej   ochrony .  Facet  m ógł  wsiąść  do  auta  i  odj echać

niezauważony .

– Na to wy gląda.
– A kto j est j ego naj bliższy m  krewny m ?
– Żona – odparł Mike. – Ale m a j eszcze sy na.
– Ty lko j ednego?
Mike przy taknął.
– A znaj om i? Może m iał kochankę?
–  Daj   spokój ,  Joanno  –  przerwał.  –  Nie  drążm y   tak  daleko.  Od  j ego  zaginięcia  m inęło

zaledwie parę godzin.

Uśm iechnęła się lekko.
– Masz racj ę – odparła. Policj anci zdąży li j uż oznakować parking taśm ą. – Przeszukaj cie go

j ak  naj szy bciej   i  wpuśćcie  sam ochody ,  bo  inaczej   zablokuj ą  cały   wj azd  do  ośrodka.  Strasznie
m ało tu m iej sca do parkowania.

– Już się robi, pani inspektor.
– Zerknąłeś j uż ten parking, Mike?
– Tak, ale nic nie znalazłem  – odparł ponuro. – Facet po prostu zapadł się pod ziem ię.
– A dokąd prowadzą ślady  krwi?
– Właśnie na parking.
Pochy laj ąc  się  nad  ziem ią,  ruszy li  za  czerwony m i  śladam i.  By ły   wy raźnie  widoczne  na

background image

kam ienny ch pły tach i ciem niej sze nawet od asfaltowej  powierzchni parkingu.

– A więc ktoś po niego podj echał i w ty m  m iej scu Selkirk wsiadł do auta.
– Czy  raczej  został wepchnięty  – poprawił j ą Mike.
– I naprawdę nikt nic nie widział ani nie sły szał?
– Z tego, co wiem , to nie.
– Nic nie rozum iem  – iry towała się. – Skoro Selkirk chciał ze sobą skończy ć, to po co ściągnął

sam ochód? I kto po niego przy j echał – ktoś znaj om y  czy  taksówkarz? Bo j eśli nawet coś dręczy ło
go  do  tego  stopnia,  że  chciał  się  zabić…  –  przerwała,  spoglądaj ąc  na  złowrogie,  ceglane  m ury
starego budy nku w sty lu wiktoriańskim  – to dlaczego po prostu nie zrobił tego tutaj ? Po co uciekać
ze  szpitala?  Słuchaj ,  a  m oże  Selkirk  by ł  z  kim ś  w  zm owie?  –  spy tała,  patrząc  na  Mike’a.  –  Może
żona nie chciała go zabrać i poprosił przy j aciela, żeby  przy j echał po niego i zawiózł go do dom u.
Równie  dobrze  m ógł  to  by ć  ten  Rufus  Wilde,  j ego  partner  z  kancelarii…  A  j eśli  ktoś  chciał  go
porwać  –  dodała  –  to  dlaczego  właśnie  stąd?  Z  dom u  czy   z  pracy   by łoby   o  wiele  łatwiej ,  a  w
ośrodku zawsze kręci się cała m asa ludzi, w dzień i w nocy , i zawsze j est większe ry zy ko, że ktoś
coś zauważy …

Joanna wzruszy ła ram ionam i i skierowała się z powrotem  do drzwi.
– No dobrze, pój dę porozm awiać z tą pielęgniarką – oznaj m iła. – Jak ona się nazy wa?
– Yolande Prince. Zaraz ci j ą przy prowadzę.
Złam ana ręka by ła coraz bardziej  obolała i ociężała.
– Mike – szepnęła. – Jak skończę rozm awiać z tą Yolande, zawieziesz m nie do dom u Selkirków.

Chcę porozm awiać j eszcze z j ego żoną.

Posłał j ej  szeroki uśm iech i skinął głową.
– Jasne – odparł. – Będę twoim  osobisty m  kierowcą.
Patrzy ła,  j ak  j ego  m asy wna  postać  oddala  się  kory tarzem   i  znika  za  drzwiam i,  po  czy m

zm ierzy ła  wzrokiem   wy soki  budy nek.  Szpital  powinien  by ć  schronieniem ,  pom y ślała.  Bo  gdzie
człowiek  m a  się  czuć  bezpieczny ,  j eśli  nie  tutaj ?  Pielęgniarka  Yolande  Prince  by ła  tęgą  m łodą
kobietą  o  szczery m   spoj rzeniu  niebieskich  oczu  i  ciem ny ch,  krótko  ścięty ch  włosach.  Bladość  i
zm ęczenie  na  j ej   twarzy   świadczy ły   o  ty m ,  że  m iała  ciężką  noc.  Siadaj ąc,  ziewnęła  szeroko  i
naty chm iast zasłoniła usta dłonią.

–  O  rany   –  j ęknęła.  –  Przepraszam ,  ale  ta  noc  naprawdę  by ła  fatalna.  –  Spochm urniała  i

utkwiła wzrok w podłogę. – Chy ba prześladuj e m nie j akiś pech.

Mike odchrząknął.
– Zadam y  pani ty lko kilka py tań – oznaj m ił. – Potem  będzie pani m ogła j uż odpocząć.
Przeży cia  zeszłej   nocy   wy raźnie  j ą  zm ęczy ły .  Gdy   podniosła  wzrok  na  Joannę,  ta  od  razu

dostrzegła j ej  szarą, kiepską cerę.

– Nieźle m i się za to dostanie – przy znała. – Ale znaj dziecie go. Na pewno nic m u nie j est –

dodała, wodząc wzrokiem  po ich twarzach. – To pewnie zwy czaj ny  zanik pam ięci…

– Chcę ty lko wiedzieć, co się wy darzy ło zeszłej  nocy  – przerwała j ej  Joanna.
Uporczy wy  ból w złam anej  ręce sprawiał, że powoli traciła cierpliwość. Pragnęła ty lko napić

się m ocnej  kawy  i zaży ć aspiry nę.

– Miała pani wtedy  dy żur, tak? O której  go pani zaczęła?
–  O  ósm ej   wieczorem   –  odparła  pielęgniarka,  m arszcząc  brwi.  –  Miało  by ć  nas  czworo,  bo

zwy kle dy żuruj em y  param i – dodała, rozżalona. – Ale pech chciał, że Robbie się rozchorował…
–  Spoj rzała  gniewnie  na  Joannę.  –  Gdy by   Robbie  by ł  w  pracy ,  to  pan  Selkirk  na  pewno  nie
zwiałby  nam  z ośrodka.

– A skąd pani wie, że pacj ent uciekł? – wtrąciła szy bko Joanna. Yolande zam rugała.
– No, to chy ba oczy wiste. Przecież nikt go nie porwał, inaczej  na pewno zacząłby  krzy czeć,

background image

nie?

Mike zerknął przelotnie na Joannę.

background image

–  Sęk  w  ty m ,  że  na  razie  nic  nie  wiem y   –  rzuciła  cierpko  Joanna.  –  Nie  m am y   czasu  na

zgady wanki,  zbieram y   ty lko  fakty .  –  Patrząc  na  zm ęczoną  twarz  pielęgniarki,  wy siliła  się  na
uśm iech.  –  Oby   ty lko  pan  Selkirk  znalazł  się  cały   i  zdrowy .  Miej m y   nadziej ę,  że  to  ty lko
chwilowy  zanik pam ięci – dodała, w duchu sam a w to nie wierząc. – No, ale wróćm y  j eszcze do
zeszłej  nocy . A więc dy żur m iały  ty lko trzy  osoby , tak?

Yolande skinęła głową.
–  By ło  nam   bardzo  ciężko  –  ciągnęła.  –  Trzy   osoby   na  osiem nastu  pacj entów,  w  ty m   kilku

ciężko  chory ch.  –  Spoj rzała  rozpaczliwie  na  Mike’a.  –  Nie  m ieliśm y   czasu  zaj ąć  się  panem
Selkirkiem .

Joanna pochy liła się naprzód.
– A czy  Jonathan Selkirk cierpiał na j akieś zaburzenia?
Pielęgniarka zrobiła zdziwioną m inę.
– Nie rozum iem …
– Czy  m iał gorszy  nastrój  albo stany  depresy j ne?
To py tanie wy raźnie j ą poruszy ło. Przerażona, spoglądała to na Joannę, to na Mike’a.
–  Nie  wiem   –  wy j ąkała.  –  Trudno  powiedzieć,  czy   m iał  depresj ę…  Chy ba  nie  –  dodała,

przy m y kaj ąc  zm ęczone  powieki.  –  Chociaż  w  sum ie  by ł  trochę  przy gnębiony   –  przy znała  po
chwili, podnosząc wzrok. – Ale po zawale to chy ba norm alne, nie?

Oboj e naty chm iast j ej  przy taknęli, a Joanna postanowiła zm ienić tem at.
– No dobrze, a czy  sprawiał wrażenie kogoś, kto boi się zostać w ośrodku? A m oże nalegał na

powrót do dom u?

Yolande zaprzeczy ła, kręcąc głową.
– Nic m i o ty m  nie wiadom o.
– To m oże coś go gnębiło?
–  A  skąd  m am   wiedzieć?  –  nachm urzy ła  się.  –  Naprawdę  nie  m am   poj ęcia.  Nawet  go  nie

znałam . Może z natury  by ł sm utasem .

– Czy  to na pewno by ł zawał?
–  No  j asne  –  odparła  i  zam ilkła  na  chwilę.  –  A  cóżby   innego?  –  dodała  po  chwili.  –  EKG  i

ciśnienie m iał w norm ie, ty lko cały  zsiniał i bardzo kiepsko się czuł.

– A rozm awiała pani z nim ?
Pielęgniarka przy taknęła.
– I z j ego żoną – dodała.
– A o której  z nim  pani rozm awiała?
– Około dziewiątej , kiedy  podawałam  leki.
– I co wtedy  m ówił?
– Skarży ł się na ból, więc zapy tałam , czy  chce zastrzy k.
Joanna zerknęła na Mike’a. Po zastrzy ku pewnie by  zasnął, pom y ślała.
– No i co?
– Nie chciał. Powiedział, że j akoś wy trzy m a – odparła i zam y śliła się na chwilę. – Powinnam

by ła dać m u ten zastrzy k. Od razu by  zasnął i nawet nie próbowałby  uciekać. To wszy stko m oj a
wina.

– Czy  to lekarz przepisał m u te zastrzy ki?
Yolande pokręciła głową.
– Nie, pan Selkirk dostawał j e ty lko na własne ży czenie.
– I co j eszcze m ówił?
My ślała przez chwilę.
– Prosił o telefon.

background image

Joanna słuchała uważnie.
– I przy niosła m u pani?
– Nie, nie m iałam  czasu. By liśm y  strasznie zaj ęci.
– To m oże zaniósł m u go ktoś z inny ch dy żuruj ący ch?
Yolande Prince wzruszy ła ram ionam i.
– Nie wiem . Musi pani ich zapy tać.
Joanna postanowiła zrobić to później  i zm ieniła tem at.
– A kiedy  widziała go pani po raz ostatni?
– Właściwie to powinnam  by ła zaglądać do niego co godzinę… – przy znała, zażenowana.
– Proszę posłuchać – przerwała Joanna, m asuj ąc obolałe palce. – Nie j estem  pani szefową i

nie  obchodzi  m nie,  j ak  wy konuj ecie  swoj e  obowiązki.  Wierzę,  że  m ieliście  wtedy   m nóstwo
pracy .  Interesuj ą  m nie  ty lko  i  wy łącznie  fakty .  Muszę  ustalić,  ile  czasu  m inęło,  zanim
zauważy liście, że Selkirk zniknął. Jasne?

Ale  pielęgniarka  by ła  niepocieszona.  Na  j ej   twarzy   m alowało  się  j eszcze  większe

przerażenie.

– Czuj ę się okropnie, j akby  to by ła m oj a wina – przy znała, ściskaj ąc drżące dłonie. – Chy ba

prześladuj e m nie j akiś pech. Pam iętam , j ak w zeszły m  roku…

–  Proszę  nie  zm ieniać  tem atu  –  przerwał  j ej   Mike.  –  Interesuj e  nas  ty lko  Jonathan  Selkirk.

Zależy  nam , żeby  j ak naj szy bciej  go odnaleźć.

–  No  więc  zaj rzałam   do  niego  około  dwudziestej   trzeciej   –  ciągnęła  powoli  Yolande.  –

Wszy stko by ło w porządku, pacj ent j uż zasy piał. Spy tałam , czy  ból m inął. Powiedział, że tak i że
czuj e  się  j uż  lepiej ,  ty lko  j est  bardzo  zm ęczony …  Zam knęłam   więc  drzwi.  –  Przerwała  i
popatrzy ła  niechętnie  na  Joannę.  –  Pacj ent  by ł  wy czerpany   i  m usiał  odpocząć,  a  na  oddziale
by ło  dość  głośno  i  przy   otwarty ch  drzwiach  nie  m ógłby   zasnąć.  Powiedziałam   m u  j eszcze
dobranoc i zam knęłam  drzwi… Wtedy  widziałam  go po raz ostatni.

– I co się potem  stało?
–  Około  czwartej   nad  ranem   znów  poszłam   do  niego  zaj rzeć.  Chciałam   zbadać  puls  i

zm ierzy ć  ciśnienie.  Drzwi  j ego  sali  by ły   uchy lone…  Pom y ślałam ,  że  widocznie  ktoś  z
dy żuruj ący ch j uż tam  by ł.

– A py tała ich pani o to?
Yolande pokiwała sm utno głową.
– Tak, ale nikt do niego nie zaglądał. Uznali, że sam a się nim  zaj m ę.
– I co j eszcze pani pam ięta?
–  Na  sali  paliło  się  światło,  pościel  na  łóżku  by ła  porozrzucana  –  odparła,  wpatruj ąc  się  w

Joannę.  –  Sam a  pani  widziała  te  pozry wane  rurki.  Nawet  kroplówkę  sobie  wy rwał  –  dodała,
wy krzy wiaj ąc  twarz.  –  Okropnie  się  przeraziłam   i  szy bko  zawołałam   koleżanki.  My ślałam ,  że
m oże poszedł sam  do toalety  – ciągnęła, przy gry zaj ąc paznokieć. – Przeszukaliśm y  cały  oddział,
zaglądaliśm y   dosłownie  wszędzie,  nawet  do  szafek  –  dorzuciła,  siląc  się  na  uśm iech.  –  I  wtedy
Gay nor zauważy ła na podłodze ślady  krwi. – Yolande popatrzy ła bezradnie. Jej  paniczny  strach
po  części  udzielił  się  Joannie  i  Mike’owi.  –  No  i  poszły śm y   za  nim i.  Prowadziły   do  wy j ścia
przeciwpożarowego.  Wzięły śm y   latarkę  i  zobaczy ły śm y ,  że  ślady   prowadzą  na  zewnątrz.
Wezwałam   salową,  a  portierzy   przeszukali  teren  wokół  szpitala  –  m ówiła,  patrząc  szeroko
otwarty m i oczam i, w który ch m alowało się przerażenie.

Nieprędko zapom ni tę noc, pom y ślała Joanna.
–  Wołaliśm y   go  przez  j akieś  pół  godziny ,  a  potem   salowa  wezwała  policj ę.  Przy j echali

bardzo szy bko – dodała, siląc się na pochwały .

Mike skinął głową.

background image

– Wezwanie przy szło około szóstej  nad ranem , a więc by li tu w ciągu dziesięciu m inut.
–  Nic  więcej   nie  wiem   –  podsum owała  pielęgniarka.  –  Poza  ty m ,  że  za  to  i  za  incy dent  z

zeszłego roku pewnie m nie wy lej ą, i to wcale nie z m oj ej  winy . – Podniosła się z m iej sca. – Czy
m ogę  j uż  iść?  –  spy tała,  po  czy m   ziewnęła  szeroko,  nie  zasłaniaj ąc  ust.  –  Jestem   naprawdę
wy kończona.

– Jedną chwileczkę – rzuciła Joanna.
Mike zerknął na nią i gestem  zaproponował j ej  coś do picia, spoglądaj ąc znacząco na j ej  gips.
Popatrzy ła na niego z wdzięcznością.
– I przy nieś m i j eszcze aspiry nę – poprosiła, po czy m  zwróciła się znowu do pielęgniarki. – A

ta sala obok?

Dziewczy na przetarła dłonią twarz. – Nie rozum iem …
– W sali obok by ło otwarte okno, tak?
– Owszem , by ło – odparła z naciskiem .
Joanna przy j rzała się j ej  uważnie, zanim  zadała kolej ne py tanie.
– A więc równie dobrze ktoś m ógł dostać się tam tędy  do środka i wej ść do Selkirka bez waszej

wiedzy ?

Przerażona, pokiwała głową.
– A czy  tam tej  nocy  sły szała pani odgłos nadj eżdżaj ącego auta?
Yolande zam y śliła się.
– Sły szałam  – przy znała. – To by ło około pierwszej  w nocy . Wracałam  właśnie z kuchni.
– I co to by ł za sam ochód?
–  Nie  wiem   –  odparła,  m arszcząc  czoło.  –  Sły szałam   ty lko,  j ak  podj echał  i  się  zatrzy m ał.

My ślałam ,  że  ktoś  podwiózł  którąś  z  pielęgniarek  do  pracy .  Nawet  nie  wy łączy ł  silnika,  j akby
siedzieli w środku i całowali się na pożegnanie – dodała z uśm iechem .

– Nie wy j rzała pani przez okno?
Yolande pokręciła głową.
– Nie, poszłam  na oddział do koleżanki.
– A sły szała pani, j ak odj eżdżał?
–  Nie  pam iętam   –  odparła.  –  Tu  ciągle  ktoś  przy j eżdża  i  odj eżdża.  Nie  zwracam y   na  to

uwagi, chy ba że sły chać j akiś hałas czy  pisk opon.

Joanna pokiwała głową.
Odpowiedź  dziewczy ny   niewiele  j ej   pom ogła.  Trzeba  by ło  j ednak  sprawdzić,  czy   któraś  z

pielęgniarek rzeczy wiście przy j echała do pracy  autem  około pierwszej  w nocy , w przeciwny m
razie m ógł to by ć sam ochód, który m  wy wieziono Selkirka z ośrodka.

Po chwili wrócił Mike z dwiem a filiżankam i kawy  i podał Joannie kilka tabletek aspiry ny .
– To dzięki uprzej m ości salowej  – oznaj m ił.
Joanna połknęła j e, popiła ry kiem  kawy  i przez chwilę siedziała w m ilczeniu.
– A o której  wy szła j ego żona? – spy tała wreszcie.
Yolande zam y śliła się.
– Z tego, co pam iętam , to gdzieś około dwudziestej  pierwszej  – odparła. – Musiałam  j ą nawet

cofnąć, bo chciała wy j ść inny m i drzwiam i.

Mike zerknął ukradkiem  na Joannę.
– Szła w przeciwną stronę – ciągnęła pielęgniarka i nagle uświadom iła sobie znaczenie swoich

słów. – O rany , j a naprawdę nie chciałam …

– A więc poszła do wy j ścia przeciwpożarowego?
Osłupiała Yolande skinęła głową.
– I chy ba cieszy ła się, że wreszcie m oże stąd wy j ść – rzuciła po chwili, wy raźnie skrępowana

background image

i  przy gnębiona.  –  O  Boże,  znów  palnęłam   coś  głupiego.  Chodzi  o  to,  że  niektórzy   pacj enci  źle
znoszą  poby t  w  szpitalu  i  winią  za  to  swoich  bliskich.  –  Uśm iechnęła  się.  –  Sam a  pani  rozum ie,
prawda?

– Niezupełnie – odparła Joanna, która nie by ła w nastroj u do żadny ch niedom ówień. – A więc

Jonathan Selkirk by ł dla żony  utrapieniem ?

–  Utrapieniem ?  To  za  m ało  powiedziane.  Źle  j ą  traktował  –  wy j aśniła,  wpatruj ąc  się  w

podłogę. – By ł bardzo niem iły  – dodała, rzucaj ąc Joannie wy niosłe spoj rzenie. – Ale pacj enci nie
m uszą by ć m ili – podsum owała, przecieraj ąc dłonią czoło. – Ja czuj ę się naprawdę fatalnie. To
by ł chory  człowiek, a j a m iałam  się nim  opiekować. To wszy stko m oj a wina.

–  Okej ,  dziękuj ę  –  rzuciła  na  koniec  Joanna.  –  Teraz  j uż  m oże  pani  j echać  do  dom u  i

odpocząć.

Na twarzy  pielęgniarki m alowało się uczucie głębokiej  ulgi.
Gdy  ty lko zam knęły  się za nią drzwi, Joanna zwróciła się do Mike’a.
–  Dopilnuj ,  żeby   ktoś  od  nas  przesłuchał  pozostałe  osoby   z  dy żuru.  Później   sam a  z  nim i

porozm awiam . Zadaj cie im  kilka ogólny ch py tań: w j akich godzinach dy żurowali, czy  widzieli i
sły szeli  coś  podej rzanego.  Może  ktoś  z  nich  wie,  czy   Selkirkowi  udało  się  wtedy   skorzy stać  z
telefonu. – Skrzy wiła się, sy cząc bólu, który  przeszy wał złam aną rękę od palców aż po ram ię. –
No, na m nie j  czas. Zawieź m nie do Selkirków. Muszę pogadać z j ego żoną.

Wstała  i  rozej rzała  się  po  pokoj u  pielęgniarskim .  Wy glądał  dość  obskurnie:  na  gołej ,

obdrapanej   podłodze  stało  wielkie,  dębowe,  zawalone  papieram i  biurko,  pośrodku  królował
kom puter, a obok trzy  zielone aparaty  telefoniczne, z który ch żaden nie dzwonił. Prowincj onalny
ośrodek zdrowia przy pom inał stary , państwowy  szpital z elem entam i nowoczesnej  kliniki.

Mike  podszedł  do  okna,  oparł  swoj e  ogrom ne  dłonie  o  kalory fer,  popatrzy ł  na  parking,

otoczony  starannie skoszony m  trawnikiem .

–  Ciekawe,  gdzie  on  się  podział  –  zastanawiał  się  głośno.  –  Jak  to  się  stało,  że  nikt  go  nie

widział?  No  i  po  co  w  ogóle  pory wać  człowieka  ze  szpitala?  –  Odwrócił  się  do  Joanny .  –  To
wszy stko wy daj e m i się takie j akieś… bez sensu – wy krztusił, nie m ogąc znaleźć lepszego słowa.

–  Czekaj ,  m am y   wiele  różny ch  wersj i  –  pocieszy ła  go.  –  Mógł  poprosić  kochankę  albo

przy j aciela,  żeby   go  stąd  zabrali.  Może  chciał  dokądś  uciec…  Albo  po  prostu  cierpi  na  zaniki
pam ięci  –  zaśm iała  się.  –  To  pewnie  j akieś  zaburzenia  m ózgu  w  wy niku  depresj i  –  dodała,
zm ieniaj ąc ton.

–  A  m oże  m iał  j akichś  wrogów?  I  kto  wie,  czy   w  ogóle  go  znaj dziem y .  Może  j uż  nigdy   nie

usły szy sz odpowiedzi na swoj e py tania, Mike. Równie dobrze m ogłoby  to by ć kolej ne zaginięcie.

Nagle ogarnął j ą sm utek. Sam a nie wiedziała, czy  to j akaś pourazowa depresj a, czy  reakcj a

na  ból  po  ty m ,  j ak  przestało  działać  znieczulenie,  czy   m oże  świadom ość,  że  nawet  w  szpitalu
człowiek nie m oże się czuć bezpieczny .

Selkirkowie  m ieszkali  w  piękny m ,  georgiańskim   dom u  z  czerwonej   cegły ,  którą  zdobiły

starannie wy m alowane białe elem enty . Od frontu przy legał kolum nowy  porty k, a cała budowla
sprawiała  wrażenie  idealnie  sy m etry cznej .  Przy   żwirowy m   podj eździe  nie  by ło  ani  j ednego
chwastu,  a  zadbane  ogrodzenie  przy ciągało  wzrok  ży wy m i  barwam i.  Mike  zatrzy m ał  wóz  i
wy siadł, by  otworzy ć Joannie drzwi od strony  pasażera.

– Ale j ak ty lko zdej m ą ci gips, to koniec z tary fą ulgową – ostrzegł.
Uśm iechnęła się i podziękowała.
Wtedy   otworzy ły   się  drzwi  dom u  i  wy szła  z  nich  wy soka,  urodziwa  kobieta  o  kasztanowy ch

włosach, ubrana  w  kwiecistą  suknię.  Żwir  chrzęścił  pod  j ej   stopam i,  gdy   szła  w  stronę  Joanny   i
Mike’a.

–  No  i  co?  Znaleźliście  go  j uż?  –  zagrzm iała  gniewnie  donośny m   głosem ,  j akby   py tała  o

background image

dziecko, które uciekło ze szkoły  na wagary .

Joanna zauważy ła, że kobieta nie przej awia ani odrobiny  sm utku. Dokładnie przy j rzała się j ej :

m iała  m ocno  opaloną,  zry tą  zm arszczkam i  twarz  i  przy pom inała  Joannie  żeglarkę  o  cerze
wy sm aganej   wiatrem   i  słońcem   podczas  rej sów  w  upalne  dni.  Siła  em anowała  z  j ej   krzepkiej
sy lwetki  i  z  donośnego,  stanowczego  tonu  głosu.  Stąpała  ciężkim ,  koły szący m   się  krokiem   w
eleganckich, skórzany ch butach, które zupełnie do niej  nie pasowały .

– Pani Selkirk?
Kobieta zerknęła podej rzliwie na gips.
– Inspektor Piercy  – przedstawiła się Joanna. – Sierżanta Korpanskiego j uż pani zna.
Skinęła głową.
– Znaleźliście j uż Jonathana? – powtórzy ła, zniecierpliwiona.
– Jeszcze nie, ale wciąż prowadzim y  poszukiwania. Sam a opuściłam  szpitalne łóżko specj alnie

po to, żeby  zaj ąć się tą sprawą – dodała z naciskiem . – Bardzo się staram y , pani Selkirk.

– O rany , strasznie m i przy kro – rzuciła Sheila Selkirk bez cienia żalu.
– Czy  m ożem y  wej ść?
Ruszy li  w  trój kę.  Ogrom ny   golden  retriever  podniósł  łeb,  przy glądaj ąc  im   się  ciekawie.

Zaszczekał  głośno,  a  widząc,  że  nie  zwracaj ą  na  niego  uwagi,  położy ł  się  i  zasnął.  Sheila  Selkirk
trąciła go stopą.

–  Żaden  poży tek  z  tego  psa  –  m ruknęła.  –  Jest  łagodny   j ak  baranek,  wpuściłby   tu  każdego

bandy tę  –  dodała  zrzędliwie,  prowadząc  ich  do  wielkiego,  kwadratowego  salonu,  w  który m
dom inowały  surowość i chłód.

– Pani Selkirk – zaczęła niepewnie Joanna. – Na pewno zdaj e sobie pani sprawę, co m ogło się

przy trafić pani m ężowi.

–  A  czy j a  wy glądam   na  idiotkę?  –  odburknęła  Sheila  Selkirk.  –  Nie  brakuj e  m i  wy obraźni,

pani inspektor.

–  Rozum iem   –  odparła  spokoj nie.  –  Zadam y   pani  ty lko  kilka  py tań.  Proszę  odpowiadać

zgodnie z prawdą, bardzo nam  to pom oże.

Joanna znów zerknęła na twarz kobiety : gruba warstwa pudru, j asna szm inka, by stre, ciem ne

oczy . To wszy stko wskazuj e na silną osobowość, pom y ślała.

– Czy  pani wie, dokąd pani m ąż m ógł uciec?
Kobieta posłała j ej  inteligentne spoj rzenie.
– Chce pani wiedzieć, czy  m iał kochankę? – wy krzy wiła wargi w złośliwy m  uśm iechu.
Joanna wzruszy ła ram ionam i.
– A m iał?
Sheila Selkirk starła z policzków trochę pudru.
–  Rany   boskie!  –  zaśm iała  się.  –  Mój   m ąż  i  seks?  –  Znów  potarła  policzki  i  wy buchła

śm iechem .  –  Nawet  podczas  naszego  m iesiąca  m iodowego  m u  nie  stawał,  choć  Jonathan  by ł
wtedy  j eszcze m łody  i silny , a co dopiero teraz, w średnim  wieku? Większość m ężczy zn na j ego
m iej scu szukałoby  sobie m łodej , ponętnej  kochanki, ale nie on.

Mike poruszy ł się niespokoj nie.
– To m oże spoty kał się z m ężczy znam i? – dociekała subtelnie Joanna.
–  Wy kluczone  –  odrzekła  stanowczo  i  naty chm iast  przestała  się  śm iać.  –  Mój   m ąż  nie  j est

gej em   i  m a  niewielu  przy j aciół.  Obdzwoniłam   ich  wszy stkich  oprócz  j ego  partnera  z  pracy   –
dodała.

Mike uniósł brwi. Joanna napotkała j ego wzrok i skinęła głową. Po czy m  znów zwróciła się do

Sheili Selkirk:

– A czy  pani m ąż cierpiał na depresj ę?

background image

Ty m  razem  przy taknęła.
– By ł bardzo przy gnębiony  – przy znała – ale nie chciał się leczy ć. Mój  m ąż zawsze stronił od

lekarzy .

– Mówi pani o nim  w czasie przeszły m ?
–  Na  Boga,  pani  inspektor  –  ucięła  surowy m ,  protekcj onalny m   tonem   j ak  nauczy cielka  do

uczennicy .  –  A  j ak  m am   m ówić?  Przestańm y   się  oszukiwać.  Mój   m ąż  by ł  ciężko  chory ,  a
wczoraj  trafił do szpitala z podej rzeniem  zawału i naty chm iast podłączy li go do aparatury . Poza
ty m  cierpiał na ciężką depresj ę i m iewał sam obój cze m y śli. – Przerwała, by  wziąć długi, głęboki
oddech.  –  Błagałam   go,  żeby   poszedł  do  lekarza,  ale  on  kom pletnie  m nie  ignorował  –  dodała,
rzucaj ąc  Joannie  chłodne  spoj rzenie.  –  No  i  co  m iałam   zrobić?  My ślałam ,  że  w  szpitalu
przy naj m niej   będzie  bezpieczny ,  a  ty m czasem   on  znika  w  środku  nocy ,  zostawiaj ąc  wy rwane
rurki i przewody  i krew na podłodze. I j ak m am  teraz o nim  m ówić? Naj pierw m iałam  nadziej ę,
że szy bko się znaj dzie, ale z czasem  zaczy nam  w to wątpić. Podej rzewam , że po prostu ze sobą
skończy ł – podsum owała niespodziewanie.

–  Co  takiego?  –  zdziwiła  się  Joanna,  j akby   usły szała  z  ust  Sheili  Selkirk  j akieś  niecenzuralne

słowo.

– Ślady  krwi prowadziły  na parking – wtrącił Mike. – Naj wy raźniej  ktoś wy prowadził go do

sam ochodu. Jak pani m y śli, kto to m ógł by ć?

Sheila Selkirk wzruszy ła ram ionam i.
– Może wezwał taksówkę – odparła niepewnie. – A po wy j ściu z budy nku owinął sobie ranę i

zatam ował krew.

–  Pani  m ąż  wy szedł  boso  –  zauważy ła  Joanna,  zerkaj ąc  na  Mike’a:  m ięśnie  j ego  szerokich

pleców by ły  napięte j ak u zwierzęcia, które szy kuj e się do ataku.

Mierzy ł Sheilę Selkirk surowy m  wzrokiem .
– A m oże to pani po niego przy j echała, pani Selkirk?
Sheila spiorunowała go wzrokiem .
– Nie, to nie j a. By łam  wtedy  z przy j acielem .
– A kim  j est ten pani przy j aciel?
Kobieta by ła wy raźnie rozgniewana.
– O co wam  właściwie chodzi?
– O nic – odrzekła Joanna z rozbraj aj ącą szczerością. – Prowadzim y  ty lko ruty nowe śledztwo.

Nasza  praca  polega  głównie  na  zadawaniu  różny ch  nudny ch,  bezsensowny ch  py tań,  które  i  tak
nic nie daj ą. – Jej  źrenice by ły  drobne j ak ziarnka m aku. – Ale tak czy  inaczej , m usim y  j e zadać.

–  No  dobrze,  um ówiłam   się  wtedy   z  naszy m   dobry m   znaj om y m   –  rzuciła  Sheila  Selkirk,

poiry towana. – Jonathan i j a znam y  go od lat.

– A j ak się nazy wa? – spy tał oschle Mike.
–  Anthony   Pritchard  –  odparła  Sheila.  –  Ale  co  to  m a  do  rzeczy ?  Anthony   to  nasz  stary ,

dobry  przy j aciel. On nie m a z ty m  nic wspólnego.

– Może tak się pani ty lko wy daj e – odparł bezwzględnie Mike. – Żonaty ? – spy tał.
Kobieta wzięła oddech.
– Nie, wdowiec – wy rzuciła j edny m  tchem . – Kiedy ś przy j aźniłam  się z j ego żoną. Zm arła

na raka parę lat tem u.

– Naprawdę? – rzucił Mike tonem , który  m ógł zabrzm ieć nieco opry skliwie.
Wtedy  do rozm owy  wtrąciła się Joanna:
– Jak pani m y śli, co m ogło by ć powodem  depresj i pani m ęża?
Sheila Selkirk zam rugała i wy prostowała plecy .
– Nie wiem , m oże kłopoty  finansowe. Klienci nie płacą na czas. I kto by  pom y ślał, do diabła,

background image

żeby  w takim  zawodzie narzekać na brak pieniędzy ?

Joanna zam y śliła się na chwilę.
– A czy m  dokładnie zaj m uj e się pani m ąż? – spy tała m im ochodem .
– Jest prawnikiem . Ale to j uż chy ba pani wie, pani inspektor?
–  Owszem ,  wiem   –  odcięła  Joanna,  poiry towana.  Ból  w  ręce  znów  nie  dawał  j ej   spokoj u.

Widocznie aspiry na przestała działać. – A w czy m  się specj alizował?

–  W  prawie  karny m   –  odburknęła  niegrzecznie  Sheila  Selkirk.  –  Bronił  gówniarzy ,  którzy

popadali  w  konflikt  z  prawem .  Udzielał  im   pom ocy   prawnej   i  w  ten  sposób  zarabiał  na  ży cie  –
dodała. – To by ł j ego chleb powszedni. Ale kiedy  rząd wstrzy m ał dotacj e dla prawników, to j ak
na  ironię  wszy stko  podrożało  –  dodała  ze  sm utkiem   w  oczach.  –  Jonathan  m usiał  płacić  coraz
wy ższe  rachunki,  a  potem   j eszcze  napatoczy ły   się  gliny .  –  Zerknęła  na  Mike’a  z  wy rzutem .  –
Dręczy liście go z powodu j akichś błahy ch zarzutów.

– Hm , to pewnie chodziło o przestępstwa gospodarcze – przy pom niała sobie Joanna.
– Jakie znowu przestępstwa? – oburzy ła się Sheila. – Przecież to kom pletne bzdury  – dodała,

przesuwaj ąc palcem  po kąciku ust. – Ale on tak bardzo się ty m  zam artwiał…

Mike nie spuszczał z niej  wzroku. W j ego oczach nie by ło ani odrobiny  współczucia.
– Biedny  Jonathan – ciągnęła Sheila. – Ty le m iał na głowie, od lat chorował na serce, a do

tego j eszcze ten piekielny  list.

– No właśnie, co to za list? – spy tała Joanna.
– Przy szedł wczoraj  rano. Chwileczkę. – Sheila Selkirk wstała z krzesła. – Zaraz go przy niosę.
Szy bkim   krokiem   ruszy ła  do  drzwi,  aż  j ej   suknia  zaszeleściła.  Joanna  zerknęła  na  Mike’a:  po

j ego m inie widać by ło, że – w przeciwieństwie do niej  – nie darzy  tej  kobiety  sy m patią, podczas
gdy   ona  widziała  w  Sheili  Selkirk  silną,  wręcz  dom inuj ącą  osobowość,  której   nie  brakowało
szczerości i spontaniczności, a Joanna bardzo ceniła sobie te cechy .

Po  chwili  Sheila  weszła  do  salonu  i  rzuciła  Joannie  j akąś  kartkę.  Zawirowała  w  powietrzu  i

opadła  na  kolana  Joanny .  Ta  dwukrotnie  przebiegła  po  niej   wzrokiem ,  nawet  j ej   nie  doty kaj ąc.
Wreszcie podniosła wzrok.

– My ślałam , że to j akaś ulotka – burknęła Sheila Selkirk. – Ale Jonathan dopatrzy ł się w ty m

zwy czaj nej  pogróżki.

– A kto m ógł m u grozić?
– Nie wiem . Wśród klientów kancelarii zdarzaj ą się różne ty py  – padła niej asna, wy m ij aj ąca

odpowiedź. – Tak czy  inaczej , ten list napędził nam  trochę strachu.

Mike zaj rzał j ej  przez ram ię i prześledził krótki tekst.
– Nie wątpię, pani Selkirk – rzucił, patrząc j ej  prosto w oczy . – No i co na to pani m ąż?
– Jak to, co?
– Czy  spisał testam ent?
Wzięła głęboki oddech.
–  A  j ak  pan  sądzi,  sierżancie?  Przecież  m ój   m ąż  j est  prawnikiem   –  odparła,  a  j ej   twarz

rozj aśnił cień uśm iechu.

Oboj e przy znali w duchu, że Sheila Selkirk m usiała by ć niegdy ś bardzo ładna.
– Na pewno sporządził ich kilka – dodała, spoglądaj ąc na Mike’a w zam y śleniu. – Sierżancie –

zagadnęła nagle – czy  te pana m ięśnie to dar natury , czy  efekt ćwiczeń…?

Mike pry chnął pogardliwie, a Joanna om al nie wy buchła śm iechem . Lubiła, j ak się złościł, a

Sheila Selkirk by ła na ty le spostrzegawcza, by  zauważy ć, że sierżant nie darzy  j ej  sy m patią i w
odruchu zem sty  zdoby ła się na tę złośliwą uwagę.

– Czy  m ogę zatrzy m ać ten list? – zwróciła się Joanna do Sheili Selkirk.
– Może pani robić z nim , co chce.

background image

– Dziękuj ę – odrzekła Joanna. – A czy  przy padkiem  pani m ąż nie dostał ich więcej ?
– Na pewno nie.
Joanna uznała, że czas zm ienić takty kę.
– Jak pani m y śli, czy  ktoś m ógł porwać pani m ęża ze szpitala, na przy kład dla okupu?
Sheila Selkirk wy buchła śm iechem .
– Porwać dla okupu? – powtórzy ła. – Moj ego Jonathana? O m ój  Boże! Chy ba nie doczekaliby

się ty ch pieniędzy . – Twarz j ej  poróżowiała od śm iechu. – No i kom u potrzebny  stary  adwokat?
Pory wacze  poluj ą  raczej   na  m ałe  dzieci,  bo  m ogą  za  nie  wy dębić  sporo  forsy   –  dodała  i
pochy liła  się  w  stronę  Joanny ,  odsłaniaj ąc  głęboki  dekolt.  –  Czy   pani  j est  m ężatką,  złotko?  –
spy tała  nagle,  po  czy m   znów  zachichotała.  –  Pory wanie  Jonathana  nie  m iałoby   sensu.  Nie
zapłaciłaby m  za niego okupu, nawet gdy by m  m iała pieniądze, bo czego to innego m ogliby  żądać,
hę?

Joanna  poczuła  się  trochę  niezręcznie.  Szczery   i  bezpośredni  sposób  by cia  Sheili  Selkirk

zaczy nał j ą trochę krępować. Puściła j ej  py tanie m im o uszu.

–  Pani  Selkirk  –  zaczęła  łagodnie.  –  Załóżm y ,  że  pani  m ąż  uciekł  ze  szpitala,  bo  źle  się  tam

czuł. Gdzie w takim  razie m ógł się schronić? Może u któregoś z przy j aciół albo u sy na?

To ostatnie py tanie trafiło w j ej  czuły  punkt. Sheila Selkirk zarum ieniła się.
–  To  pani  wie  o  m oim   sy nu?  –  westchnęła,  wciągaj ąc  głęboko  powietrze.  –  Wie  pani  o

Justinie?

– Wiem  ty lko, że m a pani sy na – odparła Joanna.
Reakcj a kobiety  wzbudziła w niej  ciekawość.
Sheila Selkirk skrzy wiła się
–  Tak,  to  prawda  –  odparła  sm utno.  –  Ma  na  im ię  Justin  –  dodała  i  spoj rzała  przez  okno  na

j esienne kolory  drzew. Jej  oddech stał się powolny  i ciężki. Odkaszlnęła głośno.

–  Niestety ,  nie  układało  m u  się  z  Jonathanem .  Wręcz  nienawidzili  siebie  nawzaj em   –

wy krztusiła, przeły kaj ąc ślinę. – Gdy  ty lko chłopak osiągnął odpowiedni wiek, Jonathan posłał go
do szkoły  z internatem . – Zerknęła na Joannę. – Justin nie m ógł m u tego darować. Przeży wał tam
prawdziwy   koszm ar  –  dodała  żałośnie,  przy m y kaj ąc  oczy .  –  Dzieci  potrafią  by ć  takie  okrutne,
czasem  dużo gorsze niż dorośli.

Oczy m a wy obraźni Joanna uj rzała Eloise.
– Rzeczy wiście – przy znała cicho. – Dzieci by waj ą bardzo okrutne…
Sheila Selkirk nie zwróciła na nią uwagi, ale słowa Joanny  nie um knęły  uwadze Mike’a. Rzucił

j ej   przenikliwe,  py taj ące  spoj rzenie.  Napotkała  j ego  wzrok  i  nawet  nie  próbowała  m askować
uczuć.

Sheila ty m czasem  popatrzy ła po ich twarzach i ciągnęła dalej .
–  To  dziwne,  żeby   oj ciec  z  sy nem   aż  tak  się  nienawidzili  –  rzuciła  sucho.  –  Jeden  schodził

drugiem u z drogi. Unikali siebie nawzaj em , bo nie m ogli na siebie patrzeć. Święta i wakacj e by ły
dla biednego Justina prawdziwą m ęczarnią. A Jonathan robił wszy stko, żeby  chłopak nie spędzał
ich w dom u.

– A gdzie j est teraz pani sy n?
–  Mieszka  tu,  w  Leek  –  odparła,  patrząc  na  Mike’a  śm iały m   wzrokiem .  –  Pracuj e  w  szkole

specj alnej , z dziećm i, o który ch kiedy ś m ówiło się, że są upośledzone albo chore psy chicznie, a
teraz wy m y śla się dla nich różne dziwne nazwy : niepełnosprawne um y słowo, sprawne inaczej  i
inne  podobne  bzdury .  –  Wy krzy wiła  usta  w  gry m as.  –  I  pom y śleć,  ile  wy łoży liśm y   na  j ego
wy kształcenie  po  to  ty lko,  żeby   dziś  użerał  się  z  bandą  półgłówków.  –  Jej   ciem ne  oczy   by ły
utkwione w Mike’a. – Nie m a na ty m  świecie sprawiedliwości, sierżancie.

– A czy  pani sy n j est żonaty ? – wtrącił Mike.

background image

Sheila skinęła głową.
–  Oczy wiście  –  odparła,  a  j ej   twarz  złagodniała  nagle  i  znów  poj awiły   się  na  niej   ślady

dawnej   urody .  –  Maj ą  córeczkę  –  oznaj m iła.  –  Śliczna  z  niej   dziewczy nka  –  dodała,  rum ieniąc
się.  –  O  rany ,  chy ba  odzy wa  się  we  m nie  dum na  babcia.  Ale  to  dziecko  to  prawdziwy   skarb  –
zaśm iała  się,  zażenowana.  –  Właśnie  skończy ła  trzy   latka.  Czekaj cie…  –  Podeszła  do  m ałej ,
m ahoniowej  kom ody .

W  szufladzie  by ło  ty le  zdj ęć,  że  Sheila  z  trudem   j ą  otworzy ła.  Przej rzała  j e  i  podała  j edno

Joannie.  Na  fotografii  widniała  roześm iana  twarz  ślicznej   dziewczy nki  o  kręcony ch  włosach  i
okrągłej   buzi  z  dołkam i  w  policzkach.  By ła  uderzaj ąco  podobna  do  Shirley   Tem pie.  Sheila  nie
kry ła dum y  ze swej  wnuczki. Jej  drżące, wilgotne wargi ułoży ły  się w uśm iech.

–  Prawda,  że  śliczna?  Te  oczka,  te  usteczka,  te  piękne,  m alutkie  loczki…  zupełnie  j ak  m ały

Justin. – Zabieraj ąc Joannie zdj ęcie, utkwiła w niej  wzrok.

Na j ej  twarzy  poj awił się gry m as niezadowolenia.
–  Pewnie  dziwi  się  pani,  dlaczego  trzy m am   j ej   zdj ęcie  w  zapchanej   szufladzie  –  rzuciła,

przy m y kaj ąc powieki, j akby  wstrząsnął nią j akiś ból. – Jonathan przelał swoj ą nienawiść do sy na
na  wnuczkę  –  wy j aśniła,  spoglądaj ąc  niechętnie  na  fotografię.  –  Nie  ży czy ł  sobie  w  dom u
żadny ch  zdj ęć  m ałej   Lucy .  –  Zerknęła  z  ukosa  na  kom odę  i  zaśm iała  się.  –  Dobrze,  że  tam   nie
zaglądał – westchnęła z ulgą. – Inaczej  znalazłby  j e wszy stkie i spalił – dodała szy bko z gniewną
m iną.

Joanna i Mike popatrzy li po sobie.
– To rzeczy wiście przy kra sprawa, pani Selkirk – wtrąciła Joanna łagodny m  tonem , próbuj ąc

wrócić do tem atu rozm owy . – A czy  m a pani zdj ęcie m ęża?

Kobieta rzuciła j ej  gwałtowne spoj rzenie.
– A po co pani j ego zdj ęcie?
– Dla rozpoznania – wy j aśnił Mike. – Może ktoś go widział.
– Niech pan posłucha, sierżancie – zaczęła Sheila Selkirk nieco kokietery j ny m  tonem . – Mój

m ąż zniknął ze szpitala w piżam ie w brązowe paski. Wy starczy , że chodziłby  w niej  po m ieście, a
ludzie na pewno zgłosiliby  to na policj ę i który ś z waszy ch atlety czny ch kolegów j uż dawno by  po
niego poj echał – podsum owała, wy raźnie rozbawiona swoim i słowam i.

– Pani Selkirk, niech pani poszuka j ego zdj ęcia.
Kobieta szy bko się opam iętała.
– No dobrze, ty lko gdzie j a j e m am …? – zastanawiała się.
Joanna i Mike m im owolnie spoj rzeli w stronę kom ody .
– Tam  go nie m a – zaprzeczy ła. – Zdj ęcia Jonathana trzy m am  osobno – dodała z uśm iechem

i wy szła z pokoj u.

Wróciła  po  chwili,  trzy m aj ąc  w  ręce  dużą,  portretową  fotografię  m ężczy zny   w  średnim

wieku o bardzo ponurej  twarzy . Patrzy ła na nią przez chwilę, po czy m  podała Joannie.

– Proszę, to m ój  m ąż.
– Wiesz, Mike, m am  wrażenie, że poza nam i nikt nie przej ął się specj alnie j ego zniknięciem ,

nie  licząc  tej   pielęgniarki,  która  boi  się  ty lko  o  swoj ą  pracę  –  zauważy ła  Joanna,  gdy   Mike
wy cofy wał wóz z podj azdu.

Uśm iechnął się szeroko.
– Spróbuj  m y śleć pozy ty wnie, Jo – pocieszał j ą.
–  Wolałaby ś,  żeby   Sheila  Selkirk  by ła  znerwicowaną  babą  i  bez  przerwy   deptała  nam   po

piętach? Ciesz się, że m am y  z nią święty  spokój , przy naj m niej  dopóki nie znaj dziem y  j ej  m ęża.

Odwróciła się i spoj rzała na niego.
– Jak m y ślisz, Mike? Czy  on j eszcze ży j e?

background image

– No, nie wiem  – zawahał się. – Facet by ł chory , przy  tak niskiej  tem peraturze nie przeży łby

ty le czasu na ulicy  w sam ej  piżam ie. Jeśli nie zaszy ł się gdzieś u znaj om y ch, to pewnie j est j uż
szty wny .

Uśm iechnęła się.
–  Dzięki,  Mike  –  odparła.  –  Jak  zwy kle,  uj ąłeś  rzecz  drasty cznie  i  bez  em ocj i,  ale  j a  chcę

usły szeć j ednoznaczną odpowiedź: ży j e czy  nie?

– Nie ży j e – odparł poważnie. – I ktoś na pewno go znaj dzie.
Podczas pierwszej  odprawy  Joanna ograniczy ła się ty lko do podania inform acj i o zaginięciu

Jonathana  Selkirka,  ale  z  czasem   wszy scy   zebrani  nie  m ogli  oprzeć  się  przeczuciu,  że  wkrótce
natrafią na rozkładaj ące się zwłoki – żałosne szczątki ludzkiego istnienia.

Wspom niała,  że  ktoś  prawdopodobnie  przy j echał  po  niego  sam ochodem   i  poprosiła  kilku

funkcj onariuszy ,  by   popy tali  m iej scowy ch  taksówkarzy   oraz  znaj om y ch  Selkirka.  Jego  żona
przy znała  wprawdzie,  że  telefonowała  j uż  do  naj bliższy ch  przy j aciół,  ale  niewy kluczone,  że  ci
celowo ukry wali przed nią m iej sce poby tu m ęża i że ty lko policj i uda się do niego dotrzeć. Poza
ty m  wieloletnie doświadczenie nauczy ło Joannę, że nie należy  polegać na zeznaniach, dopóki się
ich nie potwierdzi.

Po  odprawie  Mike  odwiózł  j ą  do  dom u.  Poiry towana,  obserwowała  j ego  zwinne  ruchy   za

kierownicą.  By ła  zła,  że  przez  złam aną  rękę  m usiała  zwolnić  tem po  pracy   i  polegać  na  inny ch.
Czuła się j ak kaleka.

– Selkirk prosił pielęgniarkę o telefon – zauważy ła. – Ciekawe, do kogo chciał dzwonić. Może

do żony ?

Mike odwrócił głowę i popatrzy ł na nią.
–  Przecież  nawet  nie  by ło  j ej   w  dom u.  Sam a  m ówiła,  że  tam ten  wieczór  spędziła  z

przy j acielem  rodziny .

– A od kiedy  to zacząłeś wierzy ć w alibi?
–  Chciałem   ci  ty lko  przy pom nieć,  co  m ówiła  Sheila  Selkirk  –  odparł  przy j aźnie.  –  A  facet

chciał pewnie zadzwonić po taksówkę.

– A potem  pozry wał rurki i wy m knął się w sam ej  piżam ie, tak? – Joanna pokręciła głową. –

Taki pasażer od razu wzbudziłby  podej rzenia.

– A j eśli Selkirk m iał ze sobą j akieś rzeczy ?
Znów zaprzeczy ła ruchem  głowy .
– Wszy stkie j ego ubrania zabrała żona.
– Jesteś pewna?
– Nie, ale w takim  stanie nie dałby  rady  nawet się spakować.
Tu Mike m usiał przy znać j ej  racj ę.
– Dzięki za podwiezienie – rzuciła, gdy  zaj echał pod j ej  dom .
– Cała przy j em ność po m oj ej  stronie. Przy j adę po ciebie j utro rano.
– A teraz pewnie na siłownię, co?
W odpowiedzi uśm iechnął się szeroko i napręży ł m uskuły .
–  Trzeba  by ło  –  dodała  Joanna  –  udzielić  Sheili  Selkirk  kilku  dobry ch  rad,  j ak  wy pracować

taką sy lwetkę.

– No, to do j utra – rzucił ty lko, zatrzaskuj ąc za nią drzwi, a Joanna zaniosła się śm iechem .
Z  trudem   wy j ęła  z  torebki  klucze  i  usiłowała  otworzy ć  zam ek,  naciskaj ąc  j ednocześnie  na

klam kę,  ale  łokieć  ześlizgiwał  się,  a  złam ana  ręka  by ła  bardzo  osłabiona.  Joanna  zaklęła  cicho.
Wreszcie  udało  j ej   się  otworzy ć  drzwi,  ale  gdy   próbowała  zdj ąć  m ary narkę,  prawy   rękaw  by ł
owinięty  wokół gipsu tak ciasno, że się rozdarł.

– Cholera – rzuciła szeptem , żałuj ąc, że nie zgodziła się na propozy cj ę Matthew.

background image

Dobrze  wiedziała  j ednak,  że  trudno  by łoby   j ej   opuścić  ten  dom .  Niezdarnie  odkręciła  kran,

nalała  wody   do  czaj nika,  po  czy m   usiadła  w  pokoj u  i  zam y śliła  się.  Dopiero  głód  sprawił,  że
wróciła do kuchni.

O wpół do dziewiątej  przy j echał Matthew. Pod ręką trzy m ał papierową torbę z j edzeniem  na

wy nos. Na widok Joanny  uśm iechnął się i podał j ej  torbę.

–  Duża  porcj a  zapiekanki  –  oznaj m ił,  pochy lił  się  i  pocałował  j ą  w  policzek.  –  Strasznie  cię

przepraszam . – Posłał j ej  swój  chłopięcy , rozbraj aj ący  uśm iech i z nam y słem  potarł podbródek.
–  Na  swoj e  usprawiedliwienie  m ogę  ty lko  powiedzieć,  że  chciałem   dla  ciebie  dobrze.  Po
wy padku  powinnaś  by ła  trochę  odpocząć  zam iast  j eździć  po  cały m   m ieście  za  j akim ś
zaginiony m  pacj entem .

–  Chińszczy zna?  –  spy tała,  otwieraj ąc  torbę  zj edzeniem   i  pociągaj ąc  nosem .  –  Okej ,

wy baczam  ci.

–  Dzięki  –  odparł.  –  I  przepraszam   cię  za  tę  Joannę  d’Arc.  Naprawdę  nie  m iałem   tego  na

m y śli.

Spoj rzała  m u  bacznie  prosto  w  oczy .  W  pory wach  gniewu  ludzie  przeważnie  m ówią  to,  co

m y ślą – podsum owała w duchu.

Uśm iechnął się i przy ciągnął j ą do siebie.
– Moj a m am a zawsze m awiała, że droga do serca kobiety  prowadzi przez żołądek – szepnął

j ej  do ucha.

– Twoj a m am a to bardzo m ądra kobieta – przy znała z przekorą.
Uniósł j ej  podbródek i spoj rzał j ej  w oczy .
– Powinnaś j ą poznać.
– Naprawdę?
Matthew cofnął się i odwiesił kurtkę. Joanna postanowiła nie drąży ć tego tem atu.
– Wiedziałem , że z ty m  gipsem  nie podej m iesz się żadny ch kulinarny ch wy znań – wy rzucił

j edny m  tchem . – No i przy niosłem  to…

Czasem  zastanawiała się, czy  rodzice Matthew zaakceptowaliby  j ą. My ślała, że chy ba nie, bo

pewnie  winiliby   j ą  za  to,  że  odebrała  go  córce  i  prawowitej   żonie.  Niekiedy   zadawała  sobie
py tanie,  kto  z  j ego  rodziny   nienawidzi  j ej   naj bardziej .  Podobnie  j ak  w  baj ce  o  Królewnie
Śnieżce, gdy  zła królowa zapy tuj e lusterko o tę naj piękniej szą na świecie, odpowiedź by ła zawsze
taka  sam a:  naj bardziej   nienawidziła  j ej   Eloise.  Joannę  bolała  ta  świadom ość.  Miała  wprawdzie
nadziej ę, że kiedy ś córkę Matthew przestaną obchodzić osobiste sprawy  oj ca, ale na razie m usiała
zm ierzy ć się z j ej  wrogością.

Poszła do kuchni i sprawną ręką sięgnęła po dwa talerze.
Z pokoj u dobiegł j ą głos Matthew.
– Pam iętam , j ak kiedy ś Eloise złam ała rękę…
W  j ednej   chwili  w  kuchni  powiało  chłodem ,  j akby   przez  okna  i  drzwi  przedarł  się  m róz,

wpełzł do holu i stoczy ł się schodam i w dół. Nawet beztroski i niewzruszony  Matthew m usiał go
poczuć, gdy  Joanna weszła do pokoj u z talerzam i w ręce.

–  We  wszy stkim   trzeba  by ło  j ej   pom agać  –  dodał  szy bko.  –  Słuchaj ,  czy   oni  naprawdę  nie

daliby  sobie bez ciebie rady ? Warto by ło opuszczać wy godne szpitalne łóżko? A do tego om inie
cię py szne szpitalne j edzenie.

– Ale to nic w porównaniu z chińszczy zną – odparła, wskazuj ąc na papierową torbę.
–  No  dobrze,  a  znaleźliście  j uż  tego  starego  pry ka?  –  spy tał,  gdy   niezdarny m   ruchem

postawiła talerze na stole, po czy m  chwy cił się za serce i zaczął zataczać się po pokoj u. – Uwaga:
policj a  poszukuj e  m ężczy zny   po  zawale.  Biega  po  m ieście  w  piżam ie.  –  Rzucił  j ej   figlarne
spoj rzenie. – I podobno zostawia za sobą ślady  krwi.

background image

Zaśm iała się nerwowo.
– I po co się zgry wasz?
–  Tak  dla  zabawy .  Po  m oj em u  sprawa  j est  bardzo  prosta  –  skwitował.  –  Wy starczy

sprawdzić, dokąd prowadzą te ślady  – dodał z nutą ironii. – No i co pani na to, pani inspektor?

Lubiła się z nim  przekom arzać.
– Ślady  ury waj ą się na parkingu – odparła.
– A więc m iał wspólnika – podsum ował konspiracy j ny m  szeptem . – Ktoś przy j echał po niego

autem .

Joanna wzruszy ła ty lko ram ionam i.
– To j akiś wariat albo sam obój ca. Albo j edno i drugie. Jak m y ślisz?
–  Nie  m am   poj ęcia,  co  się  działo  w  j ego  głowie  –  odparła.  –  Wiem   ty lko,  że  szuka  go  cała

m iej scowa policj a, na razie bez rezultatu. – Przerwała na chwilę, po czy m  dodała: – A do tego
żona wcale nie wy daj e się przej ęta j ego zniknięciem … – Zam y śliła się, przekrzy wiaj ąc głowę na
bok. – Zawsze m nie to krępuj e, kiedy  policj a m artwi się bardziej  niż rodzina ofiary  – przy znała,
sm akuj ąc j edzenie. – Pani Selkirk wy gląda m i raczej  na wesołą wdówkę.

– A więc j uż zakładasz, że facet nie ży j e? – spy tał Matthew, podnosząc wzrok.
Joanna polała swoj ą porcj ę sosem  soj owy m .
–  Nic  innego  nie  przy chodzi  m i  do  głowy .  W  dom u  go  nie  m a,  przy j aciół  m iał  niewielu,  a

żona twierdzi, że własny  sy n go nienawidził. Facet by ł chory , noce są teraz m roźne, a on wy szedł
na  dwór  w  sam ej   piżam ie.  Podej rzewam y ,  że  to  porwanie  –  dodała.  –  Ustaliliśm y   j uż  kierunki
śledztwa: m usim y  dotrzeć do auta, które zabrało go z parkingu, i ustalić, czy  dzwonił do kogoś ze
szpitala.  –  Wzięła  głęboki  oddech.  –  Jeśli  tak,  to  pewnie  do  znaj om ego  albo  po  taksówkę.  Każde
śledztwo składa się z zagadek. Nie wszy stkie udaj e się wy j aśnić do końca, ale m oże przy  odrobinie
szczęścia rozwiążem y  chociaż część z nich. Trzeba j eszcze ty lko znaleźć zwłoki, żeby ś ty  też m iał
co  robić  –  dodała  z  uśm iechem .  –  Od  j utra  zaczniem y   przeszukiwać  teren  za  m iastem ,  rzekę  i
kanał.

–  Nie  rozum iem ,  dlaczego  tak  bardzo  się  ty m   przej m uj esz,  skoro  nikt  inny   się  o  niego  nie

m artwi – rzekł Matthew, nalewaj ąc wino do kieliszków.

–  Bo  na  ty m   polega  m oj a  praca  –  odparła,  patrząc  na  niego  w  zam y śleniu.  –  A  poza  ty m

m am   j akieś  dziwne  przeczucie,  że  to  dość  niety powa  sprawa.  Za  dużo  odstępstw  od  norm y   –
dodała. – Jest j eszcze inny  powód, którego na pewno nie zrozum iesz.

– Daj  m i szansę – poprosił, przy suwaj ąc się bliżej .
– Chodzi o to, że… – zaczęła. – E, to trochę głupie.
– No, wy krztuś to wreszcie.
–  Dręczy   m nie  to,  że  by łam   wtedy   tak  blisko  –  wy j aśniła  powoli.  –  Leżałam   w  sali  piętro

wy żej . – Zerknęła na niego. – Ale ty  i tak nie zrozum iesz, prawda?

Zaśm iał się.
– Powiedzm y , że rozum iem  – odparł, a Joanna postanowiła nie wracać do tem atu.
Przez chwilę j edli w m ilczeniu.
– Podobno o zm arły ch nie należy  m ówić źle – odezwała się nagle.
– Chodzi ci o to, co powiedziała j ego żona?
– Właśnie.
– Może po prostu wierzy , że j ej  m ąż ciągle ży j e.
Joanna pokręciła głową.
– No dobrze, ale czem u to cię tak gry zie? Co ona takiego powiedziała? – spy tał, patrząc na nią.
–  Spy tałam   j ą,  czy j ej   m ąż  m iał  kogoś  na  boku,  a  ona  na  to,  że  nawet  podczas  m iesiąca

m iodowego m u nie stawał. Okropne, prawda?

background image

W pokoj u zapadła cisza. Matthew obracał w dłoni kieliszek z winem , wpatrzony  w j ego ży wy ,

rubinowy  kolor.

–  A  m y ?  Kiedy   poj edziem y   na  m iodowy   m iesiąc?  –  spy tał  nagle  swy m   swobodny m ,

zaczepny m  tonem .

Gdy  na niego spoj rzała, naty chm iast oderwał wzrok od kieliszka i popatrzy ł j ej  prosto w oczy .

Oboj e m ieli chłodny  wy raz twarzy .

Ty m  razem  zabrakło j ej  słów. Nie um iała zby ć tego py tania żartobliwą ripostą, więc spuściła

sm utno głowę i oboj e wrócili do j edzenia, od czasu do czasu wy m ieniaj ąc ty lko zdawkowe uwagi.
Cały   nastrój   wieczoru  nagle  pry sł.  Wtedy   Matthew  poruszy ł  m niej   ry zy kowny   tem at:  czy   są
j akiekolwiek szansę, by  Selkirk odnalazł się ży wy .

– Mówiłam  ci j uż, że podej rzewam y  porwanie. Mike nie m a co do tego wątpliwości, a j a się z

nim  zgadzam .

–  Czy żby   nasz  Tarzan  powiedział  wreszcie  coś  m ądrego?  –  zdziwił  się  Matthew,

wy krzy wiaj ąc usta.

–  Och,  daj   spokój   –  zganiła  go.  –  Po  co  ta  złośliwość?  Mike  by ł  dziś  m oim   osobisty m

szoferem , woził m nie przez cały  dzień. To on uznał, że Selkirk prawdopodobnie j uż nie ży j e, i tu
się  z  nim   zgadzam   –  dodała.  –  Niestety ,  nikt  nie  będzie  go  opłakiwał,  bo  Selkirk  nie  należał  do
sy m paty czny ch ludzi.

Wspom niała  o  ty m ,  że  Sheila  Selkirk  trzy m a  zdj ęcia  rodzinne  w  szufladzie,  bo  Jonathan  tak

bardzo  nienawidził  sy na,  że  nie  chciał  nawet  widzieć  zdj ęć  j ego  córki,  a  swoj ej   trzy letniej
wnuczki.

– To takie śliczne dziecko – dodała.
– A j a m y ślałem , że nie przepadasz za dziećm i – rzucił nieco ironiczny m  tonem , który  znów

j ą ostudził.

Czuła, że ty m  razem  m usi zareagować.
– Nie, nie przepadam  – odcięła. – Mówię ty lko, że Selkirk m a śliczną wnuczkę.
Matthew pokiwał głową.
– To dziwne – rzekł, zam y ślony .
– Co? – spy tała, podnosząc wzrok.
– Skąd u niego ta nienawiść do własnego sy na?
Joanna starannie zebrała widelcem  z talerza resztki praży nek krewetkowy ch.
–  Rodzice  m ogą  nienawidzić  dzieci  z  różny ch  powodów  –  odparła  po  chwili.-  Jedni

podej rzewaj ą, że dziecko nie j est ich, inni czuj ą zazdrość, j eszcze inni widzą w nim  swoj e własne
słabości, a poza ty m  dzieci potrafią by ć naprawdę okrutne.

Jednak  żadne  z  nich  nawet  nie  wspom niało  o  Eloise.  Przez  ostatni  rok,  odkąd  Matthew

wy prowadził się z dom u, Eloise stała się tem atem  tabu. Matthew j eździł do niej  co drugi weekend,
ale  rzadko  o  niej   m ówił,  bo  taka  rozm owa  zawsze  kończy ła  się  kłótnią.  Starał  się,  by   Joanna  nie
zapom niała  o  istnieniu  j ego  córki,  lecz  j uż  na  sam   dźwięk  j ej   im ienia  Joannie  j eży ł  się  włos  na
karku. Może dręczy ło j ą poczucie winy , że zabiera dziecku oj ca, a m oże nienawidziła Eloise za j ej
uderzaj ące podobieństwo do Jane.

Matthew  uprzątnął  stół,  naczy nia  włoży ł  do  zm y warki  i  usiedli,  by   dokończy ć  wino.  By ła

j edenasta. Nagle wy ciągnął rękę i dotknął gipsu.

–  To  dla  nas  wielka  szansa  –  zaczął.  –  Może  ten  twój   wy padek  m iał  by ć  dla  nas  j akim ś

znakiem .

Joanna dom y ślała się j uż, co Matthew chce powiedzieć.
– Mogłaby ś sprzedać ten dom  i zam ieszkać u m nie – ciągnął, rozglądaj ąc się dokoła. – A po

m oim  rozwodzie kupiliby śm y  sobie j akiś własny  kąt.

background image

Na  j ego  twarzy   m alowała  się  stanowczość.  Joanna  uświadom iła  sobie,  że  Matthew

zaplanował to j uż wcześniej , a j ej  wy padek okazał się dobry m  pretekstem , by  wreszcie poruszy ć
ten  tem at.  Nie  bardzo  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Kocham   go,  przy znała  w  duchu,  ale  czy
naprawdę j estem  gotowa się z nim  związać? Zdawała sobie sprawę, że wtedy  m usiałaby  dzielić
swój   czas  m iędzy   pracę  a  Matthew,  a  j akieś  złe  przeczucie  podpowiadało  j ej ,  że  j edno
wy kluczałoby  drugie. Popatrzy ła na niego niepewnie.

Przy sunął się bliżej  i obj ął j ą ram ieniem .
–  Tak  będzie  naj lepiej   dla  nas  oboj ga,  Jo  –  przekony wał  j ą.  –  Proszę  cię,  zgódź  się.  Wiesz

przecież,  że  sam a  nie  dasz  sobie  rady .  Gips  zdej m ą  ci  dopiero  za  dwa  m iesiące.  Mam y   teraz
niepowtarzalną okazj ę, by  zacząć wszy stko od nowa – dodał stanowczo z poważną m iną.

Joanna dobrze go znała i wiedziała, że kiedy  Matthew j uż coś postanowi, to nie sposób go od

tego odwieść.

– Kocham  cię, Jo – powiedział głosem  ściszony m  prawie do szeptu, wpatruj ąc się w nią bez

m rugnięcia.

Poczuła suchość w ustach i przełknęła ślinę.
Zapadła chwila m ilczenia, po czy m  Matthew odsunął się.
– Rozum iem  – rzucił. – A przy naj m niej  tak m i się wy daj e.
Przez resztę wieczoru siedzieli zakłopotani, a o północy  Matthew wy szedł. Tę noc m iał spędzić

w ogrom ny m  dom u znaj om ego, gdzie od dawna wy naj m ował całe ostatnie piętro.

Joanna położy ła się do łóżka przy gnębiona i zrezy gnowana, ale po środkach znieczulaj ący ch

od razu zasnęła i spała j ak zabita. «

Rano, przed ósm ą, rozległo się głośne pukanie do drzwi. To by ł Mike. Otworzy ła m u, owinięta

biały m  szlafrokiem .

Ziewnęła, przeciągaj ąc się.
– Dzięki, że przy j echałeś – rzuciła. – A skoro j esteś taki szy bki i punktualny , to zdąży sz j eszcze

zaparzy ć nam  kawę – dodała przy j aźnie, widząc j ego skrępowanie.

Wtedy  wszedł za nią do środka.
Idąc schodam i na górę, odwróciła głowę.
– No i co? Znaleźli go? – zawołała.
– Nie – padła odpowiedź, a zaraz potem  rozległ się szum  nalewanej  do czaj nika wody . – Nasi

ludzie przesłuchali wszy stkich taksówkarzy  i okazuj e się, że tam tej  nocy  żaden go nie wiózł.

Joanna  pobiegła  szy bko  się  um y ć,  ubrać  i  uczesać.  Zdąży ła  nawet  nałoży ć  lekki  m akij aż.

Zeszła na dół, usiadła przy  stole naprzeciwko Mike’a i upiła ły k kawy .

–  Po  m oj em u  facet  wpadł  do  kanału  –  orzekł  Mike.  –  Chy ba  powinniśm y   wy słać  tam   kilku

nurków.

– To j akieś siedem  kilom etrów od szpitala. Trzeba będzie przeszukać ten kanał.
Po chwili wy szli i wsiedli do sam ochodu.
– Nie wiedziałem , czy  m am  przy j echać – odezwał się Mike. – My ślałem , że m oże Levin cię

podrzuci. Widziałem  wczoraj  przed twoim  dom em  j ego auto – dodał.

–  Siedział  tu  do  późna  –  odparła,  rzucaj ąc  m u  gniewne  spoj rzenie.  –  A  zresztą  to  chy ba  nie

twój  zakichany  interes.

Przez całą drogę oboj e j uż m ilczeli.
Nadinspektor Arthur Colclough czekał na nich w drzwiach. Szczęki m u drgały  j ak u buldoga.
–  Dzwoniłem   do  was  –  zakom unikował.  –  Ruszaj cie  zaraz  do  Gallows  Wood.  Chy ba  się

znalazł.

– Kto? Selkirk? – spy tali j ednocześnie.
– Na to wy gląda – przy taknął.

background image

Niewielki  lasek  Gallows  Wood  znaj dował  się  za  j edny m   z  nowy ch  osiedli.  Do  tej   pory   nie

przy sparzał policj i większy ch problem ów niż inne dzikie zam iej skie tereny  – lasek upodobali sobie
pij acy , m łodzi uciekinierzy  i zakochane pary , ale ostatnio j akaś spółka ekologiczna zainteresowała
się tam tej szy m  siedliskiem  borsuków i wy kupiła od m iasta kawałek ziem i na ty m  terenie.

Gdy  Mike włączy ł silnik, Joanna spoj rzała na niego zasępiony m  wzrokiem .
– W ży ciu nie spodziewałaby m  się, że znaj dą go na takim  odludziu – rzekła. – To ładne parę

kilom etrów stąd.

– Widocznie ktoś wy wiózł go sam ochodem .
– Zaraz, przecież tam  m ożna doj ść pieszo na skróty  – przy pom niała sobie. – Od osiedla przez

teren  starej   fabry ki  biegnie  ścieżka.  –  Zm arszczy ła  czoło  w  zam y śleniu.  –  Ty lko  czy   w  takim
stanie facet rzeczy wiście dałby  radę przej ść boso dwa kilom etry  przez to ciem ne pustkowie?

Mike posłał j ej  zaciekawione spoj rzenie.
– Sam  nie wiem . Ale zaczekaj , zaraz wszy stkiego się dowiem y . – Włączy ł sy renę, dodał gazu

i za j akieś pięć m inut by li j uż na m iej scu.

Stały  tam  dwa inne wozy  policy j ne z bły skaj ący m i kogutam i. Mike zaparkował tuż za nim i i

skręcił szy bę.

– Gdzie ciało? – spy tał j ednego z funkcj onariuszy .
–  Tam   –  odparł  policj ant,  wskazuj ąc  palcem   w  stronę  lasku.  –  Trzeba  przej ść  przez  furtkę  i

pój ść tą ścieżką. Leży  na polanie – dodał.

Jego pobladła twarz zdradzała, że widok trupa by ł dla niego duży m  szokiem .
– Pan go znalazł? – spy tała Joanna.
– Tak, pani inspektor.
– To świetnie – rzuciła. – Dobra robota. Całe szczęście, że nie leżał tam  dłużej .
Funkcj onariusz  skinął  głową,  a  Mike  i  Joanna  wy siedli  z  wozu  i  rozej rzeli  się.  To  by ł  uroczy

zakątek, wart inwesty cj i spółki ekologicznej . Latem  na pewno rozbrzm iewał tu śpiew ptaków, a w
długie, j asne wieczory  harcowały  borsuki, lecz o tej  porze roku, gdy  słońce skry ło się pod grubą
warstwą szary ch chm ur, by ło tu ponuro i dżdży ście.

–  W  sum ie  to  facet  wy brał  sobie  dobre  m iej sce  –  przy znała  Joanna,  wodząc  wzrokiem   po

zm okły ch liściach zarośli j eży nowy ch i po znikaj ącej  wśród nich ciem nej  wstędze ścieżki.

– Rzeczy wiście, to prawdziwy  raj  dla sam obój ców – zgodził się Mike.
– Cholernie przy kra sprawa – rzuciła j eszcze Joanna, gdy  przeciskali się przez furtkę.
Mike przeskoczy ł j akiś słupek. Zerknęła na niego.
– Sam obój stwa strasznie m nie dołuj ą – dodała, wciągaj ąc głęboko powietrze. – To tak, j akby

j eden człowiek m iał przeciwko sobie cały  świat. A j eszcze bardziej  dobij a m nie to, że przeważnie
to m y  znaj duj em y  j ego ciało.

–  Ten  przy naj m niej   m iał  poczucie  hum oru  –  zauważy ł  Mike,  próbuj ąc  j ą  pocieszy ć.  –

Specj alnie wy brał Gallows Wood. Czy li las wisielców… Dom y ślasz się j uż, j ak ze sobą skończy ł?

Pokiwała głową.
Oboj e nie zdawali sobie sprawy , j ak bardzo się m y lą.
Ciężkie  krople  deszczu  kapały   z  drzew,  rozpry skuj ąc  się  wokoło,  gdy   przedzierali  się  wśród

zarośli.  Niespodziewanie  na  niebie  zaj aśniało  wrześniowe  słońce,  oblewaj ąc  okolicę  blady m ,
iluzory czny m   światłem .  Lasek  by ł  niewielki,  a  wiodąca  na  polanę  wąska,  błotnista  ścieżka
kluczy ła wśród gęsty ch zarośli. Joanna zerknęła na swoj e buty .

– Piekielne błoto – m ruknęła. – Przez ten gips nie dam  rady  ich wy czy ścić.
Mike odwrócił głowę.
– To m oże Levin ci j e wy pom aduj e?
Spiorunowała go wzrokiem .

background image

Po  paru  m inutach  dotarli  wreszcie  na  polanę.  Rozej rzeli  się  dookoła:  zaszy ta  wśród  drzew

polana by ła niewidoczna od strony  drogi i pobliskiego osiedla. Tam , gdzie ścieżka skręcała ostry m
łukiem   w  prawo,  dostrzegli  grupkę  policj antów,  otaczaj ący ch  nienaturalnie  zwinięte  zwłoki  w
niem odnej , pasiastej  piżam ie.

Oboj e przy śpieszy li kroku, a Joanna wzięła głęboki oddech.
Mężczy zna leżał na boku, odwrócony  ty łem  tak, że wy raźnie widać by ło j ego kark. Pod krótko

ścięty m i włosam i widniał wlot kuli, przy pom inaj ący  ślad po przy paleniu. Ręce m iał związane z
ty łu.

Joanna  podeszła  bliżej ,  przy gotowana  na  potworny   widok  i  pochy liła  się  nad  m artwy m

m ężczy zną.  Kula  wy leciała  przez  usta  i  doszczętnie  zm asakrowała  m u  twarz.  Nagle  Joannie
zrobiło się niedobrze.

– Jasna cholera – szepnęła.
Z  położenia  ciała  wy nikało,  że  zabój ca  związał  m u  ręce,  rzucił  go  na  kolana,  przy stawił  m u

lufę  do  karku  i  wy strzelił  śm iercionośną  kulę.  Joanna  zm usiła  się,  by   obej rzeć  zwłoki  z  czy sto
zawodowego  punktu  widzenia:  Jonathan  Selkirk  leżał  w  sam ej   piżam ie,  j ego  poranione  stopy
krwawiły , a w j ednej  tkwił długi, czarny  kolec. Z oderwanej  od kroplówki ży ły  wciąż sączy ła się
krew, a na skórze wokół nakłucia widniał ogrom ny  siniec. Joanna uznała w duchu, że bez względu
na to, j akim  człowiekiem  by ł za ży cia Jonathan Selkirk, na pewno nie zasłuży ł sobie na tak żałosny
koniec.

– Dopilnuj , żeby  wezwali Matthew – rzuciła do Mike’a przez ram ię.
W odpowiedzi pry chnął niecierpliwie.
Po chwili zaczęli się schodzić inni funkcj onariusze, niosąc ze sobą niezbędny  sprzęt. Rozłoży li

nad  ciałem   plastikowy   nam iot  i  taśm ą  oznakowali  ścieżkę.  Dziesięć  m inut  później   zj awił  się
fotograf, a wkrótce po nim  Matthew.

Naty chm iast podszedł do Joanny .
– Dobrze, że wreszcie go znaleźliście – zaczął, podchodząc do niej  i przy glądaj ąc się bacznie

j ej  twarzy . – Jesteś strasznie blada. Mówiłem  ci, że powinnaś trochę odpocząć.

– Dostał strzał w ty ł głowy  – rzuciła chłodny m , oficj alny m  tonem .
Matthew zagwizdał cicho.
– Strzał w ty ł głowy  – powtórzy ł. – Tego się nie spodziewałem .
– My  też nie – odparła, wzdry gaj ąc się lekko. – Ma rozwaloną całą głowę – dodała.
Wzruszy ł ram ionam i.
–  Dom y ślam   się  –  odrzekł.  –  Broń  to  paskudna  rzecz,  wy rządza  więcej   szkód,  niż  nam   się

wy daj e.  Niektórzy   sądzą,  że  pocisk  zostawia  ty lko  niewielki,  okrągły   otwór.  Ludzie  często  nie
zdaj ą sobie sprawy , że taka m ała kula potrafi rozerwać ciało na strzępy . Przepraszam , kochanie –
dodał, spoglądaj ąc na j ej  kredowo białą twarz. – Na pewno dasz sobie radę?

Skinęła głową.
–  Ktoś  związał  m u  z  ty łu  ręce  –  szepnęła.  –  Ma  na  sobie  tę  sam ą  piżam ę,  w  której   opuścił

szpital, i j est bez butów – dodała, przeły kaj ąc ślinę. – W stopę wbił m u się kolec. Musiało go boleć
j ak cholera.

– Ale to nic w porównaniu z ty m , co czekało go potem  – zauważy ł sucho, zerkaj ąc na leżące

nieopodal  ciało.  –  Strasznie  cię  przepraszam .  Wy bacz,  że  j estem   taki  gruboskórny ,  ale  chy ba
właśnie dlatego dostałem  tę robotę – dodał, siląc się na swój  stary  dowcip.

Przy klęknął  nad  m artwy m   m ężczy zną,  otworzy ł  swoj ą  czarną  torbę  i  wy j ął  gum owe

rękawice. Po chwili podniósł głowę i rozej rzał się.

– Mózg rozpry sł się w prom ieniu paru m etrów – orzekł. – Pobierzcie próbki – dodał, zerkaj ąc

na wlot kuli. – Hm m  – m ruknął, m arszcząc czoło. – To. m i wy gląda na krótką broń palną. W ży ciu

background image

by m   nie  pom y ślał,  że  taki  drobiazg  m oże  wy wołać  tak  rozległe  uszkodzenia.  To  m usiał  by ć
zawodowiec.

Joanna  stała  obok  w  m ilczeniu,  zadowolona,  że  Matthew  wy raził  na  głos  j ej   przeczucia.  Raz

j eszcze zerknęła na zwłoki, a potem  na Mike’a. Z j ego twarzy  wy czy tała, że m y śli o ty m  sam y m .

–  Kaliber  ustalim y   podczas  sekcj i  –  oznaj m ił  Matthew,  doty kaj ąc  palcem   wlotu  kuli.  –

Chciałby m   go  j eszcze  dokładnie  zbadać.  Poparzona  skóra  wskazuj e  na  to,  że  ktoś  przy stawił  m u
lufę do głowy  – dodał, podnosząc wzrok na Joannę. – Wiadom o j uż, że to Selkirk?

Pokiwała głową.
– Wszy stko na to wskazuj e – rzuciła z uśm iechem , przy glądaj ąc się j ego pracy . – Ilu facetów

w  średnim   wieku  biega  po  m ieście  w  sam ej   piżam ie?  –  dodała,  zerkaj ąc  na  krwawiącą  rękę
denata. – Zwłaszcza z raną po zerwanej  kroplówce.

Matthew  ty m czasem   zaj ął  się  związany m i  rękam i  trupa.  Oglądał  j e  przez  chwilę,  po  czy m

przewrócił ciało na plecy , przy j rzał m u się uważnie, aż wreszcie wy prostował się.

– Na pierwszy  rzut oka wy daj e m i się, że ciało pozostawiono tu w poniedziałek w nocy  albo

we wtorek wcześnie rano. Niewy kluczone, że ktoś przy wiózł go tu prosto ze szpitala i zastrzelił w
ciągu  j akiej ś  godziny   od  chwili  porwania  –  dodał,  ściągaj ąc  rękawice.  –  Więcej   szczegółów
wy każe sekcj a, ale naj pierw trzeba go oficj alnie zidenty fikować.

Zauważy ł zdziwioną twarz Joanny .
– Jak to, zidenty fikować?
– No, wiesz przecież, o co m i chodzi – rzucił. – Skończy ł pan j uż? – spy tał fotografa. – Dobrze,

w  takim   razie  zabierzcie  go  stąd.  Skontaktuj ę  się  z  koronerem   i  j eszcze  dziś  po  południu
przeprowadzim y  sekcj ę. Może by ć, Joanno?

Przy taknęła ruchem  głowy .
Gdy  ekipa zaj ęła się ciałem  Selkirka, Matthew podszedł do Joanny  i dotknął j ej  ram ienia.
– Jo – zaczął. – Mam  nadziej ę, że wszy stko sobie przem y ślałaś i podj ęłaś j uż decy zj ę.
Dobrze wiedziała, co m iał na m y śli, i celowo zignorowała j ego słowa.
– A więc to nie by ło zwy kłe zabój stwo, co? – spy tała oficj alny m  tonem .
Ludzie z ekipy  ułoży li zwłoki Selkirka na noszach i przy kry li biały m  prześcieradłem .
–  Jasne,  że  nie  –  odparł,  przestępuj ąc  z  nogi  na  nogę.  –  Co  prawda,  nie  znam   tego  z

doświadczenia, ale sły szałem  to i owo o takich zabój cach, a ten m usiał by ć zawodowcem . To m i
wy gląda na zleconą robotę – dodał, zam y ślony . – Węzły  nadgarstkach są m ocne i precy zy j nie
zawiązane.  Naj wy raźniej   ktoś  porwał  go  z  szpitala.  Nie  rozum iem   ty lko,  dlaczego  Selkirk  nie
protestował. Mógł przecież krzy czeć.

– Chy ba że pory wacz przez cały  czas trzy m ał m u pistolet przy  głowie.
Matthew przeczesał palcam i włosy  i spoj rzał na Joannę, zaniepokoj ony .
– Właśnie – przy znał. – To całkiem  m ożliwe. Pory wacz wszedł niezauważony , przy stawił m u

broń  do  głowy ,  pozry wał  wszy stkie  rurki,  wy rwał  kroplówkę  i  wy prowadził  Selkirka  na  parking.
Tam   wepchnął  go  do  auta  i  wy wiózł  tu,  na  odludzie.  Związał  m u  ręce,  pchnął  go  na  kolana  i
rozwalił m u łeb.

Joanna zam rugała, przej ęta brutalnością j ego słów, ale w duchu m usiała przy znać m u racj ę:

ta wersj a by ła zgodna z prawdą.

– Ty lko kto go tak urządził? I dlaczego?
Posłał j ej  szeroki uśm iech.
– Ja j uż zrobiłem  swoj e – odparł. – Reszta to j uż twoj a działka, skarbie.
Pozostało więc j eszcze oficj alne zidenty fikowanie zwłok…
Joanna  siedziała  naprzeciwko  Arthura  Colclougha,  a  Mike  stał  oparty   o  drzwi.  Na  pulchnej

twarzy   nadinspektora  m alowała  się  powaga.  Joanna  zdała  m u  relacj ę,  nie  szczędząc

background image

drasty czny ch szczegółów.

– Ty lko j ak go zidenty fikować, skoro kula oderwała m u całą twarz?
– No, niezupełnie – zaprotestowała. – Coś tam  z niej  j eszcze zostało.
Colclough pokiwał głową.
– Chcę sprowadzić j ego sy na – dodała Joanna – żeby  oszczędzić żonie tego m akabry cznego

widoku

Nadinspektor wy krzy wił usta.
–  Po  co?  Przecież  sam a  m ówiłaś,  że  nie  przej ęła  się  zaginięciem   m ęża  –  zauważy ł,

przeglądaj ąc wstępny  raport.

– No, niby  tak, ale… – przerwała niepewnie.
Łatwo m u m ówić, skoro nie widział zwłok, pom y ślała.
– Oto cała Piercy . Zawsze m artwi się za inny ch – podsum ował. – I za to właśnie cię lubię –

zerknął  na  nią  z  ukosa.  –  Niestety ,  ta  żona  j est  j edną  z  główny ch  podej rzany ch,  sam a  chy ba
rozum iesz.

– Tak j ak j ego sy n – dorzuciła. – Ale nie m ożna zaraz m ordować kogoś za to, że nie pozwala

trzy m ać na widoku rodzinny ch fotografii.

–  To  m ógł  by ć  efekt  głęboko  zakorzenionej   nienawiści  –  zauważy ł,  grożąc  j ej   palcem .  –

Uważaj ,  Piercy ,  bo  nie  wiesz,  co  m iędzy   nim i  zaszło.  Może  nienawidziła  go  przez  całe  łata,  aż
wreszcie coś w niej  pękło i uznała, że nadszedł właściwy  m om ent, by  go ukarać.

Ale Joanna powoli, z nam y słem , pokręciła głową.
– Szkoda, że nie widział pan ciała. To nie wy glądało na zem stę z czy stej  nienawiści. Zabój ca

wy wiózł go na odludzie i zastrzelił z zim ną krwią. Odwalił kawał profesj onalnej  roboty  – żadny ch
ran czy  śladów pobicia. Zresztą sekcj a zwłok wszy stko nam  wy j aśni – dodała.

Colclough skinął głową.
– Dobrze, w takim  razie co dalej ?
Joanna wstała z m iej sca.
– Jadę po Justina Selkirka. Pracuj e w m iej scowej  szkole.
– Jest nauczy cielem ?
– Tak. Podobno to szkoła specj alna.
– Rozum iem . A j ak twoj a ręka? – spy tał troskliwie. – Chy ba j uż tak bardzo nie boli?
–  Nie,  ale  ten  gips  strasznie  m i  dokucza.  Na  szczęście  sierżant  Korpanski  j est  doskonały m

szoferem .

Mike chrząknął zaraz i oboj e spoj rzeli na niego, rozbawieni. Colclough pokiwał j eszcze głową,

co oznaczało j akby  zgodę na przedwczesny  powrót Joanny  do pracy  po wy padku.

– A skąd ci przy szło  do głowy , że to zawodowiec, Piercy ? – zawołał za  nią, gdy  by ła j uż  w

drzwiach.

– Słucham ?
– Mówiłaś, że zabój ca odwalił kawał profesj onalnej  roboty .
– To się okaże po sekcj i zwłok – odparła.
Patrzy ł  na  nią  ponury m   wzrokiem   i  od  razu  dom y śliła  się,  że  nie  o  taką  odpowiedź  m u

chodziło.

–  Wszy stko  wskazuj e  na  zlecone  zabój stwo  –  dodała  niechętnie.  –  Naprawdę  solidna  robota,

nawet po węzłach na nadgarstkach widać, że drań zna się na rzeczy .

Długi,  kręty ,  zadbany   trakt  prowadził  do  uroczej ,  starej   posesj i,  w  której   m ieściła  się  szkoła

specj alna  dla  dzieci  um y słowo  upośledzony ch.  Przed  wej ściem   stało  kilka  furgonetek,  a  część
budy nku  otoczona  by ła  rusztowaniem .  Podj eżdżaj ąc  bliżej ,  Joanna  i  Mike  m inęli  j akiegoś
robotnika, który  pchał taczkę z cem entem .

background image

– Współczuj ę ty m , którzy  m uszą dbać o tak wielką posiadłość – odezwała się Joanna.
Mike uśm iechnął się półgębkiem .
– Szkoda ty lko, że te dzieciaki nawet nie zdaj ą sobie sprawy , co się dla nich robi w ty m  kraj u.
W odpowiedzi wzruszy ła ram ionam i.
–  To  m i  przy pom ina  dom   spokoj nej   starości  –  ciągnął  Mike.  –  Staruszkowie  m ieszkaj ą  w

prawdziwy ch pałacach i nawet nie wiedzą, co się wokół nich dziej e.

– I cóż z tego? – Posłała m u szeroki uśm iech. – Może sam  trafisz na starość do takiego pałacu

– dodała, spoglądaj ąc na niego. – Na litość boską, ży j em y  w cy wilizowany m  świecie. To chy ba
dobrze o nas świadczy , że troszczy m y  się o ty ch, który ch los nie oszczędza. Powinieneś okazać im
trochę serca.

– Ale j a nic do nich nie m am  – zaprotestował. – Ty lko nie m ogę patrzeć, j ak m oj e podatki idą

na m arne.

–  No  wiesz!  Przecież  sam   się  utrzy m uj esz  z  podatków  –  rzuciła  z  przekąsem .  –  I  niej eden

podatnik też pewnie narzeka, że to strata pieniędzy .

– W porządku, j eden zero dla ciebie – burknął.
Gdy   parkował  wóz  przed  szklany m i  drzwiam i,  naty chm iast  wy szła  z  nich  j akaś  wy soka

kobieta.

– Policj a – rzuciła Joanna, pokazuj ąc odznakę. – Szukam y  Justina Selkirka.
– Właśnie prowadzi zaj ęcia – odparła kobieta uprzej m y m , lecz stanowczy m  tonem .
Mike zrobił krok naprzód.
– Zaczekam y  – oznaj m ił.
Kobieta zm ierzy ła go wzrokiem .
– Pewnie j akieś złe wieści, co? – spy tała. – Jego oj ciec się znalazł?
Mike skinął głową.
– W takim  razie proszę za m ną.
Na  kory tarzu  rozbrzm iewały   j akieś  głośne  krzy ki.  Trudno  by ło  określić,  czy   ta  bezładna

kakofonia dźwięków to śm iech, płacz, czy  m oże wrzask przerażony ch dzieci.

Kobieta spoj rzała na funkcj onariuszy .
–  Właśnie  śpiewaj ą  –  wy j aśniła  spokoj nie.-  To  w  ram ach  leczenia.  Śpiew  daj e  świetne

efekty   terapeuty czne  –  dodała  z  entuzj azm em ,  uśm iechaj ąc  się  radośnie.  –  A  one  uwielbiaj ą
śpiewać.

Mike zaklął ty lko pod nosem .
Gdy   zbliży li  się  do  obdrapany ch  dębowy ch  drzwi  z  okratowaną  szy bą,  kobieta  zaj rzała  do

środka, po czy m  zapukała i nacisnęła na klam kę.

W  sali  na  podłodze  siedziało  ośm ioro  dzieci,  które  poruszały   bezładnie  rękam i  i  darły   się

wniebogłosy .

Pośrodku  siedział  drobny ,  szczupły ,  ły siej ący   m ężczy zna.  Miał  splecione  dłonie  i  podobnie

j ak j ego podopieczni wy kony wał rękam i dziwne ruchy , ale nie krzy czał. By ł tak zaj ęty , że nawet
nie zauważy ł, j ak weszli.

– Panie Selkirk… Justin – odezwała się kobieta surowy m  tonem . – Policj a do ciebie.
Poderwał  się,  przerażony ,  ale  stracił  równowagę  i  lekko  się  zachwiał.  Zgrom adzone  wokół

niego dzieci wciąż poruszały  rękam i, wy daj ąc z siebie dziwne odgłosy .

– Chodzi o m oj ego oj ca, tak? – spy tał, przej ęty . – Znaleźliście go?
Joanna przy taknęła ruchem  głowy , zastanawiaj ąc się w duchu, j ak ten wątły  człowiek zniesie

widok zm asakrowany ch zwłok oj ca, które czekały  na niego w prosektorium .

Justin Selkirk, wy raźnie zm artwiony , podszedł bliżej .
– Co się stało? – zapiszczał nerwowo. – Czy  to coś poważnego? – dodał, patrząc na nich spod

background image

drgaj ący ch powiek.

– Może lepiej  wy j dźm y  – zasugerował Mike.
– Zostaw dzieci, Justin. Ja ich przy pilnuj ę. Ty lko o nic się nie m artw – uspokaj ała go kobieta,

j akby  by ł m ały m  dzieckiem .

Spoj rzał na nią z wdzięcznością.
– Dzięki, LouLou.
Mike  parsknął  znacząco,  a  Joanna  od  razu  odgadła  j ego  m y śli:  im ię  LouLou  zupełnie  nie

pasowało do tej  kobiety .

Gdy  wy szli na kory tarz, Justin Selkirk złapał się za gardło.
– Muszę wiedzieć wszy stko. Proszę niczego przede m ną nie ukry wać -j ęknął teatralnie. – Co z

m oim  oj cem ?

Joanna m ilczała wy m ownie.
– On nie ży j e, prawda? – zakwiczał Justin Selkirk. – Nie ży j e… O Boże, m ój  oj ciec nie ży j e.

A j ak to się stało?

Zachowy wał  się  j ak  m arny   aktor  w  j akiej ś  kiepskiej   sztuce.  Gdy by   odegrał  tę  scenę  na

j akim ś castingu, to na pewno nie dostałby  żadnej  roli.

– Został zastrzelony  – oznaj m ił szorstko Mike. – Właśnie go znaleźliśm y .
Justin zam rugał, po czy m  znów zaczął odgry wać dram at.
– O Boże – j ęczał, chwy taj ąc się za głowę. – Mój  oj ciec… Czy  to sam obój stwo?
– Został zastrzelony , chy ba pan sły szał – odfuknął Mike tonem  pełny m  niechęci.
Justin Selkirk spoj rzał na niego i przeniósł wzrok na Joannę.
– Zginął od strzału – oznaj m iła ściszony m  głosem . – Ty le na razie wiadom o. Znaleźliśm y  go

dopiero parę godzin tem u.

– Gdzie? – dociekał Justin.
– W Gallows Wood.
Zam rugał i zaśm iał się nerwowo.
– W Gallows Wood? – powtórzy ł piskliwy m  tonem .
– Zna pan to m iej sce? – spy tała Joanna, wy raźnie zaciekawiona.
– Tak… To znaczy , nie… Niezupełnie.
Oboj e patrzy li na niego wy czekuj ąco. Justin Selkirk przełknął ślinę.
–  Czasem   j eździm y   tam   z  dziećm i  obserwować  przy rodę.  Kiedy ś  nawet  udało  nam   się

zobaczy ć  borsuki  –  dodał  z  zadowoloną  m iną.  –  Bo  wiecie  państwo,  j a  należę  do  towarzy stwa
ochrony  borsuków.

Mike westchnął głośno.
–  Panie  Selkirk  –  zaczęła  powoli  Joanna.  –  Potrzebny   nam   ktoś,  kto  oficj alnie  zidenty fikuj e

ciało pana oj ca.

– Zwy kle robią to naj bliżsi krewni – zapiszczał. – Powinniście poprosić m oj ą m atkę.
Joanna usły szała za plecam i pogardliwe pry chnięcie Mike’a.
– Chodzi o to, że pana oj ciec nie wy gląda naj lepiej  – rzuciła ostro. – Dostał strzał w głowę.

Chcieliby śm y  oszczędzić tego pana m atce.

Selkirk wy prostował swoj ą drobną sy lwetkę.
– Rozum iem  – odparł uprzej m ie. – Czy  m am  to zrobić teraz?
Joanna skinęła głową.
– Zawieziem y  pana do prosektorium . Chy ba że woli pan j echać za nam i swoim  sam ochodem

– dodała.

Selkirk przy taknął.
– Proszę chwilę zaczekać, powiadom ię ty lko LouLou.

background image

Przez  okratowaną  szy bę  w  drzwiach  obserwowali,  j ak  rozm awia  z  kobietą.  Gdy   obj ęła  go

ram ionam i, na j ej  twarzy  m alował się sm utek.

Dzieci  wy czuły ,  że  stało  się  coś  złego,  bo  zaraz  zaczęły   niem iłosiernie  wy ć  j ak  fabry czne

sy reny   na  alarm .  Justin  przy kucnął  przy   nich  i  przez  chwilę  coś  do  nich  m ówił.  Jego  słowa
widocznie podziałały , bo wy cie powoli ustało, a kilkoro dzieci zaczęło klaskać w ręce.

Justin  wstał,  rozej rzał  się  tęsknie  po  sali  i  podszedł  do  drzwi.  Joanna  i  Mike  odruchowo  się

cofnęli.

–  Poj adę  swoim   sam ochodem   –  oświadczy ł.  –  Po  drodze  m uszę  j eszcze  potem   zaj rzeć  do

m atki.

Pracownicy  prosektorium  starannie ułoży li ciało Jonathana Selkirka na kam ienny m  katafalku,

przy słaniaj ąc  prześcieradłem   dziurę  w  twarzy .  Joanna  uniosła  rąbek  m ateriału  i  ku  swem u
zdum ieniu nie wy czy tała z twarzy  Justina Selkirka żadny ch em ocj i.

–  Tak,  to  m ój   oj ciec  –  stwierdził.  –  Niech  spoczy wa  w  pokoj u  –  dodał  fałszy wie  sm utny m

tonem .

Stoj ący  tuż za nim  Mike zauważy ł, że Justin Selkirk nerwowo splata palce, a Joanna dostrzegła

j ego spocone czoło i strach w oczach. Wreszcie oderwał wzrok od ciała oj ca i spoj rzał na nią.

– No i co teraz?
–  Teraz  czeka  nas  m nóstwo  roboty   –  odparła  stanowczo.  –  Naj pierw  sekcj a  zwłok,  potem

dochodzenie  –  dodała,  przy patruj ąc  m u  się  uważnie.  –  Jak  pan  m y śli,  kom u  m ogło  zależeć  na
j ego śm ierci?

Justin Selkirk wzdry gnął się gwałtownie.
– Sam  nie wiem  – zapiszczał. – Pewnie zabił go j akiś psy chopata – dodał bez przekonania.
–  Psy chopata  porwał  pana  oj ca  ze  szpitala,  wepchnął  do  auta,  związał,  wy wiózł  za  m iasto  i

załatwił strzałem  w ty ł głowy  – podsum ował dosadnie Mike. – Jakoś nie chce m i się w to wierzy ć,
panie Selkirk.

Justin zbladł nagle, j akby  lada chwila m iał zem dleć.
– A co z pogrzebem ? – wy j ąkał.
– Na razie trzeba z ty m  zaczekać – odparła Joanna. – Dam y  panu znać, gdy  ty lko prokuratura

wy da pozwolenie. Poznaj e pan tę piżam ę? – spy tała po chwili.

– Tak – odrzekł.
– Pana m atka twierdzi, że kupiła j ą zaledwie parę dni tem u.
Selkirk wy raźnie się uspokoił.
–  Często  j eżdżę  z  m am ą  na  zakupy   –  przy znał.  –  Mam   z  nią  bardzo  dobry   kontakt  –  dodał,

przestępuj ąc  z  nogi  na  nogę.  –  Czy   m ogę  j uż  iść?  Muszę  j eszcze  zaj rzeć  do  m atki  i  do  żony   –
oznaj m ił tonem  grzecznego chłopca, który  py ta, czy  wolno m u wstać od stołu.

–  Tak,  to  na  razie  wszy stko  –  odparła  Joanna.  –  Ale  odwiedzim y   pana  w  dom u.  Chcem y

j eszcze porozm awiać z pana żoną.

– Ale po co?
–  Panie  Selkirk  –  zaczęła  cierpliwie  Joanna.  –  Im   więcej   się  dowiem y   o  pana  oj cu,  ty m

szy bciej  ustalim y , kom u zależało na j ego śm ierci.

Selkirk podszedł bliżej .
–  Mnie  na  pewno  nie  –  zapewnił.  –  Bardzo  kochałem   oj ca,  a  on  m nie  uwielbiał  –  dodał

obronny m  tonem .

Nie patrząc na Mike’a, Joanna potrafiła sobie wy obrazić, j aką m a m inę. Justin Selkirk spoj rzał

j eszcze po ich twarzach i szy bkim  krokiem  wy szedł z prosektorium .

Po  j ego  wy j ściu  Mike  dał  upust  swoj ej   złośliwości.  Przy łoży ł  dłonie  do  twarzy ,  im ituj ąc

kaczy  dziób, i zaczął człapać dookoła z pośladkam i wy pięty m i w kaczy  kuper.

background image

–  Chodzę  z  m am usią  na  zakupy   –  przedrzeźniał  falsetem .  –  O  rany ,  co  za  łaj za  –  dodał  z

pogardą.

–  Tak  się  składa,  że  ta  łaj za  j est  wzorowy m   m ężem   i  oj cem   –  zauważy ła  Joanna,  unosząc

palec.

– No cóż, widocznie pozory  m y lą – podsum ował Mike.
– Właśnie – odparła. – Dlatego lepiej  nie oceniaj  inny ch zby t pochopnie.
Wzruszy ł ram ionam i.
– Ja ty lko słucham  głosu intuicj i, Joanno – odparł, posy łaj ąc j ej  szeroki uśm iech. – Wiem , j ak

bardzo cenisz sobie intuicj ę. Po m oj em u facet nienawidził oj ca za to, że ten posłał go do szkoły  z
dala od dom u. Ta nienawiść trwała przez całe lata, a że sy n sam  nie by ł zdolny  posunąć się do
m orderstwa, więc kogoś wy naj ął.

Spoj rzała na niego przenikliwy m  wzrokiem .
– Naprawdę m y ślisz, że to on?
Przy taknął ruchem  głowy .
–  Wszy stko  na  to  wskazuj e.  Pierwszy   raz  widzę,  żeby   ktoś  na  wiadom ość  o  śm ierci  oj ca

odgry wał taki teatr – dodał. – Co za żałosna kreatura.

–  Po  co  zaraz  podej rzewać  go  o  nienawiść?  Może  Justin  po  prostu  nic  do  oj ca  nie  czuł  i

udawał ty lko po to, by  ukry ć swoj ą oboj ętność? – zauważy ła ostrożnie Joanna.

– Wielka m i różnica!
–  Sam   dobrze  wiesz,  że  oboj ętność  rzadko  kiedy   prowadzi  do  m orderstwa,  nawet  przez

wy naj ęcie płatnego zabój cy - zauważy ła. – Za to nienawiść j ak naj bardziej .

Mike pry chnął niecierpliwie, zerkaj ąc w stronę przy kry ty ch płótnem  zwłok.
– Wcale nie by łby m  tego taki pewien – odrzekł. – No, to j ak? Mam  zaczekać tu na ciebie czy

wolisz zostać sam  na sam  z Levi-nem ?

–  Będzie  tu  j eszcze  paru  ludzi  z  ekipy   śledczej   i  faceci  z  prosektorium   –  zakom unikowała,

kręcąc głową. – Możesz j echać ha kom endę, Mike; poproszę Matthew, żeby  później  m nie odwiózł.
Dowiedz się, co dziś robi Sheila Selkirk, bo chcę do niej  zaj rzeć po południu, a potem  poj edziem y
do  szpitala  spisać  zeznania  i  ustalić,  czy   Jonathan  Selkirk  do  kogoś  telefonował  –  dodała,  biorąc
głęboki  wdech.  –  Mam   przeczucie,  że  to  będzie  twardy   orzech  do  zgry zienia…  chy ba  że
Colclough odbierze m i sprawę – dodała, zaniepokoj ona.

– No, ale j a nie m am  w ty ch sprawach wielkiego doświadczenia – przy znał nagle.
– Co m asz na m y śli, Mike? – spy tała, wlepiaj ąc w niego wzrok.
– Tropienie płatny ch zabój ców – wy j aśnił.
Joanna pokiwała głową.
–  Ja  też  nie.  Profesj onalne  zabój stwo  to  potworna  robota.  I  m y ślę,  że  kosztowało  to  niezłą

forsę. Ktoś by ł gotów słono zapłacić, by leby  ty lko pozby ć się starego Selkirka.

Matthew by ł j ak zwy kle w świetny m  hum orze. Lubił swoj ą pracę: uwielbiał wy zwania przy

każdej   sekcj i  zwłok,  fascy nowały   go  taj em nice,  które  odkry wał  wtedy   swy m i  wprawny m i
rękam i.

Zdąży ł j uż włoży ć swój  zielony  kom binezon i rękawice i od razu chwy cił za skalpel. Zaczekał,

aż  pracownik  prosektorium   zm ierzy ł  i  zważy ł  zwłoki,  po  czy m   zaj ął  się  wlotem   kuli  na  karku
denata.

– Cholernie potężny  strzał – zauważy ł. – Nieźle rozwaliło m u łeb – dodał, zerkaj ąc na Joannę.

– Znaleźliście j uż pocisk?

Skinęła głową.
–  Dziewięciom ilim etrowy ,  wy strzelony   z  krótkiej   broni  palnej   –  zakom unikowała  z  szerokim

uśm iechem . – Zapakowaliśm y  go i odesłaliśm y  do laboratorium . Jeden z naszy ch ludzi, znawca

background image

broni palnej , twierdzi, że zabój ca strzelał z pistoletu beretta 92F. Ty le że ta kula by ła j akaś dziwna.

– Doskonale – pochwalił j ą Matthew. Oczy  m u bły szczały  z podziwu. – Pewnie zauważy liście

na niej  wgłębienie, co?

– Właśnie.
– To dlatego rozerwało m u twarz. A zebraliście z krzaków fragm enty  m ózgu?
– Jasne. Sporo się trzeba by ło nachodzić – odparła.
–  Czy tałem   ostatnio  arty kuł  j akiegoś  am ery kańskiego  eksperta  od  broni  palnej   –  zagadnął,

przy glądaj ąc  się,  j ak  pracownik  prosektorium   piłą  elektry czną  rozcina  czaszkę  denata.  –  Facet
pisze,  że  z  próbki  tkanki  m ózgowej   ofiary   m ożna  wy czy tać,  w  j akiej   odległości  i  pozy cj i  stał
zabój ca, a nawet j akiego by ł wzrostu.

Joannie zrobiło się niedobrze.
– Wy bacz – rzucił szy bko. – No, a j ak twoj a ręka? – spy tał wesoło.
– Nieźle – odparła. – Prawie j uż nie boli. Ty lko to cholerstwo strasznie m i zawadza – dodała,

stukaj ąc palcem  w gips. – Inaczej  j uż dawno zapom niałaby m  o ty m  wy padku. Ale m a też swoj e
dobre strony : ludzie okazuj ą m i współczucie, no i m am  osobistego szofera – za darm o!

– Cały  dzień z Tarzanem ? Nie nudzisz się?
–  Nie  –  ucięła  krótko.  –  Ale  właśnie  przed  chwilą  powiedziałam   m u,  że  odwieziesz  m nie  na

kom endę, i odesłałam  go do pracy .

– Nie m a sprawy  – odparł, uśm iechaj ąc się czule, i obj ął j ą ram ieniem . – Tak się cieszę, że

skończy ło  się  ty lko  na  złam aniu.  Mogło  by ć  o  wiele  gorzej .  Ale  dzięki  cudom   nowoczesnej
m edy cy ny  kości szy bko się zrastaj ą – dorzucił wzniosły m  tonem .

– Chy ba dzięki odwieczny m  cudom  natury  – poprawiła go. – No, ale do rzeczy . Zobaczm y ,

j akie cuda odkry j e przed nam i nowoczesna m edy cy na sądowa – dodała, wskazuj ąc na zwłoki.

Matthew naty chm iast zabrał się do pracy . Wy j ął z czaszki m ózg i położy ł na wagę.
– Brakuj e j akichś dziesięciu procent – podsum ował. – Pewnie znaj dzie się w lesie… albo na

podeszwach waszy ch butów- dodał, rzucaj ąc j ej  figlarne spoj rzenie.

Przez chwilę w m ilczeniu oglądał m ózg ofiary , po czy m  zagwizdał cicho.
– Aż trudno uwierzy ć, że j edna m ała kula m oże rozerwać człowieka na strzępy . Niby  to ty lko

dziewięć m ilim etrów, ale wy starczy  stępić czubek…

Joanna  przy glądała  m u  się  bez  słowa.  Silny   zapach  środków  odkażaj ący ch  zawsze

przy prawiał j ą o m dłości.

Godzinę później  Matthew podsum ował wy niki sekcj i:
– Śm ierć nastąpiła w wy niku j ednego strzału w podstawę m ózgu – orzekł. – Zabój ca wy brał

idealne m iej sce na ciele ofiary  – dodał z bły skiem  w oku. – Śm ierć by ła naty chm iastowa. Kula
przecięła m óżdżek i część ty łom ózgowia.

–  Błagam   cię,  oszczędź  m i  tego  lekarskiego  żargonu,  Matthew,  i  m ów  j ęzy kiem   laików  –

przerwała m u.

–  Potwierdzam   to,  co  m ówiłem   ci  w  Gallows  Wood  –  odparł.  –  Facet  zna  się  na  rzeczy ,

Joanno.  –  Przerwał,  um y ł  ręce  i  wy tarł  j e  dokładnie  w  papierowy   ręcznik.  –  Zabój ca  j est
fachowcem  w swoj ej  dziedzinie, podobnie j ak ty  i j a. Wy kończy ł ofiarę j edną m ałą kulką – dodał
poważny m  tonem .

– Z j akiego pistoletu? Z beretty ?
–  Możliwe,  ale  głowy   za  to  nie  dam   –  odparł.  –  Wiem   ty lko,  że  uży ł  krótkiej   broni  palnej

kalibru dziewięciu m ilim etrów. Uszkodzenia głowy  są tak rozległe, że nie by ło m owy  o przeży ciu.
To m i wy gląda na szy bką, skuteczną egzekucj ę.

Joanna zam rugała, patrząc, j ak Matthew ogląda ręce denata.
–  Ręce  by ły   związane  porządną  liną  żeglarską,  m ocną  i  wy trzy m ałą.  Zabój ca  by ł  świetnie

background image

przy gotowany .  Związał  m u  ręce  tak,  że  lina  wrzy nała  się  w  skórę:  naj pierw  zrobił  węzeł
ruchom y ,  założy ł  m u  na  nadgarstki,  a  potem   m ocno  zacisnął  i  zam ocował.  Selkirk  nie  m iał
żadny ch szans się wy swobodzić. – Matthew odwrócił głowę i uśm iechnął się do Joanny . – A tak
na m arginesie – dodał – Selkirk cierpiał na m artwicę m ięśnia sercowego.

Popatrzy ła na niego py taj ąco.
– Matthew, proszę cię, m ów po ludzku.
–  No  wiesz,  m iał  zawał  –  wy j aśnił  beztrosko.  –  Poważna  sprawa.  Miał  w  tętnicy   skrzep

wielkości orzecha, co oznaczało pewną śm ierć – dodał, zabieraj ąc się do spisy wania wniosków z
sekcj i. – Wy gląda na to, że ktoś, kto zlecił to zabój stwo, naraził się na niepotrzebny  wy datek.

– Chwileczkę, Matthew, nie wiem y  j eszcze, czy  to by ło zlecone zabój stwo…
–  Posłuchaj ,  Jo  –  przerwał  j ej .  –  Jesteś  by strą  policj antką,  a  j a  ty lko  zwy kły m   patologiem ,

który  kroi trupy  i rozpoznaj e przy czy ny  zgonu, ale kto kogo zabił i dlaczego – to j uż twoj a działka.
To  ty   będziesz  produkować  się  przed  prokuraturą.  Ja  tu  widzę  robotę  płatnego  zabój cy ,  który
brutalnie  porwał  śm iertelnie  chorego  pacj enta  ze  szpitala,  wy wiózł  go  do  Gallows  Wood  i
wpakował  m u  kulkę  w  łeb.  Nigdy   w  ży ciu  nie  widziałem   tak  profesj onalnej   roboty .  A  tobie,
skarbie, pozostaj e ty lko ustalić, kto wziął za to forsę. Zastanów się, kim  m ógł by ć ten fachowiec
bez cienia skrupułów. Ilu znasz płatny ch zabój ców, Joanno?

Podniosła na niego wzrok.
– Ani j ednego – odparła.
Obwisła twarz nadinspektora Colclougha wy raźnie posm utniała, gdy  Joanna przedstawiła m u

wy niki sekcj i zwłok.

–  Coś  m i  się  to  nie  podoba,  Piercy   –  orzekł.  –  Spędziłem   w  Leek  swoj e  ży cie  od  urodzenia,

m oj a  m atka  stąd  pochodzi  i  odkąd  sięgam   pam ięcią,  zawsze  ży ło  się  tu  spokoj nie.  –  Przerwał,
wstał z fotela i podszedł do okna.

Widok m iał ciekawszy  niż Joanna: z okna j ego biura by ło widać całe m iasto – wieżę kościelną,

pom nik,  wy brukowany   ry nek.  Colclough  obserwował  ludzi  przem y kaj ący ch  po  High  Street,
chowaj ący ch się przed deszczem  pod parasolam i lub w drzwiach sklepów i kam ienic.

–  Leek  to  trady cy j ne  m iasteczko  –  zauważy ł.  –  Miej scowi  spędzaj ą  tu  całe  swoj e  ży cie  –

dodał,  odwracaj ąc  głowę,  a  Joanna  dostrzegła  w  j ego  twarzy   dawny ,  zatarty   przez  czas  cień
m łodzieńczego idealizm u. – Tu zawsze ży ło się bezpiecznie, choć niektóry m  m oże się to wy dać
nudne  i  staroświeckie.  Znam y   tu  wszy stkich  m iej scowy ch  bandziorów  i  ich  rodziny   –  dodał,
posy łaj ąc Joannie słaby  uśm iech. – Ale ty  nie j esteś stąd, prawda, Piercy ?

– Nie. Mieszkam  tu dopiero od sześciu lat.
Skinął głową.
–  No,  to  trzeba  ci  wiedzieć,  że  płatne  zabój stwo  to  dla  nas  straszny   szok.  Ktoś,  kto  zleca

zabój stwo za pieniądze, j est chy ba gorszy  od sam ego m ordercy . Jonathan Selkirk to kawał drania,
ale żeby  wy wlec człowieka ze szpitala i zastrzelić j ak psa… – Na j ego twarzy  poj awił się sm utek.

– Pan go znał, panie nadinspektorze? – spy tała Joanna, zaciekawiona.
– Znam  j ego żonę – odparł, osuwaj ąc się na fotel. – Poznali się na studiach. Jonathan zawsze

trzy m ał się na uboczu.

– To j ego żona skończy ła studia? – zdziwiła się Joanna.
–  I  to  z  wy różnieniem .  By ła  zdolniej sza  od  niego,  ty le  że  nigdy   nie  pracowała  w  zawodzie.

Zaraz po ślubie zrezy gnowała z pracy  i zaj ęła się dom em . Mówię ci, Piercy , żal by ło patrzeć, j ak
ta zdolna kobieta m arnuj e się przy  garach. Szkoda, że ich sy n nie poszedł w ich ślady .

– A czem u zrezy gnowała z pracy ?
Colclough wzruszy ł ram ionam i.
–  A  bo  j a  wiem ?  Niektórzy   m ężczy źni  wolą,  żeby   ich  żony   nie  pracowały   i  zaj m owały   się

background image

dom em .  Możliwe,  że  Jonathan  do  nich  należał.  Zresztą  i  tak  dobrze  im   się  powodziło.  Jego
kancelaria  świetnie  prosperowała.  Ale  m ówiąc  m iędzy   nam i,  Piercy   –  dodał  niepewnie  –
Jonathan  lubił  m ieć  wszy stko  pod  kontrolą  i  nie  chciał,  żeby   żona  zarabiała  własne  pieniądze.  –
Masy wny   podbródek  zadrżał  m u  z  wrażenia,  gdy   chwy cił  za  długopis.  –  No  dobrze,  a  teraz  do
rzeczy . Jak widzisz, ta cała sprawa trochę nas przerasta…

Tego się właśnie obawiała: że Colclough odbierze j ej  śledztwo.
– Ale panie nadinspektorze… – wy j ąkała.
–  To  przerasta  nas  wszy stkich  –  powtórzy ł.  –  I  ciebie,  i  m nie  –  dodał  po  nam y śle.  –  Takie

przestępstwa  są  poważny m   zagrożeniem ,  Piercy .  Trzeba  powiadom ić  regionalne  służby
bezpieczeństwa. Sam  się ty m  zaj m ę. Muszę zadzwonić do paru osób – dodał, m rużąc oczy . – A
ty , co zam ierzasz dalej ?

– Jeszcze dziś porozm awiam  z żoną Selkirka – odparła.
– W porządku – rzucił. – Na razie j eszcze poprowadź to śledztwo.
Joanna od razu dom y śliła się, co to oznacza.
Ceglana,  georgiańska  rezy dencj a  nie  zdradzała  żadny ch  oznak  żałoby .  Wj eżdżaj ąc  na  teren

posiadłości państwa Selkirków, Joanna i Mike dostrzegli oświetlone okna, który ch j asność oży wiała
ten szary , wrześniowy  dzień.

– Wy gląda na to, że rodzinka świętuj e – zauważy ł Mike.
– Bo m oże rzeczy wiście m aj ą co świętować.
–  To  m ogliby   chociaż  dla  przy zwoitości  zaciągnąć  te  zasłony .  W  końcu  straciła  m ęża.

Powinna chy ba okazać trochę szacunku.

– Jak m i się zdaj e, to nawet za ży cia nie darzy ła go szacunkiem  – skwitowała Joanna szeptem ,

gdy  Mike parkował wóz tuż obok bordowego j aguara. – Czy  ktoś j uż j ą powiadom ił?

– Oczy wiście – odparł Mike. – Wcześniej  by ło u niej  paru naszy ch ludzi.
Obeszli j aguara, zaglądaj ąc przez szy by  do wnętrza: auto by ło czy ste, schludne i zadbane. Na

tablicy  rej estracy j nej  widniał bieżący  rok produkcj i.

Zbliżaj ąc się do rezy dencj i, usły szeli dobiegaj ący  z ogrodu dziecięcy  śm iech. Popatrzy li po

sobie, zaskoczeni.

– Coś m i tu nie pasuj e – zauważy ła Joanna. – Zupełnie j akby m  trafiła pod zły  adres.
Zaintry gowani  rozbrzm iewaj ący m   śm iechem ,  zam iast  do  drzwi  frontowy ch  udali  się  do

położonego  za  dom em   ogrodu.  Na  wielkim ,  zielony m   trawniku  leżały   tu  i  ówdzie  świeżo  opadłe
liście, a Sheila Selkirk w towarzy stwie m ałej  dziewczy nki o słodkiej  buzi Shirley  Tem pie starannie
j e  wy grabiała.  Przez  chwilę  Joanna  i  Mike  obserwowali,  j ak  babcia  i  wnuczka  zgarniaj ą  m okre
liście,  usy puj ąc  j e  w  m ałe  stosy .  Ich  szczególną  uwagę  przy kuwało  roześm iane,  szczebioczące
dziecko. By ło śliczne j ak z obrazka. Ubrane w purpurowy  płaszczy k, zielone spodenki i m aleńkie,
czerwone  kalosze,  przy pom inało  m ałego  elfa.  Biegało,  śm iej ąc  się  radośnie,  potrząsaj ąc  burzą
złocisty ch  loków  i  wy ciągaj ąc  rączki  do  góry ,  by   schwy tać  porwane  wiatrem   liście.  Wtedy
Sheila Selkirk  przerwała  na  chwilę,  oparła  się  o  grabie  i  nie  zważaj ąc  na  rozrzucane  przez  wiatr
liście,  popatrzy ła  na  dziecko  j ak  zaczarowana.  Ten  widok  przy wołał  Joannie  w  pam ięci  sły nny
obraz Madonny  z Dzieciątkiem  i stanowił uroczy  kontrast dla brzy doty  Gallows Wood – m iej sca
brutalnej  egzekucj i – i Joanna, boj ąc się przerwać tę sielankę wiadom ością o śm ierci Jonathana
Selkirka, stała w m iej scu bez ruchu. Zerknęła ty lko na Mike’a i zauważy ła, że on też uległ urokowi
tej  wzruszaj ącej  sceny . Wreszcie odchrząknęła głośno.

– Dzień dobry , pani Selkirk – odezwała się.
I  nagle  czar  pry sł.  Sheila  Selkirk  zeszty wniała,  a  dziewczy nka  zam ilkła,  podbiegła  do  babci  i

chwy ciła  j ą  za  nogi.  Na  j ej   twarzy czce  m alowały   się  nieufność  i  strach.  Kobieta  stała
nieruchom o, j akby  sparaliżowana.

background image

– Dzień dobry , pani inspektor – odparła. – Spodziewałam  się pani – dodała spięty m  głosem ,

j akby  czuła się winna.

Joanna zastanawiała się, dlaczego: bo m iło spędza czas z wnuczką, czy  m oże m a j akieś inne

powody ?

Sheila popatrzy ła po twarzach funkcj onariuszy  i dostrzegła na nich wy raz niezadowolenia.
– A co m am  robić, pani inspektor? – spy tała obronny m  tonem . – Nie j estem  hipokry tką. To

j est  m ój   lek  na  cale  zło  –  dodała,  gładząc  dłonią  niesforne  loki  dziecka.  Jej   wargi  poruszały   się
nerwowo.  –  Mam   siedzieć  w  dom u  i  udawać  żałobę?  Przecież  to  bez  sensu.  Jonathan  nie  ży j e,
wiedziałam  to od sam ego początku, gdy  ty lko zniknął ze szpitala – przy znała, siląc się na uśm iech.
– My liłam  się ty lko co do szczegółów. My ślałam , że to praca i kłopoty  finansowe go wy kończy ły
–  przerwała,  patrząc  w  dal  na  dwa  sękate  drzewa  na  końcu  ogrodu.  –  Jonathan  z  natury   by ł
pesy m istą.  Podej rzewałam ,  że  nie  wy trzy m ał  i  odebrał  sobie  ży cie.  Ale  okazuj e  się,  że  się
m y liłam .  Wasi  ludzie  j uż  u  m nie  by li  i  wszy stko  m i  powiedzieli  –  przy znała.  Po  j ej   twarzy
przeszedł  cień  sm utku.  –  Wiem   j uż,  że  ktoś  go  zastrzelił.  Justin  przy j echał  do  m nie  prosto  z
prosektorium .  –  Przełknęła  ślinę.  –  Niczy m   m nie  nie  zaskoczy cie  –  dodała,  rzucaj ąc  im   śm iałe,
wy zy waj ące spoj rzenie.

Ich  uwagę  odciągnęło  dziecko,  które  uniosło  rączki  i  zaczęło  niecierpliwie  ciągnąć  babcię  za

płaszcz. Sheila Selkirk wzięła j e na ręce.

– Mój  ty  naj droższy  skarbie – powiedziała pieszczotliwy m  tonem , po czy m  podniosła wzrok. –

Dziś  rano  przy j echała  Teresa  z  Lucy ,  żeby   m nie  pocieszy ć.  Dobra  z  niej   kobieta.  –  Postawiła
dziewczy nkę  na  ziem i  i  skierowała  się  w  stronę  dom u,  którego  okna  świeciły   zapraszaj ąco
żółtawy m  blaskiem . – Jest w dom u razem  z Tony m . Proszę do środka, napij em y  się herbaty . A
ty , księżniczko, dostaniesz sok pom arańczowy  – zwróciła się do dziewczy nki.

Dziecko  zachichotało  i  pobiegło  ścieżką  w  podskokach,  wołaj ąc  za  babcią.  Weszli  do  środka

ty lny m i  drzwiam i.  Mike  rzucił  Joannie  zdziwione  spoj rzenie  i  od  razu  dom y śliła  się,  o  co  m u
chodzi: bestialskie m orderstwo Jonathana Selkirka naj wy raźniej  wcale nie poruszy ło j ego rodziny .
Zastanawiała się, czy  to dlatego, że by ł aż tak podły m  człowiekiem , czy  m oże j ego naj bliżsi by li
pozbawieni wszelkich uczuć. To skandal, pom y ślała, tak się nie robi. Mogliby  wy krzesać z siebie
choć odrobinę żalu, nawet j eśli za nim  nie przepadali.

Chwy ciła Mike’a za ram ię.
–  Nie  oceniaj   j ej   tak  surowo  –  szepnęła  wbrew  sobie.  –  Może  kobieta  po  prostu  um ie

zachować stoicki spokój .

Mike wzruszy ł ty lko ram ionam i.
– Do diabła z takim  spokoj em  – fuknął. – Mam  ty lko nadziej ę, że gdy by  j akiś drań wy wiózł

m nie do lasu i rozwalił m i m ózg, to m oj a żona okazałaby  więcej  sm utku!

Sheila  weszła  do  kuchni,  zdj ęła  m ałej   Lucy   kalosze,  postawiła  j e  przy   piecy ku  i  włoży ła  na

m ałe stopki różowe kapcie.

–  Chodź,  kochanie  –  rzekła.  –  Pój dziem y   poszukać  m am usi  i  dziadka  Tony ’ego.  –

Dziewczy nka wy biegła do holu, a Sheila Selkirk, Joanna i Mike ruszy li za nią.

Salon wy glądał teraz całkiem  inaczej . By ło tam  j asno,, ciepło i przy tulnie, a na pianinie stało

m nóstwo  rodzinny ch  fotografii  z  dzieciństwa,  ślubów  i  inny ch  okazj i.  Na  j ednej   z  nich  Joanna
rozpoznała  Justina  Selkirka  z  j akąś  m łodą,  czarnowłosą  kobietą,  ale  naj więcej   by ło  tam   zdj ęć
m ałej   Lucy .  Joanna  odniosła  wrażenie,  że  Sheila  Selkirk  nagle  odży ła  i  odnalazła  sens  i  radość
ży cia  wśród  rodziny   i  przy j aciół.  Przy j rzała  się  uważniej ,  j ednak  nie  dostrzegła  ani  j ednej
fotografii  przedstawiaj ącej   ponurą  twarz  Jonathana  Selkirka  z  drobny m ,  krótko  przy strzy żony m
wąsem .

W  salonie  przy   kom inku  siedziały   dwie  osoby   –  siwy   m ężczy zna  w  średnim   wieku  i  blada

background image

kobieta  o  czarny ch  włosach,  którą  Joanna  rozpoznała  ze  zdj ęcia.  Na  widok  obcy ch  przerwali
rozm owę.  Czarnowłosa  kobieta  obrzuciła  ich  wrogim ,  surowy m   spoj rzeniem ,  pochy liła  się  i
zdusiła papierosa w spodku.

–  Muszę  koniecznie  kupić  popielniczki  –  oznaj m iła  wesoło  Sheila  Selkirk,  siadaj ąc  na  sofie.  –

Kochani, państwo są z policj i. Prowadzą śledztwo w sprawie naszego biednego Jonathana.

Naszego  biednego  Jonathana.  Powiedziała  to  takim   tonem ,  j akby   j ej   m ąż  rozbił  auto  w

drobnej  kraksie.

– To j est Teresa, m oj a sy nowa – dodała. – A to m ój  stary  znaj om y , Tony  Pritchard. Moj ą

wnuczkę Lucy  j uż znacie.

Dziewczy nka wdrapała się na kolana m atki i wtuliła główkę w j ej  piersi. Czarnowłosa kobieta

by ła w zaawansowanej  ciąży . Utkwiła swe ciem ne oczy  w Sheili Selkirk.

– Mam o… – odezwała się, zaniepokoj ona.
– Nic się nie m artw, kochanie – uspokoiła j ą naty chm iast Sheila.
Joanna  poczuła  się  j ak  intruz,  wpraszaj ący   się  na  rodzinną  im prezę,  która  w  niczy m   nie

przy pom inała sty py .

– Przepraszam  państwa – zwróciła się do m ężczy zny  i kobiety . – Ale chciałaby m  pom ówić z

panią Selkirk na osobności.

Mężczy zna wstał, szy bkim  krokiem  przeszedł przez pokój  i czule obj ął Sheilę ram ieniem .
– Mam  zostać z tobą, kochanie? – spy tał.
Zaśm iała się.
– Nie trzeba, dziadku Tony . – Mówiła to tak, j akby  by ło to ich pry watny  dowcip. – Na pewno

sobie poradzę – dodała, posy łaj ąc m u czułe spoj rzenie. – Jestem  j uż dużą dziewczy nką.

Ale m ężczy zna nie dał się przekonać:
– Możecie rozm awiać z nią w m oj ej  obecności – zwrócił się do funkcj onariuszy .
– Wy kluczone! – warknął Mike. – Niech pan posłucha, panie…
–  Pritchard  –  podpowiedział  m u  m ężczy zna  ostry m   tonem .  –  Sheila  j uż  m nie  panu

przedstawiła.

– Dwa dni tem u Jonathan Selkirk został zam ordowany  – oznaj m ił Mike. – Ktoś porwał go ze

szpitala, wy wlókł na parking, związał ręce z ty łu i wy wiózł za m iasto – dodał, zerkaj ąc na dziecko,
które  wciąż  trzy m ało  się  kurczowo  m atki.  –  Pewnie  j uż  się  dom y ślacie,  co  by ło  dalej .  –  Złoży ł
dwa palce w kształt lufy  pistoletu i przy tknął sobie dem onstracy j nie do karku. – Pif-paf i finito!

Na dźwięk j ego słów się wzdry gnęli.
– I czy  panu się to podoba, czy  nie – ciągnął Mike – naszy m  zadaniem  j est znaleźć sprawcę i

ustalić, kto zapłacił m oże za to… Ale wy  naj wy raźniej  m acie to gdzieś i odgry wacie przed nam i
j akąś kom edię. Dziadek Tony ! Co za cholernie szczęśliwa rodzinka – dodał z niesm akiem .

Sheila Selkirk nagle pobladła.
– O j akim  płaceniu pan m ówi?
–  Niewy kluczone,  że  ktoś  kom uś  zapłacił,  by   pozby ć  się  Jonathana  –  wy j aśnił  Mike  powoli,

patrząc po ich twarzach. – Wszy stko wskazuj e na to, że m orderstwa dokonał zawodowy  zabój ca.
Może powiecie nam  wreszcie, o co tu chodzi?

Obie  kobiety   zeszty wniały .  Sheila  Selkirk  otworzy ła  usta,  ale  nic  nie  powiedziała,  a  dziecko

przestało się bawić koralam i m atki i podniosło głowę, patrząc na nich wielkim i, by stry m i oczkam i.

Wtedy  Anthony  Pritchard postanowił przerwać ciszę i głośno odchrząknął.
–  Państwo  go  nie  znaliście  –  zaczął  spokoj nie  ściszony m   głosem .  –  Ale  to  by ł  łaj dak,

skończony  drań. Porozm awiaj cie z j ego znaj om y m i. Jonathan by ł podły m  ty pem , i w pracy , i w
dom u.  Każdem u  uprzy krzał  ty lko  ży cie.  Popy taj cie  ludzi,  a  przekonacie  się,  że  bez  niego
wszy stkim  będzie lepiej  – dodał stanowczo.

background image

– Jasne, popy tam y  – rzuciła Joanna lakonicznie.
Rozej rzała się po salonie: nagle zapanowała w nim  atm osfera zatruta j adem  nienawiści.
– A m oże to pan wy naj ął płatnego m ordercę? – spy tała bez cienia zawahania, wpatruj ąc się

w j ego wy chudłą, orlą twarz i posłała m u zachęcaj ący  uśm iech. – Chy ba że on pana zawiódł i
wtedy  postanowił pan sam  pozby ć się Jonathana, panie Pritchard…

–  Ależ  skąd  –  protestował  zaciekle.  –  W  żadny m   wy padku.  Chce  pani  wy m usić  na  m nie

zeznanie,  co?  To  niech  się  pani  dobrze  rozej rzy ,  pani  inspektor.  Wokół  nie  brakuj e  ludzi,  którzy
zapłaciliby  każdą sum ę, by leby  ty lko pozby ć się Jonathana – wy rzucił j edny m  tchem .

– Czy  m a pan na m y śli j akieś konkretne osoby , panie Pritchard?
– Dwie lub trzy , ale radziłby m  zacząć od Wilde’a.
Joanna  wy j ęła  notatnik.  Sheila  Selkirk  zgrom iła  Pritcharda  ostrzegawczy m   spoj rzeniem ,  ale

zignorował to.

– Nazy wa się Rufus Wilde i j est prawnikiem  – ciągnął. – To j ego wspólnik. Razem  m ieli na

koncie j akieś m achloj ki. Sam a się pani przekona, ile nakom binowali.

– Dziękuj ę panu za pom oc.
Pritchard wy konał teatralny  ukłon.
Joanna  spoj rzała  na  ciężarną,  która  tuliła  do  siebie  dziewczy nkę,  i  przy pom niała  sobie  o

wdowie.

– Mim o wszy stko m usim y  przesłuchać panią na osobności – zakom unikowała.
Piękne, ciem ne oczy  Sheili Selkirk popatrzy ły  drwiąco na Joannę.
– A więc chy ba nie m am  wy boru, pani inspektor?
Joanna wy siliła się na gry m as uśm iechu.
–  Oczy wiście,  że  m a  pani  wy bór.  Może  pani  odpowiadać  na  nasze  py tania  tutaj   albo  na

kom endzie.  Wszy stko  m i  j edno,  gdzie.  A  j eśli  odm ówi  pani  współpracy ,  to  oskarży m y   panią  o
utrudnianie śledztwa.

Sheila Selkirk zgrom iła Joannę gniewny m  wzrokiem  i szy bko spuściła głowę.
– To nie będzie konieczne – odparła spokoj ny m , poważny m  tonem , po czy m  zwróciła się do

siwowłosego m ężczy zny : – Anthony , kochanie, nastaw wodę na herbatę.

Tony  Pritchard wy szedł z salonu, m rucząc coś pod nosem .
Sheila ty m czasem  podeszła do swoj ej  sy nowej , schy liła się i pocałowała j ą w policzek.
–  Dziękuj ę,  że  przy szłaś  i  przy prowadziłaś  m i  m oj e  kochane  słoneczko  –  powiedziała,

głaszcząc m ałą po policzku. – Wiesz, że kiedy  będziesz w szpitalu, bardzo chętnie się nią zaj m ę.

Teresa Selkirk podziękowała j ej  lekkim  uśm iechem , postawiła dziecko na podłodze i z trudem

podniosła  się  z  fotela.  Joannie  przeszła  przez  głowę  m y śl,  że  ciąża  to  coś  j ednak  okropnego.
Dobrze wiedziała, że nie nadaj e się do m acierzy ństwa bez względu na to, co sądzi Matthew.

Sheila Selkirk dostrzegła niepokój  sy nowej .
–  Ty lko  niczy m   się  nie  m artw,  wszy stko  będzie  dobrze  –  uspokaj ała,  obej m uj ąc  j ą

ram ionam i.

Teresa posłała j ej  słaby  uśm iech, a m ała dziewczy nka stała obok, obserwuj ąc m atkę i babcię

szeroko otwarty m i, m ądry m i oczkam i. Sheila Selkirk pochy liła się i ucałowała j ą.

– To na razie, m ój  skarbie – rzekła. – Do j utra.
Lucy   chwy ciła  m atkę  za  rękę  i  obie  wy szły ,  zostawiaj ąc  Mike’a  i  Joannę  sam   na  sam   z

Sheila.

Odwróciła się do nich z pogodny m  uśm iechem .
– Mówiłam  j uż, pani inspektor, że nie j estem  hipokry tką. Nie by łam  z Jonathanem  szczęśliwa

– przy znała. – Miałam  z nim  prawdziwy  krzy ż pański – dodała po chwili.

Mike wy raźnie poczerwieniał.

background image

Sheila ty m czasem  przy siadła na sofie, zasępiona.
– I naprawdę związał m u ręce z ty łu? – spy tała i nie czekaj ąc na odpowiedź, dodała: – Tego

m i nie powiedzieli…

– Węzeł by ł tak cholernie ciasny , że lina wrzy nała m u się w skórę – odparł Mike.
Joanna  zgrom iła  go  wzrokiem ,  j akby   chciała  m u  dać  do  zrozum ienia,  że  to  nie  j est  czas  ani

m iej sce na rozwij anie tego tem atu.

–  Pani  Selkirk  –  zaczęła.  –  Pani  m ąż  został  brutalnie  zam ordowany ,  co  do  tego  nie  m a

żadny ch wątpliwości. Podej rzewam y  też, że zabój ca by ł zawodowcem  i że ktoś m u za to zapłacił.

Sheila zrobiła zdziwioną m inę.
– Rozum iem  – wy j ąkała i zam ilkła, j akby  czekała na dalszy  ciąg.
Dłonie ułoży ła na kolanach i siedziała, nie spuszczaj ąc wzroku z Joanny .
– Pani Selkirk… – Joanna przy sunęła się bliżej . – Kom u m ogło zależeć na śm ierci pani m ęża?

–  spy tała.  –  Albo  m oże  inaczej :  kto  by łby   gotów  zapłacić  za  j ego  zabój stwo?  –  dodała,  by   j ej
słowa odniosły  zam ierzony  skutek.

Sheila  Selkirk  m ilczała  przez  dłuższą  chwilę,  przy gry zaj ąc  wargi.  Joanna  i  Mike  nie  bardzo

wiedzieli, czy  robiła to dla efektu, czy  rzeczy wiście zastanawiała się nad odpowiedzią.

Gdy  wreszcie się odezwała, j ej  głos brzm iał łagodnie i spokoj nie.
–  Wielu  go  nienawidziło.  Jonathan  z  natury   by ł  grubiański  i  ordy narny .  Nikt  go  nie  znosił,

każdego potrafił wy prowadzić z równowagi. Sam a pani rozum ie, pani inspektor…

Joanna  dostrzegła,  że  Sheila  zwraca  się  wy łącznie  do  niej ,  j akby   liczy ła  na  j ej   kobiecą

wrażliwość.

Jeśli sądzi, że j ej  współczuj ę, to się grubo m y li, pom y ślała Joanna.
–  Jonathan  lubił  m ieć  wszy stkich  pod  kontrolą.  By ł  prawdziwy m   ty ranem   –  ciągnęła  Sheila

Selkirk.  –  By ł  zgry źliwy   i  zadufany   w  sobie.  Zawsze  m usiał  m ieć  racj ę,  nie  znosił  sprzeciwu  –
dodała  po  chwili.  –  Ale  to  nie  powód,  żeby   go  zabij ać,  prawda?  –  spy tała  z  niepokoj ący m
wy razem  twarzy . Trudno by ło j ednak coś więcej  w ty m  odczy tać. – Może to który ś z klientów?
Jonathan m iał do czy nienia z różny m i podej rzany m i ty pam i.

– Proszę m ówić dalej , pani Selkirk.
–  Sam a  nie  wiem   –  ciągnęła,  zakłopotana.  –  Naprawdę  nie  m am   poj ęcia.  Rzadko  kiedy

opowiadał m i o problem ach w pracy , chy ba że… – tu głos j ej  zadrżał i nagle straciła rezon.

– Chy ba że co?
Sheila Selkirk wy krzy wiła ty lko wargi. „
– Przecież pani też zna się na prawie. Skończy ła pani studia.
Słowa Joanny  wy raźnie j ą ubodły .
– A co to m a do rzeczy ? – fuknęła nagle. – Co pani do tego? Zresztą to nie m ógł by ć żaden z

klientów – podsum owała po chwili, patrząc ty m  razem  na Mike’a. – Tacy  nie m usieliby  nikom u
płacić,  bo  sam i  by   go  załatwili  –  dodała,  siląc  się  na  czarny   hum or.  –  Jonathan  często  bronił
zabój ców…

–  W  takim   razie  niech  się  pani  zastanowi  –  przerwała  j ej   szy bko  Joanna.  –  Czy   pani  m ąż

bronił zabój ców, którzy  posługiwali się bronią?

Sheila zam y śliła się na chwilę.
– Pam iętam , że czy tałam  kiedy ś o j edny m . Spy tałam  wtedy  Jonathana, czy  będzie go bronił

– odrzekła. – Ale niestety , nie pam iętam , j ak ten człowiek się nazy wał.

– A kiedy  to by ło? – spy tał Mike, wy raźnie zaciekawiony .
– Jakieś osiem  czy  dziesięć lat tem u, nie pam iętam  dokładnie. Wiem  ty lko, że go zam knęli.
Joanna i Mike pom y śleli dokładnie to sam o: j ak m ożna wy puścić groźnego zabój cę po ośm iu

czy  dziesięciu latach?

background image

– A ten j ego wspólnik, Wilde?
Sheila przewróciła oczam i.
–  Proszę  m i  wierzy ć,  pani  inspektor,  niektórzy   prawnicy   są  gorsi  od  przestępców,  który ch

bronią w sądzie.

Joanna pokiwała głową.
– A zna pani kogoś, kto m a broń?
– Nie.
– A czy  pani m a broń?
Pokręciła głową.
– Wszy stko przez ten piekielny  list! – wy buchła, po raz pierwszy  okazuj ąc em ocj e. – Gdy by

nie on, Jonathan na pewno by  ży ł.

– No właśnie, list. Dobrze, że pani o nim  wspom niała – zauważy ła Joanna.
Sheila Selkirk nie spuszczała z niej  wzroku.
–  A  więc  to  nie  by ł  żaden  dowcip  –  stwierdziła.  –  Ten  list  m iał  j akiś  związek  z  j ego

zabój stwem …

– Możliwe – oparła ostrożnie Joanna. – Jeśli to nie zwy czaj ny  zbieg okoliczności.
Sheila Selkirk zam rugała nerwowo.
– Rozum iem  – wy j ąkała, wy raźnie przej ęta. – O Boże – j ęknęła. – To straszne.
– Rzeczy wiście, fatalna sprawa.
– To dlatego by ł wtedy  taki przy gnębiony .
–  Widocznie  pani  m ąż  m iał  j akieś  przeczucie.  A  czy   wspom inał  pani,  kto  m ógł  się  kry ć  za

ty m  listem ?

Sheila odwróciła wzrok.
– Nie – ucięła krótko.
– Na pewno? – drąży ł Mike, nie spuszczaj ąc z niej  wzroku.
Skinęła głową.
– Tak – rzuciła. – Mąż naprawdę nie wiedział, od kogo by ł ten list.
– I nikogo nie podej rzewał?
– Mówiłam  j uż, że nie – odfuknęła, poiry towana.
– Mówiła pani też, że nigdy  przedtem  niczego podobnego nie dostał.
–  Zgadza  się  –  odparła  i  utkwiła  wzrok  w  Joannie,  j akby   spoj rzeniem   błagała  j ą,  by   ta  j ej

uwierzy ła.

background image

Gdy  wsiedli do wozu, Mike rzucił Joannie wy m owne spoj rzenie.
– Co za rodzinka – westchnął. – Biedny  ten Selkirk.
– Wcale nie taki biedny  – odparła z przekąsem . – Forsy  m iał j ak lodu. Szkoda ty lko, że nie m a

kom u go opłakiwać.

Mike uśm iechnął się szeroko.
– A j ak twoj a ręka?
Joanna uniosła gips, j akby  sam a chciała się przekonać.
– Trochę j eszcze boli – odparła. – Ale to nic poważnego.
– Ten gips wy gląda j ednak j ak śm iercionośna broń.
Przy taknęła m u ruchem  głowy .
– Dlatego lepiej  się pilnuj , sierżancie.
– Dobrze, to dokąd teraz?
–  Do  szpitala  –  postanowiła  szy bko.  –  Muszę  porozm awiać  z  ludźm i,  którzy   w  poniedziałek

m ieli  dy żur  z  Yolande.  Jeśli  Selkirk  do  kogoś  telefonował,  to  chcę  się  dowiedzieć,  kto  to  by ł.  –
Zerknęła przelotnie na radiotelefon. – Chociaż m oże naj pierw odm elduj m y  się u szefa…

Ale nadinspektor Colclough m iał inne plany .
– Chcę cię widzieć za pół godziny , Piercy  – oznaj m ił tonem  nie znoszący m  sprzeciwu.
Joanna przewróciła oczam i.
– To cały  Colclough – sy knęła, wściekła. – Zaczęłam  j uż zbierać do kupy  zeznania, a on chce

m i odebrać sprawę…

– Czy żby ś zapom niała, Jo?
Spoj rzała na niego wy czekuj ąco.
– Chy ba nie m asz tu za wiele do powiedzenia – dorzucił grobowy m  głosem .
Colclough m iał posępną m inę.
– Wiem , że nie spodoba ci się to – zaczął – ale od j utra sprawę zabój stwa Selkirka przej m uj e

kom enda okręgowa.

Joanna z trudem  poham owała złość.
Colclough od razu dostrzegł j ej  gniewną, zawiedzioną m inę.
– Przy kro m i, Piercy  – dodał – ale to nie j est robota dla prowincj onalny ch gliniarzy . To m oże

by ć poważna sprawa na większą skalę. A j eśli facet, który  załatwił Selkirka, j est płatny m  zabój cą
pracuj ący m  dla j akiej ś m iędzy narodowej  siatki przestępczej ? Nie m ożem y  ry zy kować.

– Boi się pan, że schrzanim y ?
–  Piercy ,  błagam   cię,  nie  utrudniaj .  Tu  nie  chodzi  o  m nie.  Dobrze  wiesz,  że  to  odgórna

decy zj a.

Opadła ciężko na krzesło. Ból w złam anej  ręce coraz bardziej  j ej  dokuczał.
–  Panie  nadinspektorze  –  zaczęła  niem al  błagalny m   tonem .  –  Przecież  to  nasza  lokalna

sprawa.  Ofiara  pochodzi  z  naszego  m iasta.  Zaczęliśm y   j uż  przesłuchiwać  ludzi,  dociera  do  nas
coraz więcej  inform acj i, ustalam y  m oty wy  zbrodni. By liśm y  u rodziny  Selkirków…

– Na Boga, Piercy  – przerwał j ej . – Czy  ty  nic nie rozum iesz? Tu nie chodzi o j akąś zakichaną

sprzeczkę  rodzinną.  Dwa  razy   czy tałem   raport  patologa.  Wszy stko  wskazuj e  na  klasy czne
zabój stwo na zlecenie.

–  Możliwe,  panie  nadinspektorze,  ale  zabój cą  j est  j akiś  m iej scowy   drań,  który   zrobił  to  z

pobudek  czy sto  osobisty ch,  a  przy   okazj i  zgarnął  za  to  kupę  forsy .  To  wcale  nie  by ła  żadna
zorganizowana akcj a. Kom uś z m iej scowy ch po prostu bardzo zależało, żeby  się go pozby ć. Tu
nie m oże by ć m owy  o żadnej  m iędzy narodowej  siatce przestępczej .

–  Tak  czy   inaczej ,  zostawm y   to  kom endzie  okręgowej .  Będą  tu  j utro  rano.  Zrozum ,  Joanno,

potrzebuj em y  kogoś z zewnątrz, kogoś zupełnie obcego, żeby  wy kluczy ć m ożliwość odwetu.

background image

Gdy  weszła do biura, Mike podniósł wzrok.
– Aż tak źle?
–  Fatalnie  –  odparła,  wy krzy wiaj ąc  usta.  –  Odebrali  nam   sprawę.  Szef  przekazuj e  j ą

kom endzie okręgowej  – wy cedziła j edny m  tchem .

Nic nie odpowiedział,
–  Jak  Boga  kocham ,  Mike,  oni  głupiej ą  na  punkcie  zorganizowany ch  przestępstw.  Przecież

lada chwila sam i rozwiązaliby śm y  tę sprawę.

– Tak m y ślisz?
Usiadła na krześle naprzeciw niego.
–  Wiem ,  nie  m am y   j eszcze  podej rzanego  –  przy znała.  –  Ale  by liśm y   na  dobrej   drodze  –

dodała, nie kry j ąc frustracj i. – A niech to szlag! Będziem y  m usieli oddać im  dosłownie wszy stko:
nasze notatki, zeznania ludzi… – Nachm urzy ła się. – Wezm ą całą naszą robotę. To nie fair.

Mike rozsiadł się na krześle.
– Czy li co teraz?
Po j ego ponurej  m inie widać by ło, że przeży wa to tak głęboko, j ak ona.
–  Zaj rzy m y   do  szpitala  –  zaproponowała.  –  Porozm awiam y   j eszcze  z  inny m i  osobam i  z

dy żuru. Może j est coś, co przeoczy liśm y .

– A co potem ?
– Poj adę do Matthew utopić sm utki w winie – odparła. – Podobno m a dla m nie j akiś prezent.
– Dobrze się składa, bo przy dałoby  m i się coś na pocieszenie… No, a teraz do szpitala.
Szczęście  im   dopisało,  bo  dwie  osoby   m iały   akurat  dy żur  na  oddziale  intensy wnej   terapii.

Ty lko Yolande Prince nie by ło w szpitalu.

– Rozchorowała się, biedaczka – poinform owała przełożona. – Nic dziwnego zresztą, przeży ła

straszny  szok – dodała, niezadowolona. – Mówiłam  j ej  m atce, żeby  Yolande na razie nie wracała
do  pracy .  Potrzebuj e  trochę  czasu,  żeby   się  pozbierać.  –  Zerknęła  na  Joannę.  –  Ty lko  błagam
panią, niech j ej  pani nie m ęczy . Ona j est taka wrażliwa, strasznie się wszy stkim  przej m uj e. Rok
tem u też m iała bardzo przy kre doświadczenie i prawie się załam ała. Ledwo j ą przekonałam , żeby
nie  rezy gnowała  z  pracy .  A  teraz  j eszcze  to…  –  Kobieta  pokręciła  głową.  –  Biedna  Yolande,
chy ba prześladuj e j ą j akiś pech. Tak bardzo m i j ej  żal, bo dobra z niej  pielęgniarka.

– Rozum iem , w takim  razie skontaktuj em y  się z nią później , za j akieś kilka dni – postanowiła

Joanna. – A dziś chciałaby m  porozm awiać z dwiem a inny m i osobam i z dy żuru.

– Oczy wiście. Tam ci nie przeży waj ą tego tak bardzo j ak Yolande. To ona odpowiada za cały

oddział i, niestety , ponosi całą winę za tę tragedię.

Mim o  okazy wanego  współczucia  kobieta  wy dała  się  Joannie  tak  oboj ętna,  j ak  sędzia,  który

m usi wy dać wy rok. Ty m czasem  przełożona wstała.

– Proszę skorzy stać z m oj ego biura. Zaraz przy ślę tu panią Richards i pana O’Sullivana. – To

drugie nazwisko wy m ówiła z wy raźną niechęcią.

Joanna posłała Mike’owi przelotne spoj rzenie.
Gay nor  Richards  by ła  niską,  przy sadzistą  kobietą.  Zdawało  się,  że  szerokość  j ej   talii  j est

równa  j ej   wzrostowi.  Ledwo  dopięty   fartuch  opinał  ciasno  j ej   pulchne  ciało.  Szy bkim   krokiem
weszła do pokoj u, przej ęta i zasapana.

Gdy  j uż się przedstawili, Joanna zadała j ej  pierwsze py tanie.
– Czy  pam ięta pani, kiedy  przy j ęto na oddział pana Selkirka?
Kobieta skinęła głową.
– Przy j m owali go ci z dziennej  zm iany  – odparła. – Przy wieziono go przed południem . Kiedy

przy szliśm y  do pracy , zdąży ł się j uż uspokoić. – Popatrzy ła po ich twarzach. – Wcześniej  by ło z
nim  naprawdę źle. Maj aczy ł i by ł bardzo niespokoj ny . – Mówiąc to, pielęgniarka nie przestawała

background image

się uśm iechać, co zaczęło iry tować Joannę.

– Czy  pani z nim  rozm awiała?
– Tak. Uspokaj ałam  go, że wszy stko będzie dobrze – dodała wesoło. – Poleży  pan u nas parę

dni, m ówiłam  m u, i będzie pan zdrów j ak ry ba. Ale by ło z nim  bardzo źle – przy znała.

– To m iło, że go pani pocieszy ła – wtrąciła Joanna krzepiąco.
–  No,  dziękuj ę  –  odparła,  pochy laj ąc  się  do  przodu,  aż  odpiął  j ej   się  guzik.  Chwy ciła  poły

fartucha i zaciągnęła rozpaczliwie. – Pacj enci lubią, gdy  się ich pociesza.

– A czy  ktoś go odwiedzał?
– Ależ skąd! – krzy knęła, oburzona. – Nie pozwalam y  na odwiedziny  pacj entów w tak ciężkim

stanie. Potrzebuj ą spokoj u – dodała, m rugaj ąc nerwowo. – Wpuszczam y  ty lko m ałżonków. Przez
cały   wieczór  by ła  z  nim   j ego  żona.  –  Tu  kobieta  zawahała  się,  popatrzy ła  po  twarzach
funkcj onariuszy  i zam knęła usta.

– A dobry m  by li m ałżeństwem ? – spy tała Joanna m im ochodem .
Gay nor Richards znów zam rugała oczam i.
– Trudno powiedzieć – odparła. – Choroba to ogrom ny  stres, i dla pacj enta, i dla j ego bliskich

–  dodała  wy raźnie  zaniepokoj ona  i  od  razu  się  dom y ślili,  że  m iędzy   Sheilą  i  Jonathanem
dochodziło tu do sprzeczek.

– A rozm awiała pani z j ego żoną?
– Pam iętam , że zrobiłam  j ej  herbatę – odrzekła, zadowolona z siebie.
– A o coś panią py tała?
– O stan zdrowia m ęża.
– I co j ej  pani powiedziała?
Gay nor  Richards  zam rugała  powiekam i  i  spoważniała,  j akby   zapom niała  o  zawodowy m

uśm iechu.  –  No,  nie  wolno  nam   uj awniać  poufny ch  dany ch  o  naszy ch  pacj entach  –  odparła
beznam iętnie. – Ty lko lekarz m oże udzielić inform acj i rodzinie chorego.

– A czy  pani Selkirk rozm awiała z lekarzem ?
Pielęgniarka pokręciła głową.
– Lekarza to akurat nie by ło, ale powiedziałam  j ej , żeby  przy szła rano, a ona na to, że to nic

ważnego – wy j aśniła, wy krzy wiaj ąc wargi. – Jakby  zupełnie nie docierało do niej , w j akim  stanie
j est j ej  m ąż.

Joanna wzięła głęboki oddech.
– Widocznie pani tak skutecznie j ą pocieszy ła.
Gay nor Richards posłała j ej  pogodne, beztroskie spoj rzenie.
– A czy  pani sam a rozm awiała z pacj entem ?
– Około dziewiątej , po wy j ściu j ego żony , zaniosłam  m u picie – odparła. – Chciał skorzy stać z

telefonu.

– No i co?
–  No  i  zaniosłam   m u  telefon,  ale  okazało  się,  że  nie  m iał  drobny ch,  a  u  nas  nie  da  się

zadzwonić  na  koszt  rozm ówcy .  Jeśli  nie  m iał  przy   sobie  pieniędzy ,  to  nie  m ógł  zadzwonić…  –
Zam y śliła się przez chwilę. – Żona zabrała m u wszy stkie rzeczy  i widocznie zapom niała wy j ąć
portfel  –  dodała  zaniepokoj ona  i  od  razu  przy szedł  im   na  m y śl  rozwścieczony   Selkirk,
wy zy waj ący  na żonę za to, że nie zostawiła m u ani centa.

– No więc dzwonił do kogoś czy  nie?
–  Tego  nie  wiem   –  rzuciła  Gay nor,  nie  zważaj ąc  na  ich  zniecierpliwione  m iny .  –  Zostałam

wezwana  na  drugi  koniec  oddziału,  a  telefon  zostawiłam   w  j ego  sali.  Przecież  m ógł  wtedy   do
kogoś zadzwonić, prawda? – dodała po chwili j uż spokoj niej sza.

– Ale nie wie pani, czy  rzeczy wiście zadzwonił i do kogo? – wtrącił szorstko Mike.

background image

Pielęgniarka pokręciła głową.
– Niestety , nie.
– A m oże Selkirk m ówił pani coś j eszcze?
Pom y ślała przez chwilę i znów zaprzeczy ła ruchem  głowy .
– Nie – odparła. – Chy ba nie – dodała, pochy laj ąc się do przodu, j akby  chciała im  powierzy ć

j akąś taj em nicę. – Zdaj e się, że chciał zostać sam  i m ieć wreszcie święty  spokój .

– A kiedy  widziała go pani po raz ostatni?
–  Około  wpół  do  j edenastej   –  odparła.  –  Pom y ślałam   sobie,  że  skoro  chciał  skorzy stać  z

telefonu,  to  pewnie  j akaś  pry watna  sprawa  –  dodała,  posy łaj ąc  im   swój   przy m ilny ,  iry tuj ący
uśm iech i zaczęła bawić się guzikam i fartucha. – By ł przecież prawnikiem , nie? No i zam knęłam
drzwi – oznaj m iła z dum ą. – A potem  j uż go nie widziałam . No, a kilka godzin później  zniknął.

Joanna  zerknęła  przelotnie  na  Mike’a,  po  czy m   znów  zwróciła  się  do  pielęgniarki,  która

szczerzy ła zęby  w uśm iechu, wy raźnie zadowolona z siebie.

– A o której  dokładnie zniknął? – spy tała m im ochodem .
Gay nor om al nie spadła z krzesła.
– Nie wiem  – wy j ąkała. – Nie m am  zielonego poj ęcia. Ale podobno…
– Co takiego? – dociekał Mike, siląc się na łagodny  ton.
Kobieta wlepiła w niego wzrok.
– Podobno to by ło około pierwszej  w nocy .
– A skąd pani wie?
– Od innej  pielęgniarki.
– Od Yolande Prince?
Gay nor  przy taknęła  ruchem   głowy   i  zacisnęła  wargi,  wpatruj ąc  się  w  funkcj onariuszy

oczam i wielkim i j ak spodki.

Budziła w nich współczucie, więc pozwolili j ej  odej ść.
Gdy  ty lko zam knęła za sobą drzwi, Mike j ęknął, poiry towany .
– Cholernie nam  pom ogła, niech j ą szlag – m ruknął.
Joanna siedziała, wpatrzona w zam knięte drzwi.
– Czy  ona naprawdę j est taka tępa, na j aką wy gląda? – zastanawiała się głośno. – Cały  czas

uśm iecha  się  j ak  idiotka,  nie  wie,  czy   Selkirk  korzy stał  z  telefonu,  czy   nie,  facetowi  po  zawale
m ówi, że  będzie  zdrów  j ak  ry ba…  –  Przerwała,  zerkaj ąc  na  Mike’a.  –  Ale  m oże  ona  naprawdę
wie,  o  której   go  porwali?  Widziałeś,  j ak  spanikowała?  Ciekawe,  czy   m ówi  prawdę,  czy   udaj e
głupią – dodała po nam y śle.

– Nie m usi udawać – podsum ował stanowczo Mike. – Zrozum , ta dziewczy na nie m a ani krzty

olej u w głowie.

–  To  się  j eszcze  okaże.  –  Joanna  wy prostowała  nogi.  –  Wiesz,  Mike,  pom inęliśm y   j eszcze

j edną ważną rzecz – zauważy ła, krzy wiąc się.

Czekał, wdy chaj ąc zapach j ej  świeżo um y ty ch włosów.
Ale się stara dla tego Levina, pom y ślał.
– Skąd zabój ca wiedział, gdzie j est Selkirk? – zastanawiała się. – Przecież dopiero co przy j ęli

go  do  szpitala.  Nikt  nie  zauważy ł,  żeby   kręcił  się  tam   ktoś  obcy   i  zaglądał  kolej no  do  wszy stkich
sal.  Nikogo  obcego  tam   nie  by ło  –  dodała  z  naciskiem   i  przerwała,  żeby   Mike  dom y ślił  się,  co
wy nika  z  j ej   słów.  –  A  zabój ca  wiedział,  że  Selkirk  j est  w  szpitalu  i  na  której   sali  leży ,  i  j akim ś
cudem  się tam  dostał.

Mike pokiwał powoli głową.
– A więc zabój ca j eszcze tego sam ego dnia m usiał się kontaktować z biurem  Selkirka.
– Na to wy gląda.

background image

Joanna rozsiadła się wy godnie na krześle.
– Kto j eszcze wiedział, że Selkirk j est w szpitalu?
–  Oprócz  żony   na  pewno  Wilde,  j ego  partner  z  kancelarii  –  odparł  Mike.  –  Ale  o  ile  się  nie

m y lę, to Sheila nie bardzo chciała nam  o nim  m ówić.

– To m oże dlatego Selkirk chciał skorzy stać z telefonu.
–  Ty lko  czem u  nie  zrobił  tego  w  ciągu  dnia?  –  zastanawiał  się  Mike.  –  Gay nor  m ówiła,  że

Selkirk prosił o telefon wieczorem , po ty m , j ak wy szła j ego żona – dodał, patrząc Joannie prosto w
oczy . – Może po prostu chciał j ą sprawdzić?

– Możliwe – zgodziła się. – A ona celowo zabrała m u wszy stkie rzeczy  i pieniądze, żeby  nie

m ógł j ej  kontrolować…

– Czekaj , j est j eszcze ktoś, kto wiedział, że Selkirk leży  w szpitalu – przy pom niał sobie Mike. –

Dziadek Tony .

Joanna przy znała m u racj ę.
– No dobrze, ale wy py taj m y  j eszcze tego pielęgniarza.
Ian  O’Sullivan  by ł  dwudziestokilkulatkiem   o  szczupłej   twarzy ,  bladej   cerze  i  przebiegły ch

niebieskich oczach.

–  Witam   –  rzucił,  gdy   Joanna  i  Mike  przedstawili  m u  się.  –  Wiedziałem ,  że  prędzej   czy

później  do m nie też się dobierzecie.

Joanna uniosła brwi.
– Przy szliśm y  porozm awiać z panem  o Jonathanie Selkirku. Co pan o nim  wie?
– To j a podnosiłem  go na duchu – orzekł z dum ą. – Ze m ną naj więcej  rozm awiał, bo ta j ego

żona to prawdziwa hetera – dodał.

– Naprawdę? – spy tał niewinnie Mike.
– Cieszy ła się, że j ej  m ąż tak cierpi. Widziałem  to w j ej  oczach. Jego cierpienie sprawiało j ej

przy j em ność – dorzucił zj adliwie.

–  A  około  dziewiątej   wieczorem   wy szła  ze  szpitala,  tak?  –  przerwała  Joanna,  zaglądaj ąc  w

notatki.

– Nie m ógł się doczekać, aż sobie pój dzie – odparł O’Sullivan, zadowolony , że go słuchaj ą. –

Ty lko czekał, aż żona zam knie za sobą drzwi, i naty chm iast zawołał Grubaskę… to znaczy , siostrę
Richards  i  poprosił  o  telefon.  –  O’Sullivan  przełknął  ślinę.  –  Cholernie  m u  zależało,  żeby
zadzwonić.

– Pani Richards powiedziała nam , że Selkirk nie m iał j ednak drobny ch.
O’Sullivan zrobił zadowoloną m inę.
– Ale j a poży czy łem  m u trochę pieniędzy  – odparł. – Wiedziałem , że facet nie m a przy  sobie

złam anego centa i że potem  odda m i z nawiązką, więc poży czy łem  m u dwadzieścia pięć pensów.
No, ale teraz m ogę j e spisać na straty .

Joanna usły szała przy śpieszony  oddech Mike’a.
– A do kogo dzwonił? – spy tał szy bko.
Pielęgniarz rozsiadł się wy godnie i założy ł ręce.
– A niby  skąd m am  wiedzieć? – rzucił, m rugaj ąc do Joanny . – Sły szałem  ty lko poj edy ncze

słowa, ale m ówił chy ba coś o fusach – uśm iechnął się szeroko. – No, o fusach wie pani.

Joanna zm arszczy ła czoło.
– O j akich fusach?
– Więcej  nie sły szałem , bo ta nasza wredna wiedźm a kazała m i pój ść posprzątać – ciągnął,

zerkaj ąc ukradkiem  na Joannę. – Ona j uż raz by ła zam ieszana w coś podobnego… – Przerwał i
znów  ły pnął  okiem   na  Joannę.  –  Pewnie  nic  wam   nie  m ówiła  o  ty m   facecie,  który   rok  tem u
wy padł z okna, co?

background image

– Rzeczy wiście, wspom inała, że m iała w zeszły m  roku j akieś kłopoty .
– Tam to też stało się na j ej  dy żurze – zauważy ł O’Sullivan, wy raźnie przej ęty .
Joanna niecierpliwie stukała palcam i w biurko.
– To nie m a nic do rzeczy  – przerwała m u szorstko.
–  Ha!  –  O’Sullivan  popatrzy ł  na  nią  surowy m   wzrokiem .  –  I  tu  się  pani  m y li.  Co  to  za

śledztwo, skoro pom ij acie naj ważniej sze fakty ? No, ale skoro nie chcecie wiedzieć… – Spoj rzał
na Joannę i znów do niej  m rugnął. – Bo kto inny  podsunął m u krzesło, j eśli nie ona?

– Słucham ? O czy m  pan właściwie m ówi? – spy tała Joanna, zdezorientowana.
– O tam ty m  facecie – rzucił pogardliwie. – Nazy wał się Michael Frost.
Oboj e zam ienili się w słuch.
– Okno, z którego wy padł Frost, by ło j akieś półtora m etra nad podłogą – konty nuował. – Jakim

cudem  wlazł na parapet, zwłaszcza że po ty ch silny ch lekach by ł półprzy tom ny  j ak j akiś zom bie?
Nie dałby  rady  podnieść się w łóżku, a co dopiero wgram olić się na parapet, w dodatku na takiej
wy sokości.  I  m ogę  wam   przy siąc,  że  przedtem   nie  stało  tam   żadne  krzesło.  Więc  j ak  się  tam
dostał, do diabła? Do kitu są te wasze śledztwa – podsum ował z niesm akiem . – Nie szukacie tam ,
gdzie trzeba.

Joanna postanowiła go wy słuchać. Gestem  dłoni uciszy ła Mike’a.
– A kto to j est Frost? – dociekała.
– Nie j est, ty lko by ł – poprawił j ą O’Sullivan, podekscy towany . – Jak to m ówią, nie m a go j uż

wśród  ży wy ch.  Facet  zginął.  Siedziała  potem   na  j ego  łóżku  przez  całą  godzinę,  a  j a  m usiałem
zapieprzać j ak głupi… No, to teraz j uż wszy stko wiecie.

Popatrzy li na niego py taj ąco, a O’Sullivan uśm iechnął się złośliwie.
– A ta zołza nic wam  nie powiedziała? Pokręcili głowam i.
– Pielęgniarka, psiakrew – fuknął. – Nie pierwszy  raz wpakowała się w takie gówno. Jakiś rok

tem u  ten  Michael  Frost  by ł  tu  pacj entem   –  dodał,  szczerząc  zęby   w  uśm iechu.  –  Cierpiał  na
zaburzenia  depresy j ne,  a  ona  zgry wała  boską  pocieszy cielkę,  ty le  że  coś  się  spieprzy ło,  facet
wy leciał z okna i zabił się m iej scu. – Jego niebieskie oczy  śm iało patrzy ły  na Joannę. – To chy ba
trochę  wiele,  j ak  na  zbieg  okoliczności,  nie?  Dwóch  pacj entów  ginie  śm iercią  tragiczną  na
dy żurze tej  sam ej  pielęgniarki…

–  Panie  O’Sullivan  –  przerwała  m u  Joanna.  –  Wy padek  Michaela  Frosta  nas  nie  interesuj e.

Prowadzim y  śledztwo w sprawie porwania i zabój stwa Jonathana Selkirka.

– A m oże j edno wiąże się z drugim  – zasugerował pielęgniarz i znacząco postukał się palcem

po nosie. – Nic dziwnego, że ta j ędza Prince nie pisnęła o ty m  ani słówka.

Mike podniósł się z m iej sca.
–  Jego  rodzina  pisała  potem   do  szpitala  listy   z  wy zwiskam i.  Frost  m iał  siostrę,  której   trudno

by ło się pogodzić z j ego śm iercią. Przem y ślcie to, j eśli m acie choć trochę rozum u – dodał, wstał
i pochy lił się nad Joanną.

Na j ego wy chudłej  twarzy  m alowała się pogarda.
–  Z  takim i  to  nigdy   nie  wiadom o  –  zauważy ła  Joanna  po  j ego  wy j ściu.  –  Skąd  m am y

wiedzieć, ile w ty m  prawdy , a ile j ego chorej  wy obraźni?

Mike przy znał j ej  racj ę.
– Ale przy znaj , że zagadka śm ierci tego Michaela Frosta trochę j est intry guj ąca.
Joanna zam y śliła się.
– Skoro odebrali m i sprawę Selkirka, to m ogę chy ba poszperać trochę w aktach i dowiedzieć

się czegoś więcej  o tam ty m  taj em niczy m  wy padku w szpitalu – odparła wreszcie. – Ale na razie
j akoś  nie  widzę  związku  m iędzy   ty m   a  śm iercią  Selkirka,  a  to,  że  Yolande  Prince  w  obu
przy padkach m iała dy żur, by ło zwy kły m  zbiegiem  okoliczności. O nic j ej  nie podej rzewam . Gdy

background image

ty lko ci z okręgu zostawią tę sprawę, sam a dowiem  się, kto wy stawił rachunek zabój cy  Selkirka.

Mike popatrzy ł na nią przy j aźnie.
– Cieszę się, że się nie poddaj esz, Jo – pochwalił j ą.
Zm arszczy ła czoło.
– Jasne, że się nie poddaj ę. Intry guj e m nie też ten O’Sullivan – przy znała. – Jak to powiedział,

że Selkirk m ówił coś o fusach? Pewnie chodziło o Rufusa Wilde’a, partnera z kancelarii.

– Może powinniśm y  do niego zaj rzeć?
– Tak, ale nie dziś. – Spoj rzała na zegarek. – A teraz bądź tak m iły  i podrzuć m nie do dom u,

Mike. I tak j estem  j uż spóźniona.

Rzeczy wiście, by ła spóźniona. Otwieraj ąc drzwi, poczuła zapach przy palonej  kolacj i.
W kuchni zastała Matthew.
– Och, przepraszam , nie gniewaj  się – zaczęła błagalny m  tonem .
–  Mogłaś  chociaż  zadzwonić  –  rzucił,  rozdrażniony ,  i  od  razu  wiedziała,  że  j est  na  nią

wściekły .

–  Strasznie  cię  przepraszam   –  westchnęła.  –  Miałam   naprawdę  fatalny   dzień.  –  Otworzy ła

piekarnik. W środku stało naczy nie z wy schniętą lasagne. – Mm m m , co za py szności – dodała.

– Jeszcze godzinę tem u nadawała się do zj edzenia – zauważy ł ostry m  tonem .
Obj ęła go za szy j ę zdrową ręką.
– To zam ówm y  coś na wy nos – zaproponowała.
– Daj  spokój , nie j est aż tak źle – zaśm iał się.
Uwielbiała  go  m iędzy   inny m i  za  to,  że  j eśli  nawet  się  obrażał,  to  trwało  to  krótko.  Matthew

uśm iechnął się szeroko.

–  Cały   czas  słuchałem   wiadom ości  –  oznaj m ił.  –  Nic  j ednak  nie  m ówili  o  żadny ch

aresztowaniach.

Nałoży ł lasagne na talerze, wziął m iskę z sałatką i zaniósł wszy stko do pokoj u.
–  Teraz  do  akcj i  wkroczą  z  kom endy   okręgowej   –  wy j aśniła  ponury m   tonem .  –  To

naj bardziej  śm ierdząca sprawa, z j aką m am y  do czy nienia, i nie obej dzie się podobno bez nich.

Podczas  kolacj i  Matthew  słuchał  j ej   ze  współczuciem ,  a  gdy   j uż  zj edli,  sprzątnął  ze  stołu  i

nalał  do  kieliszków  wina,  po  czy m   podał  j ej   j akieś  kwadratowe  pudełko,  starannie  owinięte  w
biały  papier, ozdobiony  czerwony m i, bły szczący m i serduszkam i i wielką, purpurową kokardą.

– Proszę, to dla ciebie – powiedział. – Może choć trochę cię pocieszy .
– Ale m usisz m i pom óc to otworzy ć, Matthew – wy j ąkała, przej ęta j ak dziecko, które właśnie

dostało gwiazdkowy  prezent. – Z ty m  gipsem  nie dam  rady .

– Jasne. – Matthew zdj ął opakowanie z pudełka, równie przej ęty . – Pom y ślałem  sobie, że gdy

ty lko  ręka  ci  się  zrośnie,  znów  wsiądziesz  na  rower.  A  tam ten  kask  zniszczy ł  się  w  wy padku…
Gdy by ś nie m iała go wtedy  na głowie…

– Wiem , wiem . Mało brakowało – przerwała m u pośpiesznie. – Ale oszczędź m i drasty czny ch

szczegółów. Obiecuj ę, że na przy szłość będę uważać.

–  I  tak  ci  nie  wierzę  –  odparł  trzeźwo  Matthew.  –  Widziałem ,  j ak  pędzisz  na  ty m   swoim

rowerze – dodał z nutą rozbawienia. – Pociągaj ą cię szy bkość i ry zy ko. Wy padek zdarzy łby  ci się
prędzej  czy  później . Całe szczęście, że skończy ło się ty lko na złam aniu.

– Matthew, daj  j uż spokój .
Obj ął j ą ram ieniem  i m ocno przy tulił.
– Co z tego, że będę cię prosił, żeby ś uważała? Tacy  odważni j ak ty  i tak nie biorą sobie tego

do serca – powiedział, stukaj ąc palcem  w kask. – Lepiej  po prostu zapewnić ci sprzęt ochronny .

Joanna nic nie odpowiedziała.
Matthew by ł oszczędny  w słowach, ale j ego ton naty chm iast przy wołał j ą do porządku. Nie

background image

wy pom inał j ej , że zostawił dla niej  dom , żonę i córkę, a W zam ian nie dostał nic. Czuła się winna,
że lekceważy  nawet własne bezpieczeństwo, bo wciąż naj ważniej sza j est dla niej  praca. Matthew
nie  m usiał  nic  m ówić  –  w  takich  chwilach  Joanna  potrafiła  odgadnąć  j ego  m y śli,  a  wtedy
poczucie winy  ciąży ło na niej  j ak uwieszony  u szy i m ły ński kam ień. Docierało do niej , j ak wielką
odpowiedzialność i zobowiązanie oznacza by cie z Matthew. Zrozum iała, że w ty m  związku nie m a
m iej sca  za  swobodę  i  niezależność.  Próbowali  j uż  tego  i  zapłacili  za  to  wy soką  cenę.  I  nagle
przy pom niało  j ej   się  pewne  zdarzenie  z  dzieciństwa,  kiedy   j ej   stara,  niezam ężna  ciotka
wskazy wała palcem  rozwiedzionego sąsiada, który  przechadzał się po ulicy , trzy m aj ąc pod rękę
swoj ą nową żonę. Para kroczy ła dum nie po ulicy , patrząc sobie czule w oczy .

Szczęście za cenę cierpienia inny ch nie potrwa długo – m awiała wtedy  ciotka. – Co im  z tego,

że są razem , skoro on unieszczęśliwił tam tą?

Joanna  obserwowała  ich  na  pozór  radosne  twarze  swy m i  okrągły m i,  dziecięcy m i  oczam i,

lecz  w  głębi  duszy   nie  bardzo  wierzy ła  w  ich  szczęście.  Teraz,  kiedy   po  latach  przy wołała  tę
scenę w pam ięci, zrozum iała, że pod m aską szczęścia na ich twarzach kry ł się sm utek, gdy  stąpali
powolny m , ciężkim  krokiem . Spoj rzała na Matthew i wzdry gnęła się, widząc na j ego twarzy  ten
sam  cień sm utku, co u tam tego m ężczy zny .

Nagle poczuła się zagubiona i osaczona.
– Matthew – szepnęła cicho.
Patrzy ł  na  nią  bez  m rugnięcia,  py taj ący m   wzrokiem .  Jego  twarz  wy dawała  się  teraz

szczuplej sza niż zwy kle. Pragnął j ej  czasu, czułości, poświęcenia.

– Matthew… – powtórzy ła niepewnie.
Pogładził j ą po włosach.
– Nie chcę cię stracić – rzekł.
Nagle oży wił się i wziął do ręki j ej  nowy  kask.
– Chodź, przy m ierzy m y  ci go.
Założy ła go sobie na głowę, a Matthew zapiął j ej  pasek pod brodą i pocałował j ą.
– No, teraz j uż będę o ciebie spokoj ny  – powiedział. – I trzy m aj  się z dala od ciężarówek.
Zdj ęła kask, włoży ła go z powrotem  do pudełka i westchnęła głęboko.
– Nie m ogę się doczekać, żeby  znów wsiąść na rower – rzekła.
–  Cierpliwości,  Jo  –  pocieszy ł  j ą.  –  Już  niedługo  –  dodał,  przy glądaj ąc  się  j ej   uważnie.

Wy czuła j ego napięcie. – Wiesz, że j utro do niej  j adę, prawda?

Pokiwała głową.
– Nie gniewasz się?
Wiedział  doskonale,  j ak  bardzo  j ą  to  gnębi,  ale  za  każdy m   razem   zadawał  j ej   to  py tanie,

j akby  m iał nadziej ę, że któregoś dnia m u nie skłam ie.

– Nie – odparła szy bko.
Siedzieli  j ak  para  świeżo  zakochany ch  nastolatków  i  rozm awiali  przy   m uzy ce  Mozarta,

delektuj ąc się długim i pocałunkam i, tak delikatny m i, że nie doprowadzały  ich do szału, lecz trwały
godzinam i,  dopóki  ich  inty m ności  nie  zakłócił  piskliwy   dzwonek  telefonu.  W  słuchawce  odezwał
się zm ęczony  głos nadinspektora Colclougha, inform uj ąc Joannę, że ktoś o nazwisku Pugh zaj m ie
j ej  biuro j utro o dziesiątej  rano i że trzeba j ak naj szy bciej  zrobić porządek na biurku.

Nazaj utrz Mike przy j echał po Joannę wcześnie rano. Zastał j ą w kiepskim  hum orze.
– Cholerny  gips – sy knęła ze złością, zatrzaskuj ąc za sobą drzwi.
Zaśm iał się.
– A co ci winny  gips?
–  Bo  bez  niego  m ogłaby m   wsiąść  na  rower  i  wy ładować  swoj ą  złość  –  rzuciła,  patrząc  na

niego spode łba, ale od razu zrobiło j ej  się przy kro, że m anifestuj e przy  nim  swój  zły  nastrój . –

background image

Nie dość, że j akiś palant z okręgówki zabiera m i sprawę, to j eszcze m am  m u oddać swoj e biuro –
wy buchła. – I do dziesiątej  m uszę zrobić w nim  porządek.

Mike uniósł brwi, zdziwiony .
– Szef zadzwonił do m nie wczoraj  wieczorem  – wy j aśniła.
– A, no to wszy stko j asne – odparł. – Wiesz, m oże wy j dzie z tego całkiem  niezła współpraca –

dodał, robiąc unik, gdy  Joanna zgrom iła go kry ty czny m  wzrokiem .

Przez pierwszą godzinę j edną ręką energicznie upy chała w szafkach papiery , a potem  usiadła

za  inny m   biurkiem ,  klnąc  pod  nosem   i  czekaj ąc  na  zapowiedzianego  na  dziesiątą  gościa  z
kom endy  okręgowej .

Mina  zrzedła  j ej   j eszcze  bardziej ,  gdy   „palant”  okazał  się  kobietą.  Nazy wała  się  Pugh,  by ła

chuda  j ak  szczapa,  m iała  nogi  j ak  paty ki,  chy try   wy raz  twarzy ,  bardzo  j asne  oczy   i  wąsik  nad
górną wargą. Weszła do biura, rozej rzała się i od razu ruszy ła w kierunku Joanny .

–  Musim y   naj pierw  wszy stko  obgadać,  Piercy   –  zwróciła  się  do  niej   oschły m   tonem .  –

Przy nieś m i akta sprawy .

Joanna  nie  kry ła  oburzenia,  siadaj ąc  naprzeciw  własnego  biurka,  za  który m   siedziała  Pugh  i

m ierzy ła j ą wzrokiem  bez m rugnięcia.

– To twoj e biuro? – zagadnęła.
Joanna skinęła głową, a Pugh odwróciła głowę i spoj rzała za okno.
– Nie przeszkadza ci ten ohy dny  m ur? – spy tała.
Joanna nachm urzy ła się.
– Kiedy ś m i przeszkadzał. Koj arzy ł m i się z przeszkodą nie do pokonania…
– A teraz? – dociekała Pugh.
– Teraz tak często na niego patrzę, że chy ba do niego przy wy kłam  – odparła cicho. – Znam

na  pam ięć  każdą  j ego  cegłę  i  dziurę,  każde  wgłębienie  po  strugach  deszczu.  Wiem ,  gdzie  pada
cień, kiedy  świeci słońce.

Pugh wzruszy ła ram ionam i i zaj rzała do akt sprawy  zabój stwa Jonathana Selkirka. Szczególną

uwagę  zwracała  na  obrażenia  ciała  i  okoliczności  zgonu.  Nie  interesowały   j ej   ani  oboj ętna
reakcj a j ego rodziny , ani m oty w zbrodni. Obrzuciła Joannę surowy m , karcący m  spoj rzeniem .

– Muszę ty lko poznać m odus operandi, sposób działania tego sprawcy , ustalić, z j akiej  strzelał

broni,  i  przeszukać  m iej sce  zbrodni.  Reszta  m nie  nie  obchodzi.  Lepiej   nie  wdawać  się  w
szczegóły ,  żeby   nie  zaszkodzić  sprawie  –  dodała,  nie  spuszczaj ąc  wzroku  z  Joanny ,  po  czy m
rozsiadła  się  wy godnie  i  zaczęła  się  drapać  po  górnej   wardze.  –  Ciekawe,  j ak  m u  się  udało
wy prowadzić Selkirka ze szpitala – zastanawiała się głośno. – Wy starczy ło, żeby  pacj ent krzy knął
i ktoś na pewno przy biegłby  m u z pom ocą.

Joanna  siedziała  i  z  obrażoną  m iną  obserwowała,  j ak  zaczy tana  w  aktach  Pugh  m arszczy

czoło i obraca w palcach długopis.

Wreszcie podniosła głowę.
– Niezła robota, Piercy , ale widzę, że nasze zdania są podzielone.
– Naprawdę?
Pugh rozłoży ła kościste dłonie na stercie kartek i rozej rzała się, j akby  czegoś szukała.
– Masz tu j akieś zdj ęcia? – spy tała nagląco.
Energiczny m   ruchem   Joanna  położy ła  przed  nią  plik  zdj ęć  zrobiony ch  przez  policy j nego

fotografa. – Proszę – m ruknęła.

Kobieta  spoj rzała  na  nie,  poruszaj ąc  nozdrzam i.  Przez  chwilę  m ilczała  i  uważnie  oglądała

każde z nich po kolei, pom rukuj ąc i sapiąc j ak pobudzony  pies gończy . Wreszcie podniosła głowę.

– Zdj ęcia też są niezłe – przy znała. – Od razu widać, w j akiej  pozy cj i by ła ofiara.
W odpowiedzi Joanna rzuciła j ej  wrogie spoj rzenie.

background image

– A są tu gdzieś zdj ęcia z sekcj i zwłok? – spy tała Pugh. – Chcę obej rzeć ranę wlotową.
Joanna odszukała j e i podała Pugh, która zwróciła szczególną uwagę na j edno z nich.
– Czy  sprawca strzelał z broni ty pu Beretta? – dociekała.
Joanna skinęła głową, a Pugh oparła się na krześle i przy m ruży ła powieki.
–  To  niesam owite  –  m ruknęła  pod  nosem .  –  Wszy scy   płatni  zabój cy   działaj ą  według  tego

sam ego  schem atu.  Nie  różnią  się  pod  żadny m   względem .  Zawsze  uży waj ą  tej   sam ej   broni  i
wy wożą  swoj e  ofiary   gdzieś  na  pustkowie,  przeważnie  do  lasu.  Te  nędzne  kreatury   próbuj ą
naśladować m afię – dodała, oglądaj ąc zdj ęcie. – Od razu m ożna się dom y ślić, z który ch książek
czerpią  pom y sły .  Zawsze  oddaj ą  celny   strzał  w  ty ł  głowy ,  j akby   ofiara  m iała  na  karku
nam alowaną tarczę  –  zauważy ła  i  spoj rzała  na  Joannę  z  ukosa.  –  To  paskudny   sposób  na  ży cie,
prawda, Piercy ?

Joanna kiwnęła głową w osłupieniu.
Pugh trzasnęła zdj ęciam i o blat biurka.
– A żeby ś wiedziała, ile taki drań zarabia – ciągnęła. – Ty  czy j a m ożem y  ty lko pom arzy ć o

takiej  forsie, a przecież to m y  bronim y  ładu i porządku w ty m  kraj u, narażaj ąc własne ży cie.

Joanna siedziała, wpatrzona w kobietę j ak w obraz. Po raz pierwszy  m iała do czy nienia z kim ś

z  kom endy   okręgowej   i  by ła  pod  silny m   wrażeniem   ich  m ożliwości.  Znów  pokiwała  głową  j ak
zahipnoty zowana.

– Przez takich łaj daków społeczeństwo cierpi naj bardziej  – konty nuowała Pugh. – Powinno się

ich kastrować, żeby  się nie rozm nażali – dodała, stukaj ąc palcem  w zdj ęcie pokazuj ące zbliżenie
rany   po  kuli,  a  po  chwili  energiczny m   ruchem   przesunęła  j e  tak,  że  ukazało  się  to,  na  który m
widoczna by ła zm asakrowana twarz Selkirka. – Inaczej  szlag trafi prawo, ład i porządek – orzekła
niskim , ściszony m  głosem , który  zabrzm iał j ak pom ruk ty gry sicy . – A narzędziam i władzy  staną
się broń i pieniądze splam ione krwią. I pewnie nie podoba ci się to, że wchodzim y  wam  w drogę –
zauważy ła, siląc się na uśm iech – ale, niestety , bez nas sobie nie poradzicie.

Joanna zam rugała ty lko, siedząc bez słowa, zaskoczona ty m , że Pugh tak trafnie odczy tała j ej

zachowanie.

– No więc rozum iesz j uż, dlaczego m oj a obecność j est taka ważna?
Zakłopotana, Joanna pokiwała głową.
– Czy  to znaczy , że pani wie, kto j est zabój cą? – spy tała niepewnie.
–  Oczy wiście  –  odparła  Pugh,  rzucaj ąc  j ej   chłodne  spoj rzenie.  –  Jasne,  że  wiem .

Wy starczy ło ty lko przej rzeć te akta. Nieważne, kto wy naj ął go ty m  razem . – Parsknęła cierpkim ,
wy m uszony m   śm iechem .  –  Interesuj e  m nie  ty lko  sprawca  –  dodała,  oparła  się  na  krześle  i
przy m knęła oczy . – Ten drań, który  nacisnął spust, a wcześniej  wy wlókł swoj ą ofiarę ze szpitala
kilka kilom etrów za m iasto, by  dokonać tak potwornej  zbrodni, poważnie zagraża społeczeństwu. –
Pugh zam ilkła na chwilę i zaczęła wertować akta. – Fragm enty  m ózgu ofiary  znaleziono na korze
drzew  w  odległości  pięćdziesięciu  m etrów  od  m iej sca  zbrodni  –  przeczy tała.  –  W  odległości
pięćdziesięciu  m etrów  –  powtórzy ła.  –  To  chy ba  naj lepszy   dowód  niszczy cielskiej   siły   broni.
Wy starczy ło  ty lko  j edno  m ałe  pociągnięcie…  Ktoś,  kto  posuwa  się  do  czegoś  takiego  dla
pieniędzy ,  m usi  by ć  kom pletnie  wy naturzony .  –  Otworzy ła  oczy   i  spoj rzała  na  Joannę.  –  Mam
ochotę powiesić tego drania na j edny m  z ty ch drzew.

Joanna  m ilczała.  W  głowie  brzm iały   j ej   słowa  Colclougha:  ta  sprawa  cię  przerasta,  Piercy .

Nagle  zrozum iała,  że  Colclough  m iał  racj ę.  Śledztwo  w  sprawie  zabój stwa  Jonathana  Selkirka
przekraczało granice j ej  wiedzy  i doświadczenia. W duchu przy znała racj ę Colcloughowi i Pugh.
Spoj rzała py taj ąco na kobietę.

– A kim  j est ten drań?
– Naj pierw przekażę tę kulę do laboratorium  badań balisty czny ch. Muszę m ieć stuprocentową

background image

pewność  –  odparła.  –  Całe  szczęście,  że  udało  wam   siej ą  znaleźć,  zanim   który ś  z  chłopaków
wdeptał  j ą  w  ziem ię.  Ale  zdaj e  się,  że  wiem ,  kim   j est  sprawca.  Prawdopodobnie  to  m ój   stary
znaj om y , Sy cy lij czy k – dodała po chwili. – Mieliśm y  j uż okazj ę się poznać. Daj ę słowo, że ty m
razem  schwy tam  tego ptaszka i wsadzę za kratki. – Popatrzy ła na Joannę. – Sam a się nim  zaj m ę,
a resztę zostawię tobie, Piercy  – oznaj m iła. Jej  grdy ka poruszała się szy bko przy  każdy m  słowie.
– Dasz sobie radę, prawda?

Joanna skinęła głową i westchnęła z ulgą. Nie obchodził j ej  sam  sprawca – j akiś pry m ity wny

brutal, gotów z zim ną krwią zabić człowieka dla pieniędzy . Naj bardziej  interesowały  j ą osobiste
pobudki  kogoś,  kto  go  wy naj ął.  Zastanawiała  się,  kto  spośród  naj bliższy ch  znaj om y ch  Selkirka
nienawidził  go  tak  bardzo,  że  ży czy ł  m u  śm ierci  i  na  krótko  przed  zabój stwem   dręczy ł  go
anonim owy m  listem .

Znów posłała Pugh py taj ące spoj rzenie.
– Jak pani m y śli, ile sprawca zażądał za wy konanie tego zlecenia?
Kobieta by ła właśnie zaj ęta przeglądaniem  akt.
–  Zwy kle  brał  j akieś  osiem   ty sięcy   –  odparła,  nie  podnosząc  wzroku.  –  Chy ba  że  podniósł

stawkę.

– A skąd pani wie, że to on?
Pugh  spoj rzała  na  nią,  zniecierpliwiona,  j ak  m atka  tłum acząca  dziecku,  dlaczego  j eden  plus

j eden równa się dwa.

– Zawsze uży wa tej  sam ej  broni i kul – wy j aśniła. – I wy korzy stuj e ten sam  m odus operandi.

Jak  j uż  m ówiłam ,  wy wozi  ofiary   na  odludzie  i  w  charaktery sty czny   sposób  związuj e  im   ręce.
Nazy wa się Gallini i pochodzi z południa Sy cy lii, z rodziny  ry backiej , dlatego doskonale zna się na
węzłach  –  dodała,  biorąc  kolej ną  kartkę  z  raportem .  –  Uży wa  ny lonowego  sznura  naj lepszej
j akości.  Nie  oszczędza  na  narzędziach  zbrodni.  I  m a  pewien  dziwny   zwy czaj ,  którego
bezwzględnie  przestrzega:  nigdy   nie  zm ienia  term inu.  Na  pewno  zastanawialiście  się,  dlaczego
ry zy kował  porwanie  ofiary   ze  szpitala,  skoro  gdzie  indziej   by łoby   m u  o  wiele  łatwiej   –  dodała,
wy krzy wiaj ąc wargi w uśm iechu. – No i widocznie bardzo zależało m u na ty ch pieniądzach, bo
nawet  w  j ego  fachu  trudno  dziś  o  poważne  zlecenie.  Gdy by   Selkirk  zm arł  śm iercią  naturalną,
osiem  ty sięcy  przeszłoby  m u koło nosa. A Gallini m a na utrzy m aniu całkiem  sporą rodzinę i nie
m ógł  na  to  pozwolić.  Zależało  m u  na  czasie,  a  Selkirk  by ł  ciężko  chory .  Gallini  nie  zna  się  na
m edy cy nie, ale nawet on w swoim  ptasim  m óżdżku pokoj arzy ł, że ofiara m oże um rzeć w każdej
chwili, a wtedy  trzeba będzie pożegnać się z wielką forsą. Dlatego postanowił wy konać zlecenie
krótko po ty m , j ak Selkirk trafił do szpitala, i nic nie zdołałoby  go powstrzy m ać. Cała j ego rodzina
się  wtedy   za  niego  m odli  –  dodała  po  chwili.  –  Inny   zaczekałby ,  aż  Selkirk  wróci  do  dom u,  ale
Gallini  by ł  gotów  zary zy kować  i  zakraść  się  do  szpitala  –  podsum owała  z  ponurą  m iną.  –  Przez
parę godzin snuł się pewnie wokół szpitala i badał teren. Ale tak żeby  nikt go nie zauważy ł.

– To chy ba niem ożliwe… – przerwała j ej  Joanna.
– Możliwe – odparła stanowczo Pugh. – Mógł przecież udawać hy draulika, portiera, lekarza w

biały m   kitlu  z  plakietką  albo  krewnego  pacj enta.  My ślisz,  że  ktoś  zwróciłby   na  niego  uwagę?  To
zawodowiec, próbował j uż niej ednej  sztuczki i dobrze wie, j ak pozostać niezauważony m . – Pugh
wzięła do ręki zdj ęcie zaplam iony ch krwią drzwi. – Poznaj esz te odciski?

Ślady  na zdj ęciu by ły  m atowe i ziarniste.
– Chy ba m iał rękawice – zasugerowała Joanna.
– Bardzo dobrze. A j akie?
– Gum owe?
– Chirurgiczne, psiakrew – wy buchła Pugh trium falny m  tonem . – Oto cały  Gallini. W szpitalu

przebrał się za lekarza.

background image

W głowie Joanny  zaświtała kusząca m y śl.
– I pewnie dlatego Selkirk nie protestował, kiedy  Gallini wy prowadzał go z sali.
Pugh zam ilkła na chwilę, po czy m  przy taknęła.
–  Możliwe,  ale  i  tak  coś  m i  tu  nie  pasuj e.  To  m i  wy gląda  na  słaby   punkt  w  j ego  takty ce  –

przy znała,  kręcąc  głową.  –  To  zupełnie  nie  w  j ego  sty lu,  ale  nie  m ożem y   tego  wy kluczy ć.
Naj ważniej sze,  że  m am y   j uż  na  niego  haka.  W  przenośni,  oczy wiście  –  dodała  pośpiesznie.  –
Zgubiła  go  j ego  własna  broń…  –  Przerzuciła  kilka  kartek.  –  Do  diabła,  nie  widzę  tu  żadnego
raportu balisty cznego.

– Na to potrzeba co naj m niej  pięciu dni – odparła chłodno Joanna.
– Zaraz się przekonam y . – Pugh podniosła słuchawkę i surowy m  tonem  wy dała kilka poleceń.

–  Rzeczy wiście,  to  beretta  –  skwitowała,  podnosząc  wzrok.  –  Ty powa  włoska  spluwa.  Facet
pewnie m y śli, że przy nosi m u szczęście. Ty lko skoro j est na ty le spry tny , żeby  udawać lekarza, to
dlaczego zawsze strzela z tego sam ego pistoletu?

Na j ej  tle Joanna poczuła się j ak początkuj ąca policj antka.
– Z tej  sam ej  odległości, w to sam o m iej sce – m ruknęła Pugh pod nosem . – Przy kłada lufę

tak blisko, że wlot po kuli robi się j eszcze m niej szy , bo skóra wokół rany  się kurczy . Ofiara ty lko
przez  chwilę  czuj e  dy skom fort  i  naty chm iast  um iera  od  strzału  w  ty ł  głowy .  –  Wzięła  do  ręki
sporządzony   przez  Matthew  raport  z  sekcj i  zwłok.  –  Macie  niezłego  patologa.  Robi  porządną
robotę. Od razu widać, że zna się na rzeczy .

Joanna pokiwała  głową, nie  kry j ąc dum y .  Wspaniały  pod  wielom a względam i  Matthew  by ł

też niewątpliwie świetny m  fachowcem .

Za to ona sam a m iała powody  do niepokoj u.
– A co z m oim  dochodzeniem ? – spy tała niepewnie. – Mogę dalej  j e prowadzić?
– To j uż twoj a sprawa – odparła Pugh, nawet nie podnosząc na nią wzroku. – By leby ś ty lko

nie  wchodziła  m i  w  drogę.  Naj lepiej   zacznij   od  j ego  rodziny ,  a  dopiero  potem   zaj m ij   się
współpracownikam i i potencj alny m i spadkobiercam i. Ale naj pierw zaj rzy j  w j ego akta – dodała,
siląc  się  na  wy m uszony   uśm iech.  –  Z  tego,  co  wiem ,  Selkirk  i  j ego  partner  m ieli  na  pieńku  z
wy działem  przestępstw gospodarczy ch. Nie znam  j eszcze szczegółów – dodała, podnosząc dłoń.

Przy naj m niej  tu j estem  lepsza od niej , pom y ślała Joanna.
– Rzeczy wiście – odparła. – Wy łudzali pieniądze za lewe porady  prawne.
– To sztuczki stare j ak świat – rzuciła oboj ętnie Pugh.
Jedna rzecz wciąż nie dawała Joannie spokoj u.
– A co pani sądzi o ty m  liście?
Pugh zm arszczy ła czoło.
–  I  to  m i  właśnie  do  niego  nie  pasuj e.  Wszy stko  inne  wskazuj e  na  niego  oprócz  tego  listu  –

dodała, spoglądaj ąc na Joannę. – Widocznie stoi za ty m  ten, kto wy stawił m u czek.

Przy  biurku Mike’a Joanna zacisnęła trium falnie pięść.
– No, m ożem y  działać dalej  – oznaj m iła przy ciszony m  głosem , oglądaj ąc się na zam knięte

drzwi. – Ona szuka sprawcy . Nie interesuj e j ej , kto wy stawił m u zlecenie. Chodź, przej edziem y
się, a po drodze zaj rzy m y  do Wilde.

Mike potrząsnął kluczy kam i od auta i posłał j ej  szeroki uśm iech. Ale wtedy  to drzwi do biura

Joanny  otworzy ły  się z rozm achem  i stanęła w nich Pugh.

– Chcę zobaczy ć tego trupa.
Oboj e westchnęli, poiry towani.
–  Podrzuć  m nie  do  prosektorium ,  Korpanski.  A  ty ,  Piercy ,  dopilnuj ,  żeby   przy wieźli  m i  ze

szpitala te drzwi – rzuciła przez ram ię.

Joanna otworzy ła szeroko oczy .

background image

– Ale po co? Przecież m am y  j uż wszy stkie odciski i zdj ęcia – odparła. – To drzwi do wy j ścia

awary j nego.

– A wasi ludzie ciągle tam  są? – To przy wieźcie m i te cholerne drzwi – nakazała i wy szła, a za

nią Mike.

Joanna czuła, j ak gotuj e się w niej  krew.
Cały  ranek spędziła w szpitalu, gdzie z trudem  udało j ej  się przekonać funkcj onariuszy  z ekipy

śledczej , by   zdj ęli z  zawiasów awary j ne  drzwi. Potem   zadzwoniła do  Colclougha,  poiry towana,
że straciła cenny  czas.

– Potrzebny  m i Mike – oznaj m iła. – Musi m nie zawieźć w parę m iej sc. Mam  rękę w gipsie i

bez j ego pom ocy  nic nie zrobię. – Ręka swędziała j ą niem iłosiernie.

Ale Colclough by ł nieugięty .
– Nie zawracaj  m i głowy , Piercy  – burknął.
– Bez Mike’a nie m ogę j ednak prowadzić śledztwa.
– Przecież wiesz, że teraz sprawą zaj m uj e się Pugh…
– Już z nią rozm awiałam . Pozwoliła m i działać dalej  – oznaj m iła m u.
– Rozum iem  – m ruknął. – Jutro rano przy ślę ci Korpanskiego.
– Ale j a potrzebuj ę go j eszcze dziś.
– Dziś popracuj  w biurze i j edź do dom u – nakazał. – A j utro pom oże ci Korpanski.
Joanna posłusznie usiadła za biurkiem  i zaczęła bawić się długopisem . Po głowie krąży ły  j ej

różne  m y śli.  Zastanawiała  się,  czy   nie  powinna  przy j rzeć  się  bliżej   m atactwom   Selkirka  i
Wilde’a, bo m oże właśnie tam  tkwią j akieś ważne wskazówki. My ślała też o ty m , co m ówiła sam a
Sheila  Selkirk  o  j akim ś  człowieku  skazany m   przed  kilkom a  laty   za  uży cie  broni.  Patrząc  gdzieś
przed  siebie,  zadawała  sobie  py tanie,  czy   to  m oże  m ieć  j akikolwiek  związek  z  zabój stwem
Jonathana. Sprawdziła szy bko bazę dany ch, ale nic się nie zgadzało. Wiedziała, że ten, kto wy naj ął
zabój cę Selkirka, nie żałował pieniędzy , by leby  ty lko nie splam ić sobie rąk. Kto m ógłby  posunąć
się do czegoś takiego, zastanawiała się. Ktoś o słaby ch nerwach, kto m iał powody , by  nienawidzić
Selkirka, lecz bał się otwarcie do tego przy znać. Ktoś zam ożny , kogo by ło stać na to, by  lekką ręką
wy dać osiem  ty sięcy  funtów.

Pogrążona w m y ślach, Joanna skupiła się na j edny m : trzeba j ak naj więcej  dowiedzieć się o

zam ordowany m .

Zawołała posterunkową Dawn Critchlow.
– Sprawdź m i tego Selkirka i daj  m i znać, j eśli coś znaj dziesz – poleciła j ej .
Dziewczy na spoj rzała na nią py taj ąco.
– A co dokładnie pani m a na m y śli, pani inspektor?
–  Cokolwiek  –  rzuciła  Joanna.  –  Chcę  o  nim   wiedzieć  dosłownie  wszy stko,  każdą

naj drobniej szą  rzecz.  Jeśli  w  sądzie  podczas  rozprawy   puścił  bąka,  to  też  m asz  m i  o  ty m
powiedzieć. A przy  okazj i, Dawn, sprawdź wszy stkie przestępstwa z uży ciem  broni palnej  sprzed
ośm iu do dziesięciu lat.

Po  j ej   wy j ściu  Joanna  wciąż  rozm y ślała  o  dochodzeniu  w  sprawie  przestępstw

gospodarczy ch  kancelarii  Selkirka  i  Wilde’a.  W  raporcie  wstępny m   wy czy tała,  że  wy łudzili  od
państwa  kilkaset  ty sięcy   za  fikcy j ne  porady   prawne.  Bez  cienia  wsty du  okradali  kraj   dla
własny ch korzy ści.  Joanna przej rzała  akta: naj więcej   pieniędzy  ściągnęli  za rzekom e  rozwody   i
obronę.  Z  akt  wy nikało,  że  wy dział  przestępstw  gospodarczy ch  bada  każde  ich  zlecenie.  Teczka
by ła gruba i m ieściła akta spraw sięgaj ący ch pięć lat wstecz.

W  duchu  zadawała  sobie  py tanie:  na  co  Selkirkowi  potrzebne  by ły   te  pieniądze,  skoro  m iał

wspaniały  dom , rodzinę i drogie sam ochody  i nie m usiał nikogo utrzy m y wać? Skoro m iał dobrą
pracę i stałe dochody , to po co chciał m ieć j eszcze więcej ? Może to czy sta zachłanność? A m oże

background image

obrońcy   prawa  też  m ieli  j akieś  słabości  i,  na  przy kład,  zaży wali  narkoty ki?  Joanna  szy bko
odrzuciła tę m y śl i uznała, że dodatkowe pieniądze by ły  ty lko produktem  uboczny m  j ego pracy , a
oszukiwanie sy stem u, który  finansował j ego karierę, sprawiało m u dziką przy j em ność.

Joanna  przy m knęła  oczy   i  przy wołała  w  pam ięci  fotografię  Jonathana  Selkirka:  zim ne

spoj rzenie,  usta  wy krzy wione  w  ironiczny   uśm iech,  m ałe,  przenikliwe  oczy   i  drobny ,  krótko
przy strzy żony   wąsik.  By ła  to  twarz  nieciekawa,  pozbawiona  wszelkiej   radości,  o  wy niosły m ,
aroganckim  wy razie. Ktoś taki nie zawahałby  się przed oszustwem . A co m iał z tego j ego partner,
Rufus  Wilde,  zastanawiała  się.  Czy   też  robił  to  dla  przy j em ności,  czy   powodowała  nim   zwy kła
chciwość? Joanna odłoży ła akta na biurko. Selkirk i Wilde by li przecież na ty le inteligentni, by  się
dom y ślić,  że  prędzej   czy   później   ich  m achloj ki  wy j dą  na  światło  dzienne.  A  m oże  po  prostu
wpadli w nawy k, który  trudno im  by ło wy korzenić?

Zerknęła  na  zegarek:  by ła  trzecia,  sam   środek  popołudnia.  Bez  Mike’a  czuła  dziwną  pustkę.

Podnosząc się z m iej sca, postanowiła, że nazaj utrz wy biorą się do Rufusa Wilde’a. W złam anej
ręce  zaczął  dokuczać  j ej   ból.  Od  wy padku  m inęły   zaledwie  trzy   dni.  Widocznie  środek
przeciwbólowy  przestał działać, pom y ślała. Przez resztę dnia straciła chęć i entuzj azm  do pracy  i
poczuła  się  bardzo  zm ęczona.  Tego  dnia  Matthew  też  m iał  na  głowie  swoj e  sprawy .  Uznała,  że
nic tu po niej . Kilku policj antów j echało akurat w stronę Cheddleton i Joanna zabrała się z nim i do
dom u.

W  dom u  włączy ła  m agnetowid.  Przy datny   wy nalazek,  pom y ślała.  Z  półki  ze  stary m i

taśm am i wy brała  film  stosowny   do nastroj u,  nalała do  kieliszka czerwonego  francuskiego  wina,
położy ła  się  wy godnie  na  sofie  i  przy m knęła  oczy .  Donośne  pukanie  do  drzwi  wy rwało  j ą  z
głębokiego snu. Za oknem  by ło j uż ciem no. Przez chwilę leżała, zdezorientowana. Tego wieczoru
Matthew by ł u córki. Kto to m oże by ć, zastanawiała się, m oże Tom ?

Podeszła do okna i wy j rzała na zewnątrz. Pukanie powtórzy ło się, ty m  razem  j eszcze głośniej .
W świetle księży ca uj rzała znaj om e blond loki i naty chm iast otworzy ła drzwi.
– Och, to ty , Caro! – Uściskała przy j aciółkę. – Skąd się tu wzięłaś? Przy szłaś w sam ą porę.
– Pom y ślałam , że m oże cię zastanę.
– Przy j echałaś do Tom a?
Caro m ocno obj ęła j ą ram ionam i i przy tuliła.
–  Strasznie  się  cieszę,  że  znów  cię  widzę  –  rzekła.  –  Tak,  przy j echałam   do  Tom a.  Mój

kochany ,  wspaniały ,  wierny   Tom !  Co  j a  by m   bez  niego  zrobiła?  Zaraz  ci  powiem ,  skąd  się
wzięłam . Którą chcesz wersj ę: oficj alną czy  nie?

– Naj lepiej  obie.
–  No  dobrze.  –  Caro  opadła  na  krzesło.  –  Tom   m ówił  m i  o  twoim   wy padku.  –  Zm ierzy ła

Joannę surowy m  wzrokiem . – Powinnaś bardziej  uważać.

– Może to wcale nie z m oj ej  winy .
– No, w każdy m  razie chciałam  się z tobą zobaczy ć – rzuciła Caro. – Musiałam  się upewnić,

że wszy stko w porządku.

– A w wersj i oficj alnej ? – dociekała Joanna podej rzliwie.
–  Piszę  arty kuł  –  odparła  beztrosko  Caro.  –  Wy błagałam   szefa,  żeby   dał  m i  ten  tem at  –

dodała,  szczerząc  zęby   w  uśm iechu.  –  Fatalna  historia,  co?  –  Przy glądała  się  uważnie  Joannie,
j akby   chciała  wy czy tać  z  j ej   twarzy   całą  prawdę.  –  Niewinny   człowiek,  m iej scowy   prawnik,
ląduj e  w  szpitalu  z  zawałem   serca,  a  potem   dostaj e  kulkę  w  łeb.  –  Rzuciła  Joannie  przenikliwe
spoj rzenie. – Słuchaj , a m oże on wcale nie by ł taki niewinny , co?

Joanna rozłoży ła bezradnie ręce.
– Daj  spokój , Caro – odparła. – Wiesz dobrze, że nie m ogę ci nic powiedzieć.
Caro skrzy żowała długie, zgrabne nogi i oparła się wy godnie.

background image

– Jasne. Chy ba lepiej  zaj rzę do j ego żony , trochej a poczaruj ę…
– No dobrze, zdradzę ci to i owo, j ak przy j aciółka przy j aciółce – odrzekła Joanna. – Możesz to

wy korzy stać w swoim  arty kule. – Wzięła głęboki oddech. – Wiesz, że sprawą zaj ęła się kom enda
okręgowa?

Caro zam rugała powiekam i.
– Podej rzewaj ą, że Selkirka załatwił poszukiwany  przez nich płatny  zabój ca.
– A j ak się nazy wa? – spy tała Caro, unosząc brwi.
Joanna znów rozłoży ła ręce.
– Tego ci nie powiem , ale daj ę głowę, że lada chwila go złapią i postawią przed sądem .
– To świetnie. – Caro notowała swoim  kanciasty m , zam aszy sty m  pism em . – No, m ów dalej .
–  Hm …  Selkirk  i  Wilde  podpadli  wy działowi  przestępstw  gospodarczy ch,  ale  nie  m ogę  ci

zdradzić szczegółów.

Caro uśm iechnęła się.
– Cudownie. Dzięki!
– A teraz nastaw czaj nik – rzuciła Joanna szorstko. – Ja z m oj ą ręką w gipsie nie dam  rady .
Caro znikła w kuchni i wróciła z dwiem a filiżankam i kawy .

background image

Na stole spostrzegła pudełko, owinięte w ozdobny  papier.
– Czy  to prezent ślubny , Joanno? – spy tała, patrząc na nią radośnie szeroko otwarty m i oczam i.

Podeszła  bliżej   i  usiadła  obok  niej .  –  Wy chodzisz  za  m ąż,  kochanie?  I  nic  nie  m ówisz?  Aleś  ty
taj em nicza!

– Nie wy chodzę za m ąż. Matthew kupił m i nowy  kask na rower.
Caro zawsze szy bko podej m owała rzucony  tem at. Przy m ruży ła oczy .
– Aha, rozum iem  – rzekła, rozglądaj ąc się po pokoj u. – A gdzie on właściwie j est?
Joanna wy piła ły k kawy .
– Jane m a na niego haka – odparła ponuro.
Caro spoj rzała na nią py taj ąco.
– Matthew spędza dziś wieczór z Jane – wy j aśniła.
– Hm m m  – m ruknęła Caro z niedowierzaniem .
– Eloise gra na flecie na szkolny m  koncercie – dodała Joanna beznam iętny m  tonem . – Jane

zawsze  wy korzy stuj e  j ą  j ako  argum ent,  żeby   zobaczy ć  się  z  Matthew.  Udaj e,  że  chodzi  j ej   o
córkę, a tak naprawdę nie chce, żeby  zapom niał, że m a żonę. Sam a rozum iesz – dodała z gory czą.
– Pam iętaj , że m asz j eszcze córkę, powtarza m u, j ak m ożna tak zaniedby wać własne dziecko? A
Matthew w poczuciu winy  dwoi się i troi, żeby  ty lko udowodnić, j akim  dobry m  j est oj cem .

– Hm m m  – m ruknęła znowu Caro. – A j ak ci się układa z tą m ałą?
– Nienawidzi m nie z całego serca – odparła Joanna. – A Jane, oczy wiście, strasznie się z tego

cieszy . Matthew j eździ do niej  sam , nigdy  m nie ze sobą nie zabiera. Właściwie to wcale j ej  nie
widuj ę. Chy ba trochę na to za wcześnie – dodała, j akby  na swoj e usprawiedliwienie.

By stre, inteligentne oczy  Caro wpatry wały  się badawczo w j ej  twarz.
–  Wiesz,  m am   wrażenie,  że  nie  ty lko  Matthew  m a  poczucie  winy   –  zauważy ła,  trafiaj ąc  w

sam o  sedno.  Jej   szczupła  twarz  przy brała  surowy   wy raz.  –  Ale  nie  ty lko  o  to  chodzi,  prawda,
Joanno? Za dobrze cię znam . Widzę, że coś cię gry zie.

Joanna  zm arszczy ła  czoło  i  szy bko  odrzuciła  obawy ,  o  który ch  nigdy   nikom u  nie  m ówiła,

nawet  Matthew.  W  duchu  wiedziała  j ednak,  że  wkrótce  będzie  m usiała  się  z  nim i  zm ierzy ć.
Popatrzy ła bezradnie na przy j aciółkę.

– No, m ów, o co chodzi? – ponagliła j ą łagodnie Caro.
Joanna westchnęła głęboko.
– To strasznie skom plikowana sprawa. Nie wiem  nawet, czy  um iem  ci to wy j aśnić.
– No, to spróbuj .
–  Wiesz,  kiedy   Matthew  odszedł  od  żony   i  córki,  wcale  się  ty m   nie  przej m owałam ,  bo

wiedziałam ,  że  i  tak  nie  by ł  z  nim i  szczęśliwy   –  zaczęła,  m arszcząc  brwi.  –  Ale  teraz  wiem ,  że
gdy by  nie j a, to nigdy  by  ich nie zostawił, nawet za cenę własnego szczęścia.

– No cóż, m inęło j uż pół roku, a wy  wciąż m ieszkacie osobno – zauważy ła Caro.
Joanna skinęła głową. Słowa przy chodziły  j ej  coraz trudniej .
– Mam  wrażenie, że każde z nas dąży  do czegoś innego – ciągnęła. – Jem u zależy  na stały m

związku, na nowej  rodzinie… Kilka razy  wspom niał nawet o dzieciach. – Po ty ch słowach Joanna
nagle poczuła ulgę. Ta m y śl gnębiła j ą j uż od dłuższego czasu. – On chy ba m y śli o m ałżeństwie.

– A ty ?
– Nie chcę by ć kurą dom ową – ucięła. – Chcę zostać w m oj ej  pracy .
– Możesz przecież pracować na pół etatu.
–  O  nie  –  pokręciła  głową.  –  Nie  m a  m owy .  Praca  w  policj i  nie  dzieli  się  na  etaty .  Tu  w

każdej  chwili trzeba by ć gotowy m  do akcj i. Nie m a czasu na m ałżeństwo i rodzinę.

– I j ak ty  to sobie wy obrażasz?
– Nie wiem . Ale za nic w świecie nie chcę m ieć dzieci – dodała.

background image

Caro opadła na sofę.
– O rany  – j ęknęła.
–  Naj bardziej   boj ę  się  tego  –  m ówiła  dalej   Joanna,  czuj ąc  pod  powiekam i  piekące  łzy   –  że

j eśli powiem  o ty m  Matthew, to odej dzie i wróci do żony . Matthew źle się czuj e sam  w pusty m
m ieszkaniu  –  dodała  po  chwili.  –  Nam awia  m nie,  żeby m   sprzedała  swój   dom ,  a  potem
pobierzem y  się, znaj dziem y  własny  kąt i tak dalej . – Zaśm iała się cicho. – A j a nic nie robię w
ty m  kierunku i próbuj ę grać na zwłokę. – Podniosła się z m iej sca. – Ty le że nie m ogę zwlekać w
nieskończoność, Caro.

Matthew nie zadzwonił ani wieczorem , ani następnego ranka, ale Joanna wiedziała, że za kilka

dni  się  odezwie.  Błagalne  prośby   Jane  i  łzy   Eloise  zawsze  powodowały   m u  m ętlik  w  głowie  i
przy prawiały  go o poczucie winy , dlatego po wizy cie w dom u nigdy  nie j echał prosto do Joanny ,
ty lko znikał na parę dni, żeby  doj ść do siebie.

Joanna  nie  spala  przez  całą  noc,  za  to  ranek  przy niósł  wiele  nowy ch  odkry ć.  By ł  to

przełom owy   dzień  w  śledztwie  w  sprawie  zabój stwa  Jonathana  Selkirka.  O  wpół  do  dziewiątej
przy j echał Mike. Jego twarz prom ieniała w szerokim  uśm iechu.

– Nie wiem , co powiedziałaś szefowi, ale kazał m i pracować z tobą, a Pugh przy dzielił kogoś

innego.

– Świetnie – rzuciła Joanna.
To by ł dobry  początek udanego dnia.
W  sam ochodzie  podzieliła  się  z  nim   swoim i  przem y śleniam i,  wdzięczna  za  j ego  skupioną

uwagę, zwłaszcza gdy  przy taczała m u szczegóły  raportu z wy działu przestępstw gospodarczy ch.

–  Sprawa  j est  o  wiele  poważniej sza,  niż  m y ślałam   –  m ówiła.  –  Nie  rozum iem   ty lko,  na  co

Selkirkowi potrzebne by ły  te pieniądze.

– Widocznie lubił wy stawne ży cie.
–  Możliwe  –  rzuciła,  zerkaj ąc  w  j ego  stronę.  –  Cieszę  się,  że  j esteś,  Mike  –  dodała.  –  Przy

tobie łatwiej  m i się m y śli.

Zaczerwienił się aż po szy j ę.
– Ty m  lepiej  dla m nie – odparł szorstko. – Całe szczęście, że Colclough nie przy dzielił m nie

j ej  na stałe. Jak sobie pom y ślę, że m iałby m  j eździć na nocny  patrol z tą wąsatą babą… – zaśm iał
się głupawo.

– Uważaj , bo zaraz ci przy łożę ty m  gipsem  – ostrzegła zadziornie.
Na kom endzie czekała na nią kolej na ważna wiadom ość.
Przy  biurku zastała posterunkową Dawn Critchlow.
– Mam  dla pani niespodziankę, pani inspektor – oznaj m iła. – Sam a nie wierzy łam , że znaj dę

cokolwiek o ty m  Selkirku, ale kom puter coś wy szukał. Okazuj e się, że poza wy łudzeniam i Selkirk
m a na swoim  koncie j eszcze inne przestępstwo.

Joanna wbiła w nią wzrok.
– Naprawdę?
Posterunkową skinęła głową.
–  Pięć  lat  tem u  spowodował  wy padek.  Na  przej ściu  dla  pieszy ch  przed  szkołą  potrącił  dwie

osoby ,  dziewczy nkę  i  opiekunkę,  która  przeprowadzała  dzieci  przez  j ezdnię.  To  by ł  straszny
wy padek.  Kobieta  straciła  obie  nogi,  a  dziecko  zm arło  na  m iej scu,  na  oczach  swoich  koleżanek.
Sekcj a zwłok wy kazała poważne obrażenia. Doskonale pam iętam  tę sprawę, nie wiedziałam  ty lko,
że  to  ten  sam   człowiek.  Dziewczy nka  by ła  w  dom u  w  czasie  przerwy   na  lunch  i  w  drodze  do
szkoły  wpadła pod sam ochód.

Joanna czuła, że kry j e się za ty m  coś więcej .
– No i co dalej ? – dociekała.

background image

–  Selkirk  nawet  się  nie  zatrzy m ał.  Odj echał,  j akby   nigdy   nic,  ale  świadkowie  wy padku

zapam iętali  j ego  auto  i  spisali  num er.  Policj a  i  m ieszkańcy   uznali,  że  w  chwili  wy padku  Selkirk
by ł  pij any   –  dodała  po  chwili  zawahania.  –  Wcześniej   zj adł  obiad  ze  znaj om y m i,  którzy
twierdzili, że Selkirk wy pił dwie szklaneczki czy stej  whisky . Godzinę po wy padku policj a zastała go
w dom u, j ak pił z butelki. Niestety  – Dawn skrzy wiła się – prokurator nie m ógł udowodnić ponad
wszelką wątpliwość, że Selkirk przekroczy ł wcześniej  dopuszczalny  poziom  zawartości alkoholu we
krwi. Selkirk m iał świetnego obrońcę, który  twierdził, że po wy padku j ego klient by ł w szoku i nie
m ógł się zatrzy m ać. Powiedział, że Selkirk działał pod wpły wem  silnego stresu traum aty cznego.
Sąd  dał  się  na  to  nabrać,  ale  nie  ludzie.  Po  ogłoszeniu  wy roku  tłum y   wy szły   na  ulicę.  Selkirka
oskarżono  o  ucieczkę  z  m iej sca  wy padku,  ukarano  go  grzy wną  i  wy rokiem   w  zawieszeniu  –
oznaj m iła,  m arszcząc  brwi.  –  Ludzie  tak  się  buntowali,  że  om al  nie  doszło  do  aresztowań…
Krewni dziewczy nki grozili m u nawet śm iercią. – Spoj rzała na Joannę. – I tu znalazłam  coś, co na
pewno  panią  zainteresuj e,  pani  inspektor:  j ej   rodzina  pisała  do  niego  anonim owe  listy   z
pogróżkam i.  Kilka  z  nich  trafiło  do  akt.  –  Przy gry zła  wargę.  –  Wszy stkie  wy drukowane  by ły   z
kom putera w form acie A4, bez nagłówka. W j edny m  z nich kazali Selkirkowi spisać testam ent.

Joanna opadła na krzesło i otworzy ła usta ze zdziwienia.
–  Testam ent?  –  powtórzy ła,  rzucaj ąc  Mike’owi  trium falne  spoj rzenie.  –  Rzeczy wiście,  to

bardzo prawdopodobny  m oty w. Dzięki, Dawn, świetnie się spisałaś. A widziałaś te listy ? – spy tała
po chwili.

– W aktach znalazłam  ich kserokopie. Na oko wy glądały  identy cznie j ak ten ostatni.
– W takim  razie m usim y  koniecznie j echać do rodziny  tej  m ałej , Mike.
–  I  j eszcze  j edno  –  dodała  Dawn  z  ociąganiem .  –  Rodzina  dziecka  otrzy m ała  oficj alne

upom nienie w sprawie ty ch listów. Ze względu na ich stan psy chiczny  nie wniesiono oskarżenia i
wkrótce  potem   skończy li  z  anonim am i.  To  by ło  j akieś  trzy   lata  tem u.  Nie  rozum iem ,  dlaczego
teraz znów daj ą o sobie znać.

Wy m ienili spoj rzenia, a Joanna wzruszy ła ram ionam i.
– Dowiem y  się w swoim  czasie – orzekła. – A j ak się nazy wała ta m ała?
–  Rowena  Carter  –  odparła  Dawn.  –  Jej   rodzina  nadal  m ieszka  w  ty m   sam y m   dom u  przy

Em ily  Place czternaście, na ty m  nowy m  osiedlu.

– Zaraz tam  j edziem y .
– A Wilde? – przerwał j ej  Mike.
–  Wilde  m oże  zaczekać  –  skwitowała.  –  Zaj rzy m y   do  niego  później ,  po  południu.  Mam

przeczucie, że od Carterów dowiem y  się więcej  niż od niego.

Em ily   Place  by ła  ulicą  na  ładny m ,  nowy m   osiedlu,  wy budowany m   j akieś  pięć  lat  tem u.

Widocznie  dziewczy nka  zginęła  w  wy padku  krótko  po  ty m ,  j ak  Carterowie  wprowadzili  się  do
nowego  dom u.  Gdy   Mike  zatrzy m ał  wóz,  Joanna  zauważy ła  lśniące  panoram iczne  okno  i
m aleńkie  rabatki.  Na  podj eździe  stał  kilkuletni  vauxhall.  Dom   wy glądał  na  czy sty   i  zadbany ,  a
j ednak  różnił  się  od  pozostały ch.  Brakowało  tu  dziecięcy ch  rowerów,  kolorowy ch  zabawek,
piaskownicy   i  odpowiednio  zabezpieczonej   furtki.  Joannę  raził  ten  idealny   porządek.  Pom y ślała,
że odrobina nieładu oży wiłaby  ten dom .

– Nie bardzo wiem , j ak zacząć – przy znała, a Mike pokiwał głową ze zrozum ieniem . – No, ale

chodźm y  j uż – ponagliła.

Oboj e ruszy li ścieżką i zapukali do drzwi.
Otworzy ł  im   m łody   m ężczy zna  średniego  wzrostu  w  dżinsach  i  kam izelce.  Mógł  m ieć  około

trzy dziestu lat. By ł ogolony  prawie na ły so, na ram ionach m iał wy tatuowane sm oki i sy renę, a w
j ego  prawy m   uchu  tkwił  złoty   kolczy k.  Obrzucił  spoj rzeniem   Joannę,  potem   Mike’a  i  oblał  się
rum ieńcem .

background image

–  Wiem ,  skąd  j esteście  –  oznaj m ił.  –  Macie  to  wy pisane  na  twarzach  –  dodał,  cofnął  się  i

wpuścił ich do środka. – Wiedziałem , że przy j dziecie.

– PanCarter?
Spuchnięta, pom arszczona,  wy krzy wiona twarz  dodawała m u  lat. Wy glądało  na to,  że  sporo

pij e.

– A j ak m y ślicie?
–  Inspektor  Joanna  Piercy   i  sierżant  Mike  Korpanski  –  wy recy towała  Joanna.  –  Nie

zaskoczy liśm y  pana?

Pokręcił głową, wy krzy wiaj ąc wargi.
– Dobrze m u tak, Kiedy ś sam  chciałem  go załatwić. By łem  nawet gotów pój ść do paki.
Odwrócił się i zaprowadził ich do salonu, połączonego z j adalnią. By ło tam  ciasno, ale czy sto.

W  j edny m   rogu  stał  wy polerowany   drewniany   stół,  a  w  drugim   kom plet  wy poczy nkowy ,
telewizor  i  m agnetowid.  Nad  kom inkiem   wisiało  pięć  portretów,  a  obok  nich  haczy k,  z  którego
widocznie zdj ęto szósty . Wszy stkie przedstawiały  ładną, ciem nowłosą, roześm ianą dziewczy nkę.

Carter powiódł wzrokiem  za ich spoj rzeniem .
– Tak, to ona – oznaj m ił. – Nasza m ała Row.
Joanna poczuła się skrępowana.
– Czy  m a pan j eszcze inne dzieci, panie Carter?
Mężczy zna przetarł dłonią twarz.
– Kiedy  ten drań zabił Rowenę, Ann by ła w ciąży  – odparł. – Ale na wiadom ość o wy padku

poroniła – dodał stanowczy m , na pozór opanowany m  tonem . – A potem  j uż nie staraliśm y  się o
następne. Chy ba nie j est nam  przeznaczone m ieć dzieci, skoro straciliśm y  j uż dwoj e.

Joanna spoj rzała na Mike’a, a potem  znów na Cartera. Nie wiedziała, co powiedzieć.
– Ja i Ann nigdy  m u tego nie wy baczy m y  – ciągnął. – Odebrał nam  wszy stko, co m ieliśm y .

Ży j em y   j ak  para  staruszków,  który m   nie  chce  się  nawet  otworzy ć  ust.  Przez  niego  nasze  ży cie
j est gówno warte.

Milczeli, a Carter m ówił dalej :
–  Gdy by   chociaż  sąd  wy dał  sprawiedliwy   wy rok  i  ten  drań  trafił  do  pierdla,  by łoby   nam

dużo łatwiej . Ale sędzia trzy m ał j ego stronę.

– Z tego, co wiem , to nie by ło dowodów na to, że Selkirk spowodował wy padek po pij anem u –

zauważy ła ostrożnie Joanna.

Carter spiorunował j ą wzrokiem .
–  Wszy scy   wiedzieli,  że  by ł  pij any   –  wy cedził  z  gory czą.  –  Wszy scy ,  łącznie  z  sędzią.

Widziałem   to  w  j ego  oczach.  Ale  Selkirk  i  ten  cwaniak,  j ego  obrońca,  to  j ego  znaj om i  i  nic  nie
m ożna by ło zrobić – przerwał i nagle j ego twarz rozj aśnił prom ienny  uśm iech. – Chodźcie, coś
wam  pokażę – oznaj m ił.

Oboj e skinęli głowam i, nie bardzo wiedząc, j ak zareagować.
– Tędy  – rzucił i ruszy li za nim  schodam i na górę.
Na  piętrze  by ł  m ały   przedpokój .  Na  podłodze  leżał  kwadratowy   dy wanik.  Na  j edny ch  z

czworga drzwi widniała ceram iczna tabliczka z napisem  „pokój  Roweny ”. Litery  oplecione by ły
długą łody gą, zakończoną ciem noczerwoną różą.

Carter pchnął drzwi i w środku uj rzeli rozrzucone na podłodze zabawki, o który ch m arzy  każda

m ała  dziewczy nka:  dom   lalki  Cindy ,  sam ochód  lalki  Barbie  i  kolorowe  kucy ki  z  serii  „My   Little
Pony ”.  Pod  łóżkiem ,  okry ty m   kolorową  kapą,  stała  para  czerwony ch,  skórzany ch  sandałków  z
porozpinany m i paskam i. Przez uchy lone okno wiał lekki wiatr, poruszaj ąc firankam i. W powietrzu
unosił się świeży , dziecięcy  zapach talku. Joanna rozej rzała się po pokoj u i zatrzy m ała wzrok na
Carterze. Miał łzy  w oczach.

background image

– Ślicznie tu, prawda? – spy tał.
Przy taknęła m u ruchem  głowy .
– Kiedy ś zawieźliśm y  Rowenę do babci – zaczął. – A potem  poj echaliśm y  do superm arketu i

kupiliśm y  tę tapetę po okazy j nej  cenie. W niedzielę, kiedy  nasza m ała Row wróciła do dom u, j ej
pokój   by ł  j uż  gotowy .  –  Przetarł  oczy   wy tatuowaną  ręką.  –  Ann  sam a  uszy ła  tę  kapę,  a  j a
wy m alowałem  ściany  i położy łem  tapetę. Row tak się cieszy ła, że od razu chciała położy ć się do
łóżka, chociaż by ła dopiero czwarta po południu.

– I od tam tej  pory  nie zm ienialiście nic w j ej  pokoj u?
Carter pokręcił głową.
– Na cm entarzu m a piękny  nagrobek ze swoim  im ieniem , ale to m i j akoś do niej  nie pasuj e –

odparł. Jego ściągnięte brwi wy rażały  bezm iar cierpienia. – Nasza m ała Row lubiła to, co ładne i
kolorowe.  Tu  j est  j ej   m iej sce  –  dodał  powoli,  rozglądaj ąc  się  po  pokoj u.  –  Wszy stko  j est  tak,
j akby  ciągle tu by ła. Czuć nawet j ej  zapach, prawda? – spy tał, zerkaj ąc na Joannę. – Co by  pani
zrobiła, gdy by  zabito pani rodzone dziecko? – rzekł, wy krzy wiaj ąc twarz w gry m as nienawiści. –
Rozj echał j ą na m iazgę – dodał łam iący m  się głosem . – Trzeba by ło zbierać j ą z j ezdni. – I nagle
zaczął wy lewać z siebie całą gory cz. – Ja i Ann świetnie się ustawiliśm y . Miałem  porządną, stałą
pracę. Kiedy  urodziła się Row, kupiliśm y  ten dom . A potem  m iało się urodzić następne… Ale ten
cholerny  drań odebrał nam  to wszy stko – rzucił wściekle. – Jakim  prawem , do diabła?

Gdy  zeszli na dół, Carter zaproponował im  herbatę. Zgodzili się, wiedząc, że na tę rozm owę

potrzeba czasu. Carter przy niósł filiżanki i cukier.

– Pana żony  nie m a w dom u? – zagadnęła Joanna.
Carter zerknął na zegarek.
– Poszła do szkoły . Zaraz wróci.
– Mówił pan, że nie m acie więcej  dzieci.
– Bo nie m am y  – uciął.
– A więc pana żona pracuj e w szkole?
Pokręcił głową.
– Daj cie j uż spokój  – rzucił gniewnie. – Jeśli m acie coś do m nie, to m ówcie albo spadaj cie

stąd i nie zawracaj cie nam  głowy . I tak nic nie wiem y . Mam  do was ty lko j edną prośbę.

Joanna m ilczała wy czekuj ąco.
–  Muszę  poznać  faceta,  który   kazał  tem u  gnoj kowi  klękać  i  błagać  o  litość  –  wy krztusił,

przeły kaj ąc ślinę. – Chcę m u pogratulować.

Joanna wstrzy m ała oddech. Zerknęła przelotnie na Mike’a i od razu odgadła j ego m y śli.
Skąd Carter  m ógł  wiedzieć,  że  zabój ca  zm usił  Selkirka,  by   klęczał  i  błagał  o  litość?  W  prasie

opisano  ty lko  okoliczności  i  m iej sce  zbrodni.  Na  prośbę  policj i  celowo  pom inięto  inform acj ę  o
ty m , że Selkirk zginął na kolanach.

– Będziem y  m usieli porozm awiać z pana żoną – nalegała. – Im  szy bciej , ty m  lepiej .
– Proszę bardzo – m ruknął.
– A czy  pan sam , panie Carter, m iał coś wspólnego z zabój stwem  Jonathana Selkirka?
– Nie – odparł, kręcąc głową.
Joanna m ierzy ła go badawczy m  wzrokiem , ale nawet po ty m , czego właśnie się dowiedziała,

nie liczy ła na to, że Carter od razu się przy zna.

– A czy  by ł pan w Gallows Wood, panie Carter?
Przy taknął.
– Raz czy  dwa, nie pam iętam .
– I po co pan tam  poj echał?
– Na spacer – odparł, krzy wiąc się. – Żeby  wy rwać się z dom u.

background image

– A kiedy  ostatnio pan tam  by ł?
–  Parę  m iesięcy   tem u  –  odrzekł,  poiry towany ,  podniósł  się  z  m iej sca  i  wy j rzał  za  okno.  –

Powiem  pani, gdzie j est m oj a żona, pani inspektor.

Joannę przeszy ł potworny  dreszcz i nagle zrozum iała.
– Codziennie w czasie każdej  przerwy  chodzi pod szkołę – wy rzucił, akcentuj ąc każde słowo. –

Stoi  na  ty m   przeklęty m   skrzy żowaniu  i  przeprowadza  dzieciaki  przez  j ezdnię.  A  wie  pani,
dlaczego? – spy tał i, nie czekaj ąc na odpowiedź, dodał: – Bo m a nadziej ę, że któregoś dnia j akiś
pij any  psy chol rozwali j ą tak j ak naszą córkę. Teraz pani rozum ie? To nie j a zabiłem  Selkirka, ale
cieszę się, że przy trafiło m u się coś takiego. Zasłuży ł sobie na to. – Joanna dostrzegła, j ak drżą m u
kąciki  ust.  –  Krótko  po  ty m ,  j ak  j ą  zabił,  przy słał  nam   czek  na  pięćset  funtów  –  dodał,
rozwścieczony . – Nie m ogłem  tego przeboleć i zacząłem  wy sy łać do niego anonim owe listy . –
Popatrzy ł  na  Mike’a.  –  Ten  potwór  zruj nował  nam   ży cie.  Molly   straciła  przez  niego  obie  nogi.
Selkirk zasługiwał na taki koniec, ale to nie j a go załatwiłem . Nie m am  nawet broni.

Joanna pochy liła się i odstawiła filiżankę na m ały , wy polerowany  stolik.
– To i tak bez znaczenia – odparła. – Człowiek, który  zastrzelił Selkirka, prawdopodobnie został

przez kogoś wy naj ęty  – dodała ściszony m  głosem .

–  Co?  Zabój ca  by ł  wy naj ęty ?  –  zdziwił  się  Carter.  –  Mówi  pani,  że  ktoś  zapłacił  za

wy kończenie Selkirka? – Podrapał się po głowie. – Pierwszy  raz sły szę coś podobnego. W takim
razie  m ożecie  m nie  wy kluczy ć,  bo  j a  na  pewno  nie  odm ówiłby m   sobie  takiej   przy j em ności.
Gdy by m  ty lko m ógł, to sam  by m  gnoj a załatwił.

– Naprawdę?
Carter skinął głową po nam y śle.
–  Wiedzieliby ście,  o  czy m   m ówię,  gdy by ście  sam i  przeży li  taki  koszm ar  –  podsum ował,

pocieraj ąc  ram iona,  j akby   chciał  się  rozgrzać.  –  Cholera,  a  więc  ten  drań  m iał  j eszcze  inny ch
wrogów.

Przerwał  na  dźwięk  klucza  w  zam ku  frontowy ch  drzwi.  Po  chwili  do  dom u  weszła  kobieta  i

zerknęła na Cartera.

– Policj a? – spy tała.
Skinął  ty lko  głową.  Kobieta  by ła  szczupła,  m iała  bladą  cerę  i  rozczochrane  włosy .  Ubrana

by ła  w  obcisłe,  czarne  spodnie  i  długi,  czarny   sweter.  Na  ram ieniu  trzy m ała  żółtą  kam izelkę
odblaskową  z  plastiku.  Do  swetra  m iała  przy czepioną  dużą,  okrągłą  plakietkę  ze  zdj ęciem   tej
sam ej  ładnej , ciem nowłosej , roześm ianej  dziewczy nki, którą znali z portretów nad kom inkiem .

Opadła na fotel i wpatry wała się w nich, uśm iechaj ąc się ironicznie.
– My ślicie, że to m y , co?
– Badam y  każdy  trop… – zaczęła Joanna, ale kobieta nie dała j ej  skończy ć.
–  Jasne,  m ieliśm y   powody ,  żeby   go  zabić  –  rzekła,  odgarniaj ąc  z  czoła  kosm y k  włosów.

Wy glądała  na  zm ęczoną.  –  Nareszcie  sprawiedliwości  stało  się  zadość,  ale  m y   nie  m ieliśm y   z
ty m  nic wspólnego – dodała, zaciskaj ąc wargi. – Mam  ty lko nadziej ę, że to by ła okrutna śm ierć –
sy knęła z gory czą. – Zasłuży ł sobie na cierpienie.

Zaskoczona,  Joanna  odwróciła  wzrok.  Sięgnęła  do  torebki  i  wy j ęła  anonim owy   list,  który

Selkirk dostał krótko przed śm iercią.

– Czy  to od was? – spy tała.
Ann Carter przy j rzała m u się uważnie, zm arszczy ła czoło i pokręciła głową.
–  Bardzo  podobny   do  ty ch,  które  kiedy ś  wy sy łaliśm y   –  przy znała.  –  Ale  to  nie  od  nas  –

dodała, zerkaj ąc na m ęża. – Policj a nas upom niała i j uż dawno daliśm y  z ty m  spokój .

Mężczy zna zawahał się przez chwilę, po czy m  powoli przy taknął, patrząc ufnie na żonę.
Mike bacznie j ą obserwował.

background image

– Mówiła pani, że ten list przy pom ina tam te, które kiedy ś wy sy łaliście.
–  Rzeczy wiście  –  przy znała.  –  To  bardzo  dziwne.  –  Zerknęła  na  kserokopię  listu  w  dłoni

Mike’a. – Wy gląda dokładnie tak sam o.

Ty m  razem  Joanna postanowiła zary zy kować.
– A czy  m ówi coś państwu nazwisko Gallini? – spy tała, ale oboj e zaprzeczy li.
Milczała, dopóki nie wsiedli do wozu.
– No i co o ty m  sądzisz, Mike? – odezwała się wreszcie.
Skręcaj ąc w ulicę, popatrzy ł j eszcze raz na zadbany , sm utny  dom  Carterów.
– Wreszcie m am y  główny ch podej rzany ch – odparł.
– Ty lko dlaczego tak długo zwlekali? Rowena zginęła pięć lat tem u, a od trzech lat nie wy sy łali

Selkirkowi anonim owy ch listów.

–  Może  potrzebowali  czasu,  żeby   uzbierać  pieniądze  –  rzucił  Mike  nonszalancko.  –  Osiem

ty sięcy  to spora sum a.

– Tak. Masz racj ę – przy znała m u Joanna po nam y śle.
Kancelaria Selkirk &  Wilde m ieściła się w georgiańskiej  kam ienicy  w centrum  m iasta. Już na

pierwszy   rzut  oka  dało  się  zauważy ć,  że  firm a  nieźle  prosperuj e:  do  środka  prowadził  łukowy
porty k,  a  ozdobne  okna  by ły   gustownie  pom alowane  na  czarny   kolor.  Na  m osiężnej   tabliczce
widniały  ty lko dwa nazwiska: Jonathan Selkirk i Rufus Wilde.

W  środku  za  m ahoniowy m   biurkiem   siedziała  atrakcy j na  blondy nka,  ubrana  w  skrom ną,  a

zarazem   elegancką  czarną  garsonkę.  Na  ich  widok  wstała  z  m iej sca  i  szy bko  zanotowała  ich
nazwiska. – Przy szli państwo z policj i – oznaj m iła przez interkom  przej ęty m , ściszony m  głosem .
Zaraz potem  otworzy ły  się drzwi gabinetu.

Rufus Wilde  pod żadny m   względem  nie  pasował do  wy obrażeń Joanny   o  skorum powany ch

prawnikach. W trady cy j ny m  krawacie, garniturze i okularach w złoty ch oprawkach wy glądał j ak
wy trawny  adwokat, który  na pierwszy  rzut oka budzi zaufanie.

– Inspektor Piercy  i sierżant Korpanski.
Wilde zam rugał na widok gipsu Joanny , ale taktownie przem ilczał uwagę na ten tem at. Jego

głębokie  westchnienie  wy rażało  współczucie  zarówno  dla  Joanny ,  j ak  i  dla  zam ordowanego
przy j aciela.

– Potworna sprawa – zaczął, bawiąc się krawatem .
– Rzeczy wiście, panie Wilde.
– Czy  wiadom o j uż…? – spy tał, ale głos m u zam arł.
Ty m czasem  blondy nka usiadła za biurkiem .
– Zaparz nam  herbatę, skarbie – zwrócił się do niej  Wilde i m rugnął szelm owsko do Mike’a i

Joanny . – To m oj a córka – wy j aśnił. – Nie m a to j ak rodzina – dodał, odwracaj ąc głowę i światło
od  okna  odbiło  się  w  szkłach  j ego  okularów.  –  Proszę  się  rozgościć  –  zawołał  przy j aźnie,
wskazuj ąc na drzwi, za który m i m ieściło się osobne pom ieszczenie, j ego pry watny  azy l.

By ło  to  ciem ne,  sty lowe  biuro,  wy łożone  dębową  boazerią.  Rozsiedli  się  w  głębokich,

skórzany ch fotelach.

– Czy  wiadom o j uż, kto go zabił? – spy tał wreszcie Wilde.
– Nie – odparła rozważnie Joanna. – To znaczy , m am y  kilku podej rzany ch, ale to j eszcze nic

pewnego.

–  Rozum iem .  –  Wilde  rozsiadł  się  wy godnie  na  krześle,  złączy ł  opuszki  palców  i  uśm iechnął

się. – No więc w czy m  m ogę pom óc?

– Jak długo pracował pan z Jonathanem  Selkirkiem , panie Wilde?
–  Prawie  dwadzieścia  lat  –  odparł  sm utny m   tonem .  –  To  szm at  czasu.  Nigdy   by m   się  nie

spodziewał, że czeka go tak tragiczny  koniec. To straszny  szok, prawda?

background image

–  Pewnie  m iał  pan  nadziej ę,  że  skończy   się  ty lko  na  więzieniu,  co?  –  wtrącił  Mike,

poiry towany .

Powieki m u zadrgały  za szkłam i okularów. Odkaszlnął i poruszy ł się niespokoj nie.
–  Proszę  posłuchać,  sierżancie  Pański  czy   j ak  panu  tam …  To  prawda,  że  ściga  nas  wy dział

przestępstw  gospodarczy ch  –  oznaj m ił,  patrząc  Mike’owi  odważnie  prosto  w  oczy .  –  Ale  to
j eszcze nie oznacza, że złam aliśm y  prawo.

– Bo  nie  m a  dowodów?  –  warknął  Mike  tonem   ostry m   j ak  brzy twa.  –  A  m oże  przej echanie

dziecka na przej ściu na pieszy ch to też nie j est złam anie prawa?

– Ja nie m iałem  z ty m  nic wspólnego.
– Ale wcześniej  by ł pan z Selkirkiem  w restauracj i, prawda?
–  Gadaj   pan  zdrów,  sierżancie  –  odburknął  m u  Wilde.  –  Ale  na  m iej scu  wy padku  m nie  nie

by ło.

Mike wzdry gnął się nerwowo.
–  Nie  uda  wam   się  m nie  zastraszy ć  –  dodał  bez  zaj ąknięcia  Wilde.  –  I  tak  udowodnię,  że

j estem  czy sty . – Zerknął przelotnie na Joannę. – Już j a dobrze znam  te wasze m etody , w końcu
j estem   adwokatem .  –  Pochy lił  się  do  przodu  i  uderzy ł  pięścią  w  biurko.  –  I  nie  dam   się  wam
zastraszy ć. Mam  prawo do…

–  Spokoj nie  –  przerwała  m u  Joanna,  wy raźnie  znużona.  –  Wiem ,  że  zna  pan  swoj e  prawa.

Niech pan posłucha – dodała. – Pana m achloj ki m nie nie interesuj ą, chy ba że m aj ą związek ze
śm iercią Selkirka. Wiem , że j est pan podej rzany , i to m i wy starczy . Jestem  tu ty lko po to, żeby
się  dowiedzieć  dwóch  rzeczy .  Po  pierwsze:  czy   Selkirk  dzwonił  do  pana  w  poniedziałek
wieczorem ,  a  j eśli  tak,  to  czy   powiedział  panu  cokolwiek,  co  m ogłoby   m ieć  związek  z  j ego
zabój stwem ?  A  po  drugie:  czy   pan  wie,  kto  m ógł  nienawidzić  go  tak  bardzo,  by   ży czy ć  m u
śm ierci?

Wilde oparł się na krześle, wy raźnie odprężony .
– Odpowiem  na pierwsze py tanie. Rzeczy wiście, Jonathan dzwonił do m nie ze szpitala.
– A w j akiej  sprawie?
Wilde  wy dął  wargi.  –  Wiedział  j uż,  że  j est  ciężko  chory ,  i  chciał,  żeby m   poprowadził  kilka

j ego  spraw  –  wy j aśnił,  szczerząc  zęby   w  uśm iechu.  –  To  żadna  wielka  taj em nica,  sam a  pani
widzi.

Joanna nie spuszczała z niego wzroku.
– A czy  powiedział coś, co pom ogłoby  nam  wy j aśnić wy darzenia tam tej  nocy ?
Wilde pokręcił sm utno głową.
– Niestety , nie – odparł.
– A czy  obawiał się o swój  stan zdrowia?
– Niezupełnie. – Z j ego lakoniczny ch odpowiedzi wy nikało, że Wilde wcale nie by ł skory  do

pom ocy  w śledztwie.

– Tam tego dnia rano dostał anonim owy  list z pogróżką – oznaj m iła Joanna. – Czy  wspom inał

panu o ty m ?

Wilde zam arł na chwilę, j akby  zastanawiał się, co odpowiedzieć.
– Jonathan dobrze wiedział, kto wy słał ten list – odparł wreszcie. – Prosił m nie, żeby m  podj ął

kroki prawne przeciwko j ego autorom .

– To znaczy , przeciwko Carterom ?
Wilde skinął głową.
– Widzę, że j est pani świetnie przy gotowana, pani inspektor.
Joanna puściła tę sarkasty czną uwagę m im o uszu.
– A czy  wie pan, panie Wilde, że Carterowie nie przy znaj ą się do tego listu?

background image

Wilde m iał zdum ioną m inę.
– Jonathan  by ł  przekonany ,  że  to  oni.  Już  kiedy ś  przy sy łali  m u  takie  listy .  Ten  by ł  dokładnie

taki sam  j ak tam te. Py tał m nie, czy  m ógłby m  zaj ąć się tą sprawą.

– Zaj ąć się? To znaczy  j ak?
Wilde spoj rzał na Mike’a.
–  To  znaczy ,  że  m iałem   wy słać  im   ostrzeżenie,  sierżancie  –  odparł,  otwieraj ąc  szufladę.  –

Zdąży łem   j uż  nawet  j e  nagrać  –  dodał  i  wy j ął  m ałą  kasetę  m agnetofonową.  –  I  wtedy
dowiedziałem  się o śm ierci Jonathana.

– A wcześniej , kiedy  Selkirk zaginął, to co pan sobie pom y ślał?
Wilde zastanowił się przez chwilę, wpatrzony  w sufit.
– Szczerze m ówiąc, uznałem , że to zaburzenia pam ięci po załam aniu nerwowy m . My ślałem ,

że błąka się gdzieś po m ieście. Przez ostatnie kilka m iesięcy  by ło m u naprawdę ciężko.

– Czy  m ógłby  pan zdradzić nam  coś więcej ?
Wilde pochy lił się konspiracy j nie do przodu.
–  Chy ba  niezby t  dobrze  układało  m u  się  z  żoną.  Sheila  to  bardzo  dziwna  kobieta  –  dodał,

m arszcząc  czoło  i  kręcąc  głową.  –  A  do  tego  j eszcze  te  piekielne  przesłuchania.  Wasi  ludzie  z
wy działu przestępstw gospodarczy ch nie grzeszą uprzej m ością, pani inspektor. Potrafią nieźle dać
się  we  znaki.  –  Spoj rzał  błagalnie  na  Joannę.  –  Czy   j est  j akaś  szansa,  że  teraz,  po  śm ierci
Jonathana, przerwą dochodzenie?

Popatrzy ła na niego: j ego twarz nagle rozprom ieniała nadziej ą.
–  Nie  wiem   –  odrzekła  po  nam y śle.  –  Ale  chy ba  nie.  Jonathan  Selkirk  nie  by ł  j edy ny m

podej rzany m , panie Wilde.

–  Śledztwo  doty czy ło  firm y   Selkirk  and  Wilde,  która  j uż  nie  istniej e  –  rzucił  gniewnie.  –

Jonathan nie ży j e, a prawo nie ściga zm arły ch.

– Ale pan j eszcze ży j e, panie Wilde.
Przy gry zł wargę.
– Wiem .
Ta  szy bka  wy m iana  zdań  podsunęła  Joannie  pewną  m y śl:  czy żby   Rufus  Wilde  by ł  aż  tak

naiwny , by  całą winę zrzucić na swego zm arłego partnera?

Po chwili, obserwuj ąc go, j ak nerwowo bawi się krawatem , szy bko odrzuciła tę m y śl, bo sam

powód wy dał j ej  się zby t błahy , ale na wszelki wy padek bacznie obserwowała każdy  j ego ruch.

– Kom u m ogło zależeć na śm ierci Selkirka, panie Wilde?
–  Nikom u  –  odrzekł  poważnie.  –  Absolutnie  nikom u.  Jonathan  by ł  wspaniały m   człowiekiem ,

cieszy ł się dużą popularnością. Każdy , kto go znał, darzy ł go ogrom ną sy m patią. – Przerwał, by
zaczerpnąć tchu. – By ł chy ba naj bardziej  szanowany m  prawnikiem  w Leek.

Joanna j eszcze nigdy  nie sły szała tak fałszy wy ch pochwał.
– Ale bronił też różny ch przestępców.
Posłał j ej  blady  uśm iech.
– Na ty m  polegała j ego praca.
Postanowiła zm ienić takty kę.
– Pani Selkirk wspom niała, że j ej  m ąż bronił kiedy ś pewnego człowieka, oskarżonego o uży cie

broni. Podobno ten człowiek groził Selkirkowi.

– A kiedy  dokładnie? – spy tał Wilde, doty kaj ąc ram ki okularów.
– Jakieś osiem  czy  dziesięć lat tem u – wtrącił Mike.
Wilde zrobił oboj ętną m inę i zam y ślił się.
–  A,  tak.  Chodzi  o  sprawę  Wiltona.  Rzeczy wiście  groził  Jonathanowi,  ale  to  nic  poważnego.

Chciał ty lko trochę go postraszy ć.

background image

Ży ły  na szy i Mike’a by ły  nabrzm iałe j ak powrozy .
– Jest pan tego pewien?
– Ależ oczy wiście – odparł Wilde pobłażliwie. – Przecież to zwy kle od razu widać.
– A czy  ten Wilton j eszcze ży j e?
– Tego nie wiem .
– A więc nie zna pan nikogo, kto nienawidził Jonathana Selkirka?
– Nie.
– A m oże j ego sy n?
–  Wy kluczone  –  zaprotestował  Wilde.  –  Chociaż  m uszę  przy znać,  że  Jonathan  bardzo  się

zawiódł na Justinie.

– A to dlaczego?
–  Bo  nie  wy korzy stał  swoich  m ożliwości.  Jonathan  m iał  nadziej ę,  że  Justin  pój dzie  w  j ego

ślady , opłacił m u naukę, j ednak chłopaka wcale to nie interesowało.

– Wielka szkoda – rzucił ironicznie Mike, ale Wilde zby ł j ego uwagę wy niosły m  spoj rzeniem .
– Dobrze,  w  takim   razie  dziękuj em y   panu,  panie  Wilde.  –  Joanna  podniosła  się  z  m iej sca.  –

Będziem y  z panem  w kontakcie.

Te  ostatnie  słowa  wy raźnie  nim   wstrząsnęły .  Spoj rzał  na  nią  z  bły skiem   przerażenia  w

oczach.  Joanna  zaczęła  zastanawiać  się,  czy   przestraszy ł  się  śledztwa  w  sprawie  wy łudzeń,  czy
m oże  odezwało  się  w  nim   sum ienie.  Ty lko  dlaczego,  do  diaska,  m ogło  m u  zależeć  na  śm ierci
Selkirka, zapy ty wała się w duchu.

W  drzwiach  om al  nie  wpadła  na  atrakcy j ną  blondy nkę  z  tacą,  na  której   stały   porcelanowe

filiżanki w bladoczerwone róże i duży , dy m iący  dzbanek.

– Wy bacz, skarbie, spóźniłaś się – szepnął do niej  Mike, po czy m  odwrócił się do Wilde’a. –

Mam  nadziej ę, że to pan wy głosi m owę pożegnalną na pogrzebie Selkirka, bo ty lko pan się do tego
nadaj e – rzekł. – Cała reszta nienawidziła j ego bezczelnej  gęby .

Na kom endzie czekała na Joannę posterunkowa Dawn Critchlow.
– Mam  trzy  wiadom ości: j edną dobrą, j edną zwy czaj ną, a j edną złą – oznaj m iła. – Od której

m am  zacząć?

– Od tej  dobrej , oczy wiście – odparła Joanna.
– Dzwonił doktor Levin. Mówił coś o kolacj i i prosił, żeby  pani od-dzwoniła i potwierdziła, bo

chciałby  zarezerwować stolik – dodała z uśm iechem .

Joanna zam rugała.
Skoro  Matthew  rezerwuj e  stolik  w  restauracj i,  to  znaczy ,  że  szy kuj e  się  poważna  rozm owa,

pom y ślała. Długo udawało j ej  się unikać poważny ch rozm ów, ale w duchu wiedziała, że prędzej
czy  później  j ą to czeka, a Matthew zawsze wolał om awiać ważne sprawy  w cztery  oczy .

Na razie odrzuciła od siebie tę m y śl.
– A ta zwy czaj na wiadom ość?
– Tam tej  nocy , około wpół do drugiej , w zatoczce przy  Gallows Wood widziano sam ochód. Z

relacj i  świadka  wy nika,  że  by ł  to  brązowy   vauxhall  cavalier.  Spisano  nawet  num er  i  j uż  go
sprawdziliśm y .

– No i co?
– Należy  do Dustina Holloway a – odparła Dawn. – Na razie nie wiem y , kto to j est, ale zaraz

go sprawdzim y .

– Świetnie. A kto widział ten wóz? – spy tała Joanna od niechcenia. – Pewnie j akaś zakochana

para?

Dawn Critchlow przy taknęła.
– Łatwo się dom y ślić, co? Mężatka z żonaty m  facetem , dlatego nie chcieli się uj awnić.

background image

– W takim  razie zaraz j edziem y  do naszy ch szanowny ch świadków, a po drodze zaj rzy m y  do

tego Holloway a – zwróciła się do Mike’a. – A ta zła wiadom ość? – spy tała, patrząc na Dawn.

– Pugh chce panią naty chm iast widzieć w swoim … to znaczy , w pani biurze. I przepraszam  –

dodała.  –  To  by ły   j ej   słowa,  a  nie  m oj e.  Ale  na  pani  m iej scu  naj pierw  zadzwoniłaby m   do
doktora Levina – rzuciła, puszczaj ąc oko do Mike’a.

Joanna  spuściła  powieki  i  wzięła  głęboki  oddech.  W  ty m   m om encie  nawet  spotkanie  z  Pugh

stało się wy bawieniem  od poważnej  rozm owy  z Matthew.

Podczas  ich  drugiego  spotkania  Pugh  nie  zy skała  na  swoj ej   atrakcy j ności.  Na  dźwięk

otwierany ch drzwi podniosła głowę i spoj rzała na Joannę swy m i j asny m i oczam i,

– Jutro wieczorem  zwalniam  twoj e biuro – oznaj m iła cierpko. – Mam y  j uż Galliniego.
Tak szy bko, zdziwiła się Joanna w duchu.
– A gdzie by ł? – spy tała.
–  Na  lotnisku  Heathrow.  Miał  ze  sobą  kupę  forsy   i  wy bierał  się  na  Sy cy lię,  na  wakacj e  do

rodziny , by  przy  okazj i oddać pieniądze szefowi m afii.

– To m oże coś z niego wy ciągniecie.
– Wątpię, ale za to m am  coś dla ciebie, Piercy . Siadaj .
Joanna posłusznie opadła na krzesło.
–  Nie  m ogłam   poj ąć  –  zaczęła  Pugh  –  j ak  m u  się  udało  oderwać  Selkirka  od  aparatury ,

wy ciągnąć go z łóżka i wy wlec kory tarzem  tak, żeby  nikt nic nie sły szał. – Popatrzy ła na Joannę.
– I trudno m i by ło w to uwierzy ć.

Joanna m ilczała wy czekuj ąco.
–  Podobno  j esteś  tu  naj lepsza,  Piercy ,  ale  m usisz  się  j eszcze  sporo  nauczy ć.  Zbadaliśm y   te

drzwi przeciwpożarowe. Okazuj e się, że ktoś m usiał otworzy ć j e od wewnątrz – podsum owała.

– To j uż ustaliliśm y .
Ale Pugh pokręciła głową.
– Sprawca m iał wspólnika. Ktoś wpuścił go do szpitala.
Joanna wpatry wała się w nią bez słowa.
–  Trzeba  j echać  do  szpitala  i  j eszcze  raz  przesłuchać  wszy stkich,  którzy   m ieli  wtedy   dy żur.

Ktoś z nich wpuścił Galliniego do środka, a potem  oderwał Selkirka od aparatury .

Z  Matthew  poszło  j ej   o  wiele  trudniej .  Już  dwa  razy   wy kręciła  num er  do  laboratorium   i  za

każdy m   razem   odkładała  słuchawkę,  j eszcze  zanim   usły szała  j ego  głos.  Za  trzecim   razem
odezwała się j ego sekretarka i od razu j ą połączy ła.

– Cześć, Matthew.
–  Cześć  –  odezwał  się  przez  ściśnięte  gardło.  –  Wiesz,  Jo,  ostatnio  m iałem   sporo  czasu  na

m y ślenie – zaczął powoli.

– Pewnie to Jane daj e ci ty le do m y ślenia, co? – rzuciła tonem  zazdrosnej  kochanki.
–  Błagam   cię,  przestań  –  westchnął.  –  Wiesz,  j ak  m i  trudno  –  dodał,  budząc  niej   poczucie

winy .  Po  chwili  spróbował  j eszcze  raz.  –  Joanno,  m usim y   koniecznie  porozm awiać.  Mam   ci
wiele  do  powiedzenia.  Bardzo  m i  zależy ,  żeby śm y   by li  razem ,  ale  to  się  nie  uda,  j eśli  nadal
będziesz unikać tego tem atu.

W duchu przy znała m u racj ę.
– Zarezerwuj ę stolik na ósm ą
Podczas  popołudniowej   odprawy   nie  m ogła  się  skupić.  Po  głowie  krąży ły   j ej   różne  m y śli.

Nie  wy obrażała  sobie  ży cia  ani  bez  Matthew,  ani  bez  pracy ,  ale  j ak  pogodzić  j edno  z  drugim ?
Wciąż  sły szała  poważny   ton  Matthew,  w  który m   brzm iała  nuta  determ inacj i.  Wiedziała,  że
Matthew  potrafi  by ć  bardzo  uparty .  Zam rugała  i  szy bko  skierowała  uwagę  na  salę  pełną
policj antów, którzy  czekali na j ej  wskazówki.

background image

–  Musim y   się  skupić  na  czterech  główny ch  wątkach  –  zaczęła,  wskazuj ąc  na  tablicę  z

wy kresam i,  i  wzięła  głęboki  oddech.  –  Dzięki  przedstawicielce  kom endy   okręgowej   m am y   j uż
sprawcę. Tak j ak podej rzewano, j est nim  Włoch o nazwisku Gallini, płatny  zabój ca, który  m a na
swoim   koncie  j eszcze  inne  m orderstwa.  Dowody   balisty czne  sugeruj ą  j ego  powiązanie  z  co
naj m niej  trzem a inny m i zabój stwam i z uży ciem  broni palnej . Jego m odus operandi by ł łatwy  do
przewidzenia:  Pugh  twierdzi,  że  za  zabój stwo  Selkirka  dostał  j akieś  osiem   ty sięcy   –  dodała  i
przerwała  na  chwilę.  –  Na  razie  nie  wiem y ,  j akim   sam ochodem   wy wiózł  ofiarę,  ale  w  noc
zabój stwa  około  wpół  do  drugiej   w  okolicy   Gallows  Wood  widziano  brązowego  vauxhalla
cavaliera.  Trzeba  sprawdzić  m ężczy znę  i  kobietę,  którzy   to  zgłosili.  Wiem y   j uż,  że  sam ochód
zarej estrowany  j est na nazwisko Dustin Holloway . Musim y  zbadać każdy  ślad – dodała. – Pugh
dowiodła też, że ktoś z personelu szpitala wpuścił zabój cę do środka… Tak, to właśnie dzięki niej
wy szło na j aw, że zabój ca m iał wspólnika – ciągnęła, ignoruj ąc falę drwiący ch pom ruków, która
przeszła po sali.

– Chwileczkę, Joanno… – wy j ąkał Mike, zaskoczony .
– Pugh m a na to dwa dowody . Po pierwsze, wy kazała brak śladów włam ania na parapecie w

sąsiedniej   sali,  gdzie  w  noc  zabój stwa  nikt  nie  leżał.  –  Rozej rzała  się  i  uśm iechnęła  na  widok
dwóch  znaj om y ch  twarzy .  –  A  dzięki  Tim m isowi  i  McBrine’owi,  którzy   zdj ęli  drzwi
przeciwpożarowe, by  przekazać j e do analizy , dowiedzieliśm y  się, że Gallini dostał się do szpitala
wy j ściem  awary j ny m  – dodała i przerwała, by  nabrać tchu. – A po drugie, ty lko ktoś ze szpitala
m ógł wy łączy ć kardiom onitor. Niech kilkoro z was przy j rzy  się bliżej  trzem  osobom  z personelu
szpitala, które m iały  wtedy  dy żur. Zaj rzy j cie w ich akta i konta bankowe, m oże znaj dziecie j akieś
dowody  przestępstwa.

Mike dotknął j ej  łokcia.
– A co z ty m  facetem , który  cierpiał na depresj ę i podobno wy skoczy ł z okna?
– Nie wiem  – rzuciła, m arszcząc brwi.
Mike nie spuszczał z niej  wzroku.
– Przecież sam a zawsze m ówisz, że nie wierzy sz w zbiegi okoliczności – zauważy ł.
Ale Joanna zwróciła się j uż do zebrany ch:
–  Kolej na  sprawa  to  ży cie  zawodowe  Jonathana  Selkirka.  Wiem y   j uż,  że  firm a  prawnicza

Selkirk  &   Wilde  by ła  podej rzana  o  wy łudzenia.  Odniosłam   dziwne  wrażenie,  że  Rufus  Wilde
ucieszy ł  się  na  wieść  o  śm ierci  partnera  –  dodała,  wy krzy wiaj ąc  twarz.  –  Jakoś  nie  przekonał
m nie  j ego  nowy ,  czarny   krawat  ani  żałobna  garsonka  j ego  córki.  Wilde  m iał  chy ba  cichą
nadziej ę,  że  z  powodu  śm ierci  Selkirka  wy dział  przestępstw  gospodarczy ch  um orzy   sprawę.
Widocznie nie zna j eszcze naszy ch ludzi. Ta uwaga wy raźnie rozbawiła zebrany ch policj antów.

– Co ciekawe, Wilde przy znał też, że Selkirk telefonował do niego ze szpitala – konty nuowała,

unosząc dłoń. – Możem y  się ty lko dom y ślać, co m u powiedział. Wilde twierdzi, że Selkirk prosił
go, by  przej ął j ego sprawy , ale kto wie, j ak by ło naprawdę. – Znów powiodła wzrokiem  po sali. –
Dawn, skontaktuj  się z wy działem  przestępstw gospodarczy ch i zdobądź szczegółowe inform acj e
o firm ie Selkirk &  Wilde. Spróbuj  też dowiedzieć się j ak naj więcej  o panu Wilde i j ego ślicznej
córeczce – dodała, m arszcząc czoło. – Nie podobało m i się, j ak odgry wała grzeczną dziewczy nkę,
a do tego j eszcze ta czarna garsonka…

– Nie wierzę, że to ona m ogła wy dębić osiem  ty sięcy , żeby  pozby ć się partnera swego oj ca

– zauważy ł Mike.

Joanna przy m ruży ła powieki.
– Jasne, że nie. Ale m ogła podsunąć tatusiowi czek do podpisu.
Spoj rzała na tablicę.
–  Kolej ny   krąg  podej rzany ch  to  wesoła  rodzinka  Selkirka:  j ego  żona,  sy n,  sy nowa  oraz

background image

przy j aciel rodziny , Anthony  Pritchard. Zachowuj ą się tak, j akby  śm ierć pana dom u wy raźnie ich
uszczęśliwiła.  –  Joanna  cm oknęła  z  niezadowoleniem .  –  Jeszcze  nigdy   nie  widziałam ,  żeby   po
śm ierci  bliskiej   osoby   rodzina  zachowy wała  się  tak  beztrosko.  –  Popatrzy ła  po  twarzach
zebrany ch.  –  Sam i  rozum iecie,  że  to  trochę  podej rzane  i  bardzo  źle  o  nich  świadczy ,  dlatego
wkrótce sam a zaj rzę do Justina Selkirka i j ego żony  i porozm awiam  z Anthony m . Ostatni wątek to
rodzina Carterów – zupełne przeciwieństwo Selkirków. Wciąż nie m ogą pogodzić się ze stratą córki
Roweny , która pięć lat tem u zginęła pod kołam i auta Jonathana Selkirka na przej ściu dla pieszy ch
przy  szkole. Selkirk uciekł z m iej sca wy padku. Podobno m iał we krwi trzy krotnie więcej  alkoholu,
niż pozwalaj ą na to przepisy .

Po sali przeszedł szm er niedowierzania.
–  Przez  j akiś  czas  Carterowie  wy sy łali  Selkirkowi  listy   z  pogróżkam i,  dopóki  policj a  ich  nie

upom niała. Wilde twierdzi, że Selkirk prosił go, by  wy słał Carterom  ostrzeżenie po ty m , j ak rano
w  dniu  swoj ej   śm ierci  otrzy m ał  anonim ,  który   na  oko  przy pom inał  dawne  listy   od  Carterów.
Wy słaliśm y   go  do  analizy   i  j eszcze  dziś  powinniśm y   dostać  wy niki.  –  Jeszcze  raz  przebiegła
wzrokiem   po  sali.  –  Śm ierć  m ałej   Roweny   Carter  wstrząsnęła  cały m   m iastem   i  wszy scy
współczuj em y   j ej   rodzicom ,  ale  pam iętaj m y   o  ty m ,  że  brutalne  zabój stwo  Jonathana  Selkirka
j est czy nem  równie kary godny m .

Gdy  policj anci opuścili salę, Joanna zwróciła się do Mike’a:
–  Wiesz,  zastanawiaj ą  m nie  ci  Carterowie.  Nie  rozum iem   dwóch  rzeczy :  skąd  Carter  m ógł

wiedzieć, że zabój ca kazał Selkirkowi klęczeć, skoro nie podano tego w prasie?

– A ta druga rzecz?
– Pam iętasz te fotografie w ich salonie? – spy tała, wy raźnie przej ęta.
Mike skinął głową.
– Brakowało tam  j ednego portretu. Zastanawiam  się, czy  przy padkiem  Carterowie nie zdj ęli

go po to, by  przy pom nieć Selkirkowi o wy padku.

Zadowolona, że Pugh zwolniła j ej  pokój , Joanna siedziała przy  biurku w towarzy stwie Mike’a.

Jedli kanapki na późny  lunch, popij aj ąc j e piątą filiżanką kawy , gdy  nagle zadzwonił telefon. W
słuchawce odezwał się głos sierżanta dy żurnego.

– Ma pani gościa, pani inspektor.
– Powiesz m i, kto to j est, czy  bawim y  się w zgady wanki? – spy tała z pełny m i ustam i.
– Mówi, że nazy wa się Pritchard – oznaj m ił, po czy m  zwrócił się do m ężczy zny :
– A im ię?
– Już wiem , o kogo chodzi – przerwała m u Joanna stanowczy m  tonem . – Przy ślij  go do m nie.
Na kory tarzu rozległy  się energiczne kroki, a po chwili ktoś zapukał do drzwi. Otworzy ł Mike.
– Witam y , panie Pritchard – przy witał go przesadnie grzeczny m  głosem . – Miło, że pan nas

odwiedził. Pańska pom oc bardzo się przy da w śledztwie.

Ale „dziadek Tony ” nie dał się nabrać na ten przy j azny  ton. Wszedł i rozej rzał się nerwowo

po pokoj u.

– Dzień dobry , sierżancie – odezwał się oficj alnie. – Dzień dobry , pani inspektor.
– Proszę, niech pan siada – zachęciła go Joanna, a Mike swoim  zwy czaj em  stanął w rozkroku,

oparty  o drzwi, i założy ł ręce.

Pritchard opadł na krzesło.
– No więc co pana do nas sprowadza?
– Postanowiłem  sam  do was przy j ść i wy j aśnić parę spraw – odparł niepewnie.
Joanna uniosła brwi.
– Nawet Sheila nie wie, że tu j estem .
Zapadła wy czekuj ąca cisza.

background image

–  Pom y ślałem ,  że  powinniście  dowiedzieć  się  czegoś  więcej   o  Jonathanie.  Może  to  wam

wy j aśni, dlaczego ktoś go zabił, i zrozum iecie, że j ego rodzina nie m a szczególny ch powodów do
rozpaczy   –  orzekł,  wpatrzony   w  Joannę.  –  Chociaż  nie  m ieli  z  ty m   nic  wspólnego  i  wcale  nie
ży czy li m u śm ierci.

– Naprawdę?
Pritchard poruszy ł nerwowo ustam i.
– To m ój  przy j aciel, sam i rozum iecie… – przerwał, szukaj ąc właściwy ch słów. – Ale nie by ł

ty m , na kogo wy glądał.

Tak j ak większość z nas, podsum owała w m y śli Joanna.
–  W  pracy   potrafił  świetnie  udawać  –  dodał  Pritchard  i  zarum ienił  się,  zawsty dzony .  –  Na

nieszczęście, ty lko rodzina znała j ego prawdziwą naturę.

Mike i Joanna wy m ienili spoj rzenia. Czy  Pritchard by ł na ty le głupi, że nie wiedział, co robi,

czy  m oże próbował prowadzić podwój ną grę, co szło m u bardzo niezręcznie? Joanna przy j rzała
się uważnie j ego twarzy . Co on kom binuj e, zastanawiała się.

– No cóż, dziękuj ę panu, panie Pritchard – rzuciła beznam iętny m  tonem . – Bardzo nam  pan

pom ógł.  –  Oparła  gips  o  biurko,  ale  m im o  to  złam ana  ręka  wy dawała  się  j eszcze  bardziej
dokuczliwa i ociężała. – W śledztwie liczy  się każda inform acj a na tem at ofiary .

– To m iło z pana strony , że pofaty gował się pan do nas – dodał Mike.
Pritchard  naty chm iast  wy czuł  w  j ego  tonie  sarkazm .  Odwrócił  się  na  krześle  i  spiorunował

Mike’a wzrokiem , po czy m  znów spoj rzał na Joannę.

– Proszę m ówić dalej , panie Pritchard – ponagliła go.
Nie bardzo wiedziała, z kim  m a do czy nienia. Sheila Selkirk przedstawiła go j ako przy j aciela

rodziny ,  j ednak  j ej   słowa  by ły   dalekie  od  prawdy .  Niewy kluczone,  że  ten  przy stoj ny ,
dy sty ngowany , elegancki  m ężczy zna po  prostu czekał  na właściwy   m om ent, bo  przecież  Sheila
Selkirk  by ła  nie  ty lko  urodziwa,  ale  właśnie  została  zam ożną  wdową.  A  skoro  Pritchard  też  by ł
wdowcem , to by łaby  z nich idealna para. Ty lko dlaczego w taj em nicy  przed nią przy chodzi na
policj ę?

Joanna czekała na dalszy  ciąg historii Pritcharda. Mężczy zna odkaszlnął.
– Nawet sobie pani nie wy obraża, j aki koszm ar przeży ła z nim  Sheila – zaczął. – To by ł podły

ty ran, lubił m ieć nad wszy stkim i kontrolę, a do tego często pił. Poznali się j eszcze na studiach.

Joanna pokiwała głową.
–  Zazdrościł  j ej ,  bo  by ła  od  niego  lepsza.  Nic  dziwnego,  że  przy   tak  pięknej ,  inteligentnej

żonie popadł w kom pleksy  – dodał, pochy laj ąc się naprzód, j akby  chciał zdradzić j akiś sekret. –
Dlatego  zabronił  j ej   otworzy ć  własną  kancelarię.  Przez  całe  lata  ich  m ałżeństwa  ciągle  j ą
kry ty kował  i  niszczy ł  j ej   wiarę  w  siebie.  –  Wziął  głęboki  oddech.  –  A  do  tego  by ł  straszny m
skąpcem . Proszę sobie wy obrazić, pani inspektor, że kiedy  j echała do superm arketu, to sprawdzał
j ej   listę  zakupów.  Musiała  się  tłum aczy ć  z  każdego  wy datku,  bo  inaczej   w  następny m   ty godniu
dawał j ej  m niej  pieniędzy  na ży cie.

Joanna słuchała w m ilczeniu.
–  Justina  też  zadręczał.  To  nie  do  pom y ślenia,  żeby   oj ciec  by ł  tak  okrutny   dla  własnego

dziecka. Moj a żona i j a nie m ieliśm y  dzieci i bardzo zży liśm y  się z Justinem . Traktowaliśm y  go
j ak sy na. Biedny  Justin, ty le się nacierpiał w szkole…

Joanna nie spuszczała z niego wzroku.
– Wy gląda na to, że j ego zabój stwo by ło wam  wszy stkim  na rękę – zagadnęła m im ochodem .
Tony  Pritchard zarum ienił się.
– No, wie pani…
Zm ierzy ła go chłodny m  wzrokiem .

background image

– Wy starczy ło zażądać rozwodu. Dlaczego Sheila tego nie zrobiła? – spy tała, przekonana, że

Pritchard kłam ie.

– Ona nie uznaj e rozwodów – odparł dum nie. – Nawet nie brała tego pod uwagę.
– A m oże brała pod uwagę wy naj ęcie płatnego zabój cy , panie Pritchard?
To py tanie wy raźnie rozgniewało „dziadka Tony ’ego”.
– Nie m acie prawa – sy knął.
Wtedy  wtrącił się Mike.
– Ktoś opłacił zabój cę Selkirka – rzucił j adowity m  tonem . – A z pana słów wy nika, że m ógł to

zrobić ktoś z j ego rodziny , żona albo sy n.

Pritchard m iał przerażoną m inę.
– Nie o to m i chodziło…
Joanna  przy j rzała  się  j ego  szczupłej   twarzy   o  regularny ch  ry sach  i  orlim   nosie.  Anthony

Pritchard pozornie wy dawał się pewny  siebie, ale j ego m ały  podbródek zdradzał pewną słabość,
a wąskie, wy krzy wione wargi świadczy ły  o skłonności do okrucieństwa. Joanna uznała w duchu,
że Sheila Selkirk nie m iała szczęścia do m ężczy zn.

Oparła  się  o  biurko  i  pochy liła  do  przodu  tak,  że  dzieliło  j ą  od  niego  zaledwie  parę

centy m etrów. – A m oże rozwód nie wchodził w grę dlatego, że Selkirk m iał sporo pieniędzy ? W
końcu lepszy  cały  wół niż pół, co?

–  To  nie  m a  nic  do  rzeczy   –  odparł,  święcie  oburzony .  –  Chodzi  o  to,  że  Jonathan  m iał

kochankę.

Joanna  rzuciła  Mike’owi  przelotne  spoj rzenie.  Ta  uwaga  zaskoczy ła  j ą,  zwłaszcza  w

porównaniu z ty m , co Sheila Selkirk m ówiła o ży ciu seksualny m  swoj ego m ęża.

– A kim  by ła ta j ego kochanka? – spy tała na pozór oboj ętnie, wpij aj ąc palce w biurko.
– Tego nie m ogę powiedzieć.
– Panie Pritchard, przy pom inam  panu, że zeznaj e pan w śledztwie w sprawie zabój stwa.
– A m oże śliczna panna Wilde, co? – zagadnął chłodno Mike.
Pritchard wzdry gnął się.

background image

–  Ktokolwiek  to  by ł,  ten  rom ans  pewnie  przesądził  o  wszy stkim ,  prawda,  panie  Pritchard?  –

Mike  odsunął  się  od  drzwi,  podszedł  do  m ężczy zny   i  posłał  m u  ciężkie  spoj rzenie.  –  Selkirk  by ł
prawnikiem , w dodatku bardzo inteligentny m . Łatwo m ógł ukry ć pieniądze i w razie rozwodu j ego
żona dostałaby  o wiele m niej  niż po j ego śm ierci, dlatego opłaciło się zainwestować w zabój stwo
Selkirka…

– Proszę posłuchać – zaczął Tony  Pritchard, znów się rum ieniąc. – Przy j echałem  tu sam , z

własnej  woli. Nikt m nie do tego nie zm uszał.

Unosząc gips, Joanna poczuła ból w ręce.
– I tu pana właśnie nie rozum iem y , panie Pritchard. Po co właściwie pan przy szedł?
Wiedziała  j uż,  że  nie  będzie  potrafił  odpowiedzieć  na  to  py tanie.  O  co  m u  chodziło?  –

dociekała, gdy  Pritchard j uż wy szedł.

– Nie m am  poj ęcia – odparł ponuro Mike. – Ale teraz główny m i podej rzany m i są żona i sy n

Selkirka.

– Chy ba nie m y ślisz, że Selkirk m iał rom ans z Sam anthą Wilde!
Mike zm arszczy ł czoło i spoj rzał w stronę drzwi.
– Z j ego zachowania wy nikało, że tak.
– Nie rozum iem . Co ona m ogła w nim  widzieć? Chy ba nie chodziło wy łącznie o seks.
Mike zaprzeczy ł ruchem  głowy .
– A więc o pieniądze – podsum owała Joanna, rozglądaj ąc się wokoło. – Ale i tak czegoś tu nie

rozum iem . Przecież ta dziewczy na to…

– Chciałaś powiedzieć, słodka idiotka?
– Właśnie, a Jonathan Selkirk nie należał do atrakcy j ny ch. Ty le że poza aluzj ą Pritcharda nie

m am y  żadny ch dowodów na ich rom ans.

Mike pokiwał głową.
Joanna niezdarny m  ruchem  zarzuciła kurtkę na ram iona.
– A teraz skorzy staj m y  z rady  Pugh i j edźm y  do szpitala – rzuciła.
Na  podj eździe  zauważy li  karetkę.  Przez  ciem ne  szy by   widać  by ło  grupkę  stłoczony ch  ludzi.

Joanna przy j rzała im  się niepewnie. Mike naty chm iast wy czuł j ej  niepokój . – Co ci j est?

– Nawet nie pam iętam , j ak m nie wieźli karetką – odparła. – Pam iętam  ty lko, że leżałam  przy

drodze i coś się wokół m nie działo, ale za nic w świecie nie m ogę sobie przy pom nieć karetki.

– Z czasem  na pewno sobie przy pom nisz – uspokoił j ą Mike, wj eżdżaj ąc w wolne m iej sce na

parkingu nieopodal autom aty czny ch drzwi szpitala.

Przełożona pielęgniarek nie kry ła niechęci na ich widok.
– Bardzo m i zależy , żeby  j ak naj szy bciej  zakończy ć tę sprawę. Nie służy  nam  ten niezdrowy

szum .  Po  co  niepokoić  pacj entów,  ich  rodziny   i  cały   personel?  –  Zm ierzy ła  Joannę  surowy m
wzrokiem . – A poza ty m  chcieliby śm y  dostać z powrotem  nasze drzwi awary j ne.

– Lepiej  wstawcie nowe na rachunek policj i – odparła j ej  Joanna. – Stare m ogą przy dać się

w sądzie j ako dowód rzeczowy .

Przełożona zrobiła gniewną m inę.
– No cóż, chy ba nie m am  innego wy j ścia. A w j akiej  sprawie państwo przy szli?
– Podej rzewam y , że ktoś z dy żuruj ący ch m ógł wpuścić zabój cę do szpitala.
–  To  niem ożliwe  –  odparła  z  naciskiem .  –  Mam   do  swoich  pracowników  pełne  zaufanie.  W

ogóle nie bierzcie ich pod uwagę.

– Wszy stkich m usim y  brać pod uwagę.
– Ale nie personel pielęgniarski.
– Tak j ak w przy padku śm ierci Frosta?
Tam ta zam rugała nerwowo.

background image

–  To  by ł  tragiczny   wy padek,  który   nie  m a  nic  wspólnego  z  porwaniem   pana  Selkirka.  –

zaprotestowała.  –  Pan  Frost  by ł  wrażliwy m   człowiekiem ,  cierpiał  na  silną  depresj ę  i  stany
lękowe. To ty lko zbieg okoliczności… – dodała po chwili.

– Że w obu przy padkach ta sam a pielęgniarka pełniła dy żur na oddziale? – dopowiedziała za

nią  Joanna.  –  To  m ały   szpital.  Jakoś  trudno  uwierzy ć,  że  dwóch  pacj entów  zginęło  tu
przy padkowo taj em niczą śm iercią. Prawda, siostro? – spy tała, wpatruj ąc się w nią uważnie.

– To się zdarza – wy j ąkała niepewnie i oboj e wiedzieli, że coś ukry wa.
– A czy  zastaliśm y  dziś Yolande Prince?
– Nie, ale… – Jej  twarz zasty gła niczy m  m aska. – Nie, to nie do pom y ślenia… – zaczęła, ale

głos j ej  się urwał.

Joanna i Mike patrzy li na nią wy czekuj ąco.
– Nadal j est na zwolnieniu. Jeszcze z nią nie rozm awiałam  – wy krztusiła wreszcie.
– A pozostałe dwie osoby ?
– Tak. W ty m  ty godniu akurat pracuj ą na dzienną zm ianę i są na oddziale.
– Dobrze, w takim  razie naj pierw poprosim y  pana O’Sullivana.
O’Sullivan  nadszedł  powłóczy sty m   krokiem .  Jego  niebieskie  oczy   spoj rzały   zadziornie  na

funkcj onariuszy .

– Wiedziałem , że tu wrócicie – rzucił. – Chociaż zby tnio się nie spieszy liście.
Usiadł w fotelu, skrzy żował nogi i oparł się wy godnie.
– No, ale lepiej  późno niż wcale, nie?
– Proszę nam  opowiedzieć, co dokładnie wy darzy ło się w noc zniknięcia Jonathana Selkirka –

zaczęła  Joanna.  –  Co  dokładnie  pan  pam ięta?  Czy   wchodził  pan  do  sali  obok,  tam   gdzie  by ło
otwarte okno?

O’Sullivan pokręcił głową.
– A niby  po co m iałem  tam  wchodzić, skoro nie leżał tam  żaden pacj ent? – zdziwił się, patrząc

na nich j ak na parę idiotów.

– A czy  drzwi w sali obok by ły  otwarte? Niech się pan dobrze zastanowi.
O’Sullivan teatralny m  gestem  przy łoży ł ręce do skroni, udaj ąc, że się koncentruj e.
– By ły  zam knięte – odparł po chwili. – Inaczej  w kory tarzu by łby  przeciąg i wiatr trzaskałby

drzwiam i.

Joanna przy patry wała m u się uważnie.
– A co dokładnie m ówił Jonathan Selkirk?
O’Sullivan zam rugał.
– Że nie uda im  się go dorwać.
– Wcześniej  pan o ty m  nie wspom niał. A kogo m iał na m y śli?
Pielęgniarz zam y ślił się na chwilę.
– Chy ba swoj ą rodzinę. Powiedział, że j eszcze się zdziwią, bo on nie da się tak łatwo wpędzić

do  grobu  –  dodał,  opieraj ąc  ręce  o  biurko.  –  Ale  oni  wszy scy   tak  m ówią.  Każdem u  chorem u
zdaj e się, że krewni ty lko czekaj ą na j ego śm ierć, żeby  dobrać się wreszcie do j ego krwawicy .

Joanna pochy liła się do przodu.
– A więc Selkirk m iał na m y śli żonę i sy na?
– A kogóż by  innego?
Joanna zerknęła na Mike’a i znów zwróciła się do pielęgniarza.
–  A  pam ięta  pan  dzień,  kiedy   zginął  Frost?  –  Patrzy ła  m u  prosto  w  oczy .  –  Co  pan  wtedy

widział, panie O’Sullivan?

– To by ło późny m  wieczorem  – zaczął. – Naj pierw długo z nim  rozm awiała, a potem  poszła

rozdać pacj entom  leki…

background image

– Kto? Yolande Prince? – przerwała m u Joanna.
– Tak.
– Proszę m ówić dalej .
–  Jakąś  godzinę  później   poszedłem   na  drugi  koniec  kory tarza,  gdy   nagle  usły szałem   głuche

stuknięcie.  Wy j rzałem   przez  okno  i  zobaczy łem   na  parkingu  człowieka  w  piżam ie.  Leżał
nieruchom o, a Yolande darła się wniebogłosy  i popędziła do łazienki.

– I co pan wtedy  zrobił? – spy tała łagodnie Joanna.
– Pobiegłem  za nią – odparł. – Mało butów nie pogubiłem .
Mike pochy lił się i zaj rzał m u w twarz z bliskiej  odległości.
– Po co? – spy tał. – Przecież j est pan pielęgniarzem , powinien by ł pan zadzwonić po pom oc i

czy m  prędzej  zej ść do pacj enta.

O’Sullivan odchy lił się na krześle do ty lu tak m ocno, że om al się nie przewrócił.
– Chciałem  sprawdzić, co ona tam  robi – odrzekł z nam y słem .
– I nie widział pan, j ak pacj ent wy skoczy ł oknem ?
O’Sullivan zaprzeczy ł ruchem  głowy .
– By łem  wtedy  na oddziale, a Frost wy skoczy ł z okna w łazience.
– Dlaczego? – dociekał Mike.
– Bo ty lko w łazience okna są wy starczaj ąco duże, by  człowiek m ógł się przez nie przecisnąć.

Pozostałe są zakratowane albo przy blokowane gwoźdźm i. Kiedy ś by ł tu szpital psy chiatry czny .

– A co pan m y ślał, biegnąc do łazienki?
O’Sullivan  wy krzy wił  usta  w  złośliwy   gry m as,  od  którego  j ego  twarz  wy dała  się  j eszcze

bardziej  koścista. Spoj rzał na nich ze złośliwą saty sfakcj ą.

– Zastanawiałem  się, j ak facet sięgnął do parapetu. Okna w łazience są bardzo wy soko.
Joanna i Mike wy m ienili zdziwione spoj rzenia.
– Czy  wy  nic nie rozum iecie? Oni też nie rozum ieli. Nikt oprócz m nie tego nie zauważy ł, ale

j a siedziałem  cicho.

– Och, daj  pan spokój  – żachnął się Mike, zniecierpliwiony  j ego pokrętną takty ką.
Joanna uniosła rękę w gipsie i oparła j ą o blat biurka.
– Czy  zeznał pan to w trakcie przesłuchania?
O’Sullivan zerknął na nią chy trze.
– Tak – rzucił. – Ale to nie m oj a wina, że oni nie zrozum ieli, co m iałem  na m y śli.
– No więc co pan m iał na m y śli?
– To, że ten facet powinien by ł dostać tabletki nasenne i zasnąć na parę godzin.
Teraz Joanna zaczy nała powoli rozum ieć.
– Niech pan m ówi dalej  – zachęciła łagodny m  tonem .
Ale O’Sullivan naj wy raźniej  nie by ł gotów powiedzieć wszy stkiego.
– My ślałem , że Yolande wy skoczy  za nim , ale gdy  zobaczy ła m nie, to przestała krzy czeć.
– No i co potem ?
–  Rozpłakała  się.  Mówiła,  że  on  się  j ej   zwierzał  –  dodał,  zniesm aczony .  –  Za  kogo  ona  się

uważa? Przecież nie m a dy plom u psy chologa…

– Niech pan nie odbiega od tem atu – warknął Mike.
– Podobno zwierzy ł się j ej  z całego swego ży cia – ciągnął. – A ona wy słuchała go i uznała, że

m u się poprawiło i że nie potrzebuj e j uż leków. Sam i widzicie, że zachowała się niefachowo. No i
po odstawieniu leków Michael Frost by ł na ty le przy tom ny , by  wspiąć się na krzesło i wy skoczy ć
z  okna.  A  wszy stko  przez  to,  że  j akiej ś  głupiej   pielęgniarce  zdawało  się,  że  wy leczy ła  go,
słuchaj ąc j ego zwierzeń. – Pochy lił się naprzód. – Powinienem  by ł to wtedy  zgłosić – dodał.

– A czy  ona wiedziała, że się pan dom y ślił, co się stało?

background image

– No cóż – m ruknął O’Sullivan, wy raźnie zadowolony  z siebie. – Powiedziałem  ty lko, że Frost

m usiał  by ć  bardzo  pobudzony   j ak  na  kogoś,  kto  przy j m ował  silne  środki  uspokaj aj ące,  a  ona
naty chm iast podniosła wrzask. Pobiegłem  do telefonu, a gdy  wróciłem , widziałem , j ak zabiera z
łazienki  krzesło  i  odnosi  na  salę,  a  więc  –  m ówiąc  waszy m   j ęzy kiem   –  próbowała  zafałszować
dowody .

Joanna by ła wy raźnie wstrząśnięta j ego słowam i.
– Sugeruj e pan, że Yolande pom ogła m u się zabić?
O’Sullivan popatrzy ł niespokoj nie po ich twarzach.
– Sam i się dom y ślcie – odparł.
– A czy  Yolande wspom niała panu, o czy m  rozm awiała z Frostem ?
– O problem ach rodzinny ch – rzucił O’Sullivan od niechcenia. – Podobno Yolande próbowała

m u pom óc. Ale j ej  słowa chy ba ty lko j eszcze bardziej  go dobiły , skoro krótko potem  zdecy dował
się na sam obój czy  skok.

Joanna wzdry gnęła się.
– A czy  Frost zostawił list pożegnalny ?
O’Sullivan założy ł ręce.
– No  właśnie,  list  –  powtórzy ł,  zadowolony ,  że  znaj duj e  się  w  centrum   uwagi.  –  Policj a  nie

znalazła  żadnego  listu,  ale  j a  dobrze  widziałem ,  j ak  Yolande  wzięła  z  j ego  szafki  j akąś  kopertę  i
schowała do kieszeni.

– I nikom u pan o ty m  nie powiedział?
– Nie chciałem  za dużo gadać, żeby  nie wpakować się w kłopoty .
– A więc do tej  pory  nikt oprócz pana o ty m  nie wiedział?
O’Sullivan zam ilkł nagle i oboj e zrozum ieli, co ukry wa.
– Nikt oprócz pana i Yolande Prince, oczy wiście – dodała uprzej m ie Joanna. – Dlatego m iał

pan powody , by  j ą szantażować.

–  Yolande  to  wredne  babsko  –  fuknął,  rozwścieczony .  –  Mówiła,  że  niczego  j ej   nie

udowodnię, ale gdy by m  ty lko chciał, to narobiłby m  j ej  sm rodu.

– A w j akim  nastroj u by ła Yolande w tam ten poniedziałek?
– Opieprzała się j ak zwy kle – sy knął. – A potem  przez cały  ty dzień wy m igiwała się od roboty

– dodał, patrząc wy zy waj ąco na Joannę. – Czy  pani wie, że od czasu zabój stwa Selkirka ani razu
nie by ła w pracy ?

W  głowie  Joanny   zadźwięczał  ostrzegawczy   dzwonek.  W  śledztwie  o  m orderstwo  każde

niety powe zeznanie budziło podej rzenia.

– Py tałam  pana, w j akim  nastroj u by ła w poniedziałek.
– By ła roztrzepana – rzucił O’Sullivan pogardliwy m  tonem . – Jak zwy kle zresztą.
– A czy  zauważy ł pan u niej  oznaki podenerwowania? – dociekała Joanna, niezadowolona, że

m usi naprowadzać świadka na właściwy  tor.

– Niech pom y ślę… Chy ba tak – odparł po chwili.
– A j ak się zachowy wała? – spy tał Mike, zdziwiony , że tak nagle wróciła m u pam ięć.
– Ciągle spoglądała na zegarek, j akby  na coś czekała.
– A czy  tam tej  nocy  ktoś do niej  dzwonił?
– Nie, ale na każdy  dzwonek telefonu zry wała się j ak oparzona.
Funkcj onariusze spoj rzeli po sobie z niedowierzaniem .
– A co pan wie o j ej  ży ciu pry watny m ? – naciskał go Mike.
– O j akim  ży ciu pry watny m , do cholery ? – zaklął głośno O’Sullivan.
– Niech pan nam  powie wszy stko, co pan o niej  wie.
– Wiem , że m a m ałe m ieszkanko na pery feriach m iasta. Jest tam  taka ciasnota, że nie m a się

background image

gdzie  obrócić.  Ale  przy naj m niej   do  szpitala  m a  blisko  –  dodał,  patrząc  gniewnie  na  Mike’a.  –
Codziennie  chodzi  do  pracy   pieszo.  Z  nikim   się  nie  trzy m a  i  zdaj e  się,  że  nie  m a  zby t  wielu
przy j aciół, ty lko papużkę – zaśm iał się, wstaj ąc z krzesła.

– Czy  to wszy stko?
O’Sullivan skinął głową i wy szczerzy ł zęby  w uśm iechu.
– Mógłby m  tak gadać przez cały  dzień, zam iast podsuwać staruszkom  kaczkę, ale nic więcej

nie wiem . – Oparł się o biurko i spoj rzał na Joannę, a w j ego niebieskich oczach poj awił się bły sk.
– Po co tracicie na m nie czas? Lepiej  pogadaj cie z Yolande.

Joanna  wy kręciła  num er,  ale  po  drugiej   stronie  nikt  nie  odbierał  i  odłoży ła  słuchawkę.

Przełożona pielęgniarek zm ierzy ła j ą wzrokiem .

–  W  dom u  j ej   pani  nie  zastanie  –  rzekła.  –  Kiedy   Yolande  m a  kłopoty ,  zwy kle  j eździ  do

swoj ej  m atki.

– A gdzie m ieszka j ej  m atka?
– W Meir.
– Czy  m a pani j ej  num er?
– Oczy wiście.
Ty m  razem  j uż po drugim  sy gnale w słuchawce zabrzm iał niepewny  kobiecy  głos.
– Halo? – padło starczy m , nieco płaczliwy m  tonem .
– Dzwonię ze szpitala – zakom unikowała Joanna. – Czy  zastałam  Yolande?
–  Powinna  by ć  w  pracy   –  oznaj m iła  j ej   m atka  j uż  radośniej .  –  Właśnie  skończy ła  nocne

dy żury  i teraz pracuj e w dzień. A kto m ówi? – spy tała po chwili, zaciekawiona.

Ty m   razem   dzwonek  alarm owy   w  głowie  Joanny   rozdzwonił  się  na  dobre.  Mieszkanie

Yolande znaj dowało się niecały  kilom etr od centrum  m iasta. Mike zawiózł Joannę na m iej sce.

– Wciąż nie rozum iem , co łączy  sam obój stwo Frosta z m orderstwem  Selkirka – powiedziała,

gdy  zbliżali się do celu.

Mike energicznie skręcił w boczną ulicę.
– Może j edno z drugim  po prostu nie m a nic wspólnego – odparł.
–  Oby ś  m iał  racj ę  –  szepnęła,  wzdry gaj ąc  się.  –  Bo  guzik  m nie  obchodzi  ży cie  pry watne

Yolande Prince.

Mike  niem al  z  piskiem   opon  zaham ował  przed  ładny m ,  czteropiętrowy m   budy nkiem .

Mieszkanie Yolande Prince m ieściło się w nieduży m , pom y słowo zaproj ektowany m  bloku, przy
skwerze  porośnięty m   trawą  i  m iniaturowy m i  drzewam i.  Stały   tam   huśtawka  i  karuzela,  ale  nie
by ło  widać  żadny ch  dzieci.  Joanna  pom y ślała,  że  wszy stkie  pewnie  poszły   j uż  do  dom u  zj eść
podwieczorek  i  pooglądać  telewizj ę.  Wy wieszone  na  balkonach  pranie  powiewało  z  każdy m
podm uchem   lekkiego  wiatru.  Weszli  po  schodach,  m ij aj ąc  skrzy nki  pusty ch  butelek  od  m leka  i
zatrzy m ali się przy  drzwiach, gdzie butelki by ły  j eszcze pełne. W dwóch z nich m leko zdąży ło j uż
się zsiąść.

Mike zastukał pięścią do drzwi.
– Skoro j est chora, to m usi by ć w dom u – zauważy ł.
– To dlaczego nie otwiera?
Zaj rzeli  przez  m aleńkie  okienko,  ale  przez  szparę  w  zaciągnięty ch  zasłonach  nic  nie  by ło

widać. Mike zapukał w szy bę i stanął wy czekuj ąco. Zza drzwi nie doby wał się żaden dźwięk.

Zrozum ieli, że w m ieszkaniu nikogo nie m a.
Joanna cofnęła się.
– Musim y  j ą znaleźć. To nasz główny  świadek.
– Albo główna podej rzana – dodał stanowczo Mike.
Przy m knęła powieki. Wszy stko j edno, pom y ślała, by leby  ty lko nie…

background image

Mike wy czuł j ej  strach. Jeszcze raz zastukał do drzwi i zawołał Yolande przez otwór na listy .
Joanna dotknęła j ego ram ienia.
– Daj  spokój , to nie m a sensu. I tak j ej  tam  nie m a.
Z niezadowoloną m iną popatrzy ł na drzwi. Żadne z nich nie powiedziało ani słowa o butelkach

z m lekiem .

– W takim  razie m usim y  zdoby ć nakaz, Joanno.
Skinęła głową.
–  A  Matthew  nieźle  się  na  m nie  wkurzy .  Um ówiliśm y   się  na  kolacj ę.  Czekaj ,  zadzwonię  do

niego.

Nietrudno by ło przewidzieć reakcj ę Matthew.
–  Strasznie  cię  przepraszam ,  ale  sprawy   się  trochę  skom plikowały   –  zaczęła.  –  Mam y   tu

poważny  problem  i nie dam  rady  dziś przy j ść.

Oczam i  wy obraźni  widziała  j ego  napiętą  twarz  bez  cienia  em ocj i,  j ego  zielone  oczy ,

pociem niałe z gniewu. Wiedziała, że patrzą gniewnie, pozbawione ciepła i entuzj azm u.

– Mnie też strasznie przy kro, Joanno – odparł z gory czą.
– Proszę cię, nie gniewaj  się. Do zobaczenia wkrótce.
Matthew naty chm iast się rozłączy ł.
– Chy ba się nie ucieszy ł – zauważy ła, siląc się na uśm iech.
– Tak czy  inaczej , w końcu będziesz m usiała podj ąć decy zj ę, Joanno – odparł Mike, unikaj ąc

j ej  spoj rzenia.

– Tak, wiem  – odparła cicho.
W  towarzy stwie  dwóch  um undurowany ch  funkcj onariuszy   wrócili  do  m ieszkania  Yolande

Prince. Mike patrzy ł na Joannę bez słowa przez dłuższą chwilę.

– Czuj esz to sam o co j a? – spy tał wreszcie.
Wy raźnie spięta, pokiwała głową.
– Aż m nie ściska w dołku – przy znała. – Czem u nie wpadliśm y  na to wcześniej , Mike?
–  Zaczekaj ,  Jo.  Jeszcze  nie  wiem y   wszy stkiego  –  powstrzy m ał  j ą,  kładąc  j ej   dłoń  na

ram ieniu, i oboj e przy glądali się, j ak z wy ważany ch drzwi sy pią się drzazgi.

By ły  to m asy wne drzwi, o wiele trudniej sze do wy ważenia niż każde inne i policj anci m usieli

uży ć siekiery . Wreszcie puściły . Weszli do ciem nego przedpokoj u i następny m i drzwiam i przeszli
do salonu. Zasłony  wciąż by ły  zasunięte.

W m roku dostrzegli leżącą na sofie sy lwetkę pielęgniarki, a w powietrzu unosił się lekki trupi

swąd.

Wszy scy   czworo  zam arli,  bo  choć  w  duchu  spodziewali  się  naj gorszego,  to  widok,  który

zastali, by ł dla nich wstrząsaj ący . Wreszcie Joanna przerwała ciszę. Podeszła do denatki i dotknęła
j ej  twarzy : by ła lodowato zim na.

– Wy gląda na to, że ty m  razem  m orderca wy konał brudną robotę nie na zlecenie, ale żeby

zadbać  o  własny   interes  –  oznaj m iła  ściszony m   głosem ,  po  czy m   rzuciła  kilka  poleceń  do
krótkofalówki.  Towarzy szy ło  j ej   przerażaj ące  poczucie  dej a  vu.  –  Przy ślij cie  tu  ekipę  śledczą  i
patologa  –  nakazała  i  podała  adres.  Następnie  zwróciła  się  do  dwóch  funkcj onariuszy :  –  Lepiej
niczego  tu  nie  doty kaj m y ,  żeby   nie  zatrzeć  dowodów.  Rozej rzy j m y   się  ty lko  po  m ieszkaniu,  a
resztę zostawm y  ekspertom . Sprawdźcie naj wy żej , czy  przy  oknach nie m a śladów włam ania. –
W duchu dręczy ło j ą poczucie winy .

Jak zwy kle, postanowiła podzielić się swoim i m y ślam i z Mikiem .
– Mogliśm y  by ć bardziej  czuj ni…
Pokręcił energicznie głową.
–  Daj   spokój ,  Jo.  Nawet  nie  zdąży ła  się  przebrać.  Zam ordowano  j ą,  j eszcze  zanim

background image

dowiedzieliśm y  się o śm ierci Selkirka. Nie m ogliśm y  nic zrobić.

Ale widok m artwej  pielęgniarki prześladował j ą uporczy wie j ak j akaś zj awa. Gdy by  od razu

się dom y ślili, że drzwi przeciwpożarowe zostały  otwarte od wewnątrz, to baczniej  obserwowaliby
wszy stkich troj e dy żuruj ący ch – uznała w duchu. Zerknęła przelotnie na spuchniętą, zsiniałą twarz
denatki  i  na  j ęzy k  wy staj ący   spom iędzy   j ej   warg.  Tak  naprawdę  to  ludzie  niewiele  wiedzą  o
swoich  współpracownikach,  pom y ślała.  Przełożona  poręczy ła  za  tę  dziewczy nę,  a  ty m czasem
Yolande  Prince  nie  ty lko  m iała  współudział  w  porwaniu  Selkirka,  ale  prawdopodobnie  sam a
zaprowadziła Galliniego na salę, gdzie stało łóżko z pacj entem , wy łączy ła kardiograf, pozry wała
elektrody   i  pom ogła  wy wlec  chorego  ze  szpitala.  Ty lko  co  j ą  do  tego  skłoniło,  zastanawiała  się
Joanna. Jedy ny m  m oty wem  m usiały  by ć pieniądze, bo skoro ktoś by ł gotów zapłacić sporą sum ę
za zabój stwo Selkirka, to na pewno nie zawahał się dorzucić trochę więcej  za pom oc pielęgniarki.

A do tego j eszcze ten list, przez który  Selkirk trafił do szpitala.
Gdy  przechadzała się po m ieszkaniu denatki, ogarnęło j ą poczucie żałosnej  klęski. Co z tego, że

zebrała  naj ważniej sze  inform acj e,  skoro  wciąż  nie  znała  powodów,  dla  który ch  zam ordowano
Jonathana Selkirka i Yolande Prince. Rozm awiaj ąc z pielęgniarką, przekonana by ła, że zdołała j ą
rozgry źć i ani przez chwilę nie podej rzewała j ej  o współudział w porwaniu Selkirka.

Znów  zerknęła  w  stronę  m artwego  ciała.  Ty m   razem   j ej   wzrok  padł  nie  na  twarz

dziewczy ny , ale na j ej  ściem niały , pom ięty  fartuch, grube raj stopy , ciężkie buty . Dlaczego? To
py tanie bębniło j ej  w głowie i gdy by  nie towarzy szący  j ej  policj anci, pewnie wy krzy czałaby  j e
na  głos.  Dlaczego?  Dziwny m   trafem   j edy na  odpowiedź,  która  przy chodziła  j ej   na  m y śl,  to
śm ierć Michaela Frosta.

Do pokoj u weszło dwóch funkcj onariuszy .
– Znaleźliśm y  m artwą papugę – oznaj m ił ponuro j eden z nich. – Widocznie zdechła z głodu.
Mike rzucił Joannie badawcze spoj rzenie. Jej  oczy  napotkały  j ego wzrok i oboj e wiedzieli j uż,

że prześladuj e ich to sam o py tanie.

– Po co dała się w to wciągnąć?
Wzruszy ł ram ionam i.
– Nie m am  poj ęcia.
Czekanie  na  ekipę  śledczą  i  patologa  zawsze  się  dłuży ło,  więc  dla  zabicia  czasu  j eszcze  raz

obej rzeli  m iej sce  zbrodni,  ale  nie  dostrzegli  nic,  co  pom ogłoby   znaleźć  odpowiedź  na  nurtuj ące
ich py tanie. By ło tam  j edy nie kilka listów i zdj ęć, które nie wy j awiły  żadny ch taj em nic.

Yolande  ży ła  skrom nie,  ale  potrafiła  utrzy m ać  czy stość.  Nie  m iała  luksusów,  nosiła  gotowe

ubrania, kupione w sieci popularny ch sklepów, i uży wała niedrogich perfum  ze średniej  półki. To
sam o  m ożna  by ło  powiedzieć  o  j ej   kosm ety kach  i  urządzeniach  kuchenny ch.  Mieszkanie
urządzone  by ło  przy j em nie,  ale  bez  polotu.  Nic  nie  wskazy wało  na  to,  by   j ego  właścicielkę
cechowała chciwość.

–  Wiesz,  chy ba  j ednak  nie  zrobiła  tego  dla  pieniędzy .  Mike  zm arszczy ł  czoło.  –  Jakoś  nie

widzę innego powodu.

–  Nieważne,  tak  sobie  ty lko  pom y ślałam   –  odparła  przepraszaj ąco.  –  A  m oże  z  j akichś

m oralny ch pobudek?

– My ślisz, że chciała zem ścić się za Rowenę Carter?
Joanna skinęła głową, a Mike zaśm iał się cierpko.
– Na pewno wiedziała o wy padku, ale chy ba nie wy daj e ci się, że przeistoczy ła się w anioła

zem sty .

Patrząc na niego, dostrzegła, j ak po nam y śle j ego twarz nagle spoważniała.
– Wiesz, to całkiem  m ożliwe – rzekł.
– A więc m usiała kontaktować się z kim ś, kto zlecił zabój stwo Selkirka.

background image

– Na to wy gląda – przy znał niepewnie.
– No i ten ktoś przekonał j ą, żeby  pom ogła w porwaniu Selkirka ze szpitala. Ciekawe ty lko, czy

to by ł ktoś spośród j ej  znaj om y ch. – Przerwała i zam y śliła się. – W każdy m  razie wiedział, j ak j ą
przekonać.

– Może zwy czaj nie j ą zaszantażował.
–  Właśnie.  I  przy pom niał  j ej   tragiczną  śm ierć  Michaela  Frosta.  Wracam y   do  punktu

wy j ścia,  Mike.  –  Spoj rzała  na  niego  by stry m   wzrokiem .  –  Spokoj na,  skrom na  dziewczy na,
ukochana córka i wzorowa pracownica bierze udział w płatny m  zabój stwie. – Wy powiadaj ąc te
słowa, Joanna kręciła głową z niedowierzaniem . – To niesam owite. Jakoś nie m ogę w to uwierzy ć
– przy znała, zerkaj ąc na zwłoki pielęgniarki. – I pom y śleć, że dałam  się j ej  nabrać…

Mike m ilczał, więc postanowiła wy razić na głos swoj e m y śli.
–  Pam iętasz,  co  m ówił  O’Sullivan?  Podobno  rozm awiała  z  Frostem   godzinę  przed  j ego

sam obój stwem . – Spoj rzała Mike’owi w oczy . – Ciekawa j estem , co j ej  wtedy  powiedział.

– Tego nigdy  się nie dowiem y , Jo.
– Ale m ożem y  się chy ba dom y ślić, prawda, Korpanski?
Mike podrapał się w podbródek. Zawsze tak robił, kiedy  próbował się skoncentrować, ale gdy

ty lko  zorientował  się,  że  skrobanie  paznokciem   o  zarost  iry tuj e  Joannę,  naty chm iast  przestał  i
podniósł na nią wzrok.

– Gdy by  wiedziała, że ktoś chce zam ordować Selkirka, to by  się w to nie m ieszała – orzekł. –

Pam iętasz,  j ak  m ówiła,  że  Selkirk  na  pewno  się  znaj dzie?  Może  m y ślała,  że  został  porwany   dla
okupu – dodał niepewnie.

– Możliwe – przy taknęła m u.
Jeden  z  um undurowany ch  policj antów  wszedł  do  m ieszkania  po  przeszukaniu  terenu  wokół

budy nku.

–  Żadny ch  śladów  włam ania  –  stwierdził.  –  Wy gląda  na  to,  że  sam a  wpuściła  zabój cę  do

dom u.

Joanna  schy liła  się  nad  ciałem   dziewczy ny   i  przy j rzała  się  z  bliska  j ej   szy i:  by ła  owinięta

ny lonowy m i raj stopam i, które teraz zwisały  luźno po bokach.

– Wy j dźm y  na zewnątrz – rzuciła nagle.
Na  dworze  zapadał  zm ierzch,  światła  m iasta  lśniły   fałszy wy m   blaskiem ,  a  któreś  z  nich

oświetlało  gdzieś  twarz  m ordercy .  W  oddali  sły chać  by ło  nieustanny   warkot  ciągnący ch  drogą
aut, ale nigdzie ani śladu bły skaj ący ch świateł wozów policy j ny ch.

– Trzeba zacząć wszy stko od nowa, Mike – uznała stanowczy m  tonem . – Musim y  j eszcze raz

przesłuchać  Selkirków,  z  dziadkiem   Tony m   włącznie.  –  Zam ilkła,  zgrzy taj ąc  zębam i.  –  Teraz
j estem  gotowa podej rzewać nawet tę m ałą śliczną Lucy  i j ej  ciężarną m am uśkę.

Mike spoj rzał na nią, zdziwiony .
– A potem  j adę do Carterów – ciągnęła. – Wiem , że stracili dziecko, i bardzo im  współczuj ę –

dodała, widząc m inę Mike’a. – Ale m uszę odszukać zabój cę Selkirka, a ślad prowadzi do nich.

–  My lisz  się,  Joanno  –  zaprotestował.  –  Oni  nie  posunęliby   się  do  tego,  żeby   zabić

pielęgniarkę.

– Nawet za cenę zem sty  na Selkirku?
Pokręcił głową.
– Od wy padku m inęły  trzy  lata.
By ła  wściekła,  że  w  duchu  m usiała  przy znać  m u  racj ę.  Carterowie  nie  m ieli  powodu,  by

zam ordować  pielęgniarkę.  Cała  ich  nienawiść  skierowana  by ła  przeciwko  tem u,  który   potrącił  i
zabił ich córkę, ale nie stracili j eszcze ludzkich odruchów i na pewno nie zam ordowaliby  Yolande
Prince.

background image

Sfrustrowana  bierny m   czekaniem   na  Matthew  i  ekipę  śledczą,  wróciła  do  ciasnego  pokoj u.

Tam  zaczęła dręczy ć j ą inna koszm arna m y śl.

– Jesteś pewien, Mike, że Michael Frost popełnił sam obój stwo? – spy tała.
Jego odpowiedź by ła j ak zwy kle prozaiczna.
– A co, m orderstwo przez wy pchnięcie z okna? Przecież to kom pletna am atorszczy zna.
Znów m usiała przy znać m u racj ę.
– Może powinniśm y  skupić się na ty m , dlaczego Frost to zrobił.
– Co m asz na m y śli? – spy tała, poiry towana.
– Dlaczego popełnił sam obój stwo.
Zm arszczy ła czoło.
– Bo cierpiał na depresj ę.
– Zgadza się, ale z j akiego powodu?
Spoj rzała m u w oczy .
– A skąd m am  wiedzieć?
– Zawsze chy ba j est j akiś powód. Kto wie, czy  to nam  czegoś nie wy j aśni.
– W takim  razie zbadaj m y  to – zgodziła się, nie spuszczaj ąc z niego wzroku. – Może ktoś coś

wie.

–  Yolande  na  pewno  wiedziała  –  zauważy ł.  –  W  końcu  to  ona  rozm awiała  z  nim   na  krótko

przed j ego śm iercią. Daj ę głowę, że wszy stko j ej  powiedział. Na pewno wiedziała, co go gry zło, i
m oże  właśnie  dlatego  postanowiła  pom óc  zabój cy   Selkirka.  Wiem ,  że  się  nie  m y lę,  Jo  –  dodał
obronny m  tonem .

– I ry zy kowałaby  własne ży cie?
Mike stanął tuż za nią.
– Nawet się nie broniła – stwierdził, rozglądaj ąc się wokoło. – Idealny  porządek, wszy stko na

swoim  m iej scu. Siedziała sobie spokoj nie, a on podszedł z ty łu i j ą udusił.

Kiedy  ekipa  śledcza wreszcie  dotarła na  m iej sce, Joanna  z zadowoleniem   obserwowała,  j ak

sprawnie zabrali się do pracy : naj pierw zbadali drzwi, potem  dy wan w przedpokoj u, a następnie
ściany .  Rozprowadzali  pędzelkiem   po  powierzchniach  proszek  dakty loskopij ny   i  przy   pom ocy
taśm y  klej ącej  pobierali odciski palców z długich zasłon.

By ł  z  nim i  fotograf  policy j ny ,  który   fotografował  pokój   z  każdej   strony   i  przedstawiał

położenie  wszy stkich  przedm iotów  w  pokoj u  na  specj alny ch  diagram ach,  które  m iały   posłuży ć
j ako  m ateriał  dowodowy   w  sądzie.  Ty m czasem   w  kory tarzu  zaczęli  grom adzić  się  sąsiedzi.
Joanna poleciła dwóm  um undurowany m  funkcj onariuszom  spisać zeznania.

– Porozm awiam  z każdy m , kto zezna, że cokolwiek widział.
Policj anci skinęli posłusznie głowam i i wy szli z m ieszkania.
Matthew  przy j echał  dopiero  j akieś  pół  godziny   później ,  do  tej   pory   czas  wlókł  się

niem iłosiernie.  Wreszcie  Joanna  usły szała  za  oknem   warkot  parkuj ącego  auta,  następnie  ktoś
wbiegł na górę, przeskakuj ąc po dwa schody  na raz, i wszedł do m ieszkania. W drzwiach uj rzała
j ego sy lwetkę: m iał na sobie sportowe buty  m ęskie, dżinsy  i granatowy  sweter. Jego włosy  koloru
m iodowego by ły  lekko zm ierzwione. No i nareszcie ta znaj om a twarz. Uśm iechał się.

– Dobrze, że odwołałaś nasze spotkanie – zauważy ł sm utno.
Skinęła głową, krzy wiąc się.
–  Posłuchaj ,  Matthew  –  zaczęła  przy ciszony m   głosem ,  nieco  speszona  obecnością  ty lu

policj antów.  –  Wiem ,  że  czeka  nas  poważna  rozm owa,  ale  m usim y   z  ty m   zaczekać,  dopóki  nie
skończę tego śledztwa. Przepraszam  cię, ale m am y  teraz m nóstwo pracy .

Spoj rzał na nią przelotnie z wy rzutem  w oczach, j akby  sugeruj ąc, że go lekceważy .
–  Czy   ty   nie  widzisz,  Joanno,  że  nasz  związek  wisi  na  włosku?  –  spy tał  prawie  szeptem .  –

background image

Bardzo się o nas boj ę.

Zrobiła  sm utną  m inę,  nie  wiedząc,  co  m u  odpowiedzieć.  Wy bawił  j ą  sierżant  Barraclough,

który  stanął za nią i chrząknął znacząco.

Położy ła dłoń na ram ieniu Matthew.
– Gdy  ty lko to się skończy , wy j edziem y  na weekend – rzuciła szy bko. – Poj edziem y  w j akieś

cudowne m iej sce, obiecuj ę ci to. Ty lko proszę cię, Matthew, nie m artw się tak…

Przez chwilę patrzy ł na nią bez m rugnięcia, po czy m  odwrócił się i podszedł do ofiary . Jego

zachowanie  od  razu  się  zm ieniło.  Przy glądaj ąc  się  badawczo  szczupłej   twarzy   denatki,  założy ł
rękawice chirurgiczne i otworzy ł swoj ą czarną torbę.

–  Okropna  sprawa  –  stwierdził,  doty kaj ąc  palcem   owinięty ch  wokół  szy i  raj stop,  po  czy m

uniósł  powiela  i  zaj rzał  w  szkliste  oczy .  –  Porobiły   się  wy broczy ny   –  m ruknął  i  obej rzał  j ęzy k
ofiary .

Joanna j uż nie raz widziała go przy  pracy . Robił to j ak zwy kle szy bko i sprawnie.
Wszy stko zabrało m u j akieś dziesięć m inut.
– Na oko wy gląda, że dziewczy na leży  tu od trzech czy  czterech dni – orzekł. – Zaczęła się j uż

rozkładać – dodał i uśm iechnął się przepraszaj ąco. – Wy bacz – rzucił, unosząc dłonie. – Wiem , że
tego  nie  cierpisz.  Sam a  zgadnij ,  co  by ło  przy czy ną  śm ierci  –  dodał,  doty kaj ąc  raj stop  na  szy i
denatki.  –  Łatwo  m u  poszło.  To  solidny   m ateriał,  wy starczy ło  m ocno  pociągnąć.  Nie  m usiał
nawet  wiązać  pętli,  ty lko  z  całej   siły   pociągnął,  a  końce  skrzy żował  z  ty łu.  Facet  działał  z
zaskoczenia i m iał silne ręce.

– Facet? – zdziwiła się. – A więc to nie m ogła by ć kobieta?
Pokiwał głową.
–  Owszem .  Wy starczy ,  że  działała  szy bko  i  m iała  zwinne  nadgarstki  –  wy j aśnił,  stukaj ąc  w

gips Joanny . – Tobie na pewno by  się to nie udało, Jo.

– Dzięki – fuknęła. – Przy naj m niej  j edną m ożem y  wy kluczy ć.
–  Pewnie  m iała  coś  wspólnego  z  zabój stwem   Selkirka,  co?  –  spy tał,  ściągaj ąc  gum owe

rękawice.

Joanna skinęła głową.
– By ła wtedy  w szpitalu na dy żurze nocny m  i prawdopodobnie wpuściła zabój cę.
Matthew uniósł brwi.
– Czy li załatwił j ą ten sam  facet…
– Wy kluczone – odparła stanowczo. – To kom pletnie nie w j ego sty lu.
– No więc kto?
– A skąd m am  wiedzieć?
– A kiedy  widziano j ą ży wą po raz ostatni?
– Tego sam ego dnia, kiedy  zaginął Selkirk. Sam a j ą przesłuchiwałam  – dodała po chwili.
–  W  takim   razie  ktoś  załatwił  j ą  parę  godzin  po  przesłuchaniu  –  podsum ował,  odwracaj ąc

głowę. – A w szpitalu nikt się o nią nie py tał?

– Ktoś zadzwonił, podał się za j ej  m atkę i zgłosił, że Yolande j est na zwolnieniu. Wszy stko się

zgadzało:  dziewczy na  by ła  w  takim   szoku,  że  lekarz  m ógł  zalecić  j ej   parę  dni  odpoczy nku.  Nikt
niczego nie podej rzewał.

– Wy gląda na to, że została zam ordowana krótko po ty m , j ak wróciła z pracy  – podsum ował,

siląc się na blady  uśm iech. – Wciąż m a na sobie fartuch.

Spoj rzała na niego: w j ego oczach poj awił się bły sk.
– Jasne, zauważy liśm y .
– Och, przepraszam  – rzucił, unosząc teatralnie rękę. – Nie m iałem  zam iaru cię pouczać.
– Całe szczęście.

background image

– Skontaktuj ę się z koronerem  i um ówię go na sekcj ę zwłok na j utro na dziewiątą rano. Pasuj e

ci?

Skinęła głową.
– Ostatnio m am  przez ciebie m nóstwo roboty  – zauważy ł, posy łaj ąc j ej  czuły  uśm iech.
–  Strasznie  m i  przy kro.  –  Spoj rzała  na  ciało  dziewczy ny .  –  Bardzo  m i  j ej   żal.  Dobra  by ła  z

niej  dziewczy na.

Joanna  wy j rzała  przez  okno.  Nawet  w  ciem ności  j ej   wzrok  wy łonił  znaj om e  kształty   wież

kościelny ch,  światła  nocnego  superm arketu,  a  w  oddali  m roczne,  opustoszałe  wrzosowisko
Staffordshire. Westchnęła głęboko.

Nagle coś j ą tknęło i ruszy ła do kuchni, gdzie zastała Mike’a.
– Tam tego dnia rano Selkirk dostał list – zaczęła powoli.
Mike kiwnął głową.
–  Ktoś  chciał  go  nastraszy ć  i  udało  m u  się,  bo  facet  naty chm iast  dostał  zawału.  Już  m iał

zaprotestować,  ale  Joanna  weszła  m u  w  słowo:  –  Wcale  nie  twierdzę,  że  ten,  kto  wy naj ął
Galliniego,  na  to  liczy ł,  ale  Selkirk  bardzo  się  ty m   przej ął,  zwłaszcza  że  j uż  kiedy ś  dostawał
podobne listy  od rodziny  Carterów – ciągnęła, czekaj ąc na j ego reakcj ę.

Mike  przy taknął  j ej   ruchem   głowy ,  zastanawiaj ąc  się  w  duchu,  do  czego  zm ierza  ta

rozm owa.

Ale Joannie wcale się nie śpieszy ło.
–  Poprzednie  listy   dręczy ły   go  do  tego  stopnia,  że  powiadom ił  policj ę,  a  ci  upom nieli

Carterów. Ten ostatni list też go zdenerwował, ale ty m  razem  Selkirk nie dzwonił j uż na policj ę,
ty lko poprosił o pom oc Wilde’a.

– A Wilde zdąży ł j uż nawet napisać ostrzeżenie.
– Zakładaj ąc, że kiedy  dzwonił ze szpitala, Selkirk m ówił m u o liście, a nie o czy m ś inny m …
Mike wziął głęboki oddech.
– Ty lko j ak udowodnić, o czy m  Selkirk z nim  rozm awiał?
– I to j est główny  problem  w każdy m  śledztwie o zabój stwo: nigdy  nie wiadom o, kto kłam ie, a

kto m ówi prawdę. I do tego j eszcze niektórzy  ludzie zupełnie bez powodu zataj aj ą inform acj e.

– I co wobec tego dalej ?
Joanna zaśm iała się nerwowo.
– Nie wiem , Mike. Ja ty lko głośno m y ślę.
– No dobrze – odparł. – Wróćm y  do tego listu: Carterowie twierdzą, że to nie oni go wy słali.

Zresztą ktoś j uż nas uprzedzał, że będą się wy pierać.

– To o co właściwie chodzi w ty m  listem ?
– Nie wiem . Kom plikuj e nam  ty lko całą sprawę.
–  Albo  przy bliża  nas  do  prawdy .  W  każdy m   razie  nikt  się  chy ba  nie  spodziewał,  że  po  ty m

ostatnim  liście Selkirk dostanie zawału i wy ląduj e w szpitalu. Absolutnie nikt – dodała z naciskiem .
–  Ani  j ego  żona,  ani  lekarz,  ani  nawet  Gallini.  Więc  kiedy   Selkirk  trafił  do  szpitala,  trzeba  by ło
zm ienić plan. Ktoś m usiał pom óc Galliniem u dotrzeć do Selkirka i dopilnować, by  nikt nie widział,
j ak  Gallini  wy prowadza  go  ze  szpitala.  –  Joanna  wskazała  na  drzwi  salonu.  –  Biedna  Yolande
m iała pecha, że padło akurat na nią. Zastanawia m nie ty lko, dlaczego właśnie ona. Czy  m ieli na
nią j akiegoś haka? W j aki sposób zm usili j ą, by  zrobiła coś wbrew swoim  przekonaniom ? I tu znów
poj awia  się  sprawa  Michaela  Frosta  –  j edy na  plam a  w  j ej   wzorowy m ,  prawie  nieskazitelny m
ży ciory sie.  –  Przerwała  i  wy j rzała  za  okno  przez  szpary   m iędzy   żaluzj am i.  –  Gdy by   chodziło
ty lko  o  wy padek  Roweny   Carter,  wszy stko  by łoby   j asne.  Ale  co  m a  do  tego  sam obój stwo?  –
Wzięła głęboki oddech. – Musim y  j echać do rodziców Yolande. Rozm owa z nim i na pewno wiele
nam  wy j aśni.

background image

Gdy  przeszli z powrotem  do salonu, Joanna j eszcze raz spoj rzała na ciało Yolande i zwróciła

się do Mike’a:

– Trzeba j ą stąd zabrać – nakazała. – Niech ekipa śledcza się ty m  zaj m ie. Zwołaj  odprawę na

ósm ą wieczorem  i zdobądź wszy stkie akta w sprawie śm ierci Frosta. A ten list wy ślij  do analizy .
Niech porównaj ą go z ty m i sprzed trzech lat.

Droga  do  Meir  zaj ęła  im   j akieś  pół  godziny .  Zatrzy m ali  się  przy   m ały m ,  ładny m   dom ku,

przed  który m   znaj dował  się  starannie  wy pielęgnowany   ogródek.  Wewnątrz  paliły   się  światła  i
ktoś obserwował ich przez szparę w zasłonach. Gdy  ty lko weszli na ścieżkę, od razu otworzy ły  się
drzwi, wy biegł z nich m ały , czarny  terier szkocki i zaczął ich obszczekiwać.

W  drzwiach  stało  dwoj e  starszy ch  ludzi.  Mężczy zna  obej m ował  kobietę  ram ieniem .  Oboj e

m ilczeli, żadne z nich nie zawołało nawet na psa.

Joanna pokazała im  odznakę.
–  Inspektor  Piercy   i  sierżant  Korpanski  z  posterunku  policj i  w  Leek  –  zaczęła  łagodny m

tonem . – Przy kro m i, ale m am y  dla państwa złą wiadom ość. Czy  m ożem y  wej ść?

Rozpoznała  ty ch  dwoj e  z  fotografii  w  m ieszkaniu  Yolande.  Jej   oj ciec  by ł  przy garbiony m

m ężczy zną  w  podeszły m   wieku  i  nosił  woj skowy   wąs,  a  j ego  żona  –  krępa  kobieta  –  m iała  na
sobie  fartuch.  Naj pierw  bawiła  się  paskam i,  aż  w  końcu  silny m   pociągnięciem   rozwiązała  j e  i
bły skawiczny m  ruchem  zdj ęła go sobie przez głowę.

Usiedli w j adalni przy  tanim  stoliku, pośrodku którego widniało j asne koło – ślad po wazonie.

Joanna odkaszlnęła.

–  Co  się  stało?  –  zaczął  m ężczy zna.  –  Po  pani  telefonie  dzwoniliśm y   do  niej ,  ale  nikt  nie

odbierał – dodał, zakłopotany . – W szpitalu powiedzieli nam , że od ty godnia nie by ło j ej  w pracy .
No więc co się stało? – powtórzy ł. – Co się z nią dziej e?

– Niestety , znaleźliśm y  w m ieszkaniu j ej  zwłoki – odparła Joanna delikatnie.
Doświadczenie  nauczy ło  j ą  powiadam iać  naj pierw  o  ty m   naj gorszy m ,  a  dopiero  potem

om awiać szczegóły . Rodzice m uszą od razu wiedzieć, że ich córka nie ży j e, by  m ogli oswoić się z
ty m   faktem ,  zanim   usły szą  o  okolicznościach  j ej   śm ierci.  Oj ciec  Yolande  by ł  twardy m
m ężczy zną.

– A co się j ej  stało? – spy tał otwarcie.
– Sam i j eszcze nie wiem y  – odparła ostrożnie Joanna. – Trzeba przeprowadzić…
– Sekcj ę zwłok – dopowiedział beznam iętnie m ężczy zna.
Joanna przy taknęła ruchem  głowy .
– Ale j ak to się stało? – spy tał, a j ego szare oczy  zaszkliły  się od łez. – Nie m ogła tak po prostu

um rzeć. By ła przecież całkiem  zdrowa.

Joanna wzięła głęboki oddech.
– Podej rzewam y , że ktoś wszedł do j ej  m ieszkania i j ą udusił. Bardzo m i przy kro – dodała po

chwili.

Kobieta wy buchła płaczem .
– Nasza Yolande to taka kochana dziewczy na – szlochała. – Nie m am y  nikogo oprócz niej . To

nasze j edy ne dziecko – dodała, pociągaj ąc głośno nosem .

Nie potrafiła j eszcze m ówić o córce w czasie przeszły m .
– Jest taka dobra, ży czliwa… I zawsze pom aga inny m .
Mężczy zna m ocno ścisnął dłońm i oparcia fotela, aż m u palce zbielały .
– Czy  to j akiś zboczeniec?
–  Tego  j eszcze  nie  wiem y   –  odparła  Joanna.  –  Wy niki  sekcj i  zwłok  wszy stko  wy j aśnią.  Ale

raczej  nie by ło to zabój stwo na tle seksualny m . To się zdarzy ło we wtorek.

Kobieta by ła przerażona.

background image

– I przez cały  czas leżała tam  zupełnie sam a?
Joanna skinęła głową.
– Nasza córeczka, nasze kochane dziecko… Zupełnie sam a…
Mężczy zna spoj rzał na Joannę.
– Kto to zrobił? – spy tał stanowczy m  tonem . – Jak m ożem y  pom óc wam  go złapać?
– Później  spiszem y  zeznania.
– Możecie zrobić to teraz! – rzucił m ężczy zna podniesiony m  głosem . – Py taj cie od razu.
– Zwy kle w takich przy padkach czekam y  aż…
Patrzy ł na nią szeroko otwarty m i oczam i.
– Niech pani py ta – sy knął przez zaciśnięte zęby .
–  Podej rzewam y ,  że  śm ierć  Yolande  m a  j akiś  związek  z  dwom a  tragiczny m i  wy padkam i,

które zdarzy ły  się w szpitalu – zakom unikowała Joanna.

– Chodzi o tego prawnika?
– Właśnie. Czy  córka wspom inała o nim ?
Oj ciec Yolande przy taknął.
–  Zadzwoniła  do  nas  zaraz  po  ty m ,  j ak  j ą  przesłuchaliście.  Zdawało  się,  że  by ła  w  dobry m

nastroj u. Mówiła, że ten prawnik na pewno się znaj dzie – rzekł, wciąż kiwaj ąc głową. – Wierzy ła,
że nic złego m u się nie stanie, dlatego by liśm y  zaskoczeni wiadom ością o j ego śm ierci.

Przez chwilę Mike i Joanna w m ilczeniu rozważali j ego słowa, aż wreszcie Joanna pochy liła

się i oparła o stół.

– A co pan powie o kim ś, kto się nazy wał Michael Frost?
Mężczy zna by ł wy raźnie zdziwiony . Nie takiego py tania się spodziewał.
– Michael Frost? – powtórzy ł powoli. – Ten pacj ent, który  wy skoczy ł z okna? To stara historia.

A co to w ogóle m a do rzeczy ? – spy tał, garbiąc się na krześle.

Jego żona położy ła m u dłoń na ram ieniu.
– Pam iętam  tę sprawę bardzo dobrze – odezwała się cicho.
– No i co Yolande o nim  m ówiła? – zwróciła się do niej  Joanna.
–  By ł  j eszcze  m łody   –  odparła.  –  Przez  chorobę  żony   popadł  w  depresj ę.  Yolande

rozm awiała  z  nim ,  próbowała  go  trochę  pocieszy ć.  To  by ło  straszne.  Tak  bardzo  wierzy ła,  że
m oże  m u  pom óc.  Podobno  po  rozm owie  z  nią  poczuł  się  lepiej .  My ślała,  że  wy zdrowiał.
Twierdził, że niepotrzebne m u tabletki – dodała po chwili. – Czuł się coraz lepiej , aż w końcu sam
postanowił odstawić leki. Yolande uznała, że chłopak da sobie radę i potem  j uż nawet do niego nie
zaglądała. Widziała ty lko, że coś pisał, a chwilę później  usły szała, j ak wy skoczy ł przez okno. Nie
m ogła  w  to  uwierzy ć.  Przy   j ego  łóżku  znalazła  list  zaadresowany   do  j ego  żony .  Wzięła  go  i
schowała  do  kieszeni.  Okropnie  się  wy straszy ła  –  ciągnęła  kobieta,  patrząc  sm ętny m ,
nieobecny m  wzrokiem . – Ale po ty m , j ak zabrała ten list, nie m ogła nic zrobić. Bała się pokazać
go w sądzie. A ten list wy j aśniał wszy stko.

– A co dokładnie w nim  by ło?
– Tego m i Yolande nie powiedziała – odparła kobieta z dum ą. – By ła bardzo dy skretna, nigdy

nie rozm awiała o problem ach swoich pacj entów, chociaż akurat w przy padku tego Frosta bardzo
by   j ej   to  pom ogło,  zwłaszcza  po  ty m ,  j ak  ten  drań  O’Sullivan  zaczął  j ą  zadręczać  złośliwy m i
uwagam i…

Nietrudno im  by ło to sobie wy obrazić.
Pani Prince popatrzy ła po ich twarzach badawczy m  wzrokiem .
– Yolande czuła się winna. Rozm awiali na krótko przed j ego śm iercią – ciągnęła. – Podczas

przesłuchania w sądzie nikt j ej  nic nie zarzucał. Sam  koroner przy znał, że dała z siebie wszy stko,
żeby   pom óc  pacj entowi.  Ty lko  w  szpitalu  dziwili  się,  po  co  tam tego  wieczoru  poszła  na  oddział

background image

psy chiatrii. Yolande by ła tak roztrzęsiona, że wzięła urlop. Dręczy ło j ą poczucie winy . Ona ty lko
chciała  pom óc.  My ślała,  że  się  j ej   udało.  By ła  bardzo  wrażliwa  na  ludzką  krzy wdę  –  dodała  i
zakry ła usta dłonią. – To nasza j edy na córka… O Boże, co m y  teraz zrobim y ?

Joanna  nie  m iała  naj m niej szej   ochoty   j echać  do  prosektorium ,  zwłaszcza  w  sobotę  o

dziewiątej  rano, ale okazało się, że nie będzie tam  sam a. Mike zawiózł j ą na m iej sce. Na parkingu
od  razu  zauważy ła  ludzi  z  ekipy   śledczej   oraz  bm w  Matthew.  Jeden  z  funkcj onariuszy ,  sierżant
Barraclough, pom achał do niej  ręką.

– Doktor Levin j uż przy szedł – oznaj m ił.
Matthew  w  roboczy m   ubraniu  czekał  niecierpliwie  na  Joannę.  Przy witał  się  z  nią  i  od  razu

zabrał się do pracy .

Sekcj a  zwłok  zawsze  zaczy nała  się  tak  sam o:  od  rozebrania  ciała.  Trzeba  by ło  porozcinać  i

zdj ąć  pielęgniarski  fartuch  Yolande  i  owinięte  wokół  szy i  raj stopy ,  a  potem   powtórzy ć  tę  sam ą
czy nność z j ej  spraną, wy blakłą bielizną. Uwagę Matthew przy kuła szy j a denatki. Nawet Joanna
zauważy ła na niej  sińce w m iej scu, gdzie zabój ca zacisnął ny lonowe raj stopy , a pod skórą widać
by ło złam aną kość gny kową.

Pół godziny  później  Joanna siedziała w gabinecie Matthew i popij ała kawę.
–  Od  razu  widać,  że  to  uduszenie  –  orzekł.  –  Próbowała  się  bronić.  Ma  otarcia  na  palcach  i

złam ane paznokcie od chwy tania raj stop. Niestety , nie m iała szans. Zabój ca zaatakował nagle w
niespodziewany m  m om encie. By ł silny  i m usiał działać z zaskoczenia, bo z taką krzepką i zdrową
dziewczy ną j ak Yolande wcale nie poszłoby  m u łatwo.

– A więc zabój cą j est m ężczy zna?
Matthew westchnął.
–  Równie  dobrze  m oże  to  by ć  silna  kobieta  –  odparł,  zerkaj ąc  figlarnie  na  Joannę.  –  Zaraz

pewnie zapy tasz m nie o nazwisko zabój cy , co?

– Przepraszam  – rzuciła, unosząc dłoń.
– Ja m ogę ci podać ty lko przy czy nę zgonu. Śm ierć nastąpiła przez uduszenie.
Wkrótce potem  sierżant Barraclough zawiózł j ą na kom endę, gdzie czekał na nią Mike.
– Zdoby łeś adres Justina Selkirka?
Skinął głową i m im owolnie posłał j ej  złośliwy  uśm ieszek.
– Dostałem  go od LouLou – wy j aśnił. – Nie by ło m i łatwo, bo to zagorzała obrończy ni praw

człowieka. Chroni swego pracownika i chy ba coś ukry wa.

Joanna zaśm iała się.
– Och, Mike, tobie się zawsze wy daj e, że wszy scy  coś ukry waj ą.
–  Ja  nie  żartuj ę  –  odparł  poważnie.  –  Ona  naprawdę  nie  chciała,  żeby m   porozm awiał  z

Justinem .

– A to szkoda – rzuciła Joanna. – Bo teraz kolej  na niego. No więc gdzie on m ieszka?
– Jak ci powiem , to i tak nie uwierzy sz.
Zaparkowali  wóz  przy   wej ściu  na  pole,  skąd  żużlowy   trakt  zaprowadził  ich  do  przy czepy

kem pingowej .  W  pogodny ,  słoneczny   letni  dzień  by łby   to  zapewne  sielankowy   widok,
przy wołuj ący   na  m y śl  cy gański  sty l  ży cia,  ale  o  tej   porze  roku,  na  tle  szary ch,  deszczowy ch
chm ur, budził ty lko przy gnębienie. W przy czepie m ieszkał Justin Selkirk.

Joanna popatrzy ła na nią z niedowierzaniem .
– Jesteś pewien, że to tu, Mike?
– Tak przy naj m niej  twierdziła LouLou, a potem  j eszcze sam  to sprawdziłem .
–  To  niem ożliwe,  żeby   w  tak  zam ożnej   rodzinie,  którą  stać  na  wielką  posiadłość,  oj ciec

skazy wał własnego sy na, sy nową i wnuczkę na takie warunki!

Mike zaj rzał do notatnika.

background image

– Tu j est napisane: przy czepa przy  wj eździe na Dallow’s Farm  – przeczy tał i pchnął bram ę. –

Wszy stko się zgadza. Spój rz ty lko, to auto Justina Selkirka.

Tuż obok przy czepy  stał zaparkowany  żółty , trochę skorodowany  citroen 2CV.
– Pritchard m iał racj ę; z tego Selkirka m usiał by ć niezły  gnoj ek – przy znał Mike. – Wy starczy

przy j echać  i  zobaczy ć,  j ak  m ieszka  j ego  własny   sy n.  Nic  dziwnego,  że  tak  bardzo  nienawidził
oj ca.

– Czy  raczej  to oj ciec nienawidził j ego – rzuciła Joanna, a gdy  przeszli kilka kroków, dodała: -

Ale tu chy ba nie chodziło o czy stą nienawiść. Selkirk chciał poniży ć sy na, żeby  czuł się od niego
gorszy . Miał saty sfakcj ę z tego, że Justin m ieszka w takich warunkach. Uważał go za nieudacznika.

– Wcale się nie dziwię, że ktoś wpakował m u kulkę w łeb.
– Ciii – szepnęła Joanna, ale Teresa Selkirk widocznie usły szała ich głosy , bo otworzy ła drzwi,

j eszcze zanim  Joanna zdąży ła zapukać.

Jej  pobladła twarz nie zdradzała zaskoczenia.
– A, to wy . Dzień dobry  – rzuciła, siląc się na lekki uśm iech, wy szła na zewnątrz i zam knęła za

sobą drzwi. – Przy szliście nie w porę. Mam y  ty le spraw na głowie.

– To zaj m ie ty lko chwilę, pani Selkirk. Chcem y  porozm awiać z pani m ężem .
– Z Justinem ? – zdziwiła się, unosząc brwi. – A po co chcecie z nim  rozm awiać?
– Bo prowadzim y  śledztwo w sprawie zabój stwa j ego oj ca – rzucił szorstko Mike.
– A w gazetach pisali, że m orderca został j uż aresztowany  – odparła, rozkładaj ąc ręce.
– Tak, pani Selkirk, ale m usim y  j eszcze się dowiedzieć, kto go wy naj ął, a pani m ąż m oże nam

w ty m  pom óc.

Teresa popatrzy ła na nich badawczo inteligentny m  spoj rzeniem .
– Daruj cie sobie te eufem izm y . Po prostu chcecie go aresztować.
–  Nie,  pani  Selkirk.  Gdy by śm y   chcieli  go  aresztować,  j uż  dawno  by śm y   to  zrobili,  ale

chcem y  ty lko porozm awiać. Czy  pani m ąż j est w dom u?

Na twarzy  Teresy  poj awił się lekki wy raz rozbawienia. Oparła się o drzwi.
– Tak, j est w salonie.
Rzeczy wiście  m ieli  sporo  spraw  na  głowie.  W  środku  by ło  m ało  m iej sca,  a  na  podłodze

leżały   sterty   ubrań  powiązany ch  sznurkiem .  W  rogu  na  brudny m ,  pom arańczowy m   fotelu
siedział  Justin  i  trzy m ał  na  kolanach  córkę,  która  wodziła  paluszkiem   po  j ego  dłoni,  a  po  chwili
klasnęła  w  dłonie  i  podniosła  wzrok.  Jej   szeroko  otwarte  dziecięce  oczka  obserwowały   ich
nieufnie. Teresa opadła zaraz na koce, j edną ręką trzy m aj ąc się za plecy , a drugą za brzuch.

– Ciągle m am  skurcze – wy j aśniła.
– Po co przy szliście? – spy tał Justin swy m  wy sokim  tonem . – Sam i chy ba rozum iecie, że w

niczy m  wam  nie pom ogę. Rzadko widy wałem  oj ca, nie wiem  nic na tem at j ego zabój stwa.

– Z tego, co wiem y , m iędzy  wam i nie układało się za dobrze.
– To nie m oj a wina, że się m ną nie interesował. Spy taj cie Teresę.
– A od j ak dawna tu m ieszkacie?
– Od ośm iu m iesięcy . Wpadliśm y  w długi i nie spłaciliśm y  kredy tu, ale to nie m oj a wina –

m ówił  drżący m i  wargam i.  –  Starałem   się,  j ak  m ogłem ,  ale  kiedy   urodziła  się  Lucy ,  by ło  nam
coraz  trudniej ,  a  bank  nie  dawał  nam   spokoj u.  A  teraz  oczekuj em y   drugiego  dziecka  i  nie
j esteśm y  j uż w stanie spłacać rat.

Teresa przy takiwała m u ruchem  głowy .
–  Nasz  dom   stracił  na  wartości.  Musieliśm y   go  sprzedać,  żeby   spłacić  dług  –  ciągnął  Justin,

ściskaj ąc  żonę  za  rękę.  –  Właściciel  tej   farm y   zgodził  się,  żeby śm y   tu  m ieszkali,  dopóki  nie
wy j dziem y  na prostą. Mam y  tu wodę, kanalizacj ę i prąd. I j akoś sobie radzim y  – dodał sm utno.

– A nie m ogliście zam ieszkać u rodziców?

background image

–  Oj ciec  Justina  się  nie  zgodził  –  wtrąciła  chłodno  Teresa.  –  Twierdził,  że  w  naszy m   wieku

trzeba  um ieć  sam em u  sobie  radzić.  Chciał,  żeby śm y   stanęli  na  własny ch  nogach.  Zawsze  to
powtarzał.

– To znaczy , że prosiliście go o pom oc?
Teresa schy liła głowę, a j ej  czarne włosy  opadły  j ej  na twarz niczy m  zasłona.
– Tak – odparła.
–  Ale  przecież  m ogliście  zam ieszkać  u  niego,  choćby   ty m czasowo  –  wtrącił  Mike  z

niedowierzaniem .

Teresa Selkirk podniosła wzrok i uśm iechnęła się blado.
– Pan go nie znał – odparła. – Ale nie m a tego złego, co by  na dobre nie wy szło. Niedługo się

stąd wy prowadzim y , prawda, Justin?

Jej  m ąż spoj rzał na nią z wdzięcznością i ukry ł twarz w niesforny ch lokach córki.
– I gdzie będziecie m ieszkać?
– U teściowej  – odparła Teresa.
– To świetnie się wszy stko złoży ło – zauważy ł ironicznie Mike.
Teresa Selkirk przy j rzała m u się badawczy m  wzrokiem .
–  A  co  pan  m oże  o  ty m   wiedzieć?  –  spy tała  delikatnie  ciepły m   tonem ,  j akby   chciała  go

sprowokować.  Mike  naty chm iast  się  zarum ienił,  a  ona  ciągnęła  dalej :  –  Mieszkał  pan  kiedy ś  z
żoną i dzieckiem  w ciasnej  przy czepie? Czy  m oże m a pan duży , wy godny  dom ? Za parę ty godni
nasza rodzina się powiększy . Na naszy m  m iej scu wcale by  się pan tak nie dziwił, sierżancie. Moj a
teściowa to dobra kobieta, zawsze chciała nam  pom óc, ty lko ten stary  sukinsy n j ej  nie pozwalał.
Justin m iał przez niego naprawdę ciężkie ży cie.

Wszy scy  troj e spoj rzeli na Justina: siedział, wpatrzony  w córkę, która zasłaniała rączką oczka i

chichotała,  podglądaj ąc  ich  przez  palce.  Jej   oj ciec  przy glądał  się  tem u  uważnie  ze  skupiony m
wy razem  na szczupłej , bladej  twarzy . I wtedy  właśnie Joanna dostrzegła j ego prawdziwą naturę.

Justin  podniósł  nieśm iało  wzrok,  a  gdy   napotkał  j ej   spoj rzenie,  wy raźnie  m rugnął  do  niej

okiem . Ciekawe, czy  on rzeczy wiście j est takim  fraj erem , na j akiego wy gląda, czy  ty lko zgry wa
głupka,  zastanawiała  się,  obserwuj ąc,  j ak  Justin  bawi  się  włosam i  dziecka.  Naj pierw  owij ał
złociste  loki  córki  wokół  swy ch  długich,  silny ch,  kościsty ch  palców,  aż  nagle  niespodziewanie
pociągnął. Dziecko wrzasnęło z bólu, po czy m  znów się roześm iało, patrząc oczkam i zaszklony m i
od łez.

Teresa przy glądała się tej  scenie beznam iętny m  wzrokiem .
– Nie rób j ej  tego, Justin, proszę cię – odezwała się.
Justin Selkirk naty chm iast odsunął ręce od włosów córki i opuścił j e, a dziecko om al nie spadło

m u z kolan, usiłuj ąc kurczowo chwy cić się j ego swetra. Joanna i Mike zauważy li, że twarz Teresy
posm utniała nagle i kobieta od razu wy dała im  się starsza, zm ęczona i przerażona. Szy bko schy liła
głowę, by  pod zasłoną opadaj ący ch włosów ukry ć swe em ocj e. Joanna uznała, że lepiej  wrócić
do sprawy  zabój stwa Jonathana Selkirka.

–  Śm ierć  pana  oj ca  by ła  j ednak  dla  pana  duży m   przeży ciem   osobisty m ,  prawda,  panie

Selkirk? – zaczęła.

–  Rzeczy wiście,  to  by ł  straszny   szok  –  odparł  Justin,  nagle  przy bieraj ąc  teatralną  pozę  j ak

m arny   aktor,  odgry waj ący   j akąś  słabą  kom edię.  –  Długo  nie  będę  m ógł  się  z  ty m   pogodzić  –
dodał  ze  zbolałą  m iną  i  popatrzy ł  im   prosto  w  oczy .  –  Zachowam y   go  na  zawsze  w  naszej
pam ięci.

–  I  niech  tak  zostanie  –  zauważy ła  cicho  Joanna,  a  Teresa  podniosła  głowę  i  zm ierzy ła  j ą

przenikliwy m  wzrokiem .

– Czy  wy  naprawdę nic nie rozum iecie?

background image

Zapadła długa cisza, którą wreszcie przerwał Justin Selkirk:
– Często śni m i się teraz, że oj ciec zostaj e zam ordowany . Śniło m i się j uż wtedy , gdy  zaginął.
– Naprawdę? – spy tał Mike, wy raźnie zaciekawiony .
– Jeszcze dziś zdaj e m i się, że sły szę j ego głos. – Selkirk rozej rzał się trwożliwie dookoła.
– A co takiego panu m ówi?
Selkirk przy m knął oczy .
– Sły szę ty lko j ego krzy k.
Wracaj ąc do wozu, brnęli przez błotniste pole. Mike odezwał się pierwszy .
– Coś m i się zdaj e, że niedaleko spadło j abłko od j abłoni.
Joanna przy znała m u racj ę.
–  Może  się  m y lę  –  ciągnął  –  ale  z  ty m i  Selkirkam i  będzie  więcej   kłopotów  niż  z  niej edny m

sery j ny m  zabój cą.

Podczas  sobotniej   odprawy   funkcj onariusze  wy kazy wali  szczególne  zainteresowanie

śledztwem .

Wieść  o  zabój stwie  Yolande  Prince  wy wołała  w  nich  poczucie  winy ,  porażki  i  zawodu,  a

naj gorsze  by ło  to,  że  m orderca  wciąż  pozostawał  na  wolności.  Przedstawiaj ąc  swoj e  wnioski,
każdy   z  zebrany ch  m iał  ponury   wy raz  twarzy   i  spięty   głos.  Wszy scy   pragnęli,  by   m orderca
został  j ak  naj szy bciej   uj ęty   i  skazany ,  a  zarazem   obawiali  się,  że  śledztwo  znów  zostanie
zawieszone z powodu wy sokich kosztów i inny ch naglący ch spraw. Policj a m ogła liczy ć ty lko na
ograniczony  budżet. Po odprawie Joanna obserwowała wy chodzący ch funkcj onariuszy .

Na  początku  każdego  śledztwa  towarzy szy ły   im   silne  em ocj e  i  wiara  w  siebie,  podczas

odpraw  padała  niej edna  żartobliwa  uwaga,  ale  z  czasem   m usieli  schy lić  głowę  przed
przeciwnościam i  losu  i  pogodzić  się  z  rzeczy wistością.  Nie  m ogli  przecież  ciągle  pracować  po
godzinach, bo j uż po ty godniu by li przem ęczeni, a niezadowolenie ich rodzin powodowało j eszcze
większy  stres.

Kiedy  ostatni policj ant wy szedł z sali, Joanna zwróciła się do Mike’a:
– A ty  weź sobie wolne i idź na siłownię.
Otworzy ł usta, by  zaprotestować, ale powstrzy m ała go, doty kaj ąc j ego ram ienia. Miała swój

plan i przez resztę dnia nie potrzebowała j ego towarzy stwa.

– Proszę cię, Mike – nalegała. – Musisz uwolnić trochę energii. A j a w ty m  czasie zaj m ę się

sprawą Frosta.

W  teczce  z  aktam i  sprawy   śm ierci  Michaela  Frosta  by ło  zaledwie  kilka  kartek:  po  krótkim ,

oficj alny m  śledztwie uznano, że należy  wy kluczy ć, j akoby  śm ierć pacj enta nastąpiła z przy czy n
inny ch  niż  sam obój stwo  wy wołane  chorobą  psy chiczną.  By ła  tam   też  udokum entowana  opinia
psy chiatry , który  pisał o j ego kry zy sie i załam aniu nerwowy m  po długotrwałej  opiece nad chorą
żoną.  Pisał  też,  że  sam obój stwo  pacj enta  by ło  wielkim   szokiem   i  tragedią  i  że  pacj ent  w  takim
stanie powinien by ł znaleźć się pod specj alną opieką.

Czy taj ąc  te  banały ,  Joanna  uśm iechała  się  półgębkiem .  Dalej   napisane  by ło,  że  w

przy padkach silnej  depresj i bardzo trudno j est odwieść pacj enta od sam obój stwa i że los osoby
cierpiącej   na  depresj ę  j est  j uż  przesądzony .  Oddział  psy chiatry czny   m ieści  się  na  pierwszy m
piętrze, czy tała. W oknach znaj duj ą się kraty . Pracuj ą tam  trzy  wy kwalifikowane pielęgniarki, a
w  razie  potrzeby   j est  ich  więcej .  Zostawianie  chory ch  psy chicznie  pacj entów  pod  opieką  osób
nie  m aj ący ch  odpowiedniego  przy gotowania  m edy cznego  j est  niedopuszczalne.  Energiczny m
ruchem  Joanna położy ła te kartki na biurku. Idealne wy tłum aczenie, pom y ślała, ciekawe ty lko, co
się za ty m  kry j e.

Przej rzała raport patologa: Frost m iał rozległe obrażenia głowy , klatki piersiowej  i m iednicy  i

złam ał obie nogi.

background image

Yolande na pewno poczuła się fatalnie, kiedy  to wszy stko usły szała, uznała w duchu Joanna.
Jej   uwagę  przy kuło  j edno  zdanie:  u  pacj enta  nie  stwierdzono  wcześniej   tendencj i

sam obój czy ch.

Jeszcze  raz  przej rzała  raport  z  sekcj i  zwłok,  ale  nie  znalazła  żadny ch  dokum entów  analizy

toksy kologicznej .  A  więc  j eśli  –  j ak  twierdzi  O’Sullivan  –  Yolande  rzeczy wiście  nie  podała
pacj entowi leku, to nikt oprócz ich dwoj ga o ty m  nie wiedział.

Ciekawe ty lko, co by ło w ty m  liście – zastanawiała się Joanna.
Ta m y śl nie dawała j ej  spokoj u.
Do kogo by ł zaadresowany ? Czy  na pewno do chorej  żony ? Czy  Yolande się go pozby ła?
Na  spodzie  leżał  raport  z  przesłuchania  pracowników  szpitala.  By ła  tam   cała  m asa

kry ty czny ch uwag pod adresem  Yolande Prince: że nie m iała prawa rozm awiać z pacj entem  na
oddziale psy chiatrii, że świadom a ciężkiego stanu psy chicznego pacj enta powinna by ła wezwać
pom oc, że m iała obowiązek skontaktować się z inną dy żurną pielęgniarką, że nie sprawdziła, czy
okno w łazience by ło zam knięte i zabezpieczone. O krześle nie wspom niano.

W sum ie raport zawierał czternaście kry ty czny ch uwag pod adresem  tej  j ednej  pielęgniarki i

Joannie zrobiło się j ej  żal.

Wszy stko wskazy wało na to, że Yolande by ła kozłem  ofiarny m . Zrzucono na nią całą winę za

śm ierć pacj enta. Została opluta i znieważona, zaszczuta przez m iej scowy ch dziennikarzy , dopóki
sprawa nie ucichła.

Ucichła?  Ta  sprawa  nigdy   nie  ucichnie,  zganiła  sam ą  siebie.  Dziennikarze  m aj ą  długą

pam ięć.

Wy kręciła num er do m ieszkania Matthew.
– Słuchaj , co j est przy czy ną depresj i?
Wy buchnął śm iechem .
–  Jesteś  niem ożliwa,  Joanno!  Naj pierw  odwołuj esz  nasze  spotkanie,  a  potem   dzwonisz  na

drugi  dzień  i  zam iast  m nie  przeprosić  i  zaproponować  j akiś  wspólny   inty m ny   wieczór,
wy py tuj esz m nie o depresj ę?!

– To dlatego, że cię kocham  – odparła. – I wiem , że zawsze m ogę na tobie polegać, bo nie m a

takiej  rzeczy , której  by ś nie wiedział.

– Hm m  – m ruknął. – Depresj a to ostatnio gorący  tem at. Według naj nowszej  teorii depresj a

nie m a żadnej  konkretnej  przy czy ny , m oże by ć j edy nie skutkiem  j akichś ży ciowy ch wy darzeń –
stwierdził  tonem   naukowca,  który   hołduj e  logicznem u  m y śleniu  i  precy zj i  j ęzy ka.  –  Ale
naj gorsze j est to, że rodzina chorego rzadko kiedy  zdaj e sobie sprawę z powagi sy tuacj i. U osób z
depresj ą każdy  naj m niej szy  problem  urasta do rozm iaru tragedii. Depresj a powoduj e skłonność
do przesady , co ty lko pogarsza sprawę. To j est j ak błędne koło.

– A czy  każdy  sam obój ca j uż wcześniej  próbował odebrać sobie ży cie?
– Nie zawsze.
– Okej , dzięki.
– A co twoj e śledztwo m a wspólnego z depresj ą?
– Całkiem  sporo – ucięła. – A przy naj m niej  tak m i się wy daj e.
– I j ak sobie radzisz?
– Chy ba wreszcie zaczy nam  coś z tego rozum ieć – przy znała powoli.
– Mam  po ciebie przy j echać? Odwiozę cię do dom u.
– Nie, dzięki – odparła niepewnie. – Jesteś kochany , ale dam  sobie radę. Czeka m nie j eszcze

sporo pracy , a j utro rano m uszę wcześnie wstać. Ktoś na pewno m nie podwiezie.

– Ty lko nie przesadzaj  z tą pracą.
Wzruszy ła się j ego troskliwy m  tonem . Oczam i wy obraźni uj rzała, j ak j ego poważna, m ęska

background image

twarz nagle przy biera czuły , delikatny  wy raz. Milczała, a Matthew, który  intuicy j nie wy czuł j ej
nastrój , odczekał chwilę, zanim  zadał j ej  kolej ne py tanie.

– Obiecałaś m i wspólny  wy j azd, pam iętasz?
– Jasne, że pam iętam  – odparła.
– Obiecaj  m i j eszcze, że zastanowisz się nad ty m , co ci proponowałem  – poprosił cicho.
– Dobrze, obiecuj ę.
– To świetnie – odparł, wy raźnie zadowolony . – Do zobaczenia wkrótce.
– Na razie.
Joanna  m iała  szczęście.  Na  kom endzie  zastała  posterunkową  Critchlow,  która  tego  wieczoru

pełniła dy żur. Stała przy  autom acie z kawą i rozm awiała z dy żurny m  sierżantem .

–  Wy bacz  m oj e  fem inisty czne  podej ście  –  zagadnęła,  a  Dawn  Critchlow  spoj rzała  na  nią

py taj ąco. – Potrzebuj ę kogoś do towarzy stwa.

– A Korpanski?
Joanna pokręciła głową.
– To m usi by ć ktoś nieco bardziej  subtelny , naj lepiej  kobieta.
–  Um ieram   z  ciekawości  –  szepnęła  Dawn  i  zdj ęła  z  tablicy   kluczy ki  do  wozu.  –  To  dokąd

j edziem y ?

– Na Em ily  Place czternaście.
Co kierowca, to inny  sty l j azdy , m y ślała Joanna w drodze. Mike zby t gwałtownie naciskał gaz

i klął j ak szewc, za to Dawn Critchlow sprawiała, że wóz sunął równo j ak wodolot.

Na  Em ily   Place  by ło  pusto,  w  oknach  wisiały   ciasno  zaciągnięte  zasłony .  Widocznie  w  ten

szary ,  zim ny   wieczór  m ieszkańcy   zaszy li  się  w  swoich  dom ach,  siedząc  w  przy tulny m   cieple
przed telewizoram i. Nic dziwnego, że nikom u nie chciało się wy ściubić nosa na zewnątrz. Joanna i
Dawn  ruszy ły   betonową  ścieżką,  wy m ij aj ąc  skorodowane  auto.  Z  dom u  Carterów  dobiegały
odgłosy  telewizora.

– Ładnie tu – zauważy ła Dawn. – Mam  pój ść z panią czy  zaczekać?
– Chodź ze m ną – poprosiła Joanna. – Chcę, żeby ś by ła świadkiem  tej  rozm owy .
Zapukała i Andy  Carter otworzy ł drzwi. Zm ierzy ł obie kobiety  wrogim  spoj rzeniem .
– To znowu wy ?! – zdziwił się. – Już raz tu by liście i wszy stko wam  powiedzieliśm y . Miałem

nadziej ę, że więcej  się nie zobaczy m y . – Jego grdy ka poruszała się nerwowo na chudej  szy i. – I
grubo się j ednak pom y liłem  – dodał, cofaj ąc się do ty łu, a Joanna i Dawn weszły  do środka.

Ann Carter leżała na sofie i oglądała telewizj ę. Na widok funkcj onariuszek podniosła leniwie

głowę.

– Czy żby ście m ieli dla nas j akieś dobre wieści?
Dawn przy siadła na krześle kuchenny m  o cienkich, wy krzy wiony ch nogach, a Joanna opadła

na sofę tuż przy  nogach Ann.

– A co chciałaby  pani usły szeć, pani Carter?
Kobieta nawet na nią nie spoj rzała, ty lko rozchy liła suche wargi, ale nie odezwała się j uż ani

słowem .

Andy  usiadł obok żony  i oboj e m ierzy li Joannę podej rzliwy m  wzrokiem .
Joanna poczuła się przy tłoczona wiszący m i na ścianie fotografiam i dziewczy nki.
Przez chwilę wpatry wała się w naj większy  z portretów.
– Śliczna – zauważy ła.
Andy  Carter podniósł wzrok do góry .
– Tak, wiem  – wy cedził przez zaciśnięte zęby .
Uwagę Joanny  przy kuło puste m iej sce na ścianie. Carterowie od razu to zauważy li i wy czuli

j ej  ciekawość. Spoj rzeli po sobie, ale żadne nic nie powiedziało.

background image

– Pewnie bardzo wam  j ej  brakuj e.
Andy  Carter poruszy ł nerwowo ręką.
–  A  j ak  się  pani  wy daj e?  –  spy tał,  rozwścieczony .  –  Jak  pani  m y śli?  O  rany !  –  j ęknął

niecierpliwie. – Przecież i tak nic nam  j ej  nie zwróci!

– Nawet śm ierć Selkirka, prawda? – spy tała Joanna, wpatruj ąc się w portret dziewczy nki.
– Nie m am y  z ty m  nic wspólnego – rzucił gniewnie, poczerwieniały  na twarz.
Takty ka Joanny  zadziałała. Oburzony , wstał z m iej sca.
– O co wam  chodzi? Czy  tak trudno wam  poj ąć, że nie m ożem y  się pogodzić ze stratą naszego

dziecka?

–  Właśnie  wracam   od  inny ch  rodziców,  którzy   też  stracili  córkę  –  oznaj m iła  Joanna

spokoj ny m  tonem .

– To przy ślij cie im  kogoś z Towarzy stwa Pom ocy  – rzuciła rozgory czona Ann Carter. Sm utek

wy krzy wił j ej  twarz. – Nam  też ich przy słaliście. Bardzo dziękuj ę za taką pom oc!

Joanna zaczekała, aż em ocj e opadną.
– Może nawet znaliście tę dziewczy nę – dodała po chwili.
Ale żadne z nich nie okazało naj m niej szego zainteresowania.
– By ła pielęgniarką.
–  No  i  co  z  tego?  –  Andy   Carter  zaczął  skubać  kolczy k  w  uchu.  –  Nasza  Row  by ła  j eszcze

dzieckiem .

– Wszy scy  j esteśm y  dziećm i dla naszy ch rodziców, bez względu na wiek.
Oblał się rum ieńcem .
– Bardzo im  współczuj ę – m ruknął pod nosem , ale Ann Carter by ła nieugięta.
–  Po  co  właściwie  pani  tu  przy szła,  pani  inspektor?  –  spy tała  drwiąco.  –  Żeby   pooglądać

zdj ęcia?

Joanna nic nie odpowiedziała. Telewizor w kącie pokoj u m igał i wy ł.
Dlaczego go nie wy łączą, pom y ślała, poiry towana. Widocznie im  j akoś nie przeszkadzał.
– Ta dziewczy na nazy wała się Yolande Prince – oznaj m iła głośno. – Pracowała w szpitalu.
Andy  Carter gwizdnął cicho.
–  Ja  skądś  znam   to  nazwisko  –  zakom unikował.  –  Gdzieś  j uż  o  niej   czy tałem   –  dodał,

spoglądaj ąc  na  Joannę  tak,  j akby   spoj rzeniem   chciał  przewiercić  j ą  na  wskroś.  –  By ła  na
dy żurze, j ak porwali tego Selkirka, nie?

Joanna skinęła głową.
Oboj e patrzy li na nią, zaciekawieni.
– A co wam  m ówi nazwisko Frost? – spy tała nagle, pochy laj ąc się do przodu.
Ann Carter szy bko opuściła stopy  na podłogę, wstała i wy łączy ła telewizor. W pokoj u zrobiło

się przeraźliwie pusto, ciem no, szaro i cicho. Wszy stko wy dało się nagle beznadziej nie ponure.

Kobieta zdj ęła ze ściany  j edno ze zdj ęć i przez chwilę patrzy ła na nie bez słowa.
–  Tam tego  dnia,  kiedy   ten  drań  Selkirk  wj echał  po  pij anem u  na  pasy   i  zabił  naszą  Rowenę,

Molly  Frost przeprowadzała dzieci przez ulicę. Straciła wtedy  obie nogi. Michael, j ej  m ąż, bardzo
ciężko to zniósł.

Bardzo oględnie powiedziane, pom y ślała Joanna. Nareszcie wszy stko zaczy nało się składać w

j edną całość. Słuchaj ąc Ann Carter, poczuła ulgę.

– Michael by ł cudowny m  człowiekiem  – ciągnęła Ann. – Zrezy gnował z pracy , żeby  zaj ąć

się Molly . Opiekował się nią j ak dzieckiem  – dodała, zm uszaj ąc się do uśm iechu. – Nasza Rowena
zginęła, ale to nie by ła wina Molly . Zrobiła, co m ogła, próbowała j ą ratować. Będziem y  j ej  za to
wdzięczni do końca ży cia.

Andy  Carter wstał, obj ął j ą ram ieniem  i pocałował w policzek, po czy m  przetarł kącik oka i

background image

znów usiadł.

– Michaelowi by ło bardzo trudno opiekować się nią na co dzień i patrzeć, j ak cierpi – zaczął. –

Miała  uszkodzony   kręgosłup  i  stale  potrzebowała  pom ocy .  Zdecy dowali  się  na  hospicj um ,  żeby
zapewnić j ej  porządną opiekę, a ty dzień później  Michael trafił do szpitala z ciężką depresj ą. Czuł
się winny . Istny  cy rk – zaśm iał się nerwowo. – On robił sobie wy rzuty  z powodu Molly , a Molly  z
powodu  Roweny .  A  tak  naprawdę  wszy stkiem u  winien  by ł  ten  drań  Selkirk  –  rzucił  gniewnie.  –
Ale  on  m iał  to  gdzieś  i  j akoś  się  wy m igał.  Powinni  m u  zabrać  prawo  j azdy ,  a  j eszcze  kilka
ty godni  tem u  widziałem ,  j ak  j eździł  ty m   swoim …  –  Urwał  nagle  i  zerknął  przepraszaj ąco  na
żonę.

Joanna zam arła. W oj cu zabitego dziecka szalała rozbudzona na nowo nienawiść.
Popatrzy ła  po  twarzach  Carterów:  oboj e  m ieli  taj em nicze  m iny ,  j akby   coś  ukry wali.  W

uszach brzęczały  j ej  ostrzegawcze głosy .

– A potem  ta pielęgniarka zaniosła Molly  list od Michaela – dokończy ł szy bko Andy  Carter. –

Przed śm iercią wszy stko j ej  wy j aśnił.

Joanna siedziała bez ruchu.
– A gdzie j est teraz Molly ? – dociekała.
–  W  dom u  opieki  –  odparła  Ann.  Atm osfera  w  pokoj u  nieco  się  rozładowała.  –  Jeździ  na

wózku inwalidzkim , ale przy naj m niej  m a dobrą opiekę. Niepotrzebnie Michael tak się zam artwiał,
niepotrzebnie…

Niepotrzebnie… To słowo brzm iało Joannie w uszach przez całą drogę do dom u.
Nazaj utrz  rano  ucieszy ła  się  na  widok  Mike’a.  Celowo  się  spóźnił,  by   wy razić  w  ten  sposób

swoj ą niechęć do pracy  w niedzielę. Przez pół godziny  Joanna krąży ła przy  oknie, ale nie chciała
szukać go w dom u. Jego żona, Frań, nie lubiła, gdy  ktoś z policj i zawracał im  głowę telefonam i, a
szczególną  niechęć  m iała  do  Joanny ,  zwłaszcza  gdy   to  przez  nią  j ej   m ąż  m usiał  pracować  w
weekendy . Joanna podnosiła słuchawkę, ale ani razu nie odważy ła się wy kręcić num eru państwa
Korpanskich.  Dlatego  odetchnęła  z  ulgą,  gdy   usły szała,  j ak  żwir  przed  j ej   dom em   za-chrzęścił
pod kołam i auta. Szy bko otworzy ła drzwi.

– No, nareszcie j esteś – zawołała. – Już wiem , co łączy  sprawę Frosta i Selkirka.
Wy skoczy ł z sam ochodu.
– Skąd wiesz? – dociekał. – Kto ci powiedział?
– Wczoraj  wieczorem  by łam  u Carterów.
– To dlatego przedtem  m nie spławiłaś? – spy tał urażony m  tonem .
– Nie chciałam  ich denerwować.
– Aha – m ruknął, nadąsany . – No dobrze, w takim  razie wszy stko m i opowiedz.
– To dziecinnie proste – podsum owała. – Żona Frosta przeprowadzała dzieci przez ulicę koło

szkoły . Została ciężko ranna, kiedy  Selkirk przej echał tę m ałą. Straciła obie nogi.

Mike patrzy ł na nią bez m rugnięcia.
– No dobrze, Joanno, ale co z tego wy nika?
–  Posłuchaj   dalej   –  rzuciła  stanowczy m   tonem .  –  Ta  Molly   Frost  j est  inwalidką  i  j eździ  na

wózku. Nie m ogła sam a załatwić Selkirka, więc m oże wy naj ęła zabój cę.

Ale Mike m iał niepewną m inę.
– Coś m i tu nie pasuj e. Nie rozum iem , po co tak długo by  z ty m  czekała. Od wy padku m inęło

pięć  lat,  a  od  śm ierci  j ej   m ęża  rok.  Niby   skąd  m iała  wiedzieć,  że  tam tego  dnia  Selkirk  trafi  do
szpitala? No i co z Yolande Prince? Przecież nie współdziałałaby  z kim ś, kogo obwiniono za śm ierć
j ej  m ęża.

– Masz racj ę – przy znała ostrożnie.
Mike m iał też j eszcze inne wątpliwości.

background image

–  I  niby   j ak  udało  j ej   się  dostać  na  pierwsze  piętro  i  zam ordować  Yolande?  Przecież  w  j ej

bloku  nie  m a  windy   –  dodał,  a  oczy   m u  pociem niały   z  em ocj i.  –  Oboj e  widzieliśm y   zwłoki.
Osoba na wózku inwalidzkim  na pewno nie dałaby  rady  j ej  udusić.

–  Jest  ty lko  j eden  sposób,  żeby   się  upewnić.  –  Joanna  zatrzasnęła  za  sobą  drzwi  do  sali  i

przekręciła klucz w zam ku. – Jedziem y  do niej  zaraz po odprawie, m oże coś się wy j aśni.

Odprawę  zaplanowano  wstępnie  dopiero  na  wpół  do  j edenastej ,  żeby   uszanować  prawo  do

niedzielnego odpoczy nku. Ale zanim  Joanna podąży ła na salę przesłuchań, zadzwonił telefon. W
słuchawce odezwał się zadowolony  głos Pugh.

– Mam  tu w areszcie Galliniego – zakom unikowała. – Właśnie go przesłuchiwałam  – dodała,

wy buchaj ąc swy m  donośny m , szczekliwy m  śm iechem . – Nie pierwszy  raz zresztą. Niestety , za
wiele nam  nie powiedział. – Przerwała, by  nabrać tchu. – A j uż m iałam  nadziej ę, że będę m ogła
podać wam  rozwiązanie tej  zagadki na talerzu i zaoszczędzić wam  cennego czasu.

– A j est szansa, że się czegoś od niego dowiem y ?
– On sam  za wiele nie wie – odparła Pugh. – Jednak coś niecoś j uż z niego wy ciągnęłam .
Joanna uśm iechnęła się i przy cisnęła słuchawkę m ocniej  do ucha.
– No przecież nie chciał m ówić.
– Mam y  swoj e sposoby  – zaśm iała się głucho Pugh.
– Nie rozum iem …
–  Daj   spokój ,  j esteśm y   ludźm i  –  uspokoiła  j ą  Pugh.  –  Wy korzy stałam   twój   pom y sł.

Proponowałam  m u układy , negocj owałam  i zapewniłam , że będzie m iał szansę odsiedzieć część
wy roku w swoj ej  ukochanej  Sy cy lii. Nie rozum iem  ty lko, dlaczego woli tam tej sze więzienia od
naszy ch  –  dodała,  wy raźnie  zgorszona.  –  Sły szałam ,  że  tam   trzy m a  się  więźniów  w  nieludzkich
warunkach.

– Ale u nas wcale nie j est lepiej .
–  Możliwe  –  rzuciła  pośpiesznie  Pugh.  –  No,  ale  do  rzeczy :  Gallini  porozum iewał  się  ze

zleceniodawcam i listownie, podaj ąc ty lko num er skry tki pocztowej . Nie uwierzy sz, Piercy , ale on
m a nawet to nowe cacko, telefon kom órkowy , j ak prawdziwy  biznesm en!

– A j ak się poznali?
– Z początku nie chciał m i powiedzieć, ale dość spry tnie to sobie wy m y ślili – wy j aśniła Pugh.

– Gallini odpowiedział na ogłoszenie w j akim ś m agazy nie dla zawodowy ch strzelców. W rubry ce
„kupię”  zauważy ł  wzm iankę  o  ty m ,  że  ktoś  w  północnej   Anglii  poszukuj e  ory ginalnego  pistoletu
zam achowca,  oferuj ąc  za  niego  sporą  sum ę  pieniędzy .  O  dziwo,  Gallini  zrozum iał  tę  aluzj ę  i
odpisał,  że  nie  posiada  ory ginalnego  egzem plarza  broni,  ale  j ego  pistolet  j est  bardziej
nowoczesny   i  sprawny   i  kosztuj e  dziesięć  ty sięcy   funtów.  I  nie  podał  adresu,  ty lko  num er  tej
swoj ej  kom órki…

– I kto oddzwonil? Kobieta czy  m ężczy zna?
–  Kobieta  –  fuknęla  Pugh,  ziry towana,  że  Joanna  j ej   przery wa.  –  Ta  sam a,  która  w

poniedziałek rano zadzwoniła do niego z inform acj ą, że zaszła drobna zm iana i że Selkirka trzeba
zabrać ze szpitala. Powiedziała też, że j edna z pielęgniarek wpuści go boczny m  wej ściem . Gallini
poj echał tam  i przez całe popołudnie krąży ł po szpitalu w przebraniu. A nie m ówiłam ? – dodała z
dum ą.

– Jasny  gwint – rzuciła Joanna.
Nie  m ogła  w  to  uwierzy ć  i  gdy   ty lko  słowa  Pugh  do  niej   dotarły ,  przy pom niała  sobie  o

śm ierci Yolande.

–  A  sły szała  pani  o  kolej ny m   zabój stwie?  Zam ordowano  pielęgniarkę,  którą

przesłuchiwaliśm y  krótko po ty m , j ak Selkirk zniknął ze szpitala.

–  Tak  –  warknęła  Pugh.  –  Ale  to  j uż  nie  by ła  robota  Galliniego.  By ł  wtedy   w  drodze  do

background image

Londy nu,  żeby   oddać  wy naj ęte  auto,  fiata  pandę.  Doj echał  tam   przed  dziewiątą  i  czekał,  aż
otworzą. Nie uwierzy sz, ale nieźle się nam ęczy li, żeby  potem  wy czy ścić ty lne siedzenie z krwi –
zachichotała. – Co za brak finezj i, nie? Ale to nie on załatwił tę dziewczy nę, Piercy  – dodała. – To
robota kogoś m iej scowego.

Joanna zm arszczy ła brwi.
– Jest pani pewna, że Gallini rozm awiał z kobietą?
– Z tego, co m ówi, to tak – odparła stanowczo Pugh. – A ta zam ordowana dziewczy na by ła

pielęgniarką w szpitalu?

– Tak, została uduszona.
– Aha – m ruknęła Pugh. – Czy li m iałam  racj ę. To m usiał by ć ktoś m iej scowy .
– Na to wy gląda.
– Od razu wiedziałam , że ktoś wpuścił go do szpitala. Ślady  na drzwiach przeciwpożarowy ch

ty lko  to  potwierdziły .  I  wiesz,  co  Gallini  powiedział  Selkirkowi?  –  dodała.  –  W  obecności
pielęgniarki poinform ował, że przenoszą go na inny  oddział. Ten Selkirk długo m y ślał, że Gallini to
sanitariusz.  Dopiero  w  sam ochodzie  Gallini  przy stawił  m u  lufę  do  głowy   i  zakleił  taśm ą  usta…
Aha, i j eszcze j edno.

Joanna zeszty wniała.
– Chy ba wy starczy  j uż ty ch potworności.
–  To  nie  Gallini  wy brał  Gallows  Wood,  ty lko  j ego  zleceniodawcy .  Uznali,  że  to  idealne

m iej sce.

– Rozum iem . Dzięki za inform acj ę – odparła Joanna i nagle ogarnęła j ą ciekawość. – A j aki

on j est, ten Gallini?

– Jak na bezwzględnego zabój cę j est trochę m ało rozgarnięty  – westchnęła Pugh. – Angielski

zna na ty le, żeby  m niej  więcej  dogadać się za granicą. Ma chłodne spoj rzenie i j est pozbawiony
wszelkich em ocj i. Nie rozum ie, co to litość – dodała po chwili. – Takiem u nie m ożna przem ówić
do  uczuć,  bo  po  prostu  ich  nie  m a.  Rosły ,  barczy sty   m ężczy zna,  ponad  m etr  osiem dziesiąt
wzrostu, czarne włosy . Trochę podobny  do tego twoj ego kolegi, sierżanta Korpanskiego. Sprawia
wrażenie kogoś, kto j edny m  ciosem  powali każdego na ziem ię, i źle m u patrzy  z oczu, czego nie
m ożna  powiedzieć  o  Korpansldm .  Wierz  m i,  nie  chciałaby ś  spotkać  go  na  ulicy   nawet  w  biały
dzień.

Joanna odłoży ła słuchawkę, a w drzwiach poj awiła się głowa Mike’a.
– No, co z tą odprawą? – spy tał, zniecierpliwiony .
– Właśnie m iałam  telefon od Pugh – wy j aśniła.
– A co? Znów przy j eżdża na wizy tę?
Pokręciła głową.
– Nie w naj bliższy m  czasie.
– Uff! Całe szczęście.
– No wiesz! A m ówiła o tobie ty le m iły ch rzeczy . Masz j uż raport w sprawie tego listu?
– Jeszcze nie.
– To się pośpiesz, błagam  cię.
Niespodziewanie odprawa przy niosła nowe rezultaty .
Podaj ąc naj nowsze inform acj e, Joanna zauważy ła wśród zebrany ch rosnący  zapał. Okazało

się, że posterunkowy  Tim m is też zdąży ł się czegoś dowiedzieć.

– Wczoraj  by łem  u Dustina Holloway a – oznaj m ił, nie kry j ąc zadowolenia. – Przy znał się, że

polował  na  borsuki.  Niby   nic  nowego,  ale  j ak  dotąd  nie  m ieliśm y   żadny ch  dowodów.  Dopiero
wczoraj  w j ego sam ochodzie znaleźliśm y  m artwego borsuka. By ł nieźle pokiereszowany .

– Biedny  borsuk – wtrąciła Joanna. – A czy  Holloway  zauważy ł w lesie coś podej rzanego?

background image

Tim m is skinął głową.
–  Mówi,  że  krótko  po  pierwszej   w  nocy   z  lasu  wy szedł  j akiś  m ężczy zna.  Wy soki,  szczupły ,

ciem nowłosy . Wsiadł do sam ochodu…

– Niech zgadnę: pewnie do fiata pandy ?
–  Tak.  Holloway   zapisał  nawet  num er.  Trzeba  przy znać,  że  spisał  się  na  m edal.  Straż

sąsiedzka  by łaby   zadowolona.  –  Podał  Joannie  kartkę  papieru,  a  ona  schowała  j ą,  notuj ąc  w
pam ięci, by  później  sprawdzić num er z autem  z wy poży czalni. – Holloway  obiecał, że potwierdzi
wszy stko, j eśli wy cofam y  oskarżenie przeciwko niem u.

Joanna popatrzy ła na niego bez m rugnięcia.
– Też m i coś – pry chnęła. – Szlachetny  z niego człowiek, nie? Powiedz m u, żeby  się wy pchał.

Nie pój dziem y  na żaden układ. Odsiedzi za kłusownictwo z nawiązką, a do tego j eszcze wlepim y
m u karę za próbę przekupstwa.

– Spokoj nie, Jo – szepnął Mike, doty kaj ąc j ej  ram ienia.
Zgrom iła go wzrokiem .
–  Szlag  m nie  trafia  –  rzuciła.  –  Mam   j uż  serdecznie  dość  ty ch  drobny ch  cwaniaczków  i  ich

zakichany ch układów.

– A Gallini? Sam a proponowałaś Pugh, żeby  zawarła z nim  układ.
Spoj rzała na niego.
–  Tak,  ale  to  co  innego.  Szukam y   prawdziwego  zabój cy   Selkirka,  tego  drania,  który   zapłacił

Galliniem u.

–  Chwileczkę  –  Mike  nie  dawał  za  wy graną.  –  Zabój cą  j est  Gallini.  Zleceniodawca  ty lko

wy łoży ł forsę, ale sam  by  go nie zabił. To Gallini j est winny .

– A j ednak to nie on zabił Yolande Prince – odparła.
– I tu m asz racj ę – przy znał, posy łaj ąc j ej  szeroki uśm iech.
Joanna zwróciła się do funkcj onariuszy  w kącie sali:
– Przeszukaliście m ieszkanie Yolande Prince?
Pokiwali głowam i.
– I znaleźliście coś?
–  Około  południa  sąsiadka  obok  sły szała,  j ak  Yolande  Prince  wchodziła  do  m ieszkania  –

zakom unikował posterunkowy  Jenkins.

Joanna skinęła głową.
– A więc to by ło krótko po ty m , j ak j ą przesłuchaliśm y . No i co dalej ? – spy tała.
– Podobno brała pry sznic. Ściany  są cienkie i wszy stko sły chać – wy j aśnił. – A około drugiej

ktoś zadzwonił dzwonkiem . Trzy  razy .

– No i co?
– Sąsiadka usy piała akurat dziecko i bała się, że hałas j e obudzi.
– A widziała, kto dzwonił?
– Nie.
– I co dalej ?
–  Usły szała  głosy .  Rozm owa  trwała  j akieś  dziesięć  m inut.  Mieli  włączone  radio  i  nie  by ło

sły chać, o czy m  m ówią, ale po paru m inutach ktoś widocznie j e wy łączy ł i zrobiło się cicho.

Joanna spoj rzała w stronę ekipy  śledczej .
– Wiem , że wy m agam  za wiele, ale czy  na przełącznikach radia by ły  j akieś odciski palców?
– Niestety , nie – odparł j eden z funkcj onariuszy . – Nic nie znaleźliśm y .
Wzięła głęboki oddech i zwróciła się znów do Jenkinsa:
– No i co potem ?
–  Zrobiło  się  cicho,  dziecko  zasnęło,  sąsiadka  wy kąpała  się  i  zaczęła  oglądać  telewizj ę.

background image

Cieszy ła się, że wreszcie m a święty  spokój .

– A m oże widziała, że ktoś wy chodził z m ieszkania obok?
–  Chwilę  po  ty m ,  j ak  wy łączy li  radio,  wy j rzała  na  kory tarz  i  zauważy ła,  że  ktoś  zbiega  po

schodach.  Jakiś  m ężczy zna  w  długim   płaszczu  i  czapce  z  daszkiem .  Widziała  go  ty lko  z  ty łu  –
dodał przepraszaj ąco.

Joanna westchnęła.
– By ł wy soki czy  niski?
– Wzrost około m etra sześćdziesięciu, średnia budowa ciała, koloru włosów nie by ło widać.
– I pewnie m iał wy soko podniesiony  kołnierz, co?
Jenkins uśm iechnął się sm utno.
– Okej , dzięki – rzuciła. – To m usiał by ć zabój ca, ty m  razem  nie wy naj ęty  z zagranicy , ty lko

ktoś  m iej scowy ,  kto  zrobił  to  z  pobudek  osobisty ch.  Yolande  na  pewno  go  znała.  I  to  właśnie  on
wy naj ął Galliniego – dodała, wodząc wzrokiem  po twarzach zebrany ch.

Dom  opieki, gdzie m ieszkała Molly  Frost, m ieścił się w m ały m , parterowy m  budy nku. Drzwi

otworzy ła j akaś kobieta na wózku.

–  Molly ?  A,  tak.  –  Poszli  za  nią  j asny m ,  słoneczny m   kory tarzem ,  na  końcu  którego  by ły

zam knięte drzwi.

W  który m ś  z  pokoj ów  grało  radio  i  Joanna  usły szała  m elodię  j akiegoś  hy m nu.  Przy m knęła

powieki  i  przez  chwilę  m iała  wrażenie,  że  znów  j est  m ałą  dziewczy nką  i  wpatruj e  się  w
oświetlone słońcem  witraże, a kiedy  j uż otworzy ła oczy , poczuła sm akowity  zapach niedzielnego
obiadu. Molly  Frost siedziała w kolej ny m  pokoj u, na wózku, i nagle Joanna zdała sobie sprawę z
ogrom u j ej  cierpienia. Zrozum iała, że złam ana ręka w gipsie po zderzeniu z ciężarówką to nic w
porównaniu  z  ty m ,  co  przeszła  ta  kobieta.  Minęło  j uż  pięć  lat,  odkąd  potrącił  j ą  sam ochód,  ale
Molly  wciąż cierpiała i by ła na to skazana przez resztę ży cia.

Twarz m iała wy krzy wioną z bólu, a na j edny m  policzku widniała głęboka szram a. Na widok

policj antów  kobieta  wskazała  na  krzesła,  z  trudem   poruszaj ąc  ręką.  Joanna  spuściła  wzrok  i
spoj rzała  na  koc,  leżący   płasko  na  wózku.  Ale  Molly   Frost  by ła  twarda  i  odważnie  spoj rzała
Joannie w oczy .

– Inspektor Joanna Piercy ? – spy tała, zerkaj ąc na stertę gazet w kącie pokoj u.
Joanna skinęła głową.
– Dużo o pani czy tałam . Podobno nieźle sobie pani radzi z przestępcam i.
– Jak dotąd, m iałam  chy ba szczęście – odparła Joanna powściągliwie. – Ale to śledztwo nadal

j est dla m nie zagadką.

–  I  dlatego  przy chodzi  pani  do  m nie?  –  Molly   Frost  spoj rzała  py taj ąco  na  Joannę.  Miała

ładne, brązowe, kręcone włosy . – Do beznogiej  kobiety  na wózku inwalidzkim ?

Joanna nic nie odpowiedziała.
Molly  Frost wzięła głęboki oddech.
– Pani m oże m ówić o szczęściu, a j a j uż nie. I wcale m i nie żal tego Selkirka – dodała powoli.

–  Wiem ,  że  to  by ła  okrutna  śm ierć,  ale  ten  człowiek  zniszczy ł  ży cie  ty lu  ludziom ,  że  trudno  m u
współczuć.  –  Przełknęła  nerwowo  ślinę.  –  Odebrał  nam   wszy stko:  Carterowie  stracili  córkę.
Rowena by ła naprawdę kochany m  dzieckiem . A j a straciłam  przez niego zdrowie i radość ży cia
– dodała. – Ale naj bardziej  przeży ł to Michael…

Przerwała im  pielęgniarka, która szy bkim  krokiem  weszła do pokoj u.
–  Czas  na  m orfinę,  Molly   –  oznaj m iła,  m anipuluj ąc  przy   strzy kawce  połączonej   z  cienką,

plastikową rurką.

Molly  przy glądała się j ej  beznam iętny m  wzrokiem .
–  Morfina  złagodzi  ból  w  m oim   strzaskany m   kręgosłupie  –  wy j aśniła  spokoj ny m   tonem .

background image

Nagle  w  j ej   oczach  zabły snął  gniew.  –  Ale  to  i  tak  nic  w  porównaniu  z  ty m ,  co  przeszedł  m ój
biedny   Michael.  –  Popatrzy ła  na  Joannę,  potem   na  Mike’a.  –  Czasam i  pocieszam   się  ty m ,  że
wy skoczy ł z okna, by  doświadczy ć tego co j a i przekonać się, j ak to j est ży ć w ciągły m  bólu, z
połam any m  kręgosłupem . Ale w głębi duszy  wiem , że to nieprawda. Skoczy ł, bo chciał się zabić
– podsum owała, przy m y kaj ąc powieki. Żadne z nich nie odezwało się ani słowem , a Molly  Frost
rzuciła  im   cierpkie,  ironiczne  spoj rzenie.  –  Wniosłam   potem   oskarżenie  i  szpital  wy płacił  m i
odszkodowanie – dodała, przeły kaj ąc ślinę.

– A który  adwokat prowadził tę sprawę?
Molly  Frost wy krzy wiła twarz w gry m as.
– Na szczęście nie Selkirk – odparła. – To by ł ktoś z firm y  prawniczej  O’Donnell’s – dorzuciła

z zaciętą m iną. – Doradził m i, żeby m  żądała odszkodowania, i zapewnił m i pom oc prawną.

– I ile pani wy płacili?
– Dwanaście ty sięcy  – szepnęła Molly , usiłuj ąc powstrzy m ać em ocj e. – Ty le m ój  Michael

by ł dla nich wart. Poczułam  się tak, j akby  ktoś uderzy ł m nie w twarz. – Zam rugała oczam i. Łzy
spły wały   j ej   po  policzkach.  –  Ale  chy ba  nie  przy szliście  po  ty ,  by   wy słuchiwać  m oich
dram atów, prawda? – Obrzuciła ich chłodny m , by stry m  spoj rzeniem .

– Ty le pewnie j uż sam i wiecie.
Joanna skinęła głową.
Molly  Frost spoj rzała j ej  odważnie prosto w oczy .
– No więc po co przy szliście?
Joanna wy trzy m ała j ej  spoj rzenie. Pochy liła się bliżej .
– Pani Frost, co łączy  sam obój stwo pani m ęża z m orderstwem  Selkirka?
– Nie wiedziałam , że te dwie sprawy  m aj ą ze sobą coś wspólnego – odparła, zdziwiona.
– Właśnie próbuj em y  to ustalić. – Joanna postanowiła nakłonić kobietę, by  ta zrobiła następny

ruch. – A j ak pani m y śli?

– Bardzo chciałaby m  w to wierzy ć – odparła Molly . – W końcu należało m u się za tę biedną

m ałą Rowenę, za m oj e kalectwo, a przede wszy stkim  za Michaela. Ucieszy łaby m  się, gdy by  ta
parszy wa świnia zapłaciła za swoj e krzy wdy , ale niestety , nic nie wiem  – przy znała, skubiąc koc,
który   zwisał  płasko  zam iast  nóg.  Obróciła  się  na  wózku  twarzą  do  Joanny .  –  Niech  pani  sam a
powie,  pani  inspektor:  czy   nie  chciałaby   pani  zem ścić  się  na  człowieku,  który   spowodował
wy padek i złam ał pani rękę?

– A skąd pani o ty m  wie?
– Czy tałam  w gazecie. Niech m i pani powie: chciałaby  się pani zem ścić czy  nie?
Joanna  zrozum iała,  że  j ej   wy padek  by ł  niczy m   w  porównaniu  z  ty m ,  przez  co  przeszły   te

dwie rodziny  z winy  Selkirka. Zaskoczona, pokiwała głową.

Molly  nie spuszczała z niej  wzroku.
– Selkirk został zastrzelony , prawda?
– Tak, przez płatnego zabój cę – wtrącił niedelikatnie Mike.
– I m y ślicie, że to j a go wy naj ęłam ?
Żadne z nich nic nie odpowiedziało. Molly  oparła się na wózku.
– Rozum iem  – rzekła powoli.
– Czy  po sam obój stwie m ęża kontaktowała się pani z Yolande Prince?
Zam iast udawać, że nie wie, o kim  m owa, Molly  Frost przy taknęła.
– Biedaczka, chciała dla nas j ak naj lepiej  – powiedziała, zerkaj ąc na Mike’a. – Rozm awiałam

z  nią  po  śm ierci  Michaela.  By ła  zdruzgotana.  Twierdziła,  że  to  j ej   wina  –  dodała  po  chwili
zawahania.

– Bo nie podała m u leków?

background image

Molly  skinęła głową.
– Próbowałam  j ej  tłum aczy ć, że to nie przez nią Michael się zabił. Mówiła, że zrobi wszy stko,

żeby  nam  pom óc. No i dotrzy m ała słowa – dodała sm utno.

– Co pani m a na m y śli? – spy tała łagodnie Joanna.
Molly  poruszy ła się nerwowo na wózku.
– Podobno by ła zam ieszana w zabój stwo Selkirka.
– Skąd pani wie?
– Carterowie m i m ówili, że znaleziono j ą m artwą w j ej  m ieszkaniu, a wcześniej  czy tałam , że

w  nocy ,  kiedy   zginął  Selkirk,  m iała  dy żur  w  szpitalu,  no  i  wy ciągnęłam   wnioski.  Carterowie  to
dobrzy   ludzie  –  dodała  obronny m   tonem .  –  Zaprzy j aźniłam   się  z  nim i.  Często  tu  do  m nie
wpadaj ą, a kiedy  nie m ogą przy j ść, to zawsze dzwonią. – Wskazała na telefon na szafce. – Ty le
razem  przeży liśm y . By łam  przy  ich córce, kiedy … – Głos j ej  się urwał i nie dokończy ła.

Joanna spoj rzała na Mike’a: siedział przy garbiony . Postanowiła zadać j eszcze j edno py tanie.
– A co pani m ąż napisał w pożegnalny m  liście?
– To j uż nie pani interes – rzuciła Molly , ziry towana. – To są sprawy  osobiste m iędzy  m ną a

Michaelem   i  nikt  nie  m a  prawa  się  do  tego  wtrącać.  Zapewniam   panią  ty lko,  że  nie  m am   nic
wspólnego z zabój stwem  Selkirka – dodała.

Siedzieli potem  oboj e w biurze Joanny , popij ali kawę i om awiali każdego z podej rzany ch.
– Czy  wiadom o j uż coś o ich kontach bankowy ch? ‘- Joanna zwróciła się do Mike’a z nadziej ą

w głosie.

– Nikt ostatnio nie przelał żadnej  większej  kwoty .
– Tak m y ślałam . To by łoby  zby t naiwne – zauważy ła.
Pochy liła się do przodu i dłonią podparła podbródek.
– No i co sądzisz o tej  Molly ?
Mike utkwił w niej  swoj e ciem ne oczy .
– My ślisz, że m ogła wy naj ąć zabój cę?
Pokiwał głową.
– Całkiem  m ożliwe – odparł powściągliwie.
–  Właściwie  to  nawet  nie  m iałaby   wy boru  –  konty nuowała  Joanna.  –  Bo  przecież  sam a  nie

m ogła go zabić.

– Ty lko po co tak długo z ty m  zwlekała? – dziwił się. – Od j ej  wy padku i sam obój stwa m ęża

m inęło j uż ty le czasu. Dlaczego zdecy dowała się dopiero teraz?

–  Może  czekała  na  przy pły w  gotówki  –  zasugerowała  Joanna.  –  Niedawno  dostała

odszkodowanie.

– Ale to nie ona zabiła Yolande.
Joanna przy znała m u racj ę.
–  I  to  m nie  właśnie  gry zie.  Można  by   j ą  podej rzewać,  ale  wiem ,  że  to  nie  ona.  Nie  m iała

powodu.  Cała  j ej   nienawiść  skierowana  by ła  przeciw  Selkirkowi,  ale  odniosłam   wrażenie,  że  z
natury  to dobra kobieta.

–  Yolande  nie  brałaby   w  ty m   udziału,  gdy by   Selkirk  nie  wy lądował  w  szpitalu  z  zawałem

serca. A poza ty m  Pugh wspom inała coś o ty m , że Gallini nigdy  nie zm ienia term inu zlecenia, a
w razie j akichkolwiek zm ian rezy gnuj e.

– Jakoś nie wy obrażam  sobie, że Molly  Frost i Yolande wspólnie uknuły  plan, by  wy straszy ć i

ukarać Selkirka. Czuj ę, że chodzi tu o j akąś wy szukaną zem stę, a Molly  Frost j akoś m i do tego nie
pasuj e.

Przez chwilę oboj e m ilczeli.
– Za to Yolande tak – dodała Joanna po chwili.

background image

Siedzieli,  nie  m ogąc  zapom nieć  widoku  niskiej ,  tęgiej   kobiety   na  wózku  inwalidzkim ,

okaleczonej  w wy padku i w duchu oboj e pragnęli wy kluczy ć j ą z kręgu podej rzany ch.

–  My ślałam   j eszcze  o  ty ch  Carterach  –  zaczęła  Joanna.  –  Ale  Andy   chy ba  j est  czy sty .

Pam iętasz,  j ak  powiedział,  że  sam   chętnie  zabiłby   Selkirka,  zam iast  zlecić  to  kom uś  innem u?
My ślę, że facet m ówił prawdę. Zrobiłby  to pięć lat tem u, zaraz po śm ierci córki, nie zważaj ąc na
konsekwencj e, zam iast przy gotowy wać m isterny  plan i angażować w to j akąś obcą pielęgniarkę.
Po co tak długo czekać, skoro czas leczy  rany ?

– A j ego żona?
Joanna dopiła kawę i odstawiła filiżankę na biurko.
– Jasne, to m ogła by ć ona, ty lko j akim  cudem  zdoby ła te osiem  ty sięcy ?
Mike  wstał  z  m iej sca,  zrobił  kilka  kroków  i  zatrzy m ał  się  przy   biurku.  Zawsze  czuła  się

skrępowana, gdy  j ego krzepka sy lwetka górowała nad nią.

– Na litość boską, m oże j ednak by ś usiadł! – rzuciła, ziry towana. – Wkurzasz m nie, kiedy  tak

łazisz tam  i z powrotem  j ak ty gry s w klatce.

Opadł posłusznie na fotel.
– A j a nie rozum iem , j ak m ożna m y śleć na siedząco – odparł obronny m  tonem . – Spój rz na

siebie: nic nie robisz, ty lko siedzisz i bawisz się ołówkiem .

Postukała się w czoło.
– Bo j a pracuj ę głową – zaśm iała się. – Może tego nie widać, ale to bardzo intensy wna praca.
Uśm iechnął się ty lko szeroko.
– Słuchaj , Mike, weźm y  to na logikę – zaczęła. – Ten, kto zaplanował to całe zabój stwo, m usi

by ć bezwzględny m  draniem . Yolande by ła dla niego ty lko środkiem  do celu i gdy  j uż wy konała
swoj e  zadanie,  postanowił  się  j ej   pozby ć.  To  m usi  by ć  ktoś  wy j ątkowo  podły ,  o  silny m
charakterze.

– Taki j ak Pritchard?
Skrzy wiła się.
– Dziadek Tony ? Wcale by m  się nie zdziwiła, gdy by  to on wy naj ął m ordercę – przy znała. –

Wy gląda  m i  na  kogoś,  kto  nie  lubi  brudzić  sobie  rąk.  Zastanawiam   się  ty lko,  j ak  m u  się  udało
nam ówić  Yolande  Prince  do  pom ocy   przy   wy prowadzeniu  Selkirka  ze  szpitala.  Poza  ty m ,  czy
Yolande tak po prostu wpuściłaby  go do m ieszkania?

– Raczej  nie.
– Właśnie. Nawet się nie znali. No i co Pritchard by  z tego m iał?
– Wdowę po Jonathanie i j ej  forsę.
Jego słowa przekonały  Joannę.
I do tego j eszcze wiedział, że Selkirk trafił do szpitala.
– A więc to nasz główny  podej rzany ?
– A j ak m y ślisz?
–  Sam   j uż  nie  wiem   –  nachm urzy ł  się  Mike.  –  Jakoś  nie  chce  m i  się  wierzy ć,  że  to  on  tak

spry tnie wszy stko zaplanował.

– Mnie też nie. No więc kogo j eszcze m am y ?
– Całą rodzinę Selkirków – odparł powoli. – Żonę, sy na i sy nową.
– Ty le że żonie Selkirka niczego nie brakowało. Skoro m iała pieniądze i m ogła robić, co j ej  się

ży wnie podoba, to po co m iałaby  planować zabój stwo m ęża?

– Może z czy stej  nienawiści – zaśm iał się Mike.
–  Rzeczy wiście,  dobry   powód  –  przy znała,  posy łaj ąc  m u  szeroki  uśm iech.  –  I  zdaj e  się,  że

korzenie tej  nienawiści sięgały  bardzo głęboko.

– Co m asz na m y śli? – popatrzy ł na nią py taj ąco.

background image

– Sam a j eszcze nie wiem  – odparła szczerze. – Po prostu m am  j akieś niej asne przeczucie.
– Ale Sheila Selkirk sam a przy znała, że nie m a zam iaru opłakiwać m ęża.
–  Niby   tak,  ale  czasam i  ludzie  skłonni  są  m anipulować  półprawdam i,  by leby   ty lko  ukry ć

swoj ą winę.

– Nie rozum iem .
–  Sheila  dała  nam   ty lko  do  zrozum ienia,  że  za  nim   nie  przepadała,  ale  ani  słowem   nie

wspom niała o nienawiści.

– No, racj a.
–  I  j ego  sy n  też  nie  –  ciągnęła.  –  Mówił  ty lko,  że  oj ciec  budził  w  nim   strach,  za  to  j ego

ciężarnej  żonie Selkirk by ł całkiem  oboj ętny , a przy naj m niej  takie odniosłam  wrażenie.

– Co innego Sheila. Oboj e j ą wy chwalali…
– Bo liczą na j ej  pom oc.
Mike przy taknął ruchem  głowy .
– No i j est j eszcze nasz uroczy  pan Wilde – dodała Joanna.
– Dlaczego on? – zdziwił się nagle Mike.
–  Może  m iał  nadziej ę,  że  po  śm ierci  partnera  wy dział  przestępstw  gospodarczy ch  um orzy

dochodzenie przeciwko ich firm ie – wy j aśniła.

– Daj  spokój , to słaby  argum ent – zaprotestował.
– Tak, wiem  – westchnęła i spuściła wzrok. – Ale m am y  j eszcze j ego córeczkę o urodzie lalki

Barbie – dodała po chwili, podnosząc wzrok.

– A co ona takiego zrobiła? – Mike uniósł brwi.
– Pom y śl ty lko, Mike. To ona m ogła wszy stko zaplanować. Naj pierw zwodziła staruszka, żeby

wy ciągnąć  od  niego  forsę,  a  potem   ściągnęła  Galliniego  i  zleciła  m u  m orderstwo.  Całkiem
m ożliwe, że ten ostatni anonim  to też j ej  sprawka, a Yolande też raczej  wpuściłaby  j ą do swego
m ieszkania. No i j ak ci się podoba m oj a teoria?

– Rzeczy wiście, to m a sens. Załóżm y , że panna Wilde by ła kochanką Selkirka. O rany , i tego

właśnie  naj bardziej   nie  znoszę  –  j ęknął.  –  Ta  praca  zaczy na  pozbawiać  m nie  wiary   w  ludzi,  a
zwłaszcza w kobiety .

Jego słowa wy raźnie j ą ubawiły .
– Wiesz, j a to chy ba nawet by m  chciała, żeby  m oj a teoria z panną Wilde się sprawdziła!
– Ale z ciebie sady stka.
– A w ogóle j ak ona m a na im ię?
– Nie pam iętasz? – zaśm iał się Mike. – Sam antha.
– No tak. A j ak to wszy stko razem  widzisz?
– Nieźle – odparł. – Jak na kobietę z ręką w gipsie, naprawdę nieźle kom binuj esz.
– W takim  razie j utro m usim y  j echać do paru m iej sc – postanowiła.
Mike podszedł do drzwi.
– Odwieźć cię do dom u? – spy tał.
Pokręciła głową.
– Jeszcze trochę tu posiedzę i pom y ślę.
– O pannie Wilde?
– Nie, o Selkirku.
Cicho zam knął za sobą drzwi.
Przez chwilę siedziała bez ruchu. Selkirk m usiał by ć naprawdę podły m  ty pem , podsum owała

w m y ślach. Niszczy ł wszy stko na swoj ej  drodze. Zruj nował ży cie dwóm  rodzinom  i uniknął kary ,
bo m y ślał, że j est spry tny . Tam tego dnia, gdy  na pasach przed szkołą przej echał m ałą Rowenę
Carter,  nie  m iał  naj m niej szy ch  wy rzutów  sum ienia.  Nie  obchodziło  go  zabite  dziecko  ani  j ego

background image

rodzina – bał się ty lko o własną skórę. Z Yolande Prince łączy ło go bardzo niewiele. Yolande by ła
wzorową  pielęgniarką,  ukochaną  córką  i  przy zwoitą  dziewczy ną,  ale  sam obój stwo  Michaela
Frosta pozostawiło głęboki uraz w j ej  psy chice i zaburzy ło j ej  sposób m y ślenia do tego stopnia, że
dała się złapać w pułapkę. To Selkirk by ł sprawcą całego zła, a Yolande zapłaciła swoim  ży ciem
za to, że ktoś zagrał na j ej  em ocj ach i zrobił z niej  kozła ofiarnego.

Ale kto m ógł posunąć się do czegoś takiego?
Tego  popołudnia  na  kom endzie  panowała  niety powa  cisza.  Joanna  siedziała  sam a  pośród

uporządkowany ch  biurek  i  pusty ch  ekranów  m onitorów.  Otaczały   j ą  ty lko  sterty   dokum entów  i
zapisany ch  tablic  –  pozostałości  po  karkołom ny m   śledztwie.  Świadom ość,  że  Matthew  na  cały
dzień  poj echał  do  Eloise,  potęgowała  w  niej   poczucie  odosobnienia.  Przechadzaj ąc  się  m iędzy
rzędam i  biurek,  Joanna  walczy ła  z  narastaj ącą  w  niej   sam otnością,  aż  wreszcie  zadzwoniła  po
taksówkę i poj echała do dom u.

Nie by ł to j ednak naj lepszy  pom y sł. W dom u przez cały  wieczór towarzy szy ły  j ej  niepokój  i

rozdrażnienie.  Sprawną  ręką  zdołała  j edy nie  zaparzy ć  wodę  na  kawę,  bo  przy gotowanie  kolacj i
przekraczało j ej  m ożliwości.

Zastanawiała się, co będzie, gdy  zdej m ą j ej  gips. Tak bardzo się do niego przy zwy czaiła, że

od  pewnego  czasu  przestał  j ej   ciąży ć  i  zawadzać,  a  obraz  kół  rozpędzonej   ciężarówki  powoli
zacierał  się  w  j ej   pam ięci.  W  ferworze  pracy   przy   śledztwie  j ej   powy padkowy   uraz  zszedł  na
dalszy  plan i bała się, że kiedy  znów wsiądzie na rower, przy kre wspom nienia powrócą.

Włączy ła  telewizor  i  trafiła  akurat  na  j akąś  kom edię,  która  oderwała  j ą  od  ponury ch  m y śli.

Wy piła dwa kieliszki czerwonego wina i po półtorej  godziny  zm ógł j ą sen, ale w łóżku wierciła się
i  kręciła,  a  po  głowie  tłukły   j ej   się  różne  m y śli:  to  o  wy padku,  to  o  zabój stwie  Selkirka,  to  o
zam ordowanej   pielęgniarce.  Około  drugiej   w  nocy   usiadła  w  końcu  na  łóżku,  długo  nie  m ogąc
zasnąć.

Rano o wpół do dziewiątej  zj awił się niezawodnie Mike i naty chm iast wy czuł, że coś j ą gnębi.
– No, m ów, o co chodzi – nalegał, gdy  j uż wsiedli do wozu.
– O tę wesołą wdówkę Sheilę – odparła poważny m  tonem . – Wciąż nie daj e m i spokoj u. Nie

rozum iem ,  dlaczego  została  z  Jonathanem ,  zam iast  zwy czaj nie  się  z  nim   rozwieść.  To
wy kształcona kobieta i wcale nie by ła na niego skazana, a dla sy na nie m usiała tego robić.

– To j ak m y ślisz, dlaczego?
– Jedy ny  sensowny  powód to pieniądze i przy zwy czaj enie do luksusu – odparła. – Nie m am

wprawdzie  na  to  żadny ch  dowodów,  ale  za  to  m ogę  podać  całą  m asę  przekonuj ący ch
argum entów przeciwko niej . Wpadłam  na to dziś o drugiej  w nocy .

Zaśm iał się.
– No i co? Doznałaś olśnienia i rozwiązałaś naszą zagadkę?
Ale Joanna pokręciła sm utno głową.
– Raczej  wy ciągnęłam  nowe wnioski. Zdaj e się, że Sheila j akoś z nim  wy trzy m y wała, dopóki

Jonathan  nie  znalazł  sobie  j akiej ś  kochanki.  Musiał  j ą  nieźle  zaskoczy ć,  bo  tego  się  po  nim   nie
spodziewała. No i zaczęła się bać, że po ty ch wszy stkich latach m oże wszy stko stracić.

–  Sam   nie  wiem   –  przy znał  niepewnie  Mike.  –  Mam   wrażenie,  że  Sheila  Selkirk  j est  zby t

inteligentna  na  to,  by   posłuży ć  się  płatny m   zabój cą.  Taka  kobieta  j ak  ona  uży łaby   trucizny ,
uszkodziłaby  m u sam ochód czy  coś w ty m  rodzaj u – dorzucił bez przekonania.

Joanna spoj rzała na niego, wy raźnie rozbawiona.
– Zaczekaj , psy chologia to przecież m oj a działka.
–  Tak  j est  –  zgodził  się  z  przekąsem .  –  To  pani  inspektor  wie  wszy stko,  a  j a  j estem   ty lko

skrom ny m  sierżantem .

Przechy liła  głowę  na  bok,  nie  wiedząc  do  końca,  ile  prawdy   m ieści  się  w  j ego  na  pozór

background image

niewinny ch żartach, ale j ego skupiona twarz nie zdradzała żadny ch em ocj i.

– Mam y  kilka ważny ch tropów, które trzeba j eszcze dokładnie zbadać – oznaj m iła spokoj ny m

tonem .

– Na przy kład co?
– Ten ostatni list. Po co go napisano? Czy  m ogła go wy słać Sheila Selkirk? A w ogóle to gdzie,

do diabła, j est ten raport?

background image

–  Spokoj nie,  znaj dę  go.  –  Położy ł  j ej   dłoń  na  ram ieniu.  –  Ty lko  nie  wy ciągaj   pochopny ch

wniosków.

– No wiesz, skoro po trzech latach Selkirk tak się przej ął, że dostał zawału…
– Może to ty lko zbieg okoliczności.
– Och, daj  spokój , Mike – rzuciła, zrezy gnowana. Nie m iała ochoty  się z nim  wy kłócać. – A

Yolande? Czy  dała się w to wrobić ty lko dlatego, że by ła niewinna i naiwna? – Joanna skrzy wiła
się. – Jakoś nie chce m i się wierzy ć, że by ła na ty le głupia, by  zgodzić się na udział w porwaniu
pacj enta. A więc dlaczego?

Mike wzruszy ł ty lko ram ionam i.
–  Na  pewno  nie  m ożna  zwalać  na  nią  całej   winy .  Niby   skąd  m iała  wiedzieć,  że  szy kuj e  się

m orderstwo?  –  Spoj rzała  na  Mike’a.  –  Ta  Sheila  m ogła  wszy stko  zaplanować,  ale  Yolande  nie
by łaby  taka głupia, żeby  dać się w to wrobić. – Joanna przy wołała w pam ięci szczery , poczciwy
wy raz twarzy  dziewczy ny .

Mike  nic  nie  odpowiedział,  ty lko  cudem   om inął  j akieś  zaparkowane  auto,  którego  pasażer

nagle otworzy ł drzwi.

– A poza ty m  j est j eszcze parę inny ch rzeczy , który ch nie rozum iem  – ciągnęła Joanna.
Mike spoj rzał na nią ukradkiem .
– Na przy kład co?
– Na przy kład to, skąd Andy  Carter wiedział, że zabój ca kazał Selkirkowi klękać.
Mike zeszty wniał nagle.
– I dlaczego u Carterów brakuj e na ścianie j ednego z portretów Roweny .
Znów wzruszy ł ram ionam i.
– O rany , m oże po prostu trzeba by ło wy m ienić ram ę albo szkło.
– Możliwe.
– Dlaczego sam a ich o to nie spy tasz?
– Chy ba będę m usiała – przy znała, kręcąc głową z niedowierzaniem . – Pom y śl ty lko, Mike,

siedzim y  nad ty m  j uż prawie cały  ty dzień, a tak niewiele wiem y .

– Ale przy naj m niej  m am y  j uż Galliniego.
Joanna skrzy wiła się.
– To Pugh go m a, a nie m y . Gdy  ty lko tu przy j echała, od razu wiedziała, że to on. To j uż nie

nasza zasługa.

Wy raźnie zasm ucony  spy tał:
– No dobrze, to dokąd teraz?
– Do Selkirków. Złoży m y  im  nieoczekiwaną wizy tę.
Na  podj eździe  do  dom u  Selkirków  stały   trzy   sam ochody :  j aguar  Pritcharda,  peugeot  Sheili  i

stary  citroen Justina. Joanna i Mike z trudem  się przez nie przecisnęli.

–  Wy gląda  na  to,  że  facet  gustuj e  w  drogich  cackach  –  zauważy ła  Joanna,  m uskaj ąc  ręką

j aguara.

–  I  wszy scy   się  nagle  zj echali  –  dorzucił  cierpko  Mike.  –  Jakby   j akaś  rodzinna  im preza.  Do

diabła, wierzy ć się nie chce!

– Może m aj ą j akąś naradę rodzinną.
Jesienne  słońce  oświetlało  stary   dom ,  odbij aj ąc  się  w  oknach  ciepły m   radosny m   blaskiem .

Drzwi wej ściowe by ły  lekko uchy lone. Mike zapukał lekko, po czy m  oboj e weszli do środka.

W  salonie  rzeczy wiście  odby wała  się  narada  rodzinna.  Pritchard  i  Sheila  siedzieli  na  sofie,

Justin  w  kącie,  Teresa  przy   pianinie,  a  m ała  Lucy   na  podłodze  na  sam y m   środku  pokoj u.  To
właśnie  ona  pierwsza  dostrzegła  funkcj onariuszy .  Popatrzy ła  na  nich  poważny m   wzrokiem ,  ale
nic  nie  powiedziała.  Wtedy   Sheila  Selkirk  zauważy ła  j akiś  ruch  przy   drzwiach  i  zdziwiona,

background image

odwróciła głowę.

– Chy ba państwo nie sły szeli, j ak pukaliśm y  – odezwała się Joanna łagodny m  tonem .
W pokoj u zapanowała krępuj ąca cisza. Wszy scy  nagle zam arli j ak na stopklatce.
Nie by ło sły chać nawet oddechu dziecka.
Po chwili odezwał się Pritchard.
–  Wy baczcie,  ale…  –  zaczął,  szy kuj ąc  naprędce  j akieś  kłam stwo,  ale  Sheila  Selkirk,  j ak

zwy kle, nie owij ała w bawełnę.

– Nie uwierzy cie, co zrobił ten parchaty  gnoj ek – rzuciła i nie czekaj ąc na reakcj ę, dodała: –

Zaskarżę ten cholerny  testam ent.

Joanna dom y śliła się, o co chodzi.
–  A  więc  Jonathan  Selkirk  zm ienił  testam ent?  –  spy tała,  przekonana,  że  ty lko  to  m ogłoby

wy prowadzić Sheilę z równowagi.

Sheila Selkirk zerknęła na nią podej rzliwie.
– A skąd pani wie?
– Po prostu zgadłam .
O dziwo, następny  odezwał się Justin, sapiąc ciężko przez nos.
– Nie dość, że oj ciec ginie, brutalnie zam ordowany , to teraz j eszcze kpi sobie z nas zza grobu

– zaj ęczał, wy rzucaj ąc w górę ręce, aż dziecko się skuliło ze strachu.

– Może ktoś m i wreszcie wy j aśni, co się stało – wtrąciła szy bko Joanna.
– Wie pani, kom u ten podły  drań zapisał wszy stkie pieniądze? – spy tała Sheila Selkirk.
Joanna uniosła brwi.
– Tej  zarozum iałej , wy tapetowanej  zdzirze – sy knęła. – Jakim  prawem  ta wredna, zakłam ana

dziwka przy stawiała się do m oj ego m ęża! Niech j ą ty lko dorwę!

Mike zrobił krok naprzód.
– I co wtedy , pani Selkirk? Co j ej  pani zrobi?
Po raz pierwszy  dostrzegli na j ej  twarzy  zawahanie, j akby  nagle zdała sobie sprawę z tego, co

właśnie powiedziała. Szy bko j ednak się opanowała.

–  Zaskarżę  ten  testam ent  –  powtórzy ła.  –  Nic  m nie  nie  obchodzi,  że  j ej   oj ciec  j est

prawnikiem . Ja też znam  się na prawie. – Zerknęła gniewnie na Joannę. – Proszę sobie wy obrazić,
pani inspektor, że m ój  m ąż zapisał wszy stkie swoj e pieniądze tej  m ałej  j ędzy  Wilde, która podaj e
się  za  j ego  kochankę.  –  Przerwała,  rozglądaj ąc  się  po  salonie.  –  Dzięki  Bogu,  że  m am   j eszcze
rodzinę – dodała cicho z niespodziewanie dum ną m iną.

W tej  sam ej  chwili Teresa Selkirk ciężko podniosła się z m iej sca, podeszła do Sheili, obj ęła j ą

ram ionam i i przy tuliła policzek do j ej  twarzy .

Joanna m iała wrażenie, że ogląda j akiś spektakl teatralny , w który m  kiepscy  aktorzy  sztucznie

odgry waj ą kochaj ącą się rodzinkę. Wszy stko to trąciło m anipulacj ą. Ty lko kto tu kim  m anipuluj e,
zastanawiała się w duchu.

Wtedy  znów odezwał się Justin.
–  Ty le  ostatnio  przeszliśm y   –  zaczął,  ocieraj ąc  ręką  czoło.  –  Sam i  widzieliście,  w  j akich

warunkach  m usiałem   m ieszkać  z  żoną  i  córką.  Na  szczęście  m am a  zgodziła  się,  żeby śm y
zam ieszkali u niej  – dodał.

Sheila przy taknęła ruchem  głowy .
– A kiedy  będzie j uż po wszy stkim , Tony  i j a weźm iem y  ślub – oznaj m iła, spoglądaj ąc czule

na Pritcharda.

Ten spuścił wzrok na podłogę.
– Naj pierw zabój ca pani m ęża m usi stanąć przed sądem  – wtrąciła Joanna. – Dopiero wtedy

będzie po wszy stkim , pani Selkirk – dodała, wy raźnie zadowolona, bo zwracanie się do Sheili po

background image

nazwisku sprawiało j ej  dziwną przy j em ność.

Sheila Selkirk uśm iechnęła się wy niośle.
– Podobno j uż go m acie. To j akiś Włoch, prawda?
–  Tak,  pani  Selkirk,  ale  nie  m am y   j eszcze  tego,  kto  go  wy naj ął  –  odparł  Mike.  –  No  i  wciąż

szukam y  zabój cy  Yolande Prince.

– No tak, to ta pielęgniarka – rzuciła Sheila, znudzona.
– Właśnie – zauważy ła Joanna.
W oczach Sheili przem knął j akiś dziwny  bły sk. Przełknęła nerwowo ślinę.
– Ale przecież – zaczęła, poiry towana – sam i widzieliście ten list, który  przy prawił Jonathana

o  zawał.  Już  przedtem   takie  dostawał.  Chodziło  o  tę  biedną  dziewczy nkę,  którą  kiedy ś  potrącił  –
przy znała, a pozostali skinęli zgodnie głowam i.

– Badam y  każdy  ślad – zapewniła Joanna spokoj nie. – A skoro j uż tu j estem , to m uszę zadać

państwu to py tanie: gdzie by liście w zeszły  wtorek?

–  W  dom u  –  odparła  Sheila.  –  Sam a  pani  dobrze  wie,  że  siedziałam   tu  przez  cały   dzień  i

czekałam  na wiadom ość o m ężu. – Słowa przy chodziły  j ej  z trudem .

– A pan, panie Selkirk?
– By łem  w pracy . Widziało m nie tam  wiele osób.
– Na przy kład kto? LouLou? – spy tał Mike, nie m ogąc opanować uśm iechu.
– Ona i parę inny ch osób – odparł wy niośle.
A  więc  edukacj a  w  pry watny ch  szkołach  nie  poszła  na  m arne,  podsum owała  w  duchu

Joanna. Justin Selkirk m iał w sobie coś z despoty . Po raz drugi Joanna dostrzegła w nim  j ego oj ca i
znów doznała tego sam ego niem iłego wrażenia co przedtem .

Teresa strząsnęła do popielniczki popiół z papierosa.
– Ja by łam  wtedy  w szpitalu na badaniach – dorzuciła cicho.
– A o której  m iała pani te badania, pani Selkirk?
–  O  j edenastej ,  ale  przeciągnęły   się  na  cały   dzień.  Proszę  spy tać  położnej .  –  Zdusiła

papierosa i posłała funkcj onariuszom  taj em niczy  uśm iech.

– A pan, panie Pritchard?
Zaśm iał się, zażenowany .
–  Grałem   w  golfa.  Naj pierw  j edna  partia,  potem   lunch  i  następna  partia.  Mam   na  to  wielu

świadków.

Joanna zm arszczy ła czoło. Ciekawe, j ak ten Tony  Pritchard zarabia na ży cie, pom y ślała.
–  A  dlaczego  py ta  pani  o  wtorek,  skoro  m ój   m ąż  został  porwany   ze  szpitala  w  poniedziałek

wieczorem ? – dociekała Sheila.

– We wtorek rano zam ordowano pielęgniarkę – wtrącił Mike. – To by ło krótko po ty m , j ak z

nią rozm awialiśm y .

Joanna  przy j rzała  się  ich  twarzom .  Wszy scy   patrzy li  na  nią  wy czekuj ąco,  czuj ni  j ak  lisy ,

które  sły szą  w  dali  j azgot  psów  gończy ch  i  są  gotowe  w  każdej   chwili  rzucić  się  do  ucieczki.
Nawet  m ała  Lucy   podniosła  się  z  m iej sca  i  stała,  pochy lona  lekko  do  przodu,  j akby   czekała  na
j akiś sy gnał.

Joannie przy szła do głowy  pewna m y śl: skoro każde z nich nienawidziło Selkirka i ży czy ło m u

śm ierci,  to  czy   któreś  zdoby łoby   się  na  opłacenie  zabój cy ?  Czy   Justin  Selkirk,  zgarbiony ,
nerwowy   m ężczy zna  o  pobladłej   twarzy   i  drgaj ący ch  powiekach,  chciał  dokuczy ć  oj cu
anonim owy m  listem ?

Joanna powiodła wzrokiem  po pokoj u i spoj rzała na Teresę o twarzy  świętej  Madonny , której

ręce obej m owały  łono z nienarodzony m  dzieckiem . Czy  w swej  nienawiści do teścia nie m iała
dla  niego  ani  odrobiny   współczucia,  gdy   ten  dostał  zawału,  ty lko  naty chm iast  powiadom iła

background image

zabój cę, by  udał się do szpitala? A dum na, pewna siebie Sheila Selkirk, która m iała kontrolę nad
wszy stkim  oprócz własnego m ałżeństwa?

A Tony  Pritchard, który  lubi drogie rzeczy , choć nie wiadom o, skąd bierze na nie pieniądze?
Jedno by ło pewne – że w tej  rodzinie nikt nikogo nie zdradzi. Łączy ła ich j akaś silna, solidarna

więź.  Nawet  m ała  Lucy   siedziała  cicho  na  podłodze,  wpatrzona  w  Joannę  oczkam i  wielkim i  j ak
spodki.

Joanna  zastanawiała  się,  co  m ogłoby   ich  rozdzielić.  Może  j eśli  w  grę  wchodziłby   własny

interes każdego z nich, to łatwiej  by łoby  ich poróżnić, m y ślała.

– A czy  znali państwo Michaela Frosta? – zary zy kowała.
– Nie, nie znaliśm y  go – rzuciła gniewnie Sheila w im ieniu całej  rodziny . – Ale wiem y , kim

by ł.  To  m ałe  m iasto,  pani  inspektor.  Złe  wieści  szy bko  się  rozchodzą.  Po  j ego  sam obój stwie  w
m ediach  znów  huczało  o  sprawie  Carterów,  a  w  prasie  poj awiło  się  pełno  krzy kliwy ch
nagłówków.  To  by ła  kolej na  straszna  tragedia  –  dodała,  kręcąc  głową.  –  Znaliśm y   go  ty lko  z
nazwiska,  nie  m ieliśm y   okazj i  go  poznać  –  ciągnęła  beznam iętny m   głosem ,  pozbawiony m
wszelkich em ocj i, nie zdradzaj ąc cienia współczucia dla zm arłego i j ego trudnej  sy tuacj i, za którą
winę ponosił j ej  m ąż.

Joanna zrozum iała, że nic tu po niej  i postanowiła skończy ć rozm owę.
– No cóż, dziękuj ę wam  wszy stkim  – rzuciła pogodnie. – To by ło bardzo ciekawe spotkanie.
Po wy j ściu z dom u Selkirków siedzieli w wozie przez całe pięć m inut.
– Ty le czasu w plecy , niech to szlag – rzucił Mike.
–  No  wiesz,  Mike!  –  Uniosła  drwiąco  brwi.  –  Tego  się  po  tobie  nie  spodziewałam .

Dowiedzieliśm y   się  przecież  ty lu  nowy ch  rzeczy ,  na  przy kład,  kom u  Jonathan  Selkirk  zapisał
pieniądze.

– No i co nam  to daj e?
– Mam y  kolej ny  trop, który  trzeba zbadać. Zapalił silnik.
Budy nek firm y  prawniczej  Selkirk &  Wilde ze swoj ą elegancką fasadą w sty lu georgianskim

wy glądał równie im ponuj ąco j ak w dniu ich pierwszej  wizy ty .

– Nawet do głowy  by  m i nie przy szło, że taka profesj onalna firm a m oże by ć zam ieszana w

j akieś m achloj ki – zauważy ł Mike.

–  To  ty lko  kolej ny   dowód  na  to,  że  pozory   m y lą  –  odparła  Joanna,  pchnięciem   otwieraj ąc

drzwi.

Naj wy raźniej   śm ierć  współpartnera  nie  odbiła  się  negaty wnie  na  interesach.  W  holu

naprzeciwko biurka Sam anthy  siedziało j uż dwoj e klientów.

Ty m   razem   zam iast  czarnego,  żałobnego  ubrania  dziewczy na  m iała  na  sobie  czerwoną

spódnicę m ini i m nóstwo złotej  biżuterii. Rzuciła Joannie wy zy waj ące spoj rzenie.

–  Sły szałam ,  że  odziedziczy ła  pani  fortunę,  pani  Wilde  –  zaczęła  Joanna.  –  Gratuluj ę!  Czy

m ożem y  porozm awiać na osobności?

Dziewczy na  zam rugała  nerwowo  oczam i  i  nagle  wy dała  się  dużo  m łodsza  i  lekko

onieśm ielona.  Ciekawe,  czy   j ej   kochany   tatuś  dopom ógł  szczęściu,  zastanawiała  się  w  duchu
Joanna. Sam antha ty m czasem  zaprowadziła ich do j akiegoś niewielkiego pom ieszczenia.

– Niech nam  pani powie, j aką sum ę pani odziedziczy ła?
– Nie wiem . Nie m am  poj ęcia – odparła, patrząc na Joannę niewinny m  wzrokiem . – Nawet

do głowy  m i nie przy szło… Ani przez chwilę. To dla m nie kom pletny  szok.

– Nie wątpię.
Dziewczy na  zrobiła  nadąsaną  m inę,  wy krzy wiaj ąc  swe  bły szczące,  czerwone  wargi  i  w

j ednej   chwili  j ej   ładna  buzia  zm ieniła  się  w  groteskową  m askę.  Joanna  obserwowała  j ą  bardzo
uważnie. To nie uroda, pom y ślała, to sztuczny  blichtr. Ta dziewczy na j est strasznie nienaturalna,

background image

a taka forsa to dla niej  wszy stko. Sam antha znów zam rugała.

– A co pani Selkirk… – zaczęła.
– No właśnie. Pani Selkirk nie darzy  pani sy m patią – dopowiedziała Joanna.
– Twierdzi, że zabawiała się pani z j ej  m ężem  – dorzucił z ty łu Mike.
Dziewczy na zrobiła oburzoną m inę.
– To nieprawda – zaprotestowała. – To kom pletna bzdura. Między  nam i nigdy  nic nie by ło.
– A m oże to by ł ty lko niewinny  flirt? – drąży ła uparcie Joanna. – Taka drobna kokieteria?
– Nie m a pani prawa j ej  o to posądzać – odezwał się m ęski głos.
W drzwiach zj awił się Rufus Wilde. Miał groźną, zaciętą m inę, j ak na prawnika przy stało.
– To są insy nuacj e.
–  Ja  ty lko  tak  z  czy stej   ciekawości  –  odparła  Joanna.  –  Bo  niby   z  j akiego  powodu  Jonathan

Selkirk  zapisał  pana  córce  wszy stkie  swoj e  pieniądze?  –  spy tała  wprost,  nawet  nie  siląc  się  na
delikatny  ton. – Czy m  sobie zasłuży ła na taką nagrodę?

–  Ty lko  nie  ty m   tonem ,  pani  inspektor  –  zagrzm iał  Wilde,  m rużąc  oczy .  –  Jonathan  bardzo

polubił m oj ą Sam anthę. By liśm y  m u bliżsi niż j ego własna rodzina.

– Polubił? – Mike zacisnął szczękę. – Ja też polubiłem  wiele osób, ale nawet nie przy szłoby  m i

do głowy  zapisy wać im  w spadku pieniądze.

Joanna odkaszlnęła znacząco.
– Drodzy  państwo – zaczęła, uświadam iaj ąc sobie, że czeka j ą konfrontacj a z kolej ną rodziną.

Wiedziała, że bez względu na konsekwencj e, oj ciec i córka będą trzy m ali się razem . Zastanawiała
się  ty lko,  czy   to  ty powa  cecha  prawników.  –  To  bardzo  podej rzana  sprawa,  że  Jonathan  Selkirk
zapisał pani wszy stkie pieniądze, skoro łączy ła was j edy nie przy j aźń. Przy pom inam  wam , że tu
chodzi o podwój ne m orderstwo.

Wilde popatrzy ł na córkę.
– Czy  pani wiedziała, że pan Selkirk zam ierzał zapisać pani pieniądze?
Dziewczy na  pokręciła  głową,  rzucaj ąc  oj cu  przelotne  spoj rzenie,  j akby   szukała  u  niego

aprobaty , a ten niepostrzeżenie skinął głową.

– A gdzie państwo by li w zeszły  wtorek rano?
– W firm ie – odparli niem al j ednogłośnie.
Rufus Wilde odchrząknął nerwowo.
–  Przez  chorobę  Jonathana  m ieliśm y   m nóstwo  pracy   –  wy j aśnił.  –  Ktoś  m usiał  zaj ąć  się

sprawam i firm y .

–  No  tak,  rzeczy wiście  –  przy znała  Joanna,  m ierząc  Rufusa  Wilde  baczny m   spoj rzeniem .  –

Przecież  wy dział  przestępstw  gospodarczy ch  depcze  wam   po  piętach.  Panie  Wilde,  j eśli  pani
Selkirk  zaskarży   testam ent,  to  j akie  m a  szansę  na  to,  by   wy grać  sprawę?  Niech  m i  pan  powie
szczerze, w końcu j est pan prawnikiem .

Wilde odkaszlnął.
– Córka j est skłonna pój ść na ugodę… – zaczął.
–  I  zam knąć  usta  pani  Selkirk?  –  dorzuciła  szorstko  Joanna.  –  Proszę  odpowiedzieć  na  m oj e

py tanie.

– W świetle prawa każdy  testam ent j est ważny , chy ba że istniej ą dowody  na to, że j ego autor

by ł niezrównoważony  psy chicznie – wy recy tował.

Joanna  dostrzegła  na  j ego  twarzy   wy raźny   niepokój ,  który   sprawiał  j ej   dziwną  saty sfakcj ę.

Dobrze m u tak, pom y ślała.

– A czy  Jonathan Selkirk by ł niezrównoważony  psy chicznie? – spy tał oschle Mike.
Wilde popatrzy ł po nich i otworzy ł usta, ale zaraz j e zam knął.
–  Aha,  rozum iem   –  rzuciła  Joanna  przy j azny m   tonem .  –  Jak  w  j apońskim   przy słowiu:  nie

background image

widzę, nie sły szę i nie m ówię nic złego. Ale oboj e wiem y , panie Wilde, że Selkirk spisał testam ent
w pełni władz um y słowy ch, a pan doskonale wie, że w sądzie nie da się go podważy ć.

Wilde skinął głową.
– Przy puśćm y , że żona Selkirka zażąda połowy , a wy  odpalicie j ej  j akąś sy m boliczną sum kę,

by leby   ty lko  nie  poszła  do  sądu  –  ciągnęła  Joanna,  czuj ąc,  że  zm usza  swój   m ózg  do  pracy   po
godzinach. – A pana córka pracuj e tu ty lko j ako sekretarka i nie odpowiada za m achloj ki w firm ie.
Spry tnie  pan  to  wy m y ślił  –  dodała  oboj ętnie.  –  Chy ba  że  wy dział  przestępstw  gospodarczy ch
zdąży ł j uż przej ąć akty wa Jonathana Selkirka…

–  Proszę  posłuchać.  –  Wilde  by ł  wy raźnie  zdenerwowany ,  a  Joanna  posłała  Mike’owi

przelotny , trium fuj ący  uśm iech. – Jonathan m ógł zrobić ze swoim i pieniędzm i, co m u się ży wnie
podobało.  Postanowił  zapisać  j e  m oj ej   córce.  Długo  razem   pracowali  i  darzy ł  j ą  ogrom ną
sy m patią.

Dziewczy na m rugała nerwowo oczam i i patrzy ła po ich twarzach, usiłuj ąc nadąży ć za tokiem

rozm owy .

– Kiedy  został spisany  ten testam ent, panie Wilde?
– Miesiąc tem u – odparł niepewnie.
– Rozum iem . No cóż, bardzo panu dziękuj ę za pom oc.
– Czy  to j uż wszy stko? – spy tał. – Mam  sporo pracy .
– Tak, to wszy stko – odparła Joanna. – I niech pan uważa na wy dział – rzuciła na odchodny m .

– Podobno są j ak lwy : lubią bawić się swoj ą ofiarą, zanim  j ą zj edzą. – dodała, nie odwracaj ąc
głowy .

I  wy szła,  zadowolona,  zostawiaj ąc  za  sobą  rozkoły sane  drzwi.  Stam tąd  udali  się  z  powrotem

na kom endę.

Joanna usiadła za biurkiem , a przy  niej  Mike i Dawn Critchlow.
– Coś m i j uż świta w głowie – oznaj m iła – ale potrzebuj ę j eszcze paru szczegółów. Macie j uż

raport biegły ch z badania tego listu, który  Selkirk dostał na kilka godzin przed śm iercią?

Mike podał j ej  j akiś dokum ent.
–  Przy szedł  dziś  rano  –  oznaj m ił.  –  List  wy drukowany   został  na  innej   drukarce  niż  listy

Carterów. Taka j est oficj alna opinia biegły ch.

– Świetnie – ucieszy ła się Joanna. – Na to właśnie liczy łam .
Oboj e spoj rzeli wy czekuj ąco na Dawn.
– Nasi chłopcy  zaj rzeli do spraw m aj ątkowy ch Justina Selkirka. Okazuj e się, że pół roku tem u

sprzedał dom .

– Po ty m , j ak j ego kredy t przerósł cenę nieruchom ości – m ruknął Mike, ale Dawn m iała dla

nich w zanadrzu kilka zaskakuj ący ch inform acj i.

– Wcale nie – odparła. – Miał trzy dzieści ty sięcy  długu, a dom  sprzedał za trzy dzieści osiem

ty sięcy .

Joanna otworzy ła usta ze zdziwienia.
– Co? – wy j ąkała, przy wołuj ąc w pam ięci ciasną, obskurną przy czepę.
–  Nie  wiem   –  odrzekła  Dawn  –  ale  posterunkowy   Phil  Scott  twierdzi,  że  na  j ego  koncie

brakuj e ty ch ośm iu ty sięcy .

– No, no – m ruknął Mike z zadowoleniem . – A więc m am y  ptaszka.
Joanna rzuciła m u ostrzegawcze spoj rzenie.
Dawn zawahała się, po czy m  ciągnęła dalej :
– Chcę wam  coś pokazać. Kupiłam  to w kiosku.
I rzuciła na biurko j akieś czasopism o kobiece, na okładce którego widniała ładna, roześm iana

buzia dziecka. Na fotografii napisane by ło: Pięcioletnia Rowena Carter – kolej na ofiara pij anego

background image

kierowcy ,  a  pod  spodem   czarny m i  literam i:  Uciekł  z  m iej sca  wy padku,  ale  los  okazał  się
sprawiedliwy . Czy taj  dalej  na stronie…

Joanna podniosła głowę.
– To ten brakuj ący  portret ze ściany . Już teraz wiem , po co go zdj ęli.
Otworzy ła czasopism o  na podanej   stronie. Arty kuł  podpisany  by ł  nazwiskiem  Ann  Carter,  a

obok zam ieszczono zdj ęcie zrozpaczonej  m atki w obj ęciach m ęża. Joanna dwa razy  przeczy tała
tekst. By ł napisany  w nieco zj adliwy m  tonie z nutą wy niosłości, ale autorka nie pałała nienawiścią
czy   żądzą  zem sty .  U  dołu  strony   by ło  zdj ęcie  Selkirka  i  krótki  opis  tego,  co  zaszło  w  Gallows
Wood, a w ostatnim  zdaniu podsum owano, że „dostał to, na co zasłuży ł”.

Joanna  wróciła  do  okładki  czasopism a  i  zauważy ła  aktualną  datę.  Zam y ślona,  podała  j e

Mike’owi,  a  on  przeczy tał  arty kuł  bez  słowa.  Po  chwili  Joanna  wstała,  zdj ęła  kurtkę  z  oparcia
krzesła  i  narzuciła  j ą  na  ram iona.  Nauczy ła  się  j uż  radzić  sobie  z  ręką  w  gipsie,  która  z  każdy m
dniem  ciąży ła j ej  coraz m niej .

– No, to przy naj m niej  wiem y  j uż, co się stało z brakuj ący m  portretem  – podsum owała. – To

niesam owite.  Odkąd  by liśm y   u  Carte-rów  po  raz  pierwszy ,  m iałam   j akieś  dziwne  przeczucie  –
dodała, ale ani Mike, ani Dawn nie m ieli poj ęcia, o czy m  m ówi. Wy czy tała to w ich oczach. –
Ale wy  pewnie i tak nic nie rozum iecie. Chodź, Korpanski, zapraszam  cię na lunch. Okazałeś się
naprawdę niezły m  szoferem .

Gdy   by li  j uż  w  drzwiach,  zadzwonił  telefon.  Joanna  wahała  się,  czy   odebrać,  ale  poczucie

obowiązku zwy cięży ło.

– Czy  to pani inspektor Joanna Piercy ?
– Tak. Witam , panie Prince.
Mówił  donośny m ,  stanowczy m   głosem .  Widocznie  nie  chciał  okazy wać  sm utku  po  stracie

córki. Ludzie różnie reaguj ą po śm ierci bliskich, pom y ślała Joanna.

– Chcem y  się wy powiedzieć w im ieniu naszej  córki – zaczął. – W gazetach piszą o niej  różne

rzeczy .

Joanna  odparła,  że  nie  warto  nawet  kom entować  tekstów  z  prasy   brukowej .  Dziennikarze  to

cwane  sztuki,  podsum owała  w  m y ślach.  Nic  dziwnego,  że  gdy   ty lko  dowiedzieli  się  o  śm ierci
Yolande,  naty chm iast  zwietrzy li  sensacj ę  i  zaczęli  snuć  dom y sły ,  a  tacy   to  j uż  dobrze  wiedzą,
j akich uży ć słów, by  zwy kłe przy puszczenia zabrzm iały  j ak fakty .

– Nasza córka nigdy  by  tego nie zrobiła – ciągnął Price. – Za dobrze j ą znaliśm y . Opiekowała

się  troskliwie  każdy m   swoim   pacj entem ,  bez  względu  na  j ego  przeszłość.  Nie  m iała  żadny ch
uprzedzeń do inny ch ludzi…

Joanna usiłowała dopatrzy ć się w j ego słowach uczuć kochaj ącego oj ca, którego nie stać na

obiekty wną ocenę, ale głos Prince’a nie zdradzał żadny ch em ocj i – on po prostu stwierdzał fakty .

– Zam iast winić naszą córkę za porwanie pacj enta – m ówił dalej  – powinniście przy j rzeć się

bliżej   inny m ,  którzy   by li  wtedy   na  dy żurze.  Z  naszej   córki  zrobiono  kozła  ofiarnego  –  dodał
wy niośle.

– No i co o ty m  sądzisz, Mike? – spy tała, kiedy  wy słuchał j ej  relacj i.
Na  biurku  piętrzy ły   się  przed  nią  akta  sprawy ,  kom puter  by ł  włączony ,  a  Joanna  właśnie

skończy ła przeglądać kolej ny  raz zeznania. Mike słuchał w zam y śleniu.

– Jeśli oj ciec Yolande m ówi prawdę, to chy ba wszy stko zm ienia, co? – zasugerowała.
Powoli skinął głową.
Pochy liła  się  do  przodu,  opieraj ąc  się  łokciem   o  czasopism o,  aż  na  okładce  zrobiło  się

wgłębienie.

–  Wy gląda  na  to,  że  j esteśm y   j uż  bardzo  blisko.  Musim y   j eszcze  raz  wpaść  do  Carterów,

m oże wreszcie coś się wy j aśni, a potem  trzeba om ówić parę rzeczy .

background image

Mike podniósł się z m iej sca, a j ego wy soka sy lwetka pochy liła się nad Joanną.
– Już prawie m am y  ich w garści – orzekła.
Ściągnął brwi tak m ocno, że niem al zetknęły  się nad j ego nosem .
– A m am y  j akieś dowody ?
– Nastawim y  ich przeciwko sobie i wy gadaj ą się ze strachu.
W  sam o  południe  Em ily   Place  świeciło  pustkam i  –  wokół  nie  by ło  ani  ży wego  ducha  i

panowała m artwa cisza.

Ty lko z dom u num er czternaście dobiegały  j akieś odgłosy .
Andy  Carter stał na drabinie i m alował okno na piętrze. Zauważy ł ich z góry .
– Kiedy  dacie nam  wreszcie święty  spokój , do cholery ? – krzy knął.
– Mam y  ty lko dwa py tania, panie Carter. Zszedł z drabiny , ale nie zaprosił ich do środka.
–  Przy chodzicie  tu  i  rozdrapuj ecie  rany   –  rzucił,  urażony .  –  Odkąd  zaczęliście  nas  dręczy ć,

Ann nie m oże spać.

– My  rozdrapuj em y  rany ? – spy tała Joanna spokoj nie. – To nie m y  zabiliśm y  Selkirka. Za to

m usim y  badać każdy  ślad, dopóki nie znaj dziem y  sprawcy . Nie m am y  innego wy j ścia. Rozum ie
pan?

Carter zam rugał.
– Chy ba rozum iem . Taką j uż m acie pracę. No, to o co chcieliście spy tać?
– Skąd pan wie, że zabój ca kazał Selkirkowi klękać?
To  py tanie  wy raźnie  go  zdenerwowało.  Zaczął  niespokoj nie  wodzić  wzrokiem   po  ich

twarzach.

– No m ów, Carter – ponaglił go Mike.
Ale m ężczy zna zacisnął wargi.
– W takim  razie poj edzie pan z nam i na kom endę.
– Nie, błagam ! Muszę tu zostać… Ann się wścieknie, j eśli nie zastanie m nie w dom u…
Czekali, aż się uspokoi.
– Mój  kolega często tam tędy  chodzi – wy krztusił wreszcie. – Widział zwłoki. Mówił, że Selkirk

leżał na boku ze związany m i rękam i. Miał ugięte kolana.

Joanna wzięła głęboki oddech. Powoli wszy stko zaczęło składać się w j edną całość.
– A czy  ten pana kolega nie nazy wa się przy padkiem  Holloway ?
– Tego nie m ogę powiedzieć – odparł obronny m  tonem . – Ale przy sięgam , że m ówię prawdę

– dodał, odwracaj ąc się ty łem .

Joanna czekała, aż zrozum ie swój  błąd, i po chwili Carter spoj rzał na nią.
– A to drugie py tanie?
– Czy  w ciągu ostatnich pięciu lat kupiliście nową drukarkę?
Zrobił gwałtowny  wdech.
– Błagam , zostawcie nas w spokoj u – j ęknął.
– A gdzie j est teraz pana żona, panie Carter?
– W pracy . A niby  gdzie m a by ć?
To by ł niezwy kły  widok: Ann stała przy  przej ściu dla pieszy ch w j askrawozielonej  kam izelce,

trzy m aj ąc  w  ręce  wielki  lizak  z  napisem   UWAGA  –  DZIECI.  Obserwowali  j ą  przez  chwilę,
dobrze wiedząc, po co to robi.

Przy   przej ściu  zebrała  się  grupka  dzieci.  Ann  Carter  czekała  j eszcze.  Powoli  nadj echał  j akiś

sam ochód, a ona wciąż czekała. Inny  kierowca j echał za nim  rozpędzony m  autem . Przy śpieszy ł,
j akby   nie  m iał  zam iaru  się  zatrzy m ać.  Pędził  w  stronę  pasów.  Wtedy   Ann  zebrała  dzieci  i
odważnie  weszła  na  j ezdnię.  Sam ochód  zatrzy m ał  się  z  piskiem   opon,  a  kierowca  pokazał
środkowy  palec znad kierownicy .

background image

Ann Carter ty lko się uśm iechnęła, a dzieci bezpiecznie przeszły  na drugą stronę.
Joanna i Mike poczekali na nią na chodniku.
Na ich widok zasępiła się.
– Po co tu przy szliście?
Joanna obserwowała j ą bez słowa.
Kobieta popatrzy ła na funkcj onariuszy , po czy m  odwróciła głowę w stronę przej eżdżaj ący ch

aut i m atek z dziećm i przy  przej ściu dla pieszy ch.

– Muszę tam  j uż pój ść – oznaj m iła.
Joanna położy ła j ej  dłoń na ram ieniu.
– Nie, teraz pój dzie pani z nam i.
Mike wezwał przez radio policj anta, by  zapewnić bezpieczeństwo na przej ściu dla pieszy ch i

wraz z Joanną zawieźli Ann na kom endę. Nie broniła się ani nie protestowała i, o dziwo, nie prosiła
nawet,  by   zawiadom ić  j ej   m ęża,  j akby   wcale  nie  obchodziło  j ej ,  że  Andy   m oże  się  o  nią
niepokoić.  Patrząc  na  j ej   szczupłą,  napiętą  twarz,  Joanna  i  Mike  wiedzieli,  że  Ann  m y śli  ty lko  o
córce. Po półgodzinie kobieta przerwała m ilczenie.

– Widziałam , j ak zabiera go karetka – oznaj m iła nagle ściszony m  głosem .
– Tak też m y ślałam  – przy znała Joanna.
To przeczucie dręczy ło j ą j uż od j akiegoś czasu.
– A wcześniej  wy słała pani list?
W odpowiedzi przekrzy wiła głowę.
– Żeby  przy pom nieć m u o Rowenie?
Przy taknęła, patrząc na Joannę w osłupieniu. Łzy  ciekły  j ej  po policzkach.
– Chciałam , żeby  wiedział, że to za nią.
– I tak długo odkładała pani pieniądze?
Ann Carter uśm iechnęła się.
–  Czekałam ,  aż  los  sam   zadecy duj e,  czy   pierwszy   zginie  on,  czy   j a  –  odparła  spokoj ny m

tonem . – Ży cie j est j ak loteria. – Pokręciła sm utno głową. – A m nie by ło wszy stko j edno, bo i tak
nie m am  j uż po co ży ć – dodała, podnosząc wzrok na Joannę.

Ta dotknęła lekko j ej  ram ienia.
– Załatwim y  pani adwokata, pani Carter – rzekła.
Mike ruszy ł za nią kory tarzem .
– No i co z ty m i listam i?
– Napisała j e wszy stkie, ty le że ten ostatni wy drukowała na innej  drukarce. Uży ła nawet ty ch

sam y ch słów. Zdrowy  rozsądek bij e na głowę nawet naj bardziej  szczegółowe eksperty zy , Mike.

– I tę pielęgniarkę też załatwiła?
Joanna odwróciła głowę i spoj rzała m u w oczy .
– Nie żartuj  – skwitowała.
– No więc j eśli nie ona, to kto?
Zaczekała, aż wej dą do j ej  biura, by  m óc spokoj nie rozm awiać za zam knięty m i drzwiam i.
– O’Sullivan – odparła wreszcie. – Połasił się na forsę i wpuścił Galliniego, a potem  bał się, że

Yolande pokoj arzy  fakty  i go wy da.

– Ale po co to zrobił? – spy tał Mike, opadaj ąc na krzesło.
–  Jak  to,  po  co?  –  zdziwiła  się.  –  Też  m i  py tanie!  –  pry chnęła  lekkim   tonem ,  czuj ąc,  j ak

wreszcie schodzi z niej  napięcie. – Dla forsy , oczy wiście. Carterowie przy j aźnili się z Frostam i i
na  pewno  odwiedzali  Michaela  w  szpitalu,  a  więc  m usieli  znać  O’Sullivana  i  Yolande,  skoro  ci
pracowali  na  oddziale.  Kiedy   Selkirk  dostał  list,  Ann  czekała  gdzieś  na  zewnątrz,  ale  na  widok
karetki wpadła w panikę i szy bko powiadom iła Galliniego o zm ianie planu, a potem  skontaktowała

background image

się  z  O’Sullivanem   i  wy naj ęła  go  do  pom ocy .  Niestety ,  O’Sullivan  okazał  się  dość  spry tny   i
przewidział,  że  ktoś  wy kry j e  udział  osób  trzecich  w  porwaniu  Selkirka,  i  uznał,  że  zabój stwo
Yolande  odciągnie  od  niego  uwagę  policj i,  bo  wszelkie  podej rzenia  padną  na  nią.  Przez  chwilę
daliśm y  się nawet na to nabrać. Naprawdę nieźle to sobie wy m y ślił.

Mike nie spuszczał z niej  wzroku.
– A j akie m am y  dowody ? – spy tał.
W odpowiedzi powtórzy ła to, co przedtem :
–  Nastawim y   ich  przeciwko  sobie  i  wy gadaj ą  się  ze  strachu.  –  Zerknęła  w  stronę  drzwi.  –

Kiedy   Ann  Carter  usły szy   całą  prawdę  o  Yolande,  to  na  pewno  wszy stko  wy śpiewa,  bo  w
przeciwieństwie  do  O’Sullivana  ta  kobieta  przy naj m niej   m a  j akieś  sum ienie  –  stwierdziła  z
przekonaniem .  –  Zastanawia  m nie  ty lko  j edno:  co,  do  diabła,  Justin  Selkirk  zrobił  ze  swy m i
pieniędzm i?

– Niech zgadnę – zaśm iał się Mike.
Spoj rzała na niego, zaciekawiona.
– No, to m ów.
–  Pam iętasz  te  rusztowania  na  budy nku  j ego  szkoły ?  Założę  się,  że  poży czy ł  pieniądze  na

rem ont… na prośbę LouLou. – Wy powiadaj ąc to im ię, zawsze usiłował stłum ić śm iech, ale nie
ty m  razem .

Po  chwili  z  biura  Joanny   dały   się  sły szeć  niekontrolowane  wy buchy   śm iechu.  Inni

funkcj onariusze spoj rzeli po sobie.

– Chy ba nareszcie rozgry źli tę sprawę – podsum owała Dawn Critchlow.
Kilka  ty godni  później   Joannie  zdj ęto  gips.  Ręka  wy glądała  j akoś  nieswoj o,  blado  i  m izernie.

Joanna z trudem  poruszy ła nadgarstkiem . Postanowiła, że j uż j utro wsiądzie na rower.

W  ten  ciepły ,  słoneczny   j esienny   dzień  kom enda  świeciła  pustkam i.  Większość  policj antów

zaangażowany ch  w  śledztwo  wzięła  sobie  wolne,  żeby   odpocząć  po  ciężkich  nadgodzinach.
Joanna zastała ty lko Mike’a. Siedział przy  biurku, popij aj ąc kawę, i przeglądał zeznania.

–  To  trochę  za  m ało,  żeby   wnieść  oskarżenie  –  stwierdził.  –  Nie  m am y   dość  silny ch

dowodów. O’Sullivan nie przy znaj e się do winy , a zeznania Ann Carter nie wy starczą.

– Spokoj nie, Mike. Mam y  wy druki rozm ów telefoniczny ch. Ann kontaktowała się z Gallinim  z

budki  na  końcu  ulicy ,  ale  do  O’Sullivana  nieopatrznie  zadzwoniła  z  dom u.  Znam y   dokładną
godzinę i czas ich rozm owy  i m ożem y  to wy korzy stać przy  j ego przesłuchaniu. My ślę, że to się
nam  przy da.

– Oby ś m iała racj ę, Jo – odparł, spoglądaj ąc na j ej  ram ię. – No, nie m asz j uż gipsu!
–  Ale  za  to  m am   rękę.  –  Przy siadła  na  krawędzi  biurka,  uśm iechaj ąc  się  lekko.  –  Pom y śl

ty lko:  przez  ty le  lat  planowała  zem stę  na  człowieku,  który   wy m igał  się  od  kary   za  zabicie  j ej
córki… Rodzicielska m iłość nie zna j ednak granic – dodała nieśm iało.

Mike utkwił w niej  swoj e ciem ne oczy  i obserwował, j ak bawi się długopisam i na biurku.
–  Chodzi  ci  o  Rowenę  Carter?  –  spy tał  m im ochodem .  –  Czy   m oże  o  Eloise  Levin?  –  dodał,

patrząc przez okno gdzieś w dal. – Bo z tobą to nigdy  nie wiadom o.

– O j edną i drugą – odparła oboj ętnie, unikaj ąc j ego wzroku. – Nie wiedziałam , że z m iłości

do dziecka m ożna zabić – dodała po chwili zawahania.

Po j ego wy j ściu podniosła słuchawkę.
Przy pom niał  j ej   się  pewien  hotelik,  który   widziała  w  zeszły m   roku  przy   szosie  nieopodal

Stratford-upon-Avon – szesnastowieczny  zaj azd z m uru pruskiego, serwuj ący  królewskie dania, z
łóżkam i  z  baldachim em   w  pokoj ach.  Uznała,  że  to  idealne  m iej sce  na  weekend  we  dwoj e,  i
wy kręciła num er.

– Chciałaby m  zarezerwować dwuosobowy  pokój  na przy szły  weekend.

background image

Odkładaj ąc słuchawkę, poczuła wielką ulgę.
Naj gorsze m iała j uż za sobą.

background image

Priscilla Masters

***

background image

Document Outline