background image

RICHELLE MEAD 

POCAŁUNEK CIENIA 

Akademia Wampirów 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

DELIKATNIE  WODZIŁ  PALCAMI  po  moich  plecach.  Jego  dotyk  sprawiał,  że 

drżałam. Powoli, bardzo powoli przesuwał dłonie w dół ciała, aż zatrzymały się na biodrach. 

Poczułam  muśnięcie  warg  tuż  za  uchem.  Całował  mnie  w  szyję,  a  potem  niżej,  jeszcze 

niżej… 

Poczułam  na  ustach  jego  wargi.  Całowaliśmy  się  i  tuliliśmy  coraz  mocniej.  Krew 

płonęła mi w żyłach, nigdy nie byłam bardziej żywa niż w tej chwili. Kochałam go, kochałam 

Christiana tak mocno, że… 

Christiana? 

Christian… Nie. 

Zrozumiałam,  co  się  dzieje.  Wkurzona  nie  na  żarty,  jednocześnie  nadal  tkwiłam  w 

jego  ramionach,  jakby  to  mnie  dotykał  i  całował.  Nie  mogłam  się  wyrwać.  Zbyt  silnie 

połączona z Lissą, przeżywałam to samo, co ona. 

Dosyć.  To  się  nie  dzieje  naprawdę,  nie  ma  cię  tam.  Uciekaj.  Logika  zawiodła:  jak 

miałam się skupić, skoro cała płonęłam i drżałam? 

Nie jesteś nią. To ciało nie należy do ciebie. Uciekaj. 

Jego usta. Na całym świecie nie istniało nic oprócz nich. 

To nie jest on. Uciekaj. 

Pocałunki smakowały tak samo, całował mnie tak jak… 

Nie, to nie Dymitr. Wiej stąd! 

Imię Bielikowa podziałało jak kubeł zimnej wody. Wyrwałam się. 

Siedziałam  na  łóżku  w  swoim  pokoju.  Nagle  zrobiło  mi  się  duszno.  Zaczęłam 

wierzgać nogami, usiłując zrzucić z siebie kołdrę, lecz w efekcie jeszcze bardziej zaplątałam 

się  w  pościel.  Serce  biło  mi  jak  szalone.  Próbowałam  uspokoić  oddech  i  powrócić  do 

rzeczywistości. 

Wiele  się  zmieniło.  Dawniej  atakowały  mnie  senne  koszmary  Lissy.  Teraz 

uczestniczyłam w jej życiu seksualnym. Różnica zasadnicza. Na jawie jakoś sobie radziłam i 

nie  dopuszczałam  do  głosu  przeżyć  przyjaciółki.  Tym  razem  Lissa  i  Christian  nieumyślnie 

mnie przechytrzyli. We śnie byłam bezbronna, moje ciało odbierało jej intensywne doznania 

przez  łączącą  nas  psychiczną  więź.  Nie  miałabym  takich  problemów,  gdyby  znajdowali  się 

teraz w swoich łóżkach i spali jak normalni ludzie. 

„Boże”. Ziewnęłam, opuszczając nogi na podłogę. „Nie mogli zaczekać do rana?” 

background image

Co  gorsza,  nadal  czułam  się  nieswojo.  Teoretycznie  nic  się  nie  stało.  Christian  nie 

dotykał mojej skóry, nie mnie całował. A jednak ciało mówiło coś innego. Tęskniłam za jego 

ciepłem. To idiotyczne, ale rozpaczliwie pragnęłam, żeby ktoś mnie dotknął, choćby przytulił. 

Z pewnością jednak nie Christian. Powróciło wspomnienie pocałunków. Półśpiąca kojarzyłem 

je z Dymitrem. 

Wstałam z trudem i przeszłam się chwiejnie po pokoju. Ogarnął mnie smutek. Czułam 

się  kompletnie  pusta.  By  jakoś  przełamać  ponury  nastrój,  w  samym  szlafroku  i  kapciach 

poszłam do łazienki na korytarzu. Opłukałam twarz zimną wodą i spojrzałam w lustro. Moje 

odbicie  patrzyło  ponuro  zaczerwienionymi  oczami.  Miałam  potargane  włosy.  Powinnam 

wrócić  do  łóżka,  ale  przeszła  mi  ochota  na  sen.  Wolałam  nie  ryzykować.  Potrzebowałam 

czegoś, co mnie orzeźwi i zatrze niemiłe wspomnienia. 

Po  wyjściu  z  łazienki  ruszyłam  bezszelestnie,  na  palcach  w  stronę  schodów.  Na 

parterze dormitorium panowała cisza. Dochodziło południe, czyli środek nocy dla wampirów 

żyjących  w  ciemnościach.  Wyjrzałam  zza  drzwi  i  przeszukałam  wzrokiem  hol.  Nie 

zauważyłam nikogo, oprócz ziewającego recepcjonisty za biurkiem. Przeglądał od niechcenia 

jakieś czasopismo. Pomyślałam, że lada moment zaśnie i głowa opadnie mu na ladę. Moroj 

skończył  lekturę,  ziewnął  po  raz  drugi,  zakręcił  się  na  fotelu  obrotowym,  rzucił  gazetę  na 

biurko i sięgnął po inną. 

Wykorzystałam  chwilę,  gdy  był  odwrócony  tyłem,  i  przebiegłam  korytarzem  do 

podwójnych drzwi prowadzących na zewnątrz. Modliłam się w duchu, żeby nie zaskrzypiały. 

Uchyliłam jedno skrzydło i wymknęłam się z budynku. Udało się. Recepcjonista mógł poczuć 

zaledwie lekki powiew chłodnego powietrza. 

Gdy stanęłam na dworze w świetle dnia, poczułam się jak wojowniczka ninja. 

Zimny  wiatr  uderzył  mnie  w  twarz.  Tego  właśnie  potrzebowałam.  Bezlistne  gałęzie 

drzew kołysały się,  uderzając o kamienny mur dormitorium.  Promienie słoneczne padały na 

mnie  migotliwie,  jak  światła  w  dyskotece.  Skrzywiłam  się,  bo  raziły  mnie  w  oczy, 

napominały,  bym  wracała.  Opatulona  szczelnie  szlafrokiem,  okrążyłam  węgieł  budynku. 

Między  dormitorium  a  salą  gimnastyczną  znalazłam  zaciszne  miejsce,  w  którym  mogłam 

posiedzieć  chwilę  w  spokoju.  Błoto  zalegające  chodnik  przyklejało  się  do  kapci,  ale  co  z 

tego? 

Typowy  ponury  dzień  w  górach  Montany.  Rześkie  powietrze  otrzeźwiło  mnie, 

przepędzając resztki wspomnień o miłosnym uniesieniu, w którym bez własnej woli brałam 

udział.  Znowu  byłam  sobą.  Wolałam  trząść  się  z  zimna,  niż  rozpamiętywać  dotyk  dłoni 

Christiana. Przystanęłam wpatrzona bezmyślnie w grupę drzew i nagle ogarnęła mnie złość na 

background image

tamtych  dwoje.  Pomyślałam  z  goryczą,  że  nie  przejmują  się  nikim  ani  niczym.  Lissa  często 

napomykała, że chciałaby odbierać moje myśli i uczucia. W istocie nie miała pojęcia, czym to 

grozi. Nie wiedziała, co przeżywam, kiedy atakują mnie jej myśli, kiedy nasza więź wymusza 

udział we wszystkim, czego doświadcza moja przyjaciółka. Do tego wszystkiego Lissa wiodła 

szczęśliwe  życie  miłosne,  podczas  gdy  ja  byłam  pogrążona  w  rozpaczy.  Nie  zdawała  sobie 

sprawy, czym jest niespełnione uczucie, tak silne, że aż boli, bo nie można go zrealizować ani 

nawet  wyrazić. Tłumiłam  je, jak czasem  robimy  to  ze złością, która zaczyna zjadać nad od 

środka, dręczy tak bardzo, że mamy ochotę krzyczeć i kopać. 

Nie, Lissa nie miała pojęcia co czuję. Nie zamierzałam jej tym obarczać. Niech sobie 

dalej przeżywa romantyczne chwile, nie wiedząc, jaki ból mi sprawia. 

Zaczęłam  sapać  z  wściekłości  na  Lissę  i  Christiana  za  ich  słabość  do  nocnych 

igraszek.  Zazdrościłam  im miłości,  której  sama zostałam pozbawiona. Usiłowałam zdusić w 

sobie gniew, zdławić zawiść wobec najlepszej przyjaciółki. 

-  Jesteś  lunatyczką?  -  usłyszałam  za  plecami.  Odwróciłam  się  gwałtownie.  Dymitr 

patrzył z zaciekawioną i lekko rozbawioną miną. Ciekawe, właśnie w chwili gdy roztrząsałam 

swoje  problemy  miłosne,  ich  źródło  niezauważenie  samo  mnie  odnalazło.  Nie  słyszałam, 

kiedy  się  zbliżył,  i  teraz  niechętnie  rozstałam  się  z  moim  wyobrażeniem  o  sobie  jako 

wojowniczce  ninja.  Od  razu  skarciłam  się  w  duchu  za  zaniedbanie.  Co  by  mi  szkodziło 

uczesać  się  przed  wyjściem?  Pospiesznie  przygładziłam  ręką  zmierzwione  włosy,  chociaż 

czułam, że jest już za późno na ten gest. Moje długie loki musiały wyglądać jak wielkie ptasie 

gniazdo. 

- Sprawdzam system bezpieczeństwa w dormitorium - rzuciłam. - Nawala. 

Strażnik  uśmiechnął  się  lekko.  Trzęsłam  się  z  zimna  i  nie  mogłam  nie  zauważyć 

długiego,  ciepłego  skórzanego  płaszcza,  w  który  był  ubrany.  Nie  miałabym  nic  przeciwko 

temu, żeby mnie nim okrył. 

-  Na  pewno  bardzo  zmarzłaś.  -  Zupełnie  jakby  czytał  w  moich  myślach.  -  Włożysz 

mój płaszcz? 

Potrząsnęłam głową, nie wspominając też o tym, że stopy mi zgrabiały na kość. 

- Nie jest mi zimno. Co tu robisz? Też sprawdzasz zabezpieczenia? 

-  Przeciwnie.  Mam  wartę.  Strażnicy  na  zmianę  patrolowali  teren  szkoły,  kiedy 

wszyscy spali. 

Strzygi,  czyli  martwe  wampiry,  czyhające  na  życie  morojów,  takich  jak  Lissa,  nie 

polowały  w  świetle  dnia.  Problemy  sprawiali  jednak  sami  uczniowie,  którzy  często 

wyślizgiwali się poza teren Akademii. 

background image

-  Gratuluję  -  odparłam.  -  Cieszę  się,  że  dzięki  mnie  utwierdziłeś  się  we  wzorowej 

czujności. Lepiej już pójdę. 

-  Rose.  -  Dymitr  chwycił  mnie  za  ramię.  Mimo  mrozu  ogarnęła  mnie  fala  gorąca. 

Natychmiast mnie puścił, jakby i on poczuł to samo. - Powiedz, co tu robiłaś. 

Znałam  ten  jego  ton,  nie  przyjąłby  do  wiadomości  wykrętów,  więc  powiedziałam 

prawdę. 

- Miałam zły sen. Wyszłam zaczerpnąć powietrza. 

- Tak po prostu wyszłaś. I nie przeszło ci przez myśl, że łamiesz reguły? Zapomniałaś 

również o ubraniu. 

- Tak - mruknęłam. - To jest chyba pełny obraz sytuacji. 

-  Och  Rose.  -  W  głosie  Dymitra  wyczułam  rezygnację.  -  Nigdy  się  nie  zmienisz. 

Najpierw Działasz, potem myślisz. 

- Wiesz, że to nieprawda - zaprotestowałam. - Zmieniłam się. Nawet bardzo. 

Oczy strażnika pociemniały, znikło rozbawienie, wydawał się zmartwiony. Przyglądał 

mi się dłuższą chwilę. Czasami miałam wrażenie, że jego wzrok przenika moją duszę. 

- Masz rację. Zmieniłaś się. 

Przyznał to ze smutkiem. Pewnie myślał o wydarzeniach sprzed trzech tygodni, kiedy 

razem z grupką przyjaciół wpadłam w sidła strzyg. Cudem uszliśmy z życiem. Niestety nie 

wszyscy.  Mason,  mój  dobry  kumpel,  zakochany  we  mnie  do  szaleństwa,  został  zabity. 

Pomściłam jego śmierć, ale nigdy sobie nie wybaczę, że zginał. 

Tamte wydarzenia położyły się cieniem na moim życiu. Wszyscy uczniowie i personel 

Akademii popadli w przygnębienie. Ja śmierć Masona przeżyłam jako osobisty dramat. 

Przyjaciele zaczęli to zauważać. Nie chciałam, żeby Dymitr się o mnie martwił, więc 

udałam, że jego uwagę biorę za żart. 

- Spokojna głowa. Niedługo mam urodziny. Kiedy skończę osiemnaście lat, będę już 

oficjalnie dorosła, prawda? Na pewno obudzę się tego ranka jako dojrzała kobieta. 

Jak oczekiwałam, nieznacznie się uśmiechnął. 

- Tak, nie wątpię w to. Twoje urodziny wypadają, zdaje się, za miesiąc? 

- Dokładnie za trzydzieści jeden dni - sprostowałam. 

-  Z  pewnością  nie  odliczasz  godzin  ani  minut.  Wzruszyłam  ramionami,  a  on  się 

roześmiał. 

-  Rozumiem,  że  spisałaś  listę  prezentów.  Na  dziesięć  stron  bez  odstępów?  Według 

hierarchii ważności. 

Dymitr  nie  przestawał  się  uśmiechać.  Odprężył  się  i  był  szczerze  rozbawiony,  co 

background image

zdarzało mu się bardzo rzadko. 

Chciałam  rozśmieszyć  go  jeszcze  bardziej,  ale  w  tej  samej  chwili  stanęli  mi  przed 

oczami  Christian  i  Lissa.  Powróciło  uczucie  smutku  i  pustki.  Moje  marzenia  o  nowych 

ciuchach,  iPodzie  i  innych  prezentach  wydały  mi  się  trywialne.  Jak  to  się  stało,  że  gadżety 

przestały się dla mnie liczyć? Marzyłam tylko o jednym. Boże, jakże ja się zmieniłam. 

-  Nie  -  odparłam  cicho.  -  Nie  mam  żadnej  listy.  Przechylił  głowę,  a  długie  włosy 

opadły mu na twarz. Miał brązowe włosy, tak jak ja, lecz moje były ciemniejsze. Chwilami 

wydawały  się  zupełnie  czarne.  Dymitr  odgarnął  niesforne  kosmyki,  ale  natychmiast  z 

powrotem zakryły mu policzek. 

- Nie mogę uwierzyć, że nie czekasz na prezenty. Będziesz miała nudne urodziny. 

„Wolność”,  pomyślałam.  To  był  jedyny  prezent,  na  jaki  czekałam.  Wolność 

dokonywania wyborów. Wolność kochania wybranego mężczyzny. 

- To bez znaczenia - powiedziałam tylko. 

- Jak to… - zaczął Dymitr i urwał. Zrozumiał. Zawsze mnie rozumiał. Dzięki temu tak 

dobrze  się  dogadywaliśmy  mimo  różnicy  wieku.  Był  ode  mnie  starszy  o  siedem  lat. 

Zakochaliśmy  się  w  sobie  zeszłej  jesieni,  kiedy  strażnik  został  moim  instruktorem  sztuk 

walki. Jednak sprawy posunęły się za daleko i  wkrótce przekonaliśmy się,  że różnica wieku 

nie  jest  jedyną  przeszkodą  dla  naszego  związku.  Oboje  mieliśmy  zostać  opiekunami  Lissy, 

kiedy moja przyjaciółka skończy szkołę. Nie mogliśmy pozwolić na to, by wzajemne uczucia 

kolidowały ze służbą. 

Dziś łatwo mi to pisać, ale wówczas nie miałam złudzeń, że tak po prostu zapomnimy 

o tym, co nas łączy. Obojgu nam zdarzały się chwile słabości, skradzione pocałunki i słowa, 

które nigdy nie powinny paść. Kiedy cudem uszłam z życiem w starciu ze strzygami, Dymitr 

wyznał mi miłość. Powiedział wtedy, że nie mógłby być z inną kobietą. Jednocześnie oboje 

rozumieliśmy, że nasz związek jest niemożliwy. Udawaliśmy, że nic się nie dzieje i że łączą 

nas wyłącznie oficjalne stosunki. 

Teraz strażnik próbował zmienić temat. 

-  Możesz  zaprzeczać,  ale  widzę,  że  dygoczesz  z  zimna.  Wejdźmy  do  środka. 

Wprowadzę cię tylnymi drzwiami. 

A to heca! Dymitr nigdy nie unikał trudnych tematów. To on zwykle zmuszał mnie do 

otwartej  dyskusji  o  sprawach,  którym  nie  miałam  najmniejszej  ochoty  się  zajmować. 

Tymczasem rozmowa o naszym trudnym, zwichrowanym związku okazała się dla niego zbyt 

wielkim wyzwaniem. Tak. Nie tylko ja się zmieniłam. 

-  Myślę,  że  to  tobie  jest  zimno.  -  Drażniłam  się  z  nim,  idąc  do  budynku,  w  którym 

background image

mieściły się sypialnie nowicjuszy. - Czyżby pobyt na Syberii nie uodpornił cię na siarczyste 

mrozy? 

- Nie masz pojęcia o życiu na Syberii. 

-  Wyobrażam  sobie ziemię skutą lodem, jak na Arktyce  -  odpowiedziałam  zgodnie z 

prawdą. 

- W takim razie bardzo się mylisz. 

-  Tęsknisz  za  ojczyzną?  -  spytałam,  zerkając  na  niego  z  ukosa.  Nigdy  wcześniej  nie 

przyszło mi to do głowy. Sądziłam, że każdy marzy o życiu w Ameryce. W każdym razie nie 

sądziłam, że ktokolwiek chciałby żyć na Syberii. 

- Bezustannie - odparł miękkim głosem. - Czasami marzę… 

-  Bielikow!  Wiatr  przywiał  ostry  krzyk  dobiegający  zza  naszych  pleców.  Dymitr 

mruknął coś pod nosem i wepchnął mnie za węgieł, który właśnie mijałam. 

-  Schowaj  się!  Przykucnęłam  za  kępa  krzewów  otaczających  budynek.  Nie  miały 

jagód, tylko gęste kiście kłujących, zakończonych spiczasto liści. Drapały mnie w skórę. Nie 

zważałam na te drobne nieprzyjemności, znacznie dotkliwiej odczuwałam chłód i strach, że 

moja nocna eskapada zostanie zauważona i ukarana. 

- Nie masz dzisiaj służby - odezwał się Dymitr parę sekund później. 

-  Nie,  ale  chciałam  z  tobą  porozmawiać  -  rozpoznałam  ten  głos.  Należał  do  Alberty, 

szefowej straży Akademii. - Nie zajmę ci dużo czasu. Musimy przestawić pory kilku dyżurów 

na czas, kiedy wyjedziesz na proces. 

-  Jasne  -  odparł.  Wychwyciłam  skrępowanie  w  jego  głosie.  -  Nie  mogłaś  znaleźć 

lepszej pory na zmiany. Nikt nie będzie z tego zadowolony. 

-  Cóż,  królowa  rządzi  się  własnymi  prawami.  -  Alberta  była  wyraźnie  sfrustrowana. 

Usiłowałam  zrozumieć,  o  co  chodzi.  -  Celeste  będzie  cię  zastępowała  na  warcie  i  oboje  z 

Emilem poprowadzą za zmianę twoje treningi. 

Treningi? Wiec Dymitr nie poprowadzi zajęć w przyszłym tygodniu. Dlaczego? Nagle 

zrozumiałam.  Chodziło  o  ćwiczenia  polowe.  Jutro  rozpoczyna  się  sześciotygodniowy  okres 

próbny  dla  nowicjuszy.  Nie  będziemy  mieli  normalnych  zajęć.  Przydzielą  nam  pod  opiekę 

morojów,  których  mamy  strzec  dniem  i  nocą.  Ale  co  to  za  proces,  o  którym  wspomniała 

Alberta? Może chodziło o ostateczny test na zaliczenie roku szkolnego? 

-  Mówią,  że  nie  mają  nic  przeciwko  dodatkowym  dyżurom  -  ciągnęła  strażniczka.  - 

Zastanawiałam się, czy nie mógłbyś przejąć części ich obowiązków przed wyjazdem? 

- Oczywiście - odparł Dymitr bez wahania. 

-  Dzięki.  Bardzo  nam  pomożesz.  -  Kobieta  westchnęła.  -  Chciałabym  wiedzieć,  jak 

background image

długo  potrwa  proces.  Nie  mam  ochoty  wyjeżdżać.  Twierdziłeś,  że  Daszkowa  spotka 

zasłużona  kara,  tymczasem  królowa  podobno  zaczyna  wątpić  w  prawo  sądu  do  uwięzienia 

członka rodziny królewskiej. 

Zamarłam. Dreszcz, który przebiegł mi po plecach, nie miał nic wspólnego z chłodem 

panującym na zewnątrz. Daszkow? 

-  Sędziowie  z  pewnością  podejmą  właściwą  decyzję  -  odparł  krótko  Dymitr. 

Zrozumiałam, dlaczego jest tak oszczędny w słowach. Nie chciał, bym za dużo wiedziała na 

ten temat. 

-  Mam  nadzieję.  Oby  to  rzeczywiście  potrwało  tylko  kilka  dni,  jak  zapowiadają. 

Strasznie tu zimno. Wejdziemy do biura? Pokażę ci grafik. 

- Jasne - rzucił lekko strażnik. - Muszę tylko jeszcze coś załatwić. 

-  Dobrze,  poczekam.  Zapadła  cisza,  więc  uznałam,  że  Alberta  odeszła.  Opuściłam 

kryjówkę w gęstych gałązkach wiciokrzewu, kiedy Dymitr pojawił się obok. Jego spojrzenie 

świadczyło o tym, że doskonale wie, co go czeka. 

- Rose… - zaczął niepewnie. 

-  Daszkow?  -  wychrypiałam  półgłosem,  by  Alberta  mnie  nie  usłyszała.  -  Wiktor 

Daszkow? 

Bielikow nie zamierzał zaprzeczać. 

- Tak. Książe Wiktor Daszkow. 

-  Rozmawialiście  o…  Chodzi  o…  -  Byłam  jak  ogłuszona.  Nie  mogłam  pozbierać 

myśli. Jak to, więc mnie nawet  nie powiadomili? - Sądziłam, że gnije w więzieniu. Chcesz 

powiedzieć, że dopiero teraz wytoczyli mu proces? 

To  naprawdę  niesamowita  wiadomość.  Wiktor  Daszkow,  który  uprowadził  Lissę  i 

torturował ją bezlitośnie, chcąc przejąć kontrolę nad jej niezwykłą mocą, miałby chodzić na 

wolności!  Moroje  mają  zdolności  magiczne.  Zwykle  specjalizują  się  w  jednym  z  czterech 

żywiołów  -  wykorzystują  wodę,  ogień,  powietrze  lub  ziemię.  Lissa  stanowiła  wyjątek. 

Pracowała  z  piątym  żywiołem  -  ducha,  o  którego  istnieniu  mało  kto  słyszał.  Moja 

przyjaciółka  posiadała  dar  uzdrawiania,  a  nawet  wskrzeszania  zmarłych.  To  dzięki  niemu 

nawiązała się między nami szczególna psychiczna więź. Zostałam  z nią połączona, nosiłam 

„pocałunek cienia”, jak to nazywali niektórzy. Lissa przywróciła mnie do życia po wypadku 

samochodowym,  w  którym  zginęli  jej  rodzice  i  brat.  Od  tamtej  pory  towarzyszyłam  jej 

nieustannie,  znałam  jej  myśli  i  uczucia.  Wiktor  jako  pierwszy  dowiedział  się  o  niezwykłej 

mocy mojej przyjaciółki. Uprowadził ją, by służyła mu jako osobiste źródło życia i młodości. 

Nie zawahał się usunąć z drogi wszystkich, którzy przeszkadzali mu w realizacji podstępnego 

background image

planu.  Dymitra  i  mnie  unieszkodliwił  wówczas  w  bardzo  wyrafinowany  sposób.  W  wieku 

siedemnastu  lat  dorobiłam  się  wielu  wrogów,  ale  najbardziej  na  świecie  nienawidziłam 

Wiktora Daszkowa. 

Strażnik wyraźnie spodziewał się ciosu z mojej  strony, o czym świadczył dobrze mi 

znany wyraz jego twarzy. 

- Cały czas siedzi w więzieniu, ale dopiero teraz wytoczono mu proces. Biurokracja. 

-  I  wreszcie  go  osądzą?  A  ty  weźmiesz  w  tym  udział?  -  cedziłam  przez  zaciśnięte 

zęby, starając się zachować spokój. Zdaje się, że nadal miałam groźny wyraz twarzy. 

-  Tak,  w  przyszłym  tygodniu.  Wezwano  kilkoro  strażników.  Będziemy  zeznawać  w 

sprawie  uprowadzenia  Lissy.  -  Spochmurniał  na  wspomnienie  wydarzeń  sprzed  czterech 

miesięcy. Stał przede mną groźny strażnik, gotów bez wahania rzucić się do walki w obronie 

bliskich mu osób. 

- Może pytam bez sensu, ale czy obie z Lissą będziemy ci towarzyszyły? 

Znałam odpowiedź i wcale mi się ona nie podobała, ale nie mogłam się pohamować. 

- Nie. 

- Nie? 

- Nie. Oparłam dłonie na biodrach. 

- Będziecie rozmawiali o nas. Nie sądzisz, że powinnyśmy przy tym być? 

Dymitr przybrał oficjalną minę. 

-  Królowa  i  członkowie  rady  uznali,  że  powinniśmy  wam  tego  oszczędzić.  Mamy 

wystarczająco  dużo  dowodów,  by  go  skazać.  Daszkow  jest  przestępcą,  jednak  należy  do 

królewskiego rodu. Jest wpływową osobistością. Proces zostanie utajniony. 

-  Myślisz,  że  zaczęłybyśmy  o  nim  rozpowiadać  na  prawo  i  lewo?!  -  wykrzyknęłam 

zdumiona.  -  Dajcie  spokój,  towarzyszu.  Naprawdę  tak  źle  o  nas  myślisz?  Naszym  jedynym 

pragnieniem jest skazanie i dożywotnie uwięzienie Wiktora Daszkowa. Jeśli istnieje ryzyko, 

że zostanie uniewinniony, powinieneś pozwolić nam zeznawać. 

Wiktor został ujęty i osadzony w areszcie. Do tej pory sądziłam, że to się nie zmieni. 

Myślałam, że zgnije w więzieniu. Nie przyszło mi do głowy - niesłusznie, jak się okazało - że 

wytoczą mu proces. Jego wina była oczywista. Jednakże rząd morojów, chociaż funkcjonował 

w utajnieniu i niezależnie od rządów ludzi, pod wieloma względami działał podobnie. Każdy 

zasługiwał na uczciwy proces i tak dalej… 

- Nie mam nic więcej do powiedzenia w tej sprawie - stwierdził Dymitr. 

-  Liczą  się  z  tobą.  Mógłbyś  się  za  nami  wstawić,  szczególnie  że…  -  Nie  czułam  już 

złości,  ogarnął  mnie  strach.  -  Istnieje  ryzyko,  że  Daszkow  wyjdzie  na  wolność,  prawda? 

background image

Powiedz, czy królowa mogłaby go wypuścić? 

-  Nie  mam  pojęcia.  Arystokraci  rządzą  się  własnymi  prawami  -  odparł  znużony. 

Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej pęk kluczy. - Wiem, że ta wiadomość cię zdenerwowała, ale 

nie  możemy  dłużej  rozmawiać.  Idę  do  Alberty,  a  ty  powinnaś  wrócić  do  pokoju.  Ten 

kwadratowy klucz otwiera boczne drzwi dormitorium. Wiesz, które. 

Wiedziałam. 

-  Tak,  dzięki.  Skarciłam  się  w  duchu  za  niechęć  okazaną  Dymitrowi.  Ostatecznie 

pomógł  mi  wybrnąć  z  kłopotów.  Wciąż  jednak  nie  mogłam  zapanować  nad  wzburzeniem. 

Wiktor  Daszkow  był  przestępcą,  może  nawet  zbrodniarzem.  Opanowała  go  żądza  władzy, 

zamierzał  dopiąć  celu,  usuwając  z  drogi  wszystkich,  którzy  mogą  mu  w  tym  przeszkodzić. 

Jeśli wyjdzie na wolność… Lissa i inni moroje nie będą bezpieczni. Nie umiałam pogodzić 

się z myślą, że nikt nie chce mnie wysłuchać. 

Zrobiłam kilka kroków, kiedy usłyszałam za plecami wołanie Dymitra. 

- Rose! - Odwróciłam się przez ramię. - Przykro mi - powiedział z żalem, lecz zaraz 

odzyskał oficjalny ton: - Nie zapomnij odnieść jutro kluczy. 

Odeszłam.  Pewnie  byłam  niesprawiedliwa,  ale  nadal  wierzyłam  naiwnie,  że  Dymitr 

może zaradzić wszelkim problemom. Myślałam, że gdyby naprawdę chciał wprowadzić Lissę 

i mnie na sale sądową, dokonałby tego. 

Stałam  już  przy  drzwiach,  kiedy  kątem  oka  dostrzegłam  jakiś  ruch.  Natychmiast 

zapomniałam  o  Daszkowie.  Pech.  Dostałam  klucz,  żeby  przemknąć  się  niezauważona,  a  już 

mnie przydybano. Odwróciłam się, pewna że to któryś z nauczycieli. 

Pomyłka. 

-  Nie  -  szepnęłam,  sądząc,  że ktoś  robi mi kawał.  -  Nie! Chyba śnię.  Leżę w łóżku i 

tylko  to  sobie  wyobrażam.  Nie  było  innego  wyjaśnienia.  Na  trawniku  w  cieniu  wielkiego 

starego dębu stał… Mason. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

WYGLĄDAŁ  JAK  MASON.  Nie  widziałam  wyraźnie,  kto  lub  co  to  było. 

Zamrugałam,  usiłując  skupić  wzrok.  Postać  była  niewyraźna,  niemal  przezroczysta,  nie 

mogłam wyraźnie uchwycić kształtów. 

To  „coś”  bardzo  przypominało  Masona;  choć  trochę  zamazane,  miało  jego  rysy 

twarzy,  a  skórę  jaśniejszą,  niż  zapamiętałam.  Gęsta  ruda  czupryna  mojego  najlepszego 

kumpla, o odcieniu jasnopomarańczowym, stała się ledwo dostrzegalna. Zjawa nosiła ten sam 

strój, co Mason w dniu, gdy widziałam go po raz ostatni - dżinsy i luźną żółtą koszulkę. Spod 

płaszcza  wystawał  rąbek  zielonego  swetra.  Kolor  ubrań  również  wydawał  się  rozmyty. 

Miałam wrażenie, że oglądam wyblakłą fotografię. Sylwetkę otaczała słaba poświata. 

Najbardziej  jednak  uderzył  mnie  -  poza  faktem,  że  Mason  przecież  był  martwy  - 

wyraz jego twarzy. Smutny, bardzo smutny. Spojrzałam mu w oczy z bólem. Naraz wróciły 

do  mnie  wspomnienia  wydarzeń  sprzed  kilku  tygodni:  Mason  pada  na  podłogę…  nad  nim 

okrutne  twarze  strzyg…  Poczułam  dławienie  w  gardle.  Nie  mogłam  się  poruszyć  ani 

odezwać. 

On przyglądał mi się z nieodgadnioną miną. Był smutny, posępny, poważny. Otworzył 

usta,  jakby  chciał  coś  powiedzieć,  lecz  zaraz  je  zamknął.  Wyczuwałam  coś  ciężkiego  i 

bolesnego  między  nami.  Nagle  uniósł  rękę  i  wyciągnął  ją  do  mnie.  Ten  gest  mnie  obudził. 

Nie, to się nie dzieje naprawdę. Mam przywidzenia. Mason nie żyje. Widziałam, jak zginął. 

Trzymałam jego ciało w ramionach. 

Zjawa poruszyła lekko palcami, jakby mnie ponaglała. Wpadłam w panikę. Cofnęłam 

się o kilka kroków. Nie poszedł za mną. Stał w miejscu z wyciągniętą ręką. Wystraszona nie 

na  żarty,  odwróciłam  się  i  rzuciłam  do  ucieczki.  Kiedy  dobiegłam  do  drzwi,  zerknęłam  za 

siebie,  usiłując  uspokoić  oddech.  Nikogo  nie  było.  Wpadłam  do  pokoju  i  zatrzasnęłam  za 

sobą  drzwi.  Ręce  mi  się  trzęsły.  Rzuciłam  się  na  łóżko,  rozmyślając  o  tym  dziwacznym 

zdarzeniu. 

Co to było? Przecież Mason nie wrócił. Nie mógł. Zginął na moich oczach, a w końcu 

zmarli nie wracają. No, ja wróciłam… Ale to inna sytuacja. 

Na  pewno  wyobraźnia  płata  mi  figle.  Tak.  Nie  ma  innego  wytłumaczenia.  Jestem 

przemęczona,  rozdrażniona  z  powodu  Lissy  i  Christiana,  nie  wspominając  szokujących 

wiadomości  o  Wiktorze  Daszkowie.  Pewnie  emocje  pomieszały  mi  w  głowie.  Im  dłużej 

myślałam,  tym  bardziej  upewniłam  się,  że  musi  istnieć  racjonale  wyjaśnienie  moich 

background image

przywidzeń. 

A  jednak  nie  mogłam  zasnąć.  Leżałam  w  łóżku  z  kołdrą  podciągniętą  pod  brodę  i 

walczyłam z natrętną wizją. 

Wciąż  widziałam  jego  smutne  oczy,  które  zdawały  się  pytać:  „Rose,  dlaczego 

pozwoliłaś, by mnie to spotkało?” 

Zacisnęłam powieki, nie chciałam o tym myśleć. 

Od chwili pogrzebu Masona starałam się nie okazywać, jak bardzo dotknęła mnie jego 

śmierć. W głębi duszy jednak nie potrafiłam się z nią pogodzić. Każdego dnia wciąż od nowa 

torturowałam  się  pytaniem,  co  by  było,  gdyby…  Gdybym  zaatakowała  szybciej  i  mocniej. 

Gdybym nie powiedziała mu o kryjówce strzyg. Gdybym potrafiła odwzajemnić jego miłość. 

Być może Mason żyłby dzisiaj. Lecz zginął przeze mnie. To moja wina. 

- Mam halucynacje - powiedziałam głośno w ciemnym pokoju. Wyimaginowałam go 

sobie. Mason często prześladował mnie w snach. Nie chciałam oglądać go również na jawie. - 

To nie on. 

To  nie  mógł  być  on,  ponieważ  oznaczałoby  to  tylko  jedno…  Nie,  nie  będę  o  tym 

myśleć. Wiem, że istnieją wampiry, magia i nadzwyczajne zdolności, ale z całą pewnością nie 

wierzę w duchy i, zdaje się, tracę wiarę również w to, iż zdołam zasnąć tej nocy. Po długim 

czasie  zapadłam  w  drzemkę,  lecz  wyrwał  mnie  z  niej  dźwięk  budzika,  który  zadzwonił 

stanowczo zbyt szybko. 

Wydawało mi się, że spałam zaledwie kilka minut. 

Ludzie mówią, że światło dnia rozprasza nocne zmory i  lęki. To marne pocieszenie. 

Obudziłam się w gęstniejącym mroku. Szczęśliwie towarzystwo prawdziwych, żywych istot 

przynosi  podobny  skutek,  bo  kiedy  zeszłam  na  śniadanie,  wspomnienie  nocnych  widziadeł 

bladło z każdą minutą. 

Co  innego  zaprzątnęło  moją  uwagę.  Zbliżał  się  wielki  dzień.  Niedługo  zaczniemy 

ćwiczenia polowe. 

Przez  sześć  tygodni  nie  będzie  normalnych  zajęć.  Zamiast  siedzieć  w  szkole,  będę 

towarzyszyła  Lissie  na  każdym  kroku.  Koniec  z  odrabianiem  lekcji.  Jedynym  zadaniem 

domowym  będą  codziennie  raporty  najwyżej  na  pół  strony.  Nic  prostszego.  Oczywiście, 

czekają  mnie  warty  i  tak  dalej,  ale  tym  się  nie  martwiłam.  Przywykłam  do  roli  opiekunki. 

Mieszkałyśmy  z  Lissą  między  ludźmi  przez  dwa  lata,  chroniłam  ją  wówczas  we  dnie  i  w 

nocy.  Zanim  uciekłyśmy  z  Akademii,  przyglądałam  się,  jakim  próbom  poddaje  się 

nowicjuszy. Niełatwo sprostać tym zadaniom, ale nie zrażałam się. Wiedziałam, że kandydaci 

na  opiekunów  powinni  zachować  nieustanną  czujność  oraz  gotowość  do  podjęcia 

background image

natychmiastowej  obrony  lub  ataku.  Znałam  swoje  obowiązki.  To  prawda,  że  długa 

nieobecność  w  Akademii  spowodowała  spore  zaległości  w  treningach,  ale  nadrobiłam  je 

dzięki dodatkowym ćwiczeniom pod okiem Dymitra. Obecnie jestem najlepszą uczennicą w 

klasie. 

-  Cześć,  Rose.  Eddie  Castile  zatrzymał  mnie  przed  wejściem  do  Sali  gimnastycznej, 

gdzie  zarządzono  zbiórkę  przed  rozpoczęciem  działań  polowych.  Zerknęłam  na  niego  i 

posmutniałam. Przez chwilę znów wydało mi się, że patrzę w posępną twarz Masona. 

Eddie,  Mason  i  ja,  a  także  chłopak  Lissy,  Christian,  oraz  morojka  Mia  zostaliśmy 

schwytani  przez  strzygi.  Eddie  zdołał  ujść  z  życiem,  lecz  wiele  wycierpiał.  Izajasz 

przewodzący  bandzie  porywaczy  wykorzystywał  go  jako  karmiciela.  Pił  jego  krew  na 

naszych  oczach,  żeby  obudzić  głód  naszych  przyjaciół  morojów  i  przestraszyć  dampiry. 

Dopiął swego. Byłam przerażona. Nieszczęsny Eddie był na pół przytomny z powodu utraty 

krwi  oraz  napływu  endorfin  znajdujących  się  w  ślinie  wampira.  Jako  najlepszy  kumpel 

Masona, do tamtej pory dorównywał mu poczuciem humoru i beztroską. 

Po  tamtym  doświadczeniu  bardzo  się  zmienił,  podobnie  jak  ja.  Nadal  uśmiechał  się 

często  i  pozostał  skory  do  żartów,  jednak  w  jego  oczach  pojawił  się  cień.  Stał  się  czujny, 

jakby  w  każdej  chwili  groziło  mu  śmiertelne  niebezpieczeństwo.  Rozumiałam  go,  przeżył 

piekło.  Czułam  się  odpowiedzialna  za  cierpienie  Eddiego,  tak  jak  za  śmierć  Masona.  Nie 

umiałam  się  z  tego  otrząsnąć.  Czułam,  że  powinnam  mu  to  jakoś  wynagrodzić,  chronić  go 

albo naprawić coś w jego życiu. 

Zabawne, bo zdawało mi się, że Eddie ma podobny stosunek do mnie. On też starał się 

mnie chronić, zauważyłam, że wciąż ma mnie na oku. Pewnie myślał, że po śmierci Masona 

powinien  troszczyć  się  o  jego  dziewczynę.  Nie  powiedziałam  Eddiemu,  że  tak  naprawdę 

nigdy  nie  chodziłam  z  jego  przyjacielem.  Nie  ofuknęłam  go,  gdy  usiłował  odgrywać  rolę 

starszego  brata.  Nieraz  słyszałam,  jak  odprawia  z  kwitkiem  potencjalnych  zalotników, 

uprzedzając  ich,  że  nie  jestem  gotowa  na  związek.  Nie  reagowałam.  Eddie  miał  rację.  Nie 

miałam ochoty na żadne randki. 

Teraz obdarzył mnie szerokim, szczerym uśmiechem. 

- Cieszysz się? 

-  Jeszcze  jak!  -  przyznałam.  Nasi  koledzy  siadali  już  na  ławkach  ustawionych  pod 

jedną  ze  ścian  sali  gimnastycznej.  Wypatrzyliśmy  sobie  wolne  miejsca  pośrodku.  -  Są 

wakacje. Sześć tygodni spędzę z Lissą. - Nasza szczególna więź przysparzała mi wprawdzie 

nieraz  wielu  kłopotów,  jednak  czyniła  ze  mnie  idealną  kandydatkę  na  opiekunkę.  Zawsze 

wiedziałam, gdzie ona przebywa i co się z nią dzieje. Po skończeniu szkoły powinnam zostać 

background image

oficjalnie wyznaczona na jej strażniczkę. 

Eddie się zamyślił. 

-  Tak,  nie  masz  się  czego  obawiać.  Już  wiesz,  kim  będziesz  się  opiekowała.  My  nie 

mieliśmy tyle szczęścia. 

- A co, upatrzyłeś sobie kogoś spośród arystokratów? - zażartowałam. 

- W dzisiejszych czasach tylko arystokraci dostają opiekunów, prawda? 

Miał  rację.  Dampiry  -  w  połowie  ludzie,  w  połowie  moroje,  tacy  jak  ja  -  stanowili 

ostatnio rzadki luksus dostępny w pierwszej kolejności członkom rodzin królewskich. 

Dawniej  było  inaczej.  Wszyscy  moroje  mieli  swoich  opiekunów,  a  nowicjusze 

wychodzili ze skóry, żeby pełnić służbę u arystokracji. Teraz każdy z nas mógł być pewien, 

że  zostanie  przydzielony  wampirowi  królewskiej  krwi.  Liczba  strażników  malała  i 

członkowie mniej wpływowych rodzin musieli sobie rodzić na własną rękę. 

-  A  jednak  -  ciągnęłam  -  to  ważne,  którego  z  nich  dostaniesz  pod  swoje  skrzydła, 

prawda?  Niektórzy  są  beznadziejnymi  snobami,  ale  większość  jest  w  porządku.  Jeśli 

zatroszczysz  się  o  wpływowego  bogacza,  może  zamieszkasz  na  królewskim  dworze  albo 

będziesz  podróżowało  egzotycznych  krajów.  -  To  moje  marzenie.  Często  fantazjowałam  o 

wspólnym z Lissą zwiedzaniu świata. 

-  Fakt  -  zgodził  się  Eddie.  Wskazał  głową  kilku  dampirów  siedzących  w  pierwszym 

rzędzie.  -  Nie  uwierzyłabyś,  jak  sobie  skaczą  do  gardeł,  żeby  dostać  przydział  do  rodziny 

Iwaszkowów  albo  Szelskich.  Ich  kłótnie  w  najmniejszym  stopniu  nie  wpłyną  na  ostateczny 

werdykt, ale nie kryją swoich planów. 

- Zobaczymy, jak sobie poradzą podczas ćwiczeń. Wyniki zostaną wpisane do naszych 

papierów. 

Eddie  potwierdził  skinieniem  głowy  i  chciał  powiedzieć  coś  jeszcze,  lecz  urwał  na 

dźwięk  donośnego  kobiecego  głosu.  Nasi  instruktorzy  zajęli  miejsca  stojące  przed  rzędem 

ławek. Wyglądali imponująco. Dostrzegłam wśród nich Dymitra, jego mroczną, pociągającą 

sylwetkę. Alberta postanowiła uciszyć rozmowy. Wszyscy patrzyli na nią. 

Była  kobietą  po  pięćdziesiątce,  lecz  pozostała  silna,  nieustępliwa  i  twarda.  Na  jej 

widok przypomniałam sobie nocną rozmowę z Dymitrem, ale postanowiłam  dowiedzieć się 

więcej na ten temat innym razem. Nie chciałam pozwolić, żeby Wiktor Daszkow popsuł mi 

radość z tego dnia. 

-  Posłuchajcie  -  zaczęła.  -  Wszyscy  wiecie,  dlaczego  was  tu  zebraliśmy.  -  Na  Sali 

zapadła  cisza  pełna  napięcia  i  głos  strażniczki  niemal  odbijał  się  od  ścian.  -  Nadszedł 

najważniejszy dzień dla  wszystkich nowicjuszy.  Za  chwilę dowiecie się,  kogo przydzielono 

background image

wam  pod  opiekę.  W  zeszłym  tygodniu  rozdaliśmy  wam  szczegółowy  plan  zajęć  polowych 

trwających  sześć  tygodni.  Ufam,  że  zapoznaliście  się  z  nim.  Jednak  na  wszelki  wypadek 

strażnik Alto przedstawi wam w skrócie założenia kursu. 

Co  do  mnie,  wykułam  wszystko  na  pamięć.  Jeszcze  nigdy  nie  przeczytałam  niczego 

tak uważnie. 

Alberta  podała  Stanowi  notatnik.  Strażnik  Alto  był  najmniej  lubianym  instruktorem, 

ale  po  śmierci  Masona  napięcie  między  nami  nieco  złagodniało.  Zaczęliśmy  się  lepiej 

rozumieć. 

- Proszę bardzo - mruknął Stan. - Będziecie pełnili służbę przesz sześć dni w tygodniu. 

Powinniście to traktować jako nagrodę. W realnym świecie nie mamy dni wolnych od pracy. 

Waszym  zadaniem  jest  towarzyszenie  morojom  na  każdym  kroku  -  w  klasie,  dormitorium  i 

pomieszczeniu  dla  karmicieli.  Nie  spuszczajcie  ich  z  oka.  Kwestią  wyboru  pozostaje,  jak 

zamierzacie  uczestniczyć  w  ich  życiu.  Niektóre  wampiry  traktują  swoich  opiekunów  jak 

przyjaciół,  inne  wolą  zachować  dystans,  oczekując,  że  będziecie  przy  nich  trwać  jak  nieme 

duchy.  (Naprawdę  użył  słowa  „duchy”?  ).  Każda  para  będzie  musiała  wypracować  własny 

styl gwarantujący bezpieczeństwo podopiecznych. 

Atak  może  nastąpić  w  każdej  chwili  i  każdym  miejscu.  Będziemy  was  nękać 

niepostrzeżenie, ubrani na czarno od stóp do głów. Musicie zachować czujność. Pamiętajcie, 

jeśli  nawet  wiecie,  że  to  inni  strażnicy,  a  nie  strzygi  atakują  osoby  przez  was  chronione, 

reagujcie  tak,  jakby  ich  życie  zostało  bezpośrednio  zagrożone.  Nie  wahajcie  się  nas  zranić. 

Niektórzy pewnie już zacierają ręce. Nadarza się sposobność, żeby wyrównać rachunki. - W 

tłumie  rozległy  się  chichoty.  -  Zapewne  znajdą  się  i  tacy,  którzy  będą  obawiali  się 

konsekwencji  zdecydowanych  działań.  Niepotrzebnie.  Poradzimy  sobie,  a  wy  możecie 

spodziewać  się  poważniejszych  kłopotów  w  przypadku  uchylania  się  od  walki.  -  Stan 

przełożył  kolejną  kartkę  w  notesie.  -  Będziecie  pełnili  służbę  przez  całą  dobę.  Możecie 

oczywiście zdrzemnąć się w ciągu dnia, kiedy wasi podopieczni pójdą spać, ale pamiętajcie o 

strzygach.  Bestie  nie  grasują  wprawdzie  w  świetle  słonecznym,  jednak  mogą  zaczaić  się  w 

budynku. Nie będziecie bezpieczni nigdy i nigdzie. 

Instruktor odczytał jeszcze kilka zaleceń technicznych, ale przestałam słuchać. Znałam 

je  na  pamięć,  podobnie  jak  moi  koledzy.  Wyczułam  rosnące  zniecierpliwienie  na  sali. 

Nowicjusze byli gotowi do działania, ten i ów zaciskał pięści. Czekali. Każdy chciał dostać 

swój przydział. Marzyliśmy o tych ćwiczeniach od dawna. 

Stan skończył i oddał notes Albercie. 

-  W  porządku  -  powiedziała  strażniczka.  -  Zacznę  kolejno  wyczytywać  wasze 

background image

nazwiska i wskażę, którego z morojów wam przydzielono. Podchodźcie do strażnika Chase'a 

po pakiety informacyjne na temat planu zajęć waszych podopiecznych, ich przyszłości i tak 

dalej. 

Wszyscy czekaliśmy w napięciu. Raz po raz dobiegały mnie nerwowe szepty. Eddie 

westchnął ciężko. 

- Boże, mam nadzieję, że dadzą mi kogoś fajnego - mruknął. - Nie chcę cierpieć przez 

sześć tygodni. 

Ścisnęłam go za ramię. 

-  Ryan  Aylesworth  -  ogłosiła  Alberta  i  mój  towarzysz  zwiesił  smutno  głowę. 

Rozumiałam go. Dawniej Mason Ashford był pierwszy na liście. - Zaopiekujesz się Camille 

Contą. 

- No nie - mruknął ktoś z tyłu. Pewnie miał nadzieję, że dostanie Camille. 

Ryan  wodził  rej  w  grupie  rywalizującej  o  przydział  członków  rodzin  królewskich. 

Teraz  triumfalnie  uśmiechnięty  szedł  po  odbiór  pakietu.  Ród  Conta  należał  do  ścisłej  elity. 

Krążyły  pogłoski,  że  jeden  z  jej  przedstawicieli  kandyduje  do  korony  morojów.  Poza  tym 

Camille miała dużo wdzięku. Jej towarzystwo odpowiadałoby każdemu chłopakowi. Ryan był 

bardzo zadowolony. 

- Dean Barnes - Alberta odczytała następne nazwisko. - Dostaniesz Jeskego Zeklosa. 

-  Fuj  -  skrzywiliśmy  się  z  Eddiem.  Gdyby  to  mnie  przydzielono  Jessego, 

potrzebowałby drugiego strażnika do obrony przede mną. 

Strażniczka wywoływała kolejnych nowicjuszy. Zauważyłam, że Eddie się poci. 

- Błagam, chcę kogoś do rzeczy - mamrotał. 

- Spokojnie - pocieszyłam go. - Dostaniesz. 

-  Edison  Castile  -  usłyszeliśmy  w  końcu  głos  Alberty.  Eddie  przełknął  ślinę.  - 

Wasylisa Dragomir. 

Zamarliśmy  w  bezruchu  na  jedno  uderzenie  serc.  Eddie  był  zdyscyplinowany,  więc 

podniósł  się  i  wyszedł  na  środek.  Po  drodze  zerknął  na  mnie  z  paniką  w  oczach. 

Zrozumiałam, co chciał mi przekazać. Nie miał pojęcia, co się stało. 

Czas  stanął  w  miejscu,  kontury  się  zamazały.  Monotonny  głos  Alberty  wywoływał 

nowicjuszy,  ale  ja  nic  nie  słyszałam.  Co  się  stało?  Zaszło  jakieś  nieporozumienie.  To  mnie 

przydzielono  Lissę.  Na  pewno.  Miałam  zostać  jej  strażniczką  na  całe  życie.  Nie  mogłam 

zrozumieć. Serce biło mi jak oszalałe. Patrzyłam, jak Eddie podchodzi do Chase'a i odbiera 

pakiet oraz sztylet ćwiczebny. Widziałam, że zerka w papiery, by się upewnić, czy na pewno 

nie zaszła pomyłka. Poznałam po wyrazie jego twarzy, że znalazł tam nazwisko Lissy. 

background image

Odetchnęłam głęboko. Spokojnie. Nie ma powodu wpadać w panikę. Ktoś na pewno 

popełnił  błąd,  który  można  łatwo  naprawić.  Na  pewno  zaraz  wszystko  się  wyjaśni.  Alberta 

dojdzie do mojego nazwiska i odkryje obok niego dane Lissy. Wtedy zrozumieją, co zaszło. 

Skreślą poprzedni przydział i dopiszą Eddiemu kogoś innego. Morojów jest pod dostatkiem, 

znacznie więcej niż dampirów. 

-  Rosemarie  Hathaway.  -  Zesztywniałam.  -  Christian  Ozera.  Wpatrywałam  się  w 

Albertę,  niezdolna  poruszyć  się  ani  jakkolwiek  zareagować.  Nie  powiedziała  tego,  co 

wydawało  się  zupełnie  oczywiste.  Kilka  osób  zerknęło  na  mnie  z  niepokojem.  Wciąż  nie 

rozumiałam tego, co usłyszałam. To nie działo się naprawdę. W tej chwili nocne spotkanie ze 

zjawą  Masona  wydał  mi  się  bardziej  realne.  Strażniczka  zorientowała  się  nareszcie,  że  nie 

wstaję. Podniosła głowę z irytacją i szukała mnie wzrokiem. 

- Rose Hathaway? Ktoś szturchnął mnie łokciem, pewnie uznał, że ogłuchłam. 

Przełknęłam  ślinę,  wstałam  i  wyszłam  na  środek  sali.  Poruszyłam  się  jak  automat. 

Popełniono  błąd.  Nie  miałam  cienia  wątpliwości.  Szłam  w  stronę  Chase'a  czując  się  jak 

marionetka  poruszana  za  sznurki.  Strażnik  wręczył  mi  pakiet  oraz  sztylet,  którym  miałam 

„zabijać” napastników. Wzięłam wszystko i odeszłam na miejsce. 

Wciąż  nie  wierząc  w  to,  co  się  stało,  trzykrotnie  odczytałam  nazwisko  moroja 

wypisane na okładce. Christian Ozera. Miałam w ręku informacje na temat jego życia. Portret 

charakterologiczny, plan zajęć, drzewo genealogiczne. Życiorys. Opisano nawet szczegółowo 

tragiczną  historię  rodziców  Christiana,  którzy  dobrowolnie  przemienili  się  w  strzygi. 

Zamordowali kilkanaście osób, zanim strażnicy wyśledzili ich i zlikwidowali. 

Polecono  nam  dokładnie  przeczytać  podane  informacje,  spakować  swoje  rzeczy  i 

spotkać się z morojami podczas lunchu. Słyszałam, jak Alberta wyczytuje kolejne nazwiska. 

Koledzy,  którzy  otrzymali  już  przydziały,  zgromadzili  się  z  tyłu  sali  gimnastycznej  i 

wymieniali  uwagi.  Podeszłam  do  nich,  by  poczekać  na  Albertę  lub  Dymitra.  Zamierzałam 

domagać się wyjaśnień. Pomyślałam, że jednak uczę się cierpliwości, skoro nie poleciałam do 

nich od razu, choć miałam na to wielką ochotę. Odczekałam, aż strażniczka dojdzie do końca 

listy.  Cała  wieczność.  Jak  długo  można  odczytywać  kilkanaście  nazwisk?  Kiedy  ostatni  z 

nowicjuszy otrzymał przydział, Stan ogłosił, że mamy przejść do następnego zadania. Musiał 

przekrzykiwać hałas, jaki zapanował na Sali. Zaczęłam przepychać się przez tłum, by dotrzeć 

do  Alberty  i  Dymitra,  którzy  na  szczęście  stali  obok  siebie.  Rozmawiali  o  sprawach 

organizacyjnych  i  nie  od  razu  mnie  zauważyli.  Kiedy  wreszcie  odwrócili  głowy,  uniosłam 

swój pakiet. 

-  Co  to  znaczy?  -  spytałam.  Alberta  patrzyła  na  mnie  z  nieodgadnionym  wyrazem 

background image

twarzy. Mina Dymitra podpowiadała mi, że spodziewał się tego, co zaszło. 

- To pani przydział, panno Hathaway - odparła strażniczka. 

- Nie - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Ten przydział należy się komuś innemu. 

-  Nowicjusze  nie  wybierają  sobie  podopiecznych  -  oświadczyła  stanowczo  -  Po 

skończeniu  szkoły  również.  Nie  możecie  kierować  się  w  tej  kwestii  upodobaniami  ani 

nastrojem. 

-  Po  skończeniu  szkoły  zostanę  opiekunką  Lissy!  -  krzyknęłam.  -  Wszyscy  o  tym 

wiedzą. Powinniście byli połączyć nas teraz. 

-  Wiem,  że  takie  są  ustalenia  na  przyszłość,  lecz  nie  znam  reguły,  która 

przypisywałaby  pani  wyłączność  opieki  nad  panną  Dragomir.  Obowiązkiem  ucznia  jest 

przyjąć wyznaczone zadanie. 

- Mam chronić Christana? - Rzuciłam pakiet na podłogę. - Postradaliście zmysły, jeśli 

sądzicie, że się na to zgodzę. 

-  Rose!  -  warknął  Dymitr.  Dopiero  teraz  postanowił  włączyć  się  do  rozmowy.  Ton 

jego  głosu,  ostry  i  zasadniczy,  nie  pozostawiał  najmniejszych  wątpliwości:  Bielikow  był 

wściekły.  Przez  krótką  chwilę  zapomniałam,  co  chciałam  uzyskać.  -  Zapominasz  się.  Nie 

wolno ci traktować instruktorów w taki sposób. 

Nie znoszę, kiedy ktoś mnie poucza. Nie cierpiałam, kiedy robiło Dymitr, szczególnie 

jeśli miał rację. Nie potrafiłam się opanować. Byłam wkurzona i niewyspana. W takim stanie 

byle drobiazg mógł wyprowadzić mnie z równowagi. A co dopiero poważna sprawa. 

- Przepraszam - powiedziałam z niechęcią. - Jednak uważam, że to idiotyczna decyzja. 

Niemal tak głupia jak pominięcie nas w procesie Wiktora Daszkowa. 

Alberta zamrugała ze zdziwienia. 

-  Skąd  wiesz…  Nieważne.  Porozmawiamy  o  tym  później.  Teraz  zajmij  się 

wyznaczonym zadaniem. 

Nie zauważyłam, kiedy podszedł Eddie. 

-  Posłuchajcie…  -  zaczął  niepewnie.  -  Przecież  możemy  się  zamienić.  Nie  mam  nic 

przeciw temu… 

Strażniczka rzuciła mu lodowate spojrzenie. 

-  To  niemożliwe.  Wasylisa  Dragomir  jest  twoją  podopieczną.  -  Przeniosła  wzrok  na 

mnie. - A ty masz się troszczyć o Christiana Ozerę. Koniec dyskusji. 

-  To  idiotyczne!  -  powtórzyłam.  -  Po  co  mam  tracić  czas  z  Christianem?  Po 

skończeniu szkoły i tak zostanę opiekunką Lissy. Czy nie lepiej dla nas obu, żebym zaczęła 

już teraz? 

background image

- Na pewno dobrze zaopiekujesz się Lissą - stwierdził Dymitr. - Znasz ją. Łączy was 

więź. Może się jednak okazać, że w przyszłości będziesz musiała zając się innym morojem. 

Powinnaś nauczyć się pełnić służbę przy osobach, których nie znasz. 

- Dobrze znam Christiana - mruknęłam. - W tym właśnie problem. Nie cierpię go. 

Trochę  przesadziłam.  Ozera  wkurzał  mnie,  to  fakt,  ale  nieprawda,  że  go 

nienawidziłam.  Wspólna  walka  przeciwko  strzygom  wiele  zmieniła  między  nami.  Znów 

przyszło mi do głowy, że wyolbrzymiam z powodu niewyspania i ogólnego rozdrażnienia. 

-  Tym  lepiej  -  wtrąciła  Alberta.  -  Nie  zawsze  można  opiekować  się  przyjaciółmi. 

Niektórych  podopiecznych  być  może  nie  będziesz  darzyła  sympatią.  Musisz  do  tego 

przywyknąć. 

- Muszę tylko skutecznie walczyć ze strzygami - odgryzłam się. - Uczono mnie tego w 

szkole. - Rzuciłam im nieugięte spojrzenie. - Sprawdziłam się również w akcji. 

- Technika walki to nie wszystko, panno Hathaway. Pozostają kwestie osobiste, relacje 

z  innymi.  Tego  nie  można  nauczyć  się  na  lekcjach.  Naszym  zadaniem  jest  przekazać  wam 

techniki obrony przed strzygami. Waszym - ułożyć sobie relacje z morojami. Pani szczególnie 

powinna przećwiczyć zasady opieki nas osobą, która nie jest wieloletnią przyjaciółką. 

- Powinnaś również nauczyć się chronić kogoś, z kim nie łączy cię psychiczna więź i 

nie wiesz, kiedy znajduje się w niebezpieczeństwie - wtrącił Dymitr. 

-  Racja  -  zgodziła  się  Alberta.  -  To  pani  słabość.  Jeśli  chce  pani  zostać  dobrą 

strażniczką - doskonałą strażniczką - należy stosować się do naszych zaleceń. 

Otworzyłam  usta,  chcąc  się  sprzeciwić.  Miałam  a  zanadrzu  wspaniały  argument,  że 

opieka nad kimś bliskim pozwoli mi lepiej wykorzystać wszystkie umiejętności. Tym samym 

będę skuteczniej służyła innym morojom. Lecz Dymitr nie dał mi dojść do głosu. 

- Praca z innym dampirem pomoże również Lissie - powiedział. 

Zamknął mi usta. Zadał cios, przed którym nie umiałam się obronić, a on dobrze o tym 

wiedział. 

- Co masz na myśli? - spytałam. 

-  Jesteś  jej  słabością.  Jeśli  nie  dostanie  strażnika,  z  którym  nie  łączy  jej  psychiczna 

więź, nie nauczy się radzić sobie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia. Opieka nad morojem 

wymaga  jego  współpracy.  Zadanie,  które  otrzymałaś,  posłuży  zarówno  tobie,  jak  i 

Dragomirównie. 

Milczałam, rozważając jego słowa. Czyżby Dymitr miał rację? 

-  Poza  tym  -  dodała  Alberta  -  nie  mamy  dla  pani  innego  przydziału.  Jeśli  teraz  pani 

odmówi, nie zaliczy tegorocznych ćwiczeń polowych. 

background image

Jak  to:  nie  zaliczę?  Czy  ona  zwariowała?  Nie  mogłam  stracić  takiej  szansy. 

Oznaczałoby  to  brak  promocji.  Czułam,  że  za  chwilę  wybuchnę,  ale  Dymitr  powstrzymał 

mnie  jednym  gestem.  Uparte,  spokojne  spojrzenie  jego  czarnych  oczu  unieruchomił  mnie, 

nakazało pogodzić się z sytuacją. 

Niechętnie podniosłam pakiet z podłogi. 

-  Dobrze  -  rzuciłam  lodowatym  tonem.  -  Zrobię  to.  Odnotujcie  jednak,  że  działam 

wbrew własnej woli. 

- To już zostało ustalone, panno Hathaway - odparła cierpko Alberta. 

- W porządku. Nadal sądzę, że to kiepski pomysł, wkrótce sami się przekonacie. 

Odwróciłam  się i  z godnością wymaszerowałam z sali gimnastycznej,  zanim zdążyli 

odpowiedzieć.  Jednocześnie  myślałam,  że  zachowuję  się  jak  rozkapryszone  dziecko.  Na 

swoją obronę miałam jedynie nieumyślny udział w życiu seksualnym najlepszej przyjaciółki, 

spotkanie  z  duchem  i  niewyspanie.  Poza  tym  oni  też  postąpili  wrednie.  Tak  więc  miałam 

spędzić  sześć  tygodni  w  towarzystwie  Christiana  Ozery,  cynicznego  drania,  który  wciąż 

sprawiał problemy i kpił ze wszystkiego. 

Cóż, w pewnym sensie byliśmy do siebie podobni. 

Zapowiadały się długie wakacje. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

SKĄD  TA  PONURA  MINA,  MAŁA  DAMPIRZYCO?  Szłam  przez  dziedziniec  w 

stronę  kafeterii,  kiedy  doleciał  mnie  zapach  papierosów  marki  Clove.  Westchnęłam  z 

rezygnacją. 

-  Adrianie,  jesteś  ostatnią  osobą,  którą  chciałabym  teraz  spotkać.  Adrian  Iwaszkow 

przyspieszył  i  zrównał  się  ze  mną,  wypuszczając  z  ust  kłęby  dymu  prosto  na  mnie. 

Zamachałam  rękami  i  ostentacyjnie  zakaszlałam.  Iwaszkow  był  morojem  z  rodziny 

królewskiej, którego „zdobyłyśmy” z Lissą podczas wypadu na narty. Mimo że starszy o kilka 

lat,  przyjechał  do Akademii  Świętego Władimira, żeby razem z moją przyjaciółką zagłębiać 

tajniki panowania nad żywiołem ducha. Poza nim nie znałyśmy nikogo, kto specjalizowałby 

się  w  tym  żywiole.  Adrian  był  arogancki  i  zepsuty,  nadużywał  alkoholu,  palił  papierosy,  a 

także  zadawał  się  z  wieloma  kobietami.  Wiedziałam,  że  i  mnie  sobie  upatrzył,  w  każdym 

razie próbował zaciągnąć mnie do łóżka. 

-  Zauważyłem  -  stwierdził.  -  Rzadko  się  spotykam  od  przyjazdu.  Gdybym  nie 

wiedział, że jest inaczej, pomyślałbym, że mnie unikasz. 

-  To  prawda.  Chłopak  wypuścił  kolejny  kłąb  dymu  i  przesunął  ręką  po  brązowej 

czuprynie, pieczołowicie uczesanej, tak by tworzyła na głowie artystyczny nieład. 

- Posłuchaj, Rose. Nie musisz odgrywać niedostępnej. Dawno zdobyłaś moje serce. 

Adrian  wiedział  doskonale,  że  nikogo  przed  nim  nie  odgrywam,  po  prostu  lubił  się 

przekomarzać. 

- Nie mam dziś nastroju na te twoje gierki. 

-  Coś  się  stało?  Widzę,  z  jaką  złością  rozpryskujesz  wodę  we  wszystkich  kałużach 

napotykanych po drodze, a w dodatku masz morderczą minę. 

- Więc po co mnie zagadujesz? Nie boisz się, że ci przyłożę? 

- Nie zrobisz mi krzywdy. Byłoby ci żal mego pięknego oblicza. 

-  Za  to  ty  nie  masz  litości.  Dmuchasz  mi  w  nos  rakotwórczym  dymem.  Jak  możesz 

palić papierosy? Poza tym w szkole obowiązuje ścisły zakaz. Abby Badica została przyłapana 

na paleniu i odsiedziała za to dwa tygodnie w kozie. 

-  Nie  muszę  przestrzegać  tutejszych  reguł,  Rose.  Nie  jestem  uczniem  ani  członkiem 

personelu. Pozostałem wolnym duchem błądzącym po korytarzach szacownej Akademii. 

- A nie mógłbyś błąkać się gdzie indziej? 

-  Jeśli  chcesz  się  mnie  pozbyć,  musisz  powiedzieć,  co  się  stało.  Uparty  jak  osioł. 

background image

Pomyślałam, że wkrótce i tak dowie się o wszystkim. Cała szkoła będzie o tym gadała. 

-  Przydzielono  mnie  do  Christiana.  Mam  się  nim  opiekować  w  trakcie  ćwiczeń 

polowych. 

Zapadło milczenie, a po chwili Adrian parsknął śmiechem. 

-  No,  no.  Teraz  rozumiem.  Przyznaję,  że  zważywszy  na  okoliczności,  zachowujesz 

wyjątkowy spokój. 

-  Miałam  opiekować  się  Lissą  -  jęknęłam.  -  Nie  mogę  uwierzyć,  że  wycięli  mi  taki 

numer. 

-  Ciekawostka.  Czyżby  istniało  ryzyko,  że  nie  powierzą  ci  służby  przy  Lissie  po 

skończeniu szkoły? 

-  Nie.  Oboje  z  Dymitrem  mamy  zapewnione  stanowiska.  Tymczasem  nasi  mędrcy 

uznali, że więcej się nauczę, towarzysząc innemu morojowi. 

Adrian obrzucił mnie przeciągłym spojrzeniem. 

- Służba u boku Bielikowa nie będzie dla ciebie, jak sądzę, wielką przykrością. 

Do tej pory nie pojmowałam, jak to możliwe, że Lissa nie zauważyła, co czułam do 

Dymitra. Taki Adrian, całkiem obcy, błyskawicznie ocenił sytuację. 

- Mówiłam, że nie mam dziś ochoty wysłuchiwać twoich błyskotliwych komentarzy. 

Iwaszkow  nie  dał  się  zbić  z  pantałyku.  Podejrzewałam,  że  jest  na  lekkim  rauszu, 

chociaż do lunchu jeszcze daleko. 

- Nie rozumiem, gdzie problem? Przecież Christian spędza większość czasu z Lissą. 

Trafił w sedno. Musiałam mu to przyznać. Swoim zwyczajem niepostrzeżenie zmienił 

temat. 

- Czy mówiłem ci już, jaką masz aurę? - spytał nieoczekiwanie. Wychwyciłam nową i 

zaskakującą nutę w jego głosie. Niepewność? 

Zaciekawienie? Obawa? Ten ton nie pasował do niego. Adrian był mistrzem ironii. 

- Nie pamiętam. Kiedyś wspomniałeś coś na ten temat. Twierdziłeś, że spowija mnie 

mrok. Czemu pytasz? 

Aura  to  pole  energetyczne  otaczające  każdą  żywą  istotę.  Jej  barwa  i  natężenie 

wynikają  z  cech  osobowości  oraz  indywidualnych  wibracji.  Aurę  widzą  tylko  moroje 

dysponujący mocą ducha. Adrian posiadł tę zdolność dawno temu, Lissa dopiero się uczy. 

-  Trudno  mi  to  wyjaśnić.  Pewnie  jestem  przeczulony.  -  Iwaszkow  przystanął  przy 

drzwiach i zaciągnął się papierosem. Odsunął się nieco, wypuszczając dym w inną stronę, ale 

wiatr  i  tak  przywiał  go  prosto  na  mnie.  -  Aura  jest  dziwnym  zjawiskiem.  Często  zmienia 

kształt  i  barwy. Czasem  bywa intensywna, a innym razem  blada i  niewyraźna.  Zdarzają się 

background image

jednak chwile, kiedy płonie wyraźnym, kolorowym blaskiem, a wtedy… - Adrian przechylił 

lekko głowę i zapatrzył się w niebo. Znałam go takiego, popadał wówczas w trans. - Można 

odczytać jej znaczenie. Jakbyś uzyskiwała wgląd w czyjąś duszę. 

Uśmiechnęłam się. 

- Jednak nie potrafisz wejrzeć w moją duszę, prawda? Nie wiem, co oznaczają barwy 

mojej aury. 

Moroj wzruszył ramionami. 

-  Pracuję  nad  tym.  Przebywając  wśród  ludzi,  poznajesz  ich  coraz  lepiej.  Z  czasem 

dostrzegasz podobne kolory u wielu osób i zaczynasz pojmować, co oznaczają. 

- Jak teraz prezentuje się moja aura? Zerknął na mnie z ukosa. 

- Jakoś nie mogę się dzisiaj skupić. 

- Wiedziałam. Piłeś. Alkohol i niektóre leki przytępiają zdolność odczuwania ducha. 

- Tylko tyle, żeby się rozgrzać. Mogę jednak odgadnąć, jak wygląda. Jest podobna do 

innych, tworzą ją wirujące pierścienie barw. Tylko na krańcach pola energii pojawia się cień. 

Towarzyszy ci na każdym kroku. 

Ton jego głosu przyprawił mnie o dreszcz. Przysłuchiwałam się rozmowom Adriana i 

Lissy  na  temat  pól  energetycznych,  ale  nie  sądziłam,  że  powinnam  się  przejmować  stanem 

własnej  aury.  Do  tej  pory  traktowałam  ten  temat  lekko,  ciekawił  mnie,  ale  wydawał  się 

pozbawiony głębszego znaczenia. 

- Umiesz pocieszyć - mruknęłam. - Może powinieneś zając się tym zawodowo. 

Adrian powrócił do swego normalnego tonu. 

-  Nie  przejmuj  się,  mała  dampirzyco.  Nawet  jeśli  otaczają  cię  chmury,  dla  mnie 

zawsze jesteś jaśniejsza niż słońce. 

Przewróciłam wymownie oczami. Chłopak rzucił niedopałek na ziemię i przydeptał go 

butem. 

-  Musze  już  lecieć.  Do  zobaczenia  wkrótce.  -  Skłonił  się  dwornie  i  ruszył  w  stronę 

budynku dla gości. 

- Śmiecisz! - zawołałam. 

-  Nie  dbam  o  reguły,  Rose  -  odkrzyknął.  -  Jestem  ponad  nimi.  Pokręciłam  głową  i 

podniosłam niedopałek, a potem wrzuciłam go do kosza stojącego przy wejściu. Stanęłam w 

drzwiach,  strząsając  śnieg  z  butów.  W  kafeterii  panowało  miłe  ciepło.  Przygotowywano 

lunch.  W  tym  pomieszczeniu  dampiry  i  moroje  przesiadywali  razem,  tworząc  interesujące 

zestawienie.  Dampiry,  w  połowie  ludzie,  są  większe,  ale  nie  wyższe,  tylko  bardziej  krępe. 

Nowicjuszki  odznaczały  się  sympatycznymi  krągłościami  sylwetek,  w  przeciwieństwie  do 

background image

zbyt  szczupłych  morojek.  Chłopcy  mojej  rasy  prezentowali  muskularną  budowę,  odwrotnie 

niż  smukłe,  wątłe  wampiry.  Częściej  przebywaliśmy  na  słońcu  i  nasza  lekka  opalenizna 

kontrastowała z bladą, porcelanową skórą podopiecznych. 

Zauważyłam  Lissę  siedzącą  samotnie  przy  stoliku.  Wyglądała  jak  anioł  w  białym 

sweterku. Jasne loki opadały kaskadą na ramiona. Podniosła głowę, a ja poczułam przyjemną 

falę ciepła płynącą przez naszą więź. 

Moja przyjaciółka się uśmiechnęła. 

- Ale masz minę. Więc to prawda? Będziesz opiekowała się Christianem? 

Posłałam jej ponure spojrzenie. 

-  Nie  mogłabyś  się  postarać  o  nieco  weselszy  wygląd?  -  Obrzuciła  mnie  karcącym, 

choć  lekko  rozbawionym  wzrokiem,  zlizując  ostatnie  krople  jogurtu  truskawkowego  z 

łyżeczki.  -  Ostatecznie  będziesz  się  opiekowała moim  chłopakiem,  z  którym  spędzam  dużo 

czasu. Nie jest tak źle. 

-  Masz  anielską  cierpliwość  -  mruknęłam,  opadając  na  krzesło.  -  Zresztą  nie 

przebywasz z nim bez przerwy, przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. 

- Ty też nie będziesz musiała. Jeden dzień zostawili wam wolny. 

-  Marna  pociecha.  Równie  dobrze  mogliby  mnie  skazać  na  jego  towarzystwo  przez 

dziesięć dni w tygodniu. 

Lissa zmarszczyła brwi. 

-  To  nie  ma  sensu.  Machnęłam  ręką  lekceważąco  i  rozejrzałam  się  po  sali  bez 

specjalnego zainteresowania. W kafeterii huczało, bo ćwiczenia miały się oficjalnie rozpocząć 

tuż po lunchu. Najlepsza przyjaciółka Camille dostała pod opiekę najbliższego kumpla Ryana. 

Szykowali  się  na  długą  podwójną  randkę.  Pomyślałam,  że  jednak  znalazł  się  ktoś,  komu 

wybór rady przypadł do gustu, i westchnęłam ciężko. Christian, mój podopieczny, poszedł do 

pokoju karmicieli, ludzi, którzy dobrowolnie oddawali krew wampirom. 

Wyczułam,  że  Lissa  chce  mi  coś  powiedzieć.  Zwlekała  zniechęcona  moim  złym 

nastrojem. Chciała mnie pocieszyć. Uśmiechnęłam się do niej. 

-  Nie  przejmuj  się  mną  tak  bardzo.  Powiedz,  o  co  chodzi.  Odwzajemniła  uśmiech, 

skrywając kły pod lśniącymi różowymi wargami. 

- Dostałam pozwolenie. 

- Pozwolenie na co? Przesłała mi odpowiedź w myślach, zanim wypowiedziała ją na 

głos. 

-  Naprawdę?  -  wykrzyknęłam.  -  Nie  musisz  przyjmować  leków?  Żywioł  ducha 

oferował wybrańcom nadzwyczajne możliwości, które Lissa dopiero odkrywała. Jednocześnie 

background image

rodził  problemy  natury  psychicznej.  Groził  depresją,  a  nawet  obłędem.  Adrian  sięgał  po 

alkohol,  co  (poza  wrodzoną  skłonnością  do  imprezowania)  osłabiało  negatywne  skutki 

działania  ducha.  Lissa  odkryła  zdrowszy  sposób  radzenia  sobie  w  trudnych  chwilach  - 

przyjmowała leki antydepresyjne, które, niestety, odcinały ją od zdolności magicznych. Moja 

przyjaciółka  nie  umiała  się  pogodzić  z  tym  ograniczeniem,  choć  gwarantowało  jej 

zachowanie zdrowych zmysłów. Odkryła to dopiero teraz i postanowiła przeprowadzi szalony 

eksperyment.  Wiedziałam,  że  tęskni  za  magią,  ale  nie  wyczułam,  jak  bardzo.  Nie 

spodziewałam się również, że ktoś podejmie takie ryzyko i pozwoli jej odstawić leki. 

-  Zobowiązałam  się  do  codziennych  wizyt  u  panny  Carmack  oraz  regularnych  sesji 

psychologicznych.  -  Lissa  skrzywiła  się  przy  ostatnich  słowach,  ale  widziałam,  że  jest 

szczęśliwa. - Nie mogę się doczekać wspólnej pracy z Adrianem. 

- Ma na ciebie zły wpływ. 

-  Iwaszkow  nie  ma  nic  do  rzeczy.  Sama  podjęłam  decyzję.  -  Nie  odpowiedziałam, 

więc dotknęła mojego ramienia. - Nie martw się  o mnie, Rose. Czuję się znacznie lepiej, a 

poza tym będę mogła pomagać innym. 

- Wszystkim, tylko nie mnie - mruknęłam z żalem. W tej chwili w drzwiach pojawił 

się  Christian  i  ruszył  w  naszą  stronę.  Zerknęłam  na  zegar.  Do  końca  lunchu  pozostało 

zaledwie pięć minut. - O, nie. Zbliża się godzina zero. 

Odsunął krzesło i przystawił je tyłem do naszego stolika. Usiadł okrakiem, opierając 

brodę na poręczy. Odgarnął czarne loki, odsłaniając jasnoniebieskie oczy, i posłał nam lekko 

ironiczny uśmieszek. Lissa wyraźnie poweselała. 

- Nie mogę się doczekać początku przedstawienia - powiedział moroj. - Będziemy się 

świetnie bawić, Rose. Pomyśl o wspólnym wybieraniu zasłon, rozczesywaniu włosów, snuciu 

opowieści o duchach… - Wzmianką o duchach poważnie nadszarpnęła moją cierpliwość. Nie 

twierdzę, że perspektywa wyboru zasłon  czy układania jego fryzury wydała mi się bardziej 

pociągająca. Potrząsnęłam głową z rozpaczą i wstałam. 

- Nacieszcie się ostatnimi chwilami wolności - rzuciłam, a oni jednocześnie parsknęli 

śmiechem. 

Podeszłam do kontuaru w nadziei, że zostały pączki ze śniadania. Dostrzegłam jedynie 

rogaliki,  warzywa  w  kruchym  cieście  i  pieczone  gruszki.  Personel  kuchenny  także  stracił 

głowę  tego  dnia.  Czy  wymagałam  zbyt  wiele,  prosząc  o  ciastko  smażone  na  głębokim 

tłuszczu? Przede mną stał Eddie z miną winowajcy. 

- Rose, naprawdę mi przykro… Uciszyłam go gestem. 

- Daj spokój. To nie twoja wina. Obiecaj tylko, że będziesz o nią dbał. 

background image

Nie  miałam  powodu  do  obaw  o  bezpieczeństwo  Lissy.  Niepokoił  mnie  pomysł 

odstawienia  leków.  Eddie  popatrzył  na  mnie  z  powagą.  Nie  uznał  mojej  prośby  za  nawiną. 

Należał  do  nielicznych  osób,  które  wiedziały  o  nadzwyczajnych  zdolnościach  Lissy,  znał 

również ich ujemne strony. Pomyślałam, że dlatego wybrano go na strażnika księżniczki. 

-  Nie  pozwolę,  by  stało  jej  się  coś  złego.  Słowo.  Mimo  ponurego  nastroju  musiałam 

się  uśmiechnąć.  Eddie  bardzo  przeżył  nasze  starcie  ze  strzygami.  Zaczął  traktować  życie 

bardziej  serio  niż  większość  nowicjuszy.  Gdybym  miała  wybierać,  poza  sobą,  rzecz  jasna, 

wskazałabym zapewne jego kandydaturę na opiekuna Lissy. 

-  Rose!  Czy  to  prawda,  że  znokautowałaś  strażniczkę  Pietrową?  Odwróciłam  się  i 

napotkałam wzrok dwóch morojów, Jeskego Zeklosa i Ralfa Sarkozy'ego. Stali w kolejce za 

mną i Eddiem z podejrzanie zadowolonymi minami. Jesse był przystojny jak Apollo, a poza 

tym dosyć bystry, zaś Ralf, nieco mniej atrakcyjny fizycznie, nie mógł się pochwalić wybitną 

inteligencją.  Nikt  nie  wkurzał  mnie  bardziej  niż  ci  dwaj,  głownie  dlatego  że  rozpuszczali 

obrzydliwe  plotki  na  mój  temat,  twierdząc,  że  wyprawiałam  z  nimi  niestworzone  rzeczy. 

Dzięki stanowczej interwencji Masona publicznie odwołali te łgarstwa, lecz myślę, że od tej 

chwili żywili do mnie zapiekłą urazę. 

- Albertę? Za co? - Odwróciłam się do nich plecami, ale Ralf nie dawał za wygraną. 

-  Podobno  dałaś  jej  popalić  na  sali  gimnastycznej,  kiedy  się  dowiedziałaś,  koguci 

przydzielono. 

-  Dałam  popalić?  Co  za  przestarzałe  słownictwo?  Ja  tylko  -  przerwałam,  szukając 

właściwego słowa - wyraziłam swoją opinię na ten temat. 

-  Cóż  -  wtrącił  Jesse.  -  Nie  mogli  znaleźć  lepszej  strażniczki  dla  znanego  miłośnika 

strzyg. Tylko ty dasz sobie z nim radę. 

Nie spodobała mi się ta uwaga, choć zabrzmiała niemal jak komplement. Zeklos już 

otwierał  usta,  żeby  dorzucić  kolejny  kąśliwy  komentarz,  ale  mu  na  to  nie  pozwoliłam. 

Zbliżyłam się i spojrzałam mu prosto w oczy. Pogratulowałam sobie w duchu zimnej krwi, bo 

nie chwyciłam go za gardło. Jesse wytrzeszczył oczy ze zdumienia. 

- Christian nie ma nic wspólnego ze strzygami - oznajmiłam spokojnie. 

- Przecież jego rodzice… 

-  Są  jego  rodzicami.  A  Christian  jest  sobą.  Mylisz  pojęcia.  Jesse  Zeklos  dobrze 

wiedział, że nie warto ze mną zadzierać. 

Pamiętał  o  tym,  choć  miał  wielką  ochotę  naigrywać  się  z  Christiana  w  mojej 

obecności. Zdziwiłam się, gdy wybrał inna opcję. 

-  Przed  chwilą  przydział  Ozery  oznaczał  dla  ciebie  koniec  świata,  a  terasz  stajesz  w 

background image

jego  obronie.  Wiesz,  jaki  on  jest,  nie  uznaje  żadnych  reguł.  Próbujesz  mi  wmówić,  że  nie 

pójdzie śladem rodziców? 

- Wierzę mu - odparłam. - Absolutnie mu wierzę. Christian przejawia więcej wrogości 

wobec strzyg niż inni moroje. 

Jesse zamrugał i zerknął na Ralfa, a potem przeniósł spojrzenie na mnie. 

- Ozera bardzo mi pomógł, walcząc ze strzygami w Spokane. On nigdy nie przemieni 

się w bestię - dodałam, usiłując sobie przypomnieć, kto miał pilnować Jessego. - Jeśli znowu 

usłyszę, że go oczerniasz, nawet Dean nie zdoła cię przede mną ochronić. 

- Ani przede mną - dodał Eddie, stając u mojego boku. Zeklos przełknął ślinę i cofnął 

się o krok. 

- Blefujesz. Nie zrobisz mi krzywdy. Jeśli cię teraz zawieszą, nie skończysz szkoły w 

terminie. 

- Miał rację, ale uśmiechnęłam się beztrosko. 

- Zaryzykuję. Chyba warto. Widać Jessie i Ralf doszli do wniosku, że nie mają ochoty 

na lunch, bo nagle odeszli, i dałabym głowę, że słyszę, jak nazywają mnie „stukniętą zdzirą”. 

- Świry - mruknęłam ze złością, ale natychmiast się rozpromieniłam. Są pączki! 

Dostałam  jednego  w  polewie  czekoladowej  i  pospieszyłam  za  Eddiem.  Musieliśmy 

odnaleźć naszych podopiecznych przed lekcjami. Eddie wykrzywił się do mnie w uśmiechu. 

-  Gdybym  nie  znał  całej  historii,  pomyślałbym,  że  bronisz  honoru  Christiana.  Zdaje 

się, że to nie lubisz? 

- Fakt - przyznałam, zlizując polewę z palców. - Nie lubię go, ale będę musiała się nim 

opiekować przez sześć tygodni z rzędu. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

ZACZĘŁO SIĘ. 

Z początku pozornie nic się nie zmieniło. Do lunchu moroje i dampiry miały zajęcia w 

odrębnych  grupach,  dopiero  po  południu  łączyliśmy  się  w  pary.  Okazało  się,  że  plan  lekcji 

Christiana  przypomina  mój  własny  z  ubiegłego  semestru.  Jedyna  różnica,  że  nie 

występowałam w charakterze uczennicy. Nie siedziałam w ławce, ale wyznaczono mi raczej 

niewygodne  stanowisko.  Razem  z  innymi  nowicjuszami  uczestniczącymi  w  ćwiczeniach 

musiałam  stać  pod  ścianą.  Poza  lekcjami  sytuacja  wyglądała  podobnie.  To  moroje 

decydowali, co chcą robić. Strażnicy podążali za nimi jak cienie. 

My,  nowicjusze,  mieliśmy  wielką  ochotę  wymienić  między  sobą  uwagi  na  temat 

służby, zwłaszcza że nasi  podopieczni zajęli  się sobą, ale nikt  nie uległ  pokusie. Napięcie i 

emocje w tym pierwszym dniu ćwiczeń skutecznie utrzymywały nas w ryzach. 

Po  lekcji  biologii  zastosowaliśmy  z  Eddiem  technikę  podziału  ról  między  dwoma 

strażnikami.  Ja  utrzymywałam  bezpośredni  kontakt  z  morojami,  podczas  gdy  Eddie  z 

dystansu obserwował otoczenie. 

Dyżurowaliśmy  w  ten  sposób  do  końca  zajęć.  W  pewnej  chwili  Lissa  pocałowała 

Christiana w policzek i zrozumiałam, że zamierzają się rozdzielić. 

- Nie macie wspólnych zajęć? - spytałam zdziwiona, usuwając się nieco z drogi przed 

tabunem  uczniów  wyciągających  z  sal  lekcyjnych.  Eddie  także  zorientował  się  w  zmianie 

sytuacji i podszedł bliżej. Nie wiedziałam, że Lissa i Christian mają w ogóle jakieś oddzielne 

zajęcia. 

Moja przyjaciółka zauważyła, że jestem rozczarowana, i uśmiechnęła się do mnie ze 

współczuciem. 

-  Przykro  mi.  Po  lekcjach  zamierzamy  się  razem  uczyć,  ale  teraz  idę  na  kurs 

twórczego pisania. 

- A ja - wtrącił Christian - będę zagłębiał tajniki gotowania. 

- Co takiego? - prawie krzyknęłam. - Wybrałeś kurs gotowania? To idiotyczne. 

-  Wcale nie  - sprzeciwił się moroj.  - Możesz myśleć,  co chcesz,  ale to  mój wybór w 

ostatnim semestrze, jasne? 

Jęknęłam. 

- Daj spokój, Rose - roześmiała się Lissa. - To tylko jedna lekcja. Nie będzie tak… 

Przerwała,  bo  zakotłowało  się  w  głębi  korytarza.  Jeden  z  moich  instruktorów,  Emil, 

background image

pojawił  się  znienacka  i  -  odgrywając  strzygę  -  zaatakował  morojkę.  Porwał  ją  w  ramiona, 

przycisnął do siebie i odsłonił szyję dziewczyny, jakby miał zamiar ją ugryźć. Nie widziałam 

twarzy ofiary, z daleka dostrzegłam jednak jej gęste brązowe włosy. Wkrótce zorientowałam 

się jednak, że jej opiekunem miał być Shane Reyes. 

Nieoczekiwana napaść zaskoczyła go - to pierwszy incydent tego dnia - na szczęście 

szybko  się  pozbierał,  odgonił  napastnika  kopniakiem  i  odzyskał  podopieczną.  Obaj 

mężczyźni rzucili się teraz do walki otoczeni sporym wianuszkiem gapiów. Gwizdy i okrzyki 

dopingowały Shane'a. 

Najgłośniej  krzyczał  Ryan  Aylesworth.  Wampir  był  tak  pochłonięty  walką,  którą 

zresztą  Shane  wygrał  ciosem  ćwiczebnego  sztyletu,  że  nie  zauważył,  jak  dwóch  innych 

strażników  podkradło  się  do  Camilli.  Oboje  z  Eddiem  dostrzegliśmy  ich  jednocześnie  i  już 

gotowaliśmy się do interwencji. 

-  Zostań  -  polecił  mi  Eddie  i  pobiegł  z  odsieczą.  Ryan  i  Camilla  zdążyli  się 

zorientować  w  sytuacji.  Ryan  nie  radził  sobie  tak  dobrze  jak  Shane,  miał  przeciwko  sobie 

dwóch  napastników.  Pierwszy  zatrzymał  dampira,  a  drugi  chwycił  Camillę.  Dziewczyna 

krzyknęła  ze  strachu.  Nie  udawała.  Najwyraźniej  nie  doceniła  faktu,  że  wylądowała  w 

ramionach Dymitra. 

Tymczasem Eddie zaszedł całą czwórkę od tyłu i wymierzył cios w ucho Bielikowa. 

Strażnik nie przejął się tym specjalnie, lecz ja i tak byłam pod wrażeniem akcji Eddiego. Mnie 

nigdy nie udało się trafić Dymitra podczas treningu. Otrzymany cios zmusił go do uwolnienia 

Camilli i zmierzenia się z przeciwnikiem. Shane zdążył już pozbyć się swojej strzygi, zadając 

jej  cios  srebrnym  sztyletem,  i  teraz  skoczył  na  pomoc  Eddiemu  z  przeciwnej  strony. 

Obserwowałam  ich,  zaciskając  pięści,  zafascynowana  walką,  lecz  przede  wszystkim 

wpatrzona  w  Dymitra.  Nie  do  wiary,  jak  niezwykłą  urodą  promieniował  ten  groźny 

wojownik.  Miałam  ochotę  dołączyć  do  walczących,  pamiętałam  jednak,  że  nie  wolno  mi 

spuszczać oka z naszych morojów. 

Więcej  „strzyg”  już  się  nie  pojawiło.  Eddie  i  Shane  „unicestwili”  Dymitra,  a  mnie 

zrobiło  się  trochę  smutno.  W  głębi  duszy  pragnęłam,  by  mój  mentor  okazał  się 

niezwyciężony. Pocieszyła mnie myśl, że pokonał Ryana, technicznie pozbawił go życia. Tak, 

Dymitr był porządną strzygą. Obaj z Emilem gratulowali teraz Shane'owi refleksu i docenili 

interwencję Eddiego, jako wyraz poczucia odpowiedzialności za przyjaciół. Również do mnie 

skierowano krótkie skinienie głową za osłanianie Eddiego. Ryan najadł się nieco wstydu, bo 

nie zauważył w porę zagrożenia. 

Oboje  z  Eddiem  wymieniliśmy  triumfujące  uśmiechy.  Pierwsza  próba  i  już 

background image

zdobyliśmy punkty. Wolałabym, co prawda, odegrać istotniejszą rolę w tym starciu, ale i tak 

dobrze zaczęliśmy. 

Dymitr dostrzegł z daleka nasze rozpromienione miny i pokręcił głową z naganą. Po 

zakończonej  akcji  nasza  czwórka  ostatecznie  się  rozdzieliła.  Lissa  posłała  mi  pożegnalny 

uśmiech  i  życzyła  w  myślach  dobrej  zabawy  przy  zagłębianiu  tajników  sztuki  kulinarnej. 

Przewróciłam oczami, ale już zniknęła za rogiem w asyście Eddiego. 

„Sztuka kulinarna” brzmiała nieźle, jednak szybko okazało się, że bierzemy udział w 

zwyczajnym kursie gotowania. Kpiłam w Christiana, że wybrał tak idiotyczne zajęcia, jednak 

poczułam dla niego coś w rodzaju szacunku. Moje umiejętności w tej dziedzinie ograniczały 

się  do  ugotowania  wody.  Pichcenie  nie  było  nawet  w  połowie  tak  interesujące,  jak  kursy 

twórczego pisania  czy prowadzenia dyskusji. Nie miałam wątpliwości,  że Christian dokonał 

wyboru wyłącznie z lenistwa. Z pewnością nie zamierzał nigdy prowadzić restauracji. 

Pomyślałam  ze  złośliwą  satysfakcją  o  prawdziwej  radości  na  widok  Ozery 

wałkującego ciasto. Kto wie, może nawet włoży fartuszek? 

Oprócz  mnie  w  sali  znalazło  się  troje  innych  nowicjuszy.  Pomieszczenie  było 

przestronne i miało kilka okien. Szybko opracowaliśmy strategię, żeby dobrze zabezpieczyć 

teren.  Obserwowałam  ćwiczenia  polowe  w  ubiegłych  latach,  jednak  dopiero  teraz 

uświadomiłam sobie, że przyglądałam się wówczas wyłącznie walkom. Nie zwracałam uwagi 

na  pracę  zespołową  moich  starszych  kolegów  ani  na  strategie  ich  działań.  Teoretycznie 

oczekiwano  od  nas  obrony  wyznaczonego  moroja,  ale  w  praktyce  zabezpieczaliśmy 

wszystkich obecnych. 

Przypadło  mi  stanowisko  przy  wyjściu  ewakuacyjnym  prowadzącym  na  dziedziniec. 

Przypadkowo znalazłam się tuż przy stole Christiana. Podczas zajęć zwykle pracowało się w 

parach,  jednak  w  tej  klasie  znalazła  się  nieparzysta  liczba  uczniów.  Christian  skrzętnie 

wykorzystał  okazję  i  zgłosił  chęć  samodzielnej  pracy.  Nikt  się  nie  sprzeciwiał.  Wielu 

morojów  wciąż  dystansowało  się  od  niego  z  powodu  rodziców.  Ku  memu  rozczarowaniu 

Christian nie wyrabiał ciasta. 

- Co to jest? - spytałam, widząc, że wyjął z lodówki miskę pełną surowego mięsa. 

- Mięcho - wyjaśnił, wyrzucając zawartość naczynia na deskę do krojenia. 

- Widzę, idioto. Jakie mięso? 

-  Surowa  wołowina.  -  Chłopak  sięgną  po  następną  miskę  i  jeszcze  jedną.  -  To  jest 

mięso cielęce, a to wieprzowe. 

- Będziesz karmił tyranozaura? 

- Masz ochotę spróbować? Przyrządzę pieczeń. 

background image

- Z trzech gatunków? 

- Jeśli już robić pieczeń, niech smakuje jak mięso. Pokręciłam głową. 

- Nie mogę uwierzyć, że spędzam dopiero pierwszy dzień w twoim towarzystwie. 

Christian skupił się na pracy. 

-  Nie  przesadzasz  trochę  z  agresją?  Naprawdę  aż  tak  mnie  nienawidzisz?  Podobno 

nawrzeszczałaś na strażników za to, że dostałaś mnie w przydziale. 

- Mylisz się. Nie czuję do ciebie nienawiści - odparłam zgodnie z prawdą. 

- W takim razie wyżywasz się na mnie, bo nie powierzono ci opieki nad Lissą. 

Nie odpowiedziałam. Tym razem Christian mówił prawdę. 

- Wiesz - ciągnął - może to nie jest taki zły pomysł, żebyś poćwiczyła z kimś innym. 

-  Tak,  Dymitr  mówi  to  samo.  Moroj  włożył  mięso  z  powrotem  do  miski  i  zajął  się 

przyprawianiem. 

- Więc skąd ten sprzeciw? Bielikow wie, co robi. Ufam mu. Akademia poniesie wielką 

stratę, kiedy on odejdzie. Z drugiej strony cieszę się, że będzie strzegł Lissy. 

- Ja też się cieszę. Christian podniósł głowę i spojrzał mi w oczy. Uśmiechnęliśmy się 

jednocześnie, zaskoczeni, że w czymkolwiek się zgadzamy. Po krótkiej chwili moroj wrócił 

do przerwanej pracy. 

- Ty też jesteś niezła - mruknął bez zwykłego cynizmu. - Poradziłaś sobie… 

Nie  dokończył,  ale  wiedziałam,  o  czym  mówi.  O  Spokane.  Nie  było  go  w  pobliżu, 

kiedy unicestwiłam strzygi, ale pomógł nam w ucieczce. 

Pracowaliśmy  razem.  Posłużył  się  magią  ognia,  żeby  uwolnić  mi  ręce.  Wtedy 

zapomnieliśmy o wzajemnej niechęci. 

-  Mamy  lepsze  rzeczy  do  roboty,  niż  ciągle  się  kłócić  -  stwierdziłam  w  zamyśleniu. 

Przypomniała  mi  się  sprawa  Wiktora  Daszkowa.  W  pierwszym  odruchu  chciałam 

opowiedzieć  wszystko  Christianowi,  lecz  uznałam,  że  nie  warto  się  z  tym  spieszyć.  Lissa 

powinna dowiedzieć się pierwsza. 

-  Fakt  -  zgodził  się  ze  mną  po  raz  drugi.  -  W  końcu  aż  tak  bardzo  się  nie  różnimy. 

Jestem  wprawdzie  bystrzejszy  i  bardziej  zabawny  od  ciebie,  ale  obojgu  nam  zależy  na  jej 

bezpieczeństwie… - zawahał się. - Ja…nie chcę ci jej odbierać. Nie mógłbym. Nikt tego nie 

dokona, dopóki łączy was więź. 

Coś  takiego!  Zawsze  myślałam,  że  się  kłócimy,  bo  jesteśmy  skorzy  do  waśni.  A  po 

drugie, najważniejsze - z zazdrości o Lissę. Jednak Christian miał rację. Obojgu nam zależało 

na jej życiu. 

-  Ty  też  nie  powinieneś  myśleć,  że  nasza  więź  odciągnie  ją  od  ciebie  -  wyznałam. 

background image

Wiedziałam,  że  to  go  niepokoi.  Jak  można  cieszyć  się  romantyczną  chwilą  z  ukochaną, 

wiedząc, że jest stale połączona z kimś innym, nawet jeśli to jej przyjaciółka? - Zależy jej na 

tobie. - Słowo „kocha” jakoś nie przechodziło mi przez gardło. - Zajmujesz osobne miejsce w 

jej sercu. 

Christian włożył naczynie do piekarnika. 

-  Nie  wierzę,  że  to  powiedziałaś.  Obawiam  się,  że  za  chwilę  padniemy  sobie  w 

ramiona i zaczniemy do siebie czule przemawiać. - Bardzo się starał udawać niechęć, ale w 

jego oczach widziałam ulgę i radość. 

-  Wymyśliłam  już  dla  ciebie  czułe  przezwisko,  ale  obawiam  się  kłopotów,  jeśli 

powiem je teraz głośno. 

-  Ach!  -  westchnął.  -  Oto  Rose,  którą  znam.  Potem  odszedł.  Rozmawiał  z  kolegą, 

podczas  gdy  jego  mięso  rumieniło  się  w  piekarniku.  I  bardzo  dobrze.  Miałam  strategiczną 

pozycję przy drzwiach, więc nic nie powinno odwracać mojej uwagi. Zauważyłam, że Jesse z 

Ralfem  smażą  razem  wielgachny  omlet  z  czymś  tam.  Podobnie  jak  Christian,  poszli  na 

łatwiznę. 

Tym razem żaden atak ze strony „strzyg” nie nastąpił. Tylko strażnik Dustin zajrzał do 

Sali, by odnotować, co robimy. Przystanął obok mnie, kiedy Jesse ruszył niespiesznie w naszą 

stronę. Z początku pomyślałam, że to zbieg okoliczności. 

-  Odwołuję,  co  powiedziałem,  Rose  -  odezwał  się  moroj.  -  Przemyślałem  temat.  Nie 

wkurzyłaś się z powodu Lissy i Christiana. Zgodnie z regułą musisz sprawować służbę przy 

jednym  z  uczniów,  a  Adrian  Iwaszkow  jest  już  za  stary,  by  go  pilnować.  Słyszałem,  że 

odbywaliście już wspólne praktyki cielesne. 

Żart  mógł  być  o  wiele  zabawniejszy,  co  tylko  potwierdzało,  że Jesse  nie  jest  orłem. 

Wiedziałam,  że  nie  obchodzimy  go  ani  Adrian,  ani  ja.  Podejrzewałam  wręcz,  że  sam  nie 

wierzy w te bajki o naszym romansie. Po prostu wciąż żywił urazę, bo kiedyś mu groziłam, i 

znalazł  sposób  odegrania  się.  Austin  słyszał  zaczepkę,  lecz  nie  obchodziły  go  wygłupy 

moroja.  Zainteresował  się  jednak  gdybym  przyłożyła  Zeklosowi.  Uznałam,  że  nie  muszę 

milczeć. Strażnicy mogli swobodnie rozmawiać ze swoimi podopiecznymi. Warunkiem było 

zachowanie szacunku dla morojów oraz czujności. Uśmiechnęłam się słodko. 

- Pański dowcip jak zwykle cięty, panie Zeklos.  Ubawiłam się do łez - stwierdziłam, 

po czym odwróciłam się i rozejrzałam po sali. 

Jesse  zrozumiał,  że  to  koniec  rozmowy.  Roześmiał  się  i  odszedł,  przekonany  o 

wygranej potyczce. Austin wkrótce opuścił klasę. Powędrowałam wzrokiem za Zeklosem. 

- Wiesz, Christian? Cieszę się, że to ciebie będę pilnowała. 

background image

-  Jeśli  oceniasz  przez  porównanie  z  Jessem,  to  średni  dla  mnie  komplement.  Ale 

spróbuj pieczeni. Wtedy naprawdę ucieszysz się z mojego towarzystwa. 

Nie zauważyłam, kiedy owinął mięso plastrem boczku. 

- Dobry Boże - jęknęłam. - To najzwyklejsza pod słońcem potrawa morojów. 

- Pod warunkiem że jest surowa. Smakuje ci? 

- Tak - przyznałam niechętnie. Skąd miałam wiedzieć, że boczek doda tyle smaku? - 

Naprawdę  dobre.  Masz  przed  sobą  świetlaną  przyszłość.  Zostaniesz  idealną  gospodynią 

domową, podczas gdy Lissa będzie pracowała i zbijała fortunę. 

-  Zabawne,  właśnie  o  tym  marzę.  Wychodziliśmy  z  klasy  w  dobrej  komitywie.  Nie 

czułam  niechęci  do  Christiana  i  przyszło  mi  do  głowy,  że  jakoś  wytrzymam  przez  sześć 

tygodni. 

Umówili się z Lissą w bibliotece. Mieli się uczyć, a przynajmniej udawać, że się uczą. 

Po  drodze  Christian  musiał  jeszcze  wpaść  do  swojego  pokoju.  Wyszłam  za  nim  na 

dziedziniec. Owionęło mnie zimne powietrze. Słońce zaszło już przed siedmioma godzinami. 

Śnieg  pokrywający  alejki  stopniał  w  ciągu  dnia,  ale  teraz  zamarzł  ponownie.  Było 

ślisko.  Dołączył  do  nas  Brandon  Lazar,  moroj  zajmujący  pokój  obok  Christiana.  Chłopak 

nadal przezywał walkę, której był świadkiem podczas lekcji matematyki. Wysłuchaliśmy jego 

namiętnej relacji, śmiejąc się z Alberty, która wślizgnęła się do klasy przez okno. 

-  Alberta ma swoje lata,  ale dałaby  radę każdemu z nas  -  powiedziałam.  Obejrzałam 

uważnie Brandona. Był podrapany, zauważyłam, też czerwone ślady uderzeń na jego twarzy i 

siniaki za uchem. - Co się stało? Brałeś udział w walce? 

Moroj spoważniał i spuścił wzrok. 

- Nie, przewróciłem się. 

-  Daj  spokój  -  żachnęłam  się.  Wampirów  nie  szkolono  w  sztukach  walki,  ale  często 

wdawały się w bójki między sobą. Zastanawiałam się, z kim Brandon mógł zadrzeć. Był miły 

i ogólnie lubiany. - Wymyśl bardziej niewiarygodne kłamstwo. 

- Nie kłamię - zaprzeczył, wciąż unikając mojego wzroku. 

- Jeśli masz kłopoty, mogę udzielić ci kilku dobrych rad. 

Spojrzał mi prosto w oczy. 

-  Nie  chcę  o  tym  mówić  -  powiedział  stanowczo.  Bez  wrogości,  ale  i  bez  cienia 

wątpliwości, że powinnam odpuścić. 

Zachichotałam. 

-  Trenujesz  na  mnie  używanie  wpływu?  W  tej  samej  chwili  kątem  oka 

zarejestrowałam  ruch  między  drzewami  z  lewej  strony.  Ktoś  ukrywał  się  wśród  sosen 

background image

pokrytych śniegiem. Jednym  susem Stan ruszył  do ataku. Wreszcie nadeszła moja pierwsza 

próba. 

Poczułam  przypływ  adrenaliny,  jakbym  naprawdę  miała  zmierzyć  się  ze  strzygą. 

Zareagowałam  błyskawicznie,  chwytając  Brandona  i  Christiana.  Ochrona  morojów  była 

naszym  podstawowym  zadaniem.  Musiałam  ich  osłaniać.  Przytrzymałam  obu  chłopców  w 

miejscu i zwróciłam się w stronę napastnika. Wyciągnęłam z zanadrza srebrny sztylet. 

I wtedy znów się pojawił. 

Mason. 

Stal  zaledwie  kilka  kroków  ode  mnie,  na  prawo  od  Stana  i  wyglądał  tak  samo  jak 

minionej nocy. Niemal przezroczysty i bardzo smutny. 

Włosy  stanęły  mi  dęba.  Znieruchomiałam,  niezdolna  do  walki.  Zapomniałam,  gdzie 

jestem  i  co  tu  robię,  realność  przestała  istnieć.  Wszystko  poruszało  się  w  spowolnionym 

tempie, kontury się zacierały. Widziałam tylko Masona - jego zjawiskową wibrującą postać. 

Promieniował  nieziemskim  światłem.  Zrozumiałam,  że  chce  mi  coś  powiedzieć.  Ogarnęła 

mnie  taka  sama  bezsilność,  jakiej  zaznałam  w  Spokane.  Nie  mogłam  mu  wówczas  pomóc. 

Teraz również czułam się kompletnie bezradna. Zupełnie pusta w środku. Stałam bez ruchu, 

czekając, co zrobi Mason. 

Duch  uniósł  rękę  i  wskazał  palcem  miejsce  po  drugiej  stronie  zabudowań.  Nie 

zrozumiałam tego gestu. W tamtej części Akademii mieściło się co najmniej kilka obiektów. 

Potrząsnęłam głową z rozpaczą. Mason posmutniał jeszcze bardziej. Nagle coś uderzyło mnie 

w  ramię.  Zachwiałam  się  na  nogach.  To  rzeczywistość  boleśnie  przypomniała  o  swoim 

istnieniu. Zdążyłam tylko wystawić ręce przed siebie, by zamortyzować nieco skutki upadku. 

Spojrzałam w górę i zobaczyłam nad sobą Stana. 

-  Hathaway!  -  warknął.  -  Co  ty  wyprawiasz?  Zamrugałam  nieprzytomnie.  Widok 

Masona kompletnie wytrącił mnie z równowagi. Kręciło mi się w głowie. Wpatrywałam się w 

gniewną  twarz  instruktora,  a  potem  przeniosłam  wzrok  na  miejsce,  w  którym  widziałam 

zjawę. Zniknęła. Ponownie popatrzyłam na Stana i zrozumiałam nareszcie, co się wydarzyło. 

Kiedy  strażnik  zaatakował,  straciłam  poczucie  rzeczywistości  i  pozwoliłam,  żeby  schwytał 

oby  morojów.  Stan  trzymał  teraz  za  szyję  Christiana  i  Brandona.  Nie  robił  im  krzywdy,  ale 

miał ich w garści. 

- Gdybym był strzygą - wycedził przez zęby - ci dwaj już by nie żyli. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

SPRAWY  DYSCYPLINARNE  rozwiązywano  zazwyczaj  w  gabinecie  dyrektorki. 

Kirowa  sprawowała  pieczę  nad  morojami  i  dampirami  żelazną  ręką  i  słynęła  z  bogatego 

repertuaru  kar  dla  uczniów.  Nie  okazywała  okrucieństwa,  ale  trudno  ją  zaliczyć  do  osób 

łagodnych  czy  tolerancyjnych.  Poważnie  traktowała  wszelkie  przewinienia  i  wymierzała 

stosowne kary. 

Zdarzały  się  jednak  w  szkole  problemy,  które  nie  podlegały  jurysdykcji  Kirowej. 

Bardzo rzadko, ale powstawały sytuacje wymagające zwołania komisji złożonej ze starszych 

strażników.  Musiały  zaistnieć  poważne  powody.  Na  przykład  umyślne  narażanie  życia 

moroja. Lub hipotetycznie umyślne narażanie życia. 

- Powtarzam po raz ostatni - jęknęłam. - Nie zrobiłam tego celowo. Znajdowaliśmy się 

w Sali konferencyjnej straży szkolnej. 

Naprzeciwko  mnie,  za  długim  stołem  siedziała  komisja:  Alberta,  Emil  oraz  Celeste, 

jedna z nielicznych kobiet pełniących służbę w Akademii. Wyglądali groźnie, a ja czułam się 

całkowicie bezbronna, siedząc przed nimi samotnie na twardym, niewygodnym krześle. 

Pojawiło  się  też  kilkoro  strażników  obserwujących  przebieg  przesłuchania.  Na 

szczęście  nie  powiadomiono  moich  kolegów  z  klasy  -  ich  obecność  upokorzyłaby  mnie 

ostatecznie. Dymitr zasiadał na ławce obserwatorów. Nie należał do komisji, pewnie dlatego 

że był moim mentorem. 

- Panno Hathaway - odezwała się Alberta służbowym tonem - chyba pani rozumie, że 

trudno nam w to uwierzyć. 

Celeste pokiwała głową. 

-  Strażnik  Alto  zeznał,  iż,  według  niego,  odmówiła  pani  obrony  dwóch  morojów,  w 

tym własnego podopiecznego. 

- Nie odmówiłam! - krzyknęłam. - Po prostu nie zdołałam ich obronić. 

- Nieprawda - wtrącił Stan z ławki obserwatorów. Zerknął pytająco na Albertę. - Mogę 

słowo? 

Strażniczka kiwnęła głową. 

-  Gdybyś  próbowała  mnie  obezwładnić  lub  zaatakować,  uznałbym,  że  poniosłaś 

porażkę. Ale ty nic nie zrobiłaś. Nawet nie próbowałaś. Stałaś tam jak słup soli. 

Ogarnęła mnie wściekłość. Podejrzenie, że celowo pozwoliłam, by „strzyga” dopadła 

Christiana i Brandona, było absurdalne. Nie wiedziałam, co wybrać. Mogłam przyznać się do 

background image

porażki albo powiedzieć, że zobaczyłam ducha. Oba wyjścia wydawały się beznadziejne, ale 

musiałam  się  na  coś  zdecydować.  Pierwsze  dowodziłoby  braku  kompetencji,  drugie 

wskazywało  na  obłęd.  Koszmarne  zapętlenie.  Lepiej,  by  uznano  mnie  za  osobę 

nieodpowiedzialną i zbuntowaną. 

- Dlaczego oceniacie mnie tak surowo? - spytałam sucho. - Ryan też poniósł porażkę i 

nie został ukarany. Przecież celem ćwiczeń jest nabywanie praktyki. Gdybyśmy byli gotowi, 

już dawno wysłalibyście nas do pracy w świecie. 

-  Nie  słuchasz  mnie  -  przerwał  Stan.  Mogłam  przysiąc,  że  dostrzegłam  pulsowanie 

żyły na jego skroni. On jeden był równie zdenerwowany, jak ja. W każdym  razie okazywał 

emocje.  Reszta  zachowywała  obojętny  spokój.  Ale  tylko  Stan  widział,  co  zaszło  naprawdę. 

Na jego miejscu byłabym równie oburzona. - Nie możemy potraktować twojego zachowania 

jako porażki. Żeby przegrać, trzeba najpierw podjąć walkę, zrobić cokolwiek. 

- W porządku, sparaliżowało mnie - pozostałam nieugięta. - Potrafi pan to zrozumieć? 

Załamałam się pod presją i straciłam głowę. Trudno, widać jestem nieprzygotowana do walki. 

W najważniejszej chwili spanikowałam. Takie rzeczy zdarzają się nowicjuszom dość często. 

-  Także  uczennicy,  która  zabijała  już  strzygi?  -  wtrącił  Emil.  Pochodził  z  Rumunii, 

skąd pozostał mu wschodzi akcent, silniejszy niż u Dymitra, ale bez rosyjskiego zaśpiewu. - 

Sądzę, że to mało prawdopodobne. 

Popatrzyłam na niego, a potem rozejrzałam się po sali. 

- Więc to tak. Skoro raz udało mi się pokonać strzygi, oczekujecie, że będę mistrzem 

w tej dziedzinie? Nie wolno mi wpaść w panikę ani odczuwać lęku? Wszystko jasne. Dzięki. 

Jesteście  bardzo  sprawiedliwi.  -  Opadłam  na  krzesło  i  założyłam  ręce  na  piersiach.  Nie 

musiałam odgrywać oburzenia. Naprawdę kipiałam ze złości. 

Alberta westchnęła i pochyliła się nad stołem. 

- Błąd w założeniu, panno Hathaway. Nie roztrząsamy tu umiejętności ani gotowości 

do walki. Dziś rano wyraźnie oświadczyła pani, że nie chce opiekować się Christianem Ozerą 

i  jest  zmuszona  podjąć  się  tego  zadania  wbrew  swojej  woli,  o  czym  wkrótce  wszyscy  się 

przekonamy. Czyż nie? 

Niech to szlag. Rzeczywiście tak powiedziałam. Co mi przyszło do głowy? 

-  A  potem  -  kontynuowała  strażniczka  bez  cienia  emocji  -  podczas  pierwszego  testu 

nie zareagowała pani na atak. 

Omal nie spadłam z krzesła. 

-  Naprawdę  tak  myślicie?  Uznaliście,  że  zbojkotowałam  zagrożenie,  bo  chciałam  się 

zemścić? 

background image

Wszyscy troje patrzyli na mnie wyczekująco. 

-  Nie  może  się  pani  szczycić  opinią  osoby  zrównoważonej,  która  chętnie  wykonuje 

każde  polecenie  zwierzchników,  nawet  jeśli  jest  sprzeczne  z  jej  oczekiwaniami  -  odparła 

sucho Alberta. 

Zerwałam się z miejsca i wycelowałam w nią oskarżycielski palec. 

-  To  nieprawda.  Od  chwili  powrotu  do  Akademii  posłusznie  stosowałam  się  do 

zaleceń  Kirowej.  Uczestniczyłam  w  treningach  i  zajęciach.  -  W  rzeczywistości  opuściłam 

kilka  lekcji,  ale  nieumyślnie.  Miałam  ważniejsze  sprawy  na  głowie.  -  Nie  miałam  powodu 

mścić  się  w  tak  idiotyczny  sposób!  Co  by  mi  z  tego  przyszło?  Sta…  Strażnik  Alto  nie 

zrobiłby krzywdy Christianowi, więc nie mogłam liczyć na to, że chłopak dostanie za swoje. 

Po co miałabym ryzykować udział w tym przesłuchaniu, które może się zakończyć zakazem 

udziału w ćwiczeniach polowych? 

- Właśnie tak się zakończyło - rzuciła Celeste obojętnym tonem. 

-  Och.  -  Usiadłam,  czując,  że  ulatuje  ze  mnie  śmiałość.  Na  sali  zapadła  cisza,  którą 

ostatecznie przerwał Dymitr. 

- Ona mówi do rzeczy - powiedział, a serce zabiło mi mocniej. Dymitr wiedział, że nie 

mściłabym  się  na  moroju.  Znał  mnie.  -  Gdyby  chciała  się  zemścić  albo  zaprotestować, 

wybrałaby  inny  sposób.  -  No,  w  każdym  razie  znał  mnie  do  pewnego  stopnia.  Celeste 

zmarszczyła brwi. 

- Po tym przedstawieniu, jakie odegrała dzisiejszego ranka… Dymitr podszedł bliżej. 

Zatrzymał się przy moim krześle. Jego bliskość dodawała otuchy. Przez krótką chwilę miałam 

wrażenie  deja  vu.  Wrócił  tamten  dzień,  gdy  przywieziono  mnie  i  Lissę  z  powrotem  do 

Akademii. Ubiegłoroczna jesień. Dyrektorka widziała tylko jedno rozwiązanie - usunięcie ze 

szkoły. A Dymitr stanął w mojej obronie. 

- Jestem pewien, że to zbieg okoliczności - kontynuował strażnik. - Może wygląda to 

podejrzanie,  ale  nie  macie  dowodów.  W  tej  sytuacji  pozbawienie  jej  możliwości  udziału  w 

ćwiczeniach, a tym samym ukończenia szkoły, jest zbyt surową karą. 

Członkowie  komisji  rozważali  jego  słowa.  Skupiłam  się  na  Albercie.  To  ona  miała 

decydujący głos. Zawsze ją lubiłam. Była stanowcza, ale sprawiedliwa. Miałam nadzieję, że 

postąpi właściwie. Teraz poprosiła gestem Emila i Celeste, by nachylili się do niej. Szeptali 

dość długo. W końcu strażniczka z rezygnacją skinęła głową. 

- Panno Hathaway, czy chciałaby pani coś powiedzieć, zanim ogłosimy decyzję? 

Czy  chciałabym  coś  powiedzieć?  Tak,  do  diabła.  Mnóstwo  rzeczy.  Miałam  ochotę 

wykrzyczeć im w twarz, że nie brak mi kompetencji. Jestem najlepszą nowicjuszką na roku. 

background image

Widziałam, jak Stan się skradał, i chciałam zareagować. Nie wymyśliłam sobie tego, co się 

stało,  żeby  dostać  naganę.  Teraz,  nawet  jeśli  pozwolą  mi  kontynuować  ćwiczenia,  dostanę 

najniższą notę za pierwszy test, co z pewnością zaważy na ocenie końcowej, a tym samym na 

całej  mojej  karierze.  A  przecież  nie  miałam  wyboru.  Nie  mogłam  im  powiedzieć,  że 

widziałam  ducha.  Ducha  chłopaka,  który  był  we  mnie  zakochany  i  może  właśnie  z  tego 

powodu  zginął.  Nie  rozumiałam  swoich  przywidzeń.  Byłam  skłonna  przypisać  je 

przemęczeniu,  jednak  z  drugiej  strony  naprawdę  widziałam  Masona.  Czy  był  prawdziwy? 

Rozsądek podpowiadał mi, że to niemożliwe. W Tej chwili nie miało to znaczenia. Lecz jeśli 

zjawa  pojawiała  się  naprawdę  i  powiedziałabym  o  tym  strażnikom,  uznaliby  mnie  za 

wariatkę.  Tak  samo  byłoby,  gdyby  spotkani  z  Masonem  okazało  się  wytworem  mojej 

wyobraźni. Tak czy owak, klęska. 

- Nie, strażniczko Pietrowa - odparłam pokornie. - Nie mam nic do powiedzenia. 

-  Dobrze  -  powiedziała  Alberta  ze  znużeniem.  -  Proszę  zatem  wysłuchać  naszej 

decyzji. Miała pani szczęście, że strażnik Bielikow wstawił się za panią. W przeciwnym razie 

spotkałaby  panią  surowsza  kara.  Postanowiliśmy  dać  pani  drugą  szansę  i  zezwolić  na 

kontynuowanie ćwiczeń. Proszę to traktować jako okres próbny. Oczywiście nadal pozostanie 

pani opiekunką Christiana Ozery. 

- W porządku - odparłam. Ostatecznie cała moja edukacja w tej szkole sprowadzała się 

do okresów próbnych. - Dziękuję. 

- Jeszcze jedno - ciągnęła Alberta. Aha. - Naruszyła pani zasady, więc jedyny wolny 

dzień w tym tygodniu poświęci pani pracy społecznej. 

Znowu zerwałam się z krzesła. 

- Co takiego? Palce Dymitra zacisnęły się na moim nadgarstku i nakazywały spokój. 

- Siadaj - mruknął mi do ucha. - Bierz, co dają. 

- Jeśli to stanowi problem, możemy przedłużyć pracę społeczną na następny tydzień - 

wtrąciła Celeste. - Może nawet do końca ćwiczeń. 

Usiadłam, kręcąc głową. 

- Przepraszam. Dziękuję. Przesłuchanie dobiegło końca. Zostałam sama, przygnębiona 

i  pokonana.  Czy  to  możliwe,  że  wszystko  wydarzyło  się  pierwszego  dnia?  Radość  i 

podniecenie  które  odczuwałam  na  początku  zajęć,  wydawały  się  odległe,  jakby  minęły 

miesiące.  Alberta  kazała  mi  odszukać  Christiana,  lecz  Dymitr  poprosił  najpierw  o  chwilę 

rozmowy  ze  mną  sam  na  sam.  Strażniczka  wyraziła  zgodę  w  przekonaniu,  że  mentor 

przemówi mi do rozumu. 

Zostaliśmy  sami.  Sądziłam,  że  Dymitr  usiądzie  naprzeciwko  i  zamieni  ze  mną  kilka 

background image

oficjalnych słów, ale on podszedł do małego stolika, na którym stał dzbanek z wodą, kawa i 

inne napoje. 

-  Napijesz  się  gorącej  czekolady?  -  spytał.  Nie  spodziewałam  się  takiego  obrotu 

sprawy. 

-  Chętnie.  Strażnik  wsypał  zawartość czterech  torebek i  sproszkowanej czekolady do 

styropianowych kubków i zalał je wrzątkiem. 

- Podwójna porcja gwarantuje dobry smak - powiedział, naśladując styl z reklam. 

Podał mi kubek i drewniany patyczek do mieszania, a potem ruszył w stronę bocznych 

drzwi.  Uznałam,  że  powinnam  pójść  za  nim,  więc  wstałam,  uważając,  by  nie  rozlać 

czekolady. 

-  Dokąd…?  Och.  Znalazłam  się  na  niewielkiej  oszklonej  werandzie  zastawionej 

stolikami.  Nie  miałam  pojęcia  o  jej  istnieniu.  Ostatecznie  należała  do  prywatnych  kwater 

strażników.  Nowicjusze  rzadko  tu  trafiali.  Szerokie  drzwi  prowadziły  z  ganku  na  niewielki 

dziedziniec,  szczelnie  odgrodzony  od  reszty  świata  budynkiem  straży.  Wyobraziłam  sobie, 

jak  uroczo  tu  musi  być  latem,  gdy  przez  otwarte  okna  zieleń,  ciepłe  powietrze,  świergot 

ptaków  i  kwiatowe  aromaty  wchodzą  po  prostu  do  pokojów.  Teraz,  w  środku  zimy,  czułam 

się jak w lodowym pałacu. 

Dymitr  otwartą  dłonią  starł  warstwę  kurzu  z  krzesła.  Zrobiłam  to  samo  i  usiadłam 

naprzeciwko. To oczywiste, że teraz mało kto korzystał z werandy. Było tu wprawdzie trochę 

cieplej niż na dworze, ale i tak kłęby pary buchały z ust przy każdym oddechu. Próbowałam 

rozgrzać dłonie gorącym kubkiem. Dymitr wypił swoją porcję niemal jednym haustem. Od lat 

zabijał  strzygi,  czyż  mógł  się  zniechęcić  odrobiną  wrzątku?  Milczeliśmy.  Cisza  się 

przedłużała. Patrzyłam na Bielikowa kątem oka. Nie spojrzał w moją stronę, choć wiedział, że 

go obserwuję. Zawsze robił na mnie piorunujące wrażenie. Miękkie brązowe włosy odgarniał 

bezwiednie za uszy, choć po chwili znów opadały na twarz. Brązowe oczy patrzyły łagodnie i 

groźnie zarazem. Teraz  uświadomiłam sobie, że usta Dymitra mają tę samą właściwość. W 

czasie walki,  w trudnych sytuacjach,  zaciskały się,  twardniały. W drobnych chwilach,  kiedy 

się śmiał i całował… robiły się ciepłe, miękkie i delikatne. 

Jednak to  nie wygląd  Dymitra mnie poruszył.  Odkryłam, że w jego obecności czuję 

się bezpiecznie i ciepło. Powoli wyciszałam się po tym okropnym dniu. Zwykle starałam się 

przyciągnąć  uwagę  otoczenia,  siliłam  się  na  dowcip  i  błyskotliwe  komentarze.  Teraz 

wiedziałam, że powinnam pozbyć się tej pozy, skoro mam zostać strażniczką. Służba będzie 

wymagała  powściągliwości  i  milczenia.  Przy  Dymitrze  wszystko  było  proste,  nie  musiałam 

stawać  na  głowie,  zabawiać  go,  silić  się  na  żarty  ani  flirtować.  Wystarczyło,  że  jesteśmy 

background image

razem. I gdyby nie dziwne napięcie - pożądanie? Podziw? Tęsknota za czymś ulotnym, choć 

ważnym?  -  bylibyśmy  całkowicie  swobodni  i  zrelaksowani.  Westchnęłam  i  upiłam  łyk 

czekolady. 

-  Co  tam  się  stało?  -  spytał,  chwytając  moje  spojrzenie.  -  Przecież  nie  załamałaś  się 

pod presją. 

Wyczułam  ciekawość,  nie  zarzut.  Zrozumiałam,  że  nie  rozmawia  z  krnąbrną 

uczennicą, lecz traktuje mnie jak równorzędnego partnera. Naprawdę chciał wiedzieć, co się 

wydarzyło.  Nie  zamierzał  mnie  oceniać  ani  prawić  morałów.  Tym  gorzej,  bo  musiałam 

skłamać. 

-  A  jednak  -  mruknęłam,  wpatrując  się  w  kubek.  -  Chyba  że  wierzysz  w  rzekomą 

zemstę na Christianie. 

- Nie - odparł Dymitr. - Nie dałem temu wiary ani przez chwilę. Spodziewałem się, że 

nie będziesz zadowolona z przydziału, jednak nie wątpiłem, że wykonasz jak najlepiej swoje 

zadanie. Nie sądzę, by osobiste animozje mogły przeszkadzać ci w służbie. 

Podniosłam głowę i znów napotkałam jego spojrzenie, tak pełne wiary we mnie. 

Ufał mi bez reszty. 

-  Jasne.  Byłam  wściekła…  Nadal  jestem,  choć  już  nie  tak  bardzo.  Oczywiście 

zamierzałam  chronić  Christiana  najlepiej,  jak  umiem.  Spędziliśmy  ze  sobą  trochę  czasu  i 

właściwie zaczęłam go lubić. Jest dobrym partnerem dla Lissy, zależy mu na niej, wiec nie 

mam  powodu  żywić  do  niego  urazy.  Czasem  się  ścieramy,  to  wszystko…  Dobrze  nam  się 

współpracowało,  kiedy  w  centrum  handlowym  schwytały  nas  strzygi.  Dziś  rano 

przypomniałam sobie tamte chwile i sprzeciw wobec decyzji rady wydał mi się głupi. 

Nie myślałam, że tak się rozgadam, ale zrzuciłam z siebie ten garb i poczułam ulgę. 

Dymitrowi mogłabym powiedzieć wszystko. No, prawie wszystko. 

- Więc o się stało? - spytał spokojnie. - Dlaczego nie zareagowałaś na atak Stana? 

Odwróciłam  wzrok,  obracając  kubek  w  zgrabiałych  dłoniach.  Nie  chciałam  niczego 

ukrywać, ale też nie mogłam wyjawić całej prawdy. W świecie ludzi wampiry i dampiry są 

postaciami z legend i mitów, opowiada się o nich bajki. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, 

że  istniejemy  obok  nich  na  ziemi.  Ten  fakt  nie  oznacza  jednak,  że  wszystkie  fantastyczne 

historie  uznajemy  za  prawdziwe.  My  również  mamy  swoje  legendy,  których  nie  traktujemy 

serio.  Występują  w  nich  wilkołaki,  upiory  i  duchy.  W  naszej  rzeczywistości  duchy  nie 

istnieją. Należą do świata bajek, które opowiadamy sobie czasem przy ognisku. Oczywiście 

zjawiają  się  w  noc  Halloween,  ale  w  prawdziwym  życiu?  Nie  ma  duchów.  Jeśli  ktoś  z  nas 

wracał po śmierci, musiał być strzygą. 

background image

Tak  sądziłam.  Do  wczoraj.  Szczerze  mówiąc,  nie  miałam  pojęcia,  jak  traktować 

pojawienie  się  Masona.  Wolałabym  uznać,  że  go  sobie  wyobraziłam.  Bałam  się  utraty 

zmysłów. Zawsze, jak fatum, groziło to  Lissie. Kto mógł przypuszczać, że to ja popadnę w 

obłęd? 

Dymitr nie spuszczał ze mnie wzroku, wyraźnie czekał na odpowiedź. 

- Nie wiem, co się stało. Miałam dobre intencje… po prostu zawaliłam sprawę. 

- Rose. Straszna z ciebie kłamczucha. Spojrzałam na niego. 

- Wcale nie. Dawniej potrafiłam łgać w żywe oczy i wszyscy mi wierzyli. 

Uśmiechnął się lekko. 

-  Nie  wątpię.  Ale  mnie  nie  zwiedziesz.  Po  pierwsze,  unikasz  mojego  wzroku.  A  po 

drugie…Nie wiem, jak to powiedzieć. Czuję, że kłamiesz. 

Cholera.  Znał  mnie  zbyt  dobrze.  Wstałam  i  podeszłam  do  drzwi,  odwracając  się  do 

niego  plecami.  Zwykle  delektowałam  się  każdą  wspólnie  spędzoną  minutą,  a  teraz  nie 

mogłam  znieść  jego  bliskości.  Nie  chciałam  go  oszukiwać,  ani  powiedzieć  mu  prawdy. 

Musiałam wyjść. 

- Posłuchaj, doceniam twoją troskę o mnie… ale naprawdę nic mi nie jest. Po prostu 

poniosłam porażkę. Wstydzę się tego i  jest mi przykro, że twoja praca nade mną  poszła na 

marne. Postaram się poprawić. Następnym razem rozłożę Stana na łopatki. 

Nie usłyszałam, jak wstał, po prostu nagle znalazł się tuż za moimi plecami. Położył 

mi rękę na ramieniu i odebrał zdolność poruszania się. Za późno na ucieczkę. Nie zrobił nic 

więcej.  Nie  starał  się  mnie  przyciągnąć  do  siebie.  Tylko  ta  jego  ręka  na  moim  ramieniu 

sprawiła, że zyskał całkowitą władzę. 

-  Rose  -  zaczął,  a  ja  wiedziałam,  że  już  się  nie  uśmiecha.  -  Nie  wiem,  dlaczego 

kłamiesz, lecz rozumiem, że masz ważny powód. Jeśli stało się coś złego, jeśli się boisz… 

Odwróciłam  się  gwałtownie,  starając  się  jednocześnie  nie  strącić  jego  dłoni. 

Przesunęła się tylko na moje drugie ramię. 

-  Nie  boję  się!  -  wykrzyknęłam.  -  Mam  ważny  powód  i  wierz  mi,  to  co  się  stało  ze 

Stanem,  nie  ma  najmniejszego  znaczenia.  Naprawdę  tak  jest.  To  drobiazg,  który  urósł  do 

rozmiarów  problemu.  Nie  musisz  się  o  mnie  martwić  ani  nic  dla  mnie  robić.  Głupio  mi,  że 

pokpiłam  sprawę,  ale  dam  sobie  radę.  Zajmę  się  wszystkim.  Potrafię  zadbać  o  siebie.  -  Z 

całych  sił  starałam  się  opanować  drżenie.  Jak  to  się  stało,  że  ten  dzień  przerodził  się  w 

koszmar? 

Dymitr milczał. Patrzył  na mnie z nieodgadnionym wyrazem  twarzy.  Nie potrafiłam 

go  rozgryźć.  Był  na  mnie  zły,  niezadowolony?  Nie  wiedziałam.  Po  chwili  lekko  zacisnął 

background image

palce na moim ramieniu. 

- Nie musisz się z tym mierzyć sama - powiedział wreszcie. Chyba usłyszałam w jego 

głosie żal, chociaż to nie miałoby sensu. 

Zawsze  powtarzał  do  znudzenia,  że  muszę  być  silna.  Miałam  ochotę  się  do  niego 

przytulić, lecz wiedziałam, że to niemożliwe. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. 

- Tak mówisz… ale sam postępujesz inaczej. Nie zauważyłam, żebyś szukał pomocy, 

kiedy masz kłopoty. 

- To co innego… 

- Przyznaj się, towarzyszu. 

- Nie nazywaj mnie tak. 

- Więc nie rób uników. 

- Rzeczywiście - odparł. - Sam rozwiązuję swoje problemy. Odsunęłam się. 

- Widzisz? 

-  Masz  wokół  siebie  wiele  osób,  które  dobrze  ci  życzą,  możesz  im  zaufać.  Jesteś  w 

innej sytuacji niż ja. 

Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem. 

-  Uważasz,  że  nikomu  na  tobie  nie  zależy?  Zmarszczył  brwi,  zastanawiał  się  nad 

odpowiedzią. 

-  Spotkałem  w  życiu  wiele  życzliwych  osób…  Niektóre  stały  się  mi  bliskie.  Nie 

oznacza to jednak, że mogłem im ufać lub wyjawiać swoje tajemnice. 

Moja relacja z Dymitrem pod wieloma względami wciąż stanowiła dla mnie zagadkę. 

Tak bardzo pochłaniało mnie jej roztrząsanie, że nie zastanawiałam się nad jego życiem. Był 

osobą  powszechnie  szanowaną  w  Akademii.  Nauczyciele  i  uczniowie  uznawali  go  za 

nieustraszonego.  Za  każdym  razem,  kiedy  spotykaliśmy  strażników  spoza  kręgu  służb 

szkolnych,  wszyscy  go  darzyli  respektem.  Miał  autorytet  i  poważanie.  Nigdy  jednak  nie 

poznałam  jego  prywatnych  znajomych.  Nie  przyjaźnił  się  z  nikim,  wydawało  się,  że 

wystarczyły mu czysto formalne kontakty ze współpracownikami. Tylko raz zasygnalizował 

łączącą go z kimś zażyłość: tą osobą okazała się Tasza Ozera, ciotka Christiana. Nie ukrywali, 

że znajomość trwa od lat, a mimo to po jej wyjeździe Dymitr w żaden sposób nie dążył do 

podtrzymania kontaktu. 

Tak, zdecydowanie mój mentor był typem samotnika. Najlepiej czuł się sam ze sobą. 

Wolny  czas  spędzał  najczęściej  zaszyty  w  byle  kącie  z  nosem  utkwionym  w  jakimś 

powieścidle,  najlepiej  o  kowbojach.  Często  czułam  się  osamotniona,  lecz  niemal  zawsze 

otaczali mnie znajomi i przyjaciele. Dymitra traktowałam przede wszystkim jak nauczyciela. 

background image

Zawsze dostępny, udzielał  mi wskazówek i  rad.  Teraz po raz pierwszy pomyślałam, że i  ja 

mogłam mu coś ofiarować: związek z drugą osobą. 

- Ufasz mi? - spytałam. 

- Tak - odparł po krótkim wahaniu. 

-  Więc  przestać  się  o  mnie  martwić.  Cofnęłam  się  jeszcze  bardziej,  żeby  nie  mógł 

mnie dotknąć. Milczał, nie próbował mnie zatrzymać. Wyszłam z werandy i skierowałam się 

do bramy budynku, wyrzucając po drodze zmięty kubek po czekoladzie. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

INCYDENT  NA  DZIEDZIŃCU  nie  przeszedł  niezauważony.  Wystarczyło  czterech 

świadków,  by  w  szkole  od  rewelacji  huczało  jak  w  ulu.  Lekcje  już  dawno  się  skończyły,  a 

uczniowie gromadzili  się na korytarzach - zwykle po to, żeby  wspólnie  odrabiać lekcje lub 

omawiać zaliczone testy. Dziś zauważyłam, że unikają mojego wzroku i szepczą po kątach. 

Jeśli zdarzyło mi się przechwycić czyjeś spojrzenie, odwracali oczy. Cudownie. 

Nie  łączyła  mnie  psychiczna  więź  z  Christianem  i  nie  miałam  pojęcia,  gdzie  go 

szukać.  Czułam,  że  Lissa  jest  w  bibliotece,  więc  tam  postanowiłam  zacząć  polowanie  na 

swojego podopiecznego. Za plecami usłyszałam męski głos. 

- Tym razem posunęłaś się za daleko, Rose. 

Odwróciłam  się  i  zobaczyłam  Ryana  u  boku  Camille.  Gdybym  była  chłopakiem, 

zareagowałabym  ostro.  Byłam  jednak  dziewczyną,  w  dodatku  dobrze  wychowaną,  więc 

udałam, że nie wiem, do czego pije. 

Ryan przyspieszył kroku, by zrównać się ze mną. 

- Dobrze wiesz, o czym mówię. O Christianie. Słyszałem, że podczas ataku zostawiłaś 

go na pastwę Stana i odeszłaś. 

-  Dobry  Boże!  -  jęknęłam.  Nie  cierpiałam  plotek,  które  zazwyczaj  okazywały  się 

wyssane z palca. - Nic takiego się nie wydarzyło. 

- Czyżby? To dlaczego zostałaś wezwana do Alberty? 

- Posłuchaj. - Uznałam, że pora zapomnieć o dobrym wychowaniu. - Nie poradziłam 

sobie z atakiem Stana. Tobie też nie poszło najlepiej, kiedy zagapiłeś się w holu, pamiętasz? 

-  No  nie.  -  Ryan  lekko  poczerwieniał.  -  Ostatecznie  wziąłem  się  w  garść  i  odparłem 

atak. 

- To tak się teraz nazywa? Przecież zostałeś zabity. 

- Przynajmniej stanąłem do walki. Nie okazałem się tchórzem, który porzuca swojego 

podopiecznego. 

Ledwie zdążyłam ochłonąć po rozmowie z Dymitrem, a znów poczułam, że ogarnia 

mnie gniew. Byłam bliska wybuchu. 

- Zamiast krytykować innych, pilnuj swoich obowiązków. - Skinęłam głową Camille. 

Dziewczyna nie odzywała się, lecz widziałam, że przysłuchuje się naszej rozmowie z wielką 

uwagą. 

Ryan wzruszył ramionami. 

background image

- Mam podzielną uwagę. Shane został z tyłu, a przed nami widzę czysty teren. Nie ma 

drzwi, nic się nie stanie.  - Poklepał  Camille po ramieniu.  -  Jest  bezpieczna.  -  Rzeczywiście, 

tutaj  nietrudno  ci  będzie  ją  obronić.  Nie  poradziłbyś  sobie  jednak  ze  strzygami  w 

prawdziwym świecie. 

Ryan przestał się uśmiechać. Patrzył na mnie gniewnie. 

- Jasne. W przeciwieństwie do ciebie, choć słyszałem, że Mason też nie mógł liczyć na 

twoją ochronę. 

Mógł  sobie  kpić  w  sprawie  incydentu  ze  Stanem.  Ale  sugerował,  że  byłam  winna 

śmierci  Masona.  Z  tym  nie  potrafiłam  się  pogodzić.  To  ja  dbałam  o  bezpieczeństwo  Lissy 

przez  dwa  lata  spędzone  w  świecie  ludzi.  Ja  unicestwiłam  dwie  strzygi  w  Spokane.  Byłam 

jedyną nowicjuszką w Akademii odznaczoną tatuażami molnija - nagrodą za zabicie strzyg. 

Wiedziałam, że w szkole krążyły najróżniejsze domysły na temat śmierci Masona, jednak nikt 

nie odważył się zwrócić z tym bezpośrednio do mnie. Nie mogłam znieść myśli, że Ryan lub 

ktokolwiek  inny  obwinia  mnie  o  to,  co  się  stało.  I  bez  tego  czułam  się  odpowiedzialna  za 

śmierć przyjaciela. 

Przepełniła się czara goryczy. 

Jednym płynnym ruchem sięgnęłam po Camille stojącą za plecami Ryana i cisnęłam 

nią  o  ścianę.  Nie  zamierzałam  zrobić  jej  krzywdy.  Dziewczyna  była  jednak  przerażona. 

Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami, kiedy jedną ręką chwyciłam ją za gardło. 

- Co robisz? - wrzasnął Ryan, usiłując wcisnąć się między nas. Zmieniłam nieznacznie 

pozycję, ale nie puszczałam Camille. 

- Edukuję cię - odparłam uprzejmie. - Nie zawsze jest tak bezpiecznie, jak mogłoby się 

wydawać. 

- Zwariowałaś! Nie wolno ci krzywdzić morojów. Jeśli strażnicy się dowiedzą… 

- Nie robię jej krzywdy - zaprzeczyłam, zerkając na dziewczynę. - Zraniłam cię? Czy 

coś cię boli? 

Camille  się  zawahała,  a  potem  zaprzeczyła  ruchem  głowy,  na  ile  pozwalał  jej  mój 

uścisk. 

- Pewnie jest ci niewygodnie. Nieznaczne kiwnięcie. 

- Widzisz? - zwróciłam się do Ryana. - Niewygoda nie jest tym samym, co ból. 

- Jesteś szalona. Puść ją. 

- Jeszcze nie skończyłam, Ry. Słuchaj uważnie, bo teraz dowiesz się najważniejszego. 

Niebezpieczeństwo czyha wszędzie. Mogą cię zaatakować nie tylko strzygi  lub  strażnicy  w 

ich  przebraniu.  Zachowuj  się  dalej  jak  arogancki  dupek,  a  wiele  przegapisz.  -  Przycisnęłam 

background image

Camille  mocniej  do  ściany,  uważając,  by  nie  zaczęła  się  dusić.  -  Twoja  podopieczna  może 

łatwo stracić życie. 

- Dobrze, dobrze. Daj spokój - łagodził drżącym głosem, w którym nie było już śladu 

agresji. - Przestraszyłaś ją. 

- Ja też bym się bała, gdyby moje życie było w twoich rękach. 

Zapach  tytoniu  uświadomił  mi  obecność  Adriana.  Dostrzegłam  również,  że  wokół 

zebrała  się  grupka  gapiów.  Nowicjusze  nie  wiedzieli,  co  robić.  Powinni  mnie  obezwładnić, 

ale  bali  się,  że  zrobię  krzywdę  Camille.  Nie  miałam  prawa  przetrzymywać  morojki,  lecz 

wciąż  byłam  wściekła  na  Ryana.  Chciałam  mu  coś  udowodnić.  Odegrać  się  na  nim.  Nie 

współczułam jego podopiecznej, która z pewnością zawzięcie plotkowała na mój temat. 

-  Fascynujące  -  stwierdził  Adrian  obojętnym  tonem.  -  Myślę,  że  już  udowodniłaś 

swoją rację. 

-  Nie  jestem  pewna,  czy  Ryan  zrozumiał  -  odparłam  słodko,  chociaż  wiedziałam,  że 

zabrzmiało to jak groźba. 

- Na litość boską, Rose! Zrozumiałem - zawołał. - Puść ją wreszcie. 

Adrian podszedł bliżej i stanął obok Camille. Wciąż przyciskałam ją do ściany, lecz 

moroj  przysunął  się  tak,  że  widziałam  jego  twarz.  Uśmiechnął  się  cynicznie,  jak  to  miał  w 

zwyczaju, ale jego ciemnozielone oczy wpatrywały się we mnie z powagą. 

- Tak, mała dampirzyco, powinnaś ją puścić. Dopięłaś swego. 

Chciałam warknąć, żeby się odczepił, bo sama zdecyduję, kiedy zakończyć ten pokaz. 

Nie  zdołałam  jednak  wydobyć  słowa.  Z  jednej  strony  wkurzało  mnie  jego  wścibstwo,  z 

drugiej czułam, że miał rację. 

- Puść ją - powtórzył. 

Spojrzałam mu prosto w oczy i zrozumiałam, że nie powinnam się sprzeciwiać. To był 

głos rozsądku. Postanowiłam go posłuchać. Cofnęłam rękę i odsunęłam się. Camille jęknęła i 

natychmiast  schowała  się  za  plecami  swojego  opiekuna.  Dopiero  teraz  dostrzegłam,  że 

dziewczyna jest na granicy płaczu. Ryan był wstrząśnięty. 

Adrian wyprostował się i machnął ręką w ich stronę. 

-  Na  waszym  miejscu  odszedłbym  stąd  jak  najprędzej,  zanim  Rose  naprawdę  się 

wkurzy. 

Wraz  z  gapiami  zaczęli  się  powoli  wycofywać.  Adrian  objął  mnie  ramieniem  i 

popchnął  w  kierunku  biblioteki.  Wciąż  jeszcze  byłam  lekko  oszołomiona,  jak  obudzona  z 

głębokiego snu. Odrzuciłam jego ramię i odskoczyłam. 

- Użyłeś na mnie wpływu! - krzyknęłam. - Kazałeś mi ją uwolnić. 

background image

- Ktoś musiał interweniować. Mało brakowało, byś ją udusiła. 

-  Nieprawda.  Nie  zrobiłabym  krzywdy  Camille.  -  Pchnęłam  drzwi  prowadzące  do 

biblioteki. - Nie miałeś prawa! 

Adrian zastosował metodę pozwalającą wampirom wpływać na wolę innych. Moroje 

posiadali  tę  zdolność  w  ograniczonym  stopniu.  Używanie  jej  było  uznawane  za  czyn 

niemoralny,  a  poza  tym  większość  nie  potrafiła  kontrolować  swojej  mocy,  co  zagrażało 

bezpieczeństwu  ofiar.  Adrian  i  Lissa  posiadali  jednak  moc  ducha,  które  umożliwiała  im 

swobodnie sterowanie zachowaniami otoczenia. 

- A ty nie miałaś prawa znęcać się nad tą biedną dziewczyną, żeby złagodzić zranione 

poczucie dumy. 

- Słyszałeś, co wygadywał Ryan? 

-  Nie.  Może  mylę  się  w  ocenie  twojego  wieku,  ale  chyba  jesteś  za  duża,  żeby 

odgrywać się na innych ze to, że plotkują. 

- Odgrywać się…? 

Urwałam, bo zbliżyliśmy się do stolika, przy którym siedziała Lissa. Wyraz jej twarzy 

i  emocje,  które  wyczuwałam,  podpowiadały,  że  zapowiada  się  ciężka  przeprawa.  Eddie  stał 

kilka kroków dalej. Oparty o ścianę obserwował salę.  Na mój widok wytrzeszczył  oczy,  ale 

nic nie powiedział. 

Usiadłam obok Lissy. 

- Cześć. 

Podniosła na mnie wzrok, westchnęła i znów pochyliła się nad podręcznikiem. 

- Zastanawiałam się, kiedy przyjdziesz - powiedziała. - Zawiesili cię? 

Mówiła  spokojnie  i  uprzejmie,  ale  wiedziałam,  że  nie  jest  dobrze.  Była  zirytowana, 

nawet wkurzona. 

- Tym razem się upiekło - odparłam. - Skazano mnie na pracę społeczną. 

Lissa milczała, nie dała się łatwo udobruchać. 

Teraz ja westchnęłam. 

- Powiedz coś, Liss. Widzę, że jesteś wściekła. 

Adrian przyglądał się z zainteresowaniem. 

- Zdaje się, że coś mnie ominęło. 

-  Czyżby?  -  Tego  już  było  nadto.  -  To  znaczy,  że  wtrąciłeś  się  w  moje  sprawy,  nie 

wiedząc nawet, o co poszło? 

- Jakie sprawy? - spytała Lissa. Była zdezorientowana. 

- Co się stało? - dociekał Adrian. Kiwnęłam głową przyjaciółce. 

background image

- Powiedz mu. 

-  Rose  została  poddana  próbie  i  odmówiła  obrony  Christiana.  -  Lissa  z  rezygnacją 

pokiwała głową, a potem utkwiła we mnie oskarżycielski wzrok. - Nie mogę uwierzyć, że aż 

tak go nienawidzisz. Zachowujesz się jak dziecko. 

Najwyraźniej podzielała opinię strażników. Znowu westchnęłam. 

- Nie zrobiłam tego celowo! To samo powiedziałam komisji. 

- Więc co się stało? - spytała. - Dlaczego tak postąpiłaś? 

Zawahałam  się,  nie  wiedząc,  co  powiedzieć.  Moje  opory  wynikały  nie  tylko  z 

obecności Adriana i Eddiego, którzy byli świadkami naszej rozmowy. Problem był bardziej 

złożony. 

Dymitr  miał  rację  -  istnieli  ludzie,  którym  mogłam  ufać,  a  dwie  osoby  darzyłam 

całkowitym zaufaniem: mojego mentora i Lissę. Uznałam, że nie powiem nic Dymitrowi. Czy 

mogłam postąpić tak samo wobec Lissy? Była na mnie wściekła, a wiedziałam, że w trudnych 

sytuacjach zawsze mogę na nią liczyć. Mimo to bałam się wyznać jej prawdę o spotkaniu z 

duchem. Podobnie jak Dymitr uznałaby mnie za wariatkę lub osobę pozbawioną kompetencji. 

Odbierałam jej myśli:  czyste i  klarowne. Nie wyczuwałam w niej mrocznych uczuć, 

żadnych  oznak  szaleństwa.  A  jednak  wiedziała,  że  czają  się  ukryte  w  jej  umyśle.  Pigułki 

przeciwdepresyjne  okazały  się  skuteczne  po  dłuższym  stosowaniu,  ale  było  jasne,  że  Lissa 

tęskni za magią i któregoś dnia do niej wróci. Jak mogłabym, nie burząc jej spokoju, opisać 

smutną, przezroczystą postać Masona? Jak opowiedzieć o dziwacznym zjawisku teraz, kiedy 

z takim trudem usiłowała odzyskać równowagę psychiczną i zapanować nad magią? 

Nie,  pomyślałam,  nie  wolno  mi.  W  każdym  razie  nie  teraz.  Są  ważniejsze  sprawy, 

które powinnam wyjawić. 

-  Straciłam  głowę  -  oznajmiłam  wreszcie.  -  Wiem,  że  to  idiotyczne.  Przechwalałam 

się, że dam radę każdemu, a gdy Stan nas zaatakował… - Wzruszyłam ramionami. - Nie mam 

pojęcia, co się stało. Nie umiałam zareagować. Wstyd mi. A najgorsze, że trafiło na Stana. 

Lissa  przyglądała  mi  się  badawczo,  jakby  chciała  się  utwierdzić  w  przekonaniu,  że 

kłamię. Zabolał mnie ten jej brak zaufania, ale przecież… kłamałam. Łgałam jak z nut. 

Moja przyjaciółka kupiła tę bajkę. 

- Chciałabym czytać w twoich myślach - powiedziała ze smutkiem. 

-  Daj  spokój  -  żachnęłam  się.  -  Znasz  mnie.  Naprawdę  myślisz,  że  mogłabym  się 

wycofać? Porzucić Christiana na pastwę losu, a siebie wystawić na pośmiewisko całej szkoły 

tylko po to, by odegrać się na strażnikach? 

- Nie - odparła po namyśle. - Wybrałabyś lepszy sposób na zemstę. 

background image

- Dymitr ocenił to tak samo - mruknęłam. - Miło, że pokładacie we mnie tyle wiary. 

-  Cóż,  każdy  popełnia  błędy  -  oświadczyłam  pewna  swego.  -  Trudno  uwierzyć,  bo 

mnie  samą  to  zaskoczyło,  ale  widać  tak  musiało  być.  Mogłabym  to  przypisać  prawi 

karmicznemu,  które  zapewnia  równowagę  we  wszechświecie.  Nie  znam  innego 

wytłumaczenia dla mnogości cnót, jakimi zostałam obdarzona. 

Adrian,  szczęśliwie  milczący,  nie  spuszczał  nas  z  oczu.  Przenosił  wzrok  ze  mnie  na 

Lissę,  jak  na  meczu  tenisowym.  Podejrzewałam,  że  przez  półprzymknięte  powieki  ogląda 

sobie nasze aury. 

Lissa  przewróciła  oczami,  zorientowałam  się  jednak,  że  nie  jest  już  na  mnie  zła. 

Uwierzyła. Nagle dostrzegła kogoś za moimi plecami. Odebrałam od niej jasną i czystą falę 

radości, co musiało oznaczać nadejście Christiana. 

-  Moja  wierna  strażniczka  powraca  -  oznajmił  moroj,  przysuwając  sobie  krzesło. 

Zerknął na Lissę. - Skończyłaś? 

- Co miałam skończyć? - spytała. Wskazał na mnie przekrzywieniem głowy. 

- Ochrzan za to, że zostawiła mnie w morderczych szponach Alto. 

Lissa spłonęła rumieńcem. Już gryzły ją wyrzuty sumienia, że tak na mnie naskoczyła, 

zwłaszcza  że  wytłumaczyłam  powody  swojego  zachowania.  Zdawkowa  i  trafna  uwaga 

Christiana sprawiła, że poczuła się z tym jeszcze gorzej. 

- Tylko sobie gawędzimy. Adrian ziewnął i opadł na krzesło. 

- Chyba już wiem, co się wydarzyło. Urządziłaś przedstawienie na mój użytek, bo za 

często prosiłem, byś została moją strażniczką. Uznałaś, że zniechęcisz mnie, pokazując się od 

najgorszej  strony.  Cóż,  nie  udało  się,  nie  musisz  już  narażać  niczyjego  życia,  by  osiągnąć 

swój cel. 

Byłam  mu  wdzięczna,  że  nie  wspomniał  o  incydencie  w  holu.  Ryan  zachował  się 

bezczelnie,  jednak  im  dłużej  zastanawiałam  się  nad  swoją  reakcją,  tym  trudniej  było  mi 

uwierzyć, że to zrobiłam. Jakbym jedynie obserwowała cudzy wybryk. Swoją drogą ostatnio 

zbyt  często  traciłam  panowanie  nad  sobą.  Wściekłam  się  na  Christiana,  na  zarzuty 

strażników… Racja. Pora powiedzieć, z czym przyszłam. 

-  Słuchajcie…  powinniście  o  czymś  wiedzieć.  Cztery  pary  oczu  -  w  tym  Eddiego  - 

zwróciły się na mnie. 

- Co się stało? - spytała Lissa. 

Nie  wymyśliłam,  jak  przedstawić  nowinę  w  łagodniejszym  świetle,  więc  wypaliłam 

bez ogródek. 

-  Okazuje  się,  że  Wiktor  Daszkow  nie  został  osądzony  za  swoje  czyny.  Do  tej  pory 

background image

siedział w areszcie. W przyszłym tygodniu zaczyna się jego oficjalny proces. 

Lissa  zareagowała  tak  samo  jak  ja,  kiedy  się  o  tym  dowiedziałam.  Wiadomość 

wstrząsnęła  nią,  ogarnął  ją  strach.  W  umyśle  przyjaciółki  błyskawicznie  przesuwały  się 

obrazy.  Celowe  zabiegi  Wiktora  sprawiły,  że  zaczęła  podejrzewać  siebie  o  utratę  zmysłów. 

Torturował ją. Nasłał psy na Christiana, które pogryzły go bezlitośnie. Lissa zacisnęła pięści 

tak mocno,  aż pobielały  jej nadgarstki. Christian nie odbierał  jej reakcji równie intensywnie 

jak  ja,  ale  zauważył,  co  się  dzieje.  Położył  rękę  na  jej  dłoniach,  lecz  Lissa  ledwo  go 

zauważyła. 

- Jak to… przecież… - Wzięła głęboki oddech, próbując odzyskać spokój. - Dlaczego 

sądzą go dopiero teraz? Wszyscy wiedzieli… Są świadkowie. 

- Takie jest prawo. Chyba musieli dać mu szansę na zgromadzenie dowodów obrony. 

Moja  przyjaciółka  nie  mogła  się  otrząsnąć  z  oszołomienia.  Powoli  docierało  do  niej 

jednak to, co ja zrozumiałam podczas rozmowy z Dymitrem. 

- Czy to oznacza, że Daszkow może zostać uniewinniony? 

Spojrzałam  w  jej  rozszerzone  strachem  źrenice  i  nie  potrafiłam  powiedzieć  prawdy. 

Odczytała ją z mojej twarzy. 

Christian uderzył pięścią w stół. 

- To skandal! Kilka osób podniosło głowy znad stolików. 

- To jest polityka - sprzeciwił się Adrian. - Prawo nie dotyczy osób z kręgu władzy. 

-  Omal  nie  zabił  Rose  i  Christiana!  -  zwołała  Lissa.  -  Porwał  mnie.  Czy  miałoby  to 

ujść płazem? 

Nie  panowała  nad  emocjami.  Odbierałam  je:  lęk,  smutek,  gniew,  wściekłość, 

zmieszanie  i  bezsilność.  Pragnęłam  ją  uspokoić  za  wszelką  cenę.  Powoli,  bardzo  powoli 

dochodziła do siebie, a wtedy mnie ogarnęło wzburzenie. Naraz poczułam gniew tak silny jak 

podczas sprzeczki z Ryanem. 

-  Jestem  pewien,  że  proces  Daszkowa  okaże  się  czystą  formalnością  -  wtrącił 

pocieszająco Adrian. - Skoro mają wszystkie dowody, nie będą zwlekać z wydaniem wyroku. 

- W tym właśnie problem - powiedziałam z goryczą. - Nie zamierzają przedstawić w 

sądzie dowodów. Nie wezwano nas na proces. 

- Jak to?! - wykrzyknął Christian. - A kto będzie zeznawał? 

-  Strażnicy  obecni  wtedy  na  miejscu  zdarzenia.  Pewnie  uznano,  że  nie  utrzymamy 

języka za zębami. Królowa nie chce, by świat napiętnował jej krewniaka. 

Lissa nie miała mi za złe, że mówię w ten sposób o członkach rodziny królewskiej. 

-  Przecież  Daszkow  trafił  do  aresztu  za  to,  że  nas  skrzywdził.  Christian  wstał  i 

background image

rozejrzał się po sali, jakby szukał go wzrokiem. 

- Nie pozwolę, by tak się to skończyło. 

-  Jasne  -  wtrącił  Adrian.  -  Pojedziesz  tam,  otworzysz  drzwi  kopniakiem,  a  sąd  z 

pewnością udzieli ci głosu. 

Zabierz ze sobą Rose, we dwójkę zrobicie jeszcze lepsze wrażenie. 

-  Tak?  -  spytał  Christian,  zaciskając  palce  na  poręczy  krzesła  i  świdrując  wzrokiem 

Adriana. - Masz lepszy pomysł? 

Spokój Lissy zaczynał się chwiać. 

- Jeśli Wiktor wyjdzie na wolność, przyjedzie prosto po nas. 

-  Z  pewnością  nie  zostanie  nie  zostanie  długo  na  wolności  -  wtrąciłam.  -  Dopilnuję 

tego. 

-  Uważaj,  co  mówisz  -  upomniał  mnie  Adrian.  Odniosłam  wrażenie,  że  dobrze  się 

bawi. - Nawet tobie nie ujdzie na sucho zabójstwo moroja królewskiej krwi. 

Chciałam go poinformować, że przećwiczę ten pomysł na nim, lecz ostro przerwał mi 

Eddie. 

- Rose. 

Po  latach  regularnego  treningu  zareagowałam  instynktownie.  Podniosłam  głowę  i 

natychmiast zauważyłam to, co on. Do biblioteki wszedł Emil. Szukał wzrokiem nowicjuszy i 

oceniał zajmowane przez nas pozycje. Zerwałam się z krzesła i w jednej chwili znalazłam się 

obok Eddiego.  Z tego miejsca mogłam obserwować Christiana i  niemal  całe pomieszczenie. 

Zaklęłam  w  duchu.  Jeśli  nadal  będę  sobie  poczynać  tak  niefrasobliwie,  dowiodę,  że  Ryan 

miał  rację.  Między  awanturą  w  holu  a  rozmową  na  temat  Wiktora  zupełnie  zaniedbałam 

swoje obowiązki. Tym razem nie mogłabym zrzucić winy na Masona. 

Emil  nie  zauważył,  że  jeszcze  przed  chwilą  siedziałam  beztrosko  z  przyjaciółmi. 

Minął  nas  spacerowym  krokiem,  zerknął  i  zapisał  coś  w  notesie,  a  potem  skierował  się  do 

przeciwnego  kąta  Sali.  Odetchnęłam  z  ulgą  i  postanowiłam  wziąć  się  w  garść.  Byłam 

przygnębiona. Opadły mnie mroczne myśli, a oburzenie Lissy i Christiana na wieść o procesie 

Wiktora  tylko  pogorszyło  mój  nastrój.  Miałam  ochotę  położyć  się  do  łóżka.  Chciałam 

krzyczeć,  walić  pięściami  w  poduszki  i  wyładować  frustrację.  Niestety  samotność  była 

luksusem  niedostępnym  dla strażników. Miałam obowiązek chronić morojów,  moje uczucia 

się nie liczyły. Powtarzałam jak mantrę wyuczone na pamięć słowa: Oni są najważniejsi. 

Zaczynało mnie to wkurzać. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

ZAPOWIEDZIANO  ZBLIŻAJĄCĄ  SIĘ  CISZĘ  NOCNĄ  i  moroje  zaczęli  się 

pakować. Adrian wyszedł czym prędzej, ale Lissa i Christian się nie spieszyli. Skierowali się 

powoli  w  stronę  dormitorium  i,  przytuleni,  szeptali  słowa,  których  nie  mogłam  usłyszeć. 

Podejrzewałam, że komentowali proces Wiktora. 

Postanowiłam  im  nie  przeszkadzać  i  podążałam  za  nimi,  rozglądając  się  bacznie 

dookoła,  podczas  gdy  Eddie  szedł  z  przodu,  utrzymując  stosowny  dystans.  W  miasteczku 

studenckim  mieszkało  więcej  morojów  niż  dampirów,  toteż  wielu  dzieliło  ze  sobą  pokoje. 

Sypialnie  Lissy  i  Christiana  mieściły  się  w  różnych  budynkach.  Stanęli  na  dziedzińcu  w 

miejscu, od którego drogi prowadziły ich w różne strony. Pocałowali się na pożegnanie, a ja 

wspięłam  się  na  wyżyny  sztuki  ochroniarskiej,  żeby  tego  nie  widzieć  i  jednocześnie  nie 

spuszczać  ich  z  oka.  Lissa  życzyła  mi  dobrej  nocy  i  odeszła  z  Eddiem  do  swojego 

dormitorium. Ruszyłam za Christianem. 

Gdyby przydzielono mi opiekę nad Adrianem lub kimś podobnym do niego, pewnie 

musiałabym  znosić  kąśliwe  komentarze  na  temat  nocy  spędzanych  w  jednym  pokoju. 

Christian traktował mnie jak siostrę. Uprzątnął dla mnie miejsce na podłodze i kiedy poszedł 

umyć zęby, przygotowałam tam sobie posłanie z kilku koców. Moroj zgasił światło i położył 

się na łóżku. Zapadła cisza. 

- Christian? - zapytałam chwilę później. 

- Pora spać, Rose. Ziewnęłam. 

- Bardzo bym chciała, ale muszę zadać ci jedno pytanie. 

- Dotyczy Wiktora? Naprawdę chciałbym zasnąć, a ten temat znowu mnie wkurzy. 

- Nie, chodzi o coś innego. 

- Dobra, strzelaj. 

-  Dlaczego  nie  kpiłeś  ze  mnie  po  incydencie  ze  Stanem  Alto?  Wszyscy  zachodzą  w 

głowę,  czy  postąpiłam  celowo  i  świadomie,  czy  też  wpadłam  w  popłoch.  Lissa  zmyła  mi 

głowę.  Adrian  poprzestał  na  kilku  przytykach,  Strażnicy…  Nieważne.  Tylko  ty  nie 

skomentowałeś tego zdarzenia. Sądziłam, że będziesz się ze mnie naigrywał. 

Christian milczał.  Miałam  nadzieję, że zastanawia się nad odpowiedzią i jeszcze nie 

śpi. 

-  Nie było  sensu się nad tobą znęcać - odparł wreszcie. -  Wiem,  że nie zrobiłaś tego 

specjalnie. 

background image

- Skąd wiesz? Jak możesz to wiedzieć na pewno? 

-  Pamiętam  naszą  pogawędkę  na  lekcji  gotowania.  Poza  tym  znam  cię,  Rose. 

Widziałem  w  Spokane,  na  co  cię  stać.  Uratowałaś  nam  życie,  nie  wygłupiałabyś  się  w  ten 

sposób. 

-  O.  Dzięki.  To  wiele  dla  mnie  znaczy.  -  Uwierzył  mi,  chociaż  wszyscy  we  mnie 

zwątpili. - Jesteś jedyną osobą, która wierzy, że nie nawaliłam umyślnie. 

- Tego nie powiedziałem. 

- Więc co o tym myślisz? 

- Nie słuchasz mnie. Mówiłem przed chwilą, że widziałem w Spokane, na co cię stać. 

Ktoś taki jak ty nie wpada w popłoch. - Chciałam odpowiedzieć mu to samo, co strażnikom, 

że zabicie strzygi nie czyni ze mnie bohaterki, ale nie dał mi dojść do głosu. - Obserwowałem 

cię wtedy. 

- Gdzie? Na dziedzińcu? 

-  Tak.  -  Milczał  dłuższą  chwilę.  -  Nie  wiem,  co  tam  się  stało,  ale  wyglądałaś…  Nie 

tak,  jak  ktoś  zamierzający  się  mścić.  Nie  wyczułem  w  tobie  strachu  przed  napaścią.  Nie 

wiem,  jak  to  określić.  Miałem  wrażenie,  że  coś  cię  pochłonęło.  Mam  być  szczery? 

Przestraszyłem się wyrazu twojej twarzy. 

- Ale nikomu o tym nie powiedziałeś. 

- To nie moja sprawa. Poza tym, jeśli coś tak przykuło cię do miejsca, to musiało być 

ważne.  Czuję  się  bezpiecznie  w  twoim  towarzystwie.  Wiem,  że  obroniłabyś  mnie,  gdyby 

naprawdę zaatakowały nas strzygi. - Christian ziewnął. - Czy pozwolisz mi zasnąć, skoro już 

odkryłem przed tobą swoją duszę? Tobie brak snu nie dobije się na urodzie, ale nie wszyscy 

są takimi szczęściarzami. 

Zostawiłam go w spokoju, bo i mnie ogarniała senność. Miałam za sobą ciężki dzień 

oraz  nieprzespaną  poprzednią  noc.  Zasnęłam,  nawet  coś  mi  się  przyśniło.  Zrozumiałam,  że 

jest to jedna z wizji, w których zazwyczaj pojawiał się Adrian. 

-  Tylko  nie  to!  -  jęknęłam.  Znalazłam  się  w  ogrodzie.  Był  środek  lata.  Powietrze 

wydawało  się  ciężkie  i  wilgotne,  słońce  prażyło  niemiłosiernie.  Wokół  mnie  rozkwitały 

kwiaty  we  wszystkich  możliwych  barwach,  w  nozdrzach  czułam  zapach  bzu  i  róż.  Wśród 

kwiatów  uwijały  się  pszczoły.  Miałam  na  sobie  dżinsy  i  lnianą  podkoszulkę.  Na  dekolcie 

czułam chłodny dotyk Nazara, niewielkiego szklanego wisiorka w kształcie oka, który miał 

mnie  chronić  przed  złem.  Na  nadgarstek  założyłam  czotki  -  bransoletkę  z  paciorków 

zwieńczoną  krzyżem.  Dostałam  ją  w  prezencie  od  Lissy,  która  odziedziczyła  różaniec  po 

przodkach z rodu Dragomirów. Normalnie rzadko wkładałam biżuterię, ale zawsze nosiłam ją 

background image

w snach. 

- Gdzie jesteś? - zawołałam. - Wiem, że się chowasz. Adrian wychylił się zza jabłoni 

obsypanej białoróżowymi kwiatami. Ubrany w dżinsy i ciemnozieloną podkoszulkę wyglądał 

inaczej  niż  zwykle,  ale  prezentował  się  doskonale.  Nie  wątpiłam,  że  ciuchy  są  najlepszej 

marki. Słońce rozświetlało złotobrązowe kosmyki jego włosów. 

- Ostrzegałam cię, żebyś nie zaglądał więcej do moich snów - rzuciłam, opierając ręce 

na biodrach. 

Uśmiechnął się leniwie. 

- Więc jak mamy rozmawiać? Na jawie zachowujesz się wrogo. 

- Miałbyś więcej przyjaciół, gdybyś nie stosował magii wpływu. 

- Musiałem cię chronić przed tobą samą. Twoja aura przypominała chmurę gradową. 

- Czy możemy chociaż raz nie rozmawiać na temat aury i nieuchronnej porażki? 

Jego mina świadczyła o tym, że miał właśnie taki zamiar, lecz zrezygnował. 

- Dobrze, pogadajmy o innych sprawach. 

- Ale ja wcale nie chcę z tobą rozmawiać! Chcę się wyspać. 

-  Przecież  śpisz.  -  Adrian  uśmiechnął  się  i  podszedł  do  kwitnącego  wiciokrzewu 

oplatającego  słupek.  Pomarańczowe  i  żółte  kwiaty  miały  kształt  trąbek.  Morok  wodził 

delikatnie placem po krawędzi płatka. - Ten ogród należał do mojej babki. 

- Fantastycznie - parsknęłam, opierając się wygodnie o jabłoń. Zanosiło się na dłuższą 

pogawędkę. - Teraz wysłucham historii twojej rodziny? 

- Babcia była naprawdę wspaniała. 

- Nie wątpię. Czy mogę już odejść? Adria wciąż obserwował kwiat. 

-  Nie  powinnaś  kpić  z  drzew  genealogicznych  morojów.  Nie  znasz  swojego  ojca. 

Może się okazać, że jesteśmy spokrewnieni. 

-  Czy  wtedy  dałbyś  mi  spokój?  Wampir  zbliżył  się  do  mnie  i  gładko  zmienił  temat 

rozmowy. 

- Nie martw się. Na pewno nie jesteśmy rodziną. Twój ojciec, był, zdaje się, Turkiem? 

-  Tak twierdzi  ma…  Hej,  czy ty  się  gapisz na moje piersi? Adrian przyglądał  mi się 

uważnie,  lecz  jego  wzrok  nie  spoczywał  już  na  mojej  twarzy.  Skrzyżowałam  ramiona  i 

zmierzyłam go groźnym spojrzeniem. 

- Patrzę na twoją bluzkę - wyjaśnił. - Wybrałaś zły kolor. 

Wyciągnął rękę i dotknął tkaniny. Jak atrament rozlewający się na kartce, na materiale 

o barwie kości słoniowej pojawiła się plama w kolorze indygo. Taką samą barwę miał kwiat 

wiciokrzewu. Adrian zmrużył oczy jak artysta podziwiający swoje dzieło. 

background image

- Jak to zrobiłeś? - krzyknęłam zdumiona. 

-  To  mój  sen.  Hm.  Niebieski  też  nie  pasuje.  Spróbujmy  czegoś  innego.  -  Indygo 

ustąpiło jaśniejszej szkarłatnej barwie. - To jest to. Twoim kolorem jest czerwony. Czerwona 

róża, słodka różyczka. 

-  No  nie  -  żachnęłam  się.  -  Nie  wiedziałam,  że  potrafisz  zachowywać  się  jak  wariat 

nawet w snach. - Adrian nie popadał w tak mroczne, depresyjne nastroje, z którymi dręczyła 

się Lissa, natomiast bywał niesamowity. Cofnął się o krok i rozłożył ramiona. 

-  Przy  tobie  zawsze  wariuję,  Rose.  Zaraz  ułożę  wiersz  na  twoją  cześć.  -  Odchylił 

głowę i wykrzyknął w niebo: 

Rose jest w czerwieni, 

Lecz nigdy w błękicie, 

Ostra jak kolec, 

Dzielna nad życie. 

Opuścił ramiona i spojrzał na mnie wyczekująco. 

- Czy kolec może być dzielny? - zapytałam. Adrian pokręcił głową. 

-  Sztuka  nie  może  być  dosłowna,  mała  dampirzyco.  Poza  tym  jestem  wariatem, 

pamiętasz? 

- Widziałam większych szaleńców. 

- Cóż - mruknął, podchodząc do krzaku hortensji. - Postaram się poprawić. 

Zamierzam znów zapytać, kiedy pozwoli mi odejść, ale coś mi przyszło do głowy. 

-  Adrian…  Skąd  wiesz,  że  nie  jesteś  szalony?  Obrócił  twarz  w  moją  stronę  i  się 

uśmiechnął. Sądziłam, że znów będzie żartował, ale on patrzył w powagą. 

- Myślisz, że jesteś szalona? - spytał. 

-  Nie wiem  -  odparłam, patrząc w ziemię. Byłam boso, ostra trawa łaskotała mnie w 

stopy. - Mam… przywidzenia. 

- Szaleńcy rzadko kwestionują swoje zdrowe zmysły - stwierdził inteligentnie. 

Westchnęłam i popatrzyłam na niego. 

- To mi nie pomogło. Adrian podszedł i położył rękę na moim ramieniu. 

- Nie uważam cię za wariatkę, Rose. Sądzę jednak, że wiele przeżyłaś. 

Zmarszczyłam brwi. 

- Co masz na myśli? 

- To, że nie jesteś szalona. 

-  Dzięki.  To  wszystko  wyjaśnia.  Wiesz,  te  wspólne  sny  naprawdę  zaczynają  mnie 

wkurzać. 

background image

- Lissa nie ma nic przeciwko temu. 

- Ją również nawiedzasz? Czy ty nie znasz granic? 

- Nie, do niej przychodzę w celach instruktażowych. Chce się nauczyć tej sztuki. 

- Świetnie. Więc tylko ja jestem ofiara molestowania z twojej strony. 

Zraniłam go. 

- Naprawdę chciałbym, żebyś przestała wiedzieć we mnie wcielenie zła. 

- Przykro mi. Nie zauważyłam jeszcze, byś robił coś pożytecznego. 

- Masz rację. Twój mentor bandyta to co innego. Jednak nie robisz przy nim wielkich 

postępów. 

Cofnęłam się, mrużąc oczy. 

- Dymitra w to nie mieszaj. 

- W porządku, tylko przestań udawać, że jest ideałem. Może się mylę, ale zdaje się, że 

ukrył przed tobą wiadomość o procesie? 

Odwróciłam wzrok. 

- To teraz bez znaczenia. Miał widać swoje powody. 

- Jasne. Nie ma obowiązku być z tobą szczery ani walczyć o twoją obecność w sądzie. 

Tymczasem ja… - Wzruszył ramionami. - Mógłbym ci to załatwić. 

-  Ty?  -  parsknęłam  nieprzyjemnym  śmiechem.  -  Niby  jak  miałbyś  tego  dokonać? 

Pogawędzisz z sędzią w palarni? A może użyjesz wpływu na królową i połowę jej dworu? 

-  Nie  powinnaś  tak  szybko  odrzucać  pomocy.  Cierpliwości.  -  Adrian  nachylił  się  i 

pocałował mnie lekko w czoło, zanim zdążyłam się odsunąć. - Na razie powinnaś odpocząć. 

Ogród zniknął, a ja ponownie zapadłam w ciemność snu. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY. 

PRZEZ KILKA DNI opiekowałam się Christianem bez przeszkód. Zauważyłam przy 

tym, że coraz bardziej się niecierpliwię. 

Po pierwsze praca strażnika polega głównie na czekaniu. Niby zawsze to wiedziałam, 

jednak  rzeczywistość  okazała  się  trudna  do  zniesienia.  Strażnicy  byli  niezbędni,  kiedy 

pojawiały  się  strzygi.  Ale  napaści  zdarzały  się  rzadko.  Czas  mijał  -  płynęły  lata  -  i  nie 

dochodziło do konfliktu. Wiedziałam, że nasi instruktorzy nie każą nam czekać aż tak długo, 

lecz i tak uczyli nas cierpliwości. Musieliśmy zachowywać czujność, nawet jeśli pozornie nic 

nie groziło naszym podopiecznym. 

Jednocześnie  oczekiwano  od  nas  nieustającej  gotowości.  Nie  wolno  nam  było 

odpoczywać,  nakazywano  oficjalny  dystans.  Strażnicy  mieszkający  ze  swoimi  morojami 

mogli  zachowywać  się  swobodnie  w  ich  domach:  czytać,  oglądać  telewizję  i  tak  dalej.  Ich 

obowiązkiem było jedynie dostrzeżenie w porę zagrożeń. Nowicjusze musieli sobie radzić w 

znacznie trudniejszych warunkach. 

Nie radziłam sobie z nieustającym oczekiwaniem. Chodziłam sfrustrowana, nie tylko 

ciągłym  napięciem.  Chciałam  naprawić  swój  błąd,  udowodnić,  że  jestem  dobrą  opiekunką. 

Mason przestał do mnie przychodzić i w końcu uznałam, że był przywidzeniem wywołanym 

przez zmęczenie lub stres. Ta myśl przyniosła ulgę, bo wykluczała początki szaleństwa. 

Poza  tym  miałam  inne  zmartwienia.  Któregoś  dnia  spotkaliśmy  z  Christianem  Lissę 

tuż  po  lekcjach.  Natychmiast  wyczułam,  że  jest  przestraszona  i  rozgniewana.  Moja 

przyjaciółka  nie  okazywała  uczuć  otwarcie.  Na  pierwszy  rzut  oka  wydawała  się  w 

doskonałym nastroju. Eddie i Christian, pogrążeni w rozmowie, niczego nie zauważyli. 

Przysunęłam się do niej i objęłam ją ramieniem. 

-  Wszystko  w  porządku.  Zobaczysz,  że  będzie  dobrze  -  zapewniłam,  wiedząc,  co  ją 

dręczy. Wciąż myślała o Wiktorze. 

Uznaliśmy dużo wcześniej, że Christian - mimo deklarowanej gotowości do „wzięcia 

sprawy w swoje ręce” - nie powinien pojawić się na procesie Daszkowa. Lissa poszła z tym 

do Alberty i bardzo grzecznie zapytała, czy możemy zeznawać. Strażniczka odpowiedziała jej 

równie uprzejmie, że to wykluczone. 

-  Sądziłam,  że  potrafię  ich  przekonać,  jakie  to  ważne  -  szepnęła  Lissa.  -  Nie  mogę 

spać,  Rose…  Wciąż  o  nim  myślę.  Co  będzie,  jeśli  uwolnią  Wiktora?  Przecież  to  całkiem 

możliwe. 

background image

Głos  jej  drżał,  czuła  się  zupełnie  bezbronna.  Zazwyczaj  takie  sytuacje  budziły  moją 

czujność -  Lissa przywołała wspomnienie czasów,  kiedy była całkowicie zależna ode mnie. 

Ostatnio  usamodzielniła  się  i  wzmocniła,  a  ja  całym  sercem  pragnęłam,  by  nadal  czuła  się 

bezpieczna. Uścisnęłam ją. 

- Wiktor nie wyjdzie na wolność - zapewniłam z mocą. - Pojedziemy do sądu. Jakoś to 

załatwię. Wiesz, że nie pozwolę, by stało ci się coś złego. 

Lissa oparła głowę na moim ramieniu i uśmiechnęła się lekko. 

-  Właśnie  to  w  tobie  kocham.  Nie  masz  pojęcia,  co  zrobić,  abyśmy  znalazły  się  w 

sądzie, ale w tej chwili powiedziałabyś wszystko, by poprawić mi samopoczucie. 

- Udało się? 

- Tak. 

Wyczuwałam  nadal  jej  niepokój,  ale  rozbawienie  złagodziło  nieco  lęk.  Żartowała  z 

mojej  brawury,  lecz  w  głębi  duszy  wierzyła,  że  potrafię  zapewnić  jej  bezpieczeństwo. 

Niestety,  wkrótce  okazało  się,  że  moja  przyjaciółka  ma  inne  powody  do  zmartwienia. 

Odstawiła leki i czekała, aż ich resztki zostaną usunięte z jej organizmu. Dzięki temu mogła 

odzyskać swoje zdolności magiczne. Nie straciła ich bezpowrotnie - obie to wiedziałyśmy - 

jednak wciąż nie miała dostępu do swojej niezwykłej mocy. Minęły trzy dni, od kiedy zażyła 

ostatnią pigułkę, i nic się nie zmieniło. Współczułam jej, lecz bardziej martwiło mnie jej złe 

samopoczucie. 

- Nie rozumiem, co się ze mną dzieje - skarżyła się. 

Tymczasem  zbliżałyśmy  się  już  do  głównego  holu.  Lissa  i  Christian  zamierzali 

obejrzeć film. Wątpiłam, czy będę umiała skupić się na ekranie i jednocześnie mieć oko na 

Christiana. 

- Tracę nadzieję, że magia wróci. Wciąż nie mam do niej dostępu. 

- To nic złego - pocieszyłam, odsuwając się lekko, by rozejrzeć się po sali. 

Lissa posłała mi karcące spojrzenie. 

- Czym się tak martwisz? To ja zwykle byłam ostrożniejsza. 

- Po prostu opiekuję się tobą. 

-  A  to  już  moje  zadanie  -  wtrącił  się  Eddie  żartobliwie,  co  ostatnio  rzadko  mu  się 

zdarzało. 

- Nie ma powodu do niepokoju - spierała się Lissa. - Nic się nie dzieje. 

Christian objął ją w pasie. 

- Jesteś bardziej niecierpliwa nić Rose. Musisz tylko… 

Nagle doznałam deja vu. 

background image

Stan wyskoczył zza drzew. Zaatakował Lissę, chwytając ją w pasie i przyciągając do 

siebie.  Zareagowałam  błyskawicznie,  bez  najmniejszego  wahania.  Musiałam  ją  „ocalić”. 

Problem polegał na tym, że Eddie ruszył do obrony w tej samej chwili. Stał bliżej, więc miał 

nade mną przewagę. Okrążyłam całą trójkę, próbując chwycić napastnika od drugiej strony, 

ale się spóźniłam. 

Eddie  wykonał  precyzyjny,  błyskawiczny  skok  na  Stana.  Uwolnił  Lissę  jednym 

ruchem  z  siłą,  która  mogła  wyrwać  napastnikowi  rękę.  Jego  drobna  budowa  ciała  często 

myliła  przeciwników.  W  rzeczywistości  miał  wspaniale  rozwinięte  mięsnie.  Stan  wbił 

paznokcie w policzek Eddiego, a Lissa zdążyła uciec na bezpieczną odległość. Stanęła obok 

Christiana. Widząc, że jest wolna, ruszyłam na pomoc Eddiemu, lecz okazało się, że nie ma 

potrzeby.  Zwinnym  ruchem  powalił  Stana  na  ziemię.  Nie  minęła  sekunda,  a  srebrne  ostrze 

sztyletu zawisło nad piersią napastnika. 

Stan roześmiał się, szczerze rozbawiony. 

- Dobra robota, Castile. 

Eddie schował sztylet i pomógł wstać instruktorowi. Dopiero teraz zobaczyłam siniaki 

i zadrapania na twarzy Stana. Strażnicy raz po raz podejmowali próby sfingowanych napaści 

na  naszych  podopiecznych,  poza  tym  codziennie  ćwiczyli  walki  na  salach  treningowych. 

Często wychodzili z nich poturbowani, ale kwitowali to dobrodusznym śmiechem. 

- Dziękuję, sir - powiedział Eddie zadowolony, lecz bez przesadnej dumy. 

-  Strzyga  zaatakowałaby  szybciej  i  mocniej,  ale  daję  słowo,  miałbyś  równe  szanse.  - 

Stan zerknął na Lissę. - Wszystko w porządku? 

- Tak - odparła z rozjaśnioną twarzą. Podobała jej się ta walka, wyczułam ekscytację. 

Tymczasem Stan zwrócił się do mnie bez uśmiechu. 

- A ty, co robiłaś? 

Zaskoczył  mnie  ostry  ton  jego  głosu.  Ostatnio  już  drugi  raz  słyszałam  z  jego  ust  to 

samo pytanie. 

- Jak to? - żachnęłam się. - Przecież nie stałam jak kołek. Byłam gotowa włączyć się w 

każdej chwili. 

-  Zgadza  się.  -  Stan  kiwnął  głową.  -  I  na  tym  właśnie  polega  problem.  Tak  bardzo 

chciałaś  zasłużyć  w  tej  potyczce,  że  zapomniałaś  o  dwojgu  Morozach  za  twoimi  plecami. 

Przestali dla ciebie istnieć. Nie powinnaś spuszczać z nich wzroku. 

Podeszłam bliżej i spojrzałam mu prosto w oczy, nie bacząc na konwenanse. 

-  Jesteś  niesprawiedliwy.  Gdyby  w  realnym  świecie  zaatakowały  nas  strzygi,  każdy 

strażnik na moim miejscu rzuciłby się do walki, by jak najszybciej unicestwić przeciwnika. 

background image

-  Zapewne  masz  rację  -  przyznał  Stan.  -  Jednak  tym  razem  nie  myślałaś  o 

skuteczności.  Nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  twój  podopieczny  zostaje  bezbronny.  Twoim 

jedynym pragnieniem było sprawdzić się w emocjonującej sytuacji. 

-  Słucham?  Nie  wydaje  ci  się,  że  pochopnie  wyciągasz  wnioski?  Oceniasz  mnie  na 

podstawie  odniesionego  wrażenia,  a  nie  mojego  zachowania.  Skąd  możesz  wiedzieć,  co 

myślę? - Sama często nie byłam tego pewna. 

-  Instynkt mi to podpowiada - odparł enigmatycznie i wyciągnął w kieszeni notes, w 

którym zapisał kilka zdań. Byłam bardzo ciekawa, jaką opinię wystawił mi tym razem. Skinął 

nam głową. - Do zobaczenia. 

Patrzyliśmy, jak odchodził zaśnieżoną ścieżką w stronę Sali gimnastycznej, gdzie jak 

zwykle  ćwiczyły  dampiry.  Stałam  z  rozdziawioną  buzią.  Nie  potrafiłam  zrozumieć,  co  się 

działo. Kiedy wreszcie dadzą mi spokój? Zdybano mnie na drobnych błędach technicznych, a 

przecież zdążyłam już dowieść swojej skuteczności w prawdziwej walce. 

-  To  nie  w  porządku.  Nie  może  mnie  oceniać  na  podstawie  tego,  co  rzekomo 

myślałam. 

Eddie wzruszył ramionami. Poszliśmy wszyscy w stronę dormitorium. 

- Może cię oceniać, jak mu się podoba. Jest naszym instruktorem. 

-  Tak,  ale  wystawił  mi  złą  ocenę!  Te  ćwiczenia  nie  mają  sensu,  skoro  nie  możemy 

pokazać,  na  co  naprawdę  nas  stać.  Nie  mogę  w  to  uwierzyć.  Przecież  jestem  dobra.  Jak  to 

możliwe, że wciąż zbieram minusy? 

Nikt nie potrafił odpowiedzieć. W końcu odezwała się Lissa: 

- Nie wiem, czy potraktował cię sprawiedliwie, ale jedno jest pewne: Eddie spisał się 

na medal. 

Zerknęłam  na  dampira  z  lekkim  poczuciem  winy.  Zadręczałam  wszystkich  swoimi 

problemami, podczas gdy jemu należała się pochwała. Byłam wkurzona na Stana i powinnam 

sama poradzić sobie z emocjami. Eddie zareagował fantastycznie. Teraz prześcigaliśmy się w 

komplementach dla niego. Miałam wrażenie, że się zaczerwienił, ale może to jedynie skutek 

mroźnego powietrza. Tak czy owak, cieszyłam się, że dobrze mu poszło. 

Usiedliśmy w holu na kanapie, zadowoleni, że nikt nie zajął jej wcześniej. W każdym 

dormitorium wydzielono kilka pomieszczeń świetlicowych. Stały tam wygodne sofy i fotele, 

a półki wypełniały płyty z filmami oraz gry. Podczas weekendów mogliśmy korzystać z tych 

rozrywek bez ograniczeń, a w zwykłe dni jedynie w wyznaczonych godzinach. Nauczyciele 

dbali w ten sposób, byśmy wystarczająco dużo czasu poświęcali na naukę. 

Oboje z Eddiem oceniliśmy, czy pomieszczenie jest bezpieczne, a potem  ustaliliśmy 

background image

wspólną taktykę i zajęliśmy swoje pozycje. Stojąc pod ścianą, zazdrośnie zerkałam na Lissę i 

Christiana wygodnie rozciągniętych na kanapie. 

Sądziłam, że film mnie rozproszy, ale sprawił to niepokój, którego źródła nie umiałam 

sprecyzować. Wciąż rozpamiętywałam w myślach słowa Stana. Przyznał w końcu, że każdy 

strażnik  starałby  się  włączyć  do  walki.  Jego  argumenty  o  mojej  rzekomej  ekscytacji  i 

marzeniach o chwale wydawały się absurdalne. Zastanawiałam się, czy grozi mi niezaliczenie 

ćwiczeń  polowych.  Do  tej  pory  byłam  pewna,  że  opieka  nad  Lissą  gwarantuje  mi  zdanie 

egzaminu.  Alberta i  Dymitr twierdzili zgodnie,  że przydział Christiana powinnam  traktować 

jako  możliwość  porzucenia  rutyny  i  nauczenia  się  czegoś  więcej.  Naraz  zaczęłam  się  bać. 

Eddie  radził  sobie  przecież  doskonale.  Może  rada  chciała  się  przekonać,  czy  Lissa  jest 

bezpieczna pod opieką innego strażnika? Być może, ich zdaniem, źle się stało, że dotychczas 

pozostawałam  jedyną  kandydatką  do  służby  u  jej  boku.  A  przecież  pozwoliłam,  by  Mason 

zginął.  Czy  to  możliwe,  że zamierzali  mnie  usunąć?  Ostatecznie  nie  byłam  nikim  ważnym. 

Zwykła  nowicjuszka.  A  Lissa  była  księżniczką  Dragomirówną.  Musiała  mieć  najlepszą 

ochronę. Nasza szczególna więź straciłaby znaczenie, gdybym okazała się niekompetentna. 

Wejście  Adriana  wyrwało  mnie  z  kręgu  chorych  podejrzeń.  Wślizgnął  się  do 

ciemnego  pokoju  i  mrugnął  porozumiewawczo,  siadając  w  fotelu.  Spodziewałam  się,  że 

prędzej czy później się pojawi. Zdaje się, że poza nami nie miał w szkole bliskich znajomych. 

Wyczułam od niego silny zapach alkoholu. 

- Jesteś trzeźwy? - spytałam po zakończeniu filmu. 

- Umiarkowanie. Co porabialiście? 

Adrian nie pojawił się w moich snach od czasu wizyty w ogrodzie. Zaniechał również 

prowokacji  i  flirtu.  Ostatnio  spotykaliśmy  się  tylko,  kiedy  ćwiczył  z  Lissą  lub  gdy  szukał 

rozrywki. 

Opowiedzieliśmy mu o napaści Stana, podkreślając odwagę Eddiego i pomijając moją 

wpadkę. 

- Dobra robota - pochwalił Adrian. - Zyskałeś bliznę - zauważył, skazując zadrapanie 

na policzku dampira. 

Przypomniałam  sobie,  że  Stan  wbił  mu  paznokcie  w  skórę,  podczas  gdy  Eddie 

usiłował uwolnić Lissę z jego uścisku. 

Dampir dotknął lekko rany. 

- Prawie nie boli. Lissa nachyliła się nad nimi i obejrzała ranę. 

- Dzielnie mnie broniłeś. 

- Staram się zaliczyć ćwiczenia - zażartował w odpowiedzi. - To drobiazg. 

background image

I nagle to się stało. Zobaczyłam, jak rośnie w niej współczucie, wypełnia ją pragnienie 

niesienia pomocy. Lissa nie potrafiła patrzeć spokojnie na cudze cierpienie. Moc wzbierała w 

niej z tak wielką siłą, że czułam, jak łaskocze w palce stóp. Nie wyobrażałam sobie, co czuje 

ona sama. Ogień i blask. Oszołomienie. Wyciągnęła rękę i dotknęła policzka Eddiego… 

Zadrapania zniknęły. 

Lissa opuściła rękę, a fala podniecenia opadła w nas obu. 

- Jasne cholera! - Adrian gwizdnął. - Nie kłamałaś. - Przyglądał się twarzy Eddiego. - 

Ani śladu. 

Lissa  opadła  z  powrotem  na  kanapę.  Oparła  głowę  o  miękkie  poduszki  i  zamknęła 

oczy. 

- Udało mi się. Odzyskałam magię. 

- Oczywiście - rzucił lekko Adrian. - Teraz musisz mnie tego nauczyć. 

Moja przyjaciółka otworzyła oczy. 

- To nie jest łatwe. 

-  Ach  tak  -  żachnął  się  Adrian.  -  Bez  przerwy  suszysz  mi  głowę,  żebym  nauczył  cię 

widzieć  aurę  i  przenikać  do  snów,  ale  odmawiasz  mi  w  zamian  wtajemniczenia  w  twoją 

sztukę. 

- Nie odmawiam - broniła się Lissa. - Nie wiem, jak to zrobić. 

- Postaraj się, kuzynko. - Adrian zadrapał się w rękę. Zobaczyliśmy krew. 

- Jezu Chryste! - krzyknęłam. - Oszalałeś? - Nie wiem, czemu byłam tak wstrząśnięta. 

Adrian przecież nigdy nie zachowywał się normalnie. 

Lissa wyciągnęła rękę i dotknęła jego dłoni. Rana zniknęła. Wyczuwałam uniesienie 

przyjaciółki, ale sama spochmurniałam z niewiadomej przyczyny. 

Lissa  i  Adrian  pogrążyli  się  w  ożywionej  dyskusji.  Nie  rozumiałam,  o  czym 

rozmawiają.  Zapewne  używali  terminów  wymyślonych  na  poczekaniu.  Pochłonięci 

rozważaniami  na  temat  tajemnic  ducha,  zapomnieli  o  bożym  świecie.  Sądząc  po  wyrazie 

twarzy Christiana, on też nie miał pojęcia, w czym rzecz. 

Wreszcie podniósł się ze znudzoną miną. 

- Chodźmy stąd, Rose. Zakończyłem swoją edukację na dzisiaj. Jestem głodny. 

Lissa podniosła na niego wzrok. 

- Kolacja będzie dopiero za półtorej godziny. 

- Potrzebuję karmiciela - odparł moroj. - Nic dzisiaj nie piłem. 

Pocałował Lissę w policzek i skierował się do drzwi. Poszłam za nim. Znowu zaczął 

sypać śnieg. Idąc, patrzyłam z pretensją na wirujące płatki. Pierwszy raz zrobiło się biało na 

background image

początku grudnia i wtedy bardzo się cieszyłam z nadejścia zimy. Teraz miałam jej serdecznie 

dosyć.  Na  szczęście,  podobnie  jak  tamtej  nocy,  kiedy  wyszłam  na  zewnątrz,  mroźne 

powietrze  orzeźwiło  mnie  i  gdy  zbliżaliśmy  się  do  pokoju  karmicieli,  zdążyłam  odzyskać 

spokój. 

„Karmicielami” nazywaliśmy ludzi, którzy dobrowolnie oddawali krew wampirom. W 

przeciwieństwie do strzyg, które zabijały swoje ofiary, moroje nie czynili krzywdy dawcom. 

Ludzie  uzależniają  się  od  śliny  wampira,  stają  się  narkomanami,  żyjącymi  z  dala  od 

społeczeństwa.  Wiedziałam,  że  są  zadowoleni  ze  swojego  losu.  Są  dziwadłami,  acz 

niezbędnymi do życia morojów. W szkole dyżurował zazwyczaj jeden czy dwóch karmicieli 

w  każdym  dormitorium,  a  w  ciągu  dnia  uczniowie  musieli  się  fatygować  do  specjalnych 

pomieszczeń. 

Po  drodze  rozglądałam  się  wokół,  podziwiając  okryte  śniegiem  drzewa,  płoty  i 

pagórki,  kiedy  nagle  kątem  oka  dostrzegłam  białe  „coś”.  Właściwie  nie  było  białe,  miało 

rozmytą, nieokreśloną barwę. 

Przystanęłam  gwałtownie.  Na  przeciwległym  krańcu  dziedzińca  stał  Mason.  Ledwie 

dostrzegałam zarys jego sylwetki na tle drzewa. „To się nie dzieje naprawdę”, pomyślałam. 

Przecież uporałam się już z przywidzeniami! Tymczasem on znów tam się pojawił i smutno 

na  mnie  patrzył.  Wyciągnął  rękę  w  kierunku,  gdzie  kończyło  się  miasteczko  akademickie. 

Spojrzałam  w  tamtą  stronę,  ale  nie  miałam  pojęcia,  co  chce  mi  pokazać.  Znów  powróciłam 

wzrokiem do zjawy. Ogarniał mnie coraz większy lęk. 

Lodowate  palce  dotknęły  mojej  szyi.  Obróciłam  się  gwałtownie  i  zobaczyłam 

Christiana. 

- Co się stało? - spytał. 

Spojrzałam  na  miejsce,  w  którym  widziałam  przed  chwilę  Masona.  Oczywiście  nie 

dostrzegłam go tam. Zacisnęłam powieki i westchnęłam. 

- Nic - odparłam. 

Christian zwykle trzymał w zanadrzu mnóstwo kąśliwych komentarzy na takie okazje, 

ale  tym  razem  nic  nie  powiedział.  Ruszyliśmy  dalej  w  milczeniu.  Pogrążyłam  się  w 

niespokojnych  rozmyślaniach  na  temat  Masona,  nie  miałam  ochoty  na  pogawędki.  Jego 

postać pojawiła się na krótko i, biorąc pod uwagę panującą na dworze ciemność, mogła być 

tylko  przywidzeniem.  W  każdym  razie  tak  sobie  powtarzałam  w  myślach.  Dopiero  kiedy 

znaleźliśmy się w ciepłym holu, zwróciłam uwagę na Christiana. Był jakiś nieswój. 

- Co ci jest? - spytałam, starając się nie myśleć o Masonie. - Dobrze się czujesz? 

- Tak - odparł krótko. 

background image

- Powiedziałeś to takim tonem, że zaczynam mieć wątpliwości. 

Moroj zlekceważył moją uwagę i weszliśmy do pokoju karmicieli. Nie spodziewałam 

się,  że  będzie  tak  tłoczno.  Wszystkie  boksy,  w  których  siedzieli  dawcy,  były  zajęte. 

Zauważyłam  Brandona  Lazara.  Kiedy  pochylił  się  nad  szyją  karmiciela,  ponownie 

dostrzegłam  ślady  siniaków  na  jego  policzkach.  Przypomniałam  sobie,  że  nie  powiedział  w 

końcu,  kto  mu  tak  przyłożył.  Christian  podał  swoje  nazwisko  opiekunce  przy  wejściu  i 

przeszedł do poczekalni. Zachodziłam w głowę, dlaczego tak nagle spochmurniał. 

- O co chodzi? Nie podobał ci się film? Milczenie. 

-  Jesteś  wstrząśnięty  widokiem  Adriana,  który  się  okaleczył?  -  Znęcanie  się  nad 

Christianem stanowiło dla mnie nieustające źródło przyjemności. 

Znowu nie odpowiadał. 

-  Czy  ty…  Och.  -  Nagle  zrozumiałam.  Dziwne,  że  nie  wpadłam  na  to  wcześniej.  - 

Wkurzyłeś się, że Lissa dyskutuje o magii z Adrianem? 

Christian wzruszył ramionami i to mi wystarczyło. 

-  Daj  spokój,  jesteś  dla  niej  ważniejszy  niż  magia.  Lissa  chce  tylko  odzyskać  swoje 

zdolności.  Przez  wiele  lat  żyła  w  przekonaniu,  że  nie  uda  jej  się  zdobyć  specjalizacji  w 

żadnym  żywiole.  Dopiero  niedawno  odkryła,  że  przypadłą  jej  w  udziale  dziwaczna, 

niezrozumiała moc ducha. Teraz stara się dowiedzieć jak najwięcej na ten temat. 

- Wiem - rzucił krótko Christian, patrząc gdzieś w bok. - Nie o to chodzi. 

-  To  dlaczego…  -  Urwałam,  bo  uderzyła  mnie  nowa  myśl.  -  Jesteś  zazdrosny  o 

Adriana. 

Moroj utkwił we mnie swoje bladoniebieskie oczy. Trafiłam w czuły punkt. 

- Nie jestem zazdrosny. Tylko… 

-  Czujesz  się  niepewnie,  ponieważ  twoja  dziewczyna  spędza  dużo  czasu  w 

towarzystwie  bogatego  i  przystojnego  faceta,  którego  w  dodatku  darzy  sympatią.  Innymi 

słowy, jesteś zazdrosny. 

Chłopak odwrócił głowę. 

- Nasz miesiąc miodowy dobiegł końca, Rose. Cholera. Czemu oni się tak ociągają? 

-  Posłuchaj.  -  Przestępowałam  z  nogi  na  nogę.  Zaczynałam  odczuwać  skutki  pracy 

stojącej. - Nie zrozumiałeś mojej romantycznej przemowy o sercu Lissy? Ona szaleje za tobą. 

Tylko  ciebie  pragnie,  możesz  mi  wierzyć,  jestem  tego  absolutnie  pewna.  Wiedziałabym, 

gdyby zaczęła myśleć o innym. 

Na ustach Christiana pojawił się słaby uśmieszek. 

- Jesteście najlepszymi przyjaciółkami. Może ją kryjesz. Prychnęłam gniewnie. 

background image

-  Nie  kryłabym,  gdyby  w  grę  wchodził  Adrian.  Dzięki  Bogu  Lissa  nie  jest  nim 

zainteresowana, w każdym razie nie tak, jak myślisz. 

- Iwaszkow potrafi być przekonujący. Używa wpływu… 

-  Nie  wobec  Lissy.  Nie  mógłby.  Zdaje  się,  że  ich  moce  neutralizują  się  nawzajem. 

Poza tym pomijasz istotny szczegół. To ja jestem obiektem jego zainteresowania. 

-  Naprawdę?  -  Christian  był  szczerze  zdziwiony.  Mężczyźni  są  tacy  niedomyślni.  - 

Wiem, że jest flirciarzem… 

-  I  pojawia  się  w  moich  snach  bez  zaproszenia.  Nie  umiem  przed  nim  uciec,  więc 

torturuje mnie swoim wdziękiem bez opamiętania. 

Ta ostatnia uwaga wzbudziła podejrzliwość moroja. 

- Do Lissy także przychodzi w snach. 

Niedobrze. Nie powinnam była o tym wspominać. Zaraz, co mówił Adrian? 

- Tylko w celach instruktażowych. Nie masz powodu do obaw. 

- Gdyby to z nim pojawiała się na przyjęciach, nie wzbudzałaby sensacji. 

- Ach. - Nareszcie zrozumiałam. - Więc o to chodzi. Sądzisz, że psujesz Lissie opinię? 

-  Nie  jestem  biegły…  w  kontaktach  towarzyskich  -  przyznał  otwarcie.  -  Poza  tym 

Adrian cieszy się większym szacunkiem. 

- Żartujesz? 

-  Daj  spokój,  Rose.  To,  że  pali  i  pije,  nie  wydaje  się  ludziom  nawet  w  jednym 

procencie  tak  niestosowne  jak  „dziedziczenie  skłonności”  do  przemiany  w  strzygę. 

Widziałem,  jakie  zamieszanie  powstało,  kiedy  Lissa  zabrała  mnie  na  przyjęcie  w  ośrodku 

narciarskim. Jestem wyrzutkiem, a ona pozostała jedyną spadkobierczynią rodu Dragomirów. 

Będzie  musiała  angażować  się  w  politykę,  utrzymywać  poprawne  stosunki  z  elitą.  Adrian 

może jej zaoferować znacznie większe wsparcie w tej dziedzinie. 

Oparłam się pokusie i nie potrząsnęłam nim. 

-  Rozumiem  twój  punkt widzenia,  jednak  nie  dostrzegasz  najważniejszego.  Lissa  nie 

jest zainteresowana Adrianem. Nic ich nie łączy. 

Christian  odwrócił  wzrok  i  nic  nie  odpowiedział.  Podejrzewałam,  że  ma  poważny 

problem. Przyznał, że jest głęboko związany z Lissą. Jej miłość zdziałała cuda w jego życiu. 

Nie  krył  się  już  po  kątach,  ale  nadal  nie  uporał  się  ze  swoim  pochodzeniem.  Był 

przedstawicielem „zhańbionego” rodu. Tkwił w przekonaniu, że nie zasługuje na Lissę. 

-  Rose  ma  racje  -  usłyszeliśmy  za  plecami  czyjś  głos.  Odwróciłam  się  ze  złością  i 

spostrzegłam Jessego. Ralf, rzecz jasna, chował się za nim. W drzwiach stał opiekun Jessego, 

Dean.  Najwyraźniej  poprzestawali  na  czysto  formalnej  relacji.  Kiedy  pojawiliśmy  się  z 

background image

Christianem  w  poczekalni,  nie  zauważyłam  ich.  Musieli  przyjść  później.  -  Jesteś  członkiem 

rodziny królewskiej. Masz pełne prawo związać się z Lissą. 

- Proszę, cóż za nagła zmiana stanowiska - wtrąciłam zjadliwie. - Niedawno mówiłeś 

mi,  że  Christian  lada  chwila  przemieni  się  w  strzygę.  Na  waszym  miejscu  zachowałabym 

ostrożność. Zacznijcie zakrywać szyje. 

Jesse wzruszył ramionami. 

- Powiedziałaś, że jest niewinny, a któż jak nie ty zna się najlepiej na strzygach? Poza 

tym uznaliśmy, że buntowniczy duch Ozerów ma swoje dobre strony. 

Patrzyłam podejrzliwie, spodziewając się podstępu, ale odniosłam wrażenie, że Zeklos 

jest szczery. 

- Dzięki - odezwał się Christian z cynicznym uśmieszkiem. - Już wiem, że dam sobie 

radę w życiu, skoro przywróciliście do łask moją rodzinę. Tylko to spędzało mi sen z powiek. 

- Mówiłem poważnie. - Jesse nie dał się zbić z pantałyku. - Mozerowie wycofali się z 

życia  publicznego,  lecz  kiedyś  należeli  do  kręgu  najbardziej  wpływowych  rodów.  Mógłbyś 

przywrócić im tę pozycję. Nie boisz się łamać reguł. Podoba nam się taka postawa. Gdybyś 

przestał  się  na  nas  boczyć,  mógłbyś  pozyskać  wielu  przyjaciół.  Nie  musiałbyś  wówczas 

przejmować się tym, czy na pewno zasługujesz na Lissę. 

Wymieniliśmy z Christianem znaczące spojrzenia. 

-  Do  czego  zmierzasz?  -  spytał  Jessego.  Zeklos  uśmiechnął  się  i  popatrzył  na  nas 

porozumiewawczo. 

-  Niektórzy  z  nas  zaczynają  zacieśniać  więzi.  Założyliśmy  krąg  przedstawicieli 

lepszych  rodzin,  rozumiesz,  co  mam  na  myśli?  Ostatnie  ataki  strzyg  wprowadziły  sporo 

zamieszania,  moroje  nie  wiedzą,  co  robić.  Nawet  padają  idiotyczne  pomysły  konieczności 

szkolenia  się  w  walce  u  boku  strażników.  -  Jesse  uśmiechnął  się  nieprzyjemnie,  a  mnie 

skręcało,  że  mówi  o  opiekunach  jak  o  rzeczach.  -  Zauważyliśmy,  że  moroje  spoza  kręgu 

rodzin królewskich zaczynają podnosić głowy. Być może zechcą narzucić nam swoje zdanie. 

- Co w tym złego, jeśli będą mieli racje? - odezwałam się. 

-  Ich  „racje”  nikogo  nie  interesują.  Zapomnieli,  gdzie  ich  miejsce.  Postanowiliśmy 

wziąć sprawy w swoje ręce i zadbać o własne bezpieczeństwo. Myślę, że spodobałby ci się 

masz projekt. Ostatecznie to my jesteśmy tu od rządzenia, a nie dampiry ani zwykli moroje. 

Tworzymy elitę. Przyłącz się do nas, a znajdziemy sposoby, żeby pomóc ci z Lissą. 

Nie wytrzymałam. Parsknęłam śmiechem. Christian miał zniesmaczoną minę. 

- Odwołuję, co powiedziałem przed chwilą - oznajmił. - Właśnie na to czekałem całe 

życie. Pragnąłem wstąpić do waszego klubu w domku na drzewie. 

background image

Ralf zrobił krok w jego stronę. 

- Nie zadzieraj z nami, to poważna sprawa. Christian westchnął. 

-  To  wy  nie  zadzierajcie  ze  mną.  Jeśli  naprawdę  przypuszczaliście,  że  mógłbym  do 

was  dołączyć  i  troszczyć  się  o  interesy  egoistycznych,  zdemoralizowanych  morojów,  to 

jesteście głupsi, niż myślałem. A i bez tego myślałem o was źle. 

Jesse i Ralf milczeli gniewnie. Szczęśliwie w tej chwili wywołano Christiana. Ruszył 

do  boksu  w  znacznie  lepszym  nastroju.  Sprzeczka  okazała  się  skutecznym  lekarstwem  na 

problemy miłosne. 

Czekała  na  niego  kobieta  o  imieniu  Alice,  najstarsza  z  grupy  karmicieli.  Moroje 

wybierali  zwykle  młodszych,  ale  Ozera  miał  nietypowe  upodobania  i  lubił  ją  właśnie  z 

powodu  wieku.  Nie  była  aż  tak  stara,  miała  sześćdziesiąt  parę  lat,  jednak  wieloletnie 

narkotyzowanie się endorfinami wampirów sprawiło, że całkiem zdziwaczała. 

-  Rose  -  przywitała  mnie  rozmarzonym  spojrzeniem.  -  Nigdy  nie  towarzyszyłaś 

Christianowi. Posprzeczałyście się z Wasylisą? 

- Nie - odparłam. - To tylko dobra zmiana otoczenia. 

- Otoczenie - mruknęła, zerkając w stronę okna. 

Moroje przyciemniali szyby, żeby nie przepuszczały promieni słonecznych. Wątpiłam, 

by ludzki wzrok był w stanie dojrzeć przez nie cokolwiek. 

- Otoczenie bezustannie się zmienia. Zauważyliście? 

-  Nie  tutaj  -  powiedział  Christian,  siadając  obok  niej.  -  Śnieg  poleży  jeszcze  parę 

miesięcy. 

Kobieta westchnęła i popatrzyła na niego z rozpaczą. 

- Nie to otoczenie miałam na myśli. 

Christian  uśmiechnął  się  do  mnie,  a  potem  nachylił  nad  szyją  Alice  i  zatopił  w  niej 

kły.  Oczy  karmicieli  zaszły  mgłą,  a  już  po  chwili  nie  pamiętała,  o  czym  rozmawialiśmy. 

Wychowywałam się wśród wampirów i dawno przestałam zwracać uwagę na widok ich kłów, 

które zresztą skutecznie ukrywały. Jednak w takich razach przypominałam sobie, jak wielką 

mają moc. 

Widok  pijącego  moroja  przypomniał  mi  czasy,  kiedy  po  ucieczce  z  Akademii 

karmiłam Lissę. Nie uzależniłam się od jej śliny, ale zdarzało mi się odczuwać przyjemność 

na  skutek  ukąszeń.  Tęskniłam  za  nimi,  chociaż  nikomu  bym  się  do  tego  nie  przyznała.  W 

naszym świecie tylko ludzie oddawali swoją krew wampirom. Jeśli robił to ktoś z mojej rasy, 

spotykało go publiczne napiętnowanie i upokorzenie. 

Teraz,  przyglądając  się  Christianowi,  nie  czułam  żalu  ani  tęsknoty  za  przyjemnym 

background image

doznaniem.  Wróciłam  pamięcią  do  ciasnego  pokoju,  gdzie  uwięziono  nas  w  Spokane,  a 

strzyga  Izajasz  pił  krew  Eddiego.  Wspomnienie  wywołało  przykre  uczucia.  Eddie  wiele 

wycierpiał,  a  ja  nie  mogłam  mu  pomóc.  Musiałam  się  przyglądać  jego  krzywdzie. 

Skrzywiłam się i odwróciłam wzrok od Christiana i Alice. 

Kiedy wychodziliśmy, Ozera poweselał i się ożywił. 

- Mamy weekend, Rose. Nie będzie lekcji, a ty zasłużyłaś na wolny dzień. 

-  Nic  z  tego  -  spochmurniałam.  Szlag  by  to  trafił.  Dlaczego  musiał  mi  o  tym 

przypominać?  Już  zaczynałam  odzyskiwać  dobre  samopoczucie  po  starciu  ze  Stanem. 

Westchnęłam. - Skazano mnie na pracę społeczną. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

WIĘKSZOŚĆ MOROJÓW POCHODZI z Europy Wschodniej, więc nic dziwnego, że 

dominuje  wśród  nich  prawosławie.  Oczywiście  zdarzają  się  wyznawcy  innych  religii, 

wampiry mają swoich reprezentantów we wszystkich Kościołach świata. Na msze w szkolnej 

kaplicy  przychodzi  regularnie  zaledwie  połowa  studentów.  Lissa  należy  do  tego  grona. 

Uczestniczy w niedzielnych nabożeństwach, ponieważ ma taką potrzebę. Christian zwykle jej 

towarzyszy,  chociaż robi to głównie ze względu na nią. Poza tym jego obecność w świątyni 

robi  dobre  wrażenie  na  społeczności  morojów.  Świadczy  o  tym,  że  Ozera  nie  zamierza 

przemienić się w strzygę. Martwe wampiry nie mogą stanąć na poświęconej ziemi. 

Co do mnie, przychodziłam do kaplicy, jeśli udało mi się obudzić w porę. Robiłam to 

wyłącznie  ze  względów  praktycznych.  Kaplica  była  miejscem  spotkań  i  zwykle  po  mszy 

wymyślaliśmy sobie rozrywki. Jeśli Bóg miał coś przeciwko temu, że używam Jego domu dla 

poprawy  swojego  życia  towarzyskiego,  nie  dawał  żadnych  sygnałów.  Widać  zwlekał  z 

ukaraniem mnie. 

Tej  niedzieli  po  nabożeństwie  musiałam  zostać,  bo  tu  właśnie  wyznaczono  i  pracę 

społeczną.  Wszyscy  się  rozeszli,  lecz  ku  swemu  zdumieniu  odkryłam,  że  nie  jestem  sama; 

przed budynkiem stał Dymitr. 

- Co tu robisz? - spytałam. 

- Pomyślałem, że przyda ci się pomoc. Słyszałem, że ojciec Andrew prosił o kogoś do 

sprzątania plebanii. 

- Przecież to nie ty zostałeś ukarany. Masz wolny dzień. My, nowicjusze, musieliśmy 

raz  po  raz  dopierać  ataki  strażników,  ale  to  wy  napracowaliście  się  bardziej.  -  Również  u 

niego  zauważyłam  ślady  zadrapań  i  siniaki,  choć  znacznie  mniej  niż  u  Stana.  Wszyscy 

mieliśmy za sobą ciężki tydzień, a po nim miało nadejść jeszcze pięć następnych. 

- Nie mam nic lepszego do roboty. 

-  Mogłabym  podsunąć  ci  setki  pomysłów.  Z  pewnością  grają  gdzieś  film  z  Johnem 

Wayne'em, którego jeszcze nie widziałeś. 

Dymitr pokręcił głową. 

-  Obejrzałem  wszystkie.  Chodźmy,  ojciec  Andrew  na  nas  czeka.  Miał  rację.  Kapłan 

zdjął już bogato zdobiony orant i czekał na nas w prostych spodniach orasz koszuli zapinanej 

na  guziki.  Wyglądał  jak  człowiek  gotowy  zakasać  rękawy,  by  wziąć  się  do  pracy. 

Pomyślałam z goryczą, że niedziela powinna być jednak dniem odpoczynku. 

background image

Ruszyliśmy  na  plebanię.  Z  pewnością  nie  przyszedł  tu  z  nudów.  Czasem  go  nie 

rozumiałam, chociaż najczęściej wyrażał myśli jasno i klarownie. Cóż, tym razem musiałam 

zadowolić się enigmatycznym wyjaśnieniem. 

-  Dziękuję,  że  zgłosiliście  się  do  pomocy.  -  Ojciec  Andrew  uśmiechnął  się  na 

powitanie. 

Miałam ochotę sprostować, że nie przyszłam tu dobrowolnie. Kapelan był  morojem, 

dobiegał pięćdziesiątki, ale postarzały go przerzedzone siwe włosy. Chociaż nie odznaczałam 

się szczególną religijnością, lubiłam go i darzyłam szacunkiem. 

-  Nie  mam  dla  was  ciekawej  roboty  i  obawiam  się,  że  nie  będziecie  zadowoleni. 

Chciałbym posprzątać wspólnie plebanię i uporządkować szpargały zalegające od dawna na 

poddaszu kaplicy. 

-  Pomożemy  ojcu  z  przyjemnością  -  odparł  Dymitr,  a  ja  stłumiłam  westchnienie, 

starając się nie myśleć o rzeczach, które mogłabym teraz robić. 

Zabraliśmy się do sprzątania. 

Dostałam  do  ręki  mopa,  a  Bielikow  wycierał  kurze  i  polerował  drewniane  poręcze 

mebli. Pracował z uwagą, jakby te proste czynności napełniały go dumą. Wciąż zachodziłam 

w głowę, dlaczego postanowił mi towarzyszyć. Nie zrozumcie mnie źle, byłam szczęśliwa, że 

jest tutaj. W jego obecności czułam się lepiej, a poza tym uwielbiałam na niego patrzeć. 

Pomyślałam,  że  Dymitr  chce  wyciągnąć  ode  mnie  więcej  informacji  na  temat 

incydentu ze Stanem, Christianem i Brandonem. Albo zamierzał przemówić mi do słuchu w 

sprawie  kolejnej  sprzeczki  z  instruktorem,  który  zarzucił  mi  zbytnią  gorliwość  i  przerost 

ambicji.  To  drugie  wydawało  się  mniej  prawdopodobne,  zwłaszcza  że  nie  odzywał  się 

podczas  pracy. Nie powiedział słowa,  nawet  gdy  kapłan poszedł  na  chwilę do biura.  Gdyby 

miał do mnie coś ważnego, z pewnością wykorzystałby taką okazję. 

Posprzątaliśmy  dom.  Ojciec  Andrew  przeszedł  do  kolejnego  zadania  i  kazał  nam 

znosić  ze  strychu  ciężkie  pudła  do  komórki  na  tyłach  kaplicy.  Lissa  i  Christian  często 

przychodzili na poddasze, kiedy chcieli zostać sami. Zastanawiałam się, czy uporządkowanie 

pomieszczenia  nie  zaburzy  ich  romantycznych  randek.  Może  zrezygnują  z  przesiadywania 

tutaj, dzięki czemu zacznę się wysypiać. 

Kiedy ostatni karton wylądował w komórce, zostaliśmy pouczeni, co należy wyrzucić, 

a co zachować. Usiedliśmy na podłodze i zabraliśmy się do sortowania. Ucieszyłam się, bo po 

raz pierwszy od tygodnia nie musiałam stać w czasie pracy. Ojciec  Andrew starał  się zająć 

mnie pogawędką, wypytywał o postępy w nauce i inne rzeczy. Ostatecznie nie było tak źle. 

W pewnym momencie przyszła mi do głowy zbawienna myśl. Już prawie wmówiłam 

background image

sobie,  że  Mason  był  przywidzeniem  spowodowanym  brakiem  snu.  Jeśli  teraz  kapłan  swoim 

autorytetem zaświadczy, że duchy nie powracają między żywych, z pewnością utwierdzę się 

w tym przekonaniu. 

- Ojcze - zaczęłam. - Czy ojciec wierzy w duchy? Chciałabym wiedzieć, czy jest coś o 

nich napisane w tych rupieciach? - Zatoczyłam ręką, pokazując wypchane pudła. 

Moje pytanie zaskoczyło go, lecz nie wydawał się urażony, że nazwałam jego zbiory 

„rupieciami”. Pominął również drobny szczegół, że w wieku siedemnastu lat wykazywałam 

daleko  posuniętą  ignorancję  w  kwestiach  religijnych.  Ojciec  Andrew  zamyślił  się  nad 

odpowiedzią. 

- Hm… To zależy, co rozumiemy przez słowo „duchy”. Stuknęłam palcem w książkę 

teologiczną. 

- Kiedy ktoś umrze, to idzie do nieba, prawda? Stąd się biorą wszystkie opowieści o 

zabłąkanych duszach. 

- Jednak - powiedział - wszystko zależy od definicji. Zgodnie z naszą wiarą dusza po 

śmierci odłącza się od ciała i może zbłądzić w tym świecie. 

- Jak to? - Zakurzone miska wypadła mi z rąk. Naczynie zrobiono w drewna, więc na 

szczęście się nie rozbiło. Nie takiej odpowiedzi oczekiwałam. - Jak długo może pozostać na 

ziemi? Na zawsze? 

- Nie, oczywiście, że nie. Istotą naszej wiary jest dążenie duszy do zmartwychwstania 

i  zbawienia.  Uważa  się,  że  może  ona  pozostać  na  ziemi  od  trzech  do  czterdziestu  dni  po 

śmierci.  Potem  zostaje  „tymczasowo”  osądzona  i  odesłana  do  nieba  lub  piekła.  Nie 

doświadczy  jednak  w  pełni  żadnego  z  tych  stanów  do  chwili  Sądu  Ostatecznego.  Dopiero 

wówczas ponownie połączy się z ciałem na całą wieczność. 

Pominęłam  kawałek  o  zbawieniu,  ale  zainteresował  mnie  okres  pobytu  na  ziemi. 

Zupełnie zapomniałam o sortowaniu. 

- Czy tak jest naprawdę? Dusze zmarłych pozostają wśród żywych przez czterdzieści 

dni po śmierci? 

-  Ach,  Rose.  Ci,  którzy  żądają  dowodów  na  potwierdzenie  prawd  wiary,  otwierają 

dyskusję, do której nie są zapewne przygotowani. 

Miał rację. Westchnęłam i powróciłam do pudła stojącego przede mną. 

-  Mogę  jedynie  dodać  -  ciągnął  uprzejmie  ojciec  Andrew  -  że  wiara  w  duchy  była 

silnie  zakorzeniona  w  dawnych  wierzeniach  ludów  wschodnioeuropejskich  przed 

chrześcijaństwem.  Zgodnie  z  tradycją  dusze  umarłych  przez  krótki  czas  pozostawały  na 

ziemi, szczególnie jeśli była to śmierć w młodości lub tragiczna. 

background image

Grom z jasnego nieba. Moje wysiłki, by jakoś zracjonalizować pojawienie się Masona, 

legły w gruzach. 

„Młodo lub tragicznie”. 

- Dlaczego? - pisnęłam zmienionym głosem. - Czemu zostają? Czy…szukają zemsty? 

-  Z  pewnością  niektórzy  tak  uważają.  Słyszałem  również,  że  dusze  tych 

nieszczęśników nie mogą zaznać spokoju. 

- A ojciec, co o tym myśli? - dociekałam. Ojciec Andrew się uśmiechnął. 

- Wierzę w to, czego uczą w cerkwi: że dusza oddziela się od ciała po śmierci. Wątpię 

jednak,  czy  my,  żywi.  Jesteśmy  w  stanie  wyznaczyć  czas  jej  pozostawania  na  ziemi.  Nie 

wierzę w duchy nawiedzające domy lub swoich bliskich. Wyobrażam sobie je jako energię, 

która  nas  otacza,  a  której  nie  widzimy.  W  tej  formie  zmarli  czekają,  by  przejść  do  innej 

rzeczywistości  i  odnaleźć  spokój.  Znaczenie  ma  jedynie  to,  co  się  stanie,  kiedy  opuścimy 

ziemię  i  osiągniemy  życie  wieczne  przez  Zbawiciela,  który  złożył  za  nas  najwyższą  ofiarę. 

Tylko to jest ważne. 

Zastanawiałam się, czy ojciec Andrew byłby równie szybki w udzieleniu odpowiedzi, 

gdyby widział to, co ja widziałam. Młodo lub tragicznie. Obie sytuacje pasowały do Masona, 

ale  on  zginął  więcej  niż  czterdzieści  dni  temu.  Znów  ujrzałam  w  wyobraźni  jego  smutną 

twarz. Po co do mnie przychodził? Szukał zemsty? A może nie mógł zaznać spokoju? 

I jak prawdy teologiczne miały się do mojej historii - przecież zmarłam i powróciłam 

do życia? Wiktor Daszkow twierdził, że odeszłam do świata zmarłych i wróciłam, kiedy Lissa 

mnie przywołała. Jaki był ten „świat zmarłych”? Niebiański czy piekielny? A może trafiłam 

gdzie  indziej  albo  błąkałam  się  po  ziemi  jak  jeden  z  duchów,  o  których  opowiadał  ojciec 

Andrew? 

Nie odezwałam się, przejęta myślą o Masonie szukającym zemsty. 

Ojciec Andrew wyczuł, że posmutniałam, chociaż nie miał pojęcia dlaczego. Usiłował 

mnie rozweselić. 

-  Dostałem  niedawno  nowe  książki  od  przyjaciela.  Znajdziesz  w  nich  ciekawe 

opowieści  o  życiu  świętego  Władimira.  Nadal  jesteś  nim  zainteresowana?  Są  również 

fragmenty dotyczące Anny. 

Teoretycznie interesowało mnie to. Do chwili, kiedy poznałyśmy  Adriana, słyszałam 

tylko o dwojgu Morozach korzystających z mocy ducha. Była to nasza dawna nauczycielka, 

panna  Karp,  która  postradała  zmysły  i  dobrowolnie  przemieniła  się  w  strzygę,  by 

powstrzymać rozwój obłędu, oraz święty Władimir, patron naszej szkoły. Żył przed wiekami i 

wskrzesił  swą  zmarłą  strażniczkę  Annę,  tak  jak  Lissa  -  mnie.  Anna  nosiła  odtąd  pocałunek 

background image

cienia; ją również łączyła szczególna więź z Władimirem. 

Obie  z  Lissą  chciwie  szukałyśmy  wszelkich  informacji  na  temat  tej  pary,  żeby 

dowiedzieć  się  więcej  o  tym,  co  nas  łączyło.  Wiem,  że  zabrzmi  to  absurdalnie,  ale  w  tej 

chwili  miałam  poważniejsze  problemy  na  głowie  niż  zagłębianie  istoty  parapsychicznego 

związku z Dragomirówną. Nawiedzał mnie duch, który być może chciał się zemścić za to, że 

dopuściłam do jego śmierci. 

-  Tak  -  powiedziałam  z  ociąganiem,  unikając  wzroku  kapłana.  -  Wciąż  mnie  to 

interesuje, tylko zupełnie nie mam czasu… Jestem bardzo zajęta… Trwają ćwiczenia polowe. 

Umilkłam.  Zrozumiał,  że  nie  chcę  o  tym  rozmawiać,  i  dał  spokój.  Dymitr  milczał. 

Kiedy  wreszcie  uporaliśmy  się  z  sortowaniem  ojciec  Andrew  oświadczył,  że  ma  dla  nas 

ostatnie zadanie. Wskazał ręką pudła z książkami. 

-  Zanieście  je  do  szkoły  podstawowej  -  poprosił.  -  Zostawcie  w  dormitorium  dla 

morojów. Pani Davis prowadzi lekcje w szkółce niedzielnej i może wykorzysta te materiały. 

Szkoła  podstawowa  znajdowała  się  w  innej  części  Akademii,  poza  tym  musieliśmy 

obrócić co najmniej dwa razy, żeby przenieść wszystko, ale uznałam, że każdy krok przybliża 

mnie do wolności. 

-  Dlaczego  tak  cię  interesują  duchy?  -  zagadnął  Dymitr,  gdy  szliśmy  w  stronę 

dormitorium z pierwszym ładunkiem. 

- Usiłowałam tylko nawiązać pogawędkę z popem - odparłam lekko. 

- Nie mogę spojrzeć ci prosto w oczy, ale czuję, że znowu kłamiesz. 

- Jezu, dlaczego wszyscy ostatnio tak źle mnie osądzają? Stan zarzucił mi, że szukam 

taniego poklasku. 

-  Słyszałem  -  przyznał  Dymitr,  kiedy  okrążaliśmy  budynek.  Znajdowaliśmy  się  na 

terenie zabudowań dla uczniów podstawówki. - Sądzę, że był trochę niesprawiedliwy. 

-  Trochę?  -  Ucieszyłam  się,  że  jest  po  mojej  stronie,  lecz  nie  umniejszyło  to  mojej 

złości  na  Stana.  Mroczne,  nieprzyjemne  uczucia,  których  doświadczałam  ostatnio,  znów 

powracały. - Dzięki za dobre słowo, ale zaczynam tracić wiarę w sens ćwiczeń polowych. Po 

co mi taka edukacja? 

- Nie mówisz poważnie. 

- Sama nie wiem. Szkolne wymagania i reguły nie mają odniesienia do prawdziwego 

życia.  Wiem,  co  jest  za  murem,  towarzyszu.  Dotarłam  do  gniazda  potworów.  W  pewnym 

sensie… nie przygotowujecie nas na taką konfrontację. 

Spodziewałam się, że Dymitr zaprotestuje, ale on przyznał mi rację. Z wrażenia omal 

nie  upadłam  przy  wejściu  do  dormitorium  morojów.  Hol  wyglądał  podobnie  jak  ten  dla 

background image

uczniów szkoły średniej. 

- Naprawdę się ze mną zgadzasz? - spytałam. 

-  Naprawdę  -  odparł  z  uśmiechem.  -  Nie  jestem  za  tym,  by  dziesięcioletnich 

nowicjuszy  czynić  strażnikami,  ale  sądzę,  że  ćwiczenia  polowe  powinny  odbywać  się  poza 

murami szkoły. Nauczyłem się więcej podczas pierwszego roku służby niż przez lata nauki w 

Akademii. Być może w szkole nie nauczyłem się nawet niczego. To zupełnie inne światy. 

Wymieniliśmy  serdeczne  spojrzenia:  nareszcie  w  czymś  się  zgadzaliśmy.  Poczułam 

falę  ciepła,  a  mój  gniew  powoli  ulatywał.  Dymitr  znał  mnie,  rozumiał  powody  frustracji. 

Rozejrzał  się, szukając jakiegoś opiekuna, ale nie zauważył żadnego. Kilkoro dzieci  uczyło 

się lub rozmawiało ze sobą. 

Poprawiłam ciężki ładunek. 

-  Trafiliśmy  do  dormitorium  dla  starszych  uczniów.  Młodsze  dzieciaki  mieszkają 

pewnie w sąsiednim budynku. 

-  Tak,  ale  tutaj  mieszka  pani  Davis.  Spróbuję  ją  znaleźć,  może  przyjmie  od  nas  te 

książki. - Dymitr postawił swój bagaż na podłodze. - Zaraz wracam. 

Patrzyłam,  jak  odchodzi,  a  potem  postawiłam  również  swoje  pudło.  Oparłam  się  o 

ścianę  i  rozejrzałam  po  sali.  Omal  nie  podskoczyłam  na  widok  małej  morojki  stojącej 

zaledwie  kilka  kroków  ode  mnie.  Nie  ruszała  się  i  dlatego  nie  zauważyłam  jej  od  razu. 

Dziewczynka miała może trzynaście albo czternaście lat, ale była znacznie wyższa ode mnie. 

Szczupła i wiotka jak topola. Wokół jej głowy wiły się brązowe loki, a na buzi dostrzegłam 

piegi - rzadkość na bladych twarzach morojów.  Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi 

oczami. 

- O mój Boże. Jesteś Rose Hathaway, prawda? 

- Tak - odparłam zaskoczona. - Znasz mnie? 

-  Wszyscy  cię  znają.  To  znaczy  wszyscy  o  tobie  słyszeliśmy.  Uciekłaś  ze  szkoły,  a 

potem  wróciłaś  i  zabiłaś  strzygi.  Jesteś  super.  Dostałaś  tatuaże  molnija?  -  Dziewczynka 

wyrzucała słowa z prędkością karabinu, nie wiem, jak łapała oddech. 

-  Tak,  dwa.  -  Pomyślałam  o  maleńkich  tatuażach  na  moim  karku,  od  których  wciąż 

swędziała mnie skóra. 

Bladozielone oczy dziewczynki rozszerzyły się jeszcze bardziej, o ile to było możliwe. 

- O mój Boże. Jejciu. 

Zwykle  denerwowało  mnie,  kiedy  przypisywano  szczególne  znaczenie  znakom 

molnija.  Ostatecznie  nie  premiowały  zbyt  chwalebnych  czynów.  Trudno  oczekiwać 

zrozumienia  takich  niuansów  od  dziecka,  które  w  dodatku  miało  w  sobie  coś  bardzo 

background image

pociągającego. 

- Jak masz na imię? - spytałam. 

- Jillian… Jill. To znaczy tylko Jill. Jillian to moje pełne imię, ale wszyscy nazywają 

mnie Jill. 

- Tak. - Skryłam uśmiech. - Domyśliłam się. 

-  Słyszałam,  że  moroje  użyli  wtedy  magii  do  walki.  Czy  to  prawda?  Tak  bardzo 

chciałabym  się  znaleźć  na  ich  miejscu.  I  żeby  ktoś  mnie  tego  nauczył.  Wybrałam  żywioł 

powietrza.  Myślisz,  że  przyda  się  w  walce  ze  strzygami?  Wszyscy  uważają,  że  wymyślam 

niestworzone rzeczy. 

Zgodnie z kilkusetletnią tradycją morojów stosowanie magii w walce było uważane za 

grzech. Magia miała służyć wyłącznie pokojowym celom. Niedawno podniosły się głosy, że 

należy ponownie rozważyć tę kwestię, zwłaszcza po tym, jak Christian skutecznie dopomógł 

nam uciec ze Spokane. 

- Nie wiem - odparłam. - Powinnaś spytać Christiana Ozerę. Dziewczynka westchnęła 

z wrażenia. 

- Myślisz, że on zechce ze mną porozmawiać? 

- Na pewno, jeśli powiesz, że chcesz walczyć. 

- Fajnie. Czy to był strażnik Bielikow? - spytała, zmieniając temat. 

- Tak. 

Przysięgłabym, że mała lada chwila zemdleje. 

- Naprawdę? Jest taki przystojny. To twój nauczyciel, prawda? Osobisty instruktor? 

-  Tak  -  powtórzyłam,  zastanawiając  się,  gdzie  się  podział  Dymitr.  Rozmowa  z 

dzieckiem zaczynała mnie męczyć. 

-  Jejciu.  Nie  wyglądacie  razem  jak  nauczyciel  i  uczennica.  Chyba  się  przyjaźnicie? 

Spotykacie się między treningami? 

- Tak, w pewnym sensie. Czasami. - Przypomniałam sobie własne rozważania o tym, 

co mnie łączy z Dymitrem. Z niewieloma osobami kontaktował się prywatnie. 

-  Wiedziałam!  I  jak  sobie  radzisz? Ja  pewnie plotłabym  same bzdury.  Nic by mi nie 

wychodziło. A ty taka wyluzowana. Jakbyś mówiła: „Tak, spotykam się z najseksowniejszym 

facetem na świecie i co z tego?”. 

Zachichotałam wbrew własnej woli. 

- Zdaje się, że mnie przeceniasz. 

- Na pewno nie. I wcale nie wierzę w plotki. 

- Jakie plotki? 

background image

- Że pobiłaś Christiana Ozerę. 

-  Dzięki  -  mruknęłam.  Więc  opowieści  o  moim  upokorzeniu  dotarły  nawet  do 

podstawówki.  Gdybym  poszła  do  przedszkola,  pierwszy  spotkany  sześciolatek  oświeciłby 

mnie, że zabiłam Christiana. 

Jill miała niepewną minę. 

- Nie wiem tylko, czy wierzyć w tę drugą historię… 

- Jaką? 

- Że ty i Adrian Iwaszkow… 

-  Nie  -  przerwałam  jej,  nie  chcąc  słuchać  tych  bzdur.  -  Cokolwiek  słyszałaś,  to 

nieprawda. 

- Ale to takie romantyczne. 

- Jednak wyssane z palca. Mina jej zrzedła, ale otrząsnęła się po kilku sekundach. 

- Mogłabyś mnie nauczyć, jak komuś dołożyć? 

- Słucham? Chcesz się bić? 

- Pewnego dnia będę posługiwała się magią, powinnam poznać sztuki walki. 

-  Prosisz  niewłaściwą  osobę  -  wyjaśniłam.  -  Powinnaś  zwrócić  się  do  swojego 

nauczyciela. 

- Już to zrobiłam! - zawołała oburzona. - Odmówił mi. Musiałam się roześmiać. 

- Żartowałam. 

- Daj się namówić. Pewnego dnia będę musiała stanąć do walki ze strzygami. 

Spoważniałam w jednej chwili. 

-  Z  całą  pewnością  nie.  Jill  przygryzła  wargę,  szukając  argumentów,  by  mnie 

przekonać. 

- Chcę przynajmniej nauczyć się bronić przed tym psycholem. 

- O kim mówisz? 

- Mieliśmy tu ostatnio kilka przypadków pobicia. W zeszył tygodniu ofiarą padł Dane 

Zeklos, a potem Brett. 

-  Dane…  -  Usiłowałam  sobie  przypomnieć  koligacje  między  morojami.  Rodzina 

Zeklosów była wyjątkowo liczna. - Czy on jest bratem Jessego? 

Jill skinęła głową. 

-  Tak.  Jeden  z  naszych  nauczycieli  usiłował  wydobyć  z  niego  prawdę,  ale  Dane 

milczał jak zaklęty. Brett też nie chciał powiedzieć, kto go pobił. 

- Jaki Brett? 

- Ozera. Tego było za wiele. 

background image

- Ozera? 

Odniosłam wrażenie, że mała jest uszczęśliwiona, mogąc mi udzielić informacji. 

-  Brett  chodzi  z  moją  przyjaciółką,  Aimee.  Wczoraj  ktoś  go  poturbował,  ma  ślady 

zadrapań na twarzy. I poparzenia. Ale Dane oberwał mocniej. Pani Callahan przesłuchiwała 

go w tej sprawie, lecz Brett jakoś ją przekonał, że nic mu się nie stało. Myślę, że to dziwne. 

Chłopak był w świetnym humorze, to także jest dziwne, skoro właśnie został pobity. 

Słowa  dziewczynki  zabrzmiały  jak  przestroga.  Nie  mogłam  sobie  uświadomić, 

dlaczego  wydawały  mi  się  znajome.  Jednak  nie  potrafiłam  skojarzyć,  o  co  chodzi.  Nic 

dziwnego, miałam na głowie Wiktora, duchy i nieudane ćwiczenia. 

-  To co, nauczysz mnie  sztuki samoobrony?  -  spytała z nadzieją.  -  Proszę!  - Uniosła 

zaciśnięta pięść. - Wystarczy wymierzyć cios, prawda? Zaciśnięte palce solidny wymach? 

-  Sprawa  jest  nieco  bardziej  skomplikowana.  Musisz  ustawić  się  w  odpowiedniej 

pozycji,  inaczej  zrobisz  sobie  krzywdę.  Powinnaś  też  nauczyć  się  wykorzystywać  łokcie  i 

biodra. 

- Pokażesz mi? - błagała. - Na pewno jesteś w tym dobra. 

Nawet  niezła,  ale  nie  zamierzałam  deprawować  nieletnich.  Szczęśliwie  pojawił  się 

Dymitr w towarzystwie pani Davis. 

- Jesteś - przywitałam go z ulgą. - Ktoś bardzo chciałby cię poznać. Dymitr to jest Jill. 

Jill, Dymitr. 

Strażnik był zaskoczony, ale uśmiechnął się i uścisnął podaną mu dłoń. Dziewczynka 

zarumieniła się i na chwilę straciła mowę. Kiedy Dymitr puścił jej rękę, wybąkała niewyraźne 

pożegnanie i uciekła. Załatwiliśmy sprawę z panią Davis i ruszyliśmy do kaplicy po następny 

ładunek. 

-  Jill  wiedziała,  kim  jestem  -  powiedziałam.  -  Okazuje  się,  że  jesteśmy  idolami 

nastolatków. 

- Dziwisz się? To normalne, że młodsi uczniowie próbują was naśladować. 

- Czy ja wiem? Nie przyszło mi to do głowy. Poza tym nie uważam się za najlepszy 

wzór do brania przykładu. 

-  Nie  zgadzam  się.  Jesteś  odważna,  lojalna  i  świetna  we  wszystkim,  co  robisz. 

Zasługujesz na większy szacunek, niż myślisz. 

Zerknęłam na niego z ukosa. 

- To wszystko za mało, bym zeznawała na procesie Wiktora. - Ty znowu o tym. 

- Tak, znowu! Nie rozumiesz, jakie to ważne? Wiktor jest naprawdę niebezpieczny. 

- Wiem. 

background image

- Jeśli wyjdzie na wolność, wróci do swoich szalonych projektów. 

-  To  mało  prawdopodobne.  Pogłoski  o  królewskim  ułaskawieniu  są,  moim  zdaniem, 

nieprawdziwe.  Akurat  ty  powinnaś  najlepiej  wiedzieć,  że  nie  można  dawać  wiary 

wszystkiemu, co mówią inni. 

Patrzyłam z uporem przed siebie, nieprzekonana jego argumentami. 

-  Powinniście  pozwolić  nam  pojechać.  -  Wzięłam  głęboki  oddech.  -  A  przynajmniej 

puśćcie Lissę. 

Ostatnie  słowa  wypowiedziałam  z  wielkim  trudem,  ale  od  dawna  już  rozpatrywałam 

taką możliwość. Nie szukałam poklasku, jak twierdził Stan, choć uwielbiałam znajdować się 

w  centrum  wydarzeń.  Zawsze  chciałam  iść  naprzód,  stawać  w  słusznej  sprawie  i  pomagać 

innym.  Tym  razem  również  zależało  mi  na  zeznawaniu  w  procesie  Wiktora.  Chciałam 

spojrzeć mu w oczy i dopilnować, by został przykładnie ukarany. 

Jednak czas mijał i nic nie wskazywało, że zostaniemy wezwane przed sąd. Uznałam, 

że nie pozwolą nam pojechać. Pozostawała jedynie nadzieja, że uda się chociaż jednej z nas. 

A skoro tak, to powinni przesłuchać Lissę. Ona padła ofiarą Wiktora i choć przerażała mnie 

myśl,  że  nie  będę  mogła  jej  towarzyszyć  ani  chronić,  uważałam,  że  obecność  mojej 

przyjaciółki na sali rozpraw zapewni sprawiedliwy wyrok. 

Dymitr znał moją gotowość do działania, ale takie postawienie sprawy go zaskoczyło. 

-  Masz  rację  -  przyznał.  -  Dragomirówna  powinna  wziąć  udział  w  procesie,  ale 

naprawdę nie mogę jej tego umożliwić. Nie wiem, dlaczego myślisz, że mam cokolwiek do 

powiedzenia w tej sprawie. 

- Czy na pewno zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy? - Adrian w moim śnie twierdził 

przecież,  że  Dymitr  nie  wykorzystał  wszystkich  możliwości.  -  Masz  wpływy.  Na  pewno 

istnieje jakaś szansa. 

- Nie jestem tak wpływowy, jak sądzisz. Cieszę się sporym szacunkiem w Akademii, 

ale dla społeczności strażników jestem jeszcze bardzo młody. Poza tym występowałem już w 

waszym imieniu. 

- Może powinieneś się bardziej postawić. 

Aha, przesadziłam. Dymitr chętnie ze mną dyskutował, lecz zamykał się jak ślimak w 

skorupie, kiedy przekraczałam granice. Starałam się naprawić błąd. 

- Wiktor wie o nas - powiedziałam. - Może to wykorzystać. 

- Ma poważniejsze kłopoty niż konfrontacja z nami. 

-  Znasz  go.  Jest  nieprzewidywalny.  Jeśli  uzna,  że  nie  ma  nadziei  na  odzyskanie 

wolności, może się na nas mścić. 

background image

Nie zwierzyłam się nawet  Lissie, co mnie łączy  z Dymitrem, a wiedział  o tym  nasz 

najgorszy  wróg.  Nie  przejmowałam  się  nawet,  że  Adrian  się  domyślał.  Wiktor  umiał 

obserwować  i  starannie  gromadził  informacje.  Był  naprawdę  niebezpiecznym  przestępcą. 

Jednak  nigdy  nie  ujawnił  publicznie  naszego  związku  z  Dymitrem.  Wykorzystał  tę  wiedzę, 

szykując porwanie Lissy, i rzucił na nas urok pożądania. Czar nie zadziałałby, gdyby nic nas 

nie łączyło. Poddaliśmy się jednak magii i niewiele brakowało, a wylądowalibyśmy w łóżku. 

Wiktor  wykazał  dużo  sprytu,  jego  urok  okazał  się  bardziej  skuteczny  niż  bezpośredni  atak. 

Gdybyśmy we dwoje z Dymitrem stanęli do walki, pewnie zwyciężylibyśmy. Czar pożądania 

unieszkodliwił nad jednak na jakiś czas. 

Dymitr milczał. Wiedział, że mam rację. 

- Wtedy będziemy musieli sobie jakoś poradzić - powiedział w końcu. - Jeśli Wiktor 

zechce nas wydać, zrobi to niezależnie od twojego udziału w procesie. 

Nie odezwałam się więcej. Kiedy pojawiliśmy się w kaplicy, ojciec Andrew nie mógł 

nas słyszeć. - Nie musisz mi pomagać. - Rose, proszę, nie rób z tego wielkiej sprawy. 

- To jest wielka sprawa! - syknęłam. - A ty zdajesz się tego nie rozumieć. 

-  Przeciwnie.  Sądzisz,  że chciałbym  widzieć Wiktora na wolności? Nie chcę narażać 

nas  wszystkich  na  niebezpieczeństwo!  -  Po  raz  pierwszy  od  dawna  widziałam,  że  stracił 

panowanie nad sobą. - Powiedziałem ci, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy. Nie jestem 

taki jak ty. Nie wściekam się, kiedy sprawy nie układają się nie po mojej myśli. 

- Ja też nie. 

- Robisz to teraz. 

Miał rację. Czułam, że przesadzam… A jednak nie mogłam się powstrzymać. Ostatnio 

zdarzało mi się to zbyt często. 

- Dlaczego mi dzisiaj pomagałeś? - zawołałam. - Po co tu przyszedłeś? 

- Naprawdę nie rozumiesz? - spytał. Wydawał się niemal zraniony. 

- Nie. Usiłujesz mnie szpiegować? Chcesz się dowiedzieć, dlaczego wtedy nawaliłam, 

czy może czekasz, kiedy wpakuję się w kolejne kłopoty? 

Dymitr odgarnął włosy z czoła i obrzucił mnie bacznym spojrzeniem. 

- Dlaczego podejrzewasz, że mam jakiś ukryty motyw? 

Miałam ochotę krzyczeć. Powiedzieć mu, że skoro nie ma innego powodu, to pewnie 

chciał  spędzić  ze  mną  trochę  czasu.  A  przecież  takie  wyjaśnienie  nie  miało  sensu.  Oboje 

wiedzieliśmy,  że  nie  wolno  nam  wyjść  z  roli  nauczyciela  i  uczennicy.  On  sam  najlepiej 

powinien zdawać sobie z tego sprawę. To on narzucał reguły. 

- Każdy ma jakiś motyw. 

background image

- Tak, ale nie zawsze knuje coś złego. - Otworzył drzwi. - Zobaczymy się później. 

Patrzyłam  za  nim,  nie  umiejąc  sobie  poradzić  ze  sprzecznymi  uczuciami.  Byłam 

zdezorientowana i rozdrażniona. Gdyby nie okoliczności, mogłabym pomyśleć, że mieliśmy 

randkę. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

NASTĘPNEGO DNIA  wróciłam  do ochrony Christiana. Moje sprawy  musiały zejść 

na dalszy plan. 

-  Jak  twoje  roboty  przymusowe?  -  spytał,  kiedy  wyszliśmy  z  dormitorium  na 

dziedziniec. 

Stłumiłam  ziewnięcie.  Źle  spałam  tej  nocy,  rozmyślając  o  Dymitrze  oraz  o  tym,  co 

powiedział ojciec Andrew. Idąc, rozglądałam się jednak czujnie dookoła. Zbliżaliśmy się do 

miejsca, w którym Stan dwukrotnie nas zaatakował. Wiedziałam, że strażnicy miewają chore 

pomysły  i  mogą  poddać  mnie  kolejnej  próbie  akurat  teraz,  gdy  czułam  się  kompletnie 

wyczerpana. 

- Nie takie złe. Ojciec Andrew zwolnił nas wcześniej. 

- Nas? 

- Dymitr mi pomagał. Pewnie miał wyrzuty sumienia. 

- Albo nic do roboty, skoro nie prowadzi z tobą dodatkowych treningów. 

-  Wątpię.  Tak  czy  owak,  to  nie  był  zły  dzień,  pod  warunkiem  że  rewelacje  o  życiu 

pozagrobowym nie wydadzą się komuś złą wiadomością. 

- A ja świetnie się bawiłem - powiedział szczerze Christian. Powstrzymałam się, żeby 

nie przewrócić oczami. 

- Słyszałam. 

Postanowili  z  Lissą  wykorzystać  dzień  bez  ochrony  strażników  i  umówili  się  na 

romantyczną randkę. Pewnie powinnam się cieszyć, że zaczekali z tym do chwili, kiedy Eddie 

i  ja  zostawimy  ich  samych,  ale  i  tak  wiedziałam,  co  się  święci.  Jeśli  akurat  nie  spałam, 

mogłam blokować przepływ emocji od Lissy, lecz nie obroniłam się przed własną zazdrością 

i gniewem. Moja przyjaciółka przeżywała rzeczy, na które ja nie mogłam sobie pozwolić. 

Teraz  byłam  senna,  rozbita  i  głodna  jak  wilk.  Marzyłam  o  śniadaniu.  Już  czułam 

zapach  tostów  i  gorącego  syropu  klonowego.  Same  niezdrowe  węglowodany.  Pycha. 

Tymczasem Christian postanowił najpierw zajrzeć do pokoju karmicieli. Jego potrzeby były 

jak  zwykle  ważniejsze  od  moich.  Okazało  się,  że  wczoraj  zrezygnował  z  codziennej  porcji 

krwi, zapewne po to, by wzmocnić doznania podczas czułych chwil spędzonych z Lissą. 

W pokoju karmicieli nie było tłoku, ale i tak musieliśmy czekać. 

-  Christian,  czy  znasz  Bretta  Ozerę?  Zdaje  się,  że  jesteście  spokrewnieni?  - 

Zaczynałam  rozumieć  co  nieco  po  rozmowie  z  Jill.  Jej  opowieść  o  młodych  Morozach, 

background image

Ozerze  i  Zeklosie,  przypomniała  mi  spotkanie  z  Brandonem.  On  również  został  pobity  w 

dniu, kiedy Stan zaatakował nad po raz pierwszy. Byłam wówczas tak przygnębiona porażką, 

że  zapomniałam  o  Brandonie.  To  nie  mógł  być  zbieg  okoliczności.  Trójka  morojów  padła 

ofiarą napaści. I, co najdziwniejsze, zgodnie temu zaprzeczali. 

Christian skinął głową. 

-  W  pewnym  sensie  wszyscy  jesteśmy  spokrewnieni.  Nie  znam  dobrze  Bretta,  zdaje 

się,  że  jest  moim  kuzynem  w  trzeciej  czy  nawet  czwartej  linii.  Ta  część  rodziny  przestała 

kontaktować się z moją od czasu…no, wiesz. 

-  Słyszałam  o  nim  dziwne  rzeczy.  Powtórzyłam  Christianowi  wszystko,  co 

opowiedziała mi Jill. 

-  Rzeczywiście  nieciekawie  to  wygląda  -  zgodził  się.  -  Jednak  bójki  zdarzają  się 

często. 

-  Myślę,  że  to  nie  jest  zwykły  przypadek.  Poza  tym  członkowie  rodów  królewskich 

rzadko padają ofiarami pobicia. 

-  Może  dlatego  milczą.  Wiesz,  jak  to  jest.  Wielu  arystokratów  obawia  się  morojów, 

którzy  nie  mają  swoich  strażników  i  chcą  uczyć  się  sztuk  walki.  Pewnie  właśnie  z  tego 

powodu  Jesse  i  Ralf  założyli  swój  mały  klub.  Usiłują  utrzymać  się  na  wiodącej  pozycji. 

Przeciętni moroje burzą się przeciwko układom i zaczynają otwarcie protestować. 

- Uważasz, że to oni prowokują bójki? 

- Nie zdziwiłbym się. Życie w szkole ostatnio stanęło do góry nogami - zauważył. 

- Fakt - mruknęłam. Wywołano nazwisko Ozera i Christian wszedł do boksu. 

- Spójrz tylko - stwierdził z zadowoleniem. - To znowu Alice. 

- Nie rozumiem, co cię w niej tak kręci - powiedziałam, kiedy podeszliśmy do starszej 

kobiety. - Lissa też ją uwielbia. A przecież Alice jest stuknięta. 

- Wiem - odparł Christian. - I właśnie to mnie w niej urzeka. 

Karmicielka powitała nas wylewnie, a chłopak usiadł u jej boku. Oparłam się o ścianę 

i skrzyżowałam ręce na piersiach. 

-  Alice,  otoczenie  nie  zmieniło  się  od  naszej  ostatniej  wizyty  -  zaczęłam 

prowokacyjnie. 

Kobieta spojrzała na mnie półprzytomnie. 

- Cierpliwości, Rose. Musisz być cierpliwa. I gotowa. Czy jesteś gotowa? 

Nieoczekiwana  zmiana  tematu  nieco  zbiła  mnie  z  tropu.  Sposobem  mówienia  Alice 

przypominała Jill, była tylko bardziej chaotyczna. 

- Na co mam być gotowa? Na zmianę otoczenia? 

background image

Siliłam się na ironię, ale kobieta spojrzała, jakbym to ja była szalona. 

- Pytałam, czy jesteś uzbrojona. Będziesz nas chronić, prawda? Sięgnęłam do kieszeni 

płaszcza i wyjęłam ćwiczebny sztylet. 

- Spokojna głowa - zapewniłam. 

Alice westchnęła z ulgą, nie umiała odróżnić prawdziwego sztyletu od atrapy. 

- To dobrze - westchnęła. - Teraz jesteśmy bezpieczni. 

- Tak - wtrącił Christian. - Rose ma broń, więc nie musimy się niczego obawiać. Świat 

morojów może odetchnąć z ulgą. 

Karmicielka nie wychwyciła sarkazmu. 

- Nigdzie nie jesteśmy bezpieczni. Schowałam sztylet. 

-  Jesteśmy.  Mamy  najlepszą  ochronę  w  postaci  strażników  i  tarcz.  Strzygi  na  pewno 

się tu nie dostaną. 

Nie  wspomniałam  o  tym,  co  wiedziałam  od  niedawna:  strzygi  zaangażowały  do 

pomocy ludzi, żeby przełamywali tarcze ochronne, czyli niewidzialne pola mocy utworzone z 

żywiłów.  Każdą  tarczę  budowało  czterech  morojów  specjalizujących  się  w  poszczególnych 

żywiołach.  Obchodzili  teren  i  zataczali  wokół  magiczne  kręgi  tworzące  barierę  nie  do 

pokonania.  Magia  morojów  wibruje  energią  życiową,  a  strzygi  nie  mają  do  niej  dostępu. 

Tarcze ochronne zakłada się często wokół siedzib morojów. Akademia została zabezpieczona 

setkami  tych  magicznych  kręgów.  Srebrne  sztylety,  którymi  posługiwali  się  strażnicy, 

również wzmacniano mocą czterech żywiołów. Dzięki temu można nimi przebić osłony. Nie 

przejmowaliśmy  się  tym  specjalnie,  ponieważ  strzyga  nie  może  dotknąć  takiego  sztyletu. 

Ostatnie  napaści  z  udziałem  ludzi  dowiodły  jednak,  że  bestie  zyskały  nad  nami  przewagę. 

Ludzie bez problemu przebijali magiczne osłony. 

Uważaliśmy,  że  udało  mi  się  zabić  przywódcę  tej  bandy  kolaborantów,  lecz  nie 

wiedzieliśmy tego na pewno. 

Alice patrzyła lekko nieprzytomnym wzrokiem. Miałam wrażenie, że czyta w moich 

myślach. 

- Nigdzie nie jesteśmy bezpieczni - powtórzyła. - Tarcze zawodzą. Strażnicy giną. 

Zerknęłam na Christiana, ale on tylko wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: 

„A czego się po niej spodziewałaś?” 

- Skoro już zakończyłyście babskie pogaduszki, chciałbym się napić - oświadczył. 

Alice przystała na to z zadowoleniem. Natychmiast zapomniała o osłonach i o całym 

świecie,  oddając  się  rozkoszy,  jaką  sprawiały  jej  ukąszenia  wampira.  Nie  przejęłam  się 

ostrzeżeniami;  miałam  poważniejszy  problem.  Wciąż  nie  rozstrzygnęłam,  czy  Mason 

background image

naprawdę do mnie przychodził. Ojciec Andrew  miał  swoją teorię na temat duchów, a mnie 

wizyty zmarłego napełniały przerażeniem. Jeśli szukał zemsty, to dobrze mu szło. Jeszcze raz 

usiłowałam sobie wytłumaczyć, że jego postać powstała w mojej wyobraźni na skutek stresu i 

zmęczenia. 

-  Teraz  pora  na  moje  śniadanie  -  powiedziałam,  kiedy  Christian  skończył.  Byłam 

pewna, że czuję zapach bekonu. Christian na pewno owinie go sobie wokół tostu. 

Ledwo  wyszliśmy  z  pokoju,  podbiegła  do  nas  Lissa.  Eddie  podążał  krok  w  krok  za 

nią. Moja przyjaciółka była wyraźnie czymś zaaferowana. 

- Słyszałaś? - wysapała. 

- O czym? 

- Pakuj się. Zaraz wyjeżdżamy na proces Wiktora. 

Do  tej  chwili  nie  wiedziałyśmy,  kiedy  odbędzie  się  proces.  Tymczasem  ktoś  jednak 

zdecydował, że powinnyśmy wziąć w nim udział. Wymieniliśmy z Christianem zaskoczone 

spojrzenia  i  pobiegliśmy  do  jego  pokoju.  Spakowaliśmy  się  błyskawicznie.  Do  tej  pory  nie 

wyjęłam  ubrań  z  torby,  a  Christian  dorzucił  tylko  kilka  swoich.  Pół  godziny  później 

znajdowaliśmy  się  już  na  prywatnym  lotnisku  Akademii.  Stały  tam  dwa  odrzutowce,  jeden 

miał włączone silniki i był gotów do lotu. Zauważyłam dwóch morojów czyniących ostatnie 

przygotowania. 

Nikt  nie  wiedział  do  końca,  co  się  dzieje.  Lissę  poinformowane  jedynie,  że  nasza 

trójka  wyrusza  w  podróż.  Eddie  miał  jej  towarzyszyć,  by  zaliczyć  swoje  ćwiczenia  polowe. 

Nie wyjaśniono, kto i dlaczego podjął taką decyzję. Wszyscy wyglądali na bardzo przejętych. 

Zależało nam, by Wiktor trafił za kratki, ale teraz, kiedy mieliśmy stanąć z nim oko w oko, 

obleciał  nas  strach.  Kilku  strażników  ustawiło  się  rzędem  przed  wejściem  do  samolotu. 

Rozpoznałam  ich  -  pomogli  w  ujęciu  Daszkowa.  Zapewne  mieli  nam  towarzyszyć  w 

charakterze  ochrony,  a  także  będą  zeznawali  w  sądzie.  Nadchodził  Dymitr.  Podbiegłam  do 

niego. 

- Przepraszam - wyjąkałam. - Bardzo cię przepraszam. Spojrzał z doskonale obojętną 

miną. 

- Za co? 

-  Za  te  głupoty,  które  wygadywałam  wczoraj.  Pomogłeś  nam.  Przekonałeś  ich,  by 

pozwolili nam jechać. 

Mimo  zdenerwowania  i  lęku  przed  konfrontacją  z  Wiktorem  byłam  uszczęśliwiona. 

Dymitr  stanął  po  mojej  stronie.  Wiedziałam,  że  mu  na  mnie  zależy,  a  teraz  to  potwierdził. 

Gdyby nie fakt, że otaczało nas mnóstwo osób, rzuciłabym mu się na szyję. 

background image

Twarz strażnika nie wyrażała żadnych emocji. 

-  To  nie  moja  zasługa,  Rose.  Nie  mam  z  tym  nic  wspólnego.  Alberta  dała  znak,  że 

możemy  już  wchodzić  na  pokład  samolotu.  Dymitr  odwróci  się  i  poszedł  do  pozostałych 

strażników. Stałam nieruchomo, patrząc za nim. Co się stało? Jeśli to nie on namówił władze 

szkoły do wyjazdu, to dlaczego zmieniono decyzję? Dyplomatyczne talenty Lissy zwiodły w 

tek  kwestii.  Kto  więc  wstawił  się  za  nami?  Moi  przyjaciele  siedzieli  już  w  samolocie,  więc 

szybko do nich dołączyłam. Ledwie postawiłam nogę na pokładzie, usłyszałam wołanie: 

- Mała dampirzyca! W samą porę. 

Podniosłam  głowę  i  zobaczyłam  Adriana  machającego  do  mnie.  W  drugiej  ręce 

trzymał pełny kieliszek. Wspaniale. Musiałyśmy prosić i błagać, żeby pozwolono nam lecieć, 

a  on  wślizgnął  się,  jak  gdyby  nigdy  nic.  Lissa  i  Christian  usiedli  obok  siebie,  więc  żeby 

uniknąć  rozmowy  z  Iwaszkowem,  zajęłam  miejsce  przy  oknie  obok  Eddiego.  Tymczasem 

Adrian  przeniósł  się  na  fotel  stojący  przed  nami  i  odwrócony  do  nas  paplał  bez  przerwy,  a 

nawet usiłował ze mną flirtować, co świadczyło o tym, że zaliczył pewnie niejednego drinka 

przed  podróżą.  Kiedy  wznieśliśmy  się  w  powietrze,  pozazdrościłam  mu  pomysłu.  Dopadła 

mnie silna migrena i marzyłam o dużej, znieczulającej wódce. 

- Wkrótce znajdziemy się na dworze - stwierdził Adrian. - Nie cieszysz się? 

Zamknęłam oczy i rozcierałam skronie. 

- Co masz na myśli? Świeże powietrze czy siedzibę królowej? 

- To drugie. Zabrałaś stosowny strój? 

- Nikt mnie nie uprzedził. 

- Rozumiem, że nie zabrałaś. 

- Tak. 

- Tak? Sądziłem, że zaprzeczyłaś. Otworzyłam jedno oko i spojrzałam groźnie. 

- Zaprzeczyłam, a ty zrozumiałeś. Nie, nie zabrałam stosownego stroju. 

- Znajdziemy jakąś sukienkę - rzucił lekko. 

- Zabierasz mnie na zakupy? Zepsujesz sobie opinię na dworze. 

- Zakupy? Coś w tym rodzaju. Zwrócimy się do królewskich krawców. Na pewno coś 

wykombinują. 

- Nie ma czasu. Poza tym czy naprawdę muszę wystąpić w sukience? 

- Nie musisz. Po prostu chciałbym cię zobaczyć w pięknej sukni. 

Westchnęłam i przytuliłam czoło do szyby. Migrena nie ustępowała, miałam wrażenie, 

jakby  powietrze uciskało mi czaszkę. Przez ułamek sekundy zdawało  mi  się,  że widzę jakiś 

ruch  kątem  oka,  ale  kiedy  uważnie  spojrzałam  przez  okno,  zobaczyłam  tylko  nocne  niebo 

background image

usłane gwiazdami. 

-  Powinnaś  włożyć  coś  czarnego  -  ciągnął  Adrian.  -  Satynę…z  jedwabną  lamówką. 

Lubisz jedwab? Niektóre kobiety twierdzą, że podrażnia im skórę. 

- Adrian… - W mojej głowie pracował młot pneumatyczny. 

- Może zresztą być aksamitna. Nie będzie cię drażniła. 

- Proszę. - Bolały mnie nawet włosy. 

-  Na  dole  rozcięcie,  żeby  pokazać  twoje  zgrabne  nogi.  Mogłoby  sięgać  bioder, 

odsłaniając te urocze krągłości… 

- Adrian! Zamkniesz się choć na chwilę?! - wrzasnęłam tak głośno, że pewnie usłyszał 

mnie pilot. Iwaszkow wyglądał na zaskoczonego, co zdarzało się niezwykle rzadko. 

Alberta, siedząca po przeciwnej stronie, podskoczyła na fotelu. 

- Rose! - krzyknęła. - Co się stało? 

Zgrzytnęłam zębami i potarłam czoło. 

-  Męczy  mnie  pieprzony  ból  głowy,  a  on  nie  chce  zamilknąć  -  powiedziałam, 

zapominając,  że  zwracam  się  do  instruktorki.  Naraz  z  drugiej  strony  znów  zauważyłam 

przemykający  cień.  Przypominał  czarne  skrzydło  nietoperza  albo  kruka.  W  samolocie  nie 

było żadnego z tych stworzeń. - Boże, kiedy to minie? 

Spodziewałam  się,  że  Adrian  zgani  mnie  za  ten  wybuch,  ale  z  odsieczą  przyszedł 

Christian. 

- Ona nic dzisiaj nie jadła. Już rano była głodna. 

Otworzyłam  oczy.  Alberta  patrzyła  na  mnie  z  troską,  za  nią  pojawił  się  Dymitr. 

Otaczało mnie coraz więcej cieni. Większość nie miała zarysowanych kształtów, ale mogłam 

przysiąc,  że  dostrzegam  wśród  nich  czaszkę.  Zamrugałam  gwałtownie  i  cienie  się 

rozproszyły. 

Alberta zwróciła się do stewarda. 

- Możecie dać jej coś do jedzenia? I środki przeciwbólowe. 

- Gdzie cię boli? - spytał Dymitr. Widząc jego troskę, zrozumiałam, że przesadziłam. 

- Mam migrenę…Zaraz mi przejdzie. - Pokazałam palcem środek czoła. - Czuję ucisk 

w  czaszce.  Boli  mnie  też  za  oczami.  Czuję  się…  jakbym  miała  coś  w  oku.  Widzę  cienie. 

Znikają, kiedy zaczynam mrugać. 

- Ach - odezwała się Alberta. - Typowe objawy migreny z zaburzeniami  wzroku. To 

nazywa się aura. Często poprzedza ból głowy. 

-  Aura?  -  zdziwiłam  się,  zerkając  na  Adriana.  Siedział  zwrócony  do  mnie  przodem, 

długie ramiona splótł na oparciu fotela. 

background image

-  To  coś  innego  -  wyjaśnił  z  nieznacznym  uśmiechem.  -  Słowo  o  podwójnym 

znaczeniu,  jak  dwór.  Aury  migrenowe  zapowiadają  ból.  Nie  mają  nic  wspólnego  z  aurą 

osoby. Teraz otacza cię niezwykła barwa… 

- Czarna? 

- Nie tylko. Widzę ją wyraźnie, mimo że sporo wypiłem. Jeszcze nigdy nie oglądałem 

czegoś podobnego. 

Nie  wiedziałam,  jak  to  rozumieć,  ale  w  tej  chwili  pojawił  się  steward.  Przyniósł  mi 

banana, batonik zbożowy i aspirynę. Marzyłam o toście, ale musiałam szybko czymś napełnić 

żołądek. Pochłonęłam wszystko w sekundę i oparłam głowę na poduszce. Zamknęłam oczy w 

nadziei, że uda mi się zdrzemnąć przed lądowaniem. Na szczęście wszyscy umilkli. Obudziło 

mnie lekkie dotknięcie w ramię. 

- Rose? 

Otworzyłam  oczy  i  zobaczyłam  Lissę  siedzącą  na  miejscu  Eddiego.  Za  jej  plecami 

trzepotały skrzydła nietoperza. Znowu poczułam ból głowy. Wokół wirowały cienie, a wśród 

nich twarz z szeroko otwartymi ustami. W jej oczach płonął ogień. Przestraszyłam się. 

-  Boli  cię  jeszcze?  -  niepokoiła  się  moja  przyjaciółka.  Zamrugałam  powiekami. 

Przerażająca twarz zniknęła. 

- Tak… O, nie - pojęłam zamiar Lissy. - Nie rób tego. Nie marnuj na mnie energii. 

- Nic mi nie będzie - zapewniła. 

- Im częściej korzystasz z energii…tym bardziej narażasz się na skutki uboczne. Teraz 

o tym nie pamiętasz. 

- Później będę się tym martwić. Pozwól. 

Ujęła dłońmi  moją rękę  i  zamknęła oczy. Czułam, jak w wypełnia  ją magiczna siła. 

Wzywała  uzdrawiającą  moc  ducha.  Odczuwała  ją  jako  ciepło  i  złote  światło.  Kiedy  mnie 

uzdrawiała, zawsze czułam  na przemian gorąco  i  zimno. Tym  razem  poczułam tylko  lekkie 

łaskotanie. 

Moja przyjaciółka otworzyła oczy. 

- Co się stało? - spytała. 

- Nic - odparłam. - Głowa nadal mnie boli. 

-  Przecież…  -  urwała  ze  skonsternowaną  miną.  -  Czułam  przypływ  mocy.  Użyłam 

magii. 

- Ja tym bardziej nie wie, o co chodzi, Liss. Ale nie przejmuj się. Niedawno odstawiłaś 

leki, może trzeba trochę poczekać. 

- Kilka dni temu uzdrowiłam Eddiego. I Adriana - dodała z naciskiem, bo Iwaszkow 

background image

przyglądał nam się uważnie znad oparcia fotela. 

-  Mieli  drobne  rany  -  wyjaśniłam.  -  A  mnie  dopadła  silna  migrena.  Potrzebujesz 

więcej mocy. 

Przygryzła wargę. 

- Sądzisz, że pigułki osłabiły moje zdolności, prawda? 

-  Bzdura  - wtrącił Adrian.  - Obserwowałem  cię.  Otaczało  cię złote światło.  Potrafisz 

korzystać z magii, tylko na nią to nie działa. 

- Niby dlaczego? - nie dawała za wygraną. 

- Możliwe, że to nie są zwyczajne dolegliwości. 

- Masz na myśli ból głowy? - żachnęłam się. Chłopak wzruszył ramionami. 

-  Czy  ja  wyglądam  na  lekarza?  Nie  mam  pojęcia,  co  ci  jest.  Mówię  tylko,  co 

widziałem. 

Westchnęłam i położyłam rękę na czole. 

-  Doceniam  twoje  starania,  Liss,  podobnie  jak  irytujące  uwagi  Adriana.  Tymczasem 

spróbuję się zdrzemnąć. To pewnie wynik stresu. - Jasne, stres wyjaśniał wszystkie ostatnie 

wydarzenia: spotkanie z duchem,  migrenę i  twarze wyłaniające się z cieni wirujących przed 

oczami. - Tak będzie najlepiej. 

-  Możliwe - naburmuszyła się Lissa, urażona,  że nie zdołała mi pomóc. Wiedziałam, 

że w głębi duszy ma do siebie pretensję. 

-  Naprawdę  nic  się  nie  stało  -  zapewniłam.  -  Stopniowo  odzyskasz  swoją  moc.  W 

wtedy coś sobie złamię, żeby ją przetestować. 

Moja przyjaciółka jęknęła. 

- Najgorsze jest to, że nie żartujesz. - Uścisnęła mi rękę i wstała. - Spij dobrze. 

Odeszła, ale miejsce obok mnie pozostało puste. Eddie zmienił miejsce, żebym mogła 

się  położyć.  Poprawiłam  poduszkę  i  wyciągnęłam  nogi.  Tuż  przed  zaśnięciem  widziałam 

jeszcze cienie tańczące mi przed oczyma, a potem odpłynęłam. 

Obudziłam  się,  kiedy  samolot  z  rykiem  silników  podchodził  do  lądowania.  Z  ulgą 

stwierdziłam, że ból głowy minął. 

- Czujesz się lepiej? - zagadnęła Lissa, kiedy wstałam, ziewając. Kiwnęłam głową. 

- O wiele lepiej. Jestem tylko bardzo głodna. 

- Cóż - roześmiała się. - Nie spodziewaj się tutaj bankietu. 

Miała  rację.  Wyjrzałam  przez  okno  samolotu.  Znajdowaliśmy  się  na  królewskim 

lotnisku. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

WYSIEDLIŚMY  Z  SAMOLOTU  i  natychmiast  owionęło  nas  zimne,  wilgotne 

powietrze.  Słota  wydała  mi  się  znacznie  gorsza  od  mrozu  i  śniegu  pokrywającego  góry 

Montany.  Wylądowaliśmy  gdzieś  na  wschodnim  wybrzeżu.  Królowa  rezydowała  w 

Pensylwanii,  w  rejonie  gór  Pocono,  o  których  miałam  raczej  mgliste  wyobrażenie. 

Wiedziałam, że znajdujemy się na uboczu, z dala od wielkich miast, takich jak Filadelfia czy 

Pittsburg - jedynych w tym stanie, które umiałam wymienić. 

Niewielkie  lotnisko  zbudowano  na  terenie  posiadłości.  Przypominało  lądowisko  w 

Akademii. Zabudowania królewskiego pałacu również przywodziły na myśl znajome budynki 

szkoły. Z zewnątrz nie różniły się niczym od ludzkich siedzib. Dwór królowej mieścił się w 

kilku pięknie zdobionych budowlach otoczonych drzewami, wypielęgnowanymi trawnikami i 

klombami kwiatów. W każdym razie kwiaty z pewnością zakwitną tu wiosną, podobnie jak w 

Montanie.  Na  spotkanie  wyszło  pięciu  strażników  ubranych  w  identyczne  czarne  spodnie  i 

płaszcze narzucone na białe koszule. Nie nosili wprawdzie mundurów, ale zgodnie z etykieta 

prezentowali się elegancko i schludnie. W porównaniu z nimi wyglądaliśmy jak obdartusy w 

swoich dżinsach i podkoszulkach. Pomyślałam, że nasze stroje byłyby znacznie wygodniejsze 

podczas walki ze strzygami. 

Strażnicy  królowej  przywitali  się  z  Albertą  i  Dymitrem.  Ci  dwoje  znali  chyba 

wszystkich na świecie. Wymieniliśmy grzeczności w przyjaznej atmosferze, po czym eskorta 

odprowadziła  nas  prostoto  budynku,  byśmy  jak  najszybciej  się  ogrzali.  Wiedziałam,  że 

oficjalne spotkania odbywają się w największym i najbardziej ozdobnym gmachu. Z zewnątrz 

przypominał  gotycki  zamek,  lecz  podejrzewałam,  że  wnętrze  okaże  się  na  wskroś 

nowoczesne. 

Ku memu zaskoczeniu zaprowadzono nas gdzie indziej. Znaleźliśmy się w przyległym 

budynku,  równie  eleganckim  z  zewnątrz,  lecz  o  połowę  mniejszym.  Jeden  ze  strażników 

wyjaśnił,  że  tutaj  znajdują  się  pomieszczenie  przeznaczone  dla  gości  i  dygnitarzy.  Każdy 

dostał osobny pokój. 

Eddie  usiłował  protestować,  twierdząc,  że  nie  może  odstąpić  Lissy  nawet  na  krok. 

Dymitr uśmiechnął się jednak i zapewnił, że nie jest to konieczne. Pobyt na dworze królowej 

zwalniał  strażników  z  obowiązku  pilnowania  podopiecznych  i  często  zajmowali  się  innymi 

sprawami.  Było  to  miejsce  chronione  równie  dobrze,  jak  Akademia.  Moroje  odwiedzający 

naszą  szkołę  też  rezygnowali  z  nieustającej  kurateli  swoich  opiekunów.  Tylko  w  czasie 

background image

ćwiczeń polowych musieliśmy towarzyszyć im krok w krok. 

Eddie zgodził się niechętnie, a ja pomyślałam o nim z podziwem. 

-  Odpocznijcie trochę i  przygotujcie się do obiadu.  Lisso,  królowa  chce  cię wiedzieć 

za godzinę - zwróciła się do nas Alberta. 

Moja przyjaciółka była zaskoczona, wymieniłyśmy zaniepokojone spojrzenia. Podczas 

ostatniej  wizyty  w  Akademii  królowa  Tatiana  zawstydziła  i  upokorzyła  Lissę  na  oczach 

wszystkich, wypominając jej naszą ucieczkę. Zastanawiałyśmy się, czego może chcieć teraz. 

- Oczywiście - odparła Lissa. - Przyjdziemy z Rose. Alberta potrząsnęła głową. 

- Rose nie została zaproszona. Królowa chce rozmawiać tylko z tobą. 

Nie  zdziwiło  mnie  to.  Czyż  władczyni  morojów  mogła  interesować  się  cieniem 

Wasylisy Dragomir? Usłyszałam w głowie nieprzyjemny szept: „Jesteś zbędna”… 

Poczułam  niechęć,  ale  postarałam  się  szybko  ją  odpędzić.  Weszłam  do  swojego 

pokoju i zauważyłam telewizor. Perspektywa leniuchowania przez kilka godzin wydała mi się 

fantastyczna. Pokój urządzono nowocześnie i elegancko. Wokół czarnych, lśniących stolików 

ustawiono  wygodne  sofy  z  białej  skóry.  Bałam  się  na  nich  usiąść.  Mimo  luksusowego 

wystroju brakowało tu przytulności. Pomyślałam jednak, że goście królowej nie przyjeżdżają 

przecież na wakacje, tylko załatwiają interesy. 

Wyciągnęłam  się  w  końcu  na  skórzanej  kanapie  i  włączyłam  telewizor.  Nagle 

odebrałam w myślach komunikat od Lissy. 

„Przyjdź  do  mnie”  -  prosiła.  Usiadłam  zdziwiona.  Nie  spodziewałam  się  tak 

rzeczowego  przekazu.  Zwykle  odbierałam  uczucia,  wrażenia  mojej  przyjaciółki.  Rzadko 

zwracała się do mnie z bezpośrednią prośbą. 

Wyszłam  z  pokoju  i  stanęłam  przed  sąsiednimi  drzwiami.  Lissa  otworzyła  je 

natychmiast. 

- Nie mogłaś się do mnie pofatygować? - spytałam. 

- Przepraszam - powiedziała ze skruszoną miną. Nie sposób było się na nią gniewać. - 

Mam mało czasu, a nie wiem, w co się ubrać. 

Jej  walizka  leżała  otwarta  na  łóżku,  a  sukienki  wisiały  już  w  szafie.  W 

przeciwieństwie do mnie Lissa zawsze była przygotowana na każdą okazję. Położyłam się na 

miękkiej welwetowej kanapie. 

- Włóż bluzkę i czarne spodnie - poradziłam. - Nie zakładaj sukienki. 

- Dlaczego? 

- Żeby nie zrobić wrażenia wystrojonej celebrytki. 

- Idę na audiencję do królowej, Rose. Elegancki strój jest oznaką szacunku. 

background image

- Skoro tak twierdzisz. 

Ostatecznie  jednak  zdecydowała  się  na  bluzkę  i  spodnie.  Rozmawiałyśmy,  gdy  się 

ubierała, a ja patrzyłam z zazdrością, jak wprawnie nakłada makijaż. Rzadko uświadamiałam 

sobie, jak bardzo brakuje mi kosmetyków. Kiedy mieszkałyśmy wśród ludzi, malowałam się 

codziennie. W szkole nigdy nie miałam na to  czasu ani okazji, wciąż pochłonięta zajęciami, 

które i tak zrujnowałyby najtrwalszy wizaż. Ograniczałam się tylko do smarowania kremem 

nawilżającym. Rankiem miałam wrażenie, że nakładam na twarz tłustą maskę, ale w ciągu dni 

moja skóra wchłaniała go z wdzięcznością, narażona na kontakt z zimnym powietrzem. 

Pomyślałam z żalem, że do końca życia nie znajdę czasu, aby zadbać o swój wygląd. 

Lissa  będzie  się  stroić  i  błyszczeć,  a  mnie  nikt  nawet  nie  zauważy.  Ta  myśl  wydała  się 

dziwna. Do tej pory to ja wiecznie zwracałam na siebie uwagę otoczenia. 

- Ja myślisz, dlaczego mnie wezwała? - zastanawiała się Lissa. 

- Może chce ci wyjaśnić cel naszego przyjazdu. 

- Mam nadzieję. 

Kręciła  się  niespokojnie,  chociaż  nie  chciała  okazać  emocji.  Wciąż  jeszcze  nie 

pozbierała się po upokorzeniu, jakie zafundowała jej władczyni zeszłej jesieni. Poczułam, że 

moja  zazdrość  żal  są  nieważne  w  porównaniu  z  tym,  co  ją  teraz  czekało.  Skarciłam  się  w 

myślach, przypominając sobie, że jestem nie tylko strażniczką Lissy, lecz także jej najlepszą 

przyjaciółką. Ostatnio rzadko miałyśmy okazję porozmawiać. 

- Nie masz się czego bać, Liss. Nie zrobiłaś nic złego. Doskonale sobie radzisz. Masz 

świetne  oceny  i  zachowujesz  się  nienagannie.  Pamiętasz,  jakie  wywarłaś  wrażenie  podczas 

wyjazdu na narty? Ta zołza nie może się do ciebie przyczepić. 

- Nie powinnaś tak jej nazywać - upomniała mnie automatycznie. 

Nałożyła tusz na rzęsy, przyjrzała się sobie i zaczęła nakładać drugą warstwę. 

- Mówię, co myślę. Jeśli Tatiana powie ci coś przykrego, to dlatego, że się ciebie boi. 

Lissa parsknęła śmiechem. 

- Dlaczego miałaby się mnie bać? 

- Ponieważ ludzie się do ciebie garną. Takie jak ona nie lubią, kiedy ktoś kradnie im 

podziw i uwagę otoczenia. - Sama się zdziwiłam głębią i bystrością tej diagnozy. - Poza tym 

jesteś w centrum zainteresowania. A kimże jest ona? Jedną z Iwaszkowów. To liczna rodzina. 

Pewnie  dlatego,  że  mężczyźni  z  tego  rodu  przypominają  Adriana  i  wszędzie  zostawiają 

nieślubne dzieci. 

- Adrian nie ma dzieci. 

- Tego nie wiemy na pewno - rzuciłam tajemniczo. 

background image

Lissa odwróciła się od lustra, nareszcie zadowolona ze swojego wyglądu. 

- Dlaczego jesteś wobec niego tak złośliwa? Spojrzałam na nią kpiąco. 

-  Co  się  stało,  że  tak  nagle  go  bronisz?  Dawniej  ostrzegałaś,  żebym  miała  się  przed 

nim na baczności. O mało mnie nie pobiłaś, kiedy się z nim spotkałam, choć wcale do tego 

nie dążyłam. 

Lissa wyjęła z walizki złoty łańcuszek i usiłowała zapiąć go na szyi. 

- No tak… Ale wtedy jeszcze go nie znałam. Adrian nie jest taki zły. Poza tym masz 

rację…nie świeci przykładem, chociaż podejrzewam, że te wszystkie skandale wokół niego są 

w są w większości wyssane z palca. 

- A ja uważam, że się mylisz. - Wstałam i pomogłam jej zapiąć łańcuszek. 

- Dzięki. - Lissa przesunęła palcami po naszyjniku. - Adrian naprawdę cię lubi. Myślę, 

że traktuje cię poważnie. 

Pokręciłam głową. 

- Nieprawda. Podobam mu się. Chętnie widziałby „małą dampirzycę” w swoim łóżku. 

- Nie wierzę. 

- To dlatego, że wszystkich idealizujesz. 

Lissa ze sceptyczną miną rozczesywała włosy opadające na ramiona. 

- Nie sądzę, by tak było. Źle oceniasz Adriana. Wiem, że Mason zginął niedawno, ale 

powinnaś zacząć się z kimś spotykać… 

- Upnij włosy - poradziłam, podając jej spinkę. - Nie chodziłam z Masonem i dobrze o 

tym wiesz. 

- Tak. Tym bardziej powinnaś się za kimś rozejrzeć. Zostało już tylko kilka miesięcy 

do końca szkoły. Wykorzystaj ten czas na rozrywki. 

Rozrywki.  Ironia losu.  Dawniej  kłóciłam się z  Dymitrem na ten temat.  Twierdził, że 

jako  przyszła  strażniczka  musze  dbać  o  reputację  i  zachowywać  umiar.  Uważałam,  że  to 

niesprawiedliwe,  chciałam  się  bawić,  tak  jak  inne  dziewczyny  w  moim  wieku,  choć 

wiedziałam, że muszę myśleć o karierze. Po wyczynie Wiktora zrozumiałam, że Dymitr miał 

rację. Narzuciłam sobie surową dyscyplinę i nawet mój mentor od czasu do czasu zagadywał, 

że  powinnam  w  końcu  pójść  się  rozerwać.  Wydarzenia  w  Spokane  zmieniły  mnie  jeszcze 

bardziej.  Od  ukończenia  szkoły  dzieliło  mnie  kilka  miesięcy,  a  już  wszystkie  sprawy  z  nią 

związane, imprezy, chłopcy, szalone eskapady zupełnie przestały się dla mnie liczyć. Życie w 

Akademii  wydawało  mi  się  błahe,  banalne  i  nic  nie  warte.  Skupiłam  się  wyłącznie  na 

treningach. 

-  Nie  potrzebuję  chłopaka  do  kompletu  studenckich  doświadczeń  -  oznajmiłam  z 

background image

godnością. 

-  Racja  -  przytaknęła  Lissa,  upinając  włos.  -  Jednak  dawniej  chętnie  randkowałaś. 

Sądziłam, że dobra zabawa poprawiłaby ci nastrój. Nie musisz traktować Adriana poważnie. 

- Cóż, jestem pewna, że Iwaszkow chętnie by się z tobą zgodził. I w tym właśnie tkwi 

problem. On unika wszelkich poważnych związków. 

- A mnie doszły słuchy, że bardzo się zaangażował. Podobno zaręczyliście się i z tego 

powodu ojciec wydziedziczył Adriana. Chłopak ponoć twierdził, że nigdy nie pokocha innej. 

-  Aaaaa  -  westchnęłam  z  rezygnacją.  Nie  było  sensu  reagować  na  tak  idiotyczne 

plotki.  -  Najgorsze,  że  te  bajki  dotarły  już  do  podstawówki.  -  Wzniosłam  oczy  do  nieba.  - 

Dlaczego właśnie mnie ciągle biorą na języki? 

Lissa podeszła i spojrzała mi w oczy. 

- Dlatego, że jesteś wyjątkową osobą i wszyscy cię podziwiają. 

- Nieprawda. To ty jesteś wybranką losu. 

- Uznajmy, że obie jesteśmy wspaniałe i godne uwielbienia. Pewnego dnia - w oczach 

mojej  przyjaciółki  zamigotała  iskierka  rozbawienia  -  znajdziemy  mężczyznę,  który  jest  dla 

ciebie stworzony. 

- Nie podniecaj się tak. Nie interesują mnie te sprawy. W każdym razie nie teraz. Mam 

ważniejsze  problemy,  muszę  się  troszczyć  o  ciebie.  Pójdziesz  do  college'u,  a  ja  będę  ci 

towarzyszyć. Tam będziemy robiły, co nam się spodoba. 

- Brzmi dość ryzykownie - zamyśliła się Lissa. - Trochę się boję samodzielności. Na 

szczęście będziecie ze mną, ty i Dymitr - dodała z westchnieniem. 

-  Nie  umiem  sobie  wyobrazić  życia  bez  ciebie.  Nie  pamiętam  czasów,  kiedy  cię  nie 

znałam. 

Usiadłam i lekko szturchnęłam ją w ramię. 

- Uważaj, co mówisz. Christian będzie zazdrosny. Kurczę. Przecież on też pójdzie za 

tobą. Nie opuści cię, prawda? 

-  Na  to  wygląda.  Będziemy  tworzyli  wielką  szczęśliwą  rodzinę;  ty,  ja,  on,  Dymitr  i 

strażnicy Christiana. 

Prychnęłam  gniewnie,  chociaż słowa  Lissy mnie wzruszyły. Nasz świat  się zmienia, 

na szczęście wciąż miałam  wokół siebie oddanych przyjaciół. Czułam, że dopóki  będziemy 

razem, nie przydarzy się żadne nieszczęście. 

Moja przyjaciółka zerknęła na zegarek i spłoszona ruszyła do drzwi. 

- Już pora. Czy pójdziesz ze mną? 

- Wiesz, że nie mogę. 

background image

-  Nie  proszę,  żebyś  mi  towarzyszyła  fizycznie,  ale  czy  mogłabyś  wejść  do  moich 

myśli? Będzie mi raźniej. 

Nigdy przedtem o to nie prosiła. Złościła się wręcz, kiedy zdarzało mi się uczestniczyć 

w jej przeżyciach. Uznałam, że naprawdę jest mocno przestraszona perspektywą spotkania z 

królową. 

- Dobrze - zgodziłam się. - To chyba bardziej interesujące niż oglądanie telewizji. 

Wróciłam  do  swego  pokoju  i  zaległam  na  sofie.  Usiłowałam  nie  myśleć  o  niczym, 

tylko  otworzyć  się  na  umysł  Lissy,  przeniknąć  do  jej  głowy.  Mogłam  tego  dokonać  dzięki 

pocałunkowi  cienia,  szczególnej  więzi,  która  łączyła  mnie  z  przyjaciółką.  Nie  tylko 

odczuwałam jej myśli, lecz także wnikałam w nią, oglądałam świat jej oczami i przeżywałam 

to samo, co ona. Niedawno nauczyłam się kontrolować ten proces. Wcześniej zdarzało mi się 

mimowolnie przenikać do świata Lissy, a jej intensywne uczucia czasem mnie przygniatały. 

Teraz mogłam wchodzić do jej głowy i wychodzić z niej na żądanie - i właśnie to robiłam. 

Tymczasem  moja  przyjaciółka  weszła  do  Sali,  w  której  oczekiwała  na  nią  królowa. 

Moroje  respektowali  hierarchię  oraz  tytuły,  czasem  nawet  przyklękali  przed  królewskim 

majestatem.  Tatiana  nie  miała  tronu.  Siedziała  na  fotelu,  ubrana  w  granatową  spódnicę  i 

sweterek;  wyglądała  bardziej  jak  pracownica  wielkiej  korporacji  niż  monarchini.  Nie  była 

sama. Obok siedziała wysoka, postawna morojka o jasnych włosach przetykanych srebrnymi 

nitkami,  Priscilla  Voda,  przyjaciółka  i  powiernica  Tatiany.  Poznałyśmy  ją  podczas  ferii  w 

ośrodku  narciarskim.  Księżniczka  Dragomir  zrobiła  wówczas  dobre  wrażenie.  Obecność 

Priscilli trochę mnie uspokoiła. Pod ścianami stali milczący strażnicy ubrani w czerń i biel. 

Zauważyłam ze zdziwieniem, że jest tu także Adrian. Przycupnął na niewielkim krzesełku z 

obojętną  miną,  jakby  zupełnie  nie  przejmował  się  bliskością  władczyni.  Strażnik,  który 

przyprowadził Lissę, zaanonsował jej przybycie. 

- Księżniczka Wasylisa Dragomir Tatiana skinęła głową. 

- Witaj, Wasyliso. Usiądź proszę. 

Przycupnęła  obok  Adriana,  lekko  oszołomiona  sytuacją.  Podszedł  służący  i 

zaproponował jej kawę lub herbatę, lecz odmówiła. Tatiana upiła łyk z eleganckiej filiżanki i 

zmierzyła swego  gościa  taksującym spojrzeniem  od stóp  do  głów. Priscilla Voda przerwała 

wreszcie niezręczne milczenie. 

- Pamiętasz, co ci o niej mówiłam? - zaszczebiotała. - Pokazała klasę na przyjęciu  w 

Idaho. Rozsądziła spór na temat udziału morojów w walce ze strzygami. Udało jej się nawet 

obłaskawić ojca Adriana. 

Po chłodnym oblicz Tatiany przemknął cień uśmiechu. 

background image

- Brawo. Często wydaje mi się, że Natan wciąż ma dwanaście lat. 

-  Mnie  również  -  wtrącił  Adrian,  popijając  wino.  Tatiana  zignorowała  jego  uwagę  i 

zwróciła spojrzenie na Lissę. 

-  Doprawdy,  wszyscy  się  tobą  zachwycają.  Pochwałom  nie  ma  końca.  Moroja  są 

skłonni  wybaczyć  ci  nawet  ucieczkę,  która,  jak  słyszałam,  nie  była  zupełnie  bezzasadna.  - 

Zaśmiała  się,  widząc  zaskoczoną  minę  Lissy.  Jednak  w  tym  śmiechu  nie  było  ciepła  ani 

rozbawienia. - Tak, tak. Wiem, że posiadasz wielką moc. Doniesiono mi również o postępku 

Wiktora.  Adrian  opowiedział  mi  nieco  o  twoich  zdolnościach.  To  takie  dziwne.  Czy 

mogłabyś…  -  Królowa  zerknęła  na  niewielki  stolik,  na  którym  stała  doniczka  z 

ciemnozielonymi, bezlistnymi pędami, oczekującymi nadejścia wiosny, tak jak inne kwiaty w 

ogrodzie. 

Lissa  zawahała  się.  Nie  przywykła  do  publicznej  prezentacji  swojego  daru.  Tatiana 

patrzyła wyczekująco. Moja przyjaciółka podeszła do kwiatu i dotknęła drobnych gałązek. W 

chwilę później roślina strzeliła w górę na wysokość mniej więcej trzydziestu centymetrów. Na 

łodydze  wyrosły  wielkie  liście,  a  zaraz  potem  z  pączków  rozkwitły  pachnące  białe  kwiaty. 

Lilie wielkanocne. Lissa cofnęła dłoń. 

Oszołomiona  Tatiana  mruknęła  coś  w  języku,  którego  nie  rozumiałam.  Królowa  nie 

urodziła się w Stanach Zjednoczonych, postanowiła jednak zamieszkać tutaj z całym dworem. 

Mówiła bez obcego akcentu, lecz podobnie jak Dymitrowi, w chwilach zaskoczenia zdarzało 

jej się przechodzić na język ojczysty. Opanowała się błyskawicznie. 

- Hm. Interesujące - powiedziała. To się nazywa oszczędność w słowach. 

-  A  jakie  użyteczne  -  zaćwierkała  Priscilla.  -  Myślę,  że  Wasylisa  i  Adrian  nie  są 

jedynymi  morojami  władającymi  żywiołem  ducha.  Odnalezienie  innych  stworzyłoby 

ogromne  możliwości.  Moc  uzdrawiania  jest  wielkim  darem,  a  przecież  duch  służy  wielu 

celom. Pomyślcie, ile można by osiągnąć. 

W pierwszej chwili Lissa ucieszyła się. Długo szukała innych morojów posiadających 

moc ducha. Spotkała tylko Adriana, a i to na skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności. Gdyby 

w poszukiwania zaangażowała się królowa, z pewnością odnalazłoby się więcej osób takich 

jak oni. Jednak słowa Priscilli ją zaniepokoiły. 

-  Proszę  mi  wybaczyć,  lecz  nie  jestem  pewna,  czy  moje  zdolności  mogą  znaleźć  tak 

szerokie zastosowanie, jak księżna przypuszcza. 

- Dlaczego? - wtrąciła Tatiana. - Rozumiem, że potrafiłabyś uzdrowić niemal każdego. 

-  To  prawda…  -  odparła  Lissa.  -  I  tego  właśnie  pragnę.  Chciałabym  pomagać 

wszystkim,  lecz  nie  mam  tyle  siły.  Proszę  mnie  źle  nie  rozumieć.  Będę  uzdrawiała.  Nie 

background image

wątpię jednak, że znajdą się moroja tacy jak Wiktor, którzy zechcą wykorzystać mój dar. I kto 

ma  decydować,  komu  należy  pomoc?  Nie  wiemy,  co  nam  jest  pisane.  Niektórzy  po  prostu 

muszą umrzeć. Śmierć jest częścią życia. Nie wolno używać tej mocy na życzenie, a obawiam 

się,  że  niektórzy  poczują  się  bardziej  uprawnieni  do  korzystania  z  niej.  Podobnie  jak  w 

kwestii przydziału strażników. 

W Sali wyczuwało się lekkie napięcie. Lissa poruszyła niewygodny temat. 

-  Co  masz  na  myśli?  -  Tatiana  zmrużyła  oczy.  Dałabym  głowę,  że  doskonale 

wiedziała, o czym mowa. 

Lissa zadrżała lekko, ale się nie ugięła. 

-  Wszyscy  wiemy,  że  przydział  strażników  odbywa  się  według  pewnej,  hm,  metody. 

Tylko przedstawiciele elity mają swoich opiekunów, ci najbogatsi i najbardziej wpływowi. 

Powiało chłodem. Tatiana zacisnęła wargi w wąską kreskę. Milczała, a ja odniosłam 

wrażenie, że wszyscy wstrzymali oddech, w każdym razie ja tak zrobiłam. 

- Czyżbyś uważała, że przedstawiciele rodów królewskich nie zasługują na szczególną 

troskę? - odezwała się w końcu królowa. - Jesteś ostatnią z rodu Dragomirów. 

-  Uważam,  że  powinniśmy  dbać  o  bezpieczeństwo  naszych  przywódców.  Nie  wolno 

nam postępować pochopnie. Być może nadeszła pora, żeby coś zmienić w tym względzie. 

Mówiła spokojnie, pewnie i roztropnie. Byłam w niej dumna. Zerknęłam na Priscillę i 

stwierdziłam,  że  ona  również  słuchała  z  zadowoleniem  słów  księżniczki.  Polubiła  Lissę  od 

chwili, gdy ją poznała. Widziałam jednak, że lekko się zaniepokoiła. Księżna była podwładną 

królowej, a Lissa wstąpiła na grząski grunt. 

Tatiana sączyła herbatę. Zbierała myśli. 

-  Rozumiem  -  powiedziała  wreszcie  -  że  twoim  zdaniem  moroja  powinni  również 

walczyć ze strzygami u boku swoich strażników. 

Kolejny sporny temat, z Lissę zmuszano do deklaracji. 

-  Jeśli znajdą  się  chętni,  by  ich  szkolić  w  sztuce  walki,  powinniśmy  dać  im  szansę  - 

odparła, a mnie nagle stanęła przed oczami mała Jill. 

-  Życie morojów jest  zbyt cenne - sprzeciwiła się królowa.  -  Nie powinni  wystawiać 

się na ryzyko. 

-  Równie  cenne  jest  życie  dampirów  -  odparowała  Lissa.  -  Walcząc  wspólnie, 

zwiększymy  własne  szanse.  Dlaczego  mielibyśmy  odmawiać  morojom,  którzy  chcą  się 

skutecznie bronić? Zasługują na prawo do walki o życie. Osoby takie jak Tasza Ozera uczą 

się w tym celu korzystać z magii. 

Tatiana  skrzywiła  się  na  wzmiankę  o  ciotce  Christiana.  Tasza  została  w  młodości 

background image

zaatakowana przez strzygi i od tamtej pory wytrwale doskonaliła sztukę samoobrony. 

- Tasza Ozera sprawia nam kłopoty. Co gorsza, gromadzi coraz więcej zwolenników. 

- Proponuje nowe rozwiązania. - Lissa wyzbyła się lęku. Postanowiła wyrazić to, w co 

wierzyła.  -  Wiemy  z  historii,  że  wielkich  nowatorów  często  traktowano  jak  buntowników. 

Czy wasza wysokość chce usłyszeć prawdę? 

- Zawsze - rzuciła Tatiana niemal z uśmiechem. 

- Potrzebujemy zmian. To dobrze, że pielęgnujemy tradycje. Są naszym dziedzictwem. 

Bywa jednak, że przesłaniają nam rzeczywistość. 

- Jak to? 

- Innowacje są nieuniknione. Świat stale się rozwija. Mamy komputery, elektryczność 

i  najnowsze  technologie.  Dzięki  postępowi  lepiej  i  łatwiej  funkcjonujemy.  Dlaczego 

oponujemy  przed  wprowadzeniem  nowości  do  naszego  stylu  życia?  Czemu  trzymamy  się 

przeszłości, skoro istnieją lepsze rozwiązania? 

Ostatnie  słowa  Lissa  wypowiedziała  niemal  bez  tchu.  Czułam,  że  jest  przejęta  i 

zmęczona. Miała rozgrzane policzki, serce biło jej szybciej. Wszyscy patrzyliśmy na Tatianę, 

która słuchała z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 

- To była interesująca rozmowa - rzekła wreszcie. Słowo „interesująca” zabrzmiało w 

jej  ustach  prawie  jak  obelga.  -  Muszę  się  teraz  zająć  innymi  sprawami  -  dodała,  wstając. 

Natychmiast podnieśli się wszyscy obecni na Sali, nawet Adrian. - Nie usiądę dziś z wami do 

obiadu,  ale ty i twoi  towarzysze otrzymacie wszystko, czego wam  potrzeba.  Zobaczymy się 

jutro  na  procesie.  Masz  radykalne  i  naiwne  przekonania,  lecz  cieszę  się,  że  pomożesz  w 

skazaniu Wiktora. W tej sprawie obie się zgadzamy. 

Królowa  wyszła,  a  za  nią  dwóch  strażników.  Priscilla  podążyła  za  swoją  panią, 

zostawiając Lissę i Adriana sam na sam. 

-  Gratuluję,  kuzynko.  Niewiele  osób  umiałoby  wyprowadzić  starszą  panią  z 

równowagi. 

- Nie sądzę, by mi się to udało. 

- Ależ tak. Możesz mi wierzyć. Nikt nie ośmieliłby się rozmawiać z nią w taki sposób 

jak  ty.  W  dodatku  jesteś  tak  bardzo  młoda.  -  Adrian  wyciągnął  rękę  do  Lissy.  -  Chodźmy. 

Pokażę ci pałac. Przewietrzysz wzburzone myśli. 

- Kiedyś już tu byłem - odparła Lissa. - W dzieciństwie. 

- Dzieci widzą świat inaczej niż dorośli. Wiedziałaś, że jest tu bar otwarty całą dobę? 

Postawię ci drinka. 

- Nie mam ochoty. 

background image

- Nabierzesz, zanim nasza wycieczka dobiegnie końca. 

Opuściłam  głowę  Lissy  i  wróciłam  do pokoju. Audiencja u królowej  skończyła się i 

przyjaciółka  nie  potrzebowała  już  mojego  niewidzialnego  wsparcia.  Poza  tym  nie  miałam 

ochoty  na  towarzystwo  Adriana.  Wstałam  z  uczuciem,  jakbym  się  przed  chwilą  obudziła. 

Wizyta „w Lissie” przypominała sen. 

Postanowiłam  sama  trochę  pozwiedzać.  Ostatecznie  pierwszy  raz  znalazłam  się  na 

królewskim dworze. Podejrzewałam, że czeka mnie długa wędrówka, i byłam ciekawa, co tu 

odkryję  poza  barem,  w  którym  Adrian  w  pewnością  mieszkał  podczas  wizyt  u  ciotki. 

Ruszyłam schodami w dół, przekonana, że trzeba wyjść na zewnątrz, by dotrzeć do pałacu. 

Budynek, w którym nas  ulokowano, stanowił coś w rodzaju hotelu dla gości. Przy drzwiach 

zobaczyłam  Christiana  oraz  Eddiego.  Rozmawiali  z  kimś,  kogo  nie  widziałam.  Eddie 

dostrzegł mnie pierwszy z typową dla niego czujnością i się uśmiechnął. 

- Rose, zobacz, kogo spotkaliśmy. 

Podeszłam  bliżej,  a  Christian  odsunął  się  lekko,  odsłaniając  tajemniczą  osobę. 

Stanęłam jak wryta, a ona uśmiechnęła się na mój widok. 

- Cześć, Rose. Odwzajemniłam uśmiech. 

- Witaj, Mia. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

GDYBY PYTANO MNIE pół roku temu, powiedziałabym, że nigdy nie ucieszę się na 

widok  Mii  Rinaldi.  Dziewczyna  była  młodsza  ode  mnie  o  rok.  Od  pierwszej  klasy  żywiła 

urazę  do  Lissy  i  bezustannie  uprzykrzała  nam  życie.  Osiągała  nawet  pewne  sukcesy.  To 

dzięki niej Jesse i Ralf zaczęli rozpuszczać brzydkie plotki na mój temat. 

A potem znalazłyśmy się razem w Spokane, gdzie schwytały nas Strzygi. Wydarzenia 

te  wiele  zmieniły  w  moim  nastawieniu  do  Christiana,  Eddiego  i  Mii.  Razem  byliśmy 

świadkami  okrucieństwa.  Jako  jedyna  z  naszej  grupy  widziała  śmierć  Masona  i  to,  jak 

pokonałam  strzygi.  Ocaliła  mi  życie,  używając  magii  wody,  w  której  podtopiła  jednego  z 

naszych  prześladowców.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  Mia  opowiadała  się  z  koniecznością 

walki morojów ze strzygami. 

Nie widziałam jej od pogrzebu Masona, czyli miesiąc. Teraz, kiedy na nią patrzyłam, 

pomyślałam,  że  minął  chyba  rok  od  ostatniego  spotkania.  Zawsze  uważałam,  że  Mia 

przypomina  lalkę.  Była  niska  jak  na  moruję  i  miała  okrągła  buzię  dziecka.  Wrażenie 

podkreślały  zawsze  starannie  zakręcone  loczki.  Zauważyłam  ze  zdziwieniem,  że  przestała 

dbać o perfekcyjny wygląd. Jasne włosy związała w kucyk. Nie umalowała się, a barwa jej 

skóry świadczyła o tym, że często przebywała na powietrzu. Miała ogorzałą twarz ze śladami 

opalenizny - rzadki widok u morojów, którzy unikają słońca. Pomyślałam, że Mia nareszcie 

wygląda na dziewczynę w swoim wieku. 

Roześmiała się, widząc moje zaskoczenie. 

- Daj spokój, przecież widziałyśmy się niedawno. Czyżbyś mnie nie poznawała? 

-  Zmieniłaś  się.  -  Uściskałam  ją.  Trudno  uwierzyć,  że  Mia  dawniej  usiłowała 

zniszczyć mi życie. Albo że złamałam jej nos. - Co tu robisz? 

Dziewczyna wskazała na drzwi. 

- Opowiem ci po drodze. Chodź z nami. 

Skierowaliśmy  się  do  sąsiedniego  budynku.  Nie  było  to  centrum  handlowe  w 

dosłownym znaczeniu, ale mieściło biura, sklepy i restauracje. Mia zaprowadziła nas do małej 

kafejki.  Podobne  kawiarenki  znajdują  się  wszędzie,  ale  dla  mnie  są  niecodzienną  rozrywką. 

Siedząc z przyjaciółki przy stoliku, zapomniałam o szkole i kłopotach. Wspomniałam dawne 

czasy,  kiedy  mieszkałyśmy  z  Lissą  wśród  ludzi  i  cieszyłyśmy  się  swobodą,  nieograniczone 

sztywnymi regułami życia w Akademii. 

- Mój tata pracuje na dworze - powiedziała Mia. - Zamieszkałam z nim. 

background image

Dzieci  morojów  rzadko  mieszkają  z  rodzicami.  Zwykle  przebywają  latami  w  takich 

miejscach jak Akademia Świętego Władimira, gdzie są bezpieczne. 

- Zrezygnowałaś ze szkoły? - zdziwiłam się. 

- Mieszkają tu także inne dzieciaki. Większość pochodzi z bogatych rodzin, które stać 

na  prywatnych  nauczycieli.  Tata  się  postarał,  żebym  mogła  uczestniczyć  w  lekcjach. 

Przerabiam ten sam program co w Akademii, tylko w innym trybie. Mam mniej zajęć i więcej 

pracy w domu. Pasuje mi to. 

- Zdaje się, że masz tu również inne zajęcia, chyba że lekcje odbywają się na świeżym 

powietrzu  -  wtrącił  Eddie,  który  zapewne  również  zauważył  zmianę  w  wyglądzie  Mii. 

Zerknęłam  na  jej  dłonie,  którymi  obejmowała  filiżankę  kawy  z  mlekiem.  Miała  odciski  i 

zadrapania. 

Poruszyła palcami. 

- Zaprzyjaźniłam się z tutejszymi strażnikami. Zgodzili się pokazać mi to i owo. 

-  Ryzykujesz  -  stwierdził  Christian,  choć  nie  ukrywał  aprobaty.  -  Dyskusja  na  temat 

szkolenia morojów do walki nie została rozstrzygnięta. 

- Dyskusja dotyczy przede wszystkim używania magii w walce - poprawiła go Mia. - 

Nie było mowy o szkoleniu. 

-  Nie  do  końca  -  sprzeciwiłam  się.  -  W  każdym  razie  różne  zastosowania  magii 

pozostają kwestią sporną. 

-  To,  co  robię,  nie  jest  zabronione  -  broniła  się  dziewczyna.  -  Nie  zamierzam 

rezygnować z treningów. W pałacu panuje spore zamieszanie, wciąż ktoś tu przyjeżdża. Nie 

zauważają, czym się zajmuje ktoś taki jak ja. 

Rodzina  Rinaldich  nie  należała  do  kręgu  rodów  królewskich,  byli  przedstawicielami 

niższej  klasy.  Nie  widziałam  w  tym  niczego  złego,  lecz  Mia  z  pewnością  odczuwała  swoje 

pochodzenie, zwłaszcza na królewskim dworze. 

Mimo to uznałam, że nowe otoczenie jej służy. Dziewczyna wydawała się zadowolona 

z  losu.  Rozmawiała  z  nami  otwarcie  i  szczerze,  co  dawniej  rzadko  jej  się  zdarzało. 

Pomyślałam, że jest wolna. Christian pierwszy wyraził tę myśl. 

- Zmieniłaś się - powiedział. 

-  Wszyscy  się  zmieniliśmy  -  odparła  Mia.  -  Szczególnie  ty,  Rose,  chociaż  nie 

umiałabym tego sprecyzować. 

- To nieuniknione po tym, co w piątkę przeżyliśmy - zauważył Christian, lecz zaraz się 

poprawił: - We czwórkę. 

Umilkliśmy, bo przywołał wspomnienie o Masonie. Towarzystwo Christiana, Eddiego 

background image

i  Mii  sprawiło,  że  ogarnął  mnie  smutek,  który  tak  długo  skrywałam.  Popatrzyłam  na  ich 

twarze - oni również zmagali się z tym ciężarem. 

Gawędziliśmy o tym, co się działo w Akademii i na dworze królowej. Przez cały czas 

zastanawiałam  się  nad  słowami  Mii.  Czyżbym  naprawdę  zmieniła  się  bardziej  niż  oni? 

Rzeczywiście, ostatnio z trudem kontrolowałam emocje, chwilami odnosiłam wrażenie, że to, 

co  robię  albo  czuję,  nie  wypływa  ze  mnie.  Spotkanie  z  Mią  spotęgowało  to  wrażenie. 

Pomyślałam,  jak  znakomicie  wykorzystuje  szansę  rozwinięcia  swoich  najlepszych  cech, 

podczas  gdy  ja  pogrążam  się  z  negatywnych  emocjach.  Przypomniałam  sobie  rozmowy  z 

Adrianem; twierdził, że mam ciemną aurę. 

Nie wiem, czy przyciągnęłam go telepatycznie, ale wkrótce zjawił się z towarzystwie 

Lissy. Pewnie bar znajdował się w tym samym  budynku. Usiłowałam nie zwracać uwagi na 

przyjaciółkę. Adrian wprawdzie nie zdołał jej upić, lecz namówił ją na dwa drinki. Czułam, 

że jest lekko zawiana, więc musiałam zablokować się na przepływ jej emocji. Lissę również 

zaskoczył  widok  Mii,  ale  przywitała  się  z  nią  serdecznie  i  zaczęła  wypytywać  o  wszystko. 

Dziewczyna  powtórzyła  swoją  opowieść,  a  ja  przysłuchiwałam  się  temu,  popijając  herbatę. 

Nie pijam kawy. Większość strażników robi to niemal nałogowo, lecz ja postanowiłam, że nie 

tknę tego świństwa. 

- Jak było u królowej? - spytał Christian. 

- Nie tak źle - odparła Lissa. - Nie sądzę, bym zrobiła na niej oszałamiające wrażenie, 

ale przynajmniej nie próbowała mnie upokorzyć ani krytykować. 

-  Nie  bądź  taka  skromna.  -  Adrian  objął  ją  ramieniem.  -  Księżniczka  Dragomir 

pokazała klasę. Szkoda, że jej nie widzieliście. 

Lissa parsknęła śmiechem. 

- Pewnie nie dowiedziałaś się, czemu zawdzięczamy pozwolenie na udział w procesie? 

- ciągnął sztywno Christian. Nie był zachwycony poufałością Iwaszkowa. 

Lissa przestała się śmiać. 

- Jesteśmy tu dzięki Adrianowi - wyjaśniła z uśmiechem. 

- Jak to? - spytaliśmy jednocześnie z Christianem. Adrian milczał z zadowoloną miną, 

pozwalając Lisie dopowiedzieć resztę. 

- Przekonał Tatianę, że nasze zeznania są niezbędne. Nękał ją tak długo,  aż wreszcie 

się zgodziła. 

-  To  się  nazywa  perswazja,  a  nie  nękanie.  -  sprostował  Iwaszkow,  a  Lissa  znów  się 

roześmiała. 

Zadźwięczały mi w głowie moje własne słowa wypowiedziane pod adresem królowej. 

background image

Kimże ona jest? Tylko jedną z Iwaszkowów. Jest ich cała zgraja. Zerknęłam na Adriana. 

-  Jak  blisko  jesteście  spokrewnieni?  -  spytałam,  a  Lissa  natychmiast  przesłała  mi  w 

myślach odpowiedź. - Jest twoją ciotką. 

-  Cioteczna  babka.  A  ja  jestem  jej  ukochanym  wnukiem.  Prawdę  mówiąc,  jedynym, 

ale i tak byłbym ukochany - dodał po chwili Adrian. 

- Nie do wiary - zdumiał się Christian. 

- Fakt - przyznałam. 

-  Nie  doceniacie  mnie.  Dlaczego  tak  trudno  wam  uwierzyć,  że  mogę  zdziałać  coś 

dobrego  w  tych  mrocznych  czasach?  -  Adrian  wstał.  Udawał  oburzonego,  lecz  uniesione 

kąciki  ust  świadczyły  o  tym,  że  bawi  go  ta  sytuacja.  -  Moje  papierosy  i  ja  wychodzimy  na 

zewnątrz. Tylko na nie mogę liczyć w trudnych chwilach. 

Kiedy wyszedł, Christian zwrócił się do Lissy: 

- Upiliście się razem? 

-  Nie  jestem  pijana,  wypiłam  tylko  dwa  drinki  -  odparła.  -  Od  kiedy  stałeś  się  tak 

konserwatywny? 

- Odkąd Adrian zaczął wywierać na ciebie zły wpływ. 

- Przestań! Pomógł nam. Nikt inny nie zdołał przekonać Tatiany. Adrian zaangażował 

się dobrowolnie, a ty i Rose wciąż traktujecie go jak potwora. 

Jeśli chodzi o mnie, Lissa nie miała racji. Nie odzywałam się, bo byłam wstrząśnięta 

tym, co usłyszałam. 

- Tak i zrobiło wszystko z dobroci serca - mruknął Christian. 

- Znasz inny powód? 

- A ty nie? Lissa otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 

- Uważasz, że wtrącił się ze względu na mnie? Myślisz, że coś nas łączy? 

- Upijacie się, ćwiczycie razem magię i bywacie na elitarnych przyjęciach. Jak byś to 

rozumiała, będąc na moim miejscu? 

Mia  i  Eddie  wyraźnie  mieli  ochotę  się  wycofać,  by  nie  uczestniczyć  w  kłótni 

zakochanych. Podzielałam ich stanowisko. 

Lissa wrzała gniewem, który odczułam jako silny powiew fali gorąca. Była wściekła. 

Nie  chodziło  jej  nawet  o  Adriana.  Najbardziej  zraniło  ją  to,  że  Christian  jej  nie  ufa.  Nie 

potrzebowałam  nadnaturalnej  więzi,  żeby  wiedzieć,  co  czuje  Ozera.  Chłopaka  zżerała 

zwyczajna  zazdrość  o  rywala.  Wkurzył  się,  bo  Adrian  mógł  zaproponować  Lissie  znacznie 

więcej,  niż  on  był  w  stanie  jej  dać.  Przypomniałam  sobie,  co  mówili  Jesse  i  Ralf  - 

odpowiednie koneksje kontaktów. Kopnęłam go w kostkę z nadzieją, że się powstrzyma i nie 

background image

palnie  głupstwa,  którego  potem  by  żałował.  Tymczasem  Lissa  wcale  nie  ochłonęła.  Nadal 

szarpały  nią  wściekłość  i  zażenowanie.  Przemknęło  mi  przez  myśl,  czy  przypadkiem  ona 

sama nie zaczęła podejrzewać, iż czuje do Adriana coś więcej niż koleżeńską sympatię. Cała 

sytuacja wydała mi się absurdalna. 

- Christian, na miłość boską - zaczęłam ostro. - Jeśli Adrian zrobił to dla kogoś, to z 

pewnością  dla  mnie.  Wyśmiałam  jego  przechwałki,  że  może  załatwić  nam  pozwolenie  na 

udział w procesie. - Zerknęłam na Dragomirówne. Chciałam, żeby ochłonęła. Bałam się, że 

straci panowanie nad sobą. - Liss, myślę, że powinnaś dać sobie godzinę, zanim powrócisz do 

tej rozmowy. W przeciwnym razie powiesz coś równie głupiego, jak Christian i potem znów 

będę miała mnóstwo roboty, żeby was pogodzić. 

Spodziewałam  się,  że  któreś  z  nich  każe  mi  pilnować  własnego  nosa,  a  tymczasem 

Lissa uśmiechnęła się do Christiana. 

-  Rzeczywiście,  powinniśmy  odłożyć  tę  rozmowę  na  później.  Sporo  się  dzisiaj 

wydarzyło. 

Chłopak zawahał się, lecz w końcu przytaknął. 

-  Masz  rację.  Przepraszam,  że  tak  na  ciebie  naskoczyłem  -  rzekł,  odwzajemniając 

uśmiech. Spór został zażegnany. 

- Powiedz - Lissa zwróciła się do Mii - kogo tu spotkałaś? 

Patrzyłam z niedowierzaniem, ale nikt nie zwracał na mnie uwagi. To ja rozładowałam 

napięcie  i  nawet  nie  doczekałam  się  słowa  podziękowania.  Choćby:  „Dzięki,  Rose,  że 

uświadomiłaś  nam  naszą  głupotę”.  Cierpiałam,  znosząc  ich  amory  dzień  po  dniu,  bo  nie 

przejmowali się moim samopoczuciem. Teraz pomogłam im się pojednać, a oni nawet tego 

nie zauważyli. 

-  Zaraz  wracam  -  oznajmiłam,  przerywając  Mii,  która  opowiadała  o  naszych 

rówieśnikach mieszkających w pałacu. Bałam się zostać, żeby nie powiedzieć jednego słowa 

za dużo albo zrobić coś jeszcze gorszego. Skąd we mnie taka złość? 

Wyszłam  na  zewnątrz,  żeby  ochłonąć  na  świeżym  powietrzu.  Natychmiast  owionął 

mnie kłąb dymu. 

- Żadnych kazań na temat szkodliwości palenia - zastrzegł Adrian. Opierał się o ścianę 

z cegieł. - Spodziewałem się, że wyjdziesz. Wiedziałaś, że tu jestem. 

-  Oczywiście  masz  rację.  Poza  tym  obawiałam  się  o  swoje  zdrowe  zmysły,  więc 

czmychnęłam. 

Iwaszkow przechylił głowę, żeby mi się lepiej przyjrzeć. Uniósł brwi. 

-  Mówisz  serio,  prawda?  Co  się  stało?  Opuściłem  was  zaledwie  kilka  minut  temu  i 

background image

wszystko było w porządku. 

Stanęłam naprzeciw niego. 

-  Nie  wiem.  Nagle  Christian  naskoczył  na  Lissę  za  to,  że  się  z  tobą  widuje.  Nie 

rozumiem  tego,  co  zaszło  później.  Oni  byli  wkurzeni,  a  w  rezultacie  to  ja  wpadłam  we 

wściekłość. 

- Zaraz. Pokłócili się o mnie? 

- Tak. Powiedziałam to przed chwilą. Nie słuchasz mnie? 

- Nie złość się. Nie zrobiłem ci nic złego. Założyłam ręce na piersi. 

- Christian jest zazdrosny o Lissę. 

- Przecież my tylko uczymy się panować nad duchem - zdziwił się Adrian. - Mógłby 

się do nas przyłączyć. 

- Miłość nie kieruje się rozsądkiem. Weszliście razem i Christian trochę się wnerwił. 

Ponadto dowiedział się, że to ty załatwiłeś Lissie tę wycieczkę. 

- Nie zrobiłem tego dla niej. Myślałem o was wszystkich, a szczególnie o tobie. 

Popatrzyłam na niego poważnie. 

-  Nie  wierzyłam  ci.  Nie  sądziłam,  że  masz  takie  wpływy.  Adrian  uśmiechnął  się 

krzywo. 

- Powinnaś jednak wysłuchać historii mojej rodziny. Pamiętasz ten sen? 

- Tak. Myślałam… 

Nie  dokończyłam.  To  Dymitr  powinien  był  się  za  mną  wstawić.  Do  tej  pory 

wierzyłam, że jest w stanie pokonać każdą przeszkodę. Ale tak się nie stało. 

- Co myślałaś? - podchwycił Adrian. 

- Nic takiego - zdobyłam się na spory wysiłek. - Dziękuję, że nam pomogłeś. 

-  Wielki  Boże  -  westchnął,  wznosząc  oczy  do  nieba.  -  Dobre  słowo  z  ust  Rose 

Hathaway. Teraz mogę umrzeć szczęśliwy. 

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że jestem wredną niewdzięcznicą? 

Posłał mi wymowne spojrzenie. 

-  Hej!  To  nie  było  fajne.  Mogłabyś  mnie  przytulić  na  przeprosiny.  Przewróciłam 

oczami. 

- Ale krótko. Westchnęłam i objęłam go ramieniem, kładąc głowę na jego piersi. 

- Dzięki, Adrian. 

Nie poczułam wzruszenia ani chemii, jaka łączyła mnie z Dymitrem. Musiałam jednak 

przyznać, że Lissa miała rację: Adrian umiał wkurzać i bywał arogancki, ale nie zepsuty do 

szpiku kości. Staliśmy tak przytuleni zaledwie przez jedno uderzenie serca. 

background image

I właśnie wtedy w otwartych drzwiach pojawili się Lissa oraz cała reszta. Musieli się 

zdziwić,  lecz miałam  to  w  nosie.  Z  pewnością  dotarły  już  do  nich  plotki  o  mojej  rzekomej 

ciąży, więc jakie to miało znaczenie? Cofnęłam się. 

- Już idziecie? - spytałam. 

-  Tak,  Mia  ma  ważniejsze  sprawy  na  głowie  niż  dotrzymywanie  nam  towarzystwa  - 

zażartował Christian. 

-  Umówiłam  się  z  tatą.  Na  pewno  jeszcze  się  spotkamy  przed  waszym  wyjazdem.  - 

Dziewczyna zrobiła kilka kroków, ale nagle się odwróciła. - Boże, ależ jestem roztrzepana - 

jęknęła i podała mi wyciągniętą z kieszeni złożoną kartkę. - Dlatego was szukałam. Dał mi to 

jeden z pracowników i prosił, żeby ci to przekazać. 

- Dzięki - bąknęłam zaskoczona. 

Mia  odeszła,  a  my  ruszyliśmy  powoli  w  stronę  hotelu.  Zostałam  nieco  w  tyle  i 

rozprostowałam kartkę. Nie miałam pojęcia, kto mógł do mnie napisać. 

Rose! 

Niezwykle  ucieszyłem  się  na  wiadomość  o  Waszym  przyjeździe.  Jestem  pewien,  że 

jutrzejszy  proces  dostarczy  nam  dzięki  temu  sporo  rozrywki.  Ciekaw  jestem,  jak  radzi  sobie 

Wasylisa, a i Twoje sprawy sercowe stanowią wdzięczny temat. Z radością opowiem o nich w 

sądzie. 

Uszanowania 

W. D. 

-  Od  kogo  ten  list?  -  spytał  Eddie,  dołączając  do  mnie.  Szybko  złożyłam  kartkę  i 

wepchnęłam do kieszeni. 

- Od nikogo - odparłam. Rzeczywiście. W. D. 

Wiktor Daszkow. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

PRZED  WEJŚCIEM  DO  POKOJU  powiedziałam  Lissie,  że  muszę  załatwić  coś 

związanego ze służbą, i się pożegnałam. Nie protestowała. Wyraźnie miała ochotę na dalszy 

ciąg rozmowy z Christianem, tym razem zapewne w swobodniejszych strojach, więc o nic nie 

pytała. Korzystając z tego, że w pokoju  był  aparat  telefoniczny, połączyłam  się z centralą i 

ustaliłam, pod jakim numerem mieszka Dymitr. 

Strażnik otworzył mi drzwi, wyraźnie zaskoczony i - zdaje się - lekko zaniepokojony. 

Poprzednią  wizytę  złożyłam  mu  pod  działaniem  uroku  pożądania  i  zachowałam  się  dość 

bezczelnie. 

- Muszę z tobą porozmawiać - oznajmiłam. Wpuścił mnie, a ja bez wstępów podałam 

mu list. 

- W. D. to… 

- Wiem - nie pozwolił mi dokończyć. - Wiktor Daszkow. 

-  Co  teraz  robimy?  Rozważaliśmy  takie  ryzyko,  ale  teraz  on  pisze  wprost,  że  nas 

wyda. 

Dymitr  nie  odpowiadał,  analizował  sytuację,  jak  czynił  to  zwykle  przed  walką.  Na 

koniec wyciągnął telefon komórkowy. Nie musiał korzystać z aparatu w pokoju hotelowym. 

- Daj mi chwilę. 

Zamierzałam usiąść na łóżku, jednak uznałam, że mógłby uznać to  za prowokację, i 

czym  prędzej  klapnęłam  na kanapie.  Nie wiem,  z kim ani  o czym  rozmawiał, bo mówił po 

rosyjsku. 

- Co jest grane? - spytałam, kiedy skończył. 

- Wkrótce się dowiesz. Na razie musimy czekać. 

- Świetnie. To moje ulubione zajęcie. 

Przysunął sobie fotel i usiadł naprzeciw mnie. Mebel wydawał się zbyt mały dla osoby 

jego wzrostu, lecz Dymitr potraktował go z właściwą sobie elegancją i wdziękiem. 

Zauważyłam na stoliku tanie powieścidło o Dzikim Zachodzie. Zaczytywał się w tych 

arcydziełach. Wzięłam książkę do ręki, myśląc, jak bardzo jest samotny, skoro nawet tu, na 

królewskim dworze, zamykał się w swoim pokoju jak niedźwiedź w gawrze. 

- Po co to czytasz? 

- Niektórzy umilają sobie czas lekturą. 

-  Niepotrzebny  przytyk.  Ja  też  czytuję  książki,  ale  szukam  w  nich  rozwiązania 

background image

problemów. Nie interesują mnie kowbojskie szmiry. 

Dymitr wziął ode mnie książkę i wertował ją w zamyśleniu. 

- Może to ucieczka. Chociaż szukam w nich czegoś więcej… sam nie wiem. Pociągają 

mnie  opowieści  z  Dzikiego  Zachodu.  Nie  ma  w  nich  żadnych  reguł.  Wszyscy  żyją  według 

własnego  uznania.  Sami  wymierzają  sprawiedliwość,  nie  oglądając  się  na  odgórnie 

dyktowane prawo. 

- Chwileczkę - parsknęłam śmiechem. - Na razie to ja jestem wieczną buntowniczką. 

- Nie buntuję się. Mówię tylko, co mnie pociąga w tych książkach. 

- Nie oszukasz mnie, towarzyszu. Najchętniej włożyłbyś kowbojski kapelusz i trzymał 

w szachu wszystkich rabusiów. 

- Nie mam na to czasu. Jestem zbyt zajęty przywoływaniem cię do porządku. 

Spojrzałam  mu  w  oczy  z  uśmiechem  i  nagle  zrobiło  się  przyjemnie,  jak  wtedy,  gdy 

sprzątaliśmy  kościół,  zanim  zdążyliśmy  się  pokłócić.  Przypomniałam  sobie  dawne  czasy, 

kiedy  rozpoczynałam  treningi  pod  okiem  Dymitra.  Wszystko  wydawało  się  wtedy  proste  i 

jasne.  No,  może  niezupełnie.  Moje  życie  zawsze  było  skomplikowane,  chociaż  zdarzały  się 

chwile  odprężenia.  Zrobiło  mi  się  smutno,  zamarzyłam  o  powrocie  do  przeszłości,  gdy  nie 

znałam jeszcze Wiktora Daszkowa, a moich rąk nie splamiła krew. 

- Przykro mi - powiedział nieoczekiwanie Dymitr. 

- Dlaczego? Z powodu tych głupich książek? 

- Bo nie udało mi się załatwić wam pozwolenia na udział w procesie. Mam uczucie, że 

cię zawiodłem. 

Zerknęłam  na  niego  z  ukosa.  Miał  szczerze  zmartwioną  minę,  jakby  obawiał  się,  że 

spowodował  nieodwracalną  szkodę.  Jego  przeprosiny  zupełnie  zbiły  mnie  z  tropu.  Czyżby 

Dymitr,  podobnie  jak  Christian,  zazdrościł  Adrianowi  i  jemu  podobnym  pozycji  i  koneksji? 

„Bzdura”  -  skarciłam  się  w  myślach.  To  moja  wina.  Naciskałam,  bo  wierzyłam,  że  jest  w 

stanie osiągnąć wszystko. Dymitr myślał chyba podobnie, przynajmniej gdy chodziło o mnie. 

Nie cierpiał bezradności. Nagle poczułam się zmęczona. Zrobiłam z siebie idiotkę. 

-  Nie  zawiodłeś  mnie.  To  ja  zachowuję  się  jak  rozkapryszone  dziecko.  Zawsze 

mogłam na ciebie liczyć i tym razem także nie czuję się rozczarowana. 

Jego pełne wdzięczności spojrzenie sprawiło, że urosły mi skrzydła. Gdyby dano nam 

jeszcze chwilę, Dymitr mógłby powiedzieć mi coś tak miłego, że uniosłabym się w powietrze, 

lecz zadzwonił telefon. 

Znów rozmawiał po rosyjsku. Potem strażnik wstał. 

- Zbieraj się. Idziemy. 

background image

- Dokąd? 

- Do Wiktora Daszkowa. 

Okazało się, że Dymitr znał kogoś, kto znał kogoś, i dzięki temu komuś udało nam się 

ominąć  surowe  reguły  bezpieczeństwa.  Dostaliśmy  pozwolenie  na  wejście  do  królewskiego 

więzienia. 

-  Po  co  tam  idziemy?  -  spytałam  szeptem,  drepcząc  za  nim  długim  korytarzem 

prowadzącym do celi Wiktora. Spodziewałam się zobaczyć ponure lochy oświetlone mdłym 

blaskiem pochodni, tymczasem ujrzałam najnowsze zdobycze techniki, marmurowe posadzki 

i sterylnie czyste białe ściany. Jedyny wyróżnik, to że nie było okien. 

- Sądzisz, że zdołamy go przekonać do milczenia? Dymitr potrząsnął głową. 

-  Gdyby  Wiktor  rzeczywiście  chciał  się  mścić,  zrobiłby  to  bez  ostrzeżenia.  Z 

pewnością coś knuje. Napisał do ciebie, bo chce coś uzyskać. To zwykły szantaż. Zaraz się 

dowiemy, o co chodzi. 

Dotarliśmy  na  miejsce.  Wiktor  był  obecnie  jedynym  więźniem.  Podobnie  jak  cały 

areszt,  jego  cela  również  przypominała  szpital.  Panowały  czystość  i  porządek.  Nie  było 

żadnych  zbędnych  przedmiotów,  nic,  co  mogło  zwracać  uwagę,  odciągnąć  myśli.  Gdyby 

zamknęli mnie w takim pomieszczeniu, zwariowałabym po godzinie. Pomalowane na srebrno 

kraty wyglądały bardzo solidnie, a to najważniejsze. 

Wiktor siedział na krześle i z uwagą oglądał paznokcie. Minęły trzy miesiące od czasu 

naszego ostatniego spotkania. Na jego widok przeszły mnie ciarki. Czułam strach i złość. 

Najtrudniej  było  mi  się  pogodzić  ze  zdrowym,  wręcz  młodzieńczym  wyglądem 

Daszkowa. Odzyskał go, torturując Lissę. Nienawidziłam go za to. Gdyby go nie uzdrowiła, z 

pewnością leżałby w grobie. 

W  kruczoczarnej  czuprynie  połyskiwały  pojedyncze  nitki  srebrnych  włosów.  Wiktor 

miał  czterdzieści  parę  lat  i  królewskie  rysy  twarzy.  Podniósł  wzrok,  kiedy  weszliśmy. 

Napotkałam  spojrzenie  jego  bladych  oczy  o  barwie  jadeitu,  takich  samych  jak  oczy  Lissy. 

Dragomirowie i Daszkowie byli ze sobą spokrewnieni i poczułam się nieswojo na widok tego 

podobieństwa. Twarz księcia rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. 

-  Proszę,  proszę.  Śliczna  Rosemarie  wyrasta  na  młodą  kobietę.  -  Przeniósł  wzrok  na 

Dymitra. - Niektórzy zauważyli ten fakt nieco wcześniej. 

Przycisnęłam policzki do grubych prętów. 

-  Odwal  się  od  nas,  sukinsynu.  Czego  chcesz?  Dymitr  delikatnie  odciągnął  mnie  od 

kraty. 

- Uspokój się, Rose. 

background image

Odetchnęłam głęboko. Wiktor wyprostował się na krześle i wybuchnął śmiechem. 

- Po tylu staraniach twoje szczenię jeszcze nie nauczyło się panować nad emocjami. A 

może nie to było twoim zamiarem? 

- Nie przyszliśmy na pogaduszki - odparł spokojnie Dymitr. - Spróbowałeś zwabić tu 

Rose. Chcemy wiedzieć w jakiej sprawie. 

-  Dlaczego  podejrzewasz  złe  zamiary?  Stęskniłem  się  za  nią,  byłem  ciekaw,  co 

porabia. Coś mi jednak mówi, że nie mogę liczyć na miła wymianę zdań podczas procesu. - 

Irytujący uśmiech nie schodził z jego ust. Pomyślałam, że ma szczęście, iż siedzi za kratami 

poza moim zasięgiem. 

- Teraz też nie będzie miło - warknęłam. 

-  Pewnie  myślisz,  że  sobie  z  was  kpię,  a  to  nieprawda.  Chciałem  cię  zobaczyć. 

Fascynujesz  mnie  od  dawna,  Rosemarie.  Jesteś  jedyną  znaną  mi  osobą  noszącą  pocałunek 

cienia. Mówiłem ci kiedyś, że zostałaś naznaczona. Nie umkniesz przed tym, chowając się za 

sztywnymi regułami życia w Akademii. Tacy jak ty nie giną w tłumie. 

- Nie jestem twoim królikiem doświadczalnym.  Wiktor zdawał się nie słyszeć moich 

słów. 

- Jak się czujesz? Zauważyłaś u siebie coś nowego? 

- Szkoda czasu - wtrącił Dymitr. - Mów, czego chcesz, albo wychodzimy. 

Nie  potrafiłam  zrozumieć,  jakim  cudem  mój  mentor  zachowuje  spokój.  Posłałam 

Daszkowowi lodowaty uśmiech. 

- Nie ujdzie ci to na sucho. Polubisz więzienie, mam nadzieję, że sobie tu posiedzisz. 

Ubaw się zacznie, jak znów zachorujesz, a wiesz, że to niedługo nastąpi. 

Wiktor patrzył mi w oczy z rozbawieniem, za które należało go udusić. 

- Wszystko umiera, Rose. Z wyjątkiem ciebie. A może ty też nie żyjesz. Ci, którzy raz 

zeszli do królestwa zmarłych, nie tracą z nim łączności. 

Już  miałam  rzucić  kąśliwą  uwagę,  ale  coś  zamknęło  mi  usta.  Ci,  którzy  zeszli  do 

królestwa zmarłych? Nagle przypomniałam sobie ostatnie przywidzenia. Może to  wcale nie 

oznaka  szaleństwa.  Może  Wiktor  mówił  prawdę.  Przecież  umarłam,  a  potem  wróciłam  do 

życia.  Później  zaczęłam  widywać  Masona.  Czyżby  Daszkow  wyjaśnił,  co  znaczy  nosić 

pocałunek cienia? 

Przemknęło mi przez myśl, że pewnie zna również odpowiedzi na inne moje pytania. 

Widocznie zdradził mnie wyraz twarzy, bo Książe spojrzał na mnie wyczekująco. 

- Słucham? Chciałabyś o coś spytać? 

Ogarnęły mnie mdłości na myśl, że mogę czegoś od niego potrzebować. Przełknęłam 

background image

dumę. 

- Czym jest królestwo zmarłych? Niebem czy piekłem? 

- To coś zupełnie innego - odparł. 

- A co je zamieszkuje?! - krzyknęłam. - Duchy? Czy ja tam wrócę? Czy ktoś albo coś 

może się stamtąd wydostać? 

Wiktor potwierdził moje obawy: był wyraźnie uradowany, że proszę go o wyjaśnienia. 

Uśmiechnął się. 

- Na pewno tak, skoro stoisz teraz przed nami. 

-  On chce  cię zatrzymać  - wtrącił Dymitr. -  Nie  rozmawiaj z nim. Książę zerknął  na 

strażnika. 

-  Staram  się  jej  pomóc  -  powiedział  i  przeniósł  wzrok  na  mnie.  -  Chcesz  szczerej 

odpowiedzi? Niewiele mi wiadomo o tamtym świecie. Tylko ty go widziałaś, Rose. Mnie to 

jeszcze nie spotkało. Pewnego dnia zapewne zdobędziesz wiedze na ten temat i mi opowiesz. 

Im więcej człowiek dowiaduję się o śmierci, tym bardziej jest z nią związany. 

- Dosyć - warknął Dymitr. - Idziemy. 

-  Chwileczkę…  -  Głos  Wiktora zabrzmiał  niemal  prosząco.  - Nie powiedziałaś  nic o 

Wasylisie. 

Podeszłam do kraty. 

- Trzymaj się do niej z daleka. Ona nie ma z tym nic wspólnego. 

Książę spojrzał na mnie bez uśmiechu. 

- Nie mam wyboru. Nie wolno mi się z nią kontaktować. Jednak mylisz się. Wasylisa 

ma z tobą bardzo wiele wspólnego. 

-  Ach  tak.  -  Nareszcie  zaczynało  coś  do  mnie  docierać.  -  Rozumiem  teraz,  dlaczego 

przysłałeś  mi  liścik.  Sprowadziłeś  mnie  tutaj,  bo  chciałeś  dowiedzieć  się  czegoś  o  Lissie. 

Wiedziałeś, że nie przyszłaby do ciebie za skarby świata. Jej nie możesz szantażować. 

- Szantaż to brzydkie słowo. 

-  Pasuje  jak  ulał.  Nie  zobaczysz  Dragomirówny  poza  salą  sądową.  Nie  będzie  twoją 

uzdrowicielką. Wkrótce choroba powróci, a wtedy zdechniesz. To ty prześlesz mi pocztówkę 

z tamtego świata. 

- Naprawdę myślisz, że chodzi o mnie? Nie jestem aż tak małostkowy. - Daszkow nie 

żartował.  W  zielonych  oczach  rozbłysła  zapalczywość,  niemal  fanatyzm.  Dopóki  się 

uśmiechał,  nie  widziałam  zmarszczek  na  jego  twarzy.  Książę  postrzał  się  od  czasu,  kiedy 

widziałam  go  po  raz  ostatni.  Pomyślałam,  że  pobyt  w  reszcie  jednak  dawał  się  we  znaki.  - 

Zapomniałaś  już,  jaki  miałem  cel.  Byłaś  tak  bardzo  przejęta  samą  sobą,  że  straciłaś  z  oczu 

background image

wizję, jaką ci przedstawiłem. 

Spróbowałam  przypomnieć  sobie  wydarzenia  zeszłej  jesieni.  Do  tej  pory 

wspominałam jedynie zło, jakiego się dopuścił. Wymazałam z pamięci szalone teorie, które 

zamierzał wprowadzić w życie. 

-  Panowałeś  rewolucję  i  nie  porzuciłeś  tej  myśli.  Uważam,  że  jesteś  szalony.  To 

mrzonki, które nigdy się nie ziszczą - powiedziałam. 

- Mylisz się. Zacząłem już realizować swój plan. Sądzisz, że nie wiem, co się dzieje na 

zewnątrz?  Mam  zwolenników.  Poza  tym  każdego  można  kupić,  jakże  inaczej  mógłbym 

przesłać ci liścik? Wiem, że moroje są niespokojni, a Natasza Ozera nawołuje ich do walki u 

boku  strażników.  Aprobujesz  jej  działania,  Rosemarie,  a  przecież  ja  głosiłem  te  same  idee. 

Nie zasłużyłem jednak na twój szacunek. 

- Tasza próbuje realizować swój plan w inny sposób niż ty - zauważył Dymitr. 

-  I  dlatego  nic  nie  wskóra  -  odparował  Wiktor.  -  Rząd  Tatiany  hołduje  wiekowym 

tradycjom. Dopóki ona stoi u steru, nic się nie zmieni. Nigdy nie staniemy do walki, a zwykli 

moroje nie uzyskają prawa głosu. Nasz świat nadal będzie wysyłał do walki dampiry. 

-  Tej  sprawie  poświęciliśmy  swoje  życie  -  odparł  Dymitr.  Czułam,  że  jest  coraz 

bardziej  spięty.  Potrafił  się  kontrolować  lepiej  niż  ja,  jednak  wiedziałam,  że  ogarnia  go 

wściekłość. 

-  I  łatwo  je  tracicie.  Zrobiono  z  was  niewolników,  chociaż  nie  zdajecie  sobie  z  tego 

sprawy. Dlaczego nas chronicie? 

- Bo… jesteście nam potrzebni - odpowiedziałam. - Bez was wyginęlibyśmy. 

-  To nie jest  wystarczający powód, by narażać życie.  O wiele łatwiej  jest  robić dużo 

dzieci. 

Zignorowałam ten komentarz. 

- Moroje i ich magia są wyjątkowi. Dokonują zadziwiających rzeczy. 

Wiktor wyrzucił w górę ramiona w geście desperacji. 

- Tak było dawniej. W przeszłości ludzie traktowali nas jak bogów, lecz z czasem się 

rozleniwiliśmy.  Rozwój  techniki  sprawił,  że  nasza  magia  stała  się  zbędna.  Dziś  wiedziemy 

gnuśne salonowe życie na marginesie świata. 

-  Skoro  masz  tak  wiele  do  powiedzenia  -  odezwał  się  Dymitr  z  niebezpiecznym 

błyskiem w oku - zrób coś pożytecznego. Napisz manifest. 

- A co Lissa ma z tym wszystkim wspólnego? - chciałam wiedzieć. 

- Wasylisa może wiele dokonać. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. 

- Sądzisz, że poprowadzi twoją rewolucję? 

background image

-  Wolałbym  sam  stanąć  na  jej  czele.  Być  może  pewnego  dnia  tak  się  stanie.  Wiem 

jednak, że Wasylisa dołączy do nas. Słyszałem o jej sukcesach. Zdobywa sobie spore uznanie. 

Jest  jeszcze  bardzo  młoda,  a  już  została  zauważona.  Nie  wszyscy  przedstawiciele  rodzin 

królewskich  są  ulepieni  z  tej  samej  gliny.  W  herbie  rodów  Dragomirów  widnieje  smok, 

władca  zwierząt.  W  żyłach  Wasylisy  płynie  szlachetna  krew.  To  dlatego  strzygi  upatrzyły 

sobie tę rodzinę jako cel ciągłych napaści. Powrót Dragomirów do władzy mógłby odmienić 

nasz  świat,  szczególnie  jeśli  dokonałby  się  w  osobie  tej  dziewczyny.  Na  podstawie 

dostarczanych mi informacji zrozumiałem, że doskonali obecnie swoją sztukę. To potężny dar 

i jeśli będzie umiała go wykorzystać, kto wie, do czego będzie zdolna. Moroje do niej lgną, a 

kiedy  księżniczka  zechce  użyć  na  nich  wpływu,  zrobią  wszystko,  co  im  każe.  -  W  oczach 

Wiktora  rozbłysły  duma  i  radość.  Miał  wizję,  w  której  Lissa  spełniała  wszystkie  jego 

marzenia. 

-  Nie  do  wiary!  -  parsknęłam.  -  Najpierw  porwałeś  ją,  żeby  utrzymywała  cię  przy 

życiu, a teraz powierzasz jej misję, by dzięki swojej magii realizowała twoje chore plany. 

-  Mówiłem  już,  że  Wasylisa  ma  siłę,  by  wprowadzić  zmiany.  Nie  znam  lepszej 

kandydatury.  Została  wybrana,  podobnie  jak  ciebie  naznaczono  pocałunkiem  cienia. 

Księżniczka jest zarazem bardzo niebezpieczna i niezwykle cenna. 

Jednak  dowiedziałam  się  czegoś  nowego.  Wiktor  najwyraźniej  nie  miał  pojęcia  o 

zdolnościach Adriana. 

- Lissa nigdy nie przystanie na twój plan - odparłam. - Nie zgodzi się wykorzystywać 

swojej mocy do niecnych planów. 

- A Wiktor nie powie w sądzie nic na nasz temat - zakończył Dymitr, ciągnąc mnie za 

ramię. - Już osiągnął swój cel. Sprowadził cię tutaj, żeby dowiedzieć się czegoś o Lissie. 

- I dowiedział się niewiele - dodałam. 

- Tu się mylicie. - Daszkow uśmiechnął się złośliwie do Dymitra. - Skąd pewność, że 

nie ujawnię waszej romantycznej tajemnicy? 

-  Nie  ocali  cię  to  przed  więzieniem,  a  krzywdząc  Rose,  pozbawisz  się  ostatniej 

nadziei, że Lissa pomoże ci w realizacji chorych fantazji. 

Zauważyłam, że Wiktorowi zrzedła mina. 

Dymitr  miał  rację.  Podszedł  nieco  bliżej  i  chwycił  za  kraty,  tak  jak  ja  to  zrobiłam 

wcześniej.  Sądziłam,  że  mój  głos  zabrzmiał  złowieszczo,  lecz  kiedy  odezwał  się  strażnik, 

sama poczułam ciarki na plecach. 

-  Twoje  kalkulacje  są  zresztą  chybione.  Nie  pożyjesz  długo  w  więzieniu  i  nigdy  nie 

zrealizujesz swoich fantasmagorii. Nie ty jeden masz koneksje. 

background image

Wstrzymałam oddech. Dymitr dawał mi tak wiele: miłość, poczucie bezpieczeństwa i 

wiedzę. Przyjmowałam to wszystko, zapominając, że był śmiertelnie groźnym przeciwnikiem. 

Stał  wyprostowany,  spoglądając  z  góry  na  Wiktora.  Wyglądał  jak  gniewne  bóstwo. 

Przypominałam sobie, że kiedy wróciłam z Lissą do Akademii, ktoś go tak właśnie nazwał. 

Jeśli Daszkow przestraszył się słów strażnika, nie okazał tego. Jego zielone, jadeitowe 

oczy wpatrywały się w odległy punkt między nami. 

- Stanowicie piękną parę. Skojarzyło was niebo... albo zupełnie inna siła. 

- Do zobaczenia w sądzie - rzuciłam na pożegnanie. 

Ruszyliśmy  do  wyjścia.  Po  drodze  Dymitr  powiedział  do  wartownika  kilka  słów  po 

rosyjsku. Sądząc po gestach obu mężczyzn, mój mentor mu dziękował. 

Szliśmy przez wielki i  piękny  park do budynku  dla  gości. Jesienna słota zniknęła,  a 

drzewa  i  budynki  pokryła  warstwa  szronu.  Świat  wokół  wyglądał  jak  wyrzeźbiony  z  lodu. 

Zerknęłam  na  mojego  towarzysza;  patrzył  prosto  przed  siebie.  Nie  miałam  pewności,  ale 

wydało mi się, że drży. 

- Dobrze się czujesz? - spytałam. 

- Tak. 

- Na pewno? 

- Naprawdę nic mi nie jest. 

- Myślisz, że powie komuś o nas? 

- Nie. 

Milczeliśmy przez chwilę, lecz nie wytrzymałam długo, musiałam go o to zapytać. 

-  Mówiłeś  poważnie…  że  jeśli  Wiktor  nas  zdradzi…  ty…  -  Nie  mogłam 

wypowiedzieć głośno tych słów: każesz go zabić. 

-  Nie  mam  wpływów  wśród  wysoko  urodzonych  morojów,  lecz  znam  wielu 

strażników, którzy wykonują brudną robotę. 

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Zrobiłbyś to? 

- Zrobiłbym wiele, żeby cię chronić, Roza. 

Serce  zabiło  mi  żywiej.  Dymitr  zwracał  się  do  mnie  tym  imieniem  tylko  w 

szczególnych chwilach. 

-  Nie  działałbyś  w  mojej  obronie.  Gdybyś  go  zabił,  zrobiłbyś  to  w  celowy  i 

przemyślany sposób. Nie chcę tego - powiedziałam. - To ja się zemszczę. Będę musiała go 

zabić. 

Zażartowałam, ale strażnik potraktował moje słowa poważnie. 

- Nie mów tak. Zresztą to tylko spekulacje. Wiktor nic nie powie. 

background image

Po wejściu do budynku Dymitr zostawił mnie i poszedł w swoją stronę. Otwierałam 

drzwi do pokoju, kiedy zza zakrętu wyszła Lissa. 

- Tu jesteś. Co się stało? Nie byłaś na obiedzie. Kompletnie o tym zapomniałam. 

- Przepraszam. Miałam służbowe sprawy do załatwienia. Długo by opowiadać. 

Lissa  przebrała  się  do  obiadu.  Włosy  nadal  miała  upięte,  ale  włożyła  elegancką, 

dopasowaną  sukienkę  ze  srebrzystego  jedwabiu.  Wyglądała  prześlicznie.  Po  królewsku. 

Pomyślałam  o  Wiktorze.  Ciekawe,  czy  miał  rację.  Czyżby  moja  przyjaciółka  naprawdę 

posiadała  moc,  jaką  jej  przypisywał?  Widząc  ją  tak  elegancką,  swobodną  i  pewną  siebie, 

mogłam sobie wyobrazić, jak wszyscy jej słuchają. W każdym razie ja byłam gotowa spełnić 

każde jej życzenie - choć fakt, że znajdowałam się w szczególnej sytuacji. 

- Czemu mi się tak przyglądasz? - spytała z uśmiechem. 

Nie  mogłam  jej  powiedzieć,  że  przed  chwilą  rozmawiałam  z  człowiekiem,  przed 

którym  czuła  paniczny  lęk.  Nigdy  się  ode  mnie  nie  dowie,  że  jej  przeznaczeniem  jest 

szczęście, radość i splendor, ja zaś pozostanę wśród cieni i stamtąd będę ją obserwować. 

Odwzajemniłam uśmiech. 

- Fajna kiecka. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

PÓŁ  GODZINY  PRZED  DZWONKIEM  obudziło  mnie  pukanie  do  drzwi.  W 

pierwszej chwili pomyślałam, że przyszła Lissa, jednak poczułam przez więź, że ona jeszcze 

śpi. Zaintrygowana wygramoliłam się z pościeli i otworzyłam. Nieznana morojka podała mi 

złożone  ubranie,  do  którego  przypięto  kartkę.  Zanim  zdążyłam  cokolwiek  powiedzieć, 

dziewczyna oddaliła się bez słowa. 

Usiadłam  na  łóżku  i  rozłożyłam  ubranie.  Czarne  spodnie,  biała  bluzka  i  czarna 

marynarka. W takich strojach paradowali tutejsi strażnicy. Zauważyłam, że dobrano dla mnie 

odpowiedni  rozmiar.  Byłam  pod  wrażeniem.  Najwyraźniej  dostałam  awans.  Uśmiechnęłam 

się z zadowoleniem i przeczytałam wiadomość napisaną ręką Dymitra: „Upnij włosy”. 

Uśmiechnęłam  się  jeszcze  szerzej.  Wiele  strażniczek  nosiło  krótkie  fryzury,  żeby 

pokazać  znaki  molnija,  wytatuowane  na  szyjach.  Kiedyś  wspomniałam  o  tym  niechętnie  w 

obecności  Dymitra,  a  on  zakazał  mi  obcinać  włosy.  Uwielbiał  je,  prosił  żebym  zaczęła  je 

upinać. Powiedział to takim tonem, że miałam dreszcze, tak samo jak teraz, kiedy czytałam 

wiadomość. 

Godzinę  później  szłam  do  sali  sądowej  w  towarzystwie  Lissy,  Christiana  i  Eddiego. 

Zauważyłam, że Eddie także dostał czarno-biały uniform. Oboje czuliśmy się w tych strojach 

jak  dzieci,  które  przebrały  się  na  bal  w  ubrania  rodziców.  Dopasowana  marynarka  i  obcisła 

bluzeczka przypadły mi do gustu. Miałam nadzieję, że zatrzymam je na zawsze. 

Sąd mieścił się w dużym, bogato zdobionym budynku, obok którego przechodziliśmy 

w  dniu  przyjazdu.  Okazało  się,  że  za  stylową  fasadą  z  wielkimi,  łukowatymi  oknami  i 

kamiennymi  rzeźbieniami  królowała  współczesność.  Idąc  korytarzem,  mijałam  ludzi 

pracujących  w  biurach  przed  płaskimi  monitorami  komputerów.  Na  piętra  wjeżdżało  się 

windami.  Tu  i  ówdzie  pozostawiano  ślady  tradycyjnego  wystroju:  posągi  na  postumentach, 

kandelabry w korytarzach. 

Salę rozpraw od podłogi  po sufit  pokrywały  przepiękne freski. Na frontowej  ścianie 

widniały  herby  wszystkich  rodzin  królewskich.  Lissa  przystanęła  przed  smokiem 

Dragomirów.  Władca  zwierząt.  Wpatrywała  się  weń  z  mieszanymi  uczuciami.  W  tej  chwili 

bardziej niż kiedykolwiek odczuwała ciężar bycia ostatnią przedstawicielką wielkiego rodu. 

Wiedziałam,  że  jest  dumna  ze  swojego  nazwiska,  lecz  bała  się  zawieść  pokładane  w  niej 

nadzieje. Popchnęłam ją delikatnie w stronę wyznaczonych miejsc. 

Krzesła ustawiono wzdłuż Sali w dwóch rzędach przedzielonych szerokim przejściem. 

background image

Usiedliśmy  z  przodu  po  prawej  stronie.  Do  rozpoczęcia  procesu  pozostało  zaledwie  kilka 

minut, ale zauważyłam sporo wolnych miejsc. Pomyślałam, że pewnie tak pozostanie, skoro 

sprawę Wiktora utrzymywano w ścisłej tajemnicy. 

Zobaczyłam  sędzinę,  lecz  brakowało  ławników.  Na  podium  w  rogu  Sali  ustawiono 

fotel, który czekał na przybycie królowej. To ona miała zasądzić karę, jak zawsze, gdy wyrok 

dotyczył arystokratów. 

Szepnęłam o tym Lissie. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  Tatiana  okaże  się  sprawiedliwa.  Wygląda  na  to,  że  werdykt 

zależy tylko od niej. 

Lissa zmarszczyła czoło. 

- To dziwne, że nie wezwano ławników. 

- Za dużo czasu spędziłyśmy między ludźmi - podsunęłam. Uśmiechnęła się. 

- Możliwe. Sama nie wiem. Ale to dobra okazja do nadużycia władzy. 

- To prawda. Nie zapominaj jednak, że mówimy o Wiktorze. Chwilę później pojawił 

się Książe Wiktor Daszkow. A raczej po prostu Wiktor Daszkow, bo w chwili aresztowania 

został pozbawiony tytułu, który przeszedł na najstarszego po nim przedstawiciela rodziny. 

Wejście  podsądnego  przestraszyło  Lissę,  zauważyłam,  że  zbladła.  Wyczułam  w  niej 

coś jeszcze oprócz lęku - żal. Przed porwaniem Wiktor opiekował  się nią jak dobry wujek, 

nawet tak go nazywała. Kochała go, a on ją zdradził. Nakryłam dłonią jej rękę. 

- Spokojnie - mruknęłam. - Będzie dobrze. 

Daszkow  zmrużył  oczy  i  omiótł  salę  pozornie  obojętnym  wzrokiem,  jakby  właśnie 

przybył na bal. Miał taki sam niedbały wyraz twarzy jak podczas naszej wizyty w areszcie. 

Poczułam, że rozchylam wargi niczym warczące zwierzę. Czerwone plamy tańczyły mi przed 

oczami i siłą woli starałam się zapanować nad sobą, jak pozostali strażnicy na sali. 

Tymczasem Wiktor zatrzymał się przy nas i wbił wzrok w Lissę, która zwiesiła głowę 

na  widok  jadeitowych  oczu,  takich  samych,  jakie  mieli  wszyscy  członkowie  jej  rodziny. 

Kiedy lekko skłonił się na powitanie, poczułam, że tracę nad sobą kontrolę. Zanim zdążyłam 

coś  zrobić,  usłyszałam  w  głowie  głos  Lissy:  „Oddychaj  Rose.  Po  prostu  oddychaj”. 

Wyglądało na to, że musimy pomagać sobie nawzajem, by to przetrwać. Nie minęła sekunda, 

a Wiktor ruszył na swoje miejsce po lewej stronie sali. 

- Dzięki - szepnęłam, kiedy odszedł. - Czytasz w moich myślach. 

- Nie - odparła łagodnie. - Złapałaś mnie za rękę. 

Spojrzałam  na  nasze  dłonie.  Dotknęłam  ją  w  geście  pocieszenie  i  nawet  nie 

zauważyłam, kiedy zacisnęłam palce. 

background image

- Kurczę. - Cofnęłam rękę w nadziei, że nie połamałam jej kości. - Przepraszam. 

Po  wprowadzeniu  Wiktora  do  Sali  weszła  Tatiana,  odwracając  moją  uwagę  od 

niespokojnych  myśli.  Wszyscy  wstaliśmy,  a  potem  uklękliśmy  zgodnie  z  uświęconym 

zwyczajem, który mógł wydać się nieco archaiczny, ale obowiązywał tu od zawsze. Dopiero 

gdy władczyni usiadła, mogliśmy z powrotem zająć swoje miejsca. 

Rozpoczęto  proces.  Świadkowie,  przeważnie  strażnicy,  którzy  brali  udział  w 

poszukiwaniach  Lissy,  a  potem  w  jej  odbiciu  w  kryjówki  Daszkowa,  jeden  po  drugim 

opowiadali o tym, co widzieli. Dymitr zeznawał  ostatni. Jego opowieść pozornie nie różniła 

się  od  pozostałych.  Musiał  jednak  wspomnieć  o  wcześniejszych  wydarzeniach,  zanim 

dowiedzieliśmy się o porwaniu. 

-  Przebywałem  w  towarzystwie  mojej  uczennicy,  Rose  Hathaway  -  powiedział.  - 

Łączy ją szczególna więź z księżniczką i to ona powiadomiła mnie o tym, co się stało. 

Adwokat Wiktora - swoją drogą ciekawe, kto zgodził się go bronić - zerknął w swoje 

papiery, a potem podniósł wzrok na Dymitra. 

- Wiadomo nam, że zwlekał pan z zawiadomieniem kolegów o odkryciu panny Rose. 

Strażnik skinął głową z niewzruszonym spokojem. 

-  Rose  nie  poinformowała  mnie  od  razu,  ponieważ  znajdowała  się  pod  działaniem 

uroku. Daszkow zmusił ją, by mnie zaatakowała. 

Byłam  pod  wrażeniem  tego,  jak  gładko  wybrnął  z  kłopotu.  Prawnik  przyjął  jego 

tłumaczenie bez zastrzeżeń. Chyba ja jedyna zauważyłam, jak bardzo Dymitr cierpi z powodu 

tego  kłamstwa.  Musiał  nas  chronić,  a  przede  wszystkim  zależało  mu  na  moim 

bezpieczeństwie.  Mimo  to  stracił  kawałek  duszy,  zeznając  fałszywie  pod  przysięgą.  Mój 

mentor nie był doskonały, chociaż dawniej takim go sobie wyobrażałam, jednak zawsze starał 

się mówić prawdę. Tego dnia okazało się to niemożliwe. 

-  Pan  Daszkow  pracuje  z  magią  ziemi.  Moroje  korzystający  z  jej  mocy  potrafią 

wywierać na nas wpływ. Oddziałują na nasze podstawowe instynkty - ciągnął Dymitr. - Urok 

rzucony na pewien przedmiot wzbudził w Rose agresję. 

Usłyszałam  dziwny  dźwięk  dobiegający  z  lewej  strony,  jakby  ktoś  się  dusił  ze 

śmiechu. Sędzina, leciwa ale wciąż obdarzona bystrością umysłu morojka, spojrzała karcąco 

w tę stronę. 

- Panie Daszkow, przywołuję pana do porządku. Jesteśmy na Sali sądowej. 

Wiktor machnął ręką z uśmiechem, co miało wyrazić przeprosiny. 

- Niezmiernie mi przykro, wysoki sądzie. Zeznania strażnika Bielikowa szczerze mnie 

ubawiły. To się więcej nie powtórzy. 

background image

Wstrzymałam  oddech,  oczekując  ciosu.  Jednak  nic  takiego  nie  nastąpiło.  Dymitr 

spokojnie  zakończył  zeznanie,  a  na  świadka  powołano  Christiana.  Nie  miał  wiele  do 

powiedzenia. Był  z  Lissą,  kiedy została porwana,  ale od razu został unieszkodliwiony przez 

napastników.  Przydał  się  jednak,  ponieważ  rozpoznał  kilku  strażników  Wiktora  biorących 

udział w tamtej akcji. Przyszła kolej na mnie. 

Stanęłam na środku sali, starając się zachować spokój, mimo że czułam zwróconą na 

siebie uwagę wszystkich obecnych. Usiłowałam nie patrzeć w stronę Wiktora. Podałam swoje 

nazwisko i złożyłam przysięgę. Dopiero wtedy zrozumiałam siłę presji, z jaką musiał zmagać 

się  Dymitr.  Stałam  przed  szerokim  audytorium  i  przysięgałam  mówić  prawdę,  a  przecież 

wiedziałam, że będę kłamać. 

Dorzuciłam  kilka  istotnych  szczegółów:  opowiedziałam  o  tym,  co  działo  się  przed 

porwaniem  Lissy,  jak  Wiktor  zastawiał  na  nią  pułapki,  żeby  sprawdzić,  czy  rzeczywiście 

posiada  moc  uzdrawiania.  Reszta  moich  zeznać  pokrywała  się  z  tym,  co  powiedzieli 

strażnicy. 

Spodziewałam  się,  że  zostanę  zmuszona  do  kłamstwa,  tymczasem  udało  mi  się 

pominąć „atak” na Dymitra i  nikt tego nie zauważył. Nikt  oprócz Wiktora. Wspominając o 

uroku, mimowolnie spojrzałam na niego. Świdrował mnie wzorkiem, a na jego wargach igrał 

nieprzyjemny uśmieszek. Daszkow znał prawdę. Jego spojrzenie mówiło, że ma władzę nade 

mną oraz Dymitrem  i  może nas zniszczyć na oczach tych wszystkich ludzi. Czułam, że nie 

przestraszył  się  gróźb  Bielikowa.  Przez  cały  czas  starałam  się  sprostać  zadaniu  i  zachować 

spokój,  ale  serce  biło  jak  szalone.  Wydawało  mi  się,  że  stoję  tu  całą  wieczność,  chociaż 

zeznawałam zaledwie kilka minut. Skończyłam, oddychając z ulga, że Wiktor nie podważył 

moich  słów.  Potem  wezwano  Lissę.  Zeznania  księżniczki  ukazały  zdarzenia  w  nowej 

perspektywie.  Widziałam,  że  słuchano  jej  z  zapartym  tchem.  Jej  opowieść  wzruszyła 

publiczność.  Nie  stosowała  wprawdzie  czaru  wpływu,  lecz  korzystała  nieświadomie  z 

charyzmy, jaką obdarzyła ją moc ducha. Z miejsca zdobywała szacunek i sympatię otoczenia. 

Kiedy  opisywała  tortury,  jakimi  poddawał  ją  Wiktor,  usiłując  nakłonić  do  uzdrowienia  go, 

twarze  obecnych  pobladły  z  przerażenia.  Nawet  zawsze  obojętna  twarz  Tatiany  wyrażała 

wzruszenie,  chociaż  nie  wiedziałam,  czy  królowa  współczuła  Lissie,  czy  była  po  prostu 

zaskoczona. 

Najbardziej zadziwił mnie jednak jej spokój. Opanowana i pełna wdzięku, rzeczowo 

odpowiadała  na  pytania,  jakby  zeznania  przed  sądem  nie  robiły  na  niej  żadnego  wrażenia. 

Przechodząc  do  opisu  torturom  jakimi  poddawał  ją  sługa  Wiktora,  przywołała  żywo  tamte 

koszmarne wydarzenia.  Mężczyzna specjalizował się w magii powietrza i okrutnie bawił się 

background image

swoją  ofiarą.  Na  przemian  pozbawiał  ją  oddechu,  aż  zaczynała  się  dusić,  i  przepełniał  jej 

płuca  powietrzem  do  omdlenia.  Przeżywała  męczarnie.  Wówczas  byłam  tego  świadkiem. 

Teraz odbierałam jej wzburzenie. Ból i strach wypełniły jej myśli, zaatakowały nas ponownie. 

Obydwie odetchnęłyśmy z ulgą, kiedy pozwolono jej usiąść. 

Wiktor zeznawał ostatni. Sądząc po wyrazie jego twarzy, nikt nie pomyślałby, że stał 

przed  sądem  w  roli  oskarżonego.  Nie  okazywał  gniewu  ani  wzburzenia.  Nie  prosił  o  łaskę. 

Zachowywał  się  tak,  jakby  beztrosko  gawędził  ze  znajomymi  w  przygodnym  miejscu  i  nie 

miał powodu do niepokoju. Jego postawa wkurzyła mnie jeszcze bardziej. 

Opowiadał  na  pytania  pełnymi  zdaniami,  starając  się  rzeczowo  referować  sytuację. 

Kiedy prokurator spytała go o powody, dla których dopuścił się przestępstwa, spojrzał na nią 

jak na szaloną. 

- Nie miałem wyboru - odparł grzecznie. - Byłem umierający. Nikt nie pozwoliłby mi 

oficjalnie skorzystać z mocy uzdrawiania księżniczki Dragomir. Co pani zrobiłaby na moim 

miejscu? 

Morojka go zignorowała. Zauważyłam, że z trudem hamuje odrazę. 

-  I  uznał  pan,  że  przemiana  własnej  córki  w  strzygę  jest  także  czynem  całkowicie 

usprawiedliwionym? 

Na  sali  zapadła  krępująca  cisza.  Nikt  nie  rodził  się  strzygą.  Te  bestie  przemieniały 

człowieka, dampira lub  moroja, pijąc ich krew, a potem zmuszając, by i oni napili się krwi 

strzygi.  Nie  miało  znaczenia,  czy  ofiara  poddawała  się  tym  praktykom  dobrowolnie;  po 

przemianie traciła wrażliwość i sumienie. Od tej pory zabijała, żeby przetrwać. Zdarzało się, 

że  strzygi  wybierały  odpowiednich  kandydatów,  jeśli  uznały,  że  zasilą  ich  szeregi.  Czasem 

przemieniały kogoś, kierując się wyłącznie okrucieństwem. 

W  strzygę  można  również  przemienić  się  świadomie.  Wystarczy,  że  moroj  wypije 

więcej krwi swojej ofiary, powodując jej śmierć. 

Jednocześnie  on  sam  traci  życie  oraz  zdolności  magiczne.  Uczynili  tak  rodzinie 

Christiana,  ponieważ  pragnęli  stać  się  nieśmiertelni  bez  względu  na  cenę.  Córka  Wiktora, 

Nathalie, została strzygą, bo tak kazał jej ojciec. Zyskała w ten sposób wielką siłę i uwolniła 

go z więzienia. Daszkow nie miał wątpliwości, że jego plan wart był takiego poświęcenia. 

Nawet teraz nie okazał skruchy. 

- Nathalie podjęła taką decyzję - powiedział tylko. 

-  Czy  to  samo  może  pan  powiedzieć  o  innych  swoich  ofiarach?  Strażnik  Bielikow  i 

panna Hathaway zapewne sprzeciwiliby się tej teorii. 

Wiktor parsknął śmiechem. 

background image

-  Cóż,  to  już  kwestia  interpretacji.  Sądzę  jednak,  że  nie  mieli  nic  przeciwko  temu. 

Skoro  jednak  już  o  tym  mowa,  wysoki  sądzie,  to  być  może  po  zakończeniu  tego  procesu 

warto wszcząć postępowanie i gwałt. 

Zamarłam. Więc jednak się ośmielił. Oczekiwałam, że wszyscy zwrócą się przeciwko 

nam  i  wskażą  amoralnych  kłamców  palcami.  Ale  nikt  nie  spojrzał  nawet  w  naszą  stronę. 

Kilka osób posłało Wiktorowi zaskoczone spojrzenia. Zrozumiałam, że Daszkow nie liczył na 

inna  reakcję.  Zakpił  z  nas,  wiedząc,  że  jego  słowa  nie  zostaną  potraktowane  poważnie. 

Czułam,  że  Lissa  myśli  tak  samo.  Uznała,  że  Wiktor  próbuje  odwrócić  uwagę  od  siebie  i 

wymyśla niestworzone rzeczy na temat Dymitra i mnie. Oburzyło ją, że upadł tak nisko. 

Sędzina przywołała go do porządku. 

Przesłuchania  dobiegły  końca,  prawnicy  wygłosili  swoje  mowy  i  nadszedł  czas,  by 

królowa  ogłosiła  werdykt.  Wstrzymałam  oddech.  Wiktor  nie  zaprzeczył  oskarżeniu.  Dzięki 

naszym zeznaniom dowodów jego winy pojawiło się aż nazbyt dużo. Obawiałam się jednak 

swoistej  „lojalności”  arystokratów.  Królowa  mogła  dojść  do  wniosku,  że  nie  powinna  sobie 

pozwolić na skandal uwięzienia przedstawiciela jednego z najbardziej wpływowych rodów. Z 

pewnością  taka  decyzja  wywołałaby  spore  wzburzenie.  Tatiana  mogła  się  z  niej  wycofać. 

Pomyślałam nawet, że być może Wiktor ją przekupił. 

A jednak został skazany na dożywocie. Zapewne za kilka dni zostanie przewieziony 

do miejsca odsiadywania kary. Słyszałam różne opowieści o więzieniach morojów, panowały 

tam  podobne  okropne  warunki.  Spodziewałam  się,  że  jego  nowa  cela  będzie  różniła  się 

zasadniczo  od  dotychczasowego  pomieszczenia.  Wiktor  zachowywał  spokój.  Do  końca 

wydawał się nawet ubawiony sytuacją. Nie podobało mi się to. Z wczorajszej rozmowy jasno 

wynikało, że ostatnią rzeczą, jakiej można oczekiwać, było pogodzenie się Daszkowa z losem 

skazańca. Miałam nadzieję, że będzie dobrze strzeżony. 

Królowa  wymownym  gestem  zakończyła  rozprawę.  Wstaliśmy  i  zaczęliśmy 

rozmawiać,  podczas  gdy  Tatiana  bacznie  rozglądała  się  po  sali.  Z  pewnością  badała  nasze 

reakcje.  Tymczasem  pojawiła  się  eskorta  Wiktora.  W  drodze  do  wyjścia  i  tym  razem 

zatrzymał się obok nas. 

- Wasyliso, ufam, że dobrze się miewasz. 

Lissa  nie  odpowiedziała.  Nadal  go  nienawidziła  i  bała  się  jednocześnie,  jednak 

werdykt przekonał ją, że Daszkow już nie może jej zagrozić. Kolejny rozdział w życiu mojej 

przyjaciółki został zamknięty. Teraz odetchnie i zapomni o tym koszmarze. 

- Przykro mi, że nie mieliśmy okazji pogawędzić, lecz jestem pewien, że nadrobimy to 

innym razem - dodał. 

background image

- Idziemy - mruknął jeden ze strażników. Po chwili więzień opuścił salę. 

-  Jest  obłąkany  -  szepnęła  Lissa. -  Nie mogę uwierzyć w to, co wygadywał  o tobie i 

Dymitrze. 

Bielikow  właśnie  nas  mijał.  Napotkałam  jego  spojrzenie,  malowała  się  w  nim  ulga. 

Niebezpieczeństwo było za nami, zwyciężyliśmy. 

Christian  podszedł  do  Lissy  i  ją  przytulił.  Przyglądałam  im  się  z  przyjemnością, 

zaskoczona,  że  nie  czuję  zazdrości.  Podskoczyłam,  czując  czyjąś  rękę  na  ramieniu.  To  był 

Adrian. 

-  Wszystko  w  porządku,  mała  dampirzyco?  -  spytał  miękko.  -  Daszkow  wtrącił 

kilka… ciekawych uwag. 

Zbliżyłam się do niego. 

-  Nikt  mu  nie  uwierzył  -  szepnęłam,  jak  mogłam  najciszej.  -  Tak,  wszystko  w 

porządku. Dziękuję za troskę. 

Adrian uśmiechnął się i dotknął palcem mego nosa. 

- Podwójne podziękowanie w tak krótkim czasie. Spodziewam się, że nie mogę liczyć 

na nic więcej. 

Żachnęłam się. 

- Nie. Musisz zadowolić się wyobraźnią. Moroj uściskał mnie. 

-  Zrozumiałem.  Na  szczęście  nie  narzekam  ma  brak  fantazji.  Ruszyliśmy  w  stronę 

wyjścia, gdy do Lissy podeszła Priscilla Voda. 

- Królowa chce z tobą rozmawiać. W cztery oczy. 

Zerknęłam  na  wysokie  krzesło,  które  zajmowała  władczyni.  Utkwiła  w  nas  wzrok. 

Zastanawiałam się, o co chodzi. 

- Oczywiście. - Lissa była wyraźnie zaskoczona. Przesłała mi w myślach prośbę: „Czy 

tym razem też będziesz się przysłuchiwać?” 

Skinęłam potakująco głową. Biegiem wróciłam do swojego pokoju i koncentrując się 

na Lissie, zaczęłam się pakować. Musiałyśmy trochę poczekać, bo Tatiana załatwiała ostatnie 

formalności  związane  ze  sprawą,  ale  w  końcu  przyszła  do  komnaty,  w  której  rozmawiały 

poprzednio. Lissa i Priscilla ukłoniły się i czekały, aż królowa usiądzie. 

Zajęła miejsce w wygodnym fotelu. 

- Wasyliso, wiem, że wkrótce odlatujecie, więc będę mówiła krótko. Mam dla ciebie 

pewną propozycję. 

- Słucham, wasza wysokość? 

-  Niedługo  podejmiesz  naukę  w  college'u  -  oznajmiła  królowa,  jakby  ta  decyzja  już 

background image

została zatwierdzona. Lissa wprawdzie zamierzała uczyć się dalej, lecz nie lubiła, kiedy ktoś 

mówił jej, co ma robić. - Rozumiem, że nie jesteś zadowolona z wyboru szkoły. 

-  Cóż,  nam,  morojom,  wolno  składać  papiery  tylko  do  mniejszych  szkół.  Wiem,  że 

chodzi  przede  wszystkim  o  bezpieczeństwo,  lecz  chciałabym  studiować  na  lepszej  uczelni. 

Bardziej prestiżowej. 

Strażnicy kontrolowali kilka wybranych college'ów w kraju z myślą o bezpieczeństwie 

morojów. Niestety, jak zauważyła Lissa, były to mało znaczące uczelnie. 

Tatiana  niecierpliwie  kiwnęła  głową,  jakby  już  to  słyszała.  -  Zamierzam  dać  ci 

możliwość,  z  jakiej,  o  ile  mi  wiadomo,  nikt  jeszcze  nie  korzystał.  Chciałabym,  abyś  po 

skończeniu Akademii przeprowadziła się na królewski dwór. Nie masz rodziny, a poza tym 

sądzę,  że  możesz  się  sporo  nauczyć  na  temat  polityki  i  naszych  rządów.  Jednocześnie 

mogłabyś podjąć naukę na uniwersytecie w Lehigh. Mieści się zaledwie godzinę drogi stąd. 

Słyszałaś o tej uczelni? 

Lissa przytaknęła. Sama nigdy o niej nie słyszałam, ale moja przyjaciółka zdążyła już 

sprawdzić wszystkie szkoły w Stanach. 

- To dobra szkoła, jednak…mała. 

- Większa od innych, na których studiują moroje - zauważyła Tatiana. 

- To prawda. - Lissa usiłowała dociec, co miała oznaczać ta propozycja. Co wpłynęło 

na  decyzję  Tatiany,  która  do  tej  pory  nie  zgadzała  się  z  poglądami  Lissy?  Działo  się  coś 

dziwnego,  więc  postanowiła  sprawdzić,  jak  daleko  może  się  posunąć.  -  Uniwersytet  w 

Pensylwanii znajduje się równie blisko, wasza wysokość. 

- To ogromna uczelnia, Wasylilso. Nie potrafimy zapewnić ci tam bezpieczeństwa. 

Lissa wzruszyła ramionami. 

- W takim razie mogę uczyć się wszędzie. 

Królowa była wyraźnie wstrząśnięta jej śmiałością, podobnie jak Priscilla. Nie mogły 

uwierzyć,  że  dziewczyna  tak  obojętnie  przyjęła  ofertę.  W  rzeczywistości  sytuacja 

przedstawiała się inaczej. Lehigh było lepsze niż wszystko, czego Lissa mogła oczekiwać, i 

chciała  tam  studiować.  Postanowiła  jednak  się  przekonać,  jak  bardzo  Tatianie  zależy  na  jej 

obecności w pałacu. 

Monarchini zmarszczyła brwi, rozważając odpowiedź. 

- Zobaczymy, jak będziesz sobie radziła w Lehigh. Być może za dwa lata uda nam się 

przenieść cię do Pensylwanii, chociaż wiąże się to z dużym ryzykiem. 

No, no. Naprawdę jej zależało. Ale dlaczego? Lissa postanowiła zapytać wprost. 

-  Czuję  się  zaszczycona,  wasza  wysokość.  I  jestem  wdzięczna.  Czy  mogę  poznać 

background image

powody tej propozycji? 

- Jesteś dla nas cenna jako ostatnia przedstawicielka rodu Dragomirów. Postanowiłam 

należycie  zadbać  o  twoją  przyszłość.  Poza  tym  nie  chciałabym  patrzeć,  jak  marnuje  się  tak 

bystry  umysł…  -  Tatiana  urwała,  wahając  się  przed  wypowiedzeniem  następnych  słów.  - 

Miałaś rację… Do pewnego stopnia. Moroje opornie poddają się zmianom. Przydałby się ktoś 

z otwartą głową na królewskim dworze. 

Lissa  nie  odpowiedziała  od  razu.  Analizowała  nieoczekiwaną  ofertę  pod  każdym 

kątem.  Żałowałam,  że  nie  mogę  jej  nic  doradzić,  chociaż,  prawdę  mówiąc,  chybaby  nie 

umiała. Dzielenie obowiązków między dwór a nowoczesną uczelnie bardzo mi pasowało. Z 

drugiej strony, gdzie indziej miałybyśmy więcej swobody? Ostatecznie Lissa wybrała wyższy 

poziom nauczania. 

- Dobrze - rzekła w końcu. - Zgadzam się. Dziękuję, wasza wysokość. 

- Doskonale - odparła Tatiana. - Dopilnujemy formalności. Możesz już odejść. 

Królowa  nie  poruszyła  się,  więc  Lissa  złożyła  ceremonialny  ukłon  i  pośpiesznie 

skierowała się do drzwi, przejęta nowiną. Tatiana zawołała ja. 

- Wasyliso? Mogłabyś przysłać tu swoją przyjaciółkę? Tę… 

Hathaway? 

- Rose? - zdziwiła się Lissa. - Ale dlaczego? Tak, oczywiście. Zaraz po nią pójdę. 

Spotkałyśmy się w połowie drogi. 

- O co chodzi? - spytałam. 

- Nie mam pojęcia - odparła Lissa. - Słyszałaś, co mówiła? 

- Tak. Może chce mnie pouczyć, bym nie odstępowała cię na krok. 

- Możliwe. Sama nie wiem. - Uściskała mnie szybko. - Powodzenia. 

Weszłam  do  pokoju,  który  przed  chwilą  opuściła  Lissa,  i  zobaczyłam  Tatianę.  Stała 

sztywno  wyprostowana  ze  złożonymi  dłońmi.  Była  zniecierpliwiona.  Miała  na  sobie  strój 

złożony  z  brązowego  sweterka  i  dopasowanej  spódnicy.  Pomyślałam,  że nie  powinna  nosić 

brązów do siwizny, ale zostawiłam ten problem jej doradcom. 

Ukłoniłam  się  i  rozejrzałam  dookoła.  Priscilla  już  wyszła,  pozostało  z  nami  tylko 

dwóch  strażników.  Spodziewałam  się,  że  królowa  wskaże  mi  krzesło,  ale  ona  bez  słowa 

podeszła bardzo blisko, świdrując mnie spojrzeniem. Nie miała zadowolonej miny. 

-  Panno  Hathaway  -  zaczęła  ostrym  tonem.  -  Będę  mówiła  krótko.  Musi  pani 

natychmiast zakończyć ten bezsensowny związek z moim bratankiem. Zrozumiano? 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

SŁUCHAM? 

- Dobrze pani słyszała. Nie wiem, jak daleko zaszły sprawy między wami, i szczerze 

mówiąc, nie chcę znać szczegółów. Żądam, żeby pani z nim zerwała. 

Królowa  spoglądała  na  mnie  z  góry  z  dłońmi  opartymi  na  biodrach.  Wyraźnie 

oczekiwała  przyrzeczenia,  że  zrobię  wszystko,  co  mi  każe.  Ale  ja  nie  mogłam  tego  zrobić. 

Rozejrzałam się bezradnie z nadzieją, że padłam ofiarą żartu. Zerknęłam na strażników, jakby 

mogli mi cokolwiek wyjaśnić. Obaj patrzyli jednak przed siebie, czujni i gotowi zareagować 

na zagrożenie. Przeniosłam wzrok na Tatianę. 

- Wasza wysokość… To nieporozumienie. Nic mnie nie łączy z Adrianem. 

- Masz mnie za idiotkę? - spytała gniewnie. 

- Nie, wasza wysokość. 

-  Cóż,  dobre  i  to  na  początek.  Nie  ma  sensu  kłamać.  Widziano  was  razem  tutaj  i  w 

szkole. Sama przyglądałam się wam na sali rozpraw. 

Szlag. Adrian wybrał sobie idealny moment na czułości. 

-  Poinformowano  mnie  o  wszystkich  pikantnych  szczegółach  waszego  romansu. 

Żądam, żeby to się natychmiast zakończyło. Adrian Iwaszkow nie zmarnuje sobie życia przez 

jakąś nędzną dampirzycę. Lepiej, żebyś pozbyła się złudzeń. 

- Nie mam złudzeń, szczególnie że nic nas nie łączy - powtórzyłam. - Jesteśmy tylko 

przyjaciółmi. Adrian mnie lubi. To wszystko. Poza tym jest flirciarzem. A co do pikantnych 

szczegółów… Jestem pewna, że Adrian ma bujną wyobraźnię i opowiada wiele rzeczy. Nie, 

nie jesteśmy razem, wasza wysokość. 

Wypowiadając te słowa, czułam się jak idiotka.  Sądząc po wyrazie twarzy królowej, 

maja reputacja nie mogła się pogorszyć. 

- Wiele o tobie słyszałam - wycedziła. - Ostatnio wszyscy opowiadają z zachwytem o 

twoich  wyczynach  i  postępach,  ale  nie  zapomniałam,  że  to  ty  uprowadziłaś  Wasylisę  ze 

szkoły. Znam inne twoje grzeszki, zamiłowanie do kieliszka i romansów. Gdyby to ode mnie 

zależało, już teraz odesłałabym cię do komuny  dziwek sprzedających krew. Tam  jest twoje 

miejsce. 

Kieliszek?  Romanse?  Omal  nie  nazwała  mnie  alkoholiczką  i  prostytutką.  Wcale  nie 

piłam  więcej  niż  inne  nastolatki  na  szkolnych  imprezach.  Zrezygnowałam  z  dyskusji.  Nie 

miało sensu udowadnianie jej, że wciąż jestem dziewicą. 

background image

- Twoje… ostatnie sukcesy uniemożliwiają mi takie rozwiązanie. Zdaniem większości 

masz przed sobą świetlaną przyszłość. Możliwe. Nie mogę zakazać ci pełnienia służby, lecz 

mogę zdecydować, komu będziesz służyła. 

Zesztywniałam. 

- Co pani ma na myśli? Mam to traktować jak groźbę? - Nie przejęłam się jej opinią, 

przekonana, że nie mówiła tego poważnie. Pogodziłam się z faktem, iż nie będę towarzyszyła 

Lissie podczas ćwiczeń polowych, ale teraz rozmawiałyśmy o całym moim życiu. 

-  Chcę  tylko,  żebyś  wiedziała,  jak  bardzo  troszczę  się  o  przyszłość  Wasylisy.  Jeśli 

będę zmuszona chronić ją przed tobą, nie zawaham się. Znajdę dla niej innego opiekuna. A ty 

będziesz chronić innego moroja. 

-  Nie może pani  tego zrobić!  -  krzyknęłam.  Widziałam  po jej zadowolonej  minie, że 

czekała na taką reakcję. Byłam wściekła i przestraszona, z trudem panowałam nad sobą, choć 

w tej chwili musiałam zdobyć się na dyplomację i szczerość. - Powtarzam, że nic mnie nie 

łączy  z  Adrianem.  To  szczera  prawda.  Nie  może  mnie  pani  ukarać  za  niedopełnione 

przewinienie - oświadczyłam i szybko dodałam: - Wasza wysokość. 

-  Nie  zamierzam  cię  karać,  Rose.  Upewniam  się  tylko,  czy  mnie  dobrze  rozumiesz. 

Moroje  nie  żenią  się  z  dampirzycami.  Zabawiają  się  z  nimi,  owszem.  Każda  dziewczyna 

myśli, że jest wyjątkowa. Twoja matka popełniła ten sam błąd z Ibrahimem. 

- Z kim? - Wypowiedziała to imię, jakby wymierzyła mi policzek. Ibrahim? Nigdy nie 

słyszałam. Chciałam zapytać, kim był i co go łączyło z moją matką, ale Tatiana ciągnęła swój 

wywód. 

-  Zawsze  popełniacie  ten  sam  błąd.  Możecie  się  starać  go  uniknąć,  lecz  kończy  się 

zwykle  tak  samo.  -  Pokręciła  głową,  co  miało  zapewne  wyrażać  współczucie  dla  biednych 

dampirzyc, ale wcale tak nie wyglądało. - Możesz wykorzystać ładną twarz i młode ciało, by 

osiągnąć  swój  cel,  lecz  wierz  mi,  w  końcu  to  ty  zostaniesz  wykorzystana.  On  pewnie  teraz 

mówi, że cię kocha, ale wkrótce się tobą znudzi. Oszczędź sobie rozczarowania. Mówię to dla 

twojego dobra. 

-  Adrian nigdy nie powiedział, że mnie kocha…  -  zaczęłam,  lecz dałam za wygraną. 

Jak  na  ironię,  Tatiana  nie  myliła  się.  Nie  miałam  wątpliwości,  że  Iwaszkow  chętnie 

zaciągnąłby  mnie  do  łóżka.  Tylko  jak  miałam  jej  wytłumaczyć,  że  to  ja  nie  jestem 

zainteresowana? Westchnęłam z rezygnacją. - Skoro jest pani pewna, że nie mamy przed sobą 

przyszłości,  to  czemu  każe  mi  pani  go  rzucić?  Przecież  on  i  tak  wkrótce  się  mną  znudzi. 

Wasza wysokość. 

Tatiana  zawahała  się  i  przez  chwilę  miałam  wrażenie,  że  parsknie  śmiechem. 

background image

Powiedziała  wiele  przykrych  słów  na  temat  mojej  matki  i  mnie  samej,  lecz  w  głębi  duszy 

pewnie  się  bała,  że  usidlę  jej  bratanka  i  nakłonię  do  małżeństwa.  Szybko  jednak  odzyskała 

rezon. 

-  Wolę  zapobiegać  kłopotom,  to  wszystko.  Poza  tym  Adrianowi  i  Wasylisie  będzie 

łatwiej, jeśli uwolnią się od niepotrzebnego balastu. 

Zaraz,  zaraz.  Cień  satysfakcji,  jaką  odczułam,  ulotnił  się  bez  śladu.  Czy  dobrze 

zrozumiałam?  Przecież  jeszcze  przed  chwilą  oskarżała  mnie  o  romansowanie  z  jej 

bratankiem. 

- On i Lissa? O czym pani mówi? - znów zapomniałam dodać „wasza wysokość”, ale 

ona nawet tego nie zauważyła. 

-  Będą idealną parą -  stwierdziła,  jakbyśmy rozmawiały o rzeczach.  -  Mimo  twojego 

złego  wpływu  Wasylisa  wyrosłą  na  obiecującą  młodą  kobietę.  Ma  w  sobie  dość  powagi  i 

delikatności,  by  ukoić  niepokój  Adriana.  Poza  tym  mogliby  razem  pracować  nad 

doskonaleniem swoich niezwykłych zdolności. 

Pięć  minut  temu  moje  małżeństwo  z  Adrianem  wydawało  mi  się  najbardziej 

niedorzeczny pomysłem, jaki w życiu słyszałam. Teraz jednak królowa przeszła samą siebie. 

Lissa i Adrian? 

- Nie mówi pani tego poważnie. Wasza wysokość. 

-  Jestem  pewna,  że  się  pokochają,  kiedy  zamieszkają  na  moim  dworze.  Oboje 

posiadają  szczególną  charyzmę.  Poza  tym  obie  babki  Adriana  wywodzą  się  z  rodu 

Dragomirów.  Chłopak  ma  w  żyłach  tę  samą  krew.  Ich  związek  może  przedłużyć  książęcą 

linię. 

-  Nie  różni  się  w  tym  względzie  od  Christiana  Ozery.  -  Wiedziałam,  co  mówię. 

Podczas  jednej  z  ich  nieznośnie  upojnych  randek  zbadali  drzewo  genologiczne  Christana, 

żeby przekonać się, czy ma on wystarczająco dużo genów Dragomirów. Kiedy stwierdzili, że 

tak, zaczęli wymyślać imiona dla swoich dzieci. Byłam oburzona, kiedy Lissa oznajmiła mi, 

że trzecia córka będzie nosiła moje imię. 

- Christian Ozera? - Władczyni zacisnęła wargi - Wasylisa nigdy go nie poślubi. 

- Na pewno nie teraz. Najpierw oboje chcą skończyć collage i… 

-  Powiedziałam:  nigdy!  -  przerwała  mi  Tatiana.  -  Dragomirowie  reprezentują 

najstarszą i najznamienitszą linię królewską. Ich jedyna spadkobierczyni nie zwiążę się z kimś 

takim jak Ozera. 

- On też należy do królewskiego rodu - zauważyłam niskim głosem, który zapowiadał 

wybuch  emocji.  Nie  wiem,  dlaczego  obrażanie  Christana  rozgniewało  mnie  bardziej  niż 

background image

przykre słowa wypowiedziane pod moim adresem. - Rodzina Ozerów w niczym nie ustępuje 

Dragomirom  ani  Iwaszkowom.  Christian  jest  arystokratą  równym  Lissie,  Adrianowi  oraz 

pani. 

-  Nie  jest  nam  równy!  -  prychnęła  z  pogardą.  -  To  prawda,  że  Mozerowie  należą  do 

wysokiej arystokracji i chłopak ma kilku dobrze urodzonych i wpływowych kuzynów. Lecz 

nie  o  nich  przecież  mówimy.  Rozmawiamy  o  potomku  pary  morojów,  która  dobrowolnie 

zamieniła się w strzygi. Czy wiesz, ile takich przypadków widziałam w życiu? Dziewięć w 

ciągu pięćdziesięciu lat. I jego rodzice zaliczają się do nich. 

- Właśnie - odparłam. - Jego rodzice, nie on sam. 

-  To  bez  znaczenia.  Księżniczka  Drogomir  nie  może  zadawać  się  z  kimś  takim. 

Zajmuje zbyt prestiżową pozycję. 

- Za to pani bratanek stanowi dla niej idealną partię! - prychnęłam z goryczą. - Wasza 

wysokość. 

-  Skoro  jesteś  taka  bystra,  to  powiedz  mi,  jak  traktują  ich  wasi  koledzy  w  Akademii 

Świętego  Władimira?  Jak  postrzegają  Christiana?  Czy  ich  związek  jest  powszechnie 

akceptowany? - Oczy królowej błyszczały triumfalnie. 

- Tak - odparłam. - Oboje mają wielu przyjaciół. 

- Ale Christian? Czy on również jest akceptowany? 

Przypomniałam sobie, co Jesse i Ralf mówili o Christianie. Wielu uczniów wciąż go 

unikało,  jakby  on  również  przemienił  się  w  strzygę.  To  dlatego  na  zajęciach  z  gotowania 

pracował  sam.  Próbowałam  ukryć  niewesołe  myśli,  ale  Tatiana  właściwie  odczytała  moje 

milczenie. 

-  Widzisz?  -  zawołała.  -  Szkoła  to  pomniejszony  obraz  naszego  społeczeństwa. 

Pomyśl, jak zareagowałby nasz świat na ich związek. Wyobraź sobie Wasylisę starającą się o 

wpływy  w  kręgach  polityków.  Christian  stałby  jej  na  przeszkodzie.  Moroje  odwrócą  się  do 

niej. Naprawdę chcesz, żeby spotkał ją taki los? 

Tatiana  wyrażała  najgorsze  obawy  Christiana.  Zaprzeczyłam  im  równie  gorąco,  jak 

kiedyś w rozmowie z nim. 

- Nic takiego się nie wydarzy. Pani się myli.. 

-  Jesteś młoda,  Rose Hathaway.  Twój samolot  wkrótce startuje.  -  Tatiana skierowała 

się  do  drzwi,  a  za  nią  jak  cienie  podążyli  dwaj  strażnicy.  -  Nie  mam  ci  nic  więcej  do 

powiedzenia. Oby to była nasza ostatnia dyskusja na ten temat. 

„Ty w ogóle nie znosisz dyskusji”, pomyślałam. 

Królowa  wyszła,  a  ja  odczekałam  chwilę,  jak  nakazywała  etykieta,  i  pobiegłam  do 

background image

samolotu. Kręciło mi się w głowie. Co ta kobieta sobie myśli? Nie tylko była przekonana, że 

zamierzam usidlić Adriana, lecz także wierzyła, że uda jej się skojarzyć ukochanego bratanka 

z Lissą. Nie umiałam się zdecydować, co jest bardziej niedorzeczne. 

Chciałam  jak  najszybciej  opowiedzieć  przyjaciołom  o  wszystkim.  Na  pewno 

będziemy  płakać  ze  śmiechu.  Jednak  kiedy  weszłam  do  pokoju  po  swoją  torbę,  zmieniłam 

zdanie. Krążyło już tak wiele plotek na temat mojego rzekomego romansu z Adrianem, że nie 

powinnam dolewać oliwy do ognia. Uznałam też, że Christian nie powinien dowiedzieć się o 

zamiarach  Tatiany.  I  bez  tego  czuł  się  niepewnie  u  boku  Lissy.  Jak  zareagowałby  na 

wiadomość, że władczyni usiłuje go odsunąć? 

Postanowiłam  na  razie  zachować  te  rewelacje  dla  siebie.  Spodziewałam  się,  że  nie 

przyjdzie mi to łatwo, zwłaszcza że Lissa czekała pod drzwiami na mój powrót. 

- Cześć - zaczęłam. - Myślałam, że już siedzisz w samolocie. 

- Przesunęli start o kilka godzin. 

- Och. - Powrót do domu wydawał się w tej chwili niemal wybawieniem. 

- Czego chciała królowa? - spytała Lissa. 

-  Gratulowała  mi  -  skłamałam  gładko.  -  Wiedziała,  że  zabiłam  strzygi.  Nie 

spodziewałam się wyrazów uznania, nieswojo się z tym czułam. 

-  A  mnie  to  nie  dziwi  -  sprzeciwiła  się  Lissa.  -  Dokonałaś  niezwykłej  rzeczy.  Z 

pewnością chciała cię zapewnić, że zostało to dostrzeżone. 

-  Możliwe.  Co  robimy  z  wolnym  czasem?  -  Widziałam  w  jej  oczach  ekscytację  i 

ucieszyłam się, że podchwyciła temat. 

-  Wiesz…  Zastanawiam  się.  Skoro  już  jesteśmy  na  królewskim  dworze,  to  może  go 

sobie  obejrzymy?  Z  pewnością  są  tu  bardziej  interesujące  zakątki  niż  bar  czy  kawiarnia. 

Powinnyśmy poznać miejsce rychłego zamieszkania. Mamy mnóstwo czasu. 

Do  tej  pory  byłam  tak  przejęta  procesem  Wiktora,  że  zapomniałam  o  tym,  gdzie 

jesteśmy. W pałacu nie tylko rezydował dwór królowej, lecz także stanowił on siedzibę rządu 

morojów.  Nie  mógł  się wprawdzie  równać  z  Akademią  pod  względem  rozmiarów,  jednak  z 

pewnością warto tu powęszyć. Lissa miała rację. Dzień przyniósł wiele powodów do radości. 

Wiktor został unieszkodliwiony. Ona sama zawarła korzystny układ w sprawie dalszej nauki. 

Martwiło  mnie  jedynie  posądzenie  o  romans  z  Adrianem,  lecz  postanowiłam  o  tym 

zapomnieć o cieszyć się razem z przyjaciółką. 

- A gdzie się podział Christian? - spytałam. 

- Ma swoje zajęcia - odparła. - Chyba nie jest nam niezbędny? 

- Zwykle nie odstępuje cię na krok. 

background image

-  Fakt  -  przyznała  Lissa.  -  Tym  razem  jednak  mam  ochotę  na  twoje  towarzystwo.  - 

Bez  trudu  odczytałam  jej  intencje.  Nasza  krótka  rozmowa  przed  wizytą  u  królowej 

przypomniała dawne czasy, kiedy zadowalałyśmy się tylko swoim towarzystwem. 

-  Nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  ucieszyłam  się.  -  Ile  zdążymy  obejrzeć  w  trzy 

godziny? 

Lissa się rozjaśniła. 

- Zaliczymy to, co najważniejsze. 

Mogłabym przysiąc, że szykuje mi niespodziankę, chociaż bardzo się starała to ukryć. 

Nie  mogła  mi  przeszkodzić  w  czytaniu  jej  myśli,  ale  nauczyła  się  nie  skupiać  na  niczym, 

kiedy  zależało  jej  na  zachowaniu  tajemnicy.  Uwielbiała  mnie  zaskakiwać,  lecz  pewnie 

pogodziła się już z faktem, że nie ukryje przede mną poważnych problemów. Wyszliśmy na 

zewnątrz, kuląc się z zimna. Na dworze panował przenikliwy chłód. Lissa ominęła budynki 

administracji i poprowadziła mnie na kraniec dworskiej posiadłości. 

-  Królowa  zajmuje  pierwszy  dom  -  wyjaśniła.  -  Nie  jest  to  wprawdzie  pałac,  lecz 

najbardziej okazały budynek, jakim tu dysponujemy. Dawniej, kiedy dwór królewski mieścił 

się w Europie, władcy morojów posiadali zamki. 

Skrzywiłam się. 

- I tobie to imponuje? 

-  Daj  spokój.  Wyobraź  sobie  te  wieżyczki  i  kamienne  mury.  Przyznaj,  że  brzmi 

interesująco. 

- A co z dostępem do Internetu? Na pewno go nie mieli. 

Lissa  pokręciła  głową,  kwitując  mój  komentarz  uśmiechem.  Minęłyśmy  kilka 

zabudowań  z  fasadami  zdobionymi  rzeźbami.  Różniły  się  stylem  od  pozostałych.  Były 

znacznie wyższe i przypominały miejskie kamienice. Lissa potwierdziła moje spostrzeżenie. 

- To apartamentowce dla stałych mieszkańców posiadłości. 

Ciekawe, jak wyglądają wewnątrz. Przyszła mi do głowy przyjemna myśl: 

- Sądzisz, że i my tu zamieszkamy? 

Moja  przyjaciółka  się  ożywiła.  Cieszyła  ją  perspektywa  własnego  lokum,  które 

urządzimy po swojemu. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby dzielić mieszkanie także z 

Dymitrem,  wiedziałam  jednak,  że  on  dostanie  inna  kwaterę.  Nie  będzie  musiał  towarzyszyć 

Lissie we dnie i w nocy. Zastanawiałam się, jaka przypadnie mi rola w jej życiu. Czy pozwolą 

nam razem zamieszkać? A może królowa znów pokaże mi, że jestem niepotrzebna? 

-  Mam  nadzieję  -  odparła  Lissa,  nieświadoma  moich  zmartwień.  -  Najchętniej 

zamieszkałabym na ostatnim piętrze. Musi być stamtąd wspaniały widok. 

background image

Uśmiechnęłam się. 

- Może nawet jest tam basen. 

- Myślisz o pływaniu w taką słotę? 

-  Skoro  marzymy,  nie  zamierzam  się  ograniczać.  Tatiana  na  pewno  ma  prywatny 

basen. Wkłada bikini, a seksowni mężczyźni smarują ją kremem do opalania. 

Spodziewałam się, że Lissa mnie skarci, ale tylko się uśmiechnęła, prowadząc mnie do 

budynku stojącego nieopodal kamieniczek. 

- Zabawne, że o tym wspomniałaś. 

- Dlaczego? - spytałam. Starałam się wyczytać coś z jej myśli i pewnie udałoby mi się, 

gdybym nie doznała szoku. Nieoczekiwanie znalazłyśmy się w raju. Z głośników sączyła się 

łagodna  muzyka,  otaczały  nas  szumiące  fontanny  i  bujna  tropikalna  zieleń.  Pomiędzy 

roślinami, leżankami i fotelami bezszelestnie snuł się personel w białych szatach, czekając na 

każde skinienie. 

Trafiłyśmy do eleganckiego i nowoczesnego spa ukrytego w niepozornym kamiennym 

domu.  Nigdy  bym  nie  zgadła,  co  się  tu  mieści.  Przy  wejściu,  zza  długiej  granitowej  lady 

recepcji  słała  nam  czarujący  uśmiech  hostessa.  Wzdłuż  jednej  ściany,  na  wygodnych 

siedziskach,  półleżące kobiety poddawały się wyszukanym  zabiegom.  Uwijały się przy nich 

manikiurzystki,  pedikiurzystki  oraz  specjalistki  od  kosmetyki.  W  kąciku  fryzjerskim 

odbywało się strzyżenie i farbowanie włosów. W labiryncie korytarzy opatrzonych strzałkami 

rozmieszczono gabinety kosmetyczne, stoły do masażu i sauny. 

Lissa zerknęła na mnie z uśmiechem. 

- Co ty na to? 

-  Adrian  wspomniał  mi,  że  dwór  kryje  wiele  sekretów  -  westchnęłam.  -  Przyznaję  z 

niechęcią, że mówił prawdę. 

- Byłaś tak przygnębiona ćwiczeniami  polowymi i… innymi rzeczami. - Nie musiała 

wspominać  śmierci  Masona  i  walce  ze  strzygami,  wiedziałam,  o  czym  myślała.  - 

Stwierdziłam,  że  należy  ci  się  drobna  przyjemność.  Zajrzałam  tu,  kiedy  rozmawiałaś  z 

królową, i okazało się, że mają dla nas wolne miejsca. 

Lissa  podeszła  do  recepcjonistki  i  podała  nasze  nazwiska.  Kobieta  odnalazła 

rezerwację,  chociaż  zdziwiła  się  nieco  na  widok  dampira.  Nie  przejęłam  się.  Z  rozkoszą 

chłonęłam  otaczające  mnie  obrazy  i  dźwięki.  Luksusowe  wnętrze  tak  bardzo  różniło  się  od 

mojego codziennego życia wypełnionego surową dyscypliną, że trudno mi było uwierzyć w 

jego istnienie. 

Lissa dopełniła formalności i zwróciła się do mnie z promienną twarzą. 

background image

- Zamówiłam dla nas masaż i… 

- Paznokcie - nie pozwoliłam jej dokończyć. 

- Słucham? 

- Chcę sobie zrobić manikiur. Mogę? 

Był  to  najdziwniejszy  kaprys  i  największy  zbytek,  jaki  mogłam  sobie  wyobrazić. 

Wiem, że kobiety traktują podobne zabiegi jak najzwyklejszą rzecz na świecie, ale dla mnie 

to zbytek, choć bezustannie narażałam dłonie na zadrapania, wiatr i zimno, nie wspominając o 

brudzie.  Od  wieków  nie  malowałam  paznokci.  Nie  widziałam  w  tym  sensu.  Po  każdym 

treningu lakier pękał i  odpadał  płatami. Nowicjuszki  nie mogły sobie pozwalać na luksusy. 

Właśnie  dlatego  uznałam,  że  muszę  to  zrobić.  Kiedy  przyglądałam  się  Lissie,  gdy  robiła 

makijaż,  zatęskniłam  za  kosmetykami.  Wiedziałam,  że  nigdy  nie  będę  miała  czasu,  by 

regularnie dbać o urodę, lecz tego dnia byłam gotowa na każde szaleństwo. 

Zauważyłam,  że  Lissie  nieco  zrzedła  mina.  Pewnie  zaplanowała  jakiś  specjalny 

masaż, ale nie umiała mi odmówić. Znów podeszła do recepcjonistki. Zdaje się, że pojawiły 

się  jakieś  problemy,  ale  w  końcu  Dragomirówna  dopięła  swego.  Kobieta  uśmiechnęła  się, 

ujęta jej niezwykłym czarem. 

- Oczywiście, wasza wysokość - powiedziała. Już dawno zorientowałam się, że moja 

przyjaciółka nie musi stosować magii, by nakłonić innych do spełnienia jej próśb. 

- Nie chciałabym robić kłopotu - rzekła skromnie. 

- Ależ to żaden kłopot, proszę mi wierzyć! 

Wkrótce  siedziałyśmy  już  obok siebie,  z  dłońmi zanurzonymi  w  gorącej  wodzie.  Po 

chwili dwie morojki zabrały się do nacierania ich mieszanką cukru i alg morskich. 

- Dlaczego właśnie manikiur? - dociekała Lissa. 

Wyjaśniłam  jej,  że  ostatnio  nie  miałam  czasu  zadbać  o  wygląd,  a  moje  dłonie  są 

bezustannie narażone na rany. Wiedziałam, że przejęła się moim wyznaniem. 

-  Nigdy  nie  przyszło  mi  to  do  głowy.  Sądziłam,  że  nie  przejmujesz  się  takimi 

rzeczami. Z twoją urodą nie musisz zawracać sobie głowy drobiazgami. W każdym razie tak 

myślałam. 

- Jasne - mruknęłam. - Ale to ty jesteś bożyszczem mężczyzn. 

-  Tylko  z  powodu  nazwiska.  Za  to  ciebie  pragną  z  zupełnie  innych  powodów. 

Szczególnie jeden z nich. 

Ciekawe, kogo miała na myśli. 

- Z powodów niezupełnie szlachetnych. Lissa wzruszyła ramionami. 

- Nawet jeśli tak, nie musisz się pacykować, żeby przyciągnąć uwagę. 

background image

Ogarnęło  mnie  dziwne  uczucie.  Zobaczyłam  siebie  oczyma  przyjaciółki.  Jakbym 

przeglądała się w lustrze. Uświadomiłam sobie, że w jej oczach jestem piękna. Opalenizna, 

ciemne brązowe włosy i krągłości figury dodawały mi egzotycznego kolorytu. Lissa czuła się 

przy  mnie  blada,  mało  wyrazista  i  chuda.  Zaskoczyła  mnie  tym,  bo  sama  uważałam,  że 

wyglądam niepozornie przy jej olśniewającej urodzie. Lissa mi zazdrościła. Nie było w niej 

złości, raczej podziw dla odmiennego typu urody. 

Chciałam  jej  powiedzieć,  jaka  jest  śliczna,  ale  się  powstrzymałam.  Z  pewnością  nie 

chciałaby teraz dowiedzieć się, że odczytałam jej myśli. Na szczęście manikiurzystka zapytała 

mnie  w  tej  samej  chwili  o  kolor  lakieru.  Wybrałam  złoty.  Może  i  wyglądał  tandetnie,  ale 

uznałam, że doda mi szyku, a poza tym i tak nie utrzyma się długo. Lissa zdecydowała się na 

jasnoróżowy,  równie  elegancki,  jak  ona  sama.  Szybciej  skończyła  zabieg,  bo  moje  ręce 

wymagały więcej starań. 

W  końcu  dołączyłam  do  niej  i  natychmiast  porównałyśmy  nasze  wypielęgnowane 

dłonie. 

-  Wyglądasz  olśniewająco,  moja  droga  -  orzekła  Lissa  afektowanym  tonem. 

Parsknęłyśmy śmiechem i dumnie poszłyśmy na masaż. 

Czas  pobytu  w  spa  upływał  szybko,  więc  zamiast  długotrwałej  sesji  zaplanowanej 

przez  moją  przyjaciółkę  musiałyśmy  poprzestać  na  masażu  stóp. Wybór  okazał  się  idealny, 

ponieważ nie musiałyśmy się rozbierać, co naraziłoby na uszkodzenie kunsztowny manikiur. 

Poproszono  nas  jedynie  o  zdjęcie  butów  i  podwinięcie  nogawek.  Usiadłam  na  krześle  i 

zanurzyłam stopy w ciepłej, bulgoczącej wodzie. Dodano do niej olejku o zapachu fiołków, 

ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Wciąż podziwiałam swoje dłonie. Wyglądały 

doskonale.  Nasączone  kosmetykami  zmiękczającymi  i  nawilżającymi,  stały  się  delikatne,  a 

paznokcie lśniły złotym blaskiem. 

- Rose! - Usłyszałam głos Lissy. 

-  Hm?  -  Manikiurzystka  na  złoty  lakier  nałożyła  drugą  warstwę,  bezbarwną. 

Zastanawiam się, czy ten zabieg przedłuży mu życie. 

- Rose. 

Przyjaciółka  żądała  ode  mnie  niepodzielnej  uwagi,  więc  oderwałam  wzrok  od 

wypielęgnowanych dłoni. Lissa uśmiechała się od ucha do ucha. Wyczułam, że nadeszła pora 

na kolejną niespodziankę, dla której mnie tu przyprowadziła. 

-  O  co  chodzi?  -  spytałam.  Ruchem  głowy  wskazała  masażystę  klęczącego  u  moich 

stóp. 

- To jest Ambroży. Zerknęłam bez zainteresowania. 

background image

- Hej, Ambroży, jak… - Ugryzłam się w język, zanim wydałam okrzyk zdumienia. 

Mężczyzna  nie  mógł  być  wiele  starszy  ode  mnie.  Czarne  kręcone  włosy  oraz 

imponująca  muskulatura  nagiego  torsu  robiły  wrażenie,  a  złotawy  odcień  opalenizny 

sugerował częste przebywanie na słońcu. Najwyraźniej miałam do czynienia z człowiekiem. 

Potwierdzały  to  ślady  ukąszeń  na  jego  szyi.  Zachwycający  chłopiec,  karmiciel.  Niezwykłe 

zjawisko. 

Jego uroda olśniewała, wydawał się nierealny. 

Dymitr  był  bardzo  przystojny,  zaś  drobne  skazy  czyniły  go  jeszcze  bardziej 

pociągającym. Ambroży wydawał się po prostu nieskazitelnie piękny. Nie rzuciłabym mu się 

w ramiona, ale - jak biżuteria na wystawie Tiffany'ego - cieszył oko. 

Widać Lissa, zaniepokojona ubóstwem mojego życia miłosnego, uznała, że potrzebuję 

odmiany. Sama poprosiła o masażystkę. 

- Miło cię poznać, Rose - powiedział Ambroży melodyjnym głosem. 

- Ciebie również - odparłam i zrobiło mi się nieswojo. Mężczyzna wyjął moje nogi z 

wody i zaczął starannie wycierać ręcznikiem. Stopy wyglądały lepiej niż dłonie, ostatecznie 

nosiłam  buty,  mimo  to  pożałowałam,  że  nie  zażyczyłam  sobie  wcześniej  pedikiuru.  Nie 

sądziłam, że znajdą się w rękach Apolla. 

Lissa  dostrzegła  moje  zmieszanie  i  z  trudem  powstrzymywała  się  od  śmiechu. 

Usłyszałam,  jak  mówi  do  mnie  w  myślach:  „To  osobisty  masażysta  Tatiany.  Zostałaś 

potraktowana  po  królewsku”.  Westchnęłam  wymownie,  dając  jej  do  zrozumienia,  że  nie 

ubawiłam  się  po  pachy.  „Wiesz,  co  znaczy  osobisty?”.  Otworzyłam  szeroko  oczy  ze 

zdumienia, nieumyślnie machając przy tym nogą. Ambroży przytomnie chwycił ją w dłonie i 

tylko dzięki temu nie kopnęłam go w tę śliczną buźkę. Nie potrafiłam przemawiać w myślach 

do  Lissy,  lecz  byłam  pewna,  że  prawidłowo  odczytała  moją  minę:  „Nie  mówisz  tego 

poważnie, bo jeśli tak, to będziesz miała kłopoty”. 

Uśmiechnęła  się  jeszcze  szerzej.  „Sądziłam,  że  się  ucieszysz.  Jesteś  w  rękach 

sekretnego kochanka królowej”. 

W  rękach  kochanka?  Spojrzałam  na  piękne  oblicze  Ambrożego.  Był  tak  młody;  nie 

mogłam  go  sobie  wyobrazić  w  ramionach  tej  starej  raszpli.  Usilnie  pragnęłam  odsunąć  od 

siebie myśl, że ten mężczyzna dotykał nas obie. Fuj. 

Tymczasem  dłonie  Ambrożego  przesuwały  się  po  moich  łydkach  i  stopach.  Nie 

omieszkał przy tym uprzejmie zauważyć, jak bardzo wydają mu się eleganckie. I bez przerwy 

się  uśmiechał,  ukazując  rząd  nieskazitelnie  białych  zębów.  Mimo  jego  wysiłków 

odpowiadałam  półgębkiem,  wciąż  walcząc  z  wyobraźnią,  która  niechętnie  podsuwała  mi 

background image

obraz chłopca w ramionach Tatiany. 

Dobiegło  mnie  nieme  westchnienie  Lissy.  „On  z  tobą  flirtuje,  Rose!  Gdzie  ty  masz 

oczy?  Mogłabyś  się  bardziej  postarać.  Zadałam  sobie  wiele  trudu,  żeby  załatwić  ci 

najseksowniejszego masażystę pod słońcem, a ty tak mi się odwdzięczasz?” 

Zaczynała  mnie  wkurzać  tymi  komentarzami,  na  które  nie  mogłam  odpowiedzieć. 

Miałam wielką ochotę wypalić, że nie prosiłam  o wynajęcie królewskiego kochanka. Nagle 

wyobraziłam sobie, że Tatiana znów wzywa mnie do siebie, żeby oskarżyć mnie tym razem o 

romansowanie z Ambrożym. Cudownie, nie ma co. 

Wciąż  uśmiechnięty  młodzieniec  masował  z  zapałem  moje  pięty.  Bolało,  a  zarazem 

sprawiało przyjemność. Nie wiedziałam, że aż tak zaniedbałam stopy. 

- Zadają sobie tyle trudu, żeby was ubierać w czerń i biel, a nikt nie myśli o waszych 

stopach  -  zauważył  fachowo  Ambroży.  -  Jak  macie  wytrzymać  wielogodzinne  stanie  na 

baczność  i  konieczność  ćwiczenia  wykopów  z  półobrotu  albo  przyjmowanie  pozycji  kota, 

skoro nie dają wam dobrego obuwia? 

Już  miałam  mu  powiedzieć,  że  nie  musi  się  tak  przejmować  moimi  nogami,  ale 

uderzyła mnie pewna myśl. „Wykopy z półobrotu” i „pozycja kota” - tak strażnicy nazywali 

ćwiczenia  w  swoim  żargonie.  Oczywiście  każdy  mógł  znaleźć  je  w  Internecie  pod  hasłem 

„sztuki walki”, jednak nie słyszałam nigdy, by znali je moroje, a już na pewno nie karmiciele. 

Przyjrzałam się Ambrożemu, zwracając uwagę na jego czujny wzrok i błyskawiczne reakcje - 

przypomniałam sobie, jak w ostatniej chwili złapał mnie za nogę, bym go nie kopnęła. 

Otworzyłam  usta  ze  zdumienia  i  pospiesznie  je  zamknęłam,  żeby  nie  wyglądać  jak 

idiotka. 

- Jesteś dampirem - wykrztusiłam. 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

PODOBNIE JAK TY - ODPARŁ Z UŚMIECHEM. 

- Tak, ale sądziłam… 

- Że jestem człowiekiem? Z powodu śladów po ukąszeniach? 

- Właśnie. - Nie było sensu się tłumaczyć. 

- Każdy chce żyć - rzucił lekko. - Dampiry szczególnie muszą troszczyć się o siebie. 

- Większość zostaje strażnikami - zauważyłam. - Zwłaszcza mężczyźni. 

Wciąż nie mogłam uwierzyć, że rozmawiam z wampirem. I Dlaczego nie dostrzegłam 

tego od razu? 

Dawno  temu  rasa  dampirów  powstała  ze  związków  morojów  i  ludzi.  Jesteśmy  w 

połowie jednymi oraz drugimi. Z czasem  moroje zaczęli separować się od ludzi, którzy nie 

potrzebowali  już  ich  zdolności  magicznych,  i  się  usamodzielnili.  Obecnie  wampiry  żyją  w 

ukryciu głownie w obawy, że ludzie mogliby umieścić je w swoich laboratoriach i poddawać 

eksperymentom.  Z  jakiegoś  powodu  dampiry  nie  mogą  mieć  dzieci  z  przedstawicielami 

swojej  rasy.  Jedynym  sposobem  na  przetrwanie  są  dla  nas  związki  z  morojami.  Zgodnie  z 

logiką  dziecko  moroja  i  dampira  powinno  być  w  trzech  czwartych  morojem.  Tymczasem 

sytuacja wygląda inaczej.  Jesteśmy w stu  procentach dampirami, istotami  posiadającymi po 

połowie  genów  ludzkich  i  wampirzych.  Większość  przedstawicieli  mojej  rasy  rodzi  się  ze 

związków kobiet dampirów i mężczyzn morojów. Nasze matki od wieków odsyłają dzieci na 

wychowanie do innych rodzin, by nie przeszkadzały im w pełnieniu służby strażniczek. Tak 

samo postąpiła moja matka. 

W miarę upływu lat niektóre kobiety dampiry zaczęły się jednak przeciwstawiać temu 

zwyczajowi.  Chciały  opiekować  się  dziećmi.  Obecnie  część  rezygnuje  ze  służby,  aby 

zamieszkać w komunach razem z innymi kobietami. Taką decyzję podjęła matka Dymitra. Na 

temat  mieszkanek  owych  wspólnot  krążą  brzydkie  plotki,  ponieważ  moroje  często  szukają 

wśród nich niewymagających kochanek. Dymitr twierdzi, że te historie są w dużym stopniu 

wyssane  z  palca,  a  wampirzyce  niechętnie  angażują  się  w  przygodne  romanse.  Źródłem 

plotek  jest  fakt,  że  samotne  matki  rzadko  podtrzymują  kontakt  z  ojcami  swoich  dzieci,  a 

niektóre kochanki morojów pozwalają nim również pić swoją krew. Taki czyn jest uważany 

za haniebny, a kobiety, które się na to zgadzają, nazywane są dziwkami sprzedającymi swoją 

krew. 

Nigdy nie przyszło mi to głowy, że to samo mogą robić mężczyźni dampiry. Byłam 

background image

wstrząśnięta tym odkryciem. 

-  Mężczyźni,  którzy  nie  chcą  pełnić  służby,  zazwyczaj  uciekają  -  zauważyłam. 

Zdarzało się to rzadko, lecz słyszałam o kilku zbiegach, którzy wybrali życie wśród ludzi. Oni 

również okryli się hańbą. 

-  Nie  chciałem  uciekać  -  odparł  lekko  Ambroży.  -  Nie  miałem  również  najmniejszej 

ochoty walczyć ze strzygami. Zdecydowałem się na inne rozwiązanie. 

Lissa była również wstrząśnięta jego wyznaniem. Dziwki sprzedające swoją krew żyły 

na  marginesie  naszego  społeczeństwa.  Spotkanie  z  jedną  z  nich  wprawiło  ją  w  najwyższe 

zdumienie. 

- Czy to naprawdę lepsze od służby strażnika? - spytałam z niedowierzaniem. 

-  Rolą  strażnika  jest  stała  ochrona  podopiecznego.  Ryzykuje  przy  tym  życiem,  a  w 

dodatku  nosi niewygodne buty.  Co do mnie,  mam  najlepsze obuwie, masują właśnie piękną 

dziewczynę i sypiam w wygodnym łóżku. 

Skrzywiłam się z niesmakiem. 

- Wolałabym nie rozmawiać o tym, gdzie sypiasz. 

- Oddawanie krwi nie jest najgorszą rzeczą, jaka mogłaby mnie spotkać. Nie tracę jej 

tyle, co etatowi karmiciele, a mam z tego wiele przyjemności. 

-  O  tym  też  nie  chcę  rozmawiać  -  zastrzegłam.  Za  nic  w  świecie  nie  przyznałabym 

głośno, że i mnie się to podobało. 

-  W  porządku.  Musisz  jednak  przyznać,  że  wiodę  przyjemne  życie.  -  Ambroży  się 

uśmiechnął. 

- Czy oni nie są… Nie traktują cię w z góry? Z pewnością słyszałeś… 

- Ależ tak - zgodził się chłopak. - Okropne rzeczy. Wiele obelg pod swoim adresem. 

Czy  wiesz,  od  kogo  obrywam  najczęściej?  Od  innych  dampirów.  Moroje  nie  traktują  mnie 

źle. 

-  Bo  nie  wiedzą,  czym  jest  nasza  służba.  Nie  mają  pojęcia,  jak  bardzo  jest  ważna.  - 

Pomyślałam niezadowolona, że mówię jak moja matka. - Taka jest rola dampirów. 

Ambroży wstał, prezentując z dumą swój umięśniony tors. 

- Jesteś pewna? Chciałabyś się dowiedzieć, do czego naprawdę zostałaś przeznaczona? 

Znam kogoś, kto może zdradzić ci tę tajemnicę. 

- Ambroży, nie rób tego - jęknęła manikiurzystka Lissy. - Ta kobieta jest szalona. 

- Jest jasnowidzącą, Eve. 

- Wcale nie, poza tym nie możesz zabrać tam księżniczki Dragomir. 

- Sama królowa zasięga jej rady - sprzeciwił się dampir. 

background image

- I ona również popełnia błąd - mruknęła Eve. 

Wymieniłyśmy  z  Lissą  zaciekawione  spojrzenia.  Moja  przyjaciółka  wyraźnie  się 

ożywiła  na  słowo  „jasnowidząca”.  Moroje  traktowali  wróżenie  podobnie  jak  opowieści  o 

duchach  -  nie  wierzyli  w  nie.  Jednak  Lissa  dowiedziała  się  niedawno,  że  zdolność 

przepowiadania  przyszłości  charakteryzowała  morojów  obdarzonych  mocą  ducha.  Obudziła 

się w niej nadzieja, że być może spotka kolejną osobę podobną do siebie. 

-  Bardzo  chciałybyśmy  poznać  jasnowidzącą.  Zaprowadzisz  nad  do  niej?  Proszę.  - 

Lissa zerknęła na zegar. - Musimy się spieszyć. Niedługo odlatujemy. 

Eva uznała, że to marnowanie czasu, lecz Ambroży rozpromienił się w jednej chwili. 

Włożyłyśmy  buty  i  wyszłyśmy  za  nim  z  gabinetu.  Pomieszczenia  spa  łączył  labirynt 

korytarzy, jak się okazało, znacznie dłuższych, niż można się spodziewać. 

- Nie widzę tabliczek na drzwiach - zauważyłam, mijając kolejny zamknięty pokój. - 

Co się za nimi kryje? 

- Wszystko, za co klienci gotowi są zapłacić - odparł dampir. 

- Na przykład? 

- Och, Rose. Nie bądź dzieckiem. 

Dotarłyśmy  do  pokoju  na  końcu  długiego  korytarza.  Weszliśmy  do  niewielkiego 

pomieszczenia,  w  którym  jedynym  umeblowaniem  było  biurko.  Dalej  dostrzegłam  inne 

drzwi.  Morojka  siedząca  za  biurkiem  rozpoznała  naszego  przewodnika.  Rozmawiali  przez 

chwilę  przyciszonymi  głosami  i  zorientowałam  się,  że  kobieta  nie  chce  nas  wpuścić.  Lissa 

nachyliła się do mnie. 

- Co o tym myślisz? Nie spuszczałam wzroku z Ambrożego. 

- Że te wspaniałe mięśnie się marnują. 

- Nie o to pytam. Co myślisz o spotkaniu z jasnowidzacą? Możliwe, że odnalazłyśmy 

kolejną osobę obdarzoną mocą ducha - ciągnęła z przejęciem. 

-  Skoro  posiadł  ją  taki  lekkoduch  jak  Adrian,  dlaczego  nie  wróżka?  Tymczasem 

Ambroży podszedł do nas z uśmiechem. 

- Suzanne wpisała was do grafiku. Zdążycie przed odlotem. Musicie tylko poczekać na 

wyjście klienta Rhondy. 

Kobieta  za  biurkiem  miała  niezadowoloną  minę,  ale  nie  zamierzałyśmy  się  tym 

przejmować.  Otworzyły  się  drugie  drzwi  i  z  tajemniczego  pokoju  wyszedł  leciwy  moroj. 

Sprawiał wrażenie pogrążonego w transie. Zapłacił Suzanne, skinął głową i wyszedł. 

Piękny wampir zamaszystym gestem zaprosił nas do środka. 

- Wasza kolej. 

background image

Weszłyśmy, a chłopak zamknął za nami drzwi. Przeszył mnie dreszcz, bo odniosłam 

wrażenie, jakbyśmy znalazły się wewnątrz czyjegoś serca. Wszystko w czerwieni: pluszowy 

dywan,  welwetowa  kanapa,  gruba  tapeta  posypana  brokatem  i  satynowe  poduszki  na 

podłodze.  Siedziała  na  nich  czterdziestokilkuletnia  morojka.  Spod  gęstwiny  wijących  się 

kruczych loków patrzyły na nas równie czarne oczy. Miała lekko oliwkową skórę, choć była 

blada  jak  wszyscy  moroje.  Jej  hebanowy  strój  kontrastował  z  czerwienią  pomieszczenia,  a 

biżuteria barwy moich paznokci lśnił na szyi i dłoniach. Oczekiwałam, że przemówi do nas 

śpiewnym głosem z egzotycznym akcentem, tymczasem zupełnie zwyczajnie rozkazała: 

-  Usiądźcie,  proszę.  -  Wskazała  nam  poduszki.  Ambroży  zajął  miejsce  na  kanapie.  - 

Kogo  przyprowadziłeś?  -  zwróciła  się  do  niego,  kiedy  posłusznie  usiadłyśmy  z  Lissa 

naprzeciwko niej. 

-  Księżniczkę  Wasylisę  Dragomir  oraz  jej  przyszła  strażniczkę,  Rose.  Proszą  o 

pośpiech. 

- Dlaczego zawsze mnie popędzasz? - spytała Rhonda. 

- To nie ja. Dziewczęta muszą zdążyć na samolot. 

- Ti i tak zawsze się śpieszysz. 

Zwróciłam uwagę na swobodny ton ich rozmowy, łączyło ich jakieś podobieństwo, no 

i te włosy jak smoła. 

- Jesteście spokrewnieni? 

- To moja ciotka - oznajmił chłopak z zadowoleniem. - Uwielbia mnie. 

Rhonda przewróciła oczami. 

Zdziwiłam  się.  Dampiry  rzadko  utrzymywały  kontakt  z  rodziną  ze  strony  morojów, 

lecz Ambroży w ogóle był dość wyjątkowy. Lissę ciekawiło co innego. Bacznie obserwowała 

wróżkę, usiłując dociec, czy kobieta rzeczywiście posiada moc ducha. 

- Jesteś Cyganką? - spytałam. 

Skrzywiła się lekko i zaczęła tasować karty. 

-  Należę  do  Romów  -  odparła.  -  Nazywacie  nas  Cyganami,  a  to  niedokładne 

określenie.  Jestem  przede  wszystkim  morojką.  -  Tasowała  jeszcze  przez  chwilę,  a  potem 

podała talię Lissie. - Przełóż, proszę. 

Moja przyjaciółka wciąż nie odrywała od niej wzroku a nadziei, że dostrzeże to, czego 

szukała.  Adrian  bezbłędnie  rozpoznawał  morjów  posiadających  moc  ducha,  lecz  moja 

podopieczna nie posiadła jeszcze tej umiejętności. Przełożyła talię i oddała ją Rhondzie, która 

odkryła pierwsze trzy karty. 

Nachyliłam  się,  żeby  lepiej  widzieć.  Super  -  miałam  przed  sobą  karty  tarota.  Nie 

background image

wiedziałam  o  nich  wiele,  słyszałam  tylko,  że  mają  moc  przepowiadania  przyszłości.  Nie 

wierzyłam we wróżby, ale przecież jeszcze nie dawno nie wierzyłam również w duchy. 

Odczytałam napisy widniejące na kartach: Księżyc, Cesarzowa i as Kielichów. 

Ambroży zerkał mi przez ramię. 

- Ooo - rzucił. - Bardzo interesujące. Rhonda posłała mu karcące spojrzenie. 

-  Cicho  bądź.  Nie  masz  pojęcia,  o  czym  mówisz  -  powiedziała  i  wzięła  do  ręki  asa 

Kielichów. - Wkrótce rozpoczniesz nowe życie, któremu towarzyszyć będzie przypływ mocy 

i intensywne uczucia. Wszystko się zmieni. Pójdziesz nową drogą, która okaże się niełatwa, 

lecz ostatecznie doprowadzi cię do punktu, w którym zabłyśniesz nad światem. 

- No, no - wtrąciłam. Jasnowidząca wskazała palcem na kartę Cesarzowej. 

- Zyskasz wielką władzę, którą będziesz sprawowała mądrze i łaskawie. Ziarna twojej 

przyszłości  zostały  już  zasiane,  lecz  brakuje  ci  pewności;  znajdujesz  się  pod  działaniem 

niepoznanych wpływów, które otaczają cię niczym mgła - mówiła, patrząc na kartę Księżyca. 

- Czuję jednak, że te nieznane czynniki nie sprowadzą cię ze ścieżki przeznaczenia. 

Lissa wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczyma. 

- Tak wiele wyczytałaś w trzech kart? Rhonda wzruszyła ramionami. 

-  Opisują obraz sytuacji,  a ja posiadam  również dar widzenia rzeczy,  których innych 

nie dostrzegają. 

Znowu  przetasowała  karty  i  poprosiła,  żebym  teraz  ja  je  przełożyła.  Kiedy  to 

zrobiłam, kobieta ponownie trzy odkryła: dziewiątka Mieczy, Słońce i as Mieczy. Słońce było 

odwrócone  do  góry  nogami.  Nawet  nie  znając  znaczenia  tych  kart,  zorientowałam  się,  że 

potraktowały  mnie  znacznie  surowiej  niż  Lissę.  Jej  Cesarzowa,  odziana  w  długą  suknię, 

patrzyła z rysunku majestatycznie, a nad jej głową lśniły gwiazdy. Księżyc na drugim obrazku 

jaśniał  w  pełni  nad  postaciami  psów,  a  as  Kielichów  został  przedstawiony  jako  puchar 

wypełniony kwiatami. 

Moja  dziewiątka  Mieczy  ukazywała  kobietę  płaczącą  pod  ścianą  mieczy,  as  został 

oznaczony  jako  nagi  żelazny  miecz  i  tylko  Słońce  dawała  nadzieję  na  weselszy  los. 

Zobaczyłam anioła jadącego na białym koniu w blasku promieni słonecznych. 

- Czy ta karta nie powinna być odwrócona? - spytałam. 

- Nie. - Rhonda utkwiła wzrok w kartach.  Zapanowała ciężka cisza. - Zabijesz to, co 

nie jest do końca martwe - rzekła w końcu. 

Czekałam na dalsze słowa, ale milczała. 

- Jak to? To ma być wszystko? Kobieta skinęła głową. 

- Tyle mówią karty. Pokazałam na nie palcem. 

background image

- Zdaje się, że mogłyby powiedzieć dużo więcej. Lissa uzyskała mnóstwo informacji! 

Wiem,  że  będę  zabijać  to,  co  nie  jest  martwe.  Na  tym  polega  moja  służba.  -  Mój  los  był 

przesądzony. 

Rhonda wzruszyła ramionami i nie powiedziała nic więcej. 

Zamierzałam jej oznajmić, że nie zapłacę za ten bełkot, lecz w tej chwili usłyszeliśmy 

ciche pukanie do drzwi. Ku memu zaskoczeniu ukazała się w nich głowa Dymitra. Patrzył na 

Lissę i na mnie. 

- Powiedziano mi, że tu jesteście - oznajmił, wchodząc do środka. Zauważył Hondę i 

skinął  jej  głową  z  szacunkiem.  -  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  ale  muszę  je  zabrać  do 

samolotu - odezwał się grzecznie. 

Rhonda  obrzuciła  go  bacznym  spojrzeniem.  Nie  taksowała  go  wzrokiem,  patrzyła, 

jakby rozgryzała tajemnicę. 

-  Nie  ma  za  co  przepraszać.  A  może  chciałbyś  wysłuchać  swojej  wróżby?  - 

zaproponowała. 

Znając poglądy Dymitra, podobne do moich, sądziłam, że wymówi się brakiem czasu. 

Tymczasem  spojrzał  na  kobietę  z  powagą  i  skinął  głową,  siadając  na  podłodze  obok  mnie. 

Owionął mnie słodki zapach skóry i płynu po goleniu. 

- Dziękuję - powiedział. 

- Wróżba będzie krótka - rzuciła zajęta tasowaniem. 

Po  chwili  położyła  talię  przed  strażnikiem,  poprosiła  o  przełożenie  i  odkryła  trzy 

karty.  Zobaczyliśmy  króla  Buław,  Koło  Fortuny  i  piątkę  Kielichów.  Nic  mi  o  nie  mówiło. 

Król Buław wyglądał tak, jak się nazywał: mężczyzna na koniu z długą drewnianą pałką w 

dłoni. Koło fortuny przedstawiało zawieszony w chmurach krąg nieznanych mi symboli, zaś 

piątka  Kielichów  ukazywała  pięć  przewróconych  pucharów,  z  których  wypływała  ich 

zawartość. Postać mężczyzny stała do nich tyłem. 

Kobieta  popatrzyła  na  karty,  przeniosła  wzrok  na  Dymitra  i  z  nieodgadnioną  miną 

ponownie zatopiła się w symbolach. 

-  Stracisz  coś,  co  jest  dla  ciebie  najcenniejsze,  więc  dbaj  o  to,  póki  możesz  - 

stwierdziła i wskazała palcem Koło Fortuny. - Koło się toczy, toczy się bez ustanku. 

Wróżba nie była tak gruntowna, jak informacje dla Lissy, ale Dymitr dowiedział się 

więcej  niż  ja.  Przyjaciółka  szturchnęła  mnie,  żebym  się  nie  odzywała.  Nieświadomie 

otworzyłam  usta,  żeby  zaprotestować.  Zaczerwieniłam  się.  Strażnik  posmutniał,  patrzył 

zamyślony  w  karty.  Nie  wiedziałam,  że  zna  tarota.  Przyglądał  się  obrazkom,  jakby  dotykał 

klucza  otwierającego  tajemnice  świata.  Na  koniec  znów  z  szacunkiem  skłonił  się  krótko 

background image

Rhondzie. 

- Dziękuję. 

Kobieta  bez  słowa  skinęła  głową.  Wstaliśmy  i  ruszyliśmy  do  wyjścia.  Ambroży 

zapewnił nas, że zapłaci za nasze wróżby. 

- Warto było - powiedział do mnie. - Cieszę się, że przez chwilę zastanowiłaś się nad 

swoim losem. 

Żachnęłam się. 

- Bez urazy, ale niczego się nie dowiedziałam - odparłam, a on się roześmiał. 

Mieliśmy  już  opuścić  maleńką  recepcję  Suzanne,  kiedy  nieoczekiwanie  Lissa 

zawróciła do pokoju Rhondy. Pospieszyłam za nią. 

- Przepraszam - zaczęła. 

Morojką podniosła głowę znad talii tasowanych kart. Miała zaniepokojoną minę. 

- Tak? 

-  Może  zabrzmi  to  dziwnie,  ale…  Czy  mogłabyś  mi  zdradzić,  w  jakim  żywiole  się 

specjalizujesz? 

Niemal  słyszałam,  że  Lissa  wstrzymuje  oddech.  Tak  bardzo  chciała  usłyszeć,  że 

Rhonda  nie  obrała  jeszcze  specjalizacji,  co  było  częstym  wskazaniem  żywioła  ducha.  Moja 

przyjaciółka wciąż niewiele wiedziała na temat swoich zdolności i szukała osób, od których 

mogłaby się uczyć. Teraz miała nadzieję, że zyska umiejętność przepowiadania przyszłości. 

- Pracuję w powietrzem  - odparła Rhonda,  a my poczułyśmy lekki wiatr we włosach 

na potwierdzenie jej słów. - Dlaczego pytasz? 

Lissa westchnęła rozczarowana. 

- Bez powodu. Dziękuję. 

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 

CHRISTIAN  CZEKAŁ  NA  LĄDOWISKU  wraz  z  kilkoma  strażnikami.  Lissa 

natychmiast  do  niego  podbiegła,  zostawiając  mnie  z  Dymitrem,  który  przez  całą  drogę  ani 

słowem się nie odezwał. Zazwyczaj milczał, demonstrując niewzruszony spokój, tym razem 

jednak wyraźnie wyczuwałam w nim napięcie. 

- Wciąż myślisz o tym, co ci powiedziała Rhonda? Przecież to oszustka. 

-  Dlaczego  tak  mówisz?  -  spytał,  zatrzymując  się  kilka  kroków  przed  grupką 

oczekujących. Wiał zimny wiatr i chciałam jak najszybciej wejść do samolotu. 

-  Nic  nam  nie  powiedziała!  Szkoda,  że  nie  wysłuchałeś  mojej  wróżby.  Same 

oczywistości.  Przynajmniej  Lissa  dowiedziała  się  miłych  rzeczy  -  ciągnęłam.  -  Ale  też  nic 

konkretnego. Rhonda oznajmiła, że zyska władzę, a to przecież łatwo przewidzieć. 

Dymitr przyglądał mi się z uśmiechem. 

- Uwierzyłabyś, gdyby twoja wróżba okazała się bardziej interesująca? 

- Może, gdyby była szczęśliwa - odparłam, a on parsknął śmiechem. - Nie rozumiem, 

dlaczego potraktowałeś ją poważnie. Naprawdę wierzysz w takie rzeczy? 

-  To nie jest  kwestia wiary.  -  Mocniej  naciągnął  na uszy  wełnianą czapkę.  -  Szanuję 

takie osoby. Mają dostęp do wiedzy, o której większość z nas nie ma pojęcia. 

-  Nie  posiadają  jednak  mocy  ducha.  Ciekawe,  skąd  bierze  te  rewelacje.  Nadal 

uważam, że jest oszustką. 

- Rhonda jest vrajitoare. 

- Słucham? - Nie umiałabym nawet powtórzyć tego słowa. - Co powiedziałeś? Czy to 

po rosyjsku? 

-  Po  rumuńsku.  To  znaczy…  trudno  przetłumaczyć  dosłownie.  Najbliższe  jest  chyba 

określenie „wiedźma”, ale niezupełnie o to chodzi. 

Jeszcze godzinę temu wyśmiałabym pomysł, że kiedykolwiek podejmiemy rozmowę 

na takie tematy. Nie przyszłoby mi do głowy, że Dymitr jest przesądny. Przemknęło mi przez 

myśl,  że  skoro  wierzy  w  czary  mary  i  wróżby,  może  wysłuchałby  mojej  opowieści  o 

spotkaniu  z  duchem?  Rozważałam  to  przez  ułamek  sekundy,  lecz  w  końcu  postanowiłam 

milczeć. Zresztą i tak nie udałoby mi się wtrącić ani słowa, bo gadał jak nakręcony. 

- Moja babka była taka sama jak Rhonda - kontynuował. - Mam na myśli jej zdolność 

przepowiadania przyszłości. Pod względem osobowości bardzo się jednak różnią. 

- Twoja babka była v… coś tam? 

background image

- W moich stronach mówiliśmy szeptucha, ale oznacza to samo. Babka czytała z kart i 

udzielała przeróżnych porad. W taki sposób zarabiała na życie. 

No, teraz już na pewno musiałam powstrzymać swoje komentarze o oszustach. 

- I nie myliła się? 

- Czasem bywała skuteczna. - Uśmiechnął się leciutko. - Nie patrz tak na mnie. 

- Jak? 

- Masz taką minę, no, sceptyczną. Jakbyś uważała, że mi odbiło, ale przez grzeczność 

nie komentujesz tego. 

- Po prostu mnie zaskoczyłeś. Nie spodziewałam się u ciebie takich, hm, przekonań. 

- Cóż, tak mnie wychowano, nie dziwią mnie podobne zjawiska. Chociaż daleko mi do 

ślepej wiary. 

Zauważyłam,  że  Adrian  wysiadł  z  samolotu  i  dołączył  do  grupki  oczekujących. 

Głośno przy tym narzekał, że jeszcze nie startujemy. 

-  Nigdy  nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  miałeś  babkę  -  wyznałam.  -  To  znaczy, 

oczywiście, że miałeś, to jasne, ale zdziwiło mnie, że cię wychowywała. - Sama sporadycznie 

widywałam  matkę,  a  pozostałych  członków  rodziny  nigdy  nie  poznałam.  -  Jakie  to  uczucie 

mieć babcię czarownicę? Bałeś się jej? Groziła ci klątwą, kiedy narozrabiałeś? 

- Przeważnie karała mnie odesłaniem do mojego pokoju. 

- To nic strasznego. 

-  Nie  słyszałaś  jej.  Ma  szczególny  głos.  Zorientowałam  się,  że  Dymitr  używa  czasu 

teraźniejszego. 

- Czy ona nadal żyje? Przytaknął. 

-  Nie  ugięła  się  pod  brzemieniem  wieku.  Jest  twarda.  Przez  pewien  czas  była  nawet 

strażniczką. 

-  Naprawdę?  -  Od  spotkania  Ambrożego  czułam  się  zdezorientowana  i  nie  bardzo 

wiedziałam, co właściwie myśleć o dampirach, strażnikach i dziwkach sprzedających krew. - 

I zrezygnowała ze służby, żeby zająć się dziećmi? 

-  Uważa,  że  rodzina  jest  najważniejsza.  Pewnie  pomyślisz,  że  ma  przestarzałe 

poglądy.  Jej  zdaniem  dampiry  słusznie  się  szkolą,  by  pełnić  służbę  przy  morojach,  jednak 

kobiety powinny wiedzieć, kiedy zrezygnować i zająć się dziećmi. 

- A mężczyźni? 

- Nie - rzucił oschle. - Zadaniem mężczyzn jest obrona morojów i zabijanie strzyg. 

-  No, no. - Przypomniałam sobie,  co Dymitr opowiadał  mi kiedyś o swojej rodzinie. 

Jego  ojciec  odwiedzał  czasem  matkę,  był  jedynym  mężczyzną  w  życiu  chłopca,  który 

background image

wychowywał  się  z  siostrami.  Przekonania  jego  babci  nie  wydały  mi  się  przestarzałe.  Też 

uważałam,  że  mężczyźni  powinni  walczyć,  i  dlatego  postawa  Ambrożego  tak  bardzo  mnie 

zaskoczyła. - Nie miałeś wyjścia jako jedyny chłopak w rodzinie. Zostałeś wydelegowany do 

służby. 

-  Niezupełnie.  -  Dymitr  się  roześmiał.  -  Matka  przyjęłaby  mnie  z  otwartymi 

ramionami, gdybym tylko chciał wrócić do domu - żartował, ale dostrzegłam w jego oczach 

cień smutku. Pomyślałam, że tęskni za bliskimi. Chwilę później otrząsnął się i ruszył w stronę 

samolotu, ponaglany narzekaniem Adriana. 

Kiedy  wszyscy  zajęliśmy  już  swoje  miejsca,  Lissa  nareszcie  mogła  podzielić  się  z 

nami nowiną. Zaczęła od tego, że zostałam wezwana do królowej. Szczerze mówiąc, wolałam 

nie  poruszać  tej  kwestii,  lecz  moja  przyjaciółka  pękała  z  dumy,  że  dostałam  pochwałę. 

Wszyscy  byli  pod  wrażeniem  jej  relacji,  z  wyjątkiem  Adriana.  Jego  spojrzenie  mówiło 

wyraźnie,  że  nie  wierzy  słowom  Lissy.  Zorientowałam  się  jednak,  że  nie  zna  prawdziwego 

powodu  mojej  rozmowy  z  Tatianą.  Prawdopodobnie  przeżyłby  wstrząs  na  wieść  o 

matrymonialnych planach monarchini, by połączyć go z księżniczką Dragomir. 

Lissa  opowiadała  teraz  o  propozycji,  jaką  dostała  od  królowej.  Miała  studiować  w 

Lehigh i zamieszkać na dworze. 

- Nie mogę w to uwierzyć - szczebiotała rozpromieniona. - Brzmi zbyt pięknie, żeby 

było prawdziwe. 

Adrian  stuknął  o  stolik  szklanką,  która,  zdaje  się,  zawierała  whisky.  Jakim  cudem 

zdążył ją zamówić tak szybko? 

-  Skoro  propozycja  wyszła  od  mojej  ciotecznej  babki,  z  pewnością  zawiera  jakiś 

podstęp. 

-  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  -  zainteresowałam  się.  Tatiana  oskarżyła  mnie  o 

romans,  potem  poznałam  jej  kochanka  i  karmiciela  w  jednej  osobie.  W  tej  chwili  byłam  w 

stanie uwierzyć we wszystko, co usłyszę na jej temat. - Czy Lissa pakuje się w kłopoty? 

- Nie. Ostrzegam tylko, że królowa nie robi niczego wyłącznie z prostej życzliwości. 

Chociaż… - Zamyślił się. - Czasem jej się to zdarza. Nie jest podła. Myślę, że naprawdę lezą 

jej na sercu losy rodu Dragomirów. Lubiła twoich rodziców. Nie wiem tylko, co się kryję za 

tą wspaniałomyślną ofertą. Masz radykalne poglądy. Być może uznała, że powiew młodości 

przyda się na jej dworze. A może po prostu woli cię mieć na oku. 

„Albo zamierza sprowadzić ją tam dla ciebie”. Dodałam w myślach. 

Christian był wyraźnie niezadowolony z obrotu sprawy. 

- On ma rację. Podejrzewam, że chcą cię kontrolować. Powinnaś zamieszkać z ciocią 

background image

Taszą, nie musisz uczyć się w szkole dla morojów. 

-  W  pałacu  będzie  bezpieczniejsza  -  zaoponowałam.  Nie  pochwalałam  planów 

królowej  i  najchętniej  zabrałabym  Lisse  jak  najdalej  od  dworu,  jednak  wybór  innej  uczelni 

zwiększał ryzyko. Chciałam powiedzieć coś jeszcze na ten temat, ale właśnie startowaliśmy. 

Gdy tylko samolot wzniósł się w powietrze, znowu poczułam ból głowy. To chyba miało coś 

wspólnego z ciśnieniem. 

- Szlag by to trafił - jęknęłam, przyciskając rękę do czoła. 

- Znowu cię boli? - zmartwiła się Lissa. Kiwnęłam głową. 

-  Zawsze  masz  problemy  w  samolocie?  -  dociekał  Adrian,  pokazując  jednocześnie 

stewardesie, by dolała mi whisky. 

- Nigdy - odparłam. - Cholera. Nie chcę znów tak cierpieć. 

Zacisnęłam zęby, żeby opanować ból i nie widzieć czarnych cieni przed oczami, które 

znów  zaczęły  przybierać  najdziwniejsze  kształty.  Włożyłam  w  to  sporo  wysiłku,  a  po 

pewnym  czasie  łomotanie  w  czaszce  nieco  złagodniało.  Nawet  mnie  to  zdziwiło.  Nie 

nadawałam  się  do  rozmowy,  więc  wszyscy  zostawili  mnie  w  spokoju.  Temat  college'u 

poszedł w zapomnienie. 

Mijały  godziny.  Powinniśmy  niedługo  lądować,  gdy  w  przejściu  pojawiła  się 

stewardesa. Miała zaniepokojoną minę. Alberta natychmiast podniosła głowę. 

- Co się stało? 

- Burza śnieżna - wyjaśniła. - Nie możemy lądować na terenie Akademii. Lecimy do 

Martinville Regional.  To małe lotnisko,  kilka godzin  jazdy samochodem  od szkoły.  Wiemy, 

że  nie  ucierpiało  mocno  od  zamieci.  Zatankujemy  paliwo,  poczekamy,  aż  nasze  służby 

odśnieżą lądowisko, i wrócimy do Akademii. Lot potrwa mniej niż godzinę. 

Nie  najlepsza  wiadomość,  lecz  nie  zapowiadała  wielkich  problemów.  Poza  tym  nie 

mieliśmy wyboru. Pomyślałam, że zyskam przejściową ulgę od migreny. Zorientowałam się 

już,  że  ból  pojawiał  się  tylko  wtedy,  kiedy  byłam  wysoko  w  powietrzu.  Zapięliśmy  pasy  i 

przygotowaliśmy się do lądowania. Na zewnątrz śnieg gnany wiatrem oklejał okna samolotu, 

ale mieliśmy dobrego pilota, który sprawnie posadził maszynę na ziemi. 

I wtedy to się stało. 

Kiedy tylko koła dotknęły asfaltowej powierzchni, mój świat eksplodował. Ból głowy 

nie ustąpił, przeciwnie, gwałtownie się nasilił. Nie sadziłam, że można tak cierpieć. Miałam 

uczucie, jakby ktoś rozłupał mi czaszkę. 

A  to  był  dopiero  początek.  Nagle  wokół  pojawiły  się  twarze.  Otoczyły  mnie 

przezroczyste  postacie,  zjawy  przypominające  Masona.  Boże,  tłoczyły  się  zewsząd!  Nie 

background image

widziałam  nic  oprócz  nich.  Zniknęła  mi  z  oczu  kabina  samolotu  i  przyjaciele.  Duchy 

wyciągały  do  mnie  długie,  białe  ręce.  Otwierały  usta,  jakby  coś  do  mnie  mówiły. 

Najwyraźniej czegoś ode mnie chciały. 

Przybywało  ich,  gromadził  się  coraz  większy  tłum.  Zjawy  się  zbliżały,  zaczęłam 

rozpoznawać ich twarze. Zobaczyłam strażników Wiktora zabitych podczas porwania Lissy. 

Mieli  szeroko  otwarte  oczy,  jakby  wpatrywali  się  z  przerażeniem  w…  Czyżby  wciąż 

przeżywali  swoją  śmierć?  Dostrzegłam  kilkoro  dzieci,  których  w  pierwszej  chwili  nie 

poznałam. Jednak widziałam ich ciała w domu, który oglądaliśmy z Dymitrem po masakrze, 

jaką  urządziły  tam  strzygi.  Duchy  były  półprzezroczyste,  jak  postać  Masona,  ale  na  ich 

szyjach  wciąż  widniały  plamy  krwi.  Szkarłatna  otoczka  kontrastowała  z  mleczną  powłoką 

drobnych sylwetek. 

Przybywało  twarzy. Nie odzywały się do mnie, lecz słyszałam w uszach narastający 

szum.  W  pewnej  chwili  dołączyły  trzy  postaci.  Nie  wmieszały  się  w  tłum,  kontrastowały  z 

nim jak krew na szyjach martwych dzieci. 

To  rodzina  Lissy  -  jej  matka,  ojciec  i  brat,  Andre.  Wyglądały  jak  wtedy,  gdy 

widziałam  ich  po  raz  ostatni,  tuż  przed  wypadkiem  samochodowym.  Jasnowłosi.  Piękni. 

Królewscy.  Tak  już  u  Masona,  nie  widziałam  obrażeń,  chociaż  ich  ciała  zostały 

zmasakrowane.  Wpatrywali  się  we  mnie  smutnymi  oczami  bez  słowa,  lecz  pojęłam  co  chcą 

mi powiedzieć. 

Za postacią Andrew pojawił się cień, który gęstniał i robił się coraz większy. Chłopak 

wskazał palcem za mnie, a potem za siebie. Nie rozumiałam, co się dzieje, ale wiedziałam, co 

mi pokazuje. 

To było wejście do świata zmarłych. Wymknęłam się stamtąd na drugą stronę. Andre 

był  w  moim  wieku,  kiedy  zginął.  Nie  musieli  nic  mówić.  Ich  przekaz  był  klarowny:  „Nie 

powinnaś żyć. Musisz wrócić do nas…” 

Zaczęłam krzyczeć. Wrzeszczałam jak opętana. 

Moi  przyjaciele  chyba  coś  do  mnie  mówili,  jednak  nie  byłam  tego  pewna.  Wciąż 

widziałam tylko duchy, ich twarze, dłonie i ciemność rozwierającą się za plecami Andre. Co 

jakiś czas pojawiała się przede mną poważna i smutna twarz Masona. Zwróciłam się do niego 

o pomoc. 

- Każ im odejść! - wołałam. - Niech sobie pójdą! 

Ale  Mason  nie  chciał,  a  może  nie  mógł,  nic  zrobić.  Odpięłam  pas  bezpieczeństwa  i 

próbowałam wstać. Duchy nie dotykały mnie, lecz były za blisko, wyciągały do mnie kościste 

ręce.  Machałam  ramionami,  usiłując  je  odpędzić,  wołałam  o  pomoc,  ale  nie  było  dla  mnie 

background image

ratunku.  Nikt  nie  mógł  zabrać  ode  mnie  tych  rąk  i  pustych  oczodołów.  Nikt  nie  potrafił 

uśmierzyć bólu, który mnie trawił. Czarne plamy tańczyły mi przed oczami. Pomyślałam, że 

zaraz  zemdleję,  i  się  ucieszyłam.  Jeśli  stracę  przytomność,  nie  będę  czuła  bólu,  nie  będę 

widziała tych twarzy. Plamy robiły się coraz większe i większe, nareszcie przestałam widzieć 

cokolwiek. Wszystko zniknęło, ból odszedł, a ja zanurzyłam się w czarnej toni. 

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY 

STRACIŁAM  ORIENTACJĘ.  Wydawało  mi  się,  że  chwilami  odzyskiwałam 

przytomność i słyszałam, jak ktoś powtarza moje imię. Potem chyba znów wznieśliśmy się w 

powietrze.  Obudziłam  się  dopiero  w  szkolnej  klinice.  Otworzyłam  oczy  i  zobaczyłam  nad 

sobą twarz doktor Olendzkiej. 

- Witaj, Rose - powiedziała wesoło. Była morojką w średnim wieku, często żartowała, 

że jestem jej główną pacjentką. - Jak się czujesz? 

Przypomniałam sobie, co zaszło w samolocie. Twarze. Mason. Inne duchy. Potworny 

ból głowy. Wszystko minęło. 

- Dobrze - odparłam ze zdziwieniem. 

Przez chwilę miałam nadzieję, że to wszystko mi się śniło. Potem za plecami lekarki 

zobaczyłam  Albertę  i  Dymitra.  Ich  miny  świadczyły  o  tym,  że  tamto  jednak  wydarzyło  się 

naprawdę. 

Alberta chrząknęła i doktor Olendzka spojrzała w jej stronę. 

- Czy możemy? - spytała strażniczka. Kobieta skinęła głową i oboje się zbliżyli. 

Obecność  Dymitra  zawsze  mnie  uspokajała.  Przy  nim  czułam  się  bezpieczna,  nawet 

jeśli nie mógł mi pomóc. 

Patrzył  z  czułością  i  taką  troską,  że  poczułam  zmieszanie.  Cieszyłam  się,  że  mu  na 

mnie  zależy,  lecz  jednocześnie  chciałam  pokazać,  że  jestem  silna  i  nie  musi  się  o  mnie 

martwić. 

- Rose - zaczęła niepewnie Alberta. Czułam, że nie wie, jak się do mnie zwrócić. Nie 

miała pojęcia, co przeżyłam. Dymitr przyszedł jej z odsieczą. 

- Rose, co się stało? - spytał i szybko dodał, zanim zdążyłam zareagować: - Tylko nie 

mów, że nic się nie wydarzyło. 

Zamknął  mi  usta  tą  prośbą.  Nie  wiedziałam,  co  powiedzieć.  Doktor  Olendzka 

poprawiła okulary. 

- Chcemy ci pomóc. 

- Nie potrzebuję pomocy. - odparłam. - Nic mi nie jest. 

Pomyślałam,  że  to  samo  powtarzali  Brandon  i  Brett.  Za  chwilę  powiem  im,  że 

„upadłam”. 

Alberta przejęła inicjatywę. 

- Podczas lotu czułaś się dobrze. Coś się stało, kiedy wylądowaliśmy. 

background image

- Czuję się świetnie - powtórzyłam z uporem, unikając ich wzroku. 

- Co to było? - Strażniczka nie rezygnowała. - Dlaczego krzyczałaś? Kogo miałaś na 

myśli, kiedy prosiłaś żebyśmy „kazali im odejść”? 

Już chciałam użyć swojego gotowca, że to skutek stresu, niewyspania, bla, bla, bla, ale 

wydał mi się beznadziejnie głupi. Postanowiłam milczeć. Ku swemu zdziwieniu poczułam w 

oczach łzy. 

- Rose - mruknął Dymitr głosem, który pieścił mnie jak jedwab. - Proszę. 

Załamałam się. Nie potrafiłam dłużej się opierać. Odwróciłam głowę i spojrzałam w 

sufit. 

- Duchy - wyszeptałam. - Widziałam duchy. 

Ups! No, teraz się zacznie. Zapadła niewygodna cisza. Pierwsza odezwała się doktor 

Olendzka. 

- Co masz na myśli? - spytała niepewnie. Przełknęłam ślinę. 

-  Chodzi  za  mną  od  kilku  tygodni.  Mason.  Widziałam  go  kilka  razy  w  miasteczku 

studenckim. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale naprawdę go widziałam. Może to jego duch? 

Kiedy  napadł  na  nas  Stan,  nie  zareagowałam,  bo  zobaczyłam  Masona.  Nie  wiedziałam,  co 

robić. W samolocie też się pojawił… i inne duchy. Na początku nie widziałam ich wyraźnie. 

Potwornie  bolała  mnie  głowa.  Nabrały  kształtów  dopiero  po  wylądowaniu  w  Martinville. 

Pojawiło się ich mnóstwo. 

Łza  spływała  mi  po  policzku.  Otarłam  ją  wierzchem  dłoni  w  nadziei,  że  nikt  nie 

zauważył. 

Czekałam  na  reakcję.  Nie  wiedziałam,  czy  mnie  wyśmieją,  czy  uznają  za  wariatkę. 

Może zarzucą mi kłamstwo i zażądają wyjaśnień? 

- Znałaś ich? - zapytał spokojnie Dymitr. 

Podniosłam głowę i napotkałam jego zatroskane spojrzenie. Nie kpił ze mnie. 

-  Tak…  Widziałam  strażników.  Wiktora  i  ofiary  tamtej  masakry.  Przyszła  także 

rodzina Lissy. 

Zapadła  cisza.  Widziałam,  jak  wymieniają  bezradne  spojrzenia.  Doktor  Olendzka 

westchnęła. 

- Czy możemy porozmawiać na osobności? - zawróciła się do strażników. 

Wyszli z gabinetu, ale zostawili niedomknięte drzwi. Zwlokłam się z łóżka i stanęłam 

jak  najbliżej.  Jako  dampir  miałam  wyostrzony  słuch  i  zdołałam  wychwycić  to,  co 

najważniejsze. Głupio się czułam, podsłuchując ich, ale ostatecznie rozmawiali o mnie. Nie 

opuszczało mnie przeczucie, że za ścianą ważą się moje losy. 

background image

-  To  oczywiste!  -  syknęła  doktor  Olendzka.  Nigdy  wcześniej  nie  widziałam  jej 

zdenerwowanej. Wobec pacjentów - istne uosobienie spokoju. Z trudnością przyszłoby mi ją 

sobie wyobrazić w gniewie, jednak teraz była porządnie wkurzona. - Ta biedna dziewczyna 

cierpi na szok pourazowy. To zrozumiałe po tym, co przeszła. 

- Jest pani pewna? - naciskała Alberta. - Może to coś więcej… - zaczęła, lecz wyraźnie 

zabrakło jej argumentów. 

-  Przyjrzyjcie  się  faktom:  nastolatka  jest  świadkiem  śmierci  przyjaciela,  a  następnie 

zabija jego mordercę. Czy waszym zdaniem taka tragedia nie pozostawia śladu w psychice? 

Sądzicie, że po takim doświadczeniu Rose łatwo doszła do siebie? 

-  My,  strażnicy,  często  uczestniczymy  w  traumatycznych  wydarzeniach  -  odparła 

Alberta. 

-  Rozumiem.  Na  tym  polega  wasza  służba.  Jednak  Rose  jest  jeszcze  bardzo  młoda. 

Trzeba jej pomóc. 

- Jak? - wtrącił Dymitr. Wychwyciłam w jego głosie szczerą troskę. 

- Warto ją wysłać do psychologa. Otwarta rozmowa może zdziałać cuda. Należało to 

zrobić od razu po fakcie. Pomyślcie również o pozostałych uczniach. Dlaczego zaniedbujecie 

tak istotne kwestie? 

- Myślę, że to dobry pomysł - stwierdził Bielikow. Znałam doskonale wszystkie barwy 

jego głosu, teraz usilnie rozważał możliwe rozwiązania. - Rose mogłaby pójść na konsultację 

w pierwszy wolny dzień. 

-  To  nie  wystarczy.  Powinna  poddać  się  regularnej  terapii.  Zwolnijcie  ją  z  ćwiczeń 

polowych. Fingowanie ataki strzyg nie pomogą jej dojść do siebie po prawdziwej walce. 

-  Nie!  -  Gwałtownie  popchnęłam  drzwi  i  natychmiast  zrobiło  mi  się  głupio. 

Szpiegowałam ich przecież. 

-  Rose.  -  Doktor  Olendzka  w  jednej  chwili  odzyskała  swój  zawodowy  ton.  -  Nie 

powinnaś wstawać. 

-  Nic  mi  nie  jest.  Nie  możecie  mnie  zmusić  do  rezygnacji  z  ćwiczeń.  Bez  zaliczenia 

nie dostanę dyplomu. 

- Masz problemy, Rose, i to nie jest powodów do wstydu. Ostatnio wiele przeszłaś. W 

tych okolicznościach omamy są rzeczą całkowicie zrozumiałą. 

Miałam  ochotę  jej  powiedzieć,  że  to  nie  były  żadne  omamy,  przywidzenia  ani 

fatamorgana, lecz ugryzłam się w język. Upieranie się przy spotkaniu z duchem nie pomoże 

mi,  nawet  gdybym  sama  wierzyła,  że  to  prawda.  Usiłowałam  szybko  wymyślić  jakiś 

przekonujący  argument  na  poparcie  swoich  racji.  Zwykle  łgałam  jak  z  nut  w  podobnych 

background image

okolicznościach. 

- Jeśli nie zapewnicie mi terapii całodobowej, ten pomysł okaże się chybiony. Musze 

coś robić. Lekcje zostały zawieszone. Czym się zajmę? Chcecie, żebym wałęsała się bez celu, 

rozmyślając  tylko  o  tym,  co  się  stało?  Zwariuję.  Nie  chcę  rozpamiętywać  przeszłości. 

Potrzebuję działania. 

Moje  słowa  wywołały  ożywioną  dyskusję.  Na  wszelki  wypadek  nie  wtrącałam  się 

więcej.  W  końcu  postanowiono,  ku  niezadowoleniu  pani  doktor,  że  będę  uczestniczyła  w 

ćwiczeniach  w  okrojonym  wymiarze  godzin.  Genialny  kompromis,  z  którym  zgodzili  się 

wszyscy poza mną. Nie chciałam z niczego rezygnować. Uznałam jednak, że nic więcej nie 

wskóram. Werdykt brzmiał: trzy dni ćwiczeń polowych, zwolnienie z dodatkowych zajęć, a w 

drodze  łaski  zezwolono  mi  pozostałe  dni  tygodnia  poświęcić  na  treningi  i  inne  ćwiczenia 

fizyczne. 

No  i  oczywiście  musiałam  regularnie  spotykać  się  z  psychologiem.  Nie  mam  nic 

przeciwko terapeutom,  Lissa też poddała się psychoterapii i  wyniosła z tego wiele korzyści. 

Wiem, że rozmowa pomaga. Tylko że ja… nie chciałam o tym gadać. 

W końcu jednak zgodziłam się, skoro w zamian dano mi szansę na zaliczenie. Alberta 

zapewniła  mnie,  że  nadal  mogę  je  uzyskać.  Uznała,  że  terapia  może  mi  również  pomóc 

poradzić sobie z fingowanymi atakami strzyg. 

Doktor  Olendzka  zrobiła  mi  jeszcze  kilka  badań  i  odesłała  mnie  do  dormitorium. 

Alberta się pożegnała. Dymitr postanowił mnie odprowadzić. 

-  Dziękuję,  że  wymyśliłeś  ten  mniejszy  wymiar  godzin  -  powiedziałam.  Szliśmy 

mokrym  chodnikiem,  bo śnieg po burzy roztopiło  słońce. Nie dawało  wprawdzie nadziei na 

opalanie, ale zapowiadało wiosnę. Woda kapiąca z drzew tworzyła kałuże, które musieliśmy 

starannie  omijać.  Dymitr  przystanął  gwałtownie  i  spojrzał  mi  prosto  w  oczy,  zagradzając 

drogę. O mało na niego nie wpadłam. Chwycił mnie w ramiona i przyciągnął do siebie. Nie 

spodziewałam  się,  że  może  to  zrobić  na  oczach  wszystkich.  Czułam  mocny  uścisk  jego 

palców, ale to nie bolało. 

- Rose! - jęknął z rozpaczą, a mnie stanęło serce. - Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? 

Powinienem wiedzieć. Czy wiesz, co czułem? Patrzyłem na ciebie i nie mogłem nic zrobić. 

Tak bardzo się bałem. 

Byłam  wstrząśnięta  jego  słowami  oraz  bliskością.  Przełknęłam  ślinę  niezdolna 

wydobyć  słowa.  Dymitr  był  silnie  wzburzony,  nie  pamiętam,  kiedy  ostatnio  widziałam  u 

niego  tyle  emocji.  Wyglądał  przy  tym  zachwycająco  i  groźnie.  I  wtedy  powiedziałam 

najgłupszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy. 

background image

- Ty się niczego nie boisz. 

- Boję się wielu  rzeczy.  Tym  razem o ciebie. - Puścił mnie, a ja dałam krok do tyłu. 

Widziałam, że cierpi, jest zmartwiony. - Nie jestem doskonały. Czasem bywam bezradny. 

-  Rozumiem,  tylko  że…  -  Nie  miałam  pojęcia,  co  powiedzieć.  Dymitr  miał  rację. 

Idealizowałam go. Dla mnie był wszystkowiedzący i niezwyciężony. Trudno uwierzyć, że tak 

bardzo się mną przejmował. 

-  W  dodatku  to  dzieje  się  od  dłuższego  czasu  -  ciągnął.  -  Mówiłaś,  że  pierwszy  raz 

zdarzyło  się  podczas  ataku  Stana.  Potem  wypytywałaś  ojca  Andrew  o  duchy…  Dlaczego 

milczałaś? Czemu nie powiedziałaś o tym Lissie albo mnie? 

Spojrzałam w jego przepastne czarne oczy, które tak kochałam. 

- Uwierzyłbyś mi? Dymitr zmarszczył czoło. 

- Nie rozumiem? 

- Uwierzyłbyś, że widzę duchy? 

- Ale… To nie są duchy, Rose. Wydaje ci się, że… 

-  Właśnie  dlatego  -  przerwałam  mu.  -  Dlatego  nie  mogłam  ci  nic  powiedzieć. 

Uznalibyście mnie za wariatkę. 

- Nie uważam, że jesteś wariatką - zaprzeczył. - Po prostu wiele ostatnio przeżyłaś. 

Adrian udzielił mi identycznej odpowiedzi, kiedy spytałam go, jak rozpoznać oznaki 

szaleństwa. 

-  To za mało  -  oznajmiłam,  ruszając przed siebie.  Chwycił mnie znowu  i  tym  razem 

przyciągnął jeszcze bliżej. Rozejrzałam się wokół ze strachem. Ktoś mógł nas zobaczyć. Na 

szczęście  dziedziniec  był  pusty.  Słońce  jeszcze  nie  zaszło  i  większość  uczniów  pewnie 

jeszcze  spała.  Pomyślałam,  że  nikt  się  tu  nie  zjawi  co  najmniej  przez  godzinę.  Mimo  to 

Dymitr zaskoczył mnie brakiem ostrożności. 

- Może wobec tego powiesz mi więcej - poprosił. 

-  I  tak  nie  uwierzysz.  Nawet  ty…  -  Ostatnie  słowa  wypowiedziałam  zdławionym 

głosem. Dymitr tak dobrze mnie znał. Chciałam, potrzebowałam, żeby zrozumiał, co się ze 

mną teraz działo. 

-  Postaram  się.  Chociaż, szczerze mówiąc, myślę, że sama nie zdajesz sobie sprawy, 

co ci się przydarzyło. 

- Przeciwnie - żachnęłam się. - Mylicie się co do mnie. Zdecyduj, czy jesteś gotów mi 

zaufać.  Jeśli  wciąż  masz  mnie  za  dziecko,  które  nie  potrafi  ocenić,  co  się  dzieje  w  jego 

delikatnym umyśle, po prostu odejdź. Jeżeli jednak ufasz mi i pamiętasz, że widziałam oraz 

znałam rzeczy niezrozumiałe dla moich rówieśników… przyznasz, że wiem, o czym mówię. 

background image

Owionął nas ciepły wiatr, który przyniósł ze sobą zapach topniejącego śniegu. 

- Ufam ci, Roza. Ale nie wierzę w duchy. 

Był ze mną szczery. Próbował się zbliżyć, zrozumieć… 

Wiedziałam  jednak,  że  dzieli  nas  przepaść.  Dymitr  nie  był  gotów  się  otworzyć. 

Zdziwiło mnie to, ponieważ bardzo poważnie potraktował wróżbę z kart. 

-  Wysłuchasz mnie? - spytałam.  -  I postarasz się nie traktować tego,  co powiem,  jak 

oznaka psychozy? 

- Tak. Tyle mogę ci obiecać. 

Opowiedziałam  mu  o  pierwszym  spotkaniu  z  Masonem  i  jak  bałam  się  powiedzieć 

prawdę po incydencie ze Stanem. Mówiłam o cieniach wirujących w samolocie i o twarzach, 

które zaatakowały mnie po lądowaniu. 

- Nie uważasz, że to typowa reakcja na stres? - spytałam na koniec. 

-  Myślę,  że  nie  ma  „typowych  reakcji  na  stres”.  Nigdy  nie  wiadomo,  jak  się 

zachowamy w trudnych sytuacjach. - Zamyślił się. Widziałam, że próbuje sobie to wszystko 

poukładać. Dymitr nie wierzył w duchy, jednak starał się mnie wysłuchać. W chwilę później 

potwierdził  moje  przypuszczenia.  -  Skąd  masz  pewność,  że  to  nie  są  wytwory  twojej 

wyobraźni? 

- Na początku tak właśnie myślałam. Ale teraz… Sama nie wiem. Mam wrażenie, że 

to  się  wydarzyło  naprawdę.  Oczywiście  nie  potrafię  tego  udowodnić.  Pamiętasz,  co 

powiedział  ojciec  Andrew  o  duchach,  które  zostają  na  ziemi,  jeśli  ktoś  zmarł  młodo  lub 

tragicznie? 

Dymitr  przygryzł  wargę.  Miał  ochotę  powiedzieć,  że  nie  powinnam  traktować  tego 

dosłownie. Zamiast tego spytał: 

- Myślisz, że Mason wrócił, żeby się zemścić? 

-  Tak  sądziłam,  ale  teraz  nie  jestem  pewna.  Mason  nigdy  by  mnie  nie  skrzywdził. 

Myślę,  że  czegoś  chce.  Wszystkie  duchy  chciały  czegoś  ode  mnie,  nawet  te,  których  nie 

rozpoznałam. Nie wiem dlaczego. 

Strażnik posłał mi baczne spojrzenie. 

- Ale masz już teorię na ten temat. 

- Owszem. Zastanawiałam się nad tym, co powiedział Wiktor. Uważa, że skoro nosze 

pocałunek cienia - znak, że kiedyś umarłam - jestem połączona ze światem zmarłych i nigdy 

się od niego nie uwolnię. 

Rysy Dymitra stwardniały. 

- Nie ufałbym temu, co mówi Wiktor Daszkow. 

background image

- Jednak on wiele wie! Musisz to przyznać, nawet jeśli jest draniem. 

-  Załóżmy,  że  tak  jest  i  pocałunek  cienia  pozwala  ci  widzieć  duchy.  Ale  dlaczego 

dopiero teraz? Czemu nie widziałaś ich zaraz po wypadku? 

-  Zadawałam  sobie  to  samo  pytanie  -  podchwyciłam  jego  myśl.  -  Wiktor  powiedział 

coś jeszcze: w chwili, w której sama zadałam komuś śmierć, zbliżyłam się do granicy. To, co 

zrobiłam, wzmocniło moją więź ze światem zmarłych. 

- A dlaczego widzisz duchy tylko w określonych sytuacjach? - nie ustępował Dymitr. - 

Czemu zaatakowały cię w samolocie, a nie pojawiły się, powiedzmy, na królewskim dworze? 

Może ożywienie przygasło. 

-  Kim  ty  jesteś.  Prawnikiem?  -  parsknęłam.  -  Kwestionujesz  wszystko,  co  mówię. 

Umówiliśmy się, że postarasz się mnie wysłuchać bez uprzedzeń. 

- Staram się, ale ty też powinnaś rozważyć i inne możliwości. Zastanów się, dlaczego 

widzisz zjawy tylko w niektórych sytuacjach. 

- Nie mam pojęcia - mruknęłam z rezygnacją. - Uważasz, że zwariowałam. 

Dymitr ujął mnie pod brodę i zmusił, żebym na niego spojrzała. 

-  Nie.  Wcale  tak  nie  myślę.  Staram  się  dostosować  do  twojego  toku  rozumowania. 

Uważam jednak, że każda teoria wymaga uzasadnienia. Diagnoza doktor Olendzkiej wydaje 

się sensowna. Twoje przypuszczenia pozostawiają wiele wątpliwości. Szukaj dalej. Jeśli uda 

ci się uzyskać więcej informacji, będziemy mogli nad tym pracować. 

- My? - zdziwiłam się. 

- Oczywiście. Nie zostawię cię z tym samej. Nigdy cię nie opuszczę. 

Zabrzmiało  cudownie  i  szlachetnie.  Czułam,  że  powinnam  się  odwzajemnić  i 

oczywiście powiedziałam coś głupiego. 

-  Ja  też  nigdy  cię  nie  opuszczę.  Mówię  poważnie…  Nie  podejrzewam,  że  będziesz 

przeżywał coś podobnego, ale jeśli zaczniesz widzieć duchy, pomogę ci przez to przejść. 

Dymitr parsknął cichym śmiechem. 

- Dzięki. 

Nasze  ręce  dotknęły  się,  spletliśmy  palce.  Staliśmy  w  milczeniu  dobrą  minutę, 

dotykając  się  tylko  dłońmi.  Znowu  zerwał  się  wiatr  i  mimo  chłodu  poczułam,  że  nadeszła 

wiosna. Niemal widziałam, jak wokół nas rozkwitają kwiaty. Jakbyśmy myśleli o tym samy, 

jednocześnie uwolniliśmy dłonie. 

Wkrótce dotarliśmy do mojego dormitorium. Dymitr spytał, czy może zostawić mnie 

samą. Zapewniłam, że dam sobie radę i może spokojnie zająć się swoimi sprawami. Odszedł, 

a ja miałam już wejść do środka, kiedy zorientowałam się, że zostawiłam w gabinecie torbę. 

background image

Zawróciłam pewna, że na pewno dostanę za to karę w postaci aresztu domowego. 

Recepcjonistka  doktor  Olendzkiej  skierowała  mnie  do  pokoju  zabiegowego. 

Znalazłam  torbę  i  już  miałam  wychodzić,  kiedy  zauważyłam,  że  ktoś  leży  na  łóżku  w 

sąsiednim  gabinecie.  Nie  widziałam  nikogo  z  personelu,  więc  jak  zwykle  zwyciężyła 

ciekawość. Zajrzałam do środka. 

Zobaczyłam  Abby  Badicę,  morojkę  ze  starszej  klasy.  Dziewczyna  była  śliczna  i 

pewna  siebie,  tak  o  niej  mówiono,  lecz  teraz  sprawiała  wrażenie  zupełnie  innej  osoby. 

Zwróciła w moją stronę swą podrapaną i posiniaczoną twarz. Dostrzegłam też czerwone pręgi 

na skórze. 

- Pozwól mi zgadnąć - powiedziałam. - Upadłaś. 

- Co takiego? 

- Upadłaś. To standardowe wyjaśnienie. Udzielili go już Brandon, Brett i Dane. Coś ci 

powiem:  powinniście  wymyślić  lepsze  kłamstwo,  bo  lekarka  wreszcie  zacznie  coś 

podejrzewać. 

Oczy Abby rozszerzyły się ze zdumienia. 

- Ty wiesz? 

Uświadomiła  mi,  jaki  popełniłam  błąd,  wypytując  Brandona.  Żądałam  od  niego 

odpowiedzi, a on zamknął się w sobie. Ci, którzy zadawali pytania Brettowi i Dane'owi, także 

nic nie wskórali. Powinnam była udawać, że wiem o wszystkim. Tylko w ten sposób mogłam 

wyciągnąć z dziewczyny informacje. 

- Oczywiście. Powiedzieli mi. 

- Jak to? - pisnęła. - Przysięgali, że nie puszczą pary z ust. Takie są reguły. 

Reguły?  O  czym  ona  mówi?  Nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  amatorski  oddział 

arystokratów rządzi się jakimiś zasadami. Najwyraźniej coś umknęło mojej uwadze. 

-  Nie  mieli  wyboru.  Nie  wiem,  jak  to  się  dzieje,  ale  wciąż  na  was  wpadam. 

Próbowałam ich chronić. Mówię ci, że to nie potrwa długo. Prędzej czy później was nakryją - 

przybrałam współczujący ton. 

- Nie jestem wystarczająco odporna. Starałam się zacisnąć zęby, ale zwiodłam. 

Dziewczyna wyglądała na zmęczoną i obolałą. 

- Proszę cię, nie mów nikomu, dopóki czegoś nie ustalimy, dobrze? 

- Jasne - rzuciłam lekko, zachodząc w głowę, w co oni się bawią. - Będę milczeć jak 

grób.  Ale  jak  się  tu  znalazłaś?  Mielicie  nie  zwracać  na  siebie  uwagi  -  improwizowałam  w 

nadziei, że dowiem się czegoś więcej. 

Abby się skrzywiła. 

background image

-  Przysłała  mnie  opiekunka  dormitorium.  Zauważyła  znaki.  Jeśli  reszta  Mana  się 

dowie, będę miała kłopoty. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  doktor  Olendzka  odeśle  cię,  zanim  się  zorientują.  Jest  bardzo 

zajęta. Masz takie same obrażenia jak Brett i Brandon, chociaż u ciebie wyglądają poważniej. 

Ich… poparzenia zwracały uwagę, ale udało im się wyłgać. 

Ryzykowałam.  Nie  wiedziałam,  czy  Brett  rzeczywiście  miał  poparzenia, 

wywnioskowałam  to  z  opowieści  Jill.  Jeśli  się  pomyliłam,  Abby  nie  będzie  ze  mną 

rozmawiać. Na szczęście nie poprawiła mnie. Dotknęła w zamyśleniu czerwonych śladów na 

skórze. 

-  Mówili,  że  wkrótce  znikną.  Miałam  tylko  wymyślić  jakąś  bajeczkę  dla  doktor 

Olendzkiej. - W jej oczach pojawiła się nadzieja. - Zapewniali mnie, że tak źle nie będzie, ale 

boje się, że każą mi spróbować jeszcze raz. 

Pojawiła  się  lekarka.  Zdziwiona,  że  nadal  tu  jestem,  kazała  mi  odpoczywać  w 

dormitorium. Ledwo zauważyłam, co dzieje się na zewnątrz. Uzyskałam ważną wskazówkę. 

Mana. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY 

LISSA  BYŁA  MOJĄ  najlepszą  przyjaciółką  od  przedszkola.  Teraz  bolało  mnie,  że 

mam  przed  nią  tajemnice.  Zawsze  mówiła  mi  o  wszystkim,  chociaż  po  prawdzie  nie  miała 

wyboru.  Znałam  jej  myśli.  Dawniej  i  ja  też  zwierzałam  się  ze  swoich  sekretów,  lecz  nie 

umiałam opowiedzieć jej o Dymitrze ani o przyczynie mojej porażki podczas sfingowanego 

ataku Stana. Czułam się z tym okropnie. Konieczność milczenia uwierała mnie i wpędzała w 

poczucie winy. 

Tego dnia wiedziałam, że nie wymigam się od wyjaśnień. Lissa z pewnością zapyta o 

incydent  na  lotnisku.  Nawet  jeśli  zgrabnie  zełgam,  domyśli  się,  że  coś  jest  nie  tak,  bo 

zauważy ograniczoną opiekę nad Christianem. Nie, tym razem musze powiedzieć prawdę. 

Z oporami, ale dość rzeczowo, zrelacjonowałam Lissie i Christianowi - a przy okazji 

również Eddiemu oraz Adrianowi, którzy znaleźli się w pobliżu - ostatnie wydarzenia. 

- Sądzisz, że widziałaś duchy?! - wykrzyknął Christian. - Poważnie? 

Jego wyraz twarzy ostrzegał, że szykuje wyjątkowo złośliwy komentarz. 

-  Posłuchaj  -  warknęłam.  -  Opowiedziałam  wam,  co  przeżyłam,  i  nie  chcę  o  tym 

więcej rozmawiać. Temat wyczerpany. Dajcie mi spokój. 

-  Rose…  -  zaczęła  Lissa z wahaniem. Czułam,  że nie potrafi uporać się  z emocjami. 

Silnie odbierałam jej strach, troskę, szok i współczucie, co sprawiało, że poczułam się jeszcze 

gorzej. 

Potrząsnęłam głową. 

- Nie, Liss, nie. Proszę. Możecie sobie myśleć, co chcecie, twórzcie dowolne teorie na 

mój temat, tylko nie zmuszajcie mnie do rozmowy. Nie teraz. Potrzebuję spokoju. 

Spodziewałam się, że Lissa nie odpuści tak łatwo; zawsze była uparta. Oczekiwałam 

również  frontalnego  ataku  Adriana  i  Christiana,  bo  ich  zgryźliwe  charakterki  nie  mogły 

przepuścić takiej okazji. Widać jednak zarówno kategoryczny ton mojego głosu, jak i prostota 

komunikatu  dały  im  do  myślenia.  Zorientowałam  się  w  sytuacji,  dopiero  gdy  odczułam 

zaskoczenie  Lissy.  Wystarczyło  spojrzeć  na  twarze  przyjaciół,  by  zrozumieć,  że 

potraktowałam ich zbyt surowo. 

- Przepraszam - wymamrotałam. - Doceniam waszą troskę, ale mam kiepski nastrój. 

Lissa  przyglądała  mi  się  z  uwagą.  „Później”,  powiedziała  w  myślach.  Przytaknęłam 

skinieniem głowy, zastanawiając się, jak uniknąć tej rozmowy. Spotkali się z Adrianem, żeby 

poćwiczyć magię. Ucieszyłam się, że mogę być blisko przyjaciółki, bo Christian postanowił 

background image

im towarzyszyć. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego został. Pewnie wciąż nie uporał się z 

zazdrością.  Rozumiałabym  go,  gdyby  wiedział  o  intrygach  królowej.  Tymczasem  wyraźnie 

się nudził. Usiedliśmy w pustej klasie panny Meissner. Mój podopieczny zestawił dwie ławki 

i wyciągnął się na nich, zakrywając oczy ramieniem. 

- Obudźcie mnie, jeśli wydarzy się coś ciekawego - rzekł. 

Stałam z Eddiem na środku Sali blisko morojów, skąd mogliśmy obserwować okna i 

drzwi. 

-  Naprawdę widziałaś  Masona?  - spytał  nieśmiało.  -  Przepraszam…  powiedziałaś, że 

nie chcesz o tym rozmawiać… 

Już  miałam  przytaknąć,  ale  spojrzałam  mu  w  oczy.  Nie  powodowała  nim  zwykła 

ciekawość. Przyjaźnił się z Masonem i nie uporał się jeszcze z jego śmiercią. Pomyślałam, że 

pewnie sam chciałby go spotkać. 

- Myślę, że to był on  - mruknęłam z odpowiedzi. - Ale nie mam pewności. Wszyscy 

uważają, że to owoc nadmiernej wyobraźni. 

- Jak wyglądał? Był zły? 

- Raczej… smutny. Bardzo smutny. 

- Jeśli to naprawdę on… Sam nie wiem. - Eddie wbił wzrok w podłogę, zapominając 

na  chwilę  o  czujności.  -  Wciąż  się  zastanawiam,  czy  nie  ma  do  nas  pretensji,  że  go  nie 

ocaliliśmy. 

-  Nie  mogliśmy  nic  zrobić  -  odparłam,  korzystając  z  formułki,  którą  wielokroć 

słyszałam od innych. - Ja też o tym myślałam. Ojciec Andrew powiedział mi kiedyś, że duchy 

wracają czasem po to, by się mścić. Ale Mason nie sprawiał takiego wrażenia. Raczej jakby 

chciał mi coś przekazać. 

Eddie podniósł głowę, uświadamiając sobie, że jest na służbie. Nie odezwał się więcej, 

lecz wiedziałam, gdzie błądzi myślami. 

Tymczasem  Adrian  i  Lissa  robili  postępy.  A  właściwie  tylko  Adrian.  Wykopali 

wcześniej kilka roślin, które uschły albo zamarły na zimę. Włożyli je do niewielkich misek i 

ustawili rzędem na długim stole. Lissa dotknęła jednej z nich, a ja poczułam, jak udziela mi 

się jej euforia, która zawsze towarzyszyła zabiegom magicznym. W chwilę potem uschnięta 

roślina zazieleniła się i wypuściła liście. 

Adrian spoglądał na kwiat z zapartym tchem, jakby obserwował największą tajemnicę 

wszechświata. Westchnął głęboko i spróbował naśladować swoją nauczycielkę. 

- W porządku. Zaraz zobaczycie wielkie nic. 

Można  powiedzieć,  że  doskonale  to  ujął,  bo  faktycznie  nic  się  nie  wydarzyło.  Ale 

background image

kilka  chwil  później  roślina  zadrżała.  Zobaczyliśmy,  jak  zaczyna  się  zielenić  i  nagle  znowu 

uschła. 

-  Udało  ci  się  -  pochwaliła  Lissa.  Wyczułam  w  jej  głosie  nutkę  irytacji.  Adrian 

opanował jedną z jej umiejętności, podczas gdy ona nie nauczył się niczego od niego. 

-  Niezupełnie.  -  Moroj  wpatrywał  się  w  roślinę.  Był  absolutnie  trzeźwy,  więc  w 

ponurym nastroju. Moc ducha nie wpływała na jego postawę wobec świata. Pomyślałam, że 

tego wieczora nikomu z was humor nie dopisuje. - Szlag by to trafił. 

-  Co  ty  wygadujesz?  -  skarciła  go  Lissa.  -  Odniosłeś  sukces.  Sprawiłeś,  że  roślina 

ożyła. Dokonałeś tego mocą umysłu. To wspaniałe. 

-  Wciąż  jesteś  lepsza  -  skwitował  Adrian  tonem  dziesięciolatka.  Nie  mogłam  się 

powstrzymać. 

-  Przestać  biadolić  i  spróbuj  jeszcze  raz  -  wtrąciłam.  Zerknął  na  mnie  z  krzywym 

uśmieszkiem. 

- Nie potrzebuję twoich rad, panno od duchów. Strażnicy powinni być widoczni, lecz 

niesłyszalni. 

Trzepnęłam go za tę „pannę od duchów”, ale nawet tego nie zauważył bo jednocześnie 

poparła mnie Lissa. 

- Rose ma racje. Postaraj się bardziej. 

- Pokaż mi to jeszcze raz - poprosił Adrian. - Będę cię obserwował. Spróbuję poczuć, 

co robisz. 

Lissa  ożywiła  kolejną  roślinę.  Znowu  odczułam  powiew  jej  magii.  Ogarnęła  mnie 

radość, a po chwili zorientowałam się, że coś jest nie tak. Lissa się zawahała. Lęk i poczucie 

niepewności  zachwiały  jej  mocą.  W  jednej  chwili  wróciły  przygnębienie  i  nerwowość,  z 

którymi borykała się od tak dawna. „Nie, nie” - błagałam w myślach. - To się znowu dzieje. 

Wiedziałam, że tak będzie, jeśli zajmie się magią. Proszę, niech to zniknie”. 

I  nagle  mroczne  myśli  rozwiały  się  bez  śladu.  Moja  przyjaciółka  odzyskała  spokój. 

Zauważyłam, że roślina urosła i się zazieleniła. Przegapiłam moment, gdy to się stało. Adrian 

też nie widział, przez cały czas wpatrzony we mnie. Miał zaniepokojoną minę. Wyczułam, że 

usilnie stara się coś zrozumieć. 

- Teraz ty - zawołała Lissa wesoło. Nie zorientowała się, że Adrian na nią nie patrzył. 

- Spróbuj. 

Moroj  skoncentrował  się  na  zadaniu.  Westchnął  i  podszedł  do  kolejnej  rośliny,  ale 

dziewczyna powstrzymała go gestem. 

- Nie pracuj tam, gdzie zacząłeś. Może warto próbować etapami. 

background image

Adrian posłusznie skinął głową do swojego kwiatu. Przez kilka minut  tylko się weń 

wpatrywał. W pokoju panowała absolutna cisza. Nie sądziłam, że chłopak potrafi tak bardzo 

się skupić. Na jego czole zalśniły kropelki potu. Nareszcie roślina drgnęła. Zazieleniła się, na 

łodyżkach  pojawiły  się  niewielkie  pączki.  Przeniosłam  wzrok  na  Adriana.  Mrużył  oczy  i 

zaciskał  szczęki,  najwyraźniej  całą  energię  koncentrując  na  wykonaniu  zadania.  Pączki 

otworzyły się, wypuszczając białe płatki kwiatu. 

Lissa nie posiadała się z radości. 

-  Brawo!  -  krzyknęła  i  uściskała  Adriana  serdecznie.  Czułam,  że  szczerze  się 

ucieszyła.  Rozczarowanie  brakiem  nowych  umiejętności  ustąpiło  nadziei,  że  to  się  zmieni. 

Adrian dowiódł, że mogą się uczyć od siebie nawzajem. - Nie mogę się doczekać, kiedy i ja 

zrobię coś nowego - powiedziała z nutką zazdrości. 

Adrian stuknął palcem w notes. 

-  Świat  ducha  oferuje  wiele  możliwości.  Z  pewnością  opanujesz  przynajmniej  jedna 

nową technikę. 

- Co tam macie? - spytałam. 

- Pamiętasz, jak szukałam osób wykazujących nadzwyczajne umiejętności? - zwróciła 

się do mnie Lissa. - Spisaliśmy tu wszystkie znane przypadki. 

Oczywiście  pamiętałam.  Moja  przyjaciółka  niestrudzenie  szukała  morjów 

obdarzonych  mocą  ducha.  Rejestrowała  pokazy  niezwykłych  umiejętności.  Chociaż  świat 

uważał je za oszustwa, Lissa niezmiennie widziała w nich przejawy mocy ducha. 

-  Poza  mocą  uzdrawiania,  postrzegania  aury  oraz  odwiedzania  cudzych  snów 

wykazujemy również nadzwyczajne umiejętności w wywieraniu wpływu. 

- To żadna nowość - zauważyłam. 

- A jednak. Nie tylko potrafiły skłaniać innych, by robili to, co chcemy. Słyszałam o 

morojach, którzy wmawiają ludziom, że widzą i czują coś, czego nie ma. 

- Wywołują halucynację? - zdziwiłam się. 

- Coś w tym rodzaju - odparł Adrian. - Stosują czar wpływu, każąc ludziom przeżywać 

sceny rodem z najgorszych koszmarów, na przykład bronić się przed czyimś atakiem. 

Wzdrygnęłam się. 

- To straszne. 

- I zachwycające zarazem - dodał moroj. 

- Nie jestem przekonana - poparła mnie Lissa. - Wyrządzają krzywdę. 

Christian ziewnął ostentacyjnie. 

- Skoro odnieśliście sukces, może zakończymy te magiczne wprawki na dziś? 

background image

Obejrzałam się. Christian wpatrywał się niespokojnie w Lissę i Adriana. Nie podobał 

mu się ten wybuch serdeczności. A oni byli zbyt przejęci, żeby to zauważyć. 

- Mógłbyś to powtórzyć? - spytała Lissa z ożywieniem. - Spróbuj z inną rośliną. 

Adrian potrząsnął głową. 

-  Teraz  nie  dam  rady.  Za  dużo  mnie  to  kosztowało.  Muszę  zapalić.  -  Wskazał  ręką 

Christiana. - Zajmij się swoim chłopakiem. Wykazał niewiarygodną cierpliwość. 

Lissa  podeszła  do  ukochanego  z  promienną  twarzą.  Wyglądała  tak  pięknie,  że  nie 

mógł  się  na  nią  gniewać.  Złagodniał,  a  mnie  przyszło  do  głowy,  że  tylko  ona  potrafiła 

wydobyć z niego najdelikatniejsze uczucia. 

- Wracajmy do dormitorium - powiedziała, chwytając go za rękę. 

Poszliśmy  za  nimi.  Eddie  szedł  obok  Lissy  i  Christiana,  więc  mnie  przypadła 

obserwacja otoczenia. Zostałam skazana na towarzystwo Adriana, który ostatecznie poczłapał 

za nami i postanowił ze mną pogawędzić. Musiałam również znosić kłęby dymu z papierosa. 

Zastanawiałam się, dlaczego nikt mu tego nie zabronił. Zmarszczyłam nos. 

-  Mógłbyś  zostać  naszym  najdalszym  strażnikiem  i  zawsze  trzymać  się  z  tyłu  - 

zaproponowałam. 

- Wystarczy - odparł i rzucił niedopałek na ziemię. Przydeptał go niedbale i zostawił. 

Wkurzyło mnie to tak samo jak jego palenie. - I co powiesz, mała dampirzyco? - zagadnął. - 

Nieźle się spisałem z tą rośliną, co? Oczywiście sukces byłby bardziej spektakularny, gdybym 

na  przykład  przymocował  komuś  odciętą  nogę  albo  rozdzielił  bliźnięta  syjamskie.  Ale  to 

tylko kwestia czasu. Trening czyni mistrza. 

-  Jeśli  posłuchasz  mojej  rady  -  choć  z  pewnością  nie  posłuchasz  -  uważam,  że 

powinniście zawiesić te ćwiczenia. Christian wciąż podejrzewa, że uwodzisz Lissę. 

- Niemożliwe! - wykrzyknął z udawanym oburzeniem. - Czyżby nie widział, że moje 

serce należy do ciebie? 

-  Nie  wygłupiaj  się.  On  naprawdę  cierpi.  Nie  umiem  go  przekonać,  że  nic  was  nie 

łączy. 

- Najlepiej od razu zacznijmy czułości. Christian poczuje się znacznie lepiej. 

-  Jeśli  mnie  dotkniesz  -  ostrzegłam  uprzejmie  -  dam  ci  doskonałą  okazję,  żeby 

uzdrowił samego siebie. Przekonasz się, czy naprawdę coś umiesz. 

-  Poproszę  o  to  Lissę  -  odparł  sprytnie.  -  Zrobi  to  lepiej.  Chociaż…  -  Złośliwy 

uśmieszek znikł z jego warg. - Stało się coś dziwnego, kiedy użyła dzisiaj magii. 

- Tal - potwierdziłam. - Więc ty też to wyczułeś? 

-  Nie.  Ja  to  widziałem.  -  Adrian  zmarszczył  czoło.  -  Rose…  pamiętasz,  jak  mnie 

background image

zapytałaś, czy tracisz zmysły, a ja odpowiedziałem, że nic ci nie jest? 

- Tak… 

- Chyba się pomyliłem. Myślę, że jesteś szalona. Zwolniłam kroku. 

- Co to ma znaczyć? 

- No… widzisz, kiedy Lissa ożywiła tę drugą roślinę, jej aura nieco przygasła. 

-  Czułam  coś  podobnego.  Miałam  wrażenie,  że…  nie  wiem,  Lissa  nagle  osłabła,  jak 

dawniej, kiedy czuła się gorzej. Ale to wrażenie szybko minęło. 

Adrian skinął głową. 

-  Właśnie…  zauważyłem,  że  mrok,  jaki  ją  otaczał,  przepłynął  do  twojej  aury.  Już  ci 

mówiłem,  że  macie  bardzo  różne  pola  energii,  ale  tym  razem  widziałem  na  własne  oczy, 

dlaczego tak się dzieje. Ciemność wyskoczyła z jej aury i przeniosła się do twojej. 

Zadrżałam. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

-  Dlatego  myślę,  że  tracisz  zmysły.  Lissa  nie  odczuwa  już  nieprzyjemnych  skutków 

stosowania  magii,  prawda?  A  ty,  no  cóż…  zdaje  się,  że  masz  ostatnio  kłopoty  z 

kontrolowaniem emocji, a w dodatku widzisz duchy - ostatnie słowa wypowiedział obojętnie, 

jakby  to  było  najzwyklejsze  zjawisko  pod  słońcem.  -  Podejrzewam,  że  szkodliwe  działanie 

żywiołu  ducha  przechodzi  na  ciebie.  Lissa  odzyskała  równowagę,  a  ty…  zaczęłaś  widzieć 

zjawy. 

Teoria Adriana podziałała na mnie jak uderzenie pioruna. Jego zdaniem nie cierpiałam 

z  powodu  traumatycznych  wydarzeń,  nie  spotkałam  Masona  ani  nie  widziałam  naprawdę 

duchów.  Oszalałam,  przejmując  obłęd  Lissy.  Pamiętałam,  jak  się  czuła  w  najgorszych 

chwilach,  kiedy  dopadała  ją  depresja  i  sama  się  okaleczała.  Przypomniałam  sobie  naszą 

nauczycielkę,  pannę  Karp,  która  również  posiadała  moc  ducha.  Popadła  w  obłęd  i 

dobrowolnie przemieniła się w strzygę. 

- Nie - odparłam z mocą. - Mylisz się. 

- A wasza więź? Jesteście ze sobą połączone. Odbierasz jej myśli i uczucia. Dlaczego 

nie  miałabyś  przejąć  również  jej  szaleństwa?  -  Adrian  jak  zwykle  mówił  lekkim  tonem,  w 

którym  pobrzmiewało  rozbawienie.  Chyba  nie  zdawał  sobie  sprawy,  jak  bardzo  mnie 

przestraszył. 

- To nie ma żadnego… 

Urwałam, bo nagle powróciła kwestia interesująca mnie od dawna. 

Święty  Władimir  całe  życie  zmagał  się  ze  skutkami  władania  mocą  ducha.  Miewał 

koszmary senne i przywidzenia, które przypisywał aktom „demonów”. Nie zwariował jednak 

background image

ani nie próbował popełnić samobójstwa. Obie z Lissą byłyśmy przekonane, że pomagała mu 

więź  ze  strażniczką  Anna  nazywaną  Pocałunkiem  Cienia.  Sądziłyśmy,  że  ocaliła  go  ich 

przyjaźń.  Anna  wspierała  Władimira  i  towarzyszyła  mu  w  ciężkich  chwilach.  W  tamtych 

czasach nie było leków przeciwdepresyjnych. 

Jeśli jednak… Co jeśli… 

Zabrakło  mi  oddechu.  Czułam,  że  muszę  natychmiast  poznać  całą  prawdę.  Która  to 

godzina?  Ile  zostało  do  ciszy  nocnej?  Trzeba  to  sprawdzić.  Zatrzymałam  się  gwałtownie,  o 

mało przy tym nie upadając na śliskiej powierzchni. 

- Christian! 

Grupka przed nami przystanęła. Wszyscy patrzyli na mnie i Adriana. 

- Co jest? - spytał mój podopieczny. 

- Muszę zawrócić, a raczej musimy, bo nie mogę cię zostawić. Idziemy do kaplicy. 

Christian uniósł brwi. 

- Chcesz się wyspowiadać? 

- O nic nie pytaj, proszę. Zabiorę ci tylko chwilę. Lissa się zaniepokoiła. 

- Możemy pójść z wami… 

-  Nie  trzeba.  Niedługo  wrócimy.  -  Nie  chciałam,  by  mi  towarzyszyła.  Nie  powinna 

słyszeć  historii,  której  się  spodziewałam.  -  Idźcie  do  dormitorium.  Przyjdziemy  do  was. 

Christian, proszę… 

Chłopak  bacznie  mi  się  przyglądał.  Widziałam,  że  ma  ochotę  rzucić  jakąś  kąśliwą 

uwagę, a jednocześnie gotów jest mi pomóc. Zwyciężyło to drugie. 

- Dobrze, ale jeśli każesz mi się modlić, wyjdę bez słowa. 

Ruszyliśmy w kierunku kaplicy. Prawie biegłam i Christian z trudem dotrzymywał mi 

kroku. 

- Pewnie nie powiesz mi, o co chodzi? - zapytał. 

- Nie. Ale docenia twój gest. 

-  Zawsze  chętnie  służę  pomocą  -  odparł.  Na  pewno  przewracał  oczami,  ale  wolałam 

skupić uwagę na śliskiej ścieżce. 

Drzwi kaplicy były zamknięte. Nie zdziwiło mnie to. Zapukałam, rozglądając się, czy 

w którymś z okien pali się światło. Niestety. 

- Wiesz, że raz się tu włamałem - zaczął Christian. - Jeśli chcesz wejść do środka… 

- To nie wystarczy. Muszę porozmawiać z ojcem Andrew. Cholera, nie ma go. 

- Pewnie już śpi. 

-  Cholera  -  powtórzyłam,  nie  przejmując  się  zbytnio  tym,  że  przeklinam  u  drzwi 

background image

kaplicy. Jeśli duchowny rzeczywiście już się położył, to nie uda mi się wejść do jego pokoju 

w dormitorium personelu. - Muszę… 

W tej chwili otworzyły się drzwi i stanął w nich ojciec Andrew. Był zaskoczony, ale 

nie okazał gniewu. 

- Rose? Christian? Czy stało się coś złego? 

- Musze ojca o coś spytać - powiedziałam stanowczo. - Zajmę tylko chwilę. 

Zdumiałam go jeszcze bardziej, ale cofnął się, robiąc nam przejście. Przystanęliśmy w 

kruchcie. 

- Właśnie szedłem do domu - wyjaśnił kapłan. 

-  Ojciec  kiedyś  mi  powiedział,  że  święty  Władimir  żył  długo  i  zmarł  śmiercią 

naturalna. Czy to prawda? 

-  Tak  -  odparł  po  chwili  zastanowienia.  -  O  ile  wiem,  tak.  Taką  wersję  przedstawia 

całe piśmiennictwo, również to współczesne. 

-  A  co  z  Anną?  -  gorączkowałam  się.  Czułam,  że  histeryzuję,  ale  nie  umiałam 

zachować spokoju. 

- Nie rozumiem. 

- Co z nią? Jak zmarła? 

Często zastanawiałyśmy się z Lissą, jak skończył Władimir. Nigdy nie przyszło nam 

do głowy pytanie o jego strażniczkę. 

- Cóż - westchnął. - Obawiam się, że miała mniej szczęścia. Anna poświeciła życie, by 

chronić świętego. Czytałem, że w podeszłym wieku nieco zdziwaczała. I w końcu… 

- Tak? - podchwyciłam. Christian wyraźnie nic nie rozumiał. 

- Kilka miesięcy po śmierci Władimira popełnia samobójstwo. Zamknęłam oczy. Tego 

się właśnie bałam. 

-  Przykro  mi  -  dodał  ojciec  Andrew.  -  Wiem,  że  interesuje  cię  jej  historia. 

Dowiedziałem  się  czegoś  więcej  o  śmierci  Anny  całkiem  niedawno.  Samobójstwo  jest 

grzechem, jednak zważywszy, jak bliska łączyła ich więź, mogę sobie wyobrazić bezmiar jej 

cierpień po zgonie Władimira. 

- Wspomniał ojciec, że zdziwaczała na starość. Kapłan skinął głową i rozłożył ręce. 

-  Trudno  powiedzieć,  co  chodziło  biedaczce  po  głowie.  Z  pewnością  wiele  przeszła. 

Dlaczego to pytanie było tak pilne? 

Potrząsnęłam głową. 

-  To  długa  historia.  Dziękuję  za  pomoc.  Christian  odezwał  się  dopiero  w  połowie 

drogi do dormitorium. 

background image

-  Co  jest  grane?  -  spytał.  -  Pamiętam,  że  czytałyście  biografie  świętego  Władimira. 

Jego związek z Anną przypomina twój i Lissy, czy tak? 

- Tak - odparłam ponuro. - Słuchaj, nie chcę mącić między wami, ale proszę, nie mów 

jej o tym. Nie teraz. Najpierw muszę więcej odgrzebać na ten temat. Powiedz jej… albo nie. 

Sama jej powiem, że spanikowałam, bo sądziłam, że mam jeszcze inne obowiązki. 

- Więc oboje będziemy ją okłamywali? 

-  Możesz  mi  wierzyć,  że  wcale  nie  jest  mi  lekko.  Nie  widzę  jednak  lepszego 

rozwiązania. 

Gdyby  Lissa  wiedziała,  że  z  jej  powodu  mogę  popaść  w  obłęd,  byłaby  to  dla  niej 

klęska.  Pewnie  zrezygnowałaby  ze  stosowania  magii.  Oczywiście  o  niczym  innym  nie 

marzyłam… Jednak ona tak bardzo cieszyła się z odzyskania swoich zdolności. 

Czy mogłam jej to odebrać? A czy potrafię się poświęcić? 

Nie umiałam odpowiedzieć na te pytania. Postanowiłam zaczekać. Na razie za mało 

wiem.  Christian  zgodził  się  dochować  tajemnicy.  Zresztą  kiedy  dołączyliśmy  do  przyjaciół, 

zbliżała się już cisza nocna. Potem wszyscy poszliśmy spać, ja również, ponieważ zwolniono 

mnie z pełnienia nocnej warty. 

Szłam  samotnie  do  dormitorium  dampirów.  Tuż  przed  budynkiem  zobaczyłam 

Masona. 

Stanęłam jak wryta. Rozejrzałam się z nadzieją, że ktoś, przechodząc tędy, nareszcie 

poświadczy  to,  co  widzę.  Półprzezroczysta  postać  wyglądała  niemal  zwyczajnie,  w  długim 

płaszczu, z rękami w kieszeniach. Poczułam, że włosy stają mi dęba na głowie. 

- Witaj - powiedziałam zaskakująco spokojnym  głosem, a jednocześnie ogarnął mnie 

głęboki  smutek.  -  Cieszę  się,  że  jesteśmy  sam  na  sam.  Nie  spodobało  mi  się  twoje 

towarzystwo tam w samolocie. 

Mason patrzył na mnie wzrokiem pozbawionym wyrazu. On też był smutny. Poczucie 

winy niezmordowanie supłało węzeł w moim żołądku. Nie mogłam dłużej tego znieść. 

- Czym jesteś?! - krzyknęłam. - Jesteś prawdziwy? Czy ja zwariowałam? 

Ku memu zaskoczeniu potwierdził wyraźnym skinieniem głowy. 

- Co? - pisnęłam. Jesteś prawdziwy? Kolejne skinienie. 

- Zwariowałam? Zjawa zaprzeczyła. 

-  Cóż,  dobre  i  to.  -  Sytuacja  zaczynała  mnie  śmieszyć,  gadałam  do  widziadła.  - 

Przynajmniej nie potwierdziłeś, że cię tu nie ma. 

Mason nie spuszczał ze mnie wzroku. Ponownie się rozejrzałam; byliśmy sami. 

- Dlaczego się pojawiasz? Jesteś wściekły i szukasz zemsty? 

background image

Duch zaprzeczył, a ja poczułam ulgę. Do tej chwili nie zdawałam sobie sprawy z tego, 

że takiej sytuacji boję się najbardziej. Żyłam z poczuciem winy i w żałobie. Zakładałam, że 

przyjaciel oskarża mnie zza grobu. 

- Czy… nie możesz zaznać spokoju? 

Mason  znów  przytaknął,  a  mnie  się  wydało,  że  posmutniał  jeszcze  bardziej.  Stanęły 

mi w oczach jego ostatnie chwile i musiałam przełknąć łzy. Też nie odnalazłabym spokoju, 

gdyby moje życie zakończyło się, zanim zaczęło się naprawdę. 

- Czy chodzi o coś więcej? Masz inny powód, żeby do mnie przychodzić? 

Skinienie. 

- Jaki? - spytałam. Ostatnio w ogóle zadawałam strasznie dużo pytań. Ciągle szukałam 

odpowiedzi. - O co chodzi? Co mam zrobić? 

Nie  mógł  odpowiedzieć.  Potrafił  tylko  poruszać  głową.  Widziałam,  jak  bezradnie 

otwiera usta. Bardzo się starał, jak Adrian pracujący nad ożywieniem kwiatu. 

- Bardzo mi przykro - szepnęłam. - Nie rozumiem… Przepraszam za wszystko. 

Mason posłał mi ostatnie żałosne spojrzenie i zniknął. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY 

POROZMAWIAJMY O TWOJEJ MATCE. Westchnęłam. 

- Mianowicie? 

Przyszłam na pierwszą sesję terapeutyczną i byłam nieco rozczarowana. Pomyślałam, 

że powinnam zacząć od spotkania Masona, lecz uznałam, że nie będę się pogrążać. Władze 

szkoły już i tak miały mnie za wariatkę. 

Szczerze  mówiąc,  sama  nie  byłam  pewna  swoich  władz  umysłowych.  Opowieści 

Adriana  o  mojej  aurze  oraz  historia  Anny  mogły  przyprawić  o  szaleństwo.  Mimo  to  nie 

uważałam  się  za  wariatkę.  Z  drugiej  strony,  chorzy  umysłowo  zwykle  czują  się  najbardziej 

zdrowi.  Poza  tym  co  to  właściwie  znaczy,  że  ktoś  jest  szalony?  Czytałam  dosyć  na  temat 

psychologii,  by  wiedzieć,  że  zaburzenia  psychiczne  są  precyzyjnie  klasyfikowane. 

Charakteryzują  się  szczególnymi  objawami,  jak  niepokój,  depresja,  chwiejność  nastrojów  i 

tak dalej. Nie miałam pojęcia, gdzie umieścić to, co przeżywam, i czy w ogóle kwalifikuję się 

do którejkolwiek grupy. 

- Co do niej czujesz? - ciągnęła pani psycholog. 

- Jest świetną strażniczką i taką sobie matką. 

Terapeutka zapisywała coś w swoim notesie. Szczupła jasnowłosa morojka, ubrana w 

kaszmirową sukienkę i nosząca oryginalne imię - Deirdre. Wydawała się niewiele starsza ode 

mnie,  lecz  dyplomy  wiszące  nad  biurkiem  świadczyły  niezbicie  o  jej  gruntownym 

wykształceniu  w  dziedzinie  psychoterapii.  Gabinet  znajdował  się  w  budynku  administracji 

szkolnej, nieopodal pokoju dyrektorki oraz biur. Idąc tu, miałam nadzieję, że kobieta każe mi 

się  położyć  na  kozetce,  takiej,  jakie  widziałam  w  filmach.  Niestety,  okazało  się,  że  muszę 

zadowolić  się  krzesłem,  wygodnym,  na  szczęście.  Ściany  gabinetu  obwieszono  malunkami 

przedstawiającymi  uroki  natury:  kolorowe  motyle,  kwiaty,  sielskie  pejzaże  i  takie  tam. 

Zapewne, by wpływały kojąco na pacjentów. 

- Zechciałabyś rozwinąć określenie: „taka sobie”? - spytała Deirdre. 

- Świadczy o postępach. Miesiąc temu powiedziałabym, że mam okropną matkę. I co 

to ma wspólnego z Masonem? 

-  Wolałabyś  porozmawiać  o  nim?  Zauważyłam,  że  kobieta  ma  denerwujący  zwyczaj 

odpowiadania pytaniem na pytanie. 

- Sama nie wiem - przyznałam szczerze. - Chyba znalazłam się tu z jego powodu. 

- Co czułaś, kiedy zginął? 

background image

- Smutek. A co miałam czuć? 

- Może gniew? 

Pomyślałam o strzygach, ich złośliwych twarzach i obojętności wobec śmierci. 

- Tak, chyba tak. 

- Poczucie winy? 

- Jasne. 

- Dlaczego uważasz, że to oczywiste? 

- Mason znalazł się tam z mojej wint. Wkurzyłam go… Chciał mi coś udowodnić. To 

ja  mu  powiedziałam,  gdzie  ukrywają  się  strzygi,  a  nie  powinnam  tego  ujawniać.  Gdyby  się 

nie dowiedział, nie pojechałby do Spokane. Żyłby do dzisiaj. 

- Nie sądzisz, że Mason odpowiadał za swoje decyzje? On sam dokonał wyboru. 

- No… tak. W pewnym sensie. Nie kazałam mu tam jechać. 

-  Więc  dlaczego  czujesz  się  winna?  Odwróciłam  wzrok  i  utkwiłam  w  obrazku  z 

biedronką. 

-  Zależało  mu  na  mnie.  Właściwie  chodziliśmy  ze  sobą,  ale  ja  się  wycofałam. 

Sprawiłam mu ból. 

- Dlaczego się wycofałaś? 

- Nie wiem - odparłam. Przez chwilę znów widziałam jego ciało leżące na podłodze, 

ale szybko usunęłam je z myśli. Nie rozpłaczę się przy Deirdre. - Nie rozumiem tego. Mason 

był miły, zabawny. Świetnie się dogadywaliśmy… Jednak wydawało mi się, że coś jest nie w 

porządku. Nie mogłam nawet się z nim całować… Na koniec postanowiłam to przerwać. 

- Uważasz, że masz problem z bliskością? 

- Słucham? Och. Nie! Oczywiście, że nie. 

- Uprawiałaś już seks? 

- Nie. Sugeruje pani, że powinnam? 

- A ty jak sądzisz? 

Cholera.  Już  myślałam,  że  ją  złapałam  i  wreszcie  zmuszę  do  odpowiedzi  na  moje 

pytanie. 

- Mason nie był tym właściwym chłopakiem. 

- Czy jest ktoś inny? Ten właściwy? 

Zawahałam  się.  Nie  rozumiałam,  co  ta  rozmowa  ma  wspólnego  z  duchami. 

Podpisałam wcześniej dokument, który zapewniał  mi dyskrecję podczas terapii. Deirdre nie 

miała  prawa  ujawniać  moich  tajemnic,  jeśli  nie  zamierzałam  popełnić  przestępstwa  lub 

zagrozić  sobie  samej.  Nie  byłam  jednak  pewna,  czy  powinnam  informować  ją  o  swojej 

background image

miłości do starszego mężczyzny. 

- Tak… ale nie mogę zdradzić, kim on jest. 

- Jak długo się znacie? 

- Prawie pół roku. 

- Czujesz się z nim związana? 

-  Oczywiście.  Ale  nie…  -  Jak  miałam  to  wyjaśnić?  -  Nie  jesteśmy  razem.  On  jest… 

niedostępny. 

Mogła sobie interpretować. Prawdopodobnie pomyśli, że facet jest żonaty. 

- Czy z jego powodu nie mogłaś zbliżyć się z Masonem? 

- Tak. 

- I to on nie pozwala ci spotykać się z innymi chłopcami? 

- Niczego mi nie narzuca. 

- Jednak zależy ci na nim i nie interesują cię inni. 

- Tak. Chociaż to bez znaczenia. Nie powinnam się w ogóle z nimi wiązać. 

- Dlaczego? 

- Nie ma na to szans. Niedługo zostanę strażniczką. Powinnam poświęcić cała energię 

Lissie. 

-  Uważasz,  że  twoje  obowiązki  wykluczają  zaangażowanie  w  bliski  związek  z 

mężczyzną? 

Przytaknęłam. 

-  Służba  wymaga  poświęcenia.  Nie  mogę  pozwolić,  by  ktoś  stał  się  dla  mnie 

ważniejszy  niż  Lissa.  Mamy  takie  powiedzenie:  „Oni  są  najważniejsi”.  Oni  to  znaczy  wy, 

moroje. 

- Uważasz zatem, że potrzeby przyjaciółki są na pierwszym miejscu? 

- Oczywiście. - Zmarszczyłam czoło. - Nie może być inaczej. Zostanę jej strażniczką. 

- Jak się z tym czujesz? Przecież zrezygnujesz z siebie dla jej dobra. 

- Lissa jest najbliższą mi osobą, poza tym ostatnią przedstawicielką swojego rodu. 

- Nie o to pytam. 

- Tak, ale - urwałam. - Pani o nic nie zapytała. 

- Uważasz, że pytania muszą być formułowane wprost? 

- Mniejsza z tym. Kocham Lissę. Jestem szczęśliwa, że spędzę przy niej całe życie. To 

wszystko. Poza tym czy pani, jako morojka sugeruje, że nie jesteście najważniejsi? Przecież 

obie wiemy, jak funkcjonuje nasz system. 

- Tak - przyznała. - Ale nie o tym rozmawiamy. Chcę ci pomóc. 

background image

- Te sprawy trudno oddzielić. 

Na ustach Deirdre pojawił się uśmieszek. Zaraz potem zerknęła na zegar. 

- Czas minął. Dokończymy tę rozmowę następnym razem. Założyłam ręce na piersi. 

-  Spodziewałam  się  błyskotliwej  rady.  Myślałam,  że  powie  mi  pani,  co  mam  robić. 

Tymczasem to ja mówiłam. 

Kobieta się roześmiała. 

- W tym gabinecie moje zdanie nie jest najważniejsze. 

- Więc co to za terapia? 

-  Widzisz,  nie  zawsze  wiemy,  co  naprawdę  myślimy  lub  czujemy.  Czasem  warto 

poszukać przewodnika, który pomoże nam to odkryć. Często się okazuje, że pacjent tę wiedzę 

w  sobie  nosi,  ale  głęboko  ukrytą.  Wówczas  zadania  terapeuty  polega  na  postawieniu 

właściwego  pytania,  które  wydobędzie  ją  z  zakamarków  psychiki.  Naszą  rolą  jest  też 

towarzyszenie  i  pomoc  w  drodze,  którą  trudno  przebyć  samotnie.  Oto,  czym  jest  „ta  cała 

terapia”. 

- W każdym razie z pytaniami radzi sobie pani świetnie - zauważyłam chłodno. 

-  Nie  mam  w  zanadrzu  „błyskotliwych  rad”,  lecz  chciałabym  cię  prosić,  żebyś 

zastanowiła  się  nad  paroma  rzeczami.  -  Kobieta  zerknęła  na  swój  notes  i  stuknęła  weń 

ołówkiem. - Pi pierwsze, przemyśl swoją relację z Lissą. Co naprawdę czujesz, wiedząc, że 

poświęcisz jej życie. 

- Już mówiłam. 

-  Wiem.  Proszę  tylko,  byś  to  rozważyła.  Jeśli  udzielisz  mi  tej  samej  odpowiedzi, 

przyjmę ją. Po drugie, zastanów się,  czy twoje zainteresowanie  „niedostępnym” mężczyzną 

nie wynika z faktu, że jest on właśnie taki. 

- Bzdura. Przecież to bez sensu. 

-  Czyżby?  Przed  chwilą  powiedziałaś,  że  nie  wolno  ci  budować  trwałego  związku  z 

żadnym  mężczyzną.  Nie  sądzisz,  że  zakochując  się  w  kimś,  kto  ci  to,  w  pewnym  sensie, 

gwarantuje, łatwiej poradzisz sobie z sytuacją? Nie możesz z nim być,  więc nigdy życie nie 

zmusi  cię  do  wyboru  między  szczęściem  osobistym  a  powinnościami  wobec  Lissy.  Nie 

będziesz musiała spojrzeć prawdzie w oczy. 

- Niewiele z tego zrozumiałam - bąknęłam. 

- Tak myślałam. Może jednak na coś się przydam. 

- A co to ma wspólnego z Masonem? 

- Chodzi o ciebie, Rose. Ty tu jesteś ważna. 

Po pierwszej sesji byłam kompletnie skołowana. Wściekałam się, że Deirdre mnie po 

background image

prostu przesłuchiwała. Gdyby to ona prowadziła proces Wiktora, uwinęłaby się w kwadrans. 

Poza  tym  byłam  pewna,  że  moja  terapeutka  podąża  w  niewłaściwym  kierunku.  Nie  czułam 

niechęci do Lissy. A pomysł, że zakochałam się w Dymitrze, ponieważ pozostawał dla mnie 

niedostępny,  należało  odesłać  do  krainy  absurdu.  Nie  przyszłoby  mi  do  głowy,  że  służba 

może przeszkadzać w życiu prywatnym, gdyby on o tym nie wspomniał. Zakochałam się w 

nim, bo… Cóż, bo to był Dymitr - słodki, silny, zabawny, waleczny i boski. Rozumiał mnie. 

Wracałam  do  dormitorium  pogrążona  w  rozmyślaniach.  Szczególnie  jedno  z  pytań 

zadanych przez Deirdre nie dawało mi spokoju. Rzeczywiście, jakoś nigdy nie zastanawiałam 

się,  jakie  konsekwencje  niesie  nasza  służba  dla  życia  prywatnego,  jednak  od  początku 

wiedziałam,  że  różnica  wieku  i  pełnione  obowiązki  będą  przeszkodzą  trudną,  wręcz 

niemożliwą  do  pokonania.  Czyżby  terapeutka  miała  racje?  Czy  naprawdę  zakładałam,  że 

nigdy nie zwiążę się z Dymitrem, by całkowicie poświęcić się Lissie? 

Nie,  stwierdziłam,  z  przekonaniem.  To  nieprawda.  Deirdre  potrafi  zadawać  trudne 

pytania, lecz nie zawsze okazują się trafne. 

- Rose! 

Zerknęłam w prawo i zobaczyłam Adriana idącego w moim kierunku przez trawnik. 

Nie przejmował się ubłoconymi butami. 

- Wiesz, jak mam na imię? - zdziwiłam się. - A gdzie się podziała „mała dampirzyca”? 

Po raz pierwszy nazwałeś mnie po imieniu. 

- Gdzie twoja lepsza połowa? - spytał. 

- Christian? 

- Nie, Lissa. Na pewno wiesz, gdzie się podziewa. 

- Oczywiście. Jest na lekcji, tak jak wszyscy. Zapominasz, że znajdujemy się w szkole. 

Chłopak miał rozczarowaną minę. 

-  Znalazłem  kilka  ciekawych  przypadków,  które  chciałem  z  nią  przedyskutować.  To 

moroje wykazujący szczególne uzdolnienia w wywieraniu wpływu na innych. 

- Zatem zająłeś się czymś pożytecznym? No, no. Jestem pod wrażeniem. 

-  I  kto  to  mówi?  -  żachnął  się.  -  Ostatnio  nie  robisz  nic  poza  udziałem  w  bójkach. 

Dampiry są niecywilizowane, ale w końcu za to was kochamy. 

- Gwoli ścisłości - sprostowałam. - Ostatnio nie tylko bierzemy udział w bójkach. - Z 

tego  wszystkiego  prawie  zapomniałam  o  „dokonaniach”  arystokratycznego  klubu  młodych 

buntowników.  Tak  wiele  się  wydarzyło.  Przestałam  kontrolować  sytuację.  Każda  rzecz  ma 

swoje dobre strony, nawet spotkanie Iwaszkowa. Postanowiłam go zapytać. 

- Czy mówi ci coś słowo „mana”? Adrian oparł się o ścianę i sięgnął po papierosa. 

background image

- Jasne. 

- Jesteś w szkole - zauważyłam, patrząc wymownie na kolorową paczkę. 

- To co…? Ach, racja - westchną i włożył fajki do kieszeni płaszcza. - Sądziłem, że co 

najmniej połowa studentów uczy się rumuńskiego. „Mana” znaczy „ręka”. 

- Uczą mnie tylko angielskiego - odparłam. Nic z tego nie rozumiałam. Jaka ręka? 

- Czemu cię to interesuje? 

-  Sama  nie  wiem.  Pewnie  się  pomyliłam.  Sądziłam,  że  to  słowo  ma  jakiś  związek  z 

ostatnimi wydarzeniami. 

W oczach moroja pojawił się przebłysk zrozumienia. 

- O Boże. To niemożliwe. Czyżby naprawdę zaczęli? 

- Co? 

-  Mana.  Ręka.  To  nazwa  idiotycznego  tajnego  stowarzyszenia  działającego  w 

niektórych  szkołach.  Mieliśmy  z  nim  do  czynienia  w  Adler.  Skupia  zazwyczaj  młodych 

arystokratów, którzy gustują w spiskach i konspiracjach. Uważają się za lepszych od innych. 

-  Pasuje.  -  Zamyśliłam  się.  -  Jesse  i  Ralf  namawiali  Christiana,  żeby  wstąpił  do  ich 

klubu. Musiało chodzić o Manę. 

-  Namawiali  Christiana?  -  Adrian  parsknął  śmiechem.  -  To  desperaci.  Nie  mam  nic 

przeciwko młodemu Ozerze, ale nie sądzę, by był zainteresowany. 

- Faktycznie, odprawił ich z kwitkiem. Jakie cele ma to stowarzyszenie? 

Chłopak wzruszył ramionami. 

-  Identyczne  jak  wszystkie  pozostałe  ugrupowania.  Każdy  chce  się  czuć  lepszy  od 

innych. Przynależność do elitarnej grupy poprawia własny wizerunek. 

- A ty do niej nie należałeś? 

- Po co? Nie szukam potwierdzenia własnej wyjątkowości. 

-  Jesse  i  Ralf  sugerowali,  że  członkowie  rodzin  królewskich  powinni  trzymać  się 

razem. Wspominali o sporach wokół przyszłości morojów. Chcą decydować o ewentualnym 

udziale w walce. 

-  Nikt  im  na  to  nie  pozwoli  -  prychnął  Adrian.  -  Są  za  młodzi,  na  razie  mogą  tylko 

dyskutować.  Chociaż  członkowie  stowarzyszenia  utrzymują  ze  sobą  kontakty  także  w 

starszym wieku. 

- Czy dobrze rozumiem? Spotykają się, żeby pogadać? Adrian się zamyślił. 

-  Niezupełnie,  coś  jednak  robią.  Zwykle  wymyślają  jakieś  sekretne  zadania. 

Najczęściej coś, co interesuje konkretną grupę. Opracowują wspólny plan działania. 

Nie spodobało mi się to, co usłyszałam. Szczególnie że chodziło o Jessego i Ralfa. 

background image

- Sporo wiesz, a twierdzisz, że cię to nie interesuje. 

- Mój tata należał do stowarzyszenia. Rzadko o tym wspomniał - no wiesz, tajemnica, 

ale zdołałem wydedukować co nieco. W szkole dowiedziałem się więcej. 

Oparłam  się  plecami  o  ścianę.  Zegar  pokazywał,  że  niedługo  zadzwoni  dzwonek  na 

przerwę. 

- Słyszałeś o ostatnich pobiciach? Ktoś zaatakował co najmniej czterech morojów. A 

oni nie chcą o tym mówić. 

- Kim są? Nie należą do rodów królewskich? 

- Przeciwnie, należą. 

- To nie ma sensu. Arystokraci organizują się głównie w celu samoobrony. Chyba że 

mają  coś  przeciwko  innym  członkom  rodów  królewskich  albo  sprzymierzyli  się  z 

pospólstwem. 

- Teoretycznie tak. Jednak coś tu nie pasuje. Jedną z ofiar był brat Jessego,  w końcu 

współzałożyciela  organizacji.  Nie  pobiłby  własnego  brata.  Poza  tym  nie  zareagowali,  kiedy 

Christian im odmówił. 

Adrian bezradnie rozłożył ręce. 

-  Nawet  ja  nie  wiem  wszystkiego.  Na  pewno  realizują  jakiś  plan.  Westchnęłam  z 

rezygnacją. 

- Dlaczego tak się tym przejmujesz? - spojrzał mi w oczy badawczo. 

-  Dzieje  się  coś  złego.  Widziałam  ślady  pobicie.  Jeśli  jakaś  banda  prześladuje 

morojów to trzeba ich powstrzymać. 

Iwaszkow się roześmiał. Ujął kosmyk moich włosów i okręcił go sobie wokół palca. 

- Nie pomożesz wszystkim, ale Bóg wie, jak bardzo się starasz. 

-  Chcę  tylko  zrobić  to,  co  uważam  za  słuszne.  -  Przypomniałam  sobie,  co  mówił 

Dymirt o prawach na Dzikim Zachodzie, i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. - Zamierzam 

przywrócić sprawiedliwość. 

- Najgorsze jest to, mała dampirzyco, że wierzysz w swoją misję. Mówi o tym twoja 

aura. 

- Chcesz powiedzieć, że nie jest już czarna? 

-  Nie…  chociaż  pozostała  ciemna,  pobłyskują  w  niej  promyki  złotego  światła. 

Przypominają promienie słoneczne. 

- Więc może wcale nie przejmuję mrocznych uczuć Lissy, jak sugerowałeś? - Do tej 

pory odsuwałam od siebie myśli o Annie. Teraz znowu ogarnął mnie lęk przed szaleństwem i 

samobójczą śmiercią. 

background image

- To zależy - mruknął Adrian. - Kiedy ostatnio ją widziałaś? Szturchnęłam go w ramię. 

- Blagujesz, prawda? Nie masz pojęcia, co się ze mną dzieje. 

Chwycił mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. 

- Zdaje się, że blagowanie jest twoją mocną stroną. 

Uśmiechnęłam się wbrew woli. Dopiero z tej odległości odkryłam, jak piękne są jego 

zielone  oczy.  Zwykle  się  z  nim  przekomarzałam,  intrygował  mnie  jego  cynizm,  czasem 

imponował  mi  totalnym  luzem,  ale  w  ogóle  nie  zauważyłam,  że  jest  bardzo  przystojny. 

Czułam  ciepły  dotyk  jego  palców  na  nadgarstku.  Było  coś  bardzo  pociągającego  w  tym 

geście.  Idąc  za  radą  Deirdre,  starałam  się  rozeznać  w  swoich  uczuciach.  Pomijając  groźbę 

królowej,  Adrian  pozostawał  dla  mnie  całkowicie  osiągalny.  Czy  się  nim  zainteresowałam? 

Podniecała mnie jego bliskość? 

Odpowiedź brzmi: nie. W towarzystwie Dymitra czułam się zupełnie inaczej. Adrian 

był  atrakcyjny  na  swój  sposób,  lecz  nie  doprowadzał  mnie  do  drżenia.  Czy  to  możliwe,  że 

wszystkiemu winna jest jego dostępność? Czy terapeutka miała rację, twierdząc, że interesują 

mnie wyłącznie związki bez przyszłości? 

-  Wiesz  -  chłopak  przerwał  moje  rozmyślania  -  sytuacja,  w  której  się  znaleźliśmy, 

mogłaby  kojarzyć  się  z  intymnością.  Tymczasem  przyglądasz  mi  się  jak  nieznanej  bakterii 

pod mikroskopem. 

Pomyślałam, że ma absolutną rację. 

-  Dlaczego  nie  próbujesz  wywierać  na  mnie  czaru  wpływu?  -  spytałam.  -  Mógłbyś 

sprawić, że nie wdawałabym się w awantury. 

- Kiedy to właśnie mi się w tobie podoba. Jesteś nieobliczalna. 

- Spróbuj - zaproponowałam w natchnieniu. 

- Słucham? 

- Użyj na mnie wpływu. 

- Jak to? - Znów udało mi się go zaskoczyć. 

- Spraw, bym pragnęła cię całować, tylko obiecaj, że nie wykorzystasz sytuacji. 

- Dziwna próba. Mówię, poważnie, dobrze się nad tym zastanów. 

- Proszę. 

Adrian  westchnął  i  skoncentrował  na  mnie  wzrok.  Miałam  uczucie,  że  tonę,  tonę  w 

morzu zieleni. Cały świat przestał się dla mnie liczyć. 

- Chcę cię pocałować, Rose - powiedział miękko. - Pragnę, być i ty tego chciała. 

Jego  całe  ciało  -  usta,  dłonie,  zapach  -  zawładnęły  mną.  Zrobiło  mi  się  ciepło. 

Pragnęłam, by mnie całował. Nie istniało nic, czego chciałabym bardziej. Zbliżyłam do niego 

background image

twarz, a on pochylił się nade mną. Niemal czułam smak jego warg. 

- Chcesz tego? - spytał głosem miękkim jak aksamit. - Chcesz mnie pocałować? 

Chciałam. Świat wokół przestał istnieć. Widziałam tylko jego usta. 

-  Tak  -  odparłam.  Jego  twarz  znalazła  się  tuż  przy  mojej,  jego  usta,  jego  usta  na 

odległość oddechu. Był taj blisko… 

Znieruchomiał. 

- To wszystko - rzucił obojętnie i się odsunął. 

Błyskawicznie wróciłam do rzeczywistości. Pożądanie prysło jak bańka mydlana, a ja 

wzięłam  się  do  sumiennego  odrobienia  trudnej  lekcji.  To  prawda,  że  chciałam  Adriana 

pocałować.  Lecz  nawet  pod  działaniem  uroku  nie  doświadczyłam  ani  joty  tego 

magnetycznego przyciągania, jakie odczuwałam w obecności Dymitra. Kiedy był przy mnie, 

stawaliśmy się jedną osobą, powiązani  siłą, która nas oboje przerastała.  Adrian w ogóle się 

nie liczył. Deirdre bardzo się myliła. Gdyby moje oczarowanie  Bielikowem  ograniczało  się 

jedynie  do  podświadomej  próby  ucieczki  przed  trudnym  wyborem,  prędzej  czy  później 

okazałoby  się  nieprawdziwe,  jak  pożądanie,  które  czarem  wpływu  wzbudził  we  mnie 

Iwaszkow. 

Zrozumiałam, że naprawdę kocham Dymitra. 

- Hm - mruknęłam zadowolona z siebie. 

- Hm? - Adrian zerknął na mnie z rozbawieniem. 

-  Hm  -  usłyszeliśmy  za  plecami.  Odwróciłam  się  i  zobaczyłam  przyglądającego  się 

nam  Christiana.  Odsunęłam  się  od  moroja,  w  chwili  gdy  odezwał  się  dzwonek  na  przerwę. 

Uczniowie wybiegli z klas. 

- Teraz mogę porozmawiać z Lissą - ucieszył się Adrian. 

-  Rose,  pójdziesz  ze  mną  do  pokoju  karmicieli?  -  Christian  odezwał  się  matowym 

głosem. Nie umiałam odczytać wyrazu jego twarzy. 

- Mam dzisiaj wolne. 

- Wiem, ale brakuje mi twoje uroczego towarzystwa. 

Pożegnałam się z Adrianem i ruszyłam za Christianem przez kawiarnię. 

- Co się stało? - spytałam. 

- Ty mi powiedz - odparł. - Widziałem, jak go uwodzisz. 

- To był eksperyment - wyjaśniłam. - Takie zadanie terapeutyczne. 

- Boje się myśleć, na czym polega ta twoja terapia. 

Weszliśmy  do  pokoju  karmicieli.  Christian  specjalnie  wyszedł  wcześniej  z  klasy,  a 

mimo to ustawiła się już kolejka. 

background image

- Czemu cię to interesuje? - spytałam. - Ciesz się, że Adrian nie romansuje z Lissą. 

- Może romansować z wami dwiema jednocześnie. 

- Bawisz się w starszego brata? 

- Wkurza mnie ten typ - odparł. - To wszystko. Spojrzałam na drzwi za jego plecami i 

zobaczyłam Jessego i Ralfa. 

- W każdym razie zachowaj to dla siebie, bo nasi przyjaciele mogliby cię usłyszeć. 

Na szczęście Jesse niczego nie zauważył, zaabsorbowany kłótnia z koordynatorką. 

-  Nie mogę czekać  -  upierał  się. -  Bardzo się spieszę.  Kobieta wskazała ręką kolejkę 

oczekujących. 

- Oni wszyscy są przed tobą. Jesse popatrzył jej w oczy z uśmiechem. 

- Mogłabyś zrobić dla mnie wyjątek. 

-  Ona  naprawdę  bardzo  się  spieszy  -  wtrącił  Ralf  miękkim,  niemal  aksamitnym 

głosem, jakiego nigdy u niego nie słyszałam. - Dopisz jego nazwisko na początku listy. 

Urzędniczkę  zatkało.  Gdyby  spojrzenie  mogło  zabić,  obaj  padliby  trupem.  I  nagle 

odmiana,  jakby  słońce  rozświetliło  jej  ponurą  twarz.  Zamrugała  szybko  i  zapisała  coś  w 

notesie. Chwilę później odwróciła wzrok, a w jej oczach znów pojawił się nieprzyjazny blask. 

Zmarszczyła brwi. 

- Co ja robiłam? 

-  Wpisywałaś  mnie  na  listę  -  podpowiedział  Jesse  i  pokazał  jej  swoje  nazwisko  w 

notesie. - Widzisz? 

Kobieta była wyraźnie zdezorientowana. 

- Ale dlaczego jesteś na niej pierwszy? Przecież dopiero przyszedłeś. 

- Wpadliśmy wcześniej, żeby zarezerwować miejsce. Zgodziłaś się. 

Nic nie pamiętała. Podejrzliwie zerknęła do notesu. Nie rozumiała, jakim cudem jego 

nazwisko znalazło się na czele listy. Po chwili wzruszyła ramionami, najwyraźniej uznając, że 

nie ma problemu. 

- Zaczekaj tutaj. Zawołam cię. 

Poczekałam, aż Jesse i Ralf zbliżą się do nas, i syknęłam: 

- Użyłeś wpływu. 

Przez mgnienie oka wydało mi się, że spanikował, ale szybko się otrząsnął. 

- Jakie to ma znaczenie? Dopiąłem swego. Zamierzasz o tym rozpowiadać? 

- Nie ma o czym - prychnął Christian. - Zrobiłeś to bardzo nieudolnie. 

- Jakbyś umiał to ocenić. - Ralf stanął w obronie przyjaciela. 

-  Umiem  -  odparł  Christian.  -  Widziałem,  jak  to  robią  lepsi  od  was,  a  na  pewno 

background image

ładniejsi. Może to brak urody osłabia twoją skuteczność? 

Ralf był wyraźnie oburzony tym zarzutem, za to Jesse wcale się nie przejął. 

- Zostaw go. - Szturchnął kumpla. - Miał szansę. 

-  Szansę  na…  -  Przypomniałam  sobie  Brandona,  który  niezdarnie  usiłował  mi 

wmówić, że nic mu się nie stało. Jill twierdziła, że Brett Ozera przekonał nauczycielkę, by nie 

zadawała  mu  pytań  na  temat  siniaków  i  ran.  Dziewczynka  była  zaskoczona  takim  obrotem 

sprawy. Pomyślałam, że Brett także zastosował czar wpływu. Informacje napływały do mnie 

ze wszystkich stron. Nie umiałam tylko połączyć ich w całość. - Więc o to chodzi. Ta wasza 

głupia Mana ma na celu wywieranie wpływu na innych… 

Wciąż  nie  rozumiałam,  jaki  mieli  cel,  ale  zaskoczenie  na  twarzy  Jessego 

podpowiadało, że jestem blisko odkrycia. 

- Nie wiesz, co mówisz - rzucił lekko. 

Nie zamierzałam dać za wygraną. Postanowiłam go sprowokować, by dowiedzieć się 

więcej. 

-  Po  co  to  robicie?  Używacie  sztuczek,  żeby  zyskać  władzę?  Przecież  to  tylko 

sztuczki.  Nie macie zielonego pojęcia,  na czym  faktycznie polega czar wpływu.  Widziałam, 

do czego może doprowadzić, i zaręczam, że nawet wam się to nie śniło. 

- Uczymy się rzeczy, których nigdy nie pojmiesz - żachnął się. - Jeśli dowiem się, kto 

ci naopowiadał… 

Nie  dokończył,  bo  w  tej  chwili  koordynatorka  wywołała  jego  nazwisko.  Weszli  z 

Ralfem do pokoju karmicieli, a Christian posłał mi pytające spojrzenie. 

-  Co  tu  się  dzieje?  Co  to  jest  Mana?  Streściłam  mu  pobieżnie  wszystko,  czego 

dowiedziałam się od Adriana. 

-  Dlatego  chcieli,  żebyś  się  do  nich  przyłączył.  Potajemnie  ćwiczą  czar  wpływu. 

Iwaszkow  twierdzi,  że  podobne  stowarzyszenia  skupiają  członków  rodzin  królewskich. 

Usiłują przejąć kontrolę, żeby zabezpieczyć się przed ewentualnym atakiem. Pewnie uznali, 

że  najlepszą  metodą  będzie  stosowanie  wpływu.  Właśnie  to  mieli  na  myśli,  kiedy 

przekonywali cię, że mogą spełnić twoje życzenia. Podejrzewam, że nie zapraszaliby cię tak 

ochoczo, gdyby wiedzieli, jak marnie sobie radzisz w tej kwestii. 

Christian  burknął  coś  pod  nosem,  niezadowolony,  że  przypomniałam  mu  o  porażce. 

Podczas  ferii  w  ośrodku  narciarskim  bezskutecznie  próbował  przekonać  strażnika,  by  nas 

wypuścił. 

- Powiedz lepiej, jaki to ma związek z przypadkami pobicia? 

- Tego właśnie nie rozumiem. - Zamyśliłam się. 

background image

Tymczasem  chłopak  został  wezwany  do  pokoju  karmicieli.  Postanowiłam  odłożyć 

domysły i spróbować dowiedzieć się więcej. Zauważyłam, że Ozera wchodzi do znajomego 

boksu. 

- Znowu dostałeś Alice? Jak to się dzieje? Prosisz o nią za każdym razem? 

- Nie, ale myślę, że niektórzy bardzo się starają, by dano im kogoś innego. 

Spotkanie wyraźnie Alice ucieszyło. 

- Witaj, Rose. Nadal dbasz o nasze bezpieczeństwo? 

- Zadbałabym, gdyby mi pozwolono - odparłam. 

-  Nie  rób  niczego  pochopnie  -  ostrzegła.  -  Oszczędzaj  siły.  Zbytnia  zapalczywość  w 

walce ze strzygami może cię przeciągnąć na ich stronę. Odejdziesz od nas i będziemy za tobą 

tęsknić. 

- O tak! - dorzucił Christian. - Każdej nocy będę płakał. Miałam ochotę go kopnąć. 

- Cóż, jako strzyga raczej nie wpadnę z wizyta, lecz jeśli umrę naturalną śmiercią, nie 

omieszkam cię odwiedzić jako duch. 

Pomyślałam ze smutkiem, że żartuję z rzeczy, które napawają mnie lękiem. Alice też 

nie wyglądała na ubawioną. 

- Nie będziesz mogła wrócić. Nie przejdziesz przez osłony. 

-  Osłony  nie  przepuszczają  strzyg  -  przypomniałam  jej  łagodnie.  Kobieta  pokręciła 

głową. 

- Mylisz się. Zatrzymują wszystko, co znajduję się po drugiej stronie. 

- Dosyć tych pogaduszek. Jestem głodny - upomniał nas Christian. 

-  Coś  ci  powiem,  Alice.  Nasze  osłony  na  pewno  nie  zatrzymują  duchów.  Widuję  je 

tutaj - rzuciłam jeszcze. 

Karmicielka była tak rozkojarzona, że mogłam powiedzieć jej wszystko bez obawy, że 

będzie  mnie  oceniać.  Rzeczywiście,  potraktowała  moje  wyznanie  jak  coś  całkowicie 

oczywistego. 

- Skoro widujesz duchy, to znaczy, że nie jesteśmy już bezpieczni. 

- Mówiłam ci ostatnio, że dobrze nas pilnują. 

-  Ktoś  musiał  popełnić  błąd  -  upierała  się  wyjątkowo  przytomnie.  -  Może  to 

przeoczenie.  Osłony  są  tkane  z  magii.  Duchy  nie  mogą  przekroczyć  tarczy  z  tego  samego 

powodu, co strzygi. Są martwe. Jeśli widziałaś ducha, to tarcze zawiodły. - Po chwili dodała: 

- Albo jesteś szalona. 

Christian parsknął głośnym śmiechem. 

- Masz, czego chciałaś, Rose. To się nazywa informacja z wiarygodnego źródła. 

background image

Rzuciłam mu gniewne spojrzenie. Chłopak uśmiechnął się do Alice. 

-  Sądzę,  że  Rose  ma  rację.  Nasze  osłony  są  skuteczne,  strażnicy  sprawdzają  je 

regularnie. Jedynym miejscem lepiej strzeżonym niż Akademia jest dwór królewski. Tu i tam 

roi się od straży. Nie wpadajmy w panikę. 

Moroj  nachylił  się  nad  szyją  karmicielki,  a  ja  odwróciłam  wzrok.  Nie  powinnam 

wdawać  się  w  dyskusję  z  Alice.  Fakt,  że  przebywała  w  Akademii  od  dłuższego  czasu,  nie 

świadczył,  że  posiada  wiarygodne  informacje.  A  jednak  jej  dziwacznemu  tokowi 

rozumowania  trudno  odmówić  sensu.  Skoro  tarcze  nie  przepuszczały  strzyg,  dlaczego  nie 

miałyby działać również na duchy? Strzygi, zmarłe wampiry powracające na ziemię, w istocie 

były  martwe.  Jednak  oboje  z  Christianem  także  mieliśmy  rację:  szkoła  jest  doskonale 

strzeżona. Założenie osłon pochłania wiele mocy. Nie wszystkie domy morojów są chronione 

w ten sposób, ale szkoły oraz siedziba królowej zostały solidnie zabezpieczone. 

Królewski dwór… 

Nie spotkałam tam duchów, choć pobyt u królowej dał wiele okazji do napięć. Jeśli to 

stres i wyczerpanie psychicznie wywoływały moje przywidzenia, to podczas całej tej wizyty, 

a  szczególnie  po  spotkaniu  z  Wiktorem,  powinna  mnie  prześladować  chmara  widziadeł. 

Skoro  nie  zobaczyłam  wówczas  żadnego,  cała  teoria  bierze  w  łeb.  Zjawy  otoczyły  mnie 

dopiero po wylądowaniu z Martinville. 

A tam nie było tarcz ochronnych. 

Siłą powstrzymałam jęk. 

Siedziba  królowej  była  po  prostu  dobrze  chroniona  solidnymi  tarczami.  Oto  powód, 

dla  którego  nie  spotkałam  tam  żadnego  ducha.  Lotnisko  w  Martinville  należało  do  świata 

ludzi  i  tam  mnie  dopadły.  Przypomniałam  sobie  cienie  w  samolocie.  Znajdowaliśmy  się  w 

powietrzu, więc i tam nie założono osłon. 

Spojrzałam  na  Christiana  i  Alice.  Chłopak  nasycił  już  głód.  Czy  to  możliwe,  że 

karmicielka  miała  rację?  Powiedziała,  że  osłony  nie  przepuszczają  duchów.  Jeśli  tak  jest 

naprawdę,  to  co  się  stało  z  magią  chroniącą  teren  Akademii?  Gdyby  nasze  tarcze  zostały 

zniszczone,  pewnie  nie  mogłabym  się  opędzić  od  upiorów.  Tymczasem  widywałam  je 

sporadycznie. To wszystko nie miało sensu. 

Jedno wiedziałam na pewno: jeśli tarcze zostały przełamane, to nie tylko mnie groziło 

niebezpieczeństwo. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY 

NIE MOGŁAM SIĘ DOCZEKAĆ końca dnia. Obiecałam Lissie, że spotkam się z nią 

i  resztą  paczki  po  lekcjach.  Chcieliśmy  się  trochę  rozerwać,  ale  nie  umiałam  się  rozluźnić. 

Trzęsłam  się  ze  zdenerwowania.  Kiedy  wreszcie  ogłoszono  ciszę  nocną,  pożegnałam 

przyjaciół i  niemal  pobiegłam  do dormitorium. Poprosiłam recepcjonistkę, żeby zadzwoniła 

do  Dymitra.  Przekonałam  ją,  że  mam  sprawę  „niecierpiącą  zwłoki”  Kobieta  sięgała  po 

słuchawkę, kiedy podeszła Celeste. 

-  Nie  ma  go  w  pokoju  -  powiedziała.  Zauważyłam  spore  zadrapanie  na  jej  twarzy. 

Pewnie jakiś nowicjusz poturbował ją podczas knowanego ataku. Pomyślałam z żalem, że nie 

ma, mnie trafiło. - Zdaje się, że Dymitr poszedł do kaplicy. Nie zdążysz tam pobiec i wrócić 

przed ciszą nocną. 

Kiwnęłam  głową  i  udałam,  że  idę  do  pokoju.  Kiedy  tylko  Celeste  zniknęła  za 

drzwiami,  zawróciłam  i  pognałam  do  Bielikowa.  Strażniczka  miała  rację.  Nie  było  szans, 

żebym wróciła w porę, ale liczyłam na wstawiennictwo mojego mentora. 

Drzwi kaplicy okazały się otwarte. Wnętrze oświetlały świece, rzucając  ciepły blask 

na  złote  ornamenty.  Pomyślałam,  że  jest  tam  ojciec  Andrew,  lecz  nie  zauważyłam  go  w 

pobliżu. 

Dymitr. 

Samotny siedział w ostatnim rzędzie. Nie modlił się, nawet nie uklęknął. Odniosłam 

wrażenie, że odpoczywa. Nie należał do praktykujących członków Kościoła, ale wiedziałam, 

że przychodził tu, szukając spokoju. Rozmyślał wówczas nad swoim życiem i uczynkami. 

Zawsze  uważałam,  że  jest  przystojny,  lecz  teraz,  w  świetle  świec,  na  jego  widok 

stanęłam jak wryta. Może otoczenie to sprawiło: drewniane rzeźby, święte ikony oraz blask 

otaczający  jego  postać,  że  wydał  mi  się  nieskończenie  piękny  i…  bezbronny.  Zwykle  taki 

czujny,  gotów  do  ataku…  Cóż,  nawet  on  potrzebował  czasem  chwili  wytchnienia.  Miałam 

wrażenie, że spowija  go złota aura, taka sama, jaką widziałam  u  Lissy.  Dymitr usłyszał, że 

weszłam.  Czar  prysł,  obejrzał  się  na  mnie  jak  zwykle  uważny,  stanowczy,  zmobilizowany 

strażnik. 

- Rose? Czy wszystko w porządku? - Zamierzał wstać, ale powstrzymałam go gestem i 

usiadłam obok. Wyczułam w powietrzu delikatny zapach kadzideł. 

- Tak… właściwie nic się nie stało. Nie mam kłopotów, chciałam ci tylko zadać jedno 

pytanie. A raczej przedstawić pewną teorię. 

background image

Opowiedziałam mu o rozmowie z Alice i o swoich podejrzeniach. Słuchał cierpliwie, 

z namysłem. 

-  Znam  Alice  -  stwierdził,  kiedy  skończyłam.  -  Nie  jestem  pewien,  czy  można  jej 

wierzyć. - Podobnie ocenił kiedyś Wiktora. 

-  Wiem.  Też  tak  pomyślałam  w  pierwszej  chwili.  Jednak  po  zastanowieniu  trudno 

odmówić jej racji. 

- Nie zgadzam się. Nie wiemy, dlaczego tylko do czasu do czasu widujesz duchy. To 

nie pasuje do teorii o przełamanej tarczy. Musiałabyś widzieć je wszędzie. 

- Może osłony zostały tylko nadwerężone? Dymitr potrząsnął głową. 

- To niemożliwe. Magiczne tarcze utrzymują swoją moc całymi miesiącami. W szkole 

odnawia się je co dwa tygodnie. 

- Tak często? - Nie umiałam ukryć zawodu. Wiedziałam, że Władzie Akademii dbają 

o  nasze  bezpieczeństwo,  jednak  nie  zdawałam  sobie  sprawy  z  tego,  że  są  aż  tak  troskliwe. 

Teoria  Alice  dawała  nadzieję,  że  nie  zwariowałam,  a  on  ją  podważył.  -  A  jeśli  to  ludzie 

nakłuwają nasze osłony srebrnymi sztyletami? - Nie dawałam za wygraną. - Widzieliśmy już 

podobny przypadek. 

- Strażnicy przeczesują teren kilka razy dziennie. Znaleźliby sztylet. 

Westchnęłam ciężko. 

Dymitr położył rękę na mojej dłoni, a ja czułam, że mięknę jak wosk. Nie cofnął jej 

natychmiast, jak to miał w zwyczaju, ale trzymał delikatnie, jakby czytał w moich myślach. 

- Sądziłaś, że teoria Alice wyjaśnia wszystko. Skinęłam głową. 

- Boję się, że oszalałam. 

- Nie oszalałaś. 

- Jednak nie wierzysz, że widuję duchy. 

Odwrócił wzrok i zapatrzył się w płomyki świec pełgające na ołtarzu. 

-  Nie  wiem,  co  o  tym  sądzić.  Staram  się  nie  wyciągać  pochopnych  wniosków.  Stres 

nie jest tym samym, co obłęd. 

-  Jasne  -  przyznałam,  myśląc  o  ciepłym  dotyku  jego  dłoni.  Nie  powinnam  chyba 

pozwalać sobie na takie odczucia w kaplicy. - Wiesz… jest coś jeszcze… - I opowiedziałam 

mu  o  Annie,  która  „wzięła  na  siebie”  szaleństwo  Władimira.  Streściłam  także  obserwacje 

Adriana na temat mojej aury. Dymitr przyglądał mi się w zamyśleniu. 

- Mówiłaś o tym komuś? Lissie? Może terapeutce? 

- Nie - szepnęłam, unikając jego wzroku. - Bałam się, co o mnie pomyślą. 

Uścisnął mi rękę. 

background image

-  Musisz  z  tym  skończyć.  Nie  boisz  się  narażać  życia,  a  przerażeniem  napawa  cię 

zaufanie komuś. 

- Sama nie wiem. - Spojrzałam mu w oczy. - Może masz rację. 

- To dlaczego mnie powiedziałaś? Uśmiechnęłam się. 

- Prosiłeś, bym ci ufała. 

- Nie wierzysz Lissie? Spoważniałam. 

- Ależ tak, bez zastrzeżeń. Tylko nie chcę jej martwić. Pewnie usiłuję ją chronić. 

-  Jest  silniejsza,  niż  myślisz  -  zauważył.  -  Poza  tym  zrobiłaby  wszystko,  żeby  ci 

pomóc. 

- I co z tego? Wolałbyś, żebym zwierzała się Lissie niż tobie? 

- Nie, chciałbym, żebyś zaufała nam obojgu. To ci pomoże. Niepokoi cię, co stało się 

z Anną? 

- Nie. - Zerknęłam gdzieś w bok. - Jestem przerażona. 

Moje wyznanie zaskoczyło mnie samą. Nie sądziłam, że powiem coś takiego głośno. 

Zamilkliśmy, a potem Dymitr objął mnie i mocno przytulił. Rozpłakałam się, wtulona w jego 

skórzany płaszcz. Wsłuchiwałam się w miarowe bicie jego serca. 

- Nie chcę tak żyć - żaliłam się. - Pragnę być taka jak wszyscy. Normalna. Chcę być 

zwykłą  Rose.  Nie  mogę  znieść  utraty  kontroli  nad  sobą.  Nie  chcę  skończyć  samobójczą 

śmiercią. Kocham życie. Poświęciłabym je, żeby ratować przyjaciół, ale mam nadzieję, że nie 

będę  musiała  tego  robić.  Wierzę,  że  wszyscy  będziemy  żyli  długo  i  bez  trosk.  Lissa 

powiedziała  kiedyś,  że  tworzymy  jedną  wielką  szczęśliwą  rodzinę.  Tak  wiele  chciałabym 

zrobić, lecz tak bardzo się boję… Umieram ze strachu, że stanę się taka jak Anna. Że nie będę 

umiała tego powstrzymać. 

Dymitr przytulił mnie jeszcze mocniej. 

- Nic takiego się nie stanie - mruknął. - Jesteś niezdyscyplinowana i impulsywna, ale 

nigdy nie spotkałem kobiety, która dorównywała by ci siłą. Nawet gdybyś była podobna do 

Anny - a w to nie wierzę - nie spotka cię taki sam los. 

Poczułam się nieswojo. Tak samo pocieszałam Lissę, powtarzając, że nie jest podobna 

do świętego Władimira. Z początku nie wierzyła w moje zapewnienia. Teraz zrozumiałam, o 

ileż łatwiej jest udzielać rad, niż je stosować. 

- Zapominasz o jednym - ciągnął Dymitr, gładząc moje włosy. - Jeśli zagraża ci magia 

Lissy, to możesz temu zaradzić. Poproś, by zrezygnowała z ćwiczeń. 

Odsunęłam się lekko, żeby go zobaczyć. Wierzchem dłoni otarłam oczy z łez. 

-  Myślisz,  że  mogłabym?  -  spytałam.  -  Lissa  jest  uszczęśliwiona,  bo  odzyskała 

background image

zdolności magiczne. Nie mam prawa jej tego odbierać. 

Dymitr popatrzył na mnie ze zdumieniem. 

- Nawet jeśli zagrażają twojemu życiu? 

-  Władimir  dokonywał  cudów.  Lissa  również  może  wiele  osiągnąć.  Poza  tym  oni  są 

najważniejsi, prawda? 

- Nie zawsze. 

Zamurowało  mnie.  Od  najwcześniejszych  lat  powtarzałam  tę  regułę  jak  modlitwę. 

Wpajano ją wszystkim strażnikom. Nikt nigdy tej zasady nie kwestionował. Jedynie dampiry, 

które  dobrowolnie  rezygnowały  ze  służby,  mogły  się  z  nią  nie  zgadzać.  Słowa  Dymitra 

zabrzmiały niemal jak zdrada. Milczałam. 

- Wiesz, Rose, zdarzają się sytuacje, gdy musisz myśleć przede wszystkim o sobie. - 

Strażnik  nieoczekiwanie stanął  po stronie Deirdre i  Ambrożego. Dlaczego ostatnio wszyscy 

podważali moje najświętsze przekonania? 

Potrząsnęłam głową. 

- Lissa jest na pierwszym miejscu. 

- Jest twoją przyjaciółką. Zrozumiałaby - rzekł, pociągając lekko za czotki wiszące na 

moim nadgarstku. Poczułam muśnięcie jego palców na skórze. 

- Zapominasz o czymś - odparłam, pokazując mu krzyżyk. - Oto dowód. Jestem z nią 

związana. A moim przeznaczeniem jest chronić Dragomirów za wszelką cenę. 

- Wiem, jednak… - nie dokończył. Cóż mógłby powiedzieć? Powróciliśmy do starego 

sporu, który nie znalazł rozwiązania. 

- Muszę już wracać - rzuciłam ostro. - Jest cisza nocna. Uśmiechnął się lekko. 

- I chciałabyś, żebym cię odprowadził, bo inaczej będziesz miała kłopoty. 

- Cóż, miałam nadzieję… 

Usłyszeliśmy  szelest  pod  drzwiami  kaplicy  i  po  chwili  pojawił  się  ojciec  Andrew. 

Oznaczało  to  definitywny  koniec  rozmowy.  Zamierzał  zamknąć  sanktuarium.  Dymitr 

podziękował  mu  i ruszyliśmy w stronę dormitorium  dla dampirów. Milczeliśmy, ale można 

powiedzieć, że panowała serdeczna cisza. Od momentu gdy zareagował tak gwałtownie przed 

szkolną kliniką, czułam, że połączyła nas silna więź, nawet jeśli wydawało się to niemożliwe. 

Dymitr  pomógł  mi  przejść  przez  recepcję.  Skręcałam  w  korytarz  prowadzący  do 

mojego pokoju, kiedy minął nas strażnik o imieniu Jurij. Dymitr zawołał go. 

- Pracujesz w ochronie, prawda? Kiedy ostatnio odnawialiście osłony? 

Mężczyzna zastanowił się. 

- Kilka dni temu. Dlaczego pytasz? Bielikow posłał mi znaczące spojrzenie. 

background image

- Z ciekawości. 

Skinęłam mu głową na znak, że zrozumiałam wiadomość, i poszłam do siebie. 

Kolejny  tydzień  upływał  jednostajnym  rytmem.  Przez  trzy  dni  towarzyszyłam 

Christianowi,  chodziłam  na  terapię  i  trenowałam  z  Dymitrem.  Widziałam,  że  się  o  mnie 

martwi. Często pytał o samopoczucie, ale nie naciskał na zwierzenia. Nie miałam ochoty na 

rozmowy. Lubiłam ćwiczenia fizyczne, jakie mi proponował, bo nie wymagały analiz, decyzji 

i rozdzielania włosa na czworo. 

Najważniejsze jednak, że przestałam widywać Masona. 

Nie  musiałam  również  walczyć.  Strażnicy  jakoś  na  mnie  nie  trafiali,  a  członkowie 

Mana wyraźnie się przyczaili. 

Tymczasem  ćwiczenia  polowe  rozgrywały  się  na  pełnych  obrotach  i  moi  koledzy 

mieli  ręce  pełne  roboty.  Fingowane  ataki  stawały  się  coraz  bardziej  wyrafinowane  i 

trudniejsze niż na początku. Eddie musiał  walczyć o Lissę niemal  codziennie, jednak nigdy 

nie zdarzyło się to w mojej obecności. Zrozumiałam, co się świeci, dopiero po kilku dniach. 

Postanowili mnie oszczędzać. Pewnie bali się, że nie dam sobie rady. 

-  Równie  dobrze  mogli  mnie  wykluczyć  z  ćwiczeń  polowych  -  marudziłam  do 

Christiana. - Nie mam nic do roboty. 

-  Czym  się  przejmujesz?  Zaliczenie  pewnie  i  tak  masz  w  kieszeni.  Chciałabyś 

codziennie walczyć? - Moroj przewrócił oczami. - Jasne. Pewnie, że byś chciała. 

- Nic nie rozumiesz - zdenerwowałam się. - Nasza służba nie może być lekka, łatwa i 

przyjemna. Chcę udowodnić, na co mnie stać. Powinnam dużo trenować. W przyszłości będę 

odpowiedzialna za życie Lissy - dorzuciłam z nadzieją. Już wcześniej obawiałam się, że mogą 

jej przydzielić innego opiekuna, a było to, zanim zaczęli mnie podejrzewać o obłęd. 

Zbliżała  się  pora  ciszy  nocnej  i  mieliśmy  właśnie  się  pożegnać.  Christian  pokręcił 

głową. 

-  Nie  wiem,  czy  rzeczywiście  jesteś  szalona.  Zaczynam  jednak  myśleć,  że  w 

przyszłości będziesz najlepszą strażniczką na świecie. 

- Czyżbyś właśnie powiedział mi komplement? - spytałam zaskoczona. 

Chłopak odwrócił się i ruszył w stronę swojego dormitorium. 

- Dobranoc. 

Byłam  skołowana,  lecz  nie  mogłam  powstrzymać  uśmiechu.  Od  pewnego  czasu  nie 

lubiłam  chodzić  w  pojedynkę  -  obawiałam  się  pojawienia  Masona.  Na  szczęście  co  chwile 

mijali mnie spóźnieni uczniowie, a zjawa przychodziła, gdy nikogo nie było w pobliżu. Nie 

wiedziałam, czy duch unikał świadków, czy może naprawdę jest wytworem mojej wyobraźni. 

background image

Rozmowa  na  temat  Lissy  uprzytomniła  mi,  że  prawie  jej  dziś  nie  widziałam. 

Postanowiłam sprawdzić, co u niej słychać, i wyciszyłam myśli. Siedziała w bibliotece, robiła 

ostatnie notatki. Eddie stał tuż obok i czujnie rozglądał się dokoła. 

- Lepiej się pospiesz - ponaglał. - Zaczęła kolejną rundę. 

- Już prawie skończyłam. 

Lissa  dopisała  błyskawicznie  kilka  słów.  Zamknęła  zeszyt  w  chwili,  kiedy 

bibliotekarka zatrzymała się przy nich i kazała wyjść. Moja przyjaciółka westchnęła z ulgą, 

wrzuciła  podręczniki  do  torby  i  poszła  za  Eddiem.  Dampir  wziął  od  niej  torbę  i  przewiesił 

sobie przez ramię. 

- Nie musisz tego robić - zauważyła. - Nie jesteś moim służącym. 

- Oddam ci torbę, jak poprawisz i założysz płaszcz - odparł. 

Roześmiała  się  i  nie  przerywając  marszu,  próbowała  przeciągnąć  rękaw  na  prawą 

stronę. 

- Dzięki - powiedziała, przyjmując torbę. 

- Drobiazg. 

Lubiła Eddiego, lecz nie była nim zainteresowana. Uważała, że jest miły. Pomagał jej, 

a jednocześnie doskonale pełnił swoje obowiązki. Wiedziałam, że nie próbował jej podrywać. 

Należał  po  prostu  do  nielicznej  grupy  mężczyzn,  którzy  zachowywali  się  elegancko  wobec 

kobiet,  a  w  walce  nie  mieli  sobie  równych.  Tymczasem  Lissa  miała  wobec  niego  pewne 

plany. 

- Myślałeś kiedyś o tym, żeby umówić się z Rose? 

- Słucham? - Eddie był zaskoczony. „Słucham?” - powtórzyłam w myślach. 

-  Wiele was  łączy  -  ciągnęła lekkim  tonem,  a ja  wiedziałam,  jak bardzo jest  przejęta 

swoim pomysłem, który uznała za idealne rozwiązanie. Co do mnie, po raz kolejny dostałam 

nauczkę, że przebywanie w jej głowie nie bardzo mi służy. Wolałabym znaleźć się obok nich 

i wybić jej z głowy to swatanie. 

-  Rose  jest  moją  koleżanką.  -  Eddie  roześmiał  się  lekko  zażenowany.  -  Chyba  nie 

bardzo do siebie pasujemy, a poza tym… - urwał. - Nie mógłbym umawiać się z dziewczyną 

Masona. 

Czułam,  że  Lissa  powtórzy  to,  co  jej  mówiłam.  Nigdy  nie  chodziłam  z  Masonem. 

Pomyślała chwilę i spróbowała innego sposobu. 

- Cóż, życie toczy się dalej. 

-  Minął  zaledwie miesiąc od jego śmierci.  Niełatwo o tym  zapomnieć w  tak krótkim 

czasie  -  odparł  ze  smutkiem  Eddie.  Jego  posępny  wzrok  sprawił,  że  obie  poczułyśmy  się 

background image

głupio. 

-  Przepraszam  -  powiedziała  Lissa.  -  Nie  chciałam,  żeby  zabrzmiało  to  trywialnie. 

Wiem, że przeżyliście koszmarne rzeczy. 

-  Wiesz,  co  jest  najdziwniejsze?  Niewiele  pamiętam  z  tego,  co  się  wydarzyło.  To 

naprawdę  straszne.  Byłem  półprzytomny,  nie  wiedziałem,  co  się  dzieje  wokół  mnie.  Nie 

mogę znieść tej myśli. To poczucie całkowitej bezradności Nie znam niczego gorszego. 

Rozumiałam  go.  Myślę,  że  wszyscy  strażnicy  myślą  podobnie.  Nigdy  o  tym  nie 

rozmawialiśmy. Nie wspominaliśmy też Spokane. 

-  To  nie  twoja  wina  -  Lissa  próbowała  go  pocieszyć.  -  Endorfiny  wydzielane  przez 

strzygi są bardzo silne. Nie mogłeś oprzeć się ich działaniu. 

- Powinienem się bardziej postarać - sprzeciwił się Eddie, otwierając przed nią drzwi 

dormitorium. - Gdybym zachował więcej przytomności… sam nie wiem. Może Mason byłby 

teraz z nami. 

Przyszło  mi  do  głowy,  że  oboje  powinniśmy  podjąć  terapię  po  powrocie  z  ferii 

zimowych.  W  tej  chwili  zrozumiałam,  dlaczego  wszyscy  powtarzali,  że  nie  jestem  winna 

śmierci Masona. Podobnie jak Eddie czułam się odpowiedzialna za wydarzenia, nad którymi 

nie mieliśmy kontroli. Żyliśmy w poczuciu winy, chociaż na to nie zasługiwaliśmy. 

- Hej, Lissa. Chodź do nas. 

Rozmowę przerwało pojawienie się na horyzoncie Jessego i Ralfa. Machali do niej z 

końca korytarza. Natychmiast wzmogłem czujność. Lissa spojrzała na nich z niechęcią. Ona 

również nie lubiła obu morojów. 

- O co im chodzi? - spytał Eddie. 

- Nie wiem - mruknęła, idąc w ich stronę. - Mam nadzieję, że to nie potrwa długo. 

Jesse  posłał  jej  uwodzicielski  uśmiech,  który  dawniej  uważałam  za  niezwykle 

pociągający. Pomyślałam teraz, że to tania sztuczka, niewarta uwagi. 

- Jak leci? - zaczął Zeklos. 

-  Jestem  zmęczona  -  odparła  Lissa.  -  Idę  do  łóżka.  O  co  chodzi?  Jesse  spojrzał  na 

Eddiego. 

- Mógłbyś zostawić nas samych? 

Eddie zerknął pytająco na Lissę, która przyzwoliła skinieniem głowy. Dampir odszedł 

kilka kroków, żeby nie słyszeć ich rozmowy, lecz nadal obserwował sytuację. 

- Mamy dla ciebie zaproszenie - ciągnął Jesse. 

- Na imprezę? 

- W pewnym sensie. Założyliśmy grupę… - Ralf nie przejawiał talentów oratorskich, 

background image

więc Jesse podjął wątek. 

- To coś więcej niż grupa. Należą do niej wyłącznie przedstawiciele elity. -  Zatoczył 

ręką krąg. - Ty, ja czy  Ralf… nie jesteśmy tacy sami jak przeciętni  moroje.  Przewyższamy 

nawet członków rodzin królewskich. Powinniśmy zadbać o swoje sprawy. 

Rozbawiło  mnie  włączenie  Ralfe  do  grona  wybrańców.  Chłopak  dziedziczył 

przynależność do rodziny  królewskiej  po matce, więc nie liczył  się w tym  kręgu. Nie nosił 

królewskiego nazwiska. 

- Myślę, że to snobizm - odparła Lissa. - Bez urazy. Dziękuję za propozycję. 

Cała Lissa. Zawsze uprzejma, nawet wobec takich typków. 

-  Źle  mnie  zrozumiałaś.  Nie  zamierzamy  siedzieć  z  założonymi  rękami. 

Postanowiliśmy działać… - Jesse zawahał się, a potem dokończył szeptem. - Pracujemy nad 

odpowiednią metodą. Wkrótce wszyscy staną się nam posłuszni. 

Lissa roześmiała się z przymusem. 

- Użyjecie wpływu? 

- A jeśli tak? 

Nie widziałam jej twarzy, lecz czułam, że szuka odpowiednich słów. 

- Postradaliście rozum? Używanie wpływu jest zabronione. Tak nie wolno. 

-  Niektórzy  rzeczywiście  nie  powinni  mieć  do  tego  prawa.  Zdaje  się  jednak,  że  ty 

radzisz sobie doskonale w tej kwestii. 

Lissa zesztywniała. 

- Dlaczego tak uważasz? 

- Słyszałem co nieco. Ludzie gadają… 

O  kim  on  mówił?  Usiłowałam  sobie  przypomnieć,  czy  padło  imię  Lissy  podczas 

rozmowy  z  Christianem  w  kolejce  do  pokoju  karmicieli.  Powiedzieliśmy  tym  dwóm,  że 

znamy osoby używające wpływu. Jesse wyciągnął wnioski. 

-  Zresztą  sam  też  to  zauważyłem.  Wszyscy  cię  kochają.  Wyszłaś  obronną  ręką  z 

poważnych  tarapatów.  To  o  czymś  świadczy.  Manipulujesz  nami.  Obserwowałem  cię  na 

lekcji, kiedy przekonałaś pana Hilla, by pozwolił ci pracować z Christianem. Normalnie nigdy 

by się na to nie zgodził. 

Byłam  przy  tym.  Miał  rację.  Lissa  użyła  wpływu,  chcąc  pomóc  Christianowi.  Tak 

bardzo jej zależało, że chyba nie zważała, co robi. W porównaniu z innymi wyczynami ten 

drobiazg nie miał większego znaczenia. Nikt się nie zorientował. No, prawie nikt. 

- Posłuchaj - zaczęła teraz z wysiłkiem. - Naprawdę nie mam pojęcia, o czym mówisz. 

Idę do łóżka. 

background image

Jesse nie ustępował. 

-  Nie  oskarżam  cię.  Bardzo  nam  się  to  podoba.  Chcemy  ci  pomagać,  a  właściwie 

potrzebujemy twojej pomocy. Nie mogę uwierzyć, że nie zauważyłem tego wcześniej. Jesteś 

naprawdę  dobra.  Chcemy,  żebyś  nas  uczyła.  Poza  tym  w  żadnym  z  kręgów  Mana  nie  ma 

Dragomirów. Będziemy jedyną grupą, w której działają wszyscy przedstawiciele królewskich 

rodów. 

Lissa westchnęła. 

- Gdybym umiała używać wpływu, sprawiłabym, że dalibyście mi spokój. Powtarzam, 

że nie jestem zainteresowana. 

-  Potrzebujemy  cię!  -  krzyknął  Ralf.  Jesse  skarcił  go  wzrokiem  i  uśmiechnął  się 

szeroko  do  Lissy.  Przyszło  mi  do  głowy,  że  spróbuje  ją  omamić,  ale  moja  przyjaciółka 

pozostawała odporna na działanie wpływu. Na mnie również nie wywarł wrażenia, a przecież 

oglądałam tę scenę jej oczami. 

-  Tu  nie  chodzi  o  zwykłą  pomoc.  Grupy  Mana  powstają  we  wszystkich  szkołach.  - 

Przysunął się. Nie wyglądał już tak przyjaźnie. - Stowarzyszenie obejmuje cały świat. Jeśli się 

do  nas  przyłączysz,  zyskasz  nowe  kontakty  i  osiągniesz  wszystko,  co  zechcesz.  Chcemy 

opanować  sztukę  wywierania  wpływu,  żeby  powstrzymać  nasz  rząd  przed  kolejnymi 

idiotycznymi decyzjami. Pomyśl, jak wiele możesz uzyskać. 

- Dam sobie radę sama, dzięki. - Lissa cofnęła się o krok. - Poza tym nie sądzę, byście 

wiedzieli, co jest najlepsze dla morojów. 

- Dasz sobie radę? Z tym strzygą u boki i strażniczką dziwką? - nie wytrzymał Ralf. 

Krzyczał, więc Eddie posłał mu ostrzegawcze spojrzenie. 

- Cicho bądź - warknął Jesse i zwrócił się do Lissy. - Nie powinien tego powiedzieć… 

lecz trudno odmówić mu racji. Pasujesz sobie reputację. Wkrótce nikt nie będzie traktował cię 

poważnie. Królowa ma cię na oku i już próbuje odsunąć Ozerę. Możesz się nieźle sparzyć na 

swoich przyjaźniach. 

Teraz Lissa naprawdę się wkurzyła. 

-  Nie  masz  pojęcia,  o  czym  mówisz.  I…  -  Zmarszczyła  czoło.  -  Co  to  znaczy,  że 

próbuje odsunąć Christiana? 

- Chce, żebyś wyszła… - wypalił Ralf, ale Jesse nie pozwolił mu dokończyć. 

- Właśnie o tym mówię - powiedział. - Możemy ci pomóc. Tobie i Christianowi. 

Głowę  bym  dała,  że  Ralf  miał  na  myśli  planowane  małżeństwo  Lissy  z  Adrianem. 

Przypomniałam sobie, że należy do rodziny Voda, a Priscilla, zaufana przyjaciółka królowej, 

zapewne znała te plany i musiała je Ralfowi przekalbować. Pomyślałam, że łączy ich większa 

background image

zażyłość, niż podejrzewałam. 

- Powiedz mi - zażądała Lissa. Przez chwilę miała ochotę użyć na niego wpływu, ale 

odsunęła tę myśl jako poniżającą. - Co wiesz o Christianie? 

-  Nie  udzielam  informacji  za  darmo  -  odparł  Jesse.  -  Przyjdź  na  spotkanie,  to  się 

dowiesz. 

-  Trudno.  Nie  interesuj  mnie  wasze  elitarne  kluby,  a  poza  ty  nie  znam  się  na 

stosowaniu wpływu - doskonale zatuszowała palące zaciekawienie rewelacją o Christianie. 

Odwróciła się, ale Jesse chwycił ją za ramię. 

- Cholera! Musisz - Lissa chce się położyć - odezwał się Eddie, który w mgnieniu oka 

znalazł się przy nich. - Zabierz rękę albo ci pomogę. 

Jesse  zmierzył  go  wściekłym  wzrokiem.  Przewyższał  dampira  wzrostem,  lecz  był 

słabszy. Wprawdzie muskularny Ralf stanąłby po stronie kumpla, ale wszyscy wiedzieli, jak 

rozstrzygnęłaby  się  ta  bójka.  Najpiękniejsze  było  to,  że  strażnik  mógłby  sobie  na  wiele 

pozwolić, ponieważ walczył w obronie Lissy. 

Moroje się cofnęli. 

-  Jesteś  nam  potrzebna  -  rzucił  jeszcze  Zeklos.  -  Nie  mamy  nikogo  oprócz  ciebie. 

Przemyśl to. 

Odeszli, a Eddie zwrócił się do podopiecznej: 

- Nic ci nie zrobili? 

- Nie… dziękuje ci. Boże, ależ to było dziwne - westchnęła, kiedy szli razem w stronę 

schodów. 

- Czego chcieli? 

-  Mają  obsesję  na  punkcie  swojego  królewskiego  pochodzenia.  Zażądali,  żebym 

wstąpiła do ich tajnego klubu. To fanatycy. 

Eddie  wiedział,  że  Lissa  specjalizuje  się  w  żywiole  ducha,  nie  chciał  jednak 

wspominać o tym jak sobie radzi, używając wpływu. 

Dampir otworzył przed nią drzwi. 

- Cóż, rozumiem, że cię zdenerwowali, jednak, na szczęście, nie mogą cię do niczego 

zmusić. 

- Masz rację. - Lissa wciąż zachodziła w głowę, co Jessie miał na myśli, wspominając 

o Christianie. - Mam nadzieję, że dadzą mi spokój. 

- O to się nie martw - rzucił twardo jej opiekun. - Już ja się tym zajmę. 

Powróciłam  do  swojego  ciała  i  otworzyłam  drzwi  dormitorium.  Wchodząc  po 

schodach  uśmiechałam  się  do  własnych  myśli.  Co  prawda  wkurzyłam  się,  gdy  Jesse  i  Ralf 

background image

nagabywali Lissę, ale perspektywa, że moroje nareszcie dostaliby łupnia, wprawiała mnie w 

znakomity nastrój. Eddie przekona ich, żeby pilnowali własnego nosa. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI 

MOJA  TERAPEUTKA,  DEIRDRE,  nie  miała  chyba  prywatnego  życia,  bo 

wyznaczyła mi kolejną wizytę na niedzielę. Nie byłam tym zachwycona. Wszyscy mieliśmy 

wolne i  planowałam spotkanie z przyjaciółmi. Chcąc nie chcąc, pojawiłam się jednak w jej 

gabinecie. 

- Pomyliła się pani - oznajmiłam, siadając naprzeciwko niej. 

Do  tej  pory  właściwie  nie  podjęłyśmy  tematu  pierwszej  sesji.  Rozmawiałyśmy  parę 

razy o mojej matce i ćwiczeniach polowych. 

- W czym się pomyliłam? - spytała Deirdre. 

Miała na sobie lekką kwiecistą sukienkę bez rękawów, chociaż na dworze było zimno. 

Wyglądała jak elf, który zszedł z widoczków wiszących na ścianach. 

-  W  ocenie  moich  uczuć.  Nie  wybrałam  tego  mężczyzny  tylko  dlatego,  że  jest  dla 

mnie niedostępny. Naprawdę mi na nim zależy. Sprawdziłam to. 

- W jaki sposób? 

-  Długo  by  opowiadać.  -  Nie  miałam  ochoty  referować  jej  przebiegu  eksperymentu, 

który przeprowadziłam z Adrianem. - Proszę mi zaufać. 

- A co z pozostałymi kwestiami? Na przykład twoimi uczuciami do Lissy? 

- Również pudło. 

- Rozumiem, że i to sprawdziłaś. 

- Tego akurat nie da się zrobić. 

- Mimo to wciąż jesteś pewna, co czujesz? - pytała dalej. 

- Tak. - Tylko taką odpowiedź mogła otrzymać. 

- Jak wam się ostatnio układa? 

- Co pani ma na myśli? 

- Czy spędzacie ze sobą dużo czasu, co wiesz o jej życiu… 

-  Nie  wiem  dokładnie.  Właściwie  rzadko  się  widujemy.  Sądzę,  że  nic  się  u  niej  nie 

zmieniło. Nadal jest z Christianem. Zbiera najlepsze oceny. A, i będzie studiowała w Lehigh. 

- W Lehigh? Opowiedziałam o propozycji królowej. 

-  Studia  rozpoczynają  się  dopiero  jesienią,  ale  Lissa  już  poważnie  zajęła  się  nauką. 

Zastanawia się nad wyborem kierunku. 

- A ty? 

- Nie rozumiem? 

background image

- Co będziesz robiła? 

-  Będę  przy  niej.  Tak  postępują  wszyscy  strażnicy  opiekujący  się  równolatkami. 

Podejmę te same studia. 

- Naprawdę? 

- Tak. 

-  Czy  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że,  być  może,  wolałabyś  uczyć  się  innych 

przedmiotów? 

- Nie. Przecież Lissa jeszcze nie zdecydowała, co będzie studiować. Zresztą to nie ma 

znaczenia. I tak muszę jej towarzyszyć. 

- Więc nie widzisz w tym problemu? 

Zaczynałam już tracić cierpliwość. Nie zamierzałam ciągnąć tematu. 

- Nie - odparłam krótko. 

Deirdre  czekała  na  wyjaśnienia,  ale  milczałam.  Przez  chwilę  mierzyłyśmy  się 

wzrokiem. Pomyślałam, że terapeutka próbuje mnie złamać, lecz mogłam się mylić. W końcu 

zatopiła wzrok w swoich notatkach. Przerzuciła kilka stron. Zauważyłam jej wypielęgnowane 

paznokcie, pociągnięte czerwonym lakierem. Mój manikiur zaczynał już znikać. 

- Wolałabyś nie rozmawiać dzisiaj o Lissie? - spytała w końcu. 

- Możemy rozmawiać na każdy temat, który uzna pani za istotny. 

- A co jest istotne dla ciebie? 

Kurczę.  Znowu  wyjeżdża  z  pytaniami.  Zastanawiałam  się,  czy  któryś  z  dyplomów 

wiszących na ścianach dotyczy specjalnych uprawnień w tej kwestii. 

-  Chyba  robi  pani  błąd,  traktując  mnie  jak  morojkę.  Sugeruje  pani,  że  mogę 

decydować  o  swoich  uczuciach  albo  wyborze  studiów.  To  nie  ma  sensu.  Powiedzmy,  że 

chciałabym studiować prawo albo biologię morską. I co z tego? Mój los jest przesądzony. 

- I tobie to nie przeszkadza - raczej stwierdziła, niż spytała. Wzruszyłam ramionami. 

-  Przede  wszystkim  zależy  mi  na  bezpieczeństwie  Lissy,  a  pani  zdaje  się  o  tym 

zapominać.  Każda  praca  ma  jakieś  wady.  Czy  chcę  wysiadywać  przy  niej  na  lekcjach 

matematyki?  Nie.  Ale  mam  w  tym  ważny  cel.  Czy  pani  lubi,  gdy  wkurzone  nastolatki 

niweczą wysiłek wielomiesięcznej terapii? Nie. Ale to koszt wkalkulowany w zawód. 

- Szczerze mówiąc - powiedziała nieoczekiwanie - akurat to najbardziej lubię w swojej 

pracy. 

Mówi  serio  czy  żartuje?  Postanowiłam  zignorować  tę  uwagę.  Ostatecznie  po  raz 

pierwszy nie odpowiedziała mi pytaniem. 

Westchnęłam. 

background image

- Nie lubię, kiedy wszyscy mi wmawiają, że zostałam zmuszona do podjęcia służby. 

- Wszyscy, czyli kto? 

-  No,  pani  i  ten dampir,  którego poznałam na dworze królowej,  Ambroży.  On jest… 

sprzedaje swoją krew. Męska dziwka. - Nie wiem, czemu to powiedziałam. Spodziewałam się 

ostrej  reakcji,  ale  nic  z  tego.  -  Jego  zdaniem  zostałam  zniewolona,  a  przecież  to  nieprawda. 

Podoba mi się moje życie. Jestem dobra w tym, co robię. Potrafię walczyć i chronić innych. 

Czy widziała pani kiedyś strzygę? 

Deirdre potrząsnęła głową. 

-  A  ja  owszem.  Wiem,  co  robię,  chcąc  poświęcić  życie  walce  z  nimi.  To  mroczne 

bestie,  które  zasługują  na  śmierć.  Będę  je  tropić,  a  jeśli  przy  okazji  mogę  ocalić  najlepszą 

przyjaciółkę, tym lepiej. 

-  Rozumiem.  Czy  pomyślałaś  jednak  o  tym,  co  się  stanie,  jeśli  zamarzysz  o  innym 

życiu? 

Skrzyżowałam ręce na piersi. 

-  Już  mówiłam.  Każda  praca  ma  swoje  dobre  i  złe  strony.  Trzeba  tylko  zachować 

równowagę.  Czy  naprawdę  chce  mi  pani  wmówić,  że  jest  inaczej?  Że  mam  problemy,  bo 

czegoś mi w życiu brakuje? 

- Nie, oczywiście, że nie. - Terapeutka oparła się o krzesło. - Życzę ci jak najlepiej i 

wiem, że nie będzie idealnie. Każdy ma jakieś zagwozdki. Ciekawią mnie twoje reakcje oraz 

sposoby  na  poukładanie  różnych  fragmentów  życia  w  całość.  Wspomniałaś,  że  ceną  za 

posiadanie czegoś bywa strata innej wartości. 

- Wszyscy mają takie dylematy. - Czułam, że się powtarzam. 

- Tak, ale nie wszyscy widzą duchy. 

Zapadła krępująca cisza, zanim zrozumiałam, dokąd Deirdre zmierza. 

-  Chwileczkę.  Sugeruje  pani,  że  widzę  Masona,  ponieważ  nieświadomie  obwiniam 

Lissę  o  wszystko,  czego  nie  mogę  dostać?  Zapomniała  pani,  co  przeżyłam?  Sądziłam,  że 

wszystkiemu winien jest stres. 

- Myślę, że jest wiele powodów - odparła. - Postaramy się je rozpoznać. 

- Mimo to nie rozmawiamy o Masonie. Uśmiechnęła się. 

- Czyżby? Sesja dobiegła końca. 

- Czy ona zawsze odpowiada pytaniem na pytanie? - zagadnęłam później Lissę. 

Przecięłyśmy  dziedziniec,  idąc  do  stołówki.  Po  kolacji  zamierzałyśmy  się  spotkać  z 

innymi i obejrzeć razem film. Już dawno nie miałyśmy okazji porozmawiać sam na sam. Nie 

uświadamiałam sobie do tej pory, jak bardzo mi tego brakowało. 

background image

-  Nie  chodzę  do  tej  samej  terapeutki.  -  Roześmiała  się.  -  To  oznaczałoby  konflikt 

interesów. 

- A twoja też tylko pyta? 

- Nie zauważyłam. Rozumiem, że to cię męczy. 

- Tak… chociaż przyznaję, że jest w tym niezła. 

-  Kto  by  pomyślał,  że  kiedykolwiek  będziemy  wymierzać  doświadczenia 

psychoterapeutyczne? 

Parsknęłyśmy  śmiechem.  Przez  chwilę  szłyśmy  w  milczeniu.  Lissa  otworzyła  usta, 

żeby  mi  opowiedzieć  o  spotkaniu  z  Jessem  i  Ralfem.  Nie  wiedziała,  że  znam  tę  historię. 

Zanim zaczęła, dołączył do nas Dean Barnes. 

- Cześć, Rose. Zastanawialiśmy się, dlaczego dyżurujesz ja pół gwizdka. 

Świetnie. Czułam, że prędzej czy później ktoś o to zagadnie. Nawet dziwiłam się, że 

nie  wcześniej.  Uznałam,  że  wszyscy  są  zbyt  pochłonięci  zaliczaniem  ćwiczeń  polowych. 

Jednak na wszelki wypadek przygotowałam krótką odpowiedź. 

- Jestem chora. Doktor Olendzka zakazała mi treningów w pełnym wymiarze. 

-  Serio?  A  mówiono  nam,  że  w  prawdziwym  życiu  nikt  nie  dostanie  zwolnień 

lekarskich. 

- Tymczasem jesteśmy w szkole, a słowo Olendzkiej jest rozkazem. 

- Słyszałem, że cię izolują, bo zagrażasz Christianowi. 

- Możesz mi wierzyć, że to złośliwe plotki. - Wyczułam od Deana zapach alkoholu i 

postanowiłam zmienić temat. - Piłeś? 

- Tak, Shane zdobył butelkę i zaprosił nas do siebie. Hej! 

- Co? 

- Nie patrz tak na mnie. 

- Jak? 

- Jakbyś mnie karciła. 

- Wcale tak nie patrzę. 

- Patrzysz - zachichotała Lissa. Dean zrobił obrażoną minę. 

- Mam wolne, co z tego, że jest niedziela? Chyba mam prawo… 

Coś przemknęło za naszymi plecami. 

Nie wahałam się ani chwili. To było zbyt szybkie, nazbyt ukradkowe jak na przyjazny 

ruch.  Poza  tym  miało  na  sobie  czarny  kostium.  Zasłoniłam  Lissę  i  zaatakowałam.  Ledwo 

rozpoznałam  strażniczkę,  która  uczyła  nas  na  pierwszym  roku.  Zdaje  się,  że  miała  na  imię 

Jane, a może Joan? Nie, Jean. Była wyższa, lecz moja pięść wylądowała prosto na jej twarzy. 

background image

W  ułamku  sekundy  obok  niej  pojawił  się  drugi  cień.  To  był  Jurji.  Stanęłam  tak,  że  Jean 

znalazła  się  między  mną  a  strażnikiem  i  kopnęłam  ją  w  brzuch.  Upadła  na  niego  i  oboje  z 

trudem utrzymali się na nogach. Błyskawicznie wyciągnęłam srebrny sztylet i wycelowałam 

prosto  w  serce  kobiety.  Trafiłam  w  oznaczone  miejsce,  więc  usunęła  się  na  bok  jako 

„martwa”. 

Teraz  musiałam  zmierzyć  się  z  Jurijem.  Usłyszałam  za  plecami  zduszone  okrzyki  i 

uznałam,  że  Dean  także  ma  pełne  ręce  roboty.  Nie  mogłam  się  odwrócić.  Musiałam 

unieszkodliwić strażnika, który był znacznie silniejszy od Jean. Okrążaliśmy się powoli, raz 

po  raz  wymierzając  sobie  ciosy.  Nareszcie  Jurij  zdecydował  się  zagrać  ostro.  Na  szczęście 

okazałam się szybsza i zdołałam się wywinąć, a potem zagłębiłam ostrze także w jego sercu. 

Pokonany  strażnik  odszedł,  a  ja  odwróciłam  się  do  Deana.  Lissa  stała  z  boku, 

przyglądając  się,  jak  wampir  walczy  z  napastnikiem.  Naigrywałam  się  z  Ryana,  ale  jego 

potknięcia wydawały się niczym w porównaniu z żałosną obroną Deana. Chłopak poruszał się 

niezdarnie, a sztylet upadł mu na podłogę. Uznałam, że czas się wtrącić. Odepchnęłam Deana 

i może zrobiłam to zbyt silnie, ale nie miałam czasu tego sprawdzać. 

Zwróciłam się w stronę napastnika. Zobaczyłam Dymitra. 

Tego się nie spodziewałam. Usłyszałam w głowie piskliwy głos przestrzegający przed 

walką z mentorem. Jednocześnie pomyślałam, że nic innego nie robię od szczęściu miesięcy. 

Poza  tym  to  nie  Dymitr  stał  przede  mną.  Miałam  do  czynienia  ze  śmiertelnym  wrogiem. 

Rzuciłam  się  na  niego  ze  sztyletem  w  nadziei,  że  go  zaskoczę.  Zareagował  błyskawicznie. 

Był niesamowicie szybki. Odniosłam wrażenie, że odczytuje moje zamiary, zanim wykonam 

pierwszy  ruch.  Zablokował  mój  cios  i  uderzył  mnie  w  głowę.  Nie  poczułam  bólu,  ale 

wiedziałam,  że  da  o  sobie  znać  później.  Czułam,  że  nas  obserwują.  Oboje  byliśmy  sławni, 

każde na swój sposób, a fakt, że jest moim nauczycielem, stanowił nie lada sensację. Koledzy 

mieli pierwszorzędną rozrywkę. 

Nie  spojrzałam  na  nich,  skoncentrowana  na  przeciwniku.  Raz  po  raz  odpieraliśmy 

ciosy i na zmianę przechodziliśmy do ataku. 

Usiłowałam  sobie  przypomnieć  wszystko,  czego  mnie  nauczył.  Miałam  atuty. 

Ćwiczyliśmy  razem  od  miesięcy.  Znałam  go,  obserwowałam,  jak  się  porusza,  jaką  stosuje 

taktykę.  Podobnie  on  znał  mnie.  Mogłam  przewiedzieć  jego  zamiary.  Spróbowałam 

wykorzystać  tę  wiedzę.  Walczyliśmy  jak  dwoje  drapieżników  dorównujących  sobie  siłą, 

śmiertelnie szybkich. Serce biło mi jak oszalałe, a skóra lśniła od potu. 

Dymitr zaatakował  mnie całym  ciałem. Jakimś cudem  zablokowałam jego cios, lecz 

zachwiałam się pod siłą uderzenia. Mężczyzna natychmiast wykorzystał przewagę i pociągnął 

background image

mnie na ziemię. Gdybym miała do czynienia ze strzygą, zapewne skręciłaby mi kark lub mnie 

ukąsiła. Nie mogłam na to pozwolić. 

Wbiłam mu łokieć prosto w twarz. Odchylił głowę i to mi wystarczyło. Przetoczyłam 

się  nad  nim  i  przycisnęłam  go  do  podłogi.  Dymitr  szarpał  się,  ale  trzymałam  go  mocno, 

jednocześnie sięgając po sztylet. Czułam, że mój przeciwnik zaraz się uwolni. Był znacznie 

silniejszy  ode  mnie.  W  ostatniej  chwili  chwyciłam  rękojeść  sztyletu  i  skierowałam  ostrze  w 

jego serce. Walka była skończona. 

Usłyszałam  oklaski  za  plecami,  lecz  nie  odrywałam  wzroku  od  Dymitra.  Nadal 

opierałam  ręce  na  jego  piersi.  Oboje  byliśmy  spoceni  i  oddychaliśmy  ciężko.  Widziałam  w 

jego oczach dumę i coś znacznie ważniejszego. Znalazł się tak blisko, moje ciało wzywało go, 

stał  się  częścią  mnie.  Potrzebowałam  go  jak  dopełnienia.  Poczułam  przyjemne  ciepło.  W 

tamtej chwili oddałabym wszystko, żeby znaleźć się w jego ramionach. Odczytałam z wyrazu 

twarzy  Dymitra,  że  myślał  o  tym  samym.  Walka  wprawdzie  się  skoczyła,  lecz  my  nie 

ostrząsnęliśmy się z działania adrenaliny i naszych zwierzęcych instynktów. 

Jean wyciągnęła rękę i pomogła mi się podnieść. Oboje z Jurijem przyglądali mi się z 

radością, podobnie jak pozostali widzowie. Widziałam, że nawet  Lissa jest  pod wrażeniem. 

Tylko Dean stał z boku jak ofiara losu. Gdybyż wieść o moim spektakularnym zwycięstwie 

rozniosła się po szkole równie szybko, jak niegdyś złośliwe plotki… ale nie miałam raczej na 

co liczyć. 

-  Dobra  robota  -  pochwalił  Jurij.  -  Pokonałaś  całą  naszą  trójkę.  Podręcznikowy 

przykład. 

Zauważyłam,  że  Dymitr  już  wstał  lecz  nie  patrzyłam  na  niego  z  obawy,  że  oczy 

zdradzą, co czuję. Wciąż zadyszana, zwróciłam się do strażników. 

- Mam nadzieję, że nie bardzo was poturbowałam. Parsknęli śmiechem. 

-  Na  tym  polega  nasza  praca  -  odparła  Jean.  -  Nie  martw  się.  Jesteśmy  odporni.  - 

Zerknęła na Dymitra. - Solidnie ci przyłożyła łokciem. 

Mężczyzna badał palcami miejsce pod okiem. Nie chciałam zrobić mu krzywdy. 

-  Uczeń  przerósł  mistrza  -  zażartował.  -  A  raczej  sztylet.  Jurij  spojrzał  karcąco  na 

Deana. 

- Wiesz, że nie wolno pić alkoholu na terenie Akademii. 

- Jest niedziela! - krzyknął dampir. - Mamy wolne. 

-  W  prawdziwym  świecie  strzygi  nie  poczekają  do  poniedziałku  -  wtrąciła  Jean 

surowym tonem. - Potraktujmy to jako test. Ty go zdałaś, Rose. Gratuluję. 

-  Dziękuję.  Obawiam  się  jednak,  że  moje  ubranie  nie  wytrzymało  próby.  -  Byłam 

background image

mokra i brudna. - Muszę się przebrać, Liss. Spotkamy się przy kolacji. 

- Dobrze - odparła z promiennym uśmiechem. 

Widziałam,  jak  bardzo  jest  ze  mnie  dumna.  Wyczułam  w  jej  głosie  coś  jeszcze  i 

przyszło mi do głowy, że szykuje niespodziankę, by uczcić moje zwycięstwo. Postanowiłam 

uszanować wolę przyjaciółki i nie zagłębiać się w jej myśli. 

- A ty - Jurij pociągnął Deana za rękaw - pójdziesz z nami. 

Napotkałam spojrzenie Dymitra. Pragnęłam zostać z nim sam na sam i porozmawiać. 

Nie ochłonęłam jeszcze i chciało mi się tańczyć z radości. Nareszcie. Pokonałam ich po tym, 

jak zarzucali mi niezdarność i brak kompetencji. Dymitr musiał odejść z kolegami, lecz skinął 

mi głową, dając znak, że wolałby mnie nie opuszczać. Westchnęłam, patrząc za nimi, a potem 

ruszyłam do dormitorium. 

Dopiero  w  pokoju  zorientowałam  się,  w  jak  opłakanym  jestem  stanie.  Zrzuciłam 

brudne cichy i weszłam pod prysznic. Doprowadzenie się do ładu zajęło mi prawie godzinę i 

kiedy wreszcie mogłam pokazać się ludziom, pora kolacji dobiegała końca. 

Pobiegłam do jadalni, zastanawiając się, dlaczego Lissa nie wezwała mnie w myślach. 

Zwykle  to  robiła,  gdy  się  gdzieś  spóźniałam.  Pewnie  uznała,  że  zasłużyłam  na  chwilę 

odpoczynku. Przyszło mi coś jeszcze do głowy i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. 

Na  środku  jadalni  toczyła  się  jakaś  bójka,  o  czym  świadczył  spory  wianuszek 

obserwatorów i okrzyki dobiegające z wewnątrz kręgu. Pamiętałam, że banda Jessego trzyma 

swoje eksperymenty w tajemnicy, więc musiał to być ktoś inny. Ruszyłam w tamtą stronę, by 

sprawdzić, kto wzbudził takie zainteresowanie. 

Zobaczyłam Adriana i Christiana. 

Eddie  stał  między  nimi  i  usiłował  nie  dopuścić  do  walki.  Zapominając  o  dobrych 

manierach, odepchnęłam kilka osób stojących przede mną i podeszłam do Eddiego. 

- Co tu się dzieje? - spytałam. 

Powitał mnie z wyraźną ulgą. Świetnie sobie radził, odpierając ataki instruktorów, lecz 

w tej sytuacji czuł się kompletnie bezradny. 

- Nie mam pojęcia. 

Przyjrzałam  się  obu  kumplom.  Szczęśliwie  nie  zdążyli  zrobić  sobie  krzywdy…  na 

razie. Zauważyłam, że atakującym jest Christian. 

-  Myślałeś,  że  uda  ci  się  utrzymać  to  w  tajemnicy?!  -  wykrzyknął.  W  jego  oczach 

płonęły niebieskie ognie. - Sądziłeś, że zdołasz nas oszukać? 

Adrian,  pozornie  opanowany,  wyraźnie  czuł  się  nieswojo.  Nie  miał  najmniejszej 

ochoty na ten pojedynek, w dodatku, tak jak Eddie, nie rozumiał, o co chodzi Christianowi. 

background image

-  Daj  spokój  -  niemal  szeptem  mitygował  przeciwnika.  -  Nie  wiem,  co  cię  ugryzło. 

Czy możemy usiąść i porozmawiać? 

-  Jasne.  Wiedziałem,  że  jesteś  tchórzem.  Boisz  się  tego.  -  Christian  uniósł  rękę  i 

między  jego  palcami  zawirowała  kula  ognia.  Nawet  w  silnym  świetle  lampy  jaśniała 

pomarańczową barwą, a w środku drgał niebieski płomyk. Usłyszałam westchnienia w tłumie. 

Od dawna wiedziałam o możliwościach zastosowania magii w walce. Często obserwowałam 

ćwiczenia  Christiana,  jednak  dla  większości  było  to  niezwykłe  zjawisko.  Ozera  parsknął 

pogardliwie. - Potrafisz mnie pokonać? Może użyjesz roślinek? 

- Jeśli faktycznie zamierzasz rozegrać tę bezsensowną walkę, to przynajmniej trzymaj 

się  zasad.  Walczmy  na  pięści  -  rzucił  Adrian  lekkim  tonem,  w  którym  znów  wyczułam 

zaniepokojenie. Pewnie uznał, że ma większe szanse w walce wręcz. 

- Nic z tego - przerwał Eddie. - Nikt nie użyje ognia ani ciosów. To nieporozumienie. 

- Czy ktoś mi wreszcie powie, co się stało? - zniecierpliwiłam się. 

-  Twój  przyjaciel  sądzi,  że  zamierzam  poślubić  Lissę  i  uprowadzić  ją  ze  sobą  w 

promieniach zachodzącego słońca - powiedział Adrian. Zwracał się do mnie, ale nie spuszczał 

wzroku z Christiana. 

-  Nie  kłam,  że  to  nieprawda  -  warknął  moroj.  -  Przejrzałem  cię.  Uknułeś  ten  plan 

razem z królową. Ona cię popiera. Zachęca Lissę do podjęcia studiów, żeby nas rozdzielić i 

przywiązać do swojej rodziny. 

-  Zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  jak  absurdalnie  to  brzmi?  -  spytał  Adrian.  -  Moja 

cioteczna  babka  ma  na  głowie  cały  rząd  morojów!  Sądzisz,  że  angażuje  się  w  szkolne 

romanse?  Obudź  się,  nasz  świat  ma  poważne  problemy.  Przepraszam.  Wiem,  że  ostatnio 

spędzam sporo czasu z Lissą, ale zaraz ją zajdziemy i wszystko się wyjaśni. Nie zamierzałem 

wchodzić między was. Niczego nie knuję. 

-  Owszem,  knujesz  -  Christian  pozostał  nieprzejednany.  Odszukał  mnie  wzrokiem.  - 

Rose może to potwierdzić. Ona wie. Wiedziała od dawna. Rozmawiała nawet z królową na 

wasz temat. 

- To śmieszne - zaczął Adrian, obrzucając mnie niespokojnym spojrzeniem. - Powiedz 

mu, że to nieprawda, Rose. 

- Cóż… - Nieoczekiwanie znalazłam się w pułapce. - Tak i nie. 

- Widzisz? - Christian triumfował. 

W tej chwili z jego palców wystrzelił płomień, lecz oboje z Eddiem zareagowaliśmy 

błyskawicznie. Ktoś krzyknął. Eddie chwycił Christiana i skierował ognisty pocisk w górę. Ja 

pociągnęłam Adriana na podłogę. Udało nam się podzielić zadaniami. Wolałam nie myśleć, 

background image

co by się stało, gdybyśmy zajęli się tą samą osobą. 

- Miło, że się o mnie troszczysz - mruknął Adrian, krzywiąc się z bólu. 

- Użyj wpływu - szepnęłam, pomagając mu wstać. - Musimy zapanować nad sytuacją, 

zanim komuś stanie się krzywda. 

Christian szarpał się z Eddiem, nie rezygnując z walki. Złapałam go za drugie ramię. 

Adrian nie miał najmniejszej ochoty podchodzić do niego, jednak się zbliżył. 

- Christian, uspokój się - Patrzył mu prosto w oczy. - Porozmawiajmy. 

Ozera szamotał się jeszcze chwilę, jednak wkrótce jego spojrzenie stało się nieobecne. 

- Chcę porozmawiać - powtórzył Adrian. 

- Dobrze. 

Dobiegło  nas  pełne  rozczarowania  westchnienie  gapiów.  Adrian  użył  wpływu  w 

niezauważalny  sposób,  nikt  się  nie  zorientował.  Widzowie  zaczęli  się  rozchodzić,  więc 

wspólnie z Eddiem przeprowadziliśmy naszego jeńca do kąta, gdzie mogliśmy porozmawiać 

bez  świadków.  Ale  kiedy  tylko  Adrian  opuścił  wzrok,  Christian  znów  wpadł  w  furię  i 

próbował  się  na  niego  rzucić.  Na  szczęście  zachowaliśmy  czujność.  Trzymaliśmy  go  w 

żelaznym uścisku. 

-  Co ze mną zrobiłeś?!  -  wrzasnął Christian.  Kilka osób  popatrzyło  w naszą stronę z 

nadzieją, że jednak dojdzie do bójki. Syknęłam mu prosto w ucho i to go nieco otrzeźwiło. - 

Auu! 

- Cicho. Coś jest nie tak. Musimy odkryć, co się dzieje, zanim zrobisz jakieś głupstwo. 

-  Ja  wiem,  co  się  dzieje.  -  Christian  spoglądał  spode  łba  na  Adriana.  -  Próbują 

rozdzielić mnie z Lissą. Wiedziałaś o wszystkim, Rose. 

Przeszył mnie pytający wzrok Adriana. 

- Czy to prawda? 

- Tak. Długo by opowiadać - mruknęłam, odwracając się do Ozery. - Adrian nie ma z 

tym nic wspólnego. Nie wiedział o niczym. To pomysł Tatiany, którego nie zdążyła jeszcze 

wcielić w życie. Powiedzmy, że to plan długoterminowy. 

- A skąd o tym wiesz? - spytał Christian. 

- Sama mi to powiedziała. Miała podejrzenia, że chodzę z Adrianem. 

- Serio? Stanęłaś w obronie naszej miłości? - wtrącił się Iwaszkow. 

-  Daj  spokój  -  uciszyłam  go.  -  Chciałabym  wiedzieć,  kto  tobie  o  tym  powiedział, 

Christian. 

- Ralf - mruknął, tracąc pewność siebie. 

- Przecież wiesz, że nie można mu ufać. - Eddie spochmurniał na sam dźwięk imienia 

background image

moroja. 

-  Tym  razem  przypadkowo  mówił  prawdę,  chociaż  bez  sensu  włączył  w  to  Adriana. 

Ralf jest spokrewniony z najlepszą przyjaciółką królowej - wyjaśniłam. 

-  Wspaniale.  -  Christian  zdążył  się  już  uspokoić,  więc  puściliśmy  go  z  Eddiem.  - 

Wrobili nas. 

Rozejrzałam się wokół, bo nagle coś mnie zastanowiło. 

- Gdzie jest Lissa? Dlaczego ona was nie powstrzymała? Adrian uniósł brwi. 

- Ty nam powiedz. Nie zjawiła się na kolacji. 

-  Nie  wiem…  -  Myśli  przelatywały  z  prędkością  błyskawicy.  Tak  skutecznie 

nauczyłam  się  bronić  przed  napływem  jej  uczuć,  że  zdarzało  mi  się  nie  odbierać  jej  przez 

dłuższy czas. Skoncentrowałam się na Lissie, ale nic nie poczułam. - Nie odbieram jej. 

Trzy pary oczu wpatrywały się we mnie. 

- Może śpi? - podsunął Eddie. 

- Wiem, kiedy zasypia… To coś innego. 

Powoli,  bardzo  powoli,  zaczynałam  ją  odnajdywać.  Zamknęła  się  przede  mną 

świadomie, próbowała się ukryć. 

- Mam ją. 

Jest… O Boże! 

Mój wrzask rozniósł się echem po korytarzu do wtóru krzyku Lissy, która daleko stąd 

poczuła przeszywający ból. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI 

WSZYSCY NA MNIE PATRZYLI. Czułam się tak, jakbym dostała policzek. Ale to 

nie  był  mój  policzek.  Ktoś  uderzył  Lissę.  Przeniosłem  się  do  jej  głowy  i  znalazłam  się  w 

innym  miejscu.  Rzucano  w  nią  kamieniami.  Kolejny  trafił  ją  w  twarz.  Zobaczyłam 

napastnika.  Był  z  pierwszej  klasy,  nie  znałam  go,  wiedziałam  tylko,  że  pochodził  z  rodziny 

Drozdowów.  Czułam  ból  tak  samo  jak  Lissa,  lecz  przygryzłam  wargi,  żeby  nie  krzyczeć,  i 

wróciłam świadomością do przyjaciół. 

-  Północno-zachodnia  część  kampusu,  między  tym  stawem  o  dziwnym  kształcie  a 

ogrodzeniem  -  rzuciłam,  biegnąć  na  ratunek  Lissie.  Nie  widziałam  wszystkich  napastników, 

którzy ją otaczali, ale kilku rozpoznałam. 

Zobaczyłam  Jessego,  Ralfa,  Brandona,  Bretta  i  młodego  Drozdowa.  Trzymało  ją 

dwóch  morojów.  Znów  posypały  się  kamienie.  Lissa  nie  krzyczała  ani  nie  płakała. 

Powtarzała, żeby przestali. 

Jesse  odpowiadał  za  każdym  razem,  żeby  im  to  nakazała.  Słuchałam  go  jednym 

uchem. Nie interesowały mnie ich żądania. Wiedziałam jedno - będą ja torturować tak długo, 

aż  zgodzi  się  do  nich  przyłączyć.  Pomyślałam,  że  zastosowali  tę  samą  metodę  wobec 

Brandona i innych. 

Nagle  zaczęłam  się  dusić,  potknęłam  się,  nie  mogąc  złapać  oddechu.  Ktoś  oblewał 

mnie  strugami  wody.  Z  trudem  oddzieliłam  się  od  Lissy.  Torturowali  ją  wodą,  odcinając 

dopływ  powietrza.  Nie  wiedziałam,  kim  jest  prześladowca,  ale  zachowywał  się  wyjątkowo 

okrutnie,  raz  po  raz  zalewając  nos  i  usta  Lissy.  Rozpaczliwie  łapała  oddech,  nadal 

powtarzając, by dali jej spokój. 

Jesse przyglądał się jej badawczo. 

- Nie proś ich. Wydaj rozkaz. 

Nie  mogłam  biec  szybciej.  Napastnicy  zabrali  ją  do  odległego  miejsca,  na  krańcach 

terenu Akademii. To znaczny dystans i z każdym krokiem czułam narastający gniew. Jaka ze 

mnie strażniczka, skoro nie potrafiłam upilnować przyjaciółki na terenie szkoły? 

Teraz  przyszła  kolej  na  tortury  powietrzem.  Przypomniałam  sobie  dzień,  gdy  Lissę 

dręczył  w ten sposób  jeden z ludzi  Wiktora. Odcinał jej dopływ tlenu, tak że zaczynała się 

dusić,  a  potem  przepełniał  płuca,  powodując  ból  ni  do  zniesienia.  Lissa  przeżyła  wówczas 

prawdziwy  koszmar.  Wiedziałam,  jak  bardzo  starał  się  o  tym  zapomnieć.  Prześladowca 

przerwał torturę, lecz było już za późno. Dziewczyna przekroczyła próg wytrzymałości. 

background image

Kiedy Ralf stanął naprzeciwko, zamierzając potraktować ją ogniem, znalazłam się już 

tak  blisko,  że  widziałam  płomień  w  jego  dłoni.  Moroje  nie  zauważyli  mnie,  pochłonięci 

widowiskiem.  Skoczyłam  na  Ralfa,  zanim  wypuścił  ogień  z  rąk.  Powaliłam  go  na  ziemię  i 

wymierzyłam solidny cios pięścią w twarz. Kilku innych rzuciło mu się na ratunek, między 

innymi Jesse. Nie wiedzieli jednak, z kim mają do czynienia. 

Kiedy  się  zorientowali,  zaczęli  dawać  dyla.  Nie  patyczkowałam  się  z  tymi,  którzy 

zostali na miejscu. Jednego dnia pokonałam trzech doskonale wyszkolonych strażników i bez 

problemu rozprawiłam się z banda morojów. Ciekawe, że jeszcze przed chwilą nie wahali się 

użyć magii, by zadać cierpienie Lissie, a teraz nie przyszło im do głowy, żeby bronić się tą 

samą metodą. 

Uciekali  jak  zające.  Nie  goniłam  ich,  chciałam  jak  najszybciej  uwolnić  Lissę. 

Ograniczyłam  się  do  kilku  ciosów  wymierzonych  Ralfowi,  który  nawet  nie  próbował 

podnieść  się  z  ziemi.  Uznałam,  że  jest  odpowiedzialny  za  całą  sytuację.  Zostawiłam  go 

wreszcie,  nie  zważając  na  jego  jęki,  i  rozejrzałam  się  za  Jessem,  drugim  prowodyrem.  Nie 

musiałam długo szukać. Tylko on został w pobliżu. 

Podbiegłam  i  zatrzymałam  się,  nie  wiedząc,  co  robić.  Jesse  stał  w  bezruchu, 

wpatrzony w jakiś odległy punkt. Miał otwarte usta. Popatrzyłam w tę samą stronę, ale nic nie 

zobaczyłam. Ponownie mu się przyjrzałam. 

- Pająki - wyjaśniła Lissa. Podskoczyłam na dźwięk jej głosu. Stała obok z mokrymi 

włosami. Podrapana i posiniaczona, ale poza tym nie zrobili jej krzywdy. Bladość jej skóry w 

świetle  księżyca  sprawiała,  że  wyglądała  jak  duch.  Nie  spuszczała  z  oczu  Jessego.  -  Jest 

przekonany,  że  widzi  pająki.  Oblazły  go.  Jak  myślisz,  może  powinnam  napuścić  na  niego 

węże? 

Zerknęłam na Jessego. Widok jego twarzy przyprawił mnie o ciarki. Chłopak tkwił w 

więzieniu  najgorszych  koszmarów.  Jednak  bardziej  przerażające  wydało  mi  się  to,  co 

odbierałam przez więź łączącą mnie z Lissą. Do tej pory używanie magii wprawiało mnie w 

zachwyt. Tym razem stało się inaczej. To, co ją przepełniało, było mroczne, śliskie i lepkie. 

-  Myślę,  że  powinnaś  odpuścić  -  powiedziałam.  Słyszałam  odgłosy  biegnących  w 

naszą stronę przyjaciół. - Już po wszystkim. 

-  Urządzili  mi  inicjację  -  mruknęła  Lissa.  -  W  każdym  razie  tak  to  miało  wyglądać. 

Kilka  dni  temu  prosili,  żebym  się  do  nich  przyłączyła.  Odmówiłam.  Dzisiaj  powiedzieli,  że 

mają  cenne  informacje  na  temat  Christiana  i  Adriana.  Zaniepokoiłam  się  i  obiecałam,  że 

przyjdę  na  spotkanie,  chociaż  nie  mam  pojęcia  o  sztuce  wywierania  wpływu.  Chciałam  się 

więcej dowiedzieć. - Przekrzywiła lekko głowę, a ja zobaczyłam, że Jesse poczuł się gorzej. 

background image

Wytrzeszczył  oczy  i  zaczął  bezgłośnie  krzyczeć.  -  Nie  zgodziłam  się  poddać  inicjacji,  ale 

zmusili  mnie.  Postanowili  sprawdzić,  co  potrafię.  Wymyślili  sobie  coś  w  rodzaju  próby 

wytrzymałości. Tortury mają doprowadzać ofiary do stanu, w którym nie mogą dłużej znieść 

bólu i usiłują wpłynąć na napastników. Komu to się uda, zostaje przyjęty. - Lissa popatrzyła 

na Jessego. Chłopak przebywał w innym świecie i z całą pewnością nie czuł się tam dobrze. - 

To, co zrobiłam, kwalifikuje mnie do roli prezesa, nie sądzisz? 

-  Przestań  -  powtórzyłam.  Zbierało  mi  się  na  mdłości.  To  było  chore  i  złe.  Lissa  i 

Adrian  wspominali  kiedyś  o  świadomym  wywoływaniu  halucynacji  u  innych.  Nazwali  to 

superwpływem, lecz mnie to przerażało. - Nie tak powinnaś wykorzystywać moc ducha. To 

nie jesteś ty! Przestań! 

Lissa oddychała ciężko, po jej czole spływały krople potu. 

- Nie mogę - szepnęła. 

- Możesz. - Dotknęłam jej ramienia. - Oddaj to mnie. 

- Nie masz zdolności magicznych. 

Skoncentrowałam się na więzi. Nie mogłam przejąć jej magii, ale potrafiłam uwolnić 

ją  od  mrocznych  uczuć.  I  w  tej  samej  chwili  uświadomiłam  sobie,  że  robię  to  od  dawna. 

Zawsze, kiedy się o nią martwiłam, gdy pragnęłam, by się uspokoiła, Lissa wracała do siebie. 

Uwalniałam ją od zła. Wchłaniałam je w siebie. W taki sam sposób Anna pomagała świętemu 

Władimirowi.  O  tym  mówił  Adrian,  opisując,  jak  ciemność  przenikała  od  Lissy  do  mojej 

aury.  Lissa  nadużywała  mocy  ducha,  wykorzystując  ją  do  zadawania  bólu.  Płaciła  za  to 

wysoką cenę. Stawała się zła. Nie mogłam na to pozwolić. W tej chwili nie martwiłam się, co 

stanie się ze mną. Zapomniałam o groźbie obłędu i napadach wściekłości. 

- To prawda - zgodziłam się. - Nie mam zdolności magicznych, ale mogę przejąć od 

ciebie mroczne uczucia. Skoncentruj się na mnie i pozwól im odpłynąć. Nie pasują do ciebie. 

Są niegodziwe. 

Przyjaciółka  wpatrywała  się  we  mnie  szeroko  otwartymi  oczami.  Była  zrozpaczona. 

Nadal wywierała wpływ na Jessego, mimo że już na niego nie patrzyła. Widziałam, że toczy 

wewnętrzną  walkę.  Zeklos  bardzo  ją  zranił,  chciała,  żeby  za  to  zapłacił.  Musiał  zapłacić. 

Jednocześnie czuła, że mam rację. Tak trudno było jej zrezygnować… 

Przestałam odczuwać mdłości. Aura czarnej magii rozwiała się, a ja się zachwiałam, 

jakby  coś  uderzyło  mnie  w  twarz.  Wzdrygnęłam  się,  czując  nieprzyjemne  mrowienie  w 

żołądku. Miałam wrażenie, że ktoś rozpalił w nim ogień. Potem i to minęło. Jesse upadł na 

kolana, a Lissa westchnęła z ulgą. Wciąż była przerażona i zraniona tym, co jej zrobili, lecz 

nie czuła już tej wszechogarniającej wściekłości, która kazała jej torturować Zeklosa. Poddała 

background image

się. 

W tej samej chwili zawrzałam z gniewu. 

Ruszyłam na Jessego. To on był moim największym wrogiem. Kiedyś usiłował mnie 

zniszczyć. Torturował  Lissę, dręczył innych. Koniec z tym.  Zamachnęłam  się. Dostrzegłam 

jego przerażone oczy, lecz moja pięść już wylądowała na jego twarzy. Rozbiłam mu nos, z 

którego  polała  się  krew.  Słyszałam  krzyk  Lissy;  prosiła,  bym  przestała,  ale  ja  nie  mogłam. 

Jesse  musiał  zapłacić  za  to,  co  jej  zrobił.  Chwyciłam  go  za  fraki  i  cisnęłam  o  ziemię. 

Wrzeszczał, błagał, żebym go zostawiła. Umilkł dopiero po drugim ciosie. Czułam, jak Lissa 

szarpie mnie za ramię, usiłując mnie odciągnąć. Okazała się jednak za słaba. 

Biłam na oślep. Nie zastanawiałam się nad techniką, zapomniałam o wszystkim, czego 

nauczyłam  się  na  treningach  z  Dymitrem.  Ogarnęła  mnie  dzika  furia.  Zawładnęło  mną 

szaleństwo, od którego uwolniłam Lissę. 

Poczułam mocne szarpnięcie. Chwycił mnie ktoś znacznie silniejszy. Eddie. Mięśnie 

ukształtowane wieloletnim treningiem dawały mu przewagę. Usiłowałam się wyswobodzić z 

jego uścisku, ale pokonał mnie ciężarem ciała. 

- Puszczaj! - wrzeszczałam. Zobaczyłam z przerażeniem, że Lissa klęka przy Jessem i 

z troską bada jego obrażenia. Nie mogłam tego zrozumieć. Dlaczego tak się nim przejmuje? 

Po tym, co jej zrobił? Na twarzy przyjaciółki malowało się głębokie współczucie. Po chwili 

poczułam przepływ jej uzdrawiającej magii. Ukoiła jego ból! 

- Nie! - krzyknęłam, miotając się w stalowym uścisku Eddiego. - Nie możesz! 

Nagle  pojawili  się  inni  strażnicy.  Na  czele  biegł  Dymitr  z  Celeste.  Nie  dostrzegłam 

wśród nich Christiana i  Adriana, pewnie nie mogli dotrzymać kroku dampirom. Zrobiło się 

spore zamieszanie. Pozostali na miejscu członkowie stowarzyszenia zostali odprowadzeni na 

przesłuchanie.  Ktoś  zabrał  Lissę  do  lekarza.  Chciałam  pobiec  za  nią,  jednak  coś  przykuło 

moją  uwagę:  zabierano  również  Jessego,  który  potrzebował  pomocy  medycznej.  Eddie  nie 

puszczał mnie, mimo że wciąż się szarpałam i krzyczałam na niego. Pozostali strażnicy byli 

zbyt zajęci, by zwracać na mnie uwagę. Spojrzeli dopiero, kiedy nieśli Jessego obok mnie. 

- Nie możecie go wypuścić! Nie wolno wam! 

-  Uspokój  się,  Rose  -  powiedziała  łagodnie  Alberta.  Czy  nie  rozumiała,  co  się 

wydarzyło? - Już po wszystkim. 

- Wcale nie! Chcę go udusić! Zamorduję drania! 

Chyba  dopiero  teraz  zrozumieli,  że  dzieje  się  coś  złego.  Nikt  nie  zorientował  się 

jednak, że ma to coś wspólnego z Jessem. Dostrzegłam w ich spojrzeniach znajomy niepokój 

o stan mojego umysłu. 

background image

- Zabierzcie ją stąd - poleciła Alberta. - Niech się umyje i uspokoi. 

Strażniczka nie powiedziała nic więcej, lecz wydało się oczywiste, że zajmie się mną 

Dymitr. 

Podszedł i odebrał mnie z rąk Eddiego. Próbowałam wykorzystać ten moment i uciec, 

ale Dymitr znów okazał się szybszy i silniejszy. Chwycił mnie za ramię i pociągnął za sobą. 

- Mogę to zrobić łagodnie albo ostro - ostrzegł, ciągnąc mnie przez las. - Nie pozwolę, 

byś  znów  pobiła  Jessego.  Jest  w  klinice,  więc  i  tak  nie  możesz  się  do  niego  zbliżyć.  Jeśli 

przyjmujesz  moje  warunki,  puszczę  cię,  ale  wiesz,  że  potrafię  cię  powstrzymać,  gdyby  coś 

głupiego przyszło ci do głowy. 

Rozważałam możliwości. Wciąż chciałam dopaść Zeklosa, jednak Dymitr miał rację. 

Postanowiłam odłożyć zemstę. 

- Zgoda - powiedziałam. 

Zawahał  się,  niepewny,  czy  może  mi  wierzyć,  ale  w  końcu  puścił  moją  rękę. 

Poczułam, że lekko się odprężył. 

-  Alberta  kazała  ci  mnie  umyć  -  zaczęłam  pojednawczo.  -  Czy  to  znaczy,  że 

zaprowadzisz mnie do kliniki? 

-  Niezła  podpucha.  -  Zerknął  na  mnie  z  ukosa.  -  Nie  pójdziesz  do  kliniki.  Są  inne 

miejsca, w których mogą udzielić pierwszej pomocy. 

Zatoczyliśmy  szeroki  łuk,  lecz  wciąż  trzymaliśmy  się  granicy  terenu  Akademii. 

Wkrótce  zorientowałam  się,  dokąd  mnie  prowadzi.  Zmierzaliśmy  do  małej  wartowni. 

Dawniej,  gdy  w  szkole  pracowało  więcej  opiekunów,  strażnicy  strzegli  stąd  ogrodzenia. 

Wartownia  została  wysprzątana  na  użytek  ciotki  Christiana,  która  przyjechała  do  niego  z 

wizyta.  Nie  chciała  zamieszkać  w  kwaterze  obok  innych  morojów,  którzy  widzieli  w  niej 

przyszłą strzygę. 

Dymitr  otworzył  drzwi.  Wewnątrz  panował  mrok.  Mój  opiekun  odnalazł  zapałki  i 

zapalił lampę naftową. Nie dawała wiele światła. Rozejrzałam się wokół i odkryłam, że Tasza 

włożyła tu wiele pracy. Pokój był czysty, niemal przytulny. Na łóżku leżała miękka narzuta, a 

przy  kominku  stały  dwa  krzesła.  Zauważyłam  nawet  puszki  z  jedzeniem.  Zostawiła  je  w 

kuchni widocznej z pokoju. 

- Siadaj. - Dymitr wskazał ręką łóżko. Usłuchałam, a on szybko rozpalił w kominku. 

Ogień buzował, a wtedy sięgnął po apteczkę i butelkę wody. Przysunął krzesło obok łóżka i 

usiadł naprzeciwko mnie. 

-  Pozwól mi wyjść - prosiłam. -  Czy ty nie rozumiesz? Jesse musi zapłacić za to, co 

zrobił. Torturował ją! Zrobił jej straszną krzywdę. 

background image

Dymitr  zwilżył  kawałek  gazy  i  przytknął  do  mojego  czoła.  Piekło,  więc  pewnie 

miałam rozciętą skórę. 

- Zostanie ukarany. Podobnie jak reszta. 

-  Jak?  -  rzuciłam  z  goryczą.  -  Aresztem  domowym?  Potraktują  go  łagodnie,  tak  jak 

Daszkowa. Nikt się tym nie przejmuje! Są wśród nas kryminaliści i nikt ich za to nie każe. On 

musi cierpieć. Wszyscy powinni ponieść karę. 

Dymitr przerwał zabieg i popatrzył na mnie z troską. 

- Wiem, że jesteś wkurzona, Rose, ale nie możemy się mścić. To… okrutne. 

- Tak? A co w tym złego? Założę się, że umiałabym ich powstrzymać raz na zawsze. - 

Dygotałam  z  wściekłości.  -  Powinni  cierpieć  za  to,  co  zrobili!  Chcę  wymierzyć  im  karę! 

Sprawić, by poczuli ból. Mam ochotę ich zabić. - Zerwałam się z łóżka, czując, że za chwilę 

eksploduję. Dymitr błyskawicznie położył ręce na moich barkach i zmusił mnie, bym usiadła 

z powrotem. Szamotałam się, lecz wzmocnił uścisk. 

-  Rose!  Przestań!  -  Teraz  i  on  podniósł  głos.  -  Nie  myślisz  tak  naprawdę.  Żyłaś 

ostatnio pod presją i ten incydent ostatecznie wyprowadził cię z równowagi. 

-  To ty przestań!  - puściły mi hamulce. - Robisz to co zawsze. Próbujesz przemówić 

do rozsądku, mimo że sytuacja jest tragiczna. Pamiętasz, jak chciałeś zabić Wiktora w celi? 

Dlaczego uważasz, że nie mam prawa do tego samego? 

-  Nie  zapanowałem  wówczas  nas  emocjami.  Dobrze  o  tym  wiesz.  A  to…  to  jest  coś 

zupełnie innego. Nie jesteś sobą. 

- Przeciwnie - prowokowałam go w nadziei, że uda mi się wymknąć. Miałam szansę, 

jeśli czmychnę dostatecznie szybko. - Jestem tu jedyną osobą, która chce coś zmienić. Jeśli 

uważasz,  że  postępuję  źle…  to  bardzo  mi  przykro.  Nie  będę  taka,  jaką  chciałbyś  mnie 

widzieć. Nie jestem dobra. Nigdy nie dorównam takiemu świętemu jak ty. 

- Nikt z nas nie jest święty - odparł surowo Dymitr. - Możesz mi wierzyć, że nie… 

Odepchnęłam  go  i  dałam  susa  na  środek  pokoju.  Zaskoczyłam  go,  ale  szybko  się 

otrząsnął. Ledwo zrobiłam dwa kroki i już trzymał mnie w uścisku. Unieruchomił mnie całym 

ciężarem swojego ciała. Powinnam wiedzieć, że mu nie ucieknę, ale nie myślałam jasno. 

- Puszczaj! - wrzasnęłam setny raz tego wieczoru, usiłując wyswobodzić ręce. 

-  Nie  -  jego  głos  zabrzmiał  niemal  desperacko. -  Musisz się z tego otrząsnąć.  To nie 

jesteś ty! 

Poczułam piekące łzy. 

- Ależ tak! Puść mnie! 

- Nieprawda. Znam cię! Jesteś inna - powtarzał z bólem. 

background image

- Mylisz się! Ja… 

Nie dokończyłam. „To nie jesteś ty”. Te same słowa wypowiedziałam do Lissy, kiedy 

patrzyłam  z  przerażeniem,  jak  torturuje  Jessego.  Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Moja 

przyjaciółka nie uświadamiała sobie, jak okrutnie postępuje. Spojrzałam Dymitrowi w oczy i 

zobaczyłam  w  nich  miłość  oraz  strach.  Zaślepiły  mnie  emocje,  straciłam  poczucie 

rzeczywistości. Coś mną zawładnęło. 

Spróbowałam się uspokoić, rozproszyć gwałtowne uczucia, ale okazały się zbyt silne. 

Nie  potrafiłam  nas  nimi  zapanować.  Nie  mogłam  się  uwolnić.  Pomyślałam  ze  strachem,  że 

oszaleję tak jak Anna i panna Karp. 

- Rose… 

Dotarł do mnie głos Dymitra. Wymówił tylko moje imię, lecz były w tym siła i wiara. 

On we mnie wierzył, uważał, że jestem dobra. Ofiarował mi swoją siłę. Nie obawiał się być 

blisko, kiedy go potrzebowałam. Deirdre mogła mieć rację, sugerując moją niechęć do Lissy, 

jednak myliła się w ocenie mojej relacji z Dymitrem. Łączyła nas miłość. Byliśmy dwiema 

połówkami, zawsze gotowymi wspierać się nawzajem. Żadne z nas nie było doskonałe, ale to 

nie miało znaczenia. Przy nim mogłam zapanować nas wściekłością. Wierzył, że potrafię tego 

dokonać.  I  miał  rację.  Powoli  bardzo  powoli,  mrok  się  rozpraszał.  Przestałam  się  miotać. 

Zadrżałam w jego uścisku, ale nie czułam już gniewu. Ogarnął mnie lęk. Dymitr natychmiast 

wyczuł tę zmianę i puścił mnie. 

- O Boże - szepnęłam, a mój głos drżał. Dymitr dotknął mojego policzka. 

- Rose - szepnął. - Czy już lepiej? Przełykałam łzy. 

- Chyba tak. Na razie. 

-  Odeszło  -  powiedział,  odgarniając  mi  włosy  z  twarzy.  -  Już  po  wszystkim.  Teraz 

będzie dobrze. 

Potrząsnęłam głową. 

-  Nie  będzie  dobrze.  Ty  nic  nie  rozumiesz.  Potwierdziły  się  moje  najgorsze  obawy. 

Pamiętasz Annę? Przejmuję na siebie szaleństwo, jakie zsyła moc ducha. Skończę tak samo 

jak ona. Lissa straciła nas sobą kontrolę. Torturowała Jessego. Udało mi się ją powstrzymać, 

lecz  wzięłam  na  siebie  jej  gniew.  To  straszne.  Zachowywałam  się  jak  marionetka.  Nie 

panowałam nad sobą. 

- To się więcej nie powtórzy - zaczął Dymitr. - Jesteś silna. 

-  Mylisz się - zaprzeczyłam  suchym, nieswoim  głosem. - Powtórzy się jeszcze wiele 

razy.  Podzielę  los  Anny.  Czuję,  że  będzie  coraz  gorzej.  Naprawdę  chciałam  ich  zabić. 

Nienawidziłam  ich.  Te  uczucia  całkowicie  mną  zawładnęły.  Co  się  wydarzy  następnym 

background image

razem?  Nie  wiem.  Może  po  prostu  zwariuję  jak  panna  Karp.  A  może  już  zwariowałam  i 

dlatego  widzę  Masona?  Będę  miewała  napady  depresji,  podobnie  jak  Lissa,  aż  wreszcie 

spróbuję odebrać sobie życie. Tak skończyła Anna. 

- Nie - szepnął łagodnie Dymitr. - Z tobą będzie inaczej. Jesteś silna. Pokonasz obłęd. 

-  Dzisiaj  udało  mi  się  tylko  dzięki  tobie.  -  Strażnik  otoczył  mnie  ramionami,  a  ja 

ukryłam twarz na jego piersi. - Sama nie dam rady - szepnęłam. 

- Poradzisz sobie - zapewniał mnie śpiewnym głosem. - Jesteś silna. Bardzo silna. Za 

to cię kocham. 

Zacisnęłam powieki. 

-  Nie  powinieneś.  Wkrótce  zamienię  się  w  potwora.  Może  nawet  już  nim  jestem.  - 

Przypomniałam sobie najgorsze chwile, kiedy warczałam na wszystkich. Straszyłam Ryana i 

Camille. 

Dymitr odsunął się lekko, żeby popatrzeć mi w oczy. Ujął moją twarz w dłonie. 

-  Nie  jesteś  potworem.  Nigdy  nim  nie  będziesz  -  powiedział.  -  Nie  pozwolę  na  to. 

Nieważne, co się stanie, będę przy tobie. 

Ogarnęło mnie wielkie wzruszenie. Nie czułam już nienawiści ani gniewu. Moje serce 

przepełniała  tkliwość.  Objęłam  go  za  szyję  i  nasze  usta  się  spotkały.  Ten  pocałunek  był 

wyrazem czystej miłości. Poczułam słodycz i błogość, a ciemność i rozpacz rozwiały się bez 

śladu.  Całowaliśmy  się.  Wciąż  przepełniała  nas  miłość,  lecz  odezwało  się  coś  jeszcze. 

Byliśmy  głodni  dotyku,  spragnieni  bliskości.  Długo  tłumione  uczucia  odezwały  się  teraz  z 

całą siłą. 

Przypomniałam  sobie  tę  noc,  kiedy  Wiktor  rzucił  na  nas  urok  pożądania.  Czar 

zawładnął nami bez reszty. Wtedy również ogarnęła nas niepohamowana namiętność, miałam 

wrażenie, że tonę i tylko Dymitr może mnie ocalić. Przywarłam do niego, objęłam jedną ręką 

za szyję, a drugą zacisnęłam na jego plecach i wbiłam w nie paznokcie aż do bólu. Położył 

mnie na łóżku i objął w talii. Zasunął rękę na moje biodro i przyciągnął mnie jeszcze bliżej. 

Na chwilę oderwaliśmy się od siebie, lecz wciąż znajdowaliśmy się cudownie blisko. 

Świat zatrzymał się w miejscu. 

- Nie możemy… - powiedział. 

- Wiem. 

Jego  usta  znów  znalazły  się  na  moich  i  tym  razem  wiedziałam,  że  nic  nas  nie 

powstrzyma. Runął mur, który nas dzielił. Nasze ciała splotły się w uścisku. Dymitr zdjął mi 

płaszcz,  potem  swoją  koszulę  i  moją  bluzkę…  Czułam  coś  podobnego  jak  wtedy,  gdy 

walczyłam z nim na dziedzińcu. Tę samą namiętność. Pomyślałam, że walka i seks niewiele 

background image

różnią się od siebie. Wypływają z tych samych instynktów. 

Nagość  sprawiła,  że  zaczęliśmy  się  zachowywać  bardziej  delikatnie.  To  było 

cudowne. Ogarnęła mnie słodycz. Spojrzałam mu w oczy i już wiedziałam, że Dymitr kocha 

mnie bardziej niż kogokolwiek na świecie. Byłam dla niego ocaleniem, tak samo jak on dla 

mnie. Nie sądziłam, że mój pierwszy raz odbędzie się w drewnianej wartowni na skraju lasu, 

lecz nie miało to żadnego znaczenia. Liczył się tylko on. Jeśli kogoś kochasz, możesz znaleźć 

się w dowolnym miejscu, a i tak będziesz niewiarygodnie szczęśliwa. Jeśli nie kochasz, nie 

zmieni tego najwspanialsze łoże w najbardziej luksusowym hotelu. 

Kochałam  go.  Kochałam  tak  bardzo,  że  aż  bolało.  Nie  mieliśmy  nic  do  przykrycia, 

lecz nie czułam zimna, osłonięta jego ciałem. Nie wiedziałam, gdzie kończę się ja, a zaczyna 

on. Poczułam, że tak właśnie miało być. Nigdy nie powinniśmy się rozdzielać. 

Nie  potrafię  znaleźć  słów,  żeby  opisać  seks.  Byłam  oszołomiona  i  zachwycona. 

Czułam  niepokój,  pożądanie  i  milion  innych  rzeczy.  Dymitr  okazywał  mi  niezwykłą 

cierpliwość. Prowadził mnie umiejętnie, tak samo jak uczył mnie walki. Poddawałam się bez 

oporu, wyczuwając, że w każdej chwili pozwoli mi przejąć prowadzenie. Nareszcie byliśmy 

sobie równi. Działaliśmy na jednych falach i z taką samą siłą, nawet muśnięcie jego palców 

przyprawiało mnie o drżenie. 

Czułam  ból,  a  zarazem  rozkosz  i  ukojenie.  Żałowałam,  że  nie  zrobiliśmy  tego  dużo 

wcześniej,  choć  wiedziałam,  że  teraz  nadszedł  ten  właściwy  moment.  Położyłam  głowę  na 

piersi Dymitra; wciąż czułam ciepło jego ciała. Pocałował mnie w czoło i przesunął palcami 

po włosach. 

- Kocham cię, Roza. - Pocałował mnie znowu. - Zawsze będę przy tobie. Nie pozwolę, 

żeby stało ci się coś złego. 

Cudowanie, ale… niebezpiecznie. Nie powinien tego mówić. Nie wolno składać takiej 

obietnicy, ponieważ przysięgał wcześniej poświęcić życie ochronie morojów, Lissy. Nie mam 

prawa  zajmować  najważniejszego  miejsca  w  jego  sercu,  tak  jak  on  nie  mógł  być 

najważniejszy dla mnie. I ja nie powinnam mówić tego, co samo ułożyło się w słowa. 

- Nie pozwolę, żeby stałą ci się krzywda - obiecałam. - Kocham cię. 

Zamknął mi usta pocałunkiem. 

Leżeliśmy  przytuleni,  niewiele  mówiąc.  Mogłabym  tak  trwać  do  końca  świata,  lecz 

oboje  wiedzieliśmy,  że  trzeba  wracać.  Wkrótce  zaczną  mnie  szukać.  Musiałam  złożyć 

zeznania, a gdyby ktoś nas tu znalazł, mielibyśmy poważne kłopoty. Ubraliśmy się w końcu, 

co nie było łatwe, bo nie mogliśmy przestać się całować. Niechętnie wyszliśmy na zewnątrz. 

Chwyciliśmy się za ręce, wiedząc, że możemy sobie na to pozwolić tylko przed chwilę. Kiedy 

background image

zbliżyliśmy się do Akademii, zacznie się udawanie, że nic się nie stało. A przecież wydarzyło 

się  coś  cudownego.  Przepełniało  mnie  szczęście.  Wszystko  dookoła  śpiewało,  a  każdy  mój 

krok był pełen radości. 

W  głowie  zaś  -  kłębowisko  pytań.  Co  właściwie  się  wydarzyło?  Gdzie  się  podziała 

nasza dyscyplina? W tej chwili nie chciałam jednak o tym myśleć. Wciąż go pragnęłam, moje 

ciało  tęskniło  za  ciepłym  dotykiem  jego  skóry  i…Stanęłam  jak  wryta.  Ogarnęło  mnie 

nieprzyjemne  uczucie.  Czułam  mrowienie  i  jednocześnie  zrobiło  mi  się  niedobrze.  Dymitr 

przystanął również i przyglądał i się z niepokojem. 

Tuż  przed  nami  pojawiła  się  blada,  półprzezroczysta  postać.  Mason.  Wyglądał  tak 

samo  jak  zawsze.  Czyżby?  Tak,  nadal  był  smutny,  ale  dostrzegłam  w  nim  coś  jeszcze.  Nie 

wyczuwałam, co to jest. Panika? Frustracja? Mogłabym przysiąc, że to był lęk, ale czy duchy 

w ogóle się czegoś boją? 

- Co się stało? - spytał Dymitr. 

- Widzisz go? - szepnęłam. Popatrzył we wskazanym kierunku. 

- Kogo? 

- Masona. 

Zaniepokojone  spojrzenie  Masona  stawało  się  coraz  bardziej  mroczne.  Nie  umiałam 

dokładnie  określić,  co  wyrażało,  ale  wiedziałam,  że  nie  zapowiada  nic  dobrego.  Uczucie 

mdłości się nasiliło. Czułam, że nie ma związku ze zjawą. 

- Rose… musimy wracać - zaczął ostrożnie Dymitr. Nie pogodził się jeszcze z myślą, 

że naprawdę widzę duchy. 

Nie poruszyłam się. Wpatrywałam się w twarz Masona, który wyraźnie chciał mi coś 

przekazać. To musiało być coś ważnego. Widziałam, że duch bardzo się stara, ale nie może 

tego wyrazić. 

- O co chodzi? - spytałam. - Co chcesz mi powiedzieć? 

Mason  bardzo  się  męczył.  Uniósł  rękę,  wskazując  ma  coś  za  moimi  plecami,  i  po 

chwili opuścił ją bezradnie. 

- Powiedz mi. -  Byłam równie bezsilna. Dymitr patrzył to na mnie, to w miejsce, do 

którego kierowałam słowa, chociaż nie mógł tam nic dostrzec. 

Zbyt  przejęta  pojawieniem  się  zjawy,  nie  miałam  głowy,  żeby  martwić  się  tym,  co 

myśli Dymitr. Czułam, że dzieje się coś złego. Mason otworzył usta, lecz nie wydobył głosu. 

Widziałam, że wkłada w to  wiele  wysiłku, i w kocu mu  się udało.  Z trudem  wychwyciłam 

znaczenie jego słów. 

- Oni…nachodzą…. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY 

CAŁY  ŚWIAT  ZAMARŁ.  Zapanowała  nienaturalna  cisza.  Wiatr  ucichł.  Mason 

patrzył  na  mnie  błagalnie.  Walczyłam  z  mdłościami.  Skóra  swędziała  mnie  niemal  nie  do 

wytrzymania. I nagle zrozumiałam. 

- Dymitr! - krzyknęłam. - Strzygi. 

Spóźniłam się. Zobaczyliśmy ją w tej samej chwili, ale strażnik znajdował się bliżej. 

Blada  twarz.  Czerwone  obwódki  wokół  ślepi.  Bestia  zaatakowała.  Zdawało  mi  się,  że 

wzleciała w powietrze, jak opisują to  legendy o  wampirach. Ale Dymitr był  szybki, niemal 

tak samo szybki i silny. Miła przy sobie sztylet - prawdziwy, nie ćwiczebny - wyciągnął go, 

gotów odeprzeć atak. Strzyga liczyła na to, że nas zaskoczy. Przeciwnicy zwarli się i przez 

chwilę  jakby  unieśli  nad  ziemią.  Dymitr  wyciągnął  rękę  i  wbił  srebrne  ostrze  w  pierś 

napastnika. Czerwone oczy rozszerzyły się i ciało potwora upadło bezwładnie na ziemię. 

Dymitr  natychmiast  odszukał  mnie  wzrokiem.  Nie  powiedzieliśmy  ani  słowa,  ale 

nasze spojrzenia wyrażały wszystko. Odwrócił się i czujnie badał teren. Mdłości się nasiliły. 

Nie rozumiałam tego, ale wyraźnie czułam, że otaczają nas strzygi. 

To  ich  obecność  przyprawiała  mnie  o  nudności.  Dymitr  znów  popatrzył  na  mnie. 

Nigdy nie widziałam takiego spojrzenia. 

-  Posłuchaj  mnie,  Rose.  Musisz  biec.  Biegnij  tak  szybko,  jak  zdołasz.  Zawiadom 

strażników. 

Skinęłam głową. Potraktowałam to jak rozkaz. 

Ścisnął  mnie  za  ramię.  Wpatrywał  się  we  mnie  z  natężeniem,  jakby  chciał  się 

przekonać, czy zrozumiałam polecenie. 

-  Nie  zatrzymuj  się  -  dodał.  -  Cokolwiek  usłyszysz  lub  zobaczysz,  nie  wolno  ci  się 

zatrzymać. Musisz dobiec do strażników. Rozumiesz? 

Przytaknęłam, a on mnie puścił. 

- Powiedz im tylko: buria. Kiwnęłam głową. 

- Pędź. 

Ruszyłam. Nie oglądałam się. Nie spytałam, co chce zrobić. Wiedziałam. Został, żeby 

zatrzymać strzygi, zanim wezwę pomoc. Po krótkiej chwili dobiegły mnie zduszone okrzyki, 

znak,  że  odnalazł  kolejną  bestię.  Poczułam  w  sercu  ukłucie  niepokoju,  lecz  nie  zwolniłam. 

Jeśli  on  zginie,  pójdę  za  nim.  Tymczasem  musiałam  myśleć  o  setkach  mieszkańców 

Akademii.  W  szkole  pojawiły  się  strzygi.  Nie  mogłam  tego  pojąć.  To  wydawało  się 

background image

niemożliwością. 

Biegłam, a moje stopy miarowo uderzały w błoto. Słyszałam wokół głosy, raz po raz 

dostrzegałam sylwetki napastników. I nie były to duchy, które otoczyły mnie na lotnisku, ale 

przerażające  bestie.  Nie  dam  się  zatrzymać.  Kiedy  rozpoczynałam  treningi  pod  okiem 

Dymitra, kazał mi biegać codziennie. Narzekałam, ale powtarzał z uporem, że muszę nabrać 

kondycji, bo może nadejść dzień. Gdy nie walka, lecz ucieczka okaże się jedynym ratunkiem. 

Ten dzień właśnie nadszedł. 

Widziałam  już  zarys  dormitorium  dampirów.  W  niektórych  oknach  wciąż  paliły  się 

światła.  Zbliżała  się  pora  ciszy  nocnej.  Pomyślałam,  że  wszyscy  szykują  się  do  snu. 

Wbiegłam  do  środka  z  uczuciem,  że  serce  wyskoczy  mi  z  piersi.  Pierwszego  zobaczyłam 

Stana. O mało go nie przewróciłam. Chwycił mnie za nadgarstki. 

- Rose, co… 

- Strzygi - sapnęłam. - Strzygi wdarły się na teren szkoły. 

Stan rozdziawił usta ze zdumienia. Szybko się jednak opanował i już wiedziałam, co 

sobie pomyślał. Posądzał mnie o szaleństwo. 

- Rose, nie wiem, o czym… 

-  Nie  zwariowałam!  -  wykrzyknęłam.  Wszyscy  znajdujący  się  w  hotelu  zwrócili  na 

nas spojrzenia. - Są tutaj! Dymitr z nimi walczy. Potrzebuje pomocy! 

Zaraz, co on kazał powiedzieć? Jak brzmiało to słowo. 

- Buria. Stan, słyszysz - buria! 

Strażnik zniknął. 

Nigdy  nie  doświadczyłam  alarmu  wywołanego  atakiem  strzyg,  teraz  widziałam  na 

własne oczy, że strażnicy perfekcyjnie się do niego przygotowywali. Działali błyskawicznie. 

Nie  minęła  minuta,  a  wszyscy  zjawili  się  w  holu.  Stałam  w  otoczeniu  moich  kolegów 

nowicjuszy i przyglądałam się starszym. Byli niezwykle zdyscyplinowani. Zorientowałam się, 

że  nie  widzę  dampirów  z  mojego  roku.  Oczywiście,  odbywali  przecież  ćwiczenia  polowe  i 

towarzyszyli  swoim  podopiecznym.  Poczułam  ulgę.  Dormitoria  dla  morojów  zyskały 

dodatkową ochronę. 

W każdym razie dotyczyło to sypialni nastolatków. Młodsze dzieci zostały bez opieki. 

To  znaczy  miały  osłonę  w  postaci  krat,  podobnie  jak  dormitorium  dla  dampirów,  jednak 

wiedziałam,  że  to  nie  powstrzyma  napastników.  Do  tej  pory  nikt  nie  zadbał  o  dodatkowe 

zabezpieczenia. Nie było takiej potrzeby, skoro chroniły nas magiczne tarcze. 

Pojawiła  się  Alberta  i  zaczęła  rozsyłać  patrole.  Część  strażników  miała  obstawić 

budynki.  Zwiadowcy  wyruszyli  na  poszukiwanie  strzyg  na  zewnątrz.  Musieliśmy  wiedzieć, 

background image

ile ich jest. Grupka opiekunów topniała i wreszcie odważyłam się stanąć przed Albertą. 

- Co mamy robić? - spytałam. 

Kobieta otaksowała nas jednym rzutem oka. Zebrani nowicjusze pochodzili z niższych 

klas.  Znalazło  się  też  kilku  czternastolatków,  a  reszta  była  niewiele  młodsza  ode  mnie. 

Strażniczka posmutniała. 

-  Zostańcie  w  dormitorium  -  powiedziała.  Pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  wam 

wychodzić.  Wróćcie  na  swoje  piętra.  Spotkacie  tam  strażników,  którzy  podzielą  was  na 

grupy.  Nie  sądzę,  żeby  strzygom  udało  się  wedrzeć  na  górę.  Jeśli  wejdą  tutaj…  -  Alberta 

rozejrzała się po holu. Wszystkie okna i drzwi były strzeżone. Kobieta potrząsnęła głową. - 

Cóż, poradzimy sobie. 

- Mogę wam pomóc - odezwałam się. - Wiesz, co potrafię. 

Wiedziałam, że zamierzała odrzucić moją propozycję, lecz zmieniła zdanie. Ku memu 

zaskoczeniu kiwnęła głową. 

- Zabierz ich na górę i miej na oku. 

Chciałam  zaprotestować,  że  nie  jestem  niańką,  ale  wtedy  Alberta  sięgnęła  do 

wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjęła srebrny sztylet. Prawdziwy. 

-  Idźcie już -  rzekła,  podając mi broń. -  Lepiej,  żeby stąd zniknęli. Obróciłam  się na 

pięcie, lecz coś mi się przypomniało. 

- Co znaczy buria? - spytałam. 

- Burza - odparła miękko. - Buria to po rosyjsku burza. 

Poprowadziłam  nowicjuszy  na  górę,  odsyłając  ich  kolejno  na  piętra.  Większość,  co 

zrozumiałe,  była  przerażona.  Kilkoro  starszych  jednak  rwało  się  do  walki.  Chcieli  pomóc. 

Byli ode mnie młodsi zaledwie o rok i z pewnością dobrze wyszkoleni. Odciągnęłam ich na 

bok. 

- Postarajcie się uspokoić kolegów - poleciłam półgłosem. - Bądźcie czujni. Jeśli coś 

się stanie starszym strażnikom, będziecie musieli podjąć walkę. 

Patrzyli  w  powagą.  Wiedziałam,  że  doskonale  rozumieją  sytuację.  Niektórzy 

nowicjusze, tacy jak Dean, nadal nie potrafili ocenić zagrożenia, lecz większość wykazała się 

dojrzałością. My, dampiry, dorastamy szybciej. 

Postanowiłam  zostać  na  pierwszym  piętrze,  ponieważ  tam  mogłam  być  najbardziej 

potrzebna. Gdyby strzygom udało się przedrzeć przez parter, to tutaj znajdował się następny 

szaniec.  Pokazałam  sztylet  wartownikom  i  przekazałam  im  polecenie  Alberty.  Byli  jej 

posłuszni,  lecz  widziałam,  że  nie  chcieli  mnie  angażować.  Skierowano  mnie  do  wykuszu 

najmniejszego  z  okien,  gdzie  mogła  zmieścić  się  jedynie  osoba  mojego  wzrostu.  Istniało 

background image

niewielkie ryzyko, że ktoś wejdzie po murze, lecz podporządkowałam się. 

Wciąż nie nadchodziły  wiadomości  z  zewnątrz. Zachodziłam  w głowę, jak duża jest 

banda  strzyg  i  gdzie  się  ukrywają.  Pomyślałam,  że  jest  sposób,  by  się  tego  dowiedzieć. 

Postanowiłam wyciszyć myśli i przeniknąć do umysłu Lissy. 

Moja przyjaciółka została odesłana z grupą morojów na wyższe piętro. Zastosowali się 

do obowiązujących reguł bezpieczeństwa, lecz wyczułam, że są niespokojni. My, nowicjusze, 

potrafilibyśmy się obronić przed strzygami; wampiry czuły się bezbronne. Ostatnio podnosiły 

się  wprawdzie  głosy  o  potrzebnie  szkolenia  ochotników  do  walki,  ale  nie  podjęto  żadnych 

decyzji w tej sprawie. 

Eddie nie odstępował Lissy. Wyglądał tak mężnie i groźnie, jakby mógł w pojedynkę 

pokonać wszystkie bestie. Cieszyłam się, że to właśnie jemu powierzono nad nią opiekę. 

Przebywając  świadomością  w  jej  głowie,  mogłam  odbierać  wszystko,  co  czuła, 

myślała  i  robiła.  Teraz,  wobec  zagrożenia,  prawie  zapomniała  o  torturach,  jakie  zadała 

Jessemu. Była przerażona. Czułam jednak, że nie boi się o siebie. Myślała przede wszystkim 

o mnie i Christianie. 

-  Rose  jest  bezpieczna  -  usłyszałam  czyjś  głos.  Lissa  odwróciła  głowę  i  zobaczyła 

Adriana.  Nie  wiedziałam,  że  mieszka  w  dormitorium.  Uśmiechał  się  jak  zwykle,  lecz 

dostrzegłam strach w jego zielonych oczach. - Da sobie radę ze wszystkimi strzygami świata. 

Poza tym Christian mówił, że poszła z Bielikowem. Nie musimy się o nią martwić. 

Lissa kiwnęła głową. Bardzo chciała mu wierzyć. 

- Ale Christian… 

Adrian  odwrócił  wzrok.  Nie  potrafił  jej  spojrzeć  w  oczy  ani  wypowiedzieć 

uspokajających słów. Nie potrzebowałam wyjaśnień, odczytałam myśli przyjaciółki. Oboje z 

Christianem  próbowali  się  urwać,  żeby  porozmawiać  spokojnie  o  tym,  co  zaszło  w  lesie. 

Umówili się w swoim „gniazdku” na poddaszu kaplicy. Lissa miała szczęście, że zawrócono 

ją z drogi przed napaścią. Christian wciąż pozostawał na zewnątrz. 

Nieoczekiwanie Eddie znalazł odpowiednie słowa. 

-  Jeśli  dotarł  do  kaplicy,  to  jest  w  najbezpieczniejszym  miejscu  na  świecie,  przecież 

strzygi nie wchodzą na poświęconą ziemię. 

- Pod warunkiem że nie zechcą spalić świątyni - zauważyła ponuro. - Już tak bywało. 

-  Czterysta  lat  temu  -  żachnął  się  Adrian.  -  Myślę,  że  wybiorą  łatwiejszy  łup.  Nie 

żyjemy w średniowieczu. 

Lissa zwiesiła głowę po słowach „łatwiejszy łup”. Wiedziała, że Eddie miał rację co 

do  kaplicy,  lecz  nie  umiała  odsunąć  od  siebie  myśli  o  Christianie,  który  mógł  zostać 

background image

schwytany po drodze. Dręczył ją strach, a nie było sposobu, by dowiedzieć się czegoś więcej. 

Wróciłam  do  swojego  ciała.  Dopiero  teraz  pojęłam  znaczenie  słów  Dymitra.  Twierdził,  że 

powinnam  nauczyć  się  pilnować  osoby,  z  którą  nie  łączyła  mnie  psychiczna  więź.  Nie 

zrozumcie  mnie  źle,  nadal  martwiłam  się  o  Lissę.  Zależało  mi  na  niej  bardziej  ni  na 

wszystkich  morojach  razem  wziętych.  Pewnie  uspokoiłabym  się,  gdyby  moja  przyjaciółka 

znajdowała się bardzo daleko stąd, strzeżona przez magiczne tarcze i straż. Wiedziałam, że na 

razie jest bezpieczna, a to już coś. 

Lecz Christian…Nie miałam pojęcia, co się z nim dzieje. Nie wiedziałam, gdzie jest 

ani czy żyje. O tym mówił Dymitr. Ta sytuacja mnie przeraziła. 

Wpatrywałam  się  w  okno  niewidzącym  wzrokiem.  Chłopak  był  na  zewnątrz.  To  ja 

miałam się nim opiekować. Ćwiczenia polowe były wprawdzie fingowane, ale to niczego nie 

zmieniało. Christian jest morojem i znalazł się w niebezpieczeństwie. Powierzono mi opiekę 

nad nim, a oni są przecież najważniejsi. 

Wzięłam  głęboki  oddech.  Nie  mogłam  się  zdecydować.  Otrzymałam  rozkaz,  a 

strażnicy powinni słuchać poleceń. Żyliśmy w ciągłym zagrożeniu i tylko dyscyplina mogła 

zapewnić  nam  bezpieczeństwo.  Bunt  groził  czyjąś  śmiercią.  Mason  był  tego  dobitnym 

przykładem. 

Znajdowaliśmy  się  w  pułapce.  Magiczna  ochrona  zawiodła,  szkoła  przestała  być 

bezpiecznym  miejscem.  Musieliśmy  pokonać  strzygi,  a  nawet  nie  mieliśmy  pojęcia,  ile  ich 

wtargnęło  na  nasz  teren.  Zlecono  mi  wartę  przy  oknie,  żebym  nie  plątała  się  pod  nogami. 

Istniało,  rzecz  jasna,  ryzyko,  że  bestie  spróbują  przedostać  się  do  środka  właśnie  tą  drogą, 

choć to mało prawdopodobne. Nie sądziłam, by usiłowały wspiąć się po murze. Poza tym, jak 

zauważył Adrian, miały w zasięgu łatwiejszą zdobycz. 

Za to ja mogłabym wyjść przez okno. 

Wiedziałam,  że  postępuję  źle.  Czułam  to,  kiedy  je  otwierałam.  Narażałam  siebie  i 

innych, lecz uznałam, że są ważniejsze sprawy. Moje zadanie to chronić morojów. 

Musiałam się upewnić, że Christian jest bezpieczny. 

Poczułam  powiew  chłodnego  powietrza.  Z  zewnątrz  nie  dochodził  żaden  dźwięk. 

Wychodziłam przez okno wiele razy i miałam już pewne doświadczenie. Napotkałam jednak 

przeszkodę w postaci idealnie gładkiego muru pod parapetem. Nie miałam się czego chwycić. 

Niewielka półka znajdowała się na wysokości parteru. Nie dosięgłabym jej, a nie mogłam po 

prostu  zeskoczyć.  Z  drugiej  strony,  gdyby  udało  mi  się  jakimś  cudem  oprzeć  stopy  na  tej 

półce,  mogłabym  przesunąć  się  za  węgieł  budynku  i  zejść  na  ziemię  po  kamieniach 

wystających z muru. 

background image

Patrzyłam  w  dół,  kombinując,  jak  przeprowadzić  swój  zamiar.  Jeśli  spadnę,  bez 

wątpienia złamię kark. Będę łatwą zdobyczą dla strzyg. Pomodliłam się w duchu do pierwszej 

istoty,  która  mogła  mnie  wysłuchać,  i  trzymając  się  oburącz  parapetu,  pozwoliłam  ciału 

zawisnąć  w  powietrzu.  Od  półki  dzieliło  mnie  jakieś  pół  metra.  Policzyłam  do  trzech  i 

puściłam  parapet.  Moje  stopy  dotknęły  krawędzi  półki,  zachwiałam  się,  lecz  w  sukurs 

przyszły mi wyostrzone  zmysły dampira.  Odzyskałam równowagę i  objęłam  ścianę rękami. 

Udało się. Z tego miejsca mogłam bez trudu przesunąć się za węgieł i zejść na ziemię. 

Ledwie  zauważyłam,  że  podrapałam  dłonie.  Na  dziedzińcu  panowała  cisza,  tylko  z 

oddali  dobiegały  mnie  czyjeś  krzyki.  Gdybym  była  strzygą,  nie  zaglądałabym  do  tego 

dormitorium. Wprawdzie bestie miały znaczną przewagę w walce z nowicjuszami, ale mogły 

skorzystać  z  łatwiejszej  drogi.  Moroje  nie  umieli  się  bronić.  Poza  tym  ich  krew  była 

rarytasem dla strzyg. 

Rozglądając się na wszystkie strony, ruszyłam w kierunku kaplicy. Szłam pod osłoną 

ciemności, lecz strzygi mają wzrok lepszy niż dampiry. Chowałam się za drzewami, żałując, 

że nie mam oczu z tyłu głowy. Nie dostrzegałam zagrożenia, tylko raz po raz dobiegały mnie 

krzyki  z  oddali.  W  pewnym  momencie  zorientowałam  się,  że  nie  czuję  już  mdłości.  To 

uczucie było oznaką bliskości upiorów. Nie mogłam mu zaufać całkowicie, lecz poczułam się 

raźniej. 

W  połowie  drogi  zobaczyłam  sylwetkę  wynurzającą  się  zza  drzewa.  Błyskawicznie 

sięgnęłam po sztylet i niewiele brakowało, a ugodziłabym Christiana prosto w serce. 

- Na litość boską, co ty wyprawiasz? - syknęłam. 

- Wracam do dormitorium - odparł. - Co się dzieje? Słyszałem jakieś wrzaski. 

- Strzygi wtargnęły na teren szkoły - wyjaśniłam. 

- Co takiego? Jak? 

-  Pojęcia  nie  mam.  Wracaj  do  kaplicy.  Tam  będziesz  bezpieczny.  -  Od  świątyni 

dzieliła nas niewielka odległość. 

Znając  ośli  upór  Christiana,  spodziewałam  się  sprzeciwu,  ale  chłopak  posłusznie 

skinął głową. 

- Dobrze. Pójdziesz ze mną? Już miałam przytaknąć, kiedy ogarnęły mnie mdłości. 

- Padnij! - wrzasnęłam. Posłuchał bez wahania. 

Zaatakowały nas dwie strzygi. Szły prosto na mnie, wiedząc, że muszą mnie pokonać, 

by  zająć  się  morojem.  Jedna  z  nich  cisnęła  mną  o  drzewo.  Zamroczyło  mnie  trochę,  lecz 

natychmiast się otrząsnęłam i oddałam cios. Odnotowałam z satysfakcją, że bestia zachwiała 

się na nogach. Drugi napastnik - mężczyzna - natarł na mnie z furią, ale zdążyłam zrobić unik. 

background image

Przypominali  Izajasza  i  Elenę  ze  Spokane,  lecz  nie  była  to  odpowiednia  pora  na 

wspominki.  Strzygi  przewyższały mnie wzrostem,  jednak kobieta miała drobniejszą budowę 

ciała. Udałam, że koncentruję się na jej towarzyszu, ale skoczyłam na nią i zagłębiłam ostrze 

sztyletu w sercu. Ten manewr zaskoczył nas obie. Pokonałam pierwszą strzygę tej nocy. 

Ledwo zdążyłam wyszarpnąć broń, bo już zbliżał się drugi napastnik, szczerząc kły. 

Zachwiałam się nieco, lecz utrzymałam równowagę. Był wyższy i silniejszy. Przypomniałam 

sobie  niedawne  starcie  z  Dymitrem  i  pomyślałam,  że  strzyga  okaże  się  również  znacznie 

szybsza  ode  mnie.  Okrążaliśmy  się  powoli.  W  pewnej  chwili  skoczyłam  w  górę  i 

wymierzyłam  mu  solidnego  kopniaka.  Nawet  tego  nie  poczuł.  Zaatakował,  a  ja  znów 

wykonałam  unik,  wypatrując  jednocześnie  nieosłoniętego  miejsca  na  jego  ciele,  które 

mogłabym ugodzić bronią. Znowu zaatakował, nie zostawiając mi czasu do namysłu. Powalił 

mnie na ziemię i unieruchomił mi ramiona. Usiłowałam go zepchnąć, lecz bez skutku. Ślina 

kapała mu z kłów, kiedy zbliżył swój obrzydliwy pysk do mojej twarzy. Nie tracił czasu na 

głupie przemowy jak Izajasz. Miał jeden cel - zabić i napić się naszej krwi. Czułam drapanie 

jego kłów na skórze. Pomyślałam, że za chwilę umrę. Okropne uczucie. Tak bardzo chciałam 

żyć…  Zbliżał  się  koniec.  Zebrałam  resztki  sił,  żeby  nakazać  Christianowi  ucieczkę,  i  w  tej 

samej  chwili  strzyga  rozjarzyła  się  nade  mną  jak  pochodnia.  Odchyliła  się  przy  tym,  a  ja 

błyskawicznie wysunęłam się spod jej ciała. 

Ogień  trawił  bestię,  pozbawiając  ją  kształtu.  Krzyczała  zduszonym  głosem,  a  potem 

umilkła. Przez chwilę wiła się jeszcze na ziemi. Ogień płonął tak długo, aż pozostała po niej 

tylko kupka prochu. Potem zgasł. 

Wpatrywałam  się  w  to  miejsce  bez  słowa.  Jeszcze  przed  chwilą  szykowałam  się  na 

śmierć.  Tymczasem  zginął  mój  prześladowca.  Tak  niewiele  brakowało.  Życie  i  śmierć 

przeplatają  się  ze  sobą.  Żyliśmy,  nie  wiedząc,  co  się  wydarzy,  kto  i  kiedy  odejdzie  z  tego 

świata. Tym razem udało się mnie. Kiedy podniosłam głowę znad prochów bestii, wszystko 

wokół  wydało  się  zachwycające  i  piękne.  Drzewa.  Gwiazdy.  Księżyc.  Ocalałam  i  byłam 

szczęśliwa. 

Odwróciłam się do Christiana, który przywarł do ziemi. 

- Brawo - powiedziałam, pomagając mu wstać. Zawdzięczałam mu życie. 

- Cholera - mruknął pod nosem. - Nie wiedziałem, że mam taką moc. - Rozejrzał się 

niespokojnie. - Jest ich więcej? 

- Nie - odparłam. 

- Skąd ta pewność? 

-  Pewnie  zabrzmi  to  dziwnie,  ale  zaczęłam  je  wyczuwać.  Nie  pytaj  jak  -  dodałam, 

background image

widząc, że rozdziawił usta. - Po prostu wiem, kiedy są w pobliżu. Podobnie jest z duchami. 

Pewnie zawdzięczam to pocałunkowi cienia. Nieważne. Wracajmy do kaplicy. 

Christian nie ruszył się z miejsca. Widziałam, że coś mu chodzi po głowie. 

- Rose… Naprawdę chcesz się zaszyć w kościele? 

- A co? 

- Właśnie pokonaliśmy dwie strzygi - powiedział, wskazując na miejsce walki. 

Spojrzeliśmy  sobie  w  oczy  i  dopiero  dotarło  do  mnie,  co  miał  na  myśli.  Ja 

wyczuwałam  bliskość  bestii,  a  on  potrafił  je  palić.  Miałam  też  sztylet.  Jeśli  nie  napotkamy 

większej bandy, możemy wiele zdziałać. Ale dopadła mnie inna myśl. 

- Nie wolno mi cię narażać… 

- Rose. Dobrze wiesz, na co nas stać. Widzę to w twoich oczach. Warto zaryzykować 

życie jednego moroja - i cóż, twoje również - żeby zlikwidować bandę strzyg. 

Miałam  narazić  życie  moroja.  Zabierać  go  ze  sobą  na  walkę  ze  strzygami.  Nie  tego 

mnie  uczono.  Wciąż  żyłam.  Mogłam  ocalić  wiele  osób.  Musiałam  ich  ratować.  Podjęłam 

decyzję. 

-  Staraj  się  oszczędzać  moc  -  nakazałam.  -  Nie  musisz  ich  spalać  w  mgnieniu  oka. 

Wystarczy, że odciągniesz napastnika,  a ja  go dobiję. W ten sposób  wystarczy  ci  energii na 

dłużej. 

Uśmiechnął się tylko. 

- Idziemy na polowanie? 

A  niech  to.  Pakowałam  się  w  nieliche  kłopoty.  Mimo  to  ogarnęło  mnie  podniecenie. 

Chciałam  walczyć,  chronić  tych  których  kochałam.  W  pierwszej  chwili  pomyślałam,  że 

wrócimy do dormitorium, żeby być blisko Lissy. Zaraz się jednak zmitygowałam. Ona miała 

ochronę, podczas gdy innym groziło niebezpieczeństwo. Przypomniałam sobie Jill. 

- Biegniemy do podstawówki - rzuciłam. 

Ruszyliśmy okrężną drogą w nadziei, że nie napotkamy strzyg. Wciąż nie wiedziałam, 

jak  liczna  jest  banda,  i  myśl  o  tym  doprowadzała  mnie  do  szaleństwa.  Zbliżaliśmy  się  do 

szkoły podstawowej, kiedy znów poczułam mdłości. Krzyknęłam ostrzegawczo, lecz strzyga 

już  schwytała  Christiana.  Ozera  zareagował  błyskawicznie.  Głowa  bestii  stanęła  w 

płomieniach. Wrzasnęła i puściła go, rozpaczliwie machając ramionami. Nie zauważyła, jak 

podeszłam z obnażonym sztyletem. Wszystko trwało minutę. Wymieniliśmy spojrzenia. 

Tak. Razem mogliśmy dokonać cudów. 

Na dziedzińcu szkoły wrzało. 

Przed  wejściem  do  jednego  z  dormitoriów  rozgorzała  walka.  Przeraziłam  się. 

background image

Naliczyłam  około  dwudziestu  strzygi  o  połowę  mniejszą  liczbę  strażników.  Bestie 

zaatakowały  wielką  siłą.  Do  niedawna  nikomu  nie  przychodziło  do  głowy,  że  mogą  się 

sprzymierzyć.  Uznaliśmy,  że  udało  nam  się  rozbić  ich  bandę,  kiedy  zabiłam  Izajasza. 

Myliliśmy się. 

Nie traciłam czasu na rozmyślanie. Oboje z Christianem rzuciliśmy się w wir walki. 

Emil  bronił  się  przed  bocznymi  drzwiami  budynku.  Nacierały  na  niego  trzy  bestie. 

Czwarta leżała u jego stóp. Chłopak był ranny. Ruszyłam z odsieczą. Strzyga nie zauważyła 

mnie i położyłam ją jednym ciosem. Miałam szczęście. Jednocześnie Christian podpalił dwie 

pozostałe. Emil był zaskoczony, lecz dobił jedną, a ja zajęłam się drugą. 

-  Nie  powinnaś  go  angażować  -  powiedział,  kiedy  ruszyliśmy  na  pomoc  jednemu  ze 

strażników. - Pole walki to nie miejsce dla morojów. 

- Przeciwnie. Powinniśmy się włączyć dawno temu - rzucił Christian przez zaciśnięte 

zęby. 

Nie  było  czasu  na  rozmowy.  Pamiętam  to  jak  przez  mgłę.  Oboje  z  Christianem 

walczyliśmy bez wytchnienia, łącząc jego magiczną moc z uderzeniami mojego sztyletu. Nie 

każda  potyczka  kończyła  się  szybko.  Staczaliśmy  długie  i  wyczerpujące  bitwy.  Emil  nam 

towarzyszył. Po pewnym czasie przestałam liczyć zabijane bestie. 

- Znam cię. 

Zaskoczyły  mnie  te  słowa.  Podczas  walki  rzadko  można  usłyszeć  czyjś  głos. 

Zorientowałam się, że mam do czynienia ze strzygą. Bestia wyglądała młodo, jak ktoś mniej 

więcej  w  moim  wieku,  lecz  musiała  być  dziesięć  razy  starsza.  Jasne  włosy  sięgały  jej  do 

ramion, nie widziałam koloru oczu otoczonych czerwoną obwódką. 

Zamachnęłam  się  sztyletem  w  odpowiedzi,  lecz  zdołała  się  wywinąć.  Christian 

kierował właśnie płomienie na kilku przeciwników jednocześnie, więc byłam zdana na siebie. 

- Zmieniłaś się, ale pamiętam cię. Spotkaliśmy się przed laty, zanim się przebudziłem. 

Nie  mógł  być  dziesięć  razy  starszy  ode  mnie,  skoro  poznałam  go  jako  moroja. 

Pomyślałam, że rozmowa osłabi jego czujność. Okazał się szybki jak na początkującą strzygę. 

-  Zawsze  towarzyszyłaś  jasnowłosej  córce  Dragomirów.  -  Kopnęłam  go  i  zdążyłam 

cofnąć nogę, zanim ją złapał. Nawet  się nie zachwiał. - Chcieli, byś została jej strażniczką, 

prawda? Potem zginęli. 

- Jestem jej strażniczką - warknęłam, niemal zahaczając ostrzem o jego skórę. 

-  Więc  nadal  żyje…  Słyszałem,  że  zginęła  w  zeszłym  roku…  -  Wychwyciłam 

podniecenie  w  jego  głosie  i  się  wzdrygnęłam.  -  Nie  wyobrażasz  sobie,  jaka  nagroda  czeka 

tego, kto zabije przedstawicielkę rodu Dragomirów. Ach! 

background image

Zdołał  uniknąć  ciosu  w  pierś,  lecz  ostrze  rozcięło  mu  twarz.  Nie  zabiłam  go  tym 

uderzeniem,  ale  sztylet  przepełniony  magią  życia  musiał  podziałać  jak  żrący  kwas  na  jego 

skórę. Bestia krzyknęła, jednak nie przestała się bronić. 

- Wrócę po ciebie, kiedy ją wykończę! - usłyszałam na pożegnanie. 

- Nawet się do niej nie zbliżysz - zawołałam za nią. 

Poczułam  uderzenie  w  bok.  Otarła  się  o  mnie  inna  strzyga  walcząca  z  Jurijem. 

Potknęłam  się,  ale  zdążyłam  unieść  sztylet  i  przebiłam  jej  serce.  Jurij  podziękował  mi 

zdyszanym głosem i pobiegł dalej. Szukałam wzrokiem jasnowłosej strzygi, lecz na próżno. 

Na  drodze  stanęła  mi  inna  bestia,  ale  w  tej  chwili  pojawił  się  Christian  i  strzyga  stanęła  w 

płomieniach. Pokonałam ją bez trudu. 

- Christian, tamten… 

- Słyszałem wszystko. 

- Musimy do niej biec! 

-  To  prowokacja.  Lissę  w  dormitorium  strzegą  nowicjusze  i  opiekunowie.  Jest 

bezpieczna. 

- Ale… 

- Tu jesteśmy bardziej potrzebni. 

Miał rację. Wiedziałam, ile kosztowało go podjęcie tej decyzji. On też chciał biec do 

Lissy.  Christian  doskonale  radził  sobie  w  walce,  lecz  czułam,  że  wolałby  poświęcić  całą 

energię  dziewczynie,  otoczyć  ją  pierścieniem  ognia,  przez  który  nie  przedarłaby  się  żadna 

strzyga. Nie miałam czasu, żeby skoncentrować się na uczuciach płynących przez naszą więź, 

ale wiedziałam, że moja przyjaciółka żyje i nie cierpi. 

Walczyliśmy  dalej,  Jurij  przyłączył  się  teraz  do  Christiana  i  do  mnie.  Poza  tym 

miałam  tylko  jeden  cel:  zabijać  strzygi.  Nie  mogłam  pozwolić,  żeby  wdarły  się  do 

dziecięcego dormitorium ani by umknęły. Mogłyby wówczas zaatakować pomieszczenia dla 

starszych morjów. Straciłam poczucie czasu. Liczyła się tylko walka. Zabijałam metodycznie, 

kładąc bestie jedną po drugiej. 

I nagle skończyło się. 

Byłam obolała oraz wyczerpana, słyszałam obok ciężki oddech Christiana. Nie używał 

siły  fizycznej,  ale  korzystanie  z  magicznej  mocy  bardzo  go  osłabiło.  Słaniał  się  na  nogach. 

Rozejrzałam się wokół. 

- Szukajmy następnych - powiedziałam. 

- To koniec - odparł znajomy głos. 

Obejrzałam  się  i  zobaczyłam  Dymitra.  Żył.  Dopiero  teraz  uświadomiłam  sobie,  jak 

background image

bardzo się o niego bałam. Miałam ochotę rzucić mu się w ramiona, przycisnąć go do siebie 

tak mocno, jak to możliwe. Poraniony i posiniaczony, ale żył. 

Spotkaliśmy  się  wzrokiem  na  krótką  chwilę.  Powróciło  do  mnie  wspomnienie 

wartowni  w  lesie.  Miałam  wrażenie,  że  znaleźliśmy  się  tam  przed  stu  laty,  lecz  w  oczach 

strażnika  dostrzegłam  miłość  i  troskę.  Widziałam  w  nich  również  ulgę.  On  tez  się  o  mnie 

martwił.  Dymitr  obrócił  się  lekko  i  wskazał  ręką  niebo  na  wschodzie.  Powędrowałam 

wzrokiem za jego gestem. Linia horyzontu tonęła w różu i czerwieni. 

Wchodziło słońce. 

- Zginęły albo uciekły - oznajmił, patrząc gdzieś między mną a Christianem. - To, co 

zrobiliście… 

- Było głupie? - podsunęłam. Dymitr potrząsnął głową. 

-  To  najbardziej  zadziwiająca  rzecz,  jaką  widziałem.  Zlikwidowaliście  połowę 

napastników. 

Spojrzałam za  siebie  i  ze  zdumieniem  odkryłam  martwe  ciała  leżące  na  ziemi.  Było 

ich  bardzo  dużo.  Dokonaliśmy  tego  wspólnie  z  Christianem.  Śmierć  i  zabijanie  są 

koszmarem.  Nie  mieliśmy  jednak  wyboru.  Walczyłam  z  napastnikami,  którzy  przybyli,  by 

zamordować mnie i moich bliskich. 

Poczułam  ucisk  w  żołądku,  lecz  nie  przypominało  to  uczucia  zapowiadającego 

bliskość strzyg. Nie rozumiałam, co ono znaczy. Popatrzyłam na Dymitra. 

- Wyczuwam tu coś więcej niż ciała strzyg - powiedziałam niepewnie. 

- Wiem - odparł. - Straciliśmy wiele osób w każdym znaczeniu tego słowa. 

Christian zmarszczył czoło. 

- Co masz na myśli? Twarz Dymitra stężała. 

- Strzygi zamordowały kilkoro morjów i dampirów - odparł ze smutkiem. - Lecz część 

osób zabrały ze sobą. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY 

ZAMORDOWANI LUB PORWANI. 

Jakby  nie  wystarczyło,  że  strzygi  wtargnęły  na  teren  szkoły,  zabijając  morojów  i 

dampiry,  to  jeszcze  porwały  kilka  osób.  Wiedzieliśmy,  że  takie  rzeczy  się  zdarzają.  Bestie 

nasyciły  głód  świeżą krwią i  zadbały o pożywienie na później. Uprowadzeni  posłużą im za 

przekąski. Zdarzało się i tak, że znaczniejsze strzygi nie napadały na ofiary, lecz wysyłały w 

tym  celu  swoje  sługi,  które  doprowadzały  nieszczęśników  przed  ich  oblicze.  Część 

porwanych  przemieniało  się  w  strzygi.  Nie  znaliśmy  powodów  zniknięcia  mieszkańców 

Akademii, zakładaliśmy jednak, że wciąż żyją. 

Wszyscy  uczniowie,  moroje  i  dampiry,  zebrali  się  w  jednym  budynku,  który  został 

wcześniej  przeszukany.  Byliśmy  tam  bezpieczni.  Towarzyszyli  nam  nauczyciele  moroje, 

podczas gdy nasi strażnicy badali teren i oceniali straty. Bardzo chciałam im pomagać, lecz 

dano mi wyraźnie do zrozumienia, że zrobiłam aż nadto. Musiałam czekać, dzieląc niepokój z 

kolegami. Niespodziewany atak wciąż wydawała mi się nierzeczywisty. Jak do tego doszło? 

Przecież znajdowaliśmy się pod ochroną. Powtarzano nam to do znudzenia. Wierzyłam w to. 

Dzięki tej gwarancji bezpieczeństwa moroje spędzali w Akademii długie lata bez sprzeciwu 

ze strony swoich rodzin. Dzieci były tu bezpieczne. 

Okazało się, że tak nie jest. 

Strażnicy  wrócili  z  raportami  już  po  kilku  godzinach,  lecz  nam  wydawało  się,  że 

czekaliśmy  cały  dzień.  Liczba  ofiar  budziła  przerażenie.  Zginęło  piętnastu  morojów  i 

dwunastu  strażników.  Ponadto  strzygi  uprowadziły  trzynastoosobową  grupę  złożoną  z 

morojów i dampirów. 

Stwierdzono, że banda liczyła około pięćdziesięciu osobników. Ta liczba przekraczała 

nasze  najśmielsze  wyobrażenia.  Zwiadowcy  znaleźli  dwadzieścia  osiem  ciał  bestii.  Reszta 

uciekła, zabierając ze sobą jeńców. 

Biorąc  pod  uwagę  liczbę  strzyg,  nasze  straty  można  ocenić  jako  niewielkie. 

Zawdzięczaliśmy  to  kilku  czynnikom.  Po  pierwsze,  zostaliśmy  wcześnie  ostrzeżeni. 

Przybiegłam  do  Stana  w  chwilę  po  tym,  jak  banda  wtargnęła  na  teren  szkoły.  Natychmiast 

zamknięto  wszystkie  wejścia  do  budynków,  co  było  możliwe,  bo  większość  uczniów 

przebywała w środku, szykując się już do ciszy nocnej. 

Ofiarami  ataku, zamordowanymi lub  porwanymi, zostali tylko  moroje znajdujący się 

wówczas na zewnątrz. 

background image

Strzygi w ogóle nie dotarły do dormitoriów dla najmłodszych uczniów, jak zauważył 

Dymitr,  zawdzięczano  mnie  i  Christianowi.  Udało  im  się  jednak  wtargnąć  do  budynku 

dormitorium  morojów,  w  którym  przebywała  Lissa.  Wprawdzie  czułam  przez  więź,  że  jest 

bezpieczna, lecz moje myśli wciąż wracały do jasnowłosej strzygi, która groziła, że wykończy 

ród  Dragomirów.  Zniknęła  bez  śladu.  Napastnicy,  którzy  wdarli  się  do  dormitorium,  zostali 

szybko zatrzymani, lecz nie obeszło się bez ofiar. 

Zaginął Eddie. 

- Jak to?! - krzyknęłam, kiedy Adrian mi powiedział. 

Siedzieliśmy przy posiłku, nie wiem już jakim, bo straciłam rachubę czasu. W jadalni 

panowała  niemal  zupełna  cisza,  przerywana  od  czasu  do  czasu  uwagami,  szeptem 

wymienianymi  przy  stolikach.  Uczniowie  mogli  opuszczać  dormitoria  tylko  w  porze 

posiłków.  Zostałam  zaproszona  na  odprawę  strażników.  Do  tego  czasu  nie  wolno  mi  było 

opuszczać przyjaciół. 

- Przecież był z wami -  powiedziałam, patrząc na Lissę z wyrzutem. - Widziałam go 

twoimi oczami. 

Podniosła wzrok znad talerza. Nic nie zjadła, była smutna i blada. 

-  Kiedy  wdarły  się  strzygi,  Eddie  zbiegł  na  dół  z  kilkoma  nowicjuszami.  Chcieli 

pomóc strażnikom. 

-  Nie  znaleziono  jego  ciała  -  dodał  Adrian  ponurym  tonem.  -  Na  pewno  został 

porwany. 

Christian westchnął, opierając się na krześle. 

- Równie dobrze możemy go już uznać za martwego. 

W  tej  chwili  jadalnia  znikła  mi  z  oczu.  Nie  widziałam  już  przyjaciół.  Wróciłam  do 

piwnicy w Spokane, gdzie nas przetrzymywano. Strzygi torturowały Eddiego, o mało go nie 

zabiły. To zupełnie go odmieniło. Stał się wzorowym nowicjuszem. Doskonale radzi sobie w 

walce, lecz bezpowrotnie utracił dawną beztroskę i poczucie humoru. 

A teraz wszystko się powtarzało. Walczył w obronie Lissy oraz pozostałych morojów, 

ryzykował życiem. I został schwytany. Nie było mnie wówczas w pobliżu, jednak czułam się 

odpowiedzialna,  jakbym  miała  obowiązek  się  nim  opiekować.  Byłam  to  winna  Masonowi. 

Mason.  Zginął na moich oczach. Jego duch nie pojawił się od  momentu, gdy mnie ostrzegł. 

Wtedy,  w  Spokane,  nie  zdołałam  go  ocalić,  a  teraz  straciłam  również  jego  najlepszego 

przyjaciela. 

Zerwałam  się  z  krzesła,  odsuwając  tacę  z  jedzeniem.  Znów  ogarnęła  mnie  mroczna 

furia.  Jeśli  strzygi  czają  się  w  pobliżu,  spalę  ja  na  proch  i  nie  potrzebuję  do  tego  magii 

background image

Christiana. 

- Co się stało? - spytała Lissa. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. 

-  Pytasz,  co  się  stało?  Nie  wiesz?  Jak  możesz  zadawać  takie  pytania?  -  Mój  głos 

rozniósł się echem po jadalni. Wszyscy patrzyli na nas. 

-  Rose,  przecież  wiesz,  co  Lissa  miała  na  myśli.  -  Adrian  zachował  nienaturalny 

spokój. - Wszyscy jesteśmy zdenerwowani. Usiądź. To minie. 

Omal  go  nie  posłuchałam.  Otrząsnęłam  się  jednak.  Moroj  użył  wpływu,  żeby  mnie 

uciszyć. Wkurzyłam się. 

- Nic nie minie. Trzeba działać. 

-  Nie  możemy  nic  zrobić  -  odezwał  się  Christian.  Lissa  milczała,  zraniona  moim 

atakiem. 

- To się okaże - odparłam. 

- Zaczekaj - zawołała za mną. Martwiła się o mnie. Poza tym była przestraszona. Bała 

się przede wszystkim o siebie. Działała egoistycznie, usiłując mnie zatrzymać. Do tej pory nie 

odstępowałam jej na krok. Teraz nie mogłam zostać. 

Wybiegłam  z  sali  prosto  na  słońce.  Narada  miała  się  odbyć  dopiero  za  parę  godzin, 

lecz  nie  mogłam  czekać.  Musiałam  z  kimś  porozmawiać.  Ruszyłam  do  budynku  dla 

strażników.  Nie  zauważyłam  osoby  spieszącej  w  tym  samym  kierunku  i  o  mało  jej  nie 

przewróciłam. 

- Rose? Wściekłość ustąpiła miejsca zaskoczeniu. 

- Mama? 

Słynna  strażniczka,  moja  matka,  Janine  Hathaway  stała  pod  drzwiami  dormitorium. 

Wyglądała  tak  samo  jak  wtedy,  gdy  widziałyśmy  się  po  raz  ostatni.  Był  Nowy  Rok.  Miała 

krótkie  rude  loki  i  twarz  ogorzałą  od  słońca.  Zmieniło  się  tylko  jej  spojrzenie.  Stało  się 

posępne i podejrzewam, że znam przyczynę. 

- Co ty tu robisz? - spytałam. 

Opowiedziałam  Deirdre  o  mojej  trudnej  relacji  z  matką.  Właściwie  nie 

kontaktowałyśmy  się  od  lat,  co  nie  powinno  dziwić,  ponieważ  była  strażniczką.  Mimo  to 

czułam  urazę  i  nie  byłam  gotowa  się  do  niej  zbliżyć.  Przyznaję,  że  pomogła  mi  swoją 

obecnością po śmierci Masona i obudziła we mnie nadzieję, iż pewnego dnia się dogadamy, a 

może  nawet  zaprzyjaźnimy.  Tuż  po  Nowym  Roku  wyjechała.  Słyszałam,  że  towarzyszyła 

swojemu podopiecznemu, lordowi Szelskiemu, w podróży do Europy. 

Otworzyła drzwi i weszłyśmy do środka. Matka przybrała swój zwykły oficjalny ton. 

- Postanowiono uzupełnić liczbę strażników. Zostaliśmy poproszeni o wsparcie. 

background image

Uzupełnić  liczbę  strażników.  Uznano,  że  ktoś  musi  zając  miejsce  zamordowanych 

opiekunów. Ciała zostały uprzątnięte, lecz wszyscy odczuwaliśmy brak kolegów. Widziałam 

ich  znajome  twarze,  kiedy  tylko  zamykałam  oczy.  Obecność  matki  podsunęła  mi  pewien 

pomysł. Chwyciłam ją za ramię tak gwałtownie, że spojrzała na mnie z niepokojem. 

- Musimy ruszyć w drogę - powiedziałam. - Możemy jeszcze uwolnić jeńców. 

Matka przyjrzała mi się z uwagą. Zmarszczyła lekko czoło, lecz była to jedyna oznaka 

jej uczuć. 

- Nigdy tak nie postępujemy. Wiesz o tym. Mamy obowiązek chronić pozostałych. 

- Porwano trzynaście osób! Czy one nie zasługują na naszą ochronę? Mówiłaś kiedyś, 

że brałaś udział w akcji ratunkowej. 

Pokręciła głową. 

-  Sytuacja  wyglądała  zupełnie  inaczej.  Wiedzieliśmy,  gdzie  ich  szukać.  Teraz  nie 

mamy szans. 

Miała  rację.  Strzygi  zwykle  zacierały  za  sobą  ślady.  Jednak…  coś  mi  przyszło  do 

głowy. 

- Magiczne osłony zostały już odnowione, prawda? - upewniłam się. 

- Tak, natychmiast. Wciąż nie wiemy, jak udało się je przerwać. Strzygi nie posłużyły 

się srebrnymi sztyletami. 

Zamierzałam przedstawić jej swoją teorię na ten temat, lecz czułam, że nie potraktuje 

poważnie opowieści o spotkaniu z duchem. 

- Nie wiesz, gdzie jest Dymitr? 

Matka machnęła ręką w stronę grupy strażników. Biegali w różne strony. 

-  Na  pewno  jest  zajęty  jak  wszyscy.  Muszę  się  zameldować.  Wiem,  że  zostałaś 

zaproszona na naradę, ale rozpocznie się dopiero za parę godzin. Pozwól im pracować. 

-  Oczywiście,  lecz najpierw muszę porozmawiać z Dymitrem.  To ważne,  może mieć 

wpływ na przebieg narady. 

- A o co chodzi? - spytała podejrzliwie. 

-  Nie  mogę  ci  teraz  wyjaśnić…  To  skomplikowana  sprawa.  Zajęłabym  ci  mnóstwo 

czasu. Pomóż mi go znaleźć, a potem ci wszystko opowiem. 

Matka  nie  była  uszczęśliwiona  takim  obrotem  sprawy.  Nikt  nie  odmawiał  Janine 

Hathaway.  Ostatecznie  jednak  pomogła  mi.  Zauważyłam,  że  przestała  traktować  mnie  jak 

nastolatkę. Dymitr stał z grupką kolegów nad mapą obozu. Zastanawiali się, jak rozmieścić 

przybyłych opiekunów. Na szczęście zdołał się wyrwać na chwilę. 

- Co się dzieje? - spytał, kiedy stanęliśmy na uboczu. Przeżywaliśmy kryzys, Dymitr 

background image

musiał  troszczyć  się  o  wszystkich,  lecz  widziałam,  że  martwi  się  o  mnie.  -  Dobrze  się 

czujesz? 

- Uważam, że powinniśmy zarządzić akcję ratunkową - oświadczyłam. 

- Wiesz, że… 

-  Nigdy  tak  nie  postępujemy.  Wiem.  Ponadto  nie  mamy  pojęcia,  dokąd  ich 

uprowadzono…Mam jednak pewne przypuszczenia. 

Dymitr zmarszczył czoło. 

- Mianowicie? 

Opowiedziałam  mu  o  nocnym  spotkaniu  z  Masonem,  który  mnie  ostrzegł.  Nie 

mieliśmy czasu o tym porozmawiać, podobnie jak nie wspominaliśmy o tym, co wydarzyło 

się w opuszczonej wartowni. Czułam się z tym nieswojo, pragnęłam chociaż kilku słów na ten 

temat,  lecz  nie  mogłam  sobie  na  to  pozwolić.  Zbyt  wiele  się  działo  wokół.  Starałam  się 

odsunąć własne uczucie i pragnienia. 

Miałam nadzieję, że uda mi się przybrać kompetentny i rzeczowy ton. 

- Mason nie pojawił się więcej, bo nie może przeniknąć przez nową osłonę. Myślę, że 

on wie, gdzie ukryły się strzygi. Mógłby nas tam zaprowadzić. 

Spojrzenie Dymitra wyrażało poważne wątpliwości. 

- No nie! Choć raz mi uwierz. 

-  Przyznaję,  że  mam  z  tym  kłopot  -  odparł.  -  Dobrze,  załóżmy,  że  masz  rację.  Czy 

możesz go zwyczajnie poprosić, żeby wskazał nam drogę? 

-  Tak  -  potwierdziłam.  -  Sądzę,  że  tak.  Do  tej  pory  uciekałam  przed  nim,  a  przecież 

mogłabym to zmienić i zacząć z nim współpracować. Podejrzewam, że właśnie po to do mnie 

przychodzi. Wiedział, że jesteśmy osłabieni, a strzygi czają się w pobliżu. Teraz też nie mogą 

być daleko…Nastał dzień, musiały się schować, żeby przeczekać do wieczora. Mamy szansę 

je  wytropić,  zanim  zamordują  jeńców.  Poza  tym  odkryłam  w  sobie  umiejętność  ich 

wykrywania.  -  Opowiedziałam  mu  o  mdłościach,  które  ogarniały  mnie,  gdy  strzygi 

znajdowały  się  blisko.  Dymitr  nie  podważał  moich  słów.  Pewnie  i  on  musiał  wreszcie 

przyznać, że nie rozumie wszystkiego, co dzieje się wokół nas. 

-  Mówiłaś,  że  Mason  nie  zdoła  przeniknąć  tarczy  ochronnej.  Jak  się  z  nim 

skontaktujesz? - spytał. 

- Myślałam już o tym. Zaprowadź mnie do głównej bramy. 

Dymitr szepnął Albercie, że musimy „coś sprawdzić”, i wyszliśmy. Od bramy dzieliła 

nas spora odległość. Nie rozmawialiśmy po drodze. Rozmyślałam o domku w lesie i o tym, 

jak leżałam w jego ramionach. To pomogło  mi  uporać się z koszmarem, który  przeżyliśmy 

background image

później. Czułam, że Dymitr myśli o tym samym. 

Wejścia  na  teren  szkoły  strzegło  dodatkowo  żelazne  ogrodzenie.  Za  nim  wiła  się 

boczna droga prowadząca do autostrady  przebiegającej  około  trzydziestu pięciu  kilometrów 

dalej.  Brama  była  zwykle  zamknięta.  Pilnowali  jej  wartownicy  i  dodatkowo  patrole 

monitorujące teren w ciągu dnia. 

Strażników  zaskoczyła  nasza  prośba,  lecz  Dymitr  przekonał  ich,  że  wychodzimy  na 

krótko. W końcu rozsunęli żelazną bramę na tyle, by mogła się nią prześlizgnąć tylko jedna 

osoba. Wyszliśmy. Natychmiast zaatakowały mnie cienie. Znów widziałam twarze i sylwetki 

duchów. Było tak samo jak na lotnisku. Przestałam się jednak bać. Wiedziałam, że muszę nad 

sobą panować. 

-  Odejdźcie  -  powiedziałam  do  wydłużonych  szarych  postaci,  które  mnie  otaczały.  - 

Nie  mam  dla  was  czasu.  Idźcie  stąd.  -  Włożyłam  w  to  całą  siłę  woli  i  ku  memu  zdumieniu 

zjawy  się  odsunęły.  Nadal  słyszałam  w  uszach  cichy  szum,  świadczący  o  tym,  że  są  w 

pobliżu, i wiedziałam, że najmniejsze wahanie z mojej strony spowoduje ich powrót. Dymitr 

przyglądał mi się z troską. 

- Wszystko w porządku? 

Skinęłam głową, rozglądając się dookoła. Szukałam jednego ducha. 

- Mason - powiedziałam - jesteś mi potrzebny. 

Nic. Spróbowałam powtórzyć prośbę głosem, którym zmusiłam do posłuszeństwa inne 

zjawy. 

- Mason. Proszę. Przyjdź do mnie. 

Widziałam  przed  sobą  tylko  pustą  drogę,  która  znikała  w  oddali  za  ośnieżonymi 

wzgórzami.  Dymitr  patrzył  na  mnie  jak  tamtej  nocy,  kiedy  wyraził  obawę  o  moje  zdrowie 

psychiczne. Szczerze mówiąc, mnie samej brakowało wiary w sens tego, co robię. 

Poprzedniej nocy utwierdziłam się w przekonaniu, że zjawa jest całkowicie realna, ale 

teraz… 

W chwilę później zobaczyłam go. Pojawił się przede mną nieco bledszy niż ostatnim 

razem.  Po  raz  pierwszy  ucieszyłam  się  na  jego  widok.  Mason  był  smutny  jak  zawsze.  Mój 

stary przyjaciel. 

-  Nareszcie.  Naraziłeś  na  szwanki  moją  reputację  -  przywitałam  go  żartem,  lecz 

zreflektowałam  się,  widząc  niezmieniony  wyraz  jego  twarzy.  -  Przepraszam.  Potrzebuję 

twojej pomocy. Musimy ich znaleźć. Uprowadzili Eddiego. 

Mason kiwnął głową. 

- Możesz mi wskazać, gdzie się ukrywają? 

background image

Zjawa znów kiwnęła potakująco i pokazała ręką kierunek za moimi plecami. 

- Przedarły się od tyłu? 

Skinienie.  Nagle  zrozumiałam  wszystko.  Nie  miałam  czasu,  żeby  wyjaśniać  to 

Dymitrowi. 

- Potrzebujemy mapy - powiedziałam tylko, zwracając się do niego. 

Strażnik podszedł do wartowni i zaraz wrócił z mapą miasteczka oraz okolicy. 

Jedyna droga prowadząca do szkoły leżała przed nami. Poza tym Akademię otaczały 

lasy i strome wzgórza. Pokazałam palcem miejsce przy tylnej granicy kampusu. 

- Weszły tędy, prawda? Tu przerwały osłonę? 

Mason przytaknął. Wyciągnął palec i nie dotykając mapy, nakreślił drogę przez las u 

podnóża  niewielkiego  wzniesienia.  Prowadziła  stamtąd  piaszczysta  ścieżka  do  oddalonej  o 

wiele kilometrów drogi stanowej. Prześledziłam trasę i nagle ogarnęły mnie wątpliwości. 

-  Pomyliłeś się  -  powiedziałam.  - Nie mogły dotrzeć tędy.  Tam  nie ma przejezdnych 

dróg. Musiałyby iść, a to bardzo daleko. Nie zdążyłyby przed wschodem słońca. 

Mason pokręcił głową. Wyraźnie się ze mną nie zgadzał. Ponownie zakreślił palcem 

trasę.  Zatrzymał  się  w  miejscu  położonym  niedaleko  terenu  Akademii.  W  każdym  razie 

wydawało  się  niedalekie  na  mapie.  W  rzeczywistości  znajdowało  się  pewnie  w  odległości 

kilku, może kilkunastu  kilometrów.  Duch przeniósł  wzrok na mnie i  ponownie popatrzył  na 

mapę. 

- Nie mogły się tam przyczaić - sprzeciwiłam się. - Musiałyby pozostać na zewnątrz. 

Zgadzam się, że strzygi  wdarły się od tyłu, lecz musiały wycofać się przez główną bramę i 

odjechać samochodami. 

Mason nadal zaprzeczał. 

Spojrzałam  bezradnie  na  Dymitra.  Czułam,  że  mamy  coraz  mniej  czasu,  a  sugestia 

Masona  wydawała  mi  się  mało  prawdopodobna.  Nie  mogłam  sobie  wyobrazić,  że  strzygi 

zabrały ze sobą namioty i rozbiły obozowisko w środku lasu. 

-  Czy  w  tym  miejscu  stoją  jakieś  zabudowania?  -  spytałam,  pokazując  mu  punkt 

obrany przez Masona. - On twierdzi, że strzygi przyszły tą drogą. Nie zdążyłyby jednak uciec 

przed świtem. Zdaniem Masona ukryły się właśnie tam. 

Dymitr zmrużył oczy w zamyśleniu. 

- Nie wiem, co tam jest - powiedział i odszedł w stronę wartowni, zabierając ze sobą 

mapę. Widziałam, jak rozmawia ze strażnikami, i zwróciłam się do Masona. 

- Obyś miał rację - rzuciłam ostrzegawczo. Kiwnął głową. 

- Czy…widziałeś ich? Strzygi i ich jeńców? Skinienie. 

background image

- Czy Eddie żyje? Przytaknął i w tej chwili nadszedł Dymitr. 

- Rose - zaczął nieswoim głosem, jakby sam nie wierzył w to, co miał do powiedzenia 

- Stephen twierdzi, że w tym miejscu znajdują się jaskinie u podnóża góry. 

Popatrzyłam mu w oczy, równie zaskoczona tym odkryciem. 

- Czy są dostatecznie obszerne, żeby… 

-  …strzygi  ukryły  się  w  nich  do  wieczora?  -  Potwierdził  kiwnięciem  głowy.  -  Tak. 

Znajdują się jakieś siedem kilometrów stąd. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY 

NIE  MOGŁAM  W  TO  UWIERZYĆ.  Bestie  ukryły  się  tak  blisko.  Czekały  na 

nadejście zmrok, by uciekać dalej. Część strzyg usiłowała nas zmylić, czmychając w różnych 

kierunkach,  podczas  gdy  największa  grupa  prowadząca  więźniów  opuściła  teren  tylnym 

wyjściem.  Nie  szukaliśmy  ich,  zajęci  oceną  strat,  odnawianiem  magicznych  tarcz  i 

zaprowadzaniem porządku w szkole, szczęśliwi, że napastnicy są już daleko. 

Rewelacje  Masona  zmieniały  sytuację.  W  normalnych  okolicznościach,  chociaż 

trudno  uznać  atak  strzyg  za  normę,  strażnicy  nie  podjęliby  pościgu.  Uprowadzeni  byli 

zazwyczaj  uznawani  za zmarłych, poza tym  nikt nie wiedział, gdzie ich szukać. Tym  razem 

mieliśmy wszystkie informacje. Strzygi same wpakowały się w pułapkę. Nasi strażnicy będą 

mieli dylemat. 

Cóż,  ja  nie  miałam  wątpliwości.  Nie  mogłam  zrozumieć,  dlaczego  od  razu  nie 

wyruszymy do jaskiń, żeby wykurzyć bestie i odbić naszych. Oboje z Dymitrem niecierpliwie 

czekaliśmy na zapowiedzianą naradę. 

- Nie przerywaj im - pouczył mnie przed wejściem. Strażnicy spotkali się, żeby ustalić 

porządek działania. Staliśmy przed drzwiami, rozmawiając przyciszonymi głosami. - Wiem, 

co czujesz i co chciałabyś zrobić. Jeśli na nich naskoczysz, możesz zaprzepaścić szansę. 

- Naskoczę?! - wykrzyknęłam, zapominając, gdzie jesteśmy. 

- Widzę, co się z tobą dzieje - stwierdził. - Lada moment wpadniesz w furię i rzucisz 

się  na  kogoś.  W  walce  jesteś  nieoceniona,  ale  nie  jesteśmy  na  polu  bitwy.  Przekazaliśmy 

informację i poczekamy, aż rada podejmie decyzję. Musisz okazać cierpliwość. 

Częściowo miał rację. Opiekunowie przygotowali się do narady i przetrząsnęli szkolne 

archiwum,  żeby  dowiedzieć  się  więcej  na  temat  jaskiń.  Okazało  się,  że  kilka  lat  wcześniej 

nauczyciel  geologii  sporządził  ich  szczegółową  mapę.  Mieliśmy  więc  ułatwione  zadanie. 

Wejście znajdowało się siedem kilometrów od granicy terenu Akademii. Najdłuższa z jaskiń 

mierzyła  niecały  kilometr  i  istniało  w  niej  tylne  wyjście  na  oddaloną  o  trzydzieści  pięć 

kilometrów piaszczystą drogę, którą odkryliśmy z Dymitrem na mapie. Powiedziano nam, że 

obsunięta ziemia zablokowała oba wejścia. 

Wiedzieliśmy  jednak,  że  strzygi  ze  swoją  wielką  siłą  nie  będą  miały  problemu  ze 

sforsowaniem przeszkody. 

Mimo zapewnień Dymitra miałam wątpliwości, czy nasi strażnicy podejmą właściwą 

decyzję. Postanowiłam porozmawiać o tym z matką. 

background image

-  Pomóż  mi  -  zagadnęłam  ją  kilka  minut  przed  rozpoczęciem  narady.  -  Musimy  ich 

zaatakować. 

Spojrzała na mnie z naganą. 

-  Nawet  jeśli  zapadnie  decyzja  o  interwencji,  z  pewnością  nie  weźmiesz  w  niej 

udziału. 

-  Dlaczego?  Uważasz,  że  mamy  zbyt  wielu  strażników?  Nie  pamiętasz,  ilu  zginęło 

podczas napaści? - Matka zwiesiła głowę. -Wiesz, że dam sobie radę. Zabijałam już strzygi. 

Za tydzień skończę osiemnaście lat, a za kilka miesięcy dostanę dyplom. Sądzisz, że w tym 

czasie mogę się jeszcze wiele nauczyć? Nie mam wielkiego doświadczenia, ale mogę pomóc. 

Potrzebujecie wsparcia, a macie do dyspozycji grupę nowicjuszy, którzy tylko czekają, żeby 

się włączyć. Pozwólcie iść Christianowi, a nic nas nie zatrzyma. 

- Nie - rzuciła szybko. - On nie może iść. Nie powinnaś go angażować, zwłaszcza że 

jest tak młody. 

- Jednak spisał się doskonale. 

Matka  nie  odpowiedziała.  Wiedziałam,  że  się  waha.  W  końcu  zerknęła  na  mnie  z 

westchnieniem. 

- Muszę coś sprawdzić. 

Nie  wyjaśniła,  dokąd  idzie,  lecz  spóźniła  się  na  spotkanie.  Kiedy  weszła  piętnaście 

minut później, Alberta zdążyła już zreferować nasze odkrycia. Na szczęście nie wspomniała o 

tym, jak uzyskaliśmy informacje, więc nie musieliśmy tracić czasu na opowieści o duchach. 

Po tym wstępie przeszliśmy do szczegółowego opisu jaskiń. Strażnicy zadawali wiele pytań. 

Nareszcie trzeba było podjąć decyzję. 

Czekałam  w  napięciu.  Walka  ze  strzygami  oznaczała  zazwyczaj  obronę.  Nigdy 

wcześniej  nie  podejmowano  ataku  na  ich  siedziby,  więc  spodziewałam  się,  że  będzie  jak 

zwykle. 

Myliłam się. 

Strażnicy kolejno wstawali i głosowali za rozpoczęciem akcji ratunkowej. Widziałam 

w  ich  oczach  ten  ogień,  o  którym  mówił  Dymitr.  Byli  gotowi  podjąć  walkę.  Czekali na to. 

Strzygi posunęły się za daleko. Morojom pozostało niewiele miejsc, w których mogli się czuć 

bezpiecznie.  Należał  do  nich  dwór  królewski  i  kilka  szkół.  Rodzice  wysyłali  dzieci  do 

akademii  imienia  świętego  Władimira  głownie  po  to,  by  zapewnić  im  opiekę.  Teraz  to 

poczucie  bezpieczeństwa  legło  w  gruzach.  Nie  mogliśmy  dłużej  na  to  pozwalać.  Poza  tym 

należało ratować życie uprowadzonych. Czułam w sercu żar i gotowość do walki. 

-  A  zatem  zgoda  -  powiedziała  Alberta,  rozglądając  się  po  Sali.  Myślę,  że  i  ją 

background image

zaskoczyła  reakcja  podwładnych,  chociaż  wiedziałam,  że  jest  przychylna  tej  decyzji.  - 

Ustalmy  strategię  działania.  Do  zmierzchu  pozostało  nam  jeszcze  dziewięć  godzin. 

Powinniśmy zdążyć. 

- Chwileczkę - odezwała się moja matka. Wstała i wszystkie oczy zwróciły się na nią. 

Była spokojna i opanowana. Wyczuwało się w niej zaangażowanie i kompetencję. Poczułam 

się  z  niej  dumna.  -  Poddaję  wam  pod  rozwagę  jeszcze  jedną  kwestię.  Uważam,  że 

powinniśmy zabrać ze sobą nowicjuszy. 

Odezwały się nieliczne głosy protestu. Matka uzasadniała wniosek, przytaczając moje 

argumenty.  Zaproponowała  też,  by  nowicjusze  trzymali  się  z  tyłu,  zapewniając  wsparcie 

starszym  kolegom.  Czułam,  że  uda  jej  się  przeforsować  ten  pomysł,  kiedy  zaskoczyła 

wszystkich prawdziwą bombą: 

- Uważam też, że powinniśmy zabrać kilku morojów. 

Celeste  zerwała  się  z  krzesła.  Miała  na  twarzy  rozległą  bliznę.  Skaleczenie,  które 

widziałam u niej kilka dni wcześniej, wyglądało przy tym jak ślad po ukąszeniu komara. 

- Co takiego? Oszalałaś? Matka zmierzyła ją wzrokiem. 

- Nie. Wszyscy wiemy, czego dokonali Rose i Christian Ozera. Naszym największym 

problemem w walce ze strzygami jest ich siła i szybkość. Jeśli wesprzemy się magią morojów 

władających żywiołem ognia, zyskamy przewagę. 

Rozgorzała dyskusja. Zmuszałam się do milczenia. Pamiętałam ostrzeżenie Dymitra, 

który zakazał mi się wtrącać. Stopniowo ogarniała mnie jednak coraz większa złość. Każda 

minuta tej paplaniny oznaczała zwłokę, a ja chciałam ratować Eddiego i innych, zanim któryś 

z nich zginie. 

Spojrzałam na Dymitra, który siedział obok mnie. 

- To idioci! - syknęłam. 

Strażnik nie spuszczał oczu z Alberty zawzięcie dyskutującej z dampirem pilnującym 

terenu szkoły podstawowej. 

-  Nie  -  mruknął  do  mnie.  -  Przyjrzyj  się.  Jesteśmy  świadkami  historycznego 

wydarzenia. To przełomowa chwila. 

Miał  rację.  Powoli,  jeden  po  drugim,  oponenci  dawali  się  przekonać.  Czułam,  że 

kieruje  nimi  ta  sama  żarliwość,  która  popychała  ich  do  walki.  Nadeszła  pora  zemsty.  I  nie 

była to już tylko nasza wojna ze strzygami. Dotyczyła również samych morojów. Kiedy moja 

matka  wspomniała,  że  kilkoro  nauczycieli  zgłosiło  się  do  akcji  na  ochotnika  -  rada  nie 

zgadzała  się  na  udział  uczniów  -  decyzja  zapadła.  Ustalono,  że  w  pościgu  wezmą  udział 

strażnicy, nowicjusze i moroje. 

background image

Triumfowałam. Dymitr się nie mylił. W naszym świecie zachodziły wielkie zmiany. 

Tymczasem minęły cztery godziny, a my wciąż nie wyruszaliśmy. 

-  Czekamy  na  posiłki  -  wyjaśnił  Dymitr,  chcąc  mnie  uspokoić.  Roznosiła  mnie 

wściekłość. 

- W ciągu czterech godzin strzygi na pewno zgłodniały i zechcą coś przekąsić! 

-  Musimy  zebrać  jak  największą  grupę  -  tłumaczył.  -  Nie  wolno  nam  niczego 

zaniedbać.  To  prawda,  że  strzygi  mogą  zabić  kolejne  ofiary,  wierz  mi,  że  chciałbym  temu 

zapobiec.  Jeżeli  jednak  wyruszymy  bez  odpowiedniego  przygotowania,  straty  mogą  okazać 

się znacznie większe. 

Krew  się  we  mnie  gotowała.  Wiedziałam,  że  ma  rację,  i  nic  nie  mogłam  na  to 

poradzić. Nie znosiłam uczucia bezradności. 

- Chodź - powiedział, wskazując mi wyjście. - Przejdziemy się trochę. 

- Dokąd? 

- Nie wiem. Musisz ochłonąć, bo nie będziesz w stanie walczyć. 

- Tak? Obawiasz się, że mroczna strona mojej osobowości przejmie panowanie? 

-  Nie.  Obawiam  się,  że  Rose  Hathaway,  jaką  znam,  rzuci  się  w  wir  walki  na  oślep, 

tylko dlatego że poniosą ją nerwy. 

Posłałam mu surowe spojrzenie. 

- Co za różnica? 

- Ta druga Rose mnie przeraża. 

Miałam  ochotę  dać  mu  kuksańca,  ale  się  powstrzymałam.  Na  chwilę  ogarnęło  mnie 

pragnienie,  żeby  zamknąć  oczy  i  zapomnieć  o  koszmarze,  jaki  rozgrywał  się  na  naszych 

oczach.  Chciałam  położyć  się  obok  tego  mężczyzny,  śmiać  się  z  nim  i  przekomarzać, 

zajmować się tylko nim. Ale to były marzenia. Wróciłam do rzeczywistości. 

- Nie jesteś im potrzebny? - spytałam. 

-  Nie.  Czekamy  na  nowych  strażników,  a  do  tego  czasu  ustalają  strategię.  Poradzą 

sobie. Twoja matka przejęła dowództwo. 

Powędrowałam za jego wzrokiem i zobaczyłam ją stojącą pośrodku. Wskazywała coś 

palcem na mapie. Wciąż nie wiedziałam, co o niej myśleć, lecz w tej chwili podziwiałam jej 

żarliwość. Nie czułam rozdrażnienia, jakie zwykle ogarniało mnie w jej obecności. 

- Dobrze- zgodziłam się. - Chodźmy. 

Dymitr  poprowadził  mnie  wzdłuż  granicy  kampusu.  Po  drodze  oglądaliśmy 

zniszczenia. Największe straty ponieśliśmy w ludziach, choć widziałam też uszkodzone mury, 

plamy  krwi  w  różnych  miejscach  i  tak  dalej.  Jednak  najbardziej  przygnębiająca  była 

background image

atmosfera.  Nawet  w  pełnym  świetle  dnia  wokół  panowały  mrok  i  niemal  fizycznie 

wyczuwalny  smutek.  Widziałam  cienie  na  twarzach  osób,  które  nas  mijały.  Właściwie 

spodziewałam  się,  że  Dymitr  zaprowadzi  mnie  do  miejsca,  w  którym  ułożono  rannych. 

Tymczasem  ominął  je  szerokim  łukiem.  Zrozumiałam,  dlaczego  to  zrobił.  Pomagała  tam 

Lissa, wykorzystując moc uzdrawiania. Towarzyszył jej Adrian, mimo że jego zdolności były 

znacznie mniejsze. Władze szkoły zdecydowały się ujawnić ich dar, skoro oboje mogli ulżyć 

poszkodowanym.  Uznano,  że  proces  Daszkowa  odsłonił  wystarczająco  dużo,  by  wiedza  ta 

przestała być sekretem za murami szkoły. 

Ciekawe, że Dymitr nie chciał, bym zbliżała się do Lissy, kiedy stosowała magię. Nie 

wierzył do końca, że „przejmuję” od niej szaleństwo, ale wyraźnie próbował uniknąć ryzyka. 

-  Mówiłaś,  że  masz  teorię  na  temat  przełamania  magicznych  tarcz  -  zaczął.  - 

Zabezpieczyliśmy  granice  niedaleko  miejsca,  w  którym  wczoraj  Jesse  zgromadził 

zwolenników. 

Prawie  o  tym  zapomniałam.  Poukładałam  sobie  w  głowie  wszystkie  informacje  i 

rozwiązanie wydawało mi się oczywiste. Do tej pory nikt się tym nie zainteresował. Mieliśmy 

ważniejsze sprawy: odnowienie tarcz i troskę o bezpieczeństwo rezydentów. Śledztwo zostało 

odłożone na później. 

- Grupa Jessego odbywała inicjacje w pobliżu tarczy. Wiesz, że nasze sztylety mogą je 

zniszczyć,  ponieważ  są  wzmacniane  żywiołami  pozostającymi  w  konflikcie  z  mocą  osłon. 

Myślę,  że  mamy  do  czynienia  z  podobną  sytuacją.  Inicjacje  wymagały  użycia  wszystkich 

żywiołów i to one osłabiły działanie tarczy. 

-  Wszyscy  uczniowie  potajemnie  używają  magii.  -  Dymitr  się  skrzywił.  -  Dlaczego 

tarcze działały do tej pory? 

- Bo nikt nie praktykował magii w pobliżu osłon. Przecież tarcze są zakładane wzdłuż 

granicy  miasteczka,  w  bezpiecznej  odległości  od  zabudowań.  Poza  tym  liczy  się  intencja. 

Magia  jest  żywa,  dlatego  właśnie  śmiertelnie  groźna  dla  strzyg.  Moc  wypełniająca  sztylety 

służy  jako  najlepsza  broń.  W  tym  samym  celu  używali  jej  podczas  tortur  inicjacyjnych  ci 

kretyni z Many. Złe intencje powodują negatywne skutki. - Wzdrygnęłam się na wspomnienie 

ohydnego uczucia, jakie mnie ogarnęło, kiedy Lissa znęcała się nad Jessem. To jednak było 

nienormalne. 

Dymitr oglądał połamany płot otaczający teren Akademii. 

-  Niewiarygodne.  Nigdy  bym  nie  pomyślał,  że  coś  takiego  może  się  wydarzyć.  Ale 

masz rację. Ich magia zadziałała tak samo jak sztylet. -Uśmiechnął się ciepło. - Sporo o tym 

myślałaś. 

background image

-  Czy  ja  wiem?  Tak  mi  przyszło  do  głowy.  -  Czułam  złość  na  wspomnienie  o 

idiotycznym  klubie  Jessego.  Myślałam  o  tym,  jak  skrzywdzili  Lissę.  Miałam  ochotę  ich 

skopać (na szczęście uwolniłam się od morderczych myśli. Wczorajszego wieczoru sporo się 

nauczyłam  w  kwestii  opanowania.)  Nie  tylko  skrzywdzili  swoich  kolegów.  Wpuścili  też 

strzygi na teren Akademii. Jak to możliwe, że przyczynili się do tragedii wyłącznie z głupoty? 

Łatwiej  zrozumiałabym  to,  co  się  stało,  gdyby  działali  celowo.  Jednak  oni  kierowali  się 

wyłącznie egoistycznym poszukiwaniem rozrywki. - Banda durniów -mruknęłam. 

Zerwał  się  wiatr.  Zadrżałam  z  zimna.  Wiosna  się  zbliżała,  lecz  z  pewnością  miała 

przed sobą jeszcze długą drogę. 

- Wracajmy - zaproponował Dymitr. 

Zawróciliśmy.  Dostrzegłam  ją,  idąc  w  stronę  miasteczka  studenckiego.  Opuszczona 

wartownia.  Żadne  z  nas  nie  zwolniło  kroku,  nawet  nie  patrzeliśmy  w  tamtą  stronę, 

wiedziałam jednak, że Dymitr myśli o tym samym, co ja. Odezwał się po dłuższej chwili. 

- Rose, to, co się stało… Jęknęłam. 

- Wiedziałam. Wiedziałam, że to powiesz. Zerknął na mnie zdziwiony. 

- A co miałbym powiedzieć? 

- Zaraz udzielisz mi wykładu, że postąpiliśmy źle i że to się nie może powtórzyć…  - 

wyrzuciłam z siebie, bo tak bardzo się bałam usłyszeć to z jego ust. 

Dymitr wydawał się kompletnie zaskoczony moim wybuchem. 

- Skąd ci to przyszło do głowy? 

-  Znam  cię!  -  wypaliłam  histerycznie.  -  Ty  zawsze  postępujesz  właściwie.  A  kiedy 

zdarzy  się  wypadek  przy  pracy,  musisz  naprawić  swój  błąd.  Zaraz  mi  powiesz,  że  nie 

mieliśmy prawa tego zrobić i chciałbyś… 

Nie pozwolił mi dokończyć. Objął  mnie w pasie i  przyciągnął  do siebie. Nasze usta 

spotkały  się  w  pocałunku.  Czułam,  jak  topnieje  we  mnie  lęk.  Więc  nie  uważał,  że 

popełniliśmy  błąd.  W  tej  chwili,  chociaż  wydawało  się  to  zupełnie  niemożliwe,  niemal 

zapomniałam o śmierci i zniszczeniach. 

Dymitr nie wypuszczał mnie z objęć. 

- Nie uważam, że zrobiliśmy coś złego - powiedział miękko. -Jestem szczęśliwy, że to 

się wreszcie stało. Dziś postąpiłbym tak samo. 

Poczułam ciepło w sercu. 

- Naprawdę? Zmieniłeś zdanie? 

-  Cóż,  trudno  ci  się  oprzeć  -  odparł  rozbawiony.  -  Poza  tym…  Pamiętasz,  co 

powiedziała Rhonda? 

background image

Znowu mnie zaskoczył. Przypomniałam sobie, z jaką uwagą słuchał przepowiedni i co 

opowiadał potem o swojej babce. Usiłowałam odtworzyć z pamięci słowa wróżki. 

- Mówiła, że coś stracisz… - Chyba jednak mi umknęły. 

- Stracisz to, co jest dla ciebie najcenniejsze, więc dbaj o to, póki możesz. 

Oczywiście powtórzył przekaz słowo w słowo. Wtedy puściłam to mimo  uszu, teraz 

starałam się zrozumieć cały sens. W pierwszej chwili ogarnęła mnie radość: to ja byłam dla 

niego najcenniejsza. Potem się przestraszyłam. 

- Zaraz. Uważasz, że zginę? To dlatego się ze mną kochałeś? 

- Oczywiście, że nie. Byłem z tobą, bo… możesz mi wierzyć, że nie z tego powodu. 

Nawet  jeśli  przepowiednia  miałaby  się  sprawdzić…  Rhonda  miała  rację.  Nasze  życie  jest 

nieprzewidywalne.  Staramy  się  postępować  właściwie,  a  robimy  to,  czego  inni  od  nas 

oczekują.  Czasem,  kiedy  nasze  pragnienia  są  sprzeczne  z  ustalonymi  zasadami…  stajemy 

przed koniecznością wyboru. Jeszcze przed napaścią strzyg obserwowałem, jak borykasz się z 

trudnymi problemami i zrozumiałem, że wiele dla mnie znaczysz. Martwiłem się o ciebie. Nie 

masz pojęcia, jak bardzo. Nie mogłem dłużej udawać, że moroje są dla mnie ważniejsi niż ty. 

Nie  czuję  tego,  mimo  że  wpajano  mi  to  latami.  Uznałem,  że  pora  być  sobą,  kierować  się 

własnymi  emocjami.  Gdy  podjąłem  decyzję,  cóż,  już  nic  nie  mogło  nas  powstrzymać…- 

urwał,  zastanawiając  się  nad  czymś,  a  potem  odgarnął  mi  włosy  z  twarzy.  -  Powinienem 

mówić za siebie. To mnie nic nie mogło powstrzymać. Nie roszczę sobie prawa do czytania w 

twoich myślach. 

-  Uległam  ci,  ponieważ  cię  kocham  -  powiedziałam,  jakby  to  była  najbardziej 

oczywista rzecz pod słońcem. Tak właśnie myślałam. 

Dymitr parsknął śmiechem. 

- Ujęłaś w jednym zdaniu to, na co potrzebowałem długiej przemowy. 

- Bo to jest proste. Kocham cię i nie zamierzam temu zaprzeczać. 

-  Ja  też.  -  Opuścił  rękę  i  odnalazł  moją  dłoń.  Nasze  palce  splotły  się  ze  sobą. 

Ruszyliśmy w dalszą drogę. - Nie chcę już kłamać. 

- Co będzie dalej? Mam na myśli naszą przyszłość. Kiedy to się skończy… ta walka ze 

strzygami… 

-  Nie  zrozum  mnie  źle,  ale  w  jednym  miałaś  rację.  Rzeczywiście  uważam,  że  nie 

powinniśmy się spotykać do czasu, aż skończysz szkołę. Musimy poczekać. 

Rozczarował mnie trochę, ale przyznałam mu słuszność. Oboje wiedzieliśmy, co nas 

łączy,  ale  demonstracyjne  obnoszenie  się  z  tym  nie  miało  sensu,  dopóki  jestem  jego 

uczennicą. 

background image

Idąc,  rozpryskiwaliśmy  błoto.  Jakieś  ptaki  śpiewały  w  gałęziach  drzew,  zapewne 

zaskoczone widokiem ludzi w świetle dnia. Dymitr zadarł głowę i zapatrzył się w niebo. 

-  Kiedy  dostaniesz  dyplom  i  wyjedziesz  z  Lissą…-  Nie  dokończył.  Zrozumiałam. 

Miałam wrażenie, że moje serce przestało bić. 

- Prosisz o inny przydział, tak? Nie będziesz jej opiekunem? 

- To jedyny sposób, byśmy mogli być razem. 

- Przecież nie będziemy razem - zauważyłam. 

- Nie możemy wspólnie opiekować się Lissą. Wiesz, że byłabyś dla mnie ważniejsza. 

Ona  potrzebuje  dwojga  strażników,  całkowicie  jej  oddanych.  Ale  jeśli  się  postaram  się 

przydział  na  dworze  królewskim,  będziemy  blisko.  Pałac  jest  tak  doskonale  strzeżony,  że 

zyskamy sporo czasu dla siebie. 

Miałam  ochotę  krzyknąć,  że  to  niesprawiedliwe,  ale  się  pohamowałam.  Nie  istniało 

idealne  rozwiązanie.  Musieliśmy  się  zgodzić  na  kompromis.  Wiedziałam,  jak  trudno  mu 

zrezygnować z opieki nad Lissą. Zależało mu na jej bezpieczeństwie. Jednako miłość do mnie 

okazała się ważniejsza. Chciał poświęcić wszystkie dotychczasowe plany, by żyć blisko mnie 

i nadal pełnić swoje obowiązki z godnością. 

- Właściwie - zaczęłam - w ten sposób będziemy mogli spędzać więcej czasu razem. 

Gdybyśmy oboje opiekowali się Lissą, musielibyśmy się zmieniać. 

Zbliżaliśmy się do zabudowań i ogarnął mnie żal, że muszę puścić jego rękę. Wciąż 

jednak czułam radość. Dymitr dał mi nadzieję. Moje uczucia wydawały się niestosowane w 

obliczu  tragedii,  jaką  wszyscy  przeżywaliśmy,  ale  nic  na  to  nie  poradzę,  nie  umiałam  ich 

odsunąć. 

Tak długo na to czekałam, tyle wycierpiałam i nagle okazało się, że mamy szansę być 

razem.  Oczywiście  istniało  ryzyko,  że  Dymitr  dostanie  przydział  poza  dworem,  ale  teraz 

wiedziałam,  że  wszystkiemu  damy  radę,  każdą  przeszkodę  pokonamy.  Na  razie  nie 

wyobrażałam  sobie  rozstania,  ale  ważniejsze  było  to,  co  nas  łączyło.  Nie  będziemy  musieli 

dłużej udawać. Uda się nam. Przypomniałam sobie, co mówiła Deidre o konieczności wyboru 

i  godzeniu  się  ze  stratą.  Mogę  mieć  Lissę  i  Dymitra.  Czułam,  że  ta  świadomość  mnie 

wzmocni.  Pomoże  przetrwać  najgorszy  atak  strzyg.  Zachowam  ją  w  sercu,  jak  amulet  na 

szczęście. 

Szliśmy dalej w milczeniu. Nie musieliśmy rozmawiać. Dymitr czuł tę samą radość, 

chociaż nie okazywał jej tak wyraźnie jak ja. Wychodziliśmy już z lasu na odkrytą przestań, 

kiedy się odezwał. 

-  Niedługo skończysz osiemnaście lat, ale…  - Westchnął.  - Kiedy  wszyscy  się o nas 

background image

dowiedzą, nie będą zadowoleni. 

- Trudno, jakoś się z tym pogodzą - odparłam z przekonaniem. 

- Poza tym czeka mnie niemiła rozmowa z twoją matką. 

- Walczysz ze strzygami, a boisz się mojej matki? Uśmiechnął się szeroko. 

-  To  twarda  sztuka,  nie  można  jej  nie  doceniać.  Jak  sądzisz,  po  kim  odziedziczyłaś 

charakter? 

Pocałował  mnie  po  raz  ostatni.  W  normalnym  świecie  poszlibyśmy  na  romantyczny 

spacer  po  wspólnie  spędzonej  nocy.  Nie  musielibyśmy  szykować  się  do  walki  w  obronie 

naszych bliskich. Śmialibyśmy się i żartowali, planując kolejną schadzkę. 

Niestety, nie żyliśmy w normalnym świecie. Przeniosłam się tam tylko w marzeniach 

wywołanych jego pocałunkiem. 

Niechętnie oderwaliśmy się od siebie i ruszyliśmy w stronę budynku dla strażników. 

Czekały nas ciężkie godziny, lecz ja wciąż czułam na ustach dotyk jego warg i myślałam, że 

poradzę sobie z największym złem. 

W tej chwili sama pokonałabym całą bandę strzyg. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY 

NIKT NIE ZAUWAŻYŁ naszego zniknięcia. Tymczasem przyjechali nowi strażnicy. 

Razem  tworzyliśmy  pięćdziesięcioosobowy  oddział.  Zważywszy  na  to,  że  i  strzygi 

zgromadziły  się  w  niezwykłej  liczbie,  sytuacja  była  bezprecedensowa.  Przypominała  stare 

europejskie legendy o wielkich bitwach toczonych między obiema rasami. Część strażników 

musiała pozostać na terenie szkoły. To zadanie otrzymali w większości moi koledzy z roku. 

Dziesięcioro nowicjuszy, łącznie ze mną, miało wziąć udział w akcji. 

Spotkaliśmy  się,  by  omówić  szczegóły.  Do  wymarszu  pozostała  ledwie  godzina. 

Wiedzieliśmy, że w głębi jaskini znajduje się obszerna komora, z której prowadzi wyjście do 

lasu.  Sądziliśmy,  że  strzygi  ukryły  się  właśnie  tam,  by  jak  najszybciej  wydostać  się  na 

zewnątrz,  kiedy  zapadnie  mrok.  Podzieliliśmy  się  na  oddziały  liczące  po  piętnaścioro 

strażników  i  troje  morojów.  Dziesięcioro  strażników  miało  zabezpieczać  odwrót  z  każdej 

strony.  Zostałam  wyznaczona  do  obserwacji  wyjścia  w  tylnej  części  jaskini.  Dymitr  i  moja 

matka mieli oczywiście wejść do środka. Bardzo chciałam pójść z nimi, lecz wiedziałam, że 

nie  mam  szans.  Powinnam  się  cieszyć,  że  w  ogóle  wzięli  mnie  ze  sobą.  Poza  tym  podczas 

akcji każde zadanie jest ważne. 

Nasza  mała  armia  szybkim  marszem  opuściła  teren  Akademii.  Musieliśmy  pokonać 

ponad siedem kilometrów. Zakładaliśmy, że zajmie nam to nieco pond godzinę, powinniśmy 

więc  odbić  jeńców  i  wrócić  do  domu,  zanim  słońce  zajdzie.  Wiedzieliśmy,  że  strzygi  nie 

wystawią  warty  na  zewnątrz,  toteż  mogliśmy  się  podkraść  niepostrzeżenie.  Po  wejściu  do 

jaskini wyczują nas natychmiast. Bestie miały niezwykle wyostrzony słuch. Poruszaliśmy się 

w całkowitym milczeniu. Przesyłano tylko istotne rozkazy. Szłam w grupie nowicjuszy, lecz 

raz  po  raz  zerkałam  na  Dymitra  i  napotkałam  jego  wzrok.  Czułam  istniejącą  między  nami 

więź. To niezwykle intensywne doznanie, wręcz bałam się, że moje uczucia można wyczytać 

z twarzy jak z otwartej księgi. Dymitr zachowywał stosowną powagę i tylko ja wiedziałam, 

dlaczego śmieją mu się oczy. 

Rozdzieliliśmy się przy pierwszym wejściu do jaskini. Dymitr i moja matka wkrótce 

zniknęli w środku. Odprowadziłam ich spojrzeniem. W tej chwili czułam tylko lęk. Bałam się, 

że  więcej  ich  nie  zobaczę.  Próbowałam  pocieszać  się  w  myślach,  że  są  parą  najlepszych 

strażników  na  świecie.  Jeśli  ktoś  miał  szansę  wyjść  cało  z  tej  potyczki,  to  właśnie  oni.  Na 

powinnam zachować największą ostrożność. Okrążając pagórek skrywający grotę, nakazałam 

sobie spokój i opanowanie. Musiałam zapomnieć o uczuciach, do chwili kiedy będzie już po 

background image

wszystkim. Nadszedł czas walki i nic nie powinno mnie rozpraszać. 

Podchodziliśmy  do  drugiego  wejścia,  kiedy  nagle  wychwyciłam  kątem  oka 

przemykającą  świetlista  postać.  Starałam  się  nie  zauważać  duchów,  które  natychmiast 

pojawiły się przede mną, kiedy przekroczyliśmy granicę chronioną tarczami, lecz tego ducha 

powitałam  z  radością.  To  Mason.  Nie  odzywał  się,  nadal  miał  smutna  twarz  i  wydawał  się 

nienaturalnie  blady.  Kiedy  go  mijaliśmy  uniósł  rękę  w  geście,  który  mógł  wyrażać 

pożegnanie lub błogosławieństwo. 

Przed  wejściem  nasza  grupa  znów  się  rozdzieliła.  Alberta  i  Stan  wprowadzili  swój 

oddział do środka. Przystanęli w tunelu, czekając na moment, w którym zgodnie z ustaleniem 

miała zaatakować jednocześnie pierwsza grupa strażników. Towarzyszyła im panna Cramack, 

moja  nauczycielka  magii.  Wyglądała  na  zdenerwowaną,  lecz  widziałam,  że  jest  gotowa  do 

walki.  Nareszcie  zniknęli  w  głębi  jaskini.  My  pozostaliśmy  na  zewnątrz,  tworząc  pierścień 

wokół wejścia. Na niebie wisiały ciemne chmury, Słońce przesunęło się na zachód, ale wciąż 

mieliśmy sporo czasu. 

-  Pójdzie  gładko  -  mruknęła  Meredith,  moja  koleżanka  z  klasy.  Powiedziała  to 

niepewnie, jakby chciała przekonać samą siebie. -Przygotowali zasadzkę. Wyłapią wszystkie 

strzygi, zanim bestie zorientują się, w czym rzecz. Nie będziemy mieli nic do roboty. 

Miałam nadzieję, że się nie myliła. Byłam gotowa podjąć walkę, lecz jeśli wszystko 

pójdzie zgodnie z planem, okażę się tu zbędna. 

Czekaliśmy.  Każda  minuta  wydawała  się  ciągnąć  godzinami.  I  nagle  usłyszeliśmy 

odgłosy walki. Dobiegały nas krzyki i jęki. Trwaliśmy w napięciu, gotowi do ataku. Emil był 

naszym  dowódcą.  Stał  najbliżej  wejścia,  zaciskając  w  ręku  srebrny  sztylet.  Widziałam 

kropelki potu na jego czole, kiedy zaglądał w czeluść tunelu, wypatrując strzyg. 

Kilka minut  później usłyszeliśmy tupot nóg w korytarzu. Ktoś biegł  w naszą stronę. 

Wyciągnęliśmy  sztylety.  Emil  i  drugi  strażnik  podeszli  bliżej  wejścia,  gotowi  rzucić  się  na 

uciekinierów. 

Z tunelu wyłoniła się Abby Badica. Była podrapana i brudna, ale żywa. Dziewczyna 

miała  przerażoną  twarz,  płakała.  Krzyknęła  z  przestrachu  na  nasz  widok.  Kiedy  dotarło  do 

niej, kim jesteśmy, rzuciła się w ramiona osoby stojącej najbliżej. 

Meredith,  bo  na  nią  padło,  zaskoczona  uściskała  Abby  i  podprowadziła  ją  do 

najbliższego drzewa. 

- Już dobrze - powiedziała. - Jesteś bezpieczna. Zobacz, słońce świeci. 

Delikatnie  wyswobodziła  się  z  uścisku  dziewczyny  i  kazała  jej  usiąść.  Abby  ukryła 

twarz  w  dłoniach.  Meredith  wróciła  na  stanowisko.  Chciałam  pocieszyć  Abby,  pewnie 

background image

wszyscy czuliśmy to samo, lecz nie był to odpowiedni moment. 

W chwilę później wyłonił się kolejny moroj. Był to pan Ellsworth, mój nauczyciel w 

piątej klasie. On również wyglądał marnie, zauważyłam ślady ukąszeń na jego karku. Strzygi 

potraktowały  go  jak  karmiciela,  lecz  pozostawiły  przy  życiu.  Mężczyzna  musiał  przeżyć 

koszmarne  chwile,  jednak  zachowywał  spokój.  Błyskawicznie  zorientował  się  w  sytuacji  i 

odszedł na bok. 

-  Co  tam  się  dzieje?  -  spytał  Emil,  nie  spuszczając  wzroku  z  wejścia  do  jaskini. 

Niektórzy strażnicy mieli komunikatory. Ale trudno było im przekazywać raporty w środku 

walki. 

-  Zapanował  chaos  -  odparł  pan  Ellsworth.  -  Wiem  tylko,  że  jeńcy  uciekają  w  obu 

kierunkach.  Trudno  ocenić,  kto  ma  przewagę.  Udało  się  jednak  rozbić  strzygi.  Ktoś…  - 

Nauczyciel zmarszczył brwi. - Ktoś atakuje je ogniem. 

Nie odpowiedzieliśmy. Nie pora na udzielanie wyjaśnień. Pan Ellsworth zdawał się to 

rozumieć, bo usiadł obok Abby. 

Wkrótce dołączyło do nich dwoje innych morojów i dampir, którego nie znałam. Za 

każdym  razem,  kiedy  ktoś  wybiegał,  modliłam  się,  żeby  to  był  Eddie.  Po  naszej  stronie 

jaskini  uratowało  się  pięć  ofiar  porwania.  Zakładałam,  że  pozostali  wydostali  się  drugim 

wyjściem. 

Minęło  kilkanaście  minut,  ale  nikt  więcej  się  nie  pojawił.  Koszula  przesiąkła  mi 

potem. Co chwila poprawiałam uchwyt na rękojeści sztyletu. Palce sztywniały mi z napięcia. 

Nagle zobaczyłam, że Emil się wyprostował. Zrozumiałam, że przekazano mu wiadomość do 

słuchawki komunikatora. Słuchał w skupieniu i mruknął coś w odpowiedzi. Zerknął na nas i 

wskazał troje nowicjuszy. 

-  Odprowadźcie  morojów  do  szkoły  -  rozkazał,  a  potem  zwrócił  się  do  trojga 

dorosłych strażników. - Wchodzicie. Większość jeńców jest już na wolności, ale nasi znaleźli 

się  w  pułapce.  Potrzebują  pomocy.  -Strażnicy  natychmiast  zniknęli  w  tunelu.  W  chwilę 

później  nowicjusze  wyruszyli  w  drogę  powrotną  do  szkoły,  zabierając  ze  sobą 

poszkodowanych. 

Zostało  nas  czworo:  Emil  i  Stephen  oraz  dwoje  nowicjuszy,  czyli  Shane  i  ja.  W 

powietrzu  panowało  takie  napięcie,  że  z  trudem  mogłam  oddychać.  Nikt  nie  wychodził  z 

jaskini. Nie docierały nowe raporty. Emil był wyraźnie zaniepokojony. Spojrzał w niebo, a ja 

powędrowałam za jego wzrokiem. Słońce chyliło się ku zachodowi. Minęło więcej czasu, niż 

sądziłam. Twarz strażnika stężała -odsłuchiwał kolejny raport. 

Po chwili popatrzył na nas z zatroskaną miną. 

background image

-  Potrzebują  nas.  Ktoś  musi  zabezpieczyć  odwrót  z  drugiej  strony.  Nie  straciliśmy 

wielu ludzi. Mają tylko kłopoty z wyprowadzeniem jeńców. 

Powiedział „wielu”. To znaczyło… Naraz zrobiło mi się zimno. 

-  Ty  pójdziesz,  Stephen.  -  Emil  powiedział  to  z  wahaniem.  Rozumiałam  go.  Chciał 

pójść  sam,  ale  jako  dowódca  naszej  grupy  powinien  zostać  na  posterunku.  Strażnik 

zastanawiał  się, czy nie iść razem  ze Stephenem,  a mnie zostawić z Shane'em  na zewnątrz. 

Nie mógł jednak powierzyć obrony dwojgu nowicjuszom. Zbyt duże ryzyko. Emil wypuścił 

powietrze i spojrzał na mnie. 

- Pójdziesz ze Stephenem, Rose. 

Nie  musiał  mi  tego  powtarzać.  Wślizgnęłam  się  do  jaskini  tuż  za  strażnikiem  i 

natychmiast poczułam mdłości. W środku panował chłód i marzłam coraz bardziej, w miarę 

jak  zagłębialiśmy  się  w  tunel.  Robiło  się  też  coraz  ciemniej.  Nawet  przenikliwy  wzrok 

dampira nie mógł pokonać mroku. Stephen zapalił małą latarkę wpiętą w klapę kurtki. 

- Chciałbym móc ci powiedzieć, co masz robić, ale nie mam pojęcia, jak się sytuacja 

potoczy - mruknął. - Przygotuj się na każdą ewentualność. 

Ciemność  ustępowała.  Odgłosy  walki  stawały  się  coraz  wyraźniejsze. 

Przyspieszyliśmy  kroku,  rozglądając  się  na  boki.  Wkrótce  znaleźliśmy  się  w  obszernej 

komorze  zaznaczonej  na  mapie.  W  kącie  płonął  ogień,  stanowiący  jedyne  źródło  światła. 

Pomyślałam, że to strzygi rozpaliły ognisko. Szybko oceniłam sytuację. 

Jedna  ze  ścian  jaskini  zwaliła  się  i  utworzyła  rumowisko.  Nikt  nie  zginął  pod 

odłamkami  kamienia,  ale  wyjście  zostało  zablokowane.  Nie  wiedziałam,  czy  ta  przeszkoda 

powstała  na  skutek  magicznego  zaklęcia,  czy  raczej  walki.  Może  była  po  prostu  wynikiem 

przypadku. Tak czy owak, siedmioro strażników, a miedzy nimi Dymitr i Alberta, znalazło się 

w pułapce wraz z dziesięcioma strzygami. Nie widziałam wśród nich morojów władających 

żywiołem  ognia,  musieli  już  przejść  na  drugą  stronę.  Błyski  światła  przenikające  zza  stosu 

kamieni świadczyły o tym, że wciąż toczy się tam walka. Zobaczyłam ciała leżące na ziemi. 

Dwa należały do strzyg, pozostałych nie rozpoznałam. 

Problem był oczywisty. Aby przedostać się na drugą stronę, musielibyśmy się czołgać, 

a to stanowiło zbyt duże ryzyko. Najpierw należało pokonać strzygi. Wezwano nas na pomoc, 

żeby  wyrównać  szanse.  Podkradliśmy  się  ze  Stephenem  od  tylu,  lecz  trzy  bestie  wyczuły 

naszą obecność. Dwie rzuciły się na Stephena, a trzecia prosto na mnie. 

Byłam  gotowa.  Zbyt  długo  dręczył  mnie  gniew.  Pomieszczenie  nie  dawało  wielu 

możliwości  stosowania  uników,  lecz  jakoś  udawało  mi  się  lawirować.  Spróbowałam 

skorzystać z przewagi,  jaką dawała ta niewielka przestrzeń  - strzygi  są  znacznie wyższe od 

background image

nas, dampirów, i w małej komorze trudniej im się ruszać. Przez cały czas unikałam ciosów, 

ale w pewnym momencie napastnik chwycił mnie za ramiona i cisnął mną o ścianę. Nawet 

nie poczułam bólu. Oderwałam się i ruszyłam do ataku. Znów udało mi się uniknąć ciosu i 

parę razy solidnie mu przyłożyłam. Jednocześnie wystawiłam sztylet i uderzyłam go prosto w 

serce od dołu, zanim zdążył się zorientować w sytuacji. Wyszarpnęłam ostrze i skoczyłam na 

pomoc Stephenowi. Strażnik położył już jedną strzygę i wspólnie wykończyliśmy drugą. 

Pozostało  jeszcze  siedmiu  przeciwników.  Nie,  tylko  sześciu.  Uwięzieni  strażnicy 

zdołali zabić jedną. Namierzyliśmy bestię stojącą najbliżej nas. Była silna i stara, co wiązało 

się  z  wielką  mocą.  Nawet  we  dwoje  mieliśmy  trudności,  żeby  ją  pokonać.  Ostatecznie 

odnieśliśmy zwycięstwo. Dzięki naszej pomocy strażnicy zyskali więcej przestrzeni i teraz to 

oni stanęli do walki. 

Kiedy  pozostały  już  tylko  dwie  strzygi,  Alberta  zawołała,  byśmy  się  wycofali. 

Sytuacja  w  jaskini  zmieniła  się  radykalnie.  Teraz  to  my  otaczaliśmy  napastników.  Troje 

strażników  mogło  wycofać  się  ta  samą  drogą,  którą  przyszliśmy  tu  ze  Stephenem.  Dymitr 

pokonał  jedną  strzygę.  Pozostała  nam  ostatnia.  Tymczasem  Stephen  wystawił  głowę  z 

korytarza  przysypanego  gruzem  i  krzyknął  coś  do  Alberty.  Nie  zrozumiałam.  Kobieta 

odpowiedziała mu. Razem z Dymitrem i innymi podchodzili do ostatniej strzygi. 

- Rose! - krzyknął rozkazująco Stephen. 

Posłuszeństwo. Tego uczono nas przede wszystkim. Natychmiast przeczołgałam się na 

drugą stronę. Poszło mi łatwiej niż Stephenowi, bo byłam od niego mniejsza. Za mną poszli 

inni. Nie widziałam walczących. Musieli przesunąć się w głąb korytarza. Sądząc po ciałach 

leżących na ziemi, ostro walczyli. Rozpoznałam kilka strzyg i jednego strażnika. Był to Jurij. 

Pospiesznie odwróciłam głowę i zerknęłam na Stephena. Pomagał innemu dampirowi. Przez 

tunel w gruzach przedostała się Alberta. 

-  Położyliśmy  wszystkich!  -  zawołała.  -  Zdaje  się,  że  kilka  strzyg  blokuje  jeszcze 

drugie wyjście. Chodźmy, musimy zdążyć przed zachodem słońca. 

Dymitr  przeczołgał  się  ostatni.  Wymieniliśmy  krótkie,  pełne  ulgi  spojrzenia.  Czekał 

nas długi marsz tunelem. Ruszyliśmy bez zwlekania na pomoc przyjaciołom. Po jakimś czasie 

ujrzeliśmy w oddali błysk latarek. Toczyła się walka. Panna Carmack i moja matka odpierały 

atak trzech strzyg. Dołączyliśmy do nich i uporaliśmy się z bestiami w kilka sekund. 

-  Jedną  grupę  mamy  z  głowy  -  wysapała  matka.  Cieszyłam  się,  widząc  ją  żywą.  - 

Sądzę  jednak,  że  jest  ich  więcej.  Strzygi  rozdzieliły  się  przed  napaścią  na  szkołę.  Wiem 

jednak, że nasi wydostali się już na zewnątrz. 

- Jaskinia ma kilka odnóg - wtrąciła Alberta. - Pewnie gdzieś tam się ukrywają. 

background image

Matka przytaknęła. 

-  To  prawdopodobne.  Postanowiły  przeczekać  bitwę  i  czmychnąć  stąd  po  zmroku. 

Możliwe, że spróbują nas ścigać. 

- Co robimy? - spytał Stephen. - Szukamy ich czy się wycofujemy? Popatrzyliśmy na 

Albertę, która podjęła błyskawiczną decyzję. 

-  Wycofujemy  się.  Położyliśmy  tyle  strzyg,  ile  się  dało,  a  słońce  wkrótce  zajdzie. 

Musimy się schronić za tarczami. 

Ruszyliśmy szybko do wyjścia. Zwycięstwo było w zasięgu ręki. Dymitr szedł obok 

mnie. 

-  Czy  Eddie  jest  na  zewnątrz?  -  Nie  widziałam  jego  ciała,  lecz  nie  miałam  czasu  się 

rozglądać. 

-  Tak.  -  Dymitr  oddychał  ciężko.  Bóg  jeden  wiedział,  ile  strzyg  zabił  tego  dnia.  - 

Odciągnęliśmy go siłą. Chciał walczyć za wszelką cenę. -To pasowało do Eddiego. 

-  Przypominam  sobie ten zakręt  -  odezwała się  moja matka.  -Wyjście jest  niedaleko. 

Za  chwilę  powinniśmy  zobaczyć  światło.  -  Do  tej  pory  oświetlaliśmy  sobie  drogę  małymi 

latarkami. 

Poczułam  mdłości  na  sekundę  przed  atakiem.  Siedem  strzyg  rzuciło  się  na  nas  na 

rozdrożu  w  kształcie  litery  T.  Pozwoliły  uciec  pierwszej  grupie  i  zaczaiły  się  na  nas.  Trzy 

bestie  skoczyły  z  lewej  strony  i  cztery  z  prawej.  Jeden  z  naszych  strażników  zginął  na 

miejscu.  Strzyga  chwyciła  go  za  głowę  i  szybkim  ruchem  skręciła  mu  kark.  Pewnie  nie 

kosztowało jej to wiele wysiłku. Przypomniałam sobie, jak zginął Mason. Nie złamało mnie 

to jednak. Cofnęłam się natychmiast i przygotowałam do ataku. Znajdowaliśmy się w wąskim 

tunelu i nie wszyscy mieliśmy szansę na starcie ze strzygami. 

Utknęłam  z  tyłu,  obok  panny  Carmack.  Na  szczęście  miała  z  tego  miejsca  dobry 

widok i udało jej się podpalić parę strzyg, co ułatwiło zadanie strażnikom znajdującym się na 

przodzie. 

Alberta zerknęła na mnie i kilku strażników. 

- Cofać się! - krzyknęła. 

Nie mieliśmy na to ochoty, ale i tak nie na wiele byśmy się im przydali. Zobaczyłam, 

że jeden z naszych pada na ziemię, i serce ścisnęło mi się z żalu. Nie znałam go, lecz to nie 

miało  znaczenia.  Moja  matka  rzuciła  się  ze  sztyletem  na  zabójcę  i  w  sekundę  przebiła  mu 

serce. 

Razem  z  trójką  strażników  wycofaliśmy  się  za  węgieł.  Zauważyłam  w  oddali  blade 

purpurowe światło. Znajdowaliśmy się blisko wyjścia. Widziałam twarze kolegów stojących 

background image

na zewnątrz. Dotarliśmy. Ale gdzie są pozostali? Ruszyliśmy biegiem i wkrótce znaleźliśmy 

się na wolności. Zatrzymaliśmy się przy wyjściu, w obawie o to, jak rozwinie się sytuacja. 

Zauważyłam z niepokojem, że słońce znika za horyzontem. Wciąż czułam mdłości, co 

oznaczało,  że strzygi  nadal  stanowią dla nas zagrożenie. W chwilę później  zobaczyliśmy w 

tunelu oddział mojej matki. Policzyłam ich z daleka. Brakowało jednej osoby. 

Zbliżali się. Wszyscy czekaliśmy w napięciu. Jeszcze chwila i będą bezpieczni. 

Niestety. W jednej z nisz korytarza przyczaiły się trzy strzygi. Przepuściły nas. Potem 

wszystko  potoczyło  się  szybko.  Nie  zdążyli  zareagować  z  porę.  Jedna  z  bestii  chwyciła 

Celeste,  zagłębiając  kły  w  jej  policzku.  Usłyszałam  zduszony  okrzyk  i  ujrzałam  strugę 

tryskającej  krwi.  Drugi  napastnik  sięgnął  po  pannę  Carmack,  ale  moja  matka  okazała  się 

szybsza. Wypchnęła nauczycielkę do wylotu tunelu. 

Trzecia strzyga rzuciła się na Dymitra. Od chwili kiedy go poznałam, nie widziałam, 

by  przegrał  jakąś  walkę.  Zawsze  okazywał  się  szybszy  i  silniejszy  od  przeciwników.  Lecz 

tym razem było inaczej. Napastnik zaskoczył go i chwilowa przewaga mu wystarczyła. 

Wpatrywałam się w tę scenę szeroko otwartymi oczami. Rozpoznałam jasnowłosego 

strzygę. Rozmawiałam z nim podczas bitwy na dziedzińcu. 

Chwycił Dymitra i cisnął nim o ziemię. Starli się w uścisku i nagle ujrzałam kły bestii 

zatapiające się w szyi strażnika. Czerwone oczy błyszczały, zwrócone w moją stronę. 

Usłyszałam krzyk. Wydobył się z moich ust. 

Moja  matka  natychmiast  skoczyła  z  odsieczą,  lecz  w  tej  samej  chwili  pojawiło  się 

jeszcze  pięć  strzyg.  W  korytarzu  zapanował  tumult.  Straciłam  z  oczu  Dymitra,  nie 

wiedziałam,  co  się  z  nim  dzieje.  Matka  zawahała  się,  a  potem  z  żalem  ruszyła  biegiem  w 

stronę wyjścia. Chciałam pobiec mu na ratunek, ale ktoś mnie zatrzymał. To był Stan. 

- Co robisz, Rose? Jest ich coraz więcej. 

Czy on nic nie rozumiał? Tam został Dymitr, musiałam po niego iść. 

Tymczasem  wyłoniła  się  moja  matka  i  Alberta.  Podtrzymywały  pannę  Carmack. 

Ścigające  je  strzygi  zatrzymały  się  u  wylotu  tunelu.  Nadal  szamotałam  się  ze  Stanem.  Nie 

puściłby mnie, ale matka chwyciła mnie za ramiona i odciągnęła. 

- Musimy uciekać, Rose! 

-  On  tam  został!  -  krzyczałam  najgłośniej,  jak  mogłam.  Jak  to  możliwe,  że 

pokonywałam strzygi, a nie miałam siły się wyrwać dwojgu strażnikom?  - Dymitr tam jest! 

Musimy po niego wrócić! Nie możemy go zostawić! 

Kopałam na oślep, krzycząc, by go ratowali. Matka potrząsnęła mną i zbliżyła twarz 

do mojej twarzy. 

background image

- On nie żyje, Rose! Nie możemy po niego wrócić. Słońce zajdzie za piętnaście minut, 

a strzygi tylko na to czekają. Nie wolno nam marnować ani sekundy. Musimy znaleźć się za 

osłoną, zanim zrobi się ciemno. Możemy nie zdążyć. 

Widziałam  bestie  tłoczące  się  przed  wyjściem.  Czerwone  ślepia  lśniły  żądzą  krwi. 

Naliczyłam ich około dziesięciu. Matka miała rację. Śmiertelnie szybkie, mogły nas kolejno 

wyłapać. Mimo to nie byłam w stanie się poruszyć. Wciąż wpatrywałam się w czeluść jaskini. 

Tam  jest  mój  Dymitr.  Razem  z  nim  moja  dusza.  Nie  wierzyłam,  że  zginął.  Wtedy  i  ja 

musiałabym umrzeć. 

- Pędź! - krzyknęła. - On nie żyje! Nie pozwolę ci zginąć razem z nim! 

Zobaczyłam  w  jej  oczach  strach.  Bała  się  o  mnie.  Usiłowała  ratować  córkę. 

Przypomniałam sobie słowa Dymitra, który wolał zginąć, niż ujrzeć mnie martwą. Jeśli nadal 

będę tu tkwić, zawiodę ich oboje. 

- Dalej! - usłyszałam krzyk matki. Pobiegłam, a łzy spływały mi po policzkach. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY 

UPŁYNĘŁO DWANAŚCIE GODZIN, które wydawały się wiecznością. 

Wróciliśmy bezpiecznie  na teren szkoły. Prawie całą drogę przebyliśmy  biegiem, co 

stanowiło nie lada wyczyn, zważywszy na to, że prowadziliśmy rannych. Przez cały czas nie 

opuszczały mnie mdłości. Strzygi  musiały deptać nam  po piętach. Dziwiłam  się, że nas nie 

dopadły, i w końcu uznałam, że mdłości są skutkiem napięcia. 

Kiedy znaleźliśmy się na obszarze chronionym, strażnicy zapomnieli o naszej grupce 

nowicjuszy.  Byliśmy  bezpieczni,  a  ich  czekało  jeszcze  mnóstwo  pracy.  Uratowaliśmy 

wszystkich jeńców -wszystkich, którzy przeżyli. Tak jak się obawiałam, strzygi zabiły jedną 

osobę,  zanim  nadeszliśmy.  Dwunastu  uratowanych.  Po  naszej  stronie  mieliśmy  sześć  ofiar, 

wśród nich - Dymitr. To żadna klęska, biorąc pod uwagę liczebność strzyg, jednak bilans nie 

dodawał otuchy. Czy warto tracić tylu strażników? 

- Nie możesz na to patrzeć w ten sposób  - spierał się Eddie, kiedy szliśmy razem do 

kliniki. Kazano nam się tam stawić. - Nie tylko ocaliliście jeńców. Zabiliście również około 

trzydziestu strzyg, nie licząc bitwy na terenie Akademii. Pomyśl, ilu z nas mogłoby zginać z 

ich rak. Uratowaliście znacznie więcej osób. 

Rozsądek  podpowiadał,  że  Eddie  ma  rację.  Nie  miało  to  jednak  najmniejszego 

znaczenia, skoro straciłam Dymitra. Myślałam egoistycznie, że chętnie poświęciłabym życie 

tych osób, byle on żył. Dymitr nigdy by tak nie pomyślał. Znałam go. 

Pozostawała jeszcze iskierka nadziei. Widziałam kły zatapiające się  w jego szyi,  ale 

istniał  cień  szansy,  że  strażnik  przeżył.  Bestie  powaliły  go  na  ziemię  i  potem  być  może 

uciekły,  a  on  leży  tam  teraz  bez  pomocy.  Ta  myśl  doprowadzała  mnie  do  szaleństwa.  Nie 

mogłam po niego wrócić, nie przed świtem. Wiedziałam, że wówczas wyruszy tam ekipa po 

ciała naszych ofiar. Mogłam tylko czekać. 

Doktor  Olendzka  zbadała  mnie  pobieżnie  i  stwierdziła,  że  nie  doznałam  wstrząsu 

mózgu.  Wysłała  mnie  do  pielęgniarki,  której  poleciła  zabandażować  mi  rany.  Sama  miała 

wielu pacjentów w znacznie gorszym stanie. 

Czułam,  że  powinnam  wrócić  do  dormitorium  albo  poszukać  Lissy.  Potrzebowałam 

odpoczynku  i  odbierałam  w  myślach  jej  prośbę  o  kontakt.  Martwiła  się  o  mnie  i  była 

przestraszona.  Wiedziałam  jednak,  że  wkrótce  ktoś  przekaże  jej  wszystkie  informacje.  Nie 

potrzebowała mnie, a ja nie miałam ochoty się z nią spotkać. Nikogo nie chciałam widzieć. 

Postanowiłam  pójść  do  kaplicy.  Musiałam  coś  ze  sobą  zrobić,  do  czasu  kiedy  strażnicy 

background image

wyruszą na przeszukanie jaskini. Uznałam, że równie dobrze mogę się pomodlić. 

O  tej  porze  zazwyczaj  w  cerkwi  panowały  pustki,  ale  tym  razem  było  inaczej.  Nie 

powinno  mnie  to  dziwić.  Tragedia,  jaka  rozegrała  się  w  czasie  ostatniej  doby,  przygnębiła 

wszystkich i przyszli tutaj szukać pocieszenia. Siedzieli osobno bądź w niewielkich grupach. 

Niektórzy  płakali,  modlili  się  na  klęczkach.  Inni  po  prostu  wpatrywali  się  w  przestrzeń, 

najwyraźniej nie mogąc poradzić sobie z tym, co nas spotkało. Ojciec Andrew przechadzał się 

między ławkami, rozmawiał z tym i owym. 

Znalazłam z tyłu wolne miejsce i usiadłam. Podciągnęłam kolana, objęłam ramionami 

i położyłam na nich głowę. 

Wszyscy  trwaliśmy  w  milczeniu  pod  skrzydłami  aniołów  i  świętych  spoglądających 

na nas z ikon na ścianach. 

Dymitr  nie  zginął.  Czułabym,  gdyby  tak  się  stało.  Nie  można  przecież  odejść 

niezauważenie z tego świata. Mężczyzna, który jeszcze wczoraj trzymał mnie w ramionach, 

nie mógł mnie tak po prostu opuścić. Zbyt dobrze było nam ze sobą, zbyt wiele nas łączyło. 

Tyle miłości, serdeczności i ciepła… Nie, śmierć nie mogła mieć do nas dostępu. 

Dotknęłam  nadgarstka,  na  którym  wciąż  nosiłam  czotki  podarowane  przez  Lissę. 

Przesunęłam  palcami  po  krzyżyku  i  paciorkach.  Próbowałam  ułożyć  myśli  w  modlitwę,  ale 

nie umiałam. 

Zrezygnowałam w końcu z nadzieją, że wielki Bóg odczyta moją prośbę, nawet jeśli 

nie wyrażę jej w odpowiednich słowach. 

Mijały godziny. Wiele osób wchodziło do kaplicy i z niej wychodziło. Zmęczyło mnie 

siedzenie i położyłam się na ławce. Spojrzałam na sufit, z którego także spoglądały anioły i 

święci. Tak wiele jest nad nami boskich istot, ale czy potrafią nam pomóc? 

Zasnęłam i obudziła mnie Lissa. Wyglądała jak anioł z jasnymi lokami okalającymi jej 

delikatne rysy. Patrzyła na mnie łagodnie i współczująco - tak samo spoglądali święci z ikon. 

- Rose - zaczęła. - Wszędzie cię szukaliśmy. Byłaś tu przez cały czas? 

Usiadłam. Czułam się zmęczona, miałam problemy z ostrością widzenia. Biorąc pod 

uwagę  brak  snu  poprzedniej  nocy  i  udział  w  wyczerpującej  akcji,  mój  stan  był  całkowicie 

zrozumiały. 

- Raczej tak - odparłam. Lissa pokręciła głową. 

- Musiałaś tu spędzić dobrych kilka godzin. Powinnaś coś zjeść. 

- Nie jestem głodna. Kilka godzin? Chwyciłam ją za ramię. 

- Czy słońce już wzeszło? 

- Nie, dopiero za jakieś pięć godzin. 

background image

Pięć godzin. Nie mogę czekać tak długo. 

Lissa położyła rękę na  mojej  twarzy. Poczułam przepływ magii, a potem  fala  ciepła 

rozlała się w moim ciele. W tej samej chwili zniknęły moje zadrapania i siniaki. 

- Nie powinnaś tego robić - upomniałam. Moja przyjaciółka się uśmiechnęła. 

- Nic innego nie robię przez cały dzień. Pomagam doktor Olendzkiej. 

-  Słyszałam.  Nie  mogę  się  nadziwić.  Do  tej  pory  utrzymywałyśmy  twój  dar  w 

tajemnicy. 

- To już nie ma znaczenia. - Lissa wzruszyła ramionami. -Musiałam pomóc po tym, co 

się stało. Ważniejsi są ranni, nie dbam o to, kto się o mnie dowie. Pewnie i tak wydałoby się 

prędzej czy później. Adrian też nam pomaga, chociaż nie jest tak skuteczny jak ja. 

Nagle doznałam olśnienia. Wyprostowałam się w ławce. 

- Boże Liss. Ty możesz go ocalić. Możesz pomóc Dymitrowi. Posmutniała. 

- Rose - powiedziała cicho. - Mówią, że Dymitr nie żyje. 

-  Nieprawda  -  zaprzeczyłam.  -  Nie  mógł  zginąć.  Nie  rozumiesz…  Na  pewno  jest 

ranny. Poważnie ranny. Gdybyś tam poszła, na pewno byś go uzdrowiła. - Nagle przyszła mi 

do  głowy  szalona  myśl.  -  Nawet  jeśli…  jeśli  umarł…  -  wypowiadałam  te  słowa  z bólem.  - 

mogłabyś go wskrzesić tak jak mnie! Dymitr powróciłby z pocałunkiem cienia. 

Widziałam,  że  Lissa  posmutniała  jeszcze  bardziej.  Jej  twarz  wyrażała  głębokie 

współczucie. 

- Nie mogę tego zrobić. Wskrzeszanie zmarłych zabiera mnóstwo energii… Poza tym 

nie sadzę, by mi się to udało. Dymitr zginął wiele godzin temu. 

Mój głos przepełniały rozpacz i szaleństwo. 

- Musisz spróbować! 

-  Nie  mogę…  -  Lissa  przełknęła  ślinę.  -  Słyszałaś,  co  odpowiedziałam  królowej. 

Naprawdę tak myślę. Nie mogę wskrzeszać wszystkich zmarłych. To nadużycie, do którego 

namawiał mnie Wiktor. Dlatego właśnie utrzymywałyśmy mój dar w tajemnicy. 

- Więc pozwolisz mu umrzeć? Tak? Nie zrobisz tego dla mnie? - nie krzyczałam, lecz 

podniosłam głos.  Na szczęście w  cerkwi było prawie pusto,  a modlący  się z pewnością nie 

zwracali  na  nas  uwagi.  -  Ja  zrobiłabym  dla  ciebie  wszystko.  Wiesz  o  tym.  A  ty  mi 

odmawiasz? -Wiedziałam, że za chwilę się rozpłaczę. 

Lissa  patrzyła  na  mnie,  wie  wiedząc,  jak  zareagować.  Rozważała  moje  słowa, 

wsłuchiwała  się  w  ton  głosu.  Dopiero  teraz  zorientowała  się,  co  czułam  do  Dymitra, 

zrozumiała,  że  łączyło  nas  coś  ważniejszego  i  większego  niż  przyjaźń  nauczyciela  z 

uczennicą.  Wiedziałam,  o  czym  myślała.  Układała  sobie  w  głowie  fragmenty  informacji: 

background image

moje  uwagi,  sposób,  w  jaki  zachowywaliśmy  się,  kiedy  byliśmy  razem…  Wszystko 

pasowało. Nie zauważyła tego wcześniej. Miała ochotę zadać mi wiele pytań, ale nie zrobiła 

tego,  nie  wspomniała  też  o  swoim  odkryciu.  Ujęła  tylko  moją  dłoń  i  przyciągnęła  mnie  do 

siebie. 

- Tak mi przykro. Tak bardzo mi przykro. Nie mogę. 

Pozwoliłam  by  wyprowadziła  mnie  z  kaplicy.  Chciała,  żebym  coś  zjadła.  Kiedy 

jednak  usiadłam  w  jadalni  przed  tacą  pełną  jedzenia,  ogarnęły  mnie  jeszcze  silniejsze 

mdłości,  niż  gdy  w  pobliżu  znajdowały  się  strzygi.  Lissa  przestała  mnie  namawiać. 

Zrozumiała,  że  nic  nie  przełknę,  zanim  nie  dowiem  się,  co  z  Dymitrem.  Poszłyśmy  do  jej 

pokoju  i  położyłam  się  na  łóżku.  Siedziała  przy  mnie  w  milczeniu.  Nie  miałam  ochoty  na 

rozmowę i szybko zasnęłam. 

Kiedy się znowu obudziłam, stała nade mną matka. 

- Idziemy przeszukać jaskinie - oznajmiła. - Nie pozwolą ci tam wejść, ale możesz nas 

odprowadzić do granicy terenu szkolnego. 

Nie liczyłam na coś więcej. Uznałam, że warto im towarzyszyć, skoro mogłam poznać 

prawdę  chociaż  chwilę  wcześniej.  Lissa  poszła  ze  mną.  Nadal  czułam  się  zraniona  jej 

odmową, ale myślałam z nadzieją, że zmieni zdanie, kiedy go zobaczy. 

Strażnicy wyruszyli na poszukiwania większą grupą. Zabezpieczali się w ten sposób, 

choć  z  pewnością  niedobitki  strzyg  dawno  już  opuściły  to  miejsce.  Straciły  przewagę  nas 

nami i musiały się spodziewać, że wrócimy z posiłkami. 

Oddział  przekroczył  magiczną  osłonę,  a  my  czekałyśmy.  Prawie  się  do  siebie  nie 

odzywaliśmy.  Minęły  trzy  godziny,  zanim  wrócili.  Starałam  się  nie  dopuszczać  do  siebie 

ponurych  przeczuć.  Usiadłam  na  ziemi,  opierając  głowę  na  ramieniu  Lissy  i  odmierzałam 

minuty. Jeden z morojów władających żywiołem ognia rozpalił ognisko, żebyśmy mogli się 

przy nim ogrzać. 

Wreszcie ktoś krzyknął, że wracają. Zerwałam się z miejsca. Podbiegam do granicy i 

stanęłam jak wryta. 

Zobaczyłam  nosze,  a  na  nich  ciała  zabitych.  Martwi  strażnicy  o  bladych  twarzach  i 

niewidzących  oczach.  Jeden  z  morojów  stojących  obok  mnie  odszedł  w  krzaki  i 

zwymiotował. Lissa płakała. Mijali nas zmarli, jeden po drugim. Patrzyłam na nich obojętnie, 

zastanawiając  się,  czy  zobaczę  ich  duchy,  kiedy  następnym  razem  przekroczę  ochronną 

tarczę. 

Przyniesiono  pięć  ciał,  chociaż  wydawało  się,  że  było  ich  pięćset.  Nie  znalazłam 

wśród nich tego, którego szukałam. Bałam się je tam zobaczyć. Podbiegłam do matki. Ona też 

background image

niosła nosze. Nie spojrzała na mnie, lecz wiedziała, o co chcę ją zapytać. 

- Gdzie jest Dymitr? - prawie krzyknęłam. - Czy on… - Nie chciałam, by odebrała mi 

nadzieję. - Czy żyje? - O Boże. Czyżby moje modlitwy zostały wysłuchane? Może czeka tam 

ranny na lekarza? 

Matka nie odpowiedziała od razu. Ledwo rozpoznawałam jej głos, kiedy wreszcie się 

odezwała. 

- Nie było go tam, Rose. 

Potknęłam się o nieistniejący kamień i musiałam podbiec, żeby ją dogonić. 

- Jak to? Może jest ranny, odszedł gdzieś i potrzebuje pomocy? Matka wciąż unikała 

mojego wzroku. 

- Molly również zniknęła. 

Molly była wysoką, śliczną morojką. Moją rówieśnicą. Widziałam jej ciało w jaskini. 

Strzygi  wyssały  z  niej  całą  krew.  Nie  żyła.  Z  całą  pewnością  nie  została  ranna.  Molly  i 

Dymitr. Zniknęli oboje. 

- Nie! - jęknęłam. - Nie myślisz chyba… 

Zobaczyłam łzę spływającą po jej policzku. Nigdy nie widziałam, by matka płakała. 

-  Nie  wiem,  co  mam  myśleć,  Rose.  Jeśli  on  wciąż  żyje,  może  zachowały  go  na 

później. 

Myśl  o  tym,  że  Dymitr  ma  posłużyć  bestiom  jako  pokarm,  była  zbyt  straszna,  by 

wyrazić ją słowami. Mimo to dawała nadzieję. Obie zdawałyśmy sobie z tego sprawę. 

- Nie mogli zabrać Molly w tym samym celu. Była martwa. Matka skinęła głową. 

-  Przykro  mi,  Rose.  Nie  wiemy,  co  tam  się  stało.  Być  może  zginęli  oboje  i  strzygi 

zabrały ich ciała. 

Kłamała. Po raz pierwszy w życiu powiedziała nieprawdę, żeby mnie chronić. Myśl o 

tym  nie pocieszyła mnie jednak. Matka nie była typem  osoby, która mówi  byle co, by ktoś 

poczuł się lepiej. Zwykle wybierała nawet bolesną prawdę. 

Tym razem zachowała się inaczej. 

Zatrzymałam  się  i  czekałam,  aż  wszyscy  mnie  wyminą.  Lissa  przystanęła  obok  ze 

zmartwioną miną. 

- Co się stało? - spytała. 

Nie  odpowiedziałam.  Zawróciłam  i  ruszyłam  biegiem  w  stronę  granicy.  Pobiegła  za 

mną, wołając moje imię. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Nie przyszłoby im do głowy, że ktoś 

mógł  być  tak  głupi,  by  wyjść  na  niestrzeżony  teren  po  tym,  co  się  wydarzyło.  Ale  ja  nie 

umiałam  się  już  bać.  Minęłam  miejsce,  w  którym  Jesse  i  reszta  torturowali  Lisse.  Jednym 

background image

skokiem przekroczyłam  niewidzialną granicę Akademii.  Lissa zawahała się, ale pobiegła za 

mną. Czułam za sobą jej zdyszany oddech. 

- Rose, co chcesz… 

- Mason! - krzyknęłam. - Mason, potrzebuję cię! 

Trochę to trwało, zanim się ukazał. Tym razem jeszcze bledszy. Jego światło migotało 

jak żarówka, która lada moment się przepali. Patrzył na mnie z takim samym smutkiem, ale 

odniosłam wrażenie, jakby wiedział, o co chcę zapytać. Stojąca obok mnie Lissa wpatrywała 

się w miejsce, do którego kierowałam słowa. 

- Mason, czy Dymitr nie żyje? Duch pokręcił głową. 

- Żyje? 

Ponownie zaprzeczył. 

Ani żywy, ani martwy. 

Świat zawirował mi przed oczami, widziałam tylko rozmazane barwne plamy. Bałam 

się,  że  zemdleję.  Musiałam  zadać  kolejne  pytanie.  Strzygi  zabiły  tyle  osób…  miały  wielki 

wybór. To chyba niemożliwe, aby wybrały właśnie jego. 

Słowa ugrzęzły mi w gardle. Opadłam na kolana. 

- Czy on… Czy Dymitr przemienił się w strzygę? 

Mason  zawahał  się,  jakby  bał  się  odpowiedzieć,  lecz  w  końcu  skinął  potakująco 

głową. 

Serce przestało mi bić. Mój świat legł w gruzach. 

Stracisz to, co jest dla ciebie najcenniejsze… 

To nie o mnie mówiła Rhonda. Nie chodziło nawet o jego życie. 

To, co jest dla ciebie najcenniejsze. 

Dymitr stracił duszę. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY 

NIECAŁY TYDZIEŃ PÓŹNIEJ stanęłam u drzwi Adriana. 

Od  czasu  napaści  nie  mieliśmy  lekcji,  jednak  wciąż  obowiązywały  godziny  ciszy 

nocnej,  która  właśnie  się  zbliżała.  Adrian  zdumiał  się  na  mój  widok.  Po  raz  pierwszy  to  ja 

przyszłam do niego. 

- Mała dampirzyca - powitał mnie i odsunął się na bok, robiąc mi przejście. 

Weszłam  do  pokoju  przesiąkniętego  wonią  alkoholu.  Pokoje  gościnne  w  Akademii 

zostały  przytulnie  urządzone,  lecz  Adrian  nie  zadawał  sobie  trudu,  żeby  tu  sprzątać. 

Pomyślałam, że pił od czasu napaści.  Omiotłam wzrokiem  włączony telewizor i  stolik  przy 

sofie, na którym stała butelka wódki. Była opróżniona do połowy. Podniosłam ja i spojrzałam 

na etykietę napisaną cyrylicą. 

- Przyszłam nie w porę? - zagadnęłam, odstawiając flaszkę. 

- Ty zawsze przychodzisz w porę - odparł elegancko. Wyglądał okropnie. Adrian był 

przystojny, lecz teraz nie ogolony, z ciemnymi kręgami wokół oczu, które świadczyły o tym, 

że źle sypiał, prezentował się fatalnie. Machnął ręką w stronę fotela, a sam usiadł na sofie. 

- Dawno się nie widzieliśmy. Usiadłam. 

- Nie miałam ochoty na spotkania towarzyskie - przyznałam. 

Unikałam  znajomych.  Wolałam  samotność  lub  towarzystwo  Lissy.  Jej  obecność 

działała na mnie kojąco, choć niewiele ze sobą rozmawiałyśmy. Moja przyjaciółka rozumiała, 

że  potrzebuję  czasu,  by  uporać  się  z  tym,  co  zaszło,  i  trwała  przy  mnie,  nie  nalegając  na 

zwierzenia. Wiedziałam, że korci ją, by wypyta mnie o kilka spraw. 

Zmarłych  uczczono  wspaniałą  mszą,  a  ich  rodziny  organizowały  osobne  pogrzeby. 

Poszłam do cerkwi, w której zebrał się tłum. Ojciec Andrew odczytał imiona i nazwiska ofiar, 

włączając Dymitra i Molly. Nie rozmawiano o ich losie. Wszyscy byli przygnębieni tragedią. 

Nie  mogliśmy  się  z  niej  podnieść.  Nie  zastanawiano  się  również,  kiedy  życie  Akademii 

powróci na zwykłe tory. 

- Wyglądasz gorzej niż ja - zauważyłam. - Nie sadziłam, że to jest w ogóle możliwe. 

Adrian podniósł butelkę do ust i pociągnął solidny łyk. 

-  Nie,  ty  zawsze  wyglądasz  świetnie.  Co  do  mnie…  Cóż,  trudno  to  wytłumaczyć. 

Dopadają  mnie  aury.  W  szkole  jest  gęsto  od  smutku.  Nie  ma  miejsca  na  zrozumienie. 

Duchowy  smutek  promieniuje  od  każdego.  Czuję  się  z  tym  przytłoczony.  W  porównaniu  z 

ogólną atmosferą twoja mroczna aura wydaje się niemal wesołym miasteczkiem. 

background image

- I dlatego pijesz? 

- Właśnie. Znieczulam się, żeby tego nie widzieć. Przykro mi, ale nie powiem ci dziś, 

jak  wygląda  twoja  aura.  -  Podał  mi  butelkę,  lecz  odmówiłam.  Wzruszył  ramionami  i  upił 

kolejny  łyk.  -  Cóż  więc  mogę  dla  ciebie  zrobić,  Rose?  Mam  wrażenie,  że  nie  przyszłaś  tu 

sprawdzić, jak się miewam. 

Nie  pomylił  się,  a  ja  miałam  niewielkie  wyrzuty  sumienia.  W  ciągu  tygodnia  sporo 

rozmyślałam. Trudno było mi się uporać ze śmiercią Masona. Myślę, że nie poradziłam sobie 

do końca z tą tragedią, kiedy zaczęłam widzieć duchy. A teraz znowu przezywałam żałobę. 

Straciłam  Dymitra.  Czułam  się,  jakby  wyrwano  mi  pół  serca.  Ale  to  nie  wszystko.  Zginęli 

również  nasi  nauczyciele,  strażnicy  i  moroje.  Szczęśliwie  nie  straciłam  najbliższych 

przyjaciół, lecz kolegów z klasy. Towarzyszyli mi od początku nauki w Akademii. Jak teraz 

pogodzić  się  z  myślą,  że  ich  więcej  nie  zobaczę?  Wszyscy  musieliśmy  zaakceptować  ich 

śmierć,  każdy  żegnał  kogoś  bliskiego.  Mnie  gnębił  problem,  że  nie  wiedziałam,  jak  się 

pożegnać z Dymitrem, z kimś, kto nie do końca jest martwy. 

- Potrzebuję pieniędzy - oznajmiłam bez ogródek, nie siląc się na wstęp. 

Adrian uniósł brew. 

-  Zaskoczyłaś  mnie.  Nie  spodziewałem  się  takiej  prośby  od  ciebie.  Cóż  takiego 

miałbym zasponsorować? 

Odwróciłam  głowę  i  spojrzałam  na  ekran  telewizora.  Szła  reklama  jakiegoś 

dezodorantu. 

- Odchodzę z Akademii - wyznałam w końcu. 

- Tego również się nie spodziewałem. Za kilka miesięcy kończysz szkołę. 

Spojrzałam mu prosto w oczy. 

- To się teraz nie liczy. Muszę coś załatwić. 

-  Nigdy  bym  nie  podejrzewał,  że  zrezygnujesz  ze  służby.  Zamierzasz  dołączyć  do 

dziwek sprzedających krew? 

- Nie - żachnęłam się. - Oczywiście, że nie. 

- Nie obrażaj się. To prawdopodobny wniosek. Skoro nie chcesz zostać strażniczką, co 

innego mogłabyś robić? 

- Mówiłam ci. Mam coś do załatwienia. Adrian zmarszczył brwi. 

-  Rozumiem,  że  dobrowolnie  pakujesz  się  w  kłopoty?  Wzruszyłam  ramionami,  a  on 

parsknął śmiechem. 

-  Głupio  pytam.  Ty  zawsze  pakujesz  się  w  kłopoty.  Oparł  łokieć  na  poręczy  fotela  i 

podparł brodę dłonią. 

background image

- Dlaczego prosisz mnie o pieniądze? 

- Bo jesteś przy kasie. Adrian znów się roześmiał. 

- A dlaczego przypuszczasz, że ci je dam? 

Nie  odpowiedziałam.  Patrzyłam  na  niego  najbardziej  uwodzicielskim  z  moich 

kokieteryjnych  spojrzeń.  Chłopak  przestał  się  uśmiechać.  Zmrużył  zielone  oczy,  a  potem 

odwrócił wzrok. Był wyraźnie zakłopotany. 

-  Niech to  szlag, Rose.  Nie rób tego.  Nie teraz. Manipulujesz moimi uczuciami.  Tak 

nie można. - Pociągnął z butelki. 

Maił rację. Próbowałam wykorzystać fakt, że miał do mnie słabość. Grałam nisko, ale 

nie miałam wyboru. Wstałam i przesiadłam się bliżej niego. Ujęłam go za rękę. 

- Proszę cię, Adrian - powiedziałam. - Pomóż mi. Tylko do ciebie mogę się zwrócić. 

-  To  nieuczciwe  -  powtórzył,  przeciągając  słowa.  -  Robisz  do  mnie  słodkie  oczy,  a 

przecież wcale mnie nie chcesz. Zawsze pragnęłaś tylko Bielikowa. Bóg jeden wie, co zrobisz 

teraz, kiedy odszedł. 

Zaskoczyła mnie jego przenikliwość. 

- Pomożesz mi? - Nie dawałam za wygraną. - Tylko ty mi zostałeś… Ty jeden mnie 

rozumiesz… 

- Wrócisz do szkoły? - przerwał mi. 

- Kiedyś na pewno. 

Adrian  odchylił  głowę  i  westchnął.  Zawsze  uważałam,  że  ma  na  głowie  artystyczny 

nieład, ale tego dnia był po prostu potargany. 

-  Może  to  jest  dla  ciebie  najlepsze  wyjście.  Szybciej  o  nim  zapomnisz,  jeśli  stąd 

odejdziesz.  Nie  zaszkodzi  też,  jeśli  na  jakiś  czas  wyswobodzisz  się  spod  aury  Lissy  i 

oczyścisz się z chronicznego gniewu, jaki w tobie wyczuwam. Może będziesz szczęśliwsza i 

przestaniesz widzieć duchy. 

Nie byłam już tak uwodzicielska. 

-  To  nie  jej  wina.  W  pewnym  sensie  tak  jest,  ale  inaczej,  niż  myślisz.  Spotykam  je, 

ponieważ noszę pocałunek cienia. Jestem związana ze światem zmarłych. Ta więź nasila się z 

każda zadaną przeze mnie śmiercią. Z tego powodu wyczuwam również obecność strzyg. One 

też mają wiele wspólnego z tamtym światem. 

Moroj zmarszczył czoło. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  aura  nic  nie  znaczy?  Nie  przejmujesz  na  siebie  ubocznego 

działania mocy ducha? 

-  Wcale  tak  nie  twierdzę.  Muszę  sobie  radzić  z  wieloma  problemami.  Duchy 

background image

przychodzą  do  mnie  z  powodu  pocałunku  cienia.  Wpadam  w  gniew,  a  czasem  w  furię, 

ponieważ  przejmuję  złe  emocje  Lissy.  To  właśnie  dlatego  ostatnio  trudno  mi  nad  sobą 

zapanować.  Kiepsko  sobie  radzę  z  napadami  wściekłości…  -  Pomyślałam  o  tamtej  nocy, 

kiedy Dymitr powstrzymał mnie przed pobiciem Jessego. - Nie wiem, co ze mną będzie. 

Adrian westchnął. 

- Dlaczego jesteś tak skomplikowana? 

- Pomożesz mi? Proszę cię. - Przesunęłam palcami po jego dłoni. -Zgódź się. 

Manipulowałam  nim,  lecz  w  tej  chwili  nie  chciałam  o  tym  myśleć.  Liczył  się  tylko 

Dymitr. 

Adrian spojrzał mi w oczy. Po raz pierwszy od czasu, kiedy go poznałam, wydał mi 

się bezbronny. 

- Czy po powrocie dasz mi szansę? Ukryłam zaskoczenie. 

- Co masz na myśli? 

-  Już  mówiłem.  Nidy  mnie  nie  chciałaś  ani  nie  brałaś  mnie  pod  uwagę. 

Obdarowywałem  cię  kwiatami,  próbowałem  flirtu,  ale  ty  pozostawałaś  obojętna.  Widziałaś 

tylko jego i nikt się nie zorientował. Kiedy załatwisz już swoje sprawy, czy potraktujesz mnie 

poważnie? Przemyślisz moją propozycję? 

Patrzyłam  na  niego  bez  słowa.  Nie  spodziewałam  się  takiego  przebiegu  rozmowy. 

Odruchowo chciałam zaprzeczyć, powiedzieć, że nigdy nie pokocham innego, bo moje serce i 

dusza  umarły  razem  z  Dymitrem.  Adrian  przyglądał  mi  się  jednak  z  takim  natężeniem  i 

powagą, że musiałam wreszcie przyjąć do wiadomości, co do mnie czuje. Lissa miała rację. 

Był we mnie zakochany. 

- Odpowiedz - poprosił. „Bój jeden wie, co zrobisz teraz, kiedy odszedł”. 

- Oczywiście - rzuciłam szybko i nieszczerze. 

Chłopak odwrócił wzrok i sięgnął po wódkę. Wypił już prawie całą butelkę. 

- Kiedy wyjeżdżasz? 

- Jutro. 

Wstał i poszedł do sypialni. Wrócił z plikiem banknotów. Ciekawiło mnie, czy trzyma 

je  pod  łóżkiem.  Podał  mi  pieniądze  bez  słowa,  a  potem  podniósł  słuchawkę  i  dobył  kilka 

rozmów telefonicznych. Słońce stało wysoko i w świecie ludzi, gdzie moroje lokowali swoje 

majątki, wrzała praca. 

Usiłowałam  skupić  się  na  telewizji,  ale  nie  mogłam.  Przeszkadzało  mi  nieznośne 

swędzenie karku. Nie sposób było zliczyć, ile strzyg zabiliśmy, odznaczono nas więc innym 

tatuażem niż znaki molnija. Zapomniałam, jak go nazywano, przypominał kształtem gwiazdę. 

background image

Świadczył o udziale w bitwie i zlikwidowaniu wielu strzyg. 

Adrian  zakończył  ostatnią  rozmowę  i  wręczył  mi  kartkę  z  nazwiskiem  i  adresem 

banku w Missouli. 

-  Zgłoś  się  tam  -  powiedział.  -  Zakładam,  że  najpierw  pojedziesz  do  Missouli. 

Otworzyłem  dla  ciebie  konto.  Masz  na  nim  spory  zapas  gotówki.  W  banku  załatwisz 

wszystko od ręki. 

Włożyłam banknoty do kieszeni. 

- Dziękuję. - Nachyliłam się bez wahania i przytuliłam go. Owionął mnie silny zapach 

alkoholu, ale byłam mu winna ten gest. Wykorzystałam jego uczucia, żeby osiągnąć swój cel. 

Adrian  objął  mnie  mocno  i  przytrzymał.  Na  koniec  musnęłam  go  wargami  w  policzek.  Na 

moment wstrzymał oddech. 

- Nie zapomnę ci tego - wyszeptałam mu do ucha. 

- Pewnie nie powiesz mi, dokąd jedziesz? - spytał. 

- Nie - odparłam. - Przykro mi. 

- Dotrzymaj obietnicy i wróć. 

- Niczego nie obiecywałam - zauważyłam. Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. 

- Racja. Będę za tobą tęsknił, mała dampirzyco. Uważaj na siebie. I daj mi znać, jeśli 

będziesz czegoś potrzebowała. Czekam na ciebie. 

Podziękowałam  mu  jeszcze  raz  i  wyszłam,  nie  informując,  że  pewnie  będzie  musiał 

długo czekać. Nie wiedziałam nawet, czy w ogóle wrócę do Akademii. 

Następnego  dnia  wstałam  wcześnie,  kiedy  wszyscy  jeszcze  spali.  Prawie  nie 

zmrużyłam  oka.  Przewiesiłam  torbę  przez  ramię  i  udałam  się  do  głównego  budynku 

administracji.  Biuro  było  zamknięte,  więc  usiadłam  na  podłodze  w  korytarzu  i  czekałam. 

Oglądając sobie paznokcie, zobaczyłam dwa złote odpryski lakieru na kciukach. Tyle zostało 

po  manikiurze.  Dwadzieścia  minut  później  pojawiła  się  sekretarka.  Otworzyła  drzwi  i 

zaprosiła mnie do środka. 

- Co mogę dla ciebie zrobić? - spytała, siadając za biurkiem. Podałam jej plik kartek. 

- Rezygnuję ze szkoły. Kobieta wytrzeszczyła oczy. 

- Ale…Jak to… Nie możesz przecież. Stuknęłam palcem w formularz. 

- Owszem, mogę. Wypełniłam wszystko. 

Wciąż zszokowana, sekretarka mruknęła, żebym zaczekała, i wybiegła z pokoju. Kilka 

minut później wróciła z dyrektorką. Kirowa musiała już wiedzieć, co się stało, bo patrzyła na 

mnie surowo znad nosa przypominającego ptasi dziób. 

- Panno Hathaway, co to ma znaczyć? 

background image

- Odchodzę - wyjaśniłam. - Wypisuję się. Rezygnuję. 

- Nie może pani - sprzeciwiła się. 

-  Oczywiście,  że  mogę.  Formularze  są  dostępne  w  bibliotece.  Wypełniłam  swój,  jak 

należy. 

Zauważyłam, że dyrektorka posmutniała. Nie była na mnie zła, raczej zaniepokojona. 

- Wiem, że ostatnio wydarzyło się wiele złego. Wszyscy to przeżyliśmy, nie powinna 

pani  jednak  podejmować  pochopnych  decyzji.  Teraz  jest  pani  nam  potrzebna  bardziej  niż 

kiedykolwiek  -niemal  prosiła.  Trudno  uwierzyć,  że  pół  roku  temu  sama  zamierzała  mnie 

wyrzucić ze szkoły. 

- Moja decyzja nie jest pochopna - wyjaśniłam. - Przemyślałam ją. 

- Chciałabym przynajmniej przedyskutować to z pani matką. 

-  Trzy  dni  temu  wyjechała  do  Europy.  Zresztą  to  bez  znaczenia.  -Pokazałam  jej 

miejsce  w  formularzu,  gdzie  napisano:  „Data  urodzin”.  -Dzisiaj  kończę  osiemnaście  lat. 

Matka  nie  ma  już  wpływu  na  moje  decyzje.  Czy  pani  podpisze  formularz,  czy  będzie 

próbowała mnie zatrzymać siłą? Proszę mi wierzyć, że bez trudu pokonam panią w walce. 

Sekretarka  postawiła  pieczątkę,  a  dyrektorka  złożyła  swój  podpis  na  dokumencie 

zaświadczającym  o  tym,  że  nie  jestem  już  uczennicą  akademii  świętego  Władimira. 

Potrzebowałam go, żeby wyjść główną bramą. 

Musiałam  pokonać  długą  drogę  do  wyjścia.  Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi, 

oblewając  horyzont  czerwienią.  Powietrze  ociepliło  się  już  i  nawet  nocami  ni  marzłam. 

Nadeszła oczekiwana wiosna. Cieszyło mnie to, ponieważ miałam przed sobą długi marsz do 

autostrady.  Zamierzałam  złapać  okazję  do  Missouri.  Nie  był  to  bezpieczny  sposób 

podróżowania, lecz czułam się raźniej, zaciskając palce na rękojeści srebrnego sztyletu, który 

ukryłam  w  kieszeni  płaszcza.  Nie  odebrano  mi  broni  po  walce  i  w  razie  potrzeby  mogłam 

posłuży się nią również w obronie przed ludźmi. 

Od  bramy  dzieliło  mnie  już  tylko  kilka  kroków,  kiedy  wyczułam  jej  obecność.  To 

Lissa. Przystanęłam i spojrzałam w stronę ukwieconych gałęzi drzew. Stała tam nieruchomo. 

Ukryła  swoje  myśli  tak  starannie,  że  nie  zorientowałam  się,  co  zamierza.  Jej  włosy  i  oczy 

lśniły  w  blasku  zachodzącego  słońca.  Lissa  była  zbyt  piękna  i  subtelna,  by  stanowić  część 

tego ponurego krajobrazu. 

- Cześć - przywitałam ją. 

- Część. -  Otoczyła mnie ramionami, marznąć mimo ciepłego okrycia. Moroje nie są 

tak  odporni  na  zmiany  temperatur  jak  dampiry.  Ja  cieszyłam  się  ciepłem  i  wiosną,  a  ona 

dygotała z zimna. -Wiedziałam - rzuciła. - Przeczuwałam to od dnia, kiedy poinformowali, że 

background image

jego ciało zniknęło. Coś mi mówiło, że odejdziesz. Nie wiedziałam tylko, kiedy to nastąpi. 

- Potrafisz czytać w moich myślach? - Nie mogłam pohamować ironii. 

- Nie, po prostu zaczęłam rozumieć. Nie mogę uwierzyć, że byłam tak ślepa. Nic nie 

zauważyłam.  Wiktor  mówił  prawdę…  -  Obejrzała  się  na  słońce,  a  potem  znów  przeniosła 

wzrok  na  mnie.  Czułam,  że  ogarnął  ją  gniew.  -  Dlaczego  nic  mi  nie  powiedziałaś?!  - 

zawołała. -Czemu nie przyznałaś się, że kochasz Dymitra? 

Patrzyłam  na  nią  w  milczeniu.  Nie  pamiętałam  już,  kiedy  Lissa  podniosła  na  kogoś 

głos. Chyba jesienią, gdy Wiktor zorganizował swój szalony plan. To ja byłam agresywna, nie 

ona. Nawet kiedy torturowała Jessego, przemawiała śmiertelnie spokojnym głosem. 

- Nie mogłam nikogo wtajemniczyć - odparłam. 

- Jestem twoją najlepsza przyjaciółką, Rose. Tak wiele razem przeszłyśmy. Naprawdę 

myślisz, że mogłabym cię wydać? Potrafię dochować sekretu. 

Wbiłam wzrok w ziemię. 

- Wiem. Ale nie umiałam o tym mówić. Nawet z tobą. Nie potrafię tego wyjaśnić. 

-  Czy…  -  zająknęła  się  przed  zadaniem  tego  pytania.  -  Czy  to  było  coś  poważnego? 

Tylko ty się zaangażowałaś czy… 

- Oboje - odparłam. - On czuł to samo do mnie. Wiedzieliśmy jednak, że nie możemy 

być razem. Dzieliła nas różnica wieku i fakt, iż będziemy opiekowali się tobą. 

Lissa uniosła brwi. 

- Jak to? 

- Dymitr powtarzał, że jeśli się ze mną zwiąże, nie będzie w stanie skutecznie chronić 

ciebie. Nie mieliśmy prawa cię narażać. 

Ogarnęło ją poczucie winy, że stanęła nam na przeszkodzie. 

- Nie jesteś za to odpowiedzialna - wtrąciłam szybko. 

- Przecież…na pewno istniał jakiś sposób…Można było rozwiązać ten problem. 

Wzruszyłam  ramionami.  Nie  miałam  ochoty  opowiadać  jej  o  naszym  ostatnim 

pocałunku w lesie, kiedy Dymitr znalazł sposób na naszą przyszłość. 

- Nie wiem - mruknęłam. - Staraliśmy się zachowywać dystans. Czasem nam się to nie 

udawało. 

Lissa była poruszona. Cierpiała, a jednocześnie czuła złość. 

- Powinnaś mi powiedzieć - powtórzyła. - Nie ufasz mi. 

- Oczywiście, że ufam. 

- I dlatego teraz postanowiłaś się wymknąć bez pożegnania? 

- To nie ma nic wspólnego z zaufaniem - zaoponowałam. - Po prostu nie chciałam cię 

background image

informować.  Nie  mogłam  ci  powiedzieć,  że  wyjeżdżam,  ani  tłumaczyć,  dlaczego  tak 

postanowiłam. 

- I tak już wiem - stwierdziła Lissa. - Domyśliłam się. 

- Jakim cudem? - Znowu mnie zaskoczyła. 

- Przysłuchiwałam się waszej rozmowie w samochodzie, kiedy jechaliśmy na zakupy 

do Missouli. Dymitr mówił, że przemiana w strzygę zabija duszę…Rodzi się bestia gotowa 

wyrządzić  największą  krzywdę.  Słyszałam  też…  -  Widziałam  ile  bólu  sprawia  jej  ta 

rozmowa.  Poczułam,  że  łzy  napływają  mi  do  oczu.  Powróciło  wspomnienie  tego  dnia. 

Siedziałam obok Dymitra w samochodzie i wtedy po raz pierwszy poczułam, że jestem w nim 

zakochana.  Wiedziałam  teraz,  że  on  czuł  to  samo.  Lissa  przełknęła  ślinę.  -  Oboje 

stwierdziliście wówczas, że wolelibyście umrzeć, niż przemienić się w strzygi. 

Zapadło milczenie. Podmuchy wiatru rozwiewały nam włosy. 

- Muszę to zrobić, Liss. Jestem mu to winna. 

- Nie - sprzeciwiła się. - Wcale nie musisz. Niczego mu nie obiecywałaś. 

- Nie powiedziałam tego, ale… Nie rozumiesz. 

- Rozumiem, że próbujesz poradzić sobie ze stratą. Na pewno istnieje inny sposób… 

Potrząsnęłam głową. 

- To jedyne wyjście. 

- Nawet jeśli musisz mnie opuścić? 

Mówiła  tonem  pełnym  żalu  i  patrzyła  na  mnie  z  wyrzutem.  Wróciłam  myślami  do 

chwil, które spędziłyśmy razem od czasów dzieciństwa. 

Nierozłączne. Związane ze sobą na zawsze. Z Dymitrem również łączyła mnie więź. 

Powoli ogarniało mnie zniecierpliwienie. Nigdy nie chciałam wybierać pomiędzy nimi. 

- To jedyne wyjście. 

-  Miałaś  zostać  moją  strażniczką.  Wyjechałybyśmy  razem  do  college'u.  -  Lissa  nie 

rezygnowała. - Nosisz pocałunek cienia. Jesteśmy ze sobą związane. Jeśli mnie opuścisz… 

Czułam narastającą irytację. 

-  Przydzielą  ci  innego  opiekuna  -  rzuciłam  stanowczo.  -  Nawet  dwóch.  Jesteś 

Dragomirówną, dobrze zadbają o twoje bezpieczeństwo. 

- Nikt mi ciebie nie zastąpi, Rose - powiedziała Lissa, wpatrując się we mnie swoimi 

pięknymi  zielonymi  oczami.  Opuszczała  mnie  złość.  Nagle  spłynęła  na  mnie  taka 

słodycz…Ona miała rację. Byłam jej to winna. Powinnam… 

- Przestań! - wykrzyknęłam, odwracając się od niej. Użyła magii. -Nie próbuj na mnie 

wpływać. Przyjaciele tak się nie zachowują. 

background image

-  Przyjaciele  nie  opuszczają  się  w  potrzebie  -  odparowała.  -  Gdybyś  naprawdę  była 

moją przyjaciółką, nie odeszłabyś teraz. 

Obróciłam się, jednocześnie unikając jej wzroku, na wypadek gdyby znów spróbowała 

użyć wpływu. Byłam bliska wybuchu. 

- Tu nie chodzi o ciebie, rozumiesz? To jest wyłącznie moja sprawa. Przez całe życie, 

Lisso…  całe  życie  powtarzano  mi,  że  wy  jesteście  najważniejsi.  Istniałam  tylko  dla  ciebie. 

Trenowałam  przez  lata,  żeby  żyć  w  twoim  cieniu.  Wiesz  co?  Choć  raz  chcę  zrobić  coś  dla 

siebie. Jestem zmęczona ciągłą troską o innych, nie zamierzam dłużej lekceważyć własnych 

potrzeb i pragnień. Dymitr też był wam posłuszny i zobacz, jak to się skończyło. Odszedł. Już 

nigdy  go  nie  obejmę.  Jestem  mu  winna  tę  ostatnią  przysługę.  Może  jest  ci  przykro,  ale  tak 

zdecydowałam! 

Wykrzyczałam  te  słowa  jednym  tchem.  Miałam  nadzieję,  że  nie  usłyszeli  mnie 

wartownicy pilnujący bramy. Lissa patrzyła na mnie bez słowa, po jej policzku spływały łzy. 

Zadrżałam na myśl, że zamierzam opuścić osobę, którą przysięgałam chronić. 

- Kochasz go bardziej niż mnie - powiedziała dziecinnie. 

- On mnie teraz potrzebuje. 

- Ja ciebie potrzebuję. Jego już nie ma, Rose. 

- Nieprawda! - wrzasnęłam. - Lecz wkrótce tak się stanie. -Zdjęłam z ręki czotki, które 

podarowała mi na święta Bożego Narodzenia. Podałam jej różaniec. Lissa zawahała się, ale w 

końcu go wzięła. 

- Dlaczego? - spytała. 

-  Nie  mam  prawa  go  nosić.  Należy  do  strażnika  Dragomirów.  Poproszę  o  niego, 

kiedy… - omal nie powiedziałam „jeśli” - wrócę. 

Lissa zamknęła czotki w dłoni. 

- Proszę cię, Rose. Nie opuszczaj mnie. 

- Przykro mi. - Nie umiałam znaleźć innych słów. - Przykro mi. 

Zostawiłam  ją  płaczącą  i  ruszyłam  w  kierunku  wyjścia.  Część  mojej  duszy  umarła 

razem z odejściem Dymitra. Teraz czułam, że straciłam kolejną część siebie. Wkrótce pewnie 

nic nie pozostanie. 

Wartownicy  byli  moją  decyzją  równie  wstrząśnięci  jak  Kirowa.  Nie  mogli  mnie 

jednak  zatrzymać.  „Wszystkiego  najlepszego  z  okazji  urodzin”,  powiedziałam  do  siebie  z 

goryczą. Moje osiemnaste urodziny miały wyglądać inaczej. 

Brama  otworzyła  się  i  przekroczyłam  chronione  magią  granice  szkoły.  Czułam  się 

bezbronna  i  obnażona.  Miałam  wrażenie,  że  znalazłam  się  na  wielkiej,  nieograniczonej 

background image

przestrzeni, a jednocześnie stąpałam wąską ścieżką. Słońce już zaszło i moją drogę oświetlał 

tylko księżyc. 

Kiedy oddaliłam się wystarczająco od wartowników, przystanęłam i zawołałam. 

- Mason! 

Długo czekałam. Kiedy wreszcie się zjawił, z trudem go dostrzegałam. Stał się niemal 

zupełnie przezroczysty. - To koniec, prawda? Odejdziesz…Przejdziesz do… 

Nie miałam pojęcia, dokąd odejdzie. Nie wiedziałam, co się z nami dzieje po śmierci. 

Czy  dusza  przechodzi  do  wymiaru,  jaki  opisywał  mi  ojciec  Adnrew,  czy  może  czeka  ją 

zupełnie inny los? Mason zdawał się jednak rozumieć, o co pytam, bo kiwnął głową. 

-  Minęło  ponad  czterdzieści  dni.  -  Zamyśliłam  się.  -  Zostałeś  dłużej,  niż  musiałeś. 

Prawdę mówiąc, liczyłam na to, że zaprowadzisz mnie do niego. 

Mason pokręcił głową. Nie musiał nic mówić - rozumiałam przekaz. „Jesteś zdana na 

siebie, Rose”. 

- W porządku. Zasługujesz na odpoczynek. Poza tym chyba wiem, gdzie go szukać. - 

Zastanawiałam  się  nad  tym  przez  cały  tydzień.  Jeśli  właściwie  odgadłam  miejsce  pobytu 

Dymitra,  czekało  mnie  sporo  pracy.  Pewnie,  że  przydałaby  mi  się  pomoc  Masona,  lecz  nie 

chciałam go zatrzymywać. Uznałam, że dam sobie radę. - Żegnaj -powiedziałam. - Dziękuję 

za wszystko. Będzie mi ciebie brakowało. 

Postać  Masona  stawała  się  coraz  bledsza,  coraz  bardziej  przezroczysta.  Przesłał  mi 

uśmiech  na  pożegnanie,  ten  uśmiech,  który  tak  u  niego  lubiłam.  Po  raz  pierwszy  od  chwili 

jego  śmierci  nie  czułam  żalu  ani  przygnębienia.  Na  pewno  będę  za  nim  tęskniła,  lecz 

wiedziałam, że teraz spotka go coś dobrego. Uwolniłam się od poczucia winy. Popatrzyłam 

na długą drogę wijącą się przede mną. Westchnęłam. Czekała mnie daleka podróż. 

-  Ruszaj,  Rose  -  mruknęłam  i  poszłam  przed  siebie  w  poszukiwaniu  ukochanego, 

którego musiałam zabić. 

background image

PODZIĘKOWANIA 

Jak  zwykle  nie  potrafię  znaleźć  słów,  by  wyrazić  swoją  wdzięczność  dla  rodziny, 

cierpliwie  znoszącej  wszystkie  moje  wzloty  i  upadki  podczas  pisania  tej  książki,  która 

kosztowała mnie sporo wysiłku. 

Dziękuję  Davidowi  i  Christinie  za  szybką  i  wnikliwą  lekturę;  I.  A  Gordonowi  oraz 

Sherry  Kirk  za  konsultację  z  języka  rosyjskiego;  Synder  Korman  za  pomoc  w  języku 

rumuńskim;  mojemu  agentowi  Jimowi  McCarth'emu  za  mądrość  i  wielkie  wsparcie  w 

trudnych  sprawach,  redaktorom  Jessice  Rottenberg  i  Benowi  Schrankowi  za  rady  i 

wskazówki; grupie Autorów z Seattle za odrywanie mnie od pracy i dobry humor; Jayowi za 

nieskończoną cierpliwość i celny dowcip.