background image
background image
background image
background image

Kto...  bez  zezwolenia  zabiera  i  użytkuje,  lub  w  inny  sposób  przejmuje  cudzą

własność, zostanie ukarany za samowolne zawłaszczenie...

To  samo  mieć  będzie  miejsce,  gdy  ktoś  bez  przemocy,  poprzez  zamontowanie  lub

wyłamanie zamka, albo w inny sposób, bez zezwolenia narusza czyjś stan posiadania,
lub też siłą bądź groźbą użycia siły nie pozwala innemu realizować prawa zachowania
lub posiadania czegoś.

Zbiór Praw Królestwa Szwecji, rozdz. 8, § 8

background image

I

 

Ester  Nilsson  –  takie  nazwisko  nosiła  pewna  osoba.  Była  poetką  i  eseistką,  w  wieku

trzydziestu  jeden  lat  miała  w  dorobku  osiem  gęsto  zadrukowanych  broszur  z  dziedziny
krytyki sztuki i literatury. Według jednych niezależna, zabawna zdaniem innych, większość
ludzi  nigdy  nie  słyszała  jej  nazwiska.  Z  morderczą  precyzją  budowała  wizję  świata,
czerpiąc  ze  swojej  świadomości  –  i  żyła  w  tym  przekonaniu  –  że  rzeczywistość  jest
dokładnie  taka,  jakiej  ona  doświadcza.  Czy,  ściślej  biorąc,  że  ludzie  są  tak  stworzeni,  iż
widzą  świat  takim,  jakim  by  był,  gdyby  tylko  oni  uważniej  go  obserwowali  i  nie
okłamywali sami siebie. To, co subiektywne, jest obiektywne, a obiektywne – subiektywne.
Do tego w każdym razie dążyła.

Wiedziała,  że  poszukiwanie  takiej  samej  precyzji  w  języku  jest  ograniczeniem,  ale

mimo  to  jej  poszukiwała,  ponieważ  każdy  inny  ideał  byłby  zbytnim  ułatwieniem  dla
intelektualnych  oszustów  i  partaczy.  Czyli  dla  osób,  które  nie  są  dość  wymagające  lub
skrupulatne  w  określaniu,  jak  zjawiska  mają  się  do  siebie  nawzajem  i  jakie  odbicie
znajdują w języku.

Mimo  to  raz  po  raz  była  zmuszona  uznawać,  że  słowa  są  i  pozostaną  jedynie

przybliżeniem.  Podobnie  jak  myśl,  która  aczkolwiek  budowana  na  usystematyzowanych
przeczuciach i języku, nigdy nie jest aż tak godna zaufania, jak początkowo się wydawała.

Ów  okropny  dystans  między  myślą  i  słowem,  wolą  i  sposobem  jej  wyrażania,

rzeczywistością  i  nierzeczywistością  oraz  to,  co  wyrasta  w  tej  przestrzeni,  jest
przedmiotem niniejszej opowieści.

Odkąd Ester Nilsson w wieku lat osiemnastu uznała, że koniec końców życie upływa na

zabijaniu  nudy  i  w  tym  celu  na  własny  użytek  stworzyła  język  oraz  idee,  nigdy  już  nie
doświadczała uczucia nieprzyjemności ani nawet zwyczajnego przygnębienia. Nieustannie
pracowała  nad  rozszyfrowywaniem  natury  świata  i  ludzi.  Odbyła  studia  filozoficzne  na
KTH

[1]

 i po napisaniu pracy dyplomowej, w której chciała porównać szkołę anglosaską z

francuską, czyli nałożyć na siebie minimalizm oraz logikę szkoły analitycznej na wspaniałe
wyobrażenia o życiu szkoły kontynentalnej, zajęła się pisaniem.

Od dnia, w którym znalazła odpowiedni język oraz idee i zdała sobie sprawę, na czym

polega jej zadanie, zrezygnowała z kosztownego życia, jadała tanio, sumiennie stosowała
środki antykoncepcyjne, podróżowała racjonalnie, nigdy nie zaciągnęła żadnego długu, czy
to w banku, czy u osób prywatnych, i nie wdawała się w sprawy, które by ją odciągały od
tego, czemu pragnęła poświęcać czas: czytania, pisania, myślenia i rozmawiania.

Żyła tak przez trzynaście lat, więcej niż połowę tego czasu spędziła w harmonijnym  i

background image

spokojnym  związku  z  mężczyzną,  który  dawał  jej  poczucie  równowagi,  a  przy  tym
zaspokajał potrzeby fizyczne i psychiczne.

Potem odbyła rozmowę telefoniczną.

background image

II

 

Telefon zadzwonił na początku lipca. Mężczyzna po drugiej stronie pytał, czy Ester nie

zechciałaby w ostatni weekend października wygłosić referatu o twórczości artysty Hugona
Raska. Zajmuje się on wideo-artem, czyli ruchomymi kombinacjami obrazów i tekstów, a
jego  prace  uważane  są  za  znakomite  i  wyjątkowe.  Jest  ponadto  ceniony  za  swój  moralny
patos,  rzadki  w  naszych  skłonnych  do  powierzchowności  czasach.  Gdy  inni  mówią
wyłącznie  o  sobie,  on  mówi  przede  wszystkim  o  odpowiedzialności  i  solidarności  –
zwykli podkreślać jego zwolennicy.

Wystąpienie miałoby trwać trzydzieści minut, honorarium jak zwykle.

Podczas  tej  rozmowy  Ester  znajdowała  się  na  Sankt  Eriksplan

[2]

.  Było  późne

popołudnie, słońce stało już dość nisko i świeciło jej prosto w oczy. Po powrocie do domu
z dumą opowiadała o zleceniu mężczyźnie imieniem Per, z którym żyła. Hugo Rask bowiem
to artysta, którego oboje obserwowali z wielką uwagą.

Lato  minęło  i  nastała  jesień.  Życie  Ester  Nilsson  toczyło  się  normalnym  torem.  Kilka

tygodni  przed  umówionym  terminem  zaczęła  uważnie  studiować  dzieła  Hugona  Raska,
czytała  teksty  o  nim  oraz  te,  które  on  sam  napisał.  „Artysta,  który  nie  odnosi  się  do
zagrożeń  czyhających  na  społeczeństwo  i  człowieka  w  tej  ponurej  egzystencji,  nie
powinien nazywać się artystą”, to jedno ze zdań, które kiedyś wypowiedział i które często
cytowano.

Odczyt  Ester  został  zaplanowany  na  sobotę.  W  poprzedzającą  niedzielę  usiadła  i

zaczęła  pisać.  Wiedziała,  że  musi  mieć  sporo  czasu,  by  uwolnić  się  od  powszechnie
używanego języka i standardowych myśli, które przerodziły się w ogólnie znane frazy.

Ester Nilsson zamierzała przygotować fantastyczne wystąpienie. Hugo Rask osłupieje,

kiedy  ją  usłyszy.  Wszyscy  artyści,  a  już  zwłaszcza  ktoś  taki  świadomy  jak  on,  są  bardzo
podatni na siłę sformułowań i ich erotyczny potencjał.

Z każdym dniem pracy nad tekstem narastało w niej poczucie podobieństwa łączącego

ją z obiektem rozważań. W niedzielę owo poczucie wypływało z respektu, przechodzącego
we  wtorek  w  głęboki  szacunek,  po  ćmiącą  tęsknotę  w  czwartek  i  głębokie  pragnienie
kontaktu w piątek.

Okazało  się,  że  człowiek  może  tęsknić  za  kimś,  kogo  nie  spotkał  inaczej  jak  w

wyobraźni. Kochała go nie jak coś, co sama stworzyła – bo przecież go nie stworzyła. Ten
człowiek  istnieje  niezależnie  od  niej.  Ale  słowa,  które  należały  do  niej,  teraz  obejmują  i
pieszczą dzieło, które jest jego.

background image

Seminarium na temat dotychczasowego życia i twórczości Hugona Raska rozpoczynało

się w sobotę o godzinie pierwszej po południu. Oprócz Ester miał wystąpić także pewien
krytyk  sztuki,  po  czym  zaplanowano  panel  na  temat  „społecznej  odpowiedzialności
artysty”.

Grupa  wyznaczyła  sobie  spotkanie  na  kwadrans  przed  terminem  rozpoczęcia  zajęć.

Dzień był jeszcze dość ciepły i Ester włożyła cienki szary płaszcz, który układał się bardzo
ładnie,  zwłaszcza  u  dołu.  I  wyglądał  na  drogi.  Rzeczywiście  był,  tyle  że  kupiony  na
wyprzedaży.  Ester  powiesiła  go  na  oparciu  stojącego  obok  krzesła.  Kiedy  Hugo  Rask
wszedł do sali, uznał, że usiądzie na tym właśnie krześle, choć inne były wolne. Najpierw
jednak zdjął płaszcz Ester i powiesił go w okiennej wnęce. Palce trzymające tkaninę i gest,
jakim  unosił  okrycie,  były  bardziej  zmysłowe,  niż  można  oczekiwać,  kiedy  ktoś  dotyka
rzeczy  materialnej.  Miękkość  jego  ruchów  ujawniała  absolutną  życzliwość  i  pełną
delikatność w fizycznej postaci.

Jeśli się w ten sposób dotyka rzeczy i tkanin, trzeba mieć w sobie wyjątkową czułość i

wrażliwość, pomyślała Ester Nilsson.

Podczas odczytu Hugo Rask siedział, bardzo skupiony, w pierwszym rzędzie. W ogóle

skupienie stu pięćdziesięciu osób obecnych na sali było znaczne. Potem podszedł do Ester i
z rozpromienioną twarzą dziękował, ściskając obie jej ręce i całując w policzki.

– Nigdy jeszcze nikt spoza środowiska nie zrozumiał mnie lepiej, ani z taką precyzją.

Ester  szumiało  i  buzowało  w  głowie,  z  trudem  nadążała  za  dalszym  ciągiem

seminarium. Mogła myśleć jedynie o wdzięczności, którą widziała w jego twarzy.

Kiedy  o  piątej  program  spotkania  został  wyczerpany,  Ester  próbowała  trzymać  się

blisko  Hugona  i  starała  się  wyglądać  inaczej,  niżby  to  wynikało  z  jej  samopoczucia.  Na
sali  znajdował  się  też  syn  artysty,  młody  człowiek  z  brodą,  w  szydełkowej  czapeczce,
bezpośredni  i  spontaniczny.  Pochwalił  wystąpienie  Ester  i  oznajmił,  że  powinni  teraz
wszyscy troje pójść czegoś się napić. Była to też jedyna rzecz na świecie i poza nim, jaką
Ester Nilsson chciałaby zrobić. Gdyby tego wieczora mogła pójść z Hugonem Raskiem na
piwo, jej życie byłoby spełnione.

Ale musiała wracać do domu.

Przyjechał z wizytą brat z zagranicy, Ester zaprosiła go i ojca na obiad. Brat przyjeżdża

raz w roku, nie mogła tego odwołać.

– No to może innym razem – rzekł Hugo.

– W każdej chwili – odparła Ester głucho, by ukryć wzburzenie.

– Wstąp któregoś dnia do atelier, gdy będziesz przechodzić obok. Dam ci te płyty DVD,

których ci brakuje.

– Odezwę się przedtem – powiedziała Ester wciąż stłumionym głosem.

background image

– Naprawdę wspaniałe było to, co dzisiaj przedstawiłaś. Jestem poruszony.

– Dziękuję. Mówiłam samą prawdę.

– Prawda – rzekł Hugo w zamyśleniu. – To jest to, czego szukamy i ty, i ja, czyż nie?

– Rzeczywiście tak jest – potwierdziła.

Podczas obiadu z przyjacielem, ojcem i bratem, Ester trawiła tęsknota, by znaleźć się

poza  domem.  Brzmienie  głosu  świadczyło  o  tym,  co  czuje,  podobnie  jak  blask  w  oczach.
Zdawała  sobie  z  tego  sprawę,  ale  nie  mogła  zmienić  ani  brzmienia,  ani  blasku.  Chciała
mówić  tylko  o  Hugonie  i  jego  sztuce  oraz  o  tym,  co  dzisiaj  zostało  powiedziane.  W
pewnym  momencie  zapędziła  się  i  zakpiła  sobie  z  artysty  w  nienaturalnie  szorstki,  ale
zarazem  pełen  oddania  sposób.  Komuś  uważnemu  mogłoby  to  powiedzieć  wszystko.
Jednak nikt z siedzących przy stole szczególnie uważny nie był.

Ester  czuła  się  bardzo  samotna  i  bardzo  zmęczona.  W  ciągu  kilku  godzin,  a  raczej  od

tamtej  niedzieli,  kiedy  to  zaczęła  pisać  o  Hugonie  Rasku,  czy  też  może  w  następstwie
długotrwałego  procesu  rozpadu  związku,  Ester  stała  się  kimś  obcym  dla  swojego
mężczyzny. Cała była jedną wielką tęsknotą. Miała nadzieję, że przerodzi się to w przyjaźń,
pokrewieństwo  z  wyboru.  Artysta  pozna  ją  i  Pera,  będzie  bywał  u  nich  w  domu,  jadał
obiady.  Będą  roztrząsać  wielkie  problemy  i  poprzez  te  rozmowy  pobudzać  nawzajem
własny rozwój. Niczego nie będzie się zmieniać, tylko wzbogacać.

Rzeczywistość  można  ogarniać  jedynie  etapami,  inaczej  się  nie  da.  Ester  znajdowała

się na drugim etapie.

background image

III

 

Poszła  do  niego  po  dwóch  tygodniach,  w  pewien  starannie  wybrany  wieczór.  Przez

cały  czas  od  pierwszego  spotkania  nie  myślała  o  niczym  innym.  Fakt,  że  ją  prosił,  by
wstąpiła  do  atelier  po  płyty  z  jego  wcześniejszymi  pracami,  dawał  jej  prawo  złożenia
wizyty. By nie robić wrażenia, że się narzuca, zwlekała tak długo, jak tylko mogła.

Drzwi  otworzył  współpracownik  Hugona  Raska,  odziany  w  poplamiony  roboczy

kombinezon. Ester tłumaczyła mu szczegółowo i rozwlekle po co przyszła. Relacjonowała
to, czemu nikt się nie dziwił, by pokryć to, czego nikt nie widział. Kiedy współpracownik
pojął wreszcie jej nieskomplikowaną sprawę, oznajmił, by zaczekała przy drzwiach, a on
zaraz płyty przyniesie. Szybkim krokiem ruszył w głąb lokalu. Ester umierała z tęsknoty za
spotkaniem  i  nie  byłaby  w  stanie  znieść  rozczarowania,  gdyby  do  niego  nie  doszło  z
takiego trywialnego powodu.

Zjeżyła się. – Ja muszę też z nim porozmawiać – oznajmiła podniesionym głosem.

Bywają chwile, momenty brzemienne w skutki, które potem mijają, ale na wszystko jest

już  za  późno,  kiedy  przytomność  umysłu  decyduje  o  przyszłości.  Musiała  zdobyć  się  na
odwagę  i  musiała  zrobić  to  właśnie  teraz.  Wszystko  trwało  ze  dwie  sekundy.
Współpracownik  się  wahał.  Jako  członek  sztabu  asystentów  miał  za  zadanie  chronić
swojego  idola  i  szefa.  Przypuszczalnie  sam  miał  nadzieję  zostać  któregoś  dnia  artystą,
dlatego trzymał się blisko wielkich, by podglądać i się uczyć.

W końcu poprosił, by zaczekała, i wszedłszy po schodach, zniknął we wnętrzu atelier.

Kiedy wrócił, nieco spuścił z tonu – Ester może wejść.

Na piętrze siedział Hugo Rask z kompanem nazwiskiem Dragan Dragović, znanym jako

ktoś, z kim Hugo Rask roztrząsa sprawy tego świata, kto wywiera wpływ na jego myślenie
i  jego  nadzwyczajne  ego.  Chociaż  na  odwrót  –  to,  czego  Hugo  ewentualnie  nie  powinien
był  mówić  ani  pomyśleć,  wychodziło  w  świat  nieocenzurowane.  We  wszystkim  byli  oni
dwaj,  Dragan  i  Hugo,  dyskutowali  o  panującym  na  świecie  napięciu,  odnosili  się  do
wieczności. To, co małe i powszednie, nie budziło ich zainteresowania.

Zainteresowania Ester Nilsson także nie.

Na jej widok Hugo wstał i twarz mu się rozjaśniła. Uściskał ją poufale i prosił, by się

rozgościła. Dragan nadal siedział z jedną szczupłą nogą założoną na drugą, wyciągnął rękę
na  powitanie,  ale  tak,  że  musiała  do  niego  podejść.  Miał  buty  w  dziurkowany  wzorek,
mrużył  oczy,  bo  szczypał  go  dym  z  papierosa,  co  nadawało  jego  twarzy  wyniosły,  a
zarazem obojętny wyraz.

background image

– Jesteś poetką? – spytał.

– Tak.

– Tłumaczoną?

– Owszem, chociaż nie za wiele. Zresztą nie ma na to żadnej miary.

– Co chcesz osiągnąć przez swoją poezję?

– Skłonić innych, by widzieli to, co ja widzę.

Dragan  nie  rzekł  nic  więcej.  Trudno  ocenić,  czy  odpowiedzi  go  zadowoliły,  czy  nie,

Ester uznała jednak, że były lepsze, niż oczekiwał i że mu to się nie spodobało.

– To, co zrobiłaś w poprzednią sobotę, było fantastyczne – chwalił Hugo.

Wydawał się jakiś niepewny obok pozbawionego humoru Dragana.

– A co zrobiłam? – spytała Ester.

– No, referat o mnie.

Czuła łoskot własnego pulsu i patrzyła na Hugona. Na to jak siedzi, wysoki i barczysty,

wypełniony  jedzeniem  i  piciem  oraz  przeżytymi  latami.  Kochała  to  wszystko  do  tego
stopnia, że bolało ją w środku.

– Ostatni weekend spędziłem w Leksand – powiedział.

Ester czekała na dalszy ciąg.

– Mam tam dom. Koło Siljan.

Było coś dziwnego w tych zdaniach, jakby również on rozliczał się z czegoś, czego nikt

nie był ciekaw, by ukryć to, czego nikt nie widzi. I rzeczywiście, Dragan uniósł jedną brew.
Ester pomyślała, że Hugo zaczął mówić o Leksand i swoim domu, bo chciał niezwłocznie
zaprezentować się jej w całej okazałości.

Usiadła na krześle, ale nie zdjęła puchowej kurtki. Kupiła ją wczoraj, bo pojawił się

pierwszy  przymrozek.  Spodnie  też  były  nowe,  granatowe,  ze  sztruksu.  Kurtka  miała
gustownie  dobrane  niebieskie  sztruksowe  detale  na  ramionach.  Ester  jest  w  stanie
zdecydować  się  na  zakup  nowego  ubrania  tylko  wówczas,  gdy  wszystkie  substancje
sygnalizacyjne  w  mózgu  działają  na  najwyższych  obrotach.  Bo  poza  tym  jest  to  dla  niej
kompletnie bezsensowne zajęcie, które jedynie pochłania czas przeznaczony przez nią samą
na rozszyfrowywanie rzeczywistości i szukanie języka najpełniej ją oddającego. Pewnego
dnia  zrozumie,  jak  się  to  wszystko  ze  sobą  łączy.  Na  razie  rzeczywistość  objawia  się  jej
tylko we fragmentach i kawałkach.

Hugo Rask pokiwał z uznaniem na widok kurtki i powiedział, że jest piękna, nie taka

nadmuchana jak inne puchówki. Ester rozpięła zamek, żeby się nie zgrzać, ale pomyślała,
że  gdyby  całkiem  ją  zdjęła,  mogłoby  to  wyglądać,  jakby  sama  się  wpraszała  na  dłuższą

background image

wizytę.  A  ponieważ  dokładnie  tego  pragnęła  –  zostać  tu  na  zawsze  –  to  rozebrać  się  nie
może.

Akurat  w  tym  przypadku  nie  była  w  stanie  pojąć,  że  rzeczą  normalną  byłoby  zdjąć  w

pomieszczeniu  grubą  kurtkę,  nawet  jeśli  przyszła  tu  tylko  na  chwilę.  Najtrudniejsze  jest
udawanie  normalności.  Normalność  bowiem  zawiera  pewną  beztroskę,  której  nie  da  się
imitować.  Przesada  jest  widoczna  i  staje  się  śmieszna.  Ale  próba  udawania  uczuć  ma  tę
przewagę,  że  obserwator  nie  jest  niczego  pewien.  Życie  doprowadzone  do  ostateczności
zmusza,  by  kierować  się  wstydem  i  honorem,  a  kiedy  pojawia  się  lęk,  można  też  doznać
ulgi, że nie pozostawiło się po sobie wyraźnych śladów. Zawsze można zaprzeczyć. Fakt,
że  nie  zdjęło  się  kurtki,  że  człowiek  zachowuje  się  niezdarnie  i  jest  zdenerwowany,  nie
stanowi wystarczającego dowodu. Co najwyżej może być poszlaką.

Ester  Nilsson,  która  zazwyczaj  odrzucała  wstyd  i  honor  dlatego,  że  czynią  one

człowieka  niewolnikiem  cudzych  ocen,  zastanawiała  się  teraz,  czy  powinna  zdjąć  kurtkę,
czy też jej nie zdejmować, żeby nie zdradzić, jak bardzo jest zakochana.

Rozmawiali  o  dziele  Hugona,  o  jego  dokonaniach  i  pozycji  jako  artysty.  On  trochę

wypytywał  o  jej  sprawy,  ale  Ester  szybko  skierowała  rozmowę  ponownie  na  niego,
wspominając  o  pewnym  cyklu  obrazów,  w  którym  przedstawia  ludzi  w  deszczu  na
przystanku  autobusowym  –  a  motyw  ten  przewijał  się  przez  lata  w  jego  pracach
wielokrotnie.

Skąd ten motyw i dlaczego wciąż powraca?

Hugo wstał, uniósł ręce w górę, zrobił kilka kroków, zdjął jakąś kartkę ze ściany. Ester

widziała jego ciało od tyłu, zapragnęła zerwać się z miejsca i je objąć.

– Dlatego, że jest piękny – odparł, zgniótł kartkę i cisnął do kosza.

Na widok jego ruchów Ester poczuła, że jej ciało wiotczeje. W głowie jej się zakręciło

od tej zmysłowości, która musi budzić się w każdym, kto widzi, że ludzie w deszczu mogą
być piękni. Czyż przez całe swoje życie nie szukała właśnie tego?

Ale  musiała  wracać  do  domu,  do  czekającego  tam  mężczyzny,  który  ze  strachu  przed

odpowiedzią już nie pyta, gdzie była i dlaczego przestała z nim rozmawiać.

background image

IV

 

Któregoś  popołudnia  Ester  spotkała  się  w  kawiarni  z  przyjacielem.  Pili  kawę,  jedli

muffinki  i  rozmawiali  o  tym,  co  się  ostatnio  wydarzyło  w  ich  życiu.  Ester  bardzo  lubiła
swojego  przyjaciela,  znali  się  od  dawna.  Po  dłuższej  chwili  przyjaciel  zaczął  jej  się
przyglądać z zaciekawieniem i rzekł:

– Czy ty jesteś zakochana w Hugonie Rasku? Czerwienisz się za każdym razem, kiedy

padnie jego nazwisko. Szczerze mówiąc, jesteś czerwona przez cały czas.

Ester chwyciła serwetkę.

– Ale nie mam zamiaru zostawić Pera.

Zdumienie przyjaciela przeszło w osłupienie.

– Była o tym mowa?

– Nie.

Osłupienie przyjaciela ustąpiło pełnej współczucia pewności.

– Mamy ze sobą świetny kontakt. I będziemy przyjaciółmi – oznajmiła Ester.

On  roześmiał  się  ubawiony.  Ale  Ester  wierzyła  w  to,  co  mówi.  Nie  przyjmowała  do

wiadomości,  że  przekroczyła  jakąś  granicę.  Mózg  nie  zna  czasów  gramatycznych.  Dostał
już  to,  za  czym  tęsknił.  Skok  dokonuje  się  wówczas,  gdy  nie  chcemy  zaprzepaścić
przyszłości, którą już poznaliśmy.

– Strasznie jesteś czerwona – stwierdził przyjaciel.

Ester  uniosła  ręce  do  policzków,  głównie  po  to,  by  je  zakryć,  ale  też  po  to,  by  je

ostudzić.

– Gorąco tu – powiedziała.

Namiętność  w  niej  szalała.  Silniki  pracowały  na  pełnych  obrotach.  Żyła  powietrzem.

Nie jadła i nie potrzebowała żadnego pożywienia. Nie piła i nie odczuwała pragnienia. Z
każdym  dniem  spodnie  robiły  się  luźniejsze.  Jej  ciało  płonęło  i  nie  mogła  spać.  Zaczęła
wkładać komórkę do szuflady nocnego stolika i w pozbawionym skrupułów egocentryzmie
zakochania  nie  pojmowała,  że  mężczyzna  leżący  obok  niej  zaciska  zęby  w  niemej
wściekłości.  Rozpacz  to  za  duże  słowo,  bo  ten  mężczyzna  jest  człowiekiem  zamkniętym
nawet  przed  samym  sobą,  ale  nie  tak  bardzo  za  duże  –  o  jakiś  numer,  może  dwa.  O  ile
dawniej  raczej  nie  ulegało  wątpliwości,  że  Per  i  Ester  dobrze  się  nawzajem  czują  w
swoim towarzystwie i zawsze są razem, to teraz stawało się jasne, że Ester wieczorami nie

background image

wraca  do  domu,  dopóki  ostatecznie  nie  musi.  Cały  ich  związek  stawał  się  coraz  bardziej
niepewny, toteż jego rozpad dokonał się bez komentarzy.

SMS-y  od  Hugona  przychodziły  zazwyczaj  w  nocy,  kiedy  współpracownicy  i  Dragan

poszli  już  do  domu,  a  on  pracował  jeszcze  w  samotności.  Codziennie  koło  północy
przysyłał  kilka  przyjaznych  słów,  które  ona  natychmiast  czytała.  Na  posłaniu  obok  leżał
człowiek, który przestał istnieć.

Atelier  Hugona  mieściło  się  przy  Kommendörsgatan,  w  jednym  z  nielicznych  tutaj

skromnych domów. Wieczorami Ester krążyła po tej okolicy. Miała nadzieję na jakiś błysk,
mgnienie, w którym może ktoś, kto jest z nim w bliskim kontakcie albo nawet on sam, ukaże
się w bramie. I któregoś razu tak się właśnie stało. Wracając z kina, Ester poszła okrężną
drogą, obok domu Hugona, żeby ponownie przejść się w pobliżu. I wtedy zobaczyła go na
chodniku,  po  drugiej  stronie  ulicy.  Szybkim  krokiem  zmierzał  w  przeciwnym  kierunku.
Ester zawróciła i szła za nim, choć w pewnym oddaleniu. Hugo skręcił raz, potem drugi i
wszedł do sklepu ICA Esplanada przy Karlavägen. Ester czekała na zewnątrz.

Trzy i pół minuty później on wyszedł z niewielką torbą w ręku i tą samą drogą wracał

do domu. Ona trzymała się jakieś dwadzieścia metrów za nim. Kiedy zbliżyli się do jego
bramy, podbiegła, położyła mu rękę na ramieniu i krzyknęła:

– A to ci traf!

Hugo nie okazał najmniejszego zaskoczenia, pociągnął ją za ramię i rzekł:

– Wejdź na górę. Rozmawiamy trochę po pracy, kilku współpracowników i ja.

– Myślisz, że oni by chcieli, żebym przyszła?

– Ja chcę. Chodź.

Pięć  osób  stało  w  należącej  do  pracowni  kuchni  z  kieliszkami  czerwonego  wina  w

rękach,  opierając  łokcie  o  wysoki  barowy  blat.  Hugo  wyjął  zakupy:  keksy,  winogrona  i
pleśniowy ser.

Jedna  ze  współpracownic  spoglądała  na  Ester  krzywo.  Była  to  młoda  kobieta  z

nastroszonymi  włosami  i  w  zwracających  uwagę  okularach.  Może  to  jednak  pomyłka,  bo
Ester nie bardzo rozumiała, jaki mógłby być powód jej niechęci.

Towarzystwo  jadło  i  piło,  zachwalało  ser.  Hugo  wyjaśniał,  że  kombinacja  smaków

chleba, sera i winogron potrzebowała wieków, żeby się rozwinąć. Dopiero w tak długim
czasie  może  się  dokonać  odpowiednia  ewolucja  kubeczków  smakowych  człowieka.  On
dziwi  się  wszystkiemu,  co  wymaga  czasu.  Ester  odnotowała  to  wcześnie  i  nawet
analizowała w swoim referacie. Poruszona, i fizycznie, i psychicznie faktem, że stoi obok
ukochanego,  myślała  oto  o  serze,  jak  zwyciężył  w  konkurencji  z  innymi  tego  rodzaju
wyrobami, i o pleśniakach, które trzeba odsiewać przez sitko w staraniach o ulubiony przez
ludzkość  smak.  Uwielbiała  te  jego  refleksje  nad  tego  rodzaju  wielkimi,  poważnymi
sprawami.

background image

Jedyne,  z  czego  nie  była  zadowolona,  to  fakt,  że  on  nieustannie  otoczony  jest  ludźmi.

Mówi to o nim coś, do czego Ester odnosi się z pewnym sceptycyzmem. Wolała, żeby był
samotnym wilkiem, przepełnionym tęsknotą za kimś bliskim, którą ona mogłaby ukoić.

Zanim  człowiek  zrozumie,  dokąd  uczucie  może  go  doprowadzić,  rozmawia  ze

wszystkimi  o  ukochanej  osobie.  I  nagle  to  się  kończy.  Wtedy  lód  jest  już  cienki  i  śliski.
Człowiek  zaczyna  sobie  zdawać  sprawę,  iż  każde  słowo  ujawni  jego  zakochanie.
Udawanie  obojętnego  jest  tak  samo  trudne,  jak  odgrywanie  normalności.  Zresztą  to  w
gruncie rzeczy jedno i to samo.

Ester  jeszcze  do  tego  nie  dojrzała,  co  wyszło  na  jaw,  kiedy  na  pewnej  wystawie

spotkała redaktorkę filozoficznego czasopisma Grottan, dla którego czasem coś pisywała, i
jakoś  prawie  natychmiast  rozmowa  zeszła  na  Hugona  Raska,  choć  wystawa  dotyczyła
całkiem innych spraw. Redaktorka  przytakiwała,  że  to  bardzo  interesujący  artysta,  i  zaraz
wpadła  na  pewien  pomysł.  Powiedziała,  że  redakcja  zamyka  właśnie  kolejny  numer,
którego głównym tematem jest poświęcenie się człowieka i obowiązek, jednak brakuje im
jeszcze materiału, który by wiązał całość,  a  na  dodatek  przyciągał  czytelnika.  Redaktorka
dotychczas  nie  zdecydowała,  co  by  to  mogło  być.  Ponieważ  jednak  twórczość  Hugona
Raska zawsze krąży wokół problemów etycznych, zaproponowała wywiad z nim na temat
napięcia między „ja i ty” w jego dziele oraz w nim samym.

Ester Nilsson zaczerwieniona po korzonki włosów spytała, dlaczego redaktorka uważa,

że  właśnie  ona  byłaby  osobą  odpowiednią  do  takiego  zadania.  Nigdy  bowiem  nie
zajmowała się tym stanem napięcia ani na poziomie filozoficznym, ani w referacie na temat
dzieła Raska.

–  Dlatego,  że  jesteś  zakochana  w  Hugonie  Rasku  i  będziesz  miała  odwagę  zadawać

pytania, których stawianie nikomu innemu nie przyszłoby do głowy.

– Z jakiego powodu w to wierzysz?

– W co?

–  Że  stawia  się  wtedy  przenikliwe  pytania.  Ja  myślałam,  że  jest  odwrotnie,  że

zakochanie czyni człowieka bezkrytycznym i nieskłonnym do ocen.

–  Nieskłonnym  z  pewnością  się  jest.  Ale  nie  bezkrytycznym,  raczej  ścisłym.  Jeśli

ukochany  okazuje  się  człowiekiem  godnym  pożałowania,  pełnym  sprzeczności  i  słabym,
wszystko to sprawia, że kocha się bardziej.

– Mówisz jakby z własnego doświadczenia.

– Możesz być pewna, że tak jest.

Redaktorka  roześmiała  się  szerzej,  niżby  pozwalał  na  to  jej  nadpsuty  przez  wino  i

papierosy garnitur zębów.

– Ale ja mam też inny, choć bliski temu powód, by ciebie o ten wywiad prosić.

background image

– Co to takiego?

–  Jedynie  człowiek  zakochany  zdoła  przygotować  taki  artykuł  w  ciągu  tygodnia.  A

więcej czasu nie mogę ci, niestety, dać.

– Dlaczego uważasz, że jestem zakochana?

– Widzę to po tobie.

– Ja wysoko cenię jego sztukę – odparła Ester. – Tak naprawdę jest.

Redaktorka roześmiała się pobłażliwie i nie bez złośliwości.

– Maksimum 20 000 znaków, minimum 18 000. Termin na za tydzień.

Wywiad  tego  rodzaju  wymaga  godzin  rozmowy  i  licznych  kontaktów  później,  przy

pracy nad tekstem. I to była dla Ester szansa.

Następnego ranka zatelefonowała do Hugona. Propozycja mu pochlebia, ale musi rzecz

rozważyć,  powiedział.  Temat  jest  trudny,  wymaga  pracy  i  czasu,  tekst  musi  być
przemyślany, musi po prostu  być dobry. W  zasadzie jednak jest  zainteresowany, poza  tym
żywi szacunek dla Grottan.

Tego dnia Ester zdała sobie sprawę, iż w żadnym razie nie potrafi powiedzieć swojemu

partnerowi o tym zamówieniu i zrozumiała, że ich relacja dobiegła końca. Pozostaje tylko
kwestia, jak mu to zakomunikować. Miała nadzieję, że on sam jej pomoże. I rzeczywiście
tak  się  stało.  Per,  który  nie  był  w  stanie  dalej  żyć  w  takiej  niepewności  jak  ostatnio,
następnego wieczora ujął ją za ramię i spytał:

– Czy to ma jeszcze jakiś sens? To między nami?

Ale  spoza  słów  do  Ester  docierało  przede  wszystkim  pragnienie  ukojenia  i  ulgi.  Per

zadał  pytanie,  by  w  odpowiedzi  usłyszeć,  że  się  myli.  W  człowieku,  który  chce  odejść,
rodzi się opór. Lęk przed nieznanym, przed kłótnią i przed tym, że będzie się żałować. Ten,
który  nie  chce  zostać  porzucony,  może  ów  opór  wykorzystywać.  Wtedy  jednak  trzeba
stłumić  potrzebę  szczerości  i  uczciwości.  Sprawa  musi  pozostać  niezdefiniowana.  Ten,
który  nie  chce  zostać  porzucony,  musi  temu,  który  chce  odejść,  pozostawić
wyartykułowanie zmiany. Jedynie tak udaje się zatrzymać człowieka, który nie chce z nami
być. Z tego powodu rozpadają się najgłębsze związki na świecie.

Ester  myślała:  ja  nie  mogę.  Nie  mogę  łagodzić  jego  bólu  i  unikać  osobistych

przykrości. Nie mam prawa.

– Nie, to nie ma już żadnego sensu – odparła.

– A więc to koniec?

– Tak.

– W takim razie jutro możesz się wyprowadzić.

background image

– Nie mam gdzie mieszkać.

– Jutro, kiedy wrócę z pracy, ma cię tu nie być.

Następnego  dnia  przed  południem  Ester  przeprowadziła  się  do  matki  na  Tulegatan.

Matka nie pytała ani za dużo, ani za mało. Powiedziała, że córka może u niej mieszkać tak
długo, ile zechce.

Kiedy  Ester  obudziła  się  pierwszego  ranka,  nie  było  w  niej  żalu,  nie  było  tęsknoty,  a

jedynie poczucie wolności. Nikt nie może ukrywać przed sobą samym własnego upojenia
szczęściem.  Mówi  się,  że  zerwanie  zawsze  bywa  trudne.  Jednak  ten  zakochany  w  kimś
innym nie może być równocześnie nieszczęśliwym, nie naprawdę. Może być przytłoczony
poczuciem winy i zamieszaniem, jakie go teraz czeka, może współczuć temu drugiemu. Ale
zakochanie  jest  czymś  totalnym,  a  nawet  totalitarnym.  Obejmuje  wszystko,  co  się  robi  i
myśli, stąd bierze się jego dewastująca siła.

Ester  ustaliła  pierwsze  spotkanie  z  Hugonem  w  sprawie  wywiadu  na  najbliższą

niedzielę o godzinie pierwszej.

background image

V

 

Niedziela wypadła w szary, wilgotny i senny dzień. Dochodziła pierwsza, kiedy Ester

znalazła się na bocznej uliczce w pobliżu domu Hugona i wyczekiwała chwili, gdy będzie
mogła  zadzwonić  do  drzwi.  Była  przed  tym  spotkaniem  spokojna.  Wiedziała,  że  potrafi
przez wiele godzin rozmawiać w skupieniu o sprawach istotnych. To nie może się nie udać.
Lekko niepokojąca była tylko myśl, że mogłaby stracić tę przyszłość, w której jej tęsknota
już sobie uwiła gniazdko.

Stwierdziła, że jest bardzo głodna, więc w kiosku hotelu Mornington przy Nybrogatan

kupiła  wegetariańską  kiełbaskę.  Kiedy  skończyła  jeść,  wybiła  pierwsza.  Ester  odczekała
jeszcze  dwie  minuty,  potem  przeszła  na  ulicę  Hugona,  przed  jego  dom.  Zadzwoniła,  on
otworzył.  Uścisnął  ją  niezgrabnie,  wzrok  miał  rozbiegany.  Jakaś  nowa  wrażliwość  i
wstydliwa samokontrola pojawiła się w jego zwykle swobodnym i jowialnym zachowaniu.
Cała  dawna  niefrasobliwość  zniknęła.  Po  raz  pierwszy  spotkali  się  sam  na  sam  i  w  jego
skacowanych  oczach  widoczna  była  mętna  świadomość,  że  wszystko,  co  teraz
przedsięwezmą,  będzie  mieć  konsekwencje.  Usiedli  na  krzesłach  przy  masywnym  biurku
zarzuconym papierami i książkami. Ester pomyślała, że Hugo, jak na człowieka, który dużo
siedzi, nosi zbyt obcisłe slipy. Włączyła dyktafon i zaczęli pracować.

Wielu uważa, że jesteś w swojej sztuce opętany moralnością, powiedziała Ester trochę

po omacku, na próbę, po prostu, żeby rozpocząć. Czy może raczej człowiekiem, jego naturą
i jego pierwotnymi zachowaniami?

Tak  właśnie  najchętniej  bym  to  opisał,  odparł  i  zdawał  się  doceniać  jej  obserwację.

Opętanie  człowiekiem  jako  takim,  tak.  Ale  opętanie  to  zbyt  negatywne  określenie,
powiedziałbym  raczej  skrajne  zainteresowanie.  Indywidualne  różnice  pomiędzy
jednostkami interesują go jedynie jako odbicie człowieczeństwa każdej z nich – mówił – i
on  tego  właśnie  szuka.  Jego  interesują  symbole  rzeczy,  jak  w  świecie  idei  Platona.
Człowiek  jako  człowiek.  Krzesło  jako  krzesło.  Ciało  jako  ciało.  Przez  to  dorobił  się
beznadziejnej  opinii  u  tej  części  inteligencji,  która  już  dawno  rozprawiła  się  z  wszelką
pospolitością i naturą ludzką, wtrąciła Ester. Zdaniem tej inteligencji nie można mówić o
człowieku  jako  takim,  nie  dodając,  że  ów  człowiek  jest  białym,  mężczyzną,
Europejczykiem i mieszczaninem. Krzesło jako takie nie istnieje, bo pochodzi na przykład z
Zachodu i z określonej epoki. A ciało, o którym mówił Hugo, było protofaszystowskie.

On tego nie skomentował, powiedział natomiast, że wiedzę, zarówno w sztuce, jak i w

nauce, najłatwiej zdobyć poprzez zmuszenie się, by patrzeć na rzeczy po nowemu, widzieć
je takimi, jakie są, obnażonymi aż do kości. Oraz poprzez to, by nigdy nie uważać ani ich,
ani ich form za samo przez się oczywiste. Jeśli chce się widzieć ruchy człowieka, trzeba

background image

patrzeć  na  szkielet.  Gdy  chce  się  widzieć  odcisk,  należy  szukać  formy,  dzięki  której  go
wykonano. Ewentualne wariacje są tam jedynie po to, by zakłócać spojrzenie, szablon jest
ten sam, a wszystko wynika z pierwotnego zjawiska, tak samo człowiek, jak i rzecz.

Ester  powiedziała,  że  całkowicie  podziela  ten  pogląd  na  podstawową  strukturę

wszelkiej  egzystencji.  Pytanie  tylko,  jak  dalece  powinniśmy  krytykę  tego  brać  do  siebie.
Hugo jest bardziej zajęty przedstawianiem siebie czytelnikom, niż przejmowaniem się, czy
ja  podzielam  jego  poglądy  i  czy  to  jest  słuszne,  pomyślała  Ester.  Fakt,  że  przygotowała
plan  B  tej  rozmowy,  nie  oznacza,  że  Hugo  powinien  go  poznać.  Musi  być  cierpliwa  i
dalekowzroczna.

Ester  zmieniła  więc  wątek  i  spytała,  na  czym  Hugo  opiera  swoją  moralność.  Czy

ocenia działania po konsekwencjach czy według zasad. Nie wyglądało na to, że zrozumiał
pytanie,  wobec  czego  wyjaśniła,  iż  ona  sama  często  się  zastanawia,  czy  wszyscy  nie
jesteśmy w jakiś sposób utylitarystami. To znaczy nie wyznajemy etyki konsekwencji, czyli
nie wartościujemy wedle rezultatu, nawet jeśli zdajemy się wychodzić od zasad.

– O co ci chodzi? – spytał ostro, zirytowany. – To chyba nie jest sprzeczność?

Ester denerwowała się, uznała jednak, że zrezygnowanie z tego tematu byłoby bardziej

krępujące, niż kontynuowanie go.

– Ktoś, kto kieruje się etyką konsekwencji – powiedziała – ma obowiązek występować

przeciwko  demokracji,  jeśli  się  okazuje,  że  jej  następstwa  są  gorsze  niż  następstwa
dyktatury.  Dla  kogoś  takiego  nie  istnieje  żadna  rzeczywista  wartość  w  niczym  oprócz
maksymalnie  dobrego  samopoczucia,  podczas  gdy  dla  etyka  prawa  rzeczywista  wartość
istnieje jedynie jako punkt orientacyjny. Rzeczywista wartość w wolności i autonomii.

Po każdym zdaniu Ester robiła krótką przerwę, ale żadnej reakcji nie było.

–  To,  co  etyk  prawa  musi  ścierpieć,  to  myśl,  że  jego  postawa  przynosi  gorsze

konsekwencje  niż  inne  postawy,  a  mimo  to  musi  twardo  obstawać  przy  swoim  i  umieć
umotywować zasadę wolności i autonomii jednostki.

Twarz Hugona pozbawiona była wyrazu, jeśli nie brać pod uwagę lekkiego zdziwienia,

które mogłoby wyrażać podziw. Ale nawet brak wyrazu jest wyrazem, stwierdziła Ester.

–  Jak  zatem  etyka  prawa  sobie  z  tym  radzi?  –  Ester  nadal  forsowała  swoje,  chociaż

coraz bardziej żałowała, że odeszła od głównego tematu. – Czy mimo wszystko nie jest tak,
że  etyka  prawa  w  dłuższej  perspektywie  zakłada,  iż  autonomia  jednostki  to  jedyne,  co
przynosi  możliwe  do  przyjęcia  rezultaty  i  tym  samym  bezradnie  przeradza  się  w  etykę
konsekwencji, w jakąś formę utylitaryzmu zasad?

Hugo trzymał ręce na oparciu krzesła i kiwał się zamyślony.

– W długiej perspektywie wszyscy jesteśmy martwi, jak powiedział Keynes – rzekł  w

końcu.

background image

– A jak właściwie powstaje rzeczywista wartość oraz zasady? – ciągnęła dalej Ester. –

Czyli  to,  czego  utylitarysta  się  wystrzega,  a  z  czego  etyk  prawa  wywodzi  swoje
twierdzenia? Czy nie istnieje konieczność porównania z domniemaną gorszą alternatywą?
Ale gorszą w porównaniu z czym? Czy punktem odniesienia nie może być skutek, czyli to, z
czego etyka prawa rezygnuje?

Hugo wodził wzrokiem po pokoju. Po chwili powiedział:

–  Kiedy  blisko  dwieście  lat  po  rewolucji  francuskiej  zapytano  chińskiego  premiera

Czou En-laja o jej efekty, to wiesz, co odpowiedział? „Za wcześnie o tym mówić”. Czyż to
nie cudowne? „Za wcześnie o tym mówić”.

Hugo roześmiał się. Nie był to śmiech wszechogarniający.

–  Ale  w  tak  odległej  perspektywie  wszyscy,  jak  powiedziano,  jesteśmy  martwi  –

odparła Ester.

– Ja jestem artystą – rzekł Hugo. – Moralność istnieje również w estetyce.

– Wyjaśnij.

On: Estetyka to działanie moralne.

Ona: Co to znaczy?

On: To znaczy, że estetyka, sztuka jako taka, ma rewolucyjną siłę.

Ona: Niezależnie od treści?

On: Jeśli nie zawiera treści, to nie jest sztuką.

Ona: Czyli to jest definicja?

On przytaknął.

Ona zapytała, czym w takim razie są inne dzieła, te, które nazywa się sztuką, ale one nią

nie są, bo brak im rewolucyjnej siły.

On odparł: Rzemiosłem. Albo tandetą.

Przeszli  do  rozmowy  na  temat  detali  w  jego  dziełach.  Temat  wywiadu,  czyli  kwestię

„ja  i  ty”,  Ester  odłożyła  na  bok,  kiedy  stwierdziła,  że  jego  odpowiedzi  są  składanką
zagmatwanych cytatów lub omawianiem Bubera

[3]

. Kiedy rozmawiali bardziej swobodnie,

Hugo za każdym razem starannie wygłaszał wykład, jakby żadne pytanie nie zostało zadane,
i za każdym razem sformułowania zawarte w pytaniu przedstawiał jako swoją wypowiedź.
Ester  miała  wrażenie,  że  ona  ubiera  w  słowa  to,  czym  on  się  zajmuje  i  kim  jest,  a  on
natychmiast przyjmuje to za własne myśli.

Po  trzech  godzinach  miała  wszystko,  co  potrzebne  do  napisania  artykułu,  i  wyłączyła

dyktafon. Kręciło jej się w głowie ze zmęczenia, spojrzała na zegarek. Na obiad jeszcze za
wcześnie.

background image

Siedzieli  przez  chwilę,  odpoczywając  i  rozmawiając.  O  jakichś  drobiazgach,  o

pięknych  skrzypcach  wiszących  na  ścianie  i  o  ruchu  ulicznym,  który  mogli  obserwować,
kiedy się podnieśli i stanęli blisko siebie przy oknie. Ester znowu ogarnęło pożądanie jego
ciała. W którymś momencie wspomniała, że jej dotychczasowy związek się rozpadł i teraz
mieszka  u  matki,  czekając  na  własne  mieszkanie.  On  zbierał  rozrzucone  spinacze  i
wyglądało na to, że chce jej coś zaproponować. Ester poinformowała, że pracę nad tekstem
wywiadu  zacznie  jutro  wcześnie  rano,  kiedy  znowu  będzie  miała  świeży  umysł.  Teraz
bowiem jest ociężały i wyczerpany.

– Jesteś głodna? – spytał Hugo.

– Tak.

– Ja też.

–  Na  lunch  zjadłam  tylko  kiełbaskę,  tuż  przed  przyjściem  do  ciebie.  Wegetariańską

kiełbaskę z kiosku koło hotelu.

– Tak, oni tam mają dobre kiełbaski.

– Czytałam o tym w gazetach – odparła Ester. – To widocznie bardzo znany kiosk.

– Ale ja nie jadam dużo kiełbasy. A ty?

– Też nie. Kiełbasy nie jadam prawie nigdy.

– To istnieje wegetariańska kiełbasa? Tego nie wiedziałem. Z czego się ją robi?

–  Z  różnych  roślin  specjalnie  przygotowanych  i  owiniętych  skórką.  Nie  jest  to  może

bardzo zdrowe, ale chyba lepsze niż mięso.

– Pod względem wartości odżywczych?

– Tak. I pod względem moralnym.

–  Może  lepiej  utylitarystycznym?  –  powiedział  i  roześmiał  się  ciepło  i  łagodnie.  –

Albo według etyki prawa.

Więc jednak słuchał tego, co Ester mówiła.

– Ja znowu zacząłem biegać – powiedział. – W tym tygodniu. Ale zaraz rozbolało mnie

kolano.

Ester  pomyślała,  że  zaczął  biegać,  bo  zauważył,  jak  ona  spogląda  na  jego  ciało,  i

poczuła, że go kocha.

– To może być łękotka. Mogę dotknąć?

Wyciągnął kolano, a ona długo je uciskała.

– Parę lat temu biegałem naprawdę dobrze – powiedział Hugo. – Chętnie bym do tego

wrócił. Może moglibyśmy biegać razem?

background image

– Jeśli nie masz kontuzji.

– Ty z pewnością biegasz szybciej ode mnie.

– Możemy wspólnie ustalić, jak szybko będziemy biegać – stwierdziła Ester.

On kilkakrotnie wyciągnął i ugiął nogę, po czym powiedział:

– Ach tak. Więc kiełbasy dużo nie jadasz. A co w takim razie jesz?

– Przeważnie rośliny.

– Rośliny?

– I jakieś owoce morza.

– A dlaczego rośliny?

–  Ponieważ  nie  widzę  argumentów  przemawiających  za  zjadaniem  świadomych  istot.

Podobno też dzięki temu dłużej się żyje.

– Jak długo chciałabyś żyć?

– Gdzieś do stu lat.

– To długo. Nie sądzisz, że pod koniec może być nudno?

– Nie. To zależy, czym się człowiek zajmuje.

Hugo spoglądał przez okno w stronę restauracji po drugiej stronie ulicy. To jego stałe

miejsce.

–  Jeśli  się  bardzo  nie  spieszysz,  moglibyśmy  tam  pójść  i  zastanowić  się,  czy  w

wywiadzie wszystko zostało powiedziane. Najczęściej interesujące rzeczy mówi się, kiedy
człowiek nabierze dystansu.

– Już powiedziałeś wiele interesujących rzeczy.

Popatrzył teraz na nią w inny sposób niż przedtem, jakby bardziej intensywnie, jakby ją

obserwował. W końcu rzekł:

– Tak uważasz? Sądzisz, że powiedziałem coś rozsądnego?

– No pewnie. To oczywiste, że mówisz interesujące rzeczy.

Odniosła  wrażenie,  że  on  chciałby  powiedzieć  o  czymś,  co  go  dręczy,  i  chciałby

poznać jej szczery pogląd na tę sprawę. Najlepiej jednak, żeby przyznała mu rację.

– Dla mnie to nie jest takie oczywiste – zaczął. – Czasami ludzie mi to mówią, ale sam

tak nie czuję.

– Wszyscy wiedzą i są przekonani, że jesteś interesujący. Jeśli cię krytykują, to z braku

wiedzy o tym, kim jesteś.

background image

– Wierzysz w to?

– Ja to wiem.

Ester włożyła płaszcz i czapkę.

– A skąd to wiesz? – nalegał.

– Ludzie oceniają cię jako interesującego artystę tak samo jak ja.

Zabrzmiało to cokolwiek fałszywie.

Musieli  czekać,  bo  restaurację  otwierano  dopiero  o  piątej.  Ale  to  już  niedługo.

Tymczasem Hugo pokazywał jej książki ważne dla jego rozwoju intelektualnego. Szczerze
mówiąc, jego sposób myślenia nie bardzo jej zaimponował, ale sztukę tworzy wyjątkową,
a ponieważ Ester jest zakochana, to i myśli artysty nabrały blasku.

Miał  dwa  egzemplarze  „Człowieka  zbuntowanego”  Camusa  i  jeden  jej  ofiarował,  ten

lepiej  zachowany,  z  okładką  podobną  do  oryginału  czy  też  do  tego,  co  Ester  uważała  za
oryginał. Francuski napis na bladożółtym tle z czerwonymi liniami ułożonymi w trójkąt.

– Camus był dla mnie ważny – powiedział Hugo.

–  Camus  jest  fantastyczny  –  potwierdziła  Ester.  –  Nigdy  nie  zapomnę  uczuć,  jakie

przeżywałam przy czytaniu „Obcego”. Styl, ton, otwartość, lakoniczność.

– Kiedyś znałem na pamięć pierwszą stronę „Obcego” po francusku – rzekł Hugo.

– Dlaczego?

Hugo roześmiał się sam do siebie.

Ester powiedziała:

– Pamiętasz tę koszmarną sekwencję, kiedy jego dziewczyna pyta, czy on ją kocha? A

on odpowiada, że to nieważne.

Za każdym razem, kiedy Ester coś komentowała, Hugo milczał. Nigdy nie ciągnął dalej

tego, co powiedziała. Ona natomiast kontynuowała wszystko, co Hugo mówił. Żadne z nich
tak naprawdę nie było zainteresowane nią. Oboje natomiast interesowali się nim.

Ester  odnotowała  w  pamięci  jego  brak  ciekawości  i  wielkoduszności,  ale  nie

pozwoliła, by miało to wpływ na uroczysty nastrój, w jakim się znajdowała.

Punktualnie o piątej przeszli przez ulicę, by zjeść obiad. Rozmawiali nieprzerwanie do

godziny dziesiątej, kiedy to wypili resztkę wina. Ester myślała, że jeśli można rozmawiać
od godziny trzynastej do dwudziestej drugiej, to człowiek nie ma powodu do niepokoju. A
zatem przyszłość rysuje się w zupełnie jasnych barwach.

background image

VI

 

W ciągu najbliższego tygodnia Ester pracowała nad artykułem dla Grottan. Robiła to w

takim  samym  stanie  oszołomienia  jak  wówczas,  miesiąc  temu,  w  innej  erze,  kiedy  pisała
referat o Hugonie. Teksty szukają własnego rytmu, a na to trzeba czasu. Jednak w pewnym
określonym momencie tekst jest gotowy, nawet jeśli się zakładało, że trzeba będzie nad nim
pracować nie wiadomo jak długo. Dokonuje się to wówczas, kiedy tekst jakby dystansował
się  od  własnych  założeń  tak  bardzo,  że  każde  czytanie  zaskakuje,  ale  na  koniec  wszystko
jest jasne.

Temu  wywiadowi  poświęcała  codziennie  o  wiele  więcej  godzin  niż  zwykle  była  w

stanie.  Na  ogół  nie  potrafiła  siedzieć  nad  pisaniem  przez  dłuższy  czas  bez  przerwy.  Po
kilku  godzinach  zaczynała  popełniać  godne  pożałowania  błędy,  które  poprawiała,  by
następnego dnia tego żałować, albo znowu powtarzała frazy zaczerpnięte z kultury i życia
potocznego.

Osiem  dni  po  przyjęciu  zamówienia  długi  artykuł  był  napisany,  przeczytany  przez

Hugona,  przedyskutowany  wspólnie  z  nim  w  towarzystwie  Dragana  Dragovicia,  który
krytykował  niemal  wszystko,  czym  dawał  do  zrozumienia,  że  jest  zazdrosny,  i  w  końcu
wysłany do redakcji. Odpowiedzieli, że są zadowoleni i nadziwić się nie mogli, że zdążyła
napisać go w tak krótkim czasie.

– Miałam przecież wyznaczony nieprzekraczalny termin.

– Ale zrobiłaś to niewiarygodnie szybko.

–  To  jak,  spodziewaliście  się  gorszego  tekstu,  czy  też  nie  wierzyliście,  że  dotrzymam

terminu?

– O co ci chodzi? Jesteśmy zadowoleni. Artykuł jest dobry.

–  Dziękuję.  Cieszy  mnie  to.  Ale  chyba  nie  należy  składać  ludziom  zamówień,  które

sami uważacie za niemożliwe.

– Nie rozumiem, o czym mówisz. Przyślij fakturę.

Kiedy  praca  nad  artykułem  dobiegła  końca,  Ester  i  Hugo  nadal  spotykali  się  co

najmniej raz w tygodniu. Jadali obiady w restauracjach, wiedli niekończące się rozmowy, a
potem  on  niemal  zawsze  zapraszał  ją  na  górę  do  atelier,  gdzie  rozmawiali  dalej,  nigdy
jednak  nie  zabrał  jej  do  swego  mieszkania,  znajdującego  się  przecież  w  tej  samej
nieruchomości  po  drugiej  stronie  podwórza.  Ester  zachodziła  w  głowę,  dlaczego  nic
więcej  się  nie  dzieje.  Dreptali  w  miejscu,  choć  kierunek  był  dostatecznie  wyraźny.
Wpadała w rozpacz na myśl, że nic więcej z tego nie będzie, i raz zapytała go w SMS-ie:

background image

„Czy  mógłbyś  mi  powiedzieć,  co  czujesz?”  On  odpowiedział  aforyzmem  na  tyle
zaszyfrowanym,  by  nie  miał  zobowiązującego  charakteru:  „Człowiek  człowiekowi
radością”. „Człowiek człowiekowi wilkiem”, pomyślała Ester ponuro.

Zastanawiała się, czy nie zrobiła czegoś szalonego, co, uczynione bez złych zamiarów,

jedynie pod wpływem uczuć, sprawiło, iż dobrze funkcjonująca relacja utknęła w martwym
punkcie.  Może  chodzi  o  to,  że  ona  wciąż  ściąga  na  siebie  przykrości,  zawsze  tak  było.
Wolała raczej być udręczona, niż znudzona, wolała samotność niż towarzystwo gadające o
byle czym. Nie dlatego, że nie lubi rozmów o byle czym, ale dlatego, że pochłania to zbyt
wiele siły. Taka gadanina kompletnie ją wykańcza. Może zresztą być tak, tłumaczyła sama
sobie, że pragnęła być zakochana w Hugonie, bo – nawet nie zdając sobie z tego sprawy –
zaczęła  się  nudzić  swoją  egzystencją  i  potrzebuje  tego  niepokoju  na  zmianę  z  nadzieją  i
szczęśliwością, by czuć, że żyje.

Teraz jednak nawet powietrze, którym oddycha, wydaje jej się przerażająco puste.

Jego  coś  powstrzymuje.  Może  istnieją  jakieś  nieznane  przeszkody?  Przyszło  jej  do

głowy,  że  pytanie  nowożeńców  o  to,  czy  nie  ma  przeszkód  do  zawarcia  małżeństwa,
prawdopodobnie wzięło się z chęci rozwiania właśnie tego rodzaju niepokojów. Myślała o
tym jako o pojęciu, bez treści, pochodzącym z irracjonalnego czasu.

Ale  sprawdzanie,  między  innymi  poprzez  ogłaszanie  zapowiedzi,  czy  nie  istnieją

przeszkody,  wprowadzono  właśnie  po  to,  by  unikać  takich  sytuacji.  Surowe  zasady
współżycia, jakie wtedy obowiązywały, były w gruncie rzeczy o wiele bardziej racjonalne,
lepiej  zorganizowane  i  przemyślane  niż  ten  lekkomyślny  idiotyzm,  w  który  ona  teraz  się
wdała. Zresztą wszyscy współcześni ludzie są na coś podobnego narażeni. Nie ma żadnych
reguł, żadnej tradycji, żadnego kostura, na którym można by się było wesprzeć. Nic.

W co drugi weekend Hugo wyjeýdýaů. Mówiů, ýe do Borĺs, gdzie mieszka jego matka

staruszka.  Z  tymi  podróýami  do  Borĺs  byůo  coú  nie  tak.  Otaczała  je  jakaś  nienaturalna
próżnia, a takie nienaturalne próżnie zawsze otaczają kłamstwo. Trudny do pojęcia był fakt,
że  nie  istniała  żadna  przyczyna  pozwalająca  wątpić  w  prawdziwość  owych  podróży,  ani
też Hugo nie miał powodów wymieniać miejscowości, do której nie jeździ. A jednak Ester
coś się tu nie zgadzało.

W  czasie  jednego  z  tych  wieczorów,  kiedy  długo  siedzieli  przy  winie  i  jedzeniu,  a

potem  poszli  do  jego  atelier,  Ester  zauważyła,  że  z  zewnętrznej  kieszeni  wiszącej  na
oparciu  krzesła  marynarki  wystaje  kolejowy  bilet.  Kiedy  Hugo  wyszedł  do  toalety,  ona
wstała, obeszła pokój wkoło, przyglądała się obrazom na ścianach i w końcu wyjęła bilet,
lekko, jakby nigdy nic.

Sztokholm-Malmö,  tam  i  z  powrotem,  przeczytaůa.  Ýadnej  wzmianki  o  Borĺs.  Byů  to

bilet z ostatniego weekendu, który Hugo miał jakoby spędzić u matki.

Opanowała się, pomyślała, że to dobre wiadomości. Skoro utrzymuje w tajemnicy swój

związek na odległość, bo taki musiał mieć z kobietą z Malmö, to znaczy, że tamta sprawa

background image

zmierza  ku  końcowi,  a  zatem  szansa  Ester  na  zdobycz  jest  duża.  Kilka  dni  przed  Wigilią
Ester wysłała Hugonowi SMS-a z zapytaniem, czy mogłaby wstąpić do atelier z prezentem.
Odpowiedział,  że  tego  wieczora  wyjeżdża  nocnym  pociągiem  jadącym  do  Malmö  i
Kopenhagi,  ale  że  chętnie  się  z  nią  spotka.  Ester  może  wpaść  na  chwilę  przed  jego
wyjazdem  na  dworzec.  Coś  musiało  go  skłonić,  żeby  tym  razem  podać  właściwą  nazwę
miejscowości, choć jednak starał się ją zakamuflować przez to dodanie Kopenhagi. A może
chciał, by zabrzmiało bardziej interesująco i wielkomiejsko.

Ester  pomyślała,  że  ta  nowa  precyzja  wynika  z  poczucia  większej  bliskości.  Bo  w

bliskości  nie  chcemy  kłamać.  Kłamstwo  wymaga  pewnego  stopnia  odhumanizowania,
przynajmniej w chwili, gdy je wypowiadamy. Kłamstwo jest pancerzem; nie kłamać, kiedy
istnieje taka pokusa, oznacza obnażanie się.

W  centrum  Sztokholmu  leżały  zwały  śniegu,  a  z  dachów  zwisały  sople  lodu.

Uszczęśliwiona  z  powodu  czekającego  ją  krótkiego  spotkania,  ale  też  zaniepokojona
nadchodzącymi  świątecznymi  tygodniami  i  niepewną  przyszłością,  Ester,  ślizgając  się  po
chodniku, niosła swój gwiazdkowy prezent.

Choć  była  prawie  piąta,  Hugo  zaprosił  ją  na  czerwone  wino.  Rozmowa  toczyła  się

swobodnie,  słowa  sypały  się  niczym  skry  podczas  spawania,  towarzyszył  im  nic
nieznaczący  śmiech.  Ester  była  w  swoim  żywiole,  zadowolona.  To  z  nim  pragnęła  być  –
gdziekolwiek na  świecie,  byle  z  nim.  Walizkę  Hugo  miał  spakowaną.  Podała  mu  prezent,
starannie wybrany, kupiony w antykwariacie.

– Dobre to? – spytał, kiedy otworzył pakiet zawierający powieść Jana Myrdala „Maj,

czyli miłość”.

– Wyjątkowe – zapewniła Ester.

Hugo przeczytał informację na okładce.

– Myrdal jest ważny – powiedział. – To ważny myśliciel.

– Jako myśliciela to bym go raczej nie rekomendowała – uśmiechnęła się Ester. – Ale

język  ma  fantastyczny.  Posiadł  jasność  widzenia  problemów  ludzkiego  serca,  które
przedstawia  bez  zbytniej  natarczywości,  ale  też  bez  specjalnej  swobody.  Jak  należy
malować  wnętrze  człowieka,  językiem  czy  obrazem,  by  przekaz  nie  był  fałszywy?  To
właśnie  jest  problem.  Metaforyzowanie  uczuć  jedynie  nas  od  nich  odwraca.  U  Myrdala
czuje się to, co przeżywają bohaterowie, tak jakby się samemu to przeżywało.

– Należy się wystrzegać opisywania uczuć – wtrącił Hugo. – Zawsze chodzi o to, jak

manipulować  odbiorcą,  by  czuł  to,  co  chcemy,  żeby  czuł.  Tego  zaś  nie  osiąga  się  przez
podawanie uczuć w wątpliwość, ale przez ich wywoływanie, co wymaga zupełnie innych
środków.

–  Myślę,  że  główny  problem  polega  na  tym,  iż  działania  innych  tłumaczymy

behawiorystycznie,  patrzymy  na  nie  z  zewnątrz  i  obiektywnie.  Nasze  własne  rozumiemy

background image

fenomenologicznie, z wnętrza świadomości. To jest dylemat człowieka. I dlatego wszyscy
mamy  takie  głębokie  zrozumienie  dla  własnych  działań,  a  tak  niewielkie  dla  poczynań
innych – odparła Ester.

Hugo znowu napełnił jej kieliszek.

– A czy nie jest odwrotnie, że ludzie są bardzo samokrytyczni i raczej rozumieją innych,

a nie potrafią ocenić siebie? – zapytał.

– Tak uważasz? Muszę powiedzieć, że niczego takiego nie zauważyłam.

– Nie?

–  A  jeśli  tak,  to  była  to  jedynie  ozdobna  politura  i  pokrywanie  agresji,  jaką

przejawiamy  wobec  innych.  Myrdalowi  jednak  w  tej  książce  udało  się  zająć  stanowisko
fenomenologiczne i behawiorystyczne, a czytelnik nie zauważa, jak do tego doszło.

Hugo przyglądał się jej łagodnie, z jakimś niemal czułym uśmiechem.

– Uważasz, że to mistyczne?

Ester  poczuła  się  onieśmielona.  Stwierdziła,  że  kocha  go  tak  bardzo,  iż  wszystko  ją

boli.

– Długo cię nie będzie? – spytała.

– Jakieś dwa tygodnie.

– To długo.

Hugo milczał, wahał się, miał zamiar coś powiedzieć, ale się powstrzymał.

– Akurat w tej chwili nie wiem nic pewnego – rzekł w końcu. – Nic pewnego. Może

wstąpię też do Leksand.

– Do Leksand? Do swojego domu?

– Jeżdżę tam, kiedy chcę być sam, żeby pomyśleć.

Odwrócił się i zaczął przestawiać coś w jednej z szaf. Pośpieszne ruchy bez celu.

Ester  pomyślała,  że  przekazuje  jej  zawoalowaną  wątpliwość,  czy  byłoby  dla  niego

bezpieczne zerwanie z tą kobietą, do której być może jedzie do Malmö. A gdyby tak, to czy
mógłby być potem z Ester? Może tym swoim „nic pewnego” on pyta, czy może jej zaufać,
czy też ona się nim po prostu bawi? Bo może w gruncie rzeczy to on czuje się zagrożony, a
nie odwrotnie. Nigdy przedtem nie przyszło jej to do głowy.

Ucałowała  go,  życzyła  wesołych  świąt,  a  potem,  niemal  nie  dotykając  ziemi,  długo

krążyła po ulicach pośród ludzi kupujących gwiazdkowe prezenty.

background image

VII

 

O swoich przeżyciach matce nie opowiadała. Ona uznałaby je pewnie za niestosowne.

Człowiek  potrzebuje  w  życiu  ładu,  nie  może  miotać  się  od  ściany  do  ściany.  Szczególnie
„zajętych  mężczyzn”  należy  zostawiać  w  spokoju.  Co  prawda  aż  do  niedawna  wszystko
wskazywało,  że  Hugo  jest  wolny.  Nie  było  najmniejszych  śladów  wskazujących  na
istnienie  jakichś  związków,  jeśli  nie  liczyć  biletu  kolejowego  i  tych  weekendowych
wyjazdów, tej otaczającej je próżni.

Święta  były  spokojne.  Ester  czytała  „Człowieka  zbuntowanego”,  rzecz  tak  trudną,  że

poszczególne  zdania  musiała  odczytywać  dwukrotnie.  Camus  napisał  ją  w  proteście
przeciwko rewolucyjnemu totalitaryzmowi Sartre’a, Ester interesował właśnie ten protest.
Po  tygodniu  napisała  SMS-a:  „Czytam  Camusa.  Rewolucja  jest  nie  do  pogodzenia  ze
sposobem  funkcjonowania  ludzkiego  mózgu.  To  znaczy  człowieka.  Nie  jesteśmy  w  stanie
radzić sobie z wbudowanym w rewolucję absolutyzmem i jej nagłością. Wszystko, co czyni
człowiek,  dzieje  się  stopniowo.  Wszystkie  poglądy,  jakie  ma,  wszystkie  myśli,  wszystko,
co  robi  i  mówi,  dojrzewa  w  procesach,  warstwa  po  warstwie,  budowana  na  podstawie
doświadczenia.  Samo  życie  przeżywamy  stopniowo,  to  znaczy  ewolucyjnie.  Miłości
szukamy po to, by czuć, że ktoś nas widzi.”

Ostatnie zdanie natychmiast uznała za niepotrzebne, napuszone i niepasujące do całości.

Było jednak za późno, wiadomość została wysłana.

Odpowiedź nie nadeszła, pojawił się natomiast dewastujący lęk. I pogłębiał się, kiedy

dzień mijał za dniem, a on nie dawał znaku życia. Wstyd, że się obnażyła, a reakcji się nie
doczekała,  coraz  bardziej  działał  jej  na  nerwy  i  zepsuł  końcówkę  świąt.  Nie  mogła  się
skoncentrować, powtarzała, że powinna dać sobie spokój i nigdy więcej nie przejmować
się ani Hugonem, ani innym mężczyzną, bo czegoś takiego nie chce jeszcze raz przeżywać.
Już go nie chce. Niech się wynosi z jej życia!

Po Nowym Roku Hugo był z powrotem w Sztokholmie. Jeszcze tego samego dnia Ester

dostała  e-maila:  „Wróciłem.  Jeśli  będziemy  dzisiaj  dobrze  pracować,  to  w  nagrodę
możemy wieczorem zjeść obiad.”

Dwa krótkie zdania i wszelki lęk znikł. Cały dzień pracowała bez oporu. Potem poszła

na  gimnastykę,  jeździła  na  rowerze,  biegała,  wzięła  prysznic,  w  końcu  zrobiła  się  na
bóstwo, a po drodze do Hugona wstąpiła do hotelowego baru i zamówiła drinka.

Czegoś  takiego  nigdy  przedtem  nie  zrobiła.  Ubrana  w  eleganckie  spodnie,  bluzkę  i

żakiet, siedziała w fotelu, piła gin z tonikiem, czytając „Człowieka zbuntowanego. Z baru
wysłała  SMS-a  do  przyjaciela,  w  którym  opisała  sytuację,  i  dodała,  że  czuje,  jakby

background image

zaczynała być dorosła.

Uznała, że to głupkowate zdanie i w ogóle głupi pomysł, ale wydawało się, że dobrze

opisuje  jej  stan.  Myślała,  siedząc  i  popijając  w  hotelowym  barze,  czytając  francuskiego
klasyka,  że  te  tak  zwane  głupstwa  istnieją  dlatego,  iż  najdokładniej  odzwierciedlają
pewien typ uczuć.

Okrągła  twarz  Hugona  rozpromieniła  się  radośnie,  kiedy  Ester,  z  wybiciem  szóstej,

wkroczyła do jego atelier. Pachniał świetnie, świeżo ogolony i uczesany na mokro, ubranie
miał czystsze i bardziej eleganckie niż zazwyczaj.

– Jesteś głodna? – spytał rozpromieniony.

Ester była głodna.

– No to idziemy.

I poszli. Tego wieczora do Sturehof.

Dragan Dragović i wszyscy współpracownicy znikali, i zwykle nikogo nie było już  w

pomieszczeniach, kiedy Hugo i Ester wracali ze swoich wizyt w restauracjach. Ale nic się
nie  działo.  Chociaż  rozmowy  były  tak  erotycznie  naładowane,  że  każdy,  kto  na  nich
popatrzył,  mógłby  zostać  porażony  prądem,  wieczory  kończyły  się  cmoknięciem  i  jej
spokojnymi wędrówkami po nocy do domu.

Ester  próbowała  przekonywać  sama  siebie,  że  owa  powolność  oznacza,  iż  to,  co  ich

łączy,  jest  piękne.  Wszystko,  co  ważne,  wymaga  czasu,  powtarzała  sobie.  Kiedy  obojgu
zależy tak samo, potrzebują więcej czasu, przeczytała to gdzieś.

To  początek  takiego  rodzaju,  o  jakich  się  później  opowiada,  że  był  piękny  i  czuły,

myślała, bliska szaleństwa, że aż tak się to przeciąga. Oddałaby całą czułość świata za to,
żeby  już  rozpocząć  ich  wspólne  życie.  Bywały  dni,  kiedy  wyczuwała  coś  jakby  powiew
katastrofy. Zawsze istnieje powód tego, co ludzie robią, czy czego nie robią. Jego bierność
musi  z  czegoś  wynikać.  Jeśli  Hugo  chce  z  nią  być  bliżej  niż  dotychczas,  to  powinien  tak
zrobić.  Ponieważ  znalazła  się  w  grząskim  błocie  i  nic  nie  osiągała,  brodząc  w  nim  w
kółko, to nie mogła też w żaden sposób się uwolnić. Przypominała sobie jak przez mgłę, że
do  niedawna  zajmowała  się  nie  tylko  swoimi  uczuciami,  interesował  ją  też  świat
zewnętrzny.  Próbowała  uczyć  się  różnych  rzeczy  i  cieszyła  się,  że  istnieje.  Teraz  próbuje
tylko ustalić, czy on ją chce, czy nie.

Pragnęła owej jasności, którą może dać jedynie fizyczne spełnienie. Chciała, by stopili

się ze sobą tak, by potem mogli być zawsze dla siebie nawzajem dostępni. I mieli prawo
oczekiwać od siebie różnych rzeczy.

Nieustannie  podniecona,  sama  doprowadzała  się  do  krótkotrwałej,  byle  jakiej

rozkoszy.  Bólu  serca,  pożądania  czyjegoś  ciała,  czyjejś  skóry  oraz  obejmujących  nas
ramion masturbacja nie ugasi.

background image

W  połowie  stycznia  Ester  dostała  mieszkanie  z  urzędu  lokalowego.  Wystarczająco

długo  czekała  w  kolejce  –  od  osiemnastego  roku  życia  –  by  dostać  pokój  z  kuchnią  w
centrum miasta. Mieszkanie znajdowało się przy Sankt Göransgatan, w spokojnej okolicy,
od podwórza. I mogła się tam niezwłocznie wprowadzić.

Kiedy się spotykali, Hugo zapraszał na eleganckie obiady. Gorące dania, deser, wino.

Czasami  płaciła  Ester  i  wtedy  było  mniej  wystawnie.  Poza  tym  kontaktowali  się
codziennie.  Krótkie  myśli,  obserwacje,  mniej  lub  bardziej  nonsensowne  pomysły
przekazywali  sobie  mailami  lub  SMS-ami.  Co  drugi  weekend  zalegała  cisza.  Ester  nie
pytała. Hugo nie wspominał ani o Borĺs, ani o pociŕgu Malmö-Kopenhaga.

Myślała,  że  ich  przyszłość  zapowiada  się  neurotycznie.  Do  tego  stopnia  stali  się

nawzajem częścią swoich światów, że żadne nie było w stanie wyobrazić sobie utraty tej
przyszłości, tak wyraźnie już zarysowanej. Ester obawiała się jednak, czy tu nie chodzi o
jego geny. W takim razie czekałoby ją wielkie cierpienie, a on nadal nie mówił nic o tym,
co budują, ani dokąd ich to wszystko zaprowadzi. Wiedziała, że mózg chętniej zachowuje
to,  co  zdobył  ostatnio.  Jest  to  wbudowane  w  jego  strukturę  i  utrwalone  w  toku  ewolucji.
Pytanie zatem brzmi, której z nich dwóch Hugo nie chce utracić. Która z jego kobiet – Ester
zakładała,  że  on  spotyka  się  z  kimś  w  Skanii  –  chroni  jego  strach  przed  stratą  w  swoich
opiekuńczych ramionach.

W  jeden  z  tych  wieczorów,  które  przesiedzieli  w  knajpie  aż  do  zamknięcia,  a  potem

rozmawiali  w  kuchni  jego  pracowni,  Hugo  po  raz  pierwszy  naruszył  swoją  bierność  i
spytał:

– No i co zrobimy teraz?

Ester była zbyt zdenerwowana, by usłyszeć, że to nie jest pytanie, tylko zaproszenie.

– Co masz na myśli? – spytała, uśmiercając to, co próbował osiągnąć.

– Chyba nadal będziemy rozmawiać tak jak zawsze – odparł z westchnieniem.

– Tak. Chyba tak.

Zapadła cisza, po czym Ester powiedziała:

– Mogłabym obejrzeć twoje mieszkanie.

Ale było za późno. Zbyt już zamąciła sprawę.

–  Obejrzysz  kiedy  indziej  –  odparł  krótko  i  stanowczo.  –  Mieszkanie  jest

nieposprzątane.

– Ty też musisz zobaczyć moje nowe. W czwartek się przeprowadziłam.

– Może kiedyś. Ale teraz muszę się położyć.

Ester  szła  do  domu,  nie  mogąc  przeboleć  straconej  okazji.  Wszystko  dociera  do  mnie

zbyt wolno, zawieszam rozmowę, kiedy powinnam działać, myślała w wielkiej desperacji.

background image

Wiedziała, że słowa są jej tarczą i parawanem, za którym może się ukryć. Wiedziała też, że
słowa  nie  załatwiają  wszystkiego,  choć  uważała,  że  powinny.  Odrobina  werbalnej
nieporadności mogłaby wesprzeć ją na polu seksualnym. Wtedy ciało byłoby zmuszone też
trochę  popracować.  Słowo  zawsze  może  być  zastąpione.  Słowa  są  prostsze,  bardziej
nośne.

Męka  była  dotkliwa  i  trwała  wiele  dni.  Ester  leżała  na  podłodze  w  swoim  nowym

mieszkaniu i jęczała.

background image

VIII

 

Nastało  milczenie.  Minął  tydzień.  Ester  miała  mdłości  z  niepokoju  i  wciąż  czyniła

sobie wyrzuty. Chór przyjaciółek zapewniał, że żadna możliwość tak łatwo nie znika. Jeśli
ta sprawa jest cokolwiek warta, to on nadal istnieje. Ester nie popełniła żadnego błędu, on
też mógł wykazać inicjatywę, w końcu nie wszystko spoczywa na niej. Chór przyjaciółek –
to znaczy zbiór dobrych rad i upomnień ze strony najdroższych jej osób. Wszyscy pomagali
jej przetrwać te godziny, gdy czerń spowijała życie niczym całun.

W poniedziałek wieczorem, tydzień po tamtym spotkaniu, Hugo miał wygłosić odczyt o

tym,  jak  oko  ludzkie  odbiera  kolory.  Ester  znała  tę  datę  od  dawna,  zresztą  Hugo  prosił,
żeby  przyszła.  Jest  bardzo  zainteresowany  kolorami  i  ich  percepcją,  ciekawi  go,  jak
człowiek postrzega niuanse w tym zakresie. To wprawdzie nie jej dziedzina, ale Hugo jest
świetnym  pedagogiem,  wykładając  mówi  tak,  że  Ester  zawsze  rozumie,  o  co  chodzi  i
zdobywa nową wiedzę.

Kiedy wykład się skończył i słuchacze bili brawo, Hugo i Ester dawali sobie nieśmiałe

znaki. On stał w otoczeniu osób, które chciały jeszcze porozmawiać. Ester trzymała się na
uboczu.  Czekała  jakieś  dziesięć  minut,  a  ponieważ  on  wciąż  był  zajęty,  zmusiła  się,  by
opuścić  salę.  Nie  umawiali  się  na  spotkanie  po  odczycie,  a  nie  chciała  się  narażać  na
odpowiedź, że teraz to on nie może. Musi okazać niezależność, nawet za cenę utraconego
spotkania. Nie powinna się zachowywać niczym oddany pies, choć tak właśnie się czuła. Z
behawiorystycznego punktu widzenia – autonomiczna, nawet jeśli z fenomenologicznego –
pies.

Odczyt  odbywał  się  w  szkole  przy  Banérgatan.  Tak  wolno,  jak  tylko  mogła,  Ester

wlokła  się  w  stronę  Karlavägen,  by  dostać  się  do  metra.  Albo  do  autobusu.  Albo  do
czegokolwiek. Miała nadzieję, że Hugonowi, kiedy wyjdzie z bramy, mignie w oddali jej
sylwetka, i wtedy pobiegnie, żeby ją dogonić.

Dotarła  do  rogu  ulicy  i  ostrożnie  się  odwróciła.  Hugo  jeszcze  nie  wyszedł.  W  takim

razie na tym rogu zakończy się dzisiejszy wieczór i być może w ogóle ich przyszłe wspólne
życie,  skoro  każde  spotkanie  może  być  rozstrzygające.  Kiedy  teraz  Ester  znajdzie  się  za
rogiem,  Hugo  nie  będzie  już  mógł  jej  zobaczyć.  I  możliwość  spędzenia  wspólnego
wieczoru przepadnie.

No, już jest poza zasięgiem jego wzroku. Już na wszystko za późno. Ale zaraz zrobiła

zwrot  przez  sztag,  zatoczyła  kolejne  koło  i  raz  jeszcze  znalazła  się  na  tym  samym  rogu
ulicy.  Okrążyła  go  po  raz  drugi,  myśląc,  czy  nie  wykonać  jeszcze  jednej  pętli  w
oczekiwaniu, że on może się jednak pojawić.

background image

I  właśnie  wtedy  usłyszała  jego  głos.  Wołał  ją  po  imieniu,  rozglądał  się  między

samochodami,  by  przeciąć  jezdnię  i  szybkim  krokiem  biegł  w  jej  stronę.  Nawet  w
ciemnościach  rozjaśnianych  tylko  światłem  ulicznych  latarni  i  blaskiem  śniegu,  widziała
jego szeroki, ciepły uśmiech.

– Chyba nie miałaś zamiaru zniknąć?

– Nie. To znaczy owszem. Chciałam pojechać do domu.

– Utknąłem z kilkoma słuchaczami. Chcieli znać mój pogląd na parę spraw. Trzeba być

uprzejmym dla ludzi, którzy okazują zainteresowanie. No i co myślisz o odczycie? Był OK?

Marszczył czoło z powątpiewaniem, tak jak zawsze, oczekując potwierdzenia czegoś, a

zarazem  niepokojąc  się,  czy  nie  za  mało  się  postarał.  Ester  pochwaliła  odczyt  w  kilku
okrągłych  zdaniach,  zawierających  sporą  dozę  podziwu.  Wyglądało  na  to,  że  Hugo  jest
zadowolony.

– Chyba moglibyśmy pójść coś zjeść? – spytał.

– A nie powinieneś pracować? Zwykle pracujesz do późna.

Bardzo  chciała,  wiedziała,  że  musi  dać  mu  ten  wybór.  Wprawdzie  takie  słowa  łatwo

wziąć  za  grzeczną  odmowę,  skoro  jednak  on  tak  tego  nie  zrozumiał,  to  chyba  musi  być
pewien jej uczuć.

–  Czy  nie  dość  się  napracowałem  nad  tym  odczytem?  –  spytał.  –  Czy  nie  wykonałem

swoich obowiązków na dzisiaj?

– Oczywiście, że wykonałeś.

– Czy ty nigdy się nie wyłączasz?

Pytał tonem żartobliwym. Ester była kompletnie oszołomiona. Kręciło jej się w głowie

i powiedziała:

– Cały czas. Robię byle co.

Dość długo szukali odpowiedniego miejsca i w końcu wylądowali w małej restauracji

w bocznej uliczce.

Okna były zaparowane, gwar głosów na tyle przyciszony, że można było rozmawiać, i

na tyle głośny, że nikt nie mógł podsłuchiwać.

Wnętrze wydawało się przytulne i ciepłe w porównaniu z mrozem na dworze. Nie było

wolnego  miejsca,  ale  Hugo  znał  właściciela,  czy  też  personel  go  rozpoznał,  dość  że
natychmiast  nakryto  stolik  na  dwoje,  ze  szklankami  z  grubego  szkła  i  sztućcami  w
ceramicznym pojemniku; to była tego rodzaju restauracja. Solidna.

Ester  odczuwała  teraz,  a  szczególnie  tego  wieczora,  że  oboje  są  sobie  równi  w

pragnieniu  bycia  razem.  Dawne  pełne  dystansu  śmiechy  i  nastrój  żartobliwej  zabawy

background image

zniknęły. Wszystko, co mogło ich rozpraszać, przestało się liczyć. On czegoś od niej chce.
Hugo jadł moules frites, ona scampi.

–  Kiedyś  powiedziałaś,  że  jadasz  głównie  rośliny.  Widzę  jednak,  że  przez  cały  czas

jesz zwierzęta.

– Tylko bezkręgowe. Trudno w restauracjach jadać wyłącznie rośliny.

– Roślinne dania mają wszędzie.

–  Upaćkane  śmietaną,  mlekiem  i  jajkami.  To  jest  to  samo,  co  jedzenie  zwierząt.  Ale

skorupiaki traktuję prawie jak rośliny. Rośliny żyjące w wodzie.

– Może ja też powinienem przejść na rośliny – rzekł Hugo.

– Tak myślę.

–  Albo  poprzestać  na  jedzeniu  bezkręgowców.  Ale  z  jakiego  powodu  miałoby  się

bardziej zasługiwać na ochronę jedynie dlatego, że ma się kręgosłup.

Na  jego  dolnej  wardze  widziała  niewielkie  pęknięcie  z  cieniutką  strużką  zaschniętej

krwi. Pęknięcie rozszerzało się przy śmiechu. Wyglądało, że szczypie. Kiedy Ester wstała,
by powiesić swój płaszcz, który spadł z wieszaka, poczuła, że Hugo śledzi jej ciało, i że
jej bardzo się to podoba.

Między daniem głównym a deserem popatrzył na nią i powiedział:

–  Kiedy  zjemy  ten  obiecany  obiad  u  ciebie  w  domu?  Żebym  mógł  obejrzeć  nowe

mieszkanie.

Ester  chwyciła  swój  kieliszek,  nie  za  nóżkę,  ale  za  górną  część,  obiema  rękami,  i

wypiła  wino  do  końca,  wszystkimi  zmysłami  przeżywając  ten  przełomowy  moment,  i
uważając, żeby znowu czegoś nie zepsuć słowem lub pośpiechem.

– W sobotę? – spytała.

Wiedziała,  że  on  wie,  że  ona  wie,  iż  najbliższy  weekend  należy  do  tych,  które  Hugo

spędza  w  Sztokholmie.  Rozumiała,  że  dlatego  zdecydował  się  zapytać  ją  właśnie  dzisiaj,
niemal na dwa tygodnie przed kolejnym wyjazdem.

– Sobota będzie dobra – zgodził się.

– Ale ja mam tylko jedno krzesło – powiedziała Ester i w tej samej chwili stwierdziła,

że czegoś takiego człowiek nie powinien mówić tylko dlatego, że mu to wpadło do głowy.

– Będziemy siedzieć na nim na zmiany – roześmiał się Hugo.

Pęknięcie na wardze znowu się poszerzyło.

Hugo wyciągnął rękę i pogłaskał Ester po włosach.

background image

IX

 

No  i  nadeszła  sobota.  Był  początek  lutego  i  kapiące  z  dachu  krople  dawały  do

zrozumienia,  że  zaczęły  właśnie  podawać  w  wątpliwość  swoją  przyszłość  pod  postacią
lodowych sopli. Ester nie poszła kupić drugiego krzesła, ale miała w domu stołek, będzie
mogła siedzieć na nim przy stole. Stołek nie jest za wygodny, ale wystarczy. W końcu mają
nie  tyle  siedzieć,  co  leżeć.  Już  się  wystarczająco  nasiedzieli  na  krzesłach.  Ester  była
wyczerpana oczekiwaniem, ale jej ciało przepełniała błogość.

Właśnie wrzuciła utarty ser Gruyčre do sosu, który przygotowała ze śmietany, białego

wina,  mielonej  papryki  i  tłuszczu  z  pieczonego  kurczaka  –  rośliny  tego  wieczora  mogą
poczekać  –  kiedy  zadzwonił  Hugo.  Nie  przyszło  jej  nawet  do  głowy,  że  dzwoni,  bo  ma
zamiar odwołać wizytę. Jeszcze nie straciła ufności. Nerwowość w jego głosie sprawiła,
że stała się spokojniejsza, niemal lekkomyślna.

– Jestem właśnie z krzesełkiem na postoju taksówek – oznajmił Hugo.

– Bardzo zimno?

– Tak.

– Krzesło marznie?

– Nie, bo okryłem je kocem.

– A ty?

– Ja nie mam na sobie koca.

– Czyli marzniesz?

– Cały się trzęsę. Ale nie z zimna.

– Tylko dlatego, że masz się ze mną spotkać?

– Tak.

– Z mojego powodu nigdy denerwować się nie musisz.

– Jesteś tego pewna?

– Spotykaliśmy się już przecież tyle razy.

– Ale nigdy w obecności krzesła.

– Przychodź szybko. Sos czeka.

Rozmawiając,  mieszała  sos,  potem  polała  nim  upieczone  filety  z  kurczaka.  Teraz

background image

wstawi wszystko do piekarnika na piętnaście minut. W tym czasie on dotrze na miejsce.

Kiedy  człowiek  kocha  i  jego  miłość  jest  przyjmowana,  ciało  czuje  się  lekkie.  Kiedy

zdarzy  się  odwrotnie,  każdy  kilogram  waży  trzy.  Rodząca  się  miłość  pozwala  tańczyć
nawet na cieniutkim ostrzu. Bywa, że kilogram nigdy nie osiąga swojej wagi, co wywołuje
pewne wątpliwości u przestraszonych, u doświadczonych i u przewidujących. Oraz u tych,
którzy nie posiadają takiej jak Ester nadzwyczajnej zdolności do życia w nadziei.

Ester  kupiła  coś,  nie  wiedząc,  co  to  dokładnie  jest,  a  z  czego  miała  przygotować

wytrawne martini. Słyszała, że to taki drink, który można podawać przed jedzeniem, zaraz
po  przyjściu  gości,  i  pomyślała,  że  tak  właśnie  dzisiaj  zrobi,  by  podkreślić  wyjątkową
wagę  obiadu.  Zdała  sobie  sprawę,  że  jej  głos  stał  się  piskliwy  ze  skrępowania,  kiedy
prezentowała  aperitif.  Hugonowi  drink  nie  zaimponował  i  Ester  poczuła  się  jeszcze
bardziej  głupio,  gdy  dotarło  do  niej,  że  jego  zdaniem  wystawiła  się  na  pośmiewisko.
Niezdarnie trzymał kieliszek, gdy ona pokazywała mu swoją garsonierę, co zajęło im jakieś
dziesięć  nieprzyjemnych  sekund.  Nie  powiedział  nic  na  temat  mieszkania  i  sprawiał
wrażenie zdziwionego, po co jest mu ono pokazywane.

Usiedli  do  stołu  i  jedli  jej  kurczaka  w  śmietanowo-serowym  sosie  z  ryżem  i  sałatą.

Hugo chwalił wszystko, ale nie na tyle, by Ester nie słyszała ironii w jego komplementach
dla dania z kurczaka.

– Ten tutaj ma kręgosłup – stwierdził.

– Dzisiejszego wieczora zrobiłam wyjątek.

– Dlaczegóż to?

Po jedzeniu przenieśli się na kanapę przed telewizorem, zjedli tam dwa rodzaje lodów

z włoskiej lodziarni, stracciatella i zabaione, do tego włoskie sucharki o nazwie cantucci i
pili czarną kawę, która też była włoska. Hugo, okazawszy najpierw brak zainteresowania
drinkiem Ester, teraz też obojętnie odniósł się do jej wyszukanego deseru. Ona zakładała,
że  Hugo  jest  tak  samo  pochłonięty  niebiańskim  smakiem  lodów,  ich  tłustą  pełnią,  ich
pieszczącą  podniebienie  konsystencją,  która  skłania,  by  spożywać  deser  z  zamkniętymi
oczyma. Chciała spotkać mężczyznę, który mógłby to z nią dzielić. Hugona jednak bardziej
zajmował alkohol. Zawsze tak było.

Musiała  zadowolić  się  tym,  że  uprzejmie  zjadł  oba  rodzaje  lodów  i  wziął  dwa

cantucci.

Oglądali  zimowe  igrzyska  olimpijskie,  które  się  właśnie  rozpoczęły.  Tego  wieczora

pokazywano  pierwszy  bieg  narciarski  na  trzydzieści  kilometrów  mężczyzn.  Również  do
tego Hugo odnosił się dość powściągliwie i jakby nie mógł pojąć, że ktoś może oczekiwać,
iż on będzie oglądał w telewizji jazdę na nartach. To prawda, coś takiego można by uznać
za  dziwaczne,  ponieważ  jednak  rozmowa  przy  obiedzie  się  nie  kleiła,  co  nigdy  przedtem
nie miało miejsca, musieli się przecież czymś zająć. Poza tym Ester chciała zapoczątkować
ich normalność. Nie można całe życie siedzieć w knajpie, patrzeć sobie nawzajem w oczy i

background image

gadać. Czasem trzeba też popatrzeć razem w telewizor. Ale wyglądało to tak, jakby Hugo
nieustannie  się  zastanawiał,  co  on  tutaj  robi.  Również  Ester  zadawała  sobie  pytanie,
dlaczego właściwie do niej przyszedł, skoro wszystko, co robią, jedzą czy mówią wydaje
mu się obojętne. A może nie? Może jest niepewny i zdenerwowany na obcym terenie, bez
kontroli  nad  tym,  co  się  dzieje.  Aż  do  teraz  zawsze  bywali  w  jego  siedzibie  i  w  jego
miejscu, wśród jego współpracowników i w znanym mu świecie.

Mniej więcej raz na godzinę podchodził do okna i palił papierosa. Ona zawsze stawała

obok  i  wpatrywała  się  w  zimowy  wieczór.  Rozmawiali  cicho,  a  żar  wolno  trawił  tytoń.
Przy oknie rozmowa toczyła się swobodniej.

Gwiazdy  migotały  niecierpliwie,  niemal  natrętnie.  Przy  każdej  przerwie  na  papierosa

Ester  stawała  bliżej.  Hugo  powiedział,  że  zamierza  rzucić  palenie,  że  właściwie  to  nie
pali.  Ester  pomyślała,  że  „właściwie”  to  dziwne  słowo.  Jak  człowiek  może  „właściwie”
czegoś nie robić, a jednocześnie jak najbardziej to robić. Chciała dotykać jego ciała. Była
ciekawa, czy Hugo ma zamiar zostać u niej na noc po tym, jak się już ze sobą prześpią, czy
też  w  środku  nocy  wróci  do  domu.  Piąta  przerwa  na  papierosa  tego  wieczora  wyglądała
tak  samo  jak  poprzednie  i  chwila  przy  oknie  też  przypominała  minione  –  jego  i  jej  nogi
blisko siebie – ale był to ostatni papieros, zanim się położyli i pozwolili, by ich ciała się
zjednoczyły.

Pięć papierosów to zdaniem Ester dużo jak na kogoś, kto właściwie nie pali. Myślała o

chorobach,  które  papierosy  mogą  wywoływać  oraz  o  tym,  jakie  to  może  być  straszne
niepokoić się tym od dnia, który przecież wkrótce nastąpi, a od którego oni będą żyć razem.
Była jednak pewna, że swoją miłością potrafi go skłonić, by palenie rzucił.

Kiedy Hugo w nią wszedł, zaczął się zachowywać niespokojnie i jakoś powściągliwie.

Ester nie rozumiała, o co chodzi. Ona oczywiście się zabezpieczyła, w przeciwnym razie
nie  dopuściłaby  go  do  siebie.  Ale  on,  rzecz  jasna,  nie  wiedział,  ile  warta  jest  dla  niej
wolność, choć jej się zdawało, że mówi wyłącznie o tym, i to w różnych tonacjach.

–  Powinniśmy  być  ostrożni  –  rzekł,  przytrzymując  Ester,  kiedy  poruszyła  się

gwałtowniej.

Ester znieruchomiała.

– A to dlaczego?

– No, żebyś nie zaszła w ciążę.

– Oczywiście, że nie zajdę. Nie chcę mieć dzieci. Ja pragnę jedynie dorosłej miłości.

Miłości na równych prawach, a nie w jakiejś podległości.

Odetchnął z ulgą, słysząc ten jej napuszony wywód, ale ze zdumieniem usłyszała w jego

głosie  rozczarowanie  i  jakiś  nowy  ton.  To  rozczarowanie  mężczyzny,  że  nie  potrafi
wzbudzić  w  partnerce  tęsknoty  za  dzieckiem,  to  iż  wie,  że  nie  uda  mu  się  uczynić  z  niej
prawdziwej kobiety, matki, do czego przecież została stworzona. Przyrodzone mężczyźnie

background image

biologiczne rozczarowanie.

Ester i Hugo ocknęli się o brzasku. Znowu się kochali, teraz z większą gwałtownością,

kiedy ona była mniej spięta, a on wiedział, że jego nasienie nie zapoczątkuje nowego życia.

Niebo w kolorze bladofioletowym z lekkimi pomarańczowymi refleksami zapowiadało

piękny,  mroźny  dzień.  Krople  spływające  z  dachu  na  powrót  przybrały  dawną  formę
lodowych sopli.

I  rozpoczęła  się  poranna  rozmowa,  być  może  jedna  z  najzwyklejszych  rozmów

postkoitalnych, podejmująca pierwotne tematy – zależności, władzy, słabości, siły, podaży
i popytu, a wszystko z produktami zbożowymi i mleczarskimi w tle.

Ona:

– Co chcesz na śniadanie?

On:

– Nie chcę śniadania. Jadę do domu.

–  Ale  ja  mam  tutaj  wszystko,  co  potrzeba  –  musli,  jogurt,  owoce,  dobre  pieczywo  i

wędlinę, kawę.

– Muszę pracować.

– Ja też. Pracuję codziennie, tak samo jak ty. A śniadanie i tak trzeba zjeść.

– Wezmę sobie coś, jak wrócę do domu.

– Możesz wziąć coś tutaj. Dzięki temu będziesz mógł pracować zaraz po powrocie. Nie

będziesz tracił czasu.

– Ja na śniadanie dużo nie jadam. To nie jest ważne.

Dla mnie jest ważne, pomyślała.

– Śniadanie to właściwie coś więcej niż samo jedzenie – powiedziała Ester.

– Śniadanie to energia, która pozwala wytrzymać do lunchu – odparł Hugo.

Ester  widziała,  że  on  bardzo  chce  wyjść.  To  dlatego  w  jej  słowach  nie  było  próby

namawiania, gdy rzekła:

–  Nie.  To  coś  więcej  niż  tylko  energia.  I  dokładnie  z  tego  powodu  tak  ci  teraz  pilno,

żeby stąd wyjść.

Żadnego  namawiania,  choć  w  słowach  pojawiła  się  gorycz,  ton  był  rzeczowy.  Hugo

sprawiał wrażenie, że się zastanawia, co odpowiedzieć.

– Skontaktujemy się później – rzekł ostrożnie.

– Jeśli uznasz, że chcesz. W przeciwnym razie nie.

background image

– Albo jeśli ty tak uznasz.

– Nie, tak nie będzie, niestety. Skontaktujemy się, jeśli ty uznasz, że chcesz.

Hugo wybiegł po krótkim, pospiesznym pocałunku.

Ester  przyszło  do  głowy  kilka  zbitek  słownych:  Włókna  śniadaniowe  przeciskają  się

przez  jelita.  Warstwa  po  warstwie  najbardziej  kruchego  gówna.  Miłosne  spotkanie  w
poślizgu.

Nie  podobało  jej  się  to,  na  co  sobie  pozwalała,  to  użalanie  się  nad  sobą,  na  pół

stłumiona  agresja,  lekceważenie,  które,  jak  wiedziała,  zabija  całą  ochotę  i  radość
poczuciem winy, jakie budzi. Mimo to nie była w stanie się powstrzymać. Nie cierpi ludzi,
którzy budzą w innych poczucie winy, tak było od dzieciństwa, i dawno temu postanowiła,
że ona nigdy robić tego nie będzie. Ale i tak teraz, kiedy najbardziej jej na tym zależało, nie
mogła przestać.

background image

X

 

Premier  Szwecji  Tage  Erlander  (pełnił  tę  funkcję  w  latach  1946-1969)  w  swojej

słynnej  wypowiedzi  określił  tworzenie  nowoczesnego  społeczeństwa,  znanego  również
pod  nazwą  państwa  dobrobytu,  nadużyciem.  Niedokładnie  tak  się  wyraził,  ale  to  właśnie
oznaczały  jego  słowa,  gdy  mówił,  że  narastające  oczekiwania  społeczne  rodzą
niezadowolenie, co  psychologicznie  rzecz  biorąc  jest  naturalne.  Dostajemy  to,  czego  nam
brakowało  i  przez  krótką  chwilę  jesteśmy  wdzięczni.  Szybko  jednak  człowiek  się
przyzwyczaja i zaczyna traktować to, co ma, jako standard minimum. Oczekiwania znowu
rosną i by odczuwać zadowolenie, ludzie żądają więcej. Bieżąca woda, pożywne jedzenie,
samochód i większe mieszkanie przestają wystarczać. Trzeba dalszych i głębszych reform,
by czuć się równie dobrze jak przedtem. Dawki muszą być większe i częstsze.

Chociaż  połączyli  się  fizycznie,  Ester  szczęśliwa  nie  była.  Nie  uważała,  że  Hugo

ostatecznie się zdeklarował. Niepokoiła się o dalszych ciąg.

Po  śniadaniu  tego  pierwszego  ranka  ich  nowej  ery  wyszła  z  domu  i  przebiegła

piętnaście kilometrów.  Trenowała  do  Maratonu  Sztokholmskiego  i  przebiegała  co  tydzień
wyznaczony  dystans.  Trening  wypadał  w  niedziele.  Jako  amatorka  lokująca  się  na
peryferiach drużyny postępowała podobnie jak inni oraz kierowała się tym, co znalazła na
stronach  z  poradami.  Maratończycy  przebiegają  raz  w  tygodniu  długi  dystans,  zwykle  w
niedziele,  ponieważ  większość  z  nich  w  powszednie  dni  pracuje.  Ester  mogłaby  biegać,
kiedy  zechce,  ale  ona  też  wybrała  niedziele.  Planowała,  że  później,  wiosną,  zwiększy
dystans  do  dwudziestu  kilometrów,  bo  tak  jej  doradzano.  Na  razie  jednak  piętnaście
kilometrów wystarczy. Ambicje trzeba równoważyć z ryzykiem kontuzji.

Po powrocie, jeszcze zanim zdjęła buty, rzuciła się do telefonu. Ale tam nic. Hugo ani

nie dzwonił, ani nie przysłał SMS-a. By cierpienie nie przeszło w stan ostry, trzeba przez
cały czas uzupełniać miłosne płyny.

Jej życie uczuciowe stało się teraz przedmiotem niezadowolenia w wyniku rosnących

oczekiwań.  Jedyna  korzyść  z  tego  jest  taka,  iż  rozczarowanie  po  jakimś  czasie  uderzy  w
inne prawo naturalne i przejdzie w radość wynikającą z malejących oczekiwań.

Trucizna  jednak  działała  chyba  także  w  nim.  Po  południu  zadzwonił.  Wyświetlił  się

numer telefonu stacjonarnego, którego Ester nie rozpoznała. Hugo mówił, że zgubił swoją
komórkę,  to  znaczy  zostawił  ją  na  tylnym  siedzeniu  taksówki,  kiedy  rano  wracał  od  niej.
Korporacja  obiecała  zwrócić  zgubę,  gdy  tylko  któryś  z  kierowców  będzie  miał  kurs  w
okolice  jego  domu.  Jak  mu  było  pilno,  żeby  się  odezwać,  myślała  przejęta.  Zadał  sobie
nawet  trud  odszukania  jej  numeru,  by  zadzwonić  jeszcze  tego  dnia  i  to  bez  konkretnego

background image

interesu. Był wyraźnie skrępowany, co cieszyło ją szczególnie. Czy mogło zdarzyć się tak,
myślała,  że  roztargnienie,  które  spowodowało,  iż  zostawił  telefon  w  taksówce,  to  wynik
wstrząsu?

Powiedzieli sobie nawzajem, że noc była cudowna. Ona zrelacjonowała swój bieg po

obrzeżach miasta, mówiła, jak łatwo jej to przyszło, bo człowiek tak niewiele waży, kiedy
jest szczęśliwy.

Nie poszło jej wcale tak lekko, ale poszłoby, gdyby wiedziała, że on zadzwoni.

Hugo mówił, że dzisiaj próbował przeprowadzić studium malarstwa jaskiniowego we

Francji  –  ten  temat  interesuje  go  od  jakiegoś  czasu  –  ale  że  za  nic  nie  mógł  się
skoncentrować.

– Ja też nie mogłam się skoncentrować – przyznała Ester. – Nic dzisiaj nie zrobiłam.

On roześmiał się z wahaniem, powiedział, że jest zmęczony i że dzisiejszej nocy chyba

powinni spać osobno, bo poprzedniej wiele snu nie było, to znaczy powinni spać każde u
siebie.

– Tak chyba będzie najlepiej – zgodziła się Ester.

I  tu  zrodził  się  kłopot.  Ester  nie  była  w  stanie  rozstrzygnąć,  czy  Hugo  powiedział,  iż

powinni spać osobno po to, by ona zaprotestowała, czy też naprawdę tego chciał. Krótko
mówiąc,  nie  wiedziała,  czy  powinna  nalegać,  czy  też  byłoby  to  męczące,  wyglądało  na
narzucanie się. Dla pewności pozostała bierna, by nie utrudniać i nie wywoływać poczucia
winy.

Hugo  pracował  przez  całe  dnie,  wieczory,  a  także  po  nocach  nad  nowym  dziełem

wideo-art.  Jednak  podczas  telefonicznej  rozmowy  w  niedzielę  umówili  się,  czy  też  samo
tak wyszło, że zobaczą się we wtorek. Ale bez określania godziny.

Dla Hugona czas był czymś innym niż dla Ester. Ona przywykła do dokładnych ustaleń,

również terminów spotkań, na które się umawia.

We wtorek od piątej siedziała w domu i czekała na sygnał, że on jest gotowy. Myślała,

że  zaczną  od  obiadu  na  mieście,  potem  wrócą  do  niego,  posiedzą  na  kanapie  i  wreszcie
pójdą do łóżka. Nie wiedziała, na kiedy dokładnie on to spotkanie zaplanował, ani czy w
ogóle coś z tego będzie.

Hugo pracuje. Pracuje ciężko i zawsze.

Koło  północy  zadzwonił.  Skończył.  Jest  gotowy.  Ester  wyszczotkowała  zęby,  wzięła

prysznic,  włożyła  czyste  ubranie  i  zdążyła  mu  głośno  nawymyślać.  Potem  dosłownie
rzuciła  się  do  drzwi  i  z  rozpędem  wpadła  do  autobusu.  W  ustach  czuła  smak  żelaza.  Od
jego przystanku przy Karlavagen znowu biegła, wystukała kod, który dał jej jakiś czas temu
i na schodach przeskakiwała po dwa stopnie na raz.

Hugo  przywitał  ją  z  kieliszkiem  wina  i  promienną  twarzą,  głaskał  ją  po  ramionach  i

background image

delikatnie ujął jej dłoń.

– Czy mogę cię oprowadzić?

Bardzo dokładnie oglądała to, co jej pokazywał.

– Nie mogę pojąć, że można zrobić coś takiego – rzekła. – Nie rozumiem, jak człowiek

się tego uczy?

– Miło mi, że tak mówisz – powiedział. – Zwykle bywasz taka krytyczna.

– Dlaczego miałabym być krytyczna? Ja nic nie wiem o tego rodzaju sztuce, poza tym

patrzę na te dzieła z miłością, ponieważ to ty je stworzyłeś.

– Aha. Tak.

Wydał jej się skrępowany, ale zarazem i przede wszystkim dumny. Pokazywał jej swoje

włości i swoje kulisy.

– Miłość nie jest ani oceniająca, ani chłodna – powiedziała Ester. – Tę różnice musisz

chyba przyjmować do wiadomości.

Znowu wziął ją za rękę i pokazywał dalej.

– To się nazywa trompe l’oeil – rzekł i spoglądał na nią, by wybadać, jak odebrała to

słowo.  Czy  byłoby  afrontem  je  tłumaczyć,  czy  też  nonszalancją  tego  nie  zrobić.  –  Znasz
trompe l’oeil?

– Nigdy nie widziałam, ale słyszałam. Dziwny efekt.

–  To  oznacza  złudzenie  optyczne.  Maluje  się  na  tych  właśnie  kulisach  obrazy  w

wypaczonych proporcjach i niewielkich rozmiarach, żeby to, co przedstawiają, sprawiało
wrażenie, iż jest zgodne z rzeczywistością. Duże miasta lub ogromne krajobrazy mogą się
wyłaniać z obrazu wielkości pudełka od zapałek.

Obejmowali  się  przed  kulisami,  Hugo  tłumaczył,  że  zostały  one  tak  pomyślane,  by

oszukiwać  oko  co  do  odległości,  rozmiarów  i  w  ogóle  całej  egzystencji.  Są  to  poetyckie
prawdy  tworzone  po  to,  by  oko  mogło  widzieć  świat  takim,  jaki  jest,  choć  wszystko  jest
fałszywe lub zostało zainscenizowane.

Przeszli  przez  podwórze  i  schodami  na  górę  do  jego  mieszkania.  Brudnobiałe  zwały

śniegu połyskiwały w mdłym blasku latarni.

Hugo  wszedł,  nie  używając  klucza.  Zawsze  zostawia  drzwi  mieszkania  otwarte,

wyjaśnił. Tu nie ma co ukraść. W mieszkaniu zdjął robocze ubranie i poszedł pod prysznic,
a Ester tymczasem się rozglądała. Po raz pierwszy znalazła się w jego domu. Zresztą dom
to  dużo  powiedziane,  raczej  miejsce  do  spania.  Wszystko  było  prowizoryczne,  nawet
stojący obok łóżka statyw, na którym Hugo wieszał koszule i marynarki. Szafy najwyraźniej
nie są dla niego.

background image

Wyglądało, jakby gospodarz wciąż był w podróży albo uciekał. Z tego, co mówił, i co

Ester  teraz  widziała,  mogła  się  dowiedzieć  czegoś  więcej  o  jego  sposobie  postrzegania
rzeczywistości. Domyślała się, że Hugo wyobraża sobie przyszłość zupełnie inaczej niż to,
co  ma  obecnie.  Przyszłość  to  coś,  co  ma  nadejść  z  wielką  przemianą  i  czasem  na
odpoczynek.  Pewnego  dnia  rozpocznie  się  prawdziwe  życie,  jak  tylko  ta  robota  zostanie
dokończona. Wkrótce będzie miał czas, by zająć się wszystkim, niech no tylko przygotuje tę
samodzielną  wystawę  i  tę  tam  retrospektywę.  Taka  też  jest  jego  ideologia  i  widzenie
społeczeństwa. Jest w gruncie rzeczy utopijnym rewolucjonistą. Raj to nie tylko słowo. W
ten  sposób  może  upłynąć  całe  życie.  Można  wiele  zrobić  w  oczekiwaniu  na  jego
rozpoczęcie.

Kiedy Hugo wyszedł z łazienki, Ester leżała pod kołdrą.

–  Jak  milutko  wyglądasz  –  powiedział,  odkładając  ręcznik  na  krzesło  przy  łóżku  i

położył się obok, skóra przy skórze.

–  To  właśnie  jest  najważniejsze  –  szepnęła.  –  Najważniejszy  moment  w  życiu

człowieka. Spotkanie, które teraz jest nam dane. Największe doznanie, jakie istnieje.

Odpowiedziały jej ręce Hugona.

Następnego ranka, po przebudzeniu, odnaleźli się po omacku i zaczęli od nowa. Akt był

krótszy,  ale  równie  gorący.  Wybiła  ósma,  oboje  mieli  przed  sobą  dzień  pracy.  Hugo  zdał
sobie  sprawę,  że  nie  ma  w  domu  nic  do  jedzenia,  co  być  może  znaczyło,  iż  to,  co
powiedział  o  śniadaniu  mającym  jedynie  odżywcze  znaczenie,  w  jego  przypadku  jest
obowiązującą zasadą, a nie tylko wymówką dla uniknięcia bliskości. Ester miała nadzieję,
że  tak  jest.  Uznała,  iż  wszystko  na  to  wskazuje.  Zastanawiała  się,  czy  powinna  już  teraz
zaproponować, by spotkali się znowu wieczorem, nie pozwolić, żeby sprawa się rozmyła i
pozostało czekanie, kiedy ona nie będzie mogła nic innego zaplanować.

Ale na to się nie zdobyła.

Hugo  poprosił,  by  poszła  z  nim  na  dół  do  kawiarni  Seven  Eleven  na  rogu  ulicy.  Tam

zamówił  kawę  i  croissanta,  ona  zaś  kawę  i  kromkę  gruboziarnistego  chleba.  To  był  jej
najmarniejszy poranny posiłek w życiu.

Siedzieli obok siebie na wysokich stołkach przy długim blacie, mieli widok na ulicę  i

poranny  ruch.  Rozmawiali  niewiele,  a  jeśli  już  któreś  coś  powiedziało,  to  o  sprawach
pospolitych. Co widzą, jak smakuje kawa i co jest na afiszach. Nie byli ani przyjaciółmi,
ani kochankami, pytali siebie nawzajem, co dzisiaj będą robić, w taki sposób, jak się pyta,
jeśli  człowiek  nie  jest  z  kimś  związany,  chociaż  z  nim  sypia.  To  znaczy  jedna  strona
postanowiła, jak się sprawa ułoży, ale o tym nie poinformowała. Będzie jak będzie.

Ester nie miała ochoty opowiadać, co zamierza dzisiaj robić. Zresztą nie wiedziała, co

powinna robić, a pytanie wydało jej się mało interesujące. Chciała, żeby on zapytał: Co my
będziemy  dzisiaj  robić?  Co  chcesz,  byśmy  dzisiaj  robili?  A  nie  to  odpychające:  Co
będziesz dzisiaj robić?

background image

Hugo  mówił  o  pogodzie  i  temperaturze,  że  zrobiło  się  zimno  i  dżdżysto,  że  zima  jest

surowa i że dla wielu egzystencja w takie mrozy jest trudna. Ester odparła:

– Minęła dokładnie połowa zimy.

Później  myślała,  że  powinna  była  powiedzieć,  iż  lubi  zimę,  ale  dla  takiej  repliki

zabrakło przestrzeni. Nie wydawało się istotne, co ona myśli, skoro i tak nie dążą do tego,
by się nawzajem poznać.

Wytworzył się między nimi absolutny brak kontaktu, ohydna alienacja. Hugo siedzi przy

niej  w  publicznym  lokalu,  więc  się  jej  nie  wypiera.  Je  z  nią  śniadanie,  nawet  jeśli  byle
jakie, w dzień po. To powinno rokować na przyszłość. Oni jednak są sobie nawzajem obcy.
To spotkanie to tylko forma. Brak mu treści i dlatego o mało nie rozsadzi go inna treść.

– Co będzie, jeśli twoi współpracownicy zobaczą nas razem? – spytała Ester.

Hugo spojrzał, jakby nie zrozumiał pytania.

– Jeśli zobaczą nas tutaj rano, teraz, o ósmej.

– Ale my nie rozmawiamy o takich sprawach.

Odpowiedź wydała się Ester osobliwa, w jakimś sensie nielogiczna. Jest chyba ważne,

co  tamci  wiedzą  i  jakie  to  ma  dla  niego  znaczenie.  Czy  rozmawiają,  czy  nie,  to  sprawa
drugorzędna.  Zastanawiała  się,  czy  nie  podjąć  dyskusji  nad  jego  odpowiedzią,  czy
porządnie  jej  nie  zanalizować,  bo  w  ten  sposób  mogłaby  wyrzucić  z  siebie  całe  swoje
rozczarowanie. Hugo dopił kawę i wstał.

– Muszę iść.

Ester  skinęła  głową.  Hugo  miał  niejasne  poczucie  winy.  Można  to  było  poznać  po

powolnym  ruchu  głową,  po  zatroskaniu  wyrażającym  się  zmarszczkami  na  czole,  wokół
oczu i po całej jego postawie.

– Posiedzisz tu jeszcze, żeby pofilozofować? – spytał.

– Tak. Pofilozofuję sobie.

Hugo  pochylił  się  i  złożył  na  jej  policzku  pocałunek,  dystyngowany,  czuły,  pełen

miłości. Był to jednak też pocałunek wyrażający jakiś niedostatek. Hugo stał jeszcze przy
niej,  przez  chwilę  wahając  się,  potem  wyszedł.  Ona  zaś  dalej  siedziała,  ale  nie
filozofowała.  Była  środa,  za  oknem  unosiła  się  biała  mgła,  taka,  co  to  wdziera  się  pod
ubranie. Poranek pełen złych przeczuć. Ester zdawała sobie sprawę, że coś było mocno nie
w  porządku.  Nie  tyle  może  w  samym  spotkaniu,  ile  w  różnicy  ich  poglądów  na  jego
znaczenie i treść. Nie zostało powiedziane nic na temat dalszego ciągu i nic o wkroczeniu
nawzajem w swoje życie czy też o głuchej ciszy, która potem nastąpiła. Nic o niczym.

Przestali  rozmawiać  w  chwili,  kiedy  zaczęły  się  porozumiewać  ich  ciała.  Miłość

jednak potrzebuje słów. Przez krótki czas można polegać na pozbawionych słów uczuciach,

background image

na  dłuższą  metę  jednak  nie  istnieje  miłość  bez  słów  ani  miłość  z  samymi  tylko  słowami.
Miłość  to  żarłoczna  bestia.  Żywi  się  dotykiem,  powtarzanymi  zapewnieniami,  potrzebuje
oka  wpatrzonego  w  inne  oko.  Kiedy  oko  jest  zbyt  blisko  drugiego,  żadne  z  nich  nic  nie
widzi.

Siedziała  tak  jeszcze  kwadrans,  w  końcu  wyszła,  wsiadła  do  autobusu  i  pojechała  do

domu. Mgła nie zelżała przez cały dzień, Hugo nie zadzwonił. Ona też nie, ale fakt, że ona
nie dzwoni oznacza co innego, niż gdy nie robi tego on, bo to on decyduje, on ma władzę.
Wprawdzie nie istnieje żaden dowód na to, że tak jest, ale też nie ma żadnej wątpliwości.
Zawsze  decyduje  ten,  komu  mniej  zależy.  Ten,  kto  chce  najmniej,  ma  najwięcej  władzy.
Kiedy on nie dzwoni, to raczej nie dlatego, że pomyślał: teraz powinienem trochę zaczekać,
nie muszę bez przerwy telefonować.

To po prostu piekło, myślała następnego ranka, po upływie doby. Właśnie coś takiego

jest piekłem i tylko takie piekło istnieje. Ester zaczynała się wewnętrznie wypalać.

 

W  czwartek  wieczorem  wybierała  się  na  przyjęcie,  na  które  Hugo  też  został

zaproszony.  Rozmawiali  o  tym  jakieś  dwa  tygodnie  temu,  ale  potem  ona  zapomniała,  bo
znaleźli sobie przyjemniejsze powody do spotkań.

Otrząsnęła  się  trochę  z  wczorajszych  piekielnych  wizji,  ogarnęło  ją  nawet  uczucie

oczekiwania.  Mimo  wszystko  mają  się  spotkać.  Oczywiście  pojmowała,  że  jest  jakaś
przyczyna tego, iż Hugo się nie odezwał, że nie mają ze sobą kontaktu, choć w tych dniach
powinno było dojść do erupcji kontaktów. Wiedziała też, że jeśli coś takiego się dzieje, to
nie jest to przypadek, psychologicznie jest to zgodne z jakimś rzeczywistym stanem, który z
pewnością ma swoje określenie. Próbowała jednak wmawiać sobie, że to mimo wszystko
przypadek,  że  sprawy  się  po  prostu  toczą,  że  ludzie  są  różni.  Jedni  odzywają  się  często,
inni  rzadko,  żeby  nie  wiem,  jak  długo  ich  znać,  oraz  że  początki  zawsze  są  trudne  i
wymagające.

Nie  wierzyła  w  tę  swoją  wyliczankę.  To  zwykłe  zaklęcia.  Była  pewna,  że  to,  co  się

stało,  ma  jakieś  odniesienie  do  rzeczywistości.  Ten  brak  działania,  to  niedzwonienie  do
niej,  mimo  że  powinien  chcieć  to  robić,  koresponduje  z  jakimś  procesem  w  jego  mózgu,
procesem,  który  zależy  od  przemyśleń,  nawet  jeśli  tylko  na  poziomie  przeczuć  i  bez
odzewu  w  jego  sercu.  Ester  miała  wyraźne  i  silne  poczucie,  że  te  przemyślenia  nie
popychają naprzód ich miłości, ich przyszłej relacji.

Ale  Hugo  jest  też  człowiekiem  ciężko  pracującym,  myślała.  Nie  powinna  zawczasu

przewidywać nieszczęścia. Kiedy zobaczą się dziś wieczorem, powinna być zadowolona i
ożywiona, a nie rozczarowana i jęcząca. Nie może okazywać nic z tego, co szaleje w jej
duszy.

Było  popołudnie.  W  ciągu  dnia  dzwoniła  do  niego  sześć  razy.  Tłumaczyła  sobie,  że

Hugo ma mnóstwo pracy albo że znajduje się daleko od telefonu. Jaka to szkoda, myślała,

background image

że  on  nie  tęskni  za  nią  tak  bardzo,  by  chcieć  dzwonić,  nawet  jeśli  nie  ma  czasu.  Czy  nie
nosi przy sobie telefonu, by nie przegapić ani jednej rozmowy z nią, tak jak ona by zrobiła,
i co zwykle charakteryzuje to stadium, w którym oni się teraz znajdują. Czy ona znalazła się
w tym stadium sama? Czy też on tęskni inaczej?

Był to jeden z tych dni, kiedy Ester nie była w stanie oddzielić myśli od uczuć.

Szła  na  przyjęcie  z  ciężkim  sercem.  Na  szczęście  tam  otrząsnęła  się  trochę  z  podłego

nastroju,  rozmawiała  z  ludźmi,  śmiała  się,  jadła,  piła.  O  dziesiątej  Hugona  jeszcze  nie
było.  O  jedenastej  wiele  osób  zaczęło  wychodzić.  I  właśnie  wtedy  Hugo  przyjechał
taksówką.  Wkroczył  w  otoczeniu  grupy  współpracowników,  którzy  nie  byli  zaproszeni.
Wśród  nich  znajdował  się  Dragan.  Odkąd  Ester  zaczęła  spotykać  się  z  Hugonem,
dowiedziała się, że Dragan urodził się w Jugosławii, do Szwecji przyjechał w 1981 roku,
ma skłonności do francuskiej  filozofii  i  wyszukanej  odmiany  komunizmu.  Dragan  w  1979
roku poparł mułłów w Iranie, doradzał  im,  by  zlekceważyli  hegemonię  Zachodu,  a  potem
nigdy nie znalazł powodu, by zrewidować ten punkt widzenia. Dla niego takie problemy to
przeważnie  abstrakcje,  a  jako  abstrakcja  ów  pogląd  funkcjonuje  bardzo  dobrze,  uważała
Ester. Spytała go, jak może żyć  z  konsekwencjami  tamtych  wydarzeń,  na  co  on  nazwał  ją
lokajem imperializmu i mentalną kolonizatorką. Hugo Rask podziwiał swojego przyjaciela
i  podzielał  jego  niechęć  do  wszystkiego,  co  pachnie  liberalizmem,  Zachodem  i
mieszczaństwem,  do  wszystkiego,  co  jest  tak  zwaną  poprawnością.  Jak  na  socjalistów,
którymi są, mówiła im często Ester, zbyt chętnie padają na kolana przed konserwatyzmem,
zbliżając  się  niekiedy  niebezpiecznie  do  czysto  faszystowskiego  widzenia  świata.  Wtedy
Dragan prychał, nazywał ją konformistką i karierowiczką – te dwie etykiety zawsze gotów
był przyklejać – i oznajmiał, że powinna iść do domu, poczytać trochę, bo jest poniżej jego
godności  roztrząsanie  czegokolwiek  na  tym  poziomie.  Opowiadano,  że  Dragan  jest
ekonomicznie niezależny i nie musi pracować, nikt jednak nie wiedział, jak do tego doszło.
Odkąd przyjechał do Szwecji, funkcjonuje jako nieformalny doradca Hugona Raska i jego
osoba  do  towarzystwa.  Mówi  po  szwedzku  z  wyraźnym  akcentem  i  posługuje  się
wyszukaną gramatyką. Przez lata ci dwaj kompanii spędzali wieczory  w  pomieszczeniach
Hugona,  rozmawiając  o  zgniliźnie  świata,  i  roztrząsając,  co  powinno  się  z  tym  zrobić.
Podjęli  nawet  pewne  wysiłki,  by  tę  zgniliznę  usunąć,  każdy  musi  to  przyznać.  Ester
chłonęła  wszystko  z  łapczywością  głodomora:  książki,  filmy,  broszury  i  reportaże  o  ich
dawnych happeningach, jakie tylko udało jej się wygrzebać w archiwach.

Z  początku,  gdy  Dragan  siadywał  wieczorami  w  atelier  i  nieustannie  palił  papierosy,

zawsze spoglądał na Ester pogardliwie i lekceważąco, jakby wiedział coś, czego nie chce
powiedzieć. Ester miała zamiar zapytać, co takiego wie, ale zdawała sobie sprawę, że nic
jej nie powie, bo jest zbyt lojalny wobec Hugona.

Hugo nigdy się nie zdystansował od żadnej z tych złośliwych ocen, które pod wpływem

Dragana  wygłaszał.  Zbytnio  nawykł  do  prowokacji  jako  postawy  życiowej,  by  w  imię
buntu odcinać się od gwałtu i ucisku.

background image

Zdaniem  Ester  Nilsson  zdumiewające  w  Hugonie  Rasku  jest  to,  że  bardziej  niż

prowokacji  pragnie,  by  publiczność  go  kochała.  Czuł  się  rozdarty,  bo  równocześnie  nie
chciał  zabiegać  o  tę  miłość  publiczności,  gdyby  miała  ona  oznaczać  stronniczość,
tchórzostwo i obojętność wobec surowych prawd, którym żadna współczesność nie jest w
stanie  sprostać,  a  które  przyszłość  zawsze  ocenia  jako  oczywiste  i  z  lekceważącym
uśmiechem traktuje jako ograniczenia minionego czasu.

Z  wyzywającą  dumą  Dragan  i  Hugo  poparli  Miloševicia  w  Serbii.  Nadal  jest  to

uważane  za  fakt  kompromitujący  dla  publicznego  wizerunku  artysty,  coś,  o  czym  trzeba
wspominać  w  pochwalnych  artykułach  na  jego  temat,  by  piszący  nie  został  oskarżony  o
uporczywe pomijanie błędnych poglądów i niewybaczalnych pomyłek twórcy, nawet jeśli
wynikały  z  jego  skomplikowanego  charakteru.  Ta  postawa  kosztowała  go  zresztą  sporo
kłopotów  i  kilka  niedoszłych  do  skutku  wystaw.  Ester  spytała  go  o  to  pewnego  razu  i
otrzymała  odpowiedź,  że  nie  jest  zainteresowany  niczym,  co  jest  powszechnie  cenione,
zuniformizowane i co nakazują elity. Żadnych argumentów na poparcie tamtego stanowiska
nie otrzymała. Chciała pytać dalej, dowiedzieć się, jak on połączył owe hasła z faktem, iż
tak rozpaczliwie pragnie być powszechnie uznawanym.

Przełknęła jednak swoje pytania, by nie naruszać ich kruchej bliskości.

Teraz  Dragan  wkroczył  na  przyjęcie  w  czarnym  garniturze,  czarnym  golfie  i  tych

eleganckich czarnych butach, które miał na nogach, kiedy Ester widziała go pierwszy raz.
Pomachał w jej stronę ze złośliwą miną – ach, ty też tu jesteś.

To,  że  Hugo  jest  otoczony  swoimi  ludźmi  również  na  przyjęciu,  nie  dawało

możliwości, by głośno zapytać, dlaczego nie odpowiadał na jej telefony i w ogóle zniknął.
Przypuszczalnie o to właśnie mu chodziło. Kiedy ją zauważył, twarz mu błyszczała niczym
czerwony, okrągły ser. Zdenerwowany, czujący się nieswojo, czerwony, okrągły ser. Przez
cały  czas  odwracał  się  do  niej  bokiem,  zawsze  szedł  w  inną  stronę,  jakby  bał  się  pytań.
Kiedy  na  koniec  spojrzał  jej  w  oczy,  było  w  jego  spojrzeniu  lekceważenie  graniczące  z
bezczelnością.

– Tęskniłaś za mną?

Całkowicie retoryczne pytanie, taka wymuszona zabawa.

– Tak, tęskniłam. Bardzo.

Słowa Ester opadały niezdarnie na podłogę pomiędzy nimi i marły. Nie odpowiedziała

tym samym pytaniem, bo nie chciała słuchać, co powie, ani patrzeć, jak się męczy, unikając
patrzenia jej w oczy.

– Teraz zjemy coś w bufecie – powiedział.

– Ja już jadłam – odparła. – Świetne zaopatrzenie.

– Ach tak – rzekł i wyglądał na speszonego tym, że to ona poczuła się zapraszana.

background image

Dał jej do zrozumienia, że nie do niej się zwracał, tylko do swoich sprowadzonych tu

przyjaciół,  wygłodniałych  po  całodziennej  harówce  pośród  kulis  i  zwodzących  oko
kompozycji.

Jego  złośliwość  nie  była  zamierzona.  To  zwyczajny  brak  zastanowienia,  niemożność,

lęk  pod  płaszczykiem  przemyślanych  działań.  Ester  odeszła.  Rozmawiała  z  innymi,
trzymała się z daleka.

Kiedy  przyjęcie  miało  się  ku  końcowi,  odszukała  go  ponownie.  Starannie  rozważyła

sytuację  i  doszła  do  wniosku,  że  woli  zostać  odepchnięta,  niż  się  potem  gryźć,  że  nie
spróbowała. Hugo dyskutował o czymś z pewnym redaktorem od kultury. Dragan stał obok.
Wszyscy trzej śmiali się, zachowywali swobodnie, najwyraźniej się ze sobą zgadzali. Ester
położyła rękę na ramieniu Hugona. Spojrzał na nią w popłochu, przewracał oczyma, jakby
szukając  awaryjnego  wyjścia.  Gdzieś  w  głębi  duszy  Ester  rozumiała,  że  to  właśnie  jest
odpowiedź, ale jej to nie wystarczyło. Odciągnęła go więc na bok i spytała:

– Pójdziemy do mnie?

Powstrzymywała  się  z  całych  sił,  żeby  nie  dać  mu  żadnego  wyboru.  Jeśli  Hugo  ma

uciec, niech się sam postara.

– W takim razie idziemy do mnie – rzekł.

Już  chciała  powiedzieć,  że  właściwie  mogliby  machnąć  na  wszystko  ręką,  ale

zachowała milczenie.

Wyszli na ulicę. Latarnie lśniły chłodno w tę czarnobiałą noc. Szli kawałek piechotą do

bardziej  ruchliwej  ulicy,  gdzie  szybko  złapali  taksówkę.  Ester  uświadomiła  sobie,  że
tamtego  dnia,  kiedy  w  lejącym  się  z  nieba  żarze  początku  lata  odbyła  rozmowę
telefoniczną, w której proszono ją, by wygłosiła referat o Hugonie Rasku, znajdowała się
dokładnie w tym samym miejscu. Teraz jest tutaj śnieg i zima. Hugo przytrzymał przed nią
drzwi i oboje wsiedli. Taksówka jechała szybko wzdłuż Odengatan, aż do Odenplan. Ester
ujęła dłoń Hugona, by ją uścisnąć, ale ta dłoń wygięła się niczym schwytany robak, chciała
się wyrwać z jej ręki, Ester jednak nie chciała uznać tego za ostateczny protest.

Dary, o które się nie prosiło, mogą być straszne przez swoje żądania, swoje roszczenia,

przez  niezdarną  demonstrację  troskliwości  ofiarodawcy.  Nie  jest  niemożliwe,  że  on
traktuje  uścisk  jej  ręki  i  ją  całą  jako  taki  właśnie  dar.  Próbował  pieścić  jej  palce,  ale
wyszło  z  tego  tylko  jakieś  pocieranie.  Jakby  został  dotknięty  nieoczekiwanym  wielkim
bólem zlokalizowanym akurat w ręce.

Ester  nie  rozumiała,  co  by  to  mógł  być  za  ból.  Uważała,  że  jej  wymagania  nie  są

wygórowane. Wolność jest wartością i Ester ją ceni, ale wolności od bliskości nie mogła
mu ofiarować, wprost przeciwnie – chciała mu dawać wolność bycia bliżej niej, niż był z
kimkolwiek innym oraz wolność od samotności. Czyż może być coś piękniejszego?

Taksówka  zatrzymała  się  przed  jego  bramą.  Hugo  puścił  palce  Ester,  wyjął  portfel,

background image

zapłacił. Gdyby ona decydowała, jechaliby autobusem. Pozwoliła mu więc zapłacić.

Trzecia  noc.  Trzy  noce  w  ciągu  pięciu  dób,  tego  nie  można  nazwać  pomyłką,

przypadkiem  czy  błędem.  Szli  na  tę  swoją  trzecią  noc  po  schodach  do  jego  niegościnnej,
ciasnej  nory.  Rozebrali  się,  położyli,  pozwolili,  by  ciała  się  spotkały.  Zasnęli.  Nastał
ranek. Ciała spotkały się ponownie. Ale coś było nie tak. Przez cały czas coś było nie tak.
U Hugona żaluzje są zawsze opuszczone, światło przedostaje się jedynie przez dziury, poza
tym  nie  widać,  czy  jest  noc,  czy  dzień,  pogodnie  czy  pochmurno.  Światło  w  szparze
pokazywało,  że  teraz  jest  rano.  Hugo  dotykał  jej  we  właściwy  sposób.  Wiedział,  jak  się
pokazuje, że chce się być obecnym, ale był nieobecny. Poza tym spięty i wycofany, jakby
się  bał,  że  w  rozmowie  natrafią  na  jakąś  żyłę,  z  której  buchną  kłopoty.  Zaraz  potem  się
ubrał, był gotowy do wyjścia. Przed nią, choć to jego mieszkanie. Wyglądało na to, że chce
wyjść, by odetchnąć, jakby potrzebował tlenu.

– Jest chleb i ser – powiedział.

– A ty nie będziesz jadł?

– Muszę na dół, do atelier, do roboty. Zdaje mi się, że jest też kawa. Zrobiłem zakupy.

– Dla kogo?

– Mówiłaś, że śniadanie jest dla ciebie ważne.

Ester  pocałowała  jego  zamknięte  usta  i  Hugo  poszedł.  A  więc  zadbał,  żeby  kupić  dla

niej śniadanie, po tym środowym poranku w Seven Eleven, to znaczy planował ją tu znowu
przyprowadzić. Dlaczego więc zachowuje się tak dziwnie?

Pustka  w  mieszkaniu,  które  właśnie  opuścił  kochanek,  jest  największą  pustką  z

możliwych. Teraz szczelnie otoczyła Ester.

To nie jest warte takiego zachodu, czuła.

To zawsze było tego warte, myślała.

I niezależnie od tego, jak jest, nie mogę zrezygnować, myślała i czuła.

Usiadła  i  jadła  w  jego  kuchni  nigdy  nie  tkniętej  ludzką  ręką.  Wzdłuż  ścian  zalegały

stosy  gazet,  kulturalne  części  Dagens  Nyheter  i  Svenska  Dagbladet.  Zbierał  je  pewnie
dlatego, że zawierają eseje napisane przez kogoś, kogo nie był w stanie od razu przeczytać,
ale wierzył, że później będzie mógł.

Pod  tym  względem  jest,  przy  całym  swoim  czarnowidztwie,  wielkim  optymistą,

pomyślała.  Optymistą  w  tym  samym  sensie,  co  utopiści  oraz  zarażeni  marksizmem
pesymiści.  Pewnego  dnia  będzie  miał  siłę  zrobić  to,  na  co  teraz  nie  może  się  zdobyć.
Odkładał sprawy i marzył o stanie, kiedy wszystko będzie mogło być inaczej. Ona tak nie
robi, rzadko kiedy coś odkłada. Raj to logiczna nicość, ponieważ życie jest tarciem, a ono
może zniknąć tylko wraz ze śmiercią. Życie składa się jedynie z wiecznych małych „teraz”,
kiedy  człowiek  nie  jest  w  stanie  robić  tego,  co  by  chciał  robić.  Nie  istnieje  żadne

background image

„później”, bo nawet „później” stanie się jakimś teraz. Miała na myśli raj, który oznacza, że
spotyka się dwoje ludzi. Ponieważ sama tego doświadczyła, więc nie jest to żadna utopia.
Jako antyutopistka Ester nie wierzy, że byłaby w stanie później czytać artykuły, których nie
zdołała przeczytać teraz, jest pewna, że tego, czego ludzie i społeczeństwo nie są w stanie
osiągnąć teraz, nie osiągną też później.

Spoglądała na stosy jego gazet tak pełne nadziei, że zaczęła być o nie zazdrosna. Hugo

gromadzi  stare,  poýóůkůe  pisma,  a  jŕ  odrzuciů.  Úwiat  jest  waýniejszy.  Zrobiůo  sić  jej
przykro, kiedy tak siedziaůa w tej jego biaůej martwej kuchni i przypomniaůa sobie sůowa
Sonji  Ĺkesson:  Szukam  zdrowej  duszy  w  zdrowym  ciele.  Odłożyłam  co  najmniej  sto
numerów Dagens Nyheter i naprawdę myślę, że pewnego dnia, porządnie przygotowana,
włączę  się  do  debaty.  Widzę,  że  po  czarno-białych  stronach  przetacza  się  nowa  wojna.
Wybiegłam na dwór w ten wczesny zmierzch i chciałam ręką przebić niebo, ale wróciłam,
żeby mi się ziemniaki nie przypaliły.

Ester zjadła kanapkę z serem, który Hugo dla niej kupił, w każdym razie możliwe, że

kupił go dla niej, i wypiła duży kubek czarnej kawy, którą zaparzyła w jego ekspresie. Też
wyglądał na nieużywany.

Myślała  o  słabościach  Hugona  jako  artysty.  To,  co  tworzy,  jest  przyjmowane  jako

wielka, wizualna poezja, ale jeśli nawet wiele rzeczy jest oryginalnych i interesujących, to
braki jego dzieła są również ułomnościami jego osobowości. Hugo nie odważył się wejść
we własny ból, a tym samym również w ból innych. Nie wie, czym ból jest. Obserwuje go
z  zewnątrz,  ale  nie  zna  dlatego,  że  nie  osiąga  w  swoim  obrazie  człowieka  takiej  głębi,
jakiej  domaga  się  jego  pragnienie  wielkości.  To  odzwierciedlanie  kłamstwa  i
zatrzymywanie się na powierzchni wszystkiego,  co  ludzkie,  przeszkadza  mu  w  dojściu  do
tego,  co  pragnie  osiągnąć.  Tam,  gdzie  coś  zaczyna  sprawiać  ból,  on  uskakuje  w  bok.
Dotyczy  to  zarówno  obserwacji  siebie,  jak  i  obserwacji  otaczającego  świata.  Ze  strachu
przed  tym,  co  mógłby  znaleźć,  nie  ma  odwagi  szukać  w  samym  sobie  i  dzięki  temu
zrozumieć,  co  się  znajduje  w  innych.  On  nie  chce  tego  rozumieć,  bo  może  się  tam  czaić
agresja, a także oskarżenia skierowane przeciwko niemu. Tym samym nie chce też spojrzeć
egzystencji  w  oczy,  choć  twierdzi,  że  właśnie  to  robi.  Na  ludzi  patrzy  z  zewnątrz,
behawiorystycznie,  nigdy  fenomenologicznie.  Sam  chce  oskarżać,  nie  zaś  rozumieć.  Przez
to  jego  sztuka  jest  ograniczana.  Nikt  jednak  nie  potrafi  tak  dobrze  jak  on  przekuwać  w
cnotę swoich ograniczeń, ukrywać słabości i sprawiać, że zyskują one wirtuozerski blask.
To  jego  wielki  talent,  za  pomocą  którego  oszukuje  świat.  W  tym  zawiera  się  jego
artystyczna siła.

Z  żądzą  zemsty,  która  ją  samą  zadziwiła,  myśli  o  jego  znikomości  pędziły  naprzód.

Ester stwierdziła, że to z jej strony wielkoduszność, iż go kocha mimo tych braków oraz że
Hugo powinien być wdzięczny.

Kiedy zjadła i pozmywała, włożyła do lodówki kartkę z najzwyklejszym pod względem

językowym  wyznaniem  miłości.  Podmiot,  orzeczenie,  dopełnienie.  Kartka  nosiła

background image

niedwuznaczne  cechy  perswazji.  Była  czymś  w  rodzaju  apelu  oraz  kajdan.  Kiedy  Ester
zamknęła  drzwi  lodówki,  zobaczyła  na  kuchennym  blacie  paczkę  naturalnych  lekarstw  na
przeziębienie oraz inną, napisaną ręcznie kartkę: Zażywaj to, a wkrótce będziesz zdrowy!!!
Uściski, Eva-Stina.

Te  trzy  wykrzykniki  świadczyły  o  kiepskim  wyczuciu  stylu  lub  też  o  przemożnym

pragnieniu, by osiągnąć cel. Ester przypomniała sobie, że po świętach Bożego Narodzenia
Hugo  był  przeziębiony.  Spotkali  się  wtedy  i  poszli  do  restauracji,  chociaż  on  kaszlał  i
kichał.

Eva-Stina to ta młoda kobieta, która dla niego pracuje i która jesienią krzywo patrzyła

na Ester. Takiej kartki się nie pisze, jeśli człowiek nie jest zakochany, tak się nie formułuje
informacji. Kartka ma zawsze dodatkowe znaczenie, liczy się nie przede wszystkim tekst,
lecz działanie. Fakt, że się kartkę pisze. Odnosi się to przecież także do tej, która właśnie
została położona w lodówce, na najwyższej półce, nawet jeśli ta wyraża myśl dużo jaśniej;
nie  zostało  na  niej  napisane  jedynie:  Ja  cię  kocham.  Biorąc  pod  uwagę  kontekst,  tło,
osobowość  Ester  i  podtekst,  należałoby  to  czytać  jako:  Kocham  cię  z  całego  serca,
nieustannie  jestem  dla  ciebie  miła,  chcę  dla  nas  tylko  dobrych  rzeczy,  dlaczego  więc
pozwalasz sobie zachowywać się tak, jak to robisz?

Kiedy poskładała wszystko razem – to naturalne lekarstwo, ten starannie przemyślany

tekst oraz tamte nieprzyjazne spojrzenia, które Eva-Stina jej posyłała, a także przypomniała
sobie, że przed dwoma tygodniami Hugo, drapiąc się po głowie, co dla niego nietypowe,
powiedział:  Ta  o  podwójnym  imieniu,  którego  nie  jestem  w  stanie  zapamiętać,  Ester
domyśliła się, że to nie jest niewinna sprawa. Ta kartka jest czymś więcej niż tylko kartką.
Eva-Stina  czatuje,  czeka  w  kulisach  na  stosowną  chwilę,  ma  do  niego  stały  dostęp,  bo
razem  pracują.  A  może  już  coś  ich  łączy?  Czy  to  dlatego  on  jest  w  ostatnich  dniach  taki
dziwny?

To  niemożliwe.  Bo  w  takim  razie  nie  chciałby  spotykać  się  z  nią  u  siebie  w  domu

minionej nocy, ani tamtej poprzedniej. Nie powinien był też proponować w ostatnią środę
śniadania w kawiarni na rogu.

Zebrała  swoje  rzeczy  oraz  siebie  i  wyszła  z  jego  mieszkania.  Idąc  na  przystanek,

rozmyślała.  Niektórzy  są  przecież  gotowi  układać  swoje  życie  miłosne,  czy  raczej  swoje
życie  erotyczne,  tak  by  mieć  wiele  związków  równocześnie,  żadnej  ze  stron  o  tym  nie
informując.  Dziwne,  ale  są  to  te  same  osoby,  które  irytują  się  i  zdumiewają,  ile  pracy
wymagają  takie  łamigłówki  z  terminami  spotkań,  kłamstwami,  spotkaniami  i  realną
egzystencją innych, a także wszystkim,  co  oznacza  żądania,  oczekiwania  i  tęsknotę.  Takim
należałoby  rekomendować  nekrofilię,  myślała  ze  złością.  Umarli,  całkowicie  pozbawieni
pretensji, byliby najlepsi dla tych wciąż seksualnie pobudzonych geniuszy.

Przez cały dzień rozmyślała o słabościach Hugona jako artysty. To trochę łagodziło ból.

Od  czasu,  gdy  Hugo  zaproponował  obiad  u  niej,  by  mogło  dojść  do  fizycznego

background image

spotkania,  zakładała,  że  zakończył  też  ów  przeczuwany  przez  nią  związek  z  kobietą  w
Skanii. Wszystko wskazywało na to, że było to bardziej wygodne rozwiązanie niż relacja
miłosna,  ale  już  to,  by  jeździć  tak  daleko  w  co  drugi  weekend  na  spotkania,  musiało
oczywiście stanowić ochronę przed czymś. Tak się raczej nie postępuje dla wygody. Ester
sądziła,  że  dotarcie  do  niej  zabrało  mu  tak  dużo  czasu,  bo  najpierw  pragnął  wszystko
uporządkować, że czekał, bo chciał, żeby między nimi było pięknie. Czysto i pięknie.

Ten  dzień,  a  był  to  piątek,  toczył  się  powoli.  Lęk  tkwił  w  niej  niczym  ćmiący  ból.

Powtarzała  sobie,  że  ludzie,  którzy  spotkali  się  fizycznie  i  kochają  się  nawzajem,  muszą
mieć do siebie zaufanie. Wiele za nimi przemawia. Teraz Ester powinna mieć jedynie lód
w żołądku zamiast tej guli.

Odkąd zaczęli uprawiać seks, nie rozmawiali ani razu o sprawach zasadniczych, ale to

też ma swój czas. Wszystko, co ważne, wymaga czasu. I wszystko ma swój czas. Jest więc
dobrze. Poszło lepiej, niż mogła była marzyć tamtej soboty w październiku. Zdarzyło się to,
do  czego  niemądrze  wzdychała  w  listopadzie  i  w  grudniu.  Dostała  wszystko,  o  czym
fantazjowała.  Wprost  trudno  uwierzyć.  Wszystko  wygląda  obiecująco.  Dzień  był  pełen
światła.  A  mimo  to  nie  była  w  stanie  pisać.  Kiedy  zaś  próbowała,  frazy  powstawały
martwe i trupi zapach unosił się nad tekstem.

Piątek  wlókł  się  niemiłosiernie.  Najczęstsze  pytanie,  odkąd  wynaleziono  telefon,

powinno chyba brzmieć: Dlaczego on nie dzwoni. Minęła godzina druga, trzecia, czwarta,
a telefon milczał. Ester położyła się na łóżku i czytała Obłok w spodniach Majakowskiego,
bo Hugo rekomendował poemat jako ważny. Tytuł rzeczywiście fantastyczny, poemat też ma
swoje walory, ale duże fragmenty nie zrobiły na niej wrażenia. Raz była bardzo wściekła
na  Hugona,  to  znowu  pełna  największej  czułości  i  miłości  do  wszystkiego,  czego
kiedykolwiek dotknął lub przez co został dotknięty (z pewnymi oczywistymi wyjątkami).

Postanowiła,  że  ona  dzwonić  nie  będzie.  Hugo  ciężko  pracuje,  trzeba  okazać  mu

szacunek. Lecz ważne było i to, że Ester jest niezależnym, samodzielnym, autonomicznym i
dorosłym  człowiekiem,  który  daje  sobie  radę  bez  nieustannego  kontaktu.  Oczywiście
uważała  za  dziwne,  że  się  nie  pragnie  mieć  przez  cały  czas  kontaktu  z  osobą,  z  którą
właśnie nawiązało się miłosną relację, ale powtarzała sobie, że musi być uległa.

Zmieniła  książkę  i  zaczęła  czytać  Adolf  Hitler  –  Rozmowy  przy  stole,  którą  też  Hugo

rekomendował. Chciała to przestudiować, by zrozumieć, jak mogło stać się tak, jak jest,  i
nauczyć  się  na  czas  rozpoznawać  symptomy.  Hugo  wszędzie  we  współczesności  widzi
dowody  na  to,  że  w  społeczeństwie  pozornej  demokracji  parlamentarnej  nieustannie
kiełkują  zalążki  nazizmu  i  faszyzmu.  Staje  się  to  szczególnie  wyraźnie,  kiedy  dużo
rozmawia z Draganem.

Ester czytała. Absolutnie nie chciała do niego dzisiaj dzwonić. Zadzwoniła. Hugo nie

odebrał.  Zrobiła  się  ósma.  Dziwiła  się,  z  jakiego  powodu  on  nie  chce  spędzić  z  nią  ich
pierwszego  piątkowego  wieczoru.  Nie  rozumiała.  Ale  nie  trzeba  naciskać.  Nigdy  nie
powinno  się  naciskać.  Tylko  być  troskliwym,  wychodzić  naprzeciw.  Ale  nie  dusić.

background image

Wszystko ma naturalne wyjaśnienie, myślała. Hugo znajduje się w fazie intensywnej pracy.
Jest pewien uczuć Ester i nie musi przez cały czas meldować, co robi, ponieważ znajdują
się w stałym kontakcie duchowym. Wiedzą, co drugie myśli.

To, czego definitywnie nie powinna robić, to narażać się na lęk, wysyłając na przykład

SMS-a, na który nie dostanie odpowiedzi. Lęk z powodu braku odpowiedzi to coś, czego
ci,  którzy  wynaleźli  SMS-y  i  maile  nie  mogli  sobie  wyobrazić.  Albo  może  brak  im  było
niezbędnej  zdolności  wczuwania  się?  Paliły  ją  palce,  żeby  napisać  SMS-a  i  doznać  tej
ulgi, jaką daje poczucie, że coś się wysłało i w rezultacie przez kolejne minuty żywić się
nadzieją, że odpowiedź jednak nadejdzie. Wiele razy sięgała po telefon i zaczynała pisać
wiadomość,  ale  zawsze  kasowała  ją  i  odkładała  aparat  jak  najdalej  ,  jak  najdalej  od
siebie.

background image

XI

 

Kiedy Ester się obudziła, była sobota. Tego dnia też nie mogła pracować. Pisanie nigdy

nie  było  dla  niej  lotem,  było  pokonywaniem  oporu,  a  opór  nie  jest  czymś,  do  czego  się
ucieka.  Musiała  coś  przedsięwziąć  w  oczekiwaniu  na  to,  że  jej  życie  się  rozpocznie.
Przyjrzała  się  telefonowi.  Może  go  przez  pomyłkę  wyciszyła?  Nie.  Nikt  nie  dzwonił  i
żaden  SMS  nie  przyszedł.  Sama  zadzwoniła  do  siebie  z  telefonu  stacjonarnego,  by
sprawdzić, czy komórka działa. Wysłała też do siebie SMS-a. Wszystko doszło jak trzeba.

Wybrała  się  do  miasta.  Na  dworze  panował  mróz.  Była  dwunasta,  a  może  nawet

dochodziła  pierwsza.  Ester  włóczyła  się  tu  i  tam,  zjadła  tureckiego  burgera  w
Hötorgshallen,  wchodziła  bez  planu  do  sklepów  odzieżowych,  mechanicznie  dotykała
tkanin.  Pragnęła  jedynie,  by  on  się  odezwał  i  powiedział,  co  się  dzieje.  Kupił  dla  niej
śniadanie, kiedyś między środą rano a czwartkiem wieczór. To musi znaczyć, że... itd. Szła
w  dół  Kungsgatan,  przez  Stureplan  i  Birger  Jarlsgatan.  W  antykwariacie  Rönnellsów
zobaczyła książkę, którą chciałaby dać Hugonowi, ale postanowiła zaczekać z zakupem do
przyszłego tygodnia. Nie wiedziała, czy on chciałby dostać od niej kolejną książkę, ani czy
w  ogóle  jeszcze  się  zobaczą.  Nie  rozumiała.  Najgorsze,  że  nie  rozumie  czegoś,  w  czym
tkwi po uszy, do czego rości sobie prawo. Nic nie boli tak jak to, że się nie rozumie.

Minęła  trzecia,  on  nie  dzwonił.  Ester  wypiła  kawę  w  jakiejś  kawiarni  i  z  powodu

swojej sytuacji zjadła wyjątkowo duże ciastko. Przed nią leżała książka, którą próbowała
czytać.  Zrobiła  się  czwarta.  Ester  poszła  do  kina  i  oglądała  film  o  CIA.  Jeden  z  tych,
których  nigdy  nie  była  w  stanie  dokładnie  śledzić  ani  określić,  co  przegapiła.  W  trakcie
filmu  myślała,  jak  by  jej  ulżyło,  gdyby  on  zadzwonił  właśnie  teraz.  Wówczas  wszystkie
supły  w  jej  ciele  rozwiązałyby  się,  jakby  ich  nigdy  nie  było,  a  ona  mogłaby  znowu  być
człowiekiem. Nawet on nie jest w stanie pracować bez przerwy. Może jednak rzeczywiście
jest to w jego życiu wyjątkowo intensywna faza.

Intrygi w filmie o CIA też nie rozumiała. Intrygi są dla tych, którzy piszą scenariusze,

nie  dla  widzów,  myślała.  Autorzy  tak  długo  pracują  nad  swoim  dziełem,  aż  w  końcu
wszystko  wydaje  im  się  oczywiste.  Oni  piszą,  widzą  dzieło  od  środka.  Tymczasem
widzowie  patrzą  z  zewnątrz.  Nieoczekiwanie  pojawiło  się  w  jej  głowie  coś,  co  w  ciągu
kilku najbliższych minut sformułowała:

 

Kłopot fizyków: że nie pamiętamy tego, co jeszcze się nie przytrafiło.

Kłopot filozofów: że pamiętamy coś tylko dlatego, że się przytrafiło.

Kłopot psychologów: że pamiętamy to, co nam pasuje.

background image

Kłopot polityków: że ludzie mają pamięć.

Kłopot medyków: że pamięć zawodzi.

Kłopot nieszczęśliwie zakochanych: że pamięć tego, co się stało, nas zmienia.

 

Rozejrzała  się  po  widowni.  Ludzi  było  niewielu,  ale  obecni  wyglądali  na

zainteresowanych.  Może  to  tacy,  których  nic  przez  cały  czas  nie  dręczy,  tacy,  którzy  mają
życie  i  teraz,  i  będą  je  mieć,  kiedy  film  się  skończy.  Nagle  z  ogromną  siłą  poczuła  i
zobaczyła  swoim  wewnętrznym  wzrokiem,  że  ona  i  Hugo  powinni  się  spotkać  dziś
wieczorem, jeść, pić, śmiać się i kochać. Teraz zaraz on powinien zadzwonić, powitać ją
radośnie i cały koszmar by się skończył.

Co  robisz  dziś  wieczór?  Jesteś  głodna?  –  powinien  zawołać,  a  ona  ani  jednym

piśnięciem nie  powinna  ujawnić,  co  przeżyła  –  nigdy  żadnych  wyrzutów  –  odpowiedzieć
po prostu: Tak, jestem głodna! Kiedy?

Za  jakąś  godzinę  mogliby  siedzieć  w  knajpie  i  on  z  roziskrzonym  wzrokiem  mógłby

wyciągnąć rękę i dotknąć jej policzka. Przeżywała takie męki już przedtem i wierzyła, że
wszystko minie, byleby tylko on się nagle odezwał. Ważne, żeby wytrzymać, nie padać na
kolana.

Wyjaśnienie pojawiło się niczym meteoryt i uderzyło równie mocno jak tamten sprzed

siedemdziesięciu milionów lat, który spowodował wyginięcie dinozaurów. Nie wiedziała
już, co się dzieje na ekranie, w ciągu jednej sekundy w jej ciele wszystko się przekręciło,
bo uświadomiła sobie, jak sprawy naprawdę się mają. Pojęła to oczywiste, choć trudne do
pojęcia, że on w ten weekend prawdopodobnie jest u swojej kobiety w Malmö. Przecież
minęły  dwa  tygodnie,  a  on  jeździ  tam  zawsze  w  co  drugi  weekend.  Zegarek  można
regulować  według  tych  jego  podróży.  W  poprzednią  sobotę  spotkali  się  w  domu  u  Ester,
więc tym razem znowu pora na Malmö. Nie przyszło jej to w ciągu ubiegłego tygodnia do
głowy  ani  razu  dlatego,  że  takie  postępowanie  jest  niedorzeczne.  Mimo  to  tłumaczy  całe
jego zachowanie w ostatnich dniach.

Pozostała  jeszcze  połowa  filmu.  Ester  siedziała  dalej,  dręczona  najstraszniejszym

lękiem,  jaki  kiedykolwiek  przeżyła.  Przetaczał  się  przez  jej  ciało  falami  arszeniku  i
ołowiu.

Dlaczego  wciąż  tu  siedzi?  Dlatego,  że  w  tej  chwili,  gdy  jej  podejrzenia  się

potwierdziły,  nadal  nie  może  nic  z  tym  zrobić,  ani  nie  ma  dokąd  pójść.  Równie  dobrze
może siedzieć w kinie.

Po filmie poszła w stronę jego ulicy. Pogoda była ponura, wilgoć i chłód nie zachęcały

wieczornych wędrowców. Paliły się latarnie, właściciele sklepów zaczynali gasić światła
i zamykać drzwi, oddychali z ulgą, że w niedzielę mają wolne. Ester udała się w okolice
domu Hugona, by uzyskać pewną informację.

background image

Fakt,  że  potrzebowała  aż  tyle  czasu,  by  pojąć  o  co  chodzi,  wyniknął  stąd,  że  nie

rozumiała, jak patrzy na życie i innych ludzi ktoś, kto się tak zachowuje. Zachwiała się cała
jej  koncepcja  człowieczeństwa  jako  psychicznej  jedności.  Ten  sposób  obchodzenia  się  z
materią był dla niej zbyt dziwaczny.

Już  z  daleka  widziała,  że  drzwi  do  atelier  są  zaryglowane.  Najwyraźniej  mimo

wszystko  zachowała  odrobinę  nadziei,  bo  pewność,  jaką  teraz  uzyskała,  sprawiła  jej
jeszcze większy ból. Tylko kiedy Hugo wyjeżdża, drzwi do atelier się rygluje, a wejście na
galeryjkę zamyka na klucz. Żadnych kulis dziś wieczorem tu się nie buduje. Ester przeszła
przez  podwórze  do  jego  mieszkania  i  zajrzała  przez  otwór  na  listy.  Nigdzie  ani  promyka
światła.

Hugo dawał jej do zrozumienia, że tu, w tych pomieszczeniach, jego zespół haruje od

rana  do  wieczora,  w  piątek  i  świątek.  Chciał,  by  wierzyła,  że  jest  ciężko  pracującym
artystą, któremu nie można przeszkadzać i od którego nikt nie powinien niczego wymagać,
ponieważ  on  trudzi  się  dla  sztuki,  mówiącej  o  tym,  jak  ludzie  odnoszą  się  do  siebie
nawzajem, o pospolitości zła, o nadużywaniu siły i o bezsilności. Ale akurat w tej chwili
Hugo od tego odpoczywa.

Ziemię pokrywały zamarznięte kałuże, wiatr hulał po ulicach, gwizdał przy narożnikach

domów,  wdzierał  się  za  kołnierz  i  w  rękawy.  Pogoda  wahała  się  od  pluchy  do
przymrozków. Błoto za dnia, cienka warstewka lodu wieczorem.

Raz jeszcze Ester szła z atelier Hugona do autobusu. Kiedy już wsiadła, wyjęła telefon

i  zaczęła  pisać  wiadomość.  Skończyła  po  kwadransie,  wysiadła  i  wysłała,  nie
zastanawiając się, czy z tego nie zrezygnować.

Wiadomość  była  bardzo  zwięzła,  pełna  napięcia,  groza  i  panika  wyzierały  spoza

wyniosłego  tonu.  Tonu  pełnego  pogardy  wynikającej  z  szacunku  do  siebie.  Była  to
wiadomość,  o  którą  można  by  się  skaleczyć.  Ester  oskarżała  Hugona  prawem  wszystkich
zlekceważonych.

Ale był to tekst, to nie ona, czy raczej ona jako tekst. W świecie fizycznym nie istnieje

ani  wyniosłość,  ani  szacunek  wobec  siebie.  Po  wysłaniu  wiadomości  przeżyła  krótką
chwilę triumfu.  Zarówno  pisanie  jej,  jak  i  wyładowanie  na  Hugonie  gniewu  w  twardych,
starannie  sformułowanych  zdaniach  na  moment  uciszyło  ból.  No  i  był  to  jednak  jakiś
kontakt, jakaś forma ludzkiego spotkania, przerywającego nieznośne milczenie. On będzie
musiał wiadomość przeczytać, myśleć o niej, odpowiedzieć.

Ale żadna odpowiedź nie nadeszła. Nie nadeszło w ogóle nic. Sobotni wieczór minął.

Minęła niedziela. W poniedziałek rano Ester stwierdziła, że to już półtorej doby bez znaku
życia  ze  strony  Hugona.  To  wzorcowy  przykład,  jak  można  społecznie  unicestwić
człowieka.

Koło południa pojechała na Dworzec Centralny i znalazła sobie miejsce na peronie, na

który  przyjeżdżają  pociągi  z  Malmö,  ale  to  się  nie  opłaciło.  Pociągi  przychodziły  co

background image

godzina i szansa, że trafi na właściwy, była niewielka. Tłumy ludzi wypływały z wagonów,
kierując  się  ku  różnym  przejściom  podziemnym,  wyjściom  w  górę  i  w  dół,  ale  Ester
nigdzie  Hugona  nie  dostrzegła.  Stała  tam  i  czekała  przez  dwie  godziny,  przepuściła  trzy
pociągi.  Potem  pojechała  do  domu  i  napisała  e-maila,  w  którym  poddała  suchej  analizie
cały łańcuch zdarzeń.

„Im  dłużej  ty  milczysz,  tym  więcej  ja  mówię,  to  heglowska  sytuacja”  –  pisała

wprawdzie  zażenowana  pretensjami,  ale  ich  nie  wykasowała.  Przedstawiła  rzeczowe
przypuszczenia,  jakie  przyszły  jej  do  głowy,  dlaczego  on  zachowuje  się  tak,  jak  się
zachowuje,  zaprezentowała  wszelkie  możliwe  i  samokrytyczne  perspektywy,  widoki  na
przyszłość i tłumaczenia, jakie tylko fantazja mogła jej podsunąć, z wyjątkiem jednego: że
ona nie ma prawa żądać wyjaśnień. Tu jest granica. Pisała, że rozumie, iż można nie być w
stanie mówić prawdy, jeśli się żyło w świecie, w którym było się za to karanym oraz że jej
zasady  moralne  są  być  może  zbyt  surowe,  by  on  mógł  chcieć  mówić  prawdę.
Podpowiadała,  że  niewykluczone,  iż  ona  posuwała  się  zbyt  szybko  naprzód  i  nie
wsłuchiwała  się  w  jego  potrzeby  i  tempo.  Uważa  jednak,  że  ma  prawo  domagać  się
wyjaśnień, bo oni dwoje są ze sobą związani. On wziął na siebie odpowiedzialność przez
to, że wszedł w jej ciało. To tak, jakby ją mamił, obiecywał coś, co musi się dokonać. Tym
samym ona otrzymała prawa, których częścią jest właśnie domaganie się wyjaśnień.

Brała pod uwagę wszelkie możliwości z wyjątkiem tej właśnie, że żadne prawa jej nie

przysługują.  Nie  przyszło  jej  do  głowy,  by  mogła  mieć  taki  zdystansowany  stosunek  do
życia, albo  żeby  aż  tak  sobą  pogardzać.  Części  chóru  przyjaciółek  trudno  było  tolerować
ów  brak  możliwej  do  zaakceptowania  pogardy  dla  samej  siebie.  Te  z  nich,  które  zadały
sobie  wiele  trudu,  by  wyzbyć  się  własnych  potrzeb  po  to,  by  przypodobać  się  drugiej
stronie  czy  zachowywać  się  grzecznie  i  nie  przeszkadzać,  były  zirytowane  takim
zadufaniem w sobie, które nie pozwala zauważyć, kiedy jest się niepożądanym. On nie jest
ci nic winien, mówiły. Ester analizowała ich sposób rozumowania i stwierdzała, że go nie
podziela.

background image

XII

 

Siła  i  zdolności  budzą  podziw,  ale  nie  miłość.  Miłość  wzbudzają  raczej  skazy  i

niedostatki.  Ale  sam  brak  nie  wystarczy.  Musi  się  to  łączyć  z  autonomią  i  dystansem  do
siebie. Skazy wywołują czułość, ale prędzej czy później to, co budzi czułość, prowadzi do
agresji.

Czysty  brak  jest  przez  swoją  bezradność  tak  samo  niemożliwy  do  kochania  jak

niezłomna siła.

Ester nie otrzymywała odpowiedzi niezależnie od tego, czy starała się być silną, słabą

czy pełną wad. Hugo nie dał żadnego znaku życia przez cały tydzień.

Oddech Ester stał się krótki, raz po raz przyciskała ręce do piersi. Każdego wieczora

jechała  autobusem  na  jego  ulicę.  W  oknach  znowu  się  świeciło,  w  pomieszczeniach  na
nowo podjęto  pracę.  Człowieka,  z  którym  w  ubiegłym  tygodniu  zasypiała  i  budziła  się,  a
przed  dwoma  tygodniami  śmiała  się  z  nim  i  gadała  godzinami,  musiała  teraz  podglądać  z
rogu ulicy, jak w czasach, zanim wszystko się zaczęło.

W  piątek,  tydzień  po  ostatnim  spotkaniu,  owego  poranka  tysiąc  lat  temu,  podjęła

decyzję  i  raz  jeszcze  wsiadła  do  autobusu  jadącego  do  dzielnicy  Hugona.  Teraz  to  już
naprawdę starczy, Ester nie zamierzała dłużej akceptować jego tchórzliwego wycofywania
się.

Była  szósta  wieczorem.  Nie  dzwoniąc,  weszła  po  schodach  do  atelier.  Tam,  na

pierwszym  piętrze,  przy  masywnym  biurku  siedział  Hugo  i  pracował.  Spojrzał  znad
okularów nieporuszony, nieprzestraszony, ale też i nieuradowany. Powiedział:

– Przyszłaś.

– Tak, przyszłam.

Hugo oparł łokcie o blat, splótł dłonie, trudno było poznać, co myśli. Ester wyprosiła

rozmowę,  mówiła,  że  to  niezbędne  i  chociaż  Hugo  nie  sprawiał  wrażenia  szczególnie
zadowolonego,  przeszli  przez  ulicę  do  restauracji,  w  której  jeszcze  niedawno  często
przesiadywali przy stearynowych świecach. Teraz dla Ester była to obca knajpa. Personel
jednak  witał  ich  ciepło,  jak  dwoje  znajomych,  stałych  bywalców,  i  natychmiast
przygotowano ich ulubiony  stolik  w  rogu.  Ester  usłyszała,  jak  Hugo  mówi  do  kelnerki,  iż
nie  zostaną  długo.  Na  stojąco  zamówił  dla  siebie  kieliszek  wina.  Kelnerka  czekała,  w
skupieniu, ale dyskretnie, na jeszcze jedno zamówienie, w końcu, skoro nie padło, odeszła
do kuchni. W tej samej chwili on spojrzał pośpiesznie na Ester i spytał, czy może ona też
coś by chciała. Potakująco skinęła głową.

background image

Hugo usiadł na brzegu krzesła, ciężar ciała opierając na stopach. Kręcił się i wiercił,

patrzył wszędzie, tylko nie na nią, gotów w każdej chwili zerwać się z miejsca.

Ona  to  widziała,  ale  odczuwała  jedynie  miłość.  Żadne  wyjaśnienia  nie  były  jej  już

potrzebne. Wszystko, o  co chciała zapytać,  wszelkie szalone pomysły  okazały się jedynie
wymówką, by móc się z nim spotkać. Oto cała sprawa. Chciała nadal mieć z nim relację, to
wszystko. Bezgranicznie go jej brakowało – takie to proste. Chciała siedzieć razem z nim i
gadać godzinami, potem pójść z nim do domu oraz budzić się rankiem, mając przed sobą
długą, czekającą na nich sobotę. Kiedy są razem, jej nie brakuje niczego.

– Będę musiał zaraz iść – powiedział i jego rozbiegany wzrok skierował się ku Ester. –

Mam mnóstwo roboty. Przeżywam bardzo intensywny okres w pracy.

Iluzja  prysła  i  wrócił  chłód.  Spotkanie,  które  na  nim  wymogła,  trzeba  było  na  nowo

usprawiedliwić  i  wytłumaczyć  twardo  takimi  sprawami  jak  moralność  i  absolutna
potrzeba.  Bo  ona  ma  absolutną  potrzebę  zrozumienia  sytuacji,  teraz  nie  wolno  okazywać
słabości, którą dopiero co odczuwała.

Miała  wielką  ochotę  powiedzieć,  że  w  miniony  weekend  też  znajdował  się  w  fazie

bardzo  intensywnej  pracy,  ale  postanowiła  nie  być  sarkastyczna.  Sarkazmu  zawsze  się
żałuje.

– Zrobiłam wszystko, by nawiązać kontakt – powiedziała.

– Zauważyłem to.

Zaległa cisza, bo Ester próbowała uporać się z jego uszczypliwością.

– Dlaczego mi nie odpowiedziałeś?

–  Na  co  z  tego  wszystkiego,  o  co  pytałaś,  miałbym  odpowiedzieć?  Zastanawiałaś  się

naprawdę nad wieloma rzeczami. Chyba nigdy nie dostałem na raz tylu pytań.

– Wysyłałam ci też SMS-y. I telefonowałam.

– Tak. Rzeczywiście tak robiłaś.

– Masz na myśli maila, którego wysłałam ci w poniedziałek?

– Nie wiem, którego dnia on przyszedł. Przecież nie było możliwości odpowiedzenia

na wszystkie te pytania.

– A jak sądzisz, z jakiego powodu w ostatnim tygodniu tyle pytań przychodziło mi do

głowy?

– Nie mam pojęcia.

– Oczywiście. Czasami trudno zauważyć, jak się sprawy mają w rzeczywistości.

Hugo opróżnił swój kieliszek kilkoma pośpiesznym haustami. Oddech Ester znowu stał

się krótki.

background image

–  Miałam  tak  wiele  pytań  dlatego,  że  twoje  zachowanie  było  niezrozumiałe.

Widywaliśmy  się  przez  dwa  miesiące  i  budowaliśmy  bliskość.  Kulminacją  były  trzy
erotyczne spotkania,  które  oboje  uważaliśmy  za  nieuniknione.  Trzy  erotyczne  spotkania  w
ciągu sześciu dób. Potem ty zachowujesz się niechętnie i to w bardzo zagadkowy sposób.
Ja  muszę  zacząć  zgadywać,  podejmować  próby.  Jeśli  się  chce  udręczyć  człowieka,  to
należy robić mu to, co ty zrobiłeś mnie w ostatnim tygodniu.

Hugo  milczał.  Obracał  w  palcach  pusty  kieliszek  i  rozglądał  się  po  lokalu.  Nie

wyglądało  na  to,  że  ma  poczucie  winy  ani  że  nerwowo  zastanawia  się  nad  odpowiedzią.
On po prostu chciał uciec  od  jej  oskarżeń  i  milczał  w  taki  sposób,  jak  się  milczy  wobec
człowieka,  który  i  tak  niczego  nie  rozumie,  kto  znajduje  się  w  innym  świecie,  z  innymi
regułami gry i nie ma sensu z nim dyskutować, bo dzieli go od nas przepaść.

– Cały tydzień byłam w desperacji. Nie wiem, co robić.

– Jeśli jesteś przygnębiona, to idź, porozmawiaj z kimś.

– Ja z kimś rozmawiam. Właśnie teraz.

– Ale z kimś, kto się na tym zna. Z jakimś profesjonalistą.

– Który się zna na złamanych sercach? Istnieje jedna osoba, która mogłaby pomóc mi w

rozwiązaniu mojego problemu, i to jesteś ty.

– Ja, niestety, muszę teraz wracać do roboty.

W  matowym  brzmieniu  jego  głosu  i  zmęczeniu  oczu  Ester  dostrzegła  znowu  owo

potwierdzenie  ograniczoności.  Ograniczoności,  która  skostniała  i  przerodziła  się  w
abstrakcyjną  niechęć  do  kobiet  z  powodu  ich  wiecznego  domagania  się  miłości,
kierowanego do niego, człowieka, który ma poważniejsze sprawy na głowie. W niechęć do
ich  paplaniny  i  pragnienia  posiadania,  zarzucanych  niczym  lasso  i  zawsze
usprawiedliwianych czułością ich serc.

–  To  była  namiętność  –  powiedział.  –  Zawładnęła  nami,  jak  to  z  namiętnością  bywa.

Może szczególnie tobą.

– Dziękuję, to rzeczywiście miło powiedziane.

–  Ale  to  prawda.  Najwyraźniej  zostałaś  bardziej  dotknięta  niż  ja.  Ja  nie  popadłem  w

desperację.

Zła wola czy nienawiść bijąca z tych słów sprawiła, że Ester zakręciło się głowie, jak

przy nagłym braku tlenu.

– Zatem namiętność nie jest w twoim świecie miłością?

– To są różne rzeczy.

– Nawet niespokrewnione?

background image

–  Jeśli  już,  to  pokrewieństwo  jest  dalekie.  Nie  jeździ  się  na  długie  letnie  urlopy  z

namiętnością, ani nie żyje się razem latami.

–  To  bardzo  interesująca  definicja.  Wydaje  mi  się  jednak,  że  niezbyt  powszechna,  co

czyni  ją  bezwartościową  jako  definicję.  Ja  chętnie  jeździłabym  z  tobą  na  długie  letnie
urlopy i żyła z tobą przez resztę wieczności. Na zimowe urlopy zresztą też.

– Ale ja nie.

– Czy to znaczy, że to, co między nami się stało, nie ma nic wspólnego z miłością? Jak

dobrze, że z tym zerwałeś.

Hugo  lekko  przygryzał  wargi,  trochę  wysuszone,  jak  to  w  zimie,  ale  dawne  pęknięcie

się zagoiło. Ciało miał napięte, ale teraz z westchnieniem opuścił ramiona.

–  W  sobotę  byłaś  taka  cholernie  zła.  Ten  SMS,  który  przysłałaś,  wydał  mi  się

przerażający. Jasne, że w takiej sytuacji człowiek się wycofuje. To po prostu okropne.

– A ty naprawdę nie możesz zrozumieć, dlaczego byłam zła?

– Chyba mogę.

– Czy nie uważasz, że po tym, co było między nami, po wszystkim, co robiliśmy razem i

wszystkim, czego można się było później spodziewać, ja miałam prawo być wzburzona?  I
miałam  prawo  wiedzieć,  co  myślisz  o  sobie  i  o  mnie?  Ty  rościłeś  sobie  do  mnie  prawo.
Byłeś  w  moim  ciele.  I  nie  uważasz,  że  daje  mi  to  jakąś  uprzywilejowaną  pozycję  tam,
gdzie  twoja  integralność  powinna  ustąpić?  I  że  masz  obowiązek  rozmawiać  ze  mną  o
twoich postępkach, które ranią mnie tak bardzo, że z trudem trzymam się na nogach? Z tego
niepokoju jestem bliska śmierci.

–  No  i  już  masz  odpowiedź.  Ty  nie  zadajesz  pytań.  To  są  wyłącznie  twierdzenia  i

oskarżenia.  Zgodnie  z  twoimi  ocenami  wszystko  jest  już  jasne.  Chcesz  tylko  zmusić  mnie
do uznania ich i podporządkowania się, wtedy będziesz zadowolona.

– Brzydzę się podporządkowaniem. Chcę tylko, żebyśmy byli razem i byśmy byli sobie

bliscy  psychicznie.  Tego  jednego  pragnę.  Dlaczego  więc  nie  wyszedłeś  mi  naprzeciw,
pozostałeś  natomiast  głuchy  i  milczący?  Ustanowiliśmy  wspólnie  jakąś  relację.  A  wtedy
chyba  wychodzi  się  sobie  nawzajem  naprzeciw,  nawet  jeśli  pojawią  się  gniew  i  złe
uczucia.

Hugo wiercił się na krześle. W połowie był już na zewnątrz.

–  Twoja  agresja  upewniła  mnie,  że  słusznie  uznałem,  iż  nie  należy  ci  mówić,  gdzie

spędzę weekend. Ty byś się wściekła, nie zaakceptowała tego.

– Ostatecznie i tak się wściekłam.

Hugo milczał i nie wypowiedział tego fatalnego zdania, którego Ester nie uznałaby za

dozwolone,  że  mianowicie  on  zawsze  rozwiązuje  takie  sprawy,  usuwając  się  na  bok  bez

background image

żadnych skrupułów. Po prostu ucina. I nikomu nie wychodzi naprzeciw. Druga strona może
brać  to,  co  on  proponuje  albo  nic.  Kłopoty  to  nie  dla  niego.  Człowiek  pozbywa  się
narzędzia  przyjemności,  które  zamiast  satysfakcji,  zaczyna  być  źródłem  przykrości.
Najłatwiej uniknąć cudzego gniewu, zrywając z tymi, którym sprawiliśmy ból.

– Ona nigdy się nie złości? – spytała Ester.

– Kto?

– Kobieta w Malmö.

– Nie mam żadnej kobiety w Malmö.

Hugo  obgryzał  paznokcie  i  spoglądał  w  stronę  ulicy,  gdzie  panuje  wolność.  Przez

dłuższą chwilę oboje milczeli. On wiercił się na krześle, pochylony w przód, jakby już w
drodze. Nie zamówili jedzenia i nie zamierzali tego robić. Ester w ogóle nic nie zamówiła.

Nastrój był nieprzyjemny.

Nagle  jego  twarz  się  rozjaśniła,  jakby  przyszło  mu  do  głowy  coś  wesołego  i

śmiesznego, czym mógłby pomóc i jej, i sobie.

– Czy wciąż tak dużo biegasz? – spytał.

Pytanie  było  niesłychane  w  swojej  doniosłości.  Uświadomiło  Ester,  że  Hugo  w

najmniejszym stopniu nie liczy się z jej obecnością w swoim życiu. Że znajduje się ona w
strasznej od niego odległości. Jej pretensje oraz zakładanie istnienia jakiejś niewyrażonej
wspólnoty między nimi musiały mu się wobec tego wydawać niepojęte i zgoła bez sensu,
skoro jego stosunek do świata jest taki, iż może ją radośnie zapytać:  Czy  wciąż  tak  dużo
biegasz?

Domyślała się, że próbuje być miły. Ludzie trzymający innych na dystans często bywają

mili, wykonują sympatyczne gesty, które nic nie kosztują. To, co dotyczy innych, niewiele
ich obchodzi, a w takiej sytuacji sympatyczne gesty są jakby bliżej, bardziej pod ręką niż
złośliwości,  które  bywają  jedynie  źródłem  nieprzyjemności  i  kłopotów.  Owe  gesty
wykonujemy po to, by nas zostawiono w spokoju.

Hugo Rask był tego rodzaju człowiekiem, który chce, by mówiono, że jest sympatyczny.

Chciał  uchodzić  za  serdecznego  i  troskliwego.  Najbardziej  serdeczny  bywał  wobec
obcych. Im bardziej ci obcy go poznawali, tym większa stawała się szorstkość i chłód.

Teraz bębnił palcami w blat stołu, tęsknie spoglądając w stronę swojego atelier.

Stali  na  chodniku  przed  restauracją.  Hugo  przestępował  z  nogi  na  nogę  i  raz  po  raz

przytupywał. Ester powinna sobie pójść. Dziś wieczorem nic więcej z tego nie będzie, i w
ogóle nic z tego nie będzie. Wyciągnęła rękę i przyłożyła do jego policzka. Trzymała ją tak
przez kilka sekund, potem opuściła ramię, odwróciła się i poszła.

Na  chodniku  leżał  śnieg,  świeży  śnieg,  który  zaczynał  się  topić.  W  lusterku

background image

zaparkowanego samochodu zobaczyła, że Hugo nadal stoi i patrzy w ślad za nią.

Gdzieś w głębi duszy wiedziała, że kiedy człowiek nie domaga się swoich praw i nie

oskarża,  opór  nie  ma  sensu.  I  przewaga  staje  się  słabością.  Niechęć  przemienia  się  w
stratę. Uraza w zwątpienie. Ale jak widać nie aż tak wielkie, by Hugo chciał ją zawołać z
powrotem.

Śledziła  go  w  lusterkach  samochodów  i  widziała,  że  otrząsnął  się  z  odrętwienia,

przeszedł przez ulicę i zniknął w bramie budynku będącego jego domem.

background image

XIII

 

By funkcjonować jako żyjący człowiek, Ester imała się różnych zajęć. Próbowała nie

rezygnować z aktywności.

Pojechała do Paryża.

Od  pół  roku  była  tam  na  placówce  jej  dobra  przyjaciółka,  która  przekonała  ją,  by

przyjechała  odbudować  życiowe  siły  i  zacząć  myśleć  o  czymś  zabawniejszym  („Dobry
przyjaciel”  to  w  powszechnym  rozumieniu  ktoś  dosyć  interesujący,  lecz  nie  tak  bliski  jak
ten, kto jest po prostu przyjacielem. Dokładnie tak samo jak „osoba starsza” jest młodsza
niż po prostu osoba stara. I ta mieszkająca w Paryżu była właśnie dobrą przyjaciółką Ester.
Nikim bliskim, ale więcej niż znajomą).

Zamieszkała  w  New  Hotel  przy  Gare  du  Nord,  klaustrofobicznie  maleńkim

pensjonacie,  który  w  razie  pożaru  nie  byłby  w  stanie  ewakuować  nawet  swoich
karaluchów.  Zaproponowano  jej  mikroskopijny  pokój  na  trzecim  piętrze,  z  kurzem  po
kątach oraz plastikowym podkładem na materacu.  Myśl  o  spotkaniach  dwojga  ciał  –  co  z
pewnością stało się przyczyną takiego zabezpieczenia – sprawiła jej ból, ale nie większy
niż  inne  skojarzenia  z  intymnymi  sytuacjami.  Ester  bez  końca  wałkowała  to,  co  się  stało,
sama i z ludźmi, którzy chcieli jej słuchać. Wciąż od nowa rozważała, co zrobiłaby inaczej
w tym czy innym przypadku, gdyby tylko wiedziała, że to  się  może  tak  skończyć.  Po  tym,
jak poszli z Hugonem do łóżka, ani jednego kroku nie zrobiłaby tak samo, gdyby wiedziała.

Strata  ją  peszyła.  Nie  mogła  jej  uniknąć,  ponieważ  doszło  do  niej  z  powodu  oceny,

której  nie  mogła  zawczasu  uznać  za  błędną.  Było  dla  niej  czymś  nowym,  że  w  miłości
gniew jest zabroniony. Nie mogła przyjąć do wiadomości, że jeden jedyny wybuch gniewu,
ten,  który  zawarła  w  SMS-ie  tamtego  sobotniego  wieczora  po  wyjściu  z  kina,  kiedy
zobaczyła ciemne okna w  jego  pomieszczeniach,  wystarczył,  by  wszystko  zepsuć.  Wprost
przeciwnie, sądziła, że gniew jest dozwolony, zwłaszcza jeśli jest się ze sobą blisko.

I mam chyba rację, że taka postawa jest powszechna, myślała. A skoro tak, to musiała

się mylić co do oceny ich bliskości.

Takiej bliskości, która czyni gniew dozwolonym, Hugo nie chce z nią mieć.

To dlaczego chciał z nią fizycznej intymności, skoro bliskość go nie interesuje? I po co

te długie intensywne rozmowy w ciągu miesięcy przygotowań?

Ester nie rozumiała.

Pomyślała, że jeśli kiedykolwiek miałaby napisać o tym wiersz, zatytułowałaby go Nie

rozumiem.

background image

Miewała  z  różnymi  ludźmi  takie  przyjacielskie  relacje,  które  nie  tolerowały  gniewu.

Nie  były  one  jednak  trwałe,  bliskie  ani  wystarczająco  pełne  miłości,  nie  należały  do
rodzaju  tych,  w  których  doznanie  rozczarowania  przyjmuje  się  jako  możliwość,  nie
posiadały  uczuciowego  zabezpieczenia  przed  konfrontacją.  Ester  przypuszczała  teraz,  że
taki właśnie charakter miał jej związek z Hugonem. On nie czuł się z nią związany na tyle,
by płacić za to kłopotami, choćby najmniejszymi.

Każdego ranka w swoim ponurym hotelu w Paryżu Ester wstawała o siódmej i szła na

dół  zjeść  francuskie  śniadanie,  by  następnie  przez  dwie  godziny  w  pokoju  pisać.
Nastawiała  sobie  budzik,  a  kiedy  dzwonił,  przerywała  choćby  w  pół  zdania.  Potem
wychodziła  i  spacerowała.  Bez  planu  włóczyła  się  po  mieście,  chłonęła  atmosferę  i
zapachy.  Gdy  rozbolały  ją  nogi,  siadała  gdzieś  przy  kawie  i  czytała.  Od  czasu  do  czasu
miała  przez  kilka  minut  wrażenie,  że  rozkoszuje  się  życiem  i  jest  osobną  istotą,  która
potrafi egzystować bez symbiozy. Przeważnie jednak miała jasność, że życie ledwo się w
niej tli. Podczas minut niezależności, euforycznych w porównaniu ze zwykłym nastrojem i
stałym uczuciem bólu, chciała, z powodu tej euforii, wysłać mu SMS-a, który by dowodził,
jaka jest samodzielna i zadowolona, i jaka partnerska była w gruncie rzeczy ich relacja, jak
ona  wszystko  akceptowała  i  teraz  zmierza  dalej  do  nowych,  śmiałych  celów.  Chciała  mu
donieść, że oto siedzi w paryskiej kawiarni, ciesząc się życiem i nie potrzebuje już nikogo
do niczego, prócz intelektualnej stymulacji, ponieważ jest silna, całkowicie autonomiczna i
poszukuje wiedzy.

Raz uległa pokusie i wysłała SMS-a. Wmówiła sobie, że to uczucie wspólnoty, które w

sobie  nosi,  jest  prawdziwe,  czyli  obustronne.  Odpowiedź  nie  nadeszła,  więc  nawet  te
drobne  okruchy  niezależności  zostały  unicestwione  i  reszta  tygodnia  upłynęła  w  znacznie
gorszym  nastroju.  Dlaczego  ona  nie  pojmuje,  że  ów  przepastny  lęk  z  powodu  braku
odpowiedzi  jest  za  każdym  razem  taki  sam  i  jedynym  sposobem,  by  go  uniknąć,  jest
niewysyłanie  SMS-ów?  Nadzieja,  to  ona  jest  uczuciem,  które  do  tego  doprowadza,  które
znieczula pamięć wstydu oraz strachu i zmusza do podejmowania ryzyka, że teraz wszystko
będzie inaczej.

Wieczorami  spotykała  się  ze  swoją  dobrą  przyjaciółką,  tą,  która  stacjonowała  w

Paryżu. Jadały na mieście obiady, ale dobra przyjaciółka nie rozumiała, czym jest miłosne
cierpienie.  Sądziła,  że  z  cierpiącym  człowiekiem  wszystko  musi  być  dobrze,  skoro  ów
kilkakrotnie w ciągu wieczora potrafi się roześmiać. Nikt, kto naprawdę jest przytłoczony
ciężarem życia, nie może się śmiać, uważała dobra przyjaciółka, która widziała reportaż o
głęboko zdesperowanych osobach, takich, co to pozwalają, by ich kuchnia zarosła brudem i
trzeba je leczyć elektrowstrząsami. One nigdy się nie śmieją. Po przeżyciu rozczarowania
należy  próbować  iść  dalej  i  myśleć,  że  i  tak  ma  się  dobrze  w  porównaniu  z  tymi,  którzy
naprawdę  cierpią.  Z  chorymi  na  raka,  sparaliżowanymi,  głodującymi  i  zmuszanymi  do
prostytucji.  Dobra  przyjaciółka  nie  była  w  stanie  dźwigać  ciężaru  innych  i  chciała,  by
wszystko  było  normalnie,  tak  aby  ona,  bez  poczucia  winy,  mogła  wypełnić  rozmowę
swoimi troskami i przemyśleniami.

background image

Po  kilku  wieczorach  obie  straciły  ochotę  na  dalsze  spotkania,  ale  oszczędziły  się

nawzajem,  decydując  bez  słów,  dyskretnie,  i  w  całkowitej  wzajemnej  zgodzie,  że  będą
jadać obiady w pojedynkę.

 

*

 

Paryż pachniał i cuchnął – brudem, ciastem francuskim, spalinami i perfumami. Dzień

mijał  Ester  za  dniem,  spacer  za  spacerem,  wrażenie  za  wrażeniem,  wszystko  w
narastającym  przekonaniu,  że  to  była  bezsensowna  podróż.  Obserwowała  ciemnozielone,
eleganckie słupki między chodnikiem a jezdnią, mężczyzn w jasnozielonych kombinezonach
sprzątających  ulice,  małe  knajpki  na  rogach  domów,  takie  typowe  paryskie  widoki,  które
zawsze bardzo lubiła.

Wyjazd do Paryża nie pomógł. Nic nie pomoże, dopóki człowiek nie rozliczy się sam

ze sobą. Przedostatniego wieczora pobytu wyszła, by kupić butelkę wina do kolacji, którą
zamierzała  zjeść  w  hotelowym  pokoju  przed  telewizorem.  Po  drodze  zadzwonił  telefon.
Było  wpół  do  ósmej.  Wyjęła  aparat  z  kieszeni  i  zobaczyła  na  wyświetlaczu  nazwisko
Hugona. Stało jasno i wyraźnie: Hugo Rask. Zatrzymała się w pół kroku, stojąc spokojnie,
ściszonym  głosem  przedstawiła  się  z  imienia  i  nazwiska.  Ktoś  roztrzepany,  kto  siedzi  i
czeka na świat, przedstawia się samym imieniem, myślała. Imię i nazwisko natomiast mają
swój  ciężar,  to  suwerenność  i  szacunek  dla  samego  siebie.  Ktoś,  kto  przedstawia  się  z
imienia i nazwiska, nie tkwi apatycznie przy telefonie, jest aktywny, działa. Samo nazwisko
byłoby jeszcze lepsze, ale w tej sytuacji zbyt zdystansowane i może nawet na granicy żartu.
On by to zauważył.

Odczekała kilka sygnałów, zanim odpowiedziała, wymawiając swoje imię i nazwisko

spokojnie  i  stanowczo,  po  czym  czekała  na  jego  reakcję.  Słyszała  pulsowanie  krwi  w
skroniach, ale w słuchawce niewiele. Szum jakiś głosów, wśród których rozróżniała głos
Hugona, nikt jednak nie mówił do niej. Wyglądało to raczej na rozmowę podczas przerwy
w  pracy.  Ktoś  się  śmiał,  ktoś  postawił  kieliszek  na  gładkiej  powierzchni.  Sądząc  po
dźwięku,  postawiono  pusty  kieliszek  na  barze  w  atelier  Hugona.  Czyżby  zrobiła  to  Eva-
Stina, której imię tak trudno zapamiętać?

Ester powtarzała: halo, halo. Po piątym razie umilkła. Poczuła, że to było mniej więcej

tam,  tam  zaczęła  odczuwać  desperację.  A  kiedy  ogarnia  ją  prawdziwa  desperacja,  Ester
staje się szczególnie wrażliwa na jej przejawy.

Nadal było słychać szum głosów. Połączenia telefoniczne ze Szwecją nie są darmowe,

wkrótce musiała je przerwać.

– Halo? – zawołała po raz ostatni. – Halo?

Kiedy na wyświetlaczu pojawiło się jego nazwisko, cała nadzieja natychmiast wróciła

background image

i teraz Ester nie mogła się jej wyzbyć. To nie może tak być, kombinowała, że uczucia do
drugiego  człowieka  znikają  z  dnia  na  dzień,  a  jakieś  uczucia  musiał  do  niej  żywić,  w
przeciwnym razie nie poświęciłby aż tyle czasu na spotkania z nią. Zawierająca się w tym
jasna  logika  znowu  mobilizowała  nadzieję.  W  nocy  odczuwała  ją  całym  ciałem  i  spała
niewiele.

Następny  dzień  był  jej  ostatnim  w  Paryżu.  Rano  pisała,  potem  wyszła  i  spacerowała

zgodnie ze schematem, ale nie czuła żadnych zapachów, nie widziała też miasta. Zżerała ją
udręka, że nie wie, czy poprzedniego wieczora on szukał kontaktu, a potem nie odważył się
tego  potwierdzić,  czy  o  co  w  ogóle  chodziło.  Czy  on  sobie  z  niej  kpi?  Czy  chce,  by
cierpiała? Ale z jakiego powodu?

Wieczorem nie wytrzymała i zadzwoniła. Ciężar, który dławił ją przez tygodnie, znikł

w chwili, gdy Hugo się odezwał. Gdy zdecydował się odebrać, chociaż widział, że to ona.
W  jego  głosie  wyczuwała  czujność,  ale  kiedy  powiedziała,  że  dzwoni  z  Francji,  stał  się
łagodny,  ciepły  i  sympatyczny,  jak  podczas  ich  pierwszych  trzech  miesięcy.  Francja  jest
przecież równie odległa, jak ci obcy ludzie, wobec których on zawsze jest miły, więc teraz
też nie musi się asekurować.

– Wczoraj do mnie dzwoniłeś – powiedziała skupiona i trochę przestraszona.

– Naprawdę? – spytał przyjaźnie.

– Wczoraj wieczorem.

– A to dziwne.

–  Byłam  właśnie  w  drodze  do  sklepu,  by  kupić  wino  do  kolacji.  Szłam  sobie  po

chodniku w środku Paryża, kiedy zadzwoniłeś. Mieszkam przy Gare du Nord. Było chyba
wpół do ósmej. Ale może to pomyłka?

– Telefon musiał zadzwonić w kieszeni sam z siebie.

– Nikt się nie odezwał, kiedy odebrałam.

Oboje roześmiali się skrępowani.

– Więc jesteś we Francji?

Wiesz  o  tym  od  kilku  dni,  pomyślała.  W  ostatnią  środę  wysłałam  ci  stąd  SMS-a,  na

którego nie odpowiedziałeś.

– Czyli że telefon sam zadzwonił w kieszeni?

– Zawsze noszę go przy sobie. Pewnie się o coś oparłem i uruchomiłem jakiś klawisz.

– O bufet w kuchni.

– Z pewnością. Tak, chyba tak.

– Często tak bywa z tymi nowoczesnymi aparatami – stwierdziła.

background image

– No właśnie – zgodził się.

– Ale czy to nie mistyczne, że telefon zadzwonił właśnie do mnie? Prawie jakby to był

jakiś znak.

Teraz  w  jego  śmiechu  pojawiło  się  zakłopotanie.  Wszystko  było  jak  zawsze.  Ester

pomyślała, że własny śmiech go krępuje, ponieważ śmiech jest czymś intymnym.

–  Może  twój  telefon  tęskni  za  mną  i  naszymi  cudownymi  rozmowami,  których  się

nasłuchał – rzekła.

Szyderczy  śmiech  intymny  już  nie  był.  Ani  szczery.  Jakieś  udające  śmiech  dźwięki  i

ruchy  mięśni.  Długie  przerwy  w  rozmowie  sprawiały,  że  myśli  Ester  rozbiegały  się  w
różne strony.

– Pamiętasz, jakie to wszystko było wspaniałe, kiedy gadaliśmy i gadaliśmy?

– A we Francji jest ci dobrze? – spytał.

– Świetnie. Wspaniale. Ekscytująco.

–  Francja  jest  piękna  –  stwierdził.  –  Kraj  sera  i  wina.  No  i  prawdziwego

intelektualizmu.

–  Paryż  to  zawsze  Paryż  –  rzekła  Ester,  czując,  że  ta  zużyta  replika  mogłaby  być

emblematem ich katastrofy.

– To prawda.

– Chodziłam po prostu po ulicach i wchłaniałam atmosferę. Jest niepodobna do niczego

innego.

– Wspaniale.

– Tutaj, w tym mieście miłości, jest już wiosna.

– Mogę to sobie wyobrazić. To w końcu marzec. Jak ten czas szybko leci.

–  Raczej  wolno.  Ale  kończmy.  Chciałam  tylko  sprawdzić,  czy  nie  dzwoniłeś  do  mnie

wczoraj z jakiegoś ważnego powodu.

– Nie, jak już mówiłem. To musiała być pomyłka.

– Szkoda.

Uznała rozmowę za  zakończoną i odsunęła  telefon od ucha,  kiedy ponownie usłyszała

jego głos.

– Możemy się chyba zdzwonić, jak wrócisz do domu?

Z powrotem uniosła telefon.

– Co powiedziałeś?

background image

– Że możemy się zdzwonić, jak wrócisz do domu.

– Tak?

– Tak!

– Możemy? Chętnie.

– No to jesteśmy umówieni. Wszystkiego dobrego, tymczasem.

Po tych kilku nieostrożnych słowach, jakie padły z jego ust, Ester wkroczyła w paryski

wieczór  lekka  jak  piórko.  Kochała  wszystkie  zapachy  i  czuła  sympatię  do  każdego
napotkanego  człowieka.  Dotarła  do  Shakespeare  and  Company  tuż  przed  zamknięciem  i
nabyła dwie książki, jedną Hannah Arendt i jedną Dereka Parfita, oraz podjęła decyzję, że
będzie pracować więcej i wróci do dawnej dyscypliny, do swoich lektur i swoich starań o
zrozumienie, jak funkcjonuje świat.

W  kiepskim  francuskim  pogadywała  ze  sprzedawczynią  przy  kasie  i  nic  nie  było  w

stanie jej zirytować.

background image

XIV

 

Następnego  dnia,  tuż  przed  godziną  drugą,  samolot  wylądował.  W  niecałą  godzinę

potem  Ester  była  w  domu  przy  Kungsholmen.  Chwilę  powinnam  chyba  zaczekać  z
dzwonieniem,  pomyślała.  Była  niedziela,  dzień,  w  którym  Ester  przebiega  swój
obowiązkowy  dystans.  Zwykle  taki  dzień  podróżny  uważała  za  wolny  i  nie  podejmowała
istotnej  pracy,  ale  dzisiaj  sytuacja  jest  innego  rodzaju.  To  początek  nowego.  Procesy
biochemiczne  ożywiające  jej  ciało  nie  stawiały  dzisiaj  przeszkód  ani  zapór,  nic  im  nie
ciążyło,  nic  nie  stanowiło  hamulca.  Choć  było  już  po  południu,  bez  oporów  wyszła  i
przebiegła długi dystans. Zazwyczaj robi to rano albo wcale, często trudno jej było wyjść z
domu  w  drugiej  połowie  dnia.  Pokonywała  teraz  dystans  osiemnastu  kilometrów,
planowała,  że  z  początkiem  maja  wprowadzi  maksymalną  odległość,  która  będzie  też
dłuższa,  niż  pierwotnie  zamierzała  –  dwadzieścia  dwa  zamiast  dwudziestu  kilometrów.
Tym  razem  nie  trzeba  było  się  zmuszać  do  ani  jednego  kroku.  Podczas  całej  rundy  nad
wodą  wyobrażała  sobie,  że  spotkają  się  dziś  wieczorem  czy  może  jutro.  Hugo  chciał
wiedzieć, kiedy Ester wróci do domu. No i teraz jest. Nie zaproponował czegoś takiego od
czasu katastrofy. I oczywiście nie „przez pomyłkę” zadzwonił do niej jego telefon. To zbyt
mało prawdopodobne. Nie, on też tęsknił.

Po  biegu  zrobiła  sobie  kąpiel  w  pianie.  Ciało  było  bardzo  przyjemnie  zmęczone,

zwłaszcza  ścięgna.  Odczuwała  zadowolenie  i  wewnętrzną  równowagę.  Jak  tylko  się
wykąpie i ubierze, zadzwoni do niego, ale nie wcześniej, bo musi mu pokazać, że przecież
ma swoje sprawy tudzież życie.

Zachowywała się więc spokojnie, wytarła się i położyła na łóżku, by ochłonąć. Potem

uprasowała bluzkę, włożyła czyste, sztywne dżinsy, nowe skarpetki i sweter z wycięciem
w serek, kolorystycznie dopasowany do kraciastej bluzki.

Ręka jej nawet nie zadrżała, kiedy zaczęła wybierać numer. Nie musiała. Przecież mieli

się zdzwonić, jak ona wróci z Paryża, teraz jest już w domu, więc dzwoni.

Łatwo  powiedzieć  „zdzwońmy  się,  jak  wrócisz”,  kiedy  dzieli  nas  pół  kontynentu.

Naprawdę za łatwo. Z punktu widzenia językowego treść i znaczenie zdania jest zbyt duże
w stosunku do tego, jak prosto można to wyrazić. Nie. Błędny trop. Jak wszyscy zakochani
ludzie  Ester  Nilsson  niepotrzebnie  przykładała  tak  wielką  wagę  do  treści  zdań  i
dosłowności  wypowiedzi,  a  za  małą  do  prawdopodobieństwa  i  ogólnych  ocen.
Dokonywanie  takich  porównań  i  ocen  to  część  jej  zawodu,  a  w  zawodzie  jest  dobra.
Raczej jednak w odniesieniu do spraw, w które nie jest zamieszane jej życie uczuciowe.

Zdanie,  które  wypowiedział,  „może  się  zdzwonimy,  jak  wrócisz  do  domu”,  nie  jest

background image

oczywiście  specjalnie  ważkie.  To  zwyczajna  uprzejmościowa  fraza,  kierowana  do  kogoś
będącego w podróży. Może oznaczać, że skontaktujemy się za tydzień lub za dwa miesiące.
Fraza  nie  wyraża  jakiejś  szczególnej  treści,  raczej  proste  stwierdzenie:  znamy  się
nawzajem, nie ma między nami niedopowiedzeń, nie jest to nasza ostatnia rozmowa. Jeśli
jednak  takie  zdanie  wypowiada  się  do  kogoś,  kto  rozpaczliwie  tęsknił,  staje  się  ono
brutalne,  jest  paskudnym  połączeniem  tchórzostwa  i  poczucia  winy,  troskliwością  bez
pokrycia.

W  swoim  rozgorączkowaniu  Ester  nie  zdołała  dostrzec,  że  wypowiedzi  mogą  być

lekkie  jak  popiół  i  równie  szybko  jak  on  stygną.  Sypią  się  opieszale,  opadają,  wirują.
Słowa nie są solidnym świadectwem poglądów i prawd. To dźwięki wypełniające ciszę.

W  przeżywaniu  szczęścia  samo  szczęście  pojawia  się  rzadko.  Ono  zawiera  się  w

oczekiwaniu szczęścia i prawie wyłącznie w nim. Jeszcze wczoraj wieczorem Ester była
szczęśliwa.

Po,  wedle  jej  oceny,  ośmiu  sygnałach  Hugo  się  odezwał.  Zmienionym  głosem

powiedział „halo”.

– Hej! – zawołała. – To ja.

Jego „hej” zabrzmiało powściągliwie i Ester natychmiast zaczęła mówić z wysiłkiem,

bo gardło jej się zaciskało, a naczynia kurczyły.

– Jak się czujesz? – wykrztusiła.

– Dziękuję, raczej dobrze?

Dotarł  do  niej  ten  znak  zapytania  i  jego  nieprzyjemny  chłód.  Wyczuwała  morze

niechęci.  Równie  dobrze  mógłby  powiedzieć:  „Dlaczego  ty  znowu  dzwonisz,  nie
przeszkadzaj mi, przecież rozmawialiśmy wczoraj, czego ode mnie chcesz?”

–  Siedzę  i  trochę  pracuję  –  odparł  łagodniej,  ponieważ  się  zorientował,  że  Ester

skamieniała i ogłuchła.

–  Jak  to  dobrze.  Że  pracujesz.  Ja  pracowałam  w  samolocie.  Poza  tym  nic  dzisiaj  nie

zrobiłam.  Jest  niedziela,  nie  żeby  miało  to  jakieś  znaczenie,  ale  jeśli  człowiek  chce
odpocząć, to może tak pomyśleć.

Powstrzymała się przed natychmiastowym odłożeniem słuchawki tylko dlatego, by nie

dawać mu do zrozumienia, jak bardzo czuje się ośmieszona. Powiedziała:

– Dobrze ci idzie?

– Z czym?

– Z pracą.

–  Jak  zwykle.  Mamy  mnóstwo  do  zrobienia.  Dzisiaj  posiedzimy  tu  jeszcze  wiele

godzin. Zebrał się cały team, zostaniemy do późna w nocy.

background image

Świeżo  wyprasowana  bluzka  zrobiła  się  mokra  na  plecach  i  pod  pachami.  Nie

upokarzaj  mnie,  myślała  Ester,  rozumiem  ten  podtekst.  Nie  zamierzam  przychodzić
nieproszona.

– Chciałaś czegoś konkretnego? – spytał.

– Nie. Nic takiego.

Roześmiał się tym swoim pełnym skrępowania śmiechem.

– Jestem znowu w domu – powiedziała.

– Aha, no właśnie.

– Miałam zadzwonić, jak wrócę.

– No tak, byłaś w Paryżu. Tak.

– Tak. Byłam w Paryżu.

Zaległa krótka, ale wymowna cisza.

– Dobrze było? Ciekawie?

– Nie. Bo zabrałam ze sobą swoją głowę i ciało.

Hugo  wydał  z  siebie  pomruk,  protestując  przeciwko  unoszącej  się  w  powietrzu

intymności,  chciał  zakończyć  rozmowę.  Ester  usłyszała  wszystko,  co  powinna  była
usłyszeć, by zrozumieć. Że ma iść swoją drogą i nigdy więcej o nim nie myśleć. Ale ona
nie dopuszczała tej informacji do autonomicznego systemu świadomości. Zatrzymywała ją
na powierzchni, gdzie wszelkiego rodzaju wymówki żywią się czym popadnie. W wiecznej
walce między świadomością a nadzieją wygrywa nadzieja, ponieważ świadomość za dużo
kosztuje, a nadzieja czyni życie lżejszym.

– Miałam zamiar zapytać, czy moglibyśmy zjeść obiad – rzekła matowym głosem.

– Dziś wieczorem? Nie, to niemożliwe!

Był to okrzyk grozy.

– Wcale nie myślałam, że dzisiaj.

– To w ogóle, absolutnie niemożliwe.

Ze wstydu krew pulsowała jej równo i miarowo.

– Powiedziałeś, żebyśmy się zdzwonili, jak wrócę do domu. To dlatego zadzwoniłam.

Tylko dlatego. W przeciwnym razie bym się, oczywiście, nie odezwała.

– Nie ma sprawy. Teraz muszę wracać do pracy. Wszystkiego dobrego.

background image

XV

 

Minęły  dwa  miesiące.  Była  wiosna,  czas  brudnych  powierzchni,  rupieci  i  dziur  w

jezdniach. Wszystko widoczne w intensywnych promieniach słońca.

Żałoba  nie  może  trwać  w  stanie  ostrym  nie  wiadomo  jak  długo.  Wkrótce,  jak  w

chorobie,  wystarcza  opieka  dzienna,  a  później  rehabilitacja.  Ester  znieczulała  się
towarzystwem ludzi, z którymi by się nie spotykała, gdyby żyła w harmonii, a nie jak pół
martwa.  Robiła  wszystko,  aby  nie  być  sama,  zapraszała  znajome  i  przyjaciółki,  by  u  niej
nocowały i by ona nie musiała czuć, jak spływa na nią nocna ciemność.

Nie  zachowywała  się  po  stoicku,  była  kompletnie  rozbita,  w  strzępach.  Któregoś

wieczora podkusiło ją, by zadzwonić do Pera, mężczyzny, z którym dawniej żyła, a którego
potem  pośpiesznie  rzuciła.  Sama  nie  wiedziała,  dlaczego  dzwoni,  palce  poruszały  się
szybciej niż myśli. Per powiedział, że nadal ją kocha i że strasznie mu jej brakuje, że odkąd
zniknęła, wszystko zrobiło się szare. Ester słuchała wzruszona i przejęta, powiedziała, że
jest wdzięczna za lata, które razem przeżyli. Potem Per spytał, dlaczego dzwoni, a w jego
głosie było coś wymownego i złośliwego. Wiedział równie dobrze, jak ona, że coś takiego
nie  dzieje  się  przypadkiem,  lecz  jest  wynikiem  wewnętrznych  przeżyć.  Ester  odparła,  że
chciała  tylko  pogadać.  Następnego  dnia  Per  dzwonił  dwa  razy  i  pytał,  czy  nie  mogliby
znowu  spróbować.  Trzeciego  dnia  mówił  ostro  i  pytał,  co  dało  jej  prawo,  by  burzyć  tę
kruchą równowagę, którą po miesiącach cierpienia i rozpaczy udało mu się stworzyć. Ester
nie mogła uwierzyć, że była dla Pera taka ważna, jej zdaniem przez te wspólne lata nic na
to nie wskazywało, więc tak do końca mu nie wierzyła. A poza tym ma dość problemów ze
swoim  cierpieniem  i  swoją  rozpaczą.  Jego  nieszczęście  mało  ją  obchodzi.  Wydawało  jej
się to nierzeczywiste.

Chór przyjaciółek pracował niezmordowanie. Tłumaczył, pocieszał, koił, napominał  i

wskazywał nowe drogi. Ester powinna być wolna, mówił chór, a ona powtarzała za nim:
Muszę się wyzwolić z tego idiotyzmu. Pewnego dnia, mówił chór, może Hugo stanie przed
jej  drzwiami  z  bukietem  kwiatów.  Nigdy  nic  nie  wiadomo.  Ale  Ester  musi  czekać,  aż  on
będzie na to gotowy, i otworzyć się na bieżące życie.

Tego  chór  przyjaciółek  nie  powinien  był  mówić,  bo  Ester  natychmiast  poczuła,  jak

budzi się w niej nadzieja, że to może się wydarzyć. I tylko na tym zaczęło jej zależeć.

–  Sądzisz,  że  to  możliwe?  –  sapała.  –  Myślisz,  że  naprawdę  może  tak  być,  iż  on

któregoś dnia stanie przed moimi drzwiami i będzie żałował?

– Możliwe jest wszystko, ale nie powinnaś o tym myśleć – odpowiadał chór.

Była  to  rada  od  początku  nieprzydatna,  rzecz  po  prostu  niemożliwa.  Gdyby  istniała

background image

choćby  najmniejsza  szansa,  Ester  myślałaby  tylko  o  tym  i  żyła  niejako  w  zawieszeniu,
wyczekując dnia, gdy to się stanie.

 

*

 

To,  co  dla  Ester  było  najważniejsze  w  życiu,  dla  Hugona  oznaczało  jedynie  formę

spędzania czasu. Przez parę krótkich chwil rozważała tę myśl, później ją skreśliła, żeby tak
bardzo  nie  cierpieć.  W  kwietniu  napisała  dwa  długie  listy,  które  wysłała  pocztą.  Chciała
się  wytłumaczyć  i  zrozumieć.  Chciała  sformułować  to,  co  czuje,  i  wyjaśnić,  dlaczego
postępuje  i  myśli  właśnie  tak.  Chciała  powiedzieć,  że  jego  zachowanie  kształtowało  jej
postępki, że nikt nie może działać, równocześnie nie reagując; że Hugo dał jej powody do
takich przypuszczeń.

Nie oczekiwała odpowiedzi i żadnej też nie dostała.

Bywały dni, kiedy życie stawało się znośne, a ból kurczył się do rozmiarów łebka od

szpilki.

Czytała  świeżo  wydaną  książkę  o  Holokauście,  pisała  wiersze  o  swojej  mizerii,

prawdopodobnie kiepskie, ale je przechowywała. Pięć razy w tygodniu przebiegała swój
dystans.  Wiosna  rozkwitała.  Od  nowego  roku  Ester  zgromadziła  w  nogach  sporą  liczbę
kilometrów.

Pod koniec maja siedziała w kawiarni na Ostermalmstorg. Przekonywała samą siebie,

że nie trafiła tu dlatego, iż plac znajduje się blisko Kommendorsgatan, choć chyba właśnie
tak jest, godziła się po chwili. Nadal niekiedy ciągnęło ją do jego dzielnicy.

Zbliżał się długi weekend związany z jakimś kościelnym świętem. Było ciepło, miasto

opustoszało. Ester siedziała i czytała przy filiżance kawy. Znowu potrafiła zagłębiać się w
tekstach, zwłaszcza jeśli nie tkwiła w domu, samotna, ale wśród ludzi, w szumie i ruchu.
Książka bardzo ją zajmowała, ale nie na tyle, by kątem oka nie zauważyć za oknem kurtki,
którą  rozpoznała.  Zielonej,  zniszczonej  kurtki  turystycznej.  Było  też  coś  w  ruchach  ciała;
zarówno  w  sylwetce,  jak  i  w  ubiorze  dostrzegała  coś  niechlujnego.  Pomyślała,  że
najwyższy  czas  skończyć  z  tym  rozpoznawaniem  wszędzie  Hugona.  Hugo  Rask  nigdy  do
kawiarni nie chodzi. Teraz jednak wszedł, skierował się prosto do jej stolika, uniósł rękę
na powitanie i uśmiechnął się niepewnie. Ester odłożyła książkę na blat, okładką ku górze,
był  to  Czechow,  Dama  z  pieskiem.  Hugo  pewnego  razu  powiedział,  że  Ester  powinna  to
przeczytać.  Pamiętała  moment,  kiedy  te  słowa  padły,  jakie  panowało  między  nimi  ciepło
przy  tamtym  spotkaniu,  jak  patrzyła  na  zwały  śniegu  i  parkujące  samochody,  kiedy  on
wypowiadał tytuł. Pewne obrazy zostają w nas na zawsze. Było to pół roku temu.

Teraz  patrzyła  na  wybrukowany  plac  i  na  widoczną  tu  i  ówdzie  soczystą  zieleń  –  tę

specjalnie  posadzoną  i  tę  przebijającą  się  przez  szczeliny  i  dziury  ku  słońcu  i

background image

możliwościom wzrostu. Wszystko było jeszcze świeże, nic nie przekwitało.

Hugo zapytał, co u niej, jakby przewidywał, że odpowiedź będzie mieć związek z nim,

ale najwyraźniej i tak by zapytał. Ester odparła, że jest w ostatniej fazie przygotowań do
maratonu. Tak jak on posłużył się jej bieganiem przy tamtym okropnym spotkaniu w lutym,
tak teraz ona wykorzystała bieganie przeciwko niemu.

Ale on chciał większej intymności, a nie byle jakich pogaduszek. Usiadł, zdjął kurtkę,

zapytał,  jak  się  trenuje  w  końcowej  fazie.  Ester  nie  wierzyła,  że  jest  tym  naprawdę
zainteresowany, ale odpowiedziała uprzejmie, że biega pięć razy w tygodniu, w tym jeden
spokojny  długi  dystans  rozłożony  na  dwie  godziny,  pozostałe  zaś  cechuje  różny  stopień
trudności.  Ważne  jest  tętno  i  dzisiejszego  ranka  przebiegła  na  przykład  swój  dystans  w
ciągu jedynie czterdziestu minut.

Hugo  zapytał,  dlaczego  Ester  chce  biegać  maraton.  Wydawało  jej  się,  że  jego  zapał,

sposób wypytywania o szczegóły ma coś rekompensować. Pewnie uważa, że powinien się
starać  być  aktywny.  Ją  to  speszyło.  Ich  związek  rozpadł  się  już  dawno  temu,  gorliwość
Hugona wydawała się spóźniona.

Ale czyż chór przyjaciółek nie przewidywał, że któregoś dnia, za trzy miesiące lub za

trzy lata, on być może stanie przed jej drzwiami z bukietem kwiatów, bo coś zrozumiał?

Nadzieja wykonała w jej sercu słaby, lekkomyślny skok.

Odpowiedziała, że biegnie maraton, bo to interesujące. Tego, co się dzieje z ciałem  i

głową  po  przebiegnięciu  trzydziestu  kilometrów  oraz  tego,  co  się  stanie  na  trzydziestym
piątym  kilometrze  nie  można  zbadać  ani  wyjaśnić  w  żaden  inny  sposób.  Jest  to  swego
rodzaj studium.

Hugo  odparł,  że  jak  na  studium  wydaje  się  bardzo  pracochłonne.  Nagroda  jest  jego

zdaniem słono okupiona i przychodzi późno.

– Najwyraźniej jednak ja tak nie myślę – powiedziała Ester. – Ponieważ to robię.

Przyniesiono kawę dla Hugona. Podziękował lekkim skinieniem.

– Właściwie to nie tutaj się wybierałem. Ale zobaczyłem ciebie, więc wszedłem.

Ester włożyła Czechowa do torebki.

– Czy to naprawdę takie dobre, jak zapamiętałem? – spytał Hugo.

– Bardzo dobre. Szczerze mówiąc, wyjątkowe.

– Dziękuję ci za listy – powiedział. – Były bardzo ładne.

– Tak myślisz?

– Ten jeden naprawdę wyjątkowo piękny.

Drugi  zawierał  pewne  zarzuty  w  formie  pytań,  stawianych  między  jednym  a  drugim

background image

wyznaniem miłości.

– Nie pamiętam, co pisałam – odparła. – To było dawno temu.

– Przykro mi, że na nie nie odpowiedziałem.

– Naprawdę?

–  Powinienem  był  odpowiedzieć.  Ale  przez  całą  wiosnę  miałem  mnóstwo  roboty.

Zresztą to się jeszcze nie skończyło.

Ester  domyślała  się,  jaki  wysiłek  musiał  podjąć,  żeby  to  powiedzieć.  Zrozumiała,  że

Hugo, skoro wyciągnął rękę, chce załatwić sobie uniewinnienie. Jakby sądził, że to sprawi,
iż  ona  mu  wybaczy.  Chyba  nigdy  nie  znała  nikogo,  kto  przyznaje  się  do  winy  będąc
równocześnie w stanie ją dźwigać.

Po  placu  kręcili  się  dobrze  ubrani  ludzie  ze  świątecznymi  zakupami  w  torbach  z

centrum  handlowego  Östermalm.  Ester  nie  uwolniła  go  od  winy,  nie  próbowała
przypudrować bólu, jaki zadał jej swoich postępowaniem. Kiedy pojawiała się refleksja,
że  może  by  mu  ulżyć,  oparła  jej  się  stanowczo.  Dlatego  była  przygotowana,  że
nieoczekiwanie  pojawić  się  mogą  oskarżenia  lub  złośliwości,  skoro  nie  daje  mu  tej  ulgi,
której Hugo szuka.

I tak też się stało. Hugo powiedział:

– Wiedziałaś, że miałem inną kobietę.

–  Nie.  Nie  wiedziałam.  Nigdy  o  niej  nie  mówiłeś  i  zaprzeczałeś  jej  istnieniu,  kiedy

pytałam. To naprawdę nie twoja zasługa, że ją wytropiłam. I oczywiście kiedy w końcu do
mnie  przyszedłeś,  wierzyłam,  że  ją  rzuciłeś.  Że  właśnie  dlatego  przyszedłeś  wówczas,  a
nie  wcześniej.  Myślałam,  że  czekasz,  aż  stare  sprawy  zostaną  załatwione.  Wierzyłam,  że
tak robi człowiek, który nie jest bigamistą. Można, rzecz jasna, być bigamistą, ale trzeba to
wyraźnie powiedzieć. Jak na razie obowiązują chyba podstawowe reguły.

– Ale wówczas trzeba by zerwać!

– Tak?

– A to przecież bardzo kłopotliwe – wyglądał na szczerze skonfundowanego.

– Twój wariant dla mnie też był dosyć kłopotliwy.

–  Oczekiwanie,  by  mówić  o  wszystkim,  być  szczerym  i  przeźroczystym,  też  jest  tylko

konwencją  –  stwierdził  Hugo.  –  Totalitarną,  ciążącą  opłatą,  zniewoleniem,  jakie  sobie
nawzajem narzucamy. Wymaganie, by człowiek, z którym mieliśmy kontakt fizyczny, od tej
chwili zrezygnował ze wszystkiego, jest tyranią. Żądanie, by on po tym fizycznym kontakcie
nigdy  więcej  nie  mógł  zachować  czegoś  wyłącznie  dla  siebie,  to  nie  tylko
drobnomieszczaństwo,  to  świadczy  też  o  braku  szacunku  dla  wolności  jednostki,  którą  ty
zazwyczaj tak wysoko stawiasz.

background image

Zarówno mruganie, jak i przełykanie sprawiało Ester ból.

– Nie mogę zaprotestować. Niestety, nie mogę.

– To chyba pierwszy raz.

Hugo się roześmiał. Ona nie.

–  Nie  mogę  zaprotestować  inaczej,  jak  tylko  mówiąc,  że  wolność  jednej  strony  jest

niekiedy cierpieniem drugiej.

Popołudnie było wspaniałe, jedno z tych, które zdarzają się tylko w maju. Wiatr pieścił

parasole, tkanina poruszała się bezwolnie. Było gorąco, na granicy upału, a równocześnie
przez  otwarte  okno  wpływało  rześkie  powietrze.  Przy  takiej  pogodzie  można  siedzieć  w
kawiarnianym ogródku, Ester jednak wolała czytać i jeść pod dachem.

– Kim ona jest?

– Kto?

– Kobieta, z którą spotykasz się z dokładnością zegarka, ale ją ukrywasz i nigdy o niej

nie mówisz.

– Znamy się od dziesięcioleci.

– Czym się zajmuje?

– Jest nauczycielką. Historii i wiedzy o społeczeństwie.

– W liceum?

– W gimnazjum.

– Mieszka daleko stąd.

– Dobrze jest czasem wyjechać.

– I schować się przed wszystkim oraz wszystkimi. Mieć tajne życie uczuciowe, trzymać

na  dystans  całe  otoczenie,  także  ją.  Ktoś,  kto  ma  wiele  kobiet  lub  mężczyzn,  nigdy  nie
ryzykuje,  że  z  kimś  zbliży  się  naprawdę.  Nigdy  nie  będzie  z  nikim  na  równych  prawach,
może manewrować przewagą tak, że nigdy nie znajdzie się w beznadziejnym położeniu, bo
zawsze ma kogoś innego, do kogo może pójść. Taki rodzaj pełnej egzystencjalnej ochrony.

– Ja lubię jeździć pociągiem.

– Ktoś, kto zaczyna kłamać w drobnych sprawach, wkrótce będzie kłamał w każdej i o

całym swoim życiu. W konsekwencji będzie zmuszony żyć za parawanem.

– Ja nie kłamię. Nie mówić wszystkiego, to nie znaczy kłamać.

– Nie chcesz żyć z nią w prawdziwym związku?

– Ona chce. Żebym się do niej przeniósł.

background image

– Ale ty nie.

– Może jak dojdę do osiemdziesiątki.

– Czy ona wie, że miewasz inne kobiety?

– Chyba zdaje sobie z tego sprawę.

–  Nie  sądzę,  jeśli  o  tym  nie  rozmawialiście.  To  niemożliwe.  Nie  można  się  domyślić

takich rzeczy. Powinieneś jej powiedzieć.

– Po co ranić ludzi?

Hugo pocierał dłonią policzki i brodę.

– Co myślałeś, kiedy mnie po prostu rzuciłeś, wtedy w zimie, tak z dnia na dzień?

– Ty masz życie przed sobą – odparł Hugo. – Ja nie.

Różnica  wieku.  No  to  w  każdym  razie  jest  jakiś  argument  i  jedyne,  z  czym  ona  nie

mogła nawet próbować czegoś zrobić. To pierwsze wyjaśnienie, jakie złożył i nad którym
się zastanowił.

Podczas  krótkiej  chwili  milczenia  Ester  ogarnęło  przeczucie,  że  pewnego  dnia

wydostanie  się  z  tej  historii  i  spojrzy  obojętnie  na  jej  skutki.  Przeczuwała,  że  ze
zdumieniem  będzie  patrzeć  na  swoją  walkę  oraz  na  to,  że  uznała,  iż  Hugo  jest  tego  wart.
Owego  dnia  będzie  dziękować  losowi,  że  uniknęła  towarzystwa  tego  człowieka.  Była  to
przelotna  myśl,  jedna  z  wielu.  Ester  uważała,  że  Hugo  godny  jest  współczucia,  kiedy  tak
siedzi  ociężale  na  krześle  i  przyznaje  się  do  swoich  niegodziwości,  mówi  o  swoim
smutnym życiu i strachu, który próbuje przedstawiać jako wolnomyślicielstwo.

Przy  stoliku  obok  usiadły  dwie  kobiety.  Jedna  coś  opowiadała,  z  czego  druga  śmiała

się hałaśliwie. Milkła na chwilę, słuchała opowieści i znowu zaczynała się śmiać tak samo
donośnie.  Opowiadająca  przyjmowała  tę  wesołość  z  zadowoleniem,  ale  wyraźnie
krępował ją głośny śmiech koleżanki i próbowała ją uciszyć, więc sama zniżyła głos.

Ester i Hugo spoglądali w ich stronę.

– Ty nigdy tak się nie śmiejesz, kiedy ja coś opowiadam – stwierdził.

Pogłaskał Ester po ramieniu, a ona poczuła mocniejsze uderzenie serca.

– Nie miałam okazji – odparła.

– Tak, bo my mamy poważniejszy związek.

Popatrzył  na  nią  czystym  wzrokiem,  bez  żadnych  ubocznych  myśli.  Ktoś  z  obsługi

wytarł stolik, ktoś inny postawił espresso przed kobietą w kostiumie, która uniosła w górę
Financial Times.

– My chyba nie mamy żadnego związku – rzekła Ester.

background image

– Ale jesteśmy poważni. Mielibyśmy poważny związek, gdybyśmy w ogóle jakiś mieli.

I przecież śmialiśmy się razem dużo.

– Rzeczywiście, śmialiśmy się.

Jedyną bronią kochającego jest przestać kochać. Żeby kochany uważał tę miłość za nie

wiadomo  jak  uciążliwą  i  dławiącą,  to  jej  utrata  boli,  nawet  jeśli  nigdy  jej  nie  chciał.  Ta
nowa  obojętność  zmienia  równowagę  władzy,  pojawia  się  lęk,  że  w  teraz  już  nie
zakochanych oczach człowiek będzie wyglądać śmiesznie i pospolicie.

– Pamiętasz, że zimą byłeś u mnie w domu? – spytała Ester.

– Oczywiście, że pamiętam.

– A pamiętasz, co jedliśmy?

– Podałaś kurczaka. W śmietanowym sosie.

– Crčme fraîche. Z białym winem i serem Gruyčre.

– Specjalnie dużo roślin w tym nie było.

Wydał  z  siebie  krótki  pomruk  zadowolenia.  Ester  zauważyła,  że  celowo  ją  do  siebie

przyciąga poprzez te drobne, ale precyzyjne aluzje do ich przeszłości i ucieszyła się.

– Danie było czerwonawe.

–  To  sproszkowana  papryka  –  odparła.  –  Jakie  to  interesujące.  Ty  pamiętasz  oczami.

Naprawdę jesteś artystą plastykiem do szpiku kości. Ja zapamiętuję raczej uszami; oczami
tylko wtedy, kiedy widzą tekst. Zapamiętuję też jeszcze kilkoma innymi częściami ciała.

Hugo sięgnął po kurtkę, za ciepłą jak na tę porę roku, bo zbierali się do wyjścia. Fakt,

że zdjął  tę  kurtkę,  należy  do  starań  i  jest  rekompensatą  za  wszystkie  wcześniej  nie  zdjęte
kurtki, pomyślała.

– Ja też nie zapamiętuję wyłącznie oczami.

Nie  rób  tego,  pomyślała  Ester.  Nie  wciągaj  mnie  w  to  znowu.  Właśnie  zaczęłam  się

uwalniać.

Ale  kochała  jego  roziskrzony  wzrok,  kiedy  przywoływał  jakieś  wspomnienia  z  ich

spotkań i czuła się bardzo mu bliska.

– To sproszkowana papryka zabarwiła danie na czerwono – powiedziała raz jeszcze.

– Było pyszne. A czy ja nie przyniosłem wtedy ze sobą krzesła? Masz je jeszcze?

– Siaduję na nim każdego dnia.

– Świetnie, że mimo wszystko do czegoś się przydałem.

– Nigdy nie zrozumiałam, dlaczego trzy razy poszedłeś ze mną do łóżka po miesiącach

wybiegów,  a  potem  po  prostu  zniknąłeś.  Nigdy  nie  pojęłam,  jak  mogłeś  tak  zrobić  i

background image

dlaczego nie chciałeś ze mną rozmawiać. Nigdy, kiedy o to prosiłam.

Hugo  odwrócił  głowę  i  obserwował  parę  zniedołężniałych  staruszków,  którzy  szli

bardzo wolno, opierając się o siebie nawzajem.

–  Nie  ma  sensu,  żebym  próbował  tłumaczyć.  Ty  znasz  już  odpowiedź  na  wszystkie

pytania i wyjaśniłaś wszystkie niuanse.

– Przykre, że tak to widzisz. Bardzo jestem zaciekawiona twoimi rozmyślaniami na ten

temat  i  naprawdę  chciałabym  usłyszeć  twoją  wersję.  Ale  możliwe,  że  ja  tłumaczę
wydarzenia inaczej niż ty. I może właśnie takiej konfrontacji chcesz uniknąć?

Stali  na  Östermalmstorg  w  miejscu,  gdzie  Humle-gĺrdsgatan  ůŕczy  sić  z  Nybrogatan.

Ester  wyciągnęła  rękę  jak  do  pożegnania.  Nigdy  nie  ściskali  sobie  rąk  poza  pierwszym
spotkaniem, w październiku. Hugo ujął jej dłoń z wahaniem, w tym geście był dystans.

Spojrzał jej w oczy i powiedział:

– Naprawdę się nad tym zastanowię, Ester. Nad tą całą sprawą między nami.

Tak  właśnie  powiedział.  Nie  przesłyszała  się.  Chciała  go  prosić,  by  powtórzył,

pragnęła przyjąć to do wiadomości i odwzajemnić. Ale nic jej się nie wydawało. Słyszała
dobrze.

– Co powiedziałeś?

Hugo spojrzał na zegarek. Powinni się rozstać. On powinien wrócić do swojego życia,

a ona do swojego nie-życia. Ponieważ zbliżał się długi weekend, przypuszczała, że Hugo
pojedzie do swojej kobiety.

– Wybieram się do monopolowego. Chodź ze mną.

Ester  pomyślała:  To  w  tym  momencie  należy  powiedzieć  „nie”  i  odejść  z  dumnie

uniesioną głową. To teraz należy stąd odejść i ani razu się nie obejrzeć.

Poszła  z  nim  do  monopolowego.  Ludzi  było  sporo.  Kiedy  czekali  na  swoją  kolej,

zapytaůa, co zamierza robiă w weekend; bćdŕ aý cztery dni wolnego. Odparů, ýe jedzie do
Borĺs.

Mogła to być bezmyślność lub czysty odruch, by zacząć ten taniec od nowa. I właśnie

teraz zacząć opowiadać o kobiecie z Malmö. Ester myślała: To, co on mówi teraz znaczy,
że nie muszę wierzyć, iż tamten związek jest taki ważny, znaczy też, że on liczy na to, iż jest
jeszcze jakaś możliwość – że wytrzymam i poczekam.

Nie  sądziła,  że  można  kłamać  z  szacunku,  błędnej  oceny  sytuacji  czy  względów

humanitarnych  ani  w  to,  że  ze  strachu  przed  cierpieniem  drugiej  strony  i  uciążliwym
uzależnieniem  można  powiedzieć  mnóstwo  rzeczy,  których  się  nie  myśli,  bo  chce  się  być
miłym i  oszczędzić  udręczonemu  człowiekowi  brutalnej  informacji  jak  jest  oceniany  oraz
oczywistej prawdy, że druga strona nie życzy sobie dalszych kontaktów. Nie sądziła też, że

background image

Hugo powiedział to, co powiedział, bo nie jest przyjemnie mówić o swoich zachowaniach
i  poglądach  ludziom,  którzy  w  milczeniu  lub  głośno  wydają  moralne  osądy  wszystkiego,
osądy oparte na uczuciach i  usprawiedliwieni  wywołaną  przez  siebie  słabością,  znajdują
rozsądne powody tego, co zrobili.

– Wybieram się także do Leksand – dodał Hugo swobodnie, jakby mu ulżyło, że może

to  powiedzieć.  Numerki  klientów  na  wyświetlaczu  się  zmieniały.  Ester  zastanawiała  się,
po której jego informacji byłoby teraz rozsądnie zrezygnować. Właśnie to samo mówił na
początku  ich  znajomoúci:  Leksand,  Borĺs,  jakby  samo  podróýowanie  miaůo  imponowaă  i
stanowiă  oznakę  niezależności,  jakby  tymi  nazwami  miejscowości  wskazywał,  że  nie  ma
żadnych ciążących mu więzów,  że  może  sobie  wyjeżdżać  sam,  bo  jest  wolny.  Był  niczym
dziecko,  które  mówi:  „Leksand,  Borĺs”,  zamiast:  „Malmö,  banalny  zwiŕzek”,  kiedy  chce
powiedzieă: „Ja nic nie zrobiłem! Jestem niewinny!”.

–  Jak  zdŕýysz  dotrzeă  do  Borĺs  i  Leksand  w  tak  krótkim  czasie,  skoro  zamierzasz

zatrzymać się i tam, i tam?

– Pojadę pociągiem.

Dom w Leksand był symbolem jego autonomii. Tam może pobyć sam, kiedy potrzebuje

się nad sobą zastanowić i tam nie jest związany z żadną kobietą. Zdawał sobie sprawę, że
ona o tym wie. To jest jego marzenie – radzić sobie bez władzy kobiet nad sobą. Bywało
już  wcześniej,  że  odwoływał  się  do  Leksand,  aby  pokazać,  jaki  jest  wolny  i  niezależny.
Dlaczego to robi? Bo może ona skłoniła go, by spojrzał na sytuację krytycznym wzrokiem i
stwierdził, że jest śmieszny. W razie gdyby tak było, mogłaby pomyśleć, że to dobrze, bo to
ona jest skrzywdzona i dlatego jej spojrzenie jest właściwe.

Przegapiła  tylko  to,  że  gdyby  nawet  jej  pogląd  na  sprawę  był  jak  najbardziej  słuszny,

nie zostałby potraktowany jako taki, ale jedynie jako oznaka rygorystycznej poprawności.
Która  budzi  u  innych  wstyd,  a  ten  z  kolei  rodzi  kłamstwo.  Ludzie  kłamią  po  to,  by  być
wolnymi.  Ludzie  kłamią,  bo  źle  ich  potraktowano,  gdy  mówili,  jak  jest.  Ludzie  kłamią
dlatego,  że  inni  dali  sobie  prawo  weryfikowania  ich  w  imię  prawdy.  Kłamstwo,  jako
ucieczka od poprawności, jest oporem przeciwko uczciwości z totalitarnymi roszczeniami.
To właśnie Ester Nilsson by zobaczyła, gdyby tylko sama nie była tak bardzo wplątana w tę
historię. Targa nią jednak taki ból, przeżywa takie rozczarowanie, że pewne sprawy muszą
pozostać w cieniu, poza możliwością jej obserwacji.

Dla  niektórych  kłamstwo  będzie  też  zależnością,  ze  wszystkimi  jej  komponentami.

Hugo Rask nie mógłby zrezygnować z powiedzenia jak nie było, skoro miał taką szansę, a
wszystko  po  to,  by  nie  zostać  adresatem  całego  katalogu  praw  ludzi  kochających  oraz
programu  reform.  Wszystko  po  to,  by  się  ukryć  przed  spojrzeniami  świata,  z  tęsknoty  za
którymi usycha, a z drugiej strony nie jest w stanie ich znieść.

Ale może też być bardzo pożądane, by Ester w tej sytuacji dostrzegła, że powiedział to,

co powiedział, bo się wahał, a nie dlatego, że chciał, by ona sobie nie pomyślała, iż jest

background image

mu  żal.  Jedyne,  co  Ester  słyszała,  to  że  on  dopiero  co  obiecał  jej  rzecz  niebywałą,  że
zobowiązał się, iż przemyśli ich relację, że możliwe, iż chce być z nią, a różnica wieku jest
jedyną przeszkodą. Że, innymi słowy, nie było żadnego błędu, ani po stronie ich relacji, ani
po stronie Ester.

Stała  z  Hugonem  w  sklepie  monopolowym  przy  Nybrogatan  i  pragnęła,  by  jego

numerek  nigdy  się  nie  wyświetlił.  Chciała  stać  tu  przez  resztę  życia  i  usłyszała,  że  Hugo
mówi coś jeszcze bardziej niesłychanego:

– Któregoś razu pokażę ci Leksand.

Huczało  jej  w  głowie.  Wzrok  Hugona  napotkał  czyste  i  szczere  spojrzenie  jej  oczu.

Wtedy  nadeszła  jego  kolej.  Kupił  cztery  butelki  czerwonego  wina.  Poszli  w  stronę  jego
domu, przed bramą uściskali się i pożegnali.

Następnie  Ester  przebyła  całą  drogę  do  siebie  spacerkiem.  Tego  wieczora  mogłaby

przebiec ze sto kilometrów. Chodniki były zalane intensywnym, pełnym obietnic światłem
popołudniowego słońca. Słońca tuż przed nadejściem lata.

Któregoś  razu  pokażę  ci  Leksand,  brzmiało  jej  w  uszach.  Któregoś  razu  pokażę  ci

Leksand.

Nie  mógł  podejmować  takich  zobowiązań  bez  poważnych  zamiarów.  To  nie  do

pomyślenia.

Nowa  możliwość,  jaka  się  przed  nią  otworzyła,  przybrała  formę  oczekiwania.  Ester

chciała  ruszyć  z  miejsca  ze  swoim  życiem,  chciała  to  zrobić  niezwłocznie,  ale  tylko
czekała.

Wielka  i  prawdziwa  miłość  jest  walką  i  oszołomieniem,  tłumaczyła  ludziom

sceptycznym,  ta  relacja  jest  dla  niej  dlatego  taka  kłopotliwa  i  wymagająca,  że  niesie
udrękę, a żadnej nadziei. Chór przyjaciółek niekiedy się przeciwstawiał. Mówił, że miłość
to  harmonia  i  wzajemna  troskliwość,  a  nie  ta  mordęga,  do  której  ona  zdaje  się  być
zmuszana.

Kto  tak  mówi,  nic  nie  rozumie.  Harmonia  nadejdzie,  jeśli  Ester  będzie  się  dla  niej

trudzić.  Trzeba  sobie  na  nią  zasłużyć.  Trzeba  cierpieć  i  męczyć  się,  by  mogła  przyjść
radość i dopiero wtedy będzie coś warta.

Po  weekendzie  zadzwoniła  do  niego,  choć  miała  zamiar  czekać,  aż  on  odezwie  się

pierwszy.  Udało  jej  się  czekać  dzień,  cały  poniedziałek.  Ale  dłużej  już  nie.  Hugo
odpowiedział szybko, radosnym lub może raczej gładkim tonem. Był to znowu troskliwy i
uprzedzająco grzeczny  głos  dziecka,  które  chce  pokazać,  że  wszystko  zrobiło  jak  należy  i
nie kłamało.

Hugo powiedział, że w Leksand świeciło słońce.

Pewnie  świeciło,  pomyślała  Ester,  ale  nie  na  ciebie.  W  jej  rozumieniu  ważne  było

background image

natomiast stwierdzenie, że on trwa w tym samym nastroju, co przed kilkoma dniami, kiedy
to  się  widzieli.  Nie  jest  ani  odpychający,  ani  opryskliwy.  Poprzez  mówienie  o  Leksand
nadal okazywał zainteresowanie wyciszeniem relacji z tamtą kobietą. To znaczy, że się nie
upiera przy tym związku, wywnioskowała Ester, co z kolei oznacza, że tamtej nie kochał, a
teraz jest otwarty na coś innego, wnioskowała dalej. To zaś musi oznaczać, że się jeszcze
ostatecznie nie zdecydował, ale że istnieje szansa, i to spora.

Nie przyszło jej do głowy, że niewierność może być cechą charakteru tego człowieka,

że każda kobieta u jego boku będzie na to narażona. Z Ester miało być inaczej.

Hugo  zapytał,  czy  w  weekend  dużo  biegała,  a  ona  odparła,  że  od  ich  ostatniego

spotkania  zaliczyła  czterdzieści  kilometrów.  Jej  bieganie  wciąż  było  między  nimi  niczym
rodzaj  wentyla  bezpieczeństwa,  z  jednej  strony  jako  warunek,  z  drugiej  strony  zaś  jako
bariera dla jej bliskości.

– Ależ to prawdziwy koszmar! – krzyknął.

– Ponad trzy dystanse – odparła.

Dlaczego  zadzwoniła  do  niego  akurat  dzisiaj?  Bo  miała  nadzieję,  że  otrzyma

odpowiedź  w  sprawie  rozważań,  które  zamierzał  przeprowadzić?  Właściwie  nie.  To
nierealistyczne.  Ester  zadzwoniła,  by  spowodować  nawrót  gorączki,  tej  malarycznej
miłosnej gorączki, która, jeśli raz zaatakuje system komórkowy, pozostanie w nim utajona
na zawsze i w każdej chwili może się znowu ujawnić.

Ten  tryb  życia,  który  powoli  umacniał  się  wiosną,  kiedy  Ester  właściwie  już

zrezygnowała  i  przestała  rozmyślać  o  taktycznych  manewrach,  gdy  nie  liczyła  godzin,  w
ciągu których udało się jej do niego nie odezwać, przepadł w ciągu tamtego półgodzinnego
spotkania  w  kawiarni.  Kiedy  mózg  stwierdzi,  że  kontakt  jest  możliwy,  każda  godzina
wydaje  się  zbyt  długa.  To  jest  stan  zniewolenia.  Stan,  kiedy  oszołomienie  ogarnia  cały
organizm.

Dlaczego zatem dzisiaj do niego zadzwoniła?

By móc nawiązać kontakt. Uznała, że musi znaleźć okazję do szukania kontaktu i zaczęła

pytać,  czy  Hugo  nie  sądzi,  że  mógłby  dokonać  oceny,  prowizorycznej,  rozumie  się...  Nie
może  przecież  znać  tego  pojęcia,  które  ona...  Ale  może  tylko  szacunkowo...  ostrożnej
przymiarki... Ile czasu potrzebuje na zastanawianie się?

Pomyślała,  że  mogłaby  zaprosić  go  znowu  do  domu,  może  tym  razem  sandacz  z

tłuczonymi  ziemniakami  i  zieloną  sałatą  polaną  oliwą,  a  do  tego  wytrawne  wino?  Potem
kawa  i  czekoladowy  tort,  nie  lody,  ale  wilgotny  tort  czekoladowy  domowej  roboty.
Chociaż może bardziej odpowiedni dla kogoś takiego byłby czekoladowy mus, nie tort. A
w  ogóle  to  co  pasuje  do  ryby?  Z  pewnością  istnieją  zasady  i  zalecenia:  ciężkie  do
lekkiego, kwaśne do słodkiego.

Usłyszała niepewne kaszlnięcie, po czym Hugo powiedział:

background image

– Zastanawianie się nad czym?

W pytaniu nie było sarkazmu. Po prostu nie wiedział, o czym ona mówi.

– Miałeś zastanowić się nad sobą i nade mną.

Niemal słyszała, jak trzeszczą jego zwoje mózgowe, kiedy szukał w pamięci. W końcu

znalazł coś i powiedział:

– To tak szybko nie idzie. Na coś takiego trzeba czasu.

Ze wszystkiego, co mógł powiedzieć, to zdanie było najgorsze, ponieważ wszystko, co

istnieje,  chce  żyć  i  nadzieja  nie  jest  tu  wyjątkiem.  Nadzieja  to  szkodnik.  Żywi  się  i  tuczy
najdelikatniejszymi  tkankami.  Jej  niezwykła  zdolność  przetrwania  bierze  się  z  doskonale
rozwiniętej umiejętności lekceważenia wszystkiego, co nie wspiera jej wzrostu i rzucania
się  na  to,  co  użyźnia  glebę,  na  której  się  pleni.  Potem  przeżuwa  okruchy,  dopóki  każda
odrobina pożywienia nie zostanie wchłonięta. Teraz nadzieja gryzła z cudownym zapałem.
W ciągu kilku krótkich sekund całkowicie straciła ciężar.

–  Daję  ci  tyle  czasu,  ile  potrzebujesz  –  powiedziała  Ester,  ale  nie  zdążyła  dokończyć

zdania, bo Hugo wrzasnął:

– Oj! Jakiś ptak wpadł do mnie przez okno. To okropne. Zdaje się, że złamał kark.

Ester doszedł hałas przesuwanego krzesła.

– Natura jest taka brutalna! Biedny ptak, muszę się nim zająć. Leży tu i kwili z bólu.

Ester  wyobraziła  sobie  ptaka.  Musiał  się  znaleźć  na  małym  blaszanym  podokienniku,

który ma tylko parę centymetrów szerokości. Wydawało jej się to fizycznie niemożliwe, że
ptak mógł spaść prosto w dół i nie zsunąć się potem z krawędzi, skoro leciał tak szybko, że
został ciężko ranny. Ale może wyglądało to inaczej?

Dziwiła się, jak ptak mógł sobie wybrać taki nieodpowiedni moment.

– Wkrótce lato – powiedziała. – Zamierzasz wyjechać, prawda?

– Tak, teraz mamy lato – odparł takim głosem, jakby było w tym coś cudownego.

– Ja nie cierpię lata – rzekła Ester.

– Mogę sobie wyobrazić. Zawsze jesteś krytyczna wobec wszystkiego, co inni lubią.

– Ale mam do tego jak najlepsze powody.

Nacisnęła  klawisz  i  zakończyła  rozmowę.  Później  nie  kontaktowali  się  przez  wiele

miesięcy.

Po  maratonie,  który  odbył  się  w  pierwszy  weekend  czerwca,  naszła  ją  nagle  ochota,

żeby mu wysłać swój ostateczny czas, 3.45.27; napisać tylko to i nic więcej. Może dodać
jeszcze „dwadzieścia siedem stopni w cieniu”. No i może też „Ból nóg”. A także: „Miałbyś
ochotę spotkać się ze mną w tym tygodniu?”.

background image

Napisała wszystko, a potem wszystko wykasowała.

background image

XVI

 

Ester  codziennie  ścieliła  łóżko.  Przeczytała  gdzieś,  że  to  świadczy  o  wewnętrznej

solidności. Potem leżała na nim w swoim rozgrzanym mieszkaniu, a godziny płynęły. Przez
wciąż otwarte okno docierały do niej letnie odgłosy os, much i mew.

Zmuszała się do pracy, ale nie miała nic do powiedzenia.

Pewien  znajomy  poradził  jej,  by  przeczytała  korespondencję  Majakowskiego  i  Lili

Brik. Czytała i konstatowała, że wszyscy kochają i płaczą jednakowo, z bardzo podobnych
powodów, wszyscy zdradzają i są zdradzani tak samo, wszyscy myślą, że nikt przedtem tak
nie  kochał,  ani  nie  doznawał  takiego  bólu.  Wszyscy  są  wyjątkowi  w  taki  sam  sposób.  W
każdym czasie i wszędzie.

Część  chóru  przyjaciółek  irytowała  się,  kiedy  Ester  zaczynała  mówić  na  temat  tej

rosyjskiej  pociechy,  a  zwłaszcza  gdy  stwierdzała,  że  ona  jednak  jest  delikatniejsza,
wrażliwsza  i  głębiej  odczuwa  ból.  Jesteś  ty  i  są  Poeci.  Ale  każde  serce  ma  swoją
opowieść, nie sądź, że kochasz bardziej niż inni.

Ten  brak  zrozumienia  ją  ranił,  ponieważ  wiedza,  jaką  dali  jej  Brik  i  Majakowski,

świadczyła  o  czymś  przeciwnym,  że  Ester  nie  jest  sama  ani  jej  ból  nie  jest  wyjątkowy.
Poza tym sama jest poetką. To okropne być niezrozumianym przez bliskich przyjaciół, za to
wciąż  przywoływanym  do  porządku  z  powodu  pychy.  Kiedy  chciała  podzielić  się  swoim
entuzjazmem  dla  czegoś,  co  przeczytała  czy  pomyślała,  musiała  być  pewna  absolutnego
zaufania,  tak  by  mogła  czuć  się  swobodna  w  obecności  tego,  z  kim  rozmawia,  i  nie
potrzebowała  uważać,  czy  wszystko  jest  jak  trzeba,  czy  nic  nie  zostanie  wykorzystane
przeciwko niej.

Musiała  się  jednak  nauczyć,  że  przed  nikim  nie  można  odsłaniać  wszystkiego,  co

człowiekowi  w  duszy  gra.  Tego  rodzaju  pełne  zaufanie  nie  istnieje.  Każdy  ma  w  sobie
jakąś niszę,  w  której  gromadzi  się  sceptycyzm  i  niechęć,  tajny  ośrodek  trwożnej  kontroli,
zazdrości  i  zwyczajnej  zawziętości,  i  tam  ludzie  upychają  wszystko,  co  myślą,  słuchając
nieograniczonych wyznań.

Trzeba człowieka bardzo kochać, by sprostać jego pragnieniom.

Tego lata Ester często chodziła do kina. Wkraczała do tych świątyń ludzi bojących się

życia i unikających światła. Pewnego popołudnia obejrzała Siedmiu samurajów Kurosawy.
Potem  chciała  porozmawiać  o  filmie  z  Hugonem.  O  wszystkim  chciała  rozmawiać  z
Hugonem, ale  o  tym  filmie  szczególnie,  bo  powiedział  w  jakimś  wywiadzie,  że  zrobił  na
nim wielkie wrażenie.

background image

Ale Hugo był gdzieś w Europie ze swoją kobietą. W lecie wyjeżdżali na Południe. On

oglądał pozostałości pól bitewnych którejś z wojen światowych. Interesują go takie sprawy
– miejsca, ruiny, cmentarze. Fotografuje je i szkicuje, czerpie z nich inspirację do obrazów
oraz  impulsy  do  moralnych  teorii  odnośnie  władzy  i  przemocy.  Szczególnie  stymuluje  go
wszystko,  co  pokazuje  okrucieństwo  i  marność  człowieka,  lecz  także  ciepły  gest,  choćby
nieznaczny, w cieniu okrucieństwa.

Ester wyszła z mrocznego kina i w blasku niezmordowanego słońca szła do domu. Żar

lał  się  z  nieba,  słońce  paliło,  świeciło  jej  w  oczy  i  budziło  tęsknotę  za  chłodem.  Ester
nienawidziła słońca za to, że jest takie gorące, że nie ma żadnej pokory wobec własnych
możliwości,  za  swoje  od  niego  uzależnienie,  ponieważ  jest  mu  wszystko  jedno,  czy  ona
żyje, czy umarła w jego przeklętych promieniach.

I  oto,  z  dnia  na  dzień,  w  liściach  drzew  pojawił  się  nowy  dźwięk,  a  w  powietrzu

dawno  zapomniana  wilgoć.  To  jesień  zaczynała  wysuwać  pierwsze  macki.  W  końcu  owo
rozbuchane  lato  będzie  musiało  przejść  w  czas  większego  zdyscyplinowania  i  odwrotu,
czas, gdy to, co harmonijne powróci ze swoich letnich wyjazdów, a samotni będą samotni
mniej.

Ester  pozwoliła,  by  jej  nowy  znajomy  z  Bostonu,  członek  tamtejszej  bohemy,  który  w

Sztokholmie nie miał gdzie się podziać, zamieszkał na jakiś czas w jej kuchni. Był to krytyk
sztuki,  napisał  obszerny  i  uczony  esej  o  Hugonie  Rasku.  Dzięki  temu  właśnie  Ester  go
poznała. Pod koniec lata odszukała go na uniwersytecie, by zadać mu kilka pytań, i wtedy
okazało się, że on potrzebuje lokum. Skoro Ester nie mogła mieć przy sobie Hugona, niech
zastąpi go ktoś, kto chociaż zna jego sztukę. O tej sztuce rozmawiali codziennie godzinami.
Ester kupiła ekspres do kawy na dwie filiżanki i zastanawiała się, czy mogłaby sypiać ze
swoim gościem. Szybko jednak poprosiła Amerykanina, żeby się wyprowadził. Nie mogła
znieść, że jest przez cały czas obserwowana, nigdy nie może być sama ze swoimi myślami,
że każdego ranka ten człowiek przez  godzinę  okupuje  jej  łazienkę.  W  końcu  wykrzyczała,
że  musi  pobyć  trochę  w  samotności  i  dlaczego  on  nie  poszuka  sobie  innego  mieszkania,
chociaż przechwala się, jaką to ma rozległą sieć kontaktów. Wyprowadził się tego samego
dnia.

background image

XVII

 

Hugo  i  Ester  nie  kontaktowali  się  od  czasu,  kiedy  to  ptak  złamał  sobie  kark  o  szybę

jego okna, któregoś z ostatnich dni maja.

Pod koniec września przyszedł e-mail.

Mail od Hugona Raska.

Cztery miesiące po ostatniej rozmowie w jej skrzynce znalazł się e-mail od niego.

A była przekonana, że nigdy więcej się do siebie nie odezwą.

Na sam widok jego imienia wpadła w ekstazę, ale najpierw pomyślała, że to błąd. Że

jakiś stary mail zrobił jej psikusa.

Co pisał Hugo do Ester po tak długim milczeniu? Pisał, że myślał o niej, czytając przed

paroma  dniami  pewien  artykuł  w  gazecie  i  że  wczoraj  miał  operację  kolana,  wycięto  mu
łękotkę.

Kolano to w jakimś sensie łącząca ich część ciała, ta, której ona mogła dotykać, zanim

wolno  było  jej  dotykać  jego.  Nie  stanowiło  to  zagrożenia,  ale  było  wystarczająco
naładowane  erotycznie,  by  teraz  odniesienie  do  kolana  mógł  wykorzystać  jako  coś  w
rodzaju lassa. Ubiegłej zimy przy każdym spotkaniu Ester pytała, jak się ma jego kolano i
macała  je  pod  stołem,  by  postawić  diagnozę.  Kontuzje  z  przeciążenia  to  jej  dziedzina.
Hugo napisał też parę słów  o  zakończonych  właśnie  wyborach  parlamentarnych,  narzekał
na wynik, informował, że ostatnio pracował ciężko i intensywnie, więc od dawna nie mógł
udzielać się towarzysko.

Czy gdyby było inaczej, mogli byliby się spotykać? Czy to miał na myśli? Czy raczej to,

że  nie  tylko  z  nią  nie  widywał  się  w  tym  czasie,  nie  robił  tego  z  nikim,  więc  Ester  nie
powinna czuć się porzucona czy szczególnie rozczarowana.

Żadnego spotkania też nie zaproponował.

Ester  zachodziła  w  głowę,  co  sprawiło,  że  się  w  ogóle  odezwał.  Jedyne,  co

przychodziło jej na myśl, to fakt, że pewna organizacja praw człowieka, w której zarządzie
Ester zasiada, zwróciła się do Hugona z zapytaniem o współpracę. Ester nie odzywała się
na zebraniach, na których była mowa o znaczeniu prac Hugona dla kwestii praw człowieka
i  o  tym,  że  dobrze  byłoby  zaprosić  go  do  nowego  projektu.  Hugo  zgodził  się  spotkać  z
przedstawicielami zarządu, Ester też zaproponowano w tym spotkaniu udział, ponieważ to
ona wygłosiła ubiegłej jesieni referat na temat jego twórczości i podziwia jego sztukę oraz
śmiałość. Odmówiła. Hugo wiedział, że jest ona członkiem zarządu. Spotkanie odbyło się

background image

parę dni temu. On, rzecz jasna, odnotował nieobecność Ester i musiał się zdziwić.

Było  to  równie  naturalne  jak  przypływy  i  odpływy  morza  i  wywodziło  się  z  tego

samego źródła.

Ale  potrzeba  bycia  wielbionym,  jeśli  nie  chce  się  kochać  wielbiciela,  wydawała  się

Ester na tyle dziwna, że musiała uznać, iż szukanie kontaktu, gdy odkrył, że ona go unika,
świadczy, iż mu jej brakuje. W przeciwnym razie trudno zrozumieć, o co mu chodzi.

Jako  straszne  przypuszczenie  nasuwała  się  możliwość,  że  Hugo  chciał  się  tylko

upewnić co do jej dobrej woli. Ale nie pozostała przy tym pomyśle długo. Nie mogła tak
do końca uznać, że on w tej sprawie zachowuje się cynicznie, chociaż wiedziała, że zawsze
chce być maksymalnie miły dla świata, bo ów świat jest potencjalnie wrogi. Świat to jest
ten  obcy,  i  w  ich  sytuacji  to  ona  jest  światem,  który  trzeba  unieszkodliwić  na  wypadek,
gdyby ów zaczynał już czyścić broń. Świat zawsze szykuje broń. Woli więc raczej rzucić
mu raz jeszcze, a przy okazji ponownie i Ester, kość pokrytą mięsem, niż utracić jej miłość
i podziw, który podtrzymuje jej oddanie i czyni oboje wolnymi.

Porzucić fałszywe gesty zatroskania.

Zdjąć maskę okrucieństwa.

Amputować nogę, która w przeciwnym razie zgnije od zgorzeli.

Nie, to nie dla niego.

Z  odpowiedzią  czekała  dobę.  Napisanie  pięciu  wierszy  zabrało  jej  dwie  godziny.

Wiadomość, która wyłoniła się z tego mozołu, była w pełni kontrolowana i powściągliwa,
ale wystarczająco stanowcza i pełna smutnej tęsknoty, by on nie miał już ochoty się znowu
odezwać.

Dostał wiadomość, jakiej potrzebował, i może zamilknąć.

Powiew  czegoś  cudownego,  a  potem  nic  więcej.  Taką  sytuację  trudniej  znieść,  niż

gdyby  nie  stało  się  w  ogóle  nic.  Ponowne  wtargnięcie  Hugona  w  jej  życie  w  ciągu  paru
sekund unicestwiło to, na zbudowanie czego trzeba było miesięcy. Gorączka znowu dała o
sobie  znać  i  Ester  raz  jeszcze  zaczęła  szukać  Hugona,  przekonana,  że  nie  dostaje  się
niczego, o co się nie zabiega. I on zareagował. Wszystko zaczęło się klarować, wszystko
wróciło. To, co trwało i zażywało odpoczynku w ciele, wypłynęło nienaruszone i na nowo
zaczęło tym ciałem rządzić. Godziny  znowu  były  długie  i  pełne  oczekiwania,  a  wszystko,
co  nie  prowadziło  do  kontaktu,  wydawało  się  bezsensowne,  co  oznacza,  że  bezsensowna
jest większość rzeczy, bo kontakty były sporadyczne i byle jakie.

Chór przyjaciółek mówił: Za długo to trwa. Gdyby on czegoś od ciebie chciał, toby ci

powiedział.

Ester odwróciła się do chóru przyjaciółek plecami. Chór nic nie rozumie.

Pewnego razu jesienią Hugo powiedział, że zadzwoni, by mogli ustalić datę spotkania.

background image

Nie zadzwonił. Kiedy ona to zrobiła, oznajmił, że to wspaniale, bo przy ostatniej wymianie
komórki  stracił  jej  numer.  Ester  napisała  tradycyjny  list,  w  którym  pytała,  dlaczego  Hugo
nawiązał kontakt i przez cały czas łudzi ją sprawami, którym nie potrafi sprostać. Żadnej
odpowiedzi.

Ester  z  krystaliczną  ostrością  zdawała  sobie  sprawę,  że  jej  zachowanie  jest

niewłaściwie i winiła go za to: gdyby nie był się odzywał w ten głupi sposób we wrześniu,
gdyby  zostawił  ją  w  spokoju.  To  strona  silniejsza,  ta,  która  chce  mniej,  powinna  trzymać
impulsy na wodzy, powiedziała do chóru przyjaciółek, kiedy ten się dziwił, dlaczego ona
nie koncentruje się na swoim zachowaniu, zamiast na jego. Przecież wie o nim wszystko,
co wiedzieć powinna. Jego zmienić nie może. Jeśli już, to tylko siebie itd.

–  Jego  zmiana  kosztowałaby  mniej  niż  mnie,  bo  on  przecież  niczego  nie  chce  –

stwierdziła  Ester.  –  To  on  musi  przestrzegać  dyscypliny,  nie  ja,  bo  właśnie  ja  chcę,  żeby
było inaczej niż jest. Za to, że się nie odzywa, nic przecież nie płaci. Natomiast ja ryzykuję,
że stracę tę ostatnią mikroskopijną szansę.

– Ale chyba nie wierzysz w cuda? – rzekł chór przyjaciółek.

Ester wmawiała sobie i innym, że przestała już mieć nadzieję, iż kiedyś zostaną parą.

Chciała jedynie potwierdzenia – potwierdzenia tego, co było, że to jednak coś było, że on
coś do niej czuł, że miał chwile, kiedy się wahał i nie był pewien, i że odezwał się do niej
jesienią, chociaż wszystko między nimi było skończone dlatego, że jakaś wilgotna plama w
jego duszy nie chciała wyschnąć.

Kiedy nie pozostaje już nic innego, jest jeszcze próba odzyskania honoru poprzez to, że

kontynuuje  się  walkę  i  odrzuca  rezygnację.  Nawet  jednak  odzyskanie  honoru  wymaga
kontaktu. Gdybyż tylko Ester mogła się wyzbyć tęsknoty za kontaktem. Ta tęsknota zżera ją
od środka. Gdyby tylko mogła być wobec niego obojętna.

Zastanawiała  się  nad  tym  niezwykłym  faktem,  że  siedem  miliardów  ludzi  na  świecie

nie  jest  uzależnionych  od  tego,  czy  Hugo  da  znak  życia.  Ani  ich  zdrowie,  ani  dobre
samopoczucie  nie  mają  z  tym  nic  wspólnego.  Dlaczego  więc  ona  ma?  Brak  w  tym  ładu  i
składu. Dlaczego ona nie może żywić takiego samego uczucia wobec niego, jakie żywi tych
siedem  miliardów  żyjących  sobie  i  nie  martwiących  się  w  najmniejszym  stopniu  tym,  co
robi Hugo?

Chór przyjaciółek mówił: Zerwij. Odejdź. Rzuć go. On robi ci krzywdę.

Chór przyjaciółek rzeczywiście nic nie rozumie. Jest jak te siedem miliardów.

Nastał  listopad  i  dobiegały  końca  prace  montażowe  nad  filmem  biograficznym  o

Hugonie Rasku. Hugo zaprosił Ester na roboczy pokaz, by powiedziała, co o filmie sądzi.
Potrzebuje  jej  „krytycznego  spojrzenia  i  bystrego  umysłu”,  jak  się  wyraził,  bo  wciąż
jeszcze można film przemontować.

Poszła  tam,  rada  z  pochwały,  ale  najbardziej  ucieszona  tym,  że  będzie  mogła  go

background image

spotkać.  Pierwszy  raz  od  pół  roku,  pierwszy  raz  od  tamtej  rozmowy  w  kawiarni,  kiedy
obiecał, że pokaże jej Leksand.

Studio  filmowe  znajdowało  się  przy  Bergsgatan,  w  małym,  byle  jak  wyposażonym

lokalu ze światłem u sufitu. Ester przyszła spacerkiem znacznie przed czasem, ale żeby nie
wyglądało, że zjawiła się jako pierwsza, stanęła na rogu ulicy z widokiem na drzwi studia.
Wyszła,  kiedy  pojawiło  się  więcej  osób.  Gośćmi  byli  głównie  stali  wielbiciele  Hugona,
cała  gromada,  poczynając  od  nieopłacanych  praktykantów  ze  szkół  plastycznych,
pracujących dla niego w nadziei, że ich dusze zostaną dotknięte pędzlem jego geniuszu.

Zgaszono  światło  i  rozpoczął  się  film.  Trwał  około  godziny,  kamera  towarzyszyła

Hugonowi  na  różnych  etapach  pracy,  do  filmu  włączono  też  obszerny  wywiad,  w  którym
artysta  przedstawia  swoje  widzenie  świata.  Ester  słyszała  to  już  przedtem.  Te  same
przykłady  i  anegdoty,  które  zwykł  przytaczać  i  które  –  jak  czytała  –  opowiadał  już
dwadzieścia  lat  temu.  Żadnych  zmian,  żadnego  ruchu.  Miało  się  wrażenie,  że  jego  głowa
zastygła na pewnym, dość wysokim poziomie i tak już zostało.

Po  projekcji  proszono  uczestników  po  kolei,  by  dzielili  się  swoimi  spostrzeżeniami.

Ku  niemiłemu  zaskoczeniu  Ester  nikt  nie  miał  do  powiedzenia  nic  krytycznego  o  tym,  co
widzieli, ani też żadnej interesującej refleksji. Nie pojmowała tych zachwytów i hołdów.
Film  był  kompletnie  pozbawiony  pointy,  niedokończony,  źle  opowiedziany,  możliwy  do
przyjęcia  jedynie  jako  wstępny  szkic,  a  jako  taki  niemający  głębi,  którą  tworzy  się
wyłącznie  podczas  długotrwałej  pracy,  warstwa  po  warstwie.  To  tutaj  zostało  stworzone
pośpiesznie. Na dodatek okazał się żenująco przypochlebny.

Słuchając mechanicznych zgoła pochwał i uniesień Ester myślała, że ludzie, wchodzący

w  skład  sztabu  Hugona  czczą  go,  natomiast  ona  go  kocha.  Ten,  kto  kocha,  nie  potrzebuje
wielbić. Dla czczącego obiekt musi pozostawać bez skazy, by nie popękać przy ujawnieniu
słabości.  Ten,  kto  kocha,  przeciwnie,  jest  całkowicie  wolny  w  swoich  osądach.  Ester
kocha go również, kiedy to, co wydawało jej się warte czci znika, wtedy nawet bardziej,
bo  ona  kocha  osobę,  a  nie  dzieło.  I  czyż  nie  to  miała  na  myśli  redaktorka  filozoficznego
pisma Grottan dokładnie rok temu, choć Ester wtedy nie do końca ją rozumiała?

Kiedy przyszła kolej na jej wypowiedź, pierwsze pytanie, jakie zadała, było sondujące,

ponieważ  nie  chciała  być  niedelikatna:  Czy  miał  to  być  film  PR-owski  o  Hugonie  przed
zbliżającymi się wystawami w Tokio i Turynie?

Wyraz twarzy Hugona uległ zmianie, była teraz podatna na zranienie. Hugo oznajmił, że

nie  miał  nic  wspólnego  z  produkcją.  Film  planowano  jako  wnikliwy,  obiektywny
dokument. Ester milczała, zastanawiając się, jak sobie poradzić z tym, co chce powiedzieć.

– Wydaje mi się strasznie mało krytyczny – rzekła.

– A dlaczego miałby być krytyczny? – spytał ktoś ze sztabu.

– No właśnie: czy zawsze trzeba szukać słabości? – spytał ktoś inny.

background image

– Nie musi, rzecz jasna, być krytyczny w znaczeniu negatywnym – odparła Ester. – Czy

skrajnie  obiektywny.  Ale  powinien  być  analityczny,  neutralny,  poszukujący  bez  z  góry
założonej  tezy,  gotów  przełamywać  nawyki  widzów,  ich  myślowe  lenistwo.  Ten  film
jednak już na samym początku wie, czego chce i posługuje się tymi samymi frazami, jakich
zawsze używano, opowiadając o Hugonie. Nie chce niczego wyjaśniać, chce potwierdzać
to, co już sądzimy.

– A co my sądzimy?

Pytanie  zadano  z  irytacją,  zrobił  to  ktoś  z  jego  mentalnych  posługaczy,  tych,  którzy

traktują jako swój obowiązek chronić obiekt swojej czci przed słowami prawdy, której z
kolei  on,  jak  twierdzi,  poszukuje.  Ester  pomyślała,  że  Hugo  bardzo  chce  otaczać  się
wielbiącymi  go  ludźmi,  tego  właśnie  sobie  życzy,  dba,  żeby  zawsze  przy  nim  byli  i  nie
pozostawia  wątpliwości,  czego  od  nich  oczekuje.  On  wcale  nie  chce  jej  „krytycznego
spojrzenia  i  bystrego  umysłu”  ani  w  życiu  miłosnym,  ani  zawodowym.  Pozwolił  jej  być
blisko siebie tylko do momentu, w którym zorientowała się, kim Hugo Rask jest.

– Film chce pokazywać zachwyt – rzekła. – Chce, abyśmy czcili jego bohatera.

– W niezasłużony sposób, czy co? – spytał sztab.

– Nie ma znaczenia, czy zasłużenie, czy niezasłużenie. Pochwały są mało interesujące.

Oglądając  film,  chcemy  się  czegoś  nauczyć.  Móc  coś  pogłębić,  oczekujemy  rozwiązania
problemów, wyjaśniania. Nie panegiryku.

Dopiero  teraz  zauważyła,  że  najbardziej  cięte  pytania  stawia  Eva-Stina.  Od  zimy

zmieniła okulary i fryzurę, może też i kolor włosów ma nowy odcień. Eva-Stina siedziała
obok  Hugona,  siedziała  bardzo  blisko,  i  diabolicznie  świdrowała  obecnych  wzrokiem,
kiedy  nie  ziewała  nad  głupstwami,  jakie  się  tu  wygaduje.  To  była  bardzo  nieprzyjemna
chwila. Ester żałowała, że przyszła na ten pokaz.

–  Film  jest  dobry  –  dodała.  –  Musiałabym  go  chyba  obejrzeć  jeszcze  raz,  by  móc

gruntownie ocenić.

Zakończono dyskusję i cała grupa wyszła coś zjeść w pobliskiej restauracji. Niektórzy

z obecnych jakby zdawali sobie sprawę, że w pomieszczeniu, w którym odbywał się pokaz,
doszło  do  izolacji  Ester,  więc  czekając  na  jedzenie  odnosili  się  do  niej  szczególnie
życzliwie.  W  ten  litościwy  i  poniżający  sposób,  który  stosują  pewni  swego,  ale
tolerancyjni  ludzie,  kiedy  zdają  sobie  sprawę,  że  doszło  do  przesady.  Zwyczajne  istoty,
które  z  zapałem  okazują  troskliwość,  ponieważ  wiedzą,  że  ich  niechęć  do  nic  nie
rozumiejącego  renegata  byłaby  czymś  brzydkim,  gdyby  ją  okazali.  Śmiali  się
porozumiewawczo  i  pytali  Ester,  jak  bardzo  jest  wprowadzona  w  rzemiosło  filmu
dokumentalnego.  Ona  też  się  śmiała,  równie  przestraszona  jak  oni,  i  odpowiadała,  że  ją
szczególnie  interesują  mechanizmy  podporządkowania  oraz  oddawania  czci  wodzowi  w
systemie  totalitarnym,  nie  zaś  w  dokumentalnym  filmie.  Oni  to  zignorowali  i  uśmiechając
się  ciepło,  starali  się  jeszcze  bardziej  zgłębić  jej  niewiedzę  w  zakresie  szczególnych

background image

warunków i estetyki filmu dokumentalnego.

Jedli, pili, a kiedy czas było iść do domu, Hugo Rask stał przez jakiś czas na chodniku,

w  bladym  świetle  płynącym  z  okna  sklepu.  Stał  tam  z  Draganem,  który  przedtem,  kiedy
Ester  wygłaszała  swoje  krytyczne  opinie  o  filmie,  spoglądał  na  nią  z  niechętnym
zainteresowaniem. Ester domyślała się, że trzyma jej stronę.

Obok Hugona stała Eva-Stina z rękami w kieszeniach i wymykającymi się spod czapki

lokami. W jakiś dla Ester niejasny sposób było oczywiste, że Eva-Stina powinna stać obok
niego.

Przed chwilą padało. Asfalt był niczym ciemne lustro, w którym ludzie widzieli siebie

i innych.

background image

XVIII

 

Trwała jesień, dni mijały, godziny posuwały się teraz szybciej, bo Ester Nilsson znowu

porzuciła nadzieję. Po pokazie filmu panowała cisza.

Kilka  dni  przed  Bożym  Narodzeniem  Ester  poszła  na  świąteczne  przyjęcie.  Dużą

imprezę, na którą zaproszono wszystkich zabierających publicznie głos w sprawach kultury
kraju.  Podjadała  migdały  i  rodzynki,  gdy  dość  daleko  od  siebie,  pod  ścianą,  zobaczyła
Hugona.  Bez  towarzystwa.  Nie  przyszło  jej  do  głowy,  że  on  też  mógłby  być  zaproszony,
goście  to  przeważnie  dziennikarze,  akademicy  i  pisarze.  Napotkała  jego  spojrzenie,
przytrzymała je na chwilę.

Było dość tłoczono, przyszło wiele osób mających swoje poglądy na społeczeństwo, w

którym żyją. I jeszcze więcej podobnie myślących antykonformistów, większość w drodze
na  weselsze  przyjęcia  gdzie  indziej.  Ludzie  podchodzili,  przystawali  obok  Hugona  i
zamieniali  parę  zdań,  po  czym  ruszali  dalej,  ku  kolejnemu  towarzystwu.  Ester  starała  się
być  dyskretna,  ale  zauważyła,  że  on  jest  tak  samo  świadomy  jej  miejsca  na  sali,  jak  ona
jego. By tego nie okazywać, rozglądał się rozbieganym wzrokiem.

Przyjęcie było z rodzaju tych, na których cały czas się stoi i trzyma talerz w ręce razem

z  kieliszkiem  wciśniętym  w  plastikowy  uchwyt.  W  ciągu  kilku  sekund  wszystko  w  niej
stopniało.  Była  wdzięczna  losowi,  że  ostatnio  zawsze,  kiedy  miała  ochotę  poinformować
go  o  swojej  głębokiej  pogardzie,  potrafiła  się  opanować.  Opanowania  człowiek  prawie
nigdy nie musi żałować. Niemal zawsze natomiast chcielibyśmy cofnąć gniew i awanturę.
Tylko  trudno  się  zorientować,  kiedy  człowiek  znajduje  się  w  takiej  przestrzeni  między
„prawie  nigdy”  i  „niemal  zawsze”,  zwłaszcza  jeśli  wybuch  gniewu  był  uzasadniony  i  dał
jak najbardziej pomyślne rezultaty.

Ester podeszła do Hugona.

Nie uściskali się jak wszyscy wokół nich. Pomyślała, że to dobry znak, ich ciała wciąż

są pod napięciem. To, że nadal myślę o znakach, nie jest dobre, stwierdziła w najgłębszych
rejonach świadomości, jest symbolem braku wolności. Hugo stał lekko odchylony w tył, z
roziskrzonym wzrokiem, ale jej się zdawało, że czai się za tym jakiś niepokój. Włożyła do
ust oliwkę.

– Mają tu dobre oliwki – stwierdził Hugo. – Nie z puszki.

–  Nie  sądziłam,  że  bywasz  na  takich  imprezach  –  powiedziała.  Głębokie  rejony

świadomości  usłyszały:  agresję  wzgardzonych,  subtelny  sarkazm  uzasadniony  pozycją
strony słabszej.

background image

– Bo nie bywam. Ale oni się upierali.

Patrzył w inną stronę.

Jako znak: Niedobrze.

– Pomyślałeś, że ja mogę tu być? – spytała.

– Nie zastanawiałem się nad tym.

Jako  znak:  Źle,  ale  obojętność  równie  dobrze  może  być  odegrana  i  oznaczać  coś

dokładnie odwrotnego.

– Lubisz takie jedzenie jak to?

On przyjrzał się talerzowi, jakby dopiero teraz dostrzegł jego zawartość. Powiedział:

– Czy to nie są te same stare, polane oliwą przystawki co zwykle?

Żartuje: Obiecujące.

Roześmiała  się  głośno,  na  co  on  się  rozpromienił:  Dobrze.  Wyraz  czujności  zniknął:

Bardzo dobrze.

Ale  równocześnie  przestępował  z  nogi  na  nogę  i  rozglądał  się  po  sali  w  sposób

wskazujący  –  już  nie  tak  dobrze  –  że  jest  mu  niewygodnie  i  nie  chce  już  tu  z  nią  stać  –
okropnie – i chyba szuka powodu, by odejść, szuka dróg ucieczki: katastrofa.

Chór  przyjaciółek  ulokował  się  w  jej  głowie  i  rzekł:  Czy  ty  nie  rozumiesz,  że  on  nie

chce? Nie mieliście ze sobą nic wspólnego prawie od roku. Co ty wyprawiasz?

Ester  pomyślała:  Powinnam  stąd  wyjść.  Ale  nie  chcę.  Chcę  stać  tu  z  nim.  To  jedyne

miejsce na świecie, w którym chcę stać.

Chór przyjaciółek spytał: Gdzie twoja duma?

Ester odpowiedziała: Nie mam żadnej dumy, bo duma wiąże się ze wstydem i honorem,

a ja jestem bezwstydna i nie mam pojęcia o tym, co inni uważają za honorowe.

Chór  przyjaciółek  oznajmił:  Twoja  duma  polega  na  tym,  by  pokazywać,  jak  bardzo

jesteś wolna od takich ludzi, którzy krępują bardziej konformistyczne istoty. W głębi duszy
jesteś snobistyczną arystokratką.

Kawałek od nich stała grupa ludzi rozmawiających o ostatniej agresywnej wojnie USA.

To  oczywiste,  że  tamten  reżim  był  straszny,  mówili,  ale  zamiast  atakować,  należało
wspierać podziemne ruchy demokratyczne. Hugo Rask spoglądał w ich stronę.

–  Nie  jest  przyjemniej  zostać  rozszarpanym  przez  bombę  zrzuconą  na  rozkaz

demokratycznie wybranego rządu – powiedziała Ester Nilsson.

– Co takiego?

–  Sądzę,  że  w  gruncie  rzeczy  jestem  pacyfistką.  Doszłam  do  wniosku,  że  na  dłuższą

background image

metę  to  jest  najlepsze.  Nawet  jeśli  zostanie  się  napadniętym,  jest  się  okupowanym,
pozbawionym  wolności,  przemienionym  w  niewolnika.  Nie  trzeba  się  bronić,  wystarczy
zrezygnować. Wyrzucić bomby wodorowe do morza, jak pisał Olof Lagercrantz. Po prostu
postanowić, że przemoc  nigdy  nie  może  być  dozwolona.  W  przeciwnym  razie  zostaniemy
na wieki zmuszeni do zastanawiania się nad konsekwencjami, a i tak nie da się ustalić, co
jest właściwe i słuszne.

Hugo  przytakiwał,  ale  nie  w  tych  miejscach,  co  trzeba.  Nie  jest  nią  zainteresowany

również jako pacyfistką.

Popijał  wino  sporymi  haustami.  Ci,  którzy  dyskutowali  o  ostatniej  amerykańskiej

agresji, napotkali opór ze strony uchodźcy z zaatakowanego kraju, który tutaj robił karierę
jako autor gazetowych wstępniaków, a teraz oznajmił, że jedynym rozsądnym posunięciem
byłoby zbombardowanie i wybicie jego głupiego narodu, bo ten nic nie rozumie.

Hugo zerkał na Ester, by się dowiedzieć, co o tym myśli. Ona jednak dostrzegła także,

że  Hugo  właściwie  nie  jest  w  stanie  wysłuchać,  co  ona  myśli  o  czymkolwiek.  Wciąż
przestępował z nogi na nogę.

– Status uchodźcy automatycznie nie gwarantuje właściwych poglądów – powiedziała

Ester.

– Strasznie tu dużo ludzi – zauważył Hugo.

– Tak.

– Cała kulturowa mafia.

– Cała mafia no i my – odparła Ester z cierpką ironią i po raz pierwszy odwróciła od

niego wzrok, co sprawiło, że natychmiast stał się bardziej czujny i uważny.

–  Czy  jednak  nie  sądzisz,  że  pewni  ludzie  zaliczają  się  do  tej  mafii  w  bardziej

oczywisty sposób? My, ty i ja, chyba bardziej tu odstajemy.

Bliższe  rejony  świadomości:  Aluzja  do  ich  wspólnej  przynależności,  wywołana  jej

uwagą o rezygnacji. Bezpośrednia  reakcja na jej  zdystansowanie się. Tak  było przez cały
czas, myślała jakby w samoobronie. I dlatego tkwię tak mocno w jego sieci.

–  Wszystkim  się  zdaje,  że  idą  pod  prąd  –  powiedziała  Ester.  –  I  to  jest  właśnie  ów

prąd.

– To pewnie są uwarunkowania człowieka – rzekł Hugo.

– Przypuszczalnie. Jedno z uwarunkowań.

Przygotowywała się do zmiany miejsca na sali.

– Znalazłem pewną książkę, którą zamierzałem dla ciebie kupić – oznajmił Hugo.

W obawie, że on mógłby pożałować, słuchała z nieruchomą twarzą.

background image

– Gdzie?

– W księgarni. Ale było zamknięte. Zobaczyłem ją na wystawie. I pomyślałem o tobie.

Że powinienem ją kupić dla ciebie.

Krew  znowu  zaczęła  się  w  niej  burzyć.  Takie  sytuacje  pojawiają  się  szybko,  tak

niesłychanie szybko, a potem wszystko na długi czas zamiera.

– Co to za książka?

–  Nie  pamiętam  tytułu.  Ale  dotyczy  jednej  z  twoich  głównych  specjalności.  Czegoś  z

tych spraw, wobec których jesteś taka krytyczna.

Spoglądał na nią czujnie. Kąciki jego ust opadły rozbrajająco. Akurat w tej chwili jej

nie odpychał, raczej zapraszał tym swoim podejrzanym wdziękiem.

– Uważasz, że jestem krytyczna?

– Tak.

– Zbyt krytyczna?

– Czasami.

– A czy ty nie oceniasz moralności ludzi bezlitośnie? – spytała.

–  Tylko  tych,  którzy  mają  władzę.  Ty  jesteś  krytyczna  niezależnie  od  tego,  czy  ludzie

mają władzę czy nie.

– Tak, ja próbuję nie różnicować ludzi, a patrzeć na ich postępki, tam gdzie postępki są

istotne.

– Firmy farmaceutyczne, zachodnie rządy, wysocy urzędnicy i inni, wobec nich trzeba

być krytycznym. Nie zaś wobec tych niewinnych, małych ludzi – zaprotestował.

– Ludzie nie są tacy mali, jak się sądzi. Ani tacy duzi. Błąd w traktowaniu posiadanej

władzy,  a  nie  postępków  jako  podstawy  ocen  polega  na  tym,  że  prawie  wszyscy  wtedy
mówią,  iż  ich  to  nie  dotyczy,  każdy,  kiedy  potrzebuje,  dowodzi,  że  żadnej  władzy  nie
posiada. Zresztą wszyscy jesteśmy w jakiś sposób bezsilni wobec kogoś lub czegoś. Każdy
ma w sobie jakiś pokład bezsilności w określeniu swojego miejsca w świecie, z której w
razie  czego  czerpie  korzyści.  I  dlatego  świat  wygląda  tak,  jak  wygląda.  Władza  każdego
człowieka  ma  jakiś  brak,  jakąś  skazę,  nawet  władza  tych  ludzi,  którzy  wiedzą,  że  ją
posiadają  i  że  spoczywa  na  nich  odpowiedzialność.  I  wykorzystują  to,  by  zrozumieć,
dlaczego muszą postępować tak, jak postępują. Moralność zaczyna się od jednostki. Trzeba
jej wymagać od wszystkich. Ci, którzy mają władzę, też urodzili się bezsilni i to poczucie
pozostaje w nich do końca życia, daje się zauważyć zwłaszcza w chwilach, gdy postępują
błędnie. Wtedy przypominają sobie, że doświadczali  mobbingu  na  szkolnym  boisku  i  byli
bici przez ojca, stwierdzają, że nawet teraz wszystko wynika z błędów kogoś innego.

Ester  zastanawiała  się,  na  ile  Hugo  rozumie,  że  ona  mówi  o  nich  dwojgu.

background image

Prawdopodobnie  wcale  to  do  niego  nie  docierało.  Przyglądał  jej  się  rozbawiony,  ale
sceptyczny, czy może raczej był sceptycznie rozbawiony. Nie potrafiła tego rozstrzygnąć.

– Czyli że głodujący, który ukradł jedzenie i pieniądze, powinien lepiej się zastanowić

nad swoją filozofią moralności.

– Taka osoba ma już chyba za sobą rozważania moralne i znalazła najlepszą dla siebie

drogę, to właśnie, że może ukraść jedzenie komuś, kto się bez tego potrafi obyć.

– Teraz cię nie rozumiem. Czy nie mówimy o jednym i tym samym?

– Nie. Ty uważasz, że wszyscy, którzy formalnie pozbawieni są władzy, nie ponoszą też

odpowiedzialności za swoje uczynki. W moim podejściu wyjątkowo silne jest dążenie do
tworzenia  społeczeństwa  równego  w  wolności.  Bo  od  kogoś  przymierającego  głodem,
kogoś,  kto  nie  z  własnej  winy  został  pozbawiony  wszelkich  dóbr,  nie  można  oczekiwać
takich  samych  postępków  jak  od  tych,  którzy  mają  wszystkiego  pod  dostatkiem,  można
natomiast  żądać  moralnych  poglądów  i  dążenia,  by  ich  postępowanie  jak  najmniej
szkodziło innym.

– Jaka jest różnica między tym a tym, co ja mówię?

Ester  mogła  dokładnie  określić  moment,  w  którym  ostatnio  widziała  u  niego  ten

intensywny,  a  jednocześnie  bezbronny  wyraz.  Było  to  w  lutym,  dokładnie  tuż  przed
pojawieniem  się  ich  problemów,  kiedy  stali  pośród  jego  kulis  trompe  l’oeil,  Hugo
przyjmował  jej  pochwały.  Kiedy  tamtego  dnia  się  do  niej  śmiał,  w  jego  twarzy  była
wyłącznie wdzięczność. Teraz znowu zobaczyła to na kilka krótkich sekund.

–  Czy  w  gruncie  rzeczy  nie  jesteśmy  zgodni,  że  władza  decyduje  o  moralnej

odpowiedzialności,  a  różnimy  się  tylko  co  do  tego,  kiedy  jest  się  bezradnym,  czyli  gdzie
przeprowadzić granicę?

Ester  podniosła  serwetkę,  którą  on  w  płomiennym  zapale  wzbudzonym  rozmową

upuścił na podłogę, i wsunęła mu ją do kieszeni spodni. Był to gest intymny i brak protestu
z jego strony wprawił ją w ekstazę; oni mimo wszystko są ze sobą związani.

– Myślę, że właściwie powiedziałam coś innego, ale nie obchodzi mnie już, co to było

– rzekła.

Grupa,  która  rozmawiała  o  amerykańskiej  agresji,  rozproszyła  się,  pewnie  w

oczekiwaniu  na  kolejną.  Ester  zauważyła  na  twarzy  Hugona  wyraz  zamyślenia  i  zgody.
Poczuła,  że  ma  rację,  że  ma  ją  również  dlatego,  bo  potrafiła  tak  długo  wytrzymać.  Oni
jeszcze ze sobą nie skończyli.

Hugo  delikatnie  dotknął  jej  ramienia  i  przeprosił.  Musi  iść  porozmawiać  ze  starym

znajomym  w  innej  części  sali.  Skinął  jej  głową  i  poszedł.  Ester  nie  spuszczała  wzroku  z
jego pleców. On odwrócił się jeszcze i uniósł rękę na pożegnanie.

Później  Ester  spacerem  wracała  do  domu  przez  świątecznie  przystrojone  ulice.  Śnieg

background image

sypał  przez  cały  dzień.  Sześciokątne,  regularne  płatki  o  strukturze  kryształów.  Wszystkie
jednakowe, choć żaden nie podobny do drugiego.

background image

XIX

 

Teraz  nie  będę  mu  się  już  naprzykrzać.  Cierpliwość.  Będę  kojąco  godna  zaufania  i

całkowicie  wolna  od  jakichkolwiek  przesądów.  Nie  będę  naruszać  jego  wolności,  tylko
czekać, aż sam się odezwie. Prawdopodobnie pójdzie i kupi tę książkę, a potem zadzwoni,
proponując spotkanie, by móc ją wręczyć. Nie można wybrać książki dla kogoś, o kim się
wie,  że  trwa  w  półletargu,  usychając  z  tęsknoty  i  z  kim  na  dodatek  przedtem  się  sypiało,
jeśli nie ma się czegoś szczególnego na myśli.

Nie naprzykrzać się teraz, czekać.

Przyszły  święta,  jej  drugie  Boże  Narodzenie,  kiedy  nie  mogła  zajmować  się  niczym

innym prócz swoich uczuć, swojej tęsknoty i swojego braku chęci do życia.

Nadszedł Nowy Rok. Ester myślała pozytywnie.

Nadeszło święto Trzech Króli. Ester myślała perspektywicznie. Cierpliwości. Czekać.

Hugo  znalazł  dla  niej  książkę,  a  nie  robi  się  tego,  jeśli  się  czegoś  nie  czuje.  Docenił  ich
rozmowę  na  świątecznym  przyjęciu.  Nadal  jest  w  Malmö.  Święta  były  długie,  było  ich
wiele.

Ester  sądziła,  że  po  tych  wszystkich  ranach  następny  krok  powinien  być  bardziej

ostrożny.  Nie  mogą  raz  jeszcze  popaść  w  jakieś  oszołomienie.  Nie  mogą  niczego
roztrwonić.  Tym  razem  trzeba  to  zrobić  porządnie  i  kontakt  musi  być  pielęgnowany,  jeśli
już zostanie nawiązany. Jest więc rzeczą naturalną, że on się jeszcze nie odezwał.

Minęło piętnaście dni stycznia, a telefon milczał jak grób. Ester stwierdziła, że jest na

Hugona  wściekła.  Jak  mógł  powiedzieć,  że  widział  dla  niej  książkę  na  wystawie  w
księgarni, jeśli nie chciał też czegoś innego? Tak nie wolno postępować z historią, której
pamięć jeszcze nie wystygła.

Chór przyjaciółek powiedział: Niedostatecznie znasz się na mechanizmach kierujących

poczuciem 

winy, 

skomplikowanych, 

wrażliwych, 

nieustannie 

przechytrzających

„prawdziwe  uczucie”.  Zostały  one  wymyślone  na  podobieństwo  maści  o  podwójnym
działaniu,  jako  ukojenie  sumienia  jednej  strony  i  udręka  dla  drugiej.  Okrutne  stają  się
dopiero, kiedy komuś przyjdzie do głowy stosować je zamiennie. Słowa są performatywne,
powiedziała  akademicka  część  chóru  przyjaciółek,  jedna  z  jej  członkiń  przygotowywała
rozprawę  o  J.  K.  Austin.  Wywierają  własny  wpływ.  Wypowiedzenie  określenia
„mechanizmy  kierujące  poczuciem  winy”  samo  stwarza  regulację.  Słowa  nie  są
przeznaczone do reprezentowania rzeczywistości wobec języka. Nie taki był cel, podobnie
jak  pytanie  „Ty  mnie  chyba  nigdy  nie  rzucisz?”  nie  mówi  o  przyszłości,  lecz  o
teraźniejszości.

background image

Gdy chór przyjaciółek się upierał, Ester powiedziała, że z pewnością ma rację, ale że

ona,  żeby  wytrzymać,  musi  myśleć,  że  jest  inaczej.  Jeśli  istnieje  najmniejsza  szansa  na
pozytywne  tłumaczenie,  to  ona  ma  zamiar  z  niej  korzystać  dopóty,  dopóki  nie  zostanie
przekonana.

Szesnastego  dnia  stycznia  Ester  zadzwoniła  do  Hugona.  Nie  odebrał,  ale  przecież  na

pewno widział na wyświetlaczu, że dzwoniła, więc wkrótce oddzwoni.

Minęły dwa dni. Hugo nie oddzwonił.

Ester  nie  mogła  żądać  odeń  niczego,  co  by  łagodziło  lęk.  Gadanie  przez  dwadzieścia

minut  na  przyjęciu  nie  pociąga  za  sobą  żadnych  zobowiązań.  A  widzieć  książkę  i  mieć
zamiar kupić ją dla kogoś, z kim blisko rok temu poszło się do łóżka, znaczy tylko tyle, że
nie jest się do tej osoby wrogo usposobionym.

Dlaczego więc Ester uważała, że mimo wszystko ciąży na nim zobowiązanie? Dlaczego

sądziła, że jej rozbicie jest uzasadnione?

Następujące sprawy stały się dla Ester Nilsson jasne:

Hugo Rask nie ma obowiązku jej kochać.

Nikomu nie przysługuje prawo bycia kochanym.

To zatęchła kultura honoru narzuca obowiązek usługiwania kobiecie lub sypiania z nią,

i  to  tym  bardziej,  gdy  po  pierwszym  kontakcie  fizycznym  spędziło  się  z  nią  jeszcze  dwie
noce.  W  każdym  razie  nadal  w  ten  sposób  rozumowała.  Jasno  i  wyraźnie  zdawała  sobie
sprawę, że taka logika jej właśnie odpowiada. Czy ucieka się do starej i w tym wypadku
odpowiadającej jej roli płciowej, by poradzić sobie z rozczarowaniem? Czy nie powinna
być  ponad  takie  zmurszałe  poglądy  o  obowiązkach  mężczyzn  wobec  płci  słabszej?
Próbowała  zanalizować  kwestię  i  napisała  o  tym  artykuł,  który  wysłała  do  pewnego
filozoficznego  czasopisma.  Kultury  honoru  nie  powinno  się  oczywiście  rozumieć  jako
celowego  ograniczania  wolności,  lecz  traktować  raczej  jako  rezultat  obserwacji  czegoś
szczególnie ważnego w ludzkim życiu: że mianowicie nikt nie ma prawa odwracać się od
tej osobliwej więzi, jaka powstaje między dwojgiem ludzi, którzy stali się sobie bliscy. Z
tego  właśnie  poczucia  przyzwoitości  wyłoniły  się  dawne  normy  zachowań,  pisała  Ester.
Powstały  po  to,  by  zapobiegać  cierpieniu  będącemu  następstwem  niejasności  i  braku
równości. Przy zbliżeniu z drugim człowiekiem zaczyna się odpowiedzialność. Im większa
jest  bliskość,  tym  większe  zobowiązanie.  Kultura  honoru  rozumiała  to  i  regulowała.  Jej
dążeniem nie było, tak jak się dzisiaj sądzi, zmuszanie dwóch jednostek,  by  się  spotykały
wbrew  swojej  woli,  skoro  już  raz  zaczęły,  ani  też  trzymanie  kobiet  w  ujarzmieniu  i  pod
nadzorem.  To  są  skutki  uboczne.  Wtedy  chodziło  raczej  o  to,  by  ludzie  w  ogóle  nie
zaczynali  się  spotykać,  jeśli  jedna  ze  stron  wiedziała,  że  niczego  od  tej  drugiej  tak
naprawdę nie chce i prędzej czy później ją rzuci.

Owe kody zachowań płciowych i uczuciowych nie mówiły o honorze, pisała. Honor to

konstrukcja późniejsza. Tamto zaś było próbą chronienia ludzi, by nie stali się zabawką w

background image

rękach kogoś nieodpowiedzialnego. Nie łudzili się nadzieją na coś, co się nie przytrafi.

Z  czasem  kody  zostały  odwrócone,  straciły  swoje  pierwotne  znaczenie  i  zaczęto  je

błędnie  rozumieć  jako  żądanie  od  kobiet  cnoty  i  obyczajności.  Ale  zasady  powinny  być
płciowo  neutralne,  skoro  świat  taki  się  stał.  Są  one  teraz  jedynie  obroną  przed  tym,  by
strona mająca przewagę nie podporządkowywała sobie tej słabszej. Przewagę posiada ten,
kto  ma  mniej  do  stracenia.  Po  to  właśnie,  by  stworzyć  ochronę  przed  zniewoleniem  i
lekkomyślnością,  została  ustanowiona  szczegółowa  struktura,  dzięki  której  każdy  na
każdym  kroku  wie,  co  robić.  Czystość  stała  się  częścią  składową  i  spontanicznym
następstwem,  ale  nie  jest  źródłem.  Kultura  honoru  odnosi  się  do  całkiem  innych  kwestii.
Została powołana po to, by ludzie nie rościli sobie do siebie nawzajem prawa.

Artykuł został zwrócony.

background image

XX

 

Styczeń  dobiegł  końca.  Ludzie  i  rzeczy  przedzierali  się  przez  zimę.  W  któryś  lutowy

weekend Ester wybierała się na jeszcze jedno przyjęcie. Nie bardzo miała ochotę tam iść,
dlatego  się  nie  spieszyła.  W  przedpokoju,  już  w  butach,  czapce  i  płaszczu,  ku  swemu
wielkiemu zdumieniu zobaczyła, że jej ręka sięga po płytę DVD i wkłada ją do torebki. Był
to  film,  który  przeleżał  się  u  Ester  w  domu,  a  który  pożyczyła  od  Hugona  dokładnie  rok
temu, po jednej z tych ich przeciągających się do późna w noc wypraw do restauracji.

Zamiast  pójść  do  autobusu  jadącego  do  dzielnicy,  w  której  odbywało  się  przyjęcie,

nogi  jakby  same  poniosły  ją  na  przystanek  jedynki  na  skrzyżowaniu  Fleminggatan  i  Sankt
Eriksgatan. Chciała tylko zostawić płytę. Postanowiła, że od Hugona pójdzie na przyjęcie
piechotą. Film miał tytuł Blask ognia, Hugo  zapewniał,  że  jest  fantastyczny  i  chciał,  żeby
Ester go obejrzała, to będą mogli podyskutować. Obejrzała go dwukrotnie, raz za razem, by
naprawdę  się  postarać  o  interesujące  refleksje,  ale  okazja  do  dyskusji  nigdy  się  nie
nadarzyła, ponieważ zaraz potem poszli do łóżka i przestali rozmawiać.

Ester  pamiętała  moment,  kiedy  ich  gorące  opuszki  palców  się  dotknęły  przy

przekazywaniu płyty i jak między nimi zaiskrzyło.

Hugo kiedyś musi  film odzyskać, pomyślała.  Ona zaś powinna  wyrzucić wszystko, co

ma związek z Hugonem – i ze swojego mieszkania, i z duszy. Odda tylko film i zaraz sobie
pójdzie. Możesz  go  odesłać  pocztą,  powiedziałby  chór  przyjaciółek,  więc  z  żadną  z  jego
członkiń się nie skontaktowała.

Wysiadła z autobusu na Karlavägen, przeszła ten krótki kawałek do Kommendörsgatan,

zadzwoniła  i  została  wpuszczona  przez  tego  samego  asystenta  w  zaplamionych  farbami
spodniach,  który  otworzył  jej  za  pierwszym  razem,  kiedy  przyszła  tu  zabrać  nagrane  na
wideo  dzieło  Hugona.  Wtedy  asystent  nie  chciał  jej  wpuścić.  Działo  się  to  dokładnie
piętnaście  miesięcy  temu.  Ambitny  chłopak,  pomyślała.  Pracuje  samotnie  w  sobotni
wieczór.  Tym  razem  poznał  Ester,  ale  spojrzał  na  nią  z  zakłopotaniem  na  twarzy,  którego
nie  umiała  sobie  wytłumaczyć.  Wyglądało  to  na  współczucie.  Nie  rozumiała  dlaczego,
pomyślała więc, że może nie ma to nic wspólnego z nią.

– Sama trafisz.

Machnął ręką w stronę schodów.

Hugo Rask stał oparty o barowy blat kuchni z Evą-Stiną i kieliszkiem czerwonego wina

obok. Już na schodach Ester słyszała ich śmiech. Była sobota, dochodziła siódma. Dwoje
współpracowników,  którzy  zostali  jeszcze  po  zakończeniu  dnia,  nic  dziwnego  w  tym  nie
ma, ale teraz Hugo najwyraźniej pamięta już imiona dziewczyny.

background image

Nie  sprawiali  wrażenia  zaskoczonych  widokiem  Ester,  trochę  tylko  zblazowanych.

Oboje  palili  papierosy,  czego  Hugo  nigdy  nie  robił  przy  Ester,  z  wyjątkiem  tamtego
spotkania u niej w domu, kiedy wypalił pięć. Palenie pogłębiało też wrażenie zblazowania.
Tym razem Eva-Stina nie patrzyła na nią krzywo, raczej z pobłażliwą wyrozumiałością.

–  To  jest  film,  który  od  ciebie  pożyczyłam  –  powiedziała  Ester,  zauważając,  że

pośpiech w jej ruchach i mowie jest zbyt duży. Jakie to upokarzające i serwilistyczne.

Hugo wziął płytę, zdawał się nie pamiętać, że jej to pożyczył, ani że rozmawiali o tym

filmie. Odłożył na półkę i spytał:

– Wypijesz kieliszek wina?

– Właściwie to jestem w drodze na przyjęcie.

Właściwie, pomyślała Ester. Znowu to słowo. Więc jestem w drodze na przyjęcie czy

nie jestem?

Natychmiast  znalazł  się  kieliszek,  zaraz  został  napełniony,  telewizor  był  włączony  na

dwójkę, Eva-Stina i Hugo z obojętną niechęcią komentowali program. Wino było cierpkie,
piło  się  je  źle.  Ester  nie  lubiła  wina  bez  jedzenia,  mimo  to  nie  odmówiła.  Ona  też
powiedziała coś złośliwego o programie oraz o telewizyjnych propozycjach w ogóle, i w
tej samej chwili poczuła, że jest fałszywa i nielojalna wobec czegoś nieokreślonego.

– W gruncie rzeczy to dobrze, że w telewizji chodzą marne programy – poprawiła się.

Tamci równocześnie spojrzeli na nią ze zdziwieniem.

– Co masz na myśli?

–  Marne  programy  bez  ambicji  są  decydujące.  Ziarenko  złota  może  się  wyłonić  z

zalewu szamba. Wszystko, niestety, okaże się przy porównaniu.

– Chcesz powiedzieć, że Bach pisał swoje utwory dlatego, że było tak dużo kiepskiej

muzyki? – spytała Eva-Stina.

– Tak. Musiał tylko odkryć, że istnieje lepszy sposób komponowania dźwięków.

– Ja tak nie sądzę – oparła Eva-Stina.

Ona i Hugo wybierali się na obiad. Nie wyglądało to na jednorazowe wydarzenie ani

na  coś,  o  czym  zdecydowali  właśnie  dzisiejszego  wieczora,  a  bardziej  na  część
naturalnego rytmu.

Wszyscy  troje  włożyli  okrycia.  Ester  pośpiesznie  wypiła  niesmaczne  wino  i

odnotowała cichy zgrzyt, gdy postawiła pusty kieliszek na barze. Ten sam zgrzyt słyszała w
Paryżu, kiedyś, tysiąc lat temu.

Chwilę  stali  na  ulicy  przed  domem.  Padał  śnieg.  Śnieg  padał  całą  zimę  i  cały  dzień.

Nawet w centrach miast zalegał wysokimi zwałami.

background image

– A nie chciałabyś zjeść z nami? – zapytał Hugo.

Stawało się coraz bardziej jasne, że on i Eva-Stina w jakiś sposób do siebie należą, ale

Ester nie przyszło do głowy, że mogliby być związani, tak jak ona była związana z nim. Są
z pewnością wyjątkowo  bliskimi kolegami; dowiedziała  się właśnie, że  chodzą razem na
kursy  samochodowe  i  że  dużo  się  podczas  tych  zajęć  śmieją,  śmieją  się  z  różnych
„przekomicznych  sytuacji”,  do  jakich  wtedy  dochodzi.  Eva-Stina  ma  jeszcze  przed  latem
zrobić prawo jazdy.

Gdyby  Ester  nie  uważała,  że  to  absolutnie  niemożliwe,  mogłaby  pomyśleć,  że

zachowują się jak zakochana para. Zamiast tego pomyślała, że „przekomiczne” to najgorsze
słowo  w  języku  szwedzkim.  To  słowo  dla  ludzi,  którzy  zaobserwowali,  że  coś  jest
zabawne, ale sami za zabawne tego nie uważają, a mimo to nie stać ich na ironię.

Poczuła  ucisk  w  gardle  na  myśl,  że  Hugo  ma  czas  na  wspólne  lekcje  jazdy  i

przekomiczne sytuacje, a równocześnie daje jej przez rok do zrozumienia, że nawał pracy
nie pozwala mu się z nią spotykać.

Stali na chodniku przed jego bramą. Padał śnieg.

Ester myślała: Jak można być do tego stopnia głupim, by wierzyć, że naprawdę chodzi

o  czas,  kiedy  ludzie  podają  jego  brak  jako  przyczynę?  Jak  w  ogóle  można  być  takim
głupim, by nie widzieć oczywistości w tym, co się dzieje. Kiedy coś się zmienia, nic nie
dzieje się przypadkiem. Nie, ja nie jestem głupia. Nigdy nie wierzyłam, że to chodzi o czas.
Próbowałam tylko radzić sobie z rozczarowaniem, wytrzymać, dać radę.

Czy  powinna  pójść  z  nimi  na  ten  obiad?  Pomyślała,  że  zaproszenie  musi  oznaczać,  iż

Hugo  lubi  jej  towarzystwo.  A  z  Evą-Stiną  są  tylko  kolegami  i  nic  bardziej  intymnego  ich
nie  łączy.  Nie  zaprasza  się  byłej  kobiety,  kiedy  idzie  się  do  restauracji  z  nową.  Nikt  nie
może być aż tak pozbawiony klasy.

Czy to pytanie, które właśnie zadał, nie jest w istocie jego sposobem poinformowania

Ester,  że  nie  ma  nic  między  nim  a  Evą-Stiną,  że  to  jedynie  studentka  sztuki,  dla  której  on
jest idolem, a przy tym pomaga jej w nauce jazdy i udziela rad dotyczących jej kariery.

Bo w przeciwnym razie chyba nigdy by nie zaproponował, by poszli do knajpy wszyscy

troje? Byłoby to zbyt nielogiczne.

– Ale może chcielibyście pójść sami? – spytała.

– Coś ty, chodź z nami – odparła Eva-Stina.

– W końcu chyba możesz zjeść obiad? – spytał Hugo.

– Mogę. Zwłaszcza że nie mam ochoty iść na to przyjęcie.

– Jakie tam przyjęcie – uciął. – Idziemy. Jestem głodny.

Nagle coś sobie przypomniał, odwrócił się i pobiegł na górę do pracowni. Po minucie

background image

wrócił z cienką książką.

– Zdobyłem dla ciebie tę książkę, o której ci mówiłem. Tę, co to myślałem, że ci się

spodoba. Proszę bardzo, spóźniony prezent gwiazdkowy.

Ester spojrzała na niego, spojrzała na książkę.

Nieszczęsne konsekwencje utylitaryzmu, głosił tytuł.

– To ta, którą widziałeś na wystawie?

–  Tak.  A  raczej  nie.  Tamtej  nie  znalazłem.  W  zamian  kupiłem  tę.  Chyba  jesteś

zainteresowana takimi teoriami?

– Zdaje mi się, że ty też.

– No tak. Oczywiście.

–  Robiliśmy  wywiad  na  ten  temat.  Wzbudził  spore  zainteresowanie,  jak  to  mówią.

Recenzje w dziennikach i w ogóle.

Przeczytała notę na okładce.

– Uznałeś, że dalej powinnam roztrząsać tamte problemy?

Roześmiała się, by złagodzić ostrość pytania.

– To chyba zawsze jest potrzebne.

– Tak. To zawsze jest potrzebne.

Przeglądając książkę stwierdziła, że jest pięknie wydana.

– Dziękuję. To miłe z twojej strony.

Ester  zerkała  na  tę  drugą  kobietę.  A  może  to  jest  pierwsza?  Wyglądała  młodo  i

beztrosko.  Chociaż  nie,  to  nie  tak.  Wygląda  na  pewną  siebie  i  przebiegłą,  nawet  dość
wyrachowaną.  Stoi  spokojnie  u  boku  Hugona,  z  rękami  w  kieszeniach  kurtki,  w  kapturze
obramowanym futrem, całą postawą podkreślając swoje prawo własności.

Płatki  śniegu  opadały  na  ich  ramiona,  ale  się  nie  topiły.  Na  ramionach  Evy-Stiny

rozpuszczały  się  natychmiast.  Ester  czuła,  że  powinna  iść  do  domu.  Ale  jeśli  pójdzie,  to
spędzi w samotności jeszcze jeden okropny wieczór. Na przyjęcie iść już nie zamierzała i
w  jakiś  niezwykły  sposób,  który  tymczasem  stał  się  jej  przyzwyczajeniem,  znalazła  się
jakby  obok  wydarzeń,  obserwując  jednocześnie  swoje  w  nim  uczestnictwo.  Była  zbyt
ciekawa, jak się to wszystko potoczy, by z nimi nie pójść.

Hugo przytupywał nerwowo i chciał już ruszać. Ester wciąż trzymała otwartą książkę,

potem zdmuchnęła suche płatki śniegu, układające się na kartkach.

– Dlaczego mi ją dajesz? – spytała.

– Zobaczyłem książkę i pomyślałem o tobie.

background image

– Jak o mnie pomyślałeś?

– Nie wiem. Jak się myśli o ludziach? Teraz idziemy jeść. Chodź.

Całe  jego  ciało,  zwłaszcza  drobne  mięśnie  wokół  oczu,  wskazywało,  że  Hugo

przewiduje, iż zanosi się na kłopoty, domyśla się, że tego swobodnego nastroju nie da się
zachować,  czuje,  że  w  jego  osądach  istnieją  słabe  punkty,  przewiduje  ogólne
nieprzyjemności,  te  okropne  nieprzyjemności,  których  niemal  we  wszystkich  swoich
działaniach stara się unikać.

– Może jej nie chcesz? – wyciągnął rękę, by odebrać książkę.

Ester przycisnęła ją do piersi.

– Ależ chcę. Nie rozumiem tylko, jakiego rodzaju jest to prezent.

– Żadnego szczególnego. Sobie też taką kupiłem.

Ester spojrzała na Evę-Stinę. Dla niej najwyraźniej nie kupił.

– Żaden szczególny podarunek. Jaka szkoda.

–  Chyba  można  dawać  sobie  nawzajem  książki.  Nie  wszystko  jest  takie

skomplikowane, jak ty myślisz.

–  Ależ  jest!  Wszystko  ma  dodatkowe  abstrakcyjne  poziomy.  Wszystko,  co  się  dzieje,

można  zredukować  do  energii  i  materii,  i  wszystko,  co  jest  robione,  ma  swoje  źródło  w
myśli, w uczuciu, dobrym lub złym, ale wszystko pochodzi z czegoś i jest jakiegoś rodzaju.

Hugo sprawiał wrażenie, że pragnie opuścić miejsce, w którym się znalazł. Wpatrywał

się  w  kraniec  ulicy,  jakby  głęboko  żałował  swojej  inicjatywy,  tej  książki,  wyprawy  do
restauracji,  wszystkiego.  Ester  wiedziała,  że  powinna  pójść  do  domu.  Dokładnie  w  tej
chwili.

Została  jednak  i  ruszyli  w  drogę  wszyscy  troje,  przez  śnieg,  który  spadł  w  ciągu

ostatnich godzin i pług nie zdążył go usunąć.

Dla  Hugona  Raska  stolik  znajdował  się  zawsze,  nawet  jeśli  restauracja  była  pełna.

Przeszli  obok  kolejki,  obsługa  się  zakrzątnęła  i  zaraz  stolik  z  nakryciem  dla  trojga  był
gotów.

Ester  zamówiła  sałatkę  z  kozim  serem,  Hugo  antrykota  z  frytkami,  Eva-Stina  befsztyk

tatarski.  Podano  im  szybko  i  zaczęli  jeść.  Kozi  ser  miał  konsystencję  kremu,  był  gęsty,
mięso soczyste i kruche, befsztyk normalny.

– Dobre to – rzekł Hugo.

– Rzeczywiście dobre – potwierdziła Ester.

– A jak u ciebie? – spytał Hugo Evę-Stinę.

– Dziękuję, bardzo smaczne – powiedziała ta druga kobieta. A może to właśnie ona jest

background image

pierwszą? Zrobiła się jakaś nieprzystępna, jakby źle się poczuła.

– Zwykle ich proszę, żeby nie dawali tyle czosnku – rzekł Hugo.

– No właśnie, nie lubisz czosnku – przypomniała sobie Ester.

– Przynajmniej nie w dużych ilościach.

– Rozmawialiśmy o tym, kiedy byliśmy tutaj pierwszy raz razem.

– To prawda.

Równie  dobrze  mogliby  występować  w  programie  telewizyjnym  Pośród  przyrody.

Górę  wzięła  biologia.  Rewiry  i  rywale,  pióropusze  i  selekcja  seksualna  były  w  pełnym
rozkwicie. Hugo roześmiał się nerwowo – był to raczej wyćwiczony ruch mięśni, a mimo
to  ważny  element  w  grze  natury.  Ta  druga  kobieta,  czy  może  raczej  pierwsza,  wciąż
zachowywała się bardzo powściągliwie.

Ester  przypomniała  sobie,  co  pewnego  razu  powiedział  chór  przyjaciółek:  Zostać

porzuconą  dla  innej  to  zawsze  coś  niepojętego,  niezrozumiałego.  Ta,  która  zajęła  nasze
miejsce, jest zawsze nieodpowiednia. Zawsze.

Kiedy Eva-Stina poszła do toalety, Ester spytała:

– No a co u ciebie?

Hugo odpowiedział, że działania USA denerwują go coraz bardziej, że trzeba coś z tym

zrobić,  jakoś  zaprotestować.  Zastanawia  się  właśnie  co  on,  jako  artysta,  mógłby  uczynić,
jaka  na  nim  spoczywa  odpowiedzialność,  skoro  nikt  nic  nie  robi,  a  świat  wali  się  na
naszych oczach.

On często tak myśli, stwierdziła Ester, uważa, że nikt nic nie robi, nic nie mówi, na nic

nie ma odwagi. Wszyscy są moralnie skorumpowani, to bankruci i tchórze.

–  Dlaczego  nikt  nie  widzi  społecznej  niesprawiedliwości  i  nie  protestuje  przeciwko

niej?

Pytanie absolutnie retoryczne.

– Jest przecież sporo osób, które przez cały czas mają swoje poglądy w tej sprawie –

odparła Ester. – W radiu, telewizji i prasie, jak to się mówi.

–  Gdzie  ty  to  widzisz?  Ja  uważam,  że  wszyscy  zajmują  się  wyłącznie  sobą  i  swoją

konsumpcją.

Zręczna kelnerka bezszelestnie zebrała talerze. Ester patrzyła na Hugona. Za tym ciałem

i za tą osobowością tęskni przez każdą dobę od ponad roku i czterech miesięcy. Spytała:

– Gdybym dzisiaj wieczorem nie przyszła do twojej pracowni, to kiedy miałeś zamiar

dać mi tę książkę? – spytała.

– Jaką książkę?

background image

– No tę, którą mi przed chwilą dałeś. Tę, którą dla mnie wybrałeś.

– Nie wiem, kiedy bym ci ją dał. Ja o takich sprawach nie rozmyślam tyle co ty. Może

wysłałbym pocztą.

Druga/pierwsza  kobieta  wróciła.  Ester  zauważyła,  że  Hugo  uśmiechnął  się  do  niej

ciepło i promiennie, patrzyła, jak podsuwa jej krzesło i słyszała, jak mówi:

– Rozmawiamy o imperializmie USA.

Ester poczuła, że przekora rozrasta się w niej niczym radioaktywna chmura.

– Gorsi niż cały amerykański imperializm na świecie są talibowie – oznajmiła.

– To Zachód stworzył talibów – odparł Hugo.

– Oni stworzyli się sami. Nikt ich nie zmuszał, żeby wyznawali swoje idee, ale oni je

głoszą, wierzą w nie i rozwijają, ku przerażeniu kobiet, które znajdą się na ich drodze.

– Tak teraz myślisz?

– A jak myślisz ty sam?

– Talibem zostaje się w proteście przeciwko uciskowi – wyjaśnił Hugo pedagogicznie.

– Terroryzm jest jedyną bronią biednych.

Ester ogarnęła głęboka apatia, gdy zdała sobie sprawę, że człowiek, którego kocha, nie

stara  się,  bądź  nie  potrafi  pójść  dalej,  tylko  niczym  echo  powtarza  takie  wyświechtane
komunały.  W  jej  głowie  pojawiła  się  myśl,  niepewna  niczym  człowiek  z  lękiem
przestrzeni,  przestraszona  poruszała  się  wzdłuż  ścian  komórek,  ale  i  ta  myśl,  i
przestraszony  człowiek  mimo  wszystko  wyszli  na  swój  spacer:  ta  osoba  tutaj  to  nie  jest
ktoś,  z  kim  Ester  chciałaby  żyć.  Nie  mogłaby  się  zgodzić  z  jego  polityczno-moralnym
zadufaniem.

–  Skąd  się  bierze  przekonanie  –  spytała  –  że  tylko  ludzie  z  Zachodu  powinni  być

odpowiedzialni  za  swoje  postępki  i  idee,  a  żadni  inni  nie?  Ty  i  wielu  tobie  podobnych
dzielicie  świat  na  stałe,  niepodlegające  zmianom  kategorie,  na  odpowiedzialnych  i
niewinnych,  przedsiębiorczych  i  bezradnych.  A  jak  wyglądacie  wy  sami  z  tą  brutalną
pogardą wobec wszystkich prócz uznanych za swoich? I jak możecie znieść samych siebie?

– Trzeba przecież dokonywać jakiejś analizy władzy – wtrąciła przemądrzale ta druga

kobieta, czy też może pierwsza.

– Trzeba też widzieć, kiedy pozbawiony władzy się nią posługuje, bo brak władzy nie

oznacza  automatycznie  słusznych  ocen  –  powiedziała  Ester.  –  Władza  zależy  od  sytuacji.
Jej  struktury  przenikają  wszystkie  sytuacje,  ale  ludzie  krążą  wokół  nich,  oddziałując  na
siebie  nawzajem.  Jedna  i  ta  sama  osoba  znajduje  się  w  różnych  konfiguracjach,  to  nie
zależy od koloru skóry, religii ani pochodzenia.

–  Nikt  nie  powiedział,  że  to  zależy  od  koloru  skóry,  religii  lub  pochodzenia  –  rzekł

background image

Hugo.

– Nie? A skąd wy zawsze możecie zawczasu wiedzieć, kto jest w gorszym położeniu,

bez względu na to, czego sprawa dotyczy?

Ze stłumioną irytacją Hugo sięgnął po kartę deserów i powiedział:

– Mój ojciec zwykł mawiać, że Stalin jako jedyny rozumiał sytuację robotników.

– Twój ojciec bronił Stalina?

– On go rozumiał. Rozumiał, czego tamten chce. – Hugo powiedział to z satysfakcją  i

wyglądał na zadowolonego.

– I ty też tak uważasz?

– Jak?

– No, czy rozumiesz Stalina?

Hugo wyjął z kieszeni koszuli okulary i z zainteresowaniem studiował zestaw deserów.

–  Chyba  istnieje  wolność  poglądów  –  wytrąciła  Eva-Stina.  –  Człowiek  ma  prawo

myśleć, co chce.

– Nie będzie miał, jeśli pozwoli się decydować Stalinowi. Bronisz Stalina choćby  w

jednym jedynym punkcie? – upierała się Ester, zwracając się do Hugona.

– Nie jestem w takim samym położeniu jak mój ojciec.

–  Ale  pominąwszy  położenie,  to  twój  ojciec  nie  powinien  chyba  bronić  jednego  z

największych morderców i przestępców w historii świata?

– To, co teraz mówisz, mogło być propagandą, przynajmniej częściowo.

– A to, co ty teraz mówisz, Hugo, jest ciebie niegodne.

– Stalin mógł być dobry dla mojego ojca i innych robotników. Stalin mógł im sprzyjać.

Nie  mamy  prawa  wydawać  sądów  w  tej  sprawie,  tu  jest  mowa  o  interesie  klasowym,  a
poza tym to były inne czasy, inna symbolika.

– I właśnie robotnicy nie powinni wynosić się ponad to, co im w krótkiej perspektywie

sprzyja,  jeśli  założymy,  że  to  im  sprzyja,  chociaż  ja  w  to  wątpię,  ponieważ  nikomu  nie
może sprzyjać straszliwa przemoc  i totalitaryzm, ale  na potrzeby dyskusji  załóżmy, że tak
było.  Ty  sam  korzystasz  z  idei  i  praktyki  liberalizmu.  Tworzysz  krytyczne  wobec
cywilizacji  artystyczne  dzieła  sztuki  na  wideo,  których  nigdy  nie  mógłbyś  tworzyć  w
żadnym  z  tych  krajów,  których  systemy  polityczne  wielbisz  i  ich  bronisz.  A  mimo  to  nie
uważasz,  że  możesz  popierać  te  idee,  które  w  krótkiej  perspektywie  sprzyjają  tobie  i
twojej działalności zawodowej. Sądzisz, że ciąży na tobie powinność, by w imieniu ogółu,
społeczeństwa  i  uciśnionych  być  ponad  tego  rodzaju  pospolity  interes  klasowy.  Dlaczego
nie oczekujesz tego samego od swojego ojca i innych robotników? Nie domagasz się, żeby

background image

byli ponad własny interes? Dlaczego oczekujesz bardziej świadomej  postawy  i  orientacji
od siebie, a nie od innych?

–  Mój  ojciec  był  prostym  robotnikiem.  Małym  człowiekiem,  który  znalazł  się  w

potrzasku.

–  To  przecież  całkiem  różne  rzeczy,  czy  się  ma  władzę,  czy  nie  –  powiedziała  Eva-

Stina, co tym razem zabrzmiało odrobinę po szkolarsku.

– Więc robotnicy nie mogą dokonywać osądów etycznych w żadnej innej sprawie niż

własna korzyść? – zdziwiła się Ester. – Nie mogą myśleć o niczym innym, tylko o sobie i
swoim interesie? Nie mogą uwzględniać ogółu lub życia innych?

Hugo dłubał wykałaczką w zębach i zwrócił się do Evy-Stiny z pytaniem, co by chciała

na deser. Sorbet, brzmiała odpowiedź. Hugo chciał czekoladowy fondant. Ester też chciała,
ale w tej napiętej sytuacji nie powinna chyba zamawiać tego samego, skończyło się więc
na panna cotcie.

– Majakowski popierał Związek Radziecki – rzekł Hugo, kiedy już złożyli zamówienie.

– Przeczytaj Sowiecki paszport.

 

„Czytajcie, zazdrośćcie,

jam obywatel Związku Republik Rad”.

[4]

 

–  Miejmy  nadzieję,  że  nie  napisałby  tego,  gdyby  miał  takie  informacje,  jakie  my

posiadamy.

Hugo  Rask  tęsknie  spoglądał  w  zimową  noc,  na  widoczne  w  świetle  latarni  płatki

śniegu. Wielkie i okrągłe.

Przez kilka sekund Ester miała wrażenie, że oto dostała szansę odbudowania relacji z

nim, ale wszystko zepsuła, występując tak wyniośle, ostro i polemicznie. Teraz on zamiast
mnie  wybierze  tę  drugą,  myślała.  To  właśnie  teraz  go  straciłam,  zniszczyłam  owo  kruche
uczucie, które zaczęło znowu kiełkować. Zabranie nas obu na obiad było testem i tu uznał
ostatecznie, że mnie nie chce. Tu zniknęła ostatnia wątpliwość, którą dziś wieczorem chciał
rozwiać.

Z płonącymi policzkami powiedziała:

– Ale jest jasne, że wszystko zależy od perspektywy.

Jakie to było okropnie niepotrzebne wdawać się w dyskusję o Stalinie i talibach. Ester

żałowała. I nie żałowała.

I  tak  nie  mogłaby  żyć  z  kimś,  kto  myśli  hasłami,  kto  zatrzymuje  się  na  gładkiej

background image

powierzchni  rzeczywistości,  by  nigdy  nie  musieć  schodzić  na  dół  do  labiryntów  tych,
którzy poszukują.

Kelnerka  niosła  kolejne  danie  i  Hugo  powitał  ją  z  uśmiechem,  który  wybuchł  niczym

ogień  z  mokrego  drewna.  Szybko  zjedli  deser,  a  potem  on  wyjął  portfel,  żartobliwym
gestem, jak ktoś bogaty, i zapłacił za wszystkich troje.

– Nie musisz – próbowała zaprotestować Ester.

– Nie ma o czym mówić.

Zatrzasnął  portfel  tak,  żeby  było  słychać,  iż  odczuwa  ciężar  odpowiedzialności,

podniósł się,  górując  nad  obiema  swoimi  towarzyszkami.  Poszli  w  górę  Nybrogatan,  trzy
osoby  obok  siebie,  minęli  skrzyżowanie  z  Sibyllegatan  i  zmierzali  dalej,  w  stronę
Kommendörsgatan.

Padał śnieg.

Dwoje współpracowników wracało jeszcze do atelier, tymczasem Ester miała zamiar

iść dalej, do swojego autobusu. Przed wejściem przystanęli, by się pożegnać.

– Dziękuję za książkę i obiad – powiedziała Ester.

– Mam nadzieję, że będziesz miała z niej pożytek.

– Z pewnością.

Hugo uniósł rękę i pomachał.

– W takim razie powodzenia – rzekł.

Ester  patrzyła,  jak  tamtych  dwoje  znika  w  drzwiach  Hugona,  a  potem  ruszyła  przed

siebie  chodnikiem,  którym  chodziła  tyle  razy  przedtem.  Ile  chodników  musi  człowiek
pokonać, zanim da sobie spokój?

W takim razie powodzenia, myślała. To fraza posiadająca wszystkie cechy morderczej

broni. Ludzie zostali przecież stworzeni po to, by dręczyć siebie nawzajem. Podkreśliła to
zdanie,  kiedy  jakiś  czas  temu  czytała  Idiotę.  Nagle  w  pół  kroku  stanęła  i  przez  chwilę
trwała  w  bezruchu.  Nieoczekiwanie  bardzo  wyraźnie  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  co
powinna  teraz  zrobić.  I  że  musi  to  zrobić  natychmiast.  Zbyt  wiele  spraw  pozostało
niewyjaśnionych. Dziś wieczorem jest szansa, żeby się rozmówić. Ruszyła z powrotem w
stronę domu Hugona. On jest jej winien szczerą rozmowę.

W pomieszczeniach pracowni nadal się świeciło, ale Ester mogła czekać. Była trochę

ożywiona myślą, że ostatecznie będą mogli ze sobą porozmawiać o tym, co było, i dlaczego
było tak, jak było oraz o tym, co teraz mogłoby się stać, do czego może ich doprowadzić
szczera rozmowa o północy, z alkoholem we krwi.

Okrążała najbliższe budynki. Kiedy tu wróci, oni, tam na górze, na pewno już skończą.

Będzie ciemno, światła w pomieszczeniach pogaszone.

background image

Kiedy wróciła, jedno okno było otwarte na oścież i Ester usłyszała odgłosy gry w ping-

ponga.

Hugo  i  Eva-Stina  śmiali  się,  w  taki  sztuczny  sposób,  jak  się  człowiek  śmieje,  kiedy

chce  kogoś  polubić,  ale  między  nimi  wciąż  znajduje  się  pusta  przestrzeń.  Kiedy  jest  już
dobra wola, nie ma natomiast jeszcze wzajemnej przynależności. Kiedy chce się pokazać,
że  razem  dobrze  się  bawimy,  ale  nie  czujemy  się  swobodnie  i  nie  mamy  pewności,  że  ta
właśnie  aktywność  jest  szczególnie  budująca.  Uczestniczy  się  w  tym  i  okazuje  radość
bardziej  ze  względu  na  tę  drugą  osobę.  Jak  wtedy,  gdy  wszystko  jest  trochę  udawane.  W
taki właśnie sposób tamci się śmiali.

Ona też czasami tak się śmiała, ale nigdy z nim. Z nim nigdy niczego nie odgrywała ani

nie  udawała,  nie  czuła  się  niekomfortowo.  On  powiedział  kiedyś,  że  z  nikim  jeszcze  nie
rozmawiało mu się tak jak z nią. Dla Ester rozmowa jest afrodyzjakiem, jest jedynym, na
czym się zna, nad czym panuje. Rozmową może rzucić na kolana każdego, kto podziela jej
chęć wymiany myśli. Rozmowy jej i Hugona były erotycznie naładowane, niekończące się i
nieskończenie  wiele  im  dawały.  Były  w  oczywisty  sposób  nieodzowne.  Inni  ludzie
najwyraźniej mogą żyć bez interesujących rozmów. Werbalno-erotyczne współistnienie nie
jest ich podstawową potrzebą, jest nią raczej wolność od kłopotów – to zawsze wyprzedza
pragnienie treści i sensu. Wolność od kłopotów kupują sobie za cenę łagodnej nudy.

Ester  Nilsson  stała  na  chodniku  przy  Kommendörsgatan  ze  zmarzniętymi  na  kość

stopami  i  myślała,  że  oni  tam,  w  swoim  miejscu  pracy,  prowadzą  bardzo  aktywne  życie.
Musiała czekać jeszcze kilka dodatkowych godzin w swoim za cienkim jak na taką sytuację
płaszczu.  W  końcu  światło  zgasło  i  w  pracowni  zrobiło  się  ciemno,  płynął  tylko  słaby
blask z bocznego pokoju. Ester poczekała jeszcze pięć minut. Potem przeszła przez bramę i
przez podwórze, weszła po schodach na górę do jego mieszkania.

Zapach na schodach był taki, jak zapamiętała – stary kurz na zimnych kamieniach. Ten

zapach  powinien  był  sprawić  jej  ból,  jaki  zwykle  sprawiają  wspomnienia,  ale  teraz
oczekiwanie było silniejsze. Drzwi do jego mieszkania były uchylone. Ester zapukała.

– Tak? – dał się słyszeć jego głos, życzliwy i wyczekujący.

Ester weszła do holu. Jak ona czekała na to, żeby rozmówić się z nim naprawdę, bez

przeszkód, w jego domu, kiedy żadne z nich nigdzie nie wybiera.

Usłyszała, że Hugo idzie jej na spotkanie, że wyszedł z kuchni. Teraz ją zobaczył, jego

świecąca się, podobna do księżyca w pełni twarz wyrażała wątpliwość i niedowierzanie.

Ester  zaczęła  zdanie.  Przećwiczyła  je  w  ciągu  tego  czasu,  kiedy  przytupując,  stała  na

ulicy.  Brzmiało  ono:  Pomyślałam,  że  moglibyśmy  porozmawiać  trochę  teraz,  kiedy
spędziliśmy ten miły wieczór. Nigdy nie mieliśmy okazji porozmawiać porządnie o tym, co
się  stało  i  w  jakim  właściwie  miejscu  się  znajdujemy,  ani  co  powinniśmy  zrobić  z  tym
pięknym czymś, co zbudowaliśmy.

Tak miała zamiar powiedzieć.

background image

To ciągłe gadanie, do którego wzgardzony wciąż się ucieka. To ciągłe gadanie. Ten, kto

wzgardził, nigdy nie ma potrzeby gadania.

Jeśli w ogóle ktokolwiek, to już na pewno Ester powinna wiedzieć, że ten, kto porzuca,

nie cierpi, ten kto porzuca, nie potrzebuje rozmawiać, bo nie ma o czym. Ten, kto porzuca,
ma  jasność.  Odrzucenie  to  jest  wielki  ból.  Ten,  kto  został  porzucony,  odczuwa  potrzebę
wiecznego rozmawiania. A całe to gadanie to tylko próba doprowadzenia drugiej strony do
świadomości, że się pomyliła, że gdyby tylko dostrzegała prawdziwą naturę rzeczy, nigdy
by  nie  wybrała  tak,  jak  wybrała  i  nie  przestałaby  kochać.  Gadanie  nie  jest  po  to,  by  coś
wyjaśnić, jak twierdzi gadający, ale po to, by przekonywać, zagadywać niepokój.

Tymczasem rozmawianie nie ma sensu. Szczerej odpowiedzi i tak się nie dostanie, ale

o to właśnie chodzi. Człowiek zdradza i jest zdradzany, i nie ma o czym mówić, bo nie ma
żadnych powinności, jeśli nie ma woli. To, co się robi z litości, niewiele jest warte, jeśli
druga strona wyobraża sobie, że jest to robione z miłości.

Ester nie zdążyła powiedzieć tego, co sobie zaplanowała, ale jednak zaczęła:

– Myślałam, że moglibyśmy...

Potem  dostrzegła  wyraz  jego  twarzy.  Była  to  twarz  kogoś,  kto  zobaczył  jadowitego

węża. Hugo oczekiwał wizyty. Ale nie jej. Słowa, które padły z jego ust, były niezdarne, z
przerażenia i grozy, czy też może nie wiadomo z jakich wspomnień.

– Przyjdzie... ktoś inny... Eva-Stina przyjdzie.

Ester zatrzasnęła drzwi i zbiegła po schodach. Jak najszybciej, by uniknąć spotkania z

tą drugą kobietą, która okazała się pierwszą. Tamta najwyraźniej wciąż była w pracowni,
pewnie coś kończy. Może maluje nowe kulisy.

background image

XXI

 

Sprecyzowane informacje łatwiej znieść niż mało konkretne. A to z powodu Nadziei i

jej natury. Nadzieja jest pasożytem w ciele człowieka i żyje w pełnej symbiozie z ludzkim
sercem. Nie wystarczy włożyć obcisłego sweterka, by ją zamknąć w ciemnym zakamarku.
Głodowe  jedzenie  też  nie  pomaga,  pasożyta  nie  można  skazać  na  chleb  i  wodę.  Trzeba
całkowicie  ograniczyć  dostarczanie  mu  pokarmu.  Jeśli  Nadzieja  może  zdobyć  tlen,  to  go
zdobędzie. Tlen znajduje  się  w  źle  użytym  przymiotniku,  w  przeniesionym  przysłówku,  w
geście współczucia, w ruchu ciała, w uśmiechu, błysku oka. Ten, kto ma nadzieję, stara się
nie  wiedzieć,  że  empatia  to  siła  mechaniczna.  Automatycznie  wykonuje  obojętne  rzeczy
świadczące o troskliwości, by chronić i siebie, i cierpiącego.

Nadzieję  trzeba  zagłodzić  na  śmierć,  by  nie  uwodziła  i  nie  oślepiała  swojego

żywiciela. Nadzieję można uśmiercić jedynie brutalnie, z pełną świadomością. Jest okrutna
dlatego,  że  wiąże  i  usidla.  Kiedy  pasożyta  Nadzieję  odłączy  się  od  jej  żywiciela  i
nosiciela,  wówczas  nosiciel  umiera  lub  odzyskuje  wolność.  Nadzieja,  to  trzeba
powiedzieć,  nie  wierzy  w  przemianę  najgłębszej  woli  osoby  kochającej.  Nadzieja,  która
zamieszkuje  ludzkie  serce,  wierzy,  że  wola  już  istnieje,  że  kochający  właściwie  –
właściwie chce czegoś, czego udaje, że nie chce, albo czegoś, czego udaje, że chce. Chce
tego, do czego pragnienia zły świat ją namawia. Krótko mówiąc wierzy, że nie jest tak, jak
się zdaje. Że ten ledwo majaczący cień czegoś innego to prawda.

Tym jest Nadzieja.

Kiedy Ester tej nocy wróciła do domu, wykonała swoją zwyczajną wieczorną toaletę.

Minął właśnie rok od tamtej soboty, kiedy Hugo był u niej na obiedzie. Jedli czerwonawe
danie  i  raz  na  godzinę  on  podchodził  do  okna,  żeby  zapalić.  Za  tydzień  Ester  będzie
obchodzić  rocznicę  początku  cierpienia.  Teraz,  w  ciągu  kilku  ostatnich  dni,  to  cierpienie
się wypiętrzyło i skondensowało, ale jest czystsze i mniej niejasne.

Nie pozostało nic więcej do zrozumienia.

background image

Przypisy

 

[1]

 Kungliga Tekniska Högskolan, Królewski Instytut Technologiczny – mieszcząca się

w Sztokholmie wyższa szkoła w randze uniwersytetu.

[2]

 Plac w Sztokholmie.

[3]

 Martin Buber – wiedeński filozof i religioznawca.

[4]

 Przekład Adam Ważyk

background image

 

background image
background image

Document Outline