background image
background image
background image

 
 
 

Spis treści

 
 

DUCH ZAPOMNIANY

   

I

   

II

   

III

 

HISTORIA, KTÓRA ZDARZY SIĘ JUTRO

 

DZIEWIĘĆ KOCHANEK KAWALERA DORNA

 

PAN Z KOZIĄ BRÓDKĄ

 
 
 
 
Tekst wg wydania Gebethnera i Wolffa, Warszawa 1927.
Na okładce wykorzystano rysunek Luisa Royo.

background image

 
 
 
 
 
 

DUCH ZAPOMNIANY

background image

 

I

 
Pan  Walenty  Zięba  nazywał  się  wprawdzie  jak  ptaszek,  ptaszka  jednak  nie  przypominał,  w  każdym

razie  nie  małego  ptaszka;  był  podobny  raczej  do  marabuta,  wiadomo  zaś,  że  marabut  nie  jest  ptakiem
przystojnym. Tedy i pan Zięba był chudy, łysy, i zawsze zamyślony. O czym myślał? Któż to wie? Nikt nie
wie, co się dzieje w główce małej zięby, któż tedy może wiedzieć, co się odbywa w potężnej i do tego
łysej głowie wielkiego Zięby. Należy zaś wiedzieć, że głowy łyse, utraciwszy niemałą troskę myślenia o
włosach, myślą tym gwałtowniej o sprawach wielkiej wagi i wielkiego znaczenia. Pomijam już to, że pan
Zięba, człowiek ze wszech miar sympatyczny i otoczony dokoła szacunkiem, jak dom parkanem, wytężał
niezwykle machinę mózgu, aby jak najlżejszym uczynić ciężar, który od lat wielu dźwigał na głowie; bo
jak  kangur,  zwierzę  miłe  i  daleko  skaczące,  nosi  rodzinę  swoją  w  worku  brzucha,  tak  człowiek  żonaty,
chociaż  łysy,  dźwiga  ją  na  głowie.  Pan  Zięba  dźwigał  na  niej  żonę  wspaniałą  i  córkę  piękną,  ozdobę
dziewic.

Żona pana Zięby była to kobieta pulchna, tak że gdyby ci, plugawy czytelniku, przyszła niepojęta dla

mnie  ochota  dotknięcia  palcem  na  przykład  jej  zasobnego  biustu,  rozwiązły  twój  palec,  nie  znalazłszy
oparcia,  grzązłby  w  nadobnym  jej  ciele  jak  w  cieście.  Przypominała  ona  ogromne  ciastko  zwane
pączkiem. Łagodna na pozór, była to kobieta o złej gębie. Kiedy zaczynała mówić, uciekał z domu mąż, z
kuchni służąca, z kamienicy stróż, z gniazd jaskółki, z podwórza wróble, z dachu kot, z bramy pies, z rogu
ulicy policjant. Jeśli to było w nocy, zrywał się wicher i wył w kominie. Gwiazdy gasły. Ludzie mieli złe
sny.  Małe  dzieci  dostawały  konwulsji.  Suchotnicy  w  promieniu  kilku  ulic  umierali.  Ludzie  nerwowi
wyskakiwali na bruk z czwartego piętra. Kobiety pobożne odmawiały modlitwę za konających.

Owa tedy niewiasta urodziła pannę Helusię Ziębiankę. Jak lilia jest aniołem wśród kwiatów, tak ta

słodka  panienka  była  aniołem  wśród  dziewic.  Skromna  była  tak,  że  aż  się  rumieniła  na  widok  małych
piesków  wesoło  i  niewinnie  figlujących,  i  na  widok  koguta,  kiedy  się  starał  o  omlet  dla  niej  właśnie;
bladła i rumieniła się na przemian, kiedy ujrzała nagą rzeźbę; wstyd ją otaczał purpurowym ramieniem,
kiedy wchodziła naga do wanny, tak czyste były i liliowe myśli tej słodkiej panienki.

Uwielbiała  ją  pani  Ziębina  i  uwielbiał  ją  pan  Zięba,  dziwiąc  się  tajemnie  w  duszy  kosmatej  i

bezwłosej głowie, jak się to stać mogło, aby taka dzieża ciasta, jak jego połowica, mogła wydać na świat
tę  figurkę  śliczną  i  tak  niewinną  jak  pierwszy  promień  słońca.  Mógł  o  tym  rozmyślać  jednakże  bardzo
rzadko,  był  bowiem  zajęty  robieniem  interesów,  wielkich  i  solidnych,  albowiem  kobieta  gadająca  i
nawet  nad  wszelki  wyraz  pyskata  miewa  czasem  chwile  wytchnienia,  w  których  się  odżywia  jak
lokomotywa węgiel pożerająca, aby mogła jechać dalej, a także i panienka niewinna, chociaż anioł, musi
żywić niewinność swoją, a tym bardziej ją odziewać, aby nie było nic widać. Interesy pana Zięby były
czyste i uczciwe, jak zresztą wszystkie interesy na świecie, nie można bowiem zastanawiać się długo nad
nieuleczalnym  maniactwem  pewnej  kategorii  ludzi,  dlatego  nazwanych  prokuratorami,  że  dla  nich
najuczciwszy interes ma w sobie ziarnko złodziejstwa. Gdyby tym oszalałym ludziom pozostawić zupełną
wolność  działania,  wtedy  trzy  czwarte  ludzkości  siedziałoby  w  kryminale  jedynie  za  doskonałą
pomysłowość albo za dobry żart. Bo czy jest to zbrodnią, czy też tylko dowcipnym pomysłem zrobić taki
interes, w którym jeden człowiek wytłumaczy drugiemu, żeby od niego kupił takie akcje za milion, które
nie  będą  warte  w  dniu  ostatnim  miesiąca  dziurawego  buta?  Czy  nie  jest  to  żartem  wybornym  i  godnym
śmiechu  sprzedawanie  przyjacielowi  swemu  dwóch  wagonów  kawy,  która  nigdy  nie  wyrosła  i  nie
wyrośnie, z czego potem ten przyjaciel ma zabawne zmartwienie?

Pan Zięba pod tym względem był człowiekiem bardzo dowcipnym i wiele takich niewinnych urządzał

kawałów, są to zaś rzeczy, które należy popierać z narodowego punktu widzenia, aby najdowcipniejszym
ludziom  na  świecie,  Żydom,  pokazać,  że  można  się  nazywać  Ziębą  i  mieć  dowcipną  głowę  do
dowcipnych interesów.

background image

Taka  tedy  miła  rodzina  mieszkała  w  Warszawie  przy  ulicy  Pięknej  w  domu  własnym,  który  był

gniazdkiem gromadki Ziębów.

Nie  wszystko  jednak  zostało  o  niej  powiedziane.  Szczegół  o  tej  rodzinie  najważniejszy  zostanie

dopiero  po  wyszczególnieniu  jej  generaliów  wymieniony.  Oto  wiadome  było  powszechnie,  że  pan
Walenty  Zięba  był  spirytystą,  znanym  i  wśród  wielu  głośnym  miłośnikiem  szukania  związków  z
zaświatem.  Może  dlatego  tak  wychudł,  może  dlatego  miał  filozoficznie  ponurą  minę  marabuta,  może
dlatego w odpowiednim oświetleniu miał wygląd mumii egipskiego kapłana, który się suszy w grobie od
czterech tysięcy lat.

Pan  Zięba  chodził  z  seansu  na  seans  i  napełniony  był  duchami.  W  jego  domu  działy  się  cudy,  o

których  mówiono  z  nabożnym  szeptem.  Pani  małżonka  mówiła  na  ten  temat  głośno  i  szeroko;  ponieważ
nie mam do dyspozycji trzystu lat, podczas których zdołałbym jako tako nieudolnie streścić to, co zdołała
na  ten  temat  wypowiedzieć  pulchna  ta  kobieta,  mogę  tylko  w  idealnym  skrócie  podać  lejtmotyw  jej
narzekań:

— Tylko taki bęcwał, jak ty, potrafi trupy sprowadzać do domu... Stuka to, puka, potem całą noc oka

nie  mogę  zmrużyć...  Krzesła  trzeszczą  i  z  szafą  dzieją  się  jakieś  historie...  Żebyś  przynajmniej  się
przytulił,  żebym  wtedy  wiedziała,  że  nie  jestem  sama...  Akuratnie!  Oj!  Większa  byłaby  pociecha  ze
zmory, niż z ciebie... A niech sobie chodzą po domu... Ta przynajmniej z tego korzyść, że cię czasem jakiś
nieboszczyk po głowie czymś zdzieli... Czasem i mądry duch się zjawi... Ale ty się kiedy doczekasz, że i
ja umrę ze strachu albo Helusia dostanie konwulsji, biedne dziecko!...

Helusia, biedne dziecko, bardzo pobożna, duchów się nie bała i drżała tylko na myśl, że gdyby się jej

nagle taki duch ukazał, umarłaby ze wstydu, bo duchy mają takie dziwne zwyczaje, że przychodzą wtedy,
kiedy człowiek leży w łóżku, same zaś pewnie są nieubrane, bo po co takiemu ubranie?

Pan Zięba podnosił tylko oczy ku niebu i pełnym tkliwości spojrzeniem błagał swoje duchy znajome i

nieznajome, aby przyszły, a jeden – najmocniejszy – aby mu żonę udusił albo, uniósłszy ją na wysokość
dziesięciu tysięcy metrów, upuścił ją potem przez nieuwagę. Widocznie jednak mały to był dla duchów
interes, bo pani Ziębina żyła i mówiła.

Mówiła też wiele i nadobnie, kiedy w czarny dzień, bo w piątek, miał się odbyć wielki seans u pana

Zięby.  Przyszło  dwóch  głośnych  aktorów,  jeden  wielki  literat,  jeden  doktor  od  wariatów  i  jeden
ginekolog, poza tym słynne medium, szewc z Solca. Pan Zięba był szczęśliwy i promienny, bo z szewcem
tym nikt jeszcze seansów nie urządzał, a on go wynalazł i on z niego zrobił sławę. Piekielny ten szewc,
brat diabła i kuzyn czarownicy, odczuwał straszliwą trwogę, wiedząc, że ma być czeluścią, z której się
dobędzie nadprzyrodzone; był blady, miał czystą duszę i brudne łapy.

Seans  udał  się  znakomicie.  Jeden  duch  rozbił  flakon  i  stukał  palcami  w  szybę,  drugi,  jakiś  figlarz,

pociągnął  za  brodę  ginekologa,  a  panu  Ziębie  chciał  koniecznie  włożyć  palec  do  ust,  trzeci  przyniósł
bukiecik fiołków aż z Radomia, fotografię nieznajomej zmarłej i polano sosnowego drewna z Taszkientu.
Wszystko to jednak są drobiazgi mało ciekawe.

Szewc jęczał, jakby go bito kopytem po głowie lub na nagi brzuch lano gorącą smołę. Wtedy ukazał

się duch wielki i potężny. Zaświecił się, zbliżał, chodził i krążył. Pana Ziębę pogładził po głowie, nosem
otarł  się  o  nos  znakomitego  pisarza.  Niczego  nie  tłukł,  niczego  nie  rozbijał.  Był  to  duch  duchów,  duch
wspaniały, uroczysty i dostojny.

Patrzyli w niego wszyscy zachłannie, rozgorzałymi oczyma, z całą siłą wzroku, szczęśliwi, że jest, że

go  zacny  szewc  wywołał  z  zaświatów,  że  go  przywiódł  tu,  do  nich,  potęgą  nieśmiertelną  do  ich
śmiertelnych zmysłów. Cisza była taka, że było słychać, jak kwiaty więdną (!) w kryształowym dzbanku.
Serca biły mocno, zęby szczękały metalicznie. Był to jednak duch przyjazny i dobry. W struchlałe serca
wstąpiła odwaga i miłość. Wywoływacze duchów kochają swoje dzieci, swoje duchy.

Ten  duch  szedł  prosto  od  strony  fortepianu  do  nich,  zawrócił,  po  czym  przywołany  wysiłkiem  woli

poszedł znów ku nim. A szewc spał. Duch płynął.

background image

W tej chwili słowa, zahaczając o zęby jak o zadzierzysty płot, wypadły w strzępach z ust aktora.
— Duchu, kto jesteś?
Jak szmer dalekiej fontanny, jak wiew zefiru, jak bzyk muchy ułapionej przez pająka, jak głos dalekiej

fletni, jak szelest traw (a szewc spał, psia jego mać!) – popłynęło ku nim:

— Jestem duchem Aleksandra Wielkiego...
Serca  się  poderwały  w  nich  jak  Bucefał, Jego  koń,  i  cwałowały  przez  długą  chwilę,  zanim,  pobite

tym  imieniem  jak  piorunem,  uspokoiły  się  w  swojej  mizernej  małości,  i  zanim  znów  ktoś  zdołał
przemówić:

— Powiedz, duchu, czy ci jest źle, czy dobrze, że tu do nas przychodzisz?
— Jest mi bardzo źle... — szepnął duch.
— Czy możesz nam powiedzieć, czemu ci jest źle?
— Tego nikt z was pojąć nie może.
— Czy dlatego może, że nie otrzymałeś chrztu świętego?
— Nie! Moje zmartwienie jest w Indiach...
— W Indiach!... — szepnęły w nich serca — co to może znaczyć?
Spojrzeli  po  sobie  gorejącymi  oczyma,  tylko  psychiatra  patrzył  wciąż  w  stronę  ducha,  który,

szeleszcząc szeptem, krążył dokoła. Nagle psychiatra szepnął cicho:

— Aleksander Wielki był kulawy!
I o dziwo! Kiedy wszyscy spojrzeli w stronę ducha, on nagle zaczął chromać, nieznacznie, łagodnie,

ale chromał, oddalając się.

— Duchu! Stań! — krzyknął za nim aktor i, nawykły do szerokich gestów, wzniósł rękę, jakby mówił

do  ducha  Hamleta,  i  przerwał  łańcuch.  Duch  przystanął,  ale  szewc  wstrząsnął  się  nagle  w  drgawkach  i
zaczął  udawać  niepotrzebnie  świętego  Wita.  Dmuchnięto  mu  w  gębę  i  zbudził  się.  Najbardziej  pijany
szewc budzi się około poniedziałku, a ten nie był pijany.

W tej chwili coś upadło w stronę fortepianu i coś serdecznie, rzewnie głęboko jęknęło. Zafalowała

portiera u drzwi i wszystko umilkło.

— Jezus, Maria! co to takiego? — rzekł cicho pan Zięba.
Nikt  nie  odpowiadał.  Wszyscy  zbledli  i  wszyscy  spojrzeli  na  nieszczęsnego  szewca,  zgoła  jak  na

krawca. Jak mogło się zbudzić to kopyto tak nie w porę!

— Szewska robota! — rzekł literat.
— W najlepszej chwili! — płakał prawie ginekolog. — Uważaliście, jak przystanął na rozkaz. On!

Aleksander Wielki. A skąd pan to wiedział, że Aleksander Wielki był kulawy? To ciekawe... I on kulał.
Cudy, cudy.

Chcieli  rozpoczynać  seans  na  nowo,  ale  szewc  nie  chciał;  był  zmęczony  i  przerażony,  obiecał  na

przyszły tydzień.

Pan Zięba został sam.

background image

 
 
 

II

 
Kiedy człowiek zostaje sam, nigdy wtedy nie wiadomo, z kim pozostał. Powinno się przypuścić, że

łajdak  pozostał  z  łajdakiem.  Można  się  pomylić  dwa  razy  na  sto.  Dlatego  człowiek  samotny  zawsze
odczuwa trwogę, że jest w niewyraźnym lub zgoła niebezpiecznym towarzystwie.

Panu  Ziębie  było  też  cokolwiek  nieswojo.  Historia  ze  wspaniałym  duchem  rozklekotała  mu  nerwy,

czuł się nieco zmęczony. Zgasił światła, tak że tylko mała lampka świeciła spod seledynowego abażuru;
pan Zięba odpoczywał, pomyślawszy przez chwilę ze zgrozą, że opodal czuwa jego żona, i pomyślawszy
tkliwie bardzo, że w białym swym łóżeczku śpi już jego córka. Godzina była dość późna, spokojna ulica
nie robiła wrzasku.

Pan Zięba zapalił cygaro i siedział bezmyślnie, puszczając dym na pokój. Nagle nastawił uszu. Coś

zaszeleściło w stronie fortepianu, więc odłożywszy cygaro na popielniczkę, na poły uniósł się z fotela i
spojrzał  bystro  najpierw  w  stronę  okna,  czy  jest  zamknięte,  więc  czy  wiatr  nie  budzi  szelestów,  potem
świdrującymi  oczyma  w  tę  stronę,  w  której  coś  mąciło  ciszę.  Szelest  ustał,  tylko  wisząca  na  ścianie
makata  nieco  się  wzdęła,  jak  obwisły  żagiel  wzdyma  się  niewidocznie  pod  podmuchem  lekkiego
wietrzyku.

Dusza  załopotała  w  panu  Ziębie,  i  nagle  padł  na  niego  strach,  jakby  był  zwyczajną  ziębą,  na  którą

padł jastrząb.

Wydęty fałd makaty wyrównał się, i spoza niej dobywać się począł mglisty kształt, dotąd za makatą

ścieśniony jak stary papier, teraz, kiedy się spoza niej wyślizgnął, powolutku z każdą chwilą pełniejący
jak obłok.

— Matko Boska! — jęknął pan Zięba.
Włosy  jego,  jak  żołnierze  swobodnie  i  leniwie  odpoczywający  w  leżącej  pozycji  nagle  poderwani

gromką komendą, podniosły się i stanęły wyprostowane. Nie robiło to zbyt wielkiego efektu, pan Zięba
bowiem był łysy, więc tylko kępki w dolnych częściach głowy dały dowód, że czują i są przygotowane
na najgorsze.

—  Kto  tu?...  —  krzyknął  pan  Zięba  głosem,  który  stara  się  być  groźny,  a  sam  się  boi.  Gdyby

kuropatwa chciała przerazić strzelca, właśnie takiego narobiłaby wrzasku.

—  Kto  tu?  —  powtórzył  pan  Zięba  i,  poderwawszy  się,  jak  dgdyby  go  ktoś  nagle  dźgnął  w  plecy,

poskoczył i stanął w pozycji obronnej za fotelem.

Nikt nie odpowiedział.
Panu  Ziębie  głos  uciekł  w  głąb  przełyku  i  dławił  go  tam  jak  ość  karasia,  ryby  złośliwej,  która  lubi

stawać ością w gardle. Na czoło wytrysnęły wielkie krople potu, ręce mu drżały. Oczy stanęły słupem i
patrzyły nadmiernie rozszerzone, jak obłok szary, seledynem lampy dziwacznie zabarwiony, rozwijał się,
pęczniał i zaczął przybierać kształty ludzkie.

— Aleksander Wielki! — jęknęła dusza w Ziębie i bezgłośnie zawyła ze strachu.
Ludzie,  z  duchami  obcujący,  są  zazwyczaj  odważni,  każdy  się  boi  z  osobna,  lecz  razem  zebrani  są

dzielni i patrzą śmiało w oczy piekielne. Wprawdzie duch, gdyby był niespokojnej natury, mógłby zebrać
wszystkich  uczestników  seansu  w  wiązkę  jak  cebule  i  tłuc  długo  głową  o  głowę,  zanimby  ich  nie
porozbijał. Nie zdarzyło się jednak, by duch przekroczył granice przyzwoitości. Dać komuś w pysk albo
dotkliwie uszczypnąć, to duchy lubią, nie można powiedzieć, ale to i wszystko. Pan Zięba wiedział to z
seansów  i  przywykł  do  zagrobowych  manier.  Znaleźć  się  jednak  w  obliczu  ducha  samemu,  samemu  jak
palec,  to  mu  się,  rzecz  prosta,  nie  zdarzyło.  Nikt  nigdy  nie  wie,  co  duchowi  może  przyjść  do  głowy.
Dodawszy  do  tego  niesamowitość  spotkania,  roztrzęsione  nerwy,  późną  noc,  to  wszystko  starczyło,  aby

background image

pana  Ziębę  napełnić  trwogą,  zgoła  obłąkaną.  Jak  kiedy  kto  wsadzi  rękę  do  klatki  pełnej  ptactwa  a  ono,
oszalawszy  w  małych  móżdżkach,  czyni  w  klatce  wir  i  tłucze  się  rozpaczliwie  na  wszystkie  strony,
nieszczęsne  i  przerażone,  taki  oto  widok,  przeraźliwie  rzewny,  przedstawiało  wnętrze  głowy
nieszczęsnego  pana  Zięby.  Myśli  skakały  w  nim  jak  pchły.  Jedna  wołała,  aby  zapalić  światło.  Była  to
myśl z rozpaczy ogłupiała, gdyż kontakt elektryczny znajdował się poza widmem, gdyby zaś był nawet na
odległość  ręki,  pan  Zięba  nie  mógłby  go  dotknąć,  gdyż  czuł  się  jak  sparaliżowany.  Druga  myśl,  nieco
mądrzejsza, wołała: Ziębo, uciekaj, na Boga, uciekaj! I ta myśl była tylko z pozoru mądrzejsza, gdyż nogi
pana Zięby nie były bynajmniej w lepszym stanie niż ręce, zresztą tylko bity przez całą młodość w samo
ciemię idiota może myśleć, że ucieknie przed duchem.

Wołała  myśl  trzecia:  Na  kolana,  na  kolana  i  proś  go  o  łaskę!  I  uklęknąć  nie  można  i  nie  ma  czym

prosić, gdyż głos opuścił się ku żołądkowi, co po dziwnym jego wzburzeniu, pan Zięba czuł wyraźnie.

Wreszcie  zjawiła  się  myśl  dwudziesta  piąta,  która  szeptała: Nie  bój  się,  przecież  to  Aleksander

Wielki. Chciał zostać, tak mu się podobało. Taki duch nie jest duchem złoczyńcy. Jest to duch wielkiego
ducha(!)...  Przemów  do  niego,  przemów...  Patrz,  patrz!  zbliża  się  łagodnie...  Na  Boga...  jest
uśmiechnięty...

Jak człowiek, co drogocenną rzecz ratując przed zatratą, nagle i bez namysłu wsadza rękę w ogień i

wyrywa mu ją z czerwonej jego gardzieli, jak nurek skacze w toń i wynosi z niej złotą monetę, tak pan
Zięba skoczył w przepaść własną i gdzieś z żołądka, za włosy chwyciwszy jak topielca, wydobył swój
głos.  Z  trudem  niezmiernym  przepchał  go  przez  spiekłe  i  nagle  wyschłe  gardło  i  przemówił.  Nie  był  to
jego  głos;  jakiś  obcy  i  nieznany,  trochę  nieprzytomny,  jakby  pijany,  ale  zawsze  głos.  Wróciła  mu  też
władza w rękach, więc wzniósł rękę prawą, jak szermierz szpadę przed twarzą, i tak się nią zasłonił.

Duch przystanął przed nim w odległości trzech kroków. Był to wyraźny zarys długiego, chudego nieco

człowieka;  rozpoznać  można  było  na  tym  chmurzystym  ciele  coś,  jakby  twarz,  oczy,  nos  i  usta.  Widmo
było wysokie, lecz ni stąd, ni zowąd potrafiło się skurczyć jak chmura. Ręce miało nieprawdopodobnie
długie, falujące i zdawało się, że może je, jeśli zechce, wydłużyć w nieskończoność. Bystro tedy pojął,
trwogą  na  nic  pobity  pan  Zięba,  że  głupio  będzie,  jeśli  będzie  się  cofał  i  zasłaniał  fotelem  czy  też
biurkiem. Nie spuszczając więc szeroko, zajęczą modą, wytrzeszczonych oczu z widma, pan Zięba rzekł:

— Duchu, czy jesteś tym, który tu dziś był?...
— Tak! — zaszeleścił duch.
— W imię Ojca i Syna...
— …I Ducha Świętego! — dokończył duch.
Pan Zięba odetchnął. To był duch dobry. Nagle jednak myśl bystra ze świstem przeleciała mu przez

głowę:

— Jeśli jesteś duchem wielkiego, pogańskiego króla, jak możesz znać modlitwę chrześcijan?
Aż się zdumiał własną odwagą.
— A któż panu powiedział, że ja jestem poganin?
— Przecież, duchu, mówiłeś sam... przecież Aleksander Wielki?!
Usta ducha rozszerzyły się w uśmiechu tak, że przedzieliły cały kształt głowy, jakby cięciem noża, na

dwie połowy. Duch widocznie umiał się śmiać od ucha do ucha, choć ich nie było widać.

— Aleksander Wielki? Tak mówiłem? Ach, prawda... Ale ja nim nie jestem, panie Zięba.
Panie  Zięba?  Jezus  Maria!  Nieśmiertelność  wie  o  nim.  Pan  Zięba  zdumiał  się  i  strwożony,  i

zachwycony.

— Duchu! skąd znasz moje nazwisko?
— Z tabliczki na drzwiach! — odrzekł duch. — Czemu pan tak drży, drogi panie? Jeśli się pan boi

duchów,  to  po  co  je  pan  wzywa?  Po  co  pan  robi  seanse?  Niech  pan  usiądzie  sobie  spokojnie  i  pogada
sobie ze mną, bo jestem tu z pańskiej winy i muszę tu pozostać...

— Pozostać?... — jęknął Zięba.

background image

— Niedługo. Musi pan sprowadzić tego złodzieja szewca...
— A cóż szewc...
— Ten łajdak się zbudził, fuszer obrzydliwy, zanim miałem czas stąd wyjść.
— A inaczej nie można?
—  Nie,  panie  Zięba,  kto  mnie  sprowadził,  musi  mnie  odprowadzić.  Muszę  przejść  przez  tę  małpę

jeszcze raz.

— Jeszcze dziś?
— Dziś? Nie wiem, czy się to zrobi... Niech pan chwilę poczeka...
Duch się nagle skurczył i na chwilę zaniemówił. Po upływie kilku sekund rozprężył się znowu.
—  Niemożliwe.  Pańskie  cudowne  medium  jest  pijane  jak  świnia  i  pije  dalej.  Nie  można  go  będzie

wprowadzić w trans.

— I duch tu zostanie? — krzyknął pan Zięba z rozpaczą.
— Mogę tu, mogę gdzie indziej, wolę jednak tutaj. Przenocuję sobie u pana gdzieś za tapetą albo na

lampie, a jutro pan sprowadzi tego łajdaka. Niech pan siada.

— Dziękuję! — rzekł śmiertelnym głosem pan Zięba i zapadł się w fotel jak w trumnę.
Duch  wił  się  po  pokoju  jak  obłok,  jakby  szukał  miejsca,  wreszcie  przylgnął  do  skórzanej  kanapy  i

napełnił ją sobą. Nie można było określić ściśle, czy siedzi, czy leży, widać było tylko, że kanapa pełna
jest ducha, pełna chmurzystej, wciąż drżącej materii.

— Ja oka nie zmrużę! — szepnął rzewnie pan Zięba.
— Ja nie śpię nigdy! — rzekł duch.
Pana Ziębę strach już odleciał. Duch nie wydawał się straszny. Ile razy o nim pomyślał, w mózgu mu

się lodowe robiły igiełki; kiedy zapominał o tym, że przed nim leży (czy siedzi?) duch, rozmawiał z nim
tak, jakby człowiek pijany rozmawiał ze swoim przywidzeniem.

Co więcej! Perspektywa, że mu ten duch będzie siedział na karku przez kilkanaście godzin, że przebył

za  jego  sprawą  chwilę  śmiertelnego  strachu,  nagle  uczyniła  mu  go  niesympatycznym.  Miał  wrażenie,  że
biedny, niezaproszony krewny najechał mu dom. Równocześnie niesłychane zdarzenie napełniło go dumą,
wprawdzie nikt nie uwierzy w nieprawdopodobną opowieść i słusznie może rzec: Urżnięty byłeś, panie
Zięba!  —  jednak  pogadanka  z  duchem,  który  jest  rozmowny  i  od  którego  wiele  ciekawych  można  się
dowiedzieć rzeczy, była zbyt nęcąca, aby zbyt przeklinać los i ducha. Zresztą z duchem zawsze lepiej być
dobrze. Toteż pan Zięba pytał pokornie:

— To pan nie jest duchem Aleksandra Wielkiego?
Duch zaskrzeczał jak żaba.
— Co? co to znaczy? — przeraził się Zięba.
— Nic. Zaśmiałem się z tego, że pan mówi do mnie przez pan.
— Jeśli nie wolno...
— Ależ wolno, wolno, tylko, że już od tego odwykłem.
— To pan już dawno, jakby to powiedzieć...
— Jak dawno umarłem? trzy lata temu. A co do tego Aleksandra Wielkiego, to widzi pan, to jest taki

kawał.

— Jak to kawał? Czy wypada?
— Zaraz panu wytłumaczę, niech pan jednak zrobi mi małą przyjemność.
— Ależ proszę!...
— Obok pana leży zgasłe cygaro; niech je pan zapali i puszcza dym w moją stronę... Bardzo kiedyś

lubiłem cygara. Niechże pan zapali..

Pan Zięba drżącymi rękoma zapalił cygaro i dmuchał w stronę kanapy.
— Czy tak dobrze?
— Doskonale. Miło jest na ziemi.

background image

— A tam? — zapytał pan Zięba ze śmiertelną powagą.
— Gdzie?
— No tam, gdzie pan... za grobem?
— Tam? Panie, tam jest okropnie!
— Nie może być!
— Może być, bo ja tam byłem, a pan nie. Ale kiedy pan będzie, to się pan przekona.
Pan Zięba krzyknął nagle.
— Kiedy ja umrę?!
— A diabli pana wiedzą!
— To pan nie wie?
— Niby skąd? Skąd ja mam wiedzieć, czy pan ma kamienie w nerkach, czy sklerozę? Pan myśli, że

tam nie mają większego zmartwienia, niż to, kiedy umrze pan Zięba? Przede wszystkim to ich obchodzi,
że sami umarli. Jest to świadomość dość przykra, żeby się nie interesować cudzym zmartwieniem.

— A dlaczegóż tam jest tak źle?
—  Źle,  nie  źle,  tylko  ciasno  i  nudno.  Duchy  na  seansach  nie  chcą  o  tym  mówić,  bo  jakbyście  się

wszystkiego  dowiedzieli,  nikt  by  z  duchami  nie  gadał.  Ponieważ  zaś  dla  biednego  ducha  wycieczka  na
ziemię jest rozrywką, jak dla pana wycieczka na wieś, więc stroją miny i robią z tego tajemnicę.

— A pan mi powie?
— Puść pan jeszcze dymu, to powiem; zresztą przyjął mnie pan tak serdecznie... Nigdy mi nie było tak

dobrze: leżę na kanapie i palę doskonałe cygaro. Nigdy w życiu nie paliłem tak wybornego cygara.

— Nie mógł pan?
— Byłem profesorem uniwersytetu, proszę pana.
Pan Zięba mimo woli skłonił głowę.
— Patrzcie! patrzcie! — szepnął.
— Pan, panie Zięba, zachwycił mnie tym, że się pan nie przestraszy! ducha.
— Panie, ja się bardzo nastraszyłem.
— Ale już to panu przeszło. To bardzo ładnie. Tylko głupi człowiek boi się ducha, który mu nic złego

nie może zrobić.

— I pan nic złego nie może zrobić?
—  Mogę  kogoś  najwyżej  bardzo  nastraszyć,  potłuc  meble,  stłuc  lustro,  mało  co  więcej;  zawsze

zresztą byłem spokojny.

— A inni?
—  Inni?  Jak  się  zdarzy.  Znam  jednego  ducha,  który  na  ziemi  był  wydawcą.  To  nieprzyjemne

indywiduum;  ubrdał  sobie,  że  musi  zawsze  kogoś  obdzierać  ze  skóry,  więc  próbuje  to  robić  także  jako
duch; nie ma wprawdzie siły ani zębów, ani paznokci, więc ludzie mają tylko nieprzyjemne, bolesne sny.
Są  też  i  furiaci.  Łazi  taki  po  domu,  wywraca  meble,  gasi  światło,  odkręci  kran  wodociągu,  podstawia
nogę, tak że człowiek łamie nogę, ciska człowieka pod automobil, nastawia mylnie kolejowe zwrotnice.
Takie  psie  figle  jednym  słowem.  Na  ogół  jednak  duchy  są  spokojne.  Zmęczone  to,  wymizerowane,
zziębnięte, więc nie ma ochoty do awantur.

— Mój Boże, jak mi was żal!
— Bóg zapłać za dobre słowo. Pan jest dobry człowiek, panie Zięba. Czy mogę pana prosić o jeszcze

jedną przysługę?

— Ależ proszę bardzo!
— Cygaro się dopala. Ale czy to nie butelka koniaku stoi tam na biurku?
— Tak, to koniak.
— Niech pana moja prośba nie zdziwi. Tu przy mnie stoi stolik. Niech pan naleje trochę koniaku na

talerzyk i postawi na stoliku, tuż przy mnie.

background image

— Z największą chęcią, ale co panu z tego przyjdzie, biedny duchu?
— Coś w każdym razie. Nie mogę wypić, to przynajmniej powącham.
Pan Zięba wszystko to spełnił uczciwie i z daleka, zbytnio się nie zbliżając.
Duch westchnął głęboko.
— Doskonały koniak! — rzekł z rozczuleniem.
— Może by rozpylić! — zapytał Zięba rozrzewniony.
— Niech pan nie psuje biednego ducha! — roześmiał się duch. — Ale pije mój szewc, niechże sobie

i ja użyję.

— Niech panu pójdzie na zdrowie — rzekł Zięba.
—  Niewiele  by  mi  to  pomogło!  —  westchnął  duch.  —  Wracając  jednak  do  rzeczy,  niech  się  pan

moim prośbom nic dziwi. Ale kariera ducha nie jest do pozazdroszczenia; to bardzo smętne zajęcie.

— Czemu? czemu? — pyta zachłannie pan Zięba.
— Przeludnienie, raczej przeduchowienie, to pierwszy kłopot. Opuszcza nieznośna dusza ciało i co?

Nie ma się gdzie podziać, lata wciąż w ziemskiej atmosferze. A ponieważ od początku świata straszliwa
liczba  tego  tałatajstwa  opuściła  ziemię,  niech  pan  sobie  wyobrazi  miły  ścisk.  Wprawdzie  ja  się  mogę
zrobić  cienki  jak  kartka  papieru,  ale  zbyt  wygodne  to  nie  jest.  Dawne  duchy  zajęły  najlepsze  miejsca,
każdy  następny  spychany  jest  na  stronę  biegunów,  z  czego  pan  łatwo  pozna,  że  sprawa  ze zgrzytaniem
zębów jest oczywiście nieprzesadzona. Ścisk i fatalne warunki życia, oto przyjemność. Toteż z rozkoszą
wracamy na ziemię, byle kto chciał nas sprowadzić. Ot widzi pan, szewc zawołał, a ja przyszedłem.

— Lecz czemu jako Aleksander Wielki?
— Mundus vult decipi. Prawdziwe duchy wielkich ludzi, dawno w wieczności zasiedziałe, mają miłe

życie. Mieszka sobie taki nad Indiami albo nad Morzem Śródziemnym, to mu dobrze. Myśli pan, że taki
się  kiedy  ruszy?  Może  go  pan  sto  lat  wołać,  nawet  się  nie  obejrzy.  Więc  tylko  my,  biedacy,  musimy
urządzać  najrozmaitsze  kawały,  i  kiedy  kto  wróci  na  ziemię,  to  udaje  zaraz  jakiegoś  znacznego
nieboszczyka. Ja jestem specjalistą jako Aleksander Wielki. Jeden pisarz wojskowy, którego tramwaj na
śmierć  przejechał,  gra  zawsze  Napoleona,  jeden  krawiec  wyspecjalizował  się,  nie  wiem  czemu,  jako
Dante, pomyśl  pan,  co  za  obrzydliwy  kawał,  jako  Dante.  Cezara  odgrywa  jakiś  guwerner,  nikt  nie  chce
ryzykować  Newtona  i  Humboldta,  bo  do  tego  potrzeba  specjalnych  wiadomości  i  nie  można  się
kompromitować, bo tych wywołują wciąż tylko ludzie uczeni. Mamy natomiast bardzo zmyślnego poetę i
jest  to  sprytny  młodzieniec,  który  dość  fałszywie,  lecz  bezczelnie  naśladuje  Słowackiego.  Ten  chłystek
dyktuje  na  seansach  całe  poematy,  nie  można  tylko  szelmy  nauczyć,  że  cezura  wypada  w
trzynastozgłoskowym wierszu po siódmej, a w jedenastozgłoskowym po piątej – zawsze pomyli.

— Niesłychane!
— Co robić, drogi panie? Rozpacz i nędza.
— I tak bez nadziei?
—  Coś  się  musi  stać,  bo  tak  długo  nie  wytrzymamy.  Jakoś  to  już  natura  obmyśli,  ale  na  razie  jest

nieszczególnie... Niech no pan trochę doleje koniaku, bo ten już zwietrzał... Oj, co to? Ktoś tu idzie.

Zięba porwał się z fotela.
— To moja żona! Boże drogi! Trzecia godzina... Niech pan...
Ducha już nie było; spłynął pod kanapę i nie zostało po nim śladu.
Zanim weszła pani Ziębina, wszedł najpierw jej pysk.
— ...Sam z sobą gadasz? O trzeciej w nocy? Spać nie dasz nikomu o tej  porze?  Helusia  płacze,  bo

myśli,  żeś  zwariował. A  to  co?  Naturalnie  koniaczek!  Najpierw  duchy,  potem  koniaczek,  a  ty  tam  śpij
sama jak nieboszczyk w grobie, bo Waluś sobie z buteleczką... Żebyś skonał za moje zmartwienie.

— Ciszej, na Boga, ciszej! — szepnął struchlały pan Zięba i spojrzał w stronę kanapy.
—  Ciszej? A  dlaczego  ciszej?  Niech  pan  Bóg  chociaż  usłyszy;  niech  wie,  kogo  mi  dał,  obym  była

tego nie doczekała. Idź spać natychmiast!...

background image

— Idę, tylko sprzątnę...
— Jeśli cię za pięć minut nie będzie...
— Będę, będę, przysięgam, że będę.
— Miła kobiecinka — rzekł duch, wyłażąc spod kanapy.
— Czy wróciłby pan na ziemię, gdyby pan był mną? — rzekł smutno pan Zięba.
— Zastanowiłbym się... — szepnął duch. — Ale niech pan już idzie, biedny człowieku. Talk, tak...! U

nas nie jest najgorzej...

— Panie! — rzekł z determinacją Zięba.
— Jestem na usługi...
— Czy tam małżeństwa żyją razem w dalszym ciągu?
—  Były  pod  tym  względem  próby,  ale  się  skończyły  źle.  Do  ucieczki  ma  pan  obszar  zbyt  wielki  i

można tak zginąć w tłumie, że jedno drugiego nie znajdzie przez milion lat!

— Bóg jest wielki! — westchnął pan Zięba.
— Więc niech pan idzie. Ja tu sobie chwilę pobędę, zanim koniak nie straci aromatu, potem się trochę

przejdę.  To  jest  moje  rodzinne  miasto.  Pójdę  nastraszyć  trochę  tego  doktora,  co  mnie  leczył  przed
śmiercią. Nie jestem złośliwy, ale on dziś ucieknie po nocy z domu.

— A potem?
—  Potem  powrócę.  Znajdzie  mnie  pan  jutro  w  fortepianie,  a  pod  wieczór  niech  pan  przyprowadzi

szewca. Dobranoc panu.

— Dobranoc.

background image

 
 
 

III

 
Żółty  jak  cytryna,  roztrzęsiony,  rozgorączkowany  po  bezsennej  nocy,  pan  Zięba  pojechał  nazajutrz

rano  na  Solec,  gdzie  mieszkał  i  gdzie  łatał  buty  i  życie  dzielny  i  władzą  piekielną  obdarzony  szewc.
Zastał  go  w  domu,  obejrzał  i  poczuł,  że  ma  z  rozpaczy  łzy  w  oczach.  Szewc  spał  na  barłogu  z  głową
obandażowaną. Przywiozło go pogotowie z szynku, gdzie mu jego przyjaciel, stolarz, najwygodniejsze i
najbardziej modne robiący trumny, rozbił głowę butelką doskonałej firmy. O tym, by z dziurą w głowie
iść na seans, nie było mowy. Szewc mógł tak poleżeć z tydzień. Pan Zięba zdrętwiał. Bał się wracać do
domu; że jednak bał się nie tylko ducha, ale i żony, wrócić musiał.

Zapukał lekko w wieko fortepianu. Miał wrażenie, że puka w czarną trumnę, pytając jej lokatora, czy

można wejść?

— Czy pan tu jest? — szepnął.
Struny brzęknęły cichutko, tak niesamowicie, że się pan Zięba cofnął przerażony.
—  Jestem,  jestem.  Dzień  dobry  panu.  Nie  wyłażę,  bo  po  dniu  mnie  pan  nie  zobaczy.  Był  pan  u

szewca?

— Byłem, ale z szewcem jest nieszczęście: rozbili mu głowę, nie będzie mógł przyjść.
— Oj, od razu wiedziałem, że to świnia. Przykra rzecz.
— I co teraz będzie?
— Cóż ma być? posiedzę u pana kilka dni...
— Ależ to niemożliwe.
— Panie Zięba, czy ja się napraszałem do pańskiego domu? Niech pan szczerze odpowie...
— Tak, ja to wiem, ja pana bardzo przepraszam, ale ja zwariuję.
— Dlaczego? Czy robię panu cokolwiek przykrego lub choćby niemiłego?
—  Nie  to.  Pan  jest  nadzwyczajnie  sympatyczny,  ale  ja  mimo  tego  zwariuję.  Pańska  obecność  mnie

rozstraja... To niezwykłe położenie... Niech pan sobie wyobrazi tę ciągłą świadomość, że się ma u siebie
takiego, że tak powiem... dziwnego gościa...

— Rozumiem, ale cóż ja na to poradzę? Zniknę panu z oczu, nie będzie mnie pan widział! Nie dam

znaku życia.

— To i cóż z tego, kiedy ja będę wiedział!
— Trudno, niech się pan stara zapomnieć.
— Nie zapomnę! Ja oszaleję!
W fortepianie ucichło, duch widocznie myślał.
— Proszę pana, panie Zięba, słyszy pan?
— Słyszę!
— Zróbmy ugodę: opuszczę pańskie mieszkanie i będę trochę krążył po mieście, kiedy zaś pan uśnie i

cały  dom  uśnie,  niech  pan  pozwoli,  że  powrócę.  Odżałuje  pan  kroplę  koniaku  i  zawsze  mi  pan  zostawi
miseczkę  gdzieś  wysoko,  na  piecu  na  przykład,  aby  nikt  nie  dojrzał. A  ja  panu  przysięgam,  że  się  panu
odwdzięczę. Zgoda?

— Niech będzie, niech będzie, pomyślę, zrobię! — szeptał szybko pan Zięba. — Ale teraz niech pan

prędko ucieka z fortepianu. Moja córka idzie grać ćwiczenia.

— Boże jedyny! — jęknął duch i struny. Coś zaszeleściło i dźwięknęły cichutko kryształowe szkiełka

elektrycznej lampy. Pan Zięba podniósł oczy, słusznie bowiem osądził, że duch przeniósł się na lampę,
tym  prawdopodobniej,  że  się  z  niej  nagle  zerwały  wszystkie  siedzące  na  niej  muchy.  Nic  jednak  nie
zobaczył.

background image

—  Niech  jej  pan  nie  przestraszy!  —  syknął  groźnie  w  powietrze  i  wybiegł,  jak  człowiek,  który

zaczyna wariować metodycznie, wedle podręcznika.

Unikał domu, wymyślał tysiączne interesy, wił się, byle nie wracać przed wieczorem. Nie wiedział,

czy  duch jest  w  domu,  czy  go  gdzieś  poniosło.  Wieczorem  nie  odchodził  na  krok  od  żony  i  córki,  lecz
wciąż nasłuchiwał. Nagle się zrywał i przykładał ucho do drzwi.

Pani  Ziębina  kręciła  głową  podejrzliwie  i,  patrząc  porozumiewawczo  na  córkę,  znacząco  dotykała

palcem czoła.

— Czego nasłuchujesz?
— Myślałem, że złodzieje...
— Szafa w drugim pokoju trzeszczy i cała parada. Ale pewnie, jak się kto z duchami zadaje...
— Milcz! — krzyknął blady pan Zięba.
I był straszny tak, że ciężkie słowo zawisło na ustach pani Ziębiny, zachwiało się i padło na dywan

bez szelestu.

Trzeciego dnia jednakże było gorzej. Córeczka malowała akwarelą słoik od musztardy i jabłko, jako

martwą naturę, pani Ziębina przerabiała kapelusze, Zięba czytał gazetę. Było około dwunastej. Nagle w
pokoju obok coś dźwięknęło, coś się rozprysło.

— Jezus, Maria! co to? — zduszonym głosem rzekła pani.
Pan Zięba był blady jak trup.
— Idź, zobacz, czego stoisz, jak malowany?...
Pan Zięba był bledszy od trupa i ani drgnął.
— Nie pójdziesz?
— Nie! — jęknął.
Spojrzała  na  niego  z  pogardą  i  poszła  sama;  błysnęło  światło  i  pani  Ziębina  wszczęła  wrzask.  Po

chwili przyniosła szczątki deserowego talerzyka, pachnące koniakiem. Pan Zięba zmartwiał.

— Musiało zlecieć z pieca... Kto to postawił na piecu? Dlaczego to pachnie jakąś wódką?...
Mówiła  tak  długo,  długo.  Pan  Zięba  milczał  i  tylko  patrzył  smutno  i  z  wyrzutem  w  otwarte  do

straszliwego pokoju drzwi. Nagle odskoczył jak przypieczony ogniem.

— Przepraszam pana... to przez nieuwagę!... — szepnęło mu nad uchem.
— Jutro pójdziesz do doktora! — rzekła pani Ziębina.
A  ponieważ  Helusia  zaczęła  płakać,  poszli  spać.  Pani  zapalała  w  nocy  trzy  razy  światło,  bo  mąż

majaczył.  Od  dnia  następnego  zaczął  się  w  tym  domu  sądny  dzień.  Pan  Zięba  widocznie  był  tknięty  na
rozumie. Kiedy nikogo nie było w pokoju, gadał do palmy, do pustego krzesła, raz do środka wazonu, raz
do  pieca,  głowę  w  górę  zadarłszy.  Pani  Ziębina  podglądała  przez  dziurkę  od  klucza,  coraz  bardziej
zaniepokojona, zdarzyło się jednak coś, co ją przejęło strachem. Oto jednego dnia mąż raniutko poszedł
do salonu, skradając się na palcach, i zaczął szeptać do fortepianu. To już było, to jej nie dziwiło. Lecz
pan Zięba nagle nerwowo zapalił cygaro i, paląc je jak furiat, wdmuchiwał dym do wnętrza fortepianu,
uniósłszy nieco jego nakrywę.

Pani Ziębina przeżegnała się z trwogą.
Tego dnia stało się jednak coś nierównie okropniejszego niż dmuchanie do wnętrza fortepianu; coś,

co z krzykiem wybiegło na schody, zaniepokoiło dom cały i rozległo się dalekim echem, tak, że na piątej
ulicy o niczym innym nie mówiono, tylko o zdarzeniu u państwa Ziębów.

Oto  kiedy  służąca  zacna,  pilna  i  pracowita,  tłumok  szlachetny  z  dziobami  na  gębie,  imieniem

Katarzyna,  weszła  w  godzinę  potem  z  miotłą  i  szczotką  do  salonu,  zmieniona  została  w  słup  soli,
naturalnie  nie  tej  z  biblijnej  opowieści,  tylko  z  gorszego  gatunku  soli  bydlęcej.  Oto  nieopodal  okna,
naprzeciwko  pustego  fotelu,  wisiała sama  w  powietrzu  szeroko  rozłożona  płachta  gazety,  a  jej  stronice
powoli  się  odwracały  również same.  Kiedy  szczotka  wypadła  z  przerażonych  rąk  pobożnej  Katarzyny  i
sprawiła  niejaki  harmider,  gazeta  (W  imię  Ojca  i  Syna)  –  gazeta sama  szybko  się  rozłożyła  i poszła  w

background image

drugi  kąt  salonu.  Tam  położyła  się  na  kanapie.  Tylko  człowiek,  który  słyszał  ryk  przerażonego  czymś
osła,  tylko  człowiek,  który  słyszał  wrzask  dzikiego  człowieka,  kiedy  go  mają  wrzucić  do  kotła,  aby  z
niego zrobić potrawkę na wesele murzyńskiego króla, taki tylko człowiek może sobie z wielkim trudem
wyobrazić, jaki wrzask podniósł dziobaty, lecz miły zresztą kocmołuch, Katarzyna.

Przez dwie godziny omawiano te diabelskie sztuki we wszystkich kuchniach i na wszystkich tylnych

schodach,  i  ciągle  ktoś  się  żegnał  krzyżem  świętym.  Kamienica  zamieniła  się  w  piekło.  Pod  wieczór
opowiadano, że gazeta swoją drogą, ale i inne dzieją się tam historie. Kucharka opowiadała, że kiedy pan
Zięba  wychodzi,  to  paltot  z  wieszaka  leci  i  sam  się  wpycha  na  ramiona,  a  kiedy  zapomniał  teki  z
papierami,  to  sama  za  nim  poleciała  przez  okno  tak,  że  on  nie  zszedł  jeszcze  ze  schodów,  a  ona  już  na
dole przy bramie na niego czekała.

Tego więc wieczora mówił pan Zięba radosnym szeptem do kanapy:
— Jutro przyjdzie szewc!
— Ach, jaka szkoda... odpowiedziała kanapa.
— Panie, to mnie ocali przed obłędem!
— Nie chciałbym się narzucać, bardzo pana polubiłem... Panie Zięba!...
— Słucham, mów pan prędko.
— Usługa za usługę. Pan dziś zapowiedział, że pan wychodzi na wieczór, tak?
— Tak; pan widocznie dziś nie opuszczał mego domu, jeśli pan to podsłuchał.
— W istocie, ale u pana dzieją się tak ciekawe rzeczy, że się temu z ciekawością przyglądam.
— I co z tego?
— Chciałbym – dla pańskiego dobra, oczywiście – aby pan udał tylko, że pan wyszedł — zaszemrała

kanapa, pełna ducha. — Niech się pan ukryje.

— Po co?
— Co by to było za przedstawienie, gdybym panu z góry opowiedział treść? Czy nie racja? Niech pan

tu będzie u mnie około dziesiątej. Tylko odwagi, przyjacielu! Pańska żona leży?

— Dzięki Bogu, leży, jest chora.
— Wszystko w porządku.
Około dziesiątej pan Zięba poczuł, że go coś ciągnie za połę surduta. Coś około niego zamajaczyło.
— To pan? — szepnął.
— Konkurencji nie mam w tym domu. Nikt nie wie, że pan jest w domu?
— Nikt.
— Niech pan idzie na palcach do pokoju panny, zdaje mi się, Heleny.
Pan Zięba przystanął.
— Mojej córki?... Co to znaczy? Co pan wie?...
— Więcej, niż pan.
Szli obaj jak duchy. Kiedy stanęli pod drzwiami panny Helusi, duch szepnął:
— Ja tam wejdę przez szparę, a pan niech patrzy przez dziurkę od klucza.
Pan Zięba spojrzał i byłby omdlał, ale chciał wiedzieć wszystko, więc dlatego tego nie zrobił. Lelija,

anioł, kwiatuszek śliczny siedział na kolanach bardzo miłego porucznika artylerii ciężkiej. Pan porucznik
zaś widocznie przez pomyłkę uważał ją za armatę i badał uczciwie, czy jest w zupełnym porządku.

Pan Zięba chciał płakać, ale nie mógł. Powlókł się do stałej siedziby ducha, do pokoju z fortepianem

i tam legł na kanapie jak trup.

— Zajął mi pan kanapę! — rzekł nagle duch.
Pan  Zięba  poczuł  do  niego  nienawiść  tak  gwałtowną,  że  skoczył  z  trampoliny  swej  rozpaczy  w

zbałwaniony ocean furii i gniewu.

— Łotrze, łeb ci roztrzaskam! — krzyczał.
—  Niech  pan  spróbuje,  to  nie  tak  łatwo,  bo  wszystko  ciężkie  przeze  mnie  przeleci,  jak  przez

background image

powietrze. Czego pan krzyczy? Czy ja jestem oficerem? Czy ja to zrobiłem?

Pan Zięba zapadł znowu w rozpacz jak w miękkie bagno. Miał łzy w oczach.
—  W  swoim  pokoju,  w  swoim  domu!  —  szeptał  smutno,  z  czego  wynikało,  że  panienka  powinna

przynajmniej pójść do pokoju oficera, jeśli chciała zachować przyzwoite maniery.

— Ale ja panu to wynagrodzę! — rzekł duch.
— Moja córka! moja córka! — jęczał Zięba.
— Pańska żona za to zapłaci!
Zięba ożył nagle.
— Moja żona? jak?
— Chodź pan za mną!
Zięba podniósł się jak zahipnotyzowany i szedł bezwolnie za szarym ogromnym cieniem.
— Otwórz pan cicho te drzwi, abyś widział cud.
Zięba  otworzył  je  jak  złodziej.  Pani  Ziębina  z  głową  owiązaną  ręcznikiem  leżała  na  łożu.  Nocna

lampka sączyła z siebie światło wodniste i skąpe. Zięba stanął za portierą i patrzył.

Duch  szedł  ku  pani  Ziębinie;  po  drodze  wywrócił  krzesło,  i  wtedy  pani  ta  spojrzała.  Duch  urósł

straszliwie  aż  pod  powałę,  nadął  się  jak  potworna  kiszka  i  zacharczał  tak  straszliwie,  że  panu  Ziębie
mrówki przebiegły po krzyżu. Pani Ziębina wytrzeszczyła oczy, usiadła na łożu i krzyknęła. Krzyknęła tak
straszliwie, że kawałek tynku oderwał się od pułapu, ale nie dokończyła krzyku. Z pokoju panienki ktoś
wybiegł  szybko,  ale  w  przeciwną  pobiegł  stronę.  Krzyk  urwał  się  w  połowie  jak  ucięty  nożem;  pani
Ziębina czyniła z gardłem i ustami jakieś nieprawdopodobne sztuki, jak człowiek, który się dławi. I nic
nie pomogło. Z paszczą na oścież otwartą trwała tak, skamieniała.

— Gotowa! — rzekł duch.
Pan  Zięba  wyszedł  z  ukrycia  nieśmiało.  Żona  spojrzała  na  niego  jak  na  drugiego  ducha.  I  nie

przemówiła.

— Co się jej stało? — zapytał cicho pan Zięba.
— Zaniemówiła. To potrwa czas dłuższy.
— Nie może być! I to jej nie odejdzie?!
— Chyba nie!
Pan  Zięba  spojrzał  na  ducha  tak  serdecznie,  z  takim  rozrzewnieniem  w  oczach,  że  się  duch

uśmiechnął.

— Pójdźmy wypalić cygaro — rzekł figlarnie. — A jutro idź pan po szewca.
— Duchu najdroższy! — rzekł Zięba — ja pana nie wypuszczę!
I  chciał  go  uściskać,  ale  chwycił  w  ramiona  tylko  wieszadło,  które  stało  właśnie  w  „ciele”  miłego

ducha.

background image

 
 
 
 
 
 

HISTORIA, KTÓRA ZDARZY SIĘ JUTRO

background image

 
 
 

 
Nie  ma  nic  bardziej  fałszywego  na  tym  świecie  pozorów  i  blichtru  niźli  tytuł  książki,  wiersza,

powieści  i  noweli.  Dotąd  za  istotę  najfałszywszą  uchodził  niesłusznie  jezuita,  a  słusznie  –  kobieta.
Jednakże nawet uśmiech kobiety tak nie kłamie, jak potrafi zełgać tytuł. Zapowiada takie napisane bydlę
niesłychane  historie,  a  tymczasem  w  środku  jest  sieczka;  zapowiada  niezmierne  rozkosze,  zasię
schwytany  na  haczyk  tytułu  głupi  jak  ryba  czytelnik  w  połowie  książki  uderza  głową  o  ścianę,
bezprzytomnie sam sobie czyniąc krzywdę, jeśli zaś zachował resztki przytomności, wtedy rozbija talerze
albo  bije  żonę.  A  jak  czasem  kobieta  ma  tylko  piękny  kapelusz,  a  cała  reszta  jest  pokraką  mającą
zamaszyste  piersi  i  krzywe  nogi,  tak  też  czasem  jedyną  ozdobą  utworu  pisanego  jest  tytuł.  Czasem  i
człowiek  ma  tytuł,  herbowy  oczywiście.  I  wtedy  jest  znowu  tak  jak  z  książką:  piękny  tytuł,  a  w  środku
sieczka.

Ulegam,  rzecz  prosta,  temu  samemu  pociągowi  do  grubego  oszustwa,  które  siedzi  w  każdym

człowieku, w  piszącym  zaś  szczególnie.  Są  to  psie  figle  dziedziczności.  Cóż  znaczy  na  ten  przykład  ten
tytuł, który grubymi literami został wymalowany na poprzedniej karcie?

Historia, która zdarzy się jutro...
Skąd może kto wiedzieć, co się zdarzy jutro?
Pomijając  jednakże  sprawę  proroczych  zdolności,  którą  dotąd  wykazywały  jedynie  biblijne  Żydy,

godna  ubolewania  w  tym  tytule  jest  jego  napuszoność.  Zamiast  jednego  jakiegoś  słowa,  dwóch  słów
najwyżej,  zaraz  całe  zdanie. Historia  –  co  za  historia?  Co  się  ma zdarzyć?  Dlaczego jutro? Aj,  aj!  jaka
głębia... Czy jutro będzie rewolucja, czy trzęsienie ziemi? Nic podobnego. Autor, nie mając nic lepszego
do roboty, opowiada jakieś malutkie zdarzenie, nie większe w swym znaczeniu niż ból zęba, wywrócenie
się dorożki pod tramwaj, zgubienie parasola lub utrata dziewictwa. Bzdurstwo i tyle, a zaraz tyle pompy
w tytule.

Oto są skutki złych nałogów.
Autor wie o tym, wstydzi się tego i jest niepocieszony; i gdyby uważał czytelnika za coś innego, niż za

bęcwała, który również nie ma wiele do roboty i dlatego czyta, chętnie by go przeprosił, ale nie chce.

Jakkolwiek się tedy historia ta nazywa, to o niej jest pewne, że jest to historia przeraźliwie smutna.

Małe, drobne zdarzenie, a jednak pełne smętku i melancholii. Tylko człowiek tknięty na rozumie i mający
rodzinną skłonność do rozmiękczenia mózgu, nie wzruszy się tą sprawą, lecz, przeciwnie, będzie się tym
bawił, że ktoś ma wielkie zmartwienie.

Ponura ta sprawa odbyła się tak:
W  Warszawie  przy  ulicy  Wiejskiej,  dlatego  tak  nazwanej,  że  znajduje  się  tam  najbardziej  wiejska

instytucja, Sejm – mieszkał i na podstawie ochrony lokatorów zapewne do dziś mieszka, mimo przykrego
i krzykliwego sąsiedztwa, bardzo wytworny pan Niesiecki. Podaję nazwisko oczywiście zmyślone; przez
brzmienie jego, identyczne z nazwiskiem autora herbarza, chciałem mu jedynie nadać polor szlachecki i
zebrać  w  nim  jak  w  soczewce  wszystkie  promienie  szlachetności.  Jest  to  poniekąd  nazwisko
skondensowane.

Uczyniłem  to  rozmyślnie,  pan  Niesiecki  bowiem  łączył  w  sobie  niepospolite  cnoty,  piękno  duszy,

zacność  serca,  szerokość  umysłu  i  prawość  charakteru.  Widać  z  tego,  że  nie  był  ani  posłem,  ani
dyplomatą, ani kupcem, ani wydawcą. Nie zajmował się niczym; miał dużo pieniędzy, odziedziczonych –
rzecz prosta – są bowiem ludzie szczęśliwi, co mieli głupich ojców, którzy nie trwonili pieniędzy sami,
lecz przez potomstwo. Wobec tego pan Niesiecki bardzo czcił swoich ojców i dziadków, a szczególnie
dwie  ciotki,  które  Pan  Bóg  natchnął  zacną  myślą,  aby  majątku  nie  zapisywały  na  kościół,  tylko
bratankowi.

background image

Za  to  kupił  pan  Niesiecki  śliczne  meble,  piękne  obrazy  i  jeszcze  piękniejsze  książki,  które  czasem

czytał,  kiedy  się  bardzo  zmęczył  próżnowaniem.  Książki  te  jednak,  szczególnie  z  pięknymi  obrazkami,
miały  na  sobie  ślady  częstego  z  nimi  obcowania;  były  to  dowody,  jak  bardzo  nadobne  baletnice,  miłe
śpiewaczki z chóru lub kasjerki z kinematografu mają rozwinięty pociąg do książki i ciekawość oglądania
sztychów. Wiele się tych ślicznych istot wykształciło u pana Niesieckiego. Trzeba pamiętać przy tym, że
istoty te, jak małe dzieci, muszą wszystkiego dotknąć, wszystko zawsze wziąć w rękę.

Nie wynika z tego, że w przemiłym mieszkaniu przy ulicy Wiejskiej nie bywały wielkie i szlachetne

damy.  Owszem,  owszem.  Wielkie  damy  jednakże  nie  są  ciekawe  książek,  a  jeśli  tam  bywały,  to
rozmawiały tylko nadobnie i głęboko o duszy, o życiu i o śmierci.

Wszystko  w  tym  mieszkaniu,  doskonale  i  roztropnie  urządzonym,  przystosowane  było  do  bujności  i

kolorowości  życia,  które  się  tam  wiodło.  Doświadczenie  pana  Niesieckiego,  który  z  łez  i  szarzyzny
żywota wycisnąć potrafił nieprzerwany uśmiech, umiało niezwykle przenikliwie odgadnąć wszystko, co
się  mogło  zdarzyć  w  żywocie  uśmiechniętym.  I  tak  na  przykład:  jak  w  aptece  znajdują  się
najróżnorodniejsze  medykamenty,  przewidziane  na  wszystkie  dolegliwości  i  choroby,  tak  w  mieszkaniu
pana Niesieckiego były wszelakie medykamenty, pobudzające, kojące i umilające. Pan Niesiecki tak znał
na  wylot  duszę  kobiecą,  że  wiedział  doskonale,  co  która  dusza  lubi  pić.  Pod  tym  względem  był
psychologiem niezrównanym, który wiedział, że wielka dama pije burgunda, zna bowiem nieoszacowane
właściwości  tego  boskiego  napoju;  aktorki  dramatyczne  tylko  koniak,  baletnice  wszystko,  byle słodkie,
chórzystki zawsze szampana, bo to i musuje, i ciągle się o tym śpiewa w operze (Niech wino szumi złote,
w kryształach szumi wraz!) i w operetce (Ach  szampan  morzem  płynie  przy  słodkiej  mej  dziewczynie),
kasjerki z kinematografu piją namiętnie likiery, panienki bez bliżej określonego zajęcia zwyczajną czystą;
bywały  także  dziwolągi,  jak  panienka,  która  piła  tylko  lemoniadę,  i  jedna  specjalistka,  fenomen,
rafinowanie wykwintna, co pijała tylko koniak z roztartym żółtkiem, takie jakieś specjalne paskudztwo. I
taką przewidział pan Niesiecki

Tak on sobie żył i miewał tylko małe zmartwienia, albowiem zmartwienia wielkie mają tylko ludzie

pracujący.  Zmartwieniem  jego  była  późna  wiosna,  chmurne  niebo,  widok  brzydkiej  twarzy,  plama  na
koronkowym obrusie, stłuczony baccarat, same takie okropności. Był to miły, kochany i niegłupi bałwan,
z najlepszym zresztą sercem.

Ostatnim,  wyjątkowo  wielkim  jego  zmartwieniem,  była  brzydka  i  krzykliwa  sprawa  z  lokajem.

Poczciwy do pewnego stopnia darmozjad, który nic nie robił, bo i pan nic nie robił, robił jeszcze mniej,
niż  mógł,  gdyż  do  „czarnej”  roboty  przychodziła  pani  żona  pana  stróża,  pan  lokaj  zaś  „doglądał”  pana
Niesieckiego, nosił listy, kupował kwiaty i bilety do teatru, pił wino, palił cygara, kradł bieliznę. Był to
jednym słowem lokaj sumienny, jak zawsze było, nie perła, ale i nie świnia.

Z  takim  to  lokajem  nadzwyczajnym  pan  Niesiecki  musiał  się  rozstać.  Niewdzięczne  bowiem  to

indywiduum,  dotychczas  jako  tako,  lecz  skromnie  ułożone,  zjawiło  się  jednego  dnia  przed  swoim
cygarodawcą  i  przystroiło  lokajską  gębę  w  uśmiech.  Pan  Niesiecki  spojrzał  i  był  bliski  furii,  on,
najspokojniejszy  winodawca,  jakiego  kiedykolwiek  znała  lokajska  dusza:  pan  lokaj  sprawił  sobie  na
samym  przedzie  cztery  złote  plomby  –  dwie  u  góry,  dwie  u  dołu  i  teraz  błyszczał  tym  złotem  natrętnie,
krzykliwie, łajdacko. To nowy czas śmiał się tym złotem w twarz pogodnej filozofii pana Niesieckiego.

Pan lokaj (i jego cztery złote plomby) został wylany na lokajską fizjognomię.
Pan Niesiecki cierpiał.
Mogła  mu  ostatecznie  wystarczyć  pani  stróżowa,  gdyby  szło  tylko  o  domowe  porządki;  kawalerski

stan jednakże miłego pana Niesieckiego przywykł do lokajskich karesów, małpich min, głupich rozpraw
o  pogodzie  i  do  uwag  o  niewiastach  przybytek  ten  odwiedzających.  Pan  Niesiecki  wobec  tego  szukał
lokaja na prawo i lewo. Można było wybierać wśród wielkiej ilości hołoty, lecz raz lokaj upatrzony był
za wielkim panem dla pana Niesieckiego, raz pan Niesiecki był za małym panem dla pana lokaja. Wobec
tego  pan  Niesiecki  sam  otwierał  drzwi  pięknym  paniom,  które  dzwonią  krótko  i  nerwowo,  w  takt

background image

podrygującego  ze  strachu  i  ze  wzruszenia  serca,  i  miłym  przyjaciołom,  dzwoniącym  z  radości,  że  idą
napić  się  za  darmo  wina  i  wypalić  jedno,  a  ukraść  drugie  cygaro  –  najmniej  siedem  razy,  czasem  zaś
uderzającym we drzwi końcem buta.

Zmęczyło  to  wreszcie  miłego  szlachcica  do  tego  stopnia,  że  prosił  znajome  damy  o  wynalezienie

przyjemnego, dyskretnego lokaja; nie dodał z wrodzonego mu taktu, że znajome damy powinny to uczynić
we własnym interesie.

Toteż był przyjemnie zdziwiony, kiedy mu bladolica i szerokobiodra artystka dramatyczna, pani Rena

Ostoja  (po  cywilnemu  Michalina  Kapuśniak),  dziewica  zresztą  pierwszej  klasy  (idzie  o  maniery,  nie  o
dziewictwo), kobieta zresztą dowcipna, co się zdarza nawet kobietom, przyjaciółka poetów i malarzy, a
także  i  ludzi  bogatych,  wielka  przyjaciółka  pana  Niesieckiego,  zatelefonowała  mu  wesoło,  że  już  jutro
będzie miała lokaja.

— A dobry?... — pytał Niesiecki.
— Takiego jeszcze nie było! — odrzekła pani Rena.
— Wolałbym nie taką nadzwyczajność...
— Ależ panie, to jest cudowny lokaj! Musi go pan przyjąć... Dla pana idealny... inteligentny, bardzo

wykształcony...

— Wykształcony? A mnie taki po co?
— Przecież pan chciał takiego, co to trochę jest lokaj, trochę marszałek dworu, a trochę przyjaciel...

Tak, czy nie?

— Tak, ale...
— A to, że wykształcony, to przypadek... Zdarza się... Może to syn jakiej hrabiny...
— Zdarza się! — rzekł z przekonaniem pan Niesiecki.
—  Otóż  właśnie...  Trochę  to  jest  oryginał,  ale  to  tym  ciekawsze...  W  każdym  razie  niech  go  pan

przyjmie serdecznie i nie tak bardzo, jak zwykłego lokaja... Ja go strasznie lubię...

— Oj!
— Panie Niesiecki! Stać mnie jeszcze nawet na pana...
— Już, już! Dobrze! Uściskam go; niech przychodzi.
Niepodobne jest to do wiary, ale tego dziwnego lokaja oczekiwał pan Niesiecki z niepokojem.
Wykształcony, oryginał – po diabła mu taki lokaj? I do tego protegowany przez aktorkę...
Obejrzał  pokoik,  w  którym oryginał miał zamieszkać, i ujrzał, że jest wcale miły, lecz zapuszczony.

Oprócz  kilku  sprzętów  była  tam  jeszcze  wycięta  z  jakiegoś  pisma Leda  z  łabędziem  i  premiowany
derbista  angielski.  Poza  tym  puste  butelki  za  piecem,  butelki-wdowy  po  doskonałych  markach.  Dawny
lokaj  był  znawcą.  Butelki  te  pan  Niesiecki  wynosił  własnoręcznie,  nie  chcąc  w oryginale  budzić
uśpionych namiętności.

Nazajutrz sam mu otworzył.
We  drzwiach  stanął  z  miłym  uśmiechem  na  przemiłej  gębie  człowiek  młody,  dość  licho  odziany,  z

włosami  w  mocnym  nieładzie.  Spojrzał  na  pana  Niesieckiego  z  ciekawością  wcale  figlarną  i  bardzo
jakoś serdecznie. Pan Niesiecki mimo woli się uśmiechnął.

Młody człowiek wydobył z kieszeni list, który wionął perfumami, i podał Niesieckiemu.
— Czy mam zaszczyt z panem Niesieckim?
— Tak. Pan ma list do mnie?
— Tak, od Ostoi.
— Może przypadkiem od pani Ostoi?
— Ach, przepraszam najuprzejmiej, od pani Ostoi.
— Naprawdę dziwny lokaj — pomyślał Niesiecki i począł czytać list, w którym pani Ostoja jeszcze

raz go zaklinała każdą literą i dziesięcioma wykrzyknikami, aby serdecznie przyjął oryginała.

Obejrzał raz jeszcze kandydata, któremu z twarzy nie schodził rozbawiony uśmiech.

background image

—  Miły  łobuz!  —  pomyślał  wesoło,  po  czym  twarz  ułożywszy  „urzędowo”,  rozpoczął  indagację,

siedząc w fotelu.

Młody  człowiek  stał  przed  nim niedbale, jeśli tak stać można. Śmieszna rzecz, ale tą niedbałą miną

przyjemny  ten  lokaj  onieśmielał  pana  Niesieckiego,  który  nie  wiedział,  jak  właściwie  do  takiego
zagadać. Pan to było za wiele, wy za mało, ty stanowczo niemożliwe. Niesiecki przeto kręcił.

— Jakżeż tam, więc chcemy przyjąć posadę?...
— Z bożą pomocą... — odrzekł lokaj z uśmiechem.
— Niełatwa służba...
— Dlatego też powiedziałem, że z bożą pomocą...
— Wolno wiedzieć jakie imię?
— Imię? Ach, prawda... Królowie i lokaje nie noszą nazwiska...
— Co takiego?
— Powiadam, że historia dziwnie czasem rozdziela przywileje...
Pan Niesiecki otwierał oczy coraz szerzej.
— Zwariowany lokaj i zwariowana baba, która go przysłała — pomyślał, lecz rozbawiony.
Patrzył  teraz  i  on  z  uśmiechem  na  tego  dziwnego  lokaja  wciąż  uśmiechniętego  jakimś  kobiecym,

czarującym uśmiechem. Niemal mu było przykro, że go nie prosi, aby zajął miejsce na drugim fotelu.

— Z nazwiskiem to sprawa przy meldowaniu u rządcy domu... Dokument jakiś przecie jest?...
— Człowiek bez dokumentu jest lichą imitacją człowieka... — odrzekł lokaj.
— A więc imię?
— Zenobi...
— Jakież niezwykłe imię!
— Imię moje jest kaprysem mego ojca.
— A ojciec kto?
— Mój ojciec był kaprysem mojej matki.
— Dawno pan... to jest... dawno się jest lokajem?
— Z przekonania nigdy!
— A z praktyki?
— Od dziś...
— Oj, to niedobrze... Pani Ostoja nic mi o tym nie mówiła... Byłbym nie trudził... Jakżeż można być

lokajem bez praktyki?...

— Ministrowie też nie praktykują. Wprawdzie tu idzie o rzeczy ważniejsze, ale porównanie nie jest

zbyt śmiałe.

Pań Niesiecki głośno się zaśmiał.
— Zresztą — mówił lokaj — człowiek tak subtelny jak pan, powinien zaufać instynktowi kobiety, a

pani Ostoi najgorszy jej wróg nie zarzuci braku kobiecości...

— Dobrze, dobrze... Skąd Zenobiego... Zenobi –   wszak tak?... skąd go zna pani Ostoja?
— Igraszka spotkania, kaprys przypadku, dziwactwo losu. Poza tym kocham namiętnie teatr i byłem

klakierem. Pan zaś chyba wie dobrze, że pani Ostoi bardzo potrzeba klaki... Tak trudno dziś o oklaski...

— Umie pan czytać i pisać?
—  Przede  wszystkim  dziękuję  panu  za pana,  choć  tak  się  do  lokaja  nie  powinno  mówić.  Bardzo

dziękuję, ale niech pan już wali dalej z tym Zenobim, bo imię jest dźwięczne, mnie zaś przypomina moją
godność...

— Smętna godność...
— Jaki pan, taki kram i taki lokaj. Myślę, że będę wobec tego lokajem doskonałym...
— Dziękuję, Zenobi...
— Ależ proszę. Jestem szczery. Ale o co pan pytał?

background image

— O umiejętność czytania i pisania...
— Ach, prawda. Otóż czytam wiele, piszę mało...
— Więc źle, koślawo, czy jak?
— Źle? Nie wiem. Co do tego sądy są sprzeczne.
— Któż to osądzał, w jakim celu?
— Głupie matoły i bez celu.
— Nie rozumiem!
— I ja też niewiele. Kto zrozumie tego, który sam nie rozumie?
—  Pan  jest,  przyznam  się  ze  zdumieniem,  człowiekiem  dziwnym...  Niechże  mi  Zenobi  powie

szczerze. Ale bardzo o to proszę, żeby szczerze. Zenobi nie jest człowiekiem byle jakim; dużo wie, mówi
zręcznie. Dlaczego Zenobi chce być lokajem?

Miły  Zenobi  na  chwilę  spoważniał;  na  twarzy  uśmiech  mu  zgasł  i  wesołe  jego  jasne  oczy  również

zgasły na chwilę.

— Dlaczego lokajem? Nie z przyjemności, niech mi pan wierzy. Ale od chwili, kiedy pana poznałem,

myślę, że z przyjemnością będę mógł nim być.

Zenobi znów się uśmiechnął i mówił wesoło:
— Każdy wykręt mógłby pana oszukać. Pan ma dobrą twarz, i widać, że nie jest pan złośliwy. Będę

lokajem, niech to panu wystarczy. A jak się to robi, to pan mi pewno powie...

— Ja?!
—  Sądzę,  że  będzie  pan  aż  tak  dobry.  Logicznie  zresztą  rozumując,  pan  zawsze  więcej  potrzebuje

lokaja,  niż  lokaj  pana.  Lokaj  zawsze  więcej  umie,  niż  jego  pan.  Ze  mną  jest  pierwszy  na  świecie
wypadek, że jest przeciwnie.

— W istocie!
—  Panowie  są  zwykle  igraszką  w  ręku  swoich  lokajów.  Jest  to  zemsta  społecznej  nierówności.

Dlatego każdy lokaj jest cichym wrogiem swego pana.

— I Zenobi byłby moim wrogiem?
Zenobi uśmiechnął się dowcipnie.
— Człowiek jest zawsze wrogiem drugiego człowieka dlatego, że ten drugi jest lepszy, mądrzejszy,

lub  szlachetniejszy.  Mimo  całego  mojego  szacunku  dla  pana,  nie  chciałbym  siebie  poniżyć.  Byłbym  w
takim razie od razu doskonałym lokajem, ale nawet za tę cenę nie chcę tego.

Pan  Niesiecki  nie  mógł  się  zirytować.  Chciał,  ale  nie  mógł;  dość  trudno  bowiem  utrzymać  dobre

maniery  ducha,  wspaniałego,  szlachetnego  ducha,  który  się  w  ogóle  manifestuje  tylko  przez  dobre,
dyscyplinowane  maniery,  kiedy  lokaj  mu  mówi  niemal  impertynencje  i  w  przyzwoitej  zresztą  formie,
który  się  kłania  przy  równoczesnym  nastąpieniu  na  odcisk,  równa  swoją  lokajską  duszę  z  jego  duszą,
pańską.  Pierwszy  odruch,  to  jest  wzięcie  pyskatego  młodzieńca  za  kołnierz  i  wyrzucenie  go  przez  tylne
wejście na kuchenne schody, byłby w zupełności usprawiedliwiony. Pan Niesiecki jednakże wesoło myśl
tę odsuwał, jak się odsuwa ręką kogoś niemiłego.

Przy  spotkaniu  dwóch  nieznajomych  ludzi  jedno  mgnienie  oka,  jeden  ułamek  chwili  ustala  ich

wzajemny stosunek. Pan Niesiecki już lubił tego lokaja. Pozwalał mu więc gadać, a ten gadał z widoczną
przyjemnością.

Pan Niesiecki czuł, że jest to jakaś niejasna sprawa. Gdyby nie polecenie pani Ostoi, bałby się tego

człowieka,  który  mówi  tak,  jak  on,  myśli  lepiej,  niż  on.  Przypuszczał,  że  jakieś  zygzaki  losu,  jakaś
igraszka zdarzeń, kazała temu inteligentnemu, miłemu i jasno patrzącemu chłopcu szukać pracy.
Wybrał  najgorszą,  bo  wcale  plugawą  pracę  lokajską,  pewnie  jednak  uczynił  to,  sądząc  o  łatwości  tej
pracy z pozorów i nie zdając sobie sprawy z haniebnej uniżoności takiej pracy, co jej odbiera godność,
powagę i słodycz.

—  Biedny  chłopiec!  —  pomyślał  dobry  pan  Niesiecki.  Nie  chciał  go  o  nic  pytać;  był  człowiekiem

background image

pełnym taktu, gentlemanem. Więc nagle spoważniawszy, rzekł Zenobiemu:

— Przyjmę Zenobiego.
— Dziękuję panu...
—  Niech  Zenobi  wie,  że  nie  będzie  lokajem.  Coś  jednak  trzeba  robić,  ale  zwalniam  Zenobiego  od

posług ściśle osobistych. To załatwiać będzie Walentowa.

— Nie wiem, kto jest ta dama, ale cześć jej.
— Niechże Zenobi nie przerywa...
— Kiedy się tak miło rozmawia!
—  Zenobi  będzie  dbał  o  porządek  w  mieszkaniu,  szczególnie  w  bibliotece,  pilnował  gazet,  listów,

rachunków.  Trzeba  pamiętać,  żeby  były  kwiaty,  załatwiać  rozmowy  telefoniczne  wedle  polecenia,
notować telefony, kiedy mnie nie będzie, jednym słowem, drobne i dość nieprzykre robić rzeczy.

— Z największą chęcią...
— Przede wszystkim być dyskretnym...
— Z trudnością, ale wytrwam.
— Zenobi dostanie pokoik, pensję i utrzymanie. Dość?
— Za wiele. Ale czy wolno prosić?
— O cóż to?
— Czy mogę brać książki z biblioteki?
— Ale naturalnie; ja ich nie tykam. Przejdźmy, niech Zenobi zobaczy książki.
Przeszli do małego gabineciku obok, gdzie było w pięknych szafach dość wiele pięknie oprawionych

tomów. Zenobi przebiegł oczyma po ich złoconych grzbietach.

— Zenobi i na tym się zna? No i cóż?
— Dużo śmiecia! — odrzekł lokaj z przekonaniem.
Pan Niesiecki zarumienił się z irytacji na samego siebie.
— No! no! — rzekł z wyrzutem, — tak od razu Zenobi to wie, z jednego spojrzenia?
— Ja patrzyłem krótko, ale te tytuły tak głośno krzyczą, że trudno nie usłyszeć.
Pan  Niesiecki  był  przerażony.  Ten  oryginalny  lokaj  zaczynał  go  jednak  trwożyć;  postanowił

rozmawiać  z  nim  o  tym  tylko,  co  mogło  tyczyć  służby,  o  niczym  więcej.  Wracając  z  biblioteki,  aby
pokazać  Zenobiemu  jego  pokoik,  po  drodze  wskazał  mu  kredens,  sypialnię,  szafy  z  ubraniem,  broń
myśliwską,  wreszcie  stanął  przed  szafą  odrutowaną  tak,  że  przez  siatkę  drutu  widać  było  niezwykle
przyjemne wnętrze.

Spojrzał na lokaja przenikliwie i rzekł z naciskiem:
— W tej szafie jest wino!
Zenobi bardzo spoważniał i na gębie zrobił się niemal dostojny.
— Jest to szafa pięknej złudy! — szepnął z powagą.
— Szafa ze zwykłem winem, bardzo zresztą doborowym. Niech mi Zenobi spojrzy w oczy!
— Patrzę i widzę pański srogi wzrok.
— A teraz niech Zenobi powie prawdę...
— Któż kłamie w obliczu wina?!
— Czy Zenobi pije?
— Namiętnie, jak furiat!
Pan Niesiecki opadł na najbliższy fotel ciężko jak człowiek złamany: tak siada rezygnacja, tak siada

człowiek zrujnowany, dowiedziawszy się, że ciotka wyzdrowiała, tak pada minister, dowiedziawszy się
o  głosowaniu  w  parlamencie,  tak  pada  zdradzony  mąż,  tak  pada  Dante  w  pieśni  piątej,  wiersz  sto
czterdziesty drugi Piekła, tak pada drzewo, uderzone piorunem, tak pada polski dramat na premierze, tak
pada kobieta, aby upaść.

Zenobi spojrzał na niego z wyrafinowaną sympatią.

background image

— Panie! — rzekł ze słodyczą — wrażenie, jakie na panu zrobiło moje uczciwe wyznanie, każe mi

pana  miłować.  Ach,  jak  pan  kocha  wino!  Pana  w  tej  chwili  nie  to  zmartwiło,  że  panu  spadł  z  nieba
doskonale  pracowity  wspólnik,  broń  Boże!  Pan  jest  podobno  zbyt  bogaty,  aby  się  nie  podzielić  kroplą
wina  choćby  z  lokajem.  Nie!  Pana  powaliła  na  fotel  zazdrość,  nagła  zazdrość  o  kochankę,  o
najcudowniejszą  kochankę  świata,  o  słoneczną  butelkę  wina.  Pan  ją  kocha  namiętnie,  wtem  przyszedł
ktoś, kto powiada uczciwie: I ja ją kocham, tak jak pan, nawet bardziej jeszcze. Panie, ja kocham wino.
Jeśli  mnie  pan  teraz  nie  wyrzuci  za  drzwi,  to  jest  pan  człowiekiem  wielkiego  ducha. A  jeśli  mnie  pan
wyrzuci,  będę  leciał  ze  schodów,  krzycząc  wielkim  głosem:  Chwała  człowiekowi,  który  kocha  wino!
Panie, co jest za tą zagrodą z drutu?

Pan Niesiecki spojrzał na niego błędnie i mówił głosem słabym:
—  Mouton  Rothschild  doskonałego  roku... Romanée  Conti...  Pape  Clément...  Château  Léoville

wyborne...

— Cześć! cześć! — szepnął lokaj z upojeniem.
— Jest whisky – Black and White, jest koniak Grande Réserve...
— Chwała! chwała!
— Jest Martell i Prunier, i Meykow. Jest...
—  Dość!  niech  pan  nie  kończy...  Tego  nie  można  pojąć  od  razu...  Tego  zwykła  dusza  ludzka  nie

wytrzyma... Niech pan nie kończy, bo co panu z tego przyjdzie, że biedny, młody i pełen nadziei człowiek
nagle  zwariuje?  Niech  pan  ma  litość  nad  człowiekiem,  który  pana  uwielbia  za  cudowny  instynkt
równowagi.

— Dlaczego? jakiej równowagi?
— W bibliotece dużo śmiecia, tu same perły. Pan swoje życie wyrównał idealną linią. Szanowałem

pana,  teraz  pana  uwielbiam  za  to,  że  pan  przepaść  ludzkiego  szaleństwa  zasypał,  nie!  zalał  złotem
szaleństwem słońca...

Pan  Niesiecki  nic  długo  nie  mówił.  Patrzył  na  lokaja  ciemnym  wzrokiem  człowieka,  który  ze

zdumienia nie może myśleć. Zenobi pieścił spojrzeniem szafę.

Po długiej chwili pan Niesiecki rzekł:
— Zenobi aż tak kocha wino?
— Nie wierzę kobietom, śpiewam fałszywie, wino kocham.
— Więc Zenobi będzie je kradł?
— Kraść? Brzydkie słowo. Dlaczego je pan powiedział? Właśnie pan? Niech pan...
— Przepraszam, serdecznie przepraszam... Ja nie myślałem, żeby Zenobi...
Pan Niesiecki powstał.
— Właściwie, proszę mi powiedzieć natychmiast: kim pan jest?
Zenobi pokiwał głową na jakiś smutny temat.
— Czytał pan Dantego? — zapytał.
— Dantego? Pewnie, kiedyś...
— Kim jestem? Dusza Capocchia rzekła piekielnie: Wiesz, że mnie w świecie słynną małpą zwali...

Niech to panu wystarczy, choć Capocchio był łajdak, a ja nie...

— To wszystko?
— Wszystko...
— I pan chce być lokajem?
— Będę nim. Już jestem. Ale niech mi pan mówi, jak wprzódy: Zenobi! Kiedy mnie pan nie nazywa

panem w obliczu tej szafy, mógłbym myśleć, że czyni pan to umyślnie, aby owego pana a swojego gościa
uraczyć winem.

— Nadzwyczajne!
—  Cóż  jest  nadzwyczajnego  dla  polskiej  gościnności?  Ale  niech  się  pan  nie  śpieszy,  przecież  się

background image

jeszcze nie rozstajemy. O wino może pan być spokojny, zresztą szafa jest zamknięta na klucz, czy tak?

— Naturalnie!
— A szafy z książkami nie są zamknięte na klucz?
— Nie!
— Jesteśmy w Polsce, słusznie. Porządek rzeczy racjonalnie zachowany.
— Zenobi! — rzekł pan Niesiecki twardo, z jakąś nagłą rezygnacją.
— Służę panu...
— Proszę, niech Zenobi weźmie...
— Co to jest, proszę pana?
— To jest klucz do szafy... do tej szafy...
Lokaj patrzył to na pana Niesieckiego, to na klucz. Na twarzy drżał mu uśmiech triumfalnie złośliwy,

w oczach migotała złocista pustota łobuza. Położył sobie rękę na sercu i rzekł z figlarną dostojnością:

— Nie wódź mnie na pokuszenie, ojców moich wielki Boże!
— Proszę, niech Zenobi weźmie; Zenobi będzie zawiadowcą win, małym piwniczym, ze względu na

rozmiar szafy.

—  Nie,  panie  —  rzekł  Zenobi  —  dziękuję.  Najsłabsze  wino  jest  silniejsze  od  najsilniejszego

człowieka.  Niech  mi  pan  jednak  pozwoli  wyrazić  mój  niesłychany  podziw.  Pan  jest  bohaterem  godnym
hymnu. Chce pan dać szalonemu miecz, to jest – klucz do ręki. O, Boże! Niech pan spojrzy na mnie, czy
nie  zbladłem.  Och,  panie,  czy  wino  nie  jest  najdoskonalszym  wynalazkiem  Boga,  zanim  mu  chemia  nie
zaczęła  robić  obrzydliwej  konkurencji?  Były  cudy  z  winem,  bo  dość  łatwo  zrobić  cud,  kiedy  na  niego
patrzą podchmielone Żydy. Ale to, co się stało tu w tej chwili, jest to cud z łaski wina, w jego obliczu, za
jego sprawą. To jest boska moc wina, które z człowieka robi bohatera.

— Ależ Zenobi! Zenobi!...
Pan Niesiecki był wyraźnie zażenowany.
— Panie! tu idzie o wino!
— Więc proszę, oto klucz... Zenobi może czasem skorzystać...
— Dziękuję z całego serca, dziękuję... Powinno się panu wmurować tablicę w Bordeaux, w Cognacu

i w Reims – jednak klucza nie wezmę. Człowiek, który pije sam, jest lichym człowiekiem...

— Więc będziemy pili razem! — rzekł z determinacją pan Niesiecki. — Wystarczy?
— Wina nie wystarczy. Satysfakcji wystarczy aż nadto. Jest pan...
W tej chwili zadzwonił umieszczony w tym samym pokoju telefon. Pan Niesiecki uczynił ruch, jakby

chciał  podążyć  do  telefonu,  lecz  zatrzymał  się.  Przecież  ma  lokaja.  Jest  przecie  Zenobi.  Niech  zacznie
„pracę”.

— Niech Zenobi pójdzie to aparatu. Jeśli mówi mężczyzna, nie ma mnie, jeśli kobieta, Zenobi odda

mi słuchawkę...

Lokaj pośpieszył ku aparatowi.
—  Tak...  pana  Niesieckiego...  lokaj...  niestety,  nie  ma...  niewiadomo...  wyszedł  dawno...  nie,  nie

powiedział...  ach,  bardzo  żałuję...  wieczorami?  Nie  wiem.  Nie  wiem,  skąd  mogę  to  wiedzieć...  Czy  z
kobietami? Ależ, proszę pani, nieprawdopodobne...

Niesiecki szepnął:
— To mówi kobieta!
Lokaj dał mu znak, aby się wstrzymał i nie odbierał słuchawki.
— Nie... nie, nie... tak! dobrze! powiem z pewnością... moje uszanowanie!
— Co to znaczy, czemu Zenobi kłamał? To była kobieta...
— Tak, w istocie.
— Przecież powiedziałem najwyraźniej, że jeśli dama...
— Toteż to nie była dama!

background image

— A kto?
— Licho wie, kobieta, ale nie dama. Pan nie zastrzegł wyraźnie, czy ma być kobieta, czy dama. A to

nie była dama.

— Zenobi oszalał!
— Niezbyt jeszcze gruntownie. Musiałem jednak zrobić, tak jak zrobiłem, bo nie mogłem pozwolić,

aby  nam  miłą  rozmowę  przerywał  swoją  wizytą  ktoś,  kto  nie  jest  godny  pańskiego  towarzystwa.  Ta
kobieta chciała tu przyjść, a ja pana przed tym ustrzegłem.

— Ale kto Zenobiego o to prosił? Kto pozwolił?
— Moje sumienie. Czy pan wie, co i jak mówiła ta kobieta? Pytała, gdzie pan bywa wieczorami i czy

pan  spędza  noce  z  kobietami?  Jest  to  obrzydliwy  rys  charakteru  taka  namiętna  i  brutalna  ciekawość.
Wytworna  kobieta  nie  jest  śledczym  agentem.  Ale  to  nic.  Plugawą  treść  może  uratować  piękna  i
wytworna suknia. A czy pan wie, jak mówiła ta kobieta? To nic, że nerwowo i arogancko, bo rozmawiała
z  lokajem.  Niech  jej  Bóg  przebaczy  i  usunie  z  niej  piegi,  bo  je  pewnie  ma.  Ale  ta  kobieta  mówiła:
wieczoramy  i  czy  pan  jest  z kobietamy.  Czy  jesteśmy  towarzystwem  ludzi  wytwornych  i  używających
prawidłowych  form  wymowy,  czy  jesteśmy  towarzystwem  od  magla,  gdzie  sobie  stróż  rozmawia  z
praczkamy?  Ta  dama  pochodzi  albo  z  ulicy  Bagno,  albo  urodziła  się  trochę  dalej.  Przyzna  pan,  że  nie
mogłem  narażać  pańskiego  dobrego  smaku  i  atmosfery  tego  wytwornego  mieszkania  na  spotkanie  z
polerowanym  barbarzyństwem.  Ta  kobieta  od  a  do  igrek,  uważa  pan,  nie  do  zet,  lecz  do  igrek,  pachnie
szwaczką,  albo  wędliniarnią.  Jak  panu  może  to  robić  przyjemność,  jak  pan  się  może  tak  nieładnie
demokratyzować?  Człowiek,  który  ma  takie  maniery,  takie  wino  i  takiego  lokaja!  Ach,  jestem
niepocieszony...

Pan Niesiecki odwrócił twarz, bo był także niepocieszony.
— Ależ, mój Zenobi — przecież się zdarza... Nie same księżniczki chodzą p

0

 świecie... Nie mam o to

właściwie pretensji, że Zenobi nie spełnił polecenia, ale będę prosił na przyszłość, aby zechciał spełniać
je dosłownie. Mogę się z Zenobim jako tako podzielić winem, ale kobiety zostawmy w spokoju Jest to
mój dział osobisty. W te sprawy niech się Zenobi łaskawie nie wtrąca... No, już dobrze, dobrze... Proszę
nie zaczynać dyskusji i pójść do swojego pokoju. Za godzinę wychodzę, więc niech mi Zenobi przygotuje
ciemne ubranie. Jest gdzieś w tej szafie.

— Teatr?
— Tak. Teatr. Po co te pytania?
—  Tak  sobie,  z  podziwu,  że  człowiek  taki  jak  pan,  chodzi  jeszcze  do  teatru.  Czy  za  mało  głupich

zdarzeń  dokoła,  że  idzie  pan  na  poszukiwanie  jeszcze  głupszych  wymyślonych?  Dlaczego  pan  sobie
wykreśla jeden wieczór z życia, dlatego, że w jakiejś fikcyjnej rodzinie zdarzyła się fikcyjna awantura i
to w złym guście. Co to pana może obchodzić, że ktoś uwiódł dziewczynę i nie chce się z nią ożenić, bo
jest mądry i nie chce mieć takiej żony, która dała się uwieść? Postaci sceniczne niech się martwią między
sobą i na swój rachunek; co pana lub mnie mogą obchodzić ich plotki i wzajemne oszustwa?

— A jednak Zenobi był klakierem! — z tryumfem i złośliwie rzekł pan Niesiecki.
— Tak, byłem klakierem i wpadałem w istną furię, kiedy cynik autor stworzył kretyna, a łajdak aktor

go  przedstawiał.  To  jest  boski  widok,  widok  kręgu  oszukańczych  interesów.  Oklaskami  podniecałem
tysiąc  innych  kretynów  na  widowni,  aby  uwielbili  łajdactwo,  krętactwo,  błazeństwo  albo  fałsz
sentymentu.  Poezja  już  umarła.  To  tylko  zostało.  Były  też  wypadki,  kiedy  oklaskiwałem  autora  zawsze,
takiego mianowicie, co kpił w żywe oczy z widza i z siebie. Na to jest potrzebny dowcip. Dowcip zaś,
jako sens życia, wart jest oklasku.

Ale takich autorów jest mało, wolałem więc zostać lokajem, niż bywać w teatrze. Teatr sypie się w

gruzy  jak  stary  dom,  którego  dusza  umarła;  opuszczony  przecieka  fałszywymi  łzami  albo  w  nim  straszy
jakiś  truposz,  który  bredzi,  albo  śmieje  się  „ironicznie”  puszczyk.  Truposze  są  to  indywidua  mało
zabawne, a puszczyk jest to ptak głupi i przykry. Więc po cóż za swoje pieniądze...

background image

— Dość! Niech Zenobi nie przygotowuje ubrania. Nie idę do teatru...
— Widzę, że pan nie jest jeszcze zupełnie stracony... Cieszy mnie to bardzo, proszę pana.
— Ale wyjdę!
— To są resztki oporu niepodległego ducha. Doskonale. Czy mam czekać na pana? Sądząc po dość

mizernym pańskim wyglądzie, noce spędza pan w domu dość rzadko... Więc chyba nie czekać?

— Nie. Proszę mi przy łóżku przygotować...
— Wino?...
— Niech będzie wino, jakiekolwiek. Klucz zostawiam w zamku szafy. Poza tym papierosy i zapałki.
— Książka może?
— Książka leży na nocnym stoliku i proszę jej nie ruszać. Jest to moja najmilsza książka.
— Wolno wiedzieć?...
— Co? jaka książka? Poezje, kochany Zenobi, poezje... Purpurowy poemat Biedronia.
— Aaa!
— Cóż tak dziwnego? Może i to Zenobi czytał, a może i zna tego, co to napisał?
—  Jestem  —  odrzekł  Zenobi  —  za  biedny  na  to,  żeby  czytać  poezje,  tego  zaś,  co  to  napisał,

widziałem u pani Ostoi.

— O! u pani Ostoi?
— Poeta i aktorka dwa bratanki, a że, jak panu wiadomo, miałem stosunki z teatrem...
— Mój Zenobi! Czy ten poeta i pani Ostoja... Zenobi rozumie?
— Rozumiem, ale pan był tak łaskaw i zalecił dyskrecję we wszystkich sprawach, tyczących kobiet.
— Ależ to nie o mnie idzie!
— Tak, panie, ale wyłom zrobiony w charakterze człowieka pociąga za sobą najgorsze skutki.
Pan Niesiecki spojrzał z podziwem na lokaja.
—  Dziękuję  za  lekcję,  mój  Zenobi.  Już  o  nic  nie  pytam  To  mi  jednak  może  Zenobi  powiedzieć,  jak

wygląda pan Biedroń. Uwielbiam tego człowieka, a nie zdarzyło mi się nigdy go spotkać.

— Nie widział pan nawet jego fotografii?
— Nawet fotografii.
— No, to pan ma szczęście i on ma szczęście. Mógłby się pan rozczarować. Jest to człowiek, który

podobno raz w życiu miał czysty kołnierzyk.

— Nie może być!
— Ale i to może być poetycką legendą. Może go nigdy nie miał. Jego krawat nigdy nie wie, co czyni i

z której strony ma wyleźć spod kołnierzyka. Jego buty boczą się na siebie jak dwaj poeci.

— Ale twarz, twarz?
— Człowiek pijany lub lekki furiat może w przystępie dobrego humoru nazwać to twarzą. Człowiek

przyzwoity nie chodziłby z taką twarzą po świecie. Pana Biedronia, gdyby wpadł między ludożerców, nie
zjadłby najbardziej zgłodniały, jeśliby spojrzał na tę twarz.

— Co też Zenobi wygaduje! Podobno Biedroń ma zwariowane szczęście u kobiet.
—  Nigdzie  nie  jest  powiedziane,  proszę  pana,  że  kobieta  nie  może  zakochać  się  w  małpie.  Były

przykłady...

— Więc się kochają w jego sławie...
—  W  jego  sławie?  Kobieta  kochać  się  potrafi  w  pięknych  krawatach,  doskonale  wyprasowanych

spodniach, w pięknych manierach, w rozdziale włosów na głupim łbie, w mądrym albo głupim uśmiechu,
czasem w duszy ludzkiej, nigdy w sławie. Chce mieć sławnego człowieka dlatego, że jest taka moda, że
go  inne  chcą  mieć,  że  go  trzeba  mieć.  Ale  kobieta  sławy  nie  rozumie.  Sława  ją  drażni,  bo  może  być
silniejsza  od  niej  i  piękniejsza  od  niej.  Owczym  pędem  idzie  w  orszaku  za  sławnym  człowiekiem,  na
jedną  jednak  kropelkę  miłości  i  miłosnego  uwielbienia  przypada  ocean  histerii.  Kobieta  nie  wie,
dlaczego  ktoś  jest  sławny,  ona  wie,  że  jest  sławny.  Jeśli  idzie  o  sławnego  poetę,  kobieta  może  go

background image

uwielbiać, nie przeczytawszy albo nie zrozumiawszy ani jednego jego wiersza. Raz do bardzo sławnego
poety  w  Zakopanem  przyszły  dwie  panie,  aby  mu  złożyć  hołd,  niezmiernie  wspaniały  hołd,  po  czym
prosiły wzruszonego poetę o jakąkolwiek jego książkę, bo jeszcze żadnej nie czytały, do czego przyznały
się uczciwie.

Niesiecki słuchał z coraz większym zdumieniem. Miał już czas przywyknąć do tego, że Bóg mu zesłał

jakieś dziwowisko ludzkie, najmilszego cudaka, który chce być jego lokajem. Dotąd mówił on filuternie,
lekko  i  sączył  każde  słowo  z  uśmiechu;  w  tej  chwili  jednak  mówił  jakby  z  goryczą.  Nie  był  to  więc
wygadany,  zbankrutowany  inteligent,  wypolerowany  obieżyświat,  lecz  człowiek,  który  coś  myślał  i  coś
czul.

Z tym wrażeniem wyszedł, rozmyślając na temat, kim jest ten miły chłopiec, który w kilku zdaniach

wypowiedzianych ostrzegł go, że zna życie i widział je z bliska.

Zapowiedział  stróżowej  Walentowej,  że  w  mieszkaniu  jest  nowy  lokaj,  że  mało  będzie  robił,  i  że

trzeba,  aby  Walentowa  sprzątała  sypialnię  i  czyściła  buty.  Walentowa  wylazła  z  pyskiem,  co  jednak
zostało przerwane nowym kontraktem społecznym i podniesieniem zasług. Pan Niesiecki uśmiechnął się,
pomyślawszy, że nadzwyczajnych interesów na tym nowym lokaju nie zrobi. Tak go jednak polubił, jak
dobry i wytworny człowiek może polubić podobnego, a kiedy sobie przypomniał sprawę o wino, głośno
się roześmiał.

Przez  chwilę  przyszło  mu  na  myśl,  że  miły  ten  człowiek  może  być  doskonałym  opryszkiem  i  że  po

powrocie do domu zastanie gołe ściany i puste szafy. Myśl ta jednak wydała mu się śmieszna. Gdyby tak
było, lokaj udawałby pokornego lokaja, a nie wystawiał się na podejrzenia.

Poszedł jednak do teatru, gdzie grała Ostoja. Umierała zaraz w pierwszym akcie z powodu jakiegoś

gwałtownego wypadku, więc niedługo czekał. Miłe pudło chciało mu paść w objęcia, ale się cofnął, bo
była zbyt krwawo umalowana.

— Przyszedłem podziękować pani za lokaja — rzekł.
— Podoba się panu?
— Nadzwyczajnie, doprawdy, że nadzwyczajnie, ale – kto to jest?
— Lokaj, kim ma być? Lokaj August.
— August? Nie Zenobi?
— To on się nazywa Zenobi? Pewnie, pewnie! Zapomniałam. Prawda, jaki miły chłopak?!
— Miły i inteligentny. Jednak skąd on to wszystko wie?
— Skąd? Boże drogi! Ach, on się wychowywał ze swoim mlecznym bratem, jakimś hrabiątkiem. Cóż

w tym dziwnego, że tyle umie?

— Łże, papuga... — pomyślał Niesiecki.
Postanowił wreszcie dać pokój domysłom i ciekawości.
—  A  niech  sobie  będzie,  kim  chce.  Przygarnąłem  jakiegoś  pomylonego  w  życiu  biedaka,  niechże

sobie udaje lokaja — myślał Niesiecki. — Nic mi to nie szkodzi, że wypije kroplę wina, a jest zabawny.

Późną nocą wracał jednak do domu z ciekawością. Co robi ten dziwny lokaj? Jeśli śpi, nie będzie go

budził, po co biednych ludzi budzić po nocy? Wszedł więc cicho do mieszkania. Na stoliku nocnym zastał
wino, papierosy, zapałki i książkę. Uśmiechnął się. Na palcach podszedł ku pokoikowi Zenobiego; drzwi
tego pokoiku zaopatrzone były w matowe szyby, z których lało się mleczne światło. Godzina była późna,
lokaj nie spał.

— Zenobi! — rzekł cicho pan Niesiecki, uchylając drzwi — czemu Zenobi nie śpi?
—  Ze  szczęścia  —  odrzekł  ze  środka  Zenobi.  —  Człowiek  szczęśliwy  spać  nie  może  z  nadmiaru

wzruszenia.

— Z jakiego znów szczęścia?
— Panie, ja mieszkam, czy pan to rozumie? Ja mieszkam. Jestem u siebie! Przepraszam pana, że nie

śpiewam z radości, ale nie wypada, bo kamienica cała już śpi.

background image

— Niechże i Zenobi śpi. Dziękuję za wino i książkę.
— Wino jest wyższej klasy!
— No, już dobrze, dobrze... Dobranoc!
— Niech pana anieli zaniosą do łóżka!
I  oto  tak  się  rozpoczął  i  w  tym  rytmie  trwał  żywot  pana  Niesieckiego  i  jego  miłego  lokaja.  Były  to

jasne chwile tego domu: rozmowy, dyskusje, rozprawy perliły się, pan Niesiecki bowiem odczuwał żywą
przyjemność w rozmowie z tym śmiesznym młodzieńcem i wcale rzadko wychodził z domu. Stanowczo
częściej, szczególnie wieczorami, wychodził lokaj. W dzień wychodził czasem na dyskretne żądanie pana
Niesieckiego;  kiedy  Zenobi  powkładał  kwiaty  do  kryształów,  przyniósł  ciastek,  przygotował  serwis  do
herbaty  i  artystycznie  rozrzucił  pyszne,  wzorzyste  poduszki  na  niskiej  szerokiej  otomanie,  wtedy,  nie
wiedząc niby, o co idzie, uśmiechał się na pożegnanie do Niesieckiego, mówiąc:

— Pan pewnie będzie rozmyślał. Doskonale, ale niech pan szanuje siły, pan rozmyśla zbyt często.
Dwóch  największych  przyjaciół  nie  mogło  żyć  w  zgodzie  milszej  i  bardziej  serdecznej;  ci  dwaj

ludzie stanowczo się pokochali. Nie mieli dla siebie tajemnic, prócz tej, że Niesiecki nie wiedział, kim
właściwie jest Zenobi, i zaintrygowało go czasem to, że Zenobi zamyka wieczorem drzwi swego pokoiku
na klucz i nie odpowiada na dzwonek, ani na pukania. Nigdy jednak o to nie zapytał.

Niebo  tego  domu  zachmurzyło  się  na  chwilę,  kiedy  się  jasne  stało,  że  pani  Walentowa,  kobieta

dorodna, zamaszysta i zawiesista, która by piersiami mogła zasłonić Warszawę, a pyskiem przyprawiać
co lichsze i bardziej chwiejne domy o runięcie, najwyraźniej zakochała się w miłym Zenobim, albowiem
miły  Zenobi,  spotykając  się  z  nią  co  rana,  wygadywał  jej  tak  niestworzone  rzeczy,  że  dziwne  by  było,
gdyby  ta  zacna  kobieta  nie  zwariowała  do  dwóch  miesięcy.  Pan  Niesiecki,  stale  podsłuchujący,  płakał.
Zenobi tłumaczył pani Walentowej, że w Afryce jest królowa jak dwie krople do niej podobna, i że na
jednej wyspie rodzi dziecko raz żona, raz mąż, bo tak sprawiedliwie być powinno, że w Ameryce ludzie
chodzą głową na dół, mężczyźni dlatego, żeby z oszczędności szelek nie nosić, a kobiety dlatego, żeby nie
było żadnego szachrajstwa, które się u nas pokazuje dopiero po ślubie. Że zaś pani Walentowa nie lubiła
aktorek, po których u pana Niesieckiego zawsze było wiele sprzątania, a w nocy trzeba było chodzić dla
nich po dorożki, więc ją Zenobi podburzał rafinowanym sposobem.

—  My  tu  harujemy,  pani  Walentowa,  że  pani  i  mnie  skóra  złazi  z  rąk,  krzyża  już  nie  czuję,  a  taka

lafirynda to co? Na złotym łóżku cały dzień leży, cukierki żre i rozmawia z papugą. Lekkie życie.

Pani  Walentowa,  odurzona,  oszołomiona,  pijana  od  bzdurstw,  połaskotana  w  krzywdę  swoją,

zdumiona  była  mądrością  tego  człowieka,  który  sam  o  sobie  mówił,  że  jest  synem  jednego  księcia,  ale
kiedy  był  mały,  to  go  wyrzucili  na  śnieg  i  na  mróz,  bo  nie  był  podobny  do  ojca  i  jeszcze  go  nabili  po
głowie,  bo  bardzo  płakał,  ale  jakiś  pies  się  nad  nim  zlitował,  chwycił  powijaki  w  pysk  i  odniósł  do
Dzieciątka Jezus. Ryknęła w tym miejscu pani Walentowa płaczem nad niedolą dzieciny i mądrością psa.
I z całej duszy, w której się mogło zmieścić uczucie wielkości dwudziestu czterech kamienic, pokochała
Zenobiego,  z  czego  on  rad  korzystał  w  tym  sensie,  że  jej  raczył  pozwalać,  aby  mu  prała  bieliznę  i
chodziła po papierosy i z listami.

Zenobi miał święte życie. Wprawdzie gdyby jaki święty próbował tak żyć, zostałby zrzucony z nieba

na dostojną twarz; Zenobi jednak nie był święty, tylko korzystał z rajskich szczęśliwości.

Jawne jednakże zaczynało się stawać, że lokaj Zenobi rozpił swego pana. Pan Niesiecki nie pił nigdy

wiele, od czasu zaś pobytu w jego domu Zenobiego pił bardzo. Zenobi tak cudownie mówił o winie, tak
je wyzłacał słowem, jeśli wino było białe, i tak je sycił krwią, jeśli pod ręką było czerwone, że dusza
ludzka  musiała  zadrżeć  od  tych  słów  i  pragnąć.  Pełna  do  niedawna  szafa  była  bliska  ruiny.  Poza  tym
uczciwego  człowieka  nauczył  Zenobi  łajdactwa,  wytłumaczywszy  panu  Niesieckiemu,  że  nie  należy
marnować wina, które jest rozkoszą bogów, i dawać go kobietom. Nie było jeszcze na świecie kobiety,
która  się  zna  na  winie.  Jest  to  przywilejem  ludzi  wzniosłych  i  wspaniałych  umysłem.  Wobec  tego  –
twierdził Zenobi – trzeba miłym paniom dawać do picia byle co.

background image

Pan  Niesiecki  protestował,  lecz  uczynił  próbę,  damie,  co  piła  zawsze  wyborne  czerwone,  dał  tanią

malagę. Dama była tak wyraźnie uszczęśliwiona, że aż miło, myśląc, że ją pan Niesiecki chce odświętnie
uczcić.  Odtąd  już  nie  marnowano  wina  dla  dam,  ale  go  marnowano  tym  więcej  dla  ludzi  wzniosłego
ducha.

Nie  było  takiej  pory,  w  której  by  tych  dwóch  przyjaciół:  lokaj  i  jego  pan,  nie  czuło  pragnienia.

Zawsze jednak zachęcał Zenobi, wynajdując powody tak nieodparte, jak to, że był czwartek lub piątek, a
że we Francji jest nowy gabinet, że mięso zdrożało, że ktoś wpadł pod tramwaj, że pada deszcz, że jest
pogoda, że umarł ktoś nieznajomy, ale w młodym jeszcze wieku. Więc czasem wieczorem pan Niesiecki
siadał w fotelu, przed nim stała butelka, a w odległości szacunkiem nakazanej siadał Zenobi na dywanie i
przed nim też stała butelka. I albo Zenobi bredził, albo pan Niesiecki brał cudowny tom Biedronia i po
raz  pięćdziesiąty  czytał Purpurowy poemat.  Słowo,  nawet  w  cichym  czytaniu,  biło  jak  grzmot,  i  wiersz
huczał jak daleka burza. Purpurowo się czyniło w pokoju; purpurowo w duszach. Grała muzyka, a rymy
wpadały sobie w objęcia jak kochankowie, co się nie widzieli dawno, więc się spletli w uścisku i całują
się dźwiękiem i barwą.

Pan Niesiecki chwytał oddech i sięgał po kieliszek.
— Cudowne, Zenobi! nieprawda?
Zenobi milczał w cieniu.
Spojrzał  pan  Niesiecki  i  zatrzymał  w  drodze  wędrujący  ku  ustom  cieniutki  kieliszek  rubinem  wina

lśniący jak napełnione krwią serce.   Zenobi oparł głowę na rękach, a kiedy nagle zawołany podniósł ją,
pan Niesiecki ujrzał w jego zawsze jasnych i uśmiechniętych oczach... co u diabła?... wilgoć. Albo jeden
i drugi był pijany.

Pan  Niesiecki  zdumiał  się  i  nie  czytał  już  tych  wierszy  głośno.  Pomyślał  tylko  tej  nocy,  jakim

niezmiernym cudem jest poezja. I jeszcze bardziej pokochał swego dziwnego lokaja.

Ciężko  mu  się  było  z  nim  rozstać,  kiedy  z  majątku,  który  pan  Niesiecki  pracowicie  i  z  beznamiętną

cierpliwością zamieniał na wino, obrazy i kwiaty, napisali mu, że musi przyjechać, bo coś się tam stało,
to czy owo.

— Może jakie cielę umarło! — rzekł zmartwiony Zenobi.
— Niech Zenobi jedzie ze mną.
Zenobi zbladł.
— Panie! a jeżeli nam każą wozić nawóz, albo doić krowy? Do mnie nie mogą mieć pretensji, ale do

pana będą mieli i to słusznie. Niech pan tam nie jedzie!

—  Jednak  muszę!  —  mówił  ze  smutkiem  pan  Niesiecki.  —  Otóż  to  jest  życie.  Kłopoty,  kłopoty  i

praca. Głowa mi pęka...

— Proszę pana...
— Cóż tam, mój Zenobi?
— Ja niedawno tłumaczyłem Walentowej, że sobie u pana urobiłem ręce po łokcie, a baba uwierzyła.

Może jej i to powiedzieć, że panu od trosk pęka głowa, niech się krokodyl ulituje i nad panem. My obaj
jesteśmy strasznie biedni i godni pożałowania.

— Niech Zenobi nie żartuje!
— Ja płaczę, proszę pana, ale niech pan pozwoli, że będę płakał tutaj, a pan niech jedzie sam. Wieś

to  jest  straszliwy  wynalazek  Pana  Boga.  Pomijając  to,  że  na  wsi  w  zupie  zawsze  są  muchy,  bo  mądra
natura  w  ten  sposób  tępi  ich  nadmiar,  rozpaczą  wsi  jest  to,  że  spożywa  się  tam  mleko  we  wszystkich
postaciach. Zresztą na wsi zawsze pada deszcz, jak mi to opowiadali starzy ludzie. Na dobitek wczoraj
mi się śniło, że mnie łaciasta krowa wzięła na rogi i podrzucała w górę dla zabawy przez całą noc.

— To whisky.
—  Może  być.  Whisky  robi  się  z  owsa,  a  od  owsa  niedaleko  do  krowy,  krowa  bowiem,  wedle

wszelkich racjonalnych przypuszczeń, karmi się owsem. Nie karmi się? Tym gorzej dla krowy. Nie panie!

background image

Niech mi pan pozwoli zostać. Będę się za pana modlił rano i wieczorem, aby się tam nic złego panu nie
stało, aby panu się ocieliły szczęśliwie pańskie krowy, i aby pan szczęśliwie powrócił na ojczyzny łono.
Gdyby  pan  nie  powrócił  w  przeciągu  tygodnia,  pośpieszę  z  pomocą  i  zarządzę  ekspedycję  karną.
Walentowa da chyba radę kilku setkom łagodnych kmiotków.

Pan Niesiecki pojechał sam i długo go nie było. Zenobi pisywał do niego oryginalne i wesołe raporty,

które  były  jedyną  pociechą  złamanego  troskami  pana  Niesieckiego.  Zdawał  sprawę  z  ilości  wypitego
wina,  zdumiewająco  uczciwie.  Zenobi  bowiem  mógł  zełgać  wesoło  w  każdym  wypadku,  wino  jednak
była to święta rzecz, z którą się nie żartuje i o której nie mówi się na wiatr.

Wtajemniczony  mimo  woli  w  miłosne  historie  swego  pana,  donosił  mu  szczegółowo  o  wszystkich

telefonicznych  rozmowach  i  pełnych  zawodu  wizytach  i  o  tym,  że  pozwolił  sobie  na  zmianę  abażuru  u
lampy  w  „gabinecie  przyjęć”  na  bardziej  wzorzysty  i  bardziej  ciemny,  zauważył  bowiem,  że  takie
oświetlenie  będzie  z  korzyścią  dla  twarzy  aktorskich  stale  jaskrawo  pomalowanych  i  dla  twarzy
„wielkich  dam”,  wśród  których  widział  mocno  już  zjełczałe.  Najdonioślejszy  jednak  był  list  z
wiadomością, która pana Niesieckiego napełniła rzewliwym zmartwieniem.

 

...Pani Nelly — pisał Zenobi — wedle moich ścisłych i sprawdzonych wiadomości, okazała

się niegodna tak wzniosłego jak pan człowieka, co wyrażone w stylu sielskim, bardziej teraz panu
zrozumiałym, puściła drogiego mi bardzo pana w trąbę. Gdybym mógł w nią tchnąć moje do pana
przywiązanie  i  moją  bezgraniczną  dla  pana  wierność,  umarłby  pan  w  jej  słodkich  objęciach  w
wieku  lat  stu  sześciu,  naturalnie,  że  tylko  od  nadmiaru  pocałunków.  Nikt  jednak  dotąd  nie  pojął
kobiety  z  tego  prostego  powodu,  że  nie  było  co  pojmować.  Nikt  nie  wie,  dlaczego  papuga
przelatuje z drzewa na drzewo. Najprawdopodobniej dlatego, że jej się tak podobało. Podobało
się  tedy  pani  Nelly  zmienić  gałąź.  Napełniło  mnie  to  cichą  rozpaczą,  bo  wiem,  że  ją  pan  lubił.
Gorsze  jest  to,  iż  postępek  ten  pięknej  kobiety  napełnił  mnie  niepokojem,  że  mógłbym  stracić
wiarę w miłość i przywiązanie kobiety. Wiarę tę pielęgnowałem w sobie od dzieciństwa i nagle
drgnęła ona we mnie, jak drży dom podczas trzęsienia ziemi. I gdyby nie Walentowa, wierna mi
do ostatniego tchnienia, a niech pan pamięta, że kiedy ona odda ostatnie tchnienie, to wydzierać
będzie ta trąba powietrzna drzewa z korzeniami, gdyby nie jej miłość pełna słodyczy, przeciąłbym
sobie  żyły,  by  umrzeć  razem  ze  śmiercią  wiernej  miłości.  Bóg  mi  zesłał  tego  anioła,  abym
zachował wiarę.

Ale pan jest po stokroć biedny. Pani Nelly nie wytrzymała próby oddalenia, stąd wniosek, że

w razie wyjazdu należy oddawać kochankę na przechowanie, jak futro w lecie. Niech pan jednak
znajdzie dla niej litość w sercu mądrym i w pogodnej swej duszy. Wiem, że jej pan nie zabije, bo
jest  pan  wspaniały  i  boi  się  pan  kryminału,  ale  niech  jej  pan  przebaczy.  Uwiódł  ją  człowiek
nędzny, niewart tego, by się pan na nim mścił, figura marna, człowiek zły i przewrotny, który ją
usidlił bogactwem i podłym szychem brylantów... Gardzę nim!...

 
Pan Niesiecki był przez trzy godziny bardzo zmartwiony tym niebywałym nieszczęściem. Pani Nelly

była  to  miła  dziewoja,  ale  niech  ją  tam.  Na  ten  temat  wyraził  pan  Niesiecki  jedynie  przelotne
niezadowolenie, irytowało go tylko to, że mu zbałamucił kochankę zapewne któryś z przyjaciół. Zenobi
pisze o bogactwie i brylantach. Któreż to bydlę jest takie bogate?

Nagle jednak uderzył się dłonią w czoło. Skąd o tym wszystkim może wiedzieć Zenobi? Wiedział coś

niecoś  o  Nelly,  ale  nie  wie  nic  szczegółowego,  w  żadnym  razie  nie  mógł  wiedzieć,  z  kim  go  ona
zdradziła?

— On wszystko wie — pomyślał — diabeł nie człowiek.
Diabeł  oczekiwał  go  z  rozradowaną  twarzą;  wzruszony  był  jak  zwyczajne  ludzkie  przyjemne  bydlę.

Zdał mu szybko sprawę ze zdarzeń żywota, skrupulatnie jak buchalter wyliczył wydatki (zysków nie było

background image

żadnych), wzruszonym szeptem raportował o stanie piwnicy.

Dwie rzeczy zdumiały pana Niesieckiego, to przede wszystkim, że Zenobi w czasie jego nieobecności

– nie pił prawie, co dowodziło wysokiej miary taktu, i to, że wśród rachunków figurowały niepospolite
pozycje z dopiskiem: kwiaty. Nie chciał pytać, czekając, aż mu Zenobi sam to wyjaśni, i płacił taktem za
takt, co jednak nie wyłączało niemego zdumienia.

Był już wieczór, kiedy pan Niesiecki powrócił; usiadł w głębokim fotelu pod wysoką lampą, Zenobi

zaś  oparty  opodal  o  biurko,  w  pozycji  dość  niedbałej,  przez  co  zamanifestował  poufałość  w  stosunku  i
wyjątkowość  sytuacji,  która  go  widocznie  przez  przymus  uczyniła  lokajem,  odpowiadał  na  pytania
swojego pana.

—  Telefony?...  tak,  były...  Aparat  nasz  zardzewiał  od  łez,  które  się  weń  lały  ze  wszystkich  stron

miasta. Jęczał, płakał tak, że się serce krajało, potem ucichł.

— Listy?
Są dwa zaproszenia na otwarcie wystawy obrazów...
— Jak to! żadnych innych?
—  Były  jakieś,  niebieskie  i  różowe,  i  bardzo  pachnące,  przynoszone  przez  posłańców.  Odsyłałem

wszystkie z powrotem z dopiskiem: Adresat się nawrócił – nieprzyjęte.

— Zenobi!!!
—  Okrzyk  pański  dowodzi,  że  wieś,  nasza  cudowna  polska  wieś,  nie  uzdrowiła  pana.  Szczerze  mi

żal, że zabiegałem o to, aby pana wydobyć z odmętu. Więc panu żal dwóch chórzystek i jednej krowienty,
które  pana  uczyły  złych  manier  i  lekceważącego  odnoszenia  się  do  kobiety,  która,  jak  to  ogólnie
wiadomo, jest cudem świata, bo Pan Bóg nie miał odwagi stworzenia jej w zwyczajnym trybie zdarzeń?
Więc  tego  panu  żal?  O,  moje  serce,  moje  biedne  serce!  Ucisz  się,  ucisz...  jedna  krzywda  mniej,  jedna
więcej!...

— Zenobi jest bezczelny!
— A ja myślałem, że jesteśmy idealnie dobraną parą.
—  Dość!  —  rzekł  cierpko  pan  Niesiecki.  —  Zenobi  wskutek  mojej  dobroci  rozpuścił  się  jak

dziadowski bicz. Tak dłużej być nie może. Możemy się łatwo rozstać...

—  Mój  Boże!  Jedna  stara  Cyganka  przepowiadała  mi,  że  skończę  życie  w  suterenach.  Myślę,  że

przepowiednia  mówiła  o  Walentowej,  która  mieszka  w  suterenach.  Chciałbym  tylko  widzieć  pańską
minę, gdyby mnie żywego kładli w grób, w którym spoczywa już Walentowa.

—  Głupie  żarty...  Ale  ja  nie  żartuję.  Niech  Zenobi  nie  bredzi,  tylko  niech  odpowiada.  Co  to  za

historia z panną Nelly?

— Smutna historia...
— Zdradziła mnie?
— Bez większego żalu, który by było można zauważyć.
— Z kim?
— Znów niedyskrecja...
— Pytam z kim? Albo Zenobi robi brudne plotki, albo coś wie z pewnością. Proszę mi odpowiadać!
—  Czy  pan  weźmie  na  siebie  piekielne  męki,  które  mnie  czekają  za  odkrycie  tajemnicy  czystej  i

niewinnej duszy tego dziewczątka?

—  Głupia  gęś,  nie  dziewczątko.  Uprzedzam  Zenobiego,  że  za  pół  minuty  cisnę  w  Zenobiego  tą  oto

lampą.

— Czy dla ulżenia swoim nerwom, czy w zamiarze uczynienia mi krzywdy?
— Aby cię zabić, potworny, zły, złośliwy człowieku!
— Nikt nigdy nie miał jaśniejszej śmierci. Pan jest wyjątkowym mordercą.
— Na Boga! czy Zenobi będzie mówił?
— Za chwilę, bo przedtem...

background image

— Co przedtem?...
— Przedtem muszę odmówić modlitwę za konających. Będzie to mój jedyny paszport do nieba.
Pan Niesiecki zbladł. Najspokojniejszy człowiek, a pan Niesiecki był najlepszym i najspokojniejszym

człowiekiem  w  obrębie  swojego  komisariatu,  nic  mógłby  wytrzymać.  Toteż,  hamując  się  ostatnim
wysiłkiem, mówił:

— Zenobi, to jest nasza ostatnia rozmowa... A ja dla tego człowieka... Wstyd mi! Boże, jaki zawód,

jaki zawód...

Zenobi  spojrzał  na  pana  Niesieckiego  niemal  tkliwie;  w  słowach  tych,  nieco  pożółkłych  od

wściekłości, widział wielkie i serdeczne przywiązanie do swojej godnej piekła osoby.

— Proszę, niech pan pyta — rzekł łagodnie i pojednawczo.
Niesiecki przez chwilę uspokajał w sobie wzburzenie. Potem pytał głosem suchym:
— Więc to wszystko o tej zdradzie prawda?
— Prawda, przysięgam na Messalinę i na Kleopatrę.
— Panna Nelly obchodziła mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg.
—  Porównanie  znane,  lecz  dotkliwe  i  słuszne.  To  była  kobieta  niegodna  pana.  Gardzi  nią  pan

najsłuszniej w świecie...

— Pytam tylko ze zwykłej ciekawości... Przede wszystkim, skąd Zenobi wie?
— Skąd wiem? Magna pars fui...
— Jak, w jaki sposób?
— Trochę czynny, trochę bierny.
— Kto ją uwiódł?
—  Uwiódł?  To  wyraz  niewłaściwy  i  używany  tylko  w  stosunku  do  niedoświadczonych,  zaś  panna

Nelly, której ten piękny tytuł należy się tak, jak diabłu tytuł papieskiego szambelana...

— Więc z kim mnie zdradziła?...
— Ze mną!... — odrzekł spokojnie Zenobi i spojrzał szybko na swego pana.
Pan Niesiecki kilka razy zamknął i otworzył oczy, jak człowiek, który się na dobre nie może obudzić,

potem  twarz  rozjaśnił,  po  czym  trzepnął  rękoma  jak  człowiek,  który  połyka  kość,  wreszcie  wybuchnął
śmiechem  jak  furiat,  który  sobie  coś  wesołego  przypomniał.  Śmiał  się  i  śmiał  się  przede  wszystkim  z
siebie, że się zirytował, słuchając na ten temat figlów Zenobiego.

Zenobi zaś zrobił minę dotkliwie obrażonego.
— Proszę pana...
— A niechże Zenobiego!... Ach, muszę to jej opowiedzieć..
— Ona to wie. Człowiek zaś, który przynosi stare wiadomości, jest wart tyle, co stara gazeta.
— Więc mnie zdradziła z Zenobim?
— Tak uczciwie nieuczciwie, że uczciwiej nie było można.
— Panna Nelly mnie... z lokajem?
— O lokaju nie było mowy. Nie powiedziałem jej, że jestem lokajem, lecz pańskim kuzynem z Litwy.

Jestem człowiekiem lojalnym – grzech pozostał w rodzinie.

Pan Niesiecki widział już, że Zenobi mówi prawdę. Tak go jednak usposobił śmiech przed chwilą i

tak  go  ubawiła  sytuacja,  że  utopił  całą  swoją  miłość  własną  mężczyzny  w  lekkomyślnej  ciekawości.
Zdawało mu się, że jest na wesołym przedstawieniu.

— Jak to było, Zenobi, jak to było?
—  Od  początku  świata  jest  zawsze  tak  samo  w  głównych  zarysach.  Szczegóły  były  mizerne.  Panna

Nelly zadzwoniła, ja otworzyłem. — Jest pan Niesiecki? — Nie ma, wyjechał. — Czy mogę napisać parę
słów?  —  Pozwoli  pani,  że  się  przedstawię...  itd.  Pisała  pięć  słów  pół  godziny,  w  czasie  której  ją
oczarowałem. Miałem na sobie pańską piżamę; grubą książkę, którą przedtem czytałem, trzymałem wciąż
w ręku. Niech pan do tego doda ujmującą powierzchowność, niesłychane wygadanie, butelkę najlepszego

background image

pańskiego wina, bliskie pokrewieństwo z panem – niech się pan nie oburza! – Panna Nelly stwierdziła, że
jesteśmy niesłychanie podobni... – Niech pan do tego doda papuzi mózg panny Nelly, którym owładnąłem
jak  wąż,  i  obietnicę,  że  ją  zabiorę  do  Nicei  na  sezon,  a  będzie  pan  miał  doskonały  przepis  na  rajskie
wesele.  Przykro  mi  było  tylko,  że  to  pańska  kochanka,  ale  rozgrzeszało  mnie  to,  że  jestem  bliskim
pańskim krewnym, że chciałem wypróbować jej wierność dla pana, która była krucha, i że chciałem pana
ocalić na przyszłość... Lepiej przecież, że to ja, a nie...

—  Niesłychane!  niesłychane!  Po  cóż  Zenobi  łgał  w  liście,  że  ją  uwiódł  człowiek  bogaty,  który  ją

zarzucił brylantami?

— Wcale nie łgałem. Gdyby pan był widział te bogactwa, które przed nią roztoczyłem, gdyby pan był

słyszał te obietnice, które jej uczyniłem, rozumiałby pan. Każde moje słowo było brylantem. Zarzuciłem
ją brylantami. Przysiągłem jej miłość naturalnie bezterminową i na dowód tego posyłałem jej
przez tydzień kwiaty...

— Aj! to te kwiaty w rachunkach?
— Byłem z góry pewny, że mi pan przebaczy. Czy pan kiedy odmówił kobiecie mizernego kwiatka?
— Zenobi! jesteś wielki!
— Dziękuję. W oczach panny Nelly jestem świnią.
— Co się stało?
—  Z  goryczy,  że  pana  zdradziła,  wymówiłem  jej  własne  serce  i  pańskie  mieszkanie  po  tygodniu.

Widzi pan, jak szybko spada kara za wiarołomstwo. Los mnie wynalazł, abym był mścicielem. Sądzę, że
jest pan ze mnie zadowolony?

— Wszystko jedno, ale ona nie daruje. Ona tu wróci! Będziesz się miał z pyszna.
—  Ona  tu  nigdy  nie  wróci.  Wielkie  i  szlachetne  serce  Walentowej,  która  czuje  ku  mnie  wolę  bożą,

coś  zwietrzyło  i  zapowiedziała  pyskiem  na  całą  kamienicę,  że  będzie  poszukiwała  swojej  serdecznej,
krwawej krzywdy na włosach i kapeluszu panny Nelly. Walentowa jest wilczycą!...

Tego  wieczora  doskonała  przyjaźń  pana  Niesieckiego  i  miłego  Zenobiego  wypiła  zachłannie,  jak

tęcza wypija wodę z jeziora, całe jezioro wina.

Zenobi  mu  zaimponował;  w  znudzony  żywot  wniósł  tyle  werwy  i  dowcipu,  tyle  beztroskiej  radości

lub  pięknego  smutku,  że  się  uczciwa,  leniwa  i  w  wytworności  swej  prosta  dusza  pana  Niesieckiego
nachylała  ku  niemu  przyjaźnie  i  serdecznie.  W  tej  chwili,  kiedy  im  serca  napełniała  radość,  a  głowy
wino, radość złocista i wszystkiemu przychylna, mówił pan Niesiecki głosem, który się zataczał co nieco,
lecz był łagodny i miękki:

— Zenobi, mój drogi!... Nie pytałem o nic, nie chciałem pytać nigdy...
— Ni zdradą, ni podstępem!
— Słusznie... nie chciałem pytać, kim Zenobi jest... Lecz coś musi być w tym tragicznego, że Zenobi

jakby się u mnie skrył... Całe szczęście, że trafił do mnie...

— Anioł mnie przywiódł...
—  Pani  Ostoja,  nie  anioł,  ale  wszystko  jedno,  są  w  równym  wieku...  Lecz  Zenobi  mógł  trafić  do

kogoś, kto by nie umiał uszanować...

— Tak! — rzekł cicho Zenobi. — Pan ma rację. Kim jestem? — ach, to drobiazg – niczym nie jestem.

Taki  sam  biedaczyna  jak  tysiące  innych.  Może  trochę,  trochę  lepszy  –  mózgiem,  nie  sercem.  Sercem  to
mnie  pan  zwyciężył.  Ja  tam  swoje  trochę  zjadłem...  Pan  jest  najlepszy  człowiek,  jakiego  widziałem.
Kocham pana. Tak, kocham pana. Każdy pański uśmiech jest dla mnie tak cenny, jakbym... jakbym... był
naprawdę lokajem... Skąd przyszedłem? Wszystko jedno! Znikąd – z tułaczki... Tułam się jak niespokojny
ptak, szukam, czego znaleźć nie mogę. Gonię za słońcem, upajam się deszczem. Życie takich nie lubi. To
wściekłe bydlę kocha wściekłych tylko, wściekłych, mocnych i brutalnych. Mściłem się na nim, kradnąc z
niego każdy promień i każdy błysk, które się walają w błocie, a ono mściło się na mnie... I oto ja, który…
ach, wszystko jedno... nie miałem dachu nad głową. Nie było sposobu... Świat jest tak pełny, że nie było

background image

już  miejsca  dla  mnie...  Gryzłem  palce,  co  mało  pomaga.  Dusiłem  w  sobie  rozpacz,  co  mi  odbierało
resztkę sił... Bruk miejski wciągał mnie jak bagno. Musiałem odpocząć, za wszelką cenę odpocząć i nie
miałem  gdzie.  Taki  jest  bowiem  los  tych,  którzy...  Ech,  jeszcze  raz,  wszystko  jedno!  Wtedy  krwawy,
bolesny żart przywiódł mnie tu, do pana... Wyłudziłem od pana dach nad głową i kąt... Pan nie wie, jak
ja... Mieszkać, mieszkać, mieszkać choć przez godzinę… Gdyby można zrozumieć bezdomnego psa, to by
się usłyszało w jego wyciu te straszne słowa...

— Biedny mój Zenobi...
—  Stałem  się  pod  tym  dachem  tak  szczęśliwy,  że  dusza  we  mnie  oszalała  ze  szczęścia.  Rozigrałem

się  jak  dziecko...  Dokazywałem  jak  żak...  Pan  mi  to  chyba  przebaczy  i  niech  mnie  pan  jeszcze  nie
wyrzuca... Jeszcze miesiąc, jeszcze dwa – przecież się potem coś stanie…

Pan  Niesiecki  miał  łzy  w  oczach.  Przygarnął  do  siebie  tego  najmilszego  chłopca,  uścisnął  go  i

chlipał:

— Ja?... Wyrzucać... Zenobi! Zenobi! przyjacielu kochany...
I  przez  łzy  uśmiechnęli  się  do  siebie,  trochę  pijani,  a  bardzo  szczęśliwi.  Odprowadzali  się  potem

przez godzinę do swoich pokojów, bo choć godzina nie była późna, w głowach mieli ciężar nocy.

Zenobi  spał  już  od  dawna,  pan  Niesiecki  wzruszony  rozmyślał...  Nim  zasnął  jednak,  starym

zwyczajem czytał Purpurowy poemat.

Wczesnym  rankiem  zbudził  pana  Niesieckiego  dzwonek,  bardzo  natarczywy.  Zenobi  nie  otwierał,

więc poczłapał sam. List. Tak rano? Od kogo? Od pani Ostoi.

Pan Niesiecki czytał i był blady:
 

...Dobrze,  że  pan  wreszcie  przyjechał...  itd. Nie  pozwolę,  żeby  tak  moją  przyjaciółką  Nelly

poniewierano... itd. Choć dla głupich żartów obiecałam tajemnicę, jednak dowiedziawszy się, co
zrobił pański „lokaj”, z solidarności kobiecej  i  koleżeńskiej  muszę  tego  „lokaja”  zdemaskować.
Nie  miał  mieszkania  i  wymyślił  ohydny  podstęp.  Pański  lokaj  to  poeta  Biedroń.  Nigdy  nie
rozumiałam  jego  „Purpurowego  poematu”,  ale  teraz  gardzę  jego  autorem.  Nelly  płacze,  że
właściwie to ona... z lokajem, i że ją taki pan pewnie ośmieszy itd. itd.

 
Pan  Niesiecki  powoli  zmieniał  się  w  słup  soli,  po  czym  odtajał.  Myślał,  że  na  chwilę  zwariował,

potem ozdrowiał. Przebiegł myślą cały swój wspólny żywot z fałszywym lokajem, z fałszywym Zenobim
i  cudownym  poetą,  ucieszył  się  i  zawstydził  się.  Serce  w  nim  biło,  jakby  był  pensjonarką,  co  spotkała
wielkiego poetę.

Podszedł  na  palcach  ku  pokoikowi  Biedronia.  Jeszcze  spał.  Pan  Niesiecki  miał  na  twarzy  kobiece

rozrzewnienie.  Biedaczysko,  drogie,  genialne  biedaczysko!  Chciałby  go  zaraz  zbudzić,  ucałować,
uściskać, przeprosić, sam nie wiedząc za co.

Nagle dojrzał biedne, chuderlawe buty Biedronia. To „Zenobi” w dowód miłosnej łaski pozostawiał

je Walentowej do wyczyszczenia rozmiłowanym sercem.

Pan Niesiecki uśmiechnął się radośnie, chwycił buty, wynalazł szczotki i zaczął je czyścić jak furiat.

Wielki pan czyścił buty wielkiemu poecie i cieszył się tym jak dziecko.

background image

 
 
 
 
 
 

DZIEWIĘĆ KOCHANEK KAWALERA DORNA

background image

 
 
 

Ktokolwiek  będzie  czytał  tę  historię  tak  żałosną,  że  mnie,  który  ją  spisał,  przez  noc  jedną  zbielały

włosy,  niech  wie,  że  kawaler  Dorn  nie  jest  dlatego  nazwany  kawalerem,  iż  miał  kiedykolwiek  do
czynienia z końmi i ze szpadą. Kawaler Dorn nigdy w życiu swoim nieszczęsnym nie siedział na koniu,
nigdy  też  nie  władał  szpadą.  Kawaler  Dorn  jest  dlatego  i  po  prostu  nazwany  kawalerem,  że  nie  miał
nigdy żony.

Usłyszawszy  o  tym,  mógłby  rzec  niejeden: jeżeli  kawaler  Dorn  nigdy  nie  miał  żony,  dlaczego  tedy

życie  jego  nazwane  zostało  nieszczęsnym,  a  historia  jego  żałosną?  Ha!  Wyborną  mam  dla  takiego
odpowiedź,  tę  mianowicie,  że  chociaż  małżeństwo  może  być  zaliczone  do  największych  klęsk  świata,
jednak nie jest ono klęską jedyną, bo oto okaże się, że już samo dążenie do małżeństwa może sprowadzić
na człowieka nieszczęścia tak bardzo przeraźliwe, że niemal samemu małżeństwu równe. Widać z tego,
że mądra natura chce uchronić człowieka przed tym, co mu nieuchronną grozi zgubą, więc go doświadcza
i  ostrzega,  piętrzy  przeszkody  przed  ślepą  jego  namiętnością  i  daje  mu  znaki  gwałtowne,  aby  się
zatrzymał  nad  przepaścią.  Głupota  ludzka  jest  jednak  silniejsza  od  natury,  która  nie  ma  dość  mocy  i
potęgi,  aby  wstrzymać  człowieka  przed  rozpętaniem  w  sobie  namiętności.  Jeśli  się  na  ten  przykład
człowiek  postanowił  upić,  co  mnie  i  naturę  zawsze  żywą  napełnia  boleścią,  cóż  może  przeciwko  temu
uczynić  najstraszliwsza  potęga  natury?  Nic!  Rozpęta  ona  żywioły,  będzie  biła  piorunami  na  prawo  i
lewo,  zatrzęsie  ziemią,  góry  zrówna  z  dolinami,  zmieni  łożyska  rzek,  każe  oceanom  pochłonąć  lądy,  a
człowiek  jednak  się  upije.  Jest  to  tylko  nieznaczny  przykład,  jak  mocna  jest  namiętność  w  sercu
człowieczym.

Jakżeż straszliwe czyni ona wysiłki, jeśli idzie o kobietę!
Oto  właśnie  tu  się  rozpoczyna  żałosna  i  frasobliwa  historia  kawalera  Stanisława  Dorna,  który  był

Polakiem, mimo swego dziwnego nazwiska.

Był  to  przyjaciel  mój,  którego  bardzo  miłowałem.  Szczupły,  wiotki,  łagodnego  usposobienia,  miał

oczy niebieskie, takie, którymi zawsze patrzy marzenie, wypatrując na horyzoncie czegoś, co nigdy się nie
zjawi.  Zawsze  blady,  hodował  w  sobie  melancholię.  Serce  miał  tak  napełnione  potrzebą  kochania,  jak
owoc  słodyczą,  źródło  czystością  wody,  jak  dusza  kobiety  napełniona  jest  żółtą  nienawiścią,  jak
dziennikarski  kałamarz  plugastwem,  jak  niebo  napełnione  jest  aniołami,  pszczołami  ul,  kryminał
rzezimieszkami, co wszystko ma znaczyć, że tą potrzebą kochania napełnione było po brzegi. Wszystko,
co było w tym człowieku, było pragnieniem kobiety.

 

* * *

 
—  Taką  można  by  spotkać  tylko  w  niebie  i  –  czy  ja  wiem  –  może  w  Indiach...  —  powiedziałem,

wskazując portret czarnowłosej damy.

— W Indiach... tak... może w Indiach — szeptał Dorn jakby do siebie, patrząc na obraz z zachwytem.
W  tym  czasie  kochał  się  w  pannie  sklepowej,  która  sprzedawała  zapalniczki  do  papierosów.  Dorn

miał  ich  już  kilkadziesiąt,  co  dnia  bowiem  od  pewnego  czasu  kupował  jedną  i,  kupując,  wzdychał.
Panienka miała narzeczonego, konnego policjanta, dość więc trudno było blademu człowiekowi bez konia
dotrzymać placu rumianemu człowiekowi z koniem. Sam koń był dla panienki więcej wart niż cały Dorn.

Taki  oto  był  ten  dziwny  i  biedny  kawaler,  który  kochał  zawsze  i  nigdy  nie  mógł  znaleźć,  który  był

blady  jak  jego  marzenie.  Klątwa  jakaś  wisiała  nad  zacnym  i  miłym  Dornem.  Kiedy,  przeszedłszy  przez
mękę miłości pełnej westchnień, był już blisko tak niebiańskiej swojej kochanki, że tylko rękę wyciągnąć
a  poczuje  w  dłoni  jej  serce  i  choćby  jedną  jędrną  pierś,  stawało  się  zawsze  coś,  przychodziło  skądciś
coś, co go uderzało nielitościwie i odtrącało w przepaść rozpaczy. Miłość postępowała okrutnie z tym,

background image

który jej służył tak pokornie jak niewolnik.

Kawaler  Dorn  płakał  i  prosił  Boga  o  śmierć,  śmierć  jednak  tak  zawsze  była  gdzieś  zajęta,  że  nie

mogła  mu  służyć.  Wreszcie  wielka  jakaś  rozpacz  spakowała  mojemu  przyjacielowi  kufry  i  gdzieś  go
poniosła.  Nie  widziałem  go  długie  lata,  co  mnie  z  początku  na  jakieś  siedem  minut  napełniło  wielkim
smutkiem, miły to bowiem był człowiek, choć kulawy na umyśle. Pocieszyłem się tym jednak, że mu na
szerokim świecie będzie lepiej, i westchnąłem, aby niebo zdjęło z niego klątwę i namówiło jakąś duszę
niewieścią,  aby  się  nie  oparła  miękkiej  i  łagodnej  duszy  Dorna.  Postępowanie  nieba  nie  byłoby  wcale
zdrożnością.  Dorn  bowiem  nie  pragnął  łajdactwa,  tylko  żony.  Dorn  chciał  się  ożenić.  Dziedziczne
obciążenie objawia się u jednego gruźlicą, u innego skłonnością do alkoholu, u innego jeszcze epilepsją,
a Dorn chciał się ożenić. Może dlatego tak wielką irytacją napełnił Pana Boga.

Minęło parę lat, odkąd świat pochłonął Dorna, jak ogromna gąbka pochłania niedostrzegalne morskie

stworzonka. Onegdaj przyniesiono mi list, który powiadał:

 

...Pański przyjaciel, Stanisław Dorn, znajduje się w moim prywatnym zakładzie dla nerwowo

chorych. Przeszedł niedawno tragiczny wypadek i był ranny i, choć jest jeszcze bardzo osłabiony,
pragnie  Pana  zobaczyć...  Niech  pan  raczy  nie  odmówić  prośbie  biednego  chorego  i  zechce  go
odwiedzić...

 
Dorn!?  Skąd,  jak,  kiedy?  I  dlaczego  u  wariatów?  Właściwie  dlaczego  dopiero  teraz?  Tak.  Co  się

odwlecze,  to  nie  uciecze,  chyba  że  idzie  o  pożyczkę  u  przyjaciela.  Wprawdzie  człowiek  odwiedza
niechętnie  domy  wariatów,  gdzie  na  niego  patrzą  z  litościwym  uśmiechem,  który  powiada: Ach,  to  pan
jeszcze do nas nie na stałe? No, ale chyba już niedługo, drogi panie!... – poszedłem jednak czym prędzej
odwiedzić  starego  przyjaciela,  zostawiwszy  na  wszelki  wypadek  listy  objaśniające,  gdzie  mnie  należy
szukać, w razie, gdybym u wariatów zanadto im tam przypadł do serca, co nie było nieprawdopodobne.

Był to  jednak,  na  szczęście,  tylko  taki  miły  dom,  gdzie  leczono  lekkie  zaburzenia  nerwów  i  umysłu,

wstępna  klasa  dla  wariatów  dojrzałych,  godnych  wyższej  szkoły.  Wśród  wszelkich  wygód  i  wykwintu
leczono tu bogatych chorych, szczególnie zaś damy dotknięte jakąś nieszkodliwą manią, udawaniem stanu
błogosławionego  lub  czegoś  w  tym  rodzaju.  Dorn  był  odosobniony  i  miał  osobny  apartamencik,  tak
położony, żeby się nie mógł spotkać z płcią damską.

—  Wtedy  wpada  w  furię!...  —  objaśniał  mnie  lekarz,  sam  jeszcze  nie  wariat.  —  Poza  tym  jest  to

człowiek biedny i nieszczęśliwy. Nic mu nie jest, jak długo nie widzi kobiety...

— Niemożliwe... Dorn uwielbiał kobiety!
— Toteż musiał coś niecoś oszaleć.
— I będzie zdrów?
—  Przecież  mu  właściwie  nic  nie  jest,  a  będzie  z  nim  źle,  kiedy  po  raz  pierwszy  spotka  kobietę,

jakąkolwiek. Wtedy zrobi to, co zrobił.

— Przecież jest rzeczą niemożliwą, aby nie spotkać kobiety...
— Tak, dość trudno — zauważył bystro doktor.
— A cóż on właściwie zrobił?
— Nic nadzwyczajnego, sam to zresztą panu opowie. Nie wiem, czy mi wolno...
—  Przepraszam,  doktorze,  czy  można  z  nim  rozmawiać  bezpiecznie,  chciałem  rzec  właściwie  –

spokojnie?

— Ależ tak, przecież pan jest mężczyzną.
Dziwne rzeczy! Zaciekawiony poszedłem do Dorna.
Siedział  w  wygodnym  fotelu  z  obwiązaną  bandażami  głową;  obok  fotela  oparte  stały  szczudła;

wyglądał tak, jakby był w srogiej bitwie.

— Dorn! na Boga! to ty?...

background image

—  Podobno  ja!  —  odrzekł  cicho  i  serdecznie,  wyciągnął  ku  mnie  lewą  rękę,  bo  prawą  miał  na

temblaku, owitą bandażem. — Dziękuję ci, że przyszedłeś. Jesteś dobry.

— Przybiegłem, nie przyszedłem! Co ci się stało, Dorn?
— Dużo mi się stało.
— Jak dawno jesteś w Warszawie? Jak to się mogło stać, że nic nie wiedziałem o twoim powrocie?
— To długa historia, przyjacielu — rzekł słodko Dorn.
Bardzo był smutny i jeszcze bledszy, niż zwykle. Postarzał się, na twarzy widać było stare smutki i

szarą rezygnację.

I  wtedy  zaczął  mi  opowiadać  niesamowitą  swoją  historię.  Opowiadał  ją  przez  dni  kilka,  sił  mu

bowiem  brakło  do  opowiadania,  a  mnie  do  słuchania.  Wtedy  zrozumiałem  wielkie  nieszczęście  tego
człowieka  i  postanowiłem  osiwieć  przez  jedną  noc,  co  mi  się  udało  przy  niejakim  wysiłku,  tak  bardzo
bowiem,  chociaż  w  ten  mizerny  sposób,  starałem  się  wyrazić  głębokie  współczucie  temu  człowiekowi
tak pełnemu nieszczęść, jak żółć jest pełna kamieni. Niechaj to porównanie bolesne i okropne da miarę
jego nieszczęść.

 

* * *

 
— Przyjacielu mój! — mówił powoli Dorn — życie jest złe i ciężkie.
— Och, tak! — westchnąłem, uderzony niezmierną trafnością tego spostrzeżenia.
— Przez całe życie szukałem kobiety...
— Biedaku!
—  I  nic  znalazłem.  Cierpiałem  tak  straszne  męki,  jak  ten,  co  to  gdzieś  o  nim  czytałem,  że  był  już

blisko jednego kraju, ale tylko go ujrzał z góry, bo umarł...

— Tak, słyszałem. Opowiadają to o Mojżeszu...
— Może być. I pamiętasz, kiedy mi powiedziałeś, że ta, do której tęskniłem całą moją duszą, może

jest w Indiach.

— Nigdy nie zapomnę!
—  Pchnąłeś  wtedy  moją  myśl  w  bezkres...  I  to  był  pierwszy  dzień  moich  nieprawdopodobnych

nieszczęść.

— Boże drogi, to ja jestem winien!
— Nie ty. Każdemu człowiekowi byłoby się udało, mnie się udać nie mogło. Nade mną ciąży klątwa.

Jakaś kobieta musiała mnie urzec, kiedy jeszcze byłem w łonie matki mojej...

— Takie wypadki bywały...
— Przewędrowałem cały świat. Ścigałem marzenie. Szukałem odrobiny szczęścia, szukałem jej – tej

jedynej  kobiety,  której  byłbym  upadł  do  nóg  i  powiedział:  weź  moją  duszę,  mój  majątek,  weź  mnie
całego.

— I nie znalazłeś? Niemożliwe.
—  Tak,  w  to  trudno  uwierzyć,  prawda?  Świat  jest  przecie  w  połowie  ludzkości  wypełniony

kobietami.

— Niestety.
—  A  ja  nie  znalazłem.  Właściwie  źle  mówię.  Przyjacielu,  znalazłem,  znalazłem!  Dziewięć  razy

byłem  bliski  szczęścia  i  dziewięć  razy  stało  się  coś  takiego,  co  mnie  napełnić  musiało  odrazą,  zgrozą,
trwogą, rozpaczą, szaleństwem. Musiałem uciekać, gryźć palce, tłuc głową o mur.

— Okropne!
—  Tak,  okropne.  Miałem  w  duszy  wymalowaną  postać  kobiety,  miałem  ją  w  oczach,  miałem  ją  w

miniaturze, w najdrobniejszej myśli. Szukałem więc podobnej. Dziewięć razy chwyciłem rajskiego ptaka
za skrzydło... Miałem dziewięć tragicznych kochanek, które nie należały do mnie.

background image

Pomyślałem w  tej  chwili,  że  takich  kochanek,  które  nie  należą  do  człowieka,  można  mieć  łatwo  sto

trzydzieści cztery na minutę, nie powiedziałem tego jednak Dornowi, bo był bardzo, bardzo biedny.

— Opowiem ci wszystko — mówił Dorn — aby cię ostrzec, gdybyś i ty kiedykolwiek chciał szukać

kobiety.

Uczyniłem ponurą twarz; w tej chwili każda kobieta na ziemi przerachowałaby się, gdyby dybała na

mnie.

— ...Opowiem ci krótko. Wszystko jedno, gdzie się to działo, to obojętne tak samo, jak obojętne są

ich imiona.

— Każda kobieta nazywa się Ewa...
— Tak; lecz nie o to idzie. Żadna mnie nie zdradziła, bo żadna nie była moją.
— To straszne!
— Nie mogła być moją, to straszniejsze i to jest moja klątwa. Słuchaj!... Słuchaj!... i śmiej się, bo to

śmieszne,  to  strasznie  śmieszne.  Kiedy  opuściłem  Warszawę,  daleko  już  poza  nią  drzemałem  w
przedziale  pierwszej  klasy.  Na  którejś  z  większych  stacji  stało  się  coś,  co  mnie  przyprawiło  o  zawrót
głowy.  Myślałem,  że  słońce  postanowiło  przejechać  resztę  swej  drogi  do  skończenia  dnia  koleją  i
wsiadło do mojego przedziału.

— A to była kobieta?!
— Tak. Szybko odgadłeś. O, ty znasz życie, mój drogi!
— Cokolwiek. I cóż dalej?
— To było dalej, że porównanie ze słońcem ubliżyło tej kobiecie.
— O, o!
— Tak! Był to cud najpiękniejszy Pana Boga; niebiańska rozkosz, przybrana w ludzkie ciało. Smukła

i  gibka  jak  trzcina,  z  szafirowymi  oczyma,  blada  z  leciutką  zorzą  rumieńca,  usta  wąskie,  brwi  wygięte
takim  łukiem,  jakiego  sobie  nie  wyobrazi  ten,  który  go  nie  widział.  Są  to  jednak  podrzędne  szczegóły
przedziwnej piękności, a jednak gasnące wobec piękności tego, co było koroną jej królewskości. Takich
włosów, jakie miała ta kobieta, nie ma nikt drugi na świecie. Gdybyś stopił w równych częściach miedź i
złoto,  potem  zaś  z  tego  stopu  gdybyś  wysnuł  nici,  cienkości  słonecznych  promieni,  gdybyś  to  potem
skłębił  w  niesłychanej  bujności,  w  przesadzie  zbytku,  w  ciężkim  bogactwie,  które  omdlewa  same  sobą
zachwycone, wtedy miałbyś wyobrażenie słabe o włosach tej kobiety.

—  Uwielbiam  śliczne  włosy  —  szepnąłem  olśniony.  —  Najbrzydsza  kobieta  nie  jest  brzydka,  jeśli

włosy ma piękne. Czy miały zapach?

— O, pachniały jak szczęście, jak kwiaty, jak dobra nowina, jak miłosny list, ach, taką miały woń, jak

niewinna miłość...

— Miły jest zapach niewinnej miłości! — szepnąłem w zamyśleniu.
—  Nie  mogłem  od  tych  włosów  oderwać  wzroku.  Patrzyłem  natarczywie  obłąkanymi  oczyma.  Oto

jest — mówiłem do siebie, milcząc — oto jest diadem kobiety; oto jest płomienista korona księżniczki,
oto jest miedziany płomień ogniska, w którym spłonę jak ćma!

Musiałem  mieć  tak  wyraźny  zachwyt  w  oczach,  że  ta  cudowna  kobieta  spojrzała  na  mnie  jakby  z

błyskiem  przerażenia,  którego  pojąć  nie  mogłem,  bo  któż  się  obawia  człowieka  zachwyconego?  –  po
chwili jednak uśmiechnęła się smutno. Smutek kobiety przyprawia mnie o szaleństwo...

— A radość kobiety?
—  Także  o  szaleństwo. Ale  smutek  przyprawia  mnie  o  nie  prędzej  i  skuteczniej.  Nie  minęło  pięciu

minut, a ja byłem zakochany.

— A ona?
— Ona? Zaczęła czytać książkę. Nie spuszczałem z niej oczu, oczyma i każdą myślą, niewidocznym

drżeniem  warg  całowałem  jej  miedzianozłote  włosy.  Kiedy  podniosła  na  mnie  wzrok,  ujrzała  w  moich
oczach  wyznanie,  nie  ciche,  uległe  wyznanie,  lecz  krzyk  miłości.  Krzyk  ten  był  z  purpury.  Uśmiechnęła

background image

się, a ja poznałem, że wreszcie uśmiechnął się do mnie mój przeklęty los. Los mój był pognębiony.

— Co mówiła?
—  Mówiła,  że  ją  cieszy  moje  nieme  uwielbienie;  że  jedzie  dość  daleko  do  rodziny;  że  zrobię  jej

przyjemność, jeśli nie będę wpatrywał się w nią jak w obraz, gdyż ją to zawstydza. Wtedy rzekłem: Pani!
nie będę patrzył w oczy pani, lecz cud pani włosów mnie odurza. — Włosy moje są moim nieszczęściem
— rzekła cicho. — Od dziś staną się szczęściem pani! — Jak, dlaczego? — Kocham włosy pani, kocham
panią!  —  opowiadam,  naturalnie  w  ogromnym  skróceniu,  bo  to  trwało  długo.  Wtedy  ona  osłabła  i
zbladła. W oczach jej ujrzałem łzy...

— Mój Boże!
—  Tak,  mój  drogi!  Nagłość  szczęścia  oślepia  jak  piorun.  Ta  piorunująca  nagłość  przyprawiła  ją  o

łzy. Patrzyła na mnie tak rzewnie i z takim rozczuleniem, że dusza moja dostała skrzydeł i poleciała do
nieba. Tam sobie wyprosiła wielką miłość dla tej kobiety smutnej i tak złociście pięknej. Kiedy zapadł
mrok, całowałem jej ręce. Pokazałem jej moje serce, które było bez fałszu, i duszę, która nigdy nie była
zdolna  do  obłudy.  Widziała  jasno,  że  nie  poszukuję  przygód  i  nie  poluję  na  kobietę  jak  na  ogłupioną
zwierzynę, więc mnie gładziła po głowie i dotykała moich włosów niewypowiedzianą pieszczotą rąk tak
dziwnie białych jak perłowość letniego świtu. Mówiła do mnie rzewnie i tak tkliwie, że byłbym dla niej,
na jedno jej skinienie, wyskoczył przez okno pędzącego pociągu. Mój Boże! Oto za wszystkie niedole, za
wszystką  miłość  zmarnowaną,  nagle,  niespodzianie,  jak  brylant  wśród  drogi  znalazłem  Ją,  tę  kobietę
anielska. Była panną, niezależną, z nikim i z niczym niezwiązaną. Kiedy ucałowałem Jej usta, myślałem,
że zemdleję. Wtedy przysiągłem jej, że będzie moją żoną...

— Ależ to lekkomyślność!
— Lekkomyślność? Miłość bez szaleństwa, bez złotego szaleństwa lekkomyślności, jest ptakiem bez

skrzydeł. Znasz mnie, wiesz, że w sprawach miłości jestem szaleńcem. Ja nie kłamałem.

— A ona w to uwierzyła? Kobieta nigdy nie wierzy, ale wierzy zawsze.
— Kobieta wierzy nie człowiekowi, lecz instynktowi miłości swojej. Ona uwierzyła. Miłość ma sto

oczu nieomylnych. A przecież ja nie kłamałem. Tak, nie kłamałem, że mnie rozpaczą napełniło to, że nie
można zaraz, natychmiast dać jej dowodu prawdy, że nie można wziąć ślubu.

— W istocie, w pociągu trudno... I cóż, i cóż dalej?
—  Mówiliśmy  długo.  Każde  jej  słowo  było  przeplecione  łzą,  jak  szmaragdy  przeplata  się  perłami.

Płakała cichutko, potem zmęczona nadmiarem wrażeń, usnęła z głową opartą o plusz wagonowej ławki.
Ja  nie  zdejmowałem  z  niej  oczu  i  wypatrywałem  je  przy  mdłym  świetle  dychawicznej  lampy  gazowej.
Była  tak  piękna,  że  odurzenie  moje  zwiększało  się  coraz  bardziej.  Jej  musiało  się  śnić  coś  przykrego,
czasem we śnie wstrząsnął nią dreszcz. Raz podniosła powieki i uśmiechnęła się smutno. Była widocznie
wyczerpana, więc ująłem ją lekko za ramiona i ułożyłem na piersi swojej jej głowę. Niech śpi, a ja będę
czuwał nad nią jak nad dzieckiem. Gładziłem jej cudne włosy, lekko zanurzając w nie delikatnie palce.
Po raz pierwszy w życiu stałem się odważny jak bohater – przecież ta kobieta jest moją i będzie moją,
przecież  to  moja  kochanka.  Patrzyłem  przed  siebie  w  ścianę  wagonu,  a  przez  nią  w  wielkie  moje
szczęście,  które  moje  już  będzie  jutro,  bo  wzejdzie  ze  świtem.  Świt  już  obmywał  okna  z  mokrej  rosy,
gazowa lampka zgasła. Nie śmiałem oddychać, aby jej nie zbudzić, tylko ręce moje drżały, drżały moje
palce, zanurzone w złoto i miedź jak w skarbiec. Poczułem w tej chwili, że niesforny złoty kosmyk splątał
się z łapkami pierścionka, przytrzymującymi brylant. Sprawiło mi to niewysłowioną radość. Oto są moje
zaręczyny! — pomyślałem — oto wróżba cudowna! I uśmiechnąłem się do zorzy. Tak, dobrze pamiętam,
uśmiechnąłem się.

— To śliczne! — szepnąłem.
—  Tak,  to  było  śliczne...  W  tej  właśnie  chwili  stało  się  coś  okropnego.  Usłyszałem  nagły,

przeraźliwy,  przeciągły  gwizd  lokomotywy.  Pociąg  się  szarpnął  jakby  przerażony,  zgrzytnął  całym
cielskiem, jakby zaskowyczał ze strachu, i drgnął tak, jakby się w trwodze chciał cofnąć. Mgnienie nagłej

background image

rozpaczy szarpnęło pociągiem. Rzucony gwałtownym ruchem, miałem tylko tyle czasu, jedną sekundę, by
jej  nie  wypuścić  z  rąk,  ale  ona  zerwała  się  w  przerażeniu.  Trwało  to  jedno  mgnienie  oka.  Poczułem
szarpnięcie mojej ręki i usłyszałem krzyk tak okropnie bolesny, że mam do dziś głos ten w uszach. To ona
krzyknęła. Pociąg stał spokojnie. Przede mną stała kobieta ohydna: z nagą, strasznie nagą czaszką. Włosy
jej, złote i miedziane, trzymałem w ręku uwikłane w palcach moich, jak w szponach.

— Boże jedyny!
— Przede mną stała śmierć! Straszna, okropna śmierć! Nagle krzyknęła: Oddaj pan to i wyrwała mi z

rąk złoty stos włosów. Plunęła mi w twarz.

— To nie była śmierć... Śmierć nie pluje.
— Masz rację. Śmierć nie może być tak okropnie straszna jak łysa kobieta.
— I co, co dalej?
— Nie wiem... Przysięgam ci, że nie wiem. Pewnie uciekła, a rzeczy jej zabrano później. Nie wiem.

bo byłem umarły i dlatego myślałem, że to jednak była śmierć.

— Biedaku!
—  Nie  żałuj  mnie.  Tak  widocznie  być  musiało.  Ja  jestem  przeklęty.  Ten  pociąg  z  pewnością

prowadził diabeł i udał fałszywą katastrofę, aby mnie pognębić. Aha! zapomniałem ci powiedzieć, że jej
włosy nie tylko zaplątały się w pierścionek, ale na dobitek oplątały guzik mego surduta.

— Mój Boże! — westchnąłem — szczęście człowieka zależy czasem od guzika.
—  Uwaga  twoja  jest  głęboka  —  rzekł  Dorn.—  Tak  też  i  ja  myślałem,  kiedy  zrozpaczony  i  pobity

przez los, bezsilny jak Samson, którego moc odbiegła razem z włosami...

— Przecież to nie były twoje włosy.
—  Tak,  ale  nie  były  także  i  jej,  a  moje  były  raczej  dlatego,  że  je  kochałem.  Więc  byłem  bezsilny.

Tułałem się od tej pory, jak człowiek żywy po piekle.

— Szukałeś dalej?
—  Tak,  szukałem  bez  wytchnienia.  A  to,  co  ci  dotąd  opowiedziałem,  to  tylko  mizerny  wstęp  do

całego szeregu katastrof. Miłość moja była zawsze tragiczna. Posłuchaj, co się dalej stało...

Dorn  rozpoczął  długą  opowieść,  a  ja,  słuchając  go,  miałem  jedno  oko  pełne  łez,  a  drugie  pełne

śmiechu.  Wiele  widziałem  tragikomedii,  ten  człowiek  jednak  przeżył  najdziksze,  wymyślone  przez
najzłośliwszego  z  diabłów.  Powtórzę  jego  opowieść,  zaniechawszy  powtarzania  moich  zdawkowych
uwag,  którymi  przeplatałem  jego  opowiadanie,  kiedy  mu  brakło  słów,  tchu  lub  kiedy,  milcząc  przez
dłuższą chwilę, grzebał w swoich straszliwych wspomnieniach.

Niedługo po okropnej przygodzie z łysą dziewicą siedział Dorn wieczorem w dość smętnej knajpie

wielkiego  miasta,  ohydnie  złoconej  i  wyświechtanej...  Snuły  się  po  niej  pięknie  malowane  kobiety.
Podejrzani dżentelmeni pili koniak z sodową wodą. Dorn siedział samotny i, paląc papierosa, wił sobie z
jego  dymu  niestworzone  historie,  którym  się  przyglądał  z  tępą,  bolesną  obojętnością.  Wiele  kobiet
patrzyło  w  oczy  bladego  młodzieńca,  on  jednak  nie  widział  żadnej.  Bał  się  spojrzeć,  gdyż  wszystkie
włosy  kobiece  wydawały  mu  się  fałszywe.  Raz  krzyknął  zduszonym  głosem,  kiedy  któraś  z  dziewic
gwałtownym  ruchem  zdarła  sobie  z  głowy  kapelusz,  aby  poprawić  fryzurę. Ale  włosy  nie  odleciały,  a
Dorn westchnął z ulgą. Kiedy zaś pełnym radosnego zdziwienia wzrokiem patrzył na tę dziwną kobietę,
która  ma  własne  włosy,  spotkał  się  z  jakimiś  oczyma,  patrzącymi  w  niego  ciekawie  i  ogniście.  Młody
człowiek drgnął. Oczy były piękne; patrzyły, rzec można, z siłą sugestywną, niemal natarczywie. Dorn się
spłonił  i  mimo  woli  pochylił  głowę,  co  zostało  przywitane  z  uśmiechem  z  tamtej  strony.  Dorn  spojrzał
błagalnie, tamta strona odpowiedziała oczyma, że towarzystwo jego nie byłoby jej niemiłe, wobec czego
Dorn lękliwie, ostrożnie i z niesłychanym szacunkiem, który w knajpie znalazł jawne zastosowanie po raz
pierwszy od czasu jej istnienia, zbliżył się do stolika tej pięknej nieznajomej. Nieznajoma bowiem była
piękna.  Umalowana,  jak  wszystkie  w  tym  lokalu  panienki,  miała  w  spojrzeniu  nadzwyczajny  wdzięk,
który  łagodził  energiczne  i  śmiałe  zacięcie  ust;  zęby  nieco  za  duże,  włosy  –  nie!  na  włosy  Dorn  nie

background image

patrzył – za to piersi tak idealnie foremne, jakich nie widział jeszcze w życiu. W niemowlęctwie bowiem
człowiek  widuje  piersi  zawsze  w  niepochlebnym  stanie,  traktując  je  zresztą  jak  organ  użytkowy,
przeoczać zwykł piękno ich formy. W wieku późniejszym zwraca się na nie nieco więcej uwagi. Dorn w
tej chwili całą swoją uwagę na nie zwrócił i powiedział sobie w duszy, że grecki mistrz kształtniej by nie
zrobił. Musiały być twarde i sprężyste, tak ostro i tak dokładnie rysowały się przez jedwabną bluzkę.

Poznanie  było  dość  gładkie.  Uśmiech  tej  kobiety  był  tak  pełen  wdzięku,  że  Dorn  się  zachwycił.

Piękność  jest  zwodnicza,  wdzięk  nigdy  nie  kłamie.  Szampan  dokonał  reszty.  Kobieta  mówiła  niskim
głosem  altowym,  takim  głosem,  za  którym  przepada  każdy  mężczyzna.  Wiolonczela  jest  najmilszym
instrumentem, jaki wymyślił ból człowieka, który nie miał się przed kim wypłakać, więc płakać nauczył
wiolonczelę. I Dorn oszalał dla tego głosu.

— Niech pani mówi, o, niech pani mówi cokolwiek, wszystko jedno, byle pani mówiła.
Kiedy panienka niskim swoim głosem zamawiała coraz inną butelkę szampana, Dorn był szczęśliwy.

Nie  miał  nawet  czasu  na  jeden  moment  zdumienia,  aby  się  zdumieć,  ile  ta  miła  kobieta  potrafi  wypić.
Zresztą sam pił wiele, ale nie to go upiło. W pewnej chwili przymknął oczy z rozkoszy: oto poczuł, jak
pod  stołem  piękna  kobieta  ściska  go  za  rękę.  Oddał  jej  uścisk  lekki  i  trwożliwy.  Był  tak  mile  i
wstydliwie  zaskoczony,  jak  panienka,  którą  ktoś  po  raz  pierwszy  w  życiu  uszczypnął  w  łydkę.  Już  w
gorączce,  podniecony  i  na  poły  przytomny,  wypił  jednym  haustem  pełną  szklankę  wina.  I  nagle  zaśmiał
się  głośnym,  radosnym  śmiechem.  Straszliwe  widmo  z  łysą  czaszką  utonęło  w  winie,  a  oto  on,
szczęśliwy, choć zawsze nieszczęśliwy miłośnik, miał w tej chwili w duszy niebo, a w sercu coś bardziej
jeszcze  przyjemniejszego  od  nieba.  Piękna  kobieta  spojrzała  na  niego  ciekawie,  potem  uścisnęła  jego
rękę tak silnie, że krzyknął. O, jaka silna potrafi być miłość! Dlatego kobiety mają na różowym ciele tak
często tyle sińców. Ta zaś tym uściskiem zabrała białą i naiwną duszę Dorna, który żył tylko miłością.

Dorn zaczął jej mówić o miłości. Nie umiał o niej mówić wiele, chociaż był nią tak napełniony, jak

drzewo  wiatrem;  mówił  niewymyślnie,  lecz  tak  gorąco,  że  każde  słowo  jego  było  pełne  żaru,  było
czerwone  i  drżące  od  pragnienia.  Każde  było  palącym  pocałunkiem.  Trzy  lub  cztery  takie  słowa,  pełne
pożądania,  mogłyby  wystarczyć  do  wprowadzenia  w  stan  błogosławiony  najczystszej  dziewicy,  która
nigdy nie zaznała męża.

Piękna  jego  towarzyszka  przymknęła  oczy  i  słuchała  tych  słów  z  niewysłowioną  lubością.  Czasem

tylko  spojrzała  na  Dorna  przeciągle  i,  jakby  chcąc  ugasić  pragnienie  pożądania,  zalewała  je  strugą
szampana, wlewanego w gardło zachłannie i jakby rozpaczliwie.

Dorn oszalał. Wieczysty erotoman, przysiągł jej miłość na długą śmierć i na krótkie życie.
— Chcesz mnie? — pyta z niepokojem.
— Czekałam na ciebie — odpowiedział mu głos niski i drżący — wiedziałam, że przyjdziesz.
— Kochanko moja!
— Luby mój, jestem twoja... Będę twoja... Każ podać wina!
Było już tak późno, że ich wyproszono z lokalu.
—  Pójdziesz  do  mnie  —  rzekł  głos  niski.  —  Oprzyj  się  o  mnie,  bo  się  chwiejesz. Ach,  mój  maty,

drogi Polaku! Kocham cię... Daj mi portfel, ja zapłacę, bo ciebie tu oszukają.

— Weź moje życie! — rzekł Dorn, dając jej portfel.
Kiedy wyszli na powietrze, ona ujęła Dorna silnie pod rękę i prowadziła go jak dziecko, co się do

niej tuliło nieporadnie. Szli przez kręte ulice, bo dzielnica była stara i niezbyt pierwszorzędna. Dornowi
się zdawało, że to on ją prowadzi, a jego niosą skrzydła, bo jest szczęśliwy. Chciał śpiewać, chciał coś
robić, co by ogłosiło całemu światu jego miłość. Ale cały świat spał, więc nie było się po co wysilać.

Widocznie  jednak  nie  wszyscy  spali,  bo  zza  węgła  wysunęły  się  dwie  figury,  wiadomo  zaś,  że  w

nocy, w zaułku i zza węgła nie wychodzą nigdy mili staruszkowie ani księża łagodni, ani wytworne damy.
Toteż  te  dwie  figury  zachowały  się  wcale  arogancko.  Jedna  trąciła  w  ramię  Dorna,  druga  jego  miłość.
Swojego  uderzenia  Dorn  nie  poczuł,  lecz  uderzenie,  które  ją  dotknęło,  ugodziło  go  w  serce.  Zawył  ze

background image

wściekłości  i  uczynił  ruch,  jakby  się  chciał  tygrysim  skokiem  rzucić  napastnikowi  do  gardła.  Usłyszał
jednak niski cudowny głos:

— Daj pokój, to moja sprawa!
I jeszcze słodycz tego głosu nie zdołała wsiąknąć w noc, a jego towarzyszka, wyrwawszy rękę spod

jego ramienia, chwyciła jednego z włóczęgów lewą ręką za gardło, a drugą waliła po pysku, aż grzmiało.

Dorn wrósł w bruk jak drzewo, i nie mógł zamknąć nagle otwartych ust.
Drugi apasz przybiegł swojemu towarzyszowi na pomoc. Wtedy ona i oni dwaj sczepili się ze sobą

jak  zapaśnicy,  tłukli  się  po  głowach  i  walili  po  bokach  tak,  że  chrzęściły  żebra.  Jej  zdarli  kapelusz,  a
krótkie  włosy  potem  zlepione  leciały  na  jej  oczy.  Suknia  była  w  strzępach.  Walczyła  jak  lwica.
Rozwaliła małą piąstką nos jednemu ze zbójców tak, że go nagła krew zalała. Krew zresztą jest zawsze
nagła. Drugiemu podstawiła nogę tak, że łbem ugodził w obramienie bruku i zaczął wyć jak szakal.

Gdzieś w pobliżu odezwały się gwizdki, gromadka policjantów rozbrajała po chwili walczących. Za

kwadrans całe towarzystwo było w komisariacie.

Dorn był blady i drżał.
Z apaszami zrobiono krótką sprawę. Potem pytają Dorna:
— Kto pan jest i skąd się pan znalazł w tym towarzystwie?
— Nazywam się Dorn; a ta pani jest moją narzeczoną.
Policjanty ryknęły śmiechem jak bawoły, komisarz policji tylko podrygiwał ze śmiechu.
— Czy pan jest bardzo pijany?
— Nie...
— Czy pan wie, kim jest ta pani? Bo my ją znamy dobrze!...
— Kocham ją, a reszta mnie nie obchodzi. Poznałem ją wieczorem.
— Ach, tak! — rzekł wesoło komisarz... Rozebrać ją!
— Panie!... krzyknął Dorn — jak pan śmie!...
— Cicho pan bądź i dziękuj pan Bogu, że się tak zdarzyło. Niech pan patrzy!...
Dorn patrzył. Kiedy z niej zdjęto bluzkę, zobaczył sztuczne piersi, kiedy z niej zdjęto resztę, zobaczył

prawdziwe rzeczy. To był mężczyzna.

Dorn się zachwiał i padł w ramiona najbliżej stojącego policjanta. Potem go długo cucili.
Biedny człowiek uciekł na zawsze z tego miasta. Jechał przed siebie, wszystko jedno dokąd, byle jak

najdalej. Wbijał sobie paznokcie w dłonie, rozpacz go kąsała. Co on komu zawinił, że nikomu na święcie
nie zdarzy się nic podobnego, tylko jemu? Szampan i pożądanie miłości zalały mu mózg do tego stopnia,
że zidiociał.

—  Ścisnęła  mnie,  ach,  nie  ścisnęła,  tylko  ścisnął  mnie  ten  bydlak  tak  silnie  za  rękę,  że  krzyknąłem.

Trzeba  było  być  pijaną  świnią  albo  tępym  osłem,  żeby  nie  zwrócić  na  to  uwagi.  A  jak  ona  piła.  On!
głupcze, nie ona! — krzyknął nagle sam do siebie, tak że na niego spojrzano ciekawie.

A  on  patrzył  na  wszystkich  spode  łba,  szczególnie  na  kobiety.  To  niemożliwe,  żeby  one  wszystkie

były  prawdziwymi  kobietami.  Te,  które  mają  zbyt  foremne,  przedziwnie  piękne  piersi,  te  muszą  być
przebrane.  Wszystkie  inne  nie  są  fałszowane.  Oto  te  piersi  są  zbyt  brzydkie  na  to,  aby  nie  były
prawdziwe.

Dorn  leży  na  pokładzie  w  płóciennym  krześle,  a  jego  smutek  płynie  za  nim  jak  smuga  dymu  za

okrętowym  kominem.  Smutek  jego  pokrzykuje  czasem  ponad  nim  ostrym,  nieprzyjemnym  głosem,  jak
mewa  nad  okrętem.  Co  go  zbawi,  co  go  ocali?  Czy  ma  zapisać  duszę  diabłu  za  jedną,  jedyną  kobietę,
która jest prawdziwa na ciele i na duszy? Czy lepiej rzucić się w morze i utonąć. Wtedy go syreny położą
na  cyplu  skał  i  użalą  się  nad  nim.  Syreny?  Precz!  precz!  Pokaże  się,  że  pierwsza,  którą  napotka  w
szafirowym  morzu,  będzie  miała  fałszywy,  przyprawiony,  z  nieprzemakalnego  materiału  zrobiony  rybi
ogon.

— Ratunku! ratunku! — wołał Dorn szeptem do kogoś niewidzialnego i wyciągnął przed siebie ręce

background image

w stronę, gdzie przed chwilą nikogo nie było.

Teraz  w  tym  miejscu  stała  kobieta,  która,  usłyszawszy  głos  pełen  skargi,  odwróciła  się  szybko  i,

ujrzawszy wyciągnięte ku sobie ręce bladego, smutnego młodzieńca i jego oczy, jakby dziecka, co przed
chwilą przestało płakać, drgnęła, spojrzała na niego wymownie i, zawahawszy się, powzięła nagle jakieś
postanowienie. Podeszła ku niemu szybko i zapytała łagodnie i bardzo tkliwie:

— Co panu jest? Czy pan chory?
Dorn nie powstał nawet; nagły ruch młodej osoby tak go stropił i takim napełnił rozrzewnieniem, że

się jeszcze bardziej nad sobą użalił. Rozumiał, że współczucie i szlachetne serce kazało jej uczynić to, co
uczyniła, więc, tak jak chore dziecko, zapragnął nagle serdecznej opieki.

— Czy pan chory? — powtórzyła ta pani.
— Bardzo... Boli mnie serce.
— Może lekarza?
— Lekarza mi nie potrzeba. Moje serce umarło — rzekł Dorn.
— Co takiego?
— Moje serce umarło z braku miłości. Na co mi lekarz?
Młoda osoba pokryła się rumieńcem tak silnym, że musiał od twarzy sięgać dość daleko.
— Ach, tak... Bo ja myślałam... Przepraszam pana...
— Za co mnie pani przeprasza? — zawołał Dorn w nagłym napadzie energii, zrywając się z krzesła.

— Za to, że pani jest szlachetna i zbliżyć się raczyła do najnieszczęśliwszego człowieka na ziemi, a w tej
chwili na morzu?

— To pan jest taki nieszczęśliwy? — zaszemrał cichutko jej głos.
—  Pani  —  rzekł  Dorn  już  namiętnie  —  widzi  pani  tego  ponurego  majtka?  Wygląda  tak,  jakby

zamordował ojca i matkę. A jednak jest on szczęśliwszy ode mnie. Pewnie gdzieś w jakimś porcie jest
jakaś  straszliwa  może  kobieta,  która  go  kocha.  – A  mnie  nie  kocha  nikt.  Widzi  pani  te  mewy.  Lecą  za
okrętem,  ale  kiedy  się  pożywią,  wrócą  do  swoich  gniazd  na  skałach.  A  ja  lecę,  lecę  bez  końca  i  nie
pożywię się nigdy. Szukam rzeczy, którą przecież znajdowało miliony ludzi, a ja jej znaleźć nie mogę i
nie znajdę chyba nigdy...

— Czegóż pan szuka?
—  Miłości.  Szukam  serca,  które  by  jednym  drgnieniem  odpowiedziało  mojemu  sercu,  które  już  nie

woła, lecz krzyczy, rozpaczliwie krzyczy...

— I pan go nie znalazł?
— Nie znalazłem!
— To dziwne. Pan taki piękny...
— Ja? Piękny?
Dorn podniósł na nią oczy z rozrzewnieniem. Powiedziała to głosem słodkim i dobrym, więc, sam nie

wiedząc,  co  czyni,  wyciągnął  ku  niej  obie  ręce,  a  ona  po  chwili  wahania  podała  mu  swoje,  po  czym
usunęła je łagodnie.

— Jaka pani jest dobra! — rzekł serdecznie.
—  Proszę  tego  nie  mówić.  Nie  zna  mnie  pan.  Jeśli  kiedy  byłam  dobra,  to  tylko  w  tej  chwili,  bo

chciałabym,  ogromnie  bym  chciała,  aby  panu  było  dobrze,  i  aby  pan...  znalazł  to  serce...  to  najdroższe
serce...

— Ja myślę, że już je znalazłem — rzekł gorąco Dorn.
— Jeszcze nie! — zawołała panienka wesoło. — Ale jakie to dziwne rzeczy dzieją się na morzu! Na

wodzie jest cisza, a na okręcie jest burza. Pan gna jak burza. Jakiej pan jest narodowości?

— Jestem Polakiem...
— Ach, tak myślałam. Rycerski, piękny naród. Mój ojciec uwielbia Polaków,
— A pani?

background image

— Ja myślę... ja myślę, że ich nawet można kochać... Mężczyźni w Polsce muszą być piękni i smutni...
Dorn  spojrzał  na  nią  z  rozrzewnieniem.  Miała  drobną  twarzyczkę,  nosek  nieco  zadarty,  była  bardzo

młoda.  Spojrzał  szybko  na  włosy,  były  obojętnego  koloru,  więc  pewnie  prawdziwe;  spojrzał  na  piersi,
jakie  takie,  ledwie  się  rysujące,  więc  z  pewnością  prawdziwe,  bo  fałszerz  zawsze  przesadza.  Uczyniło
mu się błogo. Coś go niepokoiło w tej figlarnej twarzyczce, lecz cóż może być fałszywego w twarzy? Nie
śmiał się zresztą zbytnio jej przyglądać, gdyż ona nie zdejmowała z niego oczu; zdawało się, że jednym
się uśmiecha wesoło, aby go zachęcić, a drugim, spokojnym, przestrzega poważnie, że się mało znają i że
nie trzeba zapominać o pięknych i przyzwoitych formach.

Dorn  był  zachwycony.  Mewy  już  opuściły  okręt,  komin  nie  dymił.  Jego  smutki  także  już  odleciały,

serce przestało wydzielać z siebie czarny osad melancholii. Za godzinę był zakochany; w sześćdziesiątej
pierwszej minucie postanowił się oświadczyć, dowiedziawszy się, że panienka jest wolna, że jest bogata,
że nigdy nikogo nie kochała, ale bardzo tego pragnie, i że ojciec jej jest na okręcie, tylko w tej chwili gra
w  brydża.  To  go  jeszcze  zachęciło.  Ojciec,  który  gra  w  brydża,  musi  być  miłym  człowiekiem  i  dobrym
ojcem.

Ucałował  jej  ręce,  kiedy  odchodziła,  bo  nie  wypadało  już  dłużej  rozmawiać  we  dwoje  z  młodym

człowiekiem, tym bardziej, że pasażerowie, zagnani do kajut upałem, zaczęli wychodzić na pokład, aby
użyć  wieczornego  chłodu.  Odeszła  rozmarzona,  a  on  został  szczęśliwy.  Uśmiechnął  się  do  ponurego
majtka, który spojrzał na niego jak na wariata. Uśmiechał się do wszystkich.

Towarzysz jego od stołu zbliżył się do niego i poprosił o zapałki.
— Rozmawiał pan z miłą panienką! — rzekł, pykając cygaro.
— Z najmilszą! — zawołał Dorn i chciał uściskać grubego człowieka, albowiem był gruby.
—  Dobrze  pan  zrobił  —  mówił  gruby  pan.  —  Pozwoli  pan,  że  usiądę...  Dziękuję...  Dobra

dziewczyna, a tak nie ma szczęścia w życiu.

Dorn nastawił uszu.
— Nie ma szczęścia? Ale je będzie miała.
— Przydałoby się. Bo czyż ona winna nieszczęściu?
— Nieszczęściu? Jakiemu nieszczęściu?
— A,  to  pan  nie  wie?  Muszę  panu  powiedzieć,  aby  pan  przypadkiem  nie  zrobił  jakiej  niezręcznej

aluzji.

— Pan mnie zdumiewa!
— Ależ nic nadzwyczajnego. Ojciec, stary wariat, ujeżdżał równie zwariowane konie, a dziewczynę

sadzał koło siebie. Raz konie poniosły i ma pan nieszczęście.

— Żadne nieszczęście!
—  Dla  pana.  Ale  dla  niej  skończyło  się  to  strasznie.  Niech  się  pan  jej  dobrze  przyjrzy;  biedna

dziewczyna ma lewe oko ze szkła, a nos z parafiny...

— Ratunku! — wrzasnął Dorn, który pojął, co go niepokoiło w jej twarzy.
Ryknął jak szalony, wskoczył na sznurową drabinę i jak zwinna małpa pobiegł aż pod szczyt masztu.
— Na pomoc! — krzyczał gruby pan.
— Przekleństwo! — ryczał Dorn i ręką groził niebu, ziemi i morzu.
Wszyscy wybiegli na pokład, myśląc, że okręt tonie. Panna ze szklanym okiem zbladła, biedactwo, jak

trup.

— Co się stało? co się stało? — wołał kapitan, szybko biegnąc.
— Młody Polak zwariował! — krzyknął gruby pan. — O, o, jest tam! Tam!
—  Pompy!  —  wołał  kapitan.  —  Prędko  oblać  go  wodą,  bo  zleci  na  łeb.  Dwóch  majtków  niech  go

straszy z przeciwnej strony, dwóch niech go ściągnie za nogi, potem zamknąć w kajucie. Biedny Polak!
Bardzo był miły!

— O, tak! — westchnęła panienka — strasznie był miły!

background image

I z jednego oka spłynęła jej łza, biedactwu.
Ale  i  on,  Dorn,  godzien  był  politowania.  W  przeciągu  miesiąca  zdarzyły  mu  się  trzy  wypadki,  co

najmniej  przykre.  Przecież  można  tą  ilością  obdarzyć  dwóch  jeszcze  gentlemanów.  Dlaczego  jednak
wszystkie trzy historie musiały się wydarzyć jemu?

Dorn wzniósł oczy do nieba z niemym wyrzutem i westchnął tak głęboko i tak boleśnie, że Pan Bóg

sam zwrócił na to uwagę.

— Co za nieszczęsny człowiek tak wzdycha? — zapytał.
Odpowiedziały anioły:
— Człowiek, który szuka żony i nie może znaleźć całej kobiety.
— Ach, to Dorn! — rzekł Pan Bóg i machnął ręką.
I tyle było całej parady w niebie z powodu wielkich nieszczęść kawalera Dorna. Spochmurniał i był

biedny.  Postanowił  jednak  nie  zbliżać  się  do  żadnej  kobiety.  Serce  w  nim  skarżyło  się  z  racji  tego
postanowienia  jak  żałośnie  rozkochany  słowik,  albowiem  było  pełne  słodyczy  i  pragnęło  miłości  tak
zachłannie,  jak  pijak  pragnie  wódki.  Dorn  jednak  się  zawziął.  Był  pewny,  że  Wenus  Milońska  wtedy
tylko nie ma rąk, kiedy on na nią patrzy, i że zaraz odrastają, kiedy on odejdzie. Wiedział, że kiedy się
zbliży do zupełnie zdrowej i nieuszkodzonej kobiety, to się z nią musi coś stać: albo jej oko wypadnie,
albo zęby, albo oderwą się jej nogi od tułowia; oślepnie, oniemieje albo wyłysieje. Czuł, że nosi w sobie
okropną  jakąś  siłę  deformowania  kobiet.  Jego  nieszczęście  jest  wielkie,  ale  nieszczęście  tych  istot
niewinnych jest chyba większe. Dlatego postanowił unikać kobiet, obchodzić je z daleka, każąc swojemu
sercu cierpieć niewypowiedzianie.

Idąc ulicą, nie patrzył na nic. Czasem tylko rzucił z ukosa spojrzenie ironiczne na ładną dziewczynę i

myślał.

—  O,  nieszczęsna!  Masz  zdrowe  nogi,  bo  biegniesz,  lecz  gdybym  zechciał,  gdybym  ci  zaofiarował

moją miłość, wpadłabyś w tej chwili pod tramwaj i nie miałabyś nóg!

Sam się wstrząsnął na tę myśl i aż oczy przymknął, otworzył je jednak z nagłym przerażeniem, gdyż w

tej chwili zagadał głos kobiecy:

— Przepraszam pana, którędy się idzie na plac Zgody?
W  pierwszej  chwili  chciał  uciec,  lecz  nogi  wrosły  mu  w  ziemię.  Zbladł  tylko  i  nie  mógł  od  razu

wymówić  słowa.  Młoda  panienka,  bardzo  prowincjonalnie  ubrana,  ładna  i  miła,  spojrzała  na  niego  ze
zdumieniem.

— Biedactwo! — pomyślał Dorn — jesteś zgubiona.
Ponieważ  nie  odpowiadał,  tylko  patrzył  na  nią  boleśnie,  panienka  zarumieniła  się  mocno  i  chciała

odejść.

— Dorn! Czyś zwariował? — krzyknęło w nim serce.
Z kolei on się zawstydził i zaczął mówić szybko:
— Bardzo panią przepraszam... Ach, cóż za roztargnienie! Zamyślony byłem i nie dosłyszałem pytania

pani. Pani idzie na plac Zgody? To dość daleko; niech pani pozwoli, ja idę tam właśnie, jeśli wolno, to
panią zaprowadzę.

—  Pan  jest  zbyt  uprzejmy  i  pewnie  robię  panu  kłopot. Ale  to  takie  straszne  miasto.  Bo  ja  jestem  z

prowincji,  proszę  pana.  Mój  ojciec  jest  lekarzem...  Jeśli  pan  taki  dobry...  Ja  w  istocie  boję  się  sama
chodzić nawet w dzień przez te okropne ulice... Tu mogą człowieka rozjechać na śmierć każdej chwili...
U nas w miasteczku jeździ tylko beczka z wodą i to bardzo powoli, więc się nikt nie boi.

Dorn  uśmiechnął  się  po  raz  pierwszy  od  wielu  dni,  lecz  zaraz  zgasił  uśmiech  jak  jaskrawą  świecę.

Słuchając  miłej  paplaniny,  patrzył  bystro  i  oglądał  ją  przenikliwie.  Rozdziewał  oczyma  z  jaskrawej
sukienczyny  i  badał,  badał,  jak  inkwizytor  duszę.  Oczy  w  porządku,  włosy  również,  nos  prawdziwy.
Mężczyzną chyba nie jest, gdyż zbyt jest drobna i ma wysoki przyjemny głosik. Nogi śliczne, rąk ma tyle,
ile trzeba, ani jednej za mało, ani jednej za wiele. Widzi, słyszy, gada, chodzi, rusza rękoma. Niczego jej

background image

nie  brak,  jest  kompletna.  Nie,  ta  kobieta  nie  jest  fenomenem.  Ale  jeszcze  sobie  nie  dowierzał,
pomyślawszy,  że  wszystko  ukryć  potrafi  kobieta.  Więc  zadawać  począł  zdumionej  dziewczynie
zwariowane pytania:

— Czy pani dobrze widzi?
— Jak jastrząb!
— Niechże mi pani przeczyta, co tam napisane na tym małym szyldzie?
— Ale po co? Napisane jest Akuszerka Magdalena.
— A czuje pani, jak ulica brzydko pachnie?
— Tak, benzyną!
— A gdyby szybko najechał na panią wprost automobil, co by pani zrobiła?
— Uciekłabym jak szalona.
— Bogu dzięki, Bogu dzięki! — mówił uradowany Dorn. Nagle jednak spojrzał na nią bystro. — A

dlaczego pani zwróciła się do mnie?

— Przepraszam, jeśli panu zrobiłam przykrość...
— Ależ przeciwnie! zrobiła mi pani żywą przyjemność, ale dlaczego do mnie?
Panienka spuściła oczy.
— Bo pan tak przyzwoicie wygląda i... tak miło... Pan musi być dobry...
Dorn spojrzał na nią z niebiańskim wyrazem twarzy.
— Nie pomyliła się pani, jestem dobry. Zrobię, co pani każe! Co pani ma do roboty na placu Zgody?
— Nic. Tylko stamtąd umiem trafić tam, gdzie wczoraj jadłam śniadanie z ojcem. Teraz ojciec mnie

na  parę  godzin  opuścił,  bo  poszedł  do Akademii  Medycznej  i  mamy  się  spotkać  o  szóstej,  a  teraz  jest
dopiero pierwsza, więc idę sama coś zjeść.

— Sama? To niemożliwe! Musi mnie pani zabrać z sobą!
— Pana? Czyż ja mogę pana zabrać? Pan jest strasznie dobry! Ale ja nie wiem...
Dorn, rozpromieniony jak żak, kiwał już ręką na automobil. Zawiózł dziewczynę do pierwszorzędnej

knajpy,  służył  jej  jak  dziecku,  dokazywał  jak  człowiek,  który  zgubił  swoje  nieszczęście.  Biedna
prowincjonalna  duszyczka  była  w  pięćdziesiątym  czwartym  niebie;  siódme  –  nie  dałoby  najmniejszego
wyobrażenia o jej szczęściu. Po szampanie chciała go koniecznie pocałować, melba z ananasem wydała
jej  się  czymś  tak  drogocennym,  że  oddanie  za  nią  cnoty  dziewiczej  byłoby  lichą  zapłatą.  Dorn  miał
rumieńce  i  szalał.  Kochał  się  od  pierwszej  minut  czterdzieści  pięć,  naturalnie  na  wieki.  Kiedy  się
panienka oblizała po melbie, wpadł w zachwyt, upewniony bowiem co do szczegółów jej budowy mniej
więcej  jawnych,  miał  jednak  podejrzenia,  czy  panienka  posiada  język.  To,  że  mówiła,  nie  było  żadnym
dowodem;  kobieta  potrafi  mówić  nawet  bez  języka.  W  tej  chwili  ujrzał  go  w  całej  chwale  i  był
szczęśliwy. Był też szczęśliwy z powodu niesłychanego apetytu dziewczątka. Nie zauważył, że i garsoni,
zdumieni, pokazywali ją sobie dyskretnie i szeptali cicho po kątach.

Na przechadzce w automobilu po lasku, ucałowali się trzy razy wspólnie, siedem razy on ją ucałował

pojedynczo. Potem zaczęli omawiać następne spotkanie. Dorn chciał jak najprędzej – bał się, że do jutra
panienka może stracić oko lub nos.

—  Zobaczymy  się  dziś!  —  powiedziała,  poważniejąc.  —  Muszę  panu  udowodnić,  że  ja  nie  jestem

byle kim, choć jestem z prowincji.

— Jesteś cudna!
— Ale i coś więcej. O mnie już wiele wiedzą, ale jutro będzie mówił cały kraj.
—  Urżnęła  się  panienka!  —  pomyślał  wesoło  Dorn,  jeszcze  bardziej  się  radując,  bo  widocznie

niebiańska ta istota i mózg ma w porządku, tylko bowiem mózg zdrowy i w szlachetnym stanie reaguje na
alkohol.

— Niech się pan nie śmieje! — rzekła ona tonem zarozumiałym. — Jutro pan będzie dumny, że mnie

pan zna. Ja robię wielką karierę.

background image

— Czemuż to, najmilsza kobieto na świecie?
— Dowie się pan. Przedtem ojciec zabronił mi mówić.
— Dobrze, już dobrze!
— Niech  pan  przyjdzie  dziś  o  dziewiątej  do Akademii  Medycznej.  Ja  tam  będę  z  ojcem.  Zapoznam

pana z moim ojcem. Ale niech pan koniecznie usiądzie w pierwszym rzędzie.

— Czy to będzie prelekcja?
— Pewnie będzie i prelekcja. Ja będę pana szukała w pierwszym rzędzie.
Pożegnali  się  najczulej,  po  czym  Dorn  poszedł  rozmyślać  i  czekać  godziny  dziewiątej.  Jeszcze

świateł  nie  zapalili  w  auli,  a  on  siedział  w  pierwszym  rzędzie  amfiteatru.  Mało  go  to  obchodziło,  że
ojciec, prowincjonalny lekarz, chce być koniecznie na medycznym wykładzie. Trudno. Dla kobiety można
godzinę spędzić i z doktorami.

Salę zapełniono szczelnie. Dziesięć minut było po dziewiątej, a panienki jeszcze nie było. Dorn był

niespokojny,  ale  drzwi  już  zamknięto  i  z  powodu  tłoku  nie  można  było  się  wydostać.  Smutno  więc
rozpoczął słuchać jakiegoś nudnego wykładu, z którego ani słyszał, a tym bardziej nie rozumiał ani słowa.

— Naturalnie! — myślał ponuro — gdyby jej brakowało jakiegoś organu, to by przyszła. Jest cała i

naturalnie zbudowana, więc nie przyjdzie. To jest moje szczęście.

W tej chwili audytorium poruszyło się ze szmerem i z okrzykami zdumienia. Prelegent, dostojny jakiś

profesor, podniósł głos. Dorn zaczął słuchać.

—  Tak,  panowie.  To  nie  jest  fantazja!  Kolegium  przeprowadziło  najsumienniejsze  badania  i

stwierdziło  fakt  niebywały.  Za  chwilę  zaś  będą  mogli  koledzy  lekarze  obecni  na  sali  i  panowie
przedstawiciele  prasy  sprawdzić  to  osobiście  i  dowiedzieć  się  o  istocie  fenomenu.  Proszę  się  nie
tłoczyć!... Proszę wprowadzić pacjenta!

Otwarto drzwi za katedrą profesora i panienkę Dorna wprowadzono na estradę. Była bardzo blada i

szła z powagą, jak panna młoda do ślubu.

Dorn jęknął głucho. Przed oczyma zaczął mu latać czarny śnieg.
Sala cała utkwiła w niej oczy. Profesor zaś mówił.
— Oto jest panna X z Z. Ma lat osiemnaście. Na świat przyszła prawidłowo. Rozwinięta znakomicie.

Proszę  panów,  ta  panienka  może  być  słusznie  uważana  za  najgłośniejszy  fenomen  naszych  czasów.  Ta
panienka jest fenomenem podwójnym.

Dorn wpił paznokcie w pulpit i drżał.
— Sprawdziliśmy, że posiada ona dwa żołądki, jeden normalnej wielkości, drugi mniejszy.
Na  sali  zerwały  się  oklaski  pełne  podziwu  i  szczerego  uznania.  Dorn  się  podniósł  i  wyglądał  jak

krwawy tygrys przed skokiem. Panienka ujrzała go i uśmiechnęła się z dumą.

—  ...Ale  fenomen  ten  jest  mało  znaczącym  drobiazgiem,  wobec  innej  jej  właściwości  niesłychanej.

Panowie! Ta panienka ma serce umieszczone z prawej strony!

Nagły straszliwy ryk rozdarł powietrze. Dorn wytrzymał dwa żołądki, serca z prawej strony nie mógł

wytrzymać.  Rzucił  się  jak  furiat  na  jakiegoś  profesora,  który  drżał  obok  niego  z  zachwytu,  wczepił  się
szponami palców w jego włosy i zaczął ryczeć, rzęzić, wierzgać nogami, płakać na głos. Oszalał.

Policja wyniosła go na rękach.
Nazajutrz  leżał  w  malignie  i,  ciskając  się,  wciąż  się  chwytał  rękoma  za  brzuch  i  gniótł  go

niemiłosiernie,  albo  się  chwytał  ręką  za  piersi  ze  strony  prawej  i  darł  koszulę.  Po  dwóch  dniach  miał
przykre  zajście.  Lekarz,  którego  przywołano,  myśląc,  że  Dorn  naprawdę  zwariował,  widząc,  że  jego
pacjent jest zdrów, nieco tylko ma rozprężone nerwy, chciał go zainteresować i począł mu opowiadać o
nadzwyczajnym fenomenie, który zajmował całe miasto.

— Co to za fenomen? — zapytał Dorn ze złym błyskiem w oczach.
— Situs viscerum inrersus totalis...
— To znaczy?

background image

— Serce po prawej stronie, a na domiar tego...
Nie skończył, albowiem Dorn uderzył go w furii porwanym spod łóżka butem po głowie.
Nie  było  tedy  nic  dziwnego  w  tym,  że  biedny  Dorn  opuścił  to  straszliwe  miasto,  gdzie  zdarzają  się

dziewice,  którym  nie  tylko  niczego  nie  brak,  jak  to  zwykle  u  dziewicy,  ale  czegoś  mają  za  wiele,  w
podwójnym egzemplarzu.

Jałowe  gościńce  wielkich  dróg  świata  skrapiał  gorzkimi  łzami.  Jęczał  na  lądzie,  płakał  na  morzu,

jakby  w  nim  soli  było  za  mało  i  wody.  Woził  swoje  nieszczęście  tam,  gdzie  wszyscy  zdawali  się
szczęśliwi.  Nie  wierzył  nikomu,  nie  wierzył  własnym  oczom  w  słusznym  mniemaniu,  że  można
ostatecznie dojrzeć defekt na wierzchu, żaden wzrok jednak nie dojrzy, co się dzieje we wnętrzu brzucha.
Uśmiechał się z goryczą i politowaniem, słysząc, jak ktoś mówił do kogoś:

— Niech pan spojrzy, jak ta kobieta jest cudownie zbudowana!
— W istocie! — mówił ten drugi z zachwytem. — Ani cienia błędu.
— O, głupcy! — myślał Dorn — O, ślepi! Jeśli nie ma sztucznych żeber z aluminium, to ma piersi z

gutaperki, a jeśli ma piersi prawdziwe, to ma przyprawione ucho.

I śmiał się, i był mądry.
Serce w nim płakało wciąż, pochlipywało właściwie, jak dziecko, co się nie może zupełnie w płaczu

utulić, a jednak on się śmiał. Z pasji, z wściekłości, ze zdenerwowania. Wiedział, że go nic nie odstraszy,
że to rzecz nieskończona, że jak ćma w płomień, tak on wpadnie w nową jakąś awanturę i, jak człowiek,
który  używa  kokainy,  choć  rozumie  niebezpieczeństwo  tego  życia,  tak  on  nie  mógł  się  obronić
pociągającemu urokowi trucizny.

Bawił  się  zupełnie  tragicznie,  bo  zaczęła  się  w  nim  budzić  chora  ciekawość,  co  mu  się  właściwie

może  zdarzyć  jeszcze.  Może  się  okazać  najwyżej(!),  że  kobieta,  z  którą  się  ożeni  wreszcie,  będzie  cała
sztuczna, będzie genialnie zrobioną lalką, którą on porozkręca i będzie po kawałku wyrzucał przez okno.
Więcej się nic zdarzyć nie mogło.

Dorn stawał się fatalistą, który się losowi uśmiecha w nos.
Zamieszkał w małej mieścinie, gdzie był spokój i cisza. W takiej małej mieścinie nie ma sztucznych

kobiet, bo kto tu nie ma oka, ten go sobie nie sprawi za drogie pieniądze, ani nie będzie sztukował nosa
parafiną, bo to trzeba zrobić w Paryżu; tu chodzi każdy z takim nosem, jaki mu Pan Bóg dał, w kształcie
małego kartofla, korniszona, haka, dzioba kaczki, szydła – wszystko jedno. Pod tym względem był Dorn
spokojny,  mało  miał  zresztą  nadziei,  by  w  małej  mieścinie  znalazł  przedmiot  płci  żeńskiej,  godny  jego
smaku.  Zbyt  wiele  go  nie  okazywał  nigdy,  bo  go  w  nim  przytępiła  namiętna  potrzeba  kochania,  miał
jednakże wymagania ściśle określone...

Zamieszkał  w  dwupiętrowym  hoteliku,  który  był  najwspanialszym  w  miasteczku  budynkiem;  czytał

książki o miłości, palił bezustannie papierosy i pił dużo wina, wiódł więc żywot, wprawdzie ascetyczny,
lecz  szczególnie  ze  względu  na  obfitość  wina  godny  pozazdroszczenia.  Rzadko  wychodził  z  pokoju  i
godzinami wpatrywał się w ogród karlich i poskręcanych jak paralityk albo jak życie drzew oliwnych i w
winne szczepy, najcudowniejszy wynalazek Pana Boga, który je sadził pełen złotej radości.

Przynoszono mu jedzenie do pokoju; uważany był za znakomitego gościa, za księcia z obcego kraju,

gdyż pijał mocno i był smutny. Właścicielka hotelu, baba rozmiarów potężnych, z gębą świecącą się jak
samowar,  tak  okrągła,  że  z  każdej  strony  była  w  odmiennym  stanie,  szanowała  gościa  i  wzdychała  nad
jego smutkiem. Kobiety tłuste mają przedziwnie dobre serca.

Dorn rzadko z nią rozmawiał, jeszcze rzadziej na nią patrzył. Przywykł do jej huczącego głosu i do

takich westchnień, jakie wydaje góra, kiedy jest w połogu i ma urodzić mysz. Toteż odwrócił się szybko,
jak żgnięty szydłem, kiedy poza nim odezwał się śliczny głos:

— Proszę pana, przyniosłam śniadanie!
— Boże, miej litość nade mną! — jęknął bez głosu Dorn.
Z tacą w obu rękach stała dziewczyna, jak topola, smagła i cudownie uśmiechnięta.

background image

Dziewczyna zaśmiała się głośno.
— Ach, jak pan śmiesznie wygląda, taki zdziwiony! Ja jestem córką właścicielki hotelu. Matka jest

chora, bo ma latającą nerkę...

— Matka? Z całą pewnością matka?
—  Tak,  czemu  się  pan  dziwi?  Myślałam,  że  panu  o  tym  opowiadała,  bo  ona  wszystkim  o  tym

opowiada.  Bardzo  ją  dziś  zabolało,  więc  leży,  a  ja  ją  zastępuję.  Chyba,  że  pan  nie  chce  —  dodała  z
szelmowskim uśmiechem.

Dornowi słońce weszło na gębę. Podskoczył, wyjął łagodnie tacę z jej rąk i patrzył z zachwytem.
— Gdzie się pani ukrywała? Ja tu przecież mieszkam od dziesięciu dni!
— Ja wiem, ja pana już widziałam, już kilka razy, a mnie pan nie widział, bo matka nigdy by na to nie

pozwoliła.

— Czyżbym ja panią zjadł?
— Pewnie nie, ale moja matka, proszę pana, to jest bardzo mądra kobieta. I zawsze mi mówi, żebym

się nie pokazywała gościom, bo gość przyjedzie i pojedzie, a dziecko może zostać.

— Jakie dziecko?
— O, jaki pan naiwny! Gdzie jest dziewczyna, tam może być dziecko.
—  Ach,  tak!  —  roześmiał  się  Dorn.  —  W  istocie,  jest  to  mądra  kobieta.  Niech  pani  się  kłania

mamusi.

— Niech Bóg broni, ona nie wie, że ja tu poszłam...
— Aaa, to pani tak z własnej woli?
Dziewczyna się zarumieniła, jak kuropatwa na rożnie.
—  Serdecznie  pani  dziękuję!  —  rzekł  Dorn  radośnie.  Położył  na  stole  tacę,  którą  dotąd  trzymał  w

ręku, chwycił obie ręce dziewczyny i obie ucałował. Ona zaś z rumianej stała się blada.

— Co pan zrobił? Mnie jeszcze nikt w rękę nie pocałował...
— Ja odrobię tę straszną krzywdę! — szeptał Dorn.
Tylko człowiekowi, który dziwnie mierzy, wydać się może, że zbyt daleko jest od rąk do ust. Jest to

odległość śmiesznie mała, bo w ogóle ciało pięknej i młodej kobiety ma tę dziwną właściwość, że burzy
wszelkie pojęcia o odległościach. Sam nie wiesz, kiedy i jak... A ona tym bardziej...

Dziewczyna  była  odurzona;  wielki  pan  i  przyjemny  chłopiec  całował  jej  ręce,  usta  i  włosy.  I  choć

furia jego zawładnęła tylko górną częścią jej młodego ciała, w całym ciele poczuła ona dreszcz, który ją
obierał  z  sił.  Pieszczota  Dorna  wydała  jej  się  niesłychanie  niebotycznie...  wielkopańska.  To  ją  przede
wszystkim napełniło szczęściem.

— Nareszcie coś takiego jak latająca nerka przyniosło mi szczęście! — myślał w nocy Dorn. Wypił

wszystko wino i patrzył na świat jak człowiek, który otworzył oczy po odcięciu go od szubienicy.

Nazajutrz  mama  jeszcze  leżała  i  Dorn  całował  znowu. A  choć  pijany  był  szczęściem,  nie  zaniedbał

ostrożności; chytry jak wąż wpełzał wszędzie, badał wszystko; człowiek, który kupuje konia od znanego
oszusta, tak go nie bada pilnie, jak Dorn badał tę miłą dziewczynę. Prawda nie mogła być prawdziwsza.
Była to prawda tym milsza, że choć nie naga, całowała jak bachantka. Ta dziewczyna gorzała jak smolna
pochodnia, toteż biła od niej łuna i bardzo Dornowi było gorąco.

—  Nareszcie  jestem  u  celu.  Znalazłem!  Znalazłem!  —  wołał  jak  Archimedes  i  tak  się  zaśmiał

bezczelnie  w  pysk  nieszczęsnemu  losowi  swojemu,  że  los,  ogon  pod  siebie  wziąwszy,  chyłkiem,  cicho
skowycząc, odszedł we wstydzie.

Dorn tym się bardzo nie martwił, że latającej nerce mamy znudziło się wreszcie latanie i dała spokój

frywolnej zabawie. Kochankowie, złodzieje i adwokaci potrafiliby oszukać diabła, istotę zresztą naiwną
i  niesłusznie  spotwarzoną.  Tak  kłamać,  jak  kochankowie,  złodzieje  i  adwokaci,  nie  potrafi  najstarszy
diabeł.

Dorn i piękna dziewczyna mieli gotowy spisek i swoje pismo; koszula damska, susząca się na winnej

background image

pergoli, mówiła: kiedy wszyscy pójdą spać, będę w ogrodzie – ręcznik wołał: uważaj, matka zła, nic się
nie da zrobić! Rzeczy martwe bowiem mają swoją wymowę tajemną i piękną.

Zakochany Dorn zachowywał się jak rozmarzony student. Nie byłby skrzywdził dziewczyny za nic na

świecie; kochał ją czule i pięknie. Tym boleśniej wypatrywał znaków w ogrodzie; nie było żadnych, choć
deszcz  nie  padał  i  można  było  suszyć  bieliznę;  na  porę  deszczową  zresztą  były  też  przewidziane  znaki
równie pomysłowe. Przychodziła do niego gruba mama i wzdychała grubo.

Dziewczyna wpadła jak kamień w wodę.
Noce  były  cudowne  i  pełne  złotej  łaski  księżyca;  Dorn  rozpaczał.  Nie  ma  bowiem  bardziej

smakowitego  pocałunku  jak  ten,  który  pachnie  nocą  księżycową;  ludzie  całują  się  wtedy  jak  duchy  i  są
dobrzy. Na to zresztą stworzył Pan Bóg księżyc, bo nie ma innej racji jego istnienia. Przecie nie po to go
stworzono, aby psy miały przyjemność i by mogły wyć w określonym kierunku.

O  tym  rozmyślał  Dorn,  kiedy  się  w  czasie  pełni  wykradał  po  skrzypiących  schodach  do  ogrodu  i

patrzył  w  jej  okno.  Dokoła  było  cicho  i  złociście.  Nagle  coś  skrzypnęło.  Co  to?  Tak,  to  jej  okno,  to
narożne... Tak! Tak! Dorn zmartwiał ze szczęścia i przytulił się do słupa pergoli, dając po chwili znaki w
stronę okna.

Dziewczyna stanęła w oknie, ale go nie ujrzała. Widocznie więziona przez starego smoka z latającą

nerką, musiała najpierw swój smutek zwierzyć księżycowi.

Księżyc dlatego ma minę starego wariata, że od wieków słucha panieńskich zwierzeń.
— Lizetto! — szepnął Dorn.
Nie usłyszała go, on zaś ani nie śmiał krzyknąć, ani zbliżyć się, gdyż okna mamy były otwarte, więc

tylko patrzył w nią jak w obraz.

Dziewczyna była w koszuli; księżyc ją rozchełstał i gładziło to stare, złote bydlę jej piersi. Dorn nie

mógł oderwać wzroku. Nagle się zaniepokoił. Co to jest, na Boga? Dziewczyna stanęła na parapecie okna
i wciąż w księżyc wpatrzona, spuściła bose nogi na gzyms, biegnący wzdłuż domu, stanęła na nim pewnie
i równie pewnie iść poczęła w stronę pokoju Dorna.

— Moje okno zamknięte! — jęknął Dorn — a ona idzie do mnie!
Równocześnie zalała go gorąca fala szczęścia. Miłość tej prostej dziewczyny doszła do bohaterstwa.

Grozi jej śmierć, a ona idzie do niego...

Nie, nie do niego! Mija okno i idzie dalej... Coraz dalej... Po występie muru włazi na dach i idzie po

stromym dachu ostrożnie jak kot, a równocześnie śmiało. Księżyc wędruje za nią, jak apasz za kochanką.

Lunatyczka...
Dorn,  mdlejąc,  ujrzał  tylko,  że  w  pokoju  matki  mignęło  światło  i  w  domu  powstał  ruch.  Dwóch

parobków wybiegło zza węgla z długą drabiną i biegli w wielkiej ciszy.

Dorn zaś leżał na grzędzie tak długo, aż go poranny chłód trącił niecierpliwie i zaczął nim tarmosić,

jak policjant tarmosi śpiącego w miejskim ogrodzie włóczęgę.

Powstał leniwo trochę blady, trochę siny, ale spokojny śmiertelnym spokojem.
— Zaczęła się inna seria! — rzekł głucho — nie ma dla mnie szczęścia na tej ziemi...
I wyjechał chyłkiem.
Wydało  mu  się  jasne,  że  los  wprowadził  w  jego  życie  pewną  rozmaitość.  Był  mu  za  to  wdzięczny.

Myślał  o  swoim  nowym  nieszczęściu  łagodnie,  z  dobrym  smutkiem  człowieka,  który  wie  o  tym,  że  nic
innego stać się nie może nad to, co się dzieje.

Los jego stanął przed nim arogancko i uśmiechnął się zwycięsko, nielitościwie.
— Nie szkodzi — rzekł Dorn przed siebie, w powietrze — rób pan swoje!
Potem pojechał do większego jeszcze miasta niż wszystkie, które znał dotąd.
— Tu się prędzej wyczerpie repertuar! — myślał. — Ktoś się wreszcie zmęczy.
Spotkawszy  pierwszą  kobietę,  był  pewny,  że  będzie  ona  powodem  jakiegoś  bardzo  dziwnego

nieszczęścia.  Kobieta  ta  spojrzała  na  niego  z  uśmiechem,  na  czym  wyszła  doskonale  i  na  czym  zrobiła

background image

pierwszorzędny interes: poślizgnęła się na posadzce i złamała obojczyk. Gdyby była przez dziesięć minut
rozmawiała z Dornem, byłaby złamała obie nogi w biodrze i rękę prawą w przegubie, nie mówiąc już o
takich drobnostkach jak wstrząs mózgu.

W salonie powstał nieopisany popłoch i rwetes, jest to bowiem wypadek w towarzyskim życiu dość

rzadki,  aby  sobie  ktoś  łamał  obojczyk.  Dorn,  stary,  doświadczony  katastrofista,  patrzył  z  doskonałą
obojętnością, jak wszyscy poszaleli, chcąc pomóc biednej damie; najwytworniejszej bowiem damie dość
dużą  przykrość  sprawia  złamane  serce,  cóż  dopiero  część  ciała  tak  bolesną  i  nierównie  większego  dla
kobiety znaczenia jak obojczyk.

— Panie Dorn! — rzekła do niego w tej chwili miła jedna matrona, przyjaciółka jego matki, stąd w

przyjacielskich z nim będąca stosunkach — niech pan odprowadzi moją córkę do domu, gdyż ja tu muszę
pozostać... Taki wypadek... taki przykry wypadek.

Dornowi było wszystko jedno, kogo i dokąd ma odprowadzić. Córkę tej pani? Niech będzie córka tej

pani.

Była to panienka cicha, małomówna, skromna i bardzo blada. Ach, to ta?! Dorn przypomniał sobie, że

dziś kilka razy spotkał się z jej wzrokiem, który był również cichy i jakby zgasły. Błyski jej głębokich,
szarych  oczu  lśniły  jak  światła  pod  abażurem.  Wyglądała  tak  powiewnie  i  słodko,  jak  kobiety  Burne-
Jonesa,  i  taka  była  pełna  pokornej  melancholii.  Niepiękna,  a  jednak  piękna.  Smutek  prawdziwy  i
nieprzesadzony jest najwytworniejszym strojem kobiety, dlatego też wiele kobiet bardzo lubi, jeśli ktoś
umiera w ich dalszej rodzinie, mąż albo stryj.

Smutna panienka, była jednak naprawdę czegoś smutna.
Mieszkała  niedaleko,  więc  szli  piechotą.  Dorn  bąkał  coś  od  czasu  do  czasu  i  patrzył  przed  siebie

bezmyślnie.

— Co pana trapi, panie Dorn? — szepnęła ona nagle.
Dorn spojrzał na nią po raz pierwszy. Była tak samo smutna.
— Nic, proszę pani. Myślałem o tym, jak kruche są kobiety.
— Ach, to straszny wypadek. Pierwszy raz w życiu widziałam takie nieszczęście; to okropne!
— Co? Taki obojczyk! Cha, cha!
Dorn zaśmiał się jak trzech szatanów, takich najzgryźliwszych.
— Czemu pan się śmieje? To nieładnie.
—  Tak,  pewnie,  że  to  nieładnie.  Ale,  droga  pani,  ja  widziałem  takie  wypadki...  Och,  pani,  chyba

mniej na świecie jest wypadków ze szkłem... Gdybym pani mógł wszystko opowiedzieć, mój Boże!

— Niech pan opowie...
— Nie będzie pani spała.
— To kiedyś w dzień. Zresztą, musi nas pan odwiedzić.
— Jest mi absolutnie wszystko jedno! Ach, nie! przepraszam... Niech pani źle mnie nie rozumie. Ależ

naturalnie... Odwiedzę państwa, byłbym to zresztą zrobił bez zaproszenia.

— Jest pan bardzo miły!
— Jezus, Maria! — pomyślał Dorn — każda zaczyna od tego, że jestem miły.
Od tej chwili patrzył Dorn ponuro w jej i swoją przyszłość.
Zapytał, kiedy może złożyć wizytę.
— Kiedy się panu podoba.
— Czy jutro po szóstej – można?
—  Po  szóstej? Ach,  tylko  nie  o  tej  porze  —  mówiła  z  nagłą  szybkością.  —  Wszystko  jedno  kiedy,

byle nie między szóstą a siódmą. Niech się pan nie dziwi, ale w tym czasie mam lekcję śpiewu.

Dorn, pożegnawszy smutną panienkę, wiedział niezawodnie o dwóch sprawach, o tym, że, jeśli się w

niej nie zakochał dziś, to z pewnością zakocha się jutro, i o tym, że będzie nieszczęście. Jakie? Jest mu to
zupełnie obojętne, już mu tam niebo coś miłego wymyśli. Zakochać się było łatwo; panna, choć bogata,

background image

miała w oczach całe morze cichego smutku; smutek ten był czarujący. Trzeciego dnia Dorn wiedział, że
kocha.  Panienka  patrzyła  na  niego  z  rozrzewnieniem  i  ze  smutkiem  piękniejszym  jeszcze.  Bywał  niemal
codziennie  u  tych  dobrych  pań,  w  rozmaitych  porach.  Nigdy  jednak  między  godziną  szóstą  i  siódmą.
Dlaczego?  Dorn  się  zastanowił.  Coś  go  zaniepokoiło.  Powiedziała,  że  uczy  się  śpiewu.  Kto  uczy  się
śpiewu  codziennie  i  tak  ściśle  wedle  zegarka?  Nazajutrz  stanął  w  ukryciu  na  ulicy  i  patrzył,  czy  kto
wchodzi około szóstej. Nikt nie wszedł, ani około siódmej nikt nie wyszedł.

— Moje nieszczęście zdarzy się między szóstą i siódmą — pomyślał Dorn.
Nagle uderzył się w głowę.
— Przecież w tym domu nie ma fortepianu! — zawołał ze zdumieniem — czy panienka uczy się przy

harfie? Nie ma i harfy!

Stał się jeszcze smutniejszy niż panna. Patrzyli sobie długo w oczy i było im dziwnie nieswojo. Nagle

jej oczy napełniły się łzami. Dorn uciekł, bo w nim serce zaczęło jęczeć.

Zaczął  obserwować  pokojówkę  i  zauważył,  że  małpa,  choć  przystojna,  jest  złośliwa  i  przykra.

Zapłacił jej ogromną sumę, aby ukoić jej przerażenie, i wejść do ogrodu o godzinie szóstej, przysiągłszy,
że nikomu o tym nie wspomni.

Z  niesłychanymi  ostrożnościami  został  wprowadzony  do  pokoiku  służącej,  stamtąd  do  pokojów

panienki. Miał złe wrażenie, że się nie różni niczym od złodzieja, a właściwie różni się, gdyż jest gorszy
niż złodziej. Był blady ze wstydu. W ręku miał bukiet czerwonych róż – na wszelki wypadek, gdyby go
spotkano i gdyby mu trzeba było pretekstu, choć go pokojówka zapewniła, że nikogo prócz panny w domu
niema.

— Czy panienka uczy się śpiewu?
— Nigdy nie śpiewała — szepnęła służąca.
— A cóż robi codziennie od szóstej do siódmej?
— To tajemnica. Za chwilę pan zobaczy. Proszę tędy...
Stąpał na palcach, blady i drżący. W pokoju panny rolety były opuszczone; w miłym, złotym półmroku

ujrzał  ją,  leżącą  na  wznak  na  otomanie.  Ręce  leżały  sztywno  wzdłuż  ciała.  Twarz  jej  była  bladożółta  z
nieludzkim wyrazem cierpienia. Dorn krzyknął zduszonym głosem i oparł się o futrynę drzwi.

— Jezus, Maria! ona umarła!
—  Nie  —  rzekła  cicho  pokojówka  —  wcale  nie  umarła.  Niech  pan  podejdzie  bliżej.  Śmiało,

panienka się nie zbudzi.

Dorn uczynił dwa kroki jak zahipnotyzowany. Miał łzy w oczach; z drżących rąk wysunęły się i padły

na dywan czerwone róże.

Pokojówka objaśniała:
—  Ona  tak  co  dnia,  punktualnie  o  godzinie  szóstej  zasypia  i  co  do  sekundy  budzi  się  o  godzinie

siódmej.  To  jest  sen  kataleptyczny.  Nic  i  nikt  jej  nie  może  zbudzić.  Można  ją  kłuć  szpilką  albo  parzyć
ogniem. Starsza pani mdleje na ten widok, choć to trwa tyle lat. Woli wyjść. O tym czasie idzie zwykle
do kościoła. Ja jedna w tym domu znam tę tajemnicę, a pan przysiągł, niech pan pamięta!...

Łzy  jak  groch  toczyły  się  po  zalękłej  twarzy  Dorna.  Pokojówka  z  irytacją  zbierała  rozrzucone  róże,

aby usunąć ślady czyjejś obecności.

Wyszedł  powoli,  ciężko  podnosząc  nogi,  jakby  je  miał  z  ołowiu.  Widział  śmierć  złośliwą  i

straszliwie podłą, bo męczącą i igrającą ze słodką, biedną dziewczyną.

Zakupił cały sklep róż nazajutrz i o poranku posłał je smutnej panience z listem takim serdecznym jak

miłość i przeprosił, że, zmuszony do nagłego wyjazdu, nie może się pożegnać.

Wszędzie jednak i długo bardzo widział jej sarnie, łzami oblane spojrzenie. Już nie klął swego losu,

ujrzawszy, jak bardzo nieszczęśliwi są ludzie.

Zawrócił  nagle  na  gościńcu  świata,  którym  szedł  na  poszukiwanie  swojego  miłosnego  szczęścia,  i

wracał  do  Warszawy.  Miał  jednak  przed  sobą  zbyt  daleką  drogę,  aby  ją  mógł  przebyć  spokojnie.  Nie

background image

miał  zresztą  najmniejszych  pod  tym  względem  złudzeń.  Ostatnia  przygoda  wyczerpała  go  jednak  tak
bardzo,  że  chorobliwie  unikał  spojrzeń  smutnych  i  twarzy  bladych,  choć  wiedział,  że  nikt  bardziej  nie
pragnie miłości jak kobieta smutna, myśląc, że jej ona przyniesie szczęście, i że żadne oczy jej goręcej
nie wypatrują jak oczy pełne łez, myśląc, że miłość je osuszy. O, biedne! wszak miłość jest największym
smutkiem  i  studnią  łez,  bowiem  sercem  mądra,  więc  największą  mądrością,  równą  boskiej,  wie,  że  nie
ma  miłości  bez  zdrady  i  że  życie  jej  jest  krótkie  jak  żywot  kwiatu.  O,  dolo  miłości!  Wie,  że  umrze  w
cierpieniu, a wyciąga ku niemu ramiona i modli się o nie jak o promieniste szczęście.

Takie  smutne  wieści  prządł  Dorn  w  mieście  zgiełkliwym,  pełnym  krzyku  i  wrzawy.  Strząsnął  z

sandałów proch, przywieziony ze smutnej wyprawy i, aby zapomnieć, cisnął się głową na dół w odmęt.
Pił,  śpiewał  z  pijacką  gromadą,  szalał  niewytwornym  szaleństwem.  Uwielbił  w  krótkiej  drodze
szybkiego  porozumienia  jasnowłosą  baronową,  pulchną  i  roześmianą,  pachnącą  jak  fabryka  olejków,
rozkosznicę, rozwódkę jednym słowem. Ta kobieta nie wiedziała, co jest smutek. Musiała być cała i bez
części sztucznych, bo przedtem miała męża przez lat siedem, w ciągu zaś takiego czasu największy nawet
kretyn byłby dojrzał taki niemiły drobiazg jak drewniana noga.

Dorn  pomyślał  wprawdzie,  że  los  jego  odmienił  mu  gatunek  katastrof  i  zadowalał  się  już  nie  byle

jakim pomysłem. Przecie serce po prawej stronie albo katalepsja, to już nie byle co, nie byle szklane oko
albo fałszywa kobiecość. Był więc przekonany, że seria uszkodzeń cielesnych już się skończyła i zaczną
się nieszczęścia wymyślne. Tak był zajęty rozmyślaniem na ten temat, wychodząc z baronową z modnej
restauracji,  że  ledwie  zauważył  dyskretną,  lecz  bardzo  w  rytmie  gorącym  gwałtowną  rozmowę
baronowej z maitrem restauracji. Ona przeczyła, on twierdził. Dorn trochę się zdziwił, myślał jednak, że
sprawa  jest  o  jakieś  dawniejsze  zobowiązania,  baronowa  bowiem  była  stałym  gościem  wykwintnego
lokalu. Wreszcie maitre rozłożył bezradnie ręce.

Dorn zauważył, że mu tej kobiety zazdroszczono, bo go odprowadzało setki spojrzeń.
— Należy mi się cokolwiek satysfakcji — pomyślał, ujmując ją za pulchne ramię, kiedy ją wsadzał

do automobilu.

Wtem  coś  brzęknęło,  upadłszy  na  bruk,  coś,  co  wypadło  z  jej  gronostajowego  zarękawka.  Dorn  się

pochylił,  myśląc,  że  to  zegarek  lub  bransoletka,  baronowa  miała  zresztą  na  sobie  mnóstwo
pierwszorzędnej biżuterii – i podniósł srebrną łyżkę stołową z firmą restauracji.

Zamieniony w znak zapytania, uśmiechnięty wesoło, ważył ją na dłoni.
— Ach! — zawołała baronowa — czułam, że mi coś wpadło do zarękawka. Niech pan zawoła boya i

niech on to odniesie.

Tak ją ubawiła ta łyżka, że śmiała się jak szalona, wobec czego, choć to nie było racją dość głęboką,

Dorn obiecał jej kupić pierścionek ze szmaragdem.

Kiedy  weszli  do  magazynu  i  Dorn  zażądał  pokazania  pierścionków,  jubiler  się  skrzywił  i  spojrzał

spod  okularów  na  baronową.  Pokazał  wreszcie  pudełko    pierścionkami,  które  zaczęto  oglądać.  Dorn
zapalił  papierosa  i  czekał  na  jej  decyzję.  W  tej  chwili  weszła  do  sklepu  skromnie  ubrana  dama,
porozumiała się spojrzeniem z jubilerem i usiadła na krzesełku. Kiedy baronowa wybrała pierścionek i
Dorn sięgnął do pugilaresu, szybko odbyła się następująca scena: skromnie ubrana pani powstała nagle i
zapytała jubilera krótko:

— Ilu brak?
— Trzech z brylantami.
Wtedy dama błyskawicznie przetrząsnęła torebkę baronowej i zarękawek, po czym położyła na stole

dwa pierścionki. Baronowa się nie broniła, tylko stała nieruchomo, krwawo zarumieniona.

— Gdzie trzeci? — zapytała sucho skromna pani.
— Nie wzięłam! — szepnęła baronowa z trudem.
— Niestety, ale tak — rzekł jubiler.
Skromna pani pomyślała chwilę, uśmiechnęła się cierpko i rzekła groźnie:

background image

— Pani baronowa raczy otworzyć usta!
I, nie czekając na nic, palcem wetkniętym w usta baronowej wydobyła trzeci pierścionek.
Dorn patrzył, jak na przedstawienie u wariatów.
— Co to znaczy? — zapytał głosem z tamtego świata.
— Pan nie wiedział? To znana kleptomanka, a ta druga pani to jej cień, który jej pilnuje. Bardzo mi

przykro... Widzę, że panu nieprzyjemnie.

Dorn był już za drzwiami i uciekał jak jeleń.
Ósma  kochanka  kawalera  Dorna,  którą  spotkał  niebawem,  nerwowa  i  blada  młoda  dama  z

najwytworniejszego towarzystwa, bawiła go bardzo, gdyż miała dziwną pasję; włóczyła go po ulicach i
godzinami  wystawała  przed  sklepami  z  żelaziwem.  Dorn  był  cierpliwy,  bo  dama  była  piękna  i
wyróżniała go niezwykle.

— Musi być niedokrwista i patrzy wciąż na żelazo — myślał Dorn. — O, jakże mądra jest natura.
Nazajutrz stała się rzecz straszliwa. Kiedy odwiedził panienkę, zastał przed domem pogotowie, a w

domu  koniec  świata;  panienka  połknęła  kilogram  gwoździ  z  tą  samą  rozkoszą,  z  jaką  inne  połykają
czekoladki.

Dom nie czekał relacji, czy jej ten przysmak nie zaszkodził zbyt gwałtownie. Źle i niemiło jest mieć

kochankę,  która  połyka  gwoździe  lub  igły.  Jest  to  przysmak  wprawdzie  tani,  lecz  tak  mało  strawny,  że
Dorna przeszły ciarki i zimno mu się robiło na samo wspomnienie.

Osłabły na duchu, złamany, z sercem potarganym na strzępy wrócił Dorn do Warszawy; wszędzie źle,

a  w  domu  najgorzej,  lecz  Dorn  już  nie  miał  siły.  Repertuar  jego  miłosnych  dziejów  był  straszliwy:
kobieta łysa, przebrany mężczyzna, dziewczyna ze szklanym okiem i nosem z wosku, kobieta z sercem po
prawej stronie i z podwójnym żołądkiem, lunatyczka, kataleptyczka, kleptomanka, histeryczka „żelazna” –
tak, to stanowczo za wiele na jedno, choćby najbardziej miłości pragnące serce. Do takiego interesu nie
mógłby jednak znaleźć wspólnika.

Wracając  do  Warszawy,  wstydził  się.  Wielu  jego  przyjaciół  wiedziało,  że  pojechał  po  złote  runo

miłości, po brylant serca, po najcudowniejszą kochankę. Co im powie? Że jedna z jego kochanek kradła z
restauracji łyżki, a druga połykała gwoździe?

Dorn się wściekł. Postanowił wśród materiału krajowego wynaleźć byle co. Miał nadzieję, że szanse

jego w ojczyźnie będą lepsze, bo choć w Polsce wszystko jest źle zbudowane, lecz Polki są zbudowane
wybornie. Myślał zresztą, że może go słuszna spotkała kara za to, że pojechał szukać obcych bogów, że
wzgardził pięknością swojego chowu, wiadomo zaś, że Polacy chowają najlepiej konie i kobiety; konie
mają tylko tę jedną zaletę więcej, że są wierne.

Dorn  postanowił  więc  jak  najprędzej  znaleźć  sobie  kochankę.  Przedsięwzięcie  takie  nie  jest

zazwyczaj  bardzo  trudne,  dlatego,  że  co  druga  kobieta  skłonna  jest  do  rezygnacji  i  do  poświęcenia.
Gdyby ten zapał skierować w podniesienie gospodarstwa domowego, zadziwić by można świat.

Toteż  niedługo  szukał.  Krętymi  drogami  poznał  pannę  przedziwnej  piękności  i  dumną,  z  czołem

królewskim,  kruczą,  Balladynę  –  jednym  słowem.  W  oczach  jej  można  było  założyć  hutę,  w  której  się
topi rudę żelaza.

Była  samotna,  nie  miała  nikogo  z  bliskich,  mieszkała  wytwornie,  Dorna  przyjęła  chętnie.  Unikała

miejsc publicznych, nie odwiedzała teatrów, nie lubiła ludzi. Szczegółowo wypytywała Dorna, co o niej
myśli?

— Nie mogę myśleć, gdyż kocham panią — mówił Dom.
— A gdybym była zła, nieznośna, okropna?
— Nie potrafi pani. Ale kochałbym panią.
— A gdybym miała przeszłość czarną?
— Gdyby była nawet tak czarna jak włosy pani, kochałbym panią.
— A gdyby ludzie mówili o mnie źle?

background image

— Ludzie nigdy o nikim nie mówią dobrze. Kochałbym panią więcej!
Wtedy  ona  uczyniła  rzecz  taką,  która  z  mężczyzny  czyni  niewolnika:  ucałowała  go  w  rękę.  Jest  to

przemyślny  podstęp  odwiecznej  niewolnicy.  Dorn  się  rozczulił.  Rozczulił  się  do  tego  stopnia,  że  jej
opowiedział  dzieje  swojej  nieszczęsnej  miłości.  Niewiasta  co  nieco  się  zdumiała  i  zbladła.  Rzekła
jednak szybko i tkliwie:

— Ja wszystko panu nagrodzę!
Chodzili co wieczór do Łazienek, bo właśnie kwitły kasztany, i mówili takie do siebie słowa, które

pachniały jak ukwiecone drzewa. Raz ktoś znajomy przystanął, spojrzał zdumiony i niechętnie się ukłonił.
Był to stary przyjaciel Dorna, który był dumny, że on go właśnie widział z tą boską kobietą.

Nazajutrz przyjaciel ten odwiedził Dorna bardzo rano. Gadał długo o tym i o owym, znać jednak było,

że nie to właśnie chce powiedzieć. Wreszcie nagle zaczął ni stąd ni zowąd:

— Dorn! Skąd ty znasz tę kobietę?
— Znam od wielu lat, teraz się jej przypomniałem.
— Przez rok nie byłeś w kraju, a przez rok może się wiele zdarzyć. Otóż ta pani...
— Panna...
— Panna? Dorn, czy to zabawa, czy chcesz się żenić?
— Nie igram z miłością. Jest to rzecz poważna!
— Więc obowiązek przyjaciela każe powiedzieć ci wszystko. Ta panna wkrótce po twoim wyjeździe

miała dziecko...

Dorn jęknął i opadł na krzesło.
— Z kim?
— Z Murzynem z jazzbandu.
— Hu! hu! — zawył Dorn.
— Ale to drobiazg. Potem otruła swoją ciotkę.
— Aaaa! — zakrakał Dorn.
— ...Siedziała w więzieniu; uwolnili ją trochę dla braku dowodów. Tak się zwykle zresztą mówi.
— Boże, Boże, Boże! — jęczał Dorn — co ja zawiniłem?
— A teraz się żeń! — rzekł przyjaciel i poszedł.
Dorn  rozmyślał  dwa  dni  i  dwie  noce.  Siedem  milionów  czterysta  sześć  tysięcy  myśli  związał

wreszcie  w  taką  konkluzję:  jeśli  najstraszniejsze  stało  się  przed  ślubem,  nic  się  nie  stanie  już  później.
Dziecko i morderstwo, to chyba dość... Przysiągłem jej, że choćby o niej powiedziano najgorzej...

Dusza w nim była na poły umarła, ciało dotarło do dziewczyny jako tako.
— Wiem wszystko! — rzekł smutno.
Ona krzyknęła i upadła mu do nóg.
— I ożenię się z panią! — dokończył Dorn nieswoim głosem. Mam już dość tego wszystkiego. Ożenię

się, do stu tysięcy diabłów! — krzyknął ni z tego, ni z owego jak szaleniec i ciężko dyszał.

Ona  całowała  jego  ręce  i  nogi  i  obiecywała  mu,  że  mu  zapłaci  za  to  wszystko  miłością  taką,  jakiej

nikt nie widział od stworzenia świata. Dorn się uśmiechał smutno i był rad ze swojej tragicznej odwagi.
Patrzył przez otwarte okno w ogród pełny słowiczego śpiewania i gładził ją po głowie.

—  ...Przeszłam  wiele  —  mówiła  —  a  to  mi  tylko  pogłębiło  duszę.  Zbudziło  we  mnie  siły,  dało  mi

natchnienie. Ukrywałam jedno tylko, co tylko zdradzę tobie, tobie pierwszemu, bo później tysiące ludzi
będzie o tym wiedziało.

— O czym?
— Zaraz się dowiesz!
Dobyła z biurka jakieś papiery. Dorn wstał zaciekawiony.
— Co to jest?
— Moja dusza!

background image

Dom patrzył błędnie w przeczuciu nieszczęścia.
— Najdroższy mój! To jest dusza mojego życia. To jest krew z mojej krwi. Za chwilę ci przeczytam.

Dorn! Ja napisałam powieść!

Kafr  obdzierany  ze  skóry  tak  nie  wyje,  jak  zawył  Dorn.  Spojrzał  na  nią  dzikimi  oczyma,  potem

krzyknąwszy: Krwi! krwi! – skoczył przez balkon na głowę z pierwszego piętra.

Albowiem  przebrała  się  miara  nieszczęść  tego  biednego  człowieka,  bo  los  jego,  który  z  nim  igrał,

drobnymi męcząc go nieszczęściami, nieszczęście okropne i najstraszliwsze zachował mu na koniec.

background image

 
 
 
 
 
 

PAN Z KOZIĄ BRÓDKĄ

background image

 
 
 

Przyjaciel  mój,  miły  bardzo  poeta,  opowiedział  mi  tę  historię,  która  wygląda  na  opowiadanie

patentowanego  wariata,  mającego  urzędowe  zaświadczenie  pomieszania  zmysłów.  Przyjaciel  dawał  mi
trzy razy najświętsze słowo honoru, że w tej hecy brał udział. Gdyby raz, to może bym jeszcze jako tako
uwierzył,  ale  trzy  razy  –  to  trochę  za  wiele.  Ubocznie  tylko  nadmieniam,  że  mój  przyjaciel  jest  to
pijaczyna na wielki kamień. Pod tym kątem widzenia rzecz się staje zrozumiała.

Oto co mi ten bęcwał nabredził:
Niedawno  temu  oszołomiła  mnie  miła  wiadomość,  że  stary  kutwa,  po  którym  miałem  dziedziczyć,

zjadł  pieczone  prosię,  niesłychaną  ilość  śliwek,  a  potem  napił  się  lodowatej  wody.  Kiedy  kto  ma  lat
siedemdziesiąt,  nie  powinien  tego  robić,  chyba  że  ma  miłego  spadkobiercę.  Zemsta  natury  była
natychmiastowa  i  poczciwy  staruszek  umarł.  Z  rozrzewnieniem  opowiadano  mi,  jak  do  ostatniej  chwili
zachował  jasność  i  bystrość  umysłu  i  jak  z  oszczędności  zdmuchnął  gromnicę  na  długą  chwilę  przed
śmiercią. Zjadł też przed oddaniem Bogu ducha pieczone kurczątko, aby się nie zmarnowało.

Ponieważ  działo  się  to  w  prowincjonalnym,  obskurnym  miasteczku,  trzeba  było  tam  jechać,  aby

sprawdzić,  czy  dobry,  stary  człowieczyna  naprawdę  umarł,  mogło  i  to  być  bowiem,  że  z  oszczędności
wpadł  na  dwa,  trzy  lata  w  letarg,  aby  nie  marnować  świec  i  obyć  się  bez  jedzenia.  Spadek  –  rzecz
oczywista – był na ostatnim planie(!), chociaż tylko w małych miastach bywają duże spadki. Tam zacni
nieboszczykowie  umieją  wieść  życie  skromne  i  bogobojne,  tańsze  są  lekarstwa  i  doktorzy  nie  tak
łapczywi.  Szczerze  mi  żal  ludzi,  którzy  się  spodziewają  spadku  choćby  w  Warszawie,  gdzie  koszty
śmierci są niepomierne i spadek kurczy się jak jaszczur w powieści pana Honoriusza Balzaca.

Ja  z  mojego  uczciwego  nieboszczyka  byłem  wcale  zadowolony,  tak  że  nie  przeklinałem  zbytnio

pobytu  w  szarym,  błotnistym  i  żydowskim  mieście.  Minę  miałem  przyzwoicie  strapioną  i  nieboszczyk,
jeśli na mnie spojrzał, mógł mieć chwilę prawdziwej radości. Temu zacnemu człowiekowi zawsze i we
wszystkim się wiodło i nawet po śmierci miał szczęście, na takiego jak ja natrafiwszy spadkobiercę.

Kiedy  się  stało  oczywiste,  że  miły  nieboszczyk,  nawet  gdyby  się  zbudził  z  letargu,  nie  zdoła

podźwignąć  niesłychanej  ilości  kamienistej  ziemi,  gdyż  robota  na  prowincji  nie  jest  fuszerską  robotą
stołeczną,  a  grabarze  są  tam  dokładni  i  pracowici,  kiedy  dusza  Harpagona  odeszła  do  raju  w  całej
paradzie,  bo  we  fraku  rozciętym  na  plecach,  trzeba  było  pomyśleć,  w  jaki  sposób  ukoić  żałość  i
zmartwienie.

Musiałem przez dwa dni jeszcze dreptać po bruku przyjemnego tego miasta. Mój zacny krewny, sam

już  w  raju  bezpłatnie  wszelkich  wspaniałych  używający  rozkoszy,  nie  mógł  mieć  do  mnie  pretensji,  że
jeszcze za swoje pieniądze, bo jego trzymały w uwięzi niezliczone formalności, chcę pocieszyć strapioną
i  niewyspaną  duszę.  Tylko  ludzie  źli  i  obłudni,  otrzymawszy  spadek,  udają,  że  umierają  z  żałości,
człowiek rozsądny powinien ucieszyć nieboszczyka, dając mu dowód, że jego skarbów źle nie użyje, lecz
je  spożyje  w  radości  i  w  błogim  weselu,  że  uczyni  to,  jednym  słowem,  czego  on  uczynić  nie  umiał  i
wskutek tego mógłby mieć za grobem wyrzuty sumienia.

Dość było trudno w małym mieście poszaleć. Można sobie było wprawdzie kazać podać do obiadu

lody  ananasowe  i  hawańskie  cygaro,  takie  jednak  polecenie  nie  miało  sensu,  bo  wywołałoby  tylko
zbiegowisko, zupełnie zresztą niepotrzebne, gdyż w całym mieście nie było ani ananasa, ani hawańskiego
cygara. Można było zakupić wszystkie pokoje w pierwszorzędnym hotelu, co powinno wywołać sensację;
i ten pomysł jednak również był bez sensu, w całym bowiem hotelu były tylko dwa pokoje, a w jednym
stał bilard, który od wypadku służył jako łóżko.

Nie  było  to  jednak  miasto  najgorsze.  Źle  jest  sądzić  z  pozorów.  Ostatecznie  bowiem  znalazła  się

rozrywka pierwszorzędna. W mieście tym gościł kabaret, tingel-tangel, coś w tym rodzaju. Na zielonym
papierze  czerwoną  farbą,    koślawymi  literami,  udającymi  litery  druku,  było  wypisane,  że  w  kawiarni

background image

Japońskiej  odbywa  się  codziennie  przedstawienie monstre  najwybitniejszych  gwiazd  świata,  artystek  i
artystów stołecznych.

Ha! życie bucha radością jak gejzer. Nawet tu.
W pobliżu miasta znajdowały się głośne w świecie kopalnie nafty, więc środowisko ludzi bogatych,

skłonnych  do  hazardu,  bardzo  przeto  szczęśliwych  lub  nieszczęśliwych.  Na  obie  te  dolegliwości,  na
szczęście  i  na  nieszczęście,  wymyśliła  natura  jedno  wspólne  lekarstwo:  szampana.  Rzecz  prosta,  że  po
tak zawiłym wykładzie wniosek jest prosty, ten mianowicie, że nawet w tak obskurnym mieście kabaret,
w którym można dostać szampana, mógł mieć widoki powodzenia. Człowiek rzadko pija naftę, z reguły
jednak umie naftę zmienić w wino. Jest to boską cechą natury ludzkiej, że wszystko, dziegieć, smołę, sól,
sztuczny  nawóz,  kartofle  i  pszenicę,  umie  ona  szybko,  jednym  gestem  używanym  przez  czarowników,
zmieniać w wino.

Nie bez trwogi jednak wchodziłem do wzniosłego lokalu, w którym szalało miejscowe życie. Lokal

był  spelunką.  Historię  jej  można  było  wyczytać  na  tapetach.  Niezliczone  pokolenia  much  umarły  i
pogrzebione  są  na  żyrandolu;  wspaniałe  lustro  zdobiło  jedną  ścianę.  Kiedy  w  to  lustro,  porysowane,
pęknięte  w  samym  środku  żywota  swojego,  zamorusane,  niemyte  od  chwili  swoich  narodzin,  spojrzał
człowiek  –  cofał  się  natychmiast  przerażony.  Było  to  zaczarowane  zwierciadło.  Najbardziej  urodziwa
twarz  czyniła  się  szpetna;  oczy  odbiegały  od  siebie,  jak  gdyby  w  nagłym  przerażeniu;  nos  przybierał
kształty  niesamowite,  usta  rozszerzały  się  w  okropnym  cierpieniu,  widziałeś  upiora,  który  był  zielony  i
straszny. Było to prawdziwe zwierciadło żywota, w którym wszelki szych i marność ziemska przybierały
kształt właściwy. Z brudnej toni zwierciadła patrzył w ciebie upiór, śmiejący się szatańsko na temat: cha!
cha!

Z  jednej  strony  Sali,  należycie  śmierdzącej,  był  bufet.  Na  długim  stole  obitym  ceratą  tłusto  się

pocącą, tak że wszystkie wody wszystkich oceanów zmyć by jej do czysta nie mogły, stały jakieś szkła,
jakieś  wędliny  i  sery.  Samobójca  drgnąłby,  zbliżywszy  się  do  tej  zastawy.  Były  tam  rzeczy,  radujące
żołądek,  były  jednak  i  takie,  które  są  radością  oczu,  a  przez  oczy  radują  ducha.  W  metalowych
niewypowiedzianego  koloru  kieliszkach  barwiły  się  kwiaty.  Sztuczne  kwiaty,  podobne  do  zakurzonej,
uwiędłej, straszliwej, zaśniedziałej cnoty.

Po stronie przeciwnej ustawiono estradę, która przypominała nudny katafalk. Stało na niej pianino, w

którym dusza dawno umarła, a targana co nocy za włosy swoich strun, wydawała spoza grobu chrapliwe,
okropne,  szczekające  rzężenia.  Pianino  to  bite  po  żebrach,  torturowane  z  pasją  przez  ohydnego
Torquemadę,  drżało  jak  czarna  trumna,  w  której  leżący  nieboszczyk  zwariował  i  wierci  się  z  powodu
wyrzutów  sumienia,  płakało,  dostawało  czkawki,  jęczało  basem  głuchym  i  podziemnym,  bulgotało
spazmem, charkotało kaszlem uporczywego suchotnika, nagle zawyło, po czym odezwało się drewnianym
głosem  puszczyka,  aż  po  chwili  zaczęło  kwilić  cieniutkim,  piskliwym,  dreszcz  budzącym  głosikiem
podrzutka ciśniętego pod cudze drzwi na śniegu i mrozie; wszystkie zaś te głosy wstawały i umierały w
rytmie,  więc  kiedy  zamknąłeś  oczy,  miałeś  widzenie,  że  oto  straszliwy  szkielet  wstał,  tańczy  i  pląsa
radośnie, piszczelami sucho chrzęści i pomrukuje sobie raz wysoko, raz nisko, a czasem nie może dobyć
głosu z przepalonej śmiercią gardzieli, gdyż co drugi klawisz nie odpowiadał. W takim instrumencie musi
być  zaklęta  dusza  starej  panny,  która,  źle  i  bez  wytchnienia  grając  na  fortepianie,  zatruwała  życie
sąsiadom.  Teraz  ją  za  to  ciągną  za  włosy,  każdym  ruchem  pedała  gniotą  jej  łono,  a  ona  skarży  się
biedactwo.

Pianino  to,  jego  dusza  żałośnie  jak  głodny  pies  skamląca,  musiało  wzruszyć  niejednego  słuchacza;

dlatego dobrzy ludzie, kiedy sobie w serce z winem naleją dobroci, użalą się zawsze takiego instrumentu
i jeden leje w jego wnętrze wino, drugi kieliszek koniaku, inny sardynki w nie wrzuca, cytrynę, cygaro. A
to zwierzę wszystko pożera i znowu płacze, i łka, i rzęzi, i flaki z siebie wśród wycia wypruwa.

Za  bufetem  siedziała  panna  tłusta,  przy  pianinie  mistrz  bardzo  chudy.  Panienka  miała  piersi  takiej

niezwykłej obfitości, że mogła nimi wykarmić nie tylko małe i skromne w wymaganiach niemowlę, lecz

background image

stu Tatarów chciwie i bez opamiętania przez dzień cały kobyle mleko pijących. Aż dziw brał, że w jej
pobliżu mógł się uchować ktoś tak bardzo chudy, jak to widmo piszczelami palców tłukące w piszczele
klawiszów.  Od  samego  patrzenia  na  tę  miłą  panienkę  można  było  przybrać  na  ciele.  Siedziała  za  tym
bufetem ponura jak sowa, licząc kostki cukru i plasterki cytryny. Ilekroć spojrzał kto na nią, uśmiechała
się jak ropucha, kiedy sobie przypomni kochanka.

Ponieważ była to niedziela, w spelunce było sporo gości, nie tak wielu jednak, aby ich to biedactwo

spoza bufetu nie mogło zmieścić na swoim łonie bez wielkiego trudu.

U wejścia przywitał mnie dyrektor kabaretu.
Ujrzawszy  tę  twarz,  wzdrygnąłem  się.  Indywiduum  było  we  fraku,  którego  cokolwiek  wytworny

nieboszczyk  nigdy  na  siebie  nie  pozwoliłby  włożyć.  Wierzgałby  jak  koń.  W  brudnawym  gorsie,
widocznie przyczepionym do niewidzialnej koszuli, tkwiły dwa bezczelne szkiełka, zrobione na brylanty.
Spodnie ułożone były w harmonijkę. Indywiduum miało jednak twarz niezwykłą. Był to starszy już pan,
sędziwy, z bródką szczecinowatą, podobną do koźlej. Uczy miał bystre, czarne i mądre. Na twarzy bladej
i  niezwykle  inteligentnej  widniały  głębokie  bruzdy,  jakby  ślad  po  cierpieniu,  co  przez  tę  twarz  o
szlachetnym  wyrazie  przeszło  jak  ostry  pług.  Czoło  wysokie,  mądre,  czoło  człowieka  myślącego  i
nieustannie  trapionego  czymś,  co  się  w  nim  w  głębokim  wnętrzu  tłamsi  i  przewala.  Była  to  twarz
zabiedzona, bladością swoją przechodzącą w siność, niepokojąca, brzydka, a jednak w brzydocie swojej
pociągająca.  Miało  się  wrażenie,  że  to  wielki  pan,  rasowy  szlachcic,  pobity  jakimś  nieszczęściem,
przywdział frak, ohydny i zatłuszczony, i na dnie życia żeruje, aby żyć.

Jedno  w  tej  twarzy  dziwacznej  było  naprawdę  śliczne  –  to  uśmiech.  Uśmiech  smutny,  cichy,  jakiś

rozrzewniony, miły i dobry, a równocześnie zbolały i ironiczny, uśmiech zimnej, dotkliwej pogardy nie
schodził z pergaminu tej twarzy i wciąż się błąkał, wciąż się wił wkoło kącików ust.

Człowiek ten wyglądał jak stary arystokrata, co się zabłąkał do zbójeckiej spelunki.
Kiedy wszedłem, ocenił mnie jednym ruchem mądrych swoich oczu i szybko podszedł ku mnie. Wtedy

zauważyłem, że chromał silnie.

Z  ukłonami  podprowadził  mnie  do  stolika  w  pobliżu  bufetu,  spoza  którego  spływał  ku  mnie

dziewiczy, lecz tłusty i gęsty, jak zjełczałe masło, uśmiech.

Pan  z  kozią  bródką  widocznie  mnie  wyróżniał  z  niewielkiej  gromadki  gości  tak  rozbawionych,  jak

gdyby to był raut paralityków albo doroczne święto w klubie samobójców.

Atmosfera była ciężka, duszna i parna.
Pan dyrektor objaśnił mnie, że straciłem dwa numery programu, lecz że nie mam czego żałować, gdyż

były słabe. Za chwilę jednak zaczną się atrakcje wyborowe, wobec czego słuszne wydało się pytanie, czy
będę  jadł  kolację  w  tym  wytwornym  zakładzie?  Nie,  nie  będę  jadł  kolacji.  Kto  jednak  przychodzi  do
kabaretu,  ten  szuka  pewnie  podniety  do  szaleństwa  i  takiemu  pewnie  jest  wszystko  jedno.  Komu  jest
wszystko jedno, ten się zwykle upija. Nie miałem wprawdzie do tego najmniejszej ochoty, łatwiej jednak
zwlec dwie godziny z butelką, niż bez niej. Do butelki można gadać, a ona nie odpowiada, słusznie też
najwięksi mędrcy uznali flaszę za jedyną towarzyszkę godną człowieka.

Wobec  tego  zwróciłem  się  do  sympatycznego  dyrektora,  który  z  uśmiechem  łagodnym  i  mądrym

czekał rozkazów.

— Jakie macie wina?
— Najgorsze na świecie — odrzekł łagodnie dziwny ten człowiek.
Odpowiedź była imponująca.
Uśmiechnąłem się.
— Dobrych win nie ma już nigdzie — mówił on. — Łajdactwo ludzkie nie uszanowało nawet wina.

Cóż  możemy  panu  dać?  Trochę  wody  sodowej  z  drożdżami  i  z  landrynkami.  Jak  pan  każe,  aby  się  to
paskudztwo nazywało? Nazwy są stare i autentyczne.

Spojrzałem  z  podziwem  na  tego  szczerego  człowieka  i  on  w  tejże  chwili  spojrzał  mi  w  oczy.  Coś

background image

mnie tknęło. Tę ciekawą i niezwykłą twarz już gdzieś widziałem. Ale gdzie?

— Przed dwoma dniami, panie! — rzekł cicho dyrektor.
— Co się stało przed dwoma dniami?
— Widział mnie pan w domu swego wuja.
Stropiłem się. Cóż za indywiduum! Czyta w myślach, czy co?
— Pan jest odgadywaczem myśli?
— Bynajmniej, ale grymas twarzy człowieka, który chce sobie coś przypomnieć, jest bardzo łatwy do

odczytania. W tej chwili zaś mógł pan zajmować się tylko moją mizerną osobą. Wszak to jasne!

— Tak, to jasne... Niech pan usiądzie, panie dyrektorze.
—  Dziękuję  bardzo.  Jest  pan  bardzo  uprzejmy.  Za  chwilę  odrabiam  mój  numer  na  tej  przeklętej

estradzie, ale mam jeszcze czas...

Przynieśli jakiegoś nowonarodzonego szampana, straszliwa zaś fizjognomia kelnera, na której widok

zadrżałby z radości każdy sędzia śledczy, zapytywała mnie, czy nalać także dyrektorowi? Kazałem nalać
skwapliwie.

— Musi pan pić to, co pan sam nawarzył — rzekłem wcale tym pocieszony, że znalazłem wspólnika

do nieszczęścia, szampan tak bowiem wyglądał w istocie jak nieszczęście. Był bladożółty jak człowiek,
który z rozpaczy nie śpi, cierpki jak beznadziejnie chory, kwaśny jak człowiek chory na wątrobę, i czuć
go było korkiem. Wysoka marka, jednym słowem.

— Pije się nie wino, tylko radość, która chodzi za winem, i pije się duszę człowieka przy winie —

rzekł dyrektor.

—  Pięknie  powiedziane...  Więc  ja  pana  widziałem  na  pogrzebie  mojego  wuja?  Tak,  teraz  sobie

przypominam... Czy pan był jego przyjacielem?

— Nie miałem zaszczytu znać tego dostojnego człowieka.
— Aj! Dlaczegóż tedy miał pan taką zmartwioną minę?
— Jednego człowieka mniej na świecie, chociaż to mały powód do żałości. Właściwie to ja dlatego

byłem zmartwiony, że to kogoś innego chowają, a nie mnie.

— No! no! a któż była ta pani w grubej żałobie, którą pan prowadził pod rękę, co tak bardzo płakała?
— Chciał pan pewnie powiedzieć gruba pani w cienkiej żałobie. To była moja żona. O, siedzi w tej

chwili za bufetem.

— Niepodobna! A cóż żonę pańską łączyło z moim wujem?
— Nic.
— Nie rozumiem! Więc czemu ta kobieta płakała?
— Bo to, widzi pan, ja jestem równocześnie przedsiębiorcą pogrzebowym...
— O! o! o!
—  Tak,  panie.  Miałem  zaszczyt  własnoręcznie  brać  miarę  z  nieboszczyka,  pragnąłem  bowiem,  aby

trumna  była  wygodna.  Nie  będę  dodawał,  że  czyniłem  to  z  całą  możliwą  delikatnością,  aby  zbytnio
szanownego  nieboszczyka  nie  miętosić,  jak  to  jest  w  zwyczaju.  Pan  pojęcia  nie  ma  o  brutalnej
bezceremonialności,  z  jaką  się  zazwyczaj  ci  szakale,  którzy  urządzają  pogrzeb,  odnoszą  do  dostojnych
zwłok.

— A pańska żona?
— Udział mojej żony w tym smutnym obrzędzie był raczej natury artystycznej. Moja żona była kiedyś

aktorką i grywała żałośliwe i rzewne role. Matka, której jednego dnia umarło siedmioro dzieci nie potrafi
tak zapłakać, jak to bez najmniejszego powodu potrafi ta genialna kobieta... Czy pan pozwoli, że poślę jej
szklaneczkę tego podłego wina. Należy się to jej talentowi...

— Ależ proszę, całą butelkę!
—  Dziękuję  panu.  Butelka  w  istocie  większą  jej  sprawi  radość,  niż  taki  naparstek.  Niech  to  będzie

zapłata za jej rzewne łzy, którymi skropiła wujowi pańskiemu drogę do wieczności.

background image

— Ale skąd te łzy?
— Właśnie chcę panu powiedzieć. Dostojny i czcigodny nieboszczyk, jak panu pewnie wiadomo, nie

odznaczał  się  zbytnią  hojnością.  Sądzę,  że  nie  obrażę  pańskiego  bliskiego  krewnego,  jeśli  powiem
obrazowo, że pies byłby go nawet opuścił, nie mogąc w domu pana znaleźć kości do ogryzienia, gdyż pan
czynił to sam.

Pokiwałem smutnie głową.
—  Tak,  panie  —  mówił  dyrektor  —  ponieważ  nikt  nie  wiedział,  że  pan  przyjedzie,  aby  oddać

ostatnią przysługę temu zacnemu człowiekowi...

— Bynajmniej! Ja przyjechałem po spadek!
— Jest to też pewna forma serdecznej pamięci o umarłym, który musiał odczuć żywą przyjemność, że

majątek jego zabierze człowiek tak bardzo miły jak pan...

— Niech będzie!
—  Ponieważ  tedy  szlachetny  nieboszczyk  chciał  mieć  pogrzeb  wystawny,  widocznie  dlatego,  że  się

wstydził  życia,  i  zostawił  u  rejenta  niemałą  sumę  na  tę  uroczystość,  zaangażowałem  moją  żonę  do
wylania  możliwie  jak  największej  ilości  łez.  Myślę,  że  wywiązała  się  ona  doskonale  z  roli  swojej
smutnej i raniącej serce. Czy pan był zadowolony?

—  Niech  pan  podziękuje  swojej  małżonce.  Płakała  tak  rzewnie,  jak  gdyby  to  ona  dostała  spadek,  a

nie ja...

— Dziękuję  panu,  mówi  przez  pana  artysta... Ale,  jeśli  pan  pozwoli,  powrócę  za  pół  godziny,  gdyż

teraz muszę iść na estradę. Zobaczy pan niezwykłe sztuki magiczne.

— Czekam z niecierpliwością!
— Do widzenia!
Pan dyrektor, włócząc za sobą lewą nogę grubo dziwacznym butem sztukowaną, poszedł na estradę.

Wygłosił krótką przemowę do publiczności już przyzwoicie urżniętej, która go przywitała oklaskami jak
starego znajomego. Skłonił się jednak tylko mnie.

Co za wyborny człowiek! Przedsiębiorca pogrzebowy, dyrektor kabaretu, czarny magik, dusza – zdaje

mi  się  –  przez  pół  błazna,  przez  pół  smutnego  człowieka,  idiotycznie  szczery,  bombastyczny  i  skromny,
haniebnie  ironiczny.  Patrzyłem  ciekawie,  co  potrafi  jako  sztukmistrz.  Pokazał  z  początku  kilka  sztuczek,
które  się  widuje  w  każdym  podlejszym  cyrku,  z  kartami,  pierścionkami  i  zegarkami,  pożyczanymi
niechętnie  przez  publiczność;  potem  wyjmował  z  ust  płonące  pakuły,  dymił  jak  lokomotywa,
przecudownie udawał głosy zwierząt i ptaków, wreszcie pokazał sztuczkę niebywałą i trudną; zniknął na
mgnienie oka i zaraz się ukazał. Nie byłem pijany i przetarłem palcami oczy, chcąc się przekonać, czy nie
śpię albo czy nie uległem sugestii. Dyrektor dojrzał ten ruch z estrady i uśmiechnął się do mnie.

Publiczność oklaskiwała go z lękliwym zapałem.
Ja  –  przyznaję  –  zdumiony  byłem  doskonałą  precyzją  tego  szarlataństwa,  toteż  zupełnie  szczerze

oklaskiwałem mojego przygodnego przyjaciela i składałem mu żywym tonem życzenia, kiedy powrócił do
mojego stolika.

— Sztuczka  pańska  ze  zniknięciem,  bez  żadnych  zasłon  i  bez  parawanów,  jest  znakomita.  Jak  się  to

robi?

— Po prostu, znika się.
— Ale jak?
—  To  trudno  wyjaśnić.  Właściwie  to  nie  jest  żadna  sztuka:  zniknąć.  Tyle  rzeczy  znika  na  świecie,

majątki, ludzie, żony, kochanki, i nikt się nie dziwi. Moja sztuczka jest dlatego dziwna, że ja się ukazuję z
powrotem.  Mnie  wolno,  bo  to  w  kabarecie.  Wielu  jednak  ludzi  ze  straszliwym,  nieco  gwałtownym
spotkałoby  się  przyjęciem,  gdyby,  raz  zniknąwszy,  ukazali  się  z  powrotem.  Gdyby  tak  szlachetny  wuj
pański,  który  zniknął  w  wieczności... Ach,  ja  tylko  żartuję,  niech  się  pan  łaskawie  nie  gniewa.  Stamtąd
mało kto powraca...

background image

— Mało kto? Stamtąd chyba nikt nie powraca!
— Tak ściśle tego powiedzieć nie można. Ale – wracając do dalszych tematów – jest jedna osoba na

świecie,  którą  bym  chętnie  nauczył  sztuki  znikania,  nie  nauczywszy  jej  sztuki  powrotu...  Niech  pan  nie
patrzy w stronę bufetu... Ostrożnie! Gdyby tak, och, ona... Moja żona...

— Ach!
— Żona moja jest aniołem, drogi panie... Ale w życiu to i anioł, widzi pan...
— Napijmy się! — rzekłem czym prędzej. — Pan się robi ponury...
— Owszem, jeśli pan łaskaw, to się chętnie napiję. Za chwilę będzie tu pusto. Czy panu się bardzo

śpieszy?

— Wyjeżdżam o ósmej jutro, a spać mi się nie chce. Chętnie z panem pogadam.
—  Ja  jeszcze  chętniej.  Ale,  niech  się  pan  nie  gniewa  za  moją  bezczelność;  czy  mogę  mojej  żonie

posłać w pańskim imieniu coś do wypicia?

— Ależ najchętniej! Kelner, wino!
— Może nie wino? Coś silniejszego... Butelkę rumu na przykład?
— Rumu? Kobiecie? Butelkę?!
— Ach, ona wytrzyma. Jest to istota łagodna, ale silna. Silny trunek działa na nią zresztą kojąco... Do

rumu  czuje  specjalną  predylekcję,  bo  ją  rozmarza.  Ja  także,  jeśli  pan  pozwoli,  i  panu  też  radziłbym
zmienić to obrzydliwe wino na coś mniej obrzydliwego.

— Koniak?
— Pan niech pije koniak, a ja – jeśli wolno – proszę o wódkę. Czystą, zwyczajną wódkę.
Kazałem podać. Mój wuj obrócił się w grobie i stęknął – najwyraźniej słyszałem.
—  Wódka  —  ględził  miły  ten  człowiek  —  ma  wiele  szlachetnych  właściwości:  uśmierza  bóle,

podnieca  temperament,  porusza  leniwą,  ciężką  krew  północną.  Poza  tym  przypomina  kryształ  źródlanej
wody,  więc  może  dlatego  niewinni  Sarmaci  tak  ją  lubią.  U  nas  więcej  zimy  niż  lata,  więcej  lodu  niż
słońca. A wódka to jest roztopiony lód. Każdy naród pije w tym sensie. Włoch i Francuz pije roztopione
na  złoto  słońce,  my  lód.  Dlatego  Polak  tak  się  prześlizguje  po  życiu  jak  na  łyżwach  i  dlatego  się  tak
często zatacza, bo mu ślisko. Smutek Polaka jest tak gorący, że go musi oziębiać wódką, smutek innych
narodów  jest  zimny,  więc  go  podlewają  winem.  My  jednak  mamy  tę  niezaprzeczoną  wyższość  nad
każdym narodem świata, że potrafimy pić wszystko. Pod tym względem mamy genialne zdolności. Gdyby
Hiszpan wypił butelkę czystej, umarłby w mękach, a Polaka podnieci to tylko do wypicia hiszpańskiego
wina. Mocny naród i ochoczy do wypicia, trzeba bowiem umieć pić. Widok pijanego na wesoło Polaka
jest krzepiący. Co za siła, panie drogi, jaka wytrzymałość i jaka otwartość! Anglik pije jak rzezimieszek,
po kryjomu, nieładnie. Z tego powodu mam dla tego narodu uczciwą pogardę. Francuz pije prześlicznie,
Niemiec nieładnie. Jak mogło piwo zwyciężyć wspaniałą i bohaterską moc wina? To śmieszne. Zaczyna
mnie  też  martwić  nie  na  żarty  powolne  przywykanie  Francuzów  do  piwa.  Och,  to  są  niedobre  i
niebezpieczne rzeczy! Myślę o napisaniu odezwy publicznej do Francuzów, aby pili tylko wino, a piwo
będzie obłożone narodową klątwą. W ręce pańskie!

— Dziękuję! Ten koniak jest rodem z piekła.
— Z piekła? Niech pan nie myśli, że wszystko, co jest rodem z piekła, jest złe. Wyjąwszy oczywiście

kobiety. Myślę jednak, że i piekło samo tego nie chciało, co w imieniu jego potrafi uczynić kobieta. Ha!

— Czyż nie ma kobiet niebiańskich?
—  Są,  oczywiście,  że  są.  Ileż  razy  diabeł  przybiera  postać  anioła!  Jest  to  jeden  z  najstarszych  i

najbardziej  banalnych  podstępów  piekielnych.  À  propos  piekła:  moja  żona  kłania  się  panu,  bo  już
odchodzi. Pan pozwoli, że poproszę ją o urlop i pożegnam ją w pańskim imieniu.

— Gdzie państwo mieszkają?
— W tym lokalu, że tak powiem: w przedsionku świątyni sztuki. Ot, tam za tą kotarą są drzwi, które

prowadzą do naszych apartamentów. Są one dość skromne, bo przerobione ze składu na rupiecie, z tego

background image

powodu  panuje  tam  zapach  muzealny,  choć  jedynym  okazem  starożytnej  sztuki  jest  tam  moja  dostojna
małżonka.

— Proszę jej złożyć moje uszanowanie!
— Dziękuję. Pańska uprzejmość jest tak wielka, że chce uczcić potwora.
— Ależ, panie! Jakże można…
—  Można,  panie  —  odrzekł  on  melancholijnie.  —  Egipcjanie  mieli  świętego  krokodyla,  a  ja  mam

moją żonę... Za chwilę wracam!

Miły człowiek pokuśtykał w stronę swoich „apartamentów”.
Na  sali  oddychającej  ciężko  wyziewami  fuzlu,  dymu  cygarowego  i  tym  zapachem  tłustej  ścierki,

którego  z  podobnego  lokalu  nigdy  nie  wypłoszy  najsilniejszy  nawet  strumień  świeżego  powietrza,  nie
było  już  nikogo.  Rzezimieszek  w  straszliwym  fraku  obliczał  w  kącie  przy  stoliku  wpływy  z  targu.
Kazałem  mu  podać  większą  ilość  alkoholu,  uregulowałem  z  góry  rachunek  i  poprosiłem,  aby  poszedł
sobie do diabła, a pan dyrektor sam zgasi światła i pozamyka wejścia.

Zostałem sam. Zdawało mi się wprawdzie, że wychudzony i zielonkawy duch mojego wuja wypłynął

spoza  falistego  pieca,  zbliżył  się  ku  mnie,  długim  palcem  policzył  butelki,  po  czym  westchnął  tak
głęboko, jak duch ojca Hamleta w teatrze na prowincji.

Ale mi się tylko zdawało.
Byłem sam, a duch musiał się urodzić w butelce koniaku.
Patrzyłem  w  stronę,  skąd  miał  wrócić  pan  dyrektor.  Słychać  tam  było  niejakie  wrzaski  mocno

podniesione i miły głos mojego współbiesiadnika.

— Rum działa! — pomyślałem wesoło.
Nagle krzyknąłem. Dyrektor siedział obok mnie przy stoliku.
— Otóż jestem! — rzekł smętnie.
Nie widziałem, żeby wychodził z drzwi, dość odległych; w ogóle nic nie widziałem.
— Jak? Skąd pan się tu wziął? — szepnąłem niemal z lękiem.
—  Zjawiłem  się  dość  szybko,  co  pana  pewnie  dziwi,  gdyby  pan  jednak  mógł  być  obecny  przy

rozmowie  mojej  z  żoną,  dziwiłby  się  pan,  że  tak  powoli  stamtąd  wyszedłem...  À  propos!  Jest  pan
człowiekiem  pełnym  taktu  i  doskonałych  manier.  Muszę  więc  pana  zapytać  otwarcie,  czy  nie  budzi  w
panu  wstrętu  fakt  dość  smutny,  że  będzie  pan  siedział  przy  jednym  stole  z  człowiekiem,  który  przed
chwilą został spoliczkowany?

— Pan?
— Wolałbym, ażeby to mógł być ktoś inny, ale nie było innej ofiary.
— Żona? To aż tak gwałtownie? Po cóż jej pan kazał pić rum?
— Bez rumu byłoby gorzej, rum zaś odjął jej mocnym nogom pewność ruchów, a silnym jej ruchom

odjął tęgość i sprężystość, tak że zostałem obrażony dość lekko, raczej na duszy niż na ciele.

— Biedny pan jest człowiek, drogi panie...
— Pańskie współczucie wylewa na moją steraną głowę najcudowniejsze balsamy. Od stu milionów

lat nie było mi tak dobrze i tak radośnie. Dziękuję panu z całego serca. Przebywam ciągle wśród takiej
hołoty,  że  godzina  spędzona  z  człowiekiem  tak  nienagannych  manier,  z  człowiekiem  o  takiej  jak  pan
wzniosłości ducha, jest dla mnie wiekiem szczęścia.

— Niech pan pije!
—  Dziękuję!  Nawet  to  paskudztwo  wydaje  mi  się  płynem  przedziwnego  smaku.  Uczyńmy  je  nieco

mocniejszym!

Podniósł do ust szklankę wódki i w tej chwili, kiedy ją zbliżał do ust, stało się coś strasznego, oczy

jego  pozieleniały,  twarz  stała  się  szara,  a  ze  szklanki  buchnął  płomień  siny  i  jadowity.  Dyrektor  pić  go
począł z lubością i wypił do dna.

Porwałem  się  z  krzesła.  Głowa  moja  zmieniła  się  nagle  w  szczotkę  do  czyszczenia  ubrania,  tak

background image

przeraźliwy strach podniósł moje włosy. Chciałem uciekać!

— Co?... co... to było?... — wyjąkałem.
—  Jedni  lubią  zimne,  drudzy  gorące!  —  rzekł  dyrektor  takim  głosem,  jak  gdyby  wydobywał  go  z

brzucha. — Co pana tak zdumiało?

— Kto pan jest, na Boga! Kto pan jest? — krzyknąłem zduszonym głosem.
Nagle lampy przygasły jak w teatrze, zrobiło się bardzo cicho, a dyrektor, podniósłszy się z krzesła,

rzekł z ukłonem:

— Diabeł, ale do pańskich usług...
Coś mnie schwyciło za gardło, tak że mi brakło powietrza, czułem, że oczy moje wyłażą z orbit, serce

poderwało się i zaczęło się dobijać do piersi, jak uciekający z pożaru człowiek dobija się do drzwi, nogi
uginały  się  pode  mną,  jakbym  zapadał  w  bagno;  o  włosach  już  nic  nie  wiedziałem,  we  wnętrzu  głowy
bowiem poczułem zimno dotkliwe, strach bowiem ściął mi mózg w bryłę lodu.

Straszliwy człowiek nagle posmutniał. Zgasił oczy jak zielone latarenki, na twarz wróciły mu zwykłe

kolory. Lampy zajaśniały. I zaczął mówić z melancholią:

— Otóż to! otóż to? I pan się przestraszył, nawet pan! Jest mi niezmiernie przykro, o nie umiem panu

tego wyrazić, jak bardzo mi przykro. Niechże się pan uspokoi i usiądzie...

Zbliżył się ku mnie i siłą posadził na krześle. Dusza moja uciekła jak jelonek, opasłe ciało nie było w

stanie  uczynić  najmniejszego  ruchu.  Wodziłem  za  nim  wzrokiem  zdumionym,  przelękłym,  na  pół
zwariowanym. W uszach mi szumiało. Serce uspokajało się powoli, widząc, że mu się żadna krzywda nie
dzieje. Miałem wrażenie, że ktoś mówi do mnie z oddali, jakby przez tubę.

A on mówił:
—  To  są  skutki  straszenia  dzieci  diabłem.  I  niech  mi  pan  powie,  co  we  mnie  jest  strasznego?  Taki

sam jestem jak inni, trochę tylko brzydszy...

— Oczy!... — powiedziało coś we mnie, ale nie ja.
— Oczy?... Trochę mi zabłysły. A u ludzi nie widział pan błyszczących albo zielonych oczu?
— Noga... — powiedziało znów coś we mnie, bez mojego wyraźnego współudziału.
—  Noga?  No,  cóż?  Trochę  nieforemna.  Trudno,  drogi  panie,  kopyto.  Wolę  jednak  moje  diable

kopyto,  niż  niektóre  ludzkie  nogi.  Wie  pan,  co  to  jest  podolska  stopa?  Otóż  ja  wolę  moje  kopyto.  W
każdym  razie  jest  ono  raczej  końskie  niż  ośle,  które  się  dzisiaj  zdarza  u  ludzi.  I  cóż  nadzwyczajnego  w
mojej nodze?

— Pan pił ogień!... — rzekłem konającym głosem.
— Gdyby pan to mógł znieść, piłby pan także w ten sam sposób. Pozwoli pan, ale nawet diabeł nie

może  znieść  wyrobionego  z  kartofli  przez  ludzi  paskudztwa  w  jego  niezmienionej  postaci.  Wolę  już  w
ognistej formie. No! no! Spokojnie, spokojnie... Nie taki diabeł straszny. Prawda?

— Prawda...
— I już się pan nie boi?
— Coraz mniej...
— Więc bez trwogi i jasno patrząc na rzeczy, widzi pan teraz, jak brzydkich sposobów od wieków

używa konkurencja do pohańbienia diabła. A czarny, a ma rogi, a wściekły, a z gęby bucha mu płomień, a
czyha  na  duszę  ludzką...  Panie!  Ja  w  życiu  moim  nie  zrobiłem  nikomu  nic  złego.  Cóż  ja  zresztą  mogę,
biedny, niezłośliwy diabeł wobec człowieka? Za to ile diabeł potrafi wycierpieć od człowieka, tego nikt
by nie zliczył... Jakże tam z samopoczuciem?

— Coraz lepiej, tylko niech pan nie robi żadnych sztuk!
— Cha! cha! — zaśmiał się diabeł — mój repertuar jest mocno ograniczony. Wszystkie moje sztuki

pokażę panu na żądanie. Kilka pan już widział zresztą. Napijmy się!

— Napijmy się! Z panem rozmawia się bardzo miło. Jednak bardzo mnie pan przestraszył.
— Przysięgam panu, że przestraszyłby się pan tak samo, gdyby pan nagle ujrzał anioła. Tylko, że go

background image

pan  nie  zobaczy.  Diabeł  jest  to  istota  bliższa  człowieka,  bardziej  ciekawa  życia  i  bardziej  towarzyska.
Anioł,  panie,  to  jest  hrabia,  arystokrata  stworzenie  subtelne  i  delikatne,  więc  niechętnie  wchodzi  w
ziemską  atmosferę,  która,  prawdę  powiedziawszy,  brzydko  pachnie. A  diabeł,  zdrowy  cham,  brat  łata,
dobry kompan, stary znajomy, bez fochów, bez min, bez pretensji wlezie wszędzie i  wszędzie mu dobrze.
Przy tym aniołowi bardzo jest trudno pokazać się wśród ludzi; musi bowiem przybrać kształt poetyczny,
rzewny i nadobny, musi być młodzieńcem z pięknymi lokami, z długą laską w ręku, biało ubrany. Niech
pan sobie wyobrazi pojawienie się takiej cudownie rzewnej istoty w ludzkim, szarym tłumie! A diabeł,
drogi  panie,  tak  jest  podobny  do  człowieka,  a  raczej  człowiek  tak  jest  podobny  do  diabła,  że
najbystrzejsze nawet oko ich od siebie nie odróżni. Czy pan byłby się domyślił, kim jestem, gdybym panu
tego nie powiedział?

— Być może, że nie... chociaż pańskie nagłe pojawienie się...
— W kinematografie robią jeszcze lepsze sztuki...
— Więc niech mi pan powie... Nie wiem, czy wolno?
—  Dumny  jestem  z  tego,  że  pan  pyta  diabła  o  pozwolenie  i  że  pan  tak  doskonale  przestrzega  form.

Zazwyczaj pędza się nieszczęsnego diabła jak psa. Proszę, niech pan raczy zadawać mi pytania.

— Skąd się pan tu wziął? Dlaczego tu i dlaczego w tej postaci? Przecież pan, istota potężna...
—  Potężna?  Och,  młody  miły  panie!  Jakież  fałszywe  informacje!  Co  pan  nazywa  potęgą?  To,  że

potrafię  oczy  zrobić  na  zielono?  Albo,  że  piję  wódkę  z  ogniem?  Pierwszy  lepszy  uczciwie  fachowy
pijaczyna  zrobi  panu  to  samo.  Umiem  wprawdzie  wiele  sztuk  w  podobnym  rodzaju,  znacznie
efektowniejszych,  ale  i  na  tym  koniec.  To  są  środki,  drogi  panie,  mniej  lub  więcej  zręczne,  mniej  lub
więcej dowcipne sposoby...

— Do czego?
—  Do  utrzymania  dobrego  imienia  firmy.  Piekło  jest  w  stanie  bankructwa.  Człowiek  zaczyna  być

mądrzejszy, sprytniejszy i zręczniejszy od diabła.

— Niemożliwe!
— Niestety, ale możliwe. Tę garstkę pozornych tajemnic, których diabeł używał, aby sobie zapewnić

poszanowanie  i  jaką  taką  pozycję  w  świecie,  człowiek  odgadnął  już  prawie  zupełnie.  Żaden  patent  nas
nie chroni, drogi panie! A niech pan pomyśli, jak się piekło musiało wysilać, aby swoje sztuczki otoczyć
nimbem  cudowności,  grozy  albo  straszliwości.  Trzeba  było  awantur  z  Łysą  Górą,  z  miotłą,  z
czarownicami, z kozłem, z mopsem, z dwunastą godziną, z namaszczaniem się zaczarowanymi maściami,
z  wylatywaniem  przez  komin.  A  skutek?  Skutek  był  taki,  że  jaka  łaciata  stara  krowa  w  jakiejś  wsi
przestała  dawać  mleko  i  trzeba  było  spławić  czarownicę.  Hajże  wtedy  na  diabła!  Czy  to  się  panu
wszystko  nie  wydaje  dzisiaj  śmieszne?  Czarownice!  Każda  aktorka  starczy  za  wszystkie  spalone
czarownice.

— Niestety...
—  Albo  z  tym  lataniem,  drogi  panie.  Diabeł  latał  na  rozpostartej  płachcie,  latał  niezręcznie,

niewygodnie i w dość groteskowy sposób. Niech pan teraz pomyśli, z jaką zawiścią patrzeć musi diabeł
na aeroplan. I niech się pan zastanowi, że jednak diabeł nie potrafił w przeciągu niewielu chwil oblecieć
ziemi dookoła świata... A radio? Panie, człowiek jest straszliwy! Człowiek zgubi diabła, co mówię! już
go zgubił...

— Co też pan mówi?
—  Mówię  z  goryczą,  lecz  mówię  prawdę.  Metody  diabelskie  człowiek  udoskonalił  i  sprecyzował.

Diabeł musi się pocić, klecić niebywałą intrygę, używać do niej dziesiątków ludzi wysilać dowcip, aby
na  przykład  sklecić  oszczerstwo.  Wtedy  wpadał  w  szał  radości,  że  jest  genialny  i  że  potrafił  dokazać
tego,  że  jeden  człowiek  oczernił  drugiego.  Ha!  Niech  pan  teraz  weźmie  do  ręki  byle  gazetę  i  niech  pan
powie, kto lepiej potrafi, diabeł czy człowiek, człowiek ze stu wierszami druku!

— W istocie, pan mnie zdumiewa!

background image

—  Zdumiałbym  pana  więcej,  lecz  trzeba  by  na  to  długiego  czasu  i  niebywałej  ilości  wina,  aby  go

uprzyjemnić, by panu wykazać bankructwo diabła, istoty pożytecznej i pożądanej...

— Pożytecznej? Pożądanej?
— Tak panie! Jak pewne ciałka w organizmie ludzkim, tak diabeł konieczny był w organizmie świata.

Diabeł  wytwarzał  ruch,  życie,  temperament,  wprowadzał  życie  w  stan  wrzenia,  podniecał  umysł  i  na
nieszczęście  swoje  zaprawiał  człowieka  do  walki  ze  wszystkim  tępym,  nieruchawym  i  bezpłodnym.
Diabeł  nauczył  Kaina  wojny,  prawda!  –  Noego  pijaństwa  –  prawda!  –  ale  Greka  nauczył  rzeźby,  a
Horacego  pisania  wierszy  o  sztuce  kochania.  Borgiowie  to  były  diabły,  przyrządzające  truciznę,  ale
Szekspir był też diabłem, który wiedział o człowieku więcej, niż najuczeńszy diabeł z fachu. Wolter był
to diabeł straszliwy, złośliwy i dowcipny, Napoleon był to diabeł wspaniały i pyszny. To wszystko kość
z kości naszej. Piekło było chmurą, ciężką i niekształtną, ponurą, brzuchatą i ciężarną, a ci ludzie to były
błyskawice z tej chmury. My umieliśmy zbierać materiały, oni, wykorzystując nas i naszą głupotę, robili z
tego swoje niesłychane kariery. Człowiek nas okradał zawsze z pomysłów, z idei i wynalazków. Okradł
też i niebo, ukradłszy mu piorun.

— Czemu pozwalaliście na to?
— Pan zapomina, że jesteśmy pod kuratelą i że nie mamy prawa jawnej reprezentacji. W lesie życia

uprawiamy jedynie kłusownictwo, myśliwym zaś, polującym jawnie i precyzyjną bronią, jest człowiek.

— Biedne diabły!
—  Dziękuję  panu  za  dobre  słowo...  To,  co  panu  mówię,  jest  powiedziane  z  grubsza;  odmalowałem

panu  tragedię  diabła  w  ogólnych  zarysach.  Traktując  rzecz  dokładnie,  rozpatrując  ideę  diabelską  w  jej
olbrzymim rozroście, we wszystkich przejawach życia, trzeba by napisać tomy, mówić o tym przez całe
lata z katedry. Zresztą cóż ja wiem? Nic. Jestem diabłem siedemdziesiątego stopnia, więc diabłem lichym
i  mizernym.  Musi  pan  wiedzieć,  że  wszelki  ezoteryzm  brał  stopniowanie  w  hierarchii  wtajemniczeń  z
systemu  naszego.  Ja  tedy  jestem  diabelskim  pachołkiem,  proletariuszem  piekła,  muszę  dodać:
inteligentnym proletariuszem...

— Miałem zaszczyt już to zauważyć...
—  Och!  jestem  wzruszony...  Są  jednak  diabły  wybitne,  mądre,  są  genialne.  Ci  by  potrafili  panu

wykazać, co i ile zawdzięcza nam człowiek, najbardziej chytra istota we wszechświecie.

— Pozwoli pan jednak zapytać: pan ludzi nienawidzi ?
— To za wiele powiedziane. Ja się ludzi boję, a nie bardzo kocha się tego, kogo się lęka.
— Dlaczegóż pan nosi postać ludzką? Czemu pan siedzi tutaj ze mną i żyje moim życiem?
— To konieczność, proszę pana, i to jest moja przeraźliwa tragedia. Zostałem z piekła wydalony...
— Wydalony? Z piekła? Pan żartuje! Piekło niczego nie oddaje.
—  Jest  to  jeszcze  jedna  fałszywa  o  piekle  legenda.  Zostałem  w  istocie  pozbawiony  prawa

zamieszkiwania w piekle. Stąd mój smutek i moja nostalgia. Wszystkiemu jest winna redukcja.

— Cha! cha! cha!
— Śmiech pański rani moje serce. Ja bynajmniej nie żartuję. W piekle nastąpiła redukcja.
— Czemu?
—  W  piekle  są  bezrobotni,  proszę  pana.  Wytłumaczę  to  panu  w  dwóch  słowach.  Otóż,  widzi  pan,

kiedy  świat  jako  tako  uprawiał  cnotę,  czyli  jak  się  u  was  mówi,  żył po bożemu,  było  u  nas  dość  pusto.
Trzeba było zdobywać ludzi, trzeba było zabiegać, robić starania, wyprawy, połowy. Diabłów wysyłano
na świat jak komiwojażerów i diabli wychodzili z siódmej skóry, aby zdobyć kogoś dla piekła. Rozumie
pan?...

— Rzecz nie jest trudna do pojęcia.
—  I  ja,  choć  diabeł  najniższej  rangi,  miałem  zajęcie,  nawet  dużo  zajęcia.  Raz  przez  lat  siedem

kusiłem kasjera, aby okradł kasę. Pół roku trzeba było w tych dobrych czasach namawiać panienkę, aby
się zapomniała. A dziś? Dzisiaj, drogi pani, do piekła zdąża tłum – sam, z własnej woli, obrzydliwy tłum,

background image

ludzie nowi, nieinteresujący, ze złymi manierami, pachnący źle, źle ubrani, nijacy. Po cóż tu diabeł? Co
drugi człowiek nauczył się kraść, co trzeci oszukiwać, co czwarty robić najbrudniejsze interesy, a każdy
gra  na  giełdzie.  Proszę  pana!  Przed  dziesięciu  laty  na  lekarstwo  nie  znalazł  pan  w  piekle  kupca.  Niech
pan pójdzie i zobaczy teraz...

— Pozwoli pan, że nie pójdę — wierzę na słowo.
—  Ach,  tak  się  to  tylko  mówi.  Pan  ma  jeszcze  czas.  Ale  powiem  panu  rzecz  dziwniejszą.  Oto

rarytasem w piekle był polski szewc.

— Nie może być!
—  Tak  jednak  było.  Był  to  naród  twardy,  uczciwy,  pobożny  i  dzielny.  Łatwiej  było  o  kardynała  w

piekle, niż o takiego szewca.

— A dziś?
— Może pan z szewców w piekle wystawić armię. Strach, co się zrobiło z tymi ludźmi. Za szewcami

przyszli krawcy, za krawcami inni. Więc cóż ma do roboty diabeł? Nic. Chyba utrzymywać porządek u
wejścia, aby się hołota zbytnio nie pchała. Nigdy piekło nie wyglądało hołotniej, niż teraz. To też połowę
diabłów niższej kategorii diabli wzięli, to jest, chciałem powiedzieć – zwolniono i wyrzucono na bruk.
Na bruk, to znaczy przeniesiono nas na ziemię, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów. W ten sposób i ja się
tu dostałem, i płaczę.

— Tak panu źle?
— Źle? Panie, ja jestem najnieszczęśliwszą istotą na ziemi.
— No, no, no!
—  Nie  wierzy  pan?  Przecie  pan  widzi,  czym  jestem  i  gdzie  jestem!  W  parszywym  żydowskim,

zabłoconym mieście i pokazuję sztuki w kabarecie.

—  Widzę,  ale  nie  rozumiem.  Z  pańskimi  sztukami  i  pańską  inteligencją  może  pan  żyć  jak  książę  w

Paryżu.

—  Nie,  panie,  nie  mogę.  Moje  głupie  szarlataństwa  są  dobre  dla  tej  hołoty,  trudniejsze  rzeczy  też

tylko  dla  niej.  W  Paryżu  zbytnio  by  się  mną  zainteresowano,  co  byłoby  dla  mnie  niezbyt  bezpieczne.
Zresztą  siedzą  tam  diabły  całym  tłumem,  wszystko  gnało  do  wielkich  miast.  Kilku  znalazło  miejsce  w
dyplomacji, wielu otworzyło knajpy i domy gry. Ja jestem za skromny i nie jestem dość przygotowany do
wielkiego  życia.  Tu  wegetuję,  zacisnąwszy  zęby.  Tu  zresztą  przedtem  był  teren  mojego  działania,  znam
kraj i ludzi. Ryzykować nie chcę, zresztą zżarła mnie tęsknota za piekłem. Dość już i tu miałem przejść.

— To pan nie od początku w takiej poniewierce?
—  Nie.  Próbowałem  rozmaitych  zawodów.  Z  tym  była  pewna  trudność,  bo,  jak  pan  widzi,  ta  moja

nieszczęsna  noga  bardzo  mi  przeszkadza;  z  taką  nogą  nie  mogę  być  listonoszem,  posłańcem,  aktorem,
śpiewakiem,  cyklistą,  żołnierzem,  nie  mogę  być  nauczycielem  tańca  –  wiele  zawodów  jest  dla  mnie
zamkniętych. Pracowałem więc na sto innych sposobów i zarobiłem trochę grosza.

— To doskonale!
— Niestety! Przystąpiłem do spółki z jednym człowiekiem i człowiek mnie okradł. Grałem potem na

giełdzie i poszedłem z kwitkiem. Jestem zrujnowany i ot, jak teraz pracuję. Płakać mi się chce, ile razy
wyłażę na tę estradę.

— Przepraszam pana! Pozwolę sobie, ale niech się pan nie gniewa...
— Niech pan mówi...
—  Otóż  z  pańskim  sprytem,  z  pańską  fenomenalną  zręcznością,  z  pańską  diabelską  umiejętnością

znikania, mógłby pan...

— Co? śmiało! śmiało!
— Mógłby pan zrobić majątek, jaki by się panu podobało!
— W jaki sposób?
— W jaki? No!... W najprostszy... Pierwszy lepszy bank... Rozumie pan... Pierwsza z brzegu kasa...

background image

Pierwszy w ulicy jubiler...

— Co takiego?
— Niech się pan nie gniewa, ale to przecież takie proste...
—  Nie,  panie!  To  nie  jest  proste.  Nie  gniewam  sie,  bo  to  mówi  człowiek.  Człowiek  nie  wyobraża

sobie, żeby nie można było i że nie należałoby skorzystać z pewnych zalet diabelskich. Ale, widzi pan,
diabeł nie kradnie, choć okradają diabła. W pakcie z człowiekiem zawsze człowiek oszukał diabła, nigdy
na odwrót. Diabeł wierzył w ludzkie słowo, człowiek uważał, że nie należy go dotrzymywać. Miał łatwą
ucieczkę i zawsze uciekał. Diabeł jednak przestrzega prawideł honoru. Honor nie pozwala kraść.

— Przepraszam pana bardzo...
— Ach, nie ma za co. Pan nie mógł myśleć inaczej. O diabłach nikt nigdy dobrze nie myślał. Wiele

rzeczy  ludzkich  napełnia  mnie  boleścią,  wiele  rzeczy  mnie  śmieszy,  wiele  irytuje.  Najbardziej  jednak
psuje mi żółć nawyk człowieka do pomiatania diabłem. Człowiek sam nie wie, po co i dlaczego sypie z
gęby swoje niemądre powiedzenia o diable. Na każdym kroku może pan usłyszeć: Idź do diabła! – niech
cię diabli porwą! – czarci syn! – diabelskie nasienie; piękna w swojej grozie góra będzie zawsze czarcią
górą – niebezpieczna przełęcz diabelskim przesmykiem. Niech będzie! Jedno jest głupie, drugie, owszem,
wypływa z podziwu dla diabła. Niech mi pan jednak wytłumaczy, skąd się wzięło powiedzenie szatański
uśmiech? –    albo zaśmiał się jak szatan?

— W istocie, nie wiem...
— Ja wiem. Człowiek swoje wiadomości o diable czerpie z opery. Idiota aktor robi w niej diabła i

wydobywa z brzucha rechot żabi, który się nazywa „diabelskim” śmiechem, albo „piekielnym” śmiechem.

— A jakżeż śmieje się diabeł?
—  Diabeł  nie  śmieje  się  nigdy.  Nie  ma  we  wszechświecie  istoty  bardziej  smutnej,  nie  ma  nigdzie

istoty  bardziej  zbolałej,  do  głębi  serca  smętnej,  niż  diabeł.  Dlaczego?  Są  to  już  sprawy  nie  do
towarzyskiej  rozmowy.  Zostawmy  to.  Otóż,  wracając  do  mojej  historii,  jest  jeszcze  jedna  trudność  w
moim  życiu:  nie  mam  dokumentów.  Jak  pan  to  łatwo  zrozumie,  nie  jestem  ochrzczony,  więc  nie  mam
metryki.  Na  świecie  znalazłem  się  w  gotowej  postaci,  w  tej,  w  jakiej  mnie  pan  ogląda,  więc  nie  mam
żadnego osobistego dowodu.

Uśmiechnąłem  się,  ale  nic  już  nie  powiedziałem.  Diabeł  zauważył  mój  uśmiech  i  odpowiedział  na

jego treść.

— Sfałszować? Nic łatwiejszego, ale, jak już panu powiedziałem, mam wstręt do oszustwa. Można

żyć  i  bez  dokumentów,  a  rzecz  prosta,  że  łatwiej  się  uda  w  małym  mieście,  gdzie  na  to  mało  zwracają
uwagi, niż w wielkim, gdzie ludzie wszystkiego są ciekawi...

— W jakiż sposób — przerwałem — nie mając metryki, mógł się pan ożenić? Ślub zresztą bierze się

zazwyczaj w kościele...

— Panie! Łatwiej o żonę, niż o dokumenty. Toteż uroczystej ceremonii mojego ślubu nie tylko nikt nie

uwiecznił w aktach, ale też nikt jej nie oglądał. Moja żona spadła mi, rzec można, z nieba... A ponieważ
trudno było żądać od niebios, żeby mnie obrzucały z góry błogosławieństwem i szczęściem, toteż spadło
mi z góry najsroższe z nieszczęść.

— Ach, a takie dzikie stadło nie jest oszustwem?
— Bynajmniej! Jest to uczciwy interes, tylko że bez zwyczajowej aprobaty. Czasem to właśnie ślub

jest  ohydnym  oszustwem,  bo  przy  ślubie  składa  się  przysięgę,  o  której  wie  się  z  góry,  że  się  jej  nie
dotrzyma.  Zresztą  w  sprawach  miłości,  tam,  gdzie  ona  sprzęga  dwoje  ludzi,  nie  ma  nigdy  oszustwa.
Ludzie, a ja jestem człowiekiem, nigdy nie oszukują się, kiedy się schodzą, zaczynają to robić dopiero,
kiedy się zeszli.

— Pan kochał swoją – żonę?
— Jestem w głębi serca sentymentalny...
— A czy ona wie, kim pan jest?

background image

— Nie. Nie przypuszcza, że jestem diabłem, gdyż w takim razie miałaby dla mnie albo trochę więcej

szacunku, albo czułaby przede mną trwogę.

— Nic z tego nie czuje?
— Jeżeli uporczywe uderzanie przedmiotem przyzwoicie ciężkim po głowie jest dowodem szacunku,

w takim razie jestem najbardziej szanowanym mężem.

— Po cóż pan to cierpi?
—  Jestem  człowiekiem,  panie.  Diabeł  się  we  mnie  buntuje,  a  człowiek  pokornie  cierpi.  Zresztą  to

romantyczny żywot wedle ludzkich pojęć. Ta osobliwa miłość, której mi ta kobieta daje dowody, miłość
nieco chmurna, nieco zbyt gwałtowna i bolesna, jest moją jedyną rozrywką. Poniewierany jak człowiek,
zapominam,  że  jestem  wolnym  diabłem.  Cierpienie  moje  jest  mniejsze,  tęsknota  moja  pozwala  się
zagłuszyć wrzaskiem tej baby.

— Nadzwyczajne! Pan tak tęskni?
— O, tak! Jest mi tak strasznie źle, że nie śmiem panu tego powiedzieć. Nie mogę żyć w zaduchu i w

bagnie, wśród złodziei i opryszków, wśród małych świństw i małych, mizernych łajdactw. Chcę umrzeć!

— Któż panu przeszkadza? Czy tak trudno o śmierć?
Biedny diabeł spojrzał smutno.
— Bez wątpienia! łatwo, panu łatwo, wszystkim łatwo, tylko mnie trudno.
— Boi się pan?
— Co też pan, u licha, wygaduje! Ja pragnę śmierci, tak jak pan zapewne pragnie życia, bo inaczej jak

przez bramę śmierci nie mogę wrócić tam, dokąd pragnę wrócić z całej duszy, do swoich.

— Ale pana tam nie chcą...
—  Zaczyna  pan  rozumieć  sytuację.  Tak,  nie  chcą  mnie  tam  i  nie  pozwalają  mi  umrzeć.  Kiedyś

wreszcie  to  nastąpi,  bo  diabeł  nie  jest  człowiekiem,  więc  nie  jest  zawzięty  do  nieskończoności,  kiedyś
się bracia moi ulitują nade mną i pozwolą mi stąd uciec jak z więzienia.

— Próbował pan umrzeć?
—  Rzecz  prosta!  Myślałem  wciąż,  wciąż  miałem  nadzieję,  że  już  jestem  ułaskawiony  lub  że  mnie

przyjmą, kiedy się u nich zjawię. Strzelałem do siebie, kula przeszła przez serce i stłukła szybę. Topiłem
się,  zanurzając  głowę  na  całe  godziny  pod  wodą,  i  było  mi  tylko  bardzo  nudno,  bo  żyłem  wciąż.  Mój
związek  z  tą  babą  nie  był  też  tak  bardzo  bezmyślny;  chciałem  wzruszyć  piekło  moją  męczarnią  i
pohańbieniem  i  miałem  pewne  widoki,  że  czego  nie  zdziała  najbardziej  niezawodny  środek  na
sprowadzenie śmierci, to jednak zdziałać potrafi kobieta.

— Rozumowaniu temu nie podobna odmówić głębokiej bystrości...
— Widzi pan! Jadłem cyjankali jak cukierki; kładłem się na torach kolejowych i tylko wykolejałem

pociągi. Stąd mój smutek i moja melancholia. Chciałem się z rozpaczy odurzyć, chciałem zapaść w coś,
co jest choćby półśmiercią, w szaleństwo, i przeczytałem wszystko, coście w ostatnich czasach napisali...

— I nic?
— Jak pan widzi... Nic!
— Nie było mowy o wieszaniu...
— Ależ panie! Ze dwadzieścia razy – nawet wspominać nie warto. Wisiałem godzinami, potem mnie

zdjęli!...

— Panie?!...
— Służę panu...
— Czy pan mnie uważa za idiotę, czy tylko za człowieka pijanego?
— Pijany jest pan w stopniu przyzwoitym, a inteligencja pańska mnie zdumiewa. Nie ośmieliłbym się

zresztą kpić z człowieka, z którym piję wino. To łączy ściślej niż cokolwiek.

— I pan mówi prawdę?
— Powiedziałem panu przecie, że nic prócz ciała nie ma we mnie ludzkiego.

background image

Przetarłem oczy, i straszliwa myśl przyszła mi do głowy.
— Drogi panie — rzekłem — nie dlatego, abym panu nie wierzył... tylko dlatego, że jest to sprawa

zdumiewająca...

— Warto zobaczyć, czy tak?
— Otóż właśnie!
— Cóż pan chce, abym czynił? Ma pan rewolwer?
— Niestety...
— Truciznę?
— Prócz tej, którą pijemy, nie mam.
—  Czekaj  pan!  Jest  tu  solidny  hak  w  ścianie,  a  sznurek  się  znajdzie.  Powieszę  się  dla  pańskiej

przyjemności...  Widzę,  że  jest  jeszcze  butelka  koniaku,  niech  pan  pozwoli,  abym  czego  dobrego  nie
zostawił na świecie...

Wpadłem  w  gorączkowy  stan  podniecenia.  Ten  człowiek  mówił  poważnie.  Pił  długo,  potem

powiada:

— Niech pan westchnie, aby mnie wreszcie diabli wzięli!...
— Jeśli to panu ma zrobić przyjemność... Co pan robi, czyś pan oszalał?
— Wieszam się!
— Ja nie pozwolę!
—  Panie  kochany!  Jestem  jako  tako  pijany,  ale  wiem,  co  robię.  Niech  pan  sobie  pali  papierosa  i

patrzy.  Jeśli  panu  będzie  nudno  samemu,  to  mnie  pan  zdejmie,  jeśli  pan  zechce  odejść,  niech  pan
odejdzie. Rano żona mnie zdejmie, a ja przyjdę pana odwiedzić przed wyjazdem. Dobranoc tymczasem.

Stałem jak sparaliżowany, patrząc, jak ten szaleniec przywiązywał sznur do haka, wylazł na krzesło,

w pętlicę sznura włożył głowę, zacisnął sznur, potem nogą kopnął krzesło. Nie miałem siły, aby krzyknąć.
Miałem wrażenie, że sznur ścisnął moje gardło. Co ja uczyniłem, co ja uczyniłem!

Ten  biedak  wyprężył  się,  głowę  skłonił  na  lewo,  najformalniejszy  wisielec.  Z  ust  nie  schodził  mu

drwiący śmiech. Oczy miał zamknięte. Nie wydał żadnego głosu. Wisiał spokojnie, bo musiał już umrzeć.

Strach  mnie  obleciał  tak  lodowaty,  że  zadrżałem,  jakbym  wpadł  w  wodę.  Czułem,  jak  się  na  mojej

głowie podnoszą włosy. Chciałem krzyczeć o pomoc i nie mogłem. Po co zresztą krzyczeć? Ten straszny
trefniś śmieje się już w piekle. Okropny szarlatan przypłacił swój głupi żart życiem.

Wytrzeźwiałem i trzeźwo zacząłem myśleć, że jestem winien śmierci człowieka i że ja za nią jestem

odpowiedzialny. O! o! o! Widziano, że zostałem z nim sam, widziano nas pijących. Historia zaczęła się
stawać ponura.

Wobec  tego  tchórz  wylazł  z  nory  mojego  serca.  Uciekłem.  Chyłkiem,  przemyślnie,  czujnie,  aby  nikt

nie  zauważył.  Strach  biegł  za  mną,  a  ja  biegłem  przed  strachem.  Wpadłem  do  hotelu,  zacząłem  składać
nerwowo rzeczy. Świt szarzał na szybach. Pociąg odchodzi za parę godzin. Rozpacz, rozpacz!

Osłabły, strachem nieustannym pobity, wiłem się i szalałem. Jeszcze dwie godziny, jeszcze jedna. Już

jest  jasny  dzień  i  już  znaleźli  tego  tragicznego  idiotę,  pijaka,  który  omamił  drugiego  pijaka.  Za  chwilę
będzie u mnie policja.

Ktoś puka do drzwi.
Serce we mnie podrygnęło, jak nagle spłoszony w bruździe zając. Chwyciłem ręką kurczowo krawędź

krzesła.

— Policja! — jęknęła we mnie dusza.
Ktoś puka powtórnie, ponieważ zaś nie odpowiadam – wchodzi.
Na  wszystkich  diabłów  wszystkich  piekieł!  Zatoczyłem  się.  Oczy  moje  wylazły  z  orbit.  Na  czoło

moje wyszedł zimny pot.

On, on – we własnej osobie stał na progu i uśmiechał się drwiąco.
— Przepraszam — rzekł smutno — ale chciałem dotrzymać obietnicy.

background image

— To pan?
— Cóż dziwnego? Mówiłem panu, że przyjdę. Trochę mi było smutno, że pan odszedł z kompanii i

lekkomyślnie zostawił pół butelki płynu. Ale to ludzkie, staram się to zrozumieć. Gdyby się pan powiesił,
ja bym jednak pana samego nie zostawił... Niech się pan nie gniewa...

— Strach...
—  Rozumiem,  rozumiem,  i  nie  mówmy  o  tym.  To  drobiazg  wobec  tego,  że  mi  się  znowu  nie  udało.

Wisiałem parę godzin, nadaremno. Panie, ja jestem bardzo nieszczęśliwy...

Poczułem  w  duszy  wielkie  wzruszenie.  Tak,  to  jest  najnieszczęśliwszy  człowiek  na  świecie.  Z

mojego wzruszenia wyskoczyła nagle myśl genialna.

— Panie kochany! — krzyknąłem. — Ma pan czas?
— Sto, dwieście milionów lat...
— Za pół godziny wyjeżdżam do stolicy, jedź pan ze mną!
— Moje nieszczęście jest wszędzie to samo. Po co?
— Czy ja wiem? W wielkim mieście zawsze łatwiej o śmierć...
— Jadę! — krzyknął dyrektor.
— A pańska żona?
— Na prowincji łatwiej o męża.
W  ten  sposób  stał  się  miły,  stary  diabeł  moim  towarzyszem.  Miałem  do  niego  niepojętą  słabość,

lubiłem  bardzo  tego  kulawego,  mądrego  biedaka.  Polubili  go  zresztą  wszyscy  moi  przyjaciele  za
uczynność, dowcip i gorzki, ale łagodny humor.

Próbował  parę  razy  samobójstwa  „wielkomiejskiego”:  rzucał  się  z  wysokości  najwyższego  piętra,

najwyższej kamienicy i tylko psa przestraszył, który uciekł, przerażony, nie umiejąc sobie zdać sprawy,
skąd spadł ten człowiek, który się podniósł natychmiast, zaklął i poszedł dalej.

Miałem  swoje,  dobroczynne  plany.  Postępowałem  ostrożnie,  chytrze  i  celowo.  Byłoby  nudne

opowiadanie, jakimi drogami doszedłem do tego, że miły ten diabeł, wlazłszy między wrony literackie,
zaczął  krakać  jak  i  one.  Mój  diabeł  został  po  roku  –  autorem  dramatycznym.  Talent  miał,  oczywista,
diabelski.  Napisał  świetną  sztukę.  Zaczął  żyć  z  literatury.  Cofnąłem  mu  wszystkie  apanaże.  W  tym
miejscu historia zaczyna być zajmująca: odmówiono  mu  talentu,  zarzucono  zbytnie  pretensje,  napuszoną
mądrość,  zbyt  jadowity  dowcip  i  powiedziano,  że  zbyt  bezczelnie  naśladuje  Shawa.  To  wszystko
powiedziano mądremu diabłu, bo był – o, głupi! – Polakiem i pisał po polsku. Powieść jego odesłano do
diabła. Pyszny poemat pt. Piekło uznano za bzdurę fałszywie demoniczną.

Obudziła  się  w  nim  pycha  wspaniała,  diabeł  cierpiał.  Spotykały  go  zniewagi  dotkliwe  i  jadowite;

wywlekano  z  niego  wnętrzności,  napawano  rozpaczą.  Odżywione  przeze  mnie  diablisko  chudło  w
oczach;  posiwiał  i  postarzał  się.  W  jednym  piśmie  napisano  mu,  że  człowiek,  który  zostawia  ukochaną
żonę na bruku, jest rzezimieszkiem, nie poetą.

I oto diabeł, który połykał cyjankali jak aspirynę, nie mógł przełknąć tego, co o nim pisano. Męczył

się i cierpiał. Jego diabelską szlachetność doprowadzono do spazmów.

Nikt wkrótce nie chciał wydawać jego głupich książek. Przyszedł prosić o pożyczkę – odmówiłem.
Kiedy  go  odwiedziłem  (mieszkał  na  strychu,  mimo  głośnego  nazwiska)  –  leżał  w  łóżku,  złamany  i

zbolały. Tryumf pierwszych powodzeń był zbył wielki, aby rozczarowanie nie miało być straszne.

Jednej nocy przysłał po mnie.
Był to szkielet, wychudzony głodem, odarty z mięsa przez rozpacz. Dokoła leżały stosy rękopisów.
Uśmiechnął się do mnie dobrym uśmiechem.
—  Dziękuję  panu!  —  rzekł  cicho.  —  Rozumiem  teraz,  jak  mądrze  pan  pokierował  całą  sprawę.  Ja

dziś  umrę...  Z  głodu...  Że  też  ja,  stary  diabeł,  nie  wpadłem  na  to  dawno,  że,  aby  umrzeć,  trzeba  tylko
zacząć pisać książki... Och, jaki pan mądry, jaki mądry... Żeby mnie tylko w piekle przyjęli!... Bo już nie
wytrzymam dłużej...

background image

Chwycił moją rękę i tak umarł, mądrze i dobrotliwie uśmiechnięty.
Musiał umrzeć naprawdę, bo w powietrzu zrobił się nagły rwetes, jakby wiatr płakał.
A to diabli – jego bracia – płakali, widząc, co się z nim stało, i jak straszne męki wycierpiał diabeł,

który w Polsce książki pisał.

Więc go przyjęli miłosiernie i z wielką miłością.
 
 

KONIEC

 
 
 


Document Outline