Terry Pratchett
Nomów Księga Odlotu
Księga trzecia sagi o nomach
* * *
Jak się okazuje statek, na pokładzie którego nomy dawno temu przybyły na Ziemię,
ciągle czeka na orbicie, by zabrać ich do domu, gdziekolwiek by on był. Jak
skontaktować się ze statkiem, wie tylko jeden Masklin.
Trzeba się mianowicie udać na Florydę - gdziekolwiek by to było - i dostać się na
satelitę telekomunikacyjnego - cokolwiek to jest - który ma właśnie zostać
wystrzelony. NiemoŜliwe? Zapewne, tyle Ŝe Masklin o tym nie wie...
* * *
Na początku
...był Arnold Bros (zał. 1905), czyli wielki dom towarowy.
Albo inaczej rzecz ujmując, dom dla dwóch tysięcy nomów - jak sami siebie nazywali
- które dawno temu zrezygnowały z Ŝycia na świeŜym powietrzu i osiedliły się u ludzi
pod podłogą. WaŜne było, Ŝe pod podłogą, z ludźmi zaś nie mieli do czynienia, bo
ludzie byli duzi, powolni i głupi.
Za to nomy Ŝyły szybko - dla nich dziesięć lat to prawie stulecie, a poniewaŜ w
Sklepie mieszkały ponad osiemdziesiąt lat, dawno temu juŜ zapomniały, co to słońce,
deszcz czy wiatr. Był jedynie Sklep, stworzony przez legendarnego Arnolda Brosa
(zał. 1905), jako Właściwe Miejsce dla nomów.
A potem z Zewnątrz do Sklepu przybył Masklin i jego grupa. Z Zewnątrz, które
zresztą dla sklepowych nomów nie istniało. Masklin i pozostali dobrze wiedzieli, co
to deszcz i wiatr: wiedzieli aŜ za dobrze i dlatego próbowali Ŝyć gdzieś, gdzie ich nie
było.
Przywieźli ze sobą Rzecz, którą przez pokolenia uznawano za talizman przynoszący
szczęście. Dopiero w Sklepie, w pobliŜu prądu elektrycznego Rzecz się obudziła i
wybranym zaczęła opowiadać historie, które ledwie im się w głowach mieściły...
OtóŜ dowiedzieli się, Ŝe pochodzą z gwiazd, skąd przylecieli na pokładzie jakiegoś
statku, i Ŝe ten statek czeka gdzieś w górze, mimo iŜ minęły juŜ tysiące lat. Czeka, by
ich zabrać do Domu...
Dowiedzieli się takŜe, Ŝe Sklep ma za trzy tygodnie zostać zniszczony.
Co Masklin musiał wymyślić, jak przekonywać i co mówić, a czego nie wyjawiać,
Ŝ
eby wszyscy opuścili Sklep w ukradzionej cięŜarówce, to wszystko opisano w
„Nomów Księdze Wyjścia”.
Dotarli do opuszczonego kamieniołomu: przez krótki czas sprawy miały się całkiem
dobrze. Ale jak się ma cztery cale wzrostu i mieszka w świecie olbrzymów, to sprawy
nigdy za długo nie wyglądają dobrze. ToteŜ wkrótce okazało się, Ŝe ludzie chcą
ponownie uruchomić kamieniołom.
Z fragmentu gazety zaś dowiedzieli się, Ŝe istnieje Richard Arnold - Wnuk
załoŜyciela Sklepu. Albo jednego z braci, którzy go załoŜyli, jak twierdzili niektórzy.
W gazecie było nawet jego zdjęcie. Firma, do której naleŜał Sklep, obecnie była
wielką, międzynarodową korporacją, a Richard udawał się na Florydę, by być
ś
wiadkiem wystrzelenia jej pierwszego satelity telekomunikacyjnego.
Rzecz powiedziała Masklinowi, Ŝe gdyby znalazła się w przestrzeni, zdołałaby się ze
statkiem dogadać i ściągnąć go w dół. Masklin postanowił wziąć ze sobą kilku
towarzyszy, udać się na lotnisko i znaleźć sposób dostania się na Florydę i wysłania
Rzeczy w niebo. Naturalnie, było to niedorzeczne i niemoŜliwe, ale poniewaŜ nie
zdawał sobie z tego sprawy, zabrał się do realizacji przedsięwzięcia.
Wyruszyli przekonani, Ŝe Floryda jest oddalona o jakieś pięć mil drogi - no, moŜe
dziesięć - i Ŝe na świecie Ŝyje najwyŜej kilka tysięcy ludzi. Nie wiedzieli, jak się tam
dostać ani co zrobić, gdy się juŜ tam znajdą, ale byli zdecydowani zrobić, co tylko się
da.
Perypetie nomów, które pozostały w kamieniołomie i walczyły z ludźmi, broniąc
swego nowego świata jak długo się dało, a potem odjechały Jekubem, wielką maszyną
drogową, zostały opisane w „Nomów Księdze Kopania”.
A oto historia Masklina...
Rozdział pierwszy
LOTNISKA: Miejsca, gdzie ludzie albo bardzo się spieszą, albo długo czekają.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Wysilmy wyobraźnię i załóŜmy, Ŝe spoglądamy przez obiektyw bardzo odległego od
Ziemi aparatu fotograficznego...
Oto wszechświat: pełen połyskujących galaktyk niczym choinka ozdób
gwiazdkowych.
„ZbliŜenie”
Oto galaktyka wyglądająca jak nie rozmieszana śmietanka w kawie, pełna jasnych
punkcików. KaŜdy taki punkcik to gwiazda.
„ZbliŜenie”
Oto gwiazda z własnym systemem planetarnym. Planety okrąŜają Słońce, mknąc w
przestrzeni. Jedne bliŜej, drugie dalej. Jedne tak rozpalone, Ŝe ołów jest na nich
płynny, drugie tak zimne i odległe, Ŝe przelatują przez rejony, w których rodzą się
komety.
„ZbliŜenie”
Oto błękitna planeta, w większej części pokryta wodą. Nazywa się Ziemia.
„ZbliŜenie”
Oto powierzchnia tej planety: niebieska, zielona, brązowa. Opromieniona blaskiem
słońca na błękitnym niebie. Pełna pól, o, jest i jakiś kamieniołom i...
„ZbliŜenie”
Oto lotnisko - plątanina krzyŜujących się betonowych pasów startowych i dróg
kołowania oraz budynków, w których śpią samoloty. I nie tylko...
„ZbliŜenie”
...oto największy budynek - dworzec lotniczy pełen ludzi i zgiełku...
„ZbliŜenie”
...oto główna hala odlotów, jasno oświetlona, wypełniona ludźmi i bagaŜami...
„ZbliŜenie”
...oto kosz na śmieci pełen śmieci...
„ZbliŜenie”
...i para oczek prześwitujących między śmieciami...
„ZbliŜenie”
Oj!
„Zbli...”
Łup!
* * *
Masklin ostroŜnie zjechał po starym kartonie od hamburgera.
Dość długo obserwował ludzi - były ich setki i coś mu zaczynało świtać, Ŝe po
pierwsze jest ich na świecie znacznie więcej, niŜ podejrzewał, a po drugie - dostanie
się do samolotu to zupełnie nie to samo co kradzieŜ cięŜarówki.
Zadomowieni w czeluściach kosza na śmieci Gurder i Angalo ponuro dojadali zimne,
tłuste frytki.
Rzeczywistość była dla wszystkich przykrym szokiem.
No bo tak - Gurder w czasach sklepowych był opatem i wierzył, Ŝe Arnold Bros (zał.
1905) stworzył Sklep dla nomów. Zresztą wciąŜ był przekonany, Ŝe istnieje gdzieś
jakiś Arnold Bros mający na uwadze dobro nomów, gdyŜ nomy są waŜne. A teraz
coraz wyraźniej było widać, Ŝe nomy wcale się nie liczą...
Albo Angalo - nie wierzy w Arnolda Brosa, ale myśli, Ŝe on jednak istnieje, bo mu to
pomaga w niewierzeniu. Skomplikowane, ale prawdziwe.
No i na koniec Masklin - nie podejrzewał, Ŝe to się okaŜe takie trudne. Sądził, Ŝe
odrzutowce to po prostu cięŜarówki, które mają więcej skrzydeł, a mniej kół.
Tymczasem jeszcze nawet nie zbliŜyli się do samolotu, a juŜ widział więcej ludzi niŜ
dotąd w całym swoim Ŝyciu. Jak w takich warunkach miał znaleźć Wnuka Richarda,
39?!
Dotarł do pozostałych, mając nadzieję, Ŝe zostawili mu jakąś frytkę albo frytka...
Angalo uniósł głowę.
- I co? ZauwaŜyłeś go? - spytał ironicznie.
- Tam jest kupa ludzi z brodami. - Masklin wzruszył ramionami. - Wszyscy wyglądają
tak samo.
- A nie mówiłem? - ucieszył się Angalo i dodał, spoglądając wymownie na Gurdera: -
Ś
lepa wiara nigdy do niczego nie prowadzi. I nie działa.
- Mógł odlecieć, zanim się zjawiliśmy - zauwaŜył Masklin. - Albo mógł przejść obok
mnie.
- Więc trzeba wracać - skomentował Angalo. - Spróbowaliśmy, obejrzeliśmy lotnisko,
prawie daliśmy się stratować co najmniej tuzin razy i na pewno nas brakuje w
kamieniołomie. Czas wracać do rzeczywistości.
- A ty co na to?
Gurder, do którego skierowane było pytanie, spoglądał na Masklina długo i z
desperacją.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Miałem nadzieję... - wystękał i umilkł.
Wyglądał tak nieszczęśliwie, Ŝe nawet Angalo poklepał go pocieszająco po ramieniu.
- Nie bierz tego tak powaŜnie. PrzecieŜ tak naprawdę to nie myślałeś, Ŝe jakiś Wnuk
Richard, 39, spadnie z nieba, złapie nas i zawiezie na Florydę. Nie myślałeś?! -
upewnił się Angalo. - Spróbowaliśmy i się nie udało. No, to wracajmy do domu.
- Oczywiście, Ŝe tak nie myślę - obruszył się Gurder. - Ale myślałem, Ŝe moŜe... Ŝe
jakoś... no, Ŝe będzie jakiś sposób...
Masklin przyjrzał się podejrzliwie Rzeczy. Był pewien, Ŝe słucha - w okolicy było aŜ
za duŜo elektrycznością Rzecz, mimo Ŝe była jedynie czarnym sześcianem, kiedy
słuchała, zawsze wyglądała na bardziej oŜywioną niŜ zwykle. Kłopot w tym, Ŝe
odzywała się tylko wówczas, gdy miała na to ochotę, i zawsze pomagała tylko tyle, ile
musiała. Ani odrobiny więcej. Masklin miał nieodparte wraŜenie, Ŝe cały czas jest
testowany. Poza tym za kaŜdym razem, gdy prosił o pomoc, jakby przyznawał, Ŝe
skończyły mu się pomysły.
Co do tego ostatniego, aktualnie mógł to nawet głośno potwierdzić, wobec czego...
- Rzecz, wiem, Ŝe mnie słyszysz, bo tu jest pełno prądu - zagaił. - Jesteśmy na
lotnisku i nie moŜemy znaleźć Wnuka Richarda, 39. Nie wiemy nawet, jak go zacząć
szukać. PomóŜ nam... proszę.
Rzecz pozostała ciemna i cicha.
- Jeśli nam nie pomoŜesz - kontynuował szeptem - wrócimy do kamieniołomu i
będziemy musieli stawić czoło ludziom, ale ciebie to juŜ nie będzie obchodziło, bo cię
tu zostawię. MoŜesz mi wierzyć, Ŝe tak zrobię. I nie znajdą cię juŜ Ŝadne nomy i nie
będzie Ŝadnej innej okazji. Wyginiemy i nie będzie juŜ na tym świecie nomów, a
wszystko przez ciebie. I przez te wszystkie lata, kiedy będziesz leŜeć zapomniana na
ś
mietniku, będziesz sama i pozostanie ci tylko pełna goryczy myśl, Ŝe moŜe jednak
trzeba było mi pomóc, gdy grzecznie prosiłem. Pewnie w końcu dojdziesz do
wniosku, Ŝe gdyby to się zdarzyło jeszcze raz, to byś mi pomogła. Tylko Ŝe to się nie
powtórzy, a ostatnią okazję masz teraz, więc się zdecyduj i pomóŜ nam.
- PrzecieŜ to maszyna! - sprzeciwił się Angalo. - Nie da się szantaŜować maszyny...
Na czarnej powierzchni sześcianu zapłonęło czerwone światełko.
- Wiem, Ŝe słyszysz, co myślą inne maszyny - dodał Masklin. - Ale nie wiem, czy
słyszysz, co nomy myślą. Jeśli tak, to moŜesz się przekonać, Ŝe nie Ŝartuję. Jeśli nie,
to lepiej uwierz mi na słowo. Chcesz, Ŝebyśmy się zachowywali inteligentnie, to się
zachowuję: jestem wystarczająco inteligentny, Ŝeby wiedzieć, kiedy potrzebuję
pomocy. OtóŜ potrzebuję jej teraz. A ty moŜesz mi pomóc, więc jeśli tego nie zrobisz,
to zostawię cię tu i zapomnę, Ŝe kiedykolwiek istniałaś.
Zapaliło się drugie światełko.
Masklin wstał, spojrzał na Rzecz i zwrócił się do innych:
- Skoro tak, to idziemy!
Rzecz odchrząknęła i spytała:
- „Jak konkretnie mogę pomóc?”
Angalo uśmiechnął się szeroko.
Masklin siadł i powiedział spokojnie:
- Znajdź Wnuka Richarda Arnolda, 39.
- „To moŜe potrwać.”
- Nie szkodzi.
Na powierzchni Rzeczy zapalił się jakiś wzorek i zgasł po chwili.
- „Zlokalizowałam Richarda Arnolda, wiek 39. Właśnie wszedł do poczekalni lotu
205 do Miami na Florydzie pierwszej klasy.”
- To wcale tak długo nie trwało - zauwaŜył Masklin przytomnie.
- „Trzysta mikrosekund. To długo.”
- Kwestia gustu - ocenił Masklin i dodał: - Ale nie zdaje mi się, Ŝebyśmy zrozumieli
wszystko, co powiedziałaś.
- „A konkretnie czego nie zrozumiałeś?”
- Wszystkiego po „wszedł do”.
- „Ten, którego szukacie, jest tu w specjalnym pokoju i czeka, Ŝeby wejść do
wielkiego srebrnego ptaka, który ma polecieć do miejsca, które nazywa się Floryda.”
- Jakiego znowu wielkiego srebrnego ptaka? - zdziwił się Angalo.
- Jej chodzi o samolot - wyjaśnił Masklin. - Bywa czasem złośliwa.
- Skąd ona to wszystko wie? - spytał podejrzliwie Angalo.
- „Ten budynek pełen jest komputerów.”
- Takich jak ty?
- „Bardzo prymitywnych komputerów. Bardzo!” - Rzecz zdołała wyglądać na
uraŜoną. - „Ale bez trudu mogę je zrozumieć, jeśli myślę wystarczająco wolno. Ich
zadaniem jest wiedzieć, dokąd chcą się dostać poszczególni ludzie i gdzie są w danej
chwili.”
- To więcej niŜ wie przeciętny człowiek - ocenił Angalo.
- MoŜesz się dowiedzieć, jak się do niego dostać? - spytał Gurder, wyraźnie
odzyskując nadzieję.
- Zaraz, zaraz! - wtrącił się Angalo. - Tylko nie na odwrót, dobrze?!
- PrzecieŜ przybyliśmy tu, Ŝeby go znaleźć, tak? - upewnił się Gurder.
- Owszem. Ale co konkretnie zrobimy, jak go znajdziemy?
- Jak to „co”?! My... no, tego... - Gurderowi najwyraźniej skończyły się pomysły.
- Nie wiemy nawet, co to jest „poczekalnia pierwszej klasy” - dodał Angalo.
- „Pokój pełen ludzi czekających na samolot” - wyjaśniła uprzejmie Rzecz.
- Boisz się! - stwierdził nagle z tryumfem Gurder, spoglądając oskarŜycielsko na
Angala. - Boisz się, bo jak znajdziemy Wnuka Richarda, 39, to znaczy, Ŝe naprawdę
istnieje Arnold Bros, a to znaczy, Ŝe się myliłeś! Jesteś zupełnie jak twój ojciec: teŜ
nigdy nie miał odwagi przyznać, Ŝe był w błędzie.
- Boję się, ale o ciebie - parsknął Angalo. - Bo widzisz, Wnuk Richard jest
człowiekiem, tak jak Arnold Bros był człowiekiem. Albo dwoma, niewaŜne.
Wybudował Sklep dla ludzi i nawet nie zdawał sobie sprawy z istnienia nomów. Jak
się o tym przekonasz na własne oczy, to nie wiem, co ci się porobi. A mojego ojca w
to nie mieszaj!
Rzecz tymczasem otworzyła w górnym boku niewielką klapkę i wysunęła przez nią
kawałek drucianej siatki na metalowym pręcie i zaczęła nią powoli obracać. Klapek,
kiedy były zamknięte, w ogóle nie było widać, a Rzecz otwierała je tylko wtedy, kiedy
coś ją wybitnie zainteresowało. Wystawiała wtedy przez nie róŜne przedmioty -
najczęściej srebrną czaszę, czasami skomplikowaną plątaninę rurek.
Masklin uniósł czarny sześcian i spytał cicho:
- Wiesz, gdzie jest ta cała poczekalnia?
- „Wiem.”
- To mów mi, gdzie mam biec! - polecił, wstając.
- Co robisz? - zaciekawił się Angalo.
- Wiesz, ile nam zostało czasu, zanim on zacznie lecieć na tę Florydę? - Masklin
całkowicie zignorował pytanie.
- „Około pół godziny.”
Nomy Ŝyją mniej więcej dziesięć razy szybciej niŜ ludzie, toteŜ gdy się poruszają,
trudniej je zobaczyć niŜ mysz z dopalaczem. Jest to jeden z powodów, dla których
ludzie naprawdę rzadko je zauwaŜają.
Drugim jest to, Ŝe ludzie są naprawdę dobrzy w niedostrzeganiu tego, o czym wiedzą,
Ŝ
e nie istnieje. Skoro więc rozsądny człowiek wie, Ŝe nie istnieją ludzie mający cztery
cale wzrostu, nomowi, który nie chce zostać zauwaŜony, prawie na pewno się to uda.
Nikt więc nie zauwaŜył trzech niewielkich kształtów gnających na łeb, na szyję przez
podłogę dworca lotniczego, zgrabnie przy tym omijając przeszkody terenowe, jak
kółka wózków bagaŜowych czy same bagaŜe. Przebiegały teŜ między nogami wolno
maszerujących podróŜnych, ale były prawie niewidoczne na otwartej przestrzeni.
Wreszcie zniknęły za palmą w doniczce.
* * *
Ktoś kiedyś powiedział, Ŝe cokolwiek się dzieje, wpływa w jakiś sposób na wszystko
inne. To moŜe być prawdą.
Albo po prostu świat jest pełen przypadków.
Na przykład drzewo rosnące wysoko na zboczu górskim, odległym od Masklina o
dobre dziewięć tysięcy mil, porastała roślinka wyglądająca niczym wielki kwiat.
Rosła w rozgałęzieniu konaru, pod którym zwisały jej korzenie wyłapujące z
wszechobecnej mgły poŜywienie i wilgoć. Technicznie nazywała się Bromelia, ale o
tym mało kto wiedział, a roślince nie robiło Ŝadnej róŜnicy, jak ją nazywają.
Skraplająca się woda utworzyła niewielkie jeziorko w kielichu kwiatu.
W jeziorku Ŝyły sobie Ŝaby.
Bardzo, bardzo małe.
ś
yły sobie krótko i prosto - polowały na owady wśród płatków i składały jajka w
jeziorku. Z jajek wylęgały się kijanki i stawały się następnie Ŝabkami i tak dalej.
Kiedy zdechły, opadały na dno jeziorka i zmieniały się w kompost stanowiący główne
poŜywienie rośliny.
I tak było zawsze, odkąd Ŝabki sięgały pamięcią.* [przyp.: Czyli od około trzech
sekund - Ŝaby nie mają specjalnie dobrej pamięci.]
Tego dnia jednak jedna z Ŝabek zgubiła się, polując na muchy, i nagle znalazła się na
skraju zewnętrznych liści i dostrzegła coś, czego nigdy dotąd nie widziała.
Zobaczyła bowiem wszechświat.
A dokładniej, ujrzała gałąź ginącą we mgle.
Obok, na tejŜe gałęzi, opromieniony pojedynczym promieniem słońca, rósł sobie
drugi kwiat połyskujący kroplami wilgoci na płatkach.
ś
abka siedziała tak i patrzyła.
* * *
Gurder osunął się po ścianie, siadł bezwładnie na podłodze i rzęził.
Angalo miał prawie takie same problemy ze złapaniem oddechu, ale robił, co mógł,
Ŝ
eby tego nie dać po sobie poznać.
- Dlaczego nam nie powiedziałeś! - wysapał po chwili.
- Bo za bardzo byliście zajęci kłótnią - wyjaśnił mu uprzejmie Masklin. - Jedyne, co
mogło was skłonić do ruszenia się, to zacząć uciekać. No, to zacząłem.
- śeby... cię... - wychrypiał Gurder.
- Dlaczego się nie zasapałeś? - zainteresował się Angalo, któremu juŜ wrócił oddech.
- Bo od zawsze szybko biegam - wyjaśnił Masklin i wyjrzał zza donicy. - Dobra,
Rzecz: co teraz?
- „Prosto tym korytarzem.”
- PrzecieŜ tam jest pełno ludzi! - jęknął Gurder.
- Wszystko jest pełne ludzi, dlatego zawsze się ukrywamy - przypomniał mu Masklin.
- Rzecz, nie ma jakiejś innej drogi? Gurdera o mało co przed chwilą nie rozdeptano.
Po powierzchni sześcianu przesunęły się róŜnobarwne wzory. Po chwili Rzecz
spytała:
- „Co właściwie chcecie osiągnąć?”
- Musimy odnaleźć Wnuka Richarda, 39 - oświadczył Gurder.
- Musimy dostać się na tę całą Florydę - oświadczył równocześnie Masklin i dodał: -
To jest najwaŜniejsze.
- Wcale nie jest! - sprzeciwił się Gurder. - Nie chcę na Ŝadną Florydę!
Masklin zawahał się i w końcu rzekł:
- To pewnie nie jest najwłaściwsza chwila, Ŝeby wam to powiedzieć, ale widzicie, nie
byłem z wami tak do końca szczery... - I zanim któryś zdąŜył mu przerwać,
opowiedział o Rzeczy, niebie i statku czekającym gdzieś w górze.
Potem zapadła długa cisza przerywana jedynie hałasem wywoływanym przez parę
setek chodzących i mówiących równocześnie ludzi.
- I tak naprawdę to zupełnie nie próbowałeś odszukać Wnuka Richarda, 39? - odezwał
się wreszcie Gurder.
- UwaŜam, Ŝe tak w ogóle to on jest bardzo waŜny - odparł pospiesznie Masklin. - Ale
chwilowo Floryda jest waŜniejsza, bo tam jest miejsce, z którego startują odrzutowce,
lecące pionowo, i umieszczają na niebie radio. Zdaje się, Ŝe nazywają się rakiety.
- Przestań! - nie wytrzymał Angalo. - Nie da się niczego umieścić na niebie. Wszystko
pospada!
- TeŜ mi się tak wydawało i przyznaję, Ŝe nie rozumiem do końca, ale chyba to jest
tak, Ŝe jak się będzie wystarczająco wysoko, to nie będzie Ŝadnego dołu. Zresztą my
musimy tylko znaleźć się na Florydzie i umieścić Rzecz w takiej rakiecie. Resztę
zrobi juŜ sama, tak przynajmniej mówi.
- I to wszystko? - spytał słabo Angalo.
- To nie moŜe być duŜo trudniejsze niŜ kradzieŜ cięŜarówki - pocieszył go Masklin.
- Nie proponujesz chyba, Ŝebyśmy ukradli samolot?! - Gurder był autentycznie
przeraŜony.
- Oo! - Angalo rozjaśnił się jakimś wewnętrznym blaskiem.
Powszechnie było wiadomo, Ŝe uwielbia wszystko, co się porusza, a im szybciej się
porusza, tym lepiej.
- A tobie co się stało? - warknął Gurder.
- Oo! - powtórzył Angalo. Wyglądał tak, jakby wpatrywał się w coś, co tylko on mógł
dostrzec.
- Powariowaliście! - jęknął Gurder.
- Nikt tu nic nie mówił o kradzieŜy Ŝadnego samolotu - powiedział pospiesznie
Masklin. - Chcemy się tylko nim przelecieć. Mam przynajmniej taką nadzieję.
- Oo!
- I nie zamierzamy nim kierować! - dodał Masklin. - Słyszałeś, Angalo?
- Dobra, dobra. - Angalo wzruszył ramionami. - A załóŜmy, Ŝe podczas lotu kierowca
się rozchoruje, to co? To chyba normalne, Ŝe go zastąpię, no nie? CięŜarówką
kierowałem całkiem nieźle...
- Cały czas w coś wpadałeś! - przypomniał Gurder.
- Nauka kosztuje. A poza tym na niebie nic nie ma, nie licząc chmur, a te wyglądają
na miękkie.
- Jest Ziemia!
- Ziemia to Ŝaden problem: będzie za daleko, Ŝeby na nią wpaść.
Masklin przestał ich słuchać i spytał:
- Rzecz, wiesz, gdzie jest odrzutowiec lecący na Florydę?
- „Wiem.”
- To zaprowadź nas tam, przy okazji omiń tylu ludzi, ilu zdołasz.
* * *
MŜyło, a poniewaŜ zaczynało juŜ zmierzchać, na lotnisku zapalały się światła.
Z cichym szczękiem, który nie zwrócił zresztą niczyjej uwagi, otwarła się kratka
wentylacyjna na zewnętrznej ścianie budynku dworca lotniczego. Przez otwór
ostroŜnie opuściły się na beton trzy niewielkie postacie i pognały w rozświetlony
zmrok.
Prosto ku samolotom.
* * *
Angalo spojrzał w górę. Potem jeszcze bardziej. A potem jeszcze, i tak mu zostało na
dłuŜej.
- O rany! - wykrztusił z podziwem i zadartą głową.
- On jest za duŜy! - wymamrotał Gurder, za wszelką cenę starając się nie patrzeć.
Jak większość nomów urodzonych w Sklepie, nie lubił patrzeć tam, gdzie nie było
ś
cian czy sufitu. Angalo teŜ miał podobne zahamowania, ale niechęć do Zewnętrza
była słabsza od chętki do szybkich podróŜy.
- Widziałem, jak startują - odezwał się Masklin. - One naprawdę latają. Uczciwie.
- Oo! - Angalo najwyraźniej stracił zdolność wypowiadania bardziej
skomplikowanych słów.
Samolot był tak wielki, Ŝe miało się ochotę cofnąć się i jeszcze cofnąć, Ŝeby móc go
obejrzeć w całej okazałości. Deszcz nadawał mu połysku, a neony malowały
róŜnobarwne wzory na białym lakierze. Nie wyglądał jak maszyna, ale jak kawałek
ukształtowanego nieba.
- Naturalnie z daleka wyglądały na znacznie mniejsze - przyznał cicho Masklin,
przyglądając się samolotowi.
Nigdy w Ŝyciu nie czuł się mniejszy.
- Chcę takiego! - Angalo najwyraźniej odzyskał mowę. - Popatrzcie tylko na niego!
On juŜ wygląda, jakby leciał za szybko, a przecieŜ stoi!
- Jak niby mamy się do niego dostać? - spytał słabo Gurder.
- MoŜecie sobie wyobrazić ich miny w kamieniołomie, gdybyśmy z czymś takim
wrócili? - rozmarzył się Angalo.
- Mogę - odparł Gurder ponuro. - I to upiornie wyraźnie. Pytam, jak mamy do niego
wejść?
- MoŜemy... - zaczął Angalo i urwał. - Dlaczego: „upiornie”?
- Tam, skąd wystają koła, są dziury - zauwaŜył Masklin. - Po tym metalowym moŜna
się wspiąć...
- „Nie!” - zaprotestowała energicznie Rzecz, którą cały czas ściskał pod pachą. - „Nie
będziecie tam mogli oddychać. Musicie być w środku, w kabinie. Tam, gdzie latają
samoloty, powietrze jest bardzo rzadkie.”
- Pewnie, Ŝe nie gęste - oburzył się Gurder. - Dlatego jest powietrzem, no nie?
- „Nie będziecie mogli nim oddychać” - powtórzyła cierpliwie Rzecz.
- Właśnie, Ŝe będziemy! - zirytował się Gurder. - Zawsze mogłem oddychać, to i teraz
będę mógł.
- Niekoniecznie - sprzeciwił się Angalo. - W jakiejś ksiąŜce czytałem, Ŝe blisko Ziemi
jest więcej powietrza, a w górze jest go znacznie mniej.
- Dlaczego? - zdziwił się Gurder.
- Nie wiem. Pewnie boi się wysokości.
Masklin przeszedł na drugą stronę samolotu, starannie omijając kałuŜe, i wyjrzał.
Gdzieś tak w jednej trzeciej długości kadłuba dwóch ludzi ładowało z pomocą jakichś
maszyn skrzynie do dziury w kadłubie. Masklin obszedł wielkie koła i ostroŜnie
wyjrzał na drugą stronę - samolot z budynkiem dworca łączyła długa, wysoko
zawieszona rura. W tym czasie dołączyli doń zaintrygowani Gurder i Angalo, i przez
chwilę cała trójka przyglądała się rurze.
- Myślę, Ŝe tędy ładują się ludzie - odezwał się w końcu Masklin, wskazując rurę.
- Rurą? - zdziwił się Angalo. - Jak woda?
- Wygodniej, niŜ przechodzić przez deszcz - ocenił Gurder. - Przemokłem do suchej
nitki.
- W samolocie muszą być schody, kable i takie tam - zauwaŜył Masklin. - Nie
powinniśmy mieć kłopotów, Ŝeby znaleźć jakieś dziury, przez które moŜna przejść.
Jak ludzie coś budują, to zawsze są jakieś dziury.
- No, to na co czekamy? - zdziwił się Angalo. - Oo!
- Ale nie będziesz próbował go ukraść! - przypomniał Masklin, ruszając półbiegiem,
Ŝ
eby ponownie nie pozbawić Gurdera oddechu. - On i tak leci tam, gdzie chcemy...
- Nie tam, gdzie ja chcę! - jęknął Gurder. - Ja chcę do domu!
- ...i nie będziemy próbowali nim kierować, choćby dlatego, Ŝe jest nas za mało. Poza
tym myślę, Ŝe jest znacznie bardziej skomplikowany niŜ cięŜarówka. W końcu to...
Rzecz, wiesz, jak on się nazywa?
- „Concorde.”
- Właśnie! - ucieszył się Masklin. - Concorde... teŜ ładnie, cokolwiek by znaczyło...
Angalo, zanim wsiądziemy, musisz obiecać, Ŝe go nie ukradniesz!
Rozdział drugi
CONCORDE: lata dwa razy szybciej od pocisku i moŜna w nim dostać wędzonego
łososia.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Przeciśnięcie się przez szczelinę w rurze-którą-chodzili-ludzie było drobnostką w
porównaniu z przyjęciem do wiadomości tego, co znajdowało się w jej wnętrzu.
W kamieniołomie podłogę baraków stanowiły deski albo ubita ziemia, w budynku
dworca lotniczego były płyty jakiegoś wypolerowanego kamienia, a tu...
Tu Gurder natychmiast padł plackiem, wcisnął nos w podłogę i prawie się rozpłakał.
- Dywan! - wykrztusił. - Nigdy nie myślałem, Ŝe jeszcze w Ŝyciu zobaczę uczciwy
dywan!
- Przestań robić z siebie widowisko! - warknął poirytowany Angalo. - Dywan jak
dywan...
Gurder powoli wstał.
- Przepraszam - wymamrotał, otrzepując się starannie. - Wzburzyło mnie. W końcu
nie widziałem uczciwego dywanu od miesięcy.
Wysmarkał nos, aŜ echo poniosło, i dodał:
- W Sklepie mieliśmy piękne dywany... niektóre nawet miały wzorki...
Masklin przyjrzał się uwaŜnie wnętrzu rury - wyglądała zupełnie jak sklepowy
korytarz. I była jasno oświetlona.
- Ruszajmy - zaproponował. - Tu jest zbyt pusto. A tak w ogóle: Rzecz, gdzie są
ludzie?
- „Wkrótce będą tutaj.”
- Skąd ona to wie? - zaciekawił się Gurder.
- Podsłuchuje inne maszyny - wyjaśnił Masklin.
- „Komputery” - poprawiła Rzecz. - „Tutaj teŜ jest ich pełno.”
- To miłe - bąknął Masklin. - Masz z kim pogadać.
- „Nie mam: one są niesamowicie głupie” - odparła Rzecz, usiłując mówić z pogardą,
choć przecieŜ zawsze miała jednolite brzmienie głosu.
Po kilkudziesięciu krokach korytarz kończył się zasłoną, za którą widać było jakby
kawałek krzesła.
- Dobra, Angalo - zdecydował Masklin. - Prowadź, bo widzę, Ŝe masz na to
nieprzepartą ochotę!
* * *
Dwie minuty później siedzieli pod fotelem.
Masklin nigdy nie miał czasu wyobrazić sobie wnętrza samolotu - przewaŜnie
obserwował tylko, jak startują i lecą. Naturalnie, zdawał sobie sprawę, Ŝe są w nich
ludzie - ludzie byli wszędzie, ale nie miał pojęcia, co oprócz nich jest w środku.
Wnętrze tymczasem wyglądało, jakby było zrobione z samych zewnętrz. I to do reszty
rozkleiło Gurdera.
- Światło elektryczne! - zachlipał z rozrzewnieniem. - Dywan! I miękkie fotele! I
nigdzie Ŝadnego błota! I... i są nawet znaki!
- No, spokojnie! - Angalo bezradnie poklepał go po ramieniu. - To był dobry Sklep...
ChociaŜ przyznaję, Ŝe jestem nieco zaskoczony: spodziewałem się rur, przewodów i
dźwigni, a nie czegoś, co wygląda jak Dział Mebli Wyściełanych.
- Nie powinniśmy marnować czasu! - zdecydował Masklin. - Zaraz tu będzie pełno
ludzi, trzeba sobie znaleźć jakiś spokojny kąt.
Pomogli wstać Gurderowi i ruszyli pod rzędami siedzeń. Wnętrze przypominało pod
wieloma względami Sklep, ale po kilkunastu krokach Masklin zrozumiał, Ŝe jednym
się zasadniczo róŜniły - w Sklepie zawsze było duŜo miejsc, za którymi moŜna się
było ukryć albo w które moŜna się było wcisnąć. Tutaj, jak dotąd, nie zauwaŜył
Ŝ
adnej kryjówki... A z oddali słychać juŜ było głosy rozmawiających ludzi.
W końcu znaleźli szczelinę za zasłoną w części samolotu, w której nie było siedzeń.
Pierwszy wczołgał się w nią Masklin, pchając przed sobą Rzecz. Hałas, wcale juŜ nie
taki odległy, dodawał mu skrzydeł - za szczeliną była dziura w metalowej ścianie,
przez którą przechodziły jakieś przewody. Nie była zbyt wielka, ale wystarczyła dla
niego i Angala oraz dla przeraŜonego Gurdera, którego wspólnym wysiłkiem
przeciągnęli. Niemal krok za Gurderem po dywanie przemaszerowały buty
pierwszego pasaŜera samolotu.
Wewnątrz dziury było ciasno, ale za to na pewno nie moŜna ich było zauwaŜyć.
Gorzej, Ŝe sami teŜ widzieli w półmroku jedynie przewody. Usadowili się
najwygodniej, jak potrafili, i czekali. Wokół słychać było pełno rozmaitych odgłosów,
a gdzieś z dołu dochodziły metaliczne łomotnięcia.
- Chyba mi lepiej - odezwał się niespodziewanie Gurder.
Masklin przytaknął, wsłuchany w przytłumiony szum ludzkich głosów.
Nagle samolotem szarpnęło.
- Rzecz? - szepnął.
- „Tak?”
- Co się dzieje?
- „Samolot przygotowuje się do startu.”
- Aha.
- „Wiesz, co to znaczy?”
- Nie do końca...
- „To znaczy, Ŝe za chwilę będziemy lecieć.”
Angalo nerwowo przełknął ślinę.
Masklin oparł się plecami o metalową ścianę i wpatrzył się w półmrok bez słowa.
Po chwili ciszy samolot szarpnął jeszcze raz i wszyscy mieli nieodparte wraŜenie
ruchu.
Nie wydarzyło się nic więcej.
W końcu dał się słyszeć drŜący głos Gurdera:
- MoŜe byśmy wysiedli, jeśli jeszcze moŜemy...
Odpowiedział mu odległy ryk, od którego wszystko wokół zatrzęsło się łagodnie, ale
zdecydowanie. Potem nastąpił moment zawieszenia - coś takiego musi odczuwać
piłka, gdy juŜ przestanie lecieć w górę, a jeszcze nie zacznie lecieć w dół. Zaraz
potem coś ich złapało i zmieniło w zwalony na kupę nieład.
Podłoga, najbezczelniej w świecie, spróbowała stać się ścianą.
Angalo, Masklin i Gurder złapali się jeden drugiego, popatrzyli na siebie i zaczęli
wrzeszczeć.
Po chwili przestali.
Głównie dlatego, Ŝe im się oddechy skończyły. A poza tym nie było sensu
kontynuować.
Podłoga powoli przestała okazywać ambicję stania się ścianą i wróciła do poziomu,
jak na uczciwą podłogę przystało.
- Chyba lecimy - ocenił Masklin, zdejmując nogę Angala ze swojego karku.
- To tak wygląda od środka? - zdziwił się Angalo. - Z zewnątrz wygląda znacznie
ładniej.
- Komuś się coś stało? - zainteresował się Masklin.
Gurder obmacał się starannie, siadając.
- Cały jestem poobijany - oznajmił, po czym dodał, jako Ŝe pewne rzeczy są
niezmienne: - Nie ma tu czegoś do jedzenia?
W tym momencie do wszystkich dotarło, Ŝe o zapasach Ŝywności nie pomyśleli.
- MoŜe nie będzie czasu zjeść - bąknął niepewnie Masklin. - Rzecz, ile czasu zajmie
nam dotarcie do Florydy?
- „Kapitan właśnie powiedział, Ŝe sześć godzin czterdzieści pięć minut.”* [przyp.: Dla
noma jakieś dwie i pół doby.]
- Zagłodzimy się na śmierć! - jęknął Gurder.
- MoŜe da się na coś zapolować? - wyraził nadzieję Angalo.
- Wątpię - ocenił trzeźwo Masklin. To nie wygląda na myszowate* [przyp.:
Myszowate, czyli ulubione przez myszy (przyp. tłum.).] miejsce.
- Ludzie mają jedzenie - stwierdził autorytatywnie Gurder. - Ludzie zawsze mają
jedzenie.
- Wiedziałem, Ŝe to powiesz. - Angalo westchnął głęboko.
- Wszyscy to wiedzą.
- Ciekawe, jak by tu moŜna wyjrzeć przez okno? - Angalo spróbował zmienić temat. -
Chciałbym zobaczyć, jak szybko lecimy... drzewa i wszystko powinny tylko śmigać
pod nami, no nie?
- MoŜe po prostu byśmy chwilę poczekali, co? - zaproponował Masklin, dopóki
sytuacja jeszcze zupełnie nie wymknęła się spod kontroli. - Uspokoimy się,
odpoczniemy. A potem zobaczymy, co się da znaleźć do jedzenia.
Pomysł trafił pozostałym do przekonania - w końcu było tu spokojnie, ciepło i sucho,
a ostatnio zbyt często było mokro i zimno. I niezauwaŜenie wszyscy trzej zasnęli...
* * *
Masklinowi wydało się, Ŝe są gdzieś nomy Ŝyjące w samolotach, tak jak inne Ŝyły w
Sklepie. Mieszkały pod podłogą przykrytą dywanem i wcale im nie przeszkadzało, Ŝe
przelatują z miejsca na miejsce. I Ŝe były juŜ w tak dziwacznych miejscach jak te,
które brzmiały magicznie: Afryka, Australia, Chiny, Równik, Printed in Hong Kong,
Islandia... Takie przynajmniej nazwy były na jedynej mapie, jaką w Sklepie udało się
znaleźć...
MoŜe nigdy nie wyglądały za okno i nie wiedziały wcale, Ŝe się poruszają.
MoŜe o to chodziło Grimmie z tymi Ŝabami w kwiatku... Ŝe moŜna przeŜyć całe Ŝycie
w jakimś niewielkim miejscu i być przekonanym, Ŝe tak wygląda cały świat. MoŜe
gdyby nie był zły i trochę pomyślał...
CóŜ, teraz, bez dwóch zdań, wyszedł z kwiatka...
* * *
ś
aba przyprowadziła inne Ŝaby do miejsca, które przed chwilą odkryła, i teraz
wszystkie wpatrywały się w konar. Mgła się przerzedziła i widać było nie tylko
najbliŜszy kwiat, ale kilka dalszych, choć taka myśl nie powstała w głowie Ŝadnej z
Ŝ
ab, a to dlatego, Ŝe nie potrafią one liczyć dalej niŜ do jednego.
Teraz widziały całkiem duŜo pojedynczych kwiatów.
Wpatrywały się w nie jak urzeczone.
Wpatrywanie się bowiem jest jedną z rzeczy, w której Ŝaby (i Ŝabki) są naprawdę
dobre.
W przeciwieństwie do myślenia.
Miło byłoby powiedzieć, Ŝe myślały długo i namiętnie o nowym kwiecie, o Ŝyciu w
starym i chęci poznania świata większego, niŜ dotąd myślały. W rzeczywistości to, co
myślały, moŜna by określić tak:
„-.-.mipmip.-.-.-.mipmio.-.-.mipmip.”
Za to tego, co czuły, na pewno nie pomieściłby jeden kwiat.
OstroŜnie, powoli i nie bardzo wiedząc, dlaczego to robią, kolejno zeskoczyły na
gałąź.
* * *
Masklina obudziło ciche i uprzejmie natarczywe bipanie Rzeczy.
- „MoŜe chcielibyście wiedzieć” - odezwała się, ledwie się ocknął - „ale właśnie
przekroczyliśmy barierę dźwięku.”
To otrzeźwiło go błyskawicznie.
- Angalo! Mówiłem, Ŝebyś nigdzie nie łaził!
- Czego?! - zirytował się Angalo. - Nigdzie nie byłem, siedzę sobie spokojnie i śpię.
Masklin delikatnie pociągnął nosem i przestał się zastanawiać, kto co przekroczył i po
co. Podczołgał się do krawędzi dziury i wyjrzał.
Zobaczył ludzkie nogi. Konkretnie kobiece, bo to one z zasady nosiły mniej
praktyczne buty.
MoŜna się wiele dowiedzieć o ludziach, oglądając ich buty, zwłaszcza Ŝe to było
wszystko, co nomy mogły dokładnie obejrzeć. Reszta przeciętnego człowieka
znajdowała się zdecydowanie za wysoko, jak na zasięg wzroku noma.
Masklin energicznie pociągnął nosem.
- Gdzieś blisko jest jedzenie! - oznajmił zdecydowanie.
- Jakie? - zaciekawił się Angalo.
- Jak to jakie? - Gurder przepchnął się obok niego. - Co to kogo obchodzi jakie?!
WaŜne, Ŝe da się zjeść!
- Angalo, łap go! - Masklin zablokował przejście, aby Gurder nie mógł iść dalej. - I
nie pozwól mu się nigdzie ruszyć.
I zanim Gurder zdąŜył zareagować, wypadł na zewnątrz, dopadł zasłony i wysunął zza
niej oko i brew.
Pomieszczenie było czymś w rodzaju Emporium z Przysmakami - kobiety wyjmowały
ze ściany tace z jedzeniem. Nomy mają znacznie lepszy węch niŜ lisy; Masklin oblizał
się i przełknął ślinę. Musiał samokrytycznie przyznać, Ŝe polowanie czy zbieranie
owoców i ziół nigdy nie dały tak dobrego jedzenia jak to, które moŜna znaleźć w
pobliŜu ludzi. Jedna z kobiet wyciągnęła ze ściany ostatnią tacę, zamknęła drzwi i
postawiła ją na wózek. Kółka były tak wysokie jak sam Masklin, o czym ten miał
okazję się przekonać, gdy wózek znalazł się koło zasłony.
Gdy popiskujące kółko przejechało obok niego, Masklin podjął desperacką decyzję,
całkowicie zresztą zwariowaną - skoczył i schował się między butelkami. Chwilowo
wyglądało to znacznie atrakcyjniej niŜ siedzenie w dziurze z parą idiotów.
Ledwie znaleźli się za drugą zasłoną, miał przegląd imponujących rzędów butów -
czarnych, brązowych, ozdobnych, ze sznurowadłami albo bez nóg, bo część ludzi
zostawiła buty bez zawartości. W miarę jak wózek przejeŜdŜał między rzędami foteli,
miał takŜe okazję obejrzeć sporą kolekcję nóg. Czasami zdarzały się w spódnicach,
ale zdecydowana większość była w spodniach.
Korzystając z okazji, Masklin zaczął przyglądać się wyŜszym partiom - nomy w
końcu nieczęsto miały sposobność oglądać nieruchomo siedzących ludzi. Najpierw
były rzędy tułowi w rozmaitych strojach, potem szeregi głów z twarzami, a potem...
gwałtowny nur między butelki.
Kolejną bowiem twarzą, jaką Masklin zobaczył, było brodate oblicze Wnuka
Richarda, 39, który spoglądał prosto na niego, Masklina.
To była twarz z fotografii: od brody zaczynając, przez całą masę zębów aŜ do
włosów, które wyglądały, jakby je wyrzeźbiono z czegoś błyszczącego, a nie jakby
najzwyczajniej w świecie wyrosły.
To był Wnuk Richard, 39.
Wnuk Richard, 39, przez chwilę mu się przyglądał, po czym brodate oblicze cofnęło
się i spojrzało w inną stronę. Masklin przekonywał sam siebie, Ŝe nie mógł zostać
zauwaŜony, po czym zastanawiał się, jaka będzie reakcja Gurdera, gdy mu o tym
powie.
Stwierdził, Ŝe ten jak nic dostanie szału. Albo zwariuje.
Zdecydował, Ŝe chwilowo pozostawi go w nieświadomości - Gurder i tak był
wyjątkowo podekscytowany. Zresztą i bez tego mieli wystarczająco duŜo kłopotów.
No i nie dawała mu spokoju jedna sprawa: Wnuk, 39 - albo przed nim było
trzydziestu ośmiu innych Wnuków Richardów, co mu jakoś niezbyt pasowało, albo
był to gazetowy sposób mówienia, Ŝe ma on trzydzieści dziewięć lat. Czyli jest prawie
w połowie tak stary jak Sklep... a sklepowe nomy twierdziły, Ŝe Sklep jest tak stary
jak świat, co oczywiście nie mogło być prawdą, ale...
Intrygowało go, jak się czuje ktoś, kto Ŝyje prawie wiecznie.
Naturalnie, nie przeszkadzało mu to w sprawdzeniu zawartości półki, na której się
znalazł. Stały tam głównie butelki, ale było teŜ trochę torebek zawierających coś
twardego i nieco mniejszego od jego pięści. Nie mogąc dojść, co to takiego, rozciął
najbliŜszą noŜem i wyciągnął jedno coś.
Był to solony orzeszek.
Niewiele, ale na pewno spoŜywcze.
Złapał za paczkę, gdy nad półką pojawiła się dłoń.
Miała czerwone paznokcie i była wystarczająco blisko, by go dotknąć. Powoli
sięgnęła obok, złapała inną torebkę orzeszków i cofnęła się.
Dopiero znacznie później Masklin uświadomił sobie, Ŝe właścicielka dłoni w Ŝaden
sposób nie mogła go dostrzec - po prostu sięgnęła na oślep po coś, o czym wiedziała,
gdzie jest, a to z całą pewnością nie obejmowało jego - Masklina.
Ale to było później. Teraz, gdy dłoń prawie złapała go za głowę, wszystko wyglądało
inaczej. Bez namysłu skoczył z toczącego się wózka, przeturlał się po wykładzinie
zwanej teŜ dywanem i wśliznął pod najbliŜszy fotel.
Nie czekał nawet na złapanie tchu - z doświadczenia wiedział, Ŝe jest to najlepszy
moment, Ŝeby coś złapało łapiącego oddech. Slalomem pognał przed siebie, omijając
stopy, buty, gazety i torby. Nim dotarł do zasłony, był ledwie zauwaŜalną rozmazaną
smugą nawet dla normalnego noma. Przemknął przez pomieszczenie, dopadł dziury i
skoczył w nią szczupakiem, nie dotykając nawet brzegów.
* * *
- Solony orzeszek na trzech chłopa?! - W głosie Angala było czyste zdumienie. -
Mamy na niego patrzeć czy obwąchać?
- A czego byś chciał? - parsknął ponuro Masklin. - śebym się ukłonił i oznajmił tej,
co daje jedzenie, Ŝe jest tu trzech takich niewysokich głodomorów jak ja?
Angalo przyjrzał mu się uwaŜnie - Masklin odzyskał juŜ oddech, ale wciąŜ był mocno
zarumieniony. Ocenił, Ŝe moŜna zaryzykować, i powiedział ostroŜnie:
- MoŜna by spróbować.
- śe co?!
- No cóŜ, gdybyś był człowiekiem, to spodziewałbyś się, Ŝe nas zobaczysz w
samolocie? - spytał spokojnie Angalo.
- Oczywiście, Ŝe nie...
- Więc jakbyś zobaczył, to byłbyś cięŜko zaskoczony, tak?
- Proponujesz, Ŝebyśmy celowo pokazali się jakiemuś człowiekowi? - spytał
podejrzliwie Gurder. - Nigdy przecieŜ tego nie robiliśmy.
- Właśnie prawie mi się udało - dodał Masklin. - I nie zamierzam tego powtarzać!
- Wolicie zagłodzić się na śmierć, gapiąc się na jednego orzeszka?
Gurder przyjrzał się orzeszkowi z urazą. W Sklepie jedli orzeszki solone i inne -
przewaŜnie w okolicach Kiermaszu Gwiazdkowego. Wtedy trafiało się sporo
przysmaków, które z rzadka pojawiały się na półkach. Orzeszki stanowiły doskonały
deser. Być moŜe teŜ były miłą przekąską. A juŜ na pewno głodnemu nomowi nie
mogły zastąpić uczciwego posiłku. Zwłaszcza jeden orzeszek.
- To jaki jest plan? - spytał z rezygnacją.
* * *
Jedna z rozdających jedzenie kobiet wyciągała ze ściany kolejne tace, gdy kątem oka
dostrzegła w górze jakiś ruch. Wolno uniosła głowę, odwracając ją jednocześnie.
Coś małego i czarnego obniŜało się powoli tuŜ obok jej nosa.
Owo coś wsadziło sobie kciuki w uszy, pomachało dłońmi i pokazało jej język.
- Thrrrrrriip! - zawyło.
Kobieta upuściła tacę, która z łomotem spadła na wykładzinę, wciągnęła powietrze z
odgłosem przypominającym opadający dźwięk syreny przeciwmgielnej, uniosła dłonie
do twarzy i pisnęła. Odwróciła się powoli, chwiejąc się niczym padające drzewo, i
uciekła.
Gdy wróciła z drugą kobietą, małego cosia juŜ nie było.
Podobnie jak jedzenia na tacy.
* * *
- Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłem wędzonego łososia - przyznał szczęśliwy
Gurder.
- Mmmph - zgodził się Angalo.
- UwaŜaj, bo się zakrztusisz - upomniał go Gurder. - Poza tym łososia nie powinno się
Ŝ
uć, tylko jeść. A ty go ładujesz oburącz do ust i obcinasz, co się nie mieści. Co by
sobie inni o tobie pomyśleli, widząc takie maniery?
- Tu nyoko ne... - Angalo przełknął i dokończył: - Tu nikogo nie ma, tylko ty i
Masklin. A co wy o mnie myślicie, wiem aŜ za dobrze.
- Trzeba przyznać, Ŝe ładnie zawyłeś - odezwał się Masklin, wycinając wieko
pojemnika z mlekiem.
Pojemnik był prawie nomiej wielkości.
- TeŜ tak myślę - zgodził się Gurder bez zbędnej samokrytyki. - Wreszcie normalne
jedzenie z naturalnych źródeł, jak puszki i butelki. I nie trzeba niczego czyścić ani
płukać. Tu jest ciepło i przyjemnie i tak powinien podróŜować uczciwy nom. Ktoś
moŜe chce... tego?
Pytanie spotkało się ze zgodną odmową, a dotyczyło talerza z czymś przezroczyście
róŜowym, lśniącym i trzęsącym się przy lada dotknięciu. Wewnątrz tego czegoś była
wiśnia, a całość w jakiś sposób wyglądała całkowicie niejadalnie. W kaŜdym razie na
tyle, Ŝe nie miałoby się ochoty tego spróbować nawet po tygodniowej głodówce.
Zasada ta, ma się rozumieć, nie dotyczyła wszystkoŜernego Gurdera.
- I jak to smakuje? - spytał z mieszaniną fascynacji i obrzydzenia Masklin, gdy Gurder
przełknął.
- RóŜowo - odparł zapytany, biorąc kolejną porcję.* [przyp.: Niewielkie talerzyki z
czymś trzęsącym się i smakującym róŜowo pojawiają się praktycznie przy kaŜdym
posiłku serwowanym w samolocie i nikt nie wie dlaczego. Powód jest
prawdopodobnie natury religijnej.]
- Ktoś chce na deser orzeszka? - spytał Angalo. - Nie? To go wyrzucę.
- Nie! - zaprotestował zdecydowanie Masklin. - Nie marnuj całkiem dobrego jedzenia.
- To zboczenie - zawtórował mu Gurder.
- Co do zboczenia, nie jestem pewien - odezwał się Masklin po namyśle. - Ale głupota
na pewno. Wsadź go do plecaka: nigdy nie wiadomo, kiedy taki orzech moŜe się
przydać.
Angalo wsadził, ziewnął i przeciągnął się.
- Umyłbym się - ocenił.
- Nigdzie nie widziałem Ŝadnej wody, choć tu gdzieś musi być zlew albo łazienka -
odparł Masklin. - Kłopot w tym, Ŝe nie mam pojęcia, gdzie by jej naleŜało szukać, i
nie zamierzam tego robić.
- A właśnie łazienka... - zaczął Angalo, powaŜniejąc.
- Z drugiej strony tej rury, jeśli łaska - przerwał mu Gurder.
- „I nie na druty, bo zrobisz zwarcie” - dodała niespodziewanie dobrowolnie Rzecz.
Angalo przytaknął dziwnie potulnie i zniknął za rurą.
Gurder ziewnął i przeciągnął się.
- Ta dająca jedzenie nie będzie nas szukać? - zaciekawił się od niechcenia.
- Wątpię - zastanowił się Masklin. - Jak jeszcze mieszkaliśmy przy drodze, zanim
trafiliśmy do Sklepu, ludzie na pewno nas czasami widywali, ale myślę, Ŝe nie
wierzyli własnym oczom. Jakby wierzyli, to nie robiliby tych ohydnych ozdóbek
ogrodowych. Nikt, kto zobaczył prawdziwego noma, by ich nie robił.
Gurder wyjął z zanadrza habitu fotografię Wnuka Richarda. Nawet w półmroku
Masklin bez trudu rozpoznał człowieka z fotela. Co prawda tamten nie miał na twarzy
kresek od złoŜenia na czworo i nie składał się z setek czarnych i mniej czarnych
kropek, ale poza tym...
- Myślisz, Ŝe on gdzieś tu jest? - spytał Gurder z nadzieją.
- MoŜe być. - Masklin poczuł się nagle nieswojo. - Posłuchaj... moŜe Angalo ma
rację, chociaŜ tak w ogóle to go ponosi. MoŜe Wnuk Richard to teŜ człowiek. Wiesz,
w końcu to ludzie zbudowali Sklep dla innych ludzi, a wasi przodkowie wprowadzili
się tam, bo było ciepło i sucho. I...
- Wiesz, nie będę cię słuchał. Nie będę słuchał, jak ktoś mi wmawia, Ŝe jesteśmy jak
myszy czy szczury. Jesteśmy inni!
- Nikt nie mówi, Ŝe jesteśmy odmianą szczura! Rzecz całkiem konkretnie mówi, Ŝe
pochodzimy zupełnie skądinąd.
- MoŜe pochodzimy, a moŜe nie. - Gurder złoŜył starannie zdjęcie. - To bez
znaczenia.
- Dla Angala na przykład ma duŜe znaczenie, jeśli to prawda.
- I tego właśnie nie rozumiem. Jest wiele rodzajów prawdy. - Gurder wzruszył
ramionami. - Mogę na przykład powiedzieć, Ŝe jesteś kurzem, sokami i kośćmi, i to
jest prawda. A mogę powiedzieć, Ŝe masz w głowie coś, co odchodzi, gdy umierasz, i
to teŜ jest prawda. Spytaj Rzecz.
Na czarnej powierzchni sześcianu rozbłysły róŜnokolorowe światełka w dziwnym
wzorze.
- Nigdy nie pytałem jej o takie sprawy - przyznał Masklin.
- Dlaczego? To pierwsze pytanie, jakie ja bym zadał.
- Pewnie by odpowiedziała: „Niedokładne parametry” albo „Brak danych do
obliczeń”. Zawsze w ten sposób odpowiada, jak nie wie, a nie chce się do tego
przyznać. Prawda?
Rzecz nie odpowiedziała, ale światełka zmieniły wzorek.
- Rzecz? - powtórzył Masklin.
- „Monitoruję transmisję.”
- Często tak robi, jak jej się nudzi - wyjaśnił Masklin. - Słucha niewidocznych
rozmów w powietrzu. Posłuchaj, Rzecz, bo to waŜne. Chcemy...
Ś
wiatełka ponownie się zmieniły - teraz większość była czerwona.
- Rzecz, chcielibyśmy...
W Rzeczy zaklikało coś, co miało oznaczać odchrząknięcie.
- „W kabinie pilotów zauwaŜono noma!”
- Posłuchaj, my... Co?!
- „Powtarzam: nom został zauwaŜony w kabinie pilotów.”
Masklin rozejrzał się nerwowo.
- Angalo?!
- „Jest to nadzwyczaj prawdopodobne.”
Rozdział trzeci
PODRÓśUJĄCY LUDZIE: duŜe, nomopodobne stworzenia. Wielu ludzi spędza
mnóstwo czasu, podróŜując z miejsca na miejsce. Jest to dość dziwne, gdyŜ tam,
dokąd się udają, i tak jest juŜ aŜ za duŜo ludzi.
Patrz takŜe: ZWIERZĘTA, INTELIGENCJA, EWOLUCJA i MUSZTARDA
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Masklin i Gurder nawet nie starali się zachowywać cicho, wędrując plątaniną rur i
kabli.
- Tak mi się wydawało, Ŝe to za długo trwa!
- Nie powinieneś puszczać go samego! Wiesz, jaką ma fiksację na punkcie kierowania
róŜnymi rzeczami!
- To co, miałem go za głowę trzymać?!
- Raczej mieć na niego oko... Gdzie teraz?
* * *
Angalo był zawiedziony, Ŝe wewnątrz samolotu nie było kupy drutów, rur i dźwigni.
Tu były i druty, i rury, i wszystko poza dźwigniami - cały okablowany i ciasny świat
między ścianami i pod podłogą.
* * *
- Jestem na to za stary! Jest taki czas w Ŝyciu, Ŝe ma się serdecznie dość czołgania się
po przewodach latających maszyn!
- A ile razy juŜ to robiłeś?
- Raz za duŜo!
- „Jesteśmy prawie na miejscu” - odezwała się Rzecz.
- Tak się kończy świadome pokazywanie się! Oto Sąd! - zadeklarował Gurder.
- Czyj?
- Co znaczy czyj?!
- Ktoś musi osądzić, więc pytam, czyj to sąd?
- To sąd w ogólnym znaczeniu tego słowa!
Masklin popatrzył na niego z politowaniem i spytał:
- Gdzie teraz, Rzecz?
- „Wiadomość od pilota mówiła o kabinie samolotu. Kabina jest przed nami. Jest tam
duŜo komputerów.”
- To pogadaj z nimi i dowiedz się, gdzie jest Angalo.
- „One nie są specjalnie inteligentne. Rozmowa z nimi to jak rozmowa z dziećmi,
więcej mogę się dowiedzieć, słuchając.”
- No, to co będziemy robić? - spytał Gurder. - Czekać?
- Nie będziemy czekać, tylko go... - Masklin zawahał się i umilkł: na końcu języka
miał ładne i pociągające słowo „uratujemy”, tylko Ŝe zaraz za nim majaczyło prostsze
i zdecydowanie nie pociągające słówko „jak?” - Nie sądzę, Ŝeby mu chcieli zrobić
krzywdę. Raczej chcą go złapać i gdzieś umieścić. Myślę, Ŝe powinniśmy znaleźć
miejsce, z którego będziemy mogli wszystko zobaczyć.
Tylko Ŝe rozglądając się po labiryncie kabli, rur, wsporników i przewodów, Masklin
poczuł się dziwnie bezradny.
- To lepiej, Ŝebym ja prowadził - odezwał się rzeczowo Gurder.
- Dlaczego?
- Jesteś dobry na otwartej przestrzeni, ale do tego, Ŝeby umieć chodzić w ścianach,
trzeba się wychować w Sklepie. - Gurder przepchnął się na prowadzenie, rozejrzał się
i zatarł z zadowoleniem ręce. - O, właśnie. - Złapał przewód i wjechał po nim w
szczelinę, której Masklin nawet nie zauwaŜył.
- Młodość mi się przypomina - ucieszył się Gurder. - Nie takie rzeczy się wtedy
wyprawiało... Według mnie teraz w dół, tylko uwaŜaj na druty... tak, tu jest szyb
windy, a tu centralka telefoniczna, to my tędy...
- Słyszałem, jak ostatnio perorowałeś, Ŝe dzieciaki za duŜo czasu marnują na właŜenie
w róŜne kąty i wymyślanie psikusów...
- CóŜ... teraz aŜ się roi od młodocianych przestępców. Za mojej młodości to był duch
w narodzie, a to zupełnie co innego. Spróbujmy tu...
Przeczołgali się między dwiema ciepłymi ścianami z metalu, w końcu zobaczyli przed
sobą dzienne światło. OstroŜnie przepełzli ostatni kawałek i wyjrzeli.
Znajdowali się mniej więcej w połowie tylnej ściany czegoś, co miało dziwny kształt i
z grubsza przypominało kabinę cięŜarówki. Tyle Ŝe choć kierowcy mieli więcej
miejsca, znacznie więcej było tu urządzeń - ściany i sufit pełne były światełek,
przełączników, dźwigni i guzików. Gdyby Dorcas to zobaczył, Ŝadna siła by go stąd
nie wyciągnęła.
Dwóch ludzi klęczało na wykładzinie, a jedna z dających jedzenie kobiet stała nad
nimi. Wszyscy troje porykiwali i pojękiwali.
- Ech, ta ludzka mowa... - westchnął Masklin. - śebyśmy ją tak mogli zrozumieć...
- „To uwaŜaj, zaczynam tłumaczyć” - odezwała się niespodziewanie Rzecz.
- Rozumiesz te dźwięki?!
- „Oczywiście. Oni mówią tak samo jak wy, tylko znacznie wolniej.”
- Co? I nigdy nam tego nie powiedziałaś?!
- „Nie pytaliście. Są miliardy rzeczy, których wam nie powiedziałam, i nie o to
chodzi. Mam zacząć czy nie?”
- Jak najbardziej - zapewnił pospiesznie Masklin. - Najlepiej od tego, co właśnie
mówią.
- „Jeden z tych, co klęczą, powiedział, Ŝe to musiała być mysz, a ten drugi, Ŝe w to
uwierzy, jak ten pierwszy pokaŜe mu mysz w ubraniu. A kobieta dodała, Ŝe to, co jej
pokazało język i rzuciło porzeczką, to na pewno nie była mysz.”
- Co to jest „porzeczka”?
- „Mały czerwony owoc rośliny Ribes spicatum.”
- Rzuciłeś w nią owocem? - Masklin popatrzył na Gurdera ze zgrozą… - Skąd go
miałeś?
- Jakbym miał, to bym zjadł, a nie rzucał. To znowu jakieś głupoty: co innego mówi, a
o co innego im chodzi, jak na tych znakach drogowych. Ja zrobiłem tylko „Thrrrriiip”.
- „Jeden z klęczących właśnie powiedział, Ŝe to, o czym nie wiedzą, co to jest, ukryło
się za tym panelem i nigdzie dalej juŜ nie moŜe uciec.”
- O, wyjął kawałek ściany - zdziwił się Masklin. - I wsadził w otwór rękę...
Klęczący zawył.
- „Mówi, Ŝe go ugryzło” - poinformowała Rzecz. - „Dosłownie powiedział: »To
gówno mnie ugryzło!«”
- To musi być Angalo - zdecydował autorytatywnie Gurder. - Jego ojciec był taki sam:
jak go zapędzono do kąta, zawsze dostawał szału.
- PrzecieŜ oni nie wiedzą, Ŝe to Angalo! Nie słyszałeś?! Nie wierzą w nas i są
przekonani, Ŝe to mysz. Musimy go wyciągnąć, zanim go złapią albo uszkodzą!
- MoŜemy się pewnie dostać do niego po przewodach w ścianie, ale to za długo
potrwa... - ocenił Gurder.
Masklin rozejrzał się desperacko po kabinie - oprócz trójki usiłującej złapać Angala
było w niej jeszcze dwóch pilotów, którzy spokojnie siedzieli w swoich fotelach.
- Wyszły mi pomysły - przyznał smętnie. - Rzecz, moŜesz coś wymyślić?
- „Bardzo wiele rzeczy. Mogę wymyślić praktycznie wszystko.”
- Chodzi mi o to, czy moŜesz coś zrobić, Ŝeby nam pomóc uratować Angala?
- „Mogę.”
- No to zrób.
- „JuŜ robię.”
W okamgnieniu w kabinie zawyły basowo alarmy i rozbłysły pulsujące światełka.
Obaj piloci oŜyli i niezwykle energicznie, jak na ludzi, zaczęli przestawiać
przełączniki i dźwignie, krzycząc do siebie.
- Co się dzieje? - zdziwił się Masklin.
- „Prawdopodobnie zdenerwowali się, Ŝe juŜ nie pilotują tego samolotu” -
poinformowała go z samozadowoleniem Rzecz.
- To kto go pilotuje?
- „Ja” - odparł skromnie czarny sześcian, błyskając światełkami.
* * *
Jedna z Ŝab spadła z gałęzi i cicho zniknęła wśród liści. PoniewaŜ była lekka i
nieduŜa, nie jest wykluczone, Ŝe nic się jej nie stało. Mogła wylądować cała i zdrowa
pod drzewem, doświadczając drugiego z najbardziej interesujących przeŜyć, jakie
przytrafiły się kiedykolwiek Ŝabom drzewnym.
Reszta uparcie posuwała się naprzód.
* * *
Masklin pomógł Gurderowi przecisnąć się przez przewęŜenie w kolejnym tunelu z
przewodami. Nad głowami słyszeli ludzkie kroki i porykiwania, dobitnie świadczące,
Ŝ
e ludzie mają kłopoty.
- Wydaje mi się, Ŝe nie są zbyt szczęśliwi - sapnął Gurder.
- Ale przynajmniej nie mają czasu szukać czegoś, co prawdopodobnie jest myszą.
- PrzecieŜ to Angalo, nie mysz!
- Ale potem będą przekonani, Ŝe to była mysz. Jak go nie złapią, ma się rozumieć. Tak
mi się widzi, Ŝe ludzie bardzo nie lubią dziwnych i niezrozumiałych rzeczy.
- To zupełnie jak my - ocenił Gurder.
Masklin przyjrzał się krytycznie ściskanej pod pachą Rzeczy i spytał:
- Ty naprawdę kierujesz tym samolotem?
- „Owszem.”
- Zawsze myślałem, Ŝe aby czymś kierować, trzeba kręcić kierownicą, przestawiać
dźwignie i robić róŜne takie rzeczy.
- „To wszystko w samolocie robią maszyny. Ludzie naciskają guziki i przestawiają
przełączniki tylko po to, Ŝeby im powiedzieć, co mają zrobić.”
- No dobrze - zgodził się Masklin. - Ale ty niczego nie naciskasz i nie przestawiasz.
To co konkretnie robisz?
- „Dowodzę.”
Masklin zastanowił się chwilę, wsłuchując się w stłumiony huk silników.
- To trudne zajęcie? - spytał wreszcie.
- „Samo z siebie nie, ale ludzie próbują mi przeszkadzać.”
- W takim razie lepiej będzie, jak szybko znajdziemy Angala - ocenił Gurder. -
Idziemy!
Skręcili w kolejną metalową tubę z wiązkami przewodów.
- Tak w ogóle to powinni nam być wdzięczni, Ŝe pozwalamy naszej Rzeczy
wykonywać ich robotę za nich - ogłosił niespodziewanie Gurder.
- Obawiam się, Ŝe oni mogą mieć o tym inne zdanie - zauwaŜył ostroŜnie Masklin.
- „Lecimy na wysokości pięćdziesięciu pięciu tysięcy stóp z prędkością tysiąca trzystu
pięćdziesięciu dwóch mil na godzinę” - oznajmiła nagle Rzecz, a gdy nikt tego nie
skomentował, dodała: - „To bardzo wysoko i bardzo szybko.”
- To dobrze - powiedział Masklin, do którego dotarło, Ŝe trzeba coś powiedzieć.
- „To naprawdę szybko.”
Przecisnęli się przez szparę w metalowych płytach.
- „To szybciej, niŜ leci pocisk.”
- Zadziwiające - mruknął Masklin.
- „Dwa razy szybciej niŜ dźwięk w tej atmosferze.”
- O rany.
- „Ujmując sprawę inaczej: przy tej prędkości dotarlibyśmy ze Sklepu do
kamieniołomu w mniej niŜ piętnaście sekund.”
- To dobrze, Ŝeśmy tego concorde’a nie spotkali w czasie jazdy - zauwaŜył Masklin.
- Przestań się z nią droczyć - wtrącił Gurder. - Ona chce, Ŝebyś ją pochwalił i
powiedział, Ŝe jest dobrym chłopcem... znaczy się Rzeczą.
- „Wcale nie chcę” - odezwała się natychmiast Rzecz. - „Po prostu próbuję wam
wytłumaczyć, Ŝe to bardzo wyspecjalizowana maszyna, wymagająca uwaŜnej kontroli
i dobrej koordynacji.”
- To moŜe lepiej byłoby, jakbyś tyle nie gadała - zaproponował Masklin. - To utrudnia
koncentrację, wiem po sobie.
Rzecz wyświetliła mu wybitnie jaskrawy wzorek.
- To nie było uprzejme - zauwaŜył Gurder.
- Nie szkodzi. Prawie rok robiłem, co mi kazała, i ani razu nie usłyszałem nawet
głupiego „dziękuję”. A tak w ogóle, to jak wysoko jest te całe pięćdziesiąt pięć tysięcy
stóp?
- „Dziesięć mil, czyli dwa razy dalej niŜ ze Sklepu do kamieniołomu.”
Gurder znieruchomiał.
- Jesteśmy tak daleko w górze? - spytał słabo i spojrzał na podłogę. - Ooops...
- Tylko teraz ty nie zaczynaj! - warknął Masklin. - Mamy dość problemów z
Angalem. Przestań się tak kurczowo trzymać ściany!
Gurder zbielał.
- Musimy być tak wysoko jak te białe, kudłate chmury - wykrztusił.
- „Nie.”
- To dobrze - odetchnął Gurder.
- „One są znacznie niŜej.”
- Ooops...
Masklin złapał go za ramię i potrząsnął energicznie.
- Angalo, pamiętasz?
Gurder przełknął ślinę i powoli ruszył do przodu, kurczowo trzymając się
wszystkiego, na co natrafił. Poruszał się z zamkniętymi oczyma.
- Nie moŜemy tracić głowy, nawet jeśli jesteśmy tak wysoko - dodał Masklin,
spoglądając odruchowo na podłogę: metal wyglądał równie solidnie jak przedtem.
ś
eby coś przezeń zobaczyć, potrzebna była wyobraźnia.
Problem polegał na tym, Ŝe miał pracowitą wyobraźnię.
- Ugh... - mruknął.
- Dalej, Gurder, podaj mi rękę.
- PrzecieŜ jest przed twoim nosem?!
- Tak? A, to przepraszam, trudno coś zauwaŜyć, jak się ma zamknięte oczy...
* * *
Po kolejnych dwóch odgałęzieniach Gurder oznajmił ponuro:
- To na nic. Tu nie ma dziury wystarczająco duŜej, Ŝeby się przez nią przecisnąć.
Gdyby była, to do tej pory przynajmniej Angalo by ją znalazł.
- Musimy znaleźć sposób dostania się do kabiny i wyciągnięcia go od wewnątrz -
zdecydował Masklin.
- Przy tych wszystkich ludziach?!
- Jeśli Rzecz się postara, to będą zbyt zajęci, Ŝeby nas zauwaŜyć. Postarasz się?
- „Postaram się” - obiecała Rzecz.
* * *
Jest takie miejsce, wysoko, gdzie nie ma juŜ dołu.
Troszkę niŜej po niebie mknął biały trójkątny kształt, prześcigając noc i słońce, i w
ciągu zaledwie kilku godzin przemierzając ocean, który kiedyś był krańcem świata...
* * *
Masklin ostroŜnie opuścił się na podłogę i poczołgał do przodu. Ludzie nawet nie
spoglądali w jego stronę. Posunął się na czworakach ku otworowi, w którym ukrywał
się Angalo. Miał nadzieję, Ŝe Rzecz faktycznie wie, jak kierować samolotem.
Poza tym nienawidził być na tak otwartej przestrzeni bez moŜliwości ukrycia się w
razie niebezpieczeństwa. Naturalnie, w czasach gdy samotnie polował, zdarzały się
gorsze miejsca - tak złe, Ŝe gdyby go coś złapało, to nawet zanim wiedziałby co, byłby
juŜ przekąską. Ale wtedy chociaŜ był świadom niebezpieczeństwa, a nikt nie wiedział,
co ludzie mogą zrobić ze złapanym nomem...
Z ulgą dotarł do pogrąŜonego w cieniu kąta w pobliŜu otworu.
- Angalo! - syknął przeraźliwie.
Przez moment panowała cisza, po czym zza kępy przewodów rozległo się pytanie:
- A kto pyta?
- A ile razy chcesz zgadywać? - spytał Masklin juŜ normalnym głosem.
Przewody poruszyły się i na podłogę zeskoczył Angalo.
- Gonili mnie! - oznajmił. - A potem jeden wsadził rękę i...
- Wiem, widziałem. Zbieramy się stąd, dopóki są zajęci - przerwał mu Masklin,
ruszając pędem.
- A czym? - zaciekawił się Angalo, ruszając za nim. - Co się dzieje?
- Rzecz kieruje samolotem.
- Jak?! PrzecieŜ nie ma rąk! Nie moŜe zmienić biegów ani nie...
- Mówi, Ŝe dowodzi komputerami, które to robią. Rusz się!
- Wyjrzałem przez okno. Tu wokoło jest samo niebo! - entuzjazmował się Angalo.
- Nie przypominaj mi!
- Pozwól mi tylko raz spojrzeć...
- Zaraz ci przyłoŜę! Gurder na nas czeka i nie potrzebujemy dodatkowych kłopotów i
tak...
Rozległ się dziwny odgłos - jakby ktoś się dusił.
Bardzo powoli i gdzieś wysoko.
Obaj unieśli głowy.
Patrzył na nich człowiek - miał otwarte usta i taką minę jak ktoś, kto ma powaŜne
problemy z wytłumaczeniem samemu sobie, co widzi. Zaczynał juŜ nawet się
pochylać.
Angalo i Masklin spojrzeli po sobie i wrzasnęli chórem:
- W nogi!
* * *
Gurder czekał podenerwowany w cieniu przy drzwiach, gdy Masklin i Angalo minęli
go pędem, nic nie mówiąc. Nie tracąc czasu na pytania, podkasał sutannę i pognał za
nimi.
- Co się dzieje? - spytał, doganiając Angala. - Co się...?
- Człowiek nas goni!
- Nie zostawiajcie mnie!
Masklin miał zdecydowane prowadzenie w tym biegu między rzędami siedzących
ludzi, którzy nie zwracali na nich najmniejszej nawet uwagi.
- Niepotrzebnie... stanęliśmy... - wysapał. - Widoków... ci się... zachciało...!
- MoŜe... juŜ nigdy... nie będziemy... mieć... takiej... okazji...! - odsapał Angalo.
- Właśnie! - Podłoga z lekka stanęła dęba.
- Rzecz, co się dzieje?!
- „Odwracam ich uwagę.”
- To przestań! Wszyscy tutaj! - polecił Masklin.
Wpadł między dwa fotele, omijając parę butów, i wylądował płasko na wykładzinie.
Pozostała dwójka wylądowała obok niego.
Znieruchomieli kawałek od gigantycznych stóp.
Masklin przysunął Rzecz do ust i rozkazał szeptem:
- Oddaj im ich samolot!
- „Miałam nadzieję, Ŝe pozwolisz mi wylądować” - coś w pozbawionym intonacji
głosie zabrzmiało zupełnie jak Angalo.
- A wiesz, jak czymś takim wylądować?
- „Poprzez naukę nabiera się doświadczeń, a...”
- Oddaj im go natychmiast!
Samolotem leciutko szarpnęło, a na powierzchni sześcianu zmienił się wzór
ś
wiatełek.
Masklin odetchnął z ulgą i zaproponował:
- MoŜe przez najbliŜsze pięć minut wszyscy dla odmiany zachowywaliby się
sensownie?
- Przepraszam. - Angalo spróbował wyglądać przepraszająco, ale mu się nie udało:
błyszczące oczy i nieco szaleńczy uśmiech wyraźnie wskazywały, Ŝe jest bliski
spełnienia marzeń. - Po prostu... wiecie, Ŝe nawet pod nami jest niebiesko? Jakby
zupełnie tam w dole nie było ziemi! I...
- Jeśli Rzecz spróbuje kolejnych lekcji latania, to moŜe okazać się prawdą - przerwał
mu ponuro Masklin. - Więc lepiej jej nie prowokować, zgoda?
Przez chwilę siedzieli pod siedzeniem w milczeniu.
Ciszę przerwał Gurder, całkiem spostrzegawcze:
- Ten człowiek ma dziurawą skarpetkę!
- No to co? - spytał Angalo.
- Nic. Tylko nigdy nie pomyślałem, Ŝe ludzie teŜ miewają dziurawe skarpetki.
- Dziury i skarpetki przewaŜnie występują razem - zauwaŜył Masklin. - A w
najlepszym wypadku blisko siebie.
- ChociaŜ te skarpetki są całkiem porządne - ocenił Angalo.
Masklin przyjrzał się skarpetkom - dla niego wyglądały normalnie. Jak te, których w
Sklepie uŜywali jako śpiworów.
- Skąd wiesz? - spytał zaintrygowany.
- Bo to Jegostyl Zapachoodporne. Gwarantowane 85 purcent Polyputheketlon. W
Sklepie takie sprzedawano i były znacznie droŜsze od innych. Widzisz, tam jest
metka.
Gurder westchnął cięŜko.
- To był dobry Sklep - wymamrotał cicho.
- Widzisz te buty? - Angalo wskazał wielkie białe kształty przypominające
wyciągnięte na brzeg łodzie. - To Niezbędne Uliczne Obuwie z Prawdziwą Gumową
Poszewką. TeŜ drogie.
- Nigdy nie byłem ich zwolennikiem - wtrącił Gurder. - Za jasne. Wolałem Męskie
Brązowe, Sznurowane. MoŜna się w nich było naprawdę wygodnie wyspać.
- Te Uliczne teŜ były w Sklepie? - spytał ostroŜnie Masklin.
- Owszem. Jako Oferta Specjalna.
- Hmm.
Masklin wstał i obszedł sporą skórzaną torbę, wepchniętą pod siedzenie, potem
wspiął się po niej i szybciutko wyjrzał ponad poręcz fotela. Po czym zsunął się na
podłogę i stwierdził radosnym tonem:
- No, no...! To teŜ sklepowa torba, prawda?
Gurder i Angalo przyjrzeli się krytycznie torbie.
- Nigdy za duŜo czasu nie spędziłem w Dziale Turystycznym - przyznał Angalo. - Ale
to moŜe być Specjalna Skórzana Torba PodróŜna.
- Dla Roztropnego Samodzielnego Kierownika? - dodał Gurder. - Bardzo moŜliwe.
- A zastanawialiście się, jak stąd wyjdziemy? - spytał Masklin.
- Tak samo jak weszliśmy? - odparł pytająco Angalo, który nie poświęcił temu chwili
namysłu.
- Obawiam się, Ŝe to moŜe być niewykonalne. Wydaje mi się, Ŝe ledwie wylądujemy,
ludzie zaczną nas szukać, nawet jeśli będą przekonani, Ŝe szukają myszy. Jak ja bym
był na ich miejscu, to bym szukał: nigdy nie wiadomo, co taka mysz moŜe zrobić z
przewodem. A jak się jest dziesięć mil nad ziemią i mysz zrobi sobie ubikację w
komputerze, to moŜe nie być wesoło. I tak mi się wydaje, Ŝe ludzie do tych
poszukiwań podejdą całkiem powaŜnie. Więc najlepiej byłoby, gdybyśmy wyszli stąd
razem z ludźmi.
- Stratują nas! - zauwaŜył rozsądnie Angalo.
- Jakbyśmy byli w takiej, dajmy na to, torbie, to by nas nie stratowali - zauwaŜył
jeszcze rozsądniej Masklin.
- Niedorzeczność! - oburzył się Gurder.
Masklin wziął głęboki oddech i wypalił:
- Widzisz, ona naleŜy do Wnuka Richarda! - Korzystając z całkowitego osłupienia
pozostałych, dodał: - Sprawdziłem. Siedzi nad nami i czyta gazetę. Widziałem go juŜ
wcześniej i to na pewno on.
Gurder niespodziewanie poczerwieniał i spytał podejrzanie spokojnie:
- Chcesz, Ŝebym uwierzył, Ŝe Wnuk Arnolda Brosa (zał. 1905) ma dziurawe
skarpetki?
- To byłyby święte skarpetki, no nie? - zachichotał Angalo. - No, co? PoŜartować nie
moŜna?!
- Sam się wdrap i zobacz - zaproponował Masklin. - Podsadzę cię, tylko się za bardzo
nie wychylaj.
W końcu obaj podsadzili Gurdera, który waŜył więcej, niŜ na to wyglądał.
Na dole zjawił się szybko i dziwnie milczący.
- No i? - zainteresował się Angalo.
- Na torbie są złote litery „R. A.” - dodał Masklin, patrząc wymownie na Angala.
Gurder wyglądał, jakby zobaczył ducha.
- A, tak - ucieszył się Angalo. - Złoty Monogram za Jedyne 5.99. Tak pisało na znaku.
- Gurder, odezwij się! - zaŜądał w końcu Masklin. - Przestań tak siedzieć i mieć za
złe!
- To bardzo uroczysty moment - powiedział z namaszczeniem Gurder. - Przynajmniej
dla mnie.
- Gdybyśmy przecięli trochę nitki na szwie, to moglibyśmy spokojnie dostać się do
ś
rodka - poinformował go Masklin.
- Nie jestem godzien - jęknął Gurder.
- Pewno nie jesteś - zgodził się Angalo. - Ale nikomu nie powiemy.
- A Wnuk Richard nam pomoŜe - dodał Masklin, mając nadzieję, Ŝe choć co drugie
słowo dociera do Gurdera. - Bezwiednie, ale pomoŜe, więc wszystko powinno być w
porządku. Pewnie tak było przeznaczone.
Zwrot ten często słyszał z ust Gurdera, toteŜ choć nie bardzo rozumiał, kto i co
przeznacza, uznał, Ŝe religijne formułki mogą lepiej trafić do niego.
Sądząc po minie, trafiły.
- Zgoda - odezwał się w końcu Gurder. - Ale Ŝadnego rozcinania: wejdziemy przez
suwak.
Weszli.
Co prawda suwak się w połowie zaciął, bo suwaki mają taki zwyczaj, ale nomy nie
potrzebują aŜ tak duŜych otworów, Ŝeby musiały go mocno otwierać.
- A co zrobimy, jak zajrzy? - spytał Angalo, gdy juŜ znaleźli się w torbie.
- Nic - odparł Masklin. - MoŜesz się uśmiechać.
* * *
ś
aby były juŜ daleko na gałęzi. To, co wyglądało jak równa płaszczyzna
szarozielonego drzewa, okazało się labiryntem kory, korzeni i kęp mchu. Było to
niezwykle przeraŜające dla istot, które spędzały całe dnie wśród płatków.
Mimo to posuwały się naprzód. Nie znały bowiem znaczenia słowa „odwrót”. Nie
znały zresztą znaczenia Ŝadnego innego słowa.
Rozdział czwarty
HOTELE: Miejsca, w których PodróŜujący Ludzie parkują w nocy. Inni ludzie
przynoszą im jedzenie, w tym słynne Kanapki z szynką, sałatą i pomidorem. Są tam
łóŜka, ręczniki i takie specjalne urządzenia, z których pada na ludzi, Ŝeby byli czyści.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Ciemność.
- Masklin, tu jest strasznie ciemno!
- I niewygodnie!
- To się spróbuj jakoś zagnieździć!
- Auć! Właśnie siadłem na grzebieniu!
- „Wkrótce będziemy lądować.”
- To dobrze.
- O, tu jest jakaś tubka...
- Jestem głodny. Nie ma tu niczego do jedzenia?
- Mam orzeszka.
- Gdzie? Gdzie?
- Nie szarp się! Właśnie mi go wytrąciłeś z ręki!
- Gurder?
- Tak?
- Co ty wyprawiasz? Bo słyszę, Ŝe coś tniesz.
- Wycina sobie dziurę w skarpetce.
Cisza.
- No to co? Mogę, jak lubię, moja skarpetka.
Więcej ciszy.
- JuŜ się lepiej czuję. Pomogło mi.
Jeszcze więcej ciszy.
- Gurder, on jest tylko człowiekiem. Nie ma w nim nic specjalnego.
- Ale jesteśmy w jego torbie, tak?
- Tak, ale sam mówiłeś, Ŝe Arnold Bros to coś w naszych głowach. Mówiłeś?
- Mówiłem.
- No to jak?
- Po prostu mi ulŜyło, to wszystko. Temat dziur w skarpetkach uwaŜam za zamknięty!
- „Podchodzimy do lądowania.”
- Skąd będziemy wiedzieli, kiedy...
- „Jestem pewna, Ŝe zrobiłabym to lepiej.”
- To jest ta cała Floryda? Angalo, złaź mi z czoła!
- „Tak. Kraj tradycyjnie witający osadników.”
- To my?!
- „Technicznie rzecz ujmując, jesteście raczej tranzytowcami: jesteście w drodze do
innego miejsca przeznaczenia.”
- Gdzie?!
- „Do gwiazd.”
- Aha... Rzecz?
- „Tak?”
- Są jakieś zapisy, Ŝe nomy pojawiły się tu wcześniej?
- Masklin, o co ci chodzi? Nomy to my!
- Owszem, ale tu mogą być inne nomy.
- Poza nami nie ma tu nikogo! Chyba Ŝe się dosiadł...
W ciemności rozbłysły róŜnobarwne światełka.
- I co?... Rzecz?
- „Sprawdzam dostępne dane. Nie ma Ŝadnych informacji o nomach. Wszyscy
zarejestrowani imigranci byli znacznie wyŜsi.”
- Imi... co?
- „Imigranci, czyli osadnicy, czyli ci, co tu przybywali.”
- Aha. Tak tylko sobie myślałem... tak się zastanawiałem, czy nie ma nikogo poza
nami.
- Słyszałeś, co powiedziała Rzecz? Nie ma Ŝadnych informacji o nomach,
powiedziała.
- Nas do dzisiaj teŜ nikt nie widział.
- Rzecz, wiesz, co teraz będzie?
- „Teraz będziemy przechodzić przez Imigrację i Cło. Czy jesteście lub kiedykolwiek
byliście członkami wywrotowej organizacji?”
Cisza.
- Kto? My? Dlaczego nas o to pytasz?
- „Bo takie pytania tam zadają. Tak przynajmniej wynika z mojego nasłuchu.”
- A, to w porządku. Nie sądzę, Ŝebyśmy byli, a jesteśmy?
- Nie.
- Nie.
- Nie. TeŜ tak sobie myślałem, Ŝe nie jesteśmy. A co to jest „wywrotowej”?
- „Pytanie ma na celu ustalenie, czy przybywacie, aby obalić rząd Stanów
Zjednoczonych Ameryki Północnej.”
- Wątpię, Ŝebyśmy chcieli... A chcemy?
- Nie.
- Nie.
- Nie chcemy. Nie muszą się nas bać.
- Sprytny pomysł... Bardzo sprytny pomysł.
- Jaki?
- Pytanie o takie rzeczy, ledwie kto przyleci. Jak ktoś się przyzna, Ŝe chce wywrotowe
obalać, to zanim skończy mówić „tak”, wszyscy się na niego zwalą jak tona cegieł.
Sprytne - przyznał z podziwem Angalo.
- Nie chcemy niczego obalać - zapewnił Masklin. - Chcemy tylko ukraść im jedną z
tych pionowo lecących odrzutowych rakiet. Jak one się nazywają, bo zapomniałem?
- „Promy kosmiczne. Albo wahadłowce.”
- O, właśnie. A potem zaraz sobie pójdziemy. Nie chcemy wywoływać Ŝadnych
kłopotów.
* * *
Poczuli lekki wstrząs, gdy torba została postawiona na ziemi.
Rozległ się cichutki odgłos cięcia, całkowicie zagłuszony przez panujący w budynku
dworca lotniczego hałas, i w skórzanym boku torby zrobił się niewielki otworek.
- I co on robi? - spytał Gurder.
- Nie pchaj się, bo nic nie widzę! - warknął Masklin. - Stoi w kolejce.
- To trwa juŜ całe wieki - westchnął Angalo.
- Widocznie to długa kolejka...
- A jak się wszystkich pytają o to obalanie z wywrotem, to nie moŜe się szybko
przesuwać - dodał Gurder.
- Wolałbym o to nie pytać, ale jak zamierzamy znaleźć ten prom? - spytał Angalo.
- Zajmiemy się tym, jak przyjdzie czas - odparł niezbyt pewnie Masklin.
- Czas przyszedł - poinformował go Angalo. - Więc jak?
Masklin wzruszył ramionami.
- Chyba nie myślałeś, Ŝe ledwie się tu zjawimy, zobaczymy drogowskaz: „Tędy do
Promu Kosmicznego”. - Angalo nie krył złośliwości.
Masklin za to miał nadzieję, Ŝe miną skutecznie zamaskował myśli.
- Oczywiście, Ŝe nie - oświadczył uraŜony.
- No, to co robimy dalej? - Angalo nie ustępował.
- My... my... zapytamy Rzecz - odparł z ulgą Masklin. - Właśnie tak zrobimy. Rzecz?
- „Tak?”
- Co robimy dalej?
- To się chyba nazywa planowanie - dodał Angalo.
Torbę przesunięto po podłodze - najwyraźniej kolejka (a z nią Wnuk Richard, 39)
ruszyła.
- Rzecz, pytałem, co robimy...
- „Nic.”
- Jak to, mamy nic nie robić?!
- „Poprzez powstrzymywanie się przed robieniem czegokolwiek.”
- I co nam to da?
- „W gazetach napisano, Ŝe Richard Arnold udaje się na Florydę, by uczestniczyć w
wystrzeleniu satelity telekomunikacyjnego. Dlatego teŜ musi się udać na miejsce, w
którym ten satelita się znajduje. Ergo, my udajemy się tam z nim.”
- Kto to jest Ergo? - zaniepokoił się Gurder, rozglądając się nerwowo.
Rzecz wyświetliła jaskrawy wzorek na skierowanej ku niemu ścianie.
- „Ergo to inaczej „więc”.”
Masklin zastanowił się i niezbyt zachwyciło go to, do czego doszedł.
- Myślisz, Ŝe zabierze ze sobą torbę? - spytał.
- „To nie jest pewne.”
Masklin musiał przyznać, Ŝe w torbie było niewiele - skarpetki, papiery, pasta do
zębów, szczoteczka, szczotka do włosów, grzebień i ksiąŜka zatytułowana „Szpieg
bez spodni”. To ostatnie sprawiło im nieco kłopotów, gdyŜ tuŜ po wylądowaniu torba
została rozpięta i wciśnięto do niej wyŜej wymienioną pozycję. Na szczęście Wnuk
Richard zrobił to, nie zaglądając do środka. Przy okazji nie domknął suwaka, przez co
do wnętrza wpadało trochę światła, i Angalo próbował teraz czytać, mamrocząc pod
nosem komentarze.
- Nie wydaje mi się, Ŝeby Wnuk Richard pojechał prosto na to wystrzelenie - odezwał
się ostroŜnie Masklin. - Chyba wcześniej pojedzie gdzieś się przespać. Rzecz, wiesz,
kiedy ten prom odlatuje?
- „Nie, komputery lotniska nie mają tej informacji, a innych chwilowo nie ma w moim
zasięgu.”
- On się musi wkrótce wyspać. - Masklin był pewien swego. - Ludzie przesypiają
przecieŜ większość nocy. Myślę, Ŝe lepiej by było, gdybyśmy wyszli z torby.
- I porozmawiali z nim - dodał Gurder.
Angalo i Masklin spojrzeli na niego dziwnie.
- Co tak patrzycie?! PrzecieŜ po to tu przybyliśmy.
- Oryginalnie, owszem. Nadal chcesz go prosić o ratowanie kamieniołomu?
- PrzecieŜ to człowiek! - wkurzył się Angalo. - Teraz juŜ nawet do ciebie musiało to
dotrzeć! On nam nie pomoŜe! Bo i niby dlaczego miałby pomagać? Jest tylko
człowiekiem, którego przodkowie zbudowali Sklep! Dlaczego z uporem maniaka
wierzysz, Ŝe jest jakimś wielkim nomem z nieba?!
- Bo nie mam nic innego w co mógłbym wierzyć! - wrzasnął Gurder. - A jeśli ty nie
wierzysz we Wnuka Richarda, to dlaczego jesteś w jego torbie?
- To tylko zbieg okoliczności...
- Zawsze tak mówisz! Zawsze jest to albo przypadek, albo zbieg...
Torba nagle zaczęła się energicznie ruszać i wszyscy stracili równowagę, a Gurder
takŜe wątek.
- Idziemy po podłodze - odmeldował Masklin, przytulony do dziurki. - Tu jest
naprawdę duŜo ludzi.
- Wszędzie ich pełno! - westchnął Gurder.
- Niektórzy trzymają znaki z wypisanymi nazwiskami.
- Jak to ludzie - skwitował Gurder.
Do tego wszyscy byli przyzwyczajeni - w Sklepie ludzie często nosili znaki z
nazwiskami. Niektóre były dziwne i strasznie długie, jak: „Pani J. E. Williams
Kierownik” albo „Cześć, nazywam się Tracey”. Nikt dokładnie nie wiedział, dlaczego
ludzie muszą cały czas nosić te plakietki. Najpopularniejsza teoria głosiła, Ŝe inaczej
by zapomnieli, jak się nazywają.
- Zaraz, coś tu się nie zgadza! Jeden ma napisane „Richard Arnold”. Idziemy tam...
rozmawiamy z nim.
Z góry faktycznie dobiegły powolne, basowe ryki w dwóch tonacjach.
- Rzecz, rozumiesz, o czym mówią? - spytał Masklin.
- „Tak. Ten z napisem ma zabrać naszego do hotelu. To takie miejsce, w którym
ludzie śpią i są karmieni. Cała reszta to grzecznościowe banały, jakie ludzie mówią do
siebie, Ŝeby się upewnić, Ŝe jeszcze Ŝyją.”
- Co masz na myśli? - zdziwił się Masklin.
- „Mówią na przykład: „Jak ci leci?” albo „Miłego dnia”, albo „Co sądzisz o
pogodzie?” Sens tych wypowiedzi jest taki: „Jeszcze Ŝyję i widzę, Ŝe ty teŜ”.”
- Popatrz, to zupełnie jak my - ucieszył się Masklin. - To się nazywa „współŜycie z
innymi”. MoŜesz czasem spróbować, na pewno nie zaszkodzi.
Torba zakołysała się na boki i uderzyła w coś, toteŜ wszyscy trzej złapali się
kurczowo, czego kto mógł. Angalo złapał się jednorącz, w drugiej ręce bowiem
trzymał ksiąŜkę.
- Znowu się robię głodny - oświadczył Gurder. - Tu naprawdę nie ma nic do jedzenia?
- Jest trochę pasty do zębów w tubce.
- Dziękuję, aŜ tak głodny nie jestem.
W pobliŜu rozległ się znajomy warkot.
- Znam ten dźwięk! - ucieszył się Angalo. - To silnik spalinowy. Jedziemy czymś!
- Znowu?- jęknął Gurder.
- Wysiądziemy, gdy tylko się da - zapewnił go Masklin.
- Rzecz, co to za rodzaj cięŜarówki? - spytał Gurder.
- „To helikopter.”
- Strasznie hałaśliwy - poskarŜył się Gurder, który w Ŝyciu nie słyszał o helikopterze.
- To samolot bez skrzydeł - poinformował go Angalo, który słyszał.
Gurder poświęcił tej rewelacji długą chwilę ostroŜnego i przestraszonego namysłu.
- Rzecz? - spytał w końcu powoli.
- „Tak?”
- Co utrzymuje w powietrzu...
- „Nauka.”
- Nauka? A, to wszystko w porządku!
* * *
Hałas trwał długo, aŜ w końcu stał się częścią rzeczywistości i to do tego stopnia, Ŝe
gdy się nagle skończył, było to dla całej trójki szokiem. LeŜeli na dnie torby, mając
tak dalece wszystkiego dość, Ŝe nawet im się rozmawiać nie chciało.
Torba tymczasem została przeniesiona, postawiona, przeniesiona ponownie, znowu
postawiona, uniesiona raz jeszcze i rzucona na coś miękkiego.
Wreszcie zapanowała błoga cisza.
W końcu przerwał ją Gurder:
- No dobra, o jakim smaku jest ta pasta?
Masklin odnalazł Rzecz w kłębowisku spinaczy, kurzu i kawałków papieru na samym
dnie torby.
- Wiesz moŜe przypadkiem, gdzie jesteśmy? - spytał.
- „Pokój 103, Hotel Cocoa Beach New Horizons. Właśnie monitoruję łączność.”
Gurder pozbierał się zadziwiająco szybko i ruszył w stronę zamka błyskawicznego.
- Muszę stąd wyjść! DłuŜej tu nie wytrzymam... Angalo, podaj mi nogę, to moŜe
dosięgnę do suwaka...
Zamek rozjechał się z cichym zgrzytem i do torby wpadł nagle oślepiający snop
ś
wiatła. Cała trójka zanurkowała, gdzie kto mógł, kryjąc się błyskawicznie. Dłoń,
większa od Masklina, sięgnęła do wnętrza, złapała plastikową torebkę z pastą i
szczoteczką i się cofnęła.
Nikt się nie poruszył.
Po chwili dał się słyszeć odległy szum lecącej wody.
Dalej nikt nie drgnął.
- Boom-boom foom zoom-hoom-hoom, hoom zoom hoom... - Głos był donośniejszy
niŜ szum wody i, bez dwóch zdań, naleŜał do człowieka.
- To... śpiew? - szepnął Angalo.
- ...Hoom... hoom-boom-boom hoom... zoom-hoom-boom HOOOooooOOOmmnn
Boom...
- Rzecz, co się dzieje? - zaniepokoił się Masklin.
- „Bierze prysznic.”
- Po co?!
- „Logiczne wydaje się załoŜenie, Ŝe chce być czysty.”
- To bezpiecznie moŜemy wyjść z torby?
- „»Bezpiecznie« to określenie względne.”
- śe jak?!
- „Nic nie jest całkowicie bezpieczne. Ale sądzę, Ŝe człowiek będzie się raczej długo
moczył.”
- Fakt, człowieka zawsze jest duŜo do wyczyszczenia - zgodził się Angalo. - No, to na
co czekamy?
PoniewaŜ torba, jak się okazało, leŜała na łóŜku, zejście na podłogę po kocu nie
stanowiło większego kłopotu.
- ...Hoom-hoombooOOOOHboom...
- I co robimy teraz? - zainteresował się Angalo.
- Jak coś zjemy, ma się rozumieć - dodał Gurder kategorycznie.
Masklin, unosząc wysoko nogi, ruszył przez gęsty dywan ku szklanym drzwiom w
ś
cianie. Były uchylone i wpuszczały ciepły powiew i dźwięki nocy. Dla człowieka
było to zwyczajne bzyczenie czy dzwonienie cykad i innych tajemniczych stworzeń,
których głównym Ŝyciowym zadaniem jest siedzenie nocą w krzakach i robienie
znacznie więcej hałasu, niŜ powinny. Nomy słyszą jednak dźwięki spowolnione,
rozciągnięte i bardziej basowe, zupełnie jak z płyty analogowej odtwarzanej na
zwolnionych obrotach. Tak więc dla nich noc pełna była łomotów i ryków.
Gurder dołączył do Masklina i ostroŜnie wyjrzał w mrok.
- Mógłbyś wyjść i zobaczyć, czy tam jest coś do zjedzenia? - zaproponował.
- Mam dziwne wraŜenie, Ŝe jakbym teraz wyszedł, to tam na pewno byłoby coś do
zjedzenia. Konkretnie ja.
Za nimi wciąŜ słychać było prysznic i porykiwania.
- ...Boom-hoom-hoom... BOOooooMMM womp womp...
- Rzecz, o czym on śpiewa? - zainteresował się Masklin.
- „Trochę trudno to zrozumieć, ale chyba śpiewający chciałby ogłosić, Ŝe zrobił coś
po swojemu.”
- Co zrobił?
- „Za mało danych, by mieć pewność, ale cokolwiek by to było, zrobił to: a) co krok
na autostradzie Ŝycia; b) nie wstydząc się...”
Rozległo się pukanie do drzwi.
Ś
piew się urwał, podobnie jak szum wody. Nomy pognały w ciemny kąt.
- Ryzykant - szepnął Angalo. - Chodzić po autostradzie... po chodniku Ŝycia miałby
bezpieczniej...
Wnuk Richard wyłonił się z łazienki owinięty wokół bioder ręcznikiem i otworzył
drzwi. Do pokoju wszedł ubrany człowiek z tacą, którą postawił na stoliku, i bez
słowa wyszedł. Wnuk Richard wrócił do przerwanych czynności.
- ...Buh-buh buk-buh hoom hoOOOmm...
- Jedzenie! - szepnął Gurder. - Na tej tacy jest jedzenie!
- „Kanapka z szynką, sałatą i pomidorem oraz sałatka” - potwierdziła Rzecz. - „I
kawa.”
- Skąd wiesz? - spytali wszyscy trzej zgodnym chórem.
- „Zamówił taki zestaw, kiedy się wprowadzał.”
- Sałatka! - jęknął ekstatycznie Gurder. - Szynka! Kawa!
Masklin rozejrzał się fachowo. Obok stołu stała lampa, a mieszkał w Sklepie
wystarczająco długo, by wiedzieć, Ŝe gdzie jest lampa, tam musi być przewód.
Nie spotkał jeszcze takiego przewodu, po którym nie dałoby się wdrapać.
Dla sklepowych nomów najwaŜniejsze były regularne posiłki. śyjąc przy autostradzie
jeszcze w czasach przedsklepowych, Masklin był przyzwyczajony do jedzenia raz
dziennie, gdy nie bardzo było co jeść, a kiedy znalazło się jedzenie, do cięŜkiego
obŜarstwa, ale nomy Ŝyjące w Sklepie przyzwyczaiły się do kilkunastu posiłków w
ciągu dnia. Wystarczyło, Ŝeby nie zjadły zaledwie kilku, a juŜ zaczynały narzekać.
- Chyba zdołam się tam dostać - ocenił.
- Bardzo dobrze. Bardzo dobrze - pochwalił go Gurder.
- Jest inny problem. - Masklin nie ruszył się z miejsca. - Czy właściwe jest zjeść
kanapkę Wnuka Richarda?
Gurder zamrugał gwałtownie.
- Jest to waŜna kwestia teologiczna - mruknął. - Ale jestem za bardzo głodny, Ŝeby się
teraz nad nią zastanawiać. Najpierw ją zjemy, a jak się okaŜe, Ŝe nie powinniśmy tego
zrobić, to obiecuję, Ŝe będę szczerze Ŝałował.
- ...Boom-hoom whop whop, foom hoom...
- „Mówi, Ŝe koniec juŜ bliski i Ŝe stoi przed zasłoną” - dodała Rzecz. - „MoŜe chodzi
mu o zasłonę od prysznica.”
Masklin wdrapał się po przewodzie, stanął na tacy i - czując się naprawdę bardzo
wystawiony - rozejrzał się wokół. Nie ulegało wątpliwości, Ŝe Florydyjczycy mieli
odmienne pojęcie o kanapce niŜ ludzie ze Sklepu i okolic. Kanapki, z którymi się
dotąd zetknął, to były dwa smętne kawałki chleba, między które wepchnięto prawie
przezroczysty kawałek wędliny i zrobiono kleks z musztardy czy majonezu. To, na co
patrzył, zajmowało prawie całą tacę i jeśli w skład kanapki wchodził chleb, to był
dobrze ukryty w sałacie i pomidorach.
- Pospiesz się! - zawołał z dołu Angalo. - Woda przestała lecieć!
- ...Boom-hoom hoom whop whop hoom whop...
Masklin rozgarnął zielony gąszcz, złapał chleb i przyciągnął całość na krawędź stołu,
po czym pchnął silnie.
- ...foom hoom hoom HOOOOooooOOOOmmmm-WHOP.
Drzwi od prysznica otworzyły się...
- Złaź! - polecił Angalo.
Wnuk Richard wszedł do pokoju, zrobił dwa kroki i zamarł.
Patrzył na Masklina.
Masklin zamarł, spoglądając na niego.
Była to jedna z tych chwil, kiedy Czas takŜe zamiera.
Masklin zrozumiał, Ŝe znajduje się w jednym z tych punktów, w których Historia
bierze głęboki oddech i decyduje, co dalej.
Mógł zostać i uŜyć Rzeczy jako tłumacza. Mógł spróbować wytłumaczyć wszystko, a
zwłaszcza to, jak waŜne dla nomów jest posiadanie własnego domu, do którego nikt
by się im nie ładował. Mógł poprosić, Ŝeby im pomógł w zatrzymaniu kamieniołomu,
i opowiedzieć, jak sklepowe nomy Ŝyją w przeświadczeniu, Ŝe jego dziadek stworzył
ś
wiat. Powinno mu to sprawić przyjemność - wyglądał sympatycznie i przyjaźnie...
jak na człowieka.
I moŜe zdecydowałby się im pomóc.
Albo mógł ich złapać, zawołać innych ludzi i razem wsadziliby ich do klatki albo
czegoś i zaczęli wydziwiać, badać i poniewierać. Tak jak ci w kabinie samolotu - nie
chcieli zrobić Angalowi krzywdy i najprawdopodobniej nie wiedzieli, z czym, albo
raczej z kim mają do czynienia. A nomy nie miały czasu na wyjaśnienia.
Bo to był świat ludzi, nie nomów.
I takie postępowanie było zbyt ryzykowne.
Masklin zrozumiał, Ŝe musi to zrobić po swojemu...
Wnuk Richard powoli wyciągnął dłoń i powiedział:
- Whoomp?
Masklin oŜył - zrobił trzy szybkie kroki i dał nura.
Nomy mogą spadać ze znacznej wysokości, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Tym
razem kanapka, sałata i pomidory skutecznie złagodziły upadek.
Wokół kanapki nastąpiła chwila oszalałej aktywności, po czym kanapka wstała na
trzech parach nóg i pognała przez podłogę, znacząc drogę majonezem.
Wnuk Richard rzucił na nią ręcznik, ale chybił.
Kanapka przeskoczyła przez próg i zniknęła w rozcykanym mroku nocy.
* * *
Oprócz ryzyka upadku na Ŝaby czekały takŜe inne niebezpieczeństwa - jedna została
zjedzona przez jaszczurkę, kilka zawróciło, ledwie znalazły się poza zasięgiem cienia
rzucanego przez ich kwiat, gdyŜ jak zauwaŜyły:
- .-.-.mipmip.-.-.mipmip.-.-.
ś
aba na przedzie obejrzała się na malejącą grupę naśladowców. Była za nią jeszcze
jedna... i jedna... i jedna... i jedna, co razem dawało... aŜ się zmarszczyła z wysiłku...
no tak: jedną.
Kilka innych zaczęło się bać. Prowadząca zorientowała się, Ŝe jeśli mają dotrzeć do
nowego kwiatu i przetrwać, jedna Ŝaba nie wystarczy. Potrzebowały przynajmniej
jeszcze jednej. A moŜe jeszcze jednego. Postanowiła dodać im otuchy i oznajmiła:
- Mipmip!
Rozdział piąty
FLORYDA (albo FLORIDIA): miejsce, w którym bez trudu moŜna znaleźć Aligatory,
ś
ółwie i Promy Kosmiczne. Jest tam ciepło, mokro i ciekawie. Występują teŜ Gęsi i
Kanapki z Szynką, Sałatą i Pomidorem. Znacznie ciekawsza okolica niŜ większość
innych. Z powietrza wygląda jak kawałek przyklejony do większego kawałka.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Wysilmy wyobraźnię i załóŜmy, Ŝe spoglądamy przez obiektyw aparatu
fotograficznego na planetę przypominającą błękitno-białą bombkę choinkową.
„ZbliŜenie”
Oto kontynent wyglądający niczym układanka z Ŝółtych, zielonych i brązowych
kawałków.
„ZbliŜenie”
Oto fragment kontynentu wystający dość daleko w ciepłe morze na południowy
wschód. Większość jego mieszkańców nazywa go Florydą.
Choć prawdę mówiąc, nie nazywa. Większość mieszkańców w ogóle go nie nazywa.
Nawet nie wiedzą, Ŝe istnieje, i nic ich to właściwie nie obchodzi. Większość z nich
ma po sześć nóg i bzyczy, a znaczna część ma po osiem nóg i spędza czas we
własnonoŜnie utkanych pajęczynach, czekając, aŜ jakiś sześcionoŜny mieszkaniec
zjawi się na lunch. Z pozostałej części zdecydowana większość ma po cztery nogi i
warczy, ryczy albo leŜy w bagnie, udając pnie. W zasadzie jedynie niewielka część
mieszkańców Florydy ma po dwie nogi, a i oni nie nazywają tego zakątka Florydą. W
ogóle się zresztą nie odzywają, za to duŜo latają. Matematycznie rzecz biorąc, jedynie
mikroskopijna część Ŝywych stworzeń zamieszkujących Florydę tak właśnie ją
nazywa, ale to oni się liczą. Przynajmniej we własnych oczach. A ta właśnie ocena
jest najwaŜniejsza. Dla nich.
„ZbliŜenie”
Oto autostrada...
„ZbliŜenie”
...po której jadą samochody w strugach ciepłego deszczu...
„ZbliŜenie”
Oto rów przy autostradzie porośnięty zielskiem...
„ZbliŜenie”
...oto porastająca go trawa, która porusza się nie całkiem zgodnie z kierunkiem
wiatru...
„ZbliŜenie”
...oto para niewielkich oczek...
„ZbliŜenie”
Ooo...
„ZbliŜenie”
Łup!
* * *
Masklin przedarł się przez wysoką trawę i wrócił do obozu, jeśli moŜna tak nazwać
niewielki kawałek względnie suchego terenu osłoniętego znalezioną folią. Od czasu
ucieczki z pokoju Wnuka Richarda minęło dobre kilka godzin i za chmurami widać
juŜ było wschodzące słońce.
Autostradę przekroczyli, korzystając z jakiejś dziwnej przerwy w ruchu, i od tego
czasu kręcili się po mokrym terenie, omijając starannie kaŜdy ryk czy łopot. W końcu
znaleźli kawałek foliowego worka i połoŜyli się spać. Masklin na wszelki wypadek
stanął na warcie, choć na dobrą sprawę nie miał pojęcia, przeciwko czemu ją trzyma.
Jedno w tym wszystkim było pozytywne - z nasłuchu radia i telewizji Rzecz
dowiedziała się, Ŝe miejsce, z którego startują te całe promy, zwane teŜ
wahadłowcami, leŜy zaledwie o osiemnaście mil drogi. A oni nie pozostali w tym
czasie bezczynni: przeszli, no... będzie z pół mili. No i deszcz był ciepły. A kanapka
okazała się znacznie poŜywniejsza, niŜ na to wskazywała nazwa.
- Kiedy, mówiłaś, mają go wystrzelić? - spytał cicho Rzecz.
- „Za cztery godziny.”
- Co oznacza, Ŝe musielibyśmy robić ponad cztery mile na godzinę - zauwaŜył ponuro
Angalo.
Masklin przytaknął równie ponuro - idąc ostrym marszem, nom mógł w godzinę
zrobić najwyŜej dwie mile, i to po otwartym, równym terenie.
Nie zastanawiał się dotąd, jak umieszczą Rzecz w tej całej przestrzeni. Niejasno mu
ś
witało, Ŝe prom musi mieć jakieś miejsca, gdzie dałoby się ją wcisnąć. Pewnie sami
teŜ mogliby się gdzieś wepchnąć, ale Rzecz uporczywie twierdziła, Ŝe w przestrzeni
nie ma powietrza i jest zimno.
- Powinieneś poprosić Wnuka Richarda o pomoc! - odezwał się z pretensją w głosie
Gurder. - Dlaczego uciekłeś?
- Nie wiem. Doszedłem do wniosku, Ŝe sami powinniśmy sobie poradzić.
- „Ale wykorzystałeś cięŜarówkę. Nomy Ŝyły w Sklepie. UŜyliście concorde’a. Jecie
ludzką Ŝywność.”
Masklina zatkało - Rzecz nigdy dotąd nie odzywała się nie pytana w takich sprawach.
- To co innego - bąknął.
- „Dlaczego?”
- Bo ludzie o nas nie wiedzieli. Braliśmy, czego potrzebowaliśmy, nikt nam niczego
nie dawał. Oni traktują ten świat jak swój: myślą, Ŝe wszystko tu naleŜy do nich!
Nadali wszystkiemu nazwy i wszystko mają. Jak na niego popatrzyłem, to zwątpiłem,
Ŝ
e człowiek w ludzkim pokoju, robiący ludzkie rzeczy, moŜe nas zrozumieć. Jak
moŜe zacząć myśleć, Ŝe jesteśmy normalnymi, inteligentnymi istotami, które mają
takie same prawa jak on? Nie moŜna pozwolić, Ŝeby ludzie nami kierowali! Nie w ten
sposób.
Rzecz zamrugała do niego kilkoma światełkami, ale się nie odezwała.
- Zaszliśmy za daleko, Ŝeby tego nie skończyć samemu - dodał ciszej Masklin,
spoglądając na Gurdera. - A poza tym nie zauwaŜyłem, Ŝebyś leciał uścisnąć jego
palec.
- Czułem się nieswojo. Zawsze się tak czuję, jak spotykam bóstwa.
Nie zdołali rozpalić ogniska, gdyŜ wszystko było wilgotne. W zasadzie nie
potrzebowali ognia, ale przy nim poczuliby się bardziej cywilizowanie. Ktoś tu kiedyś
zdołał rozpalić ognisko, bo zostały jeszcze resztki mokrego popiołu.
- Zastanawiam się, jak tam sprawy w domu - przerwał milczenie Angalo.
- Pewnie dobrze - odparł Masklin.
- Myślisz?
- Raczej mam nadzieję.
- Faktycznie, twoja Grimma ma talent do organizacji. - Angalo się uśmiechnął.
- Ona nie jest moja! - warknął Masklin.
- Nie? A czyja?
- Jest... swoja własna... tak przynajmniej sądzę.
- O, a myślałem, Ŝe wy dwoje jesteście... - zaczął Angalo.
- Nie jesteśmy - przerwał mu Masklin. - Powiedziałem jej, Ŝe się pobierzemy, a ona
mówiła tylko o Ŝabach.
- Takie są kobiety - westchnął Gurder. - Nie mówiłem, Ŝe uczyć je czytać i pisać to zły
pomysł? To im przegrzewa mózgi, ot co.
- Powiedziała, Ŝe najwaŜniejsze na świecie są takie małe Ŝabki Ŝyjące w kwiatach -
przypomniał sobie Masklin, mimo Ŝe podczas owej pamiętnej rozmowy niezbyt
dokładnie słuchał Grimmy: był za bardzo wściekły.
- O rety, to na jej głowie moŜna by pełen czajnik zagotować - ocenił współczująco
Angalo.
- Twierdziła, Ŝe przeczytała to w jakiejś ksiąŜce.
- A nie mówiłem?! - ucieszył się Gurder. - Tak do końca to nigdy nie uwaŜałem, Ŝe
wszyscy powinni umieć czytać. Za duŜo się wtedy lęgnie głupich pomysłów.
Masklin wpatrzył się ponuro w deszcz.
- Jak się zastanowić, to nie tyle chodziło jej o te Ŝaby, ile o ideę - odezwał się po
dłuŜszej chwili. - Mówiła, Ŝe są takie góry, gdzie jest gorąco i ciągle pada, i tam
rośnie taki deszczowy las z wysokimi drzewami, a na górnych gałęziach tych drzew są
wielkie kwiaty, bromelicośtam się nazywają. Deszcz w tych kwiatach utworzył
jeziorka i Ŝyją w nich jakieś małe Ŝabki, które tam składają jajka i spędzają całe Ŝycie,
nie wychodząc na zewnątrz. I Ŝe tak jest od pokoleń. I one nawet nie wiedzą, Ŝe Ŝyją
w kwiecie i Ŝe jest jeszcze cała masa świata wokoło. I powiedziała, Ŝe jak ktoś się
dowie, Ŝe świat jest pełen róŜnych dziwnych rzeczy, to Ŝycie juŜ nigdy nie będzie
takie samo. No, albo coś w tym sensie.
Gurder spojrzał wymownie na Angala.
- Nic z tego nie rozumiem - przyznał.
- „To metafora” - oświadczyła Rzecz niespodziewanie, ale nikt nie zwrócił na nią
uwagi.
Masklin podrapał się za uchem.
- Dla niej wydawało się to waŜne - ocenił.
- „To metafora” - powtórzyła Rzecz.
- Kobiety zawsze czegoś chcą - powiedział Angalo. - Moja na przykład ciągle chce
nowych kiecek.
- Jestem pewien, Ŝe by nam pomógł - Gurder wrócił do starego tematu. - Gdybyśmy z
nim porozmawiali, to pewnie by nam dał uczciwy posiłek i...
- ...pudełko po butach na mieszkanie - dokończył Masklin.
- ...i pudełko po butach na... - powtórzył automatycznie Gurder. - Co?! Nie! To znaczy
moŜe. To jest, chciałem powiedzieć, dlaczego nie? Godzina spokojnego snu w
normalnych warunkach to teŜ coś. A potem bylibyśmy...
- ...noszeni przez niego w kieszeni - podsunął Masklin.
- Niekoniecznie.
- Bylibyśmy, bo on jest duŜy, a my mali.
- „Start nastąpi za trzy godziny i pięćdziesiąt siedem minut.”
Obozowisko wychodziło na płytką rzeczkę, której brzegi bujnie porastała róŜnorodna
roślinność - najwyraźniej na Florydzie w ogóle nie było zimy. Tą właśnie rzeczką
powoli spłynęło coś przypominającego płaski talerz z przytwierdzoną z przodu łyŜką.
ŁyŜka na moment uniosła się, przyjrzała nomom i opadła z powrotem.
- Rzecz, co to było? - zaniepokoił się Masklin.
Rzecz wypuściła z siebie zestaw rurek.
- „Długoszyi Ŝółw” - odparła, chowając je.
- Aha.
ś
ółw spokojnie spłynął dalej.
- Szczęściarz - mruknął Gurder.
- Dlaczego? - zaciekawił się Angalo.
- Ma długą szyję i nazywa się długoszyi Ŝółw. Głupio by mu było, jakby się tak
nazywał i miał krótką szyję, nie?
- „Start za trzy godziny i pięćdziesiąt sześć minut.”
Masklin wstał.
- Wiecie, szkoda, Ŝe nie zdąŜyłem przeczytać więcej tego „Szpiega bez spodni” -
odezwał się Angalo. - Zaczynało być ciekawie.
- Ruszamy - zdecydował Masklin. - Spróbujemy znaleźć drogę.
- Co? JuŜ zaraz, teraz? - zdziwił się Angalo.
- Dotarliśmy za daleko, Ŝeby się teraz zatrzymywać, prawda? - spytał uprzejmie
Masklin.
Bez protestów pozostali ruszyli w drogę - taka uprzejmość zawsze była podejrzana.
Przez zwalony pień przedostali się na drugą stronę rzeczki i zanurzyli się w wysoką
trawę.
- Tu jest znacznie bardziej zielono niŜ w domu - zauwaŜył Angalo.
Masklin bez słowa przepchnął się przez kurtynę zwisających liści.
- I cieplej teŜ - dodał Gurder. - Dobrze sobie tu wyregulowali ogrzewanie.* [przyp.:
Dla nomów Ŝyjących w Sklepie temperatura powietrza zaleŜała od ogrzewania albo
klimatyzacji i Gurder, podobnie jak większość z nich, nigdy nie był w stanie
zrezygnować z pewnych nawyków myślowych.]
- Nikt na zewnątrz nie ustawia ogrzewania! - jęknął Angalo. - Ono się po prostu
przytrafia.
- Jak będę stary i będę musiał Ŝyć na zewnątrz, to będzie odpowiednie miejsce. -
Gurder zignorował go całkowicie.
- „To rezerwat przyrody” - poinformowała go Rzecz.
- Co?! Jak gruszki w occie, tylko ze zwierząt? - Gurder był zaszokowany.
- „Gruszki w occie to marynata” - oznajmiła z pogardą. - „Rezerwat to miejsce, w
którym zwierzęta mogą Ŝyć nie molestowane.”
- To znaczy, Ŝe nie moŜna na nie polować?
- „Właśnie.”
- Masklin, słyszałeś? Nie wolno ci na nic polować - poinformował go Gurder.
Masklin mruknął w odpowiedzi - coś mu nie dawało spokoju.
MoŜe faktycznie miało to jakiś związek ze zwierzętami...
Postanowił to sprawdzić.
- Rzecz, nie licząc tych Ŝółwi z długimi szyjami, co tu jeszcze Ŝyje w okolicy? -
spytał.
Przez chwilę panowała cisza, po czym Rzecz powiedziała:
- „Znalazłam wzmianki o krowach morskich i aligatorach.”
Masklin spróbował sobie wyobrazić, jak wygląda krowa morska, i nie bardzo mu się
udało. Za to normalne krowy znał dobrze i wiedział, Ŝe są duŜe i powolne. I nie jadają
nomów, chyba Ŝe przez przypadek.
- Co to jest aligator? - spytał, rezygnując z krowy morskiej.
No, to Rzecz mu powiedziała.
- Co? - zdziwił się.
- Co?! - jeszcze bardziej zdumiał się Angalo.
- Cooo?! - najbardziej zdumiał się Gurder, zakasując sutannę.
- Ty idioto! - wzruszył się Angalo.
- Kto? Ja?! - obruszył się Masklin. - A niby skąd miałem wiedzieć?! MoŜe nie
zauwaŜyłem plakatu na lotnisku: „Witamy na Florydzie, w ojczyźnie mięsoŜernych
drapieŜników ziemno-wodnych, dochodzących do sześciu metrów długości”?
Widziałeś taki plakat?
Zamiast odpowiedzi Angalo skoncentrował się na obserwowaniu trawy. Ciepły,
mokry świat, zamieszkany dotąd przez owady i Ŝółwie, stał się nagle kryjówką dla
potworów z ostrymi zębami. Co gorsza, Masklin czuł, Ŝe coś ich obserwuje.
Odruchowo zbili się ciasno, stając plecami do siebie, a Masklin schylił się i podniósł
spory kamień.
Trawa poruszyła się.
- Rzecz nie mówiła, Ŝe wszystkie osiągają sześć metrów - zauwaŜył Angalo w nagłej
ciszy.
- Kręcimy się po ciemku, a tu się aŜ roi od niebezpieczeństw - jęknął Gurder.
Trawa poruszyła się ponownie, i tym razem na pewno powodem nie był wiatr.
- Przygotujcie się! - mruknął Angalo.
- JeŜeli to aligatory, to pokaŜę im, Ŝe nom potrafi umrzeć z godnością - oznajmił
Gurder, zbierając się w sobie.
- Proszę bardzo - burknął Angalo, rozglądając się uwaŜnie. - Ja tam zamierzam im
pokazać, z jaką szybkością nom potrafi uciekać.
Trawa rozsunęła się.
I wyszedł stamtąd nom.
Za plecami Masklina rozległ się jakiś trzask, więc pospiesznie odwrócił głowę - był
tam kolejny nom.
I jeszcze jeden z boku.
I jeszcze jeden.
Łącznie było ich piętnastu.
Masklin, Angalo i Gurder obracali się niczym jedno zwierzę o trzech głowach i
sześciu nogach. Masklin miał przy okazji nieodpartą chęć dać sobie samemu po pysku
- siedzieli przecieŜ przy resztkach ogniska, widział ciepły jeszcze popiół i ani przez
chwilę nie zastanowił się, kto mógł rozpalić coś, co człowiek ledwie by zauwaŜył.
Obcy w szarych strojach byli róŜnych rozmiarów. I kaŜdy miał dzidę.
Masklin próbował mieć jak największą liczbę przybyszów w polu widzenia. Szczerze
Ŝ
ałował, Ŝe nie ma swojej włóczni. Co prawda Ŝadna na razie nie była wymierzona w
nich, ale teŜ Ŝadna nie była w nich zupełnie nie skierowana.
Jedynym pocieszeniem była świadomość, Ŝe nomy naprawdę rzadko się wzajemnie
zabijają. W Sklepie uwaŜano to za nieprzyzwoite chamstwo, a na zewnątrz... cóŜ,
zawsze było aŜ za wielu chętnych, którzy skutecznie to robili. Poza tym to nie było
właściwe. I to był najwaŜniejszy powód.
NaleŜało więc mieć nadzieję, Ŝe te nomy uwaŜają tak samo.
- Znasz ich? - spytał niespodziewanie Angalo.
- Ja?! - zdziwił się Masklin. - Oczywiście, Ŝe nie. Skąd mam ich znać?!
- Są z zewnątrz... Myślałem, Ŝe wszyscy z zewnątrz się znają...
- W Ŝyciu ich nie widziałem - zapewnił go Masklin.
- Wydaje mi się, Ŝe wodzem jest ten stary z haczykowatym nosem - powiedział wolno
Angalo. - Ten, co ma pióro wetknięte w kok. Jak myślisz?
Masklin przyjrzał się wysokiemu, chudemu starcowi, który patrzył na nich badawczo
z niezbyt przyjaznym grymasem na twarzy.
- Wygląda, Ŝe nas nie lubi - ocenił.
- Ja go teŜ nie lubię - przyznał Angalo.
- Rzecz, masz jakieś sugestie? - spytał na wszelki wypadek Masklin.
- „Prawdopodobnie tak samo boją się was, jak wy ich.”
- Wątpię - mruknął Angalo. - Ich jest więcej.
- „Powiedzcie, Ŝe nie zrobicie im krzywdy.”
- Wolałbym, Ŝeby oni powiedzieli, Ŝe nam nie zrobią krzywdy.
Masklin dał krok do przodu i uniósł ręce.
- Jesteśmy pokojowo nastawieni - ogłosił. - Nie chcemy, Ŝeby komukolwiek coś się
stało.
- A zwłaszcza Ŝeby nam się stało - dodał Angalo.
Część obcych cofnęła się, unosząc dzidy.
- PrzecieŜ podniosłem ręce, to o co im chodzi? - zdziwił się Masklin.
- Tylko Ŝe w jednej ściskasz spory kamień - odparł rzeczowo Angalo. - Nie wiem jak
oni, ale jakbyś tak podszedł do mnie w ten sposób, na pewno bym się przestraszył.
- Zapomniałem - przyznał Masklin. - I nie jestem pewien, czy nie chcę go dalej
ś
ciskać.
- MoŜe oni nas nie rozumieją...
Wtedy oŜywił się Gurder, który od momentu pojawienia się tamtych nomów nie
wydał z siebie dźwięku, za to bladł coraz bardziej. Teraz musiał mu zaskoczyć jakiś
wewnętrzny włącznik, gdyŜ parsknął, skoczył i ruszył na starego z piórkiem niczym
cięŜko wkurzony balon.
- Jak śmiesz nam przeszkadzać, ty... ty Zewnętrzniaku jeden, ty...! - ryknął.
Angalo zasłonił oczy, Masklin energicznie ujął kamień.
- Gurder... - zaczął.
Wódz cofnął się, a pozostali najwyraźniej nie bardzo wiedzieli, co mają zrobić z
filigranowym uosobieniem świętego oburzenia, jakie nagle wpadło między nich.
W końcu Chudy z piórkiem odwrzasnął coś Gurderowi.
- Tylko mi tu nie pyskuj, poganinie jeden! - rozdarł się jeszcze głośniej Gurder. - Co
ty sobie myślisz, Ŝe przestraszymy się kilku włóczni?!
- JuŜ się przestraszyliśmy - mruknął cichutko Angalo, przysuwając się do Masklina. -
Co go opętało?
Na kolejny wrzask wodza kilku niepewnie uniosło dzidy, a kilku innych zaczęło
dyskutować.
- Sytuacja się pogarsza - ocenił Angalo.
- Zgadza się. Myślę, Ŝe powinniśmy... - Masklin urwał, gdyŜ za jego plecami rozległ
się nagle jakiś rozkazujący głos, na który wszyscy szarzy się odwrócili.
Zrobił więc to samo.
Z trawy wyłoniła się dziwna para - chłopak i niewysoka, pulchna kobieta z rodzaju
dobrych cioć, od których odruchowo bierze się placek z jabłkami. Uczesana była w
koński ogon, w który takŜe miała wetknięte szare pióro. Na ich widok wódz rozgadał
się, a pozostali zaczęli się wstydzić. Kobieta ucięła krótko jego słowotok, na co
wzniósł ręce do nieba i zaczął coś mamrotać.
Kobieta tymczasem obeszła Masklina i Angala, oglądając ich uwaŜnie niczym
eksponaty na wystawie. Masklin, spoglądając na nią, zrozumiał nagle, Ŝe to ona tu
rządzi i Ŝe jeśli się jej nie spodobają, to dopiero znajdą się w kłopotach. Jejmość
tymczasem wyjęła mu kamień z garści, przeciw czemu nie protestował, a potem
dotknęła Rzeczy.
I Rzecz przemówiła. Dziwnie podobnie jak przed chwilą kobieta. Ta cofnęła dłoń,
przyjrzała się czarnemu sześcianowi z ukosa i odsunęła się.
Na jej rozkaz męŜczyźni uformowali coś na kształt odwróconego V: czubek stanowiła
ona, a wnętrze Gurder, Masklin i Angalo.
- Jesteśmy więźniami? - Gurder nieco ochłonął.
- Myślę, Ŝe jeszcze nie - mruknął Masklin.
* * *
Posiłek składał się z jakiejś jaszczurki, co Masklinowi przypomniało czasy młodości,
czyli okres, zanim trafił do Sklepu. Naturalnie zjadł ją z przyjemnością. Pozostała
dwójka zjadła wyłącznie dlatego, Ŝe odmowa byłaby nieuprzejmością, a nie jest
najlepszym pomysłem być nieuprzejmym w stosunku do osób mających włócznie,
kiedy samemu się ich nie ma.
Florydyjczycy obserwowali ich uwaŜnie i w milczeniu.
Było ich co najmniej trzydzieścioro. Wszyscy w identycznym, szarym przyodziewku i
poza tym, Ŝe mieli nieco ciemniejszą skórę i byli zdecydowanie chudsi, niczym się nie
róŜnili od sklepowych nomów. Wielu miało imponujące, haczykowate nosy, co
według Rzeczy było jak najbardziej normalne - z powodów genetycznych.
Rzecz rozmawiała z nimi, jedną z wysuwanych rurek rysując od czasu do czasu róŜne
kształty na piasku.
- Pewnie im tłumaczy, Ŝe przybyliśmy-z-daleka-ptakiem-co-lata-nie-machając-
skrzydłami - wyraził przypuszczenie Angalo.
Rzecz często teŜ powtarzała słowa kobiety, z którą głównie rozmawiała.
W końcu Angalo miał dość.
- Rzecz, co tu się wyprawia? - spytał natarczywie. - I dlaczego ta kobieta ciągle gada?
- „Bo ona jest przywódcą tej grupy.”
- Kobieta?! Mówisz powaŜnie?!
- „Zawsze mówię powaŜnie. Mam to wbudowane.”
- Och! - westchnął Angalo i szturchnął Masklina. - Jak Grimma się kiedykolwiek o
tym dowie, to zaczną się prawdziwe kłopoty.
- „Nazywa się Bardzo-małe-drzewo albo Krzew” - dodała Rzecz, juŜ z własnej
inicjatywy.
- I ty ją rozumiesz? - upewnił się Masklin.
- „W tej chwili juŜ tak. Ich język jest bardzo zbliŜony do oryginalnego nomijskiego.”
- Jakiego znowu oryginalnego nomijskiego?
- „To język, jakim mówili wasi przodkowie.”
Masklin wzruszył ramionami - nie było sensu w tej chwili dyskutować, w jakim
języku w takim razie nomy teraz mówią. Wyjaśnienia naleŜało zostawić na później,
toteŜ wrócił do rzeczywistości i spytał:
- Opowiedziałaś jej o nas?
- „Tak. Powiedziała, Ŝe...”
Chudy z piórkiem, mamroczący coś od dłuŜszej chwili sam do siebie, wstał nagle i
obwieszczał coś długo i donośnie, pokazując to na ziemię, to na niebo.
Rzecz błysnęła światełkami i przetłumaczyła:
- „On mówi, Ŝe naruszacie tereny naleŜące do Twórcy Chmur. Mówi, Ŝe to bardzo źle
i Ŝe Twórca Chmur będzie bardzo zły.”
Część obecnych najwyraźniej się z nim zgadzała, co słychać było po pomrukach.
Krzew powiedziała coś ostro i Masklin w ostatniej chwili złapał Gurdera, który
właśnie zamierzał się wtrącić.
- A co ona o tym myśli? - spytał.
- „Nie wydaje mi się, Ŝeby go lubiła. On się nazywa Ten-który-wie-co-myśli-Twórca-
Chmur.”
- A co to w ogóle jest ten Twórca Chmur?
- „Wymówienie jego prawdziwego imienia przynosi pecha. To on stworzył Ziemię i
nadal tworzy niebo. To...”
Chudy znów się odezwał. Tym razem był zły, co Masklinowi się zdecydowanie nie
spodobało - potrzebowali tu przyjaciół, nie wrogów. Tylko nie bardzo wiedział, jak to
osiągnąć.
- Ten Twórca Chmur... - spytał po długim namyśle - ...to taka odmiana Arnolda Brosa
(zał. 1905)?
- „Tak.”
- Coś realnego?
- „Myślę, Ŝe tak. Jesteście gotowi zaryzykować?”
- Co?
- „Sądzę, Ŝe potrafię zidentyfikować Twórcę Chmur, i wiem, kiedy zrobi trochę
więcej nieba.”
- śe co jak?! - zgłupiał Masklin.
- „Za trzy godziny dziesięć minut.”
Do Masklina powoli zaczęło coś docierać.
- Momencik - powiedział powoli. - To tyle samo czasu, ile zostało...
- „Tak jest. Proszę, bądźcie gotowi do ucieczki. Napiszę teraz imię Twórcy Chmur.”
- A dlaczego mamy uciekać?
- „Bo oni mogą się rozzłościć. Koniec gadania: nie mamy czasu do stracenia.”
Rzecz wysunęła czułek i zaczęła nim pisać po piachu. Zdecydowanie nie był on
przeznaczony do tej czynności, toteŜ kształty wychodziły nieco koślawe i chwilami
trudne do odcyfrowania.
W sumie napisała ich cztery.
Efekt był natychmiastowy.
Chudy z piórem zaczął wrzeszczeć. Część obecnych zerwała się na równe nogi. A
Masklin spręŜył się do biegu.
- Zaraz przyłoŜę temu staremu durniowi. - Gurder teŜ się spręŜył. - Jak ktoś moŜe być
tak ograniczony?
Krzew tymczasem wciąŜ siedziała spokojnie, po czym odezwała się głośno, ale
opanowanym głosem.
- „Mówi im, Ŝe nie ma nic złego w pisaniu imienia Twórcy Chmur. On sam często
pisze swoje imię, a poza tym o jego sławie najlepiej świadczy to, Ŝe obcy, czyli my,
teŜ je znają. Na razie nie musicie uciekać.”
Jej oświadczenie uspokoiło większość obecnych. Nawet Chudy przestał wrzeszczeć, a
zaczął mamrotać.
Masklin nieco się odpręŜył i przyjrzał znakom na piasku.
- N... A... 8... A? - przeczytał.
- „To S, nie 8” - poprawiła go Rzecz.
- PrzecieŜ rozmawiałaś z nimi tylko chwilę - włączył się Angalo. - Skąd to
wiedziałaś?
- „Bo wiem, jak nomy myślą. Zawsze wierzycie w to, co przeczytacie, i bierzecie to
dosłownie. MoŜna powiedzieć, Ŝe macie dosłowne umysły.”
Rozdział szósty
GĘSI: marka ptaka znacznie wolniejszego niŜ np. Concorde i nie dają tam nic do
jedzenia. Nomy, które dobrze je znają, uwaŜają gęsi za najgłupsze istniejące ptaki (nie
licząc kaczek). Spędzają większość czasu na lataniu z jednego miejsca na drugie. Jako
ś
rodek transportu pozostawiają wiele do Ŝyczenia.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Jak opowiedziała Krzew, na początku nie było nic prócz gruntu. NASA zauwaŜył
pustkę ponad nim i zdecydował się wypełnić ją niebem. Zbudował miejsce pośrodku
ś
wiata i ustawił wieŜe pełne chmur. Czasami teŜ znajdowały się w nich gwiazdy, gdyŜ
w nocy, kiedy taka wieŜa uniosła się do góry, widać było poruszającą się po niebie
gwiazdę.
Okolica wokół wieŜ stała się specjalnym terenem NASA - było tu więcej zwierząt i
mniej ludzi niŜ gdzie indziej. Dla nomów było to idealne miejsce, toteŜ nic dziwnego,
Ŝ
e część z nich zaczęła wierzyć, Ŝe NASA zorganizował to wszystko specjalnie dla
nich.
Krzew skończyła i usiadła.
- A ona w to wierzy? - spytał Masklin, spoglądając na przeciwległy skraj polany,
gdzie od dobrej chwili Gurder i Chudy kłócili się, aŜ echo niosło: Ŝaden nie rozumiał
drugiego, ale im zdawało się to nie przeszkadzać.
Rzecz przetłumaczyła jego pytanie.
Krzew roześmiała się.
- „Ona mówi, Ŝe nie musi wierzyć we wszystko. Wiele widziała i wie, dlaczego tak
się działo, wiele zaś widziała i nie wie, ale wiara jest dobra tylko dla tych, którzy jej
potrzebują. O tym, Ŝe ten teren naleŜy do NASA, wie, bo tak pisze na znakach.”
Angalo uśmiechnął się szeroko - z podniecenia ledwie mógł usiedzieć na miejscu.
- Oni Ŝyją w pobliŜu miejsca, z którego startują te promy rakietowe, i myślą, Ŝe to coś
magicznego! - oznajmił.
- A nie jest? - mruknął Masklin prawie do siebie. - Poza tym nie jest to bardziej
dziwaczne niŜ przekonanie, Ŝe Sklep to cały świat. Rzecz, oni mogą widzieć starty?
Są raczej daleko...
- „Nie tak daleko: osiemnaście mil to nie jest aŜ tak duŜa odległość. Krzew mówi, Ŝe
w godzinę mogą być na miejscu.”
Widząc ich zaskoczenie, Krzew wstała i ruszyła w kierunku kępy zarośli. W ślad za
nią poderwało się pół tuzina męŜczyzn z włóczniami, tworząc formację odwróconego
V. Masklin i Angalo dołączyli do nich.
Po kilku jardach wyszli na brzeg niewielkiego jeziorka.
Do zbiorników wodnych zdąŜyli się przyzwyczaić - jeden, całkiem spory, znajdował
się niedaleko lotniska. ZdąŜyli się nawet przyzwyczaić do kaczek. Ale to, co
entuzjastycznie rzuciło się do brzegu, było znacznie większe niŜ kaczka i było tego
duŜo. W dodatku kaczki, podobnie jak wiele innych zwierząt, rozpoznawały w
nomach ludzkie kształty, jeśli nie wielkość, i trzymały się z daleka. Nie zdarzyło się,
Ŝ
eby wiosłowały jak głupie do nich, zupełnie jakby sam ich widok był
najradośniejszym wydarzeniem w Ŝyciu. A tu właśnie tak było - bo część prawie
leciała, Ŝeby tylko szybciej ich dopaść.
Masklin rozejrzał się, szukając broni, ale Krzew złapała go za ramię i energicznie coś
powiedziała.
- „Są przyjacielskie” - przetłumaczyła Rzecz.
- A nie wyglądają!
- „To gęsi. Całkiem niegroźne, chyba Ŝe dla trawy albo prymitywnych organizmów.
Przylatują tu na zimę.”
Gęsi zjawiły się wraz z falą, która doszła czekającym do kostek, i wygięły długie
szyje, pochylając głowy. Krzew poklepała kilka najbliŜszych po groźnie
wyglądających dziobach.
Masklin robił, co mógł, by nie wyglądać jak prymitywny organizm.
- „Migrują tu z chłodnych klimatów” - dodała Rzecz. - „I polegają na
Florydyjczykach, Ŝeby im znajdowali właściwy kurs.”
- To dobrze. To... - Masklin poczekał, aŜ jego myśli dogonią jego język. - Zaraz,
mówisz, Ŝe oni latają na tych całych gęsiach?!
- „Tak jest. Nomy i gęsi podróŜują razem. Tak na marginesie, zostało dwie godziny i
czterdzieści jeden minut.”
- Chciałbym, Ŝebyśmy to sobie wyjaśnili bez niedomówień. - Angalo mówił powoli,
nie spuszczając wzroku z gęsi pijącej zawzięcie kilka cali od niego. - Sugerujesz,
Ŝ
ebyśmy lecieli na gęsiach, tak? To proponuję, Ŝebyś się namyśliła jeszcze raz. Albo
obliczyła na nowo. Albo cokolwiek, bylebyś zmieniła sugestię.
- „Naturalnie masz lepszą.” - Gdyby Rzecz miała twarz, uśmiechałaby się właśnie
złośliwie.
- A owszem, rada, Ŝebyśmy na nich nie lecieli, jest znacznie lepsza.
- Nie byłbym taki pewien. - Masklin przyglądał się gęsiom z namysłem. - MoŜna by
spróbować...
- „Florydyjczycy wytworzyli bardzo interesujący rodzaj stosunków z gęsiami: one
dają nomom skrzydła, a nomy nimi kierują. Latem lecą na północ do Kanady i
wracają tu na zimę. To prawie symbioza, choć naturalnie Ŝadna ze stron nie rozumie
tego określenia.”
- A to ci dopiero durnie - mruknął Angalo.
- Ja za to nie rozumiem ciebie, Angalo - dodał Masklin. - Masz fioła, Ŝeby jeździć
rozmaitymi maszynami, tym większego, im szybciej poruszają je jakieś ruchome
kawałki metalu, a boisz się podróŜy na zupełnie naturalnym ptaku.
- Bo nie rozumiem, jak ptaki działają. Nigdy nie widziałem planu czy schematu gęsi.
- „Gęsi są powodem, dla którego Florydyjczycy niewiele mieli do czynienia z ludźmi,
i dlatego, jak juŜ mówiłam, ich język to prawie oryginalny nomijski.”
Krzew obserwowała ich uwaŜnie, ale w jej podejściu do nich było coś dziwnego: ani
się ich nie bała, ani nie była agresywna czy niemiła...
- Nie jest zaskoczona! - Masklina nagle olśniło. - Jest zaciekawiona, ale nie
zaskoczona! Pozostali zresztą teŜ: wytrąciło ich z równowagi to, Ŝe znaleźliśmy się
tutaj, a nie to, Ŝe istniejemy. Rzecz, spytaj ją, ilu nomów dotąd spotkała?
W odpowiedzi usłyszał słowo, które znał mniej więcej od roku.
Tysiące.
* * *
Przewodnia Ŝaba próbowała dojść do ładu z nowym pomysłem. Zaczęła bowiem
niejasno zdawać sobie sprawę, Ŝe potrzebuje nowego rodzaju myśli.
No bo tak: był sobie świat, z jeziorkiem w środku i płatkami na brzegach. Jeden.
Ale przed nią był inny świat, i to strasznie podobny do tego, z którego wyszła. Jeden.
Siadła na kępce mchu, tak by jednym okiem widzieć jeden świat. Jeden tu i jeden tam.
Jeden. I jeden.
AŜ się zmarszczyła z wysiłku, gdy spróbowała tego nowego pomysłu. Jeden i jeden to
jeden, ale jak ma się jeden tu i jeden tam...
Pozostałe Ŝaby w niemym osłupieniu obserwowały coś, co wyglądało na początki
imponującego zeza.
Jeden tu i jeden tam nie mogły być jednym. Były za daleko. Potrzebne było słowo
oznaczające oba jedne. Trzeba by powiedzieć... no, powiedzieć...
Przewodnia Ŝaba uśmiechnęła się tak szeroko, Ŝe oba końce prawie się spotkały za jej
uszami.
Znalazła potrzebne słowo. I powiedziała je:
- .-.-.mipmip.-.-!
Znaczyło to: jeden. I jeszcze jeden więcej.
* * *
Gdy wrócili, Gurder i Chudy z piórem kłócili się w najlepsze.
- Jak im się udaje? - Angalo nie mógł wyjść z podziwu. - PrzecieŜ nie wiedzą, co
drugi mówi!
- Dlatego tak dobrze im idzie - odparł Masklin i dodał głośniej: - Gurder! Ruszamy w
drogę.
Gurder, czerwony jak pomidor, uniósł głowę. Obaj kucali na kawałku piaszczystego
terenu pokreślonym jakimiś wykresami.
- Potrzebna mi Rzecz! - oznajmił. - Ten idiota odmawia zrozumienia najprostszych
rzeczy!
- I tak z nim nie wygrasz - poinformował go Masklin. - Krzew mówi, Ŝe on się kłóci
ze wszystkimi, toteŜ z nim kłócą się tylko nowo spotkani. Widać lubi.
- Jacy nowo spotkani? - zdziwił się Gurder.
- Inne nomy, bo jak się okazuje, nomów jest wszędzie pełno. Nawet na Florydzie są
inne grupy. I są w Kanadzie, dokąd ci tu przenoszą się na lato. Pewnie w domu teŜ są
jakieś grupy, których nigdy nie spotkaliśmy. Ale o tym potem, teraz musimy się
spieszyć, bo nie zostało nam wiele czasu.
* * *
- Nie wsiądę na coś takiego!
Gęś spojrzała na Gurdera z zaskoczeniem, jakby był Ŝółtozieloną Ŝabą.
- TeŜ nie jestem najszczęśliwszy, Ŝe mam to zrobić - poinformował go Masklin - ale
oni robią to od dawna i Ŝyją, jak widać. Po prostu się przytul do piór i trzymaj się
mocno.
- Przytul?! Nigdy się do niczego nie przytulałem!
- To najwyŜszy czas zacząć.
- Leciałeś concorde’em? - spytał Angalo. - Leciałeś. A zbudowali go i lecieli nim
ludzie.
Gurder posłał mu piorunujące spojrzenie kogoś, kto łatwo nie zrezygnuje.
- No - warknął. - A kto zbudował gęsi?
Angalo parsknął śmiechem, a Masklin odparł:
- Sądzę, Ŝe inne gęsi.
- Gęsi?! A co one wiedzą o bezpiecznych konstrukcjach lotniczych?
- Przestań się czepiać, ty teŜ nic nie wiesz. Nomy na nich przelatują tysiące mil, a nas
gęsi mają tylko dostarczyć na czas na miejsce. Osiemnastu mil na piechotę nie
przejdziemy, więc chyba warto spróbować? - Masklin się trochę zirytował.
Gurder zawahał się.
Chudy z piórkiem zaczął coś mamrotać.
Gurder odchrząknął.
- No dobrze - oznajmił. - Skoro ci błądzący biedacy mają taki nałóg, chcąc ich
nawrócić na właściwą drogę, nie mogę tego nie zrobić. Oni jakoś rozmawiają z tymi
stworzeniami?
Rzecz spytała o to Krzew i dowiedziała się, Ŝe gęsi są na to za głupie - przyjacielskie,
ale głupie. A poza tym, po co mówić do czegoś, co nie jest w stanie odpowiedzieć?
- Powiedziałaś jej, co chcemy zrobić? - spytał niespodziewanie Masklin.
- „Nie, bo nie pytała.”
- Dobra, to jak się na to wsiada?
Krzew wsadziła dwa palce w usta i gwizdnęła przeraźliwie.
Pół tuzina gęsi pospieszyło do brzegu. Z bliska ani trochę nie wyglądały na mniejsze.
- Przypomniało mi się, Ŝe kiedyś czytałem coś o gęsiach - odezwał się Gurder jakby w
sennym przeraŜeniu. - Podobno jednym ciosem dzioba mogą złamać człowiekowi
rękę.
- Nie dzioba, tylko skrzydła - poprawił go Angalo.
- I chodziło o łabędzie - dodał Masklin. - Reszta się zgadza.
Gurder popatrzył na długie szyje kołyszące się nad jego głową i bez słowa przełknął
ś
linę.
* * *
Kiedy znacznie później Masklin zabrał się do pisania historii swego Ŝycia, opisał lot
na gęsi jako najszybszy, najwyŜszy i najbardziej przeraŜający ze wszystkich lotów,
jakie w Ŝyciu odbył, co spotkało się z ogólnym sprzeciwem jako niezgodne z prawdą.
Uzasadnił to wówczas następująco: samolot leci tak szybko, Ŝe zostawia za sobą swój
własny dźwięk, i tak wysoko, Ŝe wokół jest tylko niebiesko, toteŜ nikt normalny nie
wie, ani jak szybko, ani jak wysoko leci. Jest to po prostu coś, co się przytrafia i tyle.
Poza tym samolot wygląda, jakby był przeznaczony do latania. Concorde stojący na
ziemi wygląda na zagubionego.
Gęś tymczasem wygląda równie aerodynamicznie co poduszka. I nie startuje lekko i
wdzięcznie, szybko wzbijając się w górę jak samolot. Gęś biegnie po wodzie,
desperacko machając skrzydłami, i kiedy juŜ jest prawie oczywiste, Ŝe tym razem jej
się nie uda, nagle znajduje się w powietrzu. Woda powoli jest coraz dalej i tylko
słychać powolny łopot skrzydeł, jakby dla gęsi był to ostateczny wysiłek.
Być moŜe innym powodem było to, Ŝe Masklin nie znał się zupełnie na silnikach i
odrzutowcach i dlatego właśnie nie bał się nimi latać. Natomiast świadomość, Ŝe w
powietrzu utrzymuje go ledwie kilka duŜych mięśni, nie była uspokajająca.
KaŜdy dzielił gęś z jednym Florydyjczykiem. Nie musieli w ogóle sterować - tylko
Krzew usadowiła się na szyi swojej gęsi i kierowała nią. Za tą gęsią leciały pozostałe,
tworząc idealną literę V (odwróconą). Masklin musiał przyznać, Ŝe na gęsi podróŜuje
się miękko, ale nieco chłodno, toteŜ zagrzebał się w piórach. Jak się potem
dowiedział, Florydyjczycy najczęściej spali podczas lotu, ale sama perspektywa
takiego spędzania czasu przyprawiała go o koszmarki. Zaciekawiony zerknął w dół,
dostrzegł przemykające w dole drzewa i pospiesznie cofnął głowę - jak na jego gust
robiły to zdecydowanie za szybko.
- Rzecz, ile czasu nam zostało?
- „Oceniam, Ŝe zjawimy się w sąsiedztwie miejsca startu na godzinę przed czasem.”
- Aha... a masz jakieś pomysły, jak mamy się dostać do tego promu czy jak mu tam?
- „To prawie niemoŜliwe.”
- Tak sobie myślałem, Ŝe to powiesz.
- „Ale moŜecie mnie tam dostarczyć.”
- Ale jak? Mamy cię przywiązać do niego czy co?
- „Jak doniesiecie mnie wystarczająco blisko, resztę załatwię sama.”
- Jaką resztę?
- „Wezwę statek.”
- A właśnie, gdzie on jest? I jakim cudem te wszystkie satelity i inne nie powpadały
na niego do tej pory?
- „Czeka.”
- Wiesz, czasami jesteś po prostu niezastąpiona! - parsknął Masklin.
- „Dziękuję uprzejmie.”
- To było złośliwie!
- „Wiem.”
Pióra koło Masklina zaszeleściły i wynurzył się ich współpasaŜer - chłopak, z którym
była Krzew, gdy ją pierwszy raz zobaczyli. Dotąd się nie odzywał, teraz popatrzył na
Masklina, na Rzecz, uśmiechnął się i powiedział kilka słów.
- „Chce wiedzieć, czy nie czujesz się chory.”
- Czuję się dobrze. Jak on się nazywa?
- „Pion. Jest najstarszym synem Krzewu.”
Pion uśmiechnął się szeroko.
- „Chce wiedzieć, jak było w odrzutowcu. Mówi, Ŝe czasami je widują, ale trzymają
się od nich z daleka. Mówi, Ŝe to musiało być podniecające.”
Gęś skręciła. Masklin kurczowo złapał się nie tylko rękoma, ale i nogami.
- „On mówi, Ŝe to musiało być znacznie bardziej podniecające niŜ lot gęsią.”
- Och, nie sądzę - jęknął słabo Masklin.
* * *
Lądowanie było zdecydowanie gorsze od lotu. Potem Masklin dowiedział się, Ŝe na
wodzie byłoby lepsze, ale Krzew lądowała na twardym gruncie. Gęsiom zresztą teŜ
się to nie podobało, bo musiały prawie zawisnąć w powietrzu, rozpaczliwie bijąc
skrzydłami, i opaść na łapy.
Pion pomógł Masklinowi zejść na ziemię, która przez dłuŜszą chwilę kołysała się
złośliwie. Sądząc po sposobie poruszania się pozostałych, nie tylko pod nim się
kołysała.
- Ziemia była tak blisko, a nikt na to nie zwracał uwagi! - entuzjazmował się Angalo. -
I cały czas gęgały! I kołysały się! A pod piórami są kości jak nie wiem co...
Masklin przeciągnął się, aŜ mu w stawach skrzypnęło.
Teren wyglądał podobnie jak ten, z którego odlecieli, poza tym Ŝe rośliny były niŜsze
i nigdzie nie było widać wody.
- „Krzew mówi, Ŝe gęsi dalej nie polecą, bo to niebezpieczne.”
Krzew przytaknęła i wskazała w kierunku horyzontu.
Widać tam było biały kształt.
- To? - upewnił się Masklin.
- To? - powtórzył Angalo.
-„ To” - potwierdziła Rzecz.
- Nie wygląda na wielkie - ocenił Gurder.
- Bo jest jeszcze daleko - wyjaśnił Masklin.
- Widzę helikoptery! - ucieszył się Angalo. - Nic dziwnego, Ŝe Krzew nie chciała
lecieć dalej.
- Musimy ruszać - przypomniał Masklin. - Została ledwie godzina. Lepiej się
poŜegnać... Rzecz, moŜesz jej wyjaśnić, Ŝe będziemy próbowali ją potem znaleźć? Jak
wszystko się uda, naturalnie.
- I jak będzie jakieś potem - dodał Gurder, z wyglądu przypominający niedokładnie
wypraną ścierkę.
Gdy Rzecz umilkła, Krzew skinęła głową i wypchnęła do przodu Piona.
Rzecz zaś wyjaśniła, o co chodzi.
- Co?! - zdumiał się Masklin. - Nie moŜemy go wziąć ze sobą!
- „Młodzieńcy z tego plemienia są zachęcani do podróŜy - wyjaśniła Rzecz. - Pion ma
ledwie czternaście miesięcy, a juŜ wrócił z Alaski.”
- To spróbuj wytłumaczyć, Ŝe my nie udajemy się do Ŝadnej Laski - polecił Masklin. -
Wytłumacz jej, Ŝe moŜe mu się wszystko przytrafić!
Rzecz spróbowała.
- „Ona mówi, Ŝe to dobrze. Dorastający chłopak powinien mieć nowe doświadczenia”
- oznajmiła.
- śe co?! Przetłumaczyłaś właściwie to, co powiedziałem? - spytał Masklin
podejrzliwie.
- „Tak.”
- I powiedziałaś jej, Ŝe to niebezpieczne?
- „Odpowiedziała, Ŝe całe Ŝycie składa się z niebezpieczeństw.”
- PrzecieŜ on moŜe zostać zabity! - wybuchnął Masklin.
- „To pójdzie do nieba i zostanie gwiazdą.”
- W to wierzą?!
- „Wierzą, Ŝe system operacyjny noma startuje, gdy ten jest gęsią: jeśli jest dobrą
gęsią, to zostaje nomem. Gdy umiera, dobry stary NASA zabiera go do nieba, gdzie
zostaje gwiazdą.”
- Co to jest „system operacyjny”? - spytał słabo Masklin: to była religia, a ten temat
nigdy nie naleŜał do jego ulubionych.
- „Takie coś wewnątrz, co mówi ci, czym jesteś.”
- Ona ma na myśli duszę - wyjaśnił Gurder.
- W Ŝyciu nie słyszałem takiej kupy nonsensów - ucieszył się Angalo. - Choć nie:
ostatni raz w Sklepie, gdy wierzyliśmy, Ŝe wracamy jako ogródkowe elementy
dekoracyjne. Pamiętasz, Gurder?
O dziwo, Gurder zamiast wybuchnąć, zaczął wyglądać jeszcze gorzej.
- Jak chłopak chce, niech idzie - zdecydował Angalo. - Podejście ma właściwe:
przypomina mi mnie, jak byłem młodszy.
- „Jego matka mówi, Ŝe gdyby zatęsknił, to zawsze moŜe znaleźć gęś, która
przywiezie go do domu” - dodała Rzecz.
Masklin otworzył juŜ usta, by protestować, ale zamknął je z powrotem bez słowa -
była to jedna z tych okazji, w których nie moŜna niczego powiedzieć, gdyŜ nie ma się
nic do powiedzenia. śeby coś komuś wytłumaczyć, trzeba znaleźć jakiś wspólny
punkt odniesienia, a w wypadku Krzewu nic takiego nie przychodziło mu do głowy.
Dla niej świat był pewnie większy, niŜ on mógł sobie wyobrazić, ale kończył się tam,
gdzie zaczynało się niebo.
- Dobra - westchnął zrezygnowany. - Ale musimy juŜ ruszać, tak Ŝe nie ma czasu na
długie, łzawe...
Urwał, gdyŜ Pion ukłonił się matce i podszedł do niego, skutecznie odbierając
Masklinowi mowę. Nawet później, gdy poznał ich juŜ lepiej, nigdy do końca nie
zrozumiał, dlaczego Ŝegnali się tak radośnie, a odległość zdawała się nie robić na nich
wraŜenia.
- No, to chodźmy - wykrztusił po chwili.
Gurder spojrzał ponuro na Chudego z piórem, który uparł się im towarzyszyć, i
westchnął:
- Naprawdę chciałbym z nim porozmawiać!
- Krzew mówi, Ŝe to w gruncie rzeczy całkiem porządny nom - dodał Masklin. -
Tylko strasznie uparty i dość staroświecki.
- Zupełnie jak ty, Gurder! - ucieszył się Angalo.
- Ja?! - oburzył się Gurder. - Ja wcale nie...
- Oczywiście, Ŝe nie jesteś - zapewnił go pospiesznie Masklin. - Ruszajmy wreszcie!
* * *
Poruszali się to marszem, to biegiem w prawie trzykrotnie wyŜszej od nich trawie.
- Nigdy nie zdąŜymy na czas - wysapał w pewnym momencie Gurder.
- To nie marnuj oddechu - poradził mu Angalo.
- Czy w promach serwują wędzonego łososia? - zainteresował się nie zraŜony Gurder.
- Pojęcia nie mam! - stęknął Masklin, przedzierając się przez gęstą kępę trawy.
- Nie podają - oznajmił autorytatywnie Angalo. - Czytałem gdzieś, Ŝe wszyscy tam
jedzą z tubek.
Przez chwilę biegli w milczeniu, zastanawiając się nad usłyszaną rewelacją.
- Co jedzą? Pastę do zębów? - nie wytrzymał w końcu Gurder.
- Jaką pastę? Skąd znowu pastę do zębów! Pewien jestem, Ŝe nie pastę do zębów!
- A co jeszcze jest w tubce?
Angalo zamyślił się.
- Klej? - zaproponował niepewnie po chwili.
- TeŜ niesmacznie brzmi. Pasta i klej.
- Ci, co kierują tymi promami, muszą lubić to, co jedzą - sprzeciwił się Angalo. -
Widziałem obrazek, na którym wszyscy się uśmiechali.
- Akurat się uśmiechali! - parsknął Gurder. - Zęby próbowali rozkleić, dlatego się tak
szczerzyli.
- Nie znasz się i wszystko plączesz! - zirytował się Angalo. - Oni muszą mieć
jedzenie w tubach z powodu przyciągania.
- A co z nim?
- Nie ma go.
- Czego?
- Przyciągania. I dlatego wszystko wokół się unosi... no, pływa.
- W wodzie?! - Gurder zaczynał mieć dość.
- W powietrzu. Bo nic go nie trzyma na talerzu.
- Aha! - Gurder zaczynał rozumieć. - I po to jest potrzebny klej?
Masklin zdawał sobie sprawę, Ŝe mogą prowadzić równie inteligentną rozmowę przez
parę godzin, a im bardziej się boją, tym dłuŜej. Gadanie zawsze było wygodniejsze od
myślenia. Z perspektywy czasu takie eskapady zawsze wyglądały znacznie lepiej, ale
teraz...
- Rzecz, ile nam zostało?
- „Czterdzieści minut.”
- Musimy odpocząć! - Gurder nie tyle biegł, ile runął do przodu.
Padli w cieniu jakiegoś krzaka. Prom co prawda nie wydawał się bliŜszy, ale mogli
przynajmniej dojrzeć, Ŝe wokół niego kręci się sporo helikopterów, a z gestów Piona,
który wspiął się na krzak, wynikało, Ŝe jest teŜ duŜo ludzi.
- Muszę się przespać - oznajmił Angalo.
- Nie spałeś na gęsi? - zdziwił się Masklin.
- A ty spałeś?
Angalo ułoŜył się wygodnie i spytał:
- Jak dostaniemy się na ten prom?
- Rzecz mówi, Ŝe nie musimy. - Masklin wzruszył ramionami. - Mamy tylko
dostarczyć ją w pobliŜe.
- Chcesz powiedzieć, Ŝe nie polecimy?! - Angalo uniósł się na łokciu. - A tak na to
liczyłem!
- To nie cięŜarówka, nie zostawią otwartego okna. I tak sobie myślę, Ŝe trzeba by
naprawdę duŜo nomów i jeszcze więcej sznurka, Ŝeby nim kierować.
- Wiesz, jak kierowałem cięŜarówką... to był najpiękniejszy moment mojego Ŝycia -
powiedział z rozmarzeniem Angalo. - I pomyśleć, Ŝe tyle miesięcy Ŝyłem w Sklepie,
nic nie wiedząc o Zewnątrz...
Masklin poczekał uprzejmie na ciąg dalszy, ale ten nie następował.
- I co? - spytał, czując, Ŝe ciąŜy mu głowa.
- Co: i co?
- I co, gdy myślisz o tych miesiącach w Sklepie bez świadomości, Ŝe jest Zewnątrz?
- To mam poczucie straty. Wiesz, co zrobię, jeśli... jak wrócimy do domu? Spiszę
wszystko, czego się dowiedzieliśmy. JuŜ dawno powinniśmy to robić, to znaczy pisać
własne ksiąŜki, a nie tylko czytać ludzkie. Oni tam za duŜo wymyślają. I nie chodzi
mi o takie dzieła jak Gurdera „Księga nomów”, tylko normalne ksiąŜki o Nauce...
Masklin zerknął na Gurdera, zaskoczony brakiem reakcji na krytykę, ale ten spał juŜ
głęboko. Pion teŜ, zwinięty w kłębek - zaczynał nawet chrapać. Angalo umilkł, więc
ziewnął potęŜnie...
Nie spali od wielu godzin i choć generalnie nomy sypiają w nocy, to Ŝeby wytrzymać
cały dzień na nogach, potrzebują kilku drzemek.
- Rzecz? - przypomniał sobie. - Obudź mnie za dziesięć minut, dobrze?
Rozdział siódmy
SATELITY: są w Przestrzeni i pozostaną tam, bo latają tak szybko, Ŝe nigdy nie
utrzymują się w jednym miejscu wystarczająco długo, by spaść. Odbija się od nich
Telewizja. Są częścią Nauki.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Masklina nie obudziła Rzecz, tylko Gurder.
A konkretnie głos Gurdera.
LeŜał więc z na wpół zamkniętymi oczyma, przysłuchując się cichej rozmowie
Gurdera z Rzeczą.
- Wierzyłem w Sklep - przyznał Gurder - a potem okazało się, Ŝe to tylko coś
zbudowane przez ludzi. Myślałem, Ŝe Wnuk Richard to ktoś specjalny, a okazało się,
Ŝ
e to tylko człowiek, który śpiewa, kiedy się moczy...
- „...bierze prysznic...”
- ...a teraz jeszcze dowiaduję się, Ŝe na świecie są tysiące nomów! Tysiące! I do tego
wierzących w rozmaite bzdury! Ten cymbał z piórkiem wierzy, Ŝe start promu
otworzy niebo! A wiesz, co jest najgorsze? śe jak to usłyszałem, to pomyślałem, Ŝe
gdyby on zjawił się w moim świecie, a zwłaszcza w Sklepie, to byłby przekonany, Ŝe j
a jestem cymbał! Czy ja teŜ byłem aŜ taki głupi? Powiedz mi, Rzecz?
- „Zachowuję taktowne milczenie.”
- Angalo wierzy w swoje maszyny, Masklin w tę, jak jej... Przestrzeń. Albo w nic nie
wierzy. I w ich wypadku to działa. Ja próbuję wierzyć w to, co waŜne, a to złośliwie
trwa parę minut i przestaje być waŜne. Najczęściej przestaje być prawdziwe. I to jest
uczciwe?
- „Mogę prosić o drugi zestaw pytań?”
- Ja tylko chcę ustalić jakiś sens Ŝycia.
- „Godny pochwały cel.”
- Chodzi mi o to, czy jest jakaś uniwersalna prawda. Jakaś podstawowa prawda
dotycząca wszystkiego?
Tym razem zapadła bardzo długa chwila milczenia. W końcu Rzecz powiedziała:
- „Przypomniałam sobie twoją rozmowę z Masklinem o pochodzeniu nomów.
Chciałeś mnie zapytać, to ci teraz mogę odpowiedzieć. Ja zostałam zrobiona, wiem,
Ŝ
e to prawda, podobnie jak wiem, Ŝe jestem wykonana z plastiku i z metalu, ale takŜe
jestem czymś, co Ŝyje w tym plastiku z metalem. NiemoŜliwe, Ŝebym nie była tego
pewna, i jest to, przyznaję, duŜa ulga. Co się tyczy nomów, to mam informacje, Ŝe
pochodzą z innej planety, a tutaj przybyły tysiące lat temu. To moŜe być prawda, a
moŜe teŜ nie być. Nie jestem w stanie tego ocenić.”
- W Sklepie teŜ wiedziałem, kim jestem i na czym stoję - mruknął cicho Gurder. -
Nawet jeszcze w kamieniołomie nie było tak źle. Miałem odpowiednie zajęcie, byłem
innym potrzebny. A teraz co? Jak mogę wrócić, wiedząc, Ŝe wszystko, w co
wierzyłem o Sklepie, Arnoldzie Brosie i Wnuku Richardzie, to tylko... tylko ułuda?
- „Przykro mi, ale nie potrafię ci niczego doradzić.”
Masklin zdecydował, Ŝe nadszedł najwłaściwszy czas, aby dyplomatycznie przerwać
te dywagacje. Zamruczał tak, by Gurder go usłyszał, przeciągnął się i wstał.
Gurder był podejrzanie czerwony na twarzy.
- Nie mogłem spać - bąknął.
- Ile czasu spałem? - zaciekawił się Masklin.
- „Dwadzieścia siedem minut.”
- To dlaczego mnie nie obudziłaś?!
- „Bo chciałam, Ŝebyś odpoczął.”
- Ale został nam kawał drogi i moŜemy nie zdąŜyć. Budź się! - Masklin szturchnął
Angala. - Gdzie Pion? A, tu jesteś. Dobra, rusz się, Gurder!
Pobiegli przez zarośla, słysząc odległe zawodzenie syren.
- A Ŝeby to! - jęknął Angalo.
- Szybciej!
Przebiegli przez wyŜsze od innych kępy zielonego i wreszcie zbliŜyli się do promu.
Znajdował się całkiem wysoko. Co gorsza, na poziomie ziemi nie było wokół niego
nic, co mogłoby się im przydać.
- Mam nadzieję, Ŝe masz dobry plan - wysapał Masklin, omijając jakieś zarośla. - Bo
sam na pewno nie wymyślę, jak cię tam dostarczyć!
- „Nie martw się, juŜ prawie jesteśmy na miejscu.”
- Coś ci się pomyliło: jesteśmy jeszcze kawał od promu!
- „Jak dla mnie, to wystarczająco blisko, Ŝeby się na niego dostać.”
- Nauczyłaś się latać czy jak? - zdziwił się Angalo.
- „Postaw mnie.”
Masklin posłusznie wyhamował i postawił Rzecz na równym kawałku podłoŜa.
Sześcian wysunął kilka czujników, pokręcił nimi powoli i wycelował w kierunku
stojącej rakiety.
- Pospiesz się! - zirytował się Masklin. - Tracimy czas!
Gurder zachichotał nagle, choć nie był to całkiem szczęśliwy chichot.
- Wiem, co ona robi - oświadczył nagle. - Ona wysyła siebie na pokład promu. Zgadza
się, Rzecz?
- „Nadaję zestaw poleceń komputerowi pokładowemu satelity telekomunikacyjnego”
- odparła Rzecz.
Nikt się nie odezwał.
- „Albo inaczej mówiąc... zmieniam komputer satelity w część siebie. Choć nie jest
to, przyznaję, zbyt inteligentna część.”
- Naprawdę potrafisz to zrobić? - W głosie Angala słychać było podziw.
- „Naprawdę.”
- A nie będzie ci brakowało tego kawałka siebie, który wysyłasz?
- „Nie, bo on mnie nie opuści.”
- Wychodzi, Ŝe będziesz w dwóch miejscach równocześnie... - Angalo spojrzał na
Masklina bezradnie. - Rozumiesz moŜe coś z tego?
- Ja rozumiem - odezwał się niespodziewanie Gurder. - Ona mówi, Ŝe jest nie tylko
maszyną, jest... jest zbiorem elektrycznych myśli Ŝyjących w maszynie. Tak mi się
przynajmniej wydaje.
Na wierzchu sześcianu zapalił się róŜnobarwny wzór.
- Długo ci to zajmie? - spytał juŜ spokojnie Masklin.
- „Tak. Proszę nie blokować zasilania komunikacją głosową.”
- Ona chyba chce, Ŝebyśmy przestali zadawać jej pytania - przetłumaczył Gurder. -
Koncentruje się.
- Tylko po cholerę Ŝeśmy tak biegli?! - spytał z pretensją w głosie Angalo. - śeby
teraz pospiesznie czekać?
- Ona musi być chyba blisko, Ŝeby zrobić to, co robi - zasugerował Masklin.
- A ile jej to zajmie? Bo te dwadzieścia siedem minut to było juŜ całe wieki temu. -
Angalo miał widocznie dzień na pytania.
Pion pociągnął Masklina za rękaw, wskazując drugą ręką prom, i wyrzucił z siebie
długie zdanie w prawie oryginalnym nomijskim.
- Przykro mi, ale bez Rzeczy nic a nic cię nie rozumiem - odparł mu uprzejmie
Masklin.
- My nie mówić w gęsi język - dodał Angalo.
Chłopak wyglądał na spanikowanego - szarpnął Masklina za rękaw i zaczął coś
krzyczeć.
- On chyba nie chce być tak blisko, jak to wystartuje - domyślił się Angalo. - Pewnie
boi się hałasu. Boisz-się-huku?
Pion przytaknął energicznie.
- Na lotnisku nie było tak strasznie... - ocenił Angalo. - Ale prymitywne osobniki
zawsze bały się tego, co głośne.
- Nie nazwałbym ich prymitywnymi... - mruknął Masklin w zamyśleniu, spoglądając
na biały kształt.
Wydawał się daleki, ale mogło się okazać, Ŝe jest całkiem blisko.
Naprawdę blisko.
- Jak myślicie, będzie tu bezpiecznie, jak to poleci do góry? - spytał.
- Daj spokój. Rzecz by nas tu nie przyprowadziła, gdyby to dla nas nie było
bezpieczne - obruszył się Angalo.
- Jasne, jasne. Pewnie, masz rację. Głupio się zastanawiam.
Pion zrobił w tył zwrot i ruszył biegiem.
Pozostali popatrzyli na prom i na mrugającą skomplikowanymi wzorami Rzecz.
Gdzieś rozległa się następna syrena.
Wokół zapanowało dziwne napięcie - takie, jakie musi się pojawiać w pobliŜu
zwiniętej spręŜyny. WraŜenie gotowej do akcji potęgi.
- Czy Rzecz jest dobra w ocenie, jak blisko moŜe być nom w stosunku do startującej
rakiety? - spytał Masklin w nagłej ciszy. - Chodzi mi o to, ile ma w tym
doświadczenia?
Wszyscy trzej spojrzeli po sobie, rozumiejąc się bez słów.
- MoŜe powinniśmy się trochę cofnąć...? - zaproponował Gurder.
Odwrócili się i powoli ruszyli przed siebie.
Tylko Ŝe z punktu widzenia kaŜdego z nich pozostali poruszali się szybciej.
I szybciej.
Wreszcie jak jeden nom przestali udawać i ruszyli biegiem, gnając na złamanie karku.
Mieli jedynie tyle przytomności, by omijać kamienie i krzaki. Gurder, który zwykle
tracił oddech po kilkudziesięciu krokach, pruł niczym balon z dopalaczem.
- Masz... pojęcie... jak... daleko...? - wysapał Angalo.
Za nimi rozległ się syk, jakby cały świat nabierał oddechu. A potem odgłos zmienił
się...
...nie w dźwięk, ale w niewidzialny młot walący w dwoje uszu równocześnie.
Rozdział ósmy
PRZESTRZEŃ: istnieją dwa rodzaje Przestrzeni:
a - coś zawierające nic,
b - nic zawierające wszystko.
Krótko mówiąc, to jest to, co zostaje, kiedy nie ma juŜ niczego więcej. Nie ma tam
powietrza ani przyciągania, które trzyma nas i rzeczy razem. Gdyby nie było
Przestrzeni, wszystko byłoby w jednym miejscu. Zbudowana dla Satelitów,
Wahadłowców, Planet i Statku.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Kiedy grunt przestał się trząść, nomy powoli pozbierały się, przyglądając się sobie
nawzajem w osłupieniu.
- ! - powiedział Gurder.
- Co? - spytał Masklin, słysząc własny głos bardzo stłumiony i z bardzo daleka.
- ? - zapytał Gurder.
- ? - odparł Angalo.
- ?
- Co? Nie słyszę was! A wy mnie słyszycie?
- ?
Widząc poruszające się usta Gurdera, Masklin wskazał na swoje uszy i potrząsnął
głową.
- Ogłuchliśmy!
- ?
- ?
- Powiedziałem, Ŝe ogłuchliśmy! - wrzasnął Masklin, spoglądając w górę.
Coś unosiło się naprawdę szybko, nawet jak na ich zmysły. Wyglądało jak długa,
powiększająca się chmura, na której szczycie błyszczał ogień. Hałas przycichł do
znośnego, czyli bardzo głośnego, po czym szybko ustał.
Masklin wsadził palec w ucho i pogmerał nim energicznie.
Brak dźwięku zastąpił upiorny syk ciszy.
- Ktoś mnie słyszy? - spytał niepewnie. - Pytałem, czy ktoś mnie słyszy!
- To faktycznie było głośne. - Głos Angala był stłumiony i nienaturalnie spokojny. -
Nie pamiętam niczego, co byłoby aŜ tak głośne.
Masklin przytaknął - czuł się, jakby go przejechała niewidoczna cięŜarówka.
- I ludzie w czymś takim latają? - spytał słabo.
- Tak. Na samej górze - potwierdził Angalo.
- Ktoś ich do tego zmusza?
- Eee... nie sądzę. W tej ksiąŜce pisało, Ŝe więcej chce lecieć, niŜ moŜe.
- Czyli robią to dobrowolnie? - upewnił się Masklin.
- Tak tam pisało. - Angalo wzruszył ramionami.
W górze widać było jedynie punkcik na końcu rozpełzającej się smugi dymu.
Przyglądając mu się, Masklin doszedł do mało budującego wniosku, Ŝe są szaleni.
Byli mali w wielkim świecie i nigdy nie zdąŜyli się wszystkiego nauczyć o tym, gdzie
są, zanim wyruszyli gdzieś indziej. Tylko wtedy, kiedy Ŝył w dziurze, wiedział
wszystko o Ŝyciu w dziurze. Od tego czasu minął ledwie rok, i to niepełny, a
znajdował się w miejscu tak odległym, Ŝe nawet nie wiedział, jak jest daleko od
domu, i obserwował coś, czego zupełnie nie pojmował, co pędziło tak wysoko, Ŝe tam
nawet nie ma dołu.
I nie mógł nawet wrócić. Musiał dokończyć to, co zaczął, cokolwiek by to było. Nie
mógł nawet się zatrzymać.
Przyszło mu na myśl, Ŝe o to właśnie chodziło Grimmie - jak się wie pewne rzeczy, to
staje się kimś innym i nic na to nie moŜna poradzić.
Rozejrzał się - czegoś mu brakowało...
Rzecz.
Bez słowa pobiegł do miejsca, w którym zaczęła się szaleńcza ewakuacja.
Czarny sześcian leŜał tam, gdzie go zostawili. Wszystkie sensory były schowane, a na
powierzchni nie było widać nawet jednego światełka.
- Rzecz? - spytał niepewnie.
Zapłonęło słabo pojedyncze, czerwone światełko i Masklin nagle poczuł, jak robi mu
się zimno.
- Jesteś cała? - spytał.
Ś
wiatełko mrugnęło.
- „Za szybko. ZuŜyłam za duŜo en...”
- En? - powtórzył Masklin, próbując nie myśleć, dlaczego głos był nieco głośniejszy
od szeptu.
Ś
wiatełko ściemniało.
- Rzecz! - Masklin postukał delikatnie w sześcian. - Udało się? Statek przyleci? Co
mamy robić? Obudź się!
Ś
wiatełko zgasło.
Masklin obrócił Rzecz, przyglądając się jej uwaŜnie ze wszystkich stron.
- Rzecz? - spytał cicho.
Angalo, Gurder i Pion przedarli się przez trawę.
- I co? Udało się? - spytał Angalo. - śadnego statku na razie nie widzę.
- Rzecz stanęła - poinformował ich z Ŝalem Masklin.
- Jak to stanęła?!
- Wszystkie światełka zgasły!
- I co to znaczy? - W głosie Angala pojawiła się panika.
- Nie wiem!
- Nie Ŝyje? - spytał Gurder.
- Ona nie moŜe nie Ŝyć! A poza tym istniała przez tysiące lat!
- To całkiem dobry powód, by umrzeć - ocenił Gurder.
- PrzecieŜ to tylko Rzecz!
Angalo siadł cięŜko, obejmując kolana.
- Powiedziała, kiedy zjawi się statek? - spytał.
- Powiedziała tylko, Ŝe zuŜyła za duŜo en!
- En?
- Pewnie chodziło jej o energię. Wysysają z przewodów i moŜe na jakiś czas
magazynować. Widocznie teraz się skończyła.
Spojrzeli na czarny sześcian, przez tysiące lat przekazywany z pokolenia na pokolenie
i nie odzywający się ani nawet nie mrugający Ŝadnym światełkiem. Obudził się
dopiero w Sklepie, gdy znalazł się w pobliŜu prądu elektrycznego.
- Niesamowicie wygląda, jak tak siedzi i nic nie robi - ocenił Angalo.
- Nie moŜemy poszukać jakiejś elektryczności? - spytał Gurder.
- Tu? PrzecieŜ tu nic nie ma - obruszył się Angalo. - Jesteśmy w samym środku
niczego!
Masklin rozejrzał się.
W oddali widać było budynki, wokół których jeździły jakieś pojazdy.
- A co ze statkiem? - spytał Angalo. - Leci tu?
- Nie wiem.
- Jak nas znajdzie?
- Nie wiem!
- I kto nim kieruje?
- Nie mam... - Masklin urwał, gdy dotarło doń, co mówi. - Nikt! Niby kto ma nim
kierować, jak od paru tysięcy lat nikogo w nim nie ma!
- To kto go w takim razie tu sprowadzi?
- Nie wiem. MoŜe Rzecz?
- Chcesz powiedzieć, Ŝe on tu leci i nikt nim nie kieruje?
- Tak! Nie! Nie wiem!!
Angalo wpatrzył się w niebo.
- Pięknie - mruknął ponuro.
- Musimy znaleźć elektryczność, Ŝeby nakarmić Rzecz! - oświadczył zdecydowanie
Masklin. - Nawet jeśli zdołała wezwać statek, to trzeba mu powiedzieć, gdzie
konkretnie jesteśmy. To duŜy świat.
- Jeśli zdołała - dodał Gurder. - Mogła jej się en skończyć, nim zdąŜyła.
- Nie mamy pewności i nie będziemy mieli, póki Rzecz nie oŜyje. A poza tym i tak
trzeba jej pomóc, nie mogę patrzeć na nią w tym stanie - zakończył Masklin.
Z zarośli wyłonił się Pion, ciągnąc za ogon jaszczurkę.
- Aha - ocenił Gurder bez krzty entuzjazmu. - Właśnie przyszedł obiad.
- Gdyby Rzecz mogła, powiedziałaby mu, Ŝe jaszczurki nam się strasznie szybko
nudzą - dodał Angalo.
- Gdzieś w połowie pierwszego gryzą - burknął Gurder.
- Dajcie spokój - westchnął Masklin. - Chodźcie gdzieś w cień. Wymyślimy jakiś
plan.
- Och, plan. - Z tonu Gurdera jasno wynikało, Ŝe uwaŜał pomysł za gorszy od
jaszczurki. - Uwielbiam plany.
* * *
Zjedli, co mieli, i rozciągnęli się w cieniu rozłoŜystego krzaka, wpatrując się w niebo.
Drzemka w czasie drogi okazała się niewystarczająca. Wszystkim się kleiły oczy.
- Muszę przyznać, Ŝe ci Florydyjczycy nieźle się urządzili - powiedział leniwie
Gurder. - Jak się w domu robi zimno, to się przenoszą tu, gdzie ogrzewanie jest
ustawione w sam raz.
- Ciągle ci powtarzam, Ŝe to nie jest ogrzewanie! - Angalo wciąŜ wpatrywał się w
niebo. - A wiatr to nie jest klimatyzacja! Ciepło ci jest przez słońce.
- Myślałem, Ŝe ono jest tylko dla światła.
- I z niego pochodzi całe ciepło - dodał Angalo. - Czytałem o tym w jakiejś ksiąŜce.
To taka wielka kula ognia. Większa od planety.
Gurder przyjrzał mu się podejrzliwie.
- Tak? A co się w niej pali?
- Nic. Po prostu tam jest i tyle.
Gurder dla odmiany przyjrzał się słońcu.
- I wszyscy o tym wiedzą? - spytał.
- Chyba tak. Tak pisało w ksiąŜce...
- To jest nieodpowiedzialne! Takie rzeczy właśnie mogą naprawdę zdenerwować
czytelnika.
- Masklin mówi, Ŝe tam, w górze, są tysiące takich słońc.
- Tak, teŜ mi mówił. - Gurder pociągnął nosem. - To się nazywa galaksy albo jakoś
tak. Osobiście jestem temu przeciwny.
Angalo zachichotał.
- Nie widzę w tym nic śmiesznego! - dodał zimno Gurder.
- Masklin, powiedz mu.
- Tobie to łatwo - westchnął Gurder. - Ty tylko chcesz szybko jeździć i kierować tym,
co tak jeździ. A ja chcę zrozumieć sens tego wszystkiego. MoŜe i są tysiące słońc, ale
dlaczego?
- A jakie to ma znaczenie?
- To jest jedyna rzecz, jaka właśnie ma znaczenie. Masklin, powiedz mu.
Obaj spojrzeli na Masklina.
A przynajmniej tam, gdzie przed chwilą był Masklin.
Było puste.
* * *
PowyŜej nieba było miejsce, które Rzecz nazywała przestrzenią kosmiczną i które
(według niej) zawierało wszystko i nic. Było tam bardzo mało wszystkiego i mniej
niczego, niŜ ktokolwiek był w stanie sobie wyobrazić.
Często mówi się, Ŝe niebo jest pełne gwiazd. Jest to nieprawdą: niebo jest pełne nieba.
Nieba jest wręcz nieograniczona ilość, a w porównaniu z tym gwiazd jest tak
naprawdę nieduŜo. Zadziwiające swoją drogą, jak zdołały wywrzeć takie wraŜenie...
Tysiące z nich było świadkami, jak coś okrągłego i lśniącego zaczęło krąŜyć wokół
Ziemi. Miało na burcie napisane ARNSAT-1, co było czystym marnotrawstwem, bo
gwiazdy nie umieją czytać.
Owo coś dość szybko rozwinęło srebrzystą antenę.
I powinno obrócić ją ku Ziemi, aby być gotowym do odbijania w dół starych filmów i
ś
wieŜych wiadomości.
Ale nie odwróciło.
Bo miało nowe rozkazy.
Małe silniczki odpaliły, wypuszczając niewielkie obłoczki gazu, i całość odwróciła się
od planety, szukając nowego celu.
Zanim go znalazła, cała masa ludzi od starych filmów i nowych wiadomości zrobiła
się niesamowicie nerwowa i wymyślała sobie nawzajem przez telefony. Niektórzy
gorączkowo próbowali temu okrągłemu i lśniącemu (z anteną) wydać nowe polecenia.
Było to bez sensu, gdyŜ ono ich juŜ nie słuchało.
* * *
Masklin gnał przed siebie tak szybko, jak nogi go chciały nieść. Miał dość głupich
dyskusji, a wiedział, Ŝe musi działać szybko, bo coś mu mówiło, Ŝe nie ma za duŜo
czasu. Pierwszy zresztą raz od zjawienia się w Sklepie był naprawdę sam. Tamte
czasy, gdy mieszkali w jamie, wspominał jeśli nie jako lepsze, to przynajmniej
łatwiejsze. Cały wysiłek skupiał wówczas na tym, by zjeść, a nie zostać zjedzonym, i
samo przeŜycie kolejnego dnia juŜ było tryumfem. Fakt, wszystko było złe, ale w
zwyczajny, zrozumiały sposób i na odpowiednią, nomią skalę.
Ś
wiat wówczas kończył się na autostradzie z jednej strony, a lesie za polami z drugiej.
Teraz nie było w zasadzie Ŝadnych granic, za to problemów więcej, niŜ mógł sobie
wyobrazić. Ale przynajmniej wiedział, gdzie znaleźć elektryczność - w budynkach, w
których są ludzie.
Wypadł z zarośli na drogę, skręcił i pobiegł jeszcze szybciej. Jak się biegnie drogą, to
gdzieś na niej musi się znaleźć ludzi...
Usłyszał za sobą tupot: odwrócił się i dostrzegł Piona, który uśmiechnął się
niepewnie.
- Wracaj! - polecił Masklin. - Idź! Z powrotem! Dlaczego mnie śledzisz? Idź sobie!
Pion wskazał na drogę i powiedział coś.
- Nie rozumiem! - ryknął Masklin.
Pion uniósł wysoko rękę z dłonią skierowaną równolegle do ziemi.
- Ludzie? - domyślił się Masklin. - Tak, wiem. Wiem, co robię. Wracaj!
Pion coś dodał.
Masklin podniósł Rzecz.
- Mówiąca skrzynka klapa - oznajmił bezradnie. - Cholera, czemu ja mówię jak
kretyn? PrzecieŜ nie jesteś głupszy ode mnie! Wracaj do pozostałych!
Odwrócił się i pobiegł.
Gdy po chwili się obejrzał, Pion stał w tym samym miejscu i obserwował go ze
smętną miną.
Nie wiedział, ile ma czasu - Rzecz kiedyś mu powiedziała, Ŝe statek porusza się
bardzo szybko, ale nawet nie wiedział, czy na pewno tu leci...
Przed sobą dojrzał postacie górujące ponad krzewami - rzeczywiście na drodze w
końcu trafi się na ludzi. Sztuką było ich uniknąć, bo praktycznie byli wszędzie.
CóŜ, jeśli statek nie był w drodze, to on, Masklin, popełniał właśnie największe
głupstwo, jakie kiedykolwiek w dziejach zrobił jakikolwiek nom.
Wyszedł na Ŝwirowy krąg, gdzie parkowała niewielka cięŜarówka z napisem NASA
na burcie. Obok niej dwóch ludzi pochylało się nad jakimś urządzeniem
zamontowanym na trójnogu. Naturalnie, nie zauwaŜyli go, więc podszedł bliŜej.
PołoŜył Rzecz na Ŝwirze.
ZłoŜył dłonie w trąbkę i krzyknął najwyraźniej i najwolniej, jak potrafił:
- Hej tam! Wy! Luudzie!
* * *
- Co on zrobił?! - wrzasnął Angalo.
Pion powtórzył pantomimę na przyspieszonych obrotach.
- Rozmawiał z ludźmi? - Angalo wstał. - I pojechał z nimi cięŜarówką?
- Wydawało mi się, Ŝe słyszałem silnik samochodu - mruknął Gurder.
- Martwił się o Rzecz - przypomniał sobie Angalo. - I poszedł szukać prądu!
- PrzecieŜ jesteśmy o mile od najbliŜszego budynku.
- Ale nie samochodem! - uświadomił mu Angalo.
- Wiedziałem, Ŝe to się tak skończy! - jęknął Gurder. - Pokazać się dobrowolnie
ludziom! W Sklepie nigdy tak nie postępowaliśmy! Co my teraz zrobimy?!
* * *
Jak na razie nie było najgorzej.
Ludzie tak naprawdę nie wiedzieli, co mają z nim zrobić, jak go w końcu dostrzegli -
nawet się cofnęli, jakby się go bali. A potem jeden pobiegł do cięŜarówki i rozmawiał
przez jakieś urządzenie na drucie - pewnie jakiś nowy rodzaj telefonu. Kiedy Masklin
wciąŜ stał nieruchomo, drugi wyjął z cięŜarówki jakieś pudełko i zbliŜył się
delikatnie, jakby się bał, Ŝe Masklin eksploduje. Kiedy nom mu pomachał, człowiek
odskoczył tak szybko, Ŝe prawie się przewrócił.
Ten od telefonu coś mu powiedział i pudełko zostało delikatnie postawione na Ŝwirze
niedaleko Masklina, a obaj ludzie przyjrzeli mu się wyczekująco.
Masklin, ciągle się uśmiechając, Ŝeby ich nie wystraszyć do reszty, wziął Rzecz,
wdrapał się do pudełka i pomachał im.
Jeden z ludzi pochylił się ostroŜnie, ujął delikatnie pudełko i podniósł je, zupełnie
jakby zawartość (to jest Masklin) była nadzwyczaj rzadka, cenna i delikatna. Zaniósł
je do cięŜarówki, wsiadł nadzwyczaj ostroŜnie i połoŜył je sobie na kolanach. W radiu
zadudnił ludzki głos.
Wiedząc, Ŝe teraz juŜ nie ma odwrotu, Masklin niemal się odpręŜył. To mógł być
decydujący krok na chodniku Ŝycia.
Obaj ludzie przyglądali mu się, jakby wciąŜ nie wierzyli, Ŝe go widzą. Ale w końcu
drugi siadł za kierownicą i ruszyli z szarpnięciem. Wyjechali na betonową szosę,
gdzie czekała druga cięŜarówka. Wysiadł z niej człowiek, pogadał z nimi i zaczął się
ś
miać w powolny, typowy dla ludzi sposób. A potem spojrzał w dół, zobaczył
Masklina i całkiem nagle śmiech uwiązł mu w gardle.
Prawie pobiegł do swojej cięŜarówki i natychmiast złapał za telefon na drucie.
Masklin wiedział, Ŝe tak będzie - nie mieli pojęcia, co zrobić z prawdziwym nomem.
Zadziwiające. NajwaŜniejsze w kaŜdym razie, Ŝeby go zabrali gdzieś, gdzie jest
właściwy rodzaj elektryczności... Dorcas próbował mu wytłumaczyć elektryczność,
ale bez specjalnych sukcesów, być moŜe dlatego, Ŝe sam nie był zbyt pewien swej
wiedzy. Wychodziło mu, Ŝe są dwa rodzaje elektryczności - prosta i kręcona. Prosta
była nudna i zostawała w bateriach. Kręcona występowała w przewodach w ścianach i
to właśnie ją Rzecz potrafiła w jakiś sposób kraść, jeśli była wystarczająco blisko. O
tej kręconej Dorcas mówił z podobnym naboŜeństwem w głosie, co Gurder o
Arnoldzie Brosie (zał. 1905). Jeszcze w Sklepie próbował ją badać, ale natykał się na
całą masę niezrozumiałych spraw. No bo choćby coś takiego - ta sama elektryczność,
trafiając do lodówki, zamraŜała rzeczy, a trafiając do kuchenki, je podgrzewała. Skąd
wiedziała, co gdzie ma robić?
Czuł się dziwnie radośnie i optymistycznie, prawdopodobnie dlatego, Ŝe gdyby choć
przez sekundę się powaŜnie zastanowił nad własnym połoŜeniem, zacząłby wyć z
przeraŜenia.
A tak wciąŜ mógł się uśmiechać.
CięŜarówka tymczasem jechała dalej, a w ślad za nią druga. Po chwili z bocznej drogi
wyjechała trzecia i dołączyła do minikonwoju. W trzeciej było pełno ludzi, ale
dziwnym trafem większość wpatrywała się w niebo.
Nie zatrzymali się przy najbliŜszym budynku, tylko podjechali do większego, przed
którym parkowało sporo pojazdów i czekało jeszcze więcej ludzi. Jeden z nich
otworzył drzwi cięŜarówki - robił to wyjątkowo powoli, nawet jak na człowieka.
Ten, który trzymał pudełko, wysiadł równie powoli.
Masklin uniósł głowę i spojrzał w mnóstwo gapiących się na niego twarzy.
Najwidoczniejsze w nich były oczy i dziurki od nosa. Wyglądały na przestraszone. A
przynajmniej oczy tak wyglądały. Dziurki od nosa wyglądały tak jak zwykle.
Przestraszone przez niego.
Nie przestając się uśmiechać, spytał, tłumiąc panikę:
- W czym mogę pomóc, panowie?
Rozdział dziewiąty
NAUKA: sposób wynajdywania róŜnych rzeczy, a potem zmuszania ich, Ŝeby
działały. Wyjaśnia przy okazji, co się dzieje wokół nas. Podobnie jak Religia, Nauka
jednak robi to lepiej, gdyŜ znajduje bardziej zrozumiałe tłumaczenie, kiedy
poprzednie nie skutkuje. Nauki jest znacznie więcej, niŜ moŜna byłoby podejrzewać.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Gurder, Angalo i Pion siedzieli w odrobinie cienia rzucanego przez jakiś krzak.
Chmura przygnębienia, jaka nad nimi wisiała, była nieporównywalnie większa.
- Bez Rzeczy nigdy nie wrócimy do domu - westchnął Gurder.
- No, to musimy wydostać Masklina - ocenił Angalo.
- To zajmie wieczność!
- Tak? No to prawie tyle, ile mamy przed sobą tutaj, jeśli nie zdołamy dotrzeć do
domu. - Angalo znalazł poręczny, płaski kamień prawie idealnie pasujący do tego, by
go przywiązać do gałęzi pasami materiału oddartymi z ubrania.
Angalo nigdy w Ŝyciu nie widział kamiennej siekiery, ale miał całkiem konkretne
przeczucie, Ŝe kamieniem przywiązanym do kija moŜna zrobić całkiem sporo
uŜytecznych rzeczy.
- MoŜe byś przestał obracać te gałęzie? - zaproponował Gurder. - To jaki mamy plan?
We dwóch przeciwko całej Florydzie?
- Niekoniecznie. Nikt cię nie zmusza do uczestnictwa.
- Nie słyszałem, Ŝebyś miał lepszy plan. - Angalo skończył wiązać kamień i
eksperymentalnie machnął całością. - Nie słyszałem, prawdę mówiąc, Ŝebyś miał
jakikolwiek plan.
- Bo nie mam.
* * *
Na czarnej powierzchni zamrugało czerwone światełko.
Po pewnym czasie otworzyła się niewielka, kwadratowa klapka i coś cicho
zawarczało, a z Rzeczy wysunął się obiektyw na metalowym teleskopie i powoli się
obrócił.
W końcu Rzecz przemówiła:
- „Gdzie jest to miejsce?”
Uniosła obiektyw, przyjrzała się twarzy spoglądającego na nią człowieka i dodała:
- „I dlaczego?”
- Nie jestem pewien, ale jesteśmy w pokoju w duŜym budynku - odpowiedział
Masklin. - Ludzie nie zrobili mi krzywdy i wydaje mi się, Ŝe jeden próbował ze mną
porozmawiać.
- „Jesteśmy w jakimś szklanym pudle” - zauwaŜyła Rzecz.
- Owszem. Tu jest nawet małe łóŜko, a tam pewnie coś w rodzaju ubikacji. Ale to
niewaŜne. Słuchaj: co ze statkiem?
- „Spodziewam się, Ŝe jest w drodze.”
- Spodziewasz się? To znaczy, Ŝe nie wiesz?
- „Wiele rzeczy mogło się nie udać. Jeśli się udały, to statek wkrótce tu będzie.”
- Jeśli się nie udały, to do śmierci stąd nie wyjdę! - ocenił Masklin. - Przyszedłem tu z
twojego powodu, wiesz.
- „Wiem. Dziękuję.”
Masklin się nieco odpręŜył.
- Jak dotąd byli całkiem mili... przynajmniej tak myślę, bo z ludźmi trudno
powiedzieć - rzekł, spoglądając przez przezroczystą ścianę.
W ciągu ostatnich paru minut całkiem sporo ludzi mu się przyglądało, ale tak na
dobrą sprawę, ciągle nie wiedział, czy jest gościem honorowym, czy więźniem. Albo
moŜe czymś pośrednim.
- Nic innego nie byłem w stanie wymyślić - dodał.
- „Monitoruję łączność” - poinformowała go Rzecz.
- Zawsze to robisz.
- „Większość jest o tobie. Jadą tu eksperci, Ŝeby cię obejrzeć.”
- Jacy eksperci? Od nomów?
- „Eksperci od rozmów z istotami z innych światów. Ludzie, co prawda, jak dotąd nie
spotkali nikogo z innego świata, ale mają ekspertów od rozmów z nimi. Ciekawe.”
- Dobrze byłoby się dogadać, bo teraz faktycznie wiedzą o nas.
- „Ale nie wiedzą, kim jesteście. I myślą, Ŝe dopiero przybyłeś.”
- Bo to prawda.
- Nie tu, tylko na tę planetę. UwaŜają Ŝe przybyłeś z gwiazd.
- PrzecieŜ my tu jesteśmy od tysięcy lat! śyjemy tu!
- „Ludziom łatwiej jest uwierzyć w małe zielone ludziki z nieba niŜ w małe, normalne
ludziki na Ziemi. Wolą Marsjan od krasnoludków.”
- Wiesz, chyba cię nie rozumiem - przyznał Masklin po namyśle.
- „Nie przejmuj się. Przyzwyczaiłam się. Zresztą to nie jest waŜne.” - Rzecz obróciła
obiektyw, przyglądając się pomieszczeniu, i oceniła po pełnym obrocie: - „Przyjemne.
Jakieś laboratorium naukowe... A to co?”
Pytanie dotyczyło plastikowej tacki leŜącej koło Masklina.
- Owoce, orzechy, mięso i jeszcze coś. Wydaje mi się, Ŝe chcieli się dowiedzieć, co
jem. To całkiem bystrzy ludzie: pokazałem na usta i od razu zrozumieli, Ŝe jestem
głodny.
- „Aha. Zaprowadź mnie do swojej spiŜarni.”
- Przepraszam?
- „Zaraz wytłumaczę. Powiedziałam ci, Ŝe monitoruję łączność?”
- Ciągle to mówisz.
- „Jest taki ludzki dowcip. Dowcip to humorystyczna anegdota albo opowieść. Ten
dotyczy lądowania statku z innej planety na Ziemi. Wysiada z niego dziwnie
wyglądający obcy i mówi do dystrybutora paliwa: „Zaprowadź mnie do swego
przywódcy”. Gdy ze strony dystrybutora nie ma Ŝadnej reakcji, powtarza to samo do
kosza na śmieci, automatu telefonicznego i podobnych urządzeń. Dzieje się tak, gdyŜ
nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wyglądają ludzie. Wymieniłam jeden wyraz na
drugi, podobnie brzmiący, a pasujący do twojej sytuacji. To jest właśnie zabawna
puenta, po której powinien nastąpić wybuch śmiechu.”
Nastąpiła cisza.
- Aha - odezwał się po chwili Masklin. - Ten obcy to taki zielony ludzik, o którym
mówiłaś wcześniej?
- „Skąd... zaraz! Poczekaj chwilę!”
- A niby gdzie mam iść? Co się stało?
- „Słyszę statek.”
Masklin wytęŜył słuch.
- Ja nic nie słyszę - przyznał rozczarowany.
- „W radiu!”
- Gdzie on jest? Zawsze mówiłaś, Ŝe w górze, ale gdzie dokładnie?!
* * *
Pozostałe Ŝaby przykucnęły wśród mchu, by przeczekać gorąco popołudniowego
słońca.
Nisko na wschodzie widać było biały sierp.
Miło byłoby powiedzieć, Ŝe drzewne Ŝaby mają o nim jakieś legendy, Ŝe uwaŜają
słońce i księŜyc za odległe kwiaty, dajmy na to. śe wierzą, iŜ gdy dobra Ŝaba umrze,
to jej dusza leci do wielkiego kwiatu na niebie...
Kłopot polega na tym, Ŝe mowa o Ŝabach. A dla Ŝab księŜyc nazywał się
„.-.-.mipmip.-.-.”. Słońce nazywało się „.-.-.mipmip.-.-.”. Wszystko nazywało się
„.-.-.mipmip.-.-.”. Jak się ma tylko jedno słowo na określenie wszystkiego, to
naprawdę trudno mieć legendy o czymkolwiek.
Pierwsza Ŝaba zdawała sobie jednak niejasno sprawę z tego, Ŝe z księŜycem dzieje się
coś złego.
Robił się mianowicie jaśniejszy.
* * *
- Zostawiliśmy statek na księŜycu? - zdziwił się Masklin. - Dlaczego?
- „Bo twoi przodkowie zdecydowali, Ŝe tak będzie najłatwiej mieć na niego oko.”
Masklin nagle pojaśniał jak chmura w słońcu.
- Wiesz, zanim się to wszystko zaczęło, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w dziurze,
siadywałem nocami i obserwowałem księŜyc. MoŜe podświadomie wiedziałem, Ŝe...
- „Nic nie wiedziałeś. To, czego doświadczałeś, to prymitywne przesądy” - przerwała
mu Rzecz.
Masklin przestał jaśnieć.
- Szkoda.
- „A teraz bądź uprzejmy zachować ciszę. Statek czuje się zagubiony i chce, Ŝeby mu
mówić, co ma robić. Obudził się po piętnastu tysiącach lat, więc moŜna go
zrozumieć.”
- Fakt, sam z rana nie jestem specjalnie bystry - przyznał Masklin.
* * *
Na KsięŜycu nie ma powietrza, nie ma więc i dźwięku, co jest w sumie bez znaczenia,
bo i tak nie ma tam nikogo, kto mógłby cokolwiek słyszeć. Dźwięk w takich
warunkach byłby marnotrawstwem.
Jest natomiast światło.
ToteŜ wyraźnie widać było kłęby księŜycowego kurzu, wzbijające się ze skalistej
równiny i zmieniające się w chmurę tak wielką, Ŝe odbiły się od niej promienie
słoneczne.
U podstawy chmury coś się wykopywało.
* * *
- Zostawiliśmy go w dziurze?!
Na powierzchni sześcianu zagrały wielobarwne wzory.
- „Tylko mi nie mów, Ŝe dlatego Ŝyłeś w dziurze. Inne nomy nie Ŝyją po dziurach.”
- Wcale nie chciałem tak powiedzieć - oburzył się Masklin. - Tylko zastanawiałem
się...
Nagle zamilkł, wpatrując się tępo w szklaną ścianę, za którą jakiś człowiek usiłował
zainteresować go jakimiś bazgrołami na tablicy.
- Musisz zatrzymać statek - oświadczył nagle zdecydowanie. - I to zaraz! Nie moŜemy
nim odlecieć, bo on nie naleŜy tylko do nas. Nie moŜemy go zabrać innym nomom!
* * *
Angalo, Gurder i Pion obserwowali z krzaków niebo. Słońce zbliŜało się do
horyzontu, a księŜyc migotał niczym dekoracja gwiazdkowa.
- To musi być statek! - ocenił z uśmiechem Angalo. - Nic innego nie mogło go tak
oświetlić. A więc jest w drodze!
- Nigdy nie sądziłem, Ŝe to się uda... - przyznał Gurder.
Angalo klepnął Piona w plecy i wskazał na księŜyc.
- Widzisz, chłopie? To statek! Nasz statek!
Gurder podrapał się po brodzie i przytaknął zamyślony.
- Tak. Nasz...
- Masklin mówił, Ŝe w nim jest cała masa róŜnych takich - rozmarzył się Angalo. - I
masa przestrzeni. Z tego zresztą głównie znana jest przestrzeń, Ŝe jest pusta i jest jej
duŜo. Masklin mówił, Ŝe on lata szybciej od światła, ale pewnie mu się coś pomyliło,
bo jak by wtedy moŜna było coś widzieć? Jak włączy się światło, a ono wypadłoby z
pokoju, to byłoby ciemno... Ale na pewno lata szybko...
Gurder spojrzał na niebo - coś desperacko próbowało się przebić do jego
ś
wiadomości, tylko nie bardzo wiedział co. Czuł się jakoś tak dziwnie szaro.
- Nasz statek - bąknął. - Ten, którym przyleciały tu nomy...
- Właśnie - przytaknął Angalo, praktycznie go nie słuchając.
- I który zabierze nas wszystkich z powrotem - dodał Gurder.
- Tak mówi Masklin, a...
- Wszystkich - powtórzył Gurder, z ołowianym wręcz naciskiem.
- Pewnie, Ŝe wszystkich. Nie sądzę, Ŝeby nam duŜo czasu zajęło zorientowanie się,
jak się nim kieruje, a jak juŜ będziemy wiedzieli; to bez problemów polecimy do
kamieniołomu i zabierzemy wszystkich.
- A plemię Piona? - spytał Gurder.
- Och, ich naturalnie teŜ. Jakby się uprzeć, to i dla ich gęsi by się znalazło miejsce.
- A inni?
- Jacy inni? - zdziwił się Angalo.
- Krzew mówiła, Ŝe wszędzie są grupy nomów. Na całym świecie.
- A, oni! Nie wiem i prawdę mówiąc, mało mnie to interesuje. Nam potrzebny jest
statek, o czym sam doskonale wiesz.
- Ale jeśli zabierzemy statek, to co oni będą mieli, kiedy będą go potrzebować?
* * *
Masklin właśnie zadał to samo pytanie.
- „010011010101110101010010110101110010” - odparła Rzecz.
- Co powiedziałaś?!
- „Jak przestanę uwaŜać, to moŜe nie być statku dla nikogo” - oznajmiła opryskliwie
Rzecz. - „Wysyłam mu piętnaście tysięcy poleceń na minutę.”
Masklin się nie odezwał.
- „To cała masa poleceń” - dodała.
- Statek stanowi własność wszystkich nomów na tym świecie - powiedział Masklin z
uporem.
- „010011001010010010…”
- Oj, zamknij się i powiedz, kiedy statek się tu pojawi?
- „0101011001... To co mam w końcu zrobić?... 01001100...”
- Co?!
- „Mam się zamknąć albo mam ci powiedzieć, kiedy statek tu przybędzie. Obu
poleceń nie jestem w stanie wykonać.”
- Proszę, powiedz mi, kiedy przybędzie statek - powtórzył cierpliwie Masklin - a
potem się zamknij.
- „Cztery minuty.”
- Cztery minuty?
- „Teraz to będą trzy minuty i ileś tam sekund, ale w przybliŜeniu moŜna powiedzieć,
Ŝ
e cztery minuty. Dokładnie to trzy minuty trzydzieści osiem sekund, a raczej trzy
minuty trzydzieści siedem sekund, a za...”
- PrzecieŜ nie będę tu tkwił, jeśli to ma być tak szybko! - przerwał jej Masklin,
chwilowo zapominając o zobowiązaniach względem wszystkich nomów tego świata. -
Jak się mam stąd wydostać?! To pudło ma dach!
- „Mam się zamknąć najpierw czy wydostać cię stąd, a potem się zamknąć?” - spytała
uprzejmie Rzecz. - „Ludzie widzieli, jak biegasz?”
- Nie wiem, ale wątpię.
- „To przygotuj się do biegu, ale najpierw zatkaj sobie uszy!”
Z doświadczenia Masklin wiedział, Ŝe najlepiej jest jej posłuchać. Rzecz bywała
czasami wkurzająca, ale ignorowanie jej rad naprawdę się nie opłacało.
Ś
wiatełka na czarnej ścianie ułoŜyły się na ułamek sekundy w kształt gwiazdy, a
potem Rzecz zaczęła wyć. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy, aŜ Masklin przestał
go słyszeć, za to doskonale czuł przez osłaniające uszy dłonie. Miał wraŜenie, jakby
coś w jego głowie wywoływało nieprzyjemne bąbelki. Właśnie otwierał usta, by kazać
Rzeczy przestać, gdy przezroczyste ściany eksplodowały, zmieniając się w poszarpane
fragmenty układanki, z których nagle kaŜdy zdecydował się, Ŝe chce mieć koło siebie
trochę miejsca. Kawałki dachu posypały się w dół, omal nie przygwaŜdŜając przy
okazji Masklina.
- „Teraz bierz mnie i biegnij” - poleciła Rzecz, zanim lawina przestała spadać.
Ludzie w pomieszczeniu obracali się powoli w ich stronę.
Masklin złapał Rzecz i popędził po wypolerowanej powierzchni stołu.
- Muszę się dostać na dół! - Rozejrzał się desperacko: na drugim końcu stołu stała
jakaś maszyna z mnóstwem światełek i zegarów. - Przewody! - Zmienił kierunek,
uniknął opadającej powoli wielkiej dłoni i z piskiem podeszew wyhamował przy
krawędzi blatu. - Muszę cię zrzucić! - poinformował Rzecz. - Nie zdołam zejść,
niosąc cię.
- „Nic mi nie będzie.”
OstroŜnie podszedł do krawędzi i zrzucił czarny sześcian na podłogę. Tak jak się
spodziewał, z maszynerii biegł w dół cały pęk przewodów. Skoczył, złapał jeden i na
wpół się zsunął, na wpół spadł na posadzkę.
Ludzie ruszyli zewsząd w jego stronę w swój powolny sposób, ale bez trudu odnalazł
Rzecz, złapał ją i pognał przed siebie. Widząc stopę w brązowym bucie i granatowej
skarpetce, zrobił zyg, a na widok dwóch następnych w czarnych butach i czarnych
skarpetkach zrobił zag. Kątem oka dojrzał, jak te w czarnych potykają się o tę w
brązowym...
Wokół zaroiło się od butów i rąk nieudolnie sięgających ku niemu, ale Masklin był
juŜ rozmytym kształtem, prującym slalomem między przeszkodami terenowymi.
Przed nim była juŜ tylko pusta podłoga.
Gdzieś zaczął wyć alarm.
- „Kieruj się ku drzwiom!” - zaproponowała Rzecz.
- PrzecieŜ przez nie wejdzie tu więcej ludzi!
- „No i dobrze, bo my stąd wyjdziemy!”
Masklin dotarł do drzwi akurat w chwili, gdy się otworzyły. W niewielkiej szparze
wyraźnie było widać zbliŜające się nogi, toteŜ nie tracąc czasu na myślenie, przebiegł
po najbliŜszym bucie, zeskoczył na drugą stronę i pobiegł korytarzem.
- Gdzie teraz? - spytał gorączkowo.
- „Na zewnątrz.”
- A to w którą stronę?
- W kaŜdą.
- Serdeczne dzięki!
Drzwi wzdłuŜ korytarza otwierały się i pojawiało się w nich coraz więcej ludzi, toteŜ
największym problemem Masklina nie było teraz uniknięcie złapania, lecz
przypadkowego rozdeptania. Noma biegnącego z maksymalną prędkością mógł
zauwaŜyć jedynie naprawdę bystry człowiek.
- Dlaczego tu nie ma mysich dziur? - zdenerwował się nagle Masklin. - KaŜdy
budynek ma mysie dziury!
But znalazł się na podłodze o centymetry od niego, toteŜ odskoczył, zapominając o
pretensjach.
Korytarz wypełnił się ludźmi, a w oddali rozległo się wycie drugiego alarmu.
- Po co to całe zamieszanie? - zdziwił się Masklin. - Skoro jeden mały nom wywołał
taki rozgardiasz, to co by było, jakbyśmy tu wpadli we czterech?
- „To nie ty, tylko statek. Zobaczyli go.”
Kolejny but omal nie umoŜliwił Masklinowi zdobycia głównej nagrody dla
najbardziej płaskiego noma na całej Florydzie. Mimo rozpaczliwych wysiłków nie
zdołał się zatrzymać i wpadł na but, który wydał mu się dziwnie znajomy. BliŜsze
oględziny potwierdziły wraŜenie - to było to Niezbędne Uliczne Obuwie z Prawdziwą
Gumowa Poszewką, a nad nim były skarpetki Jegostyl Zapachoodporne,
Gwarantowane 85 purcent Polyputheketlon. Czyli najdroŜsza skarpetka świata.
Jeszcze wyŜej były błękitne spodnie, chmura swetra i broda.
Czyli Wnuk Richard, 39.
Jak juŜ się nabrało pewności, Ŝe nikt nie obserwuje nomów, to wszechświat wywijał
kozła i robił, co mógł, by udowodnić, Ŝe ta pewność jest fałszywa...
Masklin skoczył z miejsca i wylądował na nogawce spodni, akurat gdy Wnuk Richard
dał krok. Było to najbezpieczniejsze miejsce w okolicy, jako Ŝe ludzie rzadko depczą
się nawzajem. Noga dała kolejny krok, Masklinem machnęło w tył i w przód, co nie
ułatwiało mu wspinaczki po szorstkim materiale. Obok znajdował się szew, więc gdy
Masklin do niego dotarł, zyskał znacznie lepszy chwyt.
Wnuk Richard, 39, oraz chmara innych ludzi, wpadających na siebie, zdąŜali w tym
samym kierunku. Wstrząsy były takie, Ŝe Masklin zrzucił buty, próbując takŜe
palcami nóg złapać się za materiał, i tytanicznym zgoła wysiłkiem zdołał dotrzeć do
kieszeni. Dalej było juŜ prościej - po metce wspiął się do paska. Do metek i naszywek
przyzwyczaił się w Sklepie, ale musiał przyznać, Ŝe ta była imponująca, nawet jak na
człowieka. Cała pokryta napisami i przynitowana do spodni, zupełnie jakby Wnuk
Richard był jakąś odmianą maszyny.
- „Grossbergers hagglers, Najsłynniejsze Jeansy” - przeczytał na głos. - Ale się
chwalą... o, krowę narysowali... Rzecz, jak myślisz, dlaczego ludzie noszą takie metki
i napisy na ubraniach?
- „MoŜe jakby nie mieli napisane, to nie wiedzieliby, co jest co” - zaproponowała po
namyśle Rzecz.
- Prawdopodobnie - zgodził się Masklin. - WłoŜyłby spodnie zamiast koszuli i dziwił
się, czemu nie ma dziury na głowę.
Przyjrzał się jeszcze raz naszywce i złapał za sweter.
- Tam pisze, Ŝe te spodnie zdobyły złoty medal na Wystawie w Chicago w 1910 r. Jak
na takie stare, to nieźle wyglądają.
Wnuk Richard wraz z pozostałymi ludźmi kierował się ku drzwiom prowadzącym na
zewnątrz budynku.
Po swetrze było znacznie łatwiej się wspinać, toteŜ Masklin, w końcówce chwytając
się długich włosów Wnuka Richarda, szybko wdrapał się na jego ramię. Ledwie się
usadowił, wyszli za próg i znaleźli się pod błękitnym niebem.
- Jak długo jeszcze? - syknął Masklin, jako Ŝe ucho Wnuka Richarda było tuŜ obok.
- „Czterdzieści trzy sekundy.”
Ludzie wpadali na siebie: większość wychodziła na parking, ale część próbowała
akurat wejść do budynku, niosąc jakieś urządzenia, poza tym wszyscy poruszali się,
wpatrzeni w niebo. Spora grupa stała, skupiona wokół jednego człowieka, który
wyglądał na mocno przestraszonego.
- Kto to jest? - spytał Masklin szeptem.
- „Ten w środku to najwaŜniejszy człowiek w okolicy. Przybył zobaczyć start promu,
a teraz wszyscy pozostali mu tłumaczą, Ŝe to właśnie on powinien powitać statek.”
- A po co? PrzecieŜ to nasz statek?
- „Ale oni są przekonani, Ŝe przybywa, by z nimi porozmawiać.”
- Skąd im to przyszło do głowy?
- „Bo uwaŜają, Ŝe są najwaŜniejszymi istotami na tej planecie.”
- Aha.
- „Zadziwiające, prawda?”
- Wszyscy wiedzą, Ŝe nomy są waŜniejsze. Przynajmniej wszystkie nomy to wiedzą. -
Masklin zastanowił się przez chwilę, potrząsnął głową i spytał: - Ten najwaŜniejszy
człowiek to jakiś mędrzec albo co?
- „Nie wydaje mi się. Inni właśnie próbują mu wytłumaczyć, co to jest planeta.”
- To on nie wie?!
- „Wielu ludzi nie wie. Panwiceprezydent jest jednym z nich. 001010011000”
- Znowu rozmawiasz ze statkiem?
- „Tak. Sześć sekund.”
- On naprawdę...
- „Tak.”
Rozdział dziesiąty
PRZYCIĄGANIE: niedokładnie zrozumiałe zjawisko powodujące, Ŝe małe rzeczy,
np. nomy, trzymają się duŜych rzeczy, np. planet. Z powodu Nauki dzieje się tak,
obojętnie, czy wie się o Przyciąganiu, czy nie. Jest to najlepszy dowód na to, Ŝe
Nauka zdarza się cały czas.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Angalo rozejrzał się.
- Gurder, rusz się!
Gurder, oparty o kępę trawy, z trudem łapał oddech.
- To na nic! - wycharczał. - Nie... moŜemy... sami... walczyć... z ludźmi!
- Mamy Piona. A to jest całkiem dobra siekiera.
- JuŜ widzę... jak się... jej boją. Pewnie jakbyś miał... dwie, to by... się od razu
poddali.
Angalo machnął parę razy siekierą. Było to dziwnie miłe uczucie.
- Musimy spróbować - powiedział po prostu. - Chodź, Pion!... Na co patrzysz? Na
gęsi?
Pion jak zauroczony wpatrywał się w niebo.
- Tam jest jakiś punkcik - odparł Gurder, wytęŜając wzrok.
- Pewnie ptak.
- Nie wygląda jak ptak.
- To pewnie samolot.
- Nie wygląda jak samolot.
Teraz wszyscy trzej wpatrywali się w niebo.
Na którym widoczna była czarna plamka.
- Nie myślisz, Ŝe rzeczywiście mu się udało? - spytał niepewnie Angalo.
Plamka zmieniła się w małe czarne kółko.
- On się nie rusza - zauwaŜył Gurder.
- Na boki - dodał powoli Angalo. - On się porusza w dół.
Małe czarne kółko stało się większym czarnym kółkiem, z podejrzeniem dymu lub
pary wokół krawędzi.
- To moŜe być jakaś odmiana pogody... - powiedział niepewnie Angalo. - Jakaś
specjalność Florydy czy co?
- Na przykład co? Pojedynczy grad wielkości... no, duŜy. To statek! Leci po nas!
Kółko było juŜ kołem, a mimo to wyglądało, jakby było jeszcze bardzo daleko.
- Jakby tak po nas przyleciał kawałek dalej, to nie miałbym nic przeciwko krótkiemu
spacerowi - zaofiarował się Gurder.
- Ja teŜ. - W głosie Angala pojawiły się nutki desperacji. - On nie nadlatuje, on...
- ...spada - dokończył Gurder i spytał: - Biegniemy?
- MoŜna spróbować.
- A gdzie biegniemy?
- Najlepiej za Pionem. On zaczął juŜ dobrą chwilę temu.
* * *
Masklin, gdyby go ktoś zapytał, przyznałby dobrowolnie, Ŝe specjalistą w dziedzinie
rodzajów transportu nie jest, za to wszystkie, z jakimi się dotąd zetknął, miały jedną
cechę wspólną - mianowicie przód znajdujący się z przodu i tył, który się tam nie
znajdował. Dzięki temu bez trudu moŜna było rozpoznać, w którą stronę pojadą.
Z nieba spadał dysk, czyli góra połączona z dołem, mająca jedynie ostre krawędzie po
bokach. Nie wydawał Ŝadnego dźwięku, ale na ludziach zdawał się robić kolosalne
wraŜenie.
- To to? - upewnił się na wszelki wypadek.
- „Tak.”
- Aha.
Nagle wszystko stało się jakby wyraźniejsze.
Statek nie był wielki - na określenie jego wielkości potrzebne było nowe słowo. I nie
tyle spadał przez chmury, ile rozpychał je. Kiedy juŜ się wydawało, Ŝe właściwie
oceniło się jego wielkość, przepływała obok jakaś chmurka i cała perspektywa
ulatywała z wiatrem. Na określenie czegoś tak wielkiego powinno istnieć specjalne
słowo.
- On skraksuje? - spytał słabo.
- „Wyląduje na trawie. Nie chciałam przestraszyć ludzi.”
* * *
- Biegiem!
- A jak ci się wydaje, jak ja się poruszam?
- On nadal jest wprost nad nami!
- Szybciej juŜ nie mogę!
Trzy biegnące postacie okrył nagle cień.
- śeby dostać się aŜ na Florydę i zostać rozgniecionym przez własny statek! - jęknął
Angalo. - PrzecieŜ nikt w to nie uwierzy.
Cień pogłębił się, a jego brzegi pomknęły po ziemi daleko przed nimi, szare z
początku, potem coraz ciemniejsze, niczym mroczna noc.
Ich własna, prywatna noc.
* * *
- Pozostali ciągle gdzieś tam są - zauwaŜył Masklin cicho.
- „Oj! Zapomniałam” - przyznała niespodziewanie Rzecz.
- Ty podobno niczego nie zapominasz?
- „Ostatnio byłam raczej zajęta, prawda? Nie mogę myśleć o wszystkim. Mogę myśleć
prawie o wszystkim.”
- Więc jak juŜ pamiętasz, to bądź uprzejma nikogo nie rozgnieść!
- „Zatrzymam go nad ziemią, nie ma obawy!”
Ludzie mówili wszyscy naraz, a część zaczęła biec ku spadającemu statkowi.
Znacznie większa część uciekała stamtąd. Masklin zaryzykował spojrzenie na twarz
Wnuka Richarda - obserwował statek z dziwną, skupioną miną. Akurat gdy Masklin
patrzył, w jego stronę zaczęły powoli kierować się wielkie oczy, a zaraz potem ruch
ten przejęła głowa i po paru sekundach Wnuk Richard przyglądał się uwaŜnie temu,
kto siedział na jego ramieniu.
Było to ich drugie spotkanie, ale tym razem Masklin nie miał gdzie uciekać.
Postukał więc energicznie w Rzecz.
- MoŜesz spowolnić swój głos? - spytał, widząc, jak na twarzy Wnuka Richarda
odmalowuje się zdumienie.
- „O co konkretnie ci chodzi?”
- śebyś powtórzyła, co powiem, ale wolniej i głośniej, Ŝeby on mógł to zrozumieć.
- „Chcesz porozumieć się z człowiekiem?”
- Owszem. MoŜesz to zrobić?
- „Odradzam. To moŜe być bardzo niebezpieczne.”
- W porównaniu z czym? - spytał Masklin, zaciskając pięści. - I co moŜe być
groźniejszego od nieporozumienia? Zaraz będzie chciał mnie złapać, to jest
bezpieczne?! Powiedz mu, Ŝe nie chcemy nikogo skrzywdzić, ludzi teŜ nie. Powiedz
mu, bo juŜ zaczyna ruszać ręką!
I wyciągnął czarny sześcian w stronę ucha Wnuka Richarda.
Rzecz powiedziała coś wolno i basowo, i mówiła, mówiła, mówiła.
Mina Wnuka Richarda stęŜała.
- Co mu powiedziałaś? - W głosie Masklina obudziło się nagłe podejrzenie.
- „śe jeśli wyrządzi ci krzywdę, to wybuchnę i rozwalę mu łeb!”
- Nie zrobiłaś tego!
- „Zrobiłam.”
- I ty to nazywasz porozumieniem?
- „A co, nie zrozumiał? Nazwałabym to wielce skutecznym porozumieniem.”
- Ale to nie jest uprzejme. A poza tym nigdy mi nie mówiłaś, Ŝe moŜesz wybuchać.
- „Bo nie mogę. Ale on tego nie wie. W końcu to tylko człowiek.”
Statek zwolnił i dryfował nad zielenią, dopóki nie spotkał własnego cienia. Przy nim
wieŜa, z której startował prom, wyglądała niczym biała słomka obok sporego
czarnego talerza.
- Wylądowałaś go na ziemi! - oznajmił oskarŜycielsko Masklin. - A miałaś go
zatrzymać nad ziemią.
- „Nie jest na ziemi. Unosi się nad ziemią.”
- Wygląda, jakby był na ziemi.
- „Mówię, Ŝe się unosi nad ziemią” - powtórzyła cierpliwie Rzecz.
Wnuk Richard przyglądał się Masklinowi wzdłuŜ własnego nosa z zaskoczoną miną.
- A co go unosi? - Masklin stał się dociekliwy.
No to Rzecz mu powiedziała.
- Ciotka kto? Skąd się tam wzięła? Ma krewnych na statku?
- „Nie ciotka, tylko anty. Antygrawitacja!”
- Ale nie ma ognia ani dymu! - oświadczył oskarŜycielsko Masklin.
- „Ogień i dym nie są konieczne.”
Ku statkowi tymczasem ruszyły róŜne pojazdy, przewaŜnie wyjąc syrenami.
- Słuchaj no... dokładnie jak wysoko nad ziemią on się unosi?
- „Około czterech cali...”
* * *
Angalo leŜał z nosem wtulonym w piach.
I nie mógł się nadziwić, Ŝe jeszcze Ŝyje. Albo jeśli juŜ nie Ŝył, to temu, Ŝe wciąŜ był
zdolny do myślenia. MoŜe faktycznie był martwy i znalazł się tam, gdzie nom udaje
się po śmierci, gdziekolwiek by to było.
Na razie wyglądało to strasznie podobnie do tego, gdzie był poprzednio.
OstroŜnie przypomniał sobie, co było wcześniej - spojrzał w górę, zobaczył to
wielkie, co spadało z nieba prosto na jego głowę, i zrobił „padnij”, czekając, Ŝe w
kaŜdej chwili stanie się niewielką, mokrą plamką w wielkiej dziurze w ziemi.
Uznał, Ŝe to nie nastąpiło, a więc prawdopodobnie nie umarł - coś tak waŜnego
musiałby zapamiętać.
- Gurder? - spytał ostroŜnie.
- To ty? - odezwał się głos Gurdera.
- Mam nadzieję. Pion?
- Pion! - powiedział Pion gdzieś w mroku.
Angalo zebrał się na czworaki i spytał:
- Ma ktoś jakiś pomysł, gdzie jesteśmy?
- W statku? - zaproponował nieśmiało Gurder.
- Wątpię. Tu jest ziemia, trawa i wszystko, co poprzednio.
- To gdzie jest statek? I dlaczego jest tak ciemno?
Angalo siadł i otrzepał ubranie.
- Nie wiem - przyznał. - MoŜe nas nie trafił, ale ogłuszył, a teraz jest juŜ noc?
- Wokół horyzontu widzę światło, a w nocy go nie ma, więc to nie jest uczciwa noc.
Angalo rozejrzał się: rzeczywiście w oddali widać było wąski pasek światła. W
dodatku słychać było dziwny, cichy dźwięk, który raz usłyszany, zdawał się wypełniać
ś
wiat.
Zaintrygowany Angalo wstał, by się lepiej rozejrzeć.
Dało się słyszeć ciche łupnięcie i stłumione ,Auć!”, po czym Angalo wrócił na ziemię.
Gdy wstał, delikatnie rozcierając czubek głowy, jego dłoń dotknęła metalu,
przykucnął więc i przyjrzał się temu, w co trafił.
Przez dłuŜszą chwilę panowała pełna namysłu cisza, po czym rozległ się nieco
niepewny głos:
- Gurder, będziesz miał kłopoty z uwaŜaniem, więc się skup i posłuchaj...
* * *
- Tym razem chcę, Ŝebyś przetłumaczyła dokładnie to, co powiem. Jasne? - spytał
niezbyt uprzejmie Masklin. - Nie ma sensu dalej go straszyć!
Ludzie otoczyli statek. A raczej próbowali, bo Ŝeby otoczyć coś o takich rozmiarach,
trzeba strasznie duŜo ludzi.
Z oddali słychać było zbliŜające się silniki i syreny następnych cięŜarówek. Chwilowo
Wnuk Richard, wpatrujący się nerwowo we własne ramię, pozostał sam.
- Poza tym chyba jesteśmy mu coś winni - dodał Masklin. - UŜyliśmy jego satelity i
zabraliśmy sporo jego rzeczy.
- „Powiedziałeś, Ŝe chcesz to załatwić po swojemu. I bez pomocy ludzi” -
przypomniała Rzecz.
- Teraz jest inaczej. Teraz mamy statek. Sami go zrobiliśmy. I nie musimy juŜ o nic
prosić.
- „Chciałam tylko zwrócić uwagę, Ŝe to ty siedzisz na jego ramieniu, a nie on na
twoim.”
- Tym się nie przejmuj. Powiedz mu... poproś go, Ŝeby poszedł w stronę statku. I
powiedz „proszę”. I powiedz mu, Ŝe nie chcemy nikogo skrzywdzić. Zwłaszcza
siebie.
Zdawało się, Ŝe minęła cała wieczność, nim Wnuk Richard skończył odpowiadać, ale
w końcu ruszył w stronę statku.
- I co powiedział? - spytał Masklin, trzymając się kurczowo swetra.
- „Nie wierzę w to.”
- Co, nie wierzy mi?!
- „Ja nie wierzę! Powiedział, Ŝe jego dziadek ciągle mówił o małych ludziach, ale on
w nich nie wierzył, aŜ dotąd. Pytał, czy ty jesteś taki jak ci w starym Sklepie.”
Masklinowi opadła szczęka, choć wiedział, Ŝe Wnuk Richard uwaŜnie go obserwuje.
- Powiedz mu, Ŝe tak - wykrztusił po chwili.
- „Jak chcesz. Ale nie sądzę, Ŝeby to był dobry pomysł.” - Mimo to Rzecz zadudniła
basowo.
Wnuk Richard oddudnił.
- „Mówi, Ŝe jego dziadek Ŝartował o małych ludziach Ŝyjących w Sklepie. Mówił, Ŝe
przynoszą mu szczęście.”
Masklin znów poczuł, Ŝe świat dał fikołka, i to właśnie w chwili, w której wydawało
mu się, Ŝe go wreszcie rozumie.
- Czy jego dziadek kiedykolwiek widział noma? - spytał słabo.
- „Mówi, Ŝe nie, ale kiedy dziadek albo jego brat zostawali wieczorami i nocami w
biurze, słyszeli w ścianach róŜne odgłosy i Ŝartowali, Ŝe to sklepowe krasnoludki.
Mówi, Ŝe kiedy był mały, dziadek opowiadał mu o małych ludziach, którzy nocami
bawili się w Sklepie zabawkami.”
- PrzecieŜ sklepowe nomy nigdy czegoś takiego nie robiły!
- „A czy ja powiedziałam, Ŝe on mówi prawdę?”
Statek był znacznie bliŜej, ale wciąŜ nie było w nim widać niczego, co
przypominałoby okna lub drzwi. Miał tyle samo otworów co jajko.
Masklin zaś czuł, Ŝe mózg mu się kotłuje - zawsze uwaŜał ludzi za w miarę
inteligentnych (nomy bądź co bądź były inteligentniejsze, a szczury niegłupie). MoŜna
było się nawet zgodzić, Ŝe lisy mają szczyptę inteligencji. Skoro na świecie było jej
tyle, Ŝe starczyło dla lisów, to i ludziom musiało się coś dostać. To, z czym się teraz
zetknął, było czymś więcej niŜ inteligencją.
Przypomniał sobie ksiąŜkę „PodróŜe Guliwera”, która była dla nomów podwójnym
zaskoczeniem. Raz z uwagi na to, co opisywała, a dwa - gdy się okazało, Ŝe to
wszystko było wymyślone. W Sklepie było sporo takich ksiąŜek. Zawsze zresztą
przysparzały nomom masę kłopotów. Widocznie z jakichś powodów ludzie musieli
czytać nieprawdę.
Nigdy nie wierzyli, Ŝe nomy istnieją, ale chcieli w to wierzyć - i to było najbardziej
zaskakujące.
- Powiedz mu, Ŝe muszę się dostać na statek - polecił wreszcie.
Gdy Rzecz skończyła buczeć, Wnuk Richard odszepnął, co przypominało solidną
wichurę.
- „Mówi, Ŝe jest za duŜo ludzi.”
- Swoją drogą, to co oni wszyscy tu robią? - zdziwił się Masklin. - Dlaczego się nie
boją?!
Odpowiedź Wnuka Richarda przypominała kolejną wichurę.
- „On mówi, Ŝe myślą, Ŝe lada chwila przybysze z innej planety wyjdą, Ŝeby z nimi
porozmawiać.”
- Dlaczego?
- „Nie wiem. MoŜe nie chcą być sami.”
- PrzecieŜ wewnątrz nikogo nie ma! To nasz statek i...
Nagle coś zawyło.
I to tak, Ŝe wszyscy zatkali sobie uszy.
Po czarnym kadłubie przemknęły wielobarwne wzory świetlne najpierw w jedną
stronę, potem w drugą. A potem zniknęły.
Za to zawyło ponownie.
- Tam nikogo nie ma, prawda? - upewnił się Masklin. - śadnych hibernowanych czy
mroŜonych nomów, ani niczego?
Niedaleko czubka statku otworzyła się prostokątna klapka, coś zaszumiało i z otworu
wystrzelił płomień czerwonego światła, który zapalił kępę zarośli kilkaset jardów od
burty.
Ludzie zaczęli uciekać.
Statek uniósł się kilka stóp, kołysząc się alarmująco, po czym szarpnęło nim w bok.
Znieruchomiał na moment i wystrzelił prosto w górę. Zatrzymał się dość wysoko, po
czym fiknął koziołka. I zawisł bokiem w dół. Wreszcie opadł z powrotem i
wylądował. W ogólnym rozumieniu tego słowa, z jednej bowiem strony dotknął
ziemi, a druga pozostała nieco wyŜej, opierając się na... niczym.
Na koniec statek odezwał się głośno.
Dla ludzi musiało to brzmieć jak nieco zwariowany szczebiot.
W rzeczywistości dało się słyszeć:
- Przepraszam!... Mówiłem „przepraszam”, no nie?... To jest mikrofon?... Nie mogę
znaleźć guzika otwierającego te przeklęte drzwi... spróbujmy tego...
Otworzyła się inna klapa odsłaniająca prostokątny otwór, z którego wylało się
błękitne światło.
I ponownie ryknął dziwnie znajomy głos:
- Mam! - Potem coś załomotało głucho, jakby ktoś pukał w mikrofon, nie mając
pewności, czy działa. - Masklin, jesteś tam?
- To Angalo! - domyślił się Masklin. - Nikt inny tak nie prowadzi! Powiedz Wnukowi
Richardowi, Ŝe muszę się dostać na statek. Proszę!
Gdy Rzecz skończyła, Wnuk Richard przytaknął.
Ludzie kręcili się w pobliŜu statku, nie bardzo wiedząc, co robić, gdyŜ drzwi były za
wysoko, by mogli ich dosięgnąć. Masklin złapał się kurczowo swetra, gdy Wnuk
Richard energicznie przepychał się wśród zamieszania.
Statek znowu zawył.
- Tego... - Angalo najwyraźniej mówił do kogoś innego. - Nie jestem pewien tego
guzika... moŜe to jest...co?... Pewnie, Ŝe go nacisnę, niby dlaczego nie? Jest koło tego,
co otwiera drzwi, to musi być bezpieczny... Słuchaj, zamknij się, dobrze?
Z otworu opadła na ziemię srebrzysta rampa. Była wystarczająco szeroka, by mógł po
niej wejść człowiek.
- A widzisz? - ucieszył się Angalo.
- Rzecz, moŜesz pogadać z tym maniakiem? - zaniepokoił się Masklin. - To jest z
Angalem. Powiedz mu, gdzie jestem i Ŝe próbuję dostać się na statek...
- „Nie mogę, bo właśnie odciął łączność. Naciska przypadkowo i przestawia
wszystko, czego zdoła dosięgnąć. NaleŜy tylko mieć nadzieję, Ŝe nie naciśnie tego,
czego nie trzeba.”
- Mówiłaś, Ŝe moŜesz powiedzieć statkowi, co ma robić?!
- „Ale nie wtedy, kiedy jest na nim choćby jeden nom. I nie mogę mu zakazać zrobić
czegoś, co kazał mu zrobić nom. Na tym polega bycie maszyną” - wyjaśniła Rzecz
zgryźliwie.
Wnuk Richard pchał się z determinacją, ale poniewaŜ wszyscy się pchali, tylko kaŜdy
w inną stronę, niesporo mu szło. W dodatku wszyscy krzyczeli - i znów kaŜdy co
innego.
Masklin westchnął.
- Poproś go, Ŝeby mnie postawił na ziemi - polecił i dodał: - Tylko potem powiedz
„dziękuję”. I powiedz... Ŝe byłoby miło, gdybyśmy mogli więcej porozmawiać.
Rzecz powiedziała.
Wnuk Richard wyglądał na zaskoczonego.
Rzecz powiedziała jeszcze coś.
Dłoń Wnuka Richarda uniosła się i skierowała ku Masklinowi.
Był to jeden z tych przeraŜających momentów, które Masklin miał na prywatnej
czarnej liście, i musiał przyznać, Ŝe bierne czekanie, aŜ człowiek go złapie, było
gorsze zarówno od samodzielnej jazdy wierzchem na lisie, jak i kierowania
cięŜarówką czy lotu gęsią. Gdy olbrzymie paluchy ujęły go w pasie, zamknął oczy.
- Masklin?! - zawył statek. - Jak ci się coś złego stanie, to będą kłopoty! Ostrzegam!
Wnuk Richard złapał go delikatnie, jak coś niezwykle cennego i kruchego, i powoli
opuścił na ziemię. Masklin otworzył oczy, gdy na niej stanął, i stwierdził, Ŝe znajduje
się w lesie ludzkich nóg. Odwrócił się ku wciąŜ pochylonemu Wnukowi Richardowi i
starając się mówić tak basowo i wolno, jak tylko potrafił, wypowiedział jedyne słowa,
jakie w ciągu ostatnich pięciu tysięcy lat nom skierował do człowieka.
Brzmiały one: - Do widzenia.
A potem ruszył przez noŜną gęstwinę.
U podnóŜa rampy stało kilku ludzi w urzędowych spodniach i masywnych butach, ale
to nie stanowiło dla niego najmniejszego problemu - ominął ich z wprawą i pognał na
górę ku otworowi, z którego promieniował błękitny blask. Gdy był w połowie drogi, u
szczytu rampy pojawiły się dwa ciemne punkty.
Rampa była długa, a on nie spał od wielu godzin. Teraz Ŝałował, Ŝe się nie zdrzemnął,
gdy ludzie go oglądali - posłanie wydawało się wygodne. Ale miał wtedy inne
zmartwienia, a teraz to dawało się odczuć - jego nogi chciały się połoŜyć i spać.
NiewaŜne gdzie, byle szybko.
Punkty zmieniły się w głowy Gurdera i Piona, ale jakoś wolno, gdyŜ juŜ nie był w
stanie biec: poruszał się w sposób zbliŜony do zataczania się. Zdołał jednak dotrzeć
do drzwi, a dalej obaj złapali go za ręce i wciągnęli na pokład statku.
Masklin odwrócił się i spojrzał w dół na morze ludzkich twarzy. Po raz pierwszy od
opuszczenia Sklepu spoglądał z góry na ludzi. To, Ŝe najprawdopodobniej go nie
widzieli, było bez znaczenia.
- Cały jesteś? - spytał troskliwie Gurder. - Zrobili ci coś?
- Cały jestem i nic mi nie zrobili - wymamrotał.
- Wyglądasz okropnie.
- Powinniśmy z nimi porozmawiać, wiesz, Gurder. Oni nas potrzebują.
- Jesteś całkiem pewien, Ŝe się dobrze czujesz? - Gurder przyjrzał mu się
podejrzliwie.
Masklin miał wraŜenie, Ŝe ma pełno waty w głowie, ale mimo to zdołał zadać pytanie:
- Wierzyłeś w Arnolda Brosa (zał. 1905)?
- Tak.
- On w ciebie teŜ wierzył. - Masklin uśmiechnął się tryumfująco. - I co ty na to?
A potem powoli, ale stanowczo zwinął się i osunął na pokład.
Rozdział jedenasty
STATEK: maszyna, na której pokładzie nomy opuściły Ziemię. Nie wiemy o nim
jeszcze wszystkiego, ale poniewaŜ zbudowały go nomy, uŜywając Nauki, dowiemy
się.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Rampa zwinęła się, drzwi zamknęły, a statek uniósł wysoko ponad głowami
zgromadzonych.
I pozostał tam do zmroku.
Ludzie próbowali oświetlić go róŜnokolorowymi światłami, grali mu róŜne dźwięki, a
w końcu przemawiali w kaŜdym znanym im języku.
Statek ignorował wszystkie ich próby.
* * *
Masklin obudził się.
Znajdował się w niezwykle niewygodnym łóŜku. Było za miękkie dla kogoś
przyzwyczajonego do spania na ziemi. W Sklepie nomy sypiały na dywanach, ale
Masklin spał na desce, uŜywając szmatki jako przykrycia, a i tak uwaŜał to za luksusy.
Czym prędzej więc siadł i rozejrzał się.
Pokój był raczej skromnie urządzony: poza łóŜkiem stały tam jeszcze stół i krzesło.
Stół i krzesło!
W Sklepie nomy robiły meble z pudełek od zapałek i szpulek do nici. Nomy Ŝyjące
poza Sklepem nie wiedziały nawet, co to takiego meble.
A tu stały sobie zwykłe ludzkie meble, tylko nomich rozmiarów.
Pospiesznie wstał i pomaszerował po metalowej podłodze do metalowych drzwi.
TakŜe nomich rozmiarów. Drzwi zrobionych przez nomy dla nomów.
Prowadziły na korytarz o ścianach dosłownie usianych drzwiami. Korytarz nie był
brudny czy zakurzony - wręcz przeciwnie, ale sprawiał wraŜenie dziwnie starego.
Zupełnie jakby od dawna pozostawał nie uŜywany i nieprzyzwoicie czysty.
Masklin prawie odskoczył, gdy coś małego ruszyło ku niemu z cichym pomrukiem.
Wyglądało zupełnie, jakby było na gąsienicach, z przodu miało obrotową szczotkę,
która zgarniała kurz do otworu w kadłubie. A raczej zgarniałaby, gdyby był w okolicy
jakiś kurz. Ciekawe, ile razy czyściło tak czysty korytarz, czekając na powrót
nomów...
Rozmyślania przerwało mu owo coś, wpadając mu na nogę. Bipnęło oburzone i
skierowało się w przeciwną stronę, więc poszedł za nim.
Po parunastu krokach minął innego cosia, który wędrował sobie po suficie, cicho
poszczekując. Czyszcząc jego idealną powierzchnię.
Skręcił za róg i prawie wpadł na Gurdera.
- A, wstałeś! - powitał go Gurder.
- Wstałeś... to jest wstałem. Słuchaj no... jesteśmy na statku, tak?
- Jest zadziwiający...! - oznajmił Gurder.
Wyglądał nieco dziko, głównie z powodu rozbieganego wzroku i włosów sterczących
we wszystkie strony.
- Jestem pewien, Ŝe jest - zapewnił go na wszelki wypadek Masklin.
- Ale tu są te wszystkie... i takie wielkie... i jest to olbrzymie... i nie uwierzysz, jakie
przestronne... i jest tyle... - Gurder umilkł: wyglądał jak ktoś, kto musi się nauczyć
mnóstwa nowych słów, zanim zacznie cokolwiek opisywać. - On jest za duŜy! Chodź!
- Złapał Masklina za ramię i pociągnął za sobą.
- Jak się tu dostaliście? - zainteresował się Masklin.
- Angalo coś nacisnął, otworzyła się jakaś klapa i byliśmy w środku, a potem była
winda i znaleźliśmy się w wielkiej sali z fotelem, na którym Angalo natychmiast
siadł. Zaraz zapaliły się te wszystkie światełka, no więc naturalnie zaczął naciskać
wszystkie guziki, jakie znalazł, i przestawiać wszystkie dźwignie, jakich mógł
dosięgnąć.
- Nie próbowałeś go powstrzymać?!
- Znasz go i wiesz, jakiego ma fioła na punkcie kierowania pojazdami. Rzecz próbuje
dojść z nim do ładu i wymusić sensowne postępowanie. Gdyby nie ona, juŜ pewnie
byśmy się obijali o gwiazdy - zaprorokował ponuro Gurder, wchodząc w kolejne
tubowo sklepione wejście.
Za nim znajdowała się...
No, sala albo pomieszczenie. Bo na pokój było za duŜe, ale znajdowało się przecieŜ
wewnątrz statku. Masklin zresztą jedynie dzięki świadomości, Ŝe jest na statku, nie
uznał, Ŝe znalazł się na zewnątrz, bowiem pomieszczenie było ogromne - większe niŜ
największe działy w Sklepie.
Ś
ciany pokrywały ekrany i skomplikowanie wyglądające panele. Sala pogrąŜona była
w półmroku, tylko jej środek był dokładnie oświetlony, dzięki czemu wyraźnie
widoczny był Angalo, prawie tonący w duŜym, miękkim fotelu.
Przed nim na pochylonej metalowej konsolecie pełnej guzików i przełączników stała
Rzecz. Nie trzeba było specjalnej bystrości, by wiedzieć, Ŝe oboje się kłócili, i to od
dość dawna. Potwierdził to zresztą Angalo, oświadczając oskarŜycielsko, ledwie
zobaczył Masklina:
- Ona nie chce zrobić tego, co jej kaŜę!
Rzecz wyglądała tak czarno, sześciennie i uparcie, jak tylko potrafiła.
- „On chce pilotować statek” - oznajmiła równie oskarŜycielsko.
- Jesteś maszyną! Musisz robić to, co ci się kaŜe! - wybuchnął Angalo.
- „Jestem inteligentną maszyną. I nie po to tyle się namęczyłam, Ŝeby skończyć jako
coś nieinteligentnego, za to bardzo płaskiego, na dnie wielkiej dziury w ziemi. Nie
potrafisz pilotować statku. I jeszcze długo nie będziesz potrafił.”
- Skąd wiesz? Nie pozwoliłaś mi spróbować, to skąd moŜesz wiedzieć?! Kierowałem
juŜ cięŜarówką i co? To nie moja wina, Ŝe te wszystkie drzewa i latarnie wyrastały mi
na drodze - oburzył się Angalo.
- Nie wydaje ci się, Ŝe statek jest trudniejszy do prowadzenia? - spytał uprzejmie
Masklin.
- Cały czas się uczę. Prościzna. KaŜdy guzik ma na sobie obrazek, zobacz...
Nacisnął jakiś i jeden z ekranów rozjaśnił się, pokazując tłum w dole.
- Czekają, odkąd odlecieliśmy - poinformował Masklina Gurder.
- A czego chcą? - zdziwił się Angalo.
- Skąd mam wiedzieć? - zdziwił się dla odmiany Gurder. - Kto moŜe wiedzieć, czego
chcą ludzie?
- RóŜności próbowali - dodał Angalo. - Światłami błyskali, muzykę puszczali. I przez
radio, jak mówi Rzecz, teŜ ciągle nadają.
- Próbowałeś im odpowiedzieć? - spytał Masklin.
- Nie mam im nic do powiedzenia, to po co się miałem odzywać? - Angalo wzruszył
ramionami i postukał Rzecz, wracając do tego, co waŜniejsze. - Dobra, panie
Spryciulec. Jeśli nie ja mam kierować statkiem, to kto?
- „Ja.”
- Jak?
- „Koło siedzenia jest wgłębienie, widzisz?”
- Widzę. Tak na oko, twoich rozmiarów.
- „WłóŜ mnie tam.”
Angalo wzruszył ramionami i zrobił, co chciała Rzecz. Wsunęła się gładko w
podłogę, aŜ tylko górna jej powierzchnia trochę wystawała.
- Słuchaj no... niczego nie mogę robić? No, chociaŜby wycieraczki albo coś... -
zaproponował ugodowo Angalo. - Głupio się czuję, tak tu siedząc i nic nie robiąc.
Rzecz zignorowała go całkowicie. Przez chwilę pobłyskiwała światełkami, jakby w
mechaniczny sposób sadowiąc się wygodnie, po czym oznajmiła znacznie głośniej i
bardziej basowo niŜ kiedykolwiek dotąd:
- „DOBRZE.”
Na sali zapłonęły światła, zaczynając od miejsca, w którym znajdowała się Rzecz. Na
ekranach pojawiły się krajobrazy i gwiazdy, panele rozmigotały się róŜnokolorowymi
ś
wiatełkami, a lampy w suficie zalały całość dziennym światłem. Gdzieś w oddali coś
załomotało, wszędzie dało się słyszeć cichutkie potrzaskiwanie towarzyszące
budzeniu się elektryczności. Powietrze zapachniało jak przed burzą.
- Zupełnie jak w Sklepie w czasie Kiermaszu Świątecznego! - ucieszył się Gurder.
- „WSZYSTKIE SYSTEMY SPRAWNE” - zadudniła Rzecz. - „PODAĆ MIEJSCE
PRZEZNACZENIA.”
- Co? - zdziwił się Masklin. - Nie wrzeszcz!
- „Gdzie lecimy?” - spytała Rzecz normalnym tonem. - „Musisz podać, gdzie chcesz
się dostać.”
- Do kamieniołomu.
- „A gdzie to jest?”
- No jak to... gdzieś w tamtą stronę. - Masklin machnął ręką, wyznaczając
przynajmniej ćwiartkę koła tym ruchem.
- „W którą stronę?” - spytała cierpliwie Rzecz.
- Skąd mam wiedzieć?! A ile tam jest stron?
- Rzecz, chcesz powiedzieć, Ŝe nie znasz drogi powrotnej do kamieniołomu? - spytał
Gurder.
- „Właśnie. Nie znam.”
- Zgubiliśmy się?
- „SkądŜe. Wiem, na jakiej planecie się znajdujemy.”
- Nie mogliśmy się zgubić, bo wiemy, gdzie jesteśmy - ocenił Gurder. - My tylko nie
wiemy, gdzie nie jesteśmy.
- A jakbyś poleciała wysoko w górę, nie odnalazłabyś kamieniołomu? - spytał Angalo.
- Z góry wszystko widać, więc to tylko kwestia wysokości.
- „MoŜna spróbować.”
- A ja mogę?
- „Wciśnij lewy pedał i pociągnij zieloną dźwignię.”
Nie było słychać Ŝadnego dźwięku, ale zmienił się rodzaj ciszy. Masklin przez
moment poczuł się bardzo cięŜki, potem jednak mu przeszło. Obraz na ekranie się
zmniejszył.
- To się nazywa latanie! - Angalo był szczęśliwy. - śadnego hałasu i nic niczym nie
wymachuje.
- A właśnie, gdzie jest Pion? - przypomniał sobie Masklin.
- Pałęta się po statku - wyjaśnił Gurder. - Sądzę, Ŝe poszedł poszukać czegoś do
jedzenia.
- PrzecieŜ tu nikogo nie było od piętnastu tysięcy lat!
- MoŜe ktoś coś zostawił na dnie jakiejś szuflady. - Gurder wzruszył ramionami. -
Słuchaj, Masklin, muszę z tobą pogadać.
- Tak? To gadaj.
Gurder podszedł bliŜej, spoglądając niepewnie na Angala rozwalonego w fotelu z
wyrazem błogiego szczęścia na obliczu.
- Nie powinniśmy tego robić - powiedział cicho. - Wiem, Ŝe to okropne po tym
wszystkim, co przeszliśmy, ale to nie tylko nasz statek. On naleŜy do wszystkich
nomów na tej planecie.
Wyraźnie mu ulŜyło, gdy Masklin przytaknął.
- Rok temu nie uwierzyłbyś w to, Ŝe istnieją nomy poza Sklepem - przypomniał mu
mimo wszystko Masklin.
- No... cóŜ... To było rok temu, a teraz jest teraz. Nie wiem, w co wierzę, ale wiem, Ŝe
muszą być tysiące nomów, o których istnieniu nie wiemy. Mogą istnieć choćby nomy
Ŝ
yjące w innych Sklepach! My mieliśmy szczęście, bo mieliśmy Rzecz, ale jak
zabierzemy statek, to dla nich nie pozostanie nawet nadzieja!
- Wiem - przyznał ponuro Masklin. - I co mamy zrobić? My potrzebujemy statku juŜ
zaraz. Natychmiast. A jak, tak w ogóle, mamy znaleźć inne nomy?
- Mamy statek! - przypomniał Gurder.
Masklin wskazał na ekran, na którym coraz odleglejszy krajobraz powoli przesłaniały
chmury.
- Odszukanie ich zajęłoby wieczność, a znaleźć je i tak moŜna tylko, będąc na Ziemi.
Jakbyś zapomniał, nomy doskonale się ukrywają. Wy, w Sklepie, nie mieliście o nas
pojęcia, a Ŝyliśmy zaledwie o kilka mil od siebie. Plemienia Piona w ogóle byśmy nie
znaleźli, gdyby nie przypadek. Poza tym jest jeszcze jeden mały problem: wiesz, jakie
są nomy. Większość pozostałych najprawdopodobniej nie uwierzy nawet w statek -
dodał Masklin.
Gurder wyglądał wyjątkowo nieszczęśliwie, ale wyznał otwarcie:
- Prawda. Sam bym w niego nie uwierzył. Nadal nie wiem, czy wierzę, a przecieŜ
jestem na statku.
- Jak znajdziemy jakieś nadające się do zamieszkania miejsce, moŜemy wysłać statek
z powrotem po pozostałych. A przynajmniej po tych, których zdołamy odnaleźć -
zaproponował Masklin. - Angalo będzie szczęśliwy jak nie wiem co, gdy będzie mógł
go choć trochę popilotować...
Urwał, gdyŜ Gurder zaczął się trząść, co w pierwszej chwili wyglądało na śmiech.
Dopiero łzy cieknące mu po policzkach wyjaśniły sprawę.
- Eee... - bąknął Masklin, nie bardzo wiedząc, o co chodzi.
- Przepraszam... - wymamrotał Gurder. - To przez te wszystkie zmiany... Dlaczego
choć przez pięć minut wszystko nie moŜe zostać po staremu? Za kaŜdym razem, jak
wreszcie zaczynam coś rozumieć, to się zmienia w coś innego, a ja w durnia! A ja
tylko chcę coś prawdziwego, w co mogę uwierzyć! Komu to szkodzi?
- Wydaje mi się, Ŝe po prostu trzeba mieć elastyczny umysł. - Masklin wiedział, Ŝe
takie wyjaśnienie niewiele pomoŜe.
- Elastyczny? Ja ostatnio mam tak elastyczny umysł, Ŝe mogę go wyciągnąć przez
uszy i zawiązać pod szyją! - wybuchnął Gurder. - I mogę ci powiedzieć, Ŝe wcale mi
się to jak dotąd nie przydało! Gdybym ciągle wierzył w to, czego mnie w młodości
nauczyli, to wyszedłbym na głupka tylko raz i tylko raz bym się pomylił! A tak mylę
się cały czas!
I odmaszerował w głąb korytarza.
Obserwując jego malejącą postać, Masklin nie po raz pierwszy zastanawiał się, czy
nie wolałby wierzyć w coś równie mocno jak Gurder. Wtedy miałby aŜ nadto
powodów do narzekania. Albo czy nie lepiej było pozostać w jamie. Nie licząc tego,
Ŝ
e było chłodno i głodno, i Ŝe co rusz ktoś zostawał zjedzony, nie było wtedy tak
najgorzej. Przynajmniej był wtedy z Grimmą i razem im było chłodno i głodno. A tak
było mu ciepło i samotnie i...
Rozmyślania przerwał mu nagły ruch z boku. Był to Pion trzymający talerz z
owocami, tak, to musiały być owoce. Masklin zdecydował, Ŝe chwilowo odłoŜy na
bok kwestię samotności, gdyŜ głód tylko czekał na okazję, by dać się odczuć. Co
prawda nigdy nie widział owocu o takiej barwie czy kształcie... ale i tak się
poczęstował.
Smakowało jak orzechowa cytryna.
- Całkiem nieźle zachowane - ocenił. - Gdzieś to znalazł?
Okazało się, Ŝe owoc pochodzi z maszyny stojącej w pobliskim korytarzu. Operacja,
jak odkrył Pion, okazała się niezwykle prosta - na przodzie znajdowało się kilkaset
obrazków róŜnych rodzajów jedzenia. Gdy się któregoś dotknęło, w maszynie coś
chwilę mruczało i pokazane danie wyjeŜdŜało przez otwór z boku, od razu na talerzu.
Masklin spróbował na początek kilku owoców, zielonego, skrzypiącego warzywa i
kawałka mięsa, które smakowało jak wędzony łosoś.
- Ciekawe, jak ona to robi? - zastanowił się po zaspokojeniu pierwszego głodu.
- „Gdybym ci powiedziała, Ŝe to dzięki molekularnemu rozkładowi surowych
pierwiastków i ponownemu ich połączeniu w zamawiany produkt, to byś zrozumiał?”
- zapytał w odpowiedzi głos ze ściany.
- Nie - stwierdził uczciwie Masklin.
- „A więc dzięki Nauce.”
- Aa! A to wszystko w porządku. To ty, Rzecz?
- „Ja.”
Dogryzając łososiowe danie mięsne, Masklin wrócił do sali i poczęstował Angala. Na
wielkim ekranie głównym widać było same chmury.
- W tym niczego nie widać, nie tylko kamieniołomu - ocenił.
Angalo przestawił jakąś dźwignię i Masklin na moment zrobił się znowu
niesamowicie cięŜki.
Obaj przyjrzeli się ekranowi.
- No! - sapnął z podziwem Angalo.
- To wygląda znajomo. - Masklin pogrzebał po kieszeniach i wyjął nieco sfatygowaną
mapę, jedyną, jaką udało im się znaleźć w Sklepie.
RozłoŜył ją na kolanie i porównał z obrazem na ekranie.
Obraz przedstawił dysk zrobiony głównie z róŜnych odcieni błękitu i białych
kawałków chmur.
- Masz jakiś pomysł, co to moŜe być? - zainteresował się Angalo.
- Nie, ale wiem, jak się nazywają niektóre kawałki. To grube na górze, a cienkie na
dole, to Ameryka Południowa. Tylko nic nie jest na niej napisane, a na mapie jest.
Dziwne.
- Kamieniołomu dalej nie widzę - zmartwił się Angalo.
Masklin przyglądał się to mapie, to ekranowi. Grimma mówiła o tych Ŝabach, one
Ŝ
yły chyba w tej Ameryce. Przypomniało mu się, jak mówiła, Ŝe kiedy się wie o
Ŝ
abach w kwiatach, to nie jest się tym, kim dawniej.
Zaczynało mu świtać, o co jej chodziło.
- Kamieniołom na razie moŜe poczekać - powiedział nagle.
- „Powinniśmy tam dotrzeć najszybciej, jak tylko moŜna, dla dobra wszystkich” -
oznajmiła niespodziewanie Rzecz.
Masklin zastanowił się i musiał przyznać, Ŝe ma rację. W kamieniołomie wszystko się
mogło przydarzyć i statek na pewno wszystkim by się przydał.
A potem zaświtała mu w głowie złośliwa myśl - od dawna robi wszystko dla dobra
wszystkich innych nomów, to chyba czas zrobić wreszcie coś dla siebie. MoŜe statek
ma problemy ze znalezieniem innych nomów, ale z Ŝabami powinien mieć mniej
kłopotów. Tym bardziej Ŝe on, Masklin, mógł mu w tym pomóc.
- Rzecz - oświadczył. - Lecimy do Ameryki Południowej. I nie kłóć się ze mną!
Rozdział dwunasty
ś
ABY: niektórzy uwaŜają, Ŝe wiedza o nich jest istotna. Są małe i zielone. Albo Ŝółte.
I mają po cztery nogi. Kumkają. Młode Ŝaby to kijanki. I uwaŜam, Ŝe to wszystko, co
trzeba wiedzieć o Ŝabach.
Naukowa encyklopedia dla młodych, ciekawskich nomów, napisana przez Angala de
Pasmanterii
Oto planeta, co prawda większość jej powierzchni pokrywa woda, ale i tak nazywa się
Ziemia.
„ZbliŜenie”
Oto kraj... błękity, zielenie i brązy w słońcu i długie deszczowe chmury, poprzez które
przebijają góry...
„ZbliŜenie”
...góra - zielona i mokra, a na niej...
„ZbliŜenie”
...drzewo obrośnięte mchem i kwiatami...
„ZbliŜenie”
Oto kwiat z jeziorkiem w środku. Epifityczna bromelida.
Jego płatki prawie się nie trzęsły, gdy przedostały się przez nie trzy bardzo małe i
bardzo złote Ŝabki i znieruchomiały zaskoczone, wpatrując się w jeziorko czystej
wody. Po chwili dwie spojrzały na trzecią, czekając, Ŝeby powiedziała coś
stosownego w tym historycznym momencie.
No więc powiedziała:
- .-.-.mipmip.-.-.
A potem wszystkie trzy zsunęły się do wody.
Choć Ŝaby potrafią zauwaŜyć róŜnicę między dniem a nocą, nie są specjalnie mocne w
kwestii Czasu jako takiego. Wiedzą, Ŝe jedne rzeczy następują po innych, i wybitnie
inteligentne mogą nawet się zastanawiać, co powoduje, Ŝe wszystko nie dzieje się
równocześnie, ale to jest kres ich moŜliwości.
ToteŜ nie zrobiło im większej róŜnicy, Ŝe noc nadeszła znacznie wcześniej, bo w
ś
rodku dnia, i Ŝe bardziej nadleciała, niŜ nadeszła...
Wielki czarny cień przesunął się nad szczytami drzew i znieruchomiał. A potem
rozległy się głosy. śaby słyszały je, ale nie miały pojęcia, ani co mówią, ani nawet,
czym są. Nie brzmiały jak głosy, do których Ŝaby są przyzwyczajone.
A oto, co mówiły:
- Ile tu w końcu jest tych gór? PrzecieŜ to bezsens! Kto potrzebuje tyle gór i to w
jednym miejscu?! Marnotrawstwo i złe zarządzanie, ot co! Jedna starczyłaby w
zupełności. Dostanę szału, jak zobaczę jeszcze jedną górę! A tak w ogóle, to ile ich
jeszcze mamy zamiar przeszukać?
- Mnie się podobają...
- I drzewa teŜ tu mają niewłaściwą wysokość! Przynajmniej niektóre.
- TeŜ mi się podobają, Gurder.
- I nie ufam zdolnościom Angala jako kierowcy.
- Wyrabia się.
- MoŜe. Mam tylko nadzieję, Ŝe w okolicy nie pojawią się znowu samoloty.
Gurder i Masklin znajdowali się w topornie wykonanym koszu z drutu i kawałków
metalu, zwisającym na przewodzie, który wystawał z otwartej klapy w dnie statku.
Nie zbadali jeszcze, ma się rozumieć, całego statku, a i tak co krok natykali się na
zagadki i dziwne maszyny. Rzecz wyjaśniła, Ŝe statek uŜywany był do badań i
poszukiwań, a głównie do odkryć.
Masklin, prawdę mówiąc, mu nie ufał. Dlatego teŜ, choć na pewno były na jego
pokładzie urządzenia mogące opuścić coś znacznie solidniejszego od prowizorki, w
której dyndali, wolał kosz wykonać własnoręcznie, a do opuszczania i podnoszenia
uŜyć Piona i słupa wewnątrz statku, wokół którego owinęli przewód. To było
znacznie naturalniejsze.
Kosz delikatnie zetknął się z gałęzią.
Najwięcej kłopotu, jak zwykle, sprawiali ludzie, którzy za nic nie chcieli ich zostawić
w spokoju. Ledwie znaleźli jakąś obiecującą górę, a wokół zaczynało roić się od
samolotów i helikopterów. Przy statku wyglądały niczym muchy przy orle, ale były
równie denerwujące i rozpraszające.
Masklin przyjrzał się gałęzi - Gurder miał rację: to była ostatnia góra. Dalej nie
musieli szukać, gdyŜ gałąź roiła się od kwiatów, ale trzeba było sprawdzić zawartość,
toteŜ ostroŜnie wyszedł z kosza i przeczołgał się do najbliŜszego kwiatu. Był wyŜszy
od noma, i to co najmniej dwa razy, musiał się więc wspiąć, by zajrzeć do środka.
Wewnątrz było jeziorko.
Z którego przyglądały mu się trzy pary Ŝółtych oczu.
Masklin z kolei przyglądał się im.
A więc to jednak była prawda...
Przez sekundę zastanawiał się, czy powinien im coś powiedzieć, a raczej czy moŜe
powiedzieć cokolwiek, co one by zrozumiały, i doszedł do wniosku, Ŝe nie.
To była całkiem gruba i długa gałąź, ale na statku znajdowały się rozmaite narzędzia i
urządzenia. MoŜna było opuścić dodatkowe kable, by ją podtrzymać i spokojnie
obciąć. Zajmie to trochę czasu, ale tego akurat im nie brakowało, co było istotne.
Rzecz mówiła, Ŝe są sposoby, Ŝeby coś rosło pod lampami, takimi jak słońce, w
pojemnikach jakiejś rzadkiej zupy, którą jedzą rośliny. W takim razie utrzymanie
gałęzi przy Ŝyciu powinno być najłatwiejszą rzeczą na świecie.
A jak to zrobią ostroŜnie i delikatnie, to Ŝaby nigdy się nie dowiedzą.
* * *
Gdyby świat był balią, ruchy statku moŜna byłoby porównać do złośliwego mydła,
które właśnie wyśliznęło się komuś z ręki i miota się w tę i z powrotem, nie dając się
złapać. To, gdzie aktualnie się znajdował, łatwo moŜna było rozpoznać po nagłej
aktywności samolotów i helikopterów.
MoŜna było teŜ jego ruchy przyrównać do ruchów kulki w ruletce, uporczywie
szukającej właściwego numeru...
Albo teŜ moŜna było po prostu uznać, Ŝe się zgubił.
* * *
Szukali całą noc.
Jeśli to była noc, bo trudno było to określić. Rzecz próbowała wyjaśnić, Ŝe statek
porusza się szybciej niŜ słońce, co było trochę nienormalne, jako Ŝe słońce
pozostawało nieruchome. W pewnych częściach świata panowała noc, w innych
dzień, co - jak twierdził Gurder - było wynikiem złej organizacji.
- W Sklepie - dowodził - zawsze było ciemno, jak miało być ciemno. Nawet ludzie
potrafili coś porządnie zbudować. A to jest fuszerka!
Pierwszy raz głośno powiedział, Ŝe Sklep zbudowali ludzie.
Natomiast nigdzie nie było znajomo.
- Sklep znajdował się w Blackbury, to wiem na pewno. - Masklin podrapał się po
brodzie. - Kamieniołom powinien być gdzieś niedaleko.
- MoŜe i powinien, ale nie ma napisów jak na mapie. - Angalo wskazał z irytacją na
ekran. - Jak ktoś ma wiedzieć, gdzie coś jest, jeśli nie ma napisów?!
- Mówi się trudno, ale nie będziesz jeszcze raz próbował lecieć na tyle nisko, by
przeczytać drogowskazy. Za kaŜdym razem ludzie się strasznie podniecają: wybiegają
na ulice i jak opętani wrzeszczą przez radio - zdecydował Masklin.
- „Trudno im się dziwić, jak widzą statek kosmiczny o wyporności dziesięciu
milionów ton lecący ulicą” - dodała Rzecz.
- PrzecieŜ uwaŜałem ostatnim razem. Nawet stanąłem, jak się zapaliło czerwone
ś
wiatło! Moja wina, Ŝe te wszystkie cięŜarówki zaczęły na siebie wpadać?! I to niby ja
jestem taki zły kierowca?
- Wasze gęsi nigdy się nie gubią, jak im się to udaje? - spytał Gurder Piona.
Ten szybko się uczył ich języka - miał do tego dryg jak większość jego plemienia,
pewnie dzięki temu, Ŝe często spotykali nomy mówiące innymi językami.
- One zawsze wiedzą, gdzie są - odparł Pion dumnie.
- Zwierzęta tak mają - zgodził się Masklin. - Mają instynkt, to coś jak wiedzieć róŜne
rzeczy, nie wiedząc, Ŝe się wie.
- Dlaczego Rzecz nie wie, gdzie lecieć? - zastanowił się Gurder. - Florydę znalazła
bez trudu, a z czymś tak waŜnym jak Blackbury ma kłopoty.
- „Bo o Blackbury nic nie mówią w radiu, a o Florydzie mówią bez przerwy.”
- No to chociaŜ wyląduj gdziekolwiek - zaproponował Gurder.
Angalo nacisnął kilka guzików.
- Pod nami jest samo morze - poinformował pozostałych. - I... a to co?
W dole widać było coś małego i białego lecącego nad chmurami.
- MoŜe gęś - podpowiedział Pion.
- Nie... sądzę... - Angalo pokręcił jakąś gałką. - O, proszę!
Obraz na ekranie powiększył się, ukazując biały, wysmukły kształt.
- Concorde? - spytał Gurder.
- Concorde - potwierdził Angalo.
- Coś wolno leci...
- Tylko w porównaniu do nas - zaprotestował Angalo.
- Leć za nim - polecił Masklin.
- Nie wiemy, dokąd on leci - zaoponował wyjątkowo rozsądnie Angalo.
- Ja wiem. Ty teŜ powinieneś, bo wyglądałeś przez okno w czasie lotu. Lecieliśmy ku
słońcu.
- Zgadza się. I co z tego?
- Wtedy było po południu. Teraz jest rano, a on znowu leci ku słońcu - wyjaśnił
Masklin.
- I co z tego?
- To, Ŝe wraca do domu.
Angalo przygryzł wargę i spróbował przegryźć się przez rewelację.
- Nie rozumiem, dlaczego słońce upiera się wschodzić i zachodzić w róŜnych
miejscach. - Gurder kategorycznie odmówił choćby próby zrozumienia podstaw
astronomii.
- Wraca do domu... - powtórzył Angalo. - Fakt, rozumiem. No, to polecimy z nim,
tak?
- Tak.
- No, to lecimy - ucieszył się Angalo, sięgając po stery. - Kierowcy concorde’a
powinni być zadowoleni, Ŝe tym razem będą mieli towarzystwo. Pewnie im się nudzi
tak ciągle latać samotnie.
* * *
Statek wyrównał nieco z tyłu samolotu, ale na tej samej wysokości.
- Czego on się tak wierci, ten concorde? - zdziwił się Angalo. - O, przyspieszył!
- MoŜe się nas boją? - zasugerował Masklin.
- A to niby dlaczego? - zdziwił się Angalo. - PrzecieŜ nic nie robimy, tylko lecimy za
nim.
- Jakbyśmy mieli uczciwe okna, to bym im pomachał - rozmarzył się Gurder.
- Rzecz, czy ludzie kiedykolwiek widzieli statek podobny do naszego? - spytał
niespodziewanie Angalo.
- „Nie, ale wymyślili duŜo opowieści o statkach z innych planet.”
- A tak, to do nich podobne - mruknął Masklin.
- „Na niektórych statkach są przyjazne istoty...”
- To my! - ucieszył się Angalo.
- „...a na innych potwory z mackami i zębami!”
Obecni spojrzeli na siebie wymownie.
Gurder pierwszy rozejrzał się nerwowo po promieniście rozchodzących się
korytarzach. Pozostali natychmiast poszli w jego ślady.
- Jak aligatory? - upewnił się Masklin.
- „Gorsze” - zapewniła go rzeczowo Rzecz.
- Tego... sprawdziliśmy wszystkie pokoje, prawda? - spytał Gurder.
- Oni to sobie wymyślili - przypomniał mu Masklin. - To nie są prawdziwe opowieści.
- Kto chciałby wymyślać takie koszmarki?!
- Ludzie, Gurder. Ludzie.
- Taak. - Angalo bez powodzenia próbował nonszalancko obrócić fotel, Ŝeby
sprawdzić, czy coś o zębatych mackach nie próbuje się do niego podkraść. - Tylko
nadal nie rozumiem dlaczego?
- A ja myślę, Ŝe rozumiem - rzekł Masklin. - Ostatnio duŜo o ludziach myślałem.
- Współczuję - powiedział z uczuciem Gurder. - Czy Rzecz nie mogłaby im, tym
kierowcom concorde’a, wysłać wiadomości? Na przykład: „Nie bójcie się,
gwarantujemy, Ŝe nie mamy macek i zębów”.
- Nie uwierzą - ocenił Angalo. - Jakbym miał macki i zęby, to właśnie taką
wiadomość bym wysłał. To się nazywa spryt.
Concorde był właśnie w trakcie bicia rekordu prędkości w przelocie transatlantyckim.
Statek leciał sobie powoli za nim.
- Tak mi się wydaje - odezwał się Angalo - Ŝe ludzie są akurat dość inteligentni, Ŝeby
byli odrobinę szaleni.
- A mnie się wydaje - odezwał się Masklin - Ŝe mogą być na tyle inteligentni, Ŝeby
byli samotni.
* * *
Concorde wylądował, drąc gumę z opon, a na jego spotkanie pognały wozy straŜackie
i cała masa innych samochodów z błyskającymi światełkami na dachach.
Wielki, czarny statek przeleciał nad nimi, skręcił i zwolnił.
- Są tory kolejowe! - ucieszył się Gurder. - A tam jest kamieniołom! Nadal tam jest!
- Oczywiście, Ŝe nadal tam jest, cymbale. Niby gdzie by miał sobie iść?! - parsknął
Angalo, kierując statek ku wzgórzom, na których widać było łaty nie roztopionego
ś
niegu.
- Przynajmniej większość kamieniołomu - dodał Masklin.
Nad kamieniołomem unosił się słup czarnego dymu. Gdy podlecieli bliŜej, zobaczyli,
Ŝ
e powodem jest płonąca cięŜarówka. Wokół niej stało kilka innych i kręcili się jacyś
ludzie: na widok statku rzucili się do ucieczki.
- Samotni, co? - warknął Angalo. - Jak skrzywdzili choćby jednego noma, poŜałują,
Ŝ
e się urodzili!
- Jak skrzywdzili jednego noma, poŜałują, Ŝe ja się urodziłem! - poprawił go Masklin.
- Nie sądzę, Ŝeby ktoś z naszych tu został. Nie przy tylu ludziach kręcących się po
kamieniołomie. A poza tym, kto podpalił cięŜarówkę?
- Jej! - Angalo rozejrzał się wojowniczo.
Masklin teŜ się rozglądał, tylko Ŝe z namysłem. Nie mógł sobie wyobrazić kogoś
takiego jak Grimma czy Dorcas, siedzących biernie w jakiejś dziurze i pozwalających
bezkarnie panoszyć się ludziom po okolicy. NaleŜało teŜ wziąć pod uwagę, Ŝe
cięŜarówki nie mają zwyczaju się podpalać, a baraki demontować, choćby tylko
częściowo. Mogli to co prawda zrobić ludzie, ale jakoś nie bardzo mógł w to
uwierzyć. Przyjrzał się rozbitej bramie i zauwaŜył szerokie ślady opon biegnące przez
błoto i pole.
- Wydaje mi się, Ŝe odjechali cięŜarówką - ocenił.
- Co to jest „jej”? - Gurder najwyraźniej nie nadąŜył chwilowo w rozmowie.
- Przez pole? - zdziwił się Angalo. - Ugrzęzłaby w błocie jak nic.
Masklin potrząsnął głową przecząco.
MoŜe nomy teŜ mają instynkt, moŜe to było co innego, ale był pewien swego.
- Leć za tymi śladami opon! - polecił. - I to szybko!
- Szybko? Ty masz pojęcie, co mówisz?! Wiesz, jak trudno go zmusić, Ŝeby leciał tak
wolno? - Angalo trącił jakąś dźwignię i znaleźli się nad wzgórzem.
Byli tu juŜ kilka razy, ale na piechotę i parę miesięcy temu. Teraz aŜ trudno było w to
uwierzyć.
Szczyt wzgórza był płaski, tworząc mikrowyŜynę, skąd roztaczał się doskonały widok
na lotnisko. Widać teŜ było doskonale pole z kopalnią ziemniaków, zagajnik, w
którym polowali, i las, w którym ubili lisa za konsumpcję nomów.
I widać teŜ było coś małego i Ŝółtego, jadącego na ukos przez pole.
Angalo pochylił się zaintrygowany.
- Wygląda na jakąś maszynę - orzekł, manipulując dźwigniami bez odrywania wzroku
od ekranu. - Dziwaczną maszynę.
Na drodze pojawiły się inne pojazdy - zwykłe, ale z błyskającymi światełkami na
dachach.
- Gonią ją, no nie? - spytał Angalo.
- MoŜe chcą się dowiedzieć, kto podpalił cięŜarówkę - zastanawiał się Masklin. -
MoŜesz ją dogonić przed nimi?
- Pewnie, Ŝe mogę, nawet jakbyśmy mieli lecieć na skróty przez Florydę! - oznajmił
Angalo, trącając jakąś dźwignię.
Obraz lekko drgnął i Ŝółty pojazd znalazł się tuŜ przed nimi.
- Widzisz? - ucieszył się Angalo.
- BliŜej - polecił Masklin.
Angalo wcisnął jakiś guzik.
- Ten ekran pokazuje to, co jest w dole i... - zaczął.
- Tam są nomy! - wrzasnął Gurder.
- Aha! A samochody uciekają! - uradował się Angalo. - Tak jest: zmiatać, bo zęby i
macki będą w robocie!
- Byle tylko nasi na dole nie wpadli na ten sam pomysł - zauwaŜył Gurder. - Masklin,
nie uwaŜasz...
Ale Masklina znowu tam nie było.
* * *
Odcięty kawałek gałęzi był trzydzieści razy dłuŜszy od Masklina, klnącego w duchu,
Ŝ
e wcześniej o tym nie pomyślał. Trzymali go pod tymi specjalnymi lampami w
pojemniku z zupą dla roślin i wyglądało na to, Ŝe rósł sobie całkiem szczęśliwie.
Najwyraźniej nomy, które zbudowały statek, hodowały w ten sposób sporo roślin.
Pion pomógł mu zaciągnąć pojemnik do windy.
ś
aby przyglądały się ich poczynaniom z zainteresowaniem.
Gdy ustawili go, jak mogli, na klapie, Masklin uruchomił urządzenie. Była to winda,
ale bez przewodów i kabli - podnosiła się i opuszczała za sprawą jakiejś tajemniczej
siły, pewnie tej od ciotki, co to nie była ciotką. Masklina zresztą to mało interesowało,
dopóki działało.
Przez otwór w podłodze widać było, jak Ŝółty pojazd stanął.
A obok widać było zdziwioną minę Piona.
- Kwiat to wiadomość? - spytał.
- W pewnym sensie - przyznał Masklin.
- Bez słów?
- Bez.
- Dlaczego bez?
Masklin wzruszył ramionami.
- Bo nie wiem, jak to powiedzieć.
* * *
Historia prawie się kończy w tym miejscu.
A nie powinna.
* * *
Na statku zaroiło się od nomów. Gdyby na pokładzie znajdowało się coś z mackami i
zębami, zostałoby pokonane samą przewagą liczebną.
MłodzieŜ wypełniła sterownię pracowicie, wypróbowując wszystkie guziki, pokrętła i
dźwignie.
Dorcas z asystentami zniknęli, szukając silnika, a w korytarzach rozbrzmiał śmiech i
głosy.
Masklin i Grimma zostali sami, obserwując Ŝaby w kwiatach na powrót ustawionych
pod specjalnymi lampami.
- Musiałem sprawdzić, czy to prawda - powiedział Masklin.
- Najcudowniejsza rzecz na świecie...
- Nie. Na świecie są znacznie cudowniejsze rzeczy, jestem tego pewien. Ale ta jest
całkiem ładna, muszę przyznać.
Grimma opowiedziała mu o tym, co wydarzyło się w kamieniołomie: o walce z
ludźmi i o ucieczce na Jekubie. Gdy mówiła, jak walczyli, oczy jej pałały. A Masklin
przyglądał się jej z podziwem - była ubłocona, w podartym ubraniu, a włosy
wyglądały, jakby je czesała krzakiem, ale wypełniało ją tyle jakiejś wewnętrznej
energii, iŜ dziw brał, Ŝe jeszcze nie iskrzy. W sumie ludzie powinni mu podziękować,
Ŝ
e zjawił się właśnie wtedy, bo patrząc na Grimmę, mogło być z nimi krucho.
- A co teraz będziemy robić? - spytała na koniec.
- Nie wiem. Rzecz mówi, Ŝe są planety, na których Ŝyją nomy. Tylko nomy. MoŜemy
lecieć na którąś z nich. Albo znaleźć pustą dla siebie.
- Wiesz, wydaje mi się, Ŝe nomy ze Sklepu będą najszczęśliwsze, zostając na statku -
zauwaŜyła z namysłem. - JuŜ im się tu podoba, bo jest bardzo podobnie jak tam. No i
przede wszystkim całe Zewnątrz zostało na zewnątrz.
- To trzeba będzie dopilnować, Ŝeby znowu nie zapomnieli, Ŝe jest jakieś Zewnątrz.
Pewnie to moje zadanie. A jak juŜ znajdziemy odpowiednie miejsce, to chcę tu wrócić
statkiem.
- Po co chcesz tu wrócić? - zdziwiła się Grimma. - Co tu będzie?
- Ludzie. Powinniśmy z nimi porozmawiać.
- Co proszę?!
- Oni naprawdę chcą wierzyć w... chodzi mi o to, Ŝe cały czas wymyślają historie o
nomach, czy stworzeniach, których nie ma. Myślą, Ŝe są sami na świecie, i jest im z
tym źle. My nigdy tak nie myśleliśmy, bo od początku wiedzieliśmy, Ŝe oni istnieją.
Oni są strasznie samotni, tylko nie w pełni zdają sobie z tego sprawę. Wydaje mi się
zresztą, Ŝe moŜemy się razem nieźle dogadać.
- Będą chcieli przerobić nas na krasnoludki!
- Jak wrócimy, na statku nie będą chcieli. Ludzie podziwiają dwie rzeczy: wielkość i
technikę. Statek ma je obie.
Grimma ujęła jego dłoń.
- CóŜ... jeśli tego właśnie naprawdę pragniesz...
- Naprawdę.
- To wrócę z tobą.
Za nimi dało się coś słyszeć.
Okazało się, Ŝe to Gurder. Z torbą przerzuconą przez ramię, miał zdeterminowaną
minę kogoś, kto jest zdecydowany postawić na swoim za wszelką cenę.
- No... przyszedłem się poŜegnać - oświadczył na powitanie Gurder.
- Co ci się stało?! - zaniepokoił się Masklin.
- Słyszałem właśnie, Ŝe chcesz tu wrócić razem ze statkiem?
- Chcę, ale...
- Proszę, nie kłóć się ze mną. - Gurder był niezwykle zdecydowany. - Myślałem nad
tym od chwili, w której znaleźliśmy statek. Tu są inne nomy i ktoś powinien im
powiedzieć, Ŝe statek wróci. Nie moŜemy ich teraz zabrać, ale ktoś powinien ich
wszystkich odszukać i upewnić się, Ŝe wiedzą o statku i o tym, co naprawdę jest
prawdą. Wychodzi na to, Ŝe ten ktoś to ja... Przynajmniej na coś się przydam.
- Całkiem sam? - spytał Masklin.
Gurder pogrzebał w torbie.
- Nie całkiem, biorę ze sobą Rzecz - wyjaśnił, wyjmując czarny sześcian.
- No... - zaczął Masklin i urwał, bo Rzecz się odezwała.
- „Skopiowałam siebie w komputerze pokładowym statku. Mogę być tu i tam
równocześnie.”
- To jest to, co naprawdę chcę zrobić - dodał Gurder trochę bezradnie.
Masklin zastanowił się i zrezygnował z protestów. Gurder najprawdopodobniej w ten
sposób będzie szczęśliwy, a statek naprawdę naleŜał do wszystkich nomów. Oni go
tylko chwilowo poŜyczali, reszta więc miała prawo o tym wiedzieć. Podobnie jak
mieli prawo znać prawdę o sobie i swoim pochodzeniu. A na koniec - Gurder
doskonale się do tego nadawał: to był wielki świat i aby czegoś takiego dokonać,
naleŜało naprawdę wierzyć.
- Chcesz, Ŝeby ci ktoś towarzyszył? - spytał cicho Masklin.
- Nie. MoŜe znajdę kogoś po drodze. I coś ci powiem: nie mogę się doczekać, Ŝeby
zacząć.
- Tego... Tak... no, to jest całkiem duŜy świat...
- Wziąłem to pod uwagę i porozmawiałem z Pionem.
- CóŜ... skoro jesteś pewien...
- Jestem. I to bardziej niŜ czegokolwiek innego ostatnimi czasy. A jak wiesz, w
swoim czasie byłem całkiem pewien mnóstwa rzeczy.
- W takim razie lepiej znajdźmy jakieś dogodne do wysadzenia cię miejsce - ocenił
Masklin.
- Zgadza się. - Gurder spróbował wyglądać odwaŜnie. - Gdzieś, gdzie jest duŜo gęsi.
* * *
O wschodzie słońca wysadzili Gurdera nad brzegiem jeziora. PoŜegnanie było
krótkie, bo jeśli statek zatrzymywał się gdzieś choćby kilka minut, natychmiast
zlatywały się tam stada samolotów i helikopterów pełne ludzi.
Przez moment widać było malejącą postać, zawzięcie machającą w stronę
odlatującego statku.
Potem tylko jezioro, a wreszcie krajobraz malejący na ekranie.
A w końcu juŜ nic.
W sterowni było pełno nomów obserwujących malejący krajobraz. Grimma teŜ tam
była.
- Nigdy nie sądziłam, Ŝe to tak wygląda - przyznała. - I Ŝe jest go tyle.
- To całkiem duŜy świat - oświadczył Masklin.
- Myślisz, Ŝe jeden świat wystarczy dla nas wszystkich? - spytała po chwili.
- Nie wiem, moŜe jeden świat nie jest wystarczająco duŜy dla nikogo - stwierdził
uczciwie. - Tak w ogóle to, gdzie my lecimy, Angalo?
Angalo zatarł dłonie i przesunął w skrajne połoŜenie wszystkie dźwignie.
- Tak wysoko, Ŝe juŜ nie będzie dołu! - odparł z satysfakcją.
Statek skierował się ku gwiazdom.
W dole krajobraz osiągnął granice i przestał juŜ być krajobrazem, a stał się czarnym
dyskiem na tle słońca.
Nomy i Ŝaby przyglądały mu się ciekawie.
Blask słoneczny oświetlił jego brzeg, wysyłając w ciemność promienie, dzięki czemu
przez mgnienie oka wyglądał dziwnie podobnie do kwiatu.