background image

 

A

MBROSE

 B

IERCE

 

Z

BIÓR

 

OPOWIADAŃ

 

background image

 
HYPNOTYZER 3
 
 
 
Mój ulubiony morderca 7
 

 

background image

 
Hypnotyzer
 
Moi  przyjaciele,  którzy  wiedzą,  że  niekiedy  bawię  się  hipnotyzmem,

odgadywaniem  myśli  i  pokrewnymi  zjawiskami,  pytają  mnie  często,  czy
rozumiem  naturę  rządzących  nimi  praw.  Odpowiadam  zawsze,  że  nie,  ani
też nie pragnę ich rozumieć. Nie należę do owych badaczy, którzy, z uchem
przy dziurce od klucza, stoją przed warsztatem Natury i, wiedzeni pospolitą
ciekawością, próbują wykraść jej sekrety.

Jest  rzeczą  niewątpliwą,  że  wspomniane  zjawiska  są  raczej

nieskomplikowane i w żaden sposób nie przekroczyłyby naszych zdolności
pojmowania,  gdybyśmy  tylko  potrafili  znaleźć  klucz  do  tajemnicy.  Jeśli
jednak  o  mnie  chodzi,  wolę  go  nie  znajdować,  bowiem  z  racji
romantycznego  usposobienia  więcej  zadowolenia  czerpię  z  tajemnicy
aniżeli z wiedzy.

Kiedy  byłem  dzieckiem,  powszechnie  zauważano,  że  moje  ogromne,

błękitne oczy stworzone są, by wpatrywać się, a nie przyglądać - takim się
odznaczały  rozmarzonym  pięknem  i,  w  częstych  chwilach  roztargnienia,
obojętnością  względem  dziejących  się  wokół  rzeczy.  Ośmielam  się
przypuszczać,  że  moje  oczy  oddawały  to,  co  działo  się  w  ukrytej  za  nimi
duszy,  zawsze  bardziej  pochłoniętej  jakimś  pięknym  wyobrażeniem
powstałym na jej własne podobieństwo niż zainteresowanej prawami natury
i materialnym porządkiem rzeczy. Jakkolwiek rozważania powyższe mogą
się  wydawać  egoistyczne  i  nie  związane  z  tematem,  pozwalają  one
wytłumaczyć,  dlaczego  tak  niewiele  światła  jestem  w  stanie  rzucić  na
kwestię,  której  poświęciłem  tyle  uwagi  i  która  wzbudza  tak  ożywione  i
powszechne  zaciekawienie.  Dysponując  moimi  zdolnościami  i
sposobnościami,  ktoś  inny  mógłby  bez  wątpienia  wyjaśnić  wiele  z  tych
spraw, które przedstawiam po prostu w formie opowiadania.

Po  raz  pierwszy  uświadomiłem  sobie,  iż  posiadam  niezwykłe

uzdolnienia,  gdy  miałem  czternaście  lat  i  byłem  w  szkole.  Któregoś  dnia
zapomniałem drugiego śniadania i wpatrywałem się tęsknym wzrokiem w
koszyczek z wiktuałami pewnej dziewczynki, szykującej się właśnie do ich
spożycia. Podniosła oczy i napotkała moje spojrzenie. Wydawało się, że nie
jest w stanie się od niego uwolnić. Po chwili wahania podeszła do mnie i
bez  słowa  odstąpiła  koszyczek  z  kuszącą  zawartością.  Z  nieopisaną

background image

rozkoszą  zaspokoiłem  głód.  Po  tym  wydarzeniu  nie  miałem  kłopotu  z
posiłkiem:  dziewczynka  stała  się  moją  codzienną  dostawczynią.  I
nierzadko, gdy dzięki jej skromnym zapasom zaspokajałem prostą potrzebę,
łączyłem korzyść z przyjemnością zmuszając ją do uczestniczenia w uczcie
i  wprowadzając  ją  w  błąd  proponowaniem  wiktuałów,  które  ostatecznie
zjadałem co do kruszyny. Dziewczynce zawsze udawało mi się wmówić, że
zjadła wszystko sama. Jej płaczliwe narzekania, że jest głodna, zdumiewały
nauczycielkę  i  rozbawiały  uczniów,  którzy  nadali  jej  przydomek
Pasibrzucha. Mnie natomiast napełniały niepojętym spokojem.

Nieprzyjemną 

właściwością 

tego 

pod 

innymi 

względami

zadowalającego  stanu  rzeczy  była  konieczna  dyskrecja.  Dla  przykładu
przekazywanie  lunchu  musiało  się  odbywać  w  pewnej  odległości  od
szkolnego tłumu, w lesie, i rumienię się na myśl o wielu innych niegodnych
wybiegach, które pociągała za sobą owa sytuacja. Jako że byłem (i jestem)
w  naturalny  sposób  człowiekiem  o  szczerym  i  otwartym  usposobieniu,
podstępy  te  stawały  się  coraz  bardziej  przykre  i  gdyby  nie  to,  że  moi
rodzice  wyrażali  niechęć  rezygnacji  z  oczywistych  korzyści  nowego
regime’u, z ochotą powróciłbym do dawnych czasów. Plan, który w końcu
obmyśliłem,  ażeby  uwolnić  się  od  konsekwencji  własnych  zdolności,
wzbudził  wówczas  szerokie  i  żywe  zainteresowanie,  i  choć  ta  jego  część,
która  przewidywała  śmierć  dziewczynki,  została  surowo  potępiona,
niewiele ma ona wspólnego z tematem niniejszej opowieści.

Przez  kilka  następnych  lat  miałem  mało  możliwości  praktykowania

hipnotyzmu. Jedyną formą uznania, jaką zyskałem, było osadzenie mnie w
samotnej  celi  o  chlebie  i  wodzie.  I  właśnie  gdy  zamierzałem  opuścić  tę
scenę małych rozczarowań, dokonałem jednego ważnego wyczynu.

Zostałem wezwany do biura naczelnika, gdzie dano mi komplet odzieży

cywilnej,  drobną  sumę  pieniędzy  oraz  bardzo  dużo  rad,  które,  muszę
wyznać,  cechowały  się  o  wiele  lepszą  jakością  niż  ubranie.  Kiedy
wychodziłem  przez  bramę  ku  światłu  wolności,  odwróciłem  się  nagle  i
spojrzałem groźnie w oczy naczelnikowi. Miałem go w swojej władzy.

- Jesteś strusiem - oznajmiłem mu.
Sekcja zwłok wykazała obecność w żołądku dużej ilości niestrawnych

przedmiotów,  przeważnie  drewnianych  lub  metalowych.  W  przełyku
utkwiła  mocno  jedna  gałka  drzwiowa,  która  według  orzeczenia  koronera
stanowiła bezpośrednią przyczynę zgonu.

background image

Z  natury  byłem  dobrym,  kochającym  synem,  ale  gdy  udałem  się  w

wielki świat, od którego izolowano mnie przez tak długi czas, nie mogłem
zapomnieć,  że  źródłem  wszystkich  moich  nieszczęść  była  nadmierna
oszczędność  moich  rodziców  w  kwestii  szkolnych  posiłków.  Nie  miałem
też powodu, by sądzić, że wstąpili oni na drogę poprawy.

Na drodze pomiędzy Papkowym Wzgórzem a Duszeniem Południowym

jest  małe,  nie  ogrodzone  pole,  na  którym  stała  niegdyś  chata  znana  jako
Rezydencja  Piotra  Brzytewki.  Dżentelmen  ów  utrzymywał  się  z
mordowania  podróżnych.  Śmierć  Piotra  Brzytewki  i  przemieszczenie  się
szlaku  podróżnego  na  inną  drogę  nastąpiły  niemal  w  tym  samym  czasie,
toteż  nikomu  nie  udało  się  nigdy  ustalić,  które  z  tych  wydarzeń  było
przyczyną, a które skutkiem. W każdym razie było to obecnie odludzie, a
Rezydencja  już  dawno  uległa  spaleniu.  Właśnie  gdy  szedłem  pieszo  do
Duszenia  Południowego,  napotkałem  moich  rodziców  na  drodze
prowadzącej do Wzgórza. Uwiązali konie i spożywali lunch pod dębem na
środku  pola.  Widok  owego  posiłku  wywołał  bolesne  wspomnienia  z  lat
szkolnych  i  obudził  w  mojej  piersi  uśpionego  lwa.  Zbliżyłem  się  do
zmieszanej  pary,  która  od  razu  mnie  rozpoznała  i  ośmieliłem  się
zasugerować, że skorzystam z jej gościnności.

- Ta obfita uczta - odparł autor mojego poczęcia z charakterystyczną dla

siebie  pompatycznością,  która  nie  zanikła  wraz  z  wiekiem  -  starczy
najwyżej  dla  dwóch  osób.  Nie  jestem,  mam  nadzieję,  obojętny  na  głodne
ogniki w twoich oczach, ale...

Mój  ojciec  nigdy  nie  dokończył  tego  zdania.  To,  co  mylnie  brał  za

wygłodniałe spojrzenie, było po prostu żarliwym wzrokiem hipnotyzera. Po
kilku  sekundach  miałem  go  w  swojej  władzy.  Parę  kolejnych  chwil
wystarczyło,  by  podporządkować  jego  małżonkę  i  tak  oto  zacząłem
wprowadzać w czyn nakazy sprawiedliwego oburzenia.

-  Mój  były  ojcze  -  powiedziałem.  -  Przypuszczam,  iż  wraz  z  tą  panią

macie świadomość, że nie jesteście już tacy jak przedtem?

-  Zauważyłem  pewną  subtelną  zmianę  -  brzmiała  raczej

niezdecydowana  odpowiedź  starego  dżentelmena.  -  Być  może,  należałoby
przypisać ją wiekowi.

-  To  znacznie  poważniejsza  przemiana  -  wyjaśniłem.  -  Dotyczy  ona

charakteru, gatunku. Pan i ta pani jesteście, w istocie rzeczy, dwoma b r o n
c o s - dzikimi i wrogo usposobionymi ogierami.

background image

-  Dlaczegóż  to,  John?  -  wykrzyknęła  moja  droga  matka.  -  Nie  chcesz

powiedzieć, że jestem...

- Tak, pani - odparłem uroczyście, ponownie wpijając w nią wzrok.
Zaledwie  tylko  te  słowa  padły  z  moich  ust,  padła  na  czworaka  i

odwracając  się  tyłem  do  starego  człowieka,  zaskowyczała  niczym  jakiś
demon,  następnie  zaś  wymierzyła  złośliwego  kopniska  w  jego  goleń!  W
chwilę  później  również  on  zmienił  swoją,  pozycję,  odwrócił  od  niej  łeb  i
wierzgał  nogami  używając  ich  pojedynczo  lub  wszystkich  jednocześnie.
Ona zaś poruszała się z równą gorliwością, aczkolwiek z racji krępującego
jej ciało przyodziewku ustępowała mu zwinnością. Ich nogi krzyżowały się
i  mieszały  w  sposób  wręcz  oszałamiający,  ich  stopy  stykały  się  niekiedy
pod kątem prostym, a wysunięte do przodu ciała opadały płasko na ziemię
w chwilowej bezradności.

Uspokajali  się  i  podejmowali  walkę  na  nowo.  Wierząc  głęboko,  że

stanowią  parę  rozjuszonych  bydląt,  wyrażali  swoje  szaleństwo  ohydnymi
odgłosami  -  cała  okolica  rozbrzmiewała  ich  wrzaskami!  Kręcili  się  bez
ustanku, a ciosy ich stóp spadały „niczym błyskawice z chmury nad górą”.
Rzucali  się  na  kolana  i  stawali  dęba,  okładali  się  z  furią  niezdarnymi
ciosami obu pięści naraz i ponownie opadali na ręce, jak gdyby nie byli w
stanie utrzymać pionowej pozycji ciała. Ich ubrania, włosy i twarze były w
nieopisany  sposób  ubrudzone  kurzem  i  krwią.  Dzikie,  nieartykułowane
wrzaski  gniewu  świadczyły  o  wymianie  ciosów;  potwierdzeniem  ich  były
jęki, chrząkania i sapanie.

Nawet  pod  Gettysburgiem  czy  Waterloo  nie  widziano  tak  prawdziwie

mężnych  zmagań:  waleczność  moich  ukochanych  rodziców  w  godzinie
niebezpieczeństwa  nigdy  nie  przestanie  być  dla  mnie  źródłem  dumy  i
satysfakcji.  Pod  koniec  tego  wszystkiego  dwa  zmaltretowane,  obdarte,
krwawe,  śmiertelne  szczątki  potwierdzały  doniosły  fakt,  że  sprawca  tej
batalii został sierotą.

Aresztowany  za  spowodowanie  zakłócenia  porządku  publicznego

byłem  i  wciąż  jeszcze  jestem  sądzony  przed  Trybunałem  Zawiłości
Proceduralnych i Odroczeń skąd mój adwokat pragnie, po piętnastu latach
procesu,  za  wszelką  cenę  przenieść  tę  sprawę  do  Trybunału  Odsyłania
Obwinionych na Rewizje Procesów.

Takie są niektóre z moich zasadnicznych eksperymentów w dziedzinie

tajemniczej siły lub mocy znanej jako sugestia hipnotyczna. Czy mogłaby

background image

ona  posłużyć  złemu  człowiekowi  do  niegodziwego  celu,  nie  umiem
powiedzieć.

przekład: Anna Krawczyk - Łaskarzewska

 

background image

Mój ulubiony morderca

 
 
Gdy  ze  szczególnym  okrucieństwem  zamordowałem  swą  matkę,

zostałem aresztowany i postawiony przed sądem. Proces ciągnął się przez
siedem  lat.  Przewodniczący  składu  sędziowskiego  oświadczył,  że  było  to
jedno  z  najbardziej  niesamowitych  przestępstw  w  jakich  przyszło  mu
orzekać. Na to wstał mój obrońca i powiedział:

-  Jeśli  pan  pozwoli,  przestępstwa  są  niesamowite  lub  nie  do  przyjęcia

tylko  na  zasadzie  porównania.  Gdyby  pan  znał  szczegóły  poprzedniego
morderstwa popełnionego przez mego klienta na swoim wuju, zauważyłby
pan w swym oskarżeniu (jeśli można to nazwać oskarżeniem) coś w rodzaju
wyrozumiałości i uwzględnienia uczuć ofiary. Przerażające okrucieństwo z
jakim popełniono poprzednie morderstwo było w istocie nie do pogodzenia
z żadnym innym niż skazującym wyrokiem. Nie bez wagi był też fakt, że
czcigodnym sędzią, przed którym stawał mój klient, był prezes towarzystwa
ubezpieczeń  na  życie,  które  obejmowały  także  ryzyko  powieszenia,  a  w
którym mój klient miał wykupioną polisę, bardzo przyzwoicie wywiązał się
więc z zadania. Jeśli chciałby pan usłyszeć o tym dla oświecenia pańskiego
umysłu, ten nieszczęśliwiec, mój klient, zgadza się na ból zrelacjonowania
tego wszystkiego pod przysięgą.

Prokurator okręgowy powiedział:
-  Protestuję.  Takie  zeznanie  jest  ze  swej  natury  dowodem,  a

postępowanie dowodowe zostało już zamknięte. Zeznanie więźnia powinno
być wprowadzone do akt trzy lata temu, na wiosnę 1881 roku.

-  W  ustawowym  sensie  -  powiedział  sędzia  -  ma  pan  rację  i  w  sądzie

proceduralnym mógłby pan przeprowadzić tę sprawę po swojej myśli. Ale
nie w sądzie apelacyjnym. Sprzeciw odrzucony.

- Protestuję - powiedział prokurator.
- Nie może pan tego zrobić - rzeki sędzia. - Muszę panu przypomnieć,

że  aby  złożyć  protest,  należałoby  tę  sprawę  przenieść  na  pewien  czas  do
sądu protestowego w celu przeprowadzenia odpowiedniego postępowania,
należycie  wspartego  zeznaniami  złożonymi  pod  przysięgą.  Postępowania,

background image

na jakie nie zgodziłem się wobec pańskiego poprzednika na tym urzędzie,
w pierwszym roku tego procesu. Panie Clerk, proszę zaprzysiąc więźnia.

Przyjęto  zwyczajną  przysięgę,  złożyłem  poniższe  zeznanie,  które

wywarło  na  sędziach  tak  silne  wrażenie  trywialności  oskarżenia,  że  nie
szukano już dalszych okoliczności łagodzących, lecz ława przysięgłych po
prostu mnie uniewinniła i opuściłem sąd bez plamy na mej reputacji.

-  Urodziłem  się  w  1856  roku  w  Kalamakee,  w  stanie  Michigan  z

uczciwych  i  cieszących  się  szacunkiem  rodziców,  z  których  jednego
miłościwie  zabrały  niebiosa,  abym  miał  spokój  w  późniejszych  latach.  W
1867 roku rodzina przeniosła się do Kalifornii i osiadła w pobliżu Nigger
Head,  gdzie  ojciec  mój  otworzył  przydrożny  zajazd,  w  którego
prowadzeniu wykazał się niewyobrażalnym wprost skąpstwem. Był wtedy
małomównym,  ponurym  mężczyzną,  choć  upływające  lata  w  jakiś  sposób
złagodziły  surowość  jego  charakteru  i  sądzę,  że  tylko  wspomnienia
smutnych  wydarzeń,  z  powodu  których  stoję  teraz  przed  sądem
powstrzymywały go od okazywania szczerej radości.

Cztery  lata  od  założenia  przez  nas  zajazdu,  przybył  tam  wędrowny

kaznodzieja  i  nie  mając  czym  innym  zapłacić  za  nocleg,  którego
udzieliliśmy mu, zaszczycił nas napomnieniami o takiej sile, że dzięki Bogu
wszyscy  nawróciliśmy  się.  Mój  ojciec  natychmiast  posłał  po  swego  brata,
Williama Ridley^ ze Stockton, i po jego przybyciu przekazał mu gospodę,
nie obciążając go żadnymi przywilejami, ani urządzeniami mechanicznymi
-  te  ostatnie  zresztą  składały  się  z  karabinu  Winchester,  obrzyna  i  całego
asortymentu masek zrobionych z worków po mące. Rodzina przeniosła się
następnie  do  Ghost  Rock,  gdzie  otworzyła  salę  taneczną.  Nazywała  się
Katarynką  Odpoczynku  Świętych  i  cowieczome  zabawy  rozpoczynały  się
modlitwą.  Tam  właśnie  moja,  teraz  uświęcona  matka,  dzięki  swemu
wdziękowi w tańcu, zyskała przydomek Samica Morsa.

Pod koniec 1875 roku miałem okazję odwiedzić Coyote, po drodze do

Mahala i wsiadłem do dyliżansu w Ghost Rock. Było tam czterech innych
podróżnych.  Jakieś  trzy  mile  za  Nigger  Head,  osoby,  które
zidentyfikowałem  jako  mego  stryja  Williama  i  jego  dwóch  synów,
zatrzymały  dyliżans.  Nie  znalazłszy  niczego  w  skrzyni  pocztowej,  zaczęli
przeszukiwać  pasażerów.  Wziąłem  zaszczytny  udział  w  tym
przedsięwzięciu  -  stając  wraz  z  innymi,  podniosłem  ręce  do  góry  i
pozwoliłem  pozbawić  się  czterdziestu  dolarów  i  złotego  zegarka.  Z  mego
zachowania  nikt  nie  mógł  nawet  podejrzewać,  że  znam  dżentelmenów,

background image

którzy urządzili to widowisko. Kilka dni później, gdy wróciłem do Nigger
Head  i  zażądałem  zwrotu  mych  pieniędzy  i  zegarka,  stryj  i  kuzyni
przysięgali,  że  nic  nie  wiedzą  o  całej  sprawie  i  poczęli  sądzić,  że  to  ja  z
moim ojcem ukartowałem całą sprawę, aby narazić na szwank dobre imię
gospody.  Stryj  William  zagroził  nawet  otworzeniem  konkurencyjnej
tancbu-dy  w  Ghost  Rock.  Jako  że  Odpoczynek  Świętych  nie  cieszył  się
zbyt  wielką  popularnością,  stwierdziłem,  że  to  z  całą  pewnością
doprowadziłoby  do  ruiny  nasz  interes,  powiedziałem  więc  stryjowi,  że
puszczę to w niepamięć, jeśli weźmie mnie do swego interesu i zachowa to
w tajemnicy przed moim ojcem.

Odrzucił  tę  uczciwą  ofertę,  doszedłem  więc  do  wniosku,  że  lepiej

będzie jeśli umrze.

Moje  plany  co  do  tego  wkrótce  były  już  gotowe,  wyjaśniłem  je  mym

rodzicom  i  zostałem  usatysfakcjonowany  ich  aprobatą.  Ojciec  powiedział,
że  jest  ze  mnie  dumny,  a  matka  przyrzekła,  że  chciaż  jej  religia  zabrania
wzięcia  udziału  w  odebraniu  komuś  życia,  będę  miał  przewagę  dzięki  jej
modlitwom  za  mój  sukces.  Jako  wstępne  przedsięwzięcie  mające  na  celu
zapewnienie  mi  bezpieczeństwa  w  przypadku  odkrycia,  rozpocząłem
praktykę,  jako  członek  potężnej  organizacji  Rycerze  Mordercy,  i  w  czasie
kursu  zostałem  członkiem  komandorii  Ghost  Rock.  W  dniu  zakończenia
mej probacji, po raz pierwszy otrzymałem pozwolenie przejrzenia zapisków
zakonu i dowiedzenia się, kto do niego należy - wszystkie ryty inicjacyjne
prowadzone były w maskach. Wyobraźcie sobie moją radość, gdy czytając
listę członków stwierdziłem, że trzecim na niej jest nazwisko mego stryja,
który  w  istocie  nawet  był  młodszym  wicekanclerzem  zakonu!  To  była
okazja przewyższająca me najśmielsze marzenia - do morderstwa mogłem
dodać  niesubordynację  i  zdradę.  To  było  to,  co  moja  matka  nazywała
„nadzwyczajną Opatrznością”.

W tym samym czasie zdarzyło się coś, co wypełniło kielich mej radości,

już wcześniej pełen po brzegi, tak że aż przelał się okrągłym wodospadem
błogości. Trzech mężczyzn, obcych w tej okolicy, zostało aresztowanych za
obrabowanie dyliżansu, w czasie którego to rabunku straciłem pieniądze i
zegarek.  Zostali  postawieni  przed  sądem  i  mimo  mych  wysiłków  aby
oczyścić ich z zarzutów i zrzucić winę na trzech z najbardziej szanowanych
członków  lokalnej  społeczności  Ghost  Rock,  skazano  ich  na  podstawie
najprostszych  dowodów.  Morderstwo  wydawało  się  teraz  bezsensowną
psotą, tak jak tego sobie życzyłem.

background image

Pewnego ranka zarzuciłem sobie Winchestera na ramię i poszedłem do

domu mego stryja, w pobliżu Nigger Head, zapytać ciotkę Mary, jego żonę,
czy jest w domu, dodając, że przyszedłem go zabić. Ciotka odparła z tym
swoim  szczególnym  uśmiechem,  że  tak  wielu  dżentelmenów  biega  za
swymi  sprawami,  a  potem  znika  nie  załatwiwszy  ich,  że  musi  wątpić  w
moje  dobre  chęci  w  rzeczonej  sprawie.  Powiedziała,  że  nie  wyglądam  na
takiego, który mógłby kogokolwiek zabić, więc jako dowód moich dobrych
chęci,  obniżyłem  lufę  mego  karabinu  i  zraniłem  Chińczyka,  który  akurat
przechodził  koło  domu.  Powiedziała,  że  zna  cały  szereg  rodzin,  które
byłyby zdolne do tego rodzaju rzeczy, lecz Bili Ridley to koń innej maści.
Dodała jednak, że powinienem go znaleźć po drugiej stronie przełęczy, w
zagrodzie dla owiec; również to, że ma nadzieję, iż lepszy zwycięży.

Moja  ciotka  Mary  była  kobietą  o  najtrzeźwiejszym  umyśle  spośród

wszystkich mi znanych.

Znalazłem  mego  stryja  na  kolanach,  zajętego  zdejmowaniem  skóry  z

owcy. Widząc, że nie ma pod ręką pistoletu, nie miałem serca go po prostu
zastrzelić,  więc  podszedłem  do  niego,  grzecznie  się  przywitałem  i
uderzyłem  go  potężnie  w  głowę  kolbą  mej  strzelby.  Trafiłem  doskonale  i
stryj  William  legł  jak  długi  na  boku,  a  potem  przetoczył  się  na  plecy,
rozpostarł  palce  i  zaczął  drżeć.  Zanim  zdolny  był  ponownie  stanąć  na
nogach,  chwyciłem  nóż  którego  używał  do  zdejmowania  skóry  z  owcy  i
przeciąłem  mu  ścięgna.  Wiecie  bez  wątpienia,  że  po  przecięciu  ścięgien
Achillesa facet nigdy już nie będzie mógł używać swych nóg - tak jakby ich
w  ogóle  nie  miał.  Cóż,  przeciąłem  je  w  obu  kończynach  i  jeśli  przeżyje,
będzie zdany na moją łaskę.

Gdy tylko zorientował się w sytuacji, powiedział:
„Samuelu, napadłeś na mnie i stać cię na wspaniałomyślność. Chcę cię

prosić  tylko  o  jedno  -  zabierz  mnie  do  domu  i  wykończ  mnie  na  tonie
rodziny”.

Powiedziałem mu, że to naprawdę rzeczowe żądanie i zrobię tak, jeśli

pozwoli mi się wsadzić do worka po pszenicy - będzie łatwiej nieść go w
ten sposób i gdyby zobaczyli nas po drodze sąsiedzi, wywołałoby to mniej
komentarzy. Zgodził się z tym, poszedłem więc do stodoły po worek. Nie
pasował jednak do niego, był zbyt krótki i za szeroki, zgiąłem mu więc nogi
podciągając kolana pod brodę i zabrałem go w ten sposób, zawiązawszy mu
worek nad głową. Był ciężki, dlatego mogłem go nieść tylko na plecach i
potykałem się przez całą drogę, aż dotarłem do huśtawki, którą jakieś dzieci

background image

zawiesiły na gałęzi dębu. Tu położyłem go i usiadłem na nim aby odpocząć,
a  widok  liny  podsunął  mi  szczęśliwy  pomysł.  Po  dwudziestu  minutach,
ciągle w worku, huśtał się swobodnie, będąc przedmiotem igraszek wiatru.

Ściągnąłem linę, zawiązałem ściśle jeden jej koniec wokół worka, drugi

jej koniec przerzuciłem przez gałąź i podciągnąłem go na wysokość pięciu
stóp  nad  ziemię.  Zawiązawszy  drugi  koniec  liny  także  wokół  worka,
miałem  satysfakcję  oglądać  mego  stryja  zamienionego  w  olbrzymie,
doskonałe  wahadło.  Muszę  dodać,  że  nie  tylko  on  był  świadom  natury
zmian, jakim uległ w stosunku do otaczającego go świata. Przyznaję, że nie
sądziłem, aby miał zamiar trwonić mój cenny czas na próżne protesty.

Stryj William miał tryka, znanego z waleczności w całej okolicy. Był on

w  stanie  wiecznego  wzburzenia.  Jakieś  głębokie  rozczarowanie  we
wczesnej młodości legło u podstaw tego zachowania i wydał wojnę całemu
światu. Można powiedzieć, że bódł wszystko, co znajdowało się w zasięgu
jego  rogów,  lecz  nie  okazywał  natury  i  zakresu  swej  bojowej  aktywności.
Cały wszechświat był jego przeciwnikiem. Metody walki tryka można było
określić  mianem  „balistycznych”.  Walczył  jak  aniołowie  i  diabli,
przelatując w powietrzu jak ptak, opisując krzywe paraboliczne i spadając
na  ofiarę  dokładnie  pod  kątem,  który  pozwalał  mu  jak  najlepiej
wykorzystać jego masę i szybkość. Jego szybkość, sądząc z tupotu kopyt,
była  czymś  niewiarygodnym.  Widziano  jak  pokonał  czteroletniego  byka
jednym uderzeniem w guzowate czoło zwierzęcia. Nie oparł mu się żaden
kamienny  mur,  nie  było  dostatecznie  mocnych  drzew  aby  go  zatrzymać;
roztrzaskiwał je na zapałki i profanował ich liściastą chwałę w pyle. Tego
skorego do gniewu i nieprzejednanego okrutnika - wcielenie błyskawicy -
potwora  z  największych  głębin,  zobaczyłem  odpoczywającego  pod
sąsiednim  drzewem,  śniącego  o  podbojach  i  chwale.  Wydawało  się
stosownym wezwać go na pole honoru, na którym zawiesiłem jego pana w
sposób opisany powyżej.

Ukończywszy  przygotowania,  wprawiłem  wahadło  z  dobrotliwego

stryjaszka  w  delikatny  ruch,  a  sam  ukryłem  się  za  niedaleką  skalą,
podnosząc  glos  w  ochrypłym,  długim  ryku,  którego  ostatnie,  opadające
tony milkły w dźwiękach przypominających klnącego kota, dochodzących z
worka.  W  jednej  chwili  cudowna  owieczka  zerwała  się  na  równe  nogi  i
objęła  w  lot  wzrokiem  sytuację  militarną.  Po  chwili  tryk  ukazał  się,  bijąc
kopytami  w  ziemię  o  jakieś  pięćdziesiąt  jardów  od  huśtającego  się
przeciwnika, który swym kołyszącym ruchem wydawał się zapraszać go do

background image

bójki.  Zobaczyłem,  że  nagle  bestia  pochyliła  głowę  ku  ziemi,  jakby  pod
ciężarem  swych  nadzwyczaj  wielkich  rogów,  potem  niewyraźny,  biały,
falisty  pas  wystrzelił  w  kierunku  poziomym  na  jakieś  cztery  jardy,  na
miejsce znajdujące się dokładnie pod przeciwnikiem. Wtedy uderzył ostro
do  góry  i  zanim  zniknął  mi  z  oczu,  usłyszałem  straszliwe  uderzenie  i
przeszywający  krzyk,  a  mój  biedny  stryj  wystrzelił  do  przodu  wyżej  niż
gałąź,  na  której  był  zawieszony.  Tu  lina  napięta  się,  hamując  jego  lot  i
worek  poleciał  z  powrotem  na  drugi  koniec  łuku.  Baran  opadł  na  ziemię,
zamieniając  się  na  moment  w  stos  nierozróżnialnych  nóg,  wełny  i  rogów,
ale  pozbierał  się  i  pochylił.  Gdy  jego  przeciwnik  zataczał  łuk  w  dół,
potrząsał  głową  i  grzebał  przednimi  nogami.  Gdy  stryj  wracał,  bestia
pochyliła głowę, jakby modląc się o zwycięstwo i ponownie wystrzeliła do
przodu,  niewyraźnie  widoczna  jak  poprzednio  -  wydłużony,  biały  pas,
zakończony  ostrym  podskokiem.  Tym  razem  zaatakował  z  prawej,  a  jego
niecierpliwość była tak wielka, że uderzył przeciwnika zanim ten osiągnął
najniższy  punkt  swego  luku.  W  rezultacie  stryj  począł  zataczać  poziome
kręgi.  Ich  promień  równy  był  połowie  długości  liny,  która,  zapomniałem
powiedzieć,  miała  około  dwudziestu  stóp  długości.  Jego  wrzaski,
wzmagające  się  podczas  zbliżania  i  cichnące  gdy  się  oddalał,  czyniły
szybkość  jego  ewolucji  bardziej  oczywistą  dla  uszu  niż  dla  oczu.
Najwidoczniej nie został jeszcze uderzony w czułe miejsce. Jego położenie
w  worku  i  odległość  od  ziemi  skłaniały  tryka  do  atakowania  jego  nóg  i
końca pleców. Jak roślina, która wbiła swe korzenie w jakiś trujący minerał,
mój biedny stryj umierał powoli, od nóg w górę.

Po drugim uderzeniu tryk nie wycofał się. Gorączka bitewna rozpaliła

jego  serce,  jego  mózg  został  zatruty  winem  walki.  Jak  pięściarz,  który  w
złości  zapomniał  swej  sztuki  i  walczy  nieefektywnie  w  półzwarciu,
rozwścieczona  bestia  usiłowała  dosięgnąć  swego  latającego  przeciwnika
niezgrabnymi, pionowymi podskokami, gdy ten przelatywał nad jego łbem,
czasami istotnie udawało mu się uderzyć go lekko, lecz częściej nie trafiał
w  pośpiechu.  Lecz  gdy  impet  osłabł  i  kręgi  zataczane  przez  stryja
zmniejszyły swój promień i szybkość, przynosząc go bliżej ziemi, taktyka
ta  dała  lepsze  rezultaty,  powodując  najwyższej  jakości  wrzaski,  z  których
bardzo się cieszyłem.

Nagle,  jakby  trąbki  oznajmiły  zawieszenie  broni,  tryk  zaprzestał  tych

czułości  i  odszedł,  w  zamyśleniu  marszcząc  nos,  od  czasu  do  czasu
zrywając  kępkę  trawy  i  powoli  ją  żując.  Wydawało  się,  że  zmęczony

background image

podnieceniem  wojennym  postanowił  przekuć  swój  miecz  na  lemiesz  i
oddać się zajęciom pokojowym. Nieustannie oddalał się od pola chwały, aż
dotarł na odległość ćwierci mili od niego. Tam zatrzymał się, stojąc tyłem
do przeciwnika, żując trawę i drzemiąc. Widziałem jednak, że od czasu do
czasu  lekko  odwraca  głowę,  jakby  jego  apatia  była  bardziej  udawana  niż
rzeczywista.

W międzyczasie wrzaski stryja Williama osłabły i nie słychać było nic

poza  długimi,  cichymi  jękami  i  od  czasu  do  czasu  wymawianym  moim
imieniem. Wymawiał je błagalnym tonem, bardzo mile brzmiącym w moich
uszach. Najwidoczniej nie miał najmniejszego pojęcia, co się z nim działo i
był  niewyobrażalnie  przerażony.  Gdy  śmierć  nadchodzi  otoczona  mgłą
tajemnicy, to naprawdę jest przerażające. Stopniowo oscylacje mego stryja
wygasły i w końcu zawisł bez ruchu. Podszedłem do niego, chcąc mu zadać
coup  de  grace,  gdy  nagle  usłyszałem  szybko  po  sobie  następujące  lekkie
wstrząsy  gruntu,  a  odwróciwszy  się  w  kierunku  tryka,  zobaczyłem  długi
obłok  pyłu  zbliżający  się  w  moim  kierunku  z  niewiarygodną  szybkością.
Przystanął  na  chwilę  w  odległości  jakichś  trzydziestu  jardów  i  stamtąd
wzbiło się w powietrze coś, co w pierwszej chwili uważałem za wielkiego,
białego  ptaka.  Jego  wzlot  był  tak  gładki,  łatwy  i  regularny,  że  nie
uświadomiłem  sobie  jego  szybkości,  pogrążony  w  podziwianiu  jego
wdzięku.  Do  dziś  dnia  pozostało  mi  wrażenie,  że  był  to  powolny,
wyważony  ruch.  Tryk  -  gdyż  on  to  był  -  musiał  być  podtrzymywany  w
kolejnych  stadiach  swego  lotu  przez  jakąś  silę  prócz  własnego  rozpędu,  z
nieskończoną  czułością  i  troską.  Moje  oczy  śledziły  jego  lot  z
niewymownym  zadowoleniem,  większym  jeszcze  przez  kontrast  z  mym
poprzednim  przerażeniem,  gdy  zbliżał  się  po  ziemi.  Szlachetne  zwierzę
żeglowało,  z  głową  pochyloną  tak,  że  znajdowała  się  prawie  między
kolanami,  przednie  nogi  wyrzucił  do  tyłu,  tylne  nogi  ciągnął  za  sobą  jak
wzbijająca się w powietrze czapla.

Na wysokości czterdziestu lub pięćdziesięciu stóp tor jego lotu osiągnął

zenit, wydawało się, że zatrzymał się tam na chwilę, a potem, pochyliwszy
się  nagle  do  przodu,  nie  zmieniając  pozycji  poszczególnych  części  ciała,
wystrzelił  w  dół  zwiększając  ciągle  szybkość,  przeleciał  obok  mnie  z
dźwiękiem  przypominającym  wystrzał  armatni  i  uderzył  mego  biednego
stryja prosto w czubek głowy. Uderzenie było tak przerażające, że złamało
mu  nie  tylko  kark,  ale  zerwało  także  linę  i  ciało  zabitego  zostało
zmiażdżone  pod  ciężarem  tego  przer  owczego  meteorytu.  Uderzenie

background image

zatrzymało  wszystkie  zegary  między  Lone  Hand  a  Dutch  Dań,  a  profesor
David-son,  wybitny  autorytet  w  dziedzinie  sejsmologii,  który  akurat
znajdował się w tej okolicy wyjaśnił szybko, że drgania ziemi przenosiły się
z północy na południowy zachód.

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie mogę powstrzymać się od myśli, że

artystyczne  okrucieństwo  zamordowania  przeze  mnie  stryja  Williama  nie
miało sobie równych.


Document Outline