background image

Nieposkromiona 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Kra! Kra! 

Uparte krakanie jednej głupiej wrony nie pozwalało mi zasnąć przez całą noc – a konkretnie 
przez dzień, bo pewnie wiecie, że dla wampirów, do których już prawie należę, dzień i noc 
zamieniły się miejscami. Tak czy owak nie zmrużyłam oka, choć brak snu był w tej chwili 
najmniejszym z moich zmartwień. Moje życie straciło sens. Przyjaciele się ode mnie 
odwrócili. Ale czyż mogło być inaczej? Halo, to ja, Zoey Redbird, niekwestionowana 
Mistrzyni we Wkurzaniu Wszystkich Dookoła. 

Persefona, potężna kasztanka, którą dostałam pod opiekę na czas swego przebywania w 
Domu Nocy, wykręciła łeb i musnęła nosem mój policzek. Pocałowałam ją w miękki pysk i 
wróciłam do szczotkowania gładkiej szyi. Oporządzanie klaczy zawsze pomagało mi w 
myśleniu i poprawiało samopoczucie. A bez wątpienia potrzebowałam obu tych rzeczy. 

– No dobra. Od dwóch dni udaje mi się unikać Wielkiej Konfrontacji, ale dłużej już się nie da 
– powiedziałam jej. – Owszem, wiem, że są teraz w stołówce i pałaszują obiad, oczywiście 
wszyscy razem, adorując się wzajemnie, a mnie totalnie olewając. 

Persefona prychnęła, po czym powróciła do przeżuwania siana. 

– Taaa, ja też uważam, że są palantami. No dobra, okłamywałam ich, choć głównie przez 
pomijanie pewnych kwestii. Najczęściej dla ich dobra. – Westchnęłam. Owszem, 
niemówienie im o tym, że Stevie Rae ożyła, było dla ich dobra, ale to o moim romansie z 
Lorenem Blakiem, Mistrzem Poezji i nauczycielem z Domu Nocy, raczej dla mojego. – Mimo 
to – Persefona zastrzygła uchem, jakby naprawdę słuchała – trochę za surowo mnie oceniają. 

Klacz znów prychnęła, a ja znów odpowiedziałam jej westchnieniem. Niech to szlag. Muszę 
wreszcie stawić im czoło. 

Raz jeszcze poklepałam Persefonę, po czym powoli przeszłam z jej boksu do pomieszczenia 
pomocniczego, by odłożyć wszystkie zgrzebła, których używałam przez ostatnią godzinę. 
Wciągnęłam głęboko w płuca zapach koni i skórzanych siodeł, by uspokoić skołatane nerwy. 
Pochwyciłam własne odbicie w oszklonym oknie pomieszczenia i machinalnie przeczesałam 
ciemne włosy, żeby nie wyglądać jak czupiradło. Minęły dopiero dwa miesiące, odkąd 
zostałam naznaczona przez boginię i przeniosłam się do Domu Nocy, a moje włosy wyraźnie 
już się zagęściły i wydłużyły. Była to zaledwie jedna z zachodzących we mnie zmian, 
zarówno tych niewidocznych – takich jak dar komunikacji ze wszystkimi pięcioma żywiołami 
– jak i tych bardzo widocznych, jak nietypowy tatuaż, który pokrywał moją twarz filigranową 
kombinacją niesamowitych szafirowych wzorów, po czym (w odróżnieniu od tatuaży innych 
adeptów, a nawet dorosłych wampirów) schodził w dół, obejmując szyję i ramiona, ciągnąc 
się wzdłuż kręgosłupa, a ostatnio także obramowując talię, o czym nie wiedział jeszcze nikt z 
wyjątkiem mojej kotki Nali, bogini Nyks i mnie. 

Bo niby komu mogłabym go pokazać? 

background image

– Cóż, wczoraj miałaś faceta, a nawet trzech – oznajmiłam swojej podobiźnie z lustra, 
przyglądającej mi się ciemnymi oczami z dość cynicznym półuśmieszkiem. – Ale załatwiłaś 
tę sprawę, co? Nie dość, że jesteś sama, to w zasadzie masz zagwarantowane, że nikt ci nie 
zaufa przez najbliższy… hm… powiedzmy, trylion lat. – A konkretnie nikt oprócz Afrodyty, 
która dwa dni temu całkiem ześwirowała i zmyła się z Domu Nocy z powodu podejrzenia, że 
niespodziewanie wróciła do ludzkiej postaci, i Stevie Rae, która ścigała wyżej wymienioną z 
powodu podejrzenia, że to ona (Stevie) przyczyniła się do Przemiany tamtej w wyniku 
utworzonego przeze mnie kręgu, który to krąg pozwolił jej (Stevie) z półmartwego zombiaka 
zmienić się w dziwacznego, ale żywego wampira z czerwonym tatuażem. Owszem, było to 
tak skomplikowane, jak się wydawało. – Tak czy owak – kontynuowałam rozmowę ze sobą – 
udało ci się zadrzeć praktycznie z każdym, kto kiedykolwiek przewinął się przez twoje życie. 
Gratulacje! 

Warga mi drżała, a oczy szczypały od nacierających łez. Nie, powiedziałam sobie, ryczenie tu 
nic nie pomoże. Gdyby mogło pomóc, to moi przyjaciele już dawno rzuciliby mi się na szyję i 
odpuścili wszystkie winy. Musiałam po prostu stawić im czoło i zacząć stopniowo wszystko 
odkręcać. 

Późnogrudniowa noc była chłodna i nieco mglista. Gazowe latarnie ciągnące się wzdłuż 
chodnika od stajni i sali gimnastycznej po główny budynek szkoły roztaczały małe aureolki 
żółtego światła, piękne i trochę w stylu retro. W gruncie rzeczy cały campus Domu Nocy był 
niesamowicie urokliwy i zawsze bardziej kojarzył mi się z legendami arturiańskimi niż ze 
współczesnym światem. Uwielbiam to miejsce, pomyślałam. To mój dom, moje życie. 
Pogodzę się z przyjaciółmi i wszystko znów będzie jak przedtem. 

Przygryzłam wargę i zastanawiałam się głęboko, jak też właściwie mam to zrobić, gdy nagle 
moje wysiłki umysłowe przerwał dziwny furkot w otaczającym mnie powietrzu. Ciarki 
przebiegły mi po plecach. Podniosłam wzrok, ale nie dostrzegłam nic oprócz odległego nieba 
i nagich gałęzi ogromnych dębów, które rosły szpalerem wzdłuż chodnika. Mimo to 
zadrżałam, czując w kościach, jak noc z łagodnej i mglistej przemienia się w mroczną i 
złowrogą. 

Że niby co? Mroczną i złowrogą? Co za bzdury. Pewnie tylko wiatr szeleścił w gałęziach. 
Jezu, kompletnie mi odwala! 

Pokręciłam głową z dezaprobatą i ruszyłam przed siebie. Po paru krokach znów usłyszałam 
ten dźwięk. Dziwaczne furkotanie nad moją głową tak wzburzyło powietrze, które wydało mi 
się nagle o parę stopni chłodniejsze, że uderzały we mnie podmuchy silnego wiatru. 
Machinalnie zaczęłam się oganiać, wyobrażając sobie nietoperze, pająki i różne inne 
obrzydliwe stwory. 

Moje palce trafiły w pustkę, ale była to pustka wywołująca lodowaty ból. Jęknęłam z 
przerażenia i przycisnęłam dłoń do piersi. Przez chwilę nie miałam pojęcia, co robić. 
Zesztywniałam ze strachu. Furkotanie stawało się coraz głośniejsze, a zimno coraz bardziej 
dotkliwe. W końcu jakoś się pozbierałam, pochyliłam głowę i zrobiłam jedyną rzecz, jaką 
mogłam zrobić: pobiegłam w kierunku drzwi najbliższego budynku. 

Wśliznęłam się do wnętrza, zatrzasnęłam grube drewniane drzwi i oddychając ciężko, 
wyjrzałam przez umieszczone w nich łukowate okienko. Noc przeobrażała się przed moimi 

background image

oczami, jakby ktoś nakładał na ciemną kartkę kolejne pędzle czarnej farby. Lodowaty strach 
nie ustępował. Co tu się dzieje? 

– Ogniu, przybądź – szepnęłam automatycznie, ledwie świadoma własnych słów. – Potrzebne 
mi twoje ciepło. 

Żywioł zareagował natychmiast, wypełniając otaczającą mnie przestrzeń kojącym ciepłem 
kominkowego ognia. Nie odrywając oczu od okienka, przycisnęłam dłonie do szorstkiego 
drewna drzwi. 

– Tam – wymamrotałam. – Rozgrzej powietrze na zewnątrz. 

Ogień oddalił się ode mnie ze świstem, przelatując przez drzwi i wylewając się w noc. 
Usłyszałam syk, jakby z suchego lodu unosiła się para. Mgła kłębiła się jak gęsta zupa, aż 
zakręciło mi się w głowie i poczułam mdłości, ale wkrótce potem dziwna ciemność zaczęła 
znikać. W końcu ciepło całkowicie pokonało chłód i wszystko skończyło się równie nagle, jak 
się zaczęło, a noc znów stała się spokojna i znajoma. 

Co to u diabła było? 

Ręka wciąż mnie szczypała. Oderwałam wzrok od okna, spojrzałam w dół i ujrzałam na dłoni 
czerwone pręgi, jakby podrapały mnie jakieś szpony. Potarłam ślady. Szczypały jak oparzenia 
od lokówki. 

I wtedy nagle doznałam obezwładniającego uczucia, tak silnego, że musiała w tym maczać 
palce Nyks, a uczucie to mówiło, że za nic w świecie nie powinnam tu być sama. Chłód, który 
skaził noc – niewidzialna obecność, która mnie zraniła i ścigała – wypełnił mnie potwornym 
przeczuciem i pod jego wpływem po raz pierwszy od dawna zrodził się w mojej duszy 
prawdziwy, głęboki strach. Nie o przyjaciół. Nie o babcię, byłego chłopaka czy nawet mamę, 
z którą i tak nie utrzymywałam kontaktów. Tym razem bałam się o siebie. I już nie tylko 
pragnęłam towarzystwa najbliższych mi osób, lecz potrzebowałam go jak powietrza. 

Przez krótką chwilę kręciłam się pod drzwiami zatłoczonej „jadłodajni”, czyli po prostu 
szkolnej stołówki, patrząc, jak inni uczniowie spokojnie i wesoło sobie rozmawiają, i nagle 
strasznie zapragnęłam być jednym z nich, przeciętną adeptką bez nadzwyczajnych mocy i 
związanej z nimi odpowiedzialności. Przez ten jeden moment tak strasznie chciałam być 
zwyczajna, że aż zaparło mi dech. 

Potem jednak poczułam na skórze łagodne muśnięcie wiatru, który wydawał się nieść z sobą 
płomień niewidzialnego ognia. Wciągnęłam w płuca odległą woń oceanu, choć w naszych 
okolicach próżno szukać jakiejkolwiek wielkiej wody, usłyszałam śpiew ptaków i poczułam 
zapach świeżo skoszonej trawy, a moja dusza zadrżała z rozkoszy, wiedząc, że to odpowiedź 
wszystkich pięciu żywiołów, z którymi potrafiłam się komunikować: powietrza, ognia, wody, 
ziemi i ducha. 

Nie byłam zwyczajna. Nie byłam taka jak jakikolwiek inny adept czy wampir i nie powinnam 
tego żałować. Teraz część mojej niezwyczajności podpowiadała mi, że muszę wejść do 
stołówki i spróbować pogodzić się z przyjaciółmi. Wyprostowałam więc plecy, rozejrzałam 
się twardo po sali i bez trudu odnalazłam swoją gromadkę siedzącą przy tym stoliku co 
zwykle. 

background image

Wzięłam głęboki oddech i szybko przeszłam przez salę, pozdrawiając skinieniem głowy lub 
uśmiechem osoby, które mnie witały. Zauważyłam, że wszyscy patrzą na mnie z typową 
mieszanką szacunku i podziwu, co oznaczało, że najbliżsi przyjaciele nie obgadali mnie przed 
całą szkołą oraz że Neferet nie przypuściła na mnie otwartego ataku. Jeszcze nie. 

Chwyciłam pierwszą z brzegu sałatkę i colę, po czym trzymając tacę tak sztywno, że aż palce 
mi zbielały, skierowałam się prosto do właściwego stołu i zajęłam swoje zwykłe miejsce obok 
Damiena. 

Gdy usiadłam, nikt na mnie nie spojrzał, ale swobodna pogawędka momentalnie umilkła. 
Nienawidzę tego jak diabli. Co może być gorsze od sytuacji, w której podchodzi się do 
swoich rzekomych przyjaciół, a oni natychmiast cichną, żeby nie zdradzić, o czym akurat 
rozmawiali? 

– Cześć – powiedziałam, choć miałam ochotę uciec i zalać się rzewnymi łzami. 

Odpowiedziała mi grobowa cisza. 

– Co nowego? – zwróciłam się do Damiena, wiedząc, że jest najsłabszym ogniwem w 
łańcuchu milczenia. 

Niestety, odpowiedziały mi Bliźniaczki, a nie Damien, który jako gej był z natury bardziej 
wrażliwy i uprzejmy. 

– Nic a nic, prawda, bliźniaczko? – odparła Shaunee. 

– Jak wyżej, bliźniaczko. Nikt nam nic nie mówi, bo przecież nie jesteśmy godni zaufania – 
poparła ją Erin. – Komu jak komu, ale nam po prostu nie można ufać. Wiedziałaś o tym, 
bliźniaczko? 

– Do niedawna nie – odpowiedziała Shaunee. – A ty? 

– Ja też nie – przytaknęła Erin. 

Pewnie już wiecie, że w rzeczywistości bynajmniej nie są bliźniaczkami. Shaunee Cole to 
śniada Amerykanka pochodzenia jamajskiego, wychowana na Wschodnim Wybrzeżu. Erin 
Bates jest z kolei uroczą blondynką urodzoną w Tulsie. Spotkały się dopiero po tym, jak 
zostały naznaczone i znalazły się w Domu Nocy. Wylądowały tu tego samego dnia i od razu 
się okazało, że idealnie do siebie pasują, jakby genetyka i geografia nie miały nic do rzeczy. 
Dziewczyny potrafiły dokańczać za siebie myśli, jakby się telepatycznie komunikowały. W 
tym momencie obie patrzyły na mnie spode łba z identycznym wyrazem gniewnej 
podejrzliwości na twarzy. 

Matko, jakie to było męczące. 

I wkurzające. Owszem, miałam przed nimi tajemnice. Owszem, okłamywałam je. Tylko 
dlatego, że było to absolutnie konieczne. No dobra: było konieczne w większości przy-
padków. Więc to idiotyczne wywyższanie się Bliźniaczek naprawdę działało mi na nerwy. 

background image

– Dziękuję za przeuroczy komentarz. Spróbuję teraz zadać pytanie komuś, kto nie stanowi 
stereofonicznej wersji Blair z Plotkary. – Odwróciłam się od nich i spojrzałam prosto na 
Damiena, choć słyszałam, jak dziewczyny wciągają powietrze, żeby powiedzieć coś, czego w 
przyszłości (miałam nadzieję) będą gorzko żałować. – Cóż, kiedy pytałam „co nowego”, tak 
naprawdę chodziło mi o to, czy zauważyłeś ostatnio na dworze tę straszną widmową, 
trzepoczącą dziwaczność. Co mi odpowiesz? 

Damien jest wysokim, naprawdę przystojnym facetem o idealnej budowie. Jego orzechowe 
oczy, zwykle wyraziste i życzliwe, teraz były nieufne i chłodne. 

– Trzepoczącą widmową dziwaczność? – zapytał. – Wybacz, ale nie mam pojęcia, o co ci 
chodzi. 

Serce ścisnęło mi się na dźwięk tego obco brzmiącego głosu, lecz starałam się docenić fakt, 
że przynajmniej uzyskałam odpowiedź. 

– W drodze ze stajni coś mnie jakby zaatakowało. W sumie niczego nie widziałam, ale to 
było zimne i zrobiło mi na ręce wielką pręgę. – Uniosłam dłoń, żeby mu pokazać, i okazało 
się, że nic już na niej nie ma. 

Super. 

Shaunee i Erin równocześnie prychnęły, a Damien miał jedynie bardzo, ale to bardzo smutną 
minę. Otwierałam właśnie usta, by wyjaśnić, że jeszcze parę minut wcześniej pręga była 
doskonale widoczna, gdy do stolika podbiegł Jack. 

– Hej, cześć. Sorki, że się spóźniłem. Po prostu wkładając koszulę, nagle zobaczyłem na niej 
wielką plamę, centralnie z przodu! Nie do wiary, co? – paplał, stawiając na stole swoją tackę i 
wciskając się na siedzenie obok Damiena. 

– Plamę? Chyba nie na tej cudnej koszuli od Armaniego, którą ci dałem na gwiazdkę, co? Tej 
z długim rękawem? – zapytał nerwowo Damien, przesuwając się, by zrobić miejsce dla 
swojego chłopaka. 

– Jezu, nie! W życiu bym jej nie poplamił. Jest najcudo… – Zamilkł jak rażony gromem, 
przenosząc wzrok na mnie. Przełknął ślinę. – O. Cześć, Zoey. 

– Cześć, Jack – odparłam z uśmiechem. 

Bynajmniej nie mam nic przeciwko temu, że on i Damien są razem. Są fajni i bardzo ich 
lubię, podobnie jak reszta moich przyjaciół i każda inna osoba, która nie jest wyjątkowo 
ograniczona i przekonana o swojej wyższości. 

– Nie spodziewałem się ciebie tutaj – wymamrotał Jack. – Myślałem, że wciąż się… no… – 
Umilkł niezręcznie i zarumienił się uroczo. 

– Że wciąż się ukrywam w pokoju? – zapytałam usłużnie. 

Skinął głową. 

background image

– Nie – odparłam stanowczo. – Z tym już koniec. 

– Rychło w czas – mruknęła Erin, ale zanim Shaunee zdążyła dorzucić swoje trzy grosze, od 
strony drzwi dobiegł bezczelnie uwodzicielski śmiech i wszyscy obrócili się w tamtą stronę. 

Do sali wparowała Afrodyta, mrugając do Dariusa, jednego z najmłodszych i 
najprzystojniejszych Synów Ereba – wojowników strzegących Domu Nocy – i kokieteryjnie 
potrząsając włosami. Zawsze miała talent do robienia wielu rzeczy naraz, więc to mnie 
specjalnie nie zaskoczyło w przeciwieństwie do luzu i opanowania, jakie demonstrowała. 
Zaledwie dwa dni wcześniej omal nie umarła, a potem dosłownie dostała schizy, bo szafirowy 
kontur półksiężyca, zdobiący każdego adepta od chwili rozpoczęcia przemiany, wskutek 
której albo przeobrazi się w wampira, albo umrze, zniknął z jej czoła. 

A to znaczyło, że jakimś cudem zmieniła się ponownie w zwykłą śmiertelniczkę.