background image

ERICH MARIA REMARQUE

PRZYSTANEK NA HORYZONCIE

(Station am Horizont)

Przełożył Andrzej Zawilski

background image

I

Kai zdumiewał się, że po roku znów jest w domu, że otaczają go te same co w młodości 

krajobrazy i ludzie, wśród których dorastał. To zdumienie towarzyszyło mu zawsze, kiedy wracał 

i wszystko było jak przedtem: hrabina Ghest ze swoją słabością do ciasta cytrynowego i muzyki 

romantycznej, białowłosy pan von Croy, rodzeństwo Holgersen. Tylko mała Barbara nie była już, 

jak wtedy, dzieckiem.

Wszyscy siedzieli jeszcze na tarasie rodowej siedziby. Drzwi do pokoju muzycznego były 

otwarte, gdyż uważano, że muzyka dobrze się komponuje z wczesnojesiennym otoczeniem. Park 

i żółknące w  nim liście tworzyły  odpowiednie  tło. Tym  milej  zasiądzie  się potem do stołu: 

stosowne uwagi o znikomości rzeczy zaostrzą apetyt.

Spokojnie,   gdzieś   z   samego   dna,   wpełzało   dotychczas   głęboko   uśpione   poczucie 

własnego istnienia - zdominowane nastrojem pory roku, spotęgowane porządkiem zdarzeń dnia. 

Tutaj siewy i żniwa były zawsze ważniejsze od spraw serca. Wszyscy żyli tak samo, nie było 

większych  różnic.  Znano   się  zbyt  długo,   by  jeden   drugiego  mógł   jeszcze  czymś   zaskoczyć. 

Dlatego w rozmowach nie wykraczano poza, jakże zdrową, przyziemność dnia powszedniego. 

Chwilami natrętne „ja” domagało się względów. Godzono się z tym. Nikt jednak nie pojmował, 

jak bardzo to ciągłe bycie z sobą przeszkadza penetracjom Ale w zamian pozostawała pokrywana 

gadulstwem pustka.

Wiatr targał zamaszyście wierzchołkami platanów i chwilami zagłuszał muzykę. Spoza 

drzew błysnął spóźniony piorun.

Kaia ogarnął niepokój: nagle dotarło doń, że minuty i sekundy jego życia  przemijają 

bezpowrotnie,   podczas   gdy   on   tkwi   tutaj,   obecny   jedynie   połowicznie.   Obok   przepływał 

bezgłośnie strumień czasu, zagadkowy, niepokojący, niepowstrzymany, sunący niczym cień, bez 

ustanku, jak niemiłosierne krwawienie.

Dłużej Kai nie mógł tego znieść. Pod jakimś pretekstem pożegnał się i poszedł do stajni. 

Chciał wziąć konia i przez wrzosowiska popędzić do domu.

W cieple półmroku  pachnącego słomą i oddechem zwierząt leżała  pośród koni Frute, 

błękitna dożyca. Słysząc kroki, zerwała się i wypadła na zewnątrz z radosnym ujadaniem. Jej 

szczek zamienił się po chwili w pełen zachwytu skowyt. Kai nasłuchiwał. W drzwiach stajni stała 

młodziutka Barbara.

- Kai, pojadę z panem! - zawołała. - Mamy na to cały wieczór. Za lasem jeszcze widać 

background image

burzę.

Wsparta o boks przyglądała się Kaiowi. Jej twarz ginęła w ciemności. Zarysy jaśniejącego 

w mroku czoła i ocienionych  ust miały osobliwy urok. Wpadające przez okno nikłe światło 

odbijało się w jej oczach. Kai widział, jak bardzo coś wyrywa się w niej naprzód - coś, czego 

jeszcze sobie nie uświadamiała. Pobiegła za nim, bo zdawało się jej, że chce z nim jechać; w 

rzeczywistości chodziło o więcej.

Stali pomiędzy stłoczonymi  zwierzętami, obok okrytych  gładką sierścią koni i mocno 

przytulonego,   lśniącego   psa,   pośród   końskiego   potupywania,   cichego   parskania   i   brzęku 

łańcucha. Naraz Kai chwycił Barbarę za ręce i rzekł dobitnie:

- Barbaro, zawsze po powrocie zastawałem panią  dojrzalszą. Dlatego te powroty były 

wspaniałe. Ale pani nie wolno opuszczać tego miejsca. Proszę mi wierzyć, pani należy do tego 

domu, do tych lip i platanów, psów i koni. Ja powinienem był nigdy stąd nie wyjeżdżać albo 

wcale nie wracać;  teraz jestem rozdarty,  nie umiem  już tak naprawdę wrócić. Pani miejsce, 

Barbaro,   jest   jednak   tutaj,   pośród   tej   ciszy,   jest   pani   stworzona   do   takiego   życia:   godnego, 

pełnego prostoty.

Jej   dłonie   drżały.   Nie   odpowiadała.   Milczenie,   które   zapadło,   nabrzmiewało 

wyczekiwaniem, zaczynało ciążyć. Kai przerwał je:

- Trzeba osiodłać klacz, Barbaro.

Jechali obok siebie. Zaraz za parkiem ciągnęły się łąki i pola, pomiędzy nimi leżała wieś. 

Dalej zaczynały się wrzosowiska porośnięte brzozą, krzewami jałowca, usiane głazami. Horyzont 

był   zachmurzony.   Co   chwila   rozświetlały   go   poskręcane   zygzaki   błyskawic.   Konie   uniosły 

głowy. Wiatr, który dotąd hulał pod lasem, owładnął aurą wieczoru.

- Znowu pan wyjedzie?

- Nie wiem. Być może. - Kai naraz się pochylił i znów wyprostował. - Tak. Możliwe, że 

wyjadę...

Popędzili   konie.   Droga   wiodła   na   wzniesienie.   Z   góry   roztaczał   się   rozległy   widok. 

Ściągnęli koniom cugle. Na wzgórze opadał cień, wciskając się między kamienie i krzaki. Za 

wzgórzem, w gęstniejącym mroku, falowały wrzosowiska.

Błyskało się coraz częściej. W rudawym blasku leżąca opodal wieś wyglądała jak nocna 

zjawa. Gwałtowne rozbłyski wydobywały z ciemności rzędy dachów i niską, jasną wieżę. Potem, 

tak samo nagle, wszystko wpadało w otchłań. Wykwitający na sekundę obraz sprawiał wrażenie 

background image

oglądanej we śnie dalekiej fatamorgany. Najcichszy nawet grzmot nie odezwał się w przerwach 

dzielących błysk od ciemności.

Okolicę prostą linią przecinał nasyp kolejowy. Na podobieństwo lśniącej, podniecającej 

obietnicy biegły po nim szyny. To srebrząc się, to matowiejąc, zlewały się na widnokręgu w 

jednolity,   fosforyzujący   punkt.   Biegną   tak   ku   nieskończoności,   pomyślał   Kai.   Grzbiet   konia 

kołysał się pod nim rytmicznie. Szyny wybiegały w bezkresną dal. Pośród wiatru i błyskawic 

nadciągała noc. Krzyknął do Barbary:

- Zwolnij, o tej porze powinien przejeżdżać pociąg!

Naraz drgnęła ziemia, w głębi odezwał się jakiś rumor. Druty wzdłuż nasypu jęknęły 

metalicznie   i   po   chwili   ich   śpiew   zmieszał   się   z   narastającym   hałasem.   Łańcuch   lampek 

sygnałowych   zamigotał   jak   sznur   nagle   zastygłych   lśniących   oczek   wodnych,   bezgłośnie 

podskoczyło ramię semafora. Ponad torami wyrosły reflektory poprzedzane białą smugą światła. 

Obok jeźdźców przetoczyły się jasno oświetlone, długie wagony ekspresu. Przez sekundę było 

widać   ludzi   w   oknach;   jakaś   postać   przylgnęła   do   szyby,   nie   wiadomo   -   kobieta,   a   może 

mężczyzna? I już po wszystkim. Jeszcze tylko rozpływające się w oddali, podskakujące tylne 

światełka pociągu, po czym znów zapadła cisza.

Kai skulił się w siodle i mocno wsparł na łęku. To była jasna wyspa, która jak kometa 

przecięła nieboskłon. Przybyła nie wiadomo skąd i pomknęła w nieznane. Wewnątrz ludzie: teraz 

obok siebie, za chwilę każdy podąży w inną stronę. Cały ogrom ludzkich przeznaczeń pędzących 

w   jasnej   kabinie   poprzez   ciemność.   Jakiż   splot   podniecających   tajemnic   ciągnął   za   nimi. 

Zdawało się, że ponad bezkresem równiny,  z chmur i cienia, z ziemi i nocy wołają głosy - 

niezrozumiałe i pomieszane, istna kipiel morza, które kłębi się i woła...

Nad lasami  przetoczył  się pierwszy grzmot.  Kai  wyprostował  się. Uśmiechnął  się do 

Barbary i chwycił cugle jej konia.

- Miała pani rację, Barbaro. Znowu chcę wyjechać.

Będę podróżował. Wyjadę zaraz. Zegnaj, zawdzięczam pani najpiękniejsze chwile...

Puścił cugle i chciał odjechać, lecz zatrzymało go spojrzenie dziewczyny. Czuł, że trzeba 

coś jeszcze powiedzieć, coś istotnego, ważnego. Nie mógł jednak znaleźć słów. Choć szukał ich 

gorączkowo,   umykały   mu,   przepadały   w   natłoku   obrazów.   W   końcu   pośpiesznie,   niemal 

gwałtownie wykrzyknął:

- Ale wrócę...!

background image

To   też   znaczyło   niewiele.   Jednakże   czas   naglił,   nabierał   tempa.   Jakby   strata   minuty 

oznaczała utratę życia. Koń kręcił się i przytupywał, udzielił mu się niepokój jeźdźca.

Barbara uniosła głowę i poruszyła się znacząco. Kai zrozumiał. Zawrócił konia. Chciał do 

niej podjechać. Wiedział, że przytuliłaby się teraz do niego. Wiedział też, że jego „nie” zabrzmi 

stanowczo, że się od niej na dobre odsunie. Nie mógł dopuścić do wybuchu namiętności. Bał się, 

że nałoży sobie pęta. Ale przypływ w nim wzbierał. Nim sięgnął szczytu, Kai spiął konia i nie 

patrząc za siebie, puścił się galopem z góry, prosto do swego domu. Przed nim przez zarośla 

pędziła psica. Wyglądała jak błękitny lis.

Wjechał na podwórze, zaprowadził  konia do stajni i zaczął  go czyścić.  Zaraz jednak 

przerwał, oddał stajennemu szczotki i szmaty, a sam poszedł do siebie na górę.

We wszystkich kątach pokoju stały ogromne, okute metalem walizy. Biła z nich jakaś 

władcza moc. Odrapane, poobcierane, oklejone były mnóstwem kolorowych etykiet hotelowych. 

Każda oznaczała jakiś etap, migotanie dni podobne do szybowania mew, jakieś wspomnienie. 

Krawędź   ozdabiała   charakterystyczna   plakietka   z   Mena   House   -   palmy,   pustynia,   piramidy, 

mętnoszary   Nil,   orkiestra   wojskowa   w   sali   restauracyjnej   Shephearda,   pola   golfowe   Grand 

Hotelu   w   Heluanie,   zachody   słońca   pod   Asuanem,   hotel   Katarakta,   jazda   powolną   dahabiją 

prosto w niebo barwy jadeitu. Dalej był emblemat hotelu Galie Face - czyli plaża w Kolombo, 

gdzie grzywy fal morskich rozpryskiwały się niemal na szybach okiennych, w sali mauretańskiej 

buczały wentylatory, a dwudziestu milczących, odzianych w biel hinduskich boyów czatowało za 

kolumnami na samotnych gości, by uraczyć ich wodą sodową i zielonymi cygarami; Grand Hotel 

w Gardone z kiczowatymi landszaftami przedstawiającymi Lago di Garda - a więc przejażdżki 

motorówką w bryzgającej pianie i słońcu, szkocki pled i popołudnia w San Vigilio; brązowy bilet 

bagażowy kolei andyjskiej - pociągi wspinające się ponad przepaściami Kordylierów. Na jakiejś 

stacji indiański dzieciak, nieruchawy, o wąskiej głowie, w o wiele za dużym poncho, patrzący 

przerażającym wzrokiem stulatka - stemple komór celnych w Buenos, w Rio, księżycowe noce w 

tropiku owiewane pasatem, Amerykanka i Murzyn w orkiestrze okrętowej; hotel Medan, Palące 

Hotel, Grand Orient, hotel Buitenzorg - jawajski płaskowyż, brązowe dziewczęta i dudniące po 

całych   nocach   gongi   tysiąca   gamelanów.   Wszystkie   naklejki   należały   do   przeszłości.   Teraz 

jednak każda stawała się realną rzeczywistością: to był zew życia. Właśnie te niezgrabne walizy z 

drewna, mosiądzu i skóry, grube, opasłe, kanciaste, rozstawione nocą po pokoju, działały niczym 

wielki   nadajnik   radiowy   świata,   anteny   własnego   jestestwa.   Kolorowe,   wyblakłe   etykiety 

background image

rozbrzmiewały muzyką przygody.

Kai przyniósł jedną z waliz, otworzył zamki. Pusta czeluść żarłocznie pochłonęła bieliznę, 

ubrania i różne drobiazgi.

Za jednym zamachem spakował się do końca i zniósł wszystko do garażu. Później wrócił 

na górę i przebrał się do podróży. Wiedział, że postępuje niemądrze, że byłoby lepiej spokojnie 

wszystko uporządkować i opóźnić wyjazd o godzinę, a nawet o dzień. Nie chciał jednak tłumić w 

sobie owych namiętności, które wzbierały, burzyły się, gnały go naprzód. Odrzucał namysł i 

rozwagę, ryzykował.

Utwierdził się w postanowieniu i razem ze swymi zamiarami, myślami i słowami rzucił w 

porywający go nurt. Przegryzł kilka kęsów, wydał polecenia zarządcy, podpisał jakieś papiery i 

zszedł znów do garażu. Włożył zakurzony kombinezon automobilowy, gwizdnął na psa, który 

jednym susem znalazł się obok, nacisnął starter i powoli, na najniższym biegu, przetoczył się 

przez   podwórze.   Potem   warkot   silnika   przeszedł   w   jednostajny   szum,   dziko   i   przeciągle 

zakrzyczał ponad polami klakson, reflektory omiatały drogę. Pojazd rwał na południe.

Pierwszego dnia po południu Kai spotkał Cyganów. Omal nie rozjechał pomarszczonej 

staruchy, która została z tyłu za taborem, by żebrać po wsiach. Spluwając ze strachu, złorzeczyła 

kołom i wygrażała wychudłymi pięściami. Kiedy jednak dojrzała skuloną na tylnym siedzeniu 

Frute, zlękła się i chciała uciec.

Kai   przywołał   Cygankę.   Mocno   zagniewana   wróciła.   Zaprosił   ją   do   samochodu. 

Powiedział, że może z nim jechać tak daleko, jak tylko zechce. Stara zagadała coś do psa, potem 

kiwnęła głową i wsiadła.

Kai dowiózł ją do taboru i zamierzał ruszyć dalej. Przeszkodził mu w tym mężczyzna 

krępej postury, o ciemnym wejrzeniu chytrego chłopa. Malowniczo gestykulując, przekonywał 

Kaia, by został jeszcze godzinę - stąd już niedaleko do miejsca na obóz. Próbował wytłumaczyć, 

że odmowa zmartwi starą.

Kai dał się uprosić. Po chwili zaprzęgi zjechały w leśną drogę i wtoczyły się na polanę. 

Ustawiono wozy i wkrótce nad gorejącym  ogniem zawisł wielki, miedziany kocioł. Starucha 

pochyliła się nad nim z warząchwią i mieszała, dorzucając do kotła ziół i okrawków mięsa.

Zupa miała niezwykły smak, tak ostry, jakby doprawiono ją alkoholem. Na pytanie Kaia 

stara zaśmiała się:

- Nie, tylko zioła...

background image

Chwyciła  go za lewą rękę i zaczęła  wróżyć.  Szybko,  z ogromną  wprawą mamrotała. 

Naraz  coś  spostrzegła   i  zamilkła.  Kai   nie  pytał  o  nic.   Wyjął   papierosy  i   poczęstował   starą. 

Gwałtownie zbiegły się dziewczęta, ich chwytliwe palce przebierały w pudełku. Na czyjejś ręce 

błysnął agat. Dłoń była smukła, delikatna w przegubie.

Kai uniósł oczy, szukając twarzy. Dziewczyna wytrzymała jego wzrok, z wolna się jednak 

zarumieniła, rysy jej zmiękły. Pod delikatną cerą pulsowała krew.

Powiedział   coś   do   niej.   Potrząsnęła   głową,   nie   rozumiała.   Patrzyli   tak   na   siebie, 

odgrodzeni od całego świata ludzkiej mowy, w całkiem nowy i szczególny sposób, szukając w 

końcu porozumienia bez słów.

Kai zauważył, że stara to spostrzegła i chce coś powiedzieć. Natychmiast ją uprzedził, 

rzucając mimochodem pytanie o jej sprawy osobiste. Odparowała od razu, reagując jak stary 

wyjadacz, po czym wpadła w lament. Nagle jednak przestała rozpaczać, zmrużyła figlarnie oko, 

roześmiała się i zaczęła wybierać z kotła kawałki mięsa dla Frute. Kai pożegnał się.

W Monachium zaopatrzył się w wizy i dokumenty automobilowe.

W Kochel padał deszcz. W Walchensee kleiła się do szyb wirująca śnieżna breja. Dwa 

kilometry dalej leżał śnieg. Przed Zirlbergiem droga pod śniegiem była zlodzona. Koła kręciły się 

w miejscu. Kai nie miał łańcuchów.

Odpiął rzemienne pasy od waliz i obwiązał nimi opony. Po kilkuset metrach ze skór 

zostały strzępy. Powiązał je, powplatał drut i gałęzie jodły. Spróbował raz jeszcze. Na ostatnim 

ostrym podjeździe wóz bezwładnie stoczył się z góry i tylko z najwyższym trudem udało się go 

powstrzymać. Kai musiał wrócić po łańcuchy śniegowe.

Wiedział,  że nie ma  innego wyjścia.  Jednak na przekór wszelkiej  logice  konieczność 

zawrócenia   zdeprymowała   go.   Najchętniej   by  zaryzykował   i   jeszcze   raz   spróbował   pokonać 

wzniesienie.

Z łańcuchami na kołach wóz gładko wspiął się na górę. Niebo pojaśniało. Odbijało od gór 

nasyconym   błękitem.   Dotychczas   Kai   jechał   bez   określonego   celu.   Teraz   się   zdecydował. 

Postanowił skierować się na Lazurowe Wybrzeże.

Następnego ranka zostawił Alpy za sobą i pędził pośród białego pyłu włoskich dróg.

Raz   z   prawa,   raz   z   lewa,   kiedy   indziej   nad   nim   lub   głęboko   w   wąwozie   biegła 

zelektryfikowana linia kolei pośpiesznej. Krętymi serpentynami droga opadała do Pontedecimo. 

Późnym popołudniem był w Genui. Nie zatrzymując się, pojechał dalej do Monte Carlo.

background image

Po przyjeździe do hotelu przygotował sobie japońską kąpiel w ukropie z dodatkiem olejku 

eukaliptusowego.   Potem   natarł   ciało   spirytusem   mentolowym.   Tak   odświeżony   wypakował 

smoking i ubrał się.

Kupił zieloną  kartę wstępu do  cercie priue  kasyna.  Po drodze rzucił okiem w stronę 

wielkich   sal.   Drobni   kupcy   angielscy   tłoczyli   się   wokół   stołów   gry   wraz   z   miejscowymi 

Rosjanami i podstarzałymi Amerykankami. Obstawiano jak najniżej. Pomiędzy nimi siedziało 

towarzystwo pośledniejszej rangi przemieszane z kokotami i leciwymi Angielkami, których na 

całym świecie uniknąć nie sposób.

Jak dobrze być Brytyjczykiem, pomyślał Kai. Wszystkie stare panny wysyła się z Anglii 

na Lazurowe Wybrzeże bądź do Egiptu.

W  salons prives  kończyła się partia bakarata. Nie było w tym nic interesującego. Kai 

wyszedł  z kasyna  i  snuł  się wzdłuż Avenue  de Monte Carlo.  Zza  budynku  poczty błyskały 

latarnie   stojące   u   wejścia   do   portu.   Na   wodzie   obok   zacumowanych   jachtów   motorowych 

kołysały się troskliwie okryte żaglówki. Prychające automobile wspinały się po stromej ulicy. Na 

prawo jaśniał oknami Sporting - Club.

Kai wszedł, pokazał legitymację. Trafił między znajomych.

Panowało tu ożywienie. Jakiś Rosjanin właśnie stracił ćwierć miliona franków. Przy stole, 

gdzie grano wtrente - et - quarante, po raz szósty z rzędu wygrana padła na noir. Wyglądało to na 

początek passy i ludzie w podnieceniu cisnęli się obstawiać.

Kai podszedł do stołu i postawił kilka razy. Przed nim siedział jakiś typ z Bałkanów. Miał 

zapadnięte czoło. Jego palce zdobiło mnóstwo pierścieni. Choć różniły się od siebie, w każdym 

tkwił szmaragd. Obok leżała szkatułka z japońskiej laki - w połowie czarna, w połowie czerwona. 

Wewnątrz uwięziony był mały pajączek. Jegomość co chwila potrząsał szkatułką. Zależnie od 

tego, w której połowie znalazł się pajączek, stawiał na rouge lub noir.

- A pan jaką ma maskotkę? - spytał Kaia Bird, producent automobili.

- Po co mi maskotka? - odparł Kai.

- Wobec tego nie może pan grać - ciągnął z całą powagą Bird. - W tym sezonie nikt nie 

ryzykuje gry bez maskotki. Niech pan spojrzy na tę rudą Amerykankę. Krowi dzwonek, który 

przypasała do lewej ręki, waży co najmniej kilogram. Zobaczy pan, że nie rozstaje się z nim 

nawet na minutę. To właśnie jej maskotka.

- Co za szczęście, że nie przyszło jej do głowy dzwonić przed każdą grą - powiedział Kai.

background image

Niech   pan   nie   żartuje.   Mężczyzna   naprzeciw   jest   Brazylijczykiem   i,   jak   sądzę, 

plantatorem kawy. Widzi pan? Obok niego leży mały żółw. Brazylijczyk przywiózł go tu zza 

oceanu.   Niestety,   żółw   nie   znosi   miejscowego   pokarmu.   Dlatego   codziennie   właściciel 

sprowadza mu specjalną sałatę z Nicei. Zanim zagra, każdy żeton pociera o pancerz zwierzęcia. 

W ten sposób wygrał już dwieście tysięcy franków. Seria, w której sześć razy wygrana padała na 

noir, już się skończyła. Przed siódmą grą nieuważny sąsiad strącił żółwia ze stołu. Brazylijczyk 

natychmiast przerwał grę i wyszedł. Od tej chwili stale wygrywał  rouge.  Przed godziną żółw 

znowu zjawił się na stole. Widać przywrócono go do łask. Cóż... chodźmy do rulety. Po prawej 

siedzi książę Fioła. To dzięki niemu przy tym stole gdzieś od dwunastej gra się bardzo wysoko.

Kai znalazł jakieś miejsce i zasiadł do gry. Mało go to jednak obchodziło. Fioła windował 

stawki i wkrótce nikt nie obstawiał poniżej tysiąca franków.

Brazylijczyk   też   się   tu   przeniósł,   usadził   swego   żółwia   i   postawił   kilka   numerów 

d’cheval. Potem najchętniej obstawiał noir. Gra nabierała tempa. Głos krupiera ożywił się, coraz 

częściej   powtarzały   się   jego   stereotypowe   zapowiedzi,   coraz   krótsze   były   przerwy   między 

kolejnymi grami.

Kai   bezmyślnie   patrzył   na   siedzącą   obok   Amerykankę   i   jej   dużą   indiańską   broszkę 

wyklepaną ze szczerego złota. Nie wiedział, co bardziej podziwiać - brak gustu właścicielki czy 

wartość broszki. Miał za sobą czternaście godzin jazdy samochodem. Wciąż prześladował go 

szum silnika, jego monotonny, usypiający śpiew.

Po   chwili   odkrył,   że   dotychczas   cały   czas   przegrywał.   Wyjął   z   kieszeni   banknoty   i 

przesunął je po stole. Wspaniałe uczucie rozdwojenia nie opuszczało go, wprawiając w jedyny w 

swoim rodzaju nastrój. Lekko, wręcz beztrosko odbierał siebie tutaj przy rulecie. Przed sobą miał 

ludzi, dla których całe życie skupiało się teraz w oszczędnych ruchach rąk. Czasem tylko drgnęła 

powieka, unosiła się brew, jakaś dłoń wędrowała na chwilę w górę przetrzeć skronie i czoło, 

poprawić włosy, rozpalały się i zaraz gasły czyjeś oczy.

Półświadomie   Kai   stale   słyszał   łagodny,   monotonny   szum.   Wydawało   mu   się,   że 

mozaikowy   ornament   na   ścianach   rozpływa   się,   staje   przezroczysty,   że   jakimś   cudownym 

sposobem   przenikają   przezeń   obrazy   gór   i   lasów,   rozświetlonych   słońcem   wyżyn   i   dolin, 

czerwieniejących o zachodzie szczytów. Widział wszystkie drogi i dróżki, które przemierzył dziś 

w ciągu wielu godzin pędzących jak wiatr. Równocześnie jednak śledził dokładnie grę i wciąż w 

niej uczestniczył.

background image

Czymś niemal boskim było owo ogarnięcie dwóch obszarów - jednoczesne przebywanie 

tu i całkiem gdzie indziej. Przypominało wszakże o częstym udręczeniu wywoływanym zwykłą 

ludzką niemocą sprawiającą, że nie da się podzielić swej jaźni tak, by w tym samym czasie 

dosięgnąć odmiennych rzeczy i spraw.

Żetony i pieniądze  piętrzyły  się przed Kaiem.  Wędrowały do niego od Brazylijczyka 

przez cały stół. Książę Fioła zauważył to i położył plik banknotów na wybranym przez Kaia 

numerze. Prawie wszyscy zrobili to samo. Z nieomylnym instynktem bywalców salonów gier 

wyczuli zbliżającą się serię. Tylko Brazylijczyk przycupnął zawzięty obok swego żółwia. Ostro i 

głośniej niż zwykle uderzał płytkami z galalitu o pancerz zwierzęcia. Kai odwrócił się do Birda. 

Ironicznie zauważył:

- Zdaje się, że budzę wielkie zaufanie.

Bird wpatrywał się w drgający krążek.

- Proszę tam nie patrzyć, dopóki kulka się nie zatrzyma.

Kai uśmiechnął się.

- Ależ Bird... - powiedział i odwrócił się.

W tej samej chwili kulka wskoczyła w przegrodę oznaczoną siódemką i zatrzymała się. 

Kai wygrał. Bird promieniał.

- Musi pan przerwać - poradził.

Po chwili, kiedy Kai przesunął znów sporą sumę na numer  siódmy,  na twarzy Birda 

wykwitły wszystkie odcienie zdumienia.

Całe zresztą towarzystwo osłupiało, widząc ten oczywisty błąd. Gdy seria się kończy, nikt 

nie   obstawia   szczęśliwego   numeru,   czeka   się   na  nową   passę.   Teraz   prócz   Kaia   nikomu   nie 

przyszłoby do głowy stawiać na siódemkę. Kai nieco ironicznie przyglądał się grającym. Nie ma 

żadnej różnicy między nimi a otoczeniem hrabiny Ghest, pomyślał. Zawsze robią tylko to, co 

właściwe. Przecież to okropne...

Teraz Kai przegrał. Gra przestała go interesować. Wstał od stołu i wyszedł zapalić, a 

także sprawdzić, co porabia pies, którego zostawił w samochodzie.

Książę Fioła poszedł za nim i przedstawił się. Postanowili iść w stronę tarasów kasyna, by 

posłuchać kreolskiej orkiestry.

Wokół rozpościerała się noc, podobna do czarnego szkła. Za hotelem de Paris szklany 

monolit   kruszył   się.   Czuło   się   tutaj   jedwabisty   podmuch   morskiego   powietrza,   jego   iście 

background image

południową miękkość.

Przed budynkiem poczty stał wóz Kaia. Błotniki były zbryzgane gliną, koła usmarowane, 

zakurzone, zmaltretowane długą jazdą przez kilka krajów i góry. Odcinał się wyraźnie od szeregu 

wspaniałych   limuzyn   błyszczących   chromem   i   lakierem,   był   jedynym   wśród   nich   wozem 

sportowym - brudnym i wspaniałym.

Fioła mu się przyglądał.

- To mój pojazd - powiedział Kai.

- Przyjechał pan dzisiaj? - zdziwił się Fioła Kai skinął głową.

- Przed trzema godzinami.

Już prawie minęli samochód, gdy na tylnym siedzeniu coś się poruszyło. Z ciemności 

wynurzył się psi łeb i rozległ się żałosny skowyt.

Kai zaśmiał się.

- Frute!

Jednym susem dożyca wyskoczyła z wozu i prężąc się, stanęła obok mężczyzn.

- Powinniśmy zajrzeć do Cafe de Paris. Pies jeszcze nie jadł kolacji.

Kai wybrał najlepsze kąski spośród zimnych kotletów, jakie jeszcze były, i dopilnował, 

by Frute je dostała. Kiedy oblizywała się po jedzeniu, Kai kazał jej wracać do auta. Posłusznie 

odmaszerowała, choć nim wskoczyła na siedzenie, próbowała psiej dyplomacji. Lekko drżała, 

niby to nasłuchując gwizdu, po czym wielkimi susami popędziła z powrotem. W ostatniej chwili 

ruszyło   ją   jednak   sumienie.   Nim   dobiegła   do   Kaia,   zatrzymała   się,   wyraźnie   nieufna, 

wyczekująca, z przekrzywionym  łbem. Kai pogroził jej palcem. Odszczeknęła z wyrzutem i, 

pogodzona już z losem, zawróciła.

Na   tarasie,   pod   gołym   niebem   tańczyło   kilka   par.   Do   tego   celu   służyła   niewielka, 

kwadratowa przestrzeń pomiędzy stolikami. Usadowioną w muszli orkiestrę zasłaniała bariera. 

Wyglądało to dziwnie, jakby sama muszla grała. Na niebie błyszczały gwiazdy.

Od morza dobiegały różne odgłosy.  Motorówka żłobiła w wodzie pienistą bruzdę. W 

oddali unosił się samotny żagiel, oświetlony reflektorem przepływającej łodzi. W ciemnościach 

nocy sprawiał wrażenie czegoś nadprzyrodzonego: zdecydowanie odcinając się od czarnego tła, 

stał nieporuszony niczym kredowa skała w blasku magnezji.

Kreole świetnie improwizowali, w ich grze zupełnie nie czuło się rutyny. Tanga wabiły 

melancholią, chciało się tańczyć.

background image

Fioła przyrządzał sobie martini. Przerwał na chwilę i zwrócił się do Kaia:

- Niech pan patrzy, jak ta kobieta trzyma głowę. Co za linia - od skroni przez policzki do 

podbródka... Za późno, już jej nie widać.

Po chwili jednak tańcząca, otulona brokatem, znów się ukazała. Trudno było dociec, czy 

nosi suknię, czy też nadzwyczaj zręcznie upięty kupon materiału. Wąskie biodra wysmuklały 

całą postać, ozdoby na przegubie rozrzucały błyski. Kobieta odchylała głowę nieco do tyłu, jej 

ramiona   były   nagie.   Zdawało   się,   że   unoszą   całą   tancerkę.   Nic   nie   było   wyraziste, 

dopowiedziane. Na tym właśnie polegał niezwykły urok.

Skąpe   światło   sprzyjało   marzeniom.   Zamazywało   kontury.   Przybliżająca   się   i 

odpływająca wraz z muzyką powiewna postać rzucała jakiś czar.

- Jakie to szczęście oderwać się czasem od ziemi i dać upust fantazji - rzekł Kai. - Można 

taką   chwilę   zamienić   w   coś   naprawdę   romantycznego.   O   ileż   lepiej   być   tu   niż   na   miejscu 

mężczyzny, który tańczy z brokatową damą. On wie, czy jego pani chętnie jada przekąski, jakie 

gatunki win przedkłada nad inne, o czym lubi rozmawiać. Dla niego to kobieta, być może nawet 

kobieta ukochana. Dla nas... - Tutaj Kai zerknął na kieliszek Fioli. - Widzę, że już pan wypił 

martini.   Dlatego   mogę   moje   wrażenia   wyrazić   dokładniej.   Otóż   dla   nas   to   symbol 

najwspanialszego nastroju. I tak doszliśmy do czegoś, co chyba najbardziej warte pożądania.

Fioła zamyślił się.

- Bardzo możliwe. Takie błąkanie się po obrzeżach ma szczególny wdzięk. Ale dlaczego 

sądzi pan, że zbliżając się choćby o krok, doznajemy zawodu?

- Niekoniecznie zaraz zawodu. Ale to już nie to. Będąc bliżej, musimy niejedno określić, 

wyjaśnić. Tworzą się współzależności. Może nieco przesadzam, ale coś takiego sprawia, że czar 

pryska.

- To teoria.

- Oczywiście - przyznał Kai. - Życie wedle podobnych zasad byłoby bardzo głupie, a 

założenie, że istnieją bezbłędne reguły postępowania, to czysta niedorzeczność. Z teorią jest jak z 

medycyną. Kiedy trzeba, sięgamy po nią, w miarę możności jednak z sofistycznym umiarem.

- To wygodne.

- Ale z wygody płyną korzyści. Wygoda to przyjemność, zwłaszcza gdy łatwo ją mieć. 

Czemu z niej nie skorzystać dla pobudzenia swej jaźni.

Takie poglądy można znakomicie określić jako niemoralne - powiedział Fioła, przy czym 

background image

ściągnęły się nieco rysy jego twarzy. - Poza tym nie są logiczne, ale to dobrze. Postępowcy mają 

logikę w małym palcu, szczyciły się tym całe pokolenia. Logika jednak paraliżuje uczucia, jeśli 

rozumieć   pod   tym   pojęciem   nie   sentymenty,   lecz   giętką,   niezmiernie   aktywną   część   duszy 

wyposażoną w iście koci kręgosłup - gibki i sprężysty - zawsze gotową do skoku. Logika stwarza 

tę wyśmienitą pozycję, z której w poczuciu wyższości można obalić każde odczucie. Nawet jeśli 

wiąże się ze sprawami godnymi uwagi. Dzięki temu rzeczywistość pozostaje izolowana, z dala 

od profesorów i bankierów. - Fioła dokończył  z ironią: - Także z dala od tego, co rzetelne, 

przyzwoite. Kai wyjął papierosy.

- Nie psujmy nastroju prawieniem morałów.

- Mam wrażenie, że raczej mocno go podbudowaliśmy.

- Tym gorzej. Idźmy stąd, trzeba coś zrobić.

Kreole śpiewali teraz na tle bandżo i saksofonów. Spomiędzy siedzących znów wyłonił 

się profil tańczącej kobiety.

- Ma pan rację - powiedział Fioła. - Trzeba coś przedsięwziąć i powinno to być równie 

wyjątkowe jak ta tańcząca dama. - W uśmiechu odsłonił ostre zęby. - Może znów spróbujemy 

rulety i postaramy się rozbić bank?

- Zgoda.

Wstali od stolika.

- Widzę, że obaj należymy do ludzi zdecydowanych - ciągnął uradowany Fioła.

- Nawet bardzo. Teraz również mamy od czego zaczynać.

- Należy zauważyć, że nawet moralność obecnie jest po naszej stronie.

- Tym rozważniej będziemy grali.

Przed wejściem do Sporting - Clubu Fioła rzucił za siebie żeton.

- Ofiara dla Merkurego - wyjaśnił, gdy krążek spadł na ulicę.

Nie, dla Wenus. - Kai wskazał na kokotę, jedną z tych, które sprzedają się po sto franków. 

Zaskoczona podniosła żeton, który przypadkiem upadł u jej stóp, i teraz słała im całusy.

- To z pewnością oznacza szczęście.

Przez  chwilę   przypatrywali   się rulecie.  Kai  usiadł.  Fioła  robił  notatki.  Grano  ostro  o 

wysokie sumy, nie było mowy o żartach ani pogawędce, nerwy napięte do granic wytrzymałości. 

W powietrzu krążyły ścierające się fluidy.

Bankiem   miotały   potężne   wstrząsy,   gdy   kilka   razy   wypadło   zero.   Gość   z   Bałkanów 

background image

zdenerwował się, roztrzaskał pajęczą szkatułkę i tak ją zostawił. Na jego miejsce wskoczyła 

korpulentna belgijska dama. Jak kwoka ukokosiła się na poduszkach, którymi wyścieliła krzesło, 

i leniwymi ruchami tłustych ramion wiosłowała nad stołem.

Tymczasem   Kai   testował   ruletę.   Trzy  razy  udało   mu   się   wygrać,   obstawiając  rouge, 

następnie całą wygraną przerzucił na  impair  i znów mu się powiodło. W ten sposób zapewnił 

sobie pierwszą douzaine. Potrojoną sumę pomnożył w bloku czwórkowym i całość postawił na 

siódemkę. Było to wszystko, co miał przy sobie.

Gra pochłonęła go teraz tak mocno, że nie istniało dlań nic prócz zielonego blatu stołu, 

który  -  zdawało   się  -  niemal   pękał  pod  naporem  napięcia   i  koncentracji.  Gwizd  wirujących 

numerów zapierał dech. Wreszcie niczym błysk zjawiała się liczba, coraz wyraźniejsza, rosnąca, 

kulka   pożerała   przestrzeń,   wahała   się,   znikała   i   w   końcu   najzwyczajniej   stanęła   w   polu: 

siódemka. Kai wygrał.

Już rozluźniony pomyślał, że sytuacja sprzed godziny powtarza się. Jakby koło czasu 

zawróciło i los darował mu jeszcze jedną szansę. Kai dał się porwać chwili: zrobił to samo co 

przedtem - jeszcze raz postawił na siódemkę.

Fioła,   który   tymczasem   wszystko   stracił,   próbował   powstrzymać   Kaia,   czyniąc 

rozpaczliwe gesty. Nawet krupier się ociągał. Mimo to Kai wytrwał w swym postanowieniu. 

Przegrał, lecz znów obstawił tak samo. Po trzykroć krupier zgarniał najwyższą stawkę. Po kilku 

dalszych zagrywkach miejsce obok Kaia opustoszało. Bank odrobił straty.

Kai chciał wstać. Oparł ręce na stole i naraz poczuł pod dłonią jakieś żetony. Zupełnie nie 

zauważył, kto i jak mu je podsunął. Dopiero teraz spostrzegł kobietę, która już od dość dawna 

siedziała obok. Odgadł, że to od niej dostał żetony. Powiedziała bardzo cicho i stanowczo:

- Musi pan grać dalej.

Ociągał się przez moment. W tej grze nie było już mowy o pojedynczych zagrywkach, nie 

dało   się   jej   przerwać   w   każdej   dogodnej   chwili.   Gra   przeistoczyła   się   w   samoistną   moc   - 

panującą   nad   całym   stołem,   rządzącą   się   własnymi,   surowymi   prawami.   Moc   ta   bez   reszty 

owładnęła sytuacją, wszystko, co nie dotyczyło gry, odsuwała w cień. Nie istniało już nic prócz 

mieszaniny gorączkowych przeczuć i drżącego wyczekiwania.

Ludzie, którzy siedzieli przy stole, czuli, że tworzą teraz wspólny front. Być może to 

zrozumieli i dlatego nie przeszkodzili Kaiowi, kiedy postanowił grać dalej żetonami, które nie 

należały do niego; przecież każdy rasowy gracz wyczuwa emanację magii zawsze towarzyszącą 

background image

serii i stara się do niej dostroić. Wie także, że rezygnacja z gry w takiej chwili może wszystko 

obrócić wniwecz.

Każdy z grających czuł intuicyjnie, że zbliża się rozstrzygnięcie, że to właśnie Kai stoi 

przed wielką szansą. I wszyscy byli gotowi grać wraz z nim. Nikt nie zauważył, że Kai nie ma 

pieniędzy, w przeciwnym wypadku ktoś by mu pomógł. Sam zapewne by o to poprosił, gdyby 

nie tempo, w jakim toczyła się gra. Nie mając pieniędzy, opuścił kilka kolejek. Ale teraz nadeszła 

chwila   szczególna:   odstąpienie   od   gry   byłoby   nonsensem,   ponowny   w   niej   udział   zakrawał 

natomiast na nieco żałosne trwanie przy swych błędach. Chodziło jednak tylko o tę grę, o tę 

jedyną, w której za wszelką cenę powinien obstawić.

Krupier już klepał swój tekst i spoglądał na Kaia. Kai zauważył, że Fioła połapał się w 

sytuacji i posłał mu pod stołem wizytówkę, na której coś pośpiesznie napisał. Czuł, że zewsząd 

otaczają   go   bratnie   dusze,   w   ostatniej   chwili   przesunął   żetony   nieznajomej   na  rouge  

natychmiast wygrał drugie tyle.

Podziękował nieznajomej, oddał jej dług, po czym obstawił impair, rouge i dwie liczby. 

Na liczby padła wygrana.

W potrójnej serii dama z Belgii straciła wszystko, co miała. Roześmiała się nerwowo i 

wstała od stołu. Za to pomiędzy górą banknotów i gęsto zapisanym notesem znów pojawił się 

żółw. Mariaż maskotki i systemu - czyż mogło się nie udać...?

A jednak się nie udało. Kai znowu szturmował  bank. Kobieta  obok przeniknęła  jego 

zamiary i postanowiła się przyłączyć.  Fioła zaciągnął pożyczkę, którą poręczył  wizytówką, i 

wrócił do gry. Na razie jednak bank był wypłacalny, Brazylijczyk bowiem sporo przegrał.

W sali stał jeszcze jeden stół do rulety. Fioła wstał i zaczął grać również przy nim. Kai 

poszedł w jego ślady. W krótkim czasie przepadł gdzieś żółw. Pojawił się natomiast Bird, który 

wraz z innymi zrobił to samo: włączył się do natarcia na bank.

Wiadomość   o   szalonym   pojedynku   szybko   się   rozeszła.   Pozostałe   sale   opustoszały. 

Ludzie tłoczyli się w kilku rzędach wokół stołów, niektórzy przyszli prosto z czytelni, z gazetami 

w ręku. Niesłychane - krupier wyraźnie się przeliczył. Gorączka zataczała coraz szersze kręgi. 

Coraz   więcej   ludzi   przychodziło   wziąć   udział   w   bitwie.   W   przemyślną   grę   wkładano   całą 

energię. Najbardziej oblężone były miejsca, w których obstawiano podwójnie bądź potrójnie.

Bank   zaczynał   topnieć.   Wprawdzie   powiększył   swe   zasoby   podczas   kilku   gier, 

ostatecznie jednak trzeba było wszystko wypłacić i uruchomić rezerwy.

background image

W końcu Fioła i Kai poszli na całość. Ulokowali najwyższe  sumy na kilku zaledwie 

polach, na które natychmiast popłynął strumień pieniędzy od innych graczy. Na jednym z dwóch 

stołów   komuś   dopisało   szczęście.   W   banku   zabrakło   pieniędzy   i   krupier   poprosił   o   chwilę 

przerwy. W podnieceniu ludzie przeciskali się do drugiej rulety. Zapanował nastrój entuzjazmu i 

powszechnego   zbratania,   który   zdawał   się   mieć   wpływ   na   wirującą   kulę.   Już   następna   gra 

osiągnęła maksimum  en plain.  Bank nie mógł wypłacić wygranej. Również tutaj trzeba było 

zrobić przerwę i przynieść pieniądze. Gwar narastał niczym przypływ morza. Sporting - Club 

mógł przez najbliższe dni żywić się sensacją: w całej sali bank został rozbity.

Kai opuszczał Sporting - Club w wyśmienitym nastroju. Czuł się jak ktoś, komu udało się 

szczęśliwie zakończyć ciężką pracę. Wewnętrzne obawy i rozterki nic go już teraz nie obchodziły 

Rozpierało go uczucie nieco zuchwałej lekkości. Nie było dlań ważne, że wygrał dużo pieniędzy. 

Nie wiedział nawet, czy odebrał całą wygraną. Czuł jednak, że ten dzień jak zawrotna spirala był 

wspaniały, że go uskrzydlił, że dosłownie wszystko mu sprzyjało.

Szedł prosto do swego wozu, czekającego jak wierny przyjaciel, nisko usadowionego na 

kołach, wyróżniającego się sportową linią.

Maskę oblepiała u góry zaskorupiała glina. Kai odłamał grudkę i bezwiednie rozcierał w 

palcach. Zauważył, że tu i ówdzie nikiel poszarzał. Wyjął chusteczkę i przetarł mały fragment do 

połysku.

Dziwiło go, że jego umysł wciąż żywo pracuje. Wyrzucił chusteczkę i uruchomił silnik. 

Na zakończenie  pełnego wrażeń dnia chciał  pojechać  w górę przez Grandę Corniche  do La 

Tourbie.

Frute wsunęła mu łeb pod ramię i przeszkadzała w prowadzeniu auta. Powoli, w kilku 

nawrotach, zdołał zawrócić. Avenue de Monte Carlo wyglądała jak wymarła, tylko jakaś samotna 

postać   szła  od strony  Boulevard  de  la  Condamine.   Okrągły kapelusik,   uszminkowane   usta  i 

zmęczona twarz.

Kaiowi wydawało się, że poznaje w niej kobietę, która podniosła żeton rzucony przez 

Fiole. Kobieta podeszła bliżej, stanęła niezdecydowana, uśmiechnęła się. Stała tak szczupła i 

niepozorna, mając za sobą pustą ulicę i, w głębi, masyw górski - żywa istota na tle milczącego 

szeregu ulicznych latarni. Mizerny, zawodowy uśmiech pokrywał niepewność; był jak zaszczute 

zwierzę, które boi się, że w każdej chwili może mu się coś przydarzyć.

Ów uśmiech zmieszał Kaia: był w nim tragizm znacznie większy niż w głośnym krzyku. 

background image

Mała kokota zapewne nie miała o tym pojęcia. Bo ten tragizm nie przynależał do niej - ona była 

jedynie istnieniem o mocno przytępionych przez płatną miłość odczuciach. To było tragiczne dla 

każdego, kto próbował doszukać się w niej człowieczeństwa - dostrzegał je poza nią, nie zaś w 

niej...

Kai uchylił drzwi.

- Jadę na spacer. Może miałaby pani ochotę pojechać ze mną?

Nie była zaskoczona. Jej zawód przyzwyczaił ją do dziwactw. Skinęła głową i wsiadła. Za 

chwilę przecież się dowie, o co chodzi.

Okrążyli  gazon przed kasynem,  skręcili w Avenue de Spelughes, zostawili po prawej 

Mirabeau i zaczęli podjeżdżać pod górę. Gaźnik zasysał strumień powietrza, cicho przy tym 

pomlaskując,   prędkość   rosła.   Po   lewej   wyrosła   ściana   pionowych,   stromych   skał,   z   prawej 

krajobraz wciąż się zmieniał. Raz rozciągał się daleko ponad kamienną barierą, kiedy indziej 

widać było tylko niebo.

Kai włączył reflektory i skierował cienką smugę światła ukosem na pobocze. Sto metrów 

z przodu droga ożyła w bladym niesamowitym świetle, wielkie palmy - jak czarne olbrzymy - 

wystrzeliwały przed nimi, a za samochodem natychmiast zapadały w ciemność.

Niczym pies myśliwski biegło obok wozu światło reflektora; podobne do ostrego, jasnego 

palca   lub   świetlistej   szpili   wyławiało   z   ciemności   ukryte   sceny   -   willę   o   białych   ścianach, 

połamane gałęzie drzew, skalne zwaliska, alejki ogrodowe, które w wąskim strumieniu światła 

sprawiały wrażenie położonych nieprawdopodobnie wysoko, wręcz zawieszonych w powietrzu, 

prowadzących ku gwiazdom.

Nocna panorama stawała się coraz rozleglejsza. Wybrzeże ciągnęło się majestatycznym 

łukiem od Bordighery po Cap d’Antibes. W dole, poniżej garbów skalnych, leżało Monte Carlo i 

Monako, jak oblany wodą grzbiet bawołu, na którym roi się od robaczków świętojańskich. Cicho 

szumiało morze, fale uderzały z rzadka, w oddali połyskiwała piana. Słaby powiew przynosił 

delikatny, słony zapach.

Na   zboczach   chwilami   błyskało   światło,   narastało   i   zbliżało   się.   Były   to   reflektory 

jakiegoś samochodu, widoczne na długo przed spotkaniem, gdy jeszcze ślizgały się po drogach i 

ogrodach. Zwykle skręcały w dół, ku drodze nadmorskiej. Raz jednak światło pozostało na górze, 

błyskało już to wyżej, już to we wgłębieniu kamiennej drogi. Nagle ta para żarzących się oczu 

przygasła   i   Kai   usłyszał   przyjazny   szum   silnika   mijającej   go   limuzyny.   Lampka   wewnątrz 

background image

pojazdu oświetlała starszą kobietę; spod narzuconego futra widać było jej ramiona. Wyglądały, 

jakby należały do młodej dziewczyny.

Na wysokości La Tourbie Kai zawrócił. W czasie jazdy dziewczyna się nie poruszyła. On 

też nie miał pojęcia, o czym z nią rozmawiać. Kiedy znów ich oczom ukazało się kasyno, Kai 

zapytał:

- Dokąd mam panią zawieźć?

Cienie podkreślały regularne rysy jej twarzy, wyraziste czoło i podbródek.

Jest naprawdę ładna, pomyślał Kai, oczekując odpowiedzi.

Popatrzyła na niego i ze spokojem odparła:

- Dokąd pan chce. - Dopiero po chwili zrozumiała, co Kai miał na myśli. Zmieszała się i 

pośpiesznie dorzuciła: - Na Boulevard de la Condamine.

Jej twarz znów się zapadła. Wcisnęła się w kąt, rękę trzymała na klamce od drzwi, jakby 

nie miała już chwili do stracenia.

Kai cały czas błądził myślami wokół niej. Był w znakomitym nastroju. Chciał komuś 

sprawić przyjemność, zabrał więc dziewczynę ze sobą. Odkrył, że podczas przejażdżki kokota na 

moment przeobraziła się w kobietę.

Kiedy mijali Sporting - Club, Kai przypomniał sobie scenkę z żetonem rzuconym przez 

Fiole. Chwycił damską torebkę, która leżała pomiędzy nimi, wsunął do niej pieniądze, zatrzasnął 

zamek i trzymając ją, powiedział:

- Przyniosła mi pani dziś szczęście. Jutro będzie tak samo.

Chwilę zwlekała, nim wzięła torebkę. Kai nawet sądził, że odejdzie bez niej. Ale zaraz 

odebrała swą własność: była  to dla niej  znaczna  suma.  Nawyk  brania pieniędzy wziął  górę. 

Odeszła bez specjalnych podziękowań.

Kai trochę późno się połapał, że popełnił błąd i zachował się wobec niej zbyt oschle. Czuł 

wewnętrzną potrzebę powiedzenia dziewczynie czegoś miłego - że chętnie spotkałby się z nią 

jutro, że dopiero dziś przyjechał  i jest potwornie zmęczony.  Lecz  na co mogło  się to zdać: 

zyskałby krótką chwilę, a dziewczyna i tak pewnie by go nie zrozumiała.

Czekał, aż zniknie w głębi Avenue de Monte Carlo, patrzył na jej drobną postać rysującą 

się na tle wyludnionej ulicy.

Towarzystwo Kaia opuszczało właśnie Sporting - Club. Jakaś dama przechodziła przez 

ulicę.   Ozdobny   kandelabr   oświetlał   żółto   jej   twarz.   To   była   kobieta,   która   poratowała   Kaia 

background image

żetonami. Była sama. Nie oglądając się za siebie, wsiadła do limuzyny.

Kai nagle poczuł ogromne zmęczenie.

background image

II

Spał do późnego popołudnia. Obudziło go głośne zawodzenie Frute, która domagała się 

wyjścia.  Na wieczorny spacer pojechali  we dwójkę do Nicei.  Dożyca  miała  swój  dzień.  Na 

Promenadę   des   Anglais   rozbawiona   bezceremonialnie   wciskała   się   między   spacerowiczów, 

okazując im względy tak natarczywie, że wielkim kołem omijano osobliwą parę.

Ktoś przyglądał się im, wyraźnie zaskoczony. Po chwili wzrok przechodnia zderzył się ze 

spojrzeniem Kaia.

- Co za niespodzianka! Chyba niedawno pan przyjechał. Gdyby to się stało wcześniej, 

zapewne byśmy się spotkali.

- Jestem tu od wczoraj, Lieven, dziś po raz pierwszy w Nicei.

Lieven pogłaskał psa.

- Pamięta pan, jak chciał mi podarować Frute przed odjazdem z Surabai? Wtedy była 

jeszcze szczenięciem, teraz prezentuje się wspaniale.

- Dziś nie oddałbym jej nikomu. Ile to czasu minęło, odkąd widzieliśmy się ostatni raz?

- Dwa lata.

- Dwa lata. Czas pędzi jak rozregulowany zegar. Zdawało mi się, że to nie więcej niż dwa 

tygodnie.

- Dużo się wydarzyło?

Niewiele.   Rok   przeżyłem   bardzo   spokojnie.   Po   części   przez   rozwagę,   po   części 

przesądziły o tym sentymenty. Dobrze mi to zrobiło.

-   Stara   przypadłość,   czyli   niezdrowe   zasiedzenie   się.   Zjawia   się   jak   malaria,   w 

regularnych nawrotach. Dopiero co udało mi się z niej wyleczyć po wizycie u Kinsleya. On się 

ożenił, pochłania faszerowane gęsi i poważną lekturę. Coś takiego odstrasza przynajmniej na rok. 

Jak długo chce pan tu zostać?

- Nie mam pojęcia. - Kai wzruszył ramionami.

- W takim razie spotkaliśmy się we właściwym momencie. Jutro jadę do Monzy. Pojedzie 

pan ze mną?

- Na wyścigi?

- Tak, ale niewielkie, bez specjalnego znaczenia. Dla mnie jednak bardzo ważne. Kilka lat 

temu kupiłem akcje fabryki samochodów. Teraz moja pozycja umocniła się na tyle, że zostałem 

współpracownikiem. Skonstruowaliśmy nowy, doskonały model - bardzo szybki. Zamierzamy go 

background image

wypróbować.   Jedną   z   maszyn   zgłosiliśmy   do   jutrzejszego   wyścigu.   Nie   nadając   sprawie 

rozgłosu,   chcemy   sprawdzić,   na   ile   ten   pojazd   odpowiada   wymogom   toru   wyścigowego. 

Trenujemy wytrwale od dawna i marzy mi się, by wóz okazał się przebojem wyścigów o Grand 

Prix   Europy.   Dlatego   też   nie   można   do   końca   odsłaniać   jego   możliwości.   Nie   chcemy 

przedwczesnego zwycięstwa, zależy nam jedynie na próbie. Czy to pana interesuje?

- Tak, pojadę z panem.

Postanowili  coś  zjeść  i zajęli  stolik w  restauracyjnym  ogródku. Było  miło,  spokojnie 

gawędzili o wspólnie przeżytych latach, racząc się okruchami wspomnień jak dzieci ciastem.

W   ramionach   odlanych   w   brązie   figur   wokół  hotelu   Ambasadeur   zapaliły   się   kuliste 

lampy. Za hotelem Negresco wschodził księżyc. Stojący w wodzie, niegustowny jetee pauillon 

nabrał urody, gdy z jego okien spłynęło do morza światło elektryczne. Wzdłuż promenady sunęły 

automobile,   jeden   obok   drugiego,   w   kilku   rzędach,   co   trochę   przypominało   defiladę.   Szum 

przypływu mieszał się z warkotem silników.

Lieven odwiózł Kaia. Był z nim szofer, którego Lieven zamierzał zostawić w Monzie, by 

pomógł mechanikom. Jechali z umiarkowaną prędkością. Ulicą toczyło się mnóstwo autobusów, 

w   których   panowie   z   megafonami   udzielali   wyczerpujących   objaśnień   krajoznawczych 

przedstawicielom wykształconej klasy średniej.

Droga zataczała łuk, po czym opadała w dół, tworząc zakręt o ograniczonej widoczności.

Za sobą usłyszeli przenikliwy dźwięk klaksonu.

Lieven   ostrzegawczo   podniósł   rękę,   lecz   mimo   to   zjechał   na   bok,   by   przepuścić 

doganiający ich pojazd.

Dostrzegli maskę dużego kabrioletu, który na pełnym gazie próbował ich wyprzedzić. 

Siedząca za kierownicą kobieta zbyt późno zauważyła, że ma przed sobą podwójny zakręt. Mimo 

to usiłowała jak najszybciej znaleźć się przed samochodem Lievena.

Naraz zza zakrętu usłyszała sygnał pojazdu nadjeżdżającego z przeciwnej strony, zupełnie 

straciła głowę i zbyt szybko zjechała na właściwą stronę. Choć Lieven zahamował, kabriolet otarł 

się o jego wóz i odgiął błotnik. Autem zarzuciło tak mocno, że Lieven musiał odbić kierownicą, 

by nie stoczyć się w dół.

Oba   samochody   stanęły   sczepione   z   sobą.   Lieven   włączył   gwiżdżący   sygnał 

ostrzegawczy. Kai wyskoczył i pobiegł na zakręt zatrzymywać pojazdy jadące z naprzeciwka.

W   kabriolecie   siedziała   dama,   która   prowadziła   wóz.   Mocno   pobladła   patrzyła   na 

background image

Lievena. Ten wzruszył ramionami.

- Przykra sprawa.

- To była moja wina - powiedziała pośpiesznie dama.

Automobiliści nigdy nie mówią o winie - odparł Lieven. - To był godzien pożałowania 

wypadek. Mam nadzieję, że uda się nam uruchomić pani wóz.

Szofer rozgiął błotniki. Lieven ostrożnie cofnął, wyłączył silnik i oglądał uszkodzenia.

- Tylko błotnik, a więc drobiazg. Reszta jest nietknięta. Odstawił pojazd na widoczne 

miejsce i wraz z Kaiem wrócił przejrzeć kabriolet. Dama wysiadła i bezradnie stała obok auta.

Lieven uruchomił silnik i wsłuchiwał się weń. Wszystko było jak należy.

- Myślę, że może pani jechać - powiedział głosem, w którym pobrzmiewało współczucie.

Wrzucił bieg, nacisnął pedał sprzęgła. Coś zgrzytnęło, kabriolet jednak ani drgnął.

- Możliwe, że to skrzynia biegów! - krzyknął w podnieceniu, manewrując drążkiem.

Wóz nie reagował.

Szofer wymontował siedzenia i boczne stopnie, podstawił podnośnik pod tylną oś i po 

chwili dwa koła zawisły w powietrzu. Silnik pracował, koła jednak się nie obracały.

Lieven pokręcił głową i odwrócił się do młodej damy.

-   Już   wiemy,   co   się   stało.   Przypuszczalnie   pękła   tylna   oś   albo   został   uszkodzony 

dyferencjał. Tak czy inaczej bez warsztatu się nie obejdzie.

- Możliwe, że wyłamał się tylko jeden bolec - uspokajał Kai. - Proponuję odstawić wóz 

do najbliższej miejscowości i tam poszukać warsztatu. Musimy panią wziąć na hol. To dla nas 

żaden kłopot.

- Raczej przyjemność - roześmiał się Lieven. - Jednak do tego potrzeba linki holowniczej.

- Czy nie lepiej zostawić samochód tutaj i kogoś po niego przysłać? - zapytała dama.

Nie byłoby chyba po co wracać. Wóz stoi wyjątkowo niefortunnie i najbliższy autobus 

mógłby z  niego zrobić  miazgę,  zwłaszcza  gdyby  za kierownicą  siedział  Włoch  o ambicjach 

rajdowca. Zresztą oni wszyscy tak jeżdżą. Myślę, że bez trudu znajdziemy linę.

Lieven zatrzymał kilka przejeżdżających samochodów.

- Lina holownicza?

Przeczący ruch głowy.

Po   chwili   obok   przystanął   autobus,   z   którego   wysypała   się   grupa   zaciekawionych 

turystów.

background image

Kai wdał się w pertraktacje z szoferem i w końcu wyprosił od niego linę. Dał mu swój 

adres i obiecał, że odwiezie linę do zajezdni.

W kierowcy jednak obudziła się zawodowa solidarność. Zostawił autobus na pastwę losu, 

wczołgał   się   pod   unieruchomiony   kabriolet   i   wielkim   głosem   jął   spod   kół   wykrzykiwać 

instrukcje.

Przewodnik   grupy   wołał   go   przez   megafon.   Osiągnął   tyle,   że   szofer   wsunął   się   pod 

samochód jeszcze głębiej. Zrezygnowany przewodnik odwrócił się do wycieczkowiczów i podjął 

swą zwykłą opowieść o urokach okolicy.

W końcu udało się wyciągnąć szofera spod kabrioletu, choć nie obeszło się bez łagodnego 

przymusu. Został hojnie obdarzony papierosami, nim wreszcie dał spokój i przypomniał sobie o 

swoich obowiązkach.

Szofer Lievena mocno splótł linę pomiędzy pojazdami i zasiadł za kierownicą kabrioletu.

Ustalono, że miss Maud Philby wybierała się do Genui.

- My także tam jedziemy - powiedział Lieven. - Tak więc do warsztatu będzie nam po 

drodze.

Siedli we troje obok siebie. Wóz ruszył. Lieven krzyknął do szofera:

- Hamulce działają?!

- Tak.

- Zatem hol nie przeszkodzi w płynnej jeździe - stwierdził uspokojony i podjął rozmowę 

ze swymi pasażerami.

Po   dwudziestu   kilometrach   ujrzeli   szyld   warsztatu  samochodowego.   Wprowadzili 

kabriolet do środka, oś została wymontowana. Po godzinie pojawił się szofer, który zameldował, 

że doraźna naprawa mija się z celem i trzeba sprowadzić części do wymiany. Za trzy dni wóz 

powinien być gotów do drogi.

Lieven spojrzał pytająco na Maud Philby.

Skinęła głową.

- Zostawię samochód tutaj. Czy moglibyście zabrać mnie do Genui?

- Chętnie - padła uprzejma odpowiedź. - Jedziemy przecież przez Genuę. Ale może chce 

pani jechać dalej?

- Nie, tylko do Genui. Tam zaczekam.

- Możemy już ruszać?

background image

Czas   naglił.   Lieven   jechał   szybko.   Od   morza   wiała   bryza.   Woda   miała   kolor 

ciemnoniebieski. Niebo i morze tworzyły znakomite tło dla profilu Amerykanki. Rysy jej twarzy 

wyglądały jak płaskorzeźba. Uwydatniał je mistrzowski makijaż.

Kai wyłączył się z rozmowy. Ich współpasażerka należała do kobiet, które na pierwszy 

rzut oka trudno zaszufladkować. W dodatku była Amerykanką, a to niebagatelnie komplikowało 

ocenę. W Europie uznać by ją należało za znakomitość z półświatka, jako Amerykanka mogła 

być równie dobrze żoną chorującego na wątrobę maklera.

Wszystko przemawiało za tym, że jest egzaltowana i ma własny, raczej amerykański styl 

bycia, w którym miesza się uprzejmość z rycerskością.

W Genui rozstali się. Kai i Lieven pojechali dalej do Mediolanu.

- Śliczna osóbka - rzekł Lieven. - Jej żółty kabriolet zdarzało mi się już widywać. Mieszka 

chyba w Nicei.

- Ale wyprzedza nieuważnie.

- Dużo ostrożniejsza jest w rozmowie.

Była z nami sama, przypuszczalnie jest niezamężna. Potraktowała nas jednak dość lekko. 

Widać podobne przygody zdarzają jej się częściej i nie przykłada do nich większej wagi.

- Jeśli ma pan rację, Kai, nasze szanse wobec niej rysują się całkiem obiecująco.

- Przeciwnie, dopiero wtedy można by mówić o szansach, gdyby była z kimś.

- Jak na mój gust jest kobietą co się zowie - Lieven zamyślił się - ale chyba zbyt sobie 

ceni wygodę, by mogło do czegoś dojść.

- Jest pan praktycznym człowiekiem - rzekł z uznaniem Kai. - Cóż za przezorność w 

takim   oglądaniu   od   podszewki   rodzących   się   namiętności,   wyszukiwaniu   wszelkich 

zabezpieczeń, zanim runie lawina uczuć. To cudownie praktyczne.

Lieven pochylił się ku niemu.

- Długie życie... - zaczął.

Kai przerwał mu z uśmiechem:

- Wiem, wiem... nauczyło  pana, że we wszystkim, co dotyczy uczuć, najpierw trzeba 

wytyczyć   granice,   gdyż   powody   katastrofy   mogą   tkwić   wszędzie.   Coś   takiego   jednak   nie 

imponuje - to tylko rozsądek.

- Nazywa pan rozsądkiem coś, co umożliwia pełną samoocenę. Można to jednak określić 

trafniej: jest to mądrość, rozważna i przewidująca.

background image

- Pańska mądrość traktuje dość rygorystycznie stację początkową. Znakomicie umie pan 

przewidzieć, jaki będzie koniec; niewykluczone, że ma pan równie niezawodne metody oceny 

początku. Ale dzisiejsza zdobycz wygląda dość skromnie.

Lieven zamyślił się.

- Zapomina pan o kabriolecie oddanym do naprawy - powiedział w końcu. - To po prostu 

dar niebios. Teraz trzeba całą sprawę pociągnąć dalej tak, by wszystko wyglądało jak szkolne 

zadanie dla początkujących. Myślę, że dam sobie z tym spokój i przekażę sprawę Hollsteinowi.

- Kto to taki?

- Człowiek, który pojedzie dziś dla mnie na wyścigach: dwadzieścia trzy lata, doskonały 

za kierownicą, trochę jednak idealista. Obiecujące predyspozycje, pies gończy pierwszej klasy, 

dobry w biegu, kiepski jednak podczas polowania.

-   Stwierdzam,   że   przez   te   dwa   lata,   kiedy   się   nie   widywaliśmy,   stał   się   pan   wręcz 

wspaniałomyślny. Taki dar...

-   To   jeszcze   nie   do   końca   postanowione.   A   poza   tym   proszę   zauważyć,   że   moja 

wspaniałomyślność  idzie w parze  z rozsądkiem:  ogranicza  się do spraw, co do których  sam 

jeszcze mam wątpliwości.

- Przy takim nastawieniu rzadko chyba odczuwa pan stratę.

-   Taki   jest   cel.   Moja   postawa   jest   tak   egoistyczna,   że   chwilami   niemal   ociera   się   o 

szlachetność: chroni innych...

Powietrze   zmatowiało.   Przydrożne   zarośla   pokrywała   tak   gruba   warstwa   kurzu,   że 

przypominały gipsowe figury. Jak mgła unosił się w powietrzu biały, wapienny pył i kłębił się 

nad   polami.   Jeden   za   drugim   sunęły   terkoczące   automobile.   Droga   wiodła   wprost   na   tor 

wyścigowy w Monzie.

Słońce   z   rzadka   przedzierało   się   przez   pył.   Sprawiał   on   przez   to   wrażenie   jeszcze 

gęstszego. Strumień pojazdów kończył się po kilku kilometrach. Trzeba było stać w kolejce, z 

której dopiero rozjeżdżano się na parkingi.

Na   wypełnionych   po   brzegi   trybunach   panował   nastrój   gorączkowego   wyczekiwania. 

Obojętne,   czy   w   teatrze,   czy   na   wyścigach,   tłumom   na   widowni   zawsze   towarzyszy   to 

podniecenie, ogarniające każdego bez wyjątku. Łopotały flagi, w powietrzu unosiły się balony 

reklamowe, z dołu dobiegał ryk silników - trwały jazdy próbne.

Lieven   zdziwił   się,   widząc   tłumy   na   trybunach.   Wraz   z   Kaiem   udał   się   w   stronę 

background image

pomieszczeń technicznych, by  sprawdzić, jak wygląda jego stanowisko fabryczne. Panował tu 

wielki ruch. W kręgu grupy mechaników dyskutowano o czymś z przejęciem. Jakiś młodzieniec 

ruszył pośpiesznie w stronę Lievena. Miał zabandażowaną prawą rękę.

-   Hollstein,   skąd   ten   opatrunek?!   -   zawołał   Lieven   i   przedstawił   młodego   człowieka 

Kaiowi.

- Miałem mały wypadek.

- Przecież z tym  bandażem nie będzie mógł pan jechać! Co teraz zrobimy?  - Lieven 

przyglądał się solidnie owiniętej ręce. - Co takiego się stało?

- Dziś w południe chciałem raz jeszcze sprawdzić smarowanie i podniosłem tył  auta. 

Musiałem   krzywo   podstawić   podnośnik,   bo   podczas   smarowania   wóz   się   obsunął   i   koło 

przygniotło mi rękę.

- No i...?

- Stłuczenie. Na szczęście niezbyt poważne. Myślę, że jakoś z tym pojadę.

Lieven gniewnie potrząsnął głową. Hollstein uśmiechnął się z przymusem.

- Mogę jechać, proszę mi wierzyć! Będę prowadził głównie lewą ręką. Świetnie sobie nią 

radzę, prawej nie muszę wcale używać. Poza tym do hamowania i zmiany biegów wyklepaliśmy 

specjalny hak. Przywiążę go mocno do przedramienia. Jest prawie jak ręka. - Przyniósł hak i 

demonstrował, jak się nim posługuje. Z niepokojem, ale i nadzieją patrzył na Lievena. Potem 

poszukał wsparcia u Kaia. - Proszę panów, przecież to proste. Na tak gładkim torze nic złego nie 

może się stać.

Lieven nie wiedział, czy się roześmiać, czy złościć.

- Ten pański hak jest po prostu genialny! Tak użyteczny, że być może w przyszłości 

będziemy konstruować samochody z takim hakiem. Na razie jednak poczekamy. Pan nie może 

jechać, zaraz wycofamy zgłoszenie.

Twarz Hollsteina wyrażała rozpacz. Trzymał w ręce nieszczęsny hak i jeszcze próbował 

coś wskórać:

- Objaśnię w samochodzie, będzie łatwiej zrozumieć. Zrobiłem już próbne okrążenie. - 

Siadł za kierownicą i zaczął wiązać rzemień.

Lieven chwycił go mocno za ramię.

- Hollstein, zachowuje się pan jak dzieciak. Kiedy wóz pędzi sto pięćdziesiąt na godzinę, 

na północnej, wąskiej pętli potrzebuje pan nie dwóch, lecz często trzech rąk, żeby utrzymać się 

background image

na torze i nie przelecieć nad barierą. Wielka szkoda, ale nic pan już nie poradzi. Dobrze to 

świadczy   o   panu,   że   chce   pan   jechać.   Ale   pan   nie   pojedzie.   Byłaby   to   niewiarygodna 

lekkomyślność.   Pójdę   teraz   odwołać   pański   udział   w   wyścigu.   -   Po   koleżeńsku   chwycił 

zabandażowaną rękę Hollsteina, potrząsnął nią i krótko dodał: - Ale spodziewam się, że wkrótce 

się zagoi.

Oddalił się wraz z Kaiem, zostawiając osłupiałego Hollsteina.

Przeciskali   się   przez   tłum.   Trasa   była   ogrodzona.   Pierwszy   wyścig   zaczynał   się 

niebawem.

- Lieven, dlaczego pan się gniewa? - mówił Kai. - Młody człowiek robi jak najlepsze 

wrażenie.

- Rzeczywiście jest dobry - odparł Lieven. - Jeden z najlepszych, jakich znam, młody, 

zadziorny,  lecz  jeszcze  chyba  mało  rozważny.  Trzeba  na niego  uważać  i mocno  trzymać  w 

ryzach. - Narastał huk podobny do ryku przelatujących szrapneli. Pierwsze pojazdy ze świstem 

przemknęły po torze. Lieven rzucił okiem za siebie. - Gdyby Hollstein miał jechać, zależałoby 

mi,   żeby   pan   obejrzał   maszynę.   Dyrektor   naszej   fabryki,   Pesch,   siedzi   już   ze   stoperem   na 

trybunie. Jeszcze o niczym nie wie.

Dziś rano był tutaj - ciągnął Lieven. - Telefonował, że wszystko jest w porządku i że mam 

przyjeżdżać. Potem pojechał do Mediolanu i stracił naszą ekipę z oczu. Chciał mierzyć czas z 

trybuny, podczas gdy ja stanąłbym ze stoperem za zakrętem Lesmo. W ten sposób dałoby się 

uniknąć zaliczania pełnych okrążeń. Już podczas treningu wypadliśmy interesująco, może nawet 

zbyt interesująco. - Znów rozległ się ryk i przeleciało kilka maszyn. Lieven potupywał nerwowo. 

- Co za wrażenie! Tyle razy oglądałem wyścigi, że już nie powinny na mnie działać. Kiedy 

jednak   słyszę   silnik   wyjący   na   pełnych   obrotach,   za   każdym   razem   skóra   mi   cierpnie.   To 

doprawdy irytujące, że tym razem musimy zrezygnować.

Naraz usłyszał, że ktoś go woła. Odwrócił się. Jeden z mechaników biegł do niego.

- Niech pan szybko przyjdzie...

- Co się stało?

- Hollstein...

- Co z nim?

- Zerwał opatrunek.

Lieven poczerwieniał z wściekłości i pośpiesznie podążył za mechanikiem.

background image

Po drodze dowiedział się, co zaszło. Kiedy Lieven i Kai odeszli, Hollstein zachowywał 

się spokojnie. Mechanicy pocieszali go, ale wydawało się, że nic do niego nie dociera. Przejrzał 

wóz - biegi, pedały. Potem siadł na masce i gryzł papierosa. Nagle usłyszał ryk startujących 

maszyn i zobaczył, jak z łoskotem przemyka pierwsza z nich. W jednej chwili coś się z nim stało. 

Uderzył  zranioną ręką o maskę i zanim komukolwiek udało się doskoczyć, potargał bandaże 

żelaznym hakiem.

Byli na miejscu. Hollstein stał bardzo blady, z dzikim wzrokiem i mocno zaciśniętymi 

ustami. Prawa ręka wisiała bezwładnie, z opatrunku zostały jedynie zakrwawione strzępy.

Lieven chwycił hak, który dotychczas trzymał jeden z mechaników, i zaczął kląć. Gdy 

jednak ujrzał nieprzytomny wyraz twarzy szofera, dał spokój, wyrzucił hak do kąta i położył dłoń 

na ramieniu Hollsteina.

-   Wiem,   co   to   znaczy,   kiedy   trzeba   rezygnować   z   wyścigów.   Szczególnie   boleśnie 

odczuwa się to w pańskim wieku, chyba nawet bardziej niż utratę kobiety. Powinien był pan kląć, 

wyć i - niech tam! - nawet próbować z tym hakiem lewą ręką. Proszę mnie dobrze zrozumieć: 

można   było   od   biedy   poprowadzić   wóz   samą   lewą.   Ale   to,   co   pan   zrobił,   było   doprawdy 

niepotrzebne. Chyba się pan zgodzi?

Hollstein bezgłośnie poruszał ustami. Lieven patrzył na krwawiącą rękę.

- W tym wyścigu chodziło tylko o próbę, nie zależało nam na zwycięstwie.

Hollstein wykrztusił:

- Wygrałbym na pewno.

Jego   kredowobiała   twarz   stężała   z   bólu.   Lieven   spojrzał   na   szofera   z   góry   i   cienko 

gwizdnął.

- Ach, o to chodzi. - Zaśmiał się. - Więc zamierzał pan spłonąć. Mieliśmy zatem sporo 

szczęścia. Nie ma rady, trzeba odłożyć tę próbę do następnego razu.

Udręczony Hollstein próbował oponować:

- Później zostaje nam już tylko Puchar Mediolanu.

Lieven udobruchał się.

- Wiem. I chcielibyśmy go zdobyć.

Hollstein potrząsnął głową. Z szeroko otwartych oczu naraz trysnęły mu łzy i spłynęły po 

policzkach. Twarz pozostała jednak nieporuszona.

Kai odciągnął Lievena na stronę, po czym podszedł do Hollsteina.

background image

- Pojadę w tym wyścigu - oznajmił.

- Pan? Kiedy?

- Dzisiaj, teraz. - Odwrócił się do Lievena: - Myśli pan, że uda się jeszcze zgłosić zmianę?

- Kai, pan naprawdę chce jechać?

- To mnie podnieca. W zasadzie znam tor, z maszyną jakoś sobie poradzę. Nie muszę 

wygrać, myślimy przecież tylko o próbie. Możemy się jeszcze wpisać na listę?

Lieven niemal dał się przekonać.

- Obawiam się, że nie. Skoro jednak chce pan jechać, postaramy się to zaraz zgłosić. Jak 

daleko jest pierwsza grupa?

- Na trzecim okrążeniu - rzekł mechanik.

- Druga runda trwa mniej więcej godzinę. Mamy zatem dość czasu na przygotowania. 

Najlepiej będzie, jeśli w trójkę pójdziemy do dyrekcji wyścigów. Przedtem jednak do lekarza.

Hollstein dalej nie słuchał. Zostawił swych rozmówców, pobiegł do biura i przyprowadził 

kierownika wyścigów. Chwilę rozmawiali, po czym człowiek ów znikł w biurze, by omówić 

sprawę z kolegami. Lekarz opatrzył ranę Hollsteina. W końcu Kai dostał zezwolenie na start.

Hollstein zmienił się całkowicie. Wyjaśnił, że może znów poruszać palcami, posunął się 

nawet do stwierdzenia, jakoby uderzenie o maskę wpłynęło dobroczynnie na stan ręki i że lekarz 

niechybnie  by się  zdziwił,   gdyby   ją  zobaczył:   z  pewnością   nie  spodziewał   się  tak   szybkich 

postępów w kuracji.

- Bez wątpienia - mruknął Lieven i zapytał Kaia: - Pamięta pan jeszcze ten tor?

- Ścigałem się na nim trzy lata temu. Dla orientacji pierwsze okrążenie pojadę ostrożnie. 

Jak wóz trzyma się na zakrętach?

- Jeśli będzie pan na nie wchodził ze środka, na pewno nie wypadnie pan z toru - rzekł 

Hollstein.

- Świetnie. Pojadę tak, żeby można było zmierzyć czas przy pełnej prędkości. Czy trzeba 

wymieniać opony?

- Po trzecim okrążeniu trzeba zmienić wszystkie. Chcemy się przekonać, ile gumy zedrze 

pan na zakrętach i, być może, zamówimy solidniejsze opony na wyścigi o Puchar Mediolanu.

Hollstein podniósł maskę i pokazywał Kaiowi nowe rozwiązania konstrukcyjne silnika. 

Nieoczekiwanie obaj pogrążyli się w rozmowie na tematy techniczne.

Drugi wyścig już się zaczął. Hollstein pociągnął Kaia za sobą.

background image

- Musi pan się przebrać.  Proszę włożyć  moje  rzeczy,  chyba  będą na pana pasowały. 

Potrzebuje pan spodni, kurtki, paska... a może lepszy byłby kombinezon? Mam wszystko! Chce 

pan kask? Może być też grubo wywatowana czapka. Okulary? Proszę wziąć jaśniejsze. W słońcu 

będzie pan doskonale widział nierówności. Na dużym zakręcie tor jest trochę wyjeżdżony, dalej 

trafi pan na twardy grunt. Nie powinien się pan niczego obawiać, nawet jeśli spod kół pryśnie 

trochę żwiru. Rękawice? Dobrze, można się bez nich obejść, koło kierownicy jest wyłożone 

gumą.   -   Troszczył   się   o   Kaia   jak   matka.   -   Jeśli   pojedzie   pan   ostro,   będzie   pan   od   razu   w 

czołówce. Wóz ma znakomite przyśpieszenie. - Po chwili dodał ciszej: - Kto wie, czy nie jedzie 

pan po zwycięstwo... Kai zmrużył oko.

- Ależ pan zawzięty...

Zjawił się Lieven.

Kai,   może   pan   wyjeżdżać.   Drugi   wyścig   się   skończył.   Silnik   zawarczał.   Kai   zajął 

właściwą pozycję. Praca wysokoobrotowej maszyny robiła wrażenie. Karoseria nie przejmowała 

całości wibracji i drgania wstrząsały ciałem, przenikały do krwi.

Wóz potoczył się na pole startowe. Kai podał swój numer i zgłosił zmianę kierowcy. Po 

dwóch minutach z megafonów na trybunach usłyszał swoje nazwisko.

Uważnie przyglądał się podjeżdżającym maszynom. Ustawiały się w małych boksach - 

prostokątach nakreślonych zmieloną kredą. Nie wszyscy zawodnicy byli na stanowiskach. Jeden 

nerwowo wygładzał bluzę i szarpiąc, poprawiał kołnierz, inni w ostatniej chwili próbowali coś 

ulepszać. Niedaleko Kaia toczyła się rozmowa, czyjeś plecy zasłaniały kierowcę.

Kai starał się rozluźnić i zachować spokój. Ustalił, że gawędzący zawodnik nosi szyte, 

brązowe   buty   na  gumowych   obcasach,   ma   za   ciasną   skórzaną   czapkę,   a   nogi   stojącej   obok 

kobiety są pierwszej klasy.

Teraz dostrzegł również dłoń w długiej rękawiczce, która wydała mu się znajoma. Musiał 

ją gdzieś niedawno widzieć. Kiedy mężczyzna usunął się na bok, Kai poznał kobietę, z którą 

jechał do Genui. To była Maud Philby.

Ku jego radości w tej właśnie chwili zaczął się wyścig.

Oczy Kaia powędrowały dalej. Wkrótce jednak poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Bez 

ceremonii przechwycił je i wytrzymał przez chwilę, udając, że nie poznaje. Potem odwrócił się w 

stronę trybun, rzucił raz jeszcze okiem na publiczność. Wreszcie w ostatniej chwili zręcznie dał 

do zrozumienia, że sobie przypomina, i z całym spokojem, a także pewną rezerwą, pozdrowił 

background image

damę.

Wprawił ją w zakłopotanie, co poznał po tym, jak mu odpowiedziała: zbyt wcześnie i 

dlatego w pośpiechu; była wyraźnie niezadowolona, że nie poznał jej od razu.

Nie patrzył więcej w tamtą stronę, wiedział jednak, że wciąż jest pod obserwacją. Udział 

Kaia w wyścigu wyraźnie zaskoczył Maud Philby.

Kierowca   podszedł   do   swej   maszyny   i   Kai   miał   uczucie,   że   bezustannie   mu   się 

przypatruje. Wywnioskował, że oboje mówią o nim. Usadowił się jak najwygodniej; bardzo teraz 

żałował, że nie wolno mu wygrać wyścigu.

Rozległ   się   strzał.   Silniki   zawyły   i   biały   wóz   Kaia   skoczył   naprzód,   dał   się   jednak 

wyprzedzić   i   przyblokować.   Utkwił   pośród   grupy,   nie   mógł   się   z   niej   wydostać.   Czołówka 

znajdowała się dwieście metrów przed nim. Pierwszy zakręt Kai pokonał dziewięćdziesiątką. 

Wóz dobrze trzymał się toru. Za drugim razem wszedł ostrzej w luk i znakomicie pokonał zakręt. 

Zadowolony zwiększył szybkość i starał się ją utrzymać. Próby sprawdzenia, jak pojazd bierze 

zakręty, spowodowały jednak straty na trasie. Kai dał się wyprzedzić dwóm zawodnikom. Na 

początku   trzeciego   okrążenia   mocno   docisnął   pedał   gazu.   Omal   nie   stracił   panowania   nad 

maszyną,  zaskoczyła  go ogromna nadwyżka  mocy.  Wyprzedził dwóch rywali  i podjechał na 

stanowisko obsługi.

Hollstein wcisnął mu do ust papierosa. Kai pośpiesznie się zaciągnął.

- Silnik ciągnie bardzo dobrze.

Mechanicy mocno dokręcili śruby.

Czołówka miała dwa kilometry przewagi. Kai jednak już wiedział, jak trzeba jechać, i 

powoli odrabiał straty. Z łatwością wyprzedził kilka maszyn i zbliżył się do prowadzącej grupy. 

Linię mety przejechał na niezłej, czwartej pozycji, dziewięćdziesiąt sekund za zwycięzcą. Wygrał 

kierowca, który rozmawiał z Maud Philby.

Lieven cieszył się.

- Zdumiewająco łatwo opanował pan wóz. Jak pan myśli, mamy widoki na Prix Europy?

- Auto jest bardzo szybkie.

Mechanicy przynieśli opony.

- Tylko trochę starte. Po bokach są w dobrym stanie, co oznacza, że wóz mocno trzyma 

się drogi. Nie wynosiło pana z zakrętów?

- Nie, maszyna pewnie trzyma się podłoża. Dobrze byłoby poćwiczyć technikę brania 

background image

zakrętów. To szansa dla tego wozu.

- Jutro wszystko rozmontujemy i dokładnie sprawdzimy, co ucierpiało najbardziej.

Koło stanowiska przetoczył się cały sznur aut szykujących się do następnego wyścigu. 

Hollstein siedział na barierze i czuł się szczęśliwy.

Czekał na konstruktora, którego spostrzegł dopiero w chwili, gdy ten stał tuż obok niego i 

krzyczał:

- Tak ostrożnie brał pan dziś zakręty...!

Hollstein uradowany wskazał na Kaia, podnosząc przy tym zabandażowaną rękę.

- To nie ja siedziałem za kierownicą.

Lieven wyjaśnił, co się stało.

- Jaki ma pan czas? - zapytał Pesch.

Porównali wskazania stoperów. Lieven wybuchnął śmiechem.

-   Nie   ma   wątpliwości,   Kai.   Pod   koniec   osiągnął   pan   szybkość   dochodzącą   do   stu 

siedemdziesięciu kilometrów na godzinę.

Pesch był podniecony.

- To więcej, niż się spodziewaliśmy. - Zwrócił się do Kaia; - Czy według pana silnik ma 

jakieś rezerwy?

- Oceniam,  że  można  liczyć  jeszcze  na  jakieś  dziesięć  do dwudziestu  kilometrów  na 

godzinę.

Pesch wpatrywał się w Kaia.

- Kiedy pan dokładnie pozna wóz, pojedzie pan jeszcze prędzej.

- Niestety, do tego nie dojdzie - odparł uprzejmie Kai.

Pesch puścił to mimo uszu.

- Musimy koniecznie o tym pomówić. Teraz idę do dyrekcji wyścigów. Czy moglibyśmy 

się spotkać dziś wieczorem?

Kai zerknął na Lievena.

- To się da zrobić.

Hollstein zeskoczył z bariery i zawołał zaskoczony:

- Murphy do nas idzie!

Kai nastawił uszu. To nazwisko przez ostatnie dwa lata stało się sławne. Należało do 

jednego z najlepszych amerykańskich kierowców wyścigowych.

background image

- To Murphy brał udział w wyścigu? - zapytał.

- Przecież właśnie on wygrał - zaśmiał się Hollstein.

Kai nie zwracał uwagi na nazwiska kierowców i teraz go zdziwiło, że obsada była tak 

bardzo międzynarodowa. Przyszło mu do głowy, że Murphy to zapewne ów kierowca, który stał 

razem z Maud Philby. Zaciekawiony rozejrzał się za nim i naraz zobaczył, że nadchodzi razem ze 

swą towarzyszką.

Rzucił szybkie spojrzenie Lievenowi.

W uprzejmych słowach Murphy podziękował Lievenowi za pomoc okazaną miss Philby 

podczas wypadku. Wóz, którym jechała, mówił, należy do niego, tym bardziej więc czuje się 

zobowiązany za odstawienie go do dobrego warsztatu.

Możliwość   podtrzymania   znajomości   ucieszyła   Lievena.   Rozmowa   o   wypadku   była 

jedynie pretekstem, ale ten pretekst był mu na rękę. Lieven zakładał, że Murphy robi to, czego 

chce Maud Philby. Jeśli nawet poznali się w nieszczególnych okolicznościach, teraz - inaczej na 

to patrząc - należało uznać, że znajomość utrwaliła się na tyle, ile uważał za stosowne. Przede 

wszystkim jednak czuł się zniewolony osobliwą elegancją Maud Philby i gotów był na każdy 

kompromis. Ta sfera jego życia nie była pozbawiona sukcesów, dlatego też doskonale wiedział, 

że nie należy przeceniać zobowiązań kobiety wobec jej partnera.

Kai nie podzielał zdania Lievena. Wedle niego to raczej Murphy’emu, a nie Maud Philby, 

zależało   na   wykorzystaniu   okazji.   Tym   bardziej   że   Amerykanin   ani   razu   nie   wspomniał   o 

wyścigu, a przecież temat ten wręcz prosił się o rozmowę.

Murphy opowiadał zabawne historyjki, jego dowcip chwilami stawał się niemal jowialny. 

Wciągał w rozmowę Hollsteina, a rzucane mimochodem słowa w połączeniu z uśmieszkami miss 

Philby miały tworzyć beztroski nastrój. Nie zmieniając tonu, odezwał się naraz do Kaia:

- Gratuluję, pańska jazda była wspaniałą improwizacją. Gdyby pan trenował, zapewne 

bym z panem przegrał. - Te uprzejme słowa rzucił z pewną nonszalancją, dając wyraźnie do 

zrozumienia, że są tylko zdawkowym komplementem, zwykłą galanterią, opinią, której nikt nie 

traktuje serio. Znów przywołał na usta uśmieszek, jakby chciał opowiedzieć kolejną anegdotę. - 

Pod koniec jechał pan niemal  sto siedemdziesiąt  kilometrów  na godzinę... Spojrzał  w drugą 

stronę, starając się okazać, że myśli teraz o czymś innym. Położył dłoń na ramieniu Hollsteina i 

dał do zrozumienia, że poza tą jedyną odpowiedzią nic go już nie interesuje. Kai jednak w lot 

pojął, że całe spotkanie Murphy zaaranżował jedynie w tym celu, by zadać owo pytanie. Teraz w 

background image

napięciu oczekiwał odpowiedzi.

Nie krył rozczarowania, gdy Kai obojętnie odparł:

- Ma pan rację, silnik nie spisał się najlepiej. Amerykanin nie dawał za wygraną. Niby od 

niechcenia rzucił na pożegnanie:

-   Będziemy   teraz   częściej   widywać   się   na   torze...   Kai   nie   chciał   kolejną   wykrętną 

odpowiedzią sprawiać  wrażenia, że ma coś do ukrycia. Po takim debiucie ocenił Murphy’ego 

jako dobrego, choć trochę niecierpliwego dyplomatę i chciał mu okazać, jak mało go to wszystko 

obchodzi. Wzruszył ramionami i rzekł:

- Bardzo możliwe.

Umyślnie powiedział aż tyle, choć dotychczas niczego nie postanowił.

Przy tym niby przypadkiem skierował wzrok w stronę Maud Philby i dostrzegł w jej 

oczach drwinę wywołaną chybionymi zabiegami Amerykanina. Wywnioskował, że choć rozumie 

Murphy’ego,   który   starał   się   przejrzeć   nowego   przeciwnika,   nie   popiera   jednak   takiego 

postępowania. Na myśl, że znajomość będzie miała ciąg dalszy, Kai odczuł podniecenie.

Maud   Philby   uznała   natomiast,   że   nadarza   się   okazja   do   ekscytującego   flirtu 

stwarzającego możliwość najprzeróżniejszych kombinacji. Nie byłaby Amerykanką, gdyby coś 

takiego   przepuściła.   Zbyt   nęcąco   rysowała   się   szansa   uknucia   misternej   intrygi,   w   której 

jednocześnie   mogła   się   czuć   upragnioną   nagrodą   i   działać   na   własny   rachunek.   Po   takich 

partnerach można się było wiele spodziewać. Im bardziej sprawa wyglądała niejednoznacznie, 

tym szybciej dojrzewały decyzje miss Philby.

Lieven powziął już pewien plan. Zamierzał się taktownie wywiedzieć, co łączy Maud 

Philby z Murphym,  by potem więzy te systematycznie  i po przyjacielsku  podkopywać,  a w 

rozstrzygającej chwili znaleźć się na właściwym miejscu. Wiedział, jakie to ważne, by wytropić 

u płci pięknej chwilę słabości i ją wykorzystać. Każda, nawet najodporniejsza kobieta miewa dni, 

w których słabnie jej hart ducha i, bezbronna, ulega mężczyźnie, jeśli ten to dostrzeże (chwała 

Bogu rzadko dostrzega) i rozpocznie skuteczne oblężenie. W miłości był trochę jak maruder i nie 

miał żadnych złudzeń. Uważał, że naprawdę trudno tutaj podporządkować się zwykłym regułom 

i   nacierać   frontalnie;   nie   zawsze   da   się   zadośćuczynić   wymaganiom   sumienia,   w   innych 

sytuacjach nawykłego do otwartego stawiania spraw.

Dziwaczny wielokąt, w którym każdy milcząco upatrywał czegoś dla siebie, utwierdzał tę 

znajomość o wiele bardziej niż zwyczajna, wzajemna sympatia. Niezmiernie ożywiona Maud 

background image

Philby zaprosiła wszystkich na herbatę w któryś z nadchodzących dni.

Pesch   czekał   już   na   Kaia   i   Lievena.   Zaproponował,   by   teraz,   późnym   popołudniem, 

jechać   do   Genui.   Jeszcze   przez   kilka   godzin   będzie   jasno,   Lieven   uznał   zatem,   że   jadąc   w 

szybkim tempie, pokonają większą część trasy, nim zapadnie zmrok.

W drodze rozmowa się nie kleiła. Kai rozsiadł się wygodnie i przespał kilka godzin. Od 

pewnego czasu czuł się zmęczony. Oświadczył, że najwspanialej śpi w samochodzie jadącym z 

prędkością dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Jeśli nawet sen nie jest twardy i głęboki, 

można to sobie z nawiązką powetować równoczesnym odczuwaniem skrajności - przebłyskami 

rozespanej   świadomości,   do   której   dociera   ciemny,   szumiący   powiew   szybkiej   jazdy,   i 

bezczasowym   strumieniem   snów,   przy   czym   oba   te   światy   się   mieszają.   Nudzącemu   się 

Peschowi  powiedział,  że  coś  takiego  da się określić  jako włóczęgę  przez chaos,  po czym  z 

czystym sumieniem zapadł w sen tak wyborny, że obudził się, dopiero gdy klaksony otrąbiły 

przybycie do Miramare.

Kolację   jedli   późnym   wieczorem   na   tarasie.   Z   tyłu   jarzyły   się   szerokie   okna   sali 

restauracyjnej, przed tarasem, głęboko w dole, widać było nieliczne liście wydobywane przez 

światło z ciemności ogrodów palmowych.

Via San Benedetto tonęła w bladym świetle; po lewej nad spowitym w noc miasteczkiem 

pochylała się, strzegąc go zazdrośnie, Statione Principe. Daleko z tyłu, zawieszony wysoko w 

ciemnościach, błyszczał jasnym światłem szyld hotelu Savoy.

Pesch zagłębił się w fotelu i zapytał Kaia:

- Jak się panu podoba nasz wóz?

- Bardzo.

-   Jeszcze   do   końca   pan   go   nie   poznał.   Na   następnych   wyścigach   trzeba   będzie 

wypróbować go bardziej gruntownie, pojechać ostrzej.

Kai skinął głową. Pesch milczał wyczekująco. Po chwili dalej sondował:

- Można by do tego czasu potrenować...

- Z pewnością; ręka Hollsteina zagoi się dużo wcześniej.

-   Bawimy   się   w   chowanego   -   wtrącił   się   Lieven.   -   Kai,   dlaczego   pan   się   wykręca? 

Przecież wiemy, o co chodzi.

- Ach tak - rzekł z uśmiechem Kai. - Chcielibyście, żebym pojechał w wyścigu o Puchar 

Mediolanu?

background image

- Tak - odparł Pesch. - O tym chciałem z panem pomówić.

- To stało się zbyt prędko. Nie chciałbym jechać. Jestem tu dopiero kilka dni i bardzo 

możliwe, że niebawem wyjadę. Cztery tygodnie to dużo czasu. Biorąc pod uwagę powody, dla 

których przyjechałem, decyzja jest dla mnie zbyt trudna. Mam zobowiązania i właśnie dlatego 

muszę odmówić.

Pesch jednak kusił:

- Wyścig mediolański traktuję jedynie jako przygrywkę. Chodzi przede wszystkim - tu 

zrobił efektowną pauzę - o mistrzostwa Europy wjeździe górskiej, gdzie właśnie pan powinien 

pojechać.

- Mistrzostwa Europy na trasie Targa Florio. Cztery lata temu przejechał pan ten dystans. 

- Lieven pochylił się z przejęciem.

- Miałby pan wszystko do dyspozycji... - dodał wolno Pesch.

Nie było odpowiedzi.

Pesch dokończył:

- Sposób, czas trwania i terminy treningów zależą wyłącznie od pana.

Teraz czekał.

Kai zwlekał. Poznał już urok wyścigów automobilowych, wobec których inne dziedziny 

sportu wydają się wręcz dyletanckie. Dziś po południu znów zetknął się z tą atmosferą; uwielbiał 

chwilę, w której przeobrażał się w zawodnika i siadając za kierownicą wozu wyścigowego, całe 

swe doświadczenie, duszę i jestestwo kierował na osiągnięcie niedorzecznego celu - musiał być 

szybszy o kilka sekund niż inni ludzie w takich samych pojazdach. Istota rekordu polegała na 

negowaniu samego siebie; właśnie dzięki temu łatwiej i z całą bezwzględnością mógł wyzwolić 

w sobie nadzwyczajną wolę walki i wydestylować z niej żar oczekiwań tak wielkich, jakby szło o 

istnienie całego świata, kiedy w rzeczywistości oznaczało to zaledwie kilkumetrowe zwycięstwo 

nad podobnymi sobie, którzy nosili pikowane kamizelki i lubili pieczyste z rożna.

Kai umiał docenić propozycję. Wydawało mu się jednak, że jeszcze jej czegoś brak, że 

wobec zapału, z jakim tu przybył, jest dalece niewystarczająca. Coś buntowało się w nim i nie 

pozwalało jej przyjąć. Wstał.

- Nie, nie chcę, nie chciałbym teraz podejmować decyzji.

Pesch skinął głową.

- Jak pan uważa. Ale niech pan to przemyśli. Zostaję w San Remo jeszcze przez tydzień. 

background image

Czekam na pana...

Kai zwrócił się do Lievena.

-   Moglibyśmy   wyjechać   jutro   wczesnym   rankiem?   Trochę   boję   się   o   Frute.   Nie   jest 

przyzwyczajona zostawać długo sama. A teraz chyba pójdziemy spać.

Przez chwilę jeszcze stał na balkonie i wyrzucał sobie, że nie zabrał suki. Była do niego 

bardzo   przywiązana   i   na   pewno   tęskniła.   Postanowił,   że   nazajutrz   kupi   jej   funt   polędwicy 

wołowej. Przepadała za nią.

background image

III

Maud Philby miała swoje sposoby wymuszania haraczu, tak skuteczne, że dostawała go 

nawet  wówczas,  kiedy nie  chciała.  Danina  była  znacznie   wygodniejsza   niż  narażanie   się  na 

wymianę ognia - tej zawsze lepiej unikać. Znała na wylot wszystkie pułapki oraz subtelności 

flirtu i w końcu zawsze odnosiła sukces. Gdyby było inaczej, uznałaby to za blef.

U   Lievena   taktykę   ostrożnego   wyczekiwania   rozgryzła   w   jeden   dzień.   Lieven   został 

odpowiednio   sklasyfikowany   i   stracił   w   jej   oczach,   Kai   natomiast   zabiegom   miss   Philby 

przeciwstawił uprzejmy brak zainteresowania. Amerykanka nie natrafiała również na jego opór, 

toteż nigdy nie wiedziała, czy jej strzały są celne.

Zbyt długo mieszkała w Ameryce, aby była w pełni zdolna do cywilizowanego flirtu. 

Lubiła wprawdzie ten rodzaj szermierki i uprawiała go po mistrzowsku, ale tajemnica milczenia, 

jej przemożne oddziaływanie nie należały do repertuaru miss Philby.

Nie pojmowała, że Kai na nią nie reaguje, uznała to za bierny opór. Chociaż nie musiał jej 

przyświecać żaden cel, nabyła już dość europejskiej ogłady, aby brać w rachubę i taką możliwość 

- w zbyt małej jednak mierze, by w sprawach flirtu, tej na wskroś europejskiej sztuki, nie poddać 

się amerykańskiemu pomieszaniu spraw. To zaś nie pozwalało jej dostrzec we flircie czarownej, 

pełnej  wdzięku, czasem doprawionej smutkiem (przecież we flircie wyrzekamy się spełnienia 

właśnie ze względu na melancholijną mądrość) konwersacji i kazało go traktować jak sport, w 

którym dopuszczalny jest wyłącznie happy end.

Pewnego dnia rankiem wszyscy spotkali się na korcie tenisowym. Maud Philby wpadła na 

szczególny   pomysł   -   chciała   grać   o   wschodzie   słońca.   Wyświadczono   jej   grzeczność, 

towarzystwo stawiło się punktualnie. O wczesnej godzinie piękną okolicę rozjaśniał fiołkowy 

brzask. Zaspani balownicy przykucnęli po kątach, ciemne karły w szarym półcieniu, krzewy i 

kamienie   zaczarowane   w   figury   znad   niewidocznych   jeszcze,   choć   głośno   szumiących   wód 

kołyszącego się morza. Wraz z pojawieniem się słońca nadleciał wiatr, o którym Maud Philby 

każdego ranka umiała powiedzieć coś trafnego. Wyjątkowo ładnie potrafiła okazywać zachwyt i 

było jej z tym do twarzy.

Zaczynało wiać zawsze o tej samej porze. Wiatr zdawał się przybywać nie wiadomo skąd, 

z wnętrza budzącej się do życia szarości, miękkiej jak pióra mew. Początkowo czuło się jakiś 

chłód   na   czole,   który   stopniowo   narastał   i   przeobrażał   się   w   wiatr.   Z   mglistych   oparów 

wynurzało się ołowiane morze, rozdygotane, niespokojne. Dalej rozpościerało się niebo, które z 

background image

wolna nabierało barw.

Maud Philby spoglądała przed siebie ze zmarszczonym czołem.

- Dwie rzeczy w życiu uważam za zbyt  trudne, choć ambicja każe mi dopiąć swego: 

zobaczyć,   jak   porusza   się   godzinowa   wskazówka   zegara   i   jak   przemyka   blask   jutrzenki   na 

bezchmurnym niebie. Ani jedno, ani drugie dotychczas mi się nie udało, nie umiałam wpatrywać 

się wystarczająco długo i w skupieniu. Żyjemy w zabieganym stuleciu, Murphy...

Czerwień stawała się coraz intensywniejsza. Naraz wystrzeliło słońce, od razu wysoko na 

niebie, ogniste, gorejące. Morze zadrżało... oczywiście drugiego ranka Maud Philby chciała to 

zobaczyć... i przybrało barwę srebrzystego brokatu, piasek na kortach przemienił się w złoto, 

hotel zaś zaróżowił na podobieństwo brodzącego flaminga - takie to porównania wymyślała miss 

Philby, nim pierwszy raz uderzyła rakietą.

Innym   pomysłem   Amerykanki   było   śniadanie   w   plenerze.   W   małej   hali   klubowej 

podstawili głowy pod tryskające z prysznica jasne strugi wody, zestawili razem kilka giętych 

stolików i krzeseł, a po chwili pojawiły się talerze i dzbanki.

Maud Philby ogromnie się troszczyła, by każdy dostał, co lubi. Sama wzięła grzanki z 

masłem i rzeżuchę wodną. Lieven dostał duże kawałki arbuza doprawione pieprzem i musztardą 

ziołową, które bardzo sobie chwalił. Murphy zamówił czarną kawę, Kai zaś stwierdził, że z rana 

najlepiej smakuje papieros, trochę jak orzeszki ziemne z migdałami.

Maud Philby orzekła jednak, że samym papierosem nie da się żyć. To był jeden z jej 

największych przymiotów - podczas jedzenia wygłaszała wyłącznie komunały i starała się nie 

zadręczać  otoczenia  problemami  duszy.  Kai dostosował się do obowiązujących  reguł i kazał 

sobie przynieść ananasa.

Służba hotelowa zabrała się do dzieła. Dwóch ludzi trzymało ananasa, trzeci przyniósł 

prasę do owoców i szklanki, a szef sali czynił swą powinność i w nienaganny sposób podawał 

sok - z lodem oraz słomkami do picia. Każdego ranka ten obrzęd dostarczał podobnych uciech.

W końcu rakiety tenisowe powędrowały do przechowalni i towarzystwo  się rozeszło. 

Właśnie schodzili się pierwsi goście, co dla Maud Philby było przykre. Uważała, że przychodzą 

za wcześnie: wedle niej powinni byli się zjawić dopiero za dwie godziny.

O jedenastej nastąpiło kolejne spotkanie i wszyscy udali się na promenadę. Jak zwykle 

wygłaszano uszczypliwe uwagi, w tonie żartobliwym, doprawionym niekiedy złośliwością, co 

podobnym   spacerom  nadaje niepowtarzalny  urok. Lieven   wyróżniał  się  wręcz  wizjonerskimi 

background image

porównaniami i opisami fizjonomii przemierzających deptak Angielek.

Maud Philby gustowała w napojach orzeźwiających podawanych w wysokich szklanicach 

oraz w konwersacji, przy czym w spokojnej chwili wzniecała żar, tłumiła go łagodnie, podpalała 

lont i momentalnie, jednym słowem, gasiła.

I właśnie teraz, kiedy całe towarzystwo zasiadło w kawiarni, chroniąc się przed ostrym 

słońcem pod rozłożystym czerwonym parasolem, ze swadą opowiadała o rozbitym samochodzie, 

który właśnie wrócił z naprawy.

Rozumowała poprawnie. Murphy podejrzewał winę Lievena lub Kaia, zakładał, że jechali 

nieuważnie i z całą pewnością dałoby się uniknąć zderzenia z wozem, w którym za kierownicą 

zasiadała dama. Dlatego żywo wypytywał o przyczyny wypadku.

Nie doczekał się satysfakcji. Z drugiej strony również miss Philby mówiła z przejęciem o 

swojej   niezręczności,   przy   czym   mocno   przesadzała,   chcąc   podkreślić   przytomność   umysłu 

Lievena.

Taki początek uznała za wielce obiecujący: Murphy rozgniewał się na dobre. Nie mówił 

nic, tylko kiwał głową, pozornie ze wszystkim się zgadzał, dając do zrozumienia, że są to sprawy 

oczywiste i przerabia się je na kursach dla kierowców. Ironizował, cedząc niedbale „tak, tak”, i 

nawet kiedy rozlał absynt, nie stracił promiennego wyrazu twarzy.

Zapadło   wymowne   milczenie.   Lieven   nie   chciał   replikować,   bo   wiodłoby   to   ku 

niepożądanej   jednoznaczności,   przyjął   zatem   zupełnie   odmienną   taktykę.   Oświadczył 

nonszalancko, że miss Philby jest zbyt uprzejma. Sama  zdecydowała o wszystkim, kiedy tak 

dzielnie poczynała sobie za kierownicą; sprawy potoczyły się tak, jak już opowiedziano, po czym 

- tu głos Lievena zabrzmiał przymilnie - możliwe było tylko miękkie zderzenie.

Z   namaszczeniem   zapalił   papierosa.   W   takich   chwilach   nieważne   czynności   miewają 

pewien urok. Murphy dał spokój. Zwrócił się do Maud Philby:

- Ostatnio do dobrego tonu należy mieć niewielki dywan z Genui. Widziałem tam niezły 

isfahan. Może chciałaby go pani obejrzeć?

Zmiana   tematu   nie   była   po   myśli   miss   Philby.   Odparowała   pośpiesznie,   że   chętnie 

pojedzie, zwłaszcza że kabriolet został już naprawiony. Chciałaby jechać nie tylko do Genui, lecz 

także do Mediolanu, obejrzeć wyścigi pucharowe.

Sytuacja zrobiła się interesująca. Maud Philby miała wrażenie, że dopięła swego. Było 

cudownie patrzeć, jak Murphy z nadętą miną zamawia absynt, a Lieven zaciąga się papierosem. 

background image

Nie udało się jednak przełamać dyplomatycznej rezerwy. Wobec tego spróbowała z innej strony i 

zapytała Lievena, czy te wyścigi rzeczywiście są ważne.

- Nic szczególnego, to całkiem przeciętna impreza - odpowiedział wymijająco.

Murphy, spoglądając zza wysokich kieliszków, wtrącił:

- Ale warto się pokusić o wygraną.

- Oczywiście - zgodził się lakonicznie Lieven.

Murphy naciskał:

- Będziecie startowali?

- Jeszcze się nie zgłaszaliśmy - zbył pytanie Lieven.

- Nie wiecie, czy wasz kierowca będzie do tego czasu zdrów? O to chodzi?

- Zgadł pan - rzekł z przekąsem Lieven.

- Uważam, że jego rana była naprawdę poważna - ciągnął Murphy.

Istotnie.

- Szkoda. Zatem nie spotkamy się na torze.

-   Ależ   dlaczego   nie?   Może   jednak   tak!   -   Lieven   rozzłościł   się   na   Amerykanina. 

Utrzymywanie go w niepewności sprawiało mu radość.

Maud   Philby   przysłuchiwała   się   uważnie.   Z   uśmieszkiem,   z   góry   przepraszając   za 

naiwność, zwróciła się do Kaia:

- Przecież pan mógłby wskoczyć na miejsce poszkodowanego kierowcy?

Murphy zmierzył Kaia bystrym spojrzeniem. Nagle zrobił się przymilny.

- Bardzo przepraszam, nie wiedziałem o tym  i nawet nie przyszło mi to na myśl. W 

przeciwnym wypadku nie byłoby już o czym mówić. - Patrzył na Kaia uprzejmie, ale i czujnie. - 

Jesteśmy zatem rywalami.

Pomimo tych prób nie uzyskał zadowalającej odpowiedzi, nie dowiedział się niczego o 

planach Kaia. Uważał, że Kai jest przeciwnikiem niebezpieczniejszym niż Hollstein, i na wszelki 

wypadek chciał w porę wiedzieć, co go czeka.

Lieven   już   od   dawna   budził   w   nim   głęboką   niechęć;   Kaia   jeszcze   spodziewał   się 

obłaskawić.

Nader przykra była dla niego chwiejność i kokieteria Maud Philby. Wówczas, na torze, 

przystał na zawarcie znajomości, ponieważ liczył, że dowie się czegoś o wyścigach i pociągnie 

za język przeciwnika; jakakolwiek myśl, że znajomość rozwinie się w takim tempie, była mu 

background image

obca. Nie rozumiał Maud Philby i jej dwuznacznej roli w całej tej historii. Przecież właśnie dla 

niej nie powinna mieć żadnego znaczenia.

Jej jednakże wyraźnie się to podobało. Bez reszty pochłonęła ją rozmowa z Lievenem, z 

którym wymieniała szydercze żarciki na temat Sporting - Clubu i jego nowych członków.

Na asfalcie alei zatrzymała się limuzyna. Wysiadła z niej dama, w której Kai rozpoznał 

swą partnerkę od stołu gry z pierwszego wieczoru. Była sama i wolnym krokiem szła promenadą. 

Pochylenie głowy, ruchy jej ramion i całej postaci przypominały mu pewien znajomy obraz: 

rozmowę z Fiolą na tarasie kasyna podczas dansingu. Sądził, że ma do czynienia z tą samą 

kobietą.

Przeszła   kilka   kroków,   odpowiedziała   na   czyjś   ukłon,   po   czym   przepadła   w   tłumie 

spacerowiczów.   Kai   zerknął   w   stronę   Maud   Philby   i   uśmiechnął   się:   nagle   bardzo   mu   się 

spodobała. Przywołał Frute i pogłaskał ją po grzbiecie. Orkiestra zaczęła grać. Kai poczuł się 

dziwnie lekko. Podjął decyzję.

Muzyka uwodziła słodyczą skrzypiec, ich ckliwą kantyleną. Instrumenty dęte blaszane w 

nieregularnym rytmie przeciwstawnych synkop z czasem cichły, by po chwili dać się słyszeć na 

tle tematu.

Coś działo się z trąbką. Było ją wprawdzie słychać w wysokim rejestrze, kiedy jednak 

trębacz dobywał dźwięku silniejszego i głębszego, instrument chrypiał i tylko czasem odzywał 

się czysto. W końcu ów muzyk, grubas o czerwonych policzkach, też to zauważył. Potrząsnął 

głową, jak lekarz opukał i osłuchał instrument, zajrzał do środka, przedmuchał wentyle, jeszcze 

raz spróbował, mocniej potrząsnął głową, zaraz potem trąbką i w końcu zrezygnował z gry.

Oparł instrument na kolanach i śledził utwór w nutach. Widać było, że nie ma pojęcia, co 

z sobą zrobić. Jakiś czas wybijał takt nogą, po chwili jednak dał spokój i siedział bezczynny, 

rozglądając   się   bezmyślnie,   podczas   gdy   inni   grali:   silny,   dobrze   odżywiony   mężczyzna   o 

dziecinnym, bezradnym uśmiechu, człowiek, którego złożony organizm, w tym skomplikowane 

zwoje mózgowe, nie mógł sobie poradzić z zatkaną trąbką.

Tak niekiedy objawia się tragiczna tajemnica ludzkiej egzystencji.

Przy rozstaniu Kai z całym spokojem zapytał Maud Philby:

- Pojedzie pani dziś ze mną na wycieczkę? Mam coś do załatwienia po drugiej stronie 

granicy. Będzie mi miło, jeśli się pani zgodzi.

Była zaskoczona, ale podejrzewała, że ma to związek z poprzednią rozmową. Spytała od 

background image

razu:

- O której?

- Jeśli pani to odpowiada, możemy jechać o piątej.

- W porządku - zgodziła się i poprosiła Murphy’ego, by zabrał ją do restauracji.

- Murphy staje się figurą tragiczną - rzekł Lieven, kiedy tych dwoje odeszło.

- Dla mnie, na razie, raczej zabawną. - Kai aż gwizdnął z uciechy.

-   Będzie   jednak   tragiczną.   Tymczasem   sroży   się   na   nas   obu,   nie   wie,   którego   ma 

zaatakować. Znam podobne sytuacje. Zazwyczaj fałszywie dobiera się cel ataku.

- Kto według pana byłby tym fałszywym celem?

Lieven zamyślił się i po chwili odpowiedział:

- Oczywiście, że pan!

Kai roześmiał się.

- Rozumuje pan jak starożytni Rzymianie. I ja, i pan bylibyśmy celami chybionymi.

- Nie rozumiem.

- Naprawdę obawiam się, że ma pan jakieś złudzenia. Nie zauważył pan, że w całej tej 

sprawie o nic nie chodzi?

- Od początku na to wyglądało - powiedział po namyśle Lieven.

- Zobaczy pan, idę o zakład. Ta Philby zupełnie nie jest zainteresowana.

- Jeśli chodzi o nas. Ale Murphy...

Drogi Lieven, jedyną szansą dla kogoś takiego jak Murphy jest to, że może posłużyć do 

zabijania   nudy,   gdy   jednak   trafi   się   coś   lepszego,   najpewniej   zostanie   odsunięty.   To   lepsze 

jednak szybko przemija, dzięki czemu Murphy znów wróci do łask. W ten sposób przetrzyma 

innych. Byłoby ogromnym błędem sądzić, że jeśli coś jest trwałe, musi być wartościowe. To 

oszustwo formułowane przez proroków postępu na użytek większości, która bywa niepokorna 

albo   zagubiona.   To,   co   wartościowe,   jest   zawsze   w   ruchu,   przeciętność   natomiast   trwa   w 

miejscu. Dlatego Murphy jest typem małżonka. Często zresztą posiadanie łączy się z gniewem, 

zwykle wówczas, gdy czujemy się odsuwani od tego, co uważamy za swoje.

- Po pańskich sądach znać spore doświadczenie.

- Nie miałem zamiaru osądzać, chciałbym się raczej włączyć.

Lieven, zaskoczony, zaniemówił. Kai z całym przekonaniem ciągnął dalej:

- Wchodzę w to już dziś po południu. Zdecydowałem, że zostanę tu dłużej. W tej sprawie 

background image

niczego nie da się zrobić, ale właśnie dlatego postanowiłem zostać. Czasem, by uruchomić bieg 

wydarzeń, trzeba uderzyć z innej strony. W najbliższych dniach chciałbym odszukać Fiole: mam 

do niego kilka pytań.

Lieven   nie   do   końca   rozumiał   sens   decyzji   Kaia,   nie   chciał   też   niczego   więcej   się 

dowiadywać.   Postanowił   trzymać   się   swej   wypróbowanej   taktyki   wyczekiwania,   zachowując 

przy tym większą czujność.

Maud Philby czekała na Kaia w hallu hotelowym. Wyruszyli niezwłocznie.

Popołudnie   minęło   przyjemnie,   wczesny   zmierzch   na   Lazurowym   Wybrzeżu   trudno 

porównać z czymkolwiek. Znad morza, które na horyzoncie połyskiwało czerwienią wina, niósł 

się krystaliczny podmuch. Do zatok nie docierały już jaskrawe promienie słońca, pogrążały się w 

cieniu, który je dzielił, odgradzał od siebie. Roślinność opadała ze wzniesień ku ulicom, ledwo 

powstrzymywały  ją   mury   ogrodów   i   zdawało   się,   że   pod   swym   zielonym,   kwitnącym 

nienasyceniem pogrzebie cały świat.

Na   wodzie   kołysały   się   żagle   łodzi   rybackich   w   kolorze   brązu   bądź   ochry.   Często 

dobiegały z nich nawoływania, dźwięczne i przenikliwe niczym krzyki ptaków - wirująca gra 

dźwięków opadająca z wysokości błękitnego nieba.

- Popołudnie jest jak owoc pomarańczy - mówiła Maud Philby. - Nie wiadomo, co lepsze: 

podziwiać czy może obrać ze skórki i wgryźć się w miąższ.

Kai   nie   spodziewał   się   tak   obrazowych   porównań:   był   pochłonięty   wymijaniem 

autokarów   z   wycieczkowiczami,   które   bez   ostrzeżeń   wypadały   zza   zakrętów,   a   za   sprawą 

objaśniających przez tuby cicerone były jak wyspy objawienia. Chyląc czoło przed poetycznym 

nastrojem, jaki zagościł na sąsiednim fotelu auta, odpowiedział poniekąd twierdząco, ucinając 

jednak rozmowę:

- Jedno i drugie...

Sądził, że dzięki temu będzie pamiętał, by zatankować jeszcze przed granicą, i zyska 

trochę spokoju. Kiedy siedział za kierownicą, rzadko miewał ochotę na wymianę górnolotnych 

frazesów.

Następne pytanie miss Philby było znacznie bardziej na miejscu:

- Właściwie dokąd jedziemy?

Zrobił tajemniczą minę.

- Przekona się pani za pół godziny.

background image

Wóz sunął przed siebie. Most i jakieś ruiny, dalej znów szosa, agawy, palmy, między nimi 

domy.   Przez   uliczki   niósł   się   śpiew   dziewcząt,   całe   rodziny   gromadziły   się   na   wieczorne 

rozmowy przed pootwieranymi drzwiami domów; ciemną czeluść za plecami ludzi cień barwił 

złotem i umbrą.

- Nie powie mi pan, dokąd jedziemy? - nie dawała za wygraną Maud Philby.

- Jesteśmy na miejscu.

Kai skręcił na podjazd hotelu Royal. Wręczył  portierowi swą wizytówkę i poprosił o 

przekazanie jej doktorowi Peschowi. Sam został na dole.

Po chwili w towarzystwie boya hotelowego pojawił się Pesch. Kai przedstawił go miss 

Philby i rzekł:

- Rozstaliśmy się kilka dni temu, nie kończąc rozmowy.

Pesch skinął głową.

- Mówiłem, że będę na pana czekał.

Kai odwrócił się do Amerykanki.

- Doktor Pesch skonstruował wóz, którym jechałem w Monzie.

Pojęła i od razu zrobiła się czarująca. Kai zapytał:

- Kto dotychczas zgłosił się do wyścigu o Puchar Mediolanu?

Pesch wymienił nazwiska.

- Będzie to zatem dobry wyścig. Pan też się zgłosił?

- Nie. Chcemy, żeby startował tylko jeden nasz wóz. Zgłosimy go jednak, jeśli pan zgodzi 

się nim pojechać.

Jego upór miał w sobie coś sympatycznego. Kai niczego mu nie gwarantował, Pesch 

właściwie go nie znał. Wiedział jedynie od Lievena, że Kai kiedyś jeździł na wyścigach. Teraz 

po prostu realizował swój pomysł i był w tym konsekwentny. Należał do ludzi sukcesu, o czym 

nie rozstrzygały pomysły, lecz właśnie konsekwencja...

Maud Philby nachyliła się do Pescha.

- A kogo spośród zgłoszonych uważa pan za faworyta?

Pesch zastanowił się.

- Myślę, że Murphy’ego...

Rozpromieniona Amerykanka spojrzała na Kaia, którego jej zachowanie bawiło. Kiedy 

obserwował   ją   z   bezpiecznego   schronienia,   jakim   była   dlań   dawno   powzięta   decyzja,   jej 

background image

gorliwość śmieszyła go w dwójnasób. By nie psuć sobie zabawy, Kai odezwał się do Pescha 

dźwięcznym głosem, w którym brzmiało zdecydowanie:

- Przyjechałem tutaj powiedzieć panu, że poprowadzę ten wóz. Za tydzień chcę rozpocząć 

trening.

W   drodze   powrotnej   Maud   Philby   milczała.   Rozkoszowała   się   myślą,   że   niebawem 

przekaże wiadomość Murphy’emu. W życiu trafiają się naprawdę wspaniałe chwile.

background image

IV

Fioła odstawił srebrny puchar.

- Ten koktajl musi dojrzewać trzy tygodnie. Ostatnie trzy dni powinien stać w zamknięciu 

z lodem i dopiero wtedy można dodać przecedzonego soku cytrynowego. Jeszcze tylko nieco 

mokki   i   koniecznie   kilka   kropel   angostury.   -   Brzegi   szklanych   kieliszków   przetarł   połówką 

cytryny i zanurzył w cukrowym pudrze, który natychmiast zamienił się w kryształki. Potem dodał 

sproszkowanego lodu, mocno potrząsnął pucharem i napełnił szkło zawartością. - Nie podaję 

słomek, za to jest cytryna. - Podsunął Kaiowi plasterki.

Do pomieszczenia wpadało przytłumione światło, nadając wnętrzu miękkość jedwabiu. 

Sofy dosunięto do okien; na niskich taboretach leżały pliki gazet.

- Dawno nie było tu prasy - zauważył Fioła.

- Po pierwszym wieczorze już więcej nie grałem - rzekł Kai, myśląc o rulecie.

-   Kilka   dni   temu   podniósł   się   krzyk.   Człowiek   z   żółwiem   poczuł   się  oszukany.   Tak 

protestował, że aż ten jego amulet spadł na podłogę. Facet wyglądał groteskowo, kiedy żółw 

niepostrzeżenie i z dostojeństwem ruszył naprzód, a on wyrzekał, machając przy tym rękami jak 

wiatrak.

- Trudno dziś o wytworne maniery.

Kai patrzył przez okno. Dwie motorówki właśnie opuszczały port w Monako - niewielki, 

w   kształcie   prostokąta,   trochę   jak   dla   zabawek.   Chciał   się   od   Fioli   dowiedzieć   czegoś   o 

nieznajomej z salonu gier i myślał, od czego by tu zacząć. Jakiś wstyd nie pozwalał mu zapytać 

wprost. Wpadł w zadumę i coraz głębiej się w niej pogrążał. Fioła wyrwał go z niej:

- Daleko odbiegł pan myślami.

Kai drgnął zaskoczony. Właśnie zamierzał sprecyzować pytanie i naraz stanęły mu przed 

oczami obrazy z przeszłości. Światło potęgowało nastrój, owa stonowana połyskliwa szarość, na 

której tle nawet odległe sprawy udawało się zrozumieć. Myślał o młodej Barbarze i o tym, jak 

pochylała się ku niemu w stajni, mając za sobą końskie boki i ciemność, a w oczach przebłyski 

budzącej się dopiero kobiecości. Obraz był niezwykle wyrazisty, Kai widział go wciąż równie 

ostro jak rozświetlone okno, krzesła, gazety i swego rozmówcę. Chwilami, choć nie bez oporów, 

obraz ten się rozmywał, zawsze jednak gotów był wrócić.

- Robi pan nadzwyczajne koktajle - odezwał się w zamyśleniu do Fioli. - Właśnie się 

zastanawiam, czy życie bez celu to nie za mało. Zapewne byłoby lepiej gdzieś osiąść, do czegoś 

background image

się zabrać, wytyczyć sobie jakieś granice. Czegoś takiego chce się dopiero w pewnym wieku, 

może nawet takie jest prawo natury.

- Niewątpliwie. Ale nie sądzę, by to odpowiadało każdemu.

Gonimy   bez   tchu   od   jednej   sprawy   do   drugiej,   wirujemy   jak   kula   niesiona   wartkim 

nurtem ku kolejnej kipieli, żądni jedynie doznań zaspokajających nasze „ja”.

Nieraz mi się wydaje, że stoję na rozstajach: z jednej strony, jak dotychczas, mam do 

czynienia   ze   swoim   ego,   dla   którego   nadrzędnym   celem   jest   coraz   to   głębsze   przeżywanie 

samego siebie, często pełne zwątpienia, z drugiej zaś życie wsparte na trwałych podstawach i 

rozumie, ugruntowane i zakotwiczone, ożywiane mądrością i wolą.

Fioła wstał.

- To zdumiewające, ale mam wrażenie, że chce się pan żenić.

Kai milczał. Odpowiedział dopiero po chwili:

- Rzeczywiście, tego nie można wykluczyć. - Potrząsnął głową. - Właściwie chciałem z 

panem mówić o czymś całkiem innym.

- Dziś przyjmuje księżna Parmy - oznajmił Fioła. - W tym nastroju przyjęcie u niej dobrze 

panu zrobi. Chodźmy tam razem. Poza tym powinien pan wiedzieć: spokojną przystań zawsze 

chwalą ludzie, którzy akurat tkwią pośrodku oceanu. Gdyby ich jednak zatrzymać w porcie, z 

pewnością by tego nie znieśli.

Księżna Parmy była stara. Chodzenie sprawiało jej kłopot i najczęściej opierała się na 

solidnej lasce. Prowadziła dom otwarty, którego styl i wystrój wnętrz był bardzo niejednorodny. 

Kilka pokoi całkowicie wypełniały cenne kolekcje, lecz do nich księżna nigdy nie wchodziła.

Kai i Fioła zostali zaproszeni na festyn kostiumowy. Klub tego dnia był pusty. Portier 

ziewał, zasłaniając usta wyzłoconym rękawem, bezczynni krupierzy siedzieli dostojnie, sztywni i 

znudzeni niczym olimpijscy bogowie. Tylko przy jednym stole toczyła się gra z udziałem jakichś 

nieznanych   gości,   pozostałe   stały   opuszczone.   Obowiązywało   niepisane   prawo   nakazujące 

zjawiać się u księżnej punktualnie.

Kai rozpoczął przygotowania z dużym wyprzedzeniem. Umiał cieszyć się chwilą, gdy po 

wymyślnej kąpieli, odziany w gruby szlafrok frotte, wyciągał się na szezlongu lub w fotelu, palił 

lekkie papierosy Wirginia, piłował paznokcie i patrzył w okno. Pozwalał wtedy leniwie błądzić 

myślom, spokojnie oddawał się marzeniom, zagłębiał w lekturę gazet bądź książek, w których 

rozcinał zazwyczaj tylko pierwsze strony.

background image

Potem następowało powolne, przedłużane z rozmysłem ubieranie się. Podczas wiązania 

krawatu nagle pojawiał się jakiś interesujący pomysł, wart przemyślenia. I naraz wzrok Kaia 

napotykał w lustrze odbicie wykrzywionej tajemniczym uśmieszkiem twarzy;  zaskoczenie, że 

można się było tak dalece zapomnieć. Jeszcze trzeba uformować węzeł krawatu i zdjąć z włosów 

siatkę. Z dołu dobiegał dźwięk klaksonu. To był wóz Fioli.

W zamkniętym samochodzie Kai czuł się nieswojo. Był przyzwyczajony do pojazdów 

otwartych. Jeszcze dziwniejsze było dlań, że nie siedzi za kierownicą. Kabina wozu, jak mała, 

dziwna wysepka, przesuwała się z cichym buczeniem wzdłuż ogrodów i drzew morwowych. 

Zwietrzałe   brązowe   kolumny,   rozmyty,   nadgryziony   zębem   czasu   herb   o   ledwo   widocznej 

rzeźbie, wypadające z ciemności gałęzie drzew, aleje podtrzymujące niebo niczym kolumnada. A 

przed   podjazdem   bajkowe   widowisko   -   oświetlone   automobile,   pochodnie,   lampiony, 

rozkołysany, połyskujący złotem tłum gości, przemieszanie czerwieni i jasnych barw.

Księżna przyjmowała przyjaciół w niewielkim, nieco oddalonym pokoju. Nie wymagała, 

by się z nią witać, kto chciał, mógł zostać nierozpoznany, dopóki sam nie zdjął maski.

Większość pomieszczeń została przygotowana dla gości. W kilku pokojach było jednak 

ciemno.

- To są pokoje japońskie - mówił Fioła. - Do nich goście nie mają wstępu.

Gdy Kai i Fioła się pojawili, księżna była bardzo zmęczona.

- Od godziny co chwila wysłuchuję tego samego. To męczy. Chodźcie, proszę, ze mną, 

chciałabym trochę odpocząć.

Oparła się na ramieniu Fioli i poprowadziła obu do pokoi japońskich. Były duże, ściany 

przyozdobiono, zachowując umiar, nie przeładowano ich obrazami. Stało  tu obok siebie kilka 

miękko wyściełanych mebli, na nich leżały poduszki. W powietrzu unosił się zapach mimozy.

Szerokie   skrzydła   okien   niemal   sięgały   podłogi.   Za   nimi   jak   barwny   obraz   filmowy 

przesuwały   się   roziskrzone,   gwarne   sceny   zabawy.   Spoza   ciemnej   ściany   parkowych   drzew 

nadciągał korowód z pochodniami, które chwiały się to w górę, to w dół, i po chwili zniknął. 

Bezgłośnie,   dalekie   i   wspaniałe,   wzniosło   się   ponad   wierzchołkami   drzew   słońce,   zastygło 

wielkie,   nieruchome   i   w   zupełnej   ciszy   opadło,   rozpryskując   się   mgławicą   srebra   i   błękitu. 

Jednocześnie w nocne niebo strzelały świetlnymi smugami fajerwerki, smugi zamieniały się w 

języki ognia i skrzący się pył.

-   W   dzieciństwie   często   na   takich   przyjęciach   siadaliśmy   w   ciemnym   pokoju   i   choć 

background image

kazano nam spać, przyciskaliśmy czoła do szyb, pełni obaw, że zostaniemy przyłapani - mówiła 

księżna. - Drżeliśmy z przejęcia, czekając na sztuczne ognie, wstrzymywaliśmy oddech na myśl 

o tych romantycznych wspaniałościach. Nauczyciel wyjaśnił mi później, że to przede wszystkim 

magnezja; znienawidziłam go, uciekłam od niego, nie chciałam wiedzieć, jak to się dzieje, że w 

ciągu minuty zapala się na niebie zorza polarna. Teraz mam siwe włosy, muszę podpierać się 

laską   i   opowiadam   sentymentalne   historyjki.   Tak   bywa,   gdy   nie   starcza   już   sił   na   życie   w 

wielkim stylu. Wciąż lubię fajerwerki i jak dawniej najbardziej je przeżywam, gdy stoję tu w 

ciemnym  oknie. Wtedy mam uczucie, że zza takiego fajerwerku wystrzela jeszcze jeden; ten 

fajerwerk błyszczy dłużej i skłania do zadumy.

W łukowatym zwieńczeniu okien teraz znów widać było tylko gwiazdy. Wokół niosły się 

stłumione   śmiechy   kobiet.   Twarze   przesuwały   się   za   szybą   i   znikały   w   parku.   Świetliste 

lampiony jak wielkie motyle przycupnęły wśród liści.

Księżna podniosła się z miejsca i odezwała się z pewną obawą w głosie:

- Nie jest dobrze przebywać tutaj zbyt długo. Zaczyna się filozofować. A kiedy filozofia 

miesza się z sentymentami, rzadko wynika z tego coś sensownego. Chodźmy stąd.

Tłum postaci w maskach wtargnął na schody i rozsypał się po korytarzach. Balansując 

tacami, na których piętrzyły się piramidy naczyń z napojami orzeźwiającymi, służący prowadzili 

gości na pokoje. Na tarasie na postumentach ustawiono kilka bufetów z kryształową zastawą. 

Wyglądały jak ogromne stoły z lodu. Pośrodku z fontanny tryskała barwiona woda, rozsiewająca 

cierpki zapach. Z długich rynienek napełnionych lodem wystawały lśniące szyjki baterii butelek.

- Chodźmy do pawilonu - rzekł Fioła. - Tańczy się tam jak w paryskich barach.

Spoza drzew znów wystrzeliły zielone race. Fioła odprowadził je wzrokiem i ciągnął 

dalej:

- Teraz księżna znów jest w pokoju japońskim - jedynym, którego się nie oświetla. Stoi z 

twarzą przyciśniętą do szyby, jak w dzieciństwie, i wstrzymując oddech, daje upust skrywanym 

emocjom. Robi jej się lżej na sercu, opuszczają ją zmartwienia. To jej chwila i często mi się 

wydaje, że tylko po to urządza przyjęcia. Dzięki temu wraca...

- Może raczej odczuwa potrzebę przeżywania czegoś romantycznego - rzekł Kai.

Nie, wprawdzie tego potrzebuje, ale nie sądzę, by się to objawiało w ten sposób. Księżna 

ma za sobą wspaniałe życie. Nawet tutaj może pan spotkać mężczyzn, których kiedyś kochała. 

Więcej nawet, bywają tu mężczyźni, o których po prostu zapomniała. Księżna bowiem była tak 

background image

łakoma   życia,   że   kiedy   oglądała   się   za   innym,   nie   dostrzegała   już   poprzednika   i   o   nim 

zapominała. Nigdy nie poznałem kobiety bardziej prostolinijnej. Cieszyła się nieposzlakowaną 

opinią,   toteż   zawsze   właściwie   oceniano   jej   starania   wobec   wyróżnianych   przez   nią   ludzi. 

Człowiek, którego musiała poślubić jako szesnastolatka, został dzięki niej ministrem. Był przy 

tym   bezspornym   durniem.   Ona   zaś   wiodła   światowe   życie,   zatrzymując   się   na   rozlicznych 

stacjach, i wielu znamienitych ludzi nigdy o niej nie zapomni. A teraz stoi w ciemnym oknie i 

znów przeżywa swą młodość, ludzką i dobrotliwą.

- Chciałbym o tym jeszcze pomówić, później, w klubie - odezwał się Kai. - W ostatnich 

tygodniach dużo o tych sprawach myślałem i teraz to wszystko wywołało jakiś kryzys. Nie wiem, 

co   ważniejsze:   kwestie   zasadnicze   czy   obrzeża   spraw,   jakie   są   związki   między   tym,   co 

wewnętrzne, i co na zewnątrz.

- Skoro tyle spraw pana dręczy, możemy się nie zrozumieć. Obstawałbym przy kwestiach 

zewnętrznych, peryferyjnych. Aż za dobrze wyuczyliśmy się gospodarki rabunkowej; po czymś 

takim trudno zamienić się w dobrego ogrodnika.

- Ale jedno i drugie może się stać nawykiem - zauważył Kai.

-   Ogrodnictwo   zapewne   tak.   Ono   nawet   wymaga   przyzwyczajenia.   Poza   tym   jednak 

przyzwyczajenia budzą sprzeciw. Lubimy tempo, ono przesądza o wszystkim. Ale chyba nie 

podziela pan zdania teoretyków sztuki miłosnej, wedle których tempo zawsze sprawia, że miłość 

jest powierzchowna.

Kai przesunął się, jakby chciał się zasłonić.

- Ja się z nim nie godzę - ciągnął Fioła. - Dlatego nie widzę problemu tam, gdzie pan go 

dostrzega. Sprzeczność uważam za pozorną. Nasze życie wewnętrzne jest takie samo jak życie 

człowieka, który kocha tylko jedną kobietę (żal mi takich kobiet) i inne sprawy tego świata 

uznaje za błahe. Nasza psychika już się do takiego życia dostroiła, wytrenowaliśmy umiejętność 

przeżywania: odpowiednie filtry nie przepuszczają niczego, co podsuwa egocentryzm. Różni nas 

jedynie tempo. Ci odmienni od  nas są powolni, ociężali, poprzestają na małym, my działamy 

prędzej, z rozmachem, i osiągamy dużo. Cenimy rozmach tak samo jak oni spokój i dzięki temu 

każdy ma, co dla niego niezbędne. Różnica polega jedynie na intensywności, nie zaś istocie 

spraw.   Dlaczego   mamy   się   ograniczać   i   nie   wybiegać   dalej?   A   może   pan   też   chciałby   się 

podporządkować   zasadom,   które   wyznaje   większość?   Kai   zwlekał   z   odpowiedzią.   W   końcu 

rzekł:

background image

- Waham się. Stale nachodzą mnie wspomnienia i nie wiem, co z nimi począć. Ale nie 

chcę ich od siebie odsuwać. Od pewnego czasu jestem na Lazurowym Wybrzeżu, wystarczająco 

długo jak na tutejszy krajobraz o nużącej, szablonowej urodzie. Dlatego nie jadę dalej? Brak mi 

odwagi, mam wrażenie, że coś mi umyka. Ale nie wiem co.

Fioła, który już wstał, roześmiał się głośno.

- Pańskie problemy są okropne! Z całą pewnością stoi za tym kobieta! Co za absurdalne 

pomysły!

Kai także się roześmiał.

- Nie ma żadnej kobiety, w każdym razie nie jest tak, jak pan sądzi. Najlepszy dowód, że 

mam ochotę wypytać pana o damę, której nie znam.

-   To   może   dowodzić   również   czegoś   wręcz   przeciwnego.   Kai   nie   umiał   znaleźć 

odpowiednich   słów   i   schylił   się  po   kwiat.   Był   to   narcyz.   Fioła   miał   po   trosze   rację.   Jego 

niepokoje   wiązały   się   z   obrazem   młodej   Barbary.   Była   wprawdzie   postacią   odległą, 

równocześnie jednak czymś  stałym  w życiu  Kaia. Pod żadnym  pozorem nie wolno mu było 

dopuścić, by stała się jedynie epizodem. Gdyby się na nią zdecydował, byłoby to rozstrzygnięcie 

trwałe i coś takiego także wchodziło w rachubę. Życie z Barbarą oznaczałoby spokój, byłoby 

wartością niepowtarzalną i nie do podważenia, aż dziwne jak bardzo...

- Prowadzimy iście niemiecką dysputę. - Fioła chwycił Kaia pod ramię.

- I całkowicie bezużyteczną - westchnął Kai.

Zawinił pokój japoński. Pocieszające jedynie, że jeśli kogoś tak dręczą marzenia o życiu 

osiadłym, nigdy nie zapuści korzeni. Tych ludzi przede wszystkim pociąga przygoda.

Wśród starych dębów stał pawilon urządzony specjalnie do zabaw tanecznych. Zamiast 

podłogi   była   w   nim   bardzo   gruba,   szklana   płyta.   Pod   nią   umieszczono   sznury   żarówek   i 

reflektory   rzucające   matowe   światło   o   zmieniających   się   płynnie   kolorach.   Poza   tym   w 

pomieszczeniu nie było żadnego oświetlenia.

Twarze tańczących ginęły w mroku, gdyż światło spod podłogi nie sięgało tak wysoko. 

Czasem tylko dały się zauważyć czyjeś loki, czoło, jakieś ucho. Jedynie nogi otaczała jasność, 

żyły   one   własnym,   iluminowanym   życiem;   szczupłe   łydki   i   zgrabne   kolana   rytmicznie 

podrygiwały. Pomiędzy nimi przemykał Pierrot w jedwabiach - aksamitna plątanina pomponów 

w ledwie sączącym się świetle obok skąpanych w promieniach reflektorów długich, szczupłych 

nóg i bioder opiętych błyszczącą materią.

background image

Kai nie zabawił tu długo. W tym stanie ducha nie mógł ścierpieć podszytych erotyzmem 

akrobacji, czuł do nich głęboką odrazę, tym bardziej że działo się to przy muzyce. Wyszedł na 

zewnątrz i spacerował samotnie wzdłuż ścieżki wiodącej do altany. Znalazł miejsce, z którego 

widać było taras, zatrzymał się i, niewidzialny w ciemności, ściągnął maskę; stał tak zupełnie 

spokojny, rozluźniony.

W   bocznej   alejce   słychać   było   czyjeś   kroki,   tak   lekkie,   że   z   pewnością   należały   do 

kobiety. Kai dojrzał zarys zbliżającej się postaci. Przechodząc obok, kobieta otarła się o niego i 

wystraszyła się. Nie przypuszczała, że ktoś może stać na drodze. Kai przeprosił ją i wytłumaczył, 

że uciekł z pawilonu w poszukiwaniu spokoju.

- Sądziłem, że pani przejdzie i mnie nie zauważy.

Dlatego uznałem, że będzie najprościej, jeśli się nie odezwę - dodał i zamilkł na chwilę. - 

Mamy stąd ładny widok na zastawione stoły - zauważył.

- Lecz raczej platoniczny. Czy oglądanie bufetu ma jakikolwiek sens?

-   Jeśli   nie   jest   się   głodnym,   to   tak.   Ale   przecież   w   każdej   chwili   można   zmienić 

zapatrywania.

- To dość praktyczne, nie każdy jednak tak potrafi.

Kai roześmiał się.

- Zdaje sobie pani sprawę, o jakich głupstwach mówimy? Roztrząsanie każdej błahostki, 

przypisywanie jej jakiegoś znaczenia wymaga sporego wysiłku. Poza tym bywa nudne. Lepiej 

przygotować sobie pewien zasób nie zużytych powiedzonek i korzystać z nich w miarę potrzeby. 

To taki rodzaj drobnej monety, niezastąpionej w mało ważnych sytuacjach.

-   A   kiedy   powaga   chwili   wymaga   czegoś   innego,   trzeba   się   posłużyć   amunicją 

prawdziwych przekonań?

Kai   spoważniał.   Miał   do   czynienia   z   grą   żartów   i   przekomarzań.   Gdyby   ją   podjął, 

skończyłoby się na beztroskiej paplaninie. Nie mógł dać się tak zwyczajnie odprawić, z drugiej 

jednak strony drążenie rozterek ducha i wszelkie próby brylowania wokół kwestii zasadniczych 

byłyby czymś z gruntu fałszywym. O wiele skuteczniejsze i bardziej na miejscu powinny być 

wykwintnie opakowane banały.

Zawiesił maskę na przegubie i spokojnie powiedział:

- Słowa, słowa. Raz mówi się to, innym razem co innego. Ważne, na co akurat mamy 

ochotę. Po co zaraz amunicja?! Nie jesteśmy wcale bohaterami. Upodobanie do militariów jest 

background image

czymś   typowo  kobiecym.   Niestety,  cały  świat  zdaje  się  je  teraz  podzielać.   Nawet  adwokaci 

chcieliby czasem uchodzić za rycerzy serca. Przerażająca ambicja.

- Jeśli ją pan odrzuci, co pozostanie?

Kai postanowił dowiedzieć się czegoś więcej i ostrożnie ciągnął dalej:

- Po co zaraz odrzucać?! Wystarczy ją powściągnąć. Wszelkie porywy traktować tak, jak 

na to zasługują, nie czynić z nich norm. Życie nie przysparza wielu radości.

Ileż zawdzięczamy konfliktom. A konflikty związane z kobietami należą do najczęstszych 

i najdawniejszych, są najbardziej pierwotne. Czy można nie dostrzegać, że wszystkie są jedynie 

życiowymi wariacjami?

- Ale jak znieść, gdy pojawia się zbyt wiele tematów wariacji? Jak odróżnić te w dobrym 

guście od kiepskich...

- Jedne i drugie są nie do zniesienia; na razie jednak zbytnio się nie narzucają.

- Za to bardziej męczą.

- Raczej śmieszą.

- Wyglądają na zwykłe filisterstwo.

Spojrzeli po sobie. Oboje myśleli o tym samym. Kai odezwał się pierwszy:

- Jeśli będziemy ciągnąć tę rozmowę, stracimy wieczór i wszystkie uciechy. Poza tym 

trochę nierozważnie weszliśmy w zarośla i oto zwyczajnie siedzimy w krzakach. Powinniśmy się 

posilić. Zobaczmy, co przygotowano do jedzenia.

Ruszyli ku pawilonowi i wszczęli wartką rozmowę, która okazała się zabawna; Kai tym 

razem czuł, że panuje nad sytuacją, chwytał wszystkie aluzje, celnie ripostował i nie potrzebował 

żadnych dodatkowych objaśnień. Dziwne, ale oboje nabrali do siebie większego zaufania, niż 

gdyby się znali od dawna. Było im z sobą dobrze, poddali się nastrojowi chwili bez obaw, że coś 

im grozi.

Skrzyły  się błyskotliwe  powiedzonka,  jedno celne  spostrzeżenie  goniło  drugie,  często 

zapędzali się w boczne uliczki - rozmowa pulsowała w coraz żywszym rytmie.

Z   ciemności   wyłonił   się   pawilon.   Dobiegające   zeń   dźwięki   były   przytłumione,   jakby 

wydobywały  się z zatopionego  miasta.  Opadające kaskadą arpedżia,  na ich tle świergoczące 

pizzicata i melodia skrzypiec.

- Zatańczy pani? - zapytał Kai.

- Nie teraz. Wolę patrzyć.

background image

Skręcili do wejścia. Z mroku, spomiędzy tańczących, wyłonił się Fioła.

- Popełniacie grzech pychy. Jak można stać tak obojętnie?

- Obojętnie?

Fioła wyciągnął ręce w stronę Kaia.

- Postępuje pan dziś, jakby stosował się do zaleceń Sokratesa. Proszę mi tego oszczędzić. 

Może przyniosę coś do picia?

Wrócił   z   butelkami   i   ciasteczkami,   przysunął   kilka   niskich   krzeseł,   poustawiał   je   i 

napełnił kieliszki. Zwrócił się do Kaia:

- Zawsze przed zebraniami towarzyskimi i wszelkimi zabawami powinien pan przeczytać 

kilka stron czegoś mocnego. Pomoże to panu skutecznie pozbyć się niepotrzebnych myśli.

Nieznajoma odstawiła kieliszek.

- To przerażające, jak wiele mądrości dziś się trwoni. Wciąż słucham pouczeń na temat 

sztuki   życia.   Widocznie   musi   być   ona   niezwykle   krucha,   skoro   wymaga   takiego   wsparcia   i 

ciągłego potwierdzania.

Fioła westchnął.

- Prawie pani zgadła. Jest jeszcze gorzej: coś takiego w ogóle nie istnieje. To jedynie 

konstrukcja pomocnicza. Rodzaj urojonego banku, na który z ochotą wystawia się weksle. Do 

przyjęcia tylko wówczas, kiedy się tyle o tym mówi.

Pożegnał się. Zaraz potem na chwilę ucichła orkiestra. Kai, którego zaskoczyła przerwa, 

powiedział coś, czego właściwie nie chciał mówić:

- Zdaje się, że skądś panią znam.

Poruszyła się, wyraźnie zaniepokojona.

- Nieważne, chyba mi się zdawało. To tylko takie wrażenie, nie wiem, skąd się wzięło.

Kobieta wstała.

-   Możliwe,   że   gdzieś   się   widzieliśmy.   Na   tym   skrawku   wybrzeża   nietrudno   o 

przypadkowe spotkanie. Na pewno nie pogniewam się za to na pana.

Kai roześmiał się i poszedł za nią. Nie chciał i nie potrafił jej zostawić. Weszli do domu, 

przemierzyli obszerny hall. W jednym z bocznych pomieszczeń ustawiono stoły do gry. Miejsca 

przy nich były zajęte.

Szczupły, dość młody Pierrot zerknął znad stołu, podniósł się natychmiast i podszedł do 

nieznajomej.

background image

- Jest pani nareszcie. Już się martwiłem.

- Jak pan widzi, całkiem niepotrzebnie.

Dama   nie   zatrzymała   się,   zrobiła   jeszcze   kilka   kroków   i   przeszła   obok   młodego 

człowieka, traktując go jak obraz. Nie było w jej zachowaniu nic obraźliwego, starała się wręcz 

okazywać   serdeczność,   przez   co   jej   wyniosłość   jeszcze   bardziej   rzucała   się   w   oczy. 

Zafascynowała Kaia, który po raz pierwszy zobaczył, jak poczucie wyższości może się ocierać o 

dobroć.

- Chce pan zagrać?

- Tak, ale niedługo.

Poszukali miejsca i usiedli. Kai stanął za nią. Przypomniał sobie pierwszy wieczór w 

Monte Carlo. Uśmiechnął się: gdzie miał oczy! Siedząca teraz przed nim kobieta podsunęła mu 

wówczas żetony.

Poprosiła o radę w jakiejś kombinacji. Kai pochylił się i położył na stole jej stawki. Grali 

tak jakiś czas. W końcu dali spokój i wyszli.

- Jak miło spacerować.

Szli   skrajem   klombu,   na   którym   rosły   narcyzy.   Po   stawie   sunęła   łódka   oświetlona 

lampionami. Zza drzew eukaliptusowych wyzierał księżyc.

-   I   znów   jedna   z   roztropnych   wskazówek   życiowych.   Wiadomo,   że   w   chwilach 

duchowego rozdarcia skupienie uwagi na zewnętrznej stronie tego świata pomaga bardziej niż 

czyjaś pociecha i zrozumienie. Kiedy ogarnia nas rozpacz i ubieramy się w stroje, które lubimy, 

wszystko znów wydaje się proste. Ale jeśli otwieramy swą duszę, jest nam ciężko, widzimy, jak 

wolno puszczają okowy.

Kobieta nie odpowiedziała. Kai też milczał. Znów zbliżyli się do tarasu. Dama podała mu 

rękę. Kai nie ruszał się, czekał, aż jego towarzyszka zniknie w oddali.

Nie stało się nic, co mogłoby zburzyć jego spokój: spotkanie, trochę słów, mało znacząca 

rozmowa. Mimo to czuł jakąś przemianę, niewielką wprawdzie, lecz przeciwstawić się jej byłoby 

mu równie trudno jak oprzeć się tej kobiecie. Zastanawiał się, jak to ująć; zbyt mało jednak się 

zdarzyło, by pokusić się o jakieś podsumowanie. W końcu uznał to za miłe przeżycie mające coś 

wspólnego z wierszami Matthiasa Claudiusa.

Ten stan ducha nie trwał długo. Niebawem zastąpiły go pragnienia. Spenetrował dom. 

Kobiety już nie było. Tłumaczył sobie, że nie powinien jej szukać. Wiedział jednak, że gdyby ją 

background image

znalazł, bardzo by się ucieszył. Dlatego uderzył do Pierrota, ten jednak, uniósłszy głowę znad 

stołu gry, zmierzył Kaia przeciągłym, taksującym spojrzeniem. Rozzłościło go to; usiadł przy tej 

samej rulecie i zagrał. Kiedy po chwili znów poczuł na sobie badawcze spojrzenie tamtego, 

pochwycił je i gniewnym wzrokiem zmierzył z wolna całą postać Pierrota - od stóp po jedwabne 

guzy szpiczastej czapy. Pierrot mocno zacisnął zęby. Kai stracił chęć do gry i poszedł szukać 

Fioli.

Znalazł go koło pawilonu. Przez chwilę rozmawiali o niczym, aż w końcu Kai zapytał go, 

kim była nieznajoma. Fioła osłupiał.

- To pan tego nie wie?

- Nie.

- W takim razie można panu pozazdrościć czarownego tete - a - tete.

Kai uniósł głowę.

- Czemuż to?

- To najtrudniejsza, najbardziej kapryśna i zarazem najmniej wierna kobieta sezonu.

Kai czekał.

Fioła zaśmiał się.

- Lilian Dunquerke. Kocha wicehrabiego de Courbisson.

background image

V

Na jasnej nawierzchni toru wyścigowego w Monzie trwały treningi. Już od wczesnego 

ranka dolatywał stamtąd huk motorów. W parku królów Italii coraz to rozlegał się grzmot, który 

po chwili zlewał się w oddali z jednostajnym, wytężonym rykiem, aż z czasem przybliżał się 

niczym łoskot pędzącej nawałnicy.

- Przepyszny koncert - cieszył się Lieven, przekraczając z Kaiem bramę prowadzącą do 

stanowisk technicznych.

Jasne powietrze lekko drżało. Poranne słońce padało na trybuny. Lieven patrzył właśnie w 

tamtą stronę.

- Niech pan spojrzy, jak dziwnie słońce układa się na drewnianym belkowaniu; kiedy z 

tyłu jest cień, trybuny wyglądają po trosze jak monstrualny szkielet. Nie wiem dlaczego, ale nie 

lubię pustych trybun. Mogą zepsuć humor. Szczególnie gdy przypisujemy im natrętną i zarazem 

zbyteczną symbolikę. Jest pan przesądny?

- Czasami.

- Więc niech pan dziś zachowa rozsądek. Proszę zająć się tylko tym, co niezbędne.

Przed garaże zajechał samochód. Za kierownicą siedział Hollstein, który już z daleka 

krzyczał:

- To wspaniałe! Od rana sam na sam z takim wozem! Nie wytrzymałem i zrobiłem już 

dwa okrążenia. Sądzę, że Murphy okropnie się z tego powodu wścieka. Jest tutaj od godziny.

Kai patrzył na słońce i cieszył się, że zaraz rozpocznie trening. Czuł głęboką potrzebę, by 

przez najbliższe dni zajmować się wyłącznie jazdą, potem padać ze zmęczenia i spać. O niczym 

nie chciał myśleć, spodziewał się, że problemy, które go nurtują, rozwiążą się same. Wiedział, że 

spokojne   przeczekanie   bywa   niekiedy   najlepszym   sposobem   na   podjęcie   właściwej   decyzji; 

przekonał się o tym już nie raz. Tydzień treningów w Monzie przyszedł w samą porę. Codzienny 

wysiłek działał jak sen - Kai pogrążał się w nim pełen ufności, wierzył, że kiedy się zbudzi, świat 

będzie   całkiem   inny.   Czuł   się   wspaniale,   trenując   do   upadłego,   robiąc   coś,   co   angażowało 

wyłącznie wzrok i ręce.

Gang silników działał jak podniecająca muzyka. Niewidoczne wozy wyścigowe słychać 

było z oddali i tylko co jakiś czas rozlegał się gwizd pojazdu przelatującego obok niczym żelazny 

pocisk na ogumionych kołach.

- Ile zgłoszeń dotychczas wpłynęło?

background image

- W naszej klasie dwanaście.

Zza   zakrętu   wystrzelił   czerwony   bolid   i   zatrzymał   się.   Spod   białej   czapki   wyzierały 

czujne szparki przymrużonych oczu i zaciśnięte usta kierowcy.

- Czy to może...? - Kai spojrzał pytająco na Hollsteina.

Ten odparł z uśmiechem:

- Murphy.

Kai teraz w dwójnasób smakował ożywczą świeżość poranka. Miał przed sobą jasny, 

jednoznaczny cel, jakże wyraźny wobec powikłanej, mgliście rysującej się przyszłości. Wszystko 

było nieważne oprócz stojącego przed nim zadania - może niespecjalnie poważnego, niezmiernie 

jednak podniecającego.

Mężczyzna w czerwonym wozie wyścigowym nie obchodził go jako człowiek; nie miało 

też znaczenia, że źle ocenił sytuację (ocenie tej zresztą skwapliwie dostarczano pożywki) i nie 

wahając się, wywołał przykre starcie, co świadczyło, że myślenie nie jest jego mocną stroną.

Był  jednak jeszcze jeden, zupełnie inny powód, dla którego umysł  Kaia nagle nabrał 

lotności.   Była   nim   tkwiąca   w   każdym,   nawet   najbardziej   wyrafinowanym   intelektualnie 

człowieku   wola   walki,   próby   sił,   ów   pierwotny   instynkt,   który   w   tajemniczy   sposób   każe 

odrzucić  godność i rozwagę,  zapomnieć  o potrzebach  ducha, o całym  nalocie  kulturowym  - 

przemożna   chęć,   by   twardo   rzucić   przeciwnikowi   w   oczy:   Chodź,   spróbuj,   ale   miej   się   na 

baczności!

To, czego Kai dotychczas nie traktował poważnie, stało się nagle rzeczywistością: był 

gotów walczyć z Murphym;  przez najbliższy tydzień nic na tym świecie nie miało być  dlań 

ważniejsze od ryczącej maszyny i toru wyścigowego, na którym za wszelką cenę musiał być 

szybszy niż inni.

- Zaraz zaczynamy. - Kai wkładał kombinezon. - Czy wóz jest po przeglądzie?

- Wszystko powinno być w porządku.

- Dobrze. Zrobię dziesięć okrążeń. Kiedy wystawi pan w bok prawą rękę, pojadę szybciej, 

jeśli ją pan podniesie do góry, spróbuję jeszcze przyspieszyć. Kiedy zobaczę, że wyciąga pan w 

bok lewą rękę, zmniejszę prędkość, jeśli zobaczę ją nad pańską głową, pojadę jeszcze wolniej.

Wóz przemierzył dziesięciokilometrową trasę i znowu się ukazał. Lieven uniósł wysoko 

prawe   ramię   i   Kai   skoncentrował   uwagę   na   pedale   gazu.   Z   maksymalnie   wyśrubowaną 

prędkością dość ryzykownie wziął zakręt. Po dziesięciu okrążeniach zatrzymał  się. Pulsująca 

background image

krew rozsadzała mu żyły, jazda pochłonęła go bez reszty. Zupełnie zapomniał o wcześniejszych 

niepokojach i zwątpieniu.

- Teraz ćwiczymy start!

Wóz poderwał się z rykiem, zdławiony, wyhamowany stawał dęba, znów się rozpędzał - 

raz, dziesięć razy, pięćdziesiąt, aż Kaiowi udało się osiągnąć pożądane przyspieszenie startowe.

Zbliżało się południe. Kai wysiadł z samochodu.

- Wystarczy. Koniecznie muszę coś zjeść. Pierwszego dnia apetyt zawsze jest największy. 

Czeka nas wspaniały lunch.

Umył   się,   po   czym   wraz   z   Lievenem   i   Hollsteinem   udali   się   w   stronę   pawilonu 

restauracyjnego.

- Kai, widzi pan kanarkowożółty kabriolet? - Lieven ożywił się. - Nieczęsto spotyka się 

takie między Mediolanem a Niceą.

Maud Philby z Murphym już tutaj byli. Amerykanka wołała do nadchodzącej trójki:

- Zabieram was na lunch do Mediolanu!

Z   rozkoszą   obserwowała,   z   jakim   chłodem   witają   się   Murphy   i   Lieven.   Murphy 

natychmiast odwrócił się do niej i rzekł:

- Wybaczcie, ale chciałbym zostać na torze.

- Ja też chciałbym po południu jeszcze pojeździć - odezwał się Kai.

Maud Philby patrzyła na nich dobrodusznie.

- Widzę, że bardzo poważnie traktujecie wyścigi.

- Istotnie.

Lieven postanowił zmienić temat. Ostrożnie zaproponował:

- Możemy wszyscy po prostu zjeść tutaj. Będzie skromniej, za to bardziej praktycznie.

- Dobry pomysł. - Maud Philby uśmiechnęła się do Kaia. - W samochodzie mam nawet 

dla pana ananasa. Możemy go zjeść na deser.

Dla Murphy’ego była to kropla przepełniająca kielich goryczy. Zrobił się ponury niczym 

wieczór   listopadowy   i   niemal   całkiem   wyłączył   się   z   rozmowy.   Początkowo   ostentacyjnie 

wzgardził ananasem. Ale kiedy spostrzegł uśmieszek na ustach miss Philby, sam, nie kryjąc przy 

tym pogardy, bez słowa pochłonął prawie cały owoc. Kiepski nastrój nie opuścił go, nawet gdy 

zobaczył zdumienie w oczach Lievena, który tego wszystkiego nie mógł pojąć. Na dodatek Maud 

Philby przymilnie dopraszała się papierosa.

background image

Murphy popełniał błąd, starając się dociec powodów kokieterii miss Philby. Rozumiał jej 

sztuczki, nie na tyle jednak, by się zorientować, do czego zmierza. Tym bardziej że ona też 

najczęściej nie miała o tym pojęcia.

Mógłby   położyć   kres   jej   czarującym   intrygom,   gdyby   zajął   się   swoimi   sprawami   i 

pozostał obojętny wobec tych niegodnych knowań. Tymczasem reagował dokładnie na odwrót: 

szedł na całość, od razu chciał zgarnąć całą pulę. Taka taktyka może skutkować w typowym, 

nieskomplikowanym   układzie   towarzyskim;   w   stosunkach   intelektualnie   bardziej 

wyrafinowanych, tracących dekadencją, należy postępować zgoła inaczej. Gra w otwarte karty 

nie wchodzi tu w rachubę, sprzyja cudzym oszustwom i własnej klęsce.

Murphy   chciał   wygrać   wyścig   i   odnieść   triumf   nad   Kaiem.   Na   razie   jego   ambicja 

pogrążała go w oczach miss Philby, wręcz wystawiała na cios. Czuł to, lecz tym niecierpliwiej 

czekał na zwycięstwo, po którym spodziewał się korzystnego zwrotu.

Szybko wstał od stołu, choć nie było dlań miłe zostawiać Kaia i Lievena z Maud Philby. 

Wkrótce od strony toru dobiegł warkot jego wozu.

Maud Philby miała teraz swoją chwilę. Dotychczas w powabnej intrydze brakowało jej 

trochę   konsekwencji;   swe   posunięcia   wykonywała   jedynie   podczas   przypadkowych   spotkań. 

Teraz jednak grunt był dość dobrze przygotowany i należało unikać nieporozumień. Kluczyła 

zatem rozważnie:  uznała, że to właściwa pora, by jeszcze raz szczegółowo ocenić układ sił. 

Czyniła to z wielką pasją.

Zaczęła niewinnie od rozmowy o wyścigach z zamiarem wygłoszenia kilku zgrabnych 

pochwał pod adresem Murphy’ego.

Nie udało jej się jednak wciągnąć Kaia w ogień dyskusji. Natychmiast ją osadził:

- Jestem głęboko przekonany, że Murphy wygra ten wyścig.

Zmierzyła   go   wzrokiem,   próbując   się   dopatrzyć   ironii.   Kai   pozbawił   ją   jednak   tej 

przyjemności, dorzucił natomiast szereg informacji technicznych; rozmowa przestała się kleić.

Zupełnie   nie   wiedziała,   czego   jeszcze   mogłaby   się   uczepić.   Pewną,   słabą   zresztą, 

pociechą było dla niej, że Kai z Hollsteinem po chwili też udali się na tor. Postanowiła więc, że 

wieczorem zje kolację z Murphym.

Ostatecznie na placu boju pozostał tylko Lieven, zachwycony, że po raz pierwszy zbiera 

owoce   swej   polityki   wyczekiwania.   Było   mnóstwo   powodów,   dla   których   Maud   Philby 

zachowywała się czarująco, żaden z nich nie miał jednak nic wspólnego z Lievenem. Ten zaś 

background image

wielkodusznie zrezygnował z dogłębnej analizy i cieszył się tym, czym go raczono. Co jakiś czas 

nasłuchiwał odgłosów z toru. Zaraz jednak wracał do pogawędki, wytwornej i błyskotliwej, którą 

prowadził w błogim przeświadczeniu, że jego rywale przez najbliższy tydzień będą dostatecznie 

zajęci.

Maud Philby zjawiała się teraz rzadziej. Sytuacja dojrzewała, ona zaś wolała niczego nie 

psuć i jeśli już przychodziła, to tylko na chwilę. W stosunku Murphy’ego do dwójki znajomych 

w   ciągu   kilku   następnych   dni   zaszła   jakaś   zmiana.   Zrobił   się   zaskakująco   miły.   Raz 

niespodziewanie włączył się do pogawędki.

- Chce podsłuchać to i owo - ocenił Hollstein.

- Niczego się nie dowie...

Kai spędzał każdy dzień  na torze.  Tutaj wszystko  było  jak naprężona  cięciwa,  łatwo 

dostrzegalne, proste. Wyciąga się rękę, sięga w określone miejsce i dalej reszta zależy od tego, 

czy   dłoń   zacisnęła   się   wystarczająco   mocno.   Pędzi   się   z   wyjącym   silnikiem.   Trzeba   go 

przemyślnie poskromić i zmusić do jak najlepszych wyników. Jest to jednoznaczne, rzetelne 

zadanie, wymagające siły. Nie ma mowy o pogrążaniu się w niepewność śliskich jak ryby uczuć. 

Można rzucić na szalę całą ambicję bez obawy, że się pobłądzi.

Z dnia na dzień czuło się coraz większe napięcie. Przeciwnicy obserwowali się nawzajem 

i próbowali na wszelkie sposoby dowiedzieć się, z jaką prędkością jeździ konkurencja. Spotykało 

się ludzi, którzy nie mieli nic do roboty i po prostu snuli się wokół toru ze stoperem w kieszeni.

Kai wyczekiwał południowej sjesty, żeby w końcu spróbować jazdy na pełnych obrotach 

na dłuższej części toru. W tym czasie nie było nikogo, kto mógłby go wyśledzić na starcie.

Na   próbie   generalnej   zjawili   się   Lieven   i   Hollstein.   Trochę   jeszcze   obawiając   się 

niepożądanych oczu, Kai ruszył wolno i dopiero po chwili rozwinął pełną szybkość.

Wciskał się w zakręty jak w miękkie poduszki i dziesięć kilometrów przemknęło pod 

kołami wozu jak jedno tchnienie. Znów był obok trybun i Lievena, ponownie miał przed sobą tor, 

las, znowu migoczące bielą puste trybuny, chociaż tym razem zdawało mu się, że w zacienionym 

kącie widzi jakiś ruch. Niestety, już przeleciał obok. Po chwili jednak znów zbliżał się do trybun 

i już z daleka omiatał je wzrokiem. Wyraźnie dostrzegł coś jasnego, co z bliska okazało się 

marynarką - w cieniu kryła się jakaś postać. W pędzie, jeszcze z daleka, dawał znaki Lievenowi, 

żeby mierzył czas, po czym trochę wolniej zrobił następne okrążenie, przed trybunami dodał 

jednak gazu, udając, że wyciska pełną moc z silnika, lecz za zakrętem znów zwolnił i mijając 

background image

trybuny, po raz ostatni upewnił się, że widzi na nich Murphy’ego.

Wściekły z tego powodu wyhamował. Murphy wie już teraz, na co stać maszynę. Na 

pewno nie dał się zwieść manewrom Kaia na ostatnich dwóch okrążeniach. Pozostawała nikła 

nadzieja, że nie widział wszystkiego.

Kai zatrzymał się i zawołał:

- Ktoś jest na trybunach, przypuszczalnie Murphy!

Lieven, klnąc siarczyście, podniósł do oczu lornetkę.

- Gdzie?

- Po prawej. Głęboko w kącie. Od jak dawna może tam być?

Lieven zbladł ze złości.

- Istotnie, to Murphy. Właśnie schodzi. Podjadę tam i dam mu wycisk.

Kai zatrzymał go.

- Nie ma sensu. To, co zrobił, jest wprawdzie nie fair, ale i nie zabronione. Inni też tak 

postępują. Pozostaje nam jedno: trzeba się dowiedzieć, jaka jest jego prędkość. Zrobimy to. Ja na 

razie nie mam zamiaru się stąd ruszać.

Hollstein mruczał zdenerwowany:

- Właśnie do nas idzie.

- A to lis. Zauważył, że go widzieliśmy.

Lieven spojrzał osłupiały na Kaia.

- Rzeczywiście idzie. Czy to odwaga, czy raczej bezczelność?

- Postępuje prawidłowo.

- Będę...

- Lieven, zachowajmy spokój...

- Ja nie potrafię - rzekł Hollstein, po czym szybko się oddalił.

Murphy zbliżał się spacerkiem, bez pośpiechu, uśmiechając się przyjaźnie.

- Właśnie się przyglądałem, jak pan jeździ. Wóz ciągnie znakomicie.

Przez chwilę Kai miał wątpliwości. Może Murphy całkiem przypadkowo znalazł się na 

trybunie.   Jeśli   nie   znaczyłoby   to,   że   go   dotychczas   nie   doceniał.   Rozpoczęcie   rozmowy   od 

kwestii najdrażliwszej było wyśmienitą zagrywką, w każdym razie niecodzienną.

Kai odpowiedział wymijająco:

- Jeszcze nie jestem całkiem zadowolony.

background image

Zatem wymaga pan bardzo dużo. Oceniam, że jechał pan z prędkością stu osiemdziesięciu 

kilometrów na godzinę.

-   To   zbyt   piękne,   żeby   było   prawdziwe.   -   Kai   zdziwił   się   jeszcze   bardziej.   Taka 

przerażająco bezwstydna odzywka Murphy’ego mogła być konsekwentną próbą wprowadzenia w 

błąd; przecież  z całą  pewnością  miał  w kieszeni  rezultaty,  chodziło  więc o to, by wszystko 

zagmatwać. Kai dorzucił: - Byłoby jeszcze lepiej, gdyby mi się udało dojść do dwustu.

- Wtedy zwycięstwo należałoby do pana. - Murphy roześmiał się i oparł o maskę pojazdu.

- Co pan powie na temperaturę wody w chłodnicy? - zapytał wyzywająco Lieven.

Murphy spoważniał. Ostentacyjnie obmacał chłodnicę.

- Znakomicie, naprawdę znakomicie - odparł lodowato, po czym poszedł w swoją stronę.

- Już chciałem powiedzieć, że popełnił pan błąd - rzekł z namysłem Kai, gdy zostali sami. 

- Sądził pan, że on powie coś o przegrzaniu wody. To był przypadek, jestem tego pewny, ale 

zareagował tak niesamowitym chłodem, że trudno się dopatrywać jakichś podtekstów. Niestety, 

powoli wkraczamy na teren, gdzie najłatwiej się porozumieć za pomocą prawego sierpowego.

Lieven wzruszył ramionami.

- Czyżby się poczuł obrażony?

- Z całą pewnością.

- Wszystko mi jedno. Nie cierpię takiego szpiegowania. Czego u nas szukał?

- Niepokoi się.

- My też. Szczególnie teraz.

- Zgadzam się. Ale jego dopiero czekają kłopoty.

- Czyżby? - Lieven błysnął okiem i roześmiał się. - Niech więc ma za swoje.

Daję słowo. I muszę panu coś wyznać: od dziś powody mojego startu w tym wyścigu z 

obiektywnych zmieniły się w subiektywne. Ten Murphy podrażnił moją ambicję. Będziemy z 

nim walczyć tą samą bronią co on z nami. I jeśli to możliwe, z jeszcze większą zajadłością. Nie 

będzie to wprawdzie gra salonowa, ale dzięki temu okażemy się skuteczniejsi.

Przez ostatnie dni podbródek Hollsteina pokrył się jasnym puchem. Młody człowiek był 

tak zajęty, że nie miał czasu się ogolić. Cały czas krążył w pobliżu toru. Warkot silnika wozu 

Murphy’ego rozpoznawał niemal z każdej odległości.

Jego   trud   okazał   się   daremny.   Robił   co   mógł,   Murphy  jednak   nie   dał   się   przyłapać. 

Amerykanin pozornie jechał zawsze tak samo, lecz jego czas za każdym razem się zmieniał i 

background image

pomiary   nie   miały   żadnej   wartości.   Hollsteinowi   nie   udało   się   namierzyć   choćby   jednego 

okrążenia,   które   Murphy   przejechałby   z   równą   prędkością.   Stary   wyga   wiedział,   że   go 

obserwują, i był bardzo ostrożny.

Hollstein musiał dać za wygraną. Lieven go uspokajał:

- Nie zależy nam na zwycięstwie. W tym roku głównym celem jest udział w górskich 

mistrzostwach Europy na Sycylii.

Kai   wynajął   szopę,   w   której   urządził   warsztat.   Odwiedziła   go   tu   Maud  Philby.   Była 

zaskoczona   radością,   z   jaką   Kai   ją   przywitał.   Kwiaty,   które   przyniosła,   z   zagadkowym 

uśmiechem wetknął do chłodnicy auta. Krytycznie przyjrzał się swemu dziełu i jeszcze co nieco 

poprawił.

- Oto moja niezawodna maskotka!

Miss   Philby   stwierdziła,   że   dopisało   jej   szczęście.   Jak   się   wydawało,   kilkudniowa 

nieobecność wzmogła zainteresowanie Kaia jej osobą.

- Chciałbym się w końcu trochę odprężyć. Napije się pani ze mną herbaty? - Kai już był 

gotów do wyjścia. Ruszył w stronę toru. - Muszę się jeszcze zobaczyć z Hollsteinem. Mam dla 

niego zadanie.

Hollsteina nie było na torze, był za to Murphy. Kai jechał w kierunku Mediolanu. Czuł 

osobliwą   radość   na   myśl,   że   dokuczył   Murphy’emu,   uciekając   się   do   tak   prymitywnych   i 

zarazem wypróbowanych metod; najzwyczajniejszy oręż bywa często najbardziej skuteczny Miło 

spędził popołudnie. Wcześniejsza złość zamieniła się w serdeczność, a Maud Philby udzielił się 

ów nastrój. Gawędzili beztrosko i było  im z sobą wyśmienicie. Po raz pierwszy zjawiło się 

między nimi coś cieplejszego, jakby początek autentycznego uczucia.

Wieczorem Kai znów był w szopie. Wyrzucił bukiet z chłodnicy, rozmyślił się jednak, 

podniósł kwiaty, wstawił do szklanki i schylił się przed nimi w oszczędnym ukłonie. Jego cień 

powtórzył ukłon na ścianie. Spodobało mu się to na tyle, że przez chwilę zabawiał się sztuką gry 

cienia, z którą zetknął się na Jawie. Potem wyjął kwiaty i wyrzucił z szopy.

Uniósł wóz na dwóch podnośnikach w ten sposób, by tylne  koła nie dotykały ziemi. 

Następnie długo przyglądał się przewodom prowadzącym do gaźnika. Przyszedł mu do głowy 

pewien pomysł. Szybko coś nakreślił, pobiegł do najbliższego telefonu i poprosił Hollsteina, by 

przyszedł z mechanikiem.

Obaj zjawili się po kilku minutach. Na twarzy Hollsteina malował się niepokój.

background image

- Miał pan jakąś awarię?

- Nie, chcę coś wypróbować.

Kai objaśnił szkic.

- To jest pomysł na usprawnienie zasysania jeszcze lepiej rozpylonej mieszanki. Wkrótce 

wypróbujemy urządzenie, będzie chyba gotowe na mistrzostwa Europy. Teraz chodzi mi jednak 

o coś innego. Przekonacie się, że podczas jazdy z największą prędkością wóz niezbyt dobrze 

trzyma się toru, trochę tańczy i zarzuca na boki.

Hollstein skinął głową.

- Na mokrej nawierzchni... - ciągnął Kai.

- Nie damy rady tego do końca wypróbować - wpadł mu w słowo Hollstein. - Już o tym 

myślałem.

- Żeby wóz nabrał stabilności, trzeba go z przodu odciążyć. Przyczyną braku stabilności 

są hamulce przednich kół. Musimy je zdemontować. To powinno pomóc.

Hollstein przyciągnął bliżej żarówki na długich kablach.

- Na pewno pomoże. Zabierzmy się do tego od razu i wymontujmy oś.

Pracowali z wysiłkiem. Silnik połyskiwał w świetle żarówek. Szczękały klucze, zgrzytały 

śruby. Zapadła noc.

- Hollstein, nie jest pan głodny?

Mechanik przyniósł wędzone ryby, ser, chleb i wino. Umyli z grubsza ręce, Hollstein 

siadł przy stole, Kai oparł się o ścianę z chlebem w jednej ręce i srebrzystym kawałkiem ryby w 

drugiej,   na   papierze   walały   się   resztki   posiłku.   Jedli   tak   z   apetytem,   popijając   przy   tym 

orzeźwiające wino.

Kai słyszał, jak na zewnątrz hula wiatr. Pomiędzy pogrążonymi w cieniu ścianami kładło 

się przytłumione światło. Rozjaśniało wyłącznie dolną część szopy. Wydobywało z ciemności 

połysk i kontury metalowych przedmiotów. Na chwilę Kai wrócił myślami do owego wieczoru, 

kiedy był w stajni z Frute i młodą Barbarą, pośród koni, w półmroku zapadającego zmierzchu. 

Zdawało mu się, że słyszy głos:

- Znowu pan wyjedzie?

Jakiś czas nasłuchiwał, po chwili jednak otrząsnął się i dał spokój wspomnieniom.

- Musimy teraz złożyć to, co rozkręciliśmy. Pracowali w milczeniu. Kai zdziwił się, kiedy 

stwierdził, że skończyli. Z twarzy Hollsteina biła powaga.

background image

- Hollstein, dlaczego nic nie mówimy? - zapytał go Kai.

Czar prysł.

- Nie mam pojęcia - roześmiał się zagadnięty. - Nagle zrobiło się jakoś dziwnie.

- Żeby zmniejszyć tarcie w cylindrach, dodałem do oleju trochę grafitu - powiedział Kai. - 

Zobaczmy, jak to zadziała.

Podnieśli cały wóz i uruchomili silnik. Szyby w oknach się rozdzwoniły, szopa jęknęła w 

posadach, zadrżało wino w kieliszkach - tak potężny był ryk olbrzyma uwięzionego w ciasnej 

przestrzeni, którego koła wirowały ponad ziemią.

Gdy po kilku minutach się uspokoił, zapadła niesamowita, dławiąca cisza. Kai zmierzył 

temperaturę wody w chłodnicy oraz oleju, przyjrzał się też uważnie cylindrom. Maszyna znów 

się rozszalała, zdawało się, że ryk silnika wypiera z szopy całe powietrze. W końcu potwór 

zaczął   opadać   z   sił,   wycie   przeszło   w   świst   i   ucichło.   Do   tego   zamierającego   już   śpiewu 

dołączyła  inna melodia, dobiegająca z oddali, cicha, lecz uporczywa. Zrazu była stłumiona i 

złowroga jak triumfalny hymn, po chwili ucichła i znów, za jakiś czas, powróciła.

Wsłuchiwali się w napięciu. Hollstein jednym susem znalazł się przy drzwiach i otworzył 

je na oścież. Była ciemna, chłodna noc, na niebie błyszczały gwiazdy. Wciąż nasłuchiwali. Żeby 

lepiej słyszeć, Hollstein przyłożył  dłonie do uszu i szeroko otworzył usta. Przeciągły dźwięk 

rozdzierał nocną ciszę.

Hollstein odwrócił się.

- Ktoś jest na torze, trenuje.

- O tej porze...

Noc była jasna, świecił księżyc. Ale jak kierowca dostał się na tor?

Kai   czekał.   Bez   wątpienia   był   to   silnik   pracujący   na   najwyższych   obrotach.   Naraz 

zaświtał mu pewien pomysł. Hollstein spojrzał na Kaia i w lot pojął, o co chodzi. Pobiegł do 

szopy i przyniósł stopery.

Jechali w stronę toru. Koła bezgłośnie toczyły się po drodze. Wycie nasilało się, było 

coraz bardziej intensywne, potężne, brzmiało jak ryk rosłego jelenia. Kai i Hollstein czuli, że 

budzi się w nich żyłka myśliwska.

Zostawili auto w parku i ruszyli pieszo.

- Jestem ciekaw, jak wjechał na tor - szepnął Kai.

Zatrzymali   się   za   jakimiś   deskami   i   zaczęli   się   rozglądać   w   poszukiwaniu   punktu 

background image

obserwacyjnego. Skradając się w milczeniu, podeszli jeszcze kawałek, skąd widać było odcinek 

toru.

W srebrzystym świetle księżyca szary tor lśnił i wyglądał jak z aksamitu. Na zakręcie 

poświata wpadała niemal w biel, łuk toru wybiegał z głębokiego cienia i w cieniu się roztapiał. W 

rozedrgane niebo uderzał jednostajny szum, który niepostrzeżenie je wypełniał, potężniejąc to tu, 

to znów dalej w całej przestrzeni pomiędzy lasem i gwiazdami.

W tej chwili huk się przybliżał. Kai podniósł głowę. Cyferblaty stoperów fosforyzowały 

biało   pod   palcami.   Pochylił   się,   zmrużył   oczy,   zacisnął   w   pięść   wolną   rękę;   z   ciemności 

wystrzeliła   mroczna   zjawa,   przemknęła   z   łoskotem,   mignęła   na   pochyłości   łuku,   jak   nocne 

ptaszysko przeleciała wysoko nad zakrętem i przepadła.

- Rozpoznał go pan?

- To Murphy.

- Udało się go namierzyć?

- Tak.

- Niech pan tu zostanie i zaczeka. Ja biegnę na zakręt.

- To pachnie przygodą. - Hollstein roześmiał się radośnie, jak chłopiec, który bawi się w 

Indian.

- Wręcz nieprzyzwoite, ale ekscytujące. To nasz rewanż - rzucił Kai i pobiegł wzdłuż 

toru. Znowu słyszał gwizd opon trących o podłoże. Jak upiór wynurzył się z ciemności blady cień 

pojazdu, przemknął błyskawicznie, zapierając dech, i wyrwał prosto w niebo - istny pocisk na 

kołach wystrzelony w dal i, pochwycony magiczną dłonią, z powrotem wepchnięty na prostą.

Za pierwszym razem ten obraz go oszołomił, za drugim Kai już coś zaobserwował, przy 

trzecim   przejeździe  analizował   technikę   jazdy,   wreszcie   kiedy   wóz   przemknął   czwarty   raz, 

wiedział tyle, że wrócił do Hollsteina. Ten leżał na ziemi, miał z sobą stoper, papier, rękę trzymał 

na wyłączniku latarki i coś notował.

Pojechali do szopy i obliczyli prędkość Murphy’ego. Hollstein pobladł.

- Był nieprzyzwoicie szybki.

- Oczywiście, ale trzeba założyć, że nocą prędkość może być większa nawet o dziesięć 

procent. Nasze pomiary były robione w południe. Zaraz się przekonamy, czy dobrze rozumuję.

- Jak to?

- W tej chwili jadę, właśnie teraz. To będzie interesujące. Wszystko wskazuje na to, że tor 

background image

jest otwarty.

Hollstein zaczął się śmiać.

- Szalony pomysł, ale jestem za.

Kai chwycił go w ramiona.

- Czasem nie da się postępować po dżentelmeńsku. Zbyt wiele skrupułów może podciąć 

skrzydła.   Ale   to   będzie   cudownie   ożywcze.   Rzadko   jestem   w   tak   świetnym   nastroju,   pełen 

werwy.

- Murphy pewno jeszcze tam jest.

- Będzie zatem uroczo, w każdym razie nie powinniśmy się tym przejmować. Cóż nas to 

może obchodzić? Będziemy nieostrożni. Jeśli go spotkamy, tym lepiej dla niego. Bez względu na 

wszystko jedziemy.

Silnik mruknął, potem kichnął; w mgnieniu oka wóz dopadł linii horyzontu - jak głodny 

wilk dyszący żądzą mordu.

Jakiś kot przebiegł drogę tuż pod kołami i teraz uciekał. Hollstein przegonił go na prawą 

stronę. Kai potrząsnął głową.

- Koty w księżycową noc... dziś mimo to nic nam nie grozi. Jesteśmy pod ochroną.

Dojechali   do   toru.   Murphy’ego   już   nie   było.   Kai   pełną   piersią   zaczerpnął   powietrza, 

śmiało spojrzał przed siebie, nacisnął pedał gazu i całym ciałem przylgnął do kierownicy. Znów 

był dwudziestolatkiem, którego coś podobnego wciąga znacznie bardziej niż wszystko, co się 

wiąże z kobietami. Wóz połykał trasę oświetloną płytkim światłem księżyca, pędził jak wiatr, 

odrywał się od ziemi, sięgał chmur.

Pełen zaufania do swej maszyny Kai jechał jak w transie; zatopiony w półśnie ulegał 

bezwiednie instynktowi. Dopiero kiedy zobaczył, że Hollstein wymachuje rękami, dała o sobie 

znać rzeczywistość. Zupełnie już przytomny zjechał z trasy. Obliczyli prędkość.

- Jesteśmy szybsi.

background image

VI

Następnego   dnia   była   piękna   pogoda.   Ranek   Kai   spędził   jeszcze   w   Monzie,   gdzie 

intensywnie pracował wraz z Hollsteinem. W południe, kiedy wrócił z Mediolanu, był elegancko 

ubrany.

- Mam ochotę pojechać do Nicei.

Hollstein, zdziwiony, wyprostował się.

- Przecież mieliśmy trenować.

- Na razie daję sobie spokój. Zupełnie nie wiem, co mnie naszło, ale muszę dziś być w 

Nicei. W jakim celu, też właściwie nie wiem. Widzi pan, Hollstein, z pomysłami często tak bywa 

i nic na to nie można poradzić. Jutro w południe będę z powrotem.

- Rozumiem, ale byłoby lepiej, gdyby pan został.

Kai położył mu dłoń na ramieniu.

- To dziwne, ale poczucie obowiązku miewa się przed dwudziestym piątym rokiem życia 

i   po   ukończeniu   trzydziestego   piątego.   Dziesięć   lat   pośrodku   jest   czasem   dziwactw   i 

nieprzewidywalnych zachowań. Zostawmy to jednak. Wrócę do pana w jeszcze lepszej formie.

Pojechał do księżnej Parmy. Początkowo nie miał takiego zamiaru, przyszło mu to do 

głowy, kiedy dojeżdżał do Nicei. Cieszył się na to spotkanie. Ogarnął go przy tym jakiś spokój.

Jeden z pokoi księżnej zapełniały akwaria i terraria. Starsza pani lubiła tu przesiadywać 

wieczorami. Jedyna, osłonięta lampa paliła się nad szklanymi zbiornikami, w których rosły gęsto 

obok   siebie   strzałki   wodne   i   walisnerie.   Światło   przesączało   się   przez   przezroczystą, 

jasnozieloną,   krystaliczną   toń.   Wolno   poruszały   się   w   niej   czarno   -   srebrzyste  Pterophylla 

amazonae,  wachlując   płetwami   i   wąsami   -   bardzo   delikatne,   wręcz   dekadenckie.   Czerwone 

ślimaki w okrągłych skorupach przycupnęły w gęstej wyściółce z porostnic, uciesznie zwisał 

wijący się  haplochilus,  jego pogięty grzbiet barwił się nieco perłową czerwienią - okaz, jaki 

spotkać   można   jedynie   na   Cap   Lopez   pośród   szklistych   listeczków   niewielkich   krzewinek 

halofitowych.

Księżna   była  sama.   Wskazała  Kaiowi  miejsce   obok  siebie,   naprzeciw   szerokich  szyb 

akwarium.

- Sądziłam, że jest pan w Monzie.

- Jeszcze dziś tam byłem, jutro też będę.

- A teraz?

background image

- Nagła ochota - szybko się pojawiła, szybko została zaspokojona...

Księżna się uśmiechnęła.

- Pan jest bardzo młody.

- Już nie.

Zaśmiała się głośniej.

- Jeszcze tak, jeszcze bardzo młody.

- Tego właśnie nie wiem.  Nawet się z tego powodu martwię.  Czuję się rozdwojony. 

Niczego nie potrafię dobrze uchwycić - wiem, że mnóstwo spraw mi umyka. Nie umiem na 

niczym się zatrzymać, nie chcę też tego. Często mi się zdaje, że balansuję: po prawej cisza, z 

lewej   niepokój,   wrażenie,   że   już   chyba   ostatni   raz   taka   huśtawka,   że   w   końcu   trzeba 

rozstrzygnąć.

Rozstrzygnięcia   zapadają   do   dwudziestego   roku   życia   -   mówiła   z   powagą   księżna.   - 

Później   żyjemy   według   tych   pierwszych   ustaleń.   Jeśli   do   czegoś   się   bierzemy,   robimy   to 

niejednokrotnie dlatego, że wydaje się ważne. Zwykle jednak są to tylko zmiany powierzchowne, 

zmiany otoczenia, upodobań. A rozstrzygnięcia? Te, jeśli chodzi o pana, dawno już zapadły.

- Wciąż próbuję sobie poradzić z rozdarciem, które wprawia mnie w niepewność i lęk, ale 

jakoś mi się nie udaje. Muszę zdecydować, jak dalej pokierować życiem. Wcześniej myślałem 

podobnie jak dziś. Ale teraz tracę pewność siebie, zaczynam sobie wytyczać granice - usiłuję 

określić   je   na   nowo,   spojrzeć   inaczej.   Dotychczas   uważałem,   że   granice   są   narzędziem 

powstrzymywania,   dziś   widzę,   że   mogą   sprzyjać   skupieniu.   To   cały   splot:   spokój,   cisza, 

zakorzenienie, możliwe, że również kobieta; praca, stabilizacja, rozrost, obowiązki - wartości 

trwałe. Widzi pani, jak wiele to wszystko daje do myślenia: Ja” stojące w centrum, nie zaś na 

obrzeżach - promień okręgu zamiast stycznych.

Księżna przyglądała mu się przez chwilę.

-   Jestem   starą   kobietą,   wiele   przeżyłam.   Nie   ma   trwałych   związków   ani   trwałych 

układów. Bywają jednak trwałe rozwiązania.

Kai skinął głową, śledząc przez szklaną ścianę szybkie skręty wąskich, płaskich ryb.

Księżna mówiła dalej, cicho, głosem o ciepłym brzmieniu:

- Wśród ryb są takie, które nazywają się borzoj - jak chart rosyjski. Są równie eleganckie. 

Z karpi jest większy pożytek, lecz co karpiom z tego...

Ryby krążyły niczym motyle, wachlowały przez zielonkawy odmęt.

background image

Stara dama ciągnęła:

- Kiedy ujmiemy ładunku tragarzowi niosącemu kamienie, ulżymy mu. Jeśli spróbujemy 

tak   samo   postąpić   z   duszą,   dusza   się   poskarży.   Wolność,   którą   cieszymy   się   od   pokoleń, 

przyzwyczaiła nas do odczuwania balastu jako czegoś dobrego. W jakim celu chce pan wziąć 

ciężar na siebie? Z rzeką jest tak samo, wybiera swoją drogę: może płynąć prosto lub wić się 

tysiącem meandrów. Ważne, by znalazła kres w morzu, a nie w stawie, który napędza młyny, w 

którym moczy się len i płucze pranie.

Mówiła   głośniej.  Kai   wyczuł  powagę  chwili  i   szukał  odpowiedniego   tonu  dla   swych 

wynurzeń. Księżna to spostrzegła i po jej twarzy przemknął uśmiech.

- Cofam, co powiedziałam - że pan jest taki młody.

-   Proszę   mi   nie   uciekać.   Oczywiście   posłużyłem   się   obrazami,   a   obrazy   niczego   nie 

przesądzają, mogą co najwyżej wzmacniać dowody. Światu nie zależy na świadectwie prawdy, 

proszę spojrzeć na stulecia historii: przetoczyły się, mając za nic słuszność i sprawiedliwość. To 

oznacza   wyrok   śmierci   na   każdą   demokrację,   tak   bardzo   po  ludzku   ją  przecież   pojmujemy. 

Śmierć grozi też wszystkiemu, co pożyteczne.

Kai zmarszczył czoło.

- Pożyteczne, ależ to brzmi! Budzi wstręt jak drobny,  wyświechtany pieniądz. W ten 

sposób   pojawia   się   słowo,   urabia   się   w   jednorodną   papkę   z   jakimś   pojęciem   i   zaczyna   się 

nadymać: ty jesteś mną. Przy czym cały czas słowo i pojęcie są od siebie oddzielone, samo słowo 

zaś jest daleko uboższe od pojęcia i kryjących się za nim znaczeń. Trzeba o tym pamiętać, bo 

posługiwanie się słowami przychodzi bez trudu i niczym nie grozi. A przecież możemy w ten 

sposób   ośmieszyć   to   niewypowiedziane,   ukryte   poza   słowami.   Dobór   odpowiednich   słów 

wymaga większego wysiłku i nieraz trzeba coś oglądać z zupełnie innej strony.

Twarz księżnej - duża, o rysach mocno przywiędłych - przybliżyła się do Kaia.

- Trafił pan w mój słaby punkt. Mało co bywa równie bezużyteczne jak słowa. Widać to 

doskonale, kiedy dużo czasu spędza się samotnie. Słowa przychodzą wprost z ulicy i sporo z niej 

można w nich odnaleźć. Co powinno pozostać czymś osobistym, bywa przez język uogólniane, a 

przez to źle rozumiane. W ten sposób słowa sprowadzają wyłącznie dobro...

W bladych kącikach ust księżnej pojawiła się ironia. Kai wyczekująco uniósł brwi.

Księżna mówiła teraz cichym, stonowanym głosem:

- Słowa są pożywką dla błędu, ich wąskie znaczenie bywa ważniejsze od istoty spraw. 

background image

Najczęściej wtedy, gdy sami sobie chcemy czegoś dowieść... - Jej twarz naraz się rozpogodziła. 

Falami pojawiały się na niej już to łagodna, ciepła radość, już to iskierki przekory,  a nawet 

niegroźnej   złości.   -   Nieważne,   ile   ziemi   wydobędziemy,   drążąc   szyb,   chodzi   o   to,   w   jakim 

stopniu  ta  praca  nas  zadowoli.   Gest  znaczy  więcej  od  treści.  Treść  to  rzecz  znana,   nudna i 

ostatecznie bez sensu - umieramy, nie bacząc na nią, a wtedy nie należy już do nas. Jest czymś 

obcym i tylko nas dręczy. Natomiast gest przynależy do nas tak dalece, że bez nas nie ma go 

wcale. A ponieważ Jest z nami nierozłączny, jest czymś wiekuistym. To niczego nie oznacza, 

wieczność   to   jedynie   słowo   posiłkowe.   Prawdy,   które   pozostawiamy,   umierając,   nie   mają 

żadnego sensu. Poszukiwanie ich trudno uznać za heroizm, wymaga jednak odwagi. Można w 

poznanie prawdy włożyć wiele wysiłku i nawet nie trzeba tego robić długo. Ale dopiero gdy 

zaprzestaniemy prób przeniknięcia poprzez transcendentalne podwoje i przerzucania mostów na 

tamtą   stronę,   rozpocznie   się   życie,   dla   którego   my   sami   staniemy   się   punktem   centralnym. 

Wszystko jedno, co będzie dalej; ja dla swych trosk, dążeń i miłości wybrałam obszary dość 

odległe, w których te kruche sprawy rzadko stają się ciężarem i niewiele nas obchodzą.

Księżna umilkła, jej twarz się wygładziła. Po chwili odezwała się cicho:

-   Spraw   serca   nigdy   nie   powinno   się   uzależniać   od   ludzi.   Jeśli   tak   uczynimy,   nasze 

szczęście może się okazać chwiejne i wątpliwe. Jeszcze gorzej, gdy powierzamy serce jednemu 

człowiekowi. Cóż pozostanie, gdy ten jedyny odejdzie? A odejdzie na pewno...

W   jednej   chwili   cały   pokój   wypełnił   się   marzeniami,   ożyły   w   nim   cienie   i   imiona. 

Pojawiły się w oczach księżnej, otoczyły ją, chyliły się ku jej starym dłoniom. Nie przysparzały 

cierpień, nie było w nich żalu. Świadczyły o pełni życia, które powstało z przeszłości i teraz 

wewnętrznym żarem tliło się w dobrotliwych oczach leciwej kobiety.

Księżna zbliżyła twarz do szklanej ściany akwarium. Smukłe rybki syjamskie bezgłośnie 

wynurzyły się z gęstwiny strzałkowców i całą ławicą podpłynęły na spotkanie starszej damy.

-   Poznają   mnie.   Początkowo   byłam   chyba   dla   nich   czymś   niezwykłym:   wolno 

przybliżającą się wyblakłą górą, pełną wzniesień i nierówności, z rozpadliną ust i jeziorami oczu, 

może nawet rodzajem zorzy polarnej, której odbite światło pada na ich trójkątne, okryte łuską 

łebki...Trudno powiedzieć, jak to wygląda z ich strony... Nie sposób zresztą o tym zbyt długo 

myśleć...

- I nie trzeba - powiedział Kai. - Nie odeszliśmy tak daleko, by warto było podobnym 

myślom poświęcać wiele czasu. Zwierzęce rozumowanie nie jest jeszcze dość odległe, byśmy się 

background image

mogli w nim przeglądać. Prowadziłoby to do zawirowań, skłaniałoby do ucieczki czy okopania 

się na zajętych pozycjach. Ten świat bowiem, od którego uciekliśmy, izoluje nas i zarazem na 

nas czyha. A każdy nosi w sercu dziedzictwo zdrady. Nie staliśmy się jeszcze wystarczająco 

odmienni, by porównywać.

Księżna uśmiechnęła się.

- Tym samym ogłasza pan wyrok na siebie. Powiada pan, że obciąża nas dziedziczna 

skaza, a zatem nie jest wskazane nicowanie najgłębszych warstw naszego bytu; lepiej poruszać 

się na powierzchni i wiele spraw zaakceptować. Pan jednak chce zstąpić w głąb, opuścić się w 

dół   jak   górnik,   by   drążyć   pokłady   duszy.   Widzi   pan,   w   przerażeniu   obracam   się   nawet   ku 

alegoriom.

Kai złożył płasko dłonie.

- Dziś myślę tak jak pani. Jutro może być  inaczej, czy to komuś przeszkadza? Może 

lepiej, że myśląc o sobie, wybiega się poza teraźniejszość? Księżna Parmy sięgnęła po laskę.

- Dlaczego zadaje pan sobie tyle trudu, by odgadnąć przyszłość? I tak będzie, co ma być. 

Panu, który tak bardzo przejmuje się swoją przyszłością, mogę dziś tylko jeszcze raz powtórzyć, 

że jest pan bardzo młody.

Kai schylił się do ręki księżnej. Księżna podniosła się i patrzyła na niego. Czuł, że stara 

dama   myśli   o   czymś   całkiem   innym.   Pomiędzy   nimi   stanęły   znów   cienie   wspomnień   jej 

wspaniałego życia, które już wcześniej zapełniły pokój. Były tak wyraźne, że mogły porwać ku 

miłości, niosły z sobą powiew przeszłości. Były jednak zbyt słabe i zupełnie bezsilne wobec 

jednego: tajemnicy życia pulsującej falą gorącej krwi w młodym ciele Kaia.

Nieobecne spojrzenie księżnej ożywiło się. Wróciła do rzeczywistości. Ujęła Kaia pod 

ramię.

-   Czy   pojedzie   pan   w   niedzielę   na   wyścigach?   -   A   kiedy   potwierdził,   dodała:   - 

Chciałabym dać panu talizman.

Przyniosła jakąś monetę.

-   Nie   mam   tego   dużo.   To   stara   koreańska   moneta   szczęścia.   Kiedy   pana   zmęczy 

powodzenie,   niech   ją   pan   komuś   podaruje.   Taki   obowiązek   nakłada   zaklęcie   zapisane   na 

monecie...

Oboje się roześmiali.

background image

VII

Kai wrócił do Mediolanu, ale przez ostatnie dwa dni poprzedzające wyścigi nawet nie 

dotknął   auta.   Hollstein   wciąż   za   nim   chodził   i   czynił   mu   wyrzuty.   Nie   zdołał   jednak   Kaia 

przekonać. Najbardziej dziwili się Murphy i Maud Philby.

Murphy   prawie   nie   opuszczał   toru.   Wymyślał   najróżniejsze   sytuacje,   chciał   się 

przygotować   na   każdą   okoliczność.   Hollstein   popadał   w   melancholię,   kiedy   widział,   jak 

Amerykanin trenuje. Dla Maud Philby te dni wyczekiwania były pełne napięcia pomieszanego ze 

wzmożoną czujnością.

Pierwszego wieczoru stała się nawet trochę sentymentalna. Popołudnie spędziła z Kaiem i 

musiało do niej dotrzeć, że jej zaloty trafiają w próżnię. Kai odnosił się do niej z serdeczną 

uprzejmością, która niczym walec drogowy miażdżyła każdą z wkluwanych weń igieł.

Nie   pozostało   nic   innego,   jak   czekać,   aż   Kaiowi   przejdzie.   Wieczorem   jednak   było 

jeszcze gorzej. Kai stracił całe zainteresowanie dla wyścigów i mówił o nich jak o wystawie 

bydła. Pierwszy raz Maud Philby na dobre się rozgniewała i musiała zadać sobie wiele trudu, by 

nie ulec amerykańskim manierom.

Raz jeszcze pośpiesznie wypunktowała swoje racje i doszła do wniosku, że wszystko się 

zgadza.   Teraz   należało   już   tylko   poczekać   na   stosowny   nastrój   u   Kaia.   Dlatego   zachowała 

rezerwę i postanowiła nie dawać za wygraną dopóty, dopóki Kai oficjalnie nie potwierdzi, że 

rezygnuje z udziału w zawodach.

Z tego też względu zatrzymała Lievena, który ciesząc się na wspaniały wyścig, wraz z 

całym towarzystwem stale przebywał w pobliżu. Zdecydowanie go wyróżniała, a kiedy zostali 

sami, nie wytrzymała i zapytała Lievena, czy Kai wystartuje.

- Oczywiście - odparł zdumiony Lieven.

-  W  takim  razie   albo  jest  pewien  zwycięstwa,  albo...  -  Tu  spojrzała  wyczekująco   na 

Lievena.

- ...nie zamierza wygrać. Tak pani sądzi - dokończył Lieven. - Ani jedno, ani drugie. 

Znam jego taktykę. Na dwa dni przed wyścigami nie chce o nich słyszeć. Dzięki temu na starcie 

czuje się znacznie swobodniej, bez obciążeń. Zawsze tak postępuje.

Maud Philby odetchnęła. Lieven przyjrzał  jej się badawczo i doszedł do wniosku, że 

Amerykanka   przejawia   wyjątkowe   zainteresowanie   sprawami   Kaia.   Znajomość   ta   wyraźnie 

wykraczała   poza   ramy   towarzyskiej   gry,   a   nawet   -   jak   mu   się   zdawało   -   traciły   znaczenie 

background image

subtelne   aluzje  na  temat   automobilowego  współzawodnictwa   obu  panów.  Widać   było,  że   w 

postępowanie miss Philby wkradło się coś osobistego.

Lieven postanowił powściągnąć zapędy Kaia wobec Amerykanki i już się zastanawiał, co 

robić, by jego działania wyglądały na bezinteresowne. Było bowiem dlań jasne, że powodem 

ekscytacji   Maud   Philby   jest   wyłącznie   okazywana   przez   Kaia   obojętność;   obawiał   się 

niepotrzebnego   uczucia,   które   mogłoby   się   zrodzić,   gdyby   rywal   wygrał   wyścig.   Należało 

popchnąć   Kaia   w   stronę   miss   Philby,   aby   Amerykanka   miała   go   w   nadmiarze.   Takie   były 

założenia planu Lievena. Całą rozgrywkę już przemyślał i rozpierała go duma z pomysłu a la 

Maupassant - działania nie wprost. To, co knuł, było zaiste szachowym gambitem z damą. Aby 

uprzedzić ewentualne niespodzianki, poszedł na wyścigi razem z miss Philby. Dzień wcześniej 

przekonał Amerykankę, że łączą ich interesy. Zajmował dogodną pozycję do ataku.

Teraz potrzebował czegoś, co nagle rozczaruje Maud Philby. Najwięcej nadziei wiązał z 

możliwością   nieoczekiwanego   zwycięstwa   kogoś   trzeciego.   Nawet   oswoił   się   z   tą   myślą, 

zwłaszcza że chwilowe zachcianki zwykł przedkładać nad korzyści zawodowe. I tak nieuchronny 

pojedynek Kaia z Murphym z dnia na dzień zyskiwał wielowarstwową otoczkę.

Trybuny   wypełniły   się   na   długo   przed   rozpoczęciem   wyścigów   i   teraz,   upstrzone 

rozedrganymi, barwnymi  plamami, wyglądały jak pola namalowane przez impresjonistę. Nad 

trasą krążyły samoloty, zrzucając ulotki. Mnóstwo ich kołysało się w powietrzu i niczym ławica 

białych ryb opadały na głowy ludzi bądź wirując, trafiały na tor, skąd natychmiast usuwali je 

porządkowi.

Kłuła   oczy   biel   nakreślonych   kredą   prostokątów   wyznaczających   pola   startowe. 

Mechanicy w niebieskich kitlach uwijali się na stanowiskach, piętrzyły się piramidy czarnych i 

szarych opon, obok walały się podnośniki samochodowe, wiadra z wodą i butelki.

Auta, które miały jechać w pierwszym wyścigu, ustawiały się na starcie. Padł strzał i 

maszyny jak wilcza wataha wyrwały z wyciem do przodu. Maud Philby ani razu nie spojrzała na 

tor, czekała na Kaia i Murphy’ego. Kai pojawił się pierwszy Pomachała mu radośnie, a na jej 

twarzy wykwitł rumieniec. Kai ukłonił się.

- Niebawem będę z powrotem, ten wyścig nie trwa długo.

Rozpromieniła się.

- Życzę panu szczęścia.

- Zobaczymy.

background image

Lieven czuł, że ogarnia go wzburzenie. Kiedy zobaczył, jak bardzo Maud Philby ożywiła 

się podczas tej króciutkiej wymiany zdań, wręcz tracąc panowanie nad sobą, uczucie to jeszcze 

się wzmogło. Do reszty stracił humor i wiarę w bliźniego, kiedy po chwili równie gorąco życzyła 

sukcesu Murphy’emu.

Ten człowiek jest i pozostanie kanalią, pomyślał i na razie postanowił wstrzymać się z 

realizacją swych przemyślnych planów.

Pierwszy wyścig  się skończył.  Głos z megafonów  bezustannie coś mówił  o Pucharze 

Mediolanu. Wysoko powiewały proporce z numerami startowymi  i nazwiskami zawodników. 

Kolejne maszyny podjeżdżały na start.

Kai miał w kieszeni monetę talizman od księżnej Parmy. Czuł wewnętrzny żar i przez 

chwilę wydawało mu się, że znów słyszy dźwięki tamtej zabawy w parku - syk fajerwerków i 

głos kobiety, na której ramiona padało światło. W tajemniczy sposób ów nastrój przeniknął go na 

wskroś,   po   czym   przeszedł   w   zuchwałe   wyczekiwanie,   pełne   przeczuć   i   nadziei,   osobliwe 

wyzwanie bezkresu i skrzącej się jasności... Zacisnął ręce na kierownicy.

Trzask   wystrzału   był   jak   ukąszenie   komara   w   porównaniu   z   niemal   jednoczesnym, 

rozdzierającym rykiem startujących maszyn. Murphy od razu wyrwał do przodu i zajął pierwszą 

pozycję, jakieś trzydzieści metrów przed całą grupą. Jego czerwony wóz na czele przykuwał 

wzrok niczym sztandar wiodący oddział do ataku.

Maud Philby zastygła w bezruchu. Zacisnęła wargi, rysy jej twarzy ściągnęły się, profil 

znaczyły jedynie oszczędne linie.

- Kto prowadzi?

- Murphy. Ucieka całej grupie. Kai...

- Kai? - Lieven, zdenerwowany, wstał.

- Kaia nie ma w grupie.

- Gdzie...?

- Gdzie jest Kai?

Miss Philby wyciągnęła rękę.

- Tam...

Przekleństwo zamarło na ustach Lievena. Biały wóz jedyny został na starcie.

- Nie odpalił!

Zdawało się, że trwa to całą wieczność. Auto ani drgnęło. Lieven nie mógł na to patrzyć. 

background image

Kręcił się w kółko i tupał, złorzecząc: nerwy tego starszego, raczej korpulentnego człowieka były 

napięte do granic wytrzymałości. Nie mógł nic poradzić, gotów był tłuc głową w mur, widząc, 

jak inni pędzą przed siebie.

Maud   Philby   przywarła   wzrokiem   do   linii   startu.   Nagle   rozległ   się   grzmot   silnika   i 

samotna biała plama ruszyła z miejsca, zostawiając za sobą pióropusz dymu. Lieven podskoczył i 

rozczarowany załamał ręce.

- Za późno, o wiele za późno... - Spojrzał na cyferblat, zerknął na Maud Philby, potrząsnął 

zegarkiem i zapytał Amerykankę o czas. Porównali zegarki i Lieven odetchnął z ulgą. Sądził, że 

Kai stracił kilka minut; w rzeczywistości było to zaledwie czterdzieści osiem sekund.

Ścigające   się   maszyny   z   wyciem   przemknęły   znów   obok   trybun.   Prowadził   Murphy, 

udało mu  się jeszcze  zwiększyć  dystans  wobec innych.  Dalej, gęsto, jeden za drugim,  gnali 

następni. Na końcu jechał Kai, któremu nawet udało się trochę zbliżyć do grupy.

Na trzecim okrążeniu Kai dogonił przedostatniego kierowcę. Powoli wysunął się przed 

niego. Po pięciu  okrążeniach  wyprzedził  dwie kolejne maszyny.  Od Murphy’ego  dzieliły go 

jednak cztery kilometry.

Maud Philby wsparła dłonie na barierze.

- Stopniowo połyka rywali.

- Wyścig jeszcze trwa.

- Sądzi pan, że dojdzie...? - Poprawiła się: - ...że będzie dalej wyprzedzał?

- Do końca zostało piętnaście okrążeń. W tej chwili nie można niczego przesądzać. Nawet 

co do Murphy’ego.

Na siódmym okrążeniu Kai zwolnił. Zjechał na stanowisko.

Hollstein krzyczał:

- Tylna prawa opona!

Mechanicy rzucili się do kół.

- Wymienić wszystkie! - wołał Kai.

Hollstein   wepchnął   mu   papierosa   do   ust   i   trzymając   w   lewej   ręce   butelkę   wody 

mineralnej, pytał:

- Coś do picia?

- Nie! Źle wyszedłem ze startu, Hollstein, ale to nie powinno nam psuć humoru! Wóz 

ciągnie   wspaniale.   -   Kai   rzucił   okiem   na   koła,   podnośniki   trzasnęły   o   grunt.   Już   był   za 

background image

kierownicą. - Świetna robota, ani minuty za długo.

Wokół wszystko wirowało. Megafony na trybunach dudniły:

- Na zakręcie Lesmo Mazzini miał awarię tłoka - kończy wyścig! Rath musiał wymienić 

świece - jedzie dalej!

Na torze zostało sześć aut. Kai dopadł ostatniego zawodnika i zdołał go wyprzedzić na 

prostej. Z rozpędu zostawił za sobą jeszcze jeden wóz, przykleił się do niewielkiej, niebieskiej 

maszyny i metr po metrze zmniejszał dystans.

Sytuacja robiła się interesująca. W przelocie koło stanowiska technicznego Kai dostrzegł 

bladą twarz Hollsteina i zaraz za nim stojący wóz Murphy’ego. Kiedy Kai przejeżdżał, Murphy 

właśnie siadał za kierownicą. Miał jednak całe okrążenie przewagi, z którą Kai musiał sobie 

poradzić.

Po dwóch następnych okrążeniach Murphy wymieniał zanieczyszczone świece. Podczas 

krótkiego postoju stracił niemal całą przewagę. Kai jechał już tylko trzysta metrów za nim, na 

trzeciej pozycji.

Dodał gazu i udało mu się wyprzedzić kierowcę jadącego za Murphym. Teraz przed sobą 

miał już tylko Amerykanina.

Uspokoił się, opadło z niego całe podniecenie ostatnich godzin. Teraz musiał wytrzymać 

jeszcze trzy rundy. Wiedział, że jest szybszy od Murphy’ego i że jeśli nic się nie wydarzy, stać 

go będzie na więcej niż tylko odrobienie strat.

Na pełnym gazie pokonał najważniejszy zakręt, wziął go - jak szaleniec - górą, dopadł do 

czerwonej maszyny i przez sekundę pędził obok, po czym wysunął się przed nią.

Maud Philby szarpała batystową  chusteczkę.  Trybuny szalały.  Nieznajomi  wymieniali 

opinie. Najwięksi zapaleńcy niebezpiecznie przechylali się ponad barierą.

- Jadą!

Zelektryzowany tłum znieruchomiał, wpatrując się w tor, skąd dobiegał potężniejący ryk 

silników. Wielcy rywale zbliżali się, pierwszy przemknął biały wóz - miał dużą przewagę.

- Kai!

Maud Philby jęknęła i naraz poczuła, że słabnie.

- Lieven, proszę mi przynieść pomarańczę.

Zaskoczyła go, zrozumiał, że widzi teraz jej prawdziwe oblicze, że się w końcu odsłoniła. 

Kręcąc głową, przyniósł owoce i uznał, że trzeba działać i że jego przemyślenia były słuszne.

background image

Kai przemknął wzdłuż trybun. Zaczynało się ostatnie okrążenie. Napięcie sięgało zenitu. 

Zaciążyło   nad   tłumem,   dusząc   eksplozję   krzyku,   zastygło   w   milczeniu   nabrzmiewającym 

wyczekiwaniem jak prężący się do skoku drapieżca.

Nagle na trybunach zrobiło się małe zamieszanie.

Jakaś kobieta krzyczała. Nikt na nią nie zwracał uwagi.

Wciąż jednak wołała. Ponaglała, prosiła, coraz głośniej.

Tym wymowniejsze było milczenie tłumu.

Powoli do krzyku kobiety dołączały kolejne, wołających przybywało i w końcu okazało 

się, o co chodzi: w poprzek trasy turlał się jasny kłębuszek, za nim następny, jeden tańczył wokół 

drugiego:   za   barierę   wypadły   dwa   pieski   maltańskie   i   beztrosko   baraszkowały  na   torze,   nie 

bacząc na dobiegające z góry nawoływania.

Przez to drobne zdarzenie rozładowało się całe dotychczasowe napięcie trybun; obawa o 

los szczeniąt zataczała coraz szersze kręgi i niczym potężna fala rozlewała się wokół. Zatrzymać 

jej już się nie dało. Rozległy się gwizdy, ludzie krzyczeli, machali rękami, oba psy znalazły się w 

centrum uwagi.

Teraz para maltańczyków wyraźnie się zaniepokoiła, pieski wyglądały na skołowane. Już 

nawet znalazł się ktoś chętny do sforsowania bariery z desek, ale go odciągnięto. W strachu o 

życie zwierząt ludzie wstrzymali oddech: świst kompresorów potężniał, nadjeżdżały finiszujące 

maszyny.

Kai mógł jeszcze zwiększyć dystans, ponieważ Murphy znów miał defekt cylindra i jego 

wóz   nie   rozwijał   pełnej   szybkości.   Był   pewien   zwycięstwa,   ta   pewność   dostarczała   mu 

szczególnej satysfakcji.

Z drugiej strony, gdyby teraz zamiast bezpiecznie zdążać do mety, siedział Murphy’emu 

na zderzaku, wyścig ekscytowałby go znacznie bardziej.

W polu widzenia miał już trybuny i uderzyło go, że wśród publiczności dzieje się coś 

niezwykłego. Wytężył wzrok i zobaczył dwie małe plamki na torze. Natychmiast się połapał, o 

co chodzi: znał kapryśną zmienność tłumów, wiedział, że w tej chwili dla trybun los dwóch 

szczeniaków jest ważniejszy od rezultatu wyścigu (złośliwość bywa zaraźliwa, współczucie może 

przerodzić się w epidemię, ponieważ ma za sobą sankcję moralną, a łatwość, z jaką można się 

stać moralnym, pociąga w takich okolicznościach każdego).

Naraz   Kai   wpadł   na   pomysł,   nieodparty:   musiał   postąpić   właśnie   tak.   Błyskawicznie 

background image

rozejrzał się i ocenił, że zdąży. Ostrożnie popuścił pedał gazu, nacisnął delikatnie hamulce, a 

kiedy poczuł, że biorą, docisnął je mocniej. Oba psy widział już wyraźnie - zupełnie ogłupiałe z 

powodu wrzawy biegły prosto pod samochód. Teraz Kai nacisnął pedał hamulców z całej siły - 

rozległ się ostry zgrzyt i zaraz potem przeraźliwy pisk opon. Wóz stanął dęba, chwilę jeszcze 

sunął po ziemi i zatrzymał się obok trybun. Od mety dzieliło go jakieś sto metrów, szczenięta 

były tuż przed maską.

Wychylił się. Jeden psiak biegł mu wprost do ręki. Kai podniósł go i spróbował schwycić 

drugiego. Ten jednak uciekł i wcisnął się pod samochód.

W tej samej sekundzie obok mignął czerwony wóz Murphy’ego i z rykiem dopadł mety. 

Murphy zdobył Puchar Mediolanu.

Owację jednak zgotowano Kaiowi. Tłum zrozumiał,  że wewnętrzny impuls  kazał  mu 

wyrzec się zwycięstwa dla ratowania zwierząt. Nieważne, czy była to tylko poza, czy odruch 

serca. Doceniono gest.

Kai wcisnął sobie szczeniaka pod ramię i sięgnął po drugiego, który zaszył się pod kołami 

i zaciekle ujadał. Pośród nadjeżdżających z hukiem maszyn starał się wyciągnąć zwierzaka.

Ostatnie pojazdy kończyły wyścig. Kai ze zdziwieniem przyglądał się swej ręce, którą 

maltańczyk pogryzł do krwi. Ludzie to dostrzegli i na trybunach rozległ się śmiech. Na tor upadły 

pierwsze kwiaty; tłumy ogarnął szał entuzjazmu, zapomniano o wyścigu, ważny był tylko ten 

incydent,   który   zaczął   się   niepozornie,   lecz   ku   powszechnemu   zdumieniu   zamienił   się   w 

wydarzenie dnia i zrządzeniem losu zakończył się pomyślnie. Rekordowy wynik wyścigu stracił 

znaczenie, stał się kwestią drugorzędną. Był zbyt świeży, nikt się nim nie zajmował. Przesądził o 

tym czyn Kaia i może też dwa jedwabiste kłębuszki - doprawdy trudno o coś milszego...

Nikt   nie   słuchał   gardłujących   megafonów.   Ludzie   tłoczyli   się   obok   bariery,   las   rąk 

wyciągał się do pomocy, z tłumu wynurzyła się czyjaś ciemna czupryna, potem szczupła twarz, 

jakaś   młoda   dama   balansowała   przez   chwilę   ponad   głowami   zgromadzonych,   zeskoczyła   z 

bariery i wbiegła na tor. Pieski poturlały się do niej, dama zgarnęła je z toru i z zajętymi rękoma 

stanęła   przed   Kaiem.   Postawiła   swawolną   parę   ponownie   na   ziemi   i   na   oczach   wszystkich 

ucałowała go z całej siły.

Publiczność wpadła w zachwyt. Jacyś mężczyźni, którzy wtargnęli na tor, chcieli nieść 

Kaia na rękach. Z największym trudem wrócił do samochodu.

Obok stanowiska technicznego zderzył się z Murphym, który natychmiast go pochwalił za 

background image

znakomitą   jazdę.   By   ceremoniom   stało   się   zadość,   Kai   pogratulował   Amerykaninowi 

zwycięstwa. Dla odmiany Murphy, powodowany szlachetną uczciwością, wyjaśnił, że gdyby nie 

malheur  Kaia, absolutnie nie wygrałby wyścigu, ponieważ z powodu defektów maszyny został 

daleko w tyle.

- To było raczej bonheur, nie malheur - zaśmiał się Kai.

Murphy patrzył na Kaia i niczego nie pojmował.

- Pęknięcie tłoka? - zapytał rzeczowo.

Zupełnie nie rozumiał, co się naprawdę wydarzyło.

W dyrekcji wyścigów, gdzie panowało niejakie zamieszanie, postawiono Kaiowi szereg 

pytań. Nikt dokładnie nie wiedział, jak należy postąpić. Zachowanie Kaia godziło w regulamin, 

co nie miało jednak znaczenia, skoro Kai nie wygrał. Domniemaniom nie było końca, szukano 

jakiegoś   punktu  oparcia.  Przecież  miał   wolną   drogę:  gdyby  rozjechał  szczeniaki,   wozem  by 

nawet nie zarzuciło, może poczułby co najwyżej lekkie uderzenie.

Kai z powagą kiwał głową.

- Tak więc chcą panowie zdjąć ze mnie ten ciężar. Następnym  razem wezmę to pod 

uwagę.

Czy to były jego psy? A może zna właścicielkę? - reporterzy już ostrzyli ołówki.

Kaia   ogarniało   zniechęcenie.   Zrozumiał,   że   łatwo   zrobić   coś   wymagającego   fantazji, 

trudniej   zadowolić   otoczenie   sensownymi   wyjaśnieniami.   Wszystko   musi   mieć   jakiś   powód, 

inaczej nikt nie daje wiary tłumaczeniom. Przyczyny, powody, motywy - oto mizeria tego świata.

Kai uciekł do Frute i nawet nie pożegnał się z przyjaciółmi.

background image

VIII

Zatoka pokryła się srebrem i błękitem. Błękitu wciąż przybywało. W świetle opadającego 

słońca zarysy gór gubiły się niczym wątła melodia skrzypiec. W końcu światło zupełnie zeszło z 

gór i jeszcze tylko przez jakiś czas rozjaśniało zielonkawe niebo.

Kai usiadł na dywanie obok Frute.

-   Frute,   od   dwóch   godzin   tylko   milczymy   i   napawamy   się   atmosferą   wieczoru.   To 

oczywiste,   że   rozmyślamy   i   próbujemy   dociec   przyczyn   naszego   nastroju.   Murphy’ego 

wpędziliśmy w chorobę, o czym nie pomyślałem podczas naszej akcji. Jesteśmy poza tym tanimi 

pozerami, chociaż już dziesięć lat temu z przykrością odstąpiliśmy od podobnych praktyk. Tym 

razem   musieliśmy  je  zaakceptować  z   własnej  woli,   choć  odrobinę   przymuszeni.   Czyżbyśmy 

popadali w  pesymizm?  Maud Philby to chyba  niezbyt  ważna znajomość,  owszem,  miła,  nie 

narusza spokoju; niewykluczone, że też się rozchorowała, a może i nie - co do niej jesteśmy 

zgodni.   Ale   widzisz,   Frute,   jest   jeszcze   Barbara,   wobec   której   odżywa   wszystko,   co   było 

wcześniej, i w serce wkrada się rozterka, bo opowiada się właśnie za Barbarą. Barbara jest nie 

tylko   kobietą   -   to   fundament,   to   skrzyżowanie   wszelkich   dróg.   Musimy   się   z   tym   zgodzić. 

Podobne wyznania zawsze są trudne. Zwykle wolimy przeczekać i z całym przekonaniem ruszyć 

tymczasem   gdzie   indziej,   w   zupełnie   odmienny   teren.   Coś   takiego   pomaga   bardziej   niż 

przemyślne analizy. Z analiz zresztą niewiele wynika. Pozostaje jeszcze Lilian Dunquerke. Z nią 

trudno będzie coś osiągnąć, jest na pewno wyjątkowa. Fioła twierdzi, że kocha wicehrabiego de 

Courbisson. Miejmy się na baczności, Frute!

Murphy patrzył rozdrażniony na Maud Philby.

- Kai powinien zostać aktorem, a nie kierowcą wyścigowym.

-   Aktorstwo   to   trudny   zawód   -   odparła   ironicznie.   -   Ale   czyż   nie   jest   prawdziwym 

kierowcą?

- Zdaje się, że lubi efektowne zagrania. Tak postępują amatorzy.

- Jak na amatora jest całkiem niezły.

- To szarlatan, który ponad wszystko przedkłada poklask publiczności.

- Wczoraj nawet sam coś takiego powiedział.

- Starał się zatrzeć złe wrażenie. Jakie właściwie mogą być motywy jego postępowania?

Maud Philby spojrzała Murphy’emu prosto w oczy i zapytała uprzejmie:

- A jakie są pańskie motywy?

background image

- Kai nie gra fair.

Miss Philby, zniecierpliwiona, wzruszyła ramionami.

- Uchodzi za człowieka światowego, z klasą.

- Może w, innych okolicznościach. Wyścigi zamienił w farsę i zniszczył rywali. Zrobił to 

z premedytacją - głośno myślał Murphy. - Maud, może mi pani wierzyć, że gdybym wiedział, 

dlaczego   on   się   zatrzymał,   również   bym   wyhamował!   A   gdyby   wóz   się   przewrócił,   nie 

dojechałbym do mety! - Czekał, uniósł wzrok. - To była nierówna walka. Kai musiał wygrać, ja 

znalazłem się na straconej pozycji.

Murphy, to się robi niesmaczne. Poza tym z sentymentalizmem nie jest panu do twarzy.

-   Wiem,   że   to   niestosowne.   Nie   potrafię   żonglować   uczuciami.   Myślę   jednak   o 

zaszłościach,   które   zakorzeniły   się   tak   mocno,   że   przetrwały   niejedno   i   teraz   wymagają 

specjalnego traktowania. Maud, chodziliśmy razem na lody i uczyliśmy się francuskiej wymowy; 

co do francuskiego zresztą nie była pani najlepsza. Jedno dla drugiego było ucieleśnieniem wielu 

niejasnych   pojęć,   pomagaliśmy   sobie,   nawet   o   tym   nie   wiedząc.   Od   dawna   wyrośliśmy   z 

wcześniejszego   poczucia   wspólnoty,   każde   buduje   teraz   własny   świat,   do   którego   drugiemu 

znacznie   trudniej   przeniknąć   niż   kiedyś.   Coś   z   tego   jednak   pozostało,   są   we   mnie   obrazy 

związane   Wyłącznie   z   pani   osobą.   Ich   obrona   nie   oznacza   tchórzostwa,   lecz   -   proszę   mi 

wybaczyć te słowa - poczucie słabości wobec innych.

Maud Philby zaśmiała się.

- To prawda, Murphy, jadaliśmy razem lody, razem żeglowaliśmy. Ale od kiedy jest pan 

tak wrażliwy, by się rozczulać nad wspomnieniami?

- Odkąd musiałem się zetrzeć z komediantem, który pomylił tor wyścigowy z salonem.

-   Murphy,   pańska   zajadłość   dowodzi,   że   zainkasował   pan   celny   cios.   Powiedzmy 

uczciwie: cały ten gniew bierze się z przeświadczenia, że Kai mógł wygrać, gdyby tylko zechciał.

Murphy zastygł w fotelu. Maud Philby obserwowała go z zainteresowaniem. Liczyła się z 

wybuchem. Zaczął jednak miękko:

- Powinniśmy być wobec siebie szczerzy. Ja nie rozczulam się nad wspomnieniami, lecz 

staram się chronić naszą przyszłość. Wiem, z jakiego powodu tego chcę. Pani też wie...

Otwartość godna pozazdroszczenia. Jak sobie przypominam, dwukrotnie proponował mi 

pan   małżeństwo.   Nie   mogłam   panu   odpowiedzieć   twierdząco,   szybko   też   o   wszystkim 

zapomniałam. Zalet małżonka ma pan nawet w nadmiarze. Czasem wręcz wydaje mi się, że pan 

background image

już się urodził żonaty. Wszelkie chwyty stosowane w małżeństwie zna pan na wylot. Jest pan 

wprost niesamowicie etyczny i prostoduszny. Co się z panem dzieje?

- Jestem wściekły!

- Gorzej, wściekle  zazdrosny!  To właśnie wpędziło  pana w chorobę. - Próbowała go 

udobruchać: - Dopiero co mówił pan o zaszłościach. Zostańmy przy nich. I niech pan już da 

spokój!

-  Od  pewnego  czasu   trzymają  się   pani  żarty  psychologiczne.  Na  tym   terenie  zawsze 

czułem się obco, darujmy więc to sobie. Rozmawiajmy znów jak kiedyś w Teksasie...

- Czyli jak?

- Bez konwenansów. Nie mówmy o uczuciach. Pani wie, że chciałbym panią przy sobie 

zatrzymać. Pogodziłem się z tym, że ma pani wiele cech niezbyt dla mnie miłych. Jestem tego 

świadomy i spodziewam się, że potrafię je nawet uszanować. Na moją decyzję nie mają żadnego 

wpływu. Dlaczego jestem głęboko przekonany o słuszności takiej decyzji...? Nie mogę i nie chcę 

o tym mówić. Maud, bardzo mi zależy, aby pani ze mną została. Tymczasem dla pani to tylko 

gra... - Zrezygnowany machnął ręką. - Zresztą dobrze... Wie pani, co sądzę o tych zapierających 

dech sztuczkach, iskrzeniu to tu, to tam, podniecającym, ale i niebezpiecznym. Maud, powinna 

pani ciągnąć tę grę...

Przyglądała się Murphy’emu  spod na wpół opuszczonych powiek, nie zdradzając, jak 

bardzo ekscytuje ją ta tyrada, której spodziewała się już od dawna.

- Teraz znów prowadzi pani grę - ciągnął Murphy. - Moim przeciwnikiem jest Kai.

- Kai. - Miss Philby się uśmiechnęła.

Tak. Ale to się musi skończyć. Grę, którą pani zaczęła, zamierzam podjąć jako kierowca 

wyścigowy. Wszystko przewidziałem. Pierwszy etap mamy za sobą. Wyścig w Monzie był farsą. 

Teraz czeka nas wyścig górski o mistrzostwo Europy. To zadecyduje.

- Owszem, ale o czym zadecyduje?

- O pani, Maud - odparł chłodno Murphy.

- Mówi pan jak prawdziwy Teksańczyk.

- Pani nie chce zrozumieć. Nie chodzi o Kaia i o mnie. Kai zniknie, a po nim pojawią się 

inni. Pani musi zdecydować sama o sobie. Czy dalej ma być tak samo, czy może inaczej? Wiem, 

że   my,   Amerykanie,   nie   dorównujemy   Europejczykom   w   psychologicznych   zawiłościach. 

Wierzymy wyłącznie w sukces, który ja także uważam za rozstrzygający. Odwołajmy się więc do 

background image

sukcesu. Jeśli wygram wyścig, raz na zawsze zwyciężę Kaia i jemu podobnych.

- Pomylił mnie pan z kimś, kogo podniecają wskazania stopera. Pański obraz świata, mój 

drogi,   jest   niezwykle   uproszczony.   Wygląda   na   to,   że   składa   się   wyłącznie   z   tras 

automobilowych zaliczanych jedna po drugiej.

- Maud, popada pani w sentymentalizm. Nigdy pani taka nie była.

- Tylko  w pańskiej  obecności.  Nie zawsze bywam  taka sama.  Wręcz  przeciwnie,  nie 

umiem żyć bez zmian.

-   Zarzuca   mi   pani   uproszczone   spojrzenie   na   świat.   Chciałbym,   żeby   tak   było.   Do 

wytłumaczenia   tej   sytuacji   posłużyłem   się   najprostszym   szablonem.   Zrobiłem   to   niechętnie, 

wcześniej musiałem wiele przemyśleć, niejedno przezwyciężyć. Ale nie roztrząsajmy tego; dla 

pani   tak   też   będzie   lepiej.   Przyjęcie   prostych   reguł   nie   przyszło   mi   łatwo,   w   każdym   razie 

znacznie trudniej niż pani. Ale teraz dużo rozumiem, dla pani rozeznanie w sytuacji też powinno 

się stać łatwiejsze. W sprawach ważnych, na które nie mamy wpływu, często pozostaje nam zdać 

się na przypadek, coś nieprzewidywalnego. Poddam się próbie, mimo że moje szanse nie rysują 

się korzystnie.

Maud Philby zwlekała z pytaniem, które musiało paść:

- Dlaczego?

Ponieważ wóz Kaia jest szybszy od mojego. Wyścig w Monzie tego dowiódł. To nie Kai 

wygrał, lecz jego maszyna.

- Podczas wyścigu górskiego prędkość maksymalna będzie miała drugorzędne znaczenie.

-   To   prawda,   prędkość   nie   będzie   najważniejsza.   Kai   jednak   pojedzie   z   ulepszonym 

gaźnikiem, dzięki któremu wóz lepiej przyśpiesza.

- Czy to ma znaczenie?

- Ogromne. Jego szanse będą nieporównywalnie większe niż moje.

- Skąd pan o tym wie?

- Od niego samego, od Hollsteina, od Lievena - nie robią z tego tajemnicy.

- Nie wie pan, na czym polega ulepszenie?

Murphy ociągał się z odpowiedzią.

- Nie - odrzekł w końcu. - Gdybym wiedział, szanse byłyby równe. Podczas zwykłego 

wyścigu wyrównanie możliwości nie ma wielkiego znaczenia, tam każdy troszczy się o siebie. 

Ale to będzie pojedynek, za którym stoi cały splot okoliczności i spraw. Tutaj szanse muszą być 

background image

identyczne. Tylko wtedy można mówić o walce fair.

Miss Philby wiedziała już, do czego Murphy zmierza. Postanowiła mu pomóc:

- Co na to Kai?

Murphy odezwał się nader spokojnie:

- Trzeba to wyjaśnić, Maud. I właśnie pani musi to zrobić!

- Toż to absurd.

Nie miała ochoty do niczego się mieszać, a już na pewno nie zamierzała zrażać do siebie 

Kaia. Poraził ją bezmiar nonsensu w rozumowaniu Murphy’ego, coś takiego mogło się jednak 

przydać, w dodatku jej pochlebiało. Gdyby zebrać wszystko razem i dobrze przemyśleć, dałoby 

się uknuć sensacyjną intrygę.

Maud Philby zdawała sobie sprawę, że nadgorliwość Murphy’ego pomaga jej zbliżyć się 

do   Kaia.   Myślała   na   tyle   nowocześnie,   by   wiedzieć,   że   już   rozpoczęty   flirt   się   rozwinie,   a 

rywalizacja go podtrzyma. Dlatego sama powstrzymywała się od działania; wierzyła w sprawczą 

moc układu. Ufała jej w przekonaniu, że wszystko może się wydarzyć.

Wspomniała wizytę u Pescha w San Remo, gdzie Kai wyraził chęć udziału w wyścigach. 

Od tamtego czasu wciąż o nim myślała i porównywała go z Murphym. Myśli te coraz bardziej ją 

zaprzątały   i   teraz   wystarczyłby   drobny   pretekst,   by   poszła   za   Kaiem.   Zamierzała   poszukać 

takiego pretekstu.

Miała   świadomość,   że   wbrew   temu,   co   sugerował   Murphy,   nie   chodzi   o   czysto 

intelektualne podłoże tego sportowego flirtu. To było coś poważniejszego. Pragnęła Kaia. A 

Murphy miał jej pomóc. W końcu - i tutaj Murphy się nie mylił - pozostanie właśnie on. A wtedy 

zawsze będzie można pomyśleć, co dalej.

Na razie jednak Murphy wszystko  pogmatwał.  Byłoby dobrze wybrnąć  z opresji, nie 

wiążąc się zbyt mocno, ale też nie dając się zranić. Miss Philby zdecydowała się więc na kolejny 

zwrot. Ponieważ Murphy sądził, że jego szarża niemal się powiodła, należało teraz pomieszać mu 

szyki i uderzyć z przeciwnej strony.

- Murphy, przestałam pana rozumieć. Zupełnie nie wiem, o co panu chodzi. Mówił pan o 

wizycie   w   warsztacie   samochodowym.   Uważam,   że   nawet   pańskie   szaleństwo   nie 

usprawiedliwia podobnych manier. Postaram się zapomnieć o dzisiejszej rozmowie.

Murphy się przestraszył. Pogubił się przy jej kolejnym wyskoku i nie zauważył wolty, 

którą Maud Philby zatoczyła, by dotrzymać obietnicy, a zarazem nie krępować sobie ruchów. 

background image

Próbował jej przerwać. Odparowała stanowczo:

- Nasza rozmowa dobiegła końca.

Zamierzał oponować, przekonywać, że może później... Spostrzegła to i uprzedziła go, 

wstając.

-   Powinien   pan   znaleźć   czas   na   trening   nie   tylko   automobilowy:   niech   pan   spróbuje 

powściągnąć swą fantazję. Jest w okropnym stanie. - Drżała z radości na myśl, że skłoni Kaia do 

rozmowy   o   ulepszeniach   konstrukcyjnych.   Jeśli   Kai   nie   zechce   mówić,   zamierzała   mimo 

wszystko zwodzić Murphy’ego. Swą chwilową przewagę wykorzystała do ostatka. - Będzie pan 

miał okazję zająć się tak jazdą, jak i ćwiczeniem fantazji jeszcze przed mistrzostwami Europy.

- A co z wyrównaniem szans? - spytał Murphy, po czym zerwał się gwałtownie.

- To się da zrobić.

Nie czekając na odpowiedź, szybko wyszła.

background image

IX

Sporting   -   Club   urządzał   wielkie   strzelanie   do   gołębi.   Traktowano   to   jak   imprezę 

zamkniętą, nie przewidywano udziału gości, toteż zgromadziła się klubowa elita.

Wstępne   zmagania   rozpoczęły   się   rano.   Przez   cały   dzień   słychać   było   suchy   trzask 

wystrzałów, który niósł się wzdłuż promenady, docierał do sal kasyna, czytelni, przenikał przez 

drzwi i okna - cichy, wytworny, śmiercionośny.

Po południu wszyscy zgromadzili się na stanowisku, gdzie miała się rozegrać decydująca 

walka.

Kai przyszedł w towarzystwie Maud Philby.

Było   późne   popołudnie,   złocista   pora   pogłębionych   barw   Lazurowego   Wybrzeża, 

spokojnego morza i nasycenia światłem. Na pootwierane drzwi opuszczono nisko markizy, które 

strzegły   cienia   niczym   kwoki   jaj.   Przez   wzorzysty   parasol   przeświecało   słońce   i   rzucało 

kwiatowy wzór na balustradę tarasu. Zaraz za polem strzeleckim znajdował się przepływ koloru 

lapis lazuli, delikatnie obmywany wodą sięgającego tu ramienia zatoki.

W rogu ogrodzonego placu powiewała chorągiewka. Na jednym ze stołów leżały różne 

papiery, sprawozdania i formularze. Rozgrywki dobiegały końca: na placu boju zostało dwóch 

rywali i walka pomiędzy nimi właśnie wkraczała w rozstrzygającą fazę.

Lieven   podszedł   do   Maud   Philby   i   Kaia   i   udzielił   im  wyczerpujących   informacji. 

Przeciwnikami byli kapitan O’Donnel i wicehrabia Courbisson. Obaj mieli po dwadzieścia sześć 

trafień przy trzydziestu strzałach. Pozostało im jeszcze po pięćdziesiąt strzałów.

- Courbisson strzela bez pudła.

Kai   spojrzał   w   tamtą   stronę.   Courbisson   był   młodym   jasnowłosym   mężczyzną   o 

angielskich rysach twarzy. Jedynie brwi miał ciemne, świadczyły o pochodzeniu wicehrabiego. 

Mimo podniecenia umiał nad sobą zapanować, każdy jego ruch był wyważony.

Kai   czuł,   że   budzi   się   w   nim   ciekawość.   Przypomniał   sobie   ogród   księżnej   Parmy, 

rozmowę z Fiolą o Lilian Dunquerke i utkwiony w nim wzrok Pierrota, z którym spotkał się przy 

stoliku do kart. Pierrotem był Courbisson.

Z   przeciwnej   strony   stanowiska   rozległ   się   głośny   sygnał   powiadamiający,   że 

wypuszczono gołębia. Opadła ruchoma ścianka klatki i Courbisson uniósł brwi. Gołąb jednak, po 

wyjściu z ciemnej skrzynki oślepiony blaskiem słońca, nie ruszał się. Wystraszony przycupnął na 

ziemi i nastroszył pióra.

background image

Courbisson   opuścił   fuzję:   regulamin   zabraniał   strzelać   do   siedzącego   ptaka.   Ze 

znaczącym uśmiechem odwrócił się w stronę obserwujących go osób, dając do zrozumienia, że 

celny strzał to dla niego fraszka.

Taka  nonszalancja  rozzłościła  Kaia. Kontrast był  przykry:  z jednej  strony bezbronny, 

wystraszony   gołąb,   z   drugiej   człowiek   zadający   śmierć   -   postawny,   zadufany   w   sobie, 

wyposażony w doskonałą broń, odziany w świetnie skrojony garnitur, traktujący to wszystko jak 

zabawę.

Ludzie stojący przy klatkach próbowali wypłoszyć ptaka. Gołąb najpierw zaczął biec, po 

czym uniósł się nad ziemię, bijąc pośpiesznie skrzydłami. Courbisson był bez wątpienia dobrym 

strzelcem: odczekał sekundę, następnie zakreślił lufą niewielki łuk i wypalił. Rozległ się huk 

wystrzału, któremu towarzyszył obłoczek dymu. Trzepoczące ciało gołębia opadło, akurat gdy 

ptak pierwszymi, pewnymi uderzeniami skrzydeł wzbijał się w przestrzeń; podrygujący kłębek 

piór został szybko uprzątnięty.

- Pierwszorzędny strzał.

Kai   podszedł   kilka   kroków   i   niemal   dotknął   sznura   ograniczającego   teren   zawodów. 

Panowie   z   komisji   sędziowskiej   poznali   go   i   przekonywali,   by   jeszcze   teraz   przystąpił   do 

rozgrywki. Wiedzieli, że jest dobrym strzelcem.

Ktoś machał kartką papieru.

- Zrobimy wyjątek. Szanse są obiecujące. Wpisać pana na listę?

- Nie.

- Może uśmiechnie się do pana szczęście. Labouchere i Monty odpadli...

Kai pokręcił głową. Widział, że Courbisson uważnie mu się przygląda.

- Dlaczego pan odmawia?

- Wolę strzelanie do rzutków. Zabijanie dla przyjemności tych niewinnych i pięknych 

ptaków zupełnie mnie nie pociąga.

Zależało mu, by jego słowa dotarły, gdzie trzeba. Courbisson usłyszał ostatnie zdanie i 

zrozumiał je właściwie. Jeszcze trzymając fuzję w ręku, postąpił dwa kroki w stronę Kaia i rzekł:

- Czy byłby pan na tyle miły, by raz jeszcze przedstawić swój punkt widzenia? Proszę 

przy tym pamiętać, że za chwilę będę znów strzelał do żywych gołębi.

Sytuacja stawała się groźna, napięcie sięgało zenitu. Kai odezwał się bardzo spokojnie:

- Nie mam zwyczaju tłumaczyć się przed nieznajomymi...

background image

Courbisson pobladł i oddalił się. Nie odezwał się więcej. Otoczyli go znajomi. O’Donnel 

podjął się mediacji.

- Courbisson, niepotrzebnie się pan unosi. Razem z Lievenem próbowali załagodzić spór. 

Zanim jednak, szepcząc, zdołali coś ustalić, dał się słyszeć jakiś głos:

- To prawda. Strzelanie do ptaków jest niepotrzebne i okrutne.

Rozmowa urwała się jak nożem uciął. Kai rozpoznał głos. Obok stała Lilian Dunquerke.

Nagle ciszę napełnił gwar, ludzie mówili jeden przez drugiego, szum rozmów wzbierał 

kipiącą falą. Kobieta stojąca obok Kaia wiedziała jednak, co robi, wiedziała też, na ile ją stać. 

Szczupła, o chłopięcej figurze, wyglądała, jakby znalazła się w salonie. Czekała. Była czarująca i 

pewna siebie, całkowicie panowała nad sytuacją.

Wobec takiego obrotu spraw nie pozostawało już nic do zrobienia. O’Donnel zwrócił się 

do zgromadzonych i wyjaśnił, że nie weźmie udziału w finale.

Napięcie opadło. Rezygnując z zawodów, kapitan wykazał się bystrością umysłu. Ludzie 

śmiali  się  i   cieszyli,  że   byli  świadkami  drobnej   sensacji,  całkiem  nieprzewidzianej,   o  której 

przyczynie   już   zapominano   -   kolejnego   kaprysu   Lilian   Dunquerke   i   szarmanckiej   galanterii 

O’Donnela, co dostarczyło tematu ożywionej i wdzięcznej konwersacji. Podziwiano tę kobietę, 

jej pewność siebie i zimną krew: jedno jej słowo wystarczyło, by wytworzyć atmosferę, której 

dramaturgia sięgała korzeniami minionych stuleci. Przez sekundę pośród słomkowych kapeluszy 

i   panów   ze   strzelbami   zalśnił   blask   rokoka,   kiedy   to   wola   kobiety   była   prawem,   a   jego 

dobrowolne przestrzeganie czymś oczywistym. Ciepły nurt unosił wszystkich, ludziom zdawało 

się, że ich odmienia; uwodził ich czar formy i zniewalający wdzięk, które potrafią zapanować 

niezależnie od okoliczności.

Lilian Dunquerke wzięła O’Donnela pod ramię i poprowadziła pomostem aż do końca 

półkolistego   tarasu.   Przez   chwilę   rozmawiali,   stojąc   w   jasnym   świetle,   które   nieodmiennie 

pojawiało się wraz z przypływem. Na tle morza ich twarze promieniały swobodą, śmiałością i 

pięknem.

Wkrótce   wolnym   krokiem   ruszyli   w   stronę   zgromadzonych   gości.   Lilian   Dunquerke 

podeszła do Kaia, a w jej postanowieniu znać było  tę samą  stanowczość i opanowanie. Nie 

odezwała się, Kai wiedział jednak, że ma podążyć za nią. Kroczył zatem obok damy, bliski jej i 

jednocześnie   daleki,   obdarzony   zaufaniem,   lecz   obcy,   szedł   lekki   i   radosny,   bez   żadnych 

określonych zamiarów.

background image

Powyżej stopni wiał wiatr. Weszli razem na górę. Sprzed dworca kolejowego wypełzały 

szyny, wyglądały jak z ołowiu. Na moście słychać było muzykę dobiegającą z tarasu. Okna sali 

restauracyjnej stały otworem. Wychodziły na gazon, który tulił się do budynku niczym pies - 

ociężały, nawykły do wygody. Dalej lśniły w szeregu automobile. Minęli je. Z boku stało jeszcze 

kilka samochodów. Nad jednym z nich pochylał się jakiś mężczyzna. Courbisson.

Mimo że musiała go widzieć, Lilian Dunquerke wciąż zachowywała się tak samo. Zaczęła 

coś mówić - bez pośpiechu, zupełnie się do tego nie zmuszając; mówiła niewiele i powoli nastrój 

opadał jak skraplająca się mgła. Szła prosto do swego wozu, nie wstrzymując kroku ani go nie 

przyśpieszając,   jakby  chodziło   o   coś   najbardziej   oczywistego   pod   słońcem.   Courbissona   nie 

dostrzegała, traktowała go jak powietrze.

Przez ułamek sekundy widać było, jak wicehrabia stoi lekko pochylony, wyczekujący, z 

dłonią zaciśniętą na ozdobionym figurką żurawia korku chłodnicy. Kai otworzył drzwi limuzyny. 

Zanim Lilian Dunquerke postawiła nogę na stopniu, pochyliła głowę w stronę Kaia i spokojnie, 

ale stanowczo zażądała:

- Proszę mnie odwieźć do domu.

Zupełnie roztrzęsiony Courbisson zrobił krok do przodu. Nie panując nad sobą, chwycił 

za klamkę i wykrztusił:

- Madame, pani jedzie ze mną.

Kai spojrzał na niego.

Dopiero  co zachował  się pan nietaktownie.  Gdyby  teraz  potraktować  pana poważnie, 

należałoby uznać, że pan się po prostu kompromituje. - Przez chwilę patrzył wicehrabiemu w 

oczy, dając do zrozumienia, że to wszystko mało go obchodzi; w rzeczywistości jednak miał się 

na baczności i nie zamierzał ustąpić pola.

Zniknięcie   Courbissona   zostało   zauważone.   Fioła,   Lieven   i   O’Donnel   udali   się   w 

kierunku zaparkowanych automobili. Fioła wziął wicehrabiego pod ramię i pociągnął za sobą. 

Courbisson nie stawiał oporu.

Kai wsiadł do samochodu  i zwolnił  hamulec.  Cichy,  wyrazisty śpiew  pracującego na 

pełnych obrotach silnika wnikał w krew, umysł Kaia ogarniał coraz szersze obszary. Kierując się 

instynktem   igły   magnetycznej,   upewniał   się,   że   wkracza   w   coś   niezwykłego,   urągającego 

konwencjom i logice; owo przeżycie leży w zasięgu ręki, trzeba jednak wszystko postawić na 

jedną   kartę.   Chcąc   nie   chcąc,   rozpoczął   już   tę   grę,   mógł   bowiem   chłonąć   uroki   życia   nie 

background image

obciążony gęstą magmą uczuć, dając upust porywom gorącej krwi i niezmąconego instynktu, 

ufając przy tym, że jego anioł stróż nie pozwoli zasnąć czujnym zmysłom i w porę zadmie w róg.

Odwrócił się do Lilian Dunquerke, jakby dopiero teraz zamierzał rozpocząć niewinną 

rozmowę, i ujął drążek zmiany biegów.

- Jak się wrzuca drugi bieg? Do przodu i w prawo?

Skinęła głową.

- Trzeci jest naprzeciw?

- Tak.

Lilian   Dunquerke   nie   chciała   więcej   mówić   o   tym,   co   zaszło.   Wytłumaczyła,   dokąd 

jechać, po czym wóz gładko pomknął aleją do dzielnicy willowej; zatrzymali się przed domem 

stojącym w głębi ogrodu, pośród palm i eukaliptusów.

Żadne się nie odezwało, nie uzgodnili dalszego ciągu, zgodnie jednak szli w stronę domu, 

obok kamiennej kolumnady porośniętej wybujałym winem. Ciemny, masywny portal w kolorze 

umbry przywitał ich chłodem i szczególnym, przenikającym na wskroś światłem.

Dolne pomieszczenia znajdowały się tuż nad poziomem ziemi, wchodziło się tam po kilku 

zaledwie stopniach. Dzięki temu łączyły się z parkiem, który wdzierał się niemal na ściany i 

okryte dywanami posadzki, choć nie zagrażał im, jakby istniała jakaś nieprzekraczalna granica. 

Spokojną   harmonię   płaszczyzn   zakłócały   nieliczne   meble;   ogromne   okna   były   jak   obrazy, 

śródziemnomorski pejzaż przezierał przez nie w całym swym bogactwie.

Pociemniałe   drewno,   stare   i   wyblakłe   dywany.   Wszystko   w   subtelnych,   pastelowych 

tonacjach. Jedynie  płaszczyzny  szyb  odbijały różnorodność  kolorów  parku i nasycony błękit 

nieba.

Siedząc w fotelu, Kai patrzył na zdziczały park. Z przodu rósł trawnik, dalej wybujałe 

cisy,   za   nimi   dęby,   akacje   i   kilka   cyprysów.   Zwietrzałe,   kruszące   się   posągi   nimf   porosły 

krzewami, w pełnym świetle grał na swej fletni Pan. Czas zdawał się o nich zapominać.

Lilian Dunquerke przebrała się i zeszła do Kaia. Podchwyciła jego spojrzenie.

- Park dziczeje, często mi  to powtarzają. Nie chcę jednak zabierać  mu  swobody,  nie 

potrafię się na to zdecydować. Jego bogowie są cisi i wyrozumiali. Umierają, a nożyce ogrodnika 

nie powinny im przeszkadzać. Jeśli park ich zarośnie, będę najszczęśliwsza.

Kai podjął wątek:

-   Ich   czas   minął,   nie   trzeba   go   przemocą   przywracać.   Świadczą   o   tym   muzea.   W 

background image

zakurzonym posągu za szybą lub pod szklaną kopułą trudno się dopatrzyć powabu Ateny.

- Byłoby wspaniale, gdyby została po niej tylko legenda.

Wielu ludziom odebrałoby to chleb i poczucie własnej wartości - tym wszystkim, którzy 

okupują katedry uniwersyteckie bądź uganiają się za jakimś odłamkiem, którego nikt dotychczas 

nie odkrył.

- Tak miałaby wyglądać nieśmiertelność...?

-   Bywa   jeszcze   gorzej,   na   przykład   w   British   Museum.   Spójrzmy   na   faraonów.   Ci 

zapewnili   sobie   nawet   nieśmiertelność   ciał.   Ich   mumie   leżą   tam   jak   drukowany   perkal   na 

straganach przekupniów z mórz południowych. Ponieśli sprawiedliwą karę. Każdy może ich teraz 

oglądać. Zdobyli nieśmiertelność.

- Napisano o tym niejeden dobry wiersz.

- Ale znam wiele złych przykładów, nie każdy bowiem ma w sobie coś, co upoważnia do 

zadawania się z nieśmiertelnością.

- Czy nasze drwiny są na miejscu?

- Co zatem pozostaje?

- A czy w ogóle coś pozostaje?

- Drwina może działać oczyszczająco i na pewno niczego nie niszczy...

- Czy coś jednak zostaje?

- Nic, co mogłoby być nieśmiertelne...

- Zatem...

- To, co wieczne. - Kai powiedział to lekko, zupełnie bez patosu.

Lilian   Dunquerke   potraktowała   jego   słowa   jak   komplement.   Chcąc   zamknąć   temat, 

odezwała się głosem brzmiącym teraz zgoła inaczej:

- Może napilibyśmy się herbaty?

Kai  nie próbował przedłużać  rozmowy,  mimo  że  urwała  się w  momencie,  w  którym 

szermierzowi słowa trudno oprzeć się pokusie zgłębiania dialektyki utajonej przecież w każdym 

paradoksie,   dać   spokój   tym   akrobacjom   umysłu   polegającym   na   igraniu   ideami.   Rozmowa 

zresztą zamierała, być może jej przedłużanie oznaczałoby skłonność do niepotrzebnego gadania, 

może nawet próżność. Niemalże nagły finał był pułapką, przez którą złotousty pięknoduch miał 

popaść   w   sentymentalizm   i   tym  samym   dać   się   zdemaskować.   Bywają   sytuacje,   w   których 

jedynie milczenie popłaca; dzięki milczeniu dojrzewają znacznie łatwiej niż w powodzi słów.

background image

Teraz   mówili   o   zupełnie   innych   sprawach,   o   drobiazgach   -   herbacie   oraz   japońskich 

obrazach   i   książkach,   o   automobilach,   o   San   Sebastian   i   okultyzmie.   Lilian   Dunquerke 

przekonała się, jak wspaniałym causeurem jest Kai i że błyskotliwa konwersacja zdaje się nie 

sprawiać mu żadnego wysiłku. Sama prześlizgiwała się z tematu na temat jak łyżwiarz kreślący 

na lodzie ósemki, lekko przeskakiwała na odległe niekiedy obszary.

Kai   starał   się   jej   dotrzymywać   kroku,   zataczał   koła,   uzupełniał,   dopowiadał   i   ani   na 

chwilę nie zapominał o dobrych manierach. W miarę jak nadciągał zmierzch, spowalniał jednak 

tempo, jego wypowiedzi stawały się coraz bardziej osobiste.

Choć słowa wciąż płynęły wartkim strumieniem, zmienił się tembr głosu Kaia, dzięki 

czemu ważniejszym zdaniom nadawał szczególne zabarwienie.

Lilian   Dunquerke   to   wyczuła   -   nastrój   szarej   godziny   wybiegał   naprzeciw   jej 

oczekiwaniom   niczym   ciepły,   łagodny   powiew   południowego   wiatru.   Skuliła   się   w   sobie, 

próbując dociec, czy ów nastrój nie uniesie jej ze sobą, czy nie przerodzi się w burzę. Siedzieli w 

fotelach twarzą w twarz. Ciemniejący wieczór zacierał rysy,  kontury ginęły w mroku jak na 

przestylizowanej   fotografii   portretowej,   jaśniały   tylko   gładkie   dłonie,   w   których   żarzyły   się 

czerwone ogniki papierosów.

Znów   wdali   się   w   szermierkę   słowną,   jeszcze   bardziej   podniecającą,   pełną 

nieoczekiwanych zwrotów. Kai musiał przyznać, że w starciu z tą kobietą każde pchnięcie trafia 

w próżnię, każdy atak spełza na niczym. Wychwytywała je bezbłędnie, z czarującym uśmiechem, 

wprawiając adwersarza w  stan podniecenia:  rozkoszował się dysputą,  w której wspaniale  go 

rozumiano, choć niczego nie  mówił do końca; wystarczyły lekkie muśnięcia, postępowanie za 

ruchem ręki przeciwnika - wszystko to składało się na urok pojedynku, tego misterium miłości i 

braterstwa   dusz,   owego   skrzyżowania   broni   spowodowanego   najwyższym   napięciem   ducha. 

Miłość i walka wyrastają bowiem z tych samych korzeni.

Rozmowa   zatracała   powiązania  logiczne,   dała   się  ponieść  fali  rozluźnienia  związków 

przyczyn i skutków, podporządkowała emocjom, które decydują o wszystkim, zanim w końcu 

rogowe okulary użyczą rozumowi ostrości wejrzenia.

To było balansowanie na krawędzi, Lilian Dunquerke i Kai traktowali słowa jak nośniki 

pojęć, po czym odbierali im znaczenie, naraz te same słowa przemykały jako impresje i obrazy.

Lilian Dunquerke pochyliła się. Bawiła się naszyjnikiem z jadeitu, który chciała pokazać 

Kaiowi. Zbliżyła kamienie do okna. W szarym świetle miały kolor ciemnej zieleni wpadającej 

background image

niemal   w   czerń.   Tylko   krawędzie   połyskiwały   niczym   powierzchnia   morza   w   pogodne   dni. 

Pośrodku naszyjnika tkwił duży aleksandryt. Mienił się czerwono, a opuszczany przybierał barwę 

ciemnego fioletu, jak stuła duchownego.

- Ponieważ zmienia kolor, dopasowując się do otoczenia, jest jedynym  dżentelmenem 

wśród kamieni; zawsze przybiera odcień bardziej nasycony od otaczających go barw, zawsze w 

najlepszym guście.

Okna wychodzące na taras sięgały podłogi. Były otwarte. Wieczorne powietrze z wolna 

wypełniało pokój. Lilian Dunquerke wstała i wsparła ramię na fotelu. Tylko ono jaśniało na tle 

ścian, reszta ginęła w mroku. Spoczywając  tak na oparciu, wyglądało przepięknie - długie i 

zgrabne, jak żywe stworzenie; zdawało się, że oddycha...

W   ciemnościach   mówiła   do   Kaia   -   powoli,   spokojnie,   dźwięcznym   głosem.   Do   jej 

ramienia tuliły się resztki światła. W dłoni trzymała naszyjnik, nieco go unosząc.

Barwny odblask aleksandrytu padał na przegub dłoni. Widok ramienia Lilian Dunquerke 

w takiej chwili zapierał dech o wiele bardziej, niż gdyby patrzeć na całą postać. Jej głos przy tym 

brzmiał uwodzicielsko.

Lilian   Dunquerke   przerywała,   opuszczała   Kaia,   wracała,   jej   słowa   stawały   się   coraz 

bardziej niebezpieczne, wieloznaczne.

Kai   dopowiadał   coś   nieważnego,   zbaczał   ku   niewinnym   powiedzonkom   człowieka 

światowego i wpadał w ton osobisty. Kilka razy pozwolił sobie na kuszące napomknienia, ich 

przedmiotem stawało się „co” i ”jak” było mu znajome i tutaj zachowywał spokój. Nadeszła 

chwila, kiedy doświadczenie bezwzględnie domagało się zmniejszenia dystansu - Kai wiedział 

jednak, że chodzi o coś więcej, i podtrzymywał towarzyską konwersację.

Dunquerke stała obok. Miał tuż przed oczami jej ramiona, usta, czuł zapach jej ciała; 

uśmiechała się, chwytała za głowę, jakby o czymś  zapominała, rozkładała ręce, przechodziła 

obok,   obracała   się,   przystając   wyczekująco.   Kai   siedział   nieporuszony,   nie   dał   się   zwieść 

kuszącym obrazom. Wiedział bowiem, że jeśli pofolguje dyscyplinie i ulegnie, gra zamieni się w 

rzeczywistość i bardzo wiele go ominie - znał tę grę, to wzajemne sprawdzanie się i kuszenie, 

których zadaniem jest poddanie partnera próbie, by się przekonać, czy jest zdolny do jeszcze 

większych  namiętności, czy też od razu zwietrzy podstęp. W tej grze partner nie ma nic do 

zyskania, może natomiast stracić wszystko.

Nie chodziło o nic wielkiego, trzeba było jedynie mieć trochę taktu i smaku. W tej jednak 

background image

sytuacji było to sporo, ponieważ niełatwo przyjąć, że coś, co tylko mogłoby być prawdziwe, jest 

prawdą bez wątpienia i że nie można niczego zakładać z góry, lecz trzeba zostawić sprawę w 

zawieszeniu, trzymając się złotego środka, by nadmiar nie zranił, niedosyt zaś nie zepsuł humoru.

Nerwy Kaia drżały, jakby płynął przez nie prąd elektryczny.  Podjął grę i robił nawet 

więcej: doprowadził ją do punktu, w którym, jak się zdawało, wyczerpały się możliwości i zbliżał 

się   przełom.   W   milczeniu,   które   zapadło,   wypełnionym   drżącym   wyczekiwaniem   kobiety, 

milczeniu podsycanym zarówno przez strach, jak i podniecenie, Kai naraz z kopyta ruszył ku 

tematom   ubocznym,   po   czym   wyciął   woltę,   uciekając   na   teren   obiegowych   powiedzonek 

wygłaszanych   przymilnym   tonem,   z   zamiarem   podkreślenia   ich   li   tylko   dekoracyjnego 

charakteru, ich językowej pikanterii i podrzędnego znaczenia. Wydawało mu się, że prowadzi 

auto drogą pełną zakrętów, czuł się pewnie, choć obok otwierała się przepaść, brał zakręt za 

zakrętem tak długo, jak tylko się dało.

Lilian Dunquerke zdumiewało, że Kai tyle  razy się zmieniał. Nie ustawał, wciąż parł 

przed siebie. Ani razu nie zachował się niezręcznie; w tym, co osobiste, pozostał rzeczowy, w 

tym zaś, co ogólne - pełen czaru.

Szli   przez   park.   Zdążali   aleją   eukaliptusów   w   kierunku,   gdzie   mieszkali   starożytni 

bogowie. Minęli jakiś mur, ulicę, kraty ogrodzeń. Potem znów był park opadający do samego 

morza.

Już poza obrębem zatoki stał na kotwicy jacht - biały na tle błękitnej wody.

Rozmowa krążyła teraz wokół spraw codziennych i kończyła się niemal konwencjonalnie. 

Każde wiedziało już wystarczająco dużo o partnerze, by jeszcze się w czymś utwierdzać lub w 

cokolwiek   wsłuchiwać.   Konwencjonalne   zakończenie   było   najstosowniejszą   osłoną   dla 

wspólnych doznań dnia.

Lilian Dunquerke pokazała Kaiowi swój jacht i opowiedziała o wygranych w zeszłym 

roku regatach. Przez chwilę stali wsparci o reling. Dopiero teraz Kai okazał inicjatywę. Choć 

propozycja   była   najzupełniej   oczywista,   musiała   jednak   pochodzić   od   niego.   Rzucił 

mimochodem:

- W tym sezonie też zamierza pani popłynąć?

- Tak, za jakieś trzy tygodnie wyruszam do Neapolu.

- W tym czasie w Palermo rozpoczynam treningi. To ta sama droga.

- Prześlę panu wiadomość.

background image

Oboje wiedzieli, o co chodzi.

background image

X

Do hotelu Kai wracał wolnym krokiem. Pozbył się wewnętrznego napięcia i napawał się 

świeżym, wieczornym powietrzem. Był pewien, że odbierze dziś pocztę od Barbary. Myślał o 

tym, jakby chodziło o coś najzwyczajniejszego w świecie.

Szedł tak wolno, że nim znalazł się w hotelu, minęła godzina. Wstąpił na pocztę. Czekał 

tam na niego tylko jeden list, w białej, grubej kopercie. Rozpoznał pismo Barbary.

Skinieniem   ręki   odprawił   chłopca   obsługującego   windę.   Z   listem   w   dłoni   wszedł   po 

schodach. Dopiero w pokoju otworzył kopertę. Barbara pisała, że wybiera się do St. Moritz, i 

pytała, czy by do niej nie przyjechał.

Zrobiło się cicho. Kai został sam z listem, miał przy tym wrażenie, że również sam z 

całym swoim życiem.

Myślał o młodości jak o ogrodzie; obrazy tego ogrodu od dawna nie dawały mu spokoju i 

teraz, niezwykle wyraźne, wyzierały spoza horyzontu. Wraz z szumem drzew powracały doń 

głosy, o których - jak sądził - zdążył już zapomnieć.

Wyrwało mu się głębokie westchnienie. Postanowił, że nie będzie uciekał od decyzji. 

Pojedzie do St. Moritz.

Następnego ranka zameldowano Kaiowi o wizycie kapitana O’Donnela, który przybył w 

towarzystwie członka Sporting - Clubu przedstawiającego się jako Chattingius.

Trzeba przyznać, że tej wizyty Kai trochę się spodziewał.

Z   niezmąconym   spokojem   taksował   zatem   wzrokiem   żakiet   O’Donnela:   prążkowane 

spodnie były chyba nieco za wąskie, a o plastronie też dałoby się to i owo powiedzieć. Czuło się, 

że trochę sztywny O’Donnel nie jest do końca przekonany do swej misji.

Jeszcze bardziej ceremonialnie zachowywał się Chattingius. Z namaszczeniem rozwodził 

się nad tym,  co zaszło,  dając do zrozumienia,  że  chodzi o honor, po czym  w  wyważonych 

słowach, jako zaufany Courbissona, przekazał wyzwanie.

Kai przyjął wyzwanie i podał nazwiska sekundantów - Fioli i Lievena. Zapewniał, że 

niezwłocznie ich o wszystkim powiadomi. Chattingius uznał sprawę za załatwioną, po czym, 

wciąż sztywny i pełen dystynkcji, zamierzał się oficjalnie pożegnać.

Nie   bez   przymusu   Kai   zaproponował   aperitif.   Z   trudem   powstrzymał   się   od 

uszczypliwych uwag: wiedział, że nie zostaną zrozumiane.

O’Donnel   w   minutę   wyłożył   wszystko,   co   miał   do   powiedzenia.   Kai   doskonale   go 

background image

rozumiał. Wiedział, że O’Donnel zgodził się być sekundantem tylko dlatego, by cały ten spór w 

miarę możności łagodzić.

Niestety, Frute zepsuła Chattingiusowi cały efekt pożegnania: miała kiepskie wyczucie 

stylu i wytworne maniery poczytała za afront. Przywarowała obok drzwi i przeciągłym skowytem 

wystraszyła Chattingiusa tak bardzo, że omal nie zgubił cylindra. Rozbawiła tym Kaia, który 

przepraszał gościa, śmiejąc się w duchu z jego wystraszonej miny.

Po chwili telefonował do Fioli i Lievena.

Fioła zjawił się niemal natychmiast. Głupota Courbissona wprawiła go w zły humor.

- Jest za młody, by pojąć, o co chodzi. Ma wielkie serce i za to go lubię; drzemie w nim 

jednak nieszczęsna skłonność do romantycznych zachowań, nie rozumie niczego ze spraw, które 

toczą się obok własnym biegiem. Ma pan zamiar potraktować go surowo?

- Raczej nie. Choć to strzelanie do gołębi rzeczywiście mnie wtedy rozzłościło.

- Ale pan wrażliwy. Cóż, jest pan przecież Niemcem. Przed dwoma laty pan jednak też 

strzelał.

Kai skinął głową.

- To nic nie znaczy. Uważam, że trzeba myśleć logicznie, niekoniecznie jednak logikę 

należy stosować w życiu.

Fioła śmiał się.

- Ma pan rację. Po co się przejmować tym, co myśleliśmy poprzedniego dnia... Powinien 

pan   wybaczyć   Courbissonowi,   ponieważ   wychował   się   w   Anglii.   Sport   cieszy   się   tam 

szczególnymi względami, co wiele tłumaczy; nie ma w tym żadnej pruderii.

- Już mu wybaczyłem...

Fioła wzruszył ramionami.

- Irytujące. Jednak uważa pan, że porozumienie się z nim nie jest możliwe... - Spojrzał 

badawczo na Kaia.

Kai wytrzymał jego wzrok i spokojnie odparł:

- To prawda. Myślę, że nie będę mógł się z nim porozumieć.

Przez chwilę milczeli. Fioła popadł w zadumę. Wiedział, do czego Kai zmierza, chciał to 

zawrzeć w swym pytaniu. Kai dążył do zwarcia, ponieważ pragnął Lilian Dunquerke. Zerwanie 

byłoby dlań usprawiedliwieniem.

- A jeśli Courbisson poprosi o wybaczenie?

background image

- Do tego na pewno nie dojdzie.

- Ma pan rację.

Fioła znów się zamyślił, po czym rzekł:

- O ile mi wiadomo, świetnie strzela pan z pistoletu...

- Tak...

- Chcę panu zwrócić uwagę, że Courbisson ma o tym nikłe pojęcie. To grozi katastrofą... 

Z fuzją w ręku jest znakomity, niemal nie do pokonania... Ale pistolety... tego już się nie zdoła 

nauczyć...

Kai ściszył głos:

- Proszę się nie martwić, postaram się go nie trafić...

- Jeśli tak, byłbym panu bardzo wdzięczny...

Kai skinął głową.

- I bez tego mój zamiar był właśnie taki.

Fioła podał mu rękę.

Kai dodał:

- Nawet dam mu szansę.

Fioła zdziwił się.

- Jak pan to sobie wyobraża? Courbisson jest kiepskim strzelcem... ależ oczywiście, zaraz 

do niego idę.

- Nie to miałem na myśli - odparł Kai.

- Obawiam się, że nie zrozumiałem.

- Nie jestem obojętny wobec rozwoju pewnych zdarzeń, także w trochę innym sensie - 

możliwe nawet, że je spowodowałem.

Fioła poderwał głowę i odezwał się ostrożnie:

- Sądzę, że teraz pana rozumiem. Chce pan powiedzieć, że są zdarzenia, których tak czy 

owak nie dało się uniknąć.

- Właśnie... musiało do nich dojść, prędzej czy później. Myślę, że będzie dobrze, jeśli 

udzielę Courbissonowi także formalnej satysfakcji. To powinno - tutaj Kai się zawahał - ułatwić 

mu wyplątanie się ze wszystkiego. Courbisson nie widzi przyczyny nieporozumienia tam, gdzie 

ona tkwi rzeczywiście, choć takie stawianie sprawy jest dla niego mniej  bolesne od zdarzeń 

późniejszych; ma jeszcze zbyt mało lat, by pojąć, że najbardziej godna szacunku jest w nim 

background image

młodość.

Fioła się roześmiał.

-   Byłoby   miło   jeszcze   trochę   porozmawiać.   Muszę   jednak   pomówić   również   z 

Courbissonem... widzi pan, to mój daleki krewny... a później z Lievenem i O’Donnelem. Kiedy 

to się odbędzie?

- Wczesnym rankiem...

Fioła   pojechał   do   Courbissona,   którego   gryzło   sumienie,   toteż   potraktował   gościa   z 

rezerwą.

Fioli to nie zmartwiło. Podszedł do Courbissona jak najbliżej i ze spokojem, ale i energią, 

mówił do niego:

- Renę, sprowokował pan pojedynek i ja będę jednym ze świadków. Ten smutny fakt 

winien raz na zawsze uzmysłowić panu istotę pojedynku. Otóż wiedz, że pojedynek jest jedynie 

formalnym zakończeniem sporu i pod żadnym pozorem nie wolno traktować go inaczej. Pod 

żadnym pozorem, Renę!

- Tak...

Courbisson nie drgnął. Był blady i wyglądał na wyczerpanego.

Fioła umówił się z Lievenem. Wspólnie z O’Donnelem i Chattingiusem ustalili czas i 

miejsce pojedynku.

Postanowiono,   że   do   spotkania   dojdzie   za   dwa   dni   o   świcie   na   dalekich   tyłach   pola 

golfowego używanego przez klub z Monte Carlo.

Morze   miało   kolor   ołowianoszary,   tylko   horyzont   przybierał   jaśniejszy   odcień;   w 

zatokach woda była jeszcze ciemniejsza, jak poczerniałe żelazo. Nieliczne fale obmywały plażę. 

Bez wątpienia byłoby wspaniale popłynąć w gęstą szarość przedświtu, kiedy barwy dnia - srebro 

i   błękit   -   jeszcze   śpią,   i   widzieć,   jak   ożywają   w   bryzgach   piany   na   jasnym   ciele,   zanim 

wschodzące słońce użyczy im winnoczerwonego blasku pierwszych promieni.

Kai drżał na balkonie w zimnym  powietrzu przenikającym tym mistycznym  chłodem, 

który po zachodzie oddaje zatokę we władanie ducha Północy.

Kiedy się ubierał, uzmysłowił sobie, że ostatnio zaniedbał Maud Philby. Postanowił, że 

jeszcze dziś ją odnajdzie.

Przeżywał   istny   natłok   najróżniejszych   myśli   i   obrazów.   Myślał   o   swej   maszynie,   o 

Barbarze, o Murphym, o młodym Hollsteinie - odkrywał, że wspaniale jest żyć i mieć jeszcze 

background image

tyle przed sobą...

Wiedział, skąd się to bierze, i właśnie dlatego lubił podobne sytuacje.

Szczękając zębami, wrócił do pokoju i wziął kąpiel. W łazience było ciepło, błyszczały 

kafle   i   niklowane   krany.   Chropawe   ziarna   soli   kąpielowej   rozpuszczały   się   w   dłoni   pod 

strumieniem   wody.   Ciepło   było   rozkoszne   niczym   łóżko   w   chłodach   Islandii.   Potem   wziął 

siekący ciało prysznic, a ręczniki frotte dokonały reszty.

Fioła i Lieven przybyli z lekarzem od strony Avenue de Monte Carlo i spotkali się z 

Kaiem w Cafe de Paris.

Wóz ruszył w kierunku Grandę Corniche i zakręt za zakrętem zmierzał do rozwidlenia 

dróg, po czym skręcił do Col de l’Arme. Po jednej stronie widok ograniczały kamienne ściany, 

po przeciwnej wyłaniały się skały Monako i nieliczne, gasnące już światła, przesuwały się zarysy 

wybrzeża. Z każdą minutą robiło się jaśniej. Morze nabierało blasku, wierzchołki nadbrzeżnych 

Alp czerwieniały w pierwszych promieniach słońca.

Kiedy auto wjechało na płaskowyż, na którym rozciągało się pole golfowe, słońce już 

wzeszło. Fioła spojrzał na zegarek. Byli na miejscu zgodnie z planem. Wóz został zaparkowany 

po lewej stronie, na umówione miejsce czterech panów udało się pieszo.

Nie było tam jeszcze nikogo. Jakiś automobil jechał jednak pod górę. Wiatr przynosił 

stłumione   dźwięki   klaksonu   -   czasem   mocniejsze,   innym   razem,   kiedy   wóz   pokonywał 

serpentyny po drugiej stronie skał - słabsze.

Lieven wpatrywał się w nadjeżdżający pojazd.

- Tylko dwóch, ale może...

Przywitano się z rezerwą.

Ku zaskoczeniu Fioli i Kaia pojawił się tylko O’Donnel w towarzystwie Chattingiusa. 

Chattingius był śmiertelnie poważny, O’Donnel bardzo niespokojny.

Obaj czekali i naradzali się po cichu. O’Donnel raz jeszcze poszedł na parking, lecz po 

kilku minutach wrócił, potrząsając głową.

Chattingius zdecydowanym krokiem podszedł do Fioli.

- Czy możemy porównać czas?

- Jest dziesięć po szóstej.

- Zatem dziesięć minut później, niż ustaliliśmy. Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że od 

wczorajszego popołudnia wicehrabia Courbisson był nieosiągalny. Dlatego też, niestety, nie jest 

background image

możliwe   wyjaśnienie   powodów,   dla   których   dotychczas   się   nie   pojawił.   Pozostaje   nam 

przypuszczenie,   że   doszło   do   jakiegoś   wypadku   lub   też   pojawiły   się   inne,   nieprzewidziane 

okoliczności, które nie pozwoliły wicehrabiemu nas powiadomić. Mam nadzieję, że podzielą 

panowie   nasz   punkt   widzenia   do   czasu,   kiedy   dowiemy   się   czegoś   bliższego,   i   proszę   o 

wybaczenie, ponieważ trud przybycia tutaj okazał się zbyteczny.

Fioła był przerażony i spoglądał na O’Donnela, który czynił rozpaczliwe gesty.

- W nocy nie było go w domu...

Lieven chwycił  Fiole za ramię i nasłuchiwał. Całe towarzystwo zamilkło. Wiatr niósł 

daleki odgłos silnika.

- Doktorze - odezwał się Fioła - nie wiadomo, kto się zbliża, może więc będzie pan 

łaskaw odejść nieco na stronę.

Ktoś nadjeżdżał z wyraźnym pośpiechem. Chattingius nagle znów przybrał sztywną pozę 

i stanął z boku. Między drzewami ukazał się Courbisson.

Był blady, zdenerwowany, patrzył błędnym wzrokiem.

Przywitał się ze swymi sekundantami i chwilę z nimi rozmawiał. Chattingius chciał już 

podejść do Fioli, lecz Courbisson go powstrzymał stygnącym uśmiechem. Był całkiem załamany, 

miał jednak jeszcze tyle godności, by samemu doprowadzić sprawę do końca.

Poprzedniego dnia Courbisson próbował znaleźć Lilian Dunquerke, ale do południa mu 

się to nie udało. Po południu raz jeszcze do niej zaszedł, mocno już rozdrażniony wcześniejszym 

wyczekiwaniem.   Sądził,   że   Lilian   Dunquerke   go   nie   przyjmie,   że   znajdzie   po   temu   tysiąc 

powodów.

Ku jego zdziwieniu poproszono go od razu. Zupełnie nie był przygotowany na spotkanie 

w wesołym towarzystwie, nie było najmniejszej szansy, by choć przez chwilę został z panną 

Dunquerke sam na sam i mógł pomówić o tym, co go dręczy.

Lilian Dunquerke go nie dostrzegała. Został jednak, robił dobrą minę do złej gry i czekał, 

aż goście pójdą. W końcu, kiedy zostało już niewiele osób, udało mu się dopaść panią domu w 

pokoju obok.

Chciał prosić o rozmowę, zanim jednak cokolwiek powiedział, uprzedziła go, podając 

łaskawie rękę.

-   Zegnaj,   Renę.   Proszę   niczego   nie   wyjaśniać.   Byłoby   mi   przykro   oglądać   pana 

odgrywającego  tragedię.  Kiedy pan stąd wyjdzie,  będzie pan miał  jeszcze przed sobą kawał 

background image

życia; cały czas jesteśmy przecież w drodze. Zegnam...

Chciał coś powiedzieć, przekonywać ją, tłumaczyć, nawet zrobić coś niezwykłego. Ale 

nie było wyjścia: spotkał się ze stanowczą odprawą.

Godzinami  snuł  się   po  ulicach,  dorożkarze  krzyczeli   na  niego,   kiedy  wchodził  im   w 

drogę, automobilistów zmuszał do hamowania. Czuł się jak ktoś ukąszony przez węża, poruszał 

się jak automat, musiał wciąż chodzić, chodzić bez końca.

Wędrował   przez   stare   miasto,   wspinał   się   stromymi   uliczkami   -   zupełnie   rozbity 

wewnętrznie, zrozpaczony, otępiały.

Poniżej widział wystające spośród palm latarnie, które otaczały taras kasyna i schodziły 

do samego morza. Dworzec kolejowy błyszczał kolorami jak dziecięca zabawka, tuż nad morzem 

rozpościerał się okrągły placyk, gdzie strzelano do gołębi.

Courbisson mówił cicho do siebie, wygłaszał formuły błagalne i zaklęcia, wyrzucał z 

siebie wszystko, co go dręczyło. Była już późna noc i ubranie wicehrabiego nasiąkło mgłą. Nagle 

poczuł głód, tak silny i nieokiełznany, że zadrżały pod nim kolana. Otworzył drzwi, za którymi 

znajdowała się mała jadłodajnia z kilkoma stałymi gośćmi przy stole, zażądał chleba i owoców, 

pochłonął je łapczywie, zostawił na stole pieniądze i poszedł dalej.

W końcu zatrzymał się przed niewielkim hotelem. Uprzytomnił sobie, że nie zdoła dojść 

do domu, nie myślał już o niczym, zamówił pokój i niemal natychmiast zapadł w sen.

Nagle   się   przebudził,   zapalił   światło   i   spróbował   pomyśleć.   Przypomniał   sobie,   że 

powinien powiadomić sekundantów, postanowił, że pojedzie po nich rano i zabierze ich ze sobą. 

Swoje   położenie   oceniał   teraz   inaczej   niż   wieczorem,   wzburzenie   minęło,   choć   rozterki 

pozostały.

Zrozumiał   swoją   winę   i   zdawało   mu   się,   że   przez   kilka   godzin   postarzał   się   o   lata. 

Wiedział,   że   otwierają   się   przed   nim   nowe   horyzonty,   których   nie   dostrzegał   w   swym 

dotychczasowym, beztroskim życiu; ta noc była dla niego czasem wielu decyzji.

Uznał, że najgorsze minęło. Nie wiedział, jak bardzo sobie szkodzi, ze wszystkich jego 

planów   i   zamierzeń   jedno   bowiem   liczyło   się   naprawdę   -   odzyskanie   Lilian   Dunquerke. 

Rozmyślając  tak,  zdrzemnął   się,  po  czym   znów   zapadł   w  ciężki,   głęboki   sen  i  nie   usłyszał 

budzika. Ponieważ spóźnił się pół godziny,  nie zastał sekundantów  na umówionym  miejscu. 

Popędził samochodem na pole golfowe z nie do końca jasnym, dopiero co powziętym zamiarem 

potwierdzenia wobec siebie swej wartości, dokonania czegoś znaczącego i właściwego.

background image

Tę   potrzebę   zaszczepiła   w   nim   Lilian   Dunquerke,   a   on   zaspokajał   ją   dotychczas 

bezwiednie; teraz zrozumiał  wagę daru, na który nie zasłużył, i tym bardziej zależało mu, by 

okazać się godnym pani swego serca.

Nie wyczuwał  pomieszania  materii, owego spóźnionego działania  na rzecz przegranej 

sprawy.

Gubiąc się w tym chaosie przemyśleń, przybył  na spotkanie i pośpiesznie oświadczył 

O’Donnelowi   i   Chattingiusowi,   że   powody,   dla   których   chciał   walczyć,   są   obecnie   bez 

znaczenia.

O’Donnel odetchnął. Chattingius, napuszony i dostojny, zapytał:

-   Czy   wobec   tego   należy   podać   do   wiadomości,   że   rezygnuje   pan   z   honorowego 

rozstrzygnięcia?

- Tak... - Courbisson odszedł z nim na stronę i mówił, z trudem dobierając słowa, lecz na 

tyle głośno, że również Kai usłyszał: - Chciałbym wyjaśnić, że uzyskałem pewne informacje, 

które poważnie nadwątliły moje przekonanie o słuszności pojedynku.

Fioła podszedł do niego i z radością pogratulował wicehrabiemu rozsądnej decyzji.

Courbisson potrząsnął głową; razem z Fiolą zbliżył się do Kaia, patrzył na niego, ociągał 

się, usiłował się zmusić do mówienia...

Kai wiedział, jak bardzo młody człowiek cierpi z powodu swej straty; wiedział, że jest 

zbyt dumny, by się przyznać do porażki i że mimo rozdartego serca pragnie postąpić zgodnie ze 

swym wychowaniem oraz zasadami i nie chce okazywać zazdrości zwycięskiemu rywalowi...

Szybkim ruchem ujął dłoń Courbissona i zanim ktoś się odezwał, powiedział:

- Przeceniamy sytuację, choć każdy widzi ją inaczej. Rozwiązanie, jakie pan znalazł, 

świadczy, że zdaje pan sobie sprawę z podwójnego oblicza całej tej historii. Zatem wie pan 

również   -   tutaj   Kai   ściszył   głos   -   że   zerwanie   nie   zawsze   bywa   końcem,   często   natomiast 

pierwszym krokiem ku jeszcze większej namiętności...

Courbisson spurpurowiał.

Fioła za jego plecami uśmiechnął się do Kaia, który dokończył:

-   Chciałbym   jeszcze   z   panem   pomówić.   Za   kilka   tygodni   zaczynam   trening   przed 

mistrzostwami Europy; myślę, że nasza rozmowa mogłaby wiele wyjaśnić.

Courbisson   nagle   się   zmienił.   Opadło   zeń   napięcie   i   poczuł,   że   udręka   ustąpiła 

wewnętrznej jasności. Z błyskiem nadziei w oku uścisnął dłoń Kaia.

background image

- Na pewno przyjadę...

Po czym oddalił się w towarzystwie Fioli i przyjaciół.

Kai   i   Lieven   jeszcze   jakiś   czas   zostali   na   polu   golfowym.   Trawa   zieleniła   się   w 

promieniach słońca. Brązowe skały rysowały się łagodną linią na tle błękitu nieba. Las chylił się 

na nie, a jasne promienie  oświetlały falujące połacie  zieleni.  Niżej  rozciągały się łąki pełne 

kwiatów, usiane plamami krzyczących barw, otoczone srebrzystą zielenią gajów oliwnych.

W kierunku Ventimiglii połyskujące wody zatoki pokrywała czerwona mgiełka, kiedy 

patrzyło się w stronę Nicei, można było rozróżnić każdy dom. Zdawało się, że okna zamku w 

Monako   płoną.   Również   domy   na   skałach   błyszczały   w   blasku   słońca.   Ulicami   mknęły 

samochody.

Lieven wziął w rękę kij golfowy i machnął nim, rozcinając ze świstem powietrze.

-   Golf   bez   wątpienia   jest   interesujący,   automobile   jednak   podobają   mi   się   znacznie 

bardziej. Kai, postarajmy się wygrać mistrzostwa Europy!

- To będzie niezły numer!

- A co pan myśli o Murphym?

- Wszystko...

Lieven   miał   jeszcze   na   końcu   języka   drugie   pytanie.   Wolał   jednak   je   przemilczeć. 

Manewry oskrzydlające wymagają ostrożności. Lepiej nie pytać Kaia o Maud Philby...

background image

XI

Frute słuchała Kaia z cierpliwą wyrozumiałością zwierzęcia. Choć nie rozumiała niczego, 

spokojnie wpatrywała się w pana, stroiła mądre miny i usiłowała zgadnąć, o co mu chodzi.

Kai mówił długo. W końcu przerwał, poklepał sukę po grzbiecie i roześmiał się:

- Masz rację, Frute. Gadam jak adwokat, bo myślę zupełnie co innego. Sądzę, że zrobimy 

tak: pojedziemy do St. Moritz, weźmiemy jednak z sobą Hollsteina.

Pól godziny wystarczyło, by nie spodziewający się niczego Hollstein był gotów do drogi. 

Bardzo zaprzyjaźnił się z Kaiem, wyruszyli zatem w świetnych humorach, ciesząc się, że przy 

okazji będą mogli oglądać dwie pory roku jednocześnie i w środku wiosny przeżyją kilka dni 

rzetelnej zimy. Pędzili przed siebie w jasną przestrzeń, droga wiła się malowniczo, a szum silnika 

przydawał podróży osobliwego uroku.

Niebawem zostawili za sobą równiny i przed maską samochodu wyrosły góry. Mnożyły 

się   wzniesienia,   pojawiły   ostre   zakręty.   W   pewnej   chwili   zerwała   się   ulewa   tak   mocna,   że 

automobil torował sobie drogę, wzbijając fontanny. Strumienie deszczu ograniczały widoczność 

do kilku zaledwie metrów. Wobec takiego potopu Kai zjechał na pobocze i zatrzymał się.

Z   obu   stron   naciągniętego   wysoko   dachu   spływały,   chlupocząc,   strugi   wody.   W 

samochodzie gęstniał niebieski dym z papierosów, ściana deszczu nie pozwalała mu wydostać się 

na zewnątrz. Schronienie pod brezentem było jak mała bezpieczna wysepka.

Po pewnym czasie szum ulewy zamienił się w ciche, nieco przekorne ciurkanie sączącej 

się wody; w końcu i ono ucichło. W ciężkich chmurach rozwarła się szczelina, przejaśniało się 

coraz   bardziej,   aż   wreszcie   błysnęło   słońce   i   pokazały   się   szczyty   gór.   Po   chwili   koła 

niezawodnej maszyny znów jęły znaczyć na drodze podwójny ślad opon.

Niebawem   auto   wjechało   pomiędzy   chłodne   nawisy   skalne   i   pojawił   się   śnieg. 

Początkowo zalegał tylko jedno zbocze, zsuwając się pofałdowanym jęzorem na sam dół; dalej 

jednak   poszarpanymi   łatami   rozpościerał   się   szeroko,   przetykany   z   rzadka   brunatnymi 

wysepkami zeszłorocznej, oliwkowej trawy. Tu i ówdzie na niewielkich łączkach pojawiały się 

krokusy,   ich   kwiaty   mieniły   się   wszystkimi   barwami;   wszystko   to   było   osobliwym 

przemieszaniem zimy i lata.

Wóz parł poprzez tę niezwykłą krainę i wdzierał się coraz wyżej.

Do zboczy przywarły niskie chaty, wzrok przemierzał długą, jasną dolinę, za nią widać 

było srebrzące się szczyty, wzgórza, płaskowyż i naraz wynurzyły się ciemne, brązowe domy, 

background image

potem cała wieś i kamienne budynki hoteli. Byli w St. Moritz.

Frute wyskoczyła z auta z takim impetem, że aż zaryła się w śniegu. Za drugim skokiem 

omal nie przewróciła Barbary, rzuciła się na nią w porywie żywiołowej radości i dopóki szał 

psich powitań nie minął, Barbara, śmiejąc się, mogła witać Kaia jedynie na odległość.

Patrzył na nią w milczeniu. Na jej widok zabiło mu serce, nie mocniej jednak niż zwykle. 

Nie czuł podniecenia, choć wcześniej myślał, że bez tego się nie obejdzie. Natomiast z całą mocą 

dotarło doń, jaki spokój ogarnia go w jej obecności. Rysy Barbary podkreślała opalenizna, w jej 

ruchach znać było rozluźnienie i brak wysiłku, stąpała lekko i swobodnie. Zachowywała się z 

dystynkcją damy, choć jej uroda była jeszcze dziewczęca.

Szli obok siebie zaśnieżoną drogą. Kai stawiał duże kroki.

- Od dawna nie widzieliśmy śniegu, Barbaro. Nad Morzem Śródziemnym kwitną narcyzy 

i mimozy.

Uśmiechnęła się.

- A tu zbocza pokryły się krokusami i tylko patrzeć, jak się pojawią narcyzy.

Weszli w sześcioczęściowe drzwi obrotowe hotelu. Przez chwilę dreptali obok siebie jak 

w szklanej skrzyni. Gdy urządzenie z kryształu i mosiądzu przekręciło się do końca, wypchnęło 

ich do ciepłego hallu, który w porównaniu ze śnieżną jasnością panującą na zewnątrz zdawał się 

tonąć w ciemnościach.

- Kai, wybrałam dla pana dobry pokój. Będzie pan miał cudowny widok i pierwszorzędny 

leżak.

- To wspaniałe, Barbaro, że tak się pani o mnie troszczy.

Rozstali   się   na  godzinę.   Kai   szybko   się   przebrał   i   zszedł   do   hallu;   Hollstein   jeszcze 

pluskał się w wannie. Barbara, w stroju narciarskim, już czekała. Obok siedziała Frute, która na 

krok nie odstępowała dziewczyny.

Kai nie mógł oderwać wzroku, obrazek robił wrażenie: młodziutka kobieta o szczupłej, 

prostej jak trzcina figurze odziana w obcisły kostium, wdzięcznie unosząca głowę, obok zaś 

dożyca z dwojgiem postawionych czujnie, szpiczastych uszu.

- Jest pani jedyną osobą, Barbaro, dla której Frute mnie zdradza.

Suka   podniosła   głowę   w   niejasnym   poczuciu   winy   i   niepewnie   spojrzała   na   Kaia. 

Następnie uznała, że warto ulokować się za plecami pana; uderzając go delikatnie ogonem w 

kolano, przypominała o swym istnieniu.

background image

Barbara chwyciła Frute za obrożę i wyciągnęła z ukrycia. Objęła łeb suki.

- Myślałam o tym często: ona ma izabelowe oczy - na pewno jest zaczarowana.

- Nie wydaje mi się. Za bardzo gustuje w surowym mięsie.

Dziewczyna się roześmiała.

- Kai, tak się cieszę, że pan przyjechał.

- Ja też się cieszę, że jesteśmy razem. Pani obecność, Barbaro, ma na mnie niezwykły 

wpływ: kiedy jest pani obok, życie wydaje się zupełnie proste.

Chwilę się zastanawiała i uśmiechnęła się lekko.

- Czyżby było aż tak skomplikowane?

- Tylko czasami. I zawsze na krótko. Im jest się starszym, tym prostsze się staje. Z wielu 

rzeczy wyrasta się jak ze starego ubrania, bywa, że zaczynają śmieszyć, choć traktowało się je 

poważnie. Ale o tym wolałbym nie rozmawiać; zaczekajmy na Hollsteina i ruszajmy w śnieg.

Góry   stały   nieruchome,   oślepiająco   białe,   jakby   zwaliła   się   na   nie   i   naraz   zastygła 

eksplozja   porażającego   blasku.   Roiło   się   od   barwnych   swetrów;   krążąc,   tłocząc   się   wokół 

zamarzniętych   stawów,   wyglądały   z   daleka   jak   amazońskie   papugi.   Nieustraszone   panie   w 

obcisłych,  kraciastych  bryczesach  przemierzały śnieżne szlaki. Nie krępował ich męski  strój, 

wiedziały, że podobają się w nim jeszcze bardziej. Ciemne okulary złociście połyskiwały na tle 

spalonych   na   brąz   twarzy.   Kaia   zadziwił   widok   łysych   głów.   Bił   od   nich   niezwykły   blask. 

Rozsiane po całej okolicy przypominały gwiezdne konstelacje.

Barbara paplała o różnych sprawach. Było w niej tyle wdzięku, że mogła sobie na to 

pozwolić.   Żłobiła   w   śniegu   koleiny,   chwytała   go   w   ręce,   strząsała   z   jodłowych   gałęzi, 

przyglądała  mu  się z powagą, próbowała  dociec  zapachu  i innych,  ukrytych  przymiotów,  w 

końcu podrzucała śnieżną kulę do góry i puszczała się pędem w dół.

Frute   zupełnie   oszalała.   Udając   wściekłość,   wgryzała   się   w   śnieżny   puch,   po   czym 

gwałtownie rzucała się przed siebie, podskakując niepotrzebnie wysoko, strojąc przy tym chytre 

miny.  Barbara skorzystała z okazji i zaczęła ją gonić, obrzucać śniegiem, aż obie zadyszane 

upadły; a kiedy dziewczyna chciała wstać, suka, uderzając delikatnie łapą, powalała ją znowu, 

przy czym cały czas radośnie poszczekiwała.

Nie  trzeba   było  długo  czekać,  by  Hollstein   również  wkroczył   do akcji.  Poszybowały 

śnieżne kule, a Frute znowu zaczęła za nimi uganiać. Kai stał z boku i zagrzewał towarzystwo do 

zabawy.   Sam   jednak   się   nie   przyłączył.   Nie   mógł   sobie   poradzić   z   lekkim,   osobliwym 

background image

niepokojem, który go ogarnął. Nie było to szczególnie przykre uczucie, ale wbrew jego woli nie 

chciało go opuścić.

Wieczorem   zeszli   potańczyć.   Za   dnia,   zarówno   nad   morzem,   jak   i   w   górach,   płuca 

wypełnia ożywcze powietrze, skóra zdaje się wdychać promienie słońca, a czas spędzony wśród 

szczytów o nieokiełznanych kształtach bądź w przestrzeni ograniczonej odległym horyzontem 

sprawia,   że   wieczorne   spotkania   pulsują   żywym,   zdrowym   rytmem,   żyły   wypełnia   gorący 

strumień krwi, myśl porusza się wartko niczym nogi tancerzy, a ciała od stóp do głów wibrują 

radością.

Błyszczało szkło, snuła się melodia skrzypiec, za oknem rozciągały się górskie łańcuchy, 

niebo,   noc   i   nieskończoność;   Barbara   i   Hollstein   często   kierowali   się   ku   tanecznej   części 

parkietu.

Kai wyprosił dyspensę. Przygotowywał sobie koktajl i bez reszty oddał się tej ceremonii. 

Zanim wypił, puścił znad szklanki oko do tancerzy, życząc im jak najlepiej, choć spoglądał z 

lekką ironią.

Ilekroć   go   mijali   w   tańcu,   wzrok   Kaia   biegł   w   okolice   ramion   Hollsteina.   Hollstein 

odpowiadał flegmatycznym, nieco wyniosłym spojrzeniem, czuł się przy tym trochę nieswojo, 

choć promieniał radością.

Wraz z Barbarą powrócił spokój. Jej obecność przypominała o platanach rosnących obok 

domu, o wrzosowiskach, o purpurowych zachodach słońca na nizinie, nocach, podczas których 

śpi się spokojnie, lasach, gwiazdach, o świeżości poranków i jasnych dniach. Ale dała też o sobie 

znać zadawniona konieczność samoograniczenia i niezrozumiały strach.

Zrobiło się późno. Widać było, że Hollstein jest zmęczony. Kai dał znak tańczącej parze.

- Barbaro, dzień był pełen wrażeń, szczególnie dla Hollsteina. Dajmy mu się wyspać. 

Dobrej nocy, Hollstein, zobaczymy się rano!

Hollstein nieśmiało zaprotestował, po chwili jednak posłusznie się oddalił. Barbara oparła 

dłoń na ramieniu Kaia.

- Chodźmy się przewietrzyć.  Robię tak co wieczór... Kai pomógł jej włożyć  płaszcz. 

Chwycił tęgi mróz i w zmarzniętym na kamień śniegu nie odciskały się ślady, nie było wiatru. 

Frute stawiała łapy niezdarnie jak dziecko, które uczy się chodzić.

Barbara opowiadała o starszym panu von Croyu, o rodzeństwie Holgersen, o klaczy, która 

urodziła śnieżnobiałe źrebię z czarną strzałką na czole - w Egipcie zapewne uznano by je za 

background image

święte - o swoich psach, parku, o sąsiadach i przyjaciołach. Dla Kaia wszystko to było  jak 

spokojny, ciepły, letni dzień. Milczał i nie potrafił powiedzieć niczego, co złamałoby konwencję 

rozmowy.

Wrócili do hotelu. W hallu Barbara przystanęła.

- Dobranoc, Kai...

- Dobrej nocy, Barbaro...

Wyczekiwanie,   które   odmalowało   się   na   jej   twarzy,   skrył   cień.   Czy   już   raz   nie 

przeżywałem tego samego? - pomyślał Kai. Chwycił jej dłoń, lekko uścisnął.

- Dobranoc...

Patrzyła na niego dziwnie, bezosobowo, przez chwilę wydawało się, że to nie Barbara, 

lecz zupełnie obca  kobieta... potem jednak w drżącym głosie dziewczyny odezwały się echem 

słowa: - Dobrej nocy...

Przed   południem   Kai   często   zostawał   w   hotelu.   Twierdził,   że   musi   się   zająć 

korespondencją. W takie dni Barbara i Hollstein szli sami na narty. Szybko się zżyli, oboje byli 

przecież bardzo młodzi.

Czasami, kiedy się rozstawali, Kai znów dostrzegał niepokojący wzrok Barbary, który 

przypominał mu, że za mało się z nią liczy i traktuje zbyt zasadniczo. Tymczasem ona przestała 

być dzieckiem, osiągnęła wiek, w którym w ciągu miesiąca zmieniała się bardziej niż starsi od 

niej przez lata.

Bez towarzystwa dzień mu się dłużył.  Kai układał się na balkonie, a resztę zostawiał 

słońcu.

Na lunch przychodził późno, ponieważ obawiał się, że jeśli zejdzie na werandę wcześniej, 

nie zastanie tam Barbary i Hollsteina. Jeśli ich miejsca były puste, czuł się zawiedziony i od razu 

drwił z siebie.

Podobnie jak inni goście, Kai miał w jadalni stały stolik. Raz zszedł na dół wyjątkowo 

późno. Na werandzie zastał jakieś poruszenie. Frute zwykle spędzała przedpołudnia sama na 

dworze, a poza tym zaprzyjaźniła się z kucharzami. Kiedy gong wzywał na lunch, natychmiast 

przerywała swe zajęcia i szła do jadalni przywitać się z panem. Tym razem jednak go nie zastała, 

wobec czego położyła się obok stołu i czekała.

Tymczasem w stronę stolika skierowała się grupa amerykańskich dziewcząt i nie bacząc 

na   sytuację,   z   niefrasobliwością   właściwą   swej   nacji   zamierzała   go   zaanektować.   Kiedy 

background image

Amerykanki od stolika dzieliły dwa kroki, Frute podniosła głowę; przy następnym kroku dożyca 

wstała; kiedy wreszcie czyjaś  ręka chwyciła poręcz krzesła, Frute obnażyła  kły i dziewczęta 

musiały się zatrzymać.

Szef sali wyjaśnił, że stolik jest zarezerwowany. Uraziło to dumę przewodniczki grupy, 

która zareagowała, jakby szło o honor wszystkich kobiecych organizacji z jej kraju. Zażądała 

wydalenia psa. Kiedy Kai wkroczył do jadalni, bezradność jednych mieszała się z przewrotną 

radością innych, nad wszystkim zaś górowały głośne wyrzekania wypowiadane w dziwacznej, 

obcej mowie.

Dożyca złagodniała, wciąż jednak strzegła stolika i nie pobiegła przywitać Kaia. Dopiero 

gdy stanął przy krześle, zeszła z posterunku. Kai w lot pojął, co się stało. Spokojnie usiadł, dając 

do zrozumienia, że nie zaszło nic ważnego.

Awantura   rozeszła   się   po   kościach.   Potrząsając   głowami,   z   gniewnym   prychaniem 

Amerykanki przesiadły się do sąsiedniego stolika. Dwoje dziewcząt trzęsło się w obawie o życie 

i   opiekunka   musiała   się   nimi   zająć.   Po   chwili   z   ożywieniem   rozprawiano   o   każdej   z 

serwowanych potraw.

Frute   przywarowała   obok   Kaia   i   zaczęła   węszyć.   Opiekunka   grupy   wyraźnie   się 

zaniepokoiła   takim   obrotem   sprawy.   Poszeptała   z   dziewczętami,   odcięła   kawałek   kotleta   i 

pokazała go suce, pogwizdując przyzywająco. Teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, postanowiła 

obłaskawić zwierzę.

Frute uniosła łeb i postawiła uszy. Na tym się jednak skończyło, suka okazała całkowite 

desinteressement. Za to delikatnym drapaniem przypominała Kaiowi, że czas najwyższy zrobić 

dla niej kanapki. Kawałek kotleta z powrotem powędrował na talerz, wciąż jednak słychać było 

natarczywy głos: Amerykanka nie przestawała chwalić dobrze ułożonego psa. Kai odetchnął, 

spór został zażegnany.

Barbara i Hollstein nie przyszli na lunch. Idąc w góry, zabrali pieczone mięso, owoce, 

grzanki, masło i zostawili mu wiadomość, że może do nich dołączyć. Kai oczami wyobraźni 

widział, jak siedzą gdzieś na śniegu - dwoje roześmianych młodych ludzi pośród słońca i bieli.

- I na co nam przyszło, Frute? - Myśli Kaia stale krążyły wokół tego samego. - Nawet nie 

wiesz, jak staro się czuję od kilku dni. Zawsze tak bywa, kiedy proste sprawy stają się zbyt 

trudne. Popatrz, taki Hollstein wie, co robić, i świetnie sobie radzi. Tymczasem ja ustawiłem 

przed sobą barierę i dziwię się, że nie mogę jej pokonać. Wyobraź sobie, że facet obok ciebie 

background image

zdołał   dzięki   frywolnym   gierkom   zawojować   Agnes   Guermantes,   a   potem   przez   miesiąc   ją 

zwodził, tłumacząc, że nie mógłby jej zadowolić. A teraz stoi tu, nieborak, i nie ma pojęcia, co 

robić. Jeśli znało się kobietę, gdy była dzieckiem, widziało, jak dorasta, to mamy do czynienia ze 

szczególną sytuacją i niełatwo się w niej znaleźć. Ta bezradność pojawia się zawsze, kiedy od 

nowa próbujemy ułożyć nasze stosunki z ludźmi, których znaliśmy dawno temu.

Amerykanki   porozsiadały   się   swobodnie   i   od   czasu   do   czasu   porozumiewawczo 

uśmiechały się do Kaia. Zepsuły mu tym humor do końca. Resztę dnia spędził w pokoju, aż w 

końcu wyciągnęła go stamtąd Barbara.

Wieczorem   Frute   urządziła   kolejną   awanturę.   Było   już   późno,   Kai   się   zaczytał   i 

zapomniał zamknąć drzwi na klucz. Frute skorzystała z okazji, pchnęła klamkę i wymaszerowała 

na   korytarz.   Kai   usłyszał   stłumiony   krzyk,   stwierdził,   że   psa   nie   ma   w   pokoju,  i   ruszył   na 

ratunek.

Po przeciwnej stronie korytarza zobaczył jakiegoś dżentelmena w piżamie, a obok niego 

sukę; mężczyzna bał się zamknąć za sobą uchylone drzwi. Kai zawołał Frute i chciał przeprosić 

za napaść. Nic z tego nie wyszło, gdyż mężczyzna w piżamie błyskawicznie się ulotnił. Kai 

postanowił, że wytłumaczy się rano, i zapamiętał numer pokoju.

Gdy jednak na drugi dzień zapytał portiera, ten wymienił mu nazwisko jakiejś damy z 

Pensylwanii. W tej sytuacji Kai darował sobie przeprosiny.

Ostatni dzień Barbara chciała spędzić w schronisku wysoko w górach. Frute została w 

hotelu. Wyruszyli jeszcze przed świtem, oświetlając drogę latarkami. Śnieg był szaroblady jak 

twarz topielca, światło latarek wydawało się zupełnie bezsilne, sprawiało wrażenie kompletnej 

nicości.

Po dwóch godzinach rozjaśniły się szczyty gór. Niektóre pokazały się od razu, inne ginęły 

we mgle. Potem góry znów pociemniały, a mgła ustępowała, w miarę jak przybywało dnia. Na 

szczytach cały czas coś się działo. Najpierw zalśniła czerwień, która z wolna schodziła niżej ku 

skalnym ścianom, mgły zabarwiły się perłowo, wszędzie pojawiały się złociste błyski, wreszcie 

jasne światło wydobyło z mroku granitowe krawędzie, które zastygły dostojne i wyniosłe; w 

końcu słońce zdobyło ostatnie przyczółki nocy i wzniosło się ponad góry.

Mróz tracił na ostrości. Barbara dość prędko zrzuciła kaptur. Hollstein rozpiął kurtkę. Kai 

zaproponował, żeby pozbyć się wszystkiego za jednym zamachem. Kurtki i swetry powędrowały 

do plecaków, podwinięto rękawy i Barbara, w cienkiej, białej bluzie, jak chłopiec wspinała się do 

background image

schroniska - niewielkiej, brązowej chaty wtulonej w zbocze góry.

Od frontu była kuchnia z paleniskiem, przed którym ułożono zapas drewna. Do słupa ktoś 

przypiął   kartkę,   na  której   w   najlepszej  wierze  wypisał  kilka  naiwnych   pouczeń.  Za  kuchnią 

znajdowało się pomieszczenie  sypialne.  Pod południową ścianą  schroniska stała  ławka. Cała 

trójka przejrzała teren wokół chaty, uzupełniła zapas drewna - takie prawo obowiązuje w górach. 

Teraz każde mogło wystawić się na słońce w zawczasu upatrzonym miejscu.

Po południu Barbara zabrała się do garnków i rondli. Zapach kawy wzbudził niepokój 

Hollsteina.

- Cywilizacja ma swój urok - wyznał z takim przekonaniem, że Kai wybuchnął śmiechem 

i poczłapał do kuchni. Później kartkowali księgę schroniska, a Hollstein dał wspaniały popis gry 

na harmonijce ustnej.

Wieczór nastroił Kaia melancholijnie. Patrzył, jak cień osacza światło, które usuwa się i w 

końcu ginie, jak w pewnej chwili spełza z dachu chaty i przepada w powietrzu.

Cały czas milczał i wydawało mu się, że jest bardzo stary;  kiedy z chaty doszły doń 

przytłumione odgłosy rozmowy Barbary z Hollsteinem, poczuł się też samotny.

Myślał  o swych dokonaniach i nachodziły go wątpliwości - owoce tych  dokonań nie 

budziły zachwytu,  był  zdecydowanie  kiepskim  ogrodnikiem.  Wieśniak  uprawiający rolę żyje 

uczciwiej,   bardziej   rzetelnie,   może   nawet   bardziej   heroicznie.   Codzienna   praca,   która   daje 

zadowolenie, jest prawdziwym błogosławieństwem. Ale przecież to kłamstwo: co innego może 

zadowalać nie mniej niż ona; tak czy owak nie sposób w tym rozumowaniu posunąć się naprzód. 

Kai uderzył kijem w zamarznięty blok śniegu, który oderwał się, przekoziołkował i potoczył w 

dół.

Patrzył, jak śnieżna kula opada, i znów pogrążył się w zadumie, w świecie symboli oraz 

porównań tak pospolitych, że poczuł do siebie niesmak. Niełatwo jednak mu było położyć kres 

rozmyślaniom, gdyż takie porównania są jak paciorki różańca, które przesuwamy mechanicznie, 

jeden po drugim.

Naraz posłyszał, że Barbara go woła, i wrócił do schroniska. Pod stropem wisiała lampa 

naftowa, w piecu płonął ogień. Barbara z zakasanymi  rękawami uwijała się wokół garnków, 

pieca oraz patelni i szykowała kolację. Hollstein przeszkadzał jej ciągłymi pouczeniami. Mimo to 

dopięła swego i podała jedzenie.

Na   noc   opatulili   się   we   wszystkie   koce,   swetry   i   kurtki.   Hollstein   zasnął   pierwszy. 

background image

Barbara   próbowała   jeszcze   coś   mówić,   po   chwili   jednak   spokojny   oddech   dziewczyny 

zaświadczył, że i ona zapadła w sen.

Kai długo nie mógł zasnąć. Noc mijała mu wśród marzeń i snucia planów na przyszłość. 

Około północy poczuł głód; był to jedyny konkretny rezultat przemyśleń. W plecaku znalazł 

herbatniki i w końcu udało mu się zasnąć.

Poranek przywitał ich chłodem i słońcem. Znów ruszyli w śnieg, wybuchom śmiechu nie 

było końca. Spod nart wzbijały się tumany śnieżnego puchu, na zakrętach z trudem udawało się 

utrzymać równowagę...

Do odjazdu zostało już zaledwie kilka godzin. Hollstein poszedł uwolnić Frute, którą 

zamknęli w pokoju hotelowym. Jeszcze raz Kai został sam na sam z Barbarą. Siedzieli naprzeciw 

siebie, oboje czegoś wyczekiwali. Kai znów czuł na sobie pytające spojrzenie dziewczyny, na 

które nie znajdował odpowiedzi. I nagle dotarło doń, że Barbara może wobec niego żywić jakieś 

uczucia. Chwila pożegnania zacierała jednak wcześniejsze wrażenia, nie było się już nad czym 

zastanawiać.

Kai wiedział, że się myli, lecz brakło mu odwagi, by się do tego przyznać. Ze zdumieniem 

odkrył, że ogarnia go smutek.

Zbliżał  się  Hollstein  z   Frute.   Duszę   Kaia  rozdarło  nagłe,   rozpaczliwe  pragnienie,   ale 

Hollstein był tuż obok. Już po wszystkim, uświadomił sobie Kai.

Pożegnali się przed bramą.

- Barbaro, proszę spojrzeć na Frute. Smutno jej, że musi wyjeżdżać...

- Tak, Kaiu...

Podjechał samochód.

- Do widzenia, Barbaro...

Po chwili minęli zakręt. Za nim nie było nikogo.

background image

XII

Maud   Philby   miała   szczupłe   uda   Diany;   ich   idealne   proporcje   przydawały   ruchom 

Amerykanki powiewnej lekkości, która wrażliwego poetę może uskrzydlić o wiele bardziej niż 

cierpienie duszy i natchnąć do ułożenia hymnu. Nawet w najbardziej niebezpiecznych dla kobiety 

okolicznościach,   widziana   z   tyłu,   bosa,   brodząca   w   piasku,   nie   traciła   wdzięku   i   stąpała 

sprężyście.

Kai dopiero teraz miał okazję to ocenić; wiedział, jak niewiele kobiet ma tak zgrabne nogi 

i porusza się równie lekko.

Miss   Philby,   w   kostiumie   kąpielowym   z  niebieskiego   jedwabiu,   z  Frute   u   nogi,   szła 

posuwiście po kamiennym obramowaniu plaży. Mijała okrągłe stoliki, nad którymi  drżały na 

wietrze wielkie czerwone i niebieskie parasole. Wśród kabin, na niskim stole o masywnych, 

krzywych nogach, ulokował się bufet przyciągający mnogością kapslowanych butelek i sałatek. 

Instruktorów pływania, szarmanckich młodzieńców iście apollińskiej urody - spalonych na brąz, 

żylastych, wspaniałej budowy - oblegała grupa Amerykanek. Młodzi mężczyźni zajmowali się 

nimi uprzejmie, choć raczej opieszale. Przebierali się co godzina i pokazywali w coraz to innych 

trykotach. Niechętnie wchodzili do wody, ale też rzadko tego od nich wymagano.

Kai leżał na kamiennym molo i mrużąc oczy, obserwował jakiegoś Kreola nurkującego 

niczym foka. Za nim unosiły się na wodzie tratwy z mat kokosowych; dobiegały z nich krzyki 

młodych Amerykanek; ich język nadawał tym wołaniom jedyną w swoim rodzaju intonację.

Zatarg, do którego doszło podczas zawodów strzeleckich, był dla Maud Philby przykrym 

zajściem. Natychmiast się zorientowała, o co chodzi, wiedziała też, że Kai wywołał ten incydent 

w określonym celu. Była nim zaskoczona, uznała przy tym, że całkowicie przekreślił jej plany. 

Wszystko, czego w ciągu tygodnia dopięła, teraz w jednej chwili straciło sens. Nie było ważne, 

czy Kai już wcześniej znał Lilian Dunquerke, czy też poznał ją dopiero teraz, gdy rozpoczęła się 

między nimi gra - ekscytująca, zuchwała i pełna uroku; zdarzenie to należało do tych nielicznych, 

w których tak naprawdę ważne są tylko fakty.

Maud Philby bynajmniej nie czuła się zraniona. Musiała jednak, wbrew woli, przyznać, że 

umiarkowana   sympatia,   jaką   żywiła   dla   Kaia,   gwałtownie   ustąpiła   mieszaninie   gniewu, 

zdumienia i czegoś jeszcze, co na razie nie poddawało się rzeczowej ocenie. Kai jej się wymknął, 

gorzej - zrobił to nieumyślnie; najlepszy dowód, że zanim do czegoś doszło, stali obok siebie. 

Kai i Lilian Dunquerke jej zaimponowali: zdawała sobie sprawę, jakiej odwagi wymagało od tej 

background image

kobiety   bezceremonialne   zachowanie;   gdyby   oboje   wykazali   tylko   trochę   mniej   zręczności, 

skończyłoby się to bolesnym zgrzytem. Takie śmiałe zagrywki z godnym zaufania partnerem 

miały również dla Amerykanki niepośledni urok. Gorzko żałowała, że wypadła z gry. Jej chłodna 

rozwaga gdzieś się ulotniła, miss Philby czuła się dotknięta. Teraz Kai mógłby ją zawojować, 

wykonując  jeden tylko  właściwy ruch. Wiedziała  jednak, że akurat na tym  zupełnie  mu  nie 

zależy.

Podeszła do Kaia i usiadła na kamieniu.

- Wczoraj woda była tak przejrzysta, że płynąc, widziało się na dnie swój cień. Kiedy 

wracałam do brzegu, cały czas sunął kilka metrów przede mną. Podobnie bywa z samolotem, za 

którym po ziemi biegnie cień - nieco tajemniczy, zagadkowy.

- W ogóle cienie to osobliwe zjawisko - rzekł Kai. - Można się nawet o nie potknąć. Nocą 

w światłach samochodu stają się najbardziej niezależne. Zalegają płasko w jakimś zagłębieniu i 

naraz z niego wyskakują; niesamowite stwory - umykają i przerażają. Zdarzyło się, że pewien 

kierowca   wymieniał   na   szosie   żarówkę   reflektora.   Kiedy   ruszył,   ujrzał   przed   sobą   jakąś 

podskakującą   zjawę.   Chwilami   wyglądała   jak   człowiek   rozkładający   ramiona,   innym   razem 

niczym baśniowy upiór. Nie wiedział, co o tym myśleć, i dopiero po jakimś czasie spostrzegł, że 

gdy wkręcał żarówkę, do reflektora dostał się komar, który - powiększony przez paraboliczne 

lustro do monstrualnych rozmiarów - wykonał w strumieniu światła ten diabelski taniec.

Maud Philby siedziała skulona, z podciągniętymi nogami, dłonie splotła na kostkach.

- To doprawdy niezwykłe! Pan jest romantykiem...

- Też mi się czasem tak zdaje...

-   Czy   to   nie   męczy?   -   Oparła   podbródek   na   kolanach.   Pod   kostiumem   plażowym 

zarysowała   się   wdzięcznie   wygięta   linia   kręgosłupa;   gdyby   rozłączyła   ręce,   zwolniłyby 

napinającą ów łuk cięciwę.

-   Kogoś   zręcznego   nie   bardzo   -   odrzekł   Kai,   któremu   rozmowa   zaczęła   sprawiać 

przyjemność.

- A jeśli ktoś nie jest zręczny?

- To czeka go los rybaka, który wpada do wody, zaplątuje się we własną sieć i tonie.

- Nadzwyczaj przykry koniec...

- Najgorsze, najbardziej przykre są ostatnie chwile - te, w których rybak walczy z siecią.

- Chce pan powiedzieć, że romantyzm bywa niebezpieczny?

background image

Niezwykle...

- To znaczy, że też wymaga zręczności?

-   Trudna   sprawa   -   rozważał   Kai.   -   Ale   choćby   ze   względu   na   tradycję   powinniśmy 

zachować trochę romantyzmu. Co bowiem w innym razie stałoby się z miłością...?

Amerykanka zmieniła pozycję, wyprostowała plecy opięte niebieskim jedwabiem.

- Chodźmy popływać.

Weszli do wody. Maud Philby zrzuciła buty. Drobne kamyki trzeszczały pod jej stopami. 

Oboje mocno chwycili za liny, które prowadziły do morza; trzymając się ich, brnęli przed siebie.

Nadciągała   mlecznobłękitna   fala   przyboju,   rozbiła   się   o   ciała   Kaia   i   miss   Philby, 

zamieniła w pianę i wyglądało  na to, że cofając się, chce ich porwać za sobą. Ręce jednak 

trzymały linę. Gdy następna fala zakryła  ich głowy, puścili liny i zaczęli płynąć. Za nimi z 

pluskiem podążyła Frute.

Opłynęli   pierwszą   tratwę   i   zostawili   ją   z   tyłu.   Dalej   kołysała   się   następna,   pusta. 

Wciągnęli się na nią. Nadpłynęła Frute, jej głowa wyglądała jak fragment wystającej z wody 

antycznej rzeźby. Kai pomógł suce wejść na tratwę, Frute otrząsnęła się, urządzając niezgorszy 

prysznic. Fale coraz to zalewały tratwę. Kai i Maud Philby wstali.

-   Zgłosił   pan   już   swój   udział   w   mistrzostwach   Europy?   Tratwa   zakołysała   się. 

Amerykanka chwyciła Kaia za ramię i spojrzała mu w oczy.

- Do zamknięcia listy jest jeszcze dużo czasu - odpowiedział, po czym znienacka ją objął i 

szybkim ruchem wepchnął do wody, a zaraz za nią rozszczekaną Frute.

Obie natychmiast się wynurzyły; Kai wyciągnął się wzdłuż tratwy, jego twarz znajdowała 

się na samym skraju, tuż obok głowy miss Philby.

- Może miałaby pani ochotę zjeść ze mną obiad?

Chlusnęła mu wodą w oczy, pomachała ręką i odpłynęła.

Obiad jedli na niewielkim tarasie na pierwszym piętrze hotelu.

Nad tarasem rozpięto płócienne zadaszenie, by osłonić stoliki przed piekącym słońcem. 

Na   posadzce   ostro   odcinał   się   zarys   cienia.   Oślepiające   słońce   kontrastowało   z   łagodnym, 

miękkim światłem pod płóciennym dachem.

Maud Philby stanęła obok balustrady. Słońce rozświetliło jej włosy, blask padał na szyję 

Wydawało się, że światło ją porywa, nie pozwala dotknąć; wyglądała jak skrząca się Amazonka. 

Kiedy   przekroczyła   linię   cienia,   jej   skóra   zmatowiała,   na   twarzy   pojawił   się   uśmiech,   oczy 

background image

straciły wyrazistość - znów była kobietą.

Po kąpieli oboje odczuwali lekkie znużenie, które bywa doskonałą podstawą do miłej 

pogawędki i flirtu. Wiedli wartką konwersację, nad którą unosiła się subtelna mgiełka erotyki, z 

radością patrzyli na siebie, rozumieli się bez słów.

Kiedy zapadała cisza, Kai wybiegał myślami daleko, wracały doń najróżniejsze odczucia i 

wspomnienia, splatały się ze sobą i nie do końca wiedział, czy ten nastrój jest dalekim echem dni 

spędzonych   z  Barbarą,   przeczuciem   przeżyć   u  boku   Lilian   Dunquerke   czy   może   wytworem 

chwili obecnej, w której siedział przy stole razem z Maud Philby...

Jedno doznanie przechodziło w następne, już to zatrzymując się i przenikając go bez 

reszty,   już   to   sprawiając,   że   drżał,   wstrzymywał   oddech   i   nadal   nie   wiedział,   co   dalej. 

Amerykanka pociągała go teraz bardziej niż tamte kobiety, ale może dlatego, że siedziała obok, 

że to właśnie w niej upatrywał ukojenia swych rozterek; z drugiej strony wiedział, że nad tą 

osobliwą wizją ciąży cień osobowości Barbary i Lilian Dunquerke - to one w tym momencie 

składały się na tajemniczy syndrom kobiecości obejmujący tak wiele czarownych odcieni, często 

przeciwstawnych, jakże jednak pociągających dla mężczyzny.

Maud Philby zanurzyła końce palców w miseczce z wodą i odłożyła serwetę.

- Proszę o papierosa. - Wstała, ale z wyjściem na słońce wyraźnie zwlekała.

Kai  podał jej  ogień.  Amerykanka  pochyliła  się, Kai wyciągnął  rękę  z zapałką  ku jej 

twarzy.   Maud Philby przyglądała  się  jego dłoni,  której   dotychczas  nigdy nie  oglądała  z  tak 

bliskiej odległości, tak dokładnie - patrzyła na opaleniznę, na wypukłe i ostre paznokcie, a potem 

przeniosła   wzrok   nieco   dalej,   na   twarz.   I   nagle   widząc   tę   rękę   i   twarz,   które   na   moment 

pociemniały i zmatowiały za drgającym płomykiem zapałki, podczas czynności wykonywanej 

setki razy, zaciągając się papierosem, przez sekundę niemal nieobecnym spojrzeniem ogarnęła 

całą postać Kaia i uświadomiła sobie, że go kocha.

Opadło ją zdumienie i poczuła się bezradna. Nieoczekiwane odkrycie powaliło ją, zrobiło 

jej się słabo i musiała się podeprzeć.

Ujęła rękę Kaia, jakby chciała podtrzymać zapałkę, musiała się czegoś chwycić, bo czuła, 

że traci równowagę. Wystarczyłby jakikolwiek ruch i zamieniłaby się w jeden wielki akt oddania.

Kai   nie   miał   nic   przeciw   zacieśnieniu   znajomości,   nadaniu   jej   bardziej   osobistego 

charakteru. Często nawet - może niezbyt serio - o tym myślał, a w obecnym nastroju z chęcią 

przystałby na zbliżenie.

background image

Mimo to utrzymywał dystans - nie utracił jeszcze zdrowego instynktu, dzięki któremu 

rzadko wystawiał się na cios w sprawach mniejszej wagi; instynkt ów nie tylko wskazywał mu 

właściwą drogę, pomagał również pokonywać zakręty i unikać pułapek, a teraz sprawił, że na 

osobę pokroju Maud Philby, kiedy już ją trochę poznał, nie mógł się zdecydować.

Należała do dość irytującego rodzaju ludzi, wobec których blef wydaje się jedyną słuszną 

metodą postępowania. Nie sądził, że przez to jest mniej warta, jednak blef stosowany w takiej 

sytuacji wymaga bądź co bądź wszechstronnego wsparcia umysłu i charakteru oraz duchowego 

dystansu. W przeciwnym razie kończy się wyłącznie rozczarowaniem.

W ten sposób, nawiązując poważną znajomość z Maud Philby, Kai cudownie napytałby 

sobie biedy; nie mógłby też zbytnio liczyć na bezpieczeństwo i odkrycie swych uczuć. Natomiast 

to,   co   się   przydarzyło   Amerykance,   możliwe,   że   pierwszy   raz   w   życiu,   zakrawało   na 

tragikomedię; ona - dotychczas zawsze taka pewna siebie - popełniła w decydującej chwili błąd: 

cały oręż jej wyrafinowania, tylekroć sprawdzony w różnych sytuacjach, teraz, kiedy naprawdę 

okazał   się   potrzebny,   nie   tylko   nie   pomagał,   lecz   wręcz   przeszkadzał.   Przez   tę   sprzeczność 

bezradność Maud Philby robiła wrażenie gry, dlatego też Kai wietrzył podstęp tam, gdzie go 

absolutnie nie było.

Tak więc nie wykonał żadnego ruchu i ważki moment przeminął.

Maud Philby uznała, że spotkała ją odprawa. Nie zauważyła przy tym, jak dalece jej nie 

zrozumiano.   Tyle   że   jej   zdolność   odczuwania   przybrała   teraz   zupełnie   inny   wymiar   - 

Amerykanka była niemal powalona, wstydziła się, czuła się chora i udręczona, uważała, że musi 

możliwie   prędko   wrócić   do   dawnej   poprawności,   gdy   tymczasem   poprawność   nie   doznała 

żadnego uszczerbku.

Aby zatrzeć wcześniejsze wrażenie, rozpaczliwie szukała tematu do dalszej rozmowy: 

spodziewała się, że mówiąc o sprawach bieżących, ukryje powody swego zachowania i zarazem 

przedłuży spotkanie z Kaiem. Uznała, że najbezpieczniejszym tematem będzie Murphy. Od razu, 

nie bawiąc się w dyplomację, przeszła do sedna.

- Słyszałam, że zmienił pan coś w konstrukcji silnika - powiedziała z uśmiechem i z 

powrotem usiadła.

Zmiana   tematu   zaskoczyła   Kaia,   zupełnie   nie   rozumiał,   o   co   chodzi.   Potwierdził 

skinieniem głowy.

- Czy to jakieś udoskonalenie? - indagowała go Maud Philby.

background image

Stał się czujny, obawiał się, że Amerykanka znów zastawia pułapkę. Nie dał się podejść.

- A pani wie to od... - Tu zawiesił wyczekująco głos. Miss Philby spodziewała się pytania, 

wiedziała, że musi się częściowo odkryć, by tym skuteczniej się zasłonić.

- Murphy coś o tym wspominał...

- Ach, Murphy...

- Twierdził, że to może mieć znaczenie...

- Mocno przesadził.

Widząc, jak Kai ją traktuje, trochę się uspokoiła; nadal jednak była zmuszona grać swoją 

rolę i teraz uderzyła w ton koleżeńskiej poufałości. Jak sądziła, wybrała najmniejsze zło.

- Czy wyścig nie straci przez to uroku?

- Dla Murphy’ego z pewnością tak.

-   Według   mnie   również   dla   pana.   Przede   wszystkim   dla   pana.   Panu   nie   zależy   na 

zwycięstwie za wszelką cenę, pan jeździ dla emocji. - Znów zdobyła się na odwagę: - Pan po 

prostu lubi niejasne sytuacje.

Kai zaczął coś podejrzewać i omal nie odgadł prawdy. Jeśli ktoś decyduje się na szarżę, 

zawsze może spaść z konia.

- Uważa pani, że przy równych szansach byłoby bardziej interesująco? - Głos Kaia ożywił 

się.

- Tak.

Odetchnęła. Wydawało jej się, że niebezpieczeństwo minęło.

- I zależy pani na tym? - Kai nie patrzył teraz na nią.

Amerykanka milczała, trochę się przestraszyła.

Kai wstał i przyniósł plik kartek. Podał go jej.

- To są szkice konstrukcji, o którą pani pytała.

Oszołomiona patrzyła na papiery, kręciło jej się w głowie, nie przypuszczała, że sprawy 

przybiorą taki obrót, wstydziła się bardziej niż przedtem. Już myślała, że jej uczucie przybladło. 

Teraz dosięgło ją ze zdwojoną siłą, czuła się całkiem bezbronna.

- Pan mi to daje... - odezwała się z trudem.

- To są kopie, już ich nie potrzebuję.

- Ale po co mi one...

- Dzięki temu - Kai uśmiechnął się ironicznie - wyścig dostarczy nam więcej emocji.

background image

Maud   Philby   była   półprzytomna,   niezdolna   do   logicznego   myślenia.   Odczuwała 

przemożną   chęć   wyjaśnień,   przywrócenia   jakiegoś   ładu.   Było   jej   obojętne,   co   się   stanie. 

Chwyciła szkice i je podarła.

- Nie, to nieprawda, ja nie chcę czegoś takiego. Tym razem prawda dotarła do Kaia. 

Reakcja miss Philby dostarczyła jego rozumowaniu brakującego ogniwa.

Ale teraz na nowo czuł lęk przed tym, co jeszcze kilka minut temu uważał za godne 

pożądania. Sytuacja zanadto się zmieniła,  pojawiły się zbyt  wielkie  namiętności i dalsza ich 

znajomość   musiałaby   się   wiązać   z   całym   tragicznym   bagażem   nieporozumień,   wyjaśnień   i 

przeprosin, czego wolał uniknąć. Poza tym nie chciał, by Amerykanka go kochała: uważał, że ich 

związek może  być  trochę prymitywny i monotonny.  Jak na nowicjuszkę Maud Philby miała 

bowiem za dużo doświadczenia.

Odłożył na później smakowanie owoców, które właśnie dojrzały. Dodał do nich jeszcze 

coś. Zmiął podarte papiery, wyrzucił je i powiedział:

- Szkoda tego pomysłu, ale w praktyce nic z niego nie wynika. Wypróbowaliśmy go i się 

nie udało. Rysunki są nawet interesujące, ale zupełnie bez wartości.

Maud Philby osłupiała.

- Naprawdę nie wprowadził pan tego ulepszenia?

- Próbowaliśmy. Niestety, pomysł okazał się chybiony.

- Wobec tego plany są...

- ...bez znaczenia.

Kai roześmiał się serdecznie, jakby udał mu się najprzedniejszy żart, choć ani on, ani miss 

Philby, każde na swój sposób, nie traktowali poważnie tego, co powiedział.

Amerykanka patrzyła na Kaia, z trudem powstrzymując wybuch. Bez wątpienia miała 

czarny dzień.

Kai szybko przeszedł do porządku nad rozterkami Amerykanki, dając tym  samym  do 

zrozumienia,  że na  podobne zmartwienia  szkoda czasu. Rozmowa  zamieniła  się w  cudowną 

idyllę, a miss Philby całkowicie odzyskała rezon.

Po pewnym czasie Kai zaproponował kawę na tarasie kasyna. Wiedział, że zastaną tam 

Lievena.

Wyszli razem, Maud Philby wciąż jeszcze trochę zdenerwowana, choć zbierała już myśli i 

liczyła, że zdoła je jakoś uporządkować. Nie dano jej czasu, gdyż Lieven z ogromnym przejęciem 

background image

opowiadał   właśnie   zabawną   anegdotę   z   życia   cokolwiek   podejrzanej   hrabiny   C,   której   mąż 

sprowadzał   jej   do   domu   kochanków,   aż   w   końcu   jeden  z   nich   uznał,   że   niegodnie   nadużył 

przyjaźni  hrabiego,  ze wstydem  stanął przed nim i wszystko  mu  opowiedział.  I choć hrabia 

przedstawił mu iście tagorejską listę rozkoszy, ten nie popuścił dopóty, dopóki hrabia nie przyjął 

wyzwania.   Był   to   najpocieszniejszy   pojedynek,   jaki   kiedykolwiek   widziano.   W   swym 

zapamiętaniu skruszony donżuan nie pomyślał, jak tu oszczędzić hrabiego, i przestrzelił mu udo. 

Zrobił się niezgorszy zamęt, wszyscy uwierzyli, że to poważne, nawet niezmiernie poważne, że 

broniący   się   gotów   był   walczyć   do   ostatka.   Swoją   inicjatywą   hrabia   zaskoczył   otoczenie, 

przypuszczano, że się zmienił, każdy następny zalotnik starał się unikać jego towarzystwa, aż w 

końcu o całej awanturze zapomniano.

Tymczasem Maud Philby znów była sobą. Po półgodzinie Kai pożegnał się i ustąpił pola 

Lievenowi. Ten nie miał pojęcia, że może teraz zebrać coś, czego bynajmniej nie posiał.

background image

XIII

Kai   jeszcze   na  chwilę   wstąpił  do  Hollsteina.   Omówili  pokrótce  przebieg  treningów   i 

ustalili, kiedy powinni się spotkać na Sycylii.

- Hollstein, niech pan uważa na hamulce. Z hamulcami jak nasze musimy wygrać wyścig 

górski.

Kiedy to załatwił, wrócił do hotelu, by się spakować. Na placu przed kasynem czekały 

rozliczne limuzyny obładowane walizami. Bagaże piętrzyły się na dachu hotelowego autobusu. 

Sezon dobiegał końca.

Kai zawiózł kufer na jacht Lilian Dunquerke. Pozostałe walizy oraz wóz Hollstein miał 

dostarczyć do Genui i zostawić w strzeżonym miejscu.

Nadszedł   czas   pożegnania   z   widokiem   na   morze,   oknem   i   balkonem   w   pokoju 

hotelowym.   Kai   zżył   się   z   otoczeniem,   czuł   się   w   nim   bezpiecznie.   Morze   było   spokojne, 

powietrze łagodne i miękkie, cisza przypominała harmonijny akord poprzedzający melodię, która 

niebawem rozwinie się i wypełni przestrzeń.

A jeśli zaraz zabije dzwon? - mogłaby przecież nadciągnąć burza pędząca przed sobą 

kolorowe ptaki od brzegu po horyzont, ku nawałnicy i zagładzie.

Zastygłe godziny poprzedzające spełnienie, w których ani się na nic nie czeka, ani do 

niczego nie dąży - rzadkie chwile, kiedy wiatr i chmury mogą oznaczać przeznaczenie, a serce 

staje się kompasem pozbawionym na moment swej mocy, poddanym działaniu bieguna, którego 

położenie samo ustaliło.

Złote godziny bezbronności, powrotu w dzieciństwo, ufności i zawieszenia. Świecie ty 

mój, czyń ze mną, co tylko zechcesz - niech zadmie wiatr i wypełni żagle.

Niepokój rozwiał się. Żagle z wolna obracały się na południe. Sprawy dopiero co minione 

traciły blask. Słońce stało w zenicie, nie liczyło się już wczoraj ani jutro. To było trwanie - 

jednako odległe od ciszy i burz...

Przed wieczorem krajobraz nabrał kolorów. Skalne ściany okalające wschodnią zatokę 

pojaśniały,  ukazały się kamienne zręby i rozpadliny.  Ukośne promienie  słońca kładły się na 

zboczach,   zamieniając   je   w   barwne   bryły   i  płaszczyzny.   Na   zachodzie   opadała   czerwonawa 

mgiełka, naprzeciwko czerniały palmy.  Słońce powoli przygasało - resztki światła gubiły się 

pośród ulic, nad powierzchnią morza.

Rozległ  się  gwizd  lokomotywy.  Sapiąc, wychynął  zza  skały pociąg,  niczym  ruchoma 

background image

bransoleta otoczył skraj zatoki. Zostawił za sobą pasmo błękitnego dymu, którego kłęby barwiły 

się perłowo.

Automobile   bezgłośnie   przemierzały   skrzyżowanie   obok   stacji   końcowej   i   pędziły   w 

stronę zakładu kąpielowego. Wielkie autobusy uginające się miękko na grubych oponach, pękate 

i szybkie niczym chrabąszcze, kluczyły w wąskich zaułkach. Z Cafe de Paris dolatywały dźwięki 

muzyki.

Kai zszedł do hallu i wydał kilka poleceń portierowi. Murzynowi w bramie wcisnął garść 

drobnych, które zostały mu jeszcze w kieszeni.

Na   plac   cały  czas   podjeżdżały  samochody.   Ubrani   na   biało   chłopcy   z  Cafe   de   Paris 

wskakiwali   na   stopnie   i   kierowali   pojazdy   na   wolne   miejsca   postojowe.   Kilka   kabrioletów 

parkowało   tuż   obok   stolików;   ich   właściciele   gawędzili   z   gośćmi.   Policjanci   niezawisłego 

państewka, odziani w białe, szamerowane złotem mundury i ozdobne hełmy  tropikalne,  stali 

pośród tego zamieszania dostojni jak królowie. Między nimi uwijali się kucharze w wysokich 

czapach.

Ponad ulicą opadającą stromo w kierunku Mirabeau odcinał się wąskim pasem przyczółek 

leżącego wysoko Corniche.

Kai   skręcił   na   Boulevard   de   Monte   Carlo   i   z   wolna   szedł   w   dół   po   schodach. 

Rozkoszował się chwilą, jego umysł przenikała idealna harmonia, cieszył się tym, co nadchodzi, 

chciał   zatrzymać   czas   wypełniony   błogim,   mądrym   spokojem,   marzeniami,   szczęściem.   Był 

świadom, że znalazł się u wrót szczęścia; chciał smakować każdą minutę tak długo, jak to tylko 

możliwe.

Stał na szerokim deptaku obok przystani. Patrzył na Monako, niespokojne miasto, którego 

zabudowania pięły się po skale niczym wybujała roślina. Wybiegający w morze akwedukt z Tir - 

aux   -   Pigeons   kształtem   filarów   przypominał   swych   rzymskich   poprzedników.   W   sklepach 

jubilerskich przy Boulevard de la Condamine paliły się już światła. Godzina pomiędzy dniem i 

zmierzchem przynależy jeszcze do światła, zdaje się jednak poddawać mistyce wieczoru; dlatego 

Włoszki z nizin Lombardii zwykły się o niej pozdrawiać, mówiąc: felicissima notte.

Jacht czekał, jego dziób obmywały przezroczyste  fale. Kadłub lekko drżał, z wnętrza 

dobiegał cichy szum: maszyny były pod parą.

Frute jednym susem wskoczyła na pokład. Kai wszedł za nią. Po kilku minutach jacht 

odbił od brzegu i wyszedł w morze.

background image

Kai był  sam na pokładzie. Nikt mu nie przeszkadzał. Niewidoczny dla cudzych  oczu 

siedział przy relingu i patrzył, jak pieni się woda za rufą. Wieczorne słońce barwiło kilwater na 

czerwono.   Kobaltowoniebieskie   i   zielone   bryzgi   wznosiły   się   jasną   ścianą,   po   czym 

rozpryskiwały nad pofalowaną powierzchnią wody. Nadciągnął wiatr.

Frute uniosła łeb. Zbliżała się Lilian Dunquerke. Kai podszedł do niej. Długo stali obok 

siebie, patrząc na znikające w oddali wybrzeże. Oboje wiedzieli, że wraz z lądem zostawiają za 

sobą świat i jego problemy.

Na tyle pogardzali utartymi normami, że je wykorzystywali; zawsze mogły posłużyć do 

obrony i zdystansowania się wobec spraw drugorzędnych. Ale teraz od norm odstąpili, każde 

bowiem znalazło w drugim partnera o tym samym formacie osobowości.

Mogli  sobie  pozwolić  na  udźwignięcie  przygody,   która  przeskakując  rozliczne   stacje, 

pojawiła się niczym  dar i zapewne tak samo znienacka miała przeminąć; byli dość silni, by 

niczego na powrót nie przywoływać ani nie zatrzymywać.

Dlatego nie tracili czasu na jakiekolwiek próby pogłębiania zadzierzgniętych więzi, po 

prostu dali się całkowicie ponieść fali; wiedzieli, że przygoda potrwa tyle co tchnienie, że będzie 

jak przelotny uśmiech lub uścisk dłoni...

Nie mogliby zostać z sobą dłużej, zbyt duże było między nimi pokrewieństwo ducha.

Oboje musieli odrzucić pokusę wielu miałkich okazji, by sięgnąć dalej, ku pełni przeżyć. 

Zwątpienie,   które   kazało   im   odwrócić   się   od   powierzchownych   uczuć,   obecnie   pomagało 

zrozumieć całą niezwykłość sytuacji, w naiwnych oczach mogącej wyglądać jak ucieleśnienie 

romantycznego ideału.

Byli jak Adam i Ewa. Arka unosiła ich poprzez wody, które zatopiły ziemię; mijały ranki, 

popołudnia, wieczory i noce, a na zaczarowanym okręcie czas stał w miejscu, chociaż złociste, 

nabrzmiałe godziny wciąż biegły naprzód.

Nie dążyli do niczego więcej ponad to, co przeżywali. Umieli odnaleźć właściwy wymiar 

szczęścia,   mniej   liczyła   się   intensywność   przeżyć,   bardziej   ich   trwanie.   Można   przeżywać 

wspólnie   coś   wielkiego   lub   małego;   oboje  dla   swych   przeżyć   mieli   dużo   spokojnego,   choć 

bynajmniej  nie mistycznego  poszanowania, nie uciekali  się do eksperymentów  i dzięki temu 

przeżycia w nich trwały.

Niepotrzebny był żaden patos ani wielkie słowa. Byłyby skazą kładącą się cieniem na 

trwaniu. Wystarczyło zająć się po prostu i zwyczajnie tym, co codzienne. Powab świata polega 

background image

na   migotaniu   dni   i   godzin,   przemykaniu   zdarzeń   i   nie   wolno   zapominać,   że   należy   z   nimi 

harmonijnie współbrzmieć.

Ale dzięki temu w każdej chwili przeżywa się zachwyt. A ponieważ stale poruszamy się 

w górnych rejonach, przestajemy ocierać się o sprawy szare i płaskie. O ileż więcej barw staje się 

naszym udziałem.

Lilian Dunquerke i Kai świetnie wiedzieli, że miłość nie jest doskonała; przekonanie to 

nie burzyło im spokoju i pogody ducha. Nie próbowali we wszystkim się zgadzać, za to bardzo 

się starali, by każde mogło pozostać sobą.

Z wygodnych leżaków rozstawionych obok relingu przyglądali się rybakom o spalonych 

na brąz plecach, którzy korzystali właśnie z przypływu.

Kiedy   jacht   nieruchomiał   na   kotwicy,   Kai   i   jego   towarzyszka   dobywali   wędek   bądź 

wyglądali w przezroczystej wodzie żółwi i ośmiornic. Drobne fale rozbijały się z chlupotem o 

dziób statku. W pełnym słońcu, jedynie w koszulach i luźnych spodniach, siedzieli na pokładzie; 

zakładali  się,  kto  pierwszy  coś   złowi.  Nieraz  między  korkowe pływaki  wpadała   ławica  ryb, 

innym razem zdawało się, że coś szarpie wędką.

Wiele radości przysparzało im śledzenie tańczących na fali plam słońca. Wystarczyło się 

pochylić nad dziobem jachtu, by się przekonać, że niżej jest głębia, która otwiera się niczym 

niema otchłań.

Z   czasem   mieli   dosyć   wrażeń,   spoza   których   wyzierała   nieco   podejrzana   filozofia 

symboli. Wtedy kładli się płasko na plecach i oglądali już tylko błękit, w którego bezkresie 

można było pogrążyć się bez reszty.

W takiej chwili do świadomości obojga przenikały doznania o niezwykłej sile. Czy leżące 

obok ciało nie jest prawdziwym cudem? Jego istnienie dawało się chłonąć bez udziału zmysłów, 

a przez to wrażenie stawało się tym pełniejsze; patrząc w niebo, czuło się wzajemne zespolenie z 

zachowaniem   wszelkich   indywidualnych   rysów   i   zupełnego   bezruchu;   to   doznanie   ożywiał 

wszechobecny   prąd,   którego   oddziaływanie   docierało   do   świadomości   dopiero   wtedy,   gdy 

udawało   się   w   nim   powoli   zatracić,   a   potem   odeń   odciąć   i   skierować   własne,   jednostkowe 

istnienie ku temu, co ogólne, a także wówczas, kiedy kwestie ogólne traciły blask i otwierały 

drogę szczególnemu i bardzo intensywnemu przeżywaniu, w którym dusza zdaje się całkowicie 

wnikać w skórę i które bywa najcenniejszym instrumentem wysublimowanego uczucia.

Wszystko   to   jednak   rozwiewało   się   jak   dym   w   obliczu   pasztetu   z   małych   raczków, 

background image

przyrządzanego przez kucharza doprawdy genialnie.

Na   jachcie   były   radioodbiorniki   i   nieraz   udawało   się   wychwycić   w   eterze   koncert   z 

Londynu   lub   Paryża.   Bardzo   często   audycję   zakłócały   niezrozumiałe   sygnały   radiostacji 

okrętowych; nic bowiem nie może konkurować z gadulstwem statku, który wyszedł w morze - 

wszyscy muszą wiedzieć, że zdąża właśnie do Pernambuco bądź Kolombo.

I tak, leniwie i bez starć, mijały dni. Ani jedno, ani drugie nigdy słowem nie wspominało 

o wcześniejszych wydarzeniach. Odsunęli je od siebie, nie zastanawiając się nawet dlaczego.

Pozwalali sobie na luksus samotności. Kai lubił się zaszyć z lekturą w kącie obok łodzi. 

Czasami   oboje   zachowywali   się   jak   dzieci,   w   czym   nie   było   odrobiny   pozy   ani   przymusu. 

Podobnie jak w innych sytuacjach, i tutaj ulegali najbardziej naturalnym impulsom.

O uczuciach się nie mówiło. Dlatego też ani trochę nie byli sobą zmęczeni...

Pod wydętymi żaglami Kai i Lilian Dunquerke uprawiali szermierkę, krzyżując oręż o 

wąskiej, zagiętej klindze. Zachodzące słońce barwiło na brązowo ich twarze i ramiona.

Przywierali   do   siebie,   z   kocią   zręcznością   odskakiwali,   wsunięte   w   rękojeść   dłonie 

miotały błyskawice. Stal uderzała o stal, we wszystkie strony strzelały iskrzące się zygzaki i 

zdawało   się,  że  można  z  floretem   w   ręku  ruszyć   w   afrykański  busz  i  pochwycić  na  sztych 

skaczącego w górę lamparta.

Kai odrzucił floret.

- Czas kończyć, bo zaczniemy walczyć na serio. - Te florety wręcz prowokują, by przebić 

komuś gardło; byłoby to teraz bardzo proste, o wiele trudniej wrzucić je po prostu do wody.

Nocą wiał wiatr z południa. Na niebie wzeszedł ogromny księżyc, niemal jak w tropikach. 

Statek jaśniał w niematerialnej poświacie. Nie dało się spać.

Kai i jego towarzyszka krążyli po pokładzie. Natknęli się na florety. Kai podniósł je i 

wygiął.

- Księżyc się z nimi rozprawi.

Rzucił obie klingi wysoko w górę; ze świstem przecięły powietrze, wpadły do wody i 

zatonęły.

- W księżycową noc nie wolno mieć żadnej broni.

Z podciągniętymi kolanami przysiedli na dziobie. Twarz Lilian Dunquerke odbijała blade 

światło.   Morze   wyglądało   jak   ołów,  w   którym   jacht   żłobił   srebrzystą   bruzdę.   Fosforyzujące 

srebro mamiło wzrok. Cicho nadleciał wiatr i teraz jęczał w ożaglowaniu. Księżyc był zabójczy, 

background image

wystawianie się nań bez ochrony mogło się okazać niebezpieczne. Wiadomo, że jasna poświata 

zagraża życiu. Za jej sprawą młode zwierzęta zamieniają się w nocne zjawy o zielonych oczach. 

Jeśli ktoś w afrykańskiej zagrodzie zje podczas pełni kurze mięso, to poprzez żołądek zyskuje 

zdolność   widzenia   rzeczy   odległych.   Osobliwością   bywa   również   drzewo   z   Walhalli,   które 

rozrasta się i nagle rozpada na strzępy.

Kai opowiadał o przesądach ludzi z dalekich krajów. Wedle nich niektóre czary zadają 

śmierć,   są   też   amulety,   które   od   niej   chronią.   Sam   doświadczył   złych   mocy   kamienia 

księżycowego i opali - odczyniła je jawajska dziewczyna za pomocą ametystów; zdarzyło się to 

w jakiejś wsi, Kaiowi brakowało wtedy chininy. Dziewczyna potem poszła za nim, a po jakimś 

czasie go opuściła. Lilian Dunquerke nie musiała pytać: wiedziała, że dziewczyna umarła...

Naraz Kai gwałtownie wykrzyknął:

- Życie dzień po dniu może okropnie zmęczyć!

- Tylko teraz...

- Ani na chwilę nie można przestać żyć, tak samo jak czasem nie da się zejść na ląd ze 

statku cumującego przy nabrzeżu. Życie jest jak jazda bez przystanków.

- Tak się tylko zdaje.

- Wciąż się żyje i żyje, toż to prawdziwe utrapienie. A gdyby tak dać spokój, zniknąć na 

jakiś czas i potem znów powrócić do życia?

- A czy nie wracamy?

- Tak nie dojdziemy do niczego - rzekł Kai i roześmiał się. - Księżyc działa pobudzająco. 

Szkoda, że nie da się zburzyć porządku lat i miesięcy wypełniających czarę życia - wybrać jakiś 

dzień z czterdziestego piątego roku, innym razem z osiemnastego i dowolnie je układać. O ileż 

byłoby to barwniejsze; teraz co dzień jesteśmy tacy sami i czegoś brakuje.

Lilian Dunquerke milczała.

- Jak pięknie wygląda pani w tym świetle - ciągnął Kai - uwodzicielskim i dekadenckim, 

w  dodatku  tak  bezsilnym.   Patrzę  na  pani  oczy,   usta,  ramiona,  wracam  myślami  do  naszych 

zmagań szermierczych, czuję jeszcze pani ruchy... Rozumie pani, że to za mało, że chciałbym 

dodać do tego wszystko, co było wczoraj i dziś, zwłaszcza  kiedy podświadomie czuję, z całą 

mocą,   jak   dalece   niemożliwe   jest   związanie   się   z   drugim   człowiekiem   bez   reszty,   tak   jak 

naprawdę bym pragnął. Mamy odrobinę za wiele zdrowego rozsądku, a przy tym zbyt gorącą 

krew. Byłoby prościej, gdybyśmy mieli tylko jedną z tych dwóch rzeczy.

background image

Patrząc w pani oczy, widzę, że myśli pani teraz wyłącznie o mnie. Wiem jednak, że choć 

to prawda, później już nigdy tak nie będzie. Nie układam zgrabnych zdań, powiedzonek - to 

światło   wszystko   odmienia.   Czuję   się   szczęśliwy,   że   jestem   tutaj   i   mogę   podążać   za   pani 

myślami;   wierzę,   że   gdyby   udało   się   pochwycić   stygnące   tchnienie   czasu,   byłoby   można 

dosięgnąć wieczności...

Idźmy dalej: jest mi pani całkowicie oddana, ale jednocześnie przypomina pani pasmo 

tęczy wyrastające z mgieł, potem coraz wyraźniejsze, przybierające swą właściwą postać, które 

dalej   znów   się   rozmywa   w   mgliste   smugi.   Chciałbym   do   siebie   przyciągnąć   również   te 

umykające końce, przytrzymać rękami jak łuk, napiąć, nałożyć strzałę, wypuścić ją i trafić w to, 

co już poza nami. Za jednym zamachem wypełnić ten krąg sobą, ujrzeć tysiąc swoich wcieleń w 

nowej, innej przestrzeni! Odrzucam następstwo zdarzeń - niech współistnieją!

Przeżywamy osobliwe godziny. Poza nami nie ma niczego, każda moja myśl dąży ku 

pani,   pani   całą   sobą   roztapia   się   we   mnie;   taki   układ   zapewnia   szczęście,   jest   dla   niego 

najkorzystniejszy. A mimo to pojawiają się pragnienia. Ale czy ta godzina spełnionego szczęścia, 

godzina   roztropności   serca,   powstrzymywanych   dłoni,   skupienia   duszy   -   istne   dzieło   sztuki, 

najczystszy produkt wysublimowanego jestestwa (trzeba było starań całego życia, by wyjść na jej 

spotkanie) - nie nastraja pani melancholią?

Lilian Dunquerke podniosła dłonie do oczu i splotła palce. Patrzyła przez nie na Kaia.

- Jeśli zechcemy, czas umrze... - odezwała się po chwili.

- Można i tak. Światło księżyca jest jak podmuch rozniecający uczucia. Nie mogę się 

oprzeć wrażeniu, że przed chwilą byłem bardzo niemądry.

- Przeciwnie, bardzo się pan starał. Proszę spojrzeć przez moje palce. Morze przypomina 

wtedy stado słoni, ich grzbiety są szare. Nie da się zaprzeczyć, że tak wygląda bycie z sobą...

Rozległo się powolne człapanie. Coś zaszurało i w bladym świetle księżyca ukazała się 

Frute. Wyglądała jak szara zjawa o długich łapach i szklistych oczach. Czar jednak zaraz prysł, 

zjawa promieniowała ciepłem i z pełnym zaufaniem wsunęła łeb pod ramię Kaia.

Zapadła cisza. Słychać było tylko ciężki oddech psa. Drobne fale obmywały dziób jachtu, 

który w ciszy, to unosząc się, to zanurzając, podążał przed siebie; wraz z nim przemieszczał się 

horyzont, jakby był krynoliną narzuconą na statek.

Zawiązał się intymny krąg z trzema istotami pośrodku, trojgiem bijących  serc, wokół 

których królowała noc. Każda z nich skuliła się w sobie, łączyła je wspólnota istot żywych. 

background image

Czuło się tchnienie wszechświata rozciągającego się poza horyzontem, oddech niepojętego, jego 

trwanie   i   nieskończoność;   z   całym   jednak   spokojem   zakreślano   dlań   granice,   wyznaczano 

początek i koniec, pomiędzy którymi znajduje się miejsce dla życia.

Nie poddali się jednak temu doznaniu bez reszty. Lilian Dunquerke zażądała koktajlu z 

koziej śmietanki, zadarskiego maraskino, wermutu i kilku kropel angostury,  którą Kai zdołał 

gdzieś wyszperać. Dla siebie, co już zakrawało na cud, przyniósł karafkę koniaku, a dla Frute 

grube jak ramię salami, które udało mu się ściągnąć kucharzowi.

I tak zwycięsko dotrwali świtu.

Mijał   dzień   za   dniem   i   nikt   nie   pilnował   kalendarza.   Czas   się   zatrzymał,   na   statku 

panował osobliwy nastrój zawieszenia, który ogarniał całą przestrzeń ograniczoną horyzontem.

W końcu jednak nadszedł dzień, w którym znów pojawiły się zegarki, czas, terminy. Jacht 

zbliżał się do Neapolu i Palermo.

W ciągu ostatnich nocy przechodziły burze. Ruchome przedmioty w ciemnych kajutach 

przetaczały się z miejsca na miejsce z łoskotem przypominającym huk wystrzałów. Nad morzem 

wiatr cichł, morze jednak było wzburzone i musiało upłynąć trochę czasu, nim fale opadły.

Pod wieczór część horyzontu zaczęła się zamieniać w zatokę. Już w południe z tamtej 

strony widać było pionowy słup dymu.

Kai uśmiechnął się do Lilian Dunquerke.

- Szkoda czasu na sentymenty:  doskonale wiemy,  że było to przeżycie  jednorazowe i 

niepowtarzalne. Cieszmy się ostatnimi godzinami, ich melancholią i smutkiem - one także są 

odcieniami szczęścia. Czymże byłoby szczęście bez pożegnań?

Wybrzeże rosło w oczach. Najpierw wyglądało jak cienki łańcuszek, potem z obu stron 

zatoki brzegi nabierały kształtów, spoza błękitnej mgły wyłaniały się wyraźne zarysy stałego 

lądu. Po zboczu góry tarasami aż na sam szczyt pięło się miasto: Neapol.

Jacht   zawrócił   i  wyszedł  w  morze.   Niewiele   później  przed   dziobem   wyrosło  okazałe 

wybrzeże   Sycylii.   To   był   już   inny   świat:   po   trosze   tropikalny,   przypominający   Afrykę.   Na 

jachcie opuszczano żagle, prędkość zmalała.

Tylko kilka słów. Uniesiona dłoń i głos Lilian Dunquerke:

- Na pewno przyjadę na wyścigi.

Niewielka łódka odbiła od burty i niebawem ląd stały, ludzie i palmy odgrodziły Kaia od 

jachtu.

background image

XIV

W Palermo Kai zatrzymał się zaledwie na kilka godzin. Wynajął samochód i kazał się 

zawieźć do Termini. Szofer przejechał trzydzieści siedem kilometrów w dwadzieścia pięć minut.

Obok dużej przewiewnej hali stał grubo okryty kurzem wóz wyścigowy. Kai przyjrzał mu 

się   uważnie:   tego   typu   wozem   jeździł   Murphy.   Poprosił   szofera,   by   się   zatrzymał;   od   razu 

rozpoznał   Amerykanina,   który   także   go   zauważył,   choć   równocześnie   do   kogoś   machał. 

Pokazało się dwóch mechaników, którzy przepchnęli auto do hali.

Murphy podszedł do Kaia. Wymienili kilka niezobowiązujących słów. Zawziętość rywala 

niemile dotknęła Kaia. Murphy okazał się nadzwyczaj skryty i jedynie półgębkiem odpowiadał 

na pytania.

Kai   podjechał   dalej   i   ujrzał   Hollsteina,   który   biegł   z   naprzeciwka,   trzymając   w   ręce 

świece zapłonowe. Zastanawiał się, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz widział Hollsteina. Choć 

wydawało się, że mógłby to być nawet rok, w rzeczywistości od poprzedniego spotkania upłynął 

niecały miesiąc. Ale teraz, kiedy stanął z Hollsteinem twarzą w twarz, czuł, że ten czas się w 

ogóle nie liczy, że znów w obecności młodego człowieka odżywa cała przeszłość. Przygodę z 

Lilian Dunquerke postrzegał jak samotną wyspę pośród ogromu morza; z wyspą tą nie łączyła go 

już żadna nić. Poweselał i zapytał Hollsteina:

- Co z tymi świecami?

-   Od   kilku   dni   wciąż   je   wymieniamy.   Ostatnio   udało   nam   się   trafić   na   świece   o 

zwiększonej   trwałości,   doskonale   wytrzymujące   najwyższe   obroty.   Ale   może   przejrzy   pan 

pocztę?

Przyniósł plik listów i gazet.

Kai przerzucał je pośpiesznie. Hollstein tymczasem opowiadał, że dostał list od Barbary.

Barbara...

Wśród swych przesyłek Kai także znalazł listy od Barbary. Mimo to słowa Hollsteina 

sprawiły mu ból.

Dziwił się sobie, temu, jak osobliwie zachowuje się czasem serce. Dopiero rozstał się z 

kobietą, przy której zapomniał o innej; teraz myśli o drugiej, zupełnie wykreślając z pamięci tę, z 

którą spędził bez mała miesiąc. Przy czym żadna z nich nie opuściła jego jaźni. Pokrętne drogi 

miłości umykają racjonalnym uzasadnieniom, pod tym względem miłość nie daje się porównać z 

niczym.

background image

Przede   wszystkim   jest   w   niej   coś   z   aforyzmu,   i   to   o   wiele   więcej,   niżby   się   mogło 

wydawać. Nie można zbyt długo uprawiać jej bezkarnie. Jeśli ma trwać dłużej, konieczne są 

interludia.   Kai   odkrył,   że   terminy   wyścigów   w   jakimś   metafizycznym   rytmie   współgrają   z 

zawirowaniami jego psychiki. Tak jak ostatni wyścig, pojawiają się zawsze we właściwej porze.

Wzrok Kaia objął masyw górski, Kai przyglądał się drogom, potem niebu.

- Dużo pan jeździł, Hollstein?

- Niemal codziennie.

- Także w deszczu?

- W ogóle nie padało. Zmieniliśmy parę drobiazgów w hamulcach, myślę, że nawet na 

mokrej nawierzchni poradzą sobie z rozpędzonym autem.

- Lieven już przyjechał?

- Tak, nawet już tutaj przychodził.

Ale nie za często.

- Nie, raczej rzadko.

- A mechanicy?

- Wszyscy już są.

- Wystartujemy na trzech maszynach. Ile zgłosił Murphy?

- Cztery.

- Cztery?

- Murphy jest bardzo przewidujący.

- Już to zauważyłem. Wręcz nieprzyzwoicie ostrożny.

- Dopiero od niedawna. Przedtem okazywał duże zaufanie. Przychodził co dzień i udzielał 

mi   wielu   istotnych   informacji.   Zupełnie   nie   rozumiałem,   o   co   mu   chodzi.   W   końcu   się 

połapałem, że okrężną drogą próbuje się dowiedzieć, co udoskonaliliśmy w gaźniku. Kiedy z całą 

powagą wyjaśniłem mu, że się myli, że nam się, niestety, nie powiodło, przestał mnie nachodzić. 

Teraz, jak sądzę, pluje sobie w brodę, że przekazał mi tyle wskazówek, a okazało się to chybioną 

inwestycją. Trudno inaczej wytłumaczyć jego postępowanie.

Kai doskonale wiedział o innych powodach poczynań Murphy’ego.

- Czy Maud Philby też jest na Sycylii? - zapytał.

- Tak, mieszka w Palermo.

- Przyjeżdżała już tutaj?

background image

- Była raz z Lievenem.

Kai stukał palcami o maskę samochodu. Sprawiało mu to przyjemność; do rytmicznie 

postukującej jednej ręki dołączył drugą, którą naśladował uderzenia w bęben. Po chwili przerwał.

- Hollstein, tym razem musimy zwyciężyć.

- Zgadzam się. Myślę, że na pewno się uda.

- Jutro rozpoczynamy forsowny trening.

- Możemy zacząć już dzisiaj.

Lepiej jutro. Dziś uporządkuję swoje sprawy i spróbuję obudzić w sobie wolę walki.

W Palermo Kaiowi udało się bez kłopotu odnaleźć znajomych. Po przyjeździe niemal od 

razu zadzwonił do Lievena, który koniecznie chciał się z nim zaraz widzieć. Trochę zdziwiony 

Kai poprosił o przełożenie spotkania na wieczór, tym bardziej że Lieven nie wymienił żadnego 

konkretnego powodu. Kai był jednak ciekaw, o co chodzi, a jednocześnie przewidywał zabawne 

komplikacje wiążące się z Maud Philby.

By osiągnąć należyty efekt, zszedł do restauracji, a kiedy Lieven się pojawił, zaprosił go 

do swojego stolika i zaproponował mu wspólny posiłek. Lieven się żachnął, po czym - z nieco 

nadętą miną - odmówił.

- Przecież chciałem z panem pomówić.

- Właśnie po to tu jesteśmy. Jednak jedzenie w samotności działa na mnie deprymująco. 

Te drobne przystawki są jedyne w swoim rodzaju. Tylko nad samym morzem można je dostać.

Lieven się ociągał. W końcu zrozumiał, że dalsze wzbranianie się niczego nie zmieni i 

może nawet lepiej poczekać razem, a w tym czasie czymś się zająć. Zwłaszcza że mieli o czym 

rozmawiać.

Kai zaczął:

- Zdaje się, że Hollstein już się na dobre rozjeździł...

- O, tak...

- I dużo czasu spędza na torze?

- Tak.

- Lieven, dlaczego pan taki małomówny?

- Różne myśli chodzą mi po głowie.

- Tego się nie da ukryć. Zje pan ciastko francuskie?

- Chętnie.

background image

- Delikatne, nieprawdaż?

- Bardzo delikatne.

- Kawę może wypilibyśmy na zewnątrz?

- Rzeczywiście, będzie przyjemniej.

Świetnie!   Poszukajmy   jakiegoś   ustronnego   kąta.   Kącika   do   spokojnej   pogawędki. 

Dobrze?

Lieven roześmiał się.

- Kai, stara się pan być nadzwyczaj miły. I bynajmniej nie jest pan ciekaw, z czym się do 

pana wybierałem. To cygara zawijane w zielony liść. Proszę się poczęstować.

Pili kawę. Lieven nie milkł teraz ani na chwilę. O ile przedtem opowiadał pośpiesznie 

byle co, o tyle przy kawie prawie całkiem się rozluźnił i myślał, jak pokierować rozmową, by 

nadać jej możliwie beztroski charakter.

Kai przerwał mu:

- Podobno Maud Philby także jest w Palermo.

- Tak.

- Od dawna?

- Od kilku dni. - Lieven  wydmuchiwał  kółka dymu  i śledził  je wzrokiem.  Po chwili 

ciepłym głosem dodał: - Przyjechaliśmy razem.

-   Ach   tak   -   odezwał   się   Kai,   patrząc   również   gdzieś   daleko   przed   siebie,   pozornie 

nieobecny myślami, w głębi ducha jednak szczerze ubawiony.

Lieven milczał. Chciał się przekonać, jak Kai zareaguje na ostatnie słowa. Z pewnością 

doń dotarło, że pomiędzy Lievenem a Maud Philby coś się zmieniło. Z tego powodu miał nawet 

trochę nieczyste sumienie, ponieważ do końca nie wiedział, co właściwie zaszło między nią a 

Kaiem.   Podejrzewał   więcej   niż   w   istocie   było,   w   czym   zresztą   utwierdzały   go   aluzje 

Amerykanki.

Choć wiedział, że obojętne „tak” niczego nie załatwia, miał na tyle doświadczenia, by w 

związkach z kobietami zakładać każdą możliwość, każdy bieg wydarzeń. W dodatku, mając do 

czynienia z Kaiem, liczył się z wszelkimi dziwactwami, a nieobecność Kaia przez ostatnich kilka 

tygodni też dawała do myślenia.

- Cudowna kobieta...

Kai obracał w palcach cygaro.

background image

- I znakomite cygaro. Tak świeże, jakby dopiero co skręcono liść.

- Bo też zostało zwinięte przed kilkoma dniami. Dostałem je poleconą pocztą.

- Niesamowite. Będziemy je palić razem.

- Ależ oczywiście.  - Lieven nastawił uszu. Zdawało mu się, że słyszy coś  pomiędzy 

wierszami.

- Te cygara są jak najprawdziwsza fajka pokoju - ciągnął Kai. - Zmuszają do zawarcia 

porozumienia bez konieczności wybaczania czegokolwiek. Szczególnie pierwsza połowa. Przy 

całym szacunku dla jakości tytoniu, nie należy ich palić do końca. Druga połowa jest już trochę 

za ciężka. Nie sądzi pan, że można ją sobie darować?

- Na wszelki wypadek?

- Są wyjątkowe. Rozumie się, że na wszelki wypadek. Bardzo to miłe z pańskiej strony, 

Lieven, że przyjmuje pan na siebie zobowiązania, których nikt nie wymaga. Kiedy mieliśmy obaj 

zdecydowanie mniej lat, ulegając nieobliczalnemu impulsowi... a byliśmy w iście romantycznym 

nastroju... obiecaliśmy sobie, że nasza przyjaźń nigdy nie ucierpi z powodu kobiety. Myślę, że to 

była zdrowa idea. Więc dlaczego teraz mówimy przede wszystkim o tym...?

Lieven odetchnął i rzekł bez ogródek:

- A to kanalia...

Kai roześmiał się.

- Co się stało?

- Bardzo pogmatwana historia.

- Obcując z kobietami tego pokroju, zawsze wpadamy w sieć intryg.

-   Potrafię   zrozumieć,   że   spiskują,   zanim   do   czegoś   dojdzie;   ale   kiedy   sprawa   już 

przebrzmiała? Po co?

Muszę pana sprowadzić na ziemię: do niczego jeszcze nie doszło, nic się nie wydarzyło. 

Nie mógł pan o wszystkim wiedzieć. Widzę całość szerzej, a robi się coraz bardziej zabawna. 

Krótko mówiąc: Maud Philby przybyła tutaj na swój prywatny wyścig; mistrzostwa Europy będą 

bowiem w rzeczywistości wyścigiem o nią. Naturalnie zobaczymy jeszcze wymianę rozmaitych 

grzeczności, wdzięczenie się, gierki osobiste i nawet ludzkie odruchy... pozostaje jednak pewna 

niedorzeczność,   o   której   wolałbym   nie   mówić.   Ale   jak   zręcznie   została   zamaskowana   i 

opakowana, szczególnie teraz: to - niech pan wybaczy, Lieven - spore osiągnięcie. Nie wahałbym 

się nazwać tego mistrzowską zagrywką, skoro i pan został w to wplątany.

background image

Lieven   nie   wszystko   zrozumiał,   zaczął   jednak   podejrzewać,   że   jego   zwycięstwo   nad 

Maud Philby nie jest bezsporne; przeczuwał nawet, że chyba żadnego zwycięstwa nie było, że 

raczej poniósł porażkę.

Gryzło go to, by jednak przywrócić równowagę w swych poglądach na życie, pocieszał 

się wzniosłą zasadą poprzestawania na tym, co się posiada.

Gniew   wywołany   niezasłużoną   krzywdą   (przecież   mógł   osiągnąć   to   samo,   nie 

przeżywając aż takich rozterek) sprawił, że musiał się wygadać. Gdyby Philby nie rozzłościła go 

tak bardzo,  nigdy nie  przyszłoby mu  do głowy rozmawiać  w  ten sposób z Kaiem.  Aby się 

ratować, otworzył serce i wyrzucał z siebie wszystko:

- Myśli pan, że chciała nas poróżnić? Kilka dni temu opowiadała... nie, przecież to się nie 

trzyma kupy; właściwie niczego nie powiedziała. Kiedy w pewnej chwili pojawiło się między 

nami   coś   na   kształt   zaufania,   dała   mi   zręcznie   do   zrozumienia,   że   okazuje   jej   pan   spore 

zainteresowanie.   Jak   to   zrobiła,   już   nie   pamiętam.   W   każdym   razie   mówiła   z   takim 

przekonaniem, że uznałem za konieczne powiedzieć o tym panu.

- Jedyne, czego przypuszczalnie nie wzięła w swych kalkulacjach pod uwagę - rzekł Kai.

- Ale dlaczego?

Bo mijałoby się to z celem. Przecież podobnie jak Murphy’ego i mnie, również pana 

chciała zaprząc do wyścigu. Trzech cichych rywali, z czego dwóch występujących otwarcie... 

podniecająca   sprawa,   godny   podziwu   pomysł   na   wspaniałe   przeżycie   naszych   zmagań 

sportowych. Musi pan przyznać, że w sprawach związanych z flirtem stacją na pociągnięcia w 

wielkim stylu...

- A ja... - Lieven potrząsnął głową. - Że też na to nie wpadłem...

- Niech pan nie rozpacza - szydził Kai. - Wyścig dopiero się zaczyna.

Lieven   był   wstrząśnięty.   Od   początku   wszystko   dokładnie   skalkulował,   a   jego 

przewidywania spełniły się co do joty.  Jako praktyk  świetnie wiedział, że każda kobieta ma 

chwile słabości. Zaraz po wyjeździe Kaia coś takiego spotkało także Maud Philby. Niestety, była 

to tylko  chwila, a tego Lieven  nie wziął  pod uwagę. Jako przyjaciel  Kaia był  dla zranionej 

Amerykanki  smacznym   kąskiem.  A  ponieważ  wiedział,  co  się  wcześniej  zdarzyło,   wszystko 

tłumaczył na opak. Zamiast zadowolić się okazywaną mu łaskawością, wzniecał iskry i kiedy 

jego mocno wątpliwa zdobycz znowu wszczęła grę, był tak niemądry,  że spodziewał się dla 

siebie   korzyści   w   tych   posunięciach   miss   Philby,   które   zmierzały   zupełnie   gdzie   indziej. 

background image

Podejrzenie rzucone przez Maud Philby na Kaia uznał za wyraźny dowód, że Amerykanka od 

dłuższego czasu czuje doń sympatię, i tylko dlatego zdecydował się na tę śmieszną rozmowę. 

Tak bywa, kiedy porzucamy wypróbowane zasady i pozwalamy się zwabić na teren prawdziwych 

uczuć: intuicja podpowiadała Lievenowi, że będzie musiał odpłacić pięknym za nadobne. Był 

szczerze   oburzony  i   czuł,   że   wystrychnięto   go  na   dudka.   Ponieważ   sam  podobne   podchody 

zawsze uważał za jedną z najmilszych stron ziemskiej egzystencji, oburzał się tym bardziej. I 

wykonywał ruchy zgoła komiczne.

Teraz, strojąc się w piórka urażonej uczciwości, serdecznie ubawił Kaia, wyłuszczając, w 

jaki sposób zamierza wybrnąć z opresji.

Kai przerwał mu:

- Poraża mnie pański heroizm. Cóż pana tak dotknęło?

Rozwodząc się obszernie, Lieven dowodził, że nie czuje się ani odrobinę dotknięty.

- Tak właśnie to widzę - stwierdził Kai. - Przecież wcześniej nie raz postępował pan tak 

samo.

Lieven   zaniemówił.   Tu   był   pies   pogrzebany.   Postąpił   nieostrożnie   i   zupełnie   nie 

zauważył, że się zakochał. Może nie do utraty zmysłów, wystarczająco jednak, by odkrywszy to, 

do reszty stracić spokój.

Kai ciągnął:

- Ze wszystkich wyścigów, w jakich startowałem, ten będzie najbardziej niezwykły. Musi 

pan   przyznać,   że   perturbacje   psychologiczne   wydatnie   zwiększają   napięcie   towarzyszące 

zawodom.

Lieven skinął głową.

- Niestety...

- Murphy potraktował mnie dziś lodowato.

- Świetnie go rozumiem. Wycięła mu niezły numer!

- Widać się z tym godzi. Jego sytuacja jest jasna: pojedzie w wyścigu, w którym nagrodą 

ma być Maud Philby. Murphy, niestety, jest za mało dekadencki, by pojąć całe wyrafinowanie 

sytuacji;   Amerykanie   jednak   potrafią   się   zadowolić   sportowym   wymiarem   spraw   i   dla 

Murphy’ego wszystko powinno być  all right.  Postawieni wobec trudnych problemów, ludzie 

czasem postępują z godną pozazdroszczenia elastycznością. Są po prostu praktyczni.

Lieven sposępniał. Patrzył  na cygaro. Dręczyła  go jakaś myśl, zmieniały mu się rysy 

background image

twarzy i w końcu wyrzucił z siebie:

- Uważam, że po prostu postąpiła ze mną nieprzyzwoicie.

Kai   nie   mógł   dłużej   nad   sobą   zapanować   i   roześmiał   się.   Lieven   patrzył   na   niego 

osłupiały. Kai śmiał się jeszcze głośniej. Lieven był rozbrajający: jakże cudownie oddzielał to, co 

spotkało jego, od tego, co się przydarzyło innym; nie przychodziło mu nawet do głowy, że Maud 

Philby pograła z nim tak samo, jak on zawsze miał w zwyczaju. Tym razem Amerykanka go 

ubiegła. Czuł się nieswojo i zmienił temat:

- Kiedy rozpoczyna pan trening?

- Jutro.

- Murphy będzie bezlitosnym przeciwnikiem.

- Szczególnie odkąd Maud Philby zrobiła z niego desperata.

- Świadczą o tym choćby cztery wozy, które zgłosił do wyścigu.

Kai poczuł naraz przypływ  sympatii do Maud Philby.  Jego nieobecność wykorzystała 

nadzwyczaj zręcznie. Kombinacja okazała się bez zarzutu, wszystko zostało zapięte na ostatni 

guzik. Z pewnością zasługiwała na blef. Kai był ciekaw ponownego z nią spotkania, tym bardziej 

że rozstanie sprawiło jej pewną przykrość. Nie zamierzał jednak ułatwiać jej życia.

Lieven wyjął z teczki papiery.

- Wciąż chce pan jechać razem z Fiolą?

Kai potwierdził.

- Obiecałem mu to. Jest zresztą bardzo dobry. Dokładnie zna trasę.

Dobrze. Rozegramy ten wyścig następująco. Hollstein spróbuje od razu doskoczyć do 

czołówki, gdzie narzuci mordercze tempo. Na czwartym okrążeniu może spuścić z tonu. Jeśli się 

uda, powinien podczas dwóch pierwszych okrążeń oczyścić pole i wtedy my ruszymy do przodu. 

Przy   takim   tempie   słabsi   zostaną   szybko   wyeliminowani.   Hollstein   poprowadzi   przez   dwie 

pierwsze rundy, my będziemy się trzymać głównej grupy, nie tracąc jednak z nim kontaktu. Na 

trzecim okrążeniu podciągniemy do przodu, dogonimy i wyprzedzimy Hollsteina, który powinien 

się trochę oszczędzać i pozostać w rezerwie. Dalej poprowadzę ja, pan pojedzie tuż za mną. Na 

czwartym okrążeniu pan wyjedzie przede mnie i zaatakuje każdego, kto jeszcze będzie z przodu.

- A  więc pełne  maskowanie.  Drużyna  cały czas  razem,  jeden blisko  drugiego. Pesch 

czuwa nad sprzętem?

- Tylko tak jak każdy konstruktor: boi się wypadku.

background image

-   Może   lepiej   zostawić   Hollsteina   na   czele?   Wtedy   z   łatwością   prześcignie   innych   i 

wygra.

- Ryzyko jest dość duże. Jutro możemy omówić to z Peschem.

- Będzie naprawdę miło, jeśli Hollstein zwycięży.

Lieven roześmiał się.

Sprawiłby Maud Philby nie lada niespodziankę. Chłodno kalkulował. Oto nastręczała się 

okazja, dzięki której w ostatecznym  rozrachunku mógłby się nie wycofywać  ze wszystkiego. 

Jeśli  eksperyment  się powiedzie, pojawi się jeszcze mnóstwo  dodatkowych  okoliczności. To 

zaskakujące rozwiązanie mogłoby dla Maud Philby okazać się zbawienne. Byłoby małą zemstą, 

dostarczyłoby nowych możliwości... Lieven odłożył papiery.

- Kai, mówi pan poważnie?

- Oczywiście, czemu nie spróbować?

Lieven dał się przekonać.

- Nie wiemy tylko,  co powie Pesch. Niestety,  nasz konstruktor jest do obrzydliwości 

zasadniczy.

- Myślę, że bez trudu mu pan wytłumaczy, że takie rozwiązanie będzie najlepsze właśnie 

z powodów zasadniczych.

- Postaram się.

- Zrobimy to razem. Pesch z pewnością nam wówczas uwierzy.

Od   biedy   jeszcze   inaczej   moglibyśmy   go   skłonić   do   zmiany   planów.   Po   każdym 

okrążeniu mamy zjeżdżać na stanowisko, by wymieniać koła. Pesch boi się jak ognia wypadku 

spowodowanego zużyciem opon. Wtedy może się okazać, że trzeba zmienić strategię; w końcu 

wszystko   może   się   zdarzyć.   Każdy   plan   należy   traktować   jak   założenie   prowizoryczne. 

Najważniejsze są zawsze decyzje podejmowane podczas wyścigu.

- Dobrze. Zatem od jutra bierze się pan do dzieła?

- Tak. I będę trenował z Hollsteinem.

Kai nie dziwił się, widząc, jak Lieven nagle zapala się do nowego pomysłu i jak mu 

zależy, by możliwie dobrze przygotować do wyścigu Hollsteina.

- Mamy jeszcze wystarczająco dużo czasu - stwierdził i obojętnie skinął głową.

Lieven wyraźnie poweselał.

Przez następne dni Kai nie opuszczał Termini. Razem z Hollsteinem nocował w hali dla 

background image

samochodów.   Cały   czas   coś   wypróbowywali.   Pracowali   do   późnej   nocy,   robili   obliczenia, 

pomiary, różne eksperymenty.

Pesch w towarzystwie Lievena zjawiał się każdego dnia już wczesnym rankiem. Kiedy 

trasa była wolna, wszystkie wozy wyjeżdżały, nie tracono ani minuty.

Niemal codziennie Kai spotykał Murphy’ego. Ścigali się, na tyle jednak ostrożnie, by nie 

zdradzać swych sekretów. Jeden usiłował podpatrzyć drugiego. Za krzakami i skałami czatowano 

na siebie z zegarkami, które mierzyły czas przejazdu różnych odcinków trasy. Każdy kierowca 

starał się ukryć przed rywalami swe umiejętności, a na wysuniętych stanowiskach umieszczał 

kolegę obserwatora.

Na wzniesieniu pomiędzy Calvaturą a Polizzi Kai dostrzegł dwie głowy. Pomachał w ich 

stronę. Głowy zniknęły. Krzyknął do Fioli:

- Blef! Założę się, że te głowy pokazały się po to, byśmy się teraz poczuli bezpiecznie. 

Następne, ze w stoperami, są dopiero przed nami, dużo dalej. - Zatrzymał się, po czym wolno 

podjechał do malowniczego skupiska skał. Za nimi leżał jakiś osobnik i smacznie chrapał. Na 

widok Kaia ocknął się, Kai zaś grzecznie życzył mu dobrego dnia.

Dwa  dni  przed   wyścigiem   Kai   zakończył  treningi.  Hollstein  trenował  teraz  sam,  Kai 

natomiast   udał   się   do  Palermo.   Kładł   się  wcześnie   spać,   wstawał   dopiero   późnym   rankiem. 

Potem przez godzinę pływał i szedł na śniadanie. Wypalał najwyżej pięć papierosów dziennie. 

Wylegiwał się na słońcu, z rana i wieczorem brał masaże. Po południu czytał na tarasie, później 

spacerował. Nie brał do ust alkoholu. Zamiast tego nakupił francuskich książek i pism; zaczął 

także   flirtować   z   dziewczyną   sprzedającą   pomarańcze.   Nie   odbierał   poczty,   niczym   się   nie 

martwił.

Wiele jednak obiecywał sobie po spotkaniu z Maud Philby. Niezmiernie go interesowało, 

jak sobie poradziła po wszystkim, co ją ostatnio spotkało. Liczył  się z tym, że będzie nieco 

nieśmiała, speszona.

Mylił się gruntownie. Żadne z jego przypuszczeń nie okazało się prawdą. Maud Philby 

przyszła na spotkanie radosna, pełna życia, bez żadnych obciążeń.

Kai początkowo sądził, że Amerykanka po mistrzowsku panuje nad sobą, a objawy jej 

znakomitego samopoczucia zaraz znikną. Ku jego zaskoczeniu nic w zachowaniu miss Philby się 

nie zmieniło, nawet gdy zadał jej kilka podstępnych pytań.

Dziwił się, jego zdaniem w takiej pewności siebie było coś nienaturalnego.

background image

Próbował zgłębić, o co chodzi, nie znalazł jednak żadnego sensownego wytłumaczenia. 

Zachowanie   Maud   Philby   przybrało   teraz   cechy   niczym   nie   skrępowanej,   koleżeńskiej 

poufałości. Amerykanka bez trudu się poruszała w tych ramach, demonstrując przy tym wielki 

styl, nie zdradzając ani przez chwilę, że wcześniej cokolwiek się zdarzyło.

Doszło do tego, że Kai zaczął się gubić. Wszelkie rozterki odsunął jednak od siebie do 

czasu, kiedy będzie sam i pojawią się ważniejsze powody. Wydawało się niepojęte, że Maud 

Philby tak świetnie radzi sobie z tą drażliwą materią, mimo że podczas ostatniego spotkania w 

Monte Carlo nie umiała powściągnąć emocji.

Na razie Kai musiał przyjąć do wiadomości, że miss Philby zapomniała o swym uczuciu; 

wręcz z podziwem myślał też o Lievenie, który tak prędko zdołał się zakręcić wokół pięknej 

Amerykanki.

Jednakże   nowa   sytuacja   pobudzała   jego   wyobraźnię.   Zmienność   Maud   Philby   mu 

imponowała, o ile komuś może imponować utrata pozycji uważanej dotychczas za pewną.

Coś,   co   od   kilku   tygodni   interesowało   go   raczej   średnio,   naraz   stało   się   obiektem 

pożądania.   Przedtem   w   Monte   Carlo,   kiedy   wystarczyło   wyciągnąć   rękę,   rozkoszował   się 

cokolwiek snobistycznym  pomysłem,  by Maud Philby odepchnąć i dzięki temu  zakosztować 

czysto   intelektualnej,   przewrotnej   radości.   Teraz,   przekonawszy   się,   że   podobny   czyn   nie 

wywarłby żadnego wrażenia, ponieważ raz już stracił okazję, gorąco zapragnął Amerykanki; 

chciał nie tylko ją odbić, lecz także wykorzystać.

Wieczór   spędzili   razem.   Umysł   Kaia   pracował   na   najwyższych   obrotach,   rozmowa 

skrzyła   się   dowcipami:   tym   razem   po   prostu   rozpoczął   się   najprawdziwszy   flirt   oparty   na 

solidnych podstawach. Kai nie szczędził starań. Wybrał najlepszą drogę: całkowicie wymazał 

przeszłość, nie wspomniał o niej ani słowem, nawet nie pomyślał. Zaczął od samego początku, 

jakby poznał Maud Philby dopiero przed godziną.

Palmy z szelestem gięły się na wietrze. Jakiś tenor zakradł się do hotelowego ogrodu i 

śpiewał włoskie canzony. Wypłoszono go, udało mu się jednak wrócić i po chwili z drugiej 

strony ogrodu znów popłynęła szeroka kantylena. W końcu, gdy śpiewak zaintonował  Santa 

Lucia, przestał uważać, personel hotelowy go wytropił i wyrzucił za ogrodzenie.

W   tym   samym   czasie,   jakby   się   wcześniej   umówili,   z   sali   tanecznej   dolatywały 

synkopowane   rytmy  melodii  granej   przez  big   -  band  z  Argentyny.  Dźwięki   były  stłumione, 

przenikające jednak na wskroś, ożywcze. Stanowiły tło a zarazem rezonans rozmowy i słysząc je, 

background image

Kai uprzytomnił sobie, że całkowicie oddał się konwersacji. O jakiejkolwiek refleksji nie było 

mowy: rozmowa absorbowała go zbyt mocno, a postępy, jakie czynił, przyprawiały o zawrót 

głowy.

W   pewnym   sensie   cała   ta   historia   zawierała   niemało   komizmu,   umykającego   zresztą 

uwagi obojga, nie chodziło bowiem o to, co działo się tu i teraz. Kai i Amerykanka podążali za 

światłem,   którego   blask   pamiętali   z   poprzedniego   spotkania.   Ileż   wcześniejszego   zapału 

roztrwonili, nic nie osiągnąwszy. Teraz z zaskoczeniem odkrywali coś, do czego zmierzali z 

pomocą jak najbardziej sztampowych zabiegów, czemu dodawało pikanterii to, że u źródła nowej 

sytuacji leżały błędy popełnione wcześniej.

Beztroska, z jaką Maud Philby traktowała zdarzenia sprzed miesiąca, fascynowała Kaia; 

nie był  przy tym  do końca pewien, jaką rolę grał w nich Lieven. Chciał się tego dokładnie 

dowiedzieć i dlatego próbował wymusić na Amerykance coś w rodzaju jasnej deklaracji. O tym, 

że przemawia przezeń starannie maskowana, męska próżność, wolał na razie nie myśleć. Zamiast 

tego wmawiał sobie, że nie doceniał Maud Philby.

Natomiast miss Philby bynajmniej nie blefowała, i to z powodów, których istnienia Kai 

nawet nie przeczuwał. Ostatnie spotkanie w Monte Carlo nie tylko ją zraniło - to ostatecznie 

mogła znieść - gorzej, odebrało jej pewność siebie. Nie miała pojęcia, co dalej; była wówczas 

dokładnie w takim nastroju, jakiego oczekiwał Kai. Zamiast Kaia spotkała jednak Lievena.

Nie znała zamiarów Lievena. Wiedziała jedynie, że przyjaźni się z Kaiem. To tu tkwiło 

sedno sprawy, tu należało uderzyć; natychmiast zdecydowała, że weźmie w ten sposób odwet za 

upokorzenie,  którego  doznała  od  Kaia.   Zakładała,  że  będzie   musiała  pokonać  opór  Lievena; 

nader łatwe zwycięstwo nie przywróciło jej wprawdzie pewności siebie, zyskała jednak broń, 

którą   mogła   obrócić   przeciw   Kaiowi:   słodką   tajemnicę,   doprawioną   szczyptą   przewrotnej 

złośliwości. Posunęła się tak daleko, że wciągnęła nawet w swe intrygi Lievena, chytrze mu to i 

owo podpowiadając, co miało doprowadzić (tego, niestety, Lieven nie brał w swych kalkulacjach 

pod uwagę) do zerwania przyjaźni z Kaiem. Ale na ten temat niczego nie wiedziała, dlatego 

zachowała wewnętrzną równowagę.

- Zatańczymy?

- Chętnie.

Muzyka porwała ich jak wir. Niewiele par tańczyło, na gładkim parkiecie mieli więc dużo 

miejsca.

background image

Maud Philby utrzymywała dystans, pozwalając tylko na ten subtelny kontakt ciał, który 

stanowi   o   magii   każdego   tańca.   Niczym   nie   zakłócony   równoległy   krok   pozwalał   wyczuć 

bliskość okrytej cienkim jedwabiem długiej, sarniej nogi i taneczną wibrację kolan.

Dali się unieść rytmicznej frazie, która wyprowadziła ich aż na taras, poddali melodii 

wprawiającej w nastrój wzajemnej życzliwości, miękkiej łagodności pełnej jak najcieplejszych 

uczuć wobec partnera. Pogrążali się w rozmarzeniu, czuli, że wyrastają ponad rzeczywistość, 

zataczając   powolne   koła,   unosili   się   bądź   pochylali   ku   posadzce;   nad   sobą   mieli   wspaniale 

wygwieżdżone niebo południa, a powietrze smakowało niczym wino; kiedy przesuwali się obok 

sali   dansingowej,   ich   ciała   mimowolnie   się   zbliżyły,   a   ramię   spoczęło   na   ramieniu   bez 

specjalnych zamysłów, gdyż taniec narzucał ten gest zaufania; połączeni uściskiem ramion, stali 

twarzą w twarz i wystarczył nieznaczny obrót, by całkiem z bliska spotkały się ich oczy.

Nie   obchodziło   ich,   że   gwiazdy,   palmy   i   muzyka   tworzą   szablonową   i   trochę   tanią 

scenerię,   niemalże   nie   odzywali   się   do   siebie,   unikali   przedwczesnych   wyjaśnień.   Wieczór 

osiągnął idealną harmonię, Kai i jego partnerka przypominali parę zakochanych, którzy odnaleźli 

się po latach.

Jednak już nazajutrz rano, kiedy poszli pływać, pojawiły się komplikacje. Maud Philby 

zrozumiała wieczorne spotkanie po swojemu i teraz uznała za stosowne pomówić o wyścigu.

Kai okazał całkowitą obojętność, o niczym nie chciał słyszeć.

Ona jednak nie dała się zbyć byle czym, ostrożnie, choć stanowczo próbowała dopiąć 

swego, a Kai nie potrafił jej powstrzymać.

Obserwował Amerykankę spod na wpół opuszczonych powiek, dochodząc do wniosku, że 

ta znajomość byłaby dlań cudowną przygodą, gdyby los zesłał mu ją kiedy indziej, nie teraz - w 

porze duchowego kryzysu i rozterek.

Bawiła go strategia  Maud Philby,  choćby to, jak - taktownie i ironicznie  - mówiła o 

Murphym, dzięki czemu Kai mógł przejrzeć plany rywala.

Postanowił   jej   przerwać,   by   w   końcu   też   się   czegoś   dowiedzieć.   Spokojnie   i   jakby 

mimochodem wtrącił:

- Nasz team pojedzie tak, żeby zwyciężył Lieven.

Zaśmiała się.

- Nie wierzę.

- A to dlaczego?

background image

- Nawet gdyby pan rzeczywiście chciał, żeby Lieven wygrał, nie dopuści pan do tego. 

Choćby ze względu na Murphy’ego.

- A jeśli Lieven naprawdę chce zwyciężyć? Błyskawicznie pojęła, o co chodzi, nie dała 

się jednak podejść. Odparowała natychmiast:

- W takim razie zachowuje się głupio.

Kai postanowił przyprzeć ją do muru. Nie liczył się z tak nagłą odmianą, był wyraźnie 

zaskoczony. Zamiast dyplomatycznie się bronić, Maud Philby ustąpiła z zajmowanych pozycji. 

Nie skapitulowała - miała jeszcze przecież tysiące możliwości - po prostu wkroczyła do obozu 

wroga i zrobiła rzecz najbardziej zdumiewającą: powiedziała prawdę.

Ze śmiechem opowiedziała Kaiowi o swych zamiarach - wprawdzie niezbyt szczegółowo, 

napomykając jedynie o niektórych sprawach, jak mówi się do kogoś, kto i bez tego swoje wie. 

Wtajemniczając   go,   uczyniła   zeń   sprzymierzeńca.   Teraz,   kiedy   zaledwie   jeden   dzień   dzielił 

Amerykankę   od   realizacji   ambitnych   planów,   bez   wyraźnej   potrzeby   pochłonął   ją   pewien 

pomysł; mówiła o nim jak dzieciak, który przyznaje się, że nabroił.

Czegoś takiego Kai zupełnie nie oczekiwał. Pojął, że poprzedniego wieczoru pomylił się 

zasadniczo.   Mimo   to   niczego   nie   żałował   -   przeciwnie,   stację,   do   której   wówczas   dotarł, 

akceptował całym  sercem. W tej chwili, nie mając o tym  pojęcia, Maud Philby zupełnie go 

zawojowała.

Odkryła się całkowicie i okazało się, że jej ambicji nie należy traktować zbyt poważnie. O 

ambicji zresztą nie było już mowy, miss Philby z całą otwartością obnażyła prawdziwe uczucia. 

Gdyby   nie   wczorajszy   wieczór,   nie   przyszłoby   jej   to   do   głowy.   I   tak   w   postępowaniu 

Amerykanki urok i czar nie przesłaniały już najważniejszego - jej kobiecości, która daleko za 

sobą pozostawiła zwykły flirt i sportowe emocje.

W ten sposób komedia pomyłek z minionego dnia doprowadziła do osobliwej kapitulacji 

po obu stronach.

Nadeszła wiadomość od Fioli, który prosił o pilne odwiedziny.

Kai natychmiast do niego pojechał.

Fioła leżał w łóżku, szczelnie okryty. Na czoło wystąpiły mu grube krople potu. Miał 

dreszcze, trząsł się i szczękał zębami.

- Atak malarii. Tydzień za wcześnie. Nie mogę z panem jechać. To potrwa do jutrzejszego 

wieczora.

background image

Kai skinął głową.

- Proszę się nie martwić, może nie będzie tak źle... - Powiedział to odruchowo, chciał się 

pocieszyć; nagłe nieszczęście zupełnie go jednak przybiło.

- Musi pan jechać... - wyrwał go z zamyślenia głos Fioli.

Kai, całkiem nieobecny duchem, odparł:

- Tak, jakoś sobie poradzę...

Zastanawiał się nad rozwiązaniem. Gdyby, na przykład, wystawili tylko dwie maszyny, 

pojechałby   z   Hollsteinem,   to   jednak   byłoby   dość   ryzykowne...   A   może   powinien   wziąć   do 

pomocy któregoś z mechaników...?

Fioła podniósł się, zaraz jednak opadł na łóżko w kolejnym ataku lodowatych dreszczy.

- Zamiast mnie proszę wziąć Courbissona. - Skierował wzrok w przeciwną stronę pokoju.

Kai obrócił się i dopiero teraz zobaczył bladą twarz i chłopięcą sylwetkę wicehrabiego. 

Od razu stanęło mu przed oczami zajście na zawodach strzeleckich.

- Zna trasę - mówił z trudem Fioła - często ze mną jeździł i... chciałby z panem pojechać.

Kai   zdecydował   się   od   razu.   Zachowanie   Courbissona   na   polu   golfowym   mu   się 

spodobało; teraz młody człowiek stał obok blady, pełen dobrych chęci, ze szczerym zamiarem 

wymazania win i potwierdzenia swej wartości. A Kai obiecał mu poważną rozmowę. To mogła 

być najlepsza okazja. Podał Courbissonowi rękę.

- Jedziemy razem.

Od   razu   wsiedli   do   samochodu   i   z   umiarkowaną   prędkością,   oszczędzając   maszynę, 

objechali całą trasę. Kai dokładnie poinformował Courbissona o wszelkich szczegółach.

Potem go odwiózł i doradził, by się położył już po południu i spokojnie przespał całą noc.

background image

XV

Już wieczorem hotele przeżywały prawdziwe oblężenie. Trzeba było wynająć łazienki. 

Wanny pozamieniano na łóżka. Z każdego dobijającego parowca wysypywały się kolejne grupy 

ludzi.

Noc była głośna. Komu nie udało się zdobyć  miejsca w hotelu, koczował pod gołym 

niebem. W przepełnionych restauracjach ludzie pili do białego rana, potem z nastaniem świtu 

lokale gwałtownie pustoszały. W ogrodach ulokowały się sprowadzone specjalnie z tej okazji 

zespoły jazzowe. Protesty nie zdawały się na nic.

Kai obudził się w środku nocy i w barwnym świetle latarni ujrzał ludzi tańczących na 

piasku pod palmami; w powietrzu unosił się wir świateł, różnych odgłosów i muzyki.

Rankiem wypchał kieszenie tabletkami i bardzo wcześnie opuścił hotel. Minęło jednak 

sporo czasu, zanim dotarł do Cerdy: droga była zatłoczona pojazdami, mimo że o tak wczesnej 

porze jeszcze nie dojechały specjalne pociągi z Palermo.

Razem   z   Courbissonem   jakoś   w   końcu   przedarli   się   przez   ten   ścisk.   Na   stanowisku 

czekali   już   mechanicy,   jeszcze   raz   mieli   przejrzeć   maszyny.   Piętrzyły   się   stosy   opon. 

Przygotowano także specjalne opony antypoślizgowe, nabite błyszczącymi metalowymi kolcami.

- To na wypadek deszczu - wyjaśnił Pesch.

- Deszcz? - Kai patrzył na bezchmurne niebo. - Zanosi się raczej na upał.

Pokazali się Hollstein i Lieven. Byli gotowi do jazdy. Zdołali już włożyć obszerne, lekkie 

ubiory odsłaniające szyję. Kai także poszedł się przebrać. Powoli naciągał na siebie kombinezon. 

Czuł, że tym razem gra toczy się o więcej niż zwykle; przez moment przytrzymał w ręku chłodną 

tkaninę, po czym się pozapinał i zaciągnął pas.

W ostatniej chwili wszystko się pozmieniało. Murphy’emu chodziło o Maud Philby, to 

było oczywiste. Z kolei dla Kaia wyścig bynajmniej nie oznaczał walki o piękną Amerykankę, 

coś takiego wręcz go śmieszyło. Za nic jednak nie chciał dopuścić do wygranej Murphy’ego. 

Zamierzał powstrzymać jego natarczywe pretensje, do których Amerykanin mógłby sobie rościć 

prawo tylko w zupełnie odmiennych okolicznościach.

Pojazdy   wjeżdżały   na   wagę.   Wydano   szesnaście   numerów.   Cztery   czerwone   wozy 

należały do zespołu Murphy’ego. On sam, w samochodzie z numerem dziesiątym  na masce, 

ruszał ostatni z grupy. Za Murphym startował Hollstein, potem Lieven, za nimi Kai.

Jechali  trasą  Coppa Florio,  pięć razy mieli  okrążyć  masyw  Le  Madonie. Na każdym 

background image

okrążeniu o długości stu ośmiu kilometrów  znajdowało się tysiąc pięćset zakrętów, tak więc 

jeden   wypadał   średnio   co   siedemdziesiąt   pięć   metrów.   Przyjmowano   zakłady,   zwycięstwo 

Murphy’ego typowano w stosunku cztery do jednego.

Kierowcy startowali w odstępach dwuminutowych. Rozległ się ryk silnika i pierwszy wóz 

ruszył, wzbijając chmurę kurzu.

Courbisson denerwował się i koniecznie już chciał wsiadać.

- Tylko spokojnie - rzekł Lieven. - Ma pan jeszcze dużo czasu.

Co rusz rozlegał się grzmot odpalających maszyn. Powietrze drżało od nieopisanego ryku, 

zdawało   się,   że  potężny   łoskot   rozrywa   je   na   strzępy,   nie   dało   się   rozmawiać,   trzeba   było 

krzyczeć wprost do czyjegoś ucha, co i tak sprawiało wrażenie szeptu.

Kai nie poddawał się, próbował mówić, rozdzierający huk przenikał jednak do krwi.

Kolejka   wozów   wciąż   się   posuwała.   Pierwsza   z   czterech   czerwonych   maszyn 

Murphy’ego wyrwała przed siebie. Hollstein siedział już za kierownicą, Lieven zamierzał zrobić 

to samo, Kai skinął na Courbissona. Usiedli, włożyli okulary, czapki, ściągnęli rękawy, owinęli 

skórą kolana i łokcie. Murphy nawet się nie obejrzał. Jego wóz przyspieszył  ostro i już był 

daleko. Przez twarz Kaia przemknął osobliwy grymas.

Wystartował Hollstein, po nim Lieven. Kai patrzył przed siebie, nerwy miał napięte do 

granic wytrzymałości; naraz poczuł drżenie stóp wspartych na pedałach. Zagryzł wargi i rozejrzał 

się wokół, co jednak niewiele pomogło. Zdał się zatem na los i w szalonym napięciu czekał na 

sygnał startu, czając się do skoku od chwili, kiedy przed sobą nie miał już nikogo.

I nagle, z potężnym grzmotem, maszyna wyrwała ze stanowiska. Kai runął w słoneczną 

biel drogi. Wóz zdawał się unosić ponad wzniesieniami i zagłębieniami, przemykał pośród plam, 

cienia i jasności, przeskakiwał przez garby, wystrzelał w przód na prostej. Wiraże migały w 

żółtym, rozświetlonym przez słońce pyle, skały wypadały raz z boku, raz przed samochodem, 

zakręt za zakrętem i znowu chmura kurzu, a za nią na łuku trasy coś ciemniejszego, pędzącego w 

górę, skręcającego niczym błyskawica, przez ułamek sekundy lśniącego białym odblaskiem - Kai 

odetchnął głęboko: to był Lieven. Jechał więc tuż za nim.

W pędzie przemykały obok srebrzystozielone gaje oliwne. Jak ogromny wąż wyłoniła się 

z   kurzu   serpentyna,   wyrosła   na   moment   i   znikła.   Spod   kół   strzelały   kamienie,   tempo   było 

zawrotne.

Z   przodu   za   czerwonym   wozem   Murphy’ego   ciągnął   Hollstein;   od   jakiegoś   czasu   z 

background image

błyskiem szaleństwa w oku gonił Amerykanina tak zaciekle, że gdy brał wiraż, wyrzuciło go na 

skraj drogi...

Nagle ukazała się przepaść, a później przez kilometr drogę zalegał tłuczeń: zaczęło się 

istne bombardowanie, spod samochodu na wszystkie strony leciały kamienie, trzeba było z całej 

siły zacisnąć ręce na kierownicy i jakoś zygzakami przedostać się przez wyboje.

Na   tle   jaśniejącego   nieba   ukazały   się   szarozielone   zarysy   obronnego   miasteczka 

Caltavuturo. Droga wspinała się, świszczały kompresory, trzaskały skalne odłamki, kurz wciskał 

się w gardło, droga znów się wznosiła - i nagle przed Hollsteinem wyrósł pierwszy wóz, od 

szarości   drogi   odbijający   jasnym   błękitem.   Nie   było   to   żadne   z   czerwonych   aut,   niestety; 

zgrzytając zębami, Hollstein wyprzedził rywala na wąskiej drodze, która znów pięła się w górę 

na osiemset, dziewięćset, wreszcie dziewięćset siedemnaście metrów, osiągając Polizzi.

Otwierał  się stąd  rozległy widok na błękitną  przestrzeń  nieba wypełnioną  tchnieniem 

jedwabistego powietrza, a także na słup dymu unoszący się pionowo nad Etną. I jeszcze jeden 

wóz, tym razem czerwony - czyżby Murphy? Wyprzedzając go, Hollstein spojrzał na numer: 

dziewiątka. Murphy był więc przed nim.

Teraz   jednak   przy   zjeździe   zaczęły   się   ostre   zakręty,   wóz   pomykał,   przyprawiając   o 

zawrót głowy, co chwila rozlegał się pisk hamulców, biały bolid jak burza pokonywał wiraże, 

parł bez wytchnienia. W dolinie Fiume Grandę Hollstein znów zobaczył chmurę kurzu, ruszył jak 

szalony, musiał niemal pionowo wdrapać się na dziewięćset metrów i w końcu, w Collesano, 

połknął przeciwnika. Był to Francuz Balbot.

Pojawiły się palmy, agawy i morze - koło Campo Felice droga wiodła na zachód i był to 

jedyny prosty odcinek trasy: siedem kilometrów plażą poprzez rozpadliny, wodne przepływy, 

kamienne rozwaliska. Hollstein ścigał jakiegoś Włocha. Blisko trybun Włochem zarzuciło i jego 

wóz zablokował trasę. Hollstein zdołał go ominąć dosłownie o włos i rozpoczął drugie okrążenie. 

Po czterech minutach nadjechał Lieven, dwie minuty za nim Kai.

Pesch   zarządził,   by   czasy   Murphy’ego   wraz   z   czasami   Hollsteina,   Lievena   i   Kaia 

wypisywać grubym węglem na białej planszy. Dwóch mechaników podnosiło tablicę wysoko, 

kiedy nadciągały rozpędzone auta.

Kai widział, że Murphy zyskał dwie minuty przewagi. Przejechał okrążenie w godzinę i 

trzydzieści sześć minut, Hollstein w godzinę trzydzieści osiem minut, Lieven i Kai w godzinę i 

czterdzieści minut.

background image

Za Polizzi Hollstein wyprzedził następnego rywala, minutę później ujrzał kolejny wóz, 

który nie wytrzymał tempa; teraz stał na drodze i dymił. Był czerwony, pierwszy samochód w 

teamie Murphy’ego. Szanse się wyrównały, trzy maszyny jechały przeciw trzem.

Niewiele   później   znów   pokazał   się   czerwony   wóz,   droga   jednak   była   tak   wąska,   że 

wyprzedzanie nie wchodziło w rachubę.

Na następnym  zakręcie  Hollstein  podjął kolejną próbę, przeciwnik jednak trzymał  się 

środka drogi. Wiedział, kogo ma za sobą, i nie zamierzał się poddać. Hollstein pozwolił mu 

trochę uciec, ponieważ w tumanach kurzu niczego nie widział.

Po chwili sytuacja się zmieniła, droga była teraz szersza; z piskiem kompresora Hollstein 

dogonił rywala. Momentami  siedział mu na kole, chwilami  udawało mu się z nim zrównać. 

Przeciwnik jednak postanowił zepchnąć go z drogi.

Hollstein   wiedział,   czym   to   grozi,   wysunął   się   do   przodu   i   chciał   oderwać   się   od 

czerwonego wozu, tamten jednak nie popuszczał, aż w końcu źle ocenił odległość, zaczepił o 

tylne koło Hollsteina, oba auta zarzuciło, przeleciały ponad skrajem drogi i gwałtownie uderzyły 

o siebie.

Hollstein wyskoczył z samochodu i obiegł go dokoła. Jeden rzut oka mu wystarczył, by 

stwierdzić, że pękła lewa tylna oś. Połowa drugiego wozu stała na drodze.

W każdej chwili mógł nadjechać Lieven. Razem ze swym  współtowarzyszem,  ciężko 

sapiąc, Hollstein odsunął czerwony pojazd na pobocze, po czym wskoczył na swój wóz, dając 

znaki. Dał się słyszeć ryk silnika, pilot Lievena podniósł w przelocie rękę, obaj zrozumieli, co się 

stało. Hollstein nie schodził z wozu, czekał na Kaia.

Od pola kapusty po drugiej stronie drogi nadszedł mechanik. Kierowca, z którym jechał, 

miał złamaną rękę, na jego twarzy malowało się cierpienie.

Z czerwonego wozu Hollstein przyniósł drewniany podnóżek, roztrzaskał go o maskę 

samochodu na wąskie deszczułki, podarł kurtkę i starannie usztywnił ramię poszkodowanego, 

który ani na chwilę nie przestawał obrzucać swego dobroczyńcy obelgami.

Kiedy Hollstein skończył, wyglądał marnie. Raz jeszcze podszedł do czerwonego wozu, 

kopnął   weń,   potem   pobiegł   do   swego   auta,   siadł   za   kierownicą   i   w   porywie   niczym   nie 

uzasadnionej nadziei wielkim głosem przywołał swego pilota; po chwili jednak padł na kolana, 

widząc, że nie ma już żadnych  szans, i w końcu, załamany,  przykucnął na ziemi: dla niego 

wyścig się skończył.

background image

Lieven   rozpoznał   Hollsteina   i   zrozumiał,   co   się   stało;   teraz   on   prowadził,   i   to   ze 

zwielokrotnioną energią. Kiedy Kai spostrzegł Hollsteina na poboczu, zdecydował się na atak. 

Jechał tak ostro, jak tylko mógł, ponieważ wiedział, że Lieven gotów jest wszystko zaprzepaścić. 

Chciał się do Lievena zbliżyć  i w trzeciej  rundzie go wyprzedzić.  Zjechał na stanowisko w 

chwili, gdy Lieven właśnie odjeżdżał. Krzyknął za nim:

- Teraz ja poprowadzę!

Przejechał dwa okrążenia w trzy godziny i dwanaście minut, Murphy w trzy godziny 

dziesięć; Amerykanin był więc osiem minut przed nim i miał dwie minuty przewagi.

O wszystkim Kai poinformował Courbissona. Wypił niemal do dna olbrzymi kubeł wody, 

resztę chlusnął przed siebie nad maską, zmienił rękawiczki bez palców i na pełnym gazie ruszył 

w trzecie okrążenie.

Szpaler  kaktusów  przy drodze   wyglądał   jak  przedpotopowe   skamieliny.  Jakiś  kamień 

wystrzelił w górę i uderzył w żołądek stojącego na trasie kibica, aż ten się przewrócił. Kai brał 

zakręty na pełnym gazie. Wyprzedził Lievena; przez chwilę obie maszyny, pędząc bok w bok na 

najwyższych   obrotach,   znieruchomiały   względem   siebie.   Lieven   sądził,   że   goni   go   któryś   z 

rywali, i nie zamierzał go przepuścić; dopiero ujrzawszy wysuwającą się w przód białą maskę, 

natychmiast się usunął.

Jak   przypływ   morza   narastało   na   trybunach   podniecenie   zmieszane   z   gorączką 

wyczekiwania. Wysoko w górze tablice z numerami pokazywały czas zawodników. Najszybszy 

był   Murphy   z   dwiema   minutami   przewagi,   za   nim   Kai.   Potem   był   Lieven   i   jeszcze   jeden 

Amerykanin z czerwonego zespołu - jechali w odstępach pięćdziesięciosekundowych. Trzy wozy 

już odpadły. Kiedy wystrzał z armatki obwieszczał jadącym z przodu kierowcom koniec każdej 

rundy, na czele stawki pędził Zamboni, tuż za nim cała sfora psów i, coraz to bliżej, Murphy - 

niczym goniący je wilk.

Kai   wyprzedził   Manniego,  potem  poradził  sobie  z   Willsem  i   Toskanim;   Murphy’ego 

jednak nie zdołał dopaść. Ilekroć widział przed sobą chmurę kurzu, serce tłukło mu jak oszalałe, 

omal nie rozsadzając piersi. Za każdym jednak razem przeżywał rozczarowanie: Amerykanina 

ani śladu. Kai zsunął okulary. Pot strumieniami spływał mu z czoła na policzki i podbródek, 

pociły mu się dłonie. Twarz miał szarą do kurzu, który grubą warstwą wciskał się w każde 

wgłębienie skóry. Na którymś z zakrętów Courbisson omal nie wypadł na zewnątrz, tak mocno 

nim zarzuciło. Kai chwycił go za pas i z całej siły przyciągnął do siebie.

background image

Termometr wskazywał czterdzieści stopni Celsjusza. Hiszpan Rodiño uderzył w trybuny, 

odrzuciło go na drugą stronę, zatrzymał się, wydostał z wozu, przez chwilę stał prosto, po czym 

runął rażony udarem słonecznym prosto w ramiona ludzi śpieszących mu na ratunek.

Kai poczuł, że potworne ciśnienie rozsadza mu czaszkę. Wskazał kieszeń. Courbisson 

wydobył z niej tabletki i wepchnął je Kaiowi do ust, a następnie przystawił do nich butelkę z 

wodą. Kai nie widział już niczego poza drogą: trasa przesłaniała wszystko, wydawała mu się 

powiększona do nienaturalnych rozmiarów, jakby włożył szkła o nadzwyczajnej mocy - każdy 

kamień, każdy garb, każde zagłębienie; chwilami linia drogi rozmywała się, robiła niewyraźna, 

Kai widział jak przez mgłę, za którą mogło nie być już niczego; nie próbował tego zrozumieć, 

wręcz przestał myśleć, liczyła się tylko ta szalona jazda; nie słyszał nic poza własnym silnikiem, 

którego potężny ryk niczym płomień przenikał weń porami skóry; pędził tak już cztery godziny 

w zupełnym otępieniu, za chwilę rozpoczynała się piąta godzina i zdawało się, że ta jazda trwać 

będzie wiecznie...

Znów podjeżdżali na stanowisko techniczne, obok którego stał jakiś wóz dymiący jak 

Wezuwiusz; ktoś zaglądał pod uniesioną pokrywę silnika. Zatrzymali się z piskiem opon. Kai 

wyskoczył  z wozu, spragniony dopadł napojów, pił bez umiaru, łapczywie, po czym  rozciął 

cytrynę i wgryzł się w nią; w tym czasie Pesch krzyczał mu do ucha:

- Lieven...!

- Lieven powinien zaraz nadjechać...

- Miał wypadek! - ciągnął Pesch i w rozpaczy szarpał ramię Kaia. - Teraz został pan sam! 

Proszę jechać, jak pan chce...

Pesch był przybity, już nie wierzył w sukces. Jeden z mechaników przyniósł tablicę z 

wynikami.

- Jaki czas?

-   Kai:   cztery   godziny   czterdzieści   osiem   minut,   Murphy:   cztery   godziny   czterdzieści 

siedem.

Kai błyskawicznie wskoczył do samochodu i krzyknął:

- Czy Lievenowi coś się stało?!

Mechanik, który klęczał przy przednim kole, poinformował Kaia:

- Uraz ramienia, na szczęście niezbyt poważny, wóz całkiem rozbity...

Ledwo śruby zostały dokręcone, Kai znów był na trasie. Na którymś z zakrętów ujrzał 

background image

Hollsteina; po twarzy młodzieńca ciekły łzy, przestępował z nogi na nogę i wyciągał do Kaia 

ręce.

Wóz przeistoczył się w bladego, wyjącego upiora. Kai tracił poczucie rzeczywistości. Na 

jednym z szalonych wiraży auto przechyliło się na dwa koła i Courbisson dotknął gruntu; teraz 

jego dłonie krwawiły. Podczas tej jazdy nie dało się myśleć, to był rozpasany instynktowny pęd; 

jego   kierunek   wyznaczał   punkt   znajdujący  się   gdzieś   z  przodu   na   trasie.   Tym   punktem   był 

Murphy.

Kai brał zakręty jak straceniec, wóz z łoskotem przelatywał przez kamienne rumowiska, 

ścinał   trawiaste   łachy   -   i   oto   rozległ   się   huk   wystrzału   anonsujący   przejazd   zawodnika 

otwierającego stawkę. Kai zjechał na stanowisko. Wyskoczył z auta i jeszcze przez chwilę z 

rozpędu biegł przed siebie, nim się opamiętał, zawrócił i zapytał o czas.

Pesch podszedł do Kaia i zaklinał go:

- Ma pan minutę przewagi nad Murphym, jest pan pierwszy i, na miłość boską, niech pan 

będzie ostrożny. Oby nic się nie przydarzyło, tak czy owak będziemy wśród najlepszych...

Kai   ledwie   słuchał   Pescha.   Mechanicy,   którym   udzieliło   się   jego   podniecenie,   pobili 

rekord - w czterdzieści osiem sekund zmienili cztery koła.

Przed   maską   wyrósł   brązowy   samochód.   Kiedy   Kai  doszedł   go   na   dwa   metry,   z 

kłębiącego   się   pyłu   w   czoło   białej   maszyny   wystrzelił   ze   świstem   kamień.   Kai   skulił   się 

odruchowo, jakby kamień trafił w niego, po czym poraziła go nagła myśl: co będzie, jeśli kamień 

rozbił chłodnicę?!

Courbisson wyczołgał się na maskę i rozciągnął wzdłuż pojazdu - na szczęście nie było 

żadnych szkód. Utrzymali tempo.

Znów dogonili brązowy wóz, który po chwili znalazł się z tyłu; wyprzedzili też czerwoną 

maszynę, ostatnią przed Murphym, oraz zielony wóz Boillota, który zostawili za sobą po prawej; 

przypuszczalnie   byli   teraz   tuż   za   czołówką.   Wystarczyło,   by   Kai   nawiązał   z   nią   kontakt,   a 

zwycięstwo z pewnością będzie należało do niego. Wiedział, że jeśli nic szczególnego się nie 

zdarzy, będzie miał najlepszy czas; czymś takim jednak nie zadowoliłby się nigdy, istniał dla 

niego tylko jeden rodzaj zwycięstwa: musiał być na mecie przed Murphym!

Usłyszeli   przed   sobą   ryk   silnika   i   połknęli   rywala   w   zielonym   samochodzie;   był   to 

Zamboni. Courbisson w podnieceniu krzyczał do Kaia:

- Teraz przed nami może być już tylko Murphy!

background image

Pędzili   jak   w   transie.   Przed   maską   mignął   cień   otoczony   gęstą   chmurą   kurzu.   Kai 

wstrzymał oddech. To była czerwień - a więc Murphy...

Zmrużył oczy i wpił się wzrokiem w drogę. Widział jedynie podrygujący, niewyraźny 

cień ciągnący za sobą chmurę pyłu. Zbliżał się doń z każdą minutą. Naraz kurz zrobił się tak 

gęsty, że nie było widać pobocza; na którymś zakręcie żwir pod tylną osią obsunął się, koła 

zakręciły   się   raz   i   drugi,   wóz   zachwiał   się   i   przewrócił.   Kai   z   całej   siły   chwycił   kolumnę 

kierownicy, zdołał jakoś poderwać auto i postawić je na kołach. Courbisson złapał za przednią 

oś, podniósł ją, próbował objąć mocniej i oparł lewą rękę na chłodnicy; w tym momencie poczuł 

dojmujący ból. Jeszcze jedno pchnięcie i wóz znalazł się na drodze; dłonie Courbissona były od 

wewnątrz   jedną   wielką   raną   -   poparzone   rozżarzonym   metalem,   obdarte   ze   skóry   podczas 

dźwigania samochodu.

Znów zagrzmiał silnik, strata nie przekraczała kilku sekund. Były to jednak niezwykle 

cenne sekundy; obłok kurzu znikł z pola widzenia, powietrze pojaśniało.

Wóz się rozszalał, unosił się, przeginał, przeskakiwał ponad blokami zastygłej lawy, sunął 

przez płytkie rowy, z rykiem wdrapywał się na wzniesienia - Kai i jego towarzysz usiłowali znów 

pochwycić  w nozdrza zapach szarobiałej, najwspanialszej  rzeczy pod słońcem,  czyli  kurzu - 

zazwyczaj nieprzyjaciela kierowców wyścigowych, teraz wyczekiwanego jak zbawienie; kurz 

bowiem oznaczał Murphy’ego.

W Polizzi znów go dostrzegli. Kai zrósł się z maszyną, jęczał razem ze świszczącym 

kompresorem, całym sobą wysuwał się w przód lub do tyłu, jakby w ten sposób chciał zwiększyć 

szybkość. Setki razy byli  w niebezpieczeństwie, groziły im wywrotki, omal się nie rozbili o 

skarpę - w końcu jednak dopadli Murphy’ego...

Pokonali siedem tysięcy zakrętów i oto siedzieli Amerykaninowi na ogonie; w Collesano 

dzielił ich tylko metr, w Campo Felice obie maszyny się zrównały, teraz zaczynała się obłędna 

gonitwa wzdłuż plaży.

Murphy tracił panowanie nad sobą, krzyczał, klął, robił, co mógł - Kai nagle się uspokoił, 

rozsiadł   się   wygodnie,   wysunął   głowę   tuż   nad   kierownicę.   Wpadli   w   rozlewisko   i   wokół 

chlusnęła woda. Courbisson przez jakiś czas widział obok siebie przód maszyny Amerykanina, 

potem Murphy coraz bardziej zostawał w tyle; rozległ się wystrzał z armatki i jednoczesny ryk na 

trybunach; wśród nieopisanej wrzawy biały wóz Kaia przeciął linię mety. Murphy był cztery 

metry za nim.

background image

Rozpętała   się   burza.   Powalono   bariery,   publiczność   zbierała   się   wokół   maszyn.   Kai 

wygrał   z   przewagą   ponad   sześciu   minut.   Zasypywano   go   kwiatami,   wrzucano  wiązanki   do 

samochodu. Energiczni panowie z opaskami na rękawach próbowali ochronić kierowców. Kai 

dostrzegł Pescha, który przedzierał się przez tłum - konstruktor cieszył się, był rozluźniony i 

szczęśliwy. Na trasę wyjechali motocykliści z czerwonymi chorągiewkami, którymi wskazywali 

drogę zawodnikom kończącym wyścig; publiczności nic już nie mogło powstrzymać.

Po wyjściu z auta Kai poczuł gwałtowny ból, nie mógł chodzić i musiał się o coś oprzeć. 

Podniósł   stopy   i   pokazał   Courbissonowi:   żar   silnika   przepalił   podeszwy,   które   zupełnie 

poczerniały.

- Obu nam będą potrzebne bandaże, ale najpierw... - Rozejrzał się wokół i zrobił kilka 

kroków. Natychmiast jednak wpadł w ręce przedstawicieli prasy i trzeba było sporego wysiłku, 

by się od nich uwolnić.

Ruszył w przeciwnym kierunku, próbując się dostać na zaplecze warsztatów. Tutaj z kolei 

czekała na niego grupka żądnych spotkania Amerykanek; musiał się wycofać.

Kai bynajmniej nie promieniał szczęściem, na jego twarzy malował się szczególny rodzaj 

napięcia   i   udręczenia.   Odwracał   się   tyłem   do   gratulujących,   był   obojętny   wobec   wyrazów 

uznania, wycofywał się i wręcz chował, kiedy - ni stąd, ni zowąd - znów napotykał wyciągające 

się ręce.

Był   nieskończenie   zmęczony,   ubrudzony   smarem,   przepocony   i   cały   okryty   kurzem. 

Marzyła mu się kąpiel w strumieniach krystalicznej wody, a po niej kojący, spokojny wieczór w 

miękkim fotelu z dużą ilością schłodzonego szampana, który przywróciłby względną równowagę 

wysuszonej i spalonej upałem skórze.

Jednocześnie po wyjściu z auta czuł przemożną, dręczącą go i nadzwyczaj przyziemną 

potrzebę; bądź co bądź osiem godzin bez najmniejszej przerwy spędził za kierownicą, a przecież 

jak każdy podlegał prawom natury.

Tak więc wobec ogromu zachwytów pozostał nieco markotny i szukał okazji, by choć na 

chwilę niepostrzeżenie się oddalić. W końcu mu się udało, z wielkim jednak trudem.

Ogarnęło go przygnębienie. Przypisywał je wyczerpaniu: ostatnie godziny odebrały mu 

cały zapas energii.

Wracali do Palermo. Kai usiadł z tyłu, za nic w świecie nie dotknąłby teraz kierownicy, 

miał wobec jazdy uraz i przysięgał,  że już nigdy nie wsiądzie  do samochodu wyścigowego. 

background image

Zawsze tak było po trudnym wyścigu.

Courbisson z zabandażowanymi rękami siedział obok i patrzył na niego. Kai pochwycił 

jego spojrzenie, obaj myśleli o tym samym: wiedzieli, że jeśli wicehrabia wróci teraz do Lilian 

Dunquerke, zostanie przywrócony do łask. Na jak długo i dlaczego - tego do końca nie mógł 

wiedzieć. Myślał, że sprawy potoczą się jak najlepiej i w dużej mierze jego marzenia miały się 

spełnić.  Kai znał prawdziwe przyczyny,  postanowił jednak Courbissona oszczędzić  i nic nie 

powiedział.

Sam nie zobaczył już Lilian Dunquerke. Nie przyjechała na wyścigi, tak szybkie ponowne 

spotkanie   musiałoby   oznaczać   koniec.   Wszak   oboje   ponad   wszystko   uwielbiali   gesty;   gest 

bowiem jest częścią formy, a forma to świętość. Znacznie bardziej niż jakakolwiek treść.

W przyszłości mieści się niejedno prawdopodobieństwo - odległe, niejasne, Kai wolał o 

tym   nie   myśleć,   starał   się   wręcz   zapomnieć.   Bardzo   wcześnie   wyuczono   go   heroicznego 

godzenia   się   z   tym,   co   oczywiste;   może   dlatego   niezbyt   poważnie   traktował   wszelkie 

przewidywania dotyczące rozwoju uczuć.

Z tego powodu popadł w melancholię, mimo że przecież nie przejmował się odległymi 

kwestiami. Przygnębienie to musiało się pojawić; można je było przezwyciężyć tylko w jeden 

sposób: należało mu stawić czoło.

Kiedy wieczorem, znużony kąpielą, Kai siedział sam w pokoju, melancholia jeszcze się 

pogłębiła i zamieniła w krańcową depresję; czuł, że chodzi nie tylko o spóźniony, szczery i nie 

pozbawiony   uroku   żal   po   pewnym   epizodzie,   który   podzielił   los   wszystkiego,   co   ludzkie,   i 

przeminął,   żal   wolny   od   przykrej   i   sentymentalnej   żądzy   posiadania,   powiązany   z   każdym 

przeżyciem tak samo jak śmierć nieodłączna jest od wszelkiej egzystencji; wiedział, że wiele 

spraw dobiega kresu, zamyka się jakiś krąg, nadciąga koniec i pora pożegnań.

Z   czasem   ogarnął   go   spokój,   depresja   ustępowała.   Noc   była   jak   matka,   Kai   coraz 

wyraźniej odczuwał tchnienie czegoś nowego, czegoś, co dopiero się rodzi. Nie miał pojęcia, 

dokąd   ta   noc   go   zaprowadzi,   podporządkował   się   jednak   całkowicie,   obdarzył   ją   zaufaniem 

śpiącego dziecka.

Powoli wyłaniał się znajomy obraz, znikał i pojawiał się na nowo; za każdym razem był 

coraz wyraźniejszy, bardziej czytelny, aż w końcu ustalił się na dobre.

Kiedy Kai późno kładł się do łóżka, wiedział już, że trzeba wracać do domu, do dworu 

ocienionego platanami i do młodej Barbary.

background image

Wierzył, że podjął ostateczną decyzję. Następnego dnia też nie miał wątpliwości. I choć 

wcześniejsza stanowczość minęła, gdy opadło napięcie związane z wyścigiem, Kai wciąż był 

wewnętrznie wyciszony i pogodny, lecz ta spokojna radość osobliwie mieszała się z łagodnym 

smutkiem.

Choć wiedział, że nieprędko, a może nawet nigdy nie zobaczy już przyjaciół, pożegnał się 

całkiem   zwyczajnie,   jakby   chodziło   o   krótkie   rozstanie   podyktowane   li   tylko   chwilowym 

kaprysem.

Co   do   Maud   Philby   miał   wątpliwości.   Ostatnio,   całkiem   niespodziewanie,   stosunki 

między nimi całkowicie się zmieniły: zwariowany, iskrzący się flirt ustąpił miejsca prawdziwej 

skłonności, której owoców nie zdołali zakosztować i której nie dało się ukryć. To uczucie było na 

razie rozproszone, dzięki temu miało jednak wiele twarzy, było serdeczne i otwarte.

Maud Philby zamierzała spędzić lato na francuskim wybrzeżu. Kiedy Kai ją o to zapytał, 

niemal się zaczerwieniła, a jej twarz zajaśniała ciepłym blaskiem.

Kai razem z Courbissonem płynął do Genui. Hollstein odprowadzał ich na statek.

- Kai, proszę przekazać pozdrowienia...

- Oczywiście, chętnie - rzekł ostrożnie Kai, ponieważ w oczach Hollsteina zauważył coś 

więcej i nie chciał mu sprawiać przykrości. Dlatego też dorzucił: - Jeśli zajdzie potrzeba, zawsze 

będzie pan mógł jakiś czas pomieszkać u mnie.

Hollstein spojrzał na Kaia, po czym pośpiesznie uścisnął mu dłoń.

- Z największą przyjemnością... - powiedział.

Kai więcej się nie odezwał.

W Genui zostawił Courbissona i odebrał swój wóz.

Mknął   przez   płaskie   równiny,   mijał   pola,   drzewa,   wsie,   ludzi,   niczego   jednak   nie 

dostrzegał, parł przed siebie i tylko to się liczyło. Nie zatrzymywał się nawet w górach o późnej 

porze,   pośród   głębokiej   nocy;   kapitulował   dopiero   wtedy,   gdy   mokra   droga   groziła 

niebezpieczeństwem.

Zostawiwszy za sobą góry, mimowolnie zwolnił tempo. W Monachium zatrzymał się cały 

dzień. Nie rozumiał sam siebie: dotychczas gnał go niepokój, teraz wyraźnie grał na zwłokę. Na 

niemieckich wyżynach pozwolił sobie na dwudniowy wypoczynek.

Przyglądał   się   życiu   niewielkiego   miasta.   Każdy   dzień   wiązał   się   tutaj   z   następnym, 

bliźniaczo   podobnym,   jak   regularne   warstwy   układały   się   całe   lata.   Kai   przypomniał   sobie 

background image

pewien   wieczór   w   Genui,   szybki   wjazd   serpentynami   do   Miramare,   windę,   pokój,   szeroko 

otwarte   okna,  a  za   nimi   głęboko  w   dole  port,   ponad  którym   rozbrzmiewał  donośny dźwięk 

dzwonów. Przez cały ten zgiełk przedzierał się krzyk syren ze statków wychodzących w morze - 

rozdzierający ciszę, władczy i mocarny, od którego drżało nocne powietrze. Następnego ranka 

Kai wypłynął do Singapuru i na Jawę.

Opuścił go wcześniejszy zapał - cóż miał począć, przecież się zdecydował. Wyruszył w 

drogę. Tyle że jechał jeszcze wolniej...

Uznał, że będzie najlepiej, jeśli przyjedzie w środku nocy. Nikogo nie zawiadomił.

Nie pojechał do swojej posiadłości. Kiedy znalazł się na drodze, do której przylegał park, 

zostawił wóz, chwycił Frute za obrożę i wszedł w aleję.

Drzewa pachniały wilgocią i liśćmi. Na tle nocnego nieba rysowały się potężne konary 

platanów.   Kai   zatrzymał   się.   Patrzył   na   dom,   który   jaśniał   igrającym   na   szybach   światłem 

księżyca. Liczył okna - tam na górze spała Barbara. W pokoju było ciemno.

Kai stał i wyczekiwał. Widok przyprawił go o silne bicie serca. Nigdy nie przypuszczał, 

że dom zrobi na nim aż takie wrażenie. Natężył uwagę - w ziemi, gdzieś pod stopami, wspierane 

przez tajemne moce, ożywały najgłębsze pokłady jego świadomości. Gałąź plątana zwisała na 

tyle nisko, że mógł ją pochwycić; liście były chłodne i wilgotne.

Milczenie potężniało. Było jak niemy, odwieczny pierścień obejmujący ziemię, życie i 

noc. Stojąc tak w samotności, Kai nagle doznał olśnienia: pojął, że zbyt  szybko uwierzył  w 

decydujące  rozstrzygnięcie.  Walka  o zwrot  w jego życiu  nie zakończyła  się wtedy,  gdy tak 

sądził; rozstrzygnęła się dopiero teraz, kiedy stanął oko w oko ze swą decyzją. Dlatego musiał 

tutaj przyjechać.

W   obliczu   osiągniętego   celu   powróciły   niepokoje   ostatnich   dni.   Kai   odczuwał   je 

dotkliwiej niż wszystko dotychczas, nie umiał ich przezwyciężyć; sens ich bowiem sprowadzał 

się do tego, że cel ów został na zawsze utracony.

Jeśli   nie   pojawiała   się   tęsknota,   drzemiące   zazwyczaj   ego   tkwiło   w   bezruchu.   Siła 

pragnień   jestestwa   odpowiadała   natężeniem   rozmiarom   zwątpienia;   niczego   bowiem   nie 

pożądamy   równie   gwałtownie   i   namiętnie   jak   inności,   ona   zaś   nigdy   nie   stanie   się   częścią 

naszego „ja”.

W   drobnych   zdarzeniach   nie   urzeczywistnia   się   przeznaczenie:   przyjazd   w   rodzinne 

strony nie musi oznaczać powrotu do domu. Kai wiedział teraz, że wszystko, do czego ostatnio z 

background image

całych  sił dążył,  było  dlań bliskie  i zarazem  dalekie;  w chwili  wyrzeczenia  odbierał własne 

zespolenie z tym światem jak zagadkowy dysonans, czuł, jak mocno go kocha.

Jego życie było jak barwny film, jego udziałem stało się wiele spraw, niektórych tylko 

dotknął, rzadko natomiast coś tracił i nigdy nie rezygnował. Teraz po raz pierwszy czegoś się 

wyrzekał i wiedział, że będzie to strata bezpowrotna.

Chciał odejść, coś jednak trzymało go w miejscu. Cicho mówił, patrząc na dom. Trwało 

to długo, wypowiedział wiele słów.

Od strony zabudowań doleciało  szczekanie,  Frute natychmiast  odpowiedziała.  Kai się 

przestraszył.

Tłumionym  gwizdem przywołał  psa i ruszył  z powrotem wzdłuż alei.  Przytrzymywał 

Frute, która skomlała i co rusz oglądała się za siebie.

Podjechał pod uśpiony budynek urzędu pocztowego. Długo się dobijał, zanim obudził 

telegrafistę. Nadał sążnistą depeszę do Hollsteina, w której zapraszał go na najbliższe miesiące 

do swej posiadłości. Sam, pisał, ma zamiar udać się w podróż, przypuszczalnie nie będzie go 

przez całe lato. Chciał podać jakiś powód, chwilę się wahał, po czym uśmiechając się, dodał, że 

myśli również o wędrówce wzdłuż francuskiego wybrzeża.

A więc Hollstein przyjedzie i zostanie razem z Barbarą.

Z nieco nawet przesadną troską Kai ulokował Frute na siedzeniu obok siebie. Zrobiło się 

chłodno, suka drżała z zimna, owinął ją więc kocem. Myślał o ostatnich słowach depeszy. Jak 

szybko   pędzi   życie,   skoro   nie   dostrzegamy   cezur!   Jeszcze   kilka   minut   temu   trwało   w 

zawieszeniu, przyszłość rysowała się mgliście; teraz tamto minęło i Kai pośpiesznie porządkował 

wydarzenia: „ja” dostarczało ogromnych przeżyć i wstrząsów tylko mimochodem; jeśli ktoś zda 

się   wyłącznie   na   swą   jaźń,   zniszczy   siebie   lub   zdolność   przeżywania.   Tylko   ten,   kto   żyje 

tymczasowością i traktuje ją jako coś trwałego, kto wciąż zwraca się ku ulotnym przeżyciom, 

potrafi dotrzeć do samego jądra.

Barbara i Lilian Dunquerke należą już do przeszłości; Maud Philby czeka.