background image

str. 1 

 

Herbert George Welles 

 

 

 

Wojna światów 

background image

str. 2 

 

 

 

KSIĘGA PIERWSZA 

PRZYBYCIE MARSJAN 

background image

str. 3 

 

 

1.  W PRZEDEDNIU WOJNY 

Nikt  pod  koniec  dziewiętnastego  wieku  nie  uwierzyłby  chyba,  iż  życie  ludzi  bacznie  i 

wszechstronnie  obserwują  istoty  mądrzejsze  od  człowieka,  a  przecież  jak  i  on  śmiertelne;  że 

krzątających  się  wokół  swych  spraw  codziennych  ludzi  badają  i  analizują  one  równie  być  może 

skrupulatnie, jak skrupulatnie bada człowiek pad mikroskopem rające się i mnożące w kropli wody 

drobnoustroje.  Snując  się,  niezmiernie  radzi  z  siebie,  po  naszym  globie,  szczerze  jesteśmy 

przekonani o swej władzy nad materią. Możliwe, że żyjątka pod mikroskopem czują tak samo. Ale 

nikomu z nas nie przyszła  do głowy myśl,  że są inne, starze od naszego światy, które mogą być 

źródłem  niebezpieczeństwa  dla  ludzkości.  Każdą  myśl  o  życiu  na  nich  odpędzaliśmy  od  siebie, 

uważając je za nieprawdopodobne, a przynajmniej mocno wątpliwe. 

Dzisiejszego  czytelnika  zainteresuje  niezawodnie  nasz  sposób  myślenia  z  tamtych 

odległych dni. Przypuszczano podówczas, że na Marsie mogą żyć co najwyżej inni jacyś ludzie, na 

niższym  od  naszego  stopniu  rozwoju,  którzy  z  radością  powitaliby  ziemskie  wyprawy 

misjonarskie.  A  tymczasem  poprzez  otchłań  międzyplanetarnej  przestrzeni  spoglądały  na  naszą. 

Ziemię zazdrosnym okiem istoty obdarzane umysłami o tyleż wyższymi od naszych, o ile ludzkie 

wyższe  są  od  umysłów  zagładą  zagrożonych  zwierząt;  o  intelekcie  szerokim,  lecz  chłodnym  i 

niechętnym. I powali, lecz nieuchronnie opracowywały swe plany przeciwka nam. W pierwszych 

latach wieku dwudziestego przyszło WIELKIE ZASKOCZENIE. 

Nie  muszę  chyba  przypominać  czytelnikowi,  iż  Mars  krąży  dookoła  Słońca  w  odległości 

140 000 000 mil, a światła i ciepła otrzymuje zaledwie dwa razy mniej od naszej Ziemi. Mars, jeśli 

teorie mgławicowo kryją w sobie choć ziarno prawdy, musi być znacznie od Ziemi starszy i życie 

na  nim  musiało  pojawić  się  na  długo  przed  ukształtowaniem  się  ziemskiej  skorupy.  To,  że  masa 

Marsa wynosi zaledwie jedną siódmą masy Ziemi, przyspieszyło jego ostyganie do temperatury, w 

której pojawia się życie. Co więcej, posiada on powietrze i wodę, a więc to wszystko, co niezbędne 

jest do podtrzymywania żywego istnienia. 

Człowiek jednak jest tak próżny i tak w swej próżności zaślepiony, iż do samego schyłku 

XIX stulecia ne. znalazł się żaden pisarz, który wyraziłby pogląd, że mogła się tam rozwinąć życie 

istot rozumnych, na poziomie wyższym od ziemskiego. Nie pojmowano też na ogół, że na Marsie, 

który o wiele jest od Ziemi starszy, powierzchnię ma czterokrotnie mniejszą i znacznie dalej leży 

od Słońca - życie musi być nie tylko odleglejsze od swych początków, ale bliższe końca. 

Nieustanne  stygnięcie,  któremu  podległa  jest  przecież  i  nasza  planeta,  posunęło  się  u 

naszego  sąsiada  znacznie  dalej.  Warunki  fizyczne  tam  panujące  są  dla  nas,  co  prawda,  wciąż 

background image

str. 4 

 

jeszcze  tajemnicą  -  wiemy  jednak,  że  nawet  na  równiku  temperatura  południa  osiąga  zaledwie 

temperaturę  naszych  najostrzejszych  zim.  Atmosfera  Marsa  jest  o  wiele  bardziej  rozrzedzona  od 

naszej,  oceany  zaś  skurczyły  się  tak  dalece,  iż  pokrywają  już  tylko  jedną  trzecią  powierzchni  tej 

planety. Potężne lodowce zalegają oba jej bieguny, a wskutek powolnych zmian pór roku spełzają 

coraz  groźniej  na  obszary  strefy  umiarkowanej.  Ten  najwyższy  stopień  wyczerpania,  tak 

niewiarygodnie  jeszcze  dla  naszej  Ziemi  odległy,  stał  się  palącym  problemem  dla  mieszkańców 

Marsa.  Pod  bezpośrednim  naciskiem  konieczności  rozkwitła  ich  nauka,  urosła  ich  wiedza  -  lecz 

stwardniały serca. Spoglądając przez przyrządy, o jakich nam się nawet nie śniło, w przestrzeń, w 

kierunku Słońca, ujrzeli oni odległą od siebie o zaledwie 35 000 000 mil jutrzenkę nadziei, naszą 

cieplejszą  planetę,  pokrytą  zielenią  roślinności,  szarą  od  wód,  z  atmosferą  pełną  chmur  - 

wymownym  świadectwem  płodności,  z  przelotnym  pośród  tych  chmur  widokiem  gęsto 

zaludnionych lądów i upstrzonych statkami mórz. 

My  zaś,  ludzie,  stworzenia  zamieszkujące  tę  Ziemię,  byliśmy  dla  nich  czymś  tak  samo 

obcym i niższym, jak obce i niższe są dla nas małpy i lemury. Umysł człowieka pojął już prawdę, 

iż życie jest nieustanną walką o byt. Wydaje się, że prawdę, tę wyznawali również Marsjanie. Ich 

świat  stygł  coraz  bardziej,  nasz  zaś  pełen  był  życia,  Życia  obcego  im.  niższego.  pierwotnego. 

Jedyną ucieczką od groźby nieuniknionego końca, groźby wzrastającej z pokolenia na pokolenie, 

było dla nich przedsięwzięcie wyprawy wojennej bliżej Słońca. 

Zanim  osądzimy  ich  zbyt  surowo,  przypomnijmy  sobie.  jak  bezlitośnie  tępił  własny  nasz 

gatunek  nie  tylko  zwierzęta,  bizony  czy  ptaki  dodo,  ale  i  inne  rasy  ludzkie,  na  niższym  stające 

szczeblu  rozwoju.  Choćby  Tasmańczycy  wytępieni  doszczętnie  w  ciągu  pięćdziesięciu  lat  przez 

przybyszów z: Europy. Czyż tacy z nas apostołowie litości, byśmy mieli prawo żalić się na Marsjan 

postępujących tak samo z nami? 

Obmyślili  oni  swoje  lądowanie  na  Ziemi  z  zadziwiającą  wprost  precyzją  -  ich  wiedza 

matematyczna stoi niewątpliwie znacznie wyżej od naszej  - i poprowadzili przygotowania prawie 

zupełnie  jednomyślnie.  Gdyby  nasze  przyrządy  pozwalały  na  to,  wzbierające  niebezpieczeństwo 

można by dostrzec znacznie już wcześniej w XIX wieku. Tacy ludzie jak Schiaparelli obserwowali 

wprawdzie czerwoną planetę  - nawiasem  mówiąc ciekawe, że Mars z dawien dawna uchodził za 

symbol wojny  -  lecz nie potrafili  pojąć zmian zachodzących w wyglądzie pewnych wycinków jej 

powierzchni,  choć  tak  dokładnie  umieli  zmiany  te  nanosić  na  mapy.  A  przez  cały  ten  czas 

Marsjanie przygotowywali się. 

W  1894  roku,  w  czasie  wielkiej  apozycji  Marsa,  dostrzeżono  jasny  błysk  na  oświetlonej 

części jego tarczy. Pierwsze ujrzało go obserwatorium Licka, nieco później Perrotin w Nicei, potem 

zaś inne obserwatoria. Angielska publiczność dowiedziała się o tym po raz pierwszy 2 sierpnia z 

background image

str. 5 

 

artykułów w Przyrodzie. Ja osobiście skłonny jestem przypuszczać, iż zjawiska to było błyskiem 

wystrzału  oddanego  z  głębokiego  szybu  wyrytego  w  skorupie  Marsa,  niby  z  potężnego  działa 

wyrzucającego  skierowane  na  Ziemię  pociski.  Pojawienie  się  szczególnych  punkcików 

dostrzeżonych w pobliżu miejsca błysku podczas dwu następnych opozycji nie zastała dotychczas 

wyjaśnione. 

Burza  zwaliła  się  na  nas  przed  sześciu  laty.  Gdy  Mars  osiągnął  największe  przybliżenie, 

Lavelle z Jawy zelektryzował cały świat astronomiczny zadziwiającą wiadomością a potężnym na 

tej planecie wybuchu rozżarzonych do białości gazów. Stała się to dwunastego przed północą, przy 

czym  użyty  przezeń  natychmiast  spektroskop  wykazał  wielką  masę  płonących  gazów,  głównie 

wodoru,  mknącą  z  błyskawiczną  szybkością  w  kierunku  Ziemi.  Ten  strumień  ognia  przestał  być 

widoczny  mniej  więcej  po  piętnastu  minutach.  Astronom  porównywał  go  do  olbrzymiego  kłębu 

płomieni wytrysłych gwałtownie z planety, "zupełnie jak płomień z wylotu lufy", 

Później  dopiero  okazało  się,  jak  trafne  była  ta  porównanie.  Następnego  jednak  dnia  nie 

znalazłbyś, z wyjątkiem drobnej wzmianki w Daily Telegraph  ani słowa o tym zjawisku w żadnej 

gazecie  i  świat  żył  dalej  nic  nie  wiedząc  o  największym  niebezpieczeństwie  jakie  kiedykolwiek 

zagrażało rodzajowi ludzkiemu. Nie dowiedziałbym się i ja o tym wybuchu, gdybym przypadkiem 

nie  spotkał  w  Ottershaw  słynnego  astronoma  Ogilvy'ego.  Wiadomość  o  niezwykłym  zjawisku 

bardzo go poruszyła i temu właśnie zawdzięczałem zaproszenie, by tegoż wieczoru obserwować z 

nim razem czerwoną planetę. 

Mimo  wszystko,  co  potem  zaszło  -  wieczór  ów  pamiętam  bardzo  dokładnie.  Ciemne  i 

milczące  obserwatorium,  nikłą  plamę  światła  przyćmionej  latarni  w  kącie,  monotonne  tykanie 

mechanizmu  zegarowego  przy  teleskopie,  wreszcie  szczelinę  w  kopule  dachu  -  podłużną  głębię 

przeciętą  smugą  gwiezdnego  pyłu.  słychać  było,  jak  niewidoczny  Ogiivy  poruszał  się  gdzieś  w 

pobliżu. teleskopie widniał krąg głębokiego granatu z unoszącą się w samym niemal jego środku 

planetą.  Wydała  mi  się  okruchem  światła  -  taka  była  jasna,  maleńka  i  nieruchoma.  Przecinały  ją 

ledwie  dostrzegalne  poprzeczne  kreski,  a  na  biegunach  była  leciutko  spłaszczona.  Taka  drobna, 

taka  srebrzyście  ciepła  kropelka  światła!  Wydawało  się,  że  drży,  naprawdę  jednak  drżał  tylko 

utrzymywany nieustannym działaniem mechanizmu zegarowego na wprost gwiazdy teleskop. 

Gdy tak patrzyłem. gwiazda rosła, to malała, zbliżała się nieco, to znów oddalała. Było to 

złudzenie  wywołane  po  prostu  wysiłkiem  wzroku.  Dzieliła  ją  ode  mnie  40  000  000  mil-ponad 

czterdzieści  milionów  mil  próżni.  Niewielu  tylko  spośród  nas  potrafi  wyobrazić  sobie  bezmiar 

kosmicznej pustki usianej gwiezdnym ziarnem światów. 

W  pobliżu  Marsa,  pamiętam,  tkwiły  trzy  świetlne  kropki,  trzy  nieskończenie  odległe, 

widoczne tylko przez teleskop gwiazdy, wokół zaś roztaczała się nieprzenikniona ciemność próżni. 

background image

str. 6 

 

Wiecie,  jak  wygląda  ciemność  nieba  w  gwiaździstą  mroźną  noc.  W  teleskopie  wydaje  się  ona 

daleko głębsza. A niewidzialne dla mnie, bo tak odległe i małe, mknęło bez wytchnienia poprzez 

niezmierzoną  przestrzeń,  zbliżało  się  o  tysiące  mit  z  każdą  chwilą;  nadchodziło  wysłane  przez 

tamtych  COŚ  -  co  miało  przynieść  nam  walkę  i  nieszczęścia  i  śmierć.  Patrząc  na  nieruchomą 

gwiazdę nie śniłem nawet o tym. Nikt na całej kuli ziemskiej nie śnił o bezbłędnie wymierzonych 

w nas pociskach. 

Tej nocy także nastąpił wybuch gazów na odległej planecie. Dojrzałem go. Czerwony błysk 

na  krawędzi  tarczy,  ledwie  dostrzegalny  zarys  wytrysku  światła  -  akurat  gdy  chronometr 

wydzwaniał północ. Przywołałem Ogilvy'ego, by zastąpił mnie przy teleskopie. Noc była upalna i 

chciało mi się pić. Stąpając niezdarnie i potykając się poszedłem po omacku do stolika z syfonem, 

podczas gdy Ogilvy wykrzykiwał coś o pędzących w naszą stronę kłębach gazów. 

Tej nocy wyruszył z Marsa na Ziemię jeszcze jeden niewidzialny pocisk, prawdopodobnie 

już drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin. Pamiętam, jak siedziałem na stole tam, w ciemności, 

a przed oczami migotały mi zielone i szkarłatne plamy. Pamiętam, jak bardzo chciało mi się zapalić 

światło. Nie podejrzewałem, co oznaczał ów przelotny błysk ani co miał mi on przynieść. Ogilvy 

obserwował  do  pierwszej,  potem  także  dał  spokój.  Z  jasno  już  płonącą  latarnią  wracaliśmy  do 

domu.  Gdzieś  niżej,  w  ciemnościach,  leżały  ciche  miasteczka  Otershaw  i  Chertsey  z  setkami 

śpiących spokojnie mieszkańców. 

Ogilvy  zastanawiał  się  tej  nocy  nad  warunkami,  jakie  panują  na  Marsie,  i  wydrwiwał 

prostackie  pomysły,  że  jego  mieszkańcy  dają  nam  jakieś  znaki.  Twierdził,  że  to  gęsty  deszcz 

meteorytów spada na tę planetę lub też, że rozwija się tam potężny wybuch wulkanu. Udowadniał 

mi, jakim niepodobieństwem jest identyczny rozwój życia organicznego na dwu sąsiadujących ze 

sobą planetach. 

-  Jest  może  jedna  szansa  na  milion  -  mówił  -  aby  na  Marsie  żyło  coś  podobnego  do 

człowieka. 

W  setkach  obserwatoriów  widziano  tej  nocy  błysk  i  następnej,  i  znów  następnej,  i  tak 

dziesięć razy z rzędu, noc w noc, około dwunastej - błysk. Gdy wybuchy, po dziesiątym, ustały - 

nikt na Ziemi nie usiłował sobie tego wytłumaczyć. Być może, gazy tworzące się przy wystrzałach 

sprawiły  w  jakiś  sposób  kłopot  Marsjanom.  W  każdym  razie,  dostrzeżone  przez  najsilniejsze 

ziemskie teleskopy, gęste chmury dymu i kurzu długo jeszcze unosiły się w postaci szarych plamek 

o zmiennych kształtach w przejrzystej atmosferze planety przesłaniając przelotnie tak dobrze znane 

astronomom szczegóły jej powierzchni. 

Ocknęła  się  wreszcie  codzienna  prasa.  Poczęły  się  ukazywać  popularnie  podawane 

wiadomości o wulkanach na Marsie. Pamiętam, że satyryczny tygodnik Punch wykorzystał, nawet 

background image

str. 7 

 

dosyć  dowcipnie,  temat  ten  do  satyry  politycznej.  A  tymczasem;  nie  oczekiwane  przez  nikogo, 

szybowały ku nam wystrzelone przez Marsjan pociski. Mknęły z chyżością wielu mil na sekundę 

przez pustą otchłań przestrzeni, godzina za godziną, dzień za dniem, wciąż bliżej. i bliżej. Dzisiaj 

wydaje  się  czymś  niemal  niewiarygodnym,  że  mimo  wiszącej  wówczas  nad  nami  groźby 

zajmowaliśmy się powszednimi swoimi kłopotami. Pamiętam, jak cieszył się Markham, gdy udało 

mu się uzyskać dla swojego tygodnika najnowszą fotografię Marsa. Jeśli o mnie idzie - dzieliłem 

czas  między  dwa  zajęcia  naukę  jazdy  na  bicyklu  i  pracę  nad  szeregiem  artykułów  na  temat 

prawdopodobnych dróg rozwoju moralności w miarę postępu cywilizacji. 

Pewnego wieczoru - pierwszy z pocisków był już wtedy o niespełna dziesięć milionów mil 

od Ziemi - wyszedłem z żoną na przechadzkę. Niebo było wygwieżdżone i pokazywałem jej znaki 

zodiaku, a potem Marsa, jasny punkcik wspinający się powali coraz wyżej, ku zenitowi, punkcik, 

na  który  patrzyło  w  tej  chwili  tyle  potężnych  teleskopów.  Noc  była  ciepła.  Wracając  minęliśmy 

grupę spacerowiczów z Chertsey czy może z Isleworth. Szli, grali i podśpiewywali. W oddaleniu 

jaśniały  okna  domów.  Ludzie  kładli  się  spać.  Ze  stacji  kolejowej  dochodziły,  zmienione 

odległością  w  jakąś  niemal  melodię,  dźwięki  dzwonków,  dudnienie,  szczęk  przetaczanych 

wagonów. Jaskrawa siatka czerwonych, zielonych i żółtych świateł sygnałowych była - wedle słów 

żony  -  jakby  wpięta  w  ciemną  ramę  nieba.  Wszystko  tu  wydawało  się  takie  spokojne,  takie 

bezpieczne. 

 

2.  Spadająca gwiazda 

Nadeszła wreszcie noc, gdy spadł pierwszy pocisk. Późnym wieczorem ujrzano wysoko w 

górze krechę ognia. Przemknęła nad Winchesterem kierując się na wschód i zgasła. Patrzyły na nią 

setki  ludzi  .biorąc  je  niczawodnie  za  ślad  zwykłego  meteoru.  Według  opisu  reportera  Albina 

ciągnął on za sobą zielonkawy, jarzący się przez kilka sekund ogon. Profesor Denning, największy 

nasz  autorytet  w  dziedzinie  meteorytów,  stwierdził,  iż  dostrzeżono  go  na  wysokości  około 

dziewięćdziesięciu, a może stu mil. Zdawało mu się, że bolid spadł o jakieś sto mil na wschód. 

Nocy tej byłem w domu, pracowałem w gabinecie, a chociaż okno wychodzi na Ottershaw i 

zasłona była podniesiona (lubiłem w tamtych czasach spoglądać w nocne niebo) - nie dostrzegłem 

nic. A przecież najdziwniejszy ten przedmiot, jaki kiedykolwiek nadleciał z przestworzy na Ziemię, 

spadł wtedy właśnie i ujrzałbym go niewątpliwie, gdybym patrzył w okno. Niektórzy świadkowie 

jego lotu twierdzą, iż mknął ze świstem. Nic takiego nie słyszałem. Musiało go widzieć wiele osób 

w  13erkshire,  Surmy  i  Middlesex,  ale  wydawało  im  się  pewnie,  że  to  spada  jakiś  zwyczajny 

meteoryt. Nikt chyba nie pomyślał, by go odszukać tej jeszcze nocy. 

Tymczasem biedak Ogilvy, który widział spadającą gwiazdę, przekona 

background image

str. 8 

 

ny, iż leży ona gdzieś na polach między Horsell, Ottershaw i Woking, zerwał się skoro świt 

i  ruszył  na  poszukiwania.  Odnalazł  ją  rzeczywiście,  krótko  po  wschodzie  słońca,  w  pobliżu 

żwirowiska. Pocisk uderzając z wielką siłą o ziemię wyrył ogromną jamę i rozrzucił we wszystkie 

strony żwir i piasek zasypując wrzosowisko. Powstałe w ten sposób zwały widać było o półtorej 

mili.  Wschodnia  część  wrzosowiska  płonęła  i  na  tle  wschodzącego  właśnie  słońca  snuty  się 

przezroczyste niebieskawe dymki. 

Bolid niemal całkowicie zagrzebany był w piachu. Dokoła walały się pogruchotane resztki 

połamanych przy upadku sosen. Widoczna jego część przypominała ogromnych rozmiarów walec 

pokryty grubą okładziną z płyt lub raczej z prostokątnych ciemnobrązowych łusek. średnica walca 

mogła wynosić ze trzydzieści jardów. Ogilvy zdumiony wielkością, a jeszcze bardziej kształtem - 

meteory są zazwyczaj. mniej lub bardziej kuliste - chciał podejść do bryły, była ona jednak wciąż 

jeszcze tak rozgrzana tarciem wskutek przelotu przez atmosferę ziemską, że zamiar ten spełznął na 

niczym.  Zgrzyty  dochodzące  z  wnętrza  walca  wziął  za  odgłosy  wywołane  nierównomiernym 

ostyganiem powierzchni, gdyż nie przyszła mu jeszcze wtedy do głowy myśl, że walec może być 

wydrążony. 

Gdy stał tak na skraju wyrytej przez bolid jamy podziwiając niezwykły jego wygląd, przede 

wszystkim  zaś  barwę  i  kształt,  poczęło  mu  świtać  mgliście,  iż  jest  może  jakaś  celowość  w 

przybyciu  walca  na  Ziemię.  Poranek  byt  cudownie  cichy,  słońce  nieźle  już  przypiekało  sponad 

rozsypanych kępami w stronę Weybridge sosen. Nie było słychać świergotu ptaków 

,  nie  zaszemrał  najlżejszy  wietrzyk,  tylko  z  okopconego  walca  dochodziły  słabe  jakieś 

dźwięki. Ogilvy był samiuteńki na całej tej wielkiej równinie. 

Wtem spostrzegł ze zdziwieniem, iż wzdłuż kolistej krawędzi walca skruszyło się i odpadło 

trochę  brązowej,  zwęglonej,  pokrywającej  bolid  skorupy.  Zaczęła  ona  odrywać  się  i  spadać  na 

piasek płatami. Nagle odpadł duży kawał z takim łoskotem, że w Ogilvym serce zamarło. 

Chcąc zdać` sobie w pełni sprawę z tego, co to oznacza, zsunął się mimo bijącego z jamy 

żaru  na  dno,  aby  obejrzeć  walec  z  bliska.  Nawet  wtedy  jeszcze  sądził,  że  przyczyną  odpadania 

okładziny jest stygnięcie walca, chociaż nurtować go już zaczęło zdziwienie, dlaczego odrywa się 

ona tylko wzdłóż krawędzi.I wtedy spostrzegł, że koliste dno walca obraca się powolutku dokoła 

swej  podłużnej  osi.  Ruch  ten  był  tak  powolny,  że  niemal  niedostrzegalny.  Zauważył  go  dopiero 

wówczas,  gdy  zorientował  się,  że  czarna  plama  na  skraju  dna  będąca  pięć  minut  temu  tuż  przed 

nim  

 

zawędrowała  teraz  na  przeciwległą  stronę.  Olśniła  go  myś.  Walec  był  sztuczny! 

Wydrążony! Z odkręcanym dnem? Ktoś je od wewnątrz odkręcał! 

background image

str. 9 

 

-  Wielkie  nieba!  -  krzyknął  Ogilvy.  -  Tam  w  środku  jest  człowiek...  ludzie!  Na  wpół 

zwęgleni! Usiłują się wydostać! 

Nagle, w ogromnym skrócie myślowym; skojarzył walec z błyskiem na Marsie. 

Myśl o uwięzionej istocie była tak straszliwa, iż niepomny na gorąco y przypadł do dna, by 

dopomóc  w  odkręcaniu.  Na  szczęście  silne  promieniowanie  uchroniło  go  przed  spaleniem  rąk 

grożącym  przy zetknięciu ą z wciąż jeszcze rozżarzonym  metalem.  Stał chwilę niezdecydowany, 

potem odwrócił się, wyskoczył z jamy i popędził jak szalony do Woking. Dochodziła akurat szósta 

rano.  Po  drodze  spotkał  jakiegoś  woźnicę  i  probował  mu  tłumaczyć,  ale  zarówno  wygląd  jego- 

kapelusz  zgubił  w  jamie  jak  i  to,  co  mówił,  było  tak  niesamowite,  że  chłopina  zaciął  konia  i 

odjechał bez słowa. Nie lepiej powiodło mu się też z pomywaczem otwiera- t jącyrn właśnie oberżę 

przy  moście  w  Horsell.  Człowiek  ten  wziął  go  za  wariata  i  nawet  usiłował,  bezskutecznie  na 

szczęście, zamknąć w komórce. To go nieco otrzeźwiło, kiedy więc ujrzał w ogródku londyńskiego 

dziennikarza Hendersona krzyknął do niego przez płot i począł opowia dać bardziej już zrozumiale. 

-  Henderson!  -  zawołał.  -  Widział  pan  ten  wczorajszy  meteor?  -  A  bo  co?  -  zapytał 

Henderson. 

- Leży na polu, za Horsell! 

- Mój Boże! - zawołał Henderson. - Meteor! To ciekawe! 

- To nie jest zwykły meteor! Człowieku, to walec! Sztuczny walec! 1 coś jest w środku! 

Henderson podniósł się trzymając:w ręku łopatę. 

- Co takiego? - zapytał: Henderson był przygłuchy na jedno ucho. Ogilvy opowiedział mu 

wszystko, co widział. Henderson zastanawiał się chwilę, potom rzucił łopatę, wdział marynarkę i 

wybiegł  na  ulicę.  Popędzili  we  dwójkę  z  powrotem  na  pole  i  stwierdzili,  że  walec  nie  zmienił 

położenia.  Nie  było  też  słychać  zgrzytów,  za  to  pomiędzy  ścianą  a  dnem  ukazał  się  wąziutki 

paseczek lśniącego metalu. Przez tę szczelinę wchodziło do walca lub, być może, uchodziło z niego 

z lekkim sykiem powietrze. Chwilę nasłuchiwali, postukali kijem w okładzinę i nie otrzymawszy  

żadnej odpowiedzi doszli zgodnie do wniosku, że człowiek czy ludzie w walcu muszą być 

nieprzytomni lub zgoła martwi. 

Sami oczywiście nie mogli im w niczym dopomóc, wykrzykiwali więc , 

tylko przez chwilę słowa otuchy i obietnic, po czym udali się z powrotem po pomoc. Można 

ich  sobie  wyobrazić,  jak  ubrudzeni  piaskiem,  podnieceni,  z  odzieżą  w  nieładzie  gnali  pogodnym 

rankiem  przez  miasteczko  pełne  trzasku  odsłanianych  żaluzji  wystawowych  i  okiennic  sypialni. 

Henderson  popędził  prosto  na  pocztę,  aby  nadać  depeszę  do  Londynu.  Arykuły  w  prasie 

przygotowywały już, bądż co bądź, umysły ludzkie do uznania takiej wiadomości za wiarygodną. 

background image

str. 10 

 

Już  o  ósmej  wielu  wyrostków  i  dorosłych  poszło  na  pola,  by  obejrzeć  "nieboszczyków  z 

Marsa". Tak się ta historia rozpoczęła. Ja dowiedziałem się o wszystkim od gazeciarza, gdy mniej 

więcej  za.  kwadrans  dziewiąta  wyszedłem  jak  zwykle  po  Daily  Chronicle.  Wiadomości  te 

poruszyły  mnie  oczywiście  bardzo,  toteż  nie  tracąc  ani  chwili  poszedłem  na  przełaj  przez 

Ottershaw ku żwirowisku. 

3 Żwirowisko pod Horsell 

Zastałem tam tłumek złożony z dwudziestu może ludzi otaczających wielką jamę, w której 

Spoczywał walec. Wcześniej już opisałem wygląd tej olbrzymiej, wbitej głęboko w ziemię bryły. 

Żwir  i  trawa  dokoła  wyglądały  jak  osmalone  nagłym  wybuchem.  Był  to  niewątpliwie  skutek 

zderzenia  z  rozżarzonym  bolidem.  Nie  zastałem  przy  jamie  ani  Hendersona,  ani  Ogilvy'ego. 

Widocznie przekonawszy się, że nie ma na razie nic do zrobienia ; udali się na śniadanie do domu 

HenderSOna. 

Kilku wyrostków siedziało na skraju jamy i wymachując nogami zabawiało się, dopókim im 

tego  nie  zabroniłem,  rzucaniem  w  walec  kamieniami.  Odpędzeni  -  zaczęli  bawić  się  w  berka 

uwijając się między grupami gapiów. 

Byli  tu  dwaj  cykliści,  ogrodnik,  którego  niekiedy  zatrudniałem  w  naszym  ogródku, 

dziewczynka  z  niemowlęciem  na  ręku,  rzeźnik  Gregg  z  synkiem  i  kilku  łazików  obijających  się 

zazwyczaj koło dworca i wynaj mujących się jako pomoc do noszenia kijów golfowych. Nie było 

słychać żadnych prawie rozmów. W tamtych czasach astronomia była dla prostych ludzi w Anglii 

czymś zupełnie nie znanym. Większość zebranych gapiła się bez słowa na podobne do stołu dno 

walca.  Pozostawało  ono  zresztą  od  czasu  odejścia  Ogilvy'ego  i  Hendersona  w  nie  zmienionym 

położeniu.  Wyobrażam  sobie,  jak  rozczarowali  się  wszyscy  ci  ludzie  zastając  tu  zamiast 

spodziewanego stosu zwęglonych trupów - nieru 

 

chomą  bryłę  metalu.  Niektórzy  odchodzili,  na  ich  miejsce  przybywali  inni.  Zszedłem  do 

jamy i wydało mi się, że z dołu, spad mych nóg, słychać słabe jakieś dźwięki. Pewien natomiast 

byłem jednego - że dno przestało się obracać. 

Niezwykłość  walca  stała  się  dla  mnie  oczywista  wtedy  dopiero,  gdy  ujrzałem  go  z 

bezpośredniej  bliskości.  Na  pierwszy  rzut  oka  nie  robił  większego  wrażenia  niż  przewrócony 

wagon  czy  zwalone  w  poprzek  drogi  drzewo.  A  może  nawet  mniejsze.  Najbardziej  przypominał 

zagrzebany w piachu, zardzewiały ze starości zbiornik z gazowni. 

Trzeba było posiadać pewien zasób wiedzy, aby zauważyć, że rdzawa jego okładzina to nie 

zwyczajna  rdza,  a  żółtawobiały  metal  połyskujący  między  ścianą  i  dnem  też  nie  wygląda 

zwyczajnie. Pojęcie "nieziemski" dla większości tu zebranych nie zawierało żadnej treści. 

background image

str. 11 

 

Już  wtedy  byłem  przekonany,  że  przedmiot  ten  przybył  do  nas  z  Marsa.  Nie  sądziłem 

jednak,  aby  mogła  w  nim  być  jakaś  żyjąca  istota.  Przypuszczałem,  iż  dno  odkręca  się 

automatycznie. Pomimo wywodów Ogilvy'ego wciąż jeszcze wierzyłem, że na Marsie żyją ludzie. 

Wyobrażałem sobie, że znajdziemy w walcu jakieś wzorce i monety, jakieś rękopisy, myślałem o 

trudnościach połączonych z ich rozszyfrowaniem. Walec był 

jednak zbyt duży, by zawierać taki tylko ładunek. Z wielką tedy niecierpliwością czekałem 

na całkowite wykręcenie się dna. Kiedy koło jedenastej spostrzegłem, że nadal nic się nie dzieje, 

ruszyłem  z  głową  nabitą  myślami  do  Maybury,  do  domu.  Ale  i  tu  nie  dały  mi  one  spokojnie 

pracować nad moimi abstrakcyjnymi badaniami. 

Po południu-wygląd pola zmienił się nie do poznania. Wczesne wydania wieczornych gazet 

poruszyły  Londyn  ogromnymi  tytułami  w  rodzaju:  ,,POSŁANIE  Z  MARSA"  lub  "GODNE 

UWAGI  WYDARZENIE  W  WOKING"  itd.  W  dodatku  depesza  Ogilvy'ego  do  Instytutu 

Astronomicznego postawiła na nogi wszystkie obserwatoria w Zjednoczonym Królestwie. 

Na polu opodal jamy stało ze sześć przynajmniej dorożek z Woking, bryczka z Cobham, a 

nawet jakaś wielkopańska kareta. Nie mówiąc już o mnóstwie bicykli. Prócz tego, choć dzień był 

upalny, wielu ludzi z Wo king i Chertsey musiało ściągnąć tu na piechotę, tak iż tłum zebrał się 

niemały. Było w nim nawet kilka jaskrawo odzianych kobiet. 

Upał był, jak się już rzekło, piekielny. Niebo bez chmurki i ani tchnienia wietrzyku, tylko 

rozsiane  tu  i  ówdzie  pojedynczo  sosny  rzucały  nieco  skąpego  cienia.  Płonące  wrzosowisko  już 

ugaszono, cała jednak równina, jak okiem sięgnąć w stronę Ottershaw, wypalona była i sczerniała, 

gdzieniegdzie sączyły się z niej pionowe smużki dymu. Przedsiębiorczy piwiarz z Cobham 

przysłał syna z wózkiem pełnym butelek piwa i jabłek. 

Zbliżając się do jamy spostrzegłem nad samym jej brzegiem grupkę złożoną z sześciu ludzi. 

Byli  między  nimi  Ogilvy,  Henderson  i  wysoki  jasnowłosy  mężczyzna,  jak  się  później 

dowiedziałem  -  astronom  Stent  z  Królewskiego  Obserwatorium,  a  także  paru  robotników  z 

łopatami i kilofami. Stent ostrym podniesionym głosem wydawał im jakieś rozkazy. Stał przy tym 

na  walcu,  który  oczywiście  ostygł  już  znacznie.  Stent  był  purpurowy,  po  twarzy  spływał  mu 

strumieniami pot, widać było wyraźnie, że coś go bardzo zirytowało. 

Duża część walca została już odkopana, dolny jednak koniec wciąż jeszcze tkwił w ziemi. 

Ogilvy dostrzegłszy mnie w tłumie gapiów natychmiast przywołał mnie do jamy i poprosił, bym 

udał  się  do  lorda  Hiltona,  właściciela  tej  posiadłości.  Rosnący  nieustannie  tłum,  a  zwłaszcza 

wyrostki  -  mówił  -  bardzo  utrudniają  odkopywanie.  Trzeba  na  gwałt  ogrodzić,  prowizorycznie 

chociażby, jamę, by oddzielić ją od gapiów. Powiedział także, iż od czasu do czasu słychać jeszcze 

background image

str. 12 

 

w walcu słabe zgrzyty, ale odkręcić dna nie udało się, gdyż nic ma ono żadnych uchwytów. Ściany 

są  niewątpliwie  bardzo  grubo,  być  więc  może,  iż  dochodzące  do  nas  słabe  dźwięki  są  w 

rzeczywistości głośnym zgiełkiem. 

Prośba  Ogilvy'ego  ucieszyła  mnie  bardzo.,  gdyż  spełnienie  jej  czyniło  mnie  widzem 

uprzywilejowanym,  dopuszczonym  niechybnie  poza  projektowane  ogrodzenie.  Co  prawda  lorda 

Hiltona nie zastałem, powiedziano  

mi  jednak,  że  spodziewają  się  jego  przyjazdu  z  Londynu  pociągiem  przybywającym  o 

szóstej  po  południu.  Ponieważ  było  dopiero  piętnaście  po  piątej,  wróciłem  do  domu  na 

podwieczorek, potem zaś pośpieszyłem na dworzec, aby tam na niego czatować. 

4 Walec otwiera się 

Na żwirowisko powróciłem, gdy słońce skłaniało się już ku zachodowi. Od strony Woking 

wciąż  napływały  w  pośpiechu  grupy  ludzi,  podczas  gdy  nieliczni  tylko  wracali  do  domu.  Tłum 

zarysowany ciemnym konturem na tle cytrynowożółtego nieba urósł tymczasem do kilkuset chyba 

osób. Dochodziły z niego jakieś krzyki, a bliżej jamy słychać było odgłosy szamotania się. Przez 

głowę przelatywały mi najdziwniejsze myśli. Podchodząc bliżej usłyszałem głos Stenta: 

 

- Cofnąć się Cofnąć się! 

W moją stronę pędził jakiś chłopczyk. 

- Rusza się! - wołał przebiegając obok. - Kręci się i kręci! Ja się boję! Wracam do domu! 

Zbliżyłem się pospiesznie do tłumu. Stało tam może dwieście, może trzysta rozpychających 

się łokciami, tłoczących się ze wszystkich sił osób. Parę znajdujących się tam pań wykazywało nie 

mniejszą aktywność. 

- Wpadł do jamy! - wrzasnął ktoś. - Cofnąć się! - krzyczały inne głosy. 

Tłum  falował,  ja  zaś  przepychałem  się  siłą  ku  przodowi.  Wszyscy  byli  niezwykle 

podnieceni. Z jamy rozlegało się jakieś szczególne brzęczenie 

 

- Słuchaj! - zawołał Ogilvy. - Pomóż odpędzić tych idiotów Przecież nie wiadomo, co jest w 

tym przeklętym walcu! 

Ujrzałem  młodego  człowieka,  zdaje  się  sprzedawcę  z  Woking,  stojącego  na  walcu  i 

usiłującego wydostać się z jamy, do której zepchnął go falujący tłum. 

Dno walca odkręcało się od wewnątrz. Widać już było ze dwie stopy lśniącego gwintu. Ktoś 

popchnął  mnie  tak  silnie,  że  omal  nie  spadłem  na  obracające  się  dno.  Odwróciłem  się  i  w  tej 

właśnie  chwili  śruba  musiała  wykręcić  się  do  końca,  gdyż.  dno  upadło  z  brzękiem  na  piach. 

background image

str. 13 

 

Odepchnąłem  łokciem  napierającego  na  mnie  mężczyznę  i  znowu  zwróciłem  wzrok  ku  jamie. 

Kolisty otwór walca był przez chwilę całkowicie czarny. Zachodzące słońce raziło prosto w oczy. 

Myślę,  że  wszyscy  spodziewali  się  ujrzeć  wydobywającego  się  z  walca  człowieka,  być 

może niezupełnie podobnego do ziemskich ludzi, ale przecież człowieka. Przynajmniej ja się tego 

spodziewałem. Tymczasem w głębi tej czerni ujrzałem jakieś ruchy, jakieś wciąż bliższe i bliższe, 

nakładające się szare falowania, następnie dwie połyskujące tarcze, jakby ogromne oczy. Potem z 

wnętrza  wysunęło  się  coś  na  kształt  szarego  węża  grubości  zwykłej  laski  i  poczęło  wić  się  w 

powietrzu wprost ku nam. Po chwili za pierwszym wężem ukazał się następny. 

Wstrząsnął  mną  nagły  dreszcz.  Jakaś  kobieta  za  mną  krzyknęła  głośno.  Na  wpół 

odwrócony, ze wzrokiem wciąż utkwionym w walcu, skąd wytryskały następne macki, począłem 

przepychać się dalej od skraju jamy. Widziałem wyraźniej, jak zdumienie malujące się na twarzach 

otaczających mnie ludzi zmieniało się w przerażenie. Zewsząd słychać było niezrozumiałe okrzyki. 

Tłum zaczął się cofać. Patrzyłem, jak sprzedawca wspina się ź pośpiechem po zboczu jamy, nagle 

spostrzegłem, że jestem 

sam, a po przeciwnej stronie jamy tłum, ze Stentem na czele, uchodzi co sił w pole. Znów 

spojrzałem na walec i porwał mnie nieokiełznany strach. Stałem skamieniały i patrzyłem. 

Z walca powoli, z trudem, wydobywało się duże, wielkości niedźwiedzia 

, szare kuliste  cielsko.  Wychynęło  z otworu i  zalśniło  w promieniach słońca jak wilgotna 

skóra. Fara wielkich ciemnych oczu wpatrywała się we mnie przenikliwie. Cielsko było owalne i, 

można by rzec, miało twarz. Poniżej oczu widniał otwór gębowy, wąska szrama bez warg, drgająca 

bezustanku,  sapiąca,  ociekająca  śliną.  Całe  ciało  dyszało  i  pulsowało  konwulsyjnie.  Cienkim 

mackowatym  ramieniem  trzymało  się  krawędzi  walca,  podczas  gdy  druga  macka  bujała  w 

powietrzu. 

Ktoś,  kto  nigdy  nie  widział  żywych  Marsjan,  z  trudem  tylko  może  wyobrazić  sobie 

niezwykłe  obrzydzenie,  jakie  budził  ich  wygląd.  Zwłaszcza  drgające  nieustannie  usta  wygięte  w 

kształt litery V, z obwisłą ku przodowi górną wargą, brak łuków brwiowych, brak podbródka pod 

klinowatą wargą dolną, wężowe macki, głośne i pośpieszne sapanie wywołane-obcą im atmosferą 

ziemską,  wyraźna  trudność  w  poruszaniu  się  spowodowana  silniejszym  niż  na  Marsie 

przyciąganiem,  a  przede  wszystkim  niesamowita  wprost  przenikliwość  ogromnych  oczu  -  widok 

ten  przyprawiał  nieomal  o  mdłości.  W  ich  oleistej  brunatnej  skórze  było  coś  gąbczastego,  w 

niezręcznej  celowości  powolnych  ruchów  -  coś  niewypowiedzianie  potwornego.  Już  pierwsze  z 

nimi zetknięcie, pierwszy rzut oka napełnił mnie wstrętem i przerażeniem. 

background image

str. 14 

 

Wtem potwór znikł. Przewinął się przez krawędź walca i, z głuchym hukiem upuszczonego 

na  ziemię  ciężkiego  zwoju  skór,  spadł  na  dno  jamy.  Usłyszałem,  jak  wydał  z  siebie  przy  tym 

szczególny ochrypły okrzyk, po czym z głębi ciemnego otworu wypełzło następne straszydło. 

Na ten widok nie udało mi się już dłużej opanować przestrachu. Odwróciłem się i pędząc 

jak szalony dopadłem oddalonej o sto może jardów kępy drzew. Biegłem w skos i potykałem się co 

krok, gdyż nie mogłem, na chwilę nawet, oderwać od tych istot wzroku. 

Zatrzymałem  się  wreszcie,  dysząc  ciężko,  wśród  karłowatych  sosenek  przerośniętych 

krzewami  jałowca  i  czekałem,  co  będzie  dalej.  Calutkie  wrzosowisko  usiane  była  ludźmi 

przykutymi jak i ja do ziemi przerażającym jakimś urokiem, wpatrującymi się w te wstrętne istoty, 

a właściwie w skrywające je zwały żwiru. Nagłe ujrzałem, z nową falą przerażeni, wysuwający się 

spoza nasypu jakiś czarny okrągły przedmiot. Była to ostro zarysowana na tle płonącego zachodem 

nieba głowa sprzedawcy. Dostrzegłem, jak przełożył rękę i kolano przez krawędź zwału, po chwili 

 

jednak  znów  pozostała  widoczna  tylko  głowa.  Wyglądało  to,  jakby  ześliznął  się  z 

powrotem.  Nagle  znikła  i  głowa  i  wydawało  mi  się,  że  w  jamie  rozległ  się  słaby  krzyk. 

Poderwałem się, by przyjść nieszczęsnemu z pomocą, lecz po krótkiej  rozterce strach przeważył. 

Potem  nie  było  już  widać  nic  więcej.  Wszystka  skrywało  hałdy  piasku  i  żwiru,  utworzone  po 

upadku  cylindra.  Ktoś  nadchodzący  gościńcem  od  Cobham  lub  Woking  zadziwiłby  się 

niewątpliwie  widokiem  topniejącego  tłumu  około  setki  ludzi  rozsypanych  półkolem  po  polu, 

kryjących się w zagłębieniach, za krzewami, za pniami drzew, porozumiewających się między sobą 

krótkimi  gorączkowymi  wykrzyknikami  i  wpatrującymi  się  w  kilka  wielkich  kup  piasku.  Jak 

niesamowity  wrak  wózek  czerniał  na  tle  płomiennego  nieba  porzucony  wózek  piwiarza,  a  nieco 

opodal - rząd opuszczonych pojazdów. Konie chrupały owies z nadzianych na łby mieszków !lub 

skubały trawę. 

5 Snop Gorąca 

Przelotny widok Marsjan wydobywających się z walca, w którym przybyli ze swej planety 

na  Ziemię,  zafascynował  mnie  paraliżując  me  ruchy.  Stałem  po  kalana  we  wrzosach,  z  oczami 

utkwionymi w skrywający ich nasyp, i czułem, że ścierają się we mnie strach i ciekawość. 

Nie miałem odwagi powrócić do jamy, równocześnie jednak pragnąłem namiętnie zajrzeć 

do  niej  znowu.  Ruszyłem  wreszcie  wolniutko,  wielkim  łukiem,  szukając  jakiegoś  punktu 

obserwacyjnego. Nadal nie odrywałem wzroku od nasypu, za którym schowali się przybysze. Raz 

nad  jamą  zabłysło  na  chwilę  w  słońcu  i  znowu  skryło  się  kłębowisko  czarnych  cienkich  węży 

podobnych d.o macek ośmiornicy. Potem, bardzo powoli, wynurzyła się długa tyczka zakończona 

okrągłą tarczą wirującą nieustannym, szybkim, drgającym ruchem. Co się tam mogło dziać 

background image

str. 15 

 

Większość gapiów skupiła się w dwóch miejscach - jedna gromada bliżej Woking, druga od 

strony Cobham. Widocznie wszyscy przeżywali rozterkę podobną do mojej. W pobliżu stało paru 

mężczyzn.  Podszedłem  do  jednego  z  nich.  Był  to  mój  sąsiad,  nie  znany  mi  zresztą  z  nazwiska. 

Choć nie była to najwłaściwsza do rozmowy chwila, zagadnąłem go. 

- Cóż to za wstrętne bydlaki-odrzekł. -0, mój Boże! Co to za wstrętne bydlaki! - powtarzał 

w kółko. 

-  Widział  pan  tego  człowieka  w  jamie?  -  zapytałem;  nic  na  to  nie  odpowiedział. 

Milczeliśmy obaj, zapatrzeni, czując się we dwóch nieco 

raźniej.  Po  chwili  przesunąłem  się  trochę  w  bok,  by  wspiąć  się  na  niewielki,  lecz 

zapewniający lepszą widoczność pagórek, kiedy zaś obejrzałem się za sąsiadem, zobaczyłem, jak 

oddalał się w stronę Woking. 

Dopiero roztapiający się w mroku zachód przyniósł  nowe wydarzenia. Na lewo, w stronę 

Woking, tłum gęstniał. Donosił się stamtąd gwar rozmów. Znikła natomiast grupka pod Cobham. 

W jamie panowała zupełna cisza. 

Natchnęło  to  widocznie  ludzi  odwagą. Sądzę, że odegrali też pewną  rolę nawa przybyli z 

Woking. W każdym razie równocześnie z zapadającym mrokiem rozpoczął się przerywany ruch w 

kierunku  jamy,  tym  żywszy,  im  cichszy  i  spokojniejszy  wydawał  się  gęstniejący  wokół  walca 

wieczór.  Czarne  pionowe  figurki  posuwały  się  parami,  trójkami  ku  przodowi,  przystawały 

niepewnie, wpatrywały się w ciemność i znów ruszały przed siebie opasując żwirowisko szerokim 

nieregularnym półksiężycem. Ja także począłem zbliżać się do jamy. 

Na  żwirowisko  wkroczyło  śmiało  kilku  woźniców,  po  czym  rozległ  się  tupot  kopyt  i 

skrzypienie kół.  Zobaczyłem też chłopaka popychającego wózek z jabłkami. Nagle, o trzydzieści 

maże jardów od jamy, ujrzałem nadchodzącą od Horsell małą gromadkę. Wiódł ją jakiś człowiek 

wymachujący białą chorągwią. 

Było to poselstwo. Widząc, że Marsjanie mimo odpychającej powierzchowności są istotami 

niewątpliwie  myślącymi,  postanowiono  po  gorączkowych  naradach  przekonać  ich  za  pomocą 

znaków, że my również obdarzeni jesteśmy inteligencją. 

Chorągiew powiewała w lewo i w prawo. Odległość dzieląca mnie od poselstwa zbyt była 

wielka, bym mógł rozpoznać, kto brał w nim udział. Później dopiero dowiedziałem się, że w próbie 

porozumienia  uczestniczyli,  prócz  innych,  także  Ogilvy,  Stent  i  Hen.derson.  W  bezpiecznym  za 

parlamentariuszami oddaleniu posuwało się dość dużo ciemnych postaci. Wyglądało to, jakby ktoś 

przebił w jednym miejscu otaczający jamę, dosyć już teraz szczelnie, krąg. 

Nagle zabłysło jaskrawe światło i z jamy buchnęły unoszące się pionowo w górę, jeden za 

drugim, trzy potężne kłęby zielono jarzącego się dymu. Dym ten, trafniej maże byłoby nazwać go 

background image

str. 16 

 

płomieniem,  świecił  tak  jaskrawo,  że  w  jego  blasku  i  ciemnobłękitne  niebo  nad  głowami,  i 

zamglone  brązowe  zarośla  ciągnące  się  aż  pod  Chertsey,  i  czarne  rozrzucone  tu  i  ówdzie  sosny-

pociemniały jeszcze bardziej i pozostały czarne, kiedy dym się rozwiał. Równocześnie rozległo się 

ciche syczenie. 

Zbliżająca się klinem ku jamie, z chorągwią na czele, grupka parlamen 

 

tariuszy, małych czarnych figurek na czarnej rozległej płaszczyźnie, zatrzymała się na ten 

widok jak wryta. Gdy zielony dym wzbił się w górę, twarze rozświetliły się bladą zielenią i zgasły. 

Syczenie  przeszło  z  wolna  w  brzęczenie,  potem  w  długi  donośny  warkot.  Równocześnie  z  jamy 

wysunął  się  powoli  sklepiony,  podobny  do  garbu  kształt  wysyłający  w  przestrzeń  ledwie 

dostrzegalny, wąski, cieniutki promyk światła. 

Po  chwili  w  rozproszonej  grupie  zaczęły  przeskakiwać  z  człowieka  na  człowieka  jasne 

iskry, oślepiające błyski płomienia. Wydawało się, jakby niewidzialny strumień światła uderzał ich 

i zapalał po kolei, jakby jeden po drugim stawali nagle w płomieniach. 

Widziałem w zabójczym, niszczącym ich ogniu, jak zataczali się i padali, gdy towarzyszący 

im dotychczas tłum rzucił się do ucieczki. 

Stojąc  tak  i  przyglądając  się  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  to  śmierć  grasuje  wśród  tej 

małej  odległej  gromadki.  Czułem  tylko,  że  dzieje  się  tam  coś  dziwnego.  Oślepiający,  bezgłośny 

błysk  światła  i  człowiek  wali  się  na  ziemię.  Kiedy  zaś  niewidoczny  snop  gorąca  sięgał  dalej 

wydając głuchy odgłos - stawały w płomieniach sosny, buchały ogniem wysuszone kępy janowca. 

Nawet  hen,  daleko,  gdzieś  aż  pod  Knaphill  dostrzegłem  płonące  drzewa,  żywopłoty  i  drewniane 

zabudowania. 

Niewidzialny  gorący  grot,  ognista  śmierć,  szybko  i  nieuchronnie  raził  wszystko  dokoła. 

Pałające krzewy znaczyły jego drogę ku mnie, tak jednak byłem osłupiały, tak oszołomiony, że nie 

mogłem  ruszyć  się  z  miejsca.  Słychać  było  wyraźnie  ogień  potrzaskujący  na  wrzosowisku.  Jakiś 

koń  zarżał  i  urwał  nagle.  Jakby  ktoś  przeciągnął  po  oddzielających  mnie  od  Marsjan  wrzosach 

niewidzialnym rozżarzonym palcem i natychmiast szerokim śladem zadymiła i potrzaskała ziemia. 

Na  lewo,  u  wylotu  gościńca  z  Woking  na  żwirowisko,  coś  runęło  z  hukiem.  Wtem  syczenie  i 

warkot umilkły, a kopulasty garb skrył się za okalającym jamę nasypem. 

Wszystka odbyło się tak szybko, tak mnie oślepiły i zaskoczyły te błyski, że nie zdążyłem 

nawet poruszyć się. Gdyby śmierć zatoczyła pełny krąg wokół jamy - byłbym zgubiony. Przeszła 

jednak bokiem, oszczędziła mnie i pozostawiła po sobie nagle ciemną, niezwykłą noc. 

Pod  granatowym  sklepieniem  wieczornego  nieba  leżały  ciche,  ciemne  aż  do  czerni, 

pagórkowate  wrzosowiska  przecięte  popielatą  wstęgą  gościńca.  Ciemność  zdała  się  całkiem 

background image

str. 17 

 

bezludna.  W  górze  migotały  już  pierwsze  gwiazdy,  niebo  na  zachodzie  jaśniało  jeszcze  bladym, 

seledynowym  błękitem.  Na  jego  tle  rysowały  się  czarno  wierzchołki  sosen  i  dachy  domów  w 

Horsell. Z wyjątkiem tyczki z wirującym nieustannie zwiercia 

dłem  na  czubku  nie  była  widać  ani  Marsjan,  ani  żadnych  ich  narzędzi.  Gdzieniegdzie 

dopalały się dymiące drzewa i kępy krzaków, zaś z domów w Woking biły w ciche, pogodne niebo 

języki płomieni. 

Prócz tych pożarów i przerażonego zdumienia wszystko było jak przedtem. Wydawało się, 

że  zniknięcie  z  powierzchni  Ziemi  kilku  czarnych  figurek  z  białą  chorągiewką  w  niczym  nie 

zakłóciło ciszy wieczoru. 

Nagle poczułem się na całym tym ciemnym, bezkresnym polu sam, bezbronny i bezsilny. 

Ogarnęło mnie przerażenie. 

Odwróciłem się i z wysiłkiem pobiegłem, potykając się, przez wrzosowisko. 

Nie tylko Marsjanie napawali mnie grozą, groźna była ciemność, groźna cisza. Przerażenie 

załamało  cały  mój  męski  hart  ducha.  Biegnąc  płakałem  bezgłośnie,  jak  płaczą  małe  dzieci.  Raz 

odwróciwszy się - nie śmiałem już spoglądać za siebie. 

Pamiętam, jak ogarnęła mnie dziwna pewność, że ktoś ze mną igra, że właśnie teraz, kiedy 

od  ocalenia  dzieli  mnie  tylko  krok,  dopędzi  mnie  i  schwyta  przyczajona  w  jamie  koło  walca, 

szybka jak błyskawica, tajemnicza śmierć. 

 

6 Snop Gorąca na gościńcu do Cobham 

 

Bezgłośna  szybkość,  z  jaką  Marsjanie  potrafili  zabijać,  zdumiewa  nas  wciąż  jeszcze. 

Mniema się ogólnie, że, umieli oni w sobie tylko wiadomy sposób wytwarzać zasoby intensywnego 

ciepła w komorach o minimalnym  

przewodnictwie.  Potem,  używając  wykonanego  z  nieznanego  stopu  parabolicznego 

zwierciadła, rzucali snop tego gorąca, podobnie jak zwierciadło latarni morskiej rzuca snop światła, 

na  dowolny  przedmiot.  Nikt  oczywiście  nie  potwierdził  naukowo  tych  szczegółów.  W  każdym 

jednak  razie  pewne  jest,  iż  podstawą  tej  broni  był  snop  gorąca.  Gorąca  i  niewidzalnego,  zamiast 

widzialnego,  światła.  Pod  jego  dotknięciem  wszystko,  co  palne,  stawało  w  płomieniach,  ołów 

płynął jak woda, miękło żelazo, pękało i topiło się szkło, woda zmieniała się gwałtownie w parę. 

Czterdziestu  bez  mała  zwęglonych,  zmienionych  do  niepoznania  ludzi  legło  owego 

pogodnego  wieczora  dokoła  jamy,  zaś  rozświetlone  pożarami  pola  między  Horsell  i  Maybury 

pozostawały przez całą noc pusto i jaskrawo płonące: 

Wiadomość o masakrze dotarła równocześnie niemal do Cobham, do 

background image

str. 18 

 

 

Woking i do Ottershaw. Gdy na żwirowisku rozgrywała się tragedia, w Woking zamykano 

właśnie sklepy  - toteż niemało  pociągniętych zasłyszanymi  wieściami  ludzi  udało  się przez most 

pod Horsell i dalej drogą pomiędzy żywopłotami prowadzącą ku żwirowisku. 

Nietrudno wyobrazić sobie wyświeżoną po całodziennej pracy młodzież, jak korzystając z 

okazji  stworzonej  przez  nowinę  wybierała  się  na  wieczorną  przechadzkę  wypełnioną  zwykłymi 

zalotami. Nietrudno wyobrazić sobie płynący nad gościńcem gwar młodych głosów... 

Choć  nieszczęsny  Henderson  pchnął  gońca  na  bicyklu,  aby  nadać  z  poczty  w  Woking 

depeszę  do  wieczornych  gazet  londyńskich,  to  jednak  mało  kto,  nawet  w  Woking,  wiedział,  że 

walec już się otworzył. 

Ciekawi, nadchodzący dwójkami, trójkami, widzieli jedynie gorączkowo  

rozprawiające  gromadki  ludzi  wpatrzonych  w  wirujące  nieustannie  na  czubku  tyczki  nad 

jamą  zwierciadła.  Trudno  wątpić",  by  panujące  tu  podniecenie  nie  udzieliło  się  także  i  nowo 

przybyłym. 

Około wpół da dziewiątej, to znaczy w chwili, kiedy ginęli parlamentariusze, na gościńcu 

zebrało się już, nie licząc śmiałków, którzy udali się w pole, by obejrzeć Marsjan z bliska, około 

trzystu  osób.  Było  też  trzech  policjantów,  w  tym  jeden  konny,  usiłujących  za  wszelką  cenę 

wykonać polecenie Stenta, to jest utrzymać gapiów z daleka od walca. Nie obeszło się przy tym bez 

wrzawy ze strony tych bezmyślnych i ulegających podnieceniu ludzi, dla których zbiegowiska jest 

okazją do hałasowania i głupich dowcipów. 

Stent i  Ogilvy natychmiast  po ukazaniu  się,Marsjan, przewidując możliwość jakichś  starć, 

depeszowali  z  Horsell  do  najbliższych  koszar  z.  prośbą  o  przysłanie  kompanii  piechurów,  aby 

uchronić te dziwne stworzenia przed gwałtem. Dokonawszy tego powrócili czym prędzej do jamy, 

aby stanąć na czele owego nieszczęsnego poselstwa. Opis jego zagłady dokonany przeze mnie nie 

różni  się  niczym  od  opisu  wydarzeń  widzianych  przez  tłum  ciekawych.  Trzy  kłęby  zielonego 

dymu, odgłos głuchego warkotu w jamie, błyski płomienia. 

Cały ten tłum był jednak znacznie bliższy śmierci ode mnie. Ocaliły go zarosłe wrzosami 

piaszczyste pagórki, które przegrodziły drogę dolnemu pasmu Snopa Gorąca. Gdyby paraboliczne 

zwierciadło uniosło się o kilka jardów wyżej, nie zostałby przy życiu ani jeden świadek. Najpierw  

ujrzano błyski, padających ludzi i zapalane, jakby niewidoczną w mroku ręką, coraz bliżej i 

bliżej,  krzaki.  Patem,  z  sykiem  zagłuszającym  dochodzący  z  jamy  warkot,  łysnął  nad  głowami 

Snop  Gorąca  i  natychmiast  stanęły  w  ogniu  czubki  obrzeżających  gościniec  buków.  Poczęły 

kruszyć 

background image

str. 19 

 

się  cegły,  trzaskać  w  oknach  szyby,  zapłonęły  drewniane  framugi,  a  z  narożnego  domu 

posypały się na ziemię szczątki dachu. 

Wśród  nagłego  syku,  trzasku  i  huku,  oślepiany  blaskiem  płonących  drzew,  zdjęty  paniką 

tłum zamarł na chwilę. 

Na gościniec poczęły się sypać iskry, a za nimi płonące liście i gałęzie. Zajmowała, się od 

nich  odzież  i  kapelusze.  Na  wrzosowisku  rozległy  się  krzyki.  W  cały  ten  rozgardiasz  wtargnął 

wrzeszcząc coś i osłaniając głowę rękami konny policjant. Jakaś kobieta krzyknęła rozdzierającym 

głosem: - Idą! - i wszyscy rzucili się do niepowstrzymanej ucieczki. Gnali na oślep jak stado owiec. 

Tam,  gdzie  gościniec  zwęża  się,  przebiegając  w  wykopie,  zrobił  się  zator,  ścisk  i  wybuchła 

rozpaczliwa  bójka.  Nie  wszyscy  uszli  z  niej  cało  -  zduszone  i  stratowane  pozostały,  konając  w 

okrutnych ciemnościach, dwie kobiety i dziecko. 

7 Jak dotarłem do domu 

Jeśli o mnie idzie - z ucieczki pozostało mi w pamięci tylko ślepe błąkanie się pośród drzew 

i  pełen potknięć bieg przez wrzosowisko. Dokoła była  groza i  pewność,  że gorące ostrze krąży i 

unosi  się  nieustannie  nad  głową,  aby  spaść  i  zgładzić  mnie  bezlitośnie, Na  gościniec  wyszedłem 

pomiędzy Horsell a skrzyżowaniem, ku któremu pognałem co sił. 

W pewnej chwili poczułem, że dalej już biec nie mogę. Wyczerpany gwałtownością wrażeń 

i  wysiłkiem  ucieczki  zatoczyłem  się  i  padłem  na  skraju  drogi.  Było  to  tuż  przy  moście  nad 

kanalem, w pobliżu gazowni. Upadłem i leżałem bez ruchu. 

Leżałem tak, zdaje się, dość długo. 

Wtem, jakby czymś zaniepokojony, usiadłem. Przez chwilę nie moglem pojąć; skąd się tu 

wziąłem.  Przerażenie  opadło  ze  mnie  jak  płaszcz.  W  ucieczce  zgubiłem  kapelusz,  a  kołnierzyk 

zsunął  się  z  ułamanej  spinki.  Jeszcze  przed  chwilą  oczywiste  były  dla  mnie  trzy  tylko  rzeczy: 

bezmiar  nocy,  przestrzeni  i  przyrody  -  własna  moja  trwoga  i  niemoc  -  i  bliskość  śmierci.  Teraz, 

jakby  coś  się  we  mnie  odmieniło,  zacząłem  widzieć  wszystko  inaczej.  Nie  było  to  świadome 

przejście  z  jednego  stanu  w  drugi.  Po  prostu  poczułem  się  znowu  zwykłym  sobą,  poważnym  i 

statecznym  obywatelem.  A  te  ciche  pola,  ta  instynktowna  ucieczka,  te  buchające  płomienie  - 

wydały mi się snem. Zadawałem sobie pytanie, czy wszystko to działo się naprawdę. Nie mogłem 

uwierzyć. 

Powstałem niepewnie i wstąpiłem na stromo sklepiony most. Przepeł 

 

niało  mnie  zdumienie.  Nerwy  i  mięśnie  osłabły,  jakby  z  nich  uszły  wszelkie  siły.  Rzec 

można:  potykałem  się  niczym  pijany.  Spoza  sklepienia  mostu  ukazała  się  wpierw  głowa,  patem 

reszta czyjejś postaci. Był to robotnik. Szedł obarczony koszykiem, a obok biegł mały chłopczyk. 

background image

str. 20 

 

Mijając  życzyli  mi  dobrej  nocy.  Chciałem  odpowiedzieć  i  -  nie  mogłem.  Mruknąłem  tylko  coś 

niezrozumiale  i  powlokłem  się  dalej.  Pod  mostem  Maybury  zadudnił  pociąg.  Długa  gąsienica 

oświetlonych okien, biała falująca smuga dymu oświetlonego ogniem, stukot kół - i znikł mknąc na 

południe:  Przy  furtkach  willowych  ogródków  (wchodziłem  od  strony  pięknego  przedmieścia 

zwanego  Wschodnim  Tarasem)  gwarzyły  spokojnie  ciemne  gromadki  mieszkańców.  Wszystko 

było tu takie zwyczajne, takie rzeczywiste. A tam - poza mną! Jak nierealny gorączkowy sen! Nie, 

wmawiałem w siebie, tego być nie mogło!  

Jestem, być może, obdarzony wyjątkowym usposobieniem. Nie wiem, czy dużo jest ludzi 

podobnych  w  tym  do  mnie.  Otóż  odczuwam  czasami  dziwne  jakieś  oderwanie  się  od  samego 

siebie,  od  otaczającego  mnie  świata;  wydaje  mi  się  wówczas,  że  patrzę  na  wszystko  jakby  z 

zewnątrz, spoza czasu, spoza przestrzeni, z niezmiernego oddalenia, spoza napięcia rozgrywającej 

się nieustannie tragedii bytu. Uczucie to było we mnie tej nocy niezwykle silne. Jakbym dopłynął 

do drugiego brzegu snu. 

Największej  troski  przyczyniła  mi  niepojęta  sprzeczność  między  otaczającą  mnie  ciszą  a 

śmiercią grasującą o niecałe dwie. mile stąd. W gazowni słychać było odgłosy  - normalnej pracy, 

elektryczne lampy płonęły jak co wieczór. 

Przystanąłem  przy  najbliższej  grupce  gwarzących.  -  Co  słychać  na  żwirowisku?  - 

zapytałem. 

Przy furtce stało dwóch mężczyzn i kobieta. - Co? - jeden z nich zwrócił się ku mnie. 

- Co słychać na żwirowisku? - powtórzyłem pytanie. - A pan nie stamtąd wraca?-odparł. 

- Powariowali z tym żwirowiskiem! -zawołała kobieta. - Co tam się dzieje? 

- Nic pani nie słyszała o ludziach z Marsa? - zagadnąłem. - 0 stworzeniach z Marsa? 

- Aż za wiele - odpowiedziała na to. - Bardzo dziękuję! Wszyscy troje roześmieli się. 

Poczułem  się  ośmieszony,  i  to  mnie  rozgniewało.  Próbowałem  opowiadać  im,  co 

widziałem, lecz nie udawało mi się. Urywane słowa bawiły ich tylko. 

- Jeszcze o nich usłyszycie! - wykrzyknąłem i ruszyłem do domu. Już w progu przeraziłem 

żonę niesamowitym wyglądem. W jadalni 

usiadłem  przy  stole,  wypiłem  nieco  wina  i  gdy  trochę  przyszedłem  do  siebie,  zacząłem 

opowiadać o wszystkich swych przejściach. Gotowa od dawna zimna kolacja stała nie tknięta na 

stole przez cały czas opowiadania. 

-  Jedno  jest  pewne-kończyłem  chcąc  choć  trochę  złagodzić  wywołane  wrażenie.  -  Nigdy 

jeszcze nie widziałem stworzeń poruszających się równie niezdarnie. Mogą, rzecz prosta, siedzieć 

sobie w tej swojej jamie i zabijać każdego, kto tylko zbliży się do nich, ale na pewno nie potraf ą z 

niej wyjść... Wyglądają jednak okropnie. 

background image

str. 21 

 

- Przestań, kochanie! - zawołała żona ściągając brwi i kładając rękę na mojej. 

- Biedny OgiIvy! - ciągnąłem. - Pomyśl, może leży tam martwy! Żona w każdym razie nie 

wątpiła w prawdziwość moich przygód. Widząc jej śmiertelną bladość natychmiast umilkłem. 

- Oni tu przyjdą! - powtarzała bez ustanku. 

Nakłoniłem ją do przełknięcia paru kropel wina i próbowałem uspokoić. 

- Przecież ledwie łażą - tłumaczyłem. 

Chcąc  pocieszyć  i  ją,  i  siebie  powtarzałem  to,  co  wczoraj  mówił  Ogilvy:  że 

niepodobieństwem jest, by Marsjanie mogli zadomowić się na Ziemi. Szczególny nacisk kładłem 

na trudności grawitacyjne. Siła ciężkości jest trzykrotnie większa na Ziemi niż na Marsie. Wskutek 

tego Marsjanin waży na Ziemi trzy razy tyle, choć siła jego mięśni pozostaje ta sama. Ciało jego 

będzie  jak  z  ołowiu!  Takie  zresztą  było  powszechne  mniemanie.  Przytoczę  tu  dla  przykładu,  iż 

następnego poranka i Times, i Daily Telegraph twierdziły słowo w sławo to samo, zapominając jak 

i ja o działaniu dwu zupełnie oczywistych czynników. 

Atmosfera  ziemska  zawiera,  jak  wiadomo,  więcej  tlenu,  a  mniej  argonu  od  atmosfery 

Marsa.  Ta  nadwyżka  tlenu  oddziaływała  na  Marsjan  dostatecznie  pobudzająco,  aby  w  znacznym 

stopniu zrównoważyć zwiększony ciężar ich ciała, Po drugie, przeoczano na ogół fakt, że wysoki 

poziom myśli technicznej pozwalał Marsjanom obchodzić się doskonale bez pracy mięśni. 

Nie zastanawiałem się jednak wówczas nad tym, toteż całe moje rozumowanie pozbawiało 

najeźdźców najmniejszej nawet szansy w walce z ludźmi. Konieczność uspokojenia żony i ufność, 

jaką natchnął mnie ,suto zastawiony stół, smaczne jedzenie i dobre wino sprawiły, 

 

iż z minuty na, minutę stawałem się odważniejszy i pewniejszy siebie. 

- Popełnili głupstwo - twierdziłem dolewając sobie wina. - Oszaleli ze strachu i to uczyniło 

ich niebezpiecznymi. Może nie spodziewali, się zastać tu, na Ziemi, istot żyjących i obdarzonych 

do tego inteligencją. W ostateczności dość będzie jednego pocisku, aby wytłuc ich wszystkich w tej 

jamie, 

Niezwykłe  podniecenie  wywołane  wypadkami  tamtego  dnia  musiało  wprawić  mą 

spostrzegawczość  w  stan  wysokiego  uczulenia.  Wieczór  ów  pamiętam  dzisiaj  jeszcze  niezwykle 

żywo.  Zwrócona  ku  mnie,  słodka  w  różowym  cieniu  abażuru,  zaniepokojona  twarz  żony;  biały 

obrus, srebrna i  kryształowa zastawa  - w tamtych czasach nawet  filozoficzni  pisarze mogli sobie 

pozwolić na pewien przepych - purpurowe wina w kielichu wryły się w mą pamięć z fotograficzną 

dokładnością.  Siedziałem  przy  stole,  koiłem  nerwy  papierosem,  współczułem  nierozważnemu 

Ogilvy'emu i krytykowałem tchórzliwą krótkowzroczność Marsjan. 

background image

str. 22 

 

Zupełnie  tak  samo,  myśląc  o  dostrzeżonych  za  dnia  myśliwych,  poruszył  się  w  swym 

gniazdku jakiś szacowny ptak dodo. "Zadziobiemy ich jutro na śmierć" - ćwierkał zapewne do swej 

małżonki. 

Skądże  mogłem  wówczas  wiedzieć,  że  była  to  ostatnia  wykwintna  kolacja,  jaką  miałem 

zjeść w ciągu wielu dziwnych i straszliwych dni,. 

 

8 Piątkowa noc 

 

Ze  wszystkich  niezwykłych  zjawisk  oglądanych  przeze  mnie  w  ów  piątek  za 

najniezwyklejsze  uważam  trwałość  zwyczajów  panującego  podówczas  porządku  społecznego,  w 

momencie gdy rozpoczynały się zdarzenia, które miały ten porządek obalić. 

Gdyby  w  piątek  wieczorem  zatoczyć  koło  w  promieniu  pięciu  mil  ze  środkiem  w 

żwirowisku  pod  Woking  -  nie  sądzę,  by  choć  jeden  człowiek  (poza,  być  może,  krewnymi 

nielicznych cyklistów, Stenta i kilku leżących wokół jamy martwych londyńczyków) przebywający 

poza  tym  okręgiem  zmienił  z  uwagi  na  zaziemskich  przybyszów,  choć  w  nieznaczny  sposób, 

codzienne swe nawyki. 

0  walcu  słyszało  oczywiście  wiele  osób.  Na  pewno  rozmawiano  nawet  o  nim  w  wolnych 

chwilach,  jednak  niemieckie  ultimatum,  na  przykład,  zrobiłoby,  z  wszelką  pewnością,  większe 

wrażenie. 

Telegram Hendersona o odkręcaniu się walca uznano tego wieczoru w Londynie za zwykłą 

kaczkę.  Redakcja  zadepeszowała  doń  żądając  potwierdzenia  wiadomości,  a  nie  otrzymawszy 

odpowiedzi - biedak nie żył już przecie - postanowiła nie wydawać dodatku nadzwyczajnego. 

Nawet  jednak  wewnątrz  tego  pięciomilowego  kręgu  większość  ludzi  pozostawała 

bezczynna. Wspomniałem już o zachowaniu się zagadniętych przeze mnie mężczyzn i kobiety. W 

całej okolicy ludzie spożywali obojętnie posiłek, grzebali po pracy w ogródkach, dzieci kładziono 

spać, młode pary spacerowały po zagajnikach, uczniowie ślęczeli nad książkami. 

Być może, uliczna plotka w wioskach, nowy interesujący temat w piwiarni, słowa któregoś 

naocznego  świadka  ostatnich  wydarzeń  wywołały  gdzieniegdzie  trochę  zamętu,  krzyków  i 

bieganiny, w ogromnej jednak większości ludzie pracowali, jedli, pili, szli spać, zupełnie tak samo 

jak  co  dzień,  jak  co  rok,  od  najdawniejszych  czasów,  jakby  na  niebie  nie  było  żadnego  Marsa. 

Nawet na stacji w Woking, w Horsell i w Cobham było tak sama. 

Na dworcu w Woking najzwyczajniej w świecie, do późnej nocy, przyjeżdżały i odchodziły 

pociągi,  niektóre  przetaczano  na  boczne  tory,  pasażerowie  wysiadali  i  czekali  na  połączenia. 

Wszystko  szło  normalnym  trybem.  Jakiś  chłopak  z  miasta  usiłował  przełamać  monopol  Smitha 

background image

str. 23 

 

sprzedając na stacji popołudniowe gazety. Jego okrzyki: - Ludzie z Marsal mieszały się z ostrymi 

gwizdami  parowozów  i  stukotem  kół.  Gdy  około  dziewiątej  pojawili  się  na  dworcu;wstrząśnięci 

niewiarygodnymi  wprost  przeżyciami  ludzie  -  nie  zrobili  tam  większego  wrażenia  od  zwykłych 

pijaków. Jadący do Londynu spoglądali z okien wagonów w ciemność, a widząc gdzieś pod Horsell 

z  rzadka  tylko  ukazujące  się  iskry,  słaby  czerwony  odblask  i  nikłe  smużki  dymu  wijące  się  po 

wygwieżdżonym  niebie  sądzili,  iż  patrzą  na  zwykły  o  tej  porze  roku  pożar  wrzosowisk.  Sprawa 

wyglądała poważniej dopiero w obrębie wrzosowiska. Na skraju Woking płonęło sześć domków. 

We wszystkich trzech wioskach okna od strony pól były oświetlone, a ludzie nie spali aż do świtu 

Tłum ciekawskich zebrany na mostach w Cobham i w Horsell nie topniał ani przez chwilę. 

Gdy  jedni  odchodzili,  przybywali  nowi  i  zbiegowisko  nie  zmniejszała  się.  Później  dopiero 

stwierdzono,  iż  kilku  śmiałków  podsunęło  się  w  ciemnościach  bardzo  blisko  do  Marsjan  -  nie 

powrócili oni już jednak nigdy, promień światła bowiem; jak reflektor okrętowy, omiatał od czasu 

do czasu pole, a Snop Gorąca był zawsze w pogotowiu. Poza tym rozległe pola puste były i ciche, 

tylko zwęglone ciała leżały 

 

nietknięte przez całą noc i dzień następny. Wiele osób słyszało dochodzące z jamy odgłosy 

kucia, 

W  piątek  wieczorem  sytuacja  wyglądała  następująco:  w  środku,  jak  zatrute  żądło  w 

naskórku naszej starej Ziemi, tkwił wale. Trucizna jednak nie działała jeszcze z pełną macą. Dalej 

rozciągał  się  pas  cichych,  miejscami  okopconych  pól  z  rozrzuconymi  tu  i  ówdzie  ciemnymi, 

poskręcanymi  dziwacznie  figurkami.  Gdzieniegdzie  paliło  się  drzewo  i  krzak.  Poza  nimi 

przebiegała  obwódka  podniecenia,  lecz  zapalenie  nie  sięgało  jeszcze  dalej  w  głąb.  Przez  resztę 

świata  płynął,  jak  od  niepamiętnych  czasów,  codzienny  potok  życia.  Gorączka  wojenną.  która 

miała wkrótce zasklepić żyły i arterie, zabić nerwy i zniszczyć mózg, dopiero miała się rozwijać, 

Marsjanie,  jak  noc  długa,  bez  zmrużenia  oka  i  bez  chwili  wytchnienia  kuli  i  hałasowali 

przygotowując  swe  machiny.  Co  chwila  buchały  w  wygwieżdżone  niebo  kłęby  białozielonego 

dymu.  Po  godzinie  jedenastej  przemaszerowała  przez  Horsell  i,  tworząc  kordon,  zaciągnęła 

posterunki  dokoła  żwirowiska  kompania  piechoty.  Przez  Cobham  przeszła  druga,  zamykając 

żwirowisko od północy. Opowiadano, że tego dnia było tam już kilku oficerów i że jeden z nich, 

major  Eden  z  pułku  lnkermana,  zaginął.  Na  moście  w  Cobham  zatrzymał  się  dowódca  pułku  i 

niezwłocznie,  choć  dochodziła  już  północ,  zabrał  się  do  przesłuchiwania  zebranych  tam  gapiów. 

Trzeba przyznać, że władze w wojskowe nie zlekceważyły sytuacji. Jak doniosły nazajutrz poranne 

dzienniki,  już  przed  jedenastą  wyruszyły  z  Aldershot  w  pole  oddziały  w  sile  jednego  szwadronu 

huzarów, dwóch karabinów maszynowych typu Maxim i czterystu piechurów z pułku Cardigana. 

background image

str. 24 

 

W  parę  dosłownie  sekund  po  północy  tłum  zebrany  na  gościńcu  wiodącym  z  Woking  do 

Chertsey ujrzał, jak w pobliskim sosnowym lesie spadł meteor. Lot jego do złudzenia przypominał 

letnią błyskawicę, lecz światło było zielone. Na Ziemię spadł drugi walec. 

 

9 Walka rozpoczyna się 

 

Sobota,  pamiętam,  była  dniem  zawieszenia.  Także  i  dniem znużenia,  gdyż  upał  i  duchota 

były straszliwe. Barometr bez przerwy niemal skakał to w dół, to w górę. W przeciwieństwie do 

żony  spałem  bardzo  krótko  i  z  łóżka  zerwałem  się  już  wczesnym  rankiem.  Przed  śniadaniem 

wyszedłem 

do  ogrodu.  Nasłuchiwałem  długo  i  uważnie,  lecz  nad  polami  unosił  się  tylko  śpiew 

skowronka. n 

Mleczarz  zjawił  się  jak  co  dzień.  Turkot  wózka  wywołał  mnie  do  furtki,  gdyż  chciałem 

posłuchać  najnowszych  plotek.  Dowiedziałem  się,  że  w  nocy  Marsjan  otoczyło  wojsko  i  teraz 

czekają  tam  już  tylko  na  armaty.  Rozmowę  przerwało  nam  tak  dobrze  znane,  tak  pokrzepiające 

dudnienie pociągu pod Woking, 

- Nie powinni ich zabijać bez koniecznej potrzeby - mówił mleczarz 

Przez  płot  zobaczyłem  sąsiada  dłubiącego  w  grządkach.  Gawędziliśmy  chwilkę,  po  czym 

poszedłem  na  śniadanie.  Ranek  by't  najzupełniej  powszedni.  Sąsiad  mój  twierdził,  że  Marsjanie 

zostaną dziś jeszcze uwięzieni lub zgładzeni przez wojsko. 

- Szkoda, że tacy są nieprzystępni - mówił. - Ciekawe byłoby dowiedzieć się czegoś o życiu 

na ich planecie. Niejednego mogliby nas pewno nauczyć. 

Podszedł  do  płotu  częstując  mnie  garścią  truskawek,  gdyż  ogrodnik  był  z  niego  równie 

szczodry, co zapalony. Opowiadał też o płonącym lesie sosnowym pod Byfleet. 

-  Opowiadają  -  rzekł  -  że  spadło  tam  drugie  takie  paskudztwo.  Jakby  jednego  było  mało. 

No, ubezpieczeniowcy zapłacą za to wszystko parę ładnych groszy. - Ubawiło go to widocznie, bo 

chichotał. przez chwilę. Pokazywał mgliste dymy wyjaśniając, że to właśnie pali się las i, śmiejąc 

się, mówił: 

- Długo im będzie gorąco, bo igły i mchy tlą się powoli. - Później jednak wspomniał "tego 

biedaka Ogilvy'ego" i znów spoważniał. 

Po  śniadaniu,  zamiast  zasiąść  jak  co  dzień  do  pisania  -  postanowiłem  przejść  się  na 

żwirowisko.  Pod mostem  kolejowym  natknąłem  się na oddziałek żołnierzy, saperów zdaje się, w 

okrągłych  czapkach,  w  rozpiętych  brudnych  czerwonych  bluzach,  spod  których  wyzierały 

background image

str. 25 

 

niebieskie  koszule,  w  ciemnych  spodniach  i  krótkich,  do  pół  łydki,  butach.  Oświadczyli  mi,  że 

nikomu nie wolno przechodzić na tamten brzeg kanału. Na gościńcu za mostem też stał wartownik. 

Gawędziłem z żołnierzami dość długo, Opowiadałem im o Marsjanach i o tym, co wydarzyło się 

tutaj wczorajszego wieczora. Żaden z nich nie widział jeszcze Marsjan, toteż wyobrażali ich sobie 

bardzo  mgliście.  Zasypali  mnie  oczywiście  pytania  mi.  Nie  wiedzieli,  na  czyj  rozkaz  wystąpiło 

wojsko, słyszeli tylko o jakichś sporach z gwardią konną. Przeciętny saper stoi znacznie wyżej od 

zwykłego piechura, toteż spierali się o różne sposoby możliwej wałki z dość 

 

dużą  bystrością,  Gdy  opisałem  snop  Gorąca,  spór  rozgorzał  na  nowo.  -  Podczołgać  się  w 

ukryciu i skoczyć na nich - dowodził jeden 

- Akurat! - odrzekł inny, - Co ci pomoże ukrycie przed takim gorącem? Od razu cię usmażą. 

Trzeba podejść jak najbliżej, a potem robić podkop. 

- Do cholery z podkopem! Wiecznie te twoje podkopy! Ty, Snippy, powinieneś był urodzić 

się kretem! 

-  To  znaczy  jak?  Szyi  zupełnie  nie  mają?  -  dopytywał  się  trzeci,  smagły,  zamyślony 

człeczyna z fajką w zębach. 

Opisałem raz jeszcze ich wygląd. 

- Nazwałbym ich ośmiornicami. Co tu gadać o ludojadach - tym razem będą z nas rybojady! 

- Myślę, że zabić takie bydlę to nie żadna zbrodnia - powiedział pierwszy. 

- Dlaczego nie wybić po prostu tego draństwa szrapnelami? - mówił smagły z fajką. - Nigdy 

nie wiadomo, co wymyślą! 

-  A  gdzież  te  twoje  szrapnele?  -  odparł  pierwszy.-  Zresztą  na  co  czekać?  Skoczyć, 

powiadam, na nich i już! Czasu nie ma? 

Tak -się spierali. Po chwili zostawiłem ich, by pójść na dworzec po poranne gazety; których 

kupiłem całą stertę, 

Nie  będę  więcej  nużył  czytelnika  opisem  długiego  tego  poranka  i  dłuższego  jeszcze 

popołudnia. Nie udało mi się rzucić okiem na żwirowisko, gdyż władze wojskowe obsadziły nawet 

wieże kościelne w Horsell i w Cobham. Zapytywani żołnierze nie nie wiedzieli, oficerowie zaś byli 

tyleż tajemniczy, co zajęci. Stwierdziłem tylko, że obecność wojska całkowicie uspokoiła ludność 

miasteczka. Od Marshalla, właściciela trafiki, dowiedżiałem się, że wśród wczorajszych ofiar był 

także i jego syn. Żołnierze nakazali tymczasem mieszkańcom przedmieścia w Horsell pozamykać i 

opuścić domy. w 

Na  obiad  wróciłem  dopiero  po  drugiej,  bardzo  zmęczony,  gdyż,  powtarzam,  dzień  był 

niezwykle upalny i  parny. Po południu,  chcąc nieco się odświeżyć, wziąłem  zimną kąpiel. Około 

background image

str. 26 

 

wpół do piątej znów udałem się na dworzec po wieczorne dzienniki, gdyż w porannych był tylko, 

bardzo zresztą niedokładny, opis śmierci Stenta, Hendersona, Ogilvy'ego i innych, Znałem zresztą 

wszystko to szczegółowo. Marsjanie nie pokazywali  

się  już  więcej  ani  razu.  Pracowali  widocznie  w  swej  jamie,  bo  unosiły  się  nad  nią  bez 

przerwy kłęby dymu, nie milkły też ani na chwilę odgłosy kucia. Gotowali się zapewne do walki. 

"Poczyniono  nowe  próby  porozumienia,  jednak  bezskutecznie"  -  zdanie  to  powtarzało  się  we 

wszystkich 

gazetach.  Jakiś  saper  opowiedział  mi,  że  próbowano  machać  z  ukrycia  chorągiewką  na 

długim kiju, ale Marsjanie tyle akurat zwracali na to uwagi, co my na ryki krów. _ 

Muszę  wyznać,  że  widok  wszystkich  tych  zbrojnych  przygotowań  podziałał  na  mnie 

niezwykle  podniecająco,  Wyobraźnia  malowała  niesłychanie  wojownicze  obrazy  coraz  to  innej 

zguby najeźdźców. Ożyły we mnie chłopięce sny o bohaterskich bojach. Wałka  wydawała mi się 

jednak aż nazbyt nierówna. Wróg był w swej jamie taki bezbronny. 

O trzeciej usłyszeliśmy, od Chertsey czy też Addlestone powtarzający się w równomiernych 

odstępach  huk  działa.  Okazało  się,  że  to  bombardowano  leżący  w  sosnowym  lesie  drugi  walec 

chcąc  zniszczyć  go,  zanim  się  jeszcze  otworzy,  Armata  przeznaczona  do  walki  z  pierwszym 

oddziałem Marsjan przybyła do Cobham dopiero o piątej, 

Nieco  po  szóstej  siedziałem  z  żoną  w  altance  przy  podwieczorku  rozmawiając  z 

ożywieniem o zbliżającej się bitwie, gdy wtem na żwirowisku rozległa się głucha detonacja, a w 

ślad za nią gęsta strzelanina. Nie przebrzmiały jeszcze strzały, gdy tuż koło nas wstrząsnął ziemią 

gwałtowny głuchy huk. Wyskoczyłem z altany i oczom mym przedstawił się zdumiewający widok. 

Czubki drzew okalających Kolegium Wschodnie stały w płomieniach, wieża pobliskiego kościółka 

rozsypywała  się  właśnie  w  gruzy,  igły  minaretu  już  nie  było,  a  dach  Kolegium  wyglądał  jak 

ostrzelany z ciężkiego działa. Pękł jeden z kominów na naszym domku, a czerwone jego szczątki 

sypały się na klomb pod oknem mojego gabinetu, postukując po dachówkach. 

Staliśmy  oboje  jak  wryci.  Pojąłem  w  jednej  chwili,  że  po  zniszczeniu  dachu  Kolegium 

grzbiet  wzgórza  Maybury  musi  znaleźć  się  w  zasięgu  Snopa  Gorąca:  Chwyciłem  żonę  z  ramię  i 

wyciągnąłem  bez  ceremonii  na  góściniec.  To  samo  zrobiłem  ze  służącą,  choć  dopominała  się 

płaczliwie o pozostawiony na strychu kuferek. Obiecałem przynieść go za chwilę, 

- Nie będziemy w żadnym wypadku mogli pozostać tu dłużej - powiedziałem; równocześnie 

na żwirowisku znów zagrzmiały strzały. 

- A gdzież się podziejemy? - pytała wystraszona żona. 

Zastanowiłem sig, zmieszany. Wtem przypomniałem sobie krewnych w Leatherhead. 

background image

str. 27 

 

- Leatherhead! - usiłowałem przekrzyczeć panujący dokoła zgiełk. Zona patrzyła poza mną, 

w dolinę. Przerażeni sąsiedzi wybiegali z domów. 

- Jakże my się tam dostaniemy? - zapytała. 

Dolinką, pod mostem kolejowym, pędził oddziałek huzarów. Trzech 

 

wpadło galopem na dziedziniec Kolegium, dwaj inni zeskoczyli z koni i poczęli biegać od 

domu do domu. Poprzez dymy płonących drzew przeglądało czerwone jak krew słońce, rzucając na 

świat niezwykłe, wyblakie jakby promienie. 

-  Czekaj  tu  -  zawołałem  -  tutaj  jest  bezpiecznie  -  i  popędziłem  co  tchu  do  zajazdu  Pod 

Łaciatym Psem, którego właściciel posiadał konia i bryczkę. Spieszyłem się, rzecz jasna, bardzo, 

gdyż  nietrudno  było  odgadnąć,  że  za  chwilę  ruszą  się  wszyscy  zamieszkujący  tamtą  stronę 

wzgórza.  Oberżysto  stał  spokojnie  za  ladą  nie  mając  najmniejszego  pojęcia  o  tym,  co  się  dzieje 

dokoła. Targował się z jakimś odwróconym do mnie plecami jegomościem. 

- Muszę dostać funta -  mówił - i nie mam woźnicy. Dam panu dwa  - krzyknąłem obcemu 

przez ramię. - Za co? 

I zwrócę przed północą! 

- Na miłość boską? - zawołał oberżysta. - Co to jest? Sprzedaję wieprzka, a pan chce dać za 

niego dwa funty i zwrócić przed północą`? Nic nie rozumiem. 

Wyjaśniłem  pośpiesznie,  że  muszę  natychmiast  wyjechać,  do  czego  potrzebny  mi  jest  za 

wszelką  cenę  jego  zaprzęg:  Nawet  nie  pomyślałem,  że  oberżysta  także  zechce  może  uciekać. 

Wziąłem  bryczkę  od  razu;  podjechałem  pod  dom  i  zostawiając  ją  pod  opieką  żony  i  służącej 

wpadłem do mieszkania, by zabrać nieliczne nasze kosztowności: Żywopłoty i przydrożne drzewa 

płonęły coraz gwałtowniej. Pakując rzeczy dostrzegłem, jak jeden ze spieszonych huzarów biegł w 

naszym kierunku. Pędząc od domu od domu wzywał mieszkańców do ucieczki. Kiedy dźwigając 

zawinięte w obrus nasze skarby stanąłem w drzwiach - akurat przebiegał koło nas. Krzyknąłem za 

nim: - Co się dzieje? 

Odwrócił się, spojrzał, wybełkotał coś w rodzaju: "czołgają się przykryci rondlami", i wpadł 

do  bramy  stojącego  na  szczycie  domku,  Przepływający  nad  gościńcem  kłąb  czarnego  dymu 

przesłonił  go  na  chwilę.  Podbiegłem  do  drzwi  sąsiadów  i  zapukałem  chcąc  upewnić  się,  czy 

wyjeżdżając  dziś  do  Londynu  zamknęli  mieszkanie,  po  czym  wróciłem  raz  jeszcze  do  domu  po 

kuferek  służącej,  przyniosłem  go  i  wpakowałem  do  bryczki,  uchwyciłem  lejce  i  wskoczyłem  na 

kozioł  obok  żony.  Jeszcze  chwila  -  i  zjeżdżaliśmy  stokiem  pagórka  do  Starego  Woking 

pozostawiając za sobą zgiełk i dym. 

background image

str. 28 

 

Przed  nami  leżał  cichy  słoneczny  krajobraz,  na  polach  przeciętych  tasiemką  gościńca 

kołysała się pszenica, powiewał na wietrze szyld oberży 

w Maybury. W przodzie dostrzegłem bryczuszkę doktora. U stóp wzgórza obejrzałem się, 

by  rzucić  okiem  na  stok,  z  którego  zjeżdżałem.  W  nieruchomym  powietrzu,  kładąc  się  szarym 

cieniem  na  zielone  czubki  drzew,  płynęły  ciężkie  kłęby  czarnego  dymu  przetykane  czerwonymi 

pręgami  płomieni.  Dym  rozpościerał  się  od  lasu  pod  Byfleet  na  wschodzie  aż  po  Woking  na 

zachodzie. Gościniec za nami usiany był uchodzącymi w panice ludźmi, zaś poprzez nieruchome, 

nagrzane powietrze roznosił się słabo, lecz bardzo wyraźnie terkot karabinu maszynowego, który 

po chwili ustał, i przerywany grzechot strzałów. Widocznie Marsjanie palili wszystko, czego tylko 

dosięgnął Snop Gorąca. 

Nie  jestem  doświadczonym  woźnicą,  toteż  całą  uwagę  musiałem  skupić  na  koniu.  Gdy 

obejrzałem się znowu - czarny dym skrył się już za następ nym pagórkiem. Zaciąłem konia i nie 

zwalniałem, dopóki nie zostawiłem za sobą Woking i Send. Doktora prześcignęliśmy jeszcze przed 

Send. 

 

10 Nawałnica 

 

Leatherhead leży o dwadzieścia bez mała mil od wzgórza Maybury. Za Pyrford powietrze 

była  przesycone  wonią  świeżego  siana,  która  mieszała  się  ze  słodkim  zapachem  oplatających, 

przydrożne żywopłoty polnych róż. Gwałtowna strzelanina, która wybuchła przy naszym zjeździe z 

pagórka Maybury, ucichła równie nagle, jak się przedtem zaczęła, pozostawiając po sobie niczym 

nie  zamąconą  ciszę  i  spokój  wieczoru.  Do  Leatherhead  dotarliśmy,  beż  żadnych  przygód,  około 

dziewiątej. Podczas krótkiego odpoczynku, którego tak potrzebował nasz konik, zjedliśmy kolację, 

po czym poprosiłem krewnych o opiekę nad żoną. 

Przez  całą  drogę  żona  dziwnie  była  milcząca,  jakby  przeczuwała  przyszłe  nieszczęście. 

Kiedy  próbowałem  dodawać  jej  otuchy  dowodząc,  że  Marsjanie  przykuci  są  do  jamy  swoim 

ciężarem,  że  mogą  się  po  niej  co  najwyżej  czołgać,  odpowiadała  półsłówkami  albo  milczała. 

Gdyby  nie  obietnica  dana  oberżyście,  iż  odprowadzę  konia  -  bez  wątpienia  nalegałaby,  abym 

pozostał tej nocy w Leatherhead. Czemuż nie pozostałem! Pamiętam jej bladość przy rozstaniu. 

Co do mnie  -  przez cały ten dzień byłem  jak w  gorączce. Opanowało  mnie coś  w rodzaju 

gorączki  wojennej,  która  czasami  udzielała  się  cywilizowanemu  społeczeństwu,  i  w  głębi  duszy 

cieszyłem się, że muszę wracać tej nocy do Maybury. Obawiałem się nawet, iż ostatnia kanonada 

 

background image

str. 29 

 

mogła  oznaczać  zagładę  najeźdźców  z  Marsa.  Najlepiej  zresztą  określę  swój  stan,  jeśli 

powiem, iż pragnąłem być przy ich zniszczeniu. 

W  drogę  powrotną  wyruszyłem  tuż  przed  jedenastą.  Noc  była  nadspodziewanie  ciemna; 

kiedy  wyszliśmy  z  oświetlonego  przedpokoju  -  wydała  mi  się  czarna.  Upał  i  duchota  panujące 

przez  cały  dzień  nie  zmniejszyły  się  ani  odrobinę.  Chociaż  nie  -było  nawet  tchnienia  wiatru,  po 

niebie mknęły chmury. Ktoś ze służby zapalił boczne światła u bryczki. Drogę na szczęście znałem 

doskonale.  Dopóki  nie  wskoczyłem  na  kozioł,  żona  stała  w  rozwartych  oświetlonych  drzwiach. 

Wtem odwróciła się i odeszła, pozostawiając na ganku życzących mi szczęśliwej drogi krewnych. 

Z początku obawy zony udzieliły mi się, wkrótce jednak powróciłem myślami do Marsjan. 

Nie  miałem  wówczas  pojęcia  o  przebiegu  wieczornej  potyczki.  Nie  wiedziałem  nawet,  co 

przyśpieszyło starcie. Gdy przejeżdżałem przez Ockham (wracałem nie przez Send i Stare Woking, 

lecz  inną  drogą),  dostrzegłem,  iż  cały  zachodni  widnokrąg  rozświetla  krwawa  łuna,  zajmująca  w 

miarę zbliżania się do niej coraz więcej nieba. Chmury zwiastujące burzę mieszały się z kłębami 

czarno-czerwonego dymu. 

W Ripley ulica była pusta i z wyjątkiem kilku oświetlonych okien nie było tam widać ani 

śladu życia. Na zakręcie do P,yrford omal nie wpadłem na gromadkę ludzi. Stali w milczeniu, gdy 

ich mijałem. Nie mam pojęcia, czy wiedzieli, co się działo poza pagórkiem; nie mam też pojęcia, 

czy domki, obok których przejeżdżałem, spały spokojnie, czy stały próżne i opuszczone, czy może 

Wpatrywały się z niepokojem w okropną ciemność tej nocy. 

Gościniec  z  Ripley  do  Pyrford  przebiega  doliną  rzeki  Wey,  toteż  łuny  nie  było  widać. 

Wjeżdżając na pagórek przy kościółku w Pyrford ujrzałem ją znowu, równocześnie zaś zaszeleściły 

drzewa pod pierwszym tchnieniem ścigającej mnie burzy. Usłyszałem wydzwaniający północ zegar 

na wieży kościelnej i w tejże chwili wyłoniło się przede mną, obrzeżone wyraźnie rysującymi się 

na tle łuny czubkami drzew i wierzchołkami dachów, wzgórze Maybury. 

Gdy  oglądałem  ten  widok,  gościniec  rozświetliła  nagle  bladozielona  poświata  ukazując 

dalekie lasy w kierunku Aldershot. Uczułem gwałtowne szarpnięcie lejców. Nagle błysk zielonego 

płomienia przebił grubą warstwę chmur, ukazał na moment splątane ich kłębowisko i znikł gdzieś 

w polu, na lewo od drogi. Była to trzecia z kolei spadająca gwiazda. 

Na  niebie  roztańczyły  się  oślepiająco  fioletowe,  przez  kontrast  z  zielenią,  błyskawice  i 

zahuczał pierwszy grom. Koń zagryzł wędzidło i poniósł. 

Gnaliśmy  zbiegającym  po  lekkiej  pochyłości  gościńcem  ku  podnóżu  pagórka  Maybury. 

Nigdy  dotąd  nie  widziałem  tak  szybko  następujących  po  sobie  błyskawic.  Pioruny  zdawały  się 

deptać  sobie  z  trzaskiem  po  piętach,  bardziej  przypominając  pracę  jakiejś  potężnej  machiny 

background image

str. 30 

 

elektrycznej niż zwykłe wyładowania atmosferyczne. Migotliwe światło oślepiało i myliło, począł 

siec drobny grad. 

Z  początku  patrzyłem  tylko  na  biegnący  przede  mną  gościniec,  nagle  jednak  uwagę  mą 

zwróciło coś sunącego z dużą szybkością w dół  po przeciwległym stoku wzgórza. Wziąłem to w 

pierwszej chwili za mokry dach domu, jednak w nieustannym niemal świetle błyskawic widać było 

wyraźnie jego szybki, posuwisty ruch. Zjawisko było ledwo dostrzegalnemoment obezwładniającej' 

ciemności,  potem  znów  stało  się  jasno  ja-k  w  dzień,  ujrzałem  poci  samym  szczytem  pagórka 

czerwone mury sierocińca, zielone wierzchotki sosen i  ten zagadkowy, ostro i  wyraźnie rysujący 

się przedmiot. 

I to jakie zjawisko! Jak je opisać? Ogromny, wyższy od domów trójnóg łamiący i depczący 

w  pędzie  sosny,  potężna  machina  z  połyskującego  metalu  krocząca  przez  wrzosowisko, 

wymachująca  giętkimi  stalowymi  mackami!  Hałaśliwy  grzechot  jej  ruchu  mieszał  się  z  rykiem 

burzy.  Błysk  =  i  widać  wyraźnie,  jak  dwie  nogi  unoszą  się  nad  ziemią,  błysk  gaśnie  zapala  się 

następny  i  trójnóg  wydaje  się  już  o  sto  jardów  bliżej.  Czy  możesz,  czytelniku,  wyobrazić  sobie 

trójnogi stołek skaczący i pędzący na szczudłach? Tak to w blasku błyskawic wyglądało. Tylko że 

zamiast małego stołka sunęła przede mną olbrzymia machina na trójnogim statywie. 

Wtem, w coraz bliższym lesie, drzewa poczęły rozchylać się jak zeschłe zielsko, przez które 

przedziera się człowiek. Sosny łamały się na boki i do przodu, zdawało się, wprost na mnie. A koń 

galopował  co  sił  na  jego  spotkanie!  Na  widok  drugiego  potwora  nerwy  me  nie  wytrzymały.  Nie 

patrząc na niego szarpnąłem konia w prawo, bryczka przechyliła się, dyszel pękł z trzaskiem, ja zaś 

wyleciałem jak ź procy w bok i zwaliłem się ciężko w niegłębokie bajoro. 

Natychmiast zerwałem się i po kolana w wodzie przykucnąłem za kępą krzaków. Koń leżał 

bez  ruchu  -  biedne  zwierzę  złamało  sobie  kark.  W  blasku  błyskawic  widziałem  czarny  zarys 

obalonej  bryczki  i  ciągle  jeszcze  obracające  się  wolniutko  koła.  Chwila  -  i  ogromny  mechanizm 

przestąpił przeze mnie i począł wspinać się na wzgórze, ku Pyrford. 

Z  bliska  wyglądał  niewiarygodnie  dziwacznie,  wcale  nie  jak  zwykła  bezduszna  maszyna 

sunąca z góry wytyczoną prostą drogą. Krok jego 

 

dźwięczał  metalicznie,  wokół  kadłuba  zaś  wiły  się  z  chrzęstem  długie,  giętkie  i  lśniące 

macki.  Jedna  z  nich,  jakby  mimochodem,  wyrwała  z  korzeniami  sosnę.  Sunąc  przez  las  potwór 

wybierał sobie drogę, a obracający się we  wszystkie strony wysoko w górze mosiężny kaptur do 

złudzenia  przypominał  głowę  rozglądającego  się  człowieka.  Z  tyłu,  za  plecami  kadłuba, 

umocowane  było  metalowe  pudło  podobne  do  ogromnego  rybackiego  kosza,  ze  stawów  zaś 

potwora, gdy mnie mijał, tryskały strugi zielonego dymu. Po chwili znikł mi z oczu. 

background image

str. 31 

 

Wszystko  to  widziałem  niezbyt wyraźnie,  gdyż  migotliwe i  oślepiające  światło błyskawic 

przerywała  co  chwila  gęsta  czarna  ciemność.  W  biegu  potwór  wydawał  z  siebie  ogłuszający 

triumfalny ryk - "aluu! aluu!", głośniejszy od huku gromów. Po chwili dopędził towarzysza i obaj 

przystanęli, nachylając się nad czym leżącym w polu o dobre pół mili ode mnie. Nie ulegało dla 

mnie żadnej wątpliwości, iż zatrzymali się przy trzecim przybyłym z.Marsa walcu. 

 Leżałem pewien czas na deszczu, przyglądając się w przerywanej błyskawicami  

ciemności uwijającym się , ponad żywopłotami potwornym metalowym istotom.:Chwilami 

zacinał drobny grad to przesłaniając cieniem 

, to znów odsłaniając ostre ich zarysy. W przerwach między błyskawicami noc pochłaniała 

je całkowicie. 

Woda z bajora i gęsto sypiący grad przemoczyły mnie do suchej nitki. Długo trwało, nim 

otrząsnąłem  się  ze  zdziwienia  na  tyle,  aby  wyczołgać  się  z  bajora  i  pomyśleć  o  grożącym  mi 

niebezpieczeństwie. 

Nie  opodal,  na  kartoflisku,  stała  samotna  chałupa  jakiegoś  osiedleńca.  Podniosłem  się  w 

końcu i skulony pobiegłem szukać tam schronienia. Wołałem w drzwi, nikt jednak się nie odezwał 

- być może nie słyszeli lub w chacie nie było nikogo. Po chwili zrezygnowany podążyłem kryjąc 

się w przydrożnych rowach do ciągnącego się aż pod Maybury lasu. 

Lasem,  przemoczony  i  drżący  z  zimna,  skierowałem  się  do  domu.  Błąkałem  się  wśród 

drzew szukając ścieżki. Było bardzo ciemno, gdyż błyskawice stawały się coraz rzadsze, a rzęsisty 

deszcz z gradem wypełniał każdą szczelinę między drzewami. 

Gdybym  zdał  sobie  wówczas  w  pełni  sprawę,  co  oznaczają  widziane  przeze  mnie 

wydarzenia,  zawróciłbym  od  razu  do  Byfleet  i  Cobham,  aby  dostać  się  czym  prędzej  do 

Leatherhead, do żony. Niesamowitość jednak otaczającej mnie nocy i zmęczenie nie pozwoliły mi 

na to; byłem mokry, podrapany, ogłuszany i oślepiony nawałnicą. 

Kołatało  we  mnie  podświadome  pragnienie  powrotu  do  domu  i  sądzę,  że  ono  właśnie 

kierowało moimi krokami. Obijałem się o pnie, wpadałem 

do wądołów, kaleczyłem kolana o sterczące zdradziecko sęki,  aż wbrodziłem  wreszcie na 

łąkę  na  stoku  poniżej  College  Arms.  Mówię:  wbrodziłem,  gdyż  łąką  rwały  potoki  brudnej 

deszczowej wody. Tutaj w ciemnościach wpadł na mnie jakiś mężczyzna, i to z taką siłą, że ledwie 

utrzymałem się na nogach. 

Wydał okrzyk przerażenia, odskoczył w bok i zanim zdążyłem się opanować i przemówić 

doń - uciekł. Wicher dął tak gwałtownie, iż wlokłem się pod górę z największym trudem. Chcąc 

posuwać  się  jako  tako  naprzód,  musiałem  podejść  do  pobliskiego  parkanu  i  pomagać  sobie 

czepiając się sztachet. ` 

background image

str. 32 

 

Tuż  przed  szczytem  stanąłem  na  czymś  miękkim.  Przy  świetle  błyskawicy  ujrzałem  pod 

nogami  czarny  płaszcz  i  trzewiki.  Nim  mogłem  rozpoznać,  że  to  leży  człowiek  -  światło  zgasło. 

Przystanąłem  czekając  na  następny  błysk.  Przy  jego  świetle  udało  mi  się  rozpoznać  tęgiego 

mężczyznę odzianego skromnie, lecz nie ubogo; głowa była przygięta tak mocno ku przodowi, że 

skryła się zupełnie pod ciałem. Leżał skulony tuż koło parkanu, jakby gwałtownie oń rzucony. . 

Pokonując  zrozumiały  u  tego,  kto  nigdy  nie  dotykał  trupa,  wstręt  nachyliłem  się  i 

odwróciłem  leżącego,  sprawdzić,  czy  bije  w  nim  jeszcze  serce.  Był  martwy.  Widocznie  skręcił 

kark.  Błysnęło  po  raz  trzeci  i  poznałem  go.  Wyprostowałem  się  wstrząśnięty.  Był  to  oberżysta, 

właściciel pożyczonej bryczki. 

Przestąpiłem ostrożnie przez trupa i dalej piąłem się pod górę. Minąłem posterunek policji, 

College Arms i doszedłem wreszcie do domu. Po tamtej stronie wzgórza nie było widać pożarów, 

na żwirowisku tylko wciąż jeszcze połyskiwał czerwony odblask rozświetlający pędzone wichrem, 

podcinane  gradem  kłębowiska  rudego  dymu.  Domy  dokoła,  o  ile  mogłem  zauważyć  w  błyskach 

burzy, stały nienaruszone. Jakiś czarny kształt leżał na gościńcu. koto College Arms. 

Nieco dalej w kierunku Maybury słychać było na drodze głosy i kroki, brakło mi jednak sił, 

by krzyknąć czy podejść tam. Otworzyłem drzwi z klucza, wszedłem do domu, zamknąłem je za 

sobą  na  zasuwę,  dowlokłem  się  do  wiodących  na  piętro  schodów  i  usiadłem  na  stopniu. 

Wyobraźnię mą przepełniały sunące polami metalowe potwory i zmiażdżone o płoty trupy. 

Siedziałem na .schodku wsparty o ścianę i dygotałem jak w febrze. 

 

11 U okna 

 

Wspomniałem już, zdaje się, iż najburzliwsze nawet uczucia wygasają we mnie nad podziw 

szybko. Toteż wkrótce poczułem dotkliwy chłód. Ociekałem wodą do tego stopnia, że dokoła mnie 

na  schodach  i  na  chodniku  stały  kałuże.  Podniosłem  się  mechanicznie,  poszedłem  do  jadalni  i 

pociągnąłem łyk whisky, po czym odczułem potrzebę przyodziania się w coś suchego. 

Nieco  później  wspiąłem  się  na  górę  do  gabinetu.  Po  co  tam  poszedłem  nie  mam  pojęcia. 

Okna  mego  gabinetu  wychodzą  na  tory  i  pola  Horsell.  W  pośpiechu  ucieczki  zapomniałem  je 

zamknąć przed odjazdem. Korytarz i wnętrze pokoju; w przeciwieństwie do widoku oprawionego 

w ramę okna, wydawały się pełne nieprzeniknionej ciemności. Stałem w progu jak wryty. 

Nawałnica  już  przeszła.  Wieżyczki  Kolegium  i  otaczające  go  drzewa  znikły  bez  śladu  i 

widać  teraz  było  doskonale  ciągnące  się  w  dali  pola  i  żwirowisko  rozświetlone  jaskrawym 

czerwonym  blaskiem.  W  blasku  tym  krzątały  się  ciemne,  dziwaczne,  groteskowo  ogromne 

postacie. 

background image

str. 33 

 

Wydawało  się,  że  cała  okolica  płonie,  tak  gęsto  usiana  była  malutkimi,  migocącymi  w 

podmuchach zamierającej  burzy i  rzucającymi krwawy blask na  gęste chmury płomykami. Przed 

oknem przepływały co chwila, przesłaniając sylwetki Marsjan, kłęby dymu. Nie mogłem dojrzeć, 

co  robili,  gdyż  zarysy  ich  były  bardzo  niewyraźne.  Nie  mogłem  także  ustalić  przeznaczenia 

czarnych  urządzeń,  przy  których  trudzili  się  z  taką  gorliwością.  Niewidoczny  też  był  najbliższy 

pożar,  choć  odblask  jego  tańczył  po  ścianach  i  suficie.  Powietrze-przepełniał  ostry  odór  palonej 

gumy. 

Zamknąłem  bezszelestnie  drzwi  i  podkradłem  się  do  okna.  Widziałem  teraz  przestrzeń 

leżącą  między  otaczającymi  dworzec  w  Woking  domami  a  osmalonym,  sczerniałym  lasem  pod 

Byfleet.  Na  torze,  koło  mostu,  coś  się  świeciło,  a  z  kilku  domostw  stojących  przy  gościńcu  do 

Maybury i w pobliżu stacji zostały jedynie tlące się ruiny. Światło na torze zadziwiło mnie; widać 

tam było  czarny, płonący jasnym płomieniem stos, a nieco w bok, na prawo, ciągnął się łańcuch 

żółtych  prostokącików.  Zrozumiałem  po  chwili,  że  to  leży  rozbity  pociąg  ze  zdruzgotanym 

parowozem. Kilka pierwszych wagonów płonęło, podczas gdy reszta stała spokojnie na szynach. 

Pośród tych trzech głównych ognisk, to znaczy: między grupą domów, pociągiem i pożarem 

pod Cobham, ciągnęły się nieregularne, ciemne 

plamy  pól  przerywane  gdzieniegdzie  pasmami  tlących  się  i  dymiących  zgliszcz  i 

wrzosowisk.  Przedziwny  był  ten  widok  czarnej  przestrzeni  przetykanej  ogniem.  Najbardziej 

przypominał  mi  ogromną  hutę  nocą.  Ludzi  z  początku  nie  widziałem  nigdzie.  Później  dopiero 

ujrzałem  w  blasku  płonącego  dworca  w  Woking  kilka  czarnych  figurek  przebiegających 

pojedynczo przez tory. 

Czyżby ten dziki chaos miał być tym samym światkiem, gdzie tak bezpiecznie żyło się od 

tylu już lat? Nie wiedziałem jeszcze, co zaszło w ciągu ubiegłych siedmiu godzin, nie wiedziałem 

też, choć zaczynałem już po trosze odgadywać, jaki był związek między mechanicznymi kolosami 

a  niezdarnie  pełzającymi  istotami,  które  z  takim  trudem  wyłaziły  przymnie  z  walca.  Z  dziwnym 

uczuciem bezosobowego zainteresowania przywlokłem do okna fotel, usiadłem i przyglądałem się 

sczerniałym łąkom, a zwłaszcza trzem gigantycznym postaciom krzątającym się po żwirowisku. 

Wydawały  mi  się  zadziwiająco  czynne.  Zastanawiałem  się,  czym  one  są.  Czy  myślącymi 

mechanizmami? Czułem, że to  niepodobieństwo, Być może w każdym z nich krył się Marsjanin 

kierując, rządząc, rozkazując, jak ludzki mózg kieruje, rządzi i rozkazuje ciału? Porównywałem je 

do naszych maszyn; po raz pierwszy w życiu zapytałem siebie, czym mogą być ludzkie krążowniki 

i parowce dla zwierząt o niższej inteligencji. 

Niebo po burzy było jasne. Kiedy migocący ponad dymami, malutki jak łepek szpilki Mars 

skłaniał  się  już  ku  zachodowi  -  do  ogródka  wszedł  żołnierz.  Najpierw  zatrzeszczał  cicho  płot. 

background image

str. 34 

 

Rozejrzałem się jak człowiek obudzony z letargu i spostrzegłem go. Przełaził przez ogrodzenie. Na 

widok istoty ludzkiej minęło dotychczasowe osłupienie. Wychyliłem się gorączkowo z okna. 

- Pst! - szepnąłem. 

Zatrzymał  się  niezdecydowany,  siedząc  okrakiem  na  parkanie.  Potem  zeskoczył  i  pobiegł 

trawnikiem do najbliższego narożnika domu. Pochylony posuwał się wolno wzdłuż ściany. 

- Kto tam? - zapytał, także szeptem, przystając pod oknem i zadzierając głowę. 

- Dokąd pan idzie? - spytałem. - Bóg wie. 

- Chce się pan ukryć? - Tak. 

- Niech pan wejdzie do domu - powiedziałem. 

Zszedłem na dół, uchyliłem drzwi, by go wpuścić, i natychmiast za 

 

mknąłem  je  znowu.  Twarzy  żołnierza  nie  mogłem  dojrzeć.  Był  bez  czapki,  mundur  miał 

rozchełstany. 

- 0 Boże! ; powtarzał, gdy wciągałem go do pokoju. 

Co  się  stało?  -  pytałem.  r  -  Niech  pan  lepiej  zapyta,  co  się  nie  stało!  -  W  ciemności 

ujrzałem, jak załamał w rozpaczy ręce. - Zmietli nas! Po prostu nas zmietli! - powtarzał w kółko. 

Jak automat wszedł za mną do jadalni. 

- Niech no pan się napije - powiedziałem napełniając szklankę whisky. 

Wypił: Potem padł na krzesło, podparł głowę rękami i rozszlochał się jak dziecko. Ja zaś, 

zapomniawszy o niedawnej własnej rozpaczy, stałem nad nim zaskoczony. ' 

Wiele  upłynęło  czasu,  zanim  opanował  się  na  tyle,  by  móc  odpowiedzieć  na  me  pytania. 

Mówił  bezładnie,  zacinał  się  co  chwila.  Był  jezdnym  w  artylerii,  do  akcji  weszli  dopiero  około 

siódmej.  Opowiadano,  że  pierwszy  oddział  Marsjan  -  posuwał  się  powoli  pod  osłoną  metalowej 

tarczy w kierunku drugiego walca. 

Tarcza ta, ustawiona później na trójnogu, stała się pierwszą machiną bojową, którą zresztą i 

ja  potem  widziałem.  Działo,  przy  którym  był  jezdnym,  odprzodkowano  niedaleko  Horsell,  aby 

panować nad żwirowiskiem. Przybycie artylerii przyśpieszyło działania. Gdy jezdni odprowadzali 

przodek, jego koń potknął się i upadł zrzucając go w jakąś rozpadlinę. Równocześnie działo pękło, 

amunicja  wybuchła,  wszystko,  dokoła  stanęło  w  płomieniach,  a  on  znalazł  się  pod  stosem 

martwych, zwęglonych ludzi i koni. 

-  Leżałem  bez  ruchu  -  mówił  -  nieprzytomny  ze  strachu,  przyciśnięty  zadem  końskim. 

Zmietli  nas!  A  ten  smród  -  dobry  Boże!  Jak  przypalone  mięso!  Plecy  bolały  mnie  po  upadku, 

leżałem  więc  czekając,  aż  ból  przejdzie.  Przed  chwilą  wszystko  było  jak  na  paradzie  i  raptem 

koniec! Zmietli nas! - wykrzyknął. 

background image

str. 35 

 

Długo leżał pod martwym koniem, od czasu do czasu tylko wyglądając w pole. Piechurzy 

próbowali atakować jamę tyralierą, po to tylko, by zginąć. Potem potwór zaczął przechadzać się po 

żwirowisku,  między  uciekającymi,  kręcąc  podobnym  do  głowy  kapturem,  zupełnie  jak 

rozglądający  się  człowiek.  W  czymś,  co  przypominało  rękę,.trzymał  siejącą  zielonymi  iskrami, 

metalową; skomplikowanej budowy skrzynkę opatrzoną tubą, z której raził Snop Gorąca. 

Starczyło kilka chwili by na polu nie pozostało nic żywego, przynaj 

mniej  w  zasięgu  wzroku  żołnierza,  a  reszta  nie  zmienionych  jeszcze  dotąd  w  czarne, 

osmalone szkielety drzew i krzewów stanęła w płomieniach. 

Huzarów ukrytych za. wyniosłością terenu nie widział. Przez krótką chwilę słyszał grzechot 

maxima, potem i to ucichło. Olbrzym do ostatka oszczędzał dworzec w Woking i przyległe don", 

domy,  potem  jednak  skierował  Snop  na  miasteczko.  Pozostały  zeń  tylko  ruiny.  Wtedy  potwór 

wyłączył Snop, zwrócił się do artylerzysty tyłem i naszył w stronę dymiących lasów, gdzie leżał 

drugi walec. Równocześnie z jamy wyłonił się następny Tytan. 

Gdy  i  ten  podążył  w  ślad  za  pierwszym,  artylerzysta  począł  czołgać  się  ostrożnie  polem, 

przez gorące jeszcze popieliska wrzosów, do Horsell. Udało mu się dotrzeć do przydrożnego rowu i 

ujść  nim  do  Woking.  Dalsza  jego  opowieść  pełna  była  wykrzykników.  0  przejściu  przed 

miasteczko  nie  było  mowy.  Zachowała  się  tam,  być  może,  garstka  żyjących,  ale  byli  to  bez 

wątpienia  ludzie  bądź  obłąkani  ze  strachu,  bądź  też  straszliwie  poparzeni.  Widząc,  iż  jeden  z 

Marsjan  -  powraca  żołnierz  ukrył  się  za  dymiącymi  ruinami  jakiegoś  muru.  Stamtąd  widział,  jak 

gigant dopędziwszy człowieka schwycił go`w jedną ze swych stalowych macek i zmiażdżył o pień 

sosny. Po zapadnięciu  mroku artylerzysta skoczył  ku nasypowi kolejowemu  i  przebiegł  na drugą 

stronę. 

Przemykał  się  następnie  do  Maybury  w  nadziei,  iż  idąc  w  kierunku  Londynu  uniknie 

niebezpieczeństwa  Ludzie  kryli  się  po  piwnicach  i  rowach,  a  większość  tych,  co  uszli  z  życiem, 

wędrowała  do  Send  i  Woking.  Męczyło  go  pragnienie,  dopóki  nie  natrafił  na  rozbitą  pompę 

kolejową tryskającą strumieniem wody aż na gościniec. 

Taką  to  wydobyłem  z  niego,  słowo  po  słowie;  historię.  Opowiadanie  o  wszystkim,  w 

widział,  uspokoiło  go  nieco.  Od  ubiegłego  popołudnia,  jak  mówił,  nie  miał  nic  w  ustach, 

poszedłem więc do spiżarni, skąd przyniosłem trochę baraniny i chleba. Bojąc się zwabić Marsjan 

nie  paliliśmy  lampy,  toteż  ręce  nasze  często  stykały  się  nad  talerzem.  W  miarę  jak  mówił, 

wyłaniały się z ciemności otaczające nas przedmioty, a podeptane krzewy i połamane krzaki róż za 

oknem  stawały  się  coraz  widoczniejsze.  Wyglądało  to,  jakby  przez  ogród  przewaliła  się  czereda 

ludzi  czy  zwierząt.  Coraz  wyraźniej  też  widziałem  poczerniałą,  posępną,  niewiele  zapewne 

różniącą się od mojej, twarz żołnierza. 

background image

str. 36 

 

Zakończywszy  posiłek  wspięliśmy  się  wolniutko  na  piętro,  do  gabinetu,  by  dalej  patrzeć 

przez  okno.  Dolina  nasza  w  ciągu  jednej  nocy  zmieniła  się  w  popielisko.  Pożary  dogasały.  Tam 

gdzie niedawno szalały płomienie, 

 

teraz  wzbijały  się  smugi  dymu;  bezlitosne  światło  poranka  obnażało  osłonięte  dotąd 

mrokiem nocy straszliwe, odpychające w swej grozie, nieprzeliczone  

ruiny  zburzonych  domów  i  szkielety  zwęglonych,  sczerniałych  drzew.  Gdzieniegdzie 

widniały,  jakby  cudem  ocalałe,  jakiś  semafor  na  torach,  jakaś  altanka  w  ogrodzie  -  jasne  i  żywe 

pośród zagłady. Nigdy dotąd w dziejach wojen zniszczenie nie było tak zupełne, tak powszechne. 

A  koło  jamy,  pobłyskując  w  promieniach  wschodzącego  słońca,  stali  trzej  metalowi  olbrzymi  i 

kręcąc kapturami przyglądali się dokonanym spustoszeniom. _ 

Wydawało mi się, że jama została powiększona. W niebo biły z niej co chwila, unosiły się 

wirując i rozpływały w przestworzach kłęby jaskrawozielonej pary. 

Widniejące  w  oddali,  w  Cobham,  słupy  płomieni  zmieniły  się  za  pierwszym  dotknięciem 

dnia w słupy krwawego dymu. 

12 Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu 

Świat zdawał się zbyt jasny, toteż zaprzestaliśmy podglądania Marsjan, opuściliśmy okno i 

zeszliśmy cichutko na dół. 

Artylerzysta przyznał mi rację, iż dom nie jest bezpiecznym schronieniem. Chciał iść dalej, 

jak mówił, na Londyn,.dó swojej baterii. Dwunastej konnej. Mój plan, powstały pod przemożnym 

wrażeniem potęgi Marsjan, polegał na niezwłocznym powrocie do Leatherhead po żonę, zabraniu 

jej  do  Newhaven  i  opuszczeniu  kraju.  Pojąłem  już  bowiem  zupełnie  jasno,  iż  okolice  Londynu 

muszą stać się, zanim straszliwe te istoty nie zostaną zgładzone, polem okrutnych walk. 

Pomiędzy  mną  wszakże  a  Leatherhead  leżał  pilnowany  przez  olbrzymów  trzeci  walec. 

Myślę, iż będąc sam próbowałbym szczęścia i poszedł na przełaj. Artylerzysta jednak powstrzymał 

mnie od tego. Dla kochającej żony, tłumaczył mi, to żadna przyjemność zostać wdową. Ostatecznie 

ustąpiłem  i  postanowiliśmy  iść  razem,  pod  osłoną  lasu,  na  północ,  do  Street  Cobham.  Stamtąd 

dopiero miałem udać się zataczając wielki krąg przez Epsom do Leatherhead. 

Byłbym wyruszył bez zwłoki, towarzysz mój jednak, zawodowy wojskowy, znał się na tym 

lepiej  ode  mnie.  Musiałem  przetrząsnąć  cały  dom,  aby  znaleźć  manierkę  i  napełnić  ją  whisky. 

Kieszenie wypchaliśmy sucharami i pokrojonym w plasterki mięsem. Wtedy dopiero wymknęliśmy 

się 

z domu i popędziliśmy co siłą tą samą kiepską drogą, którą przyszedłem wczorajszej nocy. 

Domy  wydawały  się  opuszczone.  No  gościńcu  natknęliśmy  się  na  trzy  zbite  w  ciasną  gromadkę 

background image

str. 37 

 

zwęglone  ciała,  niewątpliwie  ofiary  Gorącego  Snopa.  Gdzieniegdzie  poniewierały  się  pogubione 

przez uciekających drobiazgi,  jakiś zegarek, jakiś pojedynczy pantofel,  jakaś srebrna łyżka i  tym 

podobne kosztowności. Na zakręcie do poczty stał okulawiony na trzech kołach, zapchany gratami 

wózek. Pośród rozrzuconych dokoła szczątków leżała rozbita w pośpiechu skarbonka. 

Z  wyjątkiem  wciąż  jeszcze  płonącego  sierocińca  żaden  z  pobliskich  domów  nie  ucierpiał 

wiele. Snop zgolił tylko kominy i przemknął dalej. Mimo to wydawało się, że w owym Maybury 

nie  ma  prócz  nas  żywego  ducha.  Większość  mieszkańców  uszła,  jak  sądziłem,  drogą  na  Stare 

Woking, tą samą, którą jechaliśmy wczoraj do Leatherhead. A może ukrywała się gdzieś w pobliżu. 

Schodząc  łąką  po  stoku  minęliśmy  ciało  mężczyzny  w  czarnym  przemokłym  od  nocnej 

ulewy ubraniu i u podnóża wzgórka weszliśmy w las. f,asem, nie napotykając nikogo, podążaliśmy 

ku  linii  kolejowej.  Po  drugiej  stronie  toru  ciągnęły  się  czarne  zgliszcza.  Większość  drzew  leżała 

pokotem,  gdzieniegdzie  tylko  sterczały  szare  pnie  z  kikutami  konarów  pokrytych  zwęglonym 

ciemnobrązowym listowiem.  ' 

Po naszej stronie pożarowi nie udało się rozszerzyć, osmalony był sam tylko skraj lasu. W 

pobliżu niedawno, widocznie w sobotę jeszcze, pracowali drwale. Na polanie obok kupy trocin  i 

wielkiej mechanicznej piły leżały świeżo zrąbane i pocięte klocki. Tuż przy nich stał nieduży pusty 

barak. Ranek był dziwnie cichy, bez tchnienia wiatru. Nawet ptaki przycichły 

,  my  zaś,  krocząc  ż  pośpiechem,  także  rozmawialiśmy  tylko  szeptem.  Oglądaliśmy  się  co 

chwila, parę razy przystawaliśmy nasłuchując. 

Po pewnym czasie, gdy  .zbliżaliśmy się już do gościńca, doszedł nas stamtąd tupot kopyt 

końskich.  Poprzez  rozchylone  gałęzie  ujrzeliśmy  jadącą  powoli  w  kierunku  Woking  trójkę 

kawalerzystów. 

Zawołaliśmy na nich, a kiedy przystanęli, pośpieszyliśmy na drogę. Byli to porucznik i dwaj 

huzarzy  z  ósmego  pułku.  Wieźli  z  sobą  podobny  do  teodolitu  przyrząd  na  statywie.  Artylerzysta 

wyjaśnił mi, że to heliograf. 

- Pierwsi spotkani na tej drodze od rana ludzie! -wykrzyknął porucznik 

. - Co się tu dzieje? 

Minę  i  głos  bardzo  miał  przejęte.  Stojący  za  nim  żołnierze  przyglądali  się  nam  ciekawie. 

Artylerzysta przeskoczył przez równa drogę i zasalutował. 

 

-  Melduję  posłusznie,  panie  poruczniku,  w  nocy  rozbito  nam  działo.  Ukrywałem  się. 

Próbuję odnaleźć baterię. Jadąc dalej tą drogą natknie się pan o pół mili stąd na Marsjan. 

- A cóż to znów za diabły? 

background image

str. 38 

 

--  Melduję  posłusznie,  opancerzone  olbrzymy.  Wysokość  sto  stóp.  Trzy  nogi.  Ciało 

aluminiowe. Ogromne głowy w kapturach. 

- Nie wygłupiajcie się! = zawołał porucznik. - Co za przeklęte bzdury! 

 

- Przekona się pan porucznik. Mają też skrzynki, z których strzelają ogniem. 

- Chyba armaty? 

- Nie, panie poruczniku - tu artylerzysta począł żywo opisywać Snop Gorąca. 

Nie dając mu dokończyć porucznik zwrócił się do mnie. Dotychczas stałem na skraju drogi 

bez słowa. 

- Pan też ich widział? - zapytał. 

- Opis jak najzupełniej dokładny - odparłem. 

-  Tak  -  zakonkludował  porucznik.  -  Myślę,  że  i  ja  powinienem  to  zobaczyć.  A  wy-tu 

spojrzał  na artylerzystę-idźcie najlepiej  zameldować się u dowódcy brygady,  generała Marvina, i 

powtórzcie mu to wszystko. My mamy rozkaz usuwać ludzi z domów. Generał jest w Weybridge: 

Znacie drogę? h 

J Ja znam - odezwałem się, po czym oficer zawrócił konia na południe. 

- Pół mili, mówicie? - rzucił. 

- Co najwyżej - odparłem wskazując wierzchołki drzew na południe. Podziękował i ruszyli 

drogą. Więcej ich nie widzieliśmy. 

Nieco dalej natknęliśmy się na trzy kobiety z dwojgiem dzieci zajęte wynoszeniem rzeczy z 

chałupy. Ręczny wózek pełen był ubogich sprzętów i brudnych węzełków. ,Kobiety tak były zajęte, 

że nie miały nawet czasu, by z nami rozmawiać. 

Z  lasu  wyszliśmy  niedaleko  dworca  w  Byfleet;  Cała  ta  okolica,  skąpana  w  promieniach 

porannego słońca, cicha była i spokojna. Snop Gorąca nie sięgał aż tutaj, toteż gdyby nie milcząca 

pustka  wielu  domów,  gdyby  nie  wybuchający  gdzieniegdzie  zgiełk  i  gwar  pakowania  się,  gdyby 

nie oddział żołnierzy rozstawionych na moście kolejowym i spoglądających na Woking 

, byłaby to najzwyczajniejsza letnia niedziela. 

Do  Addlestone  ciągnął  gościńcem  szereg  skrzypiących  wozów  i  bryczek.  Ujrzeliśmy  na 

drugim krańcu łąki sześć armat, dwunastofuntówek, 

ustawionych  w  jednakowych  odstępach  i  wymierzonych  w  Woking.  Przy  armatach  stała 

obsługa, czekały w pogotowiu bojowym jaszcze. Ludzie wyglądali jak na paradzie. 

- To rozumiem!-zawołałem. -Ci na pewno oddadzą choć jeden celny strzał. 

Artylerzysta zawahał się. - Idą dalej - mruknął. 

background image

str. 39 

 

Bliżej  Weybridge,  tuż  przy  moście,  gromada  żołnierzy  w  białych  roboczyeh  drelichach 

sypała długi szaniec, za którym widniały liczne działa. 

-  Łuki  i  strzały  przeciwko  piorunom  -  powiedział  artylerzysta.  -  Nie  widzieli  jeszcze 

ognistego promienia! 

Wolni od pracy przy szańcu oficerowie wypatrywali czegoś ponad drzewami, a sypiący go 

żołnierze przerywali co chwila robotę, aby też rzucić okiem w południową stronę. 

Zamieszanie  w  Byfleet  panowało  niewiarygodne:  Ludzie  pakowali  się;  a  huzarzy,  jedni 

wierzchem,  inni  pieszo,  popędzali  ich  beż  wytchnienia.  Na  wiejskiej  uliczce  ładowano  w 

pośpiechu,  prócz  innych  pojazdów,  trzy  czy  cztery  ambulanse  oznaczone  krzyżami  :na  białych 

polach  i  stary  omnibus.  Wszędzie  uwijały  się  grupki  odświętnie  odzianych  ludzi.  Żołnierzom  z 

największym trudem udawało się wyjaśnić im powagę sytuacji. 

Jakiś staruszek chciał zabrać ogromną skrzynię pełną doniczek z orchideami i wykłócał się 

ząb za ząb z usiłującym mu to wyperswadować kapralem. 

- Wie pan, co stamtąd nadchodzi?-krzyknąłem wskazując przesłaniające Marsjan drzewa. 

- Hę? - odparł zwracając się ku mnie. - Toć tłumaczę, że to drogie rzeczy. . 

- Śmierć! - wrzasnąłem. - Śmierć nadchodzi! Śmierć! - i pozostawiwszy go głowiącego się 

nad  tymi  słowami  pośpieszyłem  za  artylerzystą.  Na  zakręcie  obejrzałem  się.  Żołnierz  odszedł,  a 

staruszek stał przy swej skrzynce i gapił się na dalekie drzewa. 

Nikt w całym Weybridge nie potrafił nas objaśnić, gdzie mieści się kwaterą główna: takiego 

bałaganu  nie  widziałem  jeszcze,  jak  żyję,  w  żadnym  miasteczku.  Wszędzie  pełno  było  bryk, 

wozów,  przedziwnej  jakiejś  mieszaniny  pojazdów  i  koni.  Pięknie  odziane  damy  i  szacowni 

obywatele  miasta  w  golfowych  wioślarskich  strojach  pakowali  się  na  gwałt  przy  energicznej 

pomocy  rozmaitych  próżniaków.  Dzieciaki  były  podniecone  i  raczej  zachwycone  tą  niezwykłą 

odmianą w coniedzielnej nudzie. 

A pośród całego tego zgiełku i tumultu dzielny jakiś pastor odprawia) wczesne nabożeństwo 

zwołując na nie wiernych przeraźliwą sygnaturką. 

Przysiedliśmy  z  moim  artylerzystą  na  stopniach  studni,  by  posilić  się  nieco  zapasami. 

Patrole wojskowe, tym razem nie huzarzy, lecz biało odziani grenadierzy, ostrzegały ludność, aby 

w  razie  strzelaniny  kryć  się  natychmiast  po  piwnicach  albo  niezwłocznie  opuszczać  mieścinę. 

Mijając most kolejowy  ujrzeliśmy na dworcu tłum  ludzi  i  perony zawalone walizami i  tobołami. 

Normalny  ruch  prawdopodobnie  wstrzymano,  aby  przepuścić  transporty  wojska  do  Chertsey. 

Dopiero później dowiedziałem się o  

dzikich walkach o miejsca w pociągu specjalnym, podstawionym po długim oczekiwaniu. 

background image

str. 40 

 

W  Weybrigde  pozostaliśmy  do  południa,  a  wkrótce  potem  znaleźliśmy  się  koło  przystani 

Shepperton,  w  miejscu  gdzie  Wey  wpada  do  Tamizy.  Zatrzymaliśmy  się  tam  nieco  dłużej 

pomagając  dwu  starowinom  załadować  rzeczy  na  wózek.  Ujście  Wey  składa  się  z  trzech  koryt, 

przez rzekę kursuje prom, jest tam też przystań i wynajem łódek. Na brzegu od strony Sheppertonu 

stała  wówczas  oberża  okolona  rozległym  trawnikiem,  nieco  głębiej  zaś  -  kościół  z  wieżą 

(odbudowano ją potem bardziej strzelistą) wznoszącą się wysoko ponad drzewa. 

Zastaliśmy  tam  podniecony  i  hałaśliwy  tłum  uciekinierów.  Wprawdzie  ucieczka  nie  była 

jeszcze  paniczna,  tyle  jednak  zebrało  się  tutaj  ludzi,  że  nie  zdołałyby  ich  przewieźć  wszystkie 

łodzie  z  całej  rzeki  razem  wzięte.  A  wciąż  jeszcze  napływały  nowe,  zadyszane,  obładowane 

tobołami  gromady.  Jakieś  małżeństwo  niosło  dobytek  ułożony  na  zdjętych  z  zawiasów  drzwiach 

domku. Ktoś udowadniał, że łatwiej będzie wyjechać z Sheppertonu pociągiem. 

Hałasu było tu co niemiara, a jakiś facet próbował nawet kpić i dworować. Najwidoczniej 

cały  ten  tłum  wyobrażał  sobie  Marsjan  jako  ludzi  groźnych  wprawdzie,  którzy  mogą  napaść  i 

zrabować  miasteczka  i  wioski,  ale  którzy  wcześniej  czy  później  nie  unikną  zagłady.  Wzrok 

wszystkich zwracał się co chwila ku łąkom za Wey, ciągnącym się aż po Chertsey, lecz panował 

tam zupełny spókój. 

W  przeciwieństwie  do  wybrzeża  po  stronie  Surrey,  na  przeciwległym  brzegu  Tamizy,  z 

wyjątkiem  miejsca  gdzie  przybijają  łodzie,  cicho  było  i  spokojnie.  Lądujący  rozchodzili  się  w 

pośpiechu polnymi drożynami. Akurat wielki prom dobijał do brzegu. Kilku stojących na trawniku 

koło  oberży  żołnierzy  pokpiwało  sobie  z  uciekinierów  nie  udzielając  im  pomocy.  Oberża,  jak 

zwykle w niedzielę, była zamknięta. 

- Co to? - krzyknął przewoźnik. 

- Stul pysk, przeklęty!- zawołał ktoś do ujadającego niedaleko nas psa. Od Chertsey rozległ 

się głuchy huk, odgłos strzału armatniego. 

Walka  rozpoczęła  się.  Niemal  natychmiast  zaczęły  przyłączać  .się  do  chóru,  strzelając  co 

sił, jedna po drugiej, niewidoczne, ukryte bardziej na prawo, za porastającymi przeciwległy brzeg 

drzewami,  baterie.  Któraś  kobieta  krzyknęła.  Tłum  stał  nieporuszony,  wsłuchany  w  nagły  zgiełk 

tak bliskiej, a przecież niewidocznej bitwy. Dostrzec można było tylko płaskie łąki, krowy skubiące 

trawę i srebrzyste, nieruchome w upalnym słońcu płaczące wierzby.  . 

- Chyba ich wojsko zatrzyma - odezwała się z powątpiewaniem stojąca koło mnie paniusia. 

Nad drzewami unosiła się leciutka mgiełka. 

Nagle daleko w górze rzeki ujrzeliśmy chmurę dymu, która kłębiła się i szła wciąż wyżej i 

wyżej,  aż  zawisła  wysoko  w  nieruchomym  powietrzu.  Potem  ziemia  zadrżała  pod  nogami  i 

powietrzem targnął głośny wybuch wybijając szyby w oknach i ogłuszając nas na długą chwilę. 

background image

str. 41 

 

- Już tu są! - wrzasnął jakiś człek w błękitnej koszuli. - Tam! Widzicie ich? Tam! 

W  oddali  spoza  drzew  ukazał  się  nagle  jeden,  drugi,  trzeci,  czwarty  Marsjanin.  Gnali 

ciągnącymi się ód Chertsey polami ku rzece. Z dala wyglądali jak niewielkie zakapturzone figurki 

mknące posuwistym,  szybkim jak lot ptaków ruchem.  Potem pojawił się piąty. Pędził na przełaj, 

wprost  na  nas.  Szli-na  działa.  Lśniły  w  słońcu  metalowe  cielska  rosnących  z  każdym  krokiem 

potworów.  Najodleglejszy,  ostatni  w  lewo,  wymachiwał  wzniesioną  wysoko  skrzynką  i  nagle 

upiorny, straszliwy Snop Gorąca, tak dobrze znany mi od piątku, pomknął ku Chertsey i uderzył w 

nieszczęsne miasteczko. 

Wydawało  się,  że  widok  tych  przedziwnych,  okropnych  istot  poraził  na  chwilę  zebrany 

nad,.rzeką  tłum.  Zapanowała  zupełna  cisza,  nikt  nie  krzyknął,  nikt  nie  jęknął.  Potem  rozległ  się 

ochrypły  pomruk,  tupot  setek  nóg  i  plusk  wody.  Jakiś  mężczyzna,  zbyt  wystraszony,  by  rzucić 

trzymaną  na  ramieniu  walizę,  odwrócił  się  i  wyrżnął  mnie  nią  tak  mocno,  aż  się  zatoczyłem. 

Biegnąca  ku  rzece  kobieta  popchnęła  mnie  z  niespodziewaną  siłą.  Ja  też  rzuciłem  się  wraz  z 

tłumem  do  ucieczki,  mimo  przerażenia  jednak  nie  przestawałem  myśleć.  Ani  na  chwilę  nie 

zapominałem o Snopie Gorąca! Ukryć się pod wodą! Oto jedyny ratunek! 

-  Kryć  się  pod  wodą!  -  ryknąłem.  .  Rozejrzałem  się  i  popędziłem  na  spotkanie 

nadchodzącego Marsjanina, prosto ku piaszczystej zatoce i do wody. Inni uczynili to samo. Gdy bie 

 

głem, obok. z zawracającej do brzegu łodzi, wyskakiwali ludzie. Kamienie na dnie oślizłe 

były  i  zamulone,  woda  zaś  tak  płytka,  że  chcąc  zagłębić  się  do  pasa,  musiałem  odbiec  ze 

dwadzieścia kroków od brzegu. Kiedy olbrzymia postać Marsjanina była o paręset już tylko jardów 

ode  mnie  dałem  nurka.  Plusk,  z  jakim  ludzie  wyskakiwali  z  łodzi,  grzmiał  mi  w  uszach  z  siłą 

piorunów. Ludzie z pośpiechu lądowali po obu stronach rzeki. 

Marsjanin nie zwracał chwilowo uwagi na uwijających się w popłochu ludzi, jak człowiek 

nie  zwraca  uwagi  na  mrówki  krzątające  się  wokół  kopniętego  przypadkiem  mrowiska.  Gdy 

wytknąłem nareszcie, na pół uduszony, głowę z wody - kaptur Marsjanina patrzył ku strzelającym 

jeszcze  zza  rzeki  bateriom.  Potem  olbrzym  ruszył  dalej  wymachując  w  takt  kroków  zbiornikiem 

gorąca. 

Po chwili był już nad rzeką i począł brnąć przez wodę. Wychodząc na przeciwległy brzeg 

przyklęknął  na  chwilę,  natychmiast  jednak  powstał  i  ruszył  ku-Sheppertonowi.  Równocześnie 

wypaliło  sześć  ukrytych  wśród  podmiejskich  domków  armat.  Niespodziane,  bliskie,  następujące 

szybko po sobie wybuchy przeraziły mnie. Potwór unosił właśnie skrzynię ze Snopem, gdy ó kilka 

stóp od kaptura rozerwał się granat. 

background image

str. 42 

 

Wydałem okrzyk zdumienia: Nie parzyłem już na tamtych czterech, nie myślałem o nich, 

całą  uwagę  skupiłem  na  najbliższym.  Dwa  następne  pociski  wybuchły  tuż  koło  metalowego 

cielska, a czwarty rąbnął w usiłujący uniknąć go obrotem kaptur. Kaptur.pękł, błysnął i rozleciał się 

w kawałki sypiąc wkoło odłamkami metalu i krwawymi strzępami mięsa. 

- Trafili! - krzyknąłem z zachwytem. 

Odpowiedziały mi okrzyki radości. W podnieceniu omal nie wyskoczyłem  

na brzeg. 

Pozbawiony głowy kolos zataczał się jak pijany; nie przewrócił się jednak. Cudem niemal 

zachował  równowagę, ale nie panując nad ruchami pomykał  ze wzniesionym  w  górę zbiornikiem 

gorąca ku Sheppertonowi. Żywa inteligencja, zamknięty w kapturze Marsjanin, została zgładzona, 

rozprysła  się  na  cztery  wiatry  i  potwór  był  już  tylko  metalowym  mechanizmem  sunącym  ku 

nieuchronnej zagładzie. Nie kierowany przez nikogo pędził wprost przed siebie. Uderzył jak taran 

w  wieżę  kościelną,  zdruzgotał  ją  jak  szklaną  zabawkę,  skręcił  w  bok,  potknął  się  i  ginąc  z  oczu 

runął w rzekę z potężnym łoskotem. 

Gwałtowny  wybuch  wstrząsnął  powietrzem.  W  niebo  'strzelił  słup  wody,  pary,  błota  i 

odłamków metalu. To komora ze Snopem dotknęła 

wody zmieniając ją niepowstrzymanie w parę. Rzeką runęła jak wrzący błotnisty przypływ 

potężna  fala.  Widziałem  ludzi  uciekających  na  brzegi,  zewsząd  rozlegały  się  jęki  i  krzyki 

zagłuszane sykiem i zgiełkiem upadku Marsjanina. 

Nie zwracając uwagi na gorąco, stłumiwszy instynkt samozachowawczy przepychałem się 

wśród uciekających, pędziłem z pluskiem przez nadbiegające fale w górę rzeki, do zakrętu, chcąc 

ujrzeć,  co  się  tam  dzieje.  Kilka  porzuconych  łódek  obijało  się  bez  celu  po  wzburzonych  falach. 

Wreszcie zobaczyłem Marsjanina. Leżał w poprzek koryta, zupełnie niemal zatopiony. 

Nad szczątkami unosiły się gęste obłoki pary. Widać przez nie było; jak olbrzymie członki 

młócą w nieustannych drgawkach wodę, jak rozpryskują w powietrzu błotnistą pianę. Macki niby 

żywe  ramiona  to  splatały  się  konwulsyjnie,  to  rozplatały  i  gdyby  nie  bezradna  jałowość  tych 

ruchów  wydawałoby  się,  że  to  śmiertelnie  zraniona  istota  walczy  z  falami  o  życie.  7a  machiny 

tryskały z głośnym sykiem olbrzymie strugi rdzawobrązowej cieczy. , 

Od  widoku  tego  odwróciły  mą  uwagę  wściekłe  ryki  przypominające  dźwięki 

rozpowszechnionych  w  przemysłowych  miastach  syren  fabrycznych.  Jakiś  jegomość  stojący  tuż 

przy  brzegu,  po  kolana  w  wodzie,  krzyczał  coś  do  mnie  pokazując  palcem  w  tył,  poza  mnie. 

Odwróciłem  się  i  ujrzałem  sadzących  ogromnymi  susami  brzegiem,  od  Chertsey,  Marsjan.  Z 

Sheppertonu znów odezwały się działa, tym jednak razem bez skutku. 

background image

str. 43 

 

Na ten widok dałem nurka i płynąłem pod wodą wstrzymując oddech dopóty, dopóki każdy 

ruch  nie  stał  się  męką.  Woda  dokoła  burzyła  się  coraz  gwałtowniej,  temperatura  rosła 

błyskawicznie. 

Gdy.wynurzyłem  się  na  chwilę,  by  zaczerpnąć  tchu,  i  przetarłem  oczybiałe  kłęby  pary 

przesłoniły  Marsjan  niemal  całkowicie.  Hałas  panował  ogłuszający.  Wreszcie  ujrzałem 

niewyraźnie ogromne, bo powiększone jeszcze przez mgłę, szare postacie. Minęły mnie, po czym 

dwie nachyliły się nad parującymi szczątkami towarzysza. 

Dwie pozostałe stanęły koło nich, w wodzie, jedna o dwieście mniej więcej jardów od mnie, 

druga bliżej ku Laleham. Wzniesione wysoko  

zbiorniki ze Snopem Gorąca siały z sykiem śmiercionośne promienie. 

Powietrze  pełne  było  wrzawy,  ogłuszającej  mieszaniny  skłóconych  ze  sobą  hałasów; 

podobnych do głosu trąb, ryków Marsjan, łoskotu walą. cych się domów, trzasku płonących drzew, 

płotów i zabudowań. Gęsty, 

 

czarny  dym  łączył  się  z  bijącą  z  rzeki  parą,  w  Weybridge  zaś  miejsca  dotknięte  Snopem 

łyskały  oślepiającą  białością  i  w  jednej  chwili  zmieniały  się  w  dymiące,  roztańczone  płomienie. 

Pobliskie  domy  wciąż  jeszcze  stały  nietknięte,  wyczekując  swego  losu.  Przesłaniały  je  drżące, 

blade obłoczki pary, oświetlały buzujące pożary. , 

Dysząc  ciężko,  stałem  chwilę  po  pierś  we  wrzącej  niemal  wodzie,  oszołomiony 

beznadziejnością  "położenia,  pewny  nieuchronnej  zguby.  Poprzez  opary  widziałem  ludzi 

uchodzących na brzeg i przezierających się przez gęstwę trzcin, na podobieństwo żab przerażonych 

zbliżaniem się człowieka. 

Nagle  biała  smuga  Snopa  poczęła  .pomykać  w  mą  stronę.  Pod  jej  dotknięciem  z  domów 

tryskały płomienie, drzewa stawały w ogniu. Przejećhała po brzegu w jedną stronę, potem w drugą, 

zlizując  uciekających,  i  dotknęła  rzeki  niespełna  pięćdziesiąt  kroków  ode  mnie.  Musnęła  wodę 

przesuwając się od brzegu do brzegu, a śladem jej pobiegło białe pasmo wrzącej, buchającej parą 

piany. Skoczyłem ku brzegowi. 

Uszedłem  parę  zaledwie  kroków,  gdy  runęła  na  mnie  potężna,  wrząca  niemal  fala. 

Wrzasnąłem  nieprzytomnie  i  poparzony,  na  pół  oślepiony,  czując,  że  ginę,  zataczając  się  wśród 

syczącej, rwącej wody przedzierałem się resztkami sił ku brzegowi. Gdybym potknął się-byłby to 

koniec.  Nie  potknąłem  się  jednak.  Upadłem  wyczerpany  na  szerokiej,  piaszczystej  łasze,  przy 

samym ujściu Wey do Tamizy, tuż pod nosem nadchodzących Marsjan. Byłem pewien, że czeka 

mnie śmierć.  

background image

str. 44 

 

Jak  przez  mgłę  pamiętam  ogromną  stopę  Marsjanina.  Wparła  się  w  ziemię  o  kilkanaście 

zaledwie jardów od mej głowy, rozrzucając na wszystkie strony piach, po czym znów uniosła się w 

górę.  Pamiętam  długą,  pełną  niepewności  chwilę  wyczekiwania,  a  potem  widok,  to  wyraźny,  to 

przesłonięty  welonem  dymu,  czterech  kolosów  dźwigających  szczątki  zgładzonego  towarzysza. 

Uchodziły one nieskończenie wolno, jak mi się zdawało, przez rzekę i dalej, nadbrzeżnymi łęgami. 

Dopiero wtedy zacząłem pojmować coraz jaśniej, że chyba cudem jakimś - ocalałem. 

13 Jak spotkałem się z wikarym 

ł'o tej niespodzianej lekcji naszej potęgi, udzielonej przez ziemską broń, Marsjanie wycofali 

się na pola pod Horsell; do swych wyjściowych pozycji; że zaś odchodzili w pośpiechu i do tego 

obciążeni szczątkami powalonego kompana - przeoczyli niewątpliwie wielu takich rozsianych w 

pojedynkę  rozbitków  jak  ja.  Gdyby  nie  zajmowali  się  wówczas  swym  towarzyszem,  lecz 

atakowali  dalej,  to  nieliczne  baterie  broniące  dostępu  do  Londynu  nie  byłyby  w  stanie  ich 

powstrzymać  i  stanęliby  w  stolicy  wcześniej  niż  wieść  o  ich  pochodzie.  Byłoby  to  natarcie  tak 

nagłe, straszliwe i niszczące, jak trzęsienie ziemi, które przed stu laty zburzyło Lizbonę. 

Nie  śpieszyli  się  jednak.  Poprzez  międzyplanetarne  przestrzenie  mknął  przecież  walec  za 

walcem. Każda doba przynosiła posiłki. A tymczasem nasze sztaby, lądowy i morski, znając już w 

pełni  niesłychaną  moc  wroga  pracowały  z  wściekłą  energią.  Dosłownie  co  minutę  stawało  na 

stanowisku nowe działo, tak że o zmierzchu z każdego zagłębienia, zza każdego krzaka i domku, ze 

stoków  wzgórz  Kingstonu  i  Richmondu  wyzierały  czujne,  choć  zamaskowane  czarne  paszcze 

armatnie. A przez zwęglone, martwe pola, wszystkiego ze-dwadzieścia może mil  kwadratowych, 

otaczające obozowiska Marsjan w Horsell, przez spalone, zrujnowane wioski, między sczerniałymi, 

zeschłymi  kikutami  wczoraj  jeszcze  szumiących  drzew  przemykali  się  ofiarni  zwiadowcy  z 

heliografami,  które  miały  ostrzegać  artylerzystów  o  każdym  ruchu  Marsjan.  Ci  jednak  pojęli  już 

znakomicie  działanie  naszej  artylerii,  pojęli  niebezpieczeństwo  ludzkiej  bliskości,  toteż  podejść 

bliżej niż o milę do któregoś z walców można było tylko za cenę życia. 

Wydaje się, że wczesnym popołudniem olbrzymy przeniosły zawartość drugiego i trzeciego 

walca  z  Adlestone  i  Pyrfordu  do  pierwszej  swej  jamy  na  polach  Horsell.  Na  wzniesieniu,  ponad 

wypalonymi wrzosowiskami i zrujnowanymi budynkami, stanął na warcie jeden, podczas gdy inni 

opuścili  swe  machiny  wojenne  i  zeszli  do  jamy.  Pracowali  tam  zawzięcie  do  późnej  nocy. 

Świadczył o tym piętrzący się nad jamą słup zielonego dymu widoczny wyraźnie z pagórków pod 

Merrow, a nawet, jak mówiono, z Banstead, Epsom i Downs. 

Podczas gdy za mymi plecami Marsjanie gotowali się do następnego wypadu, a przede mną 

ludzkość  zbierała  siły  do  walki,  ja  w  niewypowiedzianej  męce,  bólu  i  trudzie  przedzierałem  się 

przez ogień i dym płonącego Weybridge ku Londynowi. 

background image

str. 45 

 

Dostrzegłszy  jakieś  porzucone  czółno  płynące  w  dół  rzeki,  zrzuciłem  przemoczone 

zwierzchnie odzienie, dotarłem do łódki i w ten sposób opuściłem teren zagłady. Wioseł w czółnie- 

nie było, toteż grzebiąc w wodzie poparzonymi rękami posuwałem się z wielkim tylko trudem do 

Hallifordu  i  Waltonu.  Oglądałem  się  przy  tym  nieustannie,  co  zresztą  łatwo  chyba  przyjdzie 

czytelnikowi zrozumieć. Wybrałem rzekę, bo wie 

 

działem  teraz,  że  najwięcej  szans  ocalenia,  gdyby  potwory  pojawiły  się  znowu,  zapewnia 

woda. 

Fala wywołana upadkiem Marsjanina tak była gorąca, że przez większą część pierwszej mili 

para całkowicie przesłaniała mi widok brzegów rzeki.  Raz tylko,  przez krótką chwilę, widziałem 

czarny  sznur  sylwetek  uciekających  polami  od  Weybridge.  Halliford,  jak  mi  się  zdawało,  był 

całkowicie  opuszczony,  a  szereg  nadbrzeżnych  domków  płonęło.  Dziwny  to  był  widok-  zupełny 

spokój,  zupełna  pustka  pod  upalnym,  błękitnym  niebem  i  tylko  dym  i  płomienie  tańczące  w 

popołudniowym  skwarze.  Nigdy  jeszcze  nie  zdarzyło  mi  się  widzieć  płonących  domów  bez 

zgiełkliwego  tłumu  gapiów:  Nieco  dalej  tliły  się  i  dymiły  suche  przybrzeżne  szuwary,  zaś  nie 

skoszonymi jeszcze łąkami posuwała się niepowstrzymanie w głąb lądu krecha ognia,, 

Tak  bylem  obolały  i.zmordowany  gwałtownością  przeżyć,  tak  straszny  panował  skwar  na 

rzece; 'iż długi czas dawałem bezwalnie nieść się prądowi. W końcu jednak arach przemógł i znów 

zacząłem wiosłować. Na dobitek słońce spiekło mi obnażone plecy, toteż gdy wyłonił się wreszcie 

zza zakrętu  most  w Waltonie-  upał  i  wyczerpanie  przemogły  przerażenie.  Przybiłem  do  brzegu  i 

śmiertelnie  znużony  wyciągnąłem  się  wśród  wysokiej  trawy.  Była  może  czwarta,  może  piąta  po 

południu. Po chwili podniosłem się, uszedłem z pół mili nie spotykając po drodze żywej duszy i 

znów ległem, tym razem w cieniu żywopłotu. Pamiętam: idąc mówiłem coś półprzytomnie sam do 

siebie. Okropnie chciało mi się pić i gorzko żałowałem, że wypiłem tak mało wody. Ciekawe, że 

zły byłem na żonę; nie potrafię tego objaśnić, lecz winiłem ją za jałowość mych prób powrotu do 

Leatherhead. 

Duchowny zjawił się prawdopodobnie w czasie mej drzemki, gdyż nadejścia jego zupełnie 

sobie  nie  przypominam.  Ujrzałem  go  siedzącego  przy  mnie,  w  wybrudzonej  sadzami  bluzie,  z 

wygoloną  twarzą  wzniesioną  w  górę,  zapatrzonego  w  migocące  na  niebie  błyski.  Niebo  pokryte 

było barankami, kłębkami puchowych chmurek zabarwionych leciutkim różem letniego zachodu. 

Usiadłem, a ksiądz na odgłos tego ruchu spojrzał pośpiesznie na mnie. 

- Nie ma pan wody? - spytałem krótko. .  Zaprzeczył ruchem głowy. 

- Dopomina się pan o wodę już od godziny - odrzekł. 

background image

str. 46 

 

Milczeliśmy  przyglądając  się  sobie  badawczo.  Śmiem  twierdzić,  że  wyglądałem  dość 

dziwacznie, nagi do pasa, w mokrych spodniach i skar 

petkach, poparzony, umorusany. Jego zaś twarz była wcieleniem słabości. Cofnięta broda, 

kędzierzawe, lniane niemal loki opadające na niskie czoło, dość duże bladoniebieskie bez wyrazu 

oczy. Mówił urywanie, patrząc gdzieś w bok, w próżnię. 

- Co to ma znaczyć? - rzekł. - Co to wszystko ma znaczyć? Patrzyłem nań bez słowa. 

Wyciągnął białą, wątłą dłoń i zaczął pełnym skargi głosem: 

-  Dlaczego  pozwala  się  na  to?  Za  jakie  grzechy?  Wyszedłetń  po  rannym  nabożeństwie  w 

pole,  by  odświeżyć  nieco  umysł,  i  nagle  ogień,'trzęsienie  ziemi,  śmierć!  Jak  Sodoma  i  Gomora! 

Cała nasza praca zniszczona, cała praca... Kim są ci Marsjanie? 

- Kim my jesteśmy? - odparłem ochryple. 

Opasał  kolana  ramionami  i  znów  zwrócił  się  ku  mnie.  Długą  chwilę  patrzał  na  mnie  w 

milczeniu. 

- Wyszedłem na spacer, by odświeżyć się nieco - powtórzył - i nagle ogień, trzęsienie ziemi, 

śmierć! 

Zamilkł,  skłaniając  głowę  tak  nisko,  iż  brodą  sięgał  niemal  kolan.  Wtem  począł 

wymachiwać ręką.  - Cała praca,  wszystkie szkoły... Cóżeśmy zawinili? Co zawiniło Weybridge? 

Wszystko zniszczone! Nic nie zostało! Kościół! Odbudowany trzy lata temu! Nie ma! Zmieciony! 

Za co? 

Chwila milczenia i znów wybuch - jak u szaleńca. 

- Dymy pożarów unosić się będą na wieki wieków! - krzyczał. 

Oczy płonęły mu, cienkim palcem wskazywał Weybrigde. Zacząłem pojmować. Straszliwa 

tragedia, jaką przeżył - uszedł najwidoczniej z Weybridge - doprowadziła go niemal do obłędu. 

- Daleko stąd do Sunbury`? - zapytałem rzeczowo. 

-  I  cóż mamy czynić?  - pytał.  -  Czy te istoty są  wszędzie? Czy całą  Ziemię otrzymały we 

władanie? 

- Daleko stąd do Sunbury? , 

- Przecież dziś rano odprawiałem jeszcze mszę... 

-  Od  rana  zmieniło  się  wiele  rzeczy  -  odparłem  spokojnie.  -  Proszę  się  opanować.  Nie 

należy tracić nadziei. 

- Nadziei! 

- Tak. Gorącej nadziei, mimo wszystkich tych zniszczeń! 

background image

str. 47 

 

Zacząłem  wyjaśniać  swój  pogląd  na  sytuację.  Z  początku  słuchał,  w  miarę  jednak  jak 

mówiłem,  zainteresowanie  w  jego  oczach  zmieniało  się  w  poprzednią  bezmyślność.  Odwrócił 

wzrok. 

= To początek końca - wykrzyknął nie dając mi dokończyć. - Koniec! 

 

"Wielki,  straszliwy  dzień  Pana!  I  ludy  wzywać  będą  pagórki  i  skały,  by  spadły  na  nie  i 

ukryły je... ukryły przed obliczem Tego, który zasiada na tronie!" 

Zacząłem  rozumieć  sytuację.  Zaprzestałem  wypracowanego  rozumowania,  powstałem  i 

pochylając się nad nim oparłem mu dłoń na ramieniu. 

- Trzeba, być mężczyzną - wyrzekłem. - Pan jest nieprzytomny ze strachu. Cóż za pożytek z 

religii, jeśli kruszy się ona w obliczu nieszczęścia? Proszę pomyśleć, ile.zła wyrządziły ludzkości 

trzęsienia ziemi,  powodzie, wojny, wybuchy  wulkanów! Czy panu zdaje  się, że Bóg ubezpieczył 

Weybrigde od wypadku? Człowieku, Bóg to nie agent ubezpieczeniowy. 

Siedział czas jakiś w bezmyślnym milczeniu. 

- I jakże możemy ocaleć? - spytał nagle. - Oni są niedosiężni, oni są bezlitośni... 

-  Ani  jedno,  ani  prawdopodobnie  drugie-  odparłem.  -  Poza  tym  im  są  potężniejsi,  tym 

mądrzejsi  i  ostrożniejsi powinniśmy  być  my.  Jeden  z  nich zginął,  o,  tam,  niespełna  trzy  godziny 

temu. 

- Zginął! - wykrzyknął rozglądając się dokoła. - Jakże mógł zginąć wysłannik Pana? 

-  Widziałem  na  własne  oczy  -  odparłem.  -  Przypadkowo  wpadliśmy  w  sam  gąszcz 

wydarzeń... i to wszystko - zakończyłem. 

- Co to za iskry na niebie? '- zapytał urywanie. 

Wyjaśniłem, że są to sygnały przesyłane heliografami, znaki na niebie wysiłków i pomocy 

ludzkiej na ziemi. 

- Jesteśmy w samym  środku  - mówiłem.  -Choć teraz panuje tu  spokój, błyski  te zwiastują 

nadchodzącą burzę. Tam, zdaje się, są Marsjanie, a pod Londynem, tam gdzie widać pagórki, koło 

Richmondu i Kingstonu, usypano szańce i ustawiono działa. Niedługo Marsjanie znów nadejdą 

 

Nie skończyłem jeszcze mówić, gdy przerwał mi gestem. - Słyszy pan? - zawołał. 

Spoza płaskich pagórków na tamtym brzegu rzeki doszedł nas głuchy huk dalekich dział i 

odległy tajemniczy krzyk. Potem wszystko ucichło. Nad krzakami przemknął hucząc głośno czarny 

trzmiel. Na zachodzie wysoko nad dymami Weybrigde i Sheppertonu, nad płomienną świetnością 

gasnącego słońca zawisł na niebie biały, wąski sierp księżyca. 

- Chodźmy lepiej w tamtą stronę -- rzekłem - na północ. 

background image

str. 48 

 

 

14  W Londynie 

 

Kiedy Marsjanie lądowali w Woking, młodszy mój brat przebywał w Londynie. Studiował 

tam medycynę i, przygotowując się do bliskich już egzaminów, aż do soboty rano nie słyszał nic o 

ich przybyciu. Sobotnie -dzienniki poranne, prócz przydługich artykułów na temat Marsa, życia na 

innych  planetach  i  tak  dalej,  przyniosły  krótką  i  mgliście  sformułowaną,  a  więc  tym  bardziej 

zaskakującą depeszę. 

Marsjanie  wystraszeni  zbliżaniem  się  tłumu  użyli  szybkostrzelnego  działa  i  zabili  trochę 

ludzi. Tyle mówiła depesza. Kończyła się zaś słowami: "Jakkolwiek Marsjanie wydają się groźni, 

to jednak nie ruszają się ze swej jamy, co więcej, nie są chyba do tego zdolni. Przyczyną tego jest 

prawdopodobnie  względna  wielkość  siły  ziemskiego  ciążenia".  Nad  tą  to  właśnie  tezą 

komentatorzy rozwodzili się w artykułach redakcyjnych najbardziej optymistycznie.  

Rzecż jasna, zaciekawiło to niesłychanie wszystkich studentów katedry biologii, gdzie tego 

właśnie  dnia  brat  miał  zajęcia,  na  ulicach  jednak  nie  można  było  dostrzec  ani  śladu  jakiegoś 

podniecenia.  Wieczorna  prasa  rozdmuchiwała  strzępy  wiadomości  opatrując  je  ogromnymi 

tytułami. Nie mogła jednak podać nic ponad to, że na żwirowisko skierowano oddziały wojskowe i 

że pomiędzy Woking a Weybrigde wybuchł pożar lasu. Tak było aż do ósmej wieczór. Później ST. 

James' Gazette doniosła w dodatku nadzwyczajnym, ber żadnych zresztą komentarzy, o przerwaniu 

linii  telegraficznej.  Przypuszczano,  iż  walące  się  drzewa  uszkodziły  przewody.  Nocy  tej,  nocy 

mojej wyprawy do Leatherhead i powrotu do domu, nie nadeszły już żadne dalsze wiadomości o 

walce. 

Brat  nie martwił się o nas wiedząc z prasy, iż walec spadł o dobre dwie mile od naszego 

domku. Postanowił jednak skoczyć do nas wieczorem, aby- jak.potem mówił'-żobaczyć te stwory, 

zanim zostaną zabite. około czwartej nadał depeszę, która nigdy do mnie nie dotarła, wieczór zaś 

spędził na koncercie. 

W  noc  sobotnią  nad  Londynem  także  przeszła  nawałnica,  toteż  mój  brat  na  dworzec 

Waterloo  udał  się  dorożką.  Na  peronie,  z  którego  zazwyczaj  odchodzą  nocne  pociągi,  po  dość 

długim wyczekiwaniu dowiedział się, że jakiś wypadek na trasie nie pozwala dostać się tej nocy do 

Woking.  Nie  zdołał  upewnić  się,  o  jaki  to  wypadek  chodziło;  prawdę  powiedziawszy,  władze 

kolejowe same jeszcze wówczas dobrze nie wiedziały, co się tam stało. Na dworcu nie było widać 

podniecenia., gdyż kolejarze, przy 

 

background image

str. 49 

 

puszczając,  że  chodzi  po  prostu  o  zwykłe  uszkodzenie  toru  między  Byfleet  a  Woking, 

puszczali  pociągi  idące  normalnie  przez  Woking  -  okólną  trasą,  przez  Virginia  Water  lub  przez 

Guildford.  Czyniono  także  niezbędne  przygotowania  do  zmiany  tras  wycieczek  niedzielnych  do 

Southampton  i  Portsmouth.  Pewien  nocny  reporter  jednej  z  gazet,  biorąc  mego  brata  za 

zawiadowcę stacji, jako że istotnie był  do niego trochę podobny, usiłował  po długim czatowaniu 

przeprowadzić  z  nim  wywiad.  Mało  kto  prócz  kolejarzy  kojarzył  sobie  przerwę  w  ruchu  z 

Marsjanami. 

W jednym z późniejszych opisów ówczesnych wydarzeń czytałem, iż w niedzielę rano "cały 

Londyn  zelektryzowany  został  wiadomościami  z  Woking".  W  rzeczywistości  jednak  nie  działo 

się.tam  nic, co mogłoby usprawiedliwić to  przesadne twierdzenie. Mnóstwo ludzi  w  Londynie w 

ogóle  nie  słyszało  o  Marsjanach  aż  do  poniedziałkowej  paniki.  Ci  zaś,  którzy  słyszeli  - 

potrzebowali dość dużo czasu, by pojąć, co kryło się naprawdę za pośpiesznymi, krótkimi słowami 

depesz  w  niedzielnych  dziennikach.  Wszak  większość  mieszkańców  Londynu  w  ogóle  nie  czyta 

niedzielnej prasy. 

Co więcej, nawyk osobistego bezpieczeństwa tak głęboko tkwi w świadomości  

przeciętnego londyńczyka, zaś zadziwiające informacje w gazetach są rzeczą tak zwykłą, iż 

czytał  on  bez  żadnego  niepokoju:'"Wczoraj,  około  siódmej  wieczór,  Marsjanie  wydostali  się  z 

walca i poruszając się pod osłoną metalowych tarcz zniszczyli całkowicie dworzec w Woking wraz 

z  pobliskimi  domami  oraz  rozgromili  cały  batalion  pułku  Cardigana.  Bliższe  szczegóły  nie  są 

dotychczas  znane.  Karabiny  maszynowe  są  zupełnie  bezskuteczne  wobec  pancerzy  używanych 

przez  Marsjan,  działa  zaś  polowe  zostały  przez  nich  obezwładnione.  Szwadron  huzarów 

przecwałował w ucieczce przez Chertsey. Wydaje się, że Marsjanie posuwają się wolno w kierunku 

Chertsey lub Windsoru. W zachodniej części Surrey panuje poważne zaniepokojenie: Prowadzi się 

roboty ziemne, aby powstrzymać marsz Marsjan na Londyn". Tak pisał Suanday Sun, zaś Referee 

w  krótkim,  zręcznie  zredagowanym  artykuliku  porównywał  Marsjan  do  "dzikich  zwierząt,  które 

wyrwały się nagle z menażerii i rozbiegły po wiosce". 

Nikt  w  Londynie  nie  wiedział  nic  dokładnego  o  uzbrojeniu  Marsjan  i  wciąż  jeszcze 

panowało tu przekonanie, że potwory te są "nieruchawe", że "czołgają się" lub "pełzają z trudem" - 

jak to z początku określały wszystkie niemal doniesienia. Żadna depesza nie pochodziła przecież 

od naocznego świadka ich marszu. W niedzielę redakcje drukowały dodatki nadzwyczajne w miarę 

napływu nowych wiadomości, niektóre zaś nawet i 

bez  tego.  Aż  do  późnego  jednak  popołudnia,  kiedy  to  władze  przekazały  agencjom 

prasowym  pierwsze  oficjalne  komunikaty,  gazety  nie  miały  właściwie  dla  swych  czytelników 

background image

str. 50 

 

żadnych  nowości.  Ograniczały  się  więc  do  drukowania  wiadomości  o  tłumach  mieszkańców 

Walton, Weybridge i okolicy ciągnących wszystkimi drogami do Londynu. 

Brat  mój,  dalej  nic  nie  wiedząc  o  wydarzeniach  ubiegłej  nocy,  był  z  rana  w  kaplicy 

szpitalnej  Foundling.  Tam  usłyszał  pogłoski  o  najeździe  i  uczestniczył  w  specjalnych  modłach  o 

pokój. Wychodząc kupił numer Referee. Wiadomości, jakie w nim znalazł, przeraziły go, udał się 

więc  ponownie  na  dworzec  Waterloo,  by  dowiedzieć  się,  czy  jest  już  połączenie  z  Woking. 

Omnibusy, pojazdy, cykliści, nieprzeliczone tłumy odświętnie odzianych przechodniów, wszystko 

to  nie  wydawało  się  wcale  poruszone  dziwnymi  wiadomościami,  wykrzykiwanymi  przez 

gazeciarzy.  Owszem,  udzie  byli  zaciekawieni;  jeśli  zaś  niepokoili  się, to  przede  wszystkim  o  los 

mieszkańców zagrożonych okolic. Na dworcu brat usłyszał po raz pier wszy o przerwaniu linii do 

Windsoru  i  Chertsey.  Tragarze  mówili,  że  z  rana  nadeszła  z  Byfleet  i  Chertsey  wiele  ważnych 

depesz; lecz napływ ich został nagle przerwany. Brat mój uzyskał od nich jednak bardzo niewiele 

szczegółów. Wiadomości ich ograniczmy się do tego, że "koło Weybrigde biją się". 

Ruch  pociągów  był  mocno  zdezorganizowany.  Pod  dworcem  stało  mnóstwo  łudzi 

oczekujących  przyjazdu  znajomych  z  licznych  miejscowości  objętych  siecią  Południowo  - 

Zachodniego  Towarzystwa  Linii  Kolejowych.  Jakiś  starszy,  szpakowaty  jegomość  podszedł  do 

brata i żalił się gorzko na dyrekcję linii. -Będą się jeszcze z tego tłumaczyć! - powtarzał. 

Z  Richmondu,  Putney  i  Kingstonu  nadeszło  parę  pociągów  wypełnionych  ludźmi,  którzy 

pojechali  na  łódki  i  zastali  przystanie  pozamykane  i  ogólną  atmosferę  paniki.  Jakiś  pan  w  biało-

niebieskiej marynarce zasypał brata niezwykłymi nowinami. 

- Do Kingstonu zjechały całe gromady ludzi wozami, bryczkami, Bóg wie czym jeszcze, z 

pakami,  ze  wszystkim  -  opowiadał.  -  Jechali  z  Molesey,  z  Weybridge,  z  Waltonu  i  mówili,  że  w 

Chertsey  słychać  armaty,  gęstą'  kanonadę,  a  jacyś  kawalerzyści  kazali  im  się  czym  prędzej 

wynosić, bo nadchodzą  Marsjanie. My też na stacji w Hampton Court słyszeliśmy huk dział, ale 

myśleliśmy,'że  to  burza.  Co  to  wszystko  ma,  do  licha,  znaczyć?  Przecież  Marsjanie  nie  potrafią 

wyleźć z jamy, prawda? 

Brat nie umiał mu na to nic odpowiedzieć. 

Nieco później przekonał się, że nieokreślone uczucie niepokoju, sze 

 

rzyło się również wśród pasażerów kolei podziemnej i że niedzielni wycieczkowicze zaczęli 

powracać tłumnie z poludniowo - zachodnich "płuc" Londynu: z Barnes, z Wimbledonu, z parku w 

Richmond,  z  Kew  i  tak dalej,  o  niezwykle  wczesnej  porze;  nikt  jednak nie  mógł  nic  powiedzieć 

oprócz niepewnych plotek. Wszyscy przybywający wydawali się za to bardzo poirytowani. 

background image

str. 51 

 

Około piątej tłum zebranych pod dworcem obiegła niezwykle podniecająca wiadomość. Oto 

uruchomiono  połączenie,  zawsze  prawie  zamknięte,  pomiędzy  stacją  Południowo  -  Wschodnią  a 

Południowo  -  za  chodnią  i  skierowano  tam  transportery  wojskowe  załadowane  ogromnymi 

działami  i  wojskiem.  Były  to  armaty  wysłane  z  Woolwich  i  Chatham  dla  ochrony  Kingstonu. 

Publiczność wymieniała  z żołnierzami dowcipy  w rodzaju: "uważajcie,  bo was pożrą",  "zrobili z 

nas  pogromców  dzikich  zwierząt"  i  wiele  innych.  Wkrótce  przybył  na  dworzec  oddział  policji  i 

przystąpił do usuwania tłumu z peronów. Wówczas brat mój wyszedł z innymi na ulicę. 

Dzwony  kościelne  biły  na  wieczorne  nabożeństwo,  zaś  ulicą  Waterloo  przemaszerowała 

śpiewając  grupka  dziewcząt  z  Armii  Zbawienia.  Na  moście  gromada  gapiów  przyglądała  się 

płatom  dziwnej,  brązowej  piany  niesionej  prądem  w  dół  rzeki.  Słońce  zachodziło  i  na  tle 

złocistego, przeciętego długimi ukośnymi pasmami purpurowych chmur nieba rysowały się dachy 

Parlamentu  i  wieża  Clock  Tower.  Mówiono  coś  o  topielcach.  Jakiś  człowiek,  rezerwista,  jak 

wynikało z jego słów, opowiadał bratu o widocznych na zachodzie błyskach heliografów. 

Na ulicy Wellingtona brat natknął się na kilku obdartusów wybiegających z F`leet Street z 

wilgotnymi jeszcze, prosto z drukarni, gazetami i afiszami. - Straszliwa klęska - wrzeszczeli jeden 

przez  drugiego,  pędząc  jezdnią.  -  Bitwa  pod  Weybridge!  Dokładny  opis!  Marsjanie  odparci! 

Londyn w niebezpieczeństwie! - Za gazetę brat musiał zapłacić trzy pensy. 

Wtedy,  i  dopiero  wtedy,  zaczął  zdawać  sobie  po  trosze  sprawę  ze  straszliwej  potęgi  tych 

istot.  Dowiedział  się,  że  nie  są  one  tylko  garstką  niezdarnych  potworów,  że  potrafią  kierować 

potężnymi mechanizmami, że poruszają się z błyskawiczną szybkością, że zadają niespodziewane 

ciosy, którym nie mogą sprostać najcięższe nawet działa. 

Opisywano  ich  jako  "wielkie,  podobne  do  pająków  machiny  około  stu  stóp  wysokości, 

rozwijające  szybkość  pociągu  pośpiesznego  i  wyrzucające  snop  intensywnego  gorąca".  Tereny 

wokół Horsell, a zwłaszcza pomiędzy Woking i Londynem naszpikowane zostały zamaskowanymi 

bateriami. 

przede  wszystkim  artylerią  polową.  Dostrzeżono  pięć  machin  podążających  ku  Tamizie, 

jedna z nich dzięki szczęśliwemu trafieniu została zniszczona. Inne działa spudłowały i wszystkie 

je natychmiast unicestwił Snop Gorąca. Wspomniano o ciężkich stratach wśród żołnierzy, ogólny 

jednak ton komunikatu był raczej optymistyczny. 

Marsjanie zostali odparci; nie byli niezniszczalni. Wycofali się do wyznaczonego walcami 

koła  ze  środkiem  w  Woking.  Ze  wszystkich  stron  tropili  ich  zwiadowcy  z  heliografami. 

Przewożono pośpiesznie działa z Windsoru, Portsmouth, Aldershot, Woolwich, nawet z Północy.; 

były nawet długie, potężne dziewięćdziesiątki piątki z Woolwich. Ogółem ustawiono z pośpiechem 

background image

str. 52 

 

na  stanowiskach  sto  szesnaście  armat,  głównie  jako  osłonę  Londynu.  Jak  Anglia  Anglią,  nigdy 

dotąd nie było tak wielkiego i tak szybkiego skoncentrowania narzędzi wojny. 

Wyrażano nadzieję, iż każdy następny lądujący walec będzie można natychmiast niszczyć 

pośpiesznie  wytwarzanymi  i  dosyłanymi  na  plac  boju  materiałami  wybuchowymi.  Niewątpliwie, 

głosiło dalej sprawozdanie, sytuację należy określić jako mocno niepewną i jako najpoważniejszą, 

lecz  wzywa  się  ludność,  by  nie  ulegała  panice.  Wprawdzie  Marsjanie  wydają  się  nam 

bezgranicznie obcy i straszliwi, jednak jest ich najwyżej dwudziestu przeciw milionom ludzi. 

Władze przypuszczały na podstawie rozmiarów walców, iż w każdym z nich pomieścić się 

mogło  co  najmniej  pięciu  Marsjan,  czyli  razem  piętnastu.  Co  najmniej  zaś  jeden,  a  być;  może 

więcej,  został  zgładzony.  W  wypadku  niebezpieczeństwa  ludność  zostanie  ostrzeżona  na  czas, 

ponadto  przedsięwzięto  szczegółowo  przemyślane  środki  zabezpieczenia  mieszkańców 

zagrożonych  południowo  -  zachodnich  przedmieść.  Komunikat  kończył  się  ponownymi 

zapewnieniami  o  bezpieczeństwie  Londynu  i  wezwaniem,  by  ludność  ufała  władzom,  iż  potrafią 

one opanować trudności. 

Wszystko  to  wydrukowane  było  ogromnymi  czcionkami  i  najwidoczniej  przed  chwilą 

dopiero,  gdyż  papier  nie  zdążył  nawet  jeszcze  wyschnąć.  Nie  starczyło  też  widocznie  czasu  na 

jakiekolwiek  komentarze.  Zadziwiło  brata,  jak  mi  później  opowiadał,  że  usunięto  bez  litości  z 

numeru wszelkie inne wiadomości, aby zostawić jak najwięcej miejsca dla komunikatu. 

Wzdłuż  całej  ulicy  Wellingtona  widać  było  przechodniów  czytających  i  wymachujących 

różowymi płachtami gazet. Strand zaś zapełnił się nagle hałaśliwymi nawoływaniami całej czeredy 

gazeciarzy  pędzącej  w  ślad  za  grupką  swych  obdartych  przywódców.  Ludzie  wyskakiwali  z 

omnibusów, aby tylko zaopatrzyć się w gazetę. Komunikat ten niewątpliwie zaniepo 

 

koił ludzi poważnie, niezależnie od uprzedniej apatii. Żaluzje jednego ze sklepów z mapami 

przy Strandzie zostały podniesione, opowiadał brat, a jakiś jegomość w niedzielnym ubraniu, nie 

zdjąwszy  nawet  rękawiczek  cytrynowej  barwy,  pojawił  się  za  szybą  przyklejając  do  niej  z 

pośpiechem mapę hrabstwa Surrey. ' 

Idąc tak z gazetą w ręku Strandem do Trafalgar Square, brat ujrzał pierwszych uchodźców z 

zachodniego Surrey. Był to jakiś mężczyzna z  żoną i dwoma chłopcami, jadący na wyładowanym 

gratami zieleniarskim wózku. Jechali od strony mostu Westminsterskiego, a tuż za nimi ciągnął  ' 

drabiniasty wóz, na którym znajdowało się pięć czy sześć zamożnych z pozoru osób oraz kilka pak 

i kufrów. Twarze ich były posępne, a cały wygląd raził zdecydowanie na tle odświętnych strojów 

przechodniów.  r  Z  dorożek  przyglądali  się  im  wyelegantowani  spacerowicze.  Uciekinierzy 

przystanęli  na  placu,  jakby  niezdecydowani,  w  którą  udać  się  stronę,  i    ostatecznie  skręcili  na 

background image

str. 53 

 

wschód, Strandem. W pewnym za nimi oddaleniu ukazał się jadący na staromodnym trzykołowym 

rowerze mężczyzna w roboczym odzieniu. Był brudny i bardzo blady. 

Brat  mój  skręcił  do  dworca  Victoria,  gdzie  natknął  się  także  na  wielu    uchodźców 

Nurtowała go myśl, że być może spotka wśród nich i mnie.  Spostrzegł też, że ruch uliczny reguluje 

niezwykle dużo policjantów.  Niektórzy uciekinierzy opowiadali coś pasażerom omnibusów. Ktoś 

zapewniał, iż widział Marsjan na własne oczy.  - Kotły na szczudłach, mówię wam,  a chodzą jak 

ludzie. - Większość podniecona była i wzbu-  rzona niezwykłymi przygodami.  

Za  Victoria  Station  bary  prowadziły  z  przybyszami  ożywiony  handel:    Na  wszystkich 

narożnikach ulic gromadki ludzi czytały gazety lub rozprawiały z ożywieniem, gapiąc się na tych 

niezwykłych niedzielnych gości. W miarę jak noc gęstniała, napływało ich wciąż więcej i więcej, 

aż w końcu, jak mówił brat, ulice były tak przepełnione, jak główna ulica Epsom w dniu  Derby. 

Zagadywał  on  kilkakrotnie  niektórych  uchodźców,    od  większości  jednak  otrzymywał  nic  nie 

mówiące odpowiedzi. 

0  Woking  nikt  nie  umiał  nic  powiedzieć,  tylko  jakiś  pan  zapewniał  go,  iż  miasteczko 

?.ostało ubiegłej nocy zrównane z ziemią. 

- Idę z Byfleet - odpowiadał. - Wczesnym rankiem przyjechał tam jakiś cyklista i chodząc 

od domu do domu ostrzegał nas i radził uciekać. Potem nadeszli żołnierze. Chodziliśmy patrzeć; na 

południu widać byto  chmury dymu  - nic, tylko  dym  i  dym,  i  ani  żywego ducha. Od Chertsey "y 

słyszeliśmy  armaty,  a  z  Weybridge  zaczęli  nadchodzić  ludzie.  Zamknąłem  `'  wtedy  dom  i  też 

poszedłem. 

Na ulicach panowało ogólne przekonanie, że wszystkiemu winien był rząd, bo nie potrafił 

zawczasu obezwładnić najeźdźców i dopuścił do wszystkich tych kłopotów. ,  

Około ósmej wieczorem w całym południowym Londynie słychać było wyraźnie huk dział. 

Wprawdzie  duży  ruch  na  głównych  ulicach  nie  pozwalał  bratu  go  słyszeć,  wystarczyło  jednak 

skręcić w spokojniejsze zaułki, bliżej rzeki, aby natychmiast nieomylnie odróżnić strzelaninę. 

Z  Westminsteru  powrócił  brat  do  swego  pokoju  przy  Regent's  Park  koła  godziny  drugiej. 

Martwił  się  o  mnie  bardzo  i  niepokoiła  go  oczywista  już  teraz  powaga  sytuacji;  Umysł  jego 

zaprzątały,  podobnie  jak  mój  w  sobotę,  działania  wojenne.  Myślał  o  wszystkich  tych 

wyczekujących  w  ukryciu  działach,  o  mieszkańcach  wielkiej  połaci  kraju  zmienionych 

niespodziewanie  w  tułaczy  i  usiłował  wyobrazić  sobie  ;,kotły  na  szczudłach"  stustopowej 

wysokości. 

Przez  Oxford  Street  i  Marylebone  Road  przejechało  parę  wozów  z  uchodźcami,  lecz 

wiadomości rozchodziły się tak wolno, iż Regent's Street i Portland Road wciąż jeszcze pełne były 

przechadzających się grupkami i gawędzących spokojnie zwykłych niedzielnych spacerowi ozów. 

background image

str. 54 

 

Alejkami  Regent's  Park  spacerowały  przy  świetle  gazowych  latarni  milczące  pary.  Noc  była 

spokojna  i  trochę  parna,  grzmot  dział  rozlegał  się  nieprzerwanie,  po  dwunastej  zaś  niebo  na 

południu poczęły przecinać błyskawice. 

Brat  odczytywał  wielokrotnie  gazetę  obawiając  się  dla  mnie  najgorszego.  Nie  mógł 

usiedzieć na miejscu i po kolacji wyszedł, by powałęsać się bez celu po mieście. Po powrocie na 

próżno usiłował skupić sig nad skryptem. Spać poszedł nieco po północy, a o świcie obudziło go z 

koszmarnych snów walenie w bramę dochodzące z ulicy, tupot nóg, odległe bicie w bębny i dźwięk 

dzwonów. Po suficie tańczyły czerwone błyski. Leżał długą chwilę oszołomiony nie wiedząc,-czy 

to dzień już nasiał, czy też świat nagle oszalał. Wyskoczył wreszcie z łóżka i pobiegł do okna. 

Pokój  był  na  poddaszu.  Brat,  chcąc  wyjrzeć,  otworzył  z  hukiem  okno.  Odpowiedział  mu 

echem tuzin innych okien, a w każdym pojawiła  -się głowa odziana w czepek lub szlafmycę. Na 

zewnątrz  rozlegały  się  pytająca.  okrzyki.  Jakiś  policjant  bił  pięścią  w  bramę  i  wykrzykując:  - 

Nadchodzą! Marsjanie nadchodzą - pędził do następnej bramy. 

W koszarach przy Albany Street grzmiały bębny i trąby, wszystkie zaś okoliczne kościoły 

robiły,  co  mogły,  by  gorączkowym,  przeraźliwym  dźwiękiem  dzwonów  spędzić  z  miasta  resztki 

snu.  Wszędzie  słychać  było  hałas  otwieranych  w  pośpiechu  drzwi,  a  w  domach  naprzeciwko 

wszędzie 

 

dotychczas ciemne okna rozświetlały się, jedno po drugim, żółtym światłem. 

Zza rogu ukazała. się mknąca galopem karoca. Turkot kół, słaby z początku, potężniał pod 

oknami przechodząc w grzmot, potem zamierał wolno w oddali. Tuż za nią goniło kilka dorożek, 

zwiastunów długiej procesji uciekających pojazdów. Wszystko to podążało przeważnie w kierunku 

dworca  Chalk  Farm,  skąd  -  zamiast  jak  zazwyczaj  z  Euston  odchodziły  specjalne  pociągi 

Towarzystwa Północno - Zachodniego. 

Brat mój długi czas patrzył w osłupiałym zadziwieniu przez okno, jak policjant dobija się 

do bram i wykrzykuje swe niezrozumiałe posłanie. Potem drzwi jego pokoju otwarły się i stanął w 

nich sąsiad. Miał na sobie tylko koszulę, spodnie i nocne pantofle, szelki zwisały luźno po bokach, 

był rozczochrany; wprost z łóżka. 

- Co się dzieje, u diabła? - pytał. - Pali się? Co za piekielne hałasy? Obaj wyglądali oknem 

usiłując dosłyszeć, co wykrzykują policjanci. Z bocznych uliczek wybiegali ludzie i gromadząc się 

na narożnikach rozprawiali o czymś gorączkowo. 

-  Co  to  wszystko  ma  znaczyć,  do  diabła?  -zawołał  sąsiad  do  brata.  Brat  odkrzyknął  coś 

niezrozumiale i począł ubierać się z gorączkowym pośpiechem biegając z każdą częścią odzieży do 

background image

str. 55 

 

okna;  aby  nie  stracić  nic  z  rosnącego  podniecenia  ulicy.  Nagle  pojawili  się  rozkrzyczani 

sprzedawcy niezwykle dziś wcześnie wydanych gazet: 

-  Londynowi  grozi  wytrucie!  Opór  pod  Richmondem  i  Kingstonem  złamany!  Straszliwa 

masakra w dolinie Tamizy! 

A  wszędzie  dokoła,  w  mieszkaniu  pod  nim,  w  domach  po  obu  stronach  ulicy  i  w  Park 

Terrace, i na stu innych ulicach dzielnicy Marylebone, i na północ w w Kilburn, w St. John's Wood, 

w Hampstead, i na wschód w Shoreditch, i w Highbury, i w Haggeston, i w Hoxton, i dosłownie w 

całym  ogromnym  Londynie  od  Ealing  po  East  Ham  -  ludzie  przecierali  oczy,  otwierali  okna, 

wyglądali  na  ulicę,  zadawali  bezsensowne  pytania  i  odziewali  się  w  pośpiechu  przy  pierwszym 

odgłosie  nadciągającej  nawałnicy  przerażenia.  Był  to  świt  wielkiej  paniki.  Londyn  zasypiając 

beztrosko  w  niedzielę  wieczorem  ocknął  się  wczesnym  rankiem  w  poniedziałek  przepełniony 

żywym poczuciem niebezpieczeństwa. 

Gdy  brat,  nie  mogąc  dowiedzieć  się  przez  okno,  co  się  właściwie  stało,  zbiegł  na  dół  i 

wyszedł  na  ulicę  -  pierwsze  promienie  słońca  malowały  właśnie  różem  prześwitujące  między 

dachami  niebo.  Tłum  uciekający  końmi  i  na  piechotę  gęstniał  z  każdą  chwilą.  -  Czarny  dym!  - 

krzyczeli ludzie i znowu: - Czarny dym! - Strach szerzył się jak płomień. Brat, 

niezdecydowany,  stał  w  bramie.  Przebiegający  gazeciarz  sprzedał  mu  świeży  numer 

dziennika  i  popędził  dalej  zdzierając  po  szylingu  za  sztukę  groteskowa  mieszanina  chciwości  i 

przerażenia. W gazecie brat wyczytał następujący tragiczny komunikat Naczelnego Dowództwa: 

"Marsjanie wyrzucają rakiety napełnione ogromnymi chmurami czarnego  

trującego  oparu.  Zniszczyli  nasze  baterie,  zburzyli  Richmond,  Kingston  i  Wimbledon  i 

zbliżają  się  powoli  do  Londynu  niszcząc  wszystko  po  drodze.  Powstrzymać  ich  niepodobna, 

jedynym środkiem ocalenia przed Czarnym Dymem jest natychmiastowa ucieczka". 

Było to wszystko, lecz starczyło i tego. Cała ludność wielkiego; sześciomilionowego miasta 

kotłowała się i wrzała, teraz zaś miała wylać się en masse na północ. 

- Czarny Dym! - rozlegało się. - Gore! 

Dzwony pobliskiego kościoła jęczały przeraźliwie, jakiś nieostrożnie powożony wóz rozbił 

się  wśród  krzaków  i  przekleństw  o  hydrant  uliczny.  W  domach  na  przemian  zapalały  się  i  gasły 

blade, żółtawe światełka, niektóre dorożki paradowały z zapalonymi latarniami. Tylko niebo było 

coraz jaśniejsze, coraz czystsze, coraz cichsze i spokojniejsze. 

W  sąsiednich  pokojach  i  na  schodach  brat  słyszał  bieganinę  i  krzyki.  Do  bramy  podeszła 

gospodyni odziana w szlafrok, z zarzuconym na ramiona szalem. Za nią śpieszył, pokrzykując coś, 

mąż. 

background image

str. 56 

 

Gdy  groza  wydarzeń  dotarła  wreszcie  do  świadomości  brata,  popędził  do  pokoju,  zabrał 

całą posiadaną gotówkę - było tego około dziesięciu funtów - i wybiegł ponownie na ulicę. 

15 Co stało się w Surrey 

W  tym  samym  czasie,  kiedy  wikary  gadał  od  rzeczy  siedząc  ze  mną  pod  żywopłotem  na 

łączce  niedaleko  Hallifordu,  a  brat  mój  przyglądał  się  płynącemu  mostem  Westminsterskim 

potokowi  uchodźców  -  Marsjanie  rozpoczęli  kolejne  natarcie.  Jeśli  można  wierzyć  późniejszym 

sprzecznym częstokroć sprawozdaniom, większość z nich zajmowała się aż do dziesiątej wieczór 

pośpiesznymi przygotowaniami w jamie pod Horsell, skąd wydobywały się ogromne ilości zielonej 

pary. 

Pewne  też  było,  iż  trzej  Marsjanie  wyruszyli  już  około  ósmej.  Posuwając  się  ostrożnie  i 

powoli,  minęli  Byfleet  i  Pyrford,  po  czym  zdążając  ku  Ripley  i  Weybridge  pojawili  się  na  tle 

zachodzącego słońca przed przyczajonymi tam bateriami. Marsjanie nie szli zwartym szykiem, lecz 

tyra 

 

lierą,  o  jakieś  półtorej  mili  jeden  od  drugiego.  W  marszu  porozumiewali  się  wyciem  o 

zmiennej tonacji, podobnym do głosu syren fabrycznych. 

Te  właśnie  wycia,  zmieszane  z  armatnimi  strzałami  pod  Ripley  i  St.  George's  Hill, 

usłyszeliśmy  wraz  z  wikarym  w  Górnym  Hallifordzie,  Kanonierzy  broniący  dostępu  do  Ripley, 

niedoświadczeni  ochotnicy,  ja:  kimi  nigdy  w  życiu  nie  należało  obsadzać  tak  trudnego  i 

odpowiedzialnego stanowiska, oddali na oślep jedną jedyną, przedwczesną i zupełnie bezskuteczną 

salwę,  po  czym  rzucili  się  konno  i  pieszo  przez  opuszczoną  wieś  do  ucieczki,  Marsjanie  zaś  po 

prostu  przestąpili  przez  porzucone  działa  nie  używając  nawet  Snopa  Gorąca.  Krocząc  ostrożnie 

dalej stanęli.: znienacka przed armatami ukrytymi w parku Painshill i natychmiast, zniszczyli je. 

Załoga wzgórza St. George miała jednak lepszych dowódców, a może była dzielniejsza, w 

każdym razie wydaje się, że ukrycie jej w sosnowym lasku stanowiło dla najbliższego Marsjanina 

prawdziwą niespodziankę. Z dział wymierzono dokładnie jak na poligonie i wypalono z odległości' 

tysiąca jardów. 

Pociski wybuchły tuż koło olbrzyma. Ten zrobił jeszcze kilka kroków, zatoczył się i upadł. 

Żołnierze  wrzasnęli  z  radości  i  z  gorączkowym  pośpiechem  znów  załadowali  armaty.  Obalony 

Marsjanin zawył  przeciągle. W odpowiedzi  natychmiast  pojawił się nad lasem  drugi  połyskujący 

olbrzym. Wydaje się, że wybuch pocisku uszkodził jedną z nóg trójnoga. Następna salwa nie trafiła 

leżącego Marsjanina, obaj zaś jego sąsie-  dzi natychmiast użyli przeciwko baterii Snopów Gorąca. 

Amunicja poszła w powietrze, sosnowy lasek wokół dział stanął w płomieniach, a z obsługi ocaleli 

tylko ci nieliczni, którzy wcześniej już uciekli i zdążyli , skryć się za szczytem pagórka.. 

background image

str. 57 

 

Po  tym,  co  zaszło,  cała  trójka  przystanęła,  by  się  naradzić;  obserwujący  ją  bacznie 

zwiadowcy donieśli, że pozostawała ona bez ruchu dobre pół godziny. Obalony Marsjanin z trudem 

wypełzł  z  kaptura  i  wziął  się  do  naprawy  trójnoga.  Mała  jego  brązowa  postać  podobna  była  z 

oddali do plamki rdzy na lśniącym metalu machiny. Zakończył pracę około dzie wiątej, gdyż o tej 

właśnie porze zwiadowcy zameldowali o ponownym pojawieniu się nad lasem trzeciego kaptura. 

Parę minut po dziewiątej do trójki wartowników dołączyli się czterej . następni Marsjanie. 

Uzbrojeni byli w grube czarne rury. Takie same rury wręczyli trzem pozostałym i cała siódemka 

ustawiła  się  półkolem,  w  równych  odstępach,  między  wzgórzem  St.  George,  miasteczkiem 

Weybridge a leżącą na południowy zachód od Ripley wioską Send. 

'  Zaledwie  ruszyli  z  miejsca,  już  z  pasma  ciągnących  się  przed  nimi  wzgórz  wystrzelił  w 

niebo tuzin rakiet ostrzegając przyczajone  pod Ditton i Esher baterie. Cztery uzbrojone w czarne 

rury  machiny  bojowe  przeszły  jednocześnie  w  bród  rzekę,  zaś  ciemne  sylwetki  dwóch  innych 

ukazały się na tle zachodniego nieba naszym oczom, gdy zmęczony wlokłem się wraz z wikarym 

drogą wiodącą z Halliford na północ. Wydawało się, że suną ponad chmurami, gdyż pola spowite 

były mleczną, zatapiającą olbrzymy powyżej kolan, mgłą. 

Wikary  krzyknął  na  ten  widok  głucho,  ochryple  i  rzucił  się  do  ucieczki.  Co  do  mnie  - 

wiedziałem dobrze, że nie ma sensu uciekać przed Marsjanami, że nie zda się to na nic, skręciłem 

więc  gwałtownie  w  bok  i  pełznąc  wśród  wilgotnych  od  rosy  pokrzyw  i  ostów  ukryłem  się  w 

głębokim rowie przydrożnym. Wikary obejrzał się i widząc, co robię, zawrócił w moją stronę. 

Obaj Marsjanie przystanęli. Bliższy zwrócony był ku Sunbury, odleglejszy zaś, podobny do 

szarej plamy na tle wieczornej gwiazdy, w drugą stronę, ku Staines. 

Ryki,  jakie  wydawali  od  czasu  do  czasu,  ustały.  Stanowiska  rozrzucone  ogromnym 

półksiężycem  wokół  walców  zajęte  zostały  w  głębokim  milczeniu.  Półksiężyc  ten  mierzył  od 

krańca do krańca ze dwanaście mil. Nigdy chyba jeszcze, od dnia kiedy wynaleziono proch, żadna 

bitwa  nie  zaczynała  się  tak  cicho.  I  nam,  i  obserwatorom  od  Ripley  mogło  wydawać  się,  że 

jedynymi władcami nocnych  ciemności,  rozświetlanych  wąziutkim sierpem  księżyca,  gwiazdami, 

zamierającą poświatą dnia i czerwoną łuną płonących w dali lasów byli groźni przybysze z Marsa. 

Zwrócone  zaś  ku  półksiężycowi,  pod  Staines  i  pod  Hounslow,  pod  Ditton  i  Esher,  i 

Ockham, na lesistych pagórkach południowego brzegu rzeki i pośród rozległych nizinnych łąk na 

północ  od  niej,  wszędzie  gdzie  tylko  kępka  drzew  czy  wiejska  chałupa  zapewniała  jakie  takie 

ukrycie,  czyhały  na  nich  armaty.  Gdy  sypiąc  deszczem  iskier  i  ginąc  w  nocnych  ciemnościach 

wzbijały się sygnałowe race- napięcie wyczekiwania przy bateriach wzrosło jeszcze bardziej. Dość 

było jednego kroku Marsjan w polu ognia, by znieruchomiałe czarne sylwetki ludzkie i połyskujące 

w wieczornym mroku paszcze dział rozszalały się burzliwą wściekłością walki. 

background image

str. 58 

 

Bez wątpienia tysiące czuwających umysłów nurtowała na równi z moim jedna uporczywa 

myśl - jak dalece oni nas pojmują? Czy zrozumieli, że jesteśmy w swej mnogości zorganizowani, 

zdyscyplinowani, że potrafimy współdziałać ze sobą? Czy też patrzyli na nasze nawały ogniowe, 

na kąśliwe wybuchy naszych pocisków, na nieustanne oblężenie ich 

 

obozowiska, jak my patrzymy na gniewną jedność pszczelich ataków obronie niszczonego 

ula?  Czy  łudzili  się,  że  potrafią  nas  wytępić?  (Nikt  przecież  nie  wiedział  jeszcze  wtedy,  czym 

żywią  się  Marsjanie.)  Kiedy  patrzyłem  na  olbrzymią  postać  wartownika,  umysł  mój  kipiał  setką 

takich wątpliwości. Wyczuwałem podświadomie, że na drodze między nami a Londynem czekają 

w ukryciu wielkie, potężne siły. Czy przygotowano 

 zasadzki?  Czy  pracuje  wytwórnia  prochu  w  Hounslow?  Czy  nie  zabraknie  męstwa 

londyńczykom, by z potężnego morza swych domostw uczynić drugą, większą jeszcze Moskwę? 

Wreszcie  po  nieskończenie,  jak  się  zdawało,  długim  czasie  doszedł  nas,  skulonych, 

wypatrujących, dźwięk podobny de odległego huku działa. Potem następny bliżej i znów następny. 

W  końcu  stojący  koło  nas  Marsjanin  podniósł  wysoko  rurę  i  wypalił  z  niej  jak  ze  strzelby  z 

grzmotem, od którego zadrżała ziemia. Zawtórował mu kompan stojący pod Staines. Nie było przy 

tym  żadnego  błysku  ani  dymu,  tylko  głuchy  wybuch.  Tak  podnieciły  mnie  te  głośne,  szybko 

następujące po sobie wystrzały, 

że zapomniałem zupełnie o bezpieczeństwie, o poparzonych dłoniach i przedarłem się przez 

krzewy,  by  widzieć,  co  stanie  się  z  Sanbury.  W  tej  samej  chwili  rozległ  się  następny  grzmot  i 

ogromny pocisk przemknął nad naszymi głowami ku Hounslow. Spodziewałem się dostrzec ogień, 

a przynajmniej dym wybuchu czy jakiś inny ślad jego działania, tymczasem nie ujrzałem nic prócz 

granatowego  nieba,  jednej  jedynej  gwiazdki  i  ławicy  białej  mgły  ścielącej  się  szeroką  i  cienką 

smugą. Nie słyszałem żadnego y wybuchu. Zapanowała przedłużająca się z minuty na minutę cisza. 

- Co to było? - zapytał wikary stojąc koło mnie. - Bóg jeden wie! - odrzekłem. 

Obok przemknął nietoperz i znikł w ciemnościach. W dali rozległ się zgiełk, krzyki, potem 

wszystko nagle ucichło. Spojrzałem na Marsjanina i dostrzegłem, jak ruszył posuwiście brzegiem 

rzeki na wschód. 

Czekałem na ogień ukrytych tam baterii, nic jednak nie zakłóciło wieczornej ciszy. Postać 

Marsjanina malała w oddaleniu, aż roztopiła się 'i' wreszcie we mgle i gęstniejącej nocy. Pchnięci 

tą samą siłą wspięliśmy się wyżej. Nad Sunbury pojawiło się coś ciemnego, jakby wyrósł tam nagle 

stożek górski przesłaniający widok na dalszą okolicę. Dalej, za rzeką, koło Walton, dostrzegliśmy 

drugą taką górę. Obie o opadały rozszerząc się w oczach. 

Tknięty nagłą myślą spojrzałem na północ. Tam także wznosił się taki sam mglisty pagórek. 

background image

str. 59 

 

Było zupełnie cicho. Tylko bardzo daleko na południowych wschodzie, 

jakby dla podkreślenia tej ciszy, rozległo się pohukiwanie Marsjan, później  

zaś znów wstrząsnęły powietrzem odległe grzmoty ich strzałów. Lecz ziemska artyleria nie 

odpowiadała. 

Nie  pojmowaliśmy  jeszcze  wówczas  tego,  co  się  stało;  później  dopiero  zrozumiałem 

znaczenie  złowróżbnych  czarnych  wzgórz  pojawiających  się  w  mroku.  Każdy  z  Marsjan 

ustawionych, jak już mówiłem, w półksiężyc wyrzucił z rury na dany znak wielki zbiornik mierząc 

w znajdujące się przed nim wzgórza, kępy drzew, zabudowania, w każde jednym słowem ukryte 

działo. Niektórzy oddali tylko jeden strzał, inni dwa, jak ten, którego myśmy obserwowali; stojący 

pod Ripley, jak mówiono, wystrzelił aż pięć pocisków. Zbiorniki te nie wybuchały, lecz rozbijały 

się  przy  zderzeniu  z  ziemią  i  wyrzucały  gwałtownie  ogromne  ilości  kłębiącego  się,  gęstego, 

atramentowego  oparu  wzbijającego  się  potężną  chmurą  w  górę.  Po  chwili  chmura  opadała 

rozpościerając się na całą okolicę. Zetknięcie się z oparem, wciągnięcie-do płuc tej mgły gryzącej 

przyprawiało o śmierć wszystko, co oddycha. 

Oparł był ciężki, cięższy od najgęstszego dymu, tak że po gwałtownym wydostaniu się ze 

zbiornika i rozprężeniu w atmosferze opadał powoli i rozpływał się po ziemi, podobniejszy w tym 

do  cieczy  raczej  niż  do  gazu.  Spływał  z  pagórków,  wypełniając  doliny,  rowy  i  łożyska  potoków, 

podobnie  jak  czyni  to  uchodzący  ze  szczelin  wulkanicznych  kwas  węglowy.  W  miejscu  jego 

zetknięcia się z wodą następowała reakcja chemiczna i powierzchnia wody pokrywała się pienistą 

warstwą,  opadającą  wolno  na  dno,  by  ustąpić  miejsca  następnej.  Piana  ta  była  całkowicie 

nierozpuszczalna, co najdziwniejsze zaś, jeśli weźmie się pod uwagę zabójczą szybkość działania 

gazu,  przefiltrowana  woda  była  zupełnie  nieszkodliwa.  Opar  nie  rozpraszał  się,  jak  zwykły  to 

czynić  gazy,  lecz  utrzymywał  się  zwartymi  ławicami  spływając  powoli  po  stokach  wzgórz  lub 

ustępując niechętnie przed podmuchami wiatru. Wiązał się też powoli z wilgocią atmosferyczną i 

opadał  na  ziemię  w  postaci  pyłu.  Prócz  tego,  że  w  skład  jego  wchodził  .nieznany  pierwiastek, 

dający  w  niebieskim  polu  widma  cztery  linie  -  do  dziś  dnia  nie  wiemy  nic  o  innych  jego 

właściwościach. 

W miarę opadania kłębiących się wzniesień czarny dym tak ściśle przywierał do ziemi, że 

zanim  jeszcze  osiadł  zupełnie,  można  było  schronić  się  przed  zatruciem  na  wysokości 

pięćdziesięciu  stóp,  na dachach, na  górnych piętrach domów, na  wierzchołkach wysokich drzew. 

Stwierdzono to zresztą tej właśnie nocy w Cobham i Ditton. 

Jeden z ocalałych opowiadał dziwy, jak przyglądał się z wieży kościel 

 

background image

str. 60 

 

nej zjawom domków wynurzających się z atramentowej nicości. Przesiedział na niej półtora 

dnia, osłabły, wygłodniały, prażony słońcem, widząc najpierw tylko błękit nieba i aksamitną czerń 

rozpościerającą się aż po odległe wzgórza. Tu i ówdzie przezierały z niej czerwone dachy i zielone 

czubki drzew, później dopiero poczęły z wolna wyłaniać się okryte jakby czarnym szronem krzaki, 

zabudowania, mury i bramy. 

Było  to  w  Cobham,  gdzie  opar  unosił  się  swobodnie  w  powietrzu,  dopóki  nie  opadł 

samorzutnie  na  ziemię.  Z  reguły  jednak  Marsjanie  oczyszczali  powietrze  z  gazu,  gdy  spełnił  już 

swe  zadanie,  kierując  nań  strumień  przegrzanej  pary.  Tak  właśnie  postąpili  z  chmurami  oparu w 

pobliżu  nas.  Przyglądaliśmy  się  temu  w  świetle  gwiazd  z  okna  pustego  domu,  po  powrocie  do 

górnego Hallifordu. Widzieliśmy stamtąd reflektory z Richmondu i Kingstonu, migające tu i tam, 

koło  jedenastej  zabrzęczały  szyby  i  rozległ  się  grzmot  ciężkich  fortecznych  dział.  Biły  one 

nieprzerwanie przez kwadrans wysyłając pocisk za pociskiem na oślep, w niewidocznych Marsjan 

pod Hampton i Ditton, potem zaś blade strumyczki światła elektrycznego zgasły ustępując miejsca 

jasnoczerwonej łunie. 

A  potem  spadł  czwarty  walec,  zielono  lśniący  meteor,  jak  się  później  dowiedziałem,  w 

parku Bushey. Zanim jeszcze zagrały działa na wzgórzach Richmondu i Kingstonu, gdzieś daleko, 

na południowym zachodzie, słychać było gęstą kanonadę. Prowadzili ją; jak sądzę, strzelający na 

chybił trafił artylerzyści, zanim nie rozprawił się z nimi czarny opar. 

Tak  oto,  posługując  się  nim  metodycznie  jak  ludzie  podkurzający  gniazdo  os,  Marsjanie 

pokryli tym dziwnym duszącym oparem cały kraj aż po Londyn. Rogi półksiężyca rozchodziły się 

z wolna, aż zmienił się on wreszcie w linię prostą od Hanwell do Coombe i Malden. Jak noc długa 

niszczące rury posuwały się naprzód. Ani razu już, od obalenia Marsjanina pod St. George's Hill, 

nie  pozostawili  oni  naszej  artylerii  cienia  nawet  możliwości.  Wszędzie,  gdzie  tylko  było 

prawdopodobieństwo  ukrycia  wymierzonego  przeciw  nim  działa  -  spadł  nowy  zbiornik  czarnego 

oparu, tam zaś gdzie stanowiska armat były odkryte, rozprawiał się z nimi Snop Gorąca. 

Przed  północą  płonące  drzewa  na  stokach  Richmondu  i  łuna  Kingstonu  oświetlały  sieć 

stożków  Czarnego  Dymu,  pokrywającą  jak  okiem  sięgnąć  całą  dolinę  Tamizy.  Brodzili  w  niej 

wolno dwaj Marsjanie, kierując to tu, to tam syczące strumienie pary. 

Nocy tej oszczędzali oni widocznie Snopa Gorąca; być może mieli ograniczony tylko zapas 

surowca do jego wytwarzania, a może nie chcieli 

niszczyć  kraju,  poprzestając  na  zastraszeniu  tylko  i  zgnieceniu  oporu.  Cel  ten  zresztą 

osiągnęli w zupełności. W niedzielną noc ustało wszelkie zorganizowane przeciwdziałanie ruchom 

Marsjan.  Przekonano  się,że  żadna  broń  ziemska  nie  mogła  im  dotrzymać  pola,  że  jakakolwiek 

próba  walki  z  nimi  była  beznadziejna.  Nawet  załogi  wysłanych  w  górę  Tamizy,  ze  względu  na 

background image

str. 61 

 

szybkostrzelność, torpedowców i  niszczycieli odmówiły lądowania, zbuntowały się i  odpłynęły z 

powrotem. Jedyne działania bojowe, na jakie ludzie odważyli się jeszcze po tej nieszczęsnej nocy, 

polegały  na  minowaniu  dostępu  do  Londynu  i  kopaniu  wilczych  dołów,  ale  nawet  i  one  były 

dorywcze tylko i zupełnie żywiołowe. 

Można bez trudu wyobrazić sobie los baterii przyczajonych w mroku pod Esher. Nikt tam 

nie  ocalał.  Można  wyobrazić  sobie,  jak  w  ciszy  wieczoru  stoją  w  ordynku  gotowe  do  strzału 

obsługi z czujnymi oficerami na czele, jak leżą przygotowane pod ręką stosy amunicji, jak jezdni 

trzymają  konię,  a  gromadki  ciekawych  cywilów  przysuwają  się  możliwie  jak  najbliżej.  Gdy 

rozległy  się  huki  pierwszych  oddanych  przez  Marsjan  wystrzałów  i  wirujące  w  locie  ponad 

drzewami  i  dachami  niezdarne  pociski  zaczęły  rozbijać  się  na  sąsiednich  polach  -  ambulansy  i 

namioty szpitalne pełne były poparzonych i pokaleczonych uciekinierów z Weybridge. 

Nietrudno  wyobrazić  sobie,  jak  uwaga  wszystkich  skupia  się  nagle  na  kłębiącym  się 

czarnymi  kręgami  i  wybrzuszeniami,  podpełzającym  coraz  bliżej,  piętrzącym  się  pod  niebo, 

zmieniającym półmrok w dotykalną niemal ciemność, dziwnym i straszliwym oparze. Można sobie 

wyobrazić,  jak  rzuca  się  on  na  swe  ofiary,  na  ledwie  widoczne  w  mroku  sylwetki  ludzi  i  koni. 

Można  sobie  wyobrazić  bieganinę,  jęki,  okrzyki  przerażenia,  porzucone  armaty,  walące  się  na 

ziemię ciała ludzi duszących się w konwulsjach. A potem już tylko noc i cisza, i bezgłośny całun 

nieprzeniknionego  oparu  okrywający  martwych.  0  świcie  Czarny  Opar  przelewał  się  ulicami 

Richmondu,  zaś  rozkładający  się  organizm  państwowy  czynił  ostatnie  wysiłki,  by  powiadomić 

mieszkańców Londynu o konieczności ucieczki. 

16 Ucieczka z Londynu 

Łatwo  pojąć  burzliwą  falę  przerażenia  przewalającą  się  poniedziałkowym  rankiem  przez 

największe miasto świata. Strumień ucieczki przeradzał się w powódź, zalewał spienionym wirem 

dworce kolejowe, piętrzył się 

 

straszliwą  kipielą  wokół  przystani  na  Tamizie,  by  ruszyć  w  końcu  wszelkimi  możliwymi 

kanałami  na  północ  i  na  wschód.  0  dziesiątej  policja,  v  południe  zaś  koleje  straciły  swą 

dotychczasową  spoistość  i  sprawność,  uległy  i  rozpłynęły  się  bez  śladu  w  topniejącym  porządku 

społecznym. 

Wszystkie linie kolejowe na północnym brzegu Tamizy oraz ludność dzielnic leżących na 

południowy wschód od Cannon Street zostały ostrzeżanejuż w niedzielę o północy, toteż od drugiej 

nad ranem pociągi odchodziły przepełnione, a ludzie walczyli dziko o każde miejsce w wagonie. 0 

trzeciej  ludzie  tłoczyli  się  i  tratowali  nawet  na  ulicach  Bishopsgate.  0  kilkaset  jardów  od 

background image

str. 62 

 

liverpoolskiego  dworca  strzelano  z  rewolwerów,  kłuto  się  nożami,  a  rozwścieczeni  policjanci 

rozbijali pałkami głowy tych, do których ochrany byli przecież powołani. 

W  ciągu  dnia.  w  miarę  jak  maszyniści  i  palacze  odnawiali  powrotu  do  Londynu,  pęd 

ucieczki  odciągał  od  dworców  rosnące  nieustannie  rzesze,  kierując  je  w  biegnące  na  północ 

gościńce. W południe w Barnes ukazał  się Marsjanin i  opadająca powali chmura czarnego oparu 

poczęła  suną  wzdłuż  Tamizy,  przez  pola  Lambeth,  odcinając  ślimaczym  ruchem  wszelkie  drogi 

ucieczki przez mosty. 

Druga taka chmura rozlała się po Ealing, okalając wzgórza Castle jak wysepkę z ocalałymi 

wprawdzie, lecz odciętymi od świata ludźmi. 

Po bezowocnej walce o miejsce w pociągu linii Północno - Wschodniego Towarzystwa na 

stacji Chalk Farm, gdzie parowóz, ciągnąc nabite ludźmi wagony, przeorywał się dosłownie przez 

rozwrzeszczany  tłum,  zaś  tuzin  tęgich  chłopów  ochraniał  z  wysiłkiem  maszynistę  przed 

zmiażdżeniem  o  własny  jego  kocioł,  brat  mój  wydostał  się  na  drogę,  przedarł  się  przez  rój 

pędzących  pojazdów  i  trafił  szczęśliwie,  jako  jeden  z  pierwszych,  na  dopiero  co  rozbity  sklep  z 

bicyklami.  Przebił co prawda przednią oponę, wyciągając pojazd przez okno wystawowe, wsiadł 

nań jednak i odjechał nie odnosząc żadnych, prócz lekkiego skaleczenia napięstka, obrażeń. Stroma 

drożyna  wiodąca  wzgórzem  Haverstock  była  nie  do  przebycia,  gdyż  przegradzały  ją  cielska 

padłych koni, toteż brat udał się gościńcem do Belsize. 

Uszedł w ten sposób wściekłej panice i skręcając drogą do Edgware, dotarł około siódmej 

do tego miasteczka, głodny i zmęczony, jednak wyprzedzając znacznie cały tłum. Na przydrożnych 

ścieżkach  pełno  było  miejscowych  gapiów.  Brata  prześcignęło  tylko  kilku  cyklistów,  paru 

jeźdźców i dwa samochody. 0 milę przed Edgware rozleciało się jedno z kół i bicykl trzeba było 

porzucić. Brat zostawił go przy drodze i pobrnął przez miasteczko na piechotę. Drzwi sklepów przy 

głównej ulicy byty 

pouchylane, a ludzie tłoczyli się na jezdni, w drzwiach i oknach domów, przyglądając się ze 

zdziwieniem  rozpoczynającemu  się  właśnie  niezwykłemu  pochodowi  uciekinierów.  W  oberży 

udało się bratu dosiać trochę żywności. 

Nie  wiedząc,  co  dalej  począć  ze  sobą,  pozostawał  czas  jakiś  w  Edgware.  Liczba 

uciekających wzrastała nieustannie. Widać było, iż wielu z nich ma chętkę, jak mój brat, pozostać 

w miasteczku. 0 najeźdźcach z Marsa nie było żadnych nowin. 

Szosą  szło  już  wówczas  wiele  łudzi,  tłoku  jednak  na  niej  jeszcze  nie  było.  Większość 

uciekinierów jechała dotąd na bicyklach, kiedy jednak pojawiły się samochody, powozy i bryczki, 

nad gościńcem do St. Albans zawisły gęste chmury kurzu. . 

background image

str. 63 

 

Brat  mój  wspomniał  widocznie  przyjaciół  mieszkających  w  Chelmslord,  gdyż  skierował 

kroki w cichy zaułek wiodący na wschód. Po drodze przebył kładkę i dalej kroczył ścieżką wśród 

pól na północny wschód, Mijał liczne rozsiane chaty i wioseczki o nie znanych mu nazwach. Nie 

napotkał  tu  zbyt  wielu  uciekinierów,  aż  dopiero  na  polnej  drodze  wiodą  cej  do  górnego  Barnet 

natknął się na dwie panie, które stały się odtąd jego towarzyszkami podróży. Natknął się zaś w sam 

czas,  aby  je  wyratować  z  opresji.  Usłyszał  jakieś  krzyki  i  wybiegając  zza  węgła  ujrzał  dwóch 

mężczyzn usiłujących ściągnąć je przemocą z zaprzężonej w kucyka bryczuszki, podczas gdy trzeci 

z  trudem  przytrzymywał  łeb  wystraszonego  zwierzęcia.  Jedna  z  kobiet,  niższa,  odziana  w  białą 

suknię,  krzyczała  tylko.  druga  natomiast,  smagła,  wysmukła,  chłostała  batem  ciągnącego  ją  za 

ramię napastnika, 

Brat mój od razu pojął, co się święci, i popędził z krzykiem ku miejscu walki, a wówczas 

jeden  z  mężczyzn  porzucił  wózek  i  zwrócił  się  ku  niemu.  Brat  poznał  po  minie  przeciwnika,  że 

bójka  jest  nieunikniona,  będąc  zaś  doświadczonym  bokserem  dopadł  go  i  zwalił  jednym  ciosem 

pod  koła  wózka.  Nie  było  czasu  na  pięściarską  rycerskość,  toteż  dodał  mu  kopniaka,  po  czym 

chwycił za kołnierz łotra wyciągającego z bryczuszki smukłą dziewczynę. Równocześnie usłyszał 

stuk podków, bicz chlasnął go po twarzy, trzeci  przeciwnik wyrżnął  go pięścią między oczy, zaś 

trzymany za kołnierz obwieś wyrwał się i popędzie w stronę, z której nadszedł właśnie brat. 

Na  poły  ogłuszony  brat  mój  znalazł  się  twarz  w  twarz  z  mężczyzną  przytrzymującym 

dotychczas kucyka, dojrzał też, jak oddalał się podskakując po wybojach powozik z oglądającymi 

się  co  chwila  wystraszonymi  kobietami.  Stojący  przed  nimi  krzepki  drab  rzucił  się  na  brata,  ten 

jednak 

 

powstrzymał go potężnym ciosem w szczękę. Natychmiast też, zdając sobie sprawę, że jest 

osamotniony, odwrócił się i pognał za oddalającym się powozikiem. Tuż za nim pędził drab, nieco 

dalej zaś sunął trzeci napastnik, który zdążył już tymczasem powrócić. 

Wtem brat potknął się i rozciągnął jak długi; przez niego przewrócił się jego prześladowca. 

Gdy brat zerwał się - stało przed nim już znów dwóch złoczyńców. Niewielkie miałby przeciw nim 

szanse,  gdyby  dzielna  smagła  dziewczyna  nie  wróciła,  by  przyjść  mu  z  pomocą.  Okazała  się,  że 

przez cały ten czas miała rewolwer, jednak w chwili napaści był on ukryty pad siedzeniem bryczki. 

Teraz wypaliła zeń z odległości sześciu maże jardów, o mały co prawda włos nie trafiając w brata. 

Tchórzliwszy  z  napastników  znów  rzucił  się  do  ucieczki,  kamrat  zaś  jego,  przeklinając  tchórza, 

pobiegł  za  nim.  Obaj  przystanęli,  widoczni  z  dała,  nad  leżącym  wciąż  jeszcze  nieprzytomnie 

trzecim łotrem. 

- Niech pan weźmie - rzekła dziewczyna podając bratu rewolwer. 

background image

str. 64 

 

- Proszę wracać da bryczki - odparł brat ocierając krew z rozciętej wargi. 

Odwróciła  się  bez  słowa,  zdyszani  byli  oboje,  po  czym  razem  już  poszli  ku  pani  w  bieli 

usiłującej  powstrzymać  rwącego  kucyka.  Rabusie  mieli  już  widocznie  dosyć,  kiedy  bowiem  brat 

spojrzał ponownie w ich stronę dostrzegł, jak się oddalali. 

- Ja także wsiądę - rzekł brat - jeśli panie pozwolą - i wskoczył na wolne miejsce na koźle. 

Dziewczyna spojrzała nań z ukosa. 

- Proszę dać mi lejce - powiedziała i zacięła biczem kucyka. Jeszcze chwila i trzej bandyci 

znikli za zakrętem. 

Tak  oto,  zupełnie  nieoczekiwanie,  brat  mój,  zasapany,  z  rozplataną  wargą,  skaleczoną 

szczęką  i  poobijanymi  da  krwi  pięściami,  znalazł  się  wraz  z  dwiema  kobietami  w  bryczuszce 

podążającej  nieznaną  drogą.  Dowiedział  się,  iż  jedna  z  nich  jest  żoną,  a  druga,  młodsza,  siostrą 

lekarza  ze  Stanmore,  wezwanego  wczesnym  rankiem  da  ciężko  chorega  w  Pinner.  Na  jednej  ze 

stacji kolejowych doktor dowiedział się o natarciu Marsjan, wrócił czym prędzej do domu, obudził 

obie  panie  (służąca  odeszła  akurat  dwa  dni  temu),  zapakował  nieco  żywności,  schował  pod 

siedzenie pistolet - bardzo szczęśliwie dla brata - i kazał im jechać do Edgware myśląc, że uda im 

się  tam  dostać  do  pociągu.  Sam  pozostał,  by  obudzić  sąsiadów;  obiecując  dopędzić  je  najdalej  a 

wpół do piątej rano, mima jednak iż dochodziła już dziewiąta, nie zjawił się jeszcze. W Edgware 

nie  mogły  czekać  nań  przy  głównej  ulicy,  gdyż  ruch  wzrastał  nieustannie,  toteż  skręciły  w  tę 

właśnie boczną uliczkę. 

Całą tę historię opowiedziały bratu memu urywkami, po drodze do Nowego Bagnet, gdzie 

znów przystanęli na chwilę. Aby dodać paniom otuchy, brat obiecał pozostać z nimi przynajmniej 

do chwili, aż postanowią, co robić dalej, lub aż pojawi się nieobecny doktor. Przechwalał się też, że 

włada świetnie pistoletem, choć broń ta była mu zupełnie obca. Rozbili przy szosie coś w rodzaju 

biwaku, przede wszystkim ku wielkiej uciesze kucyka. Tu z kolei brat opowiedział towarzyszkom 

o  ucieczce  z  Londynu,  jak  również  a  wszystkim,  czego  dowiedział  się  o  Marsjanach  i  ich 

zachowaniu.  Słońce  wzbijało  się  coraz  wyżej.  Rozmowa  wygasła,  pozostał  niemiły  nastrój 

wyczekiwania.  Brat  starał  się  uzyskać  od  nielicznych  mijających  ich  podróżnych  jak  najwięcej 

wiadomości.  Każda  jednak  pośpieszna  odpowiedź  pogłębiała  tylko  wrażenie  wielkiego 

nieszczęścia, jakie spadła na ludzkość, pogłębiała pewność, że dalsza, i to niezwłoczna, ucieczka 

jest koniecznością. Brat starał się przekonać o tym obie panie. 

-  Mamy  pieniądze  -  oświadczyła  smukła  panna  i  zawahała  się.  Oczy  jej  napotkały 

spojrzenie brata i wahanie znikło. 

- I ja mam - odparł brat. 

background image

str. 65 

 

Wtedy  wyjaśniła,  że  prócz  pięciofuntowego  banknotu  mają  trzydzieści  funtów  w  złocie. 

Zaproponowała  też,  aby  spróbować  dostać  się  z  tym  do  pociągu  w  St.  Albans  lub  w  Nowym 

Barnet.  Zdaniem  brata  było  to  jednak  beznadziejne.  Widział  on  już  przecież  szał,  jaki  ogarnął 

londyńczyków na dworcach i w pociągach, toteż upierał się, aby pojechać przez Essex do Harwich, 

a stamtąd morzem ujść w ogóle z kraju. 

Pani Elphinstone, takie bowiem nazwisko nosiła biało odziana dama, nie chciała o niczym 

słyszeć  i  powtarzała  tylko  bez  ustanku:  -Jureczku,  Jureczku!  -  szwagierka  jej  natomiast 

zachowywała się nad wyraz spokojnie i rozważnie, zgodziła się też wreszcie na pomysł mego brata. 

Podążyli więc ku Barnet zamierzając przeciąć tam wielki trakt północny. Brat prowadził kucyka, a 

sam szedł obok piechotą, gdyż zwierzę należało jak najbardziej oszczędzać. 

Im  wyżej  wznosiło  się  słańce,  tym  dzień  stawał  się  upalniejszy.  Gruby  biały  piach  pad 

stopami palił i oślepiał. Posuwali się niezmiernie wolno. Żywopłoty szare były od kurzu. Im bliżej 

Barnet - tym głośniejszy stawał się burzliwy pomruk tłumu. 

Ludzi  napotykali coraz więcej.  Zmordowani,  posępni,  brudni  szli  wpatrzeni  przed siebie i 

mruczeli  coś  niezrozumiale.  Jakiś  jegomość  odziany  w  strój  wieczorowy  szedł  pieszo  z  oczami 

utkwionymi  w  ziemię.  Głos  jego  Słychać  była  z  daleka,  jedną  rękę  wplątał  we  włosy,  drugą 

wymachiwał, 

 

jakby bijąc przed sobą kogoś niewidzialnego. Potem atak wściekłości .' minął, on zaś szedł 

dalej nie oglądając się na nikogo. 

Zbliżywszy  się  do  skrzyżowania,  na  południe  od  Barnet,  brat  ujrzał  nadchodzącą  polami 

kobietę  z  dwojgiem  dzieci.  Na  ręku  dźwigała  trzecie.  Potem  minął  ich  brudny,  czarno  odziany 

mężczyzna  z  grubą  laską  w  jednej,  z  niewielką  walizką  w  drugiej  ręce.  Dalej,  u  wylotu  zaułka, 

pomiędzy  obrzeżającymi  go  willami,  ukazał  się  kary  spocony  koń  ciągnący  nieduży  wózek. 

Powoził  blady,  szary  od  kurzu  młodzieniec  w  meloniku.  Na  wózku  siedziały  stłoczone  trzy 

dziewczyny wyglądające na robotnice z East-Endu i kilkoro małych dzieci. 

- Objadziem tom drogom Edgware?- pytał dzikooki, wyblakły woźnica; gdy brat wyjaśnił, 

że należy w tym celu skręcić w lewo - zaciął konia i odjechał bez słowa podzięki. 

Brat mój dostrzegł bladoszary dym czy mgłę unoszącą się między '' domami i przesłaniającą 

jakby  welonem  białe  ściany  will  ze  szosą.  Pani  ,  Elphinstone  krzyknęła  nagle  na  widok  dymu  i 

języków płomienia tańczą-' tych na tle gorącego błękitnego nieba po dachach pobliskich domów. 

Zgiełk  gościńca  zmienił  się  teraz  w  nieskładną  mieszaninę  ludzkich  gło-  sów,  turkotu  kół, 

skrzypienia  wozów  i  stukotu  kopyt.  0  jakieś  pięćdziesiąt  jardów  od  skrzyżowania  zaułek  skręcał 

ostro ku szosie. 

background image

str. 66 

 

- Boże drogi, dokąd pan nas wiezie? - krzyknęła pani Elphinstone. Brat zatrzymał kucka., 

Szosa wyglądała jak wrzący ludzki potok, jakby burzliwa rzeka pędząca niepowstrzymanie 

na północ. Kurz zalegający gęstą, białą, połyskującą w słońcu ławicą rozmazywał i czynił wszystko 

szarym  i  niewyraźnym  co  najmniej  do  wysokości  dwudziestu  stóp.  Ławicę  tę  zasilały  coraz  to 

nowe  tumany  wzbijane  nogami  śpieszących  gęstym  tłumem  ludzi  i  koni  i  kołami  pojazdów 

wszelkich możliwych gatunków i typów. 

- Z drogi! - rozległy się okrzyki. - Z drogi! 

Wylot  zaułka  na  szosę  wyglądał  jak  wjazd  do  dymiącego  pieca.  Tłum  huczał  jak  ogień, 

gorący zaś kurz gryzł  jak dym.  Nieco dalej w  górę szosy  rzeczywiście  płonęła willa i  buchający 

kłębami na drogę czarny dym jeszcze bardziej wzmagał zamieszanie. 

Przeszło  dwóch  mężczyzn,  za  nimi  zakurzona  kobieta  dźwigająca  z  łkaniem  ciężki  tobół. 

Jakiś zbłąkany pies z wywieszonym językiem krążył niepewnie wokół wózka, wystraszony, dopóki 

brat nie odpędził go precz. 

W prawo od willi, w stronę Londynu, droga zmieniła się, jak okiem sięgnąć, w jeden wielki, 

zamknięty po brzegi dwoma rzędami domów 

strumień brudnych, śpieszących się ludzi; coraz wyraźniej widoczne w miarę zbliżania się 

do zakrętu czarne głowy i stłoczone ciała roztapiały się w pośpiesznie oddalającej się masie, ginęły 

tonąc w chmurach kurzu. 

- Dalej! Dalej! - krzyczał tłum. - Z drogi! Z drogi! 

Idący z tyłu wpierali ręce w plecy poprzedników. Brat stał i patrzył trzymając kucyka przy 

pysku.  Po  chwili,  wsysany  bezpowrotnie  potokiem  ludzi  począł  posuwać  się  z  wolna,  krok  za 

krokiem, ku szosie. 

W  Edgware  panowało  zamieszanie,  w  Chalk  Farm  zgiełkliwy  tumult,  tu  natomiast 

wydawało się, że gościńcem wali cała ludność kraju. Trudno sobie po prostu wyobrazić te zastępy. 

Nie miały one jakiegoś wyraźnego oblicza. Postaci ludzkie wysypywały się zza zakrętu i ginęły za 

następnym zakrętem zwrócone plecami ku grupie stojącej w zaułku. Piesi potykając się i potrącając 

szli skrajem  drogi.  Wisiała  nad  nimi  nieustanna  groźba  przejechania.  Wozy  i  bryki  zbijały  się  w 

gromady niechętnie ustępując z drogi szybszym lub bardziej niecierpliwym pojazdom, te zaś przy 

każdej sposobności usiłowały wyrwać się do przodu. Piesi rozbiegali się wówczas na strony, kuląc 

się pod płotami i w bramach. 

- Prędzej - krzyczano. - Prędzej! Już nadchodzą! 

Na  jednym  z  wozów  stał  ślepic  w  mundurze  Armii  Zbawienia  i  wymachując  rękami 

wrzeszczał:  -  Wieczność!  Wieczność!  -  Ochrypły  głos  tak  był  donośny,  że  brat  mój  słyszał  go 

jeszcze  po  zniknięciu  wozu  w.  obłokach  kurzu.  Niektórzy  stłoczeni  w  pojazdach  ludzie  okładali 

background image

str. 67 

 

bezmyślnie  batem  konie  i  wykłócali  się  z  innymi  woźnicami;  niektórzy  siedzieli  bez  ruchu 

wpatrzeni  zgaszonym  wzrokiem  w  próżnię;  niektórzy  gryźli  palce  z  pragnienia  lub  leżeli 

bezwładnie w swych wozach. Konie ociekały pianą, oczy miały przekrwione. 

Drogą sunęły nieprzeliczone dorożki, bryczki, wozy, platformy, przejechał wóz pocztowy, 

za nim karawan z napisem: "Dom modlitwy św. Pankracego", za nim ogromna platforma opałowa 

pełna  jakichś  oberwańców.  Potem  przetoczyła  się  dwukółka  piwiarza  z  planami  świeżej  krwi  na 

kołach. 

- Z drogi! - ryczały liczne głosy. - Z drogi! 

-  Wie-e-czność!  Wie-e-eczność!  -  brzmiało  jak  echo  nad  drogą.  Obok  przeszły  smętne, 

posępne,  choć  zamożnie  ubrane  kobiety  prowadzące  za  rękę  płaczące  potykające  się  dzieci. 

Wytworne  ich  suknie  pokryte  były  kurzem,  po  zmęczonych  twarzach  płynął  pot  i  łzy.  Obok  szli 

mężczyźni, jedni usiłowali im pomagać, inni patrzyli ponuro i dziko. Za nimi pchał się tłum jakichś 

włóczęgów odzianych w spłowiałe czarne 

 

szmaty,  rozwrzeszczanych,  klnących.  Przeszli  krzepcy  robotnicy  przepychając  się 

nieustępliwie  przez  tłum;  przeszli  zmęczeni,  nie  ogoleni  mężczyźni  podobni  z  odzienia  do 

urzędników lub sprzedawców sklepowych; potykając się i rozpychając przeszedł raniony żołnierz; 

grupa tragarzy kolejowych parła za nim, a dalej wlokło się jakieś nieszczęsne stworzenie w nocnej 

koszuli z narzuconym na ramiona płaszczem. 

Chociaż tak różny w składających się nań jednostkach - cały ten tłum jedną miał przecież 

cechę wspólną. Było nią przerażenie i ból malujący się na twarzach, był nią gnający ich przemożny 

strach.  Każdy  hałas  na  drodze,  każda  kłótnia  o  miejsce  na  wazie  przyśpieszała  kroki  tłumu.  Ci 

nawet, którym zmęczenie podcinało nogi, zrywali się za chwilę z nową siłą. Upał i kurz dały się już 

uciekającym  dobrze  we  znaki.  Twarze  ich  były  spalone,  wargi  czarne  i  spękane.  Wszyscy  byli 

spragnieni, znużeni, wyczerpani. Pośród rozlicznych okrzyków słyszało się swary, narzekania, jęki 

słabości i zmęczenia; głosy brzmiały ochryple i słabo. A poprzez całą tę wrzawę przebijało jedno 

powtarzające się zdanie; - Z drogi! Z drogi! Marsjanie nadchodzą! 

Nieliczni tylko próbowali wydostać się z tej lawiny. Zaułek wychodził na drogę skośnym 

wąskim wylotem i pozornie prowadził w stronę Londynu. Mimo to wir ludzki rzucał tam osłabłych 

tylko po to, by po chwilowym odpoczynku mogli zanurzyć się w nim ponownie. Nieco głębiej w 

zaułku  leżał  z  obnażoną,  owiniętą  skrwawionymi  szmatami  nogą  jakiś  człowiek,  a  nad  nim 

pochylali się dwaj jego przyjaciele. Szczęśliwiec! Miał jeszcze przyjaciół. 

Staruszek z siwym wojskowym wąsem, w brudnym czarnym surducie, pokuśtykał na bok, 

usiadł  przy  wózku,  zdjął  but  ukazując  okrwawioną  skarpetkę,  wytrząsnął  kamyki,  wdział  z 

background image

str. 68 

 

powrotem  but  i  powlókł  się  dalej;  nadeszła  malutka,  ośmioletnia  może  dziewczynka,  zupełnie 

sama, i padła płacząc u żywopłotu, tuż koło mego brata. 

- Nie mogę już dalej! Nie mogę już dalej! 

Brat  ocknął  się  z  osłupienia,  chwycił  ją  na  ręce  i  przemawiając  łagodnie  zaniósł  do  pani 

Elphinstone. Mała pod jego dotknięciem ucichła natychmiast, jakby czymś przestraszona. 

-  Helenko!  Helenko!  -  wołała  kobieta  w  tłumie  pełnym  łez  głosem.  Helenko!  -  Dziecko 

wyrwało się bratu i biegnąc ku drodze krzyczało: Mamo! 

-  Nadchodzą!  -  wołał  mijając  zaułek  jadący  wierzchem  mężczyzna.  -  Z  drogi  tam!  = 

wrzeszczał woźnica stając na koźle. Brat ujrzał skręcającą w zaułek karetę. 

Ludzie uchodzili z drogi popychając się gwałtownie w obawie, by nie wpaść pod koła. Brat 

cofnął  kucyka  i  bryczuszkę  pod  sam  żywopłot,  kareta  zaś  przejechała  obok  i  stanęła.  Była 

dwukonna, jednak w zaprzęgu szedł tylko jeden koń. 

Poprzez tumany kurzu brat dostrzegł niewyraźnie; jak dwaj ludzie wynoszą z niej i składają 

ostrożnie na trawie pod krzewami żywopłotu rozpostarte na białych noszach ciało. 

Jeden z nich podbiegł do brata. 

- Gdzie tu jest woda? - zawołał. - To lord Garrick. Umiera i chce pić! 

-  Lord  Garrick!  -  wykrzyknął  brat.  -  Prezes  Sądu  Najwyższego?  -  Gdzie  tu  woda?  - 

powtórzył tamten. 

-  Może  w  którymś  z  tych  domków.  My  nie  mamy  wody.  Bałbym  się  zresztą  odejść  od 

moich pań. 

Woźnica począł przepychać się przez tłum do bramy narożnego domu. - Uciekaj! - wołano 

za  nim.  -  Marsjanie  nadchodzą!  Uciekaj!  Nagle  uwagę  brata  zwrócił  orlą  swą  twarzą  mężczyzna 

ciągnący za sobą 

niewielką  walizkę.  W  tej  właśnie  chwili  otwarła  mu  się.  Sypnęły  z  niej  potokiem  rulony 

złotych suwerenów rozpryskując się w zderzeniu z ziemią w grad złotych krążków, pojedynczych 

monet. Toczyły się we wszystkie strony pośród depczących nieustannie drogę ludzkich i końskich 

nóg.  Człowiek  o  orlej  twarzy  stanął  patrząc  tępo  na  stos  rozsypanego  złota.  Nagle  potrącił  go  w 

ramię  i  odrzucił  na  bok  dyszel  wozu.  Tamten  krzyknął  i  skoczył  w  bok  omal  nie  wpadając  pod 

koła. 

- Z drogi! - zaczęto krzyczeć z tłumu. - Na bok! Z drogi! 

Gdy  wóz  oddalił  się  nieco,  mężczyzna  padł  z  rozpostartymi  ramionami  na  stos  monet  i 

pełnymi garściami począł napychać nimi kieszenie. Tuż nad nim ukazał się łeb koński i usiłujący 

właśnie powstać człowiek znów legł na ziemi tratowany kopytami. 

background image

str. 69 

 

- Stój! - krzyknął brat i odepchnąwszy idącą ścieżką kobietę próbował pochwycić konia za 

wędzidło. 

Zanim  mu  się  to  jednak  udało,  usłyszał  jęk  i  poprzez  tuman  pyłu  ujrzał,  jak  po  plecach 

nieszczęśnika  przetoczyły  się  koła  wozu.  Woźnica  zamierzył  się  biczem  na  przebiegającego  na 

drugą  stronę,  za  wozem,  brata.  Dokoła  podniosły  się  krzyki.  Leżący  wił  się  w  kurzu,  pośród 

rozsypanych monet, z przetrąconym kręgosłupem, usiłując powstać  na bezsilne, zmartwiałe nogi. 

Brat stanął nad nim krzycząc na napierającego następnego woźnicę; z pomocą przyszedł mu jakiś 

jeździec dosiadający rumaka. 

 

-  Zabierzcie  go  z  drogi!  -  wykrzyknął;  brat  schwycił  wolną  ręką  leżącego  za  kołnierz  i 

powlókł go na ścieżkę obok szosy. Ten jednak walił brata po ręku pięścią pełną złota, przeszywając 

go przy tym wściekłym spojrzeniem. 

- Naprzód! Naprzód!  -  krzyczały za nimi  gniewne głosy.  -  Z drogi! Rozległ  się trzask.  To 

dyszel  powozu  wbił  się  w  zatrzymany  przez  jeźdźca  wóz.  Brat  rzucił  okiem  w  tamtą  stronę, 

równocześnie zaś człowiek ze złotem przekrzywił głowę i ugryzł trzymającą go za kołnierz rękę. 

Wóz  ruszył;  kary  koń  uskoczył  w  bok,  a  zaprzęg  przeszedł  tak  blisko  brata,  że  kopyta  omal  nie 

zmiażdżyły  mu  stóp.  Brat  cofnął  się  pośpiesznie  puszczając  leżącego.  Dostrzegł  jeszcze  złość 

zmieniającą  się  na  twarzy  nieszczęsnego  w  ,przerażenie,  po  czym  znikł  on  pod  kołami,  brat  zaś 

pociągnięty  potokiem  ludzkim  i  uniesiony  poza  wylot  zaułka  ciężko  musiał  walczyć,  by  dotrzeć 

doń z powrotem. 

Powróciwszy  do  bryczuszki  zobaczył,  że  pani  Elphinstone  przysłania  oczy  rękami,  obok 

niej  zaś  stoi  jakieś  dziecko  i  przygląda  się  ze  zwykłym  u  dzieci  brakiem  współczucia,  szeroko 

rozwartymi  oczami,  leżącej  na  szosie  czarnej,  zakurzonej,  nieruchomej,  tratowanej  kopytami  i 

miażdżonej kołami postaci. 

- Zawracajmy! - krzyknął brat i zaczął wyprowadzać kucyka z zaułka.  - Nie przejedziemy 

przez to piekło! 

Wrócili  ze  sto  jardów  przebytą  niedawno  drogą.  Oszalały  tłum  znikł  im  wreszcie  z  oczu. 

Mijając  zakręt,  brat  ujrzał  śmiertelnie  bladą,  ściągniętą  i  lśniącą  od  potu  twarz  umierającego  w 

rowie pod ligustrem lorda Garricka. Obie panie siedziały w bryczce bez słowa, skulone i drżące. 

Za zakrętem brat znów zatrzymał wózek. Panna Elphinstone była blada, szwagierka zaś jej 

zalewała  się  łzami,  zbyt  wystraszona  nawet,  by  wzywać  swego  "Jureczka".  Brat  mój  też  był 

zmieszany i wstrząśnięty. Gdy tylko zawrócili, pojął, jak pilnie i nieodzownie należało przebić się 

na przeciwległy skraj gościńca. Nagle zwrócił się pełen zdecydowania do panny Elphinstone. 

background image

str. 70 

 

-  Musimy  przejechać!  -  zawołał  i  znów  zawrócił  kucyka  ku  szosie.  Po  raz  wtóry  już  tego 

dnia dziewczyna dała dowód wielkiej siły ducha. Chcąc wedrzeć się w potok ludzki na szosie brat 

skoczył w sam gąszcz pojazdów i zatrzymał najbliższy zaprzęg, a tymczasem panna wprowadziła 

przedeń bryczuszkę. Zahamowany na chwilę wóz ruszył gwałtownie odłupując od bryczuszki lewy 

błotnik  wraz  ze  stopniem.  W  następnej  chwili  prąd  porwał  ich  i  poniósł  z  innymi.  Brat  z 

czerwonymi pręgami od 

smagnięć biczem po twarzy i rękach wdrapał się na kozioł i odebrał dziewczynie lejce. 

- Proszę grozić temu za nami pistoletem  - rzekł, wręczając jej broń - jeżeli zanadto będzie 

się pchał. Nie! Lepiej niech pani mierzy w konia. 

Następnie  podjął  wysiłki,  by  przedrzeć  się  na  drugą  stronę  drogi.  Dać  nura  jednak  w  ten 

odmęt  oznaczało  utracić  wolną  wolę,  zlać  się  w  jedno  ż  całym  tym  zakurzonym,  oszalałym 

motłochem.  Niesieni  potokiem  płynęli  przez  Chipping  Barnet  i  dopiero  o  jakąś  milę  za 

śródmieściem udało im się przedostać na przeciwległy brzeg nurtu. Hałas i zamieszanie panowały 

tu  nie  do  opisania,  w  samym  jednak  miasteczku  i  poza  nim  szosa  rozwidla  się  parokrotnie, 

rozluźniło więc to w pewnym stopniu ścisk na drodze. 

Podróżni nasi skręcili na wschód, przez Hadley. Po drodze widzieli tłumy ludzi gaszących 

pragnienie wodą ze strumienia, gdy niektórzy walczyli o dostęp do niego. Nieco dalej, z pagórka w 

pobliżu Wschodniego Barnet, dostrzegli dwa sunące bardzo wolno, bez żadnych sygnałów, jeden 

za  drugim,  pociągi  zapchane  ludźmi  siedzącymi  nawet  w  tendrach,  na  węglu.  Zdążały  one  na 

północ  trasą  Wielkiej  Kolei  Północnej.  Brat  mój  przypuszczał,  iż  musiały  wyruszyć  spoza 

Londynu,  gdyż  w  tym  czasie  obłąkane  przerażenie  ludności  uniemożliwiało  już  odjazd  z 

londyńskich dworców. 

Niedaleko  pagórka  zatrzymali  się  na  południowy  wypoczynek,  gdyż  gwałtowność 

całodziennych  przeżyć  wyczerpała  w  najwyższym  stopniu  całą  trójkę.  Zaczął  im  również 

doskwierać głód, a że wieczór był chłodny, żadne nie mogło usnąć. Późnym wieczorem drogą obok 

biwaku przeszło w pośpiechu mnóstwo ludzi uciekających przed nieznanym niebezpieczeństwem, 

a ludzie ci uchodzili w tę stronę - z której przybył mój brat. 

 

17 Dziecię Gromu 

 

Gdyby jedynym celem Marsjan było zniszczenie, mogliby oni w poniedziałek zgładzić całą 

rozpraszającą się w ucieczce po najbliższej okolicy ludność Londynu. Nie tylko bowiem gościńcem 

do Barnet, lecz i przez Edgware, i Waltham Abbey, i drogami biegnącymi na wschód, do Southend 

i Shoeburyness, i na południe od Tamizy, w stronę Deal i Broad 

background image

str. 71 

 

 

stairs,  płynął  rozgorączkowany  motłoch.  Gdyby  ktoś  owego  czerwcowego  poranka  wzbił 

się  balonem  w  rozpalone  błękity  pod  Londynem,  ujrzałby,  że  wszystkie  wybiegające  z 

nieskończonej plątaniny ulic na wschód i na północ drogi usiane są czarnymi, zlewającymi się w 

strumienie  punkcikami.  Każdy  zaś  punkcik  był  ludzką  agonią  i  przerażeniem,  i  rozpaczą.  Aby 

czytelnik zdał sobie sprawę, jak wyglądał ten potok czarnych punkcików widziany z bliska oczami 

jednego  z  nich  -  opisałem  szeroko  w  poprzednim  rozdziale  to  wszystko,  co  widział  mój  brat  na 

gościńcu  wiodącym  przez  Chipping  Barnet.  Nigdy  jeszcze  w  dziejach  świata  tak  wielka  liczba 

połączonych cierpieniem istot ludzkich nie porzucała swych siedzib. Legendarne zastępy Gotów i 

Hunów, najpotężniejsze, jakie kto kiedykolwiek widział, armie wschodu -byłyby kroplą tylko w tej 

rzece.  A  nie  był  to  przecież  bynajmniej  żaden  zdyscyplinowany  marsz.  Był  to  bieg  straszliwy, 

gigantyczny  bieg,  bez  porządku  i  bez  celu,  bieg  sześciu  milionów  wystraszonych,  bezbronnych  i 

pozbawionych  żywności  ludzi,  gnanych  lękiem,  gdzie  oczy  poniosą.  Wydawać  się  mogło,  że  to 

początek zagłady cywilizacji, początek zniszczenia rodzaju ludzkiego. 

Na wprost pod sobą pasażer balonu widziałby rozpostartą daleko i szeroko sieć pustych już 

ulic,  mostów,  domostw,  świątyń,  ogrodów  i  parków  -  ogromną  mapę  upstrzoną  na  południu 

czarnymi plamami. Zdawało się, że koło Ealing, Richmondu i Wimbledonu potworne jakieś pióro 

bryznęło na nią atramentem. Każda z tych bryzg rosła i rozszerzała się nieustannie, wystrzelając to 

tu, to tam poza swój kształt pierwotny, raz zbierając się w ławice przed wzniesieniami terenu, to 

znów  wylewając  się  szybko  w  doliny,  gdy  przekroczyła  grzbiet  wzgórza,  zupełnie  jak  kropla 

atramentu rozpływająca się po bibule. 

W oddali zaś, ponad wznoszącymi się na południe od rzeki niebieskimi wzgórzami, uwijali 

się  lśniący  w  słońcu  Marsjanie  spokojnie  i  metodycznie  pokrywając  to  tę,  to  tamtą  część  kraju 

obłokami, spędzając je strumieniami pary, gdy spełniły już swe dzieło, i obejmując w posiadanie 

podbitą  krainę.  Wydawało  się,  że  celem  ich  było  nie  tyle  zniszczenie,  co  całkowite 

zdemoralizowanie  i  stłumienie  oporu.  Wysadzali  w  powietrze  każdą  napotkaną  prochownię, 

przecinali  każdą  linię  telegraficzną,  gdzieniegdzie  zaś  zrywali  tory  kolejowe.  Postanowili 

okaleczyć ludzkość. Nie zależało im, jak się zdaje, na pośpiechu, toteż nie posunęli się tego dnia 

poza  śródmieścia  Londynu.  Dlatego,  być  może,  w  poniedziałek  rano  mnóstwo  mieszkańców 

pozostało  w  swych  domach.  Pewne  jest  bowiem,  iż  tysiące  ich  zginęły  tam  wytrute  Czarnym 

Dymem. 

Aż do południa port londyński przedstawiał zadziwiający widok. Cze 

kały  tu  najprzeróżniejszego  rodzaju  parowce  i  okręty  skuszone  ogromnymi  sumami 

płaconymi przez uciekających; mówiono, że wielu spośród wdzierających się na nie ludzi utonęło 

background image

str. 72 

 

spychanych  przez  majtków  bosakami.  Około  pierwszej  po  południu  pomiędzy  filarami  mostu 

Blackfriars  pojawiły  się  rozrzedzone  forpoczty  Czarnego  Dymu.  Wówczas  w.  całym  porcie 

zapanowało obłąkane wprost zamieszanie, bójki i zderzenia. Statki i łodzie tłoczyły się przez długi 

czas  pod  północnym  łukiem  mostu  Tower,  zaś  majtkowie  i  tragarze  portowi  musieli  walczyć 

uparcie  z  napierającymi  ze  wszystkich  stron  tłumami:  Doszło  do  tego,  że  ludzie  spuszczali  się z 

mostu po filarach... 

Gdy w godzinę później jeden z Marsjan wyłonił się spoza Clock Tower i przeszedł w bród 

rzekę, po wodzie koło Limehouse pływały już tylko jakieś szczątki. 

0  tym,  jak  spadł  piąty  walec,  opowiem  nieco  później.  Szósty  natomiast  upadł  w 

Wimbledonie.  Brat  mój  czuwając  w  bryczuszce  nad  snem  kobiet  widział  jego  zielony  błysk  w 

oddali  za  wzgórzami.  We  wtorek  cała  trójka,  wciąż  jeszcze  zdecydowana  uciekać  za  morze, 

przebijała  się  przez  kipiące  uciekinierami  okolice  Colchester.  Potwierdziła  się  wiadomość,  że 

Marsjanie opanowali już cały Londyn. Widziano ich w Highate, a nawet, jak twierdzili niektórzy, 

w Neasdon. Brat mój jednak ujrzał ich dopiero następnego ranka. 

Tymczasem  rozproszone tłumy poczęły zdawać sobie sprawę z coraz groźniejszego braku 

pożywienia. W miarę jak wzrastał głód - malało poszanowanie praw własności. Wieśniacy stawali 

z bronią w ręku w obronie swych chlewów, spichlerzy i dojrzewających zbiorów. Niemało ludzi, 

podobnie jak i rój brat, podążało teraz na wschód, można jednak było znaleźć i takich straceńców, 

którzy  w  poszukiwaniu  żywności  zawracali  do  Londynu.  Byli  to  przeważnie  mieszkańcy 

północnych jego dzielnic, znający Czarny Opar z opowiadań tylko. Mówiono, że połowa bez mała 

członków  rządu  schroniła  się  w  Birminghamie  i  że  przygotowuje  się  olbrzymie  ilości  środków 

wybuchowych, by użyć ich do zaminowania dolin Midlandu. 

Mówiono też, że Towarzystwo Kolei Midlandzkieh, po uzupełnieniu luk powstałych wśród 

maszynistów i palaczy w. pierwszym dniu paniki, podjęło obecnie normalny ruch i wypuszcza ze 

stacji  w  St.  Albans  pociągi  odchodzące  na  północ,  chcąc  rozładować  w  ten  sposób  przeludnione, 

najbliżej Londynu położone okolice. W Chipping Ongar wywieszono nawet plakaty głoszące, że na 

północy  kraju  zgromadzono  wielkie  zapasy  mąki  i  że  w  ciągu  dwudziestu  czterech  godzin 

pomiędzy głodującą lud 

 

ność okoliczną rozdzielony będzie chleb. Wiadomości te nie powstrzymały jednak ani brata, 

ani  jego  towarzyszek  od  zamierzonej  ucieczki  i  cała  trójka  jechała,.jak  dzień  długi,  na  wschód, 

widząc rozdzielanego chleba tyle tylko, ile go było na plakatach. Jeśli już o tym mowa, to trzeba 

powiedzieć,  że  nikt zresztą  nie  widział  go  na  oczy.  Nocy  tej  spadła  siódma  już z  kolei  gwiazda, 

background image

str. 73 

 

niedaleko pagórka Primrose Hill. Spadła podczas warty panny Elphinstone, gdyż czuwała ona na 

zmianę z bratem. Ona też właśnie ją dostrzegła. 

We  środę  trójka  uciekinierów,  po  nocy  spędzonej  w  polu  wśród  niedojrzałej  pszenicy, 

dotarła  do  Chelmsford,  gdzie  grupa  mieszkańców  mianująca  się  jakimś  Komitetem  Publicznego 

Zaopatrzenia  skonfiskowała  im  kucyka  na  mięso,  w  zamian  obiecując  poszkodowanym  udział  w 

jego  zjedzeniu.  Opowiadano  tu,  że  Marsjanie  są  już  w  Epping  oraz  że  podczas  nieudanej  próby 

wysadzenia w powietrze jednego z nich uległa zniszczeniu prochownia w Waltham Abbey. 

Ludność  wypatrywała  tu  Marsjan  z  wież  kościelnych.  Brat  mój  na  swoje,  jak  się  później 

okazało,  szczęście  wolał  nie  czekać  na  jedzenie,  chociaż  wszyscy  troje  bardzo  byli  głodni,  lecz 

niezwłocznie podążył wraz z paniami ku wybrzeżu. W południe minęli Tillingham, gdzie było nad 

podziw  pusto  i  spokojnie,  tylko  jakieś  łaziki  plądrowały  domy  w  poszukiwaniu  żywności. 

Niedaleko  za  Tillingham  widać  już  było  morze,  a  na  nim  najdziwaczniejszą,  jaką  sobie  tylko 

można wyobrazić, zbieraninę statków. 

Ponieważ nie dało się już wpływać do ujścia Tamizy, przybijały one do wybrzeża hrabstwa 

Essex,  by  zabierać  ludzi  z  Harwich,  z  Walton  i  Clacton,  potem  zaś  z  Foulness  i  Shoebury. 

Rozciągnęły  się  ogromnym  łukiem,  którego  koniec  ginął  we  mgle  aż  za  przylądkiem  Naze.  Tuż 

przy  brzegu  zaś  uwijało  się  mnóstwo  angielskich,  szkockich,  francuskich,  holenderskich  i 

szwedzkich  kutrów,  parowczyków  z  Tamizy,  jachtów,  motorówek  -  głębiej  w  morzu  widać  było 

statki o większej wyporności, przeróżne węglowce, statki do przewozu bydła, tankowce, schludne 

statki handlowe, parowce pasażerskie, frachtowce oceaniczne, był tam nawet jakiś stary żaglowiec; 

jeszcze  zaś  głębiej  stały  białe  i  popielate  statki  regularnych  linii  okrętowych  z  Southamptonu  i 

Hamburga.  Wzdłuż  całego  błękitnego  wybrzeża  aż  do  Blackwater  można  było  mgliście  dojrzeć 

gęsty  rój  szalup  i  ich  właścicieli  targujących  się  z  ludźmi  na  lądzie,  rój  ciągnący  się  poza 

Blackwater prawie aż do Maldon. 

Jeszcze dalej, o parę mil od brzegu, leżał zanurzony tak głęboko, że 

według słów brata wyglądał jakby nasiąkły wodą, okręt wojenny. Był to kontrtorpedowiec 

Dziecię  Gromu.  Jedyna  zresztą  widoczna  tu  z  lądu  jednostka  floty  wojennej.  Ale  hen  daleko,  w 

prawo, nad gładzią morską, gdyż w dniu tym panowała prawdziwa martwa cisza, wiły się czarne 

wężyki  dymków znaczących stanowiska pancerników floty kanału.  Z kotłami  pod parą, w pełnej 

gotowości  bojowej  przegradzała  ona  stalowym  łańcuchem  wylot  Tamizy  przez  cały  czas 

zwycięskiego natarcia Marsjan, czujna, choć niezdolna go powstrzymać. 

Na  widok  morza  pani  Elphinstone,  mimo  pełnych  otuchy  słów  swej  szwagierki,  uległa 

panice.  Nigdy  jeszcze  nie  wyjeżdżała  poza  granice  Anglii  i  woli  raczej  umrzeć,  niż  znaleźć  się 

sama,  bez  przyjaciół,  w  obcym  kraju.  Jak  wynikało  z  jej  słów,  biedaczka  wyobrażała  sobie 

background image

str. 74 

 

widocznie  Francuzów  nie  lepszymi  od  Marsjan.  Podczas  ostatnich  dwu  dni  podróży  była  coraz 

bardziej wystraszona, przygnębiona i rozhisteryzowana. Jedynym i nieustannym jej marzeniem był 

powrót do Stanmore. W Stanmore przecież zawsze było tak dobrze, tak bezpiecznie, w Stanmore 

na pewno odnajdą Jureczka... 

Z największym tylko trudem udało się sprowadzić ją na plażę, gdzie brat mój zdołał właśnie 

zwrócić  uwagę  marynarzy  z  jakiegoś  przedpotopowego,  o  łopatkowym  napędzie,  parowca 

rzecznego z Tamizy. Podpłynęli oni szalupą i zgodzili się przewieźć całą trójkę za trzydzieści sześć 

funtów do Ostendy, dokąd, jak mówili, płynąć miał ich stateczek. 

Dochodziła druga, gdy zapłaciwszy przy wejściu umówioną sumę brat mój znalazł się wraz 

z  paniami  bezpieczny  na  pokładzie  statku.  Można  tam  było  dostać  pożywienie,  po  niezwykle  co 

prawda  wysokich  cenach,  toteż  naszej  trójce  udało  się  wreszcie  spożyć  jaki  taki  posiłek.  Na 

pokładzie  było  już  kilkudziesięciu  pasażerów.  Wielu  z  nich  wydało  ostatnie  grosze,  aby  tylko 

zapewnić  sobie  przejazd,  kapitan  jednakże  tkwił  pod  Blackwater  aż  do  piątej,  przyjmując  wciąż 

nowych  i  nowych  podróżnych,  aż  wreszcie  na  pokładzie  zapanował  niebezpieczny  tłok.  Tkwiłby 

tam pewnie i dłużej, gdyby nie huk armat, jaki o tej właśnie porze rozległ się gdzieś na południu. 

Jakby w odpowiedzi na to, kontrtorpedowiec wypalił w stronę morza z małego działa i wciągnął na 

masz banderę. Z kominów jego buchnęły kłęby dymu. 

Niektórzy pasażerowie twierdzili, że to strzelają pod Shoeburyness,. potem jednak okazało 

się,  że  huki  stają  się  coraz  głośniejsze.  Równocześnie  daleko  na  południowym  wschodzie 

wynurzyły  się  kolejno  z  morza  maszyny  i  wieżyczki  trzech  jeszcze  pancerników  spowitych 

chmurami 

 

czarnego dymu.  Lecz uwagę brata skupiła na sobie nieustanna strzelanina. Wydawało  mu 

się, że dostrzega na południu wznoszący się w mglistej szarej dali słup dymu. 

Parowczyk pluskał łopatkami przebijając się na wschód, poza rozsypane wachlarzem statki, 

i  płaskie  wybrzeża  Essexu  roztapiały  się  już  w  błękitnej  mgiełce,  gdy  ukazał  się  zmniejszony 

odległością, posuwający się błotnistym wybrzeżem od strony Foulness, pierwszy Marsjanin. Na ten 

widok przerażony i rozgniewany kapitan począł przeklinać własne guzdralstwo, a łopatki stateczku, 

jakby udzielił się im jego lęk, zapulsowały gwałtownie. Kto żyw na parowcu pchał się ku burtom i 

wspinał  się  na  ławki,  by  oglądać  tę  odległą  postać  przewyższającą  drzewa  i  wieże  kościelne, 

posuwającą się ruchami wyglądającymi na przedrzeźnianie ruchów człowieka. 

Był to pierwszy widziany przez brata Marsjanin, toteż przyglądał mu się bardziej zdziwiony 

niż przestraszony. Tymczasem gigant zbliżał się ostrożnie do okrętu, zanurzając się coraz głębiej w 

morze. Potem daleko za Crouch ukazał się drugi, przedzierający się pośród karłowatych drzewek, a 

background image

str. 75 

 

jeszcze dalej trzeci, brodzący w głębokich, połyskujących w słońcu bagnach nadbrzeżnych, jakby 

zawieszony w pół drogi między morzem a niebem. Wszyscy trzej szli w morze, chcąc widocznie 

przeszkodzić w ucieczce statkom zebranym pomiędzy Foulness a Naze. Mimo pośpiesznego rytmu 

maszyn,  mimo  spienionej  kipieli,  jaką  pozostawiały  za  sobą  łopatki,  ucieczka  parowczyka,  na 

którym płynął brat, była przerażająco powolna. 

Spozierając na północny zachód brat dostrzegł, jak rwie się i wije w przerażeniu ogromny 

wachlarz  statków,  jak  ścigają  się  one  ze  sobą,  jak  zwracają  rufy  miast  burt  ku  brzegom,  jak 

gwiżdżą  buchając  parą  parowce,  jak  wciągają  żagle  żaglowce,  jak  pomykają  tu  i  tam  warcząc 

motorami motorówki. Widok ten, zarówno jak i niebezpieczeństwo nadciągające od brzegu tak go 

urzekły,  że  nie  patrzył  wcale  na  morze.  Wtem  błyskawiczny  zwrot  stateczku  dokonany  dla 

uniknięcia  zderzenia  strącił  brata  z  zajmowanego  przezeń  krzesła.  Dokoła  wszyscy  krzyczeli, 

potem  rozległ  się  tupot  nóg  i  wiwaty,  na  które,  jak  mu  się  zdawało,  ktoś  odpowiadał  z  oddali. 

Nagle stateczek zakołysał się gwałtownie znowu zbijając go z nóg. 

Gdy brat mój zerwał się i popatrzył za prawą burtę, o niecałe sto jardów od kołyszącego się, 

przechylonego  parowca  ujrzał  prujący  morze  wielki  stalowy  kadłub.  Ciął  dziobem  wodę,  jak 

lemiesz  pługa  tnie  rolę.  Odgarniane  na  boki  potężne  spienione  fale  kołysały'i  podrzucały 

stateczkiem, 

ten zaś to zanurzał się po pokład niemal w morzu, to znów unoszony wysoko wymachiwał 

bezsilnie łopatkami w powietrzu. 

Pienisty  prysznic  oślepił  brata  na  chwilę.  Gdy  przetarł  oczy,  stalowy  potwór  minął  ich 

mknąc w stronę lądu. Nad płaskim kadłubem wznosiły się potężne nadbudówki, zaś dwa bliźniacze 

kominy pluły dymem gęsto przetykanym iskrami. Był to kontrtorpedowiec Dziecię Gromu gnający 

zagrożonym statkom z odsieczą. 

Wpierając  stopy  w  rozkołysany  pokład,  trzymając  się  kurczowo  poręczy  brat  popatrzył 

wpierw na szarżującego lewiatana, potem zaś na zbitych w gromadkę Marsjan. Stali tuż przy sobie; 

i to tak daleko od brzegu, że trójnogi ich prawie zupełnie skryły się w morzu: Zanurzeni głęboko i 

pomniejszeni  odległością  wydawali  się  o  wiele  mniej  groźni  od  potężnego  stalowego  cielska,  w 

którego nurcie huśtał się bezwolnie stateczek niosący na swym pokładzie brata. Mogło wydawać 

się, że przyglądają się zaskoczeni temu nowemu wrogowi. Być może wzięli go za istotę podobną 

do siebie. Okręt nie strzelał, lecz pędził tylko ku nim z największą szybkością i to właśnie, że gnał 

bez  strzału,  pozwoliło  mu  prawdopodobnie  podsunąć  się  tak  blisko  do  nieprzyjaciół.  Ci  zaś  nie 

wiedzieli  widocznie,  co  z  nim  zrobić.  Dość  było  jednego  wystrzału,  aby  Snop  Gorąca  posłał  go 

nieuchronnie na dno. 

background image

str. 76 

 

Kontrtorpedowiec, czarny, gwałtownie malejący kadłub na tle oddalającej się płaszczyzny 

essekskiego  wybrzeża,  mknął  tak  szybko,  iż  po  chwili  wydawał  się  już  w  pół  drogi  między 

stateczkiem a Marsjanami. , 

Wtem  najbliższy  z  Marsjan  nachylił  rurę  i  wypalił  z  niej  w  napastnika  zbiornikiem 

Czarnego  Dymu.  Zbiornik  uderzył  o  lewą  burtę  tryskając  atramentowym  strumieniem 

rozlewającym  się  szeroko  po  morzu  potokami  Czarnego  Dymu,  kontrtorpedowiec  jednak  był  już 

daleko. Patrzącym pod słońce z zanurzonego głęboko parowczyka widzom zdawało się, że wpadł 

on już między Marsjan. 

Widać było posępne ich postacie wynurzające się z wody i oddalające od siebie w ucieczce 

ku brzegowi. Jeden podniósł aparat ze Snopem Gorąca, skierował go skośnie w dół i natychmiast 

trysnęły  z  wody  obłoki  pary.  Snop  musiał  przebić  stalowy  pancerz  statku  równie  łatwo,  jak 

rozpalone do białości żelazo przebija kartkę papieru. 

Obłoki  pary  rozdarł  błysk  płomienia,  a  Marsjanin  zatoczył  się  i  potknął.  Jeszcze  chwila  i 

upadł.  Potężny  słup  wody  i  pary  strzelił  wysoko  w  górę.  Teraz  dopiero  zagrzmiały  działa 

Dziecięcia Gronu głusząc syk pary. Jeden z pocisków uderzył w pobliżu parowczyka brata, odbił 

się rykoszetem w stronę innych uciekających na północ okrętów i zgruchotał 

 

pobliski  kuter.  Nikt  się  tym  jednak  zbytnio  nie  przejął.  Na  widok  upadku  Marsjanina 

kapitan na mostku ryknął coś niezrozumiale, a tłoczący się na pokładzie pasażerowie wydali głośny 

okrzyk.  Po  chwili  zaś  znów  zaczęli  wrzeszczeć  radośnie.  Oto  z  białej  zawieruchy  wypadło  coś 

długiego, czarnego, buchającego z kominów, wentylatorów i śródokręcia płomieniami... 

Kontrtorpedowiec  żył  jeszcze;  ster  był  widocznie  nie  uszkodzony  i  maszyny  pracowały 

dalej.  Pędził  prosto  na  drugiego  Marsjanina  i  był  już  od  niego  o  niecałe  sto  jardów,  gdy  znów 

uderzył weń Snop Gorąca. Wówczas kominy i pokład wyleciały z głośnym hukiem w powietrze. 

Gwałtowność  wybuchu  zachwiała  Marsjaninem,  a  po  chwili  płonący  wrak  pchany  siłą  rozpędu 

wpadł  na  niego  i  zgniótł  jak  tekturową  zabawkę.  Brat  mój  mimo  woli  krzyknął.  Znów  kłęby 

wrzącej pary przesłoniły wszystko. 

- Dwa! - ryknął kapitan. 

Wszyscy  dokoła  darli  się  wniebogłosy.  Cały  stateczek  od  dzioba  do  rufy  rozbrzmiewał 

gorączkowymi wiwatami. Przerzucały się one z okrętu na okręt, aż objęły wszystkie stłoczone w 

gęstą gromadę, mknące w morze statki. 

Długo jeszcze wisiał nad wodą obłok pary, przesłaniając i trzeciego Marsjanina, i wybrzeże. 

Przez cały ten czas stateczek szedł morze, oddalając się bez ustanku od pobojowiska; gdy wreszcie 

para rozwiała się, pojawił się sunący powoli wał Czarnego Oparu i znów nie można było dostrzec 

background image

str. 77 

 

ani Dziecięcia Gromu, ani trzeciego Marsjanina. Za to między parowczykiem a wybrzeżem stały 

teraz inne kontrtorpedowce. 

Stateczek  płynął  wciąż  dalej  i  dalej,  zostawiając  z  wolna  kontrtorpedowce  za  sobą,  zaś 

wybrzeże  skrywała  nieprzenikniona  ławica  oparu,  po  części  pary,  po  części  Czarnego  Dymu, 

zmieszanych ze sobą i splątanych w najdziwaczniejsze formy. Armada uciekinierów rozpraszała się 

na  północo-wschód.  Między  kontrtorpedowcami  a  parowcami  płynęło  wiele  kutrów.  Po  pewnym 

czasie okręty wojenne, nie dopłynąwszy jeszcze do osiadającej coraz niżej ławicy Czarnego Dymu, 

zawróciły  na  północ,  obeszły  ją  i  skręciwszy  na  południe  roztopiły  się  w  mgle  wieczornej. 

Wybrzeże  rysowało  się  coraz  niewyraźniej  pod  niskimi,  gromadzącymi  się  wokół  zachodzącego 

słońca zwałami chmur. 

Nagle w złocistej mgle zachodu znów rozległ się huk dział i dojrzeć tam można było ruch 

jakichś czarnych cieni. Zebrani na stateczku ludzie raz jeszcze zaczęli przepychać się ku burtom, 

by  lepiej  widzieć,  co  dzieje  się  w  oślepiającym  kotle  zachodu.  Nie  udało  się  jednak  nic  tam 

wypatrzeć. 

Chmury  dymu  wzbijając  się  skośnymi  pasmami  przesłaniały  słońce.  Pulsujący  napięciem 

stateczek płynął jakby zawieszony w bezkresach. 

Słońce skryło się za szarymi chmurami, niebo rozbłysło na chwilę i ściemniało, zamigotała 

wieczorna gwiazda. Panował już głęboki mrok, gdy kapitan krzyknął wskazując w górę. Brat mój 

wytężył wzrok. Z szarości wieczoru wystrzeliło niezmiernie szybko skośnie w górę, ponad chmury, 

w lśniącą jasność zachodniego nieba coś płaskiego i szerokiego, i ogromnego i płynąc w krąg po 

szerokiej spirali, malało  opadając z wolna, aż znikło zupełnie w pełnych tajemnic cieniach nocy. 

Lecąc zaś prószyło na ziemię ciemnością. 

Księga druga 

Ziemia we władzy Marsjan 

 

1 Zdeptani 

 

Podczas  gdy  brat  mój  doświadczał  tak  szeroko  opisanych  w  ostatnich  dwóch  rozdziałach 

pierwszej księgi przygód, wikary i ja czailiśmy się w pustym domu w Hallifordzie, dokąd uszliśmy, 

by schronić się przed Czarnym Dymem. Od tego też miejsca podejmuję swą opowieść. 

W ukryciu tym przebyliśmy noc niedzielną i cały następny dzień, dzień paniki, jak rozbitki 

odcięci  Czarnym  Dymem  od  reszty  świata  na  wysepce  jasności  dziennej.  Skazani  przez  te  dwa 

męczące dni na żałosną bezczynność, mogliśmy tylko czekać. 

background image

str. 78 

 

Myśli  me  opanował  niepokój  o  żonę.  Wyobrażałem  sobie,  jak  jest  przerażona,  jakie 

niebezpieczeństwa  grożą  jej  w  Leatherhead,  jak  opłakuje  mój  domniemany  zgon.  Przechadzałem 

się  po  pokojach  łkając  głośno  na  myśl  o  naszej  rozłące,  o  tym,  co  może  ją  spotkać  podczas  mej 

nieobecności. Chociaż wiedziałem, jak dzielnie kuzyn mój potrafi stawić czoło przeciwnościom, to 

jednak  nie  należał  on  do  ludzi  szybko  rozpoznających  niebezpieczeństwo  ani  też  szybko 

działających.  A  teraz  właśnie  potrzebna  była  nie  tyle  odwaga,  ile  zdolność  przewidywania  i 

szybkość  decyzji.  Jedyną  pociechą  było  przypuszczenie,  iż  posuwając  się  w  stronę  Londynu 

Marsjanie  oddalają  się  od  Leatherhead.  Tego  typu  nieokreślone  niepokoje  trzymają  umysł  w 

bolesnym  napięciu.  Z  trudnością  mi  przychodziło  panowanie  nad  sobą.  Nieustanne  jęki 

duchownego,  widok  jego  samolubnej  rozpaczy  męczył  mnie  i  drażnił  coraz  bardziej.  Kiedy  zaś 

uwagi,  jakie  mu  czyniłem,  nie  odnosiły  skutku,  począłem  unikać  go  przesiadując  w  pokoju 

przeznaczonym,  jak  sądzę,  na  izbę  szkolną  dla  dzieci,  gdyż  pełno  tam  było  ławek,  globusów, 

zeszytów  i  podręczników.  Gdy  i  tam  dotarł  za  mną,  uciekłem  na  strych  i  zamknąłem  się,  aby 

pozostać sam na sam ze swą boleścią. 

Przez  cały  ten  dzień,  jak  również  przez  następny  ranek  Czarny  Opar  osaczał  nas 

nieubłaganie. W niedzielę wieczorem dostrzegliśmy w sąsiednim domku ślady ludzkiej obecności: 

twarz w oknie, przesuwające się 

światło, potem trzaśnięcie drzwiami. Nie wiem jednak, co to byli za ludzie i co się z nimi 

stało. Nazajutrz już ich nie widzieliśmy. Przez cały poniedziałkowy ranek Czarny Opar spływał z 

wolna ku rzece podpełzając wciąż bliżej i bliżej, aż zalał w końcu gościniec, przy którym stał dom 

stanowiący obecnie nasze schronienie. 

W południe nadszedł polami Marsjanin i rozproszył Opar strugą przegrzanej pary bijąc nią z 

sykiem o ściany domów, wybijając szyby i parząc w rękę księdza usiłującego uciec z frontowego 

pokoju. Gdy przeczołgaliśmy się wreszcie przez zamokłe izby i wyjrzeliśmy na świat, cała okolica 

na  północ  od  nas  wyglądała  jak  po  czarnej  zamieci.  Patrząc  w  stronę  rzeki  spostrzegliśmy  ze 

zdziwieniem niepojętą dla nas czerwień plamiącą gdzieniegdzie czerń wypalonych łąk. 

Długi  czas  nie  uświadamialiśmy  sobie,  że  zmiana  naszego  położenia  polega  nie  tylko  na 

uwolnieniu od groźby uduszenia przez Czarny Opar. Dopiero później pojąłem, że nie jesteśmy już 

osaczeni, że droga do wolności stoi otworem. Natychmiast też zacząłem znowu myśleć o działaniu. 

Cóż, kiedy wikary popadł w bezmyślną jakąś apatię. 

-  Tutaj  jesteśmy  bezpieczni  -  powtarzał  -  tutaj  nic  nam  nie  grozi.  Wtedy  postanowiłem 

porzucić  go.  O,  czemuż  tak  się  nie  stało!  Mądrzejszy  o  wiedzę  nabytą  od  artylerzysty, 

przygotowania do drogi rozpocząłem od zaopatrzenia się w prowiant. Na oparzenia me znalazłem 

oliwę i czyste szmaty, zabrałem też znalezione w sypialni kapelusz i flanelową koszulę. Kiedy stało 

background image

str. 79 

 

się  jasne,  że  wybieram  się  sam,  że  jestem  na  to  zdecydowany,  wikary  zaczął  się  raptem  także 

szykować. 

Popołudnie minęło spokojnie, toteż koło piątej wyruszyliśmy sczerniałą drogą do Sunbury. 

Zarówno w samym Sunbury, jak i po drodze leżało mnóstwo poskręcanych w męce ciał ludzkich i 

koni,  porozrzucanych  tobołów,  przewróconych  wozów,  a  wszystko  pokryte  grubą  warstwą 

czarnego pyłu. Nalot ten, podobny do popiołu, przypominał mi opis zagłady Pompei. Do Hampton 

Court  dotarliśmy  bez  żadnych  przygód.  Przez  całą  drogę  nie  mogliśmy  nadziwić  się  niezwykłej 

obcości  pokrytego  czerwienią  i  czernią  krajobrazu.  Dopiero  w  Hampton  Court  oczom  naszym 

ukazała się pierwsza ocalała od duszących oparów Czarnego Dymu zieleń. Minęliśmy Bushey Park 

z jego przemykającymi się pośród kasztanów jeleniami i nieco dalej ujrzeliśmy kobiety i mężczyzn 

śpieszących  polami  do  Hampton.  Byli  to  pierwsi  dostrzeżeni  przez  nas w  tej  okolicy  ludzie.  My 

skierowaliśmy kroki do Twickenham. 

Las po drugiej stronic gościńca, za Ham i Petersham, wciąż jeszcze płonął. Twickenham nie 

ucierpiało ani od Snopa Gorąca, ani od 

 

Czarnego  Oparu,  toteż  ludzi  było  tu  więcej,  nikt  jednak  nie  mógł  udzielić  nam  żadnych 

nowych  wiadomości.  Byli  to  przeważnie  ludzie  korzystający,  jak  i  my,  z  chwili  ciszy,  by  uciec 

dalej  od  terenów  okupowanych  przez  Marsjan.  Odniosłem  wrażenie,  iż  w  wielu  jeszcze  domach 

pozostawali  mieszkańcy,  zbyt  wystraszeni,  by  uchodzić.  I  tu  także  dużo  było  na  szosie  śladów 

pośpiesznej ucieczki. Szczególnie żywo utkwił mi w pamięci stos złożony z trzech wgniecionych w 

gościniec kołami pogruchotanych bicykli. Około wpół do dziewiątej minęliśmy most w Richmond. 

Gdyśmy  przezeń  przebiegali  w  pośpiechu,  dostrzegłem  płynące  rzeką  liczne  kilkustopowej 

długości czerwone bryły. Nie wiedziałem, co to było, na badanie zaś nie starczyło czasu. Wydały 

mi się wtedy czymś straszliwym. Również i tu, na brzegu Surrey, leżał czarny osad i trupy, cały ich 

stos koło dworca, nie pokazywali się tylko Marsjanie. Ujrzeliśmy ich dopiero w pobliżu Barnes. 

W  czerniejącej  dali  dostrzegliśmy  troje  ludzi  biegnących  pustą  na  pozór  ulicą  w  stronę 

rzeki. Na wzgórzu płonęło miasto Richmond, dokoła nie było ani śladu Czarnego Dymu. 

Wtem,  podchodząc  do  Kew,  zobaczyliśmy  całą  gromadę  uciekających,  za  nimi  zaś,  nie 

dalej  jak  o  sto  jardów  od  nas,  ukazał  się  kaptur  Marsjanina.  Stanęliśmy  porażeni  niespodzianym 

niebezpieczeństwem i gdyby potwór spojrzał w dół - bylibyśmy zgubieni. Przerażenie nasze było 

tak  wielkie,  że  nie  śmieliśmy  iść  dalej.  Skoczyliśmy  w  bok  i  skryliśmy  się  w  szopie  stojącej  w 

pobliskim  ogrodzie.  Tam  wikary  przypadł  do  ziemi  i  łkając  cicho  oświadczył,  że  nie  ruszy  się  z 

miejsca. 

background image

str. 80 

 

Mnie jednak nie opuszczała uparta myśl o Leatherhead, toteż o zmroku wyruszyłem dalej. 

Przedarłem  się  przez  gęste  krzewy  i  posuwając  się  ostrożnie  uliczką  biegnącą  obok  wysokiego 

domu wyszedłem na drogę do Kew. Wikary pozostał w szopie, po chwili jednak dopędził mnie z 

pośpiechem. 

Mój  ówczesny  postępek  uważam  za  największe,  jakie  kiedykolwiek  w  życiu  popełniłem, 

szaleństwo,  jasne  bowiem  było,  iż  dokoła  kręcą  się  Marsjanie.  Ledwie  wikary  przyłączył  się  do 

mnie,  już  ujrzeliśmy  daleko,  na  polach  w  stronie  Kew  Lodge,  jeszcze  jedną  Bojową  Machinę. 

Cztery czy pięć czarnych figurek uciekało przed nią po szarozielonej łące, Marsjanin zaś, widać to 

było  od  razu,  ścigał  je  zawzięcie.  W  trzech  susach  był  już  przy  nich.  Ludzie  usiłowali  ujść 

rozbiegając się w różne strony. Prześladowca nie użył Snopa Gorąca, lecz wyłowił ich skrzętnie, po 

jednemu, i wrzucił do wielkiego, przytroczonego do pleców, metalowego pudła. Przypominało ona 

kształtem koszyki, jakie zwykli nosić do pracy nasi 

robotnicy. Po raz pierwszy zdałem sobie wówczas sprawę, iż celem Marsjan może być nie 

tylko  zniszczenie  pokonanej  ludzkości.  Staliśmy  przez  chwilę  jak  skamieniali,  po  czym 

zawróciliśmy, wpadliśmy w rozwartą bramę i skryliśmy się w przypadkowo dostrzeżonym rowie, 

w jakimś okolonym wysokim murem ogrodzie. Długo, aż do pojawienia się gwiazd, leżeliśmy tam 

bojąc się rozmawiać nawet szeptem. 

Dochodziła,  jak  sądzę,  jedenasta  w  nocy,  gdy  zebrawszy  się  na  odwagę  ruszyliśmy  dalej. 

Nie wyszliśmy już jednak na drogę, lecz prześlizgiwaliśmy się pod żywopłotami i  przez ogrody, 

wypatrując  pilnie  w  ciemnościach,  wikary  na  lewo,  a  ja  na  prawo,  krążących,  jak  się  nam 

wydawało, w pobliżu Marsjan. W pewnej chwili natknęliśmy się na ostygły już i pokryty popiołem, 

wypalony, sczerniały szmat ziemi. Leżało tam mnóstwo trupów. Głowy ich i ciała były straszliwie 

spalone, nogi jednak wraz z obuwiem zupełnie nietknięte. O jakieś pięćdziesiąt stóp za stojącymi 

szeregiem czterema rozwalonymi działami leżały martwe konie i zdruzgotane przodki. 

Miasteczko Sheen uniknęło zniszczenia, było jednak ciche i  opuszczone. Nie widzieliśmy 

też w nim martwych, choć trzeba stwierdzić, że w tak ciemną noc jak tamta niewiele można było 

dojrzeć.  W  Sheen  właśnie  towarzysz  mój  zaczął  nagle  uskarżać  się  na  słabość  i  pragnienie, 

postanowiliśmy więc zajrzeć do któregoś z domków. 

Pierwszym, do którego  z pewnymi zresztą trudnościami włamaliśmy  się  przez okno, była 

niewielka, stojąca nieco na uboczu willa. Prócz spleśniałego sera nie było w niej nic do jedzenia. 

Znalazła  się  za  to  woda.  Zabrałem  też  leżącą  w  kuchni  siekierkę,  która  mogła  nam  oddać  wiele 

usług przy następnych włamaniach. 

Na drugą stronę szosy przeszliśmy w miejscu, gdzie skręca ona ku Mortlake. Stał tam biały 

domek  w  ogrodzie.  W  spiżarni  znaleźliśmy  zapas  żywności  składający  się  z  dwu  bochenków 

background image

str. 81 

 

chleba  w  blaszanym  pudełku,  surowej  polędwicy  i  połowy  szynki.  Wymieniam  to  wszystko 

dokładnie, gdyż, jak się okazało, musiało nam tego starczyć na dwa bez mała tygodnie. Pod półką 

stało kilka flaszek piwa, obok nich zaś dwa worki fasoli i parę zwiędłych główek sałaty. Spiżarnia 

łączyła  się  z  kuchnią,  w  której  znaleźliśmy  trochę  drewek  i  kredens,  a  w  nim  tuzin  butelek 

burgunda, zupę i łososia w konserwach oraz dwie paczki sucharków. 

Siedzieliśmy w tej kuchni po ciemku, obawiając się palić światło, i jedliśmy chleb z szynką 

zapijając piwem prosto z flaszek. Wikary, wciąż jeszcze roztrzęsiony i przerażony, upierał się, by 

iść nie zwlekając dalej, ja zaś nalegałem, aby pokrzepić się przed drogą posiłkiem, gdy 

 

wydarzyło się coś, co miało nas uwięzić w tym  domku  na długo.  - Nie ma chyba jeszcze 

dwunastej - odezwałem się i w tejże chwili 

oślepił nas jaskrawozielony błysk. Na moment ukazało się czarnozielone wnętrze kuchni i 

znikło w ciemności. Rozległ się grzmot, jakiego nie słyszałem nigdy ani przedtem, ani potem. Tuż 

po  nim,  wydawało  się,  że  niemal  równocześnie,  usłyszałem  za  sobą  huk,  szczęk  szkła  i  łoskot 

walących się ścian. O nasze głowy rozbił się w kawałki wielki plaster tynku oderwany od sufitu. 

Runąłem jak długi na podłogę uderzając przy tym skronią o gałkę kuchenek drzwiczek i straciłem 

przytomność. Długo, jak mi potem opowiadał wikary, leżałem ogłuszony, gdy zaś powróciłem do 

zmysłów, w kuchni panowały egipskie ciemności, wikary zaś z twarzą mokrą, jak się okazało - od 

krwi płynącej z rozciętego czoła, skrapiał mnie wodą. 

Początkowo  nie  pamiętam,  co  się  stało.  Powoli  jednak  pamięć  wydarzeń  powróciła. 

Potwierdzeniem zaś ich była rana na skroni. 

- Lepiej panu? - pytał szeptem wikary. Wreszcie odezwałem się i usiadłem. 

- Proszę nie ruszać się - rzekł. - Na podłodze pełno rozbitej porcelany z kredensu. Nie da się 

uczynić kroku, by nie narobić hałasu, a zdaje się, że oni są koło domu. 

Obaj siedzieliśmy tak cicho, że ledwo było słychać własne nasze oddechy. Dokoła w domku 

panowała  martwa  cisza,  raz  tylko  obsunął  się  z  hałasem,  gdzieś  w  pobliżu,  kawał  tynku  czy 

spękanego  muru.  Z  zewnątrz  zaś,  z  bezpośredniej  bliskości,  dochodził  przerywany  metaliczny 

grzechot. 

- O! - powiedział wikary, gdy rozległ się on znowu. - Tak - odparłem. - Ale co to jest? 

- Marsjanin - odrzekł. Nasłuchiwałem dalej. 

- To nie był Snop Gorąca - rzekłem. Przez chwilę skłonny byłem przypuszczać; że jedna z 

Machin Bojowych zderzyła się z naszym domem, podobnie jak tamta, widziana przeze mnie pod 

Shepperton, z wieżą kościelną. 

background image

str. 82 

 

Położenie nasze tak było  dziwaczne i  niepojęte, że do świtu, to znaczy ze trzy  czy cztery 

godziny,  nie  poruszaliśmy  się  prawie  wcale.  Wreszcie  do  kuchni  poczęło  przesączać  się  blade 

światło poranka. Docierało ono tu jednak nie przez czarne wciąż okno, przez trójkątną szczelinę w 

ścianie za nami, między belką stropową a zwaliskiem cegieł. Po raz pierwszy ujrzeliśmy w szarym 

półmroku wnętrze naszej kuchni. 

Okno  wtłoczone  zostało  do  środka  masą  ziemi  z  ogrodu,  pełno  jej  było  na  stole,  koło 

którego  siedzieliśmy.  Pokrywała  też  grubą  warstwą  podłogę.  Od  zewnątrz  ziemia  obsypała 

wysokim  zwałem  cały  dom.  Pod  górną  framugą  okna  można  było  dostrzec  wyrwaną  rynnę.  Na 

podłodze leżały rozrzucone w nieładzie rondle; ściana między kuchnią a resztą mieszkania zawaliła 

się  i  w  coraz  jaśniejszym  świetle  dziennym  można  było  bez  trudu  rozpoznać,  iż  większa  część 

domu leży w gruzach. Jakże jaskrawym przeciwieństwem tej ruiny był wytworny, pomalowany na 

modny  seledynowy  kolor,  pełen  mosiężnych  i  cynowych  naczyń  kredens,  imitująca  białe  i 

niebieskie kafelki tapeta oraz para barwnych, powiewających nad płytą kuchenną zasłonek. 

Gdy dzień  rozjaśnił wyrwę zupełnie, ujrzeliśmy  przez nią postać Marsjanina stojącego na 

czatach  przy  rozżarzonym  jeszcze,  jak  sądziłem,  walcu.  Na  ten  widok  przeczołgaliśmy  się 

możliwie jak najszybciej z półmroku kuchni w ciemność spiżarni. 

Nagle  zaświtało  mi  w  głowie  właściwe  wyjaśnienie  tego,  co  się  stało.  -  Piąty  walec  - 

szepnąłem. - Piąty pocisk z Marsa. Trafił w dom i zagrzebał nas pod ruinami. 

Wikary milczał dość długo, po czym wyszeptał: - Niech Bóg zlituje się nad nami. 

Usłyszałem ciche szlochanie. 

Ten  tylko  dźwięk  przerywał  otaczającą  nas  w  spiżarni  ciszę.  Jeśli  o  mnie  idzie,  ledwie 

ośmieliłem się oddychać i siedziałem bez ruchu, z oczami utkwionymi w słabo oświetlony otwór 

drzwi  kuchennych.  Tuż  obok  jaśniała  niewyraźnie  owalna  plama  twarzy  duchownego,  jego  biały 

kołnierzyk  i  mankiety.  Na  zewnątrz  rozpoczęło  się  tymczasem  metaliczne  jakieś  kucie,  potem 

gwałtowny gwizd, po krótkiej zaś przerwie głośny syk podobny do syku maszyny parowej. Hałasy 

te, najzupełniej dla nas zagadkowe, słychać było z przerwami, a w miarę upływu czasu rozlegały 

się  coraz  częściej.  Wreszcie  dały  się  słyszeć  rytmiczne,  głuche  uderzenia  i  odczuliśmy  nie 

przerwane  już  przez  długi  czas  drgania,  od  których  trzęsło  się  wszystko  dokoła,  a  w  spiżarni  z 

brzękiem  podskakiwały  naczynia.  W  pewnej  chwili  coś  przesłoniło  światło  i  ledwie  widoczne 

dotąd drzwi ściemniały zupełnie. Długie godziny spędziliśmy w tej nieszczęsnej kryjówce skuleni, 

milczący, drżący z trwogi - aż zmęczenie przemogło czujność... 

Obudziłem  się niesłychanie wygłodniały. Sądzę,  że przeleżeliśmy tak większą część dnia. 

Głód był tak silny, że zmusił mnie do działania. Powiedziałem, że idę poszukać czegoś do jedzenia, 

i popełzłem po 

background image

str. 83 

 

 

omacku  do  kredensu.  Nie  otrzymałem  odpowiedzi,  kiedy  tylko  jednak  począłem  jeść, 

odgłos ten musiał widocznie poruszyć wikarego, gdyż usłyszałem, jak czołga się za mną. 

2 Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach 

Skończywszy z jedzeniem powróciliśmy do spiżarni. Musiałem znów zadrzemać, gdyż po 

pewnym  czasie,  kiedy  poruszyłem  się  -  spostrzegłem,  że  jestem  sam.  Huki  i  wywołane  nimi 

drgania trwały nadal z męczącą jednostajnością. Nawoływałem kilkakrotnie cichutko, aż w końcu 

podążyłem po omacku do drzwi kuchennych. Jeszcze był dzień, toteż dostrzegłem duchownego po 

drugiej stronie izby, leżącego przy trójkątnym, wychodzącym wprost na Marsjan otworze. Tak był 

przy tym zgarbiony, że wyglądał jak bez głowy. 

Na  zewnątrz  hałasy  przypominały  rozgwar  wielkiej  hali  maszyn,  dokoła  zaś  wszystko 

trzęsło  się  w  takt  grzmiących  uderzeń.  Przez  otwór  w  ścianie  mogłem  dojrzeć  skąpany  w  złocie 

wierzchołek  drzewa  i  ciepły  lazur  cichego  wieczornego  nieba.  Przyglądałem  się  przez  chwilę 

wikaremu,  po  czym  skulony  stąpając  z  największą  ostrożnością  pośród  zaściełających  podłogę 

skorup posunąłem się ku niemu. 

Gdy  dotknąłem  jego  kolana,  drgnął  gwałtownie  i  potrącił  przy  tym  odłam  muru,  który 

potoczył się z wielkim hukiem w dół, na zewnątrz. W obawie, by nie krzyknął, chwyciłem go za 

ramię, po czym długo leżeliśmy bez ruchu. Podniosłem się wreszcie, aby sprawdzić, co ocalało z 

naszej  osłony.  W  resztce  muru  pozostała  po  odpadłym  kawale  ściany  pionowa  szczelina,  przez 

którą  widać  było,  gdy  wychyliłem  się  ostrożnie  ponad  belką,  cichą  jeszcze  wczoraj,  podmiejską 

uliczkę.  Wielkie  tu  doprawdy  zaszły  zmiany.  Piąty  walec  trafił  widocznie  w  sam  środek  willi,  w 

której  najpierw  byliśmy.  Domek  zdruzgotany  całkowicie,  rozbity  w  proch,  skruszony  ciosem 

przestał  istnieć.  Znacznie  poniżej  dawnych  fundamentów,  w  głębokim  dole,  o  wiele  zresztą 

szerszym  od  jamy  widzianej  przeze  mnie  pod  Woking,  leżał  teraz  walec.  Potężne  uderzenie 

chlusnęło dokoła ziemią ("chlusnęło" będzie tu najlepszym chyba wyrażeniem), piętrząc ją w zwały 

skrywające szczątki pobliskich domów. Ziemia zachowała się tu zupełnie jak uderzone z całej siły 

ciężkim  młotem  błoto.  Nasz  dom  zwalił  się  do  tyłu,  elewacja  aż  do  parteru  włącznie  została 

zniszczona  kompletnie.  Szczęśliwym  trafem  ocalała  kuchnia  i  spiżarnia.  Stały  one  nienaruszone, 

przysypane ziemią i szczątkami muru, zamknięte z trzech stron 

ławami ziemi, z jednym jedynym wyjściem ku walowi. Z taką to perspektywą zawieszeni 

byliśmy na samym skraju wielkiej kolistej jamy pogłębianej obecnie przez Marsjan. Tuż za nami 

słychać było odgłosy ciężkich uderzeń, przed naszą zaś szczeliną przepływały co chwila podobne 

do welonu chmurki jasnozielonej pasy. 

background image

str. 84 

 

W  samym  środku  jamy  leżał  otwarty  już  walec,  po  przeciwnej  zaś  od  nas  stronie,  wśród 

połamanych i zasypanych w połowie krzewów, stała, opuszczona w tej chwili przez użytkownika, 

sztywna  i  ogromna  na  tle  wieczornego  nieba,  jedna  z  wielkich  Machin  Bojowych.  W  pierwszym 

momencie nie zauważyłem ani jamy, ani walca, tak zajął mnie widok groźnej maszyny, właściwy 

jednak  opis  należałoby  rozpocząć  od  nich  właśnie,  już  choćby  ze  względu  na  niezwykły  lśniący 

mechanizm pracujący w wykopie czy też na dziwaczne, pełzające niezdarnie po pobliskich zwałach 

ziemi istoty. 

Uwagę  mą  przykuł  przede  wszystkim  mechanizm.  Była  to  jedna  z  tych  niesłychanie 

skomplikowanych  maszyn,  nazwanych  później  Machinami  Roboczymi,  których  poznanie  tak 

bardzo  przyczyniło  się  do  rozwoju  ziemskiej  wynalazczości.  Najpierw  uderzyło  mnie  jej 

podobieństwo  do  metalowego  pająka  o  pięciu  zwinnych,  kolankowatych  odnóżach;  opatrzonego 

wokół  kadłuba  niezliczoną  liczbą  dźwigni,  drążków  oraz  rozciągliwych,  chwytnych  macek. 

Większa  ich  część  obecnie  nie  pracowała,  trzy  tylko  długie  macki  wyławiały  .z  wnętrza  walca 

liczne  pręty,  płyty  i  wsporniki  stanowiące  bez  wątpienia  wewnętrzne  umocnienia  jego  ścian.  W 

miarę wydobywania unosiły je w górę i układały z boku na ziemi w stosy. 

Ruchy  macek  były  tak  szybkie,  płynne  i  dokładne,  że  mimo  metalicznego  połysku  nie 

chciało mi się z początku wierzyć, iż patrzę na pracę mechanizmu. Machiny Bojowe były w bardzo 

wysokim stopniu podobne do żyjących, posłusznych woli pana istot, nie można ich jednak nawet 

porównywać z Machinami Roboczymi. Kto nie widział tych konstrukcji na własne oczy, lecz zna je 

tylko  z  pozbawionych  wyobraźni  szkiców  malarskich  czy  technicznych  lub  z  niedoskonałych 

opisów naocznych świadków, takich jak ja na przykład, ten z trudem  może wyobrazić sobie, jak 

bardzo przypominały one żywe stworzenia. 

Myślę  tu  przede  wszystkim  o  ilustracjach  do  jednej  z  pierwszych  broszur  usiłujących 

przedstawić  cały  przebieg  tej  wojny.  Malarz  obejrzał,  dość  pobieżnie  zapewne,  jedną  z  Machin 

Bojowych  i  na  tym  zakończyła  się  jego  o  nich  wiedza.  Uczynił  z  nich  sztywne  mechaniczne 

trójnogi, pozbawione zupełnie giętkości i posuwistości, wywołując w ten sposób 

 

fałszywe,  jednostronne  wyobrażenie.  Ponieważ  broszura  opatrzona  tymi  rycinami  miała 

ogromne powodzenie, wspominam o tym, by przestrzec czytelników przed błędnymi wrażeniami, 

jakie  mogłyby  na  jej  podstawie  powstać.  Rysunki  przypominały  Marsjan,  których  widziałem 

przecież  w  ruchu  niezliczoną  ilość  razy,  tak  samo  jak  kukły  woskowe  przypominają  żywe  istoty 

ludzkie. Moim zdaniem broszura byłaby bez nich o wiele lepsza. 

Z początku, powtarzam, Machina Robocza nie przypominała w niczym maszyn, lecz raczej 

kraba  o  lśniącej  powłoce.  Zamiast  mózgu,  za  pomocą  wrażliwych  czułek,  kierował  jej  ruchami 

background image

str. 85 

 

Marsjanin.  Prawdziwą  naturę  tego  sprawnego  robotnika  wyjaśniłem  sobie  wówczas  dopiero,  gdy 

spostrzegłem  podobieństwo  jego  szarobrązowej  połyskującej  "skóry"  do  pozostałych  pełzających 

dokoła cielsk. Równocześnie ze zrozumieniem zainteresowanie me przeniosło się na te inne istoty, 

na prawdziwych Marsjan. Widziałem ich przelotnie dawniej i ówczesna odraza nie przeszkadzała 

mi już teraz w obserwacji. Ponadto mogłem przyglądać się im z ukrycia, nie poruszając się niemal, 

w skupieniu. 

Teraz dopiero stwierdziłem, że są to najbardziej nieziemskie stworzenia, jakie tylko można 

sobie  wyobrazić.  Były  to  wielkie  obłe  cielska  lub  raczej  głowy,  około  czterech  stóp  średnicy. 

Każde miało z przodu twarz. Twarz ta nie miała nozdrzy, gdyż Marsjanie nie byli obdarzeni, jak się 

zdaje, zmysłem powonienia, miała za to parę ogromnych ciemnych oczu, tuż pod nimi zaś coś w 

rodzaju mięsistego dzioba. W tylnej części głowy czy też ciała-sam już nie wiem, jak to nazywać-

mieściła  się  jedna  tylko,  sztywno  napięta  błona  bębenkowa,  anatomicznie  odpowiadająca,  jak 

później  stwierdzono,  uchu,  jakkolwiek  w  ziemskim  gęstym  powietrzu  było  ono  zupełnie  niemal 

bezużyteczne.  Dokoła  dzioba,  to  znaczy  ust,  znajdowały  się  zebrane  w  dwa  pęki,  po  osiem  w 

każdym,  smukłe,  podobne  do  biczy  macki.  Pęki  te  nazwane  zostały  potem,  dość  udanie  zresztą, 

przez  słynnego  profesora  anatomii  Howesa  -  rękami.  Już  po  raz  pierwszy  widząc  Marsjan 

zauważyłem,  jak  usiłowali  oni  dźwigać  się  za  pomocą  tych  rąk,  co  zważywszy  zwiększony  w 

ziemskich  warunkach  ciężar  tych  istot  było,  rzecz  jasna,  niemożliwe.  Są  jednak  podstawy,  aby 

przypuszczać, iż na Marsie takie poruszanie się nie nastręcza żadnej trudności. 

Wewnętrzna  ich  budowa,  mogę  to  stwierdzić,  gdyż  dokonane  sekcje  nie  pozostawiają 

żadnych  wątpliwości,  była  tak  sarno  prosta.  Większą  część  wnętrza  zajmował  mózg,  z  którego 

grube nerwy prowadziły do oczu, ucha i czułek. Ponadto mieli złożone płuca łączące się z ustami i 

serce wraz z układem naczyń krwionośnych. Przeciążenie płuc wywołane gęściejszą 

atmosferą  ziemską  i  zwiększoną  siłą  ciążenia  przejawiało  się  zupełnie  wyraźnie 

konwulsyjnym drganiem naskórka. 

Żadnych innych wewnętrznych organów nie mieli. Choć może się nam to wydać dziwne, u 

Marsjan nie istniał cały skomplikowany system trawienia zajmujący tyle miejsca w ciałach ludzi. 

Byli głowami, po prostu tylko głowami. Nie mieli żadnych wnętrzności. Nie jedli, tym bardziej zaś 

nie  trawili.  W  zamian  pobierali  świeżą  krew  żywych  istot,  wstrzykując  ją  do  własnych  żył. 

Widziałem, jak się to odbywa, wspomnę zresztą o tym we właściwym czasie. Lecz choćbym miał 

się  wydać  przewrażliwiony,  nic  potrafię  zmusić  się  do  opisania  tego,  czemu  nie  mogłem  nawet 

przyglądać się bez odrazy. Niech wystarczy, jeśli powiem, że krew pochodząca z żywego jeszcze 

stworzenia,  najczęściej  z  istoty  ludzkiej,  wprowadzana  była  za  pomocą  ssawki  bezpośrednio  do 

przewodu przyjmującego. 

background image

str. 86 

 

Dla  nas  sama  już  myśl  o  tym  jest  niewątpliwie  odrażająca,  sądzę  jednak,  iż  należy 

równocześnie  pamiętać,  jak  odrażającymi  musiałyby  wydać  się  inteligentnemu  na  przykład 

królikowi nasze mięsożercze zwyczaje. 

Jeśli się zaś pomyśli o niesłychanej wprost stracie czasu ludzkiego i energii poświęconych 

na  jedzenie  i  proces  trawienia,  fizjologiczne  korzyści  takiego  sposobu  odżywiania  się  są 

niezaprzeczalne.  Ciała  nasze  w  połowie  niemal  składają  się  z  gruczołów,  przewodów  i  organów 

zajętych  przekształcaniem  różnorodnych  pokarmów  na  krew.  Procesy  trawienia  i  ich  wpływ  na 

układ nerwowy podkopują nasze siły i odbijają się na umysłowości. Ludzie bywają szczęśliwi lub 

nieszczęśliwi  w  zależności  od  tego,  czy  mają  zdrową,  czy  też  chorą  wątrobę,  czy  ich  gruczoły 

trawienne  pracują  należycie,  czy  też  nie.  Marsjanie  zaś  byli  wyżsi  ponad  te  organiczne  zmiany 

nastrojów i uczuć. 

To, że uznali oni ludzi za najlepsze źródło pożywienia, możną po części wytłumaczyć sobie 

podobieństwem  szczątków  ich  ofiar  stanowiących  zapasy  żywności  przywiezione  z  Marsa. 

Stworzenia te, sądząc z zeschłych szczątków, które dostały się w ręce ludzi, były dwunogie, miały 

słabe krzemowe szkielety podobne do krzemowych szkieletów gąbek i równie słabe umięśnienie. 

Wzrost  ich  sięgał  sześciu  stóp  w  postawie  wyprostowanej,  głowy  były  kuliste  i  miały  dwa 

stwardniałe oczodoły. W każdym walcu wieziono po dwie, trzy takie istoty, wszystkie one jednak 

zostały zgładzone jeszcze przed przybyciem na Ziemię. Nie sprawiało to jednak żadnej właściwie 

różnicy,  gdyż każda próba wyprostowania się na naszej  planecie doprowadziłaby natychmiast  do 

zmiażdżenia wszystkich ich kości. 

Jeżeli już jestem przy opisie Marsjan, pragnę tu dorzucić pewne dalsze 

 

szczegóły,  które  (jakkolwiek  wówczas  jeszcze  nam  nie  znane)  pozwolą  czytelnikowi 

zaznajomionemu z nimi stworzyć sobie dokładniejszy obraz groźnych tych istot. 

Fizjologia  ich  różniła  się  znacznie  od  naszej  w  trzech  innych  jeszcze  dziedzinach. 

Organizmy  te  w  ogóle  nie  znały  snu,  a  przynajmniej  nie  spały  dłużej,  niż  śpi  ludzkie  serce.  Bez 

wymagającego  ustawicznej  regeneracji  rozwiniętego  mechanizmu  mięśniowego  nie  znali  oni 

okresowego ugasania - snu. Wydaje się, że nie odczuwali zupełnie (lub w bardzo nie- , znacznym 

tylko stopniu) zmęczenia. Na Ziemi zawsze poruszali się z :_ wysiłkiem, do samego jednak końca 

byli w ustawicznym ruchu. Pracowali przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, podobnie jak się 

to dzieje u ziemskich mrówek. 

Dalej, choć może to w świecie płciowym wydać się dziwne, Marsjanie  nie posiadali żadnej 

płci,  a  więc  pozbawieni  byli  wszystkich  tych  burzli-  wych  uczuć,  jakie  miotają  podzieloną  na 

background image

str. 87 

 

rodzaje ludzkością. Nie ma wątpliwości, iż w czasie wojny przyszedł na świat tu, na Ziemi, młody 

Marsjanin. Znaleziono go złączonego z ciałem rodziciela, wypączkowanego  

zeń, jak się to dzieje z młodymi cebulkami lilii lub ze słodkowodnymi polipami. 

U  człowieka  i  u  wyżej  zorganizowanych  zwierząt  ten  sposób  rozmnażania  się  zanikł  już 

całkowicie, był on jednak niewątpliwie również u nas, na Ziemi, pierwotnym sposobem mnożenia 

się.  U  zwierząt  niżej  zorganizowanych,  takich  choćby,  jak  odległe  krewniaczki  kręgowców 

osłonice, oba te sposoby istnieją obok siebie do dzisiaj. Ostatecznie jednak sposób płciowy wyparł 

całkowicie wegetatywnego rywala. Na Marsie widocznie stało się odwrotnie. 

Warto tu zwrócić uwagę, iż pewien pseudonaukowy pisarz na długo jeszcze przed najazdem 

Marsjan przewidywał przyszłą budowę ciała ludzkiego bardzo podobnie do obecnej budowy ciała 

mieszkańców Marsa. Przepowiednia jego, pamiętam, ukazała się w listopadzie czy też w grudniu 

1893 roku, w od dawna już nie istniejącym czasopiśmie Pall-Mall. Przypominam sobie również, iż 

została ona wyśmiana w przedmarsjańskim tygodniku satyrycznym noszącym miano Punch. 

Pisarz ten dowodził z wielką swadą, że wskutek rozwoju urządzeń .) mechanicznych ulegną 

zanikowi nogi, a wskutek rozwoju chemii - narządy trawienia; że takie organy, jak włosy, nozdrza, 

zęby, uszy, przestaną być zasadniczymi częściami ludzkiego ciała i że dobór naturalny pójdzie na 

przestrzeni  nadchodzących  stuleci  w  kierunku  stałego  ich  zaniku.  Najważniejszą  koniecznością 

pozostanie tylko mózg. Jedna jedyna część cia 

ła, której dalszy rozwój wydaje się pewny, to ręce - "nauczyciel i pośrednik mózgu". Gdy 

reszta ciała zmarnieje, ręce rozrosną się. 

Wiele  już  prawd  wypowiedziano  fantazjując,  tu  zaś  na  Marsjanach  mieliśmy  nie 

podlegające  dyskusji  potwierdzenie  podporządkowania  umysłowi  zwierzęcej  strony  organizmu. 

Mnie osobiście wydaje się zupełnie możliwe, iż Marsjanie mogą pochodzić od istot podobnych do 

nas.  Zmieniając  się  stopniowo  dzięki  rozwojowi  mózgu  kosztem  reszty  ciała  ręce  Marsjan 

przekształciły  się  w  dwa  pęki  wrażliwych  macek.  Mózg  zaś  bez  ciała,  pozbawiony  podkładu 

uczuciowego, musiał, rzecz jasna, stawać się umysłowością coraz bardziej samolubną. 

Ostatnim  rzucającym  się  w  oczy  szczegółem,  w  którym  stworzenia  te  różniły  się  od  nas, 

było  coś,  co  można  by  uznać  za  drobiazg.  Na  Marsie  albo  w  ogóle  nie  było  drobnoustrojów 

powodujących tyle chorób i bólu tu, na Ziemi, albo też marsjańska wiedza sanitarna rozprawiła się 

z nimi już przed wiekami. Życie Marsjan wolne więc było od setek chorób, od wszelkich gorączek 

i  zakażeń, od gruźlicy, raka, wrzodów i  innych  bied. Mówiąc zaś o różnicach między życiem  na 

Marsie a życiem ziemskim chcę przytoczyć ciekawe uwagi o Czerwonym Zielsku. 

Głównym barwnikiem w świecie roślinnym Marsa jest najwidoczniej nie kolor zielony, lecz 

jaskrawy  odcień  krwawej  czerwieni.  W  każdym  razie  wszystkie  gatunki  roślin,  jakie  wzeszły  z 

background image

str. 88 

 

nasion  przywiezionych  przypadkowo  czy  też  rozmyślnie  przez  Marsjan,  były  zabarwione  na 

czerwono.  Spośród  nich  jednej  tylko,  znanej  ogólnie  pod  nazwą  Czerwonego  Zielska,  udało  się 

znieść  zwycięsko  konkurencję  ziemskich  gatunków.  Czerwone  Pnącze  było  rośliną  tak 

krótkotrwałą, że niewiele ludzi w ogóle je widziało. Czerwone Zielsko jednak krzewiło się przez 

pewien czas nad podziw bujnie i szybko. Na trzeci czy czwarty dzień uwięzienia wspięło się ono 

po  ścianach  jamy  i  kaktusowatymi  łodygami  obrzeżyło  karminową  obwódką  krawędzie  naszego 

trójkątnego okna. Później zaś widziałem, jak pleniło się po całej okolicy, zwłaszcza zaś wszędzie 

tam, gdzie była woda. 

Marsjanie  mieli,  jak  wiadomo,  organ  słuchu,  pojedynczą  kolistą  membranę  z  tyłu  głowy, 

oraz  oczy  o  zakresie  widzenia  nie  różniącym  się  wiele  od  naszego,  z  wyjątkiem,  jak  twierdził 

Philips,  iż  niebieską  i  fiołkową  barwę  widzieli  jako  czarną.  Przypuszcza  się  ogólnie,  iż 

porozumiewali się oni za pomocą dźwięków i gestów. Twierdzi się tak, na przykład, w umiejętnie, 

lecz zbyt powierzchownie opracowanej broszurze, o której wspomniałem już poprzednio. Była ona, 

jak dotąd, głównym źródłem informacji o nich, mimo iż pisał ją ktoś, kto nie widział zacho 

 

wania się Marsjan na własne oczy. Nikt jednak z istot ludzkich, które przeżyły najazd, nie 

widział  tyle  z  życia  Marsjan,  co  ja.  Nie  przechwalam  się  tym  bynajmniej,  stwierdzam  po  prostu 

fakt.  Stwierdzam  też,  że  obserwowałem  ich  z  bliska  przez  dłuższy  czas,  że  widziałem,  jak 

wspólnie,  we  czwórkę,  w  piątkę,  a  raz  nawet  w  szóstkę  wykonywali  najbardziej  skomplikowane 

czynności  bez  żadnego  dźwięku  ni  gestu.  Szczególne  pohukiwania  zawsze  poprzedzały 

przyjmowanie pokarmu; tonacja tych dźwięków była niezmienna, nie można więc, moim zdaniem, 

uznać  ich  za  jakieś  sygnały,  lecz  za  zwykłe  wydechy  przed  przystąpieniem  do  czynności  ssania. 

Mam pretensje do podstawowej co najmniej znajomości psychologii i jestem pewien, jeśli w ogóle 

można  być  czegokolwiek  pewnym,  że  Marsjanie  wymieniali  myśli  bez  udziału  czynników 

fizycznych.  Pewien  zaś  tego  jestem  wbrew  poważnym  w  tej  dziedzinie  uprzedzeniom.  Przed 

najazdem  Marsjan,  jak  może  przypominają  sobie  niektórzy  czytelnicy,  wypowiadałem  się  dość 

namiętnie przeciw teorii telepatii. 

Marsjanie  nie  nosili  żadnej  odzieży.  Ich  pojęcie  ozdób  czy  strojów  było  z  konieczności 

odmienne  od  naszego;  nie  tylko  zaś  byli  w  sposób  zupełnie  wyraźny  mniej  od  nas  wrażliwi  na 

wahania temperatury, lecz i zmiany ciśnienia zdawały się wcale nie wpływać na stan ich zdrowia. 

Jeśli  jednak  nie  nosili  odzieży,  to  przecież  mieli  nad  ludźmi  olbrzymią  wyższość  w  stosowaniu 

sztucznych  uzupełnień  ciała.  My,  ludzie,  ze  swymi  bicyklami,  wrotkami,  samochodami  i 

Lilienthalowskimi  machinami  latającymi,  ,pistoletami,  karabinami,  armatami  czy  kijami 

rozpoczynamy  dopiero  tę  ewolucję,  którą  Marsjanie  bez  wątpienia  już  przeszli.  Stali  się  oni  w 

background image

str. 89 

 

rzeczywistości  samymi  tylko  mózgami  odzianymi  w  niezbędne  dla  określonych  potrzeb 

urządzenia, tak jak ludzie odziewają się w szaty w zależności od wymagań pór roku, jak posługują 

się  rowerem  w  pośpiechu  lub  podczas  deszczu  parasolem.  We  wszystkich  zaś  ich  urządzeniach 

najgodniejszy podziwu może wydać się człowiekowi brak podstawy każdego niemal mechanizmu 

ziemskiego - zupełny brak koła. Pośród wszystkiego, co przywieźli ze sobą na Ziemię, nie było nic, 

co  wskazywałoby  na  używanie  przez  nich  kół.  Można  by  było  oczekiwać  tego  przynajmniej  w 

przyrządach służących do poruszania się. Należy tu podkreślić, że i u nas, na Ziemi, przyroda nigdy 

nie  używa  samorzutnie  koła,  przedkłada,  być  może,  ponad  nie  inne  rozwiązania.  Marsjanie  nie 

tylko  nie znali, co zresztą nie wydaje się prawdopodobne, czy  nie  chcieli stosować koła, lecz co 

więcej  w  aparatach  swych  w  małym  tylko  niezmiernie  stopniu  używali  dźwigni  o  stałym  lub 

półstałym  punkcie  zaczepienia,  a  więc  poruszających  się  ruchem  obrotowym  w  jednej 

płaszczyźnie. Wszystkie złącza w 

mechanizmach  były  złożonym  systemem  suwaków  poruszających  się  w  niewielkich,  lecz 

wspaniale  ukształtowanych  łożyskach  ciernych.  Jeśli  już  wdałem  się  w  te  szczegóły,  to  pragnę 

podkreślić, że dźwignie ich maszyn napędzane były w większości wypadków przez coś w rodzaju 

licznych tarcz, mieszczących się w elastycznych osłonach; tarcze te zmieniały się pod działaniem 

przepuszczanego przez nie prądu elektrycznego w potężne magnesy. Uzyskiwali oni w ten sposób 

niezwykle  interesujące  podobieństwo  do  ruchów  zwierząt,  ruchów,  których  naśladowanie  w 

mechanice tyle sprawiało trudności ziemskim badaczom. 

Mnóstwo tych niby-mięśni znajdowało się właśnie w podobnej do kraba Machinie Roboczej 

rozładowującej piąty walec, w chwili gdy ujrzałem ją wyglądając po raz pierwszy przez szczelinę 

w  murze.  Wydała  mi  się  ona  o  wiele  bardziej  żywa  od  prawdziwych  Marsjan  wylegujących  się 

koło  niej w promieniach zachodzącego słońca,  dyszących z wysiłkiem, poruszających bezcelowo 

mackami i przeciągających się leniwie po męczącej. długotrwałej podróży międzyplanetarnej. 

Podczas gdy przyglądałem się niezdarnym ich ruchom w blasku słońca, notując w pamięci 

każdy  szczegół  dziwacznych  tych  postaci,  wikary  przypomniał  o  swej  obecności  szarpiąc  mnie 

gwałtownie  za  ramię.  Zwróciłem  się  ku  nachmurzonej  twarzy  i  milczącym  wymownie  ustom. 

Teraz  on  chciał  patrzeć,  bo  tylko  jeden  z  nas  mógł  wyglądać  przez  szczelinę;  tak  więc,  gdy  on 

cieszył się tym przywilejem, ja z kolei,musiałem przerwać na pewien czas obserwację. 

Gdy  wyjrzałem  ponownie,  Machina  Robocza  złożyła  już  z  licznych  wydobytych  z  walca 

części mechanizm o zupełnie do niej podobnym kształcie. Niżej zaś i bardziej na lewo ukazała się 

niewielka  koparka  ziejąca  strumieniami  zielonej  pary,  przekopująca  się  wokół  jamy,  odkładając 

ziemię  na  zwał  i  metodycznie  i  nieprzerwanie  ubijająca  ją.  To  właśnie  ubijanie  było  przyczyną 

głośnych  rytmicznych  uderzeń  i  regularnie  powtarzających  się  wstrząsów,  wprawiających  w 

background image

str. 90 

 

drżenie  ruiny  naszego  schroniska.  Pracy  tej  towarzyszyły  najprzeróżniejsze  piski  i  gwizdy.  O  ile 

mogłem dojrzeć, nie kierował nią żaden Marsjanin. 

3 Dni więzienne 

Przybycie drugiej Machiny Bojowej odegnało nas od szczeliny i zapędziło do spiżarni, gdyż 

obawialiśmy się, by Marsjanie mimo naszego ukrycia nie dojrzeli nas z góry. Później przestaliśmy 

się lękać, gdyż z zewnątrz, dla 

 

olśnionego  słonecznym  światłem  oka,  schronienie  nasze  musiało  wydawać  się  jakby 

zaciągnięte  czarną  błoną,  początkowo  jednak  przy  najlżejszym  nawet  podejrzeniu  odkrycia 

rzucaliśmy  się  z  bijącym  sercem  do  ucieczki,  by  ukryć  się  w  spiżarni.  Mimo  straszliwego 

niebezpieczeństwa,  jakim  groziło  wyglądanie,  nie  mogliśmy  oprzeć  się  pokusie.  Z  uczuciem 

zdumienia powracam myślą do tamtych chwil, kiedy niepomni nieustannej groźby zagłodzenia lub 

gorszej  jeszcze  śmierci  z  rąk  Marsjan  -  walczyliśmy  zawzięcie  o  straszliwy  przywilej  patrzenia. 

Ścigaliśmy się w groteskowym biegu przez kuchnię, starając się wyprzedzić wzajemnie i bojąc się 

przy tym zdradzieckiego hałasu, potem zaś baliśmy się, kopali i popychali, o kilka cali, o krok od 

wykrycia. 

Faktem  jest,  że  usposobienia  nasze,  nasz  sposób  myślenia  i  postępowania  były  nie  do 

pogodzenia, zaś niebezpieczeństwo i osamotnienie podkreślały tę rozbieżność jeszcze mocniej. Już 

w  Hallifordzie  znienawidziłem  te  bezsilne  jęki,  ten  tępy  umysł.  Nigdy  nie  kończący  się, 

wymrukiwany  bez  przerwy  jego  monolog  psuł  mi  każdą  próbę  obmyślenia  jakiegoś  sposobu 

działania,  czasami  zaś  doprowadzał  niemal  do  szału.  Brakowało  mu  opanowania  jak  kapryśnej 

kobiecie... Mógł płakać całymi godzinami i pewien jestem, że do samego końca to rozpieszczone 

przez życie dziecko uważało łzy swej słabości za oręż w jakiś sposób skuteczny. Ja zaś siedziałem 

w  ciemności  nie  mogąc  oderwać  od  niego  myśli.  Jadł  więcej  ode  mnie  i  próżną  było  rzeczą 

tłumaczyć mu, że jedyną możliwość przeżycia daje nam ukrywanie się w tym domu do czasu, aż 

Marsjanie skończą roboty w jamie, że przy tym długim wyczekiwaniu może nadejść chwila, gdy 

zabraknie  nam  żywności.  Jadł  i  pił  nieumiarkowanie,  kiedy  tylko  przyszła  mu  na  to  ochota.  Spał 

niewiele. 

W miarę jak upływały dni, nierozważna ta beztroska pogarszała stale sytuację i powiększała 

niebezpieczeństwo, tak iż (choć bardzo niechętnie) musiałem uciec się najpierw do gróźb, w końcu 

zaś do razów. Przywróciło mu to rozsądek, lecz na krótki tylko czas. Było to stworzenie słabe, lecz 

pełne  chytrości.  Brakło  mu  odwagi,  by  stawić  czoło  nie  tylko  Bogu  czy  ludziom,  lecz  własnej 

nawet słabości. Była to wyzbyta godności, tchórzliwa, anemiczna, zawistna duszyczka. 

background image

str. 91 

 

Przykro  mi  wspominać  i  opisywać  te  sprawy,  postanowiłem  jednak  nie  pomijać  w  tej 

historii niczego. Tym, którzy uniknęli w życiu wszystkiego, co ciemne i straszne, nietrudno będzie 

potępić mnie za brutalność, za wybuch wściekłości, jakim zakończyła się nasza tragedia; czym ,jest 

zło, wiedzą oni nie gorzej od innych, nie wiedzą natomiast, do czego zdolni są ludzie torturowani. 

Ci przecież, którzy poznali mroki życia, którzy 

zgłębili jego pierwotność, więcej bez wątpienia okażą wyrozumiałości. 

Gdy my toczyliśmy wewnątrz, w mglistej ciemności, walkę szeptów, zaciśniętych pięści i 

bezlitosnych  razów,  na  zewnątrz,  w  palącym  słońcu  straszliwego  owego  czerwca  Marsjanie 

prowadzili zwykłe dla nich, a tak obce i dziwne dla nas roboty. Lecz powróćmy do tych nowych 

dla  mnie  doświadczeń.  Gdy  po  długim  czasie  znów  odważyłem  się  wyjrzeć  przez  szczelinę, 

dostrzegłem,  iż  nowo  przybyłych  wzmocniły  załogi  co  najmniej  trzech  Machin  Bojowych. 

Dostarczyły  one  jakichś  nowych  urządzeń  ustawionych  rzędem  koła  walca.  Druga  Machina 

Robocza była już gotowa i obsługiwała jedno z nich. Kształtem przypominało ono bańkę do mleka, 

nad którą kołysał się gruszkowaty zbiornik. Płynął z niego do okrągłego, położonego niżej basenu 

strumień  białego  proszku.  Machina  Robocza  nadawała  za  pomocą  macki  zbiornikowi  ruch 

wahadłowy.  Dwiema  łopatkowymi  rękami  kopała  ona  i  wrzucała  do  gruszkowatego  zbiornika 

glinę,  innym  zaś  ramieniem  otwierała  co  pewien  czas  drzwiczki  w  środkowej  części  aparatu  i 

usuwała  stamtąd  rdzawoczarny  żużel.  Jeszcze  jedna  stalowa  macka  kierowała  proszek  z  basenu 

żeberkowym kanałem do zbiornika ukrytego przed mym wzrokiem za hałdą niebieskawego pyłu. 

Stamtąd unosił  się w nieruchomym  powietrzu pionowo w górę cienki słup  zielonego dymu.  Gdy 

patrzyłem,  Machina  Robocza  rozsunęła  teleskopowym  sposobem  ze  słabym  melodyjnym 

podźwiękiem jedną z macek, będącą przed chwilą jeszcze krótkim tępo zakończonym trzpieniem, 

tak daleko, że koniec jej skrył się za zwałem gliny. Za chwilę ukazała się ona ponownie, przy czym 

niosła sztabę nieskazitelnie białego, połyskującego oślepiająco aluminium i złożyła ją na rosnącym 

nieustannie  na  skraju  jamy  stosie  tych  sztab.  Od  zniknięcia  słońca  do  ukazania  się  pierwszych 

gwiazd wydajna ta maszyna zrobiła z surowej zupełnie gliny przeszło setkę takich sztab, zaś hałda 

niebieskiego kurzu urosła ponad brzeg jamy. 

Kontrast  między  szybkimi  i  złożonymi  poruszeniami  tych  mechanizmów  a  ociężałą, 

zadyszaną niezdarnością ich władców był tak wielki, iż musiałem wielokrotnie przekonywać sam 

siebie, że nie mechanizmy, lecz oni to właśnie są istotami żyjącymi. 

Gdy do jamy przynieśli pierwszych ludzi,  przy szczelinie był  wikary. Ja siedziałem  niżej, 

skulony,  wytężając  słuch.  Widząc,  że  odskakuje  gwałtownie  od  otworu,  skuliłem  się  przerażony 

jeszcze  bardziej,  pewny,  że  Marsjanie  dostrzegli  go.  Ześliznąwszy  się  w  dół  po  rumowisku 

przykucnął w ciemności przy mnie i bełkotał coś niezrozumiale, wymachując rękami, 

background image

str. 92 

 

 

aż  zaraził  mnie  na  chwilę  swym  przestrachem.  Poznałem  po  gestach,  że  zrezygnował  ze 

szczeliny,  gdy  więc  zaciekawienie  przemogło  wreszcie  obawę,  podniosłem  się  i  wspiąłem  do 

wyrwy. Zrazu nie mogłem pojąć przyczyny jego przerażenia. Panował już półmrok, gwiazdy były 

jeszcze  blade,  jamę  jednak  rozświetlał  jasny,  zielony,  migotliwy  blask  towarzyszący  produkcji 

aluminium.  Całość  obrazu  wyglądała  jak  migocący  zielonymi  błyskami  ekran,  na  który  padały 

ruchliwe  rdzawoczarne,  niezwykle  męczące  wzrok  cienie.  Nad  jamą  uwijały  się  obojętne  na 

wszystko  nietoperze.  Pełzających  Marsjan  nie  było  nigdzie  widać.  Przesłaniała  ich  rosnąca  bez 

przerwy hałda niebieskozielonego.pyłu. W narożniku jamy stała, jakby skrócona, na skurczonych 

nogach Machina Bojowa. Wtem pośrodku klekotu maszyn usłyszałem dźwięk przypominający głos 

ludzki. Początkowo starałem się uparcie odpędzić od siebie nawet wszelką myśl o tym. 

Skulony  przyglądałem  się  uważnie  Machinie  Bojowej  upewniając  się  wreszcie,  że  w  jej 

kapturze  rzeczywiście  znajduje  się  Marsjanin.  Gdy  zielone  płomienie  wzbijały  się  wyżej,  można 

było wyraźnie dojrzeć oleisty połysk naskórka i blask wielkich oczu. Nagle doszedł mnie krzyk i 

spostrzegłem  długą  mackę  sięgającą  poprzez  ramię  maszyny  do  niezbyt  wielkiej  klatki 

przewieszonej  przez  jej  plecy.  Po  chwili  macka  uniosła  się  wysoko  trzymając  coś  wijącego  się 

rozpaczliwie, coś, co rysowało się na tle gwiazd czarnym, mglistym znakiem zapytania. Ten znak 

zapytania  w  miarę  zniżania  się  przybierał  w  zielonym  świetle  postać  człowieka.  Przez  chwilę 

widziałem  go  zupełnie  wyraźnie.  Był  to  tęgi,  zażywny,  dostatnio  odziany  mężczyzna  w  średnim 

wieku; parę jeszcze dni temu kroczył zapewne dumny po świecie jako człowiek otoczony ogólnym 

szacunkiem.  Widziałem  doskonale  wytrzeszczone  oczy  i  odblask  światła  na  spinkach  i  dewizce. 

Znikł  za  hałdą  i  przez  chwilę  nic  nie  było  słychać.  Potem  rozległ  się  rozdzierający  krzyk  i 

przeciągłe, jakby drwiące pohukiwanie Marsjan... 

Ześliznąłem się po rumowisku, porwałem się na nogi, zatkałem uszy i wpadłem do spiżarni. 

Duchowny,  skulony  dotąd  w  milczeniu  z  głową  ukrytą  w  ramionach,  spojrzał,  gdy  go  mijałem, 

krzyknął głośno, bym nie zostawiał go samego, i popędził za mną. 

Nocy tej, przyczajony w spiżarni, wahając się między przerażeniem a straszliwym urokiem 

wyglądania,  pojąłem,  że  trzeba  koniecznie  działać,  i  to  zaraz.  Na  próżno  jednak  siliłem  się  na 

ułożenie planu ucieczki; później dopiero, następnego dnia, udało mi się rozważyć nasze położenie 

bardziej szczegółowo. Wikary, jak stwierdziłem, był zupełnie niezdolny nawet do 

dyskusji; groza uczyniła zeń stworzenie poddające się przelotnym, żywiołowym bodźcom, 

odebrała  rozsądek  i  przezorność.  Prawdę  powiedziawszy,  spadł  on  już  właściwie  do  poziomu 

zwierzęcia. Ja zaś, jak się to mówi, wziąłem się w garść. Przemyślawszy wszystko pojąłem jasno, 

że położenie nasze, jakkolwiek okropne, nie dawało jeszcze powodów do ostatecznej rozpaczy. 

background image

str. 93 

 

Największą naszą szansą byłoby, rzecz jasna, gdyby Marsjanie potraktowali jamę jako tylko 

przejściowe  obozowisko.  Nawet  jednak  gdyby  mieli  pozostawać  w  niej  na  stałe,  nie  musieli 

przecież pilnować jej nieustannie, to zaś mogło nam umożliwić ucieczkę. Rozważałem też bardzo 

szczegółowo  możliwość  przekopania  przejścia  podziemnego  poza  jamę,  prawdopodobieństwo 

jednak wydostania się na powierzchnię w zasięgu wzroku wartujących Marsjan wydawało mi się 

od razu zbyt wielkie. Poza tym trzeba by przekopywać się samemu, gdyż wikary niewątpliwie nie 

pomógłby mi w niczym. 

Trzeciego dnia, jeśli mnie pamięć nie myśli, ujrzałem śmierć tego chłopaka. Był to zresztą 

jedyny  wypadek,  gdy  widziałem  Marsjan  przyjmujących  pokarm.  Po  tym,  co  ujrzałem  -  przez 

większą  część  dnia  unikałem  wyrwy  jak  ognia.  Udałem  się  do  spiżarni  i  po  zdjęciu  z  zawiasów 

drzwi spędziłem kilka godzin na kopaniu posługując się, jak tylko można najciszej, siekierką; gdy 

jednak  okazało  się,  że  wygrzebana  na  długość  kilku  stóp  dziura  zawaliła  się  z  hałasem,  nie 

ośmieliłem się kopać dalej. Straciłem wówczas całe męstwo i długi czas leżałem zniechęcony, bez 

ruchu, na wykopanej ziemi. Po tym wypadku zaniechałem myśli o ucieczce przekopem. 

Wiele można powiedzieć o wrażeniu, jakie zrobili na mnie Marsjanie. Początkowo, widząc, 

jak  potrafią  oni  niweczyć  wszelkie  ludzkie  wysiłki,  nie  miałem  w  ogóle  nadziei  na  ocalenie. 

Czwartej  czy  piątej  jednak  nocy  doszedł  mnie  odgłos  podobny  do  odległych  strzałów  z  ciężkich 

dział. 

Noc  była  późna  i  świecił  jasno  księżyc.  Marsjanie  zabrali  gdzieś  koparkę,  toteż  prócz 

Machiny  Bojowej  stojącej  na  przeciwległym  brzegu  jamy  oraz  Machiny  Roboczej  zajętej  czymś 

tuż pod naszą szczeliną - w jamie nie było nikogo. Gdyby nie blady odblask padający z dołu, gdzie 

pracowała  Machina  Robocza,  i  białe  plamy  i  smugi  księżycowej  poświaty,  ciemność  byłaby 

zupełna. Ciszę przerywało  tylko  brzęczenie maszyny. Noc była piękna i bezchmurna. Wydawało 

się, że księżyc objął w posiadanie calutkie niebo. Gdzieś z oddali dochodziło szczekanie psa. Ono 

właśnie skłoniło mnie do wytężenia słuchu i wówczas usłyszałem 

 

zupełnie wyraźnie huk, bardzo podobny do głosu ciężkiego działa. Naliczyłem sześć takich 

wybuchów, a po długiej przerwie sześć następnych. 1 to było wszystko. 

 

4 Śmierć wikarego 

 

Szóstego dnia naszego uwięzienia, gdy wyglądałem po raz ostatni, spostrzegłem nagle, że 

jestem  przy  wyrwie  sam.  Wikary,  zamiast  trzymać  się,  jak  to  zazwyczaj  bywało,  w  pobliżu  i 

odpychać mnie od szczeliny, powrócił widocznie do spiżarni. Uderzony nagłą myślą udałem się z 

background image

str. 94 

 

pośpiechem i w milczeniu za nim. Usłyszałem w ciemności, jak coś pił. Sięgnąłem w mrok i palce 

me pochwyciły butelkę wina. 

Szarpanina trwała kilka chwil. Zaprzestałem walki wtedy dopiero, kiedy butelka upadła na 

ziemię i rozbiła się. Staliśmy zdyszani grożąc sobie nawzajem. Stanąłem ostatecznie między nim a 

zapasem żywności i oświadczyłem, że odtąd będę racjonować posiłki. Cały nasz zapas podzieliłem 

na porcje wystarczające do przetrwania dziesięciu dni. Tego dnia nie dałem mu nic już więcej do 

jedzenia. Po południu próbował wyrwać mi żywność siłą, był jednak na to zbyt słaby. Drzemałem 

właśnie, obudziłem się jednak natychmiast. Cały dzień i całą następną noc siedzieliśmy twarzą w 

twarz, ja zmęczony, lecz zdecydowany, on skomlący coś o trapiącym go głodzie. Wiedziałem, że 

trwało to dzień i noc, wówczas jednak wydawało mi się, a i dziś jeszcze wydaje się, że czas ten 

ciągnął się nieskończenie długo. 

W  ten  sposób  coraz  bardziej  pogłębiająca  się  rozbieżność  zakończyła  się  otwartym 

konfliktem. Dwa długie dni zeszły nam na przyciszonych sporach i milczących zmaganiach. Były 

chwile,  gdy biłem  go i  kopałem, jak szaleniec,  były i  takie,  gdy schlebiałem mu  i  prosiłem. Raz 

próbowałem nawet przekupstwa, odstępując mu ostatnią butelkę wina, gdyż w kuchni była pompa 

dająca nieco wody. Ani siła jednak, ani dobroć nie i skutkowały, naprawdę stracił cały rozsądek. 

Nie  zaprzestawał  zamachów  na  żywność,  nie  zaprzestawał  głośnego  bełkotu,  nie  chciał 

przestrzegać  najbardziej  podstawowych  zasad  ostrożności,  od  zachowania  których  zależało 

przecież  nasze  bezpieczeństwo  i  życie.  Zaczynałem  pojmować  coraz  jaśniej,  że  inteligencja  jego 

gasła, że jedyny mój towarzysz w gęstej, dławiącej ciemności ukrycia jest człowiekiem obłąkanym. 

Sądząc  z  niektórych  mglistych  wspomnień  umysł  mój  także  był  chwilami  przyćmiony. 

Każdy sen wypełniały dziwaczne, potworne koszmary. 

Brzmi  to  niezbyt  może  zrozumiale,  sądzę  jednak,  że  właśnie  obłęd  wikarego  stał  się  dla 

mnie ostrzeżeniem, dodał sił i uchronił przed szaleństwem. 

Ósmego  dnia  zaprzestał  szeptu  i  począł  mówić  na  głos,  ja  zaś  nie  mogłem  uciszyć  go  w 

żaden sposób. 

- Tak być powinno, o Boże! - powtarzał w kółko. - Tak być powinno. Brzemię kary niech 

spadnie  na  mnie  i  na  dzieci  moje.  Grzeszyliśmy,  nadto  byliśmy  dufni  w  swoje  siły.  Nędza 

panowała  dokoła  i  ból,  ubogich  deptano  w  prochu,  ja  zaś  milczałem.  Cóż  za  głupstwa  kazałem, 

Boże  mój,  cóż  za  głupstwa!  Zamiast  powstać  i  życie  oddać  w  ofierze,  i  wołać  głosem  wielkim: 

Pokutujcie, pokutujcie!... Ciemiężyciele maluczkich i łaknących... Jakże groźna jest dłoń Pana! 

Potem  niespodziewanie  przeskakiwał  na  jedzenie,  którego  mu  odmawiałem,  prosząc, 

błagając,  płacząc;  w  końcu  grożąc.  Zaczął  podnosić  głos,  prosiłem  go,  by  zamilkł.  Wówczas 

widząc,  że  ma  mnie  w  ręku,  zagroził,  iż  krzykiem  ściągnie  na  nas  Marsjan.  W  pierwszej  chwili 

background image

str. 95 

 

przeraziłem się, każde jednak ustępstwo zmniejszałoby tylko możliwość przetrwania. Rzuciłem mu 

więc  wyzwanie,  chociaż  wcale  nie  byłem  pewien,  czy  go  nie`  podejmie.  Tym  razem  jeszcze  nie 

podjął. Przez resztę ósmego i cały dziewiąty dzień mówił coraz głośniej. Groźby i błagania płynące 

spienionym potokiem półprzytomnych słów skruchy i żalu za oszukańczą pustkę jego służby bożej 

budziły we mnie litość. Zasnął wreszcie na chwilę, po przebudzeniu jednak zaczął wykrzykiwać z 

nową siłą, i to tak głośno, że za wszelką cenę trzeba go było nakłonić do milczenia. 

- Bądź cicho - prosiłem. 

Siedział w ciemności - teraz nagle ukląkł. 

-  Zbyt  długo  już  byłem  cicho  -  odkrzyknął  głosem,  który  bez  wątpienia  dotarł  do  jamy.  - 

Czas  już,  bym  dał  świadectwo  prawdzie.  Biada  miastu,  które  wiarę  utraciło.  Biada!  Biada!  Po 

trzykroć biada ludziom ziemi, gdy zabrzmią trąby archanielskie... 

- Stul pysk! - ryknąłem zrywając się pełen przerażenia, by nie usłyszeli go Marsjanie. - Na 

miłość boską! - dodałem. 

- Nie! - krzyknął na cały głos, zrywając się także i rozkrzyżowując ramiona. - Nie zamilknę! 

Głos Pana jest ze mną! 

Dopadł w kilku susach kuchennych drzwi. 

- Muszę dać świadectwo prawdzie! Pójdę! Nazbyt już długo zwlekałem! 

Wyciągnąłem  rękę  i  namacałem  wiszący  na  ścianie  tasak.  Skoczyłem  za  nim  jak 

błyskawica. Oszalałem ze strachu. Dopadłem go na środku kuch 

 

ni. Resztka uczuć ludzkich odwróciła tasak w mym ręku tak, że cios padł nie ostrzem, -lecz 

płazem.  Wikary  runął  na  twarz  i  leżał  bez  ruchu.  Potknąłem  się  o  rozciągnięte  ciało  i  stanąłem 

ciężko dysząc. 

Wtem dobiegł mnie z zewnątrz jakiś szelest, a potem szmer obsuwającego się tynku. Coś 

przesłoniło trójkątną wyrwę w murze. Spojrzałem i oczom mym ukazał się kadłub, a raczej górna 

część Machiny Roboczej przepychającej się z wolna przez wyrwę. Jedna z chwytnych macek wiła 

się po rumowisku; po chwili pojawiła się druga szukając drogi ponad zwalonymi belkami. Ja zaś - 

skamieniały  -  patrzyłem.  Przez  przezroczystą,  jakby  szklaną  ścianę  kadłuba  dostrzegłem  twarz 

Marsjanina  i  jego  wielkie,  ciemne,  bacznie  wpatrzone  w  mrok  kuchni  oczy.  Stalowy  wąż  macki 

począł tymczasem sunąć wolno przez wyrwę. 

Z  największym  tylko  wysiłkiem  odwróciłem  się  od  wyrwy,  potknąłem  się  o  ciało  i 

sparaliżowany  przerażeniem  stanąłem  w  drzwiach  spiżarni.  Macka  posunęła  się  już  o  jakieś  dwa 

jardy  w  głąb  kuchni,  wijąc  się  i  zwracając  to  w  jedną,  to  w  drugą  stronę  szybkimi,  urywanymi 

ruchami. Stałem chwilę, jak urzeczony tym powolnym, niesamowitym zbliżaniem. Potem z cichym 

background image

str. 96 

 

ochrypłym okrzykiem schroniłem się w spiżarni. Dygotałem, z trudem utrzymując się na nogach. 

Otworzyłem drzwi do piwnicy i stojąc w ciemności wpatrywałem się w jaśniejsze nieco wejście do 

kuchni. Czy Marsjanin dojrzał mnie? Co teraz robił? 

W kuchni coś poruszało się bardzo powoli to tu, to tam, obijało się o ściany i znów sunęło 

dalej z metalicznym, podobnym do pobrzękiwania kluczy na kółku, dźwiękiem. Potem usłyszałem, 

jak  macka  wlokła  coś  ciężkiego  -  aż  nadto  dobrze  wiedziałem,  co  to  było  -  przez  kuchnię  do 

wyrwy.  Pociągany  nieodpartą  siłą  przemknąłem  się  do  drzwi  i  zajrzałem  do  kuchni.  W  trójkącie 

słonecznego światła zobaczyłem, jak siedzący w swej sturękiej maszynie Marsjanin oglądał głowę 

wikarego. Pojąłem, że ślad uderzenia zdradzi mu niechybnie mą obecność. 

Poczołgałem się z  powrotem do piwnicy, zamknąłem  drzwi i począłem przykrywać się w 

ciemności,  najciszej  jak tylko  mogłem, węglem i  drzewem.  Przerywałem co chwila, nasłuchując, 

czy Marsjanin nie wysłał znów macki przez wyrwę. 

Wtem ciche metaliczne brzęczenie powróciło. Śledziłem, jak sunęło z wolna przez kuchnię. 

Wkrótce  było  już  blisko,  jak  sądziłem  -  w  spiżarni.  Miałem  nadzieję,  że  macka  okaże  się  zbyt 

krótka,  by  sięgnąć  aż  do  mnie.  Modliłem  się  o  to  gorąco.  Usłyszałem,  jak  sunie  ocierając  się  o 

drzwi piwnicy. Nadeszła chwila oczekiwania trwająca wieki całe; potem macka 

poczęła mocować się z klamką. Znalazła drzwi. Marsjanie znali drzwi! Macka trudziła się 

przez czas pewien przy klamce, po czym drzwi 

rozwarły  się.  Ledwie  była  widoczna  w  mroku,  podobna  do  trąby  słonia,  wijąca  się  w  mą 

stronę,  badająca  dotykiem  ściany,  węgiel,  drwa  i  sufit.  Wyglądała  jak  czarny  kołyszący  we 

wszystkie strony ślepą głową wąż. 

Raz  nawet  dotknęła  mego  obcasa.  O  mało  nie  krzyknąłem;  zagryzłem  palce  do  krwi. 

Zatrzymała  się  na  chwilę.  Mogło  wydawać  się,  że  odpełzła.  Nagle  z  urwanym  trzaskiem 

pochwyciła  coś-myślałem,  że  mnie-i  znów,  zdało  mi  się,  znikła  z  piwnicy.  Nie  byłem  jednak 

pewien. Widocznie zabrała tylko bryłę węgla do zbadania. 

Skorzystałem z okazji, aby odmienić niewygodną nieco pozycję, i nasłuchiwałem dalej. Po 

chwili  znów  doszedł  mnie  powolny,  jednostajny,  coraz  bliższy  szelest.  Wolno,  wolno  macka 

nadciągała ocierając się o ściany i roztrącając meble. 

Gdy uderzyła o hałasem o drzwi piwnicy i zatrzasnęła je, wydało mi się, że to niemożliwe. 

Wiła  się  potem  jeszcze  po  spiżarni,  grzechotała  blaszankami,  zbiła  butelkę,  wyrżnęła  wreszcie 

czymś twardym o drzwi piwnicy i uciekła. Czyżby się oddaliła? 

Długo czekałem, nim zdecydowałem, że tak. Nie pojawiła się już więcej w spiżarni; leżałem 

jednak przez cały dziesiąty dzień w zupełnej ciemności,  zagrzebany w węglu  i  drzewie, bojąc się 

background image

str. 97 

 

nawet  wypełznąć  po  wodę,  choć  ginąłem  z  pragnienia.  Dopiero  jedenastego  dnia  odważyłem  się 

opuścić bezpieczne ukrycie. 

5 Cisza 

Pierwszą mą po wejściu do spiżarni czynnością było zamknięcie drzwi do kuchni. Spiżarnia 

jednak była pusta - cały żywność znikła. Zabrał ją widocznie poprzedniego dnia Marsjanin. Po tym 

odkryciu  po  raz  pierwszy  zwątpiłem  w  ocalenie.  Jedenastego  i  dwunastego  dnia  nie  miałem  w 

ustach ani okruszyny chleba, ani kropli wody. 

Wargi  me  i  gardło  były  spieczone,  a  siły  opuszczały  mnie  coraz  szybciej.  Siedziałem  w 

mrocznej  spiżarni  pogrążony  w  rozpaczy.  Umysł  mój  zaprzątały  natrętne  myśli  o  jedzeniu. 

Zdawało mi się przy tym, że utraciłem słuch, gdyż nie dochodził mnie z jamy żaden dźwięk. Nie 

podchodziłem wcale do wyrwy, zbyt słaby, by móc tam dotrzeć bez hałasu. 

Dwunastego dnia gardło tak miałem obolałe; że, ryzykując wykrycie 

 

przez Marsjan, użyłem skrzypiącej pompy i wypiłem parę szklanek brudnej, czerwonej  od 

rdzy  wody.  Odświeżyło  mnie  to  znacznie,  równocześnie  ,  zaś  natchnęło  otuchą,  gdyż  odgłos 

pompowania nie ściągnął do kuchni żadnej ciekawej macki. 

W  ciągu  tych  kilku  dni  wiele  myślałem  o  wikarym,  o  tym,  jak  zginął,  myśli  me  jednak 

rozpierzchały się ustawicznie i rwały. 

Trzynastego  dnia  znów  piłem  wodę,  myślałem  o  jedzeniu,  dumałem  bezładnie  o  jakichś 

nierealnych  planach  ucieczki.  Drzemki  me  wypeł-  nione  były  straszliwymi  zjawami,  śmiercią 

wikarego  lub  wspaniałymi  ucztami;  we  śnie  jednak  czy  na  jawie  nie  opuszczał  mnie  ostry  ból, 

który  mogłem  ukoić  tylko  piciem  wody.  Światło  przedostające  się  do  spiżarni  utraciło  odcień 

szarości i stało się czerwonawe. Dla roztrzęsionej mej wyobraźni wyglądało to jak krew. 

Czternastego dnia wyszedłem do kuchni, gdzie zaskoczył mnie widok czerwonego listowia, 

które wdzierając się przez wyrwę w ścianie, zmie-niało szary półmrok w purpurową ciemność. 

Wczesnym  rankiem  piętnastego  dnia  usłyszałem  dziwnie  znajome  odgłosy.  Przysłuchując 

się  rozpoznałem,  że  to  pies  węszy  i  drze  pazurami  .  ziemię.  Wchodząc  do  kuchni  dostrzegłem 

wyglądający spośród czerwo- ,' nych liści pysk psa. Zdziwiło mnie to oczywiście niezmiernie. Pies 

zwęszywszy mnie szczeknął krótko. 

Pomyślałem sobie, iż dobrze byłoby zwabić go po cichu do kuchni. Być ; może udałoby się 

zabić go i zjeść. W każdym razie powinien zginąć, by nie ściągnąć na kuchnię uwagi Marsjan. 

Zbliżałem się więc doń powoli, powtarzając łagodnie: - Dobry piesek, dobry - gdy wtem łeb 

znikł, a uszu mych doszedł odgłos ucieczki. Nasłuchiwałem - okazało się, że jednak nie ogłuchłem 

- lecz w jamie 

background image

str. 98 

 

panowała zupełna cisza. Słychać było tylko łopot ptasich skrzydeł i . ochrypłe krakanie. To 

było wszystko. 

Długą chwilę leżałem koło wyrwy, obawiając się rozgarnąć przesłaniające  

ją czerwone rośliny. Parę razy słyszałem słabo, jak pies biegał  gdzieś głęboko w dole, po 

piasku, rozlegały się także głosy ptaków, więcej jednak'; nic nie było słychać. Ośmielony wreszcie 

tą ciszą, wyjrzałem. 

W  jamie,  oprócz  zgromadzonych  w  jednym  kącie  szkieletów  wyssanych  przez  Marsjan 

ludzi, pośród których uwijały się, dziobiąc, zapamiętale, chmary wron, nie było żywego ducha. 

Rozglądałem się nie wierząc własnym oczom. Maszyny znikły Nie licząc ogromnej hałdy 

szaroniebieskiego pyłu, kilku zapomnianych sztab aluminium, Czarnych ptaków i kupy szkieletów, 

u mych stóp le- 

żał  zwykły,  pusty,  okrągły  dół,  wykopana  w  piachu  gigantyczna  jama.  Przedarłem  się 

ostrożnie przez Czerwone Zielsko i wstąpiłem na 

rumowisko.  Przede  mną  rozciągał  się  rozległy  widok,  nigdzie  jednak  nie  można  było 

dostrzec  ani  Marsjan,  ani  żadnych  oznak  ich  bliskości.  Tuż  u  mych  stóp  ściana  jamy  opadała 

stromo  w  dół,  nieco  w  bok  jednak  rumowisko  tworzyło  pochyłość  wiodącą  aż  na  szczyt  ruin. 

Nadeszła chwila wyzwolenia. Ogarnęło mnie drżenie. 

Po  króciutkim  wahaniu,  w  porywie  desperackiej  odwagi,  z  sercem  bijącym  gwałtownie, 

wspiąłem  się  na  rumowisko,  pod  którym  kryłem  się  tak  długo.  Znów  rozejrzałem  się  dokoła. 

Marsjan nie było nigdzie. 

Gdy patrzyłem ostatni raz na tę cichą, skąpaną w słońcu dzielnicę Sheen, była to ustronna, 

boczna uliczka zabudowana ślicznymi białymi domkami o czerwonych dachach, ocieniona bujnym 

starodrzewem.  Teraz  zaś  stałem  na  zwalisku  skruszonych  cegieł,  gliny  i  żwiru,  po  kolana  w 

oplatającym je gąszczu czerwonego, kaktusowatego zielska, które zdawało się zupełnie zagłuszać 

tu ziemską roślinność. Pobliskie drzewa stały martwe, brązowe, w dali jednak po żywych jeszcze 

pniach i konarach pięły się czerwone żyłki zielska. 

Wszystkie  sąsiednie  domy  były  uszkodzone,  nie  spłonął  jednak  ani  jeden.  Gdzieniegdzie 

ściany, bez drzwi i okien co prawda, zachowały się do wysokości pierwszego piętra: Otwarte ku 

niebu pokoje wypełniało pleniące się niepowstrzymanie Czerwone Zielsko. 

W dole rozwierała się ogromna jama, gdzie wrony walczyły ze sobą o szczątki. Parę innych 

ptaków skakało po ruinach. W oddali przemykał się pod ścianą zbiedzony kot, śladów człowieka 

natomiast nie dostrzegłem nigdzie. 

background image

str. 99 

 

Dzień, w przeciwieństwie do mroku panującego nieustannie w naszym schowku, wydawał 

się oślepiająco jasny, niebo pałało błękitem.  Letni  wietrzyk łagodnie kołysał  porastającym  każdy 

wolny skrawek ziemi Czerwonym Zielskiem. O, jakże upajające było powietrze! 

6 Trud dni piętnastu 

Niepomny  możliwych  niebezpieczeństw  stałem  na  chwiejnych  nogach.  rozglądając  się  ze 

szczytu rumowiska. W niezdrowej wilgotnej norze, z której dopiero co się wydostałem, myśl moja 

obracała się w wąskim kręgu żarliwej troski o przetrwanie osobiste. Nie zdawałem sobie ,sprawy, 

co działo się z resztą świata, nie przeczuwałem tej przerażającej wizji rzeczy 

 

nieznanych,  jaka  roztoczyła  się  teraz  przede  mną.  Sądziłem,  że  ujrzę  Sheen  w  ruinach, 

dokoła zaś widniał dziwny złowieszczy krajobraz z innej planety. 

W  owej  chwili  uczucia  me  przekraczały  zwykłe  granice  odczuwań  ludzkich.  Sięgały  one 

niechybnie  w  dziedzinę  dobrze  znaną  nieszczęsnym,  podległym  naszej  władzy  stworzeniom. 

Czułem  to  samo,  co  odczułby  królik,  kiedy  wracając  do  swej  norki  zastanie  niespodzianie  tuzin 

kopaezy  zajętych  wykopem  pod  fundamenty  domu  w  tym  właśnie  miesjcu,  gdzie  do  niedawna 

jeszcze  była  norka.  W  świadomości  mej  pojawił  się  pierwszy  przebłysk  myśli,  coraz  ostrzej 

rysującej  się  i  prześladującej  mnie  przez  wiele  następnych  dni,  myśli  o  detronizacji  człowieka; 

przeświadczenia,  że  nie  jesteśmy  już  dłużej  panami  stworżenia,  lecz  zwierzętami  jak  inne, 

podległymi władzy Marsjan. Odtąd i my, i one skazani jesteśmy na nieustanne czuwanie i czajenie 

się, na ucieczkę i krycie się; panowanie człowieka, strach przed nim minęły bezpowrotnie. 

Gdy  jednak  pojąłem  tę  niezwykłą  prawdę,  przestałem  nią  zaprzątać  sobie  głowę.  Myślą 

przewodnią  stała  się  żądza  zaspokojenia  bez  przerwy  i  od  dawna  trapiącego  mnie  głodu.  .  W 

przeciwległej  do  jamy  stronie  dojrzałem  za  murem  z  cegieł  skrawek  ocalałego  ogrodu.  Skłoniło 

mnie to do udania się w tamtym kierunku, choć musiałem po drodze przedzierać się przez sięgające 

kolan, a nieraz i szyi zarośla Czerwonego Zielska. Trudność ta zapewniała mi jednak doskonałe, w 

razie  potrzeby,  ukrycie.  Okazało  się,  że  mur  miał  około  sześciu  stóp  wysokości  i  kiedy 

spróbowałem wspiąć się nań, zabrakło mi po prostu sił. Powlokłem się , więc wzdłuż muru aż do 

kamiennego narożnika i tam dopiero udało mi -i się jakoś wleźć na ogrodzenie, skąd stoczyłem się 

do upragnionego ogrodu. Znalazłem w nim trochę młodej cebulki, parę bulw mieczyków i dużo nie 

wyrośniętej jeszcze marchewki. Wszystko to zebrałem skrzętnie i przebrnąwszy przez ruiny domu 

poszedłem, wśród spowitych w purpurę i szkarłat drzew, drogą wiodącą do Kew. Szedłem tą aleją 

wysadzaną jak gdyby olbrzymimi kroplami krwi, popychany dwoma pragnieniami znaleźć więcej 

żywności  oraz  odejść,  na  ile  tylko  pozwolą  mi  siły,  jak  najdalej  od  tej  przeklętej,  nieziemskiej 

jamy. 

background image

str. 100 

 

Nieco  dalej  natrafiłem  na  ukrytą  w  trawie  kępkę  grzybów,  które  pożarłem  natychmiast 

łapczywie. Ta odrobina pokarmu jeszcze bardziej jednak podnieciła głód. Wkrótce natknąłem się, 

w  miejscu  gdzie  dawniej  były  łąki,  na  płytką,  rozległą  taflę  brunatnej  wody.  Zdziwiła  mnie 

początkowo ta powódź, gdyż lato było gorące i suche, później dopiero odkryłem, iż przyczyną jej 

była tropikalna wprost bujność Czerwonego Zielska. Gdy 

tylko  niezwykła  ta  roślina  napotykała  wodę,  natychmiast  rozwijała  się  do  gigantycznych 

rozmiarów, przy czym płodność jej była niesłychana. Zasypała wprost nasionami wody Tamizy i 

rzeki  Wey,  zaś  niezwykle  szybko  rozrastające  się  i  ogromne  jej  liście  po  prostu  zakorkowały 

obydwie te rzeki powodując wylew. 

W Putney, jak się wkrótce przekonałem, most skrył się niemal w gęstwinie Zielska, zaś w 

Richmond wody Tamizy również rozlały się szeroką i płytką gładzią zatapiając łąki pod Hampton i 

Twickenham.  Za nimi zaś z kolei podążyło Czerwone Zielsko skrywając na długo zrujnowane w 

dolinie  Tamizy  wille  i  przesłaniając  czerwonym  pokrowcem  większość  zniszczeń  dokonanych 

przez Marsjan. 

Ostatecznie  jednak  Czerwone  Zielsko  zmarniało,  i  to  równie  szybko,  jak  przedtem  się 

rozpleniło.  Rzuciła  się  nań  (wywołana,  jak  się  ogólnie  przypuszcza,  działaniem  pewnej  bakterii) 

niszcząca  jakaś  choroba.  Nasza  ziemska  roślinność,  pod  wpływem  prawa  doboru  naturalnego, 

uodporniła się na zabójcze bakterie. Nigdy też nie poddawała się im bez zaciętej walki. Czerwone 

Zielsko zaś gniło już za życia, z góry skazane na zagładę. Liście jego blakły, kurczyły się i schły. 

Przy  najlżejszym  dotknięciu  opadały,  a  wody,  które  przedtem  tak  bardzo  przyczyniły  się  do 

bujnego ich wzrostu, niosły teraz zeschłe resztki ku morzu... 

Dotarłszy  do  zalewu  przede  wszystkim  zaspokoiłem  pragnienie.  Potem  zaś  odruchowo 

spróbowałem  żuć  liście  Czerwonego  Zielska,  były  jednak  wodniste  i  miały  nieprzyjemny 

metaliczny posmak. Przekonałem się, że woda była dostatecznie płytka, bym mógł brodzić w niej 

bezpiecznie,  choć  Czerwone  Zielsko  utrudniało  kroki;  zalew  jednak  stawał  się,  w  miarę 

przybliżania  się  do  rzeki,  coraz  głębszy,  toteż  zawróciłem  ku  Mortlake.  Drogę  wskazywały  mi 

rozrzucone tu  i  ówdzie ruiny domków, szczątki płotów i  latarń, wkrótce więc przebrnąłem przez 

zalew i, wspiąwszy się na pagórek pod Rochampton, znalazłem się w Putney. 

Widok  zmienił  się  teraz  z  obcego  i  nieznanego  w  ruiny  znanego;  były  tu  miejsca 

wyglądające  jak  po  przejściu  huraganu,  kilkadziesiąt  zaś  jardów  dalej  natykałem  się  na  białe 

nienaruszone domy z oknami przysłoniętymi skrupulatnie okiennicami, z pozamykanymi na głucho 

drzwiami,  jakby  mieszkańcy  ich  wyjechali  na  parę  dni  czy  też  spali  twardym  snem  w  swych 

łóżkach. Czerwone Zielsko nie krzewiło się tutaj tak bujnie, nie pięło się też po wysokich drzewach 

zarastających  uliczki.  Rozpocząłem  poszukiwania  żywności  w  ogrodach,  nie  znajdując  w  nich 

background image

str. 101 

 

jednak niczego wtargnąłem do kilku cichych domków. Okazało się, że włamano się już tam przede 

mną i splądrowano je doszczętnie. Resztę dnia odpoczywałem leżąc w krzakach, gdyż zbyt byłem 

słaby, zbyt umęczony, aby iść dalej. 

Przez  cały  ten  czas  nie  dostrzegłem  żadnej  istoty  ludzkiej,  nie  widziałem  też  nigdzie 

Marsjan.  Napotkałem  tylko  kilka  wygłodniałych  psów,  ominęły  mnie  jednak  wielkim  łukiem 

pomimo prób zwabienia. W pobliżu Rochampton widziałem dwa szkielety ludzkie, nie ciała, lecz 

obrane do czysta szkielety, w lasku zaś znalazłem rozrzucone i pogruchotane kości kilku kotów i 

zajęcy oraz czaszkę owcy. Choć gryzłem i żułem je długo, nie nasyciło mnie to ani trochę. 

Po  zachodzie  słońca  powlokłem  się  drogą  do  Starego  Putney,  gdzie,  jak  sądzę,  użyto  z 

nieznanych powodów Snopa Gorąca. W jednym z ogrodów, już za Rochampton, znalazłem trochę 

młodych  ziemniaków,  było  ich  tyle,  że  zdołałem  wreszcie  zaspokoić  głód.  Z  ogrodu  widać  było 

rzekę  i  pola  aż  do  Putney.  Widok  ten  w  przedwieczornym  mroku  był  szczególnie  posępny; 

sczerniałe  drzewa,  okopcone  ponure  ruiny,  u  stóp  pagórka  tafla  wody  splamiona  czerwienią 

Zielska,  nad  wszystkim  zaś  głucha  cisza.  Myśl  o  tym,  jak  szybko  nastąpiły  te  okropne  zmiany, 

napełniała mnie nieopisanym przerażeniem. 

Byłem w tej chwili pewien, że ludzkość zmieciono z powierzchni Ziemi,. że zostałem sam 

jeden,  ostatni  żyjący  człowiek.  Tuż  za  szczytem  wzgórza  Putney  natknąłem  się  na  jeszcze  jeden 

szkielet  ludzki;  tym  razem  bez  rąk.  Leżały  one  o  parę  kroków  od  reszty  ciała:  Idąc  dalej 

utwierdzałem  się  coraz  bardziej  w  mniemaniu,  iż  nie  licząc  takich  przypadkowo  ocalałych 

szczęśliwców  jak  ja,  w  tej  przynajmniej  okolicy  zagłada  ludności  była  zupełna.  Marsjanie, 

myślałem, zniszczyli kraj i udali się szukać żywności gdzieś dalej. Być może w tej właśnie chwili 

niszczą Berlin lub Paryż, a może poszli na północ... 

Człowiek ze wzgórza pod Putney 

Noc  spędziłem  w  oberży  położonej  u  stóp  pagórka  pod  Putney.  Po  raz  pierwszy  od  dnia 

ucieczki  do  Leatherhead spałem  w łóżku. Nie będę tu  opisywać niepotrzebnych, jak się okazało, 

trudności przy włamywaniu się przez okno do domu  - później dopiero przekonałem się, że drzwi 

wcale  nie  były  zamknięte.  Nie  będę  też  opisywał,  jak  przetrząsnąłem  pokój  za  pokojem  w 

poszukiwaniu jadła, zanim bliski rozpaczy nie znalazłem w sypialni służby dwu puszek konserw z 

ananasa i obgryzionych przez szczury, jak sądzę, skórek chleba. 

Miejsce to było widocznie już przeszukiwane, i to gruntownie. Znacznie później znalazłem 

w barze trochę przegapionych zapewne sucharków i kanapek. Te ostatnie nie nadawały się już co 

prawda do jedzenia, za to sucharkami nie tylko nasyciłem głód, lecz napełniłem również kieszenie. 

W obawie, by nie zwabić Marsjan, być może przetrząsających także tę część Londynu w pogoni za 

pożywieniem,  nie  zapalałem  lampy.  Zanim  poszedłem  do  łóżka,  opanował  mnie  niepokój. 

background image

str. 102 

 

Krążyłem  od  okna  do  okna  wypatrując  śladu  tych  potworów.  Potem  położyłem  się.  Spałem 

niewiele. Leżąc stwierdziłem, że myślę w sposób skoordynowany i uporządkowany, coś, czego nie 

pamiętałem od ostatniego mego sporu z wikarym. Przez cały czas dzielący mnie od tamtej chwili 

proces  myślenia  ograniczał  się  do  pośpiesznych,  zmieniających  się  ustawicznie  doznań 

emocjonalnych  lub  do  pewnego  rodzaju  bezmyślnego  chłonięcia  wrażeń.  Tej  nocy  jednak  mózg 

mój, pokrzepiony widocznie jedzeniem, rozjaśnił się i mogłem już myśleć normalnie. 

Trzy tematy ścierały się ze sobą w mym umyśle. Zabójstwo księdza, działalność Marsjan i 

losy mej żony. 

Pierwszy  z  nich  nie  wywoływał  we  mnie  ani  uczucia  grozy,  ani  też  wyrzutów  sumienia. 

Patrzyłem  na to,  co;  się  stało, po prostu  jako na  czyn już dokonany, wspomnienie nieskończenie 

przykre wprawdzie, lecz nie budzące żalu. Widziałem już wtedy, jak widzę to i dzisiaj, że do ciosu 

tego doprowadziła mnie, krok za krokiem, nieubłagana konieczność, łańcuch wydarzeń wiodących 

doń  w  sposób  nieuchronny.  Nie  czułem  żadnej  winy,  dręczyły  mnie  jednak  nieustanne 

wspomnienia. W ciszy nocnej, czując w wypełnionej spokojem ciemności bliskość Boga, którą w 

takich  okolicznościach  czasem  się  odczuwa,  sprawowałem  sąd  nad  sobą,  jedyny  sąd,  jaki  mnie 

spotkał za tę chwilę strachu i gniewu. Raz jeszcze kroczyłem poprzez wszystkie nasze rozmowy, 

od  chwili  gdy  pojawił  się  przy  mnie  skulony,  nieczuły  na  me  błagania  o  wodę,  zapatrzony  w 

płomienie i dymy bijące z ruin Weybridge. Nie byliśmy zdolni do współistnienia, ponury los nie 

dbał  jednak  o  to.  Gdybym  mógł  przewidzieć,  co  się  stanie,  porzuciłbym  go  już  w  Hallifordzie. 

Przewidzieć  jednak  nie  mogłem,  zbrodnią  zaś  byłoby  przewidywać,  a  mimo  to  uczynić.  Tak  to 

wyglądało w rzeczywistości i tak dzisiaj o tym  piszę. Mógłbym ukryć wszystko,  gdyż świadków 

nie  miałem,  nie  ukrywam  przecież  nic z  tego,  co  było,  a  czytelnik  niech  osądzi  mnie  wedle  swej 

woli. 

Gdy  rozprawiłem  się  wreszcie  po  wielu  wysiłkach  z  prześladującym  mnie  obrazem 

rozciągniętego nieruchomo ciała, stanęło przede mną zagadnienie Marsjan i losu mej żony. Co do 

pierwszego nie miałem żadnych 

 

danych, mogłem tylko wyobrazić sobie tysiące najgorszych rzeczy. Tak samo niestety było i 

z ostatnim.  Noc stała się nagle okropna. Ocknąłem  się siedząc na łóżku, wpatrzony w ciemność. 

Modliłem  się,  by  Snop  Gorąca  zgładził  ją  szybko  i  bezboleśnie.  Od  nocy  mego  powrotu  z 

Leatherheaed  nie  modliłem  się  ani  razu.  Kiedy  przycisnęła  mnie  ostateczna  potrzeba,  szeptałem 

bezmyślnie  bałwochwalcze  jakieś  pacierze  niby  poganin  zaklęcia,  teraz  jednak  modliłem  się 

rzeczywiście,  błagałem  świadomie  i  żarliwie,  twarzą  w  twarz  z  wypełnioną  Bogiem  ciemnością. 

Przedziwna  noc!  Najdziwniejsze  zaś,  że  natychmiast  po  nastaniu  świtu  ja,  który  rozmawiałem  z 

background image

str. 103 

 

Bogiem, wypełzłem z oberży jak szczur z nory, istota niewiele odeń większa, zwierzę pośledniego 

gatunku,  na  które  nowi  władcy  moi  mogli  wedle  przelotnego  kaprysu  polować,  które  mogli 

zgładzić. Być może oni także modlili się niemniej żarliwie tej nocy. Doprawdy, wojna ta powinna 

była nauczyć nas przynajmniej jednego: litości dla wszystkich tych bezrozumnych stworzeń, które 

znosić muszą nad sobą panowanie. . 

Ranek piękny wstał i jasny, na wschodzie płonęło różowe, haftowane złocistymi chmurkami 

niebo.  Droga  zbiegająca  ze  szczytu  wzgórka  Putney  ku  Wimbledonowi  usiana  była  nędznymi 

szczątkami  przerażonego  potoku,  jaki  przewalił  się  nią  w  noc  niedzielnej  paniki.  Stał  tu 

dwukołowy  wózek  z  tabliczką  właściciela,  jakiegoś  Tomasza  Lobba,  zieleniarza  z  New  Maldon; 

koło  miał  zgruchotane,  obok  niego  zaś  leżał  porzucony  kufer.  Nieco  dalej  walał  się  wdeptany  w 

stwardniałą  glinę  słomkowy  kapelusz,  na  szczycie  zaś  West  Hill  ziemię  pokrywały  skrwawione 

odłamki  szkła  rozsypane  gęsto  wokół  przewróconego  koryta.  Szedłem  leniwie,  nie  miałem 

określonych  planów.  Chciałem  pójść  do  Leatherhead,  choć  czułem,  że  prawdopodobieństwo 

odnalezienia  tam  żony  bardzo  jest  niewielkie.  Jasne  było;  iż  jeśli  śmierć  nie  zaskoczyła  ich 

znienacka, krewni uszli wraz z nią już dawno. Wydawało mi się jednak, że będę mógł przynajmniej 

zasięgnąć języka, dokąd uciekli mieszkańcy Surrey. Wiedziałem tylko, że boli mnie serce o żonę; 

że pragnę ją odnaleźć, nie wiedziałem jednak, jak tego dokonać. Byłem również przeświadczony o 

całkowitej  swej  samotności.  Przynajmniej  na  rozległej  ,przestrzeni,  poczynając  od  zakątka,  z 

którego  wyszedłem,  by  przedzierać  się  przez  gąszcz  drzew  i  krzewów,  aż  po  skraj  pola 

Wimbledon.  

Ciemną  płaszczyznę  rozjaśniały  żółte  plamy  janowca  i  ostów;  nie  było  tu  widać 

Czerwonego  Zielska, gdy zaś przystanąłem pełen wahania na brzegu otwartego pola, ukazało  się 

zalewające  wszystko  życiodajnym  światłem  słońce.  Między  drzewami  natrafiłem  na  bajorko 

kipiące od 

malutkich żabek. Stałem długą chwilę przyglądając się i ucząc od nich niezwyciężonej woli 

życia.  Nagle  odwróciłem  się,  czując  na  sobie  czyjeś  spojrzenie,  i  w  pobliskiej  kępie  krzewów 

dostrzegłem  skulony  jakiś  kształt.  Stałem  i  patrzyłem.  Uczyniłem  krok  w  tamtą  stronę.  Kształt 

wyprostował.się i zmienił w zbrojnego w nóż człowieka. Podchodziłem doń powoli. Stał milczący, 

nieporuszony, przyglądał mi się bacznie. 

Podchodząc dostrzegłem, że odzież jego nie mniej jest zakurzona. od mojej. Wyglądał jak 

wyciągnięty  z  rynsztoka:  Z  bliska  znać  na  niej  było  ślady  zielonkawego  szlamu  z  błotnistych 

rowów  zmieszane  z  zaschłym  błotem  i  czarnymi,  tłustymi  plamami  po  węglu.  Ciemne  włosy 

opadały  mu  na  oczy,  twarz  miał  splamioną  słońcem  i  brudną,  policzki  zaś  tak  zapadłe,  że  z 

początku nie poznałem go. Od ucha do brody biegła szeroka czerwona blizna. 

background image

str. 104 

 

- Stój - zawołał, gdy zbliżyłem się na dziesięć jardów. Stanąłem. Głos miał ochrypły. - Skąd 

idziesz?  -  zapytał.  Przyglądałem  mu  się  z  namysłem.  -  Z  Mortlake  -  odparłem.  -  Ukrywałem  się 

tam, niedaleko jamy Marsjan, gdzie spadł walec. Potem wydostałem się z ruin i uciekłem. 

-  Tu  nie  ma  nic  do  jedzenia-  mówił-  "To  jest  mój  teren.  Cała  ta  górka,  aż  po  rzekę  i  od 

Clapham do skraju wsi. Jedzenia starczy tu tylko na jednego. Dokąd idziesz`? 

Nie śpieszyłem z odpowiedzią. 

- Nie wiem - odrzekłem. - Siedziałem w ruinach ze dwa tygodnie. Nie mam pojęcia, co się 

przez ten czas stało. 

Przyglądał mi się niepewnie, potem drgnął i coś zmieniło się w jego wzroku. 

-' Nie mam zamiaru tu pozostawać - ciągnąłem. - Pójdę chyba do Leatherhead, do żony. 

Wyciągnął ku mnie rękę. 

- To pan! - zawołał. - Człowiek z-Woking! Więc nie zginął pan w Weybridge? 

Ja także go poznałem. 

- To pan! Artylerzysta, który zjawił się w moim ogrodzie! 

- Co za szczęście! - mówił. - Co za szczęściarze z nas! Pomyśleć, że to pan! - Podał mi rękę, 

ja zaś uścisnąłem ją gorąco. - Ukrywałem się w rowie - ciągnął. - Ale oni nie zabijali wszystkich. 

Kiedy zaś oddalili się, uciekłem polami do Walton. Ale przecież minęło zaledwie szesnaście dni, a 

pan osiwiał! - Obejrzał się gwałtownie. - To tylko gawron -rzucił. Teraz dopiero dowiedziałem się, 

że i ptaki mają cień. Trochę tu za przestronnie, chodźmy lepiej pogadać w krzaki. 

 

- Widział pan tu gdzie Marsjan w pobliżu? - zapytałem. - Od kiedy wydostałem się... 

-  Poszli  do  Londynu  -  wyjaśnił.  -  Myślę,  że  założyli  tam  jakieś  większe  obozowisko.  Co 

nocy w stronie Hampstead świeci się całe niebo. Jak nad wielkim miastem. Widać ich, jak łażą w 

tej łunie. A w dzień - nic. Ale bliżej nie widziałem ich nigdzie od - policzył na palcach - pięciu dni. 

Potem widziałem dwóch, w stronie Hammersmith, jak taszczyli coś ciężkiego. A przedwczoraj w 

nocy - przerwał, .po czym powiedział naciskiem: - ciemno już było, co prawda, ale widziałem, jak 

coś uniosło się w powietrze. Myślę, że zbudowali latającą machinę i próbują teraz latać. 

Przystanąłem  na  czworakach,  gdyż  wdzieraliśmy  się  właśnie  w  głąb  zarośli.  -  Latać?!  - 

zawołałem. 

- Tak - odparł. - Latać! 

Posunąłem się nieco głębiej, gdzie krzewy nie były tak gęste, i usiadłem. ' 

- To koniec ludzkości! - zawołałem. - Jeżeli potrafią latać, po prostu oblecą świat dokoła i... 

Przytaknął mi głową. 

background image

str. 105 

 

= Na pewną oblecą. Ale przynajmniej tutaj zrobi się nieco spokojniej. A poza tym-śpojrzał 

na  mnie-tak  panu  szkoda,  że  z  ludzkością  koniec?  Bo  mnie  nie  bardzo.  Wykończyli  nas.  Z 

kretesem. 

Popatrzyłem na niego. Choć może to wydać się dziwne, sam jednak nie potrafiłem dojść do 

tego  wniosku.  Jasne  stało  się  dla  mnie  wszystko  dopiero  teraz,  kiedy  padły  te  słowa.  Tkwiła  we 

mnie  jeszcze  dotąd  jaka  mglista  nadzieja,  nie  nadzieja  raczej,  lecz  z  dawien  dawna  nabyte 

przyzwyczajenie. On zaś powtórzył: 

-  Z  kretesem!  -  Brzmiała  w  tym  niezachwiana  pewność.  -  To  koniec  dodał.  -  Oni  stracili 

jednego  jedynego.  Usadowili  się  mocno,  a  nam  dali  po  kulach.  Przetrącili  krzyże  największej 

potędze świata. Przespacerowali się po nas. Śmierć tego pod Weybridge to czysty przypadek. A to 

tylko  zwiadowcy.  Nowi  przylatują  bez  przerwy.  Te  zielone  gwiazdy  (co  prawda  przez  pięć 

ostatnich  dni  nie  widziałem  ich)  na  pewno  spadają  gdzieś  co  nocy.  Nic  się  nie  da  zrobić. 

Wykończyli nas na amen! 

Nie odpowiadałem. Siedziałem patrząc przed siebie i na próżno siliłem się wydusić z mózgu 

jakąś rozsądną myśl. 

- Co to za wojna? - ciągnął dalej artylerzysta. - Od samego początku było tak, jakby ludzie 

wojowali z mrówkami. 

Przypomniałem sobie nagle noc w obserwatorium. - Po dziesiątym 

pocisku przestali strzelać, przynajmniej do wylądowania pierwszego walca. 

- Skąd pan wie? - zapytał. Kiedy mu wyjaśniłem, zamyślił się. 

- Może im się działo popsuło  -- rzekł.  -  No i  co z tego? Na pewno już naprawili. A jeżeli 

nawet  trochę  się  odwlecze,  to  koniec,  wszystko  jedno,  będzie  ten  sam.  Akurat:  mrówki  i  ludzie. 

Mrówki  budują  miasta,  żyją  swoim  życiem,  prowadzą  wojny,  robią  rewolucje,  aż  przychodzi 

człowiek i chce je usunąć. I usuwa. Tylko że w tym wypadku mrówkami jesteśmy my. Do tego... 

- Co? - rzuciłem. 

- ...jadalnymi mrówkami. -Spojrzeliśmy po sobie. 

- I co z nami będzie? - zapytałem. 

- O tym właśnie myślałem - zawołał. - O tym właśnie myślałem. I'o Weybridge szedłem na 

południe  i  myślałem.  Widziałem,  co  się  tam  działo.  Ludzie  piszczeli  ze  strachu.  A  ja  nie  lubię 

piszczeć.  Nie  raz,  nie  dwa  zaglądałem  śmierci  w  oczy.  Ja  nie  malowany  żołnierzyk,  dla  mnie 

śmierć to śmierć i nic więcej. Ten wyżyje, kto myśli. Widziałem, jak wszystko wiało na południe. 

Pomyślałem sobie:  na długo im tam żarcia nie starczy, i  od razu zawróciłem.  Poszedłem między 

Marsjan, jak jaskółka leci między ludzi. A dokoła - zatoczył ręką szerokie koło - zdychają z głodu, 

obdzierają ze skóry... 

background image

str. 106 

 

Dostrzegł wyraz mej twarzy i przerwał niezręcznie. 

- Ci, co mieli funty, popłynęli oczywiście do Francji - dodał. Zawahał się, czy mówić dalej, 

napotkał  me  spojrzenie  i  ciągnął:  -  Jedzenia  jest  tu  dużo.  Puszki  konserw  po  sklepach,  wino, 

wódka,  wody  mineralne.  A  rury  wodociągowe  i  kanały  są  puste.  Powiem  panu,  co  sobie 

pomyślałem.  Oni  są  mądrzy  i,  zdaje  się,  potrzebują  nas  do  jedzenia:  Poniszczą  więc  przede 

wszystkim nasze statki, maszyny, armaty, miasta, cały nasz ład, całą naszą organizację. Nic z tego 

nie  zostanie.  Gdybyśmy  byli  tej  wielkości,  co  mrówki  -  może  by  się  nam  upiekło.  Ale  jesteśmy 

więksi.  Za  gruby  byłby  kawał,  gdyby  to  wszystko  miało  się  rozejść  po  kościach.  Nie  da  rady. 

Prawda? 

Potwierdziłem. - No, tak. Ta sobie właśnie myślałem. Dobrze, na razie łapią nas, kiedy i jak 

chcą. Dosyć takiemu Marsjaninowi przejść parę mil, a już ma całe tłumy zmykających. Widziałem, 

jak  któregoś  dnia  w  Wandsworth  jeden  burzył  domy  i  rył  w  ruinach.  Ale  kiedyś  wreszcie  chyba 

przestaną. Jak tylko skończą z naszymi działami, jak poniszczą koleje i zrobią wszystko, 

 

co  sobie  zamierzyli,  wtedy  zaczną  systematycznie  wyłapywać  najgrubszych  i  zamykać  w 

klatkach.  Niedługo  na  pewno  zaczną  to  robić:  O,  mój  Boże!  Przecież  oni  jeszcze  się  do  nas 

naprawdę nie wzięli! 

- Nie wzięli się! - wykrzyknąłem. 

-  Pewno,  że  nie.  -  Wszystko,  co  się  dotąd  stało,  to  tylko  nasza  wina.  Nie  mieliśmy  dosyć 

rozsądku, aby siedzieć cicho, zaczęliśmy naprzykrzać się im głupimi armatami. Straciliśmy głowę, 

goniliśmy całymi tłumami to tu, to lam. Chociaż tam- wcale nie jest bezpieczniej niż tu. A oni w 

ogóle nie mieli zamiaru nas ruszać. Pracują, robią to wszystko, czego nie mogli przywieźć ze sobą 

z  Marsa,  szykują  miejsce  dla  reszty.  Kto  wie,  czy  nie  dlatego  właśnie  przestali  strzelać  tymi 

walcami. Żeby nie trafić któregoś ze swoich tu, na Ziemi. A my, zamiast rozbiegać się w ślepym 

popłochu  albo  próbować  zgładzić  ich  dynamitem,  powinniśmy  spróbować  przystosować  się  do 

nowej sytuacji. Tak przynajmniej ja to sobie wyobrażam. Może człowiek wolałby, dla siebie i dla 

swoich, żeby było inaczej, ale fakty są uparte. I na tej zasadzie zacząłem działać. Miasta, państwa, 

cywilizacja, postęp - z tym już koniec! Tę grę przegraliśmy! Z kretesem! 

- Więc po co w takim razić żyć? Artylerzysta przyglądał mi się przez chwilę. 

- Żadnych koncertów galowych przez jakiś milion najbliższych lat nie będzie na pewno; ani 

wystaw  obrazów;  ani  smakowitych  wyżerek  w  wytwornych  knajpach.  Jeżeli  panu  potrzebne  są 

rozrywki, to myślę, że nie ma pan tu czego szukać. Jeżeli pan ma salonowe maniery i nie lubi jeść 

ryby nożem czy słuchać mowy cockneyów, to proszę lepiej o tym zapomnieć. Nie będzie to panu 

potrzebne. 

background image

str. 107 

 

- Pan myśli... 

-  Ja  myślę,  że  tacy  jak  ja  muszą  żyć.  Dla  zachowania  gatunku.  Mówię  panu,  ja  cholernie 

chcę żyć.1 jeżeli się nie mylę, to pan niedługo powie też to samo. Takich jak my nie wytępią. Na 

pewno nie damy się schwytać ani oswoić; ani tuczyć jak głupie barany. Brr! Pomyśleć tylko, takie 

brązowe gady... 

- Nie myśli pan chyba... 

--  Właśnie  że  myślę.  Będę  żył.  Pod  ich  panowaniem.  Uplanowałem  już  sobie  wszystko. 

Obmyśliłem.  My,  ludzie,  zostaliśmy  pokonani.  Z,a  mało  umiemy.  Musimy  wiele  nauczyć  się, 

zanim spróbujemy szczęścia. A ucząc się, musimy żyć.  I to  na wolności.  Rozumie pan'? Oto, co 

trzeba zrobić. 

Patrzyłem zdumiony i poruszony głęboko zdecydowaniem tego człowieka. 

-  Na  Boga!  -  zawołałem.  -  Prawdziwy  z  pana  mężczyzna!  -  i  uścisnąłem  z  zapałem  jego 

dłoń. 

- Co? - odparł, a oczy mu rozbłysły. - Nieźle to wszystko obmyśliłem, prawda? 

- Niech pan mówi dalej - nalegałem. 

-  Dobra.  Ci,  co  chcą  uniknąć  schwytania,  muszą  się  przygotować.  Ja  się  przygotowuję. 

Niech pan pojmie, nie wszyscy nadają się na dzikie zwierzęta, a tym właśnie będziemy musieli stać 

się. Dlatego tak uważnie przyglądałem się panu. Miałem wątpliwości. Pan wygląda na chudego i 

słabego. Nie poznałem pana. Nie wiedziałem, że tyle czasu siedział pan w kryjówce. Bo, widzi pan, 

tamci wszyscy, co żyli w tym domkach, te przeklęte kupczyki nawykłe do łatwego życia, byliby do 

niczego. To ludzie bez ducha, bez dumnych snów, bez wzniosłych porywów. A człowiek bez tego 

to zwykły tchórz, to szmata. Umieli tylko spieszyć się codziennie do pracy. Widziałem ich setkami, 

jak z drugim śniadaniem w garści gonili jak wściekli do pociągu, aby tylko nie spóźnić się, tylko 

jak najwcześniej otworzyć te swoje marne sklepiki i  ciułać te swoje  głupie groszaki.  Widziałem, 

jak potem gonili do domu, żeby się tylko nie spóźnić na obiad i, broń Boże, nie jeść chłodnej zupy; 

jak siedzieli wieczorami w domu ze strachu przed bandytami; jak szli do łóżek ze swoimi żonami, 

nie  dlatego,  że  je  kochali,  ale  dlatego,  że  było  to  wygodne  i  nie  komplikowało  ich  nędznej 

wegetacji. W powszednie dni ubezpieczali się ze strachu przed jakimś wypadkiem na tym świecie, 

a w niedziele - ze strachu przed życiem pozagrobowym. Tak jakby piekło było dla królików! Dla 

nich  Marsjanie  jak  z  nieba  spadli.  Wygodne  klatki,  zdrowy  pokarm,  troskliwa  opieka,  żadnych 

zmartwień. Jak pobiegają z tydzień, dwa po połach z pustymi brzuchami, sami przyjdą, żeby dać 

się  złapać.  I  będą  uszczęśliwieni.  Dziwić  się  będą,  jak  ludzie  mogli  żyć,  zanim  Marsjanie  nie 

zaczęli się o nich troszczyć. A te różne darmozjady, franty i oczajdusze, już ich widz. Już widzę - 

mówił z posępnym zadowoleniem - jacy się robią czuli, jacy nabożni. Choć przejrzałem dopiero w 

background image

str. 108 

 

ostatnich dniach, dużo już zdążyłem zobaczyć. Wielu tłustych a głupich nie będzie się martwić o 

nic. Inni poczują, że nie wszystko jest w porządku, że trzeba zacząć działać. A kiedy sprawy tak się 

układają, że ludzie zaczynają odczuwać konieczność działania, zaraz znajdują się słabi albo tacy, 

co  słabną  na  samą  myśl  o  potrzebie  ruszenia  mózgiem,  i  zawsze  wykombinują  taką  religię,  co 

zabrania wszystkiego, górnolotną i głoszącą ufność i pokorę wobec prześladowców i poddanie się 

woli  Stwórcy!  Pan  zresztą  także  widział  na  pewno  to  samo  -  zupełnie  jakby  strach  zmiótł  całą 

energię. 

 

Klatki będą się trząść od psalmów i hymnów, i histerii. A inni, nie tacy prostacy może, jak 

to się mówi, zaczną się gzić... 

Przerwał.  -  Bardzo  możliwe,  że  Marsjanie  będą  mieli  swoich  ulubieńców;  wyuczą  ich 

sztuczek,  kto  wie?  Będą  rozczulać  się  nad  kochanym  chłoptysiem,  że  już  utył  i  że  trzeba  go 

zarżnąć. A niektórych nauczą polować na nas. 

- Nie! - krzyknąłem. - To niemożliwe! Żaden człowiek... 

- Po ,co te kłamstwa? - przerwał. - Znajdą się i tacy. I będą to robić. Nawet bardzo chętnie. 

Byłoby głupotą udawać, że się w to nie wierzy. Pewność jego przekonała mnie. 

-  Ale  niech  tylko  spróbują  przyjść  po  mnie.  Boże!  Niech  tylko  spróbują  -  powiedział  i 

popadł w ponurą zadumę. 

Siedziałem bez słowa, rozważając to wszystko. Nie mogłem znaleźć niczego, co- można by 

przeciwstawić  rozumowaniu  tego  człowieka.  W  dniach  sprzed  najazdu  nikt  nie  wątpiłby  w  mą 

wyższość umysłową nad nim. Ja, znany i ceniony pisarz i filozof- i on, prosty żołnierz. A przecież 

to  on,  a  nie  ja,  oceniłem  należycie  nasze  położenie,  gdy  ja  nie  zacząłem  nawet  jeszcze  dobrze 

zdawać sobie sprawy z tego, co się stało. 

- Co pan ma zamiar zrobić? - zapytałem. - Jakie ma pan plany? Zawahał się. 

-  No,  dobra;  powiem  panu.  Więc  jest  tak  -  odrzekł.  -  Co  mamy  robić?  Musimy  wynaleźć 

taki sposób życia, żeby człowiek mógł mnożyć się i bezpiecznie chować dzieci. Tak... Niech pan 

zaczeka, zaraz wyjaśnię dokładniej, co moim zdaniem należy zrobić. Oswojeni będą jak wszystkie 

oswojone bydlęta. Po paru pokoleniach staną się tłuści, pełnokrwiści, głupi - śmiecie. Chodzi o to, 

żebyśmy  my,  wolni,  nie  zdziczeli,  nie  zmienili  się  w  duże  dzikie  szczury...  Bo,  widzi  pan, 

będziemy chyba musieli żyć pod ziemią. Myślałem o londyńskiej kanalizacji. Ci, co jej nie znają, 

wyobrażają sobie oczywiście straszne rzeczy, ale pod Londynem są całe mile, setki mil kanałów. 

Niech  kilka  dni  popadają  deszcze,  przy  pustym  Londynie  kanały  zrobią  się  czyściutkie, 

schludniutkie. Główne magistrale będą dość duże i przestronne dla każdego. A są przecież jeszcze 

piwnice,  podziemia,  składy;  można  w  nich  będzie  porobić  przejścia  do  kanałów.  A  tunele 

background image

str. 109 

 

kolejowe,  a  kolej  podziemna?  Co?  Zaczyna  pan  rozumieć?  Trzeba  stworzyć  grupę  silnych, 

mądrych ludzi. Nie przyjmiemy żadnego śmiecia. Słabych nam nie potrzeba... 

- Takich jak ja, co? 

-  Przecież  już  wyjaśniłem,  że  to  była  pomyłka.  Prawda?  -  Nie  będziemy  się  spierać.  1  co 

dalej? 

-  Ci,  co  zostaną,  muszą  być  karni.  Silne,  mądre  kobiety  będą  także  potrzebne.  Matki  i 

wychowawczynie  -  nie  żadne  lalkowate  ślicznotki  ze  słodkimi  ślepkami.  Słabych  ani  głupich  nie 

chcemy.  Znów  będzie  się  żyło  naprawdę,  a  bezużyteczni,  uciążliwi  i  szkodliwi  muszą  wymrzeć. 

Powinni wymrzeć. Powinni sami chcieć wymrzeć. Bo ostatecznie żyć po to, by psuć rodzaj ludzki, 

to  nielojalność.  Nie  byliby  zresztą  szczęśliwi.  A  śmierć  wcale  nie  jest  taka  znów  straszna;  tylko 

tchórze lak ją sobie wyobrażają. Tak więc, kanały. Tam będziemy się zbierać. Naszym ośrodkiem 

będzie  Londyn.  Kto  wie,  może  nawet  będziemy  wartować  i  kiedy  Marsjanie  gdzieś  się  oddalą, 

wychodzić  na  powierzchnię.  Może  nawet  będziemy  mogli  grać  w  cricketa!  Zachowamy  w  ten 

sposób gatunek. Co? Przecież to chyba będzie możliwe? Ale samo zachowanie gatunku to jeszcze 

mało. Tyle to i szczury potrafią. Ważniejsze będzie zachowanie i rozwijanie wiedzy ludzkiej.1 tutaj 

właśnie  pojawia  się  na  widowni  pan.  Są  książki,  są  wzory.  Trzeba  wyszukać  głębokie,  pewne 

schowki i ukryć tam jak najwięcej książek; nie żadnych romansideł, nie poetyckich bzdurstw, ale 

książek o wiedzy, o myśli ludzkiej. Tu zaczyna się, powiadam pańska rola: Musimy dobrać się do 

British  Museum  i  przejrzeć  wszystko,  co  tam  jest:v  Przede  wszystkim  zachować  naszą  wiedzę  i 

rozwijać ją. Musimy podpatrywać Marsjan. Niektórzy będą musieli stać się szpiegami. Kto wie... 

kiedy  już  wszystko  będzie  zorganizowane,  może  i  ja  się  nim  stanę`?  Pozwolę  się  złapać.  A 

najważniejsze, nie wolno nam zaczepiać Marsjan. Nie wolno nawet nic im ukraść. Przy spotkaniu 

uciekać. Trzeba pokazać, że nie wałczymy z nimi. Oni są mądrzy i nie będą nas tępić, jeżeli tylko 

będą mieć wszystko, co im potrzeba, i jeżeli uznają nas za nieszkodliwe robactwo. 

Artylerzysta zamilkł i oparł brązową rękę na mym ramieniu. 

- Może nawet nie będzie trzeba tak dużo nauczyć się, zanim... Proszę sobie tylko wyobrazić, 

nagle  rusza  pięć,  sześć  Machin  Bojowych,  Gorącym  Snopem  w  lewo,  w  prawo,  a  w  nich  nie 

Marsjanie,  lecz  ludzie!  Ludzie,  którzy  wiedzą,  jak  się  z  nimi  obchodzić!  A  to  może  nawet  być 

jeszcze  za  naszego  życia.  Niech  pan  sobie  tylko  wyobrazi  -  złapać  takie  jedno  kochaniątko  i 

pomachać Snopem! Panować nad nimi! I cóż, jeśli nawet w końcu rozkurzą cię na cztery wiatry - 

po  takim  balu?  Już  widzę  Marsjan,  jak  wytrzeszczają  te  swoje  śliczne  oczęta!  Człowieku;-może 

pan sobie to wyobrazić`? Może pan wyobrazić sobie, jak się śpieszą i sapią, i dyszą, i pokrzykują, i 

kręcą się przy tych swoich cudownych maszynach, a 

 

background image

str. 110 

 

tu  żadna  nie  działa!  A  wtedy  my  trzask,  prask,  łup,  cup  -  akurat  kiedy  się  tak  przy  nich 

grzebią, trzask Snopem i proszę, człowiek znów zajmuje należne mu miejsce.  

Na długą chwilę śmiała wizja wyczarowana przez artylerzystę, pewność i odwaga brzmiące 

w  jego  głosie  podbiły  mą  wyobraźnię  całkowicie.  Uwierzyłem  bez  wahania  zarówno  w 

przewidywane  przezeń  losy  ludzkości,  jak  i  w  możliwość  wcielania  jego  planów  w  życie  - 

czytelnik  zaś,  który  mógłby  uznać  mnie  za  głuptaka  ulegającego  zbyt  łatwo  cudzym  wpływom, 

musi  pojąć  różnicę  między  nim,  z  jego  od  dawna  już  przemyślanym  planem,  a  mną,  leżącym  w 

ukryciu pod krzakiem i słuchającym w pomieszaniu tych myśli. Przegadaliśmy w ten sposób cały 

ranek, po czym wypełzliśmy z zarośli i zbadawszy szczegółowo widnokrąg, czy nie widać gdzie w 

pobliżu  Marsjan,  pośpieszyliśmy  na  wzgórze  Putney,  do  domku,  w  którym  było  jego  legowisko. 

Kiedy zeszliśmy do piwnicy i ujrzałem wykop o długości dziesięciu co najwyżej jardów, na który 

stracił już przeszło tydzień - miał to być przekop do przechodzącego przez Putney burzowca - po 

raz  pierwszy  dostrzegłem  przepaść  dzielącą  marzenia  tego  człowieka  od  jego  sił.  Taką  dziurę 

można  było  wygrzebać  w  ciągu  jednego  dnia.  Wierzyłem  jeszcze  w  niego  tak  mocno,  że 

pracowałem  wraz  z  nim  przy  wykopie  aż  do  południa.  Mieliśmy  taczkę  i  wykopaną  ziemię 

wywoziliśmy na podwórze. W południe pokrzepiliśmy się nieco puszką zupy i winem z sąsiedniej 

spiżarni.  Jednostajna  praca  przynosiła  mi  dziwną  ulgę.  Zapominałem  przy  niej  o  całym  tym 

boleśnie nowymi i obcym świecie. Pracując myślałem o projektach artylerzysty i z wolna poczęły 

budzić  się  we  mnie  zastrzeżenia  i  wątpliwości.  Pracowałem  jednak  bez  ustanku,  szczęśliwy,  że 

znów mam jakiś cel przed sobą. Przepracowawszy godzinę, zacząłem obliczać odległość dzielącą 

nas od kanału.  Zwątpiłem,  czy w ogóle doń trafimy. Nie mogłem  pojąć, po co mamy kopać taki 

długi tunel, kiedy można było dostać się do kanału po prostu włazem. Wydawało mi się także, iż 

dom  nie  był  najlepiej  wybrany  i  dlatego  potrzeba  było  tak  długiego  przekopu.  Właśnie  kiedy 

uświadomiłem sobie to wszystko, artylerzysta przerwał kopanie i spojrzał na mnie. 

- Narobiliśmy się nielicho - powiedział i odłożył łopatę. - Trzeba trochę odsapnąć. - Potem 

zaś dodał: - Myślę, że czas pójść na dach i rozejrzeć się po świecie. 

Ja jednak chciałem pracować dalej, po krótkim więc wahaniu wziął się znowu za szpadel; 

wtedy uderzyła mnie pewna myśl. Zatrzymałem się, on zaś natychmiast zrobił to samo. 

- Dlaczego pan chodził po polach - zapytałem - zamiast być tutaj? 

-  Wyszedłem  przewietrzyć  się  trochę  -  odparł  -  i  akurat  wracałem.  W  nocy  zawsze 

bezpieczniej. , - A robota? 

-  Przecież  nie  można  ciągle  pracować  -  odrzekł,  ja  zaś  jak  w  olśnieniu  przejrzałem  tego 

człowieka. Wahałem się, trzymając w ręku łopatę. 

background image

str. 111 

 

- Powinniśmy teraz rozejrzeć się - powtórzył. - Jeżeli ktoś podejdzie, może posłyszeć nasze 

kopanie. Zaskoczą nas nie przygotowanych. 

Nie  miałem  chęci  sprzeciwiać  się  dłużej.  Poszliśmy  na  strych  i  stojąc  na  drabinie 

wyjrzeliśmy spod klapy włazu. Marsjan nie było widać nigdzie, toteż śmiało wstąpiliśmy na dach i 

ukryliśmy się za parapetem. 

Co prawda większą część Putney przesłaniały nam drzewa, widać jednak było dolinę rzeki 

zarosłą  fantastyczną  gęstwą  Czerwonego  Zielska  i  Dolne  Lambeth,  zalane  i  również  tonące  w 

czerwieni.  Spośród  pęków  Czerwonego  Pnącza  sterczały  cherlawe,  martwe  gałęzie  drzew  w 

pałacowym  parku.  Dziwne,  jak  bardzo  obie  te  rośliny  uzależnione  były  w  swym  rozwoju  od 

obfitości wody. W pobliżu naszego domku żadnej z nich nie udało się przyjąć. Pełno za to było tu 

szczodrzewca, kwiatów głogu, buldeneżów i drzew tui strzelających wysoko ponad zielone krzewy 

wawrzynów  i  mieniących  się  tęczą  barw  w  promieniach  słońca  hortensji.  Daleko,  za 

Kensingtonem, unosił się gęsty dym przesłaniając pospołu z błękitną mgiełką łańcuch ciągnących 

się na północy wzgórz. Artylerzysta opowiadał tymczasem o ludziach, którzy pozostali jeszcze w 

Londynie. 

- Którejś nocy zeszłego tygodnia - mówił - jacyś głupcy naprawili przewody elektryczne i 

po  rzęsiście  oświetlonych  Regent's  Street  i  Piccadilly  Circus  wrzeszczała  i  tańcowała  aż  do  rana 

gromada  obdartych,  brudnych  pijaków,  mężczyzn  i  kobiet.  Opowiadał  mi  jeden,  co  to  widział. 

Kiedy  zrobił  się  dzień, połapali  się,  że  niedaleko,  pod  Langham,  stoi  i  gapi  się  na  nich  Machina 

Bojowa.  Bóg  wie,  jak  długo  już  tak  stała.  Potem  zbliżyła  się  i  wyłapała  ze  setkę  takich,  co  z 

pijaństwa albo ze strachu nie mieli sił uciekać. 

Sądzę, że żadna historia nie opisze wszystkich groteskowych wydarzeń tamtych czasów. 

Później, w odpowiedzi na me pytania, powrócił do wspaniałych planów. Począł zapalać się. 

Tak  wymownie  opisywał  zdobycie  przez  człowieka  Machiny  Bojowej,  że  znów  na  poły  weń 

uwierzyłem. Teraz jednak, znając prawdziwą jego wartość, pojmowałem, dlaczego tak kładł nacisk, 

by  nie  robić  nic  zbyt  pośpiesznie.  Zauważyłem  też,  iż  nie  ma  już  teraz  mowy  o  jego  osobistym 

udziale w opanowaniu i poprowadzeniu do boju potężnej tej maszyny. 

 

Po pewnym czasie powróciliśmy do piwnicy. Żaden z nas jednak nie miał; zdaje się, ochoty 

zabierać się znowu do kopania. Kiedy zaś zaproponował posiłek, nie protestowałem. Stał się nagle 

niezwykle  szczodry  i  gdy  nasyciliśmy  się,  wyszedł,  by  przynieść  kilka  doskonałych  cygar. 

Zapaliliśmy, a on również zapłonął optymizmem. Potraktował me przybycie jako wielkie święto. 

- Mam w piwnicy trochę szampana - powiedział. - Po wodzie lepiej się kopie - odrzekłem. 

background image

str. 112 

 

-  Nie  -  zawołał.  -  Dzisiaj  ja  wydaję  przyjęcie!  Szampan!  Mocny  Boże!  Toć  przed  nami 

ciężka  praca.  Trzeba  trochę  odpocząć  i,  póki  jeszcze  można,  nabrać  sił.  Niech  pan  spojrzy  na  te 

pęcherze! 

Upierał się; by resztę dnia świętować, i nalegał, byśmy po obiedzie zagrali w karty. Nauczył 

mnie gry w belotkę, po czym podzieliliśmy Londyn na dwie części, dla mnie północną, dla niego 

południową,  i  poczęliśW  y  grać  o  parafie.  Trzeźwo  myślącemu  czytelnikowi  może  to  wydać  się 

głupie i groteskowe, wszystko jednak działo się tak, jak tu opisuję. Co najciekawsze zaś - i belotka, 

i inne gry, w które graliśmy później, wydawały mi się bezgranicznie interesujące. 

Dziwny  jest  umysł  ludzki!  Rodzaj  nasz  stał  przed  groźbą  zagłady,  a  przynajmniej 

straszliwego poniżenia; nas samych nie czekało nic prócz straszliwej śmierci, my zaś zabawialiśmy 

się malowanymi tekturkami i z ożywieniem, ba! z podnieceniem graliśmy.w oczko! Potem nauczył 

mnie pokera; ja zaś ograłem go trzy razy z rzędu w szachy. Gdy ściemniało, tak byliśmy przejęci 

grą, że nie zważając na niebezpieczeństwo zapaliliśmy lampę. 

Po  nieskończonej  ilości  partii  zjedliśmy  kolację,  przy  której  artylerzysta  wykończył 

szampana.  Potem,  paląc  cygara,  graliśmy  dalej.  Nie  był  on  już  teraz  tym  energicznym 

odnowicielem  gatunku,  którego  spotkałem  rankiem.  Optymizm  jego  stał  się  mniej  bojowy, 

spokojniejszy. Pamiętam; jak pił moje zdrowie wygłaszając zawiłe, pełne jąkania się i powtórzeń 

przemówienie.  Po  tej  właśnie  tyradzie  zapaliłem  cygaro  i  wspiąłem  się  na  dach,  chcąc  obejrzeć 

zieloną łunę jaśniejącą, wedle jego słów, na pagórkach Highgate. 

Początkowo  gapiłem  się  bezmyślnie  w  kotlinę  londyńską.  Wzgórza  na  północy  tonęły  w 

ciemności.  Opodal  Kensingtonu  widniały  czerwone  ognie.  Wystrzelały  co  jakiś  czas 

pomarańczowymi  płomieniami,  by  zniknąć  po  chwili  w  granatowej  nocy.  Reszta  Londynu  była 

czarna.  Nieco  bliżej  dostrzegłem  dziwne  światło,  bladofioletową  migotliwą  poświatę  drżącą  w 

wieczornym wietrze. Długo nie mogłem sobie wyjaśnić tego 

zjawiska,  aż  w  końcu  pojąłem,  że  to  słabe  promieniowanie  pochodzi  od  Czerwonego 

Zielska. Obudziło mnie to ze stanu sennego podziwu i przywróciło do rzeczywistości. Przeniosłem 

wzrok  na  Marsa,  jasną,  czerwoną  gwiazdkę  błyszczącą  wysoko  na  zachodzie,  potem  zaś,długo  i 

żarliwie wpatrywałem się w ciemność Hampstead i Highgate. 

Długi  czas  stałem  na  dachu,  zastanawiając  się  nad  dziwacznymi  wydarzeniami  tego 

niezwykłego  dnia.  Raz  jeszcze  przebiegłem  myślą  wszystkie  przemiany,  jakie  we  mnie  zaszły; 

począwszy  od  nocnych  modlitw,  na  bezsensownym  kartograjstwie  skończywszy.  Odczułem 

gwałtowny  wstręt.  Pamiętam,  jak  odrzuciłem,  z  pewnym  co  prawda  żalem,  nie  dopalone  jeszcze 

cygaro. Uznałem ten gest za symbol! Z płomienną przesadą zarzucałem sobie głupotę, czułem się 

zdrajcą  wobec  własnej  żony  i  całego  rodzaju  ludzkiego,  trapiły  mnie  wyrzuty  sumienia. 

background image

str. 113 

 

Postanowiłem  opuścić  tego  marzyciela  z  fantastycznymi  planami,  pijaństwem  i  obżarstwem  oraz 

udać  się  do  Londynu.  Tam,  jak  sądziłem,.  najpewniej  dowiem  się,  co  robią  Marsjanie,  a  co  moi 

towarzysze, ludzie. Księżyc już wzszedł, a ja wciąż jeszcze stałem na dachu. 

8 Londyn wymarły 

Po  opuszczeniu  artylerzysty  poszedłem  do  Highstreet  i  dalej  mostem  przez  Tamizę  do 

Lambeth.  Most  ginął  całkowicie  niemal  w  gęstwinie  Czerwonego  Zielska.  Łodygi  i  liście  tej 

rośliny zdradzały już jednak pierwsze oznaki zagłady - gęsto rozsiane białawe plamy. 

Na  rogu  uliczki  wiodącej  ku  przystani  w  Putney  leżał  człowiek.  Okryty  czarnym  pyłem 

wyglądał  jak  kominiarz.  Nie  był  martwy,  lecz  pijany  do  nieprzytomności.  Nie  udało  mi  się 

wydostać z niego nic prócz przekleństw i wściekłych razów. Zostałbym może przy nim, gdyby nie 

nazbyt już zbydlęcona jego twarz. 

Za  mostem  pokrywał  wszystko  czarny  pył.  Warstwa  jego,  w  miarę  jak  zbliżałem  się  do 

Fulham, była coraz grubsza. Przerażała mnie pustka ulic. W pobliskiej piekarni znalazłem trochę 

pożywienia,  spleśniałego,  czerstwego,  jednak  nadającego  się  jeszcze  do  jedzenia  chleba.  Nieco 

dalej,  w  pobliżu  Walham  Green,  pyłu  nie  było,  natomiast  cała  jedna  strona  ulicy  stała  w 

płomieniach; huk pożaru przynosił w martwej ciszy prawdziwą ulgę. Ulice wiodące do Brompton 

także były puste, jakby wymarłe. 

Tutaj  znów  pełno  było  czarnego  kurzu  i  trupów.  Na  samej  Falham  Road  naliczyłem  ich 

dwanaście. Musiały leżeć tam od wielu już dni, toteż 

 

uciekłem  od  nich  czym  prędzej.  Okrywał  je  grubą  warstwą  czarny  pył,  niektóre  zaś  były 

napoczęte przez psy. 

Tam  gdzie miasto wolne było od czarnego kurzu  - wyglądało dziwnie odświętnie. Sklepy 

pozamykane,  okna  zasłonięte,  wszędzie  cisza  i  pustka.  Gdzieniegdzie,  przeważnie  w  sklepach 

spożywczych i winiarniach, widniały ślady rabunku. Ujrzałem też rozbitą wystawę złotnika, rabuś 

jednak został widocznie spłoszony, gdyż na chodniku leżały porzucone w nieładzie złote łańcuszki 

i zegarki. Nawet nie schyliłem się po nie. Nieco dalej na progu domu siedziała skulona kobieta w 

łachmanach.  Krew  ze  spoczywającej  na  kolanach  skaleczonej  ręki  rozlała  się  rdzawą  plamą  po 

sukni, obok zaś, na chodniku, wokół rozbitej flaszki po szampanie, widniała cała kałuża. Kobieta 

wydawała się pogrążona w głębokim śnie, była jednak martwa. 

Im dalej zagłębiałem się w Londyn, tym głębsza panowała cisza. Nie była to jednak cisza 

śmierci. Było to milczenie pełne niespokojnego wyczekiwania. Lada chwila przecież wszystkie te 

domy  mogły  zmienić  się  w  dymiące  zgliszcza,  jak  zmieniły  się  w  nie  północno-zachodnie 

dzielnice, mogły zginąć, jak zginęły domy Ealing i Kulburn. Było to miasto skazane... 

background image

str. 114 

 

Na ulicach południowego Kensingtonu nie znalazłem ani zwłok, ani czarnego kurzu. Tam 

też  usłyszałem  po  raz  pierwszy  dziwny  odgłos  rozpaczy.  Dotarł  on  do  mej  świadomości  niemal 

niepostrzeżenie.  Brzmiał  jak  nieustanne  łkanie  złożone  z  dwu  tonów:  "ul-la,  ul-la,  ul-la".  Gdy 

szedłem na północ, natężenie jego narastało, choć głuszyły je domy. Z pełną mocą rozbrzmiewał 

natomiast,  kiedy  wyszedłem  na  Exhibition  Road.  Zatrzymałem  się  zdziwiony  tym  płynącym  z 

oddali  jękiem  patrząc  ku  kensingtońskim  ogrodom.  Mogło  wydawać  się,  że  to  łka  głosem  lęku  i 

pustki niezmierzone skupisko domów. "U1-la, ul-la, ul-la, ul-la" brzmiał nieludzki jęk, a potężne 

fale dźwięków przelewały  się szeroką, słoneczną, zamkniętą dwoma  rzędami wysokich kamienic 

ulicą.  Zwróciłem  się  pełen  niepokoju  ku  żelaznym  bramom  Hyde  Parku.  Zastanawiałem  się,  czy 

nie wedrzeć się do Muzeum Przyrodniczego, by się wspiąć na szczyt wieży i rozejrzeć po okolicy. 

Postanowiłem  jednak  pozostać  na  ziemi,  gdzie  łatwiej  można  było  w  razie  potrzeby  znaleźć 

kryjówkę,  i  podążyłem  dalej  wzdłuż  Exhibition  Road.  Kamienice  puste.  były  i  milczące  i  tylko 

głośne echo mych kroków rozbrzmiewało dokoła. W pobliżu bramy parkowej czekał mnie dziwny 

widok. Leżał tam obalony omnibus i obrany doszczętnie z mięsa szkielet konia. Stałem przy nim 

długą chwilę, po czym ruszyłem ku mostowi. Jęk stawał się coraz potężniejszy, choć nie , 

było widać nic prócz chmury dymu kłębiącej się ponad konarami drzew. 

"U1-la,  ul-la,  ul-la,  ul-la"  -  nawoływał  głos  dochodzący,  jak  mi  się  zdawało,  gdzieś  z 

Regent's  Park.  Rozpaczliwy  ten  krzyk  działał  przygnę-,  biająco.  Począłem  tracić  siły,  ogarniało 

mnie  coraz  większe  zmęczenie.  Poczułem  się  słaby,  obolały,  głodny  i  spragniony.  Minęło  już 

południe.  Po  co  błąkałem  się  samotnie  po  tym  wymarłym  mieście?  Po  co  znalazłem  się  w 

Londynie,  spowitym  w  czarny  całun,  spoczywającym  na  katafalku  trupie  miasta?  Poczułem  się 

śmiertelnie  samotny.  Wybiegałem  pamięcią  ku  zapomnianym  od  lat  przyjaciołom.  Myślałem  o 

truciznach  ukrytych  w  opuszczonych  aptekach,  o  pełnych  wódki  piwnicach.  Wspomniałem  tych 

parę nieszczęsnych, dzielących ze mną miasto istot... 

Do Oxford Street dotarłem przez Marble Arch. Tutaj znów pełno było czarnego pyłu i wiele 

martwych ciał. Z piwnicznych okien biła złowieszcza 

, okropna woń. Panował upał, a że szedłem już długo, zachciało mi się jeść i pić. Z wielkimi 

trudnościami  włamałem-się  do  jakiegoś  baru.  Udało  mi  się  tam  nasycić  zarówno  głód,  jak  i 

pragnienie, osłabiło mnie to jednak tak bardzo, że wyciągnąłem się na stojącej pod ścianą kanapce i 

zasnąłem  kamiennym  snem. Ocknąłem się z ponurym  jękiem  "ul-la, ul-la, ul-la, ul-la" w uszach. 

Panował już mrok. Posiliłem się znalezionym w barze serem i sucharkami (spiżarka na mięso pełna 

była  tylko  robactwa),  po  czym  powlokłem  się  ku  Baker  Street  i  dalej  do  Regent's  Park. 

Przechodziłem obok szeregu wymarłych skwerów  - w tej chwili przypominam sobie nazwę'tylko 

jednego  z  nich  -  Portman  Square.  Wychodząc  z  Baker  Street  dostrzegłem  w  oddali,  ponad 

background image

str. 115 

 

drzewami,  w  świetle  zachodu  kaptur  olbrzyma  z  Marsa.  Jęk  dobiegał  stamtąd  właśnie.  Nie 

przeraziłem  się.  Widok  ów  wydał  mi  się-  czymś  zupełnie  naturalnym.  Przyglądałem  się  długo. 

Gigant stał bez ruchu i jęczał. .Nie mogłem pojąć, dlaczego tak stoi i krzyczy. 

Usiłowałem  ułożyć  jakiś  plan  działania,  nieprzerwane  to  szlochanie  przeszkadzało  mi 

jednak. Może zaś zbyt byłem zmęczony, aby lękać się czegokolwiek. Z pewnością bardziej byłem 

ciekaw przyczyn tego płaczu, niż przerażony widokiem Machiny Bojowej. Skręciłem w Park Road, 

chcąc  obejść  park  dokoła,  i  posuwając  się  pod  osłoną  domów  wyszedłem  od  strony  St.  John's 

Wood,  by  przyjrzeć  się  stamtąd  jęczącemu  Marsjaninowi.  O  paręset  jardów  od  Baker  Street 

usłyszałem głośne szczekanie i ujrzałem pędzącego w mym kierunku psa z ochłapem czerwonego 

mięsa w pysku. Gnała za nim sfora wynędzniałych kundli. Ominął mnie wielkim łukiem, obawiając 

się widocznie, bym nie odebrał mu smakowitej 

 

zdobyczy. Gdy szczekanie ucichłe w oddali, mocniej rozbrzmiało płaczliwe "ul-la, ul-la, ul-

la, ul-la, ul-la".  

W  pobliżu  dworca  St.  John's  Wood  natknąłem  się  na  zniszczoną  Machinę  Roboczą. 

Wydawało  mi się z początku,  że ulicę przegrodził zwalony  dom.  Dopiero kiedy wspiąłem się na 

ruiny,  ujrzałem  ze  zdziwieniem,  iż  przykrywają  one  zgruchotany  mechanizm  z  pogiętymi  i 

splątanymi  mackami.  Część  przednia  była  zmiażdżona.  Wyglądało  na  to,  że  pędząca  na  oślep 

maszyna wpadła na dom i zginęła pod jego szczątkami. Sądziłem wówczas, że katastrofa nastąpiła 

wskutek  puszczenia  maszyny  samopas.  Zbyt  było  już  ciemno,  by  chodzić  pośród  ruin,  toteż  nie 

dostrzegłem zbryzganej krwią kabiny ani rozszarpanych przez psy szczątków Marsjanina. 

Wstrząśnięty  tym  widokiem  zdążałem  dalej,  ku  Primrose  Hill.  W  oddaleniu  między 

drzewami,  w  kierunku  Ogrodu  Zoologicznego,  stał  drugi,  nieruchomy,  milczący  Marsjanin.  W 

pobliżu rozwalonego domu natknąłem się na Czerwone Zielsko, zaś Kanał Regenta stanowił jedną 

wielką, gąbczastą masę ciemnoczerwonej roślinności. 

Nagle, kiedy wchodziłem na most, dźwięk "ul-la, ul-la, ul-la, ul-la, ul-la" umilkł jak ucięty 

nożem. Cisza uderzyła we mnie niby grom. 

Wysokie, mroczne domy stały przymglone jakieś, rozmazujące się w ciemności. Drzewa w 

parku wydawały się czarne. Wszędzie dokoła pięło się po ruinach niesamowite Czerwone Zielsko, 

ginąc gdzieś w górze, w mroku. Tajemnicza noc schwytała mnie za gardło, dławić poczęły strach i 

groza. Gdy rozbrzmiewał ten głos, można jeszcze było znieść jakoś samotność i opuszczenie, dziki 

niemu Londyn wydawał się nie taki martwy. Ten pozór życia podtrzymywał mnie na duchu. Gdy 

zamilkł, coś się nagle zmieniło, odeszło, sam nie wiedziałem co, i cisza stała się niemal dotykalna. 

Upiorna cisza. 

background image

str. 116 

 

Londyn  wpatrywał  się  we  mnie  oczodołami  pustych,  czarnych  okien.  Wyobraźnia 

ukazywała  tysiące  bezgłośnych,  czyhających  w  mroku  wrogów.  Opanował  mnie.obłędny  strach, 

przeraziłem  się  własnego  zuchwalstwa.  Przede  mną  ulica  była  czarna,  jakby  zalana  smołą,  na 

chodniku  dojrzałem  jakiś  skulony,  czarny  kształt.  Nie  mogłem  uczynić  ani  kroku.  Zawróciłem 

wreszcie i uciekłem co sił od tej ciszy, prosto przed siebie, ku Kilburn. Do świtu niemal kryłem się 

,przed tą nocą w domku jakiegoś dryndziarza przy Harrow Road. Przed wschodem słońca jednak 

odwaga  znów  powróciła  i  jeszcze  gwiazdy  widniały  na  niebie,  gdy  zwróciłem  kroki  ku  Regent's 

Park. Błąkałem się w labiryncie uliczek, aż w końcu dostrze 

głem  w  bladym  świetle  poranka  pagórek  Primrose.  Na  jego  szczycie  stał  spiętrzony  pod 

niebo, wyprostowany i nieruchomy jak tamci - trzeci Marsjanin. 

Powziąłem  szalone  postanowienie.  Zginę  raz  wreszcie  i  skończy  się  to  wszystko.  Mogę 

nawet  oszczędzić  sobie  trudu  samobójstwa.  Podszedłem  niedbale  wprost  ku  olbrzymowi, 

podchodząc zaś ujrzałem 

w coraz jaśniejszym blasku rodzącego się dnia stada krążących wokół kaptura i siedzących 

na nim czarnych ptaków. Na ten widok serce we mnie zabiło żywiej i rzuciłem się naprzód. 

Przedarłem  się  przez  Czerwone  Zielsko  spowijające  St.  Edmund's  Terrace,  przebrnąłem 

zalewający mnie do pół piersi rwący ku Albert Road potok wody z uszkodzonej stacji pomp i wraz 

z  pierwszymi  promieniami  słońca  stanąłem  u  podnóża  zarosłego  trawą  zbocza.  Potężne  wały 

ziemne  okalały  wierzchołek  wzgórza  czyniąc  zeń  niedostępną  twierdzę,  największe  i  zarazem 

ostatnie obozowisko Marsjan na Ziemi. Spoza szańców wzbijała się w niebo wąziutka struga dymu. 

Po  wale  przemknęła  rysująca  się  ostro  na  tle  nieba  sylwetka  psa.  Świtająca  zaledwie  w 

mózgu  mym  myśl  poczęła  nabierać  cech  coraz  większej  pewności.  Biegnąc  pod  górę,  ku 

nieruchomemu potworowi, nie odczuwałem lęku, lecz dzikie, pełne drżenia uniesienie. Z kaptura 

zwisało bezsilne brunatne cielsko, a chmary ptactwa dziobały je i rwały w strzępy. 

W  mgnieniu  oka  wdarłem  się  na  wał  i  stanąłem  na  jego  koronie.  Przede  mną  leżała 

twierdza.  Zajmowała  ogromną  przestrzeń.  Tu  i  ówdzie  stały  wielkie  machin,  leżały  stosy 

przeróżnych  materiałów,  gdzieniegdzie  widać  było  dziwne  jakieś,  podobne  do  ziemianek, 

schronienia.  Dokoła  zaś,  rozrzuceni  po  całej  twierdzy,  jedni  w  obalonych  Machinach  Bojowych, 

inni  w  kabinach  bezczynnych  już  Machin  Roboczych,  jeszcze  inni  leżąc  rzędem,  sztywno  i 

nieruchomo  -  spoczywali  Marsjanie,  martwi,  zabici  przez  chorobotwórcze  i  gnilne  bakterie,  z 

którymi nie umiały walczyć ich organizmy. Zginęli, jak zginęło po nich Czerwone Zielsko. Zginęli, 

gdy  zawiodła  cała  potęga  człowieka,  zgładzeni  przez  malutkie,  niewidoczne  stworzonka,  które 

mądrość Boża ustanowiła na ziemi. 

background image

str. 117 

 

Stało  się  to,  co  i  ja,  i  wielu  z  nas  mogłoby  przewidzieć,  gdyby  umysłów  naszych  nie 

zaślepiło  przerażenie  i  groza.  Ludzkość  olbrzymią  spłaciła  daninę  od  pierwszego  dnia  swego 

istnienia  tym  drobniutkim  istotkom.  Dzięki  jednak  doborowi  naturalnemu  rodzaj  ludzki  nabył 

wielkiej odporności. Nigdy nie ulegaliśmy bez walki, toteż wiele spośród nich; przede wszystkim 

zaś te, które wywołują gnicie ciał martwych, nie mogą dziś już nam szkodzić. Na.Marsie jednak nie 

ma bakterii, zaledwie więc najeźdźcy 

 

stanęli  na  Ziemi,  zaledwie  odetchnęli  ziemskim  powietrzem  i  przyjęli  ziemski  pokarm, 

natychmiast  nasi  mikroskopijni  sojusznicy  poczęli  gotować  im  nieuchronną  zgubę.  Gdy  po  raz 

pierwszy  patrzyłem  na  nich,  już  wówczas  byli  nieodwołalnie  skazani,  umierali  i  rozkładali  się 

nawet  będąc  w  stałym  ruchu.  Los  ich  był  przesądzony.  Miliardami  śmierci  opłacił  człowiek  swe 

prawo  do  Ziemi  i  nikomu  go  nie  odstąpi;  utrzymałby  je  wówczas  nawet,  gdyby  Marsjanie 

dziesięćkroć byli potężniejsi. Bo człowiek żyje i umiera nie na próżno. 

Leżeli, rozrzuceni tu i tam, pięćdziesięciu chyba, w wyrytej przez siebie samych ogromnej 

mogile, dotknięci śmiercią najbardziej chyba dla nich ze wszystkich rodzajów śmierci niepojętą. Ja 

zaś  widziałem  jedno  tylko  oto  leżały  przede  mną  martwe  istoty,  tak  straszliwe  za  życia  dla 

ludzkości. Uwierzyłem na chwilę, że to Bóg użalił się nad nami i zesłał tej nocy na Ziemię anioła 

śmierci. 

Stałem  wpatrując  się  w  jamę  z  sercem  bijącym  radością,  zaś  promienie  wschodzącego 

słońca zapalały dokoła światła poranka. W jamie panował jeszcze półmrok; potężne mechanizmy, 

tak  wielkie  i  niezwykłe  w  swej  a  mocy  i  złożoności,  tak  nieziemskie  w  dziwacznych  swych 

kształtach, wyłaniały się powoli z cienia - złowróżbne, niesamowite, obce. Słychać było, jak sfora 

psów walczy o rozpostarte w mrocznej głębi u mych stóp martwe cielska. 

Na przeciwległym krańcu jamy leżała wielka, płaska, szeroka Machina Latająca, której nie 

zdążyli  już  wypróbować  w  gęstej  ziemskiej  atmosferze.  Śmierć  nadeszła  w  sam  czas.  Krakanie 

przyciągnęło mój wzrok ku ogromnej Machinie Bojowej, która już nigdy nie miała wziąć udziału w 

żadnym  boju,  ku  szarpanym  dziobami  i  ptactwa  krwawym  ochłapom  zaściełającym  wnętrze 

kaptura na szczycie wzgórza Primrose. 

Odwróciłem  się  i  spojrzałem  w  dół,  gdzie  wiry  ptasie  okalały  tamtych  dwu,  na  których 

śmierć patrzyłem wczoraj. Jeden umierał przywołując swych towarzyszy; być może głosił światu 

samotną swą mękę, konając ostatni, dopóki maszyneria nie odmówiła mu posłuszeństwa. W blasku 

rodzącego się słońca połyskiwały bezsilne już trójnogie wieże z lśniącego metalu. 

background image

str. 118 

 

Dokoła  jamy  zaś,  jakby  cudem  ocalałe  od  straszliwej  zagłady,  leżało  miasto.  Ci,  którzy 

znają Londyn spowity w chmury posępnych dymów, z trudem tylko potrafią wyobrazić sobie nagą 

czystość i piękno głuchej ciszy tego oceanu domów. 

Na  wschodzie,  ponad  czarnymi  ruinami  Albert  Terrace  i  rozszczepioną  wieżycą  kościoła, 

płonęło na bezchmurnym niebie oślepiające słońce. 

Gdzieniegdzie w gęstwinie dachów lśniły białymi iskrami odbijając jego promienie tafelki 

szyb. W blasku tym pięknie i tajemniczo wyglądał nawet sklepiony skład win koło dworca Chalk 

Farm,  wielkie  zajezdnie  kolejowe,  pocięte  czarnymi  zazwyczaj,  a  dziś,  po  dwutygodniowej 

przerwie, czerwonymi od rdzy pręgami torów. 

Na  północy  leżały  błękitne,  zatłoczone  domami  Kilburn  i  Hampstead;  zachodnia  część 

miasta  kryła  się  w  mgiełce,  zaś  na  południu,  w  dali,  poza  Marsjanami,  falowała  w  słońcu  zieleń 

Regent's  Park,  jaśniały  hotel  Langham,  kopuła  Albert  Hall,  Instytut  Imperialny  i  wysokie 

domostwa przy  Brompton Road, dalej zaś rysowały się mgliście poszarpane ruiny Westminsteru. 

W  błękitnej  dali  wznosiły  się  pagórki  Surrey,  a  wieżyce  Kryształowego  Pałacu  połyskiwały  jak 

dwa srebrzyste groty. Ciemną plamą wznosiła się w blasku słońca kopuła katedry św. Pawła i teraz 

dopiero spostrzegłem, iż jest uszkodzona, że z jednej strony zieje w niej głęboka wyrwa. 

Spoglądając na tę niezmierzoną przestrzeń usianą domami, fabrykami i świątyniami, cichą 

teraz  i  opustoszałą,  dumałem  o  wszystkich  nadziejach  i  wysiłkach,  o  niezliczonych  zastępach 

istnień ludzkich, które złożyły się na powstanie tego skupiska, dumałem o bezlitosnym zniszczeniu, 

jakie  nad  nim  zawisło.  Kiedy  pojąłem,  że  cień  zagłady  rozwiał  się  już,  że  moje  ukochane, 

olbrzymie, martwe w tej chwili miasto może znów ożyć i odzyskać swą wielkość, wzruszyłem się 

do łez nieomal 

Nawałnica  ucichła.  Zdrowie  od  dzisiaj  już  zaczynało  powracać.  Ci,  którzy  przeżyli,  choć 

rozproszeni po całym kraju, choć pozbawieni przywódców, praw, żywności, jak owce bez pasterza, 

te  tysiące,  które  uszły  za  morza  -  mogą  już  powracać;  znów  wymarłe  dziś  ulice  i  opuszczone 

skwery  zapulsują  życiem.  Chociaż  wielkiego  dokonała  zniszczenia  -  rękę  niszczyciela 

powstrzymano.  Wszystkie  te  upiorne  ruiny,  wszystkie  sczerniałe  szkielety  domów  patrzące 

złowrogo  na  słoneczną  zieleń  pagórka  mogą  wkrótce  już  wypełnić  się  gwarem  odbudowy, 

stukotem młotków i kielni. Na tę myśl wzniosłem dłonie ku niebu i zacząłem dziękować Bogu. Za 

rok, myślałem, za rok... 

I wtedy, dopiero wtedy przygniotła mnie myśl o sobie, o żonie, o dawnym, pełnym nadziei i 

uroku życiu, które odeszło na zawsze. 

 

9 Ocaleni z rozbicia 

background image

str. 119 

 

 

Teraz nastąpi najdziwniejsza może część mego opowiadania. Choć z drugiej strony nie jest 

ona aż tak bardzo znów dziwaczna. Pamiętam jasno, żywo i dokładnie wszystko, co nastąpiło tego 

dnia, do chwili gdy stanąłem na szczycie wzgórza Primrose płacząc i chwaląc Pana. Potem zaś nie 

pamiętam nic już więcej. 

O trzech następnych dniach nie wiem nic zgoła. Później dopiero dowiedziałem się, że nie ja 

pierwszy  odkryłem  zgubę  Marsjan;  że  już  w  nocy  dokonało  tego  kilku  podobnych  do  mnie 

wędrowców. Pierwszy z nich, gdy ja kryłem się w domku dorożkarza, popędził do St: Martin's - le 

-  Grand  i  zadepeszował  do  Paryża.  Stamtąd  radosna  wieść  pomknęła  w  świat  i  tysiące  miast  i 

miasteczek zmartwiałych w koszmarnym wyczekiwaniu ożyło gorączką radości; gdy ja stałem nad 

jamą, o zagładzie Marsjan wiedziano już w Dublinie, Edynburgu, Manchesterze i  Birminghamie. 

Ludzie  płacząc  i  krzycząc  z  radości  rzucali  pracę,  padali  sobie  w  objęcia,  by  po  chwili  pędzić  z 

krzykiem  na  dworzec  i  pchać  się  do  szczelnie  wypełnionych,  zdążających  z  całego  kraju  ku 

Londynowi pociągów. 

Dzwony kościelne, zamilkłe dwa tygodnie temu, ożyły teraz i przesyłając radosne posłanie 

rozdzwoniły całą Anglię. Wychudli, brudni, zmęczeni ludzie podążali wszystkimi drogami, pieszo, 

na  bicyklach;  wozami,  rozgłaszając  radosnym  zgiełkiem  wieść  o  niespodzianym  ocaleniu.  A 

żywność! Przez kanał La Manche, przez Morze Irlandzkie, przez Atlantyk płynął strumień ziarna, 

chleba i mięsa. Zdawało się, że wszystkie okręty świata skierowano do Londynu. Ja jednak nic z 

tego  nie  pamiętam.  Błąkałem  się  bez  celu  jak  oszalały.  Znalazłem  się  wreszcie  wśród  dobrych 

jakichś  ludzi,  którzy  napotkali  mnie  na  trzeci  dzień,  płaczącego  i  nieprzytomnego,  krążącego 

uliczkami w pobliżu St. John's Wood. Opowiadali mi później, że wyśpiewywałem coś bez sensu o 

"ostatnim  żyjącym  człowieku".  Mając  niemało  własnych  kłopotów,  ludzie  ci,  których  nazwiska 

nawet  nie  mogę  tu  przytoczyć,  choć  usilnie  pragnę  wyrazić  im  swą  wdzięczność,  zajęli  się  mną 

troskliwie, przygarnęli i uchronili przed samym sobą. Najwidoczniej też dowiedzieli się coś niecoś 

o tym, co przeszedłem, z mych półprzytomnych słów. 

Gdy  wróciłem  już  całkowicie  do  zmysłów,  opowiedzieli  mi  bardzo  ostrożnie  to,  czego 

udało im się tymczasem dowiedzieć o losie Leatherhead. Dwa dni po mym uwięzieniu zostało ono 

zniszczone przez Marsjan, przy czym nikt nie ocalał. Zmietli je po prostu z powierzchni Ziemi, ot 

tak 

sobie,  bez  żadnej  przyczyny,  jak  chłopcy,  którzy  z  nadmiaru  sił  żywotnych  rozwalają 

czasem mrowisko. 

Zostałem więc samotny, oni zaś byli dla mnie dobrzy. Byłem sam i bardzo smutny, oni zaś 

opiekowali się mną. Po  powrocie do zdrowia pozostałem  u nich jeszcze przez cztery dni.  Ciągle 

background image

str. 120 

 

jednak czułem, że pcha mnie jakaś siła, by choć raz jeszcze spojrzeć na szczątki życia, które tak 

przecież niedawno wydawało mi się jasne i szczęśliwe. Usiłowali powstrzymać mnie. Było to, ich 

zdaniem,  niepotrzebne rozdrapywanie nie zaschłych jeszcze ran. Robili, co było  w ich mocy, aby 

odwrócić me chorobliwe myśli od tej wyprawy w przeszłość. W końcu nie mogłem jednak oprzeć 

się ślepemu  -nakazowi wewnętrznemu  i; obiecując niezawodnie powrócić, opuściłem ze łzami w 

oczach  mych  czterodniowych  przyjaciół,  by  znów  wyjść  na  puste  tak  jeszcze  niedawno,  obce  i 

nieme ulice. 

Teraz przepełniał je tłum powracających. Miejscami sklepy były otwarte, widziałem nawet 

wodę zdatną do picia, bijącą z ulicznych wodotrysków" 

Pamiętam,  jak  szyderczo  jaśniało  słońce,  gdy.  rozpoczynałem  smutną  tną  pielgrzymkę  do 

domku  w  Woking,  jakie  ożywione,  ruchliwe  było  miasto  dokoła.  Uwijało  się  tu  takie  mnóstwo 

zajętych czymś,  ludzi, że niewiarygodną .wprost wydawała się niedawna śmierć tylu  ich tysięcy. 

Twarze były pożółkłe, włosy w nieładzie, oczy szeroko rozwarte i jakby wyblakłe, większość zaś 

odziana  była  w  łachmany.  Lecz  na  wszystkich  tych  twarzach,  we  wszystkich  oczach  dwa 

wyczytałbyś tylko uczucia: podniecenia i zawziętej energii - lub posępnej determinacji. Gdyby nie 

to,  Londyn  byłby  w  tych  dniach  miastem  włóczęgów.  Na  ulicach  rozdzielano  hojnie  chleb 

nadesłany  z  Francji.  Nielicznym  koniom  znać  było  wszystkie  żebra.  Na  rogach  ulic  stali  już 

policjanci. Zniszczenia poczynione przez  Marsjan ujrzałem dopiero na ulicy Wellingtona, tam też 

spostrzegłem Czerwone Zielsko pnące się po filarach mostu Waterloo. 

U  wejścia  na  most  zauważyłem,  jakże  charakterystyczny  dla  tych  groteskowych  dni, 

dziwaczny obrazek. Do gęstwy Czerwonego Zielska przypięty był patykiem arkusz papieru, świeżo 

wydany  numer  Daily  Mail,  pierwszy,  jaki  ukazał  się  po  wielu  dniach  przerwy.  Znalazłem  w 

kieszeni  sczerniałego  szylinga  i  kupiłem  gazetę.  Wydawca  nie  zapełnił  całego  numeru,  większa 

część  szpalt  pozostała  nie  zadrukowana,  ostatnią  zaś  stronę  wypełniały  dawne  jeszcze  reklamy  i 

ogłoszenia.  W  gazecie  znalazłem  jedynie  oddane  drukiem  wrażenia  piszącego,  agencje  prasowe 

widocznie  nie  podjęły  jeszcze  pracy.  Nie  dowiedziałem  się  niczego  nowego  ponad  to,  że  już  po 

tygodniu badań prowadzonych nad maszynami Mars 

 

jan osiągnięto zadziwiające wyniki. Artykuły zapewniały między innymi, w co zresztą nie 

uwierzyłem,  że  poznano  już  tajemnicę  lotu.  7.  dworca  Waterloo  odchodziły  pociągi  przewożące 

bezpłatnie ludność do domów. Pierwsza fala powracających spłynęła już parę dni temu. W pociągu 

niewielu  było  pasażerów,  ja  zaś  nie  miałem  nastroju  do  rozmów,  toteż  usiadłem  w  pustym 

przedziale i patrzyłem, skrzyżowawszy ręce na piersiach, na mknącą za oknem, skąpaną w słońcu 

panoramę  zniszczeń.  Tuż  za  stacją  pociąg  biegł  powoli  po  prowizorycznie  ułożonych  torach,  po 

background image

str. 121 

 

obu  zaś  stronach  ciągnęły  się  sczerniałe  ruiny  domów.  Aż  do  Clapham,  mimo  dwudniowego 

deszczu i burzy, Londyn pokryty był osadem Czarnego Dymu: W Clapham tory były uszkodzone. 

Setki  bezrobotnych  sklepikarzy  i  urzędników  ramię  w  ramię  z  kolejarzami  trudziło  się  przy  ich 

naprawie, my zaś podskakiwaliśmy na złączach pośpiesznie ułożonych. szyn. 

Cała okolica wzdłuż toru wyglądała niezwykle i smętnie. Wimbledon ucierpiał szczególnie. 

Najmniej, zdawało się, ucierpiał Walton, przynajmniej las otaczający go nie był spalony. Rzeczki 

Wandle i Mole, a także każdy, najmniejszy nawet strumyczek, ginęły w zwartej masie Czerwonego 

Zielska,  to  podobnego  do  stosu  mięsiwa  w  jatce,  to  znów  do  poszatkowanej  fioletowej  kapusty. 

Sosnowe  lasy  Surrey  wydawały  się  uschłe,  tak  rozpleniło  się  tam  Czerwone  Pnącze.  Za 

Wimbledonem, w pobliżu toru, widać było zwały ziemi wokół szóstego walca. Stało tam mnóstwo 

ludzi  przyglądających  się  pracy  saperów.  Nad  nimi  trzepotała  wesoło  na  porannym  wietrzyku 

chorągiew  narodowa.  Całą  okolicę  pokrywała  karmazynowa  roślinność,  rażąc  boleśnie  oko 

purpurowym odcieniem. Spojrzenie umęczone nieustanną szarzyzną zgliszcz i posępną czerwienią 

roślin szukało ukojenia w łagodnych zarysach odległych, błękitnoszmaragdowych wzgórz. 

Dojazd  do  Woking  od  strony  Londynu  nie  został  jeszcze  naprawiony,  toteż  wysiadłem  w 

Byfleet  i  poszedłem  gościńcem  do  Maybury.  Minąłem  po  drodze  miejsce,  gdzie  rozmawialiśmy 

wraz  z  artylerzystą  z  patrolem  huzarów,  potem  to,  w  którym  ujrzałem  wśród  burzy  pierwszego 

Marsjanina  w  Bojowej  Machinie.  Pchnięty  ciekawością  zboczyłem  nieco,  by  w  plątaninie 

czerwonego  listowia  odnaleźć  przewróconą  bryczkę  i  zbielałe,  obgryzione,  rozwleczone  dokoła 

końskie kości. Długo przyglądałem się tym szczątkom... 

Zagłębiłem  się  w  las  i  brnąc  miejscami  po  szyję  w  Czerwonym  Zielsku  zobaczyłem,  iż 

oberżysta  został  już  pochowany;  mijając  College  Arms  zbliżyłem  się  wreszcie  do  domu.  Jakiś 

stojący w rozwartych drzwiach swej willi mężczyzna powitał mnie, gdy go mijałem, po nazwisku. 

Rzuciłem  na  nasz  domek  pełne  nadziei  spojrzenie,  zgasła  ona  jednak  natychmiast.  Drzwi 

były wyważone, nie domknięte i podchodząc dostrzegłem,jak porusza nimi i trzaska przeciąg. 

W  otwartym  oknie  gabinetu,  przez  które  wyglądałem  wówczas,  aż  do  świtu,  wraz  z 

artylerzystą,  powiewały  franki.  Nikt  od  tego  czasu  go  nie  zamknął.  Połamane  krzewy  wyglądały 

tak samo jak wtedy, cztery bez mała tygodnie temu, gdy odchodziłem. Wszedłem do przedpokoju 

po to tylko, by wszystkimi zmysłami odczuć beznadziejną pustkę domu. Chodnik na schodach, tam 

gdzie przemoczony burzą siedziałem bezsilnie w ową okropną noc, zgnieciony był i wyplamiony. 

Na stopniach zachowały się ślady naszych zabłoconych stóp. 

Poszedłem na górę, do gabinetu. Na biurku znalazłem pod przyciskiem arkusz papieru, na 

którym  kreśliłem  mą  rozprawkę  w  tym  właśnie  dniu,  gdy  otworzył  się  pierwszy  walec.  Długo 

stałem odczytując po wielekroć dawno już zapomniane zdania. Pisałem wówczas o tym, jak będzie 

background image

str. 122 

 

prawdopodobnie  rozwijać  się  nasza  moralność  w  miarę  rozwoju  cywilizacji;  ostatnie  zaś  słowa 

były początkiem przepowiedni: "Za jakieś dwieście lat" napisałem "możemy oczekiwać..." w tym 

miejscu zdanie urywało się. Wspomniałem, jak nie udawało mi się tamtego dnia skupić myśli i jak 

rzuciłem  wszystko  i  zbiegłem  na  dół,  by  nabyć  u  gazeciarza  Daily  Chronicle.  Wspomniałem,  jak 

pędziłem  do  furtki,  gdy  nadchodził,  i  jak  słuchałem  dziwacznej  historii  o  "ludziach  z  Marsa". 

Zszedłem  na  dół  i  stanąłem  w  jadalni.  Na  stole  leżał  chleb  i  baranina  zupełnie  już  zepsuta,  i 

przewrócona butelka od piwa, zupełnie tak samo, jak pozostawiliśmy je z artylerzystą wychodząc z 

domu.  Mieszkanie  było  puste.  Pojąłem,  jakim  szaleństwem  była  tak  długo  piastowana  nikła 

nadzieja. Raptem zaszło coś dziwnego. 

- To nie ma przecież sensu - rozległ się czyjś głos- dom jest opuszczony. Już od dawna nie 

ma w nim nikogo. Zostawać tu byłoby tylko niepotrzebną męką. Nikt prócz ciebie nie ocalał. 

Zadrżałem. Czy to  ja sam  myślałem na  głos? Zwróciłem  się ku szerokiemu  francuskiemu 

oknu, wychodzącemu do ogrodu, zbliżyłem się doń i wyjrzałem. 

I  oto  nie  mniej  ode  mnie  zdziwieni  i  zalęknieni  stali  tam  kuzyn  mój  i  żona  -  pobladła  - 

powstrzymująca łzy. Na mój widok krzyknęła słabo. 

- Wróciłam - wyszeptała - ja wiedziałam... wiedziałam... 

Palce jej dotknęły szyi, zachwiała się. Przypadłem do niej i pochwyciłem w ramiona. 

 

10 Epilog 

Mogę tylko żałować; iż teraz, kończąc już mą opowieść, tak niewiele wniosłem do dyskusji 

nad  licznymi  nie  rozwiązanymi,  jak  dotąd,  zagadnieniami.  Krytyk  obawiam  się  z  jednego  tylko 

względu.  Oto  właściwą  mą  dziedziną  jest  filozofia.  Wiedzę  o  fizjologii  porównawczej 

zaczerpnąłem  z  paru  zaledwie  książek,  lecz  twierdzenia  Carvera  o  przyczynach  nagłej  zguby 

Marsjan  wydają  się  tak  prawdopodobne,  iż  mogą  być  uznane  za  pewnik.  Stwierdziłem  to  już 

zresztą w toku opowiadania. 

W  każdym  razie  w  ciałach  Marsjan  badanych  po  wojnie  nie  wykryto  żadnych  innych 

drobnoustrojów  prócz  gatunków  znanych,  dotychczas  na  Ziemi.  To,  że  przybysze  nie  grzebali 

swych zmarłych, jak i to, że niedbale obchodzili się ze zwłokami mordowanych przez siebie ofiar, 

również wskazuje na całkowitą nieznajomość procesów gnilnych. Trzeba jednak stwierdzić, iż przy 

całym swym prawdopodobieństwie wnioski te nie zostały, jak dotąd, naukowo potwierdzone. 

Nie  jest  również  znany  skład  chemiczny  Czarnego  Dymu  używanego  z  tak  straszliwym 

skutkiem przez Marsjan. Zagadką pozostało także i źródło Snopa Gorąca. Okropne wypadki, jakie 

wydarzyły się w laboratoriach w Ealing i South Kensington, powstrzymały fizyków od dalszych.z 

nimi  doświadczeń.  Analiza  spektralna  czarnego  pyłu  wykazała  nieomylnie  obecność  nieznanego 

background image

str. 123 

 

pierwiastka, dającego trzy lśniące linie w zielonym polu widma, przy czym możliwe jest, iż łączy 

się  on  z  argonem  wytwarzając  związek  oddziałujący  zabójczo  na  któryś  ze  składników  krwi.  Te 

jednak nie udokumentowane niczym rozważania nie zainteresują zapewne zwykłego czytelnika, dla 

którego  przeznaczyłem  tę  opowieść.  Nie  zbadano  również  brązowej  piany  spływającej  do  morza 

Tamizą po zniszczeniu Machiny Bojowej pod Shepperton, teraz zaś jest już oczywiście za późno. 

Wyniki  badań  anatomicznych  resztek  Marsjan  pozostawionych  przez  wygłodniałe  psy 

przedstawiłem  już  wcześniej.  Każdy  jednak  może  zapoznać  się  ze  wspaniale  zachowanym  w 

spirytusie,  nie  uszkodzonym  okazem  w  Muzeum  Przyrodniczym  jak  również  z  niezliczonymi 

rysunkami i fotografiami tego okazu; dla fizjologii zaś dane te są najzupełniej wystarczające. ' 

Znacznie  ważniejsze  i  ogólniejsze  natomiast  jest  pytanie,  -czy  należy  liczyć  się  z 

możliwością  ponownego  najazdu  Marsjan.  Nie  wydaje  mi  się,  by  sprawie  tej  poświęcono,  jak 

dotąd, należytą uwagę. W tej chwili.odle 

głość od Marsa jest ogromna, przy każdej jednak opozycji ja przynajmniej oczekuję nowych 

z  ich  strony  prób.  W  każdym  zaś  razie  winniśmy  być  do  tego  przygotowani.  Sądzę,  że  da  się  z 

wielką dokładnością ustalić położenie działa, które oddało wówczas tych kilka strzałów, i bacznie 

obserwować tę część-planety, by zawczasu przygotować się na przyjęcie następnego napadu. 

Można by wówczas zniszczyć środkami wybuchowymi i za pomocą artylerii walce, jeszcze 

zanim  ostygną  na  tyle,  by  Marsjanie  mogli  się  z  nich  wydostać,  lub  też  wybić  ich  za  pomocą 

granatów  natychmiast  po  odkręceniu  się  śruby.  Wydaje  mi  się,  że  stracili  oni  jednak,  i  to 

bezpowrotnie,  tę  wielką  nad  nami  przewagę,  jaką  dało  im  przy  pierwszym  na  nas  najeździe 

zaskoczenie. Być może, iż pogląd ich jest podobny do mego. 

Lessing ma dostateczne podstawy, by twierdzić, iż Marsjanom udało się dokonać lądowania 

na  Wenus.  Przed  siedmiu  miesiącami  Mars  był  w  opozycji  z  tą  planetą  i  wówczas  to  właśnie 

astronomowie  dostrzegli  na  nie  oświetlonej  jej  części,  zwróconej  ku  Marsowi,  szczególne 

sinusoidalnego  kształtu  znaki  świetlne  i  równocześnie  niemal  takie  same  znaki  dostrzeżono  na 

fotografiach  Marsa.  Wystarczy  porównać  zdjęcia  obu  tych  tarcz,  aby  zadziwiające  podobieństwo 

znaków stało się zupełnie oczywiste. 

W każdym bądź razie, czy możemy spodziewać się ponownego najazdu, czy też nie - nasz 

pogląd  na  przyszłe  losy  ludzkości  musi  pod  wpływem  niedawnych  wypadków  ulec  gruntownej 

zmianie.  Nauczyły  nas  one,  że  nie  wolno  uważać  naszego  globu  za  całkowicie  bezpieczne 

schronienie; nigdy przecież nie da się przewidzieć, jakie nieznane, dobre czy złe, istoty mogą spaść 

do nas z międzyplanetarnych przestrzeni. Można jednak stwierdzić, iż w ostatecznym rozrachunku 

najazd  Marsjan  przyniósł  ludzkości  wiele  korzyści.  Odebrał  nam  bowiem  to  nieuzasadnione 

zadufanie, które zazwyczaj staje się przyczyną upadku. Przyniósł również w darze naszej wiedzy 

background image

str. 124 

 

rzeczy nowe i niezwykłe i przyczynił się do poważnego wzrostu poczucia wspólnoty na Ziemi. Być 

może, iż poprzez gwiezdne przestrzenie Marsjanie widzieli los swych wysłanników i dobrze pojęli 

tę  lekcję,  być  może  także,  iż  na  Wenus  znaleźli  bardziej  sprzyjające  warunki  bytowania.  Niech 

sobie zresztą będzie, co chce, lecz przez wiele jeszcze lat nie zniknie napięcie, z jakim obserwować 

będą tu, na Ziemi, tarczę Marsa i spadające gwiazdy, które w tamtych okrutnych dniach przyniosły 

ludzkości tyle nieszczęść. 

Trudno  również  przecenić  wpływ  najazdu  na  rozszerzenie  się  naszych  .horyzontów 

myślowych. Zanim pierwszy walec spadł na Ziemię, panowało ogólne przeświadczenie, iż w całym 

nieobjętym wszechświecie tylko 

 

na malutkiej naszej Ziemi kwitnie życie. Dziś wiemy już znacznie więcej. Jeśli Marsjanie 

potrafili  dotrzeć  do  Wenus,  nie  ma  podstaw,  by  sądzić,  że  nie  potrafi  dokonać  tego  także  i 

człowiek, gdy zaś powolne stygnięcie Słońca sprawi, iż na Ziemi nie będzie już można żyć dłużej, 

co przecież nieuchronnie musi kiedyś nastąpić, być może trzeba będzie przenieść potok ziemskiego 

życia na siostrzaną planetę. Czy dokonamy tego? 

Mglista  i  wspaniała  jest  wizja,  jaką  stworzył  mój  umysł,  wizja  życia  przenoszonego 

stopniowo  z  malutkiego  zarodka,  jakim  jest  nasz  Układ  Słoneczny,  aż  w  najodleglejsze  krańce 

wszechświata.  Odległe  to  jeszcze  marzenie.  Ż  drugiej  jednak  strony  niewykluczone,  iż  zagłada 

pierwszych Marsjan odroczyła tylko naszą zgubę. Do nich, być może, nie do nas należy przyszłość. 

Muszę  wyznać,  iż  groza  i  burzliwość  tamtych  czasów  pozostawiły  w  mym  umyśle 

zwątpienie  i  niepewność.  Bywa,  iż  siedząc  przy  świetle  lampy  nad  pracą  w  cichym  gabinecie, 

dostrzegam  gdzieś  w  dole,  przed  sobą,  rozległą  równinę  pokrytą  wijącymi  się  płomieniami,  za 

plecami  zaś  czuję  pustkę  i  samotność  domu.  Wychodzę  na  gościniec  do  Byfleet,  mijają  mnie 

pojazdy, wóz rzeźnika, bryczka pełna gości, robotnik na rowerze, dzieciaki idące do szkoły i nagle 

wszystko  to  roztapia  się  we  mgle,  staje  się  nierzeczywiste  i  wydaje  mi  się,  że  idę  z  artylerzystą 

przez upalną, pustą ciszę. Nocami widuję czarny kurz pokrywający ulice i poskręcane dziwacznie, 

spowite  kirem  pyłu  trupy.  Schodzą  się  całymi  gromadami,  straszne,  poszarpane  przez  psy, 

mamroczą coś obłąkańczo, blade, okropne 

,  ja  zaś  budzę  się  zmęczony,  zlany  potem,  wpatrzony  niewidzącymi  oczami  w  ciemność 

nocy. 

Jadę  do  Londynu  i  ruchliwe,  pełne  życia  Fleet  Street  i  Strand  znów  widzę  jako  ciche, 

wymarłe  zaułki.  Snują  się  wokół  upiory  przeszłości,  martwe  cienie,  szydzące  z  ożywionego  dziś 

miasta.  Jak  dziwnie  jest  stanąć  na  szczycie  wzgórza  Primrose,  a  uczyniłem  to  właśnie  wczoraj, 

przed napisaniem tego rozdziału, i patrzeć na morze domków spowite niebieską mgiełką dymów, 

background image

str. 125 

 

zlewające  się  z  chmurnym,  nawisłem  nisko  niebem,  patrzeć  na  spacerujących  beztrosko  pośród 

kwietników ludzi, na gapiów podziwiających do dziś stojące tam machiny Marsjan, przysłuchiwać 

się  hałaśliwym  igraszkom  dzieci  i  wspominać  chwile,  gdy  patrzyłem  na  Londyn,  taki  jasny,  tak 

wyraźnie widoczny, taki pusty i cichy w tamtym, rodzącym się, wielkim dniu. 

Najdziwniejsze zaś - to móc znowu trzymać dłoń mej żony i wspominać chwile, gdy oboje 

myśleliśmy o sobie jako o ludziach martwych. 

 

 

Spis rzeczy 

Księga pierwsza  

Przybycie Marsjan 

1 W przededniu wojny . . . . . . . . . . . . . . . . . 7  

2 Spadająca gwiazda . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12  

3 Żwirowisko pod Horsell. . . . . . . . . . . . . . . 15  

4 Walec otwiera się . . . . . . . . . . . . . . . . . . 17  

5 Snop Gorąca . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20  

6 Snop Gorąca na gościńcu do Cobham. . .- . . . . : 23  

7 Jak dotarłem do domu . . . . . . . . . . . . . . . 25  

8 Piątkowa noc. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 28  

9 Walka rozpoczyna się . . . . . . . . . . . . . . . . 30  

10 Nawałnica . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 35  

11 U okna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 40  

12 Co widziałem z zagłady Weybridge i Sheppertonu 44  

13 Jak spotkałem się z wikarym . . . . . . . . . . . . 52  

14 W Londynie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 57  

15 Co stało się w Surrey . . . . . . . . . . . . . . . . 65  

16 Ucieczka z Londynu. . . . . . . . . . . . . . . . . 71  

17 Dziecię Gromu. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 81  

Księga druga 

Ziemia we władzy Marsjan 

1 Zdeptani . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 90  

2 Co widzieliśmy z ukrycia w ruinach. . . . . . . . 96  

3 Dni więzienne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 103  

4 Śmierć wikarego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 108  

background image

str. 126 

 

5 Cisza . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 111  

6 Trud dni piętnastu. . . . . . . . . . . . . . . . . . 113  

7 Człowiek ze wzgórza pod Putney . . . . . . . . 116  

8 Londyn wymarły. . . .  . . . . . . . 129  

9 Ocaleni z rozbicia . . . . . . . . 136  

10 Epilog . . . . . . . . . . . . . 140 

 

 

(scaned by MarcinW®)